background image

ALLAN COLE & CHRIS BUNCH 

     

Imperium Tysiąca Słońc 

     

trzeci tom cyklu Sten 

   

Przekład: Radosław Kot i Rafał Surowiec 

     
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozdział pierwszy 
 
    Banth  warknął  na  świnkę  kolczatkową.  Prosiak  głębiej  wcisnął  się  w  płytką  jamę  i  nie  podjął 
dyskusji. 
    Instynkt  podpowiadał  napastnikowi,  że  ta  niechętna  do  współpracy  wieprzowina  jest  jadalna, 
jednak  doświadczenie  mówiło  zupełnie,  co  innego.  Mięso  pojawiało  się  zwykle  o  świcie  oraz 
wieczorem,  przynosiło  je  dwunożne  stworzenie,  które  przy  okazji  wypowiadało  kilka  życzliwych 
słów.  Świnka  nawet  pachniała  jak  jedzenie,  ale  nie  zachowywała  się  tak,  jak  na  porządne  danie 
przystało. Sześcionogi kocur przysiadł na zadzie i przednią łapą usunął dwa kolce wbite w miękki 
nos. 
    Nagle banth zastrzygł uszami, gdy z głębi lasu dobiegł go jakiś dźwięk. Spojrzał z niepokojem na 
rysującą się obok górę, potem znów na puszczę. Odgłos powtórzył się raz jeszcze, więc zwierzak 
podjął decyzję. 
    Wbrew nakazom instynktu wybiegł spomiędzy drzew, po czym ruszył kamienistym zboczem, aż 
dwieście metrów wyżej przycupnął za większą stertą głazów. 
    Niezbyt  natarczywe  wycie  przybrało  na  sile  i  zza  wierzchołków  drzew  wyłonił  się  ślizgacz 
antygrawitacyjny. Zakręcił, poszukał miejsca na lądowisko i osiadł w pobliżu płytkiego wykrotu; 
    Terence  Kreuger,  szef  taktycznych  sił  policyjnych  Świata  Centralnego,  zerknął  na  ekran 
detektora.  Igła  wskazywała  dokładnie  na  górę,  odczyt  zaś  informował,  że  banth  jest  odległy  o 
niecałe pół kilometra. 
    Kreuger odczepił broń z uchwytów za fotelem i sprawdził ją raz jeszcze. Była zabezpieczona, z 
polem  rażenia  nastawionym  na  obszar  o  przekroju  jednego  metra.  Mniej  więcej  tyle  wynosiła 
szerokość piersi bantha. 
    Myśliwy zlustrował zbocze lornetą. Po kilku sekundach dojrzał ruch. Mruknął coś pod nosem i 
skierował ślizgacz w górę. Kilka godzin wcześniej banth już mu umknął, więc nie miał powodów, 
aby być z siebie zadowolonym. 
    Kreuger  uwielbiał  polowania.  Niemal  cały  czas  poza  służbą  spędzał  na  łowach  lub  na 
przygotowaniach do takich wypraw, które stanowiły dość kosztowne hobby, szczególnie na Świecie 
Centralnym.  Stołeczna  planeta  imperium  prawie  w  ogóle  nie  posiadała  własnej  zwierzyny,  więc 
zezwolenie  na  odstrzał  kosztowało  niezwykle  drogo.  Nawet  dowódca  grupy  taktycznej  nie  mógł 
sobie na nie pozwolić. Przynajmniej do teraz. 
    W  minionych  latach  polował  jedynie  na  sprowadzane  z  innych  światów,  niejadalne  (a  czasem 
wręcz trujące) paskudztwa. Owszem, to też było coś, ale trofeów miał wciąż niewiele. Szczególnie 
takich,  o  jakich  wspominały  kroniki  dawnych  łowów.  Nagle  jednak  wszystko  się  zmieniło  za 
sprawą wypróbowanych przyjaciół. Kreuger pracował w policji już od trzydziestu lat i wciąż cenił 
swą  uczciwość  i  nieprzekupność,  lecz  perspektywa  określonych  profitów  skłoniła  go  do  drobnej 
rewizji  poglądów.  Po  krótkim  namyśle  uznał,  że  to,  czego  pragną  jego  przyjaciele  nie  jest  wcale 
nieuczciwe i w ten sposób problem zniknął. A w zamian? Pobyt z dala od szaleństwa imperialnego 
święta.  Trzy  tygodnie  w  rezerwacie  łowieckim,  wszystkie  wydatki  opłacone  z  góry  i  jeszcze 
zezwolenia  na  odstrzał  czterech  niebezpiecznych  bestii:  ziemskiego  nosorożca,  bantha,  jelenia  i 
gigantycznej pseudowydry. 
    Wyznaczył  już  nawet  odpowiednie  miejsca  na  ścianach  dla  każdej  zdobyczy.  Oczywiście  nie 
zamierzał nikomu zdradzić, gdzie upolował takie okazy. 
    Zderzak  ślizgacza  zetknął  się  z  głazem  i  wstrząs  przerwał  upojne  marzenia.  Skoncentruj  się, 
chłopie,  nakazał  sobie  w  myślach  Kreuger.  Chłoń  każdy  drobiazg.  Krystaliczną  przejrzystość 
powietrza. Zapach drzew. Widok kurzu wzbijanego przez pęd ślizgacza. 
 
    Skierował  pojazd  w  kierunku  wskazywanym  przez  igłę  detektora.  Znacznie  niżej  manewrował 
między  drzewami  drugi  jednoosobowy  ślizgacz.  Clyff  Tarpy  nie  potrzebował  nawet  lornety,  by 
utrzymać się w ogonie Kreugera. 
    Banth został osaczony. 

background image

    Z  prawej  grunt  opadał  zbyt  raptownie,  by  nawet  pazurzaste  łapy  znalazły  jakieś  zaczepienie.  Z 
lewej widniała pionowa ściana. Zwierzak skrył się za głazem. 
    Kreuger wylądował po przeciwnej stronie, mocniej chwycił broń i wysiadł. 
    Banth  poczuł  zagrożenie.  Nie  tak  dawno  podobne  manewry  zakończyły  się  głośnym  hukiem  i 
palącym bólem w boku. Właśnie dlatego kocur umknął przez las w kierunku góry. 
    Banth wyczuł zapach typowy dla dwunoga - obcego, ale zawsze dwunoga. Czyżbym coś zbroił?, 
pomyślał. Może jednak dwunóg nakarmi go i pomoże wrócić do znajomego ciepła zagrody. 
    Zwierzak wstał i ruszył człowiekowi na spotkanie. 
    Kreuger uniósł broń. Tym razem nie popełni żadnego błędu. Najpierw odbezpieczyć... 
    Banth miauknął. Nagle się zorientował, że akurat tego dwunoga w ogóle nie zna. 
    - Hej, skurczybyku! 
    Kreuger obrócił się na pięcie i momentalnie zapomniał o zdobyczy. Nie dosłyszał lądującego tuż 
za nim drugiego ślizgacza. 
    Oglądany z odległości pięciu metrów wylot lufy wyglądał naprawdę paskudnie. Tarpy odczekał 
dokładnie  tyle,  ile  było  trzeba,  aby  na  twarzy  policjanta  odmalowało  się  przerażenie.  Potem 
nacisnął spust. Pocisk z miękkiego metalu przeszył mostek Kreugera, skręcił na łuku żebra i przebił 
serce.  Śmierć  nastąpiła  natychmiast.  Myśliwy  zdążył  tylko  przysiąść  na  kamieniu  i  zaraz  głowa 
opadła mu na piersi. 
    Tarpy  z  uśmiechem  sięgnął  do  wiszącej  u  pasa  torby.  Wyjął  spory  stek  sojowy  i  rzucił  go 
banthowi. 
    - Obyś skorzystał ze wszystkich ośmiu pozostałych żywotów, kociaczku. 
    Potem  dobył  jeszcze  puszkę  z  aerozolem  i  cofając  się,  zaczął  zamazywać  ślady  swoich  stóp. 
Przystanął  na  chwilę  przy  ślizgaczu  Kreugera.  Wyłączył  zasilanie  maszyny  oraz  radioznacznik. 
Uznał, że im później odnajdą ciało, tym lepiej. Potem wsiadł do własnego pojazdu i ruszył w dół. 
    Banth zamiótł parę razy ogonem. Nie podobał mu się zapach tych dwunogów. Ostatecznie jednak 
porwał  stek  i  pobiegł  z  nim  w  kierunku  lasu.  Zje  mięso  na  swoim  terenie,  gdzie  jest  o  wiele 
spokojniej. A potem się zastanowi, co zrobić z tym samobieżnym pęczkiem igieł. 
     
 
Rozdział drugi 
 
    Mężczyzna  w  niebieskim  kombinezonie  przycisnął  długi  nóż  do  gardła  admirała  Mika  Ledoha. 
Drugą ręką przysunął Wielkiego Szambelena Jego Imperialnej Mości bliżej blanków. 
    -  Jeśli  nie  spełnicie  naszych  żądań,  ten  człowiek  umrze!  -  Wzmocniony  głos  runął 
siedemsetmetrową przepaścią, aż sięgnął placu defilad. 
    Nieco  z  prawej,  sto  metrów  poniżej  terrorysty  i  jego  ofiary  Sten  sprawdzał  przyczepione  do 
butów i rękawic pazury. Palce ledwo znajdowały oparcie między spojonymi zaprawą kamieniami. 
Jedna stopa wisiała nad przepaścią, druga spoczywała na obliczu sierżanta-majora (czyli havildar-
majora)  Lalbahadura  Thapy.  Broń  dyndała  przyczepiona  do  brunatnego  munduru  polowego,  koło 
łokcia widniała puszka z nicią. Na jej końcu kołysała się kotwiczka. 
    W górze znów huknął głos terrorysty: 
    - Macie tylko kilka sekund, by się zdecydować! Ocalicie mu życie, czy nie? 
    Sten  poszukał  lewą  dłonią  nowego  uchwytu,  wbił  pazury  w  zaprawę,  ale  ta  niestety  się 
wykruszyła. Omal nie spadł. Odetchnął głęboko i opanował rozedrgane nerwy. 
    - Kaphar hunnu bhanda marnu ramro - mruknął boleśnie Lalbahadur. 
    -  Owszem,  do cholery, ale tchórze żyją dłużej!  -  warknął  Sten, znajdując punkt  zaczepienia dla 
palców  i  unosząc  obie  stopy.  W  końcu  zdołał  wesprzeć  się  wszystkimi  kończynami.  Kilka 
oddechów i dalej. Ręka, noga, ręka, noga... Za nim reszta plutonu gurkhów cierpliwie podążała po 
tej samej, pionowej granitowej ścianie. 
    Pięć metrów przed parapetem Sten trafił na wystający z muru kamień, idealne oparcie. Przycisnął 
dyszę drugiej puszki i smuga nici przylgnęła do skały. Dał znać pozostałym, że już bezpiecznie się 
ulokował, więc mogą dołączyć. Opuścił ku nim nić z kolejnej, zawieszonej na plecach puszki. 

background image

    Lalbahadur  wspiął  się  momentalnie  i  przystanął  po  prawicy  przewodnika.  Sten  wypuścił  około 
piętnastu metrów nici z kotwiczką, jedną ręką starannie rozkołysał całość i cisnął w górę. 
    Dwudziestogramowa  kotwiczka  dwukrotnie  okręciła  nić  wkoło  sterczącej  spoza  blanków  lufy 
muzealnej armaty. Sten zacisnął na nici specjalne rękawice z wyciągiem i nie zwlekając ruszył w 
górę.  Terrorysta  spoglądał  akurat  w  odległe  reflektory  i  dlatego  nie  dostrzegł  postaci,  która 
minąwszy armatę, rozpłaszczyła się na zwieńczeniu muru. 
    - Dość tego czekania - ryknął głos. Zbrojne w nóż ramię zamierzyło się do śmiertelnego ciosu i w 
tejże  chwili  Sten  wypadł  z  cienia,  wcisnął  jedną  pazurzastą  dłoń  w  twarz  mężczyzny,  drugą  zaś 
zablokował uderzenie. 
    Niedoszły zabójca zachwiał się i puścił ofiarę. Szambelan przez chwilę balansował na krawędzi, 
ostatecznie jednak odzyskał równowagę. 
    Gdy terrorysta przyszedł do siebie, Sten już przysposobił się do starcia. Przemknął pod ostrzem 
noża i obiema dłońmi wyrżnął przeciwnika w skroń. Starczyło, by ogłuszyć. 
    Pozostali terroryści dopiero wtedy się zorientowali, że coś idzie nie tak i runęli na Stena, jednak 
odsiecz  była  zdecydowanie  spóźniona.  Blanki  zaroiły  się  od  gurkhów.  Długie  na  trzydzieści 
centymetrów kukri zalśniły w blasku jupiterów, wkoło poniósł się okrzyk Ayo Gurkhali. Ten sam, 
który od tysięcy lat chłodził niecne zapały różnych gwałtowników. 
    Terroryści nie mieli już żadnych szans. 
    Lalbahadur sprawdził, czy wszyscy przeciwnicy zostali unieszkodliwieni. Naik Thaman Gurung 
wydobył  zza  pasa  na  plecach  miniaturowy  moździerz,  ustawił  go,  a  następnie  uzbroił  rakietowy 
pocisk.  Spojrzał  pytająco  na  Stena.  Dowódca  przytaknął  i  przez  czerń  nieba  przemknęła  jasna 
gwiazda. Opadła szerokim łukiem na plac defilad. 
    Gurung zabezpieczył na blankach ciągnącą się za pociskiem linę i uśmiechnął się do Stena. 
    - Gotowe, kapitanie. 
    - Pluton, baczność! - krzyknął Sten. - Kolejno... na dół! 
    Thaman szedł pierwszy. Założył bloki na linkę, odbił się stopami i zniknął w siedemsetmetrowej 
przepaści. 
    Sten zasalutował szambelanowi. 
    Admirał Ledoh skrzywił się niemiłosiernie, poprawił paradny kapelusz, wziął od Stena rękawice 
oraz bloki i rychło zniknął w ciemności. 
    Sten sunął trzeci. Hamować zaczął dopiero w ostatniej chwili. Tuż przy gruncie puścił uchwyty, 
skoczył i dwukrotnie przetoczył się po ziemi. 
    Ledwie minutę później cały pluton sformował nienaganny szyk. Nieco pozbawiony tchu admirał 
Ledoh  pozdrowił  wojaków,  a  Wieczny  Imperator  nagrodził  ich  oklaskami.  Pozostałe  pół  miliona 
widzów tylko czekało na ten moment. Długi na pięć kilometrów plac rozbrzmiał wiwatami na cześć 
Ledoha, Stena, jego gurkhów oraz “terrorystów", którzy wdzięcznie kłaniali się na górze. 
    Ledoh  ocknął  się  wreszcie  i  ruszył  po  schodach  na  podium  imperatora.  Zanim  dotarł  do  celu, 
władca zdążył mu przygotować drinka. Jego Wysokość poczekał jeszcze, aż admirał wypije trunek, 
potem uśmiechnął się kwaśno. 
    - Kto wymyślił ten kretyński kapelusz? - spytał. 
    - Ja sam, najjaśniejszy panie. 
    - Aha. A jakim cudem nie spadł waści ze łba podczas zjazdu po linie? 
    - Za sprawą porządnego kleju roślinnego. 
    - Czy jest on rozpuszczalny? 
    - Owszem, w wodzie. 
    - Obyś się nie mylił. Nie zamierzam tolerować w swoim otoczeniu wariata z czapką do złudzenia 
przypominającą szpitalny basen. Ale nic to, napij się jeszcze, Mik. Na bogów, nie co dzień udajesz 
Tarzana! 
    Ten rozkaz został wypełniony z wdzięcznością i bez wahania. 
     
    Imperator hucznie obchodził wymyślone przez siebie święto: Dzień Imperium. 
    Ustanowił je ponad pięćset lat temu na pamiątkę jakiejś dawno już zapomnianej bitwy. 

background image

    Założenie  było  proste:  raz  do  roku  wszystkie  jednostki  sił  zbrojnych  Imperium  stawiały  się  na 
przegląd.  Ściągano  nawet  oddziały  stacjonujące  na  najodleglejszych  światach.  Przybyłym 
szykowano gorące powitanie. 
    Oczywiście nie chodziło tylko o paradę. Każde bowiem przedsięwzięcie Wiecznego Imperatora 
zawsze  posiadało  kilka  ukrytych  znaczeń.  Pokaz  siły  nie  tylko  dodawał  ducha  obywatelom,  ale 
także zniechęcał  rozmaite czarne charaktery do działania na niekorzyść Imperium. Wiele knowań 
usychało już w zarodku, co tylko dobrze służyło interesom olbrzymiego państwa. 
    Główne  uroczystości  odbywały  się  na  Centralnym  Świecie.  Z  latami  ustaliła  się  praktyka,  że 
Dzień Imperium kończył dwutygodniowe igrzyska sportowe, obejmujące również sztuki walki. To 
jedno święto po trosze przypominało wszystkie inne, jakie zrodziły się w tradycji ludzkości. Było w 
nim  coś  z  antycznych  Saturnaliów,  germańskiego  Oktoberfest,  anglosaskiego  Święta  Majowego  i 
Olimpiady. Dodatkowo na ten jeden wieczór otwierano dla każdego chętnego wrota imperialnego 
pałacu, co należało uznać za spory akt odwagi. 
    Główna  rezydencja  imperatora  i  jego  centrum  dowodzenia  mieściły  się  w  kręgu  ogrodów  o 
średnicy pięćdziesięciu pięciu kilometrów. Wielkość ta była nieprzypadkowo dobrana, gdyż dzięki 
niej  posiadłość  władcy  ciągnęła  się  aż  po  linię  horyzontu.  Imperator  wiedział,  jak  usunąć 
niepożądanych gości z pola widzenia. 
    Pośrodku  wymuskanej  zieleni  stało  zapewne  najdziwniejsze  w  dziejach  zamczysko  warowne. 
Wzniesione zostało na planie prostokąta. Dłuższy bok miał sześć kilometrów, krótszy dwa. 
    Mury liczyły dwieście metrów wysokości, a swą architekturą nawiązywały do dzieł pradawnego 
francuskiego  inżyniera  imieniem  Vauban.  Nachylone  pod  kątem  pięćdziesięciu  stopni 
przypominały w przekroju literę V i dawały schronienie większości imperialnych biurokratów. Nie 
były w stu procentach odporne na uderzenia nuklearne, ale dopiero bezpośrednie trafienie mogłoby 
je uszkodzić. Zresztą nawet całkowite zburzenie pałacu nie stanowiłoby dla imperatora poważnego 
zagrożenia.  Podziemne  magazyny  i  zbiorniki  zawierały  dość  żywności,  wody  i  powietrza,  by 
przetrwać w schronieniu kilkadziesiąt lat. 
    Sam  pałac  wyglądał  jak  monstrualnie  powiększona  kopia  ziemskiego  zamku  Arundel.  Stał  w 
perspektywie placu defilad, który wyznaczał centrum całej posiadłości. 
    Budowla przypominała górę lodową, a jej zasadnicza część i tak kryła się pod ziemią. Niektóre 
tunele i schrony znajdowały się dwa tysiące metrów poniżej poziomu gruntu. 
    Fasada pałacu została obłożona kamiennymi blokami, kryjącymi tarcze zdolne powstrzymać falę 
uderzeniową  bliskiej  eksplozji  termonuklearnej.  Dodatkowo  wmurowano  również  grubą  na  wiele 
metrów  izolację  termiczną.  Imperator  lubił  wygląd  budowli  pochodzących  z  okresu  ziemskiego 
średniowiecza, ale w kwestii własnego bezpieczeństwa wolał zawierzyć najnowszym dokonaniom 
nauki. 
    W Dniu Imperium transportowce gwardii wwoziły turystów do pałacu, jednak przez resztę roku 
wstęp miały tu tylko osoby zatrudnione. Superszybka kolejka pneumatyczna dowoziła je do pracy z 
odległego o trzydzieści pięć kilometrów Fowler i od razu wysadzała poszczególnych pracowników 
przy konkretnych stanowiskach. Nikt więc nie urządzał sobie zbędnych przechadzek po obiekcie. 
    Ponieważ  bezpośrednie  uczestnictwo  w  obchodach  mogło  w  pewnych  kręgach  uchodzić  za 
zaszczyt niemal tak doniosły jak zaproszenie na dwór imperatora, więc nie ulegało wątpliwości, że 
chętnych  będzie  znacznie  więcej  niż  miejsc.  Imperator  już  na  samym  początku  wyznaczył  trzy 
“kręgi" dla publiczności. Najbliżej zamku szykowano siedziska dla przedstawicieli elit i faworytów 
dworu, aktualnych bohaterów oraz tym podobnych “najrówniejszych" obywateli. 
    Granica  między  dwoma  pierwszymi  kręgami  była  dość  płynna.  W  drugiej  strefie  grupowali  się 
dostojnicy  z  awansu  społecznego,  czyli  najambitniejsi  dorobkiewicze.  Wiedzieli  oni,  że  to  jedno 
popołudnie  zostanie  im  w  pamięci  jako  najważniejszy  dzień  życia.  Żeby  doświadczyć  chwili 
chwały, płacili ciężkie pieniądze, sięgali też po groźby, wymuszenia czy inne środki, zwykle mało 
legalne. 
    Trzeci,  najdalszy  krąg  przeznaczono  dla  mieszkańców  Centralnego  Świata.  Oczywiście  wiele 
biletów trafiało do rąk przybyszów spoza planety, ale imperator uznawał, że jeśli “tubylcy" pragną 
zarobić kilka kredytów na turystach, to on nie ma nic przeciwko temu. 

background image

    Siedziska trzeciego kręgu, proste ławy bez zadaszenia, instalowano na murach otaczających plac 
defilad. Prace rozpoczynano już na kilka tygodni przed świętem. 
    Widok z jakiegokolwiek miejsca i tak zawsze był równie dobry, dzięki wielkim holograficznym 
ekranem,  które  rozbłyskiwały  zbliżeniami  co  ciekawszych  scen  oraz  obliczami  osobistości  z 
pierwszego kręgu. 
    Większość  rozgrywek  toczono  na  poszczególnych  arenach  placu  defilad.  Tylko  niektóre  z 
atrakcji, jak “ratunkowa" akcja Stena, lokowano bliżej zamku. 
    Dzień  Imperium  był  wydarzeniem  roku  na  Dworze  Tysiąca  Słońc,  które  tego  dnia  lśniły 
szczególnym blaskiem. I nikomu nie przeszkadzało, że w skład Imperium wchodziło o wiele więcej 
systemów gwiezdnych niż jeden marny tysiąc. 
    W taki wieczór mogło się zdarzyć dosłownie wszystko... 
     
    Zasapany Sten oparł się o betonową ścianę tunelu. Stalowe wrota, zwykle zamknięte, stały teraz 
otworem, by uczestnicy święta mogli dostać się na plac defilad. 
    Obok  łapał  powietrze  havildar-major  Lalbahadur  Thapa.  Podkomendni  gurkhowie  zostali  już 
odprawieni, by w ramach wolnego czasu spędzili wieczór zgodnie z własną wolą i ochotą. Część 
zajęła  się  hazardem,  reszta  zamierzała  odwiedzić  odmienne  stany  świadomości,  w  czym  mogła 
dopomóc bogata oferta bufetów. 
    - To był znamienity pokaz - wyharczał Lalbahadur. 
    - Jasne - odparł Sten. 
    -  Jestem  pewien,  że  jeśli  ktokolwiek  o  złym  sercu  spróbuje  porwać  naszego  szambelana  dla 
okupu, nie zrobi tego tutaj. 
    Sten uśmiechnął się krzywo. Przez trzy miesiące dowodzenia osobistymi strażnikami imperatora 
przekonał  się,  że  Nepalczycy  przejawiają  poczucie  humoru  dziwnie  zbieżne  z  jego  własnym. 
Respekt wobec przełożonych uznawali na pojęcie czysto abstrakcyjne. 
    - Jesteś cyniczny. To zaszczyt wystąpić w takim dniu. 
    -  Racja,  ale  jak  tu  pogodzić  obowiązki  z  zaszczytami?  Smutny  dysonans  -  mruknął  ponurym 
tonem.  -  Chociaż  nie  -  dodał  po  chwili  i  twarz  mji  się  rozjaśniła.  -  Gdy  te  wszystkie  chłopki  z 
różnych planet ujrzą nasze heroiczne wyczyny, nie zabraknie nam rekruta. Bez kłopotu znajdziemy 
nowych idiotów gotowych wspinać się po murach dla chwały imperatora. 
    Sten aż podskoczył, gdy za jego plecami huknęła wojskowa orkiestra. Obaj wyprostowali się na 
baczność,  widząc  maszerującą  równym  szykiem  kompanię  reprezentacyjną  Własnych  Pretorian 
Imperatora.  Oddali  honory  i  przytulili  się  do  ściany,  by  przepuścić  formację  złożoną  z  ponad 
sześciuset osób strzegących na co dzień pałacu. Wszyscy byli w mundurach z lśniącej skóry i przy 
broni. Na piersiach pobłyskiwały rozmaite odznaczenia. 
    Na  czele  maszerował  dowódca  jednostki,  pułkownik  Den  Fohlee.  Sztywnym  gestem 
odpowiedział  na  salut  Stena,  po  czym  wbił  służbowe  spojrzenie  w  przestrzeń  gdzieś  przed  sobą. 
Gdy oddział wtoczył się na plac defilad, przywitała go wrzawa. 
    -  Ojciec  powiedział  mi  kiedyś,  że  są  tylko  dwa  rodzaje  mężczyzn  -  mruknął  Lalbahadur.  - 
Zwykle  nie  zwracam  uwagi  na  takie  poglądy.  Osobiście  uważam  że  jedyne  dwie  kategorie  to  ci, 
którzy  dzielą  wszystkich,  oraz  ci,  którym  takie  rozróżnienia  nie  przychodzą  do  głowy.  -  Umilkł 
nagle, nieco zmieszany. 
    - A co rzekł twój ojciec? 
    - e jedni wolą barwny strój, drudzy pełny dzban. A pan, kapitanie, co lubi bardziej? 
    - Nic z tego, sierżancie - wymamrotał z żalem Sten. - Wciąż jestem na służbie. 
    Pożegnali się, oddając honory, i  przysadzisty podoficer zniknął w głębi tunelu. Stenowi zostało 
jeszcze kilka minut do obejścia wart, ruszył zatem do wyjścia, by zerknąć na paradę pretorian. 
    Byli dobrzy, nawet bardzo dobrzy. Nie mogli być inni. Mężczyźni i kobiety od lat ćwiczący się 
tylko  i  wyłącznie  w  posłuszeństwie  oraz  umiejętności  wielogodzinnego  sterczenia  na  warcie  w 
absolutnym  bezruchu.  Poza  tym  do  perfekcji  opanowali  jeszcze  inny  rodzaj  sztuki  -  paradną 
musztrę. 

background image

    Sten  wiedział,  że  ocenia  ich  niesprawiedliwie,  ale  kilka  razy  zdarzyło  mu  się  zostać 
oddelegowanym do zadań defiladowych i stwierdził, że woli już czyszczenie wychodków. Owszem, 
widok  maszerujących  żołnierzy  może  być  atrakcyjny,  szczególnie  dla  pewnych  typów 
niepoprawnych  militarystów.  Jednak  tacy  ludzie  nigdy  się  nie  zastanawiają,  ile  czasu  uczestnicy 
podobnego pokazu muszą zmarnować uprzednio na glancowaniu butów i oporządzenia, ile godzin 
tracą na wyczerpujące próby. 
    Mimo wszystko Sten oddawał pretorianom honor. W swoim fachu byli genialni. Maszerowali z 
archaicznymi karabinami, ponieważ standardowa w gwardii broń na pociski  antymaterii nijak nie 
nadawała  się  do  musztry,  nie  miała  też  nasadki  na  bagnet.  W  czterdziestym  stuleciu  uniwersalny 
otwieracz do konserw pojawiał się już tylko podczas defilad. 
    Zwarty szereg pretorian dźwigał na ramionach ponadmetrowe fuzje. 
    Na komendę broń została opuszczona do poziomu bioder; bagnety zalśniły niczym płot włóczni. 
    Szeregi  rozdzieliły  się  i  zaczęły  krążyć  wkoło  siebie.  Jedni  mijali  drugich,  przemykając  o 
centymetry od ostrzy. Sten miał nadzieję, że podoficerowie nie pomylą komend i nie naprodukują 
paradnych szaszłyków. 
    Ostatecznie  towarzystwo  przegrupowało  się,  wykonało  w  tył  zwrot  i  zaczęło  pokaz  musztry  z 
bronią.  Przytupując  rozgłośnie,  prezentowano  na  ramię  broń,  do  nogi  broń  i  z  powrotem.  Potem 
nadeszła pora na bardziej wymyślne sztuczki, w tym markowane ataki tyralierą. 
    Sten  przyglądał  się  temu  wszystkiemu,  czując,  że  z  każdą  chwilą  rośnie  jego  współczynnik 
cynizmu.  Nigdy  nie  studiował  historii  wojskowości  dość  wnikliwie,  by  wiedzieć,  jak  wyglądała 
walka w zamierzchłych czasach 
    - Fajnie - mruknął. - Ale czy tak wygląda wojenne starcie? 
     
Rozdział trzeci 
 
    Niektóre osoby budzą sympatię od pierwszego spojrzenia. Zdają się egzystować jakby na nieco 
wyższym  poziomie  niż  inni,  same  też  odnajdują  swe  odbicie  we  wszystkich,  których  napotkają. 
Życie  postrzegają  jako  sztukę  samą  w  sobie,  przez  co  czasem  mogą  być  uważane  za  istoty 
pretensjonalne, ale potrafią też pokpiwać z tej drobnej przywary. 
    Takimi jednostkami byli Marr oraz jego kochanek, Senn. Waśnie podziwiali paradę i nie mogli 
się nachwalić pretorian. 
    - Co za smakowite chłopaki - powiedział Marr. - Te mięśnie, ta woń piżma. Prawie chciałoby się 
być człowiekiem. 
    - Nawet gdybyś był to i tak nie wiedziałbyś, jak dobrać się do takiego pięknisia - odparł Senn. - 
Jednak rozumiem aluzję. Dawno już nie dostawiłeś się do mnie. 
    - Ależ ja ich tylko podziwiam. Tacy młodzieńcy po prostu cieszą oko i to nie ma nic wspólnego z 
seksem. Wciąż myślisz tylko o jednym. 
    - To nie ja, Marr, lecz moje gonady. Zresztą, nie spierajmy się, kochany. Bawmy się. Wiesz, jak 
uwielbiam wszystkie przyjęcia. 
    Senn  spuścił  z  tonu.  Nieładnie  się  zachował.  Zupełnie  jak  człowiek  w  rui.  Przysunął  się  do 
partnera i splótł swoje antenki z jego czułkami. Obaj przepadali za podobnymi uroczystościami. 
    W  rzeczy  samej,  mało  który  obywatel  Imperium  wiedział  o  wszelkich  przyjęciach  więcej  niż 
Senn i Marr. Ich gatunek specjalizował się w celebrowaniu różnych okazji. Trochę półcieni, bufet, 
interesująca  rozmowa  i  już  czuli  się  szczęśliwi.  Na  Centralnym  Świecie  oficjalnie  zajmowali  się 
dostawą artykułów żywnościowych na dwór imperatora. Narzekali wprawdzie, że masowe spędy są 
dla  ich  firmy  deficytowe,  ale  byli  zbyt  dobrymi  przedsiębiorcami,  aby  tego  typu  uwag  nie 
wypowiadać zbyt głośno. Dzięki pomysłom imperatora mieli zamówienia na kilka lat z góry. 
    W epoce, która generalnie nie służyła trwałości więzów małżeńskich czy jakichkolwiek innych, 
milchenowie  zdecydowanie  się  wyróżniali.  Marr  i  Senn  stanowili  parę  już  od  ponad  stulecia  i 
deklarowali,  że  mieliby  ochotę  dzielić  stół  i  łoże  jeszcze  przez  co  najmniej  sto  lat.  Zresztą  na 
planecie  Frederick  Dwa,  skąd  pochodzili,  nie  było  to  coś  niezwykłego.  Milchenowie  nierzadko 
kojarzyli  się  na  całe  życie.  Za  regułę  należało  też  uznać  fakt,  że  w  przypadku  przedwczesnej 

background image

śmierci  jednego  partnera,  ten  drugi  odchodził  w  niebyt  ledwie  kilka  dni  później.  Wieloletnie 
związki  tworzyły  się  zawsze  między  przedstawicielami  tej  samej  płci,  dla  wygody  narracji 
nazwijmy ją męską. Druga płeć, powiedzmy: żeńska, nosiła nazwę ursoola. Były to najpiękniejsze i 
najbardziej subtelne istoty we wszechświecie, ale żyły tylko kilka miesięcy. Przez ten czas musiały 
się  rozmnożyć,  toteż  z  konieczności  prowadziły  bardzo  bujne  życie  seksualne.  Szczęśliwa  męska 
para  milchenów  miała  w  swoim  czasie  szansę  na  dwa  lub  trzy  związki  z  ursoolami.  Z  takiego 
połączenia  rodziło  się  dwóch  męskich  przedstawicieli  gatunku  i  pół  tuzina  ursool.  Matka  miała 
tylko  parę  chwil,  by  wyszeptać  potomstwu  kilka  pełnych  miłości  słów.  Potem  odchodziła  z  tego 
padołu, a ojcowie zajmowali się wychowywaniem latorośli. 
    Dla  milchenów  życie  stanowiło  jedno  pasmo  tragedii  związanych  z  osobliwym  cyklem 
rozwojowym.  Miłość  nieodwołalnie  splatała  się  ze  śmiercią  i  samotnością.  Z  tego  też  powodu 
mieszkańcy  planety  Frederick  Dwa  wytworzyli  system  społeczny  sankcjonujący  trwałe  więzi 
partnerskie  między  przedstawicielami  tej  samej  płci.  Marr  i  Senn  uchodzili  za  typowych 
przedstawicieli swego gatunku. Cechowało ich wzajemne oddanie i niezwykłe poczucie piękna. 
    Byli  smukli,  wzrostu  około  metra,  porośnięci  puszystą  złocistą  sierścią.  Mieli  wielkie,  czarne  i 
wilgotne oczy, które dostrzegały dwukrotnie większe spektrum barw niż ludzkie organy wzroku. Na 
czubku  kształtnych  głów  znajdowały  się  antenki  służące  do  odbioru  bodźców  zapachowych.  Za 
pośrednictwem  czułków  milchenowie  obdarowywali  się  też  pieszczotami,  łagodniejszymi  niż 
muśnięcie piórka. Najwyższa czułość kubków smakowych, umiejscowionych na czubkach palców 
nieco małpich dłoni, czyniła z milchenów niezrównanych specjalistów od wyżywienia.  Imperator 
często  mawiał,  że  to  najlepsi  szefowie  kuchni,  którzy  potrafią  doskonale  wykorzystać  każdy 
produkt spożywczy. Prócz chiłi, oczywiście. 
    Siedzący w objęciach Marr i Senn chłonęli widowisko. Nic nie umykało ich uwagi. 
    Marr ogarnął spojrzeniem sektory dla najwyższych dostojników. 
    - Wszyscy tu są, dosłownie wszyscy. 
    - Zauważyłem. Jest też paru takich, których być nie powinno. 
    Wskazał na sektor naprzeciwko, gdzie siedział Kai Hakone wraz ze swymi kompanami. 
    - Biorąc pod uwagę, jakie recenzje dostał po ostatnim przedstawieniu, to chyba brak mu wstydu, 
że wciąż publicznie obnosi swą facjatę. 
    Marr zachichotał. 
    -  Wiem.  Ale  czy  to  nie  wspaniałe?  Jest  tak  głupi,  że  nawet  zgodził  się  zostać  gościem 
honorowym na naszym przyjęciu. 
    Senn aż zadygotał. 
    - Nie mogę się doczekać. Mówię ci, krew popłynie. 
    - Co masz na myśli? - Marr podejrzliwie spojrzał na partnera. - A może nie powinienem pytać? 
    Senn zaśmiał się cicho. 
    - Zaprosiłem też grono krytyków teatralnych. 
    - Wiedzą? 
    - Jasne, są zachwyceni. Przyjdą niezawodnie.  
    Milchenowie  zachichotali  na  myśl  o  złośliwym  żarcie  i  raz  jeszcze  spojrzeli  na  Hakone'a.  Z 
pewnością nie podejrzewał, co go spotka już za kilka dni? 
     
    Kai  Hakone,  dla  niektórych  największy  dramaturg  swoich  czasów,  dla  innych  grafoman 
tysiąclecia, nawet nie myślał o zbliżającym się przyjęciu. 
    Twórcę  otaczał  ponad  tuzin  wielbicieli,  półmiski  ze  znakomitymi  daniami  wciąż  napływały 
wartkim strumieniem, ale duch zabawy gdzieś się ulotnił. Już na samym początku każdy zauważył, 
że mistrz jest w niezbyt dobrym  nastroju.  Po cichu uznano, że widocznie ma akurat  kolejny  atak 
złego humoru, więc zaprzestano głośnych rozmów na ten temat. Tylko co pewien czas ktoś zerkał 
ukradkiem na posępnego twórcę, nader rosłego, solidnie umięśnionego mężczyznę z wielką szopą 
potarganych włosów, ciężkimi brwiami i głęboko osadzonymi oczami. 
    Hakone siedział jak na szpilkach. Czuł narastające napięcie. Cały czas obsesyjnie myślał tylko o 
jednym.  Owszem,  wszystko  zostało  przygotowane,  ale  jeśli  gdzieś  tkwił  błąd?  Jeśli  się  nie 

background image

powiedzie?  A  może  jednak  o  czymś  zapomniał?  Coś  przeoczył?  Sam  powinienem  dopilnować 
sprawy do końca, pomyślał. Niepotrzebnie całkowicie zawierzyłem innym. 
    I  tak  ciągle.  Powtarzał  sobie  w  myślach  poszczególne  etapy  planu.  Tłum  ryknął  witając 
kolejnych  zawodników,  ale  Kai  Hakone  ledwie  słyszał  gromkie  owacje.  Dla  niepoznaki  klasnął 
kilka razy, ale przed oczami nieustannie miał plastyczne obrazy śmierci i zagłady. 
     
    Ostatnia z orkiestr zeszła z placu, zniknęli też tancerze. 
    Tłum cichł z wolna. 
    Z  bramy  wyłoniły  się  dwa  potężne  ślizgacze  towarowe,  pełne  stalowych  elementów, 
podnośników oraz lin. Sunęły metr nad gruntem, zatrzymywały się co parę chwil, a wtedy żołnierze 
w  kombinezonach  roboczych  wyskakiwali,  aby  ułożyć  kilka  stalowych  bloków  na  placu.  Obok 
każdej metalowej konstrukcji zrzucano kłąb lin i kabli. Nie trwało długo, a okolica wyglądała jak 
miejsce  zabaw  olbrzymiego  dziecka,  które  nie  potrafi  porządnie  pozbierać  swych  klocków.  Tor 
przeszkód był prawie gotów. 
    Gdy  ślizgacze  skończyły  rozładunek  naprzeciwko  zamku,  z  wysokości  czterystu  metrów 
opuszczono dwie wielkie tarcze strzelnicze. Każda była gruba na trzy metry i podbita stalą. Potem 
wyszło  sześć  orkiestr.  Z  wielkim  zapałem  grano  coś,  w  czym  jedynie  znawcy  wojskowości 
rozpoznali  oficjalny  marsz  Imperialnej  Artylerii.  Nikt  jednak  już  nie  pamiętał,  że  ta  pradawna 
melodia niegdyś nosiła tytuł: “Kanonierom słoń nadepnął na ucho". 
    Na końcu nadjechały dwa mniejsze ślizgacze, a każdy wiózł dwudziestu żołnierzy i działo. Nie 
były  to  gigantyczne  masery  bojowe  czy  standardowe  lasery  Imperialnej  Artylerii,  ale  tak  zwane 
działa  górskie.  Nieduże,  na  kółkach,  pochodziły  z  epoki  nieco  tylko  późniejszej  niż  ładowane  od 
przodu czarnym prochem potwory, które dekorowały blanki pałacu. 
    Wojacy  wyładowali  oręż,  po  czym  stanęli  na  baczność  w  dwuszeregach.  Dowódcy 
poszczególnych  grup  zasalutowali,  a  po  chwili  coś  potężnie  gruchnęło  na  blankach  i  chmura 
prochowego dymu spowiła mury pałacu. Zaczęli. 
    Dyscyplinę  tę  określano  różnymi  nazwami:  “wyścig  artyleryjski",  “przenoszenie  dział"  albo 
“pokaz głupoty". Rywalizujące zespoły miały za zadanie ruszyć własne działo z miejsca, przenieść 
je przez przeszkody, ustawić na wyznaczonym stanowisku, nabić, wycelować i trafić pociskiem w 
tarczę. Wygrywał ten, kto pierwszy ugodził cel. 
    Użycie antygrawitacyjnych podnośników czy obchodzenie przeszkód nie było dozwolone. Działa 
należało  rozebrać  na  części  i  ręcznie  odtransportować  na  koniec  trasy.  Zawodnicy  niewątpliwie 
musieli  wykazywać  się  niejakimi  talentami  gimnastycznymi  oraz  manualnymi.  Ważne  też 
wydawały  się  skłonności  cierpiętnicze,  na  przykład  w  razie  upuszczenia  sobie  lufy  na  nogę. 
Ostatecznie  żelastwo  w  całości  ważyło  ponad  tonę,  a  przy  dźwiganiu  takiego  ciężaru  o  wypadek 
nietrudno. 
    W  tym  roku  rozgrywki  zapowiadały  się  wyjątkowo  ciekawie.  W  finale  po  raz  pierwszy  brały 
udział jednostki spoza gwardii. Z jednej stronie stanęli obcy z 28. Pułku Inwazyjnego, z drugiej zaś 
mężczyźni i kobiety z Trzeciej Dywizji Gwardii. 
    Ponadto  szczególne  zainteresowanie  zawodami  wzbudzał  fakt,  że  tylko  przy  tej  jednej 
konkurencji  igrzysk  Dnia  Imperium  zezwalano  na  przyjmowanie  zakładów.  Oficjalnie  przyjęto 
wynik  osiem  do  pięciu  dla  Trzeciej  Gwardii;  jednak  publiczność  miała  swoje  zdanie.  Ludzie  z 
Centralnego Świata widzieli w drużynie obcych czarnego konia, więc inwestowali zgodnie z tym 
przekonaniem, nieludzie zaś stawiali głównie na faworytów. 
    Patrząc na obcych można było pomyśleć, że bogowie są niekiedy sentymentalni. N'ranya należeli 
do  typów  antropoidalnych,  ale  ważyli  około  trzystu  kilogramów,  a  na  dodatek  wywodzili  się  z 
gatunku  nadrzewnych drapieżców, doskonale przystosowanych do życia  w dżungli. Poza tym,  co 
ciekawe, bez trudu radzili sobie z zadaniami z dziedziny geometrii i trygonometrii. 
    Przed  grupą  gwardzistów  stanęło  trudne  zadanie.  Drużyna  ludzi  od  dawna  ćwiczyła  w  pocie 
czoła. Teraz jej członkowie uwijali się niczym mrówki. Kapitan zdjął z działa celownik i podbiegł 
do pierwszej przeszkody, gdzie czekało już dwóch jego podwładnych z wcześniej zdemontowanymi 

background image

zakotwiczeniami.  Wspólnie  rzucili  dowódcę  wraz  celownikiem  na  górę,  potem  z  kolei  kapitan 
pomógł im wspiąć się na przeszkodę, zeskoczył i ruszył do następnego bloku. 
    Działo  zostało  już  rozdrobnione.  Obok  siebie  leżały  lufa,  podwozie,  łożysko,  mechanizm 
oporopowrotnika. Dwójka na górze złapała ciśnięte im liny i zaczęła mozolnie wciągać wszystko na 
stalowy blok. Reszta skoczyła na drugą stronę, by tam odbierać militarny złom. 
    N'ranyowie radzili sobie o wiele prościej. Dwóch rzucało kawał żelastwa w górę, dwóch łapało 
go na przeszkodzie i dwóch zbierało u podstawy. 
    Każda drużyna działała po swojemu. Przy barierze z sieci n'ranya wysunęli się na prowadzenie, 
gdyż  zamiast  kombinować,  po  prostu  złapali  części  działa  i  szybką,  małpią  wspinaczką  pokonali 
metalową konstrukcję. 
    Z  kolei  ludzie  sporo  zyskali  dzięki  nietypowemu  podejściu  do  stalowego  “pająka".  Podważyli 
blok i przeciągnęli wszystko pod spodem. 
    Przy ostatniej przeszkodzie grupa gwardii miała kilka sekund przewagi nad rywalami. Składanie 
dział przebiegało niemal symultanicznie. 
    N'ranyowie  jeszcze  nie  skończyli  montować  poszczególnych  części,  gdy  kapitan  gwardii 
mocował już celownik, a ładowniczy zrobił swoje i zatrzasnął zamek. Pozostało tylko zakotwiczyć 
całość,  strzelić,  no  i  trafić.  W  boju  nigdy  nie  bywało  tak  łatwo.  Przeciwnik  wszakże  postanowił 
zmienić reguły. Kapitan n'ranyów zignorował przyrządy celownicze. Nastawił działo, patrząc przez 
lufę. Odsunął się w ostatniej chwili, gdy ładowniczy wsuwał pocisk do komory nabojowej. Potem 
jeszcze  na  oko  ocenił  konieczny  kąt  uniesienia.  Reszta  obsługi  odskoczyła  na  boki,  dowódca  zaś 
huknął pięścią pocisk z taką siłą, że ten wyleciał z lufy i trafił w sam środek celu. 
    Oczywiście  natychmiast  zgłoszono  szereg  protestów,  ale  ostatecznie  bukmacherzy  uznali 
wygraną obcych. Z ponurymi minami wzięli się do wypłaty zakładów. 
    W tym samym  czasie  wysokie dowództwo gwardii doszło  do wniosku, że dobrych kanonierów 
nigdy dosyć i postanowiło wysiać na światy n'ranyów kilku co lepszych artylerzystów. 
     
    Tanz Sullamora był wściekły. Patriotyczne zachowanie kosztowało go sporo grosza. 
    Gdy  po  raz  pierwszy  usłyszał,  że  w  konkurencji  weźmie  udział  drużyna  obcych,  oburzył  się 
jedynie.  Stwierdził  bowiem,  że  publiczne  poniżanie  nieludzi  podczas  takiego  święta  nie  leży  w 
interesie Imperium. 
    Oburzenie  zaś  ustąpiło  miejsca  zdumieniu,  gdy  usłyszał,  że  mieszkańcy  Centralnego  Świata 
faworyzują  obcych  w  zakładach.  Patriotyzm  nakazał  Sullamorze  stawiać  na  ludzi.  Po  przegranej 
ciągle  powtarzał  sobie,  iż  mimo  wszystko  uczynił  słuszny  gest  i  mniejsza  o  stracone  kredyty. 
Zresztą uważał, że walka od samego początku była nierówna. N'ranyowie to mieszkańcy dżungli, 
myślał,  prymitywny  lud,  który  niedawno  zarzucił  kanibalizm.  Jasne  że  lepiej  radzą  sobie  z 
noszeniem  ciężarów.  Imperator  powinien  pamiętać,  że  chociaż  nie  można  odmówić  obcym 
obywatelstwa Imperium, to jednak należy im wskazać właściwe miejsce. 
    Ta refleksja sprowadziła Sullamorę na ziemię. Przypomniał sobie, jakie siedzisko przypadło mu 
w  udziale.  Choć  tyle  zrobił  dla  Imperium,  nie  został  zaproszony  do  loży  honorowej.  Niezliczone 
akty dobroczynne, miliony kredytów wydanych na dzieła sztuki o  wymowie patriotycznej... i nic. 
Zabrakło  dla  niego  miejsca  nawet  w  bocznej  loży.  Musiał  zadowolić  się  krzesłem  na  skraju 
pierwszego kręgu. Tuż obok pospólstwa. 
    To już nie ten sam człowiek, pomyślał Sullamora o imperatorze. Tak, zmienia się i to na gorsze, 
co świadczy o postępującej korupcji Imperium. 
    Snując takie rozmyślania, Tanz Sullamora nie podzielał radosnej atmosfery święta. 
     
    Pokazy zawsze musiały mieć punkt kulminacyjny. Oczywiście główna atrakcja co roku powinna 
być bardziej widowiskowa i wymyślna. Tym razem zadanie nie należało do trudnych. 
    Poprzednie przedstawienie przygotowywała Ósma Dywizja Gwardii. Jej dowództwo postanowiło 
zaprezentować wówczas możliwości bojowe pojedynczego piechura wyposażonego w nowoczesny 
sprzęt bojowy. 

background image

    W  tym  celu  wymontowano  ze  ślizgaczy  moduły  McLeana  i  zaopatrzono  pojazdy  w  lżejsze, 
dające tylko połowę mocy baterie. Tak zmodyfikowane mieściły się w żołnierskich plecakach. W 
rezultacie wojacy skakali po całym polu niczym monstrualny rój pcheł. 
    W  programie  przewidziano  błyskawiczny  atak  na  pozycje  przeciwnika.  Na  próbach  wszystko 
szło wspaniale. Zapomniano tylko o jednym: sprawdzić prognozę pogody. Na Centralnym Świecie 
często  wieją  silne  wiatry,  a  tamtego  dnia  wichura  przeistoczyła  się  w  istny  huragan.  Skutkiem 
takiego zaniedbania szeregi atakujących zostały dosłownie zdmuchnięte na tereny przeznaczone dla 
publiczności. Wojacy nie mieli powodów do narzekań, wielu zawarło szereg niespodziewanych a 
cennych znajomości. Nawiązało się nawet kilka przyjaźni. Tylko w drugim kręgu odnotowano parę 
niegroźnych  obrażeń.  Tam  też  doszło  do  nieprzyjemnej  wymiany  zdań.  Sam  imperator  przez 
dłuższą chwilę nie mógł pozbierać się z podłogi po ataku śmiechu. 
    Śmiech  śmiechem,  ale  Ósmą  Gwardyjską  ostatecznie  przeniesiono  za  karę  do  sektoru  Smoka, 
gdzie  od  prawie  roku  mordowała  się  z  kilkoma  światami  pogranicza,  zamieszkanymi  przez 
dysydentów. Wysiłki niefortunnych piechurów owocowały czymś, co z daleka mogło przypominać 
zawieszenie broni. 
    W  tym  roku  pole  do  popisu  otrzymała  Dwunasta  Dywizja  Gwardii.  Dowodzący  nią  generał 
najpierw długo bił się z myślami, w końcu jednak znalazł wyjście z opresji. 
    Pokaz  rozpoczął  się  salwami  laserowych  dział  i  szeregiem  głośnych  eksplozji.  Wiązki  laserów 
odbiły się od przygotowanych wcześniej tarcz i nie czyniąc żadnych szkód uleciały w niebo. Potem 
pododdziały Dwunastej Gwardyjskiej zaczęły przebijać się na arenę. 
    Imperator  z  uznaniem  pokiwał  głową.  Rzadko  widywało  się  inscenizacje  przedstawiające 
planowy odwrót całej dywizji. 
    Specjaliści od łączności wezwali transportowce, które zaraz wypadły zza horyzontu i wypuściły 
rój ładowników. Niebo wkoło statków pojaśniało od ognia przeciwlotniczego (były to wypuszczone 
wcześniej  balony  wypełnione  lżejszym  od  powietrza  gazem;  każdy  został  pomalowany  idealnie 
matową  czarną  farbą  i  wyposażony  w  mały  ładunek  z  czasowym  zapalnikiem).  Ładowniki 
przysiadły  na  ziemi  i  zgarnęły  piechurów.  Wtedy  jednostki  wsparcia  huknęły  ze  wszystkich  luf. 
Widzów  aż  zatkało.  Sam  imperator  omal  nie  zleciał  z  siedziska.  Jednego  tylko  nie  mógł  pojąć: 
jakim sposobem udało się tym draniom upozorować ogień maserów? 
    Potem gwiazdy zgasły na niebie  - to dwa długie na kilometr pancerniki klasy Hero zawisły nad 
placem  defilad.  Plunęły  taką  nawałą  pocisków,  aż  “ogień  naziemny"  ucichł  i  transportowce  oraz 
statki  wsparcia  mogły  stromymi  świecami  wzbić  się  na  wyższy  pułap.  Gdy  zniknęły  w  lukach 
pancerników,  te  uruchomiły  napęd  systemu  Yukawy  i  zupełnie  pionowo  runęły  w  otchłań  nieba. 
Huknął jeszcze grom, gdy gdzieś wysoko przekroczyły barierę dźwięku i było po wszystkim. 
    Tłum oszalał. 
    Wieczny Imperator nalał sobie drinka i postanowił, że Dwunasta Gwardyjska nie pozna uroków 
służby w sektorze Smoka. 
     
    Godfrey  Alain  obserwował  wzlatujące  pancerniki  z  mocno  mieszanymi  uczuciami.  Oczyma 
duszy  widział  identyczne  okręty  unoszące  się  nad  ruinami  jego  własnego  świata.  Oceniał,  że  nie 
minie rok, a obraz ów stanie się rzeczywistością. Dojdzie do inwazji i zabijania w imię pokoju. 
    Alain  miał  już  wcześniej  do  czynienia  z  gwardzistami,  tak  osobiście  jak  i  na  płaszczyźnie 
strategicznej, więc dobrze znał ich możliwości. Ale wiedza teoretyczna to jedno, a widok dwunastu 
tysięcy  żołnierzy  sprawnie  i  szybko  ewakuowanych  spod  ognia  nieprzyjaciela,  to  drugie.  Pokaz 
wywarł na nim niezapomniane wrażenie. 
    Wiedział też, że jest jedynym człowiekiem, który może powstrzymać nadciągającą inwazję. Tahn 
umyje ręce, pomyślał, a moja sprawa zostanie zaprzepaszczona na wieki. 
    Alain nie był zarozumialcem. Rzeczywiście wszystko wskazywało na to, że tylko on jeden mógł 
odmienić los planety. 
    Niestety, pechowym zbiegiem okoliczności została mu już tylko niecała doba życia. 
    Na arenie pojawił się prawie tysiąc klaunów. Publiczność obserwowała ich wyczyny w sympatią. 
A było na co patrzeć. 

background image

    Naprzeciwko loży imperatora zebrała się grupa “pijanych żołnierzy" pragnących za wszelką cenę 
oddać  honory  siedzącemu  na  wysokości  władcy.  Po  krótkiej  przepychance  skonstruowali  mocno 
chwiejną  wieżę.  Na  jej  szczycie  stanął  zataczający  się  “wojak".  Wykonał  wręcz  podręcznikowy 
salut, potem runął do tyłu i wykonawszy trzy salta, wylądował pewnie na ugiętych nogach. 
    Gdzie  indziej  klauni  taczali  się  w  beczkach  i  niczym  muchy  wspinali  na  mury.  Wszystkie  ich 
poczynania  były  niezwykle  ryzykowne.  Wykonywali  w  powietrzu  nieprawdopodobne  akrobacje. 
Parodiowali walki bokserskie i zapaśnicze. 
    Tłum poddał się ich urokowi. 
    Głośniki oznajmiły, że oto występuje “Imperialny Zespół Gimnastyczny", co brzmiało ładnie, ale 
mijało się z prawdą. Taki zespół nigdy nic istniał. Tylko imperator wiedział, że za pajacowanie są 
odpowiedzialni członkowie Sekcji Modliszki, superelita komandosów, specjaliści od nader tajnych i 
niebezpiecznych akcji. 
    Obecne na widowni dzieci bawiły się niemal równie dobrze jak Wieczny Imperator. 
     
    Dawniej  doktor  Har  Stynburn  obserwowałby  pokazy  ze  swojej  prywatnej  kabiny  lub  zajmował 
miejsce gdzieś w drugim kręgu publiczności. Najpewniej jednak zostałby zaproszony przez swoich 
możnych pacjentów do loży honorowej. 
    Ale obecne czasy należało uznać za podłe. 
    Stynburn siedział z tyłu, na jednej z twardych ław przeznaczonych dla mieszkańców Centralnego 
Świata. 
    Mieszkańców! Wieśniaków raczej. 
    Stynburn niewątpliwie był rasistą, a bogowie lubią sobie czasem zażartować z podobnych typów. 
Cały  rząd  przed  nim  wypełniali  robotnicy  portowi,  z  których  żaden  nie  reprezentował  ludzkiego 
gatunku.  Ośmionożni  przedstawiciele  plebsu  mieli  na  dodatek  mocno  w  czubie,  wywijali 
transparentami,  żarli  coś  nieopisywalnego  i  sączyli  niesprecyzowane  trunki.  A  wszystko  pod 
samym nosem Stynburna. 
    Co gorsza, w szale entuzjazmu wciąż rozdziawiali zębate gęby, widniejące na szczytach łbów, i 
gwałtownie wydawali rozmaite, niemiłe dla ludzkiego ucha dźwięki. 
    Gdy jeden palnął doktora w twarz przekąską (wyglądała jak gotowany na miękko kapelusz), ten 
poczuł  się  zmuszony  do  wygłoszenia  reprymendy.  Miast  przeprosin  usłyszał  tylko  pytanie,  czy 
może  ma  ochotę  w  szczególny  sposób  uświetnić  obchody  Dnia  Imperium?  Kwestii  towarzyszyło 
już mniej dwuznaczne wystawienie dwóch ostrych jak igły macek. 
    Doktor  przesunął  palcami  po  starannie  zaczesanych  siwych  włosach.  Był  jeszcze  młody,  wciąż 
nie potrzebował ani transplantacji ani zastrzyków. 
    Zrezygnowany,  wbił  spojrzenie  w  ekran,  na  którym  dokazywali  klauni.  Potem  pokazano 
rozchichotanego imperatora i równie dobrze bawiących się dostojników. 
    Stynburna ogarniał coraz gorszy humor. Już gdy wchodził na widownię, bezpieczny jak sądził i 
w  pełni  anonimowy,  wydało  mu  się,  że  kątem  oka  dostrzega  człowieka,  którego  sam  wcześniej 
wynajął. 
    Mylił  się, ale dobry nastrój  prysnął. A jeśli  opłacony oprych nie  czekał,  gdzie mu  kazano? Ale 
jak  to  sprawdzić?  Wynajęcie  doświadczonych  kryminalistów  doktor  uważał  za  optymalne 
rozwiązanie, lecz tego typu ludzie słynęli przecież z niesłowności. 
    Depresja  zaczęła  ustępować,  gdy  w  pobliżu  zjawił  się  strażnik.  Ostrym  głosem  upomniał 
robotników portowych. Zagroził, że jeśli nie przestaną się wydzierać, to zaraz wylecą z widowni. 
Zrobiwszy swoje, stróż porządku ruszył wyżej. Po drodze jednak zatrzymał się na chwilę i posłał 
Stynburnowi podejrzliwie spojrzenie. 
    Sam  wiem,  że  nie  pasuję  do  tego  towarzystwa,  pomyślał  Stynburn.  Ale  co  zrobić?  No  dalej, 
ruszaj, chłopie. Nie podchodź do mnie. Dla własnego dobra. 
    Stynburn nie przesadzał.  Szereg lat temu inny  chirurg wszył  mu  miniaturowy granat  w miejsce 
wyrostka  robaczkowego.  Zapalnik  mieścił  się  między  łopatkami.  Ładunek  był  dość  silny,  aby 
unicestwić  nosiciela  i  wszystko  na  obszarze  dwudziestu  metrów  kwadratowych  wkoło.  W  celu 

background image

wywołania eksplozji należało równocześnie gwałtownie cofnąć obie łopatki i przegiąć kręgosłup do 
tyłu. 
    Ale  tym  razem  nie  było  to  konieczne.  Strażnik  poszedł  dalej,  a  Stynburn  wbił  oczy  w  arenę  i 
roześmiał się, widząc kolejne figle klaunów. 
     
    Fala  lodowatego  zimna  przebiegła  Marrowi  po  plecach.  Nie  wiedział,  o  co  chodzi,  ale  ufał 
instynktowi, temu samemu, który przez tysiąclecia ratował jego przodków w puszczach Frederick 
Dwa. Serce mu załomotało, odsunął się nieco od Senna. 
    - Co się stało, kochany? 
    - Pojęcia nie mam. Cos.... Coś jest nie tak... 
    Senn spróbował uspokoić partnera, przytulić go ponownie, ale Marr potrząsnął głową i wstał. 
    - Zabierz mnie do domu - powiedział. - Jakoś już przeszła mi ochota do zabawy. 
     
Rozdział czwarty 
     
    Niuchacz  poruszył  się  lekko,  gdy  Sten  podszedł  do  garderoby.  Miniaturowe  zębatki  i  łożyska 
zatrzeszczały,  antenki  drgnęły  jak  u  małego  gryzonia.  Maszynka  wahała  się  przez  jakieś  pół 
sekundy, aż smyrgnęła do wnętrza. Postukując odnóżami, zaczęła obchód pomieszczenia. 
    Sten  odsunął  się  i  zlustrował  wieszaki  pełne  mundurów  i  szat  ceremonialnych  wszelakiego 
przeznaczenia. Były tu między biała toga i zmiennobarwny garnitur. 
    Baza danych w pokoju Stena zawierała historię wszystkich tych szat. Na przykład togę imperator 
przywdziewał podczas wizyty w małym systemie Rażą, gdzie nosił tytuł Pierwszego Filozofa. Pawi 
garnitur  zaś  miał  najpewniej  coś  wspólnego  z  Mardi  Gras.  Stenowi  brakło  czasu,  by  zapamiętać 
takie detale. Ostatecznie piastował stanowisko szefa ochrony imperatora dopiero od paru miesięcy i 
wciąż  dowiadywał  się  nowych  rzeczy.  Do  tej  pory  jedno  tylko  opanował  należycie:  sztukę 
izolowania Jego Wysokości od spiskowców, zamachowców, natrętów i fanatyków. 
    Chroniący  imperatora  system  bezpieczeństwa  miał  dość  złożoną  strukturę.  Pierwszym  jego 
elementem  były  wojskowe  oraz  policyjne  siły  Centralnego  Świata.  Drugim  -  wsparte  elektroniką 
służby pałacowe. Spośród nich najbardziej rzucali się w oczy pretorianie. Zwykle służyli tylko za 
wypucowane  do  połysku  dekoracje  bram  i  korytarzy,  w  razie  konieczności  mogli  jednak 
wspomagać policję w tłumieniu zamieszek, gdyby takowe wybuchły. 
    Dalej należało wymienić służby pałacowe rekrutujące się głównie z członków Sekcji Modliszki, 
Korpusu Merkurego i gwardii. 
    Ostatnie  ogniwo  stanowili  gurkhowie,  kompania  licząca  stu  pięćdziesięciu  mężczyzn 
pochodzących  bez  wyjątku  z  ziemskiego  Nepalu.  Rekrutowali  się  głównie  z  klanów  Thapa,  Pun, 
Ala  i  Rana,  czyli  najbardziej  szanowanej  arystokracji.  Formalnie  byli  najemnikami,  podobnie 
zresztą jak wszyscy ich przodkowie w okresie ostatnich dwóch tysięcy lat. 
    Niscy  i  krępi  cechowali  się  przede  wszystkim:  serdecznością,  poczuciem  humoru  oraz 
obowiązku,  niebywałą  wręcz  sprawnością  i  wytrzymałością.  Kompanią  dowodził  sierżant-major 
Lalbahadur  Thapa,  bezpośredni  podwładny  Stena.  Kapitan  wykonywał  również  zadania  oficera 
łącznikowego między gurkhami a imperatorem i personelem pałacu. 
    Obecny  przydział  znacznie  różnił  się  od  Sekcji  Modliszki,  gdzie  Sten  spędził  dotąd  większość 
czasu. Zamiast cywilnego ubrania nosił teraz brunatny mundur gurkhów. Został też uszczęśliwiony 
ordynansem.  I  to  było  dobre,  chociaż  czasem,  szczególnie  na  kacu,  Stena  drażnił  fakt,  że  Naik 
Agansing Rai głośno i kwieciście komentował wszystkie potknięcia przełożonych. 
    Niezależnie  od  przebiegu  dalszej  kariery,  kapitan  na  zawsze  miał  zachować  dwie  rzeczy 
świadczące o jego bliskim kontakcie z gurkhami: czarny emblemat kukri do noszenia na paradnym 
mundurze oraz sam nóż. 
    Czekając,  aż  niuchacz  zakończy  pracę,  Sten  był  uzbrojony  właśnie  w  owo  kukri  i  pistolet  na 
antymaterię - typową broń mantisowców. 

background image

    Maszynka  obeszła  garderobę,  po  czym  wróciła  do  Stena.  Pisnęła  z  cicha  sygnałem  ,  jest 
bezpiecznie".  Oficer,  zamknąwszy  drzwi,  skierował  mechaniczne  bydlątko  w  dalszą  drogę. 
Prywatne apartamenty Jego Wysokości należało uznać za czyste. 
    Sten  znów  sięgnął  po  listę  czynności  kontrolnych,  koniecznych  do  przeprowadzenia  w  tym 
skrzydle  pałacu.  Zmiana  wart...  Odbyła  się  zgodnie  z  planem.  Porucznicy  pewnie  zadbali  o 
wszystko, pomyślał z nadzieją. 
    - Nie chciałbym przeszkadzać, kapitanie, ale... 
    Sten obrócił się na pięcie, odruchowo układając prawą dłoń w taki sposób, żeby w mgnieniu oka 
dobyć nóż z rękawa. Spojrzał i... 
    Na  wprost  stał  Wieczny  Imperator.  Gospodarz  uśmiechnął  się  lekko,  widząc  rumieniec 
oblewający oblicze Stena. Oficer zbeształ się w myślach. Wciąż reagował nazbyt pobudliwie jak na 
kogoś, kto pełni służbę w pałacu. 
    - Odpręż się, kapitanie. Sten przyjął pozycję spocznij. 
    Imperator znów się uśmiechnął i mruknął coś o militarnych zboczeniach każących każdą sugestię 
traktować  jak  komendę.  Sten  zmieszał  się  jeszcze  bardziej.  Imperator  nie  kontynuował  wątku. 
Ostatecznie wcale nie pragnął  wprawiać Stena w zakłopotanie. Zrzucił wizytowy strój,  w którym 
przyszedł, i pociągnął nosem. 
    - Chciałem tylko zmienić ubranie. Cuchnę jak kozioł. 
    - W porządku, sir. Czy mogę się odmeldować? 
    - Rozczarowuje mnie pan, kapitanie - zadudnił imperator z głębi szafy. Sten przebiegł w myślach 
listę swoich ewentualnych grzeszków. Co przeoczył? 
    - Pracuje pan tu już... Jak długo? 
    - Dziewięćdziesiąt cztery cykle, sir. 
    - Właśnie, tyle czasu kręci się pan po mojej sypialni, szarpie mi nerwy kontrolami, a ja jeszcze 
ani razu nie widziałem pańskiego sławnego noża. 
    - Noża, sir? - spytał szczerze zdumiony Sten. Potem przypomniał sobie o schowanej pod pachą 
broni. - Ach tego! 
    Imperator wyjrzał z garderoby. Miał na sobie zwykły szary szlafrok. 
    - Właśnie. 
    - No, jest o tym w moich aktach Modliszki, sir, i... i... 
    -  Wiele  można  znaleźć  w  dokumentach  tej  formacji,  kapitanie.  Kiedyś  przejrzałem  pańskie 
dossier. Ot tak, by zyskać całkowitą pewność, że awansowałem właściwego człowieka na właściwe 
stanowisko. No i przeczytałem o nożu - dodał imperator dostrzegając niespokojny błysk w oczach 
podwładnego. - Stamtąd dowiedziałem się również, że lubi pan wypić. 
    Oficer poczuł pustkę w głowie. Na wszelki wypadek postanowił się nie odzywać. 
    - Ale rozmiary tej słabości do trunków dopiero trzeba będzie sprawdzić. - Imperator skierował się 
do  sąsiedniego  pokoju,  lecz  przystanął  w  progu.  -  To  zaproszenie,  kapitanie,  a  nie  rozkaz. 
Oczywiście, jeśli już wypełnił pan swoje obowiązki - dodał i zniknął za drzwiami. 
    Podczas  służby w Sekcji Modliszki Sten nauczył  się niejednego. Wiedział, na ten przykład, jak 
zabijać.  Co  więcej,  znał  sporo  sposobów  uśmiercania  przeciwnika.  Potrafił  obalić  rząd, 
przeprowadzić atak i odwrót, umiał nawet zbudować niedużą bombę atomową. Przede wszystkim 
zapamiętał jednak, że zaproszenie przełożonego zawsze należy traktować jak rozkaz. Szczególnie w 
wypadku, gdy bezpośrednim zwierzchnikiem jest sam Wieczny Imperator. 
    Nie namyślał się długo. Szybko wydał zastępcy kilka zwięzłych poleceń, a następnie  ogłosił, że 
sam kończy na dzisiaj służbę. Potem wziął głęboki oddech i ruszył do gabinetu imperatora. 
     
    Sten  gładko  przełknął  ciemny  płyn,  a  odstawiwszy  szklankę,  spojrzał  na  wyczekującego 
imperatora. 
    - To szkocka? - spytał. 
    Władca przytaknął i nalał następną kolejkę. 
    - Jak ci smakuje? 

background image

    -  Niezłe  -  powiedział  Sten  rozmyślnie  nie  dodając  “sir"  na  końcu.  Uznał,  że  w  podobnych 
sytuacjach  zwyczaje  kantyny  oficerskiej  obowiązują  także  w  gabinecie  Jego  Wysokości.  -  Nie 
rozumiem, czemu pułkownik... to znaczy generał Mahoney ciągle narzekał. 
    Imperator uniósł brwi. 
    - Mahoney mówił coś o mojej szkockiej? 
    -  Och,  bardzo  mu  smakowała  -  odparł  wymijająco  Sten.  -  Powtarzał  tylko,  że  do  picia  tego 
alkoholu trzeba przywyknąć. 
    Pochłonął następną dawkę, cmoknął ze znawstwem i pokręcił głową. 
    - Ale pańską szkocką przyswaja się bez kłopotu. 
    Był to szczery komplement dla imperatora, który od lat starał się udoskonalić dobrze pamiętany z 
młodości trunek. 
    -  W  takim  razie  wychylmy  jeszcze  ze  dwie  szklaneczki  -  powiedział  władca,  napełniając 
naczynia - a potem zajmiemy się naprawdę mocnymi alkoholami. 
    Ostrożnie  uniósł  leżący  pośrodku  stołu  nóż  Stena,  by  raz  jeszcze  go  obejrzeć,  po  czym  oddał 
broń  właścicielowi.  Był  to  obusieczny  sztylet,  niegdyś  własnoręcznie  wykonany  przez  Stena  z 
rzadkiego kryształu. W najgrubszym miejscu miał dwa i pół milimetra, przy ostrzach zaś robił się 
cienki  na  jedynie  piętnaście  molekuł.  Użytkownik  mógł  bez  najmniejszego  wysiłku  przeciąć  nim 
diament. Imperator uważnie obserwował jak Sten chowa nóż w pochwę pod pachą. 
    - Wprost niesamowite - mruknął Jego Wysokość. - Co prawda też niezbyt zgodne z regulaminem, 
ale biorąc pod uwagę, gdzie pan ma regulaminy,.. - dodał wieloznacznie i poczekał, aż jego słowa 
wywrą odpowiednie wrażenie. - W każdym razie Mahoney mówił, że nie jest pan służbistą. 
    Stena zatkało, więc milcząc sięgnął po szklankę. 
    - Z ulicznego rzezimieszka na kapitana gwardii - powiedział imperator z zadumą. - Nieźle, młody 
człowieku. Całkiem nieźle. A co potem, kapitanie? 
    Gestem  powstrzymał  Stena  od  wygłoszenia  jakiegoś  komunału  na  temat  pozostania  w  służbie 
Jego Imperialnej Mości. 
    - Pytam, czy naprawdę bawi pana rola trepa? Sten wzruszył ramionami. 
    - To moja robota. 
    Władca powoli pokiwał głową. 
    - Też tak myślałem. O fachu inżynierskim, rzecz jasna, nie o wojsku. Nie cierpię armii. Nigdy za 
nią nie przepadałem, pomimo że mam pod sobą więcej żołnierzy niż... - Nie dokończył. Wypił. - W 
każdym razie - rzekł po chwili - zamierzałem poświęcić się inżynierii. To właśnie miała być moja 
robota  na  całe  życie.  -  Wieczny  Imperator  otrząsnął  się,  jakby  zdumiony  zasobami  swojej  ponad 
tysiącletniej pamięci. - Świat się zmienia, kapitanie - stwierdził w końcu. - Nawet pan nie wie jak 
bardzo. 
    Sten  przytaknął  w  milczeniu  z  nadzieją,  że  tak  właśnie  powinien  się  zachować.  Imperator 
skwitował jego starania lekkim uśmieszkiem i sięgnął do szuflady antycznego biurka, skąd dobył 
butelkę całkiem bezbarwnego płynu. Otworzywszy ją, napełnił obie szklanki po wręby. 
    - Przed panem ostatnia próba, kapitanie Sten - powiedział. - Zakończy ona trzymiesięczny okres 
stażu. Jeśli przejdzie pan ten test pomyślnie, znajdzie się pan pod pełną opieką imperium. 
    Imperator  wychylił  porcję  trunku  o  mocy  stu  osiemdziesięciu  procent  i  z  hukiem  odstawił 
szklankę.  Przyglądał  się  uważnie,  jak  kapitan  sięga  po  swoją  porcję,  od  niechcenia  bada  bukiet, 
wzrusza ramionami i gładko przełyka całość. 
    Sten z kamienną twarzą podsunął szklankę do butelki, prosząc o dolewkę. 
    - Świetne. Metaliczny posmak... 
    - Pochodzi z chłodnicy - wyjaśnił imperator. - Destyluję ten alkohol w samochodowej chłodnicy. 
Właśnie po to, by uzyskać odpowiedni bukiet. 
    - Aha - mruknął wciąż niewzruszony Sten. - Ciekawe. Chętnie skosztowałbym więcej... 
    Gospodarz  nalał,  a  gość  w  milczeniu  opróżnił  naczynie.  Imperator  patrzył  zdumiony.  Sten  pił 
superwódkę jak wodę! 
    - Koniec żartów! - wybuchnął w końcu władca. - To najsilniejszy alkohol, na jaki kiedykolwiek 
trafiłeś. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Nie strugaj ze mnie wariata. 

background image

    Sten prawie się obruszył. 
    -  Owszem,  słaby  nie  jest  -  rzekł,  broniąc  swej  niewinności.  -  Ale,  bez  obrazy,  piłem  już  coś 
mocniejszego. 
    - Co? - Imperator aż podskoczył. 
    - Stregg. 
    - Jaki stregg, do cholery? 
    - Trunek obcych - odparł Sten. - Ludzie nazywają ich Bhorami. Nie wiem, czy Wasza Wysokość 
pamięta, ale... 
    - Ach tak. To ci z gromady Wilka? Uczyniłem ich gospodarzami systemu czy coś w tym rodzaju? 
    - Coś w tym rodzaju. 
    - Więc jak smakuje ten stregg? Jest lepszy od mojego bimbru? A może masz trochę? 
    Sten przytaknął. 
    - W kwaterze. Jeśli Wasza Wysokość pragnąłby skosztować, zaraz wyślę gońca. 
    - Wysyłaj! 
     
    Imperator wzniósł szklanicę do toastu. 
    - Na... mojej matki - wybełkotał. - Na mojej matki... Jak brzmiał toast Bhorów? 
    - Na brodę mojej matki - wykrztusił równie zamroczony Sten. 
    - Właśnie. Na brodę mojej matki. 
    Imperator strzelił jednego i złapał się biurka, gdyż nagle świat zawirował wkoło. 
    - Do diabła z bimbrem - mruknął władca. - Stregg to dopiero jest coś. A jak szedł ten drugi tost, 
znaczy toast? Coś o ojcu... 
    - Na zamarznięty tyłek! 
    - e jak? Skandal! Aaa... to był toast. Właśnie! Na zmarznięty tyłek mego ojca! - Uniósł szklankę 
do  ust.  Dopiero  wtedy  pojął,  że  jest  nie  napełniona.  Zdumiony,  przyjrzał  się  pustemu  naczyniu, 
westchnął i stanął prosto. - Zęby to! Całkowicie się spiłem. 
    -  Taa jest  -  wybełkotał  Sten.  -  Stregg  czyni  cuda. Znaczy, że Wasza  Wysokość też... Cholera... 
Która godzina? Muszę na służbę. 
    - Wykluczone. Nie u mnie. Nie cierpię pijanych. Zresztą abstynentów też nie znoszę. W ogóle im 
nie ufam. 
    - Czy mam przez to rozumieć, że już wyleciałem? 
    - Bzdura! Nie zwalniam pijanych. Najpierw wytrzeźwiejemy, potem cię wywalę. 
    Imperator pozbierał się jakoś, zachwiał, ale ostatecznie odzyskał pion. 
    -  Pora  na  stew  Angelo  -  stwierdził.  -  Tylko  to  może  jeszcze  uratować  twoją  pięknie 
zapowiadającą się karierę. 
    - Stew? Co to takiego? 
    -  Aaaa...  nie  powiem.  Gdybyś  wiedział,  nigdy  byś  go  nie  tknął.  Leczy  raka...  już  się  nim 
kurowaliśmy... Tak czy siak, jedynie stew Angelo zdoła rozgrzać nasze zmarznięte tyłki... 
    Odpłynął  w  dal  korytarza.  Sten  przybrał  pozycję  odległą  od  pionu  ledwie  o  czterdzieści  pięć 
stopni i potupał za gospodarzem. 
     
    Zapachy panujące w prywatnej kuchni Wiecznego Imperatora sprawiły, że żołądek Stena zaczai 
wyprawiać  harce.  Kapitan,  choć  mocno  nietrzeźwy,  z  niekłamanym  podziwem  obserwował,  jak 
równie  upojony  imperator  czyni  cuda,  pomniejsze  i  całkiem  pokaźne.  Te  drobniejsze  dotyczyły 
sprawnego  doboru  przypraw,  znaczniejsze  zaś  były  związane  z  nożem  kuchennym  -  antykiem 
francuskiego  pochodzenia,  ostrym  niczym  brzytwa.  Jego  Wysokość  zręcznie  kroił  na  cieniutkie 
plasterki wszystko co tylko nawinęło mu się pod rękę, bezbłędnie odmierzał proporcje składników, 
a na dodatek w ogóle nie przerywał konwersacji. 
    Sten w tym czasie pełnił służbę przy szkle. Pilnował, by w naczyniach nie zabrakło stregga. 
    - No to po jednym. Spokojnie, stew Angelo już nadciąga. 

background image

    Sten  łyknął  ostrożnie  i  poczuł  jak  miniaturowy  ładunek  termonuklearny  penetruje  mu  gardło. 
Dawka podziałała jednak leczniczo. Może to zresztą podświadomość kapitana ocknęła się w końcu 
i zdecydowała, że najwyższy czas zaprowadzić trochę porządku. 
    Prywatna  kuchnia  Jego  Wysokości  była  kilkakrotnie  większa  niż  zwykłe  tego  typu 
pomieszczenia  czterdziestego  stulecia,  znajdujące  się  na  cywilizowanych  planetach.  Kuchnię 
władcy należało też uznać za supernowoczesną. Miała skryte w ścianach klimatyzowane szafki oraz 
skomputeryzowane lodówki. 
    Sterylny  i  prawie  wcale  nie  używany  system  odprowadzania  odpadków  stanowił  istne  dzieło 
sztuki. Wyglądało na to, że imperator nie produkuje odpadków w większej ilości. 
    Największe wrażenie robił ogromny kloc ze szczególnie twardego i rzadkiego w tej dobie drewna 
dębowego.  Pośrodku  blatu  widniał  zlew  z  nierdzewnej  stali,  woda  szumiała  w  nim  nieustannie. 
Wszystko, co według imperatora nie nadawało się do stewu (ani do niczego innego) trafiało właśnie 
do zlewu i natychmiast gdzieś znikało. 
    Za  gospodarzem  czerniał  wielofunkcyjny  piec  o  grubych  ścianach.  Wewnątrz  znajdował  się 
stalowy ruszt,  porządny  rożen (z paleniskiem  na szczapy drewna) i  ze sześć okazałych palników. 
Sądząc po zapachu, używano jakiegoś naturalnego gazu. 
    Z komentarzy imperatora wynikało, że stew Angelo składa się z cienko pokrojonej chorizo czyli 
podsuszonej meksykańskiej kiełbasy, opiekanej (wraz ze sporą ilością czosnku) na oliwie z oliwek 
zaprawionej tajskim pieprzem. Smakowity zapach skłonił Stcna do łyknięcia streggu i pilniejszego 
nastawienia ucha. 
    - Kiedyś nie zwracałem uwagi na żarcie - mówił imperator. - Traktowałem je jak paliwo. Żołądek 
narzeka, to się go ładuje i koniec. 
    - Chyba rozumiem - stwierdził Sten, wspominając czasy, gdy pracował jako robotnik. 
    -  Możliwe. Tak czy inaczej,  byłem  przeciętnym  inżynierem,  jakich wiciu.  Tura robocza, potem 
urlop. Zalać pałę, zabawić się z dziewczyną. I tak w koło. Żarcie nie stanowiło żadnej atrakcji. 
    To Sten także pojmował. Życie szulera wyglądało całkiem podobnie. 
    -  Potem  ruszyłem  po  szczeblach  kariery.  Wspinałem  się  coraz  wyżej  w  hierarchii  kompanii, 
wyznaczali mnie do długotrwałych prac, aż w końcu zaczęło mi brakować czasu na cokolwiek. Tyle 
mogłem  sobie  urwać  wolnego,  żeby  akurat  starczyło  na  dobry  obiad.  Zacząłem  więc  dogadzać 
swemu  żołądkowi.  Na  początku  odtworzyłem  sobie,  co  gotowali  tata  i  babcia.  Przyrządzałem 
potrawy według ich przepisów.  - Postukał się w głowę. - Dziwne, jak wszystkie smaki i zapachy 
zapadają  nam  w  pamięć.  Po  pewnym  czasie  sam  kombinowałem.  Tak  właśnie  wymyśliłem  stew 
Angelo, najlepsze lekarstwo na kaca w dziejach ludzkości. A pewien pirat, Mex, nauczył mnie... ale 
to zupełnie inna historia... 
    Imperator  odstąpił  od  garnków,  aby  łyknąć  stregga.  Uśmiechnął  się  pod  nosem  i  zakąsił 
kawałkiem kiełbaski. Potem znów sięgnął po nóż. Skroił pięć cebul oraz ćwierć kilo pomidorów. 
    - Wiele lat później wynalazłem AM2. Wtedy właśnie zacząłem klecić to cholerne imperium... 
    Sten nagle wszystko sobie przypomniał. AM2. Początek imperium. Wówczas nastąpił przełom w 
dziejach wszechświata, a ten wyglądający na trzydzieści parę lat mężczyzna mówił o sprawie tak 
zwyczajne.  Do  Stena  niespodziewanie  dotarło,  że  rozmawia  z  żywą  legendą,  człowiekiem,  który 
zaczął  epokowe  dzieło  prawie  dwadzieścia  wieków  .temu.  Imperator  nie  zwrócił  uwagi  na  minę 
gościa. 
    -  W  końcowym  efekcie  osiadłem  na  laurach  i  rychło  zacząłem  się  potężnie  nudzić  -  ciągnął 
gospodarz, jakby rozprawiał o zeszłorocznym śniegu. - Miałem pod sobą z tuzin systemów, kilka 
miliardów  miliardów  megakredytów  w  bankach.  I  co  dalej?  "Co  można  zrobić  z  taką  forsą?  - 
Pokazał Stenowi, że pora dolać stregga. - W końcu wymyśliłem. Stwierdziłem, że mogę ugotować 
sobie  cokolwiek  zapragnę.  Tyle  że  nie  lubiłem  tego  nowoczesnego  żarcia,  które  serwowano  od 
jakichś siedmiu stuleci.  Chciałem  dobrej, starej  kuchni.  Zacząłem eksperymentować.  Kupowałem 
zapomniane  już  książki  kucharskie.  Przywracałem  antyczną  gastronomię  do  życia.  -  Imperator 
wyjął  z  lodówki  pół  kilo  krwistej  wołowiny  i  zaczął  siekać  ją  na  plasterki.  -  Cholera.  Tej  części 
roboty akurat nie lubię. 

background image

    Zgasił płomień pod kiełbasą i ustawił kolejny rondel. Na spód nalał jeszcze ostrzej przyprawionej 
oliwki,  dorzucił  nieco  szałwi,  cząbru  oraz  tymianku,  potem  skruszył  w  dłoniach  kilka  liści 
rozmarynu  i  narzucił  je  na  wierzch.  Zamieszał,  poczekał  chwilę,  po  czym  dodał  mieszankę 
pomidorów i  cebuli. Znów zamieszał.  Wyłączywszy palnik, spojrzał  na Stena z zamyśleniem. Po 
chwili  ponownie  zaczął  mówić.  Równocześnie  obtaczał  kawałki  wołowiny  w  mące  i  ciskał  je  do 
miski z nasionami ostrej papryki. 
    - Rozumiem, że z twojej perspektywy to mało ciekawe, po prostu zamierzchła historia. Myślisz 
pewnie: stary się rozgadał i zapomniał o dniu dzisiejszym. 
    Sten już był gotów wyrazić święte oburzenie, ale imperator gestem dłoni nakazał mu milczenie. 
    - Zapewniam cię - stwierdził całkiem trzeźwym głosem - że ja pamiętam to równie dobrze jak ty 
ubiegły  tydzień.  Ale  do  rzeczy.  Teraz  nastąpi  kulminacyjny  moment.  -  Dla  podkreślenia  wagi 
sprawy  wychylił  pół  szklanki  stregga.  -  Jak  sobie  radzisz,  kapitanie  Sten?  Czy  ci  się  podoba 
pałacowa służba? 
    Sten szybko rozważył odpowiedź. Paragraf pierwszy w nieoficjalnym “Podręczniku przetrwania 
dla młodszych oficerów" brzmi: gdy starszy oficer pyta ciebie, co myślisz, łżyj jak najęty. 
    - Całkiem, całkiem - stwierdził dyplomatycznie. 
    - Kłamczuszek - rzekł imperator. 
    Paragraf  drugi  wspomnianej  powyżej  księgi  pouczał:  gdy  podczas  picia  z  przełożonym 
zostaniesz przyłapany na kłamstwie, idź w zaparte i łżyj tym bardziej. 
    - Ależ Wasza Wysokość! To chyba jedna z najciekawszych... 
    - Niniejszym unieważniam paragraf drugi, kapitanie. Słucham. 
    - Nuda uszami wyłazi, tylu tu palantów - wyrzucił z siebie Sten. - Poza tym polityka nigdy mnie 
nie interesowała. 
    - No, tak lepiej - mruknął imperator. - A teraz posłuchaj pewnej rady...  - Przerwał, by podpalić 
płomień  pod  kiełbasą.  Gdy  mieszanka  już  uzyskała  odpowiednią  temperaturę,  wrzucił  do  rondla 
wołowinę. - Po pierwsze, biorąc pod uwagę twój młody wiek, masz wielkie szczęście, że trafiłeś do 
pałacu. 
    Sten  chciał  się  zgodzić,  ale  gospodarz  zgasił  jego  zapały  spojrzeniem.  Równocześnie  mieszał 
wołowinę, czekając, aż spiecze się na ciemny brąz. 
    -  Ale:  nie  zagrzewaj  tu  zbytnio  miejsca.  Strata  czasu.  Po  drugie,  obecny  przydział  będzie  ci  w 
przyszłości zarówno wielką pomocą jak i nie mniejszą przeszkodą. W aktach to wygląda wspaniale: 
“W  takim  a  takim  wieku  został  dowódcą  ochrony  imperatora".  Jednak  trafisz  na  przełożonych, 
starszych  od  ciebie,  którzy  z  zazdrości  uznają,  że  chyba  miałem  jakieś  niecne  powody,  by  cię 
zatrudnić. Mów, co chcesz, będą i tacy. 
    Imperator wyciągnął wielki stalowy rondel, do którego wrzucił całą mieszaną do ostatniej chwili 
masę. Zaraz potem dodał pomidory z cebulą. Wszystko przyprawił różanym pieprzem, dolał nieco 
stołowego czerwonego wina, sporo sosu z wołowiny, dołączył bryłkę cilantro (czyli prasowanych 
liści  kolendry),  nakrył  rondel  i  zwiększył  płomień.  Gdy  zawartość  zaczęła  się  gotować,  wyłączył 
palnik. Zamieszał danie, a potem usiadł obok Stena i łyknął solidnie stregga. 
    - Czy zdajesz sobie sprawę, kapitanie, że masz w generale Mahoneyu prawdziwego mentora. 
    - Owszem. 
    - To dobrze. Zawsze możesz na niego liczyć. Przyznaję, że robisz na mnie coraz lepsze wrażenie, 
ale muszę cię ostrzec. Miewam swoje humory i lepiej nie tkwić u mego boku zbyt długo. Gdy coś 
idzie  nie  tak  jak  powinno,  wyładowuję  złość  na  tym,  kto  akurat  stoi  obok.  Niekiedy  nawet  na 
samym sobie... 
    - Chyba już znalazłem się w podobnej sytuacji. 
    - Jasne. To dobre doświadczenie dla młodego oficera. Gówno zawsze płynie z góry. Jeśli o tym 
pamiętasz, poradzisz sobie również na szczycie. 
    Stew  był  gotowy.  Imperator  wydobył  z  szafki  dwie  imponującej  wielkości  miski.  Stenowi  aż 
ślinka ciekła. Cilantro pachniało mu jak cała tropikalna dżungla. Łzy napłynęły do oczu kapitana, 
gdy gospodarz ustawił przed nim pełną michę. Poczekał jeszcze, aż władca ukroi dwie skiby świeżo 
wypieczonego razowego chleba i poda białe masło. 

background image

    -  Zatem  już  wiesz,  o  co  chodzi.  Na  razie  rób  swoje.  Radzę  też,  byś  zapomniał  o  genialnych 
pomysłach  oraz  zabawach  typu  płaszcza  i  szpady.  Takie  rzeczy  nie  zaprowadzą  cię  daleko. 
Następnym  etapem  będzie  szkoła  pilotażu.  Ani  słowa,  nie  protestuj!  Wiem,  że  trzeba  należeć  do 
marynarki. Ma być, jak mówię. Wstąpisz do nich i zostaniesz pilotem. 
    Imperator  powoli  rozsmarował  masło.  Sten  poszedł  w  jego  ślady.  Pilnie  łowił  przy  tym  każde 
słowo. 
    -  Bez  trudu  dotrzesz  na  stanowisko  porucznika,  potem  kapitana  -  kontynuował  władca.  - 
Zostaniesz  dowódcą  statku,  a  przy  odrobinie  szczęścia  również  całego  zespołu.  Stamtąd  już 
niedaleko do admirała. 
    Zmieszany  Sten  pociągnął  ze  szklanki.  Admirał?  Gówno.  Nikt  nie  zrobi  mnie  admirałem, 
pomyślał. Imperator znów nalał. 
    -  Zwykłem  słuchać  moich  admirałów  -  powiedział.  -  Rób,  co  każę,  a  gdy  wrócisz  tu  za  jakieś 
pięćdziesiąt lat, pewnie i twoje słowa będą dla mnie wiele znaczyły. 
    Zagarnął łyżką kęs stewu. 
    -  Jedz,  synu.  Wspaniałe  żarcie!  Rozjaśnia  myśli.  Pali  uszy.  Oczyszcza  krew.  Ostatni  etap  to 
awans na admirała floty. 
    Sten przełknął. Natychmiast zdrętwiał mu język. Następnie w żołądku zapłonął całkiem pokaźny 
ogień  eksplozji  atomowej.  Łzy  pociekły  z  oczu,  nos  zawilgł,  uszy  poczerwieniały.  Krążący  w 
żyłach stregg wrzasnął potężnie, rzucając się do ucieczki przed molekułami pieprzu. 
    - I jak? - spytał imperator. 
    - Uff! - Sten wreszcie odzyskał oddech. - A jeśli nie mam raka? 
    - Nie przejmuj się i jedz. Wszystko przed tobą. 
     
     
Rozdział piąty 
 
    Imperator  miał  same  kłopoty  z  Centralnym  Światem.  Ściśle  mówiąc,  były  to  dwa  problemy. 
Pierwszy sprowadzał się do pytania, czemu stolica imperium przypomina jedno wielkie bagno? Od 
ponad  tysiąca  lat  władał  międzygwiezdnym  mocarstwem,  a  na  własnym  podwórku  zdawał  się 
bezsilny. Drugie pytanie wynikało z pierwszego i brzmiało: co spaprał? 
    Centralny  Świat  stanowił  wręcz  klasyczny  dowód  twierdzenia,  że  nawet  najlepszy  plan  może 
wziąć w łeb. Również plan architektoniczny. Dawno temu Wieczny Imperator doszedł do wniosku, 
że  zatłoczona  Ziemia  nie  nadaje  się  na  stolicę  imperium.  Działo  się  to  w  czasach,  gdy  młody 
jeszcze  władca  właśnie  przekonał  ostatnich  niedowiarków,  że  naprawdę  kontroluje  w  pełni 
produkcję  i  dystrybucję  AM2  (opartego  na  antymaterii  źródła  zasilania  dla  silników  pojazdów 
kosmicznych) i że na pewno nikomu nie pozwoli na złamanie monopolu. 
    Jego  Wysokość  wybrał  Centralny  Świat  z  kilku  powodów.  Przede  wszystkim  planeta  nie  była 
zamieszkana.  Poza  tym  klimatycznie  do  złudzenia  przypominała  Ziemię.  Miała  też  sporo 
naturalnych satelitów idealnych do budowy portów przeładunkowych. Dla reszty istniała wyłącznie 
jako  numer  w  katalogach.  Imperator  kupił  ją  i  nadał  jej  nazwę.  Wprawdzie  panował  wówczas 
jedynie nad jakimiś sześcioma setkami systemów, ale wiedział, że z czasem imperium się rozrośnie, 
a więc zakwitnie też biurokracja. Gdzieś tę tłuszczę należało pomieścić. 
    Nie  chcąc  zostawiać  niczego  przypadkowi,  wynajął  najlepszych  planistów.  Ci  rozrysowali 
szerokie  bulwary  oraz  cudowne  parki.  Podzielili  grunty  na  parcele,  które  następnie 
powynajmowano  na  mocy  stuletnich  kontraktów.  Aby  uchronić  piękno  nowego  świata  przed 
zbrukaniem,  postanowiono,  że  plan  każdego  budynku  musi  zdobyć  akceptację  specjalnej  rady 
składającej się po równo z architektów i artystów. 
    Jednak mimo tych wszystkich zabiegów po tysiącu lat Centralny Świat najbardziej przypominał 
getto. 
    Czemu?  Jak  zwykle  zawiniły:  chciwość,  głupota,  przekupstwo,  stare  ludzkie  wady,  o  których 
istnieniu imperator dziwnym trafem zapomniał. Gdy ktoś wspominał mu o tym zaniedbaniu, władca 

background image

odpowiadał  cynicznie,  że  nie  tęskni  za  komentarzami,  jakie  zapewne  wypowiadali  szeptem 
niewolnicy triumfującego Cezara: “Każda chwała przemija". 
    Teraz  wystarczyło  pojechać  do  odległego  o  pięćdziesiąt  pięć  kilometrów  Fowler,  najbliższego 
pałacowi miasta, i pochodzić trochę po ulicach, by poznać prawdziwe oblicze Centralnego Świata. 
Pod tym względem Fowler było całkowicie reprezentatywne. 
    Dla  lepszego  zilustrowania  sprawy  wystarczy  przedstawić  historię  jednej  tylko  parceli.  W 
księgach  wieczystych  figurowała  ona  pod  symbolem  NHEBOFA13FFC2.  Był  to  kwadrat  o  boku 
długim na pół kilometra, pierwotnie oddany w dzierżawę rozkochanemu w luksusach prezydentowi 
systemu  Sandia.  Szczęśliwy  najemca  postawił  w  rzeczonym  miejscu  budowę  stanowiącą 
skrzyżowanie  pałacu  i  ambasady.  Kiedy  jednak  władzę  w  systemie  przejęła  klika  o  bardziej 
spartańskich  gustach,  parcela  została  podnajęta  kompanii  handlowej.  Ta  zburzyła  pałac  i  zaczęła 
wznosić  na  tym  obszarze  niebosiężny  biurowiec.  Po  niedługim  czasie  okazało  się  jednak,  że 
“Transcom"  popełnił  kilka  błędów  inwestycyjnych,  więc  w  obliczu  kłopotów  musiał  przekazać 
budowę  pomniejszym  przedsiębiorcom.  Im  więcej  pojawiało  się  pośredników,  tym  wyżej  rosły 
czynsze. Obecnie koszt wynajmu niezbyt dużego biura (jeden pokój!) dorównywał sumie rocznego 
dochodu brutto średniej prowincji. 
    Budynek “Transcomu" przekształcał się w urzędnicze slamsy tak długo, aż pewnego dnia całość 
wykupiła  sułtanka  Hafizu,  która  potrzebowała  solidnego  lokum  na  czas  swych  częstych  wizyt  w 
stolicy. Zburzono wysokościowiec i postawiono kolejny pałac. 
    Wszystkie  te  zmiany  dokonały  się  na  przestrzeni  zaledwie  osiemdziesięciu  jeden  lat,  a  wedle 
ksiąg  wieczystych  najemcą  placu  nadal  pozostawał  prezydent  Sandii.  On  zaś  od  czterdziestu 
siedmiu lat pędził życie mnicha i za cały dom miał pilnie strzeżoną celę klasztorną. 
    Przy  podobnym  systemie  podnajmu  nawet  ściąganie  czynszu  bywało  kłopotliwe.  Skutkiem 
takiego  a  nie  innego  prawa,  przy  odbiorze  miesięcznej  raty  musieli  być  obecni  przedstawiciele 
każdej  zainteresowanej  strony.  Szczególne  trudności  z  pomieszczeniem  tłumu  inkasentów  mieli 
użytkownicy kawalerek. 
    Imperator świetnie wiedział, że nawet w epoce komputerów zwykli urzędnicy nadal są niezbędni, 
więc próbował jakoś zaradzić patologiom, forsując własne programy budowlane. Ale i one szybko 
trafiły w obce ręce, a wolny rynek wybujał na planecie niczym pole chwastów. 
    Po  ośmiuset  latach  bezowocnych  wysiłków  sięgnięto  po  ostatnią  deskę  ratunku  i  ustanowiono 
nader  restrykcyjne  prawa  imigracyjne.  Ustalono  ścisły  limit  przybyszów,  z  których  każdy  musiał 
niezbicie udowodnić, że czeka na niego miejsce pracy (lub że potrafi je sobie stworzyć) albo że jest 
wręcz  nieprzyzwoicie  bogaty.  Kontrola  była  na  tyle  dokładna,  że  nie  notowano  przypadków 
naruszenia ustawy. 
    W  ten  sposób  obywatele  Centralnego  Świata  stali  się  krezusami.  W  większości  potencjalnymi, 
ale  zawsze.  Wszyscy,  począwszy  od  akredytowanych  dyplomatów,  a  skończywszy  na  żebrakach, 
mogli sprzedać swe prawo pobytu za całkiem pokaźną sumę. 
    Rodowici  tubylcy  nie  dawali  się  skusić.  Woleli  klepać  biedę  (względną,  rzecz  jasna,  skoro 
gwarantowano  im  stały  dochód,  wyżywienie,  wypoczynek  i  dach  nad  głową),  miast  migrować  z 
wypchanymi  kieszeniami.  Na  Centralnym  Świecie  biło  serce  imperium,  tutaj  wznosił  się  Dwór 
Tysiąca Słońc. Kto zdrowy na umyśle porzucałby takie miejsce? 
    Czasem, w napadach złości czy ponurego nastroju wywołanego przez alkohol, imperator miotał 
groźby, że znacjonalizuje wszystkie budynki i co do jednego wyrzuci mieszkańców swojej planety. 
Jednak  dobrze  wiedział,  że  żadna  reforma,  nawet  rolna,  nie  pokona  rozbuchanego  kapitalizmu 
czterdziestego stulecia. 
    Łatwiej  było  zatem  zostawić  sprawy  ich  własnemu  biegowi.  Należało  pogodzić  się  z 
utrudnieniami wynikającymi z przeludnienia albo faktu, że plan dowolnego miasta tracił aktualność 
najpóźniej trzydzieści dni po wydaniu. 
    Poza  miastami  i  parkami,  Centralny  Świat  obfitował  w  majątki  ziemskie,  zresztą  też 
podnajmowane.  Większość  z  nich  rozłożyła  się  możliwie  blisko  pałacowego  kręgu.  Dystans 
dzielący majątek od centrum władzy uchodził za wskaźnik prestiżu społecznego lokatora. 

background image

    Oprócz pałacu i budowli towarzyszących, na gruntach imperatora stał tylko jeden jeszcze gmach. 
Był  to  parlament  wzniesiony  jakieś  dziesięć  kilometrów  od  Arundel.  Władca  uznał,  że  przecież 
gdzieś musi ulokować swoją świtę. Tak czy inaczej zaraz po zatwierdzeniu projektu nakazał usypać 
wysoką na kilometr, malowniczą górę, która odgrodziła go od parlamentu. Powiedział wówczas, że 
owszem,  ścierpł  obecność  polityków,  byle  tylko  nie  wchodzili  mu  w  pole  widzenie,  jeśli,  rzecz 
jasne, sam ich nie wezwie. 
    Można  powiedzieć,  że  Centralny  Świat  był  miejscem  cokolwiek  osobliwym.  Na  dodatek  jakoś 
funkcjonował. Lub przynajmniej zdawało się, że tak jest. Trudno orzec, zła to czy dobra nowina. 
    Pneumatyczna  kolej  łączyła  miasta,  transport  wewnątrzsystemowy  obsługiwały  pojazdy 
grawitacyjne.  Transportowce  spoza  systemu  zawijały  do  portów  na  satelitach  lub  do  sztucznych 
księżyców, które też z konieczności zostały zbudowane. Stamtąd fracht leciał dalej albo wędrował 
ładownikami na powierzchnię planety. 
    Na  Centralnym  Świecie  znajdowało  się  pięć  większych  portów  kosmicznych.  Jak  wszystkie  w 
historii, uchodziły za miejsca ponure i pełne przemocy. 
    Największy, Soward, leżał stosunkowo blisko Fowler. Kilometr od głównego lądowiska stał bar 
o nazwie “Covenanter". 
    Soward cierpiał na brak terenów budowlanych, czym nie różnił się od reszty miast na planecie. 
Jednak magazyny i rampy przeładunkowe z przyczyn technicznych musiały solidnie opierać się na 
ziemi.  To  na  ich  rozległych  dachach  wznoszono  potem  hale  przylotów  i  odlotów,  biura,  bary. 
Prowadziły do nich pajęcze konstrukcje wind oraz podjazdów. 
    “Covenanter"  mieścił  się  na  trzecim  poziomie.  Aby  do  niego  dotrzeć,  należało  najpierw 
skorzystać w windy towarowej, potem z ruchomych schodów, a na końcu wspiąć się po zwykłych, 
śliskich od smarów stopniach. Mimo to bar zwykle był pełny. 
    Ale nie tej, nad wyraz deszczowej nocy. 
    Godfrey  Alain  wjechał  schodami,  po  czym  schował  się  w  cieniu,  by  odczekać  chwilę  i 
sprawdzić, czy nikt go nie śledził. 
    Minęło kilka minut, wkoło szumiał tylko deszcz. Godfrey ciaśniej otulił się prochowcem, ale nie 
ruszył z miejsca. 
    Przyjechał z Fowler, gdzie wynajął pokój w hotelu. Ten i jeszcze cztery inne pokoje w różnych 
hotelach  dawały  mu  poczucie  względnego  bezpieczeństwa.  W  razie  czego  zawsze  miał  gdzie  się 
schronić i przebrać. Mógł zmylić pogonie. Tak jak tym razem. 
    Bardziej doświadczony agent zapewne wybrałby jakiś mniej kosztowny sposób maskowania. Nie 
mówiąc już o tym, że ktoś tak porządnie ubrany nie powinien szwędać się po dokach obfitujących 
w szemrane towarzystwo. 
    Jednak  Godfrey  Alain  nie  był  tajnym  wywiadowcą,  szpiegowaniem  zajmował  się  niejako  “po 
godzinach". Większość obywateli imperium znała go jako terrorystę. Sam określał siebie mianem 
rewolucjonisty, natomiast na rodzinnych światach Tahn uchodził za bojownika o wolność. 
    Postaci tej nie zrodziła wielka polityka, lecz oddolna inicjatywa kilku wielkich grup społecznych. 
Światy  Tahn  pierwotnie  zamieszkiwali  uchodźcy,  słabo  wykształceni  i  na  tyle  mało  znaczący,  że 
imperium w ogóle się nimi nie interesowało. Skupisko ogarnęło kilkanaście planet i trwało z dala 
od  nurtu  dziejów.  Jednak  do  czasu.  Wcześniej  czy  później  sprzeczność  interesów  obu  systemów 
musiała  dać  znać  o  sobie.  Stało  się  to  kilka  pokoleń  temu,  kiedy  prymitywni  osadnicy  zaczęli 
szukać  miejsca  na  światach  pogranicza.  Tam  właśnie  trafili  na  nieliczne  jeszcze  skupiska 
kolonizatorów, obywateli imperium. 
    Zderzenie  dwóch  kultur,  mocno  odmiennych,  zaowocowało  konfliktem.  Obie  strony  zaczęły 
głośno domagać się pomocy. Światy Tahn nie dysponowały żadnymi środkami zbrojnego wsparcia, 
nie chciały też ryzykować bezpośredniej konfrontacji z mocarstwem. 
    Imperium  zaś  wygospodarowało  w  tej  potrzebie  jedynie  kilka  drugo  -  i  trzecioliniowych 
oddziałów.  Osadziło  je  w  paru  garnizonach,  nakazując  pilnie  strzec  interesów  imperialnych 
pionierów. 
    Jednym z miejsc ogarniętych konfliktem był system Caltor, tam właśnie urodził się Alain. 

background image

    Przybysze  z  Tahn  tworzyli  mocno  zintegrowane  enklawy,  dzięki  czemu  ekonomicznie 
dominowali  nad  pionierami.  Ci  z  kolei  rozproszeni  i  skłóceni,  nie  zdołali  stworzyć  wspólnego 
frontu, ale czuli że mają za sobą siły garnizonu. 
    Taka sytuacja rychło doprowadziła do pogromów. Podczas jednego z nich tłuszcza zamordowała 
rodziców Alaina. 
    Mały chłopiec dobrze zapamiętał obraz krwawych szczątków. Nie zapomniał też lekceważącego 
stosunku,  jaki  prezentowały  władze  do  tego  “incydentu".  Nie  trwało  zatem  długo,  a  dzieciak 
poszedł  do szkoły, szczególnej dość, bo uczącej  jak przystosować ślizgacz do misji samobójczej, 
jak zrobić bombę zegarową czy jak przerobić powolny masowiec na statek średniego zasięgu.  Po 
kilku  latach  nauki  Alain  potrafił  nie  tylko  wyprodukować  broń  palną  z  kawałka  rury,  ale  (co 
najważniejsze) został też fachowcem od organizowania ruchu oporu. 
    Tajna  organizacja  zyskiwała  zwolenników  na  kolejnych  planetach  a  światy  Tahn  wspierały  ją 
moralnie  oraz  materiałowo,  podrzucając  od  czasu  do  czasu  trochę  klasycznego  uzbrojenia. 
Obywatele  imperium  wytrwale  zwalczali  odszczepieńców,  armia  robiła  co  mogła,  ale  podziemie 
wciąż rosło. 
    W  pięćdziesiąt  lat  po  utracie  rodziców,  Alain  stanął  na  czele  ruchu  oporu  i  oswobodzenia 
światów pogranicza. 
    Jako osoba zasłużona otrzymał pewnego dnia zaproszenie do gromady Tahn. Oto wreszcie miał 
ujrzeć swą polityczną i  ideologiczną ojczyznę.  Wtedy właśnie  rozczarował  się okrutnie.  Nie tego 
oczekiwał po światach, które w razie jego zwycięstwa objęłyby władzę nad pograniczem. 
    Pierwszy dysonans stanowiła miejscowa polityka społeczna, drugim: sztywne podziały klasowe. 
Władze Tahn jak tylko mogły zachęcały obywateli do mnożenia się, co spowodowało monstrualną 
eksplozję  demograficzną.  Alain  pochodził  z  planety  pionierów,  dlatego  porządek  społeczeństwa 
otwartego  uznawał  za  oczywisty.  W  systemie  Caltor  każdy  obywatel  posiadał  nieograniczone 
możliwości awansu i tylko od niego samego zależało, do jakiejś grupy, klasy czy warstwy dołączy. 
Będąc  w  gościach,  spotkał  się  jednak  z  kulturą  całkiem  obcą,  w  której  zjawisko  tego  typu 
ruchliwości  społecznej  po  prostu  nie  istniało.  Co  więcej,  ci  ludzie  wcale  nie  pragnęli  zmian. 
Skostnienie  sięgnęło  tak  daleko,  że  wojownik  nie  marzył  nawet,  aby  zostać  szlachcicem, 
wieśniakowi  do  głowy  nie  przychodziło  zająć  się  handlem  i  tak  dalej.  Kim  się  urodziłeś,  tym 
umierałeś. 
    Alain  poczuł,  że  w  gruncie  rzeczy  nic  go  nie  łączy  z  Tahn.  Przypadek  związał  sojuszem  dwa 
światy - jeden dynamiczny, rozwijający się i drugi, przypominający społeczną skamielinę. 
    To  dało  bojownikowi  do  myślenia.  Kolejnym  inspirującym  elementem  stał  się  pokaz  w  Dniu 
Imperium.  Alain  uświadomił  sobie,  że  jedno  słowo  Jego  Wysokości  wystarczy,  by  wymazać  z 
wszechświata całą rewolucję, wszystkich opozycjonistów, a także wspierających ich osadników z 
Tahn. Stosunek sił nie dawał tym ostatnim żadnych szans. 
    Sześć  miesięcy  wcześniej  Alain  złożył  nieoficjalną  wizytę  u  imperialnego  ministra  bez teki,  by 
wysondować grunt pod ewentualne porozumienie. Okazało się wówczas, że coś na kształt rozejmu 
powinno być możliwe. Z biegiem czasu koncepcja stawała się coraz bardziej realna. 
    Podczas  umówionego  na  dziś  wieczór  spotkania  Alain  chciał  zaproponować  przedstawicielowi 
imperium  nie  tylko  wstrzymanie  ognia,  ale  również  działania  na  rzecz  stworzenia  całkiem 
samodzielnej strefy buforowej między Tahn a imperium. 
    Jak  dotąd  rozmawiał  o  tym  jedynie  z  najbardziej  zaufanymi  doradcami  oraz  dawnymi 
przyjaciółmi.  Wolał,  by  wywiad  Tahn  nie  dowiedział  się  o  sprawie  za  wcześnie.  Dotychczasowy 
sojusznik natychmiast ogłosiłby Alaina kontrrewolucjonistą i zajął się jego eliminacją. 
    Zagorzali wrogowie imperium także chętnie ujrzeliby Alaina w kostnicy. Ten nie bał się śmierci, 
ponad  pięćdziesiąt  lat  guerrilli  znieczuliło  jego  psychikę.  Przerażała  go  jednak  wizja 
przedwczesnego odejścia. Najpierw pragnął, bowiem dotrzeć ze swoim planem do imperatora. 
    Obecne spotkanie zaaranżowano w największej  tajemnicy. Alain  został wyposażony w komplet 
fałszywych a także autentycznych dokumentów oraz kart kredytowych i jako jeszcze jeden turysta 
przybył na Centralny Świat w czasie święta. 

background image

    Już  w  pobliżu  Dworu  Tysiąca  Słońc  kilkakrotnie  otrzymał  instrukcje,  chociaż  nigdy  nie 
dostrzegł, kto właściwie wsuwa mu do kieszeni samoniszczące się karteczki z poleceniami. 
    Na  razie  wszystko  szło  jak  najlepiej,  czuł  się  w  miarę  bezpieczny.  Wyznaczenie  portowej 
tawerny na miejsce rozmów też wydawało się krokiem dobrze przemyślanym. Utrzymanie sprawy 
w tajemnicy było istotne nie tylko dla Alaina. Imperator również mógłby ucierpieć, gdyby rozeszła 
się wieść, że jego przedstawiciel prowadzi pertraktacje z terrorystą, który już dwakroć uszedł żywy 
z pułapek zastawianych przez oddziały z Sekcji Modliszki. 
    Nikt go nie śledził. 
    Alain  ruszył  po  schodach.  Dłoń  zacisnął  na  schowanym  w  kieszeni  płaszcza  pistolecie  i  raz 
jeszcze obejrzał się przez ramię. Pokonał dziesięć metrów pomostu ze stalowej kratownicy. Daleko 
w dole błyszczały kałuże, po bokach sterczały ściany umocowanych do dźwigarów biur i małych 
sklepików. 
    Z  nadpsutego  holograficznego  neonu  T  E  COV  ANTER  sączyło  się  mdłe  światło,  a  nieco 
czerwonego blasku przenikało przez drzwi baru. Nikt stamtąd nie wychodził. 
    Starając się pozostać w cieniu, Alain skierował kroki do lokalu. 
     
    Mężczyzna  w  nie  ukończonym  magazynie  na  drugim  poziomie  trzymał  się  z  dala  od  otworu 
okiennego.  Wolał  nie  ryzykować,  bo  przecież  w  mroku  mógł  kryć  się  ktoś  z  lornetą  na 
podczerwień. 
    Od dwóch godzin na zmianę omiatał kratownicę spojrzeniem i szeptem klął deszcz oraz własną 
głupotę,  e  też  go  podkusiło  wziąć  taką  robotę!  Przychodził  tu  co  wieczór  od  trzech  tygodni  i 
sterczał aż do zamknięcia baru. 
    Tak właśnie bywa, pomyślał, jeśli ktoś rozpaczliwie poszukuje pracy. Nawet, gdy z zawodu jest 
dynamitardem. Te typy musiały go wyczuć. Wiedzieli, dranie, że mimo wysokich kwalifikacji tym 
razem przyjmie każdą ofertę. 
    Specjalista od bomb nazywał się Dynsman i wbrew własnym wyobrażeniom w żadnym razie nie 
był  profesjonalistą.  Mógł  uchodzić  za  swojego  rodzaju  osobliwość.  Urodził  się  na  Centralnym 
Świecie. Jego starsi bracia nie zeszli na złą drogę tylko dlatego, że wcześniej wpadli na pomysł, jak 
ustawić się na czarnym rynku. Dynsman - mężczyzna niski i szczupłej budowy - też miewał czasem 
przebłyski geniuszu. 
    Gdyby  wypadki  potoczyły  się  zwykłą  koleją,  chłopak  pracowałby  jako  doliniarz,  zdobyłby 
więzienne  wykształcenie  i  został  stałym  klientem  nadzoru  sądowego.  Potem  trafiłby  pewnie  na 
jakąś planetę przeznaczoną dla skazańców. 
    Przypadek jednak zrządził inaczej. Drogę do sławy otworzyła mu drobna kradzież popełniona na 
szkodę gwardii. Starczyło, że strażnicy na jadącym ulicą ślizgaczu ciężarowym zagapili się akurat 
w tym momencie, gdy młody Dynsman sięgał po kuszący go drobiazg. 
    Nielegalnie  przywłaszczonym  przedmiotem  okazał  się  standardowy  zestaw  saperski  złożony  z 
zapalnika, zegara, ładunku oraz książeczki z instrukcją montażu. Kiedy Dynsman usiadł na dachu i 
zaczął  oglądać  zdobycz,  dla  której  tyle  zaryzykował,  opanowała  go  wściekłość.  Śmieci,  zwykłe 
śmieci! 
    Wszelako  Dynsman  był  obywatelem  Centralnego  Świata,  więc  wiedział,  że  ze  wszystkiego 
należy  zrobić  użytek.  Potem  poszło  już  szybko.  Stracił  trzy  palce,  opalił  sobie  włosy  i  został 
wyrzucony z domu, ale zdobył fach: z pewnej odległości, po zmroku i w gęstej mgle mógł ujść za 
specjalistę od materiałów wybuchowych. 
    Przyłączył  do  grona  przedstawicieli  tej  szlachetnej  profesji.  To  dzięki  niemu  przenosiły  się  do 
niebytu kiepskie budowle nieruchomości opieszałych dłużników, wadzące komuś statki kosmiczne. 
Klienci  walili  drzwiami  i  oknami.  W  końcu  zdarzyła  się  także  wizyta  zakamuflowanego  oficera 
policji. 
    Od tamtej pory Dynsman musiał co pewien czas zawieszać interes. Potem wychodził z więzienia 
i znów przystępował do pospiesznych robót rozbiórkowych. 
    Jednak powinien się domyślić, że w obecnym zleceniu było coś trefnego. Po pierwsze, skąd ów 
mężczyzna  zbyt  wyluzowany  jak  na  rakietera,  miał  tak  wiele  informacji  o  Dynsmanie?  Wiedział 

background image

nawet, ile domorosły pirotechnik zalega u bukmachera i że ten właśnie zaczyna się zastanawiać nad 
sprawieniem dłużnikowi dodatkowego zestawu rzepek kolanowych. Cokolwiek oznaczałaby nazwa 
zabiegu w miejscowym slangu, z pewnością nie chodziło o pieszczotę. 
    Po  prawdzie  nawet  w  dobrych  czasach  Dynsman  nie  pogardziłby  tymi  paroma  kredytami. 
Powszechnie wiedziano, że nic nie jest dla niego ważniejsze od gry w kości. Nawet, gdyby miały to 
być jego własne kości. 
    Zleceniodawca określił robotę jako prostą. 
    Chodziło  o  podłożenie  bomby  w  “Covenanter".  Nie  byle  jakiej  sidolówki,  ale  specjalnego, 
starannie zamaskowanego ładunku. Potem należało poczekać, aż do baru wejdzie pewien konkretny 
mężczyzna. Gdy to się stanie, Dynsman miał odliczyć sekundy i uruchomić machinę piekielną. 
    Po wykonaniu zlecenia dostanie drugą połowę zapłaty, fałszywe papiery i bilet na statek. Opuści 
Centralny Świat. 
    Dynsman  znów  pożałował  po  niewczasie  decyzji.  Honorarium  było  podejrzanie  wysokie.  I 
jeszcze to kosztowne wyposażenie: nocna lorneta z mnożnikiem, stoper dobrej marki, dopasowane 
słuchawki  z  parabolicznym  mikrofonem  podsłuchowym  i  niezawodny  zestaw  do  zdalnego 
odpalania. 
    Dynsman czuł się jak bardzo mała rybka niespodziewanie wrzucona do basenu z rekinami. Nagle 
ujrzał kogoś nadchodzącego pomostem. 
    Zmierzył  obcego  spojrzeniem.  Aha,  pierwsza  osoba  od  ponad  godziny.  Eleganckie  ubranie, 
okulary w ręku. Dynsman włączył podsłuch. 
    Alain  przystanął  przed  wejściem  do  baru.  Z  mroku  wyłonił  się  Craigwel,  osobisty  asystent 
imperatora,  specjalista  od  zakulisowej  dyplomacji.  Miał  na  sobie  jaskrawy  kombinezon  inżyniera 
pokładowego. Wyciągnął obie dłonie przed siebie, pokazując, że nie chowa broni. 
    - Inżynier Raschid? - spytał Alain. Dokładnie według instrukcji. 
    - Tego imienia obecnie używam. 
    Uradowany  Dynsman  omal  nie  zaczął  pląsać  z  radości.  Wreszcie!  Wyłączył  mikrofon,  cisnął 
słuchawki na podłogę, a następnie sięgnął po stoper i detonator. 
    Gdy obaj mężczyźni weszli do baru, zamachowiec zaczął odliczanie. 
    
Rozdział szósty 
 
    DZIESIĘĆ SEKUND: 
    Janiz  Kerleh  była  współwłaścicielką  baru  a  także  kucharką,  barmanką  i  szefową  sali.  To  ona 
wypieściła wnętrze lokalu do najdrobniejszego szczegółu. 
    Pochodziła z rolniczej planety, ale nigdy nie zaznała losu biednej i zahukanej dziewczyny ze wsi. 
Mając piętnaście lat uznała, że dość się już napatrzyła na rodziców pracujących od świtu do zmroku 
na roli. Stwierdziła więc, że trzeba skorzystać z pierwszej nadarzającej się okazji i wziąć sprawy we 
własne  ręce.  Pomocą  w  realizacji  zamiaru  okazał  się  akurat  wędrowny  sprzedawca  słoni.  W 
rodzinnych stronach Janiz zwierząt tych używano jako siły pociągowej przy transporcie pni z lasu. 
Drzewa na tarcicę były zasadniczą uprawą planety. 
    Sprzedawca  słoni  zabrał  nastolatkę  do  najbliższego  miasta.  Tam  już  po  dwudziestu  minutach 
wiedziała, gdzie zbiera się lokalny babski wyż. Minęło jeszcze dziesięć minut, a złapała pierwszego 
w życiu klienta. 
    Nowe  zajęcie  niewątpliwie  należało  uznać  za  ciekawsze  niż  wpatrywanie  się  w  zad  słonia, 
wszelako ono też miało swoje minusy. Najgorszy był brak higieny. Dziewczyna nigdy nie potrafiła 
zrozumieć, czemu odwiedzający ją napaleńcy nie myją przedtem zębów. Ostatecznie jednak zwykła 
panienka awansowała na madame i zgromadziła dość środków, by przenieść się na Centralny Świat. 
    Ku jej rozczarowaniu kraina obiecana okazała się pełna nie tylko profesjonalistek, ale i amatorek 
gotowych  na  każdy  numer  w  zamian  za  obietnicę  prezentacji  na  dworze.  Tego  typu  pragnień 
koleżanek  po  fachu  nijak  nie  pojmowała,  jednakże  wobec  ostrej  konkurencji  dziewczynie  wiodło 
się raczej kiepsko. 

background image

    Wtedy  poznała  głównego  inżyniera  Raschida.  Najpierw  poszli  do  łóżka,  potem  pogadali,  a  że 
cechowało  ich dość zbliżone poczucie humoru, zaczęli spotykać się częściej i  nie tylko  po to,  by 
dać upust namiętnościom. 
    Kiedyś Janiz zwierzyła się swemu adoratorowi, że największym jej marzeniem jest własny lokal 
gastronomiczny. Od dwudziestu lat wyobrażała go sobie, robiła nawet kartonowe modele. I tak się 
zaczęło. 
    Niecały rok później, gdy stanowili już parę, a wspólny seks zajął drugoplanowe miejsce, panna 
Kerleh  aż  wrosła  w  podłogę  ze  zdumienia,  gdy  Raschid  wręczył  jej  kartę  z  numerem  konta  i 
powiedział: 
    - Chciałaś otworzyć własny bar? No to wchodzę do interesu. 
    Postawił  tylko  jeden  warunek:  boks  C  miał  pozostać  do  jego  dyspozycji.  Został  też  urządzony 
nieco odmiennie niż pozostałe pomieszczenia. Jakieś anonimowe dłonie zainstalowały pod boazerią 
i obiciami szereg najlepszych urządzeń przeciwpodsłuchowych. Na metr od stołu nie było już nic 
słychać. Raz na tydzień w lokalu węszyli jacyś ludzie z agencji ochrony, a najdokładniej sprawdzali 
boks współwłaściciela. 
    Raschid wyjaśnił, że po prostu chce mieć pewne miejsce do dyskretnych spotkań. Nikt nie mógł 
tam zasiadać oprócz Raschida lub osób na niego się powołujących. 
    Janiz  mniej  więcej  wiedziała,  ile  naprawdę  zarabiają  inżynierowie  pokładowi,  więc  ostatecznie 
nabrała  pewności,  że  jej  partner  wykonuje  jeszcze  jakąś  robotę  na  boku.  Inaczej  skąd  wziąłby 
pieniądze na bar? Może zajmował się przemytem, a może... Zresztą, to nie jej sprawa. 
    “Covenanter" okazał się dobrą inwestycją. Załogi statków oraz robotnicy z doków zaglądali tu na 
jednego,  mając  pewność,  że  nawet  jeśli  zdarzy  się  jakaś  ciekawa  awantura,  policja  nie  przerwie 
zabawy w połowie. Przy barze zawsze kręciły się barwne dziewczyny, oferujące kilka miłych chwil 
(i  równie  barwną  wysypkę  na  skórze  trochę  później).  Sam  Raschid  zaglądał  do  lokalu  tylko  dwa 
razy w roku. Janiz usiłowała ustalić, na jakim statku służy jej przyjaciel, czytała w prasie rubryki 
ODLOTY  i  PRZYLOTY,  ale  nic  z  tego  nie  zdołała  wywnioskować.  Czas  wizyt  partnera  nie 
pasował  do  żadnego  rozkładu  lotów.  Nie  miała  też  pojęcia,  kim  są  “dobrzy  znajomi"  Raschida, 
szczególnie że wśród nich byli zarówno dystyngowani arystokraci jak i obdarci żebracy. 
    Gdy  zatem  dwóch  gości,  Alain  i  Craigwel,  poprosiło  o  boks  C,  chociaż  akurat  wszystkie  stały 
wolne, nie mrugnęła nawet powieką, tylko spytała, co życzą sobie do picia. 
     
    SIEDEMDZIESIĄT DWIE SEKUNDY: 
    Jakiś czas przed akcją Dyńsman włamał się do “Covenanter" i starannie wyliczył czas detonacji. 
Obszedł cały lokal, sprawdził odległości. "Mężczyzna wejdzie do baru, pomyślał, dziesięć sekund. 
Rozejrzy się - piętnaście sekund. Zamówi drinka - minuta. Weźmie szklankę z trunkiem i podejdzie 
do  boksu  C  -  dwie  minuty.  Dyńsman  przeznaczał  na  tę  drogę  aż  tyle  czasu,  na  wszelki  wypadek 
zakładając, że w lokalu może panować tłok. 
    Alain ogarnął spojrzeniem szeroki wybór alkoholi i wskazał na coś, co znał na pewno. 
    - Syntetyk. Z wodą. W wysokiej szklance, z lodem, przyprawione do smaku. 
    Craigwel, wytrawny dyplomata, zamówił to samo. 
    -  A  próbował  pan  kiedyś  metaxa?  -  spytał,  by  zagaić  rozmowę.  Nigdy  już  się  nie  dowie,  jak 
wielki popełnił błąd. 
    - Nie - odparł Alain. 
    - Idealny na taką noc. 
    - Z narkotykami? 
    - Nie, tylko alkohol. Świetnie nadaje się też do zmywania starej farby z burt frachtowców. 
    Janiz  szybko  nalała  dwie  setki,  postawiła  je  na  kontuarze  i  zajęła  się  przygotowywaniem 
drinków. 
    -  Za  pokój!  -  Alain  uniósł  szklankę.  Craigwel  przytaknął  szczerze  i  wypił  toast.  Już  czas. 
Dyńsman nacisnął guzik zapalarki. Bomba eksplodowała. 
    Otulające ładunek wybuchowy kulki od łożysk zmasakrowały otoczenie. 

background image

    Obecni  w  barze  ludzie  zginęli  w  jednej  chwili.  Niewiele  z  nich  zostało.  Śmierć  poniosła  cała 
trójka,  gdyż  specjalista  od  bomb  pomylił  się  w  obliczeniach  mocy  wybuchu  i  kontuar  również 
przestał istnieć. 
    Dyńsman  szybko  spakował  przybory  do  walizki,  pobiegł  na  tyły  budynku  i  pokonując  dwa 
stopnie naraz zszedł po sznurowej drabince. Potem ja zwinął, wrzucił do walizki i wtopiony w mrok 
ruszył ku prywatnej kryjówce, zakamuflowanej pośrodku jednej z lokalnych enklaw obcych. 
    W  uszach  wciąż  mu  jeszcze  dzwoniło,  wręcz  nie  słyszał  tupotu  butów  oddziału  biegnącego  po 
wysoko zawieszonej galeryjce w kierunku ruin baru. 
     
    Chwilę przed eksplozją sierżant  Armus  koił zranioną dumę jednego z  podwładnych. Sektor był 
spokojny, wręcz nudny i ludzie zaczynali nabierać przekonania, że patrolują go chyba za karę. A 
przecież stanowili elitę, ich oddział sformowano specjalnie do pacyfikacji szczególnie zagrożonych 
kryminalnie rejonów. Po dłuższej wizycie tej jednostki w danym miejscu bez strachu wysyłano tam 
zwykłe patrole. 
    Tymczasem już od prawie miesiąca plątali się bez celu. Kapral chyba po raz piętnasty złorzeczył 
przełożonym,  konkretnie  niejakiemu  Kreugerowi,  który  zapewne  zawziął  się  na  swych 
podkomendnych. Przecież jedna Czarna Maryśka to aż za dużo na to pustkowie. Czarną Maryśką 
(albo Marią) pieszczotliwie zwano pałki noszone przez funkcjonariuszy. Armus nie mógł przyznać 
głośno, że sam też co noc powtarza podobną litanię. Wiedział, że narzekania nie są bezpodstawne. 
On  również  uważał,  iż  Kreuger  dostał  pomieszania  zmysłów,  skoro  skierował  ich  w  taki  sektor, 
szczególnie  podczas  święta.  Może  zresztą  to  komputer  w  komendzie  dostał  bzika  albo 
niewykluczone, że Kreuger miał na boku jakąś dziewczynkę, która mieszkała w tej właśnie okolicy 
i pięknie prosiła o skuteczną ochronę. Kto wie, jakie myśli lęgną się w głowie kapitana? 
    Z  oczywistych  powodów  Armus  zachowywał  te  domysły  dla  siebie.  Nie  krył  jednak  irytacji 
utratą  nadgodzin.  To  też  było  dziwne.  Podczas  święta  niezmiennie  brakowało  funkcjonariuszy  i 
wszyscy zawsze padali z nóg, ale wyrabiali sobie wiele dodatkowych godzin, a oni tu nie dostali ani 
jednej. Ciekawe, jak szef się z tego wytłumaczy? 
    Wtedy  właśnie  gruchnęło.  Zanim  jeszcze  przebrzmiało  echo  eksplozji,  cały  oddział  ruszył  z 
łomotem  i  skręcił  za  róg.  Przed  nimi  dymiły  ruiny  baru.  Armus  pomyślał  jednocześnie  o  trzech 
sprawach: że zaraz wybuchnie pożar, że w środku mogą być ranni i że trzeba wezwać ambulans. 
Natychmiast  też  zaczął  działać.  Wprawdzie  nigdzie  nie  dostrzegł  płomieni,  ale  poszukał  szafki 
systemu gaśniczego, pancerną rękawicą stłukł szybę i wcisnął guzik. Ponad dziesięć ton środków 
chemicznych runęło na całą konstrukcję. Sierżant krzyknął do swoich ludzi, by wynosili ze środka 
co  tylko  zostało,  a  sam  włączył  mikrofon,  chcąc  ściągnąć  pogotowie  na  miejsce  katastrofy.  Nim 
zdołał  powiedzieć cokolwiek, ambulans zawisł obok galeryjki i  powoli  przysunął się do zgliszcz. 
Skąd on się tu wziął?, pomyślał Armus. Przecież jeszcze go nie wezwałem! Po sekundzie uznał, że 
nie  pora  zastanawiać  się  nad  tym  fenomenem.  Odpiął  pałkę  od  pasa  i  w  ślad  za  podwładnymi 
zanurkował w zgliszcza. 
     
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Księga druga 

     
Lunette 
     
Rozdział siódmy 
     
    Szanowny Stenie! 
    Prawdopodobnie wciąż nie dowierzasz, że ten list jest naprawdę ode mnie. Cóż, doczekałem się 
wreszcie łatwego przydziału. Takiego, co przystoi komuś z moim urodzeniem. Pomyśl tylko, jak to 
brzmi:  sierżant  major  Alex  Kilgour.  Ha!  I  co  kapitanie?  Pewnie  nie  sądziłeś,  że  dożyjesz  takich 
czasów 
     
    Sten spojrzał na list nieufnie. Nie do wiary! Niby Kilgour, ale jakiś inny. Gdzie szkocki akcent? 
No tak, chyba nawet sam Alex nie potrafiłby oddać go w piśmie. Sten uśmiechnął się i wrócił do 
lektury. 
 
    Oczywiście, nie ma tak dobrze, żeby wpuszczali sierżanta majora do klubów oficerskich razem z 
kapitanami, ale i tak na brak picia nie narzekam. Piwo chmielowe zawsze lubiłem a teraz smakuje 
mi jeszcze bardziej, bo nie ja za nie płacę. Nigdy jeszcze nie widziałem takich ludków jak ci tutaj. 
Kultywują oni jeden fajny zwyczaj. Ile razy gość wchodzi do baru, zawsze stawiają mu piwo. 
    Po  prawdzie  jednak  zaczynam  czuć  się  trochę  niczym  pies  w  studni.  Wysoko  postawieni 
mianowali mnie kustoszem Muzeum Sekcji Modliszki, a jak pewnie wiesz, rygor panuje tu taki, że 
nawet do wychodka wpuszcza się tu tylko tych, którzy posiadają kategorię Q. Zwiedzający należą 
zatem  do  rzadkości.  Czasem  zabłąka  się  najwyżej  jakiś  wypierdek  polityczny,  gdy  wypadnie  mu 
tędy droga z burdelu do kasyna. Chociaż ostatnio odwiedziła nas pewna dziewoja... Ale mniejsza z 
tym. Kilgour nie lubuje się w snuciu gawęd o seksie. 
    Tak  czy  inaczej,  obecnie  pełnię  najbezpieczniejszą  służbę  w  całej  mojej  karierze  i  powiem  ci 
szczerze,  że  z  wolna  dostaję  świra.  Jednym  się  tylko  pocieszam:  że  tobie  pewnie  wcale  nie  jest 
lepiej na Centralnym Świecie. Cóż, myślę, iż dawne czasy niestety nie wrócą i już nigdy nie uda się 
wskrzesić  naszego  zespołu  numer  trzynaście.  I  niech  lepiej  nie  przydzielają  tego  numeru  komuś 
nowemu, bo inaczej wścieknie. 
    Czy  wiesz  coś  o  pozostałych?  Może  dysponuj  mi  wiadomościami,  ale  napiszę  ci,  co  słyszałem 
porucznikiem i dowodzi własnym zespołem, choć pojęcia, czym akurat teraz się zajmuje. 
    Doktorek  przeszedł  do  cywila.  No  prawie,  bo  oficjalnie  na  urlopie.  Jego  odejście  było  dość 
widowiskowe.  Pamiętasz  tych  Znad  Jeziora,  którzy  mieszali  krew  z  mlekiem?  Doktorek 
zasmakował w napitku ze szczętem. Obecnie leży pijany i w przewidywalnej przyszłości wcale nie 
zamierza trzeźwieć. Oczywiście wszystko to dla dobra nauki, jak mówi. 
    Natomiast w ogóle nie dotarły do mnie żadne wieści o Idzie. Gdy jej kontrakt wygasł, nie chciała 
go prostu odnowić i po prostu zniknęła. Podejrzewam, że wzięła się za interesy, których wcześniej 
nie mogła prowadzić. Ale jedno trzeba przyznać tej kobiecie. Gdy dałem jej do pomnożenia moją 
część  łupów  z  ostatniej  akcji,  wywiązała  wspaniale.  Jeśli  jeszcze  nie  dostałeś  należnej  działki  to 
pewnie Ida wkrótce ci ją przyśle; ucieszysz się, bo w grę wchodzi spora forsa. Gdyby przypadkiem 
nastąpiło  jakieś  opóźnienie,  sprawdź  wykazy  giełdowe.  Jeśli  zauważysz  gwałtowne  skoki  tak 
zwanych “towarów kolonialnych", będziesz wiedział, że Ida maczała w tym palce. Po nitce trafisz 
do kłębka. 
    Dobra, kończę, by zdążyć wysłać list z dzisiejszą pocztą. Trzymaj się ciepło, kumplu. 
    Twój (poniekąd) Alex Kilgour 
     
    Sten  zachichotał  i  schował  list  do  koperty.  Stary,  dobry  Alex.  Jęczy,  gdy  robota  jest  za  ciężka; 
lamentuje, gdy dadzą mu coś łatwego. Co do Centralnego Świata miał racje. W stolicy faktycznie 
wiało  nudą  i  taki  stan  stawał  się  aż  niebezpieczny.  Sten  przejrzał  raporty  zostawione  przez 
poprzedników. W ciągu ostatnich kilku stuleci panował spokój, ale zazwyczaj bywało tak, że jeśli 

background image

już  coś  rąbnęło,  to  solidnie.  Lała  się  krew  i  atmosfera  gęstniała  od  politycznych  spekulacji.  To 
pierwsze nie martwiło Stena, ostatecznie przeszedł dobrą szkołę w Sekcji Modliszki, lecz polityka... 
Na sam dźwięk tego słowa dostawał wysypki. 
    Zapominając  o  nędznych  rozmiarach  kwatery,  oparł  się  wygodnie  w  fotelu  i  zaraz  wyrżnął 
potylicą w ścianę. Jęknął pod wpływem uderzenia oraz nagle przebudzonego, imperialnego zaiste 
kaca.  Stew  Angelo  stłumił  działanie  alkoholu,  co  pozwoliło  kapitanowi  prowadzić  dłuższą 
rozmowę  z  władcą,  ale  potem  nastąpiło  pogorszenie.  Kapitan  jakoś  odbębnił  służbę  następnego 
dnia, jednak wieczorem nie miał innego wyjścia jak tylko wypić potężnego klina. Klnąc na czym 
świat stoi, poprzysiągł sobie rano, że odtąd będzie prowadził życie ascety. Ani kropli stregga - zła 
wcielonego.  Zaraz  jednak  powstał  problem.  Do  wódki  nie  ciągnęło  go  ani  trochę,  lecz  kiedy 
pomyślał o dobrym, chłodnym piwie... 
    Odpędził pokusę, z męczeńską miną wychylił szklankę wody, i rozejrzał się po pokoju. Trafił na 
wzrok  sportretowanej  kobiety  o  dość  pospolitej  (łagodnie  mówiąc)  urodzie.  Jęknął  w  duchu,  a 
następnie  poszukał  widoku  mniej  dokuczliwego  dla  przekrwionych  oczu.  Bez  powodzenia.  Ze 
wszystkich ścian zerkała miłośnie ta sama, przerażająco chuda niewiasta. 
    Sten wiedział już, że obrazy stanowią spuściznę po poprzednim dowódcy. Ordynans zapewniał, 
że ów kapitan znał się na swojej robocie. Niewykluczone, ale malarzem był żałosnym. Jego gust w 
doborze  kobiet  też  pozostawiał  sporo  do  życzenia.  Po  pierwszym  tygodniu  w  pałacu  Sten  kazał 
usunąć wszystkie wizerunki owej damy dowolnymi środkami. Nawet, gdyby przyszło skrobać tynk 
czy wypalać ściany żywym ogniem. Potem jednak spojrzenie nieznajomej zaczęło nawiedzać go po 
nocach, więc odwołał rozkaz. Z początku sarn nie wiedział, dlaczego, ale potem pojął. Może i baba 
nie grzeszyła urodą, ale ten facet naprawdę ją kochał. 
    Zapisy zdawały się to potwierdzać. Kapitan był pracowity, oddany służbie i jak każdy dowódca 
przed  nim  uchodził  w  swoim  fachu  za  profesjonalistę.  Nieco  starszy  od  Stena,  zapowiadał  się 
doskonale.  Kariera  stała  przed  nim  otworem.  W  pewnym  okresie  zdarzyło  się  jednak,  że  zaczął 
pociągać  za  wszystkie  możliwe  sznurki,  aby  tylko  otrzymać  przydział  do  jakiegoś  garnizonu  na 
zapadłej  prowincji.  Tuż  przed  odlotem  poślubił  tę  właśnie  kobietę,  której  portrety  widniały  na 
ścianach. Sten rychło zrozumiał, w czym rzecz. Służba w pałacu była dobra dla kawalera lub kogoś 
zwracającego mało uwagi na rodzinę. Nie zostawało dość wolnego czasu, by troszczyć się o żonę 
czy dzieci. Tamten kapitan prawdopodobnie też to pojął. No i wybrał. 
    Sten uznał swojego poprzednika za naprawdę mądrego człowieka. 
    Wygląd pokoju kapitana Stena odbijał stan ducha początkującego oficera, który dopiero uczył się 
łączyć  służbowe  obowiązki  z  życiem  osobistym.  Nie,  Sten  nie  ginął  pod  lawiną  spraw  do 
załatwienia, ale wciąż jeszcze nie potrafił ogarnąć i uporządkować całości. Co z tego, że starannie 
segregował  napływające  informacje,  i  tak  się  mieszały.  Poza  tym  musiał  godzić  zbyt  wiele 
sprzecznych  interesów.  Sam  na  przykład  pragnął  kontynuować  swe  zawodowe  studia,  czyli 
zgłębiać historię. Od czasu opuszczenia Yulcana Sten przejawiał sporą ciekawość świata i łakomie 
chłonął  prawie  każdą  lekturę,  szczególną  uwagę  zwracając  na  współczesne  militaria  i  ogół 
zagadnień technicznych. 
    Pod  ścianą  zwracał  uwagę  stojak  z  wielokrotnie  złożonymi  mapami.  Były  to  plany  zamku,  a 
każdy miał ze dwa metry. Sten poszukał ich w pałacowym archiwum, gdy tylko do niego dotarło, 
że  pieszo  do  końca  życia  nie  przemierzy  wszystkich  sal,  korytarzy  i  podziemi.  A  przecież  żeby 
skutecznie chronić imperatora musiał znać cały powierzony mu teren. 
    Kilka metrów od map spoczywał na stole bardzo kosztowny miniholoprocesor, najdroższa rzecz, 
jaką Sten kiedykolwiek kupił. Obok widniało pudło zawierające owoc tysięcy mozolnie spędzonych 
godzin. 
    Oba  te  obiekty  wiązały  się  z  ulubionym  hobby  Stena  -  modelarstwem.  Czterdzieste  stulecie 
pozwalało  na  coś  więcej,  niż  tylko  klejenie  plastikowych  części,  malowanie  ich  i  osadzanie  w 
dioramach.  Wspomniany  procesor  umożliwiał  tworzenie  nader  realnych  i  kompletnych 
holograficznych  obrazów  modelowanych  obiektów,  a  były  to:  proste  urządzenia  techniczne, 
antyczne silniki, a nawet cała fabryka z robotnikami pracującymi jak żywi ludzie. 

background image

    Sten  budował  właśnie  replikę  tartaku.  Wprowadził  już  do  pamięci  wszystkie  detale, 
zaprogramował  działalność  obiektu,  ustawił  robotników,  dał  im  narzędzia  oraz  części  zamienne. 
Nie zapomniał o najdrobniejszych szczegółach. Wziął pod uwagę na przykład stopień zużycia pasa 
transmisyjnego  czy  pijaństwo  majstra.  Po  wsunięciu  karty  do  szczeliny  procesora  widziało  się 
prawdziwy  tartak.  W  przypływie  fantazji  można  było  ten  obraz  jeszcze  urozmaicić:  a  to  kloc  się 
zaklinował, a to upadł robotnik. Jednak zbyt wiele podobnych wypadków powodowało, iż budynek 
rozpadał się na mozaikę kolorowych plam. 
    Sten zerknął na pudełko i poczuł narastające poczucie winy. Od chwili przeprowadzki poświęcił 
swojemu modelowi raptem parę godzin. I teraz też nie miał czasu, obowiązki czekały. 
    Włączył  komputer  i  kazał  wyświetlić  sobie  najświeższe  wiadomości.  Zaraz  też  pojawił  się 
nagłówek: BAR EKSPLODOWAŁ - TERRORYSTA NIE ŻYJE. 
    Przejrzał  artykuł  w  poszukiwaniu  szczegółów.  Nie  znalazł  ich  wiele.  Dowiedział  się  tylko,  że 
niejaki  Godfrey  Alain,  przywódca  rewolucjonistów  ze  Światów  Pogranicza  zginął  podczas 
przypadkowego wybuchu, do którego doszło w barze obok portu kosmicznego. Przypuszczano, że 
śmierć poniosły też inne osoby, ale ich nazwisk nie podano jeszcze do wiadomości. Reszta tekstu 
zawierała  zwykłe  spekulacje  oraz  domysły.  Nikt  bowiem  nie  wiedział,  co  Alain  robił  na 
Centralnym Świecie i to na dodatek w barze takim jak “Covenanter". 
    Sten ziewnął  znudzony.  Nigdy  nie przejmował się losem  terrorystów.  W swoim czasie zgładził 
już  niejednego.  Do  diabła  z  Alainem.  Zauważył  jednak,  że  oficjalny  komunikat  władz  też  nie 
wyjaśniał przyczyn pobytu zamachowca w stolicy. 
    Co do jednego zaś osoba nadająca wiadomość myliła się ze szczętem. Śmierć Alaina nie mogła 
być  przypadkowa.  Śmierć  terrorysty  nigdy  nie  jest  wynikiem  działania  ślepego  losu.  Sten 
zastanowił  się  nawet  przez  chwilę,  czy  przypadkiem  w  całej  sprawie  nie  maczał  palców  ktoś  z 
Sekcji Modliszki. Tak czy inaczej, Alain odszedł do krainy wiecznej rewolucji. I dobrze. 
    Sten  ziewnął  ponownie,  po  czym  zaczął  przeglądać  resztę  doniesień.  Nagle  zadzwonił  telefon. 
Wieczny Imperator pożądał obecności szefa ochrony. Natychmiast. A nawet jeszcze szybciej. 
     
    Rozdział ósmy 
     
    Władca  nijak  nie  przypominał  tej  osoby,  z  którą  Sten  pił  niedawno  przez  pół  nocy.  Oczy  miał 
podkrążone,  policzki  obwisłe,  skórę  poszarzałą.  Przybyło  mu  lat  i  wyglądał  na  mocno 
wzburzonego. Sten usiadł niespokojnie. Po całym ciele przebiegł mu dreszcz. Coś było nie tak, ale 
co? Pozostało mieć nadzieję, że sprawa nie wiązała się ze służbą. 
    - Czytałeś - stwierdził chłodno imperator, rzucając na biurko wydruk. 
    Sten zerknął na faks. Treść pisma uzupełniała wieści o śmierci Godfreya Alaina. Przeczytał tekst. 
Owszem, doszło kilka detali, ale wciąż brakowało konkretów. 
    - Tak, sir - odparł po chwili. 
    - Wiesz, kto to był? 
    - Niezupełnie, sir. Podobno jakiś terrorysta. 
    - Rzeczywiście mało wiesz - parsknął imperator. - Ale mniejsza z tym. Oto dyskietki. Przejrzysz 
je, gdy skończymy rozmowę. A teraz do rzeczy. Chcę, abyś mi przyniósł głowę sprawcy. Zadanie 
jest nie na jutro czy pojutrze, ale na wczoraj. Masz mi dostarczyć tego, kto wysadził bar. Zgrabnie 
zapakujesz drania i nie zostawisz żadnych śladów. Rozumiecie mnie, kapitanie? 
    Sten  przytaknął  odruchowo,  ale  zaraz  się  zastanowił.  Nie,  tego  nie  pojmował.  Instynkt 
samozachowawczy nakazał mu zareagować. 
    -  Przepraszam,  sir  -  powiedział  w  końcu  -  ale  jednak  nie  rozumiem.  Może  umknął  mi  jakiś 
szczegół, ale co wspólnego ma kapitan straży ze śmiercią Godfreya Alaina? 
    Imperator poczerwieniał na twarzy, uniósł się z fotela, nagle znieruchomiał, odetchnął głęboko i 
usiadł. 
    -  Racja,  kapitanie.  Chyba  się  zapędziłem.  -  Znów  zaczerpnął  powietrza.  -  Dobra,  zatem  na 
początek kilka słów wyjaśnienia. Ten... wypadek nam wszystkim da się we znaki. A swoją drogą, 

background image

jeśli uważa pan tę eksplozję za zwykły wypadek, to proszę powiedzieć mi od razu. Oszczędzimy 
czasu i natychmiast wezwę kogo innego. 
    - Nie, sir. Nie sądzę, abyśmy mieli do czynienia z przypadkowym zrządzeniem losu. 
    -  I dobrze. A teraz konkrety. Słuchaj uważnie, bo nie zamierzam powtarzać. Przede wszystkim, 
Alain przyleciał na Centralny, by się ze mną spotkać. 
    Stenowi odjęło mowę. Wieczny Imperator umawiający się na rozmowy z terrorystą? To wbrew 
interesom imperium. Zaraz jednak przypomniał sobie, kto decyduje o linii politycznej mocarstwa i 
nieco się uspokoił. 
    -  Przybysz  chciał  mi  przedstawić  pewną  propozycję,  niewątpliwie  poważną,  inaczej  bym  nie 
odpowiedział. Podsunął pomysł, jak rozwiązać problem z systemem Tahn. Krótko mówiąc, pragnął, 
abyśmy  poparli  utworzenie  strefy  buforowej  między  Tahn  a  imperium.  Rejon  ten  obejmowałby 
światy pogranicza. 
    - Ale czy to nie czyniłoby go zdrajcą wśród swoich? Wieczny Imperator uśmiechnął się ponuro. 
    -  Każdy  patriota  jest  równocześnie  dla  kogoś  zdrajcą.  Podejrzewam,  iż  do  zakutych  łbów 
tamtejszych rewolucjonistów dotarło w końcu, że giną tylko oni, a w dodatku nie za swoją sprawę. 
Ilekroć Tahn nadeptywał nam na odcisk, przeprowadzaliśmy akcje odwetowe, wyrzynając nie kogo 
innego,  ale  tych  ze  światów  granicznych.  Dostawali  łupnia  podwójnie,  bo  militarnie  i  moralnie. 
Wszystkie winy spadały właśnie na ich głowy. Robili za złych chłopców i nic z tego nie mieli. 
    - Aż ten jeden poprosił w tajemnicy o spotkanie? - wtrącił Sten. - Władze Tahn, dowiedziawszy 
się o tym, zlikwidowały wyrywnego negocjatora. 
    -  To  nie  takie  proste.  Owszem,  Alain  miał  złożyć  mi  wizytę,  ale  nie  od  razu.  Najpierw  został 
umówiony  z  kimś,  kto  przygotowywał  zasadnicze  rozmowy  od  strony  dyplomatycznej.  Chodzi  o 
niejakiego Craigwela. 
    - Jedno z niezidentyfikowanych ciał w barze? 
    - Właśnie. I tożsamość tej ofiary na zawsze pozostanie tajemnicą. To znaczy, oficjalnie. 
    - Były jeszcze jakieś trupy, o których powinienem wiedzieć? 
    Po dłuższej chwili wahania imperator stanowczo pokręcił głową. 
    -  Zajmij  się  tylko  Craigwelem  i  Alainem.  Zgodnie  z.  planem  po  wstępnej  wymianie  haseł 
powinni  zająć  miejsca  w,  boksie  C.  Czekał  już  na  nich  stosownie  przygotowany.  Alain  miał 
wyłożyć  szczegóły  swojej  koncepcji.  Gdyby  Craigwel  poczuł  się  przekonany  co  do  szczerości 
intencji, dałby znak, że pora na spotkanie ze mną. 
    - Ale wtrącili się ludzie z Tahn. 
    - Akurat co do tego brak nam całkowitej pewności. Jest jeszcze kilku innych podejrzanych. Może 
faktycznie Tahnijczycy dokonali zamachu, ale równie dobrze mogli to zrobić jacyś ludzie z naszego 
obozu albo nawet ze strony Alaina. Ty ustalisz fakty. 
    - Czemu ja, sir? To robota raczej dla gliniarza. Nie wiedziałbym, od czego zacząć... 
    -  Nie,  kapitanie.  Sprawa  jest  zbyt  delikatna,  by  powierzyć  ją  policji.  Owszem,  każę  im znaleźć 
kilku podejrzanych, którzy staną przed sądem, a potem zostaną publicznie ukarani. 
    Przysunął się do Stena i ściszył głos. 
    -  Ale  to  będą  tylko  kozły  ofiarne.  Muszę  rzucić  kogoś  lwom  na  pożarcie,  nakarmić  opinię 
publiczną. A pan ma zrobić swoje i odkryć prawdziwego sprawcę. Tyle tylko, że wynik pańskiego 
śledztwa pozostanie utajniony przez najbliższe sto lat. - Zmierzył Stena lodowatym spojrzeniem. - 
Rozumiemy się, kapitanie? 
    - Tak, sir. - Sten wstał i zasalutował. - Jeśli to już wszystko... 
    - Wszystko. Na razie. 
    Sten czym prędzej wyszedł na korytarz. 
     
     
     
 
 
 

background image

Rozdział dziewiąty 
 
    - Pijcie, chłopaki - wrzasnął Dynsman. - Dzisiaj ja stawiam.  
    Rąbnął  pięścią  w  stół,  by  przywołać  barmana,  i  zamówił  jeszcze  sześć  kufli  narkopiwa  na 
syntetycznym alkoholu. Kompani syknęli z aprobatą. Dynsman nie mógł oczu oderwać od Usige, 
największego równiachy w grupie, gdy ten złapał litrowe naczynie, rozwarł szczęki i jednym tchem 
wychylił całą zawartość kufla. 
    - Świetnie, stary. Trzeba osuszyć jedno i następne... 
    Ktoś  taki  jak  Usige  bez  problemu  przyswajał  dowolną  ilość  napitku.  Okryte  łuskami  żołądki 
psaurusów  radziły  sobie  znakomicie,  a  jedynym  widomym  znakiem  lekkiego  upojenia  było 
nieznaczne przyciemnienie zwykłej purpury stworów. 
    -  Coś  wam  powiem,  chłopaki.  Od  dziś  zaczynam  nowe  życie.  Trafiłem  w  dziesiątkę  i  czuję  w 
kościach, że szczęście już mnie nie opuści. 
    Usige obnażył rząd ostrych niczym igły zębów. 
    - Rzeczywiście, rozrzuciłeś już wkoło tyle papierów, że nawet któryś z nas by się tym udławił 
    - Skinął na swoich żółtookich kompanów. - Fajnie, że los się do ciebie uśmiechnął... 
    - Ale chciałbyś wiedzieć, czy ten uśmiech jest dość szeroki, żebyś i ty go zobaczył. 
    - Byłoby milutko, stary. Ostatnio interesy idą dość kiepsko. 
    -  Przykro  mi,  ale  tego  numeru  nie  da  się  powtórzyć.  O  takiej  robocie  marzy  się  przez  lata.  Za 
parę godzin odbieram resztę forsy i zaczynam wielkie wakacje. 
    Usige  nie  zdołał  ukryć  rozczarowania.  Zwykła  rzecz  w  przypadku  istot,  których  kolor  skóry 
zmienia się wraz z nastrojem. Dynsman spostrzegł zaburzenia barwy, więc poklepał przyjaciela po 
pazurzastej łapie. 
    - Nie łam się. Dynsman nigdy nie zapomina o starych kumplach. Teraz, gdy zainkasowałem tyle 
kredytów, to niewykluczone że otworzę własny interes. Gdybyście wpadli kiedyś na jakiś sprytny 
pomysł,  to  możecie  na  mnie  liczyć.  Dam  wam  niskie  odsetki,  a  nawet  spory  upust  jak  dobrze 
pójdzie. 
    Usige  odzyskał  zwykłe  kolorki.  Propozycja  przedstawiała  się  obiecująco.  Przy  pożyczkach  w 
tym  środowisku  odsetki  bywały  zwykle  zbójeckie,  a  opóźnienia  płatności  groziły  bolesnymi 
konsekwencjami. 
    -  Pomyślę  o  tym,  jeszcze  pogadamy.  -  Usige  wyprostował  dwuipółmetrowe  ciało  i  zawinął  w 
powietrzu długim na trzydzieści centymetrów, pomarańczowym językiem. W ten sposób dał znak 
kompanom, że pora iść. - Na razie żegnaj. W odróżnieniu od ciebie, nas czas goni do roboty. 
    - Coś miłego? 
    - A tam, taki jeden mały magazyn. 
    Dynsman westchnął ze współczuciem i odprowadził wzrokiem przyjaciół, którzy opuszczali bar, 
ciągnąc za sobą swe długie ogony. Zerknął na zegarek: do spotkania pozostały ponad dwie godziny. 
Miał  nadzieję,  że  spędzi  ten  czas  w  towarzystwie  Usige,  nie  cierpiał  czekać  w  samotności. 
Dynsman nie wiedział za bardzo dlaczego, ale jakiś cień uparcie mącił mu radosny obrazek. 
    Zamówił  drinka,  wrzucił  kredytową  monetę  do  komputera  z  przeglądem  ostatnich  doniesień  i 
zaraz przełączył obraz na dział sportowy. Stłumił ziewnięcie, zerknął na nieliczne ogłoszenia; okres 
po  Dniu  Imperium  był  zawsze  martwym  sezonem.  Dynsmana  zwykle  nie  interesowały  inne 
wiadomości, tym razem jednak nabrał apetytu. Może piszą gdzieś coś o jego wyczynie. Wybrał z 
menu kronikę kryminalną. 
    Długo nie musiał szukać. Nagłówek tekstu donoszącego o zamachu w “Covenanter" wyskoczył 
jako pierwszy. Cholera jasna! To była polityczna sprawa! Dynsman odruchowo osuszył  szklankę. 
Omal się przy tym nie udławił. Czuł, jak trafia go szlag. 
    Bez paniki, człowieku. Tu trzeba spokojnie. A żeby to...! 
    Po minucie doszedł do wniosku, że w zasadzie już jest martwy. A raczej będzie, jeśli poczeka na 
posłańca z resztą forsy. Kredytów nie dostanie, ale zapłatę owszem... 

background image

    Co robić? Musi zadowolić się tym,  co dotychczas zdołał zgarnąć. Starczy, by się schować? Jak 
długo  będą  go  szukali?  Dynsman  jęknął,  gdyż  dobrze  znał  odpowiedź.  Nie  zaprzestaną  pościgu, 
dopóki go nie dopadną. Nigdy o nim nie zapomną. 
    Pozostało  tylko  jedno  wyjście.  Niemal  równie  nieprzyjemne  jak  wizja  tropiciela  o  zaciętym 
obliczu, który rychło zacznie rozglądać się za dynamitardem. 
    Trzeba opuścić Centralny Świat. 
     
    
 Rozdział dziesiąty 
 
    Porucznik  Lisa  Haines  z  wydziału  zabójstw  miała  ochotę  kogoś  zabić.  Nie  myślała  o  nikim 
konkretnym, bardziej frapowała ją metoda. 
    Zastanawiała się właśnie, czy patroszenie winno odbyć się przed czy po przypiekaniu, kiedy na 
podjeździe zatrzymał się wóz z imperialnymi pasami na burtach. 
    Z  auta  wysiadł  facet  nijak  nie  przypominający  typowego  urzędasa.  Dziwne,  spodziewała  się 
ujrzeć zupełnie kogo innego, gdy przełożony powiadomił ją o wyznaczonym spotkaniu. Mężczyzna 
w brunatnym mundurze służby pałacowej był młody i smukły. Nie wyglądał na uzbrojonego. 
    Sten stąpał ciężko, ogarnięty złym humorem. Irytacja nie pozwoliła mu spostrzec, że oczekująca 
go  kobieta  jest  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku  co  on,  a  na  dodatek  całkiem  ładna.  Wciąż  nie 
pojmował, czemu imperator właśnie jego wyznaczył do prowadzenia nieoficjalnego śledztwa. Przez 
całe życie nie miał nic wspólnego z policją, to znaczy w pozytywnym sensie. 
    Od najmłodszych lat nienawidził glin. Kiedyś wrogami Stena byli stróże porządku z rodzinnego 
Wulkana. Potem zmagał się z różnymi policyjnymi typami, które wstępowały do Sekcji Modliszki. 
Niezbyt ciepłym uczuciem darzył też żandarmerię wojskową. 
    - Kapitan, tego... Sten? 
    - Tego, pani porucznik... jak się pani nazywa? - Haines. 
    - Właśnie, Haines. 
    -  Podejrzewam,  że  chce  pan  przejrzeć  raport  -  powiedziała  Lisa  i  nie  czekając  na  odpowiedź, 
cisnęła w Stena miniczytnikiem. 
    Kapitan, zerknąwszy na gąszcz rubryk, skapitulował. 
    - Można krócej? 
    - Oczywiście. 
    Wyjaśniła,  że  o  20.43  zespół  7-Y  zameldował  o  eksplozji.  O  20.47  byli  na  miejscu.  Dowódca 
przekazał  sygnał  “zapadka",  otrzymał  odzew  “zapadka-zapadka".  Przybył  ambulans.  Brak 
podejrzanych, ciemna mogiła, nikt nic nie wie. 
    Sten spojrzał na miejsce, gdzie niegdyś stał bar “Covenanter". Cały poziom zamknięto dla ruchu 
i opakowano w osobliwy, jasny namiot. Z boku widniało wejście śluzy. 
    -  Zgodnie  z  procedurą  najpierw  otoczyliśmy  miejsce  zdarzenia  balonem,  z  którego  potem 
usunęliśmy powietrze, a następnie wypełniliśmy powłokę gazem obojętnym. Mówić dalej? 
    - Tak, pani porucznik. Interesują mnie szczegóły. 
    Sten znów rzucił okiem na raport i ostatecznie wychwycił w nim pewien porządek. W zasadzie 
meldunek nie różnił się wiele od zwykłych sprawozdań składanych po akcji. Zaczął czytać po raz 
trzeci. 
    -  Może  życzy  pan  sobie  zajrzeć  do  środka,  kapitanie?  Chociaż  uprzedzam,  że  widok  jest 
wyjątkowo nieprzyjemny. 
    - Jak zachce mi się rzygać, to powiem. 
    Założyli  coś  w  rodzaju  stroju  nurka.  Kombinezon  posiadał  przyszytą  do  pasa  torbę  na  dowody 
rzeczowe. Tuż powyżej sterczała obłość kryjąca schowek z małym blatem na notatki oraz nagrania. 
Tam  też mieściły się wszelkie urządzenia śledcze. Sten stwierdził, że w tym  ubraniu  przypomina 
nażartego gołębia. Plecak zawierał zapas powietrza i zasilanie. 
    Uszczelniwszy  strój,  wszedł  za  panią  porucznik  do  wnętrza  balonu.  Widywał  już  skutki 
rozmaitych wybuchów, ale po raz pierwszy miał okazję obejrzeć sobie wszystko dokładnie. Zwykle 

background image

zaraz po eksplozji brał nogi za pas. Już wiele lat temu nauczył się jednak, by nie zwracać większej 
uwagi na szare, czerwone oraz białe kawałki, ochłapy i wstęgi porozrzucane po rumowisku. Kiedyś 
tworzyły  ludzkie  ciało,  jednak  obecnie...  Tak,  tutaj  były  drzwi.  A  te  deski  jeszcze  niedawno 
nazywały się kontuarem. Dalej stały boksy. 
    Dwaj policjanci pracowicie zeskrobywali ze ścian i podłogi pianę środków gaśniczych. 
    - Ma pani rację - mruknął. - Ręka, noga, mózg... 
    - Z obu została miazga - dodała z goryczą. 
    - Słucham? 
    - Kapitanie, ja... - Haines ugryzła się w język, wyłączyła nadajniki, a potem przytknęła swój hełm 
do hełmu Stena. 
    - Tylko do pańskiej wiadomości. Burdel tu taki, że pewnie nigdy nie zdołamy ugryźć tej sprawy. 
    - Pani porucznik, gdyby wyraziła pani tę opinię przy włączonym mikrofonie, wówczas uznałbym 
to za zwykły wykręt. Rozumiem, że coś tu nie gra, ale nie wiem co. Słucham. 
    Haines pomyślała, że może jednak znajdzie z kapitanem wspólny język. 
    - Standardowa procedura operacyjna wykłada wszystko krok po kroku. Trafiwszy na przypadek 
morderstwa,  funkcjonariusz  ma  obowiązek  podjąć  stosowne  działania.  Na  początku  winien 
spróbować  ustalić  osobę  zabójcy,  zorganizować  niezbędną  pomoc  medyczną  i  tak  dalej.  Potem 
musi  zgłosić  sprawę  dalej  i  wtedy  wkraczamy  my,  czyli  wydział  zabójstw.  Ale  tym  razem  było 
inaczej.  -  Rozłożyła  bezradnie  ramiona.  -  Zespół  zameldował  o  zamachu  o  21.00.  Przez  następne 
dziesięć godzin panowała głucha cisza. Nas zawiadomiono dopiero rano. 
    - Dlaczego? 
    - Niech mnie diabli, jeśli wiem. Ale trochę się domyślam. 
    - Mianowicie? 
    - Ci z zespołów taktycznych uważają, że są najlepsi. Podejrzewam, że skoro pierwsi zetknęli się z 
problemem, to chcieli zachować go dla siebie. 
    Sten spojrzał do raportu. 
    - Czy oni zwykle też tu się kręcą? 
    -  Nie.  Zjawiają  się  tylko  w  przypadku  jakiejś  większej  burdy.  Lub  gdy  ktoś  doniesie  o  tajnym 
ładunku. Posyłani są również do stref o podwyższonej przestępczości. 
    - Więc nie rozumiem... 
    - Sierżant, który nimi dowodził, powiedział, że patrolowali okolice baru od trzech tygodni i nic 
się przez ten czas nie zdarzyło. 
    Dziwne, pomyślał Sten. Ostatnie dwa tygodnie wypełniło pandemonium Dnia Imperium, a ci tu 
łazili  ot  tak sobie. Przełożeni  zapomnieli o nich, czy  co? Owszem,  gliniarze świetnie wiedzą, jak 
omijać  miejsca,  gdzie  naprawdę  mogą  być  potrzebni,  ale  żeby  lekceważyć  obowiązki  aż  do  tego 
stopnia? Warto dopytać bliżej. 
    -  Proszę  tylko  spojrzeć  -  mruknęła  Haines.  -  Nie  było  pożaru,  ale  sierżant  uruchomił  instalację 
gaśniczą. Dalej, wlazł ze swoimi do środka. Znalazł trzy ciała. Trzy zimne trupy. A potem cała ta 
banda przez dziesięć godzin bawiła się w detektywów. Idioci. Na przykład ten odcisk buta numer 
czternaście. To nie dowód zbrodni, ale znak, że jeden taki kapral wdepnął w świeżą plamę krwi... 
    Sten utwierdził się w przekonaniu, że nadal nie lubi policjantów. 
    - Dobra, pani porucznik. Wszyscy mamy swoje kłopoty. Do czego doszliście? 
    - Są ślady wcześniej podłożonej bomby - odparła służbowym tonem Haines. - Nie znamy jeszcze 
metody detonacji. Czekamy na specjalistę od ładunków wybuchowych. 
    - Niech się nie spieszy - warknął Sten. - Trochę o tym wiem. 
    Już wcześniej  zauważył czarną plamę i  koncentryczne smugi  na szczątkach sufitu. Ustawił  pod 
tym  miejscem  przenośną  drabinkę.  Być  może  nie  zgłębił  tajników  policyjnych  procedur,  ale  na 
różnych rodzajach bomb znał się doskonale. 
    - Pani porucznik - zawołał z góry, włączywszy mikrofon. - Proszę uruchomić nagrywanie. 
    Haines wzruszyła ramionami. Dobra, pomyślała, jeśli ten ważniak chce się bawić w eksperta, to 
czemu nie. Grzechem byłoby ratować go przed kompromitacją. 

background image

    -  Bombę  ukryto  nad  podwieszonym  stropem.  Mamy  tu...  coś,  co  wygląda  na  resztki 
elektronicznego  obwodu  detonującego.  Materiał  wybuchowy  należał  do  tych  silniejszych.  Został 
uformowany tak, by uzyskać konkretny kształt oraz kierunek fali uderzeniowej. Cały impet poszedł 
w  dół  i  na  boki,  sam  sufit  stosunkowo  niewiele  ucierpiał.  Wasi  ludzie  stwierdzą  pewnie,  czy 
eksplozję  wywołał  mechanizm  zegarowy  czy  sygnał  z  zewnątrz.  Ale  ja  sądzę,  że  maszynkę 
odpalono zdalnie. 
    - Sprawdzamy okolicę. 
    Sten zszedł z drabiny i raz jeszcze przyjrzał się smugom na stropie. Wybuch objął niemal pełny 
krąg  trzystu  sześćdziesięciu  stopni.  Niemal.  Drobny  wycinek  był  czysty.  Sten  sprawdził,  co 
znajduje się na nie zniszczonym obszarze. 
    -  Dziękuję,  pani  porucznik.  -  Kapitan  ruszył  do  śluzy.  Opuściwszy  chroniony  teren,  zdjął 
skafander i oddalił się od pracujących koło balonu techników. 
    Haines szybko do niego dołączyła. 
    - Skończył pan się już bawić w detektywa, kapitanie? 
    -  Wyjaśnijmy  sobie  jedno,  pani  porucznik.  Nie  mam  zielonego  pojęcia,  czemu  kazano  mi 
natychmiast  rzucać  dotychczasową  robotę  i  zająć  się  tą  sprawą.  Na  samą  myśl  o  niej  dostaję 
dreszczy. Jeszcze trochę, a zacznę toczyć pianę z pyska. Teraz słucham, co panią gryzie? 
    Heines spojrzała na Stena jakoś inaczej. 
    - To samo - powiedziała wreszcie. - Nie wiem, w co wdepnęłam. Jestem gliną i nieźle sobie radzę 
w tym fachu. Zajęłam się dochodzeniem, a tymczasem władze przysyłają mi jakiegoś... 
    - Dupka? - dokończył z uśmiechem Sten. Nagle poczuł sympatię do tej dziewczyny. 
    -  Właśnie,  dziękuję.  Dupka,  który  i  tak  zaraz  wróci  do  pałacu,  coś  tam  opowie,  a  w  nagrodę 
dostanie medal. Pan wybaczy, kapitanie, ale nie potrzebuję takiej pomocy! 
    - To wszystko? 
    - Na razie. 
    - Więc chodźmy coś zjeść, a ja dopowiem resztę.  
    Wybrali  restaurację  w  pobliżu  lądowiska  17AFO.  Jeśli  nie  liczyć  tarcz  przeciwpodmuchowych 
chroniących taras, stoliki stały na otwartej przestrzeni. Połowę miejsc zajmowali robotnicy portowi, 
urzędnicy z doków oraz członkowie załóg. Nikt z nich nie miał ochoty siedzieć zbyt blisko pary, 
którą stanowili policjantka wraz z pałacowym strażnikiem. I bardzo dobrze. 
    Oboje  wzięli  po  czubatym  talerzu  jedzenia,  zapłacili,  po  czym  przysiedli  w  kącie.  Po  drodze 
każde  dyskretnie  sprawdziło,  czy  w  polu  widzenia  nie  znajdują  się  paraboliczne  mikrofony.  Sten 
uśmiechnął się, widząc ten odruch u pani porucznik. Lisa zrobiła to samo. 
    -  Zanim  pan  zacznie,  kapitanie,  niech  spytam  -  odezwała  się  Haines  z  ustami  pełnymi 
przyrządzonej na ostro wieprzowiny. Chodzi panu o nie zniszczony boks? 
    Sten przytaknął niewinnie. 
    -  Dziękuję.  Też  zauważyłem,  że  eksplozję  ukierunkowano.  Przynajmniej  częściowo.  Miała 
spustoszyć całe wnętrze z wyjątkiem tego pomieszczenia. 
    - Słuszne spostrzeżenie, pani porucznik. 
    -  I  od  razu  nasuwa  się  pewne  pytanie.  Ocalały  boks  był  naszpikowany  urządzeniami 
antypodsiuchowymi. w życiu me widziałam aż tylu w jednym miejscu. Czy można jakoś wyjaśnić 
ten fakt? Skąd wziął się tak kosztowny sprzęt w podrzędnym portowym barze? 
    Sten  wyłożył  pracowniczce  wydziału  zabójstw  wszystko,  co  sam  wiedział  w  tej  sprawie. 
Przemilczał jedynie kwestię tożsamości Craigwela i planowanego spotkania z imperatorem. Liznął, 
że  kontakt  z  pałacowymi  służbami  dość  już  stresuje  panią  porucznik,  więc  nie  chciał  mnożyć  jej 
kłopotów. Gdy skończył, zaraz zmienił temat. 
    - A właściwie co to jest? - Oczami pokazał swój talerz wypełniony jedzeniem. 
    - Kimchi. Wieprzowina, ziemska kapusta, czosnek, pieprz i inne zioła. Wspaniałe danie, ale tego 
się nie wącha, to się spożywa. 
    - Czy teraz domyśla się pani, dlaczego nie użyto zwykłego ładunku rozpryskowego? 
    Haines  zaczęła  szukać  w  głowie  odpowiedzi.  Sten  sięgnął  do  kieszeni,  skąd  wydobył 
zniekształconą kulę od łożyska. Położył ją na stole, po czym rzekł: 

background image

    - Fala uderzeniowa była ukierunkowana. Miała zabić wszystkich w barze. Dla pewności dodano 
jeszcze to żelastwo. Tylko jeden boks uszedł cało. Kojarzy pani? 
    Lisa odsunęła talerz, splotła palce i zaczęła głośno myśleć. 
    - Zamachowiec chciał zabić obecnych w “Covenanter" gości z wyjątkiem tych, którzy znajdą się 
w boksie. Gdyby  Alain  i ten wasz wysłannik siedzieli  na swoich miejscach, skończyłoby się na... 
wstrząsie, może niewielkich zadrapaniach od drzazg. Nie odnieśliby żadnych poważnych obrażeń, 
prawda, kapitanie? 
    - Właśnie. 
    -  Zamachowiec  wiedział  o  tym  boksie...  i  że  Alain  będzie  tam  owej  nocy.  -  Haines  gwizdnęła 
bezgłośnie,  jednocześnie  sięgając  po  piwo.  -  A  zatem  morderstwa  dokonano  na  tle  politycznym. 
Jasny gwint! 
    Sten przytaknął ponuro i poszedł zamówić jeszcze dwa piwa. 
    - Sprawa wydaje się diabelnie złożona. Ktoś doskonale wiedział o każdym kroku Alaina. I to ze 
sporym wyprzedzeniem - orzekła policjantka, gdy Sten wrócił do stolika. 
    - Ma pani rację. Chociaż wcale mnie to nie cieszy. 
    -  Kurczę  pieczone  -  warknęła  Lisa.  -  Cholerni  politycy!  Czemu  nie  trafił  mi  się  jakiś 
sympatyczny seryjny morderca-gwałciciel? 
    Sten nie słuchał. Coś  mu zaświtało. Bez słowa wyszarpnął dziewczynie czytnik i zaczął  czegoś 
szukać w raporcie. 
    -  Zabójstwo  -  ciągnęła  coraz  bardziej  przygnębiona  Lisa.  -  Znaczy,  robota  zawodowca 
wynajętego przez kogoś siedzącego tak wysoko, że w życiu palcem go nie tkniemy. A ja wyląduję 
w zapadłym komisariacie za kołem podbiegunowym. 
    -  Może  jednak  nie  -  mruknął  Sten.  -  Jak  to  było  z  bombą?  Miała  najwyżej  ogłuszyć  Alaina, 
prawda? A co później? 
    - Trudno powiedzieć? 
    -  A  jednak.  Proszę  pomyśleć.  Czemu  ambulans  się  zjawił,  zanim  sierżant  wezwał  pogotowie? 
Czy nie sądzi pani, że... 
    Haines już zrozumiała. Nie dopiła nawet piwa, tylko pobiegła za Stenem do wozu. 
 
 
Rozdział jedenasty 
 
    Szpital portu Soward zdradzał osobliwe podobieństwo do nietypowej budowy ciała knidarianina 
- recepcjonisty urzędującego przed izbą przyjęć. Prowizoryczny punkt pierwszej pomocy rozrastał 
się  z  latami,  by  podołać  przypadkom  przywożonym  z  kosmodromu  i  jego  okolic.  Jednak  ruch 
nasilał się niemal z każdym dniem, a to statek runął przy lądowaniu, a to ktoś spadł z drabiny do 
kwasu. W efekcie szpital  też musiał  się rozbudowywać. Proces ten był  nader nieuporządkowany. 
Wedle  potrzeb  dodawano  kolejne  lądowiska  dla  ambulansów  czy  sale  zabiegowe,  niestety  coraz 
bardziej zaniedbując oddziały dla nieludzi. 
    Tym  sposobem  placówka  wyróżniała  się  nawet  na  tle  imperialnej  służby  zdrowia. 
Wszechwładnego  chaosu  nie  potrafiły  okiełzać  ani  komputery  dużej  mocy,  ani  precyzyjnie 
opracowany system kart identyfikacyjnych. 
    Sten  i  Haines  czekali  przy  wielkim  kręgu  recepcyjnym.  Zewnętrzną  jego  część  zalegały  sterty 
wszelkich  papierzysk,  w  wewnętrznej  zaś  mieścił  się  podłączony  do  sieci  komputer,  zapewne 
bardziej złożony niż strategiczne komputery armii. Pomiędzy blatami miotał się urzędnik, jeden w 
wielu  osobach,  gdyż  był  to,  jak  wspomnieliśmy,  knidarianin:  inteligentny  polip  żyjący  zawsze  w 
koloniach, zupełnie jak ziemskie koralowce. Osobnik naprzeciwko Stena, nazwijmy go polipem A, 
właśnie wyrwał z pasją jakąś wodoodporną dyskietką polipowi B i rzucił ją na drugi koniec recepcji 
innemu koledze (na oko polipowi R), usunął macki polipa C ze swojego terminala i wreszcie raczył 
zwrócić uwagę na dwójkę czekających ludzi. Głos miał charkotliwy i ponury, dziwnie pasujący do 
panującego wkoło szpitalnego szaleństwa. Jakieś odziane na biało indywidua przemykały z noszami 

background image

antygrawitacyjnymi. Pod ścianami stali, siedzieli albo leżeli nowi pacjenci, a ich krewni zawodzili i 
łkali rozgłośnie. 
    - Sami widzicie, co tu się dzieje? - warknął polip, bębniąc mackami w dno pustego pojemnika na 
pokarm. 
    -  Policja  -  rzuciła  sucho  Lisa  pokazując  swój  identyfikator.  Gdy  musnęła  kartę  wskazującym 
palcem, kwadrat z danymi zajaśniał przelotnie. 
    -  Znów  glina.  Niedawno  wasi  przywieźli  tu  jakiegoś  typa.  Krwawił  jak  pechowy  kosiarz. 
Oczywiście był zalany. Nie powiedział, że należy do związków, więc go posłałem do grobu. Skąd 
mogłem wiedzieć, że to związkowiec? Teraz mam jego fiszkę, historię zatrudnienia i inne takie, ale 
pewnie umrze, nim odwalę całą papierkową robotę. A wy w jakiej sprawie? 
    - Zeszłej nocy, około dwudziestej pierwszej, wysłaliście ambulans... 
    - Stąd wylatują tysiące ambulansów. Do czego było wezwanie? 
    - Do eksplozji. 
    -  Eksplozje  są  różne  i  różniste.  Pokładowe,  domowe,  skafandrowe,  radioaktywne...  Pomogę 
wam, jeśli wy mi pomożecie. 
    Haines  dała  polipowi  dyskietkę.  Stworzenie  zniknęło  za  blatem.  Po  chwili  wystawiło  nad 
krawędź jedną mackę z czytnikiem, resztą kończyn usiłowało wydusić z komputera jakieś dane. 
    -  Znalazłem.  Chodzi  o  ambulans  GE145.  Nie  podano,  kto  wzywał.  Widzicie,  z  kim  ja  muszę 
pracować? Kogo obchodzi porządek w aktach?! 
    - A gdzie dokładnie trafiliby poszkodowani, gdyby ich tu przytransportowano? - wtrącił się Sten. 
    -  Wreszcie  dobre  pytanie,  dziękuję,  stary.  Ponieważ  ambulans  wezwano  do...  przybytku 
pijaństwa... takie przynajmniej posiadam dane, to ofiary pewnie wylądowały w grobie. 
    - Grobie? 
    -  Oddział  nagłych  przypadków,  ludzie,  niezrzeszeni  -  wyjaśnił  krótko  polip  i  wyświetlił  na 
osobnym ekranie plan szpitala. Gmatwanina czerwonych linii oznaczała na nim korytarze. 
    -  Jesteście  tutaj.  Idźcie  w  to  miejsce.  -  Recepcjonista  wskazał  jakiś  punkt.  Może  dowiecie  się 
czegoś więcej. 
    - A dlaczego nazywacie ten oddział grobem? - spytał Sten. 
    -  Bo  tam  trafiają  wyrzutki  społeczne.  Samo  dno.  Kimkolwiek  byłeś  przedtem,  gdy  trafisz  do 
grobu, jesteś na dnie. 
     
    - GE145. Dziwne. - Internista przy biurku wydawał się bardziej niż zdumiony. - Nie ma zapisu, 
kto go wysłał, polecenie przyszło z zewnątrz. Trójka NN. Szczątki zatrzymano do sekcji. 
    - Jedno pytanie, doktorze. Przypuśćmy, że ten ambulans przywiózłby żywe ofiary, to co dalej? 
    - Zależy od rodzaju i stopnia obrażeń. 
    - Szok wywołany falą uderzeniową, drobne zranienia - podpowiedział Sten. 
    - Hmm... pewnie trafiliby do... muszę zerknąć na rozpiskę z nocy... do doktora Knoxa. 
    - Gdzie go znajdziemy? 
    - Niech sprawdzę... Dziś nie dyżuruje. Przykro mi. 
    - Ale jest na terenie szpitala? 
    - Nie, na pewno nie. Doktor Knox tak naprawdę nie należy do naszej ekipy. To wolontariusz. 
    - Macie z nim jakiś kontakt? 
    - Powinniśmy.... Nie. Niezwykłe. Nie posiadamy żadnych jego danych. 
    - To już dwie osobliwości. Chciałabym zobaczyć akta tego Knoxa. 
    - Przepraszam, pani porucznik, ale bez nakazu sądowego nawet policja... 
    - Służba imperialna - powiedział Sten, pokazując własną kartę identyfikacyjną. 
    - Oczywiście... - wyjąkał zaskoczony internista. - Przejdźmy do gabinetu. Skorzystamy z mojego 
terminalu. Genevieve? Zastąpisz mnie na chwilę? 
     
    Dziesięć minut później Sten wiedział, że wpadli na jakiś trop. 
    Dokładnie mówiąc, nie znaleźli absolutnie niczego i to właśnie należało uznać za ślad. 

background image

    KNOX  JOHN,  doktor  -  głosił  nagłówek  karty  zatrudnienia.  Z  pospiesznych  ustaleń  kapitana 
wynikało, że nikt taki nie ubiegał się w Centralnym Świecie o zezwolenie na praktykę. Wszelako 
“doktor  Knox"  przekonał  człowieka  lub  komputer  że  szpitala  Soward,  iż  takowe  posiada.  Adres 
domowy był fikcyjny, pod wskazanym numerem znajdowała się właśnie wyburzana posesja. Kiedy 
Sten dzwonił do jego “prywatnej kliniki", centrala łączyła z restauracją zajmującą ten sam lokal od 
prawie dziesięciu lat. 
    -  Wychodzi  na  to,  że  Knox  pojawił  się  znikąd  dwa  tygodnie  temu.  Wolontariusz...  -  mruknął 
Sten. 
    -  Miał  wspaniałą  opinię  jako  chirurg.  Świetnie  radził  sobie  z  nagłymi  przypadkami  -  wyjaśnił 
internista. - Sam przygotowywałem mu paru pacjentów. 
    - Jak wyglądał? 
    -  Wysoki  -  odparł  doktor  po  chwili  wahania.  -  Metr  osiemdziesiąt  pięć,  może  metr 
dziewięćdziesiąt.  Smukły,  typ  prawie  asteniczny.  Waga  około  siedemdziesięciu  kilogramów. 
Oczy... nie pamiętam. Był bardzo dumny ze swojej bujnej czupryny. Włosy miał siwe. Przysięgał, 
że naturalne. Czesał się z grzywką. 
    - Całkiem nieźle - pochwaliła Haines. - Nie chciał pan nigdy zostać policjantem? 
    - Czasem odnoszę wrażenie, że i tak nim jestem. 
    -  Powiedział  pan,  że  w  zasadzie  nie  należał  do  ekipy.  Czy  dlatego,  że  był  wolontariuszem?  - 
spytał Sten. 
    -  Nie.  Rzecz  w  tym,  że  raczej  nie  spotka  pan  tu  lekarzy  z  imperialną  licencją.  Płace,  warunki, 
liczba pacjentów i tak dalej. Więc gdy zjawi się ktoś tak dobry jak doktor Knoxi.. - Urwał nagle. - 
Jego gabinet! 
    - Miał własny? 
    - Jasne, wszyscy je mamy. Każdy dyżur to dwudniowy maraton. 
    - Gdzie jest ten pokój? 
    - Zaraz sprawdzę na planie piętra. 
     
    -  Bardzo  cenił  prywatność  -  mruknęła  Lisa.  -  W  karcie  podał,  że  nie  życzy  sobie  żadnego 
sprzątania, mechanicznego czy zwykłego. Może coś znajdziemy. 
    Sten nie podzielał optymizmu partnerki. Jednak jeśli naprawdę na nic nie trafią... W końcu stanęli 
przed wejściem do gabinetu tajemniczego chirurga. Lisa wyjęła z koperty kartę wstępu. 
    - Chwilę. Niech się pani odsunie - rzekł rozkazującym tonem Sten. Sprawdził framugę milimetr 
po  milimetrze.  Znalazł.  Tuż  nad  podłogą:  ledwo  widoczny  siwy  włos  przyciśnięty  drzwiami.  - 
Potrzebna nam grupa operacyjna  - powiedział. -  Najlepsza, jaką macie. Bez sapera. Bomby tu nie 
znajdą. Pokój proszę zapieczętować i nie otwierać do czasu przybycia ekipy. 
    Lisa  już  otworzyła  usta,  aby  rzucić  kapitanowi  parę  nieprzyjemnych  słów,  ale  nagle 
zasalutowała. 
    - Tak jest, sir. Coś jeszcze? 
    - Cholera jasna - sapnął Sten z rezygnacją. - Przepraszam. Nie chciałem gadać jak... 
    - Glina? 
    - Właśnie. 
     
    Pokój został zabezpieczony balonem, potem otwarty i ekipa weszła do środka. 
    Trzech  spindarów,  jeden  dorosły  i  dwóch  nieletnich  nijak  nie  pasowali  do  wyobrażeń  Stena,  a 
jednak  to  oni  tworzyli  najlepszą  w  okolicy  grupę  do  badania  śladów.  Najstarszy  osobnik  stanął 
pośrodku sypialni. Młodociani zaś, chwyciwszy rozmaite instrumenty, zaczęli węszyć po kątach. 
    W  pełni  rozwinięty  spindar  miał  dwa  metry  w  każdym  kierunku  i  przypominał  łuskowca. 
Spojrzał  z  niejaką  aprobatą  na  poczynania  podkomendnych,  pogmerał  coś  przy  własnym 
wyposażeniu,  powoli  podrapał  się  po  brzuchu,  a  następnie  siadł  na  tylnych  kończynach  w 
centralnym punkcie pokoju. Sapnął potem trzy razy na próbę i przedstawił się jako technik Bernard 
Spilsbury.  Prawdziwe  imiona  spindarów  były  bardzo  trudne  do  wymówienia,  ponieważ  ich 
artykulacja  wymagała  użycia  aż  dwóch  głośni.  Na  co  dzień  więc  przedstawiciele  tego  gatunku, 

background image

oczywiście  wyposażeni  przez  naturę  w  tak  nietypowy  aparat  mowy,  posługiwali  się  ludzkimi 
imionami dobieranymi wedle klucza profesji. 
    -  Wysoce  zdumiewające  -  orzekł  Spilsburg.  -  Nader  zadziwiające.  Przypomina  mi  to  pewną 
sprawę, którą prowadził kolega Halperin. Bardzo ciekawy przypadek. Chce pan posłuchać, aż moi 
protegowani nie skończą? 
    Sten spojrzał na Haines, ta wzruszyła ramionami. Spindar jednak nie czekał na odpowiedź. 
    -  Zdarzyło  się  to  na  jednym  z  pionierskich  światów  pogranicza.  W  tej  chwili  dokładnie  nie 
pamiętam, na którym. Para górników pokłóciła się o racje żywnościowe. Pierwszy poczekał, aż ten 
drugi założy kombinezon, i strzelił mu prosto w twarz. Ciało razem z ubraniem wcisnął do dyszy, 
włączył napęd... Spilsbury urwał w pół zdania i ruszył w kierunku jednego z niedorostków, który 
właśnie  coś  zaszczebiotał.  -  Przepraszam  na  moment  -  rzekł  technik,  wydobywając  z  torby  jakiś 
większy instrument. Sprawdził nim dokładnie posłanie. - Ciekawe, coraz ciekawsze. 
    - Jeśli już mowa o ciekawostkach - szepnęła Haines do Stena. - To czy nie zastanawia pana, kto 
przydzielił do rewiru tych z gwardii? Trzeba sprawdzić też, czemu ich tam posłano. A w ogóle to 
jestem panu winna piwo, kapitanie. 
    Oboje się uśmiechnęli. 
    Zanim  Sten  zdołał  odpowiedzieć  cokolwiek,  spindar  był  już  z  powrotem  przy  swoich 
słuchaczach. 
    - W ten sposób usunął oczywiście wszelkie dowody - powiedział. 
    - Znaleźliście coś? 
    - Nie, nie. Mówiłem o górniku. Na koniec rozhermetyzował statek, pozbył się pozostałych rzeczy 
zabitego  i  jakby  nigdy  nic  spokojnie  ruszył  dalej.  Gdy  kilka  miesięcy  później  wzięto  go  na 
przesłuchanie, stwierdził, iż leciał sam,  że wbrew pierwotnemu  zapisowi nie przewoził kompana. 
Ten  drugi,  tłumaczył,  spóźnił  się  na  start,  a  jemu  już  nie  chciało  się  zmieniać  manifestu.  I 
rzeczywiście, na pokładzie nie znaleziono żadnego śladu współpasażera. Halperin obliczył jednak, 
że pojedynczy człowiek nigdy nie pochłonie takich ilości pożywienia, jakie zniknęły z magazynu 
kambuza. Górnik wciąż się nie przyznawał. Przysięgał tylko, że jest wielkim obżartuchem. Żałosne. 
    - I co potem? - spytał Sten, choć zdawało się, że spindar zakończył opowieść. 
    -  Patrole  z  pogranicza  podeszły  do  sprawy  dość  pragmatycznie.  Kupiono  stosowną  ilość  racji 
żywnościowych,  posadzili  delikwenta  na  wprost  tej  góry  żarcia  i  dali  trzydzieści  dni  na 
skonsumowanie  wszystkiego.  Miał  dać  trawienny  dowód  niewinności.  Naprawdę  żałosne.  - 
Przerwał  na  chwilę  i  omiótł  sufit  kolejnym  przyrządem.  -  Na  trzeci  dzień  podejrzany  zmarł  z 
przejedzenia.  Ludzie  miewają  dziwne  poczucie  sprawiedliwości.  Obecny  przypadek  -  ciągnął, 
usadowiwszy  się  ponownie  -  jest  jeszcze  bardziej  interesujący.  Niczego,  dosłownie  niczego  nie 
znaleźliśmy. 
    Sten uznał, że oto uczynił pierwszy wielki krok wiodący ku odnalezieniu podejrzanego doktora 
Knoxa. 
 
 
Rozdział dwunasty 
     
    - I co właśnie wynika z tej niewiedzy, kapitanie? - spytał Wieczny Imperator. 
    Jego  Wysokość  wyglądał  na  spokojnego,  ale  Sten  wolał  nie  przeciągać  spotkania  ponad  miarę. 
Na wszelki wypadek nie próbował też zbaczać z tematu. 
    - Knox zabronił sprzątać swój pokój. Nie chciał, aby jakiekolwiek drobiny mogące dowieść jego 
tożsamości osiadły w odkurzaczach. Przynajmniej ja tak sądzę. Nie znaleźliśmy odcisków palców, 
złuszczonego naskórka, śladów uryny w pościeli, plam potu czy tłuszczu na poduszce. Nawet kapa 
na łóżko jest sterylnie czysta. 
    - Dziękuję, kapitanie. Rozumiem, że technicy skrupulatnie przebadali gabinet. Ale jakie są z tego 
wnioski? 
    Sten  wytłumaczył  pokrótce,  że  Knox  nie  tylko  sam  sprzątnął  pokój,  ale  użył  jeszcze  różnych 
wymyślnych przyrządów do usuwania mikrośladów. 

background image

    - Zatem ten wasz... Knox był kimś więcej niż tylko dobrym lekarzem. 
    -  Właśnie  -  stwierdził  ostrożnie  Sten.  -  Haines,  znaczy  policjantka,  która  prowadzi  sprawę  z 
ramienia komendy, obserwuje teraz wszystkich nader zdolnych lekarzy. 
    - Jeśli Knox jest naprawdę taki świetny, to pewnie nie pochodzi z tej planety. 
    - Haines przegląda też listy przylotów z ostatniego roku. 
    - Powodzenia. Wątpię jednak w pozytywne rezultaty tych zabiegów. 
    - Ja również. Dlatego pracujemy dwukierunkowo. Szukamy zamachowca. 
    Imperator wzruszył ramionami. 
    - Skóro jeden okazał się być zawodowcem, to  czemu przypuszczać, że ten od bomby okaże się 
gorszy? 
    -  Bo  to  właśnie  on...  -  Sten  już  miał  powiedzieć  “spieprzył  robotę",  ale  ugryzł  się  w  język  i 
dokończył: - ... popełnił błąd. 
    Imperator pomyślał przez chwilę. 
    - Dobra. Idźcie tym tropem. To wszystko? 
    Sten przytaknął. Jak długo Haines nie zdobędzie więcej informacji na temat obecności patrolu w 
okolicy “Covenanter", lepiej nie ruszać tematu. 
    - No to jeszcze jedno, Sten. Tylko do pańskiej wiadomości. Pierwszy sekretarz ambasady Tahn 
poprosił  o  audiencję.  Chyba  obaj  się  domyślamy,  o  co  spyta.  A  ja  chciałbym  mieć  mu  coś  do 
powiedzenia. Rozumiemy się, kapitanie? Może pan odejść. 
 
Rozdział trzynasty 
 
    Sten  musnął  palcem  detektor  zamka  skrzynki  na  listy,  a  następnie  wygarnął  z  niej  zawartość. 
Zwykłe  śmieci:  Dziennik  Gwardzisty,  Przegląd  Wojskowy,  wewnętrzna  gazetka  pałacowa,  lista 
ostatnio nominowanych osób, reklama jubilera wytwarzającego militarne błyskotki. Wszystko to od 
razu poszło do kosza. Sten schował do sakwy przy pasie zaległy rachunek od krawca mundurowego 
i już miał zamknąć skrzynkę, gdy dojrzał coś jeszcze. Zdumiony, wyłowił kopertę z prawdziwego 
papieru. 
    Na przodzie widniał wykonany ręcznie napis: “Kapitan Sten, Pałac". Gdy szef ochrony zajrzał do 
środka, znalazł jedną pustą kopertę i dwie luźne kartki. Pierwsza zawierała tekst następującej treści: 
    MARR oraz SENNMają zaszczyt zaprosićna uroczysty obiadwydany ku czci  
    KAIA HAKONE'ARSVP GOŚĆ 
    Kapitan w osłupieniu gapił się na zaproszenie. Oczywiście znał Marra i Senna, byli pałacowymi 
dostawcami wiktuałów i arbitrami tutejszej socjety. Spotkał ich raz tylko, na dodatek służbowo, ale 
i tak zaintrygowali go osobliwym poczuciem rubasznego humoru, a także swoistym ciepłem, które 
roztaczali  wkoło.  Sten  przez  moment  się  zastanawiał,  jakim  cudem  zwykły  kapitan,  na  wysokim 
wprawdzie stanowisku, dostał zaproszenie na imprezę stanowiącą towarzyską atrakcję sezonu. 
    Wszystko  wyjaśniała  trzecia,  również  ręcznie  skreślona  karta.  Zawierała  tylko  jedno  zdanie: 
“Czas, by dawni przyjaciele znów się spotkali." Podpisano: Sofia. 
    No tak. Pamiętał burzliwy romans, jaki na krótko ich połączył. To Sten sprawił, że dziewczyna 
opuściła  Nebtę  tuż  przed  całą  awanturą.  Potem  stracił  ją  z  oczu,  ale  też  nie  widział  żadnego 
powodu, dla którego miałby utrzymać znajomość. 
    Uznał,  że  musi  poszukać  mądrej  rady.  Duchowe  zwierzchnictwo  nad  funkcjonariuszami  służb 
pałacowych  sprawował  Wielki  Szambelan,  emerytowany  admirał  floty  Mik  Ledoh,  serdeczny 
dziadunio. Sten na wszelki wypadek przejrzał już kiedyś akta starszego pana. 
    Ze  sto  lat  wcześniej  był  to  ognisty  oficer.  Dosłownie.  Podczas  powstania  na  Palafox  otrzymał 
zadanie  przeprowadzenia  pomniejszego  desantu.  Zadanie  wydawało  się  łatwe,  ale  wywiad  źle 
wypełnił  swe powinności,  więc ostatecznie okazało  się bardzo trudne. Planety bronił cały system 
stacji  orbitalnych.  Ledoh  nakazał  szybką  przeróbkę  transportowców  na  jednoosobowe  “żywe" 
pociski  nuklearne,  po  czym  sam  poprowadził  atak.  On  i  jeszcze  trzech  pilotów  zdołało  w  porę 
katapultować kapsuły. 

background image

    Następne  kilkadziesiąt  lat  uczyniło  z  Ledoha  najlepszego  we  flocie  specjalistę  od  desantów. 
Awansował  bardzo  szybko  jak  na  kogoś,  kto  zasadniczo  zajmował  się  logistyką.  Podczas  Wojen 
Muellera występował już w randze admirała floty. 
    Wojny Muellera były jednym z najpaskudniejszych konfliktów, w jakie imperium kiedykolwiek 
się zaangażowało. Poważne operacje ogarniały czasem nawet tuzin światów równocześnie. Ledoh 
dowodził  lądowaniami  w  systemie  Crais.  Odznaczył  się  wielką  troską  o  żołnierza  i  niechęcią  do 
zbytecznego  przelewania  krwi;  zwyciężył  przy  minimum  ofiar.  Inne  bitwy  kończyły  się  wtedy 
stratami rzędu pięćdziesiąt-siedem-dziesiąt procent stanu wyjściowego. 
    Po podpisaniu pokoju Ledoh zafundował sobie kilka lat urlopu, potem przeniósł się na Centralny 
Świat.  Gdy  poprzedni  Wielki  Szambelan  na  zawsze  zamknął  oczy  (skutkiem  przejedzenia  się 
wędzonymi  węgorzami),  Ledoh  został  uznany  przez  wszystkich  za  jedynego  kandydata  na  to 
stanowisko. Posiadał bowiem nie tylko wielkie doświadczenie bojowe, ale także bystry umysł. 
    Sten  nigdy  nie  zdołał  pojąć,  jakim  sposobem  admirał  ogarniał  tak  wiele  spraw  (oficjalnych  i 
zakulisowych)  dziejących  się  w  pałacu  rozległym  niczym  średniej  wielkości  miasto.  I  jeszcze 
potrafił  być  życzliwy  dla  otoczenia.  Kapitan  dziękował  losowi,  że  jego  obowiązkiem  jest  tylko 
ochrona imperatora oraz nadzór nad oddziałem złożonym z półtorej setki gurkhów. 
    Sten wszedł do gabinetu duchowego zwierzchnika i zatrzymał się zaraz za progiem. 
    Ledoh, pułkownik Fohlee (dowódca pretorian) i Arbogast, pałacowy płatnik, stali przed wielkim 
ściennym ekranem. 
    -  Pułkowniku,  nie  zamierzam  wtrącać  się  w  sprawy  wojskowe  -  mówił  Arbogast.  -  Chciałbym 
tylko  na  prośbę  naszego  władcy  wyjaśnić  kwestię,  cytuję:  “niezwykle  wysokiego  współczynnika 
dezercji" odnotowanego ostatnio w pańskiej jednostce. 
    - A czego imperator się spodziewał, gromadząc tyle młodego wojska w jednym miejscu podczas 
święta? Hormony robią swoje, a chłopaki nie są z drewna. 
    -  W  tej  materii  też  nie  czuję  się  ekspertem  -  wyjaśnił  Arbogast.  Fohlee  spojrzał  na  płatnika 
wilkiem.  Obaj  panowie  wyraźnie  nie  cierpieli  się  wzajemnie.  Ledoh  uznał,  że  pora  na  próbę 
mediacji. 
    -  Tylko  w  tym  miesiącu  zdarzyły  się  cztery  przypadki  ucieczki  z  jednostki,  pułkowniku.  Może 
winien pan staranniej dobierać kandydatów na pretorian. 
    - Niby jak? Osobiście sprawdzam wszystkich. Ja, albo mój adiutant. 
    - Nikt nie próbuje pana obwiniać, pułkowniku - wyrwał się Arbogast. - Ale meldunki informują 
jednoznacznie,  że  w  ostatnim  roku  zniknęło  prawie  czterdziestu  pańskich  podkomendnych.  Na 
dodatek ani jeden z mężczyzn nie wrócił, żadnego też nie udało się aresztować. Imperator sądzi, że 
coś jest nie w porządku. 
    - Ja również tak uważam - warknął Fohlee. - Zwracamy baczną uwagę na problem dezercji. 
    - Może zbyt wiele wymagamy od tych młodych żołnierzy - podsunął Ledoh. 
    - Może - odparł zimnym tonem Fohlee. - Sam się tym zajmę. 
    - Dziękuję, pułkowniku. Przekażę imperatorowi, że poczuwa się pan do pełnej odpowiedzialności 
za rozwój wydarzeń. - Arbogast zebrał przyniesione przez siebie akta, skłonił się Ledohowi, potem 
Stenowi i odszedł ku zatłoczonym kancelariom. 
    -  Cholerny  urzędas  -  warknął  Fohlee,  odwrócił  się  i  dopiero  wtedy  zauważył  Stena.  -  Witam 
kapitanie. 
    - Dzień dobry, pułkowniku. 
    - Próbowałem złapać pana przez cały dzień. 
    - Przepraszam za długą nieobecność, ale zostałem oddelegowany do specjalnego zadania. 
    -  Nie  wątpię  -  sarknął  Fohlee.  -  Przyjrzałem  się  gurkhom,  kapitanie.  Wprawdzie  nigdy  nie 
wtrącam się w cudze kompetencje, jednak tym razem chciałbym zwrócić panu uwagę, że niektórzy 
pańscy podkomendni wykazują zaniedbania we własnym wyglądzie. 
    - To prawda, gurkhowie nie przykładają się zbytnio do czyszczenia butów. 
    - Nie tylko do tego. A ja z doświadczenia wiem, że każdego żołnierza można nauczyć dbałości o 
swoją prezencję. Miałem pod sobą przedstawicieli wielu ras i wszyscy szybko pojmowali, na czym 
polega wojskowa elegancja. 

background image

    Chociaż Fohlee nie był przełożonym Stena, to kapitan uznał, że zawsze lepiej nie wdawać się w 
pyskówki ze starszym oficerem. 
    - Dziękuję za te słowa krytyki. Wezmę je sobie do serca - odparł służbiście Sten. 
    Fohlee  skinął  sztywno  głową,  wstał,  strzelił  obcasami,  chwycił  ze  stołu  teczkę,  zasalutował 
Ledohowi i obojętnie minął szefa ochrony. 
    Admirał  poczekał,  aż  stukot  podkutych  butów  umilknie  w  dali  korytarza,  i  uśmiechnął  się  do 
Stena. 
    - Spocznij, młodzieńcze. Z czym przychodzisz? Kapitan wciąż patrzył na drzwi. 
    - Nie przejmuj się pułkownikiem. Gryzą go problemy. 
    -  Rozumiem.  Ale  to  nie  moja  wina,  że  jego  ołowiane  żołnierzyki  masowo  wybierają  wolność. 
Dlaczego więc się mnie czepia? 
    - Z zazdrości. 
    - Słucham? 
    -  Pułkownik  nie  pojmuje,  czemu  imperator  tak  nisko  ceni  jego  pretorian.  Fohlee  czuje  się  nie 
dowartościowany.  Uważa,  że  nie  gurkhowie  lecz  pretorianie  powinni  odpowiadać  za 
bezpieczeństwo władcy. 
    Sten zamrugał oczami. 
    - Przepraszam, bez obrazy, ale to czysta głupota. 
    -  Nic  nie  przewyższy  głupoty  okazywanej  przez  zawodowego  żołnierza  w  czasie  pokoju,  mój 
synu. A teraz słucham. 
    - W zasadzie przychodzę prywatnie. W osobistej sprawie. 
    -  Ho,  ho  -  mruknął  Ledoh  i  musnął  przycisk  na  biurku.  Drzwi  zamknęły  się  cicho.  Od  strony 
korytarza zajaśniał na nich napis: KONFERENCJA. NIE PRZESZKADZAĆ. - Która godzina? 
    Sten zerknął na zegarek. 
    - Siedemnasta czterdzieści cztery. 
    Staruszek  odetchnął  z  ulgą,  po  czym  wyłowił  z  głębi  biurka  piersiówkę  oraz  dwa  metalowe 
kubeczki. 
    - Zapraszam cię do skosztowania, pewnego trunku. Nasz Wieczny Destylator nazywa to szkocką. 
    - Hm. Nie skończyłem jeszcze służby. 
    - W takim razie skorzystam z moich prerogatyw i jako szambelan tego przybytku stwierdzam, że 
już masz wolne. 
    Sten uśmiechnął się blado, Ledoh zaś napełnił kubeczki i rzekł. 
    -  Nie  wiem,  dlaczego  Jego  Wysokość  nieustannie  uszczęśliwia  mnie  tymi  szczynami.  -  Gdy 
wypili,  admirał  zachęcił  kapitana  do  przedłożenia  sprawy,  z  jaką  ten  przyszedł.  -  No  dalej, 
młodzieńcze - powiedział ciepłym głosem. 
    Sten pokazał kartkę od Marra i Senna. Szambelan aż uniósł brwi ze zdumienia. 
    - Ale masz szczęście, synu. Mnie nie zaprosili. Sten dodał jeszcze bilecik. 
    - Teraz rozumiem. Co to za Sofia? 
    - Taka jedna. Kiedyś się przyjaźniliśmy. 
    - Wszystko zaczyna pasować. Nalej sobie, chłopcze. Sten posłuchał, a Wielki Szambelan zaczął 
wywód: 
    - Po pierwsze, fama niesie, że to przyjęcie będzie przebojem sezonu... 
    - Przepraszam, ale ja nie znam żadnego Hakone'a? - wtrącił Sten, uznając, że do takiej ignorancji 
może się przyznać. 
    - No wiesz! Młodsi oficerowie powinni stanowczo więcej czytać. To pisarz. Dramaturg. Bardzo 
kontrowersyjny.  Swoją  uwagę  skupia  na  wojsku,  lecz  jego  spojrzenie  na  formacje  militarne  jest 
mocno nieortodoksyjne.  Gdyby nie łagodne usposobienie naszego imperatora, Hakone już dawno 
zostałby skazany za zdradę. 
    - To wiele wyjaśnia. 
    -  To  niczego  nie  wyjaśnia,  młody  człowieku.  Imperator  do  pewnego  stopnia  patronuje 
dysydentom, jak zapewne miałeś okazję przekonać się podczas święta. Lubi nawet oficerów, którzy 
nie boją się myśleć samodzielnie. 

background image

    - Powinienem więc iść? 
    -  Oczywiście.  Takie  zaproszenia  sprzyjają  karierze.  Istnieje  tylko  jeden  problem.  Ta  młoda 
dama... Sofia. 
    - Właśnie - westchnął Sten. 
    - Nie chcę być wścibski, ale ty chyba nie pałasz do niej gorącym uczuciem? 
    - Trudno powiedzieć. 
    - Zatem faktycznie mamy problem. O, nasze naczynia są puste. Dziękuję. Wiedz, że Marr i Senn 
prowadzą otwarty dom. Zajmują się również swataniem. 
    - No pięknie! - parsknął Sten i omal nie wylał szkockiej. 
    - Sam widzisz. Skoro pozwolili tej Sofii wysłać zaproszenie, znaczy że jest ona ich, hm, klientką. 
    - A ja... - jęknął Sten. 
    - Oczywiście, kapitanie. Zostałeś uznany za stosowną partię. Podejrzewam, że Sofia wywodzi się 
z  arystokracji  jakiejś  prowincjonalnej  planety.  Zapewne  też  posiada  pokaźny  majątek.  W  takiej 
sytuacji  może  zależeć  jej  na  małżeństwie  z  kimś,  kto  cieszy  się  sławą  bohatera,  zajmuje 
odpowiednie stanowisko w pałacu, a co najważniejsze, doszedł tych zaszczytów w całkiem młodym 
wieku. 
    - Nie idę! 
    -  Nie  popadaj  w  skrajności.  Pomyśl  tylko.  Zaproszenie  jest  na  dwie  osoby,  prawda?  Tutaj,  w 
prawym  rogu  widnieje  słowo  “gość",  co  oznacza,  że  możesz  zabrać  kogoś  ze  sobą.  Poszukaj 
stosownej młodej damy, jakiejś piękności w twoim guście i już. To powinno ochłodzić zapały Sofii. 
    Sten, wychyliwszy trunek, smutno pokiwał głową. 
    - Admirale, od kiedy tu przyleciałem, świata nie widzę poza pracą. Jakie dziewczyny! Nie znam 
żadnej na tej planecie, o stosownej nie wspominając. 
    - Cóż, w takim razie niewykluczone, że imperator zechce poprowadzić pannę młodą do ołtarza. 
    Sten zbladł jak ściana. 
     
 
  Rozdział czternasty 
 
    Wieża  wznosiła  się  w  powodzi  świateł  wieńczących  długą  i  wąską  dolinkę.  Wóz  grawitacyjny 
przemknął nad granią, omiótł przestrzeń reflektorami, zwolnił na moment (gdy automatyczny pilot 
orientował się w terenie) i poszybował nad wypełniającą wąwóz aleją. Chwilę później podszedł do 
lądowania przed wieżą. Inne pojazdy ruszyły jego śladem. 
    Wieża stanowiła wyraz ultranowoczesnych artystowskich zamiłowań Marra i Senna. Kosztowała 
ich połowę posiadanego kapitału. Szeroka u podstawy, zwężała się ku szczytowi, gdzie wieńczył ją 
niewielki taras z basenem i ogródkiem. Cała konstrukcja była zbudowana z metalu, kryształów oraz 
różnych minerałów. Gospodarze najwyraźniej nie gustowali w zwykłych materiałach. Ściany miały 
po  pierwsze  mile  reagować  na  światło,  po  drugie  szokować.  Na  fasadzie  owalne  wypukłości 
sąsiadowały  z  płytami  przyciętymi  w  idealny  kwadrat.  Głównym  elementem  architektonicznym 
pozostawało  jednak  światło:  rozmigotana  czerwień  sygnalizująca  zmiany  emocji,  połyskujący 
piżmowy  błękit  dzikiej  puszczy  i  jeszcze  inne  barwy  harmonizujące  z  niestałą  pogodą  dolinki. 
Pewne  punkty  świetlne  co  chwilę  przebiegały  całe  spektrum  tęczy,  niektóre  zaś  godzinami 
podawały ten sam ton. 
    Marr wraz z partnerem zwali to miejsce swoim domem i dawno już przestali się nim zdumiewać. 
Tej  nocy  światła  były  wyjątkowo  ożywione.  Goście  przybywali  jeden  po  drugim.  Zbliżała  się 
godzina rozpoczęcia bardzo szczególnej imprezy. 
     
    Sten  bezskutecznie  próbował  odchrząknąć.  Cokolwiek  robił,  buła  w  gardle  tylko  rosła.  Na 
dodatek  uszy  płonęły  mu  ogniem,  a  stopy  lodowaciały  jak  zamrażane.  Język  zdrętwiał. 
Jednocześnie  kapitan  gorączkowo  myślał,  co  właściwie  ma  zrobić  z  tą  wspaniałą  istotą,  obecnie 
przyciskającą  się  do  jego  torsu.  Ręce  trzymał  po  obu  bokach  kobiety,  niepewny,  czy  chce  ją 
przytulić czy może wręcz odwrotnie. Podjęcie decyzji utrudniała emanowana przez niewiastę woń, 

background image

delikatny  zapach  piżma.  Pachnidło  było  tak  skomponowane,  by  poruszyć  każdego  osobnika  płci 
męskiej  z  nieboszczykami  włącznie.  Ostatecznie  Sten  położył  dłonie  na  biodrach  zjawiskowej 
piękności, ścisnął je delikatnie, a następnie nieco odsunął dziewczynę od siebie. 
    - Hm... Ja też się cieszę, moja droga - powiedział z trudem.  
    Sofia odstąpiła o krok i popatrzyła na Stena wilgotnymi oczami. Kapitan stwierdził, że jest w tym 
spojrzeniu  cokolwiek  więcej  niż  podziw.  Natychmiast  pożałował,  że  przepisy  mundurowe 
zabraniają noszenia jakiejkolwiek bielizny pod uniformem gurkhów. 
    Dziewczyna znów miękko przytuliła się do swego dawnego kochanka. 
    - Tyle czasu... - wyszeptała mu czule do ucha. - Najdroższy... mogłabym... sam wiesz... 
    Jasne, że wiem, pomyślał. Dobrze pamiętał chwile spędzone w jej towarzystwie. Problem w tym 
tylko, że ujrzawszy Sofię na przyjęciu, ledwo rozpoznał dziewczynę. Nie, widok nadal był miły dla 
oka, jednak drastycznie różnił się od tamtego wizerunku spontanicznej dziewiętnastolatki z krótko 
przyciętymi  ciemnymi  włosami  oraz  ciekawymi  świata  oczami.  Teraz  stanęła  przed  nim 
chirurgicznie  udoskonalona  kobiecość  z  lśniącą  kaskadą  włosów  sięgających  za  pośladki  i 
służących jednocześnie za całe odzienie. Zgodnie z najnowszą modą dama paradowała nago. Skórę 
tu i ówdzie przyozdabiał barwny makijaż. Tak czy inaczej nadal była to Sofia, zmieniona, ale z tym 
samym, pożądliwym spojrzeniem. 
    Sten pożałował z całej duszy, że kiedyś pomógł jej dostać się na dwór imperatora. 
    -  Wspaniale  wyglądasz...  -  powiedział  ponownie  próbując  nieco  odsunąć  dziewczynę. 
Oczywiście nie miał nic przeciwko przytulaniu gołych panien, wolał jednak robić to bez świadków. 
    -  Nie  widzieliśmy  się  całe  wieki.  Musimy  porozmawiać  -  stwierdziła  Sofia,  uwieszając  się  na 
ramieniu kapitana. - Poszukajmy jakiegoś spokojnego miejsca. 
    Sten dopiero po niewczasie uświadomił sobie, że idzie za Sofią niczym posłuszny, mały piesek. 
    - Przyniosłam drinki - rozległo się nagle z tyłu. Znajomy głos brzmiał jak wybawienie. - Nawet 
nie zdajesz sobie sprawy, jakie zmyślne są te maszynki do trunków... 
    Sten  obrócił  się  i  podziękował  niebiosom.  Przed  nim  stała  porucznik  policji  Lisa  Haines.  W 
dłoniach dzierżyła dwie szklanki, a jej oblicze wyrażało nader mieszane uczucia. 
    Sten  poczuł  się  jak  niedoszły  topielec  w  ostatniej  chwili  wyciągnięty  z  wody.  Z  całych  sił 
wczepił zdrętwiałe palce w rzuconą mu linię. 
    - Liso, poznaj moją znajomą, pannę Parral - powiedział ciut nienaturalnym głosem. 
    Sofia chłodno spojrzała na przybyłą, a Sten dokończył prezentację: 
    - Sofio, oto porucznik Haines. Jest, hm... znaczy my... Lisa podała rękę nagiej kobiecie. 
    -  Jestem  gościem  Stena,  jego  nową  przyjaciółką  -  miauknęła.  -  Miło  mi  poznać  swoją 
poprzedniczkę. Na ile znam kapitana, to na pewno nas obie wiele łączy. 
    Sofia sztywno odzwajemniła uścisk dłoni. 
    -  Tak.  Niewątpliwie  -  odparła  i  spojrzała  na  Stena  wzrokiem  zdolnym  obracać  w  kamień.  - 
Wybacz,  ale  nie  mogę  zaniedbywać  reszty  towarzystwa.  Może  później  znajdziemy  chwilę  na 
rozmowę. 
    Obróciła  ku  niemu  zgrabne  tylne  rejony  i  odpłynęła.  Sten  nie  miał  pewności,  co  właściwie 
zostało  mu  oszczędzone,  ale  wcale  nie  pragnął  sprawdzać.  Odruchowo  sięgnął  po  szklankę  z 
trunkiem i jednym haustem wychylił zawartość. 
    - Nie wiedziałam, że znasz tu kogoś. 
    Sten poszukał drugiego drinka. Gdy tylko policjantka mu podała, wypił czym prędzej. 
    -  Parę  osób.  -  Uśmiechnął  się  z  ulgą,  tętno  wracało  do  normy.  -  No,  powiedzmy:  jedną.  Tylko 
jedną. I to wystarczy. 
    Spojrzał  ciepło  na  Lisę.  Ubrana  w  białą  suknię  z  wycięciami  we  właściwych  miejscach, 
wyglądała naprawdę atrakcyjnie. Funkcjonariuszka odebrała od niego puste szklanki. 
    -  Chodźmy  po  nowe  drinki  -  stwierdziła.  -  Miły  wieczór.  Mam  nadzieję,  że  to  już  koniec 
niespodzianek. Co.  
    - Jasne. Nie będzie już żadnych. 
     
    Sten mylił się jednak. 

background image

    Kilka chwil później, gdy odszukali już barmana, orkiestra wzięła się do pracy. Lisa stała blisko 
kapitana, a na parkiecie było dość miejsca do tańca. Muzykanci grali coś wolnego na trzy czwarte? 
    Szef ochrony skłonił się przed policjantką i poprowadził ją na parkiet wykonany z polerowanej 
na błysk metalowej płyty. Tak, dobry pomysł, stwierdził w duchu. 
    Kiedy  tańczyli,  a  szło  im  niezgorzej,  Sten  powoli  pojmował,  czemu  przyjęcia  u  Marra  i  Senna 
niezmiennie uchodziły na nader udane. 
    Zespół  zaczął  właśnie  wariacje  na  temat  głównej  melodii,  kiedy  jakaś  uczynna  ręka  włączyła 
ukryte generatory. Zaskoczeni tancerze unieśli się w powietrze. 
    Sala balowa nagle stała się czymś w rodzaju orbitalnego centrum akrobatycznego. 
    Sten,  który  już  nieraz  doświadczył  stanu  nieważkości,  ujrzał  Lisę  mijającą  go  w  skołtunionej 
przy pasie sukni. Dziewczyna szybowała ku sufitowi.  Zdołał  złapać ją za kostkę, potem chwyt  za 
chwytem dotarł do talii. 
    Bladą twarz Lisy rozjaśnił lekki uśmiech. 
    - Ale się trafiło - mruknęła. 
    Sten  nie  wiedział  dokładnie,  niby  co  i  komu  miało  się  trafić,  ale  uznał,  że  trzeba  korzystać  z 
okazji. 
    Pocałunki w stanie nieważkości smakowały tak samo jak w zwykłych warunkach, tyle że więcej 
wydzielało się przy nich śliny. 
    Nie tracąc głowy, Sten podkurczył nogi i poczekał na stosowny moment, aby dotrzeć do parkietu. 
Parę sekund później nadpłynęła w ich kierunku jakaś zażywna matrona. 
    Jejmość miała wystarczającą masę, by przy odpowiednio silnym kopnięciu posłużyć za platformę 
startową  w  kierunku  podłogi.  Gdy  znaleźli  się  już  niedaleko  metalowej  płyty,  Sten  wypchnął 
dziewczynę w zasięg normalnej siły ciążenia, potem ona wyciągnęła go z pola McLeana. 
    - Niezła imprezka - sapnął. 
    -  Całkiem,  całkiem  -  odparła  półgębkiem  Lisa.  -  Czy  nieważkość  zawsze  działa  na  ciebie  jak 
afrodyzjak, kapitanie? 
     
    - Miłość heteroseksualna przybiera naprawdę osobliwe formy  - szepnął Marr, obserwując Stena 
lądującego obok Lisy. 
    - Tak, może to być na przykład spacer nocą wśród listowia - dodał Senn. 
    - Powinniśmy wziąć tych dwoje pod nasze skrzydła i... Sir Hakone! Jaki zaszczyt! 
    Poeta podszedł nie zauważony. Upił nieco ze szklanki, po czym rzekł: 
    - Czy jako gość honorowy mogę pozwolić sobie na mały komentarz? 
    Senn szeroko otworzył oczy w udawanym zdumieniu. 
    - Coś nie w porządku? 
    -  Biorąc  pod  uwagę,  że  przyjęcie  wydano  na  moją  cześć,  to  widzę  tu  zbyt  wielu  ludzi,  którzy 
chętnie starliby mnie na proch. 
    -  Zaproszenia  zostały  rozesłane  przed  premierą  pańskiego  ostatniego  przedstawienia  -  wyjaśnił 
Marr. - Nie wiedzieliśmy jeszcze... 
    - Pewnie - przerwał mu oschle Hakone. - Zbyt dobrze was znam. Sądzicie, że nic tak nie ożywia 
imprezy jak porządna bijatyka. 
    - Proszę nas nie obrażać! - syknął Senn. 
    -  Niech  tam  -  stwierdził  obojętnie  Hakone.  Osuszył  szklaneczkę  i  przechwycił  następną  z 
przepływającej obok tacy.  - Dla mnie podobne bale to spotkania grupy dobrych znajomych, osób 
połączonych zbliżonymi zainteresowaniami. Niestety, w tej materii mocno się różnimy. 
    - Tak, powinniśmy zaprosić całą kompanię starych wiarusów - odezwał się pojednawczo Marr. - 
Siedzieliby wkoło i pili pod wspomnienia o utraconej w boju młodości. 
    Hakone  zmusił  się  do  uśmiechu.  Dramaturg  miał  na  sobie  dopasowane,  całkowicie  czarne 
spodnie i równie ciemną tunikę. 
    - Widzę, że się nie dogadamy - rzekł zrezygnowanym tonem. - Ale, jest tu ktoś, kogo chciałbym 
poznać. 
    - Czyżbyśmy zaniedbali obowiązki gospodarzy? Którego z gości zapomnieliśmy przedstawić? 

background image

    - Jego. 
    Hakone  wskazał  na  Stena.  Kapitan  w  pełni  już  odzyskał  równowagę  i  rozglądał  się  za  jakimś 
napitkiem. 
    Obaj  milchenowie  byli  zdumieni.  Marr  spojrzał  znacząco  na  Senna,  potem  wziął  Hakone'a  za 
rękę i podprowadził do szefa ochrony. 
    - Kapitan Sten? 
    Dowódca  oddziału  gurkhów,  który  właśnie  zamierzał  ponownie  pocałować  Lisę,  odwrócił  się  i 
nieprzyjaźnie  spojrzał  na  intruzów.  Szczęśliwie  przestudiował  wcześniej  stosowne  akta  w 
pałacowej kartotece, więc od razu poznał, z kim ma do czynienia. 
    - Sir Hakone. - Sten skłonił się lekko. 
    -  Ten  oto  młodzieniec  daleko  zajdzie  -  powiedział  Marr.  -  Przynajmniej  my  tak  uważamy. 
Kapitan Sten i... 
    -  Lisa  Haines.  -  Jak  większość  dobrych  gliniarzy  dziewczyna  nie  spieszyła  się  z  ujawnianiem 
swej profesji. 
    Hakone uśmiechnął się do pięknej kobiety i jednoznacznym, wszelako uprzejmym gestem dłoni 
wyłączył Lisę oraz obu gospodarzy z rozmowy. 
    - Pan dowodzi ochroną osobistą imperatora, prawda?  
    Sten przytaknął. 
    - To chyba ciekawe zajęcie. 
    - Coś nowego... - odparł ostrożnie Sten. 
    - Nowego? A co pan robił przedtem? 
    Kapitan  nie  mógł  oczywiście  wspomnieć  ani  słowem  o  służbie  w  Sekcji  Modliszki.  Nawet  w 
jego aktach figurowała niewinna wzmianka, że ten czas spędził na odległych światach. Oficjalnie to 
tam właśnie zdobył owe dwa rzędy odznaczeń, których baretki nosił na piersi. 
    - Byłem w gwardii. Głównie w sektorach pogranicza. 
    - Niezwykłe - mruknął Hakone. - Bez obrazy, ale jest pan bardzo młody jak na zajmowane przez 
siebie stanowisko. 
    - Podejrzewam, że po prostu potrzebowali kogoś zdolnego biegać po pałacowych schodach kilka 
razy dziennie i bez zadyszki. 
    - Na pewno ma pan swego mentora - dociekał Hakone. 
    - Słucham? 
    - Mniejsza z tym. Kapitanie, czy mogę poprosić o szczerą odpowiedź na pewne pytanie? 
    - Słucham, sir. 
    -  Po  baretkach  widzę,  że  jak  zwykło  się  mówić,  wąchał  pan  proch.  A  teraz  siedzi  pan  tutaj,  w 
sercu imperium. Podoba się panu życie w stolicy? 
    - Przepraszam, ale nie rozumiem. 
    -  Zakładani,  iż  podjął  pan  służbę  w  pałacu,  mając  pewne  oczekiwania.  Na  przykład  uczynił  to 
pan dla jakiejś sprawy. 
    -  Chyba  tak  -  skłamał  Sten,  gdyż  świetnie  wiedział,  czemu  wyładował  na  Centralnym  Świecie. 
Po  pierwsze,  by  wydostać  się  z  przemysłowego  piekła  Wulkana,  pod  drugie,  aby  ocalić  własną 
skórę. 
    - Czy otaczająca pana rzeczywistość  - Hakone zatoczył ręką szeroki krąg - odpowiada pańskim 
uprzednim wyobrażeniom? 
    Sten ani mrugnął, więc poeta kontynuował: 
    - Nie uważa pan, że za dużo tu, powiedzmy, dekadencji?  
    Ani  trochę,  pomyślał  Sten  -  młodzieniec  pochodzący  ze  świata,  gdzie  chłopcy  i  dziewczynki 
trafiali zwykle w niewolę, ukończywszy trzy, cztery lata. Ale to nie miejsce na takie wynurzenia. 
    - Muszę pana rozczarować, sir Hakone. Tam, skąd pochodzę, partnerów seksualnych dzieliło się 
na ogoniastych i bezogoniastych. Tych z ogonami było więcej. 
    Hakone skrzywił się z obrzydzeniem. 
    - Pan raczy sobie żartować, kapitanie. 
    - Wcale nie. 

background image

    - Czytuje pan czasem? 
    - W wolnych chwilach. 
    -  Może  innym  razem  podyskutujemy  o  tych  kwestiach.  A  tymczasem,  czy  pozwoli  pan,  że 
prześlę mu do pałacu parę moich dzieł? 
    Szef ochrony przytaknął. Hakone skłonił się sztywno i odszedł. Sten patrzył za nim i zastanawiał 
się, czemu gość honorowy zwrócił uwagę na pewnego młodego kapitana? I dlaczego bawił się w 
zagadki? Wyjątkowo zaskakujący wieczór. 
     
    Przyjęcie  dobiegało  końca.  Początkowy  rozgardiasz  przeminął  i  coraz  więcej  osób  cichcem 
wymykało się pod różnymi pretekstami. Mało obyci w tym środowisku Sten i Lisa spróbowali tej 
sztuczki dość późno. 
    Marr dopadł ich w ostatniej chwili, gdy już wsiadali do pneumatycznej kolejki dowożącej gości 
na parking. 
    - Jeszcze nie, kochani! - zakrzyknął. - Tak wcześnie?  
    Złapał  ich  za  ręce  i  pociągnął  w  stronę  tłumu.  Sten,  zwykle  samorządny  niczym  szanujący  się 
kot, nie lubił, gdy ktokolwiek próbował narzucić mu swoją wolę. Po drżeniu palców Lisy poznał, że 
i  ona nieufnie odnosi się do propozycji gospodarza. O dziwo, jej reakcja jakby uspokoiła Stena i 
jeszcze bardziej zbliżyła do dziewczyny. 
    - Naprawdę musimy iść, Marr - powiedział. - Rano czeka nas służba, nie mamy czasu... 
    -  Pieprzyć  służbę  -  przerwał  mu  Marr.  -  Tak  chyba  mówicie?  A  co  do  czasu,  to  tylko  wybieg. 
Czas wymyślili naukowcy wyłącznie w jednym celu: by go nam odebrać. 
    Pociągnął ich przez tłum i dalej, przez długi, pulsujący żółcią korytarz. Sten znów się zawahał, 
wymienił z Lisa uścisk dłoni, lecz podążył za gospodarzem. Skręciwszy na pierwszym rogu, stanęli 
przed  rozwidleniem.  Trzy  tunele,  każdy  innej  barwy,  prowadziły  w  trzech  różnych  kierunkach. 
Marr poprowadził w lewy, błękitny. Ruchomy chodnik poniósł ich ku górze. 
    -  Od  samego  początku  mieliśmy  na  was  oko  z  Sennem  -  powiedział Marr.  -  Zauważyliśmy,  że 
wyraźnie wyróżniacie się z reszty towarzystwa. 
    - Przykro nam - mruknął Sten - ale nie przywykliśmy... Milchen uciszył go gestem. 
    -  Przestańcie  się  wygłupiać.  Chyba  nie  wierzycie,  że  zbiera  się  u  nas  kwiat  tutejszych  elit?  W 
oczach opinii publicznej prowadzimy raczej coś w rodzaju meliny, gdzie pijaństwo, golizna... 
    -  O rany  -  jęknęła  Lisa.  -  Wiedziałam, że tak się skończy.  -  Spojrzała na swoją pajęczą suknię, 
badając jej obecny stan. - Wszystko przez nią widać, prawda? Powinnam... 
    Sten przytulił partnerkę i przerwał jej wypowiedź. 
    - Wydaje mi się, że Marr nie o tym mówi. 
    Gospodarz  poprowadził  gości  dalej.  Konsekwentnie  nie  zwracał  najmniejszej,  uwagi  na  ich 
opory. Mijali pokoje wielobarwne oraz ciemne jak smoła. Byli już blisko szczytu wieży, w okolicy 
galerii.  W  ogóle  nie  zdawali  sobie  sprawy,  że  każda  z  sal  mieści  nieoszacowane  bogactwo  dzieł 
sztuki. Wkoło przepływały zapachy i dźwięki, ale Marr nie zatrzymywał się ani na chwilę. Paplał 
nieustannie. 
    -  Chcę,  abyście  zobaczyli  coś  szczególnego,  co  tylko  wy  dwoje  pojmiecie.  Niebawem 
zrozumiecie, czemu zbudowaliśmy z Sennem nasz dom właśnie tutaj, a nie gdzie indziej. 
    Korytarz urwał się raptownie. Sten poczuł łagodną woń kwiatów i lekki podmuch wiatru. 
    - Patrzcie - zachęcił Marr, zataczając ręką krąg. 
    Stali w ogrodzie porastającym dach wieży. Obok widniały cieniste sylwetki egzotycznych roślin, 
miękkie liście tuliły się do skóry. Nieco speszona Lisa mocniej przylgnęła do Stena. 
    - Tędy - pokazał Marr. 
    Ścieżka  wiła  się  między  kępami.  Każde  skupisko  krzewów  i  kwiatów  pachniało  inaczej,  lecz 
jakimś  sposobem  jedna  woń  nie  mieszała  się  z  sąsiednią.  I  jeszcze  światło,  łagodne  brzmienie... 
Doznania były coraz milsze. Sten poczuł, że Lisa wyraźnie się odpręża. 
    Nuta skrzypiec wzniosła się nagle, by  potem  zawisnąć echem  w powietrzu. Przez długą chwilę 
cała uwaga Stena skupiła się na przylegającym do jego ciała, krągłym biodrze Lisy. Marr znów coś 
gadał. Tym razem wskazywał w górę. 

background image

    -  To  zdarza  się  tylko  trzy  razy  do  roku  -  mówił.  -  Prawdziwe  dzieło  sztuki,  którego  nie  można 
kupić. Milchen wpatrywał się w świetlik odgradzający fantastyczny ogród od rzeczywistego świata. 
    Na  horyzoncie  wznosiła  się  mroczna  góra,  a  nad  nią  lśnił  księżyc.  Sten  podziwiał  krajobraz, 
chociaż trudno było mu spokojnie znosić bliską obecność dziewczyny. 
    - Spójrzcie - szepnął Marr. 
    Nagle stroma skała pod księżycem pociemniała. Jądro mroku puchło coraz bardziej, aż urosło do 
rozmiarów pulsującej kuli o wzburzonej, jakby wrzącej powierzchni. 
    - Czekajcie... Teraz! 
    Kula eksplodowała. W mgnieniu oka wylęgło się z niej bezgłośne tornado czarnych  chmur. Jak 
żywe wiły się na tle księżcowej tarczy. Potem utworzyły długie pasmo i niesione wiatrem  runęły 
poprzez dolinę, aby ostatecznie dotrzeć do drugiego jej końca. 
    Akurat  tego  Lisa  i  Sten  nie  widzieli.  W  oknie  migał  im  tylko  szczyt  wysokiego,  chmurnego 
komina sunący przez poblaski nocnego nieba. 
    Wkoło zrobiło się cicho, spokojnie. Sten bezwiednie wziął Lisę w ramiona. Niebo pociemniało, 
cienie  ogrodu  wydłużyły  się,  dziwnie  zmiękły...  Kapitan  spojrzał  na  dziewczynę.  Otaczała  ją 
niesamowita mglista poświata. 
    - Ja... - zaczął. 
    -  Cicho  -  szepnęła  i  przycisnęła  mu  palec  do  ust.  Przytulił  ją  i  jeszcze  większa  cisza  zaległa  w 
ogrodzie... 
     
    Marr i Senn z perspektywy własnego łoża spoglądali na parę czule obejmujących się kochanków. 
Słysząc przytłumione westchnienia dziewczyny przytulili się mocniej. 
    - Jest tylko jedna rzecz wspanialsza od nowej miłości - powiedział Senn, z uwielbieniem patrząc 
na Marra. 
    Ten wyłączył panoramiczny ekran. Ogród zniknął. 
    - Wiem - odparł. - To miłość z dawna ukochana. W pełni rozkwitła - dokończył za partnera. 
     
    Sten poczuł, że Lisa dziwnie mięknie mu w ramionach. W tej chwili nic nie upodabniało jej do 
pani porucznik sił policyjnych. Odsunęła go delikatnie na krok. Ujrzał, jak suknia spływa na ziemię. 
Potem porzucił już wszelkie rozmyślania i zajął się wyłącznie piękną kochanką. 
     
 
Rozdział piętnasty 
 
    - Skończony dureń - syknęła Lisa pod adresem trupa.  
    Sten  był  przekonany,  że  gdyby  nie  obecność  ekipy  dochodzeniowej  pewnie  poczęstowałaby 
jeszcze denata kopniakiem. 
    Terence'a  Kreugera,  do  niedawna  dowódcę  taktycznych  sił  policyjnych,  nic  już  nie  obchodziły 
inwektywy rzucane pod jego adresem. Leśna zwierzyna obrała kości twarzy z ciała, jakiś drapieżnik 
oderwał denatowi jedną rękę i porzucił ją, częściowo skonsumowaną, pięć metrów dalej, tuż obok 
urwiska. 
    -  Zaiste  dziwne  rozrywki  potraficie  sobie  wynajdywać  -  zahuczał  Spilsbury  znad  klawiatury 
małego  komputera.  -  Jaką  to  przyjemność  można  czerpać  z  zaszczuwania  i  mordowania  innych 
stworzeń? Zupełnie tego nie pojmuję. 
    - Podejrzewam, że myśliwym chodzi o walory smakowe mięsa tych istot? - podsunął Sten. 
    -  Przyczyna  śmierci?  -  spytała  rzeczowo  Haines.  Nie  miała  nastroju  do  dyskusji  na  tematy 
kulinarne. Wezwanie szczęśliwie dopadło ich dopiero rano, gdy było już po wszystkim. Właśnie się 
dobudzili i nabrali apetytu na repetę, kiedy dzwonek zmusił ich do porzucenia pościeli. Zresztą i tak 
trudno zachować dobry humor, jeśli wstaje się o podobnie barbarzyńskiej godzinie. 
    - Wypadek na polowaniu. Rana wlotowa charakterystyczna dla broni myśliwskiej. Co więcej, i to 
jest dobra wiadomość, nie ma śladu rany wylotowej. Przypuszczam, że pocisk nadal tkwi w ciele. 
Jeden z moich młodzików wyciągnie go niebawem. 

background image

    - Trochę dziwny ten wypadek - stwierdziła Haines. Komputerek zaszumiał. Parę sekund później 
spindar wręczył dziewczynie wydruk. 
    - Śmierć nastąpiła... gdzie my to mamy... - Błyskawicznie wykonała jakieś obliczenia w pamięci. 
- Kreguer zginął dzień przed zamachem. 
    - Plus minus trzy godziny - dodał Spilbury. - Zaraz zdobędziemy dokładniejsze informacje. 
    Policjantka chciała powiedzieć coś jeszcze, ale Sten odwołał ją na bok. Podeszli razem do skraju 
urwiska. 
    - Racja, pani porucznik. Zdarzenie nie wydaje się zwykłym zbiegiem okoliczności... 
    Haines była w rozterce. Nie wiedziała, jak zwracać się teraz do Stena. Po raz pierwszy partner ze 
służby  stał  się  również  prywatnym  towarzyszem.  Ostatecznie  za  najstosowniejszy  w  tej  sytuacji 
uznała proponowany przez Stena powrót do formalnego tytułowania. 
    - Jako glina nie wierzę w przypadki. 
    -  Ja  też  nie  -  przyznał  Sten,  chociaż  tak  naprawdę  sądził,  że  czasem  zdarzają  się  wręcz 
nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. 
    -  Mamy  pocisk  -  oświadczył  Spilsbury.  Podszedł  do  pary  detektywów  i  pokazał  przezroczystą 
kopertę. 
    Sten  dokładnie  przyjrzał  się  zawartości  opakowania.  Pocisk  najwyraźniej  wyprodukowano  z 
jakiegoś miękkiego metalu, ponieważ czubek rozpłaszczył się i był obecnie dwukrotnie szerszy niż 
podstawa. 
    - Nie potrafię jednoznacznie określić kalibru - dodał technik - ale to niewątpliwie pocisk z broni 
myśliwskiej. Sądząc po ranie wlotowej, w chwili trafienia ofiara stała zwrócona twarzą ku dołowi 
zbocza. Wielka szkoda, że ludzie są zrobieni z tak nietrwałego surowca. 
    - Zgadzam się, wielka szkoda - mruknął Sten. - Pani porucznik, na jaką zwierzynę poluje się w 
tym rezerwacie? 
    - Na niebezpieczną. 
    - Proszę o przykład? 
    - Skontaktuję się z dyrekcją rezerwatu. - Sięgnęła do pasa po komunikator. 
    Sten  przygryzł  dolną  wargę.  Haines  zaczęła  recytować  za  jakimś  urzędnikiem  listę  gatunków 
żyjących  w  okolicznych  lasach.  Stenowi  niejednokrotnie  należało  wyjaśniać,  o  jakie  zwierzę 
chodzi. Po upływie kilku minut policjantka skończyła i przerwała połączenie. 
    -  Głównie  drapieżniki  -  stwierdził  kapitan.  -  Wszystkie  z  nader  trwałego  budulca.  Sprawne 
maszyny  do  zabijania,  porośnięte  grubym  futrem,  wyposażone  w  łuski,  pancerze.  Gdy  chcesz 
polować  na  coś  tak  dobrze  chronionego,  bierzesz  ze  sobą  stosowną  fuzję  -  wyjaśniał  dalej  Sten, 
który już nieraz spotykał na swej drodze wielkich i mało życzliwych przedstawicieli fauny różnych 
światów. Służba w Sekcji Modliszki popłacała.  - Musisz też mieć kule zrobione z dość twardego 
materiału, by się nie zdeformowały - wskazał na spłaszczony pocisk w kopercie - przy uderzeniu o 
grubą skórę zwierza. 
    Lisa wzięła od niego dowód. 
    -  Zatem  pocisk  wydobyty  z  ciała  Kreugera  nadaje  się  raczej  do  polowania  na  stworzenia 
niewielkie lub o cienkiej skórze. 
    - Takie jak człowiek - dokończył Sten. 
    -  Słaby  dowód,  kapitanie  -  osądziła,  badawczo  patrząc  na  przemieniony  w  grzybek  kawałek 
metalu. - Sam wiesz, co powiedzą moi szefowie - ciągnęła - gdy zamelduję, że naczelnik Kreuger 
prowadził wywrotową działalność. Pomógł spiskowcom, a w nagrodę dostał kulę w pierś... 
    Sten  rozumiał,  do  czego  dziewczyna  zmierza.  Jeśli  jeden  oficer  na  wysokim  szczeblu  maczał 
palce w całej sprawie, to takich ludzi mogło być w policji więcej. 
    - Chyba masz rację. 
    -  Wdepnęliśmy  w  wielkie  gówno,  kapitanie.  Dobra,  wracajmy.  Ciekawe,  co  jeszcze  nas  dziś 
czeka. 
     
 
 

background image

Rozdział szesnasty 
 
    - Nasz szalony dynamitard nazywa się Dynsman - oznajmiła Lisa ponurym głosem. 
    Sten  zastanowił  się  przelotnie,  skąd  ten  brak  entuzjazmu,  ale  uznał,  że  pytanie  może  poczekać. 
Obecnie  ważniejsza  była  kwestia  poprawnej  identyfikacji;  z  dwojga  złego  wolał  meldować 
imperatorowi o braku postępów niż fantazjować. 
    - To pewniak czy tylko podejrzany? - spytał. 
    -  W  takich  przypadkach  nie  ma  pewniaków.  Trzeba  czekać,  aż  ktoś  przyzna  się  do  winy.  A  i 
wtedy  bywa  różnie.  Na  razie  nie  widzę  innego  sprawcy  prócz  Dynsmana.  Z  tutejszych 
zawodowców jeszcze tylko jego nie wzięliśmy na spytki. 
    - A jak wy ewidencjonujecie tych miłośników fajerwerków? 
    - Po prostu mamy ich na oku - wyjaśniła Haines. - Co pewien czas któryś sam się eliminuje, więc 
grupa nie jest liczna. 
    - Zakładamy, że zamachowiec pochodził z Centralnego Świata? 
    - Od czegoś musimy zacząć, a przez ostatni rok nie przybył tu nikt tej profesji. 
    - Co dalej? 
    -  Dynsman  specjalizuje  się  w  demolkach  obliczonych  na  wyłudzenie  odszkodowania.  Używa 
wojskowych ładunków. 
    - W barze zastosowano zestaw saperski. 
    - Po drugie, facet nigdy nie działał poza miastem. Jeszcze kilka dni przed zlikwidowaniem Alaina 
Dynsman był zadłużony po uszy u wszystkich rekinów w okolicy. Nagle spłacił zaległości. Nikt nie 
protestował,  zatem  płacił  prawdziwymi  kredytami.  Ostatnio  trzymał  z  psaurusami.  To  banda 
upadłych jaszczurów. Mają na koncie drobne oszustwa, kradzieże. Zaczął im stawiać. Obiecywał, 
że prawdziwe imprezy to pieśń nieodległej przyszłości. Potem z dnia na dzień zniknął. 
    Sten  wziął  raport  od  dziewczyny  i  w  zamyśleniu  podszedł  do  barierki  jej  “łodzi  mieszkalnej". 
Spojrzał na wybujałą zieleń puszczy w dole. 
    Permanentny kryzys mieszkaniowy zmusił przedsiębiorców Centralnego Świata do poszukiwania 
niekonwencjonalnych rozwiązań. Lisa mieszkała właśnie w jednym z takich wynalazków. Inwestor 
wydzierżawił  kawał  lasu,  w  którym  nie  mógł,  zgodnie  z  przepisami,  niczego  zbudować.  Jednak 
przestrzeń  nad  czubkami  drzew  należała  do  niego.  Na  pewnej  wysokości  zacumował  cały  szereg 
platform  z  generatorami  McLeana  i  w  ten  sposób  stworzył  napowietrzne  osiedle.  Domostwa 
prezentowały różne style. Czynsz był umiarkowany, brak intruzów gwarantowany, komfort spory. 
Jedynie wiatr dawał się czasem we znaki. 
    Mieszkanie  Lisy  składało  się  z  jednego  dużego  pomieszczenia,  kuchni  oraz  odświeżacza 
ulokowanego na “rufie". Gospodyni podzieliła ten pokój ruchomymi przepierzeniami, co pozwalało 
szybko zmienić wystrój. 
    Na  ścianach  wisiały  statyczne  kompozycje  minimalistów,  manifestowi)  nie  nadużywających 
barw.  Podłogę  zaścielały  liczne  poduszki  uniwersalnego  przeznaczenia.  Było  też  kilka  niskich 
stołów. 
    Sten mógłby zamieszkać w takim wnętrzu od zaraz. 
    - Masz jeszcze więcej informacji - stwierdził domyślnie. 
    -  Owszem.  Dynsman  poszedł  do  portu  i  przyłożył  łomem  ochroniarzowi  pilnującemu  pewnego 
kosztownego jachtu. Dwie minuty później jacht wystartował. 
    - Gdzie ten facet nauczył się prowadzić statek kosmiczny?  
    - Za długo żyłeś w koszarach. Jachty buduje się dla ludzi, którzy mają więcej forsy niż rozumu. 
Wystarczy  zakodować  kurs,  a  mechanizm  robi  resztę.  Jacht  sprawił  się  nieźle.  Dzięki  niemu 
Dynsman opuścił Centralny. 
    - Cudownie, cholera. 
    - Ale to nie koniec. Wiem, dokąd poleciał. 
    - Więc czemu się martwisz? 

background image

    -  Bo  są  też  złe  wiadomości.  Po  kolei.  Gdy  przyszłam  do  wydziału  zabójstw,  postanowiłam  na 
wszelki  wypadek  wprowadzić  prywatny  kod  dostępu  do  mojego  komputera.  Dodałam  jeszcze 
program tropiący, gdyby ktoś jednak się włamał. Taka mała pułapka. 
    - A niech to... - mruknął Sten, domyślając się ciągu dalszego. Z ponurą miną ruszył do barku. 
    - Mnie też zrób drinka - rzuciła Lisa, po czym podjęła przerwany wątek: - No i faktycznie, ktoś 
ostatnio grzebał w moim komputerze. Wie teraz tyle samo, co my. 
    Upiła solidny łyk. 
    -  Ale  najgorsze  jeszcze  przed  tobą.  Prześledziłam  ścieżkę,  którą  tamten  się  podkradł.  Wiodła 
prościutko do pałacu! 
     
 
    Rozdział siedemnasty 
 
    - Tylko tego mi brakowało - powiedział zrezygnowany imperator. 
    - Przykro mi, sir - odparł ze współczuciem. 
    -  Gratulacje,  kapitanie.  Dobra  robota.  Zaczynam  już  żałować,  że  wyznaczyłem  pana  do  tej 
sprawy. 
    - Tak, sir. 
    - Co jeszcze? - spytał władca. - Domyślam się, że przyniósł pan nie tylko informację o szczurze 
w pałacu. 
    - Tak, sir. Dynsman uciekał do momentu, kiedy zabrakło już paliwa. Wtedy porzucił jacht. 
    - Zostawił jakiś ślad? 
    - Wedle raportu porucznik Haines, zamustrował się na pokład masowca w porcie Hollister. 
    - Przecież on nie ma żadnego doświadczenia! 
    - Zgadza się, ale ta latająca jednostka też jest jakaś podejrzana. Wozi wysokooktanowe paliwa. 
    - No tak. Co dalej? 
    - Portem przeznaczenia była planeta Heath, stolica światów Tahn. 
    - Radujecie moje serce, kapitanie Sten. Pił pan już dzisiaj? 
    - Nie, sir. Jeszcze nie. 
    -  No  to  lepiej  niech  pan  sobie  łyknie.  -  Jego  Wysokość  nalał  dwa  drinki,  o  mocy  stu 
osiemdziesięciu  procent  każdy,  i  od  razu  wychylił  swoją  porcję.  -  A  teraz,  kapitanie,  zapoznam 
pana  z  tokiem  rozumowania  pewnego  starszego  wiekiem  imperatora.  Najpierw  możliwość  A.  Za 
zrobienie  z  Alaina  krwawej  plamy  odpowiedzialne  są  światy  Tahn,  którym  pomagały  różne 
indywidua z Centralnego Świata. Możliwość B: tkwimy po uszy w upiornym śnie pijanego idioty. 
    - Tak sir. Znaczy, nie wiem, sir. 
    - Dziękuję za pomoc, kapitanie. Dobrze. Proszę napełnić szklanki i przechodzimy do rozkazów. 
Tylko  nie stawać mi tu  na baczność! Do rzeczy. Na początek pozostaje  mi uznać, że mogę panu 
ufać,  kapitanie.  Jest  pan  zbyt  młody  i  zbyt  świeży  w  tym  towarzystwie,  by  wdawać  się  w 
podejrzane imprezy. Ponadto gurkhowie nigdy mnie nie zdradzili. Przy okazji, jak dobry jest twój 
subudar-major? Nazywa się bodajże Limbu? 
    - To najlepszy żołnierz. 
    - Przekażesz mu dowodzenie. Zostajesz przeniesiony, kapitanie. Może być ciekawie... Biorąc pod 
uwagę  okres  pańskiego  działania  w  Sekcji  Modliszki,  wiem,  że  zwykł  pan  dość  swobodnie 
interpretować rozkazy. Zadanie: odnaleźć Dynsmana, a następnie przywieźć go całego i zdrowego. 
Ma być zdolny do udzielenia odpowiedzi na każde pytanie, jaki mu zadam. Nie dokonywać żadnej 
zemsty. Rozumiemy się? 
    - Tak, sir. - Sten przytknął szklankę do ust. - Ale potrzebuję wsparcia, Wasza Wysokość. 
    - Sam pan wypisze sobie rozkazy operacyjne. Może pan żądać wszystkiego. Jak będzie trzeba, to 
nawet dywizji gwardii. Muszę dostać w swoje ręce tego Dynsmana! 
     
 
 

background image

    Rozdział osiemnasty 
 
    Drzwi  zasunęły  się  za  plecami  Tarpy'ego,  który  przylgnął  do  ściany  i  zbadał  spojrzeniem 
pogrążone  w  półmroku  pomieszczenie.  Po  chwili,  gdy  źrenice  przystosowały  się  do  ciemności, 
dojrzał nad głową drobinki światła oznaczające roje gwiazd oraz statków kosmicznych. 
    Scena pojaśniała, nastał dzień. Jeden z błyszczących punktów urósł, pokazała się większa plamka 
planety i zawieszona w pobliżu flota desantowa imperium. 
    Przez ciemnogranatowe tło przemknął czarny wysięgnik unoszący fotel scenografa. Ktoś siedział 
tam w górze. Po chwili Tarpy poznał Hakone'a. 
    Znów  inny  obraz.  Pancerniki  oraz  transportowce  płynęły  nad  uciekającą  w  bok  powierzchnią 
planety. Wkoło roiło się od myśliwców napastników. 
    Pięć pancerników odłączyło od głównych sił, a następnie przeszło na pozycje ponad biegunami 
globu; desantowce przymierzyły się do lądowania. 
    Tarpy przebiegł w myślach znane mu bitwy i znalazł. Oczywiście. Saragossa. 
    Nigdy  nie  pojmował,  czemu  byli  wojskowi  z  takim  uporem  wracają  wciąż  do  przeszłości.  On 
sam też walczył, ale co mu to dało? Awans, medal i trudną do wysłowienia satysfakcję, że zdołał 
ujść z życiem. Tarpy w odróżnieniu od innych wolał nie wspominać tamtego okresu. 
    Saragossa.  Bitwa  przegrana  na  samym  początku,  a  nawet  jeszcze  gorzej:  niemożliwa  do 
wygrania.  Czy  Hakone'a  dręczyło  jakieś  skrywane  poczucie  winy?  Może,  ale  jak  długo  płaci  w 
terminie  rachunki  za  podobne  imprezy,  to  jego  sprawa,  pomyślał  Tarpy.  Sięgnął  po  papierosa  i 
nawet nie maskując płomienia, zapalił. 
    Hakone, dojrzawszy ognik, opuścił kabinę. 
    - To ty? 
    Tarpy nie odpowiedział. Po co? Niby kto inny mógł tu wejść nie pukając? Nawet służba musiała 
trzymać się z daleka od sali symulacji bojowych. 
    Hakone zszedł na podłogę i zatoczył dłonią pełny krąg. Walka w przestrzeni ustała, gdy rozbłysły 
lampy. 
    -  Imperator  zaoszczędził  nam  sporo  roboty  -  powiedział.  -  Dzięki  jego  detektywom  wiemy, 
dokąd czmychnął  ten zamachowiec, którego wynajął nasz przyjaciel.  - Wyjął  z kieszeni  na piersi 
kilka dyskietek, podał je Tarpy'emu i dodał: Światy Tahn. 
    - Trudno będzie mu tam zapuścić korzenie - oświadczył rozmówca, uśmiechając się z lekka. 
    -  Dysponuj  środkami  do  woli.  Jak  chcesz,  możesz  wybrać  sobie  kilku  spośród  zbiegłych 
pretorian. 
    - Działać delikatnie? 
    -  Nie  ma  potrzeby.  To  drobny  rzezimieszek  wyrosły  w  kryminogennym  środowisku.  Jak  taki 
znika, nikt nie robi dochodzenia. 
    Tarpy przycisnął płytkę i drzwi odsunęły się cicho. 
    - Byłbym zapomniał. Imperator też wysłał za nim swojego człowieka. 
    - Może sprawiać kłopoty? 
    - Nie. To płotka. Niejaki Sten, kapitan. Spotkałem go na przyjęciu. Łajza jakich mało, nawet w 
gwardii. 
    - A jeśli jednak? 
    Hakone wzruszył ramionami. 
    - Gra idzie o zbyt wielką stawkę, by przejmować się jednym żołnierzykiem. 
    Tarpy przekroczył próg i zamknął za sobą drzwi. 
     
 
 
 
 
 
 

background image

Księga trzecia 

 
MOUTON 
     
Rozdział dziewiętnasty 
 
    Starszy  sierżant  Alex  Kilgour  -  odkomenderowany  z  Kwatery  Głównej  Sekcji  Modliszki; 
jednostka macierzysta: Pierwsza Imperialna Dywizja Gwardii - najpierw spojrzał z niesmakiem na 
swój  ubiór,  czyli  purpurowo-zieloną  tunikę  i  pantalony,  a  następnie  przeniósł  wzrok  na  szkolne 
podwórze  po  drugiej  stronie  brukowanej  ulicy.  Tam,  umundurowany  starszy  oficer  tahnijski 
musztrował ośmiolatków. Chłopcy na komendę wykonywali różne ćwiczenia z bronią. Jak się zbroi 
dzieciaki  w  dzidy  przed  rozpoczęciem  wojny,  pomyślał  Alex,  to  może  lepiej  dać  sobie  spokój  z 
wojowaniem. 
    Sierżanta denerwowały te marsze i kontrmarsze, które obserwował. Istniało jednak wiele więcej 
rzeczy bardziej wkurzających.  Sporządzał  sobie ich listę, czekając na Stena. W samym fakcie, iż 
został odkomenderowany do specjalnej misji, akurat nie widział niczego złego. Jakimś zakątkiem 
umysłu  Alex  rozważał  kwestie  natury  egzystencjalnej  i  moralnej.  Spędził  w  Modliszce 
wystarczająco  wiele lat,  by wiedzieć, że wcześniej czy później wszystko  dobiega końca. Właśnie 
ostatnio zauważył, że jego osobisty zegar zaczyna zwalniać. Ale to, stwierdził w duchu, nie stanowi 
głównej  przyczyny  podłego  nastroju.  Wstąpiłem  do  gwardii  jako  żołnierz,  kontynuował 
rozmyślania, i  nagle siedzę na tym dziwnym  świecie, przebrany za  rajfura. Pewnego eonu, kiedy 
odejdę na emeryturę, przyrzekł sobie Alex, opowiem imperatorowi całą historię mojej służby. 
    Tym dziwnym miejscem pobytu był Heath, stolica światów Tahn. Alex i Sten przybyli tu z tajną 
misją,  dlatego  musieli  starannie  skrywać  swe  prawdziwe  oblicza  i  zamiary.  Jednak  rodzaj 
kamuflażu  zdecydowanie  nie  przypadł  Kilgourowi  do  gustu.  Sten  wymyślił  bowiem,  że 
najbezpieczniej będzie odegrać rolę zamożnych alfonsów, gdyż tego typu ludziom nikt nie zadaje 
zbędnych pytań. 
    Choć  w  swej  wieloletniej  karierze  Alex  nieraz  zetknął  się  z  dziwacznymi  kulturami, 
rzeczywistość Heath przeszła jego najśmielsze wyobrażenia. 
    W  światach  Tahn  obowiązywał  sztywny,  hierarchiczny  podział  społeczny.  Na  szczycie 
znajdowali  się  warlordowie,  to  znaczy  dziedziczni  wodzowie-politycy.  Poniżej  byli  porucznicy, 
dowódcy taktyczni, wojownicy. Dalej szła klasa kupiecka. Najniższą warstwę tworzyli chłopi. Oni 
właśnie odwalali całą czarną robotę, począwszy od noszenia włóczni w rosnącej tahnijskiej armii, a 
skończywszy na uprawie roli i pracach służebnych. 
    Wcale mi się to nie podoba, pomyślał z wściekłością Alex. Ale ci cholerni chłopi zdają się być 
zadowoleni ze swojego losu. Jakiś tysiąc lat wcześniej Alex Kilgour mógłby działać jako całkiem 
niezły rewolucjonista. 
    Mało  tego,  ciągnął  dalej,  tutejsze  jedzenie  nie  jest  tym,  czym  powinno  się  odżywiać  ciało 
cywilizowanego  człowieka.  Potrawy  z  wodorostów,  oceanicznych  bestii,  jakichś  paskudnych 
szuwarów - czy to odpowiednia dieta dla mężczyzny? 
    Alex  nie  należał  jednak  do  osób,  które  się  czymkolwiek  zamartwiają.  Kiedy  nadszedł  Sten, 
starszy sierżant zdążył już pocieszyć się myślą, że alk i tahnijskie piwo są mocne i łatwo dostępne. 
    - Śmiesznie cię mamusia ubiera - powiedział na powitanie. Nowe szaty Stena wyglądały bardziej 
ekscentryczne niż Alexa, co w kulturze półświatka Tahn oznaczało, że jeszcze mniej rzucały się w 
oczy.  Kapitan  miał  na  sobie  długi  do  kolan  chałat  w  pomarańczowo-czarne  pasy,  a  pod  spodem 
czarny  trykot.  Taki  strój,  jak  zapewniono  Stena,  stanowił  ostatni  krzyk  mody  wśród 
najzamożniejszych w seksbiznesie. 
    Sten  chrząknął  tylko  w  odpowiedzi  na  błyskotliwy  dowcip  przyjaciela.  Kapitan  także  zaczął 
przypatrywać się szkolnemu podwórzu. Tahnijski wojownik odkrył jakiś błąd w ćwiczeniu jednego 
z  dzieciaków  i  metodycznie  ośmieszał  malca  przed  kolegami.  Gdy  Sten  skinął  głową,  obaj 
mężczyźni  ruszyli  w  kierunku  dzielnicy  czerwonych  latarni,  gdyż  właśnie  w  tej  części  miasta 
znajdowała się ich tymczasowa kwatera. 

background image

    - Znalazłeś tego zwariowanego specjalistę od ładunków wybuchowych? - spytał Kilgour. 
    - Tak - odparł ponuro Sten. 
    - Dobra, lepiej mi nic więcej nie mów. Czuję, że sprawy mają się kiepsko. 
    - Wręcz fatalnie - rzucił Sten - Ten cholerny idiota znowu to zrobił. 
    Lee  Dynsman  rzeczywiście  zachowywał  się  tak,  jakby  był  niespełna  rozumu.  Po  zejściu  z 
pokładu na Heath wydał ostatnie kredyty na kryjówkę, drinka, kobietę i posiłek. Potem zaś zaczął 
rozgłaszać  w  szemranych  barach,  że  jest  ekspertem  w  robieni.,  bomb  i  że  pilnie  podejmie  pracę. 
Pewien  mały  gang  o  wielkich  ambicjach  szybko  wynajął  przybysza  do  wysadzenia  skarbca  w 
tahnijskim składzie kredytowym. Po raz pierwszy w karierze Dynsmana robota poszła bez zarzutu; 
gruba,  betonowo-stalowa  ściana  zamieniła  się  w  gruz.  Banda  zgarnęła  łup,  zabrała  Dynsmana  do 
knajpy i tam w ramach świętowania zwycięstwa, upiła go do nieprzytomności. Gangsterzy nie byli 
durniami  i  zdawali  sobie  sprawę,  że  tahnijska  policja  (w  zasadzie  organizacja  paramilitarna 
oddelegowana z armii do zadań specjalnych) potrzebowała winnego, więc wystawili Dynsmana. 
    - No to nasz chłoptaś siedzi w pudle - stwierdził Alex. 
    - Gorzej - odparł kapitan. 
    -  Przestań  mnie  straszyć,  stary.  Wiesz,  kiedy  prowadziłem  muzeum,  zastanawiałem  się  nad 
odejściem ze służby. Moja mama ma zamek w Ross Galen Province, najpiękniejszej części planety 
Edinburgh.  Zamek  stoi  nad  jeziorkiem  Loch  Owen.  Mógłbym  teraz  przebywać  we  wspaniałej 
rodowej posiadłości zamiast siedzieć tu z tymi barbarzyńcami. 
    - Zamknij się, do cholery. - Wyraźnie rozłoszczony Sten nie zamierzał wysłuchiwać Alexowych 
opowieści. - Dynsman nie siedzi w więzieniu. Wywieźli drania. 
    - Ahaaaa. - Alex ostatecznie pojął, w czym rzecz. 
    -  Wiedziałem,  że  zrozumiesz,  ty  zbiegu  z  klanu  kryminalistów.  Dynsman  odbywa  karę  na 
więziennej planecie. 
    - Muszę się napić. 
    -  Ja  też  -  zgodził  się  Sten.  -  Może  po  jednym  głębszym  wymyślimy,  jak  powiedzieć 
imperatorowi, że żadna siła nie wyciągnie Dynsmana z najgorszego więzienia światów Tahn. 
    Alex dostrzegł właśnie otwierany bar. Dwaj mężczyźni odwrócili się na pięcie i weszli do środka. 
     
 
    Rozdział dwudziesty 
 
    Tarpy  także  wyśledził  Dynsmana.  Oczywiście  on  również  wcześniej  zadbał  o  to,  aby  ukryć 
prawdziwy cel podróży na Heath. Jednak jego pomysł na kamuflaż nie był tak sprytny jak Stena. 
Tarpy oraz pięciu pretorian-dezerterów udawali wędrowną trupę bokserów. Morderca i jego ludzie 
nie  marnowali  czasu  na  drobnostki  związane  z  organizacją  wyprawy,  dlatego  szybko  namierzyli 
zaginionego zamachowca. 
    Tarpy zakręcił trzymaną w dłoni filiżanką herbaty. Żałował, że nie może uczcić sukcesu czymś 
mocniejszym.  Nigdy  jednak  nie  łamał  swoich  żelaznych  zasad,  dzięki  którym  utrzymał  się  przy 
życiu przez prawie siedemdziesiąt pięć lat. Jedna z najważniejszych brzmiała: “żadnych ogłupiaczy 
przy robocie". 
    Wziął  łyk  gorącego  napoju  i  skinął  na  swojego  przybocznego,  eks-kaprala  Milra,  aby  ten 
kontynuował. 
    Gdy  Milr  ponownie  podjął  przerwany  wątek,  członki  Tarpy'ego  przeniknęło  przyjemne  ciepło, 
spowodowane czymś więcej niż tylko działaniem rozgrzewającego płynu. 
    Bardzo  rzadko  trafiało  mu  się  zlecenie  nie  wymagające  harówki,  rozlewu  krwi  oraz  użycia 
przemocy.  Ta  robota  wydawała  się  zaś  prosta  i  czysta,  a  w  dodatku  oferowano  za  nią  całkiem 
przyzwoitą zapłatę. 
    Tarpy  przejrzał  fiszkę  zawierającą  informacje  o  więziennej  planecie.  Prehominidalna.  Wszyscy 
więźniowie skazani na dożywocie. Średnia życia więźnia - pięć lat. Ani jednej ucieczki. 
    W odróżnieniu od większości zawodowych morderców, Tarpy kierował się maksymą: Nie zabijaj 
dla przyjemności. Poszedł nawet krok dalej - nie zabijaj, jeśli nie ma potrzeby. 

background image

    Szansę Dynsmana na powrót do któregoś z imperialnych światów równały się zeru. 
    Ach, ci ludzie, pomyślał Tarpy, ciągle biegają w kółko i coś knują. Żaden z nich nie zdaje sobie 
sprawy, że bogowie zawsze biorą się za tych, którzy igrają z ogniem. 
    Tarpy wstał, wyciągnąwszy fiszkę z czytnika. Przeszedł przez pokój hotelowy do zlewu, opłukał 
filiżankę,  otworzył  szafkę  i  wyciągnął  butelkę  czystego  quillu.  Nalał  sobie,  a  po  chwili  namysłu 
napełnił  także  szklankę  dla  Milra.  Eks-kapral  od  razu  wypił  alkohol,  nie  marnując  czasu  na 
rozważanie kwestii, dlaczego zwierzchnik odstąpił od swej żelaznej zasady. 
    Tarpy opróżnił szklankę. 
    - Zbierzcie ludzi, kapralu. Wracamy na Świat Prime pierwszym dostępnym statkiem. 
    Dynsman  już  się  nie  liczył.  Ten  imperialny  oficer  też  nie.  Tarpy  zastanawiał  się  teraz,  ile 
powinien odpalić pretorianom, żeby nie poczuli się oszukani. 
     
    Rozdział dwudziesty pierwszy 
 
    Według dowcipu krążącego po Heath, wielka rzeka przepływająca przez stolicę, była jedynym na 
świecie zbiornikiem wodnym, który kiedykolwiek stanął w ogniu. 
    Rzeka płonęła całe dni. Szalejący żywioł niszczył przyległe tereny. Ale nawet, gdy ogień wygasł, 
tahnijscy  lordowie,  pomimo  głośnych  i  wielokrotnych  zapewnień  o  swojej  miłości  do  natury,  nie 
zrobili  nic,  aby  oczyścić  brudne  koryto  rzeczne.  W  końcu  warlordowie  posiadali  nieskazitelne 
ogrody, po których mogli się przechadzać, komponując wyszukane rymy. 
    Z drugiej strony, pożar przyczynił się do błyskawicznej renowacji starych nadrzecznych dzielnic. 
Nie trwało jednak długo, a mordownie pojawiły się tam znowu. 
    Tak było na przykład w Khagu. Ten rejon miasta cieszył się dużą popularnością, ponieważ leżał 
blisko portu wodnego i kosmicznego, a także stanowił centrum czarnorynkowego handlu. 
    W jednej ze spelunek, przy barze stali dwaj mężczyźni w szarych, brudnych mundurach. Spodnie 
mieli  wpuszczone  w  długie  do  kolan,  bagienne  buty.  Byli  uzbrojeni,  co  nikogo  nie  dziwiło, 
ponieważ w Khagu broń nosił niemal każdy. W skóropodobnych pasach umundurowanych klientów 
tkwiły ogłuszacze, pałki, noże i spraye z gazem. Na wpół pijani głośno dyskutowali ze sobą. Jeden 
z nich, Keet, wpatrywał się w kontuar, na którym leżał pakiet biletów. 
    - Ostatni dzień, partnerze. Ostatni dzień. Jego towarzysz, Ohlsn, pokiwał głową i rzekł: 
    - Wie pan co, panie Keet, zastanawiałem się nad naszym problemem. 
    - Tych nam z pewnością nie brakuje. 
    -  Nie  o  to  chodzi  -  ciągnął  Ohlsn.  Znajdował  się  w  takim  stadium  upojenia,  kiedy  w  głowie 
powstają  błyskotliwe  pomysły,  jeszcze  z  odrobiną  sensu.  -  Otóż,  cały  kłopot  polega  na  tym,  że 
jesteśmy pomiędzy młotem a kowadłem. - Nie chwytam. 
    - Pij dalej. Chwycisz. Siedzimy tam trzy lata z rzędu i na czym zależy nam najbardziej? 
    - Żeby ściągnąć zadki z powrotem na ojczystą planetę. 
    - I z tego jasno wynika, że nie należymy do jakiejś głupiej klasy wojowników. 
    - Za dużo chlapnąłeś. 
    - Wcale nie. Pomyśl, stary. Tam mamy władzę, nie? Ile razy skułeś kogoś tylko dlatego, że nie 
podobał  ci  się  jego  wygląd?  Ile  razy  przychodziła  do  ciebie  na  kwaterę  dziewczyna,  gotowa  na 
wszystko, byle tylko nie musiała wychodzić do roboty? 
    - To część naszej pracy. 
    - Jasne. Jesteśmy chłopami, nie? Ale przez trzy lata na posterunku dajemy sobie radę lepiej niż 
jakikolwiek wojownik czy warlord. 
    - To nowy przydział. Możemy trafić na kupę darkhu. 
    - Daj spokój, to taka sama robota, jaką wykonywaliśmy przez lata. Gdzie byłoby nam lepiej? 
    Keet  zastanawiał  się  nad  słowami  kompana,  dolewając  resztki  quillu  do  szklanek.  W  litrowej 
karafce nie pozostała już ani kropla alkoholu. 
    Na  to  właśnie  czekali  Sten  i  Alex.  Siedzieli  przy  małym  stoliku,  jakieś  trzy  metry  za 
umundurowanymi  mężczyznami.  Sten  skinieniem  dłoni  wezwał  kelnerkę,  którą  wcześniej  hojnie 
obdarował napiwkami. 

background image

    - Stawiamy tym gościom następną kolejkę - powiedział. Zapłacił dziewczynie, nie żądając reszty 
i spojrzał na Kilgoura. 
    - Tak jest - zgodził się Alex z nie wypowiedzianym pytaniem. - Ci chłopcy są nasi. 
    W tym czasie kolejna karafa pojawiła się przed Keetem i Ohlsnem. Wyciągnąwszy od barmanki 
informację, kto postawił kolejkę, Keet odwrócił się, mierząc ich zdziwionym wzrokiem. Sten uniósł 
swój kubek uśmiechając się szeroko.  Keet  i Ohlsn wymienili  porozumiewawcze spojrzenia. Obaj 
wiedzieli, że już wyczerpali limit gotówki przeznaczonej na picie, więc po chwili przysiedli się do 
stolika. Mężczyźni w alfonsich strojach nie zrobili na umundurowanych najmniejszego wrażenia. 
    - Nie lubię pić z kimś, kogo nie znam - warknął Keet. 
    - Jesteśmy braćmi Campbell - wyjaśnił Alex. 
    - I od razu widać, czym się zajmujecie. 
    -  W  naszym  fachu  reklama  się  opłaca  -  powiedział  Sten.  -  Nie  złapiesz  dziewczyny,  jeśli  nie 
widać, że możesz sobie na nią pozwolić. 
    - Nie potrzebni nam alfonsi - stwierdził Ohlsn. - Powinieneś zobaczyć, co się im tam przydarza. 
    - To jest doświadczenie, którego zamierzam uniknąć - odparł Sten, ponownie napełniając kubki 
    - Dobra, dość tej gadki - zarządził Keet. - Wiecie, kim jesteśmy. Nie stawiacie dlatego, że wam 
się podobamy. 
    - Zgadza się - przyznał Sten. - Mamy problem. 
    - Nie wątpię. 
    - Im szybciej weźmiemy się do jego rozwiązania, tym lepiej. 
    - Niech zgadnę - powiedział Keet. - Zgarnęli jedną z waszych panienek i chcą ją wywieść. 
    - Ten człowiek to jasnowidz - zadziwił się Sten. 
    - Znasz zasady koleś. Człowiek raz zabrany, więcej nie wraca. Chyba że sztywny. Nie próbujcie 
więc kupić u nas jej wolności. 
    - Nawet nie zamierzamy - odparł Sten. 
    - To czemu stawiacie? 
    -  Widzisz  -  zaczął  Sten  z  wahaniem  -  nasza  przyjaciółka  jest  prześliczna,  ale  niestety  niezbyt 
bystra.  Zadała  się  z  kimś  z  góry.  -  Sten  podniósł  kciuk  w  uniwersalnym  tahnijskim  geście, 
oznaczającym dowolną klasę, wyższą od tej, do której przynależeli rozmówcy. - Nie spodobało się 
to trzeciej żonie klienta, więc oskarżyła moją przyjaciółkę o paserstwo. 
    - Niezły gips - stwierdził Keet. 
    -  Dziewczyna  przynosiła  mnóstwo  pieniędzy  -  westchnął  Sten  -  więc  pragnąłbym  zapewnić  jej 
opiekę. Ona jest z tych delikatnych. 
    Keet i Ohlsn popatrzyli na siebie. 
    - Czego chcecie? 
    - Żeby ktoś się nią zajął. 
    - Czyli jeden z nas ma wziąć nieboraczkę pod swoje skrzydełka? 
    - Właśnie. 
    - To bez sensu. Po co się angażujecie? Przecież ona i tak już nigdy nie wróci. 
    - Owszem, ale tu chodzi o pewną inwestycję. Otóż, Din ma dorastające siostry. Jeszcze ładniejsze 
niż ona sama. Więc jeśli zobaczą, że chronię rodzinę... 
    Ohlsn odchrząknął radośnie. Był gotów do negocjacji. - Dobra, koleś. Zajmiemy się tą panienką. 
A co oferujesz w zamian? 
    Alex wyciągnął z kieszeni rulon tahnijskich kredytów. 
    - Drakh - zaklął Keet. - Szkoda że was nie spotkaliśmy na początku przepustki. Teraz nam taka 
forsa na nic przez najbliższe trzy lata. 
    - Zaproponujcie coś. 
    Keet podniósł pakiet biletowy. 
    -  Tu  jest  napisane,  że  okrętujemy  za  osiem  godzin.  To  znaczy,  że  jeśli  chcecie,  abyśmy 
wyświadczyli  wam  przysługę,  musicie  znaleźć  nam  jakieś  atrakcyjne  zajęcie,  które  nie  trwałoby 
zbyt długo i nie wpędziłoby nas w kłopoty. Może pomyślicie o czymś z własnej branży. 

background image

    -  Mężczyzna  po  paru  szklankach  ąuilla  ma  ochotę  nie  tylko  na  rozmowy  z  kumplem  - 
naprowadzał Ohlsn. 
    Sten otworzył szeroko oczy. - Przepraszam, że tak wolno myślę. Oczywiście, wszystko jasne. 
    - Braciszku - dodał Alex - widzę, że ci panowie chcą nas potraktować uczciwie. Damy im siostry 
Din? 
    Keet oblizał wargi. - To już je przechwyciliście? 
    - Owszem - odparł Sten. - Ich starzy się nie przejmują, po prostu hodują dziewczynki. Czekają, 
aż osiągną one dziesiątkę, a potem je sprzedają. Mamy dwie od około miesiąca. Teraz właśnie są na 
przyuczeniu. 
    -  W porządku.  Zapewniacie jeszcze jedzenie i picie. Poza tym  pilnujecie, żebyśmy nie spóźnili 
się na transport. 
    Na  twarzach  czterech  mężczyzn  wykwitły  szerokie  uśmiechy  i  Sten  skinął,  aby  przyniesiono 
następny dzban. Należało przypieczętować umowę. 
    Na  zewnątrz,  słone  powietrze  błyskawicznie  otrzeźwiło  Stena.  Wypił  tyle,  że  wcześniej  zaczął 
poważnie rozważać poinformowanie umundurowanych mężczyzn, co im się przydarzy i dlaczego. 
Na szczęście po wyjściu z baru oprzytomniał. Szedł  w krok za Keetem.  Gdy  opuścił ręce, ostrze 
skrywanego pod pachą noża wpadło mu w dłoń. Skinął głową do Kilgoura. 
    Alex  obrócił  się  i  zadał  cios.  Rozbudowane  mięśnie  starszego  sierżanta,  poprowadziły  pięść 
prosto  w  klatkę  piersiową  Ohlsna.  Żebra  pękły.  Cała  siła  uderzenia  skupiła  się  na  sercu.  Z  ust 
Ohlsna popłynęła krew. 
    Keet  umarł  śmiercią  równie  gwałtowną,  lecz  zadaną  w  sposób  bardziej  finezyjny.  Nóż  Stena 
wśliznął się w jego podstawę czaszki, oddzielając rdzeń kręgowy od mózgu. 
    U  Stena  i  Alexa  zadziałały  stare  odruchy,  wyuczone  w  Modliszce.  Chwycili  padające  ciała  i 
ułożyli je na chodniku. Szybko obdarli zwłoki z broni, mundurów oraz pakietów identyfikacyjnych. 
Kilgour  wyciągnął  z  pobliskiej  sterty  śmieci  dwa,  uprzednio  tam  schowane  i  odpowiednio 
obciążone, worki. 
    Chwilę  później,  starannie  zapakowane  zwłoki  zostały  zepchnięte  z  nabrzeża,  by  zniknąć  bez 
śladu. Za dziesięć godzin, specjaliści sądowi będą mieli do badania jedynie rozkładającą się breję. 
    Alex zwinął mundury i wsadził je pod pachę. 
    -  Nigdy  nie  sądziłem  -  zadumał  się  -  że  do  wszystkich  grzechów  na  moim  sumieniu  dorzucę 
jeszcze zanieczyszczanie oceanu. 
     
    - Alex, pomóż - poprosił płaczliwie Sten. 
    - Chwileczkę, stary. Nie mam teraz czasu. 
    Alex  był  faktycznie  zajęty.  Wkładał  dokumenty  Keeta  i  Ohlsna  do  jednego  z  przyrządów 
Modliszki, które przywieźli ze sobą. Maszyna kopiowała identyfikatory oraz dane osobiste tak, aby 
odpowiadały zdjęciom a także rysopisom Stena i Alexa. 
    - Starszy sierżancie Kilgour! Ja tu, do cholery, dowodzę!  
    Ostatnia  fotografia  przedstawiała  Keeta  idącego  pod  ramię  z  jakąś  kobietą,  zapewne  miłością 
jego życia. Jednakże na nowym zdjęciu, to Sten występował w roli kochanka. Kilgour uśmiechnął 
się  i  nacisnął  guzik.  Urządzenie  zaczęło  syczeć  -  za  niecałe  pół  minuty  zarówno  oryginały 
dokumentów  jak  i  mechanizmy  kopiujące,  zmienią  się  w  bryłę  pląsu,  której  nikt  nie  zdoła 
zanalizować. Alex spojrzał do tyłu, aby się przekonać, na czym polega problem Stena. 
    -  Jestem  kapitanem  Imperialnej  Gwardii,  a  nie  szwaczką  -  oświadczył  stanowczo  Sten.  -  Nie 
umiem szyć. Nie wiem,  jak przerabia się mundury, nawet za pomocą kleju krawieckiego i noża  - 
krzyczał, rozpaczliwie machając rękami. 
    Kilgour syknął, nalał sobie drinka i smutnym wzrokiem popatrzył na Stena. 
    -  Jak,  u  diabła,  udało  ci  się  skleić  obie  ręce?  Każda  kobieta  poradziłaby  sobie  z  tak  prostym 
zadaniem. 
    Zanim  Sten  znalazł  sposób,  by  uderzyć  przyjaciela,  Alex  wylał  na  ręce  kapitana  alk,  który 
rozpuścił  klej.  Szybko  ponownie  napełnił  kubek  i  podał  go  dowódcy.  Sten  wypił  trunek  jednym 
haustem. 

background image

    - Tak, dowodzisz prawdziwości starego porzekadła - zauważył Alex, kiedy niefortunny krawiec 
już przestał się krztusić i wytarł załzawione oczy. - Sten rzucił partnerowi mordercze spojrzenie, a 
ten dokończył: - Pokaż mi jak szyjesz, a powiem ci jak płaczesz. 
    Sten uznał, że Kilgour stanowczo zbyt wiele sobie pozwala. 
     
 
    Rozdział dwudziesty drugi 
 
    Kolejna  fala  odpływu  uderzyła  w  jego  nogi.  Przystanął  czując  rozdzierający  ból  mięśni. 
Dynsman  z  wysiłkiem  brnął  przez  tłustą  wodę,  gdyż  jeszcze  nie  umiał  wykorzystywać 
równomiernych  ruchów  morza  jako  pomocy  w  marszu.  Tak  samo  było  w  czasie  Konchy,  kiedy 
dźwięk nabrzeżnego rogu sygnalizował koniec dnia pracy. Wtedy problem polegał na utrzymaniu 
równowagi  w  przybierającym  przypływie.  Dynsman  nadal  walczył  z  żywiołem.  Potworny  ból 
mięśni,  bezustannie  nękanych  skurczami,  przez  wicie  nocy  nie  pozwalał  mu  zmrużyć  oka. 
Zalegające na dnie odłamki skał i ostre muszle mollsków raniły stopy, osłonięte jedynie cienkimi 
butami z pląsu. 
    -  Cholera.  -  Zaklął  głośno  Dynsman.  Zmylony  krok  i  niewielka  cząstka  ciała  została  odcięta 
przez  muszlę.  Stał  opierając  się  pływowi  i  rozglądając  wokół.  Przez  moment  serce  łomotało  mu 
dziko.  Niemal  czuł  jak  krew  wyciska  z  drobnego  skaleczenia.  Dynsmana  przebiegł  dreszcz,  gdy 
pomyślał o wszystkich drapieżnych stworzeniach żyjących na plantacji mollsków. 
    Zwalczył  panikę  i  spróbował  wziąć  się  w  garść.  Po  obu  jego  stronach  czterdziestu  innych 
więźniów  Dru  powoli  przedzierało  się  przez  fale.  Szli  ostrożnie,  wypatrując  bąbli  zdradzających 
kryjówkę przestraszonych mollsków. 
    Dynsman  nigdy  w  życiu  nie  pracował  tak  ciężko  ani  nie  był  równie  przerażony.  Dużo  bardziej 
wolałby rozbrajać źle skonstruowaną bombę, niż łowić podstępne mollski. Nie miał zbyt sprawnych 
rąk, siedem pozostałych mu palców przypominało pozbawione czucia kawałki drewna. Przeżył w 
swoim fachu tak długo  dzięki sprytowi  i  szczęściu.  Przy  robocie nad delikatnymi mechanizmami 
ładunków wybuchowych zawsze powtarzał sobie: “A niech tam, co ma być to będzie." 
    - Dynsman! - dobiegł z brzegu ryk. - Rusz dupę, albo zaraz dostaniesz kopa. 
    Wrzask podziałał jak wstrząs elektryczny. Dynsman ruszył niezgrabnie naprzód, trzymając łapkę 
na mollski w gotowości. 
    Większość  zajęć  więźniów  Dru  wiązała  się  z  hodowlą  wyjątkowo  egzotycznych,  drogich  i 
śmiercionośnych żyjątek. Delikatne mięso mollska ceniono we wszystkich systemach, ze względu 
na  jego  wyśmienity  smak  oraz  owiane  legendą  działanie  jako  afrodyzjaka.  Mollsk  był  mutantem 
skorupiaka  ze  Starej  Ziemi.  Kilogram  doskonałego  mięsa  chroniła  ostra  jak  brzytwa  skorupa. 
Dojrzała,  około  półmetrowa  postać  stworzenia  stanowiła  wynik  wielosetletniej  hodowli.  Problem 
łowców polegał na tym, że te same geny, które uczyniły mollska tak dużym i smacznym, wpłynęły 
również  na  znaczny  rozwój  jego  systemu  ruchowego.  Stworzenie  żyło  w  mule  i  preferowało 
chłodne,  rojące  się  krylem  morza.  Kiedy  żerowało,  otwierało  wielką,  przypominającą  wachlarz 
górną  muszlę,  naprowadzając  mikroorganizmy  do  swojego  filtrującego  żołądka.  Mollsk  nie 
posiadał  ani  zmysłu  wzroku, ani  dotyku. Partnerów i  wrogów rozpoznawał  doskonałym węchem. 
Dlatego właśnie pracowano w czasie odpływu. Odór wyrzuconej na brzeg zgnilizny miał maskować 
zapach zbliżającego się łowcy. Jednak taka osłona przestawała być skuteczna, gdy człowiek znalazł 
się metr od mollska. Z tej odległości skorupiak wyczuwał napastnika i, przerażony, zagrzebywał się 
głębiej w błocie, pozostawiając za sobą ślad z bąbli. W tym momencie łowca chwytał stworzenie. 
Albo, jak w przypadku Dynsmana, usiłował schwytać. 
    Więźniowie wyznaczeni  do tego zadania byli  wyposażeni  w specjalne łapki. Składały się one z 
dwóch, długich na półtora metra rękojeści, zakończonych bardzo ostrymi, sprężynowymi szczękami 
z  sitem.  Nieustraszony  łowca  trzymał  łapkę  w  gotowości,  prąc  przez  fale  i  wypatrując  bąbli. 
Następnie  celował  w  punkt,  gdzie  znikały  bańki  powietrza,  i  wbijał  narzędzie  w  muł,  zwalniając 
sprężynę.  Aby  trafić,  należało  oczywiście  wziąć  pod  uwagę  kąt  załamania  światła.  Po  takim 

background image

polowaniu łowca wyciągał ociekającą błotem i wodą łapkę, a potem wrzucał złowione stworzenie 
do holowanej za sobą, gumowej tratwy. 
    Ze wszystkich więźniów Dynsman był chyba najgorszy w tej robocie. Rzadko kiedy udało mu się 
złowić choć jednego mollska, więc niemal co drugą zmianę wracał do brzegu z wywróconą do góry 
dnem tratwą. To natomiast oznaczało, że żył bardzo nędznie, gdyż na Dru istniała ścisła zależność 
między ilością otrzymywanego pożywienia a wydajnością więźniów. Zaledwie po jednym miesiącu 
żebra  sterczały  Dynsmanowi  nad  zapadniętym  brzuchem  pod  kątem  trzydziestu  stopni.  Jakby 
głodówka nie była dostateczną karą, za każdym razem, gdy coś sknocił, dostawał pięścią po karku 
od Chetwynda, szefa miejscowych łotrów. 
    Dynsman znów powoli ruszył naprzód, szukając stopami gładkich powierzchni. Nagle zobaczył 
stróżkę  małych  pęcherzyków  powietrza.  W  oszołomieniu,  na  oślep  pchnął  łapkę  w  dół  i  nacisnął 
spust. Woda eksplodowała miriadami bąbli. Dynsman, śmiejąc się histerycznie, wyciągnął przyrząd 
z  uwięzionym  w  szczękach  olbrzymim  mollskiem.  Zwolnił  spust  i  wrzucił  stworzenie  do  tratwy. 
Nareszcie, pomyślał. W końcu zaczynasz chwytać. Z dużo większą pewnością siebie pomaszerował 
naprzód. Jednak po chwili powróciły wszystkie wątpliwości i obawy. Dynsman przypomniał sobie 
opowieści,  których  nasłuchał  się  w  wiosce.  Niesamowite  historie  o  morskich  stworach, 
utrzymywały, że zadufane żółtodzioby najbardziej są narażone na ataki. 
    Dynsmanowi co prawda ani razu zagroziła bezpośrednia napaść, lecz widział on ciała wyciągane 
na  brzeg  przez  Chetwynda  i  jego  bandziorów.  Wieść  niosła,  że  w  tych  wodach  żyło  wiele 
niebezpiecznych  stworów,  ale  szczególnie  dwa  stanowiły  temat  ciągłych  dyskusji  i  nocnych 
koszmarów.  Drugimi  pod  względem  krwiożerczości  stworzeniami,  które  także  żerowały  na 
mollskach, były morae. Z kształtu przypominały węże. Odpowiednia budowa żeber umożliwiała im 
poruszanie  swym  trzymetrowej  długości  cielskiem.  Ogon  służył  morae'om  za  ster,  a  w  ataku  za 
straszliwy, duszący pierścień. Miały olbrzymie głowy. Zawiasowe szczęki pozwalały tym bestiom 
na połykanie kęsów o wiele większych niż średnica ich rurowatego tułowia. Jak większość zwierząt 
głębinowych  posiadały  bardzo  rozbudowany  układ  mięśniowy,  co  dawało  im  olbrzymią  siłę. 
Naoczni  świadkowie  opowiadali,  jak  morae  błyskawicznie  wciągnęła  pod  wodę  łódź  wraz  z 
człowiekiem,  który  nieopatrznie  wystawił  nogę  za  burtę.  Dynsman  pocieszał  się  tym,  że  morae 
rzadko żerowały w czasie odpływu. To podczas powrotu do domu, gdy morze przybierało, myśliwi 
mieli się czego bać. 
    Jednak największą grozę siał gurion. Stwór ten był zawsze głodny i polował o wszelkich porach. 
Zanurzony po pas Dynsman z przerażeniem stwierdził, że właśnie znajduje się na tej głębokości, na 
której  guriony  najchętniej  czatują  na  ofiarę.  Nigdy  dotąd  żadnego  nie  widział  i  diabelnie  mu  ten 
stan  rzeczy  odpowiadał.  Wyglądały  chyba  jak  ziemskie  rozgwiazdy,  ale  były  o  wiele  większe; 
miały  jakieś  dwa  metry  średnicy.  Na  swych  licznych  nogach  potrafiły  wznieść  się  ponad  wodę 
nawet w trzymetrowym przypływie. Poruszały się w głębinach tak szybko, jak człowiek na lądzie. 
Nikt  nie  zdołałby  przed  nimi  uciec.  Białą,  grubą  skórę  potworów  pokrywały  różnego  rodzaju 
gruzły.  Dzięki  potężnym  przyssawkom,  umieszczonym  na  kończynach,  bestie  bez  problemu 
rozrywały muszle mollsków. Potem rozdziawiały nad ofiarą żołądek obramowany rzędami ostrych 
jak  igły  zębów.  Chwytały  miękkie  mięso,  a  następnie  wcisnąwszy  je  na  siebie,  jednocześnie 
rozdzierały i trawiły żywy organizm. 
    Dynsman nigdy nie chciałby spotkać guriona. 
    Ostatecznie zastanawiał się nawet, czy nie lepiej było stanąć przed wymiarem sprawiedliwości na 
Świecie Prime niż zostać skazanym na Dru. Zawsze uważał się za człowieka niedocenianego, ale 
tutaj  jego  talenty  okazały  się  zupełnie  bezużyteczne.  Kiedyś  myślał,  że  potrafi  poradzić  sobie  w 
każdym społeczeństwie. Nie miał żadnych uprzedzeń. Robił to, co umiał najlepiej - wysadzał różne 
obiekty  w  powietrze.  Po  wykonaniu  zadania  lubił  sobie  wypić  w  towarzystwie  innych 
zawodowców. 
    Chetwynd  wszystko  to  zmienił.  Dynsman  nie  winił  systemu  tahnijskiego  za  swój  obecny  los. 
Popełnił błąd, więc został złapany. Odpowiedzialnością za niedolę obarczał podłych towarzyszy. 
    Chetwynd był jednym z wielu więźniów-szefów, rządzących wioskami porozrzucanymi po całej 
planecie. Tahnijczycy stworzyli kolonię więzienną, aby odizolować od reszty społeczeństwa ludzi 

background image

przedstawiających  choćby  najmniejsze  zagrożenie.  I  nie  widzieli  różnicy  w  tym,  czy  ktoś 
obrabował  bank,  czy  tylko  podniósł  transparent.  Poza  tym  mieszkańcy  systemu  Tahn  byli 
niezwykle  praktyczni.  Jeśli  już  istniał  świat  więzienny,  to  musiał  on  na  siebie  zarabiać.  Albo 
jeszcze lepiej: przynosić zyski. Na terenie gdzie przebywał Dynsman, założono rozległe plantacje 
mollsków. W tahnijskich wyższych sferach za dwadzieścia gram mięsa tych skorupiaków płacono 
małą fortunę. W głębi Dni,  poprzez niezmierzone przestrzenie pustyni  toczyły się gnane wiatrem 
krzaki piżmowe. Kiedy usiłowano je zatrzymać, rozpryskiwały wokół silnie żrący kwas, więc wielu 
więźniów  umierało  podczas  zbiorów.  Z  druańskich  plantacji,  farm  oraz  kopalnii  wysyłano 
drogocenne dobra, uzyskane kosztem “bezwartościowych" żywotów. 
    Dynsman  rozgryzł  ten  system,  zanim  jeszcze  przetransportowano  go  do  wioski  Chetwynda,  i 
postanowił  utrzymać  się  przy  życiu.  Nawet  niewiele  brakowało  a  zyskałby  uznanie  samego 
Chetwynda. 
    Chetwynd  był  kiedyś  nadzorcą  pracy  w  dokach  głównego  tahnijskiego  portu  kosmicznego.  W 
swej  dość  barwnej  przeszłości  dokonał  licznych  morderstw  i  rabunków.  Pewnego  razu 
zorganizował strajk. Razem ze swymi współpracownikami domagał się takiego samego udziału w 
zyskach,  jaki  mieli  robotnicy  przylatujący  z  dalekiej  przestrzeni.  Wtedy  właśnie  miarka  się 
przebrała.  Zakuto  Chetwynda  w  kajdany  i  poinformowano  go,  że  w  przyszłości  będzie  zdobywał 
mollski.  Jeszcze  przed  pojawieniem  się  na  scenie  Dynsmana,  olbrzymi  Chetwynd  zagarnął  już 
wioskę  dla  siebie.  Ubierał  się  w  najlepsze  ciuchy,  jako  jedyny  korzystał  z  wszelkich  luksusów  i 
zebrał  z  więźniarskich  piękności  mały  harem.  Należy  dodać,  że  damy  chętnie  pozostawały  z 
Chetwyndem,  ponieważ  był  nie  tylko  bogaty  jako  główny  rzezimieszek,  lecz  przede  wszystkim 
wyróżniał się urokiem osobistym i męstwem. 
    Sam  Dynsman,  gdy  zrzucono  go  ze  śmigacza  i  przydzielono  do  Chetwynda,  uległ  czarowi 
herszta. Olbrzym zdążył już przestudiować wcześniej skradzioną kartę identyfikacyjną przybysza. 
    -  Specjalista  od  bomb  -  zadumał  się.  -  Pewnie  jesteś  tym  gnojem,  którego  zawsze  szukałem 
jeszcze na Heath. 
    Chetwynd natychmiast zmusił Dynsmana do konstruowania ładunków wybuchowych. Materiały 
dostarczone przez szefa bandy nawet w połowie nie dorównywały właściwym, ale Dynsman starał 
się ze wszystkich sił, aby dowieść, iż przechwałki, jakie wygłaszał na temat własnych umiejętności, 
nie są próżne. 
    Dynsman  zastanawiał  się,  choć  nigdy  nie  pytał,  po  co  Chetwyndowi  te  bomby.  Przecież 
strażnicy,  których  uważał  za  oczywiste  cele,  zemściliby  się  okrutnie  nawet  za  najdrobniejsze 
draśnięcie.  W  końcu  Dynsman  zdołał  wyprodukować  wybuchowy  przyrząd,  uruchamiany 
narkopiwnym  chuchem,  niemal  zawsze  wydobywający  się  z  ust  strażników  Dru.  Test  wypadł 
nieszczęśliwie. Rzecz w tym, że Dynsman popełnił drobny błąd, instalując feromonowy zapalnik. 
Kiedy  Chetwynd  wysłał  grupę  na  pierwszą  akcję,  zapach  piżma  używanego  przez  najnowszą 
ukochaną herszta uruchomił bombę o wiele przed czasem. 
    Dynsman spodziewał  się, że zostanie zabity na miejscu. Zamiast tego, Chetwynd tłukł go przez 
chwilę,  a  następnie  po  dłuższej  naradzie  ze  swoimi  przybocznymi  oprychami,  przydzielił 
nieszczęśnika do głównej brygady zbierającej mollski. Brnąc przez fale i oczekując ataku morae'a 
albo  guriona,  Dynsman  zastanawiał  się,  czy  zawieszenie  wyroku  rzeczywiście  stanowiło  przejaw 
łaskowości Chetwynda. 
    Z  lewej  strony  rozległ  się  krzyk.  Gdy  Dynsman  obrócił  głowę,  ujrzał,  że  całe  skrzydło 
współtowarzyszy  niedoli  rozpaczliwie  młóciło  wodę,  usiłując  wydostać  się  na  brzeg.  Kolejny 
wrzask podniósł się z prawej i Dynsman w jakiś sposób wiedział, że dla niego było już za późno na 
ratunek. Kiedy inni wracali, on rozmyślał o swoich problemach, ignorując wszystko wokół. 
    Powinien  uciekać,  ale  gapił  się  tylko  w  paraliżującym  zafascynowaniu  na  czarne  kształty 
nadpływające w jego kierunku. Morae! Ciężka cholera, morae! W końcu udało mu się zrobić w tył 
zwrot.  Zaczął  przebierać  nogami,  jednak  odpływ  nie  pozwalał  iść  naprzód.  Serce  waliło 
Dynsmanowi  jak  młotem.  Mięśnie  podejmowały  maksymalny  wysiłek,  lecz  to  wciąż  nie 
wystarczało.  Bezradny  więzień  niemal  czuł  szczęki  potwora  chwytające  go  za  łydkę.  Nogi 
wydawały  się  niezwykle  cienkie  i  kruche.  Po  chwili  był  już  przy  brzegu;  ludzie  wyciągali  go  na 

background image

plażę,  a  on  dyszał,  śmiał  się  i  jednocześnie  trząsł  ze  strachu.  Rzucili  wyłowionego  kompana  i 
pobiegli z powrotem. Dynsman usłyszał kolejny przeraźliwy krzyk i przetoczył się na brzuch, aby 
zobaczyć, co się dzieje. Chetwynd stał w wodzie i wykorzystując całą swą ogromną masę, walczył 
z  jakąś  potężną  siłą,  która  wciągała  jednego  z  łowców  w  morskie  odmęty.  Potężny  rzezimieszek 
trzymał  mężczyznę  pod  pachy.  Niewidzialna  siła  gwałtownie  szarpała  ciałem  nieszczęśnika. 
Człowiek wrzeszczał i wrzeszczał, i wrzeszczał. Chetwynd jednak nie rozluźnił chwytu. Ciągnął tak 
długo, aż wreszcie, cokolwiek trzymało więźnia z drugiej strony, puściło. Chetwynd wytoczył się z 
powrotem  na  plażę  i  padł  przy  skrzekliwym  aplauzie  obserwatorów  zmagań.  Dynsman  niemal 
krzyknął  z  ulgi,  zanim  zobaczył,  co  olbrzym  trzymał  w  ramionach.  Morae  zwyciężyła.  Łowca 
mollsków  był  pozbawiony  połowy  ciała.  Robotnik  uśmiechnął  się  do  swego  wybawcy,  a  potem 
gałki oczne przewróciły  mu  się do góry białkami, i  krew buchnęła z ust. Dynsman odpełzł  nieco 
dalej, by zwymiotować. 
     
    Rozdział dwudziesty trzeci 
     
    - Jeden dla pana, panie Ohlsn! 
    - Potwierdzam, panie Keet! 
    Więzień,  szturchnięty  przez  Stena  pałką,  pobiegł  w  kierunku  Alexa.  Kilgour  wyciągnął  przed 
siebie uniesioną dłoń, gdyż w ten sposób salutowali Tahnijczycy, po czym skierował więźnia przez 
bramę na świat Dru. Zatrzasnął i zamknął wrota na potrójny zamek, a potem ukłonił się partnerowi. 
Ponownie wymienili saluty i ruszyli w kierunku swoich kwater. 
    - Przez wiele przeszedłem dla imperatora, drogi Stenie, jednak ty zmuszasz mnie do grania ról, 
których  wolałbym  w  ogóle  nie  znać.  Nie  było  mi  źle  jako  zdegradowanemu  żołnierzowi,  kiedy 
zajmowaliśmy się tymi stukniętymi Talameńczykami. Ale zrobić ze mnie najpierw alfonsa, a potem 
klawisza to już lekka przesada Mojej mamie nie spodobałyby się takie pomysły. 
    Alex  marudził  nieustannie,  odkąd  rozpoczęli  podróż  na  Dru  strażniczym  transportowcem.  Ich 
personaliów  nikt  nie  sprawdzał.  Widocznie,  nawet  przewrażliwieni  na  punkcie  bezpieczeństwa 
Tahnijczycy  nie  mogli  sobie  wyobrazić,  dlaczego  ktokolwiek  chciałby  udać  się  na  więzienną 
planetę. 
    A  jednak,  chcąc  być  sprawiedliwym,  należało  przyznać,  że  strażnicze  życie  miało  także  swoje 
jasne  strony.  Spora  część  produkowanych  na  Dru  luksusowych  dóbr  trafiała  do  obozu 
wartowników. Poza tym istniała też możliwość darmowego korzystania z całkiem niezłych atrakcji. 
Każdy  bowiem  skazany  na  Dru  więzień  wiedział,  że  jego  (lub  jej)  szansę  przeżycia  wydatnie 
wzrastały w przypadku zgłoszenia się na ochotnika do dzielenia łoża ze strażnikiem. 
    Sten  i  Alex  odrzucali  tego  typu  oferty,  twierdząc,  że  spali  z  tą  samą  kobietą  i  obaj  złapali 
wyjątkowo paskudną chorobę wymagającą długiego leczenia. 
    Ohlsn  miał  rację  -  dla  mężczyzn  i  kobiet  z  klasy  chłopskiej,  z  której  zwyczajowo  rekrutowano 
straż więzienną, życie było tu naprawdę słodkie. 
    - Mój miły Stenie - wyszeptał Alex pod drzwiami bezpieczeństwa wiodącymi do koszar straży - 
czy  jesteś  absolutnie  pewien,  że  wszystko  co  mamy  zrobić,  to  tylko  zabrać  stąd  tego  szalonego 
speca  od  ładunków  wybuchowych?  A  może  byśmy  tak  zostawili  własną,  bombkę  na  środku 
dziedzińca, zanim się zmyjemy? 
    - Świetny pomysł, sierżancie. Nie. 
    Weszli do kwatery przy akompaniamencie głośnego westchnienia Kilgoura. 
    Alex  poczekał,  aż  maszyna  przestanie  działać,  uniósł  plasowe  drzwiczki  i  zabrał  dwa  kubki 
narkopiwa do stolika, przy którym siedział Sten. 
    Wszystkie pomieszczenia rekreacyjne w koszarach były takie same; nadmiernie bogato zdobione 
pokoje stanowiły niezbyt udaną kopię wnętrz mieszkań warlordów. Jedynie maszyny do narkopiwa 
stanowiły dodatek, którego próżno by szukać w domach zamożnych Tahnijczyków. Alex skrzywił 
się i pociągnął łyk trunku. Jako człowiek pochodzący z wolnego świata i imperialny żołnierz, nigdy 
nie  zetknął  się  z  wątpliwymi  walorami  smakowymi  tego  napoju.  Sten  natomiast  wychylił  już 
niejedną porcję na fabrycznym świecie Yulkana. 

background image

    -  Ci  Tahnijczycy  nie  tylko  nie  jedzą  jak  należy,  ale  jeszcze  nie  znają  się  na  piwie  -  utyskiwał 
Alex. 
    - To niezupełnie piwo. 
    - Jasne. Prędzej uznałbym za piwo wielbłądzie siki niż to, co robią Tahnijczycy. 
    - Oni najpierw poddają fermentacji określony rodzaj ziarna, a potem dorzucają opiaty. 
    Alex wypluł płyn z powrotem do szklanki. - Żartujesz! 
    Sten potrząsnął głową i pociągnął kolejny łyk. Smakowało nawet gorzej niż pamiętał. 
    - Jakie są efekty? 
    - Stajesz się oczywiście kołowaty. I przez cykl może dwa oblewają cię zimne poty. 
    -  Świetnie,  cholera.  Najpierw  wcielam  się  w  alfonsa,  potem  w  klawisza,  a  na  koniec  staję  się 
narkomanem. Imperator nigdy się nie dowie, przez co ja przechodzę. 
    Sten  zauważył  jednak,  że  informacja  o  działaniu  narkopiwa  nie  powstrzymała  Alexa  od 
opróżnienia  szklanki.  Dalsze  narzekania  sierżanta  Kilgoura  utonęły  we  wrzaskliwym  powitaniu, 
jakie pozostali strażnicy urządzili  dwu przybyłym  kobietom,  których Sten i  Alex, podczas swego 
trzytygodniowego pobytu na Dru, jeszcze nie widzieli. 
    - Bliźniaczki Furlough! 
    - Jak wykorzystałyście wygraną? 
    Nieco wyższa i tęższa strażniczka gestem poprosiła o ciszę. Zebrani w końcu zamilkli. 
    - Chcecie raportu? Dobra. Nasz nieodżałowany... cholera wie jak mu tam... a może to była ona?... 
tak czy inaczej świętej pamięci więzień został dowieziony na miejsce i przerobiony. 
    - Pieprzyć bandytę! Kogo to obchodzi? 
    -  Ja  i  Kay  znalazłyśmy  nowy  sposób  spędzania  czasu  na  Heath.  -  Zainteresowanie  wśród 
biesiadujących wartowników było oczywiste. 
    -  Wy,  żeby  się  zabawić,  musieliście  wyłożyć  sporo  forsy  -  kontynuowała  kobieta.  -  Powiadam 
wam, wpadłyśmy na genialny pomysł. Flota się rozbudowuje, więc jest pełno nowych rekrutów. Są 
młodziutcy i uwiązani na posterunkach. Wykombinowałyśmy z Kay, przecież na nas mogą wydać 
swoje kredyty i tak zrobili, jako że skorzystałyśmy z prawa przebywania w bazie, w centrum R&R. 
    - Dobra zabawa - zarechotał ktoś. 
    -  Wierzcie  mi,  to  złoty  interes  -  ciągnęła  kobieta.  -  Chłopaczki  idą  z wami,  bo  chcą,  nawet  nie 
trzeba ich namawiać. Zdradzę wam też mały sekrecik. - Łypnęła okiem. - Tak jest dużo... mocniej. 
No i to oni za wszystko płacą. 
    Jakiś sierżant wstał i ceremonialnie uniósł kubek. 
    - Cieszymy się, że jesteście z powrotem. Z przyjemnością wysłuchamy waszych niesamowitych 
opowieści.  Ale  jeśli  w  następnej  loterii  to  wy  znów  wygracie,  wtedy  może  popłynąć  krew.  Już 
trzeci raz w ciągu dwu lat pojechałyście na Heath. 
    Sten i Alex popatrzyli na siebie. Wszystkie słowa były zbędne. Wzięli z maszyny następne porcje 
narkopiwa i włączyli się w ogólne zamieszanie. 
    Problem, którego jeszcze nie zdołali  rozwiązać, sprowadzał  się do pytania: jak po odnalezieniu 
Dynsmana  wydostać  z  planety  jego  i  siebie.  Jako  doświadczeni  w  działaniu  na  wrogim  terenie 
agenci zakładali, że jakiś sposób zawsze się znajdzie. Jednak w ciągu ostatnich trzech tygodni nie 
udało  im  się  na  żaden  wpaść.  Więzienną  planetę  otaczały  załogowe  i  bezzałogowe  statki 
strategiczne. Z resztą świata łączyły jedynie więzienne transportowe albo automatyczne frachtowce, 
uwożące  luksusowe  towary.  Każdy  przelot  wartowników  kontrolowały  specjalne  oddziały  straży. 
Nawet  Sten  i  Alex  nie  czuli  się  na  siłach,  by  przejąć  okręt  pilnowany  przez  setkę  ludzi.  Pojazdy 
eksportowe były natomiast wielkimi chłodniami o azotowej atmosferze. Możliwość skorzystania z 
loterii wydawała się więc wyjątkowo interesująca. 
    Dru  stanowiło  dumę  Tahnijczyków,  ponieważ  przynosiło  zyski.  A  pożytek  robiono  nie  tylko  z 
mollsków czy piżma, ale także z martwych więźniów. 
    Otóż  pod  wpływem  stresu  ludzka  szyszynka  produkuje  substancję  o  właściwościach  narkotyku 
uśmierzającego  ból.  Im  większe  napięcie  nerwowe,  rym  wydajniej  pracuje;  ów  gruczoł.  Jako  że 
większość  więźniów  na  Dru  umiera  w  ogromnym  stresie,  ich  ciała  są  pełne  tego  narkotyku. 
Problem polega na odzyskaniu ciała i zamrożeniu zwłok, zanim zaczną się one rozkładać. Skazańcy 

background image

przebywający  na  więziennej  planecie  giną  bardzo  często,  ale  rzadko  w  okolicznościach 
umożliwiających wykorzystanie ich ciała. 
    Dobry “materiał" transportowano do stolicy Światów Tahn. Przerobu nie dokonywano na Dru z 
dwu  przyczyn:  żaden  z  wykwalifikowanych  techników  nie  zgodziłoby  się  pracować  w  miejscu, 
gdzie  diabeł  mówi  dobranoc;  a  poza  tym,  ekstrakt  szyszynki  jak  wiele  silnych  specyfików 
przeciwbólowych, był radość niosącym opiatem. Którykolwiek z Tahnijskich warlordów wpadł na 
pomysł,  żeby  przerabiać  ludzi  na  środki  odurzające,  miał  dość  rozsądku,  by  nie  dać  dostępu  do 
supernarkotyku  więziennej  planecie,  i  tak  już  nękanej  problemami.  Zebrane  w  wystarczającej 
liczbie,  zamrożone  i  zapakowane  trupy  wysyłano  pod  eskortą  dwu  strażników,  wybieranych  za 
pomocą  losowania.  Loteria  stwarzała  więc  niepowtarzalną  szansę,  aby  się  wydostać  z  Dru  przed 
regulaminowym wyjazdem na przepustkę rekreacyjną po trzyletnim cyklu służby. 
    Pod  koniec  wieczoru  Sten  i  Alex  już  zezowali  od  narkopiwa,  ale  najważniejsze  było  to,  że 
znaleźli drogę ucieczki. Dla Dynsmana i dla siebie. 
     
    Rozdział dwudziesty czwarty 
 
    Pierwszy krok miał zrobić Alex. Otóż musiał on przedstawić pewną opowieść. 
    - Uaaa - ziewnął przeraźliwie. - Jestem na Dru niecały miesiąc, a słyszałem już wszystkie wasze 
najlepsze historyjki. 
    - Ty znasz na pewno ciekawsze, Ohlsn - zakpił jeden ze strażników. Tęgi Szkot zdążył wyrobić 
sobie niezłą pozycję wśród kolegów po fachu. Szczególnie dzięki temu, że zawsze chętnie stawiał 
kolejkę lub dwie. 
    -  Może  byś  się  zamknął,  skoro  to  ja  płacę?  -  Po  tych  słowach  zapadła  grobowa  cisza.  Alex 
odczekał chwilę i rzekł: - Opowiem historię ze Starej Ziemi. Działo się to bardzo dawno temu. My, 
Szkoci, biegaliśmy wówczas wolni i bosonodzy po takiej zielonej wyspie. Ale nawet wtedy, przed 
naszym imperatorem, istniało już imperium. Mówili na nie Rzym. Otóż owi Rzymianie ogromnie 
się  bali  Szkotów,  dlatego  też  wznieśli  w  poprzek  wyspy  budowlę  zwaną  murem  Hadriana.  My 
znajdowaliśmy się po jednej, oni zaś po drugiej stronie. 
    Ale interes był interesem. Ludzie musieli mieć dostęp do przeciwległego terytorium. Przechodzili 
wiec bramami, przy których, rzecz jasna, stali uzbrojeni żołnierze. 
    Pewnego wieczoru, przy wrotach czuwało dwóch strażników: Marcus i Flavius... 
    Drugi krok należał do Stena. 
    Kapitan  musiał  zdobyć  terminal  i  dostęp  do  centralnego  komputera  Dru.  Bez  tego  bowiem  nie 
zdołaliby z Alexem znaleźć Dynsmana ani sposobu na oszukanie maszyny losującej. 
    Regulamin  surowo  zabraniał  strażnikom  posiadania  własnych  terminali,  a  istniejące  były 
starannie strzeżone i działały na kod głosowy odpowiednich osób. 
    Sten jednakże odkrył, że maszyny do gier w pokoju rekreacyjnym działały w bardzo wyszukany 
sposób.  Jeśli  strażnik  wygrał,  mógł  natychmiast  odebrać  nagrodę  w  postaci  narkopiwa 
(podawanego  przez  szczelinę)  lub  kredytów.  Przegrana  zaś  skutkowała  potrąceniem  danej  ilości 
gotówki  z  konta  bankowego.  Sten  uśmiechnął  się  radośnie  -  maszyny  były  identyczne  jak  te,  z 
którymi  miał  do  czynienia  na  Yulkanie,  oraz  jak  te,  które  Sekcja  Modliszki  sfałszowała  i  dzięki 
temu rozwaliła fabryczny świat. 
    Alex  zajmował  więc  strażników  zawiłą  opowieścią,  natomiast  Sten  w  tym  czasie  udawał,  że 
całym  sercem  oddaje  się  grze.  Naprawdę  był  zajęty  przejmowaniem  mechanizmu  i 
wykorzystywaniem jego linii dostępu do centralnego komputera. Przy wykonywaniu tego zadania 
używał  microblueboxa,  przeszmuglowanego  na  Dru  jako  maszyna  muzyczna  oraz  również 
przemyconego dodatkowego źródła zasilania. Do akcji kapitan włączył także swą lewą stopę, którą 
od czasu do czasu kopał urządzenie. 
    Gdy  ekran  rozbłysł,  Sten  zareagował;  zastukał  w  klawisze  i  włączył  się  w  obwód.  Blokada 
dostępu  była  prosta  jak  cep.  Sten  zastanowił  się  przez  chwilę,  potem  spróbował  zmienić  kod. 
Kolejny krok naprzód. 

background image

    -  ...  Otóż  Marcus  przebywał  na  wyspie  już  od  wielu,  wielu  lat.  Ale  biedny  Flavius  służył  tam 
dopiero  od  miesiąca.  Nie  lubił  miejscowego  jedzenia,  nie  podobała  mu  się  pogoda,  a  przede 
wszystkim  robił  w  gacie  ze  strachu  przed  Szkotami.  “Nic  się  nie  bój",  mówi  mu  Marcus.  “Koło 
dziewiątej wieczorem usłyszysz wrzaski, ale to będą tylko pokrzykiwania Szkotów wychodzących z 
knajp. Nie ma się czym przejmować." Jednak Flavius się martwił... 
    Sten  też  się  martwił.  Spojrzał  wokoło.  Wszyscy  w  pokoju  zdawali  się  skupieni  na  opowieści 
Alexa.  Sten  wysunął  z  kieszeni  mikrowiertło  i  przyłożył  je  do  tylnej  części  maszyny.  Wirujące 
ostrze wgryzło się w głąb. Sten podłączył jego końcówkę do wejścia w blueboxie i nacisnął guzik 
.ANALIZA". Urządzenie zaszumiało. 
    -  ...  Więc  wybiła  dziewiąta  i  faktycznie  słychać  jakieś  dzikie  odgłosy.  W  stronę  Rzymian  idą 
Szkoci. Wszyscy kudłaci, brudni, ubrani w niedźwiedzie skóry. W rękach trzymają wielkie topory i 
miecze. 
    Flavius  jest  przekonany, że  to  jego koniec, że umrze tu,  na tej jałowej  wyspie, lata świetlne od 
swojego pięknego Rzymu. Trzęsie się więc i drży. 
    Ale Marcus z uśmiechem na twarzy wita tę straszliwą, zataczającą się hordę. “Dobry wieczór", 
powiada. “Cholerni Rzymianie", warczy ktoś i wyciąga miecz. “Świetnie dziś wyglądacie", ciągnie 
Marcus. 
    “Cholerni Rzymianie", brzmi jedyna odpowiedź, jaką otrzymuje. Szkoci są coraz bliżej, a Flavius 
czując ich cuchnące oddechy, uważa się już za trupa. “Ładną mamy pogodę", kontynuuje Marcus. 
    “Cholerni  Rzymianie",  słychać znowu. Flavius  zamyka oczy. Woli nie  widzieć ostrza, które go 
rozpłata. Ale nic się nie dzieje. Wszystkie kudłate, mordercze potwory przechodzą przez bramę, a 
Flavius  wciąż  żyje.  Odpręża  się  biedaczysko.  Bierze  dwa  głębokie  wdechy,  posyła  uśmiech 
przyjacielowi i mówi: “Miałeś rację. Nie tacy straszni ci Szkoci". 
    “Jasne,  kolego.  Widzę,  że  szybko  się  uczysz"  odpowiada  Marcus.  ,Ale  za  godzinę,  gdy  ich 
mężczyźni skończą pić, możemy mieć ździebko kłopotów". 
    Jak  zwykle,  gdy  Alex  kończy  jedną  ze  swoich  opowieści,  przez  chwilę  panuje  pełne 
niezrozumienia milczenie. Tym razem cisza została przerwana dwoma odgłosami, wspomaganymi 
przez efekty świetlne. 
    Po  pierwsze:  ekran  bucząc  donośnie,  rozbłysnął  właściwym  kodem;  Sten  znalazł  się  wewnątrz 
głównego komputera. 
    Po  drugie:  wiertło  wyraźnie  weszło  zbyt  głęboko,  bo  wyświetlił  się  znak  “WYPŁATA"  i  ze 
szczeliny  zaczęły  wypadać  narkopiwa.  Sten  szybko  zgarnął  bluebox  oraz  mikrowiertło,  gdyż 
wszyscy strażnicy odwrócili się w kierunku gracza, usłyszawszy łomot kubków wyskakujących do 
pojemnika. Wokół maszyny natychmiast zebrał się tłum. 
    - Cholerne szczęście - mruknął ktoś ze zgromadzonych. - Stukałem w tę grę przez rok i nigdy nie 
udało  mi  się  wygrać  więcej  niż  dwa  piwa.  A  spójrzcie  na  to!  Keet  zdobył  trzysta  osiemdziesiąt 
siedem narkopiw. 
    - I co ja z tym, u diabła, zrobię? - zadumał się Sten. 
    - Panie Keet - powiedział jeden ze strażników. - Czy pan się na durnia szkolił? Wypijemy to; ot, 
co zrobimy. 
    Sten i Alex wymienili spojrzenia; czekał ich długi, bardzo długi wieczór... 
     
     
    Rozdział dwudziesty piąty 
 
    Wielki  mężczyzna  leżał  na  plaży,  leniwie  obserwując  brodzących  przez  płyciznę  łowców 
mollsków.  Otaczało  go  pół  tuzina  opalających  się  ślicznotek,  ale  on  był  skupiony,  na  wypadek 
gdyby  Chetwynd  przypadkiem  czegoś  od  niego  chciał.  Herszt  ledwie  zaszczycił  swoją  uwagą 
śmigacz  lądujący  w  tumanach  kurzu.  Udawał,  że  nie  słyszy  skowytu  wyłączanych  silników  ani 
chrzęstu piasku pod butami. 
    - Chetwynd? 
    - Taa. 

background image

    - Wstań, jak do ciebie mówię! 
    Chetwynd  wolno  obrócił  swoją  wielką  głowę  i  zrobił  zdziwioną  minę  na  widok  dwóch 
strażników. Podniósłszy się niespiesznie przybrał pozycję mającą oznaczać szacunek. 
    - Przepraszam, panie... nie wiedziałem... - Głos zadrżał mu w udawanym zdenerwowaniu. - Nie 
oczekiwaliśmy wizyty. 
    - No, to  cholernie niedobrze. Nie chcielibyśmy sprawiać kłopotu bandziorowi tak ważnemu jak 
ty. 
    Sten  z  namysłem  przyjrzał  się  ogromnemu  cielsku.  Bezczelność  Chetwynda  zdradzały  tylko 
oczy. Poza tym całą swą postawą wyrażał szacunek i pokorę wobec strażników, którzy właśnie tego 
oczekiwali od więźnia na Dni. Bardzo niebezpieczny człowiek, pomyślał Sten. 
    - Szukam pewnego bandyty - warknął Sten. 
    - To trafiłeś we właściwe miejsce, panie - wycedził Chetwynd. 
    Sten pominął milczeniem tę subtelną złośliwość. 
    - Nazywa się Dynsman. 
    -  Dynsman...  Dynsman...  -  powtórzył  olbrzym,  marszcząc  czoło.  Po  chwili  jego  twarz  się 
rozjaśniła. - Tak. Jeszcze żyje. Mamy tu jednego Dynsmana. 
    - Gdzie? 
    Chetwynd wskazał mężczyznę, który na brzegu czyścił płaskodenną łódź. 
    -  Bezużyteczny  sukinsyn,  jeśli  wolno  mi  tak  powiedzieć.  Nie  potrafi  nawet  wyrobić  dniówki. 
Wysłałbym go do mycia garów, gdybym się nie bał, że przez niechlujstwo nas wszystkich wytruje. 
    Sten i Alex bez słowa ruszyli w poprzek plaży, miażdżąc piasek ciężkimi butami. 
    Dynsman nie zauważył nadejścia strażników. Gdy tylko poczuł czyjąś obecność, uniósł głowę, a 
wtedy Alex chwycił go za kark i poderwał w górę. 
    - Przestępca Dynsman? 
    - Taaak, panie. 
    - Chcemy z tobą pogadać, chłopcze. 
    Kilgour  cisnął  małego  człowieczka  do  łodzi,  po  czym  zerknął  na  Stena.  Ujrzawszy  potakujące 
skinienie  kapitana,  wsiadł  na  pokład  i  złapał  wiosła.  Sten  zaś  zrzucił  cumę,  a  potem  dołączył  do 
Alexa oraz Dynsmana. Sierżant zaczął wiosłować na pełne morze. 
    -  Szczerze,  panie.  Ja  nic  nie  zrobiłem  -  skamlał  więzień.  Nagle  w  przebłysku  zrozumienia, 
wyciągnął palec w kierunku niknącego ogromu Chetwynda i rzekł oskarżycielsko: 
    - To on zmusił mnie do zrobienia tej bomby! 
    - Doprawdy? Zajmujesz się konstruowaniem bomb? - spytał Sten. 
    Dynsman natychmiast wpadł w trwogę. Może nie wiedzieli... O, cholera! Ale się wpakowałem, 
pomyślał? 
    - Opowiedz nam o tym, chłopcze - powiedział łagodnie Alex. 
    - Noo, on zapytał mnie... i... i powiedziałem, że znam się trochę na materiałach wybuchowych... 
i... 
    - Stul pysk! - wysyczał kapitan. - Chetwynd gówno nas obchodzi. 
    Dynsman  nie  odgrywał  wzroku  od  Stena,  oczekując,  że  zaraz  stanie  się  coś  strasznego.  Przez 
chwilę panowała cisza. 
    - Pamiętasz “Covenanter"? - zagadnął złowieszczym tonem Sten. 
    - O, mój Boże - wyszeptał Dynsman. 
    Alex wymierzył mu kuksańca. - Nie znoszę bluźnierstwa - wyjaśnił. 
    - Odpuśćmy sobie - powiedział Sten - Zabijmy go teraz; będziemy to mieli z głowy. 
    W dłoni Stena błysnęła cienka igła noża. Dynsman, widząc wycechowane w siebie ostrze, zaczął 
się pocić z przerażenia. 
    -  Nie  wiedziałem,  że  to  sprawa  wagi  państwowej.  Zawsze  trzymałem  się  z  dala  od  polityki. 
Zapytajcie, kogo chcecie. Wszyscy wam to powiedzą. Jestem tylko... tylko... - Spojrzał Stenowi w 
twarz i wybuchnął płaczem. - Nic mnie nie obchodzi polityka - szlochał. 
    Sten poczuł się tak, jakby rozgniatał robaka. 
    - Do ciężkiej cholery, Alex. Mamy właściwego faceta. Zajmij się nim, dobra? 

background image

    Kilgour skinął głową i sięgnął do kieszeni. 
    Dynsman  zerwał  się  na  równe  nogi,  wrzeszcząc  z  całych  sił.  Był  to  najbardziej  przeraźliwy 
dźwięk,  jaki  Sten  kiedykolwiek  słyszał,  mimo  iż  kapitan  posiadał  niemałe  doświadczenia  w 
wysłuchiwaniu  krzyków  umierających  ludzi.  Wówczas  zrozumiał,  że  Dynsman  nie  wrzeszczy  z 
tego powodu, że grozili mu nożem. 
    Sten odwrócił głowę. 
    Coś pędziło poprzez fale w kierunku łodzi z prędkością około piętnastu węzłów. Dziwna kreatura 
wykonywała  tak  szybkie  ruchy  swymi  pająkowatymi  nogami,  iż  zdawało  się,  że  biegnie  po 
powierzchni wody. 
    - To gurion! - wrzasnął znowu Dynsman. 
    Alex  rozpaczliwie  usiłował  zawrócić  niezgrabną  łódź,  ale  nie  miała  ona  kilu,  więc  tylko 
swobodnie obracała się wokół własnej osi. Sten chwycił za drąg. Bestia wzniosła się na swoją pełną 
wysokość  i  rozwarła  potworny  gębo-żołądek.  Właśnie  wtedy  za  Stenem,  w  wodzie  zapanowało 
jakieś poruszenie. 
    Cokolwiek  ono  oznaczało,  Sten  musiał  zostawić  z  tym  Alexa.  Sam  zaś  pchnął  drąg  prosto  w 
gardziel  guriona.  Końcówka  grubego  kija  popękała,  wbijając  się  w  miękkie  ciało  za  licznymi 
rzędami zębów. Gurion zaskowyczał, ale parł dalej. Ostatecznie uniósł i wywrócił łódź. 
    Alex  miał  jeszcze  mniej  czasu  na  reakcję.  Sekundę  po  okrzyku  Dynsmana  zobaczył  drugiego 
guriona, z impetem nacierającego na rufę. Zamachnął się wiosłem, ale nie zdążył zadać ciosu, gdyż 
nagle  niebo  zawirowało  i  jakaś  siła  wyrzuciła  go  z  pokładu.  Kilgour  zachłysnął  się  wodą.  Grube 
ramię  chwyciło  sierżanta  wpół  i  ścisnęło  mocno;  przyssawka  rozdarła  mundur.  Alex  próbował 
stanąć  na  nogi  -  woda  nie  była  tu  zbyt  głęboka.  Starał  się  też  zedrzeć  z  siebie  śliskie  odnóże 
zwierzęcia. 
    Sten,  w  obawie  że  zaraz  zostanie  pochłonięty  przez  guriona,  chlasnął  na  oślep  nożem.  Cięcie 
rozpłatało  delikatne  membrany  gurionowego  żołądka.  Kapitan  nagle  wyleciał  w  powietrze, 
przekoziołkował  i  chlupnął do morza. Na szczęście poziom wody w tym miejscu nie przekraczał 
metra.  Z  pierwszego  potwora  tryskała  fontanna  krwi.  Sten  natychmiast  przestał  o  nim  myśleć  i 
zakręcił się, szukając Alexa. 
    Szkotowi rozsadzało płuca, ale zdołał on chwycić jedną ręką za mackę, a drugą za wyrostek na 
grzbiecie guriona. Pozostałe odnóża ze śmiercionośnymi przyssawkami otaczały tęgie ciało Alexa. 
Pod  wodą,  centymetry  od  swojej  twarzy  Alex  zobaczył  krwistoczerwoną  gardziel.  Gdy  mocno 
napiął wszystkie mięśnie, z płuc wyrwała mu się resztka powietrza. Powoli, bardzo powoli zaczął 
wpychać  mackę  w  gębo-żołądek  guriona.  Bestia,  wyczuwając  zbliżające  się  świeże  mięso,  coraz 
szybciej kłapała zębami. W końcu, ostatnim potężnym pchnięciem  Alex umieścił koniec macki w 
paszczy. 
    Wysoki  skowyt  niemal  rozerwał  Stenowi  bębenki.  Potwór  wystrzelił  ponad  powierzchnię, 
jednocześnie  uwalniając  swą  ofiarę.  Gurion  z  macką  w  paszczy  skrzeczał  przeraźliwie  z  bólu. 
Rozdzierał i trawił własną kończynę, a jego dziwaczna fizjologia - szczególnie perystaltyczny ruch 
do wewnątrz skierowanych zębów - nie pozwalała mu przestać. 
    Sten  poczuł  silne  uderzenie  w  bok.  To  Dynsman  walczył  histerycznie.  Kapitan  wyciągnął 
mężczyznę  z  wody,  sięgnął  po  carotid  i  zaaplikował  go  nieszczęśnikowi.  Po  chwili  Dynsman 
zwiotczał, dzięki czemu Sten mógł holować więźnia do brzegu. 
    - Jest ich więcej! - krzyknął Alex. Kolejne trzy kształty wzniosły się nad wodę i szarżowały w ich 
kierunku  z  odległości  jakichś  dwustu  metrów.  Alex  błyskawicznie  znalazł  się  przy  Stenie.  We 
dwóch chwycili Dynsmana za kołnierz i zaczęli przeć w kierunku plaży. 
    Chetwynd  oraz  pozostali  z  wielkim  zainteresowaniem  przyglądali  się  walce.  Olbrzym  widział, 
jak dwóch strażników Dni ratuje tego wyskrobka, którego nazywali Dynsmanem. Zerknął leniwie 
na  jedną  z  przycumowanych  łodzi.  Gdyby  powiedział  słowo,  jego  podopieczni  rzuciliby  się  na 
pomoc tej trójce. 
    Sten  czytał  w  myślach  bandziora  na  odległość:  wiele  łodzi,  dziesiątki  łowców,  mnóstwo 
trzymanej w pogotowiu broni. Kapitan wiedział, co knuł Chetwynd. 

background image

    Oprych zatrząsł się ze śmiechu. Nigdy w życiu nie widział nic równie zabawnego. Padł na ziemię 
wyjąc z uciechy. Stojący wokół więźniowie także pojęli komizm zaistniałej sytuacji; jeśli nie kiwną 
palcem,  strażnicy  zginą.  I  nikt  nie  będzie  mógł  winić  Chetwynda.  Całe  wybrzeże  rzucało  od 
śmiechu. 
    Sten  i  Alex  wykrzesali  z  siebie  resztki  sił,  gdy  nadciągający  gurion  wzburzył  za  nimi  wodę. 
Ostatecznym zrywem przebrnęli parę ostatnich metrów błota i padli na piach. 
    Sten  leżał  z  zamkniętymi  oczami  przez  bardzo  długi  czas.  Dookoła  słyszał  śmiech.  Czekał 
usiłując odzyskać regularny oddech. W końcu wszystko ucichło. Przekręcił się na plecy i popatrzył 
w górę. Chetwynd szczerzył się do niego. 
    - Czy mogę w czymś pomóc, panie? - spytał olbrzym.  
    Sten spojrzał w drwiące oczy. Poczuł w dłoni wąską rękojeść noża i zastanowił się, jakby to było, 
gdyby... 
    - Co do cholery?! - wysapał kapitan. 
    I  nagle  przeszła  mu  chęć  zamordowania  obrzydliwego  bandziora.  Zgiął  się  w  paroksyzmie 
śmiechu. Wystarczyło tylko spojrzeć na sprawę oczyma Chetwynda. 
    Śmigacz  mknął  ponad  jałowym  krajobrazem;  Alex  prowadził  w  kierunku  głównej  kwatery. 
Dynsman  leżał,  bezpiecznie  upchnięty  pomiędzy  dwoma  strażnikami.  Gdy  rozległ  się  jęk,  Alex 
zerknął na odzyskującego przytomność specjalistę od ładunków wybuchowych. 
    - Ciężko go zatłuc - skomentował. 
    - Tak. Chyba musimy się lepiej postarać. Dawaj. 
    Kiwnął  na  Alexa  i  Kilgour  wygrzebał  z  kieszeni  maleńką  strzykawkę.  Sten  zabrał  się  za 
podwijanie  więźniowi  rękawa.  Człowieczek  otworzywszy  oczy,  spostrzegł  Stena.  Natychmiast 
zaczął się wyrywać. Kapitan pchnął go mocno i przebił igłą skórę. 
    - Słodkich snów, wyskrobku - powiedział i nacisnął tłok. 
     
    Rozdział dwudziesty szósty 
 
    Sten uznał, że poszło zbyt łatwo. Chip zmiennych w centralnym komputerze Dru, decydujący o 
wynikach  loterii,  okazał  się  niemal  przedpotopowy.  Generator  przypadkowego  wyboru  był 
kontrolowany jedynie przez pomiary magnetycznych fluktuacji słońca Dru oraz dwóch pozostałych 
planet systemu. 
    Jednak reszcie strażników nie wydawało się to aż tak proste. 
    - Cholera jasna. Ten człowiek jest naprawdę w czepku urodzony. - Jakiś tęgi wartownik nie mógł 
wyjść ze zdumienia.  - Niecałe dwa miesiące na  posterunku i  już załapaliście się do eskortowania 
worka. 
    -  Oto  cały  mój  partner,  pan  Keet  -  wyjaśnił  Alex.  -  W  ogóle  nie  potrafi  grać  w  karty,  a  na 
wyścigach  obstawia  tragicznie.  Ale  jeśli  tylko  weźmie  udział  w  grze  czysto  losowej,  zawsze 
wyjdzie na swoje. 
    Sierżant zmiany nawet nie krył rozdrażnienia. 
    -  Panie Ohlsn.  Panie Keet.  Dziwi  mnie a zarazem  niepokoi fakt,  że wy, nowo przybyli na Dru, 
macie tyle szczęścia. 
    - Tak jest! - powiedział Sten. Obaj z Alexem, umundurowani w przepisowe szarości, wyprężyli 
się na baczność. 
    -  Rozważcie  to,  panowie.  Podczas  gdy  będziecie  eskortowali  ciało  tego  więźnia  na  Heath, 
zamierzam przeprowadzić drobiazgowe śledztwo. 
    - Tak? A w jakiej sprawie? - Twarz Alexa wyrażała pełne zdumienie. 
    -  W  sprawie...  powiedzmy:  szczęścia.  I  przypuszczam,  że  kiedy  wrócicie,  będą  na  was  czekały 
wielkie niespodzianki. 
    - Tak jest, panie sierżancie! - zgodził się gorąco Alex. - Następnym razem, gdy nas pan zobaczy, 
niespodzianek nie zabraknie. 
    Alex  najwyraźniej  chciał  powiedzieć  coś  jeszcze,  ale  Sten  nieznacznym  kopnięciem  zmusił 
przyjaciela do milczenia, zasalutował, po czym obydwaj wykonali w tył zwrot i opuścili pokój. 

background image

     
    Zaraz  po  wyjściu  z  atmosfery  automatyczny  statek  wyłączył  napęd  Yukawy  i  uruchomił 
gwiezdny napęd AM2. 
    Alex wraz ze Stenem zdążyli się już włamać do sterówki. 
    - Ci Tahnijczycy nie są tacy cwani, jak im się wydaje - stwierdził Kilgour. - Przeprogramowanie 
tego autopilota jest wręcz dziecinnie proste. - Alex bez problemu zmienił kurs na plotterze. - Może 
byśmy tak odmrozili naszego Dynsmanka? - zaproponował. 
    - Po co robić sobie problem? - odparł Sten. - Martwy bandyta to niekłopotliwy bandyta. 
    - Racja. Będzie dość czasu, żeby go wskrzesić po spotkaniu. 
    A  mieli  się  spotkać  z  superszybkim  imperialnym  niszczycielem.  Pojazd  czekał  w  ukryciu  na 
obrzeżach  tahnijskiego  sektora,  monitorując  ustaloną  częstotliwość.  Kiedy  Sten  i  Alex  zostaną 
odebrani, automatyczny statek ponownie obierze swój pierwotny kurs na Heath. Tylko że nigdy nie 
dotrze do miejsca przeznaczenia, gdyż po drodze trafi na mnóstwo kosmicznego śmiecia. 
    - Mamy naszego szalonego miłośnika eksplozji, jesteśmy zdrowi, czego więcej by chcieć? 
    - Porządnego drinka - odpowiedział bez namysłu Sten, kierując się do kwater gwardzistów, żeby 
sprawdzić, czy ktoś był na tyle ludzki, aby zabrać jakiś literek alku. 
     
    Rozdział dwudziesty siódmy 
 
    Na  biurku  Ledoha  zaczął  błyskać  niebieski  panel.  Admirał  szybko  skończył  niezobowiązującą 
rozmowę z  Imperialnym Komisariatem.  Uderzył  guzik  blokujący  wejście do jego biura i  włączył 
świetlny napis KONFERENCJA. Ruszył ku drzwiom, które prowadziły do komnat imperatora. 
    Kiedy Ledoh wszedł, władca siedział odwrócony, wpatrując się w plac paradowy. Na stole stały 
dwie  pełne  butelki;  jedna  wypełniona  czymś,  co  imperator  nazywał  scotchem,  a  druga  -  Ledoh 
wzdrygnął się na ten widok - czystym, medycznym alkiem. 
    - Ma pan ochotę na drinka, admirale? - warknął imperator, nie przerywając obserwacji. 
    - Eee... nieszczególnie. 
    - Ja też nie. Jaka najgorsza rzecz przydarzyła się panu podczas tej zmiany? 
    Ledoh przebiegł myślą wszystkie nieprzyjemne wydarzenia z ostatnich paru godzin. 
    - Główny sekretarz Ambasady Tahnijskiej wyraził swoje niezadowolenie z przebiegu rozmów. 
    - A może on myśli, że ja jestem usatysfakcjonowany?! 
    -  Co  więcej,  sir.  Jego  niezadowolenie  zostało  zakomunikowane  lordom  Tahnu.  Mam  tu  ich 
odpowiedź. 
    - Dobra, dawaj. Zepsuj mi dzień. 
    -  Komunikat  leży  na  moim  biurku.  Jeśli  Wasza  Wysokość  chciałby  poznać  dokładną  treść...  - 
Ledoh  urwał,  widząc,  że  imperator  przecząco  kręci  głową.  -  Ogólnie  rzecz  ujmując,  chcą  się  z 
panem widzieć w związku z sytuacją na Światach Pogranicza. 
    - To wszystko? 
    -  Niezupełnie.  Z  powodu  śmierci  Alaina  odmawiają  przylotu  na  Prime.  Proszą  o  spotkanie  na 
neutralnym  gruncie,  w  głębokiej  przestrzeni.  Dalsze  warunki,  w  tym  kwestie  dotyczące 
odpowiednich środków bezpieczeństwa, pozostają do negocjacji. Żądają, aby rozmowy odbyły się 
w ciągu jednego roku Prime. 
    - Cholera! Cisną mnie jak diabli. 
    - Tak jest, sir. 
    - A co z zamieszkami na Światach Pogranicza? 
    -  Cztery  stolice  spustoszone.  Brak  wiadomości  z  miast  prowincjonalnych.  Jednostki  wsparcia 
gwardii  zajmują  pozycje.  Straty?  Oceniamy,  że  dochodzą  do  dwunastu  tysięcy  żołnierzy.  Po  obu 
stronach. 
    -  Wie  pan  -  zaczął  spokojnie  imperator.  -  Kiedyś  sądziłem,  że  poradzę  sobie  z  każdym 
napotkanym  problemem  wspierając  się  jedynie  rozsądkiem,  gwardią  oraz  niewielką  ilością  alku. 
Wychodzi  na  to,  że  się  myliłem,  admirale.  Obecna  sytuacja  jest  najlepszym  tego  dowodem. 
Podsumujmy.  Zobaczymy,  czy  się  pan  ze  mną  zgodzi.  Fakt  A:  Tahnijczycy  wykorzystują  śmierć 

background image

Alaina,  żeby  wywierać  na  mnie  nacisk.  Chcą,  aby  imperium  zapomniało  o  Światach  Pogranicza. 
Zgadza się? 
    - Bardzo możliwe - powiedział Ledoh. 
    - Ja jednak za cholerę nie mogę wycofać żołnierzy, a przede wszystkim tych osadników, którzy 
wprowadzili się tam w przekonaniu, że imperium będzie ich chroniło przez wieki. 
    Fakt  B:  Ludzie  odpowiedzialni  za  likwidację  Alaina  nie  wiedzą,  że  unifikacja  oznaczałaby  ich 
natychmiastowe unicestwienie, a przynajmniej zniszczenie wszystkiego,  o co walczą. Zgadza się, 
admirale? 
    - Nie widzę w tym rozumowaniu żadnych błędów. 
    -  Pozostaje  mi  więc  tylko  jedno  wyjście:  muszę  się  dowiedzieć,  kto  zamordował  Godfreya 
Alaina, i lepiej, żeby to nie był nikt z imperium, a potem spotkać się z tymi Tahnijczykami. Na ich 
warunkach.  I  oczywiście  zjeść  swoją  porcję  drakhu.  Czy  przychodzi  ci  do  głowy  jakieś  inne 
rozwiązanie? 
    - Nie, sir. 
    -  Cholernie  jesteś  pomocny.  Mahoney  coś  by  wymyślił.  -  Po  chwili  imperator  popatrzył  na 
Ledoha  łagodnym  wzrokiem  i  rzekł:  Przepraszam.  To  był  tani  chwyt.  Dawno  temu,  kiedy 
pracowałem jako inżynier okrętowy, inaczej rozwiązywałem problemy. 
    - Bardzo chciałbym usłyszeć, w jaki sposób. 
    - Wypijałem cały zapas alku i tłukłem tych, którzy wpędzili w te kłopoty. 
    - Niezwykle dowcipne - stwierdził Ledoh. 
    -  Cholernie  wspaniały  z  ciebie  pomocnik  -  warknął  imperator  i  skierował  się  do  swych 
prywatnych pokoi. 
    Przed opuszczeniem komnaty władcy Ledoh ostrożnie umieścił obie flaszki w szafce. 
     
    Rozdział dwudziesty ósmy 
     
    Gurion  ruszył  wprost  na  przerażonego  mężczyznę;  krwistoczerwona  paszcza  otarła  się  o  jego 
twarz,  zostawiając  ślad  trawiennej  śliny.  Żrąca  substancja  przepaliła  pierwszą  warstwę  skóry. 
Dynsman wrzasnął i rzucił się w tył. Kątem oka ujrzał strażnika Dru wpychającego drąg w gardziel 
stwora. Napaść bestii  i  paniczna próba ucieczki Dynsmana wywróciła łódź. Więzień przywarł do 
morskiego  dna.  Wpadł  w  histerię,  powietrze  rozsadzało  mu  płuca,  ale  bał  się  wypłynąć  na 
powierzchnię.  Na  ślepo  chwycił  wystający  kawałek  skały.  Ostre  jak  brzytwa  krawędzie  głęboko 
wbiły się w dłonie Dynsmana. Pomimo bólu, trzymał się tak długo, jak mógł. Czuł okropny smród 
wody i metaliczny, słodkawy smak krwi. Gdy dotknęło go coś twardego, znów wrzasnął, straciwszy 
resztki  zdrowego  rozsądku.  Woda  wdarła  mu  się  do  płuc.  Dynsman  wystrzelił  w  górę  i  wielkim 
haustem  zaczerpnął  powietrza.  Wtedy  też  zobaczył  zbliżającego  się  strażnika  z  ociekającym 
posoką, cienkim ostrzem w dłoni. Więzień w panice uderzył Stena. Ręka z nożem wyciągnęła się w 
kierunku nieoczekiwanego napastnika. Dynsman był bezradny; jak sparaliżowany patrzył na śmierć 
quriona znajdującego się tuż obok. A potem zbrojna w nóż ręka mignęła mu koło głowy. Nagle coś 
ciężko opadło Dynsmanowi na kark, łopatki. Nieszczęśnik poczuł, że... umiera., umiera... umiera... 
    Rzucił  się  w  krępujących  go  więzach.  Jakaś  wielka  płetwa  lekko  dotknęła  manipulatora  i 
wstrzyknęła w żyłę łagodny środek uspokajający. Ciało Dynsmana znów leżało spokojnie. 
    Rykor parsknęła w swoje ociekające wodą wąsy, a następnie delikatnie je przygładziła przednią 
płetwą. Potem z westchnieniem rozłożyła się w krześle grawitacyjnym. Mechanizm zaskrzypiał pod 
ciężarem wielkiego cielska. 
    -  To  trudne,  kapitanie  Sten  -  powiedziała.  -  Ten  człowiek  uaktywnia  wciąż  tę  samą  część 
pamięci. 
    Rykor  należała  do  grupy  głównych  psychologów  imperium.  Jej  specjalnością,  choć  nigdy  nie 
podaną do publicznej wiadomości, było badanie ludzi na potrzeby wywiadu, czyli Gwardyjskiego 
Korpusu  Merkurego,  oraz  tajnych  drużyn  Modliszki.  Obecnie  analizowała  umysł  Dynsmana.  Ale 
jego mózg, zablokowany traumą, uparł się na odtwarzanie ciągle tego samego faktu - ataku quriona. 

background image

    Sten  spojrzał  na  bezwładnego  specjalistę  od  ładunków  wybuchowych.  Nagie  ciało  małego 
człowieka oplatały różnego rodzaju sądy i połączenia międzysynaptyczne. Kapitan już kilkanaście 
razy wysłuchiwał opowieści więźnia o walce z potworem. 
    Sten podszedł do pani psycholog. Rykor wyciągnęła płetwę i dotknęła go delikatnie. 
    -  Zawsze  byłeś  dla  mnie...  wyjątkowym  człowiekiem  -  powiedziała  łagodnie.  Sten  pogłaskał  ją 
po ogromnym ramieniu. Rykor na moment zapomniała o Dynsmanie. 
    -  Wciąż  masz  ten  nóż?  -  zapytała  niespodziewanie.  Sten  uśmiechnął  się  tylko,  nadal  ją 
poklepując. 
    Rykor podniosła się gwałtownie, aż zajęczało krzesło grawitacyjne. 
    - Musimy wejść głębiej. Trzeba się przebić się przez blokadę traumatyczną. 
    - To ważne - rzucił Sten. - Chodzi o śmierć paru osób.  
    Rykor  wyprostowała  się  na  krześle  i  całą  swą  uwagę  skupiła  na  skanowaniu.  Mocno  uderzyła 
płetwami w manipulator. Dynsman jęknął. 
     
    Wysoki,  szczupły  mężczyzna  z  gęstą,  siwą  czupryną  podsunął  kompanowi  narkopiwo.  Ręka 
Dynsmana na ekranie podniosła kubek. 
    - Następną kolejkę ja stawiam - rozległ się głos specjalisty od bomb. 
    Siwowłosy osobnik na ekranie uśmiechnął się do Dynsmana. Wskaźniki empatii wykazywały, że 
domorosły pirotechnik nie ufał tyczkowatemu chudzielcowi oraz że był mocno wystraszony. 
    - ... jeżeli nie ma pan nic przeciwko, doktorze Knox - dokończył nieco drżącym głosem. 
    Gurion wyciągnął długą mackę w kierunku Dynsmana. Nieszczęśnik wrzasnął czując jak odnóże 
bestii owija mu się wokół jego szyi. 
    - Stop! - krzyknął Sten. 
    Rykor raz tylko rzuciła okiem na ekran ukazujący przerażoną twarz więźnia i sięgnęła płetwą do 
manipulatora. Ciało Dynsmana opadło na stół. Rykor czekała na polecenia kapitana. 
    - Knox - powiedział Sten. - Wzmocnić. 
    Ekran skanera zblakł, potem zamigotał rozmazanymi obrazami, a w końcu ponownie wyświetlił 
postać tajemniczego doktora. Sten zaczął studiować wizerunek Knoxa. 
    - Mamy naszego chłopca - powiedział. - Pasuje do opisu ze szpitala. Możemy się jeszcze czegoś 
o nim dowiedzieć? Może używa jakiegoś dezodorantu? 
    Rykor wcisnęła odpowiednie guziki. 
    - Nie stosuje żadnych pachnideł - powiedziała. - Dość niezwykłe jak na człowieka tak dbającego 
o  własną  powierzchowność.  -  Przesunęła  kursor  w  górę,  pokazując  jako  przykład,  jego  starannie 
ufryzowane włosy. - W przypadku tego człowieka uwagę zwraca jedynie wygląd. Nic poza tym  - 
dodała,  bacznie  obserwując  monitory.  -  Brak  wyrazistego  zapachu;  głos  mocny,  ale  pozbawiony 
wyjątkowych  cech;  aura  również  bez  znaków  szczególnych.  -  Rykor  leniwie  odwróciła  głowę  w 
kierunku  Stena.  -  Doktor  Knox  niczym  się  nie  wyróżnia.  To  wyjątkowo  podejrzane.  Empatia 
ruchów... werbalność... nic z tego. Wszędzie nic, nic, nic. 
    Sten  przyglądał  się  zatrzymanemu  obrazowi.  Mężczyzna  wyglądał  na  ekranie  jak  wycięty  z 
gazety.  Nikt,  z  wyjątkiem  superprofesjonalisty,  nie  może  być  tak  mało  charakterystyczny.  Nagle 
Sten zauważył żółtą plamkę na dłoni Knoxa. 
    - Wzmocnić lewą rękę - polecił. 
    Ręka wypełniła ekran. Żółta plamka okazała się pierścieniem, z bardzo wyraźnym emblematem 
na płaskiej powierzchni. Sten wytrzeszczył oczy, nie bardzo wierząc w to, co widział. Wybity znak 
przedstawiał wydłużoną stopę z mocno zaakcentowaną piętą. A z pięty... 
    - Powiększyć - powiedział. 
    Z pięty wyrastały dwa skrzydła. 
    Sten jęknął i opadł na krzesło. Sprawy miały się jeszcze gorzej niż przypuszczał. 
    Nawet Rykor była nieco zaszokowana. Parsknęła głośno. 
    - Korpus Merkurego - wysapała, dmuchając w swoje mokre wąsy. 
    - Tak. - I w Bogu nadzieja, że to tylko renegat - odparł Sten. 

background image

    Macka  guriona  objęła  kark  Dynsmana  tuląc  ofiarę  do  siebie,  a  potem  przyciągając  ją  nagłym 
szarpnięciem.  Dynsman  poczuł,  że  płuca  odmawiają  mu  posłuszeństwa,  a  potem  zobaczył 
eksplodującą z nich cenną resztkę powietrza. Ręka uzbrojona w nóż pojawiła się na ekranie... i... 
    - Jedź do końca! - rozkazał kapitan. 
    Płetwa  pani  psycholog  zawisła  nad  manipulatorem.  Rykor  spojrzała  na  rzucające  się  ciało 
Dynsmana,  ponownie  odtwarzającego  swój  horror.  Jej  gruczoły  emfatyczne  w  kącikach  oczu 
zaczęły łzawić. 
    - Nie wiem, czy mogę - powiedziała zdławionym głosem. 
    - Zrób to - powiedział Sten. 
    Rykor wzdrygnęła się, włączając pełną moc. Skanowanie ruszyło całą parą. 
     
    Po  jednej  stronie  ekranu  widniał,  podobny  do  zwiniętego  robaka,  hologram  mózgu  Dynsmana. 
Mrugające  plamy  błękitu,  czerwieni  i  żółci  wskazywały  obszary  już  przebadane  przez  Stena  i 
Rykor. Czerwień oznaczała wyłącznie guriona. Niebieskie punkty były połączone różowymi nićmi. 
    - Szukaj? - ponaglał Sten. - Szukaj? 
    Rykor  przyjrzała  się  hologramowi.  Nieskończona  ilość  niebieskich  plamek  do  zbadania... 
empatia... empatia... 
    - Tam - wskazała i z łkaniem uruchomiła manipulator. 
    Obraz  baru  “Covenanter"  wypełnił  ekran.  Laserowy  neon  przesłaniała  mgła  nadpływająca  znad 
pobliskiego  kosmoportu.  Dynsman  nie  znał  naukowej  przyczyny  tego  zjawiska,  ale  wiedział,  że 
nocą mgła spowijała wiele kilometrów wokół głównego portu. A to była specjalna noc... 
    - Czas na wielkie bum - szeptały do nich z ekranu myśli Dynsmana. 
    Specjalista od ładunków wybuchowych czuł się tak niepewnie, jak jeszcze nigdy w życiu. Nagle 
na ekranie pojawiła się wielka dłoń bez dwóch palców. 
    - Dalej - powiedział niecierpliwie Sten. Rykor przewinęła obraz do przodu. 
    Ekran  zamigotał.  W  następnym  ujęciu  Dynsman  patrzył  na  dwóch  mężczyzn  witających  się 
przed wejściem do baru. 
    - Podgłośnij - rzucił kapitan. 
    Alain zmierzył wzrokiem człowieka ubranego w kombinezon. 
    - Inżynier Raschid? - zapytał. 
    Sten  i  Rykor  przyglądali  się,  jak  dwaj  mężczyźni  wchodzą  do  środka.  Dynsman  po  uzbrojeniu 
bomby  czekał  na  właściwy  moment.  Czasowy  zapalnik  nie  wydawał  żadnego  dźwięku,  ale 
Dynsman  w  wyobraźni  słyszał  jego  tykanie.  Kluczem  były  słowa  “inżynier  Raschid".  Płatny 
zamachowiec odliczał sekundy, które powinno im zająć przywitanie się z Janiz i zajęcie miejsca w 
boksie C. 
    Mijały ostatnie chwile życia paru osób. Jeszcze nie... już prawie... teraz... Laboratorium wypełnił 
biały blask i rozdzierający huk eksplozji. 
    Na ekranie pojawił się gurion; jego pulsujący gębo-żołądek przy twarzy Dynsmana. Skrępowany 
człowieczek rzucił się po raz kolejny, wrzeszcząc przeraźliwie. 
    Rykor z litością patrzyła na poddawanego torturom mężczyznę. 
    - Co mam z nim zrobić? - zapytała. 
    Sten wzruszył ramionami. Pani psycholog otarła łzy, po czym przesunęła dźwignię manipulatora 
do samego dołu. Leżący na stole Dynsman zapadł nagle w całkowity bezruch. Po raz pierwszy w 
życiu był zupełnie spokojny. 
    - Wierzysz w duchy? - zapytała. Sten myślał przez chwilę. 
    - Może... Ale nie w jego ducha. 
    Rykor  rozważyła  odpowiedź;  po  czym  nacisnęła  guzik,  nakazując  krzesłu,  by  odwiozło  ją  z 
powrotem do głębokiego basenu. Zanim zniknęła w wodzie, kapitan usłyszał jej słowa: 
    - Jesteś optymistą, młody Stenie. 
    Sten  wyobraził  sobie  wybuch  śmiechu  dobiegający  z  basenu.  Opuszczając  laboratorium, 
zastanawiał się, co dokładnie Rykor miała na myśli. 
     

background image

    Rozdział dwudziesty dziewiąty 
     
    Stojąc  cierpliwie  przy  drzwiach  do  warsztatu,  Sten  przełożył  opasłe  lotnisko  akt  spod  jednej 
pachy pod drugą. Z niemałym zdumieniem przyglądał się Wiecznemu Imperatorowi pochylonemu 
nad  trzymanym  w  dłoniach  dziwnym,  pudełkowatym  przedmiotem.  Imperator  zgiął  palce  prawej 
ręki i uderzył w struny; najpierw ostrożnie, potem z większą pewnością siebie. 
    Zaśpiewał łagodnym, chropowatym głosem: 
     
    Naładowaną flintą swą,  
    Niech prawdę każdy zna,  
    Burmistrza w dygot wprawił  
    I ograbił go do cna... 
     
    Jedna ze strun zabrzęczała fałszywie i sfrustrowany imperator przerwał grę. 
    - Cholera! 
    Rzucone  na  ziemię  pudełko  zabrzmiało  głośnym  dźwiękiem,  wielokrotnie  powtarzanym  przez 
echo. Władca jeszcze przez chwilę przypatrywał się instrumentowi, a potem kopnięciem skierował 
go  na  stertę  podobnych  przedmiotów.  Wtedy  zauważył  Stena.  Zmarszczył  czoło,  lecz  zaraz  się 
rozjaśnił. 
    - Nigdy nie próbuj zbudować gitary - mruknął. 
    - Nawet bym o tym nie śnił, sir - powiedział kapitan wchodząc do warsztatu. 
    Rzuciwszy  okiem  na  stos  porzuconych  instrumentów,  rozejrzał  się  po  pomieszczeniu.  Tu  i 
ówdzie  wisiały  mniej  lub  bardziej  obrobione  kawałki  drewna,  stanowiąc  dowód  wysiłków 
imperatora. Gdzieniegdzie walały się poprzewiercane gryfy rozmaitych rozmiarów. Sten wciągnął 
w nozdrza cuchnący dym, dobywający się z gara wypełnionego mazią wrzącą na otwartym ogniu. 
    - Przepraszam, sir, ale co to jest gitara? 
    -  Instrument  muzyczny  -  odparł  władca.  -  Tak  przynajmniej  twierdził  ten  czart,  który  to 
cholerstwo wymyślił. 
    -  Rozumiem.  -  Sten  mądrze  pokiwał  głową.  Podniósł  jedną  z  porzuconych  gitar,  a  następnie 
zajrzał poprzez struny do środka. - Nie widzę żadnych obwodów. Jak to działa? 
    -  Z  cholernym  trudem  -  powiedział  imperator.  Wstał  i  zdjął  z  haka  jedną  z  tylnych  ścianek 
instrumentu. Znów usiadł kładąc ją sobie na kolanach. - Podaj mi papier ścierny. 
    Sten rozejrzał się, zachodząc w głowę, o co mogło chodzić szefowi. Po chwili skojarzył: ścierny, 
szorstki.  Jakiś  rodzaj  wygładzacza.  Sięgnął  w  dół  i  spośród  śmieci  wyciągnął  coś,  co  posiadało 
chropowatą strukturę. 
    - Najważniejszy jest kształt wnętrza - wyjaśnił imperator. - Dźwięk odbija się od ścianek pudła. 
Problem  w  tym,  że  w  dawnych  czasach  nikt  nie  podchodził  do  konstrukcji  gitary  naukowo.  - 
Władca wziął od Stena papier ścierny i  zaczął  wygładzać wnętrze skrzynki.  - Wszystko  robili na 
ucho  -  kontynuował.  -  Szlifowali  trochę  tu...  -  Potarł  łukowato  wygiętą  ściankę.  -  Trochę  tam...  - 
Zaczął gładzić sam szkielet, usuwając plamki kleju. Nagle ze wstrętem odłożył instrument, lecz tym 
razem umieścił go ostrożnie na grubym chodniku. 
    Imperator podchwycił spojrzenie kapitana. 
    -  Libański  cedr  -  wyjaśnił.  -  Nie  uwierzyłbyś,  ile  kosztuje  parę  metrów  kwadratowych  tego 
drewna.  -  Po  chwili  milczenia  władca  odezwał  się  ponownie:  -  Jeśli  chciałeś  porozmawiać  w 
bezpiecznym  miejscu,  to  dobrze  trafiłeś.  Zatoczył  wkrąg  ręką,  pokazując  warsztat,  zapchany 
antycznymi  narzędziami  i  materiałami,  po  czym  dodał:  Każę  codziennie  przeczesywać  to 
pomieszczenie. 
    Sten uśmiechnął się lekko. Ze swojej opasłej teczki wyciągnął wykrywacz pluskiew. 
    - A ja właśnie sprawdziłem je ponownie - powiedział. 
    - I co? - Władca spojrzał na Stena pytająco. 
    Dowódca  ochrony  podniósł  gitarę,  którą  imperator  odrzucił,  ponieważ  wydawała  fałszywe 
dźwięki. Pokręcił głową. 

background image

    - Może to właśnie ta maszynka sprawiła, że gitara brzęczała - powiedział. - Przepraszam, Wasza 
Wysokość. 
    Wieczny  Imperator  zastanawiał  się  przez  chwilę,  czy  nie  powinien  wpaść  w  furię.  Ostatecznie 
jednak uśmiechnął się do Stena. Chwycił parę szczypiec, podniósł gar z cuchnącą mazią i zaczął ją 
nakładać pędzlem na gitarę. 
    - No więc? - zachęcił Stena do rozpoczęcia tematu. Kapitan sprawdził swojego “niuchacza". 
    - Czysto - powiedział. Otworzył teczkę, ruchem karciarza rzucił jej zawartość przez stół i spytał: 
- Czy już pan gotów, sir? 
    Imperator przyjrzał mu się uważnie. 
    - Masz na myśli, czy już skończyłem się opieprzać? 
    - Tak jest, sir. 
    Imperator znów podniósł korpus nie dokończonej gitary i zaczął głaskać łukowaty bok. 
    Dawaj. 
    Sten wyciągnął fotografię zrobioną w laboratorium skanowania. 
    - To nasz chłopiec - oznajmił. Imperator przyjrzał się zdjęciu Knoxa. 
    - Pan Ważny? - powiedział sucho. 
    - Jeżeli przez to Wasza Wysokość rozumie, że ten mężczyzna dowodził całą sprawą. Nie sądzę. 
On był kontrolerem Dynsmana. Szczęśliwie dla nas, nie poprzestał na tej roli. - Sten podał zdjęcie 
przedstawiające  zbliżenie  lewej  ręki  tajemniczego  doktora.  Imperator  natychmiast  zauważył 
emblemat. 
    - Korpus Merkurego! 
    -  Tak,  sir.  Co  więcej,  nie  ulega  wątpliwości,  że  ten  człowiek,  nazwijmy  go  na  razie  Knox,  jest 
lekarzem. I prawdopodobnie został wytrenowany w Korpusie Merkurego. 
    - Nadal tam służy? 
    -  Miejmy  nadzieję,  że  nie,  ale  na  razie  nie  wiemy.  Porucznik  Haines  sprawdza  to  na  moje 
polecenie. 
    Sten  milczał  przez  chwilę,  przypatrując  się  imperatorowi,  który  spokojnie  pocierał  drewno 
papierem. Władca sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął stamtąd jakiś mały przedmiot. Sten 
wytężył wzrok. To, co zobaczył, przypominało metalowe widełki. Szef uniósł tajemniczy przyrząd i 
delikatnie  uderzył  nim  w  bok  instrumentu.  Zabrzmiał  niski,  stłumiony  ton...  i  trwał  przez  wiele 
uderzeń serca. Imperator uciszył dźwięk przyciskając metal do policzka. 
    - Harmonia nie jest jeszcze odpowiednia - stwierdził. - Proszę kontynuować, kapitanie. 
    Sten wziął głęboki wdech. Oto nadeszła pora wejścia na bardzo niebezpieczny grunt. 
    -  Czy  mogę  mówić  swobodnie,  sir?  -  Sten  wiedział,  jak  głupio  brzmi  jego  pytanie.  Nikt  nie 
powinien pozwalać sobie na swobodną rozmowę z przełożonym. Musiał jednak podjąć to ryzyko. 
    - Zasuwaj. 
    - W tej układance brakuje wielkiego kawałka. Z samego środka. 
    - Czego potrzebujesz, żeby go znaleźć? 
    - Szczerej odpowiedzi. 
    - Ktoś coś ukrywa? 
    - Tak, sir. 
    Imperator już dawno pojął, o co chodzi, ale lubił rozgrywać swoje gry do końca. 
    - Czyżbym to ja był tym kimś? 
    - Obawiam się, że tak, sir. 
    - Pytaj - powiedział imperator, a wyraz jego twarzy stał się dziwnie łagodny. 
    Sten westchnął. 
    - Dziękuję, sir. Pozwoli pan, że najpierw wyłożę całą sprawę. Potem zadam pytanie. 
    - Dobra, niech będzie. Podaj mi klej. 
    Sten spojrzał na niego zdziwiony. Dopiero po chwili się zorientował, że imperator wskazuje na 
cuchnący gar. Podniósł ciężkie naczynie i podał je szefowi. 

background image

    Władca sięgnął na zakurzoną półkę, skąd wziął mały pędzelek z drewnianą rączką. Włożył go w 
maź  i  wyjął  spomiędzy  kolan  górną  ściankę  gitary.  Stuknął  w  nią  kostkami  palców,  przyłożył 
kamerton, a następnie wsłuchał się w mruczący dźwięk. 
    -  Ta może być dobra.  - Jego Wysokość skinął z satysfakcją głową. Zanurzył pędzel  głęboko w 
gorącej mieszaninie u swoich stóp i zaczął nanosić klej na krawędzie pudła. 
    - Zacznę od tego, że bomba została uruchomiona na hasło - odezwał się Sten. - Poziom funkcji 
życiowych  Dynsmana  wzrastał  dwukrotnie  za  każdym  razem,  gdy  powtarzaliśmy  określone 
sekwencje. 
    - Mianowicie? 
    Imperator  słuchał  uważnie,  nie  przerywając  pracy.  Przyłożył  górną  ściankę  do  pudła  i 
przymocował ją ściskiem stolarskim. 
    Sten zajrzał do swoich notatek. 
    - Raschid - oznajmił. - Akcja miała się rozpocząć, gdy ktoś powie: inżynier Raschid. 
    Sten nie zauważył wściekłości, która pojawiła się na twarzy imperatora. 
    - Dalej - ponaglił go władca niemal szeptem. 
    - Następnie, Dynsman miał uruchomić czasowy zapalnik, kiedy usłyszał, że ktoś prosi o miejsce 
w boksie C - kontynuował kapitan. 
    -  Dosyć  -  rzekł  imperator.  Wymówił  to  spokojnie,  ale  Sten  nigdy  nie  otrzymał  dobitniejszego 
rozkazu. 
    - Więc to ja jestem winien jej śmierci - powiedział imperator do siebie. - To ja. 
    - Sir? 
    Zamiast odpowiedzi, władca wyciągnął spod stołka butelkę. Drżały mu ręce. Pociągnął długi łyk 
i podał flaszkę Stenowi. 
    Szef ochrony patrzył na swego zwierzchnika, zaszokowany. Wieczny Imperator czy nie Wieczny 
Imperator, jeśli można było jakoś dotrzeć do tego człowieka, Sten żywił nadzieję, że uda mu się to 
właśnie teraz. 
    -  Inżynier  Raschid  -  powtórzył  imperator.  -  Tak.  To  ja.  Jedno  z  moich  licznych  przebrań, 
kapitanie. Używam go, kiedy mam ochotę wyjść między ludzi. 
    Po tym wyznaniu, wszystko ułożyło się Stenowi w logiczną całość. 
    -  W takim  razie, sir, to pan był  celem. Zamachowcom  nie zależało  na Godfreyu Alainie  ani  na 
emisariuszu, który spotkał się z nim zamiast pana. 
    Imperator uśmiechnął się smutno. 
    -  Tak.  Poleciłem  mojemu  wysłannikowi,  aby  przedstawił  się  jako  inżynier  Raschid  i  poprosił 
Janiz o boks C. 
    - Janiz? - zapytał Sten. - Kim była Janiz? 
    Imperator machnął tylko ręką, więc Sten kontynuował snucie przypuszczeń. 
    - Dobrze. A zatem Dynsmanowi zlecono wysadzenie boksu C. Bomba była tak zaprojektowana, 
żeby  zniszczyć  cały  bar  i  uśmiercić  wszystkich  z  wyjątkiem  pana.  Reszta  jest  prosta.  Ambulans 
miał zabrać ogłuszonego władcę do doktora Knoxa. 
    -  I  wtedy,  jak  sądzili,  znalazłbym  się  pod  ich  kontrolą  -  dodał  imperator.  -  Tępaki.  Tego 
próbowano  już  wcześniej.  -  Chciał  pociągnąć  łyk  alkoholu,  ale  potrząsnął  głową,  zakorkował 
butelkę i wepchnął ją z powrotem pod stołek. - Czasami - powiedział - nie lubię sam siebie. Czułeś 
się tak kiedyś? 
    Sten uznał, że lepiej będzie zignorować to pytanie, i po prostu ciągnął dalej: 
    - Wygląda na to, sir, że Tahnijczycy nie mają z tą sprawą nic wspólnego. Ktoś, prawdopodobnie 
jeden  z  pańskich  ludzi,  chce  zasiąść  na  imperialnym  tronie.  Tahn  został  zamieszany  w  tę 
wywrotową  intrygę  za  sprawą  śmierci  Alaina.  -  Kapitan  czekał  na  odpowiedź,  ale  zagłębiony  w 
myślach imperator milczał. Sten zdecydował, że nadszedł czas, aby zadać kluczowe pytanie. - Kim 
ona była, sir? 
    Imperator podniósł wzrok. 

background image

    - Po prostu panną Janiz - odparł, a po chwili dodał: - Moją kochanką. Ale to zamierzchłe czasy. 
Wtedy  czułem  się...  A  zresztą,  kogo  u  diabła,  interesuje,  co  ja  czułem.  Opowiadałem  jej  różne 
historie. Nie zawsze dla mnie chwalebne. A ona... ona... do cholery, synu, ona mnie słuchała. 
    - Jednak pan był imperatorem - powiedział miękko Sten. 
    -  Nie.  -  Władca  potrząsnął  głową.  -  Inżynierem  Raschidem.  Rozrabiaką,  marzycielem,  kłamcą. 
Cholera! Ona mi wierzyła. Wpadałem wtedy do miasta dość regularnie. Co rok, czy dwa. Cały czas 
udzielałem sobie promocji. Awansowałem do stopnia kapitana. 
    - Ale to działo się dawno temu - zgadł Sten. Wieczny Imperator przytaknął. 
    -  Przestaliśmy  być  kochankami,  ale  wciąż  łączyła  nas  przyjaźń.  Wyłożyłem  na  bar  trochę 
kredytów.  Stałem  się  wspólnikiem  Janiz,  lecz  nie  ingerowałem  w  sprawy  dotyczące  lokalu. 
Zażądałem  jedynie,  aby  boks  C  pozostał  wyłącznie  do  dyspozycji  mojej  i  ludzi,  których  tam 
posyłałem. Zainstalowałem w tej kabinie najlepszy sprzęt antypodsłuchowy. W boksie C odbywały 
się  tajne  spotkania.  Dziwne,  że  tak  okrutny  los  zgotowałem  dawnej  kochance.  -  Zamyślił  się  na 
długą chwilę, po czym wyciągnął spod nóg butelkę. Wziął mały łyk dla rozjaśnienia umysłu. - Co 
pan radzi, kapitanie? - spytał w końcu. 
    Sten podniósł się z miejsca. 
    - Wiemy, że jest jakiś przeciek, sir - zaczął, chodząc po pomieszczeniu. - Ktoś, z całą pewnością, 
próbuje  pana  zabić.  -  Imperator  uśmiechnął  się  smutno.  Chciał  coś  powiedzieć,  ale  zrezygnował. 
Sten  wiele  by  dał,  żeby  poznać  obecne  myśli  władcy.  Cóż  on  jeszcze  ukrywał?  -  Tak  więc  - 
odezwał się ponownie - jest pan celem. Nie wiemy, ile osób należy do spisku, a zatem nikomu nie 
możemy ufać. Ja pójdę śladem Knoxa. Pan natomiast... 
    - Słucham, kapitanie. Co takiego każesz mi zrobić. Sten milczał. Czuł, że posunął się za daleko. 
Imperator wykonał parodię salutu i rzekł: 
    -  Nie  martw  się  o  mnie,  szefie.  Zachowam  całkowitą  ostrożność.  Choć  czasami  wolałbym...  - 
Władca  podniósł  porzuconą  gitarę.  Pochylił  się  nad  nią  nisko  i  zaczął  wygrywać  skomplikowane 
akordy. 
    Nawet  dla  niewyrobionego  ucha  Stena  brzmiało  to  całkiem  dobrze,  a  jednocześnie  oznaczało 
definitywny koniec audiencji. 
     
    Rozdział trzydziesty 
     
    Kai  Hakone  zatarł  dłonie.  Okruchy  tytoniu  posypały  się  na  podłożony  liść.  Powieściopisarz 
ostrożnie skropił go wodą, po czym zwinął, zaginając końce do środka. Gdy skończył, przyjrzał się 
cygaru  z  satysfakcją,  a  następnie  zanurzył  je  w  niemal  pełnym  kieliszku  ziemskiego  koniaku. 
Zadowolony,  obciął  końcówkę,  zapalił  skręta  zapałką  i  rozparłszy  się  w  fotelu,  zaczął  lustrować 
pomieszczenie.  Prywatna  sala  w  jednym  z  najbardziej  ekskluzywnych  klubów  Świata  Prime 
stanowiła  bardzo  dogodne  miejsce  spotkań  dla  wszystkich  towarzyszy  Hakone'a.  On  sam  zaś  w 
drodze do klubu łatwo mógł uniknąć urządzeń monitorujących. 
    Zgromadzeni  w  pokoju  ludzie  -  około  pięćdziesięciu  mężczyzn  -  byli  w  wieku  Hakone'a  lub 
starsi.  Przemysłowcy,  emerytowani  wojskowi  wysokich  szarż,  biznesmeni  -  dla  człowieka  z 
zewnątrz cuchnęli oni wręcz nieprzyzwoitym bogactwem. Hakone czuł od nich zapach śmierci. 
    Ta drażniąca nozdrza woń, przypominająca swąd palonej wieprzowiny, pobudzała ciało i umysł 
pisarza. 
    Niektóre osoby kształtuje zaledwie jedno doświadczenie. 
    Tak sprawa się miała z Kaiem Hakone'em. 
    Niemal  od  urodzenia  marzył  o  lataniu  w  kosmosie.  Świat,  na  którym  wzrastał,  cechowała 
stabilizacja. Jego rodzina zaś była dobrze ustawiona dzięki matce, która pewnego razu wpadła na 
wspaniały  pomysł.  Otóż  pani  Hakone  założyła  pracownię  krawiecką  wykonującą  usługi  w  ciągu 
kilku  minut.  Rzecz  polegała  na  szybkim  dopasowywaniu  wybranego  przez  klienta  wzoru  do 
odpowiedniej  miary.  Działalność  ta  sprawiła,  że  Hakone'owie  byli  niezwykle  bogaci  i  bardzo 
zadowoleni z życia. Kiedy syn zapragnął ich opuścić, nie mieli nic przeciwko temu, aczkolwiek nie 

background image

rozumieli powodów, którymi kierował się potomek. Ostatecznie Kai Hakone, jako porucznik, został 
przydzielony do patrolowca na początku Wojen Muellera. 
    Młodzieniec wziął sobie do serca lekcje w akademii i gorliwie starał się przewodzić załodze oraz 
inspirować  ją  do  działania.  Robił  też  wszystko,  aby  trzydzieści  osiem  osób  z  tego  maleńkiego 
siateczka  uważało  go  za  autorytet,  a  jednocześnie  za  swojego  przyjaciela.  Któregoś  dnia 
patrolowiec Hakone'a wyznaczono do bliskiego wsparcia lądowania na Saragossie. W czasie akcji 
zginęła  wtedy  większość  żołnierzy  z  Siódmej  Dywizji  Gwardii  zaokrętowanej  na  pięciu 
imperialnych transportowcach bojowych. Wśród miliona poległych, wyrzuconych w rozdzierającą 
płuca  przestrzeń,  bądź  spadających  bez  końca  na  skalistą  planetę,  znajdowali  się  mężczyźni  i 
kobiety ze statku Hakone'a. 
    Jego  patrolowiec  umierał  powoli,  pocięty  na  wstążki  przez  rakiety,  lasery  bliskiego  zasięgu  i 
ostatecznie  przez  działa.  Porucznik  Hakone  był  jedynym  członkiem  załogi,  który  przeżył. 
Wykopano go z resztek statku, a potem mozolnie przywracano mu psychiczną sprawność. 
    Po  zakończeniu  Wojen  Muellera  imperator  uznał  za  stosowne  pozwolić  każdemu,  kto  chciał, 
opuścić Służbę Imperialną. Tak Kai Hakone został młodym cywilem z całkiem niezłą odprawą, bez 
najmniejszej ochoty powrotu na rodzinną planetę i z odorem śmierci w nozdrzach. 
    Właśnie dzięki temu zapachowi zrobił karierę pisarską. Jego pierwsza wideoksiążka, powieść o 
rytuałach  przejścia  poprzez  rzeź,  okazała  się  niewypałem.  Druga,  zawierająca  trzeźwą  analizę 
Wojen  Muellera,  została  bestsellerem.  Wydana  dziesięć  lat  po  ustaniu  walk,  trafiła  w  najlepszy 
moment dla krytycznego opracowania. Od tego czasu prace Hakone'a, wszystkie ponure i krwawe, 
przyjmowano jako płody znaczącego, twórczego artysty. 
    W szóstym tomie dzieł z zakresu literatury faktu, Hakone drobiazgowo badał przyczyny klęski na 
Saragossie.  Przyjął  skandalizujący  punkt  widzenia,  że  młody,  dowodzący  akcją  admirał,  stał  się 
kozłem ofiarnym, który poniósł odpowiedzialność za błędy samego imperatora. Książka była, rzecz 
jasna, tak napisana, aby potem nikt nie mógł oskarżyć autora o polityczne zniesławienie. 
    Publikacja  stanowiła  jednak  pewien  punkt  zwrotny.  Z  tej  właśnie  przyczyny  Hakone  siedział 
teraz  w  ekskluzywnym  klubie,  wdychał  zapach  bogatych  ludzi  i  czuł  się  jak  duch  na  przyjęciu. 
Pisarz odpędził od siebie bezustannie nurtujący go problem  - co stałoby się z Kaiem Hakone'em, 
gdyby imperium odnosiło zwycięstwo w bitwie o Saragossę. 
    Zastukał paznokciami o stolik, aby zwrócić uwagę zgromadzonych. W pokoju zapadła cisza. 
    Ponownie  popatrzył  po  kolei  na  pięćdziesiąt  parę  osób.  Gdyby  był  bystrzejszy  lub  bardziej 
dociekliwy mógłby się zastanawiać, dlaczego każdy z otaczających go dawnych wojskowych miał 
tylko jedną gwiazdkę, dlaczego wszyscy obecni w klubie przemysłowcy odziedziczyli swe majątki 
po przodkach, a biznesmeni należeli do tych, którzy  robili interesy, balansując na granicy prawa. 
Ale konspiracja z natury nie znosi takich pytań. 
    -  Panowie  -  przemówił  łagodnym  głosem,  przeczącym  jego  niedźwiedziowatej  posturze.  -  Na 
początku  pragnę  was  zapewnić,  że  ten  pokój  został  zabezpieczony  przeciwko  wszelkim  znanym 
metodom  elektronicznego  podsłuchu,  jak  również  przed  fizyczną  ingerencją.  Możemy  mówić 
swobodnie. 
    Jeden  z  mężczyzn  wstał.  Hakone  rozpoznał  w  nim  Sawa  Toyera,  który  wzbogacił  się  na 
dostawach mundurów dla gwardii. 
    - Czas minął, panie Hakone - rzekł oskarżycielsko. - Byliśmy, i sądzę, że mówię to w imieniu nas 
wszystkich,  bardziej  niż hojni.  Oczekiwaliśmy,  że...  coś  się  wydarzy  po  Dniu  Imperium.  Tak  jak 
pan przyrzekł. Tymczasem, choć nie proszę o dopuszczenie do sekretów, nie zaszły żadne zmiany. 
W każdym razie nie stało się nic, co moglibyśmy zauważyć. Gdyby tak bardzo nie zależało mi na 
tej sprawie, już wcześniej zapytałbym, czy moje kredyty nie są wyrzucane w błoto. 
    -  Celem  tego  spotkania  -  odparł  pisarz  -  jest  właśnie  udzielenie  panom  wyczerpujących 
informacji. 
    Hakone przeszedł do szczegółów. Opowiedział o tym, że plany ogłuszenia i porwania imperatora 
spaliły na panewce, że mordercy udało się zbiec ze Świata Prime, że jego kontroler i ich lekarz Har 
Stynburn - “doktor Knox" - zniknął. Uspokoił jednak obecnych, iż wszelkie ślady zostały zatarte, i 

background image

na  pewno  wszystko  się  wyjaśni.  Dobrze  wiedział,  że  nie  należy  drażnić  tych  ludzi  drobnymi 
problemami, ponieważ dostarczali pieniądze. 
    -  Pierwsza  faza,  jak  panowie  stwierdzili,  niestety  się  nie  powiodła.  Mimo  to  zauważcie,  że  ze 
strony  imperatora  nie  powstało  żadne  podejrzenie.  Władca  tylko  wyznaczył  jednego  ze  swoich 
przybocznych  żołnierzy,  aby  ten  poprowadził  śledztwo.  Gwarantuję,  że  nikt  nie  wpadnie  na  nasz 
trop.  Istnieje  jednakże  pewien  problem.  Wyschło  stałe  źródło,  z  którego  czerpaliśmy  informacje. 
Teraz nie możemy już poznać następnych ruchów imperatora. 
    Czekając,  aż  ucichnie  szum  niezadowolenia,  Hakone  zanurzył  cygaro  w  koniaku  i  ponownie  je 
zapalił. Mięczaki, pomyślał. Ci ludzie nigdy się nie nauczą, że na rezultaty trzeba cierpliwie czekać. 
Ale za to ty, odezwał się duch optymizmu Hakone'a, już dawno zrozumiałeś, iż nigdy nie można się 
poddawać. Należy radzić sobie w każdej trudnej sytuacji. 
    Hakone ponownie zastukał, prosząc o ciszę. Szum w pokoju wzmagał się razem z narastającym 
strachem.  Pisarz  umoczył  rombek  palca  w  alkoholu  i  zaczął  wodzić  opuszkiem  wokół  brzegu 
kieliszka. Wysoki pisk uciszył tumult. 
    -  Dziękuję  -  powiedział  Hakone.  -  Co  było  to  było.  Teraz  dobre  wieści.  Nasz  koordynator  jest 
bardzo zadowolony z aktualnej sytuacji. 
    - Dlaczego? - warknął ktoś ze zgromadzonych. 
    - Ponieważ, pomimo naszych działań i przedsięwzięć imperatora, nie było żadnych przecieków. 
    - Więc co teraz robimy? Szukamy jakichś mysich dziur, w których moglibyśmy się schować?  - 
To  pytanie  wyszło  od  Bana  Lucery'ego,  jednego  z  nielicznych  przemysłowców,  mających 
poważanie Hakone'a. 
    -  Stanowczo  nie.  Nasz  koordynator  zarządził  przejście  do  drugiej  fazy  operacji.  Uważam  tę 
decyzję  za  bardzo  słuszną.  Uspokójcie  się,  panowie.  Dni  nieznośnego  panowania  imperatora  są 
policzone. “Zaarah Wahrid", tak nazwaliśmy drugą fazę, w żaden sposób nie może zawieść. 
     
    Rozdział trzydziesty pierwszy 
     
    Małe  ludziki  wyciągnęły  kłody  ze  stawu,  zaczepiły  je  do  wyciągnika  łańuchowego,  a  pijak 
usiadłszy  na  okorowanych  pniach,  pociągnął  z  butelki  i  wzniósł  radosny  okrzyk.  Naik  Rai  i 
subudar-major, Chittahang Limb, przyglądali się temu z aprobatą. 
    Sten  wyłączył  projektor.  Figurki  zniknęły,  choć  pijaczek  zapewne  zdążył  raz  jeszcze  łyknąć  z 
butelki, zanim się rozpłynął. 
    - Niedobrze - powiedział Haik Rai. - Czy zapamiętasz, jakie założyć skarpetki? 
    - Jesteś pewny, że to zgodne z prawdą? - włączył się Limbu w gurkhali. 
    -  Jasny  szlag!  -  zaklął  Sten.  -  Niczego  nie  jestem  pewny,  subudar-majorze.  Wiem  tylko,  że 
zostałem odkomenderowany do Służby Imperialnej, a wy odpowiadacie za gurkhów. 
    -  Posłuchaj,  jeśli  mnie  ośmieszysz,  to  przyrzekam,  że  własnoręcznie  obetnę  ci  jaja.  A  subudar-
major dotrzymuje słowa. - Limbu roześmiał się, zasalutował i dodał: 
    -  Nie  pojmuję,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi  kapitanie,  ale  mam  dziwne  przeczucie,  że  nie 
powinniśmy się spotkać wcześniej niż na Moksa. 
    - Dziękuję za zaufanie, Chittahang. Sten zrobił kwaśną minę. - Jednak od tego przeczucia zależą 
losy moich intymnych części ciała. Skończyłem. Możecie odejść. 
    Gdy  gurkhowie  opuścili  pokój,  Sten  z  powrotem  wziął  się  za  pakowanie.  Po  chwili  znów 
zadźwięczał dzwonek przy drzwiach. 
    Za  progiem  stała  Lisa.  Sten  zauważył,  że  miała  ze  sobą  włączony  wykrywacz  pluskw.  Sten 
zaprosił dziewczynę do środka i uznał, że najpierw musi ją dokładnie wycałować. 
    Kiedy wreszcie zakończył czułe powitanie, Lisa uśmiechnęła się do niego. 
    - Wszystko jest w porządeczku. 
    - Naprawdę? - odparł Sten. - Mówisz jak Wieczny Imperator. 
    - Wyjeżdżasz. 
    - Znowu to samo. Wiem, że wyjeżdżam. Do bezpiecznego domu. 

background image

    - Nie, wręcz przeciwnie. Ty i ten twój baryłkowaty bandzior wyruszacie na wycieczkę mrożącą 
krew w żyłach. 
    - Oho. 
    - Znaleźliśmy doktora Knoxa. 
    - Haines rzuciła fiszkę na stół Stena. 
    - Coś takiego! 
    -  Doktor  John  Knox  naprawdę  nazywa  się  Har  Stynburn.  Został  wyrzucony  z  Korpusu 
Merkurego. Sąd wojenny stwierdził, że to, cytuję: “dla dobra Służby". 
    Sten poczuł ulgę. Przynajmniej żaden obecny wojskowy imperium nie był wplątany w spisek. 
    -  Doktor  Stynburn,  człowiek  o  poglądach  dość  wojowniczych,  dostał  przydział  do  drużyny 
pacyfikacyjnej  jako  oficer  medyczny  -  kontynuowała  policjantka.  -  Wysłano  go  na  planetę,  która 
zawsze  wymykała  się  imperium  spod  kontroli.  Nazwę  znajdziesz  na  fiszce.  Mieszkańcy  tejże 
planety  nie  stawiali  specjalnych  wymagań;  chcieli  tylko  stalowej  broni.  Doktor  Stynburn  jakoś 
załatwił  dla  nich  oręż  z  wysoce  radioaktywnymi  elementami.  To  takimi  rzeczami  się  naprawdę 
zajmujecie? 
    - Przestań, Liso. 
    -  Przepraszam.  Miałam  ciężki  dzień.  W  każdym  razie  tamtejsze  kobiety,  ponieważ  to  one 
zajmowały się wojaczką, wykorkowały. Miejscowa średnia życia była bardzo krótka, więc zanim 
zdjęto drużynę Stynburna, na planetę mogli już się zjeżdżać osadnicy. Niestety, ktoś zaczął śpiewać 
i doktor Stynburn stanął przed sądem wojskowym. 
    Sten włożył fiszkę do czytnika i tylko w niewielkim stopniu zwracał uwagę na słowa Haines. 
    -  Wywalony.  Nie  poszedł  siedzieć...  Cholera...  Powinni  byli  wyrzucić  go  w  przestrzeń... 
Zniknął... Brak danych o zatrudnieniu... - Wyłączył czytnik i spojrzał na Lisę. 
    - A jednak znaleźliśmy doktorka - powiedziała. - Wyjechał z Prime. 
    - Dokąd? 
    - Do takiej dziury, doskonałej na kryjówkę. Nazywa się Kułak. 
    Haines podała Stenowi kolejną fiszkę. 
    - Jakim cudem zdołaliście tak szybko wpaść na jego trop? 
    -  Mówiłeś,  iż Knox uchodził za egocentryka.  Podejrzewałam więc, że  był  też na tyle tępy,  aby 
kontynuować karierę, zamiast zniknąć bez śladu. Wcale się nie myliłam. Doktor William Błock, tak 
obecnie nazywa się Stynburn, jest kontraktowym medykiem na Kułak. 
    Sten przyjrzał się zapiskom i ze strachu zrobił się kredowo-biały. 
    -  Powinienem  zostać w  Modliszce  -  mruknął  pod  nosem.  -  Wtedy  zrzuciliby  mnie  najwyżej  na 
jakieś bagno i miałbym przynajmniej jedną szansę na dziesięć tysięcy, aby przeżyć. Ale nie, mnie 
to, głupiemu, nie wystarczało. 
    - Słyszałeś o Kułak? 
    Sten  wolał,  aby  Haines  darowała  sobie  szczegółowe  objaśnienia.  Kułak  -  mała  planetoida  o 
trującej  atmosferze  i  morderczym  środowisku.  Leżała  mniej  więcej  gdzieś  pomiędzy  Końcem 
Świata a Nicością. Znajdowały się na niej krystaliczne metale, które żyły własnym życiem, rosnąc 
jak rośliny. Jeden z nich był niewiarygodnie lekki, a przy tym o wiele mocniejszy niż jakikolwiek 
materiał znany w imperium. Na fiszce podano jego opis i właściwości chemiczne. 
    Sten i  tak nieźle znał  ten metal.  Z niego  właśnie zrobił swój  nóż. Działo się to  na Yulkanie,  w 
“Piekle" - karnym sektorze dla niewolniczo pracujących robotników. Sektor ten, znany jako Obszar 
35,  dokładnie  odtwarzał  warunki  panujące  na  Kułak;  zabijał  sto  procent  skazanych  na  niego 
pracowników. 
    A teraz od Stena wymagano powrotu do Obszaru 35. Nigdy w życiu nie był bardziej przerażony. 
Spróbował  opanować  nerwowe  skurcze  żołądka  i  dalej  przeglądał  tekst.  Kułak  została  szybko 
porzucona przez firmę, która ją odkryła, ale po kilku latach osiedlili się tam ponownie niezależni 
górnicy - twardzi mężczyźni oraz kobiety. Ponieważ przebywanie na Kułak nie sprzyjało zdrowiu, 
nowi mieszkańcy natychmiast skorzystali z okazji zatrudnienia lekarza, szczególnie że zgodził się 
on podpisać długoterminowy kontrakt. Górnicy w większości sami byli wyjęci spod imperialnego 

background image

prawa,  więc  zbytnio  nie  interesowały  ich  grzechy  obciążające  sumienie  Błocka,  czyli  Hara 
Stynburna. Na Kułak zdradę imperium traktowano na równi z niepłaceniem alimentów. 
    Sten zebrał się w sobie i wyszarpnął fiszkę. 
    - Tak, słyszałem o Kułak - odparł. 
    -  Okręt  taktyczny  stoi  w  gotowości.  Miejsce  docelowe  jest  utajnione  nawet  dla  pilota. 
Zamówiłam też konieczne w tamtym środowisku kombinezony. 
    Sten  zupełnie  nie  wiedział,  jak  zareagować  na  te  nowiny.  Nagle  przez  drzwi  wpadł  Alex,  ze 
złością postukując w fiszkę. 
    -  Sten!  -  krzyknął  od  progu.  -  Nie  masz  pojęcia,  dokąd  ta  zwariowana  dziewczyna  próbuje  nas 
wysłać. 
    - Owszem, mam. 
    - Przepraszam, pani porucznik. Dawno się nie widzieliśmy. 
    -  Nic  nie  szkodzi,  sierżancie.  Twój  nieustraszony  dowódca  nie  wygląda  na  szczęśliwszego  od 
ciebie. 
    - Sten, czy musimy to robić? Nie można by wysłać jakiegoś batalioniku gwardii, żeby wyciągnął 
tego drania? 
    - I znowu go wypłoszyć? 
    -  Racja,  chłopie,  racja.  Niezbyt  mi  się  to  podoba,  ale  nikt  oprócz  nas  nie  poradzi  sobie  z  tym 
zadaniem. A więc jak oceniasz sytuację? 
    - Tkwimy po uszy w szambie - odparł sucho Sten. 
    - Nie nabijaj się ze mnie, bo naslę na ciebie mamusię. Sten znów wrócił do pakowania. 
     
    Rozdział trzydziesty drugi 
     
    Tylko jedna osoba, Jill Sherman, strzegła prawa na Kułak. Kooperatywa wybrała tę kobietę, aby 
zapewniała ona jakiś rodzaj porządku w bazie górników, czyli w wiosce pod kopułą. Była równie 
twarda  jak  każdy  z  pracowników  na  planetoidzie,  bystrzejsza  od  większości  z  nich,  a  poza  tym 
dawała  mieszkańcom  niemal  całkowicie  nieograniczoną  wolność.  Żądała  przestrzegania  zaledwie 
trzech  zasad:  żadnej  broni,  która  mogłaby  uszkodzić  kopułę;  żadnej  szulerki;  żadnego  oszustwa 
przy podziale zysków. 
    Propozycję przyjęcia posady jedynego stróża prawa na Kułak uznała za bardzo korzystną. Oficer 
Jill  Sherman  wcześniej  pracowała  w  policji,  na  świecie  nękanym  nieustannymi  zamieszkami. 
Rodzinną planetę Jill zamieszkiwały bowiem wyłącznie mniejszości, które ciągle walczyły między 
sobą o władzę. W końcu, po kolejnym buncie, Jill miała już dość i zrzuciła minibombę atomową. 
Eksplozja nie tylko zdmuchnęła aktualnie rządzącą frakcję, ale także zmusiła Sherman do ucieczki 
przed falą oskarżeń o morderstwo, nadużycie stanowiska i usiłowanie ludobójstwa. 
    Jill spojrzała na pełnomocnictwa Stena, a potem na dwóch mężczyzn, jeszcze dochodzących do 
siebie po lądowaniu. 
    -  Doktor  Błock  odwala  na  Kułak  dobrą  robotę.  Czemu,  u  diabła,  miałabym  pomagać  wam, 
imperialnym, w zabraniu go stąd? 
    - Nie będę czytał nakazu po raz setny - powiedział Sten zmęczonym głosem. - Generalnie chodzi 
o: zdradę, wielokrotne morderstwo, udział w spisku, ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości. 
    - Tu jest Kułak, przyjacielu. Wcale nas nie interesują przewinienia, jakich ktoś się dopuścił tam, 
w cywilizowanym świecie. 
    - Panienko - zaczął łagodnie Alex. - Chodźmy na piwo i przedyskutujmy... 
    - Dosyć, sierżancie! - warknął Sten. Może popełniał błąd, nie pozwalając Alexowi na pokojowe 
załatwienie sprawy, ale po szalonej podróży na Kułak, wciąż nie czuł się zbyt dobrze.  - Działa tu 
pani  na  podstawie  imperialnego  zezwolenia.  Dyspensa  może  być  cofnięta  po  jednym  moim 
komunikacie,  a  w  drodze  powrotnej  natknie  się  pani  na  imperialne  wojska.  Radzę  więc  nie 
wchodzić z nami w konflikt, policjantko Sherman. 
    - Przepraszam, kapitanie - powiedziała zaskoczona Jill. - Doktor Błock znajduje się w sektorze C, 
biuro 60. 

background image

    Wtedy Sten popełnił drugi błąd. Skinął oschle głową, wziął Alexa za ramię i wyszedł. 
    Sherman  oczywiście  poczekała,  aż  zamknie  się  podwójny  zamek  w  drzwiach  jej  gabinetu  i 
włączyła komunikator. 
     
    Miasto  pod  kopułą  było  prymitywne.  Co  prawda,  kontrolowano  tu  temperaturę  i  poziom  tlenu, 
ale  jego  niewłaściwa  kondensacja  powodowała  mgły  i  deszcz,  przez  co  na  ulicach  nieustannie 
tworzyło się błoto. 
    -  Skopałeś  sprawę,  bracie  -  mruknął  Kilgour,  gdy  ciągnęli  się  ze  Stenem  prze/  kałuże.  -  Ta 
dziewczyna była zachwycająca. Jedna godzina i jadłaby mi z ręki. 
    Kapitan warknął na przyjaciela. Ten świat przerażał Stena, ożywiał ponure wspomnienia Obszaru 
35, oferującego swym mieszkańcom liczne sposoby powolnej śmierci. 
    Na  Kułak,  nawet  pod  kopułą,  każdy  chodził  w  skafandrze.  Jedynie  potrzeby  fizjologiczne 
zmuszały danego osobnika, aby zdjął to nader niewygodne ubranie ochronne. W wielkim, pękatym 
i opancerzonym kombinezonie nawet tak zwinny człowiek jak Sten poruszał się niczym kaczka. W 
rękawach i nogawkach kombinezonów znajdowały się specjalne elementy odcinające. Umożliwiały 
one błyskawiczną amputację i kauteryzację danej kończyny w przypadku przedziurawienia odzieży 
chroniącej tę. część ciała. 
    Tak czy inaczej Sten od lat nie był równie wystraszony. 
     
    Doktor Har Stynburn/John Knox/William Błock został uprzedzony przez Sherman. W pośpiechu 
dopiął skafander i uzbroił się w długą, mocno wygiętą szablę oraz w “narzędzie żniwne". 
    Każdy  górnik  zbierając  “dojrzałe"  kawałki  metalu,  używał  specjalnie  do  tego  przeznaczonej 
strzelby  łopatkowej.  Ta  oburęczna,  napędzana  sprężyną  broń  wystrzeliwała  około  metrowej 
długości włócznię, zakończoną 25-centymetrowym, ostrym jak brzytwa grotem o kształcie łopatki. 
Prędkość  włóczni  dochodziła  do  pięciuset  metrów  na  sekundę,  co  czyniło  z  niej  śmiercionośne 
narzędzie. 
    Stynburn spodziewał się ataku; jednak nie ze strony imperialnego wymiaru sprawiedliwości, ale 
raczej  ze  strony  któregoś  z  bandziorów  Hakone'a.  Wiedział  bowiem,  że  zacieranie  śladów  jest 
czymś zwyczajnym w przypadku tajnej operacji. To dlatego właśnie uciekł z Prime. 
    Z  tego  też  powodu  jego  mieszkanie  przylegało  do  samej  kopuły,  a  w  drzwiach  została 
zainstalowana śluza powietrzna. Stynburn zamknął  przyłbicę. Wpompował  powietrze do kopuły i 
czekał z ręką na guziku, wpatrując się w ekran nad wejściem. 
    Kiedy zobaczył wchodzących dwóch mężczyzn, natychmiast opuścił rękę na czerwony przycisk. 
Tylna ściana razem z zewnętrzną śluzą kopuły eksplodowała na zewnątrz, wyrzucając Stynburna na 
powierzchnię Kułak. 
     
    Sten  i  Alex  poczuli  wstrząs  spowodowany  dekompresją  w  wewnętrznej  części  mieszkania. 
Odruchowo zatrzasnęli hełmy i przez moment stali w bezruchu. 
    Czujniki, znajdujące się w każdym pomieszczeniu, zadrgały, po czym wróciły do normy. 
    - Nasz chłoptaś wyszedł - oświadczył Alex przez komunikator skafandra. 
    Sten  w  milczeniu  skierował  się  do  najbliższej  śluzy.  Gdy  wyszedł  na  zewnątrz,  zobaczył  przed 
sobą tłum górników. Z Sherman na czele. Zatrzymał się i otworzył przyłbicę. 
    -  Wy  macie  swoje  prawo,  a  my  mamy  swoje  -  zaczęła  policjantka  bez  jakiegokolwiek  wstępu. 
Potrzebujemy  lekarza  i  nikomu  go  nie  oddamy.  -  Stenowi  nie  przychodziły  do  głowy  żadne 
rozsądne  pogróżki,  więc  zanim  zdążył  się  odezwać,  Sherman  dodała:  -  Przyjmiemy  wszystkie 
konsekwencje, które z tego wynikną. Jeśli jakieś wynikną. 
    - To znaczy, panienko - wtrącił smutnym głosem Alex - że zamierzacie nas tu zatrzymać? 
    Sherman skinęła głową. 
    Kombinezon Stena był mniej więcej tego samego typu, co noszone przez tubylców. Jednak jako 
model  imperialny  posiadał  pewne  udoskonalenia.  Sten  rozpaczliwie  pragnął,  aby  przynajmniej 
jednego z tych dodatków nikt na Kułak nie znał. 

background image

    Odpiął  od  pasa  kwadratowy  pojemnik  i  zamykając  hełm,  odkręcił  korek.  Ze  środka  z  sykiem 
uleciała  cienka  smuga  dymu.  Kapitan  wrzucił  pojemnik  w  środek  zgromadzenia.  Przełączywszy 
komunikator na maksimum ryknął: 
    - To jest gaz żrący! - I zaczął uciekać. 
    Przez  parę  sekund  górnicy  w  popłochu  szukali  schronienia,  zupełnie  zapominając  o  dwóch 
przybyszach. 
    Zanim  analizator  przy  kombinezonie  Sherman  ustalił,  że  pojemnik  zawierał  wyłącznie 
dodatkowy zapas ciekłego tlenu, Sten i Alex byli już przy zewnętrznej śluzie. 
    -  Uch  -  jęknął  Kilgour,  wpychając  kompana  do  wewnętrznej  komory.  -  Ja  zatrzymam  ich  na 
moście - rzucił i zanim Sten zdążył odpowiedzieć, zatrzasnął śluzę, tym samym zmuszając kapitana 
do udania się w pogoń za Stynburnem. 
    Alex odwrócił się do nadciągającego tłumu. 
    - No dobra, który pierwszy? - spytał zawadiacko.  
    Pierwszym  okazał  się  górnik,  przy  którym  sierżant  wyglądał  niczym  karzeł.  Alex  zablokował 
cios  napastnika  i  uderzył.  Blok  rozerwał  rękaw  kombinezonu  mężczyzny,  a  uderzenie  wysłało 
olbrzyma w środek. W przeciwieństwie do rodzinnej planety Kilgoura, Kułak charakteryzowała się 
niewielką grawitacją. Górnicy znów ruszyli na intruza. Sytuacja Alexa pogarszała się z każdym ich 
krokiem. 
    Nie była jednak aż tak zła, zważywszy, że przeciwnicy nie mogli  użyć żadnej  ze swoich broni. 
Noże mieli bowiem ukryte w kombinezonach, a do wymierzania ze strzelb łopatkowych brakowało 
miejsca. Gdyby próbowali wystrzelić włócznie, ryzykowaliby przebicie pobliskiej ściany kopuły. 
    Dzielny Alex, obrońca śluzy, musiał się więc zniżyć do wulgarnej młócki. 
    W każdej innej społeczności walkę Alexa z pozostałymi nazwano by wiekopomną masakrą, ale 
na  Kułak  taką  potyczkę  będzie  się  wspominało  zaledwie  przez  parę  lat,  dopóki  ludzie  w  nią 
zaangażowani nie opuszczą planety albo nie wymrą. 
    Nic  na  świecie  nie  sprawiało  Kilgourowi  większej  radości  niż  bezwzględne  likwidowanie 
przeciwnika jedynie za pomocą siły mięśni. W ruchu Alex wygląda! jak ciężko opancerzona kula. 
Odbijał  się  od  śluzy,  uderzał  w  cel  i  wracał  na  pozycję,  a  przy  tym...  wypowiadał  złowieszcze 
słowa, będące fragmentami na wpół zapomnianych wierszy: 
     
    Horacy dzielny, co mostu trzymał straż.  
    Raz w słowa te odezwał się:  
    Każdego człeka, jego pech  
    Dopadnie kiedyś, czy chcesz czy nie. 
     
    W  tym  przypadku  pech  dosięgną!  jednego  z  górników,  któremu  Alex  roztrzaskał  hełm. 
Mężczyzna doznał silnego wstrząsu. Kiłgour, pochłonięty walką, nie śledził dalszych losów ofiary. 
Chwycił  stalową  dźwignię  i  wepchnął  ją  trzeciemu  napastnikowi  w  brzuch,  co  spowodowało 
eksplozję ciśnieniowego kombinezonu. 
     
    Na Astura karku Horacy  
    Postawił stopę swą... 
     
    Nieszczęśnik zagulgotał i stracił przytomność. 
     
    I szarpnąwszy raz czy dwa...  
    Przepraszam za te rymy.  
    Wyciągnął swoją stal. 
     
    Górnicy  postąpili  parę  kroków  w  tył,  aby  się  przegrupować.  Alex  ustawił  podajnik  tlenu  w 
skafandrze na maksimum i czekał.  
    Tłum, mniej już zainteresowany walką, zaczynał się wahać. 

background image

     
    Chętnego nie ma tutaj,  
    By w pierwszej linii stać.  
    Ci z tyłu krzyczą - “naprzód".  
    Ci z przodu - “dyla dać"! 
     
    Tego  było  już  za  wiele.  Górnicy  rzucili  się  falangą  do  przodu.  Taka  koncepcja  strategiczna 
przynosi niezłe rezultaty, o ile ktoś nie rozniesie pierwszych szeregów. Alex padł w błoto i potoczył 
się  w  stronę  atakujących.  Ludzie  kroczący  na  przedzie  zatoczyli  się  i  runęli,  skutecznie  blokując 
śluzę powietrzną. Alex, za ich plecami, wpadł w szał. Taranował przeciwników pięściami, stopami i 
głową  zbrojną  w  hełm.  Obrońcy  Stynburna  zaczęli  uciekać  wąskimi  przejściami;  byle  dalej  od 
Alexa. 
    Kilgour  przystanął,  odciął  dopływ  tlenu  i  odsunął  przyłbicę.  Aby  dać  ujście  wezbranym 
emocjom, zakrzyknął. 
     
    Niech pomnik ten poniesie wieść,  
    By każdy poznać mógł,  
    Jak dzielnie Alex stawał tu,  
    I wroga z mostu zmiótł. 
     
    Rozejrzał  się  wokół  w  nadziei  ujrzenia  przychylnej  publiczności.  Niestety,  nie  znalazł  ani 
jednego  zainteresowanego  widza  -  ofiary  walki  były  martwe,  albo  jęczały  o  pomoc,  albo  szybko 
odpełzały z pola bitwy. Alexowi to jednak nie przeszkadzało. 
    -  Tego  wiersza  nauczyłem  się  w  dzieciństwie  -  objaśnił,  po  czym  spojrzał  z  troską  na  śluzę  za 
sobą. - Dobra, Sten. Wolałbym, abyś już dorwał doktorka. Zmylibyśmy się stąd, zanim ci durnie się 
zorientują, że bronię śluzy, a nie mostu... 
     
    Metalowy pył szybko wtopił się w żółtą mgłę, która otaczała kopułę. Sten zerknął na wysadzone 
ściany mieszkania i podążył za Stynburnem po śladach zostawionych w kurzu. Pojawiały się one w 
dziesięciometrowych  odległościach,  prowadząc  w  kierunku  czegoś,  co  można  by  określić  jako 
wzgórze, gdyby ciągle nie zmieniało powierzchniowej struktury. 
    Trop  wiódł  wokół  jakiejś  pęczniejącej  i  pulsującej  skały.  Skupiony  na  podłożu  Sten  niemal 
zginął, gdy kawał głazu dojrzał, rozkwitł i “rozsiał się". 
    Odciski  stóp  prowadziły  wzdłuż  granicy  tych  wzgórz,  a  następnie  biegły  w  rozszerzającą  się 
dolinę, za rzeką płynnego metalu. 
    Zbyt łatwe - ostrzegł Stena jego umysł. Walczył, by widzieć coś przez żółtą zadymkę i nie zgubić 
śladów,  które  teraz  nakazywały  iść  w  górę  doliny.  Wgłębienia  z  rysunkiem  podeszwy  szybko 
znikały  pod  warstwą  rozsiewających  się  skał.  Sten  odszukał  ostatni  trop  i  wyciągnął  ramię,  z 
grubsza określając kierunek ucieczki Stynbuma. 
    Spojrzał w górę. Pod skałą była mała grota. Wiatr nie naniósł tu jeszcze metalowego pyłu, więc 
Sten od razu dostrzegł ślady wiodące z rozpadliny w stronę rzeki. 
    Ostrożnie  wszedł  do  groty.  Po  trzech  krokach,  na  wspomnienie  starego  dowcipu,  w  umyśle 
kapitana  zapaliła  się  alarmowa  lampka,  po  czym  poznać  człowieka  z  Korpusu  Merkurego?  Po 
śladach. Zawsze chodzi tyłem. 
    Sten,  uwięziony  w  skafandrze,  przeturlał  się  niezgrabnie,  gdy  Stynburn  zanurkował  na  niego  z 
zasadzki na skraju groty. 
    Doktor  zamachnął  się  strzelbą  łopatkową  na  przyłbicę  Stena,  ale  ten  kopnięciem  przerzucił 
napastnika nad sobą. 
    Kapitan  zrobił  unik,  gdy  Stynburn  wypalił  ze  strzelby  łopatkowej.  Pocisk  trafił  w  opancerzone 
ramię, nie czyniąc nawet najmniejszej szkody. 
    Dwaj mężczyźni, ubrani w kombinezony upodabniające ich do karykatur ludzi, stanęli naprzeciw 
siebie, na arenie pełnej metalowego pyłu, wirującego i niknącego w żółtym wietrze. 

background image

    Stynburn włączył swój komunikator. 
    - Kim jesteś? 
    -  Kapitan  Sten  -  padła  zwięzła  odpowiedź.  -  Służę  Jego  Imperialnej  Wysokości.  Mam  nakaz 
aresztowania pana, doktorze Stynburn 
    - Tak? A ja trzymam w rękach swój los - odparł Stynburn. 
    - Wszyscy musimy umrzeć, wcześniej czy później - rzekł wolno Sten, szukając dobrego miejsca 
do zaatakowania. 
    - Powiem ci jedno, kapitanie... 
    - Doktorze, mówi pan jak człowiek, który chce zginąć. Ja natomiast pragnę, żeby pan żył. 
    - Żyć - wyszeptał z namysłem Stynburn. - Po co? Wyraźnie wszystko stracone. A może nie? 
    Sten  aż  szerzej  otworzył  oczy  ze  zdziwienia,  choć  nie  po  raz  pierwszy  rozmawiał  z  kimś,  kto 
wypowiadał się jak wariat. 
    - Stracone? Co stracone? 
    - Przybyłeś, aby nakłonić mnie do mówienia, nieprawdaż? 
    - Oczywiście. 
    - Kapitanie, musisz wiedzieć, kim byłem. 
    - Członkiem Korpusu Merkurego. Ja też - powiedział Sten, manewrując ku lewej stronie doktora. 
    - W innym świecie, w innym czasie moglibyśmy zostać przyjaciółmi. 
    Sten celowo się wyprostował, jakby rozważając tę sugestię. 
    - Tak, niewykluczone - rzekł wolno, w zamyśleniu. 
    - Ale teraz to już niemożliwe - ciągnął Stynburn. Sten zrozumiał, że on rozgrywa jakieś gierki. 
    - Powinienem był powiedzieć, że mam w ręku los dwóch osób. Twój i mój. 
    - No to pański ruch, doktorze. 
    Sten przyjął w kombinezonie pozycję do bliskiej walki. 
    -  Oczywiście,  umrzesz  tu  i  teraz,  kapitanie.  Ale  nikt  nie  powinien  rozstawiać  się  z  życiem 
nieświadomości. Dam ci wyjaśnienie: Zaarah Wahrid. 
    Sten włączył mikrofon, lecz zdał sobie sprawę, że Stynburn nie wyjawi nic więcej. Zobaczył, że 
doktor wygina się w swoim skafandrze. 
    Lata  treningu  w  Modliszce  nauczyły  Stena  wielu  sposobów  na  pozbawienie  się  życia,  więc 
kapitan wiedział, że te ruchy oznaczały próbę cofnięcia ramion. Sten skoczył i przekoziołkował za 
pulsujący kamień, mając nadzieję, że żywy minerał wystarczy za... 
    Rozległ  się  niezbyt  głośny  trzask.  Bomba  umieszczona  między  łopatkami  Stynburna 
najwyraźniej nie posiadała dużej  mocy. Dopiero  atmosfera tlenowa z kombinezonu spowodowała 
naprawdę potężną eksplozję, która przetoczyła się po grocie kulą ognia. 
    Gdy  Sten  wstał  zza  skały,  ujrzał  strzępy  skafandra  porozrzucane  po  zakurzonym  podłożu,  a 
jedynym dźwiękiem, jaki słyszał, był skowyt wiatru. 
    Zaarah  Wahrid,  powtarzał  w  myślach,  z  trudem  dochodząc  do  siebie.  Doskonale  wiedział,  że 
jedna wskazówka nie wystarczy. 
    Zaczął wracać ścieżką, nastawiając kompas hełmu na kopułę. 
    Najpierw  trzeba  uratować  Alexa,  zdecydował.  Jeśli  jeszcze  żyje,  nie  będzie  to  trudne  zadanie. 
Zwłaszcza w porównaniu z następnym. 
    Stena aż ciarki przeszły na myśl o stanięciu przed imperatorem i konieczności zdania mu relacji z 
“postępów w śledztwie". 
     
     
 
 
 
 
 
 
 

background image

Księga czwarta 

     
Declic 
     
Rozdział trzydziesty trzeci  
     
    Nad rzeką Wyć stał  dwupiętrowy, rozległy budynek o nazwie ,Blue Bhor". Była to  zbudowana 
niemal przed stuleciem stara karczma, w której stołowali się miejscowi rybacy i drobni farmerzy z 
okolicy.  Na  skraju  doliny  Wyć  wznosiły  się  skaliste  wzgórza,  a  w  oddali  widniały  niskie, 
błękitnoszare  góry.  Można  tu  było  znośnie  żyć  z  łowienia  ryb,  albo  z  trudem  się  utrzymywać  z 
wykopywania kamieni, gdyż w tym rejonie ziemia szybciej rodziła skały niż ziemniaki. Mimo to, 
ludzie zakładali w tym miejscu rodziny i pędzili całkiem przyjemny żywot. 
    Potem  dolinę  nad  rzeką  Wyć  odkryli  wędkarze  z  Prime.  Zjeżdżali  się  w  te  rejony  każdego 
sezonu, aby łowić zwinne złote ryby, śmigające w wodzie. Powstały nowe drogi, zaczęto prowadzić 
tu wiele interesów. Zbudowano nawet miasto: Ashley-on-Wye. Po farmach nie pozostał żaden ślad. 
    “Blue  Bohr"  rozkwitał  wraz  z  doliną.  Początkowo  był  to  niezbyt  wygodny  bar,  nad  którym 
znajdował  się  jeden  pokój  do  wynajęcia.  W  miarę  rosnących  potrzeb,  kolejni  właściciele 
rozbudowywali  karczmę,  a  potem  ją  odsprzedawali.  W  końcu  ,31ue  Bhor"  mieścił  dwie  sale 
barowe,  rozwalającą  się  kuchnię  wielkości  stodoły  i  ponad  tuzin  pokoi  z  opalanymi  drewnem 
kominkami. 
    Jako  że  każdy  nowy  właściciel  dodawał  pokój,  patio,  czy  kominek,  nikt  nie  widział  w  tym  nic 
dziwnego,  że  pewnego  dnia  w  “Blue  Bhor"  pojawiły  się  ślizgacze  budowlane  z  materiałem. 
Przybyli robotnicy zostali przywitani przez najnowszego właściciela, niejakiego Chrisa Frye'a. 
    Frye  kupił  ten  lokal  za  emeryturę  i  nie  szło  mu  zbyt  dobrze.  Jego  głównym  problemem  była 
nadmierna hojność oraz skłonność do stawiania wszystkim, których lubił. Ponadto często po prostu 
zamykał knajpę i szedł na ryby. Najlepiej czuł się w towarzystwie wędkarzy - poważnych wędkarzy 
- takich jak on; ale ci niestety rzadko mieli pieniądze, więc brali na kredyt. 
    Frye  zamierzał  właśnie  sprzedać  interes  i  spędzić  resztę  życia  na  wędkowaniu,  kiedy  przybył 
Sten. Znali się tylko ze słyszenia, lecz polubili się już przy pierwszym spotkaniu, co jest możliwe 
wyłącznie między starymi agentami Modliszki. 
    W  ostatnich  latach  swojej  kariery  wojskowej  Frye  nadzorował  transformację  Światów  Wilka  z 
kultury  fanatycznie  religijnej  w  system  handlowy,  nad  którym  pieczę  trzymał  Bhor.  Spędził 
niejeden cykl, pijąc stregg z kudłatym władcą i wznosząc toasty za brody matki oraz zamarznięte 
pośladki  ojca.  Słyszał  też  tysiące  opowieści  o  tym,  jak  to  Bhor  przejął  panowanie  nad  Światem 
Wilka.  Przeważnie  historie  te  brzmiały  zupełnie  niewiarygodnie.  Wszystkie  jednak  łączyła  osoba 
głównego  bohatera.  Był  nim  młody  mężczyzna  o  nazwisku  Sten.  W  każdej  opowieści  Bhor 
przedstawiał  go  jako  najwspanialszego  kochanka,  wojownika  i  pijaka  w  historii  plemienia 
kudłaczy. Każdy lubił szczeniaka nawet pomimo to, że był człowiekiem 
    - Przez cały mój pobyt na Światach Wilka tylko dwa razy przespałem się z pewną dziewczyną. 
Poza tym przegrałem niemal wszystkie bitwy, z wyjątkiem ostatniej - wyznał Frye'owi Sten. 
    - Ta właśnie się liczy - powiedział właściciel “Blue Bhora". 
    - Możliwe, ale moje życie ciągle wisiało tam na włosku - odparł Sten. - Cholera! Z Bhorem nie 
da  się  pić!  Nawet  jak  zdołałem  ukradkiem  wziąć  tabletki  trzeźwiące,  to  i  tak  po  każdej  imprezie 
lądowałem pod stołem. 
    Frye  uznał,  że  Sten  to  bardzo  miły  facet.  Był,  oczywiście,  cholernym  łgarzem  z  Modliszki, 
udającym prawdziwego Stena. 
    Karczmarz już dawno doszedł  do wniosku, że z tego legendarnego Stena musi być prawdziwie 
królewski nudziarz. Któż, u diabła, miałby ochotę bić się z tą istotą doskonałą, o której bez przerwy 
opowiadał Bhor? Tak więc Frye uśmiechnął się tylko, gdy przybysz podawał mu swój pseudonim. 
Uznał,  że  Sten,  to  naprawdę  około  pięćdziesięciu  różnych  osób.  Takie  rzeczy  robiło  się  w 
Modliszce. 

background image

    Podczas  jednej  z  długich,  gościnnych  nocy  w  stylu  “Blue  Bhor"  -  co  oznaczało  tace  pełne 
świeżych  ryb,  dziczyzny  i  lokalnych  specjałów  -  kapitan  i  Frye  ubili  interes.  “Blue  Bhor"  miał 
zostać  bezpiecznym  domem  Stena  i  Haines.  Ponieważ  sezon  wędkarski  już  dobiegł  końca, 
kryjówka  wydawała  się  niemal  idealna.  Frye  zamknąłby  lokal  do  remontu,  tak  jak  każdy  nowy 
właściciel.  Aby  obniżyć  koszty  poważnej  przebudowy,  ekipa  budowlana  mieszkałaby  i  stołowała 
się na miejscu. 
    Układ  był  bardzo  korzystny  dla  obu  stron.  Aby  kryjówka  funkcjonowała,  faktycznie  należało 
zrobić  przebudowę.  Ponadto  rachunki  za  pokoje  i  żywność  musiały  być  zapłacone,  na  wypadek 
gdyby  zaczął  tu  węszyć  jakiś  sprytny  kontroler  finansowy.  Haines  natomiast  bez  obaw  mogła 
ściągnąć  do  doliny  sporą  ekipę  różnych  ekspertów  oraz  dowolną  ilość  specjalistycznego  sprzętu, 
ukrytego w materiałach budowlanych sprzętu, ile potrzebowała. 
    Umowa sprawiła, że był to najlepszy rok dla Frye'a; szczególnie, że intratna oferta trafiła się po 
sezonie. Emerytowany członek Modliszki zaczął się nawet zastanawiać nad możliwością zostania w 
Wyć jeszcze przez parę lat. Mając kredyty, którymi Sten pasł jego konto, mógł zabawiać wędkarzy 
jeszcze przez eony. 
    Haines  ciężkim  krokiem  wmaszerowała  do  baru.  Grupa  robotników  rozładowywała  już  ostatni 
grawilot  ze  sprzętem.  Kobieta  powąchała  swój  kombinezon  brygadzisty  i  marszcząc  nos, 
powiedziała: 
    - Cuchnę, jakbym nie żyła od tygodnia. 
    Frye  jeszcze  raz  przetarł  szmatą  błyszczące  deski  baru,  chwycił  szklankę  i  nalał  do  niej  piwa. 
Postawił trunek przed Haines, pochylił się nad kontuarem i ostentacyjnie pociągnął nosem. 
    -  Na mój gust teraz pachnie lepiej  -  stwierdził i  wyszczerzył  zęby  w uśmiechu.  -  Bardziej czuć 
pot niż policjanta. 
    Haines spojrzała na niego ostro i pociągnęła zdrowy łyk. To poprawiło jej nastrój, tym bardziej 
że Frye od razu uzupełnił szklankę. 
    - Nie lubisz gliniarzy, co? 
    - A czy ktokolwiek rozsądny ich lubi? - Frye potrząsnął głową. 
    Haines pomyślała nad tym przez moment i roześmiała się krótko. 
    - Nie - powiedziała. - Nawet gliniarze nie lubią gliniarzy. Dlatego jestem w wydziale zabójstw. 
Kiedy  naprawdę  robisz  to,  co  do  ciebie  należy,  ludzie  nie  chcą  mieć"  z  tobą  nic  wspólnego.  Jej 
wypowiedź  przerwał  odgłos  kroków.  Odwróciwszy  się,  zobaczyli  siwego  mężczyznę  w 
zniszczonym  ubraniu  i  staromodnych  kaloszach.  Miał  ze  sobą  coś,  co  wyglądało  na  archaiczny 
sprzęt wędkarski. 
    - Bar jest zamknięty - krzyknął Frye. 
    Przybysz  stał  tylko,  wytrzeszczając  oczy.  Ponieważ  przyszedł  z  doliny  zalanej  słońcem, 
najwyraźniej czekał, aż wzrok przyzwyczai się do półmroku panującego w lokalu. 
    - Powiedziałem, że bar zamknięty - powtórzył właściciel. 
    - Remont - dodała Haines. 
    Mężczyzna potrząsnął głową, podszedł do baru i siadł na stołku. 
    - To był najgorszy połów od lat. Muszę napić się piwa. Rzucił na kontuar kilka kredytów. 
    - Duże i zimne. Albo nie; daj mi cały dzban. Frye pchnął kredyty z powrotem. 
    - Nie słuchał pan. Bar jest zamknięty. Remont. Siwowłosy zmarszczył czoło. 
    -  Przecież  nie  będę  szedł  na  piwo  do  Ashley.  -  Spojrzał  na  zmrożoną  szklankę  Haines.  -  Jej 
podałeś, więc obsługujesz. Nalej mi jedno. Zapłacę podwójnie. Przecież kurek działa. Co ci zależy, 
do diabła? 
    Haines  poczuła  mrowienie  na  karku.  Odniosła  wrażenie,  że  coś  tu  nie  gra.  Wsadziła  rękę  w 
kieszeń kombinezonu i namacała schowaną tam małą broń. Zsunąwszy się ze stołka, przeszła parę 
kroków w bok, by mieć pod obstrzałem zarówno mężczyznę jak i drzwi. 
    -  Słuchaj  pan,  co  mówi  gospodarz  -  warknęła,  po  czym  głową  wskazała  na  sprzęt  wędkarski 
leżący koło stołka. - Zabieraj swoje rzeczy i wynocha. 
    Zauważyła, że Frye sięga po coś pod bar. 

background image

    - A jeśli nie wyjdę? - zagadnął zawadiacko nieznajomy. Swobodnym ruchem wziął piwo Haines i 
spokojnie je wypił. 
    Odstawiwszy szklankę z głośnym stuknięciem, podniósł wzrok na kobietę i barmana. Policjantka 
stała z pistoletem w dłoni. 
    - Poruczniku! - ryknął za nią jakiś głos. 
    Słysząc  Stena,  odwróciła  się  lekko,  nie  spuszczając  jednak  siwego  z  oczu.  Mężczyzna 
uśmiechnął  się  szeroko,  a  kapitan  wyciągnął  przyjaciółce  broń  z  ręki.  Haines  gapiła  się  w 
zdumieniu, gdy Sten minął ją i stanął na baczność przed starym, steranym rybakiem. 
    - Przepraszam, Wasza Wysokość - powiedział. - Spodziewaliśmy się pana dopiero jutro. 
    Haines zamurowało. 
    -  Wszystko  w  porządku  -  odparł  mężczyzna.  -  Pomyślałem,  że  wpadnę  wcześniej,  powędkuję 
trochę i sprawdzę, jak się sprawy mają. 
    Sten wszedł za bar i nalał mu piwo. “Rybak" opróżnił szklankę jednym, długim łykiem. Odwrócił 
się i puścił oko do wciąż oniemiałej ze zdziwienia kobiety. 
    - Poruczniku Haines - zaczął też nieco zmieszany Sten. - Pozwólcie sobie przedstawić... 
    - To jest... Wieczny Imperator - pisnęła. 
    - Do usług, madame. - Mężczyzna ukłonił się nisko. 
    Sten  musiał  podtrzymać  Haines  za  ramię,  bo  zahartowana  w  bojach  pracowniczka  wydziału 
zabójstw poczuła, że uginają się pod nią kolana. 
     
    - Zaarah Wahrid. - Imperator smakował te słowa, zastanawiał się, przeszukiwał pamięć. - Nic mi 
to nie mówi. Tylko tyle z siebie wydusił? 
    - Niestety, sir - westchnął Sten. - Przepraszam, ale odkąd ja zajmuję się tą sprawą, wszystko idzie 
nie tak jak trzeba. Przyciągnął do siebie piwo, odsunął je z powrotem i dodał: - Naprawdę sądzę, że 
powinienem... 
    -  Odejść?!  -  zagrzmiał  imperator.  -  O  nie,  mój  drogi!  Siedzę  po  uszy  w  drakhu,  a  ty  chcesz, 
żebym cię zwolnił? 
    -  Z  całym  szacunkiem,  sir.  Nie  wywiązałem  się  z  żadnej  części  tego  zadania  -  naciskał  Sten.  - 
Imperator  próbował  coś  wtrącić,  ale  kapitan  natychmist  powołał  się  na  przysługujące  każdemu 
wolnemu człowiekowi prawo rzucenia pracy. - Nie zrobiłem nic, poza wydaniem góry kredytów. - 
Nie  uzyskałem  w  zamian  pożądanych  informacji.  Ciągle  mamy  tylko  wiele  przypuszczeń  i  zbyt 
dużo plotek. Wspaniała robota. Załatwiłem Stynburna. Przeze mnie rozpętało się piekło. Dwa lata 
zajmie  panu  uspokajanie  tych  górników,  a  ja  wróciłem  jedynie  z  jakimś  zwrotem,  którego  nikt 
nigdy  nie  słyszał.  Gdyby  to  była  operacja  Modliszki,  wtedy  pan  albo  Mahoney  zażądałby  mojej 
głowy. 
    Wieczny  Imperator  zastanowił  się  przez  chwilę.  Czy  robił  to  tylko  dla  efektu,  czy  faktycznie 
rozważał kwestię ewentualnej dekapitacji swego pracownika  - tego młody kapitan nie dowiedział 
się  nigdy.  W  końcu  władca  parsknął  głośno,  po  czym  podał  Stenowi  szklankę  do  napełnienia 
najlepszym piwem Frye'a. 
    - Jestem tu, gdzie jestem - powiedział - dlatego, że podejmuję szybkie decyzje, a potem trzymam 
się  ich  bez  względu  na  okoliczności.  Owszem,  zdążały  mi  się  niepowodzenia.  Ale  przeważnie 
wygrywałem. 
    Sten  wolał  nie  kontrolować  takiego  typu  postępowania.  Wypił  więc  swoje  piwo,  wziął  głęboki 
wdech i pochyliwszy się nad stołem, rzekł: 
    - Dobrze. Proszę o rozkazy, sir. 
    Imperator zastanowił się przez sekundę, ile właściwie powinien powiedzieć stojącemu przed nim 
młodemu człowiekowi. Zauważywszy wyczekujący wzrok Stena, po prostu ciągnął dalej. 
    -  Sprawa  wygląda  następująco:  Tahnijczycy  usilnie  nalegają,  abym  się  z  nimi  spotkał.  Moi 
doradcy twierdzą, że jak dotąd żaden dostojnik nie uznał ich odrażającego systemu, nie mówiąc o 
przystąpieniu z nimi do rozmów. 
    - Ale Wasza Wysokość uważa, że spotkanie jest konieczne - odgadł Sten. 

background image

    -  Tak  -  westchnął  imperator.  -  Ciągle  próbuję  zyskać  na  czasie.  Jeśli  jednak  spełnię  prośbę 
Tahnijczyków,  okażę  swe  uznanie  warlordom,  a  to  wzburzyłoby  resztę  imperium.  Do  cholery! 
Przecież  władca  nie  może  biec  na  zawołanie  każdego  ufoludka.  Muszę  przecież  dbać  o  swoją 
reputację. Dzięki niej trzymam ten cały bajzel w kupie. 
    - Więc gra pan na czas - powiedział Sten. 
    - Czy nie na tym właśnie polega dyplomacja? - Imperator uśmiechnął się szeroko. - Trzeba albo 
zwlekać albo walczyć. - Wzruszył ramionami. - Paru moich wysoko opłacanych prawników pewnie 
uważałoby  inaczej,  aleja  zawsze  byłem  zdania,  że  lepiej  pertraktować  niż  wojować.  -  Skończył 
piwo, wstał  i  dodał:  -  A nie sądzę, żeby  wojna  z Tahn należała do małych.  - Ruszył do wyjścia, 
jednak  po  paru  krokach  przystanął  i  posłał  Stenowi  jeden  ze  swoich  najbardziej  czarujących 
uśmiechów. - Z całą pewnością przydałby mi się teraz jakiś ledwo żywy winny, którego mógłbym 
rzucić na pożarcie. 
    - Jak długo jeszcze zdoła pan odkładać spotkanie? - zapytał Sten. 
    -  Niestety,  zostało  mi  mało  czasu  -  odparł  imperator.  -  Chcę  jednak,  żebyś  szukał  sprawcy  tej 
afery aż do ostatniej chwili. 
    Sten skinął głową. 
    - Znajdę go, sir. 
    - Nie wątpię, kapitanie. 
    Wieczny  Imperator  podniósł  swój  sprzęt  wędkarski  i  wyszedł  zmęczonym  krokiem.  Sten 
obserwował władcę. Przez moment zastanawiał się, co będzie z młodym kapitanem Stenem, jeżeli 
zawiedzie. 
     
    System Bezpiecznego domu w “Blue Bhor", opracowany przez Stena, Alexa i porucznik Haines, 
przez  każdego  zostałby  uznany  za  wspaniały.  Po  pierwsze:  działało  w  nim  kilka  różnych 
wydziałów, a ich członkowie doskonale wtopili się w tło. 
    Po drugie: Sten i Alex wyszukali kilku twardzieli, którzy z palcem na spuście pilnowali, czy ktoś 
nie wykazuje zainteresowania starą karczmą. 
    Ekipę  dobrali  spośród  starych  kumpli  z  Sekcji  Modliszki,  przebywających  na  urlopach,  albo 
wykorzystujących  zwolnienia  zdrowotne.  Ci  ludzie  zawsze  byli  sympatyczni.  Nawet  wtedy,  gdy 
podrzynali komuś gardło. Dodatkowe zabezpieczenie stanowili ludzie z policji imperialnej. Haines 
zaangażowała  najbardziej  zaufanych  policjantów.  Przyjaciele  Stena  i  Alexa  patrolowali  na 
zewnątrz,  a  znajomi  Haines  rządzili  wewnątrz,  wściekając  się  czasem,  gdy  kapitan  czy  sierżant 
wtrącali swoje trzy grosze. Zgromadzenie talentów w środku groziło niestety częstymi konfliktami. 
Każdy z policjantów uchodził niemal za geniusza w swojej dziedzinie. Jedni specjalizowali się w 
technice  komputerowej,  drudzy  w  archiwistyce,  jeszcze  inni  doskonale  znali  się  na  sieci 
komunikacyjnej. Wszyscy byli niezwykle błyskotliwi, godni zaufania i zaprzyjaźnieni z Haines. 
    Sten  wysoko  cenił  ich  umiejętności.  To  właśnie  oni  wyśledzili  Dynsmana  i  zlokalizowali 
Stynburna. 
    Sposób  pracy  policjantów  był  także  godny  uwagi.  Gdyby  podobną  operację  przeprowadzała 
Modliszka,  najbardziej  wyszukany  komputer  wysokiej  mocy  przerzucałby  miliony  danych.  A 
problem polegał na tym, że nawet średni pobór mocy powodował wysłanie czerwonych sygnałów 
we wszystkich kierunkach. Prime natomiast stanowił siedlisko szpiegów. 
    Liz  Collins,  główny  policyjny  technik  komputerowy,  zaproponowała  wiec,  aby  korzystać  z 
pięćdziesięciu  maleńkich  komputerków,  każdy  o  ilorazie  inteligencji  pięcioletniego  dziecka. 
Później,  wraz  ze  swoimi  pomocnikami,  tak  połączyła  te  urządzenia,  że  powstał  jeden  z 
najwydajniejszych systemów na planecie. Co ważniejsze, odpowiednio zespolone komputery mogły 
wskakiwać i wyskakiwać z sieci informacyjnej nie zostawiając najmniejszych śladów. Nie istniało 
więc  ryzyko,  że  zostaną  wykryte.  Ponadto  system  Liz  potrafił  kraść  energię.  Bez  przerwy 
wślizgiwał  się  niepostrzeżenie  do  źródeł  zasilania  jak  włamywacz  i  zabierał  tyle  energii  ile 
potrzebował  do  działania;  nie  więcej  jednak,  gdyż  znacząco  zaważyłoby  to  na  indywidualnych 
rachunkach za prąd. 

background image

    Alex  stwierdził  także,  iż  sama  Liz  Collins  jest  kobietą,  którą  warto  poznać  bliżej.  Wyższa  od 
sierżanta policjantka miała bardzo wydatne wszystkie krągłości i mocno rozwiniętą muskulaturę. A 
właśnie to Alex uwielbiał. Gdy spotkał tę kobietę przy zakładaniu warsztatu w “Blue Bhor", wpadł 
w ekstazę. Grawilot utknął wówczas w błocie przy brzegu rzeki. Zanim Alex zdążył zareagować, 
pochyliła się, wyciągnęła pojazd - choć kości jej przy tym nieco trzeszczały - i pchnęła go w dalszą, 
bezpieczną  już  drogę.  Alex  mógł  sobie  wyobrazić  te  kształtne,  potężne  ramiona  obejmujące  jego 
ciało. Zdał sobie sprawę, że dawno już nie zaznał prawdziwego uścisku. 
    Główny  komputer  zmontowanego  przez  Collins  systemu,  znajdował  się  w  Apartamencie  Króla 
Gilly  -  największym  pokoju  “Blue  Bhor".  Alex  wszedł  tam  i  rozpaczliwie  próbował  nie  patrzeć 
pożądliwym wzrokiem na kuszące pośladki o kształcie jabłka. Powyżej, sylwetka Liz zwężała się 
znacznie  -  jak  zauważył  sierżant  oblizując  wargi  -  do  typowo  kobiecych  proporcji,  aby  potem 
rozwinąć się we wspaniałe ramiona i przednie organy mleczne. Szkot czuł narastające podniecenie. 
To  była  najpiękniejsza  kobieta,  jaką  Alex  kiedykolwiek  widział.  Odwróciła  się  od  ekranu,  a  jej 
spojrzenie sprawiło, że Kilgourowi stopniało serce i zmiękły kolana. 
    - Moglibyśmy poczekać chwilę z tym drinkiem? Powinnam wkrótce coś dostać z komputera. 
    Dla niej Alex zgodziłby się na wszystko. 
    - Nie jestem zbyt spragniony. Co mamy do tej pory? 
    Liz ponownie usiadła przodem do monitora i skupiła się na pracy. 
    - Prowadzimy teraz dwa główne poszukiwania. To pierwsze jest najtrudniejsze. 
    - Zaarah Wahrid? 
    -  Ostatnie  słowa  Stynburna.  Jak  dotąd  nie  znaleźliśmy  ich  znaczenia,  a  przejechaliśmy  parę 
tysięcy języków, wszystkie encyklopedie, traktaty religijne. Bez rezultatów. 
    - A może... 
    -  Nie  wysilaj  się,  Alex.  Sprawdzamy  każdą  możliwość.  Problem  w  tym,  że  nawet  ten  system 
potrzebuje  na  to  sporo  czasu.  -  Uśmiechnęła  się  z  sympatią  do  głównego  terminala  swojej 
skomplikowanej sieci komputerowej. 
    Alex poczuł ciepło i żal, że nie jest komputerem. 
    -  Słuchaj,  Liz  -  zaczął  Kilgour.  -  Nie  uważasz,  że  już  pora,  abyś  odświeżyła  swój  spracowany 
umysł  odrobiną  chmielu?  -  Oparł  się  swobodnie  o  stolik  z  monitorem,  usilnie  walcząc  z  pokusą 
objęcia kobiety w talii. Liz uśmiechnęła się do niego przez ramię i Alex pomyślał, że dzięki temu 
pojaśniało  w  pokoju.  Przy  rzadkich  okazjach,  kiedy  się  uśmiechała,  serce  zawsze  waliło  mu  jak 
młotem, a jego okrągła, czerwona twarz promieniała anielską radością. 
    - Chyba coś mamy - oświadczyła z entuzjazmem. 
    Alex przyjrzał się słowom i liczbom migoczącym na ekranie. Musiał się bardzo skoncentrować, 
aby odczytać szybko przewijany tekst. 
    - Wygląda na to, że masz na celowniku świętej pamięci doktora Stynburna - powiedział w końcu. 
    Liz pokiwała głową. Przy polowaniu podobała się Alexowi jeszcze bardziej. 
    -  Spójrz  na  to!  Stynburn  założył  jakieś  pół  tuzina  papierowych  korporacji.  Umieszczał  je  na 
granicznych  planetach  bankowych.  Za  każdym  razem,  kiedy  podejmował  pracę  lub  udzielał 
konsultacji zapisywał tę działalność na poczet jednej ze swoich firm. 
    - Maleńkie malwersacje podatkowe - stwierdził Alex. 
    - No właśnie. I to bardzo sprytne. Doktor potrafił sobie radzić. 
    Alex odchrząknął głośno, usiłując odzyskać kontakt z rzeczywistością. 
    - Czyli drugie poszukiwanie jest związane z osobą Stynburna? - spytał. 
    Liz potaknęła. 
    -  To  pochłania  dużo  czasu  z  odwrotnych  przyczyn.  Istnieje  nie  za  dużo  lecz  za  mało  danych. 
Doktorek znał wszystkie sztuczki Korpusu Merkurego. 
    - Pomyślałaś więc o fikcyjnyjnych firmach - powiedział Alex z podziwem. 
    - Mały przebłysk geniuszu - odparła Liz rumieniąc się nieznacznie. 
    Alex z trudem powstrzymał się przed poklepaniem w plecy pięknej policjantki. A jeśli źle by to 
zrozumiała?  Albo  dobrze?  Albo...  Oderwał  wzrok  od  wiru  danych  na  ekranie.  Ponownie 
odchrząknął. 

background image

    - Coś jeszcze? 
    Podała mu plik wydruków. 
    - Nie jestem pewna, czy te informacje mają jakiekolwiek znaczenie, ale kiedy je dostałam, mój 
mózg gliniarza zaczął kichać. 
    Alex przejrzał zapisane kartki. Były to cztery raporty o śmierciach, napisane suchym, policyjnym 
żargonem.  Sierżant  odnalazł  dwa  punkty  styczne.  Wszystkie  te  zgony  wydawały  się  dziwacznie 
przypadkowe i wydarzyły się w pobliżu pałacu. Alex sprawdził pierwszy raport. “Kobieta. Wysoka 
zawartość alkoholu we krwi. Udusiła się własnymi wymiocinami. Na gardle mały siniak". Pominął 
nazwisko  i  spojrzał  na  życiorys  denatki.  “Dezerter  ze  Straży  Pretoriańskiej".  Alexowi  zaświtała 
pewna myśl. Szybko przerzucił pozostałe raporty i sprawa stała się oczywista. 
    - Miałaś rację, choć jesteś policjantką. - Wskazał jej elementy łączące cztery przypadki. 
    - Każda z tych osób pracowała kiedyś dla rządu - stwierdziła Collins. - Eksurzędnik, eks-technik, 
eks-ochroniarz z muzeum. I wszyscy... 
    .. mieli powiązania z pałacem - dokończył Alex. 
    Liz opadła na krzesło i wydała z siebie długie westchnienie. 
    O cholera! Poczwórne morderstwo. 
    Gdy Liz zaczęła już się poddawać przygnębieniu, ekran rozbłysł na czerwono. Kobieta skoczyła 
na  równe  nogi  i  wlepiła  weń  wzrok.  Po  tysiącach  godzin  pracy  wreszcie  nastąpił  pierwszy, 
oczywisty  przełom.  W  końcu  komputer  zdołał  przebić  się  przez  gąszcz  maskujących  korporacji 
Stynburna. 
    - Mój Boże - wyszeptał Alex. - Ten facet pracował dla Kaia Hakone'a. 
     
    Rozdział trzydziesty czwarty 
     
    - Nigdy jeszcze takiej nie widziałem - powiedział Kai Hakone. - Mógłbym przyjrzeć się bliżej? 
    Sten  podał  mu  legitymację  Służby  Imperialnej.  Emblemat  imperium  z  zakodowaną  strukturą 
skóry i  miarą pulsu Stena zaczął  błyskać, gdy Hakone wziął kartę do ręki.  Przyjrzał  jej się przez 
moment i zwrócił Stenowi. 
    - Nie wiem, jaki jest cel tej wizyty, kapitanie. Ale w zasadzie pojawienie się pana jest mi bardzo 
na rękę. 
    - Tak? 
    Hakone  chciał  wyjaśnić,  ale  jego  słowa  zagłuszył  wysoki  skowyt  statku,  wznoszącego  się  nie 
opodal na napędzie Yukawy. 
    Rezydencja Hakone'a mieściła się na najwyższym ze wzgórz otaczających Soward - największy 
port Świata Prime. Została ona zbudowana, w czasie wolnym od lotów, przez kapitana trampowego 
frachtowca. Dowódca pojazdu zamierzał osiąść tu po przejściu na emeryturę. 
    Nie doczekał jednak tej chwili, gdyż popełnił taktyczny błąd. Usiłował sprzedać paciorki jakimś 
prymitywnym  ludziom, bardziej  zainteresowanym  zabijaniem  niż  handlem.  Hakone'owi  udało  się 
tanio wynająć ten rozległy dom, ponieważ większość osób, które oczywiście mogły sobie pozwolić 
na rezydencję na Prime, nie przepadała za hałasem portu kosmicznego. Hakone wykończył wnętrza 
i dodał parę pomieszczeń własnego pomysłu; na przykład półkolistą salę bitwy. 
    Napęd Yukawy przełączył się na AM2 i okręt zniknął w absolutnej ciszy. 
    - Lubię słyszeć to, co opisuję - wyjaśnił Hakone, gestem zapraszając Stena do domu. - Nie jest za 
wcześnie na kieliszeczek, kapitanie? 
    - Słońce już wstało, nieprawdaż? 
    Hakone  uśmiechnął  się  i  poprowadził  Stena  poprzez  wielką  salę  recepcyjną  i  jeszcze  większy 
salon do swojego matecznika. 
    “Matecznik" Hakone'a, czyli biuro i miejsce gdzie pisał, był stylizowany na bibliotekę ze Starej 
Ziemi, choć wprowadzono tu pewne innowacje. Przy dwudziestometrowej wysokości ścianach stały 
półki wypełnione taśmami wideo, raportami, a nawet antycznymi, oprawnymi w skórę księgami. Na 
środku  pokoju  widział  długi  płaski  stół.  Na  tym  jednak  kończyło  się  podobieństwo  do 

background image

osiemnastowiecznych ziemskich pomieszczeń. Stół zapełniały terminale komputerowe, a dostęp do 
górnych półek umożliwiały automatyczne drabiny. 
    W jednym końcu apartamentu, na całej jego szerokości rozciągał się bar pisarza. 
    Sten przejrzał butelki, gdy gospodarz zaproponował wybór trunku. 
    - Czy ma pan trochę scotcha?  
    Hakone przytaknął. 
    -  Przejął  pan  gusta  imperatora!  -  powiedział  sięgając  po  butelkę  i  napełniając  do  połowy  dwie 
szklanki. 
    Sten zaledwie umoczył usta. Hakone także prawie wcale nie pił. 
    - Mówił pan coś o szczęśliwym zbiegu okoliczności, sir Hakone. 
    - Tak. Sam zamierzałem skontaktować się z panem, kapitanie. - Gospodarz wskazał na pobliską 
szeroką kanapę. - Czy widział pan może moje przedstawienie? To wystawiane w przeddzień Dnia 
Imperium? 
    - Niestety, byłem na służbie. 
    -  Z  tego,  co  mówią  krytycy,  miał  pan  zapewne  szczęście.  W  każdym  razie,  zabrałem  się  za 
następną  pracę.  Odkryłem  coś  niezwykle  fascynującego.  Czy  zdaje  pan  sobie  sprawę,  że  nikt  nie 
napisał jeszcze historii pałacu imperialnego? - Sten udał ignorancję, potrząsnął głową i pociągnął ze 
szklanki.  -  Nie  tylko  nigdy  nie  przedstawiono  historii  budynku,  ale  także  nie  utrwalono  losów 
związanych  z  nim  ludzi  -  kontynuował  Hakone  tonem  sprawiającym  wrażenie  pisarskiego 
entuzjazmu. 
    - Ciekawy pomysł. 
    -  Prawda?  Mój  wydawca  też  tak  uważa.  Jednak  szczególną  uwagę  pragnę  zwrócić  na  historię 
ludzi,  a  nie  kamienia  i  technokracji.  -  Sten  czekał.  -  Jak  pan  wie  -  ciągnął  pisarz  -  jestem  przede 
wszystkim  historykiem  wojskowym.  Mam,  mówiąc  szczerze,  własne  źródła  informacji.  Gdy 
skrystalizował  mi  się  ten  pomysł,  przystąpiłem  do  rozmów  z  osobami  związanymi  z  pałacem. 
Dlatego  też  tak  zależało  mi  na  spotkaniu  pana  na  przyjęciu  u  Marra  i  Senna.  Uważam  pana  za 
postać  dość  szczególną,  kapitanie  Sten.  -  Szef  ochrony  imperatora  wyglądał  na  wysoce 
zainteresowanego.  -  Czy  zdaje  pan  sobie  sprawę,  że  jest  pan  najmłodszym  człowiekiem,  który 
kiedykolwiek dowodził strażą przyboczną naszego władcy? 
    - Admirał Ledoh poinformował mnie o tym. 
    -  Zastanawiałem  się,  dlaczego  został  pan  wybrany.  Aby  poznać  odpowiedź,  pozwoliłem  sobie 
zajrzeć do pańskiego wojskowego dossier. 
    Sten  nawet  się  nie  uśmiechnął.  Wiedział,  że  jego  sfałszowane  dokumenty  mogły  oprzeć  się 
każdym badaniom. Tylko głównodowodzący z Modliszki, sam imperator oraz generał łan Mahoney 
znali prawdziwy przebieg jego służby. 
    -  Pańskie  dossier  jest  imponujące.  Ani  jednej  kary,  czy  nagany.  Najwyższe  oceny  w  każdej 
dziedzinie,  wszyscy  dowódcy  dają  najlepsze  rekomendacje,  liczne  bohaterskie  czyny  nagrodzone 
odznaczeniami. 
    - Niektórzy po prostu mają szczęście - stwierdził Sten i dokończył drinka. 
    -  Jeśli mogę być szczery, kapitanie, to  chyba  zbyt  dużo szczęścia  -  odparł Hakone, a po chwili 
milczenia  dodał:  -  A  co  by  pan  powiedział,  gdybym  wyraził  podejrzenie,  że  wszystkie  pańskie 
wojskowe dane to tylko fikcja? 
    - To zależałoby od okoliczności. Albo zafundowałbym panu drinka, albo zapewnił konieczność 
zrobienia transplantacji nosa. 
    - Nie chciałem pana obrazić, kapitanie. Sugeruję tylko, że przydzielono panu obecne stanowisko 
za osiągnięcia w Korpusie Merkurego, lub w Sekcji Modliszki. 
    -  Korpus Merkurego?  - Sten udał  głupka.  - Przepraszam,  sir  Hakone. Nigdy nie pracowałem  w 
wywiadzie, natomiast o Modliszce słyszę pierwszy raz w życiu. 
    - Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Zdaje się, że jednak pana obraziłem. Zmieńmy temat. Co 
pana tu sprowadza? 
    Pisarz ponownie napełnił szklanki. 

background image

    -  Zatrudniał  pan  kiedyś  doktora  Hara  Stynburna.  -  Sten  spróbował  podejścia  z  zaskoczenia. 
Gospodarz  faktycznie  zareagował,  ale  w  sposób  bardzo  oczywisty.  Po  prostu  upuścił  na  podłogę 
zakrętkę od butelki. 
    - Cholera! Co ten idiota znowu zrobił? 
    - Znowu? Sten udał mocne zdziwienie. - Muszę pana uprzedzić, że ta rozmowa jest nagrywana. 
Ma pan prawo do porady prawnej oraz lekarskiego nadzoru, zapewniającego, że nie działa pan pod 
wpływem przymusu fizycznego ani środków farmakologicznych. 
    -  Dziękuję  za  ostrzeżenie,  kapitanie.  Nie  potrzebuję  tego  jednak.  Doktor  Har  Stynburn 
rzeczywiście  dla  mnie  pracował.  Przez  okres  czterech  primeańskich  miesięcy.  Po  tym  czasie 
zwolniłem go bez żadnych referencji. 
    - Proszę kontynuować, sir Hakone. 
    -  W  mojej  posiadłości  mieszka  i  pracuje  około  trzysta  osób.  Uznałem  więc  za  wygodne 
zatrudnienie domowego lekarza. Oto jedna z przyczyn, dla których zaangażowałem Stynburna. A 
wybrałem  właśnie  jego,  ponieważ  był  weteranem.  Służył  w  czasie  Wojen  Muellera,  w  bitwie  o 
Saragossę. 
    - Tak jak pan. 
    - O, widzę, że moje taśmy zostały dokładnie przejrzane. 
    - Dlaczego pan go zwolnił? 
    - Cóż, uważałem Stynburna za naprawdę dobrego lekarza, ale przeszkadzało mu to, że zamknął 
się w przeszłości. 
    - Nie rozumiem. 
    - Chciał rozmawiać wyłącznie o swojej służbie wojskowej. I o tym, że czuł się zdradzony. 
    - Zdradzony? 
    -  Wie  pan,  iż  został  relegowany  ze  służby?  Uważał,  że  robił  dokładnie  to,  czego  wymagało  od 
niego  imperium,  a  kiedy  już  wywiązał  się  ze  wszystkich  zadań,  posłużono  się  nim  jako  kozłem 
ofiarnym. 
    - Imperium nie praktykuje ludobójstwa, sir Hakone. 
    -  Stynburn  był  innego  zdania.  W  każdym  razie,  jego  obsesja  zaczęła  działać  mi  na  nerwy. 
Uznałem więc, że go zwolnię po wygaśnięciu wstępnego kontraktu. 
    Sten  zamierzał  zadać  kolejne  pytanie,  ale  zrezygnował,  widząc  Hakone'a  wpatrującego  się  w 
podłogę i gotowego mówić dalej. 
    - Ja również na swój sposób zamknąłem się w przeszłości, nieprawdaż? - Pisarz wypił drinka. 
    - Jest pan historykiem - odparł dyplomatycznie Sten. 
    - Co pan sądzi o wojnie? - spytał niespodziewanie Hakone.  
    Stenowi cisnęła się na usta tylko jedna odpowiedź: wojna to jaskrawa głupota. Kapitan zachował 
jednak milczenie, gdyż wyczuwał, że rozmówca pragnąłby usłyszeć zupełnie co innego. 
    - Ktoś kiedyś napisał - ciągnął Hakone - że wojna jest osią, wokół której obraca się życie. Myślę, 
że to prawda. Dla doktora Stynburna i, szczerze mówiąc, dla mnie była życiowym wydarzeniem. - 
Hakone  podniósł  dwie  szklanki,  zabrał  karafkę  z  baru  i  ruszył  w  kierunku  najbliższych  drzwi.  - 
Mógłbym panu opowiedzieć przebieg tego całego konfliktu, wolę jednak to pokazać. 
    Hakone poprowadził Stena do pokoju bitwy znajdującego się na tyłach posiadłości. 
     
    Wojny Muellera, które toczyły się niemal sto lat przed urodzeniem Stena, utwierdziły kapitana w 
przekonaniu,  że  tego  typu  konflikty  są  przejawem  wyjątkowej  głupoty.  Światy  Muellera  zostały 
zasiedlone  zbyt  szybko  i  leżały  zbyt  daleko  od  imperium.  W  efekcie  nie  miały  one  żadnego 
wsparcia  ze  strony  mocarstwa,  posiadały  źle  określone  i  zaopatrzone  linie  handlowe,  a  do 
ostatecznego  upadku  przyczyniła  się  także  kompletna  ignorancja  zarządzającej  tymi  światami 
imperialnej biurokacji. 
    W wojnie brały udział różne planety, jednak każda z nich walczyła pod sztandarem,  na którym 
można by wypisać hasło:  “wszystko,  tylko  nie to  cholerne imperium". Zanim Wieczny  Imperator 
się  zorientował,  że  Światy  Muellera  to  bomba  z  podpalonym  już  lontem,  było  za  późno  na 
jakiekolwiek pertraktacje. Władca musiał wysłać gwardię. 

background image

    Ale  nadmierny  rozrost  imperium  niekorzystnie  wpłynął  także  na  wojsko.  Bitwy  w  większości 
toczono na niewłaściwym terenie, z niewłaściwymi przeciwnikami i w niewłaściwym czasie. 
    Do  dziś,  gdy  imperator  zaczynał  czuć  się  zbyt  pewnie,  wystarczało  mu  dla  przywrócenia 
właściwej,  ludzkiej  perspektywy  przejrzenie  dokumentów  związanych  z  Wojnami  Muellera. 
Najgorsza  tragedia,  bitwa  o  Saragossę,  nastąpiła  w  momencie,  gdy  Światy  Muellera  były  bliskie 
unicestwienia. 
    Saragossa  w  ogóle  nie  powinna  zostać  najechana.  Należało  ignorować  jej  izolację  i  czekać,  aż 
mieszkańcy sami poproszą o ponowne włączenie do imperium. Zamiast tego, wysłano całą Wielką 
Flotę  i  Siódmą  Dywizję  Gwardii.  Zakładano,  że  inwazja  przebiegnie  szybko  i  sprawnie.  Wojska 
imperialne  miały  po  prostu  wylądować  na  odosobnionej  planecie,  która  mogła  liczyć  na  pomoc 
jedynie paru zacofanych światów satelitarnych. 
    Najazd okazał się jednak koszmarem. 
    Wielkich  admirałów,  którzy  rozkazali  przystąpić  do  ataku,  nie  zastanowił  fakt,  że  wokół 
Saragossy  krąży  tylko  jeden  księżyc,  chociaż  wstępne  raporty  wywiadu  donosiły  o  siedmiu.  Na 
skutek takiej ignorancji zginęło niemal milion osób. 
    Według  planu  żołnierze  imperium  mieli  całkowicie  opanować  planetę.  Transportowe  gwardii, 
wspierane  przez  pięć  okrętów  wojennych,  ruszyły  ku  jonosferze,  kiedy  wyjaśniła  się  tajemnica 
brakujących księżyców. 
    Wysadzono  je  w  powietrze,  tak  ostrożnie,  aby  ich  fragmenty  pozostały  na  orbicie  planetarnej. 
Następnie każdy kawałek większy od piłki baseballowej obsadzono Saragossańczykami, którym na 
odpędzeniu imperium zależało bardziej niż na utrzymaniu się przy życiu. Sytuacja przedstawiała się 
zatem tak, jakby siły inwazyjne starały się przebić przez pas strzelających asteroidów. 
    Pierwszy  okręt  wojenny  został  podziurawiony  i  unieruchomiony  na  ponad  trzy  jednostki 
planetarne od powierzchni. Dowodzący inwazją - admirał floty Rób Gades - zdążył przenieść się z 
resztkami  swojego  sztabu  na  okręt  dowodzenia,  po  to  tylko  aby  zobaczyć,  jak  cztery  jednostki 
bojowe rozpadają się na kawałki. 
    Na  odwołanie  wojska  było  już  za  późno.  Nieprzyjaciel  zniszczył  większość  statków,  zanim 
zdążyły się one rozdzielić na kapsuły. Te, którym to się udało, weszły w atmosferę, ale pozbawione 
wsparcia, i atakowane wściekłym ogniem z powierzchni wytrzymywały zaledwie parę sekund. 
    Wtedy  -  jak  wyjaśnił  Stenowi  Hakone,  przesuwając  okręty  po  pokoju  bitewnym  -  zniszczeniu 
uległ  jego  własny  patrolowiec.  Bitwę  zakończył  rozkaz  admirała  Gadesa:  -  Sauve  qui  peut  - 
ratujcie, co się da. Jednej trzeciej floty inwazyjnej udało się wyrwać z Saragossy. 
    - Jednej trzeciej, kapitanie - powtórzył Hakone, wyłączając maszynerię.  - Zginęło blisko milion 
ludzi. Czy taka przeszłość nie odciska piętna na całym życiu? 
    Sten nieraz brał udział w treningach bitewnych i zawsze dochodził do wniosku, że wolałby nigdy 
nie doświadczyć “uroków" prawdziwej bitwy. Na myśl o swojej ewentualnej bohaterskiej śmierci 
doznał bolesnego skurczu żołądka. Zignorował jednak to nieprzyjemne doznanie i zdecydował się 
na bezpieczną odpowiedź głupka. 
    - Nie wiem, sir Hakone. 
    Ale czy rozumie pan teraz, dlaczego zatrudniłem Stynburna? Przeszedł przez to samo piekło co 
ja. 
    Sten zauważył, że podczas tej obrazowej lekcji historii Hakone zdążył wypić pół butelki scotcha. 
    - Przy okazji, kapitanie. Czy wie pan, co stało się z admirałem Gadesem. 
    - Nie. 
    -  Za  swoją,  cytuję  z  wyroku  sądowego:  “ucieczkę  w  obliczu  wroga"  został  pozbawiony 
dowództwa i zmuszony do przejścia na emeryturę. Uważa pan, że to sprawiedliwe? 
    - Nie do mnie należy ocena takich rzeczy, sir Hakone.  - Sten stanął na baczność. - Dziękuję za 
udzieloną informację. Czy mogę liczyć na pańską dalszą współpracę, gdybyśmy mieli jeszcze jakieś 
pytania? 
    - Oczywiście - powiedział wypranym z emocji głosem gospodarz. 
    Sten odczuł silną pokusę zagrania va banąue. Chciał zapytać, czy zwrot Zaarah Wahrid mówi coś 
Hakone'owi. Wyłączył jednak magnetofon, skinął głowa i skierował się do wyjścia. 

background image

    Gdyby  opuścił  dom  pisarza  kilka  sekund  wcześniej,  zauważyłby,  jak  jeden  z  ludzi  Hakone'a 
przyczepia do grawilotu małe, plasowe pudełko. 
     
    Hakone wrócił do biblioteki. Czekający na niego pułkownik Fohlee był wyraźnie niezadowolony. 
    - Uważa pan, że popełniłem błąd - powiedział Hakone. 
    - Po co, do cholery, mu pan to wszystko opowiadał! Kapitan Sten jest śledczym imperatora. 
    - Robiłem rozeznanie, pułkowniku. 
    - Jakie znowu rozeznanie? 
    - Gdyby wykazał odrobinę zrozumienia, moglibyśmy uczynić go jednym z nas. 
    - Ale namielił pan tylko ozorem i niczego nie uzyskał w zamian. 
    - Pułkowniku! Za wiele pan sobie pozwala. 
    - Przepraszam, sir. 
    -  Kazałem  przymocować  nadajnik  do  grawilotu  kapitana.  Proszę  wysłać  za  nim  drużynę 
dezerterów. Mają zlokalizować kryjówkę Stena, a potem go zabić. To wszystko! 
    Fohlee bezwiednie zasalutował, wykonał w tył zwrot i wyszedł, nie zastanawiając się nawet, skąd 
ta reakcja na rozkazujący ton człowieka, który nie nosił munduru od niemal stu lat. 
     
    Rozdział trzydziesty piąty 
     
    Monitor  komputera  lśnił  w  zaciemnionym  pokoju.  W  jednym  z  rogów  ekranu  widniał  cel 
poszukiwań  -  zwrot  ZAARAH  WAHRID.  Pozostałą  część  powierzchni  pokrywały  ciągle 
zmieniające  się  linie  informacji.  W  tej  chwili  komputer  ustalał,  czy  nie  jest  to  nazwa  jakiegoś 
produktu  handlowego.  Sprawdzał  wszystko,  co  zostało  zarejestrowane  w  imperialnym  urzędzie 
patentowym od chwili jego założenia. 
    Prowadząca polowanie Liz Collins nie odrywała wzroku od ekranu, usiłując odnaleźć jakiś punkt 
zaczepienia.  Jej  oczy  pilnie  śledziły  każdy  nowy  rząd  liter,  zatrzymywany  automatycznym 
kliknięciem. Elektroniczny mózg przedstawiał właśnie katalog przestarzałego sprzętu gospodarstwa 
domowego. 
    Liz zmuszała się do skupienia uwagi na robocie. Spokojnie, kobieto, pomyślała. Jeśli ci się zdaje, 
że to jest nudne, to zgadnij co będzie następne. Jęknęła, kiedy wyświetliły się końcowe gwiazdki i 
pojawiła się nowa kategoria - “Obrona". 
    Za plecami Collins zapanował nagle jakiś ruch. Policjantka usłyszała odgłos otwieranych drzwi i 
miękkie kroki. Gdy się obejrzała, zobaczyła Alexa, z dwoma kuflami pienistego trunku w dłoniach. 
    - Może drinka? - zapytał. - Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam? 
    -  O,  mój  Boże,  tak  -  odparła,  myśląc  o  piwie.  Spostrzegła  zakłopotaną  twarz  Kilgoura,  więc 
natychmiast się poprawiła. - To znaczy, nie. Nie, to znaczy... zgoda, chętnie się napiję. 
    Przełączyła  komputer  na  tryb  automatyczny,  uruchomiła  sygnalizację  i,  podniósłszy  się,  wzięła 
kufel od Alexa. Ledwie pociągnęła mały łyk, a na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia. 
    - To nie jest zwykłe piwo! - Uśmiechnęła się lekko. 
    - Piwo plus maleńki dopalacz - wyjaśnił Alex. - Dolałem odrobinę scotcha. 
    Liz upiła trochę drinka, wyraźnie rozkoszując się jego smakiem. 
    - Mmmm, nie mam absolutnie nic przeciwko temu.  
    Podeszła do pokrytej futrem kanapy, usiadła, założyła nogę na nogę i zaczęła obciągać spódnicę 
na  kolanach.  Przestała,  ujrzawszy  tęskny  wzrok  Alexa,  gdy  stopniowo  znikał  obnażony  kawałek 
uda. 
    - A co tam, do cholery! 
    Poklepała miejsce obok siebie. Szkot, jakby budząc się nagle, potrząsnął głową, przeszedł kilka 
kroków dzielących go od kanapy i z wahaniem usiadł obok ponętnej kobiety. Uważnie studiował 
przeciwległą ścianę, bojąc się spojrzeć Liz w oczy. 
    - Więc sądzisz, że uda się znaleźć ten cały Zaarah... coś tam? - powiedział w końcu. 
    Panna Collins nie odezwała się nawet słowem. Pociągnęła tylko następny łyk. 
    - To znaczy, że zapiep..., przepraszam, pracowałaś tak ciężko przez tyle... 

background image

    - Alex - przerwała mu szeptem Liz. 
    Odwrócił się i po raz pierwszy odkąd wszedł do pokoju, spojrzał bezpośrednio na Liz. 
    - Tak? 
    - Czy musimy rozmawiać? 
    - Nie. 
    - A zatem... 
    Sierżant wreszcie pojął. Wyciągnął ręce, lecz wcześniej poczuł, jak obejmują go muskularne, ale 
dziwnie miękkie ramiona policjantki. Powoli osunęli się na kanapę. 
    Liz już nie przejmowała się tym, że spódnica od munduru podjeżdża jej coraz wyżej i wyżej, i... 
    Niewidoczny dla nich monitor komputera zaczął mrugać na czerwono. Cierpliwym pulsowaniem 
informował, że znalazł... znalazł... znalazł... 
    Na ekranie widniał następujący napis: 
    NOTA:  JAMES,  Dane  Historyczne.  OKRĘT  WOJENNY:  ZAARAH  WAHRID  (klasa  Kwiat  - 
zbudowano 14 sztuk). 
    Tekst  szedł  dalej,  informując  o  wymiarach  statku,  jego  załodze,  uzbrojeniu,  dacie  powstania  i 
historii. Ostatnia wiadomość brzmiała następująco: Zaarah Wahrid zakończył swą chlubną karierę 
jako  okręt  flagowy  w  bitwie  o  Saragossę,  podczas  Wojen  Muellera.  Okręt  został  całkowicie 
zniszczony. Zginęło dziewięćdziesiąt procent załogi. 
    Szczęśliwie  dla  kochanków,  upłyną  godziny,  zanim  przeczytają  tę  notę.  Sprawa  bowiem  znów 
wróciła do punktu wyjścia. Zaarah Wahrid był statkiem, który już nie istniał. 
     
    Rozdział trzydziesty szósty 
     
    Sten podniósł grawilot z posiadłości Hakone'a i skierował go prosto do pałacu imperatora. 
    Minąwszy granice miasta Fowler, kapitan zmniejszył wysokość pięćdziesięciu metrów. Jak dotąd 
wszystko  szło  zgodnie  z  przewidywaniami  Hakone'a.  Następnym  ruchem  Stena  powinno  być 
ustawienie kursu na bezpieczny dom w Ashley-on-Wye. 
    Parę  setek  osób  mogłoby  jednak,  gdyby  żyło,  doradzić  historykowi,  żeby  nie  próbował 
przewidywać postępków Stena. 
    Grawilot  tylko  pozornie  posiadał  standardową  imperialną  konstrukcję.  Człowiek  instalujący 
nadajnik niestety nie zauważył stosunkowo wyszukanego osprzętu komputerowego. 
    Sten  włączył  automatyczne  sterowanie  i  zawisnąwszy  nisko  nad  drzewami,  sprawdził  siebie  i 
pojazd  w  poszukiwaniu  pluskw.  Na  częstotliwości  22.3  Hz  detektor  zawył  jak  potępieniec.  Sten 
odczepił kierunkowy transponder z deski  rozdzielczej, po czym omiótł nim maszynę. Znalezienie 
nadajnika zajęło tylko parę sekund. 
    Sten  wrócił  na  fotel  pilota,  aby  rozważyć  różne  możliwości  dalszego  działania.  Gdy  podjął 
decyzję, włączył ręczne sterowanie i wzniósł się na tysiąc metrów. Ustawił nowy kurs - prosto nad 
Wielkie Morze Południowe. Było to, na kompasie, ponad osiemdziesiąt stopni magnetycznych od 
jego  właściwego  celu  -  “Blue  Bhor".  Sten  dokładnie  nie  wiedział,  w  jakim  celu  zamontowano 
nadajnik, ale postanowił improwizować co najmniej przez parę tysięcy kilometrów. 
    Nie trwało to tak długo. 
    Radar odległości zaczął ostrzegawczo pikać. Jakiś obiekt zbliżał się do grawilotu od tyłu z dużą 
prędkością. Kapitan odwrócił się i spojrzał przez lornetkę. 
    Pominąwszy  pewne  modyfikacje,  pojazd  Stena  był  standardowym,  napędzanym  generatorem 
McLeana  wozem  bojowym  o  wymiarach  dziesięć  na  pięć  metrów,  z  otwartymi  miejscami  dla 
czterech osób. Zbliżająca się maszyna także była typowym modelem imperialnego wozu bojowego, 
tylko  że  mniej  więcej  dwa  razy  większym  od  grawilotu  Stena,  przeznaczonym  dla  około 
dwunastoosobowego plutonu. 
    W  pojeździe  zbliżającym  się  z  prędkością  około  sześćdziesięciu  kilometrów  na  godzinę  Sten 
naliczył  sześć  osób.  Postanowił  ułatwić  im  zadanie  i  zwolnił  nieco  grawilot.  Lecący  z  tyłu  wóz 
również przyhamował. 

background image

    Taktyczny  zmysł  Stena  automatycznie  analizował  sytuację:  mają  mnie  śledzić,  a  po 
zlokalizowaniu kryjówki zabić. 
    Kapitan syknął i zatrzasnął podwójną uprząż zabezpieczającą. 
    Rozwinąwszy  pełną  prędkość,  wyłączył  radar  dopplerowski.  W  zwykłych  wozach  bojowych 
urządzenie to było włączone na stałe, dzięki czemu nawet kiepski pilot nie musiał się obawiać, że 
rozbije się o coś we mgle, dymie czy deszczu. No ale wóz Stena posiadał zmodyfikowany sprzęt. 
    Szef ochrony imperatora uruchomił dodatkowy dopplerowski radar, który podał, że wóz plutonu 
podchodzi z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Bardzo wolne reakcje, uznał Sten. 
    Zanim  pilot  pościgu  uświadomił  sobie  co  się  dzieje,  Sten  wyrównał  wysokość  i  ponownie 
szarpnął drążek, niemal wciągając go na kolana. 
    Standardowe  grawiloty  nie  mają  możliwości  wykonywania  podobnych  manewrów,  więc 
ścigający  pilot  zapewne  gapił  się  w  zdumieniu,  gdy  wóz  Stena,  wywinąwszy  doskonałego 
immelmana, zaczął spadać prosto na jego maszynę. 
    Nurkując ku swoim prześladowcem Sten widział przerażenie, panikę i poruszenie, jakie wywołał. 
Pilot odciął napęd i opadł, ledwo unikając, samobójczego, zdawałoby się ataku Stena. 
    Wóz ludzi Hakone'a na moment stracił równowagę. Gdy już ją odzyskał, błyskawicznie wysunął 
wyrzutnie rakiet. Cztery atmosferyczne pociski powietrze-powietrze wystrzeliły z ogniem i dymem. 
    Grawilot  kapitana  leciał  już  w  odwróconej  pozycji.  Walcząc  z  przeciążeniem  Sten  szarpnął  za 
dźwignię  zwalniającą  flary.  Wokół  aż  pojaśniało  od  wielokolorowych  fosforowych  płomieni. 
Sterowane na ciepło pociski posłusznie skierowały się na jaskrawą Tunę. Równoczesna eksplozja 
czterech  rakiet  wystarczyła,  aby  pilot  nieprzyjaciół  chwilowo  stracił  kontrolę  nad  pojazdem. 
Pozostali członkowie załogi wstrzymali ogień, zmuszeni do chwycenia się za poręcze. A wtedy z 
dymu  runął  w dół  wóz bojowy Stena. Pilot  plutonu w panice okręcił pojazd wokół jego osi, lecz 
szybko zrozumiał, że znów się spóźnił, widząc wóz Stena dokładnie ponad sobą. 
    Potem  wydarzyło  się  coś,  czego  sześciu  bandziorów  nigdy  by  się  nie  spodziewało.  Sten 
przestawił swoją maszynę na automat, wypiął się z uprzęży zabezpieczającej i wskoczył prosto do 
pojazdu dezerterów. 
    Kapitan zrobił salto, dobył nóż i wylądował na jednym z wrogów, miażdżąc mu obcasami klatkę 
piersiową. Opadł na kolana, unikając ciosu wymierzonego przez drugiego przeciwnika. Trzymany 
jak maczuga karabin opadł z hukiem, chybiając celu. Sten błyskawicznie się wyprostował i dwoma 
palcami  wcisnął  napastnikowi  oczy  w  mózg.  Gdy  trup  padał,  Sten  okręcił  się  wkoło.  Jego  nóż 
przeciął  nadgarstek  trzeciemu  mężczyźnie,  odcinając  mu  dłoń.  Z  okaleczonej  ręki  wytrysnęła 
fontanna  krwi.  Człowiek  wytrzeszczył  oczy  na  wypływającą  posokę,  zatoczył  się  i  wypadł  w 
nicość.  Sten  tego  nie  zauważył,  gdyż  kolejny  eks-pretorianin  zamierzył  się  na  niego  długim 
gwardyjskim  nożem  bojowym.  Sten zablokował  cios  krystalicznym ostrzem,  przecinając stopową 
stal.  Czwarty  mężczyzna  nie  zdążył  nawet  zareagować,  gdy  okuty  obcas  Stena  roztrzaskał  mu 
czaszkę. 
    Powietrze  się  zjonizowało.  Sten  upadłszy,  ślizgał  się  po  kratowanym  metalu  pokładu.  Pocisk 
karabinu Willy'ego zagwizdał mu nad głową i zanurkował w kałużę krwi. 
    Kapitan  błyskawicznym  ruchem  wysunął  do  przodu  rękę  uzbrojoną  w  nóż.  Ostrze  dosięgło 
piątego pretorianina i tuż poniżej pasa rozcięło mu rdzeń kręgowy. Śmiertelnie ugodzony najemnik 
Hakone'a  spazmatycznie  wygiął  się  w  tył  i  runął  na  pilota,  który  usiłował  uwolnić  się  z  uprzęży 
wciąż  trzymającej  go  w  fotelu.  Gdy  pilot  w  końcu  zdołał  wstać,  natychmiast  został zaatakowany 
przez kapitana. 
    Ten  natomiast  postanowił  wziąć  jednego  żywcem  i  zadać  mu  parę  bardzo  poważnych  pytań. 
Zamiaru jednak nie zrealizował, gdyż pilot wrzasnął i rzucił się w otchłań przez bok pojazdu, raz 
tylko spojrzawszy na cienką drzazgę metalu lśniącą w dłoni straszliwego zabójcy pięciu pretorian. 
    Sten  usiłował  chwycić  desperata,  ale  było  za  późno.  Patrzył  na  przeraźliwie  krzyczącą  postać, 
koziołkującą w dół ku odległym parkom. 
    Muszę  wziąć  się  w  garść...  muszę  wziąć  się  w  garść,  powtarzał  sobie  w  myślach  Sten.  Gdy 
bojowe  szaleństwo  opadło,  kapitan  zaklął  siarczyście.  Usiadł,  nie  zwracając  uwagi  na  krew 
pokrywającą podłogę. 

background image

    Po  chwili  powróciła  zdolność  racjonalnego  myślenia.  Sten  przyjrzał  się  pięciu  martwym 
mężczyznom. Haines może się czegoś o nich dowiedzieć - zdecydowała jakaś część jego umysłu. 
Mało ważne - podpowiedziała mu druga. Nie wierzysz chyba w zbiegi okoliczności? Pojechałeś do 
Hakone'a. Uraczono cię muzyką i tańcami. Gdy wyjechałeś, ktoś usiłował cię zabić. 
    Biorąc  pod  uwagę  imperialne  pełnomocnictwa,  które  otrzymał,  Sten  miał  wystarczającą 
motywację,  aby  zaaresztować  Hakone'a  i  użyć  wszelkich  koniecznych  środków,  łącznie  ze 
skanowaniem mózgu, żeby zbadać jego powiązania ze spiskiem na życie imperatora. 
    Było to jednak zbyt łatwe rozwiązanie. 
    Z  jakiegoś  powodu  wydawało  się  kapitanowi,  że  nikt  tak  popularny  jak  Hakone  nie  może  być 
głową spisku. 
     
    Rozdział trzydziesty siódmy 
     
    Spowity  mgłą  długi,  lśniąco-czarny  statek  stał  na  lądowisku  niewiele  większym  od  niego 
samego. Aureole światła otaczały luki przeznaczone do ładowania towarów i okrętowania ludzi. 
    To  pole  startowe  figurowało  w  rejestrach  Świata  Prime  jako  taktyczno-pomocnicze  lądowisko 
Floty Imperialnej, ale naprawdę korzystał z niego władca, gdy nie chciał, aby jego podróże zostały 
rozgłoszone przez wszystkie wideoekrany. 
    Sam  okręt,  noszący  nazwę  Normandie,  był  równie  tajemniczy.  Według  rejestrów  został 
zbudowany jako statek handlowo-pasażerski. Jednak po trzecim rejsie wycofano z grafiku lotów tę 
luksusową, superszybką maszynę. 
    Normandie  z  zewnątrz  wyglądał  na  konwencjonalny  liniowiec.  W  rzeczywistości  zaś  powstał 
jedynie po to, aby służyć imperatorowi zarówno do odbywania tajnych misji jak i do wypoczynku. 
Miał uzbrojenie niszczyciela floty, a napęd krążownika. 
    Do obsługi doskonale zautomatyzowanego Normandie starczało mniej niż stu ludzi. Nie znaczyło 
to  wcale,  że  statek  był  ciasny.  Większą  jego  część  zajmowały  pomieszczenia  Jego  Wysokości. 
Dzięki  ruchomym  grodziom  oraz  pokładom  władca  mógł  tam  urządzać  prywatne  przyjęcia  dla 
siebie i dla damy, ale także imperialne spotkania na szczycie. - Okręt więc oficjalnie nie istniał, a w 
razie potrzeby przybierał tożsamość któregoś ze swych siostrzanych modeli. 
     
    - Nie bądź taki delikacik, Marr. Tu z pewnością nie ma żadnych zanieczyszczeń. 
    - Gadasz i gadasz - mruknął Marr i pociągnął nosem. - A ja ci mówię, że czuję spaliny z napędu. 
    Marr  i  Senn  byli  prawdopodobnie  jedynymi  w  historii  dostawcami  żywności,  których  służba 
bezpieczeństwa wpuszczała na pokład bez specjalnego badania. 
    Stali przy Normandie, obserwując jak ich towar wjeżdża przenośnikiem we wnętrzności statku. 
    - Dobra, więc jest zanieczyszczenie. Drażni ono twoje delikatne powonienie, ale co to za różnica 
dla ryb? Są zamknięte w pojemnikach. 
    -  Po prostu  się martwię, czy tym  Tahnijczykom  zasmakuje nasza żywność  -  odparł Marr. - Nie 
chciałbyś chyba, żeby konferencja zakończyła się fiaskiem z powodu niestrawności? 
    Nadejście  subudar-majora  Limbu  przerwało  ich  poranną  sprzeczkę.  Oficer  miał  na  sobie  pełny 
rynsztunek  bojowy,  łącznie  z  karabinem  Willy'ego  i  kukri  zwisającym  w  pochwie  na  plecach. 
Zasalutował. 
    - Te ryby - wskazał kontenery - nie są dla moich ludzi? 
    -  Nie,  Chittahang.  Mam  dosyć  dahlu,  ryżu  i  steków  sojowych,  aby  zmienić  każdego  z  twoich 
naików w balonik, który sam zaczynasz przypominać. 
    Chittahang odruchowo spojrzał na swój brzuch. 
    -  Świetnie.  Ale  zdradzę  wam  tajemnicę.  Ta  wypukłość  to  wcale  nie  mój  przepełniony  żołądek, 
lecz inne organy, które uznałem za stosowne zwinąć sobie nad paskiem. 
    Uśmiechnął się, mrugnął i wrócił do nadzorowania załadunku swoich podkomendnych. 
    - Marr, czy kiedykolwiek uda nam się przegadać tych małych, brązowych? 
    -  Pewnie  nie  -  odparł  przyjaciel,  a  po  chwili  wskazał  na  lądujące  przy  Normandie  śmigacze  i 
rzekł: - Oto przybył nasz nieustraszony wódz. 

background image

    Z pięciu wielkich maszyn wysiadali ludzie. 
    - Patrz, z imperatorem jest ten tłuścioch Sullamora - syknął Senn. - Po co go zaprosili? 
    -  A  skąd  ja  mogę  wiedzieć,  kochanie?  On  jest  imperialnym  handlowcem,  więc  jego  obecność 
pewnie ma jakiś związek z handlowymi układami między imperium a Tahn. Senn, czy na pewno 
wszystko gotowe? 
    Wkrótce  po  tym,  jak  ustalono  spotkanie  imperatora  z  warlordami,  Marrowi  i  Sennowi 
powierzono  dostarczenie  żywności  na  konferencję.  Natychmiast  przeprowadzili  badania  nad 
gustami kulinarnymi Tahnijczyków, a w szczególności ich lordów. Na szczęście w XL wieku taśmy 
wideo z egzotycznymi kuchniami wciąż były popularne. Zaopatrzyli się we wszystko - począwszy 
od  żywych  krewetek  w  solance  i  skrobii,  skończywszy  na  wiecznie  rosnących  warzywach. 
Przygotowali  też  parę  niespodzianek,  gdyż  każdy  szef  kuchni  uważa,  że  może  poprawić  dietę 
innych. 
    Na  płycie  zadudniły  obcasy  pretorian  wybiegających  z  obwodu  ochronnego.  Pułkownik  Den 
Fohlee, dowódca straży przybocznej imperatora, policzył podkomendnych i kazał im wmaszerować 
na pokład. 
    - Czy zabraliśmy wystarczająco dużo jedzenia? 
    - Owszem, mamy tyle skrobii i surowych protein, żeby karmić stu pięćdziesięciu pretorian przez 
millenium. - Oświadczył spokojnie Senn, a następnie zaczął po raz kolejny wyliczać, kogo muszą 
karmić podczas tej wyprawy: - Trzydziestu gurkhów. Załoga. Imperator... kto wie, co sobie zażyczy 
do  jedzenia.  Sullamora...  wydobyłem  kilka  przepisów  na  jego  ulubione  dania.  Zapasów  dla 
Tahnijczyków wystarczy, nawet jeśli żrą jak głodująca horda. Nie martw się więc, kochanie. 
    - Tak, ale co my będziemy jedli? 
    Senn nie dosłyszał  pytania, gdyż jego uszy wypełnił  świdrujący odgłos gongu wzywającego do 
wsiadania na pokład. 
    Gdy  do  wnętrza  wjechała  resztka  zapasów,  luki  okrętu  zatrzasnęły  się  z  hukiem.  Śmigacze 
zwolniły pole startowe, napęd Yukawy zasyczał głośniej i Normandie wzniosła się w powietrze. 
    Na  orbicie  miała  się  spotkać  z  eskadrą  niszczycieli  oraz  krążownikiem.  Imperialni  piloci  tych 
powietrznych okrętów wiedzieli tylko, że muszą eskortować jakiś statek do punktu przeznaczenia, 
dopilnować, aby nic mu się nie stało, i wrócić do bazy. Nawet nie przypuszczali, że na pokładzie 
chromowego liniowca znajduje się Wieczny Imperator, a już na pewno nie przyszłoby im do głowy, 
że spotkanie z tahnijskimi lordami to jedyna szansa uniknięcia międzygalaktycznej wojny. 
     
    Rozdział trzydziesty ósmy 
     
    Cała  grupa  zasiadła  w  ciszy  wokół  ogromnego  stołu  w  “Blue  Bhor".  Zapanowała  głęboka 
depresja. Haines coś bezmyślnie rysowała na swoim miniekranie. Siedzący po drugiej stronie Alex 
wydawał się dziwnie spokojny. Smutno patrzył  na Liz, która właśnie wystukiwała na klawiaturze 
ostatnie polecenie. 
    Gdy wszedł Sten z plikiem wydruków pod pachą, powitały go pełne oczekiwania spojrzenia. 
    - Nie - powiedział. - Nic nie mam... Zdołałam zdobyć tylko jakąś przedziwną mapę... 
    Ludzie znów ożyli. Sten zaczął rozdawać pliki papierów. 
    - Jako śledczy nauczyłem się jednej rzeczy: jeśli utkniesz w martwym punkcie, wypisz sobie, co 
wiesz, a czego nie wiesz. - Spojrzał na kompanów z niewesołym uśmiechem i wzruszył ramionami. 
- W każdym razie wszyscy odnoszą wrażenie, że coś robisz. 
    Zgromadzeni zaczęli studiować listę Stena. Fakty wyglądały następująco: 
     
    1. Pierwszym celem spisku było zabójstwo imperatora. Wszelkie informacje wskazują na szeroko 
zakrojoną konspirację. 
    2. Spisek trwa nadal. Jeśli nie, to skąd tajemnicze śmierci w pobliżu Soward? Zaginęli wyłącznie 
eks-pretorianie  i  pracownicy  pałacu.  Kapitana  Stena  zaatakowali  także  członkowie  straży 
przybocznej  imperatora  -  w  większości  dezerterzy.  Fakt  dodatkowy:  w  ciągu  ostatniego  E-roku 
zniknęło co najmniej czterdziestu pretorian. 

background image

    3.  W  spisek  prawdopodobnie  jest  uwikłany  ktoś  z  samego  pałacu.  To  tłumaczy  mnogość 
komputerowych tropów prowadzących z zewnątrz i znikających w środku dworu władcy. 
    4. Powtarzam: spisek trwa nadal, a jego ostatecznym celem jest śmierć imperatora. 
     
    - Jako gliniarz z pewnością czułabym się lepiej, wiedząc, że Jego Wysokość pozostaje pod ścisłą 
ochroną - wtrąciła Heines. 
    -  Akurat  tyle  udało  się  osiągnąć  -  powiedział  Sten.  -  Imperator  opuścił  Świat  Prime.  Nie  mogę 
wam powiedzieć dokąd się udał, ale jest całkowicie bezpieczny w otoczeniu zaufanych doradców 
oraz ochrony. 
    - Dzięki bogu - westchnął Alex z ulgą. - Przestałem wierzyć tym cholernym pretorianom. 
    - Czy imperator został poinformowany, jak głęboko siedzimy w drakhu? - zapytała Liz. 
    -  Nie  -  odparł  Sten.  -  Ustaliliśmy  całkowitą  ciszę  w  eterze.  Mogę  skontaktować  się  z  władcą 
jedynie w razie konieczności. W pałacu zainstalowano połączenie. 
    Poczekali chwilę na ciąg dalszy, lecz Sten milczał, więc kontynuowali czytanie. 
     
    5. Kai Hakone niewątpliwie jest jednym z głównych spiskowców. Dowody: miał powiązania ze 
Stynburnem,  z  którym  razem  brał  udział  w  bitwie  o  Saragossę.  Sten  został  zaatakowany 
bezpośrednio po przesłuchaniu podejrzanego. 
    6. Zaarah Wahrid to kolejny związek z bitwą o Saragossę.  
    Pytanie - jaki istnieje związek między zniszczonym okrętem a spiskiem? 
    7.  Czynnik  komplikujący  -  Hakone  trzyma  się  z  dala  od  pałacu.  Uchodzi  za  adwersarza 
imperatora. Władca niechętnie gości pisarza w swoich progach. 
     
    -  Kiedy  zaaresztujemy  tego  drania,  stary?  Wycisnę  mu  z  bebechów  wszystkie  informacje, 
których potrzebujemy. 
    -  Nie  ma  szans,  Alex  -  odparł  Sten.  -  Żeby  zniknęło  zagrożenie,  musimy  zdjąć  całą  bandę 
spiskowców jednocześnie. Szczególnie zależy nam na pojmaniu człowieka z pałacu. 
    - Jeśli weźmiemy teraz Hakone'a, to wszystko spieprzymy - zgodziła się Haines. 
    Zebrani pochylili się nad kartkami, aby doczytać resztę. 
     
    8.  Czy  należy  szukać  więcej  informacji  o  Saragossie  w  archiwach?  Czy  tam  znajdziemy  ślad 
pomocny w rozwiązaniu sprawy? 
     
    -  Masz  na  to  rok?  -  zadrwiła  Liz.  -  Nie  znam  komputera  w  całym  imperium,  który  poradziłby 
sobie szybciej ze sprawdzaniem tomów akt. 
    - Więc zapomnijmy o tym - powiedział Sten. 
    - Czy to wszystko? - zapytała Haines. 
    - Niestety tak - odpowiedział Sten. - Musimy jeszcze tylko dokładnie sprawdzić Hakone'a. 
    - Właśnie to robię - wyjaśniła Liz, wskazując na monitor. 
    - Głupio z mojej strony sugerować coś ekspertowi. 
    - Kiedy wszystko inne zawodzi, tylko głupi może coś zdziałać - stwierdziła z uśmiechem. 
    - Na pewno Hakone ma gdzieś główną kwaterę  - orzekł Sten. - Nie może przecież przyjmować 
spiskowców w domu ani spotykać się z nimi na rogach ulic. 
    - Dom wakacyjny? - zaproponowała Haines. 
    - Jakieś odległe miejsce? - dodała Liz, wstukując program: “Prywatny majątek. Nieruchomości". 
    Collins  użyła  tego  samego  systemu,  dzięki  któremu  przebiła  się  przez  labirynt  korporacji 
Stynburna. 
    - Ten gość fanatycznie interesuje się wojskiem - powiedział Alex. - Taka wskazówka może nam 
się przydać... 
    Zanim zdążył skończyć, na ekranie pojawiła się odpowiedź. Zaarah Wahrid. Rejestr Nr KH173. 
Kotwicowisko 82. CZY DAĆ OPIS? 
    - Tak, do cholery! - krzyknął Sten, podczas gdy Liz wpisywała polecenia. 

background image

    Kai Hakone był właścicielem maleńkiego i mocno zużytego kosmicznego jachtu Zaarah Wahrid, 
zakotwiczonego w prywatnym porcie, odległym tylko o jakieś sto kilometrów od ,31ue Bhor". 
    - Wejdź do komputera statku - rzuciła Haines. 
    - Nie tak prędko, poruczniku - odparła Liz. - A co, jeśli jest zabezpieczony? 
    - Racja - odezwał się Sten. - Za daleko dotarliśmy, żeby się teraz spieszyć. 
    - Zapytam komputer, czy statek wymaga naprawy - oświadczyła Liz. 
    Na ekranie pojawiła się negatywna odpowiedź. 
    - Dobra, teraz coś mocniejszego, ale nie wzbudzającego podejrzeń. 
    - Kiedy opuszczał port po raz ostatni - zaproponował Sten. Liz zastukała w klawiaturę. 
    - Nie wcześniej niż przed rokiem. Sprawdzę rejestr podróży. To trochę potrwa, ale w ten sposób 
utrzymamy  kontakt z Zaarah Wahrid.  -  Mała łódź zaczęła przeszukiwać swoje dane, podczas  gdy 
Liz  ostrożnie  zapuściła  kilka  własnych  sond.  -  Spójrzcie  na  to!  -  Policjantka  wyświetliła  jakieś 
parametry. - Ta zabaweczka dysponuje komputerem wystarczającym do obsługi liniowca; 
    - Po co zainstalowano tak rozbudowany sprzęt na małym jachcie? - zapytała Haines. 
    - Oho! Nie, nic z tego, ty cholerny stateczku. - Liz szybko się wyłączyła. 
    -  Ma  też  więcej  min-pułapek,  niż  potrafisz  wypić  piw.  -  Te  słowa  skierowała  do  Alexa.  - 
Zostałabym w jego systemie jeszcze przez moment, a co najmniej by mnie wykasował. 
    Podenerwowany Sten opadł na krzesło. 
    - Nic więcej nie wydobędziesz, Liz? 
    - Nie, ale wyłudziłam klucz. - Zapisała go na kawałku papieru. 
    Sten szybko wstał. 
    - Dalej, Alex. Zdaje się, że musimy dokonać drobnego włamania. 
    Skierowali się do drzwi. 
    - Aha, kapitanie! - zawołała Collins. 
    - Tak? 
    - Chyba jest jeszcze coś, co powinieneś wiedzieć. 
    - Dawaj. 
    - Na pokładzie Zaarah Wahrid prawdopodobnie znajduje się bomba. I to całkiem spora. 
    - Dziękuję. 
    - Nie ma za co. 
    Sten z Alexem opuścili towarzystwo. 
     
    Rozdział trzydziesty dziewiąty 
     
    Maleńki  ścigacz  był  jednostką  o  niezbyt  dużej  wartości,  ale  swojego  czasu  ktoś  włożył  wiele 
troski  i  wysiłku,  aby  podwyższyć  jego  standard.  W  niewielkiej  kabinie  pilota,  wyłożonej 
plasdrewnem  i  zapełnionej  hebanowymi  meblami,  teraz  panował  wręcz  kosmiczny  chaos.  Wokół 
sprzętów leżały porozrzucane ubrania, walały się brudne pojemniki po jedzeniu, których obecnemu 
mieszkańcowi nie chciało się nawet wyrzucić do systemu odpadkowego. 
    Tarpy  leżał  rozciągnięty  na  koi,  z  przymkniętymi  oczyma  i  uśmieszkiem  na  twarzy.  Całe  ciało 
mężczyzny niemal całkowicie obsiadły koty. W innej epoce nazwano by te stworzenia dachowcami, 
Tarpy  zaś  określał  je  mianem  portowców.  Prezentowały  wszelkie  wyobrażalne  rozmiary  i  kolory. 
Głaskając kudłate futerka zwierząt, Tarpy leniwie obserwował sytuację na Zaarah Wahrid  - kupie 
złomu, zakotwiczonej o jakieś ćwierć klika od ścigacza. 
    Tarpy usłyszał ciche mruknięcie, dochodzące spod jego lewego ramienia, więc uniósł się na tyle, 
aby  umożliwić  kociakowi  ucieczkę.  Mały  dołączył  do  rodzeństwa,  pożywiającego  się  przy 
wymionach mamy.  Kocica natomiast urządziła sobie wygodne legowisko na brzuchu mieszkańca 
ścigacza. 
    W  zasadzie  tylko  dzięki  tym  kotom  Tarpy  pozostawał  przy  zdrowych  zmysłach.  Odkąd  objął 
posterunek,  wokół  Zaarah  Wahrid  panował  absolutny  spokój.  Po  drugiej  stronie  jachtu  kryli  się 
dodatkowi strażnicy, ale Tarpy ograniczał z nimi kontakty do niezbędnego minimum. Uważał ich 
za wyjątkowych tępaków, których jedyną zaletą była gotowość do poniesienia śmierci na miejscu. 

background image

    Na długich wachtach Tarpy wolał towarzystwo kotków. 
    Poczuł  lekkie  mrowienie  w  lewym  uchu  i  usłyszał  ciche  pikanie.  Serce  zaczęło  mu  bić 
gwałtownie. Nareszcie coś się działo! 
    Delikatnie wygrzebał się spod swoich ulubieńców i usiadł na koi. Włączył wizualny monitor, po 
czym zaczął wzrokiem przeczesywać teren. 
    Przebadanie  kotwicowiska  nie  należało  do  trudnych  zadań.  Port  jachtowy  wyglądał  jak 
dwukilometrowej wysokości drzewo z licznymi konarami. Pień stanowiły sklepy, restauracje, stacje 
obsługi i paliwowe. Gałęziami były prywatne doki rejestrowe, przy których cumowały wszelkiego 
rodzaju  jednostki  -  począwszy  od  jachtów  o  rozmiarach  niemal  liniowców,  a  skończywszy  na 
małych łódeczkach. 
    Przy boku Zaarah Wahrid Tarpy zauważył jakiś ruch. To Sten i Alex wyszli z cienia rzucanego 
przez wiszący w górze okręt. Dwaj mężczyźni pewnym krokiem ruszyli w kierunku jachtu. Tarpy 
uśmiechnął  się,  poznawszy  przybyszów.  Nacisnął  brzęczyk,  aby  zaalarmować  pozostałych 
członków ochrony. 
    Podniósł  się  z  koi  i  nałożył  uprząż  z  bronią. Podszedł  do  drzwi,  lecz w  progu  zatrzymał  się  na 
moment. Spojrzał na pootwierane pojemniki z żywnością, stojące na podłodze. Wystarczy jedzenia 
dla kotków, zanim upora się z intruzami. 
     
    Alex raz jeszcze obrzucił wzrokiem kotwicowisko. Nikogo. Nawet jednego technika. 
    - Dalej, stary. Robota czysta jak gacie królowej. 
    Sten  podszedł  prosto  do  panelu  śluzy  przy  wejściu,  otworzył  go,  a  następnie  zaczął  wstukiwać 
kod, który podała mu Liz. Wpisał pierwsze trzy cyfry. Czekał, aż komputer je sprawdzi i pozwoli 
mu kontynuować. 
    - Przygotuj się do skoku, Alex. Nie wiadomo, co jest po drugiej stronie drzwi. 
    Kilgour skinął głową, bacznie obserwując okolice. Poczuł dreszcz na plecach i napięcie mięśni, 
zanim jeszcze zauważył nadciągających dryblasów. 
    - Mamy towarzystwo - syknął do Stena i szybko odsunął się od śluzy. 
    Kapitan  spojrzał  akurat  w  chwili,  gdy  jakaś  postać  przeskakiwała  od  jednego  zbiornika  do 
drugiego. Alex wraz ze Stenem przeczekali parę sekund, jednocześnie rozglądając się za kryjówką i 
spokojnie odpinając już odbezpieczone karabiny Willy'ego. 
    - Tam! - szepnął sierżant. 
    Sten powoli odwrócił głowę w kierunku samotnie zbliżającego się Tarpy'ego. 
    -  Potrzebujesz  pomocy,  kolego?  -  wycedził  Tarpy,  zbliżając  się  do  przybyszów  jakby  od 
niechcenia. 
    Sten natychmiast  zauważył,  że ta niedbałość ruchów maskowała profesjonalizm  Tarpy'ego. Nie 
szedł bezpośrednio na nich, ale zataczał łagodny półokrąg i w ten sposób zachodził nieproszonych 
gości nieco z boku. 
    - Zbiornik z paliwem! - rzucił cicho Sten do Alexa.  
    Sierżant  skinął,  widząc,  że  Tarpy  ustawiał  się  tak,  aby  w  zasięgu  znalazł  się  wielki  kontener 
dostawczy. Po obu stronach słyszeli szuranie stóp bandziorów zajmujących pozycje. 
    - Kilka szczurków - powiedział Alex. 
    - Ile? 
    - Cztery. Nie, pięć. 
    Sten z wymuszonym uśmiechem zwrócił się do podchodzącego wroga. 
    - Jak ci na imię, przyjacielu? 
    - Tarpy, jeśli kogoś to interesuje. 
    Sten kiwnął tylko głową, cały czas uśmiechając się głupkowato. 
    - Pilnujesz tej kupy złomu? 
    - Może - odparł Tarpy. - A o co chodzi? 
    - Ja i mój partner szukamy jakiegoś taniego stateczku, który nadawałby się do remontu. 
    Tarpy zrobił ironiczną minę. 

background image

    -  Do  remontu  to  on  się  z  pewnością  nadaje.  Ale  musicie  pogadać  z  właścicielem.  Dostać 
pozwolenie i takie tam. 
    - Teraz! - krzyknął Alex. 
    Sten podniósł karabin, wystrzelił do Tarpy'ego, padł na podłogę i przewrotką schował się za stal 
Zaarah Wahrid. W kadłub uderzył pocisk. Niemal w tym samym momencie kapitan usłyszał okrzyk 
bólu. 
    -  Miałem rację, stary  -  zawołał  Alex z drugiej strony.  - Było  pięć szczurków. Teraz już zostały 
cztery. 
    Tarpy z łatwością znalazł osłonę. Sten podwyższył ocenę jego profesjonalizmu jeszcze o punkt i 
zaczął rozglądać się za pozostałymi ochroniarzami. Na platformie poniżej zastukotały okute buty. 
Sten spojrzał przez szczelinę pomiędzy Zaarah Wahrid a grawilotem. W dole znajdował się wielki, 
kosztowny jacht. Tam czaił się jeden z dzikusów Tarpy'ego. Sytuacja przypominała grę w szachy 
przestrzenne. Wróg mógł nadejść dosłownie z każdej strony. Sten dał znak Alexowi. Sierżant miał 
się  wziąć  za  lewą  flankę,  a  Sten  za  prawą.  Najpierw  zajmą  się  przybocznymi  Tarpy'ego,  szefa 
zostawią sobie na deser. 
    Kapitan  usłyszał  głuchy  łomot,  gdy  kompan  skoczył  dziesięć  metrów  w  dół,  na  następną 
platformę cumowniczą. Nad Stenem znajdowała się drabina prowadząca na wyższy pokład. Przed 
wiatrem osłaniał ją stalowy, wygięty grzebień. Sten zrobił dwa kroki w bok, skoczył na drabinę i 
zaczął się wspinać. Miał ogromną nadzieję, że żaden z nieprzyjaciół nie zajął odpowiedniej pozycji, 
aby trafić go w odsłonięte plecy, gdy w małpim tempie sprintował na górę. Po karku przebiegł mu 
dreszcz, ale nie tracił zimnej krwi. Niemal natychmiast zauważył pośladki mężczyzny, znikające za 
kadłubem  zacumowanego  grawilotu.  Dryblas  starał  się  zajść  Stena  od  góry.  Kapitan  przestrzelił 
spryciarzowi wnętrzności. 
    Zaczaił  się  na  chwilę,  wyszukując  wzrokiem  następnego  przeciwnika.  Od  razu  też  zdał  sobie 
sprawę,  że  zapewne  postępuje  zgodnie  z  planem  Tarpy'ego.  Z  niezdarnego  skradania  się 
pomocników głównego strażnika wynikało w sposób oczywisty, że byli oni niewykwalifikowanymi 
fajtłapami.  Na  miejscu  Tarpy'ego  Sten  użyłby  ich  jako  zasłony  dymnej  dla  siebie  i  w  ten  sposób 
przejąłby kontrolę nad sytuacją; to on wyznaczałby pole walki. 
    Sten usłyszał  szepty  bezpośrednio  nad sobą. Spojrzał  na górny  pomost,  biegnący  do platformy. 
Tarpy?  Raczej  nie.  Poczekał,  aż  ucichną  kroki.  Ktokolwiek  to  był,  znajdował  się  przy  zbiorniku 
paliwa.  Sten  dostrzegł  kanciastą  sylwetkę  uruchomionego  robota  paliwowego.  Rozległ  się  odgłos 
jeszcze paru stąpnięć i człowiek powyżej zajął pozycję. 
    Przepisy portowe zabraniały przebywania na pokładzie podczas uzupełniania oleju napędowego. 
Sten  ostrożnie  wycelował  w  zbiornik,  mając  nadzieję,  że  właściciel  łodzi  postępuje  zgodnie  z 
regulaminem i teraz przebywa z dala od swojej łajby. 
    Płomienie eksplodowały we wszystkie strony. Sten zrobił jeden krok i zeskoczył z powrotem do 
Zaarah  Wahrid.  Instynktownie  przekoziołkował  po  upadku,  spodziewając  się  ostrzału.  Kiedy 
wstawał, obok bezdźwięcznie spadło coś czarnego. Zwęglony przedmiot okazał się ludzką głową. 
W miejscu ust ział czerwienią duży otwór. 
    Sten  ruszył  z  powrotem  na  dziób  Zaarah  Wahrid.  Gdy  ostrożnie  wyjrzał  zza  rogu,  spostrzegł 
Alexa poruszającego się w plątaninie powiązanych kabli. Kilgour, dostrzegłszy kapitana, pokazał 
uniesiony  kciuk.  Załatwił  dwa  kolejne  szczurki.  Stena  zaszczypało  prawe  przedramię.  Kapitan 
obejrzał rękę i zobaczył cieknącą po niej strużkę krwi. W którymś momencie walki ktoś go drasnął. 
Dziwne, jak działając pod wpływem adrenaliny, niczego się nie czuje, zastanowił się przez chwilę 
Sten. 
    Cały  czas  myślał  o  Tarpym.  Wiedział,  że  nadal  toczy  się  gra  wyłącznie  dla  zawodowców.  Nie 
miał żadnych wątpliwości, iż główny strażnik ukrywa się tuż poza zasięgiem wzroku, czekając na 
dobrą okazję do strzału. Może czaił się na Alexa? 
    Sten zauważył zmianę wyrazu twarzy przyjaciela i niemal równocześnie wyczuł kogoś za sobą. 
Obrócił  się,  usiłując  unieść  karabin,  ale  ranna  ręka  odmówiła  posłuszeństwa.  Rozpaczliwie 
spróbował uskoczyć... 

background image

    Niestety, Tarpy już trzymał przeciwnika na muszce. Niedaleko za Stenem, w jednej linii, stał ten 
wielki facet, Alex. 
    Doskonały szachowy układ, pomyślał Tarpy, pociągając za spust. Pierwszy strzał załatwi Stena, a 
potem wystarczy nie przerywać ognia i ten duży padnie niecałe uderzenie serca później. 
    Tarpy  poczuł  nagle,  że  robi  mu  się  zimno.  Był  to  przeraźliwie  osłabiający  rodzaj  chłodu; 
zaczynał  się  w  ramieniu  i  szybko  przenikał  całe  ciało.  Pod  strażnikiem  ugięły  się  kolana. 
Mężczyzna rozpaczliwie walczył o utrzymanie przytomności. 
    Tarpy zauważył swój własny karabin leżący koło Stena. Na broni była zaciśnięta dłoń; jej palce 
zgięły się spazmatycznie i karabin wypalił. 
    Tarpy przez ułamek sekundy zastanawiał się, czyja to ręka dzierży broń. Poczuł brzęczące wokół 
twarzy muchy. Spróbował je odegnać. Wtedy zobaczył własne ramię, z którego buchała czerwona, 
tętnicza krew. 
    Aha, to ja trzymam karabin, pomyślał padając. 
    Sten  gapił  się  na  zwłoki  Tarpy'ego.  Gdy  uruchomił  opasujący  przedramię  elektromagnes,  nóż 
wskoczył na swoje miejsce. Z tyłu nadszedł Alex. Sten pozwolił przyjacielowi pomóc sobie wstać. 
    - Miał nas obu. Wiesz o tym, nie? - powiedział, patrząc badawczym wzrokiem na Kilgoura. 
    Alex ścisnął go lekko i popchnięciem skierował w stronę panelu śluzy Zaarah Wahrid. 
    - Owszem, stary. Ale w końcu nikt nie jest nieomylny, nieprawdaż? 
    Drzwi jachtu otworzyły się powoli, z głośnym skrzypieniem dawno nie używanego metalu. Sten 
zanurkował do wewnątrz, gdy tylko uznał, że zdoła się prześlizgnąć przez szczelinę. Alex odwrócił 
się i stanął na straży. W środku kadłuba znajdowała się mocno zniszczona maszyneria i plątanina 
zwisających kabli, które prowadziły donikąd. Kapitan ostrożnie kroczył przez pozostałości głównej 
kabiny w kierunku stanowiska pilota. Od razu zdał sobie sprawę, że tym statkiem nikt nie zamierzał 
latać. Lekko pchnął drzwi do kabiny pilota. Odpowiedziało mu tylko echo. Zerknął zza framugi i 
oczy  rozszerzyły  mu  się  ze  zdumienia.  Ktoś  wypalił  laserem  cały  pulpit  sterowniczy.  W  miejscu 
urządzeń  nawigacyjnych  tkwił  olbrzymi  komputer.  W  odróżnieniu  od  pozostałych  pomieszczeń 
statku, tu lśniło czystością. Nawet w tej chwili maleńki robot odkurzający z szumem przebywał swą 
bezmyślną  podróż  wzdłuż  głównego  terminala.  Wystrzeliwał  przed  siebie  rzadką,  spolaryzowaną 
mgiełkę, a potem skutecznie wsysał drobiny kurzu. 
    Sten podszedł do panelu. Wciąż nie miał pojęcia, co uruchamia bornbę. W zasadzie martwił się 
tylko, kiedy to nastąpi. W ładunku wybuchowym na pewno zainstalowano jakiś zapalnik czasowy, 
chociażby dlatego, żeby zapobiec przypadkowemu zniszczeniu danych w komputerze. 
    Kapitan wystukał na klawiaturze hasło: UWAGA! ZAARAH WAHRID! 
    Ekran  pojaśniał.  IDENTYFIKACJA?  Sten  zawahał  się  i  podjął  szybką  decyzję:  HAKONE. 
Komputer trawił to przez chwilę, po czym wyświetlił: HAKONE, G.A. 
    Sten  odetchnął  z  ulgą.  Potem,  już  bez  wahania,  zaczął  wydawać  kolejne  polecenia.  Zawsze 
istniało  ryzyko,  że  to  brak  natychmiastowej  reakcji  operatora  uruchamiał  bombę.  PRZEGLĄD 
PLIKÓW.  Komputer  zajął  się  tym  zadaniem,  wywołując  z  pamięci  nie  kończące  się  dane. 
Początkowo Sten nie mógł  się zorientować,  co  widzi.  Dopiero po chwili  uzmysłowił  sobie, że to 
lista głównych podtytułów. Przez ekran przetaczały się setki napisów. Sten próbował skupić na nich 
wzrok. W końcu ujrzał: KOMITET WAHRID, SZCZEGÓŁY. 
    Szybko przesunął kursor i zatrzymał ten dział. 
    PODAĆ SZCZEGÓŁY - wstukał komendę. 
    Ekran mrugnął dwukrotnie, a potem podał długi spis nazwisk i danych. W prawym rogu monitora 
ukazało  się  także  coś  jeszcze:  pięć  wielkich  liter,  tworzących  jakieś  tajemnicze  słowo.  GADES! 
GADES! GADES! Raz za razem pojawiało się to samo: GADES! GADES! GADES! 
    Ciało  Stena  przebiegł  dreszcz.  Zapalnik  bomby  został  uruchomiony.  Najwyraźniej,  żeby  go 
wyłączyć,  operator  powinien  teraz  wprowadzić  kodową  odpowiedź.  Kapitan  nie  miał  pojęcia  od 
czego zacząć. Postąpił więc w sposób najbardziej logiczny, ale i niezwykle ryzykowny. 
    Wlepił  wzrok  w  ekran,  koncentrując  się  na  rozmazanej  smudze  nazwisk,  liczb  i  innych 
szczegółów. 

background image

    Zaczęła  wyć  syrena  ostrzegawcza.  Do  wybuchu  bomby  zapewne  pozostały  już  tylko  sekundy. 
Sten  ciągle  jednak  stał  jak  zamrożony,  kumulując  w  umyśle  możliwie  najwięcej  informacji 
podawanych  przez  komputer.  Był  jedynie  drobną  przeszkodą,  w  niewielkim  stopniu  zakłócającą 
pracę mózgu. Kapitan cały czas czytał. 
    Gdzieś  poniżej  usłyszał  dziwne  warczenie.  Poczuł,  że  jakaś  wielka  ręka  obejmuje  go  wpół  i 
odrywa od podłogi. Widział wyłącznie wir danych, ale zdał sobie sprawę, że ktoś biegiem unosi go 
ze statku. 
    Kiedy minęli drzwi, eksplozja światła wybuchła mu w twarz. 
    Alex  zatrzymał  się  na  ułamek  sekundy  przed  olbrzymim  kontenerem  załadowczym.  Wyrzucił 
przyjaciela  wysoko  w  powietrze.  Kapitan  leciał  nad  kontenerem,  a  po  chwili  zobaczył 
niebezpiecznie szybko zbliżający się grunt. Potężny wybuch wstrząsnął okolicą, niemal całkowicie 
ogłuszając Stena. 
    Otumaniony eksplozją, z trudem wracał do siebie. Nie wiadomo skąd tuż obok niego znalazł się 
Alex. 
    Kilgour  wolno  stanął  na  nogi  i  otrzepawszy  się  z  kurzu,  pomógł  kompanowi  przyjąć  pozycję 
wertykalną. W oddali skowyczały syreny. 
    -  Muszę  z  tobą  pogadać,  stary  -  powiedział  Szkot.  -  Wcale  mi  się  nie  podoba  twój  obrzydliwy 
zwyczaj balansowania na granicy śmierci. 
     
    Rozdział czterdziesty 
     
    Teren  wokół  rezydencji  Hakone'a  przypominał  bazę  wojskową.  Umundurowani  mężczyźni 
najpierw  ładowali  na  grawiloty  broń,  a  potem  sami  wsiadali  do  pojazdów.  Wozy  zaczęły  powoli 
formować  szyk  bojowy.  Ludzie  w  uniformach  nie  byli  eks-żołnierzami;  cały  czas  grali  rolę 
imperialnego  wojska.  Kiedyś  służyli  w  korpusie  pretorian,  zanim  jeszcze  zostali  nakłonieni  do 
dezercji.  Przez  długie  miesiące  używano  ich  do  brudnej  roboty.  Poruszali  się  szybko  w  swych 
szykownych czarnych mundurach. Hakone powinien być zachwycony. W końcu, po wielu latach, 
zaczęło się realizować jego jedyne marzenie! Jednak, jak większość rzeczy w jego życiu, działo się 
to  w  niewłaściwym  momencie.  Choć  Haines  i  Collins  sądziły,  że  wszystkie  połączenia  z  Zaarah 
Wahrid  uległy  zniszczeniu,  jedna  linia  alarmowa  pozostała.  Kiedy  okręt  eksplodował,  Hakone 
wiedział o tym natychmiast. 
    Historyk  od  razu  prawidłowo  ocenił  sytuację.  Zaarah  Wahrid  przestał  istnieć,  a  wraz  z  nim 
przepadły  wszystkie  dane  komputerowe.  Zgodnie  z  rozkazami  Hakone  miał  ruszyć  dopiero  na 
sygnał  otrzymany  z  Normandie.  Okoliczności  jednak  uległy  zmianie  -  nie  było  łączności  z 
koordynatorem znajdującym się na pokładzie okrętu imperatora. 
    Hakone przejął odpowiedzialność za dowodzenie i uruchomił swoich ludzi. Śmierć imperatora i 
tak  była  pewna,  a  najgorsze,  co  ich  mogło  spotkać,  to  konieczność  wytrwania  w  miejscu  przez 
pewien ograniczony czas. 
    Pisarz zmusił się do odczuwania radości. Od dawna wiedział, że ma tendencje do zamartwiania 
się. Gdy wylądował jego osobisty wóz bojowy, zbiegł po schodach. 
    - Zna pan drogę, sierżancie. 
    -  Nieraz  ją  przemierzyłem  w  ciągu  ostatnich  lat  -  odparł  siwiejący  eks-pretorianin.  Pojazd 
wzniósł  się  w  powietrze.  Pozostałe  grawiloty  podążyły  za  nim,  formując  nad  portem  Soward 
bojowy szyk rombowy. 
     
 
 
 
 
 
 
 

background image

    Rozdział czterdziesty pierwszy 
     
    Pilot, sprawdziwszy radar oraz czujnik odległości, odchrząknął z satysfakcją. Nacisnął przycisk i 
umieszczony  na  dźwigu  fotel  łukiem  sprowadził  go  od  szeregu  przyrządów  na  poziom  podłogi. 
Wypiął  się  z  uprzęży  i  wstał,  włączając  jednocześnie  monitor.  Odległy  o  lata  świetlne  pulsar 
błyszczał  groźnie  na  ekranie.  Tahnijski  pilot  usłyszał  pomruk  zaniepokojenia  ze  strony  stojących 
przed nim lordów, przyciemnił więc obraz i ukłonił się nisko. 
    -  Wszystko  idzie  zgodnie  z  planem.  Na  ekranie  mamy  statki  imperium.  Spotkanie  nastąpi  za 
dziesięć godzin pokładowych. 
    Lord Khirgiz z powagą odkłonił się pilotowi, po czym wymaszerował z mostka w towarzystwie 
pozostałych przywódców systemu Tahn. 
     
    Pulsar, oznaczony w gwiezdnych katalogach symbolem NG 467H, był trzecim z kolei miejscem 
spotkania  zaproponowanym  imperatorowi  przez  Tahnijczyków.  I  jedynym  zaaprobowanym  przez 
Jego Wysokość. Władca wiedział, że pulsar gwarantował całkowitą ciszę radiową po obu stronach. 
Tak  więc,  jeśli  zasadzki  nie  przygotowano  wcześniej  -  a  czujniki  imperium  wyeliminowały  taką 
możliwość  -  to  poza  żądaniami  tahnijskich  dygnitarzy,  przybyszów  ze  Świata  Prime  nie  czekały 
tam żadne niespodzianki. 
    Imperator  miał  poza  tym  asa  ukrytego  w  rękawie.  Jako  że  imperialna  technika  o  klasę 
przewyższała  tahnijską,  na  pulsarze  zainstalowano  skomplikowane  połączenie  komunikacyjne  z 
samym  pałacem.  Imperator  modlił  się  w  duchu,  aby  linia  ta  została  użyta  przez  Stena  podczas 
szczytu.  Jeśli  kapitan  zdołałby  dorwać  głównego  spiskowca,  który  przypadkiem  spowodował 
śmierć Alaina, dużo łatwiej prowadziłoby się negocjacje. 
    Normandie  i  towarzyszące  mu  okręty  już  wiele  godzin  temu  zlokalizowały  zbliżającą  się 
tahnijską flotę. Dokonały tego dzięki imperialnej supertajemnicy. Otóż Jego Wysokość nie tylko w 
pełni kontrolował sprzedaż paliwa, ale także je “kodował" przed dostarczeniem danemu odbiorcy. 
Tylko  okręty  władcy  działały  na  czystej  mieszance  napędowej.  Wszystkie  inne  pojazdy  używały 
zmodyfikowanego  AM2.  Lecące  na  spotkanie  statki  tahnijskie  zostawiały  za  sobą  na  ekranie 
monitora fioletową mgiełkę. 
    Imperator  wyłączył  podgląd  w  swojej  kwaterze,  spojrzał  na  Ledoha  i  wziął  kilka  głębokich 
wdechów. 
    - No cóż, zaczynamy. 
     
    Rozdział czterdziesty drugi 
     
    - Skończyłeś, Sten? - zapytał delikatnie Alex. 
    Sten  zakaszlał  i  wyprostował  się.  Zbyt  szybko;  silny  skurcz  ponownie  ścisnął  mu  wnętrzności. 
Kapitan zwymiotował po raz kolejny. 
    -  Dobra  rada,  stary  -  ciągnął  Kilgour.  -  Kiedy  poczujesz,  że  coś  znów  podjeżdża  ci  do  gardła, 
szybko przełknij, bo inaczej wyplujesz swój własny żołądek. 
    Sten w końcu doszedł do siebie. Opłukał usta nad zlewem i spojrzał na Szkota. 
    - Odwdzięczę się za pańskie współczucie, sierżancie. Podczas testów sprawnościowych. 
    Chwiejnym  krokiem  wszedł  do  wielkiego,  centralnego  pomieszczenia  “Blue  Bhor"  i  opadł  na 
najbliższe krzesło, jako że świat znów zawirował mu przed oczyma. 
    Z  drugiej  strony  pokoju  spoglądała  na  niego  zmartwiona  Haines,  a  także  Rykor,  której  grube, 
wąsate oblicze wystawało znad krawędzi basenu. 
    - Wiem, że skanowanie mózgu to wątpliwa przyjemność. - Alex nalał drinki dla Collins, Haines i 
siebie,  po  czym  wyciągnął  dzbanek  w  kierunku  Rykor,  ale  pani  psycholog  przeczącym  ruchem 
głowy podziękowała za trunek. 
    -  Co  mamy?  -  wydusił  z  siebie  Sten.  W  niecałe  dwie  godziny  po  eksplozji  Zaarah  Wahrid, 
kapitan z ociąganiem poddał się przeprowadzonemu przez Rykor badaniu; takiemu, jakie wcześniej 
przechodził Dynsman. 

background image

    - Dysponujemy kompletną listą nazwisk konspiratorów - zaczęła Rykor. 
    Sten odetchnął z ulgą. 
    - Poprawka - wtrącił Alex. - Zdobyliśmy dane tylko pomniejszych spiskowców. 
    - Cholera, same płotki! - zaklęła Haines. - A kto jest na szczycie? 
    - To już wiemy - odparł Sten. Był bardzo, bardzo zmęczony. - Kai Hakone. 
    - Mylisz się. - Rykor parsknęła przez wąsy. 
    - Cholerni rzymianie! - przerwał ciszę Alex. 
    Nagle  Sten  poczuł  się  o  wiele  lepiej...  albo  o  wiele  gorzej.  Podniósł  flaszkę  i  pociągnął  trzy 
solidne łyki  scotcha. Żołądek natychmiast  zaatakował.  Sten musiał  skupić się na tym,  żeby znów 
nie zwymiotować. 
    Haines mruczała coś, przyglądając się swojemu starannie wyrysowanemu schematowi spisku. 
    -  Istniał  bezpośredni  kontakt  między  statkiem  a  pałacem  -  kontynuowała  Rykor.  -  Niestety, 
końcówka  w  siedzibie  imperatora  nie  była  połączeniem  informacyjnym,  lecz  wejściem  terminala 
dowódczego. 
    Sten  zaczął  wyrzucać  z  siebie  przekleństwa,  ale  wkrótce  się  opanował  i  odzyskał  zdolność 
logicznego myślenia. 
    -  Jeżeli  Rykor  ma  rację,  to  nasz  “kret"  jest  człowiekiem,  którego  musimy  zdjąć,  zanim 
przyszpilimy resztę drobnicy. 
    - Zgadza się. 
    -  A  w  tej  chwili  brak  nam  jakichkolwiek  wskazówek.  Należy  zatem  możliwie  szybko  dorwać 
Hakone'a i wydusić z niego informacje. 
    -  Błąd  -  orzekła  krótko  Rykor.  -  Możliwe,  że  istnieje  jedna  wskazówka.  Poza  tym  Hakone  jest 
blisko szczytu; czy nie powinniśmy więc założyć, że każdy zamach na tego cholernego historyka 
spowoduje  rozpierzchnięcie  się  spiskowców,  podczas  gdy  nasz  ptaszek  zostanie  bezpieczny  w 
pałacu? 
    - Ale... - zaczął Sten i nagle zareagował. - Rykor, jaka wskazówka, do diabła? 
    - Bomba w komputerze. 
    -  Gades.  -  Sten  przypomniał  sobie  słowo,  które  pojawiło  się  na  ekranie  komputera  Zaarah 
Wahrid. 
    - Spróbuj wyraźnie zaakcentować pierwszą sylabę - ciągnęła Rykor. 
    Haines, Collins i Alex gapili się na panią psycholog, nic nie rozumiejąc. Tylko Sten wiedział, że 
Hakone użył tego nazwiska, opisując mu bitwę o Saragossę. 
    Rykor pozwoliła sobie na przyjemność zanurkowania, ale zanim Sten zdążył cokolwiek wyjaśnić 
kompanom, wynurzyła się i powiedziała: 
    -  Druga  sprawa.  Spiskowcy  uparli  się,  żeby  nadawać  swoim  knowaniom  znaczące  nazwy.  Po 
trzecie.  Bitwa  o  Saragossę  w  jakiś  sposób  łączy  wiele  tajemniczych  wydarzeń,  jakie  zaszły 
ostatnimi czasy. 
    -  Collins  -  warknął  Sten.  -  Wyszukaj  w  komputerze  faceta  o  nazwisku  Gades.  Był  chyba 
admirałem  na  Saragossie.  Chcę  wiedzieć  wszystko  o  tym  draniu:  czy  żyje?,  gdzie  jest?,  i  czy  to 
właśnie jego szukamy? 
    Już skierowała się do najbliższego terminala. 
    -  Niech  pani  uważa,  sierżancie.  W  tych  aktach  mogą  być  miny-pułapki  -  ostrzegła  Haines, 
podążając za swoją współpracowniczką. 
    Ponieważ  żołądek  już  przestał  urządzać  dzikie  harce,  Sten  uznał,  że  zasłużył  na  następnego 
drinka. 
    Alex podszedł do zbiornika Rykor i spojrzał na nią z należnym szacunkiem. 
    - Skoro ty, dziewczyno, nie pijesz, to nie wiem, jak moglibyśmy cię nagrodzić. Może rybką? 
    Rykor wyskoczyła w górę, rozbryzgując płetwami słoną wodę po całym pokoju. Sten obawiał się 
przez chwilę, że dostała ataku konwulsji. 
    - Sierżancie Kilgour! - zdołała wreszcie wykrztusić, gdy opadły fale. - A ja zawsze uważałam, że 
ludzie są pozbawieni poczucia humoru. Porządny z ciebie człowiek. 

background image

    - Nareszcie ktoś się poznał na twoich żartach - powiedział Sten, obejmując sierżanta ramieniem. - 
Następną misję odbędziesz w roli morsa. 
     
    Niestety, nie sprawdziło się proste rozwiązanie Stena. 
    Admirał Rób Gades od dawna już nie żył. Zginął z własnej ręki, trzy lata po tym jak sąd zwolnił 
go  ze  służby.  Choć  materiał  dowodowy  świadczył,  że  wydany  przez  Gadesa  rozkaz  odwrotu 
uratował  trzecią  część  floty  inwazyjnej,  to  władza  imperium  najwyraźniej  nie  miała  nastroju  do 
wysłuchiwania tłumaczeń przegranego. Admirałowi nie odebrano stopnia, odznaczeń i nie wysłano 
go do karnego batalionu, ale nie pozwolono mu zostać w czynnej służbie. Za otrzymaną odprawę 
kupił małą planetoidę w granicznym systemie i urządził ją dosyć luksusowo. Potem zniknął. Statek 
pocztowy, oblatujący planetoidy trzy razy do roku, odkrył ciało Gadesa w sześć miesięcy po tym, 
jak zdymisjonowany admirał nadział się na własną, paradną szablę. 
    Epizod  na  Saragossie  stanowił  jedyne  niepowodzenie  w  karierze  Gadesa.  Pośród  młodszych 
oficerów tylko on został promowany do rangi admirała. 
    Syn  oficera  Floty  Imperialnej...  Wyśmienita  opinia  na  stażu...  Przyjęty  do  akademii  tuż  po 
przekroczeniu wymaganego minimum wiekowego... Czwarty na swoim roku... Służba na okrętach 
taktycznych, niszczycielach; adiutant wybitnego admirała, wyższy oficer na krążowniku, dowódca 
flotylli  niszczycieli,  absolwent  Akademii  Sztabu  Generalnego,  wysłannik  wojskowy  w  trzech 
ważnych misjach dyplomatycznych; dowódca nowego okrętu wojennego, a w końcu admirał. 
    - Szczęście mu dopisywało do ostatniej chwili - zauważył Alex. 
    Sten skinął głową. 
    Rykor syknęła. Biorąc pod uwagę budowę jej wiązadeł głosowych, wyszło to raczej jak okrzyk 
kibica Bronxu, ale intencje były oczywiste. 
    - Rozczarowujecie mnie - zwróciła się do Stena i Alexa. - Mahoney mi mówił, że wy... - chciała 
powiedzieć: żołnierze Modliszki; powstrzymała się jednak, niepewna, czy Haines i Collins o tym 
wiedzą. - ... ludzie nie wierzycie w szczęście. 
    Sten spojrzał na Kilgoura. 
    -  Ten  zjadacz  krabów  chyba  trzyma  w  zanadrzu  jakąś  niespodziankę  -  zasugerował  Szkot, 
obserwując zachowanie Rykor. - Pozwólmy więc pani psycholog rozkoszować się swoim triumfem. 
    Rykor  jeszcze  przez  moment  potrzymała  mężczyzn  w  niepewności,  po  czym  zaczęła  mówić 
dalej. 
    - Kto rekomendował Gadesa do tej ekskluzywnej szkoły wojskowej? Kto zasugerował pewnemu 
admirałowi,  że  porucznik  Gades  byłby  świetnym  adiutantem?  Kto  wyznaczył  mu  dowództwo 
flotylli? Kto załatwił mu te lukratywne przydziały dyplomatyczne? Jedna osoba. 
 
    Sten  przejrzał  dane  Gadesa,  czytając  podpisy  pod  tymi  wspaniałymi  rekomendacjami  i 
służbowymi delegacjami. 
    - O, Boże - wyszeptał cicho. 
    Stopień, a nawet  charakter pisma zmieniał się w ciągu lat, ale nazwisko  zawsze było  to  samo  - 
Ledoh. Mik Ledoh, kanclerz imperialny i człowiek stojący najbliżej władcy. 
    - Teraz już wiemy, kto znajduje się na szczycie spisku, nieprawdaż? 
    - Ale dlaczego Ledoh? Co, u diabła, miał on wspólnego z Gadesem? 
    Rykor uruchomiła swój własny terminal komputerowy. POLECENIE: PORÓWNAĆ LEDOHAI 
GADESA. ODSZUKAĆ WSZYSTKIE PODOBIEŃSTWA. 
    Komputer pracował dość długo, lecz w końcu znalazł cechy łączące dwóch mężczyzn... w kodzie 
genetycznym. 
     
    Pomysł  królobójstwa  czasem  powstaje  z  błahych  powodów;  błahych  w  każdym  razie  dla  osób 
bezpośrednio nie zaangażowanych w sprawę. Filip Macedoński zginął, bo wolał uprawiać sodomię 
publicznie, a nie w samotności. Karol I ocaliłby zapewne głowę, gdyby był grzeczniejszy dla kilku 
burżujów.  Trocki  mógł  być  mniej  jadowity.  Mao  III  z  Imperium  Panazjatyckiego  żyłby  dłużej, 

background image

gdyby nie upodobał sobie córek swoich najwyższych urzędników, jako towarzyszek do łóżka. I tak 
dalej. 
    Równie  nieznaczne  fakty  miały  wpływ  na  decyzję  Mika  Ledoha  dotyczącą  zgładzenia 
Wiecznego  Imperatora.  Pierwszą  logistyczną  funkcją  Ledoha  było  stanowisko  oficera 
zaopatrzeniowego w odległej bazie Floty Imperialnej. 
    Planeta, na której znajdowała się ta placówka, leżała poza granicami imperium czyli rzec można: 
na  końcu  świata.  Mimo  to  panował  na  niej  istny  raj.  Ludzie  odbywający  tam  służbę  wiedli 
przyjemne  życie  na  zalanych  słońcem  tropikalnych  wyspach.  Ponieważ  do  jedynych  zadań  bazy 
należała  obsługa  jednostek  patrolowych,  zachęcano,  aby  do  wydelegowanych  osób  dołączały 
rodziny. 
    Z powodu braku personelu  misje obsługi patroli  zajmowały wiele czasu. Patrolowce znikały na 
cztery  miesiące,  a  czasem  na  dłużej,  zanim  powróciły  do  bazy.  Osoby  pracujące  tym  systemem 
dostawały równie długi urlop w ramach rekompensaty. 
    Poza uzupełnianiem paliwa i utrzymywaniem floty patrolowej, niedużo było roboty dla żołnierzy 
i  żeglarzy  wysłanych  na  tę  tropikalną  planetę.  Znudzeni  ludzie  potrafią  wymyślić  najdziwniejsze 
rzeczy, aby popaść w tarapaty. Przystojny porucznik Ledoh znalazł jeden z najbardziej klasycznych 
sposobów na przysporzenie sobie kłopotów - zakochał się w żonie przełożonego oficera. 
    Wybranka  Ledoha  prezentowała  typ  poszukiwaczki  mocnych  wrażeń,  romantyczki  i  realistki 
jednocześnie.  Po  dwóch  miesiącach  romansu,  a  na  dwa  tygodnie  przed  powrotem  jej  męża  z 
długiego patrolu i przeniesieniem go na inną placówkę, kobieta poinformowała młodego oficera, że 
jest  z  nim  w  ciąży.  Gdy  Ledoh  siedział  zszokowany,  ona  wyliczyła  mu  swoje  pozostałe  decyzje. 
Mówiła, że urodzi to dziecko; kocha Ledoha i nigdy go nie zapomni, ale w żadnym razie nie opuści 
swojego wspinającego się po szczeblach kariery męża dla młodego oficera zaopatrzeniowego. 
    Pierwsze  prawdziwe  miłości  zawsze  łamią  serca.  Ta  kobieta  zdołała  jednak  sprawić,  że 
wspomnienia stały się dla Ledoha jeszcze bardziej bolesne. Nigdy więcej jej nie zobaczył, ale udało 
mu się cały czas śledzić ją oraz swojego syna. 
    Mąż  owej  damy  szybko  się  wypalił  i  został  kolejnym  nadużywającym  alkoholu  kowbojem 
patrolowców.  Ledoh  łudził  się,  że...  Nigdy  jednak  nie  opuściła  tego  mężczyzny.  Najlepsze  co 
Ledoh mógł zrobić, to zająć się karierą syna. Był zachwycony, kiedy się dowiedział, że chłopiec od 
dzieciństwa chciał podążyć w ślady swojego ojca. Ledoh dokonał niezbędnych rekomendacji. 
    Kiedy  Rób  Gades  kończył  akademię  wojskową,  bardzo  dumny  Mik  Ledoh  przyglądał  się  z 
widowni, jak jego syn otrzymuje wyróżnienie. Nigdy jednak nie zdołał zbliżyć się do Roba. 
    Pewnego dnia, przyrzekał sobie, znajdę sposób, aby wyjawić mu prawdę. 
    Nastały  jednak  Wojny  Muellera.  Ledoh  dowodził  operacją  lądowania  w  Systemie  Crais. 
Powiodło mu się doskonale; w przeciwieństwie do Roba Gadesa, którego po Saragossie zwolniono 
ze służby. 
    Ledoh oprotestował decyzję rady; niestety bez skutku. 
    Chciał  wówczas  pójść  do  swojego  syna  i  pocieszyć  go,  że  wcześniej  czy  później  imperialni 
decydenci odzyskają zdrowy rozsądek. 
    Początkowo nie potrafił jednak znaleźć słów. 
    Potem było już za późno. Rób Gades popełnił samobójstwo. 
    Dwa tygodnie po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna, Ledoh poprosił o przeniesienie w stan 
spoczynku, czym zszokował wysoko postawionych członków Floty Imperialnej. Jako że lądowanie 
na Crais było jednym z nielicznych jasnych punktów w Wojnach Muellera, istniała bardzo realna 
szansa, że Ledoh zostanie Wielkim Admirałem. 
    Gdyby wtedy ktoś wiedział o powiązaniach Ledoha z Gadesem, spisek nie doszedłby do skutku. 
Ale  Mik  trzymał  się  starej  i  głupiej  wojskowej  zasady  -  nigdy  nic  nie  wyjaśniać,  nigdy  się  nie 
skarżyć. 
    Ludzie, którzy większość życia spędzili w towarzystwie, nie radzą sobie z samotnością. Pod tym 
względem  Ledoh  nie  stanowił  żadnego  wyjątku.  Emerytura  dała  mu  wyłącznie  czas  na 
rozpatrywanie  przeszłości.  Długotrwałe  rozmyślania  przywiodły  starego  Mika  do  wniosku,  że 

background image

przyczyną  śmierci  Roba  Gadesa,  zepsucia  narastającego  w  imperium  od  zakończenia  wojen  oraz 
jego osobistego nieszczęścia był sam Wieczny Imperator we własnej osobie. 
    Szósty tom historycznych wywodów Kaia Hakone'a, zbudowanych na założeniu, że admirał Rób 
Gades, bohater bitwy o Saragossę, stał się kozłem ofiarnym, dostarczył iskry zapalnej. 
    Cała reszta układała się w logiczną całość. Ledoh wykorzystał powiązania ze starymi kumplami, 
powrócił do służby w domu imperatora, skaptował bystrego pułkownika Fohlee, zaprzyjaźnił się z 
Hakone'em  i  w  końcu  zbudował  konspiracyjną  siatkę.  Dwie  policjantki,  dwóch  żołnierzy  i  jeden 
morsowaty  psycholog  siedzieli  w  pokoju  nad  wiejskim  pubem,  wpatrując  się  w  wyświetlone  na 
ekranie informacje o dwóch osobach - ojcu i synu. 
    W  epoce,  gdy  przeszczepów  kończyn  dokonywano  tak  powszechnie  jak  transfuzji,  a  medycy 
potrzebowali  wyczerpujących  danych,  aby  zapobiec  odrzutom,  kod  genetyczny  każdego  członka 
imperialnej armii był odnotowywany automatycznie - jak grupa krwi tysiąc lat wcześniej. 
    Sten podniósł się w końcu, rozważył możliwość wypicia drinka i odrzucił ją z żalem. 
    -  Rozkazy  dla  grupy  -  powiedział.  -  Haines,  potrzebuję  pełnego  oddziału  uderzeniowego.  Kai 
Hakone  ma  być  aresztowany  natychmiast.  To  nakaz  imperialny.  Wszystkich  pozostałych 
spiskowców z listy Rykor zdjąć i trzymać w odosobnieniu. Sierżancie Kilgour. 
    - Sir! 
    - Udajemy się do pałacu. 
    Sten z Alexem ruszyli do jedynego połączenia komunikacyjnego z imperatorem. 
     
    Rozdział czterdziesty trzeci 
     
    Strój pretorian pilnujących bramy Arundel powinien zaalarmować Stena, że coś nie gra. Ale fakt, 
iż  dwaj  strażnicy  byli  ubrani  w  paradne  mundury,  zamiast  w  zwykłe  polowe,  umknął  uwadze 
zarówno  jego  jak  i  Alexa.  Poza  tym  nic  nie  zdradzało  rewolty.  Wokół  kręcili  się  urzędnicy, 
dygnitarze szemrali po kątach, a pałac wyglądał całkiem zwyczajnie. 
    Wszystko wydawało się w porządku, dopóki Sten z Alexem nie wysiedli z windy na prywatnym 
poziomie imperatora. Wtedy właśnie Szkot zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. 
    - Kapitanie, gdzie są pańscy gurkhowie? - spytał. 
    Sten pojął zagrożenie. Gurkhowie, których imperator nie zabrał ze sobą na Normandie, powinni 
patrolować korytarze. Jednak członków osobistej ochrony władcy, nie wiedzieć czemu zastępowali 
pretorianie, wszyscy w pełnym wyposażeniu bojowym gwardii. 
    Kapitan  zorientował  się  w  sytuacji  zbyt  późno.  Z  alkowy  wyskoczyło  czterech  pretorian  z 
karabinami Willy'ego gotowymi do strzału 
    - Chłopaki - zaczął Alex. - Robicie błąd. 
    W  tym  momencie  z  biura  kanclerza  wyszedł  umundurowany  Kai  Hakone.  Uprzejmie  skinął 
przybyszom głową. 
    - Kapitanie Sten, sierżancie Kilgour! Jesteście aresztowani. 
     
    Rozdział czterdziesty czwarty 
     
    NG  467H  był  wirem  oślepiającego  światła  i  wyjących  zakłóceń.  W  białym  cieniu  krążącej 
neutronowej gwiazdy wisiały ukryte dwie floty. 
    Normandie oraz okręt wojenny Tahnu trwały bez ruchu, a wokół nich mrowiły się statki eskorty i 
wsparcia.  Jako  że  pulsar  uniemożliwiał  użycie  konwencjonalnych  metod  nawigacji,  okręty 
manewrowały  korzystając  z  komputerowych  tablic  prawdopodobieństwa,  używanych  zazwyczaj 
tylko  do  szkolenia  nawigacyjnego  i  symulowanych  bitew.  Załogi  okrętów  komunikowały  się 
między  sobą  albo  za  pomocą  statków  patrolowych,  albo  bezzałogowych  torped  przenoszących 
informacje. 
    Świetnie  wyszkoleni  tahnijscy  oraz  imperialni  piloci  potrafili  operować  maszynami,  mając  do 
dyspozycji  jedynie  dane  przekazywane  przez  przyrządy  pokładowe.  Jednak  w  tak  niewielkiej 
odległości  od  NG  467H  większość  urządzeń  stała  się  bezużyteczna.  Posługując  się  wyłącznie 

background image

komputerowymi  namiarami,  krążowniki  manewrowały  wokół  olbrzymich  korpusów  Normandie  i 
okrętu tahnijskiego. Ludzie siedzący za sterami mieli nadzieję, że żaden z tych dwóch cholernych 
pojazdów nie zmienił orbity. Niszczyciele i patrolowce przebiegały ciągle zmieniające się trasy, za 
punkt odniesienia przyjmując miejsce przecięcia linii wyznaczonych przez trzy najbliższe gwiazdy. 
    Bliskość NG 467H działała niczym  idealny tłumik. Dwa lewiatany z towarzyszącą im drobnicą 
były tak ślepe, jakby znajdowały się na dnie głębiny. 
    
 
  

Księga piąta 

     
CZERWONA MSZA 
     
    Rozdział czterdziesty piąty 
     
    Sten leżał na pryczy, rozmyślając. 
    Po  aresztowaniu  Alexa  odstawiono  do  lochu,  gdzie  już  byli  gurkhowie.  Stena  natomiast  tylko 
zatrzymano  w  jego  własnej  kwaterze.  Początkowo  zdziwiło  to  kapitana,  ale  po  przemyśleniu 
sprawy uznał, że ten ruch miał jednak sens, przynajmniej z punktu widzenia Hakone'a. 
    Hakone najwyraźniej planował nawet bardzo odległe posunięcia. 
    Pomimo to, jako uczestnik niejednego zamachu stanu, Sten uważał, że Hakone postępował zbyt 
pewnie siebie. Gdyby on był na miejscu tego szalonego historyka-weterana, rozkazałby natychmiast 
rozstrzelać wszystkich pojmanych, a wyjaśnieniami martwiłby się później. 
    Stena trzymano co prawda w kwaterze - jak każdego aresztowanego oficera imperium - ale jego 
pokój  dokładnie  przeczesano  w  poszukiwaniu  broni.  Przed  drzwiami  zaś  postawiono  trzech 
uzbrojonych  eks-pretorian.  Jedynym  orężem,  jakim  dysponował  kapitan,  był  niezauważony  przez 
nikogo nóż ukryty przy ramieniu. 
    Sten  powoli  dochodził  do  nieprzyjemnej  konkluzji,  że  długo  nie  pożyje.  Sprawdził  już  swoje 
pliki  map,  ale  najbliższe  pomieszczenie  z  dostępem  do  zamaskowanych  przejść  oraz  tuneli 
znajdowało się w odległości przynajmniej pięćdziesiąt metrów od kwatery. 
 
    Nad ucieczką przez okno nawet się nie zastanawiał. Zakładał bowiem, że Hakone ustawił poniżej 
paru snajperów, na wypadek gdyby więzień próbował jednak wydostać się tą drogą. 
    Myśl, Sten. Myśl, rozkazywał sobie w duchu. Załóżmy, chociaż to głupie, że zdołasz wymknąć 
się przez drzwi, unieruchomić trzech strażników i dotrzeć do tajnych korytarzy. 
    Dobrze. 
    Później  skierujesz  się  do  pokoju  radiowego,  gdzie  jest  jedyna  sieć  komunikacyjna  łącząca  z 
Normandie.  Przypuśćmy  też,  że  wystarczy  ci  czasu  na  przekazanie  ostrzeżenia  imperatorowi,  że 
informacja dojdzie do statku i że nie przechwyci jej Ledoh. 
    Znów cholernie mało prawdopodobne. 
    Ale załóżmy to, stary. Załóżmy. Co dalej? 
    Wtedy właśnie Hakone cię zabije. Potem, miejmy nadzieję, wróci imperator, odbije swój pałac, a 
potem zostaniesz odznaczony. 
    Dostaniesz wielki medal. 
    Stenowi nigdy nie zależało na Krzyżu Galaktycznym. Szczególnie przyznanym pośmiertnie. 
    Znów natężył umysł. Do cholery, człowieku. Nie potrafisz nawet wydostać się z tego pokoju. 
    Rozległo się walenie do drzwi. Raptownie wyrwany z rozmyślań, Sten skoczył na równe nogi. 
    - Stań tyłem do ściany, dokładnie na wprost drzwi. Szef ochrony imperatora usłuchał. 
    - Jesteś pod ścianą? 
    - Tak. 
    - Jeśli już wejdę i natychmiast cię nie zobaczę, rzucę granat.  

background image

    Po chwili w progu stanął mężczyzna, którego Sten uważał za swego głównego strażnika. W dłoni 
trzymał odbezpieczony granat. Dwaj pozostali wartownicy trzymali się nieco z tyłu, z uniesionymi 
karabinami. 
    Za nimi widniała sylwetka Kaia Hakone'a. 
    Sten  trwał  bez  ruchu.  Strażnicy  obstawili  go  w  bezpiecznej  odległości,  a  Hakone  wkroczył  do 
pokoju. 
    - Porozmawiamy, kapitanie? - Sten uśmiechnął się lekko. Czyż do niego należała decyzja? - Na 
zewnątrz - dodał umundurowany weteran. - Czy jako oficer gwardii da mi pan swoje słowo, że nie 
będzie pan próbował robić żadnych sztuczek? 
    Po  krótkim  namyśle  Sten  zdecydował,  że  nie  skłamie.  Ciągle  miał  robotę  do  wykonania,  a 
przebywanie wewnątrz pałacu czyniło jej powodzenie nieco bardziej prawdopodobnym. 
    - Nie. 
    -  Tak  też  przypuszczałem.  -  Hakone  skinął  głową  i  czterech  kolejnych  strażników  weszło  do 
pokoju. - Mimo to, wciąż chciałbym z panem przedyskutować parę spraw. 
    Sten  stwierdził,  że  jeśli  imperator  przeżyje  i  wróci,  będzie  miał  sporo  roboty.  Pretorianie 
pracowicie  rozkopywali  jego  ogrody,  przygotowując  okopy  i  ustawiając  wyrzutnie  pocisków 
ziemia-powietrze. Kroczący obok Stena Hakone zdawał się nie zauważać całej tej działalności. 
    Kapitana otaczało  siedmiu pretorian ustawionych w szyk  rombowy, z karabinami  gotowymi do 
strzału. 
    Ich Hakone także ignorował. Jak każdy myśliciel przemieniony w człowieka czynu, czuł niemal 
przymus udzielania wyjaśnień. 
    - Byłoby prościej, gdyby powiodła się pierwsza faza operacji. 
    Sten natomiast jako oficer wywiadu również odczuwał przymus - wyciągania informacji. 
    -  Pierwsza  faza,  sir  Hakone?  Nie  skompletowałem  jeszcze  wszystkich  kawałków  tej  układanki. 
Zamierzaliście ogłuszyć imperatora, detonując bombę w “Covenanter", zgadza się? Potem zabrano 
by Jego Wysokość do szpitala w Soward, gdzie zająłby się nim Knox. Co by wam to dało? 
    - Po Dniu Imperium, władca tradycyjnie wycofuje się z życia publicznego, aby nieco odpocząć. 
Znika na tydzień albo dwa. W tym czasie zostałby uwarunkowany. 
    - Żeby słuchać czyich rozkazów? 
    - Ledoha i tych, którzy uważają, że należy zawrócić imperium na właściwą drogę. 
    - Ale teraz zamierzacie go zabić? - Mus to mus. 
    Twarz  Stena  wykrzywił  ledwo  dostrzegalny  grymas  -  Hakone  nie  mógł  naprawdę  rozumować 
takimi prostymi kategoriami. 
    - Powiedzmy, że zginie. Dlaczego przejęliście pałac? 
    -  Kiedy  imperator  umrze,  a  centrum  komunikacji  znajdzie  się  w  naszych  rękach,  nikt  nie  nada 
fałszywych informacji. 
    - Jak na przykład: kto jest rzeczywistym sprawcą śmierci władcy. 
    Hakone uśmiechnął się tylko i nie odpowiedział. 
    - A tak na marginesie - ciągnął Sten. - Wolno spytać, kto będzie waszym kozłem ofiarnym? 
    - Tahnijczycy, oczywiście. 
    - Nie obawia się pan, że ich delegaci przedstawią swoją własną wersję? I zostaną wysłuchani? 
    - Nie, jeśli również zginą. 
    Z twarzy Stena opadła maska pokerzysty. 
    - Pan mówi o wojnie. 
    -  Owszem,  kapitanie.  W  perspektywie  nadciągającej  wojny  nikt  nie  będzie  interesował  się 
zmarłymi?  Poza  tym  imperium  musi  stoczyć  parę  bitew,  aby  zrzucić  tłuszczyk.  W  ten  sposób 
załatwimy też kwestię tahnijską. 
    - Kiedy to nastąpi? 
    -  Nie  działamy  według  rozkładu.  Pretorianie  i  ja  mieliśmy  zająć  pałac  dopiero  za  trzy  dni. 
Odkryliście  Zaarah  Wahrid,  więc  wcześniej  przystąpiliśmy  do  działania.  O  momencie  śmierci 
imperatora zadecyduje admirał Ledoh. 
    - Naprawdę sądzicie, że ten wasz komitet zdoła sprawować rządy w całym imperium? 

background image

    -  Dlaczego  nie?  Dwadzieścia  umysłów  stanowi  zdecydowanie  większą  siłę  niż  jeden, 
nieprawdaż? 
    Sten  mógłby  odpowiedzieć:  “Nie,  ponieważ  w  każdej  juncie  szybko  dochodzi  do  konfliktów. 
Przywódcy  wbijają  sobie  wzajemnie  noże  w  plecy,  aby  wyeliminować  konkurentów  do  władzy". 
Spróbował jednak innej drogi. 
    - Dwadzieścia umysłów nie zna tajemnicy AM2. 
    - Co za brednie, kapitanie! 
    Brednie,  cholera.  Sten  spędził  przy  imperatorze  dość  czasu,  żeby  wiedzieć,  że  Jego  Wysokość 
faktycznie ma asa w rękawie. 
    -  Nigdy  nie  uwierzę,  że  jeden  jedyny  śmiertelnik  kontroluje  AM2  -  ciągnął  Hakone.  - 
Przebadamy wszystkie dokumenty i tam z pewnością znajdziemy rozwiązanie tajemnicy. 
    Szli dalej; Sten milczał, czekając na ofertę. W końcu nadeszła. 
    - Przyczyną, dla której chciałem rozmawiać z panem na osobności - odezwał się historyk - jest to, 
że po tym... wydarzeniu nastąpi sporo zmian. Pan mógłby być użyteczny. 
    - Osobiście dla pana, czy dla komitetu? 
    - Dla nas wszystkich, naturalnie. Ale ja byłbym pana bezpośrednim zwierzchnikiem. 
    Sten nie pozwolił sobie na uśmiech. Hakone już kombinował, jak wzmocnić własną pozycję. Ten 
człowiek nawet nie wierzył w głoszone przez siebie teorie. 
    - Jak opisałby pan moją nową pracę? 
    - 

Utrzymałby 

pan  obecne  stanowisko,  ale  odkomenderowałbym...  to  znaczy 

odkomenderowalibyśmy pana do specjalnych zadań w wywiadzie. 
    - Proszę pamiętać, że składałem przysięgę. Imperatorowi. 
    - Czy ona pozostanie aktualna, gdy imperatora już nie będzie? 
    - A gdybym powiedział, że nie? 
    Hakone zaczął się uśmiechać, a jednocześnie obserwować Stena. 
    - Pan mnie okłamuje, kapitanie? - Oczywiście. 
    Hakone kiwnął na strażników. 
    -  Postępuje  pan  niezwykle  ostrożnie.  Zostawmy  na  razie  ten  temat.  Jest  pan  skazany  na  areszt 
domowy aż do odwołania. Być może wrócimy do rozmowy po śmierci Jego Wysokości. 
    Sten ukłonił się uprzejmie, po czym podążył za strażnikami na kwaterę. Hakone nie obchodził go 
w tej chwili; wymyślił drogę ucieczki, i to taką, która dawała mu niemal dziesięć procent szans. 
    Większe  prawdopodobieństwo  powodzenia  niż  zazwyczaj  istniało  podczas  operacji 
przeprowadzanych przez Sekcję Modliszki. 
     
    Rozdział czterdziesty szósty 
     
    Lord  Kirghiz  zignorował  mamrotania  pozostałych  tahnijskich  przywódców,  usadowił  się  w 
niewygodnym fotelu kapsuły i zapiął uprząż. 
    Na  jego  zdawkowe  kiwnięcie,  drugi  pilot  szybko  wydał  rozkaz  pierwszemu.  Kapsuła  oderwała 
się od tahnijskiego okrętu i łukiem pomknęła ku Normandie. 
    Postawa Kirghiza była podyktowana nie tyle stoicyzmem wymaganym od człowieka rządzącego 
wojowniczym  Tahnem,  co  faktem,  że  lord  miał  na  głowie  dużo  większe  problemy  niż  dyshonor 
podróżowania  zwykłym  żołnierskim  transportowcem.  Po  pierwsze,  mniej  niż  jedna  trzecia  rady 
Tahnu wyraziła zgodę na to spotkanie; ci zaś, którzy byli przeciwni wszelkim rozmowom z władcą, 
stanowili najbardziej antyimperialną i prowojenną frakcję wśród tahnijskich lordów. 
    Panowanie  Kirghiza  nad  zgromadzeniem  warlordów  opierało  się  na  chwiejnym  porozumieniu 
większości  frakcji.  Kirghiz  wiedział,  że  pod  jego  nieobecność,  sytuacja  w  radzie  może  ulec 
radykalnej zmianie. 
    Jeszcze  gorszym  problemem  wydawały  się  żądania,  które  miał  postawić  tego  właśnie, 
pierwszego  dnia  szczytu.  Kilka  z  nich  uniemożliwiało  jakikolwiek  układ.  Jako  człowiek  o 
wieloletnim stażu w dyplomacji i w sprawowaniu władzy, Kirghiz doskonale zdawał sobie sprawę, 
że imperator od razu odrzuci postulaty Tahnijczyków. 

background image

    W  zasadzie,  gdyby  to  Kirghiz  był  imperatorem,  zastanawiałby  się  nad  zerwaniem  rokowań  w 
chwilę po usłyszeniu tego, co ma do powiedzenia przedstawiciel mieszkańców Tahnu. 
    Modlił  się  do  wszystkich  bogów,  aby  Jego  Wysokość  okazał  się  tak  wytrawnym  politykiem, 
jakim być powinien, i uznał te żądania za tani popis siły, przeznaczony dla tahnijskich chłopów i 
tych  lordów  o  chłopskiej  mentalności,  którzy  je  wysunęli.  Jeżeli  bowiem  rozmowy  się  załamią, 
wojna między światami Tahnu a imperium będzie nieunikniona. 
    Żaden  komputer  Kirghiza  nie  potrafił  przewidzieć  wyniku  takiego  konfliktu,  ale  wszystkie 
wskazywały  na  jedno:  zwycięski  czy  pokonany  Tahn  po  starciu  z  mocarstwem  popadnie  w 
całkowitą ruinę ekonomiczną. 
    Kirghiz  nawet  nie  myślał  o  jeszcze  jednym  skutku  fiaska  rozmów;  jeżeli  wróci  bez  układu, 
zostanie osądzony i skazany. 
     
    Rozdział czterdziesty siódmy 
     
    Sten  postanowił  sobie,  że  jeśli  -  co  mało  prawdopodobne  -  przeżyje  próbę  ucieczki,  to  koszt 
wymiany  swojego  holoprocesora  dopisze  do  czyjegoś  rachunku.  Kapitan  doskonale  zdawał  sobie 
sprawę,  że  jego  ulubiona  maszyna  ulegnie  zniszczeniu.  Funkcja  holoprocesora  polegała  na 
tworzeniu małych, najwyżej metrowych iluzji postaci, maszyn i dioram. 
    Przeklinając  swoją  niezdarność  w  montowaniu  elektronicznych  urządzeń,  Sten  wymienił 
wszystkie  bezpieczniki  na  gruby  drut,  wyciągnięty  z  maszynki  do  golenia,  i  wyciął  obwody 
zabezpieczające. 
    Poszukał  w  pamięci  holoprocesora  jakiejś  straszliwej  bestii,  którą  mógłby  się  posłużyć. 
Roześmiał się, podłączając opis gurionów i dodając informacje o zwyczajach. Szczegółowe dane o 
życiu  tych  potworów  zdobył  podczas  pobytu  na  więziennej  planecie  Dru.  Skończywszy  robotę, 
umieścił miniprocesor kilka metrów od drzwi. Włącznik był ustawiony na sterowanie pilotem, który 
leżał u stóp Stena. 
    Kapitan  zajął  odpowiednią  pozycję  z  boku  wejścia  i  zastanowił  się,  jakiego  taniego  kłamstwa 
użyć. Choroba? Nikt nie jest tak tępy, nawet pretorianie. Głód? Jeszcze gorzej. Nagle Sten wpadł na 
pomysł. Rzucił wideotaśmą w drzwi. Rozległo się głośne stukniecie. 
    - O co chodzi? - dobiegł go podejrzliwy głos strażnika. 
    - Jestem już gotowy. 
    - Na co, do cholery? 
    - Na spotkanie z sir Hakone'em - odparł Sten z dobrze udawanym zdumieniem. 
    - Nic o tym nie wiem. - Sten celowo milczał. Cisza działała na jego korzyść. Po chwili strażnik 
odezwał się ponownie: - Poza tym Hakone rozkazał, żeby mu nie przeszkadzać, aż do odwołania. 
    - Kai Hakone jest w imperialnym bunkrze komunikacyjnym - odparł kapitan. - Sądzę, że chciałby 
ze mną porozmawiać. 
    Każdy  sierżant  może  wyprowadzić  w  pole  prostaczka,  tak  jak  każdy  kapitan  sierżanta.  Tak 
przynajmniej było za czasów służby Stena. Szef ochrony imperatora miał nadzieję, że wiele się nie 
zmieniło w tym względzie. 
    -  Zapytam  o  pozwolenie  dowódcę  straży.  -  Mężczyzna  wyraźnie  wątpił  w  prawdziwość  słów 
więźnia. 
    - Jak chcesz, ale sir Hakone prosił, żeby to utrzymać w tajemnicy. 
    Zza  drzwi  dochodziły  przyciszone  pomrukiwania,  które  oznaczały  urządzoną  na  prędce 
konferencję. Po chwili jeden z mężczyzn zapytał głośno: 
    - Stoisz pod ścianą? 
    Sten  znajdował  się  dokładnie  naprzeciwko  drzwi.  Strażnik,  przetarłszy  judasza,  bacznie 
obserwował więźnia. W końcu rozległ się zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Do pokoju wszedł 
uzbrojony  mężczyzna  z  dwuosobową  obstawą.  Pretorianin  zrobił  zaledwie  parę  kroków,  gdy 
ruszyła na niego dwumetrowa postać guriona, wykreowana przez holoprocesor. 
    Strażnik  zareagował  natychmiast  -  uniósł  broń  i  posłał  całą  serię  w  ścianę.  Sten  tylko  na  to 
czekał.  Błyskawicznie  przetoczył  się  po  podłodze  i  zatopił  nóż  w  piersi  osłupiałego  pretorianina. 

background image

Potem  wykonał  szybki  obrót  wokół  własnej  osi  i  rozłożonymi  rękami  zmiażdżył  kości  dwóm 
pozostałym zdrajcom. 
    Kapitan  trwał  w  pozycji  bojowej,  aż  do  chwili,  gdy  uzyskał  całkowitą  pewność,  że  żaden  z 
przeciwników już nie wstanie. Potem, nie tracąc czasu, aby sobie pogratulować, pobiegł w kierunku 
pałacowych katakumb. 
     
    Kilgour także próbował coś zrobić. 
    - Cholerni rzymianie - darł się na cały korytarz. - Wasze matki robiły to z owcami! Z kozłami! Z 
psami! Z Campbellami, do ciężkiej cholery! 
    Odsunął  się  od  okna  i  przepraszająco  spojrzał  na  stu  dwudziestu  gurkhów,  z  którymi  dzielił 
olbrzymią celę. 
    - Nie łapią - oświadczył ponuro. 
    Plan Szkota zakładał rozwścieczenie strażników do tego stopnia, żeby wpadli do celi z zamiarem 
przestrzelenia więźniom kolan. Alex miał nadzieję, że jemu oraz stu dwudziestu tęgim, brązowym 
mężczyznom uda się wyrwać na zewnątrz, mimo iż przeciwnicy posiadali broń. 
    Havildar-major Lalbahadur Thap stanął przy ścianie obok Kilgoura. 
    - W gurhali mówimy: “Ty włosie łonowy" - rzekł Thap, najwyraźniej chcąc pomóc towarzyszom 
niedoli. 
    - To najgłupsza obelga, jaką słyszałem od lat. - Alex roześmiał się głośno. 
    - Nazywanie kogoś Campbellem, cokolwiek to znaczy, też nie jest zbyt mądre, sierżancie. 
    W  tym  momencie,  zupełnie  niespodziewanie  otwarła  się  część  solidnej,  kamiennej  ściany.  Po 
drugiej stronie “drzwi" stał Sten, nonszalancko oparty o mur. 
    -  Starszy  sierżancie,  pańskie  wrzaski  słychać  w  całym  pałacu.  Czy  mógłby  pan  przerwać  to 
zniesławianie i wraz ze swoimi kompanami opuścić celę? 
    Gurkhowie,  otrząsnąwszy  się  z  szoku,  zaczęli  wbiegać  do  tunelu,  z  którego  wyszedł  szef 
ochrony. Wcześniej Sten poinstruował podkomendnych, że mają iść do zbrojowni - trzy poziomy w 
dół i jeden korytarz w bok. 
    - Chyba jestem ci winny piwo - zdołał wydusić Alex, wtłaczając swoje cielsko w wąski otwór. 
    Sten, zamykając kamienną ścianę, przybrał minę człowieka wtajemniczonego. 
     
    Rozdział czterdziesty ósmy 
     
    Po latach będzie to ulubiony temat do rozważań dla Stena i Alexa. Potrafili zrozumieć, dlaczego 
imperator zbudował Arundel. 
    Mogli  też  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  człowiek  o  romantycznych  inklinacjach  chciał,  żeby  w 
zamku znajdowały się sekretne przejścia. 
    To,  czego  nie  pojmowali,  to  przeznaczenie  niektórych  z  tych  przejść.  Bardzo  logicznym 
posunięciem  było  wybudowanie  tylnych  schodów  łączących  komnaty  imperatora  z  różnymi 
sypialniami oraz wykucie tunelu umożliwiającego potajemne opuszczenie lochów. 
    Jednak  Sten  i  Alex  nikomu  nie  potrafiliby  udzielić  satysfakcjonującej  odpowiedzi,  dlaczego 
wiele tuneli wychodziło na główny korytarz. 
    Niektórzy  zamieszani  w  rewoltę  eks-pretorianie  też  mogliby  się  nad  tym  zastanawiać,  gdyby 
przeżyli. 
    Kiedy  pretorianin  szedł  korytarzem  (zdawałoby  się  pozbawionym  drzwi),  nagle  bezdźwięcznie 
otwierała się część ściany. Z mrocznego wnętrza zaś wyskakiwał uśmiechnięty człowiek z wielkim 
nożem, wyglądającym jak krzyżówka maczety i korda. 
    W ten sposób stu dwudziestu gurkhów wyeliminowało nieco ponad tysiąc pretorian. 
    Odzyskiwanie pałacu odbywało się szybko i cicho, a krew lała się strumieniami. Oddziały Stena 
powoli  zacieśniały  krąg  wokół  komnat  imperatora,  centrum  komunikacyjnego  i  jedynego 
pomieszczenia, które miało połączenie z Jego Wysokością przebywającym na Normandie. 

background image

    Pancerne  drzwi  do  centrum  komunikacji  były  zamknięte,  ale  dla  gurkhów  nie  stanowiło  to 
problemu.  Jeden  z  naików  załadował  już  wyrzutnię  i  wycelował  rakietę  w  zawiasy,  gdy  Sten 
odepchnął go na bok. 
    - Yakpubes - warknął w gurhali. - Wiesz, co by się stało, gdybyś odpalił rakietę w tym przejściu? 
    Naik obojętnie wzruszył ramionami. Kilgour kończył składać ładunek, który zabrał ze zbrojowni. 
    - Lepiej się stąd usuńcie - wymruczał i włączył detonator. 
    Sten ledwie zdążył usłuchać tej sugestii. Potężny wybuch rozsadził drzwi. Gurkhowie z kukri w 
dłoniach  wpadli  na  pobojowisko.  Nie  znaleźli  jednak  nikogo,  na  kim  mogliby  się  wyżyć. 
Przebywający  wewnątrz  przeciwnicy  zostali  rozsmarowani  na  przeciwległej  ścianie.  Sten,  także 
wyposażony  w  kukri,  wskoczył  za  swymi  podkomendnymi  i  kopnięciem  rozwalił  cienkie  drzwi 
prowadzące  do  pokoju  łączności.  Niską  przewrotką  wpadł  do  środka.  W  pomieszczeniu  ujrzał 
kawałki zmiażdżonych obwodów, zapętlone kable energetyczne i splątane jak spaghetti przewody... 
    A  także  Kaia  Hakone'a.  Dowódca  eks-pretorian  stał  w  odległej  od  wejścia  alkowie,  z 
minikarabinem Willy'ego wymierzonym w Stena. 
    -  Nieco  się  pan  spóźnił,  kapitanie.  -  Hakone  wykonał  ruch  wolną  ręką,  ani  na  moment  nie 
odwracając  od  Stena  wzroku  i  broni.  -  Wy  macie  pałac,  ale  my  mamy  imperatora.  Połączenie 
komunikacyjne  jest  zniszczone.  Zanim  zdążycie  je  odbudować...  -  Hakone  teatralnym  gestem 
wskazał  szczątki  sieci.  Na  moment  zerknął  w  bok,  wypatrując  towarzyszy  Stena.  Kapitanowi 
wystarczył ten ułamek sekundy, aby chwycić przecięty kabel zasilający i rzucić go Hakone'owi w 
twarz. 
    Smażąc  się,  umundurowany  weteran  nacisnął  w  konwulsjach  spust  karabinu,  ale  pocisk  chybił 
celu, gdy bezpieczniki wysiadły. Sczerniałe i skwierczące ciało Hakone'a opadło na podłogę. Sten 
został w ruinach pokoju komunikacyjnego. 
    -  Widzę,  że  teraz  już  tylko  osobiście  możemy  powiadomić  imperatora  o  grożącym  mu 
niebezpieczeństwie.  Oby  się  okazało,  że  Jego  Wysokość  nie  negocjuje  zbyt  daleko  od  pałacu  - 
powiedział Kilgour. 
    Sten potakująco kiwnął głową. Ruszyli w stronę pałacowego centrum dowodzenia. 
     
    Rozdział czterdziesty dziewiąty 
     
    “...  I  na  koniec,  Partia  Niezadowolonych  zwraca  się  do  Jego  Imperialnej  Wysokości,  aby 
publicznie  wykazał  on  swoje  poczucie  historycznej  sprawiedliwości  oraz  współczucie  dla 
indywidualnej  tragedii,  poprzez  uznanie  bohaterskiej  śmierci  Godfreya  Alaina.  Alain  był 
człowiekiem poważanym przez..." 
    Admirał  Ledoh  ględził  tak  i  ględził,  po  raz  kolejny  przeglądając  żądania  Tahnijczyków.  Jego 
słuchaczami  było  dwóch,  bardzo  znudzonych  mężczyzn:  Wieczny  Imperator  i  Tanz  Sullamora. 
Sullamora usilnie walczył z sennością. Ze wszystkich sił starał się skupić na słowach petycji. Cały 
czas  obserwował  też  imperatora,  szukając  na  jego  obliczu  śladów  jakichś  emocji.  Jednak  twarz 
władcy niezmiennie stanowiła kamienną maskę. 
    “...  oraz  w  ustalonym  momencie  imperator  odczyta  swoim  poddanym  komunikat,  którego 
wcześniej uzgodniona treść będzie dotyczyła przede wszystkim..." 
    -  Dosyć  -  rzucił  imperator.  -  Dosyć,  do  cholery.  Wiem,  o  co  im  chodzi.  Pytanie  tylko,  jakiej 
udzielimy odpowiedzi. 
    Admirał Ledoh uniósł brew. 
    - Miałem właśnie zaproponować, że jeżeli wszyscy zapoznaliśmy się dokładnie z ich żądaniami, 
to powinniśmy poddać je analizie w komputerze dyplomatycznym. 
    -  Odpręż  się,  Ledoh.  -  Imperator  posłał  admirałowi  kpiący  uśmiech.  -  Zaczynasz  mówić  tak 
pompatycznie jak ci cholerni Tahnijczycy. - Podniósł dzbanek z herbatą i napełnił trzy kubki. - I daj 
sobie  spokój  z  komputerem  dyplomatycznym.  Sam  dokonam  analizy  szybciej  i  dokładniej. 
Zajmowałem się takimi sprawami przez niejedno stulecie. 
    -  Czekałem  na  te  słowa,  sir.  -  Sullamora  skinął  głową.  -  Pozwolę  sobie  przypomnieć,  że  mam 
wieloletnie doświadczenie w kontaktach z tymi ludźmi. 

background image

    - Właśnie dlatego cię zabrałem. Ufają ci bardziej niż jakiemukolwiek innemu nie-Tahnijczykowi. 
    -  Ich  sympatia  do  mnie  nie  wywodzi  się  z  zaufania  lecz  z  czystej  chciwości.  -  Sullamora 
uśmiechnął się lekko. - W końcu tylko ja posiadam pańskie zezwolenie na handel z nimi. 
    - Dlatego jesteś moim asem w rękawie - powiedział imperator. - Będziesz przynętą na haczyku. 
    Sullamora  nie  miał  zielonego  pojęcia,  o  co  chodziło  władcy,  ale  potrafił  rozpoznać  pochwałę, 
więc uśmiechnął się z wdzięcznością. 
    -  Zatem  rozważmy  dokładnie  te  postulaty  -  rzekł  imperator.  -  Tahnijczycy  postawili  pięć 
zasadniczych  żądań  i,  jak  sądzę,  wszystkie  nadają  się  do  negocjacji.  Zacznijmy  od  numeru 
pierwszego.  Chcą  imperialnego  pozwolenia  na  zarządzanie  Światami  Pogranicza,  co  dokładnie 
oznacza, że pragną, abyśmy zrobili im prezent w postaci tych systemów. 
    - Oczywiście się pan nie zgodzi, sir - parsknął Sullamora. 
    - Coś w tym rodzaju, ale niezupełnie. - Sullamora zamierzał zaprotestować, ale imperator gestem 
nakazał  mu  milczenie.  Władca  zerknął  na  Ledoha.  Admirał  sprawiał  wrażenie  dziwnie 
nieobecnego.  -  Pozwólcie  mi  najpierw  skończyć,  a  potem  powiem  wam,  jak  prawdopodobnie 
powinniśmy  wszystko  rozegrać.  Żądanie  drugie:  otwarta  imigracja.  Moje  zastrzeżenie:  załadują 
swoimi ludźmi cały system. To już podwójny prezent. Po trzecie, chcą bezwarunkowej amnestii dla 
ludzi  Alaina.  Nie  ma  sprawy.  Załatwione.  Prawdziwych  twardzieli  zawsze  mogę  przyszpilić 
później, po cichutku. Czwarty postulat dotyczy założenia wolnego portu na Światach Pogranicza. 
    - To daje wielkie możliwości handlowe - stwierdził Sullamora. 
    - Jasne. Ale oznacza także, że będę zmuszony przydzielać im więcej AM2. A oni nachomikują go 
sobie, a potem narobią mi cholernych kłopotów. Na koniec żądają, żebym publicznie przeprosił za 
śmierć Alaina. 
    Ledoh uniósł głowę i uśmiechnął się blado do imperatora. 
    - Pan nigdy nie przeprasza, nieprawdaż, sir?  - powiedział gorzko, ale nikt nie zwrócił uwagi na 
jego ton. 
    -  Oczywiście. Jeśli zacznę okazywać skruchę,  to  równie dobrze mogę rozglądać się za kimś  na 
moje miejsce. Ostatnie przyznanie się do błędu kosztowało mnie pół skarbca. 
    - Stanowcze “nie", sir - doradził Sullamora. - Szczerze mówiąc, nie widzę ani jednego punktu, w 
którym moglibyśmy ustąpić. Ja posłałbym ich w diabły. 
    -  I  w  pewnym  sensie  miałbyś  rację,  Tanz.  Ale  pozwólcie  mi  przedstawić  moje  propozycje. 
Później wyrazicie opinię na ten temat. 
    Sullamora ożywił się wyraźnie. Wyczuwał zysk. 
    - Na początek, z ich ostatniego punktu zrobię swój pierwszy. 
    - Przeprosi pan za śmierć Alaina? - Sullamora osłupiał. 
    -  Tak.  Tyle  tylko,  że  zrobię  to  po  swojemu.  Zaproponuję,  żeby  postawić  pomnik  Godfreyowi 
oraz tym, którzy zginęli po obu stronach tego całego zamieszania. Zamiast przepraszać, powiem, że 
wszystkie  pokój  miłujące  narody  są  odpowiedzialne  za  trwającą  tragedię.  Żeby  pokryć  ten  tort 
lukrem,  sfinansuję  całe  przedsięwzięcie.  Zbuduję  miasto-pomnik  na  stołecznym  świecie  Tahnu. 
Będzie to swego rodzaju centrum handlowe imperium. 
    Sullamora wyszczerzył się w wilczym uśmiechu. 
    - Innymi słowy, umieści pan garnizon na ich rodzinnej planecie. 
    Wieczny imperator roześmał się głośno. 
    - Dobry jesteś. Co więcej, znajdą się w nim moje elitarne jednostki. 
    - Wspaniale! I jak znam Tahnijczyków, bez trudu połknął tę przynętę - ocenił Sullamora. 
    - Następna sprawa. Zamiast oddawać im Światy Pogranicza pod zarząd, zaproponuję ustawienie 
w  tym  rejonie  sił  pokojowych.  Obsadzonych  pół  na  pół.  -  Sullamora  potrząsnął  głową.  -  Nie  tak 
prędko, Tanz. Pozwolę im wyznaczyć dowódcę. 
    Sullamora zastanowił się nad zaproponowanym rozwiązaniem. 
    - W sumie wyjdzie tak, jakbyśmy im oddali Światy Pogranicza. 
    -  Niezupełnie.  Skoro  ja  dostarczam  okręty  wraz  z  załogą,  to  w  przypadku  jakiegoś  konfliktu, 
główny szef Tahnijczyków pozostaje bezradny. A na dokładkę, podwoję podstawową płacę moich 
wojsk. 

background image

    Ten ostatni zamysł imperatora wyjątkowo spodobał się Sullamorze. 
    -  W  porównaniu  z  Tahnijczykami  będą  więc  stosunkowo  bogaci.  A  to  oznacza  regularne 
podkopywanie  morale  zwykłych  tahnijskich  żołnierzy.  -  Sullamora  zanotował  w  pamięci,  aby 
wypróbować szczegóły tej taktyki, aby wypróbować ją w jednej z bardziej kłopotliwych placówek 
handlowych, które nadzorował. 
    -  Otwarta  imigracja.  W  porządku  -  kontynuował  imperator.  -  Teraz  zajmijmy  się  pomysłem 
utworzenia  wolnego  portu.  Wyrażę  zgodę.  Z  tym  zastrzeżeniem,  że  sam  wyznaczę  człowieka  do 
dowodzenia tą placówką. 
    - Na pewno się zgodzą - powiedział Sullamora. - Przecież Wasza Wysokość pozwoli im wybrać 
szefa sił pokojowych. A kogo by pan zaproponował? 
    -  Ciebie.  -  Sullamora  omal  nie  krzyknął  z  radości.  Zyski,  które  wyczuwał,  urosły  do 
niebotycznych  rozmiarów.  -  Rozumiesz  ich  -  kontynuował  imperator  -  ale  jesteś  lojalny  wobec 
mnie. Tak więc dzięki tobie nie stracę całkowitej kontroli nad dostawami AM2. 
    -  Oczywiście  -  Sullamora  był  zbyt  mądry,  żeby  robić  kanty  tam,  gdzie  w  grę  wchodził  handel 
energią. 
    -  Na  koniec  złożę  Tahnijczykom  pewną  wspaniałomyślną  propozycję  -  oświadczył  władca.  - 
Naprawdę  będzie  brzmiała  niezwykle  obiecująco,  gdy  ci  dyplomatyczni  durnie  ją  wygładzą. 
Głównym  problemem  Tahnijczyków,  poza  tym  że  są  zwykłymi  faszystowskimi  dupkami,  jest 
olbrzymia  presja  populacyjna.  Dlatego  właśnie  zderzamy  się  z  nimi  w  Światach  Pogranicza.  - 
Sullamora skinął głową, a imperator ciągnął wywód: - W związku z tym, żeby ulżyć presji, zgodzę 
się na zafundowanie wyprawy badawczej. Opłacę cały interes, dostarczę statki i załogi. 
    Nawet milczący kanclerz ożywił się słysząc te słowa. 
    - Ale jaką korzyść... 
    -  Dowódcy  okrętów  dostaną  rozkaz  prowadzenia  poszukiwań  daleko  od  Światów  Pogranicza. 
Jeżeli cokolwiek znajdziemy... 
    Gdyby  miała  nastąpić  dalsza  ekspansja,  Tahnijczycy  ruszą  w  przeciwnym  kierunku.  Przy 
odrobinie szczęścia ta pionierska ruchawka ostudzi nieco wojownicze zapędy mieszkańców Tahnu. 
    -  No,  więc?  -  Imperator  rozparł  się  na  krześle,  oczekując  na  komentarze  swoich  dwóch 
najważniejszych doradców. 
    - Ja uważam, że ten plan jest dobry - oświadczył szybko kanclerz. 
    Sullamora jednakże myślał długo. W końcu powoli skinął głową. 
    - Powinno się udać. 
    - Mam cholerną nadzieję - powiedział imperator. - Bo jeśli nie wyjdzie... 
    Umieszczone przy drzwiach światełko zaczęło błyskać. Ledoh skrzywił się ze złością i nacisnął 
przycisk komunikatora. 
    - Oficer łącznościowy, sir. 
    - Trwa konferencja. Nie przeszkadzać, do... 
    - Admirale - przerwał imperator. - To może być to, na co czekam. 
    Ledoh otworzył drzwi. 
    Wachtowy oficer łączności nie wiedział, czy  ma salutować, czy ukłonić się przed imperatorem, 
więc dziwacznie połączył obie te czynności. 
    Władca  jednak  nie  zwrócił  najmniejszej  uwagi  na  formę  powitania.  Modlił  się  w  duchu,  aby 
oficer  zakomunikował,  iż  przyszedł  sygnał  donoszący,  że  kapitan  Sten  przyszpilił  konspiratorów 
odpowiedzialnych za śmierć Alaina Godfreya. 
    -  Eee...,  sir  -  zaczął  oficer.  Najwyraźniej  uznał,  że  łatwiej  mu  będzie  przekazać  informację 
admirałowi  Ledohowi.  -  Sygnał  nie  pochodzi  z  oczekiwanego  źródła.  To  wezwanie  pomocy. 
Standardowy przekaz na całym zakresie. Nasz satelita właśnie go podjął. 
    - Cholera - zaklął Ledoh i wziął wydruk. - Tego nam brakowało. Bez odpowiedzi. 
    - Chwileczkę. Niech na to spojrzę. 
    Ledoh podał  kartkę imperatorowi.  Według  przejętego sygnału,  o parę lat świetlnych od pulsara 
NG  467H  uległ  katastrofie  statek  handlowy  Montobello.  Wybuch  paliwa  na  pokładzie,  wszyscy 

background image

oficerowie  ranni,  większość  załogi  ciężko  poparzona.  Prośba  o  natychmiastową  pomoc  do 
wszystkich statków, które odbiorą komunikat. 
    - Durnie! - krzyknął imperator. - Marne handlarzyny próbują się przemieszczać jakimiś marnymi 
orbitami katapultowymi, a potem nie mogą znaleźć wyjścia z klozetu nawet za pomocą latarki. 
    -  Wasza  Wysokość,  mamy  na  głowie  dużo  ważniejsze  sprawy  niż  ratowanie  paru  poparzonych 
kosmicznych dupków - odezwał się Sullamora. 
    Imperator  zapewne  przyznałby  Sullamorze  rację,  gdyby  ten  przedstawił  sprawę  we  właściwy 
sposób. A tak władca cofnął się pamięcią o ponad tysiąc lat, do czasów gdy sam był kimś w rodzaju 
kosmicznego dupka. 
    -  Poruczniku  -  zwrócił  się  do  oficera  łącznościowego.  -  Przekażcie  tę  wiadomość 
ComDesRonowi. Niech rozkaże natychmiast wysłać jeden niszczyciel. 
    Oficer tym razem tylko zasalutował i zniknął imperatorowi z oczu. 
    Władca powrócił do sprawy. 
    -  Admirale,  czy  mógłby  pan  przedstawić  nasze  stanowisko  w  odpowiedniej  dyplomatycznej 
formie, tak żeby lord Kirghiz nie pomyślał, żeśmy oszaleli? 
     
    Rozdział pięćdziesiąty 
     
    - Dziękuję, panie Jenkins. Wszystko mam pod kontrolą. 
    Akurat,  pomyślał  komandor  Lavonne,  gdy  jego  oficer  pokładowy  zasalutował  i  oddalił  się 
szybkim krokiem. Ta wszawa maszynka do gier, której używamy do schodzenia z drogi W.O.C.-
om, mówi mi, co powinienem robić. 
    Ponownie rzucił okiem na ekran podający aktualny kurs. 
    - Punkt nawigacyjny wyzerowany? 
    - Tak jest, sir - odparł oficer. 
    - Od zero... kurs na lewo trzydzieści pięć stopni, w dół czternaście stopni. 
    - Kurs lewo trzydzieści pięć, dół czternaście. 
    - Napęd pomocniczy... jedna czwarta mocy. 
    - Jest, napęd pomocniczy jedna czwarta mocy. 
    Lavonne modlił się w duchu, aby najbliższe sekundy nie przyniosły żadnych niespodzianek. Na 
przykład, żeby ich orbita nie skrzyżowała się z trajektorią innego niszczyciela. 
    - Uruchomić napęd. 
    - Napęd uruchomiony. 
    Niszczyciel  imperialny  San  Jacinto  zamruczał  łagodnie,  podczas  gdy  włączyło  się  żyro 
ustawiające  statek  we  właściwej  pozycji.  Napęd  Yukawy  odepchnął  potężną  jednostkę  od 
stłoczonej floty. 
    Lavonne odczekał trzydzieści sekund. 
    - Napęd pomocniczy na pół mocy. 
    - Jest, napęd pomocniczy na pół mocy - dobiegło bezdźwięczne echo głosu jego kwatermistrza. 
    - Panie Collins... od początku odliczania... teraz! Pięć minut do uruchomienia głównego napędu. 
    - Pięć minut do głównego napędu, kapitanie. Odliczanie w toku. 
    Dowódca  San  Jacinto  miał  jeszcze  chwilę  wolnego  czasu.  Potem  zacznie  się  ciężka  praca. 
Lavonne  chciał  opaść  na  dowódczy  fotel,  ale  zamiast  tego  jeszcze  bardziej  się  wyprostował. 
Ogarnia cię coraz większe lenistwo, skarcił się w duchu. 
    W  zwykłych  okolicznościach  komandor  Lavonne  pękłby  ze  złości,  gdyby  dostał  to  zadanie. 
Stanowczo  zbyt  wiele  lat  spędził  na  wyciąganiu  rozbitków  z  resztek  parowców  handlowych,  aby 
przyniosła  mu  zadowolenie  kolejna  misja  ratownicza.  Jego  zdaniem  wszystkie  floty  handlowe 
powinny  znajdować  się  pod  kontrolą  wojska.  Lavonne  nie  był  bynajmniej  maniakalnym 
zwolennikiem  wojskowego  drylu  -  po  prostu  widział  zbyt  wiele  frachtowców  wypuszczanych  w 
przestrzeń z przestarzałymi bądź w ogóle nie istniejącymi sekcjami bezpieczeństwa, z niesprawnym 
sprzętem ratunkowym i oficerami bez kompetencji do dowodzenia nawet grawilotem. 

background image

    Komandor  Lavonnne  czuł  narastającą  złość.  Wyciągnięto  go  z  DesRonu  i  rozkazano 
eskortowanie liniowca do punktu przeznaczenia. 
    Na  początku  Lavonne  był  nawet  trochę  dumny.  Ktoś  tam  wysoko  w  gwiazdach  wyznaczył  do 
akcji  właśnie  San  Jacinto  wraz  z  jego  doskonałą  załogą.  Lavonne  w  rzadkich  momentach 
samolubstwa  przypuszczał,  że  uczestnictwo  w  tej  tajemniczej  operacji,  prawdopodobnie  będzie 
miało  wpływ  na  jego  awans.  Lavonne  uznał,  że  on  oraz  jego  ludzie  wezmą  udział  w  czymś 
niezwykle  istotnym  i  niemal  o  historycznym  znaczeniu.  Pytanie  tylko,  w  czym?  Lavonne  w 
wyobraźni widział siebie jako starego, kędzierzawego admirała, nagrywającego swoje pamiętniki: 
“I wtedy znalazłem się w samym środku wydarzeń, które wstrząsnęły całym imperium. Na odległej 
radiowej gwieździe nastąpiło (diabli wiedzą co)..." 
    Sprawę  pogarszała  radiacja  z  NG  467H.  Ponieważ  wszystkie  monitory  i  komunikatory  były 
unieruchomione, marynarze jeszcze bardziej niż zwykle czuli się jak sardynki w puszce. 
    Rozkazy  od  dowódcy  eskadry  docierały  torpedami  informacyjnymi,  ale  nie  niosły  one 
wystarczającej pomocy: patrol od punktu takiego do takiego, potem powrót dokładnie na orbitę. 
    Prawem żeglarza jest psioczyć i narzekać, byle nie w zasięgu słuchu dowódcy. Czterech żeglarzy 
stanęło do raportu. Kilka par marynarskich poprosiło o zezwolenie na dołączenie do głównej mesy, 
zrywając  długotrwałe  związki.  Najbardziej  zaufany  bosman  Lavonne'a  został  zdegradowany  za 
przestawienie jednego z oczyszczaczy wody na produkcję czegoś, co po wypiciu miało moc AM2. 
    San Jacinto nie był szczęśliwym okrętem, tak więc oprócz gniewu Lavonne odczuwał też pewien 
rodzaj  wdzięczności,  kiedy  otrzymał  rozkaz  oderwania  się  od  floty,  samodzielnego  operowania  i 
udzielenia pomocy dotkniętemu tragedią MS Montebello. 
    - Cztery minuty, trzydzieści sekund. Lavonne wrócił aa mostek. 
    - Od piętnastu proszę odliczać. 
    -  Od  piętnastu,  tak  jest,  sir.  Zbliżamy  się  do  piętnastu...  teraz!...  Dwanaście...  jedenaście... 
dziesięć... dziewięć... osiem... siedem... sześć... 
    - Na rozkaz uruchmić główny napęd. 
    - Pełna gotowość. 
    - Dwa... jeden... 
    - Teraz! 
    San  Jacinto  rozbłysnął,  gdy  napęd  AM2  cisnął  go  na  orbitę  ponad  pulsarem,  w  kierunku 
najbliższego miejsca spotkania z Montebello. 
     
    - Tak, stary. Przypomina mi to mojego dalekiego przodka. - Alex zamyślił się głęboko. 
    Choć  statek  wyglądał  na  trampowy  parowiec,  który  miał  sporo  właścicieli,  a  mało  przeglądów 
technicznych,  to  naprawdę  był  najwyższej  jakości  okrętem  wywiadowczym  Modliszki.  Posiadał 
moc  niszczyciela  i  doskonały  sprzęt  elektroniczny.  Wewnątrz  oprócz  zwykłej,  czteroosobowej 
załogi, tłoczyli się Sten, Alex i czterdziestu gurkhów. 
    Zanim  Sten  wezwał  pomoc,  umieścił  wokół  NG  467H  kilka  zdalnie  sterowanych  satelitów, 
których  zadanie  polegało  na  wykryciu  każdego  zbliżającego  się  statku.  Następnie  nadał  sygnał 
alarmowy.  Wiedział  bowiem,  że  satelita  nastawiony  na  przyjęcie  wąskiej  wiązki  fal  z  pałacu 
zareaguje i skomunikuje się z samą flotą, mimo iż okręty znajdowały się wewnątrz pola zakłóceń 
NG 467H. 
    -  Nie  sądziłem,  starszy  sierżanie  Yeti,  że  zna  pan  swoje  drzewo  genealogiczne  -  powiedział 
niewinnie Gunju Lama. 
    Kilgour spojrzał na naika z pogardą. 
    - Takie uwagi mogę przyjmować od oficerów, ale nie od kurduplowatego szeregowca, który musi 
wracać do Katmandu, żeby mu mleko spod nosa utarli. - Alex ostentacyjnie odwrócił się przodem 
do Stena. - Więc jak mówiłem, kapitanie. Jeden z moich przodków poszedł na zasiłek i... 
    - A co to, do cholery, zasiłek?  - zapytał Sten. Jak dotą_d satelity nic nie sygnalizowały, więc z 
braku lepszego zajęcia kapitan mógł sobie pozwolić na wysłuchanie kolejnej absurdalnej historyjki 
Kilgoura. 

background image

    - To taki owoc w kształcie ananasa. Ale nie przerywaj mi, stary. A zatem mój przodek wybiera 
się  do  konowała,  żeby  dostać  zaświadczenie  o  niemożliwości  wykonywania  dotychczasowego 
zawodu. Doktorek patrzy na niejakiego Alexa Selkirka Kilgoura, blednie i mówi: “Chłopie! Tobie 
brakuje  części".  “Owszem",  stwierdza  mój  przodek.  “Czemu  więc  nie  skorzystał  pan  z 
transplantów?" 
    “Nie mogłem", pada odpowiedź, “ponieważ do niedawna byłem piratem". Lekarz bada pacjenta, 
a  potem  powiada:  “Jest  pan  okazem  zdrowia,  tyle  tylko  że  niekompletnym."  A  Selkirk  na  to: 
“Widzi pan tę nogę z kołkiem? Wchodziłem właśnie na jacht bogacza, kiedy przycięła mnie śluza". 
Doktor słucha, bardzo zafascynowany. 
    “Ten  hak",  mówi  dalej  mój  przodek,  “został  wstawiony  po  tym,  jak  laser  równiutko  obciął  mi 
łapę".  “A  co  stało  się  z  okiem?",  docieka  konował,  wskazując  na  przepaskę.  “Straciłem  je  przez 
mewie  gówno",  oświadcza  Selkirk.  Lekarz  gapi  się  ze  zdziwieniem,  więc  prapradziad  Kilgour 
wyjaśnia:  “Byłem  w  dokach,  spoglądałem  na  dźwigi  i  nagle:  pac!  Narobiła  na  mnie  przelatująca 
mewa." “Ale to niemożliwe, żeby ptasia kupa wybiła oko", wtrąca doktorek. “Owszem. Tylko że ja 
miałem ten hak dopiero od dwóch dni", kończy pirat Alex. 
    Sten zastanowił się nad właściwą reakcją, aż wreszcie znalazł. 
    - Cholerni rzymianie! - rzucił i znów skupił się na monitorach. 
     
    San Jacinto podszedł nieco bliżej do zataczającego się trampowego frachtowca. Ochotnik-oficer, 
z  wizjerem  ustawionym  na  pełną  moc,  przerzucił  linę  do  jednego  ze  słupków  cumowniczych 
Montebello. Następnie kołowrót niszczyciela, działając na najniższych obrotach, przyciągnął statki 
do siebie. 
    Lavonne  założył,  że  pomimo  imperialnych  przepisów,  system  śluzowy  Montebello  nie  będzie 
pasował do systemu San Jacinto, dlatego trzymał w pogotowiu elastyczny rękaw. Napełnił się on 
powietrzem, wyciągnął i ściśle przyległ do śluzy Montebello. 
    Lavonne, oficer który uważał, że dowódca powinien stać na pierwszej lini, założył kombinezon i 
czekał  w  śluzie  San  Jacinto.  Za  nim  ubierało  się  dwudziestu  marynarzy.  Wszystko  było  już 
przygotowane na przyjęcie poparzonych członków załogi Montebello. 
    - Dziesięć kilo, sir. 
    -  Załoga,  zamknąć  kombinezony.  -  Kiedy  wszyscy  posłusznie  zatrzasnęli  przyłbice,  rozkazał:  - 
Otworzyć zewnętrzną śluzę. 
    - Zewnętrzna śluza otwarta, sir. 
    Powietrze zasyczało w rękawie, gdy wyrównywały się ciśnienia. Lavonne chwycił linę biegnącą 
przez środek elastycznej rury i wraz z oficerem medycznym ruszył do śluzy Montebello. 
    Przed wejściem  na pokład niemal rozpadającego się pojazdu,  Lavonne wstukał  kod  ratunkowy, 
pozwalający na otwarcie wewnętrznych drzwi, i poczekał, aż ustabilizuje się poziom atmosfer. Był 
przygotowany niemal na wszystko - rozsadzone próżnią ciała, zwęglone szczątki mężczyzn i kobiet, 
dużą liczbę rannych i ogólny chaos. 
    Lecz  to,  co  zobaczył,  przeszło  jego  najdalej  idące  wyobrażenia.  Tuż  za  progiem  stało  trzech 
umundurowanych imperialnych żołnierzy. Szczupły mężczyzna na przodzie miał insygnia kapitana 
Gwardii  Imperialnej.  Wszyscy  dzierżyli  karabiny  Willy'ego  wymierzone  w  pierś  swego 
wybawiciela. 
    Zanim zaskoczony Lavonne odzyskał mowę, kapitan powiedział: 
    - Służba Imperialna, komandorze. Przejmuję pański statek! 
     
 
 
 
 
 
 
 

background image

    Rozdział pięćdziesiąty pierwszy 
     
    Sala  konferencyjna  była  po  brzegi  wypełniona  milczącymi  dyplomatami.  Członkowie  ekipy 
tahnijskiej i doradcy imperatora czekali na ostateczny wynik negocjacji prowadzonych w odległym 
kącie  sali  przez  Jego  Wysokość,  lorda  Kirghiza  i  Tanza  Sullamorę.  Dojdzie  do  ugody,  czy 
wybuchnie  wojna?  Gdyby  Tahnijczycy  mogli  znać  myśli  imperatora,  gdy  na  pokład  Normandie 
przybyła  ich  delegacja,  nie  mieliby  żadnych  wątpliwości.  Władca  zauważył,  że  wszyscy 
warlordowie, począwszy od najniższego rangą do samego Kirghiza, byli ubrani  w paradne stroje: 
szmaragdowo-zielone płaszcze, czerwone tuniki  i zielone spodnie. Każdą tunikę pokrywały liczne 
odznaczenia oraz różnobarwne wstążki. 
    Wieczny Imperator powstrzymał uśmiech, gdy ich ujrzał; w najlepszych ciuchach przychodzi się 
na  przyjęcie,  nie  na  rozmowy  w  sprawie  wojny.  On  sam  założył  swój  najprostszy,  jasnoszary 
mundur. Jedyną ozdobę stanowiło insygnium głowy państwa - mały złoty guzik z napisem AM2 na 
tle bezelementowej struktury atomowej. Wieczny Imperator tłumaczył kiedyś Mahoneyowi, że aby 
wyróżnić się w tłumie spowitym w złotogłowie, należy trzymać się skromnie. I tak każdy pozna, 
kto jest najwyższym szefem. 
    Imperator wstał i wyciągnął dłoń do Kirghiza. 
    - Zatem osiągnęliśmy porozumienie? 
    Lord  walczył,  by  zachować  dostojeństwo,  nie  mógł  jednak  powstrzymać  uśmiechu  w  obliczu 
zwycięstwa. 
    - Osiągnęliśmy. 
    - Zostawmy więc szczegóły naszym ludziom  - powiedział imperator. - Kropkę nad “i" możemy 
postawić w dogodnym dla obu stron terminie. Pozwoliłem sobie przewidzieć pokojowe rozwiązanie 
naszych ostatnich problemów. Panie. Panowie. Zapraszam na mały obiad na waszą cześć. 
    Gdy władca skinął ręką, z sykiem otworzyły się olbrzymie drzwi za jego plecami. Tahnijczykom 
aż  zabłyszczały  oczy  na  widok  bogactwa  potraw  i  napojów  zapełniających  stoły.  Rozległy  się 
głośne  okrzyki  aprobaty,  śmiechy  oraz  oklaski.  Wieczny  imperator  poprowadził  gości  do  sali 
bankietowej. 
    Bankiet  koronował  długą  karierę  Marra  i  Senna.  Ci  dwaj  mistrzowie  sztuki  kulinarnej  nie 
szczędzili niczego, aby wydać najbardziej egzotyczne oficjalne przyjęcie w historii imperium. 
    Najpiew  stanęli  przed  zadaniem  przytulnego  urządzenia  wielkiej  sali  bankietowej  okrętu. 
Nakazali  więc  umieszczenie  grodzi,  a  następnie  obicie  ich  materią  w  ciepłych  kolorach.  Długie 
ławy  zostały  tak  rozmieszczone,  aby  nikt  nie  czuł  się  odcięty  od  głównych  bohaterów  biesiady  - 
imperatora i Kirghiza, siedzących na przeciwległych krańcach największego stołu. Zainstalowali też 
stłumione  podświetlanie,  które  podkreślało  połysk  sreber,  gładź  zastawy  oraz  apetyczny  wygląd 
serwowanych dań. 
    Największym cudem było samo jedzenie. Jako że w roli gospodarza występował imperator, menu 
składało  się  niemal  wyłącznie  z  tahnijskich  potraw,  ale  z  dodatkami  typowo  imperialnymi,  które 
jednak, wedle wiedzy kucharzy, powinny zadowolić podniebienia gości. 
    Uczestników przyjęcia nie obsługiwały maszyny ani nawet kosztowne automaty kelnerskie. Nad 
zaspokajaniem  potrzeb  biesiadników  czuwali  ludzie,  co  należało  uznać  za  szczyt  luksusu.  Marr  i 
Senn  zmusili  do  tej  służby  pretorian.  Za  każdym  gościem  stał  gwardzista  w  pełnym 
umundurowaniu.  Na  najmniejsze  skinienie  nalewał  wino,  zmieniał  potrawy  i  usuwał  z  drogi 
przeszkody. 
    Najbardziej zadowolony z tego rozwiązania wydawał się admirał Ledoh. Sam nie zaplanowałby 
lepszego  układu.  Z  satysfakcją  pociągnął  mały  łyk  wina.  Przyznał  w  duchu,  że  Marr  i  Senn  to 
niezwykle utalentowana para. Szkoda że ich najwspanialszy bankiet miał być ostatnim. 
    Ledoh spojrzał na pułkownika Fohlee siedzącego w drugim końcu stołu. Uniósł kielich w cichym 
toaście. Fohlee odpowiedział podobnym gestem. 
     
 
 

background image

    Rozdział pięćdziesiąty drugi 
     
    W  czasach,  gdy  poziom  komunikacji  podprzestrzennej  sięgał  ideału,  przewodowa  linia  między 
statkami  była  niemal  tak  archaiczna  jak  megafon.  Ale  nie  w  okolicy  NG  467H.  W  stronę 
Normandie pomknęły perhydrolowe rakiety, holujące kabel. 
    Przewód, choć stary i nie używany od trzydziestu lat, doskonale spełnił swe zadanie. Z trzaskiem 
wskoczył na odpowiednie miejsce, otwierając połączenie komunikacyjne z Normandie. 
    - Tu mówi doktor Shapiro - nadszedł głos z liniowca. - Ile macie ofiar? 
    -  Tu  komandor  Lavonne.  Trzydzieści  pięć.  Według  oficera  medycznego  dwanaście  osób  jest  w 
stanie  krytycznym:  poparzenia  trzeciego  stopnia,  niestabilne.  Reszta:  poparzenia  drugiego  lub 
trzeciego stopnia, półstabilne. 
    - Pozostańcie w pogotowiu. 
    Z  Normandie  wysunęły  się  półksiężycowate  chwytaki,  złapały  San  Jacinto  i  zetknęły  ze  sobą 
bramy towarowe obu statków. Po chwili otworzyły się drzwi potężnego liniowca. 
    Czterdziestu  gurkhów  Stena  wpadło  na  okręt,  powstrzymując  się  od  strzelania.  Każdy  miał  nie 
tylko kukri i karabin Willy'ego, ale także ogłuszacz zawieszony na karku. 
    Rozkazy Stena były proste: 
    1. Zdjąć każdego, kogo zobaczycie; 
    2. Nie uzbrojonych - ogłuszyć; uzbrojonych i agresywnych - zabić; 
    3. Odnaleźć i chronić imperatora; 
    4. Absolutnie nikt nie może w żadnym wypadku zbliżyć się do władcy. Ktokolwiek spróbuje, ma 
być zabity, bez względu na pretekst i rangę. 
    Gurkhowie jak to gurkhowie lubili proste rozkazy, więc po pięciu sekundach wszyscy strażnicy 
śluzy leżeli nieprzytomni. Nawet “gadacz", połączony z centrum dowódczym Normandie me zdążył 
zameldować, że statek został zaatakowany. 
     
    Na  skinienie  Kirghiza,  jakby  to  była  musztra,  kapral  Luc  Kesare  natychmiast  wystąpił  2 
nakrytym  serwetą  półmiskiem  l^rd  odwrócił  się  z  uśmiechem,  oczekując  kolejnego  dania'  gdy 
uzbrojona w sztylet ręka Kesare'a wystrzeliła spod półmiska. Ostrze zagłębiło się w uśmiechniętych 
ustach Kirghiza jego podniebieniu i na koniec w mózgu. 
    Zaczęła się rzeź... 
     
    Rozdział pięćdziesiąty trzeci 
     
    Prowadzona  przez  Stena  kolumna  gurkhów  biegła  cicho  centralnym  korytarzem  kwater  załogi, 
kiedy ktoś ryknął przez głośniki: Sala bankietowa... próbują zabić imperatora... - Głos nagle ucichł i 
zanim  cały  system  komunikacyjny  zamarł,  dało  się  słyszeć  pomieszane,  chaotyczne  dźwięki. 
Wybiegający  na  korytarz  członkowie  załogi  padali  ogłuszeni  przez  gurkhów.  Przy  windzie  Sten 
podniósł  rękę  i  czterdziestu  ciemnoskórych  żołnierzy  stanęło  w  bezruchu.  Kapitan  wydał  kolejne 
rozkazy.  Połowę  swoich  sił  pod  dowództwem  havildar-majora  Harkmana  Limby  wysłał  do 
poziomów oficerskich, z zadaniem zabezpieczenia centrum komunikacyjnego i  mostka. Pozostała 
dwudziestka podążyła za nim do sali bankietowej. 
     
    Z  głębi  pomieszczenia  dochodziły  odgłosy  dzikiej  walki.  Na  sygnał  Stena  Alex  i  gurkhowie 
ostrożnie wsunęli się do środka przez otwarte drzwi. 
    Arcydzieło stworzone przez Marra i Senna już nie istniało. Z poprzewracanych stołów unosiły się 
smugi dymu. Podłogę do wysokości kostek pokrywała rozbita zastawa oraz masa z rozgniecionego 
jedzenia. Wszędzie dookoła walały się okropnie okaleczone ciała. 
    Sten  i  pozostali  skradali  się  długim,  krętym  przejściem  przez  pobojowisko.  Ciężko  im  było 
utrzymać równowagę. Wciąż potykali się o roztrzaskane przedmioty oraz zwłoki zarówno pretorian 
jak i Tahnijczyków. Wśród poległych, tu i ówdzie, znajdowali się też gurkhowie - dzielni obrońcy 
imperatora. 

background image

    Alex przyglądał się masakrze twardym i zimnym wzrokiem. 
    - Tak. To jest zdrada godna Campbellów - powiedział w końcu. 
    Sten  odetchnął  z  ulgą,  gdyż  nigdzie  na  sali  nie  dostrzegł  ciała  imperatora.  Zaraz  przy  szczycie 
głównego  stołu  widział  krąg  około  piętnastu  martwych  pretoriańskich  zdrajców;  wszyscy  mieli 
głębokie rany. W środku tego wieńca leżał gurkha z przestrzelonym gardłem. Sten rozpoznał w nim 
Jemedara Kulbira. Wypełnił swoją przysięgę i do ostatniego tchu chronił Wiecznego Imperatora. 
    - Tu spoczywa bohater - wyszeptał Alex z szacunkiem.  
    Sten nie zdążył odpowiedzieć, gdy z pobliskiego korytarza buchnął nagle ogień. 
    - Naprzód! - krzyknął kapitan, pędem ruszając do wyjścia. 
    Za  rogiem  znaleźli  oddział  pretorian  dożynający  trzyosobową  drużynę  gurkhów.  Sten  ledwie 
zauważył, kiedy subudar-major Limbu dobył kukri i w samobójczym ataku rzucił się w kłębowisko 
walczących  ludzi.  Dwaj  pretorianie  zginęli,  zanim  zdążyli  otworzyć  ogień.  Potem  padł  Limbu. 
Gurkhowie  Stena  ostrzelali  pretorian  od  tyłu.  Kilkanaście  sekund  później  cała  piętnastka  była 
martwa, a podkomendni kapitana gnali dalej śladem imperatora. 
     
    Rozdział pięćdziesiąty czwarty 
     
    Władca  pchnął  nogą  baryłkowate  ciało  Tanza  Sullamory  w  dół  zejściówki,  obrócił  się  z 
karabinem  w  dłoni  i  ruszył  za  spadającym  trupem.  Aby  przyspieszyć  swoją  ucieczkę,  Jego 
Wysokość zaczął zjeżdżać po poręczy. W tym samym momencie odczuł łagodne rozbawienie. Jego 
ciało wciąż pamiętało, jak poruszać się w sytuacjach awaryjnych. 
    Imperator  uderzył  stopami  o  płyty  pokładu  armatniego  i  natychmiast  odskoczył  w  bok.  W 
miejscu,  gdzie  właśnie  powinien  stać,  rozerwał  się  pocisk  AM2.  Władca  posłał  w  górę  serię  z 
karabinu.  Pierś  pretorianina  eksplodowała.  Imperator  trzymał  palec  na  spuście,  omiatając  ogniem 
szczyt zejściówki. Pociski z antymaterii roztrzaskały schody. 
    Wykombinowanie, jak tu zejść, zajmie im trochę czasu, pomyślał imperator nie bez satysfakcji. 
    Następne  pół  minuty  upłynęło  władcy  na  analizowaniu  zaistniałej  sytuacji.  Kiedy  pretorianin-
kelner  zabił  Kirghiza,  imperator  zamarł.  Lecz  już  po  sekundzie  odzyskał  jasność  umysłu  i 
stwierdził, że warto wdać się w parę bójek i poprawić sobie kondycję. 
    Gurkhowie ocalili mu życie w tym wirze śmierci. Niscy, brązowi mężczyźni nieustraszenie parli 
do  głównego  stołu.  Naik  Thaman  Gurung  chwycił  imperatora  w  ramiona  i  rzucił  się  na  podłogę, 
biorąc na własne ciało ogień z karabinów. Subudar-major Chittahang Limbu przełączył karabin na 
automat i rozsiewał pociski po sali bankietowej. 
    Imperator  wygrzebał  się  spod  Thamana,  chwycił  broń  gurkha  i  ruszył  swój  oddział.  Znaleźć 
barykadę, myślał cały czas, gdy jego grupa przedzierała się do wyjścia. Mógłby zdecydować się na 
odwrót do kwater, ale inżynierska część umysłu  popychała go w kierunku rufy statku, do siłowni 
Normandie.  
    Zdał sobie sprawę, ze stanowiąca tylną straż grupka gurkhów pod wodzą subudar-majora Limbu 
wytrzyma naiwyżej kilka minut. Ale stwierdził, ze nawet tych parę chwil wystarczy, aby uzyskać 
przewagę w wyścigu do maszynowni. Wiedział, że kiedy się tam znajdzie, poradzi sobie z dowolną 
liczbą otaczających go morderców. 
    Imperator  omiótł  wzrokiem  pokład  armatni.  Gdyby  nie  wyrzutnie  pocisków  i  stanowiska  dział, 
które blokowały kręte przejścia, poziom ten wyglądałby jak pokład spacerowy konwencjonalnego 
liniowca. Nie tutaj, zdecydował władca Tu w ogóle się nie utrzymam. Ledoh czekał przy korytarzu 
wiodącym w dół, do kuchni.  Imperator ruszył, a za nim jego ludzie. Był nieco zaskoczony, że ze 
sporej ekipy został mu tylko Sullamora, Ledoh i dwóch gurkhów. Natomiast w całkowite zdumienie 
popadł wtedy, gdy stwierdził, że świetnie się bawi. 
     
    Sten, Alex i gurkhowie zeskoczyli na pokład armatni przez wyciągnik ślimakowy. Kilkadziesiąt 
metrów  dalej  grupa  dwudziestu  pretorian  tłoczyła  się  przy  zejściu  na  niższy  pokład.  Było  ich 
dwudziestu. Sten zauważył, że jeden z żołnierzy go spostrzegł i krzyknął na alarm. 
    Padając, kapitan nacisnął ścienny czerwony przycisk z napisem: ZAŁADUNEK. 

background image

    Umieszczony  nad  pokładem  pocisk  Goblin  gładko  pomknął  po  szynach  w  kierunku  wyrzutni 
znajdującej się z drugiej strony pretorian. 
    System ładował pociski w sześciosekundowych odstępach, tak więc rakieta przemieszczała się po 
szynach  wręcz  błyskawicznie.  Zbliżając  się  do  pretorian,  miała  prędkość  niemal  sześćdziesięciu 
kilometrów na godzinę. Przy tej szybkości zderzenie tony stali z kilkoma setkami kilogramów ciała 
powoduje oczywiste straty w ludziach. 
    Według obliczeń Kilgoura, pięciu pretorian padło, a pozostała piętnastka jakimś cudem zdążyła 
pochować się za wyrzutniami i lufami dział. 
    - Dość mam tego drakhu - wymruczał Alex i ruszył do akcji. 
    Uzbrojenie  Normandie  było  przeznaczone  nie  tylko  do  walki  w  głębokiej  przestrzeni,  ale  także 
do  starć  w  warunkach  pianętarnych.  Oczywiście,  działa  atmosferyczne  zwykle  znajdowały  się 
ukryte  w  lukach,  otwieranych  w  czasie  wymiany  ognia.  Na  grodzi  umieszczono  różnego  rodzaju 
broń,  a  między  innymi  wyrzutnię  flar,  tak  ciężką,  że  aż  czterech  mężczyzn  musiało  targać  ją  do 
luku. 
    Jednak  starszy  sierżant  Alex  Kilgour  poradził  sobie  bez  niczyjej  pomocy.  Zerwał  wyrzutnię  ze 
ściany,  załadował,  wycelował  i  pociągnął  /a  spust,  zanim  ktokolwiek  zdążył  zareagować.  Flara 
pomknęła długim korytarzem, uderzyła w przeciwległą grodź, zrykoszetowała i... rozbłysła. 
    Flara  sygnałowa,  która  ma  być  widoczna  z  odległości  około  pół  sekundy  świetlnej,  powoduje 
całkiem  niezły wybuch,  kiedy eksploduje w przejściu o średnicy dziesięciu  metrów. Gurkhowie i 
Sten padli na podłogę dosłownie w ostatniej chwili. Kula ognia już przemknęła nad ich głowami, 
gdy zadziałał automatyczny system przeciwpożarowy. Urządzenie zaskowyczało i zrzuciło parę ton 
środka gaśniczego. 
    Zbyt  późno  dla  piętnastu  pretorian.  Ułamek  sekundy  wcześniej  przemienili  się  oni  bowiem  w 
małe kupki węgla. 
    Sten i jego ludzie zbiegli stopioną zejściówką w poszukiwaniu imperatora. 
     
    Rozdział pięćdziesiąty piąty 
     
    Marr  i  Senn  znaleźli  schronienie  we  wnętrzu  olbrzymiego  pieca  sonicznego.  Kiedy  zaczęła  się 
masakra, byli w wielkiej, stalowej kuchni liniowca. Usłyszawszy histeryczne wrzaski przez system 
komunikacyjny, doszli do mądrego wniosku, lepiej nigdzie się nie ruszać. 
    Senn mocno przytulił Marra. 
    -  Na  pewno  w  końcu  zapolują  także  na  nas  -  powiedział  drżąc  i  pogładził  futro  towarzysza 
swojego życia. 
    - No cóż, przeżyliśmy piękną miłość, nieprawdaż? Marr zerwał się nagle na równe nogi. 
    -  Pieprzyć  ich!  -  krzyknął.  -  Jeśli  te  dzikusy  wtargną  do  mojej  kuchni,  to  będzie  z  nich  bardzo 
nieszczęśliwa banda ludzi. 
    Zaczął  krzątać  się  wokół,  czyniąc  przygotowania  do  ostatecznej  konfrontacji.  Senn,  widząc 
starania przyjaciela, przestał już myśleć o łagodnej śmierci. 
    Zaczęli  od  pieca  ultradźwiękowego.  Miał  on  mniej  więcej  trzy  metry  wysokości  i  tyleż 
szerokości.  Wewnątrz  znajdowały  się  liczne  kratki  oraz  wysuwane  rożna,  na  których  można  by 
upiec  wołu.  Smażenie  odbywało  się  za  pomocą  projektora  szerokiej  wiązki  dźwiękowej. 
Urządzenie przypominało wielką kamerę, zamontowaną na podnośniku hydraulicznym. Kiedy piec 
był  uruchomiony,  grube  drzwi  ochronne  zatrzaskiwały  się  automatycznie,  a  projektor  omiatał 
żywność ultradźwiękami, gotując wszystko, co znajdowało się w środku. 
    Marr rozbił zamek bezpieczeństwa, a następnie wraz z Sennem wypchnął piec. 
    Zaraz  obok  kuchni  zadudniły  liczne  kroki.  Obróciwszy  się,  zobaczyli  Wiecznego  Imperatora. 
Władca,  ostrzeliwując  się,  ciągnął  za  sobą  Tanza  Sullamorę.  Ułamek  sekundy  później  ujrzeli 
podążających  za  Jego  Wysokością,  najpierw  kanclerza,  a  potem  dwóch  gurkhów.  Naikowie  Ram 
Sing  Rana  oraz  Agansing  Rai  wywrzaskiwalł  obelgi  w  kierunku  swoich  prześladowców  i  pluli 
ogniem z karabinów Willy'ego. 

background image

    Gurkhowie  wskoczyli  do^kuchni,  gdy  pretorianie  odpowiedzieli  długą  serią  strzałów.  Ściany  z 
nierdzewnej stali syczały, bąbelkowały i zmieniały się w ciekły metal. 
    - Tędy - krzyknął imperator. 
    Maleńki  oddział  ruszył  do  kuchennego  wyjścia  bezpieczeństwa.  Za  nim  znajdował  się  tunel 
wiodący do głównego magazynu, a dalej do siłowni. 
    Pretorianie  deptali  uciekinierom  po  piętach.  Ram  jęknął  głośno  i  upadł,  gdy  pocisk  z  karabinu 
Willy'ego przewiercił mu klatkę piersiową. Reszta grupy imperatora zniknęła w drzwiach  wyjścia 
awaryjnego. 
    Senn, przybrawszy postać futrzastej kulki, wytoczył się z pieca, w którym wraz z Marrem znalazł 
schronienie.  Uderzył  przycisk  PAROWE  CZYSZCZENIE  KUCHNI  i  ponownie  zanurkował  do 
pieca. 
    Para  z  sykiem  zaczęła  się  wydobywać  z  umieszczonych  na  ścianach  dysz.  Czujniki  sanitarne 
przeczesały  pomieszczenie  w  poszukiwaniu  biologicznych  obiektów  i  skierowały  na  intruzów 
olbrzymie ilości pary. 
    Jedenastu  pretorian  jak  jeden  mąż  otworzyło  usta  do  krzyku.  Niezmiernie  gorące,  białe  kłęby 
wtargnęły  w  płuca  mężczyzn  i  ugotowały  je  tak  szybko,  że  dźwięk  nawet  nie  zdążył  dotrzeć  do 
warg.  Puchnące  ciała  pokrywały  się  pęcherzami.  Proces  czyszczenia  trwał  zaledwie  trzydzieści 
sekund  -  dokładnie  tyle,  ile  przewidywała  instrukcja  -  ale  żaden  z  jedenastu  pretorian  nie  przeżył 
tych zabiegów sanitarnych. Kolejne kroki, kolejne strzały i przez drzwi wpadła następna grupa, z 
Fohleem na czele. Pułkownik zauważył małą twarzyczkę Senna wystającą z pieca. 
    - Zabić! - wrzasnął. 
    Oddział  skoczył  do  przodu.  Senn  i  Marr  wyturlali  się  ze  swej  kryjówki.  Fohlee  w  asyście 
czterech pretorian pobiegł do wyjścia bezpieczeństwa. Drzwi jednak były chwilowo zablokowane. 
    W tym czasie pozostali żołnierze rzucili się na Marra i Senna. 
    - Pomocy! - pisnął Marr. 
    Senn  wsunął  swe  drobne  ramionka  pod  piec  ultradźwiękowy  i  powoli...  powoli  z  trudem 
dźwignął ciężar. 
    - Teraz! - krzyknął. 
    Skoczyli  przez  deszcz  karabinowego  ognia.  Zanim  ukryli  się  za  stalowym  kontenerem  na 
żywność, Senn zdążył jeszcze uderzyć włącznik pieca. 
    Soczewki  piekarnika  mrugnęły,  po  czym  rozjarzyły  się  pełną  mocą.  Niewidzialna,  ale 
śmiercionośna  wiązka  ultradźwięków  wytrysnęła  wprost  na  szarżujący  oddział  pretorian.  Marr  i 
Senn  kulili  się  za  dużym  pojemnikiem,  słuchając  okropnych  odgłosów  wydawanych  przez 
umierających pretorian. W ciągu paru sekund wszyscy członkowie oddziału byli ugotowani. Fale o 
wysokiej częstotliwości rozgrzewają od środka, tak więc zanim jeszcze ciała mężczyzn zaczęły się 
zwijać,  brązowieć  i  dymić,  organy  wewnętrzne  już  eksplodowały  na  zewnątrz.  Świszczące  w 
powietrzu ochłapy mięsa obryzgały krwią pięćdziesiąt metrów kuchennych ścian. 
    Marr  ostrożnie  wychylił  się  z  kryjówki  i  aż  zadrżał,  gdy  zobaczył  pobojowisko.  Senn  także 
usiłował  wyjrzeć,  ale  Marr  wepchnął  kochanka  z  powrotem  za  kontener.  Pragnął  oszczędzić  mu 
widoku, który mógł spowodować uraz na całe życie. 
    Znów  dało  się  słyszeć  wrzaski  i  tupot.  Marr  spojrzał  na  główne  wejście  do  kuchni,  a  potem 
szybko  ustawił  się  przy  włączniku  pieca.  Ktokolwiek  wejdzie  przez  te  drzwi,  zginie  taką  samą 
śmiercią jak poprzedni oddział, pomyślał z odrobiną satysfakcji. Marr niemal wcisnął guzik, kiedy 
zobaczył wpadającą do środka szczupłą postać. W ciągu jednego uderzenia serca rozpoznał Stena, 
więc  natychmiast  cofnął  palec.  Następnie,  nie  czekając  na  dalszy  rozwój  wypadków,  znów 
wskoczył za pojemnik, obok Senna. Spojrzał w wielkie, lśniące oczy przyjaciela. 
    - Mało brakowało, a zabiłbym naszego młodego kapitana - powiedział. 
    Ukrył twarz w miękkim futrze Senna i zaszlochał. 
     
    Sten  i  Alex  strzelili  w  plecy  czterem  pretorianom  walczącym  z  drzwiami  ewakuacyjnymi. 
Fohlee,  gdy  spostrzegł  atakujących  z  tyłu  mężczyzn  wtłoczył  swoje  ciało  za  maszynę  rzeźnicką, 

background image

polakierowany  na  czerwono  stalowy  kolos.  Olbrzymi  korpus  urządzenia  stał  w  bezruchu,  a  nad 
blatem zwisały ostre jak brzytwy noże i szczęki do chwytania mięsa. 
    Szczupły  Sten  bez  większego  trudu  wśliznął  się  pomiędzy  maszynę  a  ścianę.  Powoli  szedł 
ciemnym  tunelem.  Czy  Fohlee ruszył  dalej, czy  czeka za rogiem? W wąziutkiej szparze niełatwo 
było wykonać jakikolwiek szybszy manewr. 
    Jest! Zobaczył czarny ryjek broni. Gdy weń uderzył, stracił równowagę i runął na posadzkę. Po 
chwili  rozległ  się  głośny  szczęk,  który  oznajmiał,  że  kapitan  zdołał  wytrącić  Fohleemu  karabin. 
Sten wypełzł z wąskiego tunelu i zaczął wstawać. Nagle otrzymał potężny cios w głowę. Padając 
przetoczył  się  niezdarnie,  lecz  na  tyle  szybko,  by  sztylet  Fohleego  nie  trafił  w  cel.  Zobaczył 
zbliżającą  się  z  góry  okutą  podeszwę.  Błyskawicznym  ruchem  chwycił  za  obcas  i  z  całej  siły 
przekręcił tkwiącą w bucie stopę. Fohlee zatoczył się do tyłu i uderzył plecami o maszynę. 
    Urządzenie ożyło ze zgrzytem. Zawirowały chwytaki i noże. Zanim Sten zdążył dojść do siebie, 
Fohlee  odsunął  się  od  szczęk  i  podniósł  karabin.  Unieśli  broń  w  tym  samym  momencie.  Jednak 
Fohlee  miał  mniej  szczęścia.  Rozbujany  na  łańcuchu  hak  do  mięsa  wbił  mu  się  prosto  w  gardło. 
Pułkownik wrzasnął, gdy hak wciągał go w szpony maszyny rzeźniczej. 
    Sten  patrzył  w  milczeniu,  jak  urządzenie  sprawnie  oprawiało  Fohleego.  W  ciągu  kilku  sekund 
liczne  noże  żywcem  obdarły  mężczyznę  ze  skóry.  Z  wnętrza  rzeźnickiego  robota  wysunęły  się 
maleńkie  wężyki,  aby  odessać  krew.  Piły  z  jazgotem  oderżnęły  kończyny  i  głowę,  a  noże 
rozbierające pocięły mięśnie. Ostatni wrzask Fohleego rozbrzmiewał jeszcze echem po kuchni, gdy 
poplasterkowane fragmenty ciała zostały zapakowane i wysłane do chłodni. 
    Sten  odruchowo  wyłączył  maszynę.  Później  ruszył  ciężkim  krokiem  wokół  stalowego  kolosa, 
aby odnaleźć Alexa. 
     
    Rozdział pięćdziesiąty szósty 
     
    Choć  w  ciągu  ostatnich  kilkudziesięciu  lat  zmieniły  się  rodzaje  napędu  oraz  typy  silników, 
kosmiczny  wyga  z  XXI  wieku  i  tak  mógł  czuć  się  w  siłowni  Normandie  jak  u  siebie  w  domu. 
Podobne do tych sprzed lat, ogromne hale z metalowymi ścianami, które długo niosły echo, drżały 
od  niewidzialnej  mocy.  Mimo  że  dieslowsko-elektryczne  jednostki  napędowe  zastąpiono 
atomowymi, to nad przyprawiającą o zawrót głowy maszynerią i tajemniczymi kontrolkami wiły się 
takie same chodniki. 
    Jako  że  podczas  spotkania  Normandie  nie  była  uruchomiona,  na  wachcie  znajdował  się  tylko 
jeden oficer i jeden marynarz. Obaj leżeli teraz w kałużach krwi. Na górnym pokładzie imperator 
dostrzegł dwóch pretorian kulących się za podajnikiem AM2. Władca zastanowił się przez chwilę, 
dokładnie wycelował i czterokrotnie wypalił. Pretorianie zaczęli spadać wraz z pomostem odciętym 
pociskami.  Jak  rzutki,  pomyślał  imperator  przestrzeliwując  obu  żołnierzy,  zanim  zdążyli 
roztrzaskać się na pokładzie. 
    -  Dalej,  admirale  -  krzyknął.  Ledoh  oraz  ostatni  pozostały  przy  życiu  gurkha  pomogli  mu 
dociągnąć przenośną spawarkę pod drzwi ewakuacyjne. Imperator był dumny z siebie, gdy z dawną 
sprawnością  wyregulował  mieszankę  tlenowo-gazową,  odpalił  palnik  i  punktowo  zaspawał  drzwi 
ewakuacyjne, przez które weszli. - To da nam trochę więcej czasu, Mik. 
    Co  u  diabła,  dzieje  się  z  tym  człowiekiem?,  zastanowił  się  przez  moment  imperator,  czując  na 
sobie badawcze spojrzenie Ledoha. Kiedy otwarto ogień w sali bankietowej, admirał jako jeden z 
pierwszych  wyciągnął  służbowy  pistolet.  Broń  została  mu  jednak  wytrącona  przez,  jak  sądził 
władca,  nadmiernie  opiekuńczego  gurkhę.  Wykluczone,  żeby  ten  człowiek  się  bał,  stwierdził 
imperator.  A  może  jednak,  rozmyślał,  prowadząc  trzech  mężczyzn  w  górę  po  pomoście.  Minęło 
przecież sporo czasu, odkąd ktoś próbował pozbawić go życia. 
    Na przykład Sullamora, był tak przerażony, że omal nie dostał ataku apopleksji. Imperator czuł 
tuż za plecami gorący, mocno przyspieszony oddech Tanza. 
    Ledoh poczekał, aż wejdą na kolejną platformę. Teraz, zdecydował. Teraz. Ten cholerny gurkha 
zepsuł  mu  pierwszą  okazję.  Lecz  oto  nastał  właściwy  moment,  aby  wykorzystać  kolejną  szansę. 
Admirał skoczył z paradną szablą w dłoni, mierząc w środek pleców imperatora. 

background image

    Ale zarówno spiskowcy jak też ich dowódca nie docenili gurkhów. 
    Naik  Agnasing  Rai  wykazał  się  wręcz  niebywałym  refleksem.  Eks-szturmowiec  Stena  zdołał 
jakoś  wskoczył  pomiędzy  ostrze  a  imperatora.  Szabla  przebiła  mu  płuca.  Gurkha  padł  niemal 
wyrywając oręż z rąk Ledoha. 
    Admirał  zrobił  krok,  wyszarpnął  ostrze  z  martwego  ciała  i  znów  zaatakował.  Wtedy  w  roli 
obrońcy imperatora bohatersko wystąpił Tanz Sullamora. 
    Grubas  machnął  dziko  karabinem,  ponieważ  o  strzelaniu  nie  miał  zielonego  pojęcia,  i  trafił 
Ledoha w żebra. Cios odrzucił admirała na barierkę platformy. Zanim zdziwiony swoim męstwem 
Sullamora  ponownie  ruszył  do  ataku,  Ledoh  obrócił  się  i  uderzył  go  głownią  szabli  w  kark. 
Sullamora padł ciężko łapiąc powietrze. Admirał natomiast przyjął bojową pozycję. 
    Imperator stał cztery metry dalej, na skraju platformy. Ręce miał puste; nie zdjął przewieszonego 
przez plecy karabinu. 
    - No, tak - zaczął władca. - Czy przynajmniej poznam motywy twojego działania? 
    Teraz, po tych wszystkich latach wypełnionych nienawiścią i planami o zemście, Ledoh nie mógł 
wydusić z siebie ani słowa. 
    - Rób Gades był moim synem - powiedział w końcu i zaatakował. 
    Imperator  wyrwał  łom  z  pobliskiego  zestawu  przeciwpożarowego.  Przez  kilka  sekund 
zastanawiał  się  kim,  do  cholery,  był  Gades.  Trzymając  długą  rurę  oburącz,  czysto  sparował 
pchnięcie Ledoha. 
    Admirał  z  groźnym  błyskiem  w  oczach  podskoczył  bliżej  i  ciął  w  talię.  Ten  cios  także  został 
odbity. Teraz imperator ruszył do ataku. Lewą stopą kopnął Ledoha w pierś. 
    Walka miecza z łomem wydawać by się mogła nierówna, ale imperator miał już doświadczenie 
w  tego  typu  starciach.  Nieraz  za  dawnych  czasów  niespodziewanie  dobywano  przeciwko  niemu 
ostrza. 
    Kiedy Ledoh usiłował się pozbierać, władca przesunął jedną dłoń na koniec pręta i zamachnął się 
obiema rękami. Łom uderzył w szablę tuż ponad jelcem, a następnie wylądował na przedramieniu 
Ledoha. 
    Rozległ się głuchy trzask. Admirał wrzasnął z bólu i opadł na kolana, chwytając się za rękę tuż 
powyżej miejsca, z którego wystawała biała kość. 
    Imperator przyglądał się pokonanemu. 
    - Ty biedny sukinsynu - powiedział nie bez współczucia. - Ty biedny, żałosny sukinsynu. 
    Cofnął się do alarmowego komunikatora przy zestawie pożarowym i pomyślał się nad następnym 
posunięciem. 
    Kilgour siłował się z zaspawanymi drzwiami od maszynowni, gdy Sten przyszedł mu z pomocą. 
    Dobył  z  pochwy  nóż  i  przebił  śluzę.  Krystaliczne  ostrze  wchodziło  w  stal  jak  w  pląs.  Sten 
wykonał dwa cięcia wokół poczerniałych miejsc przy spawach, pchnął ramieniem drzwi i wpadł do 
siłowni z kukri w jednej dłoni i nożem w drugiej. 
    Cztery  ciała...  Nie  ma  imperatora.  Spojrzał  na  górny  pokład,  po  czym  ruszył  drabiną  jak 
skradający  się  kot.  Parę  poziomów  wyżej  zobaczył  dwóch  martwych  oraz  dwóch  żywych 
mężczyzn. 
    Imperator. Cały i zdrowy. Bogom niech będą dzięki. Po drugiej stronie platformy ranny Ledoh... 
na kolanach. 
    Ani Jego Wysokość, ani admirał nie słyszeli kroków Stena. 
    Kapitan  znajdował  się  jedną  platformę  niżej,  kiedy  dostrzegł,  że  Ledoh  zwalczył  ból  i  zdrową 
ręką  sięgnął  do  pasa,  skąd  wydobył  maleńki  pistolet  Willy'ego  używany  w  Modliszce.  Sten  był 
dopiero w połowie drabiny, gdy Ledoh wycelował. 
    Kukri nie nadaje się do rzucania - ma tylko jedno ostrze, a gruszkowate zakończenie sprawia, że 
po rzuceniu nóż dziko wiruje. 
    Ale tak czy inaczej, jest to niemal kilogram stali. 
    Sten cisnął długim nożem w Ledoha, desperacko usiłując wykorzystać ostatnią szansę uratowania 
imperatora. 

background image

    W  najlepszym  przypadku  pocisk  powinien  ogłuszyć  admirała.  Jednak,  wbrew  najśmielszym 
oczekiwaniom, ostrze zatopiło się w plecach Wielkiego Kanclerza, przecinając mu kręgosłup. 
    Ledoh  nie  zdążył  nawet  dotknąć  spustu.  Wyleciał  przez  barierki,  by  w  końcu  spaść  jak  mokra 
szmata na pokład, wiele metrów niżej. 
    Sten pokonał kilka ostatnich stopni i stanął przed imperatorem. Któryś z nich powinien zapewne 
powiedzieć coś niezwykle podniosłego. Ale dramatyczne gesty pojawiają się najczęściej dopiero w 
opowieściach.  Skrwawieni  mężczyźni  po  prostu  patrzyli  na  siebie  w  ciszy.  Obaj  odczuwali 
ogromną ulgę. 
     
    Rozdział pięćdziesiąty siódmy 
     
    Nagie ciało Haines lśniło w jaskrawym świetle letniego słońca. Policjantka leżała w swoim domu 
na łodzi i z rozkoszą myślała, że niczego już nie brakuje jej do szczęścia: lodowaty drink stał pod 
ręką, a z pobliskiego lasu wiała chłodna bryza. 
    Prawie niczego mi nie brakuje, poprawiła się Haines. 
    Istniał bowiem pewien problem. 
    Sprzątanie  powstałego  w  czasie  rewolty  bałaganu  zajęło  kilka  długich  miesięcy.  Usłyszawszy 
relacje Stena, Haines odczuwała ulgę, że nie była świadkiem wszystkich prac porządkowych. 
    Po  tym,  jak  dopadnięto  ostatniego  pretorianina  na  Normandie,  flota  imperialna  natychmiast 
odleciała.  Nawet  Wieczny  Imperator  nie  potrafił  bowiem  przekonująco  wyjaśnić  Tahnijczykom 
przyczyn śmierci ich głównego lorda oraz świty. 
    Kirghiz, bądź jeden z jego podwładnych zapewne miał rozkaz regularnego meldowania się, gdyż 
zaledwie po dwóch dniach od opuszczenia miejsca negocjacji pasażerowie Normandie stwierdzili, 
że są ścigani. Jeden okręt wojenny Tahnu z eskortą krążownika oraz niszczyciela powinien sobie 
poradzić  z  imperialnym  liniowcem  i  jego  ochroną.  Jednak  władca  wezwał  już  do  pomocy  dwie 
pełne eskadry okrętów bojowych. 
    Dzielni  Tahnijczycy  długo  nie  ustępowali  pola.  Ludzie  z  Normandie  podejmowali  próby 
porozumienia  się  z  przeciwnikami,  ale  ci  walczyli  do  ostatniego  człowieka  w  całkowitej  ciszy 
radiowej.  Sten  nigdy  się  nie  dowiedział,  czy  sądzili,  że  biją  się  o  uratowanie  czy  o  pomszczenie 
Kirghiza. 
    Po  powrocie  na  Prime  imperator  natychmiast  usiłował  nawiązać  kontakt  z  warlordami,  ale 
stosunki dyplomatyczne zostały zerwane. Wycofano też cały tahnijski personel. 
    Haines  ledwo  to  zauważyła,  zajęta  ściganiem  pozostałych  spiskowców.  Nigdy  w  życiu  nie 
aresztowała tylu bogatych, wysoko postawionych ludzi. 
    Potem  odbył  się  pokazowy  proces,  gdyż  imperator  miał  nadzieję,  że  Tahnijczycy  wysłuchają 
prawdy.  Oczywiście  nie  wysłuchali.  Zapewne  byli  przekonani,  że  imperator  znalazł  kozła 
ofiarnego,  na  którego  chce  zwalić  winę.  Zignorowali  też  wyjaśnienia  neutralnych  dyplomatów, 
wybranych spośród istot fizycznie niezdolnych do nieuczciwości. 
    Procesy  toczyły  się  lawinowo.  Haines  po  raz  pierwszy  w  życiu  zeznawała  bezpośrednio  przed 
sądem.  Sten  natomiast,  zgodnie  z  imperialnym  rozkazem,  składał  oświadczenia,  siedząc  w 
zamkniętej  kabinie,  a  jego  głos  był  elektronicznie  zmieniany,  aby  uniknąć  jakiejkolwiek 
możliwości identyfikacji. 
    Pomimo wrzasków obrony, niemal wszystkich konspiratorów uznano za winnych, a zdrada oraz 
usiłowanie królobójstwa to zbrodnie karane śmiercią. 
    Ale nawet ci uniewinnieni nie uniknęli okrutnej zemsty imperatora. Właśnie dzień wcześniej na 
wideo  ukazała  się  notatka,  że  wybuchł  jacht  świeżo  zwolnionego  przemysłowca.  Właściciel 
znajdował  się  na  pokładzie...  Haines  musiała  zająć  się  tą  sprawą,  gdyż  morderstwo  zawsze  jest 
morderstwem,  bez  względu  na  osobę  sprawcy.  Na  razie  jednak  Haines  wolała  oddać  się 
przyjemnościom.  Słońce  usypiało  ją  powoli.  Umysł  wypełniły  niezobowiązujące,  lubieżne  myśli. 
Jednak szum nadciągającego ślizgacza wkrótce przerwał ten błogostan. Policjantka zmusiła się do 
wstania, lecz zaraz wróciła na łóżko, gdy zobaczyła, że mężczyzną cumującym  swój pojazd przy 

background image

łodzi jest Sten. Jej myśli stały się nieco mniej niezobowiązujące. Kapitan pomaszerował do kuchni, 
wyciągnął piwo i dołączył do Haines. 
    - Jak poszło? - zapytała. 
    - To zależy, co masz na myśli. 
    - Zrzuć łachy i opowiadaj wszystko od początku - zaproponowała. 
    - Hmmm... zacznę od dobrych wieści. Właśnie otrzymałem awans. 
    - Więc zrób drinka i wyskakuj z ubrania, komandorze. 
    Sten  wykonał  rozkaz;  zdjął  mundur  i  położył  się  obok  ponętnej  kobiety.  Zamruczał  ze 
zwierzęcym zadowoleniem. Haines wyczekała, ile mogła. 
    - No, dalej, Sten. Gadaj! 
     
    Gdy  Sten  wrócił  na  Prime,  natychmiast  został  odkomenderowany  do  specjalnych  zadań, 
obejmujących między innymi niekończące się wystąpienia w sądzie. 
    Oddział  gurkhów  odbudowano  i  przekazano  pod  dowództwo  subudar-majora  Limbu,  choć  w 
zasadzie Chittahand nie wylizał się jeszcze z ran. 
    Sten  przychodził  do  pałacu  tylko  po  to,  żeby  się  wyspać  i  coś  zjeść.  Nieliczne,  przypadkowe 
spotkania z imperatorem w hallu nie trwały długo, a ich przebieg był niepokojąco oficjalny. 
    Aż pewnego dnia Sten otrzymał wezwanie... 
    Gdy wchodził, salutował i meldował się, władca siedział za biurkiem w zupełnym bezruchu. 
    Minęło kilka długich chwil, zanim się odezwał. 
    Sten  oczekiwał,  że  może  usłyszeć  różne  rzeczy.  Żadne  z  jego  przypuszczeń  nie  okazało  się 
trafne. 
    - Kapitanie, czy jest pan gotowy do wojny? 
    Sten  zamrugał.  Uznał,  że  wszystkie  potencjalne  odpowiedzi  brzmiały  głupio,  więc  zachował 
milczenie. 
    - Pokuszę się o przepowiednię - kontynuował władca. - W ciągu pięciu lat będziemy walczyli z 
Tahnem. - Nastała chwila ciszy. - Spocznij! Niech pan siada, kapitanie. 
    Stenowi nieco ulżyło. Nie sądził, żeby imperator pozwolił usiąść komuś, kogo zamierzał wywalić 
ze służby. 
    - Więc co pan myśli? - spytał niepodzielny władca imperium. 
    Sten  był  zakłopotany.  Jak  każdy  zawodowy  żołnierz,  prawdziwie  wierzył  w  nieco 
kontrowersyjne zasady, że zadaniem wojska jest unikanie wojny. 
    - Kiedy nadejdzie, będzie cholernie ciężka. - Imperator najwyraźniej miał odpowiedni nastrój do 
odgrywania roli proroka. - W żaden sposób nie mogę się mylić. Wywiad donosi, że stocznie Tahnu 
zostały przestawione na budowę statków wojennych. Tahnijczycy skupują każdą cząsteczkę AM2, 
jaką mogą dostać, bez względu na cenę. Poza tym, powiem to panu w tajemnicy, wokół światów 
Tahn nastąpiła seria potyczek z moimi regularnymi patrolowcami. Ciężka cholera. Ani jeden statek 
szpiegowski nie wrócił cały. 
    Imperator wyciągnął z biurka butelkę. Sten poczuł odrobinę większą ulgę - najpierw mógł usiąść, 
a teraz nawet dostał pozwolenie na wypicie drinka. Może zachowa kapitańskie insygnia. 
    -  Unikałem  pana,  kapitanie,  ponieważ  starałem  się  nie  myśleć  o  tym  całym,  o  ból  dupy 
przyprawiającym  bajzlu.  Tak  więc,  szczerze  mówiąc,  każdy  kto  miał  ze  sprawą  Tahnijczyków  i 
Ledoha  coś  wspólnego,  był  na  mojej  czarnej  liście.  Imperator  nigdy  nie  może  przyznać  się  do 
błędu, jeśli chce zachować władzę. 
    Gdy Jego Wysokość napełnił dwa metalowe kubki, Sten rozpoznał zapach stregga. 
    - W końcu jednak dopadają cię skutki popełnionych omyłek - powiedział imperator, nie czyniąc 
żadnego  ruchu,  aby  zachęcić  Stena  do  wypicia  trunku.  -  Pamiętasz,  jak  urżnęliśmy  się  w  Dzień 
Imperium? 
    Sten pamiętał. 
    - Pamiętasz, co ci mówiłem? 
    Sten pamiętał. 

background image

    - No więc, zrobiłem za ciebie następny krok. - Władca wyciągnął z szuflady rozkazy i rzucił je na 
biurko. - Daruj sobie czytanie ich teraz. Zostajesz przeniesiony. Szkoła pilotażu. A, tak. Przy okazji. 
Ten twój barylkowaty bandzior... 
    - Starszy sierżant Kilgour? 
    - Tak. Pewnie się zastanawiasz, gdzie jest? 
    Owszem, pytanie to nie dawało Stenowi spokoju.  
    Alex zniknął w bardzo tajemniczy sposób jakieś dwa miesiące wcześniej. 
    - Dostał czasowe zwolnienie, bo zgłaszał oficjalnymi kanałami chęć ożenku. Z jakąś policjanką. 
Cholerny idiota. Tacy łamacze kości jak on, nigdy nie powinni wstępować w związek małżeński. W 
każdym  razie  Alex  Kilgour  uczy  się  teraz,  jak  wić  gniazdko.  Poza  tym  nie  jest  już  starszym 
sierżantem.  Dałem  mu  kopa  w  górę  na  plutonowego.  Jak  ma  zostać  w  tej  cholernej  flocie,  to 
przynajmniej nie będzie musiał znosić głupiego systemu rang obowiązującego we flocie. 
    Imperator podniósł kubek i zastukał o niego palcami. - Kapitanie, zechce pan stanąć na baczność. 
Sten błyskawicznie wyprężył się jak struna. 
    -  Mianuję  pana  komandorem  -  imperator  znów  sięgnął  do  szuflady,  skąd  wyciągnął  małe, 
niebieskie pudełko. - Oto pańskie insygnia. - Pchnął pudełko w stronę Stena.  - A teraz niech pan 
podniesie kubek. 
    Sten usłuchał. 
    -  Wzniosę  toast  za  pana,  komandorze.  Bo  nigdy  się  już  nie  zobaczymy.  -  Imperator  wstał.  - 
Pańskie zdrowie, komandorze Sten! 
    Stregg smakował Stenowi bardzo dziwnie. 
     
    Haines rozmyślała nad tym wszystkim - z wyjątkiem uwag imperatora o nieuchronności wojny, 
które Sten w swojej relacji pominął. Świeżo mianowany komandor skończył w tym czasie piwo i 
poszedł do kuchni po następne. 
    -  Dowiedziałem  się jeszcze jednej  rzeczy  - powiedział, gdy wrócił do  głównego pomieszczenia 
na łodzi. - Ty też dostaniesz awans. 
    Haines jednak zbyła milczeniem tę nowinę. - Więc odjeżdżasz, żeby szkolić ptaszki - stwierdziła 
w końcu smutnym głosem. - Kiedy? 
    -  To  właśnie  kolejna  dobra  wiadomość  -  odparł  Sten.  -  Wygląda  na  to,  że  eee...  wszedłem  w 
posiadanie większej ilości pieniędzy. - Bezprawnie zdobyte i zainwestowane fundusze Idy w końcu 
dotarły do Stena, dlatego na jego koncie znajdowała się taka suma kredytów, o jakiej nigdy nawet 
nie śnił. - Poza tym, ty i ja marny długie urlopy. Możemy więc spędzić je razem, zanim będziemy 
musieli zgłosić się na nowych posterunkach. 
    Haines uśmiechnęła się szelmowsko, upiła trochę drinka i puściła oko. 
    - Hej, żeglarzu. Chcesz pofiglować? 
    Sten roześmiał się i klęknął na łóżku, obok nagiej piękności. Haines pociągnęła go w dół. Poczuł 
jej piersi, usta... a potem nie było już nic, prócz ciepła i oślepiającego blasku samego słońca.