background image

Allan Cole & Chris Bunch

       

Zemsta Przeklętych

        

piąty tom cyklu Sten

Przekład Radosław Kot

       

(Revenge of the Damned)

        

Data wydania oryginalnego 1989

        

Data wydania polskiego 1997

        

Dla Franka Lupo,

Belfra, bon vivanta i dżentelmena

W jednej wilkołaczej osobie.

        
Notka wstępna

        Tytuły poszczególnych ksiąg zostały zaczerpnięte z japońskiej kultury, która w swych nie tak 
zamierzchłych   feudalnych   czasach   przejawiała   zatrważającą   skłonność   do   zamieniania   każdej 
czynności w precyzyjnie opisany rytuał. Dotyczyło to również sztuk walki, w tym pojedynków na 
miecze.   Reguły   tyczące   tych   ostatnich   zwano   kenjiitsu.   I   tak:   Ma-ai   to   miejsce   spotkania 
przeciwników.   Suki   oznacza   chwilę   sposobna   do   rozpoczęcia   bitki.   Kobo-ichi   opisuje   sam 
fechtunek. Zanshin to ostateczne uzyskanie przewagi w walce.

        - AC i CRB

        
      

background image

  

Księga pierwsza

MA - AI

        
Rozdział pierwszy
        
        Mężczyzna skrzywił się boleśnie, dźwigając ostatni kawał żelastwa z rumowiska. Pochylony 
pod ciężarem, odstąpił kilka kroków i cisnął złom na stertę, potem wyprostował się i zerknął z 
dumą na swoje dzieło.
          Do pokonania zostały mu już tylko wielkie, poobijane stalowe wrota. Kilka godzin trwało, 
nim do nich dotarł. Kapitan Lo Prek (na co dzień pracujący w wywiadzie) miał nadzieję, że po 
drugiej stronie znajdzie wreszcie rozwiązanie zagadki, dręczącej go od szeregu długich lat.
               Zawahał się, jakby przerażony perspektywą ewentualnej porażki. Otarł twarz jedwabną 
chustką, którą schował następnie do rękawa munduru. Jak na oficera armii Tahnk Prek był wysoki i 
osobliwie   szczupły.   Obliczem   niepokojąco   przypominał   perszerona.   Oczy   miał   rozstawione 
nieproporcjonalnie szeroko, a za krótki nos sprawiał, że górna warga rzadko kiedy spotykała się z 
dolną.
        Odpiął od pasa przenośny laser i zaczął wycinać sobie przejście. Pracował w milczeniu. Na 
poprzednim   stanowisku,   gdzie   spędził   wiele   lat,   był   znany   z   upodobania   do   ciszy   podczas 
wykonywania najprostszego nawet zadania. Nigdy nie zanucił pod nosem żadnej melodii ani razu 
też nie zaklął w trudnej chwili. Uważał, że służba wymaga koncentracji. Podobnego podejścia do 
wypełniania   obowiązków   wymagał   od   podwładnych.   Ktoś   zażartował   kiedyś,   że   kapitan   Prek 
najchętniej poprzerabiałby wszystkich na cyborgi.
         Gdy Prek to usłyszał, nie doszukał się w stwierdzeniu niczego śmiesznego. Owszem, uznał 
prawdę zawartą w tych słowach. Trudno, ostatecznie każdy ma swoje obsesje. Różnica polegała na 
tym, że Prek nauczył się obracać je na swoja korzyść.
         Zazgrzytał metal. Drzwi zachwiały się pod własnym ciężarem, po czym runęły na podłogę. 
Prek wyłączył palnik, przypiął go z powrotem i wszedł powoli do centrali sztabu dawno pokonanej 
23. floty imperium. Gdyby Tahnijczycy znali jakichś bogów, Prek zapewne zacząłby odmawiać 
modlitwę. Przebył długą drogę i sporo ryzykował, aby znaleźć się w tym miejscu. Jeśli snuł trafne 
przypuszczenia, to dziś wreszcie się dowie, kto zamordował jego brata.
        
        STEN, (brak inic.). Dowódca Floty Imperialnej. Ostatni znany przydział, OIC, 23. dyw. takt.; 
przydz. do 23. floty. Poprz.: dow. osobistej straży imperatora. Poprz.: wedle akt liczne przydziały 
do   rozmaitych   jednostek   Gwardii.   UWAGA:   zapisy   prawdopodobnie   fikcyjne,   należy   założyć 
powiązania  STEN A z imperialnym  wywiadem.  OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA. Gatunek: 
homo.  Pleć:  męska.  Wiek: nieznany;  zapisy zniszczone;  przypuszczalnie  około jednej czwartej 
średniej   długości   życia.   Miejsce   urodzenia:   nieznane.   Wzrost:   niewiele   poniżej   imperialnej 
średniej.   Budowa   ciała:   proporcjonalna,   muskularna,   brak   otłuszczenia.   Włosy:   czarne.   Oczy: 
czarne.   Stan   zdrowia:   wyśmienity.   Cechy   szczególne:   brak.   Rodzina:   brak   danych. 
Zainteresowania: brak danych. Przyjaciele: brak danych.
        
               Prek nie poczuł się rozczarowany,  gdy ujrzał zrujnowane wnętrze. Meble oraz ścianki 
działowe już dawno zamieniły się pod wpływem gorąca w kupki białego pyłu, który teraz wzbijał 
się w powietrze przy każdym kroku i niemile drażnił płuca. Prek nałożył maskę na usta i nos, po 
czym zaczął przekopywać się przez szczątki pozostałe po 23. flocie.
          Serce zabiło mu mocniej, gdy po jakimś czasie trafił na skryty pod stalową belką strzępek 
mikrofilmu. Wsunął go do czytnika i omal nie zapłakał. Był to rachunek za dostawę spinaczy.
        W duchu złajał się za żywiołową reakcję. Owszem, sprawa dotyczy go osobiście, ale jeśli chce 
cokolwiek osiągnąć, musi zachować chłód zawodowca.

background image

        Opanował się i zaczął od nowa w miejscu, gdzie niegdyś stało zapewne biurko szefa działu 
zapisu danych. Najpierw przesiał śmieci pośrodku, by z wolna kierować się ku krawędziom sterty. 
Przede wszystkim trzeba ustalić strategię tutejszych biurokratów, powtarzał sobie. Ponadczasową 
taktykę działania przeżywającą całe pokolenia kolejnych referentów.
        Kapitan nie wątpił, że poznawszy ten schemat, bez trudu trafi na ślad poszukiwanego.
               Rodzice   Preka   też   byli   urzędnikami,   chociaż   oboje   pracowali   w   prywatnych   firmach 
przemysłowych. Mimo wysokiej inteligencji zawsze robili wrażenie osób gorzej niż tępych, bo 
nudnych. Prezentowali się aż nadto przeciętnie. Psycholog powiedziałby, że całą parę kierowali w 
jeden tylko zawór: w urzędowanie. Prek miał dziesięć lat, gdy matka urodziła mu brata. Nazwano 
go Thuy i od razu każdy wiedział, że to skarb, nie dzieciak.
          Niemowlak zdawał się zaprzeczać prawom dziedziczenia. Po pierwsze, był śliczny. Jasne, 
kręcone  włoski,  błękitne   oczęta  i  fizys   młodego  adonisa.  Bystry  i  ciekaw  wszystkiego   wkoło, 
skłonny do śmiechu. W kilka chwil wszystkich zarażał swoim optymizmem.
        Daleki od jakiejkolwiek zazdrości, Lo kochał młodszego brata całym sercem. Poświęcał mu 
tyle   uwagi,   że   paręnaście   lat   później   nie   zawahał   się   nawet   przed   zaciągnięciem   poważnych 
zobowiązań   finansowych,   byle   tylko   braciszek   poszedł   do   najlepszych   szkół   dostępnych   w 
systemie Tahn.
          Lo dokonał trafnej inwestycji. Z czasem Thuya zaangażowano do służby dyplomatycznej, 
gdzie zdolny młodzieniec rychło pokazał, na co go stać. Przełożeni zaś drapali się bezradnie w 
głowę i nijak nie potrafili odgadnąć, czyim protegowanym jest ten bystry chłopak.
        Gdy doszło do rozmów pokojowych z Wiecznym Imperatorem, a było to zadanie wymagające 
najwyższych  kwalifikacji  i ostrożności, Thuy został wyznaczony do ekipy lorda Kirghiza  jako 
asystent. Wszyscy uznali, że to doskonały wstęp do prawdziwej kariery.
        Obie floty spotkały się w pobliżu mrocznego, ale wściekle promieniującego pulsara NG 467H. 
Wstępne   negocjacje   poszły   jak   po   maśle.   Podpisanie   traktatu   miało   być   tylko   formalnością. 
Imperator zaprosił dygnitarzy Tahnu na pokład swego statku. Szykowała się wielka uroczystość. 
Lord Kirghiz osobiście dobierał członków delegacji. Thuy oczywiście znalazł się między nimi.
        Tahnijczycy nigdy nie zdołali ustalić, co właściwie zdarzyło się potem.
        Prek nie miał wątpliwości. Jego zdaniem fakty mówiły same za siebie.
               Wszyscy  tahnijscy  przedstawiciele,   którzy  udali  się  na   “Normandie”,  zginęli   straszną 
śmiercią, ledwie siedli do stołu. Zadławili się własną krwią.
        Wieczny Imperator zarządził nadzwyczajne śledztwo. Podobno wykazało ono, że członkowie 
delegacji padli ofiarą własnej przebiegłości. Tahnijczycy,  zwłaszcza tacy jak Prek, uznali to za 
oczywiste   kłamstwo.   Zażądali   pomszczenia   zdradzonych,   ukarania   skrytobójcy.   Doszło   do 
zbrojnego starcia - okrutnej, totalnej bitwy.
        Tahnijczycy zwali to wydarzenie najsprawiedliwszą z wojen. Prek również. Szczególnie, że w 
ten sposób mógł bez przeszkód czynić przygotowania do swej prywatnej kampanii.
        Sam nie pamiętał momentu, kiedy dowiedział się o śmierci brata. Wiedział tylko, iż siedział 
wówczas w biurze. Nagle wszedł przełożony. Potem... Lo ocknął się w szpitalu. Leżąc w łóżku 
usłyszał,   że   przez   ostatnie   cztery  miesiące   był   pogrążony  w  stanie   katatonii.   Ponieważ   trwała 
wojna, czym prędzej uznano go za zdrowego i odesłano z powrotem do pracy.
               Wtedy też zaczął przygotowania. Zebrał wszystkie skrawki informacji tyczące zagłady 
delegacji.   Powoli   zawężał   krąg   ludzi   odpowiedzialnych   za   zdradę.   Imperatora   wykluczył   w 
przedbiegach, słusznie, bowiem przewidywał, że władca zawsze będzie poza jego zasięgiem. Nie 
pragnął przejść do historii jako jeszcze jeden pechowy szaleniec, wolał wytyczać sobie zadania 
możliwe do realizacji. To oznaczało skupienie uwagi na wykonawcach wyroku. Sten mógł należeć 
do grupy zabójców.
        Kapitan zdobył kopię akt Stena, ale szybko uznał, że pełno tam kłamstw i przeinaczeń. Jakieś 
przydziały   bojowe,   oznaczenia   i   regularne   awanse.   Nic   niezwykłego.   Nagle   jednak,   bez 

background image

widocznego powodu, kariera Stena nabrała rozmachu. Mianowanie na szefa straży imperatora. I 
raptowne przeniesienie do marynarki. I jeszcze awans na komandora.
               Prek   doszedł   do   wniosku,   że   wykonywał   tajne   zadania,   bezpośrednio   zlecone   przez 
imperatora. A to stanowiło niezbity dowód, że Sten jest jednym z asów imperialnego wywiadu. 
Mianowanie   na   stanowisko   dowódcy   zespołu   taktycznego   zostało   zapewne   pomyślane   jako 
nagroda za przysługi. A niewątpliwie jedną z nich, według Preka, było usunięcie Thuya.
               Lo prześledził losy Stena aż do ostatniej bitwy o Cavite City, gdzie obie strony poniosły 
olbrzymie straty. Raporty Tahnijczyków sugerowały, że Sten zginął podczas starć, chociaż ciała 
nigdy   nie   odnaleziono.   Nie   pomogło   nawet   śledztwo   zarządzone   ze   względu   na   “zbrodniczą 
przeszłość inkryminowanego oficera imperium”.
               Prek nie uwierzył w śmierć Stena. Z rysu osobowościowego przeciwnika wynikało, że 
człowiek ten potrafi wyjść chyba z każdej opresji. Uchodził za mistrza przetrwania i wzorcowego 
oficera zawsze w pierwszym szeregu. Machina imperialnej propagandy uwielbiała takie postacie. 
Prek czuł przez skórę, że Sten żyje, i gotów był zrobić wszystko, żeby to zmienić. Gdy już go 
ujrzy, wtedy... Czym prędzej przywołał się do porządku. Nie wolno mu ulegać emocjom. Jeszcze 
nie teraz. 
        Kapitan Lo Prek miał rację. 
        Sten wciąż znajdował się wśród żywych.
        
        
Rozdział drugi

               Dwóch wymizerowanych  i ogolonych na zero mężczyzn przycupnęło w błocie na tyle 
głębokim, że tylko głowy nieruchomo sterczały im ponad mazią.
               Jedna z nich należała do komandora Stena, dawnego dowódcy imperialnego krążownika 
“Swampscott” - w gruncie rzeczy przerdzewiałej balii, która jednak zdołała pod jego komendą 
wyrwać   się   z   Cavite.   Sami   przeciwko   całej   flocie   Tahnijczyków   zniszczyli   rakietami   jeden 
supernowoczesny pancernik, drugi zaś uszkodzili do tego stopnia, że nadawał się potem tylko do 
kasacji. Krążownik też oberwał, i to zdrowo, skutkiem czego Sten musiał się poddać. Zemdlał na 
długo przed przybyciem jednostki abordażowej Tahnijczyków. To bez wątpienia uratowało mu 
skórę.
          Ledwie kilka sekund później ocknął się Alex Kilgour, zawodowy oficer z cenzusem, eks-
członek sekcji Modliszki i najlepszy przyjaciel Stena zarazem. Na jedynym ocalałym ekranie ujrzał 
nadlatujący patrolowiec wroga. Zebrawszy z trudem myśli, wykoncypował, że ci barbarzyńcy nie 
podejdą z szacunkiem do osoby, która zniszczyła flagową jednostkę ich floty. Miast uznać Stena za 
jeńca, wyrzucą go raczej przez pierwszą śluzę.
               - Śmierć frajerom i bohaterom - mruknął, a następnie, czym prędzej oddarł z munduru 
najbliższego   poległego   stosowne   pagony   oraz   oznaczenia.   Podpełzł   do   nieprzytomnego   Stena, 
sprawdził   wskaźnik   ciśnienia   pokładowego   (wciąż   jeszcze   było   znośne),   rozhermetyzował 
skafander   przyjaciela   i   zrobił,   co   należało.   Rzepy   chwyciły.   Chwilę   potem   drżenie   kadłuba 
oznajmiło przybycie gości. Kilgour bez długiego namysłu ponownie “zemdlał”.
               Z pokładów wraku krążownika wyprowadzono i wyniesiono ledwie trzydziestu jeńców. 
Wszyscy trafili do ładowni jednostki pomocniczej Tahnijczyków. Był  między nimi celowniczy 
pierwszej klasy, podoficer Samuel Horatio.
        Czyli Sten.
          Po dłuższym czasie dostarczono im nieco wody i żywności, dziwnym trafem zapominając 
jednak o opiece medycznej. Na więzienną planetę dotarło dwudziestu siedmiu żywych jeńców.
         Tahnijczycy uznawali śmierć w walce za najgodniejszy sposób odejścia z tego padołu. Lęk 
przed walką czy gotowość wywieszenia białej flagi były dla nich zachowaniami abstrakcyjnymi. 
Nie  mogli  nadziwić   się zatem,  dlaczego  imperialni,   gdy zdarzy  im  się dostać  do  niewoli,  nie 

background image

błagają zwycięzców o rychły cios łaski. Przecież powinni. Niemało wody upłynęło, nim pojęli, że 
w kosmosie istnieją różne kultury i nie wszystkie tak samo definiują pójęcie hańby. Wiele lat zajęło 
im zrozumienie, że to, co dla nich jest przysługą, druga strona uznaje za pospolite morderstwo. 
Niechętnie, bo niechętnie, ale zaczęli wówczas zakładać obozy. Nie zabijali już jeńców. To znaczy, 
nie robili tego od razu.
        Nie widzieli żadnego powodu, dla którego mieliby łożyć na utrzymanie darmozjadów. Tak, 
zatem jeńcy płacili za wszystko pracą. Krwawą i niewolniczą harówką.
               Opiekę medyczną mieli wówczas jedynie, gdy zaplątał się między nimi jakiś sanitariusz. 
Lekarstw nie otrzymywali, a ich własne pakiety były niezmiennie konfiskowane.
        Posiadali prawo do dachu nad głową, który jednak musieli najpierw sami sobie zbudować. O 
ile komendant obozu pozwolił, oczywiście. No i jeśli było, z czego ten dach ułożyć.
        Czas pracy: nienormowany. Wedle potrzeb nawet całą dobę na okrągło.
        Wyżywienie: dostarczana breja zawierała w zasadzie to, co potrzebne człowiekowi do życia. 
Tyle tylko, że ciężko pracujący mężczyzna zużywa dziennie około trzech tysięcy sześciuset kalorii. 
Jeńcy natomiast otrzymywali niecały tysiąc kalorii na dobę. Podobnie traktowano nieludzi.
          Strażnikami podistot bez honoru, mogli być rzecz jasna tylko tacy żołnierze, którzy sami z 
jakichś przyczyn okryli się przedtem niesławą. Pewne jednostki dostawały się tu celowo, uznając 
nawet   tak   wstydliwe   zajęcie   za   lepszy   los   niż   śmierć   na   polu   walki.   Ledwie   paru   otarło   się 
wcześniej o więziennictwo.
               Lista obowiązków jeńców ograniczała się do kilku punktów: gdy strażnik się do ciebie 
odezwie, stawaj na baczność, choćbyś był generałem, a strażnik szeregowcem. Polecenia wykonuj 
biegiem. Nieposłuszeństwo będzie karane śmiercią. Tak samo niedokładność lub niepunktualność. 
Za pomniejsze przewiny przewidziano bicie, odosobnienie i głodówkę.
        W obozach jenieckich Tahnijczyków szansę na przetrwanie mieli tylko najsilniejsi.
        Sten i Alex siedzieli za drutami od trzech lat. 
        Ich własne zasady brzmiały następująco:
        1. Pamiętaj, że żadna wojna nie trwa wiecznie.
        2. Nie zapominaj, że jesteś żołnierzem.
        3. Zawsze pomagaj kolegom.
        4. Zjadaj, cokolwiek ci dają.
               Obaj żałowali, że nie wychowali się w religijnych rodzinach. Wiara w boga czy bogów 
niejednemu pomagała przetrwać. Często widzieli, co działo się z tymi, którzy tracili nadzieję, czy 
tymi, którzy brzydzili się przekopywać stosy zwierzęcych odchodów w poszukiwaniu czegoś do 
zjedzenia. Marnie kończyli też osobnicy zbuntowani i nazbyt dumni.
        Przez trzy lata pozostało po nich jedynie wspomnienie.
        Alex i Sten przetrwali.
        Sporo pomogło im przeszkolenie, jakie odbyli w sekcji Modliszki. Po drugie, mogli polegać 
na sobie wzajem i obaj wiedzieli, ile to znaczy. Po trzecie, Sten był uzbrojony.
               Wiele lat wcześniej, jeszcze przed wstąpieniem do służb imperialnych, Sten zmajstrował 
szczególny obosieczny nóż z rzadkiego kryształu. Ostrze miał tak ostre i wytrzymałe, że cięło 
każdy znany metal czy minerał. Sten trzymał tę broń schowaną pod pachą, w specjalnej podskórnej 
pochwie. Nóż wypadał stamtąd, zwolniony specyficznym  napięciem mięśni przedramienia. Był 
śmiertelnie groźny, a w tych warunkach służył również jako przyrząd do wykonywania różnych 
czynności.
        Pewnej nocy stal się natomiast narzędziem umożliwiającym zrealizowanie planu ucieczki.
        Mało, kto uciekał z obozów jenieckich Tahnijczyków. Strażnicy zabijali złapanych, łapano zaś 
niemal wszystkich śmiałków. Samo wydostanie się z obozu czy odłączenie od grupy roboczej nie 
było łatwe, a pozostawała jeszcze sprawa opuszczenia planety. Kilku uczyniło to w roli pasażerów 
na gapę na różnych statkach, ale czy dotarli do swoich, tego nikt nie wiedział. Inni zaczajali się na 

background image

pustkowiach, gdzie wiedli życie niewiele lepsze od tego obozowego i wypatrywali z nadzieją końca 
wojny.
        Rok temu zmieniono zasady. Miast zabijać uciekinierów na miejscu, kierowano ich na pewien 
świat kopalniany. Miejscowi strażnicy już od bramy oznajmiali jeńcom radosną nowinę, iż w tej 
robocie nikt jeszcze nie wytrzymał więcej jak kilkanaście godzin.
            Sten i Alex mieli za sobą aż cztery próby ucieczki. Pierwsze dwa tunele wykryto jeszcze 
podczas kopania, prace przy trzecim musieli przerwać, gdy strażnicy wyniuchali drabinę. Kopania 
czwartego zaprzestali, zabrakło bowiem konceptu, co zrobić, gdy będą już poza drutami.
        Tym razem jednak miało im się udać.
               Coś poruszyło się w trzcinach. Alex runął przed siebie. Wrócił po chwili z nieziemsko 
brudnym,   piskliwym   i   wyrywającym   się   gryzoniem.   Sten   podsunął   otwarte   pudełko.   Zdobyli 
zwierza i o to chodziło.
        - Ej, wy tam! - zahuczał głos strażnika. Sten i Alex stanęli na baczność, a Tahnijczyk ryknął 
ponownie: - Pieprzycie się w tym błocie?
        - Nie, proszę pana. Polujemy, proszę pana.
        - Polujecie? Na śmierdziele?
        - Tak, proszę pana.
        - Powinienem dać wam w czapę - mruknął strażnik i odruchowo splunął Stenowi w twarz. - 
Do szeregu.
        Sten nawet nie spróbował otrzeć plwociny. Razem z Alexem czym prędzej wylazł z błocka i 
dołączył na grobli do kolumny jeńców. Ruszyli w kierunku obozu. Strażników było trzech, ale 
tylko jeden miał broń. Kilgour i Sten świetnie wiedzieli, że te żywe widma palca na nich nie 
podniosą. Sten tulił pudło i szeptem uspokajał zwierzątko:
        - Cicho, wypuszczę cię, ale jeszcze nie teraz.
               Śmierdziel, czyli  wodny gryzoń, wyposażony w skryte pod ogonem obronne gruczoły 
zapachowe, był w zasadzie niejadalny. Jego włos mało przypominał futro.
        Alex i Sten skompletowali już wszystko, czego potrzebowali do ucieczki.
        
        
Rozdział trzeci
        
         W każdym obozie jenieckim istnieją zawsze dwie struktury dowodzenia. Jedna, widoczna i 
oficjalna,   to   komendant   oraz   strażnicy.   Drugą   tworzą   sami   więźniowie.   Ta   druga   jest   zwykle 
bardziej skuteczna. Niekiedy dominują w niej jednostki silne i brutalne, a wtedy przeciętnemu 
więźniowi śmierć grozi zarówno z rąk strażników, jak też kolegów.
        W obozie Stena i Alexa natomiast panowała organizacja wojskowa. Obaj nieco się nad tym 
napracowali.
               Gdy po długich miesiącach choroby wrócili wreszcie do zdrowia, Sten przeżył niemiłe 
rozczarowanie. Nie dość, że wołano na niego Horatio (też nazwisko!), to jeszcze oficer Kilgour 
przewyższał go rangą. Rychło domyślił się jednak, że to Alex zorganizował tę maskaradę jeszcze 
na pokładzie “Swampscotta”.
            Jednak stopień to stopień. Metodycznie tłumaczył wszystkim malkontentom, że wojna się 
jeszcze   dla   nich   nie   skończyła.   Przekonywał   tych,   którzy   klęli   “trepów,   co   nas   w   gówno 
wpakowali”, by zachowali swoje opinie dla siebie. Jeśli łagodna perswazja nie starczała, sięgał po 
bardziej skuteczne metody. Mógł przypominać szkielet, ale niejedno wiedział i niejedno potrafił. 
Ponadto Alex, pochodzący ze świata o ciążeniu równym trzy G, nadal pozostawał najsilniejszą 
osobą w obozie. Był silniejszy nawet od dawnego dowódcy baterii, podpułkownika Virungi.
        N’Ranya wywodzili się z rasy nadrzewnych drapieżców i nie przypominali intelektualistów. 
Ostatnimi   czasy   zaczęto   werbować   ich   do   imperialnej   artylerii.   Skutkiem   ewolucyjnego 

background image

dziedzictwa  byli  nadzwyczaj  biegli  w geometrii  i  trygonometrii,  ponadto trzystukilowe  cielska 
kryły dość krzepy, by udźwignąć nawet ciężkie pociski.
        Podpułkownik Virunga trafił do niewoli ciężko ranny i wciąż kulał, przez co zwykle chadzał z 
laską. Ci, co przetrwali zabiegi perswazyjne Stena i Alexa, zwykle nie poważali się na dyskusje z 
Virunga.
        Funkcję dowódcy obozu nieoficjalnie pełniła szczupła i drobna kobieta, generał Bridger. Była 
już na emeryturze, gdy jej świat został zaatakowany. Wróciła do czynnej służby. Do niewoli trafiła 
wtedy, gdy padła ostatnia placówka na planecie. Zamierzała żyć tak długo, aż uda się jej ujrzeć 
imperialny sztandar powiewający nad obozem. Potem pragnęła już umrzeć.
        O zmroku Sten i Alex zmusili się do przełknięcia rzuconych im smakołyków. Chwilę potem 
zjawili się Bridger wraz z Virunga. Przyszła pora na pożegnanie.
        - Mam nadzieję, że już nigdy was nie ujrzę, panowie - powiedziała pani generał.
        - Też o tym marzę, madame - odparł Alex z uśmiechem.
               Trwało   chwilę,   nim   pojęli   treść   przemowy   Virungi.   N’Raya   uznawali   gadaninę   za 
marnowanie czasu i głośno wyrażali jedynie to, co absolutnie konieczne.
        - Oby... szczęśliwie... Gdy będziecie wolni... nie zapominajcie... 

Na pewno nie zapomną. Sten i Alex zasalutowali, po czym wzięli się do dzieła.

        Inni jeńcy już wcześniej otrzymali stosowne rozkazy, dlatego wkoło jednego z wychodków 
panował obecnie spory ruch. Zupełnym przypadkiem był to akurat sraczyk usytuowany ledwie trzy 
metry   od   wewnętrznej   linii   zasieków.   Sten   i   Alex   dołączyli   do   najbliższej   grupki.   Pudło   ze 
śmierdzielem Sten zawiesił sobie na szyi i zamaskował podartym ręcznikiem. Tylu ludzi wchodziło 
do baraczku i tak wielu z niego wychodziło, że usadzeni na wieżach strażnicy dawno już stracili 
rachubę.
        Sam kibelek ustawiono ponad głębokim i teraz już pełnym ekstrementów wykopem. Z jednej 
strony pomieszczenia przepływała rynną woda, z drugiej ciągnął się rząd wyciętych w chropawej 
desce dziur. Miast usiąść na prymitywnych sedesach, Sten i Alex przecisnęli się przez nie i zeszli 
na dół po wbitych kilka dni wcześniej hakach.
               Obaj mieli w nosach zatyczki z porowatych korzeni. Jednak niewiele to pomagało. Sten 
musiał zmobilizować wszystkie siły, by nie zemdleć od smrodu. I nie wpaść w panikę na widok 
pełznącego mu po ręce jadowitego pajęczaka. No i co, zwykły pajączek, pomyślał z wysiłkiem.
               Gdy syreny ogłosiły capstrzyk, jeńcy powoli zaczęli się rozchodzić. Minęło kilka chwil i 
pojawił się strażnik. Z oczywistych przyczyn kontrola sraczyka zawsze była dość pobieżna.
          Alex i Sten powinni w zasadzie odłożyć przedsięwzięcie przynajmniej do północy, jednak 
musieli dotrzeć do celu jeszcze przed świtem. Czekał ich długi marsz.
        Następny krok należał do podpułkownika Virungi.
        W dali rozległy się krzyki, wrzaski i śmiechy. Przez szpary w dachu wychodka było widać jak 
snop światła przemieszcza się ku jednemu z baraków. Sten i Alex przysunęli się do drzwi.
        W teorii to winien być kres ich drogi. Za wewnętrznym płotem ciągnął się szeroki na dziesięć 
metrów pas “ziemi zakazanej”, dalej znajdowały się jeszcze zewnętrzne zasieki.
               Strażnicy na wieżach byli wyposażeni w reflektory, niezawodne lornety z mnożnikami i 
superczułe detektory hałasu. Zgodnie z regulaminem jeden strażnik miał obsługiwać tylko jedno 
urządzenie.
               Ale strażnicy już dawno się rozleniwili. Nie widzieli sensu siedzenia we trzech w wieży, 
szczególnie   w nocy.   Przecież   z obozu  i  tak  nie  ma  ucieczki.  Niechby nawet  jakiś imperialny 
przelazł   przez   druty,   to   natychmiast   zostanie   dostarczony   z   powrotem   przez   okolicznych 
wieśniaków, którym obiecano wielkie nagrody za wyłapywanie zbiegów. Mogli przyprowadzać 
krnąbrnych jeńców w dowolnym stanie, bez konieczności tłumaczenia się z czegokolwiek. Ale 
powiedzmy, że uciekinier ominie wszystkie wioski, no to dokąd pójdzie? Pozostanie uwięziony na 
planecie systemu tkwiącego pośrodku gromady Thanu.

background image

               Strażnicy, jak pomyśleli, tak też uczynili. Na dodatek błysnęli geniuszem technicznym i 
połączyli wszystkie czujniki w jeden system. Od tej pory mogli pełnić służbę w pojedynkę.
               Gdy tylko  Virunga polecił  zacząć kocią muzykę,  skierowany w tamtą stronę reflektor 
pociągnął   za   sobą   uwagę   reszty   maszynerii.   W   takiej   sytuacji   dwa   cuchnące   widma   mogły 
spokojnie podejść do drutów.
        Wystarczyłyby trzy cięcia, aby otworzyć drogę. Nóż Stena uporałby się z tym w parę sekund. 
Jednak zwisające końce drutów byłyby nazbyt widoczne. Z tej też przyczyny Alex od dłuższego 
czasu   zbierał   stosownie   masywne,   naostrzone   z   obu   stron   kawałki   drutu.   Obecnie   miał   ich 
dwanaście. Tyle powinno wystarczyć.
               Druty   zasieków   miast   tradycyjnych   kolców   upstrzone   były   maleńkimi   i   nader 
niebezpiecznymi ostrzami. Sten wydobył nóż i wywiercił w jednym z ostrzy, tuż przy słupku, dwa 
otworki. Alex przecisnął  haki przez otworki, a następnie, wykorzystując jedynie siłę własnych 
mięśni, przygotował stosowne dziury w betonowej podporze. Dopiero wtedy Sten przeciął drut. 
Powtórzyli te czynności jeszcze dwukrotnie, przeszli na pas ziemi między ogrodzeniami, obsadzili 
druty na miejscu.
        W ten sam sposób pokonali zewnętrzne zasieki.
        Po raz pierwszy od trzech lat znaleźli się poza obozem i bez strażników nad głową.
          Nade wszystko mieli ochotę rzucić się do szaleńczego biegu, byle dalej, jednak opanowali 
odruchy.   Popełzli   ostrożnie,   badając   palcami   grunt   przed   sobą   w   poszukiwaniu   czujników   i 
pułapek.
        Ale żadnych nie było.
        Uciekli.
        Pozostało jeszcze wydostać się z planety.
        
        
Rozdział czwarty
        
        - No i gdzie ten pieprzony strażnik? - spytał szeptem Sten.
        - Pewnie gdzieś się szwenda, Horrie - mruknął Alex.
               Horrie. Ładnie.  Kilgour nie dość, że zdegradował  Stena, to jeszcze wymyślił  upiorne 
zdrobnienie od Horatio.
        - Zapłacisz mi za to.
               - Pewnie tak - odparł ze spokojem Alex. - Przyjdzie, ach przyjdzie jeszcze pora spłaty 
wszystkich zobowiązań.
        Sten nie odpowiedział. Wpatrywał się w stojący niecałe sto metrów od nich kabotażowiec.
          Poznali to miejsce, gdy kiedyś zostali posłani wraz z innymi jeńcami do prac ziemnych na 
lądowisku.   Od   razu   zrozumieli,   że   to   jedyna   droga   ucieczki.   Szczególną   ich   uwagę   zwrócił 
niewielki  statek  dostawczy  z  czteroosobową  załogą,   niegdyś   prawdziwe  dzieło  sztuki,   obecnie 
jednak poobijany środek rutynowej łączności między planetami. Wyglądał obskurnie, miał jednak 
zarówno napęd systemu Yukawy, jak i silniki na antymaterię. Nadawał się idealnie, więc należało 
go ukraść.
        Droga z obozu zajęła im więcej czasu, niż się spodziewali. Zapomnieli, że jednym ze skutków 
niedożywienia jest kurza ślepota.
        Tylko dobremu wyszkoleniu zawdzięczali ocalenie, gdy nieświadomi niczego i potykający się 
jak ostatnie łajzy podeszli pod jedno z gospodarstw okalających teren obozu. Uratował ich szybki 
refleks i odruch niedarcia mordy przy byle okazji. 
        - Gdy tak sobie tutaj tkwimy - zagaił Alex - może zechciałbyś posłuchać o tutejszej faunie? 
Zauważyłem kilka węży.
        - Spróbuj zacząć ten kawał o wężach, a kark ci skręcę - syknął Sten.

background image

               - Wyraźnie brakuje mu poczucia humoru - powiedział Alex tonem skargi pod adresem 
śpiącego w pudełku śmierdziela. - Oho, idzie nasz chłoptaś.
        Leżąc na szczycie pagórka przeczekali, aż strażnik przetupie ścieżką za drutami.
               Lądowisko   posiadało   dość   rozbudowany   system   zabezpieczający   złożony   z   pieszych 
strażników, zasieków z drutu, sieci czujników oraz patrolowanej przez tresowane zwierzęta strefy 
między ogrodzeniami.
          Ustaliwszy ostatecznie częstotliwość pojawiania się patroli, popełzli dalej. Przy pierwszym 
ogrodzeniu Alex poklepał pudełko.
        - Do roboty, skunksie.
          Gdy otworzył wieczko, śmierdziel natychmiast wyskoczył. Przeszedł pod drutami, a potem 
przysiadł na ścieżce. Rozejrzał się po nowym terenie, umył sierść i pewnie zaczął się zastanawiać, 
gdzie tu może być jakaś woda, gdy rozległo się pełne wściekłości warczenie.
        Z mroku wyłonił się karakadżu, trzy na trzy metry futrzastej śmierci. Przedstawiciele tej rasy 
zawsze   byli   gotowi   do   ataku.   Jednak   ta   specjalna,   wyprowadzona   z   wcześniejszej   starannej 
hodowli mutacja cechowała się szczególną zajadłością. Inteligencji starczało stworowi akurat na 
tyle,   by   zrozumieć,   kogo   ma   zagryzać,   a   do   kogo   się   łasić.   Kategoria   pierwsza   obejmowała 
wszystkie dwunogi z wyłączeniem tych kilku osobników (z kategorii drugiej), które dawały mu 
żreć, a przy okazji nie pozwalały na ucieczkę ni rozmnażanie.
        Ten akurat karakadżu przemierzał ścieżkę między ogrodzeniami od pięciu lat i jak dotąd nie 
napotkał żadnego godnego siebie przeciwnika.
        Nagle trafił na śmierdziela.
        Pewny swego podszedł bliżej.
        Śmierdziel, który również instynktownie pogardzał całym światem, zadarł ogon i uruchomił 
fabryczkę odoru.
               Rozpylony strumień cieczy z gruczołów analnych wdarł się prosto w nozdrza karakadżu. 
Niedźwiedziowaty zaskowyczał, stanął na tylnych łapach, a przednimi złapał się za nos, aby usunąć 
paskudztwo z pyska. Bez powodzenia. Po chwili rzucił się do ucieczki w poszukiwaniu schronienia 
(przede wszystkim) oraz jakiegoś dwunoga, który zaradzi biedzie (to po drugie).
        Zadowolony z siebie śmierdziel syknął na uchodzącego przeciwnika i gdzieś sobie odtruchtał.
        - Tajna broń zadziałała - szepnął Alex.
        Sten już pracował przy ogrodzeniu. Otworki, haki, cięcie, zamocowanie.
        Do pogrążonego w półmroku statku zostało im ledwie pięćdziesiąt metrów, ale obaj wiedzieli, 
że pośpiech jest niewskazany.
        Alex wydobył z kieszeni cztery rurki o przekroju niecałego centymetra i połączył je w długą 
na metr całość. Ostrożnie wsunął do środka przekłuty rybi pęcherz wypełniony zmielonymi na pył 
metalicznymi opiłkami, uniósł konstrukcję do ust i dmuchnął, ile sił w płucach.
          Ledwo widoczna chmura pyłu wzbiła się nad krzakami i powoli opadła. Obaj uciekinierzy 
przytulili  się nosami  do ziemi. Tkwili tak w bezruchu, gdy po minucie  pojawił się w pobliżu 
zdyszany patrol.
               Przygotowując   ucieczkę   Sten   i   Alex   zauważyli,   że   obszar   lądowiska   jest   pełen 
elektronicznych czujników. Z daleka nie mogli dokładnie rozpoznać typu urządzeń, drogą dedukcji 
doszli jednak do wniosku, że są to zapewne stosunkowo proste czujniki działające na zasadzie 
radaru. Ostatecznie planeta leżała z daleka od terenu walk.
        Dowodzący patrolem kapral sięgnął po komunikator.
        - Strażnica, tu Burek. Jesteśmy na podejrzanym obszarze. Czysto.
        - Burek, tu strażnica. Są jakieś ślady naruszenia?
               - Tu Burek. Poczekajcie. - Podstarzały kapral oświetlił okolicę latarką. Nie pochylał się 
zbytnio. Przy takiej nadwadze... - Tu Burek. Nie ma.
        - Tu strażnica. Jesteś pewien? Czujniki wskazują, że ktoś tam był.
        - Cholera wie - mruknął kapral. - W każdym razie my nikogo nie widzimy.

background image

          - Burek, tu straż. Zachowujemy procedurę. Zapisuję, że sprawdziłeś teren i nie dostrzegłeś 
śladów naruszenia. Wracaj do wartowni. Bez odbioru.
        - Cudownie, żeby ich... - warknął kapral. - Jeśli nikogo tu nie ma, to wyjdzie, że panikujemy, a 
jeśli jest, to nas załatwią. Tak czy tak dostaniemy po tyłkach... Oddział, naprzód marsz.
        Cała gromadka zniknęła w mroku.
        Bardzo dobrze, pomyślał Sten. Radarek najbliższego czujnika oczywiście wyczuł metaliczny 
obłok i podniósł alarm. Wysłany oddział niczego nie wykrył. Znaczy, że czujnik jest uszkodzony i 
należy go wymienić. Na razie jednak nikt nie będzie zwracał uwagi na meldunki wysyłane przez 
wadliwie działające urządzenie.
        Droga do statku stała otworem.
        Właz nie był zamknięty. Alex poszedł poszperać na rufie, Sten skierował się do centrali. Nie 
wiedział jeszcze, czy potrafi tym czymś pokierować.
        Tablica przyrządów nie wyróżniała się bogatym wyposażeniem. Sprzęt sterowniczy wyglądał 
standardowo.
        Sten zasiadł w fotelu pilota i właśnie sprawdzał kontrolki, gdy w centrali pojawił się Alex.
        - Brak paliwa - powiedział.
               Sten  wypowiedział   cztery bardzo  nieprzyzwoite  słowa,  a  następnie  włączył   komputer 
pomocniczy.   Napis   na   ekranie   oznajmił,   że   paliwo   jest.   Dość,   by   wystartować   i   przejść   w 
podprzestrzeń.
               Sten sięgnął do klawiatury. Czy starczy paliwa, aby wydostać się poza obszar dominacji 
Tahnijczyków?
        Nie.
        Rąbnął w konsolę i splunął.
        - Wszystko na nic.
        - Wcale nie - odparł spokojnie Alex. - Sprawdziłem rozpiskę. Statek ma wystartować za trzy 
dni. Musimy go tylko ładnie zamknąć i wrócić, skąd przyszliśmy. Pojawimy się tu znowu za trzy 
dni.
               Wracać za druty? Do tego upiornego obozu, w którym egzystują od trzech lat? Do tego 
samego klozetu? 
        Nic z tego! 
        A jednak.
        
               Do baraku weszli tuż przed świtem. Zamierzali niepostrzeżenie przemknąć się na swoje 
prycze, ale im się nie udało. Wszyscy czuwali. Zaraz też wyjaśnili, czemu.
               Wywołane na rozkaz Virugi zamieszanie ściągnęło na cały barak sankcję pod postacią 
dodatkowego   apelu.   Każdy   jeniec   musiał   zameldować   się,   podać   nazwisko,   potwierdzić   swą 
tożsamość odciskiem palca i rysunkiem siatkówki. Nijak nie dało się ukryć braku dwóch osób.
               Strażnicy byli  pewni, że nikt nie uciekł, ostatecznie ogrodzenie nie zostało naruszone. 
Podejrzewano, że obaj gdzieś się ukrywają i dopiero przygotowują ucieczkę. Najpewniej kopią 
tunel. Ale to i tak bez znaczenia.
        Podpułkownik Virunga przekazał Stenowi i Alexowi najważniejsze: zostało już postanowione, 
że gdy tylko śmiałkowie się pojawią, zostaną ukarani. Razem zresztą z Virunga, którego jakimś 
trafem skojarzono z całym zajściem.
               Spojrzeli po sobie. Nici z planu porwania statku. Czeka ich zesłanie do kopalni i rychły 
koniec.
               Mylili  się  jednak, a  to dzięki  niespodziewanemu  napadowi pomysłowości  naczelnego 
dowództwa Tahnijczyków.
        
        

background image

Rozdział piąty
        
        Dwudziestu siedmiu członków Naczelnej Rady Tahnu nudziło się setnie, przeczekując kolejny 
dzień obrad. Stareńki sekretarz przebijał się przez porządek sesji.
          - ...wniosek numer 069-378. Dotyczy: antyemerytury. Argumenty za: ograniczony podatek, 
nieprzekraczający stu piętnastu procent, nałożony na emerytowanych po demobilizacji, pozwoli na 
poprawienie   kondycji   budżetu   państwa   i   przyczyni   się   do   wzmocnienia   jego   obronności   na 
kluczowych odcinkach. Argumenty przeciwko: nie ma.
        Staruszek nie podniósł nawet głowy znad papierów.
        - Przeciwko? - spytał rutynowo. Odpowiedziała mu zwykła w takich razach cisza. - Przeszło 
przez aklamację. Kolejna sprawa. Numer 434-102. Dotyczy: przydziału materiałów pędnych dla 
podsekcji Pogotowia Ratunkowego. Argumenty za zwiększeniem przydziałów: wykorzystywanie 
specjalistycznych pojazdów na potrzeby militarne bez rekompensaty pogarsza, i tak już krytyczny, 
stan cywilnej opieki zdrowotnej. Opinia personelu wojskowego: nie zwiększać.
               I znów pytanie, chwila ciszy. Rutyna rządzenia. Obrady Naczelnej Rady Tahnu zawsze 
wyglądały identycznie, wszelako nie oznaczało to, aby szanowne gremium składało się z samych 
marionetek manipulowanych przez przewodniczącego, lorda Fehrle. Wręcz przeciwnie, każdy z 
członków (czy członkiń) był kimś, miał własne zdanie i potężnych popleczników. W przeciwnym 
razie nigdy nie zasiadałby w Radzie.
               Lord Fehrle zawdzięczał swą pozycję wyważonej i dalekowzrocznej polityce. Po prostu 
wiedział, kogo, na jakim stanowisku obsadzić, aby szale pozostały w równowadze. Ostatnio, na 
przykład, wyniósł lady Atago z pozycji obserwatora na stanowisko pełnoprawnej członkini Rady. 
Owszem, lady Atago miała licznych wrogów, ale otaczała ją sława bohaterskich dokonań.
          Ignorując mamrotanie sekretarza, Fehrle spojrzał na pułkownika Pastoura. Czasem odnosił 
wrażenie, że jednak popełnił błąd, włączając starego oficera w skład rady. Wojak zwykł zadawać 
pytania, pozornie niewinne, wszelako mocno kłopotliwe. Co gorsza, Fehrle przekonał się z latami, 
że nie zawsze może liczyć na jego głos.
        Co zrobić z Pasteurem? Niestety, starszy pan był nie tylko bogatym i powszechnie cenionym 
przemysłowcem, ale potrafił też po mistrzowsku wyszukiwać nowych rekrutów. Miał głowę na 
karku. Na dodatek szczodrze wspomagał armię, czerpiąc z własnych zasobów finansowych. Chyba 
lepiej darować staruszkowi jeszcze kilka lat życia, pomyślał Fehrle.
               Co innego lord Wichman. Bezwzględnie lojalny, oddany sprawie. Niestety. Cóż począć z 
takim absolutystą, który nie wie, czym jest sztuka kompromisu? Nie wie i nie chce wiedzieć... 
Swym uporem kilkakrotnie omal nie zniweczył misternych planów Fehrle’a.
          Polityka Tahnijczyków opierała się bowiem na kompromisie. Wszystkie propozycje, które 
trafiały do porządku obrad, były wcześniej dokładnie dyskutowane. Rozważano argumenty stron, 
wnikliwie analizowano każdy szczegół. Rzadko kiedy zdarzało się, aby późniejsze decyzje nie 
zapadały jednomyślnie.
          Wewnętrznej zgody Tahnijczycy potrzebowali jak powietrza. Stanowili rasę wojowników, 
która   pokonana   w   odległej   przeszłości,   przez   wiele   stuleci   musiała   cierpieć   hańbę   porażki. 
Przegnani przez imperium, osiedli w obcych stronach. Mimo upływu lat nigdy nie nazwali tych 
terenów   ojczystymi.   Rodowitych   mieszkańców,   uporczywie   broniących   swych   domów   przed 
przybyszami, po prostu wymordowali. 
          Z wolna zaczęli potem odbudowywać swą potęgę. W ich społeczeństwie warstwa rycerska 
zawsze   uchodziła   za   uprzywilejowaną,   militaryzm   zatem   zakwitł   rychło,   rozplenił   się   i 
zaowocował rasowym szowinizmem. Tahnijczycy nigdy już nie będą uciekać, a pewnego dnia 
powstaną, aby pomścić wszystkie zniewagi, odpłacić za poniżenia. Na razie, rośli w siłę.
               Najpierw wzięli się za najbliższych sąsiadów. Coraz więcej systemów wpadało w ręce 
bezwzględnych   wojowników.   Tahnijczycy   używali   dwojakiej   broni:   zaczynali   od   maskujących 
krwawe   zamiary   negocjacji   (w   tym   byli   mistrzami).   Jeśli   to   nie   pomagało,   sięgali   po   oręż   i 

background image

przystępowali do wojny totalnej. Koszty zwycięstwa nie odgrywały dla nich roli, zdarzało się, że 
tracili nawet do osiemdziesięciu procent własnych zaangażowanych sił. Po każdej bitwie szybko 
uzupełniali braki i szykowali nową napaść.
        Przy takiej polityce zbrojne spotkanie z siłami imperium było kwestią czasu.
        - ...wniosek numer 525-117. Bez nagłówka. Bez argumentacji. Przeciwko?
        - W zasadzie nie jestem przeciwko - rozległ się nagle czyjś głos. - Ale mam pytanie.
        Na dwudziestu sześciu twarzach odmalowało się bezbrzeżne zdumienie. Brak rozwinięcia po 
numerze proponowanej ustawy oznaczał, że pochodziła ona od jednego z członków Rady. Takie 
regulacje przedstawiano jedynie wówczas, gdy nie budziły najmniejszych kontrowersji. Po drugie, 
niezwykła była sama postać pytającego. Głos nie należał do Pastoura.
               Pytającym   okazał   się   Wichman,   natomiast   pierwsza   część   oznaczenia,   numer   525, 
wskazywała, że propozycję złożył Pastour. Członkowie Rady ożywili się wyraźnie i spojrzeli z 
uwagą   na   domniemanych   adwersarzy.   Tylko   dwie   osoby   zachowały   kamienne   twarze:   Fehrle, 
pełniący   funkcję   przewodniczącego,   i   lady   Atago,   która   jako   stary   wiarus   gardziła   wszelką 
polityką.
        Pastour wyprostował się w fotelu i czekał na ciąg dalszy.
        - O ile dobrze zrozumiałem treść propozycji - powiedział Wichman - to zamierzamy stworzyć 
prawne podstawy do wykorzystania jeńców wojennych jako siły roboczej w naszych fabrykach 
broni. Zgadza się?
        - W dużym uproszczeniu - odparł Pastour. - Ale owszem. Czego dotyczy pytanie?
        - Ująłbym to w następujący sposób: żołnierz, który się poddał, to tchórz. Prawda? - Pastour 
przytaknął. - Tchórzostwo jest zaraźliwe. Czy w związku z tym nie ryzykujemy osłabienia morale 
naszych pracowników?
        Pastour aż parsknął.
        - Nie ma żadnego ryzyka. Widać nie czytał pan w ogóle mojej propozycji, skoro zadaje pan 
takie pytanie.
        - Zapoznałem się z wnioskiem dość dokładnie - oświadczył obojętnie Wichman. - Ale jednak 
pytam.
        Pastour westchnął. Zrozumiał, że Wichman dąży do konfrontacji, i zastanowił się przelotnie, 
czy zdoła uratować cokolwiek ze swojego planu.
        - Jeśli tak, to jestem winien panu wyjaśnienie - oznajmił, bezskutecznie usiłując wyprać swój 
głos z sarkazmu. - Sam problem wydaje się prosty, ale niełatwo go rozwiązać. Mamy dość mocy 
produkcyjnej   i   surowców,   aby   wygrać   wojnę.   Brakuje   nam   jednak   ponad   połowy   obsady, 
potrzebnej do obsługi wszystkich maszyn. Jestem przedsiębiorcą i podobne kłopoty są dla mnie 
chlebem powszednim. Wiem również, że nierzadko wystarczy skojarzyć dwie pozornie odległe 
rzeczy lub kwestie, aby otrzymać rozwiązanie. Można bowiem załatwić kilka spraw za jednym 
zamachem.
        - Na przykład?
        - Rozejrzałem się za potencjalnymi źródłami siły roboczej i w końcu pomyślałem o jeńcach. 
Ale nie o wszystkich. Najbardziej odczuwamy brak wykwalifikowanej siły roboczej, trzeba zatem 
skupić się jedynie na najzdolniejszych. A najwięcej lotnych umysłów można znaleźć pośród tych 
jeńców, którzy są utrapieniem każdego obozu. Wśród wichrzycieli, notorycznych uciekinierów i 
tak dalej.
        - Nie rozumiem. W jaki sposób brak dyscypliny łączy się z uzdolnieniami? - spytał Wichman.
        - To logiczne. Skoro ci więźniowie jeszcze żyją znaczy, że władze obozu mają swoje powody, 
aby ich nie eliminować. Tak początkowo przypuszczałem. Potem zbadałem sprawę i domysł okazał 
się słuszny. Z tego, co wiem, pozostali członkowie Rady są podobnego zdania.
        - Zatem obiecuje pan, że przyjęcie takiego planu całkowicie uzdrowi sytuację?

background image

               - Niczego nie mogę obiecać - mruknął Pasteur, świadom, że nijak nie zdoła ominąć tej 
pułapki. - Po pierwsze, to eksperyment. Gdyby nie przyniósł żadnych korzyści, nic nie stracimy. 
Szczególnie, że sam sfinansuję całe przedsięwzięcie.
               - Dobrze. Świetnie. Rozwiał pan już niemal wszystkie moje wątpliwości. Pozostała tylko 
jedna.
        - Jaka?
        - Obsada kierownictwa pierwszej placówki. Obawiam się, że brakuje nam doświadczenia na 
tym polu.
        Tu cię mam, pomyślał Pastour. Chcesz stanowiska. Nie było czasu na rozważania, czy można 
dopuścić Wichmana do jeńców.
        - Żywię nadzieję, że zechce pan służyć radą w tej materii - mruknął Pastour.
        - Z przyjemnością - stwierdził Wichman. 
        Zebrani odetchnęli z ulgą.
        - Raz jeszcze pytam - odezwał się sekretarz - czy ktoś jest przeciwko?
         Nie minęła chwila, a projekt ustawy numer 525-117 stał się obowiązującym prawem. Lady 
Atago   odhaczyła   kolejny   punkt   programu   w   swoim   notatniku.   Jeszcze   sześć   innych   spraw   i 
przyjdzie jej kolej. Po raz pierwszy wystąpi przed Radą jako pełnoprawna członkini gremium. 
Mimo to nie czuła tremy.
               Atago  miała  przedstawić  raport  o aktualnej  sytuacji  wojennej. Same  suche fakty.  Ich 
emocjonalny wydźwięk mało dla niej znaczył.
               Nie wątpiła, że z wolna szykuje się przesilenie.  Punkt zwrotny.  Najbliższa przyszłość 
zdecyduje o klęsce lub zwycięstwie. Atago musiała wyjaśnić to członkom Rady w taki sposób, aby 
i   oni   poczuli   nadciągający   powiew   historii.   Już   częściowo   wprowadzony   w   życie   plan,   który 
stworzyła   wraz   z   lordem   Fehrle,   winien   umocnić   Tahnijczyków   w   przekonaniu   o   ostatecznej 
wiktorii.
        - ...specjalny raport lady Atago... na pewno wszyscy z uwagą... 
        Atago nie wsłuchiwała się w uroczyste wstępy sekretarza. Poczekała jeszcze chwilę i wstała.
        Nawet na tym dostojnym gronie sprawiała niezwykłe wrażenie i dobrze o tym wiedziała. Była 
wyższa niż większość Tahnijczyków. Miała duże oczy, wydatne wargi i długie, sięgające niemal 
pasa, czarne włosy. Dopasowany mundur zdradzał warte grzechu ciało.
        Jednak tylko głupiec dałby się oszukać tym pozorom zmysłowości. Jedyną miłość lady Atago 
stanowiła wojna.
        - Panie, panowie - powiedziała. - Niebawem wszyscy otrzymacie pełny tekst mojego raportu, 
nie będę zatem nudzić was przytaczaniem go w całości. Krótko przedstawię najważniejsze punkty.
               Jak   wiadomo,   od   początku   zdołaliśmy   przenieść   wojnę   na   terytorium   przeciwnika. 
Odebraliśmy imperium znaczne obszary. Przyczyna naszych sukcesów jest dwojaka. Po pierwsze, 
tkwi   ona   w   niezachwianej   woli   zwycięstwa.   Po   drugie,   w  rozmiarach   machiny   decyzyjnej   sił 
zbrojnych   imperium.   Wbrew   pozorom   działa   to   na   naszą   korzyść.   Zanim   oni   zdołają   coś 
postanowić, jest już za późno. Niebawem jednak utracimy ten element przewagi.
        Ostatnie zdanie przykuło uwagę słuchaczy.
        - Oto dlaczego. Po pierwsze, w obecnej sytuacji każdy sukces militarny owocuje szeregiem 
problemów logistycznych. Wydłuża linie zaopatrzenia ponad bezpieczne maksimum. Zmusza do 
marnowania   sił   i   środków   na   obsadzanie   zdobytych   planet   garnizonami.   Po   drugie,   wysiłki 
imperatora,  aby przestawić ekonomię  oraz przemysł  z pokojowego trybu  na potrzeby wojenne 
przyniosą wkrótce efekty. Rozbudowują flotę. Już niedługo będą przewyższać nas zarówno siłą 
ognia, jak i liczbą sprzętu.
        Przerwała na chwilę, aby waga tych słów dotarła do obecnych. Teraz należało podsunąć im 
plan.
          - Musimy temu zaradzić. Razem z lordem Fehrle jesteśmy przekonani, że wiemy już, jak i 
gdzie uderzyć. - Wdusiła przycisk. W tym momencie przeciwległa ściana zapłonęła obrazem. Rada 

background image

spojrzała na mapy nieba przedstawiające dwa relatywnie bliskie systemy gwiezdne. Nie byłoby w 
nich nic niezwykłego, gdyby nie to, że oba leżały daleko w głębi imperium. - Pierwszy z systemów 
- wyjaśniła Atago - zwie się Al-Sufi. Mieści się tam główny skład tak zwanej antymaterii numer 
dwa, podstawowego źródła energii zarówno dla imperium, jak i dla Tahnijczyków. - Atago nie 
musiała dodawać, że Wieczny Imperator zawdzięcza swą pozy ej ę właśnie pełnej kontroli nad 
wytwarzaniem AM2. - Al-Sufi jest celem zasadniczym - kontynuowała. - Jeśli zdołamy opanować 
system, zadamy imperium wielki cios. Od pewnego czasu koncentrujemy naszą flotę w tej okolicy.
        - Ależ imperator na pewno świetnie zdaje sobie sprawę... - wtrącił się Pastour.
               - Właśnie mamy taką nadzieję. A to dlatego, że wspomniana koncentracja odbywa się 
wyłącznie na papierze. Manewr pozorowany.
        - Nie rozumiem - zabrał głos Wichman.
               - Pozwalamy przeciwnikowi mniemać, że szykujemy atak na Al-Sufi. Otrzymaliśmy już 
raporty  wywiadu  jednoznacznie  świadczące   o  tym,  że   imperator  odpowiedział   rozbudowaniem 
własnych sił w tym rejonie. Tymczasem naszym celem będzie zupełnie inny system! - Ujrzeli 
powiększenie drugiej mapy. System Durer. Powszechnie znane centrum przemysłowe i kluczowy 
węzeł komunikacyjny. - Jak widzicie, wzmocnienie Al-Sufi odbyło się kosztem Durera. Nic, tylko 
brać.
        Zgromadzeni pojęli w lot, że taki manewr nie tylko osłabi przeciwnika, ale pozwoli też zyskać 
placówkę na tyłach imperium.
        Stamtąd było już całkiem blisko do serca mocarstwa. Jeśli tylko dadzą lady Atago wolną rękę 
w realizacji planu...
        Sprawa przeszła przez aklamację.
        
        
Rozdział szósty
        
          Generał Mahoney zaciskał zęby z bólu i coraz szybciej przebierał nogami, aby nadążyć za 
dwoma eskortującymi go Gurkhami. Korytarz do apartamentów Wiecznego Imperatora ciągnął się 
bez   końca.   Mahoney   miał   wrażenie,   że   słyszy   pisk   oraz   skrzypienie   metalowych   trzpieni 
spajających jego sponiewierane kości.
        Drzwi otworzyły się z sykiem i ktoś wybiegł ze środka. Omal nie wpadł na Mahoneya. Ten 
zaklął,   z   trudem   odzyskał   równowagę,   po   czym   ruszył   dalej.   Byli   w   głębi   podziemi   zamku 
Arundel, a raczej tego, co z okazałej budowli zostało. Na górze miast powiększonej repliki dawnej 
ziemskiej fortecy ciągnęło się teraz morze poczerniałych ruin. Skutek niespodziewanego ataku sił 
nuklearnych Tahnijczyków. Promieniowanie wciąż utrzymywało się na wysokim poziomie.
               Atak na Centralny Świat miał na celu zgładzenie imperatora, jednak wrogowie nie mogli 
wiedzieć, że pod zamkiem kryje się potężny, głęboki na wiele kilometrów schron. Ich pomyłka 
mocno rozbawiła władcę. Obecnie każdy serwis informacyjny zaczynał się i kończył widokiem 
rumowiska, nad którym powiewały dwie flagi. Pierwsza była sztandarem imperium, poniżej zaś 
łopotał   złoty   proporzec   domu   panującego:   z   napisem   AM2   i   stylizowanym   rysunkiem 
przedstawiającym   strukturę   atomu.   Mahoney   przypuszczał,   że   imperator   chichocze   złośliwie, 
ilekroć zdarzy mu się ujrzeć ten chwyt łopatologicznej propagandy.
               Perspektywa spotkania z dawnym szefem i (zapewne) przyjacielem budziła w Mahoneyu 
mieszane uczucia. Tylko ostrożnie, powtarzał sobie w duchu. Przyjaźń z Wiecznym Imperatorem 
nie zawsze jest błogosławieństwem. To ona raczej, a nie służba jako taka, doprowadziła Mahoneya 
do obecnego żałosnego stanu.
        Podczas ataku Tahnijczyków na Cavite Mahoney ucierpiał sporo i w zasadzie cudem ocalał. 
Nie miał pojęcia, w jaki sposób wyszedł z opresji żywy, domyślał się jedynie, że musiał maczać w 
tym palce jego protegowany, młody Sten. Przytomność odzyskał w pełni wiele miesięcy po bitwie, 
ale kilka lat trwało, nim przestał regularnie spotykać  się z chirurgami. Za pomocą laserowych 

background image

skalpeli dokonali czegoś na kształt pomniejszego cudu, ostatecznie składając Mahoneya w jedną 
całość.
          Mimo to Mahoney czuł, że przybyło mu o wiele więcej lat, niżby wynikało to z metryki. 
Przywykł do regularnie powracających napadów bólu, jednak wciąż nie potrafił spokojnie spojrzeć 
w lustro. Jedna strona twarzy wyglądała zwyczajnie i nosiła wszelkie typowe znamiona długiego i 
intensywnego życia. Druga była gładka jak pupa niemowlęcia. Lekarze zapewniali generała, że 
wszczep upodobni się z czasem do reszty skóry,  ale Mahoney im nie dowierzał. Chociaż  pod 
pewnym względem musiał oddać medykom sprawiedliwość. Przecież jeszcze cztery miesiące temu 
nie mógł nawet poruszyć szczęką. Teraz owszem. Bolało jak diabli, ale żuchwa chodziła.
               Nie miał bladego pojęcia, dlaczego właściwie imperator pragnie go widzieć. Podejrzewał 
jedynie,   że   może   za   sprawą   dawnej   przyjaźni   władca   chce   osobiście   przekazać   mu   nowinę   o 
przyznaniu wcześniejszej emerytury. Czemu nie? Uposażenie dwugwiazdkowego generała w stanie 
spoczynku jest całkiem atrakcyjne. Poza tym zawsze istnieje szansa podłapania jakiejś dodatkowej 
roboty...
        Daj sobie luz, Ian. Prywatny przemysł nie potrzebuje aż tylu specjalistów od mordowania.
        Gurkhowie stanęli przed drzwiami pozbawionymi jakiejkolwiek tabliczki. Mahoney wrócił do 
rzeczywistości i przycisnął kciuk do identyfikatora. Ten pisnął pogodnie, a drzwi stanęły otworem.
        Mahoney wszedł do apartamentu imperatora. Pusto. Tylko komplet zgoła spartańskich mebli 
oraz szare ściany. Tak, chyba faktycznie chodzi o demobilizację, pomyślał.
        Nagle otworzyły się drugie drzwi w głębi pomieszczenia. Do nozdrzy Mahoneya doleciał cały 
bukiet kuchennych woni. W progu stanęła rosła, muskularna postać. Zlustrowała Mahoneya od stóp 
do  głów,  niczym   surowiec  na  główne   danie.  Generał  spróbował  zebrać  kończyny   do  postawy 
zasadniczej. Imperator tylko się uśmiechnął.
        - Widzi mi się, Mahoney - powiedział - że dojrzałeś do paru głębszych.
        
          - Mówię ci, Ian, ta cała przepychanka z Tahnijczykami sprawiła, że inaczej spojrzałem na 
życie. Gdy w końcu się ich pozbędę, zorganizuję wszystko na zupełnie nowych zasadach. Może się 
nie   domyślasz,   ale   żywot   Wiecznego   Impetarora   nie   jest,   wbrew   powszechnemu   mniemaniu, 
usłany różami.
        Mahoney uśmiechnął się krzywo.
        - Ani chwili spokoju, wciąż ktoś truje...
        - Czyżbym wyczuwał w twoim głosie nutkę cynizmu? - spytał imperator, podnosząc głowę 
znad deski do krojenia mięsa. - Uważaj, trochę już wypiłem.
        - Przepraszam, szefie. Nie chciałem.
               Znajdowali się w nowoczesnej kuchni przypominającej te montowane na krążownikach. 
Imperator nie był szczęśliwy z tego powodu, wolał tradycyjne wyposażenie, ale okoliczności nie 
zostawiały dużego wyboru. Ponadto niewiele było ostatnio czasu na gotowanie.
               Mahoney usiadł przy stole z nierdzewnej stali. Jego Wysokość wcisnął gościowi w dłoń 
szklankę z podwójną porcją alkoholu. Sam kręcił się po drugiej stronie stołu, przygotowując obiad.
               Posiłek  miał  być   poniekąd  militarny,  imperator   nazwał   danie  “atomówką”.   Głównym 
składnikiem była kura.
               Na   blacie   pomiędzy   rozmówcami   stanęła   butla   wypełniona   płynem   mającym,   wedle 
gospodarza, udatnie naśladować szkocką. Władca napełnił szklanicę, upił i wrócił do pracy. Jak 
zwykle bez najmniejszych trudności przeskakiwał z jednego tematu na drugi.
        - Nie pamiętam, jak naprawdę nazywa się ten specjał - powiedział. - Wiem tylko, że jadali tak 
niegdyś w Luizjanie. Dawno, jeszcze przed moimi czasami.
        Mahoney domyślił się, że Luizjana to nazwa jakiejś prowincji na Ziemi.
        - Ktoś musiał tam dojść do wniosku, że prawdziwe żarcie to takie, które najpierw wygotuje się 
i wysmaży z całego gówna. Z początku nie rozumiałem, o co chodzi, ale nauczyłem się z latami, by 

background image

nie sądzić pochopnie tego, co podpowiada nam tradycja stworzona przez prostych ludzi. Zacząłem 
próbować przyrządzać różne potrawy.
        - I okazały się przepyszne?
         - Nie. Nie dawało się nawet donieść do gęby. Najpierw pomyślałem, że to ja coś źle robię. 
Jednak   nie   ustawałem   w   wysiłkach.   Mój   dziadunio   zatłukłby   mnie   za   te   tony   zmarnowanego 
żarcia.   Ale   ostatecznie   doszedłem,   w   czym   rzecz.   Nie   wszystko   należy   traktować   w   ten   sam 
sposób, bo wtedy rzeczywiście wychodzi przypalone łajno.
        - Jak ziemniaki - zasugerował Mahoney. - Nie ma nic gorszego, niż przypalone kartofle.
        Wieczny Imperator przyjrzał się Mahoneyowi uważnie.
        - Niby jakie kartofle?
          Gość potrząsnął głową, sięgnął po szklankę i wychylił całą zawartość. Od razu poczuł się 
lepiej. Nalał nową porcję.
        - Takie głupie skojarzenie.
        Imperator zamilkł na dłuższą chwilę, lecz nie przerwał kucharzenia. Używając palców i dłoni 
jako miarki, napełnił miskę kolejno szczyptą świeżego pieprzu tureckiego, warzoną solą (tyle, ile 
zmieściło się na dwóch palcach), szczyptą czarnego pieprzu, garścią suszonej szałwi i kilkoma 
drobno   pokrojonymi   białymi   rzodkwiami.   Ustawił   misę   na   piecyku.   Obok   czekały   już   w 
pogotowiu: butelka wódki, świeżo wyciśnięty sok z cytryny, pół filiżanki kaparków i faska masła.
               Potem wyjął z lodówki tłustą kurę rasy kornwalijskiej i położył ją na metalowym blacie. 
Wyszukał wąski nóż, sprawdził palcem ostrze, pokiwał z zadowoleniem głową. Odwrócił kurę 
grzbietem do góry, a następnie rozciął ją wzdłuż kręgosłupa. Przyjrzał się swojemu dziełu i odłożył 
nóż.
               - Chciałbym ci coś opowiedzieć, Mahoney - stwierdził. - Posłuchaj uważnie, a potem mi 
powiesz, czy widzisz rzecz podobnie.
        Generał nastawił uszu. Może dowie się wreszcie, po co go zaproszono.
        - Znasz system Al-Sufi? 
        Gość przytaknął.
        - Wielkie składy AM2. Chyba trzymamy tam z jedną trzecią zapasów?
               - Właśnie. Ostatnio otrzymuję coraz więcej raportów, że Tahnijczycy gromadzą w tych 
okolicach  jakieś siły.  Powoli, ale  konsekwentnie.  Tu przesuną  jakąś flotę,  tam coś wzmocnią. 
Przechwytujemy też sporo informacji z gadaniny statków zaopatrzenia.
               -  Obdartusy  z  floty  handlowej.  Zawsze  są  tacy  sami   -  rzekł   Mahoney  w przypływie 
współczucia. - Nasi czy tahnijscy, bez różnicy. Lekceważą podstawowe zasady bezpieczeństwa. - 
Sięgnął po drinka. - Ale w czym sprawa? Jeśli poznaliśmy zamiary nieprzyjaciół, to jesteśmy w 
połowie wygrani.
        - Właśnie - mruknął imperator, ponownie sięgając po nóż i zmieniając temat. - Patrz uważnie, 
Ian. Filetowanie kury jest dziecinnie łatwe, gdy wiesz, jak się do tego zabrać. W przeciwnym razie 
zamiast usunąć z niej wszystkie kości, sam sobie wyprujesz flaki.
               Imperator ostrożnie wykonał dwa głębokie cięcia po obu stronach kręgosłupa, następnie 
zahaczył go palcem i wyciągnął z tuszy.
               Potem ułożył kurę płasko i przyciskając dłońmi z obu stron, zmiażdżył odchodzące odeń 
kości.
        - Widzisz? - spytał, pokazując gładko oderwany mostek.
        - Zadziwiające - wymamrotał Mahoney. - Ale wciąż nie rozumiem, skąd to niedowierzanie, 
jeśli chodzi o raporty wywiadu na temat zamierzeń Tahnijczyków.
        Imperator włączył palnik.
        - Słusznie odgadujesz, że im nie dowierzam. Ale to nie ich wina. Sądzę, że Tahnijczycy chcą 
wyszykować nam niespodziankę.
        - Jaką?
        - W pobliżu Al-Sufi leży drugi ważny system. Durer.

background image

        - Coś o nim słyszałem.
        - Pamiętasz, gdzie to jest?
        Mahoney poszperał w pamięci i aż się zdumiał.
        - Przecież...
               - Durer leży o plunięcie od nas - przerwał imperator. Musiałoby to być bardzo solidne 
plunięcie, ale Mahoney pojął, w czym rzecz.
               -   Jeśli   ma   pan   rację   -   powiedział   -   i   Tahnijczycy   faktycznie   zwodzą   nas   pozorami 
przygotowań,   to   będziemy   ugotowani.   Siły   zgromadzone   w   Al-Sufi   pójdą   na   rozkurz,   a 
nieprzyjaciel otworzy sobie drogę do serca imperium.
        - Ciekawe, prawda?
        - I co pan planuje?
          - Najpierw załatwię tę kurę - stwierdził imperator, obracając się do piecyka. - Cała sztuka 
polega na porządnym rozgrzaniu rondla.
               Mahoney przysunął się bliżej. Nie bez racji przypuszczał, że sztuka kulinarna splecie się 
dzisiaj z wojenną.
               Imperator podkręcił płomień na maksimum i postawił na palniku wielki rondel z lanego 
żelaza. Rondel zadymił, ale wentylator działał sprawnie. Po chwili siwe smugi zniknęły.
        - Widzisz pan fale powietrza nad tym naczyniem?
        - Owszem.
               - Im bardziej się nagrzewa, tym powietrze szybciej krąży. Trzeba poczekać, aż w całym 
wnętrzu rondla będzie panowała jednakowa temperatura.
        - Czy już?
          - Prawie, ale niezupełnie. Właśnie w tym miejscu większość popełnia błąd. Za minutę lub 
dwie powietrze pozornie się uspokoi, a dno rondla przybierze barwę popiołu.
          Gdy metal zmienił kolor na szarobiały, gospodarz kazał Mahoneyowi odsunąć się na parę 
kroków.   Cisnął   do   rondla   spory  kawałek   masła   i   odskoczył.   Strzeliły   płomienie.   Gdy   opadły, 
imperator   dorzucił   przyprawy   z   miski,   zamieszał   całość   kilka   razy   w   jedną   stronę,   potem   w 
przeciwną. W końcu wrzucił kurę. Zasyczało ogłuszająco, buchnął dym.
        - Posmaży się kilkanaście minut, obrzucę ją kaparkami i schowam na kwadrans do piecyka, 
żeby doszła.
        - Podejrzewam, że nieco większy rondel rozgrzewa się właśnie na powitanie Tahnijczyków - 
rzekł z namysłem Mahoney.
          Imperator, chichocząc, przełożył poczerniałą z wierzchu kurę na półmisek. Dodał kaparki i 
schował   całość   do   piekarnika   nastawionego   na   trzysta   pięćdziesiąt   stopni.   Przykręcił   płomień 
palnika i postawił rondel z przyprawami z powrotem na ogniu. Chlusnął do środka potężną ilość 
wódki, dolał ćwierć łyka soku z cytryny. Mikstura miała się przydać, gdy kura opuści piekarnik.
        - Masz rację - rzekł w końcu. - Odpłacam im tym samym. Są przekonani, że gromadzę siły 
wkoło Al-Sufi.
        - A w rzeczywistości będą czekały na Tahnijczyków pod Durer. 
        - Tak jakoś.
        Zapadła chwila ciszy.
        - Jedno pytanie, szefie. A jeśli się mylimy? Jeśli naprawdę zaatakują Al-Sufi?
          Imperator wybrał kilka szparagów i właśnie zamierzał udusić je na parze z odrobiną masła 
tymiankowego oraz z wytrawnym białym winem.
        - Dotąd myliliśmy się raz za razem. 
        - I nie stać nas na więcej błędów?
        - Otóż to. Dlatego tu jesteś.
        Wydobył z kieszeni małe czarne pudełeczko i podał Mahoneyowi. 
        Wewnątrz leżały pagony z dystynkcjami marszałka floty.
        - Chcę, byś poprowadził moje siły w tej bitwie - oświadczył imperator.

background image

        Mahoney zapatrzył się w naszyte gwiazdki. Nie potrafił zapomnieć, kiedy ostatni raz otrzymał 
rozkazy wprost od imperatora. I dokąd go te rozkazy rzuciły, co z tego wynikło...
        - Zrobisz to dla mnie?
        Marszałkowi floty Ianowi Mahoneyowi zabrakło słów. Kiwnięciem głowy przyjął spadłe nań 
zaszczyty.
        
        
Rozdział siódmy
        
               Wielki  transportowiec więzienny z szumem  wylądował  na powierzchni  Heath, stolicy 
wszystkich systemów opanowanych przez Tahnijczyków. Rozstawiono straże, otworzono rampy. 
Jeńcy zaczęli opuszczać pokład.
               Sten   i   Alex   nie   mogli   wyjść   ze   zdumienia.   Podzwaniając   archaicznymi   kajdanami   i 
plastikowymi łańcuchami, ruszyli po pochylni. Miast do spodziewanej kopalni trafili na...
        - Byliśmy tu już kiedyś - szepnął Alex, prawie nie poruszając ustami. Każdy jeniec z dużym 
stażem musiał posiąść tę sztukę.
               Genialny w swej prostocie pomysł  lorda Pastoura został skutecznie  obrzydzony przez 
wszechwładnych biurokratów. Wysłali tylko jeden statek, aby obleciał światy więzienne i zebrał 
osoby przeznaczone do przeniesienia. Była to długa i mało higieniczna podróż.
               Dlatego   wysiadający   jeńcy   w   niczym   nie   przypominali   elity   intelektualnej.   Brudni, 
śmierdzący, charczący, potargani...
               Wszelako   nie   tworzyli   zwykłej   grupy,   co   poznawało   się   po   zaostrzonych   środkach 
bezpieczeństwa. Skutych więźniów eskortowali rozstawieni, co pięć metrów uzbrojeni żołnierze. 
Specjalnie zatrzymano w tym celu cały pierwszoliniowy pułk piechoty, który już od trzech tygodni 
powinien być na froncie. A wszystko po to, aby doprowadzić do nowego obozu motłoch liczący 
tysiąc mężczyzn i kobiet.
        Sten człapał z opuszczoną głową i zwieszonymi bezwładnie rękami - tak powinien wyglądać 
idealny więzień. Ukradkiem lustrował otoczenie, jednym uchem łowił komentarze Alexa.
        - Cholerne Heath - szepnął.
        - Wtedy było bardzo wesoło. Zabawy, imprezy...
        - Teraz jest wojna, idioto.
        Alex przestał wspominać i spojrzał na miasto pod innym kątem.
               Ten jeden raz, kiedy odwiedzili Heath, wypełniali tajną misję. Mieli odszukać pewnego 
mordercę   i   dostarczyć   go,   gdzie   trzeba.   Jednak   od   tamtej   pory   upłynęło   już   wiele   lat   i   Sten 
wiedział, co mówi. Wojna poszarzyła stolicę.
        Podczas przemarszu nie spotykało się prawie żadnych pojazdów; przydziałowego paliwa i tak 
nie starczało dla wszystkich. Armia chłonęła każdą kroplę jak gąbka. Sklepy były w większości 
zamknięte, nieliczne otwarte straszyły prawie pustymi  półkami. Z rzadka napotykani cywile na 
widok żołnierzy albo pierzchali w boczne uliczki i bramy, albo pozdrawiali dzielnych obrońców 
ojczyzny chrapliwym  krzykiem,  który w mroźnym  powietrzu brzmiał dziwnie piskliwie. Zaraz 
potem przyspieszali kroku i też gdzieś znikali.
        Oddział wędrował pod górę wąskimi i coraz bardziej stromymi uliczkami.
          Sten zamyślił się. Zgodnie z regułami propagandy czasu wojny winni maszerować pośród 
radośnie wiwatującego tłumu, opluwani i obrzucani wyzwiskami. Oto wreszcie najgorsi spośród 
barbarzyńców   trafili   w   nasze   ręce!   I   jeszcze   transmisja   na   żywo.   Czemu   Tahnijczycy   nie 
skorzystali z tak wspaniałej okazji?
        Jak to wyjaśnić? Po pierwsze, oni myślą innymi kategoriami. Niewykluczone. Po drugie, nie 
zebraliby takich tłumów. Nie. W państwie totalitarnym to nie jest problem. Może, zatem nie chcą 
pokazać wszem i wobec, jak bardzo wojna dotknęła ich stolicę? Wysoce prawdopodobne i warte 
rozważenia...

background image

            Głośny wrzask strażników przywołał Stena do rzeczywistości. Kazano im zatrzymać się i 
stanąć na baczność. Zamiast zwykłych w takich razach pojazdów naprzeciwko kolumny pojawił się 
samotny   oficer   jadący   wierzchem   na   jakimś   zwierzaku.   Wysokiemu   rangą   żołnierzowi 
towarzyszyło kilku pieszych.
        - A to co?
        - Jasny gwint! - szepnął Alex. - Chabeta pier... 
        - Koń?
        - Właśnie. Ziemskie bydlątko. Gryzie i wierzga. Milusie.
        Sten chciał zbadać sprawę bliżej, ale kolumna znów ruszyła. Po raz pierwszy podniósł głowę i 
spojrzał w głąb uliczki.
        Żołądek podszedł mu do gardła.
          Na wprost nich wznosiła się wielka kamienna budowla, przycupnięta na szczycie wzgórza, 
niczym   szarawe   przedpotopowe   monstrum.   Strzeliste   mury   wieńczyła   na   wpół   zrujnowana 
ośmiokątna   wieżyca,   jakby   zawieszona   między   ziemią   a   chmurnym   niebem.   Całość   miała   z 
dwieście metrów wysokości.
        Alex też był pod wrażeniem.
          - Chłopie - mruknął - gnają nas do kościoła! Ale to chyba nie świątynia, lecz nasza nowa 
chata!
        
        
Rozdział ósmy
        
        To nie Tahnijczycy wznieśli katedrę Koldyeze. Oni czcili jedynie samych siebie, rasę wybraną 
i przeznaczoną do wielkich czynów.
         Pierwotnie Heath zasiedlali członkowie rolniczych wspólnot, nader religijni monoteiści, dla 
których Koldyeze była równie czcigodna jak Watykan. Budowa gigantycznej katedry na szczycie 
wzniesienia zajęła im prawie dwieście lat.
        Osadnicy nie mieli żadnych szans przeciwstawienia się Tahnijczykom, gdy ci runęli któregoś 
dnia   na   planetę.   Jeszcze   wtedy   napastnicy   nie   przypominali   późniejszej   rasy   wybranej,   byli 
zwykłymi barbarzyńcami. Z miejsca przystąpili do rugowania zastanej kultury, zakazując tubylcom 
używania   własnego   języka   w   jakiejkolwiek   postaci,   unieważniając   ich   obyczaje,   stawiając   na 
cenzurowanym praktyki religijne. Stary obrządek zszedł do podziemia. W końcu zaniknął.
               Nowo przybyli, choć nie wyznawali żadnej religii, to najwyraźniej wierzyli w przesądy. 
Brakło   im   zdecydowania,   by   zrobić   cokolwiek   z   górującą   nad   miastem   katedrą.   Ostatecznie 
ogrodzili ją zasiekami z drutu kolczastego i na kilka setek lat zostawili samą sobie. Siedemdziesiąt 
pięć lat wcześniej niszczyciel, uszkodzony skutkiem awarii autopilota, utrącił iglicę ze szczytu. 
Deszcze i burze nadwerężyły kamienie.
        Jednak nadal była to potężna budowla.
               Powstała na planie krzyża  łacińskiego, dłuższa oś miała dwa kilometry,  krótsza jeden. 
Pośrodku krzyża umieszczono sanktuarium. ponad nim wieżę z dzwonnicą. Krótsze ramię było w 
całości zadaszone, dłuższe mieściło kilka otwartych dziedzińców.
               Kasta kapłańska pierwszych osadników nie izolowała się tak całkiem od wiernych, lecz 
katedrę   pomyślano   jako   obiekt   samowystarczalny.   Poniekąd   przypominał   on   ufortyfikowany 
klasztor. Pacyfistycznie nastawieni duchowni bez słowa zastosowali się do rozkazu Tahnijczyków i 
opuścili świątynię, lecz przedtem zamknęli i zamurowali większość komnat i korytarzy.
            Zdobywcy doszli do wniosku, że kamienny gmach idealnie nada się na więzienie. Przede 
wszystkim dlatego, że już stoi i nie trzeba będzie marnować sił oraz środków na budowę czegoś 
nowego. Pobór mocy z sieci planety nie powinien stanowić problemu, doprowadzenie zaś starych 
wnętrz do ładu spadnie i tak na barki więźniów.

background image

        Północne ramię katedry, gdzie mieściło się główne wejście, zostało odcięte od reszty budowli. 
Pomieszczenia  wkoło  pomocnego  dziedzińca  przeznaczono  dla  straży i administracji.  Korytarz 
wiodący   z   dziedzińca   do   sanktuarium   wyposażono   w   liczne   czujniki   i   przegrodzono   trzema 
niezależnymi bramami.
               Całą   katedrę   otoczono   czterema   rzędami   solidnych   płotów.   Grunt   pomiędzy   płotami 
naszpikowano czujnikami i minami.
               Prace nie zostały jeszcze zakończone, kiedy uznano, że w Koldyeze można już osadzić 
więźniów. Najważniejsze, że ogrodzenia były już gotowe, bo przecież imperialni jeńcy, choć lotny 
element, nie potrafili jednak fruwać. Resztę systemów antyucieczkowych zamierzano zamontować 
później.
        Tahnijczycy nie mieli wątpliwości, że nikt nie zdoła wymknąć się z Koldyeze.
        Jeńcy przyjrzeli się grubym murom i stalowym bramom. Nie tracili nadziei, że któregoś dnia 
ktoś z ich grupy okaże się dość zmyślny, aby przeniknąć stąd na wolność.
        
        
Rozdział dziewiąty
        
          Na dziedzińcu strażnicy ustawili jeńców do apelu. Sten z ciekawością obserwował nowych 
opiekunów.
               W zasadzie przypominali  tych  z poprzednich  obozów: muskularne  byczki,  bohaterscy 
symulanci, szczeniaki w wieku przedpoborowym, emeryci za starzy do służby liniowej.
        Ani trochę lepsi, ani trochę gorsi.
               Ale żaden z nich nie nosił pejcza. Za całe uzbrojenie służyły jedynie gumowe pałki i 
paralizatory. Co ciekawe, nie posiadali też karabinów i jak dotąd żaden więzień nie oberwał kolbą, 
co dotychczas stanowiło zwykły sposób przywoływania podopiecznych do porządku.
          Ten najgłośniej wrzeszczący miał naszywki majora policji. Pas ledwie obejmował potężne 
brzuszysko. Tęgi mężczyzna mimowolnie sięgał co chwilę do kabury, jednak nie ważył się jej 
rozpiąć. Jego twarz osobliwie wykrzywiały liczne blizny.
        - Przyjemniaczek - szepnął Alex. - Z misiem się na mordy pozamieniał.
         Szeregi wreszcie stanęły w miarę prosto i pułkownik Virunga wystąpił przed front. Była to 
jedna z nielicznych jasnych stron paskudnej sytuacji. Już podczas podróży okazało się, że Virunga 
jest najstarszym oficerem w całej grupie i tym samym od razu został imperialnym komendantem 
obozowiczów.
        Pułkownik ogarnął podwładnych spojrzeniem i już zamierzał wydać rozkaz “baczność”, gdy 
nagle zamarł.
        Na skrzydle formacji stał nie zidentyfikowany osobnik. Wyraźnie starał się zachować dystans 
wobec pozostałych. Prezentował się wręcz wyzywająco. Miał półtora metra wysokości i nijak nie 
można   było   domyślić   się   jego   płci.   Grube   nogi   i   ogólna   postawa   sugerowały,   że   gdzieś   na 
wcześniejszych stadiach ewolucji przodkowie tego dziwnego stworzenia podpierali się masywnym 
ogonem, który potem zaniknął. Ręce, niemal równie potężne jak nogi, kończyły się kościstą dłonią 
ze zdumiewająco smukłymi palcami.
               Ciało osobnika było pozbawione szyi. Ramiona przechodziły wprost w krągłość czaszki 
zwieńczonej  sześcioma  różowymi   wyrostkami   -  zapewne  pełniły  one   funkcje   jakichś  organów 
zmysłów. Niegdyś dziwoląg ten musiał być dość pulchny, obecnie sierść wisiała na nim jak za duże 
futro.
          Virunga nie miał dostępu do oficjalnych danych, nie zdołał też jeszcze poznać wszystkich 
towarzyszy niedoli, jednak nie rozumiał, jakim cudem ów stwór zdołał ujść jego uwagi.
        - Do szeregu.

background image

         - Ani myślę. - zaskrzeczał cudak. - Nazywam się Lay Reader Cristata, jestem cywilem, nie 
żołnierzem. Nie mam nic wspólnego ani z imperium, ani z Tahnijczykami. Zostałem bezprawnie 
uwięziony i przymusem zagnany w tryby tej machiny śmierci.
          Virunge zatkało. Czyżby Cristata roił sobie, że reszta zgłosiła się do niewoli na ochotnika? 
Swoją drogą, ciekawe, jak ktoś tak dumny zdołał przeżyć w obozie aż do dzisiaj?
        Major warknął coś pod nosem i dwóch strażników z pałkami skoczyło ku opornej jednostce, 
jednak zanim dobiegli, jakiś rosły mężczyzna w podartym mundurze piechoty złapał Cristate za pas 
i czym prędzej wciągnął do szeregu. Najwyraźniej użycie siły ostudziło zapały buntownika. Został, 
gdzie go ustawiono.
        - Do dziesięciu... odlicz!
        Oparty na lasce Virunga dyskretnie zerknął w górę. Przez szerokie przeszklone drzwi balkonu 
na drugim piętrze spoglądały na dziedziniec jakieś dwie twarze.
        Szykowało się spotkanie z nowymi panami życia i śmierci.
        
        
Rozdział dziesiąty
        
               Mimo wysokiego stopnia pułkownik policji Derzhin nie miał się ani za gliniarza, ani za 
żołnierza. Wiele lat wcześniej, jeszcze przed wojną z imperium, służył jako podporucznik na statku 
zwiadowczym. Z jakiegoś powodu jeden z awaryjnych zbiorników tlenu na mostku eksplodował 
wtedy   tak   nieszczęśliwie,   że   nie   tylko   zabił   czterech   funkcyjnych   oficerów,   ale   zniszczył   też 
komputer  nawigacyjny.  Derzhin został  jedynym  oficerem na pokładzie.  Z konieczności  przejął 
dowództwo. Głównie za sprawą wielkiego szczęścia zdołał potem doprowadzić uszkodzony statek 
do najbliższego zamieszkanego świata.
          W owym czasie panował akurat sezon na bohaterów, z miejsca bowiem dano Derzhinowi 
awans i kilka medali. Pułkownik nie skusił się jednak na karierę wojskowego. Gdy w rok później 
wrzawa   przycichła   i   nikt   już   o   nim   nie   pamiętał,   poprosił   o   zdemobilizowanie.   Dzięki 
odznaczeniom uzyskał niezbyt eksponowane stanowisko w jednej z korporacji Pasteura.
        Tam wyszło na jaw, że dawny wiarus jak nikt potrafi organizować pracę. Awansował szybko. 
Pastour powiedział kiedyś, że gdyby wysadzić Derzhina na samotnym asteroidzie, dać mu sześć 
robotów i dwa młotki, to po roku prototyp statku miałby już za sobą pierwszy oblot, a na linii 
produkcyjnej rosłyby jeszcze trzy alternatywne modele.
        Armia zgodziła się, aby pułkownik pozostał w rezerwie. Uznano jego wielką przydatność w 
przemyśle. Nie był antymilitarystą, ostatecznie należał do rasy Tahnijczyków. Nigdy nie wątpił w 
jej przeznaczenie. Wojna wydawała mu się oczy wista koniecznością.
               Wszelako nie palił się, by wrócić w kamasze. Pastour też wolałby nie tracić cennego 
pracownika.
          Gdy tylko Pastour odkrył cenne źródło wykwalifikowanej siły roboczej w osobach jeńców 
wojennych, z miejsca oddelegował Derzhina do realizowania projektu. Wiedział dobrze, że żaden 
urzędnik nie zmieni  się z dnia na dzień w dobrego nadzorcę. A Derzhin był  więcej niż tylko 
urzędnikiem.
        Do pomocy przydzielono mu Avrentiego, majora służb bezpieczeństwa. On także nie posiadał 
praktyki, ale zawodowi pracownicy więzienni byli w cenie i wciąż ich brakowało. Avrenti zaś 
uchodził za jednego z najlepszych specjalistów od zapobiegania aktom sabotażu. Ktoś, kto znał się 
na   podkładaniu   minibomb,   uszkadzaniu   sprzętu   i   kto   wiedział,   jak   rozpoznać   potencjalnego 
sabotażystę,   nie   powinien   mieć   kłopotów   z   odłowieniem   malkontentów,   szczególnie   w   pilnie 
strzeżonym więzieniu.
        Avrenti wyglądał na osobę nader niepozorną. Nie rzucał się w oczy, nie zapadał w pamięć. 
Mógłby   zostać   idealnym   szpiegiem.   Łagodny,   nieskłonny   do   kłótni   wygrywał   zwykle   dzięki 
twardej argumentacji i uporowi. Jedyną jego słabostką było upodobanie do noszenia antycznych 

background image

okularów. Gdy ktoś pytał majora, czemu nie podda się operacji korygującej, nie każe wszczepić 
sobie implantów czy protez, wyjaśniał, że po prostu nie lubi lekarzy. W rzeczywistości nie cierpiał 
na żadną wadę wzroku, okulary zaś dawały mu lekką przewagę nad rozmówcą. Miał czym zająć 
przez   chwilę   palce,   by   w   milczeniu   obmyślić   odpowiedź.   Inni   osiągali   to   samo,   manipulując 
pisadłami, pierścionkami lub z wolna nabijając fajkę.
        Obaj wyznaczeni do zadania oficerowie spoglądali teraz z góry na swych podopiecznych.
        - Rozumiem, że pora na moje przemówienie - stwierdził w końcu Derzhin.
        - Tak byłoby najlepiej - przyznał Avrenti.
          - Wie pan, majorze - rzekł z uśmiechem pułkownik - to nie różni się wiele od dotychczas 
wypełnianych przeze mnie obowiązków.
        - Tak. I dobrze, bo to nie moja działka. A wolałbym nie zmieniać przyzwyczajeń.
        - Zabawne. Przemawiałem już do możnych tego świata, do pijanych dokerów, ale z jeńcami 
wojennymi nie miałem jeszcze do czynienia. - Avrenti nie odpowiedział, a Derzhin mruknął po 
chwili. - Ale to chyba nie będzie trudne. - Muszę przekonać ich tylko, żeby przyłożyli się do pracy.  
Ku większej chwale Tahnu. Jeśli posłuchają, zostaną wynagrodzeni widokiem poranka. Jeśli nie... 
Lub   jeżeli   spróbują   ucieczki...   Nawet   imperialni   powinni   pojąć   taką   logikę.   -   Avrenti   wciąż 
milczał. - Zgadza się pan, majorze? Czy to dobre podejście? Więcej wie pan o wojsku niż ja.
        - Niewiele mogę panu pomóc - odezwał się Avrenti. - Nie rozumiem toku myślenia żołnierza, 
który znalazł się w rękach nieprzyjaciela, a mimo to nie spróbował przy pierwszej okazji popełnić 
samobójstwa.
        - No tak - stwierdził obojętnym tonem Derzhin.
        Otworzył drzwi i wyszedł na balkon.
        
        Major policji Genrikh czym prędzej wrócił do swej kwatery. Czuł, że jeszcze moment, a nie 
wytrzyma.
               Już chciał trzasnąć masywnymi  drewnianymi drzwiami, gdy opanował się i zamknął je 
spokojnie. Zerwał pas, ale wbrew zamiarowi nie cisnął go na podłogę.
        Przed chwilą ujrzał coś rodem z koszmaru sennego.
        Ale czy to bezpieczne folgować wściekłości? Jaką może mieć pewność, że w jego kwaterze 
nie zamontowano pluskiew? Sam nawtykałby ich z tuzin.
        Odłożył pas na krzesło, otworzył biurko i wydobył butelkę. Sprawdził, czy zaznaczono na niej 
poziom płynu, łyknął potężnie i padł na pryczę.
        Jak on to zniesie?
               Zaraz przywołał się do porządku. Przecież go ostrzegano. Najpierw ten przydupas lorda 
Wichmana, potem sam dostojny pan podczas osobistej audiencji.
        Ale jednak.
          Zęby nieprzyjemnie zazgrzytały o szyjkę butelki. Genrikh niemal cale życie zajmował się 
penalizacją.   Był   ekspertem   w   tej   dziedzinie.   Potrafił   poradzić   sobie   nawet   z   najbardziej 
zatwardziałymi   kryminalistami.   Zbrodni   upatrywał   we   wszystkim,   co   zagrażało   porządkowi 
tahnijskiego społeczeństwa. Nawet w zwykłym nieposłuszeństwie wobec przełożonego.
               Matka Genrikha wykonywała najstarszy zawód świata; nawet ona nie znała imienia ojca 
swego dziecka. Czasem wyobrażał sobie, że był nim młody zdolny oficer, który zmuszony do 
małżeństwa szukał szczęścia w innych kontaktach. Matka nie stawała się w tych snach piękną 
księżniczką, ale brak spójności nie szkodził opowieści.
          Genrikh wyrastał czując się kimś gorszym. Bał się zawsze, że w końcu ktoś odkryje jego 
podejrzane pochodzenie i zrobi z tego użytek. Ale tak czy inaczej stale z niego kpiono. Koledzy 
szydzili   z   nadgorliwego   lizusa,   który   przy   każdej   okazji   biegał   na   skargę   i   nieodmiennie   do 
wszystkiego zgłaszał się na ochotnika.
        W nieunikniony sposób trafił do więziennictwa.

background image

        Obsesyjne zainteresowanie cudzym morale zaowocowało wyśmienitymi wynikami w pracy na 
stanowisku nadzorcy. Dzięki własnemu zepsuciu Genrikh okazał się idealny. Szybko piął się po 
szczeblach kariery. Rychło więc uznano go za jednostkę przeznaczoną do wielkich zadań. Gdy 
jeszcze przed wojną Rada Tahnu dojrzała niebezpieczeństwo związane z powstawaniem wolnych 
związków zawodowych pośród bezlitośnie wykorzystywanych robotników, skorzystano właśnie z 
fachowości   Genrikha.   Kazano   mu   zniszczyć   wszystkich,   którzy   stają   na   drodze   interesów 
przemysłowców.   Sprawdził   się   jako   szef   oficjalnych   związków   kompanii.   Dobrze   też   odegrał 
swoją rolę jako łamistrajk i informator.
        Zalążkowe wolne struktury prędko rozpowszechniły wieść, że każdy wróg Genrikha musiał 
liczyć   się  z   kłopotami.   Przeciwników   Genrikh   wybierał   wedle   własnego   uznania   i  wszystkich 
traktował jednako. Jeśli tylko trafiała się okazja, robił z nich sito i podrzucał gdzieś ukradkiem.
               Lord Wichman, główny zleceniodawca Genrikha, przymykał oko na tego typu uczynki. 
Ostatecznie miast ukarać rzezimieszka, mianował go okresowo dowódcą swojej ochrony. Wiedział, 
że w końcu znajdzie dla bezwzględnie lojalnego sługi jakieś odpowiednie stanowisko. Genrikh 
rzeczywiście wykazywał ślepe posłuszeństwo wobec lorda. Pasował jak ulał do planu Pasteura i to 
niezależnie od tego, co Pastour naprawdę zamierzał.
          Genrikh ochłonął wreszcie i już spokojnie pociągnął łyk z butelki. Wyobrażał sobie, co by 
zrobił, gdyby był komendantem tego więzienia. Dobry temat. Major aż się uśmiechnął. Bo przecież 
nie potrwa długo, a naprawdę nim zostanie.
        Taaak.
        Ci jeńcy to nie tylko kryminaliści, ale jeszcze tchórze i zdrajcy, pomyślał. Genrikh uznawał za 
zdrajcę każdego, kto nie oddawał czci rasie Tahnijczyków.
               Dobra, chcecie mieć wykwalifikowanych  robotników. Wasza sprawa. Najpierw jednak 
musicie nad nimi zapanować. Skłonić do posłuszeństwa. Jak to się robi? Proste. Najpierw należy 
wybrać z tego tysiąca przypadkowych stu i zatłuc ich na śmierć.
            Nie, poprawił sie w myślach. Wybrać stu i kazać innym, aby zabili współtowarzyszy. Na 
zasadzie: albo go zabijesz, albo sam zginiesz. Właśnie. Od razu nabraliby szacunku.
          A tutaj? Dach nad głową, wyżywienie! Po co? Niech siedzą na polu, niech jedzą korzonki. 
Przecież imperium dysponuje tysiącami rekrutów, którzy na dodatek nie potrafią walczyć do końca. 
Trzeba wybić to bydło, wszystkich po kolei, aż nie pozostanie im ani jeden żołnierz.
        Zresztą już niedługo pułkownik Derzhin będzie musiał uznać własny błąd i odejdzie.
        A wtedy Gernikh urządzi więzienie po swojemu.
        
        
Rozdział jedenasty
        
        Po przemówieniu pułkownika Derzhina jeńcy odmaszerowali do swoich kwater. Rozbiegli się. 
zaraz po katedrze, aby zbadać każdy kąt.
               Po raz pierwszy od czasu schwytania trafili do więzienia, w którym zbywało miejsca. 
Najgorszą, czysto nieformalną szykanę każdego obozu stanowił całkowity brak prywatności. Nie 
było   szans,   aby   choć   przez   chwilę   cieszyć   się   samotnością.   Tym   razem   tysiącu   jeńcom 
pozostawiono do dyspozycji wnętrza obliczone niegdyś na piętnaście tysięcy mieszkańców.
        Sten i Alex naradzali się na jednym z dziedzińców.
        - Panie Kilgour?
        - Tak, podoficerze Horrie?
        - Czy już znalazł pan sposób, aby wyleźć z tego grobowca?
               -   Jeszcze   nie.   Ale   stawiałbym   na   wschodnie   lub   zachodnie   skrzydło.   Lub   wprost   z 
sanktuarium. Najlepiej wygląda zachodnie, kończy się blisko urwiska.
        - Racja.

background image

        I poszli w głąb południowego skrzydła, najbardziej oddalonego od wejścia, by poszukać sobie 
jakichś kwater.
        Byli doświadczonymi jeńcami, którzy próbowali zbiec nie raz i nie dwa. Wiedzieli więc, że 
aktywność ucieczkową należy uprawiać jak najdalej od własnego miejsca zakwaterowania. Wyjście 
pierwszego tunelu umieścili pod własnymi pryczami i szybko poczuli na własnej skórze, jak wielki 
błąd   popełnili.   Co   dwadzieścia   minut   musieli   wstawać,   by   wpuszczać   usmolonych   kopaczy   i 
wyciągać worki z ziemią. Inspekcje też nie ułatwiały życia.
        Poszukiwania nie trwały długo.
        - Czy to nie piękne? - spytał radośnie Alex.
        Sten rozejrzał się po pokoju. W myślach od razu ułożył treść ogłoszenia:
        
        DO WYNAJĘCIA
        
        OBSZERNY POKÓJ, dwadzieścia na piętnaście metrów. Miejsca dość na kocie figle. Kota 
przynieść   własnego.   Szczury   zapewniamy.   Niegdysiejsze   biuro   zapewne   już   nie   istniejącej 
instytucji   religijnej.   Południowe   okna   bez   zaglądających   w   nocy   reflektorów.   Pierwsze   piętro 
gwarantuje   brak  kopaczy  tunelowych.   Ciche   sąsiedztwo.   Dwa   piętra   nad  głową  pozwalają   nie 
słyszeć tupania strażników, skrobania dachowych uciekinierów, szczurów na strychu i deszczu. 
WYPOSAŻENIE: cztery łóżka, z których da się sklecić dwie prycze, pasy odłażącej tapety, resztki 
parkietu, szczątki biurka. Bardzo grube, dźwiękoszczelne ściany - mogą się w nich kryć  tajne 
przejścia. OŚWIETLENIE: pojedyncza  żarówka na drucie. Pod napięciem,  bo świeci. WODA: 
kran na korytarzu. PRAWDZIWA OKAZJA. Wejdź, a nie wyjdziesz.
        
               Właśnie, pomyślał Sten i wesołość go opuściła; Jak stąd wyjść? Alex opukiwał ściany w 
poszukiwaniu   podsłuchu.   Nie   było   żadnego,   natomiast   maleńkie   i   głęboko   osadzone   okna 
wykluczały zastosowanie mikrofonu kierunkowego.
        - Wiesz już, co o tym myśleć, Horrie? - Sten przecząco pokiwał głową, więc Alex mruknął: - 
A   ja   owszem.   To   dlatego,   że   ja   jestem   oficerem,   a   ty   tylko   prostym   żołnierzem.   Lepiej   się 
sprawdzam.
        - Szczególnie w pierdlu. Kariera przed tobą.
        - Tak czy siak nie tracę ducha. A teraz zamknij jadaczkę i słuchaj. Obiecują, że jak długo sami 
nie   zaczniemy   sprawiać   kłopotów,   tak   długo   będziemy   dobrze   traktowani.   Pytanie   brzmi:   czy 
idziemy na te warunki?
        Kilgour spoważniał, Sten przestał na moment odgrywać rolę podoficera. Znów wcielił się w 
przełożonego Alexa.
          - Tak - odparł. - Ten dupek mówił, że mamy pracować w przemyśle zbrojeniowym. Mało 
podobnych głupot słyszałem w życiu.
        - To może być zabawne - zgodził się Alex.
        - Ale gdy tylko nadarzy się okazja, wyrywamy.
        - Sami?
        - Prócz ciebie znam tu tylko Virunge. Poznasz, kto jest kto? Nie wiadomo, kogo wmieszali w 
taki tłum.
        - Może więc znajdą się tu jacyś moi pobratymcy?
        - Nie sądzę. To obóz jeniecki, nie obora - warknął Sten.
        - Masz jakieś pomysły na ucieczkę?
        - Widzicie, jak się rozpędził! Ty tutaj jesteś od myślenia, dyplomowany oficerze Kilgour.
          Alex skrzywił się niemiłosiernie i wrócił do maskarady. Akurat w porę, po chwili bowiem 
ktoś łupnął  potężnie  w drzwi. Nie był  to goryl,  ale prawie. Pułkownik Virunga wkuśtykał  do 
pokoju.

background image

        - Tahnijczycy powiedzieli jasno - zaczął bez wstępów. - Posłuszeństwo... Gówno... Przysięga 
złożona pod przymusem... nie liczy się...
        Sten i Alex w pełni zgodzili się z Virunga.
        - Gówno... gówno...
        Sten uniósł brwi. Nigdy nie słyszał, żeby N’ranya nadużywał przekleństw. Pułkownik musiał 
być naprawdę wściekły.
        - Nasza powinność, nasz żołnierski obowiązek to ucieczka. Opór. Mam rację?
        Nie dość, że się powtórzył, to jeszcze wypowiedział całe zdanie!
        - Tak, sir.
        - Wiedziałem... zgodzisz się. Od dziś jesteś Wielkim Iksem. 
        Alex chciał się odezwać, ale Sten powstrzymał go gestem dłoni.
        - Nie może mi pan tego zrobić, pułkowniku.
        - Właśnie zrobiłem.
        - Cholera. Czemu?
        Nieformalna struktura dowodzenia w obozie jenieckim była dość skomplikowana. Stanowisko 
oznaczone symbolem “X” należało do najistotniejszych. Sama nazwa, tradycyjnie cytowana jako 
“Big X”, wywodziła się jeszcze z zamierzchłej przeszłości, kiedy to nikomu nawet nie śniło się o 
imperium.   Osoba   taka   koordynowała   wszystkie,   ale   to   absolutnie   wszystkie   próby   ucieczki. 
Jednym z etapów hipnotycznego treningu, który przechodzili rekruci imperium, był wykład, “jak 
zachować się na wypadek trafienia do niewoli”. Zawierał liczne pożyteczne instrukcje: nie ujawniaj 
żadnych informacji wojskowych, o ile nie zostaniesz do tego zmuszony fizyczną bądź psychiczną 
presją; nie zgłaszaj się na ochotnika, czekaj na rozkaz; pamiętaj, że nawet w niewoli pozostajesz 
żołnierzem; podejmuj walkę za każdym razem, gdy stanie się to możliwe.
        A przede wszystkim: uciekaj.
        “Big X” przewodził komitetowi ucieczkowemu w obozie i w tej jednej kwestii jego rozkazy 
traktowano jako ważniejsze nawet od tych wydawanych przez starszego oficera. Przy mianowaniu 
nie   kierowano   się   stopniem.   Do   pełnienia   tej   funkcji   równie   dobrze   mógł   być   wytypowany 
szeregowiec  jak i  na marszałek  floty,  jednak  autorytetu  wybranej  osoby nikt  nie  zwykł  nigdy 
kwestionować. Był to wątpliwy zaszczyt, ponieważ w przypadku zdemaskowania, X zwykle trafiał 
na szubienicę. Przy odrobinie szczęścia kończyło się na lobotomii lub zesłaniu do obozu śmierci.
        Jednak Stenowi nie o to chodziło.
            Doświadczenie w ucieczkach stanowiło podstawowe kryterium doboru, a on rzeczywiście 
wyróżniał się pod tym względem. Niestety, przewodniczący komitetu ucieczkowego miał jedynie 
pomagać   wszystkim   chętnym.   Żeby   wykonywać   swe   obowiązki,   musiał   siedzieć   murem   za 
drutami. “Big X” nie mógł zbiec.
        Pułkownik Virunga skazał więc Stena na pobyt w obozie aż do końca wojny. Albo do chwili, 
gdy Tahnijczycy poznają jego tożsamość i poślą do piachu.
        - Czemu?- powtórzył zdziwiony pułkownik. - Bo... ufam ci. Znam. - Inni? Obcy...
               Trudno było dyskutować z takimi argumentami. Virunga zasalutował, po czym szybko 
wyszedł. Sten i Alex spojrzeli po sobie. Nie znali przekleństw dość dosadnych, aby adekwatnie 
wypowiedzieć miotające nimi uczucia. Płakać zaś nie wypadało.
               Nich tam, pomyślał Sten. Jeśli sam nie mogę zrobić Tahnijczykom kuku, postaram się o 
dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu chętnych, aby urozmaicili im życie.
        Dziewięciuset dziewięćdziesięciu ośmiu, poprawił się i spojrzał na Alexa. Jeśli już mam gnić 
w tej ruinie, to tylko w przyzwoitym towarzystwie.
        
    

    

background image

Rozdział dwunasty
        
        Kapitan Lo Prek wpatrywał się w wyświechtaną kartkę pocztową.
        Wreszcie. Normalny człowiek krzyczałby z radości lub zgrzytał bojowo zębami.
               Ale nie Prek. Zapisana na kartoniku informacja potwierdzała jedynie jego wcześniejsze 
przypuszczenia. Sten żył. A co więcej, znajdował się w zasięgu Preka.
               Kapitan   wymyślił   bardzo   niekonwencjonalną   metodę   weryfikacji   domysłów.   Aby   ją 
zrealizować   nie   potrzebował   zgody   swoich   przełożonych.   Nie   musiał   fatygować   wywiadu.   Po 
prostu siadł i napisał list.
               Potem wysłał to pismo (w dodatkowej kopercie) do solidnie zakamuflowanego agenta na 
obszarze imperium. Człowiek ów zadziałał zgodnie z instrukcją i wrzucił przesyłkę do skrzynki. 
Na odwrocie koperty podał adres jednego ze swych “bezpiecznych” domów.
               Pod listem widniał podpis niejakiego Mike’a Davisa. Davisów było na pęczki, ten akurat 
przedstawił się jako dawny kolega Stena z kursu rekruckiego. Tekst zaczynał się od słów “Wiem, 
że na pewno mnie nie pamiętasz”.
        
        ... szybko się stamtąd zmyłem i ostatecznie nie trafiłem do gwardii. Zrobili ze mnie piekarza. 
Może i dobrze.
        Służba przeszła bez sensacji. Odrobiłem swoje przy bułeczkach, do cywila poszedłem jeszcze 
przed wojną.
        Ożeniłem się, mam teraz troje urwisów i otwieram własny interes. Zgadnij, jaki. Oczywiście, 
piekarnię.
        Wziąłem tyle kredytów, że nawet te drobne, które dostaję za wojsko też się przydają.
        Przypadkiem dowiedziałem się, że pewien kapitan imieniem Sten dowodzi obecnie ochroną 
imperatora. Zawsze wiedziałem, że daleko zajdziesz.
        Powiedziałem o tym mojej starej. Śmiała się, że chyba spuchnę z dumy, że kiedyś Cię znałem. 
To i siadłem, żeby skrobnąć do Ciebie kilka słów. Może znajdziesz czas, aby mi odpisać.
               Byłoby mi bardzo miło. Chciałbym pokazać Twój list swojej żonie, żeby nie myślała że 
zmyślałem.
          Odwdzięczę Ci się, ale dopiero wtedy, gdy wpadniesz na Ulthor-13. Zobaczysz, jakie tu są 
specjały. Pamiętaj o mnie.
        Twój bardzo dawny kumpel Mike Davis
        
        Prek nic nie ryzykował. Gdyby dostał odpowiedź, wiedziałby, że Sten wciąż służy w gwardii. 
Brak odzewu oznaczałby mniej więcej to samo. List doszedł. Po prawdzie Prek miał do imperialnej 
poczty większe zaufanie niż obywatele imperium.
        Ostatecznie jednak otrzymał krótką, służbową notatkę.
        
        Szanowny obywatelu Davis,
        niestety, Pański list adresowany do komandora Stena nie mógł zostać doręczony.
               Zgodnie z posiadanymi przez nas informacjami, marynarka imperium uznała komandora 
Stena za zaginionego podczas walk w rejonie Światów Pogranicza.
        Jeśli pożąda Pan bliższych danych, proszę się skontaktować...
        Z wyrazami współczucia...
        
          Prek wiedział, że to dobry początek poszukiwań. Sten nadal pozostawał przy życiu, a poza 
tym znajdował się w zasięgu ręki. Był jeńcem.
          Prek nie przyjmował do wiadomości, że Sten mógł umrzeć podczas jakiegoś starcia lub w 
obozie. Żył i kropka. Musiał żyć.

background image

        Kapitan włączył komputer, aby przejrzeć wszystkie katalogi imperialnych jeńców wziętych do 
niewoli w Światach Pogranicza. Czuł, że jest bardzo blisko mordercy ukochanego brata.
        
        

Księga druga

SUKI

        
Rozdział trzynasty
        
        Pierwsza próba ucieczki należała do tych z gatunku szalonych.
          Kapitan Michele St. Clair przez dwa tygodnie uważnie obserwowała porządek formowania 
pierwszych grup roboczych, które wychodziły do miasta, aż wydało się jej, że znalazła sposób.
        Procedura była zawszą taka sama: po apelu porannym major Genrigh wyznaczał jakąś liczbę 
więźniów do danego zadania. Oddziały szykowano na północnym dziedzińcu i dodawano eskortę 
składającą się z jednego podoficera i sześciu strażników na dziesięciu jeńców. Tahnijczycy woleli 
dmuchać na zimne.
        Więźniowie jeszcze nie doszli do ładu w kwestii etyki pracy, jednak St. Clair nie brała udziału 
w tych dyskusjach. Dowodzono, że praca, nawet przymusowa, przynosi korzyści przeciwnikowi. 
Wszelako   odmowa   wykonania   jakichś   czynności   przysparza   więźniowi   kłopotów.   W   zasadzie 
jednego tylko, ale za to poważnego. St. Clair oba stanowiska uważała za absurdalne. Wiedziała, że 
najgorszym wrogiem więźnia jest nuda i bezczynność, dlatego chętnie przyłączała się do grup 
wychodzących  poza katedrę. W mieście ucieczka powinna być łatwiejsza, myślała. Na wszelki 
wypadek nie próbowała wyliczyć dokładnie szans, ale też nie istniała taka potrzeba.
               Michele St. Clair od urodzenia zdradzała zamiłowania do hazardu i nawet cieszyła się z 
ryzykownego sposobu życia, którym ostatnio uraczył ją los.
               Wcześnie   pojęła,   jakie   możliwości   kariery   stwarza   jej   ojczysta   planeta,   jedno   z 
najważniejszych centrów tranzytowych imperium. Starannie wszystkie rozważyła. Mogła zostać 
prostytutką lub zaciągnąć się na jakiś statek, jednak oba warianty wiązały się z nudą typową dla 
usystematyzowanej   egzystencji.   Rozważała   też   ewentualność   prowadzenia   baru,   ale   taka 
działalność całkowicie by ją uziemiła. Wybrała więc karierę zawodowego gracza. Poczekała tylko, 
aż będzie dość wysoka, by nieco wystawać ponad blat stołu. Wcześniej krupierzy udawali, że jej 
nie widzą.
            Nauczyła się skubać naiwnych i oszukiwać szulerów. Wiedziała, kiedy nie stawiać, kiedy 
przerwać, by nie stracić więcej, lub w którym momencie zebrać całość wygranej i zniknąć na jakiś 
czas   z   planety.   Wiedziała   też,   co   chyba   najistotniejsze,   kiedy   nie   grać.   Wielokroć   bywała 
zrujnowana,   jeszcze   częściej   pławiła   siew   bogactwie.   Dążyła   do   wysokich   wygranych,   bo   to 
podnosiło prestiż zawodowca, ale potem wydawała te pieniądze dość lekką ręką.
               Znano ją pod setką różnych imion na tysiącu planet. Miała też liczne przezwiska, które 
powstawały według jednego klucza. Michele St. Clair niezmiennie kojarzono z jakimś bystrym i 
zazwyczaj urodziwym, niedużym drapieżnikiem.
        Jednak od paru lat fortuna jakby przestała dziewczynie sprzyjać.
          Grywając zwykle z osobami najmożniejszymi, postarała się o kilka tożsamości. Wszystkie 
otulała   lekka   mgiełka   niedopowiedzeń.   Najbardziej   lubiła   rolę   agenta   handlowego   Imperialnej 
Floty. Ponieważ generalnie szanowała prawo, faktycznie uzyskała stopień oficerski, oczywiście 
jako rezerwistka.
               Niestety, nigdy nie zwracała większej uwagi na politykę. Gdy wybuchła wojna, skubała 
właśnie bogatych turystów na jednym ze światów wypoczynkowych, gdzie znajdował się również 
niewielki   garnizon.   Specjalny   agent   floty   otrzymał   powołanie   i   na   nic   zdały   się   wszelkie 
tłumaczenia: nazbyt skutecznie odgrywana rola przywiodła japo miesiącu do kapitańskich pagonów 
oraz stanowiska zastępcy dowódcy jednostki transportowej.

background image

        Pewnego dnia konwój, w którym leciał statek Michele, trafił na zasadzkę Tahnijczyków i tym 
sposobem dziewczyna została jeńcem.
          Szczęśliwie, jak wszyscy hazardziści, była urodzoną optymistką. Już w pierwszym obozie 
zaczęła znowu przyjmować zakłady. Jaka jest szansa przetrwania w takim miejscu? Przyjrzała się 
wywożonym stosom ciał i uznała, że dziewięćdziesiąt do dziesięciu - przeciwko.
        Jaka była szansa, że idąc na kolaborację, poprawi swój los? To zależało od dwóch czynników. 
Czy   Tahnijczycy   wygrają   wojnę?   Sześćdziesiąt   dwa   do   trzydziestu   ośmiu   -   przeciwka   Czy 
imperium pokona wroga: sześćdziesiąt do czterdziestu - za. Czy więc kolaborować? Siedemdziesiąt 
trzy do dwudziestu siedmiu - przeciwko.
        Co zatem robić? Uciekać.
               Nie próbowała wyliczyć własnych szans, by nie wzbudzać fałszywych nadziei w sercach 
pozostałych więźniów. Czemu tak właśnie? Uważała się za lepszą od współtowarzyszy niedoli. 
Powód? Oni byli żołnierzami, ona nie.
               Michele   St.   Clair   rozpoczęła   kolejny   rozdział   w   swoim   życiu.   Otrzymała   też   nowe 
przezwisko: Węgorka. Uciekać próbowała dwadzieścia razy, zwykle solo. Nigdy nie udało się jej 
pozostać na wolności dłużej niż cztery dni, jednak zawsze wywijała się przewidzianej karze. A to 
komendant miał dobry dzień, a to z jakichś powodów dawano wiarę jej słowom, że znalazła się za 
drutami tylko przypadkiem (i bardzo przeprasza). W ostateczności potrafiła się gdzieś zaszyć  i 
przeczekać, aż wywołana przez nią burza minie.
        Obecnie szykowała się do dwudziestej pierwszej próby.
               Uważnie obserwowała cały rytuał formowania grup roboczych i wyprowadzania ich poza 
katedrę. Szurając nogami pośrodku trzydziestoosobowego zespołu, łowiła każdy szczegół.
               Najpierw   trzeba   było   przejść   pojedynczo   przez   wszystkie   trzy   bramy.   Przy   każdej 
przeszukiwano i liczono jeńców. Potem prowadzono oddział przez dziedziniec straży do ostatniej 
bramy.
        St. Clair przepchnęła się ze środka do zewnętrznego szeregu. Otworzono wrota.
        Już wcześniej dziewczyna zauważyła, że przy każdym wyjściu z katedry strażnicy przystają na 
chwilę na baczność, zwracają się twarzami ku flagom wiszącym po obu stronach furty i oddają 
honory.
        Pięć sekund nieuwagi.
        Aż za wiele.
          W pierwszej sekundzie odtrąciła łokciem najbliższego więźnia i skoczyła na wijącą się ku 
miastu drogę. Sześć przeciwko trzem, że mnie nie widzą, pomyślała przelotnie. Pięć przeciwko 
dwóm, że gdzieś tu będzie boczna ścieżka. Dziewięć przeciwko jednemu, że nawet jeśli trafię na 
urwisko, to znajdę jakąś półkę czy szczelinę, która pozwoli mi zejść z linii strzału.
        Metr przed przepaścią St. Clair pojęła, że wszystkie zakłady wzięły w łeb. Zatrzymała się.
          Ściana opadała pionową gładzią dobre sto metrów i nie dawała ani wsparcia, ani ochrony. 
Zwietrzałe skalne występy mogłyby skusić co najwyżej samobójcę.
        Rozległy się wrzaski, huknął strzał. St. Clair uniosła ręce, obróciła się i poczekała, aż podejdą 
strażnicy.
          - Szesnaście do trzech, że nigdy nie nauczę się latać! - krzyknęła, nim cios kolbą w dołek 
powalił ją na ziemię.
        
          Pot zalewał Alexowi czoło. Prymitywny wytrych znów ześliznął się z małego metalowego 
kółka wewnątrz zamka. Trzy zębatki poddały się już wcześniej i intuicja podpowiadała Kilgourowi, 
że cel jest już bliżej niż dalej.
          Znów skucha! Miast wrzasnąć gromkim głosem powszechnie znane obraźliwe słowo, Alex 
tylko   otarł   spływające   mu   po   twarzy   krople   potu,   skrzypnął   zdrętwiałym   w   pochyleniu 
kręgosłupem i zaczął od nowa.

background image

        Dwaj stojący z tyłu towarzysze zapewne komentowali jego wysiłki. Nie wiedział na pewno, 
bo ich rozmowa toczyła się w ciszy.
        - Cierpliwości, chłopaki - sapnął, chociaż nikt go nie poganiał. - Już prawie kończę.
        - Nie ma sprawy - odparł blondyn. - Kraulszavn i ja nie lubimy zbytniego pośpiechu.
               Kraulszavn   wyczekująco   spojrzał   na   rosłego   przyjaciela.   Sorensen   poruszył   palcami, 
tłumacząc zdanie. Kraulszavn przytaknął energicznie i też pokazał coś na migi.
        - Co on powiedział? - spytał Alex.
        - Że jeśli nasze podejrzenia co do zawartości tego pokoju są słuszne, to warto czekać.
        Alex mruknął coś pod nosem i zajął się wytrychem.
        Kraulszavn wraz z Sorensenem tworzyli najdziwniejszą parę pod słońcem. Obaj należeli do 
konspiracyjnej organizacji Stena.
               Sorensen był typowym chłopakiem ze wsi. Wykarmiony zdrową żywnością, wyhodował 
mięśnie twarde jak stal, jednak przy każdym, nawet najdrobniejszym wysiłku jego blada skóra 
oblewała  się rumieńcem.  Wyrażał  się niczym  wzorowy absolwent  szkółki niedzielnej  i trudno 
byłoby nazwać go nadmiernie bystrym.
               Alex uważał takie ślamazarne  zachowanie za grę pozorów. W czasie służby w sekcji 
Modliszki spotkał przynajmniej kilku podobnych osobników i wiedział, ile naprawdę są warci. 
Niewinny wygląd, niezbyt szybki przewód myślowy, powolne reakcje - te cechy dotyczyły jedynie 
spraw codziennych; faktycznie jednak podobni Sorensenowi chłopcy posiadali nad wyraz sprawne 
mózgi. Alex podejrzewał wręcz, że Sorensen należał do jakiegoś rozbitego zespołu lub też mógł 
być “uśpionym” członkiem sekcji Modliszki. Jednak Kilgour nawet o tonie pytał, młodzian i tak by 
nie odpowiedział. A szkoda, bo gdyby Alex znał stosowne hasło, jeńcy zyskaliby nader wydajny, a 
samobieżny komputer bojowy. To natomiast zwiększyłoby ich szansę.
        Podobnie jak wszyscy pobratymcy Sorensena, on także nie znał się na ludziach. Jego bracia i 
siostry   byli   ulubionymi   ofiarami   rozmaitych   szalbierzy   oraz   wędrownych   oszustów.   Rzecz 
przedstawiała  się  na tyle  fatalnie,  że imperialny  gubernator  rodzinnej  planety chłopaka  musiał 
surowo zakazać urządzania jakichkolwiek festynów, zabaw czy nawet jarmarków. Z drugiej strony, 
wystarczyło   pokazać   Sorensenowi   pewien   odległy   punkt   i   określić   rodzaj   broni,   a   ten 
“nierozgarnięty” wieśniak natychmiast bezbłędnie wyliczał trajektorię, kąt podniesienia i poprawkę 
na wiatr.
        Był niewątpliwie cennym znaleziskiem. Tym cenniejszym, że przyjaźnił się z Kraulszavnem.
               Wytrych chwycił. Alex przekręcił go powoli. Poczuł, jak ostatnia zębatka wsuwa się na 
miejsce. Jeszcze kilka manewrów, a zamek w końcu ulegnie. Szczęknęła przeciwwaga. Kilgour 
odstąpił od drzwi i pchnął je lekko. Jęknęły zawiasy.
               Kraulszavn pokazał coś, co zapewne oznaczało gratulacje. Chociaż... ostatnie poruszenie 
jednego z palców sugerowało podejrzaną poufałość. “Dziadku?” Alex spojrzał wyczekująco na 
Sorensena, ale ten ani kwapił się do tłumaczenia. Patrzył tylko niewinnymi oczami.
        - Odnoszę wrażenie, że twojemu kumplowi zebrało się na żarty - warknął Alex.
        - Wykluczone, panie Kilgour.
        Obrócił się do Kraulszavna, aby przekazać mu treść rozmowy. Tamten otworzył bezgłośnie 
usta i przykrył je delikatną, futrzastą łapką, jakby tłumił śmiech. Alex nie zdołał utrzymać powagi.
        - Dobra, rozumiem, że nasz Kraulszavn nie miał nic złego na myśli. Ale wiecie, chłopaki, w 
tym pokoju może straszyć.
               - Duchy? - spytał niedowierzająco Sorensen i przekazał rzecz koledze. “To zabawne”, 
zasygnalizował tamten.
        - Śmiejcie się, ale Tahnijczycy opowiadają o katedrze takie rzeczy, że włos na nogach jeży się 
i płonie.
               Alex  wszedł  pierwszy.  Mimo   powątpiewania  w  zjawiska  nadprzyrodzone,  Sorensen  i 
Kraulszavn odczekali chwilę, nim podążyli w jego ślady.
        Kraulszavn miał szczególne powody do wahania.

background image

        
               Jak każdy dorosły Struth, Kraulszavn kładł opowieści o duchach między bajki. Pamiętał 
wszakże,   że   podobne   historie   odgrywały   niegdyś   wielką   rolę   w   śpiewanej   tradycji   jego   rasy. 
Ledwo opierzone pisklaki kuliły się w gniazdach, słuchając o upiorach i sępołakach. Strach przed 
nieznanym był najlepszą obroną dla nieporadnych młodziaków o miękkich jeszcze dzióbkach.
               Struthowie   rozwinęli   się   na   planecie   mogącej   ciężko   przerazić   każdego   postronnego 
obserwatora.   Roiło   się   na   niej   od   istot   wyposażonych   w   pazury,   szpony,   kły   i   ostre   dzioby. 
Przeżywał najsprytniejszy, reszta kończyła w cudzych żołądkach.
               W czasach  prehistorycznych  Struthowie  stanęli  niegdyś  przed  perspektywą  całkowitej 
zagłady. Chociaż potrafili latać, byli za mali, aby skutecznie się bronić, natomiast zbyt duzi, żeby 
schować się pod byle liściem. Na dodatek słyszeli jedynie ultradźwięki, co pozwalało przywódcy 
dyskretnie   prowadzić   stado   w   powietrzu,   uniemożliwiało   jednak   wczesne   wykrycie   coraz   to 
nowszych wrogów.
          Liczebność Struthów spadła do zaledwie paru stad, gdy ostatecznie zdołali oni umknąć na 
niewielki kontynent, odizolowany od głównego masywu. To był raj - obfitość wszelkiego jadła i 
brak zagrożenia.  Kolejne pokolenia  wyrastały coraz większe, skrzydła  im malały,  aż w końcu 
przekształciły   się   w   chwytne   kończyny.   Już   jako   nieloty   Struthowie   nauczyli   się   posługiwać 
narzędziami.   Ich   głośnie   nie   pozwalały   na   bogatą   modulację   ultradźwięków,   więc   szybko 
wykształcili system porozumiewania się podobny do języka głuchoniemych.
               Okazało się to wręcz niezbędne. Z każdym rokiem stada stawały się coraz liczniejsze i 
naturalnym   biegiem   rzeczy   pojawiła   się   konieczność   współpracy.   Wyspecjalizowane   w 
pozyskiwaniu żywności grupki musiały się wzajemnie komunikować.
        Z początku przekazywały sobie proste stwierdzenia: “Coś smacznego jest pod tym kamieniem. 
Ty podnosisz. Ja biorę. Potem się dzielimy”. Z czasem wykształcił się z tego cały język, a stopień 
opanowania wszystkich jego znaków świadczył o statusie społecznym. Szczególnie ceniono tych, 
którzy w paru prostych gestach potrafili zawrzeć nawet bardzo złożone myśli. Tak narodzili się 
wśród Struthów filozofowie. Pędząca spokojne życie rasa już była bliska wynalezienia pisma, gdy 
zdarzyło się nieszczęście.
        Ruchy górotworu wyniosły ku powierzchni dość skał, by utworzyły one groblę łączącą wyspę 
ze stałym lądem. Najpierw drogą tą nadeszły drobne zwierzątka, potem stada gryzoni. Na końcu 
pojawiły się drapieżniki. Struthowie stanowili łatwą zdobycz. Po setkach tysięcy lat spokoju znów 
stanęli w obliczu zagłady.
        Tym razem jednak nie byli bez szans. Dawne ptasie stada przekształciły się już w zdolne do 
współpracy plemiona. Struthowie nauczyli się budować gniazda w trudno dostępnych okolicach. 
Podzielili się na mniejsze grupy. Zbieraniem żywności zajmowały się specjalnie wyznaczone pary. 
Okazało się, że tak właśnie jest najlepiej. Gdy jeden osobnik pracował, drugi lustrował okolicę. W 
razie   niebezpieczeństwa   mieli   czas   na   ucieczkę.   Jeśli   jednak   dochodziło   do   walki,   dwaj 
współdziałający i uzbrojeni Struthowie mogli zabić w zasadzie każdego drapieżnika.
               Życie  w nielicznych,  doskonale kryjących  się wspólnotach, miało swoje dobre strony, 
zmuszało jednak do pozostawiania gniazd bez opieki, czasem na dość długo. Pojawił się więc 
kolejny   problem:   jak   skłonić   młode,   aby   cierpliwie   siedziały   na   kuprach?   Postanowiono 
wykorzystać   (i   rozwinąć)   naturalny  u   młodziaków   lęk   przed   nieznanym.   Pisklaki   z   otwartymi 
dzióbkami wysłuchiwały opowieści o okrutnych upiorach dopadających każdego malucha, który 
niepomny na ostrzeżenia rodziców wyszedł samowolnie z gniazda. Najczęściej opisywanym złym 
charakterem był pazurecznik, wielkie latające bydlę spadające z nieba niczym grom i porywające 
małego Strutha do swej mrocznej siedziby, gdzie małe pazureczniki zjadały ofiarę żywcem. Grozą 
wiało też od Wielkiego Kła, upiora leśnego czatującego na grupki niegrzecznych berbeci. Łapał je, 
część pożerał sam, aby nie uciekły. Potem wracał z kumplami i urządzali sobie ucztę.
        I to działało. Dzieciaki siedziały posłusznie w gniazdach tak długo, aż prawie dorosłe mogły 
brać   udział   w   wyprawach   gromady.   Tak   mijały   lata,   aż   Struthowie   pojęli   w   końcu,   że   ich 

background image

prześladowcy nie dorównują im inteligencją. Zmęczeni wiecznym  kryciem się na kamienistych 
wyżynach, zeszli w doliny i zaczęli tępić drapieżców. Polowali dotąd, aż nikt nie warczał już na 
nich zza  krzaka. Potem przenieśli się na kontynent.  Nim minęły dwa stulecia,  opanowali  całą 
planetę. Pozbyli się wszystkich naturalnych wrogów i na tym poprzestali. W odróżnieniu od tylu 
innych   ras,   zamiast   zacząć   wojny   międzyplemienne,   upodobali   sobie   życie   w   pokoju.   Ich 
największą pasję stanowiło doskonalenie niezwykłego  języka,  który rychło  doczekał  się wersji 
pisanej
        W chwili, gdy Struthów odkryło imperium, doszli oni do etapu czystej matematyki. Tworzone 
przez nich programy komputerowe były wprawdzie prymitywne (gdy porównać je z imperialnymi 
standardami), ale okazały się genialne w swojej prostocie.
               Obdarzeni matematycznym talentem Struthowie od razu stali się najbardziej pożądanymi 
fachowcami   od   programowania.   Jako   wybitnym   specjalistom   płacono   im   bardzo   dużo,   więc 
większość przedstawicieli rasy pławiła się w luksusie. Tyle tylko, że każdy ich kontrakt musiał 
zawierać   jedną,   nigdzie   indziej   nie   spotykaną   klauzulę:   dotyczył   zawsze   dwóch   Struthów. 
Pracowali albo w parze, albo wcale. Jeden nie miałby z kim rozmawiać, a wszyscy wiedzieli, że 
samotność wpędzała Struthów w śmiertelnie groźną depresję.
          W chwili spotkania z Sorensenem Kraulszavn był jeszcze całkiem żwawy, ale każdy dzień 
spędzony   za   drutami   pogarszał   jego   kondycję.   Do   niewoli   trafił   jako   kontraktowy   cywilny 
pracownik   służb   pomocniczych.   Jego   kompan   zginął   podczas   pierwszej   potyczki.   Kraulszavn 
jakimś cudem przetrwał inwazję.
        Sorensen nie spotkał jeszcze nikogo równie bezbronnego, więc odruchowo otoczył troskliwą 
opieką   to   chodzące   nieszczęście.   Wbrew   pozorom,   nowi   przyjaciele   mieli   zbliżone   sposoby 
myślenia.   Nauka   języka   migowego   nie   przysporzyła   Sorensonowi   żadnych   kłopotów.   Rychło 
pogadywał z Kraulszavnem niczym rodowity Struth. Ptakowaty odzyskał apetyt, wróciła mu chęć 
życia.
               Tworzyli zgraną parę. Niewiele brakowało, a powiodłaby im się pierwsza wspólna próba 
ucieczki. Szykowali się właśnie do następnej, gdy zostali przeniesieni do Koldyeze.
               Kilgour natychmiast  się na nich poznał i zrozumiał,  że są zbawieniem.  Potencjalnym 
uciekinierom najbardziej brakowało mocy obliczeniowej. Zwykły komputer mógłby zaoszczędzić 
wielu lat pracy i przygotowań.
        Sorensen i Kraulszavn stwierdzili, że wszystko da się zrobić. Jeśli dostaną choć jeden sprawny 
chip, wtedy zbudują odpowiednie urządzenie. Napiszą nawet język na tyle prosty, by miniaturowa 
maszynka działała.
         Alex był niemal pewien, że właśnie otwarty pokój dostarczy im potrzebnego surowca aż w 
nadmiarze.
        
               Już podczas  kreślenia  pierwszych  projektów, niegdysiejsi  twórcy katedry pomyśleli  o 
urozmaiceniu bryły gmachu witrażami. Szybko też pojęli, że czeka ich nie lada zadanie. Musieli 
ożywić sztukę, która zanikła tysiące lat wcześniej. Próba zastosowania współczesnych technologii 
przyniosła raczej żałosne skutki. Mimo licznych eksperymentów, budowniczy ani razu nie uzyskali 
niczego, co choć w zarysie przypominałoby dzieła dawnych mistrzów.
         Ostatecznie poszukawszy rady w dawnych księgach, trafili na zapiski witraży sty imieniem 
Rugerus.   Starannie   odtworzyli   wszystkie   jego   metody.   Miast   laserami,   cięli   szkło   ołowiowe 
rozgrzanym   żelazem.   Krawędzie   wygładzali   drobnym   pumeksem.   Do   barwienia   używali 
domieszek soli metali oraz zmielonych na proszek drogocennych kamieni.
               W otwartym przez Kilgoura pokoju znajdował się jeden z warsztatów. Mnisi z Koldyeze 
pracowali w nim przez wiele pokoleń. Wszystko  pokrywał  kurz, podłogę zaścielały trudne do 
zidentyfikowania   śmieci   i   szczątki.   Trwało   chwilę,   nim   eksploratorzy   zdołali   rozpoznać 
poszczególne znaleziska.

background image

        Kraulszavn otworzył szafkę i aż zamachał rękami, ujrzawszy zawartość. Zaraz też wyciągnął 
ze środka taflę grubego szkła, a następnie podsunął ją Alexowi pod nos. Kilgour się żachnął.
        - Szkła nie widziałem, czy co? Czemu on się tak podnieca?
               - Mówi, że takiego  właśnie materiału  używali  Struthowie przy konstruowaniu swoich 
wczesnych komputerów.
        Alex rozważył sprawę.
        - Aha, płyta montażowa. Znaczy, mamy już coś na początek.
               Patrząc na przetrząsających  wnętrze towarzyszy,  Kilgour zastanawiał się, jak najlepiej 
potraktować szkło, by umocować na nim obwody. Może uda się znaleźć jakieś żrące świństwo. Kto 
tu jest dobry z chemii?
               Kraulszavn znów się ożywił. Alex podszedł bliżej. Ptakowaty usiłował wydobyć  jakiś 
przedmiot spod stosu beczułek. Szkot zrobił to jednym ruchem. Odbili wieko i znieruchomieli. 
Skrzynka zawierała masę złotych płatków.
        - No tak, potrząśnij mnichem, a złoto się sypnie - mruknął Alex, który antyklerykalizm wyssał 
z mlekiem matki. Akcja w Gromadzie Wilka wzmocniła zaś w nim tę wrogą postawę.
        Kraulszavn wskazał na płatki, potem na szkło. Sprawa przedstawiała się jasno i Kilgour nie 
musiał o nic pytać. Mieli już materiał na obwody komputera. Nawet jeśli maszynka okaże się nad 
wyraz tępa, będzie przynajmniej coś warta.
        Zanim jednak zdołali przeszukać wszystkie kąty, rozległo się ogłuszające wycie syren..
        
          Alex znalazł Stena na blankach. Uspokoił się już nieco. Nawet jego żołądek przenicowany 
zawodzeniem alarmów, wrócił na swoje miejsce. Spojrzeli na wewnętrzny dziedziniec. Po chwili 
wiedzieli, skąd to całe zamieszanie.
               Kapitan St. Clair, nieprzytomna i pokrwawiona, mijała ostatnią z trzech bram. Strażnicy 
ciągnęli krnąbrną dziewczynę ku miejscu przewidzianemu przez Tahnijczyków na karcer.
        - Kto to jest? - spytał Sten.
        - Nie mam pojęcia. Ale się dowiem. Wygląda, jakby jeszcze żyła. 
        Obaj doskonale zdawali sobie sprawę, co teraz nastąpi.
               - Więźniowie! - zachrypiał głośnik. - Uwaga! Mówi pułkownik Derzhin. Ktoś z waszych 
szeregów próbował ucieczki. Bez powodzenia. Zgodnie z ostrzeżeniem, brak dyscypliny pociągnie 
za sobą karę.
        Sten wstrzymał oddech.
               - Zatrzymana spędzi trzydzieści dni w odosobnieniu. O chlebie i wodzie. Ale na tym nie 
koniec.
        - Dalej, sukinsynu - syknął Alex.
               - Wszyscy więźniowie udadzą się natychmiast do swoich cel i pozostaną w nich przez 
dwadzieścia cztery godziny. Skoro nie będziecie przez tę dobę pracować, nie dostaniecie jeść. Kto 
wyjdzie z celi przed czasem, zostanie zastrzelony.
        Głośnik umilkł.
               - Znów to samo - mruknął Sten, kierując się w głąb katedry. - I jeszcze jedno. Niech 
zapamiętają. Następnemu takiemu bohaterowi osobiście nogi z tyłka powyrywam, żeby nie biegał. 
Słowo.
        - Dopilnuję, aby ta informacja się rozniosła, szefie.
        
        

background image

Rozdział czternasty
        
        Sten nie mógł poprzestać na wyzywaniu podopiecznych od kapuścianych łbów, musiał zrobić 
coś   konkretnego.   Wiedział,   że   jeśli   czym   prędzej   nie   zabierze   się   za   organizację   pierwszych 
ucieczek, dyscyplina pójdzie w strzępy, a co więksi zapaleńcy zaczną ignorować jego rozkazy.
               Uciekanie   z   niewoli   to   rodzaj   sztuki   (wyzwolonej),   do   której   uprawiania   dodatkowo 
zobowiązywało   otoczenie,   czyli   wiekowa   katedra.   Prawdziwa   ucieczka   wymaga   współpracy 
polegającej   na   czymś   więcej,   niż   zbiorowe   wygrzebywanie   dziury   w   ziemi   czy   gromadne 
trzymanie drabiny. Wymaga też konspiracji.
        Schemat organizacyjny konspiratorów winien przypominać dwie zestawione wierzchołkami 
piramidy. Szczyt pierwszej tworzyli obserwatorzy i strażnicy. Podlegali im o wiele liczniejsi cieśle, 
rękodzielnicy i inni specjaliści.
        Ta grupa nie była zwykle przewidziana do ucieczki.
        Przewodził jej “Big X”, koordynator wszystkich wysiłków i łącznik pomiędzy organizatorami 
a samymi potencjalnymi zbiegami.
        Na każdym poziomie należało zachowywać maksymalne środki bezpieczeństwa. Organizacja 
musiała być chroniona przed wykryciem, to z jednej strony, z drugiej zaś szczegóły planowanej 
ucieczki powinny pozostać sekretem do ostatniej chwili nawet dla najbardziej zainteresowanych.
        Alex ujął to prosto:
               - Myślcie sobie o mnie, co chcecie, ale od dzisiaj przy stole rozmawiamy wyłącznie o 
pogodzie.
        Najwięcej problemów nie nastręczali wcale strażnicy, tych łatwo dawało się uniknąć. Gorzej 
ze współwięźniami. Wywiad Tahnijczyków całkiem słusznie uchodził za dość skuteczny i Sten nie 
wątpił, że wśród jeńców jest przynajmniej jeden podstawiony agent. A najpewniej w grę wchodziło 
kilku tajniaków. Należało ich czym prędzej wykryć  i usunąć. Dokładnie rzecz biorąc, powinni 
zniknąć bez śladu, ponieważ co dla jeńców było egzekucją za zdradę, dla komendanta stanowiłoby 
zwykłe morderstwo. Po co więc ściągać sobie na głowę surowe sankcje. Sten podniósł Alexa i jego 
bandę rzezimieszków do godności ciała lustracyjnego i rozpoczął rekrutację. Mimo ryzyka  nie 
mógł dłużej zwlekać.
        Zmartwień dostarczali też ci współtowarzysze niedoli, którzy z różnych powodów nie mieli 
ochoty w jakikolwiek sposób wiązać się ze Stenem i dystansowali się wobec jego zamiarów. Jedni 
cierpieli   na   klaustrofobię,   drudzy   zdziwaczeli   i   pędzili   życie   odludków,   inni   uważali   się   za 
samotnych wojowników, toteż planowali ucieczkę w pojedynkę. Przedstawiciele tej ostatniej grupy 
byli szczególnie groźni. Lekceważyli koordynację działań i mogli przypadkowo pokrzyżować szyki 
pozostałym. Sten wiedział, że przy sporej dozie szczęścia zdoła dowiedzieć się najwyżej o połowie 
planowanych ucieczek. Znakomita większość jeńców nie znała go, a zatem traktowała podobnie jak 
on ich: nieufnie.
          Sten właśnie męczył kolację w swojej celi, gdy usłyszał szuranie pod drzwiami. Bez żalu 
odstawił miskę, spojrzał na przybyłego i zbladł.
        W progu stał Lay Reader Cristata.
          Cristata nie pełnił żadnej ważnej funkcji w organizacji, gdyż wciąż uznawał się za cywila, 
który tylko przypadkiem trafił między jeńców wojennych. Nieustannie trzeba było przywoływać 
Cristate   do   porządku.   Odmawiał   wykonania   dowolnego   rozkazu   twierdząc,   że   dyscyplina 
wojskowa go nie obowiązuje. Nie salutował nikomu, nawet strażnikom. Jak dotąd nie trafił do 
karceru, ale takie kuszenie losu nie mogło się dobrze skończyć. A że go lubiano... Jego drużyna 
pierwsza zgłosiła się na ochotnika do służby w koszmarnej kuchni. Wziął pod opiekę obrośniętą 
grzybem  klitkę służącą za obozowy szpitalik.  Nie miał  nic przeciwko czyszczeniu  latryn.  Bez 
słowa skargi czuwał dzień i noc przy każdym chorym.

background image

        Sten zastanawiał się nad celem niespodziewanej wizyty Laya Readera. Może odkrył, że ich 
racje żywnościowe pochodzą z wojskowych zapasów i zamierzał złożyć uroczysty protest? Ale 
czemu nie poszedł z tym do Virungi?
        - Tak?
          - Czy mogę wejść? - zapytał gość, a ujrzawszy zapraszający gest Stena, przekroczył próg i 
zamknął za sobą drzwi. - Rozumiem, że pełni pan tu szczególną funkcję - wykrztusił. - Słyszałem, 
że odpowiada pan za próby ucieczek.
               Sten mruknął coś niezobowiązująco. Czy Cristata mógł być agentem Tahnijczyków? Nie, 
takich cudów nie ma.
               - Zdecydowaliśmy,  że powinienem spotkać się z panem i zaklepać  miejsce w grafiku 
ucieczek.
        - Wy chcecie zbiec?
        - A czemu nie? Jak inaczej uwolnić się od tych mundurów i regulaminów? Łącznie jest nas 
czworo.
        - Co zamierzacie? - Drążymy tunel.
        - Tunel? - powtórzył ze zdziwieniem Sten, spoglądając na smukłe i delikatne dłonie Cristaty.
        Ten pojął, w czym rzecz, i napiął muskuły. Robiły wrażenie. Spod opuszków palców wyjrzały 
solidne szpony.
               - W razie  potrzeby potrafię  sobie radzić  z  oporną materią.  Kiedyś  byłem  inżynierem 
kopalnianym.
        Sten aż się uśmiechnął.
        - Tahnijczycy nawet nie wiedzą, kogo tu przetrzymują.
        - Zapewne. Ale sami są sobie winni. Zmuszając mnie do wykonywania tylu bezsensownych 
rozkazów,   stracili   szansę   poznania   moich   prawdziwych   możliwości.   W   tych   okolicznościach 
uznałem, że kłamiąc, nie popełnię grzechu wobec Najwyższego.
        - Gdzie kopiecie?
          - Usunęliśmy część posadzki na parterze wschodniego skrzydła. Kierujemy się prosto poza 
mury.
        Sten przypomniał sobie plan Koldyeze.
        - To będzie długi tunel. Stamtąd jest chyba najdalej do urwiska.
        - Owszem. Mamy jednak nadzieję, że dzięki temu zmniejszamy szansę wykrycia wejścia do 
wykopu.
        - Ile wam jeszcze zostało?
        - Już niewiele. Samo kopanie idzie łatwo, ponieważ drążymy poniżej poziomu fundamentów i 
nie musimy kluczyć. W tej chwili powinniśmy znajdować się blisko wewnętrznego muru.
        Sten był zdumiony. Niewiarygodne.
        - O kurna... - wyszeptał
        - Bardzo proszę nie używać obsceniów w mojej obecności.
        - Tak, przepraszam. Jakiej pomocy potrzebujecie?
        - Żadnej.
        - Żadnej? Dobrze, załóżmy, że wam się uda. Co zrobicie, gdy już wyjdziecie? Bez obrazy, nie 
przypomina pan wyglądem Tahnijczyka.
        - Ruszymy w głąb kraju. Tam wykopiemy sobie ziemianki i zaczniemy z wolna zaprzyjaźniać 
się z miejscowymi rolnikami.
        - Na czym opieracie nadzieję, że nie wydadzą was dla nagrody?
        - Trzeba wierzyć - odparł Cristata. - A teraz... czy mogę już wrócić do moich obowiązków? 
Przybyło czterech chorych.
        - Jasne. Jakbyście potrzebowali pomocy czy drobnej dywersji...
        - Nie sądzę.
        - Dobra. Niech was nie opuści, hm, Najwyższy.

background image

        - Cały czas jest z nami. Cristata wymknął się z pokoju.
        
        Sierżant Ibn Bakr wyglądał wręcz kwitnąco, szczególnie gdy wziąć pod uwagę warunki życia 
więźniów. Alex zerknął z podziwem na muskularny tors i ledwo się opanował, żeby nie zajrzeć 
osiłkowi w zęby. Oto kandydat na bohatera kompanijnego.
        - Panie Kilgour. 
        Cholera. Mówi!
        - Chcę na ochotnika przystąpić do waszego komitetu. 
        Chodziło o komitet ucieczkowy, ale tego ostatniego słowa nigdy nie wypowiadano głośno.
        - Jesteś przyjęty, chłopcze - odparł radośnie Alex. Jeszcze trzech podobnych jemu, a uda się 
zerwać kopułę z dachu katedry i jak taranem wywalić nią wszystkie bramy. - Trzeba nam silnych i 
młodych do kopania, dźwigania... znaczy, ruszania z posad bryły świata.
        - Hmm... nie o tym dokładnie myślałem, panie Kilgour. 
        Marzenie Alexa prysło jak bańka mydlana.
        - Słucham?
        - Sądziłem, że przyda się ktoś zdolny przerobić nasze mundury na ubrania cywilne.
        - Zamierzasz zostać szwaczką?
        - Co w tym złego? - spytał Ibn Bakr i zacisnął pięść. Pokaz zrobił wrażenie nawet na Alexie.
        - A nic, nic.
               -   Potrafię   szyć,   robić   na   drutach,   szydełkować,   znam   ścieg   supełkowy,   krzyżykowy, 
gałązkowy, mereszkowy, węzełkowy, angielski. Potrafię obrębiać, obszywać...
               - Starczy, sierżancie. Jestem pełen podziwu dla waszych uzdolnień. Bądźcie gotowi. Jak 
zdobędziemy materiał, sami się zgłosimy.
        Sierżant zasalutował i odszedł.
        Kilgour spojrzał za nim i westchnął głęboko.
               Wieczorem znów zawyły syreny.  Zmęczeni jeńcy zebrali się na dziedzińcu, dokładnie 
naprzeciwko wysokiej na pięć metrów sterty załadowanych czymś palet. Nikt nie wiedział, jaką 
niespodziankę uszykowano tym razem.
               Komendant Derzhin przyjął od pułkownika Virungi meldunek o stanie liczebnym. Potem 
przemówił; krótko i treściwie, za to wstrząsająco.
        - Więźniowie, wasza praca znalazła uznanie.
        A niech to, pomyślał Sten. Najwyższa pora zająć się sabotażem.
               - W nagrodę zostałem  upoważniony do wydania  wam paczek  Pomocy Jenieckiej.  To 
wszystko. Pułkowniku Virunga, proszę przejąć dowodzenie.
        Wyraźnie osłupiały Virunga zasalutował jak w transie.
        Reszta była równie zdumiona.
        Sten domyślał się, w czym rzecz. Pamiętał jak raz w pewnym obozie trafił się komendant o 
szczególnie   miękkim   sercu.   Przekazanie   paczek   jeńcom   kosztowało   go   przydział   do   jednostki 
bojowej.
               Pomoc Jeniecka była organizacją dobroczynną, działającą pod patronatem ostentacyjnie 
neutralnych Manabi. Troszczyła się o jeńców obu walczących stron. Dbała o ich prawa, zbierała 
skargi, a co najważniejsze: dożywiała. Tahnijczycy jawnie kpili z dwóch pierwszych zadań, trzecie 
doceniali.  Każda  paczka  zawierała  trochę łakoci,  witaminy  i ubrania  na zmianę  dla dziesięciu 
więźniów. Sten zastanawiał się czasem, czy te starsze damy, oficjalnie przedstawiane jako osoby 
kierujące organizacją, wiedziały, że większość przesyłanych jeńcom dóbr nigdy nie trafia w ręce 
właściwego adresata.  Co ocalało  w transporcie,  znikało  za sprawą strażników. Nawet ta jedna 
paczka, którą Sten kiedyś otrzymał, została już wcześniej solidnie uszczuplona.
        - Żarcie - szepnął ktoś.
        Szeregi zakołysały się niebezpiecznie.

background image

        Virunga oprzytomniał. Jeszcze moment, a karne wojsko zmieni się w motłoch rozchwytujący 
dobra.
        - Baczność! Do dziesięciu... odlicz! Zdążył w ostatniej chwili.
        - Trzech ochotników... rozdać... paczki. Cristata... Kilgour... Horatio!
            Lay Reader Cristata mruknął coś pod nosem, ale widać uznał, że robota jest godziwa, bo 
wyszedł przed szereg. Sten i Alex za nim.
        - Sir - szepnął Sten. - Wskazane, żeby...
          - Całkiem słusznie - przerwał mu Virunga. - Zapomniałem. Jeszcze jeden! Starszy sierżant 
Isby!
          Doświadczony kwatermistrz zebrał kule i wykuśtykał z szeregu. Starszy wojak stracił nogę 
skutkiem braku właściwej opieki medycznej. Zdarza się, wojna. Jednak nic nie usprawiedliwiało 
oprawców, którzy nie zatroszczyli się o nową kończynę dla poszkodowanego. Ale cóż, procesy o 
zbrodnie wojenne widywano w państwie Tahnijczyków jedynie na starych filmach.
        - Reszta... rozejść się! Dwie godziny... na rozdanie paczek.
               Szeregi poszły w rozsypkę, ale nikt nie opuścił dziedzińca. Podział przesyłek wymagał 
szczególnego nadzoru, nawet jeśli trzech pierwszych ochotników cieszyło się sporym zaufaniem 
niemal wszystkich współwięźniów.
               Sten spojrzał na Alexa i tamten przytaknął. Musi wziąć pułkownika Virunge na stronę i 
wyjaśnić   mu   kilka   niuansów.   Jeśli   informacje   zasłyszane   jeszcze   w   trakcie   służby   w   sekcji 
Modliszki były wciąż prawdziwe, paczki spadły im jak z nieba.
          Natchniony świeżym optymizmem Sten zasalutował i czym prędzej się oddalił. Naprawdę 
miał inne zadanie do wykonania.
        
          Strażnicy syknęli na Stena i ten cofnął się pospiesznie. Otworzyli drzwi celi. Jeden wydał 
rozkazujące parsknięcie. Chwilę później w progu stanęła St. Clair mrużąc oczy przed światłem. 
Przez miesiąc już niemal całkiem doszła do zdrowia, była tylko znacznie chudsza, co jednak nie 
dziwiło   przy   tak   skromnych   racjach   żywnościowych.   Stan   ogólny   dziewczyny   wskazywał,   że 
musiała pilnować codziennej gimnastyki.
        - Następnym razem postąpimy z tobą bardziej surowo - warknął Tahnijczyk.
        - Nie będzie następnego razu - odparła St. Clair. Strażnik odepchnął ją i zatrzasnął drzwi celi.
        Pani kapitan stanęła przed Stenem.
        - O, komitet powitalny.
        - Tak jakby.
        - Co tam słychać w szerokim świecie?
        - Nie ma o czym gadać.
        - Czyli wojna jeszcze trwa. A swoją drogą, czemu nie tytułujecie mnie, jak należy?
        - Przepraszam, kapitanie.
               - Mniejsza z tym. Chyba już mi tak bardzo nie zależy na honorach. Dzięki za uprzejme 
powitanie. A teraz chciałabym się dowiedzieć, czy działają prysznice.
        Byli sami w pustym korytarzu.
        - Dobra, ale najpierw najważniejsze - rzekł Sten.
        - Słucham.
        - Próbowałaś uciekać w pojedynkę. Jak w kinie.
        - I co z tego?
          - Dość pajacowania. Każda próba ucieczki najpierw musi zostać zgłoszona i zatwierdzona 
przez komitet.
        - Nie moja - odburknęła St. Clair. - Komitety wszystko pieprzą. Rady, zgromadzenia, senaty... 
To one zaczęły tę wojnę. Wolę działać sama.
        - Ja nie proszę, tylko rozkazuję. 
        St. Clair oparła się o ścianę.

background image

        - Jesteś Iksem?
        - Trafiłaś.
        - Bardzo mi miło. Ale jak powiedziałam...
        - Słuchaj no, kapitanie. Słowem nie pisnę, jeśli ponownie spróbujesz zwiać sama. Błogosławię 
na drogę każdego, kto ma dobry pomysł, jak wyjść z tego grobowca. Ale wcześniej muszę poznać 
plan i zaakceptować go.
        St. Clair odetchnęła głęboko sześć razy i uśmiechnęła się.
        - Przepraszam. Rozkaz. Podporządkuję się decyzji komitetu.
        - Mądrze pani robi, pani kapitan. I proszę nie sądzić, że dam się oszukać.
        - A gdybym próbowała?
        - Wtedy cię zabiję - szepnął Sten. 
        St. Clair przestała rezonować.
        - I jeszcze jedno. Na wszelki wypadek mianuję panią moim przybocznym doliniarzem.
        - Doliniarzem? Proszę wybaczyć, ale nigdy tego...
        - Złodziejem. Specjalistą od włamań. 
        St. Clair zapłonęła oburzeniem.
        - Uprawiam hazard, a nie kradzieże.
        - Nie widzę różnicy.
        - To wszystko, szeregowy? - syknęła wściekle St. Clair.
        - Na razie tak.
        - Możecie odmaszerować! 
        Sten oddał honory.
            Pani kapitan poczekała, aż “Big X” zniknie za rogiem, dopiero wtedy pozwoliła sobie na 
ciche,   ale   pełne   podtekstów   warknięcie.   Potem   spoważniała   (jak   na   pokerzystkę   przystało)   i 
przypomniała sobie, jak bardzo potrzebuje kąpieli.
        
          Na dziedzińcu wciąż dzielono paczki. Sten zauważył, że Alex osobiście otwiera wszystkie 
palety i wybiera z nich jeden lub dwa pakunki, które starannie odkłada na bok. Bardzo dobrze. W 
pobliżu, oparty o szczątki  kolumny,  stał człowiek mogący uchodzić za najstarszego oficera w 
obozie. Sten nie znał swojego dziadka, ale zawsze właśnie tak go sobie wyobrażał. Mężczyzna 
trzymał w ręku pochodzące z paczki małe opakowanie sucharów oraz równie nieduży pojemniczek 
z dżemem owocowym. Część przydziału. Patrzył na te dary i płakał.
        Stena przeszedł dreszcz.
        Pora, abyśmy wszyscy wrócili do domu.
        
        
Rozdział piętnasty
        
        “Big X” wreszcie ruszył konceptem.
          Działając przez przybocznych, wyznaczył ekipę geometrów, którzy rekrutowali się spośród 
mniej zdecydowanych amatorów wolności. Wyposażeni w prymitywne calówki, obmierzali każdy 
możliwy obiekt czy kawałek gruntu. Ludzie mieli więc zajęcie, a Sten mógł powiedzieć, że coś 
robi. Dodatkowo rysowała się szansa na sporządzenie planów Koldyeze.
        Dane spływały powoli. Wysokość, szerokość, długość. Na razie nic z nich nie wynikało. Sten 
przeklinał po cichu, że ekipa Alexa tak się grzebie z budową komputera. Czy to urządzenie w ogóle 
zadziała?
          Odsunął zapiski na potem. Od rana czekała go praca. Sten został wymieniony w rozkazie 
dziennym jako członek grupy roboczej mającej wyjść poza katedrę.
               Rozkazy   dzienne   przygotowywał   ktoś,   kto   wedle   wszelkich   znaków   był   pierwszym 
oficjalnym zdrajcą.

background image

        
               Przełożony   starszych   oficerów,   Rinaldi   Hernandes,   zwracał   się   do   wszystkich   per 
“przyjacielu”   lub   “kochany”.   Wyjątek   czynił   tylko   wobec   Tahnijczyków,   których   tytułował 
“szanownymi panami”. I kłaniał im się do ziemi.
        - Kochani - zakrzyknął. - Razem, w górę. Damy radę.
        Radę mieli dać olbrzymiemu generatorowi, który w zwykłych warunkach po prostu wpłynąłby 
do luku transportowca na podnośniku systemu McLeana.
               - Nie staracie się, przyjaciele - powiedział. - Przykro mi, ale po powrocie będę musiał 
zameldować o tym komendantowi. Kto dobrze jada, winien dobrze pracować.
        Sten sapnął i napiął mięśnie. Dwudziestu innych uczyniło to samo i generator trafił w końcu 
na pokład.
        Przełożonego starszych oficerów powszechnie nienawidzono, jednak... Sten uświadomił sobie 
nagle, że mimo licznych gróźb nikt z grupy Hernandesa nigdy nie stanął do raportu.
        Ciekawe.
               Hernandes przeszedł między zdyszanymi  jeńcami.  Klepnął kogoś po plecach,  z kogoś 
zażartował. Mimo uszu puścił wypowiadane półgłosem przekleństwa.
        - Nieźle, przyjaciele. Ale to dopiero początek zmiany. Teraz pokażemy naszym szanownym 
panom, na co naprawdę nas stać.
        Grupa jęknęła i wstała. Następne zadanie było łatwiejsze: załadunek palet z wyposażeniem.
               Miast lustrować otoczenie, Sten obserwował Hernandesa. A przecież winien notować w 
pamięci rodzaj odprawianego statku. Co wiózł? Skąd i dokąd leciał? Jakie środki bezpieczeństwa 
stosowano podczas załadunku?
        Dźwignąwszy paletę, ruszył po rampie. Hernandes stał w luku towarowym. Jak zwykle, i tym 
razem nosił zbyt wielkie na niego, workowate odzienie.
          - Dobra - krzyknął. - Stawiaj tutaj, pośrodku, kochany. Musimy czym prędzej załadować i 
odprawić ten statek.
        Bez wątpienia zdrajca, pomyślał Sten. Ale czy agent? Przy takiej ostentacji?
        - Biedaki marzną gdzieś na lodowej planecie - ciągnął Hernandes. - Trzeba szybko dosłać im 
wszystko, czego potrzebują.
               Sten łypnął na nadzorcę i niczym posłuszna mróweczka ruszył we wskazanym kierunku. 
Rzucając ładunek, zerknął na przyczepiony z boku list przewozowy: “Mundury tropikalne, ubrania 
robocze”.
          Spojrzał na okoliczne palety: “Sprzęt rekreacyjny”; “Niskokaloryczne posiłki regeracyjne”; 
“Konserwy   mięsne,   drugi   gatunek,   dla   obcych”;   “Materiały   szkoleniowe:   kryzysy   społeczne”; 
“Poradniki: Jak uleczyć złamane serce”; “Zarodniki grzybów ogródkowych, wydawać od wyższych 
oficerów wzwyż”.
               Ciekawe, co oni zrobią z tym dobrodziejstwem pośród lodowej pustyni? Uśmiechnął się, 
oczami wyobraźni widząc reakcje zmarzniętych wojaków. Nieco cieplej pomyślał o Hernandesie.
        Dla zachowania pozorów zderzył się z nim przy wyjściu. Tamtemu aż sprzączki zadzwoniły.
        - Ostrożnie, przyjacielu - złajał go po ojcowsku Hernandes.
        - Zajrzyj do mnie wieczorem - szepnął Sten.
        - Słucham?
        - Jestem Wielkim Iksem - odparł Sten. Cholera jasna, pomyślał, trzeba spróbować. Może to i 
zdrajca, ale jakiś dziwny.
        
        Hernandes nie był zdrajcą.
               Na wszelki wypadek Sten kazał mu się rozebrać, ale przeszukanie nie ujawniło żadnych 
elektronicznych pluskiew. Potem poszli na długi spacer korytarzami.
        Rinaldi Hernandes zarabiał na życie jako agent budowlany, dzięki czemu znał się na murarce, 
materiałach   konstrukcyjnych,   stolarstwie.   Do   służby   wstąpił   na   początku   wojny.   Dziwnym 

background image

zbiegiem okoliczności biurokracja armii niczego nie pokręciła i Hernandes trafił do oddziałów 
budowlanych.
               Nienawidził Tahnijczyków z całego serca. Jego jedyny wnuk zginął w pierwszej bitwie. 
Hernades miał więcej szczęścia: wzięto go do niewoli. Przetrwał już wiele podłych lat, po cichu 
podkładając Tahnijczykom jedną świnię za drugą. Kamuflował swoją podstępną działalność, bo 
chciał dożyć chwili, gdy będzie mu dane wziąć broń do ręki. Pragnął zemsty.
          - Widzę pewien kłopot, przyjacielu - powiedział ze smutkiem. - Nigdy jeszcze nikogo nie 
zabiłem. Nie wiem, czy potrafię.
               Ostatnimi   czasy   Hernandes   rozpracował   system   dystrybucyjny.   Pracowicie   wysyłał 
zaopatrzenie frontowe na tyły i odwrotnie. W miarę skromnych możliwości sypał piasek w tryby 
machiny  wojennej  Tahnijczyków.  Gdy tylko  trafiła  się okazja, uszkadzał  dostępne  obwody na 
pokładach ich statków.
               Pałał tak wielką nienawiścią, że dobrowolnie przyjął rolę zdrajcy. Taka postawa dawała 
większe możliwości. Ryzykował głowę, wściekli współwięźniowie mogli go przecież zabić. Ale 
trudno.   W   zamian   zdobył   zaufanie   Tahnijczyków.   Czasem   się   zastanawiał,   ilu   wrogów 
doprowadził swoją grą do marnego końca. Czy w ogóle byli tacy? Nie wiedział.
        A może to wszystko na nic?
               Sten pomyślał, że pewnie więcej Tahnijczyków przeniosło się na tamten świat za sprawą 
genialnych pomysłów Rinaldiego niż z powodu szarży dowolnego imperialnego pancernika.
        Komitet zyskał pomoc klasycznej “złotej rączki”.
        I bardzo dobrze. Taki majster przyda się jak nikt przy realizacji zadania.
        Stenowi pozostało jeszcze wymyślić zadanie.
        
        
Rozdział szesnasty
        
         L’n poruszyła lekko joystickiem. Maszyna zamruczała z cicha i w prowadnicy pojawiły się 
dwa odcinki rury. Dla pewności sprawdziła widniejące na nich znaki plus i minus, po czym pchnęła 
manipulator. Rury zbliżyły się powoli, aż nagłym skokiem spoiły w jedną.
        L’n przyjrzała się złączu. Wyglądało na idealne. Biegło linią cieńszą od włosa.
               Wszystko to robiła w niemal zupełnej ciemności. Ktokolwiek inny zapewne już dawno 
nabawiłby się klaustrofobii. Laboratorium kontroli jakości było zupełnie odcięte od reszty świata, 
ale   L’n   czuła   się  w  nim   całkiem   dobrze.   Dla   niej   zerowe   oświetlenie   stanowiło   odpowiednik 
wczesnego zmroku.
        Pora na próbę pod obciążeniem. Włączyła prąd. Niby nic się nie zmieniło, ale superczułe oczy 
L’n wychwyciły drobne czerwone plamy. Połączenie było wadliwe. Zachichotała i jednym ruchem 
dźwigni spuściła rury do skrzyni z uszkodzonymi  materiałami, prawie pełnej po zaledwie paru 
godzinach pracy. Wbrew przechwałkom, Tahnijczykom wiele brakowało do doskonałości.
               L’n lubiła wyobrażać  sobie, jak kiedyś,  w przyszłości,  jakiś bystry historyk  badający 
przyczyny klęski Tahnijczyków dotrze w swych peregrynacjach do stojącej pod jej stołem skrzyni 
naładowanej przewodami hydraulicznymi z wadliwymi magnetycznymi złączami. Uśmiechnęła się 
i spojrzała na kolejne dwa odcinki. Zastrzygła spiczastym uchem, oczekując delikatnego mruczenia 
maszyny, ale miast tego usłyszała dobiegające zza drzwi krzyki. Hałas odebrała bardzo boleśnie. 
Co u licha? Wrzaski nie ustawały. Poznała głos nadzorcy Clorica. Nie rozumiała, o czym mowa, 
ale niewątpliwie ktoś wpadł w niezłe tarapaty. Jeśli Cloric był dziś w formie, a niby czemu miałby 
ją nagle stracić, to w następnej kolejności należało oczekiwać odgłosów uderzeń.
          L’n z góry współczuła ofierze, ale cóż mogła zrobić? Wróciła do pracy i postarała się nie 
myśleć   o   zamieszaniu   na   zewnątrz.   To   akurat   przychodziło   L’n   z   dnia   na   dzień   łatwiej,   a 
równocześnie   napełniało   ją   coraz   większym   niepokojem.   Przecież   jeszcze   kilka   lat   temu   nie 
wiedziała, że istnieje coś takiego jak przemoc. Nie znała nawet tego słowa.

background image

          Nie, nie wywodziła się z rasy pacyfistów. Wręcz przeciwnie, Karrowie odznaczali się dość 
gwałtowną naturą. Smukli, porośnięci miękką sierścią, z dużymi  czarnymi  oczami, wrażliwymi 
uszami i długim ruchliwym ogonem. Pierwotnie zamieszkiwali środkowe poziomy gęstych lasów, 
gdzie zawsze panował głęboki półmrok.
               Jak wiele podobnych stworzeń byli przywiązani do osobniczego terytorium, co w miarę 
postępu   ewolucji   zaowocowało   silnie   rozwiniętą   potrzebą   prywatności.   Tej   ostatniej   strzegli 
szczególnie   zazdrośnie   i   jedyne   chwile,   kiedy   doznawali   czegoś   zbliżonego   do   poczucia 
samotności, następowały wyłącznie w okresie godów. Ale ów okres zdarzał się rzadko i trwał 
krótko. Od wieków z lubością pędzili życie urodzonych samotników. Uwielbienie świata stanowiło 
ich drugą charakterystyczną cechę.
               L’n wybrała karierę artystyczną i właśnie wspinała się na szczyty twórczej formy, gdy 
postanowiła emigrować. Było to bardzo śmiałe (albo głupie) posunięcie. Mało który Karr potrafiłby 
porzucić ciepło osobistego ogniska domowego na rzecz wielkiego, wrogiego świata. Przyjaciół i 
rodzinę L’n ogarnęło przerażenie. Jednak artystyczna dusza L’n domagała się dostępu do nowych 
środków wyrazu. Modelowanie spolaryzowanych promieni światła wymagało wiedzy, a rodzinna 
planeta nie gwarantowała dobrego wykształcenia.
          L’n posunęła się w swoich badaniach naprawdę daleko i czuła, że jeszcze trochę, a uzyska 
pożądane   efekty.   Wtedy   właśnie   wybuchła   wojna.   Ówczesna   twórczość   L’n,   określana   przez 
krytyków   jako   “okres   dwuosiowy”,   zaczęła   zdobywać   popularność   wśród   szerszych   kręgów 
publiczności.
        Publiczność. Dziwne słowo. Język Karrów nie wytworzył podobnego pojęcia. L’n kojarzyło 
się   ono   z   cuchnącym   tłumem,   podchodzącym   coraz   bliżej,   napierającym...   Ale   jakoś   sobie 
poradziła, a nawet polubiła te chwile, gdy stawała się centrum uwagi.
               Zyskała też pierwszego “cudzoziemskiego” przyjaciela. Nazywał się Hansen. Najemny 
żołnierz, kapral Hansen. Człowiek. Rosły mężczyzna z początku napełniał ją lękiem. Gdy po raz 
pierwszy ujął jej małe dłonie i wyhuczał kilka słów podziwu dla świetlnych obrazów, skoczyła ze 
strachu   na   stelaże   i   zatrzymała   się   dopiero   pod   sufitem.   Po   chwili   opanowała   się,   uprzejmie 
wysłuchała,  co gość miał do powiedzenia,  a następnie czym  prędzej wygoniła go z pracowni. 
Potem pół nocy czesała futro, próbując usunąć obcy zapach.
        Po kilku miesiącach polubiła tę woń. Hansen spędzał z L’n każdą wolną chwilę. Podziwiał jej 
prace, czasem krytykował, ale jego uwagi zawsze okazywały się pomocne. Kapral chronił swą 
przyjaciółkę podczas wernisaży. Pilnował, aby tłumy nie gromadziły się zbyt blisko.
        Podczas inwazji Hansen przedarł się przez ogarnięte ogniem miasto i wyniósł L’n z pracowni. 
Oboje schronili się w koszarach. Kilka minut później zaskoczone siły imperium poddały się, ale 
Tahnijczycy nie wstrzymali od razu ostrzału.
        Jeden z pocisków wybuchł obok ich kryjówki. L’n ocknęła się tylko lekko ranna. Z Hansena 
mało co zostało.
          Od chwili wyjazdu z domu L’n nauczyła się wielu rzeczy. Między innymi kłamstwa. Gdy 
Tahnijczycy uznali, że należała do personelu wojskowego, nie wyprowadziła ich z błędu. Słyszała, 
jak na przyległych ulicach rozstrzeliwuje się wszystkich napotkanych cywilów.
        Po śmierci Hansena poznała jeszcze jedno: bolesną samotność.
               Złącze   na  następnej  parze   przewodów  rozjarzyło   się  pomarańczowo.  Dobre. Cholera! 
Przesłała rury dalej.
        Krzyki na zewnątrz umilkły. Miast odgłosów uderzeń, uszu L’n doszły szmery rozmowy. Co 
tam się dzieje?
        
        Chetwynd usłyszał wrzaski aż z drugiego końca fabrycznej hali. Szybko sprawdził podległych 
mu strażników oraz ich grupy robocze. Na oko wszystko w porządku. Chwilę. Kogoś tu brakowało.
               Przepchnął   masywne   cielsko   między   powarkującymi   maszynami,   skręcił   za   róg   i 
znieruchomiał. No tak, znów Cloric. Purpurowy ze złości, oczy wytrzeszczone, rozdarta morda. 

background image

Orgazm ujadania. Obiektem ataku był o wiele mniejszy mężczyzna, jeden z imperialnych jeńców 
wojennych. Powód całej awantury widniał jak na dłoni: wkoło leżały rozsypane złącza przewodów 
hydraulicznych. Z tyłu mroczniały masywne drzwi do pomieszczeń kontroli. Czerwone światełko 
nad jednym z wejść informowało, że w laboratorium ktoś pracuje.
        Chetwynd przybrał urzędową pozę i podszedł bliżej. Wiedział, że musi zbadać sprawę, nim 
cokolwiek uczyni. Bo i owszem, więzień mógł okazać się dywersantem, w takim razie pozostanie 
wzruszyć   ramionami   i   niech   się   dzieje   wola   straży.   Z   drugiej   jednak   strony   Cloric   słynął   z 
niepohamowanych   skłonności   sadystycznych.   Pod   tym   względem   wyróżniał   się   nawet   wśród 
klawiszy. Chetwynd zaś był kierownikiem zmiany, więc to on odpowiadał za więźniów, a tych 
należało oszczędzać. Z góry wciąż przychodziły niepokojące sygnały o braku rąk do pracy. Jeśli 
Cloric nie przestanie tak często wpadać w amok, to niedługo sytuacja stanie się jeszcze gorsza.
        Poza tym Chetwynd miał osobisty powód, by interweniować. Sam też kiedyś był więźniem.
        Cloric w końcu spostrzegł kierownika i na jednym oddechu przestawił się na obronę.
        - Poradzę sobie, Chetwynd.
        - Jeszcze raz tak się do mnie odezwiesz, Cloric, a przestaniesz sobie radzić.
        Chetwynd górował masywną posturą nad też rosłym Clorikiem i chociaż nie był bezpośrednim 
przełożonym   strażników,   to   jednak   nie   opłacało   się   z   nim   zadzierać.   Z   jakichś   tajemniczych 
powodów z Chetwyndem liczyli się nawet ci z pionu bezpieczeństwa. Ogólnie tępy Cloric miał 
dość rozumu, by nie dociekać szczegółów.
        Chetwynd poczekał cierpliwie, aż klawisz przetrawi dostępne dane i wzruszy ramionami.
        - On coś kombinował - mruknął Cloric wskazując na jeńca. - Widzi pan. Pomieszał dobre rury 
ze złymi.
        Chetwynd nie zamierzał wysłuchiwać wyjaśnień strażnika. Opowieść byłaby długa i najeżona 
łgarstwami.   Jeniec   wyglądał   na   znacznie   bardziej   rozgarniętego.   Patrzył   to   na   jednego,   to   na 
drugiego Tahnijczyka i pewnie zastanawiał się, nad swoim losem.
        - A co ty masz do powiedzenia? - spytał Chetwynd.
          - To był wypadek - odparł Sten. - Przenosiłem skrzynię z brakami, gdy pan strażnik złapał 
mnie za ramię. Wystraszyłem się jak cholera, potknąłem, wpadłem na inną skrzynkę i...
        - On kłamie - zaprotestował Cloric. - Obserwowałem go cały czas. Głowę daję, że od początku 
chciał pomieszać rury.
          - Ależ, sir, czy naprawdę widział pan, bym robił jakieś podejrzane rzeczy? - spytał Sten. - 
Gdzie pan wtedy stał?
        Obecność Chetwynda zmieszała Clorica na tyle, że wdał się w dyskusję z jeńcem, miast po 
prostu trzasnąć go w dziób za bezczelność. Pokazał na punkt oddalony około dwudziestu metrów. 
Znaczyło   to,   że   najpewniej   bumelował   za   szybem   wyciągu   grawitacyjnego.   Sten   przyjrzał   się 
okolicy z poważną miną i pokręcił głową.
               - Nie, sir. Niezmiernie mi przykro, ale trudno mi się z panem zgodzić. Podejrzewam, że 
stamtąd nie mógł pan wiele zobaczyć. Palety zasłaniają widok.
        - Z początku zasłaniały, aleje trochę odsunąłem. Widzicie ten prześwit? - Pokazał niewielką 
szparę między stertami.
          - A tak, sir. Bardzo zgrabnie pomyślany podstęp - przyznał niechętnie Sten. - Ale czy nie 
stałem tyłem do pana, sir?
        Chetwynd uciszył gestem obu rozmówców. Głupie gadanie. Coś innego zaprzątało mu myśli: 
jeniec wyglądał dziwnie znajomo. Kierownik zmiany był pewien, że spotkał już kiedyś tego faceta. 
Tyle tylko że wtedy ów gość nosił mundur gliniarza.
        - Czy ja cię nie znam? - spytał.
        Sten spojrzał na Chetwynda niewinnie.
        - Nie, sir - skłamał w żywe oczy. - Nie sądzę, sir. Chetwynd zerknął uważniej. Wciąż odnosił 
wrażenie, że jednak...

background image

        Gdyby dodać uniform tahnijskiego policjanta... Ale jeśli tak, to co ten mężczyzna robił tu jako 
jeniec wojenny? Jeśli dodatkowo Cloric miał rację i naprawdę chodziło o sabotaż... Wtedy razem 
znajdą się po szyję w gównie.
        - Jak się nazywasz?
        - Horatio, sir.
        Sten zmartwiał. Trybiki pamięci zaskoczyły. Wiedział już, gdzie spotkał Chetwynda. Śledzili 
wówczas z Alexem tego niedorosłego dynamitarda, Dynsmana. W morzu otaczającym więzienną 
wyspę zaatakowała ich bestia o sześciu odnóżach, a ten tutaj osiłek, aż zataczał się ze śmiechu. Stał 
na   plaży   pośród   gromady   penitencjarnych   bab.   Sten   i   Alex   mieli   na   sobie   mundury   służby 
więziennej,   więc   nic   dziwnego,   że   Chetwynd   cieszył   się,   widząc   ich   mizerię.   Swoją   drogą, 
interesujące, jak udało mu się wydostać z więziennej planety? A jeszcze ciekawsze: jakim cudem 
sam został klawiszem?
        - Dobra, Horatio. Tym razem ci darujemy. Ale jak znów coś wywiniesz, to tyłek odejdzie ci 
od kości!
        - Dziękuję, sir - powiedział nieco zdumiony Sten.
        Cloric chciał zaprotestować, ale Chetwynd uciszył go uniesieniem dłoni.
        - Posprzątaj ten bałagan - nakazał Stenowi. - Złącza ponownie przepuść przez kontrolę.
        Sten wziął się gorliwie do roboty, a Chetwynd odprowadził Clorica na bok.
        - Czemu nie pozwolił go pan ukarać? - spytał strażnik. - Zasłużył sobie.
        - Może. Mam do ciebie prośbę. Pilnuj tego jeńca, ale go nie tykaj. Zrobisz to dla mnie?
               Cloric przytaknął.  Nie rozumiał, o co chodzi, i wcale nie pragnął się dowiadywać.  A 
kierownikiem  zmiany wciąż  targały wątpliwości.  Gliniarz... Zupełnie  bez sensu. Chyba  żeby... 
Chetwynd zamierzał osobiście zbadać tę sprawę.
        
        L’n mruczała sobie pod nosem ulubioną kołysankę. Praca, chociaż monotonna, nie była wcale 
taka zła. Gdy dziewczyna usłyszała, że ktoś wchodzi do laboratorium, tak się wystraszyła, że w 
pierwszym odruchu wygasiła wszystkie światła i czmychnęła do kąta.
        Jednak tamten, miast obijać się w ciemności, stanął tuż za progiem i wyszeptał imię tutejszej 
pracownicy. Kiedy w końcu odpowiedziała, bez wahania podszedł bliżej. Zupełnie jakby widział w 
mroku nie gorzej niż L’n.
        Horatio okazał pełne zrozumienie dla lęku Karryjki. Porozmawiał chwilę o sztuce operowania 
światłem oraz o geometrii. Powiedział, że słyszał o obrazach L’n, chociaż nie zdarzyło mu się 
nigdy żadnego widzieć. Obiecał pomóc jej urządzić w więzieniu pracownię.
               Poprosił też o przysługę. Nie w zamian. L’n wiedziała, że warsztat twórczy powstanie 
niezależnie od tego, co sama zrobi.
        Czy ufała Horatiowi? Jakże inaczej, skoro on obdarzył ją zaufaniem? Wyznał, kim jest. Oddał 
swoje życie w ręce L’n. Prośby Iksa dotyczyły dość niebezpiecznej działalności.
               L’n  miała  zostać  fałszerzem.  Podrabiać  rozkazy,  karty identyfikacyjne  i wiele  innych 
papierków przydatnych jeńcom po udanej ucieczce.
        Sama nie mogła uciekać. W pełnym blasku tutejszego słońca poruszałaby się jak ślepiec.
               Hansen powiedział... Nie. Nie Hansen, poprawiła się w myślach. Ale ja głupia. Horatio 
powiedział, że Wielkiemu Iksowi także nie wolno zbiec. Bada pracować razem i pomagać innym.
               Taka perspektywa wyglądała całkiem nieźle. Równie sensownie przedstawiała się druga 
prośba. Też wiązała się z pewnym niebezpieczeństwem, ale nie aż tak wielkim. Horatio chciał, 
żeby puszczała tyle braków, ile tylko zdoła. Z miłą chęcią. L’n już wcześniej o tym myślała, ale 
powstrzymywał ją strach.
        Od kiedy poznała Horatia, już się nie bała.
        
        

background image

Rozdział siedemnasty
        
               Brama wewnętrznego dziedzińca stanęła otworem i Avrenti, major służb bezpieczeństwa, 
spojrzał na krążących po placu więźniów.
          W tej samej chwili zadziałał “trójkąt wczesnego ostrzegania”, jeden z elementów systemu 
chroniącego przygotowania do ucieczki.
         Najpierw siedzący na stołku sierżant sztabowy Isby pochylił się i odwinął płachtę bandaża, 
aby i kikut nogi mógł powygrzewać się trochę na mdłym słoneczku.
               Następnie   spędzający   miło   czas   na   balkonie   pięterka   kapral   Morrison   stracił   nagle 
zainteresowanie dla właśnie czytanej propagandowej broszury i wypuścił pisemko z rąk.
          Chwilę potem stojąca w głębi dziedzińca major F’rella podkuliła jedną z macek pod siebie 
(znaczy: wchodzi kolejny Tahnijczyk) i uruchomiła drugi mózg, aby zanucić archaiczną ziemską 
melodyjkę skomponowaną dawno temu przez kogoś imieniem Weill. Używając ledwie sześciu (z 
ośmiu posiadanych) miechów płucnych, uzyskała całkiem miłe, polifoniczne brzmienie.
        Dyżurujący w kuchni technik Bleves jęknął rozdzierająco, niewątpliwie skutkiem oparzenia 
dłoni o uchwyty uniesionego kociołka, i z całym impetem opuścił naczynie na kamienną podłogę.
        Głuchy huk przebiegł przez cały dziedziniec.
        I już.
        
        - Niech nas Jedyny ma w swojej opiece - szepnął Cristata. - Nie traćmy czasu.
               Markiewicz natychmiast cisnęła łopatę pod ścianę przodka i zaczęła się wycofywać. Jak 
wszyscy   szanujący   się   tunelowcy,   pracowała   nago.   Był   to   jedyny   sposób,   aby   nie   wzbudzić 
podejrzeń strażników podczas niespodziewanej inspekcji. Brudne ubranie nie dawało takich szans.
               Cristata schwycił wystające z dziury nogi i pociągnął dziewczynę ku najbliższej “stacji 
przesiadkowej”, czyli rozszerzeniu tunelu. Tam przyjrzał się nagusce. Zawsze go ciekawiło, czemu 
co   bardziej   religijni   ludzie   okazywali   takie   zażenowanie   na   widok   nie   ubranego   ciała.   Nagle 
zrozumiał. Oczywiście. Te istoty pojmowały, jak nieprzyzwoicie natura je wyposażyła. Wstydziły 
się, że nie mają własnego futra.
               Cristata podziękował Jedynemu za oświecenie i postanowił przemyśleć sprawę podczas 
kolejnej sesji modlitewnej. Zaraz potem pospieszył tunelem za Markiewicz.
               Dziewczyna dobiegła do wyjścia, czym prędzej narzuciła mundur i wspięła się na górę. 
Dopasowane płyty posadzki uniosły się na chwilę i opadły. Zaraz też dwaj żołnierze wysypali w 
tym miejscu kosz silnie pachnących korzonków, a następnie zaczęli pilnie je obierać. Szykowali 
kolację.
        
               Sorensen montował  osiemnastą  szybę,  gdy ktoś kopnął  w drzwi. Płyta  błyskawicznie 
powędrowała   z   powrotem   na   stół,   a   służący   dotąd   dobrą   radą   Kraulshavn   zaczął   gwałtownie 
gestykulować i skłaniać do pośpiechu.
        - Tahnijczycy nadchodzą. Żeby to!
               Klarulshavn pociągnął za zwisający mu koło nosa sznurek. Okrywające stanowisko pracy 
materace stanęły otworem. Zewsząd posypał się kurz.
               To, nad czym się biedzili, wymagało wręcz sterylnej czystości. Gdy znów wezmą się do 
dzieła, będą musieli zacząć od parugodzinnego sprzątania i pucowania.
        Obaj wymknęli się na korytarz i zamknęli za sobą drzwi. Stojący na czujce umyślny zamknął 
je na klucz i za pomocą małego mieszka napylił na klamkę nieco kurzu. Ponadto opuścił zwisające 
przy   framudze   przewody.   To   ostatnie   na   wypadek,   gdyby   Tahnijczycy   sprawdzali   wnętrze 
detektorami   ciepła.   Drut,   niemal   całkowicie   pozbawiony   izolacji,   ocierał   się   o   stalowe   drzwi, 
chwilami nawet iskrzył. Obrazu dopełniały starannie wymalowane na metalu ślady wcześniejszych 
przypaleń. Krótkie zwarcie daje dość ciepła, by wytłumaczyć anomalię.

background image

               Umyślny nie wiedział, co właściwie tych dwóch robi tyle czasu w pokoju. Pan Kilgour 
niedwuznacznie dał mu wcześniej do zrozumienia, że wcale wiedzieć nie musi. Pognał za resztą na 
dziedziniec.
        W warsztacie zaś z wolna powstawał tak potrzebny Stenowi komputer.
               Niejeden marzyciel snuje fantazje, jak by to było dobrze cofnąć się w czasie i obdarzyć 
dalekich   przodków   jakimś   genialnym   wynalazkiem.   Zyskać   powszechne   uznanie,   władzę 
królewską  zgoła,   a   może   nawet   i   boską.   I   fajnie,   ale   podobni  naiwniacy   zwykle   zapominając 
drobiazgu   tak  trywialnym  jak  bariera  technologiczna.  Bez   stosownych  narzędzi   każdy  geniusz 
zdoła wynaleźć co najwyżej urządzenie do spłukiwania klozetu.
        Przed tym samym problemem stanęli konstruktorzy katedralnego komputera.
          Zaprojektowany przez nich procesor nikomu nie kojarzył się z żadnym znanym w dziejach 
komputerem.
        Skonstruowane “chipy” były sześcianami o boku długim prawie na jedną trzecią metra. Dla 
ułatwienia   dwaj   więzienni   twórcy   zdecydowali   się   na   jedynie   dwadzieścia   cztery   warstwy, 
wszystkie   ze   szkła.   Rowki   pod   obwody   najpierw   wydrapywali,   potem   trawili   kwasem. 
Przygotowali   miejsca  na  oporniki,  diody i   resztę  tego,  co  albo   wykradali   podczas  pracy  poza 
więzieniem, albo majstrowali samodzielnie. Same obwody tworzyło wylane w wyżłobienia płynne 
srebro. Nóżki do mocowania elementów wykonywali ręcznie ze złota. W skład jednego “chipa” 
wchodziły dwadzieścia cztery tak spreparowane płyty..
        Mieli już dwanaście “chipów”, co dawało jedną trzecią całości.
               Sorensen i Kraulshavn zachodzili w głowę, gdzie Alex znajdzie miejsce, żeby złożyć to 
wszystko do kupy.  Nie powiedział im,  a oni rozumieli, że na razie lepiej nie wiedzieć. Drugi 
problem stanowiło samo działanie maszynki. Dostęp, pamięć, zasilanie. Cóż, pozostawała nadzieja, 
że Kilgour we właściwej chwili poradzi sobie także z tą kwestią.
        
               Major Avrenti spacerowym krokiem przemierzał korytarze więzienia. Nie odpowiadał na 
głośne powitania stających na baczność jeńców.
               Wyobrażał sobie, że jest niczym  metafizyczna  ośmiornica oplatająca mackami umysły 
uwięzionych. Co kombinują? Czy są wrogo nastawieni? Czy szykują bunt? Planują ucieczkę? Czy 
zdradzą się jakąś uwagą? A jeśli niepokorny duch już ich opuścił?
        Kilgour odczekał, aż Tahnijczyk zniknie z pola widzenia.
        - Co on tu robi? - spytał jeden z przybocznych.
        - Nie wiem - odparł Alex. - Może to wariat?
        - Tylko nie to.
               Avrenti skończył inspekcję kwater i wyszedł na dziedziniec. Tutaj przystanął, zdumiony 
widokiem jakiegoś mężczyzny malującego na kamiennych-płytach coś na kształt gwiazdy. Za farbę 
służył jeńcowi sproszkowany tynk rozbabrany w wodzie, zamiast pędzla używał związanego w 
węzeł gałgana.
        Avrenti podszedł do pacykarza.
          Dzięki uważnemu studiowaniu akt osób osadzonych w Koldyere poznał w nim niejakiego 
Kalguara czy Kilgoura, zero bez znaczenia i rangi.
        - Co malujesz?
               Imperialny żołnierz stanął na baczność tak gwałtownie, że kilka kropli białej zawiesiny 
prysnęło ze szmaty, aż na mundur oficera. Avrenti zmarszczy ł brwi.
        - Prze... przepraszam - jęknął Kilgour. - Nie słyszałem, jak pan podchodzi.
        - Pytałem, co robisz?
        - Odganiam Szkotów.
        - Szkotów?
        - Właśnie.
        - A co to takiego te Szkoty, jeśli wolno spytać?

background image

        - Takie cudaczne stwory na sześciu łapach. Złośliwe jak diabli i szczają do zupy.
        - Nonsens - parsknął Avrenti. - Nigdy żadnego nie spotkałem.
        - No widzi pan, jak skutecznie je odstraszam!
        Avrenti spojrzał podejrzliwie. Jeniec był poważny, ani śladu uśmiechu.
        - Tak. Nie przeszkadzajcie sobie.
        - Tak jest, sir.
        Kilgour wrócił do malowania, Avrenti zaś przeszedł przez wszystkie trzy bramy i zamyślił się 
głęboko.   Musi   uprzedzić   komendanta   Derhina,   że   niektórzy   jeńcy   mogą   potrzebować   pomocy 
psychiatry.
        Alex dokończył gwiazdę, obejrzał malunek z różnych stron i skierował się do swojej kwatery. 
Ten Avrenti to nie świr, tylko nadgorliwiec. Takich trzeba pilnować.
        
        
Rozdział osiemnasty
        
        Tanz Sullamora był wybitnie przekonany o swoich racjach. Właśnie czekał w antyszambrach 
imperatora na wezwanie, które, wiedział to na pewno, zabrzmi lada chwila. Plecy trzymał prosto, 
noga założona jedna na drugą, czoło zachmurzyły mu poważne myśli - oto jak powinna wyglądać 
chluba   przemysłowej   arystokracji.   Ktoś,   z   kim   należy   się   liczyć.   Osoba   mająca   posłuch   u 
najmożniejszych.
               Wieczny Imperator wszedł sprężystym  krokiem i nawet nie patrząc na gościa, od razu 
skierował się do barku, skąd dobył butelkę i dwie szklanki.
        - Tanz, stary druhu - powiedział - chyba dojrzałeś do klina. 
            Zdumiony Sullamora poczuł, jak starannie wyreżyserowana poza rozłazi się w szwach. A 
obiecywał sobie, że to on nada ton spotkaniu, oduczy tego gbura prostackich manier. Niestety, 
imperator nie poszedł mu na rękę.
        - No... nie. Znaczy, nie, dziękuję. Nie piję z rana.
        - Zaufaj mi, Tanz. Wiem, co mówię. 
        Zrezygnowany Sullamora ujął szklankę.
        - Czy coś nie tak? - spytał. - Jakieś... eee... kłopoty?
        - Nie nazwałbym tego kłopotami. Już prędzej klęską. Stocznie robią bokami.
        Sullamora zdrętwiał. Zarzut był poważny. Szczególnie wobec kogoś, kto odpowiadał podczas 
wojny za budowę statków na terenie całego imperium.
        - Ale to nie tak, Wasza Wysokość - zaprzeczył. - Ostatnie wskaźniki...
        - Mydlenie oczu. Produkcja niebezpiecznie spada. I nic dziwnego. Wszystkie te ruchawki. Na 
sześciu planetach systemu Cairene... Przestoje, dzikie strajki. Mówię ci, że taka sytuacja zagraża 
imperium. I to się musi skończyć.
               Sullamora   nie   pojmował.   Stocznie   Cairene   należały   do   najefektywniejszych.   Chciał 
zaprotestować, ale imperator uciszył go gestem dłoni.
        - Nie winie cię, Tanz. Nie można wymagać od jednego człowieka, nawet tak energicznego jak 
ty, by panował nad wszystkim. Zamierzam powtórzyć tę opinię na jutrzejszej odprawie.
        - Jakiej odprawie? Nic mi nie wiadomo, znaczy...
               Przełknął łyk. Cała pewność siebie uleciała bez śladu. Jak mógł przeoczyć coś takiego? 
Kłopoty w systemie Cairene. Strajki. Przerwy w pracy. Straty. Spadek zysku. Najgorsza zmora 
kapitalisty.
               Imperator ponownie napełnił szkło. Ciężka atmosfera była mu na rękę, niech się baron 
przemysłu podręczy. Władca doskonale potrafił radzić sobie z takim elementem. “Po pierwsze, 
należy wytrącić ich z równowagi i wybić z roli”, powiedział kiedyś Mahoneyowi. “Gdy potem 
słyszą jedynie o wzroście kosztów, czują się jak w raju”.

background image

        W końcu władcy zrobiło się żal gościa. Trochę, troszeczkę. Wybuchnął śmiechem. Zupełnie 
zagubiony Sullamora spojrzał nań nieco nieprzytomnie.
               - Jeszcze nie pojmujesz, Tanz? Przedstawiłem ci tylko jeden z wielu gnębiących mnie 
drobiazgów.
        - Znaczy, Wasza Wysokość raczył żartować?
         - Skądże znowu!. Nigdy nie byłem bardziej poważny. Słuchaj. Zajmę się tym na odprawie. 
Ogłoszę, że Imperialna Komisja Pracy wszczyna śledztwo.
        - Jaka komisja pracy? - wyjąkał Sullamora.
        - Kiepsko dziś kojarzysz. Taka komórka w ogóle nie istnieje. Ale powiem, że jest. Zajmuje się 
strajkami, fałszerzami raportów o produkcji. Zanim Tahnijczycy odkryją, że łżę w żywe oczy, ty 
podkręcisz swoim śrubę i dasz mi po cichu co najmniej dwanaście statków, o których tamci nie 
będą nic wiedzieli.
        Sullamora uniósł brwi.
            - A, teraz rozumiem. - Imperator chciał posiać trochę panikarskich plotek. Nic dziwnego. 
Dezinformacja   stanowiła   jego   ulubioną   broń.   -   Coś   się   szykuje,   prawda,   sir?   -   spytał.   -   Coś 
wielkiego. Mogę zostać wtajemniczony?
        - Bez obrazy, Tanz, ale nie. Tym razem muszę naprawdę trzymać karty przy orderach. Jeśli 
Tahnijczycy coś zwąchają, wylądujemy na dnie szamba.
               Sullamora wreszcie poczuł grunt pod nogami. Od lat toczył podobne gry z rywalami w 
interesach, chociaż jego kampanie zwykle kończyły się co najwyżej drobnym mordobiciem.
        - Tyle tylko ci powiem - oznajmił imperator - że jeśli mój plan się powiedzie, koniec wojny 
nastąpi w przeciągu czterech lat. Góra pięciu. Mamy szansę solidnie przyłożyć nieprzyjaciołom. 
Powalczą jeszcze trochę, owszem, ale ostatecznie będą musieli skapitulować. Na moich warunkach.
        Nawet Sullamorę przeszedł dreszcz. Wiedział, co znaczy przegrać z imperatorem.
               -   Oczywiście   na   początek   potrzeba   nam   kilku   błyskotliwych   sukcesów.   Sygnału   dla 
niepewnych sojuszników i tych niby neutralnych, co warują u naszych granic. - Obniżył głos do 
szeptu. - Zwłaszcza ci ostatni denerwują mnie ponad miarę.
          Sullamorze nagle zaschło w ustach. Czuł, że powinien się odezwać, ale jakoś zabrakło mu 
słów. Bał się. Imperator odstawił na bok szklankę i butelkę, co znaczyło, że audiencja skończona.
               - Przygotuj sobie na jutro krótką mowę, Tanz. Taką na pięć minut - polecił władca.-Nasi 
sekretarze spotkają się wieczorem i omówią szczegóły. Ubierz moją kwestię w swoje słowa.
        Sullamora wstał. Zaczął się żegnać, nagle przerwał. Nieco rozbawiony imperator uprzejmie 
poczekał, aż gość sam wykrztusi, co mu leży na wątrobie. Nijak nie pomagał Sullamorze.
        - Ciekawi mnie... Wasza Wysokość...
        - Tak? - spytał obojętnie gospodarz.
        - Czy po wojnie... Jak to ma wyglądać?
        - Najpierw urżnę się w trupa - odparł imperator. - Wtedy lżej liczyć poległych.
        - Nie o tym myślałem, sir... Rozmawiałem z pozostałymi członkami Rady... Co pan zamierza 
z nami zrobić?
          Imperator powołał przyboczną radę zaraz po wybuchu wojny. Włączył do niej Sullamorę i 
kilka innych osób, które odgrywały ważną rolę w dążeniach do zwycięstwa. W teorii miało to być 
grono doradców, ale Wieczny Imperator  nigdy nie zwracał uwagi na ich rady.  Chciał jedynie 
sprawić, by poczuli się ważni i trzymali się z boku od spraw naprawdę istotnych. Podobnie jak 
imperialni parlamentarzyści. Władca był gorącym zwolennikiem demokracji. Uważał, że skryte w 
niej pułapki jak nic innego pozwalają na wzmocnienie fundamentów monarchii absolutnej.
        Udał, że zastanawia się nad odpowiedzią.
        - Nie wiem - stwierdził. - Chyba rozwiążę Radę. Czemu pytasz?
               - Bo myślę, że jeśli przydajemy się podczas wojny, to i potem możemy być użyteczni. 
Skupiamy uwagę na drobiazgach, które inaczej umknęłyby uwagi Waszej Wysokości.

background image

          Właśnie, pomyślał imperator. I założę się, że bardzo wam to odpowiada. Nie miał ochoty 
żywić grona wtrącających się we wszystko darmozjadów. Czemu Sullamora z tym wyleciał? A na 
dodatek twierdzi, że wyraża opinię pozostałych. Trzeba będzie lepiej się im przyjrzeć.
        Wieczny Imperator uśmiechnął się czarująco.
        - Niezły pomysł, Tanz. Przemyślę twoją sugestię.
        Poczekał, aż drzwi zamkną się za gościem, i momentalnie wymazał uśmiech z twarzy.
        
        
Rozdział dziewiętnasty
        
               Problem   lokalizacji   komputera   został   rozwiązany   dzięki   pomocy   Tahnijczyków.   Oni 
oczywiście nic o tym nie wiedzieli, w przeciwnym razie nigdy nie zafundowaliby jeńcom łaźni. 
Uczynili   to   z   rozmachem   i   skutecznie.   Młotami   pneumatycznymi   wyburzyli   ściany   między 
trzynastoma celami. Powstałą salę podzielono na cztery części. Jedna mieściła klozety, druga sześć 
gigantycznych   (i   antycznych)   pralek,   trzecia   prysznice.   Do   czwartej   wstawiono   prawie   sto 
umywalek, nad każdą zaś wmurowano lustro.
               Alex zdjął trzydzieści sześć luster, wydrążył stosowne nisze w murze i wmontował tam 
szklane bloki komputera. Zewnętrzne tafle “chipów” znakomicie udawały zwierciadła. Hernandes 
przypomniał sobie studenckie czasy i wykłady z “prehistorycznej inżynierii”, co pozwoliło mu 
skonstruować   stosowne   zawiasy.   Bloki   zostały   połączone   kriogenicznymi   przewodami, 
wykradzionymi przez St. Clair ze zwojów silnikowych ślizgacza grawitacyjnego porzuconego w 
kącie magazynu.
          Należało jeszcze zadbać o oprogramowanie. Mimo pokaźnych rozmiarów maszynka miała 
niewielką moc i nie była zdolna do zbyt szybkiej, równoczesnej obróbki mrowia danych zebranych 
przez geometrów, włamywaczy i szpiegów Stena.
        Tym problemem zajął się duet Sorensen i Kraulshavn. Pierwszy przetwarzał dane w głowie, 
sprowadzając   złożone   sprawy   do   poziomu   prostych   pytań.   Wykonywał   osiemdziesiąt   procent 
roboty,   jednak   wciąż   nie   dość.   Wtedy   wkraczał   Kraulshavn.   Wcześniej   wynalazł   on   język 
pozwalający nadać każdemu znakowi kilkaset znaczeń, czym wprowadziłby w zdumienie nawet 
dawnych Chińczyków.
          Kolejną sprawą była komunikacja ze szklanym kretynkiem. Długo się nad tym biedzili, aż 
Sten   spytał,   z  głupia   frant:   “A  może   by  tak   iskrówka?”.   Alex  w  pierwszej   chwili   oniemiał   z 
wrażenia, ale gdy już doszedł do siebie, zaraz zapędził swój niewielki zespół do pracy. Stworzony 
przez   Kraulshavna   język   został   przetransponowany   na   system   kropek   oraz   kresek.   Pozostało 
jeszcze   zbudować   mały,   mieszczący   się   w   dłoni   klucz   ze   sprężyny   (do   nadawania)   i   dodać 
głośniczek (do odbioru).
          Najwięcej kłopotów przysparzał im bank pamięci. Nikt nie potrafił podsunąć najlichszego 
nawet pomysłu. Alex kłamał współpracownikom, że zna rozwiązanie, ale w ten sposób chciał ich 
tylko zagrzać do dzieła. Tymczasem termin uruchomienia komputera był coraz bliższy i Kilgour 
zaczynał popadać we frustrację.
        Tutaj przydał się Ibn Bakr. Muskularny krawiec dostał zadanie stosownego postarzenia płótna 
mającego posłużyć do uszycia strojów lokalnych wieśniaków. Dolewał sody kaustycznej do wody i 
wielokrotnie prał materię w cieczy o temperaturze bliskiej wrzenia. Alex stanął któregoś dnia przed 
wielką pralką i przyjrzał się, jak funkcjonuje urządzenie. Wtedy go oświeciło. Gdyby tak wziąć 
drut, namagnetyzować w trakcie przewijania, potem zamontować dwie szpule i głowicę... Można 
by na nim zapisywać dane z komputera. Voila! Kilka tysięcy lat po premierze Alex ponownie 
wynalazł magnetofon typu druciak.
               Wreszcie   nadeszła   wielka   chwila.   Sten   wraz   z   Alexem   stanęli   nad   Sorensenem   i 
Kraulshavnem, który miał uruchomić komputer. Ale Struth potrząsnął głową.
        - Nie.

background image

        - W czym problem?
        - On mówi, że musimy jakoś nazwać ten komputer - zaśmiał się Sorensen. - W przeciwnym 
razie urządzenie nie będzie wiedziało, że mówimy właśnie do niego.
        Sten warknął niecierpliwie. Widocznie nie da rady inaczej. Trudno. Przez taką błahostkę nie 
zamierzał zrażać jedynego w okolicy programisty.
               - Może Brainerd? - zaproponował. - To chyba od niego zaczęła się kiedyś ta cała heca z 
komputerami?
          Sorensen przekazał nazwę Kraulshavnowi. Ten przytaknął i poruszył kluczem. Zaiskrzyło. 
Nic. Raz jeszcze.
        - No dalej, ciemna maso - syknął Sten. - Obudź się, do diabła. Ruszaj... Odezwij się...
        Coś pisnęło. I znów cisza.
        - Nie działa?
        - Cierpliwości, Horrie - mruknął Alex. - Jeszcze go wystraszysz. Może być nieśmiały...
        Ale poczucie humoru opuściło Stena. Tyle wysiłku... I nic. A gdyby tak dokopać maszynce, 
wziąć solidny zamach podkutym buciorem i...
        Próbowali jeszcze przez kilka minut, aż w końcu Kraulshavn odłożył klucz iskrowy i pokazał 
coś Sorensenowi.
        - Co on mówi? - spytał Sten.
        - Imię mu się nie podoba. Znaczy komputerowi. Musimy znaleźć inne.
        - Cholera jasna! - zaklął Sten i zgrzytnął zębami. - Słyszalny w tle pralko rejestrator zarzęził 
do wtóru. - Nazwij go jak chcesz! Choćby “Zrzęda”!
        Sorensen przyjął propozycję z pełną powagą i przekazał koledze.
        - No i co? - spytał Sten.
        - Kraulshavn myśli, że może być. 
        Iskrówka ożyła.
               Sten miał chęć mordu wypisaną w oczach, gdy głośniczek w końcu ożył.  Z początku 
nieśmiało, po chwili jednak roztrzeszczał się na dobre. Kraulshavn posłuchał, potem zaczął sos 
sygnalizować Sorensowi. Chłopak uśmiechnął się do Stena.
        - Wystartował - oznajmił. - Podoba mu się takie imię. Zrzędzi jak anioł!
        
        
        
Rozdział dwudziesty
        
          Cristata zażądał spotkania. Przez umyślnego przekazał wiadomość, że oczekuje Wielkiego 
Iksa zaraz po capstrzyku.
        Sten narzucił na plecy czarną pelerynę i po cichu otworzył drzwi celi. Zamek był już na tyle 
wyrobiony,   że   wystarczyłoby   mocniejsze   szarpnięcie,   by   wyrwać   cały   mechanizm.   “Big   X” 
przemknął korytarzami. Strażnikami nie musiał się przejmować: te nieliczne patrole, które nocą 
zapuszczały się w głąb katedry, wędrowały zawsze zwartą i głośną grupą.
               Pokonał zamek w drzwiach wiodących na dziedziniec i przystanął na progu. Emisariusz 
Cristaty wyłuszczył dokładnie, co należy zrobić dalej. Poczekać, aż lekko niebieskawy snop światła 
z reflektora omiecie teren. Następnie trzeba policzyć do sześciu i spacerkiem, nie biegiem, przejść 
dwadzieścia sześć kroków w kierunku godziny 14.30, zakładając, że reflektor wyznacza godzinę 
dwunastą.
        Sten zrobił, co kazano, i zatrzymał się za szczątkami kolumny. Czuł się jak głupiec. Jeszcze 
chwila, a wracający snop światła wydobędzie go z mroku. Nagle jednak coś zaszemrało i kilka 
kamiennych płyt chodnika gdzieś zniknęło. Z otworu wychynęły macki Cristaty.
        - Możesz zeskoczyć tuż obok mnie - powiedział. 
        Sten skorzystał bez wahania.

background image

        Stał w wąskiej studni. Zapadnia cichutko zamknęła się mu nad głową.
        Zaraz też pojawiło się światło. Lampa Cristaty składała się z małego rondelka wypełnionego 
jakąś cieczą. Na wierzchu pływała płonąca radośnie standardowa racja żywnościowa.
        Gospodarz wyjaśnił, że Sten się nie myli. Najpierw wytapiali z racji żywnościowych tłuszcz, 
potem go spalali. Suszki przydawały się jako knoty.
        - Ale nie to chciałem ci pokazać. Chodź.
        Nie czekając na reakcję Iksa, Cristata zniknął w dole. Sten poszedł za nim.
        Jeszcze dwa metry szybu i pokazał się tunel. Porządny, odeskowany z każdej strony i na tyle 
szeroki, że nie przyprawiał o klaustrofobię. Profesjonalna robota. Biegł łagodnym spadkiem gdzieś 
w dół. Co jakieś dwadzieścia pięć metrów rozszerzał się w komory.
        
        Takie efekty ludzie osiągnęliby po pięciu latach mozolnej dłubaniny, pomyślał Sten. Czyżby 
ten zaprzysiężony cywil był jedynym konstruktorem? Nagle przewodnik skręcił w jakiś zaułek i 
zniknął.
               Sten   przecisnął   się   za   gospodarzem   do   obszernej   kamiennej   groty.   Prócz   futrzastego 
znajdowało się tu jeszcze troje ludzi. Sten znał ich tylko z widzenia. Przysiadł w milczeniu na 
złomie granitu.
        - No i jak się to panu podoba? - spytała kobieta z naszywkami bombardiera na pagonach. Sten 
przypomniał sobie jej nazwisko: Markiewicz.
        - Sam też wykopałem kilka tuneli - powiedział - ale czegoś podobnego jeszcze nie widziałem. 
Zrobiliście pieprz... przepraszam, kawał dobrej roboty.
        - Ku chwale Jedynego - zaintonował Cristata. - I za Jego natchnieniem.
        - Ku chwale Jedynego - odparła pozostała trójka.
        Co, u diabła, zastanowił się Sten. Cristata wziął się za nawracanie? Chociaż, jeśli to wyznanie 
daje moc kopania podobnych tuneli, to może sam dam się ochrzcić?
        - Naprawdę jestem pod wrażeniem. Ale przecież mówiłem, że możemy wam pomóc. Czemu 
ściągnęliście mnie tu właśnie teraz?
        Cristata poruszył się niespokojnie.
               - Mamy kłopot. - Pokazał czułkami na przodek: ścianę litej skały. Dopiero teraz Sten 
spostrzegł, że reszta groty jest betonowa. Najpewniej natrafili na fundamenty katedry.
          Zatem to nie duma skłoniła ich do prezentacji wspaniałego dzieła. Naprawdę potrzebowali 
pomocy. Sten chętnie sam wziąłby oskard do ręki, ale musiał pamiętać o zobowiązaniach wobec 
kilkuset innych więźniów.
        - Rozumiem, że trudno wam się przez to przebić?
        - Właśnie - stwierdziła Markiewicz.
               - Mógłbym podrzucić wam więcej ludzi, ale to chyba nie rozwiąże problemu. Dłutkami 
pokonacie betonowe monstrum za jakieś sto lat, natomiast użycie materiałów wybuchowych raczej 
nie wchodzi w grę.
        Ludziom najwyraźniej zrzedły miny. Cristata ani drgnął.
        - Ale chyba wiem, co zrobić.
        - W takiej sytuacji, gdy muszę prosić o wsparcie, czuję się w obowiązku zaoferować coś w 
zamian. Zatem jest sposób?
        - Tak.
        - Słuchamy.
               Słuchamy?  My, znaczy kto? Cristata i jego nawróceńcy?  Ich Jedyny i Najwyższy?  Te 
katakumby   roztaczają   dziwnie   mistyczną   atmosferę,   pomyślał   Sten   i   poczuł   się   trochę   nie   na 
miejscu ze swoim zatwardziałym agnostycyzmem.
        Jednak rzeczywiście wpadł na pewien pomysł.
        Komputer zaczął już pracę. Pierwsze obliczenia pokazały, jak wiele pustej przestrzeni kryje 
gmach katedry.

background image

               Najciekawsze były wyniki doświadczeń sejsmicznych. Podczas przeprowadzania badań 
posłużono   się   wykradzionymi   Avrentiemu   superczułymi   mikrofonami,   które   następnie 
przymocowano do płyt dziedzińca. Wstrząsy powodowano rzucaniem kawałów gruzu z blanków.
        Wszystko wskazywało na to, że głęboko pod dziedzińcem znajdują się lochy.
        Oto był najbielszy z królików w kapeluszu Stena.
        - Jeśli pokażę wam, jak obejść skałę, tunel stanie się własnością ogółu.
        Ludzie jęknęli.
        - I co dalej? - spytał Cristata.
        - Wyprowadzę nim więcej uciekinierów. 
        - Ilu?
        - Nie wiem. Ale wam oddam pierwszeństwo. Otrzymacie też pełną pomoc mojej organizacji.
               - Najwyższy nas wspiera. To wystarczy - oznajmił Cristata. Współwyznawcy przytaknęli 
gorliwie.
               Sten poczuł się niezręcznie. Przypomniał sobie jednak starszego oficera płaczącego nad 
paczką.
        - Przyślę tu więcej kopaczy. Będą pracować pod twoim kierownictwem. Niczego nie zrobimy 
bez waszej wiedzy i zgody.
        - Czy marny jakiś wybór?
        Sten uprzejmie nie odpowiedział. 
        Markiewicz zerknęła na Cristate.
        - Chyba Jedyny tego pragnie - stwierdziła w imieniu całej czwórki. 
        Nikt nie zaprotestował.
               Zasadnicze rozwiązanie problemu było zaś tak proste, że aż trywialne. Należało kopać 
pionowo w dół.
          Ludzie słuchali Iksa z niedowierzaniem. Tylko Cristata się nie krzywił; z jakiegoś powodu 
uznał, że sam Najwyższy przemówił ustami Stena.
        Wiele dni później przebili się do podziemi Koldyeze. 
        Cristacie przysporzyło to kolejnych kłopotów. 
        Następną inspekcję Sten odbył również w nocy. Z groty zszedł prosto do wysoko sklepionych 
piwnic   z   kamiennymi   podłogami   i   strzelistymi   filarami.   Cristata   od   progu   mruknął,   że   jego 
zdaniem piwnice te kryją w sobie niemal wszystkie pokusy raju niewiernych. Sten rozejrzał się 
nieco   w   blasku   pochodni   i   aż   gwizdnął.   Cristata   miał   rację.   Dawni   gospodarze   katedry   byli 
przewidujący.   Na   wypadek   gorszych   czasów   (a   może   tylko   złej   pogody)   uszykowali   sobie 
schronienie   z   wszelkimi   wygodami.   Sądząc   po   zaopatrzeniu,   nie   należeli   do   ascetów 
rozmiłowanych w medytacjach. Szereg piwnic wypełniały beczki. Pełne. Sten potarł szpunt palcem 
i powąchał. Alkohol.
          Gdzie indziej leżały starannie zapakowane, wiecznotrwałe racje żywnościowe. Tu i ówdzie 
piętrzyła się odzież.
               - Całych podziemi jeszcze nie zbadaliśmy, ale chyba każde pomieszczenie kryje te same 
źródła doczesnej uciechy - rzekł ze smutkiem Cristata.
        Sten spojrzał na góry żarcia i zaczął się zastanawiać, jakim to rozstrojem żołądka skończyłoby 
się pochłonięcie pierwszego od lat prawdziwego posiłku.
          Postanowił, że Cristata zachowa pełną kontrolę nad lochami. O ich zawartości - dowie się 
wyłącznie pułkownik Virunga i Hernandes. Tylko tego by brakowało, żeby plany wzięły w łeb 
skutkiem   nagłego   obżarstwa   czy,   brr,   pijaństwa.   Wyznaczeni   kopacze   będą   doprowadzani   do 
przodka   z   zawiązanymi   oczami.   Skarby   przydadzą   się   głównie   do   należytego   wyposażenia 
zbiegów.
        Należało jeszcze poradzić sobie ze świeżo nawróconymi wyznawcami Jedynego. Trudno, w 
ich przypadku Stenowi pozostało żywić nadzieję, że uczniowie Cristaty są odporni na kryzysy 
wiary.

background image

        
        
Rozdział dwudziesty pierwszy
        
               Kapitan Lo Prek wiercił się nerwowo na skraju pryczy, słuchając radiowej konwersacji 
między kapitanem frachtowca a ośrodkiem kontroli ruchu orbitalnego. Niewiele rozumiał, jednak 
ton rozmowy nie wróżył dobrze.
        Po ostrej kłótni, Prek uzyskał zgodę na przelot statkiem dostarczającym mniej istotne surowce 
do tahnijskich fabryk.  Materiały naprawdę musiały mieć  drugorzędne znaczenie,  ponieważ już 
sześciokrotnie   zmieniano   kurs.   Od   szeregu   dni   statek   leciał   wciąż   nie   tam,   gdzie   powinien. 
Warczenie kapitana sugerowało, że właśnie po raz siódmy wyznaczono inny port przeznaczenia.
          Oficer zwinął się w kłębek na koi. Był bezradny. W żaden sposób nie mógł przyspieszyć 
swojej podróży. I tak wykorzystał już większość dawnych długów wdzięczności, by uzyskać krótki 
urlop. Aby wejść na pokład frachtowca musiał poniżyć się do prośby. Zgodzono się niechętnie i 
chyba tylko dla świętego spokoju.
               Prek wiedział, że nie jest osobą lubianą i wcale się temu nie dziwił. Był za dobry - za 
skuteczny,  nazbyt  posłuszny,  zdolny do maksymalnej  koncentracji. Nie czekał na pochwały za 
solidnie wykonaną pracę. Nie lubił konkurować, ale też nigdy nikogo nie skrzywdził. Niby same 
zalety...   ale   jednak.   Prek   godził   się   brakiem   sympatii,   a   nawet   obracał   to   zjawisko   na   swoją 
korzyść.   Jak   niedawno,   gdy  wzbudziwszy  u  współpracowników   poczucie   winy  i   litość,   dostał 
trochę wolnego. To ostatnie posunięcie nie było w jego stylu, wszelako intuicja mu podpowiadała, 
że jest już blisko celu, czyli Stena.
               Dowiedział   się   o   nowo   powstałym   obozie   jenieckim,   przeznaczonym   dla   szczególnie 
niebezpiecznych  wichrzycieli.  Ludzi  pokroju  Stena.  Obóz  znajdował  się  na   Heath.  W  miejscu 
zwanym Koldyeze.
        Prek wychwycił ton rezygnacji w głosie kapitana i westchnął. Kolejne opóźnienie. Znowu fory 
dla wroga.
        
        
Rozdział dwudziesty drugi
        
          Otoczony strażnikami oddział roboczy maszerował wijącą się ku katedrze uliczką. Po obu 
stronach ciemniały dawno opuszczone rudery-
        - Czekam - szepnął Sten.
        - Zamknij się. Zaraz zobaczysz - odparła St. Clair.
        - Oddział, stój! - krzyknął Chetwynd. 
        Jeńcy znieruchomieli na bruku.
        - Pięć minut odpoczynku. Poznajcie moje dobre serce. 
        Strażnicy ostentacyjnie odwrócili się do jeńców plecami i Sten aż się uśmiechnął, gdy oddział 
momentalnie poszedł w rozsypkę. Kto żyw smyrgnął ku domom. - Co tu, u licha...?
        - Nie gadaj, chodź. - St. Clair pociągnęła Stena do najbliższych drzwi. - Przecież obiecywałam 
niespodziankę, prawda?
        - Co jest grane?
        - Nie będziesz mi rozkazywał. Potrafisz fachowo szukać?
        - Jasne - odparł Sten.
        - No to idziemy na górę. Najpierw się rozejrzymy, potem wszystko ci wyjaśnię.
        Wdrapali się po mocno wypaczonych schodach.
        - Czego mam szukać?
               - Wszystkiego, co może się przydać nam lub Tahnijczykom na handel. Robimy z nimi 
interesy.

background image

        Okolica nie była gęsto zamieszkana: zbyt blisko Koldyeze. Na dodatek okresowe branki do 
wojska Tahnijczycy zaczęli, rzecz jasna, w biednych dzielnicach.
               St. Clair sprawowała się całkiem dobrze w roli złodziejki. Główne źródła wszelkich dóbr 
leżały   poza   katedrą,   dlatego   dziewczyna,   mimo   braku   zamiłowania   do   fizycznego   wysiłku, 
wkręcała się do prawie każdej grupy roboczej wychodzącej na zewnątrz. Nigdy nie wiedziała, co 
znajdzie, ale szukała wytrwale.
        Ostatecznie wzięła się za rozpracowywanie strażników. Nie wątpiła, że osoby wyznaczone do 
pilnowania i gnębienia innych są zwykle nader podatne na korupcję. Gdy zdarzyło się jej znaleźć 
wysadzaną klejnotami szpilę zaraz sprawdziła, jak metoda przekupstwa działa w praktyce.
               Drogocenny przedmiot zaoferowała najbliżej stojącemu i, sądząc po kałdunie, również 
najbardziej zachłannemu strażnikowi. Obejrzał kosztowność dokładnie.
        - Jest tego więcej? - spytał.
         - Może - powiedziała obojętnie St. Clair, wskazując na zrujnowane budynki. - Musiałabym 
sprawdzić.
        - No to co tu jeszcze robisz? - Mężczyzna uśmiechnął się szelmowsko. - Weź pozostałych.
               W   ciągu   paru   minut   przeszperali   pobliskie   mieszkania.   Rzecz   wyglądała   obiecująco. 
Wystarczyły   dwa   dni,   a   “przerwę   na   plądrowanie”   robiły   już   niemal   wszystkie   wracające   do 
Koldyeze grupy robocze. St. Clair czuła się, jakby nie tyle dawała, co sama brała łapówki.
               Sten pilnie słuchał wyjaśnień. Przez ten czas dziewczyna obniuchała z połowę pokoju. 
Podzieliła sobie całość na kwadraty, podnosiła każdy kawałek połamanych mebli i opukiwała co 
większe elementy w poszukiwaniu schowków. Roztrząsnęła i obejrzała szmaty, bo przecież któraś 
mogła jeszcze nadawać się na przyodziewek. Obmacała podarty materac, wybebeszyła dwa leżące 
na podłodze obrazki w połamanych ramach. Sten tymczasem zaczął stukać w ściany.
        - Mamy szukać.
        - Właśnie to robię.
        - Ciekawe. Kim byłeś cywilu? Pewnie włamywaczem?
        - Nie. - Sten nie zamierzał opowiadać swojego życiorysu, w każdym razie nie teraz i nie tej 
dziewczynie, której ufał niewiele bardziej niż Tahnijczykom. Nie takich rzeczy uczyli w sekcji 
Modliszki. A rzeczywiście w roli poszukiwacza sprawdzał się doskonale.
        - Tu coś jest - oznajmił wkrótce.
               St. Clair patrzyła zdumiona, jak Sten wyciąga spod ramienia coś lśniącego i bez wysiłku 
wycina kawał ściany przy wyłączniku światła. Chwilę później w dłoni Wielkiego Iksa pokazał się 
plik banknotów. St. Clair głośno wciągnęła powietrze.
        - Forsa. Tahnijskie kredyty.
        - Otóż to!. Idziemy, pani kapitan.
        - Kim ty jesteś...
        - To rozkaz! Ruszamy!
        St. Clair wymiotło z pokoju. Sten dołączył do niej na schodach.
        - Świetnie - powiedział. - Robimy tak: oddajemy strażnikom wszystkie znalezione błyskotki, 
cały alkohol czy prochy.
        - Oddajemy?
        - Tak, dobrze słyszałaś. Pieniądze trafiają do mnie.
        - To czysty rozbój - warknęła St. Clair. 
        Sten zatrzymał się w pół kroku.
         - Muszę nadmienić, że wasza postawa, pani kapitan, budzi mój niepokój. Od dzisiaj będzie 
pani prowadzić rejestr znalezisk. Raporty proszę składać pułkownikowi Virundze. A może i jemu 
pani nie ufa?
        - Ufam - burknęła St. Clair.
          - Doskonale. Zależy mi też na cywilnych ubraniach i wszelkiej elektronice. Druty, taśmy. 
Gdyby trafiła się broń... - Sten zamilkł. Jeśli u któregoś więźnia znaleziono by sprzęt bojowy, 

background image

wtedy cały oddział dostałby po łbie albo i gorzej. - Wszelkie pukawki, noże, granaty chować, 
potem przybiec do mnie z informacjami. Znajdę sposób, żeby przemycić to przez bramę.
        - Oddział! Zbiórka!
        - Chodźmy.
               Sten zbiegł po schodach, a za nim podążyła zdumiona do granic St. Clair. Miała o czym 
myśleć.
        Chetwynd czekał przed budynkiem.
        - Ty!
        Sten stanął ba baczność.
        - Sir!
        - Raz jeszcze pytam, jak się nazywasz?
        - Horatio, proszę pana.
        - Na pewno mnie nie pamiętasz?
        - Nie, proszę pana.
        - Przed wojną pracowałem w dokach - ciągnął Chetwynd. - Byłeś marynarzem?
        - Nie, proszę pana. Po raz pierwszy opuściłem moją rodzinną planetę dopiero wtedy, gdy się 
zaciągnąłem do armii.
        Chetwynd podrapał się po brodzie.
        - Cholera. Nie wiem. Może masz gdzieś brata bliźniaka. Znaleźliście coś?
               St. Clair poczuła, że Sten podaje jej za plecami mały rulonik. Jak na szulerkę przystało, 
sprawnie przejęła zwinięte papierki i podała je strażnikowi.
               -  Kredyty   -   ucieszył   się   Chetwynd.   -  Dobrze,   bardzo   dobrze.   Gdy  następnym   razem 
poprowadzę grupę, zrobimy sobie naprawdę porządną przerwę. Jeślibyście chcieli wtedy urwać się 
na chwilę we dwoje... - zachichotał obleśnie.
        St. Clair pomyślała, że powinna podziękować Chetwyndowi. Uśmiechnęła się i pobiegła do 
szeregu. Plądrowanie zaczynało ją nudzić. Za łatwe. A co ze Stenem? Naprawdę zaciągnąć go do 
wyra? Chyba wołami.

        Rozdział dwudziesty trzeci
        
          W paczkach Pomocy Jenieckiej nie znajdowały się wyłącznie dary serca, jednak militarna 
zawartość   przesyłek   była   najpilniej   strzeżoną   tajemnicą,   dostępną   jedynie   funkcjonariuszom 
Korpusu Merkurego i sekcji Modliszki. Nawet oni otrzymywali jedynie ustne pouczenia, nigdzie 
nie zapisywane. To i owo słyszeli także niektórzy zwiadowcy wysyłani na zaplecze wroga oraz 
rozmaitej maści agenci, przynajmniej wtedy, gdy istniała realna groźba, że mogą trafić do niewoli.
        Każda paleta zawierała kilka interesujących drobiazgów. Przede wszystkim należało zwracać 
baczną uwagę na paczki z produktami firm o nazwach brzmiących szczególnie, jak to określano, 
“paternalistycznie”.   Na   przykład   “Kofeinka   Dziadunia”,   “Wujcio   Truteń   oraz   Szwagrowie”, 
“Ojczulek Smakulek” i tym podobne. Wszystkie te firmy istniały naprawdę i były w pełni legalne, 
jednak ich wytwory nijak nie nadawały się do spożycia. Najlepsi chemicy imperium zatroszczyli 
się   o   to,   by   przesyłana   kawka   czy   miodzik   wykręciły   mordę   nawet   najbardziej   zachłannemu 
strażnikowi.
          Pod kamuflażem kryły się przedmioty mogące pomóc jeńcowi w ewentualnej ucieczce. W 
puszki   wtapiano   zwinięte   druciane   mikropiły.   W   podwójnych   dnach   zalutowywano   obwody 
drukowane. Tu i ówdzie trafiały się drobniutkie narzędzia. Więźniowie klęli na czym świat stoi, 
czasem i przez dwa dni mozoląc się nad rozbrojeniem pancernego pasztetu, ale solidna budowa 
schowków   gwarantowała,   że   rzecz   nie   wyda   się   przypadkiem   przy   byle   inspekcji.   Naturalnie 
używano tylko takich materiałów, na które nie reagowały automatyczne czujniki.

background image

          Wszystkie metalowe drobiazgi, jak igły czy szpilki ze zwykłych zestawów do szycia, były 
dodatkowo namagnetyzowane, przez co mogły znaleźć zastosowanie w kompasach.
        Ubrania niezmiennie oznaczano z przodu i z tyłu wielkim, białoczarnym znakiem X. Władze 
obozu zwykle nie miały żadnych obiekcji i wydawały stroje pensjonariuszom, pewne, że nikt nie 
spróbuje uciekać w takim wdzianku. Znaków nijak nie dawało rady sprać, chyba  że użyło  się 
słodzika dołączonego do każdej paczki. Nie był on słodki, bo i nie do kawy go przewidziano. 
Należało   rozpuścić   pastylki   w   wodzie.   Cztery   godziny   moczenia   ciuchów   w   roztworze 
wystarczały, aby iksy zniknęły. Jeszcze trochę machania igłą i jeniec miał do dyspozycji całkiem 
przyzwoite cywilne ubranie.
          Całą prawdę o darach znał tylko imperialny wywiad, zacny Manabi pozostawał w błogiej 
nieświadomości. Ostatecznie preparowanie paczek stanowiło pogwałcenie wszelkich możliwych 
konwencji, etosów i tak dalej. Pomysł pochodził osobiście od marszałka lana Mahoneya, który w 
swoim czasie kierował wywiadem.
        Nawet zwykłe produkty mogły być stosowane w nietypowy sposób. Kilgour, na ten przykład, 
uznał   że   racje   żywnościowe   jak   raz   nadają   się   do   przeprowadzenia   akcji   o   kryptonimie: 
“Niewinność uwiedziona / Kaprawość nagrodzona”.
               Wyznaczona   do   zadania   grupa   “Świry   Wolności”   rekrutowała   się   spośród   jeńców 
najserdeczniej   nastawionych   do   świata.   Każdy   z   nich   wybierał   sobie   jednego   lub   dwóch 
strażników, a to w celu nawiązania przyjaznych kontaktów.
               Grupa miała dostęp do wszystkich zasobów jenieckich. Jeśli okazywało się, że strażnik 
chorował na sygnet, zdobywano właśnie taki pierścień choćby spod ziemi. Jeśli cierpiał jedynie na 
alienację,   znajdował   życzliwego   słuchacza.   Jedynym   ograniczeniem   był   zakaz   utrzymywania 
kontaktów seksualnych;  nie żeby Kilgoura to gorszyło,  ale jako doświadczony szpieg nie ufał 
znajomościom utrwalanym w pościeli i wiedział, że uwodziciel / uwodzicielka sam może wtedy 
łatwo stać się ofiarą. Regulamin działania “Świrów Wolności” oparł na pięciu punktach:
        
        1. Sprawdź, czy dany strażnik ulega pokusie brania łapówek.
        2. Czy można go zaszantażować?
               3. Wyciągnij od niego jak najwięcej informacji o zabezpieczeniach obozu, począwszy od 
danych osobistych strażników, skończywszy na rozmieszczeniu czujników i planie służb.
        4. Zbieraj wiadomości o planecie Heath, takie jak: co można zamówić w restauracji (zdarzały 
się   demaskacje   przy   próbach   zamówienia   nieznanych   w   okolicy   potraw),   czym   różnią   się 
miejscowe   gwary   i   slangi,   jaka   panuje   akurat   moda,   czy   przepisy   ograniczają   swobodę 
podróżowania i tak dalej.
        5. Czy istnieje sposób wydostania się z tej planety? Jeśli tak, to jakie warunki należy spełnić, 
jakie trudności przezwyciężyć?
        
        Oczywiście to nie było wszystko.
        Ktoś taktownie zastukał do drzwi celi Alexa i Stena. Kilgour aż się rozpromienił.
        - Ależ proszę, sir. Jesteśmy w domu.
        N’chlos zajrzał nieśmiało do środka i obaj gospodarze stanęli na baczność. Tak przewidywał 
regulamin.
        - Nie, nie - zaprotestował nieśmiało młodzieniec. - Przy mnie nie musicie.
        - Ależ, sir...
        Kilgour był szczególnie dumny z tej zdobyczy.
               Już jakiś czas temu zauważył, że N’chlos dziwnie mu się przygląda. Miało to chyba coś 
wspólnego z popisem Alexa, który sam jeden uniósł wielki kawał betonowego gruzu, chociaż 
przedtem  trzech  osiłków nie mogło  ruszyć  diabelstwa. Na dodatek młodzieniec  robił wrażenie 
cherlawego.   Podejrzenia   Kilgoura   znalazły   pełne   potwierdzenie,   gdy   podsłuchał   on   rozmowę 
dwóch innych strażników niemiłosiernie wykpiwających N’chlosa i jego słabowitość.

background image

        Kilgour poczekał na stosowną okazję. Gdy byli sami, w pewnym oddaleniu od reszty grupy, 
paroma ruchami sprzątnął z oczyszczanej właśnie drogi monstrualną belkę i rzucił od niechcenia:
        - Bo to na tym polega ta sztuczka.
          Strażnik zainteresował się, rzecz jasna, co za sztuczka, jaka sztuczka. Kilgour pokazał mu 
kilka prostych zasad typu: jak coś dźwigasz, pracuj nogami, a nie grzbietem. N’chlos nigdy nie 
słyszał o czymś podobnym.
        Alex wspaniałomyślnie zaproponował mu parę lekcji. Oczywiście ani słowem nie wspomniał 
o słabowitości strażnika. N’chlos rychło zaczął zaglądać do celi Alexa i Stena podczas wieczornego 
obchodu.
        Na dodatek okazało się, że chłopak uwielbia kawę. Taką mocno posłodzoną, i to klasycznym, 
ziemskim cukrem. Kilgour miał kawy, ile dusza zapragnie.
        Dotąd Sten znikał z celi na czas wizyt. Tym razem jednak Alex uznał, że kompan może się 
przydać.
        - Zaparzymy sobie coś, chłopcze - mruknął Kilgour, zapalił mały piecyk olejowy i postawił 
poczerniałą   puszkę   na   ogniu.   N’chlos   przysiadł   na   jednym   ze   skonstruowanych   przez   Alexa 
stołków.
        - Jak tam na wojnie? - spytał gospodarz.
        - Znów obcięli przydziały żywności - mruknął ponuro N’chlos. - Nawet nam.
        - Pożałowania godne - odparł Kilgour. -1 do tego niezrozumiałe.
        - Powiedzieli, że najwięcej powinni dostawać ci, co walczą.
        - Szczerze mówiąc, to chyba coś jest nie tak. Nie, żebym krytykował, ale pomyśl. Przecież tu 
na tyłach też bierzecie udział w wojnie. Czy wasi władcy tego nie widzą?
        N ‘chlos rozpiął górny guzik peleryny. Doskonale, pomyślał Sten. W celi było bardzo gorąco, 
sam też zaczynał się pocić. Piętro niżej trzech specjalnie wyznaczonych palaczy uwijało się przy 
prowizorycznym, ale bardzo wydajnym piecu.
        - Ciepło jak diabli - mruknął ze współczuciem Kilgour. - Zdejmij sobie tę pelerynę?
        - Postąpiłbym wbrew rozkazom.
        - Pieprzyć - rzucił Alex. - Dobry żołnierz wie, kiedy i jakich poleceń słuchać. Trochę wygód 
nie zaszkodzi. Gdyby zbliżał się sierżant, usłyszymy jego tupanie już z daleka.
        N’chlos spojrzał powątpiewająco na Stena siedzącego w przeciwległym kącie, potem odpiął 
pas, odłożył ogłuszacz i zdjął pelerynę. Rozejrzał się, gdzie by tu powiesić okrycie. Jedyny bolec 
wystawał ze ściany tuż przy drzwiach.
        - I już, chłopcze, znaczy, sir. Kawa prawie gotowa.
        Strażnik skorzystał z prowizorycznego wieszaka i wrócił na miejsce.
        - O czym to mówiłeś, gdy ci przerwałem? - podjął rozmowę Kilgour
        - Że traktują nas coraz gorzej. Czasami myślę, by złożyć podanie o przeniesienie do jednostki 
liniowej.
               - Sir, kiedyś  też tak myślałem, ale wojna to nie zabawa. Proszę spojrzeć tylko, gdzie 
wylądowałem.
        - Do obozu jenieckiego to nie chciałbym trafić - przyznał szczerze N’chlos.
        - Właśnie. A to przecież nie jest jeszcze najgorszy los - mruknął Kilgour. - Chociaż i na tyłach 
bywa zabawnie - dodał po chwili. - Opowiadałem już o przygodzie z wężami?
        - Chyba nie.
        Kilgour uśmiechnął się dyskretnie do Stena. Pułapka zaczęła się zatrzaskiwać.
        - Stacjonowałem wtedy na Ziemi. Na wyspie zwanej Borneo.
        - Byłeś na Ziemi! - zdumiał się N’chlos.
        - Owszem. Lata służby sprzyjają podróżom. W każdym razie, powierzyli mi tworzoną właśnie 
jednostkę.
        - Nie wiedziałem, że imperialni zawodowi podoficerowie dostają takie zadania.

background image

               -   W   szczególnych   wypadkach   -   wyjaśnił   Alex.   -   Ale   przyjeżdżam,   wołam   sierżanta 
sztabowego i pytam: “Sierżancie, z czym macie największe kłopoty?” “Z wężami”, odpowiada. 
“Jakimi wężami? - dociekam. “Pasiastymi.” “Pasiastymi?” “Właśnie, sir.”
        W tejże chwili drzwi otworzyły się bezgłośnie. Smukła ręka (należąca do St. Clair) uchwyciła 
płaszcz oraz pas z bronią, po czym zniknęła.
        - No to ja sprawdzam dokumenty i oczom nie wierzę. Mnóstwo przypadków dezercji. Lista 
kar długa do podłogi. I jeszcze ciągle jakieś burdy między szeregowymi żołnierzami. Pomyślałem, 
że takim burdelem nie da się dowodzić. Ale zarządziłem zbiórkę i pytam ludzi, w czym problem. 
“W wężach”, odpowiedzieli mi chórem. “W wężach?”. “Tak, sir”, odparli zgodnie, “pasiastych”. 
Potem wyjaśnili mi, że te węże przypełzają z dżungli. Nie wiem, co za idiota kazał zbudować obóz 
rekrucki w samym środku bagien, ale stało się.
               Sten   pomyślał,   że  rzeczy  N’chlosa  zostały  już  pewnie  poddane   stosownej   obróbce.  I 
rzeczywiście. Pewien szybki w nogach gość dostarczył czekającej w piwnicach L’n książeczkę 
wojskową i resztę papierów strażnika. Dziewczyna potrafiła zapamiętać cechy charakterystyczne 
dokumentów na tyle dobrze, by bez trudu sporządzić potem falsyfikaty.
               Obmierzono   tunikę,   odciśnięto   w   wosku   rysunek   guzików.   Szybko   zbadano   wnętrze 
ogłuszacza. Paru więźniów miało dzięki temu szansę wystąpić w roli strażników, może nawet jako 
N’chlos bis.
               Wszystko to pod warunkiem,  że gość się nie obróci. Pusty wieszak byłby niechybnie 
wystarczającym powodem, aby wszcząć głośny alarm.
        Stenowi pozostało cierpliwie znosić bajdurzenie Alexa.
        - Gdy się rozejrzałem, faktycznie wszędzie pełzały pasiaste węże. Jadowite jak cholera. Byle 
co,   a   gryzły.   Właziły   do   namiotów,   płoszyły   konsumentów   w   kantynie.   Paskudne   gadziny. 
Musiałem   coś   z   tym   zrobić.   Znowu   zwołałem   cały   oddział.   Wszyscy   aż   gęby   otworzyli,   gdy 
zobaczyli, jak trzymam takiego węża w łapie. “To wąż, prawda?”, spytałem. Przytaknęli. No to 
mówię dalej: “Teraz wam pokażę, co należy z nim zrobić. Na raz: łapiemy go prawą dłonią. Na 
dwa: wzmacniamy chwyt lewą dłonią, zaciskając ją na ogonie. Na trzy: przesuwamy prawą dłoń 
wzdłuż węża, do góry. Na cztery: utrącamy mu kciukiem łeb”. Posłuchali! Jak się wzięli do roboty, 
to niedługo po całym obozie poniewierały się łby węży, morale znacznie wzrosło, przestępczość 
zmalała, ustały dezercje. W lazarecie odnotowali nawet spadek zakażeń syfem! Miałem to z głowy. 
Aż pewnego dnia zajrzałem do izby chorych, a tam leżał jeden żołnierz w bieli. Cały w bandażach. 
Od stóp do głów. “Kto wam to zrobił, chłopcze?”, spytałem. “Ach”, jęknął tamten, “węże, sir.” 
“Pasiaste?” “Owszem”, odparł. Zgłupiałem nieco, ale proszę biedaka, aby wszystko opowiedział.
        Alex drgnął lekko, gdy drzwi uchyliły się znowu i ta sama ręka odwiesiła na miejsce pelerynę 
oraz broń. Po chwili opowieść popłynęła dalej. Udręczony Sten pomyślał w desperacji, że jeszcze 
trochę, a zamorduje swego towarzysza. Tępym nożem. Kilgour narażał mu się coraz bardziej.
        - “Sir”, słyszę spod bandaży, “pamięta pan swoje rady co do postępowania z wężami?”. Jasne, 
że pamiętałem. “Ale co to ma do rzeczy?”, pytam. “Właśnie chcę panu wyjaśnić”, mówi tamten. 
“Stałem na posterunku, gdy zza krzaka wychynął wąż. No to łapię gadzinę na raz, potem chwytam 
silniej na dwa, przesuwam rękę w górę na trzy i już chcę wykonać cztery, gdy czuję, że trzymam 
łapę po łokieć w dupie tygrysa. Wyobraża pan sobie?”
        Zapadła martwa cisza.
        - W życiu nie słyszałem równie idiotycznej opowieści - skonstatował w końcu N’chlos.
        Pierwszy i ostatni raz zdarzyło się, że Sten był dokładnie tego samego zdania co Tahnijczyk.
        
               St. Clair zajrzała do mrocznego wnętrza, gdzie L’n rysowała z pamięci dowód osobisty 
Tahnijczyków. Od razu na płycie światłoczułej.
          Gdy Sten kazał pani kapitan zamieszkać razem z L’n, St. Clair chciała zaprotestować, ale 
ugryzła się w język. Po co dawać Stenowi okazję do kolejnego rugania. Obiekcje nie brały się z 
tego, że L’n była futrzastym Karrem. Po prostu St. Clair wolała być sama. Zawsze działała w 

background image

pojedynkę, polegała tylko na sobie i nie musiała liczyć się z innymi. Nigdy za nikogo nie brała 
odpowiedzialności. Kalkulowała sprawy na zimno i ryzykowała albo nie. Obecność L’n zmuszała 
do zmiany postawy.
         Owszem, w skojarzeniu tych dwóch kobiet istniała pewna logika. Jako etatowy złodziej St. 
Clair nie musiała daleko biegać ze zdobyczami. Jednak trwało chwilę, nim przywykła do całej 
reszty. L’n mogła pracować tylko w ciemności, poza celą była praktycznie bezradna. Z wolna St. 
Clair zaczęła pomagać jej w tym i owym: przeprowadziła do kantyny, odszukała upuszczone za 
dnia   narzędzie,   wyrwała   współtowarzyszkę   z   hipnotycznego   transu,   wywołanego   jakimś 
szczególnie pięknym, świetlnym zjawiskiem.
        Krótko mówiąc, St. Clair odkryła, co to znaczy lubić kogoś. L’n z wolna stawała się dla niej 
kimś szczególnym, przyjaciółką.
        Czasem jednak gadała od rzeczy. Na przykład wtedy, gdy mówiła o tym sukinsynie imieniem 
Horatio. Chodzący autorytet pełen cnót wszelakich. Dla L’n był jak święty. Potem jednak St. Clair 
usłyszała o kapralu Hansenie i pojęła, że dla futrzastej dziewczyny obaj mężczyźni stali się niemal 
jedną postacią - wcieleniem bohatera. L’n skonstruowała sobie własny obraz świata, taki, który 
dawał   jej   szansę   przetrwania   w  zatłoczonym   i   brudnym   obozie   jenieckim.   Tęskniła   za   lasami 
ojczystej planety i na większość dnia odpływała we wspomnienia. Nie mogła inaczej. Gdyby nie 
Sten, a przynajmniej stworzony wizerunek Stena, L’n już dawno skończyłaby jako ostry przypadek 
katatonii. Albo i gorzej.
        St. Clair przysięgła sobie, że to zmieni. Zanim ucieknie, postara się, by L’n stanęła na nogi, 
wybiła się na samodzielność.
          - Powiedz mi coś, L’n poprosiła. - Pasjonuje cię światło. A widziałaś kiedyś słynną wieżę 
światła na Centralnym Świecie?
        L’n przerwała pracę.
        - Tę zbudowaną przez dwóch Milchenów? Marra i Senna, o ile pamiętam?
        - Właśnie.
        - Tylko na zdjęciach.
               - A zatem nigdy nie odwiedziłaś Centralnego Świata.?  Gdy to wszystko  się skończy, 
mogłybyśmy tam polecieć.
        - Po prawdzie to byłam na tej planecie. Szykowało się akurat wielkie przyjęcie w wieży. Na 
pewno miałabym na co patrzeć.
        - Czemu więc nie poszłaś? - spytała St. Clair.
        - Nie zostałam zaproszona.
        - No to co? - zdumiała się pani kapitan. - I tak by cię wpuścili. Do Marra i Senna zawsze wali 
tyle różnych gości, że nie sposób sprawdzić, kto wszedł z zaproszeniem, a kto na krzywy ryj.
        L’n westchnęła. Trochę z rezygnacją, trochę z zazdrością.
          - Na krzywy ryj... Chciałbym mieć kiedyś dość odwagi, by tam się wemknąć. Udać kogoś 
znamienitego i sławnego. Być tak pewną siebie, aby nikt nie odważył się mnie spytać, skąd się 
wzięłam i kim jestem. - Potrząsnęła głową. - Marzenia. Wystarczy raz spojrzeć na te moje wielkie, 
brzydkie oczy, by wiedzieć, że ma się do czynienia z całkowitym zerem.
        - O czym ty mówisz? - spytała wstrząśnięta St. Clair. - Jakie brzydkie oczy?
        L’n wzruszyła ramionami. Wyglądała na zrezygnowaną, pogodzoną z okrutnym losem.
        - Powiem ci coś, dziewczyno - stwierdziła w końcu St. Clair. - Widzę, że mamy przed nami 
sporo roboty. Zaczniemy od twojej definicji brzydoty. Potem zajmiemy się technikami krzywienia 
ryja.
        L’n zachichotała, jakby usłyszała dobry żart. Ale St. Clair mówiła poważnie. Na dodatek była 
osobą słowną.
        
        

background image

Rozdział dwudziesty czwarty
        
               - Stan sprawdzony - ogłosił Virunga za Isbim, obrócił się i zasalutował Genrikhowi. - 
Wszyscy jeńcy obecni. - Zawiesił na chwilę głos. - Sir.
          Nawet Genrikh nie zdołał znaleźć powodu, żeby przedłużyć apel. Przytaknął i odszedł ku 
pomieszczeniom admistracji. Virunga oddał więc honory plecom przełożonego, po czym zwrócił 
się ku szeregom.
        - Rozejść się!
        Rozmowy, prowadzone dotąd szeptem, buchnęły głośno. Więźniowie gromadnie podążyli na 
kolację.
        Sten, który co innego miał na głowie, pomaszerował do kwatery Virungi. Już był w bramie, 
gdy prawie wpadł na Chetwynda. Nadzorca wyraźnie czekał na niego. Na dodatek dziwnie się 
uśmiechał.
        - Jeniec Horatio. 
        - Sir!
        - To nie jest twoje imię.
        - Mamusia zdziwiłaby się bardzo.
        - Dobrze grasz. Przypomniałem sobie, gdzie się spotkaliśmy. Na Dru.
        - Święty Jerzy z pierogami!
        - Nie błaznuj, mamy mało czasu. Dru. Więzienna planeta. Wiedliśmy sobie parszywe życie, 
gdy nagle pojawiłeś się z tym drugim, Kilgourem. Chcieliście dopaść jednego śliskiego gościa, 
jakmu tam... Dunstan? Nie, Dynsman.
        Chetwynd wykazał się naprawdę wspaniałą pamięcią. Dość dobrą, by zginąć.
        - Bez obrazy, sir, ale jak niby mógłbym...
        - Kiedyś byłeś naszym gliną, a teraz jesteś imperialnym jeńcem? Nadal nic nie pojmujesz? No 
to   posłuchaj.   Według   mnie   działasz   w   imperialnym   wywiadzie.   Wpadłeś   na   początku   wojny. 
Twoja obecna  ranga  to pewnie tylko  kamuflaż.  Prawdopodobnie  przyczepiłeś  sobie  te pagony 
nawet w ostatniej chwili, tuż przez pojmaniem.
               Sten zastanowił się, czy zabić Chetwynda od razu. Teraz i tutaj? Mógłby zniknąć, zanim 
odkryją ciało, ale wtedy sankcje spadłyby na innych. Druga sprawa: czy da się odwieść Chetwynda 
od złożenia fatalnego meldunku przełożonym na tyle długo, żeby zaaranżować jakiś nieszczęśliwy 
wypadek, najlepiej poza murami katedry? Zapewne tak.
        - Gadaj.
        - Nie mogę, sir. Cokolwiek powiem, źle na tym wyjdę.
          - Słusznie - mruknął Chetwynd. - Gdybyś zaczął tworzyć duby smalone, dałbym ci pewnie 
parę razy w łeb i odesłał do celi. Potem zacząłbym analizować, czy to ze mną jest tak źle czy z 
tobą...   Ale   teraz   -   uśmiechnął   się   -   muszę   jedynie   pomyśleć,   jak   rozegrać   tę   kartę,   która 
niespodziewanie wpadła mi w ręce. I czy w ogóle z niej skorzystać.
        - Jeniec nie rozumie.
         - Jeniec rozumie aż za dobrze. Zawiesili mi odbywanie kary. Tylko zawiesili. Teraz jestem 
klawiszem,   ale   ci   cholerni   Tahnijczycy   mogą   zmienić   decyzję   i   odesłać   mnie   na   Dru   lub   do 
wykańczalni,   na   jeden   z   tych   światów,   z   których   się   nie   wraca.   W   każdej   sekundzie,   z   byle 
powodu. Albo i bez powodu. Tak więc widzisz, że mam się nad czym zastanawiać. Aha, żebyś 
przypadkiem nie zaczął kombinować, jak by tu zrobić mi kuku, powiem ci coś jeszcze. Lubię 
pomagać tym, którzy wygrywają.
        - Fronty się sypią?
               - Nie stoją jak się patrzy - powiedział Chetwynd. - Na razie. Zwyciężamy na... Cholera, 
zaczynam gadać niczym rasowy klawisz. Prawda jest taka, że lejemy imperialnych. Pytanie tylko, 
jak długo zdołamy utrzymać  równowagę. Ile razy wychodzę za bramę, widzę kolejny ślizgacz 
uziemiony z braku paliwa. Tubylcy coraz rojniej przeszukują śmietniki. Skoro więc tak jest na 

background image

Heath, to co dzieje się na innych światach? Pojmujesz? Nie znam się na prowadzeniu wojen, ale 
według mnie, jeśli Tahnijczycy wkrótce nie wygrają jakiejś znaczącej bitwy, to zrobi się jeszcze 
gorzej. Coś mi się zdaje, że batalia nie przebiega po myśli naszych kochanych władców. Chociaż 
niewykluczone, że się mylę. Może Heath ma inny system rządów. O wielu rzeczach na pewno nie 
wiem. A jeśli Heath tak naprawdę płaci podatki do kasy Centralnego Świata? Gdyby tak było, to 
pan Chetwynd, bohaterski tropiciel szpiegów, miast orderu Złotej Gwiazdy dostanie kulkę w łeb. 
Skończy jak zwykły kryminalista. Ponura perspektywa. Ale, jak powiedziałem, wygrywający mają 
u mnie fory. Na razie zatem poczekamy. Zobaczymy, co się wykluje, z której strony wiatr powieje, 
czyje wypłynie na wierzch. Chwilowo zostanie po staremu. Zachowam całkowite milczenie. To 
wszystko. Jeniec może odmaszerować.
        
        Sten nie cierpiał rozstrzygać podobnych kwestii.
          Nawet w przypadku ucieczek decyzje dzieliły się na strategiczne oraz na taktyczne. Jak na 
polu   walki.   Taktyka   obejmowała   trasy,   porządek   ucieczek,   wyekwipowanie   zbiegów   i   nie 
nastręczała większych trudności.
        Strategia przyprawiała o ból głowy.
        Trafienie do niewoli nie oznaczało końca walki. Przysięga obowiązywała w dalszym ciągu, a 
uciekanie stanowiło część powinności. Obecni w Koldyeze akceptowali ten fakt. Jeniec winien 
wrócić między swoich przy pierwszej nadarzającej się okazji, a potem, w miarę możliwości, jak 
najszybciej znaleźć się na froncie. Ale to nie wszystko. Każdy więzień wojenny był dodatkowo 
wrzodem   na   tyłku   przeciwnika.   Zmuszał   nieprzyjaciela   do   przekształcania   żołnierzy   w 
wartowników.   A   im   większą   krnąbrność   wykazywał,   tym   liczniejsze   siły   wroga   angażował. 
Oczywiście Tahnijczycy mogli dojść do wniosku, że kule są tańsze i raz na zawsze rozwiązać 
problem.
               Więźniowie z Koldyeze mieli się czym pochwalić. Trwali w oporze i na dodatek ciągle 
utrzymywali się przy życiu.
        Tunel Cristaty mógł zmienić tę sytuację.
        Decyzja należała do Stena. Pułkownik Virunga musiał ją jedynie zaopiniować i zatwierdzić.
               Tunel wychynął poza obręb murów i teraz trzeba było wybrać między dwoma metodami 
ucieczki - masową lub wybiórczą.
        Pierwsza oznaczała, że uciekną wszyscy, chyba, że ktoś nie zmieści się w dziurze. Heath zaroi 
się od zbiegów.
        Skutek?
        Każdy stacjonujący w pobliżu oddział zostanie oderwany od swych zwykłych obowiązków. 
Dodatkowo na planecie wylądują rezerwy kierowane właśnie do walki. Koniec końców większość 
uciekinierów z powrotem wpadnie w ręce Tahnijczyków. Może nawet wszyscy.
        A potem nastąpi zbiorowa egzekucja.
        Represje mogą objąć nawet tych, którzy nie uciekną.. Koldyeze opustoszeje.
        Virunga poparł to rozwiązanie. Należy iść na całość. Dla żołnierzy ponoszenie ryzyka to nie 
pierwszyzna.
         Sten jednak opowiadał się za drugim wariantem, chociaż w ten sposób odbierał szansę tym 
ludziom, którzy przepracowali długie godziny przy budowie tunelu.
               Proponował wysłać zaledwie paru, za to doskonale wyposażonych zbiegów. Organizacja 
miała dostarczyć im wszystko, czym tylko dysponowała. Papiery, ubrania, pieniądze...
        Oficjalnie to nie humanitarne względy przemawiały przez Stena. Tak przynajmniej mówił.
        Jak dotąd udane ucieczki z tahnijskich obozów można było policzyć na palcach. Gdyby jeńcy 
z   Koldyeze   ruszyli   całą   gromadą,   zostaliby   pojmani.   Potem   odbyłby   się   pokazowy   proces 
zakończony egzekucją. Skutek? Osłabienie  ducha innych  jeńców, poniechanie  prób ucieczek  z 
pozostałych obozów.

background image

         Niech już lepiej jeden spróbuje wyrwać się na wolność z samego serca Tahnu. Taki sukces 
zostanie należycie nagłośniony.
        Virundze niezbyt spodobała się propozycja Wielkiego Iksa.
        - Wyznaczam... Nie, to twoja działka. Kto pójdzie?
        Sten musiał przez chwilę zabawić się w boga.
        Zaczął od wyliczenia, kto na pewno nie opuści obozu. Sam nie mógł porzucić obowiązków. 
Nawet o tym nie pomyślał. Z oczywistych przyczyn Alex też nie wchodził w grę.
        Dalej odpadali ci, którzy nie przypominali ludzi. Nijak nie mieli szans wtopić siew miejscową 
populację.
        Kto zatem odważyłby się spróbować? Kto nie przeraziłby się ryzyka?
          Cristata i jego trzech współwyznawców. To był ich plan. Ich tunel. Może udałoby się ich 
przekonać, aby porzucili chęć zaprzyjaźnienia się z tutejszymi wieśniakami...
        Ibn Bakr wraz z towarzyszem?
               Sten skrzywił się. St. Clair. Pewna siebie, wręcz zarozumiała. Ale w wypadku solowej 
ucieczki miałaby chyba większe szansę niż ktokolwiek inny.
          Hernandes. Zasłużył jak nikt. Najwyższa pora przerwać akcje subtelnego sabotażu. Jeszcze 
parę dni, a ktoś się domyśli.
        Zagubiony Sten wyszedł z celi Virungi. Musiał sprawdzić, na ile jego pomysły mają sens.
        Rychło się przekonał, że nie istnieją żadne szansę na realizację założonego planu.
        
        - Dziękuję, przyjacielu - rzekł powoli Hernandes. - Ale... nie przejdę przez tunel. Odczuwam 
lęk przed zamkniętymi przestrzeniami.
        Sten, który sam też cierpiał na klaustrofobię, pojął rzecz bez tłumaczenia.
          - Pewnie masz rację - ciągnął Hernandes. - Może już dość zrobiłem, ale jak to sprawdzić? 
Rozumiesz mnie?
        Sten nie rozumiał.
        - Wytłumaczę ci tę sprawę inaczej. Powiedzmy, że nie zrobię przedstawienia w tunelu i nawet 
przejdę na drugą stronę. Potem wmieszam się pomiędzy tubylców i jakoś wrócę do imperium. 
Wszystko   pięknie.   Ale   co   dalej?   Zaczną   obwozić   mnie   po   setkach   światów   i   pokazywać   na 
wiecach. Oto ten, który znalazł drogę do wolności. Byłbym  dla nich zbyt cenny, żeby dali mi 
wrócić na front. Czyż nie?
        - Optymistycznie oceniasz swoje szansę - mruknął Sten. - Ale zgadzam się z tobą.
               - Moja wnuczka nie żyje. Mówiłem ci już. Jeszcze im za to nie odpłaciłem. Czy teraz 
wszystko jasne?
               Tak. Nie po raz pierwszy zdarzało  się, że osobiste pragnienie  zemsty brało górę nad 
rozkazami.
          Sten przeprosił zatem Hernandesa. Jakoś tak przyszło mu do głowy, że gdyby Tahnijczycy 
zdemaskowali tego sabotażystę, niczego by zeń nie wyciągnęli.
        
        Rozmowa z Cristatą także nie przyniosła pożądanych efektów.
        Sten miał kilka planów, na oko idealnych dla trojga ludzi oraz jednego niehumanoida. Miast 
ruszać   na   wieś,   niechby   zaszyli   się   gdzieś   w   stolicy.   Cristatą   powinien   udać   zagorzałego 
zwolennika   Tahnijczyków.   Wygłaszać   na   ulicach   kazania   sławiące   ich   sprawę,   opowiadać   o 
“wyzwoleniu” swego własnego świata od imperialnego zła.
          Sten wiedział, że jeśli prorok mówi ludziom dokładnie to, co ludzie chcą słyszeć i chwali 
każdy ich krok, wtedy czeka go życie długie i spokojne, ponieważ tacy nawiedzeni nie podlegają 
weryfikacji.
        - Ale to byłoby kłamstwo - stwierdził Cristatą, a jego akolici przytaknęli.
        Sten zacisnął zęby.

background image

               - Jedyny przestałby nas wspierać, gdybyśmy uciekli się do łgarstw - dodał Cristatą. Nie 
pojmował też, po co niby miałby pozostawać w tym upiornie zmilitaryzowanym mieście.
        - Ocaliłbyś życie - podsunął Sten.
        - Tylko Jedyny daje nam życie i On je odbiera. To nie jest loteria. 
        Sten zaczął się lękać o swoje plomby.
        - Ponadto widzę, że niewiele zrozumiałeś z nauk Jedynego i Najwyższego. Tylko ci, co żyją 
blisko ziemi i z ziemi, którzy dalecy są od zepsucia pieniądzem, którzy żywią nas wszystkich, 
potrafią pojąć nasze posłannictwo. Oni udzielą nam schronienia.
        Sten przypomniał sobie jak grupa takich bukolicznych pasterzy przez kilka dni ścigała w swej 
niewinności jego oddział Modliszek. Pewnie pragnęli ich umiłować... Na wszelki wypadek dalej 
milczał.
        - Nie ustaję w nadziei, że otworzysz jeszcze oczy na dobrą wiadomość, Horatio, i zostaniesz 
jednym z nas. Na razie modlić się będziemy, aby Jedyny napełnił nasze serca prawdą. Gdy wolność 
przyjdzie, poniesiemy światło jego słów - zakończył Cristatą.
        Stenowi pozostało wierzyć, że grupa wyznawców Najwyższego nie zarazi swym pomysłem 
innych jeńców i że jej członkom będzie pisana śmierć lekka oraz bezbolesna.
        
        St. Clair poczekała, aż drzwi zamkną się za Stenem. Dopiero wtedy spojrzała na L’n. Nawet w 
półmroku zauważyła, że dziewczyna jest poruszona.
        - Musisz iść - powiedziała L’n bez żadnych wstępów.
        Tak, pomyślała St. Clair. Muszę. Jeszcze trochę, a oszaleję w tych murach. To chyba będzie 
moja  dwudziesta  druga  próba ucieczki.  A może  dwudziesta  czwarta?  Pani kapitan  straciła  już 
rachubę i jakoś nie miała wielkiej ochoty odtwarzać sprawy zbyt dokładnie.
        Teraz na pewno się uda.
        W przeciwnym razie, któregoś pięknego dnia, za tydzień lub za dwa, pobiegnie na ślepo ku 
drutom. Popędzi ku śmierci.
        Jak dotąd powstrzymywała się od wykorzystania takiej możliwości, ponieważ wynik mógł być 
tylko jeden. A ona przecież lubiła hazard. Gardziła rozwiązaniami przynoszącymi pewne skutki. 
Jednak nie mogła już dłużej czekać.
        A L’n?
        Ona będzie mieć Stena. Da sobie radę.
        Przecież nie wypadłam sroce spod ogona, powiedziała sobie pani kapitan. Jestem Węgorką. 
Samotnym myśliwym i graczem. Polegam tylko na sobie, nikogo nie potrzebuję.
        Czy naprawdę?
        
        
Rozdział dwudziesty piąty
        
        Lady Atago wykazywała błyskotliwość charakteryzującą większość Tahnijczyków.
               Przedstawiciele   wojowniczego   narodu   prowadzili   walkę   zgodnie   z   dopracowanym   do 
ostatniego szczegółu planem. Gdy coś komplikowało się w ogniu bitwy, okazywali się geniuszami 
improwizacji. Zwierali szyki na nowo i realizowali uprzednie założenia. Uparcie i mimo wszystko.
               Właściwy ich kulturze dogmat, że lepiej zginąć na posterunku niż się poddać, ułatwiał 
wychowanie rekruta w ślepym posłuszeństwie. Jednak kij miał dwa końce. Jeśli to plan się posypał, 
żołnierze stawali się bezradni jak dzieci.
        Lady Atago krążyła niespokojnie po centrali dowodzenia. Stukot obcasów odbijał się echem w 
obszernym wnętrzu.
               A powinna właśnie prowadzić odprawę dla dwunastu dowódców floty. Przekazywać im 
ostatnie instrukcje dotyczące ataku na system Durera. Centrala była w pełni wyposażona, miała 

background image

półkulisty ekran do śledzenia zarówno sytuacji strategicznej, jak i położenia nawet najlichszego 
patrolowca.
               Jednak nadesłany niedawno, zaszyfrowany supertajnym kodem rozkaz nakazywał odwlec 
odprawę i czekać.
        Dalsze polecenia, też TYLKO DO WGLĄDU OSÓB UPOWAŻNIONYCH informowały, że 
lord   Fehrle   skorzystał   z   przywileju   przewodniczącego   Rady   i   zażyczył   sobie   spotkania   z 
głównodowodzącą floty na jej terenie.
        Lady wysłała jedynie rutynowe potwierdzenie. Nie wyszła nawet powitać gościa. Tym mogli 
zająć się podwładni. Atago bardzo niepokoił podtekst sprawy. Coś musiało się spieprzyć.
        I miała rację.
        Fehrle wszedł do centrali, przywitał się z namaszczeniem i odprawił swoich przybocznych.
          Dochowując wierności etykiecie, lady Atago spytała, czy lord Fehrle pragnie zapoznać się 
najpierw z planami bitwy.
        - Nie - odparł. - Znam je pobieżnie i nie wątpię, że warte są akceptacji.
        No to czemu przyleciałeś?, pomyślała Atago.
               - Na zebraniu Rady postanowiliśmy rozszerzyć zasięg naszych działań. Trzeba nadać im 
większy rozmach.
               Atago wyczuła śmierdzącą sprawę. Włączyła projektor. Schemat ataku na system Durera 
zajaśniał pod sufitem. Ale żadne nawet nań nie spojrzało.
        - Obawiam się, że nie rozumiem - odparła głucho.
        - Dzięki twym błyskotliwym planom i analizom doszliśmy do wniosku, że atak winien zostać 
wyprowadzony   z   większą   siłą.   -   Podniósł   twarz   do   ekranu   i   ujął   sterownik.   -   Tutaj   mamy 
dwanaście   zgrupowań   floty,   które   uderzą   w   lukę   obronną   wokół   systemu   Durera.   Tam   zaś 
markowany cios zwiąże siły imperium w systemie Al-Sufi. Gdy się zorientują, będzie już za późno.
        Atago nie widziała powodu, by cokolwiek komentować.
               - Zgodziliśmy  się,  że  zadamy  przeciwnikowi  cios  w samo   serce.  Jednak  po dyskusji 
postanowiliśmy rozbudować plan. Jest zbyt genialny, by nie skorzystać z okazji. W ten sposób 
uzyskamy przewagę pozwalającą na szybkie i zwycięskie zakończenie wojny.
        - To znaczy?
            - Stwierdziliśmy, że te zgrupowania floty, które miały pozostać w rezerwie, powinny być 
rzucone do walki. Tym razem nikt nie zagrozi naszym skrzydłom, jedyny problem zatem tkwi w 
jak najszybszym postępie. Jeśli nawet jakaś flotylla czy jednostka wplącze się w potyczkę, reszta 
sił ominie zapalny rejon. I dalej będzie się posuwać ku głównemu celowi.
               - Naszym  zasadniczym  celem - przypomniała  lady Atago - jest opanowanie Durera i 
uczynienie z tej okolicy bazy wypadowej do ostatniego ataku.
          - To przyjdzie nam bez trudu. Miast marnować czas na przegrupowania, Rada postanowiła 
przeskoczyć Durera. Wspomniane uderzenie nastąpi już teraz.
        Znaczy, na chama, pomyślała Atago.
        - Przypuśćmy - rzekła spoglądając na projekcję - że siły imperium wy rwą się jednak z pułapki 
pod Al-Sufi. I ruszą na odsiecz Centralnemu Światu...
          - Do tego nie dojdzie - sapnął niecierpliwie Fehrle. - Jesteśmy pewni, że dadzą się zwieść. 
Twój plan zadziała. Nim się zorientują, wojna dobiegnie końca. Poza tym... - umilkł na chwilę. - 
Jest jeszcze jedno.
        - Słucham.
          - Lady Atago, koszty walki z imperium przekroczyły najbardziej pesymistyczne prognozy. 
Nie mamy już dość AM2, by pozwolić sobie na jakiekolwiek dalsze odwlekanie rozstrzygnięcia.
          Lady Atago mogłaby w kilku zdaniach zburzyć cały ten, oparty na pobożnych życzeniach, 
plan. Zbyt wiele zależało w nim od zwykłego łutu szczęścia, a wojna to nie gra w kości.
        Była jednak Tahnijczykiem, więc nie powiedziała ani słowa.

background image

          - Wprowadziliśmy jeszcze dwie pomniejsze modyfikacje - oznajmił Fehrle. - Tymi siłami, 
które zajmą się dywersją pod Al-Sufi, powinien dowodzić kogoś naprawdę dobry. Dopiero teraz o 
tym pomyśleliśmy. Niech to będzie nasz najlepszy strateg, samym swym imieniem budzący strach 
w szeregach imperialnych.  Lady Atago mimowolnie poszukała broni u pasa. Powstrzymała  się 
resztką sił.
        - Czuję się zaszczycona - wydusiła, chociaż jej głos brzmiał całkiem spokojnie. - Jeśli jednak 
mam dowodzić tamtą flotą, to kto zajmie się moimi dwunastoma zgrupowaniami oraz siłami, które 
Rada postanowiła mi jeszcze przydzielić?
        - Wszyscy poświęcamy się dla ojczyzny - powiedział lord Fehrle. - My wykonamy to zadanie 
- dodał używając pluralis majestatis.
          Lady Atago skłoniła się sztywno i odeszła do swojej kwatery. Tam eksplodowała. Gdyby 
usłyszał ją jakiś doker (wozacy nie istnieli już na świecie), spłonąłby rumieńcem niczym panienka. 
Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. Wtedy sięgnęła po broń.
        Spotkał ją dyshonor.
               Ale nie, pomyślała po minucie. Nie była winna tej niesprawiedliwości. Takie rzeczy się 
zdarzają. Wyniosła się ponad innych tak jak cała rasa Tahnijczyków. Do ostatecznego zwycięstwa 
brakowało   już   niewiele.   Niech   tam,   posłucha   rozkazów.   Obejmie   dowództwo   nad   tą   flotą. 
Zaprezentuje popis swoich możliwości. I stanie w pełni gotowa do kolejnych bitew.
          Wiedziała, że jej plan zadziała. Nawet z tymi idiotycznymi poprawkami lorda Fehrle. Nie 
wątpiła również, że gdy po opanowaniu Durera flota ruszy dalej, Fehrle na własnej skórze odczuje, 
jak trudno jest wydawać rozkazy. Skończy się firmowanie cudzego projektu własnym nazwiskiem, 
zacznie się prawdziwe dowodzenie.
        Nie ma cudów, ten dureń nie poradzi sobie bez jej pomocy.
        Postanowiła też, że gdy wojna się skończy, Fehrle drogo zapłaci za swoje posunięcie.
        
        
Rozdział dwudziesty szósty
        
        Jeszcze trzydzieści centymetrów. Sten prawie wyczuwał obecny po drugiej stronie chłód nocy. 
Coś go tam ciągnęło. Wystarczy kilka ruchów, aby przerwać murawę, i będzie na wolności. Długie 
lata niewoli dobiegną końca. Pozostanie jedynie przetrwać na planecie wroga.
        Odwrócił się i zakaszlał. Kwaśny dym z kaganka wyciskał łzy z oczu. Otarł powieki rękawem 
i spojrzał na stojącą obok grupę gotowych do ucieczki więźniów.
        “Zbieranina” stanowiłaby łagodne określenie. Cristata i jego trójka założyli bladozielone oraz 
brunatne   stroje   okolicznych   wieśniaków.   Ibn   Bakr   włożył   całe   serce   w  przygotowanie   dwóch 
mundurów. Jeden był dla niego i wyglądał strojnie niczym uniform admirała floty. Drugi, tylko 
trochę mniej kolorowy, należał do towarzyszki utalentowanego krawca. Sten z trudem przypomniał 
sobie imię dziewczyny: Alis.
               Mieli udawać inspektorów kolejowych. Posiadali papiery informujące, że właśnie są w 
podróży służbowej  po wszystkich  ważniejszych  stacjach na  Heath.  Ujrzawszy jakiś czas temu 
projekt tych mundurów, Sten wybuchnął śmiechem, ale widząc minę giganta, szybko się opanował. 
Wyglądający jak ostatnie nieszczęście Ibn Bakr wytłumaczył, że Tahnijczycy uwielbiają paradne 
uniformy i wyżsi urzędnicy chodzą upierzeni niczym wielkie papugi.
         - Szkoda, że nie widziałeś munduru ich szefa śmieciarzy - dodał. Sten zamknął oczy. Dość 
miał   tęczowych   mieszanek.   Reszta   uciekinierów   była   ubrana   nieco   zwyczajniej.   Przypominali 
sklepikarzy, drobnych przedsiębiorców. Paru nosiło mundury niższych oficerów.
        St. Clair założyła wysokie buty i kombinezon tak obcisły, że Sten nie wiedział, od czego krew 
mu się burzy. Z nagłego pożądania czy z obrzydzenia? Na ramię zarzuciła dopasowaną do stroju 
torbę ze zmianą ubrania oraz małą turystyczną kuchenką. Zamierzała przyłączyć się do zbieraczy 
pewnych nader smacznych i rzadkich bulw, które pojawiały się w pobliskich lasach dwa razy do 

background image

roku.   Były   na   tyle   cenne,   że   tylko   najbogatsi   widywali   je   na   talerzach.   Gdy   nastawał   sezon, 
wtajemniczeni ruszali do pracy. Położenie co lepszych kolonii utrzymywano w tajemnicy równie 
pilnie jak przebieg łososiowych strumieni w odrestaurowanych przez imperatora rejonach starego 
globu.
          St. Clair łudziła się, że odgrywając tę rolę, zdoła wymknąć się z Heath. Sten nie podzielał 
optymizmu pani kapitan, jednak mimo korzystnych stawek nie przyjął proponowanego przez nią 
zakładu.
               Sten poczekał jeszcze, aż Cristata skończy ze swoimi modlitwę do Jedynego. Wreszcie 
rozległo się chóralne “aaamen” i futrzak podszedł do Wielkiego Iksa.
        - Duch Jedynego jest z nami - oznajmił, nerwowo poruszając mackami na nosie. - Powiedział, 
że nastał czas.
        Sten powstrzymał się od ironicznych komentarzy. Zresztą, jak krytykować wiarę kogoś, kto 
przerzucił tysiące ton ziemi i skał? A może coś w tym było? Przecież Cristata spadł jak z nieba, bez 
jego pomocy nigdy nie trafiliby do zasobnych lochów katedry. Dla dobra sprawy Sten postanowił 
nie kwestionować istnienia Jedynego.
        - W porządku. Przy następnej okazji, gdy... będziesz z Nim rozmawiał, to podziękuj Mu ode 
mnie.
        Cristata przyjął tę wypowiedź poważnie. Zrozumiał, że tym razem Sten nie żartuje.
          Rozległ się przytłumiony łomot i zza rogu wychynął Alex. Ciągnął za sobą trzy połączone 
wózki z zaopatrzeniem. Zwykle wykorzystywano je do usuwania urobku. Koła pierwszego trafiły 
na nierówność. Kilgour bez wysiłku uniósł przód pojazdu i ruszył dalej. A przecież targał z półtorej 
tony.
        - Koniec, Horrie - oświadczył, gdy inni wzięli się za rozładunek. Sterta w ślepym końcu tunelu 
rosła coraz wyżej. Kilgour rozejrzał się po obecnych. Przytaknął spokojnie, a potem przysunął się 
do Stena. - Ani trochę mi się to nie podoba - szepnął. - Według mnie już po nich. Może jeśli 
nauczylibyśmy ich paru sztuczek znanych z Modliszek... Wtedy mieliby jakieś szansę.
        Sten potrząsnął głową.
        - Ostatnia próba kostiumowa poszła gładko. A co do sztuczek... To tylko amatorzy, więcej się 
nie nauczą. Cholera! Gdyby ci wierzyć, powinniśmy zabić tych śmiałków tu i teraz, żeby nie dać 
Tahnijczykom frajdy!
        - Tak czy inaczej nadal uważam, że przydałoby im się jeszcze małe szkolenie.
               - Wierz mi, Alex - powiedział  Sten. - Lepiej  niech już idą. Istnieją pewne szansę na 
powodzenie. Czytałem kiedyś o takiej metodzie. Kilka tysięcy lat temu, kiedy zwykłe samoloty 
były szczytem techniki, czasem ładowano podobnych przebierańców do środka i wywożono nad 
teren   wroga.   Dostawali   jakieś   pięćdziesiąt   kilo   wyposażenia   na   grzbiet   oraz   jedwabny   worek. 
Potem wyrzucano ich z luku.
        Alex spojrzał na Stena z niedowierzaniem.
        - Czyste barbarzyństwo. Żeby wypychać gościa w worku z samolotu. Mokra plama! Hunowie! 
Nawet gorzej!
          - Niezupełnie. Widzisz, te worki otwierały się w powietrzu i żołnierz łagodnie lądował na 
ziemi. Zresztą, wszyscy z elitarnych jednostek musieli przejść takie przeszkolenie. Nazywali to 
skokami ze spadochronem.
        - Chyba zaczynam się domyślać - mruknął wciąż wstrząśnięty Alex.
        - 1 jeszcze jedno. Zabawna sprawa, ale z raportów wynika, że nie zawsze sięgano po wysokiej 
klasy   fachowców.   Gdy   sytuacja   robiła   się   naprawdę   gówniana,   łapano   pierwszego   z   brzegu, 
objuczano towarem, a następnie kazano mu szybować. I wiesz co? Okazało się, że ci przerobieni na 
dywersantów oraz szpiegów przypadkowi goście radzili sobie nie gorzej niż zawodowcy.
        - Nie wierzę - stwierdził Alex.
               Sten   ogarnął  spojrzeniem   zdenerwowane  zgromadzenie  i   pomyślał   o  tych  wszystkich 
okrutnych pułapkach, które będą czekać na zbiegów poza bezpiecznymi murami Koldyeze.

background image

        - Postanowiłem - zakomunikował. - Uciekacie za dwie noce od dzisiaj.
        
        Rano Virunga zażądał spotkania. Zaraz, natychmiast. Sten przepchnął się przez dziedziniec, 
zajrzał do małego ogródka, minął grupkę zajętą gimnastyką. Tu i ówdzie przystanął, gdzie indziej 
włączył się do rozmowy, pośmiał się, posłuchał przypadkowych rozmów. Trasa była zawsze inna i 
niezmiennie skomplikowana. Wszystko po to, aby ukryć przed potencjalnymi wtyczkami właściwy 
cel spaceru. Ostatecznie częste wizyty zwykłego szeregowca w celi starszego oficera prędzej czy 
później zwróciłyby czyjąś uwagę.
        Przez cały czas Sten zastanawiał się, w czym rzecz. Jakieś wieści o wojnie? Byle niekorzystne 
dla Tahnijczyków. Przy pewnej dozie szczęścia Virunga mógł chcieć pogratulować Wielkiemu 
Iksowi największego jak dotąd sukcesu organizacji. Ale czyżby wirus, zwany przez Alexa “Złotym 
Robakiem”, został już wprowadzony?
               Ostatnimi czasy trudzili się nad znalezieniem sposobu na upartą i paskudną z charakteru 
urzędniczkę administracji Koldyeze. Nawet Tahnijczycy bali się tej kobiety, a Derzhin, komendant, 
przemykał się obok niej na paluszkach. Wystarczyło krzywo spojrzeć, a wypłata (dokonywana w 
bonach towarowych) przechodziła koło nosa. Czasem trzech tygodni było mało, żeby odzyskać 
wstrzymane   wynagrodzenie.   Gdy   miała   szczególnie   paskudny   humor,   potrafiła   tak   zamącić   w 
kwesturze, że jej ofiara dostawała nakaz płatności zaległych podatków i to dwa pokolenia wstecz. 
Nic nie pomagało.
        Problem tkwił w nieprzekupności urzędniczki. Nawet N’chlos wraz z kolegami nie znaleźli 
najmniejszego punktu zaczepienia.  A szukali  wytrwale.  Fahstr była  otyła  i niewybredna.  Jadła 
praktycznie wszystko. Sprawy płci jakby dla niej nie istniały, z czego Alex nawet się ucieszył, nie 
chciał bowiem dostać w łeb przy rekrutacji ochotników. Żyła  po spartańsku, więc dawanie jej 
pieniędzy odpadało w przedbiegach. Miało to wielkie znaczenie, ponieważ to ona zawiadywała 
siecią komputerową obozu.
               Wreszcie sprawą zajęła się St. Clair. Postarała się o przydział do biura płatnika. Miała 
nadzieję,   że   dzięki   swoim   doświadczeniom   wreszcie   wypatrzy   jakąś   lukę   w   granitowym 
charakterze przeciwniczki. W ostateczności zamierzała przynajmniej wykraść parę butelek płynu 
do czyszczenia ekranów, który pachniał całkiem obiecująco.
               Przez pół dnia obijała się między biurkami, aż w końcu coś dostrzegła. Podczas gdy inni 
urzędnicy nosa nie wystawiali spoza dokumentów, Fahstr nie dbała o pozory. Przez cały ranek 
świetnie się bawiła.
               Z   początku   trudno   było   poznać,   że   to   zabawa.   Siedziała   przed   swoim   komputerem, 
maltretowała klawiaturę i klęła jak szewc. Co pewien czas wydawała nieartykułowane okrzyki, co 
mogło oznaczać zwycięstwo. St. Clair podkradła się, by zbadać zjawisko. Na ekranie tańczyły 
jakieś   obrazy,  potem  zastygły.   Fahstr  zaklęła   z  obrzydzeniem  i   rąbnęła   w  klawisz.  Coś  znów 
zaczęło się rytmicznie poruszać. St. Clair zaświtało, że oto widzi algorytmy. Baba zajmowała się 
grą w brydża.
        To nie była słabość, lecz wielka pasja.
               - Typowy przykład maniactwa brydżowego - powiedziała później Stenowi St. Clair. - 
Paskudny charakter ma z tym wiele wspólnego. Dla niej w życiu liczy się tylko brydż. Ludzi nie 
cierpi, ale musi ich tolerować, bo bez partnerów nie ma gry.
        - Przecież dysponuje komputerem - zaooponował Sten. - Może z nim grać w cokolwiek chce, 
na dowolnym stopniu trudności.
        - Czuć, że nie jesteś hazardzistą - mruknęła St. Clair. - Dopiero widok twarzy przeciwnika, 
jego   grymasy   i   przekleństwa   dają   pełną   satysfakcję.   Szczególnie   przy   brydżu.   Jeśli   komputer 
przegra, nie zapłacze, w łeb sobie nie strzeli.
        - Zatem mówisz, że znasz się na tym... jak powiedziałaś?
               - Brydżu. I ona już o tym wie. Nie potrafiłam się opanować, cholera, od razu wszystko 
wysypałam.

background image

        - I co? Nie urwała ci głowy za taką bezczelność?
               - Nie - stwierdziła krótko St. Clair. - Już tacy są karciarze. W mig mnie zrozumiała. 
Szczególnie gdy wspomniałam, że zdobyłam mistrzostwo floty.
        - Co? Jakie mistrzostwo? Nie ma czegoś takiego.
        - Jasne, aleją to nie obchodzi. Zwłaszcza że dodałam, iż zmiotę sukno każdym, kto zasiądzie 
ze mną do rozgrywki.
        Sten był pełen podziwu. Z tego, co zrozumiał, to żaden fanatyczny gracz nie odrzuci takiego 
wyzwania.
        - Dobra, zajmij się Fahstr. Pograjcie trochę. Na wszelki wypadek daj się parę razy pokonać, 
niech w siebie uwierzy. Potem postarasz się przeciągnąć ją na naszą stronę.
               - Nie trzeba - oznajmiła z szelmowskim uśmiechem St. Clair. - Przeprogramowałyśmy 
komputer w taki sposób, aby grał z nami obiema. Mam pełny dostęp do wszystkich danych.
        Sten natychmiast zapędził Kraulshavna i Sorensena do roboty. Skończyli w zeszłym tygodniu 
i za poradą St. Clair zakodowali wirusa pod postacią zapisu brydżowego północ-południe.
        St. Clair musiała wyczekać stosownej chwili i wprowadzić “Złotego Robaka” do systemu. A 
czas uciekał. Została już tylko jedna noc do ucieczki. Jeśli St. Clair nie zdąży, przyjdzie zaczynać 
od początku, chociaż wtedy będzie to już gra o pietruszkę. “Złoty Robak” miał zapobiec krwawym 
represjom po odkryciu ucieczki.
        Sten wszedł do celi Virungi. Gospodarz siedział sam w półmroku, dziwnie poważny. Coś było 
nie tak. Bardzo nie tak. Pewnie rypła się sprawa “Złotego Robaka”, pomyślał Sten.
        - Przyłapali St. Clair? - spytał bez żadnych wstępów.
               - Nie - odparł Virunga. - Udało się... wprowadziła... Ale przy okazji... wyniknął pewien 
problem. - Sten w milczeniu czekał na ciąg dalszy. - Jak wiesz... - odezwał się po chwili Virunga - 
St. Clair ma dojście do... całego systemu.
        Sten przytaknął. Fahstr bez oporów pozwoliła pani kapitan buszować po godzinach w pamięci 
komputera. Musiała. Aby dobrze grać, przeciwniczka potrzebowała treningu, znajomości nowych 
strategii i tak dalej. A Fahstr lubiła godnych siebie rywali. Stena to jednak nazbyt nie obchodziło.
          Reszta zapisanych w pamięci danych dotyczyła rutynowych spraw: akta personelu, rozkład 
służb, dane jeńców... Sensacji tam być nie mogło i Sten nie nalegał na sondowanie tych plików.
        - St. Clair... coś zauważyła - powiedział Virunga, wyrywając Stena z zamyślenia.
               I wyjaśnił wszystko szerzej. Wchodząc do systemu, St. Clair sprawdziła przy okazji, kto 
oprócz Fahstr z niego korzysta. Ostatnio pojawił się jeszcze jeden użytkownik. Krył się pod nic nie 
mówiącym kodem, ale wiele wskazywało, że nie należy do personelu obozu. Włączał się co parę 
dni i przeszukiwał akta więźniów. Niezwykle starannie, niemal “na piechotę”. Ta metoda, choć 
bardziej czasochłonna gwarantowała możliwość dostrzeżenia najmniejszego szczegółu.
        Fakt ten zaintrygował panią kapitan, więc spróbowała sprawdzić, kim jest ów ciekawski.
        - I co? - spytał Sten.
        - Bez powodzenia... - mruknął Virunga. - Ale ustaliła obiekt zainteresowania intruza.
        - Dobra. Kto jest tym wybrańcem? 
        - Ty.
        Stena aż cofnęło.
        - Ale dlaczego...?
               Virunga przekazał mu resztę. Nieznana osoba poszukiwała mężczyzny odpowiadającego 
szczegółowej charakterystyce Stena. Sprawdzał wszystkich. Zdemaskowanie szeregowego Horatia 
było tylko kwestią czasu.
               Virunga  słusznie  założył,   że  tajemniczy  ktoś nie  szuka  Stena  po  to, aby obsypać   go 
pocałunkami i kosztownymi prezentami.
        Nasuwał się zatem oczywisty wniosek:
        - Ty... i Kilgour... musicie uciekać!

background image

        Sten nie znalazł kontrargumentów. Pójdą z pierwszą grupą. Należy tylko raz jeszcze zebrać 
kompanów i przekazać im radosną nowinę.
          Współtowarzysze przyjęli wiadomość w milczeniu. Nikomu nie psuło to szyków. Spytano 
tylko, w jakim charakterze Alex i Sten wystąpią na wolności; sprawdzono też, czy znają swoje role. 
Znali, nie było zatem problemu. Zresztą, w gromadzie weselej.
        Poza tym nastąpiła jeszcze jedna zmiana. St. Clair oznajmiła, że solo nie pójdzie. Tylko razem 
z L’n.
          - Ależ to absolutny idiotyzm! - wybuchnął Sten. Alex wbił mu łokieć pod żebra, sugerując 
szeptem, że z panią kapitan trzeba dyplomatycznie. Potem Kilgour przeprosił za kolegę i zaczął 
nakłaniać St. Clair do namysłu.
        - Nic z tego - odparła. - Idę z nią albo wcale.
        Zanim Sten odzyskał oddech na tyle, by rozkazać St. Clair coś głupiego, ona zagrała asem.
        - Nie próbujcie mnie powstrzymywać. Tak czy inaczej wyruszamy jutro. Tunelem albo pod 
drutami.
        Sten nie miał wyboru. Samodzielna akcja St. Clair pogrzebałaby szansę reszty uciekinierów, a 
baba uparła się wyraźnie i prościej byłoby ją zamordować, niż przekonać. Z drugiej strony Sten nie 
pojmował, skąd ta odmiana charakteru. Przecież w towarzystwie L’n pani kapitan najpewniej nie 
uniknie schwytania, na dodatek nie zyska niczego wymiernego. Co najwyżej przyjaźń. A po co 
takiej osobie czyjakolwiek sympatia?
        Mylił się, i to w obu sprawach. Po raz pierwszy w życiu St. Clair nie kierowała się egoizmem. 
Przewidywała, jakim ciosem będzie dla L’n wieść o ucieczce Stena. Bez jego wsparcia krucha 
istota zginie. Nie wiedziała natomiast jeszcze, bo i nie mogła wiedzieć, że obecność L’n okaże się 
podczas ucieczki czystym zbawieniem.
        Sten zacisnął dłoń. Nożem, który wskoczył mu w palce, gładko wyciął krąg darni. Odsunął go 
na   bok   i   z   wyraźną   niecierpliwością   wypełzł   na   zewnątrz.   Chłodne   powietrze   osuszyło   pot, 
oczyściło płuca z cuchnącego dymu.
            Wstał, lekko oszołomiony. Poniżej ciągnęło się miasto. Zaciemnione, z rzadka błyskające 
jakimiś światłami. Obok Stena pojawił się Alex. Ująwszy przyjaciela za ramiona popchnął go do 
przodu.
        Byli wolni.
        
        
Rozdział dwudziesty siódmy
        
        Akcja Durer stała się synonimem zwycięstwa.
        W tekstach źródłowych, ujednoliconych dla całego systemu edukacyjnego imperium, opisano 
ją   jako   serię   precyzyjnie   wyprowadzonych   i   miażdżących   uderzeń.   Czerwone   oraz   niebieskie 
strzałki oznaczyły ruchy flot. Jeden atak, drugi atak, bój spotkaniowy... Ostatni akapit podawał 
wynik.
        Osoby szczególnie zainteresowane mogły sięgnąć po fachowe opracowania: archiwalny zapis 
sytuacji taktycznej, meldunki napływające do centrali dowodzenia, raporty sytuacyjne.
        Była to pożyteczna i niełatwa lektura.
               Po pierwsze, samo wydarzenie zwano różnie: Bitwami o Durera i Al-Sufi, imperialnym 
kontratakiem, ofensywą Tahnijczyków, wielką bitwą podczas wojny ze światami Tahnu i tak dalej. 
Po drugie, nigdy nie udało się doliczyć wszystkich statków, które brały, miały brać lub podobno 
wzięły w niej udział.
               Bitwa stanowiła ulubiony obiekt badań tak zawodowców, jak i amatorów. Wszyscy mieli 
nadzieję, że uda im się wreszcie ogarnąć całość sytuacji, że zdołają zrozumieć, co właściwie się 
wtedy stało. To znaczy, w perspektywie historycznej. Bo reszta była oczywista: w ciągu jednego 
tygodnia piekielnego zamieszania straciło życie kilka milionów ludzi.

background image

               Jednak wszelkie  dociekania  badaczy kończyły  się niepowodzeniem.  Historycy  szukali 
ukrytego porządku wydarzeń, ale mgła wojny zaległa tak gęsto, że nawet wiele lat później nikt nie 
potrafił jej przeniknąć.
        Kapitan Bet (sekcja Modliszki) siedziała ubrana w skafander i obserwowała ciągnące prosto 
na nią olbrzymie zgrupowanie floty Tahnijczyków. Przez chwilę pożałowała, że nie wyniosła z 
domu wiary w żadnych bogów. Bardzo by się jej teraz przydała.
          Imperator postawił wszystko na jedną kartę. Uważał, że prawdziwy atak ruszy na systemy 
Durera, a inwazja na Al-Sufi będzie jedynie operacją pozorującą. Zgodnie z tym przekonaniem 
rozmieścił własne siły. Dowodzenie powierzył marszałkowi Ianowi Mahoneyowi.
        Niemniej...
        Wiele lat świetlnych przed Durerem dryfowała w próżni kompletna flotylla wraków dziwnie 
przypominających tahnijskie niszczyciele.
               Tahnijczycy nie mieli pojęcia, że ta właśnie flotylla parę miesięcy wcześniej wpadła w 
pułapkę. Działo się to w zupełnie innej części galaktyki.  Wołania o pomoc  zostały skutecznie 
zagłuszone   i   nigdy   nie   dotarły   do   żadnego   świata   Tahnu.   Ugrupowanie   po   prostu   zniknęło   z 
ekranów. Bohatersko, rzecz jasna.
          Wraki przechwycono, a ekipa o mocnych żołądkach wysprzątała wnętrza. Całość najpierw 
odremontowano,   wyposażono   w   nowe   tarcze,   zespoły   czujników,   ekranowane   urządzenia 
łączności, a potem ustawiono w zaplanowanym miejscu.
        Załogi rekrutowały się wyłącznie spomiędzy członków sekcji Modliszki. Zgodnie z rozkazem 
tkwili przed Durerem i czekali.
        Bet wraz z innymi od dłuższego czasu walczyli z nudą i zastanawiali się, po jakie licho kazano 
im sterczeć w tym pozbawionym znaczenia rejonie.
               Spodziewali   się   walki,   zaszczytów,   medali.   A   tu   co?   Siedzieli   i   mogli   jedynie   kląć 
przełożonych   w   żywy   kamień.   Co   za   idiotyczny   pomysł?   Czemu   nie   zastosowano   o   wiele 
sprawniejszych, automatycznych sond z czujnikami?
               Jednak szef sekcji Modliszki obrywał niewinnie. Autorami pomysłu był imperator oraz 
Mahoney.   Owszem,   uznali,   że  można  by skorzystać   z  automatycznych  sond  i  rozrzucić   je  na 
przypuszczalnej trasie ataku, ale gdzie element zaskoczenia? Gdyby Tahnijczycy wypatrzyli choć 
parę tych urządzeń, od razu wiedzieliby, że imperialni czają się w ukryciu.
        Zdecydowano się więc na wyjście o wiele bardziej osobliwe. Imperium zwykle nie obsadzało 
wraków załogami. To raz. Ponadto Mahoney zaznaczył cynicznie, że ludzie z Modliszek nie zwykli 
się poddawać i w odróżnieniu od automatów, trudno ich przeprogramować.
        Czekali zatem, klnąc, drapiąc się i pocąc pod skafandrami.
        A potem czujniki coś pokazały.
               Z próżni wyłoniła się flota Tahnijczyków. O wiele liczniejsza, niż uprzedzano na tajnych 
odprawach.
        Bet szybko przekazała wiadomość i wyłączyła nadajnik. Zrobiła, co do niej należało. Teraz 
mogła  jedynie  obserwować  bitwę. Jeśli dojdzie  do jakiegokolwiek  starcia.  Byle  tylko  żaden z 
przelatujących   upiornie   blisko,   prawie   w   zasięgu   wzroku,   pancerników   wroga   nie   wysłał   do 
wraków patrolowca w poszukiwaniu rozbitków.
        
        Wieczny Imperator przebywał na pokładzie “Normandie”, swojego jachtu i statku dowodzenia 
zarazem. Jednostka unosiła się od pola walki trzy lata świetlne  bliżej, niż dyktowały względy 
bezpieczeństwa.   Centrala   bojowa   pozwalała   śledzić   rozwój   sytuacji.   Dane   napływały   wartkim 
strumieniem.
               Imperator przypuszczał, że statek Mahoneya rychło znajdzie się w ogniu walki, i dlatego 
właśnie czuwał nieopodal,  gotów pomóc,  gdyby  marszałek  stracił możliwość  śledzenia całości 
obrazu. Powtarzał sobie, że nie zrobi niczego ponadto, że nie będzie się wtrącał, ale absolutnie nie 
wierzył w te postanowienia.

background image

        Tahnijczycy gładko weszli w pułapkę. Jedyne zaskoczenie stanowiła liczebość ich floty. Miast 
spodziewanych   dwunastu   zespołów   uderzeniowych   pojawiło   się   aż   dwadzieścia.   Tym   lepiej. 
Znaczy, że niedługo nastąpi początek końca. Albo koniec początku, podszepnęło niespójne ego 
imperatora.
        Niech mnie, pomyślał inżynier H. E. Raschid. A jeśli to koniec końca?
        I czekał tak, aby ratować skórę Mahoneya. I swoją własną.
               Los jednak bywa złośliwy. Automatyczne sondy Tahnijczyków, których zadanie polegało 
jedynie na przerwaniu łączności między Durerem a Al-Sufi, przemknęły jakoś na tyły imperialnych 
linii   i   cała   wyrafinowana   technika   jachtu   dowodzenia   zdała   się   psu   na   buty.   Ekrany   pokryły 
migoczące białe kropki, a odczyty zwariowały. Uparcie pokazywały równoczesną wiktorię obu 
flot.
        
        Imperialne myśliwce i niszczyciele przewidziane do obrony Durera też epizodycznie wzięły 
udział w walce.
               Z osiemdziesięciu dziewięciu jednostek, które wyruszyły przeciwko flocie Tahnijczyków, 
ocalały   trzy.   Zgodnie   z   rozkazami   okręty   z   flotylli   Durera   miały   zapobiec   desantowi.   To   po 
pierwsze. Po drugie kazano im zadać wrogowi jak najwięcej strat. Obrońcy Durera, nieświadomi 
potęgi przeciwnika, ruszyli do samobójczego ataku.
               Dysponowali raczej lichym sprzętem, ale imperator zamierzał możliwie długo utrzymać 
tajemnicę.   Nagłe   dozbrojenie   garnizonu   groziło   zdradzeniem   sprawy.   Durer   miał   wyglądać   na 
placówkę pozbawioną silnej obrony, nie spodziewającą się ataku. Władca dopilnował jedynie, aby 
nikt nie trafił na Durera przypadkiem, sam sprawdzał wszystkie przydziały. Wiedział, że wysyła 
tych ludzi na pewną śmierć.
        W dawnych czasach nazwano by to zapewne “konieczną ofiarą dla dobra ojczyzny”, ale Jego 
Wysokość nie gustował w patosie. Lud może wierzyć w bogoojczyźniane hasła. Jeśli chce. Władca 
nie powinien. Zresztą, nie pierwsza to była taka hekatomba i na pewno nie ostatnia. Poza tym 
wcale nie największa w dziejach.
               Taktyka  obrońców ograniczała  się do prostych  i skutecznych  posunięć.  Jedna flotylla 
niszczycieli nadleciała na kontrkursie Tahnijczyków. Dwie inne czekały “powyżej” płaszczyzny 
ekliptyki.   Gdy   tylko   doszło   do   pierwszych   starć,   zanurkowały   w   samo   serce   zgrupowania 
nieprzyjaciela. Zaraz potem sześć skrzydeł myśliwców uderzyło “z dołu”. Piloci tych jednostek 
mieli pełną swobodę działania i wolność w doborze celów.
          Członkowie załóg szybko zrozumieli, z jak wielką siłą przyszło im walczyć. Pojęli, że nie 
wyjdą z tego żywi, więc postanowili drogo sprzedać swoją skórę.
        Niestety, determinacja to nie wszystko. Podobne cuda zdarzają się wyłącznie w bajkach.
        Żadna genialna taktyka nie pomoże, gdy przeciwnik przeważa liczebnie w stosunku jeden do 
stu.
               Pierwsza flotylla zniknęła w rozbłyskach rakiet dalekiego zasięgu, zanim sama zdołała 
cokolwiek   wystrzelić.   Krążowniki   Tahnijczyków   nie   pozwoliły   niszczycielom   podejść   na   tyle 
blisko, aby te uruchomiły swoje systemy broni.
               Pozostałe dwie flotylle przetrwały kilka chwil dłużej. Trzydzieści dwa niszczyciele miały 
tylko sekundy na oddanie pierwszej salwy, nim same eskplodowały. Straty Tahnijczyków: cztery 
niszczyciele   i   pięć   statków   wsparcia   logistycznego   zniszczone,   dwa   krążowniki   i   trzy   statki 
wsparcia uszkodzone.
               Na ekranach bojowych pojawiło się wielkie śmietnisko, rozciągnięte na dwadzieścia lat 
świetlnych.   Teoretycznie   dobre   warunki   działania   dla   małych,   nie   rzucających   się   w   oczy   i 
zwinnych   myśliwców.   Stało   się   jednak   inaczej.   Może   sprawił   to   nadmiar   entuzjazmu,   może 
Tahnijczycy oczekiwali właśnie takiego ataku. Może w grę wchodził zwykły pech.
        Nikt nigdy tego nie rozstrzygnął.

background image

        Z sześciu skrzydeł myśliwców nie ocalała ani jedna maszyna. Imperialna propaganda uczyniła 
potem wiele hałasu wkoło tego wydarzenia,  były pośmiertne  awanse i odznaczenia.  Oficjalnie 
starcie   skończyło   się   zniszczeniem   dwóch   pancerników   i   ciężkim   uszkodzeniem   trzeciego. 
Myśliwcom   ulec   miały   też   trzy   krążowniki   (jeden   zniszczony,   dwa   uszkodzone)   i   cztery 
niszczyciele (uszkodzone).
         Po wojnie ustalono jednoznacznie, że tylko jeden niszczyciel ucierpiał na tyle, że wypadł z 
linii. Za drugą ofiarę uznano lekko uszkodzony krążownik.
        Ale wtedy nikt już nie chciał wspominać wojny. Nikt też nie zamierzał weryfikować legendy 
o martwych bohaterach, których jedynym sukcesem było pełne daremnego heroizmu zejście ze 
sceny.
        
        Wedle pierwotnego planu lady Atago, pierwsza flota miała zbombardować bazy Durera, druga 
dokonać inwazji, trzecia pozostać w odwodzie.
        Dowództwo systemów oczekiwało czegoś w miarę podobnego.
          Dowódcy garnizonów, gotowi do walki z lądującym wrogiem, patrzyli zdumieni, jak statki 
Tahnijczyków przemykają przez system. Żaden nie wdał się w bitwę z naziemnymi bateriami.
        Z początku obrońcy byli może nawet rozczarowani. Ostatecznie, gdy ktoś nastawi się na bój, 
to trwa chwilę, nim adrenalina przestanie krążyć, a głupota wywietrzeje z nabitych bohaterszczyzną 
łbów.
          Rychło pojęli, że żyją i nic nie wskazuje na to, że zginą, ponieważ bitwa toczy się bez ich 
udziału. Pozostała im jedynie rola widzów.
               Zapewne   dlatego   też   wśród   autorów   wydawanych   później   wojennych   pamiętników 
znajdowało aż tylu ludzi z garnizonów Durera. Oni jedni przetrwali w komplecie.
               Lord Fehrle podziwiał widok roztaczający się z mostka statku dowodzenia. Pierwsza z 
czterech flot właśnie wychodziła z systemu Durera. Prawie w ogóle nie napotkała oporu, straty 
poniosła minimalne. Przed nią leżał bogaty, przemysłowy świat i samo serce imperium.
               Przewodniczący Rady Tahnu raz jeszcze pogratulował sobie dalekowzroczności. Każdy, 
nawet najbardziej oddany sprawie dowódca, musi mieć przełożonego. Kogoś, kto zrewiduje plany, 
sprawdzi ich skuteczność, dopilnuje wykonania i orzeknie, czy istnieją szansę powodzenia. A w 
razie potrzeby wyznaczy nowe cele.
               Lady Atago to geniusz wojskowości, pomyślał Fehrle, ale jak wszyscy mistrzowie pól 
bitewnych, tak i ona nie potrafi dojrzeć niczego poza czubkiem własnego nosa. Rada natomiast 
widzi dalej. Myśli i w razie potrzeby wytyka błędy.
          Fehrle nadął się z dumy jak indor. Dokładnie w tej samej chwili dalekosiężny pocisk typu 
“Kali” trafił w jego statek. Eksplozja rozcięła kadłub na pół.
        
          Marszałek Ian Mahoney nie zdumiał się zbytnio, gdy szlag trafił zwykłe kanały łączności. 
Podświadomie liczył się z tym od początku.
        Mimo złośliwych komentarzy i pełnych zdziwienia spojrzeń, już wcześniej kazał zamontować 
niewielkie   radiostacje   na   poszczególnych   statkach   floty.   Każde   urządzenie   nadawało   na   innej 
częstotliwości i było przypisane do indywidualnego odbiornika na pokładzie statku dowodzenia. 
Obsługujący je łącznościowcy mieli przykazane odczytywać informacje, po czym słowo w słowo 
przekazywać je dalej. Nie dokonywali żadnych wstępnych obróbek danych, nie podejmowali też 
prób interpretacji.
          Mahoney zdawał sobie sprawę, że to metoda z epoki przedkosmicznej. Że miast pilnować 
spraw wielkich, zajmuje się drobiazgami, a przecież od dawna nie jest już oficerem liniowym. 
Trudno. Nie mógł się opanować.
        I bardzo dobrze.

background image

          Gdy tylko centrala bojowa zamieniła się w dom wariatów, polecił zagubionym analitykom 
wyłączyć komputery i działać dalej opierając się na meldunkach napływających przez prymitywne 
łącza radiowe.
        Był to nader idiotyczny sposób wygrywania wojny.
        
        Tahnijczycy zaczęli bitwę przekonani, że zaskoczą zwiedzionego wcześniejszymi pozoracjami 
przeciwnika. Nie zostawili sobie zbyt dużego marginesu na pomyłkę. W tym właśnie tkwił ich 
największy błąd.
        Ale popełnili też inne. Mniejsze, wszelako równie brzemienne w skutki.
               Do tej kategorii katastrofalnych uchybień należała sprawa, która umknęła historykom, bo 
niewiele było  w niej heroizmu. Ledwie parę osób wiedziało,  kto winien stanąć na stosownym 
pomniku.
        W odróżnieniu od imperium, Tahn przywiązywał wielką wagę do rozwoju min kosmicznych. 
Doprowadził ten rodzaj broni do perfekcji. Tahnijskie miny mogły latami dryfować w próżni, a gdy 
przyszła właściwa chwila, umiały rozróżnić własne statki od wrogich. W razie potrzeby potrafiły 
wykonywać nawet skomplikowane manewry. Tahnijczycy przyjrzeli się swemu dziełu i spoczęli na 
laurach.
          Jednak kilka lat wcześniej młody dowódca statku patrolowego, niejaki Sten, odkrył sposób 
pozwalający na zdalne neutralizowanie owych min i niezwłocznie zameldował rzecz, gdzie trzeba. 
Tahnijczycy nigdy się o tym nie dowiedzieli.
               Sten, akurat pełznący byle dalej od obozu jenieckiego, też nie miał pojęcia, jak bardzo 
przyczynił się do wiktorii.
               Tahnijczycy szczodrze rozrzucili swoje miny między Durerem i Ał-Sufi. Oczekiwali, że 
potężna bariera nie tylko zagrodzi drogę spieszącym na odsiecz siłom, ale spełni też rolę systemu 
wczesnego ostrzegania.
               Imperialne niszczyciele, rutynowo patrolujące tę okolicę, dość szybko wykryły mgławicę 
śmiercionośnych zabawek i, jedną po drugiej, wszystkie unieszkodliwiły. W zasadzie. Dopiero po 
bitwie ustalono, kto i jaki błąd popełnił.
        
               Na ekranach Tahnijczyków flota imperium pojawiła się, jak przywołany z niebytu upiór. 
Komputery bojowe dość szybko rozpoznały sytuację i określiły atak jako typowy: myśliwce w 
awangardzie, za nimi krążowniki z pociskami do likwidowania celów kosmicznych i niszczyciele. 
Dalej jak zwykle: krążowniki, pancerniki oraz nosiciele myśliwców w osłonie niszczycieli.
        Komputery błyskawicznie opracowały stosowny plan kontrataku, dowódcy wydali rozkazy.
        Jednak uderzenie poszło w próżnię.
               Mahoney dobrze wiedział, że kiepski z niego strateg, postanowił zatem obmyślić bardzo 
niekonwencjonalny plan. Przedtem jednak zapoznał się z dokonaniami wielkich wodzów w historii 
wojskowości. Wyniki tych badań były raczej przygnębiające.
               Wszyscy   sławni   stratedzy   (począwszy   od   Dariusza,   Filipa,   von   Schlieffena   i   Giapa, 
skończywszy   na   M’khee   i   P’ra   T’ongu)   mieli   na   koncie   tyle   samo   zwycięstw,   ile   porażek. 
Mahoney nie mógł się równać talentem z żadnym z tych wodzów, dlatego rozpoczął poszukiwania 
rozwiązań najprostszych, a zarazem zaskakujących przeciwnika.
               Myśliwce były prawdziwe. Mahoney miał nadzieję, że w bałaganie najbliższych godzin 
zdołają nie tylko przetrwać, ale też wyrządzić wrogowi jakieś szkody.
          W roli krążowników występowały zdalnie sterowane frachtowce uzbrojone w prymitywne 
wyrzutnie nie sterowanych pocisków, które groźnie tylko wyglądały. Potencjalna ofiara musiałaby 
sama wleźć im w drogę. Dzięki zespołowi nadajników, frachtowce dawały na ekranach wroga 
odblaski typowe dla krążowników.
               Podobnie “stworzono” niszczyciele. Były to pociski typu Kali wyposażone w stosowne 
emitery elektronicznego hałasu.

background image

        Dopiero za nimi nadlatywała rzeczywista flota.
        Bitwa zaczęła się od indywidualnych walk myśliwców.
          “Krążowniki” szybko zmieniły się w chmury pyłu i Tahnijczycy znów poczuli się panami 
sytuacji.   Kiedy   jednak   ruszyli   na   “niszczyciele”,   te   przyspieszyły   nagle   i   z   samobójczą 
skwapliwością runęły taranem na największe statki floty nieprzyjaciela.
        Cokolwiek by mówić, wojnę zawsze prowadzi się według pewnych reguł. Obie strony mniej 
więcej   wiedzą,   czego   mogą   po   sobie   oczekiwać.   Gdy   wojak   zmienia   się   nagle   w   szaleńca, 
zdumiony przeciwnik gubi na chwilę wątek.
               To właśnie zdarzyło  się Tahnijczykom.  Parę minut zamieszania  kosztowało ich utratę 
większości niszczycieli osłony. W szyki trzech wiodących ugrupowań wkradł się chaos.
          Ale do klęski nie doszło. Miejsce wyłączonego z walki lorda Fehrle zajął admirał P’riser. 
Nakazał, by przednie siły związały wroga walką, reszta miała podążać ku pierwotnym celom.
        Atak rozwijał się pomyślnie.
        
               Lord  Fehrle siedział  ponury w skafandrze.  Wkoło  roiła się  bezradna  obsługa  centrali 
okaleczonego statku.
               No dalej, zrób coś, łajał się w myślach. Każ ukarać kogoś wyrzuceniem za burtę, niech 
pooddycha próżnią. Wymyśl nowe rozkazy dla floty.
               Ale wiedział, że cokolwiek uczyni, będzie to tylko pusty gest. Utracił wpływ na bieg 
wydarzeń. Meldunki przestały napływać, wrak dryfował coraz dalej od teatru zdarzeń.
          W swoim przygnębieniu Fehrle nie pomyślał nawet, że uszkodzone silniki mogą w każdej 
chwili eksplodować. I że nie wiadomo, kiedy nadejdzie pomoc. Czy w ogóle nadejdzie.
        Statki lady Atago prawie nie napotkały oporu. Przechwycono sześć konwojów z ładunkiem 
AM2, ich eskortę rozbito jednym atakiem.
          Al-Sufi miało zostać obrócone w perzynę i lady Atago robiła wszystko, by jak najwierniej 
wypełnić rozkazy. Pokaże, na co ją stać.
               Ostrzał   planet   poczynił   zniszczenia   tak   wielkie,   że   odbudowa   obiektów   winna   zająć 
dziesięciolecia.
        Nagle, dokładnie w godzinie chwały, lady Atago pojęła, że coś jest nie tak. Obrońcy Al-Sufi 
nie dali znaku życia. Znaczy, w ogóle ich nie było. A z tego wynika jednoznacznie, że...
        Imperium wiedziało, że Al-Sufi nie stanowi celu zmasowanego ataku.
        Wróg przejrzał jej plan. Główne siły floty lecą wprost w pułapkę.
          Lady Atago nie wahała się ani chwili. Mogłaby zrobić w tył zwrot, skoro tak paskudnie ja 
potraktowano. Niech lord Fehrle i jego banda cywili posmakują góry czy porażki. Ale nie. Kazała 
najszybszym   pancernikom   wziąć   kurs   na   system   Durera   i   nadać   ostrzeżenie   na   wszystkich 
kanałach.
        Za późno.
        
        Nazywał się Mason. Z wyglądu najbardziej kojarzył się z zawodowym mordercą. Nosił szary 
kombinezon bez oznaczeń, twarz pokrywały mu blizny.
        I był mordercą. Kiedyś dowodził ciężkim myśliwcem, ale po odniesieniu ran w walce został 
instruktorem w szkole pilotażu. Sten nazywał go swoim pechem. Obrażenia sprawiły, że Mason nie 
wrócił potem do jednostki liniowej. Nastała jednak wojna, więc awansował na jednogwiazdkowego 
admirała i dostał dywizjon szybkich niszczycieli.
          Dowodził nimi tak samo jak dawniej myśliwcami. Załogi nienawidziły go z całego serca. 
Wymagał bezwzględnego posłuszeństwa, poświęcenia i pomysłowości. Za byle co posyłał pod sąd 
polowy.
               Podobno,   gdy   raz   jego   niszczyciel   upolował   tahnijski   transportowiec   z   imperialnymi 
więźniami   na   pokładzie,   jeden   z   bosmanów   wrzasnął   na   wysypujących   się   przez   śluzę 
uradowanych ocaleńców: “Wracajcie, idioci! Chcecie napytać sobie biedy?”

background image

          Masona nie pozbawiano dowództwa z jednego tylko powodu. Jego dywizjon odznaczał się 
największą skutecznością w całej flocie.
        Teraz podchodził w szyku ławy tylne jednostki zgrupowań Tahnijczyków.
          Jedenaście zespołów uderzeniowych floty imperium kryło się daleko za systemem Durera. 
Zgodnie z rozkazem miały zaatakować dopiero po rozpoczęciu działań zaczepnych przez mniejsze 
siły.
        Chodziło o zaskoczenie.
          I to podwójne. Stocznie Sullamory na Cairene sprawiły się lepiej, niż imperator oczekiwał. 
Pozornie wciąż nękane kłopotami, wyprodukowały nie dwanaście, ale trzydzieści pancerników. I to 
według nowego projektu. Tahnijczycy nie widzieli jeszcze tak monstrualnych narzędzi zagłady.
        Zaczęła się rzeź.
        
          Gdyby ktoś posiadał w trakcie bitwy odbiornik nastawiony na wszystkie zakresy, musiałby 
uznać, że stara prawda o służbach łączności jest wciąż aktualna: jak się widzą, tak się słyszą.
        
               Samsun,   Samsun...   widzę   cel...   melduję   uszkodzenia...   podchodzi...   sześć   jednostek 
Tahnijczyków,   dryfują   bez   napędu...   strzelaj,   sukinsynu...   Samsun,   czy   mnie   słyszysz?   Do 
wszystkich jednostek, ogłaszam... zmiana orbity, ósemka, dostałeś... Strzelają do nas!... Samsun, tu 
Biały.   Czy   mnie   słyszysz?.   Do   wszystkich,   do   wszystkich...   Nostrand,   zmiana   sektora   na 
trzynasty... piiii... Niech nas Allach prowadzi... Samsun, Samsun... Keerist, widziałeś, jak walnął?... 
Do wszystkich, mówi...Samsun, Samsun... czy mnie słyszysz...
        
        Teksty czterech transmisji przesłanych otwartym tekstem:
        
        Do marszałka polnego Iana Mahoneya: 
        
        Jedynka, Jedynka, tu Wolna Siódemka. Nie mamy do kogo strzelać...
        
        Do lady Atago:
        
               Nie zidentyfikowane  jednostki... mamy  was na odczytach  jako “swoich”. Tu tahnijski 
pancernik “H’rama”. Opuśćcie obecną orbitę. Przygotujcie się do akcji ratunkowej.
        
        Do lorda Fehrle:
        
        Punkt dowodzenia, punkt dowodzenia... mówi P’riser. Zawieszam wykonanie planu CIOS W 
SERCE. Uruchamiam plan KU MNIE.
        (Brak potwierdzenia odbioru.)
        
        Do jednostek Tahnijczyków
        
        Do wszystkich. Do wszystkich. Zaczynamy odwrót. W miarę możliwości osłaniać uszkodzone 
bratnie jednostki.
        
         Wiadomość nadana prywatnym kodem przez Iana Mahoneya do Wiecznego Imperatora:
        
               Danie gotowe. Powtarzam, nieprzyjaciel przyrządzony w całości. Pytanie, jak podawać? 
Drugie pytanie, z jakim winem?
        

background image

               Jakkolwiek zagmatwana była sama bitwa czy bitwy o Durera i Al-Sufi, parę wniosków 
narzucało się nieodparcie:
        1. Tahnijczycy ponieśli klęskę.
        2. Ich decydująca ofensywa została powstrzymana, a siły odrzucone.
        3. Utracili inicjatywę strategiczną, której nie odzyskają bez floty.
        4. Odbudowa zdziesiątkowanej floty i szkolenie nowych załóg potrwa całe lata.
        
               Imperator miał nadzieję (znowu jedynie nadzieję), że Tahnijczycy dojdą do tych samych 
konkluzji.
        Może rzeczywiście nastąpił początek końca, ale wiele jeszcze krwi musiało popłynąć. Szale 
wciąż się wahały i byle błąd mógł wszystko zepsuć.
        
        

Księga trzecia

KOBO-ICHI

        
Rozdział dwudziesty ósmy
        
        Klęska w układzie Durera była niczym obezwładniający cios w dołek. Tahnijczycy na jakiś 
czas upodobnili się do kogoś, kto właśnie dostał obciążoną ołowiem pałką i zgięty wpół próbuje 
rozpaczliwie łapać powietrze, a krew huczy mu we łbie jak wodospad.
          Nawet eony lat później wkuwający historię uczniowie wiedzieli, że “Był to punkt zwrotny. 
Nastała pora na zrewidowanie porządku priorytetów, zmianę strategii i metod działania”. Taki stan 
z konieczności rozciągnął się na kilka lat.
               Pewien starożytny filozof rzekł kiedyś:  “Koniec jest wtedy,  gdy ja kończę”. Wieczny 
Imperator   zwykł   zaś   powtarzać   (za   swym   ulubionym   myślicielem,   specjalistą   od   maksym 
politycznych): “Wygrana to nie wszystko, ale i klęska niczego nie przesądza”.
        Operacja Durer-Al-Sufi zakończyła się sromotną porażką Tahnijczyków, którzy zrozumieli to 
całkiem rychło. W następnej kolejności pojęli, że ich przegrana nie oznacza jeszcze końca wojny. 
Chociaż w szoku, ustrzegli się od błędu często popełnianego przez dyktatorów i monarchów: nie 
zarządzili  uroczystego  wieszania winnych.  Wiedzieli,  co robią. Taki  postępek kosztowałby ich 
nazbyt drogo.
          Miast wypruwać flaki i histeryzować, z początku spróbowali poszukać siły i natchnienia w 
tradycyjnych wartościach własnej kultury (tak to określono), jednak trafili na obszary zmarznięte 
głębiej niż czapy polarne. Skutkiem wielu lat indoktrynacji, na jednym biegunie sposobu myślenia 
Tahnijczyków   zasadziła   się   wiara   we   własną   niezwyciężoność.   Drugi   biegun   tworzyła   sfera 
zakazów, gdyż od dawna wszelkie przejawy życia społecznego pozostawały pod pełną kontrolą 
machiny   biurokratycznej.   Na   dodatek   podstawą   modelowania   postaw   była   nienawiść   wobec 
wszystkiego co obce.
          Takiej zmarzliny nie da się odchuchać z dnia na dzień, poza tym Tahnijczykom brakowało 
przywódców duchowych na miarę wielkich polarników. Miast Shackletona czy Perry’ego mieli 
jedynie lorda Fehrle - ojca drugiej największej porażki w dziejach Tahnu.
          Fehrle nie był tchórzem. Miast popełnić po bitwie rytualne samobójstwo, wrócił na Heath. 
Oczekiwał, że z całym ceremoniałem zostanie pozbawiony najpierw stanowiska, orderów, potem 
życia, a na końcu dobrego imienia, które zniknie po wsze czasy z annałów, jakby nigdy nie istniało. 
Uznawał, że jeśli naród potrzebuje trupa do posiekania, to trudno, dla dobra ogólnego zostanie 
ścierwem.
        Jednak zastał porządek wcale niezmieniony. Rada stanęła murem wkoło, w dziennikach piano 
z zachwytu nad nowymi zdobyczami terytorialnymi, nikt nie spuszczał nosa na kwintę. Było to 

background image

pewne   zaskoczenie   również   dla   Wiecznego   Imperatora.   Nie   takiego   rozwoju   wypadków 
spodziewał się władca.
          Gdy się dowiedział, że to Fehrle osobiście dowodził atakiem, ujrzał już oczami duszy kres 
politycznej kariery przeciwnika. Miała to być niewielka, ale istotna premia do ogólnej wiktorii. Ale 
trudno. Pozostało działać samemu. I wieczny władca zrobił co w jego mocy.
               Kiedy imperator dodawał dwa do dwóch, przeciwnik otrząsnął się nieco z zamroczenia i 
ostatecznie   doszedł   do   wniosku,   że   szczegóły  akcji   Durer  nie   mogą   przeniknąć   do   publicznej 
wiadomości.   Nawet   nadzwyczaj   cyniczny   Pastour   wstrzymał   się   tym   razem   od   uwag   oraz 
politycznych podchodów. Gdy usłyszał fatalne wieści, najpierw dostał torsji, potem wytarł usta i 
pospieszył na spotkanie Rady, zdecydowany przekonać grono, aby nie usuwało Fehrle’a. Wiedział, 
że byłaby to samobójcza decyzja, w konsekwencji skłaniająca członków Rady do wzięcia się za łby 
w walce o prawo obsadzenia wakującego stanowiska.
               Nawet podczas pokoju kwestia ta wiązała się z licznymi problemami. Istniało zbyt wiele 
frakcji, zbyt wiele interesów. Obecnie zaś proces wyboru nowego przewodniczącego wyglądał na 
niemożliwy do przeprowadzenia zwyczajnymi środkami, to znaczy po dobroci.
        Pasteurowi przemknęło przez głowę, że kandydatura lady Atago byłaby jedyną do przyjęcia. 
Sam nie przepadał za tą babą, jednak w składzie Rady nie zasiadało więcej podobnie niepokalanych 
rycerzy, Tahnijczycy zaś potrzebowali bohaterów. Zupełnie jak starożytni Persowie spijający mit o 
Gamszidzie.
          Pastour wkroczył na salę, gotów wykorzystać wszystkie swe polityczne talenty, jednak do 
dyskusji wcale nie doszło. Wszyscy czuli się lekko ogłuszeni i wiedzieli, że jeśli choć najmniejsza 
wzmianka o klęsce przeniknie “w lud”, wojna rychło zakończy się zwycięstwem imperium. W 
pierwszym   dekrecie   zarządzono   zatem   pełną   blokadę   informacji   tyczących   bitwy   w   systemie 
Durera.
        Nawet w państwie, które nie tyle cenzurowało wiadomości, ile je racjonowało, nie było łatwo 
przeprowadzić taką operację. Całość kosztowała fortunę i nie dawała się porównać z niczym w 
dziejach. Imperialni dziennikarze i naukowcy, gdy przyszło im pisać o wydarzeniu, szukali analogii 
z wielkimi  bitwami.  Przypominano  Termopile,  letnią  ofensywę  Rosjan z roku 1943, Yalu czy 
imperialną klęskę pod Saragossą podczas wojen Muellera.
        Jednak tym razem nie chodziło o walkę, ale o wielką mistyfikację. Dane zniszczonych statków 
i poległych załóg usunięto z wszystkich akt oraz list. Tych, którzy ocaleli, osadzono w obozach. 
Podobnie postąpiono z przyjaciółmi i rodzinami rannych albo zabitych. Zdumieni zaopatrzeniowcy 
z tyłów niespodziewanie dostali przydziały wysyłające ich na zupełne pustkowia. Przynajmniej tak 
to wyglądało na mapach. Nawet pomniejsi urzędnicy zostali dokładnie przesłuchani. Tajemniczy 
goście wyważający ich drzwi po nocy nie postępowali zbyt łagodnie. W drugiej kolejności sami 
byli przesłuchiwani. Trwało to tak długo, aż system zdawał się całkiem szczelny.
          Dla wszelkiej pewności uruchomiono gigantyczny program badawczo-wdrożeniowy (tajny, 
rzecz   jasna),   związany   z   budową   największych   zagłuszarek,   jakie   widział   świat.   Ale   i   one 
zawiodły, gdy imperator puścił w ruch własną machinę propagandową.
        Operacja “Knebel” w wykonaniu Tahnijczyków nie miała precedensu w historii, podobnie jak 
imperialna akcja “Radio Swoboda”. Wieczny Imperator jedną ręką (prawą) pchnął swoje floty, by 
wypełniły   pozostawioną   przez   zdruzgotanych   Tahnijczyków   próżnię,   drugą   zaś   wziął   się   do 
dyrygowania chórem propagandzistów. Specjalnie skonstruowane nadajniki miały łączną moc paru 
małych Słońc, a ich audycje docierały nawet do innych galaktyk.
        Wieści były groźne. Groźniejsze niż wielotysięczna flota inwazyjna. Im aktywniej imperator 
je rozpowszechniał,  tym  mocniej  Tahnijczycy  przykręcali śrubę swym  obywatelom.  Doszło do 
tego, że nawet przywykłe do terroru społeczeństwo zaczęło ciężko dyszeć.
        Zanotowano ogólny spadek nastrojów. Zaczęło się od członków Wielkiej Rady, aż ogarnęło 
urzędników nawet na najniższych szczeblach. Poza garstką wybranych, nikt nie wiedział, co się 
właściwie stało, ale wyraźnie coś złego wisiało w powietrzu. Strach narastał, blokował wszelkie 

background image

ruchy. Zlękniony urzędnik bał się podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję, by nie ryzykować, że 
urazi przełożonego. Było to rozsądne postępowanie, dyktowane przez instynkt samozachowawczy. 
Przełożony też żył w strachu. Nastąpił zatem powszechny paraliż decyzyjny. Do tego doszły braki 
w  zaopatrzeniu.  We  wszystko.  Pustawe  przed  Durerem  magazyny  zionęły  jednostajną  czernią. 
Całość   zasobów   AM2   przeznaczono   wyłącznie   na   potrzeby   wojskowe,   a   i   w   armii   zaczęto 
oszczędzać. Uzyskanie przydziału AM2 wymagało wypełnienia całej góry papierów, przy czym 
każdy potencjalny odbiorca musiał podpisywać się czytelnie, by w razie nadużycia  łatwo było 
znaleźć winnych.
         Bez wątpienia z Tahnijczyków uszło powietrze. Chwilowo zajęli się własnymi sprawami, a 
Wieczny Imperator zamierzał suszyć im głowy tak długo, aż “udławią się głoszonymi przez siebie 
kłamstwami.”
        
        
Rozdział dwudziesty dziewiąty
        
        Policyjne serce majora Genrikha zabiło mocniej, gdy las ożył nawoływaniami poganiaczy, co 
oznaczało, że zwierzyna została spłoszona. Oby tylko alarm nie okazał się fałszywy. Od czasu 
odkrycia ucieczki, oddział Gernikha ganiał po leśnych przecinkach i polanach, reagując na każdą 
plotkę o pojawieniu się zbiegów. Akcja była tym trudniejsza, że przełożeni postanowili głęboko 
utajnić sam fakt ucieczki.
        W zwykłych okolicznościach Genrikh nie przejmowałby się żądaniami zachowania tajemnicy, 
jednak tym razem nie zostawiono mu wyboru. Pozostało czekać, aż z wolna napływające meldunki 
dadzą w miarę  jasny obraz, pozwalający znaleźć,  osaczyć  i wygonić  zbiegów prosto pod lufy 
myśliwych. Jak dotąd nie zdziałano wiele.
          Genrikhowi podobało się w tym wszystkim tylko jedno: rozkazy nie przewidywały brania 
żywcem czy przesłuchiwania; zbiegom należało na miejscu strzelić w tył głowy. Wprawdzie szansę 
na   wyciągnięcie   z   jeńca   informacji   o   współtowarzyszach   spadały   wówczas   do   zera,   jednak 
majorowi starczało i tyle. Zawsze najwyżej cenił proste przyjemności.
            Pohukiwania nasiliły się. Genrikh wciągnął głęboko powietrze, ujął swobodniej broń. Nie 
musiał zerkać na swych ludzi, aby wiedzieć, że czekają razem z nim. Wyczuwał ich napięcie. W 
duchu przygotował się na kolejne rozczarowanie.
        Założono, że wygnany spomiędzy drzew zbieg zachowa się niczym zagubione i przerażone 
zwierzę. Wtedy strzelcy wyładują swoją frustrację i przerobią ofiarę na rąbankę.
        Coś poruszyło sie w zaroślach. Major uniósł broń. Podwładni tak samo. Tam ktoś był!
          Zza pni wychynęły dwie sylwetki. Zawahały się i ruszyły przez polanę. Major natychmiast 
spostrzegł, że są to (a) ludzie, (b) więźniowie, (c) jeden niski, drugi wysoki. Nacisnął spust. Nawała 
ognia zaskoczyła zbiegów ledwie kilka kroków od linii drzew. Przez chwile, miotali się bezwładnie 
jak podrzucane wiatrem szmaciane lalki, aż padli na ziemię.
        Rozległ się szczęk zmienianych magazynków. Genrikh zerwał się i ruszył biegiem ku dwóm 
biało-czerwonym   plamom.   Niewiele   brakowało,   a   pośliznąłby   się   na   zakrwawionej   trawie. 
Kopniakiem obrócił większe ciało. Mężczyzna o wykrzywionych, ale znajomych rysach. Ibn Bakr. 
Drugi, mniejszy zbieg, to Alis.
               Major obrócił się, by pogratulować strzelcom. Odpowiedzieli mu radosnymi, lecz jakby 
zawstydzonymi uśmiechami. Wszyscy prócz jednego.
          Lo Prek spojrzał na szczątki Ibn Bakra i przeklął biedaka, że nie jest kimś innym. Sten raz 
jeszcze wymknął się z sieci.
        
        Virunga siedział na metalowym krześle, które z założenia miało być niewygodne. Zdrętwiałe i 
obolałe   stawy   nóg   podpowiadały   oficerowi,   że   tkwi   tu   już   od   paru   dni.   Ale   nie.   Usłyszał 

background image

dobiegające z dziedzińca kroki jeńców. Dopiero minęły cztery godziny. Virunga był więźniem od 
dość dawna i wiedział, że oczekiwanie jest częścią “zmiękczania”.
        Od chwili, gdy został wezwany, wciąż zastanawiał się nad tym samym: czy wytrzyma tortury? 
Bywał już w podobnych opałach i dawał sobie radę. Jednak czy tym razem się uda? Oby. Niech to 
już minie. (Nie mogę, proszę. Zamknij się! Musisz). A reszta przedstawienia? Nie wdawał się 
jeszcze w takie rozgrywki z Avrentim, pomagierem Derzhina. Ale przecież już go przejrzał. Chyba 
zdoła przetrwać. (Do diabła, żadne chyba, musisz wiedzieć to na pewno! Tak już lepiej). Trzeba 
pomyśleć o czymś innym. Czymś inspirującym.
        Właśnie, Virunga. Przecież ty też masz pytania. Nie marnuj czasu. Spróbuj wreszcie na nie 
sobie odpowiedzieć. Na przykład, dlaczego nie nastąpiły represje po ucieczce?
               Virunga i Sten przewidywali, że pozostali w Koldyeze  więźniowie zostaną ukarani za 
współtowarzyszy. Najpierw atak ślepej furii i związane z nim ofiary. Potem przypadki pobicia, 
obcięcie racji żywnościowych, zdemolowanie kwater w poszukiwaniu drogi ucieczki. W końcu 
uspokojenie nastrojów i zimna kalkulacja. Zagrożone kariery. Zbyt wiele szumu spowodowałoby 
polowanie na kozły ofiarne: niedbałych strażników, nie dość lojalnych oficerów. Przeważyć winien 
instynkt samozachowawczy. Ponadto, gdyby sprawa wydostała się poza mury Koldyeze, nabrałaby 
aspektu politycznego. Ktoś na wysokim stanowisku musiałby odpowiedzieć za fakt umieszczenia 
wszystkich nieświeżych jajeczek w jednym, dziurawym na dodatek, koszyku.
        Dla wszelkiej pewności Virunga ze Stenem chowali jeszcze piątego asa w rękawie. Chodziło o 
“Złotego Robaka”, którego St. Clair umieściła  w katedralnym  komputerze. Wirus ten z wolna 
mieszał  wszystkie  dane  produkcyjne,  a przede  wszystkim  zmieniał  minusy na  plusy,  przez co 
ośrodek mógł wykazać się nadzwyczaj  wysoką wydajnością pracy.  Taką, o której na co dzień 
Tahnijczykom   pozostawało   tylko   marzyć.   Derzhin   dostawał   do   ręki   argument   jednoznacznie 
świadczący o tym, że eksperymentalny obóz zdaje egzamin.
               Na   Tahnijczyków   ostatnio   spadły   same   kłopoty,   więc   nawet   drobny  sukces   był   wart 
dopieszczenia. Ponadto wirus metodycznie niszczył zasoby pamięci komputera. Za jakiś czas, gdy 
z plików zostaną same wywieszki, nikt się nie zorientuje, co właściwie piszczy w Koldyeze. I nikt 
nie będzie też niczego podejrzewał, przynajmniej jak długo nie wezmą się za komputer prawdziwi 
fachowcy.
        Z początku przewidywania sprawdzały się co do joty. Zaraz po wykryciu braków osobowych 
katedrę   zamknięto   na   głucho   i   rozpoczęto   brutalne   przesłuchania.   Kilka   osób   zmarło,   ale 
Tahnijczycy nie poznali sekretu tunelu, nie dowiedzieli się o katakumbach. Potem jednak, zupełnie 
nagle i niespodziewanie, zapanował względny spokój.
            Akurat w porę, gdyż Virunga z wolna dojrzewał do sięgnięcia po znalezioną w jednym z 
lochów antyczną broń. Byłby to oczywiście samobójczy zryw, jednak na krótko ukoiłby rozpacz 
wynikającą z bezradności.
               Przez   informatorów   Virunga   dowiadywał   się   o   trwających   na   szczycie   naradach, 
pospiesznych,   szeptanych   spotkaniach,   kontaktach   z   jakimiś   nieznanymi   Tahnijczykami   poza 
katedrą.  Odnosił  wrażenie,  że  kryzys   dojrzewa  i  lada  chwila   wybuchnie   bomba.   Jednak miast 
eksplozji, zapadła cisza. Życie w obozie potoczyło się jak dawniej, dyscyplina nawet nieco zelżała. 
Zdumieni jeńcy odnotowali, że strażnicy traktują ich teraz z pewnego rodzaju respektem. Virunga 
był pewien, że rzecz musiała mieć swoją przyczynę.  I to potężną, taką, o których pisze się w 
podręcznikach historii. Miał nadzieję, że jak przeżyje, to sobie o tym poczyta. Na razie jednak nikt 
nie wiedział, co się właściwie stało. Najbardziej zagubieni wydawali się sami Tahnijczycy.
               Oficer stanął na baczność, widząc uchylające się drzwi. Ponury strażnik skinął na dwóch 
swoich kolegów sterczących po obu bokach jeńca. Coś twardego szturchnęło Virungepod żebro. Z 
bólu ciężko łapiąc powietrze ujął mocniej kule i mozolnie wkuśtykał do środka. Strażnik odsunął 
się, robiąc mu miejsce. Starszy oficer najwyraźniej wciąż roztaczał aurę godności.
          W kancelarii dawała się wyczuć atmosfera wymuszonego spokoju. Avrenti pochylał się w 
kącie na stosem mało ważnych papierów, komendant stał przy oknie, tyłem do Virungi. Gapił się 

background image

na pewien szczegół krajobrazu. Gość zatrzymał się pośrodku pomieszczenia i czekał w milczeniu, 
aż zacznie się najgorsze.
               Po dłuższej chwili Derzhin odwrócił się ł spojrzał na Virunge, jakby zaskoczony jego 
obecnością.
        - A, pułkowniku, dziękuję za przybycie.
        Virunga nie odpowiedział. Komendant obszedł biurko i usiadł. Wziął jakiś wydruk, przyjrzał 
mu się uważnie, odłożył. Postukał palcami w blat udając, że próbuje przypomnieć sobie, po co 
właściwie wezwał oficera seniora.
        - Mam coś do przekazania o pańskich... hm... zaginionych podkomendnych.
        Virunga mimowolnie wstrzymał oddech. Powiało arktycznie mroźnym wiatrem.
        - Tak?
        Wolał nie rozwijać tematu.
          - Proszę mi wybaczyć, że los uczynił mnie posłańcem przekazującym złe wieści. Chociaż 
zależy, jak na to patrzeć. Otóż, zostali pochwyceni. Wszyscy co do jednego.
        Virunga westchnął. Niech i tak będzie. Przynajmniej jest już po wszystkim. Trzeba zająć się 
nieborakami.
               -   Chcę   się   z   nimi   zobaczyć.   Upewnić   się...   czy   są   traktowani   zgodnie...   z   prawami 
wojennymi...
        Avrenti parsknął z kąta.
        - Obawiam się, że to niemożliwe, pułkowniku - odparł Derzhin.
        - Odmawia pan?
               - Nie. Nie posunąłbym się do takiej nieuprzejmości. Rzecz w tym, że nie ma wiele do 
oglądania. Wszyscy nie żyją.
        Virunga zamarł, wstrząśnięty. W uszach mu dzwoniło.
        - Co? Nie żyją? Jak mogło...
        Przerwały mu dochodzące z dziedzińca krzyki. Z początku usłyszał tylko kilka głosów, potem 
dziki wrzask gniewu. Virunga z trudem zebrał siły, by dokuśtykać do okna. Ujrzał tłum więźniów 
kłębiący   się   wokoło   wozu-platformy   zaprzężonego   w   parę   koni.   Na   koźle   siedział   Genrikh. 
Towarzyszący mu strażnicy wyładowywali... właściwie zrzucali coś na ziemię.
        Virungna dostrzegł szczegóły. Ręce, nogi... głowy. Porąbane ciała Ibn Bakra i Alis.
        
        
Rozdział trzydziesty
        
        Niegdysiejszy robotnik portowy, potem kolejno nadzorca, zdeklarowany kryminalista, więzień 
polityczny i strażnik na warunkowym, niejaki Chetwynd, przepychał się przez zatłoczone doki i 
marzył   o   podwójnym   głębszym.   Ponadto   zastanawiał   się   nad   sytuacją,   w   jakiej   zupełnie 
niespodziewanie się znalazł.
               Dotąd   miał   się   za   człowieka   energicznego,   a   na   dodatek   dobrze   we   wszystkim 
zorientowanego. W zasadzie to właśnie nadmierna pewność siebie zaprowadziła go na więzienną 
planetę.   Teraz   jednak,   choć   zuchwałości   wciąż   mu   nie   brakowało,   musiał   przyznać   się   do 
kompletnego zagubienia. Oczywiście, tak czy inaczej, nie skończył z fanfaronadą.
        Po masowej ucieczce z Koldyeze winno dojść do znaczących reperkusji. Sprawa wydawała się 
jasna jak słońce na niebie. Derzhin skrócony o głowę, Avrenti w karnym batalionie. Co najmniej. 
Genrikh na stanowisku komendanta, drakońskimi metodami zaprowadzający porządek. Chetwynd 
wybadał już możliwości i kontakty. Zamierzał wystarać się o przeniesienie dokądkolwiek, byle nie 
z powrotem na Dru. Ale nic się nie stało.
        W każdym razie nic wielkiego.
        Złapano dwoje uciekinierów, poszatkowano ich, pokazano ku przestrodze. A pozostali?
        Ani słychu. Nawet nie krążyły żadne plotki.

background image

               Co ciekawsze, w samym Koldyeze niewiele zaszło zmian. Jeńcy pracowali jak zwykle, a 
Chetwynd przeklinał na boku, że zmarnował bez sensu tyle kredytów na alkohol dla tego bydlaka 
Genrikha.
        Drugi nurt rozważań dotyczył ukochanego przez obywateli rządu. Chetwynd domyślał się, że 
gdzieś tam stało się coś, co musiało być rzeczą nader niemiłą dla Tahnijczyków.
        Dawne układy Chetwynda prysły, gdy wyrok rzucił go na Dru, ale parę cennych kontaktów 
pozostało.   Miał   jeszcze   przyjaciół...   podobnie   jak   i   wrogów.   Nawet   takich   z   dzieciństwa,   dla 
których   upływ   czasu   mało   znaczył.   Wystarczyło,   że   razem   wychowywali   się   kiedyś   po 
niewłaściwej stronie prawa, w zakazanych dzielnicach. Podział: MY i ONI, pozostał im na całe 
życie. A przynajmniej na tak długo, jak długo podobny sposób myślenia był opłacalny.
               W ostatnim czasie z Heath zaczęły odchodzić niespodziewanie wielkie transporty do nie 
zamieszkanego systemu Erebus. Ładunki zawierały materiały budowlane, narzędzia. Co jeszcze 
ciekawsze, całe kilotony medykamentów kierowano na planety, gdzie nigdy nie istniały tahnijskie 
szpitale.
        Gdzieś tam, daleko, imperium zrobiło Tahnijczykom monstrualne kuku, uznał Chetwynd. Nie 
wiedział jeszcze, jak rozegrać tę kartę.
               Zatrzymał  się przed  wejściem  do baru “Khagu”. Kwitło  tu wszystko,  co nielegalne  i 
niemoralne,   z   czarnym   rynkiem   włącznie.   Dodatkowo   Chetwynd   urządził   sobie   w   tym   lokalu 
kwaterę główną. Miał tu samych kumpli.
        Groźnie zmarszczył brwi, jak przystało na wodza podziemia gospodarczego, i wszedł.
        Postawił kolejkę kolesiom.
        Potem łyknął wymarzoną podwójną wódkę.
               Tego klepnął w plecy, owego pozdrowił, zebrał należne wyrazy szacunku i opowiedział 
najnowszy kawał:
        - Facet dostał przydział na ślizgacz i po sześciu latach od zapłacenia dowiaduje się, że trafił na 
listę odbiorców. Idzie do punktu i pyta sprzedawcę, kiedy ma się zgłosić po swój pojazd. To ten mu 
odpowiada, że za cztery lata. Dobra, mówi gość, ale rano czy wieczorem? A co panu za różnica? A 
facet na to: Bo rankami czekam na hydraulika.
          Uśmiechnął się, nagrodzony wybuchem śmiechu, dopił drinka i skinął barmanowi, że chce 
następnego.
        Dopełniwszy obowiązków towarzyskich, odpłynął ku swojemu prywatnemu boksowi, gdzie 
zwykł przesiadywać sam na sam z myślami. Ale tym razem zakłócono mu spokój. Jakichś dwóch 
portowych obdartusów władowało się za nim na chama. Już zamierzał wezwać paru osiłków, by 
wyrzucili natrętów, gdy poznał, z kim ma do czynienia, i prychnął na podłogę wódką, żeby się nie 
zakrztusić.
               - Nie marnuj wody życia, chłopie - poradził mu dobrotliwie Alex. - Przyjdzie czas, że 
pożałujesz rozlanego łyku.
        Sten skinął na barmankę.
        - Myślałem, że wszyscy skryliście się w lasach - wykrztusił wreszcie Chetwynd, cały dumny 
ze swego opanowania. Przecież nie zadał żadnego z tych kretyńskich pytań, jakie zwykle cisną się 
w podobnych okolicznościach na usta.
        - Nie ręczę za innych - mruknął Sten - ale ja jestem dzieckiem ulicy. Lubię miasto, a lasu się 
boję. Szczególnie w nocy.
        - Ależ patrole zaglądają tu regularnie.
               - Nie widzę problemu - odparł Kilgour. - Siadamy wtedy między twoimi najlepszymi 
kumplami i chłopcy w mundurkach obchodzą nas z daleka.
        Chetwynd musiał uznać własną porażkę. Owszem, gdyby podniósł wrzask, zbiegowie trafiliby 
w łapy straży,  a on sam pewnie dostałby nagrodę. Ale... Skoro oficjalnie uznano, że wszyscy 
uciekinierzy zginęli podczas próby pojmania, to w jaki sposób wytłumaczyć obecność tych tutaj?

background image

               - Ponadto - powiedział Sten, odgadując myśli  strażnika - znamy się dobrze na sztuce 
autosugestii i codziennie przeznaczamy pięć minut na rozmyślania, jak wielka nas łączy sympatia.
               W to akurat Chetwynd nie uwierzył. Nawet te zdolne typki z imperialnego wywiadu nie 
zdołałyby kłamać podczas tortur. Chociaż... Żołądek zwinął mu się w kulkę. Jeśli Tahnijczycy 
dadzą się nabrać na ich historyjki...
        - Dobra, kochani. Na tyłach są wolne pokoje. Z łazienkami. Obaj potwornie śmierdzicie. Ale 
przede wszystkim, czego ode mnie oczekujecie?
        Sten wyjaśnił. Uciekli wyposażeni jedynie w fałszywe papiery, które dobrze byłoby zastąpić 
autentycznymi. Chcieli zostać legalnymi obywatelami Heath. Sten domyślił się całkiem słusznie, że 
ostatnio   wobec   braków   osobowych   Tahnijczycy   wcielają   do   armii   nawet   kryminalistów, 
bezrobotnych i dysydentów. Rozmowa toczyła się w prawdziwie przyjacielskiej atmosferze i nie 
budzili niczyich podejrzeń.
        Zaplanowali sobie, że wybiorą jakichś dwóch kumpli Chetwynda, podszyją się pod nich i w 
tej postaci zaciągną do wojska. Potem zostawią tutejsze towarzystwo w spokoju.
               - Chyba nie będzie z tym problemów - zakończył Kilgour. Obaj wiedzieli, że po takim 
treningu, jaki przeszli, z łatwością przenikną do swoich.
        Chetwyn, dziwnie gulgoczący od dłuższego czasu, nagle się roześmiał.
               - Teraz rozumiem, czemu trafiliście do niewoli - wydusił po chwili, wstał i skinął na 
barmanki.
        Sten na wszelki wypadek dobył nóż spod ramienia.
        - Moi przyjaciele potrzebują paru rzeczy - powiedział Chetwynd do obsługi. - Po pierwsze, 
dajcie im cichy pokój z łazienką. Dwoma łazienkami. Po drugie, jedzenie. Z moich prywatnych 
zapasów. Dowolny napitek, jaki zamówią. I jeszcze przyślijcie kogoś, kto umyłby gościom plecy. - 
Spojrzał na Stena i Alexa. - Wolicie kobiety?
        Uciekinierzy nie odpowiedzieli. Trwali nieruchomo z otwartymi ustami.
        - Dobra, byle czyste - zadecydował Chetwynd - A teraz postawcie następną butelkę. - Usiadł. 
Po raz pierwszy od wielu paskudnych dni wiedział, co robić. - Macie nadzieję, że w ten sposób 
wrócicie   do   domu?   Ech,   wy   sierotki.   Powiem   wam.   Wszyscy   moi   ludzie   są   tak   dobrze 
zabezpieczeni   przed   poborem,   aż   obrzydzenie   bierze.   Dawno   nie   słyszałem   równie   głupiego 
pomysłu. No, może poza tym, żebyście mieli trafić z powrotem w łapy Tahnijczyków. A teraz 
chcecie wiedzieć, jak będzie? Dobra. Pod “Khagiem” są porządne podziemia. Znikniecie w dziurze 
i posiedzicie tam pośród dostatku, aż przyjdzie stosowna pora. Wtedy zostaniecie przeprowadzeni 
po cichutku w inne miejsce, gdzie przedstawię was pewnemu miłemu dżentelmenowi. Nazywa się 
Jon Wild.
               Tym   razem   osłupiał   Chetwynd.   Sten   i   Alex   zanieśli   się   śmiechem.   Jon   Wild   był 
przemytnikiem,   i   to   oni   właśnie   ocalili   go   całe   lata   temu,   jeszcze   przed   wojną.   Sten   obiecał 
Wildowi, że mu nic złego nie zrobi pod warunkiem, że ten zaprzestanie zaopatrywać Tahnijczyków 
w materiały wojenne i podejmie współpracę z imperialnym wywiadem. Gdy wojna spustoszyła 
Romney,   rodzinną   planetę   Jona,   Sten   pomyślał,   że   przemytnik   najpewniej   trochę   zbyt   długo 
zwlekał ze zniknięciem. Z drugiej zaś strony, przypomniał sobie, że magazyny były puste, a wśród 
ruin nie znaleziono żadnych ciał.
        Może z zawodowego skrzywienia, Sten uznał jednak przetrwanie Wilda (i całej operacji) za 
spory profesjonalny wyczyn.
        - Znamy tego gościa - powiedział w końcu. -1 co dalej?
        Nieco zbity z tropu Chetwynd dokończył opowieść. Wild wywiezie ich poza światy Tahnu i 
zostawi na  jakimś  neutralnym  świecie.  Dostaną  też  stosowne dokumenty i  dość pieniędzy,  by 
dotrzeć na obszar imperium.
        - Dobrze - wtrącił się Sten. - Skoro godzisz się spleść swój los z naszym, to ja gwarantuję ci 
jedno. Gdy imperialni wylądują ostatecznie na Heath, nie zajmiesz mego miejsca w Koldyeze.
        - Oczywiście.

background image

        Chetwynd nigdy nie dowiedział się, jak wiele znaczyła jego odpowiedź dla tych ludzi, którzy 
od lat ocierali się nieustannie o śmierć.
        
        
Rozdział trzydziesty pierwszy
        
               Gdy Tanz Sullamora planował swój wędkarski urlop, był jeszcze idealistą. Nie dość, że 
wierzył w bohaterów, to jeszcze uważał Wiecznego Imperatora za duszę każdej zabawy i jak mógł, 
tak próbował z nim współzawodniczyć.
        Imperator uwielbiał gotować, Sullamora zatem urządził wystawny bankiet, na którym podał 
dania   przyrządzone   dokładnie   wedle   przepisów   władcy.   Jadło   drażniło   podniebienie   jak 
zmacerowane odchody, czego gospodarz, pozbawiony nie tyle dobrego smaku, ile smaku w ogóle, 
nijak   nie   wyczuł.   Zaproszeni   przyjaciele   nie   puścili   zaś   pary   (ani   niczego   innego)   z   gęby, 
Sullamora bowiem był zbyt bogaty i wpływowy, by raczyć go choć słowem prawdy.
          W drugiej kolejności, Tanz zajął się rybołówstwem. Imperator kochał wędkarstwo do tego 
stopnia, że trzysta lat temu wydał całkiem sporą furtunę na odtworzenie tradycyjnego obozowiska 
traperskiego   na   brzegach   rzeki   Umpaqua   w   pradawnym   rejonie   Oregon   na   planecie   Ziemi. 
Sullamora zbudował swój własny obóz, znacznie mniejszy i położony wiele kilometrów w górę 
strumienia. Od razu zajął się połowem, przy czym znaczące braki talentu nadrabiał rozbuchanym 
entuzjazmem.
          Przez parę ładnych lat po każdych uwieńczonych powodzeniem negocjacjach udawał się z 
fanfarami w dzikie ostępy Oregonu. Potem wracał i zadręczał wszystkich napotkanych bliźnich 
barwnymi opowieściami, jak cudownie było w lesie nad rzeką i jak walka z przebiegłym łososiem, 
próbującym  zwiać z haczyka,  ujawnia rzeczy wista naturę człowieka. Prawda wyglądała nieco 
inaczej,   wszelako   tę   Sullamora   skrywał   nawet   sam   przed   sobą.   Nie   cierpiał   łowienia   ryb.   Po 
pierwszej samodzielnej próbie wynajął specjalistów, by ci złapali dlań nieco łososi. Potem okazało 
się,   że   nie   znosi   także   ryb.   Kolejna   zdobycz   trafiła   na   stoły   jego   asysentów   i   pomniejszych 
pomagierów.
               Co gorsza, leśna cisza z wolna przyprawiała Tanza o szaleństwo. Rustykalnie urządzony 
zakątek zapełniało kilka drewnianych, wtopionych w otoczenie chat, zupełnie jak z początku u 
imperatora. Gdzie spojrzeć, zieleń. Nastawić ucha, tylko szum rzeki. I jeszcze ten smród mułu oraz 
gnijących   szczątków   roślin,   te   wszędobylskie   pyłki.   Żadnego   napięcia,   wyzwania,   gwaru, 
rozgardiaszu   towarzyszącego   zawieraniu   interesów,   ani   śladu   atmosfery   giełdy,   gorącej   od 
podejrzliwości i emocji.
        Jednak nie miał wyjścia. Nie mógł, ot tak, porzucić ani sprzedać obozowiska. Dopiero zaczęto 
by plotkować. Straciłby twarz. W zamian zaczął zapraszać tam coraz więcej przyjaciół i partnerów 
w interesach.
          Drewniane chaty zniknęły, zastąpione porządną willą z wszelkimi wygodami. Miniaturowe 
lądowisko   zostało   przebudowane   na   port   zdolny   przyjąć   prawie   setkę   pojazdów.   Leśną   ciszę 
wypełniły odgłosy hucznych zabaw.
        Z czasem i to się zmieniło. Wieczny Imperator przestał być ulubionym bohaterem Sullamory, 
a obóz opustoszał. Kosztowny zakątek zapewniał jednak pełną dyskrecję i był idealnym miejscem 
do zawierania dziwnych sojuszy oraz szemranych interesów. Można powiedzieć, że znów zaczęła 
królować tu sztuka łapania na haczyk. Tyle że inny.
        Sullamora udał, że mu się sznurówka obluzowała i przyklęknął. Pozwolił, żeby wyprzedziło 
go pięcioro kompanów. Powoli oddalali się ścieżką wśród drzew, rozmawiając przy tym cicho i 
beztrosko. Sullamora wyczuwał jednak narastające pod maskami spokoju napięcie. Każdy z gości 
niecierpliwie czekał chwili, gdy będzie mógł opowiedzieć się po tej czy innej stronie, porozmawiać 
otwarcie   o   rzeczach   najważniejszych.   A   przede   wszystkim,   zaproponować   rozwiązanie. 
Dotychczasowa sytuacja trwała już za długo...

background image

               Sullamora przełknął ciężko ślinę. Dławił go strach. Wiedział, że musi zabrać głos jako 
pierwszy. Jeśli pomylił się w doborze gości, odpracuje ostatnie wystąpienie w roli możnego tego 
świata.
               Osobista Rada Wiecznego Imperatora przypominała chorobliwie otyłego człowieka, który 
mimo zbytku wciąż drży z obawy, że odwołają następny bankiet.
          Dla większości obywateli imperium wojna z Tahnijczykami była czasem ponurym, pełnym 
ciężkich wyrzeczeń. Ale nie dla tej szóstki. Zwycięska bitwa o Durera postawiła ich nie tylko 
wobec perspektywy utraty gigantycznych zysków, ale również zagroziła stratami. Do tego nie mieli 
pewności,   czy   znów   silny   imperator   nie   poszuka   jakiegoś   mniej   kosztownego   sposobu 
uregulowania rachunków.
               Wszystko wskazywało, że w razie zmiany imperialnych priorytetów na pierwszy ogień 
pójdzie   sześcioro   koryfeuszy   przemysłowej   arystokracji:   Volmer   (środki   masowego   przekazu), 
Malperin   (rolnictwo,   przemysł   chemiczny   i   farmaceutyczny),   Lovett   (banki),   bliźniaczki   Kraa 
(kopalnie,   huty,   odlewnie),   Kyes   (sztuczna   inteligencja).   No   i   sam   Sullamora   (stocznie   oraz 
handel).
        Sullamora podchodził do swych obowiązków w Radzie ze sporą dawką cynizmu. Do chwili 
otrzymania zaproszenia nie wiedział nawet, że takie ciało istnieje. Do decydującej rozmowy doszło 
w   momencie,   gdy   Sullamora   beztrosko   zapytał   imperatora   o   plany   związane   z   powojennym 
traktowaniem Tahnijczyków.
               Okazało się, że władca zamierzał przede wszystkim usunąć tamtejszy rząd i wytrzebić 
osobliwości   miejscowej   kultury.   Potem   miała   przyjść   pora   na   pełen   rozmachu   program 
przebudowy.   Sullamora   uważał   takie   myślenie   za   przejaw   słabości   i   głupoty.   Jego   zdaniem 
Tahnijczycy powinni ponieść zasłużoną karę, wiernym poddanym imperatora natomiast należała 
się stosowna nagroda. Powiedział to nawet głośno, choć nie wprost i nie tonem krytyki, rzecz jasna.
          Podczas pierwszego spotkania w gronie Rady nie ujawnił swoich poglądów. Obserwował, 
analizował i wyciągał wnioski tak długo, aż nabrał przekonania, że już wie, co komu w duszy gra.
               Rada,   postrzegana   z   pewnego   dystansu   (nieosiągalnego   dla   Tanza),   przypominała 
reprezentatywną   próbkę   wyższych   klas   imperium   -   dorobkiewiczostwo   kontra   dynastyczny 
kapitalizm. Z bliska było widać jednak, jak bardzo rozmaite cele przyświecają jej członkom, jak 
skrajnie rozbieżne są ich interesy. Mimo to Sullamora zdołał wyodrębnić pewne cechy wspólne.
               Najgłośniej zachowywał się Volmer. Gdy inni szukali stosownych słów, on otwarcie i 
brutalnie krytykował politykę imperium. Nic to jeszcze nie znaczyło i nikt, włącznie z Sullamora, 
specjalnie Volmerowi nie ufał.
        Ale hałaśliwy magnat reprezentował jeden z najstarszych rodów imperium oraz przewodniczył 
konsorcjum   zrzeszającemu   największe   sieci   informacyjne   i   agencje   reklamowe.   Spośród   całej 
szóstki   to   on   zachował   najwięcej   niezależności,   chociaż   z   drugiej   strony   uchodził   (w   pełni 
zasłużenie)   za   czczego   gadułę,   zdolnego   wystawiać   do   wiatru   najwierniejszych 
współpracowników. Sullamora liczył jednak, że wobec takiego, a nie innego rozwoju wydarzeń ten 
idiota   (dobrze   poinformowany   idiota!)   powinien   przejrzeć   na   oczy   i   dołączyć   do   kolegów 
ratujących upadający prestiż Rady.
        Bliźniaczki Kraa znalazły się wśród zaproszonych ze względu na swą nienasyconą chciwość. 
Nawet w brutalnym świecie wielkiego biznesu uchodziły za osoby ze szczętem skorumpowane, 
małostkowe i samolubne. Reprezentowały drugie pokolenie dorobkiewiczów, ich ojciec pokątnie 
zajmował się górnictwem, by w końcu przekształcić umiarkowane bogactwo w rzeczywistą fortunę 
związaną z pozyskiwaniem i przeróbką minerałów, zarówno rzadkich, jak i pospolitych. Wszyscy 
zgodnie twierdzili, że był to człowiek tak słowny, że aż niedzisiejszy.
            Po jego śmierci bliźniaczki natychmiast zmieniły zasady gry. Najpierw w okrutny sposób 
pozbyły się dawnych  współpracowników ojca, potem zaś oddały się intrygom  oraz trwonieniu 
pieniędzy.   Pozycja   sióstr   wahała   się   od   krezusostwa   po   bakructwo   i   z   powrotem.   Niegdyś 
naprawdę identyczne, po piętnastu latach rozpusty tworzyły parę zaiste kontrastową. Jedna panna 

background image

Kraa dorobiła się niezliczonych pobródków i obwisłości, wygląd drugiej damy nasuwał podejrzenia 
o anoreksję: bez trudu można by policzyć jej wszystkie kości, niemal przebijające pożółkłą skórę. 
Ale   charaktery   miały   wciąż   nad   wyraz   zgodne   i   żadna   nie   była   stroną   trwale   dominującą. 
Najwyraźniej rolę dowódcy obejmowały zamiennie. Sullamora odnotował kiedyś ich imiona, po 
czym   błyskawicznie   je   zapomniał,   wiedziony   pragmatyzmem.   Wielu   bowiem   zdążyło   się   już 
fatalnie pomylić, próbując traktować bliźniaczki jako dwie niezależne osoby.
          Mimo to Sullamora uznał, że będą to najbardziej podatne na manipulacje członkinie Rady. 
Wystarczy podsunąć im stosowną marchewkę.  Gdyby  taka metoda  nie zadziałała,  znajdzie się 
jeszcze z tuzin innych sposobów szantażu. Niekoniecznie subtelnych.
        Malperin miała natomiast tylko jeden słaby punkt. Charakteryzowała się żelazną dyscypliną i 
obrzydliwie stałym charakterem. Uzbrojona w trzy doktoraty, potrafiła zarządzać każdym gronem. 
Z konieczności zawsze tkwiła myślami na wysokich pułapach abstrakcji, przez co straciła poczucie 
codzienności i bywała nieostrożna. Znaczyło to też, że była lojalna jedynie wobec procedur, nigdy 
wobec ludzi czy idei.
        Z tego właśnie powodu imperator postawił ją na czele ACP, jednej z najosobliwszych (ale też 
najprężniejszych)   megakorporacji,   prawdziwej   hydry   mogącej   zadziwić   historyków   ekonomii. 
Starczy powiedzieć, że instytucja ta powstała skutkiem pożarcia dużej ryby przez małe. W zasadzie 
takie rzeczy się nie zdarzają. A jednak. Na dodatek, nadal używając tego giełdowego porównania, 
trzeba wspomnieć, iż duża ryba połknęła przedtem kilka stad narybku, czyli obłowiła się w akcje 
rozmaitych drobnych przedsiębiorstw. ACP było obecnie konglomeratem obejmującym niezliczone 
farmy   i   rancza,   zakłady   chemiczne   oraz   przetwórnie.   Produkowało   większość   stosowanych   w 
imperium   środków   medycznych.   Mimo   wspólnych   korzeni,   poszczególne   branże   zostały   tak 
zorganizowane, by nadal mogły ze sobą konkurować. Posunięto się w tym  zapewne trochę za 
daleko, ponieważ w przeddzień wybuchu wojny ACP stało o krok od rozpadu. Niewiele brakowało, 
a sytuacja wymknęłaby się spod kontroli. Gdyby nie konflikt z Tahnijczykami, imperator zapewne 
zostawiłby sprawy własnemu  biegowi, gdyż  już dawno uważał  ACP za  skazanego  na  zagładę 
dinozaura. Jednak wojna zmusiła władcę do zawieszenia praw ewolucji na kołku. Jedyne wyjście 
widział   w   narzuceniu   ACP   rządów   silnej   ręki.   Do   tego   należało   wybrać   kogoś   z   zewnątrz 
megakorporacji.
        Po niezwykle zajadłej awanturze, stanowisko prezesa zajęła Malperin. Aby umocnić pozycję 
protegowanej, imperator powołał ją również w skład prywatnej Rady. Obecnie, gdy wojna miała 
się z wolna ku końcowi, Malperin zaczynała pojmować, że w wyniku kapitulacji Tahnijczyków 
nastąpi kres jej mariażu z ACP. Głupotą byłoby oczekiwać, że imperator pozwoli megakorporacji 
istnieć choć chwilę dłużej niż to niezbędne. Malperin z niepokojem zatem patrzyła w przyszłość.
          Obok siedział Lovett. Do Rady nie należał, ale dysponował niemałą fortuną. Podobnie jak 
Volmer, wywodził się ze znaczącego rodu, który odegrał istotną rolę we wczesnych interesach 
późniejszego imperatora. Najmłodszy Lovett, mężczyzna przystojny, wymowny i śmiały, niestety, 
skutkiem   tragicznego   zbiegu   okoliczności,   był   ostatnim   przedstawicielem   rodu.   Władzę   nad 
bankowym  imperium przejął po śmierci matki. Miał skłonność do podejmowania nadmiernego 
ryzyka,  z reguły nie słuchał doradców i polegał wyłącznie  na własnym  osądzie.  Mawiano, że 
imperator wyróżnił go przez sentyment. Inni twierdzili, że banki Lovetta znaczyły zbyt wiele, by 
pozwolić im upaść, szczególnie w takiej chwili, i że imperator działał z czystego wyrachowania. 
Jedni i drudzy mieli rację. Kronikarzom zaś pozostało zapisać, że dnia takiego a takiego Lovett 
został   najmłodszym   w   dziejach   prezesem   Imperialnej   Fundacji   Monetarnej,   z   założenia 
niedochodowej organizacji, wspierającej finansowo najbiedniejsze rejony imperium. Stanowisko 
prezesa,  choć   bardzo  eksponowane,   prawie  w  ogóle  się   nie  liczyło.   Sullamora   uśmiechnął  się 
krzywo, pomyślawszy,  że Lovett zapewne niedawno uświadomił sobie ten fakt. I dobrze. Tym 
łatwiej będzie okręcić go sobie wkoło palca.
               O ile Lovett uchodził za papierowego tygrysa, Kyes przypominał kamiennego potwora. 
Należał do rasy zwanej Grb’czew. Bogowie obłędu musieli mieć chyba zły dzień, gdy tworzyli to 

background image

plemię. Wysoki i smukły Kyes skończył sto dwadzieścia lat życia. Skórę miał srebrzysto białą. 
Szkarłatny   trójkąt   na   czaszce   stanowił   kolorystyczny   wyjątek.   Gdy   Kyes   mówił,   zaczynał 
gestykulować, ze źrenic biła mu niecierpliwość i inteligencja. Jednak w chwilach milczenia oczy 
mu mętniały, twarz tężała, a szkarłatna plama pulsowała niczym miejsce tknięte ostrą infekcją. 
Tkwiły w nim dwie osobowości: jedna - dominująca, o silnej woli, oraz druga - słaba, genetycznie 
skażona   skłonnościami   samobójczymi.   Taki   melanż   powstał   w   wyniku   pewnych   wieloletnich 
procesów. Niegdyś Grb’czewowie byli tylko wysocy, smukli i srebrzyści, bez czerwonej plamy. 
Nic ich nie wyróżniało, prócz nieprzeciętnej głupoty i wielkiego, ewolucyjnego szczęścia, dzięki 
czemu   w   ogóle   przetrwali.   Mózgi   mieli   malutkie,   ambicyjki   niepozorne.   Głównie   żywili   się 
owocem, jadalnym jedynie w porze kwitnienia. Jego pyłek zawierał substancje śmiertelnie trujące 
dla wszystkich, Grb’czewów włączając. Aby się przed nim chronić, przedstawiciele rasy rozwinęli 
skomplikowany system filtrów, który z czasem przesłonił nozdrza.
               Dodatkowo uzyskali odporność na wszystkie wirusy i bakterie obecne na ich rodzinnym 
świecie. Zostawieni samym sobie, dalej pędziliby szczęśliwe życie kretynów, drapiąc się, iskając, 
pożerając owoce i wgapiając się w to czy tamto. Ale chociaż głupota naturze nie przeszkadza, stan 
szczęśliwości zdaje się dla niej wyzwaniem. W tym przypadku środkiem zaradczym okazał się 
pewien nader perfidny wirus, który właśnie szukał spokojnego lokum. Wirus ten potrafił tylko 
jedno:   doczepiać   się   do   struktury   genów   nosiciela.   Tak   się   przekształcał,   że   niszczył   zwykle 
mechanizmy   odpornościowe   i   w  szybkim   tempie   doprowadzał   do   zaniku   wszelkiego   życia   na 
zainfekowanej planecie. Taka samobójcza gorliwość powodowała, że “od zawsze” był wciąż tym 
samym - wilkiem w cudzej skórze.
        Gdy trafił na Grb’czewow, sprawy potoczyły się nieco inaczej. Co zmieniał postać, organizmy 
nosicieli stwarzały nową barierę odpornościową. Nie mogąc pokonać kolejnych zapór, ostatecznie 
usadowił się w naroślach nozdrzowych, najnowszym ewolucyjnie “nabytku” istot. Wtedy dopiero 
się zaczęło. Nie do końca uformowane jeszcze organy poddały się inwazji. Wirus przepoczwarzył 
się   i   stworzył   tam   osobny   ośrodek   nerwowy,   na   dodatek   o   wiele   bardziej   odporny   niż 
dotychczasowe struktury.  Z medycznego punktu widzenia była to narośl nowotworowa, jednak 
niegroźna,   lecz   symbiotyczna.   I   praktycznie   nieśmiertelna.   Sterowała   “z   zewnątrz”   funkcjami 
organizmu, mając bliskie źródło pokarmu, możliwość sprawnego przemieszczania się. i powielania 
struktury nosiciela tyle razy, ile tylko trzeba.
        Nieco później Grb’czewowie zyskali świadomość. A wraz z nią pojawiła się rozpacz. Dorośli, 
ale jedynie w roli idealnych nosicieli. Byli w pełni sprawnymi istotami, których zegar biologiczny 
nakręcał kto inny. Dokładnie wiedzieli, kiedy osiągną dojrzałość, kiedy się zestarzeją, kiedy umrą. 
Zaczynając sto dwudziesty pierwszy rok bytowania, Kyes wiedział, że czeka go jeszcze nie więcej 
niż pięć lat  aktywnego  życia.  Potem zdolność myślenia  zacznie  spadać. Ostatecznie  wszystkie 
funkcje niepotrzebnego już wirusowi organizmu po prostu ustaną.
               Przez ponad sto lat Kyes, jak mniemał, zdołał wyeliminować ze swego życia wszystkie 
siedem   śmiertelnych   grzechów.   Dziewięćdziesiąt   lat   wcześniej   ukończył   prestiżową   uczelnię 
informatyczną i ignorując liczne oferty pracy, założył własne przedsiębiorstwo. Dwadzieścia pięć 
lat później posiadał fortunę większą, niż mógł kiedykolwiek marzyć. Zyskał też sławę, a to za 
sprawą setek zgłoszonych patentów i opinii kogoś, kto wyprzedza konkurentów o całe lata. Jego 
kompania miała dobrą markę. On zaś uchodził za osobnika aroganckiego, ale taka postawa była ze 
wszech miar uprawniona.
          Potem źli chłopcy skrzyknęli się i sypnęli Kyesowi piachem w oczy. Błyskawicznie utracił 
swą   firmę,   fortunę   i   arogancję.   Zniknął   na   piętnaście   lat,   które   spędził   studiując   słabości 
przeciwników i eliminując własne. Następnie cichaczem wrócił na scenę, ale już jako zupełnie kto 
inny. Nadal twórczy i pomysłowy skrył się za szyldami powiązanych przedsiębiorstw i osobami 
partnerów.   Tuż   przed   setnymi   urodzinami   zajął   stanowisko   szefa   największego   w   dziejach 
konsorcjum   produkującego   roboty,   komputery,   a   także   jednostki   sztucznej   inteligencji.   Znów 
sławny i ceniony, spotkał się nawet z Wiecznym Imperatorem i miał słuszne powody uważać, że 

background image

niemal we wszystkim dorównuje władcy. Czy to nie jego imperator mianował swym głównym 
doradcą w sprawach Tahnijczyków? I czy nie onjako pierwszy został zaproszony w skład Rady?
        Jednak w miarę upływu czasu Kyes nabrał podejrzeń, że uległ pewnym manipulacjom. Jego 
firma   popadała   w   coraz   większą   zależność   od   zamówień   imperatora.   Przez   ostatnie   kilka   lat 
rozwinęła się niebywale, ale wzrost ten opierał się na niepewnych podstawach. Wystarczy jedno 
skrzywienie brwi władcy, a będzie musiał startować od początku. A zostało mu już tylko pięć lat. 
Za mało na cokolwiek.
          Nowo odkryta słabość stała się jego obsesją. Na dodatek nie widział żadnego sposobu, aby 
rzecz   zmienić.   Równie   dobrze   mógłby   próbować   wpływać   na   swój   biologiczny   zegar.   Potem 
pomyślał o imperatorze. Wiecznym Imperatorze. I uświadomił sobie, że pod żadnym względem nie 
jest to iluzoryczny tytuł.
          Do głosu doszła zazdrość. Mniej więcej w tym samym czasie Sullamora zaczął rozsiewać 
swoje podszepty.
               Po   bitwie   o   system   Durera   szemranie   zmieniło   się   w   coraz   głośniejsze   pomruki 
niezadowolenia.   Z   początku   Sullamora   narzekał   jedynie,   że   liczne   obowiązki   nie   pozwalają 
imperatorowi  na   przedyskutowanie   z  Radą  problemów   związanych  z  nieuniknioną   zapewne   w 
okresie powojennym recesją. Pozostali nie tylko zgadzali się z nim, ale jeszcze nabierali odwagi i 
wypominali, jak rzadko władca się z nimi konsultuje oraz ile dobrych rad lekceważy.
          - Na przykład ja - powiedział Volmer. - Gdy ostatnim razem rozmawiałem z imperatorem, 
nalegałem, aby zacząć planowanie już teraz. Dobrej kampanii propagandowej nie wymyśla się w 
jedną noc. A przecież trzeba stworzyć przekaz stosownie do możliwości słuchaczy. Przygotować 
różne  warianty dla  poszczególnych   grup społecznych.   Należy zharmonizować  dzieło   i  dopiero 
potem dostarczyć je do wykonania.
        Według Volmera zasadniczy pomysł powinien opierać się na haśle “Ofiara dla nadziei”.
        - Każdy z nas będzie musiał poświęcić coś dla dobra imperium. Dla dobra naszych dzieci. I 
ich dzieci.
          - To mi się podoba - stwierdził Lovett, myśląc równocześnie o zmianie stóp procentowych 
powyżej   wskaźnika   inflacji   i   zabezpieczeniach   na   wypadek   nieoczekiwanej   deflacji.   -   I   co 
imperator odpowiedział?
        Volmer zmarszczył czoło.
               - Spytał mnie, co ja zamierzam poświęcić. Bo jeśli hasło ma chwycić wśród ludzi, to 
przywódcy   winni   dawać   dobry   przykład   i   też   trochę   pocierpieć.   Cierpienie,   co   za   słowo! 
Poświęcenie,  ofiara,  to  brzmi   o wiele  lepiej.  Tak   czy  inaczej,  oświadczyłem,   że  to poroniony 
pomysł. Przecież, jeśli ludzie ujrzą naszą mizerię - zamachał żywo rękami - wtedy stracą nadzieję! 
Prawda? Całą akcję diabli wezmą.
        Obecni zgodzili się uprzejmie.
               Pozostałym też nie było lekko. Malperin chciała kontroli płac, ale bez ustalania górnego 
pułapu   cen.   Kraa   domagały   się   poluźnienia   praw   tyczących   zanieczyszczenia   środowiska   i 
przepisów   bezpieczeństwa   pracy.   Sullamora   marzył   o   cłach   zaporowych,   chroniących   jego 
imperium handlowe. Kyes zaś milczał. Od pewnego czasu po prostu się nie odzywał, zdumiewając 
innych, że nie wyciąga ręki po swój kawałek tortu. Nie wiedzieli, że Kyes osiągnął już prawie 
wszystko, z jednym wszelako wyjątkiem. Był też pewien, że gdyby kiedyś wybrał inną drogę życia, 
też doszedłby swego i to bez imperialnej pomocy. Ale jeden jedyny cierń pozostawał...
               Pierwszy ruch, dość przewrotny uczynił dopiero po kilku spotkaniach. Gdy zabrał głos, 
zebrani umilkli, z szacunkiem czekając na jego deklarację. I nie zawiedli się.
               - Być może wyświadczamy imperatorowi niedźwiedzią przy sługę - rzekł powoli, jakby 
głośno myślał. - Z punktu widzenia władcy zapewne wygląda to tak, że zasypujemy go pomysłami. 
A przecież biedak ma tyle problemów na głowie. Gdyby widział całościowy obraz sytuacji, mógłby 
działać sprawnie
        Reszta pokiwała mądrze głowami.

background image

        - Spróbujmy ułatwić mu życie - zaproponował Kyes. - Musimy przemawiać jednym głosem. 
Stworzyć wspólną wizję. Wtedy zyskamy autorytet wystarczający,  by przeprowadzić konieczne 
reformy. Za zgodą imperatora, oczywiście - dodał szybko.
        - Za zgodą imperatora, jakby inaczej - mruknęli słuchacze.
               Propozycja   Kyesa   przedstawiała   się   zwodniczo   prosto.   Rada   powinna   zaproponować 
parlamentowi,   a   później   imperatorowi,   powołanie   nowej   instytucji,   kierowanej   przez   osoby 
zasiadające obecnie w Radzie. Ciało to miało zachować pełną niezależność od kaprysów, nacisków 
i żądań dowolnych grup interesów.
               Owa agencja (jak nazwano tę komórkę) zwracałaby szczególną uwagę na mechanizmy 
ekonomiczne i troskliwe gospodarowanie zasobami AM2, od których zależał kurs imperialnych 
kredytów. W dalszej kolejności sugerowano wprowadzenie nadzoru nad potencjałem rolniczym. 
Tak czy inaczej, rząd miał odtąd wydawać tylko jednomyślne decyzje, a dzięki agencji zachowana 
zostałaby równowaga między wymogami gospodarki rynkowej a dobrem publicznym.
               Nikt   się   nie   sprzeciwił   takiemu   pomysłowi.   Realizację   przedsięwzięcia   powierzono 
Sullamorze,   osobie   dotąd   najbardziej   związanej   z   parlamentem.   Decyzja   o   zawiązaniu   agencji 
winna zostać przegłosowana jako fragment ogólniejszej ustawy regulującej pracę sejmu. Gdy to 
przejdzie, nawet imperator nie zdoła po cichu storpedować projektu. Podstawową zasadę stanowiło 
utrzymywanie   wszystkich   postronnych   osób   w   nieświadomości.   Nikt   nie   powinien   się   nawet 
domyślać, że coś się szykuje. Z tego też powodu Rada czym prędzej wystosowała długi i pełen 
ozdobników, wiernopoddańczy list, w którym gratulowała imperatorowi zwycięstwa w systemie 
Durera. Wzywała  też do ogólnoimperialnego  poparcia wysiłków władcy w zwycięskim  dziele. 
Dokument był doniosły pod każdym względem i tak sformułowany, aby nawet politycy niechętni 
Jego   Wysokości   tym   razem   wsparli   jego   poczynania.   Sullamora   obiecał,   że   zajmie   się 
stronnictwami parlamentarnymi i jeśli zajdzie potrzeba, wykręci każdą rękę i każdą mackę, która 
chciałaby wznieść się w głosie sprzeciwu. Był pewien, że pokaz determinacji skłonni posłów do 
współpracy.
               Wiedział, że tym trybem uzyska również poparcie imperatora. Wystarczy tylko zagonić 
ekspertów   z   sekcji   dętych   mów   do   przygotowania   parlamentarnej   deklaracji   “o   gotowości   do 
wszelkiej pomocy” imperatorowi w jego “samotnej i odważnej walce”. Bagienko pogłębiało się z 
każdym słowem i pomysłem, a na jego dnie czaiła się niczym aligator inkryminowana agencja.
        Prawnicy Sullamory biedzili się nad dokumentem tak długo, aż w końcu uznali, że nikt nie 
dostrzeże zębatego zwierza między długimi jak wodorosty akapitami, zniechęcającymi do lektury. 
Gdy przyszła pora, jeden z wtajemniczonych seniorów stwierdził: “Gdyby pojmowali, za czym 
naprawdę mają głosować, nigdy byśmy stąd żywi nie wyszli”. Sullamora zamierzył przedstawić 
projekt osobiście. Dostarczeni przez Volmera skrybowie wyszykowali mowę jak malowanie i Tanz 
był pewien, że dłonie posłów same złożą się do oklasków.
        
               Sullamora   krążył   po   małym   pokoiku   na   tyłach   sali   obrad.   W   myśli   powtarzał   sobie 
przygotowane   przemówienie,   prawą   ręką   punktował   co   celniejsze,   jego   zdaniem,   frazy.   Nagle 
syknęły   odsuwane   drzwi.   Obrócił   się,   zaskoczony:   przecież   jeszcze   pięć   minut!   Ale   miast 
korpulentnego woźnego, w progu stanął drobny ciemnoskóry mężczyzna z wielkim zakrzywionym 
nożem przy pasie munduru. Jeden z Gurkhów Jego Wysokości. Skłonił się nieznacznie i podał 
kartkę z wiadomością. Wezwanie. Natychmiast.
        Wieczny Imperator zoczył bestię.
        Władca siedział w pozie mocno wyluzowanej: nogi trzymał na antycznym biurku. Na blacie 
stały dwie szklanki, pomiędzy nimi zaś widniała butelka. Imperator raz za razem sięgał po szkło, 
ale poziom płynu jakoś nie opadał.
        - ...doceniam twoje dobre intencje, Tanz - mówił gospodarz. - Zamierzam podziękować wam 
wszystkim z osobna za tak gorące poparcie, ale...

background image

          Zawiesił głos i upił drinka. Od tej chwili Sullamora był już pewien, że treść tej rozmowy 
przyjdzie mu zabrać ze sobą do grobu. Chyba że potajemnie zostawi jakieś pamiętniki...
        - Nie pójdę na utworzenie niezależnej agendy - dokończył ostatecznie imperator. Uniósł dłoń, 
by  uprzedzić   ewentualny   protest   Sullamory,   chociaż   ten   ani   myślał   się  wyrywać.   -  Wiem,   że 
możesz poczytać to za krótkowzroczność, po prawdzie takie twory zaczynają zwykle żyć własnym 
życiem. A ja lubię grać w pojedynkę. Zawsze lubiłem. Twierdzicie, że myślicie perspektywicznie. 
Cóż, moim zdaniem nie patrzycie w przyszłość dość daleko.
        Poczekał, jakby chciał zachęcić Sullamorę do riposty.
        - Nie zamierzaliśmy żadnego despektu - mruknął Tanz. - Ale nie sądzimy, aby jeden człowiek, 
nawet najlepszy, mógł poradzić sobie z tym wszystkim. Dlatego, sir, po prostu oferujemy pomoc 
najlepszych umysłów imperium.
        Władca udał głębokie zastanowienie i przytaknął.
        - Dobra. Przyjrzyjmy się sprawie raz jeszcze. Może jednak się mylę. Co do jednego zgadzamy 
się   na   pewno.   Gdy   Tahnijczycy   przystaną   na   moje   warunki   kapitulacji,   przyjdzie   nam 
unieruchomić   całą   machinę   wojenną.   I   od   razu   staniemy   w   obliczu   recesji.   Wątpię,   czy 
jakiekolwiek państwo w dziejach przeżywało kiedyś podobny kryzys gospodarczy. Na przykład 
twoje stocznie będą musiały wstrzymać produkcję. Jednostek bojowych starczy nam do dziesiątego 
pokolenia.  Podobny  los spotka  inne  przedsiębiorstwa.   Skutek  -  bezprecedensowe  zwolnienia  z 
pracy. Całe tłumy bezradnych bezrobotnych.
        - Mamy kilka pomysłów, które powinny...
          - Czytałem - warknął imperator. - Wszystkie do luftu. Chcecie, abym podniósł podatek od 
AM2 z dwóch tysięcznych do trzech albo i czterech tysięcznych. Ale nie dociera do was, że gdy 
wydrenujecie ludziom kieszenie, nie będzie ich stać na kupno tego, co wyprodukujecie. To nie 
wojny zniszczyły wielkie imperia przeszłości, lecz pieniądze. Gdy wojenka dobiega końca, nastaje 
pora regulowania rachunków. A odsetki stukają. I trzeba uregulować wszystko co do kredytu, bo w 
przeciwnym  razie,  gdy znów potrzeba  przyciśnie,  bankierzy przede  wszystkim  zażądają  spłaty 
starych długów. Podobnie z prostym żołnierzem, tym biedakiem, którego wbijasz w kamasze. Jeśli 
wróci po wojnie do domu i przyjdzie mu zęby wbić w ścianę, to na drugi raz pokaże ci wała. I 
nieważne, jakimi szczytnymi  hasłami zaczniesz go kusić. Osobiście zamierzam spuścić z tonu. 
Obniżyć podatek do wysokości przedwojennej. Najwyżej jedna tysięczna kredytu. Chwilowo może 
nawet dwie trzecie tej sumy. W ten sposób lokalne władze będą mogły dołożyć jeszcze ćwierć 
tysięcznej na spłaty własnych zobowiązań.
        Sullamora uczepił się tej myśli.
        - Wówczas zaistnieje możliwość zwiększenia dostaw AM2 - powiedział. - Więcej spłynie z 
podatku. I nasze koszty się obniżą.
        - Jasne. Ale wtedy wartość kredytów spadnie na łeb na szyję. Jak na piwo, to z taczką forsy.
        Sullamora nie bardzo wiedział, o jaką taczkę chodzi, ale słyszał o inflacji.
               - A skoro o piwie mowa - wtrącił - to przecież można na nim zarobić. I nikt nie zgłosi 
obiekcji. Warto wprowadzić podatek od piwa, narkotyków, rozrywki...
               - Który szybko zyska nazwę podatku od grzechu - parsknął imperator. - Jeszcze jeden 
idiotyzm.   Do   spółki   z   Tahnijczykami   zabiliśmy   i   okaleczyliśmy   większość   najbardziej 
wartościowych obywateli naszych państw. Ci, którzy zostali, reprezentują raczej drugą kategorię. I 
nie zniosą wiele. Jeśli przeciągniemy strunę, to ruszą. Na nas, Tanz. Uwierz mi. Trzeba zatem 
odwrotnie. Ułatwić im grzeszenie. Dać igrzyska. Jak najtańsze, prawie darmowe.
        Sullamora niczego nie pojmował. Imperator udał, że nie zauważa zmieszania rozmówcy.
          - A nawiązując do kwestii uszczęśliwiania ludzi - dodał - to rozumiesz, mam nadzieję, że 
trzeba   będzie   znacznie   zwiększyć   płace,   i   poważnie   obniżyć   ceny.   Jeśli   chcecie   cokolwiek 
sprzedać, naturalnie. Wiem, iż większość prawdziwych kapitalistów to jednostki nad wyraz tępe i 
krótkowzroczne. Dlatego spodziewam się trudności w przeforsowywaniu stosownej ustawy.
        - Ale... jak to ma działać? - wyjąkał Sullamora.

background image

               - Bardzo prosto. Zatrudnienie spada, ale ci, co dalej pracują, zarabiają godziwiej. Kupują 
więcej tańszych rzeczy i napędzają koniukturę. A przecież surowców do produkcji mamy w bród. 
Choćby te twoje statki - zasugerował imperator, wbijając Sullamorze sztylet w serce. Tanz już 
wiedział, jaką rolę przewidział dla niego władca. - Potniemy je na złom - kontynuował gospodarz. - 
W ten sposób uzyskamy różnego rodzaju materiał na wiele pożytecznych rzeczy.
        - Jakich na przykład? - szepnął Sullamora. Imperator wzruszył ramionami.
          - Cóż, zapędź swoich geniuszy do roboty. Niech coś wymyślą. Żeby dopieszczało, zamiast 
zabijać. To nie powinno być trudne. Zresztą, Tanz, im dłużej o tym myślę, tym bardziej żałuję, że 
taka mi rola przypadła. Gdybym był młodszy, to sam bym skorzystał. Każdy, kto ma nieco rozumu 
i trochę grosza na początek, poczuje, że na podobnym działaniu można zbić kokosy.
        - Naprawdę pan w to wierzy? - zaryzykował Sullamora.
        - Jasne. A w każdym razie powinienem, chociaż dla ciebie to pewne tylko polityczna gadka. 
Owszem,   większość   władców   tak   właśnie   myślała.   Była   nawet   kiedyś   pewna   królowa,   która 
twierdziła,   że   gdyby   jakimś   cudem   utraciła   tron   i   wylądowała   w   samej   koszuli   na   bruku, 
odzyskanie dawnej pozycji nie zabrałoby jej wiele czasu. Ten i ów wyśmiewał się z niej po cichu. 
Nazywała się Elżbieta. Elżbieta Pierwsza. Słyszałeś o tej damie?
        Tanz Sullamora pokręcił głową. Wyczuł, że audiencja dobiega końca.
               - Musiała być naprawdę dobra - mruknął imperator. - Wielu historyków uważa Elżbietę 
Pierwszą za największą władczynię w dziejach. Może i mają rację.
        Sullamorę zastanowił nagle los tych doradców, którzy nie dość poważali Jej Wysokość. Czy 
pomyśleli kiedykolwiek...
        - Chociaż trzeba przyznać, że niezwykle szybko podejmowała decyzje. Za byle co posyłała na 
szafot - oznajmił imperator, jakby odgadł myśli Sullamory. Przemysłowiec wstał czym prędzej. 
Omal nie rozlał przy tym drinka.
        - Proszę mi wybaczyć, sir - wykrztusił - ale chyba...
        - Dobrze się czujesz? - spytał władca i spojrzał zagadkowo na Tanza. A może tak się tylko 
Sullamorze   wydawało.   Wymówił   się   lekką   chorobą   i   pożegnawszy   uprzejmie   władcę,   prawie 
biegiem ruszył ku drzwiom. Był już na progu, gdy imperator jeszcze go zawołał.
        - Tak, sir?
         - Nie chcę więcej żadnych niespodzianek, rozumiemy się? - rzekł z naciskiem gospodarz. - 
Nie cierpię niespodzianek.
               Sullamora pospiesznie obiecał, że owszem, jak najbardziej, i rychło wyszedł, aby przy 
pierwszej okazji złamać dane słowo.
        
        Mówił przez całą godzinę. Członkowie Rady nie przerwali mu ani razu, tylko milczeli ponuro 
i słuchali. Sullamora streścił dialog z imperatorem. Wiernie, bez koloryzowania. To była rozmowa 
o interesach, a nie herbatka u cioci. Dla obecnych liczyły się jedynie fakty.
        Gdy skończył, zapanowała głucha cisza. Każdy się zastanawiał, na ile jego osobiście dotkną 
decyzje imperatora.
        Pierwszy odezwał się Volmer.
        - Ale... ależ... to będzie katastrofa! On nie rozumie... Boże! Musimy go powstrzymać!
        Po czym zapłonił się i zatchnął, zrozumiawszy, do czego właściwie nawołuje. Tanz Sullamora 
odczekał chwilę i zaproponował zebranym parę minut przerwy. A konkretnie, uspokajający spacer 
po lesie.
        
               W   słowniku   starożytnych   polityków   “spacer   po   lesie”   oznaczał   sugestię   znalezienia 
kompromisu i bywał stosowany wówczas, gdy przedstawiciele jednego obozu pragnęli dojść do 
porozumienia z drugim, z góry godząc się na przełknięcie jakiejś gorzkiej pigułki, a także ignorując 
naciski   otaczającego   ich   świata   -   w   myśl   parlamentarnej   zasady:   osiągamy   “klubowe 
porozumienie”, a wyborcy niech się wypchają.

background image

               Tanzowi chodziło o coś bardzo podobnego, tyle tylko, że członkowie Rady wydawali się 
jednomyślni. Wszyscy pojmowali, co trzeba zrobić, każdy jednak bał się powiedzieć to pierwszy. 
Sullamora miał dobrego nosa.
            Przewędrowali wiele kilometrów między drzewami. Czasem przystawali wciągnąć świeże 
wonne   powietrze   lub   posłuchać   śpiewu   ptaszka.   Udawali   zafascynowanych   przyrodą,   jednak 
niewiele z jej uroków dostrzegali. Ostatecznie Kyes “trącił” temat.
        - Volmer ma rację - powiedział. - Nie widzę innego rozwiązania. Ten człowiek najwyraźniej 
stracił kontakt z rzeczywistością.
        Członkowie Rady przytaknęli i odetchnęli, że najgorsze już padło. Wszystkim zrobiło się lżej 
na   duszy,   prócz   Volmera.   Władca   środków   masowego   przekazu   był   wstrząśnięty   i   ciężko 
przerażony. Oto jego niewinna uwaga stała się impulsem do zawiązania kółka skrytobójców. Jeśli 
nawet z  jednej  strony marzył  o przewrocie,  to z drugiej  strony na  pewno nie nadawał  się na 
spiskowca.
               - O czym wy mówicie? Boże, nie chce. żadnego... Słuchajcie, działamy pod presją, w 
napięciu... Nie myślimy jasno. Dajmy sobie trochę czasu i potem do tego wrócimy, dobrze? Teraz 
pora do domu, zająć się interesami... Prawda?
               Sullamora serdecznie objął Volmera ramieniem. Poklepał go w plecy i niby przypadkiem 
odprowadził nieco od grupy.
               - Ależ to nie tak... Kyes mówił tylko metaforycznie... - wyjaśniał tak długo, aż Volmer 
uwierzył i uspokoił się nieco.
        Wprowadzając gościa do budynku, Sullamora obejrzał się do tyłu. Towarzysze patrzyli w ich 
kierunku. Porozumienie zostało osiągnięte, interes ubity.
        Sullamora skwitował śmiechem jakiś dowcip Volmera, znów uczynił parę przyjaznych gestów 
i pomyślał, że zanim członkowie Rady przejdą do właściwego dzieła, pierwszy nóż będą musieli 
wbić właśnie tutaj.
        
        
Rozdział trzydziesty drugi
        
        Ciąg dalszy ucieczki Stena i Alexa wcale nie przypominał historyjki z czytanek dla małych 
patriotów. Zgodnie z obietnicą, Chetwynd otoczył zbiegów luksusem, na który składało się między 
innymi   łoże   gigantycznych   rozmiarów.   Korzystali   z   niego   klasycznie,   znaczy   w   pojedynkę,   i 
wysypiali się za wszystkie czasy.
            Po raz pierwszy od wielu lat nie musieli przeganiać szczurów. Mogli kąpać się w czystej 
wodzie, ile dusza zapragnie. I jeść! Chłonęli kalorie bez ograniczeń. Z początku dawkowali dobra, 
by im odwykłe od obfitości żołądki nie wysiadły, potem jednak sobie pofolgowali. Ostatecznie 
doszli  do tego  cudownego etapu,  że potrafili  wstać od stołu,  zostawiając  jeszcze  to  i owo na 
talerzach.
        Podsyłano im chłopców i dziewczęta “do towarzystwa”, jednak nic z tego nie wynikało. Alex 
wyjaśnił rozczarowanym usługodawcom (w imieniu swoim i przyjaciela), że “doceniają miły gest, 
ale tej formy jeszcze nie odzyskali”.
         Chetwynd nie pokazywał się wcale. Dobrze wiedział, ile czasu potrzebuje były więzień, by 
stać się ponownie wolnym człowiekiem.
        Ostatecznie wywieziono ich z Heath ukrytych pod ładunkiem półtorej tony złomu. Z miasta 
wyjechali   mocno   rozklekotanym   ślizgaczem,   zapewne   należącym   do   jakiegoś   miejscowego 
spekulanta. Chetwynd oczywiście odmówił jakichkolwiek wyjaśnień.
          Potem niewielki przemytniczy stateczek zamruczał im napędem systemu Yukawy. Ledwie 
Sten wraz z Alexem wstąpili na pokład, jednostka wystartowała i czym prędzej przeszła na system 
AM2. Pojazd szybko zniknął w podprzestrzeni.

background image

        Gdzieś w kosmosie spotkał się ze statkiem macierzystym. Tam dopiero zbiegów przywitał Jon 
Wild.
          Opowiedział, jak to w ostatniej chwili opuścił Romney. Prześladowcy siedzieli mu już na 
karku,   ale   ewakuacja   się   powiodła.   Owszem,   stracił   siedem   statków   oraz   bazę,   jednak   ocalił 
wszystkich swoich ludzi, a co najważniejsze, cały towar.
          - Ale przecież każdy - wyjaśnił Wild, znacząco pocierając kciukiem o palec wskazujący - 
może załatwić sobie jakąś łajbę i kawałek gruntu na lądowisko.
          Wydawał się zachwycony, mogąc pomóc obu przyjaciołom. Jak stwierdził, tyle akurat jest 
Stenowi winien.
        Kiedyś bowiem zdarzyło się, że mały konwój przemytniczy został przechwycony przez patrol 
głęboko w strefie wpływów imperium. Naturalną konsekwencją winna być konfiskata mienia oraz 
regulaminowa kara dla załogi, z Wildem na czele.
        - Wspominali coś o więziennej planecie - dodał gospodarz. - Nadających się do reedukacji i 
rehabilitacji chcieli posłać do karnego batalionu. - Postawiony wobec takiej perspektywy Wild 
zagrał asem, znaczy Stenem. Chłopcy z patrolu, szczerze zdumieni, z początku wyśmiali Jona. - No 
to  wtedy powiedziałem   im,  by  sprawdzili   w odpowiedniej   sekcji.  G, S czy jaką  tam  literą  ją 
oznaczacie.   Sprawdzili   i   zdziwili   się   jeszcze   bardziej,   gdy   otrzymali   meldunek,   że   owszem, 
inkryminowany   dżentelmen   to   swój   człowiek.   Jestem   ci   zatem   bardzo   wdzięczny,   młody 
człowieku,   że   w   swoim   czasie   wypełniłeś   stosowne   druczki.   -   Flota   półgębkiem   przeprosiła 
przemytników i pozwoliła im lecieć, gdzie oczy poniosą. Interesy nie ucierpiały, a zaopatrywanie 
bogatych obywateli imperium w luksusowe tahnijskie towary (i na odwrót) nadal przynosiło duże 
zyski. - Obliczyłem sobie - ciągnął Wild - że jeśli ta wojna potrwa jeszcze z dziesięć lat, to będę 
mógł założyć legalną firmę. - Dobra, komandorze, czy kimkolwiek jesteś, na pokładzie mojego 
statku zostaniesz ugoszczony nie gorzej niż prawy syn imperatora.
               Reszta podróży upłynęła pod znakiem popuszczania pasa i dalszego odsypiania. Jedyne 
nerwowe chwile wiązały się z omijaniem patroli obu walczących stron.
         Któregoś dnia Sten przyuważył, że Alex znika w kabinie w ślad za kształtną panią oficer z 
załogi, uznał więc, że zaiste z wolna wracają do normalności.
               W chwili lądowania w imperialnej bazie, gdzie Wild zupełnie przypadkowo “miał kilka 
interesów do omówienia”, uciekinierzy z obozu jenieckiego prezentowali się wręcz nieprzyzwoicie. 
Specjaliści od propagandy załamaliby ręce. Gdzie splątane brody, gdzie łachmany, sińce, rany i 
puchlina głodowa? Gdzie strach w oczach? Gdzie to wszystko, co zaświadczyłoby o nieludzkich 
zwyczajach Tahnijczyków i odwadze imperialnych żołnierzy?
        Ale chłopcy z czołówki nigdy się nie dowiedzieli o pojawieniu się bohaterów.
               Ocaleńcy byli zbyt cenni, by dopuszczać ich przed kamery. Specjalny statek przerzucił 
przybyszów na Centralny Świat, gdzie czekała ekipa ponuraków z fakultetami i paroma milionami 
pytań. Sten już raz przechodził to wszystko i wiedział, niestety, co go czeka.
               Gdy wywiad doszedł wreszcie do wniosku, że więcej z Alexa i Stena nie wyciśnie, dwaj 
przyjaciele poczuli się jak z krzyża zdjęci.
        A potem zaczęło być naprawdę osobliwie.
               Obaj spodziewali się medali. Nie, żeby dokonali czegoś nadzwyczajnego (poza tym, że 
uciekli, ale w tym przypadku miast parady wystarczyłaby sama pompa, najlepiej taka z darmowym 
alkoholem do końca życia), jednak wojna rządzi się swoimi prawami: lecącemu z nieba gnojowi 
zawsze towarzyszy deszcz błyszczących krążków.
        Nie zawiedli się.
        Oczekiwali też promocji. Już podczas podróży zastanawiali się, czy awansują o jeden stopień 
czy od razu o kilka.
        To się nie sprawdziło. Na razie.
        Wydane im rozkazy brzmiały dość podobnie:
        

background image

        STEŃ (br.im.)[wymazane]. Przydzielony do [wymazane] otrzymuje [wymazane] dni urlopu i 
wolny przejazd do [wymazane]. Po powrocie zgłosi się do [wymazane] po stosowne instrukcje. 
Warunki dalszej służby zostaną przekazane po dacie [wymazane].
               KILGOUR, ALEX [wymazane]. Przydzielony do [wymazane] otrzymuje [wymazane] dni 
urlopu   i   wolny  przejazd   na   planetą   EDINBURGH   i   do   innych   systemów   wedle   życzenia.   Po 
powrocie   zgłosi   się   do   [wymazane]   po   stosowne   instrukcje.   Warunki   dalszej   służby   zostaną 
przekazane po dacie [wymazane]
        
        Sten i Alex spojrzeli po sobie. Ktoś już zaplanował ich najbliższą przyszłość i najpewniej te 
perspektywy   nie   przedstawiały   się   kolorowo.   Ale   co   zrobić?   Zdezerterować?   Zbyt   wiele   się 
ostatnio nauciekali.
        W drugiej kolejności przyszła pora na odebranie zaległego żołdu, który powinien urosnąć do 
całkiem pokaźnej sumy.
               Siedzący za drutami jeńcy mało czym mogli się pocieszyć. Jedna z pozytywnych myśli 
wynikała ze świadomości, że cały czas stuka licznik w kwesturze. Często więc wzięci do niewoli 
żołnierze obliczali sobie, ile zgarną forsy.
        Imperium traktowało swoich obrońców nieco inaczej niż wszystkie rządy w historii. Członek 
armii mógł otrzymywać żołd w gotówce albo mógł kazać go przelewać do wskazanego cywilnego 
banku. Wtedy bank naliczał odsetki.
               Nie wynikało to z dobrego serca imperatora, ale z trzech innych powodów, które władca 
wyłuszczył kiedyś Mahoneyowi, jak następuje:
        
               1. Imperium jest państwem kapitalistycznym, pieniądz zatem powinien pracować, a nie 
bezczynnie leżeć w sejfie.
          2. Wiele rozumiem. W razie potrzeby mógłbym objaśnić ci czystą algebrą związki między 
dziewięcioma   podstawowymi   mocami   uniwersum,   ale   ekonomii   nie   pojmuję   ni   w   ząb.   Nie 
zamierzam zatem się w niej babrać.
          3. Bankierzy to ludzie z reguły rozsądni. A przynajmniej na tyle, że gdy im coś mówię, to 
słuchają i wiedzą, że w przypadku sprzeciwu drugi raz depozytów wojskowych nie dostaną.
        
               I tak, gdy Sten i Alex weszli do banku Centralnego Świata, gdzie od wielu lat składano 
depozyty wojaków z Korpusu Merkurego i sekcji Modliszki, oczekiwali powitania co najmniej tak 
uprzejmego, jakby byli poważnymi inwestorami.
               Nie spodziewali się jednak, iż natychmiast zostaną zaproszeni do biura dyrektora, który 
poinformuje ich, że rzeczywiście są poważnymi inwestorami, i spyta, czy zechcieliby skorzystać z 
jego usług w dziedzinie doradztwa giełdowego przy okazji najbliższych transakcji...
        Stenowi mowę odjęło.
               Kilgour natomiast błyskawicznie wcielił siew nową rolę. Podebrał dyrektorowi cygaro 
(prawdziwy tytoń!), zapalił je, rysując blat biurka (prawdziwe drewno!), i zaciągnął się głęboko. 
Stłumiwszy atak kaszlu, poprosił o wydruki ze stanem kont.
        Nie byli majętni.
        Byli naprawdę bogaci.
               Obaj posiadali znaczące udziały w najważniejszych i najzyskowniejszych korporacjach 
imperium. I jeszcze procent od wydobycia rzadkich metali. I jeszcze procent od pożyczki wojennej. 
I jeszcze...
               Sten przerwał lekturę na stronie trzydziestej szóstej. W duchu serdecznie podziękował 
dyrektorowi, że ten przeprosił i wyszedł.
        - Hmm... Kilgour. Jestem właścicielem planety.
               - A ja najbogatszym człowiekiem na Edinbourgh. Wreszcie zdołam odbudować rodowy 
zamek.

background image

        - Masz zamek?
        - Teraz już tak.
               Wszystko stało się jasne, gdy dyrektor wrócił z pudłem depozytowym.  Powiedział, że 
zawartość polecono mu dostarczyć im osobiście i na osobności. Potem znów się ulotnił.
        Otworzyli pudło. Wewnątrz znajdowała się dyskietka. Wsunęli ją do komputera.
        Z ekranu spojrzała na nich niekoniecznie piękna twarz Idy.
               Dziewczyna ta niegdyś należała do ich zespołu. Była ryzykantką, inwestorką i jednym z 
najlepszych pilotów, jakich poznali.
               Odeszła ze służby już parę ładnych lat temu, ale wciąż utrzymywała kontakt z dawnymi 
kolegami, a raczej z ich kontami, do których po prostu się włamywała. A następnie inwestowała... 
Z dobrym dla ofiar skutkiem.
        - Musicie mieć pusto we łbie, że daliście się pojmać - odezwało się oblicze. - Kilgour, jesteś 
równie głupi jak tłusty. A ty, Sten, czemu słuchasz tego cymbała? Tak czy inaczej, gdy doszły do 
mnie wieści, że zaginęliście, dobrałam się do waszych zasobów. Dobrze wiem, że nie narodził się 
jeszcze   taki   Tahnijczyk,   który   dałby   wam   radę,   zatem   założyłam,   że   żyjecie.   Żywię   głęboką 
nadzieję, że to wy mnie słuchacie, a nie wasi spadkobiercy. Domniemywam też, że wojna dobiegła 
końca.   Cóż,   zajęłam   się   swoimi   kochanymi   tępakami.   Krótko   mówiąc,   zadbałam   o   waszą 
przyszłość. Na ile znam się na rzeczy, to zrobię z was krezusów. Chyba że imperator skapituluje, 
ale   nawet   wtedy   wiele   zyskacie,   bo   część   funduszy   ulokowałam   w   obrębie   imperium 
Tahnijczyków. Możecie zapytać, czemu nagrywam tę mowę miast stawić się osobiście. Otóż, ktoś 
poprosił mnie o wyświadczenie pewnej przysługi, więc jestem obecnie zajęta gdzie indziej. Tak to 
wygląda. I pewnie głupieję na starość, bo tęsknię czasem za dawnymi dobrymi dniami.
               Ida umilkła, a w jej oku zakręciła się ledwie dostrzegalna łza. Ale tylko przez moment. 
Dziewczyna wstała, zakręciła spódnicą i ekran wypełniły dwie połówki czegoś, co tylko z grubsza 
przypominało przerośniętą brzoskwinię. Zaraz potem obraz pociemniał.
        - Ta dziewuszka wciąż nie nosi majtek - wykrztusił Alex. Jakoś pożegnali się z bankierem, 
wzięli wypchane teczki z detalicznym wykazem majątku, po czym poszukali najbliższego baru.
        Po paru dniach (trudno dokładnie określić, po ilu) wytrzeźwieli i uznali, że pora się rozstać. 
Może jeszcze się kiedyś spotkają, ostatecznie to mały świat, uznali. Przy odrobinie szczęścia znów 
przyjdzie im pracować razem.
          Ulokowawszy Kilgoura na pokładzie statku lecącego na szkocką planetę, Sten pomyślał o 
sobie.
               Postanowił znaleźć jakieś spokojne miejsce i tam zastanowić się, jak spędzić tak pięknie 
rozpoczęty urlop. Na razie nie analizował kwestii, co kryje się pod stwierdzeniem “[wymazane]”.
               Właśnie posiadał planetę. Osobliwe. Jakim cudem?  Przecież nikt nie miewa planet na 
własność,   pomyślał.   Chyba   żeby   jednak.   Dobra,   trzeba   sprawdzić   to   miejsce.   Najlepiej   w 
przyjaznym towarzystwie.
        Skierował się do automatu i wystukał numer policji.
        Konkretnie dodzwonił się do Wydziału Zabójstw i poprosił do aparatu Lisę Haines. Parę lat 
wcześniej   łączył   ich   całkiem   zgrabny   romans,   przerwany   wojną   i   czasem   niewoli.   Sten   miał 
nadzieję, że Lisa wciąż jest wolna. I może go nawet pamięta. Komputer policyjny potwierdził, że 
Lisa Haines nadal pracuje w tutejszej placówce, i zaproponował, że przyjmie przeznaczoną dla niej 
wiadomość. Niestety, sama Lisa Haines znajduje się poza zasięgiem łączności.
        - A kiedy będzie?
               - Nie mogę udzielić tej informacji - odparł mechanicznie gładki głos, ale nagle ekran 
pociemniał.
            - Tu Centrum Informacyjne - powiedział nadzwyczaj uprzejmy, całkiem ludzki baryton. - 
Chciał się pan skontaktować z Lisa Haines. Odbierzemy dla niej wiadomość, ale proszę chwilę 
poczekać. Mamy jakieś trudności... znaczy, kiepsko pana słychać. Proszę nie przerywać połączenia. 
Zaraz sobie poradzimy i damy znać...

background image

               Sten z przyzwyczajenia nigdy dobrowolnie nie pakował się w zasięg kamer publicznych 
urządzeń łączności, zatem zupełnie niepostrzeżenie wyszedł z budki. Kilka minut później, gdy 
zajadle   targował   się   z   pobliskim   straganiarzem,   pod   budką   wyrosło   dwóch   osiłków   z   krótko 
przystrzyżonymi czuprynami. Bez wątpienia tajniacy. Sten zapłacił czym prędzej (sam nie miał 
pojęcia, co właściwie kupił) i wmieszał się w tłum.
               Znaczy, Lisa dała się wciągnąć w wojenną zawieruchę, pomyślał. Pewnie w wywiadzie. 
Ładne   mi   Centrum   Informacyjne...   Sten   zrobił   kwaśną   minę.   Pozostało   mu   spędzić   urlop   w 
samotności, chyba że trafi się jakaś miejscowa okazja. Sten skierował kroki do biblioteki. Chciał 
sprawdzić, czyjego planeta obfituje w podobne “okazje”.
        
               Nie obfitowała. W każdym razie tak właśnie zgodnie twierdziły wszystkie wywołane z 
komputera pliki.
        Planeta nazywała się Smallbridge, czyli Mały Most. Wielkość: 87% masy Ziemi; atmosfera 
typowa; trzy jednostki astronomiczne od przygasającej żółtej gwiazdy. Klimat od tropikalnego do 
subarktycznego. Flora... Fauna...
          Z raportu wyprawy badawczej wynikało, że na planecie Smallbridge (skatalogowanej jako 
XM-Y-1134 i jeszcze wiele cyfr oraz liter) nie ma niczego szczególnie frapującego, prócz licznych 
odmian   orchidei,   gigantycznych   okazów   polypodium,   niegroźnych   owadów,   istot   wodnych,   z 
których   te   jadalne,   mogłyby   stanowić   przedmiot   handlu.   W   razie   objęcia   włości   Stenowi   nie 
groziło   więc,   że   coś   go   pożre   na   śniadanie.   Uważać   należało   jedynie   na   niedużego   i   raczej 
płochliwego drapieżnika, z wyglądu kotowatego, z bardzo ostrymi pazurami. Członkowie wyprawy 
wrócili   cało   i   zdrowo,   znaczy   faktycznie   teren   był   bezpieczny.   Na   koniec   zaznaczono   tłustą 
czcionką: NIE ZAOBSERWOWANO WYŻSZYCH FORM ŻYCIA.
        Sten poczuł się właścicielem Edenu. I to opuszczonego.
          Właśnie. Co uczyniła załoga wyprawy ze swoim odkryciem? Przecież ktoś dał tej planecie 
nazwę i pewnie tam gospodarzy. Sten odszukał właściwy plik.
        Okazało się, że gospodarz faktycznie był, ale już dawno szlag go trafił. Planetę zajął pewien 
przedsiębiorca robiący wielkie pieniądze na inwestycjach, które nikomu przedtem nie przyszły do 
głowy. Nazwał ten kawałek świata, wybudował luksusową posiadłość dla siebie, swoich konkubin i 
konkubentów, dodał jeszcze port kosmiczny (prawdziwe dzieło  sztuki), po czym  zbankrutował 
przy kolejnych, oryginalnych inwestycjach.
        Zaiste Eden.
               Sten zaklął w tahnijskim slangu (użył  zwrotu sugerującego że mamusia potencjalnego 
słuchacza była obdarzona narządami płciowymi zdolnymi zaspokoić cały batalion wyposzczonych 
piechurów jednocześnie). I zaraz oderwał oczy od ekranu, usłyszał bowiem dobiegający z boku 
cichy śmiech.
               Chichotała nader młoda, bardzo wysoka jasnowłosa dziewczyna siedząca przy sąsiednim 
komputerze.
        - Zrozumiałaś? - zdumiał się Sten.
        - Owszem.
            Sten pojął poniewczasie, że zaniedbał formy towarzyskie. Cóż, pobyt w obozie jenieckim 
przyczynia się do schamienia. Spiekł raka i przeprosił młodą damę.
        Dziewczyna przedstawiła się jako Kim Lavransdotter. Władała literacką, potoczną i wulgarną 
odmianą języka Tahnijczyków. Znała też gwarę wojskową. Jako historyk, doktoryzowała się z 
tahnijskiej   kultury   i   cieszyła   się   bardzo,   że   zaproszono   ją   do   współpracy   z   Działem   Analiz 
Społecznych na Centralnym Świecie.
        - Może nie powinnam ci tego mówić - stwierdziła - ale podejrzewam, że nasze raporty trafiają 
do wywiadu. Chociaż nigdy niczego nam nie mówią...
        Sten utwierdził dziewczynę w tych przypuszczeniach.

background image

        Wiedział na pewno. Ostatecznie sam widywał takie pliki wśród tajnych materiałów. Ale do 
tego już się nie przyznał.
        Dziewczę było piękne.
        A Sten czuł się samotny.
        Zaprosił ją na kawę.
        Kim nadal bardzo mu się podobała.
        Postawił jej obiad.
        Następnego dnia zaprowadził nową przyjaciółkę na przyjęcie do starych znajomych, Marra i 
Senna. Pokazał Kim słynną kryształową wieżę światła.
        Dziewczyna oczarowała gospodarzy.
        Stena czarowała cały czas.
          Naprawdę jest piękna, pomyślał następnego ranka, patrząc na nagą pannę Lavransdotter w 
pościeli.
        Może...
          Uważał, że to wielkie szczęście, iż Kim ma sporo zaległego urlopu i chętnie wybrałaby na 
Smallbridge.   Nigdy   nie   znała   nikogo,   kto   posiadałby   całąplanetę.   Nie   mówiąc   już   o   jachcie 
wyścigowym, którym zamierzali tam dotrzeć.
        Sten powinien przejrzeć na oczy.
        Ale nie przejrzał.
               Może   zresztą   był   jeszcze   nieco   otępiały   po   obozie.   A   może   to   Kim   sprawiła.   Lub 
Smallbridge...
        Prawdziwy raj... Arktyczne lodowce, piaszczyste plaże tropikalnych wysp. Smakowite owoce, 
komfortowa, zautomatyzowana willa. Barek z napojami i chłodnia pełna żarcia.
        Nawet koci drapieżnik okazał się całkiem przyjaznym czworołapem. Miast obgryzać ludzkie 
kostki, wolał zmyślnie dobierać się do awaryjnych racji żywnościowych w kambuzie.
        Lenili się na słoneczku, zwiedzali okolicę. A Sten z wolna dojrzewał.
          Najpierw dotarło do niego, że Lavransdotter wie o wiele więcej, niż sugerowałby tylko ten 
jeden doktorat. Wyśmienicie znała Tahnijczyków. Co dziwne, orientowała się w ich zwyczajach 
lepiej niż sam Sten. Kiedy właściciel wyspy słuchał wykładów Kim, jego nienawiść do wroga 
malała. Z czasem zaczął nawet współczuć tym istotom, których kultura podupadła w kontakcie z 
ekspansywnym imperium.
        Jednak nie dał się przekabacić do końca.
          W głębi ducha uważał, że na prawdziwy żal przyjdzie pora dopiero wtedy, gdy wszystkie 
dzieła Tahnijczyków legną w gruzach.
        Ale wiedział, że i wówczas zostanie na tej rasie jakaś skaza.
        Czas płynął im mile, nie liczyli nocy ani dni.
        Sten powinien domyślić się wcześniej.
        Ale jakoś go zaćmiło.
               Otrzeźwiał dopiero tego ranka, gdy zbudził ich brzęczyk  automatycznej  kontroli portu 
kosmicznego. Kim ziewnęła, ułożyła głowę na udzie przyjaciela i z powrotem zasnęła.
        Sten wyciągnął ramię, aby włączyć ekran.
        Na płycie stał gigantyczny statek. Jacht wyglądał przy nim jak drobny pyłek. Sten zerwał się 
na równe nogi i spojrzał nieco wściekle na przeciągającą się Kim.
        - Kochanie, jaki właściwie masz stopień? 
        Dziewczyna nie przestała się uśmiechać.
        - Brawo, koteczku. Pułkownik.
        - Korpus Merkurego?
        - Zgadłeś.
        Monstrum na lądowisku zwało się “Normandie”. Osobisty jacht Wiecznego Imperatora.

background image

        - Skąd przyszło mi do tej zakutej łepetyny - łajał się głośno Sten - że mogę być na tyle miły i 
atrakcyjny, by zakochała się we mnie tak piękna panna? I to gdzie! W bibliotece!
        - Za nisko się cenisz.
        - Dzięki. Ale czemu ty?
        - W razie takiego pytania Wieczny Imperator kazał mi odpowiedzieć, że chciał ci podsunąć do 
poduszki najlepszą możliwą w tych okolicznościach encyklopedię.
        - Cholera jasna!
          - Mamy wojnę - mruknęła prawie ze współczuciem. - A teraz... może pora by się ubrać i 
zameldować?
        
        
Rozdział trzydziesty trzeci
        
               Sten wkroczył  na rampę “Normandie”, oddał honory oficerowi wachtowemu, warknął 
nieartykułowanie na Kim, która usiłowała jakoś się pożegnać, i podążył za czekającą eskortą w 
głąb jachtu.
         Ledwie zauważył stojących nieopodal ośmiu Gurkhów. Wyglądali bardzo służbowo i nieco 
nieszczęśliwie, a to za sprawą paradnych mundurów z białymi rękawiczkami.
         Gdy znalazł się w wyłożonej boazerią sali konferencyjnej, syknął napęd systemu Yukawy i 
statek   wystartował.   Stena   to   nie   zdumiało.   Podobnie   nie   zaskoczył   go   widok   Kilgoura.   Alex 
narzekał głośno.
        - Cholerny imperator. Pieprzona impreza. Co za dzień. Zupełny brak szacunku dla szlachcica. 
No i nie dopilnuję. Urządzą mi jadalnię na cacy. Porysują marmury. Przylecieli i zabrali człowieka 
bez słowa. A przecież w przyszłym tygodniu zaczyna się sezon polowań! - Przerwał diatrybę na 
dość długo, by zauważyć Stena. - Czołem, szefie. Przykro mi widzieć, że i ciebie dopadli. Kochany 
imperator! Było podrzucić mu jakiego anarchistę z maszyną piekielną...
               Alex   wyraźnie   przesadzał.   Sten   pokazał   mu   kilka   gestów,   które   w   migowym   języku 
Modliszek znaczyły: Cicho, matołku! Podsłuch! Kilgour tylko parsknął.
        - Pieprzyć! Jego i cały ten imperialny bajzel! A właśnie, że się nie zamknę. Co ten pacan sobie 
roi? Że odeśle nas na Heath?
        - Po prawdzie takie mam plany.
        Ta ostatnia kwestia padła, rzecz jasna, z ust imperatora.
        Marszałek Ian Mahoney poczekał, aż politycy przestaną szemrać. Podszedł do okna i spojrzał 
w górę.
        Dwanaście chronionych polami siłowymi pancerników przesłaniało niebo nad stolicą Gorj.
        Mahoney z powrotem obrócił się do głów państwa.
        - Raz jeszcze podsumuję - powiedział. - Gorj postanowiło zachować w tej wojnie neutralność. 
Imperator szanuje tę decyzję. Niemniej przypominam, że zgodnie z podpisanym kiedyś traktatem, 
Gorj może zażądać pomocy od imperium w przypadku, gdyby zostało zaatakowane przez stronę 
trzecią. Wasz udział sprowadzi się w takiej potrzebie do wsparcia logistycznego. Otóż, władca 
ustalił właśnie, że Gorj znalazło się w niebezpieczeństwie. Grozi mu zajęcie przez Tahnijczyków. 
Nie możemy do tego dopuścić. W zamian za pomoc w zachowaniu niepodległości oczekujemy 
dostępu   do   trzech   największych   portów   kosmicznych   i   terenów   pod   budowę   baz   potrzebnych 
imperialnemu personelowi.
        - A jeśli nie oddamy wam tych placówek po dobroci?
        - Wtedy uciekniemy się do sankcji imperialnego prawa. Powołamy się na wyższą konieczność 
lub przywileje suwerena. Potem wypłacimy, oczywiście, stosowne odszkodowania.
        - Tahnijczycy nie wykazują żadnej aktywności! Nic nie zapowiada ich ataku.
               - Oni rzadko afiszują się z takimi zamiarami - odparł Mahoney, nie wychodząc z roli 
dyplomaty,   chociaż   najchętniej   zacząłby   inaczej:   “Słuchajcie,   chłopy.   Siedzicie   tu   sobie   na 

background image

zapiecku imperium i korzystacie z neutralności, ile wlezie. Ale macie pecha, bo jesteście w tej 
okolicy jedynym rozwiniętym ośrodkiem, po który warto wyciągnąć rękę”.
        - Złożymy protest! - odezwał się kolejny polityk.
        - To wasze prawo. Doradzam Sąd Admiralicji. Najbliższy wolny termin już za siedemnaście 
lat.
               -   Oto   przykład   uprawianego   przez   imperatora   relatywizmu   etycznego!   Natychmiast 
zarządzamy mobilizację!
        Mahoney skłonił się uprzejmie, zerknął ponownie na pancerniki i sięgnął po obszyty złotem 
pieróg.
        - Macie sześć godzin. Owocnych obrad, panowie.
        Wojna trwała już dość długo, by moralność też poszła w kamasze.
        
               Liczne   ekrany   wielkiej   sali   wykładowej   pokazywały   to   samo:   korpulentnego   morsa 
chlapiącego się w ogrzewanym basenie.
               Mors, a dokładnie morsica, nazywała się Rykor i była najbardziej wziętym psychologiem 
imperium.
               Pomieszczenie   wypełniali   jej   najbliżsi   współpracownicy   i   doradcy.   Śmietanka   pionu 
propagandy.
        Rykor zdmuchnęła pianę z wąsisk, aż głośniki zapiszczały i przeszła do podsumowania.
               -   Trudno   mi   podsunąć   wam   jednoznaczne   rozwiązanie.   Poznaliście   kilka   wariantów 
osiągnięcia   celu,   korzystać   możecie   ze   wszystkich.   Oczywiście   pewne   problemy   ogólniejszej 
natury   rozważymy   później.   Pamiętajcie   tylko,   że   szczególny   nacisk   należy   położyć   na   dwie 
kwestie. Po pierwsze, zwycięstwo w systemie Durera to początek końca. Każdy, kto przyspieszy 
wiktorię imperium, zostanie nagrodzony. Po drugie, trzeba nagłośnić sprawę podłych warunków 
życia pod panowaniem Tahnijczyków. W odbitych przeciwnikowi światach błyskawicznie zaczną 
działać   akredytowane   ekipy   reporterów   oraz   dziennikarze.   Mogę   zapewnić,   że   uzyskanie 
akredytacji   nie   będzie   żadnym   problemem.   Dziękuję   za   uwagę.   Szczegóły   omówimy   na 
seminariach.
        - A co z Tahnijczykami? - spytała jakaś kobieta ze środka sali. - Jaką postawę przyjmie wobec 
nich imperialna propaganda?
        - Jak wspomniałam, tych obszarów na razie nie zgłębiamy, ale rzecz zapewne okaże się dość 
prosta.   Sformowane   na   naszym   terenie   jednostki   okupacyjne   bada   posuwać   się   za   oddziałami 
liniowymi   i   przejmować   od   nich   opanowane   systemy.   Audycje   nadawane   dla   Tahnijczyków, 
poinformują o każdym ich kroku.
        - Nawet o przegranej, gdyby się taka zdarzyła?
          - Nawet wtedy. Chcemy dowieść obywatelom Tahnu, że ich przywódcy nigdy nie mówią 
prawdy.
        - A co z działalnością wywrotową?
        - Domyślam się, że chodzi pani o szkalujące ulotki, plotki o korupcji na tyłach i tak dalej. W 
tym  przypadku musimy kierować się osobistym poleceniem Wiecznego Imperatora. Mogłabym 
przekazać je w nieco oględniej szych słowach, ale... władca powiedział, że nie zależy nam na 
zapobieżeniu klęsce głodu wśród Tahnijczyków. To tyle, raz jeszcze dziękuję.
        
        - Uważamy, że nasza rasa ma jeden zasadniczy problem - oznajmił młodzieniec.
               Mistrz Ecu, wyższy dyplomata Manabich, unosił się ponad nieskazitelnie czystą podłogą 
opuszczonej fabryki. Trzymetrowy ogon wił się poniżej.
        - Aha - mruknął możliwie neutralnym tonem.
        - Żywię nadzieję, że pan to zrozumie - dodał młody człowiek. - Ecu zamachał skrzydłami, co 
mogło oznaczać zachętę do rozwinięcia tematu. - Naszą rasę widzimy jako jedność. Jeszcze od 
dawnych czasów epoki kamiennej na starej Ziemi, kiedy to rządziliśmy prawem przyrodzonym, po 

background image

czasy trudniejsze, gdy silniejsi nas wyparli, pokonali i omal nie zniszczyli. Ale przetrwaliśmy. 
Kiedy wyemigrowaliśmy do własnego systemu, postanowiliśmy, że nigdy już nie zgodzimy się na 
rolę   chwilowych   władców.   Historia   i   pamięć   rasowa   podpowiedziały   nam,   jak   to   osiągnąć. 
Spojrzeliśmy   perspektywicznie.   I   to   był   nasz   pierwszy   błąd.   Zlekceważyliśmy   trudności   dnia 
dzisiejszego. I popełniliśmy jeszcze jeden błąd, zapominając, że strona neutralna staje się idealnym 
celem   dla   obu   stron.   A   efekt?   Przed   wojną   zbudowaliśmy   potężny   przemysł,   ale   potem 
odmówiliśmy   wytwarzania   materiałów   wojennych,   a   obecnie   nikt   nie   chce   kupować   niczego 
innego. - Młody człowiek splunął. - Może poza tymi,  którzy żyją ze spekulacji. Z przebiciem 
dziewięć do jednego. Dziewięć dla nich, dla nas reszta. A wszystko dlatego, że jesteśmy gotowi 
służyć pracą i poparciem. I są jeszcze Tahnijczycy. Zapewniali nas nieustannie o swej życzliwości, 
ale żądali prawa korzystania z naszych portów i kazali zaopatrywać załogi ich statków. Mieliśmy to 
robić niby dla potwierdzenia naszej neutralności. Dodatkowo nałożyli cło na produkowane przez 
nas towary. Mimo wszystko daje się jakoś żyć. Możemy utrzymywać  bezrobotnych, potrafimy 
tolerować nawet tych, którzy duszą i ciałem zaprzedali się Tahnijczykom. Ale co potem?
          Manabi słynęli w imperium jako urodzeni dyplomaci. Byli stworzeniami powietrznymi i z 
reguły   zachowywali   neutralność,   co   czyniło   z   nich   idealnych   negocjatorów.   Nie   rozeszło   się 
jeszcze,  że zaraz po wybuchu  wojny mistrz  Ecu zadeklarował  poparcie  Manabich dla polityki 
imperium.   Nie   z   życzliwości   czy   przywiązania,   ale   skutkiem   prostego   rachunku:   wygrana 
Tahnijczyków   oznaczałaby   nastanie   długich   wieków   barbarzyństwa.   Jak   dotąd   wiedział   o   tym 
postanowieniu   tylko   imperator   i   plemię   Manabich.   Cała   reszta   wszechświata   pozostawała   w 
nieświadomości.
        - Co będzie dalej, tego nie wiadomo - zaczął mistrz Ecu. - Pragnę, aby nauki przeszłości oraz 
wasza   wiara   w   tożsamość   rasową   wskazały   wam   drogę.   Dziękuję   też   za   zaufanie.   Rozumiem 
problemy, z jakimi się borykacie. Jednak co innego mnie tu przywiodło. Zostałem poproszony, 
bym w imieniu władcy przekazał następującą wiadomość: “Wieczny Imperator z wielką uwagą 
śledzi pogarszającą się sytuację gospodarczą Pięciu Narodów. Aby zażegnać kryzys, postanowił 
zdwoić   określoną   traktatem   dostawę   AM2   do   tego   rejonu   i   żywi   gorącą   nadzieję,   że   ulży   to 
waszym trudnościom”.
        Mistrz Ecu musiał przyznać, że młody człowiek doskonale nad sobą panował. - Skrzywił się 
tylko trzykrotnie. Może faktycznie ludzie dojdą do czegoś. Za parę tysiącleci...
        - I co dalej?
        - Słucham?
        - Jakie zobowiązania, wymagania.
        - Żadnych.
        - Nie wierzę - stwierdził młodzieniec.
        - Uprzedzono mnie, że spotkam się z taką reakcją - odparł Ecu. - Na koniec mam przekazać, 
abyście   przygotowali   się   na   przyjęcie   pięciu   dodatkowych   frachtowców   z   ładunkiem   AM2. 
Pojawią się w ciągu sześciu standardowych dni od mojej wizyty.
               Nie otrzymawszy odpowiedzi, mistrz dyplomacji zawinął czerwono nakrapiany ogon i 
poszybował w kierunku statku.
          Zastanawiał się, jak długo potrwa, nim Pięć Narodów zrezygnuje ze statusu neutralności i 
opowie się po stronie imperium. Żałował, że nie potrafi myśleć kategoriami zawodowych graczy. 
Sama idea ryzyka była obca jego rasie.
               Ale czy takie żale i pytania nie są objawem degeneracji? Mistrz jednak nie przejął się tą 
groźbą i to dopiero go zaniepokoiło.
        
        Chorąży Heebner był ogólnie szczęśliwym człowiekiem, który tkwił po uszy w szambie.
        Nieco wcześniej sytuacja wyglądała o wiele gorzej. Heebnera wcielono do wojska i wysłano 
na wojnę, chociaż o wiele bardziej odpowiadało mu przycinanie gałązek w sadach ojca. Ale i tak 
miał szczęście w nieszczęściu.

background image

        Jego jednostka została rozbita podczas szturmu na uparcie bronione umocnienia imperialnych. 
Nieliczni   żywi   musieli  się  wycofać.   Heebner  zameldował   o  klęsce   przełożonym,   ale   ci,  miast 
skierować bohatera do ponownego krwawego ataku, dali mu awans i nowy, całkiem bezpieczny 
przydział.
        Nie była to, jak oczekiwał, medalowa posada w komisji poborowej. Trafił na samodzielny etat 
oficerski w superfortecy Tahnijczyków na Etan. Jego stanowisko bojowe mieściło się na samym 
szczycie   góry   i   rzeczywiście   uchodziło   za   zaszczytne.   Miał   jako   pierwszy   podnieść   alarm   w 
wypadku, gdyby jakieś ogłupiałe ze szczętem jednostki imperium usiłowały wylądować na Etan.
        Honorowy posterunek nie przedstawiał oczywiście żadnego praktycznego znaczenia. Heebner, 
który przeszedł już chrzest ognia, zrozumiał to dość szybko. Pojął też, całkiem prawidłowo, że 
stercząc tak na wierzchołku, w razie czego zginie w pierwszej kolejności. Honorowo, rzecz jasna.
        Stanowił cel.
        I to taki, który aż prosi się o salwę.
        Z początku nie wiedział, co z tym wszystkim począć. Nie potrafił też dowodzić liczną załogą. 
Wiedział, że jeśli rozpuści podwładnych, to wróci ciupasem do jednostki liniowej. Co gorsza, nie 
znalazł   jeszcze   żadnej   kryjówki,   gdzie   mógłby   czmychnąć   w   przypadku   ostrzału   jego 
eksponowanego posterunku.
        Niemniej znów dopisało mu szczęście.
        Załoga fortecy składała siew większości z ochotników, członków mocno militarnej organizacji 
Żarliwa Młodzież. Chłopcy postanowili pokazać swemu dowódcy, bohaterowi spod Cavite, że są 
godni zaufania. Do czynu zagrzewała ich też pamięć patrona, szlachetnego i odznaczonego po 
wielokroć (głównie pośmiertnie) kapitana Santola.
               W praktyce  wychodziło  to tak, że wewnętrzne  regulaminy młodzieńców były  jeszcze 
surowsze niż brutalne  zasady wojskowego życia  Tahnijczyków.  Mieszkali  po spartańsku, sami 
sobie  organizowali  dzień.  Heebnerowi pozostało tylko  zaglądać  do nich o wyznaczonej  porze, 
odebrać meldunek i coś tam wygęgać. Potem mógł już zająć się swoimi sprawami.
        Dodatkowo sprzyjał mu brak zamiłowania do luksusu i wszelkiej wojskowej parady. Stopnie 
traktował   czysto   funkcjonalnie.   Żarliwa   Młodzież   per   procura   uznała,   że   dowódca   w   pełni 
poświęca się realizacji szczytnych tahnijskich ideałów i zaczęła darzyć go szczerym szacunkiem.
        Tyle tylko, że Heebnerowi brakowało polotu, by czerpać z tego jakiekolwiek korzyści.
        Gdy się przekonał, że wojsko samo sobą dowodzi, spędzał czas na zwiedzaniu okolicy, aby 
poszukać   zacisznej   kryjówki   na   czarną   godzinę.   Któregoś   dnia   zauważył,   że   poniżej   jego 
stanowiska rozciągają się wielkie i zaniedbane ze szczętem plantacje drzew owocowych.
          Aż mu się rozumek zagrzał. Wieczorem wspomniał adiutantowi, że nie pojmuje, czemu w 
zbrojowni nie ma narzędzi do przycinania drzew. Adiutant zdumiał się, ale uznał, że widocznie 
bohater spod Cavite zamierza nauczyć swoich podkomendnych czegoś nowego. Może myślenia w 
innych, ale także przydatnych kategoriach.
        Niedługo potem chorąży Heebner otrzymał haki, podpórki, nożyce i koszyki. Cały szczęśliwy 
zszedł   z   góry   i   zniknął   między   drzewkami.   Żarliwa   Młodzież   ani   okiem   nie   mrugnęła.   Gdy 
przyjdzie właściwy czas, opiekun sam wyjaśni, o co chodzi.
        Ale to nie wszystko.
            Okazało się, że dowódca garnizonu Etan, niejaki admirał Molk, szczególnie interesuje się 
sztuką   sadowniczą.   Admirała   zaciekawiło,   po   co   honorowemu   posterunkowemu   narzędzia 
ogrodnicze, więc postanowił zbadać rzecz osobiście.
        Żarliwi spuchli z dumy i odesłali Molka (ze świtą) do sadu, aby na własne oczy ujrzał, nad 
czym to szanowny bohater się trudzi.
          Heebner akurat liczył młode pączki - wyznaczał gałązki do przycięcia. Poruszał przy tym 
bezgłośnie ustami. Nagle usłyszał tupot podkutych butów.
        Molk też miał szczęście.
        Dokładnie w tejże chwili sześć imperialnych flot przypuściło atak na Etan.

background image

        Nie zdobyte fortece, podobnie jak nie pokonani generałowie, stają się z czasem łatwym celem. 
Gnuśnieją przekonani, że wróg i tak szeleńczo się ich boi. Karmieni iluzją, obrastają w tłuszcz. A 
wróg robi swoje...
               Imperialny admirał czuł się mocno rozczarowany, nie napotkawszy w okolicy żadnych 
większych   jednostek   Tahnijczyków.   I  nic   dziwnego.   Pod   klęsce   w  systemie   Durera   wszystkie 
statki, od ciężkich krążowników w górę, odesłano na Heath, gdzie miały czekać na uzupełnienia i 
nowe przydziały.
          Niemniej i tak poczyniono wielkie zniszczenia. Honorowy posterunek chorążego Heebnera 
zniknął przy pierwszym uderzeniu. Szczęśliwie dla bohatera (i dla drzewek owocowych) nie użyto 
głowicy nuklearnej.
               Gorzej powiodło się Żarliwej Młodzieży. Ocalało tylko trzech chłopców. Reszta spłonęła 
żywcem.
               Gdy pożarły zaczęły dogasać, dym się rozszedł, a ziemia pod stopami przestała drgać, 
Tahnijczycy   mogli   skreślić   ze   swoich   rejestrów   sześć   lekkich   krążowników,   dwanaście 
niszczycieli,  wiele   jednostek   pomocniczych  i   transportowych.  Szczątki   tych  statków  zaścielały 
lądowiska.
        Planetą Etan nie została jednak zdobyta.
               Ale pozbawiona floty i zaplecza, odcięta przez imperialne patrole od źródeł zaopatrzenia, 
przestała się liczyć. Jej załoga mogła zająć się teraz czymkolwiek, byle jakoś przepędzić czas do 
końca wojny.
               W   ramach   tej   samej   operacji   podobnie   potraktowano   jeszcze   kilkaset   innych 
ufortyfikowanych przez Tahnijczyków planet.
               Chorążemu   Heebnerowi  nie   groziła  nuda.  Na  początku  zaczął   uczyć   admirała  Molka 
pielęgnowania drzewek.
          Zadanie było istotne. Pozostali na Etan Tahnijczycy, pozbawieni dostaw żywności, musieli 
przecież coś jeść.
        Po dziewięciu upokarzających miesiącach pobierania nauk, admirał Molk sam zażyczył sobie, 
aby Heebner przestał go tytułować. Od tej pory stał się dla niego wujkiem Yuki.
        
               Admirał Mason wiedział, że istnieje takie słowo jak “dyplomacja”. Pojawiało się ono w 
encyklopediach gdzieś między hasłami “dyplom” a “dypodia”. I tyle. Dlatego też nie potraktował z 
większym szacunkiem odpowiedzi nadesłanej przez konwój oznaczony ze wszystkich stron jako 
neutralny.
        
        Do jednostek imperialnych... Nie rozumiemy rozkazu zatrzymania się i życzenia wejścia na 
pokład.   Pochodzimy   z   systemów   Umed.   Powtarzam,   systemy   Umed.   Jesteśmy   sojusznikami 
imperium. Wieziemy pilne uzupełnienie zaopatrzenia energetycznego. Czekam na odpowiedź.
        
        Mason mógł zachować się uprzejmie lub arogancko.
               Systemy Umed, rzeczywiście sojusznicze, otrzymywały swoją porcję AM2, jednak wedle 
informacji   szpiegów,   była   ona   i   tak   ściśle   racjonowana.   Prawie   dwadzieścia   procent   dostaw 
rozpływało się w tajemniczy sposób. Przydziały bez wątpienia sprzedawano z poważnym zyskiem 
Tahnijczykom.
        Takie uzasadnienie dla kontroli przekazałby człowiek uprzejmy.
        Mason jednak rąbnął z grubej rury.
        
        Statki z Umed. Wszystkie statki z Umed. Macie siedem minut na zatrzymanie maszyn. Czekać 
na   drużynę,   abordażową.   Wszelki   opór   zostanie   zdławiony   z   całą   bezwzględnością.   Do   załóg 
statków z Limed.  Przygotować  się do opuszczenia  pokładu. Wasze pojazdy wraz z ładunkiem 
ulegają konfiskacie. Imperialny admirał Mason. Bez odbioru.

background image

        
               Pozostało mieć nadzieję, że admirał Mason nie dożyje końca wojny i w ten sposób Jego 
Wysokość nie będzie musiał osobiście wyrywać mu bebechów.
        
        - Przeciąć! - rozkazała Haines.
        Żołnierz przytaknął i musnął laserem główny kabel zasilający przy ścianie obskurnego bloku.
        - Dobra. Ruszamy! - krzyknęła Haines.
               Wyposażeni   w  łomy   i   broń   maszynową   funkcjonariusze   dwóch   służb,   major   (Armia 
Imperium,   Korpus   Merkurego,   powołany   rezerwista)   oraz   kapitan   (Policja   Imperialna,   Świat 
Centralny, Wydział Zabójstw, na etacie) Lisa Haines poprowadzili drużynę schodami. Paru osiłków 
z pionu bezpieczeństwa wyważyło  drzwi tak gładko, że Haines nie musiała nawet zwalniać w 
progu.
               Siwa kobieta siedziała na łóżku i przerażona  otulała kościste ręce szczątkami  niegdyś 
wspaniałej, koronkowej nocnej koszuli.
        - Wywiad Imperialny - powiedziała pro forma Haines. - Andrea Hayyl. Jest pani aresztowana 
pod   zarzutem   szpiegostwa   na   rzecz   wroga.   Informuję   panią,   że   zgodnie   z   przepisami   stanu 
wyjątkowego   może   pani   być   przetrzymana   przez   sześć   standardowych   dni   bez   orzeczenia 
prokuratora czy sądowego nakazu. Ostrzegam też, że na mocy konwencji wojennych mamy prawo 
zastosować wobec pani zaostrzone techniki przesłuchań. Jeśli będzie pani skłonna do współpracy, 
zostanie to odnotowane w aktach i nie pozostanie bez wpływu na późniejszy tok procesu.
            Podwładni, nie czekając na polecenie, wyłuskali starszą panią z pościeli i wyprowadzili z 
domu.
        Pojawiła się ekipa przeszukująca.
        Zgodnie z oczekiwaniami, odkrycie nadajnika zabrało tylko kilka chwil. Szuflada antycznej 
komódki miała podwójne dno. Amatorszczyzna.
        Haines zostawiła zespół, by zrobił zdjęcia do akt, sama zaś zeszła na dół. Następny szpieg z 
głowy. Szósty z kolei. Zostało jeszcze dwóch.
               W ciągu ledwie  paru godzin  Wywiad  Imperialny odwiedził  prawie dwanaście  tysięcy 
namierzonych   przez   ubiegłe   lata   lokali.   Niemal   równocześnie   zdjęto   wszystkich   tahnijskich 
agentów na co ważniejszych światach.
         Haines brzydziła się taką robotą jeszcze bardziej niż oficjalnie zatwierdzonym “znikaniem” 
różnych   obywateli,   czego   była   świadkiem   po   fiasku   konspiracji   Hakone’a.   Tamten   spisek   dal 
początek zbrojnemu konfliktowi.
          Agenci trafiali do pojedynczych cel. Potem stawiano ich przed wyborem: współpraca albo 
egzekucja. Sposób traktowania szpiegów pojmanych w czasie wojny nie zmienił się ani o jotę.
        I to działało. Prawie z dnia na dzień wywiad Tahnijczyków zaczął odbierać stosy fałszywych 
raportów. Ci nieliczni tahnijscy donosiciele, którzy uszli uwagi imperialnych i wciąż dostarczali 
prawdziwe   informacje,   tak   różnili   się   w   ocenach   sytuacji   od   licznej   rzeszy   kolegów,   że 
Tahnijczycy uznali tę garstkę za wtyczki wroga. Ale i oni zostali ostatecznie wytropieni, osądzeni i 
skazani. Zginęli razem z tymi, “nieformowalnymi” współtowarzyszami.
          Koniec końców misterna siatka tahnijskich szpiegów przekształciła się w najskuteczniejszą 
broń imperium.
        
        
Rozdział trzydziesty czwarty
        
               Alex Kilgour doznał wstrząsu, zrozumiawszy, że (a) jego mowa przeciwko Wiecznemu 
Imperatorowi   została   podsłuchana   oraz   (b)   podsłuchującym   był   sam   zainteresowany,   czyli 
najwyższy szef Alexa.
        Władca uśmiechnął się lodowato.

background image

          - Dziękuję za miłe słowa, panie Kilgour. Może zechcecie przejść obok, gdzie dowiecie się 
trochę więcej.
        Alex zasalutował odruchowo i na sztywnych nogach ruszył ku wskazanemu włazowi.
        - Widzę, że mamy coś wspólnego - podjął na nowo gospodarz. - W trudnych chwilach obaj 
lubimy ulżyć sobie paroma dosadnymi słowami. Nalej stregga, przyjacielu.
        Sten posłusznie podszedł do barku i sięgnął po butelkę napitku - tego samego, którego uroki 
odkrył przed władcą kilka lat wcześniej.
        Jego Wysokość usiadł wygodnie w fotelu, nogi oparł na stole i wyciągnął dłoń po szklankę.
        - Nasze kawalerskie - zaproponował. Sten mruknął coś, po czym wypił do dna.
        - Właśnie - zaczął imperator. - Chcę, abyście wrócili na Heath.
        - Tak, sir - odparł Sten, gdy stregg przestał palić mu przełyk. - Jednak...jest tam parę osób... 
nadmiernie... zainteresowanych moją osobą...
               - Już nie - przerwał mu gospodarz. - Ktoś wyjątkowo cię lubił na Heath, bo centralny 
komputer   planety   złapał   dziwnego   wirusa.   Nie   znajdziesz   w   nim   teraz   ani   śladu   Stena   czy 
niejakiego Horatia. Zniknęły pliki identyfikacyjne, akta więzienia. Wszystko szlag trafił. Nie wiesz 
przypadkiem, czyja to zasługa?
        Sten nie miał zielonego pojęcia.
        - Przy najbliższej okazji zapal świeczkę świętemu od komputerów. Pewnie jest jakiś. Ale do 
rzeczy. Czy w takim razie zgodzisz się wrócić do stolicy Tahnu? Stawiam sprawę uczciwie. Pewnie 
już się domyślasz, jaki przydział dostaniesz, jeśli każesz mi się wypchać.
        Stenowi nic nie przychodziło do głowy.
        - Dozorca wysypiska śmieci - zaryzykował.
        - Admirałowie nie wynoszą odpadków. Nie osobiście.
        - Hę? - wykrztusił Sten. Imperator uśmiechnął się ciepło.
               - Jesteś dziwnie  mało  spostrzegawczy,  Sten.  Zacznij  myśleć.  Ilu  Gurkhów w białych 
rękawiczkach spotkałeś przy rampie? Nawiasem mówiąc, oni nie cierpią tych rękawiczek.
        - Ośmiu - przypomniał sobie nagle Sten.
               - Właśnie. Zwykłe szarże wita na pokładzie tylko czterech. Admiralska gwiazda wymaga 
ośmiu.
        Sten wstał odruchowo, nalał sobie ponownie, wychylił i znów nalał. Miał o czym myśleć.
          - Jeśli nie zechcesz wrócić na Heath, dostaniesz flotyllę niszczycieli i zostaniesz sławnym 
dowódcą. Masakry, medale, wywiady. Tyle tylko, że tej wojny bohaterowie obrodzili. To jedyne, 
czego mi nie brakuje. Ale nie mam nikogo zaufanego w samym gnieździe złych chłopców.
        Flotylla niszczycieli. I admiralska gwiazda. Sten nigdy nie marzył, że osiągnie w życiu aż tyle. 
Gdy wiele lat temu zdecydował się wstąpić do wojska, liczył co najwyżej na gustowny nagrobek 
lub emeryturę w stopniu pułkownika... może komandora, jeśli wziąć pod uwagę jego praktykę w 
marynarce.
        Imperator czekał w milczeniu.
        Sten myślał gorączkowo. Owszem, mógłby solidnie dokopać Tahnijczykom. Znał ich sposoby 
myślenia,   taktykę,   uzbrojenie.   Potrafiłby   pokonać   dowolne   siły   ich   floty.   Ale,   jak   imperator 
zaznaczył, obecnie aż roiło się od takich specjalistów.
        - Czemu Jego Wysokość mnie tam wysyła? - spytał głuchym głosem.
               - Wszyscy moi agenci na Heath to urzędnicy niskiego szczebla. Cała siatka. Na dodatek 
podejrzewam,  że zostali przeciągnięci  na stronę Tahnijczyków.  Może. Jeśli ten twój postawny 
kumpel zechce ci towarzyszyć, to wytrzęsie z nich prawdę. Potrzebuję tam kogoś, kto byłby moim, 
wyłącznie   moim,   agentem.   Doszliśmy   do   punktu   zwanego   początkiem   końca   czy   końcem 
początku.   Rośnie  zapotrzebowanie   na  ludzi,  którzy  potrafią   nie  tylko  szpiegować,   ale   w razie 
potrzeby zasiądą do stołu niczym wprawni dyplomaci. Nie próbuję ci schlebiać, ostatecznie jesteś 
co najmniej o sto lat za młody i za surowy, by uchodzić za wyjadacza rokowań. Idealny byłby 
Mahoney, ale taki, jakiego spotkałeś kiedyś na Vulkanie. Nie protestuj, wszystko sprawdziłem. Ale 

background image

Ianowi już za bardzo urosły zęby. l za dobrze sprawuje się w roli marszałka, by marnować go na 
Heath. Bez obrazy, ale straciliśmy sporo czasu. Decyduj się.
               Sten  już  postanowił.   Wiedział,  że  na  Heath  uczyni  więcej   niż  jako dowódca  zespołu 
niszczycieli.   Poza   tym   chciał   załatwić   pewne   osobiste   porachunki.   Głównie   te   związane   z 
Koldyeze.
               - Dziękuję, admirale - powiedział imperator, nie czekając na głośną deklarację Stena. - 
Chłopcy z wywiadu wprowadzą cię w szczegóły.
        Sten wstał.
        - Może lepiej sam wyszukam sobie potrzebne informacje.
               - Twoja wola. Jak wspomniałem, tym razem podlegasz wyłącznie i bezpośrednio moim 
rozkazom. Jak je wykonasz i czy w ogóle je wykonasz, to już twoja sprawa. Ocenisz sytuację na 
miejscu. A, byłbym zapomniał. Jeszcze jedno. Mahoney znalazł coś, co może ci się przydać. W 
Koldyeze jest podobno jeniec imieniem Sorensen. Poznałeś go?
          Sten przypomniał sobie szczerą twarz chłopaka i przytaknął. Godzinami zastanawiali się z 
Alexem, czy gość nie został wyszkolony na komputer bojowy sekcji Modliszki.
        - Świetnie - stwierdził imperator. - Mahoney przekazał mi, że hasło kodowe Sorensena brzmi 
“Saider”.
        Gdyby zrobiło się gorąco, taka informacja będzie warta więcej niż góra złota. Sten uśmiechnął 
się, ale władca jeszcze nie skończył.
        - Czy mogę cię prosić o drobną przysługę? 
        Sten nastawił ucha.
          - Gdyby zdarzyło ci się obalić tamtejszy rząd, nie rób przywódcą żadnego przesiąkniętego 
streggiem antropoida, który nawet nie mówi płynnie po naszemu, dobrze? A gdybyś jednak musiał, 
to daj mi najpierw znać. Zgoda?
        Sten zasalutował ogniście i skoczył do włazu.
          Uznał, że w pierwszej kolejności uważnie przejrzy stosowne raporty wywiadu. W drugiej, 
odcierpi   nieunikniony   wykład   Alexa   na   temat   genialnego   pomysłu   powrotu   na   Heath.   Potem 
przyjdzie pora, by wytropić Wilda i poinformować go, że skończył się dobry czas dla neutralnych 
przemytników.
        
        
Rozdział trzydziesty piąty
        
               Volmer, baron prasowy i członek prywatnej Rady imperatora, niezmiennie uważał się za 
człowieka obdarzonego złożoną osobowością.
        Potrafił na przykład przysiąść incognito w kącie pełnego zgiełku baru “Barbarzyńca” i oddać 
się rozmyślaniom. Nie przeszkadzał mu ani hałas, ani inni bywalcy tego zasłużenie cieszącego się 
bardzo złą sławą lokalu portowego Soward, miasta na Centralnym Świecie.
        Od niechcenia zastanawiał się, jakie to atrakcje przyniesie miło rozpoczęty wieczór. Volmer 
nie spotkał się jeszcze z terminem “perwersja polimorficzna” i zapłonął ciekawością. Oczywiście 
przedtem sprawdził w słowniku znaczenie słowa “polimorficzny”
               Volmer, choć bajecznie bogaty i zdolny zapłacić dowolną sumę za bezpieczne, czyste i 
wygodne uprawianie seksu dowolnego rodzaju, wolał rynsztok. Uwielbiał te wyprawy, w trakcie 
których nigdy nie wiedział, kogo pozna, kto mu przyłoży, z kim i gdzie obudzi się następnego 
ranka. Nie faworyzował specjalnie żadnej płci czy rasy. O sekretnym życiu magnata wiedziało 
ledwie   dwa   procent   najlepszych   dziennikarzy   imperium.   Nie   wykorzystywali   tych   informacji, 
chichotali jedynie po kątach. Volmer usłyszał kiedyś, że podobno imperator postępuje tak samo, i 
skrócił potem kariery sześciu szalejących reporterów, którzy nijak nie potrafili potwierdzić tych 
pogłosek. Co najmniej raz w miesiącu zarządca środków masowego przekazu odprawiał na dwa dni 

background image

asystentów i ochroniarzy, po czym w stosownym przebraniu wymykał się, tajnym wyjściem ze 
swej posiadłości, by wejść między “prosty lud”.
        Był przekonany, że seksualne podziemie przyjęło go jak swego. Ot, jeszcze jeden tajemniczy 
amator   mocnych   wrażeń.   W   rzeczywistości   dawno   już   otrzymał   etykietkę   stukniętego   i 
niebezpiecznego zboczeńca. Takich tu akceptowano. Ostatnio jednak rozeszła się plotka, że jest 
kimś o wiele gorszym.
        W głębi duszy wciąż wspominał niedawne spotkanie na Ziemi. Wyrzucał sobie, że zareagował 
nazbyt raptownie. Bez wątpienia Sullamora i inni wzięli wszystko pod uwagę, przemyśleli sprawę. 
Może gdyby siedział cicho lub udał zainteresowanie. Czy dobrze ich zrozumiał? Czy wyciągnął 
właściwe wnioski? Ponownie rozważył wszystkie możliwości. Nawet te niezbyt atrakcyjne.
               Uznał, że umiejętność dokonywania wszechstronnej i obiektywnej analizy to klucz do 
sukcesu. Ona właśnie zyskała mu szacunek, pozwoliła zdobyć pozycję i bogactwo.
               Nigdy się nie dowiedział, że podwładni zwali go za plecami “Starym Gryzipiórkiem”, 
stojącym o stopień niżej niż zwykły skaczący z tematu na temat pismak.
               Ale jeśli dobrze wszystko  zrozumiałem, zastanawiał się dalej, to czy nie powinienem 
poinformować o moich podejrzeniach imperatora? Chociaż, co to za podejrzenia! W zasadzie nie 
ma o czym mówić. Powiedzmy,  że błędnie pojąłem słowa Sullamory i innych. Czy wtedy nie 
wyjdę na konkursowego osła i histeryka, który niepotrzebnie zawraca władcy głowę?
               Ostatecznie doszedł do wniosku, że najlepiej zrobi, nie robiąc niczego. Będzie traktował 
Tanza jak przedtem i poczeka na rozwój sytuacji.
        Właśnie. To jest sposób.
        Zadowolony z własnej przezorności, rozejrzał się wreszcie po sali.
               Wsłuchał się w opowieść jakiegoś młodego człowieka, który przysiadł obok przy barze. 
Chłopak   wyglądał   całkiem,   całkiem,   ale   Volmera   bardziej   zaciekawiła   wstrząsająca   relacja   z 
niezwykłych praktyk, uprawianych przez personel pewnego szpitala w prosektoryjnej chłodni.
               Przystojny młodzieniec nie należał do grona męskich dziwek, chociaż owszem, był do 
kupienia. Za odpowiednią dość sporą opłatą zajmował się usuwaniem źródeł cudzych kłopotów.
               Rozpuszczona przez nieznane osoby plotka głosiła, że ten, którego wszyscy znali jako 
zwykłego   zboczeńca,   jest   w   gruncie   rzeczy   głęboko   zakamuflowanym   donosicielem.   Bo   i   jak 
inaczej wytłumaczyć fakt, że w ciągu ostatniego miesiąca ni stąd, ni z owad aresztowano aż sześciu 
prominentnych rekinów seksualnego podziemia Soward? Mimo typowych w takich przypadkach 
prób “załagodzenia” sprawy, wszyscy zostali osądzeni i skazani.
               Logicznym posunięciem bossów podziemia, z reguły przeceniających swą rolę w świecie 
zbrodni, było ogłoszenie przetargu na wykonanie pewnej usługi. Młodzieniec obok Volmera miał 
szczęście wygrać ów przetarg.
        Dwie godziny później, gdy pijany Volmer słuchał z napięciem opisu nekrofilskich rozkoszy, 
woreczek   z   piaskiem   trafił   go   tuż   poniżej   lewego   ucha.   Następnie   sprawne   ręce   przeszukały 
kieszenie bogacza, zdarły biżuterię i półbuty, a potem uniosły nieprzytomne ciało ponad barierką 
tarasu. Chwilę później trzy piętra niżej coś łupnęło głucho o beton.
        Dwa dni minęły, nim ktoś znalazł trupa. Identyfikacja nie nastręczyła kłopotów. Wstrząśnięty 
Sullamora  zapowiedział,  że pokryje  z własnej  kieszeni  koszt dodatkowych  patroli  w dzielnicy 
portowej. Nadmienił też, że tragedia zapewne miała związek ze śledztwem, które znany i poważany 
magnat   prasowy   prowadził   na   własną   rękę   od   chwili,   gdy   trafił   na   ślad   korupcji   osłabiającej 
wysiłek wojenny. Sullamora wyznaczył nawet nagrody za głowy zabójców jego przyjaciela.
        
  

      

background image

Rozdział trzydziesty szósty
        
               Czterech tahnijskich oficerów spojrzało przenikliwie na St. Clair. Nawet w lśniących od 
szamerunków mundurach wyglądali ponuro i złowieszczo. Krój tunik oraz broń boczna zdradzały 
wyższe szarże. Podobnie zresztą jak aroganckie twarze, typowe mordy przesiąkniętych chamstwem 
starszych oficerów. St. Clair ledwo powstrzymała się od ucieczki.
        Miast zmykać, uśmiechnęła się do mężczyzn niczym westalka.
        - Dobrzy ludzie - powiedziała - przed wejściem okażcie broń i portfele. - Gestem poprosiła, by 
przeszli do głównej sali klubu “K’ton”, najbardziej ekskluzywnej i uczęszczanej jaskini hazardu w 
dystrykcie Chaboya na Heath.
          To wszystko jest moje, tylko moje, pomyślała patrząc na muskularnego ochroniarza, który 
sprawnie   sprawdzał   gości.   Odebrane   im   pistolety   oraz   płaszcze   odniósł   do   szatni,   po   czym 
dyskretnie zweryfikował status i wypłacalność oficerów. Czekało ich jeszcze przyłożenie kciuka na 
kontrakcie. Tak poświadczona umowa dawała klubowi absolutne pierwszeństwo w egzekwowaniu 
długów,   gdyby   takie   się   pojawiły.   Wszystko   odbywało   się   wśród   uśmiechów   i   żartów, 
rozpraszających typową dla tego społeczeństwa ciężką atmosferę.
        Chwilę później wiodące do kasyna drzwi stanęły otworem. Cała czwórka ruszyła jeść, pić i 
przegrywać na korzyść St. Clair. Nic dziwnego zresztą, następnego dnia mieli ochotniczo wyruszyć 
na   patrol.   A   jednostki   wykonujące   podobne   zadania   stanowiły   ulubiony   cel   imperialnych 
krążowników.
        Klasyczne dzwonki przy drzwiach oznajmiły przybycie następnych gości. St. Clair pogoniła 
personel do roboty. Od tej chwili nie należało oczekiwać nikogo więcej, prócz stałych członków 
klubu, a tych St. Clair nie musiała witać osobiście.
               Poszła za Tahnijczykami do kasyna. Pora przypilnować interesu; chociaż tak naprawdę 
wszystko kręciło się samo. Wystarczało tylko rano zapisać wysokość wypływów do kasy. Zapewne 
znów rekordowych.
               Klub “K’ton” funkcjonował obok wielu piętrowych kasyn znajdujących się w dystrykcie 
Chaboya,   jednak   różnił   się   od   pozostałych   pod   dwoma,   a   właściwie   trzema   względami.   Po 
pierwsze, gra była uczciwa; po drugie, gra była uczciwa i po trzecie, gra była uczciwa. St. Clair 
wiedziała,   że   podobne   przybytki   i   bez   kombinacji   dają   dość   dochodu.   Każda   machlojka 
konkurencji tylko napędzała jej kasę.
               Dlatego właśnie przejęła to kasyno. Poprzedni właściciel nie poradził sobie z nowymi 
warunkami wojennej ekonomii. W pogoni za zyskami zapomniał, że mimo powszechnie panującej 
nędzy ludzie nadal chcą się bawić. Miast zmienić podejście do klienta, podkręcał maszyny do gry 
na tyle, aż wygrana stawała się prawie niemożliwa. Wielu tak czyniło, a w konsekwencji jeden po 
drugim musieli w końcu pozamykać interesy.
        Gdyby St. Clair myślała wyłącznie w kategoriach biznesu, być może postąpiłaby identycznie. 
Ale dla niej kasyno pełniło funkcję idealnego kamuflażu. Dawało szansę na przeżycie do chwili, 
gdy wraz z L’n będą mogły wreszcie ulotnić się w jakieś bezpieczne miejsce.
        W czasie wojny brakuje praktycznie wszystkiego, owszem. Ale co to naprawdę znaczy? A no 
tyle, że wszystko kosztuje o wiele drożej. Co ważniejsze, wszelkie zawieruchy zawsze zwiększają 
zapotrzebowanie na grzeszne rozrywki. Tę prawdę St. Clair zdążyła  poznać, zanim jeszcze się 
dowiedziała, czym jest tak zwany grzech.
        Klubu dorobiła się ledwie kilka tygodni po opuszczeniu murów Koldyeze.
        Sama ucieczka nie trwała zbyt długo. W chwili, gdy do St. Clair dotarło, że nie będzie uciekać 
w   pojedynkę,   porzuciła   pierwotny   plan,   by   odgrywać   bogatą   i   puszczalską   poszukiwaczkę 
jadalnych bulw. Zostawić L’n w Koldyeze, znaczyło skazać tę istotę na rychłą śmierć. St. Clair 
postanowiła zawierzyć swemu szczęściu i talentowi do improwizacji. Trudno było przygotować 
cały plik kart identyfikacyjnych na każdą okazję, ostatecznie zatem nie wzięła żadnej.

background image

        Gdy tylko wyszły z tunelu, skierowały się do najbliższej stacji kolejki. Tam St. Clair przybrała 
maskę czystej impertynencji i zmusiła kasjera do (nieprawnej) sprzedaży biletów pierwszej klasy 
do centrum miasta.
          - Pozwolenie na podróż? Kartki żywnościowe? Wyjaśniłam ci już, dobry człowieku, że je 
zgubiłam. I co, mam się modlić do ciebie z tego powodu? Lubisz takie widoki? Dobra, skoro ci 
zależy. Widzisz? - Złożyła ręce jak do modlitwy i skłoniła się lekko. - Zadowolony, mam nadzieję? 
No a teraz dawaj mi te cholerne bilety!
        Kasjer był więcej niż wstrząśnięty. Ogarnęło go czyste przerażenie. Strojny ubiór dziewczyny 
sugerował,   że   może   być   upiornie   majętna.   Albo   że   jest   nałożnicą   jakiegoś   generała,   którego 
nazwiska lepiej nie poznawać. Sprzedał bilety i nie spytał nawet, czemu aż dwa. Przypuszczał, że 
ma   to   związek   z   tym   dziwnym,   różowym   stworzeniem   towarzyszącym   babie.   Bogaci   często 
kupowali miejsca dla swych zwierzątek.
        St. Clair i L’n odetchnęły głęboko, słysząc narastający szum generatorów anty grawitacyjnego 
napędu. Nagle głośniki na stacji ożyły i wypluły serię ostro brzmiących rozkazów. Silniki umilkły, 
a powstałą ciszę wypełnił odgłos ciężkich kroków. St. Clair nie śmiała podnieść oczu, gdy ktoś 
niewątpliwie obdarzony władzą wrzasnął na siedzącego naprzeciwko pasażera. L’n zadrżała. St. 
Clair próbowała uspokoić przyjaciółkę głaskaniem, ale wiedziała, że to na nic.
          Znów krzyk. I jękliwe tłumaczenia pasażera. W końcu mimo wszystko spojrzała: prosto w 
oczy umundurowanego na czarno typa.
          Nigdy nie zapomniała tych oczu. Były sine niczym skóra żerującej w dennym mule ryby. 
Przesunęły się po St. Clair, potem spoczęły na L’n. Skontrolowane dokumenty wylądowały na 
podołku właściciela i mundurowy zbliżył się do uciekinierek. Dziewczyna zmusiła się do zrobienia 
grymasu przypominającego wyniosły uśmiech. Omal nie zaczęła przetrząsać wszystkich kieszeni w 
poszukiwaniu nie istniejących papierów.
               Mężczyzna stanął przed L’n. Pochylił się. Potem w uśmiechu pokazał rząd poczerniałych 
zębów.
        - Kici, kici - powiedział. - Spokojnie, koteczku. - pogłaskał L’n po grzbiecie. - Cudowny! To 
jakaś rasa kota? Uwielbiam koty. Tam, gdzie mieszkam z żoną, przychodzi ich ze trzydzieści lub 
czterdzieści na podwórko. Tyle ich mamy. Czy raczej to one mają nas!
               Przez cały czas fachowo drapał L’n za uszami. St. Clair zabulgotała coś niewyraźnie. 
Zamrucz, kochana, pomyślała. No, mrucz.
        - Tak, to kot - stwierdziła ostatecznie. - Przedstawiciel bardzo rzadkiej..
               I dokładnie w tejże chwili L’n zamruczała jak najdoskonalszy kanapowiec. Tym samym 
uratowała życie swoje i St. Clair. Był to zapewne pierwszy w dziejach przypadek spontanicznej 
telepatii międzygatunkowej.
        Gdy już zaczęła, nie mogła przestać. Mruczała w trakcie całej rozmowy. St. Clair powtórzyła 
kłamstwo o zgubieniu wszystkich dokumentów i pan Rybie Oczy to kupił. Machnął ręką, po czym 
odszedł, zadowolony, że będzie miał co opowiadać żonie.
        - Możesz już przestać mruczeć - szepnęła St. Clair.
          - Nigdy w życiu - odszepnęła L’n. - Zamierzam mruczeć przez najbliższe pięćdziesiąt lat. 
Tobie też to proponuję, skoro tak dobrze działa.
               Do St. Clair dotarło, że L’n wciąż nie rozumie, iż została wzięta za milutkie zwierzątko 
domowe. Jednak lepiej będzie poczekać trochę z wyjaśnieniami, uznała. Boże, ale się zdziwi.
        Potem, już w hotelu, St. Clair wyłożyła wszystko po kolei. Następnie zdjęła wkurzoną L’n z 
karnisza i przeszła do konkretów.
        - Ale skąd właściwie wiedziałaś, jak należy mruczeć?
        - Nie wiedziałam - stwierdziła L’n. - Nigdy nawet nie słyszałam o kocie!
        - No to jak...
        L’n wzruszyła futrzastymi ramionami.

background image

        - Nie wiem. Sięgnęłam myślą i... zamruczałam! A teraz proszę, zejdź z tematu, bo naprawdę 
pokażę zęby!
        To był punkt zwrotny. L’n trwale wyleczyła się z nieśmiałości.
          Ledwo wysiadły w centrum miasta, St. Clair skierowała się do Chaboya. Czyli tam, gdzie 
szalała korupcja, rozkwitał grzech i gdzie policja nie zwracała większej uwagi ani na złoczyńców, 
ani na ich ofiary. Jeśli ktoś tu wpadał, to tylko ci zbyt słabo odpłacający się stróżom prawa za 
opiekę. Zwykła zorganizowana przestępczość.
               St. Clair najpierw znalazła ciche lokum, potem zaczęła krążyć  po ulicach. Przez kilka 
pierwszych   dni   stawiała   marne   grosze   dla   rozgrzewki,   a   i   tak   miały   z   czego   żyć.   Potem 
zainteresowała się kasynami. Dyskretnie odwiedziła wszystkie. Była ostrożna, tu trochę przegrała, 
tam nieco wygrała. Ostatecznie wybór padł na “K’ton” klub. Złuszczająca się ze ścian farba i brak 
tłumów jednoznacznie sugerowały, że przybytek znajduje się o krok od zamknięcia. Pograła trochę 
na maszynach, aż wypatrzyła  właściciela - starszego, przystojnego pana w dziwnie jaskrawych 
wdziankach.   Rzadko  siedział   na  sali,   pojawiał   się  jedynie  wówczas,   gdy  do  stołu  siadał  jakiś 
bardziej znany gracz.
          Zamierzała zaczepić gospodarza i zaproponować rozmowę na osobności. Naprawdę ważną 
rozmowę. Zainwestowała w kolorową, wyciętą w różnych miejscach suknię, i wróciła do klubu. 
Udawała śmietelnie znudzoną hazardzistkę, szukającą jakiejkolwiek podniety.
          Wpadła właścicielowi w oko. Trochę poflirtowali, sprawdzili się nawzajem, rzucając parę 
aluzji, nie tylko seksualnych. Coś zaczęło się wykluwać.
        Niedługo potem trafiła do biura. Od progu wiedziała, że będzie jej się tu podobać. Pośrodku 
stołu   piętrzyła   się.   góra   bogactwa.   Nie   miejscowych   środków   płatniczych,   na   pośmiewisko 
zwanych tahnijskimi kredytami, ale diamentów i innych rzadkich kamieni. Między nimi walały się 
papiery   wartościowe,   głównie   imperialne   obligacje   oraz   akty   własności   majątków   ziemskich. 
Fortuna.
         Grali przez cały tydzień, a po siedmiu dniach St. Clair przejęła w posiadanie biuro z resztą 
pomieszczeń. Oczekiwała kłopotów pod postacią perswazyjnej obstawy. Nawet przygotowała się 
na wypadek ataku (miała minispostelet ukryty w obszernym rękawie), ale nic takiego nie nastąpiło. 
Ekswłaściciel stwierdził pogodnie, że już dawno zamierzał rzucić ten interes w diabły i karty tylko 
podpowiedziały mu właściwą chwilę. A do kart oboje żywili szacunek wręcz nabożny.
        Wśród aktów własności znajdował się i taki, który swą prawdziwą wartość ujawnił dopiero po 
pewnym  czasie. Chodziło o przerobiony na muzeum frachtowiec, przez wojnę zablokowany w 
pobliskim porcie.
        Pokonawszy przyrdzewiały luk, weszli do środka i St. Clair od razu wyczuła pieniądze. Było 
to   objazdowe   muzeum   hazardu,   urządzone   w   stylu   dawnych,   ziemskich   kasyn:   staroświeckie 
wersje maszyn do gry, również w bingo, tradycyjne ruletki, kryte płótnem stoły, talie papierowych 
kart. Całe stosy filmów pokazujących, jak tracono pieniądze tysiące lat wcześniej.
               St. Clair ogołociła pomieszczenia “K’ton” klubu i wstawiła tam antyki. Usłyszawszy o 
uczciwości nowego kasyna, gracze ściągnęli niczym sępy do padliny. Tak naprawdę, dopuszczanie 
się oszustw w “K’ton” stanowiło czystą niemożliwość. Dawne maszyny nie zawierały ani grama 
elektroniki.   Brzęczały   i   zgrzytały   zębatkami,   a   tym   samym   były   bardziej   wiarygodne   niż 
jakikolwiek komputer, który przecież zawsze można oszwabić.
          “K’ton” uchodził za lokal bardzo ekskluzywny. Miast neonów, St. Clair zamówiła jedynie 
małą tabliczkę na frontowe drzwi: “K’TON KLUB. Wstęp tylko dla członków”.
        Przemykając wśród strojnych tłumów na parterze, raz jeszcze pogratulowała sobie pomysłu. 
Wszystko działało jak w zegarku. Pomieszczenie było pełne jednorękich bandytów”. Maszyny te 
St. Clair wyniosła ze statku-muzeum. Na nich zarabiała najwięcej, nie licząc oczywiście stołów do 
gry w kości. Trzecią pozycję parteru stanowiły maratony bingo, które z każdym dniem przyciągały 
coraz liczniejsze rzesze naiwnych, głównie zamożniejszych robotników.

background image

          O najwyższe stawki grano na podwyższeniu pośrodku sali; celny akcent architektoniczny, 
mający oddać uwarstwienie miejscowego społeczeństwa oraz podbudować ego hazardzistów. Aby 
zapewnić sobie stały dopływ gotówki, St. Clair ustanowiła minimalne opłaty za każde krzesło przy 
stole i zrezygnowała z pobierania procentu od stawek.
          Seksownie przystrojona obsługa roznosiła koktajle, narkotyki i przekąski. W czasie pokoju 
serwowano te dobra za darmo, ale obecnie, w czasach ścisłej reglamentacji, goście chętnie płacili 
za   ponad   przydziałową   wyżerkę.   Z   tej   sali   były   dwa   wyjścia.   Jedno   wiodło   na   ulicę,   nie 
bezpośrednio,   ale   przez   pokoje   gościnne,   gdzie   fachowy   personel   płci   obojga   oskubywał 
delikwentów   z   reszty   grosza.   Drugie   pozwalało   udać   się   na   piętro,   do   kolejnego   kasyna. 
Obowiązujące tam stawki odzwierciedlały pozycję klienteli.
        Zresztą poprzedni właściciel zorganizował klub w podobny sposób, dzieląc go na trzy części. 
On jednak starannie oddzielał biednych od klasy średniej, a klasę średnią od burżuazji. St. Clair 
szybko wyeliminowała osobne klatki schodowe oraz dyskretne windy. Wszyscy wchodzili razem, a 
potem wspinali się, jak kto mógł wysoko, zawsze coś tam zostawiając na kolejnym piętrze.
        St. Clair ruszyła po schodach. Upewniła się, że bramkarze należycie oddzielają ziarno od plew 
i wiedzą, kogo przepuścić dalej. W drugim kasynie królowała gra w ruletkę, kości i karty. Wyżej 
docierali   jedynie   zaproszeni   amatorzy   prostych   rozgrywek   karcianych,   głównie   pokera,   wista, 
bezika i brydża.
        Nocny klub na trzecim piętrze wieńczył całość. Wstęp miał każdy chętny, odsiew następował 
przy zamawianiu. Opłata za potrawy, napitki czy za dostarczenie dowolnego towarzystwa, była 
astronomiczna - nawet jak na czas galopującej inflacji. Resztę spraw klubu wzięła w swoje ręce 
L’n.
        Tak zaprojektowała wystrój, by wchodzący goście od razu wpadali niemal w trans. Nawet St. 
Clair uległa urokowi miejsca, chociaż przecież wiedziała, czego może oczekiwać.
        Otoczyły ją wielobarwne światła - wirujące, skupione, rozproszone, przyćmione, jaskrawe... 
spowijające umysł i prowadzące prosto ku trzypoziomowej scenie, gdzie ktoś zwykle tańczył lub 
śpiewał. Zakurzona sala z poskrzypującymi fotelami została zmieniona w prawdziwe dzieło sztuki. 
Rozwijany   latami   talent   przedstawicielki   rasy   Karr   eksplodował   czymś   nowym.   L’n 
wykorzystywała   wszystkie   istniejące   źródła   światła,   jednak   najciekawsze   efekty   udało   się   jej 
osiągnąć dzięki antycznym szklanym bańkom próżniowym z drucikami oporowymi w środku. I 
jeszcze   zrobiła   użytek   ze   specjalnych   świeczek   oraz   pochodni   płonących   w   ogniskowych 
ruchomych zwierciadeł, które pozwalały kierować przetworzony blask w dowolnym kierunku.
          L’n zdalnie sterowała całym systemem, siedząc przy konsoli ustawionej w ciemnym kącie. 
Tuż   obok   stanowiska   “kotki”   znajdowały   się   drzwi   wiodące   do   prywatnych   pomieszczeń.   Z 
początku L’n skrywała się za kotarą, ale nabrawszy pewności siebie, usunęła zasłonę. Każdy, kto 
spojrzał w stronę odległego kąta, widział małą futrzastą istotę pochylającą się nad klawiaturą ze 
skupieniem nie mniejszym niż to, które towarzyszy pianiście podczas koncertu.
          St. Clair obeszła klub pod ścianami. Nie chciała przeszkadzać publiczności. L’n zauważyła 
przyjaciółkę i na chwilę wzmocniła blask. Potem skinęła głową w kierunku drzwi za plecami.
        Znaczy, ktoś czekał w biurze. St. Clair spytała oczami: “Kto?”, ale L’n tylko uśmiechnęła się 
tajemniczo.
          Właścicielka klubu przeszła korytarzem. Dziwne. Drzwi gabinetu były otwarte. Przecież je 
zamykała... A pośrodku pomieszczenia stał roześmiany od ucha do ucha... Horatio!
        St. Clair krzyknęła, zatkała, rzuciła się gościowi w ramiona. I już całowała jego szyję, włosy, 
oczy...   Horatio   nie   pozostawał   dłużny.   Dopiero   niepokojące   ciepło   w   niższych   partiach   ciała 
otrzeźwiło   dziewczynę.   Spośród   wszystkich   mężczyzn,   których   kiedyś   spotkała,   to   przecież 
właśnie tego nienawidziła najbardziej. Bydlak przyszedł tu pewnie, aby...
         St. Clair odsunęła od siebie dawnego współwięźnia, zmierzyła go wściekłym spojrzeniem i 
dźgnęła palcem w mostek.

background image

        - Słuchaj no, sukinsynu. Nie jestem już w armii, kapujesz? I nic wam do naszych kredytów.  
Jasne?
               Sten   spojrzał   nieprzytomnie.   Nie   zrozumiał,   o   czym   dziewczyna   mówi.   Sam   też   był 
zaskoczony i zmieszany własną reakcją. Co za diablica!
        - Niczego nie potrzebuję - powiedział.
               -   Mam   nadzieję,   że   przyszedłeś,   aby   nas   stąd   wyciągnąć   -   stwierdziła   St.   Clair.   - 
Podrzuciłyśmy   nasze   znaczniki   na   połowę   miejscowych   frachtowców.   Wszystkie   nadają 
zakodowane SOS, a my nadal tu tkwimy.  Chociaż interes idzie całkiem nieźle. Moi klienci to 
generałowie, admirałowie i...
        - Wiem - przerwał jej Sten. - Odebraliśmy twoją wiadomość.
        - Słucham? Co ty bełkoczesz? Wy, czyli kto? I kiedy?
               Nagle pojęła. Sten uśmiechał się uprzejmie, jakby chciał wyznać, że bardzo jej ładnie z 
opadniętą szczęką.
        - Zacznijmy od początku - powiedział. - Po pierwsze, niech się przedstawię. Jeśli ktoś nazwie 
mnie Horatio, Horrie lub jakkolwiek na H, to zabiję. Jestem Sten. Tyle formalności. A teraz, dokąd 
chcecie stąd polecieć?
          St. Clair zamierzała odwarknąć coś nad wyraz jadowitego. Znała też ze sześć skutecznych 
sposobów pozbawiania męskości. Trwale i przejściowo... Tyle, że to nie Horatio wrócił, ale ktoś 
zupełnie inny. Zgadza się?
        Zaniechała ataku. Spojrzała na Stena wyczekująco.
               Dobrze się złożyło, iż biurko też było muzealnym eksponatem. Dość obszernym. Zostało 
zatem wykorzystane w sposób typowy, choć niecodzienny.
        
        
Rozdział trzydziesty siódmy
        
        Nazywał się Chapelle.
        Do niedawna pracował jako kontroler lotów w jednym z najruchliwszych portów kosmicznych 
imperium. Jak większość personelu naziemnego był bardzo młody i bystry. Nieustanne napięcie 
oraz żądza sukcesu powodowały w tym fachu wypalenie się około czterdziestki. Od kolegów różnił 
się tym,  że port kosmiczny stanowił dla niego wszystko.  Chłopak spędzał tu czas nawet poza 
służbą.   Krążył   po  okolicznych   wzgórzach,   błądził   po   budynkach.   Przechwalał   się  (w   myślach 
jedynie, bo prezentował typ nieśmiałego neurotyka), że nawet gdyby nawaliły lasery zbliżeniowe i 
radar,   gdyby   wysiadło   naprowadzanie,   gdyby   cały   sprzęt   przestał   działać,   i   tak   bezpiecznie 
posadziłby statek. Miał w głowie pełny obraz portu. Potrafił wyobrazić go sobie pod dowolnym 
kątem i w każdą pogodę.
        Za swoje największe skarby uważał dwa hologramy. Pierwszy przedstawiał imperatorski jacht 
“Normandie” siadający na płycie lądowiska. Z drugiego uśmiechał się sam Wieczny Imperator. U 
dołu pysznił  się autograf.  Wyraz  wdzięczności  za sprawną obsługę. Podobne upominki  służba 
imperatora   produkowała   masowo   i   rozdawała   przy   każdej   okazji,   a   szczególnie   w   trakcie 
propagandowych wizyt.
               Chapelle wiedział, po prostu wiedział, że władca dostrzegł go, poznał się na nim. Bo jak 
inaczej wytłumaczyć ten niespodziewany awans i przeniesienie do głównego portu Centralnego 
Świata?
               Na nowym miejscu Chapelle od razu zaczął te same działania: poznawał otoczenie. Nie 
znalazł   zrozumienia.   Może   zresztą   obsesja   Chapelle’ego   pogłębiała   się   z   czasem.   Nieważne. 
Zasugerowano mu delikatnie, że mógłby wziąć trochę wolnego. Bez utraty stanowiska i tak dalej. 
Usłyszał, że robi wrażenie wyczerpanego nerwowo. Powinien zgłosić się do specjalisty. Chapelle o 
mało  nie uderzył  zwierzchnika.  Jeśli nawet facet  miał  rację co do przepracowania  i nadmiaru 
poświęcenia, to sugestia pomocy psychologa była obrazą. Ale owszem, zgodził się na urlop.

background image

          Mniej więcej w tym czasie wdzięczny profil osobowościowy Chapelle’ego zwrócił uwagę 
agentów Tanza Sullamory.
               Wypoczęty   kontroler   zamierzał   wrócić   do   pracy,   gdy   dostał   dziwny   fax.   Prosto   do 
kosztownego mieszkania. Został poinformowany, że przesunięto go na urlop bezpłatny. Znalazł 
dość odwagi, by skontaktować się z działem kadr i spytać dlaczego. Dowiedział się, że powód 
utajniono
            Utajniono? Kto mógł mu to zrobić? Kto miał po temu prawo? Nikt... prócz... Spojrzał na 
zdobiące ścianę hologramy.
        Czemu?
               Przecież był najwierniejszym poddanym imperatora. Czy nie uchronił “Normandie” od 
możliwej katastrofy?
        Przesiedział w bezruchu całe godziny. Wciąż wpatrywał się w portret. Ledwie przełknął coś, 
co dostarczył ciąg spożywczy. Musiała zajść jakaś pomyłka.
        Postanowił zajrzeć do biblioteki i poszerzyć wiedzę o imperatorze.
        Ledwo wyszedł z mieszkania, złożono mu po cichu wizytę.
               Kilka godzin minęło, nim zauważył po powrocie pewną zmianę. Władca, który przedtem 
uśmiechał się dobrodusznie, teraz kpił w żywe oczy. Drwił z kogoś, komu zrobił okrutny żart. Ze 
źrenic biły dziwne błyski, usta układały się w złośliwy grymas... Właśnie. To był inny człowiek. 
Ciekawe. Chociaż... Historia uczy, że wielcy władcy niewiele mieli ze wzorowych ojców swoich 
dziatek.
        Chapelle za wszelką cenę pragnął poznać prawdę.
         Krótko potem znów ktoś wemknął się do jego mieszkanka. Obraz imperatora ponownie się 
odmienił.
        Tym razem chłopak ujrzał człowieka z gruntu złego. Wiedział już, że został ogłupiony. Lepiej 
by się przysłużył imperium, gdyby rozbił “Normandie”.
        Tejże nocy zaczął słyszeć głosy.
        
        
Rozdział trzydziesty ósmy
        
        To miała być czysta rutyna, trzecie spotkanie tego dnia. Kilgourowi pozostało siedzieć cicho 
w mieszkaniu i czekać na powrót lokatora, zwykłego urzędnika. Następnie zamierzał przeprosić, że 
tak   długo   nie   nawiązywał   kontaktu   z   jednym   z   najcenniejszych   agentów   tahnijskiego 
kontrwywiadu,   i   wyjaśnić,   iż   jego   dowódca   przeprowadzał   gdzie   indziej   jakąś   akcję   (wojna, 
niestety), potem wkradło się nieco bałaganu i tak wyszło. Ale teraz starszy specjalista, obecny tu 
Fohch, uaktywnia dawną siatkę.
          Planowano, że wszystko zostanie po staremu. Agent będzie dalej przekazywał meldunki o 
antyrządowych nastrojach w miejscu jego pracy i, co bardzo istotne, opisywał negatywny wpływ 
takich postaw na wydajność fabryki.
               Jedyna nowość, jak obwieszczał z namaszeniem Alex, wiązała się z wynagrodzeniem. 
Przełożeni zatwierdzili podwyżkę. Po zwycięstwie nad imperium władza przyzna też medale tym, 
którzy się do owej wiktorii przyczynią.
        I tak dalej, i tak dalej.
               Nie istniał żaden powód, by mieszać biedakowi w głowie, ujawniając mu całą prawdę. 
Ostatecznie agent czuł się szczęśliwy, że pracuje dla kontrwywiadu. Kilgoura zaś postrzegał jako 
wybawcę, ratującego stan nie tylko ducha, ale i konta bankowego.
        Alex podważył okno przy schodach przeciwpożarowych i wszedł do środka. Może gość ukrył 
gdzieś nieco alkoholu, pomyślał. Nabór szpiegów dziwnie zwiększał Kilgourowi pragnienie.
        Owszem, trafił na próżną do połowy butelkę czegoś, co smakowało jak wino sojowe. Łyknął i 
nie zdejmując rękawiczek, wprawnie przeszukał mieszkanie.

background image

            Uniósłszy lampę, syknął z cicha. Potem odstawił flaszkę i opuścił pomieszczenie tą samą 
drogą, którą wszedł. Nie zostawił, rzecz jasna, żadnych widomych śladów wizyty.
        Skierował się ku stacji kolejki. Ciekawy zakątek, myślał, żadnego szacunku dla prywatności. I 
niebezpiecznie tu jak cholera.
               Dziwnym trafem tenże urzędnik, któremu ktoś w lampie zainstalował podsłuch, niedługo 
później spadł z peronu, prosto pod koła nadjeżdżającego pociągu.
        Zdarza się.
        Kilgour ruszył pod następny adres. Jak dotąd sprawdził trzydziestu agentów. Pięciu zmarło, 
trzem  puściły nerwy,  dwóch było  podstawionych.  Reszta  harowała  niczym  pszczółki,  radośnie 
wykonując każde, wymyślone przez Alexa, szpiegowskie polecenie.
        Potężny Szkot spojrzał w lustro. Prezentował się całkiem dziarsko, chociaż jak na jego gust, 
tutejszy strój wieczorowy był nieco zbyt intensywnie różowy. Ale co tam, wielcy gangsterzy nigdy 
nie wyróżniali się dobrym smakiem. Poprawił spinkę przy kołnierzyku, łyknął brandy. Czekał na 
następny ruch Connla.
         Transakcja zapowiadała się wspaniale. Connl miał magazyn pełen wysokoproteinowej brei, 
która służyła Tahnijczykom za wzbogacacz pokładowych racji żywnościowych. Celnicy grzecznie 
przybili wszystkie pieczątki.
        Sten chciał zakupić cały zapas.
        Dobry interes, typowy dla czarnego rynku.
        Jakim cudem Connl wszedł w posiadanie towaru, to akurat Stena nie obchodziło.
        Zaproponował stawkę o kilka procent wyższą niż inni. I znacznie intratniejszą od oficjalnej.
        Na dodatek zamierzał zapłacić prawdziwą walutą, czyli imperialnymi kredytami.
        Szczegóły zajść w systemie Durera jeszcze nie przedostały się do publicznej wiadomości, ale 
przedsiębiorcy słyszeli swoje. Widzieli, że inflacja nabiera rozpędu, i wyciągali właściwe wnioski. 
Jeśli  nawet   Tahnijczycy   wygrają,  to  imperialne  kredyty  i  tak   zachowają  swoją  wartość.  W   to 
ostatnie nikt nie wątpił.
          Poza tym środki płatnicze z Centralnego Świata były wiecznotrwałe. Nawet zakopane pod 
klombem nie ulegały ani wodzie, ani robakom, ani gryzoniom. Przepis głoszący, że posiadanie 
obcej waluty jest zabronione pod licznymi i surowymi karami, nie robił na ludziach wrażenia. W 
ostateczności zawsze można było wręczyć łapówkę.
        Connl pogładził się palcem po nosie.
        - Ciekawa propozycja. Czy wolno mi zadać niedyskretne pytanie?
        - Proszę.
        - Słyszałem o panu kilka dziwnych plotek.
        - Do mnie też co nieco dotarło.
        - Podobno ma pan kontakty w samej Radzie. I prywatną armię. Naprawdę interesujące.
        - Może i jest w tym coś z prawdy.
          - Może - stwierdził Connl, rezygnując z dalszej indagacji. Liczył, że reakcja Stena coś mu 
zdradzi, ale gość wciąż pozostawał doskonale obojętny. - Wracając do sprawy. Nie uchodzi pan za 
głupca, przyjmuję zatem, że zna pan aktualną wartość rynkową towaru.
        - Owszem. Wedle porannego kursu to siedemdziesiąt pięć za kilotonę. Z dostawą.
        - A pan oferuje osiemdziesiąt. Ciekawe. Ale dobrze, oferta przyjęta.
               Przed   upływem   godziny   Connl   otrzymał   pieniądze   i   odszedł.   Zarobił   sowicie,   nie 
przemęczając   się   zbytnio.   Nie   musiał   nawet   wąchać   tego   wysokoproteinowego   świństwa. 
Pomyślał, że chyba wie, o co chodzi Stenowi. Ten cwaniak chce opanować rynek. Gdy kupi już 
dość, wtedy podkręci ceny.
        Connl postanowił skorzystać. Też podniesie stawki.
               Manewr Stena przyniósł  następujące skutki: deficytowy proteinowy surogat był  nadal 
dostępny, ale za coraz większe pieniądze, które dodatkowo straciły nieco na wartości. Te kredyty, o 
ile nie zostaną “zadołowane”, wrócą na rynek i zwiększą inflację.

background image

        
        L’n leżała zwinięta w kłębek na jedwabnej poduszce. Wyglądała skończenie pięknie. Na oko 
spała, jednak strzygąc delikatnie uchem, uważnie śledziła toczoną obok przy stole rozmowę.
               Czterech  tahnijskich oficerów brało udział w jakiejś niebywale  złożonej  grze. Zasady 
zmieniały   się   co   chwila,   używano   kilka   zestawów   kości,   zliczanie   punktów   odbywało   się 
równocześnie według przynajmniej czterech systemów. Była to gra wynaleziona podczas długich i 
nudnych patroli przez z wolna idiociejących  wojaków. Normalny człowiek nijak nie potrafiłby 
zrozumieć obowiązujących przy rozgrywce reguł.
          Szczególnie doświadczeni gracze cieszyli się wielkim szacunkiem. A jeśli jeszcze potrafili 
wygrać...   W   kręgach   wojskowych   uznawano   taką   osobę   na   wyjątkowo   inteligentną   i   godną 
podziwu. Po prostu “swój chłop”. Do kwadratu.
               Gra wlokła się bez końca, a oficerowie gawędzili, nie zwracając najmniejszej uwagi na 
drzemiące niedaleko ulubione zwierzątko St. Clair.
               Treść   konwersacji   wydawała   się   całkiem   interesująca   i   L’n   mimowolnie   zaczęła 
podsłuchiwać. Jednostka X nie dotrze na czas do sektora Y, bo ma braki w średniej artylerii. A 
słyszeliście o tym biedaku, admirale Whoosis? Dostał nową łajbę” Sabac “. Pierwszy krążownik 
klasy amtung. Ale złom! Centrala ogniowa może śledzić co najwyżej sześć celów naraz, jeśli dasz 
więcej,   to   system   wysiada.   W   maszynowni,   podobno,   same   przecieki   od   głównego   napędu. 
Admirał wyjdzie pośmiertnie na bohatera.
        
        Buchnął śmiech. L’n zapamiętywała każdy szczegół, aby przekazać go potem dalej.
        
          Kilgour zeskoczył ze świetlika na szczyt sterty palet. Rozejrzał się po cichym magazynie i 
ruszył do dzieła.
               Stąd wysyłano żywność na front. Każda paleta mieściła pięćdziesiąt pojemników. Jeden 
pojemnik to dzienna racja dziesięciu żołnierzy.
          Kilgour miał w kieszeniach sześć puszek, które zgrabnie zapakował w różne pojemniki na 
poszczególnych paletach. Oczywiście śladu nie zostało po jego operacji.
        Wiedział, że ci biedacy, na których padnie, nie będą szczęśliwi. Nie, żeby dodatkowe puszki 
zawierały   coś   trującego.   Po   ich   otwarciu   delikwent   po   prostu   ujrzy   typową   dla   wojskowych 
konserw  breję.  Według  etykietki   miała  to   być   mielonka  z   tuszonką,  produkt   zdrowy i   prawie 
jadalny.
        - Trzymajcie się, myszki - mruknął Alex.
        Co prawda w puszkach nie znajdowały się całe myszy. Ledwie ogonki.
        Kilgour zastanowił się, ile upłynie czasu, nim rozejdzie się plotka jednoznacznie określająca, z 
czego robi się na tyłach konserwy mięsne dla dzielnych żołnierzy.
        Nie sądził, aby musiał długo czekać.
        
        - Piwa, chłopie? - zaproponował Sten.
        Dumny jak rzadko Chetwynd leniwie podniósł wzrok.
        - Ostatnio pijam głównie brandy - odparł z uśmiechem.
        - Tak dobrze ci się wiedzie?
        - Można wytrzymać - odpowiedział wymijająco Chetwynd.
        Patrzyli na siebie, czekając, aż barman przyniesie zamówione trunki, odbierze zapłatę i wróci 
do swych spraw.
        - Zatem udało ci się - stwierdził Chetwynd.
        - A owszem.
        - Dostarczyłeś wiadomość ode mnie?
        - Tak. Na samą górę.
        - I co?

background image

        Sten położył na stole małą walizkę. Chetwynd obejrzał ją dokładnie, zwolnił zamek, zerknął 
do środka. I jeszcze prędzej zatrzasnął wieko.
        - Ktoś mnie tam lubi - sapnął.
        - Ależ my cię uwielbiamy - rozpromienił się Sten. 
        Walizeczka kipiała tahnijskimi pieniędzmi.
        - Czego oczekujecie w zamian?
        - Zrób, co chcesz. Kup sobie domek na wsi. Jeśli masz ochotę, oczywiście.
        - Aha. Chyba kój arze.
          Ostatnimi czasy Chetwynd wiele się nauczył. Sporo czasu i wysiłku włożył w odnowienie 
dawnych kontaktów. Maczał paluchy niemal w każdym nielegalnym interesie na terenie portów 
kosmicznych na Heath. Zaczął przebąkiwać nawet coś o związkach zawodowych. Ale z nimi było 
trudniej. Co innego urabiać gościa o dużym numerze kołnierzyka i maleńkim numerku kapelusza, a 
co   innego   przekonywać   kadrę   inżynierską.   Tych   nie   da   się   równie   łatwo   zastąpić.   Jednak 
pogadywał   serdecznie   z   kontrolerami,   księgowymi,   zmianowymi   oraz   prostymi   robotnikami   z 
doków.
        - Jeszcze jedno. Wciąż jesteś lojalnym strażnikiem?
        - Myślałem o...
        - To nie myśl - rozkazał Sten. - Taka dobra posada. Daje mocne papiery. I chroni cię przed 
powrotem na Dru.
        Chetwynd zadrżał, ale po chwili zrozumiał.
        - Chcesz mieć wtyczkę w Koldyeze?
        - Dobrze kombinujesz.
        - Czy coś jeszcze?
        - Na razie tyle. Działaj dalej. Będziemy w kontakcie. Gdybyś potrzebował więcej forsy, daj 
znać.
        Chetwynd zadumał się przelotnie.
        - Jak wiele tego masz?
        - A jak wielkie jest imperium?
               To   była   dobra   odpowiedź.   Sten   zamierzał   podarować   Chetwyndowi   (lub   innemu 
Tahnijczykowi) dowolną sumę miejscowych środków płatniczych. Gwoździ do trumny tutejszej 
ekonomii.   Imperialni   fachowcy   spisali   się   na   medal.   Praktycznie   nikt   nie   zdołałby   wykryć 
fałszerstwa, tyle że numery seryjne powtarzały się na co pięciotysięcznym banknocie. Gdy dwa 
takie trafią do jednego banku, zrobi się piekło. I dobrze, bo oba będąjak najbardziej autentyczne, a 
wtedy   zaufanie   Tahnijczyków   do   własnego   systemu   monetarnego   spadnie   o   kolejnych   kilka 
punktów.
        - Aha, nie próbuj mnie śledzić. I nie pokazuj się u mnie. - Sten wstał i uszczypnął Chetwynda 
w policzek. - Uwierz, tak jest bezpieczniej. Nie lubię odwiedzać kumpli w kostnicy.
        
               St. Clair starannie rozłożyła wygniecione zapisy gier na biurku. Siedząca na sofie młoda 
kobieta załkała konwulsyjnie.
        - Uspokój się - powiedziała St. Clair, podeszła do barku i nalała leczniczą dawkę. Poczekała, 
aż dziewczyna wypije.
        - Już lepiej? 
        Mayd przytaknęła.
        - No to spójrzmy teraz z mojego punktu widzenia - zaczęła gospodyni. - Nie wiedziałaś, co 
robisz. Rozumiem. W młodości sama borykałam się z podobnymi kłopotami - wyznała szczerze, 
choć tak naprawdę była ledwie trzy lub cztery lata starsza od May. Jednak scenariusz wymagał 
podobnej kwestii. - I teraz nie masz jak zapłacić. Gdy poprosisz rodzinę o pieniądze, wyrzucą cię z 
domu.   Twój   ojciec   sprawia   wrażenie   mało   wyrozumiałego.   Co   powinnam   zrobić?   Pewnie 
podkręcić wąsa i zasugerować, że taka młoda  i atrakcyjna  dziewczyna  mogłaby zainteresować 

background image

niektórych   starszych   gości.   A   może   zaproponować   kradzież   klejnotów   rodowych?   Nie, 
wykluczone. Mam! Kazałabym ci zdradzić wszystkie tajemnice rodziny. To się nazywa szantaż. 
Ale cóż, jestem lojalną obywatelką państwa Tahnu i podobne dzieciniady mnie nie bawią. Wiesz, 
Mayd,   nie   jesteś   dla   mnie   osobą   zupełnie   obcą.   Uważam   cię   za   swoją   przyjaciółkę.   Twoją 
obecność w kasynie uznałam za zaszczyt. Niezależnie od faktu, że do pewnego momentu sprzyjało 
ci szczęście. Ale... - St. Clair zgarnęła zapisy w jeden stos. - To jest interes. I prawdę mówiąc, 
zupełnie nie wiem, co zrobić. Owszem, mogę podrzeć te rejestry... - urwała, a Mayd spojrzała na 
nią z nadzieją. - Ale wtedy musiałabym zakazać ci wstępu do klubu. Co gorsza, byłabym zmuszona 
także wspomnieć o tobie na zebraniu Komórki Bezpieczeństwa Właścicieli Kasyn. Tak przewiduje 
porozumienie. A to oznacza powszechny ostracyzm w całym establishmencie Heath. - St. Clair 
udała głębokie zamyślenie. - Poczekaj. Wpadłam na pewien pomysł. Obie jesteśmy hazardzistkami. 
Kochamy ryzyko.
         Kobieta spłonęła rumieńcem. Ze wszystkich sił próbowała zapomnieć, jak przyłapano ją na 
podkładaniu szachrajskiego kompletu kości.
        - Kompania twego ojca dostarcza na rynek rzadkie metale - ciągnęła St. Clair. - Rozglądam się 
ostatnio  za dobrymi  inwestycjami.  Może nieco naświetliłabyś  mi stan interesów taty.  Żadnych 
szczegółów, tylko takie dane, które przydają się inwestorom. No i ciekawostki, bo te też są ważne. 
Na przykład, ile towaru przecieka na lewo. I gdzie?
        Mayd spojrzała na St. Clair z uśmiechem.
        - Nie da rady, Michele - jęknęła. - Nie znam się na interesach. Chcesz wiedzieć, gdzie znikają 
te metale. Nie potrafię powiedzieć. Słyszałam tylko, jak ojciec narzekał, że musi jechać do jakiegoś 
miejsca, które nazywa  się Aira. Airabus. Mówił, że tam jest paskudnie i zimno, a szlachetnie 
urodzony   nie   zasłużył   na   takie   traktowanie.   Rozumiesz?   Chciałabym   się   odwdzięczyć,   ale   po 
prostu nic nie wiem.
        Erebus. Znaczy, że to tam mieszczą się tajne stocznie Tahnijczyków. Z dawna podejrzewano 
istnienie tych placówek. Dla imperatora taka informacja jest na wagę rocznych wpływów.
        - Trudno - oznajmiła St. Clair. - Spróbowałyśmy. A teraz posłuchaj. Zatrzymam te zapisy i 
otworzę   ci   kredyt   na,   powiedzmy,   jeszcze   dziesięć   tysięcy.   Los   na   pewno   się   odmieni,   może 
następnym razem to ja poproszę cię o przysługę. Niech to będzie umowa między nami dwiema. I 
jeszcze jedno. Rada jak dla siostry. Przestań podwajać stawkę, gdy przegrywasz. Wstrzymaj się z 
tym do chwili, gdy sprzyja ci los, a wtedy zajdziesz daleko.
        Mayd ucieszyła się, jakby Michele przekazała jej sześć zagubionych w pomroce dziejów (lub 
jeszcze na górze Synaj) przykazań. St. Clair musiała zaś sporo się jeszcze natrudzić, aby klientka 
zapomniała o dobrych radach oraz wszelkiej ostrożności i jak najszybciej przegrała dodatkowe 
dziesięć kawałków.
        Sprawa wyglądała aż za pięknie.
        - Takich cudów nie ma - mruczał sobie Kilgour, wyłażąc spod ślizgacza i kierując kroki do 
parku. Po paru kwadransach spędzonych pod pojazdem wiedział już, czemu maszynę porzucono - 
resztki oleju z cieknącego jak sito układu hydraulicznego paskudnie poplamiły mu ubranie.
        Chociaż z drugiej strony, miał szczęście.
        Jeden z agentów, bardzo zaufany (przynajmniej taki był dwanaście minut wcześniej), spytał 
Kilgoura, czy interesuje go kontakt z pośledniejszym urzędnikiem z działu płac marynarki. To 
nieszczęśliwy człowiek, wyjaśnił agent, bo został pominięty przy awansach. Za twardą imperialną 
walutę chętnie dostarczy listę poborów dowolnej jednostki.
        Spotkanie umawiano już dwakroć i dwakroć odwoływano, najpewniej z powodu rozwijającej 
się paranoi owego urzędnika. Cóż, do trzech razy sztuka.
               Mieli  przyjść  do pewnego parku, który Alexowi kojarzył  się raczej  z pustym  placem 
apelowym na minutę przed capstrzykiem. Szczegóły transakcji były w zasadzie uzgodnione - spora 
kwota w zamian za listę płac personelu pomocniczego Rady Tahnu.
        Biurokrata zastrzegł, że jeśli w parku zoczy kogoś podejrzanego, to zniknie i nici z rozmowy.

background image

        Aż za ładnie.
          Kilgour przyszedł kilka godzin wcześniej, aby sprawdzić park oraz pobliskie budynki. Co 
ciekawe, okoliczni mieszkańcy jak jeden mąż uwielbiali telewizję. Wszyscy mieli na dachach nowe 
anteny satelitarne.
        Potem Alex wynajął miejscowego alkoholika. Kupił mu dwie butelki taniego sikacza i obiecał 
następne dwie, jeśli gość wypije je na ławce w parku.
        Na koniec wpełzł po ślizgacz i czekał.
               Godzinę   przed   umówionym   spotkaniem   na   przyległych   uliczkach   zaparkowało   kilka 
pojazdów. Nie miały anten ani innych dodatków, ale za to dysponowały potężnymi generatorami 
McLeana.
        Właśnie.
        Kilgour chciał poczekać, aż urzędnik się pojawi, i odebrać listę w chwili, gdy wszystkie asy 
kontrwywiadu rzucą się na bogu ducha winnego pijaczka.
          Ale wyszło inaczej i zupełnie nieefektownie. Ostatecznie Kilgour dosłownie wyśliznął się 
spod pojazdu i cichcem zniknął za rogiem.
        - Dobra robota, chłopaki, ale gdzie wam do Oskara - mruknął pod nosem zasłyszane kiedyś 
stwierdzenie i zastanawiając się, kim właściwie był ów Oskar (albo Oscar, może Egon), ruszył do 
klubu “K’ton”. Chyba mają tam jakąś pralnię.
        
        Kapitan Lo Prek trafił przed oblicze lorda Wichmana dopiero przy trzeciej próbie.
          Za pierwszym razem potężnie wystraszył dostojnika. Gdy adiutant lorda przekazał swemu 
panu, że pewien oficer wywiadu prosi o audiencję, Wichman zbladł. Chociaż wręcz karykaturalnie 
uczciwy, słyszał różne rzeczy o wywiadzie i w większość z nich wierzył. A mawiano, że te typy na 
żądanie potrafią oskarżyć nawet własną matkę i kości zmusić do zeznań.
               Jednak skoro  kapitan  najpierw  wystosował   list  z  prośbą  o  spotkanie,   to  zapewne  nie 
reprezentował wywiadu.
        Petycję odrzucono.
        Otrzymawszy drugie podanie, Wichman kazał sekretarzowi sprawdzić akta natręta.
          Z danych wynikało, że Lo Prek jest zdolnym i szanowanym oficerem. Ale to za mało, by 
marnować czas na rozmowę ze szpiegiem.
        Za trzecim razem kapitanowi dopisało szczęście. Wichman nudził się akurat i nie miał ochoty 
przeglądać   raportów   przemysłowych.   I   tak   meldowały   o   samych   trudnościach,   chwilowych 
oczywiście.
        Lo Prek, choć monotematyczny maniak, wiedział, jak przedstawić swoją sprawę.
        Wichman słuchał go z rosnącym zainteresowaniem.
        Kapitan był przekonany, że pewien człowiek, niegdyś jeniec w obozie Pasteura szwendał się 
po Heath. Już wcześniej popełnił wiele wykroczeń kryminalnych. A nawet gorzej.
        Cóż, prawdopodobne...
          A obecnie, tenże Sten szalał w podziemiu przestępczym. I znów uderzy. Już teraz Lo Prek 
mógł powiązać z jego osobą wiele aktów sabotażu, przypadków szpiegostwa i ogólne podkręcanie 
antywojennych nastrój ów.
        Wichman przejrzał dostarczoną przez kapitana dyskietkę. Oficer zgromadził naprawdę sporo 
danych, a wszystko nieoficjalnymi kanałami.
        Niesamowite i fascynujące.
        Wichman podjął decyzję. Lo Prek działa pod wpływem obsesji, bo ten imperialny zbrodniarz, 
najpewniej albo nigdy nie istniał, albo od dawna gnije w jakimś rowie. Ale dobrze jest mieć pod 
ręką osobę tak skłonną do poświęceń i dociekliwą. Kto wie, co jeszcze ten maniak znajdzie i na co 
się może przydać. Imperator (przeklęty do n-tej potęgi) obstawiał się podobnymi ludźmi i nieźle na 
tym wychodził.
        Wichman spojrzał na ekran, po czym uśmiechnął się do gościa.

background image

        - Myślę, że mam dla pana zajęcie, kapitanie.
        
        
Rozdział trzydziesty dziewiąty
        
          Niszczyciele admirała Masona uderzyły na planetę jednocześnie. Celem ataku był ojczysty 
świat   Tahnijczyków,   czyli   Heath.   Nosy   statków   błyskawicznie   rogrzały   się   od   tarcia 
atmosferycznego. Dopiero wtedy armia poczuła się zaalarmowana.
         Obrona powietrzna od lat ćwiczyła głównie parady i polerowanie baterii, przez co niewiele 
pamiętała z ostrego strzelania. Najpierw stracono sporo minut, szukając oficerów znających kody 
uzbrajania pocisków.
         Członkowie obrony cywilnej rzucili się do szuflad i komódek w poszukiwaniu opasek oraz 
stalowych   hełmów.   Potem   zaczęli   kartkować   instrukcje,   by   się   dowiedzieć,   jakie   właściwie 
powinni wypełniać obowiązki.
               Tysiące kanałów radia i telewizji przerwało audycje, aby nadać grzmiący sygnał alarmu 
inwazyjnego. Robotnicy w panice pobiegli do schronów. Tych samych, z których od lat żartowali i 
na które klęli, gdy policjant wlepiał mandat za brak subordynacji podczas ćwiczebnych alarmów.
          Trzy stacjonujące wokół stolicy dywizjony myśliwców przechwytujących potrzebowały aż 
kwadransa, by poderwać pary dyżurne. Cóż, na co dzień wystawiali jedynie eskortę honorową dla 
statków prominentów.
          W chwili wystrzelenia przez Tahnijczyków pierwszych rakiet oraz pocisków, niszczyciele 
znajdowały się już poza atmosferą. Dawno włączyły główny napęd AM2 i umykały na pełnej 
mocy.
          Rajd został zaplanowany bardzo starannie. Z założenia miała to być impreza jednorazowa. 
Niszczyciele   Masona   otrzymały   wszystkie   sprawdzone   nowinki   (nawigacja,   uzbrojenie, 
maskowanie) oraz dodatkowe zapasy prowiantu i materiałów pędnych. Dwa tygodnie przekradały 
się przez obszar imperium Tahnu. W razie czego korzystały z rozszyfrowanych po Durerze kodów 
łączności wroga.
        Wieczny Imperator liczył na dwie rzeczy.
        Po pierwsze, że flagowy niszczyciel Masona, “Burkę”, wystrzeli przemyślnie spreparowany, 
monstrualny pocisk.
        Pocisk poleciał zgodnie z planem.
        Z wyglądu przypominał igłę z dodatkowym zestawem stateczników na dziobie oraz zwykłymi 
płaszczyznami na ogonie. Zespół napędowy (AM2) pochodził z seryjnej rakiety statek-statek typu 
Kali. Głowicę stanowił ładunek wielu ton klasycznego materiału wybuchowego. Osłonę głowicy 
wzmocniono grubym płaszczem z “imperium X”.
               Sześć niezależnych  systemów nawigacyjnych,  opartych  na różnych zasadach działania, 
zapewniało pociskowi sto procent celności.
        I nie chybił. Wyrżnął dokładnie w sufit sali posiedzeń Rady Tahnu. I zniknął, jakby nigdy nic. 
Spokój.
        Komendant pałacowej straży pozbierał się z podłogi, gdzie cisnął go wstrząs. Doszedł nieco 
do siebie i posłał swojemu zastępcy uśmiech.
        - Cholerni imperialni. Tyle hałasu, żeby...
        Nie dokończył.
        Pocisk wbił się prawie trzysta metrów poniżej poziomu gruntu. Dopiero tam głowica uległa 
zmiażdżeniu i zapalnik zadziałał.
        Potężna eksplozja wytworzyła całkiem sporą jaskinię.
               Oryginalny projekt pocisku pochodził sprzed tysięcy lat. Wynalazek niejakiego Barnesa 
Wallisa puszczono w niepamięć, gdy pojawiły się, aż nadto skuteczne ładunki nuklearne. Twórca 
nazwał swe dzieło “bombą wywołującą trzęsienia ziemi”. Nieprecyzyjne, ale efektowne określenie. 

background image

Zadaniem pocisku było wniknąć w głębsze warstwy gleby i tam dopiero eksplodować. Tytułowa 
“bomba” stanowiła właściwie kamuflaż.
          Wszystko przebiegało zgodnie z założeniami. Strop sztucznej jaskini nie wytrzymał długo. 
Pałac Rady Tahnu zniknął niczym w teatralnej zapadni.
         Dumny symbol tahnijskiej władzy został zredukowany do dziury w ziemi otoczonej wałem 
ruin.
        Uderzenie nastąpiło we wczesnych godzinach porannych, ofiarą ataku zatem padło tylko kilku 
dostojników, gównie zresztą niższej rangi. Niemniej szlag trafił system łączności oraz umieszczone 
w piwnicach centrale i przekaźniki.
        Imperator wcale nie pragnął zagłady członków Rady Tahnu. Wolał zachować ich przy życiu - 
przerażonych i zmuszonych do wyjaśnienia obywatelom, jak mogło dojść do rzeczy niemożliwej. 
Imperialni  nie dość, że  ośmielili  się dokonać zamachu  na Heath, to  jeszcze  atak  się powiódł. 
Władca wiedział też, że od tego momentu Rada będzie świadoma swej tymczasowości. Imperator 
dowiódł, że może zabić lordów w każdej chwili i zdani są na jego kaprys.
          Reszta niszczycieli miała inne zadanie, i to właśnie był drugi pomysł, z którym imperator 
wiązał duże nadzieje.
        Przelatując nad miastem, jednostki bojowe wystrzeliły tysiące małych pocisków.
        Urządziły stolicy nalot dywanowy.
               Owszem, imperator zapewniał Sullamorę, że nie pragnie wojny totalnej. Że brzydzi się 
masakrą. Ale więcej prawdy zawierały słowa, wygłoszone podczas oficjalnego przemówienia pod 
koniec pierwszego roku wojny. Władca obiecywał wówczas Tahnijczykom, że przyjdzie taki dzień, 
gdy niebo zapłonie i zwali im się na głowy.
          W sercu imperium Tahnu rozszalał się ognisty sztorm. Centrum miasta po prostu zniknęło 
stopione, spopielone... Ci, przyłapani na ulicach, nie zostawili po sobie nawet cieni. Chodniki i 
jezdnie płynęły jak rzeki. Nieszczęśnicy w schronach podusili się z braku zasysanego przez ogień 
tlenu. Jedyne w okolicy jezioro, stawy, fontanny zagotowały się, po czym szybko wyschły. Burza 
ogniowa spowodowała tornado. Słup dymu i płomieni sięgnął na kilka kilometrów wysoko. Obszar 
całkowitego zniszczenia miał ponad kilometr średnicy. Zerwała się wichura gnająca z szybkością 
ponad dwustu kilometrów na godzinę.
        Kataklizm sparaliżował wszystkie służby. Ocalałe szpitale, oddziały straży pożarnej i obrony 
cywilnej na niewiele się zdały.
        Centrum miasta płonęło przez blisko tydzień.
        Zginęło pół miliona ludzi.
        Imperator mógł być zadowolony.
        
        
Rozdział czterdziesty
        
        Pastour czuł się zbrukany. Dodatkowo wręcz kipiał z wściekłości. Właśnie wyszedł wraz ze 
swoją obstawą ze schronu; z oddali dobiegało zawodzenie syren odwołujących kolejny fałszywy 
alarm. W ciągu trzech dni od bombardowania ogłoszono ich przynajmniej tuzin. Za każdym razem 
wszyscy musieli się kryć. Schron w ogrodzie był głęboki, dwadzieścia metrów pod murawą, ale 
ciasny.   Pastour   miał   już   dość   zabawy   w   małą   myszkę,   która   zmyka   przed   drapieżnikiem. 
Szczególnie   poniżające   były   te   chwile,   gdy   myszołów   okazywał   się   zupełnie   niewinnym 
skowroneczkiem.
        Pastour zatrzymał się tuż przed stalowymi drzwiami. Większość personelu od razu skierowała 
się   ku   wygodnym   pomieszczeniom   tego   piętrowego   pudełka,   które   tu   zwano   domem.   Pastour 
wyrósł w zgiełku fabryk i wiele wycierpiał, nim zyskał obecną pozycję. Tym bardziej cenił sobie 
prywatność. Dom zbudował wiele lat temu. Uważał, że nie należy tracić kontaktu z korzeniami i 

background image

specjalnie wybrał parcelę położoną blisko przemysłowych przedmieść Heath. Postąpił niezbyt po 
tahnijsku, ale to zapewne zdecydowało o jego sukcesie.
        Pamiętał jeszcze te czasy, gdy sam był najemną siłą, niewolnym człowiekiem w fabrycznym 
kieracie. I wierzył, że potrafi dogadać się z robotnikami. Wszyscy konkurenci stosowali politykę 
kija. Trudno, widać tak trzeba, uznawał. Ale jego kompanie pokazywały też marchewkę.
               Robotnicy Pasteura mogli liczyć na względny szacunek. Tym najzdolniejszym i najciężej 
pracującym   oferowano   nawet   darmową   opiekę   medyczną.   Nie   z   utopijnej   miłości,   ale   z 
wyrachowania. Tego samego, które skłoniło Pasteura do założenia obozu pracy w Koldyeze. Jego 
fabryki nie przypominały robotniczego raju, warunki pracy były w nich z reguły barbarzyńskie. 
Kapitaliści z Centralnego Świata wstydziliby się zarządzać czymś podobnym. W innych systemach 
tak potraktowani robotnicy sami dawno wznieciliby rewolucję. Niemniej w przyszłości Pastour i 
tak miał zostać osądzony jako “wyrozumiały”. 
        Dom zbudował właśnie tutaj, bo jak sam powiedział: “pragnę mieszkać między nimi”. Ale z 
prywatności  nie chciał  i nie potrafił  zrezygnować,  zażądał  zatem  projektu budynku  o czterech 
nagich i pustych ścianach. Wykluczył jakiekolwiek kontakty z sąsiadami. Wewnętrzny dziedziniec 
przemienił w park ze ścieżkami i fontannami. W centrum wznosiła się kopuła oranżerii.
               Członkostwo w Radzie o mały włos pozbawiłoby go ogrodu. Minusem tych wszystkich 
zaszczytów był stawiany radnym wymóg posiadania w rezydencji “małego schronienia, zdolnego 
wytrzymać bliską eksplozję nuklearną”. Rządowi architekci od razu wskazali na dziedziniec.
               Pastour już miał zrezygnować w uprzejmych  słowach, gdy znalazł rozwiązanie. Wziął 
własnego, zaufanego projektanta, zajrzał do banku, uszczuplił własne konto, po czym poruszył 
szereg   sznurków.   Wydębił   z   armii   laser   wielkiej   mocy   oraz   zestaw   ciężkich   podnośników. 
Unoszenie całego ogrodu wraz z warstwą gleby trwało kilka miesięcy.  Schron zbudowano pod 
spodem; niewielki, Pastour nie zamierzał trwonić pieniędzy na głupstwa. Gdy prace ukończono 
bezcenny ogród spoczął w dawnym miejscu, ślady robót usunięto.
               Właściciel rozejrzał się z dumą. Owszem, zostało jeszcze kilka drobnych usterek, jak na 
przykład mało wydajny system irygacyjny. Trzeba było korzystać z pomp odprowadzających wodę 
do   pobliskiego   ścieku.   Czasem   trochę   zatapiano   przy   tym   ulicę,   ale   czyszczenie   kanałów   po 
każdym obfitym deszczu nie kosztowało aż tak drogo.
          Pastour zauważył salutującego szefa ochrony, który przystanął obok, gotów odeskortować 
gospodarza na pokoje. Pastour odprawił go gestem dłoni. Ostatnie trzy dni strachu nie ułatwiły 
możnowładcy życia. Wiedział, że strażnicy będą nalegać, aby czym prędzej wszedł do środka, a 
sami przystąpią do szczegółowej kontroli domostwa, co zajmie im parę godzin. On znowu odmówi 
i pośle ich do diabła, by zażyć nieco samotności w oranżerii. Celowo nie zainstalował tam żadnych 
telefonów,   dzięki   czemu   mógł   spokojnie   godzinami   przesiadywać   na   malutkich   wysepkach 
słuchając tylko szumu pomp i brzęczenia specjalnych świetlówek.
               Rzeczywiście, rozmowa ze strażnikami powtórzyła się jak co dnia i znów wygrał. Czym 
prędzej schronił siew cieplarni.
               Gdy już przekroczył próg oazy, gniew przeszedł mu jak ręką odjął, nawet zmarszczki na 
twarzy jakby się wygładziły. Było ciszej niż zwykle. Wzruszył ramionami. Pewnie dlatego, że przy 
dzisiejszej   pogodzie   maszyneria   nie   musi   się   tak   wysilać.   Te   same   bomby,   które   zabiły   setki 
tysięcy ludzi, przejściowo złagodziły też klimat znacznych połaci planety.
        Przespacerował się wzdłuż szpaleru strączkowatych pnączy. Zerwał obumarłe liście, poprawił 
zaczepy  sieci   nośnych   i  z  przyjemnością  zauważył,  że   mało  zmieniło  się   tu  od  ostatniej  jego 
wizyty.
        Skręcał właśnie na centralną wysepkę, gdy pojął, czego mu brakuje. Nie odgłosu pomp, ale 
bzykania owadów sprowadzonych z daleka i za ciężkie pieniądze do zapylania kwiatków.
        Chowały się skrzętnie zawsze, gdy wyczuły czyjąś obecność. Pastoura już znały i nie uważały 
go za zagrożenie, w środku zatem musiał być ktoś jeszcze...

background image

               - Ostrożnie, pułkowniku - powiedział intruz. - Proszę nie czynić niczego bez głębokiego 
namysłu.
          Była to naprawdę dobra rada. Gdy Pastour dojrzał wreszcie Stena i jego broń wymierzoną 
prosto w swój radcowski brzuch, w pierwszych odruchu zapragnął rzucić się na śmiałka i rozedrzeć 
gębę o pomoc. Ale powstrzymał się. Groziło mu albo zabójstwo, albo porwanie. Rozmawia ze 
mną, pomyślał, więc chyba chodzi o porwanie. A jeśli tak, to zaraz zaczną się negocjacje. Akurat w 
dyplomatycznych rozmowach Pastour był naprawdę dobry. Ale musi wyglądać na spokojnego.
        Sten pilnie obserwował gospodarza. Kiedy już widział, że tamten jest bliski podjęcia jedynej 
słusznej decyzji, opuścił broń. Oparł się o ławkę i skinął na Pastoura, by przysiadł na sterczącej 
obok żerdzi. Radny posłuchał. Jednocześnie zastanawiał się, jakim cudem nieproszony gość zdołał 
przeniknąć przez wszystkie bariery straży i czujników. Potem dopiero dostrzegł odsuniętą kratę 
przy wylocie półmetrowego kanału odpływowego.
               - Zawsze  uważałem,  że  ten schron to poroniony pomysł  - wykrztusił  i roześmiał  się 
mimowolnie.
        Sten nie widział w tym nic śmiesznego, ale Pastour machnął ręką na wyjaśnienia. Zbyt wiele 
do opowiadania.
        - Jak zamierza pan mnie stąd wyprowadzić? - spytał. - Jestem za stary na takie zakamarki. - 
Wskazał odpływ.
        - Pan zostaje tutaj - odparł Sten.
          Pastour zmarszczył brwi. Czyżby jednak zabójstwo? Maniakalny morderca, który uwielbia 
bawić się z ofiarą? Nie, młody człowiek wyglądał na w pełni zrównoważonego.
        - No to, czego pan chce?
        - Porozmawiać. Tylko tyle. To pomysł mojego szefa.
        Pastour spojrzał zdumiony. Szefa?
        - Zna go pan pod mianem Wiecznego Imperatora. Proponuje układ. Zobaczymy zaraz, co uda 
nam się osiągnąć.
        Pastour zwątpił we własną znajomość ludzi. Może faktycznie szaleniec? I co z takim zrobić? 
Wiedział, że absolutnie nie wolno mu wchodzić w obłąkaną grę intruza. Zanim zebrał słowa, gość 
sięgnął   do   kieszeni   i   rzucił   gospodarzowi   coś   pod   stopy.   Pastour   podniósł,   spojrzał   i   aż   go 
zatchnęło. Znak osobistej pieczęci imperatora! Nie musiał sprawdzać autentyczności.
               Zatem   mężczyzna   jest   dokładnie   tym,   za   kogo   się   podaje:   emisariuszem   Wiecznego 
Imperatora. Pytania napłynęły całym potokiem. Jedno narzucało się najsilniej. Czemu właśnie ja? 
Pastour poczuł, jak wraca mu wściekłość. Czy ten cholernik uważa, że jestem zdrajcą? Aż tak nisko 
mnie ceni?
        - Mój szef chce tylko, aby był pan świadom jego intencji - wyjaśnił Sten. -1 tego, że myśli o 
panu. Proszę uważać to jedynie za próbę podjęcia dialogu.
        - A co niby takiego miałbym mu powiedzieć? - spytał lodowato Pastour.
        - Chwilowo nic.
          - Czy usiłowano nawiązać kontakt z kimś jeszcze? - Gospodarzowi chodziło o pozostałych 
członków Rady.
        - Z nikim, prócz pana.
         Zapadła długa cisza. Sten jej nie mącił. Chciał, aby gniew narósł w Pasteurze. Im większy, 
tym lepiej, bo tym znaczniejsze będzie późniejsze zmieszanie. W końcu zarzucił haczyk.
        - Jak podobało się panu niedawne widowisko? Szef bardzo się starał.
        Pastour skrzywił się na wspomnienie nalotu sprzed trzech dni. Sam uważał ten atak za znak 
siły i zdecydowania imperatora. Obecność Stena w prywatnej oranżerii tylko potwierdzała domysł. 
Niemniej...
        - Jeśli imperator sądzi, że taka tchórzliwa napaść na niewinnych ludzi osłabi naszą...
          - Zaczyna pan mówić jak polityk, pułkowniku - przerwał mu Sten. - Mam nadzieję, że nie 
myśli pan w ten sposób. Bo jeśli tak, to może się pan przygotować na jeszcze większe ofiary.

background image

        - Nie odpowiedział pan na moje pierwsze pytanie - odpalił Pastour. - A raczej zbył je pan. Nie 
lubię takiego traktowania. Raz jeszcze, czego się ode mnie oczekuje?
        - Jeśli przypuszcza pan, że mój szef chce skłonić pana do zdrady, to mocno się pan myli. Jako 
zdrajca byłby pan dlań bezużyteczny.
        - A ile jestem wart obecnie?
          - Nadejdzie taki dzień, gdy pojmiecie własną klęskę. Imperator pragnąłby mieć wówczas z 
kim rozmawiać.
               Pastour rozumiał, że Sten mówi o kapitulacji. Dziwne, ale podobna perspektywa jakoś 
radnego   nie   wzburzyła.   Aż   się   zaniepokoił.   Co   ze   mnie   za   Tahnijczyk?   Kapitulacja?   Nie   do 
pomyślenia. Nie do przyjęcia. Chociaż...
        - I co dalej? - spytał.
        Sten wiedział już, że przynęta chwyciła.
         - Niewiele więcej. Może tyle, że wszystko pójdzie dużo łatwiej i mniej krwi popłynie, jeśli 
ktoś   z   waszego   rządu   jednak   przetrwa.   Imperator   żywi   nadzieję,   że   pan   okaże   się   tym 
szczęśliwcem.
        Pastour przytaknął. Znał sztukę przetrwania lepiej niż ktokolwiek inny w Radzie.
        - A zatem?
        Sten zawahał się. Tego nie było w instrukcjach, ale niech tam. Zaryzykował.
        - Koldyeze.
        - Co z nim? - zdumiał się Pastour.
               -  Imperatora   niepokoi   los  więźniów.  -  Sten  kłamał,   aż  się   kurzyło.  -  Niezależnie  od 
okoliczności jeńcy powinni być godnie traktowani. A ponieważ to pan poddał pomysł...
               Pastour zaczynał  chwytać. Słyszał, że imperator przywiązuje dziwnie wielką wagę do 
szanowania   praw   niższych   klas.   Nawet   jeńców   wojennych.   Czemu   ta   banda   tchórzy   miałaby 
kogokolwiek obchodzić, tego akurat nie rozumiał. Ale ostatecznie, co go to będzie kosztować?
        - Proszę przekazać imperatorowi, żeby już się nie martwił tą sprawą. Zrobię co w mojej mocy. 
Ale niech wasz władca nie uznaje tych słów za rodzaj ustępstwa czy deklaracji, jakoby nasza 
klęska...
        Sten roześmiał się, unosząc dłoń w geście poddania. Pastour też nie opanował chichotu. Znów 
wlazł w skórę polityka. Sten wyprostował się i skierował swe kroki do kanału.
        - Tak po prostu mnie pan zostawia? - spytał Pastour. - Skąd pewność, że nie zawołam zaraz 
straży?
          - Stawka jest zbyt wysoka. Moje życie nie znaczy tu wiele - odparł krótko Sten, po czym 
zniknął w rurze.
               Pastour w lot pojął, że emisariusz miał rację. Nasunął nogą kratkę na miejsce i zajął się 
ogrodem.
        
        
Rozdział czterdziesty pierwszy
        
               Program   historyczny   późniejszych   epok   ukazywał   drugi   etap   wojny   imperium   z 
Tahnijczykami jako balet kolorowych strzałek. Czerwone (albo niebieskie czy jakiekolwiek inne) 
znaki symbolizujące siły Tahnijczyków cofały się wdzięcznie przed napływem barw imperium. Na 
podbitym  polu zostawały tylko  samotne  punkciki  ufortyfikowanych  światów (takich  jak Etan). 
Odcięte od swoich, bezwolnie popadały w ruinę.
        Przeciętny student mógł sądzić, że nawet obozowy dureń wiedział, o co chodziło w tej wojnie 
i kto kogo bije.
        Było wręcz przeciwnie.

background image

               Marynarze   ładowali   zaopatrzenie   oraz   amunicję,   ruszali   w   nudny   rejs   i   docierali   do 
wyznaczonych   rozkazami   punktów,   gdzie   bez   większego   strachu   pozbywali   się   ładunku 
tradycyjnie lub przez wyrzutnie.
               Żołnierze   ćwiczyli   do   siódmych   potów,   pełni   niepokoju   wchodzili   na   pokłady 
transportowców, lądowali, gdzie im kazano, i atakowali. Zabiwszy wszystkich Tahnijczyków w 
okolicy, wracali do bazy (starej lub nowej, którą trzeba było dopiero zbudować), znów ćwiczyli i ze 
wszystkich sił starali się zapomnieć, że wyzwolić może ich tylko śmierć lub ciężkie obrażenia. 
Albo zwycięstwo.
        Dla nich jedynym prawdziwym triumfem było ujrzenie następnego poranka.
        Szczęśliwie dopiero po dwudziestu latach specjaliści od statystyki obliczyli, że podczas tamtej 
pamiętnej wojny przeciętny żołnierz miał szansę przetrwać żywy na pierwszej linii co najwyżej 
trzydzieści dni.
        Bardzo niewielu (co i dobrze) doświadczało tych trzydziestu dni po dwakroć.
        Istniały wszakże wyjątki. Program o tym milczał, ale klęski też się trafiały.
        Jedną z nich stało się lądowanie na Pel/e.
               Stratedzy imperatora uznali system Pel/e za cel priorytetowy. Leżał dokładnie pośrodku 
ramienia galaktyki i od dłuższego czasu wchodził w skład Tahnu. Nadawał się na budowę bazy 
wypadowej do poszukiwań z dawna tropionych stoczni wroga.
          Do ataku wybrano “szczęśliwą” Ósmą Dywizję Gwardii. Po dwóch tygodniach wstępnego 
bombardowania marynarka stwierdziła, że opór Tahnijczyków został krwawo stłumiony. Ruszyły 
desantowce. Pierwszą falę wróg zdziesiątkował w atmosferze. Drugą dopiero na dole.
               Imperialni fachowcy pokpili sprawę jak rzadko. Założyli, że skoro państwo Tahnu jest 
strukturą   totalitarną,   starczy   zniszczyć   lub   odizolować   co   ważniejsze   centra   dowodzenia,   a 
żołnierze sami porzucą broń i pomyślą o samobójstwie. W najgorszym razie będą walczyć, ale 
chaotycznie i nieskutecznie.
               Zapomnieli o drobiazgu znanym jeszcze z przedwojennych statystyk. W tahnijskiej armii 
kadra   zawodowa   stanowiła   procent   mniejszy   niż   w   jakiejkolwiek   formacji   imperium.   Miast 
nadzorować, tresowano żołnierzy tak dokładnie, by sami się pilnowali. Aby w nagłej potrzebie 
przegrupowali siły, wybrali nowych dowódców i uderzyli.
        Podbój Pel/e miał trwać dwa miesiące. Nie planowano użycia innych jednostek prócz Ósmej 
Gwardyjskiej.  W   rzeczywistości   Tahnijczycy   zaniechali  oporu  (czytaj:   wyginęli   do  ostatniego) 
dopiero po dwóch standardowych latach. Przez okoliczne planety przewinęło się łącznie osiem 
dywizji. Ustanowiono nawet procedurę, zgodnie z którą każda nowo utworzona formacja spędzała 
w  systemie   Pel/e   jakiś   czas   na   ostrym   strzelaniu   -   taki   ostateczny   trenig   przed   rzuceniem   na 
pierwszą linię.
               Ósma   Gwardyjska   praktycznie  przestała   istnieć.   Do  chwili  wycofania  z  walk   straciła 
osiemdziesiąt   trzy   procent   stanu.   Dwóch   generałów   odesłano   do   cywila,   sztandar   oddano   do 
muzeum,   ocalałych   gwardzistów   rozrzucono   po   innych   jednostkach.   Dywizję   trzeba   było 
formować od nowa.
               Ponura afera. Co gorsza, inwazji dokonano, zanim jeszcze St. Clair odkryła, że utajnione 
stocznie mieszczą się w systemie Erebusa, ćwierć galaktyki od Pel/e.
               Siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy imperialnych i milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy 
tachnijskich poległych w bitwie o pietruszkę.
        
        Na Erebus uderzyło aż sześć zespołów operacyjnych pod dowództwem marszałka floty lana 
Mahoneya.
        Zwykle śmiano się z terminu “cele kluczowe”, czyli takie, których zniszczenie może z dnia na 
dzień   zakończyć   wojnę.   Używano   go   jako   kpiny   w   chwilach,   gdy   flota   żądała   większych 
przydziałów nie bacząc, że spełnienie jej żądań musiałoby zrujnować wszystkie inne służby.

background image

        Istniała też praktyka, że na takie cele (gdy już je wyróżniono) uderzano tylko raz i natychmiast 
się o nich zapominało, w błogim przekonaniu, że na przykład nikt już nie wyprodukuje w danej 
fabryce ani jednej śrubki więcej.
          Dopiero po wojnie fachowcy obliczyli, że efektywność orbitalnych bombardowań nie była 
wcale   taka   rewelacyjna.   Nie   tyle   zniszczone,   ile   uszkodzone   w   różnym   stopniu   obiekty, 
odbudowywano z wysiłkiem i byle fabryka zwykle osiągała po kilku miesiącach całkiem dobre 
wyniki produkcyjne.
        Erebus uznano za cel kluczowy.
               Realistycznie myślący Mahoney podszedł do sprawy inaczej, niż czyniła  to większość 
zupaków.
               System był wyśmienicie broniony. Tahnijczycy ściągnęli na Erebus wszystko, co tylko 
pozostało po wcześniejszych potyczkach. Dobrali najtwardsze, sfanatyzowane załogi.
        Mahoney ani przez moment nie wątpił w ich skłonność do poświęceń.
               Pierwsze   uderzenie   przyniosło   trzydzieści   procent   strat.   Unicestwiono   niszczyciele   i 
myśliwce, zaskoczone na lądowiskach Fundy, głównego świata systemu. Jeszcze więcej wraków 
stygło w przestrzeni.
        Mahoney ponowił szturm następnego dnia.
        Dwadzieścia osiem procent strat.
        Niektóre załogi zbuntowały się i zignorowały rozkaz ataku. Mahoney bez mrugnięcia okiem 
posłał nieposłusznych pod sąd polowy. Szemrających pilotów zmienił na bardziej karnych.
        Potem zamknął się w kabinie, poklął głośno, obmył twarz i posłał na śmierć kolejne tysiące 
ludzi.
        Po sześciu dniach nieustannego łomotania do bram Tahnijczycy zostali z gołymi rękami.
        Marszałek imperialny floty rzucił do walki pancerniki, monitory oraz krążowniki.
               Trzy jednostki liniowe i dwa potężne krążowniki zapłonęły miniaturowymi słońcami, ale 
stocznie Erebusa wyglądały na zniszczone.
        Mahoney kazał natychmiast powtórzyć uderzenie.
        Pewien zgłaszający obiekcje admirał musiał pożegnać się ze stanowiskiem.
        Atak nastąpił. Po nim przeprowadzono trzeci.
               Światy Erebusa przypominały idealne  miejsce pod parking. Parę setek buldożerów do 
niwelacji terenu i otwieramy.
               Na wszelki wypadek generał kazał zaorać powierzchnie planet bombami  wodorowymi 
wielkiej mocy. Naruszył przy okazji wszystkie możliwe konwencje wojenne.
          Gdyby Tahnijczycy chcieli odbudować stocznie, to mieli szansę zaoszczędzić na lampach. 
Robotnicy sami świeciliby w ciemności.
        
               Pierwsza Gwardyjska (niegdyś dywizja Mahoney a, obecnie pod dowództwem generała 
majora Galkina), lądowała jako pierwsza na Naha.
        Na tym etapie wiedziano już dobrze, jak najlepiej walczyć z Tahnijczykami.
        Nie strzelać do cywilów, dość mają własnych kłopotów. Odsyłać ich na tyły. Nie wierzyć w 
brak   pułapek.   Prawdopodobnie   wszystko   jest   zaminowane,   począwszy   od   flagi   na   maszcie, 
skończywszy na szkaradnej rzeźbie, otrzymanej w prezencie od lorda Fehrle.
               Tahnijczycy mogą być wszędzie. W leju po bombie obok drogi. Przywiązani do konaru 
drzewa.  Schowani  w  cokole   pomnika.   Ukryci  od  czterech   dni  w  spalonym  czołgu.  Czekający 
cierpliwie na okazję do strzału do kogokolwiek: żołnierza, kobiety, duchownego, cywila. I w tym 
jednym tylko dobrzy - w zabijaniu.
          Naha padł ostatecznie, i to niezależnie od faktu, że pod koniec obroną dowodziła osobiście 
lady Atago. Straty były dwukrotnie wyższe od przewidywanych, walka trwała trzykrotnie dłużej, 
niż zakładał sztabowy grafik. A mimo to żołnierze uznali, że mieli wielkie szczęście, wykpiwszy 
się z awantury tak szybko i tak tanim kosztem.

background image

        Imperium zyskało porządną bazę wypadową do ataku na samo serce państwa Tahnijczyków.
        Nadchodziła pora wielkiego lania.
        
        
Rozdział czterdziesty drugi
        
               Nawet biegły znawca  dyplomacji  Tahnijczyków  mógłby wyciągnąć  mylne  wnioski ze 
spotkania lorda Fehrle’ego i przywódców dwóch najważniejszych frakcji Rady, Wichmana oraz 
Pasteura.   Najciekawsze   obserwacje   dotyczyły   nieobecności   pewnych   prominentów.   Przede 
wszystkim w przyciemnionym gabinecie Fehrle’ego brakowało lady Atago. Komentator orzekłby, 
że musiało dojść do zmiany sojuszy i Atago wypadła z układu. Widać Fehrle uznał jej bohaterską 
gwiazdę za przygasającą.
        Tak oto rodzą się niezdrowe pogłoski. Ekspert byłby w błędzie. Fehrle pragnął zaprosić lady 
Atago, ale zaniechał prób pomyślawszy o jej pozie “rycerza w białej zbroi”.
        Swoimi propozycjami nijak nie chciał narażać tego czcigodnego wizerunku na szwank. Jeśli 
mi się nie uda, to ona, nieskalana, przejmie brzemię, myślał. Zamierzał przedstawić plan obliczony 
na korupcję i nielojalność jego własnych ludzi. Atago dostałaby szału, usłyszawszy coś takiego. Jej 
prosty żołnierski umysł nie ogarniał podobnych niegodziwości.
               Wichman mógł oponować, ale ostatecznie chyba ulegnie. Z Pastourem nie powinno być 
kłopotów, to człowiek o wyjątkowo trzeźwym podejściu do życia.
          Lord Fehrle sam podał gościom delikatne przekąski, sam wymieszał drinki. Wywiązała się 
rozmowa.   Zebrani   mężczyźni   zgodnie   uznali,   że   świat   jest   pełen   zdrajców,   szpiegów   i 
przekazujących im wiadomości głupców. Dla dobra sprawy Fehrle przejaskrawił sytuację.
          Jak należało oczekiwać, wstrząśnięty Wichman zażądał akcji lustracyjnej w wielkim stylu. 
Trzeba   usunąć   chore   tkanki   ze   zdrowego   ciała   narodu!   Pastour   natomiast   siedział   i   milczał. 
Dziwne.   Na   dodatek   bladł   z   każdą   chwilą.   Czyżby   Fehrle   się   przeliczył?   Miast   wesprzeć 
gospodarza,  Pastour zachował  się jak lady Atago. Stanie murem  za Wichmanem?  Niech krew 
popłynie? Gdyby tak miało być, Fehrle musiałby szybko zbyć temat (i udać, że nie było rozmowy)  
lub sporządzić nowy plan.
        Nie wiedział, że Pastour cierpi z powodu wyrzutów sumienia. Czyżby Fehrle go podejrzewał? 
Czy strażnicy czekają już za drzwiami? Jeśli tak, to czemu gospodarz patrzy na mnie, jakby szukał 
wsparcia? Pastour zrozumiał w końcu, co się szykuje. Pomóc? Niech to piekło pochłonie! Albo 
urwie łeb, albo... Trudno, wyciągam nóż, wola boska i skrzypce...
        - Przepraszam - powiedział wreszcie. - Ja też jestem zaniepokojony sytuacją, skoro wygląda 
ona tak, jak ją przedstawiłeś. Może nadeszła pora na zdecydowane działanie, ale...
        - Kontynuuj - sapnął Fehrle z nadzieją, że milczek wreszcie się otworzy.
        - Ale... może wcześniej dałoby się zrobić niejaki użytek z niektórych spośród tych ludzi.
        Wichman omal nie eksplodował. Zerwał się na równe nogi.
        - Jak śmiesz...
        - Cóż, niegłupi pomysł - mruknął Fehrle. 
        Wichman usiadł z impetem.
               - I ty też? Och! No... ciekawa koncepcja. Całkiem. - Biedak nie mógł się przez chwilę 
odnaleźć. - Jasna cholera! Najjaśniejsza! Co ja gadam?
        Fehrle i Pastour wybuchnęli śmiechem. Wichman nie wytrzymał w końcu i też zachichotał. 
Ponownie napełniwszy szkło, gospodarz wyłożył swój zamiar.
          Rzeczywiście planował posłużyć się autorami przecieków, ale subtelnie. Tak finezyjnie, że 
nawet   imperator   by   mu   przyklasnął.   W   rzeczy   samej,   strategia   była   żywcem   wzorowana   na 
postępkach imperatora.
          Fehrle zamierzył sobie wykorzystać fakt, iż siły imperialne targnęły się na pałac Rady. Na 
samym początku wojny wszyscy zdumiewali się reakcją imperatora na atak wymierzony w jego 

background image

oficjalną siedzibę. Każdy dziennik pokazał wówczas, jak władca potrząsa pięścią i odgraża się 
Tahnijczykom,   że   pomści   tę   zuchwałość.   Niby   pusty   gest,   a   jednak...   Wielu   wahających   się 
sojuszników wróciło zaraz potem do obozu imperatora. Osobliwa propaganda zadziałała. Przybyło 
statków, żołnierzy, a opinia publiczna przyklasnęła pokrzywdzonemu.
        Fehrle proponował zrobić to samo, ale na większą skalę. Chciał ruszyć w objazd dwudziestu 
dwóch systemów, spotkać się z miejscowymi przywódcami. I przemawiać, przemawiać. A przy 
stosownej okazji zawsze wbijać szpilę imperatorowi.
        Oto dumny i szlachetny Tahnijczyk desperacko walczący z wojennymi podżegaczami. Sam 
jeden przeciwko imperium zła. Będzie przysięgał, że mimo wszystko poprowadzi do wiktorii. I tak 
dalej na podobną nutę. Po cichu wykorzysta wszelkie środki, aby wzmocnić morale sojuszników. 
Przekona ich, by okopali swe domy i walczyli do ostatniego tchnienia. Jeśli powiedzie się taki plan, 
cena zwycięstwa okaże się zbyt wysoka dla imperatora.
               Wichman   był   zachwycony.   Pastour   mruknął,   akceptując   zamysł.   Pamiętał   jednak   i 
bombardowanie stolicy, i niespodziewaną wizytę Stena. Jeśli imperator ma aż tak długie ręce...
        - Obawiam się o twe życie, panie - stwierdził ostatecznie. - Czy zdołamy zachować rzecz w 
tajemnicy?   Wątpię.   Co   wówczas   powstrzyma   imperatora   przed   dokonaniem   zamachu?   Twoja 
śmierć może spowodować znaczące reperkusje.
        - Ależ ja chcę, by imperator się o wszystkim dowiedział - odparł Fehrle.
               Wichman ponownie przestał rozumieć. Pastour zaś przejrzał podstęp. Fehrle zamierzał 
przygotować dwa grafiki wizyt. Oficjalny i faktyczny.
               Na pierwszą stację objazdu wybrano planetę Arbroath. Świat bez reszty lojalny wobec 
Tahnijczyków.   Paradne   powitanie,   bankiet,   ordery.   Dygnitarze   padający   przed   Fehrle’em   na 
kolana. Cudowny obrazek propagandowy.  I nieważne, że w rzeczywistości  Arbroath stanowiło 
zakątek zabity dechami, a jego mieszkańcy byli tak głupi i beznadziejnie posłuszni, że wystarczyło 
zagnać ich do walki, a walczyli do upadłego.
        Naprawdę jednak Fehrle wylądowałby na Cormathen. Pastour pochwalił trafny wybór. Świat 
pełen urodzonych buntowników o duszach pradawnych Celtów. Do sojuszu przyłączyli się jedynie 
dlatego, że dziko i bezrozumnie nienawidzili imperium. Po wojnie należało oczekiwać, że uderzana 
Tahnijczyków (jeśli ci właśnie wygrają). Zresztą, po ostatnich niepowodzeniach na frontach już 
teraz   zaczynali   się   burzyć.   Należało   ich   uspokoić.   To   będzie   pierwszy   dyplomatyczny   sukces 
Fehrle’ego.
        Reszta agitacyjnej podróży miała wyglądać podobnie. Fałszywe pogłoski, a przy tym Fehrle 
wyrastający w najmniej spodziewanych miejscach. I dokładający imperialistom, ile wlezie.
               Pastour wraz z Wichmanem zadeklarowali entuzjastyczne poparcie. Poinstruują własnych 
ludzi, zajmą się członkami innych frakcji. Rada zatwierdzi projekt Fehrle’ego przez aklamację.
        Gdy przyszła pora złożenia gratulacji z okazji przyszłego sukcesu, Pastour przypomniał sobie 
o Stenie. I o Koldyeze. Zaiste dziwne było żądanie młodego człowieka. Przemysłowiec pomyślał 
jednak, że chyba wie, jak je spełnić. I pomnożyć wartość stawki do tysiąca procent.
               Podczas pierwszego etapu wojny w ręce Tahnijczyków trafiło wiele milionów jeńców. 
Rozmaitych. Głównie niekłopotliwych.
               Wszelako znajdowali się wśród nich również ważni dyplomaci, politycy i wysocy rangą 
oficerowie. Nawet pełni odrazy do jeńców Tahnijczycy czuli przed tymi ludźmi pewien respekt. 
Bez   przesady,   ale   jednak.   Zawsze   największym   problemem   było   znalezienie   odpowiednio 
świadomych politycznie strażników, wiedzących, kogo i dlaczego nie należy bić. Ostatnio bardzo 
ich brakowało, a uprzywilejowani jeńcy tkwili w obozach rozrzuconych na terenie całego świata 
Tahnu.
          Pastour chciał załatwić dwie sprawy naraz. Wziętych do niewoli ważniaków zgromadzi w 
Koldyeze. Potem osobiście (czyli przez swoich ludzi) dopilnuje, aby byli jak najlepiej traktowani. 
Wszystkie  jajka w jednym  koszyku. W razie  negocjacji pokojowych  jak znalazł. Idealna karta 
przetargowa.

background image

        To ostatnie przemyślenie pozostanie oczywiście jego słodką tajemnicą. Jeśli pragnie zyskać 
poparcie Fehrle’ego oraz Wichmana, musi odwołać się do ich krwiożerczości.
        - Gdy zgromadzimy pojmanych dostojników w określonym miejscu - dowodził - starczy fuzja, 
by upilnować całe towarzystwo.
        - A jeśli imperator nam odmówi, wtedy ich pozabijamy! - wtrącił się Wichman. - To lubię!
        Fehrle też znalazł dobre słowo.
               Gdy jakiś czas później z lekka pijany Pastour wrócił do domu, nie potrafił znaleźć słów 
uznania dla sprawności tahnijskiego systemu rządzenia. Kilka starannie dobranych słów, krótka 
rozmowa z dala od sceny oraz świadków - i proszę! Punkty widzenia uzgodnione, nieporozumienia 
zażegnane, poprawki uwzględnione... Przyszłość rasy pojaśniała. Poczuł się nagle wielkim patriotą.
        Gdy następnego dnia obudził się trzeźwy, natychmiast zaczął działania w sprawie Koldyeze.
        
        
Rozdział czterdziesty trzeci
        
          Tahnijczycy rozczarowywali Stena. Co to za imperium zła bez konspiracji i degrengolady? 
Gdzie   dysydenci?   Policja   namierzyła   nielicznych   wrogów   systemu   już   wiele   lat   wcześniej,   a 
jedynym ich grzechem była sugestia, że Rada winna częściej używać słowa “proszę”. Kontrwywiad 
walczył obecnie niemal wyłącznie z siewcami plotek oraz trywialnych dowcipów politycznych. I 
jeszcze z tymi biedakami, którzy sarkali, że każe im się pracować dwa razy więcej za te same 
pieniądze (i bez przerwy śniadaniowej).
               Natura szpiega nie znosi jednak defetystycznej próżni, zatem Sten i Alex wzięli się do 
produkcji zdrajców. Uznali, że najciekawiej będzie zacząć od kół wojskowych.
        Potencjalny kandydat powinien:
        
               1.   Narzekać   na   przebieg   wojny.   Choćby  do  lustra,   przy  goleniu   (admirał   Whoosis   z 
krążownika “Sabac” kwalifikował się idealnie).
        2. Cieszyć się powszechnym szacunkiem.
        3. Być oficerem liniowym, który wąchał proch lub służył przed wojną na planecie, gdzie byli 
też imperialni.
        
          Wcale nie musiał to być fanatyczny wyznawca tezy, że misją dziejową Tahnijczyków jest 
zabrać wszystkie dobra słabszym narodom. Sten wolał nawet unikać podobnych typów. Nie lubił 
politycznych popaprańców. Inna rzecz, że specjalnie na nich nie trafiał.
               Sporządziwszy listę kandydatów, wpakowali ją do komputera i dorysowali schemat całej 
siatki szpiegowskiej. Pilnowali, aby nie umieszczać na kluczowych stanowiskach osób, których 
brak mógłby wzmocnić potencjał wojenny wroga. Ofermy niech sobie żyją. Inni wręcz przeciwnie. 
I tak oto trzeci zastępca głównego płatnika, zastępca szefa kontrwywiadu i dowódca ordynariatu 
polowego otrzymali etykietki groźnych przywódców zbrojnego podziemia.
               Gdy ukończyli  preparowanie dokumentu,  nadali go ku nie istniejącej bazie imperium. 
Transmisja trwała króciutko, ale sygnał był wyraźny.
          Większość nazwisk dostarczył Alex. Sten zajął się inną sprawą - propagandową wycieczką 
Fehrle’ego. Pomysł wydawał się nawet sensowny, ale czemu wszyscy paplali o nim na okrągło? 
Nawet Służba Bezpieczeństwa nagle dostała słowotoku.
               Sten przesłał meldunek z planowaną trasą przewodniczącego Rady Tahnu. Wspomniał o 
Arbroath, podał nawet jadłospis Fehrle’ego, rozkład bankietów, spotkań, uroczystości związanych 
z   przyznawaniem   medalów.   Wszystkie   raporty   opatrywał   jednak   nagłówkiem   “Kat.   2”,   czyli: 
pogłoski pochodzące z zazwyczaj wiarygodnych źródeł. Brakło przekazów zaliczanych przez Stena 
do kategorii pierwszej: prawdziwe.

background image

        Nagle pewnego popołudnia Chetwynd dał znać przez umyślnych, że pilnie pragnie pomówić 
ze Stenem.
        Umówili się na parę głębszych. To dla odprężenia. Chetwynd zagaił dyskusję pytaniem, czy 
nie nadeszła właściwa pora, aby podnieść mu trochę stawkę. Przecież się stara. I czy nie powinien 
być informowany o niektórych przyszłych posunięciach imperium? Mógłby wtedy dać z siebie 
więcej. A co z nową ofensywą? Potem przeszedł do rzeczy.
        - Jeden mój stary kumpel trafił na coś ciekawego. To dobry agent, prawie najlepszy.
        - Czyli wprawny złodziej. 
        Chetwynd spojrzał na Stena z wyrzutem.
        - Przestań być taki podejrzliwy. Nie złodziej tylko bojownik o wolność.
        - Już się poprawiam. Dobry złodziej.
        - Zeszłej nocy krążył wkoło portu, rejon 23YXL. Tam, gdzie są najlepiej strzeżone magazyny. 
Szukał tematu. - Chetwynd zachichotał i popił. - Trafił na pewien magazyn. Strażnicy jak dęby. 
Uznał,  że   to  dziwne.   Wlazł  na  dach   i  nagle   się  okazało,  że   za  wywietrznikiem  siedzi   dwóch 
gliniarzy po cywilnemu. Był blisko, ale go nie dorwali. Na dole zaś roiło się o tajniaków. Poznał 
paru. Wszyscy z kontrwywiadu. Cholera jedna wie, co złożyli w tym magazynie, ale chyba warto 
rzucić okiem.
        Chetwynd poczekał na kolejny plik banknotów. Bez zobowiązań. Może ten szczur Chetwynda 
naprawdę coś widział. Może nie. Raczej nie.
        Alex omiótł magazyn spojrzeniem poprzez okulary z mnożnikiem i syknął przez zęby.
        - Więcej ich matka nie miała? Nasypało jak pcheł na starym Szkocie.
               Było co podziwiać. Obfitość dozorców to jedno. Ponadto z pół kilometra od magazynu 
wylądował   statek,   rozpoznany   przez   Stena   jako   uzbrojony   frachtowiec.   Na   pozór   nic 
nadzwyczajnego. Jednak środki bezpieczeństwa podjęte na płycie, aż się prosiły o chwilę refleksji. 
Na   specjalnie   opróżnionym   lądowisku   pojawiły   się   trzy...   nie,   cztery   kręgi   żołnierzy.   Brak 
mundurów niczego nie zmieniał. Teren cały czas oświetlały wiązki szperaczy.
        - Coś ładują - szepnął Kilgour, przekazując Stenowi lornetę. Ten przytaknął.
        - Tyle mają z cywili, że nie łażą w nogę.
        Naprawdę ciekawe. Wręcz fascynujące. Magazyn musiał kryć jakiś niebywale cenny towar, 
który   wymagał   ręcznego   ładowania,   i   to   w   środku   nocy.   Materiał   jak   raz   dla   Imperialnego 
Wywiadu. Sten chętnie zajrzałby do pozbawionych oznaczeń pakunków. Obchodzono się z nimi 
nad wyraz delikatnie.
        Kilgour wyciągnął zza cholewy malutki komputerek i zaczął stukać coś na klawiszach. Sten 
zamyślił się. Jakby tu przemknąć do środka? Cóż, dawny członek sekcji Modliszki potrafi nie takie 
rzeczy...
               Uda się? Chyba tylko w czapce niewidce. Może przez dach? Musielibyśmy wykazać się 
większym sprytem, niż ten doliniarz Chetwynda. Mała szansa. Od spodu? Nie ma czasu na podkop. 
Uwijają się jak w ukropie, do rana opróżnią magazyn. A może na chama? Wejść udając jakiegoś 
inspektora? Wyższego przełożonego? Nie i nie. Wprawdzie dałoby się potem uciec, ale chyba 
lepiej,   aby   nikt   nie   dowiedział   się   o   naszej   wizycie.   Dołączyć   się   do   ekipy   załadunkowej? 
Wykluczone. Zespoły po dziesięciu. Nawet Tahnijczycy potrafią liczyć na palcach.
        - Chyba wiem, jak to zrobić, szefie - odezwał się Kilgour. - Sprawdziłem rozkład zmiany wart. 
Nie są punktualni. Reflektory też nie obejmują całego terenu.
         Sten spojrzał na zupełnie odkrytą przestrzeń między statkiem a budynkiem, pod którym się 
schronili. Mało bohatersko przełknął ślinę.
        - Szczegóły, panie Kilgour.
        Alex drobiazgowo przedstawił plan działania i pięć minut później zakomenderował:
        - Trzy, dwa, teraz! Ruszamy!
        Pobiegli ku statkowi.

background image

        - Szesnaście, siedemnaście, padnij! Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Wstać! Dwadzieścia kroków. 
Padnij!
        Wtopili się w beton płyty. Snop światła przeszedł bokiem.
        - Jedenaście, dwanaście, teraz! Trzy, cztery, pięć, sześć. Ani ruchu! 
        Cały taniec odbywał się przy wtórze ich ciężkiego dyszenia.
        - Teraz do wspornika, szefie. Jakby co, udajemy osłony przeciwablacyjne. Albo krasnoludki. 
Dwa, jeden, w drogę!
        Sten przypadł do wielkiej i brudnej od smarów podpory statku. Niezbyt ufał swoim talentom 
aktorskim.
        - Właśnie - szepnął mu do ucha Alex. - Jeśli się nie mylę, to zaraz dotrzemy do celu. Strażnik 
przy rampie stoi w taki sposób, że oświetla go reflektor. Nie dojrzy nas, jeśli nie będziemy tupać. 
Na paluszkach, szefie!
        - A jeżeli w środku jest drugi?
        - Powiemy, że uciekliśmy z poprawczaka i uśmiechniemy się słodko. Trzy, dwa, już!
               Uprawianie   baletowego   kroku   na   pochyłej   rampie   należało   uznać   za   dość   ciekawe 
doświadczenie. Znaleźli się przy włazie. Kilgourowi dopisywało szczęście: pusto.
        Sten pytająco rozłożył ręce. Co dalej? Kilgour wzruszył ramionami. Nagle dostrzegł na ścianie 
tablicę z rozkazami dziennymi, zerwał ją czym prędzej i wskazał gdzieś ku centrum statku.
               Wyszło  lepiej, niż  oczekiwali.  Nikt z załogi  nie  miał  ochoty podejmować  dyskusji  z 
barczystym   i   ponurym   typem   przemierzającym   korytarze   z   oficjalną,   na   oko,   dokumentacją. 
Zresztą, mało kogo spotkali, żaden szanujący się marynarz nie zwykł porzucać portowych uciech 
przedwcześnie.   Kto   mógł,   wracał   na   pokład   dopiero   po   trzecim   wezwaniu.   Ciszę   przerywało 
jedynie pijackie pochrapywanie dobiegające zza drzwi paru kabin.
        Sten zauważył, że na statku panował wyjątkowy porządek. Poza tym maszyna wyglądała na 
właśnie odnowioną. Kapitan musiał być upiornym pedantem... albo oczekiwał jakiegoś ważnego 
gościa.
        Znaleźli drabinki wiodące do ładowni. Była w ponad połowie pełna. Nadzorujący żołnierzy 
oficer   beształ   podkomendnych   za   brak   wprawy   w   zabezpieczaniu   ładunku.   Zastępcy   dzielnie 
wtórowali przełożonemu.
        Sten i Alex przemknęli się do sterty jeszcze nie umocowanych i nie zakrytych brezentem palet 
z przodu pomieszczenia. Sten rozpoczął delikatne sondowanie.
          Pierwsza skrzynia zawierała zastawę stołową. Kosztowny serwis ze znakiem Rady Tahnu. 
Sten pomyślał chwilą i zerknął do kolejnego pakunku.
               Szósta paleta wyjaśniła sprawę. Kryła ceremonialne szaty tkane z materiału, jakiego nie 
oglądano w tych  stronach od wielu lat. Na piersi widniał starannie  wyszyty  złotem i srebrem 
wizerunek trzygłowego smoka. Kilgour aż oczy otworzył szeroko ze zdumienia i klasnął cicho.
        Osłona skrzyni powędrowała na miejsce. Alex i Sten wrócili, skąd przyszli, odstawiając cały 
balet w odwrotnej kolejności.
        Żaden z nich zbytnio się nie znał na heraldyce, ale i tak obaj wiedzieli, kto ma trzygłowego 
smoka w herbie. Oficjele z Cormarthen chwalili się tą swoją bestią przy każdej okazji i umieszczali 
jej portret praktycznie na wszystkim. Nawet na papierze toaletowym, jak utrzymywali co bardziej 
złośliwi kpiarze.
        Sten słusznie podejrzewał podstęp. Fehrle wcale nie zmierzał na Arbroath. Szykował się do 
objazdu   zupełnie   innej   okolicy.   Ktoś   celowo   rozsiewał   fałszywe   pogłoski.   Może   sam 
zainteresowany.   Sten   pomyślał,   że   imperator   chętnie   pozna   prawdziwy   cel   podróży   lorda 
Fehrle’ego.
        Rozdział czterdziesty czwarty
        
        Wieczny Imperator wykazał spore zainteresowanie.

background image

               Wpadł już na pewien pomysł,  co zrobić z wojażami lorda Fehrle’ego, ale jeszcze nie 
wymyślił, jak zrealizować tę koncepcję.
        Bardzo brakowało mu Mahoneya. Gdyby Mick był wciąż szefem wywiadu, imperator miałby 
kłopot z głowy. Ale obecny naczelny charakteryzował się wręcz nieprzyzwoitą prawomyślnością, 
zbyt dużą jak na dobrego szpiega. Niestety. Imperator po raz kolejny przeklął się za pomysł z 
awansowaniem Mahoneya.
        Już sięgał po stregga, gdy zawahał się i zażądał szkockiej. Musiał pomyśleć.
               Usunięcie innego władcy to nie taka prosta sprawa. Gdyby Henio Drugi osobiście udusił 
Becketta i trzymał gębę na kłódkę, miast wciągać cały dwór w plotki, miałby o wiele lepszą prasę.
        Nie, żeby jakikolwiek polityk uważał mordowanie konkurentów za moralnie naganne. Mało 
kto   jednak   lubi   przyjmować,   że   negocjator   z   drugiej   strony   stołu   rokowań   może   nabrać   zbyt 
osobistego stosunku do całego przedsięwzięcia. Zgładzenie milionów zwykłych obywateli to jedno, 
ale dokonać zamachu na przedstawiciela tej samej kasty? Klasy panów? Nie godzi się.
          Po niejakim namyśle imperator zaczął pociągać stosowne sznurki. Operacja nie otrzymała 
żadnego kryptonimu ani wzmianka o niej nie trafiła nawet do najbardziej tajnych akt.
               Najpierw władca zażądał kompletnych  danych  eksploatacyjnych  i bojowych, aktualnie 
używanych przez tahnijskie służby pancerne. Profil osobowościowy Fehrle’ego sugerował, że gość 
lubi podróżować wygodnie. Zawsze pierwszą klasą, na pokładach najnowszych ciężkich jednostek. 
I nie obchodziło go, czy w tym czasie dany pancernik nie jest potrzebny gdzieś na froncie.
               Meldunki wywiadu donosiły o trzech nowych superpancernikach Tahnijczyków. Jeden 
właśnie uzbrajano, drugi przechodził próby przed włączeniem do służby, trzeci tkwił jeszcze w 
stoczni, ale był bliski ukończenia.
               Technikom z Korpusu Merkurego polecono przygotować detonator reagujący tylko na 
pancerniki tej jednej klasy. Mieli na to zaledwie kilka dni, ponieważ Fehrle rozpoczynał już swoją 
podróż.
          Fachowcy imperatora potrafili i przywykli dokonywać pośledniejszych cudów na wczoraj. 
Przygotowali szesnaście machin piekielnych. Zgodnie z zamówieniem były to nieduże ładunki z 
zapalnikiem,  zdolne   zniszczyć  nawet   spory obiekt,  na   przykład  pancernik  wroga.  Wystarczyło 
detonować je przy samej burcie.
               Liczba szesnaście nie miała znaczenia magicznego. Po prostu port kosmiczny w stolicy 
Cormathen dysponował tylko szesnastoma pilotówkami.
        Agenci z sekcji Modliszki wzięli szesnaście przesyłek i przeniknęli na planetę.
        Dyskretnie umieścili ładunki na pokładach stateczków, po czym wycofali sienie zauważeni. I 
pewni swego. Nie ciekawiło ich ani co właściwie robią, ani przeciwko komu i na kiedy.  Jeśli 
operacja się uda i tak dowiedzą się wszystkiego przy piwie. To nic, że dopiero po wojnie.
               Całość “dokumentacji” zmieściła się na jednej dyskietce, która ostatecznie trafiła do rąk 
własnych  imperatora  i została  przez  niego zmielona  na proszek.  Potem władca  wysłał  jeszcze 
komputerowców Merkurego, by prześledzili obwody całego systemu i sprawdzili, czy nie została 
gdzieś jakaś kopia, plik beckupowy, duch pliku czy inna zaraza.
        Ostatecznie usatysfakcjonowany nalał sobie stregga i czekał.
        
        Pancernik lorda Fehrle’ego, “Conemaugh”, wyłączył napqd AM2 i zbliżył się do Cormathen 
na silnikach systemu Yukawy. Dowódca jednostki był dumny ze swych nawigatorów - wyznaczyli 
oni   miejsce   wyjścia   z   podprzestrzeni   z   dokładnością   do   dziesięciu   procent   jednostki 
astronomicznej. Zameldowano o sześciu statkach opuszczających atmosferę. Pilotówka i stosowna 
eskorta.
        Dowódca przekazał tę wiadomość lordowi, którzy wdziewał w kabinie ceremonialny strój z 
herbem trzygłowego smoka.
        Personel dyplomatyczny zajął się wymianą uprzejmości z dowódcą eskorty. Pilotówka od razu 
podeszła do śluzy. Ładunek eksplodował w chwili cumowania.

background image

        Dynamitardzi z Korpusu Merkurego przewidywali, że bomba rozsadzi całą dziobową sekcją 
pancernika.   Jednak   “Conemaugh”   był   jednostką   nową,   nie   przeszedł   jeszcze   wszystkich   prób. 
Systemy awaryjnie nie działały jak należy, grodziom brakowało całkowitej szczelności. Podmuch 
eksplozji dotarł aż do maszynowni.
        Nastąpiła detonacja zapasów AM2.
               Pancernik zniknął. Podobnie jak pilotówka, dwa najbliższe statki gospodarzy oraz sześć 
tahnijskich jednostek eskorty.
        Imperator udowodnił, że jest pamiętliwy. Dotrzymał obietnicy sprzed wielu lat.
        
        

Księga czwarta

ZANSHIN

        
Rozdział czterdziesty piąty
        
          Zgodnym zdaniem wszystkich komentatorów sportowych imperium, mecz “Rangers versus 
Blues” miał być wydarzeniem sezonu. Sto tysięcy widzów dawało z siebie wszystko, byle tylko 
wcisnąć   swe   cielesne   powłoki   na   widownie.   Lovett   Arena   i   ujrzeć,   jak   miejscowa   drużyna 
Rangersów   bierze   odwet   na   Bluesach,   którzy   przez   ostatnie   trzy   lata   niezmiennie   odbierali 
faworytom mistrzostwo grawbollu, czyli  gry w piłką grawitacyjną. Dalsze dziesiątki miliardów 
kibiców zasiadły przed ekranami. Podobno znalazł się. wśród nich nawet sam imperator.
            Było na co popatrzeć. Na początku piątej i ostatniej rundy wynik wynosił pięćdziesiąt do 
trzech. Dotychczasowe cztery godziny zmagań obfitowały w pojedynki. Jeszcze przed przerwą 
rozgrywający czerwonomundurowych Rangersów, niejaki Naismith, cztery razy z rzędu wywalczył 
sobie drogę między maskenami Bluesów i dotarł do punktowanej strefy. Przeciwnik natychmiast 
wzmacniał blokadę szlaków lekkograwitacyjnych i spychał Rangersów na ich teren. Gra toczyła się 
brutalnie, praktycznie wszyscy zawodnicy zaliczyli już pobyt na ławce kar.
          Rabbaj, rozgrywający Bluesów, przejął piłkę. Pomocnicy pobiegli przodem, sondując słabe 
miejsca w obronie Rangersów. Inni zablokowali wejście na szlaki własnej połowy i zza nich to 
wybiegł Rabbaj! Przyuważył najbliższy masken z lewej, skoczył i już był na ścieżce. Zupełnie sam. 
Nikt   nie   zagradzał   mu   drogi   do   czerwonej   linii   bramkowej   Rangersów.   Publiczność   jęknęła. 
Czyżby kolejna porażka? Rabbaj ruszył wielkimi susami po szlaku o obniżonej grawitacji...
        Tanz Sullamora wyłączył dźwięk, przyciemnił wielkie okna wychodzące na boisko i pogroził 
radnym palcem.
        - Nadstawiam za was karku - powiedział ze złością. - Zgodnie głosowaliśmy za usunięciem 
Volmera, ale to ja musiałem się nim zająć. Zaakceptowaliśmy plan. Wspaniale. I kto pakuje łeb w 
paszczę lwa? Znowu stary Tanz. Wszystko na mojej głowie, nawet werbunek Chapelle’ego.
        - Jesteśmy z tobą, przyjacielu - mruknęła Malperin. - Nie rozumiem, w czym problem. Jeśli ty 
wpadniesz, wszyscy poniesiemy zbiorową odpowiedzialność. To chyba jasne?
        - Oczywiście - westchnęła jedna z bliźniaczek Kraa. - Wspieramy cię z siostrą od początku. 
Wszystko lub nic, to nasze motto.
               Sullamora prychnął nerwowo. Siostry Kraa notorycznie kopały dołki pod sojusznikami. 
Czasem nawet przepaście. Spojrzał z nadzieją na Kyesa, ale ten nie uczynił najmniejszego gestu 
poparcia. Gładził dłonią rzeźbioną poręcz fotela i gapił się w ciemne okno. Jasne, wolałby oglądać 
mecz. Sullamora zdławił gorycz i łyknął potężnie ze szklanki. Reszta towarzystwa siedziała cicho, 
lustrując przeładowane ozdobami, barokowe wnętrze loży.
          Jeden z bardziej ekscentrycznych przodków Lovetta zdudował zadaszony stadion, który do 
dziś   nie   miał   sobie   równego   na   Centralnym   Świecie.   W   ciągu   paru   dni   można   go   było 
przystosować   do   dowolnych   imprez,   od   targów   rolniczych   począwszy,   na   wyścigu   łodzi 
motorowych skończywszy. Nawet z najtańszych miejsc roztaczał się wspaniały widok. Nieopodal 

background image

wznosiły   się   skromne   apartamenty,   dość   obszerne,   by   gościć   kilkuset   “bliższych   przyjaciół” 
gospodarza. W teorii. Obecnie lokal zagracały całe tony obrazów, rzeźb i mebli, co gwarantowało 
atak klaustrofobii u każdego człowieka, który współtworzył grono liczniejsze niż dwuosobowe. 
Setki   zdobiących   ściany   zwierzęcych   łbów   wywoływały   dziwnie   nerwową   atmosferę.   Po 
kwadransie nawet najzagorzalszy pacyfista zaczynał się rozglądać za fuzją.
          Może to właśnie dlatego Sullamora nie potrafił pohamować gniewu, powstałego na skutek 
uzasadnionej frustracji. Sytuacja tak się ułożyła, że w razie wpadki on jeden zostanie chłopcem do 
bicia.   Pozostali   spiskowcy   byli   czyści,   żaden   ślad   nie   prowadził   nawet   w   pobliże   całego 
towarzystwa. Na dodatek Tanz miał świadomość, że to ich ostatnie spotkanie w pełnym gronie. 
Mecz roku stanowił wystarczającą wymówkę. Potem zaczną się budzić podejrzenia.
        Ciszę przerwał Kyes. Od razu przeszedł do sedna.
        - Czego od nas oczekujesz, Tanz?
               Sullamora   podziękował   mu   skinieniem   głowy   i   wyciągnął   z   kieszeni   sześć   kart   z 
niezniszczalnego  plastiku.  Rzucił  je na stół jak krupier. Pięć dla gości,  jedna dla niego.  Kyes 
pierwszy spojrzał w okienko czytnika. Słowa popłynęły przez ekran. Wszyscy ujrzeli to samo.
        
               MY, CZŁONKOWIE OSOBISTEJ RADY IMPERATORA, PO DŁUGIM NAMYŚLE, 
DOSZLIŚMY   DO   NIEUNIKNIONEJ   KONKLUZJI,   ŻE   JEGO   WYSOKOŚĆ   NIE   POTRAFI 
ZAGWARANTOWAĆ GOSPODARCZEJ I POLITYCZNEJ STABILNOŚCI IMPERIUM. ABY 
ZAŻEGNAĆ   NIEBEZPIECZEŃSTWO,   POSTANOWILIŚMY   PODJĄĆ   NASTĘPUJĄCE 
KROKI...
        
            Była to preambuła do decyzji o skrytobójstwie. Pod tekstem zostawiono miejsce na sześć 
podpisów. Raz uczynione, nie mogły zostać wymazane. Wszyscy konspiratorzy staną się jednako 
odpowiedzialni.
        Przez dłuższą chwilę nikt się nie poruszył. Kyes znów był pierwszy. Uśmiechnął się i złożył 
podpis. Reszta kolejno uczyniła to samo.
        Tłum na zewnątrz ryknął radośnie. Pokonani Bluesi schodzili z pola w otoczeniu uzbrojonych 
policjantów. Naismith płynął na ramionach kolegów z drużyny. Kibice wybiegli ze stadionu, by 
fetować zwycięstwo pijaństwem, gwałtami, rabowaniem sklepów i ogólnymi rozbojami.
        Honor planety został uratowany.
        
        
Rozdział czterdziesty szósty
        
        - Jedno pytanie, sir - jęknął marszałek Mahoney. -1 jeszcze prośba.
        - Słucham - powiedział Wieczny Imperator.
        - Po pierwsze. Jakie jest oficjalne stanowisko imperium wobec tortur?
        - Potępiamy. Nie dać się przyłapać na stosowaniu podobnych metod.
        Mahoney przytaknął.
        - Miałby pan coś przeciwko temu, gdybym nieco przysmażył tę łajdaczkę? Na wolnym ogniu. 
Obiecuję, że nikt tego nie wykryje.
        - Ciszej. A ja myślałem, że czeka ją świetlana przyszłość.
               - Przyszłość! - parsknął Mahoney. - Proszę tylko posłuchać. - Spojrzał na ekran i głośno 
przeczytał:   - “Nagle  uśmiech   zniknął.  Przypomniałam   sobie,  że  oto  jest  największy  wojownik 
imperium, wódz wysyłający do walki miliony ludzi na pokładach tysięcy statków, niedościgniony 
strateg. Wystarczy,  że Tahnijczycy  dowiedzą się o jego obecności na jakimś  odcinku, a zaraz 
tłumnie  poddają  się  do  niewoli”.   Zaiste   tłumnie  -  mruknął  Mahoney.  -  W   byle  obozie  trzech 
wartowników przypada na jednego jeńca.
        - Słusznie - zgodził się imperator. - A co tekstu, to chyba lepiej brzmiałoby “hordami”.

background image

          - Przygotowujemy wielką ofensywę - ciągnął Mahoney. - Przeciwko Światom Pogranicza. 
Kiedyś przeszliśmy w tamtym rejonie piekło i to przykre wspomnienie. Obiecałem, że pewnego 
dnia   tam   wrócę.   Zamierzam   właśnie   dotrzymać   słowa.   Tahnijczycy   cofają   się   na   wszystkich 
frontach i to powinno powalić ich na kolana. Walka będzie długa oraz krwawa. A przez ten jeden 
tekst całą akcję diabli wezmą. Co za gówno. “Po spartańsku urządzona, ale funkcjonalna kwatera. 
Czarująca żona. Poddani patrzą w wodza jak w obrazek, spijają każde słowo z jego ust”. Autorka 
tego szajsu zasłużyła na rożen.
        Por que? - spytał imperator.
        Mahoney chciał coś warknąć, ale przymknął jadaczkę. Dobra, imperator wie swoje. Marszałek 
imperialnej floty wstał, podszedł do stolika pod ścianą. Sięgnął po szkocką, ale rozmyślił się i nalał 
stregga.
          - Proszę bardzo, szefie - powiedział siadając. – Zemną jak z dzieckiem. Rozumiem, że nie 
martwi pana ujawnienie przez nią szczegółów naszej najbliższej operacji. I mniejsza o to, że pewne 
informacje docierają do mnie po raz pierwszy. Nigdy nie widziałem tej baby na oczy! I skąd ta 
czarująca żona? - Mahoney pomyślał chwilę i zaklął. - Chyba nie zrobi mi pan tego, szefie?
          - Oczywiście, że zrobię - stwierdził imperator. - Potrzeba nam bohaterskiego generała, a ty 
nadajesz się, jak znalazł. Swoją drogą, jeśli uważasz ten tekst za kiepski, to chyba nie czytasz gazet. 
Żołnierze cię uwielbiają, wiesz? Bo zawsze nosisz broń przy pasie. Poza tym jesteś “swój”. A gdy 
byłeś   młodym   porucznikiem   na   odległej   placówce   i   przez   sześć   miesięcy   nie   dostaliście 
zaopatrzenia, bo się statek spóźnił, to z własnej kieszeni płaciłeś za wyżywienie podwładnych. 
Godne podziwu, szczególnie że pochodzisz z ubogiej rodziny.
        Ojciec Mahoneya, średni rangą oficer, dopiero pod koniec życia zrobił karierę jako urzędnik w 
prywatnej megakorporacji.
        - Pytam ponownie. Czemu ja?
          - Może ze względu na piękne irlandzkie oczy. - Imperator wzruszył ramionami. - A może 
dlatego, że chcę jeszcze bardziej rozdrażnić Tahnijczyków. Ruszamy, a raczej ty ruszasz na Światy 
Pogranicza. Ściągamy z innych sektorów co tylko można. Statki, żołnierzy. Wyłącznie na użytek 
tej  jednej   kampanii.   I życzę   sobie,  aby Tahnijczycy   o tym   wiedzieli.   Stracili   większość floty, 
wypadek lorda Fehrle’ego podkopał ich prestiż, ale wciąż wierzą w symbole. I ja dostarczę im, 
czego   pożądają.   Wszystkie   dzienniki   powtarzają   bez   końca,   jak   ważne   są   dla   nas   Światy 
Pogranicza. Dla nas i dla mnie osobiście. Ci imbecyle na pewno połkną przynętę.
        Zakończywszy dłuższy wywód, imperator uznał, że musi przepłukać gardło.
        - Mam robić za symbol?
               - Właśnie. Gdybyś  czytał  coś więcej poza meldunkami  operacyjnymi,  wiedziałbyś,  że 
wzbogaciłem twój życiorys o fakty z życia przynajmniej trzech historycznych generałów. A będzie 
jeszcze   weselej.   Bo   widzisz,   Mahoney,   już   niedługo   wygramy   wojnę.   I   pojawi   się   następny 
problem: co zrobić ze światami tych cholernych Tahnijczyków. Rykor wpadła na pewien pomysł. 
Podobno niektórzy ludzie największym szacunkiem darzą tych, którzy wcześniej zdrowo złoili im 
skórę.
        Mahoney potrząsnął głową.
        - Nie rozumiem, jak to możliwe. Tata mówił zawsze, że tylko Anglicy i druciarze zarabiają na 
klęskach. Nie mam pojęcia, kim byli jedni i drudzy.
          - Zgoda. Ja też tego nie pojmuję, ale my nie jesteśmy Tahnijczykami. Światy Pogranicza - 
Tahnijczycy rzucą tam wszystko, co tylko im jeszcze zostało. A ty zrobisz z nich bigos. Znajdziesz 
siew dość dobrej sytuacji. Zrobimy z Naha główną bazę wypadową do ataku na światy Tahnu. W 
razie czego stamtąd wyprowadzisz lewy sierpowy. I jeszcze jedno. Podejrzewam, że nieprzyjaciel 
nauczył się nieco zasad konspiracji.
        Mahoney spojrzał niedowierzająco.
          - Pewna całkiem liczna grupa oficerów doszła do wniosku, że nie podoba im się przebieg 
wojny. Możemy podziękować naszemu wspólnemu znajomemu, że w porę zdemaskował zdrajców.

background image

        Obaj pomyśleli o Stenie i skrzywili się kwaśno.
        - Stworzył całą powieść i przesłał ją w parę miejsc, a teraz moi... pardon, tahnijscy najbardziej 
zaufani   agenci   przekazują   to   wszystko   w   odcinkach   z   powrotem.   Jako   wiadomość   absolutnie 
wiarygodną. Na czym skończyliśmy?  A, właśnie. Gdy wytępisz wroga w Światach Pogranicza, 
otrzymasz nominację na dowódcę połączonych sił i zaatakujesz macierzyste planety Tahnijczyków. 
Jednak nie planuj dłuższych wakacji po wojnie. Zostaniesz... powiedzmy... gubernatorem nadzorcą 
ich zakichanego eksimperium. Na dziesięć lat. Może to starczy, by choć z grubsza upodobnili się 
do ludzi.
        Mahoney zadumał się. Potem wybuchnął śmiechem.
        - No to kucharzymy, szefie. Musimy tylko jeszcze złapać królika.
        - Dobrze mówisz - stwierdził imperator. - Tylko bądź taki miły i nie daj się zabić w tej bitwie. 
Nie chciałbym zaczynać wszystkiego od początku.
        
        
Rozdział czterdziesty siódmy
        
          Członkowie Wielkiej Rady Tahnu z wolna dochodzili do siebie. Starszy sekretarz kończył 
układać nekrolog Fehrle’ego. Należało jeszcze tekst urzędowo zaaprobować i ogłosić.
        Kolejnym krokiem miało być głosowanie w sprawie następcy przewoniczącego. Co stanie się 
potem, tego nikt nie wiedział.
        Umarł król, niech żyje król, pomyślał ironicznie Pastour.
               Spojrzał na ściągnięte twarze pozostałych dwudziestu sześciu członków Rady. Wszyscy 
udawali tajemniczych, ale Pastour znał już wynik. Wystarczyło policzyć. Wichman i jego frakcja 
(dziewięć głosów) wesprze Atago. To oczywiste. Wichman kochał blichtr wojny, a dla tahnijskich 
militarystów Atago była prawie bóstwem.
               Druga,  równa  siłą   frakcja,  opowie  się  za   którymś  z  trojga  najczęściej  wymienianych 
kandydatów: Atago, Wichmanem lub Pasteurem. No i zostawała klika Pastoura, znów dziewięć 
osób.   Dziewięć   głosów,   którymi   można   pograć.   Pastour   wiedział,   czego   chce.   Musiał   tylko 
przeczekać upiornie długie uroczystości żałobne.
        Kilka nocy po śmierci Fehrle’ego, Sten ponownie dotarł do oranżerii. Nie wiadomo jak, bo na 
pewno  nie   kanałem.   Cień   rzadkiego   okazu   drzewa   zgęstniał   nagle   i   już...   wyskoczył   diabeł   z 
pudełka. Pastour mało nie dostał szału. Jak na tahnijskiego patriotę przystało, wściekł się powodu 
zamordowania Fehrle’ego.
          - Niech pan zachowa zdrowy rozsądek, pułkowniku - ostrzegł go Sten. - Pański naród nie 
potrzebuje głupiego przywódcy. A już nikomu nie zależy na martwym głupcu.
        Pastour powściągnął gniew.
        - Czego chcesz tym razem?
        Sten uspokoił się i przysiadł jak poprzednio. Na pozór niedbale, ale Pastour pojął, że taka poza 
zażegnywała ryzyko wynikłe z nie przemyślanych lub odruchowych gestów gospodarza.
        - Po pierwsze, dużo dobrego słyszałem o Koldyeze. Pragnę więc podziękować...
        Pastour wzruszył ramionami.
        - Nie ma za co. I bez pana zrobiłbym podobnie. Starczy logicznie pomyśleć.
        - Jeśli tak pan to widzi, w porządku. Niepokoiliśmy się o paru przyjaciół. Zależało nam, aby o 
nich   dbano.   Zauważyłem   jednak   pewną   innowacje..   W   Koldyeze   pojawiło   się   sporo   nowych 
twarzy.   Znanych   twarzy.   Przypuszczam,   że   zamierza   wykorzystać   pan   te   osoby   jako   kartę 
przetargową. To nie zadziała.
        Pastour nawet nie próbował ukryć zdumienia.
        - Sugeruje pan, że nawet gdy przystawię im broń do głowy, imperator nie pójdzie na żadne 
ustępstwa?

background image

        - Tylko wzmocni pan jego upór - wyjaśnił Sten. - Proszę mi wierzyć. Mówię to na podstawie 
wieloletniego   osobistego   doświadczenia.   Na   groźby   imperator   reaguje   niezmiennie:   krwawymi 
represjami.
               Pastour zrozumiał. Tahnijczycy postępowali identycznie. Może właśnie dlatego niegdyś 
pomylili   się   w   swoich   ocenach   imperatora.   Rozpowszechniany   wizerunek   władcy   opisywał 
człowieka uprzejmego i serdecznego niczym kochany wujaszek, który z tajemniczych przyczyn 
wcale nie wygląda na swoje lata. Obraz przemycał fałszywe treści. Imperator był bardziej tahnijski, 
niż sami Tahnijczycy.
               Pastour zastanowił się, jak okrutnej zemsty dokona imperator, jeśli jeńcy, szczególnie ci 
najcenniejsi, doznają jakiegoś uszczerbku. Wiedział, co sam zrobiłby na miejscu władcy imperium.
        Przywołał się do porządku. Sten patrzył na pułkownika tak przenikliwie, jakby czytał w jego 
myślach.
        - Ale to nie Koldyeze pana dziś sprowadza - rzucił w końcu gospodarz.
        - Nie. Są ważniejsze sprawy.
        Sten ześliznął się z oparcia ławki i ruszył ku wysepce. Po drodze zerkał na bujną roślinność, 
tkwiącą korzeniami w hydroponicznych zbiornikach.
        - Imperator martwi się o wasz los. Fehrle nie żyje. Kto przejmie władzę? Z kim przyjdzie nam 
rozmawiać?
        - Już wierzę w jego troskę - powiedział sarkastycznie Pastour. - Może łudzi się nadzieją, że 
zamachamy bezradnie łapami. Jak na starych filmach. Wódz nie żyje i plemię traci serce do walki. 
Wojna z głowy.
        - Jeśli pan tak sądzi - stwierdził Sten - to naprawdę nie zna pan mojego szefa. Interesuje go 
tylko jedno: ilu jego ludzi zdołacie jeszcze zabić, nim w końcu przyznacie się do klęski. Bo że 
przegraliście, to chyba pan już zrozumiał?
        Pytanie zaskoczyło Pastoura. Może dlatego, że sam je sobie od dawna zadawał. A teraz musiał 
znaleźć odpowiedź. Zupełnie jakby zbierające się ostatnio w jego duszy czarne chmury zaszumiały 
burzą. Klęska. Kapitulacja. Hańba i poniżenie. Niestety.  Tak, przegrali. Już po wszystkim, ale 
Pastour nie potrafił zdobyć się na jakąkolwiek żywą reakcję. Nie wykrztusił ani słowa, tylko skinął 
głową.
               - Najbardziej powinna was zatem obchodzić przyszłość światów Tahnu po kapitulacji - 
powiedział   Sten.   -   Szczytne   poświęcenie   na   rzecz   pokoju   i   tak   dalej.   Dyplomatyczny   bełkot. 
Szczerze   mówiąc   potrzebujecie   prawdziwego   przywódcy,   który   ułoży   się   z   imperatorem   i 
jednocześnie, mimo wszystko, ocali honor narodu.
        - I akurat ja zostałem przez was wyznaczony do odegrania tej wiekopomnej roli? Nic z tego. 
Nie mam dość poparcia. Założywszy, że bym się zgodził, oczywiście.
               - Oczywiście  - przyznał  Sten. Obaj  wiedzieli,  że to jedno słowo otworzyło  drogę do 
negocjacji.
        - Imperator ma następujący plan. Jedyna osoba, której autorytetu nikt nie kwestionuje, to lady 
Atago. Ale ona nie wygra, bo zbyt wielu radnych jej nie lubi. Pozostaje znaleźć jakiś kompromis.  
Niech zarządza ciało zbiorowe. Powiedzmy, Atago razem z liderem którejś z frakcji. Na przykład z 
panem.
        - A trzecie wyjście? - spytał Pastour. Na taką propozycję mógłby przystać.
               - Nie istnieje. Co prawda utworzenie ciała zbiorowego uważam za poroniony pomysł. Z 
obawy przed klęską zazwyczaj nie robi ono niczego. Skończy się wojną domową i brakiem rządów.
        - W tym się zgadzamy.
        - Należy zatem wybrać lady Atago - powiedział Sten. 
               Pastour nie dowierzał własnym uszom. Sten na pewno miał rację, ale czemu imperator 
chciałby sukcesu osoby, która spośród wszystkich Tahnijczyków najbardziej nienawidzi imperium? 
Lady Atago zależało tylko na jednym... Nagle pojął. O to właśnie chodzi. Niby cnota, jednak z 
punktu widzenia imperatora słabość.

background image

               Najpierw odizoluj gniazdo zarazy. Łatwiej je usuniesz. Atago niewątpliwie poprowadzi 
Tahnijczyków do ostatniej bitwy. I przegra. A wtedy kto inny przejmie berło. Najpewniej Pastour.
        - Twój szef musi zrozumieć, że nie jestem zdrajcą - zaznaczył pułkownik, dobijając targu. - 
Proszę mu to uświadomić.
          - Dobrze - obiecał Sten. - Odwrócił się i zaczął znikać w cieniach. Zanim jednak odszedł, 
zadał jeszcze jedno pytanie: - Och, prawie bym zapomniał. Jak pańskie zdrowie?
        - Wspaniale - odparł zdumiony Pastour.
               - No cóż - mruknął wysłannik. - Na pańskim miejscu postarałbym się o jakieś paskudne 
choróbsko.   I   zaraz   po   głosowaniu   poszedłbym   na   zwolnienie   lekarskie.   Połączone   z   długim   i 
zasłużonym wypoczynkiem. Lepiej zejść z linii ognia.
        Pastour zastanawiał się nad znaczeniem tych słów, gdy przybysz zniknął bezszelestnie.
               Sekretarz skończył  czytać  i wezwał do wypełnienia  porządku dnia. Atago i Wichman 
uporczywie   przyglądali   się   reszcie   radnych,   pewni   że   nie   obejdzie   się   bez   walki.   Zakulisowe 
rozmowy zawiodły. Szykowała się otwarta batalia. Pastour kazał swoim ludziom siedzieć cicho i 
udawać   neutralnych.   Rozgłosił   plotkę,   że   poprą   silniejszego.   Ale   jak   tu   takiego   wyróżnić? 
Przegrana Atago wysunie do przodu jeszcze słabszych kandydatów.
        Liczenie głosów zaczęto od strony Atago. Dalej siedziała grupa Pasteura. Wichman na końcu.
        Pierwsze dziewięć głosów było na “tak”. To oczywiste. Sekretarz spojrzał na Pasteura.
        - Wstrzymał się - oznajmił odruchowo. - Następny?
        - Przepraszam - powiedział Pastour. - Ale jeszcze się nie wypowiedziałem.
        Starszy pan cofnął zdumione spojrzenie.
        - Jestem za - oświadczył pułkownik.
          Jego słowa wstrząsnęły zebranymi. Wszyscy wiedzieli, co to znaczy. Rozległy się szmery 
rozmów i prośby o zachowanie spokoju. Potem głosowanie odbyło się bardzo szybko.
        Kandydatura lady Atago ostatecznie przeszła przez aklamację. Grożący Radzie kryzys został 
zażegnany w sposób błyskawiczny i prosty. Wszystkim ulżyło. Zaraz zapomniano o Fehrle’em. 
Radni sami sobie pogratulowali politycznej mądrości.
        Mieli przywódcę. Akurat na czas, by znów stawić czoło wrogowi.
        - Jedno pytanie, pani - odezwał się pewien członek Rady. - Imperialne serwisy informacyjne 
są pełne opowieści o imperialnym marszałku lanie Mahoneyu. Przysiągł on powrócić do Światów 
Pogranicza. Odzyskać Cavite. Jak zamierza sobie pani z nim poradzić? A może jeszcze za wcześnie 
o tym mówić?
        Atago podniosła się z fotela. Wodzostwo dodało jej powagi. Pomalowana na biało, mogłaby 
stanąć jako swój własny pomnik. Albo zgoła monument bohaterów.
        - Niech spróbuje - powiedziała. - Raz już go pokonałam. Pobiłam ze szczętem. Stracił Cavite i 
Światy Pogranicza, a potem długo lizał rany. Chętnie dokończę dzieła.
          Wszyscy zaklaskali. Tylko Pastour okazał wstrzemięźliwość. Uniósł palec. Atago spojrzała 
nań prawie z nienawiścią. Nie pojmowała, czemu właściwie ją poparł, ale wiedziała, że to będzie 
kosztować. Ile? Na pewno dużo. Potem opanowała się i uśmiechnęła.
        - Tak, pułkowniku?
        - Właściwie, dlaczego imperatorowi tak bardzo zależy na Światach Pogranicza? Strategicznie 
nie są już chyba zbyt  istotne? Czy to nie podstęp? Czy nie próbuje wciągnąć nas w pułapkę? 
Wykrwawić?
        - Pewnie próbuje najpierw rozdmuchać wagę sprawy, aby potem móc nagłośnić nawet małe 
zwycięstwo - odparła przewodnicząca.
        - Zatem, jeśli zareagujemy, czy nie spełnimy ich marzeń?
        - Tylko wtedy, gdyby nas pokonali - powiedziała Atago. - A obiecuję, że do tego nie dojdzie. 
Raz już tego dowiodłam. Pobijemy Wiecznego Imperatora jego własną bronią.

background image

          Lady Atago potwierdziła ostatecznie, że nie widzi haczyka. Dla niej liczył się tylko robak. 
Pastour pojął zaś sens strategii obranej przez imperatora. Nadal jednak nie rozumiał, co miały do 
rzeczy te pytania o zdrowie?
        - Pora na dalsze punkty porządku obrad - oznajmiła Atago. - Oto pewna lista. Bardzo ważna. 
Nasi agenci wykradli ją z imperialnych akt.
        Radni spojrzeli na wydruk, którym lady Atago powiewała niczym sztandarem.
        - Spis zawiera siedemdziesiąt dwa nazwiska tahnijskich zdrajców. Proszę o upoważnienie do 
usunięcia   nikczemników   z   naszych   szeregów.   To   na   początek.   Potem   będę   domagać   się 
szczegółowego śledztwa. Kto wie, dokąd jeszcze nas zaprowadzi. Nieważne, jak wysoko usadzili 
się ci faryzeusze. Nieważne...
        Pastour zakaszlał na próbę.
        
        
Rozdział czterdziesty ósmy
        
               Dla przeciętnego obywatela była to tylko obskurna cuchnąca speluna. Mieściła się przy 
bocznej uliczce portowej dzielnicy Soward, w niegdyś mieszkalnej kamienicy, i cieszyła raczej złą 
sławą. Za umiarkowaną cenę sprzedawano tu nawet ptomaine. Cios nożem między żebra dodawano 
gratis.
          Niektórzy lubili panującą w tej knajpie atmosferę. Personel nie wtrącał się do spraw gości, 
chyba że zachodziła konieczność przyniesienia szmaty i starcia krwi. Narzut na kawę był mały, na 
alkohole olbrzymi. Napoje wyskokowe oczywiście nie nosiły nawet śladu imperialnych akcyz.
          Kto chciał, mógł tu przyjść i siedzieć pół dnia choćby nad jedną i tą samą filiżanką kawy. 
Idealne miejsce do rozprowadzania narkotyków,  omawiania  szemranych  interesów lub zbijania 
bąków w towarzystwie.
        Chapelle wybrał ten lokal z jednego jeszcze powodu.
          Całymi godzinami wpatrywał siew ślepe, betonowe ściany budynku po przeciwnej stronie 
ulicy.   Ale   niewiele   widział.   Słuchał   głosów.   Codziennie   donosiły   mu   o   kolejnych 
niegodziwościach imperatora.
        Ludzie Sullamory zamontowali podźwiękowe głośniki już kilka tygodni wcześniej. Tanz sam 
pisał wszystkie teksty i trzeba przyznać, że były to fascynujące opowieści.
        Kilka dni temu Chapelle zrozumiał, że musi coś zrobić. Odnotował, że z knajpy jest całkiem 
blisko do siedziby instytucji zwanej Centrum Demokratycznej Edukacji.
               Każda   wojna,   nawet   najbardziej   “sprawiedliwa”,   jest   komuś   niemiła.   Na   przykład 
prawdziwym   pacyfistom,   którzy   okazują   całkiem   uzasadnioną   niechęć   wobec   strzelania   do 
zupełnie nieznajomych ludzi. Jednak obok logicznie myślących osobników trafiają się także typy 
mniej wyedukowane.
               Imperator czynił wszelkie wysiłki, aby mu się agendy wywiadu nie znarowiły. Wiecznie 
przypominał swoim tajniakom, że samo obrzucenie władcy wyzwiskami, w licznym towarzystwie 
czy na dwuosobowym spotkaniu przy piwie, to jeszcze nie przestępstwo.
               Miły   i   cywilizowany   pogląd,   jednak   czas   wojny   nie   sprzyjał   praktykowaniu   swobód 
obywatelskich, a wolności wypowiedzi szczególnie. Obozy internowanych pękały w szwach od 
dysydentów,  których  jedyną  winą była  mglista  sugestia,  że muchy  narobiły na najjaśniejszego 
pana.
          Centrum Demokratycznej Edukacji wyznawało zaś prostą humanitarną filozofię: imperium 
przesadziło   w   poskramianiu   Tahnijczyków,   więc   należy   skorzystać   z   pokojowych   środków 
perswazji.   Przed   wojną   Centrum   forsowało   program   zakładania   (za   imperialne   pieniądze) 
ośrodków na światach Tahnu. Oddani działacze, skądinąnd poczciwcy, wierzyli w uzdrawiającą 
moc prawdy. Mieli nadzieję, że gdy Tahnijczykom pokaże się czarno na białym, jak nieludzki jest 

background image

ich  porządek  społeczny,   wówczas   zmiany   nadejdą  same.  Dotacji   nie  przyznano,   dzięki  czemu 
żaden z czcigodnych teoretyków nie skończył jako potrawka z misjonarza. Może i szkoda...
        Tahnijczycy natomiast ucieszyli się co niemiara. Po pierwsze z samego istnienia Centrum; po 
drugie  dlatego,   że  działało   wyłącznie   w  obrębie  imperium.  I  zaraz  wykorzystali   je  do swoich 
celów.
               Wszyscy aktywni agenci zostali już dawno zdemaskowani, jednak Centrum trwało nadal. 
Imperator   znosił   to   z   zaciśniętymi   zębami.   Instytucja   odgrywała   niejaką   rolę   w   działaniach 
wywiadu, służyło też za lep na dysydentów. Wywiad nie miał pojęcia, że gdyby nie działania 
agenturalne,   Centrum   zbankrutowałoby   już   rok   temu   z   okładem.   Ostatecznie   nawet   fasadowa 
organizacja  musiała   płacić   rachunki,  a  mało  który z  jej  członków  kwalifikował   się  na posadę 
wyższą niż etat nocnego stróża. Do roboty politycznej nie nadawali się wcale.
            Chapelle sam nie pamiętał, skąd dowiedział się o Centrum. W każdym razie od pewnego 
czasu ta nazwa nie była mu obca. Za sprawą Sullamory, oczywiście.
               Tanz z początku nie chciał, by Chapelle wstępował do organizacji. Ale skoro już się 
zdecydował, to taki krok winien umożliwić rozpoczęcie czwartego etapu werbowania.
        Problem w tym, że Chapelle okazał się nieco inteligentniejszy, niż Sullamora założył. Mimo 
swej   naiwności,   młodzieniec   zaczął   podejrzewać,   że   agenci   złego   imperatora   mogli   jednak 
zinfiltrować   Centrum.   Wchodząc   tam,   skaże   się   na   zagładę.   Imperator   skorzysta   z   pretekstu. 
Pojmanie, tortury i komora śmierci. Głosy podpowiadały, że taki właśnie los spotkał już miliony 
niewygodnych ludzi.
        Jednak Chapelle uznał, że nie ma wyboru. Musi zaryzykować.
          Nagle ktoś przystanął przy jego stoliku. Wyrwany z zadumy chłopak nieco się wystraszył. 
Wiedział wprawdzie, że nie ma się tu czego bać. Bywalcy lokalu dawno już ocenili, że ten typ nie 
posiada niczego wartego kradzieży, na dodatek patrzył takjakoś dziwnie. Z wariatami lepiej nie 
zaczynać.
        Nowy gość nie pasował do otoczenia w stopniu jeszcze większym niż sam Chapelle. Starszy, 
siwowłosy, dobrze ubrany i do tego trzeźwy. Czemu go jeszcze nie obrobiono? Dopiero wtedy 
Chapelle dostrzegł imponujące muskuły i bliznę na karku. Nie, facet nie stanowił łatwej zdobyczy.
        Spojrzał ostro na Chapelle’ego.
        - A pan co tu robi? - spytał, a widząc tężejącą twarz młodzieńca, dodał szybko z uśmiechem: - 
Muszę dziwnie tu wyglądać. Na dodatek mam pewien kłopot. - Nie pytając o pozwolenie przysiadł 
się do stolika. - Zgubiłem się - powiedział i zachichotał głębokim basem. - Myślałem, że skoro 
nigdy   nie   straciłem   orientacji   w   terenie,   to   i   w   mieście   sobie   poradzę.   Ale   niestety.   Generał 
Suworow jestem.
        Chapelle aż usta rozdziawił.
        - Generał?
        - Czterdzieści lat służby w Korpusie Pionierskim. Teraz na emeryturze. Taki ze mnie generał. 
Pewnie zresztą po prostu zapomnieli mi odebrać stopień, gdy pozbawili mnie wszystkiego innego. 
Tak   czy   inaczej,   trafiłem   na   Centralny   Świat.   Chciałem   sobie   trochę   połazić   i   zabłądziłem. 
Szukałem kogoś, aby mi pomógł, ale te typy spod ciemnej gwiazdy wciąż prowadziły mnie w 
jakieś ciemne uliczki. Pan wygląda inaczej.
        Chapelle poczuł zakłopotanie.
               - Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał mi pan pokazać drogę do najbliższej stacji kolejki 
pneumatycznej. Pragnąłbym wydostać się z tych slumsów.
        Chapelle zgodził się z miłą chęcią.
        Na stacji Suworow sprawdził rozkład jazdy i zaklął.
               - Typowe. Całkiem typowe - mruknął, stwierdziwszy, że najbliższy pociąg w kierunku 
dzielnicy, gdzie wynajął kwaterę, odchodzi dopiero za godzinę. - Biurokraci. Gdy trzeba ułożyć 
bzdurny rozkład, to zapracują się po łokcie. Ale gdy mają wyciągnąć kogoś z zablokowanego 
wagonu, to ich nie ma.

background image

        - Trudności wojenne.
         - Wie pan, może nie powinienem mówić tego komuś zupełnie obcemu, ale według mnie to 
idealny przykład bezrozumności naszego imperatora.
        Chapelle przytaknął gorliwie.
          - Chociaż dopiero w pionierskich sektorach widać, jak jest naprawdę. Tam nie obowiązują 
żadne prawa, prócz tych,  które każdy sam sobie ustanowi. Na Światach  Pogranicza lepiej  nie 
mówić głośno podobnych rzeczy. Ja pewnie miałem szczęście. Zmusili mnie jedynie do przejścia 
na emeryturę. I zarekwirowali farmę. Właśnie dlatego tu jestem. Sądziłem, że wskóram coś u tego 
na samej górze. Ale gdzie tam. On myśli tylko o forsie, nawet duszę już przehandlował.
        - Przykro mi. Ludzie są teraz tacy nieczuli.
          Czekając na pociąg, generał w naturalnym odruchu postawił Chapelle’emu obiad w bardzo 
drogiej restauracji i zdumiał się niebotycznie, usłyszawszy, że jego rozmówca jeszcze niedawno 
pracował jako kontroler lotów.
        - Na froncie trzeba robić różne rzeczy. Ale nigdy nie pojąłem, jak można być tak podłym. - 
Umilkł na chwilę. - Proszę mi wybaczyć wścibstwo, ale co pan robił w tamtej spelunie? Nie musi 
pan odpowiadać.
        Chapelle wyjaśnił wszystko natychmiast.
        Suworow sprawiał wrażenie wstrząśniętego do głębi.
        - Tak to bywa. Czujesz się źle, bo nie masz butów, a tu napotykasz kogoś bez stóp i dopiero... 
Naprawdę panu współczuję.
        Zamówił następną butelkę wina.
          Chapelle, który nawet w dobrych czasach stronił od alkoholu, tym razem z lekka się upił. 
Suworow podobnie.
        - Wiesz, Chapelle - powiedział przy deserze. - Jednego tylko w życiu żałuję. Że nie mam syna. 
Nic po mnie nie zostanie. Ten cholerny imperator, przepraszam za wyrażenie, już o to zadba.
        Gdy wypili jeszcze po lampce brandy, fundator poprosił o rachunek.
               Już na ulicy Suworow spojrzał uważnie na Chapelle’ego i zaczął prosić o wybaczenie. 
Przecież niecnie upił młodzieńca, a w tym stanie nie jest bezpiecznie łazić ulicami.
        Chapelle może wstąpić do niego. W domu jest dość miejsca na całą drużynę.
        Zgoda przyszła dość łatwo. Szczególnie z tym szumem w głowie i pełnym żołądkiem.
        Podobnie było następnego dnia, gdy emerytowany generał zaproponował dłuższą gościnę.
          - Potrzebuję przewodnika, by pokazał mi całą planetę. Poza tym, lubię z tobą rozmawiać, 
synu. Szczególnie pouczające jest to, co mówisz o imperatorze. Wiele się dowiedziałem.
               Sześć tygodni później Suworow dał Chapelle’emu  w prezencie broń. Pokazał też, jak 
obchodzić się z pistoletem i zaprowadził przyjaciela do uprzednio zamkniętej części piwnic, gdzie 
urządzono strzelnicę.
        
        
Rozdział czterdziesty dziewiąty
        
               Siedziba lady Atago prezentowała się równie prymitywnie  jak umysł  lokatorki. Meble 
występowały rzadko i z założenia miały być niewygodne, boć życie to nie bajka, a dolegliwości 
krzyża sprzyjają podejmowaniu szybkich decyzji. Adiutanci przychodzili całymi tłumami, składali 
meldunki i nerwowo przysiadali w oczekiwaniu na polecenia. Nigdy nie czekali długo.
               Siedziba główna służyła lady Atago jednocześnie za mieszkanie, ale jedynym osobistym 
akcentem   był   stojący   na   biurku   mały   wyblakły   portret.   W   ramkach   tkwił   faksowy   wydruk 
fizjonomii Wiecznego Imperatora. Zawsze w obliczu nieprzyjaciela... Lady Atago nie zdumiała się 
zbytnio,   usłyszawszy,   że   jej   własny   konterfekt   niedawno   zastąpił   obraz   lorda   Fehrle’ego   w 
gabinecie naczelnego wroga.

background image

          Na przeciwległej ścianie z czarnego szkła malowała się ruchoma mapa spornych terenów. 
Imperialne   pozycje   zaznaczono   na   czerwono,   placówkom   tahnijskim   przydano   barwę   zieleni. 
Turskusowe obszary zmalały ostatnio, nakłuwane czerwonymi strzałami. Te najświeższe uderzenia 
mierzyły w Światy Pogranicza. Nawet Erebus, największa w dziejach ogólnosystemowa fabryka 
zbrojeniowa, wpadł już w ręce imperium.
        Militarny geniusz lady Atago zostałby doceniony niezależnie od epoki. Była świetna. Ale od 
czasu   śmierci   lorda   Fehrle’ego   co   dnia   bezradnie   stawała   przed   mapą.   Rozpaczliwie   szukała 
sposobu, by odwrócić nieuniknione.
        Nigdy nie słyszała o Napoleonie, ale bez mrugnięcia okiem zaaprobowałaby jego decyzję, by 
wysłać   trzydzieści   pięć   tysięcy   żołnierzy   do   Egiptu,   z   dala   od   głównego   teatru   działań.   I 
skrzywiłaby się, poznawszy przebieg nieudanej awantury irlandzkiej. Uważała, że niepowodzenia 
są zawsze skutkiem braku precyzji wykonawczej, a nie planowania. Dlatego, jak wielu znanych 
wodzów, zanadto skupiała się na szczegółach. Wiedziała też, że jeśli chce wygrać, musi odzyskać 
inicjatywę. A wygrać musiała. Choć raz i gdziekolwiek.
        Jedynym miejscem, które dawało jakiekolwiek nadzieje, były Światy Pogranicza. Najbardziej 
frustrował ją fakt, że trzeba czekać na pierwszy ruch imperatora. Dopiero wówczas mogła liczyć na 
pokonanie nieprzyjaciela. A Tahnijczykom zawsze brakowało cierpliwości.
        Zły stan ducha Atago pogłębiali jeszcze doradcy. Wiecznie czegoś chcieli, zawracali głowę 
głupstwami   czy   iluzorycznymi   problemami.   Na   przykład   tego   ranka   finansiści   mieli   czelność 
poruszyć temat pustej szkatuły rządowej i coraz śmielej napływających ze strony sojuszników (oraz 
państw neutralnych) żądań zapłaty zaległych rachunków.
        - Niech poczekają - warknęła Atago. - Nie słyszałam, by jakikolwiek imperialny bankier nękał 
władcę. A ta wojna z pewnością kosztuje imperatora co najmniej sześć razy więcej niż nas.
        - To co innego - odezwał się specjalista od liczydeł. - Imperator tradycyjnie jest wiarygodnym 
dłużnikiem, my niestety nie. Poza tym on walczy za pieniądze pożyczone na trzy procent. Nasze 
odsetki skoczyły ostatnio do pięćdziesięciu procent.
        Lady Atago nie wiedziała, czy nakazać natychmiastową egzekucję zuchwalca, czy po prostu 
siąść i zapłakać. Ale Tahnijczycy nie zalewają się łzami przy byle okazji. Żołnierska dusza Atago 
cierpiała na wieść, że coś tak trywialnego jak pieniądze, może stanąć na drodze do zwycięstwa. 
Wszelako doradcy stwierdzili, że nie wszystko jeszcze stracone.
        Po bitwie o Światy Pogranicza (zakładając wygraną) powinno się udać wynegocjować lepsze 
warunki obsługi zadłużenia, a może i nowe pożyczki. Kredyty znów popłyną wartką strugą. Na 
razie jednak nie pozostaje nic innego, jak spieniężyć wszystko, co przedstawia sobą jakąkolwiek 
wartość.
        Znawcy operacji finansowych nie ośmielili się dodać, że Tahnijczycy nie mają już za bardzo 
czego   sprzedawać.   Poborcy   podatkowi   zdążyli   zerwać   nawet   boazerie   i   płyty   ociepleniowe   z 
domów klasy średniej. Towar poszedł za grosze.
          Lady Atago czuła się osaczona ze wszystkich stron. Nie mogąc walczyć, postanowiła więc 
trochę posprzątać.  Na pierwszy ogień poszło siedemdziesięciu dwóch zdrajców z przerażającej 
listy. Bez mrugnięcia okiem wydała żandarmerii wojskowej stosowne polecenia.
        Wraz z tymi podłymi kreaturami aresztowano osoby w jakikolwiek sposób z nimi powiązane. 
Co gorsza, każdego dnia napływało więcej nazwisk. Lady Atago zrozumiała w końcu, że niektórzy 
byli niewinni i trafili do więzień jedynie za sprawą czyjegoś złośliwego pomówienia,. Ale pojęła to 
za późno. Musiała żyć ze świadomością popełnionego błędu i jedyne, co mogła zrobić, to zażądać 
listy donosicieli. Żandermeria odwiedziła większość oszczerców w domach. Zwykle wczesnym 
świtem.   Cele   wypełniły   się   podejrzanymi,   sądy   miały   zajęcie,   a   frustracja   lady   Atago   nieco 
zmalała. Zawsze to jakaś ulga.
        Pełna nowych sił, przywitała Wichmana w swoim gabinecie. Gdyby tylko dało się to pokazać 
w   telewizji,   pomyślał   gość.   Piękna,   zmysłowa   i   śmiertelnie   niebezpieczna   kobieta   wódz. 

background image

Ucieleśnienie bohaterstwa. Ujrzeć ją, stanąć obok, znaczyło pojąć, że wszystkie trudności są tylko 
chwilowe, a zwycięstwo niechybnie przypadnie sprawiedliwym.
        Wichman zamierzał wesprzeć lady Atago w tropieniu nieprawomyślnych. Przybył zbrojny w 
sporządzony przez Lo Preka raport o przestępczości i korupcji na Heath.
          Lo Prek przestudiował tysiące akt policji oraz wywiadu, po czym niezbicie udowodnił, iż 
Heath pławi się w zbrodni i dysydentctwie. Co więcej, odkrył związki łączące nawet pospolitych 
przestępców z urzędnikami różnych szczebli. W znacznej części chodziło o niegroźne wystąpienia, 
ale całość układała się w pewien wzór. Lo Prek wykazał jednoznacznie, że fala zbrodni na Heath 
jest wynikiem knowań imperium.
               Generalnie miał rację. Potrafił odgadnąć nawet, że za sprawą stoi niejaki Sten. Nie tylko 
podżegacz, ale i przywódca miejscowych konspiratorów. W to akurat Wichman nie uwierzył  i 
zażądał   usunięcia   fragmentu   raportu.   Gdy   Lo   Prek   przeszedł   do   streszczania   swych   odkryć, 
Wichman z trudem powstrzymywał ironiczny uśmiech. Co za obsesja...
        Z drugiej jednak strony, Lo Prek, chociaż opętany, potrafił niejedno. Zresztą, jeśli tropiąc cień 
Stena doszedł po drodze do takich wyników, pozostawało tylko przyklasnąć. Widząc, jak lady 
Atago przegląda wydruk z coraz większym entuzjazmem, Wichman pogratulował sobie w duchu 
pomysłu zaprzęgnięcia Preka do roboty.
        - Dokładnie tego nam trzeba - powiedziała. - Jestem pełna podziwu dla twego poświęcenia. 
Gdyby jeszcze oni... Muszę przyznać, że niektórzy członkowie Rady mnie rozczarowują. Robią 
tylko to, co absolutnie konieczne. Zero inicjatywy. Czasem odnoszę wrażenie, że czekają, aż sama 
wygram tę wojnę. Weźmy takiego Pastoura. Urlop sobie zrobił. Wiem, że niedomaga, ale... No cóż 
i tak powinniśmy być mu wdzięczni. Ten jego pomysł z Koldyeze sprawdza się jak rzadko. Nie 
spodziewałam się, że z tchórzliwych jeńców wojennych można wycisnąć aż tyle potów. Z ostatnich 
danych wynika, że znów pobili własny rekord wydajności.
          Sporządzający raporty system komputerowy popełnił jednak spore pomyłki, a to za sprawą 
“Złotego Robaka”. Pięknie wyglądające ciągi liczb kryły rzeczywistość zgoła odmienną. Ludzie 
zatrudnieni w Koldyeze znacznie osłabiali potencjał obronny Tahnijczyków. Sytuacja jeszcze się 
pogorszyła po sprowadzeniu do dawnej świątyni całej kompanii dygnitarzy.
               Słysząc o Koldyeze, Wichman ściągnął brwi. Cóż z tego, że zarząd obozu potwierdzał 
imponujące dane. To wszystko za mało. Wichman był pewien, że gdyby to on kontrolował katedrę, 
znalazłby lepsze zastosowanie dla jeńców. Szczególnie dla tych najznamienitszych. Czasem śnił, że 
oto   marzenie   się   spełnia.   Nigdy   nie   pamiętał   szczegółów   nocnych   wędrówek   wyobraźni,   ale 
wiedział, że odczuwał podczas nich przyjemność.
        Lady Atago zaraz poprawiła mu humor.
        - Czy mogłabym prosić cię o przysługę?
        Wichman aż się żachnął, że zawsze, jak najbardziej, nie trzeba pytać...
        - Chciałabym, abyś osobiście zajął się tą sprawą. Odpowiednie służby nie spisują się najlepiej. 
Zbyt  wiele rybek wymyka  im się z sieci. Od dawna im już nie ufałam, a teraz widzę, że nie 
bezpodstawnie. Może to coś więcej niż zwykłe lenistwo i niekompetencja.
        Wichman nie wiedział, co powiedzieć. Dławiło go wzruszenie. Oto heroina narodowa, sama 
lady Atago prosiła o przysługę. Bez mrugnięcia przyjął odpowiedzialne zadanie. Z wolna zaczynał 
pojmować, jak wielka władza wpadła mu w ręce.
        Już miał jej uniżenie podziękować, gdy Atago ożywiła się tknięta nową my ślą.
          - Czegoś mi tu brakuje - oznajmiła wertując wydruk. - Wszystko jasno wyłożone, ale tekst 
urywa się nagle, jakby zabrano parę kartek.
        Lady Atago miała rację. Wichman usunął fragment mówiący o roli Stena. Teraz zaczerpnął 
głęboko powietrza  i  przedstawił  motywy  swego działania.  Opowiedział  o Lo Preku tropiącym 
zabójcę brata, zwrócił uwagę na niewzruszone przekonanie oficera o winie podejrzanego. Lady 
Atago potakiwała. Lo Prek niewątpliwie był szalony, ale przecież każdy prawdziwy Tahnijczyk 
zrozumie nawet tak obsesyjne pragnienie zemsty.

background image

        - Kim jest ten człowiek? - spytała w końcu, mając na myśli ofiarę prześladowań Lo Preka.
        Wichman wyjaśnił.
        Atago zmarszczyła brwi. Gdzieś już słyszała to imię...
        - Sten? Czy to może być komandor Sten?
               Wichman zdumiał się, skąd lady Atago zna rangę Stena, ale jedynie potwierdził. I nie 
powiedział ani słowa więcej, bo nagle twarz heroiny pociemniała. Przywódczyni musiała chyba coś 
sobie przypomnieć...
        
        Forez pluł ogniem. Strzelał ze wszystkich luf, byle tylko powstrzymać “Swampscotta “. Lady 
Atago   wychyliła   się   zza   admirała   Deski,   zdumiona,   że   nawała   jeszcze   nie   zamieniła   wrogiej 
jednostki w martwy wrak. Cale płaty poszycia  odlatywały w przestrzeń, obiekt już prawie nie 
przypominał okrętu wojennego. Ale nadal odpowiadał ogniem. Ze zdawkowych, podsłuchanych 
meldunków wynikało, że dowódcą statku był komandor Sten. Deska ze wszystkich sil próbował 
dobić wroga, ale wciąż nie mógł tego uczynić.
        Nagle usłyszała szydzący z niej głos.
        - Już prawie cię mam, dzieweczko.
               Nigdy się nie dowiedziała, że głos ten należał do zastępcy Stena, Alexa Kilgoura. Nagle 
spomiędzy pogiętych blach “Swampscotta” wystrzeliły dwa pociski klasy Vydal. Forez zadygotał 
od eksplozji. Ogromny ekran oderwał się od grodzi i runął prosto na admirała Deskę. Rozprute od 
mostka do krocza ciało wpadło na lady Atago. Świat pogrążył się w mroku. Gdy po dłuższej chwili 
odzyskała przytomność, odpędziła pielęgniarki i kazała wysłać na pokład “Smapscotta “drużynę 
abordażową. Chciała poznać nazwiska całej załogi. Żywych i martwych.
               Osobiście  przejrzała  dyski,  aż   trafiła  na   krążek  Stena.   Dla  wszelkiej  pewności  otarła 
powierzchnię do czysta z krwi. Tak, to ten.
        
        - Zgadza się. Obłęd - powiedziała ostatecznie Wichmanowi. - Sten nie żyje. Sama go zabiłam. 
- I nagle przypomniała sobie coś jeszcze. - Dwa razy.
        - Słucham, pani?
               - Dwa razy. Przecież uśmierciłam go już kiedyś przedtem. A potem wrócił. I znów go 
zabiłam.
        Wzdrygnęła się, jakby ujrzała ducha.
        Zaraz też uprzejmie wyprosiła Wichmana. Wyszedł, wciąż partiotycznie roznamiętniony. Nie 
pojmował tylko, co za demon tak niespodziewanie nawiedził lady Atago.
        
        
Rozdział pięćdziesiąty
        
            Sten padł w jedyne w promieniu stu metrów zagłębienie. Szperacz z murów metodycznie 
omiatał   pustkowie.   Sten   odniósł   wrażenie,   że   plama   światła   zawahała   się   przez   chwilę,   nim 
przelotnie   wydobyła   z   mroku   jego   skuloną   postać.   Zupełnie   jakby   to   nie   komputer,   a   żywy 
człowiek   kierował   reflektorem.   Szalona   myśl   przemknęła   Stenowi   przez   głowę:   czyżby   ktoś 
wiedział o jego obecności? Może nastąpił przeciek? Bawią się? Reflektor przystanie, a z cienia 
wyskoczy tuzin rechoczących strażników, którzy powloką intruza do Koldyeze na kilka lat samotni 
i tortur zakończonych egzekucją... Powtórzył bezgłośnie starą mantrę sekcji Modliszki, aż puls mu 
się uspokoił, oddech wyrównał.
        Smuga blasku przesunęła się dalej.
               Sten uniósł głowę i wbił oczy w ciemność, gdzie majaczyły tarasowate stoki wzgórza. 
Widniała tam też tylna ściana Koldyeze, stromizna kryjąca tajne wejście do katedry.
               Poczuł jakiś wewnętrzny bunt, gdy pomyślał o odsunięciu kamuflującego płata darni i 
wpełznięciu do tunelu, a dalej do katakumb. Wreszcie wróci do więzienia!

background image

        Alex zaprotestował energicznie, usłyszawszy o zamiarze nawiązania bezpośredniego kontaktu 
z Virunga. Sten zapewnił, że nie ma się czego bać. Wyjdą stamtąd przed świtem.
          - Odbiło ci - stwierdził Kilgour. - To się musiało tak skończyć. Gdy byłem jeszcze na tyle 
mały, że musiałem czepiać się spódnicy taty, mamusia dała mi trzy rady: nigdy nie graj w karty z 
kościstą dziewuchą - spojrzał z uśmiechem na St. Clair - nie jadaj u Szkota-centusia i dobrowolnie 
nie właź do pokoju, który zamyka się od zewnątrz!
        Cholera, pomyślał Sten. Mamusia Kilgoura miała rację! W co ja się ładuję? Dreszcz przebiegł 
mu   po   plecach,   gdy   pomyślał   o   perspektywie   następnych   kilku   lat   spędzonych   w   więzieniu. 
Zawahał się nawet, czy by nie odwołać całej imprezy, ale właśnie wtedy rozległy się kroki. I ciche 
podśpiewywanie. Zamarł w bezruchu.
        Przytulił się do ziemi i obrócił lekko głowę w bok, by cokolwiek widzieć. Nic nie wskórasz 
podnosząc łeb i gapiąc się na przeciwnika - głosiła jedna z podstawowych zasad sekcji Modliszki.
        Tylko spokojnie, szybko i sprawnie, pomyślał Sten. Leżał ledwie pół metra od ścieżki. Kroki 
zbliżały się powoli.
               Strażnik okazał się ostatnią ofermą. Może zresztą ostatnio rekrutowali nawet klinicznych 
idiotów. Śpiew narastał. Sten rozpoznał popularną balladkę wojenną o nieszczęśliwej frontowej 
miłości, jedną z trzech najczęściej (i do znudzenia) zamawianych w klubie “K’ton”.
        Nagle poczuł, jak ciężki but miażdży mu palce. Ledwie się opanował, by nie wyszarpnąć ręki. 
Strażnik przystanął i obrócił się. Ból przeniknął aż do kości.
               Osobnik pogrzebał przy mundurze i wprasował dłoń Stena w ziemię. W końcu przesunął 
stopę. Popłynęła krew.
          Sten zorientował się, że wartownik jest odwrócony tyłem. Uniósł lekko głowę. Ujrzał coś 
bladego i dość sporego.
               Odgłosy wskazywały jednoznacznie, jakie to czary odczynia strażnik tuż obok ścieżki. 
Zdradzały też kolejną tajemnicę: to była kobieta. Gdy wstała i zaczęła poprawiać uniform, Sten 
wydobył nóż. Od razu przybyło mu pewności siebie.
          Strażniczka poruszyła się niespokojnie. Odkryła go! Sten wystrzelił ku niej niczym wielki 
drapieżnik wynurzający zębatą mordę z otchłani wód.
        Jedną ręką ścisnął gardło ofiary, drugą przymierzył do ciosu w brzuch. Przez ułamek sekundy 
widział   twarz   dziewczyny   -   góra   szesnastoletniej   i   chudej   jak   nieszczęście.   Wielkie   oczy 
wypełniało przerażenie połączone ze zdumieniem. Dziecko. Już na zawsze.
               Stało się inaczej, lecz nie wynikało  to wcale  ze Stenowego poczucia  sprawiedliwości 
dziejowej, ale z czystego wyrachowania. Pustkowie nie dawało żadnych szans szybkiego ukrycia 
ciała, a czas poganiał. Miast zatopić nóż w zapewne pustym brzuchu, poszukał obolałymi palcami 
tętnicy pod uchem. Szybko, zanim młodociana strażniczka zacznie krzyczeć...
          Przyciskał tętnicę, aż poczuł że ciało wiotczeje. Ułożył je ostrożnie na ziemi i wyciągnął z 
kieszeni   granat   z   gazem   amnezyjnym.   Wyszarpnąwszy   zawleczkę,   podsunął   dyszę   pod   nos 
dziewczyny. Nie będzie niczego pamiętać.
        Gdy znajdą ją przy następnym obchodzie, niewątpliwie rozpęta się piekło. Słodko drzemiące 
niewiniątko oberwie za spanie na służbie. Ale czym jest parę złamanych żeber wobec perspektywy 
wyprucia flaków?
               Sten upewnił się, że szczeniara leży wygodnie i ruszył  dalej. Echo jej piosenki wciąż 
pobrzmiewało mu w uszach.
        
               Krzesło zaprotestowało jękliwie, gdy trzysta kilo żywej wagi zaczęło się na nim kołysać. 
Virunga chłonął wieści z wojny. Sten starał się nie przesadzać z optymizmem,  ale spragniony 
jakichkolwiek nadziei N’Rany a i tak ożywał w oczach.
               Sten musiał  się streszczać,  żeby zdążyć  jeszcze  naświetlić  obecną sytuację  na  Heath, 
opowiedzieć o własnej działalności. Doszedł właśnie do losów St. Clair i L’n.

background image

        - ... no i tak się bawili, generał Lunga, jego dwaj adiutanci oraz kilka osób płci obojga obok 
lub na nich, gdy zadzwonił telefon komórkowy. Tajna wiadomość najwyższego uprzywilejowania, 
mówią. Generał wyrzucił całe towarzystwo na zbitą twarz, włączył się w kodowaną linię na kompie 
i ledwo zdążył czknąć, zaraz usłyszał głos jakiegoś pomagiera lady Atago. Adiutanci dwa razy 
sprawdzili, czy pokój jest czysty. Opukiwali ściany, przekopywali szuflady i tak dalej, aż pokazali 
generałowi, że wszystko gra. Wtedy Lunga odebrał rozkazy. Ma zebrać swoją flotę. Cel: Światy 
Pogranicza. Jest tam potrzebny nie tyle na wczoraj, ile na zeszły tydzień. Znaczy, szykuje się coś 
wielkiego.   Generał   próbował   protestować,   nieśmiało   zresztą.   Że   obowiązki,   że   dotychczasowe 
zadania i przydziały, że to tak nie można w jednej chwili. Wywiązała się dyskusja. Najpierw o 
statkach,   potem   o   przesunięciach   oddziałów,   a   całość   zakończyła   zwykła   pyskówka.   Generał 
przegrał, oczywiście, i wypadł z pokoju jak oparzony. Obaj przyboczni za nim. Nie wiedzieli, że 
znamy treść rozmowy!
        - Pokój był... na podsłuchu - domyślił się Virunga.
        - Nic z tych rzeczy - odparł Sten. - Nie dało rady. Lunga zarezerwował sobie ten kurwidołek 
na stałe, a jego ludzie zawsze wszystko sprawdzali.
        - To jak...
        - L’n - wyjaśnił Sten. - Podsłuchiwała. Cały czas “spała” zwinięta w kłębek na poduszce w 
rogu pokoju. Dokładnie na widoku. Generał ma ją za miłe i niegroźne zwierzątko domowe, jakąś 
rasę kota.
        Virunga nie opanował śmiechu, ale nagle spoważniał.
               -   Czy   jesteście...   pewni...   że   to   dla   niej...   dobrze?   L’n   jest...   taka...   -   zaczął   szukać 
odpowiedniego słowa, ale nie znalazł.
        - Niewinna? Nieśmiała? Wrażliwa? - podsunął Sten. 
        Virunga przytaknął.
        - To przeszłość - stwierdził Sten. - Nie uwierzyłbyś, jak bardzo się zmieniła. Gdy wyskoczyła 
z Koldyeze na wolność, spadła na cztery łapy. Nawet Michele, znaczy St. Clair, nie może się 
nadziwić metamorfozie. Ogólnie na lepsze. L’n mogłaby teraz zawstydzić starego dokera. W razie 
czego, nie przebiera w przekleństwach. A jak trzeba, to grypsuje.
        Virunga pokręcił głową. Na razie każde zasłyszane słowo podsycało w nim euforię, Sten znał 
ten stan ducha z własnej praktyki, ale wiedział też, że za kilka dni nadejdzie tym głębsza depresja, a 
grube   ściany   Koldyeze   przygniotą   jeszcze   bardziej.   Virunga   i   inni   zaczną   powątpiewać,   czy 
kiedykolwiek odzyskają wolność. A przecież mogło być różnie. Wojna dobiegała końca, ale kto 
zagwarantuje, że jakiemuś zdesperowanemu Tahnijczykowi nie strzeli w ostatniej chwili coś nader 
głupiego do łba?
        Dlatego też Sten przygotował plan, który miał nie tylko ukoić nostalgię więźniów, ale dać im 
realną   szansę   na   ujrzenie   dnia   zwycięstwa.   Przy   okazji   wsparliby   lądujące   siły   inwazyjne   w 
charakterze piątego asa. No, może nie asa, ale zawsze jakiegoś atutu. Przy odrobinie szczęścia 
wyjdzie z tego cały sekwens.
               Myśl jak Michele, upomniał się Sten. Znaczy, St. Clair. Słodkie szepty, miękkie palce, 
podatne usta... Uff, mniejsza z tym,  wracaj do sprawy.  Ostatecznie jesteś teraz wysokiej rangi 
oficerem.
          Mimo wszystko admirał Sten musiał opanować głupawy uśmiech i założyć nogę na nogę. 
Szczęśliwie Virunga przerwał mu te błogie rozmyślania.
        - Jak nazywa się... to kasyno Michele... znaczy St. Clair? 
        Sten spojrzał zdumiony na Virunge. Czyżby pułkownik odgadł?
        Ciemne, owadzie oczy niczego nie zdradzały.
        - Klub “K’ton” - powiedział. - Czemu pytasz?
        - Nie wiedziałem... że ta dziewczyna... zna się na... muzyce...
        - Ja też nie. - Sten zdziwił się jeszcze bardziej.

background image

        - Sam nie mogę... się już nią... cieszyć. - Dotknął ucha. - Jestem teraz... głuchy na... dźwięki. 
Stara   przy   wara...   artylerzystów.   Huk   dział...   znieczula.   Ale   kiedy...   byłem   młody...   bardzo 
lubiłem...   muzykę.   Nawet...   grałem.   -  Przesunął   palcami   po   wyimaginowanym   instrumencie.   - 
Trochę... Na saksofonie. Nie na... syncie... ale na takim... z prawdziwym stroikiem. Brzmiał... ach. 
Nie potrafię... opisać.
        Zapadła cisza. Pułkownik Virunga wspominał słodki dźwięk saksofonu, już dawno zagłuszony 
przez wystrzały dział.
        Znowu ta muzyka. Coś nieuchwytnego...
        Atmosfera Koldyeze nieco się zmieniła od czasu pierwszej rozmowy Stena z Pastourem. Po 
pierwsze, w więzieniu zrobiło się tłoczno za sprawą nowo przybyłych oficerów i dyplomatów. 
Trafiło tu nawet kilku prowincjonalnych gubernatorów.
        Pastour wziął sobie do serca słowa Stena. Szczególnie te tyczące sposobu traktowania jeńców. 
Dodał   do   personelu   gromadkę   swoich   zaufanych   ludzi   i   pousadzał   ich   na   kluczowych 
stanowiskach.   Ostrzegł   wszystkich   wyraźnie,   że   nie   będzie   tolerował   żadnych   nadużyć   czy 
wykroczeń wobec więźniów. Przycisnął śrubę tak bardzo, że nawet Avrenti i Gernikh (szczególnie 
Gernikh) bali się wychylić.
        Na dodatek Pastour urządził sobie w Koldyeze własną kancelarię. Co pewien czas zaglądał z 
niespodziewaną wizytą i wzywał poszczególnych strażników na dywanik. Czekali w karnej kolejce 
pod drzwiami, a on zapraszał ich na indywidualne rozmowy.
        Straty wojenne oraz upadek gospodarki coraz bardziej utrudniały Derhinowi utrzymanie racji 
żywnościowych jeńców na minimalnie przyzwoitym poziomie. Kadra też się zmieniła. Ci w wieku 
poborowym poszli na front, Derhinowi pozostawiono tylko starców i dzieciarnię. A wszyscy oni 
głodowali.   W   domach   też   brakowało   jedzenia.   Natomiast   wyposażeni   w   zasoby   katakumb 
więźniowie nie dość, że mieli się całkiem dobrze, to jeszcze mogli wręczać sporo smakowitych 
łapówek.
        Dziwne, jak ludzie potrafią się zmienić. Nowi strażnicy, gdy przyszło im rozsądzać jakiś spór, 
odruchowo brali stronę jeńców. Przecież to więźniowie ich żywili. To oni pozwalali im utrzymać 
rodziny.
        Co więcej, nawet drastyczna cenzura zarządzona przez lady Atago nie zdołała zdławić plotek. 
Przyczyniła się nawet do powstania nowych. Niektórzy strażnicy poszli za przykładem Chetwynda: 
zaczęli obijać sobie cztery litery blachą.
        Coś wisiało w powietrzu. Sten tylko żywił nadzieję, że to nie burza z opadem ekstrementów. 
Bo że wkoło będzie rozmaicie, co do tego nie miał żadnych wątpliwości: tahnijskie szambo nie 
wyschnie tak szybko. Dlatego właśnie musiał odwiedzić Koldyeze, jakoś wesprzeć Virunge.
          Informacja o Sorensenie, stwarzała pułkownikowi nowe pole działania. Od tej pory Zrzęda 
mógł pełnić funkcję komputera rezerwowego-
        - Czy wchodzisz czasem na blanki? - spytał Sten.
        - Rzadko... Trudno mi... tak wysoko.
        Virunga pokazał na laskę.
        - Ale gdy patrzysz stamtąd na miasto, to co widzisz? 
        Oficer się roześmiał.
        - Ostatnio głównie... masę dziur. Nasze bombowce... spisały się... na medal!
        - Zgoda - odparł Sten. - Ale nie w tym rzecz. Pomyśl jak artylerzysta. Co zaobserwowałeś?
        Virunga zmarszczył krzaczaste brwi i znów zatrząsł się oo śmiechu.
          - Koldyeze... to najwyższy... punkt. Gdybym... miał działa. - Rozmarzył się. W wyobraźni 
widział już, jak ostrzeliwuje Heath. Nagle oprzytomniał. W oczach pojawił mu się dziwny błysk. 
Tyle celów...
        - Przecież... są działa... w katakumbach. Przestarzałe... ale można je... przystosować. - Spojrzał 
wyczekująco   na   Stena.   Następne   zdania   wyartykułował   mocnym   głosem:   -   Kiedy?   Tylko 
powiedz... kiedy?

background image

        Sten podszedł do N’Ranyi i ścisnął jego mięsisty odpowiednik ramienia.
        Dam ci znak - rzekł konspiracyjnym szeptem. - Po prostu bądźcie gotowi.
          Virunga przytaknął jedynie, lecz Sten wiedział, że oto ma przed sobą już nie zgnębionego 
jeńca, ale energicznego dowódcę baterii.
        
        
        
Rozdział pięćdziesiąty pierwszy
        
               Sten wymknął się z Koldyeze przed świtem. Zgodnie z planem ukrył się w otaczającym 
katedrę rumowisku i poczekał na maszerujące tędy co rano kolumny zaspanych robotników. Dwie 
pierwsze   przepuścił.   Był   zbyt   porządnie   ubrany   jak   na   tkackiego   wyrobnika.   Trzecia   grupa 
wyglądała nieco lepiej. Z podsłuchanych rozmów wywnioskował, że większość z nich albo tyra 
przy kadziach w zakładach farmaceutycznych, albo stróżuje w fabryce amunicji.
        Zanim robotnicy dobudzili się na tyle, by zauważyć obcego, kolumna dotarła już do centrum 
miasta   i   Sten   wtopił   się   w   tłum   na   targowisku.   Czym   prędzej   kupił   siatkę   i   nabył   strzęp 
podejrzanego ścierwa. Potem przepchnął się wraz z innymi w kierunku Chaboya i klubu “K’ton”. 
Jeszcze dwa zakręty, krótka wędrówka w dół alei i będzie mógł napić się chłodnego piwa.
        Nagle tłum zafalował gdzieś z przodu. Zaraz za rogiem czekała tyraliera umundurowanych na 
zielono Tahnijczyków. Blokowali ulicę. Serce podeszło Stenowi do gardła. Zawrócił na pięcie, 
niemal tratując sąsiadów. Jęki puścił mimo  uszu. Niestety,  z tyłu  pojawiła się druga, podobna 
blokada. Wpadł w pułapkę!
        Gliniarze zaczęli spychać tłuszczę tarczami. Tłamszeni ludzie milczeli jak zaklęci. Rozległo 
się tylko parę okrzyków bólu; to nieostrożni trafili w zasięg pałek ogłuszaczy.
               Stróże ładu wbili się klinem w motłoch i rozszczepili go na dwoje. Sądząc po pagonach, 
nagonkę urządzili sami sierżanci. Pilnie lustrowali schwytanych i co pewien czas wskazywali na 
kogoś, by gromkim “ty!” wyrwać ofiarę ścisku. Sąsiedzi sami wypychali wybranych, których zaraz 
gdzieś odprowadzano.
        Sten próbował się wycofać, przytulić do ściany domu, schować. Właśnie dotarł do twardego 
muru, gdy osiłkowaty sierżant wycelował palec prosto w niego.
        - Ty! - wrzasnął.
        Sten nie zdążył nawet mrugnąć, gdy pochwyciły go silne ręce i poniosły diabli wiedzą dokąd.
        
        Na gigantycznym głównym placu Heath zgromadzono ponad milion osób. Przedpołudniowe 
słońce przypiekało coraz bardziej, a tłok panował taki, że mgła unosiła się coraz gęstsza niczym 
nad bagniskami.
          Z trzech stron placu sterczały wysokie na wiele pięter ekrany. Z czwartej, za pozostałą po 
pałacu Rady dziurą w ziemi, wyrastała pusta na razie scena.
               Grupkę Stena pogoniono skrajem na sam przód. Tam mężczyznom wciśnięto w dłonie 
plastikowe transparenty. Wciąż niepewny swego losu, Sten odczytał hasło wymalowane grubymi 
krwistoczerwonymi literami: “Koniec z imperialistyczną hegemonią!”.
        - Machaj! - krzyknął gruby sierżant, wywijając ogłuszaczem. Wrzasnął głośniej niż kapral na 
kursie rekruckim.
        Sten wykonał kilka zamaszystych ruchów.
        - Wiwatować! - dodał gliniarz.
        - Jasne - odparł Sten i jak najżywiej zaczął witać jutrzenkę zwycięstwa.
          Potem już tylko otwierał usta albo darł się niczym opętany na temat dowolny, a gdy tłum 
ryknął milionem gardeł, Sten odetchnął. Było bezpiecznie. Wystarczy przeczekać to przedstawienie 
i wysłuchać jakiejś gadki. Najwyżej spóźni się parę minut.

background image

          Potem przypomniał sobie, że w państwach totalitarnych dygnitarze uwielbiają przemawiać 
godzinami   i   skorygował   przewidywania.   Pół   dnia.   Może   być   ciężko,   ale   w  Gromadzie   Wilka 
widywał nie takie rzeczy. Tam dopiero potrafili truć. Dla urozmaicenia Sten zaczął wykrzykiwać 
co bardziej soczyste przekleństwa.
        Pięć godzin samego oczekiwania wyleczyło go z optymizmu. Tłum wciąż wrzeszczał, głośniej 
nawet niż na początku. Gliniarze pilnowali formy manifestantów i po swojemu likwidowali każdy 
znak wyczerpania. A scena wciąż pozostawała pusta.
        Nagle coś zaszumiało. Instynkt starego piechura zmusił Stena do pochylenia głowy. Sekundę 
później nad placem przemknął kosiakiem cały dywizjon pomalowanych  na czarno myśliwców. 
Maszyny zniknęły za ruinami pałacu. Huknęło ogłuszająco, jakby mało było wrażeń. I bez tego 
wszyscy mieli stargane nerwy.
        Sten wytrzymał i nie padł odruchowo na ziemię. Za pierwszą formacją nadleciała następna. I 
kolejna. Już nie tylko myśliwce. W pewnej chwili niebo pociemniało. Wielkie cielska pancerników 
zasłoniły dzienną gwiazdę.
        Nawet na Stenie robiło to duże wrażenie. Przynajmniej z początku. Potem przestał podziwiać 
powietrzną defiladę i spojrzał bardziej krytycznym okiem. Zaczął przyglądać się poszczególnym 
jednostkom.   W   masie   wyglądały   wspaniale,   ale   były   wyraźnie   zużyte,   poobijane,   ze   śladami 
pospiesznych napraw. Wyszczerbione pancerze, dziobate burty... Ale chyba jeden Sten zauważył to 
wszystko,   wiwaty   bowiem   nie   ustawały.   Wrzeszczano   już   nie   z   obowiązku,   ale   ze   szczerego 
entuzjazmu.
          Niebo pojaśniało na chwilę i profesjonalny cynizm Stena zniknął, jak ręką odjął. W górze 
pojawiły się trzy największe pancerniki, jakie kiedykolwiek zbudowano. Smukłe, całkiem gładkie 
kadłuby   lśniły   matową   czernią.   Były   to   nie   tyle   okręty   wojenne,   ile   dzieła   sztuki.   Masywne 
pokrywy baterii świadczyły o wręcz gigantycznej sile ognia maszyn. Wydawcy katalogu flot, nadal 
zwanego   “Jane’s”,   duszę   by   zaprzedali   za   choć   jedno   zdjęcie   tych   lewiatanów.   Sten   dopiero 
zaczynał domyślać się ich potencjału bojowego, gdy zniknęły z hukiem za horyzontem.
               Tłum umilkł momentalnie. Nawet policjanci odprowadzili superpancerniki spojrzeniem. 
Lokalne   stężenie   patriotyzmu   wzrosło   niepomiernie.   Zapanowała   atmosfera   religijnej   ekstazy. 
Widać Wielki Duch Tahnijczyków uwielbiał pompę i parady.  Ciekawe, co powiedziałby na to 
Cristata.
        Nagle rozległ się niski pomruk. Wyrwany z zamyślenia Sten, wraz z innymi zaczął wyciągać 
szyję, próbując dojrzeć źródło dźwięku. Odgłos najwyraźniej dobiegał z ruin pałacu.
        Coś białawego wzniosło się ponad rumowiskiem. Przypominało koło ze szprychami. Zastygło 
na moment, jakby czekało, aż opadnie jasny pył. Potem wzleciało na jakieś pół kilometra i płynnie 
skierowało się ku podwyższeniu.
               Sten zobaczył, jak otwiera się wielki właz. Z wnętrza koła wyłoniła się czarna kapsuła. 
Zniżyła   się   i   zawisła   nad   sceną.   Rozbrzmiewały   ostre   trzaski.   Czerwone   wsporniki   dotknęły 
podłoża, kabina wylądowała.
            Zapadła kompletna cisza. Nikt w tłumie nie śmiał nawet szepnąć. Głośniki huknęły nagle 
marszem.   Część   poszycia   kapsuły   odsunęła   się,   wypuszczając   całą   sforę   umundurowanych 
Tahnijczyków.   Szli   godnie,   w   nogę.   Wszyscy   mieli   buty   z   cholewkami   powyżej   kolan.   I   z 
solidnymi obcasami.
        Zajęli miejsca wkoło sceny. Sten odnotował, że broń wojaków nie jest tylko na pokaz: była 
załadowana   i   odbezpieczona.   Wśród   żołnierzy   pojawili   się   jacyś   oficerowie,   najpewniej   z 
wywiadu. Rozglądali się uważnie w poszukiwaniu zagrożenia. Ale gdzie tam, w tej chwili tłum był 
gotów   przytulić   swych   przywódców   do   serca.   Muzyka   zabębniła   głośniej.   Na   scenę   wyszli 
członkowie Wielkiej Rady Tahnu.
        Sten błyskawicznie sprawdził, kto jest, kogo brakuje, kto gdzie stoi. Ciekawe, czy nastąpiły 
jakieś przetasowania?

background image

        W zasadzie nic się nie zmieniło. Brakowało Pasteura, a lord Wichman zajął miejsce zaraz po 
prawej   stronie   jeszcze   pustego   centralnego   stanowiska,   ale   to   wszystko.   Sten   przestał   zresztą 
zgłębiać dworskie subtelności zaraz po tym, gdy ujrzał kolejnych strażników. Ci byli w polowych 
mundurach, chłop w chłopa jak dęby. Sten przypomniał sobie, gdzie już ich kiedyś widział. Zza 
równego   szeregu   wyjrzała   lady   Atago.   Niewielu   Tahnijczyków   przewyższało   ją   wzrostem.   Z 
wyjątkiem członków osobistej gwardii heroiny.
               Tłum oszalał. Gwardziści odprowadzili swoją panią do honorowego miejsca, potem się 
wycofali. Ale niezbyt daleko, zauważył Sten. Stali, w każdej chwili gotowi rzucić się na ratunek 
Atago. Czytaj: zasłonić ją własnymi ciałami.
               Lady Atago uniosła obie ręce nad głowę. Wiwaty jeszcze się nasiliły, aż od mikrofonów 
poszło jękliwe sprzężenie. Sten nagle poczuł się dziwnie samotny wśród otaczającego go tłumu.
          Pamiętał, kiedy ostatni raz spotkał lady Atago. Na Cavite, w początkowym okresie wojny. 
Miała na sobie czerwony płaszcz oraz zieloną tunikę, tak jak teraz. Stała ledwie sto pięćdziesiąt 
metrów   od   Stena.   Uniósł   wtedy   broń   i   wycelował   prosto   w   okryty   zielenią   obiekt.   Wciągnął 
głęboko powietrze, wykonał pół wydechu, położył palec na spuście. Pocisk z ładunkiem AM2 miał 
rozszarpać materię i ciało, ale nagle w celowniku zabielało od mundurów gwardzistów. Poruszali 
się jak corps de ballet. Całkiem zasłonili przełożoną.
        Sten do dziś się zastanawiał, czemu wtedy nie strzelił. Czy naprawdę nie miał szans? A może 
po prostu stchórzył przed obstawą? Tak czy inaczej, nie udało się. Ciekawe, kogo ujrzałby dzisiaj, 
gdyby wyszło inaczej. Kto by tu stanął? Wichman? Pastour? A może nikt?
          Lady Atago pławiła się w entuzjazmie. Opuściła ręce i znów je uniosła, tym razem każąc 
zgromadzonym umilknąć. Tłum posłuchał błyskawicznie.
        - Dziękuję, rodacy - zaczęła. - Dziękuję, że przyszliście uczcić to święto.
        Nikomu nawet powieka nie drgnęła. Oczywiście, że przybyli tu dobrowolnie. Jakby inaczej. 
Tylko... jakie święto czcimy?
          - Nadszedł dla nas czas próby - ciągnęła Atago. - Zresztą nie po raz pierwszy po Wielkiej 
Hańbie.   Zebraliśmy   się,   by   wyrazić   przywiązanie   do   naszych   ideałów,   naszego   dziedzictwa 
narodowego,   które   stanie   się   fundamentem   naszego   zwycięstwa.   Ale   wyższość,   jaką   mamy 
zapisaną w genach, to nie wszystko. Jesteśmy wszak gotowi ponieść każdą ofiarę, by uratować 
najcenniejszą wartość...
        Zawiesiła głos i poczekała, aż umilkną echa. W ciszy rzuciła to najważniejsze słowo:
        - Honor!
        - Honor! - powtórzył tłum. - Honor!
        - Właśnie, honor - powiedziała lady Atago. - Niech nikt, kto nie jest Tahnijczykiem, nie udaje, 
że wie, co to słowo znaczy. Nie tylko gotowość do ponoszenia ofiar krwi dla dobra naszych dzieci i 
dzieci   naszych   dzieci.   Bo  dla   ocalenia   honoru   zrobimy   nawet   więcej.   Radośnie   pójdziemy   na 
śmierć wiedząc, że do ostatniego Tahnijczyka to jedno nie zginie. Bo śmierć jest lepsza niż życie w 
hańbie. Pozbawieni honoru, zginiemy i tak. Nie będzie już tahnijskiego narodu. - Przerwała na 
chwilę i zwiesiła głowę. - Właśnie. Ktoś mógłby powiedzieć: skoro i tak mamy zginąć, to co za 
różnica. Otóż jest różnica! Gdy odejdziemy w chwale, wypełniwszy misję i ducha nie straciwszy, 
na zawsze zostawimy po sobie ślad w historii. Nawet za tysiąc lat potomni będą nas stawiać za 
wzór. Oto ci, którzy honoru się nie wyrzekli. I będą przeklinać samych siebie za słabość swą i 
tchórzostwo, bo nie starczy im sił, aby nam dorównać. Ależ oni zginęli, powiedzą dzieci. A rodzice 
przytakną. Owszem, ale odeszli z godnością. Za honor swój życie oddali!
        Pół godziny trwało, nim tłum się uspokoił i lady Atago mogła mówić dalej. Ludzie krzyczeli, 
płakali i padali sobie w ramiona. Dzieci podnoszono byle wyżej i podawano bliżej sceny, by też 
stały się świadkami historycznej chwili.
               Lady   Atago   czekała   cierpliwie.   Pozornie   nieczuła   na   powszechny   podziw,   uważnie 
obserwowała zebranych.

background image

               - I tak rodacy - powiedziała we właściwym momencie - wezwałam was, byśmy wszyscy 
zamanifestowali oddanie dla sprawy obrony czci naszej i godności. Nie będzie łatwo. Wróg jest 
okrutny. Nie spocznie, aż wybije nas wszystkich. Wielkie zwycięstwa nad nim odnieśliśmy, choć 
przelaliśmy morze krwi. Ale to nieważne. Przyjmiemy wroga, jak godzi się przyjmować wrogów. 
Szczęście   nam   dopisało,   boć   jeszcze   żyjemy   i   możemy   sprawdzić   się   w   godzinie   próby 
największej. Nieprzyjaciel zmusił nas, byśmy stawili czoło własnej słabości. I nie zawahamy się. A 
gdy dokończymy dzieło, staniemy się silni jak nigdy. I czyści. I dobrzy. Albo właśnie tak będzie, 
albo zginiemy. Poniesiemy śmierć... za honor nasz najdroższy...
               Ostatnie słowa wypowiedziała cicho niczym werset modlitwy. Tłum znów zamilkł, jakby 
wyczuwał, co zaraz nastąpi.
         Lady Atago powoli uniosła dłonie ku pogodnemu niebu. Sten odnotował w pamięci, że ani 
razu nie wspomniała o Wiecznym Imperatorze. Nie zdziwił się, tylko czym prędzej zapisał sobie tę 
sztuczkę w rubryczce “perswazyjna retoryka wiecowa”.
               - Ślubuję wam, rodacy, że rzucę na wrogów wszystko, cokolwiek zbudują wasze ręce. 
Przegonię nieprzyjaciół ze Światów Pogranicza. Wykurzę z nor Cavite. A potem zacznę ich ścigać. 
Nie   zdołają  uciec.   Uroczyście   przysięgam,   rodacy,   że   poprowadzę   was   do  walki.   Zwycięskiej 
bitwy. Wiktoria szybka będzie i słodka niczym wino. Ale jestem tylko kobietą. Słabości moje nie 
są inne od waszych. I gdyby się tak zdarzyło... że jednak bym was zawiodła... nie dała zwycięstwa, 
na które zasługujecie... - Odczekała dłuższą chwilę -... to uratuję wasz honor!
        Sten przestał zauważać moralnie odradzający się naród. Coś znacznie ciekawszego przykuło 
jego uwagę. Oto po raz pierwszy w życiu  widział przywódcę nie dość, że porywającego tłum 
przemówieniem, to jeszcze święcie wierzącego w każde wypowiadane przez siebie słowo.
        
        Od chwili, gdy Sten poszedł do Koldyeze, “K’ton” zdążył zamknąć swoje podwoje, otworzyć 
je i znów zamknąć. Za kilka godzin tłumy ponownie ruszą do gry. Alex, St. Clair i L’n czekali w 
pustym klubie nocnym i denerwowali się coraz bardziej.
        Dla niepoznaki robili to samo co wszyscy żołnierze od zarania dziejów. Psioczyli na swój los i 
zastanawiali się, co jeszcze głupiego wymyślą dla nich w sztabie.
        - Nie, żebym narzekała - mówiła St. Clair. - Interesy idą cacy, robimy Tahnijczykom wodę z 
mózgu i bardzo dobrze. Ale ja lubię konkrety.
        - Święte słowa - wyrwało się L’n.
        St. Clair spojrzała na przyjaciółkę pytająco, ale futrzasta zrobiła nader niewinną minkę.
        - No to o co chodzi? - zagadnął Alex.
        - Mam wrażenie, że do niczego w ten sposób nie dojdziemy. Rujnujemy ich walutę. Świetnie i 
pożytecznie. Produkcja spada, podobnie jak morale. Wykradamy sekrety na kopy i w ogóle dajemy 
im popalić. Tak być powinno.
        - Nie wiem, do czego zmierzasz - stwierdziła L’n. - Czego jeszcze chcesz?
        - Żeby jęknęli - wyjaśniła St. Clair. - Bo co ta za frajda, gdy nie słychać, jak bardzo boli?
        - Zgoda - mruknął Alex i postukał w blat. - Świetnie cię rozumiem.
        - Naprawdę? - spytała niczego nie podejrzewająca L’n. Zostało w niej jeszcze trochę z dawnej 
niewinności.
        Alex mądrze pokiwał głową.
        - To problem znany o lat - powiedział. - Jak bardzo boli... Właśnie. Stara choroba i opowieść 
niemal z pradziejów, dzieweczko. Kilgour zaraz ci wszystko wyjaśni.
        Alex rozsiadł się wygodnie i spojrzał na obie słuchaczki. St. Clair czuła pismo nosem.
            - Pewien mój przodek błąkał się kiedyś całe miesiące po śnieżnych pustkowiach. Dawno, 
jeszcze   na  Ziemi.   Aż   któregoś   dnia   dotarł   do   miasta.   Wioski   właściwie.   Wieśniacy  myśleli   z 
początku, że to niedźwiedź do nich zawitał, ale nie. Mój antenat wyjaśnił prostaczkom, że szuka 
dentysty. No to powiedzieli, że jest dyplomowany felczer. Przodek poszedł do medyka, siadł w 
fotelu.   Dentysta   zajrzał   w   mu   zęby   i   orzekł,   że   trzeba   rwać.   Ale   nie   miał   znieczulenia.   Mój 

background image

pradziad  nie  przejął  się.  I  kazał  usuwać.  Wiele  było  jęków i  zgrzytów.   Dentystę   oblały poty, 
praszczur też spocił się jak ruda mysz, ale w końcu ząb puścił. Dentysta spytał wtedy: “Chyba w 
życiu   jeszcze   pana   tak   nie   bolało?”   Ale   mój   przodek   zaprzeczył.   “To   pryszcz”,   stwierdził. 
Wyrwiząb zdumiał się” A co może być  gorszego?” No to usłyszał, jak wy słyszycie:  “Kiedyś 
zdarzyło się, że miałem sraczkę. Raz pogoniło mnie tak paskudnie, że nie zdążyłem do wychodka 
na tyłach  domu  i przykucnąłem  w zaspie, zaraz  za drzwiami.  Ale zapomniałem,  że niedawno 
czyściłem tam paści na niedźwiedzie. No i zostawiłem je w śniegu. Przypomniałem sobie o tym 
dopiero   wtedy,   gdy   szczęki   jednej   zatrzasnęły   mi   się   na   jajach”.   “Wielki   boże”,   zakrzyknął 
dentysta. “Racja, nie ma bólu, który mógłby się z tym równać”. Przodek na to, że niezupełnie, bo 
naprawdę zabolało wówczas, gdy się łańcuch skończył...
          Zapadła martwa cisza, jak zwykle po dowcipach Kilgoura. Tyle tylko, że jedynie St. Clair 
milczała do końca. L’n tarzała się po dywanie ze śmiechu.
        - Nie rozumiem - stwierdziła obojętnie St. Clair.
          - Jak to? - wyharczała L’n. - Czemu? To proste... - Spróbowała się nieco opanować. - Bo 
widzisz, paści na niedźwiedzie są na długim łańcuchu...
        - To wiem - stwierdziła niepewnie St. Clair.
          - ... jeden koniec takiego łańcucha mocuje się do czegoś w ziemi, a na drugim... no, a na 
drugim jest pułapka na niedźwiedzia. I kiedy szczęki się zatrzasnęły, ścisnęły mosznę tego tam 
przodka Alexa... - Znów zaniosła się śmiechem. St. Clair wlepiła oczy w przyjaciółkę i nadal 
niczego nie pojmowała. Kilgour też patrzył  na futrzastą, tyle że z zachwytem. - No ale nie to 
zabolało najbardziej - podjęła L’n. - Dopiero gdy czcigodny antenat chciał odejść a łańcuch się 
napiął...
        - Dobra starczy! - jęknęła St. Clair. - Błagam!
        Alex wstał, obszedł stół i czule poklepał L’n po ramieniu. Oto wreszcie znalazł bratnią duszę.
        - Znasz więcej takich kawałków? - spytała z nadzieją “Kotka”.
        - Parę się znajdzie, dziecino. Na przykład o pasiastych wężach. Znasz?
        - Nie, chyba nie. Czemu wcześniej...
        - Tylko nie to! - ryknął od drzwi Sten. - Słowo, a odeślę cię do Koldyeze. Prosto do karceru.
               Cała trójka spojrzała na utrudzonego wędrowca. Biedaczysko. Włosy w nieładzie, wzrok 
dziki, ubranie w strzępach. I chyba odcisków się nabawił, bo jakoś kulał.
        - Co się stało? - spytała St. Clair.
        Sten westchnął i potrząsnął głową. Padł w fotel, pokazał palcem na swoje otwarte usta. Alex 
podał mu kufel piwa. Złocisty płyn zniknął w czterech łykach. Z drugiej kolejki Sten wychylił 
tylko połowę. Potem czknął potężnie. Dalej pił już spokojnie.
        - No i co? - nalegała St. Clair.
        - Myślałem, że już koniec - powiedział Sten. - Zgarnęli mnie w łapance.
        Słuchaczy aż podniosło. Sten machnął ręką, aby usiedli.
               - Okazało się, że potrzebują porządnie ubranych obywateli do wypełnienia pierwszych 
szeregów   na   wiecu.   Takich   do   machania   transparentami,   żeby   transmisja   dobrze   wypadła. 
Czekaliśmy ponad pięć godzin na pełnym słońcu, aż wyszła lady Atago i zaczęła namawiać nas do 
popełnienia samobójstwa. Po krótkim namyśle uznaliśmy, że to świetny pomysł i chcieliśmy pójść 
sobie do domów, ale nic z tego. Atago poprosiła, by na znak poparcia zostać jeszcze chwilkę. 
Przetrzymali nas jedenaście godzin. W tym czasie zdrajcy wyznawali swe wielkie winy. Puścili 
wszystko na wielkich ekranach. Potem zrobili nam tę frajdę i zdekapitowali parszywców.
        - To byli jacyś konkretni zdrajcy? - spytała L’n.
        - Ci z naszej listy. Pod koniec zrobiło mi się ich prawie żal.
        - To nie wstyd - powiedział Alex. - Nie zobojętnieć mimo tylu l at praktyki...
        Sten powstrzymał się od komentarza. Poprosił tylko słabo o coś do jedzenia. W trakcie posiłku 
zrelacjonował przebieg wizyty w Koldyeze.
        - I co teraz robimy? - spytała St. Clair.

background image

            - Ciągniemy dalej ten wózek. Czego więcej chcieć? Nasza siatka działa dobrze. Korupcja 
kwitnie. Wszyscy cierpią.
          - Ale to nudne - powiedziała L’n. - Gdzie romantyczne porywy, gdzie obiecany dreszczyk 
emocji? Intryga! Niebezpieczeństwo! Tajne akcje! Nie jestem tu, by ziewać.
        Roześmiali się.
          - Obawiam się, że jednak tak - stwierdził Sten. - Zrobiliśmy już co w naszej mocy. Teraz 
musimy   poczekać   na   rozwój   wypadków.   Na   bitwę   o   Światy   Pogranicza.   I   o   Cavite.   -   Dolał 
wszystkim piwa.
        - Chociaż muszę przyznać, że ta historyjka Alexa ma pewien sens - dodał. - Zacisnęliśmy już 
Tahnijczykom  szczęki  na przyrodzeniach.  Żelazo  trzyma,  tylko  oni jeszcze  o tym  nie  wiedzą. 
Musimy poczekać, aż naciągną łańcuch.
        
        
Rozdział pięćdziesiąty drugi
        
        Klęska w systemach Pel/e czegoś jednak imperium nauczyła. 
               Marszałek   Ian   Mahoney   przejrzał   plany   przedinwazyjnego   bombardowania   Światów 
Pogranicza.
        - Podwoić - warknął.
        - Co podwoić, sir?
        - Wszystko.
        Personel sztabu uniósł oczy do nieba i zrobił swoje. Całość zapotrzebowania zwiększono o sto 
procent. Mahoney rzecz sprawdził, po czym nakazał dorzucić dodatkowe posiłki.
        Nie miał pewności, czy to zadziała, ale wzdragał się na myśl, żeby wysłać ludzi tam, gdzie 
może wystarczyć sam pocisk. Robił, co tylko mógł, by oszczędzić ofiar.
        Najchętniej zmieniłby te światy w globy pyłem płynące, jak uczynił to z planetami Erebusa, 
ale   pograniczne   ziemie   były   kiedyś   gęsto   zamieszkane.   Kampania   Tahnijczyków   i   późniejsza 
okupacja na pewno pochłonęły wiele istnień ludzkich, jednak część cywilów niewątpliwie ocalała.
        Nie miał wyboru.
               Ostatecznie nadszedł ten dzień, gdy wybrane do lądowania światy przestały odpowiadać 
ogniem.
        Mahoney dał znak do desantu.
          Wiedział, że mimo ciężkiego bombardowania obrońcy i tak wypełzną spod ruin. Zupełnie 
jakby obrzucano ich fajerwerkami. Nie pomylił się, oczywiście. I dlatego właśnie nie posłuchał 
rozkazów.
        
            Zdaniem Wiecznego Imperatora (i jego ekipy psychologów) powrót Mahoneya na Światy 
Pogranicza był  zdarzeniem wyjątkowym  i wartym  uwiecznienia.  Z jakiegoś dziwnego powodu 
imperator nazwał to “sensacją na pierwszą stronę”. Jeden władca wiedział, skąd się wzięła ta zbitka 
słów (sensacja może, ale pierwsza strona czego?), jednak machina propagandy drgnęła i ruszyła.
        Zanim jeszcze pancernik Mahoneya dołączył do floty inwazyjnej, poczyniono na nim pewne 
przeróbki. W miejsce kazamatów baterii lekkich dział wbudowano dodatkowe kabiny dla prasy. Po 
starcie tłok panował w nich niemiłosierny.
        Pancernik miał wylądować na Cavite (głównej planecie Światów Pogranicza) razem z czwartą 
falą desantu. Zakładano bowiem, że pierwsza fala wyginie do nogi, druga poniesie cienkie straty, 
ale utrzyma pozycje, trzecia utrwali zdobycze i dopiero czwarta stworzy kamerzystom możliwe 
warunki do pracy. Będzie sporo huku, ale nikt nie powinien zginąć.
               Mahoney zamierzał zejść dumnie po rampie pancernika i obwieścić, że oto powrócił i 
przywraca tę planetę wolnemu światu. Lub cokolwiek podobnego, byle ładnie brzmiało. Nie na 
darmo w sztabie pracowało aż kilku specjalistów od układania doniosłych kwestii.

background image

               Zdarzyło się jednak inaczej. W dniu L (lądowania), o godzinie H (tej właśnie) Mahoney 
znalazł się zupełnie gdzie indziej.
               Wisiał na pasach w kapsule ładownika desantowego obok starszego sierżanta z Pierwszej 
Gwardyjskiej.  Dzielny  ten   podoficer   przeszedł   już  szesnaście   kuracji  pourazowych.  Podwładni 
dodawali zgryźliwie, że ostatecznie wymieniono mu ciało na nowe i tylko mózgu nie ruszano, bo 
trudno ruszać coś, czego nie ma.
               Mahoney   zapomniał   już,   jak   paskudnie   czuje   się   pasażer   kapsuły,   gdy   desantowiec 
wystrzeliwuje ją (razem z dziewiętnastoma innymi) ku powierzchni planety. Szczególnie ciężkie 
były te chwile przed włączeniem się automatycznego systemu naprowadzającego. Potem podłoga 
była już w dole i jakoś to poszło.
               Tuż przed lądowaniem sierżant i Mahoney uśmiechnęli się porozumiewawczo. Że niby 
przywykli do takich sytuacji. Żaden z nich nie zauważył, jak bardzo ten uśmiech przypominał 
grymas   powstający   przy   stężeniu   pośmiertnym.   Nie   zdążyli,   bo   kapsuła   wyrżnęła   w   grunt. 
Fachowo   nazywano   to   “upadkiem   kontrolowanym”.   Kontrolowanym   dlatego,   że   lądowanie 
wyłączało z czynnej służby ledwie piętnaście procent desantowanych.
               Zapalniki zadziałały i minipetardy odstrzeliły ściany kapsuły. Pasy zwiotczały. Mahoney 
chwycił broń i wykuśtykał między ruiny Cavite.
               Różne  wersje jego  “pierwszych   słów”  przekazywano   później  potomnym:  “Wróciłem” 
Lafayette nous arrivons... Wszystkie były nieprawdziwe.
        Poczuwszy pod butami grunt planety, wciągnął głęboko powietrze.
        - Zapomniałem już, jak tu śmierdzi. Onuce nie prane od... Nadlatuje!
        I padł twarzą w żwirowe podłoże. Pocisk eksplodował ledwie kilka metrów dalej.
        
               To Mahoney wyznaczył  Pierwszą Gwardyjską  do “zaszczytnego”  zadania  uchwycenia 
przyczółku na Cavite. Wiele lat wcześniej ta właśnie dywizja wykrwawiła się broniąc planety przed 
Tahnijczykami.   Ocalała   tylko   garstka.   Ewakuowano   ich   w  ostatniej   chwili   na   osobisty   rozkaz 
imperatora. Posłużyli potem za zalążek nowej Pierwszej Gwardyjskiej.
               Mahoney uznał, że zasłużyła sobie na “przywilej” dokonania zemsty. Może nawet w to 
wierzył, chociaż to byli już inni ludzie. Tylko dwanaście osób ze składu dywizji brało udział w 
tamtej bitwie. Co więcej, nie zakończono jeszcze pełnego cyklu szkolenia uzupełnień przybyłych 
po bitwie o Nahę.
        “Zaszczyt” sprowadzał się w gruncie rzeczy do tego, że ocaleńcy mieli powrócić do domu w 
glorii, przedefilować przed imperatorem, a następnie osiąść na pół wieku w jakimś spokojnym 
garnizonie, gdzie czas płynie jedynie w niedziele. Jeśli któryś  zuch ze świeżego poboru żywił 
jeszcze złudzenia, to pozbył się ich przy pierwszym ostrzale na polu minowym.
          Niemniej gwardziści parli naprzód. Dzień po dniu zbliżali się do Cavite City. Walka była 
krwawa i nierówna. Niektórzy widzieli w tym coś na kształt sprawiedliwości dziejowej. Teraz to 
imperialni   mieli   pod   dostatkiem   broni   i   amunicji,   to   oni   panowali   w   powietrzu   i   przestrzeni 
kosmicznej.
               Tahnijczycy ginęli, ale się nie poddawali. Nie przypadkiem w tahnijskim języku zwrot 
k’akomit ‘r znaczył zarówo “poddaję się”, jak “nie istnieję”.
               Większość wolała inny los. Najpierw walczyli do ostatniego naboju, a potem ruszali do 
samobójczych ataków z jednym granatem na czołg. Inni przyrządzali sobie drewniane dzidy i tak 
biegli na wroga. Mahoney widział jednego szeregowca Tahnijczyków, który, otoczony, wyrwał 
zawleczkę i wpakował sobie granat pod hełm. Została po nim mokra plama, a wszyscy obecni przy 
tym   zdarzeniu   uznali,   że   przynajmniej   ten   wysilił   się   na   oryginalność.   Nieustanny   cyrk 
samobójców znieczulił nawet Mahoneya.
        Niecałą godzinę później dotarł do marszałka jeden z adiutantów i wręczył mu wiadomość.
        Pochodziła od Wiecznego Imperatora i była zakodowana szyfrem Modliszek, który Mahoney 
potrafiłby odczytać nawet pośrodku trąby powietrznej i to z zawiązanymi oczami. Głosiła:

background image

        
        DOŚĆ ZABAWY. WRACAJ DO ROBOTY.
        
        Mahoney jęknął, zdjął pas z uzbrojeniem, rzucił go najbliższemu gwardziście i ruszył w drogę 
powrotną. Zajął się mapami, komputerami oraz wykresami bojowymi.
        
        Lady Atago nie złamała ślubu.
               Zmobilizowała wszystkie zdolne do boju jednostki. Nie oszczędziła  nawet floty dotąd 
strzegącej macierzystych planet. Co żyło, posyłano na Światy Pogranicza.
               Skandowano   slogany,   wiecowano  na   potęgę.  Serwisy informacyjne   pokazywały   same 
uroczyste starty.
        Klęska imperium była więcej niż pewna.
          Chociaż nie dla wszystkich. Pewien oficer zaopatrzenia tonął właśnie w czarnych myślach. 
Siedział w kabinie swego poobijanego krążownika liniowego i słuchał propagandowego bełkotu. W 
końcu wyłączył odbiornik i spojrzał na monitor służbowego komputera.
        Z czego tu się cieszyć?
        
         ZAŁOGA: 50% stałej obsady. 11 % - przyuczeni. 4% - przyuczeni do obsługi określonych 
stanowisk.
        ZAOPATRZENIE: 71% wymaganego do misji bojowej z czasem powrotu do bazy włącznie.
               UZBROJENIE: 11% zasobów amunicji dla dział lufowych; 34% zasobów amunicji dla 
wyrzutni.
        SYSTEMY POKŁADOWE: 61% sprawnych.
        
          Kiedy tak patrzył, “sześćdziesiąt jeden procent” zamigotało i zmieniło się na “pięćdziesiąt 
osiem procent”. Kolejny element w trzewiach statku odmówił posłuszeństwa.
        Pierwotny plan przewidywał bezpośrednią transmisję z odprawy tahnijskiej floty ruszającej do 
ostatniej bitwy. Atago ani myślała na to pozwolić.
            Wypadki zdarzają się zawsze i nigdy nie podnoszą morale. Nawet w przypadku tak ostro 
wytresowanego społeczeństwa jak tahnijskie. Oto dlaczego wiadomości nigdy nie puściły filmu 
nagranego   podczas   bojowego   startu   trzech   nowych   superpancerników.   Tych   samych,   których 
widok tak wstrząsnął Stenem.
               Jeden   przeznaczono   na   nową   jednostkę   flagową   lady   Atago.   Zająłby   on   miejsce 
wyeksploatowanego i podniszczonego “Foreza”. Nie miał wziąć udziału w bitwie.
        Pozostałe dwa, owszem.
        Obciążony do masy bojowej “Panipat” uniósł się dwadzieścia metrów ponad płytę, gdy dwa 
zespoły napędowe systemu Yukawy odmówiły posłuszeństwa. Nie runął bezwładnie tylko dzięki 
mistrzostwu pilota. Na pozór nic nie uległo uszkodzeniu, ale drobiazgowa kotrola wykryła, że nie 
tylko   te   dwie,   ale   wszystkie   inne   jednostki   napędowe   też   były   wadliwe.   Na   dodatek   główna 
maszynownia AM2 dawała tylko pięćdziesiąt procent mocy.
               Nadmierny pośpiech okazał się winowajcą takiego stanu rzeczy.  Ponadto ostatnie trzy 
superpancerniki klasy Forez powstawały już w okresie poważnych braków surowcowych, więc 
stosowano surogaty.
        Jednostki nadal wyglądały wspaniale, ale nie reprezentowały tej samej siły, co “Forez” i jego 
bliźniak.
               Trzeci   superpancernik,  “Gogra”,  wystartował  bez  kłopotów.  W  towarzystwie   czterech 
krążowników osiągnął orbitę Heath. Dowódca rozkazał całemu zespołowi przejść na napęd AM2.
        Ktoś czegoś nie dopilnował.
        W próżni jest dość miejsca na dowolne manewry. Zderzenia statków kosmicznych są rzadsze 
niż wybuchy supernowych.

background image

               A   jednak   się   stało.   “Gogra”   uderzył   w   rufę   jednego   z   krążowników.   Obie   jednostki 
eksplodowały.
        Nikt nie ocalał i nigdy nie udało się stwierdzić, jaki właściwie popełniono błąd.
        
        Jeszcze poza zasięgiem wykrycia, flota Tahnijczyków podzieliła się na trzy zespoły. Każdy 
otrzymał  inne   zadanie.  Szyk  statków  wołał  o  pomstę   do  nieba,  zgranie   formacji  było  fatalne, 
obsługa systemów okazała się do niczego. Ale cóż, mało już zostało admirałów czy kapitanów 
przedwojennego chowu. Większość zginęła w kosmosie i obecnie błąkała się po wnętrzach wraków 
pod postacią wyschłych na wiór trupów. Albo oddała hołd entropii.
        Wojna to sztuka osiągania zamierzonych celów dzięki tym, co przetrwali.
        Ponadto Tahnijczycy byli pewni, że przeznaczenie im sprzyja.
        Armie przeszłości wyrażały to samo kwestią: “Bóg z nami”.
        Tahnijczycy ruszyli do ataku.
        
        Drugi zespół tahnijskiej floty nigdy nie dotarł do Światów Pogranicza.
        Admirał Mason miał pod swoim dowództwem sześć flotylli niszczycieli. Sam tkwił na mostku 
nowiutkiego krążownika. Rozproszył swe siły i czekał na nadejście Tahnijczyków. Gdy usłyszał 
stosowny sygnał, zarządził wykonanie z dawna ćwiczonego manewru ataku.
         Pierwszy nalot rozbił szyki wroga i walka zmieniła się w serię pojedynków. Piloci Masona 
mogli czasem narzekać na swego postrzelonego dowódcę, ale po cichu byli dumni, że służą pod 
“Masonem zabójcą”. I nieważne, że poza tym mieli go za idiotę.
               Flagowy pancernik drugiego zespołu Tahnijczyków dostał trzy trafienia, każde z innego 
statku, i trwale wypadł z gry.
        Wtedy dopiero Mason zameldował, że toczy bój spotkaniowy. Dziewięć wkrótce przybyłych 
grup floty dokończyło dzieła.
               Na Heath wróciły jedynie niedobitki: jeden krążownik, jedenaście niszczycieli i garstka 
jednostek pomocniczych. Wszystkie uszkodzone.
        Admirał Mason nie widział innego wyjścia, po raz pierwszy musiał pochwalić swoje załogi.
        
        W sąsiednim sektorze admirał Ferrari rozgrywał bitwę jak z podręcznika. Miał aż nazbyt wiele 
czasu,   by   się   przygotować.   Wywiad   też   nie   próżnował.   Ferrari   dokładnie   wiedział,   z   jakimi 
jednostkami przyjdzie mu się zmierzyć.
        Szczegółowo zaplanował pierwszy atak. Sprowadził nawet akta osobowe admirałów wroga. I 
przeczytał je uważnie. Na przykład taki Hsi. Większość wojny spędził na biurkiem. Co go zagnało 
na pokład? Ferrari sięgnął po kolejną dyskietkę. Informacje tam zawarte pochodziły od Stena i St. 
Clair, czego admirał nawet się nie domyślał.
        “Dżentelmen - przeczytał głośno. - Przypisuje mu się skuteczne zastawienie pułapki na cztery 
imperialne   floty   podczas   odwrotu”.   To   nie   znaczy   jeszcze...   Hmm.   Może   pomogli   mu   jacyś 
utytułowani przyjaciele. Nie? Ale ma pewną słabość. O, jest. “Traci głowę w samym środku walki. 
Mimowolnie zwiększa straty. Potem tego żałuje”.
        Ferrari uśmiechnął się pod nosem.
        Spojrzał na ekrany z planami operacji. Trzeba je zmienić. Wiedział już, gdzie Hsi zaatakuje.
        
          Admirał Hsi szykował akcję pozoracyjną w systemach Sulu. Sądził, że w ten sposób zdoła 
niepostrzeżenie podejść do systemu Caltora i samego Cavite. Imperialne czujniki byłyby bezradne.
               Nie pomyślał tylko, że kij ma dwa końce. Jego własne detektory również nie potrafiły 
spenetrować systemów Sulu, które słynęły z wręcz nieprzyzwoitej obfitości asteroidów.
          Wyczekującą flotę Ferrariego namierzyły dopiero w ostatnich sekundach. Ferrari był nieco 
rozczarowany. Miał nadzieję, że Tahnijczycy podejdą jeszcze bliżej. Ale nie narzekał głośno. Dał 
sygnał do natarcia.

background image

          Gdyby przenieść obraz walki na dwuwymiarową planszę, można by powiedzieć, że Ferrari 
dokonał tego samego co Nelson lub eskadra admirała Olendorfa w cieśninie Surigao - postawił 
kreskę nad T. Wszystkie jednostki imperialne mogły razić nieprzyjaciela salwami burtowymi, ten 
zaś odpowiadał jedynie bateriami dziobowymi przednich ugrupowań.
               Ferrari nie żałował amunicji. Walka zmieniła się w rzeź i toczyła się na dystansach tak 
bliskich, że dla wielkich okrętów były to prawie pojedynki na białą broń.
        Hsi nakazał oderwanie się od nieprzyjaciela, odwrót i przegrupowanie.
        Ferrari ruszył w pościg. Bitwa przeniosła się. w pustkę międzysystemową. Imperialny admirał 
wygrał małym kosztem. Z floty przeciwnika mało kto wrócił na Heath.
        Ferrari popełnił jednak pewien błąd.
        Decydując się na bój pościgowy, nie zawiadomił Mahoneya o opuszczeniu swojej pozycji. I 
przez tę właśnie olbrzymią lukę w systemie obronnym Światów Pogranicza, trzy dni później wlały 
się statki trzeciego zespołu tahnijskiej floty.
        Między nimi a Cavite nie było żadnych poważniejszych sił imperium.
        
        Ktoś powiedział kiedyś, że bohaterowie to zupełnie normalni ludzie, których zamroczyło w 
kluczowej chwili, więc porwali się z motyką na słońce.
               Gdyby William Bishop czterdziesty trzeci miał wyjaśnić, za co właściwie zdobył drugą 
gwiazdę   i   Krzyż   Galaktyczny,   stwierdziłby:   “Tylko   świr   świadomie   robi   takie   rzeczy,   i   to 
przekonawszy się pierwej, że nie jest stuknięty”.
        Jak dotąd Bishopowi wiodło się na tej wojnie nie najgorzej.
               Pierwotnie trafił do gwardii jako sierżant piechoty. Wbrew regułom męczeństwa dobrze 
wiedział, kiedy i gdzie kłaniać się kulom, dzięki czemu dostał nawet parę medali. Potem jednak 
obliczył sobie, że jeżeli nadal będzie pchał siew pole ognia, to prędzej czy później, ktoś go w końcu 
trafi. Zgłosił się zatem na kurs pilotażu.
        Zamierzał awansować i zostać pilotem transportowców. Chciał odpracować swoje na nudnych 
wachtach   i   wrócić   po   wojnie   do   ukochanej   matematyki.   Medale   cenił   nisko,   marzył   tylko   o 
spokojnym przydziale, który nie napyta żadnej biedy.
        Był urodzonym pilotem.
        Skończył kurs w tej samej grupie co Sten i otrzymał upragniony przydział.
        Ale i tak dopadł go wicher dziejów.
               Zapewne nikt nie wierzył, że po wielokroć odznaczony oficer i uzdolniony dowódca nie 
pragnie wąchać prochu. A może ktoś znający nieco historię sprawdził, kim był William Bishop 
Pierwszy.
        Tak czy inaczej, młodzieniec wbrew swej woli został przeniesiony z korpusu zaopatrzenia do 
wojsk   desantowych.   Awanse   spływały   regularnie,   więc   obecnie   Bishop   służył   jako 
jednogwiazdkowy admirał. Miał pod sobą dwa dywizjony desantowców. Co gorsza, wyznaczono 
go na głównodowodzącego całym lądowaniem na Cavite.
        Chyba zdechnę, pomyślał i wziął się do roboty.
        Na razie jednak wiele się nie działo. Czasem ktoś strzelał do nich z dołu, z rzadka trafiał się 
jakiś tahnijski myśliwiec czy amator samobójczych ataków.
        Bishop uznał, że takie drobiazgi to nie problem. Jeśli się uda, pozostanie już tylko przetrwać 
finalny desant na Heath.
        Skrzywił się. Przecież są ciekawsze rzeczy na świecie. Na przykład rozstrząsanie kwestii, czy 
Fermat  się mylił?  Tymczasem  desant wylądował,  zaopatrzenie  dotarło  na miejsce, a myśliwce 
oczyściły niebo z dokuczliwych Tahnijczyków.
        Wtedy właśnie zawyły wszystkie alarmy.
        Bishop pobiegł na mostek. Aż mu oczach pociemniało, gdy spojrzał na ekrany. Trzeci zespół 
floty wroga ciągnął prosto na Cavite.
        Chwilę później admirał uznał, że cała jego nadzieja legnie w gruzach.

background image

        Wiedział już, co robić.
        - Łączyć z dowódcą eskorty... Komandorze, pełna gotowość.
        - Admirale, mamy przed sobą...
        - Tak. Całą flotę Tahnijczyków. Zauważyłem, kurde. Rozkazuję opuścić orbitę i gaz do dechy. 
Natychmiast. Ruszamy!
        - A niby dokąd? Bishop aż jęknął.
        - Czy macie aktualne odczyty?
               -   Tak...   potwierdzamy   wykrycie   siedmiu   pancerników...   kilkunastu   transportowców 
myśliwców, dwudziestu ośmiu krążowników... wyliczać dalej, Billy?
               - Nie. Ja widzę to samo. Co do rozkazów... - Skinął na swego oficera nawigacyjnego. - 
Przygotować się do zmiany orbity. Kurs kolizyjny... Mierzyć w trzeci... nie, czwarty pancernik w 
linii. Dane kursowe... - Spojrzał na gwałtownie blednącego nawigatora. Ten przytaknął. - Gotowe, 
przekazuję. Wykonać dokładnie za dziesięć sekund... od teraz.
        - Dalsze rozkazy, sir?
        Bishop spojrzał na ekran pokazujący dowódcę eskorty.
        - Jeszcze wam mało?
        - Chyba starczy. Znasz jakieś modlitwy, Billy? 
        Bishop pokręcił głową.
        Zaatakowali.
               Jeden opancerzony desantowiec dowodzenia, jeden krążownik, dwanaście niszczycieli, 
jedenaście korwet eskorty. I siedemnaście myśliwców.
        Czyste szaleństwo.
        
        To było szaleństwo.
            Kiedy dowodzący trzecim zespołem tahnijski admirał ujrzał garstkę statków lecących nań 
kursem kolizyjnym, od razu zrozumiał, że wpadł w pułapką.
        Nikt tak nie atakuje. Chyba że ma za plecami wszystkie połączone floty imperium.
        Admirała mimowolnie ogarnął podziw dla wroga. Zaprawdę, oni mogliby być Tahnijczykami. 
Gotowi zginąć, byle tylko powstrzymać pochód nieprzyjaciół na tych kilka chwil potrzebnych do 
podciągnięcia formacji nie wykrytych jeszcze imperialnych pancerników.
               Admirał   niezwłocznie   rozkazał   zerwać   kontakt   z   przeciwnikiem.   Przegrupujemy   się, 
wycofamy poza systemy Sulu, a gdy imperialni uderzą w pustkę, my zajdziemy ich z flanki.
          Cztery ugrupowania Tahnijczyków zawinęły ogon pod siebie. Było to działanie ze wszech 
miar logiczne.
               Tahnijski admirał nigdy się nie dowiedział, jak wielki uczynił błąd. Wyznaczone przezeń 
miejsce zbiórki wypadło niemal dokładnie na szlaku powracającej floty admirała Ferrari.
        Ani jeden statek Tahnijczyków nie uszedł zagłady.
        
          Bishop spojrzał na wycofujące się zgrupowania nieprzyjaciół i odwołał to wszystko, co od 
dłuższej chwili mamrotał pod wąsem. Po niejakim wahaniu obejrzał się przez ramię.
        Wszystkie ekrany świeciły pustką.
        William Bishop (czterdziesty trzeci), choć własnym oczom nie dowierzał, uznał ostatecznie, 
że   to   nie   podstęp.   Naprawdę   odlecieli.   Wrócił   na   orbitę   Cavite   i   pomyślał   o   wcześniejszej 
emeryturze. Potem mógłby wstąpić do jakiegoś głęboko religijnego zakonu...
          Lady Atago musiała pogodzić się z faktami zaiste nie do zniesienia. Raz za razem czytała 
wysłaną otwartym tekstem wiadomość od generała Lungi, dowódcy garnizonu Cavite:
        
          Imperialni przełamali naszą obronę. Straciłem kontakt z placówkami. W ostatnich słowach 
meldowali,   że   będą   walczyć   do   ostatniego   żołnierza.   Zostało   nas   trzech,   nie   mamy   amunicji. 

background image

Idziemy do ataku. Powtarzam. Idziemy do ataku. Błagam Radę i naród mój o wybaczenie, ale 
przegrałem.
        Lunga
        
        Atago odwróciła spojrzenie. Wszystko stracone. Wszystko, prócz honoru.
        Miała coś jeszcze do zrobienia.
        
        
        
Rozdział pięćdziesiąty trzeci
        
        Nowy “Forez”, kolejny statek tej samej nazwy, wystartował bez żadnych uroczystości.
          Z całego dziedzictwa Tahnijczyków, które lady Atago tak uwielbiała, akurat tego jednego 
elementu nie cierpiała - ceremonii.
        Wyruszający na ostatnią walkę, szukający śmierci wojownicy, żegnali ojczyznę, przyciskając 
skroń do rodzinnej ziemi. Spełniali toast czystą wodą. Przysięgali na broń, najlepiej taką trzymaną 
w   rodzinie   od   pokoleń.   Szczegółowo   instruowali   krewnych,   jak   mają   czcić   pamięć   rychłego 
bohatera (lub bohaterki). 
        Lady Atago postanowiła odejść po swojemu. 
        Uznała, że filmowcy mają wystarczająco dużo odpowiednich występów, więc coś tam sobie 
wybiorą. Najpewniej już przykrawają stosowny materiał.
        Mało ją to obchodziło.
        Zaraz po starcie, u lady Atago zjawił się drugi oficer z dziwnie błyszczącymi oczami. Wyjąkał 
coś o spełnianiu się cudownego snu. Że stary i nowy złączyły się w historycznym momencie.
               Atago nie zrozumiała. Stary i nowy?  A tak. Właśnie. Ten oficer służył  też na starym 
“Forezie”, który pewnie trafił już do stoczni złomowej. Dla Atago statek, podobnie jak broń, był 
tylko przedmiotem. Bezosobowym narzędziem.
        Uśmiechnęła się jednak i skinęła oficerowi. Jeśli właśnie takie myśli chce on zabrać ze sobą w 
ostatnią drogę, to czemu nie. 
        Pozostało tylko napisać scenariusz tej ostatniej odsłony. 
        Wspólną cechą wszystkich kultur uznających zabijanie bliźnich za rodzaj świętego obrządku, 
jest również gloryfikowanie wojowników wyruszających do boju o sprawę beznadziejną. Jednak, 
by taka postać przeszła do legendy, musiała czegoś jeszcze przed śmiercią dokonać. Nawet gdyby 
miało to powstrzymać wroga jedynie o godzinę czy dwie.
        Tak właśnie było na dawnej Ziemi. Na przykład Roland. Głupio i bez sensu dał się wciągnąć 
pod Roncesvalles w zasadzkę garstki wkurzonych Basków. Oficjalnie jednak zginął powstrzymując 
pochód paru milionów Saracenów. Custer i jego ludzie wyszli nad Little Big Horn jako bandy nie 
wyćwiczonych i pijanych militarnych ignorantów. Nie mieli najmniejszego pojęcia, gdzie są i co 
właściwie powinni robić. Bohaterskie czyny przypisano im później.
         Jedyny wyjątek stanowili kamikaze z czasów drugiej wojny globalnej. Wówczas nazywano 
ich shimpu, czyli Boski Wiatr. Rzucali się na wroga w poszukiwaniu śmierci i z nadzieją, że ich 
ofiara magicznym sposobem odmieni bieg historii. Przedstawiciele innych kultur dziwowali się 
takiej logice i próbowali wyjaśniać rzecz po swojemu. Dowodzili, że piloci shimpu muszą być 
chorzy psychicznie, pijani lub pod wpływem narkotyków. Jedynie wśród własnego ludu przez długi 
czas uchodzili za bohaterów.
        Tahnijczycy zrozumieliby ich bez zbędnego gadania. Plan lady Atago był prosty: podejść do 
Cavite na odległość strzału. Wiedziała, że najpierw trzeba przedrzeć się przez formacje imperialnej 
floty, ale miała nadzieję dotrzeć do celu. I tam zginąć. A wówczas losy wojny się odmienia. Załoga 
wierzyła w to bez reszty. Po części zapewne za sprawą postawy samej Atago.

background image

        Dla niej ważniejsze było wszakże odkupienie winy klęski i uratowanie honoru. Nie wiedziała, 
gdzie popełniła błąd, ale przecież musiała dopuścić się jakiegoś błędu. Przecież wojna winna się 
już zakończyć. Zwycięstwem Tahnijczyków. Każda inna ewentualność wydawała się wykluczona.
        A jednak niemożliwe stawało się faktem. W niejednym znaczeniu. 
               “Panipat”, który poszedł w odstawkę, został odarty ze wszystkiego, co jeszcze mogło się 
przydać.
               “Forez”   przejął   jego   uzbrojenie,   amunicję   i   zapasy   oraz   tych   nielicznych,   dobrze 
wyszkolonych   członków  załogi.   Ale  i  tak   wyruszał   do  walki   z  niepełną  obsadą  na   pokładzie. 
Amunicji miał jednak aż dwieście siedemdziesiąt pięć procent zwykłego stanu. Nie szkodzi, że 
systemy uzbrojenia przestrzeliwano dotąd tylko raz, podczas przejścia ze stoczni na Heath.
        Pancerniki nie zwykły pokazywać się bez licznej eskorty krążowników, niszczycieli i innych 
jednostek wsparcia.
               “Forez”   wyruszał   przeciwko   flocie   imperium   w   towarzystwie   jednego   krążownika   i 
siedemnastu niszczycieli.
        Ensigh Gilmer uważał się za osobnika niezwykle bystrego.
          Pochodził z rodziny, która służyła imperatorowi od stuleci. Każdy kolejny potomek musiał 
obowiązkowo zaczynać od munduru. Ensigh Gilmer dorastał ze świadomością, że wcześniej czy 
później zasili szeregi armii i narazi się na przykrość spotykania rozmaitych złych ludzi. Ale miał do 
wyboru albo to, albo wydziedziczenie. A może nawet coś gorszego.
               Przez pewien czas żywił jeszcze nadzieję, że wojna się skończy,  zanim on, Ensign, z 
różowiutkiego chłopca zmieni się w młodzieńca w wieku poborowym. Niestety, miał pecha.
        Musiał się zaciągnąć.
        Zamierzał nie tylko pokazać starszyźnie rodu, że jest godny miana Gilmera, ale nie pozwolić 
również, by źli ludzie naruszyli jego cielesność.
        Zgłosił się na ochotnika do formacji zwiadu.
               Jego koledzy z akademii nie mogli się nadziwić, że ekscentryczny Ensign okazał tyle 
charakteru.   Przecież   jednostki   zwiadowcze   zawsze   są   na   czele   całej   floty.   Tuż   pod   bokiem 
nieprzyjaciela.
          Służba na statkach zwiadu uchodziła za bardziej niebezpieczną niż na myśliwcach. Śmierć 
zawsze zaglądała prosto w oczy.
        Gilmer przyjął wszystkie wyrazy uznania ze stosownym politowaniem.
               Jeszcze na pierwszym  roku akademii skorzystał z jednego wolnego dnia, aby z bliska 
przyjrzeć się temu, co go czeka. Po pierwsze odkrył, że w odróżnieniu od myśliwców statki zwiadu 
nie miały wdawać się w walkę, a tylko przemykać cichutko tu i tam. Po drugie, zbadał statystyki 
strat zwiadu aż do czasów wojen Muellera. Ciekawe, niecałe dwa procent. Nawet mniej niż w 
korpusie transportu. Na dodatek, szczegółowe rozpiski pokazywały, że większość z tych dwóch 
procent utracono skutkiem błędów pilotażu.
        Gilmer był świetnym pilotem. Wszyscy to przyznawali.
        I tak wyruszył na wojnę.
        Dowodzenie niezbyt mu wychodziło. Dwunastoosobowa załoga go nie cierpiała. W zasadzie 
nie   wiadomo   za   co,   po   prostu   ich   drażnił,   chociaż   statek   zawsze   lśnił   czystością,   awanse 
przychodziły w porę, kary nigdy nie wykraczały poza regulaminowe normy. Coś nie grało.
               Gilmer   nie   ucieszył   się   zbytnio,   gdy   dostał   przydział   do   flotylli   inwazyjnej   Sektora 
Pionierskiego. Do tej pory kłopoty jakoś omijały dzielnego Gimlera. Gdyby chociaż wyśledził 
kilka tachnijskich statków usiłujących podejść flotę imperium, odszedłby do cywila z medalami. 
Karierę i tak zamierzał robić w przemyśle rozrywkowym.
        Na dodatek, wyraźnie widział, że imperium wygrywa wojnę.
               Jeszcze kilka tygodni i będzie po wszystkim. Na wszelki wypadek złożył już w stoczni 
remontowej zapotrzebowanie na kwartalny przegląd. Termin sprawdzianu technicznego powinien 
wypaść dokładnie w czasie bitwy o Heath.

background image

        I dlatego właśnie Gilmer, bardzo bystry facet, poczuł się niemal osobiście skrzywdzony, gdy 
na ekranie pojawił się samotny rozbłysk. Ktoś leciał i to szybko.
        Ensign czym prędzej przełączył obraz na kamery czujnika orbitującego w odległości kilku lat 
świetlnych. I zdrętwiał, ujrzawszy monstrualny kadłub “Foreza”. Sprawdził raz jeszcze, ale druga 
kamera   pokazała   ten   sam   obraz.   To   nie   było   złudzenie.   Na   dodatek   trajektoria   lotu   intruza 
przebiegała minutę świetlną od patrolowca!
        Łącznościowiec niezwłocznie zameldował dowództwu floty, co się dzieje, a Gilmer włączył 
napęd na pełną moc, zaprogramował chaotyczne manewry unikowe i zaczął się zastanawiać, co 
jeszcze może zrobić. W ogólnej gorączce kazał włączyć systemy broni i wystrzelić na ślepo dwa 
pociski.
         Uzbrojenie patrolowca było nader mizerne. Ledwie cztery prościutkie samonaprowadzające 
się pociski, każdy długi na jakiś metr. Teoretycznie dość, by zneutralizować patrolowiec wroga, 
może   nawet   odstraszyć   myśliwiec,   który   nie   zawahałby   się   przed   zaatakowaniem   całkiem 
bezbronnego celu. Jednak w gruncie rzeczy główne zadanie wyrzutni polegało na dostarczeniu 
pechowej załodze jakiegoś zajęcia w ostatnich chwilach przed unicestwieniem.
        Gilmer przygryzł palce. Mógł tylko czekać, aż tradycji rodzinnej stanie się zadość. Tej trochę 
gorszej, bo związanej ze śmiercią w walce.
        Jednak nic się nie stało.
               Żadna z wrogich jednostek nie pofatygowała się, by cisnąć w patrolowiec choćby złym 
słowem. O pościgu nie mówiąc.
               Gilmer od razu nabrał przekonania, że jest nie tylko wspaniałym pilotem, ale również 
genialnym taktykiem. Przez chwilę zastanawiał się, czy by nie wstąpić do służby czynnej, lecz 
szybko dał spokój takim zamysłom. Zadowoli się orderem wielkim jak patelnia.
        Tym sposobem dorobił się wreszcie medalu. Naprawdę dużego.
               Patrolowiec przetrwał z prostego powodu: lady Atago chciała, by imperium  zawczasu 
dowiedziało się ojej ataku. Może stało się. to trochę, za wcześnie, ale mniejsza z tym. Lepiej się 
przygotują, a żadna bitwa i tak nigdy nie przebiega dokładnie wedle planu.
        Nie zauważyła nawet, że jeden z odpalonych przez stateczek pocisków trafił “Foreza”.
        Odpowiedzialny za kontrolę uszkodzeń młodszy oficer otrzymał raport o uderzeniu w pobliżu 
rufy. Nie zidentyfikowany obiekt przebił zewnętrzne poszycie, dotarł do wewnętrznego poszycia i 
tam eksplodował. Oficer wdusił parę sensorów, włączając gaśnice w pobliżu miejsca uszkodzenia, 
po   czym   zarządził   ewakuację   przyległego   magazynu   żywnościowego.   Dodatkowo   wypełnił 
pomieszczenie niepalnym gazem.
               Przez chwilę jeszcze dywagował, z czym to mogli się zderzyć,  ale zaraz o wszystkim 
zapomniał i zajął się innymi sprawami.
        
        Mahoney krążył po centrum dowodzenia.
        Był wściekły.
               Spojrzał raz jeszcze na ekran. Cudownie, pomyślał. Wlazł jakiś ciołek do nowego typu 
pancernika i chce zarobić kilka punktów, nim go załatwimy. Zaiste szlechetnie. Ale czy nikt mu nie 
powiedział, że nowoczesnych wojen nie prowadzi się w ten sposób?
        Zresztą, jak jeden idiota szuka śmierci, to jego sprawa. Ale czemu ciągnie za sobą całą resztę? 
Oni może wcale nie pragną zostać bohaterami? Egoistyczny drań. I nie pomyśli nawet bydlak o 
tych, których zabije dla swej próżności. Szaleństwo w oku, szabelka w dłoni i dalej na karabiny 
maszynowe... Po sławę, po laury, po wieczny ognień w mauzoleum...
        Cholerny świat. Mahoney nie przebierał w przekleństwach, gdy przyszło mu posłać przeciwko 
straceńcowi aż kilka ugrupowań floty. Ostatecznie uznał, że jego szewska pasja bierze się jeszcze z 
innej przyczyny. W głębi duszy uważał honorowe rozwiązywanie sporów za coś o wiele lepszego 
niż dokonywanie masakry na polach bitewnych. Ale honorowe, nie kretyńskie.
        Technik wrzasnął coś do Machoneya. Generał raptownie się odwrócił.

background image

        - Nie nauczyli cię składać meldunków...? - Spojrzał na ekran i zdrętwiał. Z góry patrzyła na 
niego lady Atago. - Co, u diabła?
        - Odbieramy to na wszystkich kanałach. Sam nieruchomy obraz. Bez dźwięku.
        - Jezu Chryste - sapnął Mahoney. - Natychmiast łączyć z Centralnym. Ekranowana wiązka, 
kod X.
        Zakodowane w ten sposób wiadomości trafiały prosto do Wiecznego Imperatora.
        Pułapka w Światach Pogranicza zadziałała aż za dobrze. Młode wilczki wpadły już w paści, 
teraz nadciągała jeszcze matka wilczyca.
        
          Najpierw zaatakowały dwa skrzydła myśliwców. Pierwsze podeszło od czoła w nadziei, że 
uniemożliwi to intruzom użycie chociaż części systemów broni. Rozkazy były jasne: zniszczyć 
pancernik.
          Nie wiedzieli, że zmodyfikowane uzbrojenie “Foreza” pozwalało z równym powodzeniem 
śledzić cele nadlatujące z każdej strony. Wyrzutnie mogły razić we wszystkich kierunkach.
        Myśliwce winny zostać zniszczone w odległości kilku lat świetlnych od pancernika, daleko 
poza zasięgiem baterii z niszczycieli.
               I rzeczywiście, ze zdziesiątkowanego skrzydła zostało tylko pięć maszyn, straty sięgnęły 
osiemdziesięciu procent, jednak do całkowitej zagłady nie doszło. Sama walka trwała też o wiele 
dłużej, niż przewidywano.
               Bój   spotkaniowy   miał   być   przykrą   niespodzianką   dla   imperialnych.   Po   raz   pierwszy 
Tahnijczycy obwarowali swój pancernik eskortą myśliwców. “Forez” dysponował szesnastoma. 
Stały w czterech hangarach.
        Jednak wojna nie obeszła się łaskawie z tahnijskimi pilotami. Ci najlepsi dawno już zginęli, 
ale nic dziwnego. Podczas każdego konfliktu zbrojnego załogi myśliwców żyją krótko. Obecni 
piloci   mieli   wylatane   łącznie   ledwie   osiem   tysięcy   standardowych   godzin.   W   pokojowych 
warunkach oznaczało to wstępny stopień wyszkolenia.
          Owszem, ćwiczyli ataki i uniki, a raczej wiedzieli, że takie manewry istnieją. W walce ze 
starymi   wyjadaczami,   w znacznej   mierze  z   asami  lotów   bojowych,   byli   bez  szans.  Żaden   nie 
dotrzymał pola dłużej, niż kilka sekund. Osiągnęli tylko jedno trafienie - na własnym niszczycielu. 
Na   dodatek   ulewa   pocisków,   ganiających   we   wszystkie   strony,   skutecznie   rozbiła   szyk 
Tahnijczyków.
        Atago cały czas stała na mostku. Twarz ani jej drgnęła. Nie oczekiwała wiele po myśliwcach, 
ale coś tak absurdalnego... Jednak sama widziała. Wydała dalsze rozkazy.
        Szef uzbrojenia wybrał już stosowny system broni: masywne Nach’kal, samonaprowadzające 
się. pociski średniego zasięgu do rażenia innych statków.
               Drugie niepowodzenie wynikło ze słabego wyszkolenia operatorów systemów uzbrojenia. 
Komputerowa symulacja nie oddaje w pełni realiów pola walki.
        Dane o celach podawano nieprecyzyjnie, operatorzy gubili cele lub, co gorsza, same pociski 
już   po  wystrzeleniu.   Obsługi   baterii   gorączkowo   wertowaly’instrukcje,   chociaż   winny  mieć   to 
wszystko już dawno wykute na pamięć. Sekwencje działań myliły się do tego stopnia, że ten i ów 
przyciskał niewłaściwy guzik i miast wystrzelić pocisk, odsyłał go do komór amunicyjnych lub 
klinował w ciągu.
          Trzeci problem wiązał się z samymi systemami broni. Baterie Nach’kal zadziałały tylko w 
siedemdziesięciu procentach.
        Pozostałe wyrzutnie albo odmówiły uznania faktu, że zostały załadowane, albo wybierały cele 
wedle własnego uznania, albo w ogóle na nic nie reagowały. Jedria bateria wystrzeliła wszystko 
samorzutnie,   nie   uzbroiwszy   jednak   pocisków,   przez   co   ich   napęd   po   prostu   się   nie   włączył. 
Zmarnowano   w   ten   sposób   kilkadziesiąt   Nach’kali,   nim   ochotnik   spiął   “na   krótko”   sterujący 
baterią komputer. Sam usmażył się przy okazji na frytkę.

background image

          Myśliwce zaś nie próżnowały. Z wielu wystrzelonych przez nie pocisków typu Kali, trafił 
jeden. Eksplodował w pustym już hangarze. Ekipy awaryjne w kilka minut zdławiły ogień.
        Pierwsze skrzydło imperialnych zaczęło się wycofywać. Właśnie wtedy straciło większość z 
dwudziestu zniszczonych maszyn.
        Uwaga Tahnijczyków przeniosła się na drugie skrzydło, jednak to skierowało się przeciwko 
eskorcie pancernika. Ze sporym powodzeniem.
          Niszczyciele wywijały się w unikach. Każdy zdany był tylko na siebie, bo po pierwszych 
doświadczeniach   z   wyrzutniami   Nach’kal   oficer   uzbrojenia   “Foreza”   wolał   za   bardzo   nie 
ryzykować. Namyślał się tak długo, aż dziewięć niszczycieli zmieniło się we wraki.
               “Forez” wystrzelił dwadzieścia naprowadzanych pocisków dalekiego zasięgu. Operatorzy 
nałożyli okulary i zaczęli szukać celów.
        Myśliwce odpowiedziały natychmiast antyrakietami typu Fox i zaprogramowanymi na małe 
cele   ruchome   goblinami.   Operatorzy   Tahnijczyków   szybko   stracili   orientację   w   przestrzeni. 
Pozbawione poleceń pociski uruchomiły awaryjny program autodestrukcji.
        Myśliwce wróciły czym prędzej. Cztery z nich uderzyły na krążownik.
        Trzy trafiły. Stareńka jednostka zatrzęsła się od dziobu do rufy i pękła na dwoje. Bezwładne 
połówki kadłuba zachowały pierwotny impet i szybko uleciały z pola walki. Dopiero trzy lata 
później   znalazł   je   przypadkiem   pewien   statek   badawczy.   Dla   ocalałej   po   eksplozji   garstki 
Tahnijczyków stało się to o wiele za późno.
        Myśliwce zerwały kontakt i odleciały. Dość już zrobiły.
        Na scenę wkraczały wielkie sztuki.
        
        Atago kazała wystrzelić pierwszą salwę na maksymalnym zasięgu. 
        Dwanaście monstrualnych pocisków opuściło wyrzutnie i włączyło napęd AM2. Każda rakieta 
niosła kilka kierowanych  głowic o mocy wystarczającej  do zmiecenia całkiem sporego miasta. 
Była to broń tak nowa i tajna, że imperialny wywiad nie nadał jej jeszcze żadnego oznaczenia 
kodowego. Spisała się wyśmienicie.
        Zgodnie z wprowadzonymi w ostatniej chwili instrukcjami, pociski zignorowały niszczyciele 
osłaniające   wielkie   sztuki.   Jakiś   błąd   spowodował   wprawdzie,   że   głowice   poszczególnych 
pocisków miast zostać w jednej wiązce, poszukały celów samodzielnie, jednak efekt i tak był 
przytłaczający:
        Dwa zniszczone pancerniki.
        Jeden pancernik wyłączony z akcji. Nie wrócił już do służby; złomowano go po wojnie.
        Jeden zniszczony krążownik.
        Jeden krążownik ciężko uszkodzony.
        Cztery krążowniki wyłączone z walki.
          Mahoney nie pomylił się w ocenie możliwości bojowych berserkera. Kilka sekund później 
imperialna   flota   dała   ognia   pełnymi   salwami   burtowymi.   Na   “Foreza”   skierowało   się   ponad 
trzydzieści pocisków Kali.
               Aż za wiele. W tłoku rakiety namierzały siebie nawzajem, wymykały się operatorom, a 
eksplodując prowokowały dalsze detonacje.
        Spora część kosmosu zapłonęła atomowym ogniem.
        Wszystkie pozostałe tahnijskie niszczyciele spopielały lub wypadły z walki.
        Sam “Forez” otrzymał trzy trafienia.
        Ale maszynownia wciąż dawała pełną moc. Wyrzutnie nadal pluły pociskami. Superpancernik 
parł dalej.
        
        Oficer uzbrojenia miał niejakie powody do satysfakcji.
               Wiedząc już, z jakimi ludźmi przyszło mu pracować, uruchomił plan awaryjny.  Kazał 
wycelować pociski Nach’kal w imperialne statki i przejść na ogień ciągły.  Nie sądził, żeby to 

background image

przyniosło   pożądane   skutki.   O   wiele   efektywniejsze   były   systemy   bliskiego   zasięgu   -   rakiety 
swobodnego   lotu   typu   Don   i   potokowe   wyrzutnie   pocisków   Mirka.   Nawet   zwykłe   działka 
wielolufowe przydawały się przy zwalczaniu rakiet Kali. Bliskie eksplozje masowo uszkadzały 
czujniki i pokładową elektronikę, ale statek żył i walczył.
               Trzy ostatnie  trafienia  nie  zdziałały  wiele  złego.  Pierwsze  wyłączyło  rufowe  centrum 
informacji bojowej, ale i tak było to centrum awaryjne. Drugi pocisk zniszczył główny komputer 
sterujący baterii Nach’kal. Niewielka strata. Trzeci spustoszył przedziały mieszkalne załogi. Które 
powinny być teraz puste, pomyślał oficer. Zresztą, to nie moja sprawa tylko kontroli uszkodzeń i 
drużyn awaryjnych. Pewnie opanowali już ogień.
        W tejże chwili “Forez” zadrżał od czwartego trafienia. Pocisk pochodził z drugiej imperialnej 
salwy. Atomowa głowica wbiła się głęboko w kadłub. W jednej sekundzie śmierć objęła jedną 
czwartą lewiatana.
        Lampy na mostku pogasły. Atago usłyszała czyjś stłumiony krzyk przerażenia. Potem zapaliły 
się światła awaryjne. Rozejrzała się. Kto był aż tak słabego ducha?
        Nikt się nie przyznał.
        - Admirale - warknęła na dowódcę “Foreza”. - Jakie uszkodzenia?
               Zbieranie stosownych informacji trwało dość długo. Połowę ekranów na mostku pokryła 
śnieżyca. Ostatecznie ustalono, co następuje:
        Maszynownia może dać tylko połowę mocy. Napęd systemu Yukawy nie działa.
               Systemy uzbrojenia: tu mniej o tyle, tam o tyle... Wyrzutnie pocisków dalekiego zasięgu 
wyłączone.
        Atago przejrzała tabele.
        Kiepsko.
        Średni zasięg w porządku. Bliski zasięg: dwadzieścia procent potencjału.
        Ofiary... Atago nie chciała nawet czytać. Jakie to ma znaczenie? Istotne, że wciąż walczą.
        Ocali swój honor.
        
               Jedne z najbardziej bezsensownych i jałowych sporów, jakie toczyli w dziejach historycy 
wojskowości, dotyczyły kwestii, komu właściwie należy przypisać winę (lub zaszczyt) zgładzenia 
bohatera (lub tyrana)? Przez wieki do znudzenia roztrząsano problem, czy barona von Richthofena 
zestrzelił jego kolega z eskadry czy też może uczynił to bezimienny nieopierzeniec, który dopiero 
przybył na front z Australii? A działo się to jeszcze na starej Ziemi, w czasach gdy myśliwce latały 
wyłącznie w obrębie atmosfery. Inna sprawa tego typu, kto dobił bombowiec wiozący admirała 
Yamamoto? Lanphier czy Barber?
        Z nowszych dziejów, czy Mordechi, wódz z wojen Muellera, zginął podczas pojedynku z raki 
śmiertelnie rannego pułkownika Meinertzhagena, czy może potknął się o minę przeciwpiechotną?
        Podobnie rzecz przedstawiała się z lady Atago i “Forezem”.
        Pretendentów było dwóch.
        Jeden to pani oficer uzbrojenia na pewnym niszczycielu. Nazywała się Bryennius. Wstrzeliła 
Kali,   mierząc   w   ten   sposób,   by   pocisk   czekał   na   “Foreza”   uśpiony   dokładnie   na   trajektorii 
superpancernika.   Głowicę   uaktywniła   w   ostatniej   chwili   i   skierowała   prosto   w   serce   wrogiej 
jednostki.
        Drugim był as myśliwski imieniem Alexis. Korzystając z ogólnego zamieszania, wziął się za 
wymiatanie okolicy, ale szybko pojął, że Tahnijczycy mają zbyt wiele kłopotów, by zajmować się 
samotnym myśliwcem. Czym prędzej wystrzelił własnego Kali. Dla osłony pocisku przodem posłał 
osiem rakiet typu Goblin XII.
        Oba pociski miały być celne, ale żaden ze strzelców nie zasłużył na miano bohatera.
        Historycy mylili się z kretesem. Nie po raz pierwszy, zresztą.
        Lady Atago i “Forez” zginęli za sprawą Ensigna Gilmera.
        Może zresztą “Forez” zniszczył się sam.

background image

        Wystrzelony ze statku Gilmera pocisk, ugodził superpancernik na wiele godzin przed bitwą, 
ale nie spowodował wielkich szkód.
        Zgodnie z meldunkami komputera, przedziurawił zewnętrzne poszycie i zaraz eksplodował. 
Komputer nie podał jednak informacji o małej szczelinie, która utworzyła się w wewnętrznym 
poszyciu. Pomieszczenie zostało ewakuowane i nikt niczego nie zauważył.  Nikt nie spostrzegł 
także, iż: Gaśnice między burtami nie zadziałały.
          Zbiorniki systemu gaśniczego magazynów były puste. (Ktoś zapomniał napełnić je gazem 
obojętnym).
               Alarm przeciwpożarowy został czemuś wyłączony. Podobnie jak czujniki całego sektora 
pokładów. W magazynie pojawił się ogień.
          Z początku tlił się jedynie. Przez większy otwór, powietrze uleciałoby i ogień wygasłby w 
próżni, jednak dziura była malutka i pompy podtrzymania ciśnienia bez kłopotu uzupełniały braki. 
Pojawiły się pierwsze płomyki.
        Niewielkie języczki ognia szybko upasły się na starych szmatach, które złożono w magazynie. 
Ściany pomieszczenia winny zostać zlane środkami gaśniczymi. Ale ten system też nie zadziałał.
        Przepierzenia zaczęły się topić. Zrobiono je ze stosunkowo mało odpornego na temperaturę 
syntetyku. Trwalsze ściany korytarza wytrzymały. Nadal nikt niczego nie zauważał. Ogień zaczął 
rozprzestrzeniać się w kierunku rufy.
               Komputer wytrwale ignorował to wszystko. Po paru godzinach burza ogniowa dotarła do 
przedziałów mieszkalnych. Obecni w kabinach zginęli, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Być może 
wtedy komputer poinformował mostek o pożarze. Jeśli tak, to zajęta walką obsada nie zwróciła 
uwagi na jeszcze jedno migoczące światełko.
               Ostatecznie płomienie ogarnęły dwa wielkie magazyny otulające główne zbiorniki AM2. 
Jeden   z   dołu,   drugi   powyżej.   Pomieszczenia   te   były   pełne   absolutnie   niepalnych   materiałów, 
ponadto   wyposażono   je   w   skomplikowane   osłony,   kurtyny   i   pancerze   przeciwradiacyjne, 
przeciwpodmuchowe i jakie tam jeszcze.
        Mimo podwyższonej temperatury osłony nie opadły. Surogatywne niepalne substancje jednak 
zaczęły   się   tlić.   “Forez”   eksplodował   na   milisekundę   przed   trafieniem   obu   Kali.   Pociski   też 
detonowały w zetknięciu z chmurą gorącej plazmy, bo tyle tylko pozostało z superpancernika.
        Lady Atago nie miałaby się na co skarżyć. Odeszła w nader spektakularny sposób. Nie dotarła 
do   serca   nieprzyjacielskiej   obrony,   jednak   do   samego   końca   dowodziła   w   miarę   sprawnym, 
walczącym okrętem.
        Śmierć zabrała ją momentalnie. Atago nie zdążyła niczego poczuć.
          Razem z nią zginęło ponad pięć tysięcy osób załogi. Lekko pożegnali się z tym padołem. 
Wojna zna boleśniejsze sposoby.
        Lady Atago ponosiła odpowiedzialność za śmierć wielu milionów ludzi, którym odejść było 
znacznie trudniej.
        
        
Rozdział pięćdziesiąty czwarty
        
        Lady Atago zginęła bez plamy na honorze. Ci, co pozostali, mieli mniej szczęścia. Informacja 
o   symbolicznym   akcie   heroizmu   docierała   na   kolejne   szczeble   dowodzenia,   a   na   każdym 
niezmiennie   powodowała   upadek   wszelkich   autorytetów.   Zawstydzeni   własnym   tchórzostwem 
przywódcy zamknęli się w pełnym bólu milczeniu. Tłum wyszedł na ulice i zaczął szukać winnych. 
Rychło ogłoszono początek sezonu polowań na wszystkich, którzy nosili jakikolwiek mundur czy 
choćby najmniejszą plakietkę służb państwowych.
        Linczowano wyciągniętych z portowych knajp marynarzy. Tysięczne tłumy zbierały się przed 
wszystkimi koszarami i roniąc łzy, rwały włosy z głowy. W końcu pierwsze szeregi rzucały się na 
zasieki z drutu kolczastego. Po nich przechodzili następni. Żołnierze strzelali do szturmujących, ale 

background image

bez   przekonania.   Wielu   zdarło   mundury   i   przyłączyło   się   do   manifestantów,   by   polować   na 
oficerów. Komisariaty policji podpalono, uciekających gliniarzy wprasowano obcasami w bruk. 
Pocztowców ukamienowano. Konduktorzy zawiśli na dworcowych latarniach. Niektórych spalono 
żywcem. Większość członków Wielkiej Rady Tahnu czekała spokojnie w domach, aż dopełni się 
ich los. Czuli się winni. Żaden nawet palcem nie ruszył, gdy tłumy zabijały najpierw ochroniarzy, 
potem służbę, rodziny i na końcu ich samych.
        Dokonawszy zemsty na władzy, żądny krwi motłoch ruszył na sklepy. Znaczna część kupców 
wyczuła pismo nosem już kilka dni wcześniej i wyjechała. Tłumy rabowały towary, pustoszyły 
magazyny.   Czego   nie   mogły   wynieść,   niszczyły.   Nad   miastem   unosiły   się   kolumny   czarnego 
dymu. Zgoła wulkaniczne łuny spowiły całą planetę.
               Tylko klub “K’ton” oparł się zniszczeniu. Sten i Alex dobrze wszystko zaplanowali. Za 
każdym   razem,   gdy   tłum   zbliżał   się   do   dzielnicy   grzesznych   uciech,   podstawieni   w   porę 
prowokatorzy   wskazywali   jakiś   łatwiejszy   i   bardziej   zasługujący   na   zniszczenie   cel.   Obaj 
członkowie Modliszek siedzieli razem z L’n i St. Clair w nocnym klubie na ostatnim piętrze i pilnie 
śledzili rozwój wydarzeń. Na ekranie w porę przeszmuglowanego dużego komputera pojawiały się 
doniesienia agentów, meldujących o zniszczeniu kolejnych obiektów. Heath z wolna kwalifikowała 
się do inwazji.
               Zamieszki trwały dwa tygodnie, czyli do chwili, gdy floty Mahoneya przełamały ostatnie 
bastiony obrońców. Sten i Alex dowiedzieli się o tym około południa. Zwykle panujący szum 
radiowy umilkł nagle, przygłuszony potężnym sygnałem ze statku Mahoneya. Razem ze Stenem 
generał   postanowił   wcześniej,   że   nie   ma   co   marnować   czasu   na   szyfrowanie   i   tajności.   W 
planetarnym gwarze i tak nikt nie wychwyci przesyłanych informacji.
          - Na razie nie wiem, kto będzie na mnie czekał - powiedział Mahoney. - Ale jeśli wrzasnę 
dość głośno, to Tahnijczycy narobią w gacie ze strachu. Lada chwila dam ci znak i zaczniesz 
operację.
        - Jak ją nazwiemy? - spytał Sten.
        - Może Czarny Kot?
        - A czy to nie przyniesie pecha? 
        Mahoney pokazał zęby w wilczym uśmiechu.
            - Myślałem raczej o takim kocie, co przychodzi powylegiwać się na grobie. Cmentarnym 
kiciusiu o pomocy.
        Sten wolał nie pytać, kto leży w tej mogile. Połączenie zostało przerwane. Alex i Sten zerwali 
się na równe nogi. W końcu usłyszeli:
               - Wypuścić Czarnego Kota. Powtarzam. Wypuścić Czarnego Kota. Słyszycie, chłopaki? 
Powtarzam. Wypuścić Czarnego...
        - Słyszę, słyszę - nadał Sten i sygnał urwał się w pół słowa. 
               Spojrzał na trójkę podwładnych. Stali z otwartymi ustami, jakby nie dowierzali, że cała 
sprawa ma się ku końcowi. Że doczekali tej chwili. Nawet Alex był pod wrażeniem. Sten poszukał 
w   myślach   stosownych   do   powagi   chwili   słów,   czegoś   naprawdę   admiralskiego.   Ale   zaraz 
postanowił, że nie będzie bawił się w admirała. Pieprzyć historię!
        - Wiecie, co robić - powiedział i cała trójka z miejsca ruszyła do akcji.
               St.   Clair   i   L’n   przekazały   stosowne   hasło   najważniejszym   agentom.   Alex   nakazał 
Chetwyndowi zebrać swoich w Koldyeze i czekać.
               Sten miał zająć się Pasteurem. Wybrał kod i nastawił mechanizm zegarowy nadajnika na 
powtarzanie przekazu aż do skutku. Wiadomość musiała dotrzeć do adresata.
        
               Szef osobistej ochrony Pastoura znalazł  swego przełożonego  spokojnie pracującego w 
ogrodzie. Ręce Lemaya  trzęsły się jak w febrze, gdy wręczał pracodawcy karteczką. Nie miał 
najmniejszego   pojęcia,   czego   dotyczy   zakodowana   wiadomość,   ale   był   pewien   swojej   winy. 
Polecono   mu   pełnić   całodobowy   dyżur   w   węźle   telekomunikacyjnym   w   podziemiach   domu. 

background image

Cokolwiek  by przyszło,   miało  trafiać   natychmiast  do  rąk   własnych   gospodarza.  A  Lemay   nie 
dopełnił obowiązku. Był najbardziej lojalnym sługą swego pana i ostatnie dwa tygodnie spędził 
prawie bez snu. Ze strachu o szefa. Dziwnym zrządzeniem losu tłumy ominęły jednak posiadłość 
Pastoura, lęki okazały się płonne, jednak brak snu dał się we znaki. Lemay uciął sobie drzemkę na 
służbie. Sam nie wiedział, jak długo wiadomość czekała na odbiór. Jeśli Pastour uzna, że winny ma 
zapłacić   głową,  Lemay  bez   słowa   podda  się  jego  woli.   To,  że   mruganie   modułu   odbiorczego 
zauważył  dopiero nowo zatrudniony strażnik, tylko pogarszało sprawę. Lemay był  po dwakroć 
winien. I nieważne, że uważał tego nowego strażnika za zwykłą glistę i cwaniaka.
        Lękliwie wyjaśnił to wszystko Pastourowi. Nie próbował się usprawiedliwiać, nie czekał łaski. 
Nagle spostrzegł, że pułkownik wcale go nie słucha, tylko  czyta  wiadomość  po raz czwarty i 
blednie coraz bardziej. Pastour wiedział, co może nastąpić, ale i tak poczuł się mocno zaskoczony. 
Miał   natychmiast   wziąć   swoich   najbardziej   zaufanych   ludzi,   czym   prędzej   dotrzeć   z   nimi   do 
Koldyeze i za wszelką cenę utrzymać placówkę. Do czasu lądowania żadnemu jeńcowi nie mógł 
spaść włos z głowy. Potem powinien poddać się w imieniu swego ludu. W pierwszej chwili Pastour 
pomyślał, że śmierć już lepsza od takiego losu, ale zaraz przypomniał sobie, jakie skutki przyniosła 
heroiczna akcja lady Atago. Ochłonął i wydał Lemayowi stosowne rozkazy.
        
          Starszy sierżant Schour miała ten zaszczyt, że jako pierwszy żołnierz imperium nawiązała 
bezpośredni kontakt z miejscowymi wieśniakami. Jej transportowiec lądował na tyłach formacji 
Pierwszej Gwardyjskiej, prawie na obrzeżach miasta.
               Porucznik wyznaczył na punkt przyziemienia całkiem gładkie i zieloniutkie pole. Starszy 
sierżant zbiegła po rampie. Broń trzymała w pogotowiu, uważnie badała teren w poszukiwaniu 
wroga. Nagle usłyszała:
        - Złaź natychmiast z mojego zagonu!
        Sierżant obróciła się z palcem na spuście i osłupiała. Ujrzała niewysoką postać w łachmanach. 
Typowy wieśniak, z wydatnym nosem i różowymi czułkami, wymachiwał wściekle motyką. Miał 
też bujną sierść i muskularne łapy zwieńczone potężnymi pazurami.
        - Cholera... Co mówiłeś? - wykrztusiła Schour.
          - Nie przeklinaj w mojej obecności - odpalił Cristata. - Najwyższy nie toleruje wulgarnego 
języka!
        - Przepraszam... - bąknęła sierżant. - Ale co...
               Zatkało ją, gdy za plecami postaci pojawili się następni “wieśniacy”. Troje z nich, też w 
brązach   i   bladych   zieleniach,   bez   wątpienia   pochodziło   z   imperium.   Pozostali   jednak   byli 
Tahnijczykami. Pokojowo nastawionymi. Gdyby Sten to widział, najpierw by osłupiał, a potem 
uśmiał za wszystkie czasy. Plan Cristaty powiódł się w stu procentach. Nie tylko uciekł wraz ze 
swoimi, ale zdołał jeszcze nawrócić całą wioskę Tahnijczyków.
        - Czy zejdziesz z moich zagonów sama, czy mam pójść ze skargą do twoich przełożonych? - 
spytał Cristata.
        Zdumiona do granic Schour zupełnie straciła wątek.
        - Nie wiecie, że jest wojna?
        - Wojny, tak jak rządy, to dobre dla małych duchem. Jedno i drugie zdarza się nieprawnie. Kto 
poznał blask chwały Najwyższego, ten nie zwraca uwagi na podobne przyziemności.
               Reszta wieśniaków mruknęła potwierdzająco i też zamachała motykami. Schour zatkało 
całkowicie i Cristacie zrobiło się żal dziewczyny. Odłożywszy motykę, podszedł bliżej.
        - Wyglądasz na zmęczoną - powiedział ze współczuciem i zaczął zastanawiać się, jak by tu 
włączyć  panią sierżant do trzódki wiernych. - Być może uniżeni słudzy Najwyższego mogliby 
jakoś ulżyć brzmieniu twego ducha...
        
               Wichman z dawna podejrzewał, że Pastour tylko symuluje chorobę. Meldunki o rosnącej 
aktywności   wkoło   Koldyeze   tylko   podsyciły   wątpliwości.   Gdy   młody   strażnik,   nowa   wtyczka 

background image

Wichmana wśród personelu Pastoura, przybył z wieścią o jakiejś zakodowanej wiadomości, która 
przyszła nie wiadomo skąd i wstrząsnęła pułkownikiem tak bardzo, że zaraz udał się z częścią 
personelu do katedry, Wichman wiedział już prawie wszystko. Pastour zamierzał chronić jeńców. 
Ale po co? Co zamierzał na tym zyskać?
               Po chwili  ostatni  kawałek  układanki  też  trafił  na miejsce.  Pasteur był  zdrajcą. Chciał 
przehandlować jeńców za łaski u imperatora.
        Ale cóż Wichman mógł z tym począć? Lady Atago, ostatnia heroina Tahnijczyków padła w 
boju... Nagle Wichman wyobraził sobie, że boska wojowniczka wciąż wspiera go duchem. Każe 
mu... Ależ tak, oczywiście, podejmie jej miecz. I zanim zginie, odzyska honor. Zabije wszystkich w 
Koldyeze.
        
        Kapitan Lo Prek zanurkował do zrujnowanego domu stojącego tuż poniżej drogi wiodącej do 
Koldyeze. Na ramieniu miał broń, przy pasie rację żywnościową, a w oku błysk szaleństwa. Z 
całych sił naparł na drzwi przed schodami. Przerdzewiałe zawiasy jęknęły rozdzierająco, aż serce 
podeszło Prekowi do gardła. Ale drzwi puściły.
          Kapitan odczekał chwile., złapał oddech i wszedł na piętro. Przykucnął przy dziurze, która 
niegdyś była oknem. Stąd roztaczał się czysty widok na główne wejście do katedry i wąską drogę, 
która brukowaną wstęgą wiła się pod górę.
        Oczyścił kawałek podłogi i usiadł. Trzeba czekać.
               Jeśli dopisze mu szczęście, to doczeka. Jak długo to potrwa? Nieważne. Właśnie dzięki 
cierpliwości wytropił mordercę brata i nic go nie powstrzymało. A teraz czuł, że moment spełnienia 
jest już bliski. Doszedł do tych samych wniosków co Wichman. I dodał jeszcze jedną konkluzję: 
jeśli wyniknie walka o Koldyeze, Sten z pewnością gdzieś tu się pojawi.
        Lo Prek będzie czekał.
        Przeładował karabin i nastawił celownik.
        
        
Rozdział pięćdziesiąty piąty
        
        Więźniowie Koldyeze zawdzięczali życie zapewne i temu, że pułkownik Virunga był znacznie 
bardziej zapalonym muzykiem, niż przyznał się kiedyś głośno Stenowi.
        Gdy młody Virunga po raz pierwszy objawił fascynację instrumentami stroikowymi, stał się 
równocześnie kimś w rodzaju buntownika. Jego rodzice zaś poczuli się zmuszeni wydać fortunę na 
sprowadzenie   aż   z   Ziemi   archaicznego   instrumentu   zwanego   saksofonem.   Reguły   muzyczne 
N’ranyow   były   podwóczas   nader   sztywne.   Opierały   się   na   formule 
trzydziestodziewięciodźwiękowej,   a   każda   kompozycja   musiała   składać   się   z   dwóch   części. 
Pierwsza obowiązkowo zaczynała się z góry określoną liczbą dźwięków, powtarzanych następnie 
w zmiennych układach, a kończyła w innym, niż początkowy, rejestrze. W części drugiej zmieniała 
się barwa tego samego brzmienia, końcówka natomiast powracała do pierwotnego rejestru.
          N’ranyowie uwielbiali złazić ze swoich drzew i gromadzić się na wielkich polanach, gdzie 
jedni koncertowali, a reszta w napięciu słuchała. Pokolenie Virungi uznało to muzykowanie za 
niezmiernie nudne i wynalazło inne formy.  Nie narzucające rejestru i pozwalające na dowolną 
improwizację.   Nazwali   to   y’zz   i   zaczęli   pogrywać   go   sobie   potajemnie   na   małych   leśnych 
przecinkach.
               Virunga, znakomity improwizator, nie wpadł w panikę, gdy skomponowana przez Stena 
sonata w tonacji wolności (na głosy solo a capella) rozlazła się w szwach.
               Najpierw pułkownik rozkazał otworzyć piwnice Koldyeze. Doświadczeni w boju jeńcy 
wydobyli z dawna przechowywaną broń i zaczęli szkolić tych, którzy byli dość zdrowi na ciele i 
umyśle, by wziąć karabin do ręki.

background image

        Potem polecił Kraulshavnowi i Sorensenowi, by przygotowali tablice z azymutami i kątami 
podniesienia dla przyszłych baterii. Sam spędził całe godziny, zadzierzgując więzy z Derzhinem 
oraz   Avrentim   i   dyskutując   z   nimi   o   tym,   co   nieuniknienie   przyniesie   przyszłość.   Avrenti, 
zawodowiec w każdym calu, bez trudu pojął, kto najpewniej zostanie jego nowym dowódcą. Nijak 
go ta myśl nie niepokoiła. Coraz częstsze wizyty lorda Pastoura przemówiły do Derzhina na tyle, 
że i  on powstrzymał  się  od protestów. Jedynym  problemem  pozostał  Genrikh  i garstka  wciąż 
uczciwych,   wiernych   mu   strażników.   Ale   z   nimi   sobie   poradzimy,   myślał   Virunga.   Uzbrojeni 
więźniowie i przekabaceni korupcją lub groźbą podwładni Chetwynda, szybko ich zneutralizują.
               Zgodnie z oczekiwaniami, pierwszy etap zakończył się w chwili, gdy niebo nad Heath 
pociemniało   od   imperialnych   statków.   Zaczął   się   desant.   Kilka   sekund   później   zawyły   syreny 
wzywające jeńców na apel. Pora uruchomić plan awaryjny i przejść do etapu drugiego. Mimo 
krzyków straży jeńcy schodzili się wolno. Virunga poczekał, aż dowódcy drużyn zameldują stan 
liczebny.   Przyszli   tylko   ci   uprzednio   wyznaczeni.   Jeden   z   Tahnijczyków   wreszcie   spostrzegł 
wielkie   luki   ziejące   w  szeregach   i   już   miał   wrzasnąć   na   te   porządki,   gdy  głos   zamarł   mu   w 
zmiażdżonej krtani. Przez chwilę jeszcze próbował bezskutecznie łapać powietrze, aż upadł.
          Zabijanie było domeną Sorensena. Zakodowane hasło pozwoliło uruchomić nie tylko jego 
umysł. Wreszcie mógł wykorzystać wszystko, czego nauczył się w sekcji Modliszki.
        Major Genrikh stał na samym czele formacji straży. Widział śmierć strażnika. Nagle zauważył 
też całe rzesze uzbrojonych jeńców, wykwitających na blankach i balkonach. Już chciał podnieść 
alarm,   krzyknąć,   aby   otwarto   ogień,   wycelował   nawet   w   Sorensena,   gdy   Chetwynd   w   końcu 
zdecydował się przejść do czynów. Z początku sarkał na rozkazy Stena. Powinien być ze swoimi 
na ulicach. Ale potem zaczął myśleć. A jeśli coś pójdzie nie tak? W początkowym zamieszaniu 
łatwo o zgubę. Koldyeze to dobre miejsce, by doczekać tam końca inwazji i nastania nowego 
porządku. A przy okazji można załatwić stare porachunki.
               Głównie   z   Genrikhem   oraz   tymi   strażnikami   i   gliniarzami,   którzy   od   lat   pomiatali 
Chetwyndem.
        Genrikh uniósł broń... I nagle coś objęło go mocarnie niczym stalowe liny, a następnie uniosło 
w powietrze. Chciał krzyczeć, ale tylko krew popłynęła mu z ust. Parę sekund później uścisk rąk 
Chetwynda połamał majorowi żebra i wgniótł klatkę piersiową.
               Olbrzym odrzucił trupa i ruszył na pozostałych  “lojalnych”. I zaraz padł na bruk, gdy 
rozbrzmiały pierwsze salwy.  Jeńcy okazali  sporą wstrzemięźliwość. Miast posiekać strażników 
pociskami, jedynie wpakowali każdemu trzykrotnie śmiertelną dawkę kuł.
               Virunga   czekał   w   bezruchu,   aż   ubój   dobiegnie   końca.   Potem   spojrzał   na   Derzhina   i 
Avrentiego. Reszta strażników niepewnie obracała broń w rękach. Wyraźnie nie wiedzieli, jak się 
zachować.
               - Zaczęło się. Odłóżcie... broń. Wracać do kwater. Czekać na dalsze rozkazy. Bądźcie 
posłuszni... a nic wam sienie stanie.
            I tak, w momencie przybycia lorda Pastoura i jego ludzi Koldyeze już całkowicie było w 
imperialnych rękach. Przywitawszy gościa uprzejmie, nowe dowództwo pokazało mu bezpieczne 
schronienie w głębokich piwnicach.
        Tak zakończył się etap drugi.
            Trzeci miał być uroczysty jak nabożeństwo. Jeńcy zamierzali obsadzić blanki i wieżyczki 
strzelnicze, a potem skierować wszystkie lufy na zewnątrz fortecy.
        Następnie musieli czekać na odsiecz. Gdyby jakiś zbłąkany Tahnijczyk pojawił się w pobliżu, 
parę serii powinno zachęcić go do szukania chwalebnej śmierci gdzie indziej.
               Więźniowie właśnie szykowali się do manewrów, gdy na wiodącej do Koldyeze uliczce 
zachrzęściły o bruk gąsienice czterech ciężkich czołgów.
        Naciągał lord Wichman z przyjaciółmi.
          Towarzyszy dobrał sobie spomiędzy załóg dywizji pancernej. Kompania ciężkich czołgów, 
kompania zwiadu na ślizgaczach i batalion piechoty. Jeńcy Koldyeze winni być wdzięczni losowi, 

background image

że Wichman  nie zdołał  zorganizować  taktycznych  ładunków jądrowych.  Chociaż  przyznać  mu 
trzeba, że próbował.
        Obsada jednej z wieżyczek strażniczych przejechała serią po pancerzu pierwszego czołgu. Ten 
strzelił i wieżyczkę zdmuchnęło.
        Virunga czym prędzej nawiązał łączność ze Stenem.
        Symfonia się skończyła, pora na y’zz.
        
        Sten nigdy nie czuł się jeszcze tak paskudnie. Z niejednego pieca chleb jadł, przeżył i klęskę w 
Światach Pogranicza, i niewolę, ale takiej bezradności dotąd nie zaznał.
               Stał pośrodku niegdysiejszej głównej sali klubu “K’ton”, obecnie zmienionej w centrum 
łączności, i wiedział, że Virunga wraz z resztą są na straconej pozycji. I nijak nie mógł im pomóc. 
Dowódcy szturmujących Heath oddziałów zameldowali, że ich atak utknął chwilowo i dokonanie 
przełomu zabierze ze trzy dni. Wsparcie lotnicze wykluczone. Obrona przeciwlotnicza była wciąż 
zbyt silna, a oddział Wichmana znajdował się zbyt blisko celu, aby ryzykować.
        Spojrzał za okno i skrzywił się paskudnie. I bez prognozy pogody wiedział, że zbliża się front 
burzowy. Mgła zagęszczała duszne powietrze. Z drugiej strony pokoju Kilgour siadł do komputera 
i wywołał  na ścienny ekran poziomicową  mapę  Heath. Powiększył  obraz, koncentrując się na 
Koldyeze.
        Sten podszedł do planu. Poziomice przebiegały co pięć metrów i w poblliżu katedry było ich 
bardzo dużo. Przypomniał sobie, ile razy narzekał, obolały, wspinając się stromą uliczką.
        - Daj perspektywę - polecił Alexowi.
        Ujrzał obraz wzgórza. Na szczycie czernił się zarys katedry.
        - Alex, nie wiesz przypadkiem, jakie pudła ma Wichman? - zaczął zastanawiać się głośno.
        - Nie, szefie. Ale pewnie najlepsze, jakie zostały. 
        Może jednak nie, pomyślał Sten.
        - Pokaż poprzedni obraz.
        Znów przyjrzał się Koldyeze “z góry”. Coś zaczynało mu świtać. Tylko czy znajdzie to, czego 
potrzebuje? 
        Spytał Alexa.
        - Dokładnie tego, to nie mam. Ale ersatz, owszem - odparł Kilgour.
        - Nikt nie ukradł?
        - Zabroniłem, szefie. I zagroziłem. Łapy nie śmieli wyciągnąć.
        - Znajdą się ze dwa ślizgacze na chodzie?
        - Tak.
        I wyszli czym prędzej.
               Sten zamierzał spędzić ostatnie dni wojny spokojnie niczym podtatusiały pająk pośrodku 
pajęczyny, sięgnął jednak po pas, broń i wszystko podopinał.
        Spojrzał na St. Clair. Potrząsnęła z niedowierzaniem głową, wzruszyła ramionami i zeszła po 
schodach.
        Kilgour czekał już na zewnątrz. Też uzbrojony siedział za sterami ślizgacza. Za nim dwóch 
ludzi   Chetwynda   obsadziło   ślizgacz   ciężarowy.   Oba   wehikuły   były   nieco   sfatygowane,   ale 
sprawne. Sten wsiadł i ruszyli.
        - Skąd wiesz, co wciąż tam jest?
        - Pamiętasz te czworonogi, które ujrzeliśmy pierwszego dnia na Heath?
        Sten przytaknął. Oficerowie Tahnijczyków dosiadali wtedy...
        - Kunie?
        - Blisko, chłopie. Tak czy inaczej, czy zastanawiałeś się kiedyś, co oni robią z końmi, gdy im 
któryś zdechnie?
        Nie, Stena jakoś to nie zainteresowało wcześniej.

background image

               - Wytapiają z nich tłuszcz. Śmierdzi  nieziemsko.  Zakłady utylizacji to teren skażony. 
Będziemy mieli nasze smarowidło.
        
          Kilgour nie musiał zgłębiać sprawy, aby trafnie orzec, czym naprawdę może dysponować 
Wichman.
        Kompania zwiadu była świeżym oddziałem utworzonym z inwalidów wojennych. Ślizgaczami 
kierowali   kadeci   wojskowych   ogólniaków.   Piechota   rekrutowała   się   spomiędzy   wojaków 
pospiesznie zgarniętych z lazaretów, komisji uzupełnień i ośrodków kwatermistrzowskich.
        Ciężkie czołgi były fabrycznie nowe i miały niebawem trafić na front. Nie pokryto ich nawet 
jeszcze materiałami kamuflującymi. Załogi składały się z cywilów - sterroryzowanych przez ludzi 
Wichmana   inspektorów   jakości.   Tylko   jeden   protestował;   H’nrich,   szef   ochrony   Wichmana, 
zastrzelił go od ręki. Reszta potulnie posłuchała.
        Zaatakowali Koldyeze.
        Pierwszy czołg sam wystawił się na strzał. Szansę Stena wzrosły.
               Zniszczywszy jedną wieżyczkę działo skierowało się ku następnej, po przeciwnej stronie 
głównej bramy. Ale ta była jak martwa, więc celowniczy poszukał nowych celów.
        Obsada wieżyczki drgnęła. Bardzo, bardzo wolno ustawiła antyczny karabin maszynowy.
        - Załadowany? - spytała jakaś postać.
        - Chyba tak. Znasz się na obsłudze działa?
        - Za diabła.
        - A wiesz, że te pociski nie przebiją tej puszki?
        - Zamknij się. Kraczesz.
        Były jeniec miał rację. W zwykłych warunkach metalowe pociski z karabinu maszynowego 
zagrażały   pancerzowi   czołgu   w   równym   stopniu   jak   wiosenny   deszczyk.   Jednak   projektanci 
wychodzili z całkiem słusznego założenia, iż żaden kierowca nie będzie na tyle głupi, by wjeżdżać 
czołgiem na stronie rumowisko. Dolny, awaryjny właz nie został opancerzony.
        Przerażony cywil za sterami nie myślał o podobnych drobiazgach.
        Strzelec nie spudłował.
          Pierwsza seria wyrwała właz z zawiasów i cisnęła go do wnętrza czołgu. Następne pociski 
zrykoszetowały jego śladem. Grubego pancerza niestety nie dało się przebić.
        Ale i tak z załogi ocalało tylko dwóch. Dostali, gdy usiłowali uciekać tylnym włazem.
        - Całkiem nieźle - powiedział amunicyjny.
        - Jasne, że nieźle - stwierdził strzelec.
        Dziesięć sekund później pojawił się dym i czołg buchnął płomieniami.
        Najprostsza droga do Koldyeze została zablokowana.
        Virunga zastanawiał się, czego wciąż nieznany napastnik spróbuje w drugiej kolejności.
        Może ataku piechoty?
        
        Wichman rzeczywiście pomyślał o piechocie. Jednak sklecony naprędce oddział dopiero łapał 
militarnego ducha i w chwili ogłoszenia alarmu większość plutonów nawet nie wiedziała, co te 
gwizdki znaczą.
               Parę bardziej obytych drużyn ruszyło wszakże pod górę. Szybko trafili pod ogień. Żywi 
zapadli w bruzdach. Poczekali trochę, a gdy druga fala nie nadeszła, zaczęli okopywać się między 
domami.
               Idealnie,   pomyślał   Virunga,   obserwując   pospieszne   klecenie   barykad   na   ulicach. 
Kontratakować   przecież   nie   będziemy,   więc   jeśli   chcą   oblegać,   to   proszę   bardzo.   Razem 
poczekamy na imperialnych.
        Może się uda. Z tą myślą pospieszył na stanowiska artylerii.
        
        Alex i Sten wy leźli o zmroku na dach jednego ze zrujnowanych domów.

background image

        Duży ślizgacz ukryli między rumowiskiem. Kilgour nie rzucał słów na wiatr. Towar cuchnął 
aż miło.
        Sten wreszcie dojrzał okazję, by nieco namieszać.
            Kadeci w ślizgaczach atakowali Koldyeze niczym Scytowie podchodzący rzymski legion. 
Ganiali w tę i z powrotem, strzelając od czasu do czasu. Dobrze im nawet szło. Trafiali w katedrę 
prawie za każdym razem.
               Sten poczekał do nocy i wydobył swój karabin snajperski z peryskopowym celownikiem. 
Broń strzelała maleńkimi pociskami z ładunkiem AM2. Zostawiała dziury niczym tarcza tunelowa. 
Ale   nie   to   było   jej   największą   zaletą.   W   odróżnieniu   od   zwykłych   pocisków,   te   potrafiły 
manewrować, a obwody celownika nadawały im w odpowiedniej chwili stosowny wektor. Idealna 
broń do strzelania zza rogu.
               Sten nakierował nitki celownika na czuprynę jednego z pilotów i zdmuchnął gościa z 
siedzenia ślizgacza. Gdy strzelec skoczył do sterów, zniknął w podobny sposób.
        Kilka minut później pięć ślizgaczy krążyło bezładnie po uliczkach poniżej Koldyeze.
        Chaos jak malowanie.
        Sten i Alex zbiegli po zniszczonych schodach i uruchomili własny ślizgacz. Jak dotąd nikt nie 
zauważył ich wycieczki, a w każdym razie nikt do nich nie strzelał.
               Gdy  dotarli   do   wciąż   dymiącego   czołgu,   Kilgour   obrócił   się   od   sterów.   Wolną   ręką 
zagestykulował:   Tutaj!   Sten   odpowiedział   mu   w   podobny   sposób:   Jeszcze   dziesięć   metrów. 
Kilgour podjechał kawałek.
        I o mały włos, a byłoby po wszystkim.
               Mimo   błagań   i   protestów   Virungi,   który   nie   chciał   stracić   komputera   bojowego   (i 
podoperatora Zrzędy w jednej osobie), Sorensen uparł się wyjrzeć na przedpole. Ostatecznie był 
chyba jedynym członkiem sekcji Modliszki w całym Koldyeze. Zebrał kilku co sprawniejszych, 
żądnych krwi współwięźniów i razem popełzli ku wypalonej skorupie czołgu.
               Sorensen   oczekiwał,   że   ludzie   Wichmana   spróbują   usunąć   zawalidrogę.   Inżynierów 
brakowało   ostatnio   w   szeregach,   więc   perspektywa   zabicia   kilku   trudnych   do   zastąpienia 
specjalistów była aż nazbyt kusząca.
          Sorensen ujrzał zbliżający się wolno do wraku ślizgacz i dwóch wysiadających. Zapewnię 
Tahnijczyków.  Odwrócić oczy,  upomniał  się w duchu. Zespół dołączył.  Sorensen przygotował 
długi ceremonialny nóż, w który wcześniej się wyposażył. Najpierw tego roślejszego. Potem...
               Wysoko   w   górze   zapłonęła   flara   i   cała   piątka   udała   kosodrzewinę.   Światło   zgasło. 
Przeciwnicy też się ożywili. Mniejszy poruszył dłońmi. Sorensen poznał język gestów. Czyżby 
Tahnijczycy przejęli go od imperialnych? Postanowił przyjrzeć się bliżej.
        Syknął.
        Dwójka przykucnęła i uniosła broń. Ale nie strzelili.
        - Ktoście? - szepnął Sorensen.
        To nie była tahnijska mowa. Sten uznał, że ani chybi wycieczka z Koldyeze.
        - Imperialni.
        - Jeden tutaj. Kilgour nie czekał.
               Sorensen nie widział najlepiej w tych warunkach. Ostatnimi czasy “stosował” ubogą w 
witaminy dietę. Wciąż jeszcze mrużył oczy, gdy Alex poznał kumpla.
        - Cześć, Sorensen.
        Tego akcentu nie można było pomylić z żadnym innym.
               Sorensen przywołał swoich i poruszył dłońmi, pytając: Trzeba pomóc? Sten przytaknął 
wyraźnie i pokazał: Dwóch ubezpiecza, reszta wylewa.
          Sten uniósł lekko przód ślizgacza i półpłynna zawartość skrzyni chlupnęła na bruk. Potem 
razem z innymi zaczął rozprowadzać japo bruku. Zastanawiał się przy okazji, czy o taki zapach 
chodziło Alexowi, gdy ten wspomniał kiedyś  o wypuszczaniu kogoś pośmiertnie przez komin. 

background image

Martwe kunie...   konie,  poprawił  się, cuchnęły,  że  nos odpadał.   Nawet  najdzikszy  tłum  by  się 
cofnął. I dobrze.
               Skończyli. Alex zamierzał przekraść się do Koldyeze tunelem, ale obecność Sorensena 
ułatwiła zadanie.
        Najpierw wysłał ślizgacz na ślepo w dół ulicy. Niech trochę pogrzechocze. Przynajmniej się 
nie wyśpią. Potem cała grupa ruszyła pochylona do katedry. Sorensen również. Sten wątpił, aby 
Wichman próbował odzyskać czołg. Fachowcy, złożona operacja... Wybierze raczej rozwiązanie 
siłowe. Chłopak czekałby na próżno i już prędzej sam by oberwał.
          Wśliznęli się przez uchy łona bramę. Sten miał nadzieję, że w Koldyeze wciąż jest woda. 
Dużo wody. Cuchnął jak... końska padlina.
        Mocno zleżała padlina.
        
          Sten miał rację. Wczesnym świtem zjawił się następny czołg i po prostu zepchnął wrak na 
pobocze.
        Wichman zamierzał ponowić atak. Zapewne rano. 
        Virunga kazał zdjąć maskowanie z baterii.
        
        Baterie były raczej skromne.
        Krypta kryła cztery działa. Prawdziwe armaty, nie żadne lasery czy masery. Najpierw należało 
je załadować pociskiem oraz materiałem miotającym. Potem wystarczyło szarpnąć rączkę z boku i 
powinny wystrzelić. Może i tak... Virunga podejrzewał, że musiały to być  działka do salutów, 
chociaż w takim razie, skąd te celowniki. Tak czy inaczej, pułkownik kazał owinąć lufy grubym 
drutem, aby je wzmocnić. Nad celownikami cmokał dłuższą chwilę. Wyglądały na niewiarygodnie 
prymitywne. Gorsze nawet niż te celowniki laserowe, które widział kiedyś w muzeum.
               Kilka brygad tragarzy wniosło działa na blanki, gdzie przymocowano całość do murów. 
Mechanizmy   oporopowrotników   pewnie   zupełnie   przerdzewiały   i   lepiej   było   nie   ryzykować 
zjechania z armatą na sam dół zaraz przy pierwszym strzale.
        Virunga obsadził baterię kilkoma wprawnymi kanonierami i nazwał ją Baterią A.
        Baterię B tworzyło osiem wielolufowych wyrzutni rakiet. Za paliwo służył materiał miotający, 
zrobiony   ze   znalezionych   w   podziemiach   pocisków,   które   akurat   do   niczego   nie   pasowały. 
Przynajmniej tego jednego mieli w nadmiarze.
        Celowało się za pomocą zwykłej muszki i szczerbinki. Gdy obiekt znalazł się mniej więcej w 
zasięgu rażenia, należało włączyć prąd i zwiewać. Wojska rakietowe obsadziły sąsiednie blanki.
        Bateria C prezentowała się jeszcze gorzej..
          Koldyeze budowano tak, jakby katedra miała przetrwać wieczność. Instalacje były równie 
solidne.   Stwierdziwszy  to,  Virunga kazał  powycinać  z  kanalizacji  półtorametrowe  odcinki   rur, 
wzmocnić je drucianą owijką i ustawić na stelażach. W ten sposób zyskał moździerze. Naprawdę 
wielkokalibrowe.
        Dźwignie, zębatki, mikrometry i teleskopy wykradziono z rozmaitych warsztatów, w których 
pracowali jeńcy. Potem z tych zdobyczy zrobiono celowniki.
               Virunga odkrył, że ładunek miotający z pocisków karabinowych daje się bez problemu 
przetapiać.   Zrobił   więc   walcowate   formy   i   kazał   wyciąć   więcej   kawałków   rur,   tym   razem   o 
mniejszej średnicy. W ten sposób miał materiał do budowy granatów. Aby uzyskać odpowiedni 
kaliber   owinięto   je   jeszcze   drutem.   Skorupy   nacięto   ręcznie   w   taki   sposób,   aby   całość 
eksplodowała dopiero przy uderzeniu, a nie przy wystrzale.
        W teorii powinno zadziałać.
          Stanowiska schowanych na wewnętrznym dziedzińcu moździerzy pułkownik kazał otoczyć 
wysokim kamiennym murkiem. To na wypadek, gdyby źli chłopcy posiadali własne moździerze.

background image

        Jedyny nowoczesny element wyposażenia obrońców stanowiły maleńkie komunikatory, które 
Chetwynd przemycił kiedyś na polecenie Stena do Koldyeze. Trafiły one w ręce usadzonych na 
murach obserwatorów. Chociaż zadanie było niebezpieczne, ochotników nie brakowało.
        Pierwszy czołg wyjechał na otwartą przestrzeń. Trzydzieści sekund później Virunga rozkazał 
otworzyć ogień.
        - Bateria A. Czołgi na odkrytym. Cele wybierać indywidualnie. Otwierać ogień, gdy będziecie 
gotowi.
          Dowódca obsady pierwszego działa widział tylko jeden czołg. Lekki zresztą, zwiadowczy, 
pewnie   nocny   nabytek   Wichmana.   Wstrzymał   oddech   i   szarpnął   za   dźwignię   spustu.   Działo 
huknęło, skrzypnęło, szarpnęło się w uprzęży. Dowódca spojrzał na ulicę. Pocisk uderzył w ścianę 
jakieś pięć metrów od opancerzonego pojazdu.
        - Trochę w dół i w prawo, po skosie - polecił celowniczemu. Nie był, jak widać, zawodowym 
artylerzystą.
        Trzeci pocisk przebił cienki pancerz lekkiego pojazdu i załoga czym prędzej opuściła wrak.
        Virunga aż się uśmiechnął.
        Pozostałe trzy działa też nie próżnowały.
          Na ulicę wypełzły trzy ciężkie czołgi. Jeden dostał bezpośrednie trafienie, ale pełny pocisk 
zrykoszetował po płytach pancerza.
               Sten wyjrzał za parapet i zaklął. Zwierz był za gruby na takie armatki. Teraz jedyną ich 
nadzieją pozostała już tylko konnica w płynie.
          Czołg zagrzechotał na bruku, piechota wyszła z ukrycia. Nagle gąsienice trafiły na tłuszcz, 
zabuksowały bezradnie i masywna maszyna ześlizgnęła się bokiem ze stromej drogi. Moment, a 
wyrżnął we wcześniej zlikwidowany czołg.
        Chwilę potem obrońcom dopisało szczęście.
        Obsada Baterii C oraz starszy sierżant Isby, pełniący funkcję obserwatora, nie uważali tego 
oczywiście za traf, ale widzieli w tym wynik swojego wspaniałego wyszkolenia. Przyznać trzeba, 
że   Isby,   z   przydziału   kwatermistrz,   przeszedł   kiedyś   kurs   kierowania   ogniem.   Sporo   nawet 
zapamiętał.
        - Charlie Dwa - powiedział do mikrofonu. - Tu Ob Sześć. Podaję cel. Azymut pięć dwa pięć 
zero,   trzydzieści   w   dół.   Odległość   trzy   dwa   zero   zero.   Czołg   i   piechota   na   otwartym.   Będę 
korygować.
               Nastawiono celownik. Dwie kobiety,  niegdysiejsze ważne osobistości, uzbroiły granat. 
Ostrożnie wrzuciły go do lufy i czym prędzej odskoczyły.
            Moździerz zadudnił. Element kanalizacji wystrzelił leniwie w niebo, zatoczył łuk i zaczął 
spadać.   Sten   śledził   jego   lot.   Już   pierwszy   pocisk   trafił   w   osłonę   silnika,   tuż   koło   rur 
wydechowych.   Zadymiło.  Kilka  sekund  później  maszyna   eksplodowała   i  mocno   sponiewierała 
odłamkami piechotę.
        Droga została zablokowana po raz wtóry.
        Obsada moździerza jaśniała radością. Gdy wspominali potem tę chwilę i podkreślali własne 
zasługi, zwykle zapominali dopowiedzieć, że przez całą resztę dnia nie udało im się trafić w nic 
więcej.
        Piechota ruszyła do szturmu.
               Podchodzili ostrożnie i wykorzystywali każdą osłonę. W końcu jednak musieli wyjść na 
otwartą przestrzeń.
        Sten metodycznie tropił przeciwników ukrytych za kamieniami. Zdołał zlikwidować prawie 
cała drużynę. Resztę zdziesiątkowali strzelcy, wprawdzie uzbrojeni tylko w broń sportową, ale z 
każdą chwilą radzący sobie coraz lepiej.
        Jednak ogólnego obrazu sytuacji nie mogli zmienić. Przegrywali.
        Napastników było zbyt wielu. Krąg nieprzyjaciół wokół Koldyeze zacieśniał się z godziny na 
godzinę.

background image

        Kolejny czołg zniszczył ostatni karabin maszynowy na drugiej wieżyczce. Tahnijczycy zaczęli 
odpowiadać ogniem z dachów domów.
          Sten ujrzał, jak jeden z jeńców osuwa się na kamienie blanków. Z krwawą miazgą zamiast 
głowy.
        - Mam nadzieję, młodzieńcze, że nasza dzielna gwardia już się pozbierała - stwierdził Alex.
        Sten również nie myślał o niczym innym.
        
        Podoficer Rinaldi Hernandes wiele razy się zastanawiał, czy jeszcze kiedyś dostanie broń do 
ręki. I czy znajdzie w sobie dość siły, by zabijać. Nawet, jeśli przyszioby mu uśmiercać istoty 
współwinne śmierci jego wnuka...
        Zrobiłby to bez wahania.
               Wydobył  skądś olbrzymią fuzję, niemal tak długą jak on sam. Strzelała pojedynczymi 
pociskami rozmiarów cygara. Celownik miała zgoła muzealny, bo optyczny.
        Ale sprawiała się nieźle.
        Hernandes nacelował broń na strzelca ślizgacza. Wciągnął powietrze i wstrzymał oddech w 
połowie. Delikatnie pomanewrował przy skomplikowanym spuście. Fuzja kopnęła.
        Kilgour rzucił tylko okiem na antyk i ochrzcił go mianem “jurajski”.
        - Dlatego, że polowano z nią na dinozaury - domyślił się Sten.
        - Nie. Bo trzeba siły dinozaura, żeby bydlę odpalić.
        Prawie miał rację. Hernandes trzymał się za obojczyk. Poobijany, a może nawet złamany. 
        Strzelec ze ślizgacza zdążył tylko dostrzec brak miednicy i zaraz potem umarł.
        Hernandes z namaszczeniem narysował na murze kolejną kreskę. Już dwudziestą siódmą.
        Poszukał następnego celu.
        W dole, na stoku, pewien tahnijski sierżant zauważył poruszenie na blankach. Przymierzył się 
i strzelił.
        Trzy pociski rozłupały Hernandesowi klatkę piersiową.
        Jatka nabierała rozpędu.
        
        Huknęło. Virunga schylił się odruchowo. Gdy umilkło echo wystrzału, rozległy się krzyki.
               Jeden z moździerzy na dziedzińcu eksplodował, zabijając trzydzieści osób. Rannych było 
jeszcze więcej. Czym prędzej wezwano sanitariuszy.
        Virunga udał obojętnego. Gdyby nie kamienne obwałowania straty byłyby większe, pomyślał. 
Wiedział wszelako, że załogi pozostałych moździerzy od tej chwili stracą zaufanie do swego oręża. 
Zaczną strzelać byle ostrożniej. Koldyeze zaś, jak oceniał, może utrzyma się jeszcze z dobę, ale nie 
dłużej.
        W nocy Wichman kazał podminować mury.
        
        Rozkazy były precyzyjne. Wichman nie znał się na sztuce wojennej, ale uczył się szybko.
          Mogłem lepiej służyć ojczyźnie, pomyślał poniewczasie. Już na początku wojny winienem 
zażądać przydziału bojowego.
        Jednak mimo wszystko nie ujrzał w sobie niedoszłego zbawcy narodu.
        Wystarczyła mu zemsta na wrogu, ostatnia szarża na imperialnych. Zaleje katedrę blaskiem. 
Miał flary i sześć ruchomych reflektorów wyszperanych gdzieś przez drużynę zwiadu. Niech ktoś 
wytknie głowę zza muru, a oberwie.
        Podziałało.
               Odczekał, aż katedra przestanie odpowiadać ogniem, i wysłał ludzi z ładunkami. Łącznie 
prawie  dziesięć   ton  materiałów   wybuchowych.   Następny  szturm,  planowany  na  godzinę   przed 
świtem, będzie ostatnim.
        Jednak lordowi Wichmanowi nie było dane pożyć na tyle, aby osobiście mógł ujrzeć triumf 
własnej taktyki.

background image

        
               Sten skorzystał ze starszeństwa i zabronił Sorensenowi dalszych wypadów. Virunga miał 
rację, młody człowiek był zbyt cenny. Szczególnie teraz, gdy posiadali wreszcie jakąś artylerię.
        Jednak samego Stena ten zakaz nie dotyczył.
        Zaraz po zmroku Sten wybrał się z Alexem szukać kłopotów. Bez trudu ominęli warty wroga. 
Wpojonych w sekcji Modliszki odruchów nie zapominało się tak łatwo. Potem rozdzielili się i 
zaczęli indywidualne polowanie na skalpy.
               Sten wziął pistolet z jednym magazynkiem.  Na wszelki wypadek, gdyby zabrakło mu 
sposobów na wywalczenie sobie dalszej drogi. Niósł też cztery ładunki wybuchowe, dwa granaty i 
kukri - białą broń Gurkhów. Spakował ten nóż, gdy wracali na Heath.
               Najpierw zajął się ładunkami. Nastawił zapalniki na różny czas i przymocował pakieciki. 
Jeden do czołgu zwiadowczego, drugi pośrodku czterech zaparkowanych razem ślizgaczy. Trzeci 
pod generatorem reflektorów i ostatni pod masywnym pojazdem, który wyglądał na wóz łączności. 
Wybiegały z niego  jakieś masywne  kable. Sten poszedł  ich tropem.  Znikały wewnątrz dobrze 
strzeżonego budynku.
          Wśliznął się do domu obok, poszukał w rumowisku schodów odcinka metalowej poręczy i 
wszedł   na   szczyt   budynku.   Tam   przerzucił   pręt   między   dachami   i   ręka   za   ręką,   przeszedł   w 
odpowiednie  miejsce.  Otrzepał  z dłoni  rdzawy pył  i przylgnąwszy do ściany,  podkradł się  do 
schodów.
               Spod zasłony w drzwiach na piętrze dobywała się smużka światła. Nędzne zaciemnienie, 
pomyślał, i ujrzał jakiegoś przytulonego do framugi osiłka.
               H’nrich   mógł   być   doskonałym   ochroniarzem.   W   zwykłych   warunkach   sprawiał   się 
wyśmienicie.
        Jednak Sten nie był typowym napastnikiem.
        H’nrich zauważył kątem oka błysk stali i więcej już nic nie widział.
               Sten wyszarpnął kukri z karku H’nricha. Nie ciął na oślep. Tylko tego by trzeba, żeby 
odrąbany łeb zadudnił po schodach. Czym prędzej złapał bezwładne ciało i ułożył je na podłodze. 
Potem schował broń, starł lepką maź z twarzy i trzykrotnie głęboko wciągnął powietrze.
        Czy uda mu się wymknąć z chaty, zanim ktoś podniesie alarm.
        Może i tak.
        Wyciągnąwszy granaty nastawił oba na dziesięć sekund.
        Dalej, synu. Za późno na cykora, pomyślał.
        Dobył jeszcze broń z kabury i wszedł za zasłonę.
               W pokoju znajdowało się siedem osób. Jedna nosiła paradny mundur. Sten poznał lorda 
Wichmana. W tej samej chwili przydusił spust do oporu: radny dostał cztery pociski. Sten cisnął 
jeszcze granatami w konsolę łączności i już go nie było.
        Rozległy się wrzaski. Ktoś na zewnątrz zaczął strzelać.
        Sten pokonał schody po trzy stopnie naraz, (omal nie spadł z podestu), przebiegł przez dach i 
przymierzył się do skoku. Coś podpowiedziało mu żeby się wstrzymał, bo nie jest Kilgourem, ale 
za późno. Już leciał.
        Wylądował dobry metr od okapu. Celowo czy podświadomie wybrał dach nie tego budynku, z 
którego   przyszedł,   ale   przeciwległy,   dalszy   od   katedry.   Jedno   było   faktem:   zaczynał   się   bać. 
Pomyślał  raz  i drugi,  zszedł na  ziemię  i  wtopił się  w mrok  nocy.  Mimo  wszystko  wracał  do 
Koldyeze.
        
        Widmo klęski wisiało w powietrzu.
        Sten spojrzał na mury katedry zalane jaskrawym blaskiem reflektorów i pojął, że nie wejdzie, 
jak wyszedł. Raz jeszcze musiał skorzystać z tunelu.

background image

          Virunga czekał nań niecierpliwie. Obrońcy słyszeli i widzieli, jak przeciwnik zakładał pod 
murami ładunki burzące. Czworo dzielnych kobiet i mężczyzn próbowało je potem rozbroić. Ciała 
śmiałków leżały teraz ledwo parę metrów za bramą.
               I tak by wiele nie zdziałali, pomyślał Sten. Ładunki miały prawdopodobnie indywidualne 
detonatory   i   zapobiegające   rozbrojeniu   miny-pułapki.   Czasy   romantycznych   wyczynów,   jak 
wyrywanie zapalnika na sekundę przed eksplozją, minęły bezpowrotnie. Mniej więcej wtedy, gdy 
fuzja Hernandesa przestała być nowoczesną bronią.
        - Rozkazuję wycofać wszystkich z murów - powiedział Virunga. - Jeśli Koldyeze nie zawali 
nam się na głowy... podejmiemy walkę po wybuchu. Masz lepszy pomysł? - spytał z nadzieją.
        Niestety, Stenowi nic nie przychodziło do głowy. Kilgour, który wrócił godzinę później, tylko 
wzruszył ramionami. 
        Rozejrzeli się za jakąś solidną kryjówką.
        
        Wojsko Wichmana nie zwróciło większej uwagi na śmierć swego dowódcy.
        Odpalili o czasie.
               Fala uderzeniowa powaliła pięć szeregów zrujnowanych domów. Ziemia zatrzęsła się jak 
podczas kataklizmu, a odległe wciąż o dwa kilometry imperialne wojska wykonały przepisowe 
“padnij”, przekonane, że wróg sięgnął po głowice jądrowe. Mimo nieustannej mżawki obłok dymu 
oraz pyłów przebił chmury i wzniósł się na ponad trzy tysiące metrów.
          Cały fronton zbudowanej na planie krzyża katedry zachwiał się i osunął gruzowiskiem po 
stoku.
        Zginęło jednak tylko sześciu jeńców. Koldyeze przetrwało nawet tak ciężką próbę.
        Tahnijczycy runęli do ostatniego ataku i natychmiast wpakowali się w kłopoty.
               Świeżo   powstałe   pole   ruin   sprawiło   się   lepiej   niż   najbardziej   przemyślna   zagroda 
przeciwczołgowa. Nawet najcięższe pojazdy były bezsilne wobec złomów wielkości średniej willi.
        Piechota musiała zadowolić się wsparciem ślizgaczy.
        
        Zdumieni nieco faktem przeżycia, obrońcy wyleźli z dziur i zajęli pozycje strzeleckie.
        Pierwsi wypadli z gry piloci ślizgaczy, więc pojazdy musiały zostać wycofane. Czołowa fala 
piechoty wyginęła niemal do nogi.
        Druga fala podeszła bliżej, zaległa i odpowiedziała ogniem.
        Po ataku trzeciej fali ślizgacze mogły wrócić do walki.
        Jeńcy cofali się krok po kroku. Coraz dalej i niżej.
        Do krypt.
        
               - No, grób już mamy - mruknął Kilgour, rozglądając się po piwnicy. - Oszczędzimy na 
łopatach.
        Virunga zagoniwszy zakładników na najniższe poziomy, przykuśtykał do Stena.
        Członek sekcji Modliszki pospiesznie podzielił ocalałych oraz zdolnych do walki na pięć grup 
i wyznaczył im pozycje. Klatka schodowa, podest, wielka piwnica, w której się akurat znajdowali. 
Ustawiono barykady ze wszystkiego, co tylko mogło powstrzymać pociski.
               Sten nie nakazywał swoim podkomendnym bronić się do ostatniego. Nie musiał. Żaden 
imperialny nie był na tyle naiwny, by liczyć obecnie na powrót do niewoli.
               Kilgour osłonił ich ostatni posterunek wielkim kamiennym ołtarzem. Przyniósł go sam, 
ostatecznie pochodził z planety o dużej sile ciążenia. Rozłożył przed sobą amunicję i granaty.
        Sten zrobił to samo.
               - Gdyby ci Tahnijczycy choć trochę pomyśleli, wpuściliby tu gaz i po krzyku - mruknął 
Kilgour. - Nie mamy masek.
          Cóż, przynajmniej zeszlibyśmy z tego świata w stosunkowo bezbolesny sposób, pomyślał 
Sten.

background image

        - Albo mogliby nas zamurować - ciągnął Alex. - Za kilkaset lat ktoś odkryłby nasze kości. A 
ja na dodatek cierpię na klaustrofobię.
        Sten pokazał zęby. Niezupełnie w uśmiechu. Potem usiadł i czekał na koniec.
        Dziwne, ale czekał dość długo.
          Z góry dobiegły ich przytłumione odgłosy walki. Co, u licha? Znaleźli inną drogę? Zgiełk 
nasilił się nagle i ucichł. Rozległo się kilka pojedynczych suchych strzałów.
        Sten spojrzał na Kilgoura.
        - Nie - odparł tamten. - To byłoby za pięknie.
               Obaj z powrotem przypięli do pasa granaty i amunicję, a następnie powoli ruszyli  ku 
spiralnym schodom. Z góry runęła nawała ognia. Czym prędzej skoczyli niżej.
        - Właśnie - sarknął Alex. - Jak mówiłem. Za piękne.
               Sten   czekał,   aż   granaty  zagrzechoczą   po  stopniach.   Ale  usłyszał   tylko   wrzask.   Ktoś, 
najwyraźniej niezbyt dobrze władający tahnijskim, krzyczał:.
        - Poddawać. Wyłazić bez broń. Ręce do nieba. 
        Sten i Alex aż się uśmiechnęli.
        - Tu, przyjaciele! - odkrzyknął Sten. - Sami imperialni. Buzi!
        - Jeden na górę - warknął jakiś osobnik, widać wciąż podejrzliwy.
          Sten pozbył się broni i powoli, bardzo powoli, z rękami na widoku, wyszedł po schodach. 
Ujrzał dwóch zakurzonych gwardzistów z zaczerwienionymi oczami. I obu ucałował.
        Przynieśli bowiem ocalenie.
        
               Odsieczą dowodził jednogwiazdkowy generał. Przypuścili zmasowany atak pancerny i na 
krótkim odcinku przełamali pozycje Tahnijczyków.
        Nie zatrzymali się, by poszerzyć wyłom, ale jak burza przedarli się przez miasto. Za czołgami 
pędziły ślizgacze. Strzelcy otwierali ogień do każdego ruchomego celu, nie sprawdzając nawet, w 
co trafili. Zaskoczone od tyłu siły Wichmana błyskawicznie poszły w rozsypkę.
        Sten i Alex stali na dziedzińcu i słuchali opowieści generała. Był bardzo dumny z siebie. Ze 
swoich ludzi także.
               Jego prawo, pomyślał zmęczony do granic Sten. Jak pośpię sobie z sześć miesięcy,  to 
postawię mu piwo. Co ja... tego... postawię wódę każdemu, kto jeszcze będzie mógł pić. Spojrzał 
na Kilgoura i już chciał mu zaproponować, by obaj znaleźli sobie jakieś przytulne prycze, gdy 
Szkot nagle poderwał broń do ramienia.
        
               Kapitan   Lo   Prek  starannie   przymierzył   się   do   strzału.   Wszedł   do   Koldyeze   zaraz   za 
atakującymi Tahnijczykami. W zamieszaniu nikt nie spytał go, kim jest i co tu właściwie robi.
        Znalazłszy stanowisko, czekał. Nie wiedział, czy Sten jest w środku katedry czy na zewnątrz. 
Ale liczył, że jednak go spotka.
        Zignorował klęskę żołnierzy Wichmana i wejście imperialnych. To nie była jego wojna.
        W końcu cierpliwość została nagrodzona. Ujrzał mordercę swego brata.
        Z biciem serca wycelował. Był świadom, że los nie da mu drugiej szansy. Tylko jeden strzał...
        
          Alex wypuścił długą, grzechotliwą serię. Sten i generał czym prędzej przypadli do bruku. 
Posypały się odłamki kompletnie rozbitego okna.
        Kilgour opuścił broń.
        - Co, u... - wyjąkał Sten. Alex wskazał lufą.
        Bezwładne ciało wahało się jeszcze chwilę, aż w końcu zwisło z parapetu.
        - Pieprzony snajper - sapnął Kilgour.
        Sten wstał z wysiłkiem. Dość tego dobrego. Dla niego wojna właśnie dobiegła końca.
        

background image

               Zwłokami kapitana Lo Preka zajęły się drużyny pochówkowe - miejscowi cywile pod 
nadzorem imperialnego inspektora sanitarnego. Załadowano je na ślizgacz i wywieziono za miasto. 
Tam spalono razem z tysiącami innych, równie bezimiennych ciał.
        Wojna faktycznie już się zakończyła.
        
        
Rozdział pięćdziesiąty szósty
        
        Akt kapitulacji przygotowano na małym arkuszu białego pergaminu. Tekst składał się jedynie 
z paru zdań, ponieważ kapitulacja miała być bezwarunkowa.
               Od chwili złożenia podpisów Tahnijczycy całkowicie zdawali się na łaskę Wiecznego 
Imperatora.
               Pergamin leżał na niewielkim,  pokrytym  płótnem blacie. Za stołem siedział Mahoney, 
pełnomocnik imperatora i od tej chwili gubernator niegdysiejszych Światów Tahnu. Stół i krzesło 
były jedynymi meblami ustawionymi w obszernej sali bankietowej “Normandie”.
        To tutaj właśnie zdarzył się ów incydent, który wojnę rozpoczął. Przy zastawionych ławach 
zasiadła   wówczas   śmietanka   tahnijskiej   dyplomacji.   Też   mieli   podpisać   dokument,   ale   inny, 
deklarację pokoju. Imperator również był obecny. Ale skończyło się morderstwem. Obie strony 
zostały zdradzone.
               Tym   razem   imperator   nawet   się   nie   pokazał.   Zrobił   to   świadomie,   aby   znieważyć 
Tahnijczyków.   Mahoney  czekał   w  towarzystwie   swych   dwóch   adiutantów   i   wyprężonych   pod 
ścianami najwyższych oficerów floty oraz armii.
        W drugim końcu, za kurtyną, pracowała ekipa reporterów, nagrywająca wszystko na potrzeby 
imperialnych sieci informacyjnych.
          Główne drzwi otworzyły się z sykiem, wpuszczając pułkownika Pasteura. Tylko on jeden 
przetrwał   z   całej   Wielkiej   Rady   Tahnu.   Za   chwilę   zmieni   status.   Odtąd   będzie   obywatelem 
Pasteurem.   Imperator   postanowił,   że   wraz   z   podpisaniem   kapitulacji   unieważni   wszystkie 
tahnijskie tytuły i godności.
        Pastour ruszył powoli przez całą wielką salę. Za nim podążało dwóch przybocznych. Jeden w 
sponiewieranym  polowym  mundurze oficera. Drugi nosił uniform pocztowca. Byli  to najwyżsi 
rangą oficjele, jakich udało się odnaleźć. Sam Pastour, zgodnie z życzeniem imperatora, miał na 
sobie cywilny strój.
          Stanął przy stole. Zgromadzeni zamarli, jedynie Mahoney uniósł głowę i dwoje płonących 
oczu pod krzaczastymi brwiami. Pastour zawahał się, niepewny, co właściwie powinien uczynić. 
Pomyślał   o   tych   milionach   Tahnijczyków,   którzy   obserwują   go   teraz   na   olbrzymich   ekranach 
ustawionych przez imperialne służby we wszystkich większych miastach. Wiedział, że cały naród 
zostanie upokorzony w jego osobie. Ale jak wielkie będzie to poniżenie?
        Mahoney podsunął mu dokument.
        - Podpisuj! - warknął.
        Pastour sięgnął po pióro i nakreślił swoje nazwisko. Mahoney złożył podpis poniżej i wręczył 
deklarację jednemu ze swoich adiutantów. Potem spojrzał na Pasteura oczami pełnymi nienawiści. 
Dziwne, ale Pastour nagle się uspokoił. To znał. To rozumiał.
        - Wszystko - powiedział Mahoney.
        W absolutnej ciszy obywatel Pastour odwrócił się i wyszedł.
        
               Admirał  Sten krążył  po korytarzu.  Z głośników na obu końcach galerii  dobiegał głos 
komentatora analizującego wydarzenia ostatnich minut. Sten zerknął na drzwi kabiny imperatora. 
W każdej chwili  mógł  zostać wezwany.  Był  jedną z niewielu  osób wiedzących  na pewno, że 
imperator jest na pokładzie “Normandie”.

background image

        - Powiedział, że to jego sztuka - wyjaśnił wcześniej Mahoney - i że ma zamiar zająć miejsce w 
pierwszym rzędzie. Nawet, jeśli przyjdzie mu się fatygować osobiście.
        Sten rozumiał to w pełni, podobnie jak podziwiał decyzję władcy, by nie pchać się na salę. 
Sten na miejscu Jego Wysokości cisnąłby protokół i radośnie ruszył pognębić przeciwnika. Ale nie 
o tym teraz myślał.
               W głowie huczało mu od pytań. Najważniejsze dotyczyło przyszłości. Co szef dla niego 
wymyślił?   Dość   miał   zabijania,   manipulacji.   Dość   miał   wykonywania   rozkazów,   posyłania 
przyjaciół na śmierć. Po raz pierwszy założył  swój nowy mundur admirała i już zapragnął go 
zerwać. Marzyło mu się życie nijak nie związane z wojskiem. Nie wiedział wprawdzie, czy zdoła 
wytrzymać jako cywil, ale co szkodzi spróbować...
          St. Clair i L’n, zajęły się sprzedażą klubu “K’ton”. Mógłby się do nich przyłączyć. Ruszyć 
przez kosmos... Chociaż... cholera. Z tym balastem fortuny, w jaką wyposażyła go Ida, mógłby 
wyściełać banknotami wszystkie ulice, a co dopiero kluby nocne... Może przemysł rozrywkowy? 
Nie. Nie przyjmie się. Może by porozmawiać z Kilgourem? Założyliby mały zespół i ruszyli gdzieś 
na peryferie galaktyki. Dzielni pionierzy i Indianie. Ciekawe, kto teraz robi za Indian?
          Doszedł właśnie do marzeń o życiu rodzinnym i rozważań, która z kobiet stanęłaby u jego 
boku (czy St. Clair czy Haines), gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i Gurkha zaprosił Stena do 
wnętrza.
        Wieczny Imperator wyłączywszy ekran, spojrzał na wyprężonego na baczność Stena.
               - Spocznijcie sobie, admirale - rzekł niecierpliwie władca. - Już mi się robi niedobrze na 
widok   parad.   I   mam   nadzieję,   że   nie   obrażę   twej   trepowskiej   duszyczki,   gdy   powiem,   że 
wojskowość też mi wychodzi uszami. Aż mnie tam, poniżej pleców monarszych, ściska.
        Sten roześmiał się i padł na fotel. A o co się obrażać? Imperator wstał, dobył butelkę stregga i 
dwie szklaneczki. Napełnił je po wręby.
               - Mamy akurat czas na jednego. I na drugiego, bo potem wyrzucę cię za drzwi - rzucił 
imperator. - Wyślę do wszystkich diabłów, jak tylko ci trzej zejdą z pokładu.
        - Do domu, sir?
          - Nadmiar szczęścia - mruknął gospodarz. - Trzeba jeszcze pogadać. Oficjalnie. Znasz to: 
graba,   bobas   do   ucałowania,   zdjęcie   z   miejscowymi   dętymi   szychami,   podziękowania   dla 
sojuszników za wierność w godzinie próby, znaczy za niezdarność, że ile razy chcieli mi wbić nóż 
w plecy, tyle razy chybiali. Ogólna feta i odrodzenie moralne. Centralny Świat ujrzę dopiero za pół 
roku. A już mam  dość. Proszę,  jak się  rozbestwiłem.  - Uniósł szklankę.  - Za rozbestwienie  i 
zepsucie moralne!
               Sten stuknął się z władcą szkłem i obaj wypili. Imperator nalał ponownie. Jeszcze jedna 
kolejka i co? Sten wreszcie wolny?
          - Słuchaj. Gdy wrócę, wtedy na dobre zacznie się robota - zaczął Jego Wysokość. - Będę 
potrzebował pomocy.
        Jutrzenka wolności pociemniała.
          - Muszę ponownie postawić cały ten interes na nogi, ale nigdy jeszcze nie zaczynałem od 
takiego gnoju. Nie zrozum mnie źle. Wiem, co robić. Ale po takiej wojnie będzie mi brakować 
zdolnych ludzi. Sullamora i jego banda nie wymyślą prochu. Oni patrzą tylko na zyski. Potrafią 
wprawdzie robić pieniądze, ale tyle to umie każdy pirat. Niepokoi mnie, że nie czerpią z tego 
żadnej przyjemności. Ponure dupki. Nie poprawiają mi humoru. Ale dobra, mniejsza o nich. Pragnę 
wprowadzić   do   gry   trochę   młodych   i   świeżych   umysłów.   Takich   jak   twój.   Przez   najbliższe 
pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat będziemy harować niczym woły, ale może do czegoś dojdziemy.
        Sten przestał się niepokoić. Od momentu, gdy usłyszał słowo “my” wpadł prawie w panikę.
        - Przepraszam, sir - wtrącił nieśmiało. - Nie wiem, czy akurat ja podołam...
        Imperator machnął ręką.
        - O to nie martw. Mam parę pomysłów.

background image

        - Cóż... Nie chciałbym wyjść na niewdzięcznika, ale... - Sten się zawahał. Raz się żyje! - Po 
prawdzie, nie robiłem jeszcze planów tak dalekich... no, aż na sześćdziesiąt lat. Wojsko jakby 
przestawało mi służyć. Jak sam pan powiedział... mnie też ściska... chociaż moja nie jest monarsza.
        Imperator buchnął śmiechem.
        - No to, co zamierzasz?
        - Nie wiem do końca. Mam zaległy urlop. Jak wszystko dobrze policzę, to pewnie zbierze się 
tego parę lat. Chciałem spokojnie rozejrzeć się po świecie.
               Imperator spojrzał na Stena taksujące. Potem uśmiechnął się i pokręcił głową. Wzniósł 
wysoko szklankę i wypił w milczeniu. Audiencja dobiegła końca. Sten wychyliwszy trunek wstał i 
oddał imperatorowi honory, jak umiał najlepiej. Władca starannie odsalutował.
        - Za sześć miesięcy nuda wyjdzie ci uszami - zapowiedział. - Do tego czasu pewnie już wrócę. 
Zajrzyj do mnie.
          Sten obrócił się na pięcie i wyszedł. Był pewien, że imperator pomyli się z kretesem. I we 
wszystkim.
        
        
Rozdział pięćdziesiąty siódmy
        
        Wieczny Imperator zszedł po rampie “Normandie”. Gurkhowie otaczali go ciasnym kręgiem. 
Odetchnął z ulgą, że instrukcje zostały wypełnione co do joty. Nie życzył sobie żadnych tłumów 
witających go na Soward, głównym porcie kosmicznym Centralnego Świata. Całkiem niedaleko 
czekała jedynie jego osobista limuzyna, gotowa zabrać gospodarza do ponurych apartamentów pod 
ruinami Arundel.
        Trzeba będzie coś zrobić z tym pałacem, pomyślał. Pora szturchnąć program odbudowy, niech 
wezmą się do roboty. Brakowało mu nie tyle przepychu i splendoru dawnej siedziby, ile wszystkich 
jej   wygód   i   tego,   co   cenił   najbardziej,   poczucia   prywatności.   Pobyć   trochę   samemu,   znów 
popracować nad rozszyfrowaniem instrumentu używanego przez Stradivariego. Cóż to byłaby za 
ulga!
               Nasłuchał się ostatnio. Oj, nasłuchał. Jęki, skargi, błagania.  Jeszcze jeden taki petent, 
pomyślał władca, a chyba nie wytrzymam i się rozpłaczę. Sęk w tym, że publicznie lejący łzy 
imperatorzy nie bywają wieczni. Ale tak się właśnie czuł. Twarz zesztywniała mu od uśmiechów, 
palce   miał   obolałe   od   ściskania   rąk   milionów   wdzięcznych   poddanych.   Wszyscy   na   rzęsach 
stawali, byle tylko pogratulować bohaterowi.
        Przypomniał sobie pewnego innego bohatera i lekko poweselał. Po wygranej bitwie jeden z 
jego  adiutantów   powiedział   owemu  generałowi,  jak  wielką   sławą  otoczył  on  swe  imię.   Jasne, 
odparł świeżo upieczony bohater. Ale gdybym przegrał, awansowałbym na największego łajdaka w 
dziejach naszego narodu. Jak nazywał się ten gość? Nosił chyba jakieś pruskie nazwisko.
          Wieczny Imperator skierował się do limuzyny. Jeszcze kilka lat temu po prostu przespałby 
parę dób, a potem jako inżynier Raschid wymknąłby się z pałacu, by popić w barze “Covenanter”. 
Powspominałby z Janiz dawne czasy. Ale bar już nie istniał. I Janiz też nie było, a wszystko przez 
zdradę. I to on ponosił winę. Cholera! Ostatnio jakoś wiele faktów przyćmiło się w pamięci.
          Jesteś mistrzem podwójnego myślenia. Ba! Może to właśnie jest twój problem, inżynierze 
Raschid. Wszystko musisz skomplikować. Trochę prostoty, luzu, a masa ludzi odetchnie. I będą 
żyli, miast zginąć. Albo, co gorsza, padną w podzięce na kolana...
        Wieczny Imperator dokładnie czuł ciężar trzech tysięcy lat, które przeżył. I tej chwili, kiedy 
szedł   do   wozu.   Wtedy   ujrzał   uśmiechniętego   Tanza   Sullamorę.   Jęknął   raz   i   omal   nie   jęknął 
ponownie, gdy Tanz wyciągnął dłoń do powitania. Ale trudno, odwzajemnił uścisk.
        - Witamy z powrotem, Wasza Wysokość! - zagulgotał Sullamora. - Jesteśmy bardzo dumni z 
Waszej Wysokości.

background image

        Jasne. I nie możecie się doczekać momentu, gdy wydusicie ze mnie więcej kredytów. Tak ze 
dwie hałdy, pomyślał, uśmiechając się i dziękując za miłe słowa.
        - Mam małą prośbę - zaczął Sullamora. - Wiem, że stęsknił się pan za domem, ale...
          Imperator uniósł brwi. Był bliski punktu wrzenia i zbyt zmęczony, by się odezwać, skinął 
tylko zatem, że słucha.
        - Pracownicy portu kosmicznego - wyjaśnił Tanz - czekają już parę godzin i...
        Władca spojrzał, gdzie Sullamora pokazywał. Koło głównej bramy stał mały tłumek. Ludzie 
nosili mundury różnych barw i krojów. O nie! Znów szczerzyć zęby, ściskać paluchy... Znów... 
Ach!
               - Nie dam rady, Tanz - powiedział imperator. - Niech Mahoney się nimi zajmie. Jakieś 
interesy zatrzymały go jeszcze na pokładzie. Ale niedługo tu przybędzie.
        Podszedł do drzwi pojazdu.
               - To nie to samo, sir - nalegał Sullamora. - Oni pragną zobaczyć pana. Wiem, że nie są 
żołnierzami, ale robią swoje, jak mogą najlepiej. Proszę nie odmawiać...
               Wieczny Imperator z rezygnacją zmienił kierunek. Ruszył ku bramie. Chciał mieć to jak 
najszybciej za sobą, więc dziarsko wyciągał nogi. Krępi Gurkhowie sporo się natruchtali, by za nim 
nadążyć.
               Tłumek buchnął wiwatami. Aż do obrzydzenia wprawny w kontaktach z ludem władca 
przywołał na twarz najbardziej imperialny grymas i wziął się do uścisków. Pamiętał, by spytać 
każdego o imię, spojrzeć delikwentowi głęboko w oczy, potem odsunąć go łokciem delikatnie (acz 
stanowczo) i pójść do kolejnego.
        Obtańcował już prawie jedną trzecią zgromadzonych, gdy stanął przed nim mężczyzna z bladą 
twarzą i dziwnie rozjarzonymi oczami. Spytany o imię coś tam wymamrotał. Nie zrozumiawszy ani 
słowa imperator cofnął dłoń i już miał pójść dalej...
        ... ale tamten nie puścił monarszej ręki.
        Władca ledwie zdążył się zdumieć, gdy w drugiej ręce mężczyzny ujrzał pistolet. Odskoczył 
momentalnie, ale kule były szybsze. Broń przemówiła raz za razem. Wieczny Imperator wiedział, 
że został trafiony, ale prawie nic nie czuł. Może tylko coś jakby palenie w żołądku i...
               Gurkhowie dopadli Chapelle’ego. Kukri poszły w ruch. Napastnik zginął, zanim zdążył 
wystrzelić cały magazynek. Wszystko zdarzyło się tak szybko, że tłumek zorientował się w sytuacji 
dopiero po pewnym czasie. Rozległy się pierwsze krzyki.
          Tanz Sullamora zamarł na sekundę, wstrząśnięty dokonanym właśnie aktem przemocy. Co 
innego   zlecać,   co   innego   widzieć   rzecz   osobiście...   Potem   obrócił   się   i   przyklęknął   przy 
imperatorze.
            Miejsce wlotu kuł znaczyła tylko mała krwawa plama na paradnym mundurze. Sullamora 
spojrzał z powątpiewaniem. Czyżby...
        Po minucie odetchnął. Wieczny Imperator nie żył.
        Członkowie Rady nieświadomie uruchomili prawdziwą machinę piekielną.
               Wszczepiona  w ciało  imperatora  bomba  eksplodowała. Siła i zasięg wybuchu  zostały 
precyzyjnie zaplanowane kilka tysięcy lat wcześniej. Sullamora zginął. Śmierć ponieśli Gurkhowie. 
I wszyscy zgromadzeni w promieniu jednej ósmej kilometra.
        Tydzień później asystent z laboratorium fizjopatologii znalazł twarz Chapelle’ego. Nic więcej, 
tylko twarz. Nie szpeciła jej najmniejsza skaza.
        Chapelle się uśmiechał.
        
       

 

background image

Rozdział pięćdziesiąty ósmy
        
               Mahoney przycisnął  kciuk do płytki  sensora i drzwi prywatnego  gabinetu Wiecznego 
Imperatora stanęły otworem. Marszałek zawahał się w progu. To pewnie ostatni raz. Tylko kilka 
osób miało tu wstęp i Mahoney był jedną z nich. Za godzinę lub dwie ktoś przeprogramuje zamki.
        Mahoney wiedział też, że jego nazwisko nie znajdzie się na nowej liście upoważnionych. Już 
na pogrzebie czuł, że coś się kroi. Rzucił garstkę ziemi na trumnę, po czym odszedł, robiąc miejsce 
pozostałym   i   spojrzał...   na   parę   osób   stojących   nieco   obok,   na   trawiastym   pagórku.   Pięcioro 
ocalałych członków Rady wyraźnie dystansowało się od reszty żałobników. Tak bardzo, że wybrali 
miejsce odgrodzone zasadzonymi naprędce krzakami róż.
               Jednak na wszystkich krzakach czerwieniał tylko jeden kwiat. Zapewne przypadek, bez 
ukrytego znaczenia, ale Mahoneyowi wydało się to dziwne. Dlatego właśnie popatrzył na żywopłot 
i dzięki temu zauważył Radę Pięciorga.
               Milczeli. Twarze mieli kamienne. Wyglądają, jakby ogarnęło ich poczucie dziwnej winy, 
pomyślał Mahoney i czym  prędzej odpędził tę myśl. Nie pora na irlandzkie romantyczności o 
ostatnich różach lata...
          Ale obraz utkwił mu przed oczami. Wrócił w nocy, gdy wiadomości podały informację o 
zwołaniu nadzwyczajnej sesji parlamentu. Czy to nie dziwne, przyjacielu? Nadzwyczajna sesja, 
tak?
        Owszem, zadziwiające, i niech błogłosławione będzie prowincjuszostwo zielonej wyspy. Bo 
widzisz, pomyślał Ian, sesja została zwołana przez Radę. Mahoney nie musiał być legalistą, aby 
wiedzieć, że takie działanie nie jest zgodne z prawem. Konstytucja nie dawała Radzie podobnych 
prerogatyw. Dobra. Ale czemu zatem żaden z parlamentarzystów nie wypowiedział nawet słowa 
sprzeciwu? Dlaczego żaden nie odmówił? To proste. Bo zostali urobieni, kochany, urobieni na 
cacy.
        Imperator zginął. Mahoney już wiedział, kto zamordował władcę. Nie ten biedny szaleniec, 
którego imię podawano w mediach. Nie Chapelle.
          Jasne, to Chapelle pociągnął za spust. Jednak prawdziwa odpowiedzialność spoczywała na 
tych pięciu postaciach, które tak malowniczo ustawiły się na wzgórku. Ale Mahoney był bezradny. 
Nic nie mógł uczynić. Nawet gdyby bardzo pragnął, nowa ekipa i tak go nie zechce. Bohater z 
Cavite winien czym  prędzej osiodłać konia i wyjechać z miasteczka. Jak się nie pospieszy,  to 
przyjdą mu podziękować. Naprawdę wylewnie.
               Przekroczył próg. Nie bardzo wiedział, po co właściwie tu przyszedł. Może w urojonej 
nadziei, że trafi na jakąś wskazówkę. Bo zaiste nie wiedział, co począć.
          Przez lata przywykł, że szef niczego nie zostawia na żywioł. Chociaż akurat tego nie mógł 
zaplanować...
        Spojrzał z naganą na książki stojące w nieładzie na półkach. Inne leżały otwarte, zostawione w 
połowie lektury.
        Gabinet stanowił świadectwo dziwactw właściciela. Obok nakręcanych zabawek spoczywały 
eksperymentalne utensylia kuchenne. I plastikowe torebki, chyba z przyprawami. Jakieś notatki, 
gryzmoły. Nawet partytury z uwagami nakreślonymi na marginesach. Cała dywizja detektywów 
nie przekopałaby się przez to i w tysiąc lat.
        Mahoney postanowił się napić. No bo i co innego mógł zrobić?
        Podszedł do biurka i wysunął szufladę, w której szef zawsze trzymał szkocką. Butelka była na 
miejscu.   Nie   otwarta.   Dziwne,   pomyślał.   Imperator   nigdy   nie   chował   butelki,   najpierw   nie 
pociągnąwszy z niej łyka. Mahoney wzruszył ramionami i dobył szklankę. Sięgnął po flaszkę.
        Gdy ją podnosił, coś małego i białego oderwało się od dna. Spłynęło na podłogę. Podniósł. 
Kawałek papieru. Zapisany. Podsunął go do oczu i omal nie wypuścił.
        Padł na fotel. Dłonie mu się trzęsły, gdy raz jeszcze spoglądał na notatkę. Czuł, jak pot spływa 
mu po karku, twarz czerwienieje, puls przyspiesza po trzykroć.

background image

               Wiadomość była przeznaczona dla niego. Pochodziła od Wiecznego Imperatora. Głosiła 
krótko:
        
       “Bądź w zasięgu, Ian. Ja wrócę”.