background image

 

Allan Cole & Chris Bunch

Sten

pierwszy tom cyklu Sten

Warszawa 1996

Amber

   

background image

 Rozdział 1 

    Śmierć po kryjomu przyszła do Dzielnicy.
       Kombinezon  cuchnął. Wbity w niego Tech patrzył  przez i porysowany wizjer na przewód 
okalający   z   zewnątrz   obszar   rekreacyjny   i   wypuścił   z   siebie   wiązankę   przekleństw,   mogącą 
zadziwić nawet żeglarza dalekiej przestrzeni.
    Najbardziej na świecie chciał teraz napić się zimnego narkopiwa, aby uciszyć dudniące w głowie 
bębny   kaca.   Najmniej   zaś   na   świecie   chciał   wisieć   na   zewnątrz   Vulcana,   gapiąc   się   na 
jednocentymetrową   metalową   rurkę,   którą   miał   przyczepić.   Ścisnął   kołnierz   specjalnym 
przyrządem, moment obrotowy ustalił na wyczucie i wyrzucił z siebie kolejną wiązankę, tym razem 
włączając w nią szefa i tych wszystkich śmierdzących Migów, bawiących się w odległości jednego 
metram, i całego świata.
    Zrobione. Zwolnił przyrząd i włączył mały silniczek, przyczepiony do kombinezonu. Jego szef 
był pieprzonym eks - kochasiem, i do tego miał zamiar przyczepiać się do sześciu pierwszych rund. 
Tech wyłączył swój uziemiony mózg i pożeglował ospale w kierunku śluzy.
       Oczywiście moment obrotowy ustalił nieprawidłowo. Gdyby rurka nie zawierała fluoru pod 
wysokim ciśnieniem, nic by się nie stało.
        Przeciążone   złącze   trzasnęło   i   surowy   fluor   stopniowo   przeżerał   metal,   przez   kilka   dni 
nieszkodliwie rozpościerając się w przestrzeni. Ale w miarę poszerzania się pęknięcia ciecz kipiała 
prosto na zewnętrzną okrywę Dzielnicy, poprzez izolację, a w końcu przez wewnętrzne warstwy 
spływała do środka.
    Na początku dziura miała wielkość łebka od szpilki. Spadek ciśnienia pod kopułą był z początku 
zbyt mały, aby spowodować jakąkolwiek reakcję czujników, rozmieszczonych wysoko, powyżej 
kabiny kontrolnej w dachu Dzielnicy.
    Dzielnica mogła mieścić się na którejkolwiek z miliona pionierskich planet - zatrudnione pracz 
Kompanię   dziwki   obojga   płci   przeciskały   się   przez   tłum   Migów   w   poszukiwaniu   tych 
Niewykwalifikowanych eMigrantów, którzy wciąż jeszcze mieli na karcie trochę kredytów.
    Długie rzędy maszyn do gry wygwizdywały zachęty do przechodzących robotników i wydawały 
z siebie syntetyczny chichot, gdy gra pochłaniała kolejny grosz.
     Dzielnica była prowadzonym przez Kompanię centrum rekreacyjnym, zbudowanym z myślą o 
"interesie Migów". "Bawiący się Mig to szczęśliwy Mig" - powiedział kiedyś psycholog Kompanii. 
Nie dodał - bo nie musiał - że bawiący się Mig wydawał kredyty, oczywiście na korzyść Kompanii. 
Każda przegrana oznaczała przedłużenie kontraktu.
    Właśnie dlatego, pomimo muzyki i śmiechu, w Dzielnicy czaił się smutek i zawziętość.
       Dwóch muskularnych  strażników włóczyło  się w okolicy wejścia. Starszy kiwnął głową w 
kierunku trzech hałaśliwych Migów, przemieszczających się z jednego sklepu monopolowego do 
drugiego, i zwrócił się do partnera:
       - Gdybyś miał zamiar szarpać się za każdym razem, kiedy ktoś na ciebie spojrzy, bracie, to 
szybko   któryś   ż   tych   Migów   chciałby   się   przekonać,   co   zrobisz,   gdy   zaczną   się   naprawdę 
awanturować.
    Nowy stażysta dotknął ogłuszacza.
    - A ja chciałbym im to pokazać.
    Starszy mężczyzna westchnął i rozejrzał się po korytarzu.
    - O rany. Kłopoty.
    Jego partner o mało nie wyskoczył z munduru.
    - Gdzie? Gdzie?

background image

       Starszy mężczyzna pokazał palcem. W stronę wejścia do dzielnicy kierował się Amos Sten. 
Drugi strażnik zaczął się śmiać z niskiego Miga w średnim wieku, gdy nagle zauważył mięśnie jego 
karku. I rozmiar nadgarstka. I pięści jak młoty.
    W tym momencie starszy ze strażników westchnął z ulgą i oparł się znów o ścianę.
       - Wszystko w porządku, chłopcze. Ma ze sobą rodzinę. Kobieta o zmęczonej twarzy i dwoje 
dzieci zbliżało się właśnie do Amosa.
    - Co u diabła? - zdziwił się stażysta. - Ten karzełek nie wygląda mi zbyt groźnie.
     - Nie znasz Amosa. Gdybyś znał, narobiłbyś w portki, zwłaszcza, jeśli miałby ochotę na małą 
bójkę dla poprawienia sobie humoru.
        Czwórka  Migów   po  kolei   dotykała   małych   białych   kwadratów   na   klawiaturze   terminala   i 
centralny komputer Vulcana zarejestrował przemieszczenie się rodziny Stenów do Dzielnicy.
     Gdy mijali strażników, starszy uśmiechnął się i skinął Amosowi głową. Jego partner po prostu 
patrzył. Amos zignorował ich i poprowadził rodzinę do wejścia.
    - Mig lubi walczyć, co? To chyba nie jest to, co nazywamy zachowaniem aprobowanym przez 
Kompanię.
       - Synu, gdybyśmy chcieli aresztować każdego Miga, który uszkodził innego w Dzielnicy, to 
zabrakłoby forsy na nadgodziny.
    - Może powinniśmy go trochę przywołać do porządku.
    - Wydaje ci się, że właśnie ty potrafisz to zrobić?
    Młodszy strażnik skinął głową.
    - Dlaczego nie? Przyłapać go na czymś i przywalić zdrowo.
    Starszy mężczyzna uśmiechnął się i dotknął długiej sinej blizny na prawej ręce.
       - Już ktoś próbował. I to lepszy od ciebie. Ale może się mylę. Może naprawdę właśnie ty 
umiałbyś  coś zrobić. W każdym  razie lepiej  sobie zapamiętaj:  Amos nie jest zwykłym  starym 
Migiem.
    - A co w nim takiego szczególnego?
    Strażnik poczuł się nagle zmęczony nowym partnerem i całą tą dyskusją.
    - Tam, skąd on pochodzi, takich chłopaczków jak ty zjadają na śniadanie.
     Chłopak najeżył się i spojrzał spode łba. Ale przypomniał sobie, że nawet nie licząc brzucha, 
jego kolega jest wciąż lepszy o jakieś dwadzieścia kilo i piętnaście lat. Okręcił się na pięcie i 
spojrzał   na   starszą   panią,   która   wytaczała   się   wesolutko   z   Dzielnicy.   Popatrzyła   na   niego, 
wyszczerzyła dziąsła i upadła miękko wprost pod nogi stażysty, na podłogę.
    - Cholerne Migi!
       Amos wsunął kartę w terminal i komputer automatycznie dodał godzinę do jego kontraktu. 
Czwórka Stenów weszła do holu. Amos rozejrzał się dookoła.
    - Nie widzę chłopaka.
    - Karl mówił, że ma dodatkową pracę w szkole - przypomniała mu Fread, jego żona.
    Amos wzruszył ramionami.
        -   Nie   straci   wiele.   Facet,   który   pracuje   koło   mnie,   był   tu   wczoraj.   Mówił,   że   pierwsze 
przedstawienie jest o jakimś Execu, który zakochuje się w dziwce i zabiera ją do siebie, do Oka.
    Z teatru buchnęła muzyka.
    - No tato, chodźmy już.
    Amos i jego rodzina weszli do sali.
    Sten pospiesznie uderzał w klawisze komputera, wreszcie wcisnął "przesyłanie danych". Ekran 
błysnął, a potem poszarzał. Sten drgnął. Nie da rady skończyć na czas, by zdążyć na spotkanie z 
rodziną.   Wiekowa   szkolna   sieć   komputerowa   nie   nadążała,   gdy   wielu   studentów   pracowało 
równocześnie.
       Sten rozejrzał się po sali. Nikt na niego nie patrzył. Wcisnął "podstawowe funkcje", a potem 
szybko   szereg   klawiszy.   Odnalazł   drogę   do   banku   danych   centralnego   komputera.   Oczywiście 
wbrew wszelkim szkolnym przepisom. Ale Sten, jak wielu innych siedemnastolatków, nie lubił 
przejmować się na zapas.

background image

     Po przejściu ścieżki dostępu włożył dyskietkę z zadaniem. I skrzywił się zobaczywszy, co ma 
zrobić. To było techniczne ćwiczenie z cyberobróbki, wykonanie kątownika.
     To zawsze wymagało zrobienia spawu i zauważył, że sugerowana technika, przestarzała nawet 
jak na szkolne warunki, wyznaczała trzymikronowy szew.
    A potem uśmiechnął się. Miał przecież dostęp do głównej bazy danych...
       Za pomocą pióra świetlnego narysował na ekranie dwie stalowe sztaby i wcisnął "wykonanie 
programu - spawanie". Kilka szybkich ruchów i gdzieś na Vulcanie dwie metalowe belki zostały 
połączone.
    A może to była tylko symulacja komputerowa.
    Sten ze zniecierpliwieniem czekał, aż ekran komputera oczyści się. W końcu monitor zajaśniał i 
wyświetlił komunikat, że zadanie zostało prawidłowo wykonane. Sten był wykończony. Jego palce 
przebiegły   po   klawiaturze,   odcinając   nielegalną   ścieżkę   dostępu,   włączając   się   z   powrotem   w 
szkolną   sieć,   przesyłając   prawidłowo   wykonane   zadanie   z   pamięci   terminala   i   wyłączając 
końcówkę. Zerwał się z miejsca i popędził do drzwi.

   - Szczerze mówiąc, panowie - powiedział Baron Thoresen - mniej troszczę się o to, że programy 
R i D nie zgadzają się z jakimiś wydumanymi regułami etycznymi Imperium, niż o dobro naszej 
Kompanii.
        Zaczęło   się   jak   zwyczajne   zebranie   rady   dyrektorów   Kompartii,   tych   sześciu   istot,   które 
kontrolowały   życie   ponad   miliona   osób.   Wtedy   stary   Lester   zadał   pytanie   w   najbardziej 
odpowiednim momencie.
    Thoresen nagle wstał i zaczął kroczyć tam i z powrotem. Wielkie cielsko dyrektora przyciągało 
uwagę zgromadzenia niemniej niż grzmiący głos i autorytatywność.
       - Jeśli to brzmi nie patriotycznie, to bardzo mi przykro. Jestem człowiekiem interesu, a nie 
dyplomatą. Jak niegdyś mój dziad, wierzę tylko w naszą Kompanię.
    Tylko jeden człowiek pozostał niewzruszony. Lester. 
To stary złodziej, pomyślał  Baron. Zarobił  już swoje, a więc może  sobie pozwolić na etyczne 
skrupuły.
    - Imponujące - powiedział Lester. - Ale my, rada dyrektorów, nie pytaliśmy o pańsltie poglądy. 
Pytaliśmy   o   nakłady   na   Projekt   Bravo.   Nie   chciał   pan   nam   wyjawić,   o   jaltiego   rodzaju 
eksperymenty   chodzi,   ale   znowu   zwraca   się   pan   o   przyznanie   dodatkowych   funduszy.   A   ja 
chciałbym   tylko   wiedzieć,   czy   mają   one   może   również   militarne   znaczenie,   ponieważ   wtedy 
moglibyśmy otrzymać dotacje finansowe z jakiejś fundacji Imperium.
       Baron spojrzał na Lestera  z namysłem,  lecz bez strachu. To Thoresen, pomimo  wszystko, 
rozdawał karty. I wiedział dostatecznie dużo, by nie pozwolić temu staremu chytremu zapaśnikowi 
na ostatnie słowo. I dostatecznie dużo, aby nie próbować przyduszać go. Lester wiele przeżył i nie 
bał się.
    - Doceniam pański wkład. I pańską troskę o niezbędne wydatki. Ale ten projekt jest zbyt ważny 
dla naszej przyszłości, bym mógł ryzykować jakiś przeciek.
    - Czyżbym wyczuwał brak zaufania? - zapytał Lester.
     - Nie w stosunku do panów. Nie bądźmy śmieszni. Ale gdyby konkurencja dowiedziała się o 
celach Projektu Bravo, to nawet moje ścisłe powiązania z Imperatorem nie powstrzymałyby ich od 
kradzieży i zrujnowania nas.
       - Nawet gdyby zaistniały jakieś przecieki - spróbował drugi z członków zarządu - to zawsze 
mamy inne rozwiązania. Możemy wpływać na zaopatrzenie w AM2
    - Używając bliskich, osobistych powiązań z Imperatorem, oczywiście - podsunął miękko Lester.
    Baron uśmiechnął się lekko.
     - Nawet ja nie mogę aż tak bardzo polegać na naszej przyjaźni. AM2 to energia, dzięki której 
prosperuje Imperator i Imperium. Nikt inny.
    Cisza. Nawet Lester nic nie powiedział. Duch Wiecznego Imperatora zakończył rozmowę. Baron 
rozejrzał się dookoła, po czym zaczął mówić rozmyślnie suchym, monotonnym głosem:

background image

       - Nie słysząc więcej uwag, uważam sprawę zwiększonych funduszy za ustaloną. Przejdziemy 
teraz do prostszych zagadnień. Udało nam się zmniejszyć główne nakłady na urządzenia portowe 
Vulcana o pełne piętnaście procent. Wchodzi w to nie tylko wewnętrzne oprzyrządowanie miejsc 
cumowania, ale także przedsprzedaż kontenerów. Jednak nadal nie jestem zadowolony. Byłoby o 
wiele lepiej, gdyby...

    Amos otworzył szeroko oczy, gdy przedstawienie się skończyło i zapłonęły światła. O ile mógł 
się zorientować, Exec i jego panienka po przeprowadzce do Oka przenieśli się na którąś z planet 
pionierów i zostali zaatakowani przez jakieś zwierzę.
    Ziewnął. Nie przepadał za przedstawieniami, ale dobra drzemka przyda się człowiekowi od czasu 
do czasu.
    Ahd trącił go lekko.
    - Właśnie to chciałbym robić, kiedy dorosnę. Zostać Execem.
    Amos przeciągnął się i wstał.
    - A właściwie, dlaczego, synu?
    - Bo oni mają przygody i pieniądze, i medale... i wszyscy moi przyjaciele też chcą tacy być.
     - Pozbądź się lepiej od razu takich mrzonek - sapnęła Freed. - Tacy jak my nie mieszają się z 
Execami.
    Chłopiec zwiesił głowę. Amos poklepał go po plecach.
    - To nie dlatego, że nie jesteś wystarczająco dobry, synu. Do diabła, każdy Sten jest wart tyle, co 
sześciu tych cho...
    - Amos!
    - Przepraszam. Ludzi. - Amos skrzywił się i dodał: - Do diabła. Nazywanie Execów cholernymi  
nie jest przeklinaniem. To zwykłe stwierdzenie faktu. Mimo wszystko, Ahd, oni nie są bohaterami. 
Oni są najgorsi. Mogliby zabić człowieka dla wyrównania rachunku. A potem oszukać jego rodzinę 
na pogrzebie. Gdybyś został jednym z nich, to nie moglibyśmy być z ciebie dumni, ani ja, ani twoja 
matka, ani ty sam.
    I wtedy odezwała się jego mała córeczka.
    - Ja chcę być panienką do zabawy - stwierdziła.
    Amos zdusił uśmiech, gdy zobaczył, że Freed podskoczyła na jakieś półtora metra. Zdecydował, 
że teraz jej kolej na "rodzicielską rozmowę".
     Ciśnienie ostatecznie rozerwało rurkę, i wydobywający się gaz skierował ją wprost na dziurę, 
którą przedtem przebił w okrywie Dzielnicy.

    Pierwszy zmarł stary Mig, który opierał się o wewnętrzną ścianę kopuły, kilka centymetrów od 
nagle powstałego otworu. Zanim zdążył spostrzec fluor zżerający ciało i kości, już był martwy.
       W kabinie kontrolnej kilku znudzonych Techów obserwowało spłukanego Miga, usiłującego 
namówić  panienkę na zabawę po zniżonej  stawce. Jeden z Techów chciał  się założyć,  ale  nie 
znalazł chętnych. Panienki nie dają jałmużny.
     Ciśnienie w końcu spadło poniżej poziomu bezpieczeństwa i zapaliły się światła alarmu. Nikt 
nawet nie drgnął. Załamania i alarmy stanowiły codzienne zjawisko na Vulcanie.
     Główny Tech na wszelki wypadek podszedł do komputera. Nacisnął kilka klawiszy, uciszając 
syreny i wygaszając światła alarmowe.
    - No, a teraz zobaczmy, co jest grane. Odpowiedź żwawo wypłynęła na ekran.
    - Hm. To wygląda nieprzyjemnie. Spójrz. Jego asystent rzucił okiem przez ramię.
    - Jakieś chemikalia dostają się do kopuły. Spróbuję zmniejszyć przeciek.
    Tech nacisnął jeszcze parę klawiszy, domagając się więcej informacji z bazy danych.
        UTRATA   POWIETRZA;   OBECNOŚĆ   ZANIECZYSZCZENIA;   POTENCJALNE 
ZAGROŻENIE ŻYCIA; CZERWONY ALARM.
    Główny Tech w końcu stracił swój olimpijski spokój.
    - Cholerne Zaopatrzenie i ich cholerne rurki. Wydaje im się, że nie mamy nic innego do roboty 
niż sprzątanie po nich. Mam zamiar dać taki raport, że wypali każdy włos z ich łysiny.

background image

    - Proszę pana?
    - Nie przeszkadzaj mi, kiedy się wściekam! Czego chcesz?
    - Czy nie wydaje się panu, że to powinno zostać naprawione? I to zaraz?
     - Taa. Założę się, że połowa z tych przeklętych czujników jest zepsuta albo ktoś wylał na nie 
piwo. Gdybym dostawał jeden kredyt za każdym razem, gdy...
    Gdy szukał przecieku, jego głos ścichł. W końcu zmniejszył zakres promienia, sprawdzając rurkę 
po rurce.
    - O cholera. Musimy się przebrać, żeby tam pójść. To leci przez kopułę tamtego laboratorium. O!
       Diagram zamarł na ekranie, w poprzek przebiegły czerwone litery:  KAŻDY PRZYPADEK 
ZWIĄZANY   Z   PROIEKTEM   BRAVO   MUSI   BYĆ   ZGŁOSZONY   NATYCHMIAST   DO 
THORESENA.
    Jego asystent zastanowił się:
    - Ale dlaczego to... - Zamilkł, bo zorientował się, że główny Tech nie słucha go.
     - Cholerni Execowie. Zmuszają cię, żebyś uzgadniał z nimi za każdym razem, kiedy masz coś 
zrobić.
    Wystukał informację, znalazł kod Thoresena, wcisnął "przesyłanie danych" i czekał.

       Baron ściskał ręce każdego członka rady opuszczającego posiedzenie.  Pytał  o zdrowie i o 
rodzinę. Wspominał o kolacji. Albo komplementował słuszność ich sugestii. Dopóki nie przyszła 
kolej na Lestera.
       - Doceniam pańską obecność, Lester, bardziej niż pan sobie wyobraża. Pańska mądrość ma 
wybitnie korzystny wpływ na...
      - Bardzo sprytnie wymigał się Pan od odpowiedzi na moje pytanie, Thoresen. Sam bym tego 
lepiej nie zrobił.
    - Ależ ja nie unikałem niczego. Ja tylko...
       - Oczywiście, pan tylko. Proszę zachować pochlebstwa dla tych głupców. I pan, i ja dobrze 
znamy nasze intencje.
    - Pochlebstwa?
       - Zapomnijmy o tym. - Lester ruszył powoli, jednak przystanął i odwrócił się. - Oczywiście 
rozumie pan, że to nie jest skierowane przeciwko panu, Thoresen. Jak pan, ja także dbam tylko o 
interesy naszej Kompanii, tylko to jest ważne.
    Baron skinął głową.
    - Niczego innego nie oczekiwałbym od pana.
    Thoresen patrzył za wychodzącym starcem. I stwierdził, że stary złodziej głupieje albo... kłamie. 
Cóż może być ważniejszego niż władza? Kompania?
       Odwrócił się do dyskretnego  brzęczyka  i nacisnął. Sześć rzekomych  okładek zabytkowych 
książek przesunęło się, ukazując dostęp do terminala.
    Niespiesznie zrobił trzy kroki i dotknął przycisku. Główny Tech pojawił się na wizji.
    - Mamy kłopot, sir. Tutaj, w Obszarze Wypoczynkowym Dwadzieścia Sześć.
    Baron skinął głową.
    - Proszę o raport.
     Główny Tech wcisnął klawisze, monitor rozbłysnął i szczegóły przecieku w Dzielnicy zaczęły 
przesuwać   się   po   ekranie.   Baron   natychmiast   pojął,   o   co   chodzi.   Komputer   przewidywał,   że 
zabójczy gaz wypełni rejon kopuły w ciągu piętnastu minut.
     - Dlaczego to jeszcze nie zostało naprawione, Techniku? - Dlatego, że ten cholerny komputer 
ciągle piszczy "Projekt Bravo, Projekt Bravo" - warknął Główny Tech. - Potrzebuję tylko pańskiego 
pozwolenia, i zaraz to będzie zrobione bez narażania kogokolwiek, ja to panu gwarantuję.
    Baron pomyślał chwilę.
    - Czy nie ma innego dojścia do miejsca przecieku niż przez laboratorium Projektu Bravo? Czy 
nie można wysłać po prostu kogoś w skafandrze kosmicznym na zewnątrz?
    - Nie ma mowy. Rurka jest tak poszarpana, że będziemy musieli to odłączyć u źródła. Tak, panie 
baronie. Wejście do tego laboratorium jest konieczne.

background image

    - Nie mogę wam pomóc. 
Główny Tech zamarł.
       - Ale... przeciek nie zatrzyma się w Dwudziestym Szóstym. Ten cholerny fluor zje wszystko 
oprócz szklanych ścian.
    - A więc rozwal Dwudziesty Szósty.
    - Ale tam jest prawie tysiąc czterysta osób!
    - Słyszałeś rozkaz.
    Główny Tech gapił się na Thoresena. Nagle skinął głową i wyłączył się.
        Baron   westchnął.   Zanotował   sobie   w   pamięci,   żeby   zlecić   Kadrom   zatrudnienie   nowych 
robotników.   A   potem   przejrzał   w   myślach   całe   wydarzenie,   aby   sprawdzić,   czy   nie   przegapił 
niczego.
     Istniała jeszcze sprawa bezpieczeństwa. Główny Tech i oczywiście jego asystenci. Mógłby ich 
gdzieś przesunąć albo prościej... Thoresen przestał rozważać tę sprawę. Na ekranie pojawiło się 
menu obiadu.
    Pogwizdując bezgłośnie Główny Tech powoli przyłożył palec do ekranu. Jego asystent kręcił się 
obok.
    - Czy nie powinniśmy...
       Główny Tech popatrzył na niego; ale nic nie powiedział. Odwrócił się od terminala i szybko 
otworzył czerwoną klawiaturę WPROWADZANIE DANYCH ALARMOWYCH.

    Sten popchnął zawianego Techa i pospieszył w głąb korytarza w kierunku wejścia do Dzielnicy, 
szukając swojej karty. Młody strażnik stanął mu na drodze.
    - Widziałem to, chłopcze.
    - Co?
    - To, co zrobiłeś temu Techowi. Nie wiesz, jak się odnosić do lepszych od siebie?
    - O rany, proszę pana, on sam się poślizgnął. Ktoś musiał upuścić coś na chodnik. Wydaje mi się, 
że nie  mógł  pan dobrze widzieć,  co  się tam  zdarzyło.  To dość duża  odległość, zwłaszcza  dla 
starszego człowieka, proszę pana. - Patrzył na niego niewinnie.
    Strażnik cofnął rękę, nabierając rozmachu, ale partner złapał go za ramię.
    - Nie zawracaj sobie głowy. To chłopak Stena.
    - Ale mimo wszystko, powinniśmy... och, spadaj, mały. Możesz wejść.
    - Dziękuję panu.
    Sten podszedł do bramy i włożył kartę do terminala.
    - Zachowuj się tak dalej, a wiesz, co się stanie?
    Sten czekał.
       - Uciekniesz. Do Buntowników. I będziemy polować na ciebie. Wiesz, co się dzieje, kiedy 
złapiemy takiego szczura? Robimy mu pranie mózgu.
    Strażnik uśmiechnął się.
    - I wtedy są tacy milutcy. Czasami pozwalają nam pobawić się z ich dziewczynami... zanim się 
ich pozbędą.
       Nagle zaryczała hydraulika i stalowe drzwi śluzy kopuły zatrzasnęły wejście. Sten cofnął się 
schodząc niżej.
    Spojrzał na strażników. Zaczęli coś mówić... a potem przenieśli wzrok na migający nad wejściem 
czerwony napis:
    WEJŚCIE ZAMKNIĘTE... NIEBEZPIECZEŃSTWO... NIEBEZPIECZEŃSTWO...
    Powoli podniósł się.
    - Moi rodzice - powiedział Sten głucho. - Oni są w środku!
    A potem walił w potężne stalowe drzwi, dopóki nie odciągnął go starszy strażnik.

background image

       Ładunki wybuchowe wysadziły sześć części kopuły. Ciche trzaski zagubiły się w ryczącym 
tajfunie uciekającego w przestrzeń kosmiczną powietrza.
     Huragan zagarnął zamieszkane sześciany Dzielnicy i znajdujących się tam ludzi i rzucił ich w 
czerń.
    A potem ten nagły wicher zamarł.
       To, co pozostało z budynków, mebli i całego wyposażenia, dryfowało w zimnej poświacie 
odległego słońca. Razem z wysuszonymi, skurczonymi szczątkami tysiąca trzystu osiemdziesięciu 
pięciu istot ludzkich.

       Wewnątrz pustej kopuły,  która była Dzielnicą, Główny Tech patrzył  przez okienko kabiny 
kontrolnej. Jego asystent wstał od swojego stanowiska, podszedł i położył mu rękę na ramieniu.
    - Daj spokój. To byli tylko Migowie.
    Główny Tech odetchnął głęboko.
    - Tak. Masz rację. Oni nic nie znaczyli.

   Rozdział 2 

    Wyobraź sobie Vulcan.
     Śmietnisko, krążące w blasku i ciemnościach. Jego centrum to zbiorowisko walców, grzybów, 
rur i klocków ustawionych ryzykownie przez zidiociałe dziecko.
       Wyobraź sobie sztuczny świat Vulcana, wielomilionowe serce Kompanii. Mechaniczny świat 
sklepów   i   fabryk.   Rudowce   Kompanii   nieprzerwanie   spływały   w   kierunku   Vulcana,   wioząc 
surowce. Czyszczono, przetwarzano, wykonywano wiele produktów, które następnie frachtowce 
Kompanii   rozwoziły   do   połowy   galaktyki.   Dla   Imperium,   funkcjonującego   na   zasadach 
przedsiębiorstwa handlowego, taki gigantyczny trust powiązanych ze sobą przemysłów był czymś 
najzupełniej normalnym i od początku zaakceptowanym.
        Sześćset   lat   wcześniej   dziad   Thoresena   został   zachęcony   przez   Wiecznego   Imperatora   do 
budowy   Vulcana.   Owa   zachęta   obejmowała   także   specjalne   tankowce   klasy   C   zawierające 
Antymaterię2, źródło energii, które otworzyło człowiekowi drogę w przestrzeń kosmiczną.
       Prace rozpoczęto  od cylindra  o wymiarach  osiem na  szesnaście  kilometrów,  stanowiącego 
pomieszczenie dla systemów zarządzających i utrzymujących przy życiu nowy świat.
    Holowniki przeciągnęły ten rdzeń przez dystans dwudziestu lat świetlnych i umiejscowiły go w 
zamarłym, ale bogatym w minerały systemie.
       W pełni wyposażone  fabryki,  wiele olbrzymich  walców, zbudowano w cichych,  odległych 
systemach,  a  następnie  przyłączono  do  rdzenia.  Wraz   z nimi   zainstalowano   miriady  systemów 
podtrzymywania życia, od pomieszczeń do upraw hydroponicznych po sprzęty służące rekreacji.
        Ten   zaprojektowany   przez   komputery   świat   robił   wrażenie:   groźny,   super   wydajny   kolos 
utworzony w celu najbardziej efektywnej eksploatacji robotników i materiałów. Komputery nie 
stworzyły tego świata dla ludzi.
    W miarę upływu lat często łatwiej było zamykać fabryki, w których zamknięto produkcję, niż je 
przebudowywać.   Inne, nowsze  zakłady,  baraki   i kopuły pomocnicze  były  wciskane  tam,   gdzie 
zaistniała potrzeba. Skoro grawitację kontrolowały generatory McLeana, góra czy dół stanowiły 
pojęcia umowne. Po upływie dwustu lat Vulcan zaczął przypominać metalową rzeźbę, którą można 
by nazwać Odpadki Poszukujące Spawacza.
     W końcu na szczycie zamontowano Oko - kwaterę główną Kompanii, przyczepioną do owego 
najpierwszego rdzenia. Szeroki na szesnaście kilometrów grzyb miał w czasach Stena zaledwie 
dwieście lat, ponieważ dodano go po centralizacji Kompanii.
       Poniżej Oka znajdował się obszar ładowania cargo, zasadniczo zarezerwowany dla własnych 
statków   Kompanii.   Niezależne   frachtowca   cumowały   w   przestrzeni   zewnętrznej   i   musiały 
akceptować   dodatkowe   koszty   związane   z   transportem   ładunku   i   pasażerów   przez   promy 
kosmiczne Kompanii.

background image

    Pod dokiem usytuowano pomieszczenia dla gości. Był to normalny, ogólnodostępny port, z tym, 
że każdy kredyt wydany przez kupca lub kogoś z jego załogi trafiał prosto na rachunek Kompanii.
        Kopuły   dla   gości   były   najdalej   na   południe   wysuniętym   miejscem,   gdzie   mogli   docierać 
zaświatowcy. Kompania w oczywisty sposób nie życzyła sobie, aby ktokolwiek zajmował się - czy 
nawet spotykał - z jej robotnikami.
    Niejasne plotki o Vulcanie krążyły po całej galaktyce. Nigdy jednak nie zawitała tam Imperialna 
Komisja Praw Człowieka. Bo Vulcan produkował.

       Olbrzymi  moloch przez wieki dostarczał dokładnie tego, czego potrzebowało Imperium. A 
służba bezpieczeństwa Kompanii dbała o wyciszenie spraw.
    Wieczny Imperator był wdzięczny. Tak wdzięczny, że nobilitował dziada Thoresena. I Kompania 
nadal   pracowała.   Każdy   moloch   będzie   się   poruszał   samą   siłą   inercji,   czy   mowa   o   imperium 
perskim albo General Motors ze starożytności, czy o rozlazłych Konglomeratach z mniej odległej 
przeszłości. Przez jakiś czas. Jeśli nawet ktokolwiek w czasach Stena stwierdził, że Kompania nie 
przodowała w żadnej technice, albo że innowacje i wynalazki są utrącane przez departament kadr, 
to nikt nie przedstawił tego problemu Baronowi.
    Gdyby nawet znalazł się ktoś dostatecznie odważny albo głupi, aby tego dokonać, okazałoby się 
to zbędne. Barona Thoresena bowiem od dawna prześladowała myśl, że coś, co stworzył jego dziad, 
z wolna kruszyło się na jego oczach. Obwiniał o to swego ojca, tchórzliwego pieczeniarza, który 
pozwolił biurokratom wziąć górę nad inżynierami. Ale nawet, gdyby trzeci Thoresen był mężem 
opatrznościowym, to i tak prawdopodobnie nie byłby w stanie kontrolować wielogłowej hydry, jaką 
stworzył jego ojciec.
     Młody Baron rósł na człowieka odważnego i - zafascynowanego krwawą walką swego dziada, 
dosłownie i w przenośni, ale bez jego wrodzonej uczciwości. Kiedy ojciec Barona zaginął gdzieś w 
przestrzeni i nikt go więcej nie widział, nie było żadnych wątpliwości, że młody człowiek może 
stanąć na czele zarządu Kompanii.
       Odtąd miał tylko jeden cel: ożywić to, co rozpoczął jego dziad. Ale nie przez przewrócenie 
Kompanii do góry nogami i bitewki z konkurencją. Thoresen pragnął zrobić o wiele więcej. Opętała 
go idea mistrzowskiego ciosu kendo.
    Projekt Bravo.
       I teraz brakowało mu zaledwie kilku lat do zebrania plonu. Baronowi podlegała rada oraz 
pomniejsi kierownicy, Execowie. Żyjąc i mieszkając jedynie w Oku, trzymani byli przy Kompanii 
nie tylko przez doskonale sformułowane kontrakty czy wysokie płace, ale i przez najsłodsze ze 
wszystkich świadczeń: niemal nieograniczoną władzę.
       Execom podlegali Technicy,  wysoko kwalifikowani i dobrze traktowani specjaliści. Z nimi 
podpisywano kontrakty na okres od pięciu do dziesięciu lat.
       Kiedy kontrakt dobiegał końca, każdy Tech mógł powrócić do domu jako bogaty człpwiek, 
otworzyć własny interes oczywiście Kompania zatrzymywała wyłączne prawa do rozprowadzania 
wszelkich nowych produktów, które mógłby wytworzyć - albo przejść na emeryturę.
    Dla Execów i Techów Vulcan bardzo przypominał rodzaj przemysłowego nieba.
    Dla Migów to było piekło.
       Znaczący jest fakt, że zwycięzca zorganizowanego przez Kompanię konkursu "Nazwij Naszą 
Planetę", błyskotliwy robotnik - Niewykwalifikowany eMigrant - użył pieniędzy z nagrody, aby 
wykupić swój kontrakt i bilet na podróż do miejsca tak oddalonego od Vulcana, jak tylko było to 
możliwe.
    Fellachowie, chłopi, robole - zawsze będą istnieć wędrujący robotnicy gotowi do wykonywania 
paskudnej   pracy.   Ale   tak,   jak   egipskiego   fellacha   zadziwiłby   geniusz   techniczny   Joada,   tak 
dwudziestowiecznego pracownika przy taśmie montażowej zaszokowałby ktoś taki jak Amos Sten.
       Dla Amosa jeden świat nigdy by nie wystarczył. Robiąc, co konieczne dla pełnego brzucha, 
kielicha od czasu do czasu i kupna biletu na inną planetę, był człowiekiem, który mógł wszystko 
nastawić, zmusić do pracy przestarzałą żniwiarkę albo dla fantazji zrzucić cię ze schodów.
    A potem przenieść się gdzie indziej.

background image

    Jego żonę, Freed, pochodzącą ze spokojnego, rolniczego świata, cechowało to samo pragnienie, 
aby sprawdzić, co może dać następna planeta. Myśleli, że w końcu znajdą świat dla siebie, w sam 
raz do ustatkowania się. Taki, na którym nie będzie zbyt wielu ludzi, i gdzie kobieta i mężczyzna  
nie muszą pocić się na cudzy rachunek. Lecz ciągle każde miejsce wydawało im się lepsze niż to, 
na które właśnie patrzyli.
    A potem był Vulcan.
    W ustach werbownika brzmiało to idealnie.

    Dwadzieścia pięć tysięcy kredytów rocznie dla niego. Plus niezliczone dodatki dla człowieka o 
jego zdolnościach. Nawet kontrakt na dziesięć tysięcy rocznie dla Freed. I możliwość pracy na 
najnowszych w galaktyce narzędziach.
    I werbownik nie kłamał.
    Młyn Amosa był najbardziej skomplikowaną maszyną, jaką kiedykolwiek widział. Wkładano do 
niej   trzy   płaty   trzech   różnych   metali.   Były   mielone   i   elektronicznie   łączone.   Dopuszczalna 
tolerancja dla tych wsporników - Amosowi zajęło dziesięć lat, aby dowiedzieć się, co wytwarza - 
wynosiła jedną milionową milimetra, plus minus jedna tysięczna milionowej.
    I miał stanowisko mistrza maszynowego.
       Ale wykonywał tylko jedną czynność: łapał wylatujące z otworu na odpadki zużyte  części 
maszyny   i   wybrakowane   produkty.   Wszystko   inne   było   zautomatyzowane,   regulowane   przez 
komputer oddalony o pół świata.
       Pensja także nie była kłamstwem. Ale werbownik nie wspomniał o tym, że jeden komplet 
ubrania kosztuje sto kredytów, posiłek z soi dziesięć za porcję, a czynsz za trzy pokoje w barakach 
wynosi tysiąc kredytów miesięcznie.
       Data zakończenia kontraktu oddalała się coraz bardziej, podczas gdy Amos i Freed usiłowali 
znaleźć jakąś drogę odwrotu. A potem przyszły dzieci. Nie planowane, ale chciane. Kompania 
zachęcała do posiadania potomstwa. Następna generacja robotników, bez konieczności ponoszenia 
wydatków na rekrutację i transport.
     Amos i Freed walczyli z procesem warunkowania prowadzonym przez Kompanię. Ale trudno 
wytłumaczyć,  co znaczy otwarte niebo i spacer po nie znanych  ścieżkach, komuś, kto wzrasta 
wśród zakrzywionych, szarych sklepień i ruchomych chodników.
    Freed, po długotrwałej walce z Amosem, przedłużyła swój kontrakt o sześć miesięcy z powodu 
nabycia kinotapety na całą ścianę, przedstawiającej śnieżny krajobraz na jakiejś odległej planecie.
    Prawie osiem miesięcy przeminęło, zanim śnieg przestał padać na urokliwe skupisko domków, a 
drzwi, otwarte na powitanie powracającego robotnika, przestały chwiać się na wietrze.
        Tapeta   była   potrzebna   Amosowi   i   Freed,   ale   nie   Kartowi.   Chociaż   młody   Sten   nie   miał  
najmniejszego pojęcia, jak to jest, kiedy żyje się bez murów odległych o wyciągnięcie ręki, był 
pewien, że jedyny cel jego życia, nieważne za jaką cenę, stanowi wydostanie się z Vulcana.

     Rozdział 3 

    - Zapamiętaj sobie, synu. Musisz patrzeć na niego jak na niedźwiedzia.
    - Tato, a co to jest niedźwiedź?
    - No wiesz. Taki, jakiego używa Gwardia Imperialna do ćwiczeń. Widziałeś jednego na filmie.
    - A, tak. Wygląda jak Doradca.
    - No, może trochę, tylko nieco bardziej owłosiony i mniej nadęty. Mimo wszystko, kiedy siedzisz 
w ćwiczebnym wozie i patrzysz w dół na niedźwiedzia, to też nie wygląda tak groźnie. Ale gdyby 
tak stanął przed tobą...
    - Nie rozumiem.
    - Ten niedźwiedź, to jak Vulcan. Gdybyś był wysoko, w Oku, to wszystko wyglądałoby zupełnie 
dobrze. Ale kiedy jesteś Migiem, tu, w dole...
    Amos Sten kiwnął głową i nalał sobie następny kufel narkopiwa.

background image

    - Karl, musisz sobie zapamiętać, aby nigdy, ale to nigdy nie dać się złapać temu niedźwiedziowi.
       Tego Sten zdążył się już nauczyć. Dzięki Elmorowi. Elmor to był stary Mig, mieszkający w 
samodzielnym mieszkaniu na końcu korytarza. Większość wolnego czasu spędzał na placu zabaw, 
opowiadając dzieciom bajki.
       To były piękne opowieści, element tradycji, którą ci przemysłowi wieśniacy przywieźli na 
Vulcana z tysięcy światów, i która tu zrodziła ich podziemną kulturę.
    Zbiory Ardmoru. Duchy statku z Capelli. Farmer, który został królem.

       I własne legendy Vulcana. O Buntowniku, który uratował Kompanię. Niesamowite, szeptane 
opowieści o kopułach magazynów i fabryk, w których od pokoleń nie postała noga człowieka, ale 
wciąż coś żyło i poruszało się wewnątrz.
    Ulubioną bajką Stena była ta, którą Elmor opowiadał najrzadziej - jak to kiedyś, pewnego dnia, 
wszystko   się   zmieni.   Przybędzie   ktoś   z   innego   świata   i   powiedzie   Migów   w   górę,   do   Oka. 
Nadejdzie dzień porachunków i system obiegu powietrza wypluje krew Execów. Najlepsze było na 
końcu, kiedy Elmor mówił powoli, że człowiek, który powiedzie Migów, też będzie Migiem.
        Rodzice   z   korytarza   nigdy   nie   zwracali   uwagi   na   Elmora.   Trzymał   dzieciaki   z   daleka   od 
kłopotów i byli mu za to wdzięczni. Każdego Dnia Założyciela przelewali na kartę Elmora coś w 
rodzaju   prezentu.   Nawet   jeśli   zdawali   sobie   sprawę,   jakiego   rodzaju   są   te   opowieści,   to   i   tak 
milczeli. Po prostu milczeli.
    Koniec był więc nieunikniony. Któreś dziecko za dużo gadało do niewłaściwej osoby. Takiej jak 
Doradca.
       Pewnego popołudnia Elmor nie przyszedł. Wszyscy zastanawiali się, co zaszło. Potem temat 
zaczął nudzić i wszyscy zapomnieli.
    Ale nie Sten. Spotkał kiedyś Elmora w Dzielnicy. Wielki i niezgrabny człapał powoli za maszyną 
sprzątającą ulicę. Zatrzymał się przy Stenie i spojrzał w dół na chłopca.
     Usta Elmora otworzyły się, próbował coś powiedzieć. Lecz język tylko drżał bezsilnie, mowa 
brzmiała jak niezrozumiałe pomruki. Maszyna zaświstała, Ehnor posłusznie obrócił się i poszedł za 
nią. Stenowi przez głowę przeleciała jedna myśl: pranie mózgu.
    Powiedział ojcu o tym, co widział. Amos skrzywił się.
     - To jest tajemnica, którą musisz poznać, synu. Naucz się być od nich sprytniejszy. Naucz się  
zygzakować.
   - I co ja ci mówiłem o zygzakowaniu, synu?
    - Nie mogłem, tato. Było ich czterech, i każdy większy ode mnie.
     - To źle, chłopcze. Ale w życiu napotkasz jeszcze wiele większych od ciebie rzeczy. Jak masz 
zamiar dać sobie z tym radę?
    Sten namyślał się przez chwilę.
    - Nie wyglądają tak strasznie, kiedy patrzy się na nich od tyłu, prawda, tato?
    - Co za paskudna myśl, Karl. Paskudna. Zwłaszcza że prawdziwa.
    Sten wstał.
    - Dokąd idziesz?
    - Ja... chciałem iść się bawić.
    - Nie. Niech najpierw zniknie ten siniak pod okiem. I niech ludzie zapomną.
    Dwa tygodnie później jeden z tych czterech chłopców wspinał się po linie podczas ćwiczeń. Lina 
pękła. Spadł z wysokości sześciu metrów na stalową podłogę.
       Trzy dni później dwóch innych buszowało po nie wykończonym korytarzu. Pewnie mieli po 
prostu   pecha,   bo   stali   pod   ścianą,   której   wsporniki   nie   wytrzymały.   Kiedy   wypuszczono   już 
chłopców ze szpitala, Doradca udzielił ich rodzicom nagany.
     Przywódca atakujących Stena także nie miał szczęścia. Wracał do domu późnym wieczorem i 
ktoś pobił go do nieprzytomności. W wyniku przeprowadzonego śledztwa Doradca stwierdził, że 
sprawcą prawdopodobnie był Buntownik, członek jednego z młodzieżowych gangów buszujących 
po opuszczonych sektorach Vulcana, taki typ o jeden krok od prania mózgu.
    Wyjaśnienia Doradcy przyjęto do wiadomości. Stena już zawsze pozostawiano w spokoju.

background image

   - Karl, chciałbym chwilę z tobą porozmawiać.
    - Tak, tato?
    - Ja i inni byliśmy na spotkaniu z Doradcą.
    - Och.
    - Zastanawiasz się pewno, czego chciał.
    - Tak. No tak. Jasne, że o tym myślę.
    - I nie masz najmniejszego pojęcia, o co chodzi?

    - Nie, tato.
     - Tak właśnie myślałem. Zdaje się, że jakiś młody Mig wynalazł coś. Jakiś rodzaj rozpylacza. 
Nie wiesz może czegoś na ten temat, chłopcze?
    - Nie, tato.
    - No pewno. Ten rozpylacz śmierdzi jak... no, tak jak wtedy, kiedy zbiornik ścieków wylał się na 
Korytarz Tysiąc Osiemset Czterdziesty Piąty. Pamiętasz to?
    - Tak, tato.
    - Coś cicho jesteśmy dzisiaj, synku, co? Idźmy dalej. A więc ktoś poszedł i spryskał tym Doradcę 
i czterech z jego pomocników. Spryskał ich portki, kiedy usiedli. Skrywasz uśmiech, czy mi się 
tylko tak wydaje?
    - Nie, tato.
     - Tak myślałem. Doradca zażądał, by rodzice przeprowadzili dochodzenie, po czym oddali tak 
aspołeczne dziecko w ręce sprawiedliwości.
    - Co masz zamiar zrobić, tato?
        -   Już   zrobiłem.   Poszedłem   do   biblioteki.   Twoja   mama   rozmawiała   z   bibliotekarzem,   a   ja 
przejrzałem fiszki, żeby sprawdzić, kto ostatnio czytał podręczniki do chemii.
    - O.
    - Tak. O. Niestety, wyszedłem i zapomniałem oddać te fiszki.
    Sten siedział cicho jak mysz pod miotłą.
       - Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że zanim zacznę kogoś podpalać, powinienem najpierw 
sprawdzić, czy co najmniej sześciu innych ludzi nie ma pochodni w swojej skrzynce z narzędziami. 
Czy rozumiesz, o czym mówię?
    - Tak, tato.
    - Tak też mi się zdawało.
    Jednym z najlepszych wydarzeń było to, o którym Sten zawsze myślał jako o Czasie Jaszczura.
       Jaszczury, wyjątkowo obrzydliwe małe drapieżniki, zostały odkryte przez statki zwiadowcze 
Kompanii na jakimś piekielnym świecie. Nikt nie wiedział, dlaczego załoga wracając przywiozła 
kilka okazów tych psychopatycznych małych gadów. Ale przywiozła.
       Mając zaledwie dwadzieścia centymetrów wysokości, Jaszczury przejawiały chęć zatopienia 
swoich szczęk i pazurów w ciałach przeciwników nawet sto razy większych. Jeden z nauczycieli 
Stena, pochodzący z Primy, powiedział, że Jaszczury wyglądają jak małe tyranozaury.
    Chociaż prawie wszystkiego nienawidziły tak samo, to szczególną niechęć żywiły do osobników 
własnego   gatunku.   Z   wyjątkiem   krótkiego   okresu   godowego   nic   nie   sprawiało   im   większej 
przyjemności   niż   rozszarpanie   na   sztuki   innego   Jaszczura.   To   właśnie   czyniło   je   idealnymi 
zwierzętami do walk na arenie.
        Amos  właśnie  otrzymał   od Kompanii   nagrodę  za  odkrycie  tego,  że  jego obrabiarka   może 
pracować dodatkowo tysiąc godzin pomiędzy konserwacjami, jeśli wylot rury wydechowej zostanie 
odsunięty   od   wlotu   powietrza   do   układu   chłodzenia   komputera.   Z   wielką   pompą   skrócili   mu 
kontrakt o rok.
    Amos, zawsze pierwszy do hazardu, użył tego rocznego kredytu do zakupienia Jaszczura.
        Sten  z  początku  nienawidził  gada,   zwłaszcza   że  błyskawiczne  kłapnięcie  szczęk  omal   nie 
pozbawiło go małego palca.
    Amos wyjaśnił mu:

background image

    - Ja też nie przepadam za tym żarłokiem. Nie lubię tego, jak wygląda, jak śmierdzi i jak żre. Ale 
to będzie nasz bilet na wyjazd z Vulcana.
        Argumenty  były   przekonujące.  Amos  planował  wystawiać  jaszczura   w krótkich   walkach   i 
zakładać się o małe sumy.
        -   Wygrywamy   mało,   miesięczny   kontrakt   tu,   tygodniowy   tam.   Ale   wcześniej   czy   później 
wygramy dość, aby stąd prysnąć.
    Nawet matka Stena dała się przekonać, że coś będzie z tego najnowszego marzenia Amosa.

       A piętnastoletni wówczas Sten z całej duszy pragnął wydostać się z Vulcana, pragnął tego 
bardziej,   niż   czegokolwiek   innego.   Więc   karmił   troskliwie   Jaszczura,   powstrzymywał   mdłości 
znosząc obrzydliwy smród, i usiłował nie krzyczeć zbyt głośno, gdy po karmieniu spóźnił się z 
cofnięciem ręki z klatki.
       I przez jakiś czas zdawało się, że wielki plan Amosa działa. Aż do tej nocy, kiedy Doradca  
pojawił się na walkach prowadzonych w nie używanym korytarzu parę przecznic dalej.
    Idący za Amosem Sten niósł klatkę z Jaszczurem na arenę. Doradca dostrzegł ich poprzez ring i 
pospieszył na spotkanie.
    - No cóż, Amos - powiedział serdecznie - nie wiedziałem, że puszczasz Jaszczura do walki.
    Amos ostrożnie skinął głową.
    Doradca zlustrował popiskującą pod ramieniem Stena bestię.
    - Chyba masz niezłego zwierzaka, Amos. Co byś powiedział na to, żeby wystawić go przeciwko  
mojemu w pierwszej rundzie?
        Sten   spojrzał   przez   ring   i   zobaczył   opasłego,   wielkiego   Jaszczura,   którego   niósł   jeden   z 
pomagierów Doradcy. Powiedział:
    - Tato, nie możemy. To jest...
    Doradca zerknął na Stena krzywym okiem.
    - Pozwalasz chłopakowi decydować za siebie, Amos?
    Amos pokręcił głową.
       - No tak. Pokażmy im, że jesteśmy najlepszymi i najuczciwszymi ze sportowców. Pokażmy 
innym korytarzom, że jesteśmy znudzeni ich rozlazłymi gadami, i wolimy wystawić nasze. Zgoda?
    Czekał. Amos wziął kilka głębokich oddechów.
    - Wydaje mi się, że nie zdecydował pan jeszcze, kto przejdzie do wytwarzania drutów, czyż nie?
    Doradca uśmiechnął się.
    - No właśnie.
    Nawet Sten wiedział, że noszenie długich na kilometry prętów z rozpalonego do białości metalu 
było najbardziej niebezpiecznym zadaniem na zmianie Amosa.
    - My, ja i mój chłopak, będziemy dumni, że nasz Jaszczur walczy z pańskim Jaszczurem, panie 
Doradco.
    - To świetnie - powiedział Doradca. - Dajmy naprawdę świetne widowisko.
    Pospieszył z powrotem dookoła areny.
     - Tato - spróbował Sten - jego Jaszczur jest dwa razy większy od naszego. Nie mamy żadnej 
szansy.
    Amos kiwnął głową.
    - Tak właśnie to wygląda. Ale pamiętasz, jak ci mówiłem, żeby nie robić tego, czego się inni po 
tobie spodziewają? Weź moją kartę. Leć do automatu z soją i kup tyle, ile zdołasz zmieścić pod 
ubraniem.
    Sten porwał kartę ojca i przecisnął się przez tłum.
       Doradca był zbyt zajęty chwaleniem się, co może zrobić jego bestia, aby zauważyć, że Sten 
wkłada pasma surowej soi do klatki wielkiego Jaszczura.
       Po krótkiej chwili wrzasków, kłótni i przyjmowania ostatnich zakładów klatki z Jaszczurami 
zostały wniesione na ring, ustawione i szybko otwarte.
     Zwierzak Doradcy, obżarty do rozpuku, wytoczył się z klatki, ziewnął i zwinął do snu. Zanim 
zdążył się obudzić, Jaszczur Amosa już go strawił w połowie.

background image

    Dookoła areny zaległa śmiertelna cisza. Amos spoglądał tak niewinnie, jak tylko potrafił.
       - Tak, proszę pana. Miał pan rację. Pokazaliśmy im, że jesteśmy najlepszymi sportowcami, 
prawda, proszę pana? Doradca nic nie odpowiedział. Po prostu odwrócił się i zaczął przepychać się 
przez tłum.
    Po tym wszystkim Amos nie zdołał już wystawić swojego Jaszczura do żadnej walki na żadnych 
warunkach. Nikt nie żałował, kiedy Jaszczur zdechł - tak jak i wszystkie inne - po miesiącu czy 
dwóch. Ktoś powiedział, że to z powodu braku niezbędnych składników diety.

    Do tego czasu Amos zajął się już obmyślaniem następnego planu wydostania siebie i rodziny z  
Vulcana.
    Nadal planował, gdy Thoresen wysadził Dzielnicę w powietrze.

  Rozdział 4 

       Słowa Barona krążyły i odbijały się echem pod wysoką kopułą. Sten chwytał tylko niektóre 
zwroty:
    - Odważne dusze... pionierzy Vulcana... zmarli dla dobra Kompanii... nie zapomnimy ich imion... 
trzydzieści milionów naszych obywateli zawsze będzie pamiętać...
    Sten nadal czuł odrętwienie.
      Jakiś wracający z pracy człowiek, patrząc spode łba, torował sobie drogę poprzez tłum około 
pięćdziesięciu   Migów   -  żałobników,   zanim   zorientował   się,   o   co  chodzi.   Przybrał,   jak   mu   się 
zdawało, smutny wyraz twarzy i spuścił wzrok.
    Sten nic nie zauważył.
    Patrzył w górę, na wielokrotnie powiększony obraz Barona wyświetlany na suficie. Thoresen stał 
w swoim ogrodzie, w powiewającej szacie, jaką Execowie zawsze wkładali z okazji uroczystości.
       Baron bardzo starannie dobrał strój na ceremonię pogrzebową. Myślał, że na Migach ta jego 
troska zrobi duże wrażenie. Dla Stena Baron był co najwyżej powiększoną, bardziej obłudną wersją 
Doradcy.
       Sten przez pierwszy tydzień pozostawał w stanie szoku. Nadal mocno odczuwał stratę, jak 
człowiek po amputacji, którego boli noga, choć dawno ją odcięto.
    Ukrył się w mieszkaniu. Kiedy trzaskała klapa podajnika, podchodził i zjadał coś z tacy.
    Był nawet wdzięczny Kompanii za to, że zostawiła go w spokoju. Dopiero w wiele lat później 
zorientował się, że Kompania po prostu postępowała zgodnie z instrukcją: "Wypadki Przemysłowe 
(Śmiertelne). Traktowanie Krewnych".
    Poczynając od wyrazów sympatii od zwierzchników Amosa i Freed oraz nauczycieli dzieci aż do 
dodatkowych kredytów na zakupy w najbliższym centrum rekreacyjnym, proces wyciszania żalu 
osieroconych był doskonale skalkulowany. Zwłaszcza izolacja - ostatnią rzeczą, której chciałaby 
Kompania, to rozpaczający krewni przemierzający korytarze i przypominający ludziom, jak cienki 
jest margines oddzielający życie od śmierci na tym sztucznym, obliczonym na zysk świecie.
    Wzniosłe słowa Barona nagle stały się w uszach Stena tylko hałasem. Odwrócił się. Ktoś pojawił 
się obok niego. Sten spojrzał i zamarł. To był Doradca.
    - Wzruszająca ceremonia - powiedział. - Doprawdy niezwykle wzruszająca.
        Skierował  Stena  w stronę  najbliższego  baru  i  posadził   na  krześle.  Włożył   swoją  kartę  do 
terminala i wcisnął guzik. Podajnik wypluł dwa drinki. Doradca wziął łyk płynu i obracał w ustach. 
Sten po prostu patrzył na stojący przed nim pojemnik.
     - Zdaję sobie sprawę z twojej żałoby, młody człowieku - powiedział Doradca. - Ale wszystko 
powstaje   z   prochu.   Wyjął   coś   ze   swojej   kieszeni   i   położył   przed   Stenem.   To   była   karta 
magnetyczna z napisem "Karl Sten, 03857 - con19 - 2Mig - niewyk" na wierzchu. 
Sten zastanawiał się, kiedy zdążyli zrobić mu zdjęcie widniejące na karcie.
       - Wiem, że po okresie żałoby będziesz się martwił o swój los. Nie masz przecież żadnego  
zawodu. Nie masz pieniędzy. Rodziny. I tak dalej.

background image

    Przerwał i pociągnął łyk napoju.
    - Przejrzeliśmy twoje akta i zdecydowaliśmy, że zasługujesz na wyjątkowe traktowanie.
    Doradca uśmiechnął się i postukał w kartę żółtym paznokciem.
    - Postanowiliśmy przyznać ci pełne pracownicze prawa obywatela ze wszystkimi związanymi z 
tym  korzyściami.  Otrzymasz  normalny miesięczny kredyt.  Pełny dostęp do wszelkich urządzeń 
rekreacyjnych. Własny dom, ten właśnie, w którym dorastałeś.
    Doradca zmierzał prosto do finału.

       - Poczynając od jutra, Karlu Stenie, zajmiesz miejsce swego ojca przy najwspanialszych na 
świecie taśmach montażowych Vulcana.
    Sten siedział i milczał. Doradca pewnie sądził, że jest wdzięczny.
    - Oczywiście oznacza to, że musisz odsłużyć parę lat, które zostały jeszcze do końca kontraktu 
twojego ojca, dziewiętnaście, o ile dobrze pamiętam. Ale za to Kompania anulowała czas, jaki 
jeszcze pozostał na koncie twojej matki.
    - To bardzo wspaniałomyślne ze strony Kompanii - stwierdził Sten.
       - Oczywiście. Oczywiście. Ale jak Baron Thoresen zwykle wspominał mi podczas naszych 
częstych pogawędek, w jego ogrodzie, chciałbym dodać... dobro naszych pracowników liczy się 
przede wszystkim. "Szczęśliwy robotnik to wydajny robotnik", tak zwykle powtarza.
    - Jestem tego pewien.
    Doradca znowu się uśmiechnął. Poklepał Stena po ręce i wstał. Potem zawahał się, znowu włożył 
kartę do terminala i wcisnął kilka guzików.
    - Napij się jeszcze, Obywatelu Stenie. Ja stawiam. I pozwól, że pogratuluję ci jako pierwszy.
       Jeszcze raz poklepał Stena, po czym odwrócił się i wyszedł na ulicę. Sten patrzył  za nim. 
Podniósł drinki i powoli wylał je na stolik.

  Rozdział 5 

    Zawyły syreny obwieszczające początek następnej zmiany i skwaszony Sten usiadł. Nie spał już 
od prawie dwóch godzin. Czekał.
    Nawet po upływie czterech cykli trzypokojowe mieszkanie przerażało pustką. Ale Sten nauczył 
się, że zmarli muszą sami nosić po sobie żałobę. Ta część jego życia została oddzielona murem. Ale 
czasem coś się stamtąd wydostawało i żal znowu zaczynał dokuczać.
       Powszechnie uchodził za cichego, posłusznego Miga, jak tego chciała Kompania. Albo, co 
najmniej   dobrze   to   udawał.   Brzęknął   podajnik   ścienny   i   wysunęła   się   taca   z   energetycznym 
napojem, różnymi  środkami na kaca i antydepresyjnymi. Sten machnął ręką na chybił - trafił i 
wyrzucił to wszystko do zsypu na śmieci. Nie chciał tego ani nie potrzebował, lecz wiedział, że 
rozsądniej usunąć zawartość tacy niż pozostawić ją nietkniętą.
        Po   kilku   godzinach   zostałaby   wycofana   i   spisana.   Potem   jakiś   komputer   zanotowałby   i 
zameldował o braku apetytu Stena. Co pociągnęłoby za sobą reprymendę od Doradcy.
    Sten westchnął. Na wszystko były normy.
    Daleko, na początku kolejki jakiś robotnik włożył swoją kartę do zegara medycznego. Maszyna 
błysnęła   i   człowiek   włożył   ramię   do   jej   paszczy.   Zanotowano   jego   najważniejsze   wskaźniki, 
stwierdzono, że jest wolny od alkoholu czy narkotyków, które mogły pozostać po ostatniej zabawie, 
i wpuszczono go.
    Mężczyzna zniknął we wnętrzu fabryki i kolejka posunęła się o dwa kroki.
    Sten przesuwał się razem z innymi, dookoła niego szumiały plotki.
     - Zważywszy na fakt, że Fran był najgorszy ze wszystkich w wyrabianiu normy, to wydaje mi 
się, że Kompania postąpiła z nim cholernie dobrze, kiedy stracił rękę; jedyną rzeczą, do której jej 
używał, było podszczypywanie panienek. Dali mu przecież miesięczny kredyt, nie...?
     - Znasz mnie przecież, jeszcze nikt na Vulcanie nie przerobił mnie w piciu, i nie mogę się już 
doczekać końca zmiany! Taki jestem głupi. Przyprowadź ich, mówię ci, a zobaczysz... Nadeszła 

background image

kolej   na   Stena.   Włożył   swoją   kartę,   stał   sztywno   obok   maszyny,   kiedy   sprawdzała   go   i 
akceptowała, i wszedł powoli do fabryki.
        Budynek   taśmy   był   olbrzymi,   poprzedzielany   jak   plaster   -   miodu   od  podłogi   aż   po   sufit, 
wypełniony   pasami,   maszynami,   torami   i   innymi   urządzeniami.   Dla   Migów   przeznaczono 
wąziutkie   ścieżki,   dzieliły   ich   centymetry   od   upadku   czy   wciągnięcia   między   tryby   jakiejś 
maszyny, która by ich zmieliła, sprasowała, i zwinęła w jakieś bezimienne urządzenie, po przejściu 
całej taśmy odrzucone z powodu wykrytych zanieczyszczeń.

     Po spędzeniu prawie dwóch miesięcy w fabryce Sten zaczął nienawidzić swojego partnera tak 
bardzo, jak całej pracy. Robot był przysadzisty, szary, w kształcie jaja, przystrojony upiorną liczbą 
czujników zebranych w coś w rodzaju dużego, owadziego oka. Poruszał się na kołach i odnóżach, 
pozwalających kroczyć po schodach. Tylko powierzchnia oka i ruchliwe czułki wydawały się żywe.
       A najbardziej nienawidził Sten jego wysokiego, ostrego głosu. Jak u starego bibliotekarza, 
którego pamiętał z Pierwszego Żłobka.
    - Pospiesz się - marudził robot - nie wyrabiamy normy. Dobry robotnik zawsze wyrabia normę. 
W ostatnim cyklu jeden z pracowników w trzecim sektorze, Myal Thorkenson, wyrobił prawie 
dwieście procent normy. Czyż nie jest to ideał wart naśladowania?
       Sten popatrzył  na maszynę  i pomyślał, czy by jej nie kopnąć. Ostatnim razem kiedy tego 
spróbował, kulał przez dwa dni.
    Robot poderwał go swoim nieprzyjemnym głosem.
    - Pospiesz się teraz. Następne krzesło.
    Sten podniósł kolejne siedzenie ze stosu przed długą, srebrną tubą. Potem zaniósł je tam, gdzie 
czekał robot.
     To robot miał stanowisko technika. Sten pełnił rolę przynieś - podaj - pozamiataj. Jego praca 
polegała na podniesieniu siedzenia ze stosu, włożenia go do odpowiedniego otworu i trzymania, 
dopóki robot nie zgrzeje siedzenia z ramą. To było niesłychanie nużące zajęcie, którego dla swego 
mechanicznego zastępcy szefa nigdy nie wykonywał właściwie.
    - Nie tu - powiedział robot. - Zawsze robisz to źle. Pozycja jest ściśle określona. Włóż to jeszcze  
raz. Włóż to. Końcówka spawająca robota rozjarzyła się.
    - Szybko, teraz. Następne.
    Sten powlókł się z powrotem przez przejście, gdzie spotkał robotnika, którego imienia nie mógł 
sobie przypomnieć.
    - Cześć. Słyszałeś już? Właśnie awansowałem.
    - Moje gratulacje.
    Mężczyzna promieniał.
    - Dzięki. Robię wielką imprezę po zmianie. Zapraszam wszystkich. Na mój koszt.
    Sten spojrzał na faceta.
    - Ale czy taki wydatek nie przedłuży ci kontraktu, to znaczy nawet mimo awansu?
    Mężczyzna wzruszył ramionami.
    - Dam sobie radę. To doda mi tylko około sześciu miesięcy do mojego kontraktu.
    Sten rozważał, czy zapytać go, dlaczego tak bardzo chce się pospieszyć i wydać każdy kredyt - i  
jeszcze trochę - ze swojej podwyżki. Jak mógł tak wyrzucać sześć miesięcy swojego życia na... Ale 
przecież znał odpowiedź. Więc nie zawracał już sobie głowy.
    - Masz rację - westchnął. - Dasz sobie radę. Mig ruszył dalej.
    Leta była niemal jedynym jasnym punktem w życiu Stena w tym czasie.
    Pod wieloma względami stanowiła pokazowy egzemplarz panienki do zabawy. Wychowana na 
spokojnej planecie podobnej do tej, z której pochodzili rodzice Stena, miała zamiar po zakończeniu 
kontraktu wyemigrować na jeden ze spokojnych światów Imperium, tam spotkać jakiegoś członka 
królewskiej rodziny i wyjść za niego za mąż. No, mógłby to też być jakiś książę kupców.
     Chociaż Sten nie wierzył już w mit kurwy o złotym sercu, wydawało mu się, że jej naprawdę  
sprawia przyjemność rozmowa z nim i seks.
    Sten leżał cicho na łóżku.

background image

    Dziewczyna pochylała się nad nim, uderzając lekko końcami palców.
    Sten obrócił się i spojrzał na. nią.
    Twarz Lety była łagodna, a źrenice rozszerzone po zażyciu narkotyków.
    - Źźźle - zamruczała.
    - Kontrakty. Kontrakty i normy, i Migowie. Zachichotała.
    - Z tobą wszystko w porządku. I jesteś Migiem. Sten usiadł.

    - Nie będę nim zawsze. Kiedy skończy się mój kontrakt, wydostanę się z tego cholernego świata i 
zobaczę, co to znaczy być wolnym człowiekiem.
    Leta roześmiała się.
    - Wiem, co mówię. Nie będę grał. Nie będę w żaden sposób przedłużał kontraktu. Nigdy więcej 
nocy spędzonych na piciu. Mam zamiar po prostu ograniczyć się tylko do koniecznego czasu. I tyle.
    Leta pokręciła głową i wstała.
    Wzięła kilka głębokich wdechów, usiłując rozjaśnić sobie w głowie.
    - Nie możesz tego zrobić.
    - Dlaczego nie? - zapytał Sten.
    - Do diabła, nawet dziewiętnaście lat to nie wieczność.
    - Nie możesz tego zrobić, ponieważ to wszystko jest oszustwem. Wszystko. Kontrolowane. Jak 
twoja praca. Jak gry. Jak... jak nawet to. Ustalili całość tak, że nigdy się nie wydostaniesz... zawsze 
będziesz do nich przywiązany. Działają na wszelkie sposoby.
    Sten był zaszokowany
    - Ale jeśli to jest oszustwo i nikt nie wydostaje się z Vulcana, to co z tobą?
    - Jak to co ze mną?
       - Ciągle mówisz o tym, co zrobisz, kiedy wyjedziesz, i o planetach, które chcesz zobaczyć, i 
mężczyznach, jakich chcesz spotkać, takich, co nie śmierdzą potem i smarami i... i tak dalej. Leta 
położyła mu dłoń na ustach.
    - To ja, Sten. Nie ty. To ja wyjeżdżam. Mam kontrakt i dają mi pieniądze, narkotyki i wszystko,  
co jem i piję. Nie mogę nawet brać udziału w grach. Automaty nie przyjmują mojej karty. Nie ma 
znaczenia, co robię. Po prostu dopóki żyję, mam gwarancję, że wyjadę z Vulcana. Tak, jak i inne 
panienki. Albo naganiacze czy bramkarze. Oni wszyscy mogą się wydostać. Techowie i strażnicy 
też. Ale nie Migowie. Migowie zostają tu na zawsze. Sten pokręcił głową, nie wierząc w ani jedno 
słowo.
    - Milutki chłopaczek z ciebie, Sten, ale ty umrzesz na Vulcanie.
    Trzymał się z dala od mieszkania Lety przez jakiś czas, przekonując sam siebie, że nie jest mu 
potrzebna. Nie chciał mieć obok siebie kogoś, kto opowiadał mu takie rzeczy... cóż, to musiały 
przecież być kłamstwa, prawda?
       Ale im dłużej jej nie widział, tym więcej myślał i zastanawiał się nad jej słowami. W końcu 
zdecydował, że musi z nią porozmawiać. Aby jej dowieść, że może miała rację w odniesieniu do 
wszystkich innych Migów, ale nie w odniesieniu do niego.
     Z początku ludzie w domu zabawy udawali, że nigdy nie słyszeli o niej. Potem przypomnieli 
sobie.   Och,   Leta.   Przeniesiono   ją   albo   coś   takiego.   Taa.   Jakoś   tak   nagle.   Ale   wydawała   się 
naprawdę zadowolona, kiedy po nią przyszli. Może dostała pracę w Oku, dla Execów.
    Sten zastanawiał się.
    Przestał się zastanawiać, kiedy ukradł klucze od jej pokoju i znalazł niepozorny mikrofon ukryty 
w suficie.
    Myślał często potem, co jej mogli zrobić za to, co powiedziała.

    Miesięczne zestawienie wydatków:

    Mieszkanie........... 1 000 kredytów

    Jedzenie.................. 500 kredytów

background image

    Płaca majstra.......... 225 kredytów

    Usługi..................... 250 kredytów

    Razem 1 975 kredytów

    Miesięczna płaca:

    2 000 kredytów odjąć

    1 975 kredytów wydatków

    25 kredytów pozostało

     Sten po raz dziesiąty sprawdził wyliczenia na ekranie. Zaciskał pasa do granic wytrzymałości. 
Zlikwidował   wszystkie   rozrywki   i   ograniczył   się   do   podstawowej   diety   graniczącej   z 
wygłodzeniem.   Ale   zawsze   wychodziło   mu   to   samo.   Z   dwudziestoma   pięcioma   kredytami   na 
miesiąc nie był w stanie skrócić swego kontraktu nawet o sześć miesięcy. I gdyby kontynuował ten 
sposób życia, oszalałby w ciągu pięciu lat.
    Sten zdecydował jeszcze raz wszystko sprawdzić. Może coś ominął. Wcisnął klawisze na konsoli 
i wywołał Przewodnik Pracownika Kompanii. Przeglądał akapit za akapitem, szukając wyjścia.
       - Cholera! - O mało tego nie pominął. Wrócił do tej strony i przeczytał ją, a potem znowu i 
znowu:
       Ubezpieczenie: Wszyscy robotnicy, Niewykwalifikowani eMigranci, muszą płacić podatek na 
ubezpieczenie w wysokości nie mniejszej niż 35 kredytów i nie większej niż 67 kredytów za każdy 
okres rozliczeniowy, z wyjątkiem dodatkowych prac określanych przez Kompanię jako szczególnie 
niebezpieczne i podnoszące ryzyko wypadku / śmierci, kiedy podatek musi wynosić nie mniej niż 
75 i nie więcej niż 125 kredytów za każdy okres rozliczeniowy. Kompania zobowiązuje się do 
zapewnienia odpowiedniej opieki medycznej i / lub zasiłku pogrzebowego nie przekraczającego 
750 kredytów i / lub...
    Walnął pięściami w klawisze i ekran zamigotał parę razy, a potem zbladł.
    Mieli go. Nieważne, co robiłeś, każdy Mig na zawsze był uziemiony.
    Sten kiwał się w rozpaczy.
    Robot wykończył zawartość ciągnika i odsunął się, czekając na następną rurę w kształcie cygara, 
aby   się   do   niej   podłączyć.   Wypełniony   samochód   zawarczał   odjeżdżając   kawałek,   do   tuby 
transportu   pneumatycznego   prowadzącego   do   terminala   portu.   Ale   ktoś   albo   coś   nie   zdążył 
przygotować następnego stosu siedzeń.
     Sten ziewnął, podczas gdy jego robot czepiał się innej maszyny o zawalenie norm. Tamta nie 
była zbyt chętna do brania winy na siebie. Kłóciły się elektronicznie, dopóki w końcu suwnica 
sufitowa nie złożyła następnej dostawy siedzeń pomiędzy nimi. Robot wślizgnął się do ciągnika. 
Sten podniósł siedzenie na ramię i wywlókł ze stosu.
    Włożył je na miejsce i wysłuchiwał zgrzytów robota, gdy przesuwał siedzenie tam i z powrotem.
        Robot   przemieścił   się   do   przodu,   przygotowany   do   spawania.   Sten   poczuł   nagle   mdłości 
podchodzące do gardła. Całą resztę życia ma spędzić wysłuchując mamrotania tego szarego jaja. 
Sten   zakołysał   się   do   przodu.   Siedzenie   wślizgnęło   się   do   robota   i   maszyna   wrzasnęła,   bo 
przyspawała siebie do siedzenia i ramy ciągnika.
    - Na pomoc! Na pomoc! Jestem w pułapce! - jęczała. Zawiadom kontrolę.
    Sten zamrugał. Potem ukrył uśmiech.
    - Jasne. Już idę.
     Powlókł ciągnik powoli do panelu kontrolnego, wziął głęboki wdech i wcisnął guzik "Zadanie 
ukończone". Drzwi ciągnika zamknęły się i całość zjechała do tuby transportu pneumatycznego.

background image

    - Zawiadomić... kontrola... na pomoc... na pomoc...
    I po raz pierwszy od czasu, gdy został mianowany robotnikiem, Sten poczuł satysfakcję z dobrze 
wykonanej pracy.

    Rozdział 6    

    Sten był "chory" przez ponad tydzień, zanim pokazał się Doradca.
    Tak naprawdę to był rzeczywiście chory przez pierwszy dzień. Chory ze strachu, że ktoś mógłby 
odkryć jego małą zabawę z robotem. Zostałaby zakwalifikowana jako bezczelny sabotaż, był tego 
pewien.. Gdyby miał szczęście, włożyliby go do aparatu do prania mózgu i wypalili każdy obszar 
nieodpowiadający Idealnemu Wzorowi Robotnika.
    Ale istniało zapewne coś jeszcze gorszego. Podobno zawsze istniało na Vulcanie. Sten nie miał 
pewności,   co   to   właściwie   jest.   Słyszał   opowieści   o   piekielnych   fabrykach,   dokąd   zsyłano 
niepoprawnych, nikt jednak nie znał nikogo, kto byłby rzeczywiście zesłany do takiego zakładu. 
Może opowieści zmyślono, a może po prostu nikt nie wracał z takich miejsc. Sten zastanawiał się 
chwilami, czy nie wolałby przejść prania mózgu i zmienić się w roślinę.
    Drugiego dnia zbudził się z uśmiechem. Zorientował się, że nie zauważono, co zrobił z robotem. 
Więc świętował pozostając w domu, wylegując się w łóżku jeszcze dwie godziny po rozpoczęciu 
zmiany. Potem zjadł trochę wyśmienitego jedzenia z zapasów zgromadzonych przez rodziców i 
gapił się na ścienną kinotapetę, na której nie padał śnieg. Wiedział dobrze, że nie powinien wkładać 
karty do telewizora i oglądać programu, albo wychodzić do jakiegoś centrum rekreacyjnego. To 
mogłoby ułatwić Kompanii stwierdzenie, że symuluje.
    Płatki zastygłe w powietrzu na tapecie fascynowały Stena. Zamrożona woda, padająca z nieba. 
To chyba nie było zbyt higieniczne. Sten zastanawiał się, czy w ogóle istnieje jakakolwiek droga 
ucieczki  z   tego  świata.   Nawet   jeśli   te  płatki   nie  wydawały  się   praktyczne,  to  warto   kiedyś   je 
zobaczyć. Warto zobaczyć cokolwiek - jeśli tylko znajdowało się dostatecznie daleko od Kompanii 
i Vulcana.
    Od trzeciego dnia zdecydował, że już nigdy nie pójdzie do pracy. Nie wiedział, jak długo uda mu 
się symulować. Ani co z nim zrobią, kiedy go złapią. Po prostu siedział. Myślał o płatkach śniegu i 
o tym, jak by to było spacerować pośród nich, bez karty w kieszeni przypominającej, gdzie teraz 
powinien być i co powinien tam robić.
       Właśnie  nauczył  się, że  jeżeli  zmruży trochę  oczy,  to śnieżynki  prawie się  ruszają, kiedy 
zabrzęczał dzwonek u drzwi.
    Nie poruszył się. Dzwonek znowu zabrzęczał.
       - Sten! - krzyczał  Doradca przez drzwi - wiem,  że tam jesteś! Wpuść mnie.  Wszystko  w 
porządku. Poradzimy sobie z tym. Razem. Tylko otwórz drzwi. Wszystko w porządku!
    Sten wiedział, że nic nie jest w porządku. Ale w końcu podniósł się i podszedł do wejścia. Znowu 
odezwał się dzwonek. Potem coś zaczęło zgrzytać w zamku. Sten czekał u drzwi.
    I wtedy zawahał się i przeszedł na drugą stronę. Zamek zaskoczył i płyta drzwi przesunęła się. 
Do   środka   wszedł   Doradca.   Jego   usta   były   otwarte,   coś   mówił.   Sten   skoczył,   zaciskając   ręce 
wysoko nad głową. Uderzenie trafiło Doradcę w bok głowy, rzucając na ścianę. Ześlizgnął się po 
niej i upadł na podłogę. Nie poruszał się. Usta miał nadal otwarte.
    Sten zaczął się trząść.
    Nagle poczuł spokój. Oto wyeliminował wszystkie inne możliwości. Pozostało mu tylko jedno. 
Przeszedł nad nieprzytomnym  Doradcą i przeszukał szybko jego kieszenie. Znalazł jego kartę i 
schował do kieszeni. Jeśli użyje jej zamiast swojej własnej, to może Kontrola nie trafi tak szybko na 
jego ślad. Ta karta otwierała mu wstęp do obszarów niedostępnych dla Miga Stena.
    Sten obrócił się i rozejrzał po trzech pustych pokojach. Cokolwiek się później zdarzy, widzi je po 
raz ostatni. Potem wybiegł za drzwi, kierując się w stronę ruchomego chodnika, portu kosmicznego 
i jakiejś drogi poza Vulcan.

background image

    Poczuł się nie na miejscu w chwili, gdy opuścił ruchomy chodnik. Ludzie tutaj wyglądali inaczej. 
Widać   było   tylko   kilku   Migów,   rzucających   się   w   oczy   w   swoich   szarych   kombinezonach. 
Pozostali   mieli   stroje   bogate,   wprost   olśniewające:   Techowie,   urzędnicy,   administratorzy,   tu   i 
ówdzie błyskał dziwny kostium zaświatowca.

    Sten pospieszył do maszyny z ubraniami, włożył do niej kartę Doradcy i wstrzymał oddech. Czy 
zadźwięczy alarm? Czy strażnicy już biegną w jego kierunku?
       Maszyna zawarczała i zaczęła wyświetlać pozycje do wyboru. Sten wybrał pierwszą rzecz w 
swoim rozmiarze, która wyglądała na męską, i paczka wypadła na podajnik. Złapał ją i zaczął 
przeciskać się przez tłum w kierunku obszarów wypoczynkowych.
     Sten wszedł na teren administrowany przez zarząd portu kosmicznego, usiłując wyglądać tak, 
jakby to było właściwe dla niego miejsce. Musiał szybko coś zrobić z kartą Doradcy. Gdziekolwiek 
poszedł, zostawiał za sobą ślad szeroki jak papier wychodzący z drukarki komputerowej.
    Stary, gruby urzędas bębnił w automat obok wydający narkopiwo.
    - Cholerna maszyna. Mówi mi, że nie mam już tych cholernych kredytów na...
       Sten podszedł powoli do niego, znudzony, ale lekko zaciekawiony. Ten facet był pijany tak 
bardzo, że centralny komputer odciął go od dopływu alkoholu.
    - To plamy na słońcu - powiedział Sten.
    Urzędnik spojrzał na niego zamglonym wzrokiem.
    - Tak pan myśli?
       - Jasne. To samo zdarzyło mi się wczoraj. Proszę. Niech pan spróbuje mojej karty. Może ją 
przyjmie.
     Urzędnik kiwnął głową, Sten wcisnął guzik i karta mężczyzny wypadła z automatu. Wziął ją i 
wsunął tę, która należała do Doradcy.
    Minutę później urzędnik z zadowoloną miną pociągał swoje narkopiwo.
     Trzy godziny później złapali go. Siedział właśnie w swoim ulubionym, stałym miejscu, czując 
przyjemny szum w głowie, gdy wpadło coś, co wyglądało jak sześć regimentów strażników. Zanim 
miał czas odłożyć szklankę, był już pobity, związany i wieziony do centrum przesłuchań.
     Szef patrolu wymachiwał zwycięsko kartą urzędnika. Tylko, że to nie była jego karta. To była  
karta Doradcy.
       Stena nie opuszczało to nieznane, nieuchwytne wrażenie od momentu, kiedy tylko wszedł do 
Centrum dla Odwiedzających w porcie kosmicznym. Nawet w panującym tu pośpiechu wyczuwał 
coś dziwnego. Nie wiedział dokładnie, co to jest. Ale myślał, że ma to związek z wolnością.
       Poruszał się pośród egzotycznego tłumu - od obcych i dyplomatów po zasobnych kupców i 
żeglarzy   dalekich   przestrzeni.   Nawet   rozmowy   brzmiały   dziwnie:   o   systemach   gwiezdnych   i 
pozaprzestrzennej jeździe, silnikach na antymaterię i imperialnych intrygach.
    Sten wyminął dziwkę i wszedł do zapełnionej tawerny. Przepchał się przez tłum i znalazł puste 
miejsce przy barze. Obok niego jakiś żeglarz zwierzał się kumplowi.
    - Ten gówniarz porucznik po prostu mnie lekceważy. Możesz w to uwierzyć? Mnie! Bosmana po 
przeklętych piętnastu latach na tym cholernym pokładzie!
    Jego przyjaciel pokiwał głową.
       - Oni wszyscy są tacy sami. Dwa lata w tej akademii dla dzidziusiów i myślą, że pozjadali  
wszystkie rozumy.
     - No więc wyobraź sobie - kontynuował ten pierwszy melduję, że są punkty na ekranie, a on  
mówi, że nie ma żadnego powodu, żeby były punkty. Ja mu na to, że jednak są. Parę minut później 
trafiliśmy w strumień meteorów. Zgrzytało nam w zębach i śmieci leciały z rur wylotowych. Pilot 
wyciągnął nas w ostatniej chwili. Wpadliśmy w taki korkociąg, że kapitanowi mało nie wypadły 
szuflady z biurka.
       Sten dostał swojego drinka, zapłacił za niego jednym ze swoich zachowanych  kredytów, i 
przeszedł   powoli   wzdłuż   baru.   Zwrócił   uwagę   na   grupę   żeglarzy.   Stłoczyli   się   dookoła   stołu, 
rozmawiali cicho i powoli sączyli drinki zamiast chlustać nimi w gardło, jak inni. Nosili czyste 
ubrania, byli świeżo ogoleni i mieli wygląd mężczyzn usiłujących skutecznie pozbyć się kaca.

background image

    Mieli wygląd ludzi wracających do domu.
    - Czas iść - powiedział jeden z nich.
        Równocześnie   skończyli   swoje   drinki   i   podnieśli   się.   Sten   przepychał   się   za   nimi,   gdy 
przechodzili przez tłum i na zewnątrz.

       Sten skulił się w dziobowej części promu. Jakaś płyta ukryła go przed wzrokiem żeglarzy.  
Opuścili Vulcan i w chwilę później Sten poprzez przezroczysty dziób dostrzegł frachtowiec, do 
którego podpływał prom.
    Frachtowiec dalekiego zasięgu, olbrzymi wieloczłonowy owad, rozciągał się na kilometry. Ciżba 
podobnych do żuków holowników ciągnęła kolejne części i wstawiała je na miejsce. Sekcja główna 
statku była kwadratowa i brzydka, z jeżącymi się dookoła czułkami. Gdy prom przybliżył się do 
niej, rozdziawiła paszczę.
    Zanim go połknęła, Sten pomyślał, że jest to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.
       Sten ledwo słyszał sędziego, monotonnie wyliczającego jego zbrodnie przeciwko Kompanii. 
Otaczali go strażnicy. Przed sędzią siedział Doradca, a jego głowę spowijały bandaże. Potakiwał 
boleściwie za każdym razem, gdy sędzia wymieniał kolejne naruszenia prawa.
    Znaleźli Stena na promie, skulonego pod kilkoma kocami i otoczonego skradzionymi ze statku 
sprzętami. Kapitan usprawiedliwiał się przed nim cały czas, nawet wtedy, gdy zawiadamiał Vulcan, 
aby kogoś przysłali. O tej planecie krążyły dziwne opowieści.
    - Nie możemy ci pomóc - mówił kapitan. - Służba bezpieczeństwa, szukając takich ludzi jak ty, 
wysyła szperaczy na każdy statek, zanim pozwoli mu odlecieć.
    Sten nic nie mówił.
    - Słuchaj - kontynuował żeglarz - nie mogę podjąć tego ryzyka. Gdyby mnie złapano na próbie  
pomocy, Kompania zabrałaby mi prawo do handlu. Byłbym skończony. Chodzi nie tylko o mnie. 
Muszę myśleć o załodze...
    Sten ocknął się, gdy strażnicy popchnęli go do przodu. Sędzia skończył już swoją wyliczankę. Co 
teraz będzie? Pranie mózgu? Jeśli tak, to Sten miał nadzieję, że zostanie mu dosyć rozumu, aby 
popełnić samobójstwo.
    Wtedy przemówił sędzia:
    - Mam nadzieję, że jesteś świadom ogromu swoich przestępstw?
        Sten  zastanawiał   się, czy udać  pokornego  Miga.  A, do  diabła.  Nie  miał   nic  do stracenia.  
Popatrzył na sędziego.
    - Rozumiem. Doradco, czy ma pan coś do dodania w kwestii okoliczności łagodzących?
    Doradca zaczął coś mówić, ale raptownie pokręcił tylko głową.
    - Dobrze. Kartu Stenie, ze względu na twój młody wiek, ponieważ jesteś w stanie służyć jeszcze 
wiele lat dla dobra Kompanii, i ponieważ nie chcemy okazać się bezlitosnymi oraz dostrzegając 
możliwość poprawy, orzekamy jedynie... przeszeregowanie.
    Przez chwilę Sten poczuł nadzieję.
    - Twoim nowym miejscem pracy będzie Sekcja Zewnętrzna. Na czas nieokreślony. Jeśli, hmm, 
okoliczności ulegną zmianie, po upływie przewidzianego prawem okresu wyrok zostanie ponownie 
rozpatrzony.
    Sędzia skinął głową na znak, iż powiedział już wszystko i wcisnął guzik "wprowadzanie danych" 
na swoim terminalu. Strażnicy poprowadzili Stena. Nie był pewien, co sędzia miał na myśli. I na co 
naprawdę został skazany. Pozostawiono mu umysł i życie.
    Odwrócił się u drzwi i po uśmiechu na twarzy Doradcy zorientował się, że zapewne nie na długo.

background image

    Rozdział 7    

    - To po prostu kwestia entropii. Dowiodłem tego - powiedział starszy mężczyzna. I podniósł swój 
kufel.
       Młodszy, siedzący obok niego człowiek w błyszczącym kombinezonie oficera pokładowego, 
zachichotał   i walnął   butami  w  stół. Na  bluzie   miał  plakietkę   z napisem  "H.E.  Raschid,  oficer 
mechanik".
       - Co w tym śmiesznego? - powiedział wojowniczo jego zwierzchnik. Popatrzył na czterech 
innych żeglarzy dalekiej przestrzeni siedzących przy stole tawerny. - To są moi oficerowie i oni nie 
słyszeli, żebym powiedział coś śmiesznego. Prawda?
    Raschid rozejrzał się dookoła i uśmiechnął szeroko, gdy chór pijanych głosów odrzekł "tak jest". 
Podniósł swój kufel i osuszył go do dna.
    - Jeszcze jedna kolejka. Powiem wam. Słuchałem skwierczenia starych durniów, takich jak ty, o 
tym, że wszystko idzie ku gorszemu i że im jest coraz gorzej, i tak dalej, i tak dalej, od czasów, gdy  
byłem zupełnym szczeniakiem.
       Barmanka, największa i jedyna atrakcja baru w porcie kosmicznym, posłała kufle po długiej, 
wypolerowanej aluminiowej ladzie. Raschid zdmuchnął pianę z wierzchu i przełknął.
       - Mówienie do głupców - stwierdził - budzi pragnienie. Nawet jeśli są wysoko opłacanymi  
kapitanami statków kosmicznych.
    Mat ze statku kapitana złapał szefa za ramię - gest, który na tysiącach światów kończył bijatykę, 
zanim się zaczęła i spojrzał spode łba. Raschid znowu się roześmiał.
        -   Kiedy   człowiek   robi   się   za   stary,   żeby   podejmować   walkę,   zawsze   znajdzie   jakiegoś 
żółtodzioba,   który  to   za   niego   odwali.   Powiem   ci   coś,  kapitanie.   Daj   mi   chociaż   jeden   dobry 
przykład na to, jak wszystko schodzi na psy, a może, powtarzam, może, uwierzę ci.
    Kapitan postawił swoje piwo z rozmachem i strząsnął z i tak przemoczonego munduru to, co się 
wychlapało.
    - Sposób, w jaki jesteśmy traktowani. Spójrz na nas. Jesteśmy oficerami. Handlowcami. Miliony 
kredytów zależą od naszych decyzji. I popatrz dookoła. Jesteśmy na Primie. Serce Imperium i te 
inne bzdury. Ale czy ktoś podchodzi do nas z należytym szacunkiem? Nie, do cholery!
    - To my jesteśmy kołami napędowymi Imperium! - wrzasnął jeden z jego oficerów.
    - Więc, czego byście chcieli?
       - Tak, jak powiedziałem. Szacunku. Dwieście, trzysta lat wstecz wszyscy łasiliby się do nas. 
Każdy by chciał wiedzieć, jak jest tam, na zewnątrz. Kobiety uganiałyby się za nami. Mówię ci...
    Kapitan wstał i wskazał palcem, ale efekt tego gestu został zniszczony przez nagły wstrząs, który 
lekko zachwiał murami. - Gdy Imperium nie potrafi już dbać należycie o swoich bohaterów, to 
znaczy, że upada! - Skinął triumfalnie głową, obracając się do swoich oficerów. - Dowiodłem, czy 
nie?
    Raschid zignorował wrzaskliwe potwierdzenie.
    - Wydaje ci się, że powinno być tak, jak kiedyś, w dawnych dobrych czasach? Powiedzmy, kiedy 
były statki z napędem jonowym?
    - Nie musimy cofać się aż tak daleko, ale to dobry przykład. Więcej piwa! Wróćmy do czasów, 
kiedy żeglowały jonowe statki, a na nich prawdziwi mężczyźni!
     - Jonowy napęd! - Raschid uśmiechnął się szyderczo. Tupnął lekko w podłogę. - Te statki. A 
wiesz, jak one działały? Sterowane przez komputer. Od startu do lądowania.
    Jeden z mężczyzn wyglądał na zaskoczonego.
    - A załoga?
    - Ta - ak. Załoga! Pozwólcie, że wam wyjaśnię to, czym filmy nie zawracały sobie głowy. Zdaje  
się, że na większości tych statków było trochę gorąco. Od dziobu do Bariery Trzydzieści Trzy, 
gdzie mieścił się ładunek i pasażerowie.
    - W parę lat zaczęły się kłopoty z naborem młodych bohaterów do załogi po tym, jak a młodzi 
bohaterowie zorientowali się, że ich kości zielenieją i zaczynają wychodzić ze stawów po dwóch, 
trzech podróżach. Więc wiecie, kogo brali do załogi? Portowe lumpy, które miały akurat dosyć 

background image

rozumu na to, żeby wyłączyć silnik, gdy zaczynało robić się gorąco poniżej Trzydziestej Trzeciej. 
Dali im dosyć taniego narkotyku, aby powstrzymać przed otworzeniem śluz i zobaczeniem, co jest 
po drugiej stronie, naciśnięciem odpowiedniego guzika i zwianiem, co sił w nogach. Tacy byli wasi 
cholerni bohaterowie statków o napędzie jonowym, i ich bohaterscy oficerowie.
    - I jak myślicie, czy ludzie o tym nie wiedzieli? Myślicie, że ich fetowano jak herosów? Jeśli tak, 
to jesteście nawet głupsi, niż na to wyglądacie.
     Kapitan rozejrzał się po swojej załodze. Czekali na replikę. - Jakim cudem możesz tyle o tym 
wiedzieć? Bariera Trzydzieści Trzy. Jedyny sposób, żeby się o tym wszystkim przekonać, to bycie 
jednym z załogi. - Kufel starego człowieka walnął w stół. - Niech to wszyscy diabli! Przychodzimy 
tu na spokojny kufelek albo dwa, siedzimy sobie, może trochę koloryzujemy... ale nie zniesiemy 
tego, żeby ktoś myślał, że jesteśmy na tyle głupi, żeby uwierzyć...
    - Byłem jednym z załogi - powiedział Raschid beznamiętnie.
    Mężczyzna przerwał. Jego mat wstał.
    - Twierdzisz, że masz tysiąc lat?
    Raschid pokręcił głową i dopił swoje piwo.
    - Nie. Więcej.
       Kapitan spojrzał na mata... mat zacisnął pięść, którą można by podnajmować jako kulę do 
burzenia domów, i uderzył. Ale głowy Raschida już tam nie było.
    Dał nura do przodu, poprzez stół. Z byka trafił trzeciego oficera, który upadł na kumpla i razem 
runęli na podłogę wśród łomotu łamanych krzeseł.
       Raschid stanął na nogach, gdy mat obracał się. Wkroczył w środek drugiego obrotu i pięścią 
uzbrojoną w kastet trafił w przedramię. Mat zgiął się we dwoje.
    Raschid obrócił się uskakując, gdy dwóch innych ludzi podnosiło się z podłogi. Ale uskoczył nie 
dość daleko. Kufel kapitana trafił go w tył głowy i Raschid zatoczył się do przodu, opierając o bar.
    Podniósł się żwawo, podkurczył nogi i kopnął z całej siły. Ramię trzeciego oficera trzasnęło jak 
zapałka; jęcząc opadł na podłogę. Raschid obrócił się dwa razy, łapiąc za rękę będącego akurat w 
pobliżu mata. Pociągnął mocno.
     Mat prześlizgnął się do przodu, zbierając na czole kolekcję podstawek od piwa, i jakby nagle 
skamieniał.
       Raschid odwrócił się od baru, uzbrojony w trzymaną w ręku nogę od krzesła, i uderzył nią 
kapitana w bok.
    Ten na chwilę stracił przytomność.
       Raschid, śmiejąc się radośnie, złapał czwartego mężczyznę  za klapy... gdy trzeci oficer ze 
złamaną ręką wykopał mu nogi spod tyłka.
     Raschid wyrżnął o ziemię; podczas gdy ten czwarty walił w niego jak w bęben. Stary kapitan, 
sapiąc jak wieloryb,  tańczył  - doprawdy bardzo rześko, jak na kogoś w jego wieku - dookoła 
toczącej się masy, od czasu do czasu wymierzając kopniaki w żebra Raschida.
       Znikąd pojawiły się dwie ręce i uderzyły równocześnie w uszy kapitana. Upadł ciężko, jak 
trafiony toporem. Raschid poderwał się na nogi, kiwnął głową nowemu uczestnikowi bójki, a potem 
podniósł   trzeciego   oficera   i   rzucał   nim   w   kierunku   swojego   niespodziewanego   pomocnika, 
szpakowatego behemota, którego nos był tyle razy łamany, że nikt już nie chciał go nastawiać. Ten 
przez chwilę z namysłem huśtał oficera w jednej ręce, zastanawiając się. Potem walnął go prosto w 
nos zaciśniętą pięścią, upuścił i rozejrzał za następnym.
    Raschid siedział na czwartym żeglarzu. Wczepiwszy dłonie w jego włosy systematycznie walił 
głową przeciwnika w podłogę baru.
    Szpakowaty mężczyzna podszedł, podniósł resztę piwa mata i wypił je. Potem mruknął:
    - Myślę, że udowodnił już pan swój punkt widzenia.
    Raschid uniósł powieki mężczyzny, zajrzał w źrenice i niechętnie pozwolił jego głowie opaść w 
końcu na podłogę. Wstał.
    Mierzyli się nawzajem spojrzeniami.
    - Tak, pułkowniku?

background image

    Szpakowaty mężczyzna sarknął.
    - "H. E. Raschid". Oni głupieją z roku na rok. Albo może i kto inny.
    - To trąca brakiem dyscypliny, pułkowniku.
       - Przepraszam. Czy Najwyższy Ze Wszystkich, Wieczny Imperator Miliona Słońc, Władca 
Ziliona Planet i Król, Opiekun Zbyt Wielu Cholernych Ludzi zechce towarzyszyć swemu dobremu i 
wiernemu słudze w drodze do pałacu, gdzie czekają ważne sprawy, czy też woli pan posłać ważne 
sprawy do wszystkich diabłów i poszukać następnych atrakcji?
    - Później, pułkowniku. Później. Nie wypada demoralizować młodzieży.
    Wieczny Imperator otoczył ramieniem swego towarzysza, pułkownika Iana Mahoneya, dowódcę 
Korpusu  Merkurego,  szarą   eminencję   Imperium   odpowiedzialną   za  wywiad,  kontrwywiad  oraz 
tajne operacje - i obaj mężczyźni śmiejąc się, wyszli na słabe światło słońca świata Primy.

Rozdział 8    

       Baron czekał w przedpokoju i przechadzając się nerwowo spoglądał co chwila na potężne 
postacie dwóch wartowników z Gwardii Imperialnej, stojących u drzwi apartamentów Wiecznego 
Imperatora. Gdyby pozwolił sobie na myślenie, po co tu jest - a usilnie próbował zapomnieć - to 
byłby mocno wystraszony. Mało mu znane uczucie.
        Został   ściągnięty   przez   pół   galaktyki   wezwaniem   Imperatora,   przesłanym   bez   zwykłych, 
formalnych uprzejmości. Kazano mu po prostu stawić się. Natychmiast. Bez słowa wyjaśnienia. 
Thoresen miał słabą nadzieję, że nie jest to związane z Projektem Bravo. Z drugiej strony był 
pewien, że nawet wypracowany system szpiegowski Imperatora nie mógł wykryć projektu. Jeśli 
było inaczej - już nie żył.
    W końcu zaświstały otwierające się drzwi i szczupły, odziany w togę urzędnik wyszedł, aby go 
wprowadzić.   Thoresen   odprężył   się   odrobinę,   gdy   gwardziści   pozostali   na   swoich   miejscach. 
Urzędnik   wyszedł   i   Baron   pozostał   sam   w   ogromnej   komnacie   wypełnionej   egzotycznymi 
przedmiotami, zbieranymi przez Imperatora w ciągu całego długiego, ponad tysiącletniego życia. 
Dziwne i straszne bestie z ekspedycji myśliwskich na obcych światach, niezwykłe dzieła sztuki, 
starożytne księgi otwarte na cudownych ilustracjach, wielokrotnie przewyższających jakąkolwiek 
sztukę komputerową.
    Baron gapił się na to wszystko, czując się jak barbarzyńca z zapomnianego świata pogranicza. W 
końcu spostrzegł mężczyznę, czekającego w drugim końcu komnaty. Odwrócony był do Thoresena 
plecami   i   najwyraźniej   patrzył   na   świat   Primy   rozciągający   się   za   wielką,   zaokrągloną 
panoramiczną szklaną ścianą. Miał na sobie prostą, białą szatę.
    Wieczny Imperator obrócił się, gdy Baron zbliżał się zgięty w serii ceremonialnych pokłonów.
       - Zostaliśmy powiadomieni przez naszych przyjaciół rzekł Imperator - że ma pan reputację 
niezbyt lojalnego. Najwyraźniej pomylili się w swoich informacjach.
    Baron zadrżał.
    - Przybyłem, gdy tylko...
    Imperator gestem nakazał mu milczenie. Obrócił się i znowu patrzył przez szybę. Nastała długa 
cisza. Baron niemal przestępował z nogi na nogę próbując odgadnąć myśli Imperatora.
    - Jeśli chodzi o perspektywy Kompanii, wasza wysokość, mogę zapewnić, że nie ma powodów 
do niepokoju. Postawiłbym swoją reputację na...
    - Proszę spojrzeć tutaj - powiedział Imperator.
       Zakłopotany Thoresen popatrzył na zewnątrz. Poniżej najważniejsze osobistości Cesarskiego 
Dworu Królewskiego przesuwały się po trawniku w skomplikowanym, powolnym tańcu.
    - Afektowani głupcy. Wydaje im się, że skoro mają tytuły, to Imperium kręci się dookoła nich. 
Miliony obywateli pracują na to, żeby oni mogli się bawić.
    Spojrzał na Thoresena. Na twarzy Imperatora pojawił się ciepły uśmiech.

background image

    - Ale my dwaj wiemy lepiej, prawda, Baronie? Wiemy, co to znaczy ubrudać sobie ręce. Wiemy,  
co to znaczy praca.
       Teraz Thoresen był  naprawdę zakłopotany.  Ten człowiek nie wiedział, czego chce. Dokąd 
zmierzał? Czyżby pogłoski o jego starzeniu się mówiły prawdę? Nie, ostrzegł sam siebie. Jakim 
cudem? Przecież to Baron wymyślił i rozpuścił te plotki.
    - Cóż? - spytał Imperator.
    - Ale nie wiem, o co chodzi, wasza wysokość.
    - Dlaczego prosiłeś o tę audiencję, Baronie? Przejdźmy wreszcie do rzeczy. Czekają delegacje z 
dwudziestu czy trzydziestu planet.
    - A - ale, wasza wysokość, to pewnie jakaś pomyłka, nie pana, oczywiście. Ja... mnie wydawało 
się, że to wy, panie, chcieliście...
     - Jesteśmy zadowoleni, że pan przybył, Baronie - przerwał Imperator. - Czekaliśmy na okazję, 
aby porozmawiać z panem o pewnych, raczej niepokojących raportach. - Zaczął kroczyć  przez 
pokój,   a  Thoresen   podążał   za   nim   usiłując   skupić   się  na   temacie   rozmowy,   czegokolwiek   tak 
naprawdę owa rozmowa miała dotyczyć.
    - Tak, wasza wysokość?
    - Jesteśmy pewni, że nie ma to najmniejszego znaczenia, ale kilku pańskich agentów pozwoliło 
sobie   na   wypowiadanie   pewnych   komentarzy   wobec   klientów.   Niektórzy   z   naszych,   ummm, 
reprezentantów stwierdzili, że komentarze te mają znamiona, jak by to powiedzieć... zdrady stanu?
    - Co ma pan na myśli? - Thoresen pozwolił sobie udać szok.
    - Och, nic konkretnego nie przychodzi nam na myśl. Tylko niewielkie sugestie, że niektóre usługi 
wykonywane przez Imperium mogłyby być lepiej spełnione przez Kompanię.
    - Kto? Kto to powiedział? Natychmiast każę ich...
    - Jesteśmy pewni, że pan tak uczyni, Baronie. Ale proszę nie być zbyt surowym. Wyobrażamy  
sobie, że to tylko przypadek źle pojętej lojalności.
    - Mimo wszystko, Kompania nie może być przedmiotem takich plotek. Nasza polityka, a ma to 
odzwierciedlenie nawet w prawie, gwarantuje nasze całkowite podporządkowanie Imperium.
     - Tak. Tak. Wiemy o tym. To pański dziad ułożył te prawa. Sam je zatwierdziłem, jako wasz 
suweren. To wspaniały człowiek, ten pana dziad. A propos, jak się miewa?
    - Och, zmarł, wasza wysokość. Kilkaset lat...
    - A, prawda. Moje kondolencje.
       Doszli z powrotem do drzwi, które otworzono. Mały urzędnik podszedł, aby wyprowadzić 
kompletnie zdezorientowanego Thoresena. Imperator zaczął odwracać się, ale przerwał.
    - Panie Baronie?
    - Tak, wasza wysokość?
    - Zapomniał pan powiedzieć nam, jaki był powód pańskiego przybycia. Czy ma pan problemy?  
Może potrzebuje pan czegoś?
    Długa pauza ze strony Thoresena.
    - Nie, dziękuję bardzo. Po prostu przypadkiem byłem na Primie i zatrzymałem się, aby wypełnić, 
to znaczy... chciałem tylko złożyć pozdrowienia.
       - Bardzo rozsądnie  z pana strony,  Baronie. A więc wszystko  postępuje dokładnie  tak, jak 
planowaliśmy? Doskonale. A teraz proszę nam wybaczyć.
    Drzwi zasunęły się. Obok Imperatora rozległ się nagle dziwny dźwięk, tak jakby ktoś się dusił - i 
zasłona rozdzieliła się na dwoje. Zza niej wyszedł Mahoney. Zgięty wpół ze śmiechu.
        Imperator   uśmiechnął  się,   przespacerował   do  antycznego,  drewnianego   biurka  i   wyciągnął 
szufladę. Wyjął z niej butelkę i dwa kieliszki. Nalał drinki.
    - Próbowałeś tego kiedykolwiek?
    Mahoney był nieufny. Jego szefa znano w pewnych kręgach z perwersyjnego poczucia humoru.
    - A co to jest?
     - Po dwudziestu latach poszukiwań znalazłem wreszcie coś najbardziej zbliżonego do tego, co 
pamiętam jako diabelski napój. Nazywali to bourbon.

background image

    - Pan to zrobił, co?
    - Tylko pomagałem. Laboratorium dostarczyło to dziś rano.
    Mahoney odetchnął głęboko. Potem przetknął trochę płynu. Imperator obserwował go z dużym 
zaciekawieniem. Długa pauza. Mahoney kiwnął głową.
    - Całkiem niezłe.
       Nalał sobie jeszcze, podczas gdy Imperator pociągnął łyk. Obracał go na języku, po czym 
przełknął.
    - Nie trafili. Nie jest nawet podobne. W smaku przypomina gówno.
    Imperator wypił do dna i napełnił kieliszek na nowo.
    - A więc? Co o nim myślisz?
     - O Baronie? Jest tak skrzywiony, że rano musi się wkręcać w skarpetki. Nie jest też lojalny,  
niezależnie od tego, co próbował udawać, kiedy igrał pan z nim dzisiaj jak z rybą.
        -   Zauważyłeś   to,   co?   Powiem   ci   coś,   gdybym   nie   był   największym   dzieciakiem   w   tej 
piaskownicy, to podciąłby mi gardło. Albo chociaż spróbował; na jedno wychodzi.
    Imperator odsunął drinki i usiadł na swoim krześle, kładąc nogi na biurku.
     - W porządku. Mieliśmy spotkanie twarzą w twarz. A propos, dobry pomysł. I zgadzam się z 
tobą, że ten człowiek jest wystarczająco głupi i żądny władzy, aby zagrozić Imperium. No, a teraz 
wypluj to wreszcie z siebie. O co mam się właściwie martwić?
    Mahoney podsunął sobie inne krzesło, usiadł na nim i położył nogi obok stóp Imperatora.
    - Jest wiele takich spraw. Ale nie możemy niczego dowieść. Najlepsze, co mam: naprawdę dobre 
źródło poinformowało mnie, że Thoresen wydaje mnóstwo kredytów na coś, co nazywa Projektem 
Bravo.
    - Co to jest?
       - Nie mam zielonego pojęcia. Parę lat temu mój człowiek zaryzykował i po prostu zapytał.  
Thoresen nie odpowiedział. Stwierdził tylko, cytuję, że jest to w najlepszym interesie Kompanii, 
koniec cytatu.
    - Kim jest twój człowiek? Mahoney skrzywił się.
    - Nie mogę powiedzieć.
    - Pułkowniku! Zadałem pytanie!
    Mahoney wyprostował się. Wiedział, kiedy żarty się kończą.
    - Tak jest. To członek rady dyrektorów. Nazywa się Lester.
     - Lester... Znam go. Byłem na jakimś jego jubileuszu. Absolutnie godny zaufania w sprawach 
dotyczących Imperium. Oczywiście, jeśli chodzi o pokera, cóż, nikt nie jest doskonały. Więc Lester 
podejrzewa coś w związku z Projektem Bravo?
       - Tak. Thoresen praktycznie całkowicie spłukuje Kompanię, aby za to zapłacić. Pozostawia 
ledwie tyle, aby zadowolić akcjonariuszy. Poza tym Lester podejrzewa, że fałszuje księgi.
     - To za mało. Nawet ja nie mogę posłać Gwardii na Vulcan na podstawie zaledwie podejrzeń. 
Straciłbym wiarygodność. Do diabła, zbudowałem to Imperium na zasadach wolnej konkurencji i 
małej ingerencji rządu.
    - Musi pan wierzyć we własną propagandę?
    Imperator zastanawiał się przez chwilę, po czym z żalem odpowiedział:
    - Tak.
    - A więc?
    Imperator zmarszczył brwi, potem westchnął i dopił swojego drinka.
    - Nienawidzę tego robić, ale nie mam wyboru.
    - To znaczy?
    - To znaczy, że tracę swojego doskonałego kumpla do kieliszka. Na jakiś czas, oczywiście.
    Mahoney zerwał się na równe nogi.
    - Nie posyła mnie pan chyba do tej zapomnianej przez bogów dziury? Vulcan jest na takim końcu 
świata, że nawet komety tam nie zaglądają!
    - Masz jakiś lepszy pomysł?

background image

    Mahoney zastanowił się, po czym pokręcił głową. Osuszył kieliszek do dna.
    - To kiedy mam wyjechać?
    - To jeszcze tu jesteś?

Rozdział 9    

       Cykl wymiany powietrza zmierzał ku końcowi. Gęsty żółty gaz wypełniał śluzę. Sten ledwo 
mógł dojrzeć innych robotników, stojących przy przeciwległej ścianie.
    Wewnętrzne drzwi otworzyły się i Sten poszedł w kierunku swojego stanowiska pracy poprzez 
szeroką na kilometr hemisferę Obszaru Roboczego nr 35.
     Uświadomił sobie, że właśnie minęły dwa lata od czasu, gdy został skazany. Jak ten czas leci, 
kiedy dobrze się bawisz, pomyślał ironicznie.
     Ustawione na poziomie podłoża kadzie bulgotały i wrzały, szary szlam wylewał się na drogę. 
Sten lawirował pomiędzy szumowinami, dookoła wielkich brył rosnącego kryształu.
    Zatrzymał się przy pierwszym stanowisku i sprawdził podajnik pożywki przy jednym z wysokich 
na metr bloków. Pół godziny i wiele potu kosztowało go wyjęcie skręconych zwojów ziarnistego 
raka z drugiej beki, stojącej obok. Okruchami nakarmił "rośliny" w najbliższej kadzi, i poszedł dalej 
poprzez wirujące, żółte powietrze.
    Obszar nr 35 był sztucznym duplikatem jednego z odległych światów, gdzie metale żyły swoim 
własnym życiem. Minerały "rosły", "kwitły" i "umierały".
    Próbki różnych metali wykazywały szczególne właściwości, na przykład niewiarygodną lekkość 
połączoną z wyjątkową wytrzymałością, daleko większą niż u znanych przedtem stopów.
        Geologowie   Kompanii   uznali   te   minerały   za   interesujące,   o   wielkich   możliwościach   na 
olbrzymim  potencjalnym rynku zbytu. Były tylko dwie trudności. Po pierwsze, ich środowisko 
naturalne zabijało ludzi. To jednak nie stanowiło poważnego problemu. Inżynierowie Kompanii 
umieli odtworzyć niemal każde warunki. A kiedy do zbioru minerałów używano skazanych Migów 
z Sekcji Zewnętrznej, wskaźnik śmiertelności można było "zaniedbać". Po drugie, na początku 
spory   problem   stanowiła   obróbka   materiałów.   Po   latach   eksperymentów   zmutowano   w   końcu 
oparte   na   metalu   "wirusy"   z   macierzystego   świata   minerałów   i   użyto   ich   jako   biologicznych 
narzędzi do przetwarzania kryształów.
        Ukształtowany   metal   stosowano   w   przypadku   urządzeń   pracujących   w   warunkach 
maksymalnego   obciążenia,   w   ratunkowych   kapsułach   statków   kosmicznych,   w   czujnikach 
umieszczonych w rdzeniach stosów atomowych, a także jako ekskluzywną biżuterię dla snobów. 
Rzecz   jasna,   koszty   tego   były   astronomiczne.   Majster   Stena   ustalił   kiedyś   cenę   jednej   bryłki 
wielkości pięści na równą wysokości rocznej płacy jakiegoś Execa.
    Szybkość wzrostu i rozmiar każdego bloku były starannie ustalane i kontrolowane komputerowo. 
Ale Sten znalazł sposób na to, aby nieco zwiększyć dopływ pożywki do jednego z bloków. W ciągu 
sześciu cykli pewna mała, nie zarejestrowana bryłka rosła, gram po gramie.
    Sten sprawdził "swój" blok. Bryłka była już gotowa do zbioru - i przetworzenia w pożyteczne, 
małe narzędzie, o którym Sten nie miał zamiaru powiadomić Kompanii.
    Odpiął od przegrody mały kanister z tnącym wirusem i przycisnął czubek obok podstawy swojej 
bryłki. Wyprysnął ledwie widoczny czerwony spray. Sten wycofał się poza zasięg jego działania.
       Widział kiedyś, co stało się z robotnikiem, który pozwolił odrobinie tego czerwonego sprayu 
przeniknąć przez kombinezon. Nie miał nawet czasu na zneutralizowanie wirusa, zanim ten przeżarł 
go na wylot. Eksplodował - zatłuszczona kula ognia, ledwo widoczna poprzez wirującą żółtą mgłę 
utworzoną z połączenia powietrza z kombinezonu i atmosfery Obszaru nr 35.
       Sten odczekał kilka sekund, zneutralizował wirus i odłamał swoją bryłkę od macierzystego 
bloku.

background image

       Zabrał ją do bioobrabiarki, włożył w odpowiednie miejsce. Zamknął i zapieczętował obszar 
roboczy maszyny, zakłócił wskaźniki czujników precyzyjnie opracowanym przyrządem tak, aby 
sekcja kontroli Obszaru nr 35 nie mogła zarejestrować czasu pracy.
        Zmienił   układ   sterowania   na   ręczny   i   wcisnął   klawisze.   Wirus   rozpryskiwał   się   dookoła 
metalowej bryłki. Sten poczekał, aż zostanie zneutralizowany, potem powtórzył operację.
    Czekał.
       Były tylko dwa sposoby spędzania czasu. Jeden - liczenie zgonów. Ale w momencie, gdy 
wskaźnik śmiertelności wynosił dobrze ponad 100 procent rocznie, to tylko przypominało mu, że 
jest na niebezpiecznym końcu statystyki.
    Drugi sposób to wspomnienia.
    Nadzorca ze świńską szyją czekał, aż strażnicy rozkują Stena i pośpiesznie powrócą do głównej 
części Vulcana. Potem uderzył Stena ciężką pięścią prosto w twarz.
    Sten upadł i ponownie stanął na nogach, czując smak krwi.
    - Nie masz zamiaru zapytać, za co?
    Sten stał cicho.
    - To było za nic. Jeśli coś zrobisz, to przydarzy ci się coś o wiele gorszego. Jesteś teraz w Sekcji 
Zewnętrznej. Nie ochrzaniamy się tu tak, jak ci w głównej części. Tutaj Migowie robią to, co im 
każą. Zewnętrzna dzieli się na różne obszary. Każdy z nich ma inne środowisko. Będziesz pracował 
głównie   w   kombinezonie   próżniowym.   Każdy   obszar   to   jest   coś,   co   nazywają   Bardzo 
Niebezpiecznym Środowiskiem. Dlatego tylko ochotnicy tu pracują. To ty. Ty jesteś ochotnikiem. 
Mieszkasz, śpisz, odpoczywasz w Barakach. To następna kapsuła poniżej Sekcji Strażników, w 
której teraz jesteś. Nie idziesz na północ od Baraków, zanim się nie upewnisz, że twoje miejsce 
pracy nie jest w stanie cię zabić. I jeszcze jedno. To, co się dzieje w Barakach, to nie twój interes. 
Liczy się wyłącznie to, że maszyny mają być obsługiwane na każdej zmianie i że nie próbujesz 
uciekać. To jedyne zasady.
    Kiwnął głową i dwóch strażników Sekcji Zewnętrznej wypchnęło Stena.
    Bryłka miała już prawie właściwe wymiary. Sten jeszcze raz obszedł swoją "farmę" i sprawdził  
dopływ pożywki, potem powrócił do bioobrabiarki i nastawił program ostatecznego wykańczania 
narzędzia. 
    Pierwszą pracę Stena nadzorca nazwał łatwizną.
        To  była   prototypowa   fabryka   drutu  w  atmosferze   azotu.  Niestety,  nie  działała   jak  należy.  
Niektóre  wyciągarki   zacinały  się.  Prasy  wywierały  zbyt   duże  ciśnienie   albo,  najczęściej,   druty 
zrywały się z bębnów.
       I za każdym razem, gdy psuła się instalacja, ktoś ginął. Surowe pręty gromadzące się przy 
zaciętej wyciągarce odcinały człowiekowi ramię. Zerwany drut jak miecz przecinał robotnika na 
pół. Pętla, wychodząca z maszyny, owijała się dookoła szyi inspektora, który przez moment nie 
uważał, i gilotynowała go.
    Ponad stu "ochotników" pracowało w fabryce. Sten stwierdził, że ginie tu jeden człowiek w ciągu 
zmiany.
    Wydawało mu się, że nadzorca żartował sobie z niego. Potem dorósł i zorientował się, jak prędko 
inne obszary mordują Migów.
    Wirus przekształcił bryłkę w matowy czarny prostopadłościan. Sten wcisnął guzik "zachować" i 
neutralizowanie, potem przeszedł do następnej konsoli. Szybko zbudował trójwymiarowy model 
narzędzia, które chciał wytworzyć. Zawierał on pomiary wnętrza luźno ściśniętej pięści Stena.
    To narzędzie miało pasować tylko do jednego człowieka.
   - Będziesz mi oddawał swoją rację alkoholu tak długo, jak będę chciał?
    - Właśnie tak.
    - Czego chcesz?
    - Wiesz, jak walczyć. Nadzorca i jego kumple nie czepiają się ciebie.
       - No jasne, że nie. Po całej galaktyce  uczyłem się walczyć.  Chłopie, miałem nawet trochę 
przeszkolenia w Gwardii. Mały człowieczek wyprostował się dumnie. - Chcesz być twardy?

background image

    - O to chodzi.
    - No tak. Czemu nie? Nie mam nic lepszego do roboty, prócz czekania na śmierć.
        Sten   wcisnął   "przekazywanie   danych"   i   przesłał   do   obrabiarki   swój   model,   jako   program 
wzorcowy. Czekał, aż ukaże się światełko "gotowy do pracy", potem dotknął guzika "start".
    Mały, średniej mocy laser żarzył się i krążył wokół bloku metalu. Wirus rozprysnął się dookoła, i 
następna porcja okruchów odpadła. Potem laser "naznaczył" kolejne miejsca i wirus ukształtował 
przedmiot według danych wpisanych przez Stena. Przedmiot był kopią modelu.
    Godziny zmiany uciekały w przeszłość, a obrabiarka mruczała z zadowoleniem. Raz Sten musiał 
wyłączyć, gdy strażnik przechodził obok. Na szczęście nie zatrzymał się przy maszynie.
    - Pozycja podstawowa. Nie. Cholera jasna! Ostrze zawsze idzie przez ciało. Tuż powyżej pasa. 
Potem jesteś gotów do każdej obrony.
    - A co z nożem?
       - Znasz ostrze, będziesz w stanie wsadzić nóż sześć cali powyżej flaków tego faceta, który 
usiłował cię pchnąć. Teraz. Po pierwsze: obróć się w lewo. Ostrze idzie prosto w górę i w dół. 
Krok... nie! Nie! Ostrze musi wejść z boku czyjejś szyi. Nie prosisz go do tańca. Zrób to jeszcze 
raz.
        Na   godzinę   przed   zakończeniem   zmiany   zapaliło   się   światełko   sygnalizujące   zakończenie 
zadania. Sten zaczął sterylizowanie neutralizatorem wnętrza obrabiarki. Wiedział, że nie należy się 
spieszyć. 
   - Jesteś w knajpie. Jakiś człowiek tłucze butelkę. Podchodzi do ciebie. Co robisz?
    - Kopię go.
    - Nie. Nie. Możesz tylko siebie zranić w ten sposób. Rzuć czymś. Czymkolwiek. Jeśli zniży rękę, 
celuj w twarz. Jak nie masz jak go dopaść, walnij krzesłem w pachwinę. Dobra. Uderzasz go. On 
wraca. Co dalej?
    - Kopię. Kolano. Stopa, jeśli dam radę podejść bliżej. Szyja.
    - Dobra. Tamten pada. Co robisz?
    - Wsadzam mu jego butelkę w twarz.
     - Sten, zaczynam być z ciebie dumny. A teraz zbierz dupę w troki. Ćwicz do końca wolnego 
czasu. Jutro pokażę ci, co masz robić, kiedy to ty trzymasz nóż.
    Sten otworzył pokrywę przestrzeni roboczej i wyjął swoje narzędzie.
       Swoje własne... Po raz pierwszy w życiu miał coś, co nie było pożyczone ani wynajęte od 
Kompanii.   To,   że   materiał   kosztował   tyle,   co   okup   za   księcia   kupców,   a   proces   obrabiania 
pochłonął tyle energii, ile potrzebowała cała kopuła, czynił to narzędzie jeszcze wspanialszym.
       Sten trzymał obosieczny sztylet przez ciężkie rękawice swojego kombinezonu. Rękojeść była 
dokładnie przystosowana do palców Stena ściskających ją w morderczym chwycie nożownika, tak 
jak nauczył go mały człowieczek.
    Nie było gardy, jedynie prążkowane poziome wyżłobienie pomiędzy trzonkiem a ostrzem, które 
zwężało się do czubka ostrego jak igła. Cały nóż był długi, wąski i płaski - prawdopodobnie było to 
najbardziej   śmiercionośne   ostrze,   jakie   kiedykolwiek   skonstruowano.   Kryształ   miał   krawędzie 
niewiarygodnie cienkie, ale wystarczał do przecięcia diamentu na pół.
       Sten schował nóż do nieużywanej kieszeni kombinezonu. Miał już przygotowaną dla niego 
pochwę.
    Hite zrobił ją dla niego.
    On i Sten ukryli się tamtej nocy w starym, nieużywanym pomieszczeniu o normalnej atmosferze. 
Hite dał mu ogólne znieczulenie. A potem delikatnie przystąpił do pracy.
    Przy użyciu skradzionych narzędzi mikrochirurgicznych naciął przedramię Stena, przymocował 
podłoże z żywej sztucznej skóry, po czym wkleił skonstruowaną wcześniej rurkę. Jej wnętrze kryło 
ostrze noża. Mięsień nadgarstka owinął dokoła wejścia do pochwy, aby nóż trzymał się na miejscu. 
Potem przyczepił na powrót warstwy skóry ponad zoperowanym przedramieniem i skleił wszystko 
razem.

background image

    Minęło trochę czasu, zanim ta kombinacja sztucznej i prawdziwej tkanki zrosła się i zagoiła. Ale 
Hite był zadowolony, że sztuczna skóra nie spowodowała podrażnień i ciało Stena regenerowało się 
prawidłowo.
       Zadźwięczał dzwonek na koniec zmiany. Sten wyłączył obrabiarkę i skierował się w stronę 
śluzy.
    Nikt nie wiedział dokładnie, za co Hite wylądował w Sekcji Zewnętrznej. Znaną sprawą było to, 
że pracował jako lekarz na jakimś pionierskim świecie. Znaną sprawą było też to, że wziął kontrakt 
Techa na Vulcanie dla niewiadomych powodów. I rzecz jasna musiał zrobić coś wyjątkowo złego.
    Hite nigdy nie powiedział nikomu - włączając w to Stena co naprawdę popełnił.
    Był nie tylko jedynym lekarzem, do jakiego Migowie mieli dostęp.
    Był także jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miał Sten.
    - Sten, bracie. Jedyny kłopot z tobą to ten, że za mało się śmiejesz.
       - Śmiech? Utknąłem w odbycie Vulcana... Wszyscy próbują mnie zabić. I zapewne im się to 
powiedzie. I ty chcesz, żebym się śmiał?
    - No jasne, chłopcze. Bo czy może być coś zabawniejszego niż to wszystko?
    - Nie rozumiem.
    Hite przechylił się bliżej.
    - To dlatego, że bogowie nienawidzą cię. Osobiście.
    Sten zamyślił się. Potem uśmiech powoli rozjaśnił mu twarz. A potem zaczął się śmiać.
    - To twój drugi problem, chłopcze. Za dużo się śmiejesz.
    - Co?
    - A z czego tu się śmiać? Jesteś w tyłku Vulcana i wszyscy usiłują cię zabić. Zacząłbym się bać 
na twoim miejscu.
    Sten popatrzył na niego. Potem pokręcił głową i ryknął ze śmiechu.
        W   szatni   Sten   spryskał   swój   kombinezon   środkiem   odkażającym   i   poczekał   chwilę.   Nie 
stwierdził żadnych przecieków. Strząsnął środek odkażający do odpowiedniego zbiornika i powiesił 
kombinezon   na   miejscu.   W   Sekcji   Zewnętrznej   używano   starych   kombinezonów   próżniowych, 
odrzuconych przez Techów. Przecieki zdarzały się bardzo często. A po wejściu w strefę roboczą nie 
było czasu na ich łatanie. Sten ziewnął i poszedł przez Baraki w kierunku swojej pryczy.
    Nóż spoczywał wewnątrz jego ramienia. Otwarta ręka trzymała go bezpiecznie w pochwie. Sten 
nie mógł się doczekać, aby pokazać to Hite'owi.
       Baraki śmierdziały jak Dzielnica. Podniesiona do sześcianu. Bez strażników. Paru osiłków 
minęło   beznamiętnie   młodego   chłopaka,   leżącego   bezwładnie   w   kałuży   krwi.   Jeden   z   nich 
uśmiechnął się do Stena.
    - Przyszła dzisiaj dostawa świeżego mięsa.
    Sten wzruszył ramionami i poszedł dalej. Stanowisko wydawania alkoholu było zatłoczone jak 
zwykle.   Zatrzymał   się   przy   swojej   pryczy.   Kobieta   -   Mig,   która   zajmowała   łóżko   nad   nim, 
powiesiła swój koc jak kurtynę. Zza kurtyny dochodziły podwójne stękania i pochrząkiwania.
    Sten skierował się ku kwaterze Hite'a. Stary człowiek chorował, ale Sten miał nadzieję, że czuje 
się już lepiej. Chciał wypytać go trochę o Sektor Pionierów.
    Dookoła pryczy Hite'a stało paru ludzi. Nadzorca i kilku jego pomagierów. A obok nich wózek - 
robot.
    Dwóch zbirów podniosło szary, kruchy, sztywny przedmiot z pryczy i rzuciło bezceremonialnie 
na wózek.
       Sten rzucił się do biegu, gdy wózek automatycznie zaczął odjeżdżać. Walnął pięścią w panel 
kontrolny i zatrzymał maszynę.
    - Nie ma potrzeby - powiedział jeden z pomocników nadzorcy. - Stary drań zdechł.
    - Co się stało?
    - Chyba po prostu umarł. Z przyczyn naturalnych.
    Sten zaczął się odwracać... ale zatrzymał się i spojrzał na ciało przyjaciela.
    Krew nadal sączyła się z rany na gardle Hite'a. Sten popatrzył na nadzorcę.

background image

        -   Nie   chciał   iść   na   zmianę.   Więc,   jak   powiedział   Malek,   po   prostu   umarł.   Z   przyczyn 
naturalnych.
    Nadzorca popełnił błąd śmiejąc się.
    Sten podnosił się z podłogi ku niemu. Jeden ze zbirów przeszukał go i Karl upadł. Obrócił się i 
znowu stanął na nogach. W jego umyśle odbiły się echem słowa małego człowieczka.
    Nie wolno ci się złościć. Nie możesz chcieć niczego. Masz być odpowiedzią bez namysłu.
    Jeden z pomocników ruszył się i stopa Stena wystrzeliła. Kolano mężczyzny załamało się nagle i 
padł.
    - Brać go.
    Pomocnicy skoczyli do przodu. Jeden olbrzym dochodził z boku, łapiąc Stena w kleszcze swoich 
łap. Chłopak uwolnił jedną rękę i trafił go pięścią z wystawionym kciukiem.
    Zbir puścił Karla i cofnął się wyjąc, a krew spływała mu z oczodołu.
    Sten obrócił się, trafiając draba stopą w podstawę szyi. Coś trzasnęło i mężczyzna zwalił się na  
podłogę.
    - Załatwcie go, kretyni! - wrzeszczał nadzorca.
    Dwóch ludzi stało patrząc na niego i na Stena, próbując zdecydować, który z nich gorszy. Jeden z 
mężczyzn   wyłamał   pręt   podtrzymujący   pryczę,   a   drugi   sięgnął   do   kieszeni   i   wyciągnął   z  niej 
błyszczący nóż, zaostrzony jak dłuto.
    Sten miękko opuścił prawą rękę. Zacisnął palce. Nóż wskoczył w dłoń. Chłodny. Pewny.
    Mężczyzna ze stalowym prętem pierwszy dosięgnął Stena, obracając się. Chłopak podniósł nóż... 
i ostrze przeszło gładko przez stal. Mężczyzna spojrzał na trzymany w ręku krótki stalowy ogryzek. 
Sten skoczył i przeciął mu gardło miękko jak masło.
    Nożownik udał, że uderza, gdy chłopak odwracał się, potem wycelował w brzuch. Sten zasłonił 
się ręką... Nadzorca zamarł. Ramię jego pomocnika, z nożem wciąż tkwiącym w dłoni, upadło na 
podłogę.
    Potem nadzorca odwrócił się i pobiegł. W złym kierunku. W dół, oddalając się od pomieszczeń 
straży. W stronę obszarów roboczych.
    Sten złapał go tuż przed szatnią. Mężczyzna obrócił się. Wyciągał przed siebie obie ręce. Oczy 
rozszerzyło mu przerażenie.
    Sten uderzył raz.
       Nadzorca wrzasnął, gdy wnętrzności wylewały mu się na zewnątrz, potem miękko opadł na 
podłogę.
    - To było za nic.
    Sten biegł po swój kombinezon, gdy rozdzwonił się alarm.
    Wewnątrz Obszaru nr 35 Sten doskonale słyszał bębnienie w drzwi śluzy. Nie bał się za bardzo. 
Zawalił śluzę powietrzną, a wewnętrzne drzwi zaklinował tak, aby pozostały otwarte. To powinno 
im zająć trochę czasu.
       Strażnicy najwyraźniej uznali, że został schwytany w pułapkę. Miejsce to nie miało żadnego 
połączenia z innym obszarem. A na zewnątrz królowała kosmiczna próżnia.
        Sten   niesłychanie   ostrożnie   podniósł   zbiornik   zawierający   wirusa   i   dotaszczył   go   do 
zakrzywionej,   zewnętrznej   ściany   kopuły.   Otworzył   zawór   i   wygramolił   się   do   tyłu,   do 
przewróconych   sań   grawitacyjnych,   podczas   gdy   czerwony   spray   wirusa   świszczał   naprzeciw 
okrywy kopuły.
    Sanie grawitacyjne były największą rzeczą, jaką mógł znaleźć. Wszystkie kotwice wypuścił na 
zewnątrz i miał nadzieję, że utrzymają, gdy zacznie się polka.
       Ściana pokrywała  się pęknięciami,  szczelinami,  bulgotała  i wrzała,  aż... mur  rozpuścił  się. 
Eksplodowała ciemność. Burza uciekających  gazów ryczała, uciekając w przestrzeń kosmiczną. 
Bryły   kryształu,   warte   mnóstwa   kredytów,   pojazdy   i   narzędzia   wirowały   dookoła   dziury   i 
znajdowały swą drogę na zewnątrz.

background image

     Sanie zatrzeszczały... kotwice puściły i z ogłuszającym zgrzytem pojazd uwolnił się i ruszył w 
kierunku dziury. Zaczął się przez nią przeciskać, ale był po prostu zbyt wielki, aby zmieścić się 
między dwiema głównymi belkami podpór.
    I nagle ryk ustał. I to, co pozostawało z Obszaru nr 35, trwało w ciszy.
       Krew napłynęła Stenowi do oczu, gdy uderzył się w obręcz wizjera kombinezonu. Mrugnął, 
strzepując ją i starannie sprawdził, czy nie ma przecieków.
       A potem prześlizgnął się dookoła sań i wysunął przez dziurę. Zachwiał się, czując chwilowy 
zawrót głowy, gdy ciemność i ostre światło gwiazd rosły wokół niego.
    Tak czy inaczej, wydostał się z Sekcji Zewnętrznej. Oraz zdołał uśmiechnąć się krzywo - spełnił  
jedno ze swoich marzeń. Był poza Vulcanem.
        Nie   miał   pojęcia,   dokąd   idzie.   Najpierw   szedł   powoli,   a   potem,   kiedy   nabrał   pewności   i 
stwierdził, że magnesy butów wystarczająco mocno trzymają go i nie odleci w przestrzeń, zaczął 
poruszać się długimi krokami.
     Kilka razy o mało nie wpadł w panikę i rozglądał się w poszukiwaniu nieistniejącego ukrywa, 
kiedy łodzie patrolowe i tratwy naprawcze przelatywały w pobliżu.
        A   potem   zorientował   się...   że   ich   wszystkich   zajmowała   w   tej   chwili   ta   niespodziewana, 
kosztowna eksplozja gdzieś daleko w Zewnętrznej. Gdyby go nawet zauważyli, to jeden człowiek 
w roboczym kombinezonie nie mógłby zostać skojarzony z tymi zniszczeniami.
    No, przynajmniej nie na tym etapie.
       Trzymał  się na zewnątrz, dopóki rezerwy powietrzne kombinezonu nie uległy całkowitemu 
wyczerpaniu. Wtedy wszedł do środka pierwszym lukiem, jaki zobaczył. Domyślał się, że był on 
przeznaczony dla rutynowych dostaw zaopatrzenia.
    Pogrzebał przy uchwycie i drzwi łagodnie otworzyły się. Wczołgał się do małego pomieszczenia 
śluzy, zamknął zewnętrzne drzwi i wcisnął guzik wymiany powietrza.
        Wewnętrzne   wrota   zapiszczały   otwierając   się,   po   drugiej   stronie   było   powietrze   mogące 
przenosić hałasy, i Sten wszedł. Długi, pusty korytarz rozciągał się daleko do przodu i do tyłu. Na 
ścieżkach zalegała gruba warstwa kurzu i część oświetlenia nie działała. Sten opadł ciężko obok 
grodzi. Był wolny. Był w domu.
    Zastanowił się nad tymi dwiema myślami. I uśmiechnął się. A potem zaczął się śmiać.
    Wolny. Dopóki go nie złapią. Dom? Vulcan?
    Ale śmiał się, jak uczył go Hite.
    Wydawało się to jak najbardziej właściwe.

Rozdział 10    

    Thoresen pospiesznie wysiadł z sań grawitacyjnych i szedł w stronę promu. Jeszcze parę minut i 
opuści świat Primy i podąży na Vulcan. Nadal denerwował się z powodu dziwnego zachowania 
Imperatora i spodziewał się, że w każdej sekundzie może zostać aresztowany.
    Zamarł, gdy kilku gwardzistów nadeszło zza rogu. Ale byli pogrążeni w rozmowie i najwyraźniej 
nie chodziło o niego. Odetchnął głęboko.
    Jakaś nieokiełznana część jego natury prawie pragnęła konfrontacji. Nie był przyzwyczajony do 
składania pokłonów innym ludziom. Nie lubił czuć przymusu. Szedł za żołnierzami, myśląc, czy 
poradziłby sobie z nimi. Natychmiast. Jego umysł taksował możliwości. Pierwszemu rozerwałby 
gardło. Drugi umarłby, gdyby mu złamać nos i wtłoczyć chrząstki do mózgu. Trzeci... zrzucił z 
siebie te myśli. Zaczął lżej oddychać, gdy wspinał się w górę rampy załadunkowej.
       Trochę później siedział już w promie i leciał w kierunku liniowca, czekającego na orbicie 
planety. Wygodnie usadowiony - naprawdę odprężony, po raz pierwszy od opuszczenia Vulcana - 
Thoresen rozważał swoje spotkanie z Imperatorem.
    Istniało kilka możliwości:
    a) Imperator cierpiał na uwiąd starczy. Nieprawdopodobne.

background image

    b) Ten człowiek rzeczywiście usiłował ułagodzić kilku wasali. Nonsens. To nie w jego stylu.
    c) Imperator wiedział o Projekcie Brawo. Nie. Przecież Thoresen jeszcze żył.
       d) Podejrzewał, że coś się dzieje, ale nie mógł  tego dowieść. Zaaranżował  spotkanie,  aby 
wytrącać   Barona   z   równowagi   i   przesłać   subtelne   ostrzeżenie.   Tak,   to   było   bardziej 
prawdopodobne.
    W porządku. Jaki ruch uczyni teraz władca? To proste. Zarządzi dokładne śledztwo. Przyśle na 
Vulcan więcej szpiegów.
    Thoresen uśmiechnął się do siebie. Zamknął oczy, aby zdrzemnąć się trochę. Tuż zanim zasnął, 
zanotował sobie w pamięci: musi rozkazać służbie bezpieczeństwa, aby sprawdziła razem z nim 
papiery wszystkich obcokrajowców. Nie mógł się doczekać osobistego przesłuchiwania szpiegów.

Rozdział 11   

       Sten ukrywał się już ponad miesiąc, gdy spotkał tę dziewczynę. Miała około piętnastu lat i 
bezkształtny, brudny kombinezon. lej twarz i ręce były ubrudzone smarem. O mało co go nie zabiła. 
Nazywała   się   Bet:   Stenowi   zdawało   się,   że   jest   najpiękniejszą   dziewczyną,   jaką   kiedykolwiek 
widział.
    Przez cały ten czas mieszkał w przewodach wentylacyjnych, które oplatały Vulcan. Ich rozmiar 
zmieniał  się od głównych  traktów o szerokości dwudziestu metrów do wąskich jak ręka rurek 
prowadzących   do   poszczególnych   pokoi.   Przewody   pokrywał   kurz   gromadzony   przez   lata,   a 
miejscami blokowały je olbrzymie ekrany filtrów. Aby móc się przez nie przedostać, Sten używał 
małego generatora mocy, skradzionego z hurtowni.
     Kanały wentylacyjne dochodziły wszędzie, dając mu szybki dostęp do magazynów żywności i 
pustych   pomieszczeń,   gdy   musiał   uzupełnić   swoje   zapasy.   Naprawdę   poważne   zagrożenie,   z 
którym się liczył, to możliwość napotkania grup roboczych konserwujących ekrany filtrów. Ale 
można było łatwo ich unikać. Słyszał także dziwne drapania i skrobania, i domyślał się obecności 
Buntowników. Jak dotąd udawało mu się ich unikać, wiedział bowiem, jak by go przyjęli.
    Jedyną rzeczą, której się rzeczywiście obawiał, były powtarzające się wyprawy eksterminacyjne 
regularnie   podejmowane   przez   Kompanię   przeciwko   Buntownikom.   Jak   słyszał   dawno   temu, 
jeszcze jako Mig, tych nielicznych, którzy ocaleli, czekało pranie mózgu.
     Póki co, żył sobie całkiem nieźle i nawet utył kilogram czy dwa podczas tej ucieczki. Właśnie 
zaczynał się lekko nudzić i stał się nieco wybredny w doborze jedzenia, gdy dokonał prawdziwego 
odkrycia.
    Farma hydroponiczna stanowiła pobłyskujący, zielony świat, rozciągający się jak okiem sięgnąć, 
aż po zamglone krańce. Widać było kołyszące się purpurowe paprocie i rząd za rzędem pełne 
roślin, jakie tylko można sobie wyobrazić, niektóre kwitnące, inne uginające się od dojrzewających 
jarzyn i owoców. Sten nigdy przedtem nie widział czegoś podobnego, jedynie filmy w bibliotece 
wideo.
       Nie było  tam wcale ludzi. Roboty rolnicze,  bardzo prymitywne,  troszczyły  się o rośliny i 
dokonywały zbioru. Sten wypadł z kanału i wylądował na podłożu. Było miękkie i zielone. Spojrzał 
w dół, pod nogi. A więc tak wygląda trawa.
       Przeszedł między rzędami czując - świeże powietrze? Zapach kwiatów? Gleby? Zerwał kiść 
czegoś, co zapewne było winogronami. Skubnął trochę, i twarz rozjaśniła mu się pod wpływem 
zachwycającego świeżego smaku. Sten zerwał z siebie koszulę i zaczął ją wypełniać, aż prawie 
trzasnęły szwy.
       Miękki odgłos kroków. Sten obrócił się, w ręku zabłysnął nóż. Potem się zawahał. To była  
dziewczyna.
    Miała broń strażnika, przywiązaną do długiego na pół metra giętkiego pręta. Nie zauważyła go 
jeszcze i Sten zaczął ześlizgiwać się z powrotem w rzędy roślin. Potem zatrzymał się. Dziewczyna 
nie zachowywała się jak Mig albo Tech. Musiała należeć do Buntowników.

background image

        Sten   nagle   przypomniał   sobie   jedną   z   maksym   ojca:   "Wróg   mojego   wroga   jest   moim 
przyjacielem". Wyszedł zza wielkiej paproci na otwartą przestrzeń.
       Dziewczyna zauważyła go, schwyciła broń i odchyliła nieco ramię, gotowa cisnąć w Stena 
zaimprowizowaną włócznią.
    - Zaczekaj.
    Zatrzymała się. Nadal gotowa do akcji. Nie okazywała wcale strachu. Jej oczy rozszerzyły się, 
gdy otworzył dłoń z nożem i ostrze zniknęło. Uniósł ręce w uspokajającym geście. - Kim jesteś?
    - Na imię mam Sten.
    - Uciekasz?
    Sten skinął głową.
    - Skąd?
    - Z Sekcji Zewnętrznej.
    Broń powędrowała w górę.
    - Kłamca! Nikt nigdy...
       - Wysadziłem cały obszar. Przeszedłem do głównego korpusu w kombinezonie próżniowym. 
Żyłem w kanałach. Dziewczyna zadrżała.
    - Słyszeliśmy, że był tam wypadek. Ale to niemożliwe.
    Sten czekał.
        - Masz  muskuły,  na  pewno  są skutkiem  ciężkiej   pracy.   I blizny  na  twojej  nodze...  Jesteś 
zbiegiem.
    - A więc co tutaj robię?
    Uśmiechnęła się bez radości.
    - Kto wie? Próbujesz przeniknąć do nas. Zastanawiam się. Może jednak naprawdę uciekasz.
    Sten wzruszył ramionami.
    - Wyciągnij ręce do przodu - rozkazała. - Pokaż dłonie.
       Sten wykonał polecenie. Dziewczyna dokładnie obejrzała stwardniałe i pokaleczone od pracy 
ręce i sprawdziła uważnie zrogowaciałe paznokcie z wrośniętym w nie smarem.
    - Mogłeś to spreparować. Rozbieraj się.
    - Co? - wydusił z siebie Sten.
    - Zdejmuj ubranie. Jeśli jesteś szpiegiem, to będziesz miał ciało miękkie jak ślimak.
    Sten zawahał się.
     - Ta broń - oznajmiła nagle dziewczyna - jest przeładowana. Wydziela z siebie około dwustu 
procent siły więcej, niż powinna, przez mniej więcej dwie sekundy. Potem się wypala. Ale wtedy 
to, w co uderzy, nadaje się już tylko do przetworzenia.
    Sten odpiął zamknięcie i zdjął kombinezon.
    Dziewczyna obeszła go dookoła, potem stanęła przed nim, zastanawiając się przez chwilę.
    A później uśmiechnęła się lekko.
    - To jest bardzo dobre ciało.
    Potem jej uśmiech zanikł.
    - Chodź. Ubierz się. Nazywam się Bet.
     Gdy wskoczył z powrotem w ubranie, wyrzuciła jego "plon" z koszuli i podała mu ją. Zaczęła 
przebierać warzywa i owoce, odrzucając niektóre jako zbyt zielone, chowając resztę do torby.
    - Masz szczęście, że przechodziłam - powiedziała. - Większość uciekinierów daje się złapać w 
ciągu pierwszego miesiąca.
    - Jesteś z Buntowników?
    Posłała mu zdegustowane spojrzenie.
    - Dlatego jeszcze żyję. Wiemy, jak uciekać spod miotły. Znamy dobre kryjówki, miejsca, gdzie 
prawie   nigdy   nie   zaglądają.   Niezły   Buntownik   może   przetrwać...   nawet   i   pięć   lat.   Sten   był 
zaszokowany.
    - A ty ile czasu już się ukrywasz ? - zapytał.
    - Trzy lata.

background image

    Założyła torbę na ramię i ruszyła w stronę kanału wentylacyjnego.
    - Chodź. Zabiorę cię do Orona.
    Wślizgnęła się do przewodu, przepuściła Stena przodem i umocowała ekran filtru z powrotem. 
Potem spod ubrania wyciągnęła coś, co okazało się małą latarenką, włączyła światło i prześlizgnęła 
obok Stena, aby objąć prowadzenie. Miękki dotyk jej ciała spowodował, że wyschły mu wargi. 
Odetchnął głęboko i poczołgał się za nią.
    Buntownicy nie zwrócili na nich uwagi, gdy Sten i Bet wyszli z kanału do nie używanego od lat 
magazynu.
       Około trzydziestu osób, ubranych w stroje skradzione ze składów Vulcana, oblewało udaną 
wyprawę na wyjątkowo obficie zaopatrzony magazyn. Większość z nich zdążyła się już upić albo 
zaćpać.  To była  jedna z najdziwniejszych  rzeczy,  jakie Sten kiedykolwiek  widział:  impreza  w 
niemal   absolutnej   ciszy.   Szept   -   nawet   w   zaciszu   bezpiecznej   bazy   -   stał   się   drugą   naturą 
Buntownika.
       Co jeszcze dziwniejsze, oni wszyscy byli jeszcze dziećmi. Najmłodsze, jak ocenił, nie miało 
więcej niż dwanaście lat dziewczyna, rozcierająca olejek na ciele chłopaka - na oko trzynastolatka. 
Najstarszy Buntownik, jakiego Sten zobaczył, kiedy Bet prowadziła go pomiędzy nimi, nie miał 
jeszcze dwudziestu lat. Sten czuł się wśród nich jak stary człowiek.
    Oron leżał w biurowej części magazynu. Na pierwszy rzut oka wyglądał na czterdziestolatka. Po 
bliższym   przyjrzeniu   się   można   było   stwierdzić,   że   siwe   włosy   i   uschnięte   ramię   należą   do 
człowieka starszego od Stena około roku.
    Najgorzej wyglądała jego twarz. Połowa była zwyczajna. Druga połowa zastygła jak śmiertelna 
maska.
    Obok niego siedziała kluchowata dziewczyna, pracowicie rozgrzebująca stos owoców. Za nim, 
na pokrytym futrami łóżku, leżały dwie nagie dziewczyny. Obie piękne i śpiące albo naćpane.
    - To jest Sten - powiedziała Bet. - Jest zbiegiem.
    Oron obrócił się ku tłustej dziewczynie i wskazał na Bet.
    - Kim ona jest?
    - To Bet. Wysłałeś ją w czasie zeszłej zmiany na farmę hydroponiczną - odpowiedziała bardzo  
wyraźnie.
    Sten zamarł, rozchylił dłoń, przygotowując się do użycia noża. Jeśli to był gang Bet, to dlaczego  
Oron nie wiedział...? Mężczyzna uchwycił niepokój Stena. Połowa jego twarzy uśmiechnęła się.
        -  Fadal   jest  moją   pamięcią   -   wyjaśnił,   wskazując   na   kluchowatą   dziewczynę.   -   Miałem   - 
miałem... - Podniósł brew. - Pranie mózgu - odpowiedziała za niego Fadal.
    - Tak. Zrobiłem coś złego, kiedy byłem młody, za co oni zrobili mi... pranie mózgu. Ale coś im  
nie wyszło. Nie zadziałało. Albo raczej... tylko częściowo.
    Wskazał na swoją twarz i uschnięte ramię.
    - Moje ciało. I część mojego umysłu... Mam... amnezję.
    - A więc jak ty...? - zaczął Sten.
    - To, co zdarzyło się w ciągu tej zmiany pamiętam świetnie. Ale jutro nie będę miał pojęcia, co 
było wczoraj. Wiem, jak mówić. I że jestem Buntownikiem. I że jestem Oron. Chociaż o tym 
czasami zapominam. I o tym, że przewodzę tej grupie. Ale... muszą mi przypominać... o... o... tak, o 
swoich imionach. I o tym, co mieli zrobić.
    - On jest przywódcą - powiedziała Bet - ponieważ zawsze wie, gdzie opłaca się zrobić napad. I 
kiedy przeprowadzić się, zanim nastąpi następne "sprzątania".
    - Oron jest Buntownikiem od dwunastu lat - dodała Fadal.
    Wydawało się, że uważała to za komplement. Sten pomyślał, że chyba miała rację.
    - A więc jesteś uciekinierem - powiedział Oron. - I chcesz przyłączyć się do nas?
    Sten zawahał się, popatrzył na Bet i wzruszył ramionami.
    - Jasne. Czemu nie?
    - Czy ręczysz za niego, Bet?

background image

    Bet zdziwiła się. Zwykle były jakieś testy i pytania. Dlaczego Oron chciał polegać tylko na jej 
słowie? Popatrzyła na Stena, który czekał na jej odpowiedź. I wtedy to zobaczyła. Ten wyraz jego 
twarzy. Nie zależało mu na Buntownikach ani Oronie. W oczywisty sposób wierzył we własne 
możliwości przeżycia bez nich. On był tutaj dla... dla niej.
    Sten poczuł, jak podskoczyło mu serce, kiedy skinęła głową.
    - Przyjmujemy go?
    Bet spotkała spojrzenie Orona. Nagle zaczęła się śmiać.
    - Tak.
    - Bet będzie twoją partnerką - stwierdził mężczyzna, zwracając się do Stena. - Rób to, co ona... 
pokaże ci... a będziesz żył. A teraz siadaj... weź sobie wina. I opowiedz mi... swoją historię.
        Sten   przyjął   szklankę   wina   i   rozłożył   się   na   podłodze.   Zaczął   swoją   opowieść,   coraz   to 
spoglądając na Bet.

Rozdział 12    

    - Chcę oglądać filmy, mamusiu, chcę oglądać filmy.
       Pielęgniarka  ze Żłobka  uwijała  się dookoła  chłopca,  na jej  twarzy jaśniał  ciepły uśmiech. 
Przytuliła   go   i   wcisnęła   guzik;   ściana   zatrzeszczała   i   stała   się   ekranem,   na   który   wyskoczyli 
bohaterowie kreskówki. Czternastolatek zachichotał z zadowoleniem.
    Rodzice Bet sprzedali ją Kompanii kilka dni wcześniej.
       Ceną było anulowanie ich kontraktów, aby para Migów mogła opuścić Vulcan. Obie strony 
uważały to za świetny interes.
       Zwykle Kompania wolała, aby dzieci Migów wyrastały na Migów - mężczyzn i kobiety. Ale 
istniały pewne wyjątki, których ciągle poszukiwano. Psycholog Kompanii, który przeprowadzał 
testy Bet, aż gwizdnął na widok wyników. Przedstawiciele Kompanii odwiedzili ojca i matkę Bet. 
Rodzice powiedzieli jej, że idzie w znacznie lepsze miejsce. Pocałowali ją i położyli do łóżka. 
Obudziła się w Żłobku, otoczona przez znacznie młodsze dzieci. Kompania zwykle zabierała dzieci 
w wieku około pięciu lat, ale wyniki Bet zrobiły na nich wrażenie. Zdecydowali, że spróbują z 
ośmiolatką.
       Po raz pierwszy w życiu Bet była otoczona miłością i uwagą. Żłobkowe Matki przytulały, 
całowały,   dawały   zabawki.   Niewiele   przewinień   powodowało   kary   albo   ostre   słowa.   Mimo 
wszystko Bet nie ufała Matkom nawet przez chwilę. Nikt nigdy tego nie odkrył, ponieważ Bet od 
najmłodszych lat nauczyła się siedzieć cicho, odpowiadać tylko na pytania, i zawsze wykonywać 
polecenia.
       Sporo czasu zabrało jej odkrycie, co ją tak przeraża. To były te inne dzieci... jej towarzysze 
zabaw.
    Sten przecisnął się za Bet i spojrzał w dół na magazyn. Wyglądał dokładnie tak, jak na modelu  
Orona.  Piętrzące  się  stosy skrzynek   i  walców służących   do przewożenia  towarów,  wypełnione 
wszystkim - od ubrań po luksusowe artykuły żywnościowe dla Techów i Execów. Było to miejsce, 
do którego nie musiała zaglądać istota ludzka - w legalnych celach - ponieważ wszystkie prace 
wykonywały tu roboty, od małych urzędników inwentaryzacyjnych po olbrzymie, o mózgu idioty, 
ładowarki.
    Bet i inny Buntownik zaczęli szukać systemu alarmowego.
    Oron omówił plan ze Stenem, a potem poprosił o sugestie.
      - Nie, Sten - powiedział po wysłuchaniu ich. - W ten sposób... nie zabezpieczysz sobie drogi 
ucieczki. Patrz.
    Jego palec wskazał odpowiednie miejsce na modelu.
     - Blokujesz kratami wyjścia. Ale nawet jeśli wiesz, że są zamknięte, nadal musisz... myśleć o 
tym, że ktoś może tamtędy wejść. Powinieneś się z tym liczyć. Mieć inne...
    Szukał odpowiedniego słowa.

background image

        -   Taktykę.   Jeśli   jesteś   Buntownikiem,   musisz   znać   taktykę.   Nawet   jeśli   plan   wydaje   się 
doskonały... pamiętaj o tym, że... coś może nie wyjść. Nie wolno ci wpakować się w sytuację, z 
której... nie ma odwrotu.
    Sten skinął głową. I Oron zaczął pokazywać mu, jak zabezpieczyć tyły.
    - Zrobimy tu tylne drzwi... posterunek wartowników tutaj... i tutaj.
       Bet znalazła pierwszy alarm i unieszkodliwiła go. Inny Buntownik zdążył już zdjąć ekran z 
kanału. Lina spłynęła w dół i minutę później stali już na podłodze magazynu.
       Bet skinęła na Stena, aby towarzyszył jej do terminala komputerowego. Trójka pozostałych 
zaczęła szukać następnych czujników alarmowych.
    - Nie możemy zostawić żadnych śladów naszego pobytu zaszeptała.
      Jej palce śmigały po klawiszach terminala. Najpierw wywołała program dotyczący czujników 
alarmowych i rozkazała wykrywaczom ciała ludzkiego, aby nie "widziały" ich obecności. Potem 
zajrzała w "Spis inwentarza". Studiowała go uważnie, zrobiła parę notatek i zamknęła listę.
    - Możemy brać tylko te rzeczy. Nikt nie będzie za nimi tęsknił. Dała sygnał innym i zabrali się do 
roboty, metodycznie zbierając swoje łupy.
       Gdy jeden z nich dźwigał ostatnią skrzynkę do stosu zdobyczy, ustawionego przy otwartym 
wylocie, inni usłyszeli lekki, skrzeczący odgłos. Poszukali schronienia, gdy hałas stawał się coraz 
głośniejszy.
    Robot - strażnik wytaczał się zza rogu, czułki miał wyciągnięte w poszukiwaniu oznak obecności 
ludzi. Buntownicy wstrzymali oddechy, gdy czułki przeszukiwały teren dookoła. Wreszcie zostały 
wciągnięte i robot potoczył się w kierunku wyjścia.
    Nagle zapiszczał i stanął. Jeden z ludzi zdusił jęk. Zostawił skrzynkę stojącą na środku podłogi, 
gdy uciekał z pola widzenia. Szum zasilania robota wzmógł się. Z korpusu wyłonił się paralizator i 
czujniki strażnika przeszukiwały magazyn, szukając celu. Nie włączył alarmu. Ale nie miał jeszcze 
pewności. Chociaż to mało prawdopodobne, jakiś zepsuty mechaniczny robotnik mógł zostawić tę 
skrzynię poza ułożonymi starannie stosami.
       Bet obróciła się do Stena. Wskazała w górę na wysoki stos pojemników. Wysunęli się ze 
swojego   ukrycia   i   prześlizgnęli   w   kierunku   stosu.   Dziewczyna   wspięła   się   na   ramiona   Stena, 
znalazła miejsce na stopę i kontynuowała drogę na samą górę. Osiągnęła szczyt i przypadła do 
skrzynek, gdy jedna z nich głośno zatrzeszczała pod nogą.
    Robot obrócił się w stronę dźwięku.
       Przerażona Bet podniosła ciężki pojemnik i zrzuciła go na dół. Broń robota podniosła się i 
spadający pojemnik roztrzaskał się na niej. Cały magazyn wypełnił się najbardziej odrażającym 
smrodem,   jaki   Sten   kiedykolwiek   czuł.   Z   pojemnika   wydobył   się   płyn,   który  zmoczył   robota. 
Maszyna zaczęła natychmiast kręcić się dookoła własnej osi.
    Sten złapał spadającą Bet. Dławiąc się smrodem zakryli usta i nosy. Rozpoznali ten zapach jako 
syntetyczne, stężone piżmo. Z mechanicznym jękiem robot zatrzymał  się w swoim szaleńczym 
wirowaniu i wyciągnął broń, wymachując nią niepewnie.
    Sten popatrzył na Bet, która uśmiechnęła się i odważnie wyszła zza stosu wprost w pole widzenia 
robota. Nawet jej nie zauważył. Sten podążył za dziewczyną, gdy szła niedbale tam, gdzie ukrywali 
się   inni.   Wszyscy   zaczęli   ciągnąć   łupy   do   otworu.   Za   nimi   robot   nadal   niezdecydowanie 
wymachiwał bronią.
        Bet  nienawidziła  swojej  lalki.   Zabawka  była  miękka   i  przytulna,  zaprogramowana  do  roli 
najlepszego przyjaciela małej dziewczynki. Bet dostawała gęsiej skórki trzymając ją blisko siebie.
      Miała już dziesięć lat i została przeniesiona na Oddział B, na drugi etap. Matki Żłobka nadal 
rozdzielały   miłość,   ale   teraz   używano   jej   jako   nagrody   za   rezygnację   ze   wspólnej   zabawy   - 
zachęcano dzieci do spędzania czasu w samotności. Do oglądania kreskówek.
     Bet nigdy nie pozwoliła sobie na okazanie tego, co czuje do lalki. Widziała inne dzieci, które 
zostały ukarane za ignorowanie czy maltretowanie tych zabawek. Zdawało się, że to jedyny grzech, 
jaki mogą popełnić. Nie wiedziała, dlaczego tak czuje. Jej lalka była dokładnie taka jak inne: mała 
dziewczynka chłopcy mieli małych chłopców - z cienkimi, długimi nogami i rękami oraz wielką 
głową. Na twarzy miała szczęśliwy uśmiech, dla Bet wyglądający jak grymas idioty.

background image

     Ale pewnej nocy nie mogła już znieść tego przytulania się zabawki w łóżku i szeptu do ucha, 
błagania o podzielenie się dziewczęcymi sekretami. W nagłym napadzie wściekłości rzuciła nią o 
podłogę. Natychmiast przeraziła się. Co zrobiła najlepszego?
    - Laleczko, obudź się. Nie umieraj...
    Lalka otworzyła oczy i zaczęła mruczeć.
    - Bet, czy wszyscy są szczęśliwi?
    Bet skinęła głową.
       - Czy nie chciałabyś położyć się ze mną i przytulić mnie i mogłybyśmy.... byśmy... byśmy  
opowiadać sobie historyjki.
    - Tak, Laleczko.
       Podniosła ją na pryczę i posłusznie położyła się obok. Lalka wydawała się potem całkiem w 
porządku, nawet jeśli powtarzała się trochę.
     Tak naprawdę to zabawki te były wysoce skomplikowanymi, zdalnie sterowanymi czujnikami 
głównego komputera programu Żłobka. Rejestrowały wszelkie zmiany fizyczne i psychiczne. Mały 
aparat kontrolował bliskość, dzięki temu komputer i jego operatorzy wiedzieli, kiedy jakieś dziecko 
znajdowało się poza zasięgiem lalki. Miało to wielkie znaczenie, ponieważ dziecko musiało czule 
przytulać   zabawkę,   zwłaszcza   w   nocy.   W   ten   właśnie   sposób   bowiem   urządzenie   precyzyjnie 
podawało   konieczną   dozę   preparatu   -   zastrzyki   zakłócające   percepcję,   powodujące   wzrost 
uzależnienia emocjonalnego oraz hamujące fizyczne i emocjonalno - seksualne dojrzewanie.
    Kiedy Bet walnęła lalką o ścianę, spowodowała lekkie uszkodzenie czujników. Nadal określały 
ją jako dziecko na umysłowym i fizycznym poziomie dziesięciolatka, a więc stwierdzono u niej 
raptowne - i pożądane - zatrzymanie się rozwoju i podawano tylko minimalne ilości preparatu.
    W ciągu dwóch lat Bet zauważyła różnicę między nią a innymi dziećmi. Chłopcy mieli okrągłe 
policzki i nie rozwijali się. Dziewczynki nadal chichotały i bawiły się w proste gry.
    Bet nauczyła się zawsze być sama i ostatnia wchodzić pod prysznic, ponieważ jej piersi i biodra 
zaczęły się rozwijać. Na szczęście dojrzewała na tyle wolno, że nie wystąpiła miesiączka.
    Cały czas zdawała sobie sprawę, że coś jest straszliwie nie w porządku. Coś złego działo się z  
innymi   dziećmi   i   ze   Żłobkowymi   Matkami.   Czuła,   że   sprawy   zmierzają   ku   okropnemu 
zakończeniu, ale nie mogła nic z tym zrobić. Była bezsilna.
       Sten pomyślał, że Bet i Fadal posunęły się odrobinę za daleko. Ubrane jak dziwki uwodziły 
podpitego Techa. Sten podglądał ze swojego ukrycia i kręcił głową. Nie z powodu tego, co robiły - 
to stanowiło część planu - ale z powodu ich wyobrażenia na temat, jak wyglądają dziwki. Nie 
widział   takiego   migotania   od   czasu,   gdy   kadź   z   kryształami   wybuchła   w   Sekcji   Zewnętrznej. 
Przysunął się bliżej i słuchał.
     - Czy wy dziewczyny nie jesteście trochę za młode, co? Tech oblizał wargi i przyjrzał im się 
uważnie.
    - Nie przejmuj się, ja i moja siostra mamy dużo doświadczenia.
       - Twoja siostra, co? To wspaniale. Czy jesteście pewne, że wasz tatuś nie będzie miał nic 
przeciwko temu?
    - A powinien? To był jego pomysł. Mówi, że jeszcze dwa lata i skończy się jego kontrakt, przy  
tej forsie, którą przynosimy.
    - Jego pomysł, co? No, słyszałem, że dzieci Migów dorastają szybko, ale myślałem, że to tylko 
bajki.
    Bet i Fadal objęły go ramionami i poprowadziły do pokoju.
    - Chodź. Zabawimy się.
    Tech zdążył się już prawie rozebrać, gdy Sten zaczął kopać w drzwi.
    - Co u diabła! Co się dzieje?
     Tech niemal dostał ataku serca. Wyglądał prawie jak owłosiona dziewica, gdy usiłował zakryć 
się jedną ręką, drugą macając w poszukiwaniu spodni.
    - Ale.. Ale... Co ty... Kim jesteś? Sten podniósł wielki klucz.

background image

    - One są moimi siostrami, oto kim jestem.
    Odwrócił się do Bet i Fadal, kulących się na łóżku w udawanym przestrachu.
    - Marsz do domu.
    Wyszły szybko. Sten zamknął drzwi i zrobił krok w kierunku Techa.
    - Mam zamiar dać ci lekcję. Chciałeś zgwałcić moje siostry, .co?
    - Ale, słuchaj, one mówiły, że są...
       - Co? Teraz nazywasz je dziwkami? Mój Boże, ale ty masz tupet. - Podniósł klucz wyżej, 
przygotowując się do zadania ciosu w łysą czaszkę Techa.
    - Zaczekaj! - Może o tym porozmawiamy?
    Sten zniżył klucz.
    - Niby o czym?
    Tech sięgnął do kieszeni i wyciągnął swoją kartę. Machnął nią w kierunku Stena.
    - Mam dużo kredytów... bardzo dużo. Podaj swoją cenę.
    Sten uśmiechnął się. Oron miał rację. To były łatwe pieniądze.
       Głosy. Bet kręciła się nie mogąc zasnąć; dawka środków oszałamiających wstrzyknięta przez 
lalkę   nie   wystarczała   dla   dwunastoletniego   organizmu.   Bet   wychyliła   się   ze   swojej   pryczy   i 
spojrzała   przez   sypialnię.   Światła.   Ściszone   mruczenie.   Zaczęła   wstawać,   spojrzała   na   lalkę   i 
zawahała się. Zabawka zawsze "wiedziała", czy jest przytulana. Ale czy wiedziała, przez kogo?
       Bet podniosła koc na następnym łóżku. I tak nie za bardzo lubiła Susi. Włożyła lalkę w jej 
ramiona. Wskoczyła w kombinezon i przeszła przez oddział.
     Na wpół zakazane drzwi na korytarz stały otworem. Rozejrzała się dookoła. Wszystkie dzieci 
były pogrążone w głębokim, narkotycznym śnie. Odetchnęła głęboko i wyszła. Centramy korytarz 
jaśniał   światłami.   Na   jednym   z   końców   dostrzegła   otwarte   okno   od   czegoś,   co   zapewne   było 
laboratorium. Trzymając się blisko ściany, podkradła się tam.
     Głosy odezwały się znowu. Jeden był wysoki i dźwięczał tak, jakby należał do bardzo małego 
dziecka.
    - Zrobiłem to bardzo dobrze dzisiaj, prawda, tatusiu? Przesunąłem ten wielki statek aż do doku 
zupełnie sam. Prawda, że to dobrze?
    Zabrzmiał drugi głos. Ten był głębszy.
        -   Oczywiście,   Tommie.   Jesteś   najlepszym   pomocnikiem,   jakiego   mamy.   Powiedziałem   to 
lekarzowi i obiecał mi, że dopilnuje, abyś dostał za to coś wspaniałego.
    - Cukierki? Dostanę cukierki? Lubię miętowe. Wiesz o tym, że lubię miętowe, prawda, tatusiu? 
Przyniesiesz mi trochę miętowych, dobrze?
    - Zobaczymy, synu. Zobaczymy.
     Bet zajrzała do środka. O mało nie wrzasnęła. W fotelu na kółkach tkwiło wyniszczone ciało 
mężczyzny. Wyglądał zupełnie jak jej lalka. Wielka głowa, spoczywająca na cieniutkiej szyi. W 
dłoniach   trzymał   gotowe   do   użycia   narzędzia.   Głowa   miała   bezwłosą   twarz   młodego   chłopca, 
nienaturalnie powiększoną. Ten wysoki głos wydobywał się z jego ust.
    - Widziałem niektórych z tych Migów, o jakich opowiadałeś mi dzisiaj, tatusiu. Jestem naprawdę 
zadowolony, że Kompania nie pozwoliła mi na wyrośnięcie na coś takiego. Oni muszą chodzić i 
brzydko pachną. Nigdy się nie dowiedzą, jak to jest być kimś takim jak ja. Pewnego dnia będę 
kontrolował dźwigi, i roboty - holowniki. Są takie miłe dla mnie.
    - Oczywiście, że Kompania jest dla ciebie miła, Tommie stwierdził drugi głos. Jego właścicielem 
był  normalny mężczyzna,  ubrany w biały fartuch laboratoryjnego  Techa.  - To właśnie dlatego 
wzięliśmy cię do Żłobka, i dlatego pomagamy ci teraz. Kochamy cię.
    - Ja też cię kocham. Jesteś najlepszym tatusiem, jakiego kiedykolwiek miałem.
    Bet obróciła się cichutko i rzuciła się w głąb korytarza, mijając wejście do sypialni. Biegła. Nie 
wiedziała dokąd, ale nie przestawała, dopóki nie poczuła całkowitego wyczerpania. Zatrzymała się 
w zakurzonym, nieużywanym korytarzu. Przytuliła się do ściany i w końcu pozwoliła sobie na łzy. 
Po chwili zauważyła, że na poziomie podłogi, w rogu, znajduje się przykryty ramą z prętami otwór 
kanału wentylacyjnego. Pociągnęła za to i powoli odsunęła pokrywę. Wpełzła do odkrytej w ten 
sposób jaskini i zwinęła się w kłębek. Jej smutek gdzieś znikł i zasnęła.

background image

    Gdy otworzyła oczy, ujrzała przed sobą na wpół martwą, przyjazną twarz Orona:
       Wychudły Buntownik wynurzył się z kanału wentylacyjnego, potem machnął ręką za siebie. 
Sześciu innych zeskoczyło cicho do pustego korytarza handlowego.
       Ktoś gwizdnął; chłopak obejrzał się za siebie. Z kanału wysunął się Sten i wskazał na sklep, 
będący celem grupy. Chłopak przesunął się w cień i powoli poruszał się w tym kierunku.
    Sten cofnął się nieco, aby stać na straży.
     Już prawie dziewięć miesięcy pozostawał z gangiem Grona. Gron był dobrym nauczycielem i 
Sten szybko czynił postępy. Teraz już sam planował i prowadził łupieżcze rajdy. Był dumny z tego, 
że   żaden   z   jego   wypadów   nie   pociągnął   za   sobą   ofiar   i   że   bardzo   rzadko   powracali   bez 
imponującego łupu.
       Wiedział jednak, że takie szczęście nie będzie trwało wiecznie. Wcześniej czy później mogą 
natrafić   na   ekipę   "zamiataczy"   i   zostać   zniszczeni.   Takie   było   życie.   Widział   kiedyś,   podczas 
zwiadu,   rezultaty   takiej   akcji.   Strażnicy   nie   zadali   sobie   nawet   trudu,   aby   zabrać   ciała.   Choć 
szczątki były poczerniałe i wpół zwęglone, mógł stwierdzić, że Buntownicy nie umierali szybko. 
Zwłaszcza dziewczyny.
    Pomyślał o Bet. Nadal pozostawała - niezależnie od jego przyjaźni z Gronem - jedyną przyczyną, 
dla której trzymał się z gangiem. Sten kochał ją. Chociaż nigdy nie miał dosyć śmiałości, aby jej o 
tym powiedzieć. Ona była... Ona była... Otrząsnął się z chwilowego zamyślenia i czuwał dalej.
    Buntownicy dotarli do sklepu. Zabłysły małe, tnące palniki i kraty odpadły. Wychudły chłopak, 
Rabet,   odwrócił   palnik   i   wybił   szybę.   Inni   stłoczyli   się   przy   nim,   wyciągając   wystawione 
przedmioty i chowając je do toreb.
        Sten   spojrzał   w   dół   korytarza.   Otworzył   szeroko   oczy.   Z   głębi   skradał   się   strażnik   z 
paralizatorem gotowym do strzału.
     Sten oblizał wargi, potem zmienił pozycję. Strażnik znalazł się tuż poniżej ujścia kanału. Sten 
wysunął się z otworu i skoczył na wielkiego mężczyznę, nogami uderzając w szyję. Strażnik zwalił 
się na podłogę, paralizator wyleciał mu z ręki.
     Chociaż tak wielki, mężczyzna ruszał się szybko. Stanął na nogach odczepiając ręczny granat. 
Sten wylądował przez ramię, pociągając nogi za sobą. Rzucił się do przodu, jedną stopę podniósł 
wysoko, oderwał się od podłoża, dołączył drugą stopę, podkurczył je, gdy palec strażnika gmerał 
przy zawleczce granatu.
    Nogi Stena z wielką siłą uderzyły w głowę strażnika. Jego kark pękł z głuchym chrzęstem. Gdy 
mężczyzna  padał, Sten zrobił półobrót i wylądował  na równych  nogach z gotowym  do użycia 
nożem w ręku.
    Ale nie zostało już nic do zrobienia.
    Członkowie Gangu spojrzeli na martwego strażnika, pośpiesznie zebrali resztę rzeczy z wystawy 
i wsunęli się z powrotem do kanału.
     Gdy Rabet wczołgiwał się w otwór, pokazał Stenowi uniesiony w górę kciuk i uśmiechnął się 
szeroko.
       Sten kręcił się niespokojnie w swojej pryczy.  Nie mógł zasnąć. Ciągle myślał o strażniku, 
którego  zabił,   i o  poszarpanych  ciałach  Buntowników,  umierających  po  długiej   agonii.  Musiał 
wydostać się z Vulcana. Musiał zabrać Bet ze sobą. Ale jak? W myślach obracał różne plany. 
Wszystkie już wcześniej dokładnie rozważone. Wszystkie bez szans na powodzenie. Jednak musi 
być jakieś wyjście.
    Coś zaszeleściło. Odwrócił się i Bet wślizgnęła się przez kotary do wnętrza pokoju.
    - Co ty robisz?
    Miękka dłoń opadła na jego usta, uciszając głos.
    - Czekałam każdej nocy. Na ciebie. Nie mogłam już dłużej. Bardzo powoli zabrała rękę, potem 
ujęła dłoń Stena i położyła na zamku swojego kombinezonu. W chwilę później strząsnęła ubranie z 
ramion i pozwoliła mu opaść na podłogę. Pod spodem była naga.
    Stanęła naprzeciwko Stena i zaczęła rozpinać mu ubranie. Odsunął jej rękę.

background image

    - Zaczekaj.
       Sięgnął za siebie i wyciągnął coś spod poduszki. Mały tobołek. Rozłożył go. To była długa, 
lejąca się suknia. Błyszczała i lśniła kalejdoskopem kolorów.
    - To dla ciebie. Prezent.
    - Jak długo to masz?
    - Bardzo długo.
    - Och... Założę ją. Później.
    Znalazła się w jego ramionach i osunęli się na łóżko. W zupełnej ciszy.
    Bet szła za Stenem w dół ciasnego kanału. Zwęził się jeszcze, i musieli zgiąć się wpół. Nie miała 
pojęcia,   dokąd   idą.   Sten   powiedział,   że   to   niespodzianka.   Minęli   zakręt   i   kanał   skończył   się 
metalową ścianą.
    - To nie jest niespodzianka - powiedziała. - To ślepy zaułek.
    - Zobaczysz.
      Sten wyjął kieszonkowy palnik i zaczął ciąć. W parę minut zrobił "drzwi", które tylko strzęp 
metalu trzymał na miejscu.
    - Zamknij oczy.
       Bet zrobiła to i usłyszała świszczący odgłos tnącego dalej palnika i głośny stuk, gdy "drzwi"  
upadły.
    - Możesz już otworzyć oczy.
    I Bet zobaczyła "pejzaż" po raz pierwszy w życiu. Miękki trawnik łagodnie opadał ku małemu 
jeziorku. Wysokie zielone rzeczy, które, jak pomyślała, były pewnie drzewami, i na końcu jeziora 
mały - czyżby z drewna? - domek, zbudowany w starym stylu. Komin, delikatny dymek. Jak na 
obrazku. Sten pociągnął ją i podążyła za nim, jakby we śnie.
    Popatrzyła w górę i zobaczyła jasne, błękitne sztuczne niebo. Niespokojnie rzucała się do tyłu, 
gotowa uciekać, przestraszona otwartą przestrzenią. Sten objął ją ramieniem i uspokoiła się trochę.
    - Przez chwilę wydawało mi się, że upadnę... albo zemdleję. Sten roześmiał się.
    - Przywykniesz do tego.
    - Gdzie jesteśmy?
    - To prywatny obszar wypoczynkowy Głównego Dyrektora Kadr, Gaitsona. Wyjechał dzisiaj na 
dwudniowy program rekrutacyjny na innych planetach.
    - Skąd wiesz?
    - Bawiłem się komputerem. Jestem w tym coraz lepszy, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć.
    Bet czuła zdziwienie. To było miłe, ale... rozejrzała się dookoła...
    - Co będziemy zabierać?
    - Nie będziemy niczego zabierać. Mamy wakacje.
    - Wakacje? To znaczy...
       - Przez dwa dni nie będziemy robić nic, poza cieszeniem się każdą rzeczą, w jaką Gaitson 
zaopatrzył to miejsce. Będziemy jeść to, co najlepsze, pić to, co najlepsze, i bawić się. Bez wypraw. 
Bez strażników. Bez strachu.
    Sten zaprowadził ją do jeziora. zdjął ubranie i powoli wszedł do wody.
    - A w tej chwili biorę kąpiel.
    Wszedł trochę dalej. Bet patrzyła, czekając, aż coś się wydarzy. Sten obrócił się i uśmiechnął.
    - I co?
    - Jak to jest?
    - Mokro.
        Bet   uśmiechnęła   się.   Potem   zachichotała.   A   potem   roześmiała.   Głębokim,   dźwięcznym 
śmiechem.   Pełną   piersią.   Tak,   jak   zwykła   była   robić,   kiedy   była   dzieckiem.   Przed   Żłobkiem. 
Zupełnie nie jak Buntownik.
    Sięgnęła do zapięcia swojego kombinezonu.
   - Sten?
    - Tak?

background image

    - Nie śpisz?
    - Ummmm... nie.
    - Tak sobie myślałam.
    - No?
    - Nie chcę opuszczać tego miejsca. Długa cisza.
    - Musimy. Niedługo.
    - Wiem o tym. Ale tu jest tak... tak....
    Uciszył ją i przyciągnął bliżej. Otarł łzę z policzka.
    - Ja stąd odejdę - powiedział.
    - Odejdziesz? Co przez to rozumiesz?
    - Opuszczę Vulcan.
    - Ale to niemożliwe.
    - Tak jak i życie, jakie prowadzimy.
    - Ale jak?
    - Nie wiem jeszcze. Ale znajdę sposób. Bet wzięła go za rękę. Przytuliła ją.
    - Weźmiesz mnie ze sobą?
    Sten skinął głową. Potem wziął ją w ramiona i trwali tak przez całą noc.

Rozdział 13   

       Mahoney zeskoczył z ruchomego chodnika, przesadził barierkę i wpadł w drzwi do sklepu. 
Zwinął się w powietrzu, wylądował na nogach i pobiegł.
        Zwalił   rząd   urządzeń,   przeleciał   przez   transporter   i   przetoczył   na   pas   wywożący   śmieci. 
Wyjechał   na   nim   ze   sklepu   i   znalazł   się   parę   stóp   nad   drugim   chodnikiem,   prowadzącym   na 
południe. Przesunął się na brzeg pasa i zawisł na nim na rękach.
    Puścił i wylądował na chodniku. Odetchnął głęboko kilka razy i otrzepał ubranie. Gubienie tego 
ogona, pomyślał, staje się coraz trudniejsze. Thoresen i jego służba bezpieczeństwa najwyraźniej za 
bardzo   interesowali   się   ruchami   sierżanta   Inna   Mahoneya   z   Gwardii   Imperialnej,   z   podsekcji 
Kontroli Jakości Racji Polowych.
       Jak dotąd "opieka" nad nim nie przekraczała granic normalnego dla Vulcana paranoicznego 
nadzoru nad każdym cudzoziemcem. Miał taką nadzieję. Ale gdyby znaleźli go teraz, to na pewno 
zostałby w końcu zdmuchnięty. Udało mu się co prawda "pożyczyć" kartę Miga na wystarczająco 
długo,   aby   zdążyć   wyprodukować   przyzwoitą   fałszywkę,   zwędził   też   komplet   ubrań   Miga   i 
skierował się na południe, jednak ciągle musiał uważać.
    Znajdował się całe mile poniżej Oka. O wiele dalej, niż pozwalały przepustki Kompanii.
       Gdyby w tych rejonach został zdemaskowany przez służbę bezpieczeństwa albo strażników, 
Kompania prawdopodobnie uznałaby przerobienie go na nawóz dla najbliższej farmy kwiatków za 
prostsze od brnięcia przez wszystkie formalności deportacji. .
    Mahoney jednak postąpił tak z pełnym rozmysłem. Jakoś nie odniósł do tej pory sukcesów przy 
rekrutowaniu lokalnych agentów. Utknął w Oku i miał dostęp tylko do oczywistych prowokatorów i 
Migów tak przerażonych, że nie warto było, zawracać sobie nimi głowy. W każdym razie, osobiste 
przystąpienie do akcji wydawało się mniej ryzykowne niż zakończenie misji i powrót do świata 
Primy.
    Imperator, myślał Mahoney, nie byłby zachwycony postępami w zbieraniu danych, skoro raport 
mógł brzmieć co najwyżej jakoś tak:
     1. Thoresen bez wątpienia tkwi po uszy w konspiracji i nie pozwala nikomu, nawet członkom 
własnego zarządu, wtrącać się do swoich operacji. Wielka rzecz. To Imperator wiedział już rok 
temu, na Primie.
        2.   Thoresen   prowadzi   cicho   kampanię   propagandową   przeciwko   Imperium,   adresowaną 
szczególnie do Migów. Ale dopóki używał Doradców jako piorunochronów i postawił tyle szczebli 

background image

pośrednich pomiędzy sobą a Kompanią, nie można go ruszyć. Mahoney stwierdził, że działania się 
toczą, ale nie mógł powiedzieć nic ponad to, że odznaczają się dużą intensywnością.
     Żachnął się sam na siebie. Każdy zwykły szeregowiec z rezerwy Sekcji Modliszki mógłby się 
tyle dowiedzieć albo i wracać, żeby zostać zbieraczem gówna.
    3. System bezpieczeństwa planety został wzmocniony i krążą uporczywe plotki jakoby niektóre z 
produktów   Kompanii   przerabiano   na   wyposażenie   wojskowe.   Jak   dotąd,   nie   można   tego 
udowodnić. I nawet gdyby Mahoney mógł dowieść prawdziwości tego twierdzenia, to Kompania 
zawsze była w stanie uspokajać głosząc, że planuje ekspansję w Sektorze Pionierskim.
    - Całkowite i absolutne nic, tyle mam - zamruczał Mahoney. I nagle zamarł. Daleko w przodzie, 
w dole chodnika zobaczył  kordon strażników sprawdzających karty w przenośnym komputerze. 
Jego fałszywka nie była aż tak dobra. Szybko zeskoczył na najbliższym skrzyżowaniu, stanął na 
prostopadłym chodniku, który przesuwał się piszcząc aż do wielkiej kopuły. Tu też była blokada i 
sprawdzanie kart identyfikacyjnych.
    Mahoney uskoczył na bok. Spokój. Iść powoli. Oddychać powoli. Wyglądać rześko. Trochę na 
haju. Po prostu właśnie zszedłem ze zmiany i wracam do swojego mieszkania. Wszedł w zwężający 
się korytarz, potem spokojnie zboczył w kolejny.
    Obrócił się przy wejściu i wielkim skokiem ominął następny zakręt.
    Zatrzymał się. Czekał. Nasłuchiwał. No oczywiście. Kroki za nim.
     Jasne, wmanewrowano go. Ale nie miał zbyt wielu możliwości do wyboru. Poruszając się tak 
wolno, jak tylko potrafił, pociągnął nagonkę głębiej w opuszczone sektory Vulcana.
    Pierwszy z nich popełnił błąd usiłując zaskoczyć Mahoneya z mijanej ślepej uliczki. Pułkownik 
Imperium   prześlizgnął   się   pod   skórzaną   pałką   i   uderzył   łokciem   w   gardło   zbira.   Kopniakiem 
wytrącił broń z dłoni drugiego opryszka, złapał ją w powietrzu i nacisnął spust. Strażnik uchylił się, 
a wtedy Mahoney z całej siły uderzył pięścią w postawę czaszki.
        Dwóch.   Odwrócił   się   i   stwierdził,   że   tamci   tylko   blokowali   przejście.   Trzech   następnych 
nadchodziło zza rogu. Jeden z nich miał broń. Wycelowaną.
       Przywiązany do pręta paralizator, ciśnięty ze znajdującego się wyżej otworu wentylacyjnego, 
trafił w oko uzbrojonego mężczyzny. Ten wrzasnął i runął na ziemię.
    Mahoney szedł nadal do przodu, chcąc zmniejszyć odległość między sobą a przeciwnikami, gdy 
z otworu kanału wentylacyjnego wyskoczył młody mężczyzna. Jego prawa ręka śmigała tam i z 
powrotem.
        Oficer   Imperium   zamrugał,   gdy   głowa   drugiego   ze   strażników   oddzieliła   się   od   tułowia, 
opryskując wszystko fontanną krwi. Chłopak skulił się w obrocie. Podnosząc się do góry, zatoczył 
nożem pełne koło.
        Mahoney   zauważył,   że   trzyma   on   nadgarstek   swoją   wolną   dłonią,   używając   jej   jako 
przewodnika. Wiedząc to...
       Trzeci człowiek upadł z nożem tkwiącym  głęboko w piersi. Młody mężczyzna schylił  się, 
wyciągnął nóż i wytarł go w ubranie trupa. Młody. Dobry. Odważny.
       Mahoney stał bardzo spokojnie i pozwolił chłopakowi przejść obok. Następny chłopak - nie, 
dziewczyna, wyskoczyła z otworu. Zabrała swoją broń.
    Około dziewiętnastki, nieduży, powiedzmy sześćdziesiąt kilogramów. Poprawka: dziewiętnaście 
na   czterdzieści.   Wyglądał   jak   każdy   bezdomny   dzieciak   z   parszywego   świata,   tyle   że   się   nie 
płaszczył. Mahoney pomyślał, że pewnie zawsze nosił głowę wysoko. Buntownik. Oficer prawie się 
uśmiechnął.
       Sten popatrzył na niego, a potem na leżące obok dwa ciała. Całkiem dobrze, jak na starego 
człowieka. Wyglądał tak gdzieś na czterdziestkę, duży. Sten nie potrafił określić go precyzyjnie z 
powodu kombinezonu Miga. Nic dziwnego, przecież znał tylko trzy kasty, a spotkał się twarzą w 
twarz tylko z dwiema.
       - Pewnie wkrótce będzie  ich więcej, przyjacielu  - powiedział  Mahoney.  - Lepiej  skróćmy 
wstępne formalności.

background image

    - Nie ma pośpiechu. Nigdy nie widziałem pięciu strażników wysłanych za jednym człowiekiem. 
Co takiego zrobiłeś?
    - To trochę skomplikowane...
    - Sten. Patrz.
    Sten nie zdjął wzroku z Mahoneya. Bet wstała znad ciał i trzymając trzy karty podeszła do nich.
    - To nie byli strażnicy. Mają karty Execów!
    - To służba bezpieczeństwa Thoresena - stwierdził Mahoney. - Musieli iść za mną od Oka.
    - Ty nie jesteś... jesteś cudzoziemcem.
    - Tak.
    Sten podjął decyzję.
    - Rozbieraj się.
       Mahoney najeżył się, potem załapał i zaklął. Dzieciak miał rację. Zdjął kombinezon, potem 
ściągnął buty. Swoje własne buty z Primy. Zważył jeden na próbę w dłoni, potem trzasnął nim o 
ścianę. Obcas pękł i szczątki małego przekaźnika posypały się na podłogę.
    Sten kiwnął głową.
    - Dzięki temu mogli iść za tobą. Nałóż teraz ubranie z powrotem.
    Złączył dłonie i podsadził Bet do otworu. Wyciągnęła rękę i pomogła mu wejść.
       Wewnątrz kanału obrócił się, podczas gdy Mahoney podskoczył, złapał za krawędzie obiema 
rękami i podciągnął się do środka.
    - Trochę trudne dla kogoś w moim wieku.
    - To nie kwestia wieku - powiedziała Bet.
    - Idź za nami - stwierdził krótko Sten. - I nie gadaj.
       Mahoney zamrugał znowu, gdy Sten schował swój nóż... najwyraźniej do ramienia. Potem 
pobiegł za nimi w dół krętego przewodu.

Rozdział 14     

    Nie, Fadal. Z pewnych przyczyn ja... pamiętam, czym jest Imperium - powiedział Oron.
    Mahoney zaczął pytać. Sten pokręcał głową.
    - Wywiad?
    - Oczy.
    - Aha. I chcesz, żeby moi ludzie... i ja sam, żebyśmy byli twoimi oczami?
    - Nie - powiedział Mahoney. - Jestem za blisko zlikwidowania.
    Oron popatrzył pytająco na Fadal. Nie odezwała się.
     - Thoresen nie wysłałby za mną ważniaków ze służby bezpieczeństwa, gdyby nie był całkiem 
pewien, kim jestem.
    - Thoresen... szef Kompanii. Twój wróg - zaszeptała Fadal.
    - Czego chcesz?
       - Muszę mieć potwierdzenie planu Thoresena. Włamałem się do centralnego komputera i nie 
było tam nic o Projekcie Brawo poza zestawem wypytujące - ostrzegającym.
    - Ten... Thoresen. Ma wyłączny, zastrzeżony dostęp.
    - Prawdopodobieństwo ponad dziewięćdziesiąt procent. Wtrącił się Sten.
    - Co się stanie, jeśli to tam jest? I masz rację?
    - Przyślemy Gwardię. Imperator powoła jakiś rodzaj lepszego rządu. Wszystko ulegnie zmianie. 
Dla Migów. Dla wszystkich.
    - To za mało - powiedziała Bet.
    - Będziemy martwi, zanim przybędzie to twoje cholerne Imperium. A może tego nie wiesz? My, 
Buntownicy, nie żyjemy na tyle długo, żeby zdążyć się zestarzeć - dodał Stem.
    - Sten ma rację. Uciekinier z innej grupy przechodził tędy... kiedy?
    - Dwa dni temu - powiedziała Fadal.

background image

        - Mówił,  że  widział  strażników  w  magazynach.   Prowadzili  ćwiczenia...  z  paralizatorami  - 
stwierdził Oron i uśmiechnął się, że aż tyle pamięta. - Niedługo ruszą grupy eksterminacyjne. A nas 
jest teraz zbyt wielu, aby im uciec.
    - Ile osób masz teraz w gangu?
    - Piętnaście - odpowiedziała Fadal.
       Mahoney wykonał szybką kalkulację. Mała delegatura Imperium miała swoją własną śluzę 
powietrzną. Jeśli dostanie to, o co chodu, nie powinno być zbyt dokładnego dochodzenia...
    - Dostaniecie transport z Vulcana. Dla wszystkich. Na dowolny świat należący do Imperium.
        Sten   stwierdził,   że   wstrzymał   oddech.   Westchnął   głęboko   i   popatrzył   na   Mahoneya   z 
niedowierzaniem.
    - Jestem w stanie to zrobić. Wyprawicie się do kwatery Thoresena. Dostarczycie mi wszystko, co 
znajdziecie   na   temat   Projektu   Bravo,   co   będziecie   w   stanie   przynieść   na   statek.   Imperium 
dotrzymuje umów.
    - Wydaje mi się, że nie ma... potrzeby dłużej nad tym dyskutować. Prawda?
    Mahoney wstał.
    Nie było takiej potrzeby.
    Strażnik doszedł do końca swojej trasy i ziewnął. Potem odwrócił się i ruszył w dół korytarza.
    Sten obserwował z otworu w ścianie... oddech... oddech... oddech... spokój... spokój... naprzód. 
Stanąć   na  straży.  Trzymać   się  w  czasie.   Oczy  utkwione  w  plecach  strażnika.   Blisko.  O  krok. 
Wewnątrz trzymetrowej strefy bezpieczeństwa. Namierzyć cel. Przestać myśleć.
    Lewa ręka Stena owinęła się dookoła szyi strażnika. Szarpnął mocno do tyłu jego głowę i wsadził 
nóż głęboko w nerki. Wstrzymał oddech. Mężczyzna zacharczał. Sten przeszedł na bok, gdy ciało 
upadło, potem zaciągnął je z powrotem do otworu i wepchnął do środka. Pobiegł w dół korytarza, 
tam, gdzie zaczynała się strefa Execów. Znalazł odpowiednie płyty i zaczął je odczepiać.
       Kiedy Buntownicy rozmyślali  nad kompletnymi  planami  Oka, zwędzonymi  dla nich przez 
Mahoneya z Centrum dla Gości, znaleźli sposób.
       Najwyraźniej Execowie byli bardziej wrażliwi niż Techowie czy Migowie. Większość dróg 
przelotowych,   zwłaszcza   przy   terenach   zamieszkałych   przez   osoby   wyższe   rangą,   była 
odseparowana wewnętrznymi, ekranującymi hałas ścianami.
    Płyty oddzieliły się gładko i Sten skinął ręką. Czternaścioro Buntowników wysypało się z otworu 
wentylacyjnego   i   dołączyło   do   mego.   Jeden   za   drugim   wślizgiwali   się   do   przestrzeni   między 
ścianami.   Oron   był   w   środku,   z   pustą   twarzą.   Prowadziła   go   Fadal.   Sten   zaklął   cicho,   mając 
nadzieję, że pamięć przywódcy wróci szybko, bo jeśli poniosą klęskę, większość z nich zginie w 
Oku. Nawet jeśli kilkorgu uda się uciec na południe, na terytorium Migów, to i tak nie będzie końca 
wyprawom eksterminacyjnym.
       Znowu pomyślał, że przecież nie mieli wyboru. Bet zgodziła się z nim niechętnie. A potem 
wahali się pomiędzy chęcią zobaczenia nowych światów, a obawą, czy będą tam pasować. Sten 
stwierdził, że to dobry znak.
       Przestrzeń między ścianami zwęziła się. Sten wciągnął brzuch. Muszą być jakieś drzwi. Jego 
pierś uwięzła na chwilę. Prawie wpadł w panikę, ale przypomniał sobie, że musi wypuścić z płuc 
powietrze. Przeszedł z łatwością.
       Przyczaili się obok wielkich, podwójnych drzwi do kwatery Thoresena. Sten z ciekawością 
dotykał   materiału.   Szorstki.   Ziarnisty.   Jak   zużyta   stal.   Ale   jeszcze   bardziej   szorstki.   Sten 
zastanawiał   się,   dlaczego   Thoresen   nie   kazał   tej   powierzchni   chyba   organicznej   -   bardziej 
wygładzić.
        Bet  przestroiła   nadajnik  na  inną   częstotliwość  i  dotknęła   nim  do  drzwi.   Zamknęła  oczy... 
przebiegała   palcami   po   klawiszach.   Dźwięki   to   nasilały   się,   to   słabły   w   uszach   Stena.   Coś 
zaskoczyło. Główny zamek stał otworem.
        Bet   wyciągnęła   z   torby   plastikowy   pręcik.   Włączyła   ogrzewanie   i   włożyła   narzędzie   do 
odpowiedniego   otworu   w   drzwiach.   Na   końcu   pręta   znajdował   się   duplikat   odcisku   palca 
wskazującego   Thoresena,   podgrzany   do   temperatury   ludzkiego   ciała.   Sten   zastanawiał   się,   jak 
Mahoney to zdobył.

background image

    Drzwi brzęknęły - członkowie grupy sięgnęli po broń i otworzyły się.
    Weszli po cichu do środka. Czas zatrzymał się. Byli w raju.
       Pokrywa kopuły pozostawała otwarta i przed nimi migotała przestrzeń. Tylko Sten widział 
przedtem Vulcan z zewnątrz. Miał wystarczająco dużo przytomności umysłu, aby miękko zamknąć 
drzwi i rozejrzeć się dookoła.
    W kopule nie było nikogo innego.
    Ogród. Z rozrzuconymi gdzieniegdzie meblami, otoczonymi łagodnie przez kwitnącą roślinność, 
zupełnie jakby ktoś usunął z wielkiego domu ściany,  sufity,  podłogi, pozostawiając na miejscu 
wszystkie sprzęty.
    Ruszyli do przodu, rozglądając się.
    Sten dostrzegł detektor ruchu, obracający się w ich kierunku. Pobiegł do przodu i przeciął nożem 
przewody. Zlokalizował pozostałe kamery i wskazał je. Buntownicy skinęli głowami. Ruszyli do 
przodu, klucząc pomiędzy nieznanymi roślinami.
    Sten, Oron i Bet trzymali się razem, szukając czegoś, co wyglądałoby na biuro. Z boku kopuły 
znajdowała   się   wysmakowana   salle   d'armes.   Broń   biała   i   palna,   pochodząca   z   wielu   różnych 
światów i kultur, zdobiła ściany. A po drugiej stronie imponujący, wolno stojący pień, który musiał 
być biurkiem. Obok niego najbardziej skomplikowany panel komputerowy, jaki Sten kiedykolwiek 
widział. W pobliżu w zieleń wkomponowano stylizowaną rzeźbę wyjątkowo tłustej kobiety.
    Sten popatrzył pytająco na Orona. Jego oczy jasno błyszczały. Machnął w kierunku rzeźby.
    Sten i Bet podeszli do niej. To musiało być to. Na przodzie krzyżowały się dwie wąskie wiązki 
promieni ITV. Sten wyjął zza pasa promiennik ultrafioletu, włączył go, ustalił natężenie i poprzez 
pokój skierował na rzeźbę.
        Kilka   minut   zabrało   znalezienie   małego   pęknięcia   w   postaci.   Sten   wypróbowywał   różne 
możliwości. To nie było proste. Znalezienie sekwencji otwierającej mogłoby zająć wieki.
    Oron odwrócił się i Sten wyjął mały maser z jego plecaka. Otworzył go, skierował na pęknięcie i 
włączył. Lekkie przyciśnięcie spustu i rzeźba rozsypała się w proch, odsłaniając sejf o drzwiach 
otwierających   się   na   dotyk.   Sten   bardzo   ostrożnie   wyciągnął   zamrażasz   ze   swojego   plecaka   i 
odczepił mały statyw.
    Otworzył zamrażasz i po pokoju rozpyliła się biała mgiełka, pochodząca ze znajdującego się w 
środku   cylindra   o   temperaturze   bliskiej   zera   absolutnego.   Sten   założył   rękawice   izolacyjne   i 
przyłączył   cylinder   do   statywu,   celując   dyszą   wylotową   na   prawą   stronę   drzwiczek   do   sejfu. 
Zwolnił spust i odsunął się na bok.
    Z cylindra wytrysnęła smużka bieli i skrystalizowała się na grubych, stalowych drzwiach sejfu. 
Potem Bet  wyjęła  ze swojego tobołka  młotek  i  uderzyła.  Metal  prysnął  jak szkło.  Cała  trójka 
uśmiechnęła się do siebie.
    Dotarli do środka.
    Papiery, następne papiery, sterty kredytów Imperium. Sten zaczął zbierać banknoty do torby, ale 
Oron machnął do niego ręką. Nie.
    I wreszcie znaleźli czerwoną, cienką teczkę. "Projekt Bravo". Mieli go!
    Żadne z nich nie zauważyło, że jeden z młodych Buntowników wszedł do salle. Zafascynowany 
archaiczną długą bronią, zdjął ją ze ściany. Cicho trzasnął umieszczony wyżej przełącznik.
       Sten sięgnął  po teczkę  Projektu trzymaną  przez  Orona. Nagle  w oczach  przywódcy znów 
pojawiła się pustka. Ze zdziwieniem popatrzył  na teczkę  i wstał. Akta ześlizgnęły się, papiery 
rozsypały po podłodze. Sten zaklął cicho i zaczął je zbierać. Nie usiłował ich uporządkować, tylko 
pracował najszybciej, jak potrafił.
       Pierwszy strzał trafił trzech Buntowników w pierś, a część bocznego podmuchu zniszczyła 
listowie. Strażnik stojący w drzwiach wciskał spust z całej siły i obracał się.
    Następny ładunek uderzył w chłopaka, który przedzierał się przez krzaki, w połowie wypalając 
mu pierś. Chrypliwe krzyki przerwały ciszę. Strażnik wycofał się za drzwi - wyczerpała mu się 
amunicja.

background image

    Bet wyszarpnęła granat z plecaka, wyciągnęła zawleczkę i rzuciła go, padając na ziemię, jakby 
śmierć przypalała jej głowę.
    Sten potoczył się w kierunku salle, kuląc się za pierwszym schronieniem, jakie zobaczył.
    Trzy połączone zbiorniki, z długą rurą i bliźniaczymi uchwytami. Jakiś rodzaj broni.
       Plakietka powyżej  eksponatu muzealnego informowała: "Ziemia preimperialna. Zachowane. 
Broń ogniowa". Sten miał szczęście, że Thoresen, jak wielu innych kolekcjonerów, utrzymywał 
swój arsenał w stanie gotowym do użycia. Sten złapał za oba uchwyty i mocno pociągnął. Zobaczył 
pyknięcie na grzybkowatym zakończeniu dyszy wylotowej, mały płomyk, a potem smolisty, czarny 
ogień wylewający się z węża.
     Trysnęło na pięćdziesiąt metrów poprzez pokój - daleko większy zasięg, niż planowali zmarli 
eony temu konstruktorzy tego urządzenia - i napalm dosięgnął strażników. Zaczęli wrzeszczeć, 
śmierć   była   wyjątkowo   bolesna,   zarówno   jeśli   człowiek   miał   tyle   szczęścia,   aby   wciągnąć 
powietrze do wypalanych płuc, jak wtedy, gdy lepki napalm przepalał aż do kości. Ale jeden z 
mężczyzn przestał wrzeszczeć na to mgnienie, potrzebne, aby wystrzelić z trzymanej wciąż broni, 
gdy jakby nieobecny duchem, lekko zdziwiony Oron szedł ku drzwiom. Jego głowa przetoczyła się 
przez pokój.
       Sten w osłupieniu, jak robot, postępował do przodu, przesuwając dyszą tam i z powrotem. 
Zacisnął palec na spuście, oczy miał szeroko rozwarte, puste. I nagle ogień przygasł i wycofał się 
do węża.
    Sten odrzucił broń i po prostu stał. Bet złapała go za ramię.
    - Chodź!
    Sten odzyskał przytomność umysłu. Patrol, który blokował wejście, zniknął. Wszyscy zginęli.
       Sten i Bet przebiegli przez drzwi i tylko jeden Buntownik poszedł za nimi, wymykając się z 
ukrycia.
    Minęli wrota i rzucili się w głąb korytarza. Nie było dość czasu na to, aby wrócić do szczurzych 
ścieżek pomiędzy ścianami.  Mogli mieć  tylko  nadzieję, że biegnąc oddalą  się dość szybko  od 
kwatery Thoresena.
      Mknęli korytarzem pochyleni. Pościg już ruszył. Wystraszeni Execowie cofali się, zamykali i 
blokowali drzwi.
    Krata na podłodze. Sten i Bet podnieśli ją. Ustąpiła łatwo.
    Sten spojrzał w dół. Droga wiodła w mrok. Nie było przewodów wentylacyjnych. Nie wiedział, 
po co ją zbudowano. ale to już nie miało znaczenia. Patrol strażników biegł korytarzem za nimi.
    Po jednej stronie błyszczały wąskie klamry wspinaczkowe i Sten zauważył wejście do jakiegoś 
tunelu około dziesięciu metrów poniżej głównego korytarza. Skinął na Bet, aby weszła do dziury. 
Wsunęła się ostrożnie do środka i Sten zorientował się, że jest ranna.
    Podążył za nią.
    Ostatni z członków gangu potrząsnął głową, gdy trafił go pocisk z broni strażnika i rozerwał na 
kawałki.
     Bet poślizgnęła się, jedna noga spadła z klamry i dziewczyna obsunęła się w dół. Olej. Smar. 
Łapała się za klamry, traciła uchwyt. Krzyknęła.
    Zbyt późno Sten sięgnął do niej, gdy spojrzał w niezgłębioną przepaść. Bet, krzycząc bez końca, 
oddalała się od niego. Sten patrzył na jej spadające ciało. Aż zniknęło mu z oczu.
    Potem, poruszając się prędko, wślizgnął się do środka i zaczął mozolnie schodzić w dół.
       Mahoney przechadzał się po biurze. Po usłyszeniu alarmu włamał się do sieci komputerowej 
patroli i usłyszał, że wysłano oddziały uderzeniowe.
    Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł Sten. Ręce miał puste.
    - Dopadli nas. Dopadli. Bet nie żyje. Mahoney pomyślał chwilę.
    - Bet. Ta dziewczyna?
    - Tak. Nie żyje. Nie żyje. I ten zbiór. Ten, którego chciałeś. Oron go miał.
    - Gdzie jest Oron?
    - Martwy. Jak Bet. Mahoney pohamował się.

background image

    - W porządku. Nie udało się. Ale układ nadal stoi. Mam statek gotowy do lotu.
    - Nie. Nie chcę jechać.
    - No więc czego chcesz?
    - Daj mi broń. Widzisz, Bet nie żyje.
    - Wracasz tam znowu?
    - Bet nie żyje.
    - Tak. Mam tutaj dwie sztuki. W tym biurku.
       Sten odwrócił  się i podszedł do biurka. Nie słyszał,  że Mahoney podchodzi  i nie  widział  
uderzającej go wielkiej pięści. Upadł do przodu, na biurko.
    Mahoney podniósł go i usadowił łagodnie na krześle. Potem pozwolił sobie na reakcję.
    - Do jasnej cholery!
    Potem wziął egzemplarz "Kodeksu" z szuflady. Położył na nim prawą rękę Stena.
       - Nie mam pojęcia, jakiego jesteś wyznania. Jeśli w ogóle wyznajesz jakąś religię. Ale to 
nieważne. Czy ty... jakkolwiek masz na nazwisko, niech będzie Sten. Imię nieznane. Przysięgasz 
własnym  życiem  bronić Wiecznego Imperatora i Imperium...  wiem,  że tak, mój  chłopcze.  Czy 
uroczyście  przyrzekasz  być  posłusznym  rozkazom, wydawanym  ci z mocy prawa, przestrzegać 
honoru i tradycji Gwardii Imperialnej, jak tego wymaga Imperium? Przyrzekasz, na pewno. Witam 
cię,   Stenie,   w   Służbie   Imperium.   Nie   zrobiłeś   błędu   zaciągając   się   do   Gwardii.   I   za   osobisty 
zaszczyt poczytuję to, że wybrałeś mój macierzysty oddział, Pierwszy Pułk Szturmowców Gwardii.
    Odłożył książkę i zamilkł. Zmierzwił Stenowi włosy.
    - Jesteś nieszczęsnym, biednym skurwielem i to wstyd, że wszystko poszło tak, jak poszło. Mogę 
zrobić dla ciebie co najmniej tyle, aby zabrać cię z tego piekła i pozwolić żyć jeszcze chwilę dłużej.
    Wcisnął przełącznik interkomu.
    - Poruczniku, proszę do mojego biura. Nowy rekrut do Gwardii. Wydaje się, że zemdlał, bo go 
poraził majestat Imperium.
    Mahoney wziął butelkę alkoholu z biurka i nie zawracając sobie głowy szklanką, wlał prosto do 
gardła długi łyk.
    - Pomyślnych wiatrów, przyjacielu.

Rozdział 15     

    Thoresen brnął przez wymówki i usprawiedliwienia szefa bezpieczeństwa. Im dłużej patrzył na 
jego obraz w wideofonie, tym  bardziej miał ochotę rozwalić jego gorliwą gębę. "Nie zrobiono 
żadnej poważniejszej szkody", powiedział ten dureń. I skąd on to wiedział?
    Thoresen nie dbał wcale o zniszczenia w swojej kwaterze ani o poszarpane ciała strażników. Ale 
co z Projektem Bravo? Schował akta z powrotem. Byłby głupcem, gdyby nie pomyślał, że ktoś 
widział wystarczająco wiele z zawartości teczki, aby móc stworzyć zagrożenie.
    Thoresen podniósł gwałtownie głowę, gdy wyłowił coś z potoku wymowy, jakim zalewał go szef 
bezpieczeństwa.
    - Co pan powiedział?
    - Znaleźliśmy ciała trzynastu Buntowników i przeprowadziliśmy ich pełną identyfikację.
    - Nie to. Potem.
    - Aaa, jedno, może dwoje z nich uciekło. No tak. Miał prawo się bać.
    - Kim oni byli?
    - No cóż, sir - powiedział szef - zbadaliśmy włosy, odnalezione w pana kwaterze. Na podstawie 
komputerowej projekcji chromosomowej ustalono, że ten człowiek to zapewne...
    - Sam zobaczę - warknął Baron.
    Komputerowy obraz budował się na ekranie powoli, tak, jak na podstawie analizy chromosomów 
komórka po komórce odtworzono obraz człowieka. W końcu powstała całkowita, trójwymiarowa 
figura.   Thoresen   uważnie   przyglądał   się   obrazowi,   potem   potrząsnął   głową.   Nie   rozpoznawał 
podejrzanego.

background image

    - Kto to jest?
        -   Mig   o   nazwisku   Karl   Sten,   sir.   Uznano   go   za   zaginionego   w   tym   wybuchu   w   Sekcji 
Zewnętrznej jakiś czas...
       - To znaczy,  że człowiek odpowiedzialny za cały ten  zamęt,  żyje?  Jak on to zrobił... no, 
nieważne. To wszystko.
    - Ale, sir, mam jeszcze infor...
    - Sam przeczytam ten raport. To wszystko!
    Baron przewinął raport, będący właściwie życiorysem Stena. Nie zabrało mu to wiele czasu. Nie 
było tego dużo, jeśli odrzucić cały śmietnik bełkotu prawników i psychologów.
       Nagle znalazł  powiązanie.  Projekt Bravo. Sten został  osierocony po wybuchu  w Obszarze 
Rekreacyjnym 26. Dzielnica wróciła, aby go prześladować.
        Wcisnął   odpowiedni   guzik   na   konsoli   i   na   ekran   wpłynęła   zaniepokojona   twarz   szefa 
bezpieczeństwa.
    - Chcę, aby natychmiast odnaleziono tego człowieka. Chcę, aby wszyscy nad tym pracowali.
    - A - a - a - le, obawiam się, że to niemożliwe, sir.
    - Dlaczego? - wrzasnął Thoresen.
    - No cóż, my... odnaleźliśmy go. Jest na statku Imperium, w okolicach...
    Thoresen wyłączył go. To niemożliwe. Jak? Potem zebrał myśli na nowo.
    Znajdzie tego Stena.
       Parę chwil później Baron mówił coś cicho do małego, szarego człowieka na małym, szarym 
świecie. Polowanie na Stena zaczęło się.

Rozdział 16 .    

     Nuklearne ognie wykwitły z planety, rysując ostro sylwetki statków wojennych, zawieszonych 
tuż ponad atmosferą.
       - H minus pięćdziesiąt sekund. Odliczanie. Czerwony Jeden, Czerwony Dwa, odłączone do 
indywidualnej   kontroli.   Rozpocząć   manewry   wejściowe.   -   Transmisja   ze   statku   komandora 
trzeszczała na mostku statku szturmowego.
    Kontrolki ożyły i transportowce floty wysunęły się ze swoich orbit stacjonarnych. Zabłysły ognie 
rakiet hamujących, gdy statki wytracały szybkość i zbliżały się do krawędzi atmosfery.
       - "Foxfire Sześć", stwierdziłem atak naziemny. Przewidywane spotkanie za... hm, trzydzieści 
pięć   sekund.   Prawdopodobieństwo   trafienia   osiemdziesiąt   trzy   procent.   Rozpocząć   uniki...   - 
sygnalizował satelita obserwacyjny.
        Pilot   statku   "Foxfire   Sześć"   skręcił   i   wcisnął   pełną   moc   silnika.   Wyciągnął   dyskietkę   z 
programem zygzakowania i wcisnął ją do komputera.
        Gdzieś   głęboko   w   trzewiach   statku   Sten   poleciał   do   przodu,   ale   zatrzymały   go   pasy 
bezpieczeństwa.   Sierżanta   rzuciło   na   ścianę   kapsuły.   Sufit   wirował   dookoła   Stena,   huśtał   się 
szaleńczo, po czym odpłynął dalej, gdy sztuczna grawitacja zanikła.
    Sten i ludzie z jego plutonu zaklinowali się mocniej w swoich antywstrząsowych kokonach, gdy 
ciążenie wielokrotnie zmieniało kierunek podczas uników transportera.
    Głośnik z mostka zaskrzeczał:
        -   Cztery   sekundy   do   wejścia   w   atmosferę.   H   minus   trzydzieści...   procedura   uników 
antyrakietowych w toku.
     Małe punkciki ognia skoczyły z satelitów I oraz O, gdy wystrzelono pociski antyrakietowe w 
kierunku sześciu wąskich smug dymu mknących w kierunku transportu.
    Na tle czerni kosmosu zajaśniały mocne światła.
     - "Foxfire Sześć", trafiłem jednego z twoich ptaszków. Drugi z nich ma uszkodzony żyroskop. 
Sugeruję przystąpienie do ataku.

background image

       Ogniomistrz transportowca skierował dwie baterie gremlinów na nadchodzące rakiety. Działa 
rzygnęły lawiną pocisków.
        Rakiety   uległy   podstępowi   i   skierowały   się   w   stronę   gremlinów.   Inne,   prawdopodobnie 
sterowane z ziemi, leciały nadal ku wielkiej grupie transportowców.
    - "Foxfire Sześć", trafienie z prawdopodobieństwem dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Sugeruję 
odpalenie kapsuł. Wewnątrz kabiny Stena umilkł brzęczyk i głos z komputera oznajmił:
      - Odpalenie kapsuł po krótkim odliczaniu. Kontakt z powierzchnią minuta dwanaście sekund. 
Pilot transportowca nacisnął guzik odpalania i statek jakby eksplodował. Wielki stożek oddzielił się 
od głównego korpusu rakiety i wyrzucił z siebie w przestrzeń dwadzieścia długich kapsuł. Ustawiły 
się automatycznie  zgodnie z kursem i popłynęły  w kierunku robota, ustawionego wcześniej  w 
wyznaczonej strefie.
    Posiwiały kapral w kokonie obok Stena powiedział z namysłem:
    - Zdaje mi się, że namierzyli nas. Sześć do pięciu, że nas mają, zanim wylądujemy. Cóż. Niech 
będzie osiem do pięciu. Chcesz się założyć?
    Sten przecząco pokręcił głową i kapsuła znowu zakołysała się dookoła niego.
    Minęło czterdzieści sześć sekund, zanim statki inwazyjne, "Czerwony Jeden" i "Czerwony Dwa", 
odsunęły się od floty. Niebo nad planetą rozgorzało od nuklearnych i konwencjonalnych eksplozji.
    Dwie rakiety detonowały w pobliżu statku. Kapsuła Stena zakołysała się.
    - Weszliśmy w atmosferę - powiedział kapral.
        Radar   umieszczony   w   dziobie   kapsuły   zapiszczał   i   przekazał   komputerowi   polecenie 
zmniejszenia prędkości. Wielkie skrzydła wysunęły się z jej boków i zahuczały silniki hamujące. 
Pionowe nurkowanie kapsuły pogłębiało się, aż przednie krawędzie skrzydeł poczerwieniały od 
żaru, a potem zrobiły się białe. Ryk powietrza docierał aż do wnętrza.
    Niemal równocześnie komputer wyrzucił z tyłu kapsuły trzy spadochrony na długich linkach, a 
pulsowanie rakiet odrzutowych miało zmienić kurs tak, aby przesunąć ją znad oceanu na miejsce 
wyznaczone przez automatyczny nadajnik. Komputer zużył dwa zestawy przeciwnurkowe, które 
wypaliły się, zanim osiągnięto prędkość poddźwiękową.
       Obrona  przeciwlotnicza  dookoła  stolicy planety,  leżącej  poniżej  kapsuły Stena,  wystrzeliła 
rakiety   krótkiego   zasięgu   ziemia   -   powietrze.   Myśliwce   skakały   i   ślizgały   się   poprzez   czarne 
wykwity, a potem zniknęły z oczu.
    Promienie laserów wskazywały gniazda obrony i bomby spadały prosto na cel.
       Druga fala myśliwców przeleciała nad miastem, spuszczając kaskadę bomb zapalających. W 
samym centrum stolicy wybuchła burza ogniowa; stal i beton płynęły rzeką, gdy miasto roztapiało 
się w morzu płomieni.
     Jeden ze sterowanych z ziemi pocisków rakietowych namierzył nadlatującą kapsułę Stena, dał 
pełną   moc,   ale   zagubił   się   w   panującym   zamieszaniu.   Nie   chcąc   wypuścić   ptaszka   z   garści 
kierujący pociskiem oficer zdetonował go ręcznie, mając nadzieję, że spowoduje szkody wybuchem 
w bliskiej odległości.
    Kapsuła wylądowała poziomo w szerokiej alei. Na ziemi! Fala wstrząsowa pochwyciła ją, jedno 
skrzydło ostro zawadziło o ulicę i kapsuła zakręciła się dookoła własnej osi.
    Oczy Stena zamknęły się. Ciemność. Potem miniprzeciążenia ustały i drzwi kapsuły odskoczyły 
na boki.
    Ludzie wysypali się na ulicę.
    Sten potknął się, stanął z powrotem na nogach i automatycznie opuścił przyłbicę hełmu. Poprawił 
przekrzywione pasy od pistoletu maszynowego; sprawdził magazynek; odbezpieczył. Klękną na 
jedno kolano. Dziesięć metrów od najbliższego żołnierza ze swojego plutonu.
    Bezpieczne ustawienie lądowania zakończone. Ryk sierżanta:
       - Pierwszy!  Drugi oddział! Manewry!  Trzeci  oddział!  Bezpieczeństwo! Oddział  rakietowy, 
stanowisko za tym pomnikiem! Ruszać się! Szyk rombowy! Naprzód!

background image

        Sten   i   jego   oddział   ruszyli   do   przodu,   przepatrując   uważnie   ulicę.   Uszy   Stena   w   końcu 
zdecydowały się zacząć funkcjonować i słyszał teraz uderzenia obcasów i skrzypienie pasów od 
broni.
    Pierwsza rakieta, wysłana przez ludzi ukrytych za pomnikiem, zaszumiała w powietrzu i obróciła 
się w poszukiwaniu celu.
    - Chodź już, ty tam. Nie ma czasu na obserwowanie ptaszków. Trzymaj swój...
    Oddział padł płasko, gdy waliły się gruzy. Sten przerolował się przez chodnik i wstał.
        Schylił   się   znowu,   schodząc   z   pola   widzenia   wielkiego,   pomalowanego   na   szaro   czołgu, 
gramolącego się przez rumowisko w kierunku ich oddziału.
       Sten wyciągnął granat zza pasa, odciągnął zawleczkę i rzucił nim w stronę pojazdu. Granat 
wybuchł, o metry za blisko, i Sten zanurkował w dół, gdy jedna z dwóch głównych wieżyczek 
obróciła się w jego kierunku.
    Bębenki w uszach napinały się, a kręgosłup drętwiał, gdy maser czołgu podniósł się do strzału. 
Mur ponad nim rozsypał się, gdy fale dźwiękowe zdruzgotały go całkowicie. Sten nie podnosił się, 
dopóki czołg nie wycofał się.
    Jedna z gąsienic przeszła o metr od niego. Sten słyszał długi, bulgoczący krzyk, gdy ktoś - jego  
partner z drużyny - został zmiażdżony w szerokiej na trzy metry koleinie.
       Sten wstał, gdy czołg przejeżdżał, złapał za zwisający koniec ciągniętej przez pojazd liny, 
dźwignął się cicho z ziemi, chociaż i tak ryk silnika zagłuszał wszystko. Ostrożnie wypełznął zza 
czołgu, czując wyczerpanie, odczepił inny granat i wturlał go pomiędzy wieżyczki.
    Odpadł i przytulił się do chodnika. Czołg przejechał jeszcze kilka metrów. Dostatecznie daleko, 
aby Sten wyszedł z martwego pola czujników.
     Kopuła karabinu maszynowego obróciła się w jego kierunku, broń zniżyła się do strzału, gdy 
właśnie wybuchł granat. Detonacja odrzuciła jedną z dwóch głównych wieżyczek. Kręciła się w 
powietrzu, aby w końcu zmiażdżyć dwóch kulących się gwardzistów.
       Sten leżał, nie mogąc się ruszyć, dwadzieścia metrów za maszyną. Z krateru na jej szczycie  
buchnął ogień, zdławiony po chwili gaśnicami. Druga wieżyczka obróciła się do tyłu. Jej karabin 
maszynowy   zaczął   strzelać   i   pociski   zagrzechotały   obok   Stena.   Krzyknął,   gdy   rozpalony   do 
białośca drut przeniknął przez jego ramię, ale zerwał się na nogi i zanurkował do przodu, pod czołg, 
ślizgając się przez chodnik.
    Ból. To boli. Sten zmusił się do powtarzania wyuczonej mantry i zakończenia nerwów zamarły, 
ból odpłynął. Ale ramię było bezużyteczne. Sten ostrożnie wypełzł spod czołgu i przypłaszczył się 
do ziemi, gdy pociski uderzyły w pancerz tuż obok niego.
     Kolumna nieprzyjacielskiej piechoty poruszała się powoli do przodu, poprzez ruiny. Otworzyli 
ogień, gdy tylko Sten ukazał się w ich polu widzenia.
    Silnik zamruczał, czołg ruszył przed siebie. Sten trzymał się obok, starając się mieć go pomiędzy 
sobą a żołnierzami wroga. Słyszał wykrzykiwane rozkazy i rzucił się w dół, patrząc przez luźne 
koła   gąsienic.   Zobaczył   nogi   biegnące   obok   w   kierunku   czołgu.   Wyciągnął   z   plecaka   granat 
dezorientujący i rzucił go ponad pojazdem. Wizjer jego hełmu pociemniał, pochłaniając światło 
wybuchu.
        Żołnierze   przypadli   do   ziemi.   Ogłupiali,   nie   mając   poczucia   kierunku   ani   czasu,   zostali 
wyłączeni z akcji na co najmniej pół godziny.
    Zazgrzytały biegi i czołg wjechał w aleję, kierując się w stronę dowództwa plutonu Stena. Sten 
złapał   za   klamrę   i   ostrożnie   podciągnął   się   na   pokrywę   maszyny.   Ocalała   główna   wieżyczka 
strzelała małymi ładunkami w dół alei. Lufy karabinu maszynowego pokrywały ogniem budynki po 
drugiej stronie czołgu.
       Sten pełznął przez pancerz w kierunku wieżyczki. W szczelinie obserwatora błysnęło oko i 
karabin maszynowy obrócił się w jego stronę. Skoczył na szczyt głównej wieżyczki. Zamrugał...
    Sten siedział w pokoju, jego głowę skrywał błyszczący stalowy hełm, zasłaniający pole widzenia. 
Wychodziły z niego przewody transmisyjne. I ten sam Sten jechał na szczycie ciężkiego czołgu, 
tocząc walkę na śmierć i życie gdzieś w jakimś bezimiennym świecie.

background image

       Paznokcie Stena połamały się, gdy wieżyczka przesuwała się tam i z powrotem, usiłując go 
strącić. Skrzypnął właz i Sten rzucił się do przodu, wyciągając równocześnie nóż komandosa z 
cholewy buta. Skoczył na czołgistę wychodzącego na zewnątrz z pistoletem gotowym do strzału.
    Nóż trafił żołnierza w usta. Krew trysnęła na rękę Stena. Mężczyzna wycofał się z powrotem do 
czołgu. Sten otworzył właz do końca, potem szarpnął się do tyłu, gdy z ulicy nadleciały pociski.
    Sten ściągnął z ramion plecak, uruchomił granat z opóźnionym zapłonem, włożył z powrotem i 
wrzucił całość przez właz.
        Skoczył.   Wylądował   czując   ból   naciągniętych   ścięgien   i   wściekłość,   cofnął   się   za   niski, 
zrujnowany murek, podczas gdy obok niego eksplodował czołg; niszcząca, pożerająca wszystko 
kula ognia wylała się z maszyny poprzez mur, docierając do Stena. Poczuł, jak jego ciało czernieje i 
osuwa się coraz dalej i dalej w śmierć.
    Nagranie skończyło się.
    Sten zdjął hełm z głowy i rzucił nim przez pokój. Włączył się głośnik.
    - Uczestniczyłeś właśnie w pierwszym szturmie, kiedy twój pułk, Pierwszy Pułk Szturmowców 
Gwardii, wylądował na Demeter. Pułk poniósł straty wynoszące sześćdziesiąt cztery procent stanu 
podczas trzytygodniowej operacji, ale w terminie zdobył wszystkie wyznaczone obiekty zgodnie z 
określonym planem.
    - Aby uczcić te osiągnięcia, Pierwszy Pułk Szturmowców Gwardii został nagrodzony, osobiście 
przez Wiecznego Imperatora, prawem do noszenia na ramieniu Imperialnego Sznura w kolorach 
czerwonym,   białym   i   zielonym.   Odznaczenia   z   Demeter   zostały   dodane   do   barw   dywizji. 
Dodatkowo   nagrodzono   wiele   przykładów   heroizmu,   wliczając   w   to   Krzyż   Galaktyczny, 
pośmiertnie, dla Gwardzisty Jaime Shavala, którego doświadczenia miałeś zaszczyt podzielać w 
ramach dzisiejszego testu.
    Na koniec głośnik oznajmił:
     - Teraz nastąpi trzydziestominutowa przerwa, zanim zostanie podany wieczorny posiłek. Testy 
zostaną powtórzone jutro. To wszystko. Możesz opuścić pokój testów.
       Sten podniósł się z krzesła. Dziwnie. Nadal czuł miejsce, gdzie uderzył  go pocisk. Drzwi 
otworzyły się i poszedł w kierunku jadalni. A więc tak czuje się bohater. I tak się czuje ten, który 
umiera. Żadna z tych możliwości nie pociągała go szczególnie. Pomyślał jednak, że trzydzieści 
sześć procent to i tak lepszy wskaźnik przeżycia niż w Sekcji Zewnętrznej.
    Mimo wszystko nadal interesowało go, jakie to wartościowe cechy powinien w sobie rozwinąć, 
aby zakwalifikować się do Pierwszego Oddziału Szturmowców Gwardii Tyłowych Dekowników.
       Usiadł na brzegu pomnika jakiejś zapomnianej bitwy i czekał, aż długa kolejka przyszłych  
rekrutów skróci się trochę. Odetchnął głęboko naturalnym, nie wyprodukowanym, powietrzem i 
zdziwił się trochę stwierdzając, że czuje się szczęśliwy. Zastanowił się. Bet? Mógł sobie z tym 
poradzić. Tak samo, jak poradził sobie ze śmiercią swojej rodziny. Domyślał się, że z tego rodzaju 
sprawami idzie łatwiej, gdy ma się już coś w rodzaju praktyki. I tego właśnie, zorientował się nagle, 
może mieć aż za dużo w Gwardii.
       No cóż. Wstał i poszedł na koniec kolejki. Przynajmniej opuścił Vulcan. I nigdy nie będzie 
musiał   tam   wracać.   Czasami   pozwalał   zaszaleć   swojej   wyobraźni   i   zgadywał,   jak   wyglądałby 
Vulcan, gdyby tuż ponad Okiem zdetonować jakiś przyjemny ładunek antyplanetarny.
    Bardzo powoli odsunął od siebie uroczą wizję i stwierdził, że jest głodny.

Rozdział 17     

    Rykor także była szczęśliwa. W jej głowie huczały dzikie, arktyczne morza. Fale wspinały się do 
szarego, zachmurzonego nieba, podczas gdy z lodowców z hukiem odpadały bryły lodu.
    Obróciła się, gdy wypłynęła na powierzchnię, radośnie wyskoczyła, potem skierowała płetwy w 
stronę wody i lekko, wdzięcznie przeskakiwała z fali na falę. Ktoś delikatnie dotknął jej ramienia.
    Rykor otworzyła jedno oko i ponuro spojrzała na Frazera, jednego ze swoich asystentów.

background image

    - Czego chcesz? - zahuczała.
    - Jest telefon do ciebie. Ze świata Primy.
        Rykor  prychnęła   przez  wąsy i  oparła  oba  ramiona   na  brzegach  zbiornika.   Podniosła   swój 
olbrzymi korpus i przeniosła go na krzesło grawitacyjne. Fałdy cielska przelewały się przez boki, 
dopóki drżące krzesło nie umieściło ich bezpiecznie na miejscu. Nacisnęła odpowiedni guzik i 
przeniosła się do głównego ekranu. Frazer podążył za nią.
       - To ma jakiś związek z tym nowym rekrutem Gwardii. Tym, do którego akt tylko ty masz  
dostęp.
    - Jasne - zamruczała Rykor. - Przybędzie żartów o morsach.
        Ekran   pozostał   pusty,   z   wyjątkiem   pojedynczej   linii   migających   liter.   Rykor   była   trochę 
zdziwiona, ale wcisnęła klawisz szyfrowania i wpisała swój kod. Kazała Frazerowi przesunąć się 
dalej od ekranu.
    Monitor rozjaśnił się i Mahoney przyjaźnie skinął głową.
       - Pomyślałem, że zajmę ci trochę czasu, Rykor, i poproszę o sprawdzenie jednego z moich 
chłopaków.
    Rykor dotknęła klawisza i obok rozświetlił się drugi ekran.
    - Stena?
    - Dobrze odgadłaś.
    - Zgadłam? Po tym, jak dodałeś swój osobisty kod do procedury wywołania?
    - To zawsze był mój problem. Nigdy nie wiem, jak zachować subtelność.
    Rykor nie zawracała sobie głowy ripostą. Zbyt łatwa.
    - Chcesz obejrzeć jego wyniki?
    - Czy niepokoiłbym głównego psychologa, gdybym chciał tylko usłyszeć urzędnika recytującego 
sprawozdanie? Wiesz, o co mi chodzi.
    Rykor odetchnęła głęboko.
    - Ogólnie rzecz biorąc, on powinien być czymś, co nazywasz "kłębowiskiem węży".
    Mahoney wyglądał na zdziwionego, ale nic nie odpowiedział.
    - Wyjątkowo wysoki poziom inteligencji, powiązany z dobrą organizacją i spójną osobowością. 
To  nie  pasuje.  Powinien   być  katatonikiem  albo  psychopatą.   Zamiast   tego  jest  aż  nienaturalnie 
zdrowy psychicznie. Możemy przetestować go bardziej intensywnie, ale już nabieram przekonania, 
że   funkojonuje   doskonale   głównie   dzięki   temu,   że   jego   doświadczenia   nie   zostały   jeszcze 
przyswojone.
    - Wyjaśnij.
       - Warto byłoby go zbadać po ujawnieniu się tych problemów, przeżyć i nieuświadamianych 
emocji.
       - Ale po co - zaoponował Mahoney. - Nie robimy poety. Chcę tylko żołnierza. Czy zniesie 
trening?
       - Niemożliwe do przewidzenia z jakąkolwiek rozsądną pewnością. Moim zdaniem tak. Już 
przedtem był poddawany stresom daleko większym, niż przewidują nasze limity.
    - No więc, jakim żołnierzem może być?
    - Bardzo złym.
    Mahoney wyglądał na zaskoczonego.
        -   Wykazuje   niewielką   emocjonalną   reakcję   na   konwencjonalne   bodźce,   małe   lub   żadne 
zainteresowanie   zwykłymi   nagrodami   Gwardii.   Wysokie   prawdopodobieństwo   niewykonania 
rozkazu, który uzna za nonsensowny lub niepotrzebnie niebezpieczny.
    Mahoney smutno pokręcił głową.
       - Zaczynam się zastanawiać, dlaczego go zwerbowałem. I to do mojego szczerze kochanego 
pułku.
        -   Bardzo   prawdopodobne   -   powiedziała   sucho   Rykor   -   że   dlatego,   ponieważ   jego   profil 
psychologiczny jest niezwykle podobny do twojego.

background image

       - Mmm. Zapewne dlatego trzymam się z daleka mojego szczerze kochanego pułku. Oprócz 
niektórych uroczystości. Rykor nagle roześmiała się. Zabrzmiało to jak grzmot, a przez jej ciało 
przebiegały nieskończone fale drgań, niemal niszczące krzesło. W końcu przestała się śmiać.
    - Mam wrażenie, Ian, że wywołujesz jakiś stary film. Mahoney pokręcił głowa.
    - Nie. Nie chcę, żeby chłopak załamał się podczas szkolenia. Jeśli mu się nie uda...
    - Odeślesz go z powrotem do jego świata?
    - Jeśli mu się nie uda - powiedział cicho Mahoney - przestanie mnie interesować.
    Rykor wzruszyła ramionami.
    - A propos. Powinieneś wiedzieć, że on ma nóż w ramieniu. Mahoney starannie ważył słowa.
    - Zasadniczo mówi się, że ma nóż w rękawie, jeśli pozwolisz. - Powiedziałam dokładnie to, co 
chciałam.   Ma   mały   nóż,   zrobiony   z   jakiegoś   nieznanego   krystalicznego   materiału,   ukryty   w 
chirurgicznie zmodyfikowanym prawym przedramieniu.
    Mahoney podrapał się po policzku. Nie zauważył tego na Vulcanie.
    - Chcesz, abyśmy to usunęli?
    - Nie - Mahoney uśmiechnął się krzywo. - Jeśli instruktorzy nie poradzą sobie z tym, i jeśli jest 
na tyle głupi, aby wyciągnąć go na któregoś z nich, to otworzy nam znakomite wyjście awaryjne. 
Czyż nie?
    - Chcesz, aby nadzorować jego postępy, rzecz jasna?
    - Oczywiście. I choć jestem świadomy, że to nie należy do obowiązków głównego psychologa,  
byłbym   wdzięczny,   gdybyś   zapieczętowała   jego   akta.   I   żebyś   ty   osobiście   prowadzili   jego 
przypadek.
    Rykor gapiła się w ekran.
    - Aha. Rozumiem.
    Mahoney przesłał jej półuśmiech.
    - Oczywiście. Wiedziałem, że zrozumiesz.

Rozdział 18    

       - Nazywam się Lanzotta - grzmiał głos. - Szef szkolenia sierżant Lanzotta. Przez następny 
Imperialny Rok możecie uważać mnie za Boga.
    Sten, bezpiecznie ukryty w pstrej gromadzie rekrutów, spoglądał kątem oka na stojącego przed 
nim masywnego mężczyznę w średnim wieku. Lanzotta nosił cętkowany brązowy mundur Bojowej 
Dywizji   Gwardii   oraz   podwinięty,   szerokoskrzydły   kapelusz   Oddziału   Szkoleniowego.   Jedyną 
dekoracją,   poza   małym   czarnym   oznaczeniem   stopnia,   był   wieniec   wielu   gwiazd   Weterana 
Bojowego Oddziału Planetarnych Szturmowców.
    Z obu stron stało dwoje potężnych kaprali.
    - Klękanie i ofiary całopalne nie są konieczne - ciągnął Lanzotta. - Zwykły szacunek i absolutne 
posłuszeństwo całkowicie mnie uszczęśliwią.
    Lanzotta uśmiechnął się uprzejmie do rekrutów. Jeden z mężczyzn, ubrany w pstrokate, lśniące 
cywilne   jedwabne  ubranie  z  jakiegoś  dalekiego   świata  popełnił  ten  błąd,   że  uśmiechnął   się  w 
odpowiedzi.
    - Aha. Mamy tu kogoś z poczuciem humoru. - Lanzotta przeszedł do przodu, aż stanął tuż przed 
tym człowiekiem. Wydaje ci się, że jestem zabawny, synu?
    Z twarzy chłopaka zniknął uśmiech. Nic nie odpowiedział.
    - Myślałem, że zadałem ci pytanie - rzekł Lanzotta. - Czy mówiłem za cicho, kapralu Carruthers?
    Jedna z wielkich postaci poruszyła się lekko.
    - Słyszałam pana dobrze, sierżancie - powiedziała kapral Carruthers.
     Lanzotta kiwnął głową. Jego ręka strzeliła do przodu i złapała rekruta za gardło. Zupełnie bez 
wysiłku podniósł chłopaka trochę do góry i trzymał.

background image

        -   Naprawdę   lubię   otrzymywać   odpowiedzi   na   moje   pytania   -   powiedział   z   namysłem.   - 
Chciałbym wiedzieć, czy uważasz, że jestem zabawny.
    - N - nie - zabulgotał rekrut.
       - Zdecydowanie wolę, aby zwracano się do mnie zgodnie z moją rangą - oznajmił Lanzotta. 
Gwałtownie odrzucił chłopaka. Ten upadł ciężko na ziemię. - Odkryjesz, że poczucie humoru jest 
niezwykle użyteczne - dodał. - Jest was tu dzisiaj setka. Zostaliście wybrani, aby wstąpić w szeregi 
Pierwszego Pułku Szturmowców Gwardii. Witam was. Musie wiedzieć o tym, że nasza komisja 
rekrutacyjna   jest   bardzo   wybredna.   Powiedzieli   mi,   że   mniej   niż   jedna   osoba   na   sto   tysięcy 
kwalifikuje się do Gwardii. Biorąc to pod uwagę możecie uważać się za elitę. Kapralu Halstead, czy 
oni wyglądają dla ciebie jak elita?
    - Nie, panie sieriancie - zahuczał drugi behemot. - Wyglądają jak coś, co jest na dnie szamba.
    - Umm - zastanawiał się Lanzotta. - Może nie jest aż tak źle.
       Przeszedł wzdłuż nieruchomych szeregów, przyglądając się uważnie rekrutom. Zatrzymał się 
przed   Stenem,   zmierzył   go   wzrokiem   od   góry   do   dołu   i   uśmiechnął   się   lekko.   Potem 
przespacerował się jeszcze trochę.
    - Przepraszam, kapralu. Masz rację.
    Lanzotta wrócił na przód formacji, potrząsając głową ze smutkiem.
       - Gwardia Imperialna jest najwspanialszą formacją bojową w historii człowieka. A Pierwszy 
Szturmowy jest najlepszy w Gwardii. Nigdy nie przegraliśmy bitwy i nigdy nie przegramy.
    Przerwał na chwilę.
       - Niektórzy generałowie twierdzą, że zadaniem żołnierza nie jest walczyć, lecz umierać. Jeśli 
któryś z was, wyskrobki, dożyje do zakończenia szkolenia, to będzie gotowy pomóc żołnierzom 
drugiej   strony   umrzeć   dla   swego   kraju.   Gwardia   nie   jest   zainteresowana   produkcją   mięsa 
armatniego.  Wytwarzamy   zabójców, a  nie  pokonanych.   Przejdziecie   w  tym  ośrodku szkolenie, 
trwające pełen rok. Jeśli je zaliczycie, zostaniecie przeniesieni do oddziału polowego. Macie trzy 
możliwości do wyboru podczas tego roku. Możecie zrezygnować w każdej chwili, a my będziemy 
szczęśliwi zrzucając was do batalionu zaopatrzeniowego zbierającego szumowiny. Albo możecie 
nauczyć się, jak być żołnierzami.
    Zaczekał chwilę.
    - Czy kogoś ciekawi trzecia możliwość?
       W odpowiedzi nie zabrzmiał żaden dźwięk z wyjątkiem szumu wiatru, przelatującego przez 
wielki plac defilad.
    - Trzecia opcja to śmierć - Lanzotta uśmiechnął się znowu. - Kapral Halstead, kapral Carruthers 
albo ja sam z przyjemnością zabijemy was, jeśli uznamy, że chociaż przez chwilę zagroziliście 
bezpieczeństwu   waszych   kolegów   w   warunkach   bojowych,   albo   że   nie   ma   innego   sposobu 
pozbycia się was. 1a wierzę, ludzie. Wierzę w Imperium i służę Wiecznemu Imperatorowi. Zabrał 
mnie z wysypiska śmieci, gdzie się urodziłem, i zrobił ze mnie człowieka, jakim jestem. Walczyłem 
dla Imperium na stu różnych światach i będę walczył jeszcze na stu innych, zanim jakiś drań mnie 
spali.   -   Oczy   Lanzotty   rozjarzyły   się.   -   Ale   będę   najdroższym   kawałkiem   mięsa,   na   jaki 
kiedykolwiek natrafił.
    Lanzotta, jak gdyby nieświadomie, dotknął odznaki Szturmowców na piersi.
       - A teraz podam wam pierwsze cztery reguły na to, jak pozostać żywym i szczęśliwym. Po 
pierwsze, musicie myśleć o sobie jak o czymś stojącym dwa stopnie niżej niż ścieki z latryny. Dam 
wam znać, kiedy uznam, że możecie uważać się za istoty rozumne. W tej chwili wydaje mi się, że 
to   nigdy   nie   nastąpi.   Po   drugie,   gdy   ktoś   z   kadry   zwraca   się   do   was,   stajecie   na   baczność, 
salutujecie, zwracacie się do niego zgodnie z jego rangą i robicie dokładnie to, co wam każe.
    Skinął na Carruthers. Kapral podbiegła do jednego z rekrutów.
    - TY! - krzyknęła.
    - Tak.
    Pięść kaprala trafiła rekruta w brzuch, aż zwinął się i opadł rzężąc na kolana.
    Carruthers odeszła jeden krok na bok.

background image

    - TY! - wrzasnęła na trzęsącą się kobietę.
    - Tak jest... pani kapral - padła wyjąkana odpowiedź.
    - SKACZ!
       Dziewczyna  gapiła się z rozdziawionymi  ustami. Pięść Carruthers trafiła ją w policzek, aż 
upadła.
    - ONI NIE SŁUCHAJĄ, SIERŻANCIE. - Odeszła na bok. - TY!
    - Tak jest, pani kapral - udało się trzeciemu rekrutowi.
    - SKACZ!
    - Tak jest, pani kapral!
    Chłopak zaczął skakać w górę i w dół.
    - ZA NISKO!
    Rekrut skoczył wyżej.
        Carruthers  patrzyła,   potem   pokiwała  głową   z  satysfakcją.   Wróciła  na   swoje   miejsce   obok 
Lanzotty.
    - Po trzecie - Lanzotta kontynuował, jak gdyby nic się nie stało. - Będziecie poruszać się biegiem  
wszędzie, z wyjątkiem wnętrza budynków lub momentów, gdy padnie inny rozkaz. I po czwarte - 
Lanzotta przerwał. - Czwarta zasada mówi, że wszystko robicie źle. Chodzicie źle, mówicie źle, 
myślicie źle i w ogóle jesteście nie w porządku. My zaś znaleźliśmy się tu po to, aby pomóc wam  
zacząć postępować prawidłowo.
    Lanzotta odwrócił się do Halsteada.
    - Kapralu, zabierzcie mi z oczu te śmieci i zobaczcie, czy możecie coś zrobić, aby się poprawili.
    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE. - Kapral zasalutował i pobiegł na bok formacji.
    - W prawo... patrz! - wrzasnął.
       Sten aż zamrugał, gdy stwierdził, że jego ciało reaguje na hipnotyczne warunkowanie, jakie 
zaaplikowano mu podczas snu.
    - Naprzód... marsz! Prawa... lewa!
    Formacja rekrutów ruszyła przed siebie potykając się.
   - A to wasz dom, dzieci - głos Halsteada grzmiał pośród długich koszar oddziału.
    Sten i inni rekruci stali, każdy przy swojej pryczy.
       - Dajemy wam łóżko, które będziecie mieli szczęście widzieć przez cztery godziny w nocy - 
mówił dalej Halstead. Dostajecie jedną szafkę na złożenie swojego wyposażenia. Pokażemy wam, 
jak je przechowywać.
    Przespacerował się w tę i z powrotem.
    - Wiem, że większość z was wychowała się na brudnej robocie. Będziecie utrzymywać te koszary 
w czystości. Ale nigdy nie będą wystarczająco czyste.
    Halstead podszedł do drzwi.
    - Macce dwie minuty na rozejrzenie się dookoła. Potem wyjdźcie na zewnątrz pobrać mundury i 
sprzęt.
     Trzasnęły zamykane drzwi baraku. Przez chwilę trwała cisza, potem szmer podekscytowanych 
rozmów. Sten rozejrzał się po pomieszczeniu, oglądając swoich kolegów. Byli w dobrej formie, 
zdrowi. I przerażeni. Nie był najniższy w grupie, ale niewiele brakowało.
    - Farmerzy. To sami farmerzy - powiedział rekrut stojący obok następnej pryczy. Sten popatrzył 
na niego. To był  młody mężczyzna ze świata będącego rajem dla turystów. Ten z "poczuciem 
humoru". Wyciągnął ustawioną pionowo dłoń do Stena. - Gregor.
    Sten dotknął palców i przedstawił się.
    - Czy jest coś złego w farmerach? - spytał z zaciekawieniem.
    - Zupełnie nic. Właśnie takich Imperium przerabia na bohaterów... - Gregor lekko skrzywił usta.
    - Ale ciebie to nie dotyczy?
    Gregor uśmiechnął się.
    - To ty w tym tkwisz. Ja nie.
    Sten podniósł brew.

background image

    - Oficer. To jest bilet. Schowaj się i patrz. Kiedy zaczną spławiać przegranych... - Gregor znowu 
się uśmiechnął.
    Nagle zabrzmiał gwizd Halsteada. Zadudniły buty, gdy rekruci gnali w stronę drzwi.
       - BIEGNIECIE ZA WOLNO, DZIECI. O WIELE ZA WOLNO. OSTATNICH PIĘCIU MA 
DYŻUR W KUCHNI! - zaryczał Halstead.
     - NASTĘPNY! - wrzasnął kapral. Sten, stojący nago w długiej kolejce, zastanawiał się, czy 
Halstead umie  mówić normalnie. Chyba  nie, zdecydował. Rekrut przed Stenem podskoczył  do 
wielkiej trumny, wbiegł do środka, ustawił palce nóg na znaku. Halstead zatrzasnął drzwi.
    Zaczekał chwilę, potem je otworzył.
      - WYCHODZIĆ JUŻ, JUŻ, JUŻ! - wrzasnął. Mężczyzna wyskoczył na zewnątrz i pobiegł w 
głąb korytarza do rynny zaopatrzeniowej, już zapełnionej zapakowanymi mundurami.
    Sten wyjął głowę spod elektronicznego fryzjera. Przejechał niepewnie palcami po swojej z nagła 
nagiej czaszce.
    Carruthers uśmiechnęła się na jego widok i mruknęła:
    - Taa, wyglądasz nawet jeszcze głupiej, niż się czujesz.
    - Dziękuję, pani kapral! - krzyknął Sten i pobiegł z powrotem do czekającej formacji.
       Sten, z ciężkim workiem podróżnym  zwisającym  z jednego ramienia, biegł z powrotem w 
kierunku koszar.
    - SZYBCIEJ, SZYBCIEJ! - wrzeszczał Halstead. - TO WAŻY TYLKO CZTERDZIEŚCI KILO, 
WYSKROBKI. Kątem oka Sten zauważył Carruthers, klęczącą na piersi jednego z rekrutów, który 
upadł pod ciężarem worka.
       - Musisz zrozumieć - mruczała Carruthers - my tylko próbujemy ci pomóc, gnojku. - Nagle 
wrzasnęła, nie schodząc z sapiącego człowieka. - NATYCHMIAST WSTAWAJ!
   - Ooch - Lanzotta mruczał pod nosem, idąc wzdłuż długiego szeregu rekrutów. - Wydaje się wam, 
że wyglądacie jak żołnierze?
    Zatrzymał się przed jednym z nich. Natychmiast Carruthers i Halstead znaleźli się obok niego.
    - Synu, szwy na bluzie mają się pokrywać ze szwami na spodniach.
       - NIE SŁYSZAŁEŚ, CO POWIEDZIAŁ PAN SIERŻANT? - wrzasnął  Halstead ściągając 
czapkę rekruta na oczy.
       - POWIEDZIAŁ, ŻE WYGLĄDASZ JAK FLEJTUCH krzyknęła Carruthers w drugie ucho 
chłopaka. Lanzotta ciągnął dalej, jakby nie było obok dwojga wrzeszczących kaprali.
     - Chcemy, żebyś wyglądał jak najlepiej - smutno potrząsnął głową i poszedł dalej, a Halstead 
rzucił rekruta na pryczę, która załamała się po bokach.
    Lanzotta stanął tuż przed Stenem.
    Sten czekał.
     Lanzotta zmierzył go wzrokiem od góry do dołu, potem popatrzył mu w oczy. Lekki uśmiech 
skrzywił mu usta. Poszedł dalej.
    W uszach chłopaka zabrzmiał ciężki szept:
    - Wydaje mi się, że pan sierżant ciebie lubi - powiedziała Carruthers. - Myśli, że będzie z ciebie 
niezły żołnierz. Ja też. Myślę, że powinieneś pokazać nam, jaki jesteś dobry.
    Przerwa.
    - PADNIJ! RÓB POMPKI! DUŻO POMPEK!
        Sten   opadł   na  ziemię,   oparł   się   na  rękach   i  zaczął   opuszczać.   Carruthers   usiadła   na   jego 
ramionach i Sten zwalił się na podłogę.
    - POWIEDZIAŁAM RÓB POMPKI! - wrzasnęła Carruthers.
    Stenowi udało się trochę unieść. Kapral wstała.
    - NA NOGI! - krzyknęła.
    Sten powstał, stanął na baczność.
        -   MYŚLĘ,   ŻE   POPEŁNILIŚMY   BŁĄD.   NIE   WYDAJE   MI   SIĘ,   ŻE   Z   CIEBIE 
KIEDYKOLWIEK  BĘDZIE ŻOŁNIERZ! - wrzeszczała  Carruthers. - Z CIEBIE NIE BĘDZIE 
NAWET DOBRY TRUP!

background image

    Sten stał bez ruchu.
    Carruthers patrzyła na niego chwilę spode łba, a potem przeszła do następnej ofiary.
   - Twój ojciec nie kochał cię, co, rekrucie?
    - NIE, PANI KAPRAL.
    - Twoja matka nienawidziła cię, co?
    - TAK JEST, PANI KAPRAL.
    - A dlaczego twoja matka nie kochała cię?
    - NIE WIEM, PANI KAPRAL.
    - Nienawidziła cię, bo zrobiła kiepski interes nie pozbywając się ciebie, kiedy była w ciąży. Mam 
rację?
    - TAK JEST, PANI KAPRAL.
    - A kto jest jedyną osobą, która cię kocha, rekrucie?
    - PANI, PANI KAPRAL.
    Sten drgnął, kiedy Carruthers rzucała chłopakiem o ścianę.
    - SKĄD JESTES, WYSKROBKU?
    - Z planety Ryersbad Cztery, panie kapralu.
    - CO? COŚ TY POWIEDZIAŁ?
    - Ryersbad Cztery, panie kapralu.
    - WEŹ TEN KOSZ NA ŚMIECI, REKRUCIE.
    - Tak jest, gnie kapralu.
    - PODNIEŚ GO NAD GŁOWĘ.
    Śmieci posypały się kaskadą na ramiona chłopaka.
    - WŁAŹ W TO.
    Rekrut ukląkł, nakładając stalowy pojemnik na ciało. Natychmiast Carruthers i Halstead zaczęli 
wymierzać w kosz kopniaki.
       - ŚMIECIU - łup - TY NIE MASZ ŻADNEGO DOMU - łup - GWARDIA JEST TWOIM  
JEDYNYM DOMEM - łup - SKĄD POCHODZISZ? - łup.
    - Znikąd, panie kapralu - powiedział stłumiony głos z wnętrza puszki.
    Halstead jęknął i usiłował sobie wyrwać ostrzyżone włosy.
    - To beznadziejne - stwierdził cicho. - Absolutnie beznadziejne.
    Wrzasnął znowu:
    - REKRUCIE, MOŻESZ WYJŚĆ Z TEGO KOSZA NA ŚMIECI.
       Usłużnie kopnął w pojemnik. Chłopak wypełznął ze środka, jego mundur był usmarowany i 
śmierdzący .
       - WYGLĄDASZ, JAKBYŚ WŁAŚNIE ZNALAZŁ DOM, REKRUCIE. TERAZ WEŹ TEN 
POJEMNIK   I   ZANIEŚ   GO   DO   STOŁÓWKI.   MASZ   STANĄM   W   NIM   I   MÓWIĆ 
WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZEJDĄ OBOK, ŻE TO JEST TWEJ DOM.
    - Tak jest, panie kapralu.
    Chłopak wziął pojemnik i potykając się poszedł w stronę drzwi.
   - Do łóżek - warknął Lanzotta.
    Nadzy rekruci zanurkowali pod koce. Lanzotta podszedł do drzwi.
     - Chciałbym, żebyście o czymś wiedzieli, dzieci - powiedział. - Mogę szczerze powiedzieć, że 
nie zdarzyło mi się jeszcze spędzić gorszego pierwszego dnia szkolenia z bardziej żałosną bandą 
wyskrobków. Nie chce mi się nawet was zabijać. Mam rację?
    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE - zabrzmiał krzyk ze stu łóżek.
    - Naprawdę trudno mi to wytrzymać. Dobranoc, dzieci. Lanzotta wyłączył światło.
    - Czy jesteście wyczerpani? - zabrzmiało w ciemnościach pytanie.
    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE.
    - Co takiego?
    - NIE, PANIE SIERŻANCIE.
    Światło zapaliło się znowu.

background image

    - To miło - powiedział Lanzotta. - Macie pięć minut. Wychodzić w stroju do ćwiczeń fizycznych.
    Uśmiechnął się i wyszedł z koszar, podczas gdy rekruci gapili się na siebie w ogłupieniu.
     Sten jeszcze raz przejechał przez twarz maszynką do golenia, tak dla pewności, wyłączył ją i  
zebrał   swoje   rzeczy   spod   prysznica.   Pobiegł   z   łazienki   do   swojej   pryczy.   Otworzył   szafkę   i 
sprawdzając plan na kartce przyczepionej do wewnętrznej ścianki, ułożył wszystko na miejscu.
       Spojrzał na zegar. Miał jeszcze półtorej minuty wolnego czasu, potem musiał się ubrać. Z 
pomrukiem  zadowolenia usiadł na podłodze.  Jego prycza  była  już złożona  na dzień, koc leżał 
przepisowo na górze.
    - Sten. Pomóż mi trochę.
    Sten wstał i złapał za drugi koniec materaca Gregora.
    Popatrzyli na siebie nawzajem i obaj nagle zachichotali.
    - Doskonały materiał na film o Tyciu rekruta - skrzywił się Gregor. - A propos. Zauważyłeś coś 
ciekawego?
    - Nie ma nic ciekawego na tym cholernym świecie. Poza łóżkiem, jeśli mogę w nie wpełznąć.
    - Rozejrzyj się dookoła. Coś interesującego. Mamy kobiety w naszej sekcji, tak?
    - Dobrze myślisz, Gregor. Myślę, że muszą zrobić z ciebie oficera.
    - Zamknij się. Wiesz, co jest jeszcze bardziej interesujące? Każdy śpi sam.
    - Pewnie jakieś przepisy zabraniają albo coś takiego.
    - Czy przepisy mogą zatrzymać kogoś, kto ma naprawdę ochotę?
    Sten pokręcał głową.
    - Dodają coś do jedzenia. O to chodzi. Jakieś leki. Bo nie chcą, żeby ktokolwiek przywiązał się  
do kogoś, kogo prawdopodobnie spławią.
     Sten zastanowił się. Mało prawdopodobne. Jeśli wszyscy czuli się tak jak on, to po prostu nie 
mieli siły nawet na uśmiech. Zdecydował się zmienić temat rozmowy.
    - Gregor, mówiłeś coś o tym, że chcesz zostać oficerem?
    - Oczywiście.
    - Jak?
     - Mam szansę. Nawet trzy. Po pierwsze, mój tata. Nie mówiłem nic, bo nie chcę wyglądać na  
samochwałę, ale on jest u steru. Nasza rodzina ma na własność większość Laskera XII. Tata ma 
wpływy. Byliśmy nawet przedstawieni u dworu.
    Sten patrzył na Gregora z namysłem. Zgadywał, że to miało duże znaczenie.
      - Po drugie: byłem w szkole wojskowej. A więc wiem, o czym oni mówią. I zaręczam ci, że 
podczas snu pakują w nas znacznie więcej niż tylko warunkowanie.
    - Szkoły wojskowe. Czy Gwardia nie ma czegoś takiego jak akademia? Dla przyszłych oficerów?
    Gregor wyglądał trochę niewyraźnie.
     - Taa, ale mój tata... zdecydowałem, że będzie lepiej, jeśli zacznę od samego dołu. Znasz to, a 
więc możesz łatwiej zrozumieć ludzi, którymi dowodzisz. Jesteś jednym z nich i tak dalej.
    - Aha.
       - Po trzecie: co jakiś czas wyróżniają jakiegoś wyjątkowo dobrego rekruta i promują go na 
oficera. Prosto z podstawowego szkolenia.
    - I masz nadzieję, że to będziesz ty?
    - Wskaż kogoś innego. Rozejrzyj się i wskaż.
    Sten popatrzył na rekrutów, wbijających się niezdarnie w mundury.
     - Tak, jak mówił Lanzotta. Są tylko mięsem armatnim. Nie twierdzę, że jestem ósmym cudem 
świata, ale nie widzę konkurencji. Chyba, że... ty.
    Sten roześmiał się.
    - Nie ja, Gregor. Nie ja. Dawno temu nauczyłem się, że jeśli się nie wychylasz, to cię nie złapią.
    Huknęły otwierane drzwi.
    - DOBRA. POSŁUCHAJCIE. MAMY ZMIANY W PLANIE ZAJĘĆ, BO NA DWORZE ROBI 
SIĘ ZIMNO. JEST PRAWIE DWADZIEŚCIA STOPNI CELSJUSZA, BĘDZIEMY ĆWICZYĆ. 
NA DZIŚ OBOWIĄZUJE WYPOSAŻENIE NA ZIMNE DNI.

background image

    Gregor otworzył usta ze zdziwienia.
    - Wyposażenie na zimne dni? Mamy środek lata!
    Sten otworzył drzwi szafki i zaczął wyciągać arktyczny mundur.
    - Zdawało mi się, że zapamiętałeś już to, co Lanzotta mówił o naszym myśleniu.
    Gregor niechętnie kiwnął głową i zaczął się przebierać.
   - Raport!
    - Sten. Rekrut podczas szkolenia!
    Lanzotta rozparł się na krześle.
    - Uspokój się, chłopcze. To tylko formalność. Jak wiesz, Imperium przykłada dużą wagę do tego, 
aby jego rekruci byli dobrze traktowani.
    - Tak jest, sir!
       - Dlatego zadam ci kilka pytań.  Zostaną przesłane do Komisji Praw. Po pierwsze: czy od 
momentu przybycia na Klisurę widziałeś jakieś przypadki fizycznego maltretowania?
    - Nie rozumiem, sir.
       - Czy widziałeś, żeby ktoś z kadry znęcał się nad jakimś rekrutem? To jest surowo karane 
przewinienie.
    - Nie, sir!
    - Czy byłeś świadkiem, aby ktoś z kadry zwracał się do rekruta w poniżający sposób?
    - Nie, sir!
    - Czy uważasz, że jesteś szczęśliwy?
    - Tak jest, sir!
    - Odmaszerować.
       Sten zasalutował, odwrócił się i wybiegł. Lanzotta podrapał się w zamyśleniu po policzku i 
popatrzył na Halsteada.
    - Jego?
    - Nie mam pewności. Ale prawdopodobnie.

Rozdział 19   

    Zabójca był metodyczny.
       Notował w myślach: Sten; Thoresen; czas... jeszcze nie wiadomo; uzgodnić z Thoresenem. 
Motyw: osobisty. Możliwe - nie, to może być dla mnie niebezpieczne. Zadanie wątpliwe, chyba 
że...
    - To kwestia ceny - powiedział w końcu.
    - Już to ustaliliśmy wcześniej. Zapłacę dobrze.
    - Mnie zawsze dobrze płacą. Chodzi o sposób dostarczenia. Aha... a moje wyjście awaryjne?
    - Nie ufasz nam?
    Nie.
    Baron poprawił się na krześle i zamknął oczy. Nie było żadnych obaw. Po prostu odpoczywał i 
odprężał się.
       - Wydaje się, że w tym momencie twoim problemem jest nie tyle wyjście awaryjne, droga  
ucieczki, co twoje wiedza.
    - Wiedza?
    - Tak. Jeśli zdecydujesz się nie przyjąć tej oferty... no cóż, jesteś mocno wtajemniczony, musisz 
sobie z tego zdawać sprawę. Czy mam kontynuować?
    Zabójca obojętnie sięgnął przez biurko i wziął zabytkowe pióro.
    - Jeśli nawet spojrzysz na któryś z alarmów - szepnął zanurzę to pióro w twoim mózgu.
    Baron siedział spokojnie, a potem uśmiechnął się szeroko.
    - Czy ty zawsze myślisz o wyjściu awaryjnym?
    - Zawsze - powiedział morderca. - Kiedy wypełnię zadanie, mam bank w...

background image

    Thoresen machnął niedbale ręką.
    - Zrobione. Cokolwiek ustalisz. Zrobione.
    - Za mało pieniędzy.
    - Słucham?
       - Żeby zacząć.  Muszę dostać  się do Gwardii Imperialnej. To może  oznaczać  jeszcze inne 
zabójstwa oprócz planowanego.
    - Masz zamiar wstąpić do Gwardii?
      - Możliwe. Jest jeszcze sprawa tego człowieka, który zwerbował Stena, tego agenta wywiadu 
imperialnego.
    - To jakaś płotka.
    - Jest pan pewien?
    Baron zawahał się.
    - Tak.
    - Nadal potrzebuję więcej pieniędzy.
    - To nie problem.
    - Termin?
    - Natychmiast.
    Zabójca wstał, aby wyjść.
    - A więc nie mogę tego zrobić. Nikt nie jest w stanie. Jeśli chce pan nadal próbować, dam kilka 
nazwisk, ale ktoś, kto podejmie się tej roboty, nie będzie kompetentny. Proszę o tym pamiętać.
    Baron popatrzył na niego z namysłem.
    - Ile czasu potrzebujesz?
    - Ile będzie konieczne.
    Thoresen myślał intensywnie o zabójcy. Ten był najlepszy. Więc... tak. To jedyny sposób.
    - Dobrze. Zgadzam się.
    Morderca skierował się do drzwi.
    - Jeszcze chwileczkę - powiedział Thoresen. Tamten zatrzymał się.
    - Chodzi o to pióro. Sposób, w jaki mógłbyś mnie zabić.
    Zabójca pokręcił głową.
    - Nie jest na sprzedaż.
    - Kolekcjonuję takie... zabójcze drobiazgi. Jestem gotowy zapłacić...
    Morderca podał cenę i Thoresen wyraził zgodę. Parę minut później trzymał łokieć ustawiony w 
odpowiedniej pozycji.

Rozdział 20    

    Sten zamówił cztery kufle piwa i wyjął je z automatu. Postawił z brzękiem na stole, wypił jeden i 
sięgnął po następny, zanim dwóch innych rekrutów zdążyło się do nich dostać.
    - O czym myślisz, Wielki Szkoleniowy Kapralu Stenie? spytał Morghhan.
    - Jest dokładnie tak, jak na tym cholernym świecie, z którego pochodzę. Za każdym razem, kiedy 
cię awansują, musisz za to zapłacić. Jedyną różnicą jest to, że tutaj biorą pieniądze natychmiast, a 
nie później.
    - Wykazujesz złe nastawienie, chłopie - powiedział Morghhan wysączywszy piwo.
       Sten wlał jeszcze trochę do gardła i zastanowił się. Złe nastawienie? Niezupełnie. Nadal był 
całkiem szczęśliwy, pomimo największych wysiłków Lanzotty i spółki. Może i ugrzązł w Gwardii. 
Ale tylko na parę lat. I nic, co by zrobił, nie mogło przedłużyć tego kontraktu.
       Poza tym miał, jeśli nie przyjaciół, to przynajmniej ludzi, z którymi mógł usiąść i pogadać. 
Nawet mimo że przez większość czasu jedynie zastanawiali się, z jakiego to zbiornika na ścieki 
wypełzł Lanzotta, to w każdym razie nie czuł już samotności. Nowy język, którego tu używano, nie 
różnił się bardzo od żargonu Migów.

background image

    Szybko odsunął myśli o Bet i zwrócił się do Morghhana, wychudłego rekruta, który był pewien, 
że nie da rady dotrwać do końca ostatnich tygodni ćwiczeń fizycznych na tej planecie o ciążeniu 
trzykrotnie przewyższającym ziemskie.
    - Masz cholerną rację, mówiąc o złym nastawieniu. Nie prosiłem o dodatkowe paski. Nie płacą 
mi lepiej dlatego, że muszę wam mówić, gnojki, kiedy mace się podcierać, prawda?
       - Gdybym był na twoim miejscu - powiedział miękko Bjhalstred - czułbym się zaszczycony.  
Dzięki temu widzisz, jak bardzo kadra troszczy się o ciebie, widzisz, że oni myślą, że będzie z 
ciebie prawdziwy, bohaterski gwardzista.
    Sten żachnął się na Bjhalstreda. Nie mógł rozgryźć tego chłopaka z rolniczego świata. Nikt nie 
może być aż tak durny. Chociaż, dlaczego nie? Właściwie nie miało to znaczenia. Sten wzruszył 
ramionami i wylał piwo Bjhalstreda na jego podołek. Ten wrzasnął i złapał się za krocze.
        -   Podoficerowie   nie   mają   pozwolenia   na   dyscyplinowanie   rekrutów.   Nie   wypełniasz 
regulaminów? Chcesz wyjść na zewnątrz?
    Sten wstał.
    - Ty pierwszy.
    - Nie. Ty idź i zaczynaj beze mnie. Ja tymczasem zajmę się twoim piwem.
    - Skończcie z tym. Masz. Tu jest piwo Gregora. Wygląda na to, że nie ma zamiaru się pokazać - 
wtrącił się Morghhan.
    Osuszyli swoje kufle i Sten ze smutkiem wyciągnął następną garść kredytów.
    - Ja płacę, a kto inny fruwa.
    Bjhalstred skierował się w stronę maszyny.
    - Czy ty chociaż rozumiesz, dlaczego dali ci te dodatkowe paski? - spytał Morghhan.
    Sten pokręcił głową.
    - Na pewno nie czepiałem się Lanzotty. Może zdecydowali, że pozbyli się już tych słabszych i 
mają zamiar wreszcie zacząć uczyć nas żołnierki.
    - To nie pasuje.
    - Dlaczego nie? Spędziliśmy dziewięć tygodni tylko na ćwiczeniu mięśni, i jest nas mniej, o ilu?
    - Zostało siedemdziesięciu trzech. Ze stu.
       - I tak za dużo, jak powiedziała mi  Carruthers. Szkolenie kończy tylko dziesięciu  na całą 
kompanię. Powinno być już czterdzieści procent mniej. Podobno do tej pory traktowali nas zbyt 
łagodnie, a teraz dopiero się zacznie.
    - I co z tego? Tak czy tak dopadną cię, jeśli tylko zechcą.
    - Masz świętą rację - zgodził się Bjhalstred, wracając z następną kolejką. - A propos słonia, oto 
wielki Lord Gregor we własnej osobie.
    Gregor opadł na wolne siedzenie.
    - Wyglądasz, jakby ktoś przepuścił cię przez maszynkę do mięsa - powiedział Morghhan. - Kto ci 
to zrobił?
    - Byłem z Lanzottą.
    - Przez prawie godzinę? A nie widać śladów krwi.
    Gregor uśmiechnął się krzywo.
    - Ja ich nie mam. Ale Lanzotta będzie miał.
    Sten czekał.
    - Poszedłeś do niego?
    - Jakbyś zgadł. Powiedziałem mu, że wysyłam list do ojca.
    - Założę się, że to go ucieszyło - stwierdził poważnie Bjhalstred. - To bardzo ważne, aby młody 
rekrut kontaktował się  listownie ze swoją rodziną.
    - To było o tej cholernej sprawie tymczasowych stopni dla rekrutów.
    Sten popatrzył znad kufla na Gregora.
    - Nadal myślisz, że źle cię potraktowali, bo nie dali ci żadnego stopnia?
     - Jasne. Do diabła, zasługuję na przynajmniej taką szansę, jak wszyscy inni. Powiedzieli, że te 
paski są po to, aby wyłonić potencjalnych przywódców. Dlaczego nie ja?

background image

    - Może zorientowali się, że jesteś tylko potencjalnym śmieciem? - powiedział Morghhan.
    - Przekonaj się sam - Gregor popatrzył spode łba.
     - Zamknijcie się obaj - wtrącił się Sten, zanim Morghhan zdążył wybuchnąć. - Siedzimy sobie 
tutaj, spokojnie pijemy piwo i oblewamy to, że mogliśmy wieczorem wyrwać się z koszar na dwie 
godziny i przepłukać gardła.
       - Kadra wystarczająco daje nam popalić, nie musimy wychodzić po to, żeby dokuczać sobie 
nawzajem - zgodził się Bjhalstred.
    Morghhan dodał do tego potężne beknięcie i poszedł po następne piwa.
    - Nie chcę się przechwalać - stwierdził Gregor. - Wiecie, że mój ojciec ma wpływy. Domagam 
się zwykłej sprawiedliwości. Powiem wam coś. Widzę, Sten, że dali ci tylko dwa paski. Ponieważ 
jedynie ja i ty w tej kompanii dysponujemy i odrobiną inteligencji...
    - Doceniam tę myśl - powiedział Bjhalstred. - Cieszę się, że takich dwóch admirałów floty jak wy 
zdecydowało się wypić piwo z takim starym wypierdkiem jak ja.
    - Nie o to mi chodzi - stwierdził Gregor z irytacją. Tylko Sten i ja jesteśmy świadomi tego, jak  
bardzo cała wojskowa kariera zależy od tego, co zdarzy się tutaj, podczas szkolenia.
    - Wojskowa kariera - stwierdził Morghhan, wróciwszy do stołu. - Fiu, fiu. Widzę, że zrobiło się 
tu poważnie.
    - Pozwól mu skończyć - uciął Sten.
     - Więc powiedziałem ojcu, żeby poszedł prosto na dwór Imperatora i dowiedział się, dlaczego 
Gwardia marnuje  swój najlepszy potencjał i ma  instruktorów, którzy nie  mogą  dostrzec  nawet 
słonia, chociaż usiądzie im na nosie.
    - Daj spokój, Gregor. Wspomniałeś o paskach. Co to ma wspólnego?
    - Użyję ciebie jako przykładu. Masz tylko dwa paski. Powinieneś być co najmniej tymczasowym 
dowódcą   plutonu.   Albo   i   lepiej.   Gdybym   nie   przechodził   już   wcześniej   szkolenia,   musiałbym 
przyznać, że jesteś prawie tak dobry jak ja.
    - Oho.
    - Więc mam zamiar wspomnieć o tobie w moim liście. To zrobi z tego większą sprawę i kiedy 
mój ojciec zatroszczy się o to wszystko, to ty też będziesz miał z tego korzyść.
    Sten zaczął coś mówić, po czym zdecydował się poświęcić parę sekund na odczepienie palców 
Morghhana od kufla i pochłonięcie jego zawartości. Potem odstawił kufel.
     - Nie wydaje mi się, żeby mi na tym zależało - powiedział na tyle cicho, na ile był w stanie. - 
Poradzę sobie na własną rękę, dzięki.
    - Ale...
    - Gregor. Pozwól, że użyję twoich własnych słów: koniec programu.
    Gregor popatrzył na Stena i kiwnął głową.
    - Jak sobie chcesz. Ale robisz błąd.
    - To mój błąd.
    Gregor wstał.
    - No cóż. Mam list do napisania.
    I poszedł.
    - Kapralu Rekrucie Sten?
    Sten odwrócił wzrok od drzwi i spojrzał na Bjhalstreda, który zerwał się wyprężony na baczność.
    - Pozwalam ci mówić, Rekrucie Bunghole Bjhalstred.
    - Proszę o wyjaśnienie sposobu postępowania. Koniec.
     - Uwaga. Wyjaśniam. Po pierwsze: może ktoś chce zostać tymczasowym generałem floty albo 
szambem Gwardii po trzydziestu latach szkolenia. Ja nie. Po drugie: zaraz zapadnę się w siebie. 
Halstead powiedział, że szkolenie zacznie się tak naprawdę od jutra rana i to jest więcej, niż mogę 
znieść nie mając kaca.
    Trzy kufle zadźwięczały melodyjnie.

background image

    - No dobra - Carruthers powiedziała to niemal ludzkim głosem. - Niedługo dostaniecie do ręki 
coś,   co   jest   najbardziej   starannie   skonstruowanym   przyrządem   do   zabijania   istoty   znanej   jako 
człowiek. Inżynierowie Imperium wymyślili to tak, że nawet takie ptasie móżdżki jak wy mogą się 
tym   posługiwać.   To   prawie   niewiarygodne.   Potrzebuję   jednego   głupka   na   ochotnika.   Ty.   - 
Machnęła ręką na Stena. - Stawaj.
    Sten wysunął się z rzędu ławek, podszedł do niskiego podestu i czekał stojąc na baczność.
    Daleko, za plecami Carruthers, rozciągał się tysiącmetrowy obszar poligonu strzeleckiego, usiany 
drzewami i krzewami, z wąską tarczą na drugim końcu.
       Carruthers otworzyła  pokrywę pulpitu wykładowcy i wyjęła karabin. Gładki czarny trójkąt 
tworzył rękojeść broni, a krótki odwrócony stożek kończył długą na siedemdziesiąt centymetrów 
lufę.
    Carruthers trzymała broń z szacunkiem.
        - Zapewne   widzieliście  to  i  trzymaliście   podczas ćwiczeń   w symulatorze.  To  jest  karabin 
szturmowy Mark XI. Nazywamy go karabinem Willy'ego. Powiem wam o nim coś ciekawego. 
Został skonstruowany więcej niż tysiąc lat temu, na Ziemi, przez projektanta o nazwisku Robert 
Willy. To świetny model - mówiła dalej Carruthers. - Jedyny problem w tym, że lasery nie były 
zbyt dobre i nikt nie wiedział na pewno, jak sobie poradzić z antymaterią, co właśnie czyni tę broń 
tak śmiertelną.
    Dotknęła przycisku i z kolby karabinu wyślizgnęła się długa tuba.
       - To jest amunicja. Antymateria Dwa, AM2, to samo, co stanowi źródło energii w statkach 
kosmicznych.  Jedna tuba  zawiera  tysiąc  czterysta  ładunków. Nabój  to  jednomilimetrowa  kulka 
AM2, umiejscowiona wewnątrz ekranu, który jest jedyną rzeczą powstrzymującą cały magazynek 
od eksplozji przy zetknięciu ze zwyczajną materią.
       Obliczyliśmy raz, jeśli was to ciekawi, że jedna taka tuba wystarczy, aby statek kosmiczny 
obleciał ten system dookoła przy pełnej mocy silników.
    Czy ciebie to nie interesuje, Bjhalstred?
    Bjhalstred podskoczył rozbudzony.
    - Nie śpisz podczas mojego wykładu, prawda?
    - NIE, PANI KAPRAL.
     - To dobrze. To bardzo dobrze. Ale proponuję, żebyś przyszedł tu do nas i przyjął pozycję do 
pompki, tylko po to, abyśmy wiedzieli, że nie czujesz senności.
    Idziemy dalej. Tysiąc czterysta ładunków. Gdyby Imperium sprzedawało tę broń na rynku, czego 
oczywiście nigdy nie uczyni, to jedna mała kulka AM2 kosztowałaby tyle co trzytygodniowy żołd 
gwardzisty. Widzicie, jakie Imperium jest dla was dobre?
    Carruthers czekała.
    - TAK JEST, PANI KAPRAL! - rozległ się krzyk.
    - Czyż nie jesteście zadowoleni, że przyszliście i zaciągnęliście się?
    - TAK JEST, PANI KAPRAL.
       - To ostatnie zabrzmiało trochę słabo - warknęła Carruthers. - Karabin szturmowy Mark XI. 
Macie dwa przyciski. Jeden to wybór trybu działania: zabezpieczenie - pojedynczy strzał - ogień 
ciągły, a ten drugi to spust. Macie jedną diodę, tutaj na kolbie, pokazującą stan naładowania baterii. 
Każda bateria daje laserowi energię około dziesięciu tysięcy ładunków, w zależności od ciśnienia 
atmosferycznego, jeśli jest, oraz innych warunków.
    Lasera używa się do odpalania cząsteczek. To oznacza, że jedynym celownikiem, jaki macie do 
dyspozycji, jest siatka nitek. Nie musicie zastanawiać się nad trajektorią, torem opadania pocisku 
czy jakimś innym drobiazgiem, ważnym przy broni konwencjonalnej.
    To właśnie jest tak wyjątkowe w tym karabinie. Jeśli możecie coś wskazać, to uderzycie w to.
    Demonstrator!
       Sten podszedł do platformy. Carruthers dała mu karabin. Trzymał go ze zdziwieniem. Lekki. 
Prawie zbyt lekki, jak zabawka. Carruthers uśmiechnęła się krzywo do niego.

background image

     - To nie jest to, co mógłbyś dać swojemu małemu braciszkowi na Dni Imperium - stwierdziła, 
jakby  czytając   w   jego   myślach.   Znowu   otworzyła   pulpit   i   wyjęła   jakiś   dosyć   duży   przedmiot 
opakowany w plastyk. Zeskoczyła z podestu i podeszła do niskiej tarczy. Rozpakowała paczkę.
    - Tutaj jest mięso - powiedziała. - To, co smakuje tak, jak niby mają smakować te śmiea z soi w 
stołówce. Ma prawie tę samą konsystencję co humanoid.
    Przymocowała ociekający krwią kawałek mięsa do tarczy i wróciła na podest.
    - Załatw ten śmiertelnie groźny befsztyk, rekrucie - powiedziała.
    Sten ostrożnie podniósł broń do ramienia i wymierzył przez celownik. Nacisnął spust. Nic się nie 
stało.
    - Może najpierw odbezpieczysz - warknęła Carruthers. Sten przesunął przełącznik nad spustem, 
wycelował ponownie i wypalił. Rozległ się cichy trzask jonizowanego powietrza.
       Otworzył  szeroko oczy,  a inni rekruci niemal  uśpieni przez wykład podskoczyli  obudzeni. 
Maleńka cząsteczka uderzyła w mięso. Wyglądało, jakby ten kawałek eksplodował, krew opryskała 
wszystko w promieniu kilku metrów.
    - Idź i przyjrzyj się temu uważnie, rekrucie - powiedziała Carruthers.
    Sten zeskoczył z platformy i podszedł do tarczy. Zostało tam tylko kilka strzępków mięsa. Sten 
popatrzył na opryskaną tablicę i grunt, potem wrócił do podwyższenia.
    - To pozwala wam zastanowić się nad tym - powiedziała Carruthers - w jak dobrym stanie będzie 
ten, kto znajdzie się na drodze tego ładunku. Odpowiedź brzmi - ciągnęła, podnosząc głos - że go 
po prostu już wcale nie będzie. Jeśli jednym z tych naboi traficie w jakiegoś humanoida albo coś 
zbliżonego, nieważne w co, to już jest martwy. Jeśli nawet ładunek nie zrobi dziury wystarczającej, 
aby wsadzić tam pięść, wstrząs dokończy dzieła.
    Carruthers stała przez chwilę cecho, pozwalając im oswoić się z tą myślą.
    - W PORZĄDKU, GNOJKI. WYSTARCZAJĄCO DŁUGO SIEDZIELIŚCIE SOBIE. TERAZ 
PODNIEŚCIE   TYŁKI   Z   TYCH   ŁAWEK   I   ZRÓBCIE   PORZĄDNY   SZYK.   Mamy   zamiar 
pozwolić wam dzisiaj na ustrzelenie kilku celów.
    Carruthers zaczekała, aż rekruci utworzyli szereg, potem dodała miękko.
    - Jak dotąd, mniej niż jedną trzecią z was, dupki, wysłaliśmy z powrotem do rodzinnych dołów 
na świeca. Teraz i tutaj pozbędziemy się jeszcze paru zgniłków.
    Spojrzała po nich z błyskiem w oczach.
       - Dzieci, nie ma żołnierza, który nie umie strzelać. Gdyby jakaś armia na to pozwoliła, nie 
przetrwałaby długo. A Gwardia trwa już od tysiąca lat. I teraz zaczniemy czystkę na dobre.
    - Albo zaliczycie ćwiczenia ze strzelania, albo wynocha. Proste jak drut. Jeśli osiągniecie więcej 
niż trzeba na samo zaliczenie, to będziecie mieli z tego korzyści. Większą płacę i więcej ćwiczeń. 
Ale   najpierw   musicie   zdać.   Ponieważ   sama   słyszałam,   że   mają   powstawać   nowe   bataliony 
zaopatrzeniowe, to chcę osobiście przeprowadzić pierwszą fazę zaliczeń. Tak będzie najlepiej.
    Wzięła oddech.
    - A teraz zaczynamy. PIERWSZY SZEREG. DZIESIĘCIU WYSTĄP. JEDEN CZŁOWIEK NA 
STANOWISKO. BIEGIEM. RUSZAĆ SIĘ!
    Dziesięciu rekrutów, pomimo intensywnych wysiłków i usilnej pracy, nie zaliczyło. Następnego 
dnia ich prycze były złożone i puste.
       Sten nie potrafił zrozumieć, dlaczego dla niektórych  jest to trudne. Carruthers miała rację. 
Wystarczyło wycelować karabin - i już. Trafione. Za każdym razem.
       Gdy kurs posługiwania się bronią skończył się, Sten został zakwalifikowany do następnego 
etapu: Strzelec Wyborowy. To dało mu dziesięć kredytów więcej w miesiącu, pierwszą belkę i 
więcej ćwiczeń.
    Carruthers zatrzymała się przy nim.
    - Wycelowałeś?
    Sten popatrzył przez celownik karabinu.
    - Tak jest, pani kapral. Carruthers dotknęła skrzynki kontrolnej obok niego. Cel przesunął się i 
zniknął z pola widzenia za odległym kamiennym murem.

background image

       - Dobra. Teraz. Skup się na murze. Siatka nitek ucieka z celownika, co? Użyj pierwszego 
przełącznika na celowniku i przekręcaj go, dopóki nie ustalisz tego na miejscu.
    Sten postąpił zgodnie z poleceniem.
       - Masz już? Teraz użyj przełącznika poniżej celownika i przekręcaj, dopóki siatka nitek nie 
znajdzie się tam, gdzie twoim zdaniem jest cel, nawet jeśli go nie widzisz. Masz to? Strzelaj ogniem 
pojedynczym.
    Sten nacisnął spust.
     Jego snajperska broń z czterdziestego stulecia miała w zasadzie prostą konstrukcję. Nabojami 
były nadal ekranowane cząsteczki AM2, ale zamiast lasera jako źródła energii wyrzucającej pocisk 
zastosowano tu zmodyfikowany akcelerator liniowy owinięty dookoła lufy.  Celownik służył  do 
ustalenia dokładnej odległości od celu, a kiedy zasięg pokrywał się z niewidocznym przedmiotem 
ataku,   akcelerator   tak  obracał  cząsteczką,   że  mogła  trafić   nawet  pod  kątem  dziewięćdziesięciu 
stopni, jeśli to było konieczne.
    Broń, która potrafiła trafiać zza rogu i zabijać poprzez ściany.
    Sten usłyszał eksplozję i zobaczył, jak mur się wali.
    - Trafione.
    Carruthers trzepnęła go w plecy.
    - Wiesz co, rób tak dalej, a Pierwszy Gwardii może dostanie niezłego strzelca.
    I nie wiadomo dokładnie dlaczego Sten poczuł się bardzo z siebie dumny.
       Sten walnął pojemnikiem na śmieci  o kontener, potem go postawił. Wystarczająco czysty. 
Wsunął rurę ultradźwiękowego odkurzacza na dno i nacisnął włącznik. Potem jeszcze kilka razy 
uderzył pojemnikiem o beton i zaniósł go z powrotem do stołówki. Większość czarnej roboty była 
wykonywana   w   Gwardii   przez   cywilów   lub   żołnierzy   służby   zasadniczej   z   batalionów 
zaopatrzeniowych. Poza naprawdę paskudnymi rzeczami. Gwardia rezerwowała je do wymierzania 
kar. To nie bardzo przeszkadzało Stenowi. I tak było lepiej niż w jakiejkolwiek pracy na Vulcanie.
    Poza tym nie wydawało mu się, aby mógł coś na to poradzić.
     Był zupełnie szczęśliwy, siedząc sobie na piasku i patrząc na Halsteada przybierającego różne 
postawy zgodnie z komendami Lanzotty.
        -   Nie   wytwarzamy   techników   -   stwierdził   Lanzotta.   -   Mówiłem   wam   już   to   przedtem. 
Wytwarzamy zabójców. Chcemy mieć ludzi, którzy pragną patrzeć, jak gałki oczne ich wrogów 
eksplodują w oczodołach, którzy pragną przekonać się, co się stanie, kiedy zanurzą zęby w czyimś 
gardle.
    Sten rozejrzał się po innych rekrutach. Większość z nich wyglądała na przerażonych. Sten zbladł. 
Pamiętał śmierć aż za dobrze. Dziękuję bardzo, sierżancie, pomyślał.
    - Potrzebujemy demonstratora.
    Cisza. Kompania zdążyła się już nauczyć, że pójście na ochotnika prędzej czy później załatwia 
człowieka. A potem ktoś powiedział:
    - Kapral Sten.
    Sten pomyślał, że to pewnie Gregor, ale nie martwił się. Czuł się prawie niewidzialny. Lanzotta 
kiwnął głową.
    - Sten. Wystąp.
    Sten mruknął, zerwał się na nogi i podbiegł.
    - Tak jest, panie kapralu.
    Halstead wykonał kilka szybkich ruchów. Silne, precyzyjne ciosy. Nieźle, pomyślał Sten. Ale coś 
kiepsko się osłania.
    - Rekrucie kapralu Sten. Ten człowiek jest twoim śmiertelnym nieprzyjacielem. Zadanie polega 
na zniszczeniu go!
        Sten  podszedł   powoli.  Wyciągnął   ręce  w geście,  który jego zdaniem  wyglądał  jak  atak,  i 
wyskoczył w powietrze. Przekręcił się w locie, stanął znowu na nogach i cofnął się lekko, gdy stopy 
dotknęły ziemi. Umyślnie runął do przodu, twarzą w piach.
    To powinno wystarczyć. I w tym momencie usłyszał, jak Lanzotta szepce:

background image

    - To był tylko mały pokaz, rekrucie kapralu Sten. Wiesz doskonale, jak to zrobić lepiej. A teraz 
chcę, żebyś wstał, zanim twoi kumple zorientują się, co robisz, i zaatakował kaprala Halsteada.
    Sten nie ruszył się.
    - Albo trzy dni pracy przy śmieciach. Sten westchnął i wstał.
    Halstead ruszył, wyciągając ręce. Kiepsko. Sten skoczył i przekręcił się w locie, nogami złapał 
chwytem nożycowym biodra Halsteada.
    Kapral upadł. Sten chwycił go chwytem zapaśniczym i wykorzystując jego rozpęd przekręcił go 
na bok. Gdy Halstead obracał się, Sten podniósł go, ramieniem podtrzymując jego tors.
    Halstead pomknął w górę zakrzywionym lotem. Sten miał dosyć czasu na to, aby pomyśleć, co 
się z nim stanie, jeśli wyśle kadrę na orbitę, potem ruszył. Kapral opadł ciężko na grunt, usiłując 
wstać i Sten wymierzył mu dwa kopniaki prosto w żebra. Halstead pozostał na ziemi.
    Sten podniósł się i odwrócił.
    Rekruci siedzieli w pełnej podziwu i szacunku ciszy. Sten popatrzył na Lanzottę, który westchnął 
ciężko i obrócił kciuk. W dół.
    Sten podniósł czapkę i skierował się w stronę stołówki.
    I tak to wyglądało. Wykonałeś - źle, nie wykonałeś - też źle. Wziął następny pojemnik na śmieci  
i zaniósł go do stołówki.
    Sierżant zaopatrzeniowy uśmiechnął się, gdy Sten wszedł do małego biura.
    - Coś mi się zdaje, że cieszysz się z tego, że wracasz jutro na szkolenie, co?
    Sten pokręcił głową.
    - Wolisz być tutaj?
    - Nie, panie sierżancie.
    - No to w czym sprawa, rekrucie?
    - Jutro zaczynamy szkolenie z nożem, panie sierżancie.
    - I co z tego?
    Taa. I co z tego. Sten nagle zaczął się śmiać, wieszając pojemniki z powrotem na miejscu. I co z  
tego? I tak było lepiej niż na Vulcanie.
    Nawet Sten czuł się odrobinę niedobrze, gdy medyk pracował szybko przy krwawiących ranach. 
Ciało zostało podziurawione przez szrapnel i trzeba było zatamować krwotok.
       - Sposób postępowania nie zmienił się od tysięcy lat powiedział instruktor medyczny. - Po 
pierwsze,   należy   rannemu   przywrócić   oddech.   Po   drugie,   zatamować   krwawienie.   Po   trzecie, 
przeciwdziałać wstrząsowi.
    Skończył, okrył człekokształtny manekin kocem termoizolującym i wstał. Rozejrzał się po sali.
      - A potem wrzeszczcie o lekarza tak głośno, jak potraficie. Zakładając, że jakiś gorliwiec nie 
uznał nas za najbardziej istotny cel, w jaki może uderzyć, i ktoś w ogóle pozostał przy życiu.
    - A co potem? - spytał gruby rekrut Pech.
    - Jeśli nie ma możliwości uzyskania profesjonalnej pomocy, użyjcie pakietu ze swojego plecaka. 
Jeśli   krwotok   ustanie   i   wnętrzności   są   mniej   lub   więcej   w   porządku,   środki   antyseptyczne   w 
zestawie pozwolą waszemu kumplowi uniknąć zetknięcia z pełzającymi stworzonkami.
    Zaśmiał się.
       - Oczywiście, jeśli wylądujecie w świecie, o którego pluskwach nie wiemy nic, najlepsze, co 
możecie zrobić, to starać się zostawić po sobie dobrze wyglądające ciało. - Spojrzał na pyzate 
policzki Pecha. - Co będzie dosyć trudne w twoim przypadku, Pech.
        Sten   i   inni   zachichotali.   Lekarz   był   pierwszym   instruktorem,   który   traktował   ich   chociaż 
odrobinę jak myślące istoty.
    Medyk otworzył dużą szafkę i skinął na Stena, który pomógł mu wyjąć inny manekin. Ten był 
ubrany w kombinezon bojowy.
       - W kombinezonie sprawy mają się nieco inaczej - powiedział instruktor. - Pakiet medyczny 
zainstalowano na stałe w środku i działa on automatycznie. Czasami nawet mu się to zdarza.
    Następne prychnięcie śmiechu.

background image

    - Ale jeśli w kombinezonie zrobi się dziura, to jedyną rzeczą, jaką możecie zrobić, jest załatanie 
jej i dostarczenie rannego do punktu medycznego. Dowiecie się o tym więcej podczas ćwiczeń z 
kombinezonem. A teraz potrzebuję frajera, miałem na myśli ochotnika.
    Rozejrzał się po słuchaczach i jego oczy zatrzymały się na Pechu.
    - Chodź no tu, rekrucie.
    Pech wystąpił z szeregów i stanął na baczność obok lekarza.
       - Spokojnie, spokojnie.  Denerwujesz mnie.  W porządku. Ten facet tutaj to twój najlepszy 
kumpel.   Razem   przechodziliście   szkolenie.   Razem   polowaliście   na   -   udawał,   że   dokładniej 
przygląda się Pechowi - załóżmy, ameboidy. A w tej chwili właśnie odstrzelono mu ramię. Co masz 
zamiar zrobić?
    Lekarz odsunął się na bok. Pech pochylił się niepewnie.
    - Dalej, żołnierzu. Twój najlepszy przyjaciel wykrwawia się na śmierć. Ruszaj się!
    Pech bojaźliwie zrobił krok do przodu, a wtedy instruktor nacisnął ukryty w dłoni przełącznik i 
ramię manekina eksplodowało. "Krew" opryskała wszystko dookoła - i Pecha, i stanowisko.
    Chłopak zamarł.
    - No ruszaj się, człowieku. Szybko.
     Pech poszukał swojego pakietu medycznego i przysunął się bliżej. Następna porcja pulsującej 
"krwi" oblała mu twarz. Otworzył pakiet i wyjął rolkę bandaża.
    - Trzydzieści cztery, trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem... zostaw to, żołnierzu.
     Pech zdawał się nie słyszeć tych słów i walczył, aby utrzymać bandaże na miejscu. W końcu 
"krwotok" ustał.
    - Twój przyjaciel właśnie zmarł - powiedział lekarz ostro. - Wstań.
    Pech podniósł się, patrząc tępo. Instruktor rozejrzał się po rekrutach, aby upewnić się, że dobrze 
go rozumieją. Potem znowu odwrócił się do Pecha.
    - Farba używana do tej krwi nie daje się zmyć przez dwa dni. To powinno pomóc ci zrozumieć, 
jak byś się czuł, gdyby ta lalka naprawdę była twoim najlepszym kumplem.
      Pech nigdy nie doszedł do siebie po tym incydencie. Kilka tygodni później, po serii porażek,  
zniknął. Zmyło go.
     Sten zamrugał, powoli skupiając wzrok. On i pięciu innych rekrutów patrzyli na siebie głupio. 
Halstead podniósł czarny wizjer swojego hełmu.
    - Jak długo byliście wyłączeni? - spytał.
    Sten wzruszył ramionami.
    - Sekundę albo dwie, panie kapralu?
    Halstead pokazał na zegarek. Minęły dwie godziny. Odpiął od pasa następny niepozorny granat 
dezorientujący.
     - Natychmiastowa utrata poczucia czasu. Nie masz pojęcia, co ci się przytrafiło i nie wiesz, że 
dzieje się coś złego. To jest jeden z najbardziej efektywnych  rodzajów broni, jakich będziecie 
używać.
    Kompania kieruje się na ćwiczenia sprawnościowe. Zameldować się u kapral Carruthers.
    Sten zasalutował i rekruci wybiegli.
    Sten nie mógł pozbyć się obrazu tego człowieka. W całym zdarzeniu nie było nic niezwykłego, 
ale z niewiadomych przyczyn postać oficera plątała mu się po głowie, przypominając się w różnych 
dziwnych momentach.
       Tego dnia pełnił obowiązki  dyżurnego  kompanii i drzemał na biurku. Nie słyszał odgłosu 
otwierania ani zamykania drzwi.
    - Tylko wy jesteście tutaj, gwardzisto?
    Sten, przebudzony, podskoczył i stanął na równych nogach.
    Mężczyzna stojący przed nim był wysoki i szczupły. Sten zamrugał i zorientował się, że wgapia 
się w jego mundur. Niemal niedostrzegalnie materiał zmienił kolor na taki, że wtapiał się we wzór 
tapety na ścianie. Mężczyzna nosił też miękką czapkę z tego samego dziwnego tworzywa - później 
Sten dowiedział się, że nazywają ją beretem. Była zsunięta zawadiacko na jedno oko.

background image

        Do   beretu   przypięto   uskrzydlony   sztylet.   Jedyną   inną   odznakę   na   mundurze   stanowiły 
kapitańskie   gwiazdki   na   jednym   ramieniu   i   czarna   sylwetka   jakiegoś   owada   na   drugim.   Nie 
wiadomo dlaczego Sten zaczął się jąkać.
    - Ta - ak, sir.., oni są... o - oni wszyscy są na ćwiczeniach.
    Oficer wręczył Stenowi zapieczętowaną kopertę.
    - To dla sierżanta Lanzotty. To osobiste, a więc proszę dopilnować, aby trafiło bezpośrednio do 
niego.
    - Tak jest, sir.
    I tamten poszedł.
    Tydzień później Sten miał okazję zapytać Carruthers, kim był ten człowiek. Kapral aż gwizdnęła, 
kiedy Sten opisał mundur.
    - To Sekcja Modliszki!
    Sten popatrzył na nią bezmyślnie.
    - To znaczy, że nie słyszałeś o tym?
    Sten pokręcił głową, czując się jak król idiotów.
        -   Oni   są   najbardziej   paskudną   grupą   żołnierzy   w   całej   Armii   Imperialnej   -   powiedziała 
Carruthers. - Prawdziwa elita. Pracują samotnie. Humanoidzi czy nieziemcy. Imperium zabiera z 
Gwardii najlepszych, którzy znikają potem w Korpusie Merkurego, w wywiadzie.
    Sten przypomniał sobie Mahoneya i skinął głową.
    - No cóż. Modliszki noszą te swoje wspaniale kamuflujące mundury, kiedy możesz je zobaczyć. 
Ale w większości przypadków nie widzisz ich, i lepiej miej nadzieję, że tak zostanie.
    - Dlaczego?
    - Jeśli spotykasz kogoś takiego w polu, to wiesz, że masz du - uże kłopoty. Każde z nich zapewne 
pozbyło się jakichś dwóch albo i trzech tysięcy nieprzyjaciół.
    Carruthers wyjątkowo pozwoliła sobie na uśmiech. Bardzo lubiła takie wojenne opowieści.
    - Pamiętam, jeden raz na Altairze V. Byliśmy tam z pułkiem w misji pokojowej i nie wiadomo 
jak zostaliśmy okrążeni.
    Wzięła oddech.
    - Wrzeszczeliśmy o pomoc na każdej długości fal, do której mogliśmy się dobrać, i usiłowaliśmy 
utrzymać się na pozycji. Wiedzieliśmy, że już niedługo będziemy musieli poumierać sobie trochę.
    Carruthers roześmiała się. Sten zorientował się, że właśnie powiedziała coś w rodzaju żartu i też 
się uśmiechnął.
    - A więc, pewnej nocy na posterunku pojawiła się ta kobieta. Jedna z Sekcji Modliszki. Przeszła 
przez   nieprzyjacielskie   linie,   nasze   straże   i   pozycje   i   po   prostu   w   pewnym   momencie 
zauważyliśmy, że siedzi sobie obok nas i je obiad. Kiedy skończyła, pożyczyła sobie kilka tub z 
AM2 i granatów dezorientujących i znowu znikła. Nie mam pojęcia, jak to zrobiła, ani co zrobiła, 
ale   około   dwunastu   tamtejszych   godzin   później   pokazało   się   sześć   krążowników   Imperium   i 
uratowało nasze tyłki.
        Carruthers   popatrzyła   na  Stena   spode   łba,   co   spowodowało,   że   poczuł   się   o  wiele   lepiej. 
Uśmiechnięta Carruthers to było coś, do czego chyba nie chciał przywyknąć.
    - Ale oni zwykle działają w inny sposób - mówiła dalej. Jeśli kiedyś jeszcze zobaczysz któreś z 
nich, żołnierzu, to leżysz i kwiczysz. Bo nadejdzie coś wielkiego i paskudnego, to pewne jak to, że 
masz ogon tam, gdzie powinna być głowa. Pamiętaj o tym, słyszysz?
    Sten słyszał ją naprawdę doskonale.
     - Wszyscy zapoznacie się z kombinezonem bojowym - powiedział Lanzotta. - Niektórzy mają 
nawet   szansę  w   nim   umrzeć.   I   odkryjecie,   jak   ja   kiedyś,   że   ten   kombinezon   może   zabić   was 
szybciej niż wróg.
    W tym momencie Sten i inni zapadli w stan drzemki. Wszystkim zdawało się, że rozgryźli już 
Lanzottę. Każdy z tych małych wykładów wyglądał tak samo. Najpierw wstęp. Potem ulubiona 
część Lanzotty - lekcja historii. Po której następowała porcja potrzebnych im informacji. W takiej 
chwili wszyscy budzili się na nowo.

background image

       - Jestem wyjątkowo przywiązany do tego tematu - kontynuował Lanzotta. - Tak naprawdę to 
przeprowadziłem osobiste badania tego kombinezonu. Ponieważ to jest ta część wyposażenia, przy 
której technicy osiągnęli absolutny szczyt absurdu.
    Pyk. Trzask. Każdy z rekrutów zapadł natychmiast głębiej w nieświadomość. Lanzotta skinął na 
Halsteada,   który   podszedł   do   terminala   i   nacisnął   kilka   klawiszy.   Coś   głośno   zazgrzytało   i 
zapiszczało   i   wszyscy   rekruci   obudzili   się,   gdy   na   salę   wykładową   wysunął   się   wieszak   z 
kombinezonami bojowymi.
    Sten przyglądał się im i wcale nie musiał udawać zainteresowania. Większość z nich rozpoznał z 
filmów wojennych. Wyglądały jak olbrzymie, uzbrojone przedmioty ukształtowane z grubsza na 
podobieństwo ludzi. Niektóre mogły poruszać się na gąsienicach.
    Pierwszą rzeczą, jaką zauważył, było to, że powiększały się ich rozmiary. Na początku wieszaka 
wyglądały na małe i niepozorne. Dalej stawały się coraz większe i większe, i pokaźniejsze, bardziej 
skomplikowane, aż do mniej więcej dwóch trzecich drogi wzdłuż szeregu. Od tego miejsca znowu 
malały, ale wyglądały dużo groźniej.
    Lanzotta przechadzał się wzdłuż szeregu kombinezonów, zatrzymując się przy największym.
    - Tutaj mamy przykład, o czym mogę osobiście zaświadczyć, jak technokraci naprawdę przeszli 
samych siebie. Widucie, to było takie logiczne. Dla każdego, z wyjątkiem gwardzisty. Produkowali 
kule, a potem robili kamizelki kuloodporne.
     Lanzotta popatrzył po swojej zasłuchanej grupie, jak gdyby oczekując na pytania. Nikt nie był 
tak durny.
       - Nie mam zamiaru wyjaśniać teraz, czym tak naprawdę były owe kule - ciągnął Lanzotta - 
powiem tylko, że mogły one zrobić dziurę taką, jak karabin Willy'ego. Pod pewnymi względami 
nawet gorszą.
    Sposób, w jaki Lanzotta mówiąc to uśmiechnął się, upewnił Stena, że to naprawdę było gorsze.
    - Im bardziej rozwijała się broń przeciw piechocie - kontynuował Lanzotta - tym więcej technicy 
ładowali w kombinezon. Dopóki w końcu nie stał się on odporny właściwie na wszystko. Lasery, 
bomby, granaty, wymień co chcesz. Byliśmy nienaruszalni.
    Sten zaczynał rozumieć, co było nie w porządku z tym kombinezonem.
    Jakieś pięćdziesiąt lat temu miałem wielką przyjemność testowania tego w akcji. Ja sam i około 
dwóch tysięcy towarzyszy broni.
    Lanzotta zaśmiał się. Wśród rekrutów natychmiast wzrosło napięcie. Czy też powinni się śmiać? 
W oczywisty sposób myślał, że powiedział coś zabawnego. Ale Carruthers i Halstead zachowywali 
kamienne twarze. Im nie wydawało się to śmieszne. Lanzotta zakończył sprawę nie zauważając 
niczego i ciągnął dalej.
       - Mieliśmy rozkaz zdławienia buntu na zapomnianej przez bogów planecie o nazwie Moros. 
Wyposażono   nas   we   wszystko,   co   było   znane   współczesnej   nauce   wojskowej.   Łącznie   z 
najnowszym kombinezonem bojowym.
    Sten przyjrzał się temu bliżej. To był największy egzemplarz umieszczony na wieszaku. Zawierał 
tuby, druty, małe ekrany wideo, wypustki i wyloty wszędzie dookoła. Wyglądał tak, jakby ważył 
pół tony i wymagał całej drużyny techników do obsługi.
    - Kocham ten kombinezon - powiedział Lanzotta. - Może zrobić wszystko. Jest zasilany AM2 i 
wyposażony   w   pseudo,   mięśnie.   Każdy,   kto   tkwi   w   środku,   zastępuje   trzydziestu   ludzi.   Mały 
oddział żołnierzy ubrany w to przejdzie przez  każdy rodzaj  ognia nieprzyjaciela.  Jest odporny 
właściwie na wszystko i można w nim żyć przez całe miesiące bez żadnego wsparcia z zewnątrz.
    Lanzotta pokręcił głową z podziwu.
     - Rzecz jasna nikt nie pomyślał o tym, aby powiadomić o wszystkim tubylców na Moros. Nie 
powiedziano   im,   jakimi   jesteśmy   dzielnymi   i   zażartymi   wojownikami.   Nie   znali   nawet   słowa 
technika, a więc, co mogli zrobić?
    Westchnął.
    - Wylądowaliśmy, a oni uciekli w dżunglę. Posuwaliśmy się do przodu pod ich ogniem, głównie 
dzid i proc, i paliliśmy ich wioski. Aż pewnego dnia znudziła ich ta ucieczka.

background image

    Lanzotta zaśmiał się znowu. Ale tym razem Sten i inni za bardzo zasłuchali się w historię, aby to 
spostrzec.
    - Zauważyli następującą rzecz: no tak, byliśmy wielkimi, mocarnymi żołnierzami o sile rażenia 
małego   czołgu.   Ale   nie   mieliśmy   zdolności   manewrowania.   I   byliśmy   odcięci   od   naszego 
środowiska. A więc opracowali mały, prosty trick. Kopali małe dołki, maskowali je i uciekali przed 
naszym   natarciem   w   ich   stronę.   Oczywiście   większość   naszych   wpadała   do   środka.   A   tam 
znajdowały się sieci, podnoszące nas w górę.
    Lanzotta nie uśmiechał się już.
       - I podczas gdy usiłowaliśmy wygramolić się z sieci, podbiegali do dołka i wsadzali wielką, 
długą   włócznię   w   wylot   nieczystości   z   kombinezonu.   Ostrze   wchodziło   w   ciało   żołnierza. 
Oczywiście, razem z ostrzem do organizmu dostawały się ekskrementy. Rany jątrzyły się tak silnie, 
że pakiety medyczne nie dawały sobie rady, i wielu z nas zgniło na śmierć.
    Lanzotta pokręcił głową.
     - Straciliśmy dwie trzecie z gwardzistów, którzy przystąpili do szturmu. I więcej w następnym 
lądowaniu. W końcu jedynym rozwiązaniem było wysadzić planetę, usiąść na tyłku i popatrzeć, jak 
Moros płonie.
    Lanzotta poklepał kombinezon.
     - Niszczenie planet nie jest dobrze widziane w kręgach dyplomatycznych operator był bardzo 
nieszczęśliwy.
    Lazotta uśmiechnął się krzywo, zmierzając do pointy swego wykładu.
    - Nogi technicy - powiedział - zaczęli zmieniać ten kombinezon.
    Sten żałował, że nie może znaleźć jakiegoś schronienia. Z wyrazu twarzy Lanzotty wnioskował, 
że powinno ono być bardzo głębokie i skonstruowane z czegoś mocnego co najmniej tak, jak tytan.
    - To jest grzech i ohyda w oczach Boga - pienił się Smathers. - Moim obowiązkiem było zdać 
panu sprawozdanie z ich zachowania.
     Lanzotta popatrzył na niego, a potem na dwóch mężczyzn stojących obok na baczność. Stena 
zignorował - na chwilę.
    - Colrath, Rranrak, czy on mówi prawdę?
    - TAK JEST, PANIE SIERŻANCIE.
    Lanzotta westchnął i zwrócił się do Smathersa.
       - Smathers, mam dla ciebie dużą niespodziankę. Gwardia nie interesuje się tym, co jednostki 
robią poza służbą, tak długo, jak długo są w stanic stanąć w szeregu następnego ranka.
    - Ale...
       - Ale ty pochodzisz ze świata założonego przez Braciszków z Plymouth. W porządku. Twoi 
współwyznawcy wyprodukowali paru doskonałych gwardzistów. Lecz każdy z nich przekonał się 
wcześniej czy później, że ich idee nie odpowiadają nikomu oprócz nich samych. I od kiedy to 
zacząłeś nachodzić swojego sierżanta?
    Smathers patrzył w podłogę.
    - Przepraszam, panie sierżancie.
    - Twoje przeprosiny zostają przyjęte. Powiedz mi jeszcze jedno: czy byłeś kiedykolwiek w łóżku 
z mężczyzną?
    Smathers wyglądał na przerażonego.
    - Oczywiście, że nie.
    - Więc jeśli nic o tym nie wiesz, to czy nie wydaje ci się, że coś tracisz? - powiedział Lanzotta.
    Smathersowi oczy wylazły z orbit.
    - Tak czy siak - stwierdził rześko Lanzotta - marnujesz czas zajmując się czymś, co zupełnie nie  
jest twoją sprawą. I ponieważ wydajesz się bardzo zajęty węszeniem w kloakach, to myślę, że 
potrzebujemy ochotnika do oczyszczenia tej w koszarach. Przyjmuję twoje zgłoszenie.
    - Nie ma pan zamiaru...
    - Nie mam - zgodził się Lanzotta. - A teraz ruszaj się.
    Smathers ruszył w kierunku latryny. Lanzotta odwrócił się do Colratha i Rranraka.

background image

       - Chociaż Gwardia nie jest zainteresowana tym, co robicie lub czego nie robicie w wolnym 
czasie,   to   mimo   wszystko   musimy   respektować   przekonania   kolegów.   Jestem   głęboko 
zaniepokojony   tym,   że   was   dwóch  nie   zadało   sobie   trudu   poszukania   jakiegoś   odpowiedniego 
miejsca   i   zamiast   tego   zakłócało   sen   i   zadowolenie   innych   rekrutów.   Idźcie   pomóc   mu   w 
czyszczeniu szamba.
       Dwóch mężczyzn  o zawstydzonych  twarzach powoli wyszło na zewnątrz. Lanzotta zwrócił 
wreszcie uwagę na Stena.
    - Rekrucie kapralu Sten!
    - Tak jest, panie sierżancie.
    - Dlaczego sam nie zająłeś się tą sprawą?
    - Próbowałem, panie sierżancie. Smathers nalegał na spotkanie z panem.
    - To jego prawo. Zwłaszcza, jeśli ma do czynienia z kapralem rekrutem, który nie umie dać sobie 
rady ze zwykłą koszarową pyskówką.
    - Tak jest, panie sierżancie.
    - Po pierwsze, usuniesz te belki z pagonów.
    - Tak jest, panie sierżancie.
    - Po drugie, dołączysz do tamtych trzech.
    - Tak jest, panie sierżancie.
    - Odmaszerować.
    Sten podążył za innymi. Następnym razem, pomyślał, oszczędzi wszystkim kłopotu i po prostu 
przetnie Smathersa na pół.

Rozdział 21    

      Tak w sumie, pomyślał Sten, to jednak nie dał dupy. Skończył konserwować ostatni kawałek 
metalu na swoim pasie i schował go z powrotem do szafki.
    Potem popatrzył w górę.
       Stała tam Tomika, trzymając w garści kosmetyczkę. Zdecydował, po jakimś nieskończenie 
długim   czasie,   że   ona   jest   najmilej   wyglądającym   aspektem   szkolenia.   I   że   spróbuje.   O   tak, 
naprawdę spróbuje.
    - Kogo masz do pary, Sten?
    - Moją lewą rękę - odpowiedział.
    Rzuciła swoje rzeczy na jego pryczę i zaczęła poprawiać poduszkę. Stenowi opadła szczęka.
    - Ale, Tomiko, pytałem cię przecież wcześniej i...
    - Nie zadaję się z wyższymi rangą. Mam swoje zasady.
       Sten nagle zdecydował, że wszystko nie tylko nie miało znaczenia, ale było nawet zabawne. 
Zgasił swój śmiech, kiedy popatrzył na Gregora.
    - Teraz widzisz, o czym mówiłem - stwierdził Gregor. A ty się myliłeś.
    - Ja zawsze się mylę, Gregor. A o co chodzi tym razem?
       - Oni są zbyt  arbitralni. Nie dali mi rangi, na którą zasługiwałem. A ciebie zdegradowali. 
Widzisz?
    - Nie. O ile wiem, to sobie na to zasłużyłem.
    - To jest właśnie tutaj. Przed tobą.
    Sten stwierdził, że Gregor zaczyna mówić wysokim, zawodzącym głosem.
    - TNP, chłopie. To nie pasuje.
       - Mój ojciec nauczył mnie, że każdy interes, który nie reaguje na nowe bodźce, padnie. To 
właśnie   Gwardia.   Chcą   tylko   mięsa   armatniego.   Każdy,   kto   nie   odpowiada   ich   wyobrażeniom 
kretyńskiego bohatera, jest wysyłany do jakiejś paskudnej roboty. A jeżeli pomylą się, jak w twoim 
przypadku, to zdegradują tak szybko, jak szybko się zorientują.
    - Ty naprawdę w to wierzysz, Gregor - powiedziała Torcika.

background image

    - Jak jasna cholera - stwierdził Gregor. - Napisałem następny list do ojca, Sten. Już on dopilnuje, 
żeby wszystko naprawiono.
    Sten usiadł.
    - Czy, umnnm, wspomniałeś o mnie?
    - Nie, nie zrobiłem tego. Tak, jak chciałeś. Ale będziesz tego żałował. Zobaczysz.
    I Gregor roześmiał się, odwrócił i poszedł do swojej pryczy.
    - Hej, Rekrucie Krótkoterminowy Eks - Kapralu Stenie? Czy ten facet zupełnie ogłupiał?
    Sten nie odpowiedział jej, tylko słuchał śmiechu Gregora dobiegającego z jego pryczy.
   - I co się stanie, kiedy zrobię tak?
    Tomika zachichotała. Sten nagle usiadł na pryczy i położył jej rękę na ustach. Ruch. Zduszony 
chichot. Torcika wyciągnęła rękę i złapała go, pociągając na poduszkę.
    - Nie, Sten - zaszeptała. - Zaczekaj.
    Sten zaczekał - czas dłużył się odmierzany uderzeniami serca.
    I potem zaczął się wrzask.
    Ktoś włączył światło, Sten wyskoczył z łóżka. Wrzask dochodził od strony miejsca zajmowanego 
przez Gregora.
       Sten przetoczył się przez swoją pryczę, instynktownie przyjmując pozycję bojową. A potem 
opadł znowu na dół, śmiejąc się do rozpuku.
    Gregor wrzeszczał coraz głośniej i młócił rękami.
    Sten i inni rekruci ustawili się dookoła jego kwatery. Naprawdę był w tarapatach.
    - To Wielki Pająk z Odala - powiedział ktoś zduszonym, niskim głosem. - Masz kłopoty, Gregor.
    Gregor naprawdę miał kłopoty. Ktoś musiał ukraść poprzedniego dnia pojemnik z liną w sprayu 
z terenu szkolenia. I podczas gdy Gregor spał, on, ona lub oni rozpięli linę od pryczy do szafki, 
potem   do   butów,   do   pryczy,   do   butów   szturmowych,   znowu   do   szafki   i   zakończyli   na   nosie 
Gregora.
    Wyjątkowo mocna i wyjątkowo przylepna nić utworzyła bardzo efektywną pajęczynę, stwierdził 
Sten. Ktokolwiek rozpiął pajęczynę, zdjął przedtem utwardzacz z wylotu, a więc im bardziej Gregor 
się szamotał, tym bardaej zaplątywał się w liny.
    Do tej pory zdołał uwikłać się beznadziejnie i tylko żalił się cicho.
    Sten popatrzył na Tomikę.
    - Kto ma pretensje do Gregora?
    Machnęła niedbale ręką.
    - Prawie wszyscy. - Zachichotała. - Wydaje mi się, że będzie dobrym oficerem.
    - Stawiam trzy do jednego, że nie uda mu się wydostać powiedział Sten. - Poza tym...
    - Dobrze się bawicie, dzieci? - rekruci zastygli nagle.
     Sten nigdy nie mógł zrozumieć, jakim cudem Carruthers jest w stanie wydać z siebie szept na 
poziomie 116 decybeli.
    - Czy jest jakiś szczególny powód tego, że nie stoimy wszyscy na baczność?
       - Ba - aczność! - zakomenderował ktoś. Carruthers przeszła przez ich grupę. Popatrzyła na 
Gregora i zacmokała z namysłem.
       - Wielki Pająk z Odala. Wiedziałam, że mamy wszy i szczury,  ale myślałam, że te pająki 
zniszczyliśmy przy ostatniej fumigacji.
    Carruthers odwróciła się.
    - Morghhan! Czy nie poszedłbyś do zaopatrzenia po pojemnik z rozpuszczalnikiem? Oczywiście, 
jeśli nie masz nic przeciwko temu.
    Drzwi trzasnęły za Morghhanem, zanim Carruthers zdążyła zakończyć zdanie.
     - Wielkie pająki, hmmm. To poważna sprawa. - Szept przeszedł w krzyk. - Rekruae Sten, jaki 
jest właściwy uniform do polowania na pająki?!
    - Umm... nie wiem, pani kapral.

background image

        -   PADNIJ!   POWSTAŃ!   PADNIJ!   POWSTAŃ!   PRZESZEDŁEŚ   JUŻ   WIĘKSZOŚĆ 
SZKOLENIA   I   MASZ   TO   WIEDZIEĆ!   REKRUCIE   TOMIKA,   POWINNAŚ   MU   TO 
POWIEDZIEĆ! PADNIJ! POWSTAŃ! PADNIJ! POWSTAŃ!
    Carruthers podeszła z powrotem do drzwi.
    - Macie pięć minut na ubranie się w pełny strój do polowania na pająki i przygotowanie się do 
spędzenia reszty nocy na szukaniu czegoś, co, jak ustaliłam, jest pięcioma wielkimi pająkami.
    Trzasnęła drzwiami. Rekruci spojrzeli po sobie. Wystraszeni. Drzwi zaskrzypiały otwierając się 
znowu.
    - Każdy, kto nie będzie w odpowiednim ubraniu, spędzi dwa dni w kuchni. To wszystko, dzieci. 
Nie traćcie czasu.
    Kiedy Bjhalstred przejechał po kapralu Halsteadzie wozem bojowym, Sten wiedział, że cały czas 
miał rację. W tym wiejskim chłopaku nie było nic z głupka. Nie, nikt nie mógł oskarżyć Bjhalstreda 
o umyślne zmiażdżenie Halsteada. To tylko wypadek. No jasne, pomyślał sobie Sten, jasne.
    - To - wyjaśniał Halstead - jest jeszcze jedno urządzenie Imperium, przygotowane specjalnie dla 
głupków. Jeden wskaźnik pokazuje stan naładowania baterii. Przekręcasz ten przełącznik i wóz 
rusza. Ustawiasz dźwignię podnoszenia się na pożądaną wysokość. Od jednego do tysiąca metrów. 
Radar Dopplera automatycznie utrzymuje wyznaczoną odległość od podłoża.
     - Przesuwając dźwignię kontrolną do przodu, podnosisz się. Im dalej do przodu, tym szybciej. 
Maksymalna prędkość dwieście kilometrów na godzinę. Przesuwasz dźwignię na bok, wóz obraca 
się. Mamy jakiegoś ochotnika?
        Halstead   rozejrzał   się   po   rekrutach,   dopóki   nie   zauważył   kogoś,   kto   usiłował   stać   się 
niewidzialny.
    - Bjhalstred - zanucił. - Chodź tutaj; mój chłopcze. Bjhalstred stanął przed kapralem.
    - Nigdy nie prowadziłeś samochodu, co?
    - NIE, PANIE KAPRALU!
    - Dlaczego nie, rekrucie?
    - Nie wierzymy w nie na Outremer, panie kapralu. Należymy do sekty Amishów.
    - Rozumiem. - Halstead zastanawiał się przez chwilę, po czym najwyraźniej postanowił nic nie 
mówić. - Do wozu.
    Bjhalstred wdrapał się do środka.
    - Nie masz żadnych religijnych obiekcji w stosunku do prowadzenia samochodu, prawda?
    - NIE, PANIE KAPRALU.
    - Dobrze. Włącz silnik, ustaw wysokość dwóch metrów i przejedź przez plac manewrowy. Obróć 
się i wracaj.
        Bjhalstred   popatrzył   z   zakłopotaniem   na   wskaźniki,   potem   mocno   ujął   w   dłoń   dźwignię 
kontrolną i szarpnął ją w prawo.
     Halstead miał akurat dosyć czasu na to, aby wrzasnąć "NIEE!!!", gdy wóz bojowy obrócił się 
dookoła własnej osi, zderzak uderzył Halsteada w głowę i zrzucił z podestu na podłoże i pojazd 
miękko ruszył do przodu. Jego radar miał wystarczający zasięg, aby uchwycić zapełnione rekrutami 
ławki (które nagle opustoszały), i podniósł wóz nieco w górę ponad siedzeniami, a potem wehikuł 
zrobił piętnastometrowe koło. Bjhalstred siedział za pulpitem jak skamieniały.
       Lanzotta i Carruthers natychmiast wzięli drugi wóz i zaczęli manewrować obok pierwszego, 
krążącego bez celu. Lanzotta wskoczył lekko do przedziału osobowego, sięgnął ponad ramionami 
rekruta i wyłączył zasilanie. Wóz osiadł na podłożu. Lanzotta wyciągnął Bjhalstreda.
    - W tym momencie - stwierdził - chyba ciebie nie lubię, rekrucie. Pozbawiłeś jednego z moich 
członków kadry przytomności, a to jest naprawdę Zła Rzecz. Sądzę, że chcesz uszczęśliwić kaprala 
Halsteada, kiedy w końcu odzyska przytomność, prawda?
    Bjhalstred skinął głową.
        -   W   przeciwnym   przypadku   mógłby   cię   zabić,   rekrucie.   I   wtedy   musiałbym   pisać   raport 
wyjaśniający,  dlaczego  to  zrobił.  A więc  jestem pewien,  że chcesz  na ochotnika  wyświadczyć 
swojemu biednemu kapralowi osobistą przysługę, czyż nie?

background image

    Bjhalstred kiwnął znowu.
       - Widzisz tę górę - powiedział Lanzotta, wskazując na odległy grzbiet. - Na tej górze jest 
strumień,   rekrucie.   Kapral   Halstead   wyjątkowo   lubi   wodę   z   tego   strumienia.   A   więc   może 
weźmiesz pojemnik, pobiegniesz tam i przyniesiesz mu jej?
    - Co? - zdołał wyjąkać Bjhalstred.
    - Chyba "Co, panie sierżancie" - stwierdził Lanzotta. I wydaje mi się, że dobrze mnie słyszałeś.
    Bjhalstred kiwnął głową, podniósł się powoli z siedzenia i skierował w stronę baraków.
    Lanzotta patrzył za nim, jak biegnie do budynku, wychodzi niosąc pojemnik i znika w dali. Sten, 
patrząc z szeregów, zobaczył, że ramiona Lanzotty drżą lekko. Nie, Bjhalstred nie był aż tak głupi.

Rozdział 22    

    Lanzotta wyglądał na uszczęśliwionego.
       Sten zadrżał i pomyślał, że wolałby być gdzieś w tylnych szeregach. To nie zapowiada się 
przyjemnie.
    Halstead zaczął stawiać kompanię na baczność. Lanzotta uciszył go.
    - Coś bardzo ciekawego właśnie się zdarzyło, dzieci - powiedział miękko.
    Przechadzał się tam i z powrotem. To będzie bardzo nieprzyjemne.
    - Właśnie otrzymałem list od, ujmijmy to w ten sposób, wyższych autorytetów. Wydaje się, że  
być może nie spełniam swoich obowiązków w stosunku do Imperium w odpowiedni sposób.
       Sten zapragnął nagle znaleźć sobie bardzo głębokie, bardzo mocno obwarowane schronienie. 
Miał nadzieję, że nie wie, o co chodzi.
       - Być może nie poświęcam niektórym rekrutom właściwej uwagi. Szczególnie podczas akcji. 
Wydaje się, że owe autorytety zastanawiają się, czy niektórzy z bardzo zdolnych przywódców nie 
zostali pominięci.
    Tak. Bardzo interesujący list.
    Uśmiech Lanzotty zniknął, zastąpiony poważnym spojrzeniem.
    - Nie chciałbym się mylić pozostając w służbie Imperatora, prawda? Gregor! Wystąpić!
       W tej właśnie chwili Sten pomyślał, że to odpowiedni moment na to, aby umrzeć. Gregor 
wystąpił przed szeregi, wyprężył się i zasalutował.
    - Rekrut Gregor? Jesteś teraz rekrutem komendantem kompanii.
    Ktoś w tylnych szeregach powiedział bardzo głośno:
    - O cholera!
    Lanzotta postanowił być chwilowo głuchy.
     - Przejmij dowodzenie kompanią, komendancie Gregor. Masz jedną godzinę na przygotowanie 
jednostki do przemieszczenia się i przeprowadzenia szkolenia bojowego.
       Możliwe jest, zdecydował Sten, aby pomyśleć, że komuś śmierdzi z ust, tylko słuchając, jak 
sapie   przez   radio.   Poczuł,   że   swędzi   go   pomiędzy   łopatkami.   Niedobrze.   Jakiś   geniusz   tak 
zaprojektował szturmowy kombinezon bojowy, że swędziało wszędzie tam, gdzie nie można było 
się podrapać. Sten powiedział sobie, że nic go nie swędzi, i powrócił do słuchania sapania Gregora 
na częstotliwości komendanta.
    No dawaj, pomyślał. Zdecyduj się.
    - Pierwsza... to znaczy jeden jeden.
    Sten włączył swój mikrofon.
    - Słucham.
    - Ten statek to patrolowiec klasy C. To znaczy, że wchodzimy do środka przez dysze wylotowe. 
Mój pierwszy sierżant sprawdził je. Są zimne.
    Sten odkotwiczył od asteroidu, za którym "ukrywał się" wraz ze swoim plutonem, i przesunął się 
trochę.
    Stary kadłub wisiał w ciemnościach w odległości dwóch kilometrów i mniej więcej wyglądał jak 
klasa C. Ale...

background image

    Sten wszedł na linię.
    - Sześć? Tu jeden jeden. Proszę o szyfrowanie.
    Gregor chrząknął i kazał reszcie kompanii opuścić tę częstotliwość.
    - Wejście przez dysze jest zgodne z podręcznikiem, sir.
    - Oczywiście, Sten. Dlatego właśnie...
    - A nie wydaje ci się, że ci źli chłopcy też mogą czytać książki? I przewidywać?
    - TNP, chłopie. To nie pasuje. Czego chcesz? Jakiegoś dziwacznego frontalnego ataku?
    - Cholera jasna, Gregor! Wejdziemy w rurę, ktoś tam będzie czekał na nas, przynajmniej tak się 
domyślam. Jeśli możesz nas osłaniać, ja ze swoim plutonem wejdę z flanki.
    - Kontynuuj... jeden.
    Sten wzruszył ramionami. Nie zaszkodzi spróbować.
    - Podejdziemy z boku. Przetniemy okrywę i zmniejszymy ciśnienie wewnętrzne. To ich załatwi i 
w ten sposób przechytrzymy ich.
        Więcej   sapania.   Sten   zastanawiał   się,   czy   ojciec   Gregora   nie   mógł   sobie   pozwolić   na 
zoperowanie syna.
    - Przerwać, jeden. Wydałem rozkazy.
    Sten z rozmysłem wyłączył szyfrowanie.
    - Oczywiście, kapitanie.Jak pan kapitan sobie życzy. Jasne. Zaskrzypiał głos Carruthers.
    - Jeden. Łamiecie ciszę radiową. Dyżur w kuchni.
    Sten usłyszał wybuch śmiechu Gregora przez jego włączony mikrofon.
    - Tu sześć. Po kolei... atak przez dysze... elementy manewru... naprzód.
    Pluton Stena wypłynął na otwartą przestrzeń. Sten sprawdził odczyt i automatycznie wyrównał 
kurs.
       Dywersyjny ogień laserowy osłaniał ich od strony dwóch innych plutonów. Sten wprowadził 
program nagłych zygzaków do komputera. Kontynuowali swoją drogę do statku.
    Zanim zbliżyli się do jego burt, połowa plutonu pozostawała zawieszona bezradnie w przestrzeni. 
Komputer uznał ich za zestrzelonych i rannych.
       Sten obrócił wielki projektor należący do wyposażenia  i ustawił  go na właściwej pozycji. 
Stwierdził, że spróbuje na chybił trafił i...
     I został porażony wybuchem ognia prosto w oczy. Filtr hełmu pociemniał aż do czerni i Sten 
zobaczył migający napis "ranny" na panelu kontrolnym kombinezonu.
    Zdążył już przyzwyczaić się do bycia "zabijanym". Prawdę mówiąc, po raz pierwszy cieszył się z 
tego. Nie spodziewał się, aby któryś z "rannych" musiał odbywać zwykłą porcję pracy przy szambie 
po powrocie do bazy.
    Lanzotta miał znacznie większą rybę na wędce. Albo może znacznie mniejszą, kto to wie.
       Lanzotta stał bardzo sztywno, z kamienną twarzą. Sten zrelaksował się i patrzył na Gregora 
kątem oka.
    - Postępowałeś zgodnie z podręcznikiem, rekrucie komendancie kompanii?
    - Tak jest, panie sierżancie.
    - Czy zadałeś sobie trud, aby sprawdzić dokładnie tamten statek?
    - Nie, panie sierżancie.
        -   Gdybyś   to   zrobił,   zobaczyłbyś,   że   twój   nieprzyjaciel   przerobił   te   ekrany   słoneczne   na 
projektory.  Wycelowane dokładnie tam,  gdzie normalnie  są luki w obronie. Dlaczego tego nie 
sprawdziłeś, rekrucie komendancie kompanii?
    - Nie mam wytłumaczenia, panie sierżancie.
    - Czy rozważałeś jakiś inny sposób dokonania szturmu?
    - Nie, panie sierżancie.
    - Dlaczego?
    - Ponieważ... ponieważ tak właśnie podręcznik opisuje atak na statek klasy C, panie sierżancie.
       - I gdybyś  postępował niezgodnie z zasadami podanymi  w książce, mógłbyś  sobie narobić 
kłopotów. Mam rację, rekrucie komendancie kompanii Gregor?

background image

    - No - o...
    - ODPOWIEDZ NA TO CHOLERNE PYTANIE!
    Sten i inni podskoczyli na metr w górę. Lanzotta krzyczał po raz pierwszy od początku szkolenia.
    - Nie wiem, panie sierżancie.
        -   A   ja   wiem.   Ponieważ   zdawało   ci   się,   że   dopóki   trzymasz   się   kurczowo   książki,   jesteś 
bezpieczny. Nie ośmieliłeś się zaryzykować swoich naramienników. I w ten sposób zabiłeś połowę 
kompanii gwardzistów. Mam rację?
    Gregor nic nie odpowiedział.
       - Zwiń swój materac, żołnierzu - powiedział Lanzotta. I zerwał odznakę rekruta Gwardii z 
munduru Gregora. Potem odszedł.
    Carruthers wystąpiła przed czoło kompanii.
    - Przerwa na posiłek. Inspekcja kombinezonów za dwie godziny.
    Nikt nie patrzył na Gregora, kiedy wracali do koszar. Stał samotnie na zewnątrz przez długi czas.
     Ale zanim Sten i reszta wrócili z posiłku, Gregor i jego materac zniknęli, jakby ich nigdy nie 
było.
    - Pierwszy sierżant! Raportować!
       - Sir! Kompanie szkoleniowe A, B i C gotowe, stan osobowy sprawdzony. Pięćdziesiąt trzy 
procent obecnych, sześciu w szpitalu, dwóch wyznaczonych na testach.
        Rekrut   pierwszy   sierżant   zasalutował.   Sten   odsalutował,   zwrócił   się   twarzą   do   Lanzotty   i 
zasalutował znowu.
    - Wszyscy gotowi, stan osobowy sprawdzony.
    - Teraz jest równo osiemnasta, kapitanie rekrucie. Masz objąć dowództwo nad swoją kompanią i 
przemieścić   ją   drogą   na   Obszar   Szkoleniowy   Numer   Szesnaście.   Rozmieścisz   swoich   ludzi   w 
standardowym szyku obronnym. Pozycje mają zostać objęte do zmierzchu, to znaczy do godziny 
dziewiętnastej siedemnaście. Jakieś pytania?
    - Nie, panie sierżancie!
    - Objąć dowództwo nad kompanią. Sten zasalutował i obrócił się znowu.
    - KOMPANIA...
       - Pluton... ton...  ton - zaśpiewali  dowódcy plutonów. - W  prawo... patrz! Na ramię  broń! 
Naprzód... marsz. Długa kolumna wypełzła w zapadający zmierzch. Sten szedł sobie obok. Nauczył 
się już do tej pory iść, maszerować, nawet biec - z otwartymi oczami, rozbudzony na siedemdziesiąt 
procent - i głęboko spać. Lanzotta przesadził nieco mówiąc, że rekruci mają tylko cztery godziny na 
sen w ciągu doby.
    Może i tak było na początku. Ale w miarę postępowania szkolenia ustawiano poprzeczkę coraz 
wyżej. Teraz spławiano mniej osób, ale łatwiej można było podpaść.
    Lanzotta wyjaśnił to Stenowi, dając mu belki rekruta komendanta kompanii.
        -   Przez   kilka   pierwszych   miesięcy   próbowaliśmy   złamać   was   fizycznie.   Pozbyliśmy   się 
słabeuszy, przypadkowych ludzi i głupków. Teraz wyrównujemy szeregi. Błąd, który popełniasz 
podczas szkolenia bojowego, może ciebie i twoich kolegów zaprowadzić prosto na cmentarz. Poza 
tym nadal mamy zbyt wielu ludzi w tej turze. Zbyt wielu ludzi. Podsumowując proces selekcji 
jednego ze stu tysięcy, trzy kompanie po stu ludzi każda zostaną obcięte do sześćdziesięciu jeden.
    Niezła nadwyżka.
    Nie wszyscy się wykruszyli. Zderzenie z wozem bojowym spowodowało śmierć czterech ludzi, 
opady podczas treningu w górach zabiły dwóch rekrutów, a dziura w kombinezonie podarowała 
jeszcze jednemu rekrutowi wielką, uroczystą ceremonię pogrzebową.
     Lanzotta stwierdził, że wielkie wrażenie wywarło to, że rekrut został wcielony do pułku przed 
pogrzebem. Sten myślał zaś, że to naprawdę maleńki, cholerny szczegół. Był całkowicie pewien 
tego, że śmierć trwała bardzo długo i że pokarm dla robaków nie jest szczególnie zainteresowany 
ceremonią.
    No, cóż.

background image

    Do tej pory posuwali się od drużyny przez pluton aż do manewrów pełnej kompanii.
       Sten zastanawiał się, jakie to radosne niespodzianki zaplanował na ten wieczór Lanzotta. A 
potem zepchnął te przygnębiające myśli gdzieś głęboko. Potrzebował odpoczynku. Wyłączył mózg, 
włączył stopy i zasnął.
    Z zamkniętymi oczami Sten nasłuchiwał, co dzieje się dookoła szczytu wzgórza. Cztery minuty,  
dwadzieścia   siedem  sekund. Wszystkie   odgłosy nocnych  zwierząt   wróciły  do normy.  Wszyscy 
żołnierze pozostawali na swoich pozycjach. Całkiem nieźle.
    Lanzotta podczołgał się do Stena i włączył światełko mapnika.
       - W porządku. Są zupełnie przyzwoicie rozmieszczeni. Drugi pluton za bardzo trzyma się w 
kupie. I zdaje mi się, że powinieneś ustawić nieco inaczej swój punkt dowodzenia. Ale... całkiem 
nieźle.
       Sten natężył się. Lanzotta był bardzo uprzejmy. Teraz miał pewność, że ćwiczenie okaże się 
mordercze.
       - Podaję zadanie. Twoja kompania była pod intensywnym ostrzałem przez dwa lokalne dni. 
Masz, zobaczmy, sześćdziesiąt sześć... około siedemdziesięciu pięciu procent rannych. Otrzymałeś 
rozkaz zaatakowania broniącej się mocno pozycji nieprzyjaciela, tam!
       Lanzotta wyjął z woreczka przy pasie mały pulpit kontrolny i nacisnął guzik. Na wzgórzu, 
usytuowanym trochę na bok od ich stanowiska, zabłysło parę świateł.
     - Niestety, pozycja była za mocno obsadzona i zostałeś zmuszony do wycofania się na szczyt 
tego wzgórza. Jesteś zbyt daleko, aby otrzymać wsparcie artyleryjskie i z powodów operacyjnych 
nie uzyskasz zwyczajnej pomocy z powietrza czy z satelity. Opatrzyłeś swoich rannych, a więc nie 
musisz się o nich martwić. Problem jest bardzo prosty. Niedługo, za chwilę, nieprzyjaciel przypuści 
kontratak.   Najprawdopodobniej   nie   będziesz   w   stanie   utrzymać   tej   pozycji.   Twój   bezpośredni 
dowódca oddał ci komendę nad tym odcinkiem. Pozycje sprzymierzonych  są tam - wskazał za 
siebie   i   dotknął   pulpitu.   Na   szczycie   górskiego   grzbietu   pojawiły   się   silne,   niezbyt   mocno 
zaciemnione   linie.   -   Pomiędzy   twoją   kompanią   a   tymi   pozycjami   ustalono   istnienie   dwóch 
oddziałów   wroga,   posługujących   się   lekkim   czołgiem.   Wybór   należy   do   ciebie.   Czy   są   jakieś 
pytania?
    Sten zagwizdał cicho.
    - Rekrucie kapitanie, przejmij dowództwo nad swoimi ludźmi. Masz dwie minuty do rozpoczęcia 
akcji.
    Lanzotta zniknął w ciemnościach.
    Sten skinął na Morghhana, swojego pierwszego sierżanta. Przesunęli się nieco na bok od pozycji 
dowodzenia. Sten przesunął filtr UV nad oczy i włączył przytłumione światło mapy.
    - Sauve qui peut i reszta tego gówna - zaszeptał Morghhan. - Chcesz poddać się od razu i uniknąć 
porannego pośpiechu?
    - My, zabójcy z Gwardii, nie poddajemy się nigdy.
    - Jak myślisz, załatwił cię?
    - Nie mam pojęcia. Może nie. Mówili, że ruchy do tyłu mogą być źle widziane.
    - Pomyśl nad tym, Sten. Ja mam zamiar iść i poćwiczyć mówienie płynnym nieprzyjacielskim. - 
Morghhan poczołgał się w tył do stanowiska dowodzenia i czekających zwiadowców.
    - Cztery i trzy, i dwa, i jeden - powiedział gdzieś w ciemnościach Lanzotta. - Zaczynamy.
    Musiał włączyć program symulacyjny. Wysoki dźwięk w powietrzu...
    - Nadchodzi! - ktoś krzyknął i ziemia zakołysała się pod nimi.
       Fioletowe światła macały przestrzeń tuż nad ich głowami. Sten miał nadzieję, że prowadząca 
"nieprzyjacielski ogień" broń automatyczna nie jest ustawiona zbyt nisko albo na . poruszające się 
cele. Albo na przypadkowy ogień.
       Sten nastawił swój nadajnik na "wszystkie  kanały"  i szybko  przedstawił  plan słuchającym 
żołnierzom.
    - Sześć... tu jeden - dwa. Mamy ruch na naszym odcinku. To była Tomiki, pełniąca obowiązki 
dowódcy drugiego plutonu.

background image

    Sten przełączył się na sieć dowodzenia.
    - Ustalenia, dwa jeden?
       - Próbny atak. Możliwa dywersja. Siła w przybliżeniu dwa plutony. Linia, w odległości stu 
metrów.
    - Dwa jeden... tu sześć. Wstrzymać ogień. Jeden jeden? Coś się u was dzieje?
    - Nie. Trzymamy się. To potwierdzone. Mamy zwiadowców na wzgórzu... o cholera!
     - Niestety, dowódca pierwszego plutonu wystawił się na strzały i został trafiony. Śmiertelnie - 
wtrącił się Lanzotta. Sten zignorował Lanzottę.
    - Jeden - dwa. Obejmij dowodzenie. Ustalenia?
    - Potwierdzam. Zwiadowcy. W sile kompanii. Przewidywania: atak. Mamy otwierać ogień?
    Sten myślał szybko.
        -   Nie.   Kiedy   miną   pięćdziesiąt   metrów,   pewnie   otworzą   ogień.   Przewidywanie:   wsparcie 
artylerii. Pierwszy i trzeci oddział wycofają się hałaśliwie o dwadzieścia pięć metrów. Drugi i 
czwarty   przyjmą   walkę,   kiedy   tamci   dotrą   do   waszych   pozycji   i   wtedy   pierwszy   i   trzeci 
kontratakują. Prognoza: następna dywersja. Pierwszy sierżant! Weź pluton rakietowy, żeby kryli 
tyły i przejęli drugie natarcie. Obejmij punkt dowodzenia, ja przechodzę do trzeciego plutonu.
    Wyłączył mikrofon.
    - Zwiadowcy naprzód!
    Poszli w ciemność. Sten prowadził przez zacieniony zagajnik. Ogień wzmagał się i ziemia drżała 
pod nimi.
    Sten podskoczył, gdy coś zawyło jak tysiąc syren.
    - Wariuję - powiedział do zwiadowcy - to tylko hałas. Idziemy!
    Sten wskoczył do okopu dowódcy trzeciego plutonu.
    - Co się tu dzieje?
    Sten wstrzymał oddech, zamknął znowu oczy. Nasłuchiwał. Obracał głową we wszystkie strony.  
Zaklął.
    - Cholera jasna! Czołgi!
    - Nic nie słyszę!
    - Usłyszysz. To brzmi jak dwie jednostki. Idą im pomóc.
    Włączył radio.
    - Rakiety... Potrzebuję oświetlenia. Przygotować się. Powietrze zaszumiało.
        -   Oddział   rakietowy,   tu   sześć.   Czy   mnie   słyszycie?   Zwiadowca   zmaterializował   się   w 
ciemnościach i wślizgnął do dziury.
    - Wszystkie oddziały. Przygotować się. Szyfr R - siedem.
       Komunikator wybrał prosty kod i podłączył do niego przekaźnik kompanii. Kod mógł zostać 
złamany w ciągu kilku sekund, jeśli nieprzyjaciel dysponował analizatorami. Ale do tego czasu 
Sten miał możliwość przeprowadzenia swojego planu.
    - Dwa jeden. Przesuń swoich ludzi za stanowisko dowodzenia i dołącz do jeden - dwa. Ruszać 
się! Dwa. Na komendę zaczynasz frontalny szturm prosto przed siebie.
    Sten odetchnął głęboko. To szkolenie było wystarczająco prawdziwe, aby ciarki przechodziły od 
przygotowywania nawet pozorowanego samobójstwa.
    - Trzy jeden. Twoi ludzie zatrzymają czołg poniżej waszej pozycji. Masz rozkaz trzymać się nie 
zważając na straty. Jeśli nie uda się nam, ty i twoi ludzie przebijecie się pojedynczo.
       - Wszystkie oddziały. Kompania dokona frontalnego szturmu naprzeciw dywersji na odcinku 
drugiego plutonu. Jeśli natarcie załamie się, każdy żołnierz radzi sobie sam. Macie prawidłowe 
namiary na linie sprzymierzonych. Unikniecie złapania i dołączycie do pułku przed świtem.
       - To wszystko. Zatrzymajcie tylko wodę, podstawową broń i dwa magazynki. Wyrzucić całą 
resztę, łącznie z radiem. Powodzenia. Ruszać się!
    Sten wyłączył nadajnik. Obok niego pojawił się Lanzotta. - Tak dla porządku, rekrucie kapitanie 
Sten. Przy wyłączonym radiu kontrola manewrów nie będzie mogła wyznaczać rannych.
    Sten znalazł dość czasu na uśmiech.

background image

    - Panie sierżancie, nie przyszło mi to do głowy. - Mówił uczciwie.
    Sten obrócił się do oddziału stanowiska dowodzenia.
    - Słyszeliście to. Rzucać wszystko i chodu.
        -   Lanzotta   właśnie   usunął   nasz   oddział   rakietowy.   Powiedział,   że   wykończyło   go 
przeciwnatarcie.
    Sten jęknął.
    - Lenden.
    - Czego chcesz, Sten?
    - Przeleć się trochę, tak z pięć metrów i daj wspomożenie.
    - A potem będę martwy?
    - A potem będziesz martwy.
    - Może nam, trupom, zafundują jazdę z powrotem. - Zwiadowca wyskoczył z dziury, wyjął zza 
pasa pilota i wcisnął guzik uruchamiający wyrzutnię. Flara świsnęła w powietrzu. Uchwycił go 
skaner i wyłączył z akcji. Lenden zaklął i poszedł w tył.
    Flara paliła się, i Sten zauważył dwa... pięć... siedem czołgów szturmowych wspinających się na 
wzgórze.
    - Podpalić je.
    Dowódca plutonu włączył odpowiednie guziki i zbiorniki pod wysokim ciśnieniem, usytuowane 
u podnóży wzgórza, ożyły.  Wydobywający się z nich gaz zmieszał się z atmosferą, i pełniący 
obowiązki porucznika podpalił tę mieszaninę.
    Kula ognia przetoczyła się przez podstawę wzgórza i trzy z czołgów zapaliły się i eksplodowały.
    - Skokami do tyłu. Sześćdziesiąt metrów, przyczaić się i czekać.
    Sten wytoczył się z okopu i prześlizgnął w tył, w kierunku stanowiska dowodzenia.
    Zanim przypadł do ziemi obok Morghhana, miał już gotowy plan. Cienie przesuwały się przez 
jego odcinek w kierunku drugiego plutonu. Z ostatniego stanowiska trzeciego plutonu podniósł się 
nagle zwiększony ogień.
    Sten z ulgą pozbył się plecaka i siatki łączności, podniósł broń na ramię i ruszył przez ciemność.
    W biurze panowała śmiertelna cisza.
    Sten patrzył prosto przed siebie.
    - Czterech ocalało, rekrucie komendancie kompanii. Ty zostałeś usunięty
    - Tak jest, panie sierżancie.
        -   Bardzo   mnie   interesuje,   jakie   są   twoje   przewidywania   efektu   takiej   akcji   w   trakcie 
prawdziwego natarcia. Dla reszty pułku.
    - Wydaje mi się, że... bardzo złe.
     - To oczywiste. Ale nie wiesz, dlaczego. Żołnierze mogą odnosić ciężkie straty i zachowywać 
pełną zdolność bojową pod dwoma warunkami: po pierwsze, owe straty muszą zostać poniesione w 
krótkim   okresie.   Powolne   dziesiątkowanie   zmiecie   każdą   jednostkę,   nieważne   jak   elitarną.   Po 
drugie: owe straty muszą zostać uznane za wyczyn. Czy rozumiesz, o co chodzi, Sten?
    - Nie bardzo, panie sierżancie.
    - Postaram się mówić jaśniej. Używając jako przykładu klęski z ostatniej nocy. Gdybyś utrzymał 
ten szczyt wzgórza i zginął do ostatniego, pułk byłby dumny. Ta bitwa przeszłaby do historii i 
śpiewano by o niej piosenki. Ludzie poczuliby się podniesieni na duchu faktem, że mieli pośród 
siebie   takich   bohaterów.   Nawet,   jeśli   byliby   cholernie   szczęśliwi,   że   ich   tam,   razem   z  owymi 
bohaterami, nie wysłano.
    - Rozumiem.
       - Zamiast tego, twoja jednostka przegrała usiłując ocalić swoją skórę. Owszem, kładzie się 
ludziom do głowy, że należy żyć po to, aby móc znowu walczyć. Ale to nie jest ten rodzaj podejścia 
do sprawy, dzięki któremu ostatecznie wygrywa się wojny. Niezrozumienie tego jest twoją porażką 
jako dowódcy kompanii. Rozumiesz?
    Sten milczał.
    - Nie powiedziałem, że musisz się z tym zgadzać. Ale czy to rozumiesz?

background image

    - Tak jest, panie sierżancie.
       - Bardzo dobrze. Ale wezwałem cię i wydałem zakaz opuszczania koszar z innego powodu. 
Wyniki twoich testów wskazują na wysoki poziom inteligencji. Wycofałem cię z akcji, ponieważ 
wykazałeś, iż nie nadajesz się zupełnie do Gwardii. Nie możesz być gwardzistą. Zostajesz usunięty 
ze szkolenia ze skutkiem natychmiastowym.
    Sten otworzył usta ze zdziwienia.
    - To także wyjaśnię. Masz żołnierza. Bierze nóż, czerni sobie twarz, pozostawia całą swoją broń. 
Przekrada   się   przez   linie   nieprzyjaciela,   aż   do   schronu   generała.   Zabija   go   i   wraca.   Czy   ten 
człowiek jest bohaterem? W pewnym sensie. Ale nie nadaje się do Gwardii.
    Lanzotta westchnął.
    - Gwardia istnieje jako karzące ramię Imperatora. Sposób na wysłanie dużych sił w precyzyjny  
sposób w celu wykonania misji. Gwardia walczy i umiera dla Imperatora. Jako walcząca całość, nie 
jako jednostki.
    Sten zastanawiał się.
    - Jako gwardzista masz zachowywać się bohatersko. W odpowiedzi Gwardia zapewnia wsparcie. 
Moralne i duchowe podczas szkolenia i życia koszarowego, fizyczne w boju. Dla większości z nas 
ten układ jest w porządku. Czy nadążasz za mną?
        Umysł   Stena   zajęty   był   zgadywaniem,   co   się   teraz   z   nim   stanie   -   trafi   do   batalionu 
zaopatrzeniowego? A może prosto na Vulcan? Sten usiłował skupić się na słowach Lanzotty.
    - Będę kontynuował. Gwardzista jest szkolony tak, aby w każdej chwili zastąpić dowódcę. Musi 
być w stanie spełniać obowiązki sierżanta swojego plutonu i zakończyć misję, jeśli ów sierżant 
zostanie ranny. Sierżant zaś musi umieć pełnić obowiązki dowódcy kompanii. I nie ma znaczenia, 
jak świetnie umie zastosować taktykę. Jeśli nie rozumie instynktownie ludzi, którymi dowodzi, to 
jest mniej niż bezużyteczny. Jest niebezpieczny. I powtarzałem wam wciąż i wciąż... moje zadanie 
to nie produkowanie mięsa armatniego. To takie wyszkolenie gwardzistów, aby umieli przeżyć.
    - Czy to wszystko, panie sierżancie? - spytał Sten beznamiętnie.
    - Czterech żywych. Z pięćdziesięciu sześciu ludzi. Tak, Sten. To wszystko.
    Sten podniósł rękę do salutowania.
    - Nie. Nie przyjmuję salutowania, ani nie oddaję, od wyeliminowanych. Odmaszerować.
        Sten   zjadł,   włożył   dres   i   poszedł   do   łóżka,   cały   czas   pod   grubym   pancerzem   izolacji. 
Emocjonalnie pragnął, aby któryś z przyjaciół powiedział coś. Chociaż do widzenia. Ale tak nawet 
było lepiej. Sten widział zbyt wielu ludzi odrzuconych i wiedział, że każdemu było łatwiej, jeśli 
przegrany po prostu stawał się niewidzialny.
    Zastanawiał się, dlaczego czekają tak długo. Zwykle zwolniony znikał po godzinie lub dwóch od 
chwili  rozmowy.  Domyślał  się, że to  z powodu powagi  jego wykroczenia.  Kadra  chciała,  aby 
stanowił przez chwilę coś w rodzaju lekcji poglądowej.
    To dawało mu czas na poczynienie pewnych własnych planów.
       Jeśli  wyślą  go do batalionu  zaopatrzeniowego...  wzruszył  ramionami.  To  jedna rzecz.  Nie 
zawdzięczał już nic więcej Imperium, a więc zdezerteruje, kiedy tylko mu się uda. Może. A może 
łatwiej będzie skończyć służbę i przyjąć przydział do Sektora Pionierów. Zapewne nie mieli nigdy 
dosyć ludzi na pogranicze, i każdy, kto miał nawet częściowe wyszkolenie gwardzisty, mógł być 
poszukiwany.
        Ale   Vulcan...   palce   Stena   automatycznie   dotknęły   noża   ukrytego   w   ręce.   Jeśli   powróci, 
Kompania go zabije. Powinien się wynosić, zanim go złapią. Poza tym, zawsze istniała szansa...
     Nie za duża, zdecydował, i gapił się tępo w ciemny sufit. Sten poczuł jakiś ruch - jego palce  
sięgnęły do pochwy noża - i ramię Carruthers wyciągnęło się po niego.
    - Chodź za mną.
       Sten, wciąż ubrany,  wstał z pryczy.  Automatycznie  zwinął materac  i spakował swój mały 
dobytek.
    Carruthers wskazała mu drzwi. Sten poszedł. Zadziwiony. Właśnie zorientował się, że Carruthers 
podeszła do niego tak, jakby wiedziała o nożu. Zastanawiał się, dlaczego go nigdy nie zabrali.

background image

        Carruthers   zatrzymała   się   obok   małego   wózka   do   przewozu   broni.   Wskazała   pojedyncze 
siedzenie i Sten wspiął się na nie.
        Carruthers   wstukała   kod   miejsca   przeznaczenia   i   pojazd   zahuczał.   Odeszła   na   bok.   I 
zasalutowała.
    Sten gapił się ze zdziwieniem. Odrzuceni nie salutują, ale Carruthers nadal trzymała rękę. Sten 
czuł się zagubiony. Automatycznie oddał honory.
    Carruthers odwróciła się i odeszła na bok, a pojazd uniósł się w górę.
       Sten popatrzył w przód. Wóz kluczył po terenie szkoleniowym na wysokości paru stóp nad 
gruntem,   a   potem   podniósł   się   na   około   dwudziestu   metrów.   Ekran   rozjarzył   się:   "Miejsce 
przeznaczenia   -   obszar   zastrzeżony.   Wymagane   podanie   kodu".   Komputer   zapiszczał,   a   potem 
przez ekran przebiegł szereg cyfr. Jego powierzchnia zbladła i pojawił się napis: "Kod Sekcji M 
przyjęty. Uwaga. Na lądowisku oczekuje eskorta.
    Sten był kompletnie ogłupiały.

Rozdział 23    

       Mahoney ceremonialnie dolał czystego alkoholu do półlitrowego kufla piwa. Wręczył kufel 
Carruthers i odwrócił się do trzech pozostałych osób.
    - Czy ktoś chce jeszcze dolewki?
    Rykor podniosła ogon i oblała Mahoneya małym wodospadem ze swojego zbiornika.
    - Mam taki rozum, który nie potrzebuje więcej podniet, dziękuję - zahuczała.
    Lanzotta pokręcił głową.
    Mahoney podniósł swój kufel.
    - Za przegranego.
    Wypili.
    - Jak to przyjął, kapralu?
       - Nie wiem, panie pułkowniku. Dzieciak jest lekko wystraszony.  Chyba myślał, że właśnie 
wiezie swój tyłek z powrotem do przeróbki na to wysypisko śmieci, z którego przyjechał.
    - Jest tak głupi?
    - Ukrzyżowałem go, panie pułkowniku - powiedział Lanzotta. - Mogę stwierdzić, że w tej chwili 
nie popełnił żadnej myśli.
    - Bardzo prawdopodobne. Jesteś świetny w powolnym torturowaniu, Lan. - Mahoney przerwał na 
chwilę. - Rykor, przykro mi, że cię nudzę. Ale muszę to im powiedzieć. Oczywiście wszystko jest 
tajne, przypominanie o tym to czysta formalność. Ale dopóki rozmawiamy w zamkniętym gronie, 
możemy dać sobie spokój z wojskowym drylem na jakiś czas.
    Carruthers usiadła sztywno i schowała nos w kuflu.
    - Potrzebuję bardzo szybkiej końcowej oceny. Rykor?
      - Nie mam powodów do zmiany mojej początkowej oceny. Wyniki jego szkolenia, zgodnie z 
przewidywaniami, zbliżały się do rekordowych. Jego profil nie zmienił się zasadniczo. W żaden 
sposób Sten nie może stać się dobrym żołnierzem w Gwardii. Jego niezależność, instynktowna 
niechęć  do autorytetów,  skłonność do samodzielnych  akcji są wyjątkowo  wysokie.  Dla twoich 
celów   wydaje   się   idealny.   Szczególne   osobiste   przeżycia,   o   których   dyskutowaliśmy,   kiedy 
rozpoczynał szkolenie, pozostają ukryte tak samo, jak przedtem. Ale dzięki temu, że dowiódł sam 
sobie powodzenia podczas treningu i przy kontaktach z innymi ludźmi, jego osobowość wydaje się 
teraz stabilna.
    - Carruthers?
    - Sama nie wiem, jak to określić, sir. Ale to nie jest ktoś, z kim chciałabym pracować. Nie jest 
tchórzem. Ale też nie ma zbytniej pewności siebie. Na pewno nie w bezpośrednim szturmie.
    - Tylko raz "sir"! Brawo. Kup sobie jeszcze jedno piwo. Dla mnie też.
    Mahoney przesunął swój kufel.

background image

    - Zapewne mógłbym rozwinąć oświadczenie Carruthers powiedział ostrożnie Lanzotta - ale nie 
ma potrzeby. Naukowy bełkot nie wyjaśni tego lepiej niż ona.
    - No dalej, Lanzotta. Jak rwanie zębów. Wiesz doskonale, o co mi chodzi.
    - Przeniósłbym Stena do Sekcji Modliszki. Przypomina mi niektórych młodych zbójów, których 
usiłowałem dla ciebie utrzymać pod kontrolą.
    Carruthers obróciła się, wylewając piwo.
    - Pan był w Sekcji Modliszki, sierżancie?
    - Był moim bezpośrednim dowódcą - powiedział Mahoney. - I odszedłem. Carruthers, nie masz o 
tym żadnego pojęcia. Ale istnieje cholerna różnica pomiędzy szturmem wśród rozgrzanych walką 
żołnierzy a podcięciem gardła jakiemuś małemu dyktatorowi,  gdy leży w łóżku z dziewczyną. 
Pamiętasz to, pułkowniku?
    - Które?
        Mahoney   machnął   ręką,   a   Carruthers   podała   sierżantowi   kufel.   Lanzotta   popatrzył   w 
bursztynowy płyn, a potem odniósł naczynie.
    - Nie lubiłem tego. Nie byłem w tym dobry.
    - Diabła tam nie. Przeżyłeś. To jedyne kryterium. Lanzotta nic na to nie odpowiedział.
    Mahoney uśmiechnął się i tkliwie pogłaskał Lanzottę po krótko przyciętych włosach.
    - Wciąż jeszcze oddałbym połowę drużyny, gdybyś tylko zechciał wrócić, przyjacielu. - Potem 
spojrzał na pozostałych. - Ustalenia?
    - Wskazane przeniesienie, Sekcja Psychiatryczna - powiedziała krótko Rykor.
    - Przeniesienie wskazane - zgodziła się ostrożnie Carruthers.
       - Weź go, Mahoney - powiedział Lanzotta. Miał bardzo zmęczony głos. - Dla ciebie będzie 
doskonałym zabójcą.
     Frazer zszedł z chodnika i pospieszył w kierunku zoo. Denerwował się z powodu spotkania, a 
kaseta wideo parzył - e mu kieszeń. Kupił bilet do zoo i powoli minął straż przy wejściu, czekając 
na dłoń na ramieniu.
    Jego urzędniczy zmysł podpowiadał mu, że nie ma się czym niepokoić - dokładnie zatarł ślady za 
sobą. Frazer był specem od komputera i Imperialnej Biurokracji. W żaden sposób nikt nie mógł 
dowiedzieć się, dlaczego tu jest.
        Zatrzymał   się   przy   klatce   tygrysa   szablastozębego.   Odsunął   się   nieco,   gdy   bestia   zaczęła 
przechadzać   się   tam   i   z   powrotem.   Jak   wszystkie   istoty   w   tym   zoo,   tygrys   stanowił   część 
genetycznej   historii   rodzaju   ludzkiego.   Gdyby   Frater   poszedł   dalej,   mógłby   policzyć   leniwce, 
owady z wielkimi skrzydłami i olbrzymie, stałocieplne gady. Z miejsca, w którym stał, wyczuwał 
smród tych gadów, surowego mięsa i poruszonego bagna...
    Morderca pojawił się obok niego.
    - Masz to?
    Frazer kiwnął głową i wręczył mu kasetę. Oczekiwanie przeciągało się.
    Morderca powiedział:
    - Doskonałe.
    - Wybrałem kogoś, kogo aktami można łatwo manipulować - powiedział Frater. - Musisz tylko 
wejść w to.
    Zabójca uśmiechnął się.
    - Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś najlepszy. Masz dryg do komputerów.
    Ktoś wreszcie poznał się na talencie Frazera. Tylko on mógł wejść w zbiór i wyłuskać z niego  
potrzebne informacje, nie zostawiając po sobie żadnego śladu.
    - A... a pieniądze?
    Morderca wręczył mu kawałek papieru. Frater przyjrzał się temu uważnie.
    - Czy są nieoznaczone?
    - Oczywiście, duma zawodowa i tak dalej. Możesz sprawdzić...
    Frazer był zadowolony. Żałował tylko, że Rykor nigdy nie dowie się, jak bardzo jest sprytny.
    Morderca objął Frazera jednym ramieniem i odeszli trochę od klatek.

background image

    - Zastanawiasz się nad moją lojalnością - zaczął Frazer.
    - Właśnie tak - powiedział zabójca.
    Ramię opadło niżej, obejmując mocniej. Prawa ręka złapała Frazera za policzki, lewa uderzyła w 
tył głowy. Rozległ się głuchy trzask. Frazer opadł na ziemię. Martwy.
      Nie było nikogo w pobliżu, gdy morderca ciągnął ciało do tyłu, w kierunku klatek. Podniósł, 
sprężył się i ciało Frazera poleciało w dół.
    Warczenie i odgłosy pożerania zakończyły sprawę.

Rozdział 24    

     Mahoney uznał, że Imperator w końcu zwariował. Kręcił się dookoła wielkiego, bulgoczącego 
garnka napełnionego do połowy dziwnie wyglądającą mieszaniną i mruczał sam do siebie.

       - Trochę tego. Trochę tamtego. Odrobina czosnku i malutko tłuszczu. Teraz kminek. Tylko 
szczypta.   Może   nieco   więcej.   Nie,   dużo   więcej.   -   Imperator   wreszcie   zauważył   Mahoneya   i 
uśmiechnął się. - Przyszedłeś w samą porę - powiedział. Daj mi to pudełko.

    Mahoney wręczył mu pięknie rzeźbioną drewnianą szkatułkę. Imperator otworzył ją i wyjął garść 
długich, czerwonawych rzeczy. Dla Mahoneya wyglądały one jak wysuszone ekskrementy jakiejś 
istoty pozaziemskiej.

       - Popatrz na nie - chwalił się Imperator. - Dziesięć lat zajęło im wyprodukowanie tego w 
biolaboratorium.

    - Co to jest?

    - Papryka, ty głupku. Papryka.

    - Aha, och, to wspaniale. Wspaniale.

    - Nie wiesz, co to znaczy?

    Mahoney musiał wyznać, że nie wie.

    - Chili, człowieku. Chili. Jeśli nie masz przyprawy, to nie masz chili.

    - To ważne, co?

       Imperator nie powiedział ani słowa. Po prostu wrzucił paprykę, nacisnął kilka guzików na 
pulpicie kuchenki, zamieszał, potem nabrał na łyżkę dużą ilość mieszaniny i podał ją Mahoneyowi. 
Patrzył z uwagą, jak Mahoney próbuje.

    - Całkiem niez... - i wtedy go trafiło.

        Jego   twarz   stanęła   w   ogniu,   uszami   wypuścił   parę   i   nie   mógł   złapać   oddechu.   Szeroko 
uśmiechnięty Imperator uderzył  go w plecy i podał kufel piwa. Mahoney wysuszył  go jednym 
haustem. Sapnął.

    - Wydaje mi się, że jest w sam raz - powiedział Imperator.

    - To znaczy, że to ma być właśnie takie?

background image

    - Jasne. Ma przypiec ci włosy na tyłku. Inaczej to nie będzie chili. - Imperator nalał dwa piwa, 
skinął na Mahoneya i usadowił się na wielkiej, wypchanej kanapie. - W porządku. Zarobiłeś na 
wypłatę w tym miesiącu. A co z następnym?

    - Chodzi o Thoresena?

    - Taa, Thoresena.

    - Zero, zero, zero.

    - Może powinniśmy zacząć działać bardziej intensywnie.

    - Zalecałem to w moim raporcie. Ale to niebezpieczne. Możemy zawalić całą sprawę.

    - Jak?

    - Lester. Mówi, że teraz jest duży ruch przy Projekcie Brawo. I znalazł drogę. Kłopot w tym, że 
jeśli go złapią, stracimy jedynego człowieka, który ma tam dostęp.

    Imperator myślał przez chwilę. Potem westchnął.

    - Powiedz mu, żeby ruszał. - Opróżnił swoją szklankę i napełnił ją nową porcją piwa. - A co z tą 
drugą sprawą?

    - Przemyt broni? No cóż, nadal nie mogę tego udowodnić.

    - Ale istnieje? To fakt, tak?

        -   Taa   -   powiedział   Mahoney.   -   Wiemy   na   pewno,   że   cztery   planety,   wszystkie   rzekomo 
sprzymierzone z nami, wysyłają . broń na Vulcan.

    - Znowu Thoresen. Do diabła z nim. Skończmy tę zabawę. Wyślijmy tam Gwardię. Zdepczmy 
go.

    - No, to chyba nie jest najlepszy pomysł, szefie. To znaczy...

    - Wiem, wiem. To kiepski ruch z punktu widzenia dyplomacji. Ale co z naszymi "kumplami" z 
owych czterech planet? Nie ma chyba powodu, aby nie zrobić z nimi porządku.

    - Zrobione.

    Imperator uśmiechnął się. W końcu coś się dzieje.

    - Sekcja Modliszki?

    - Wysłałem cztery zespoły - powiedział Mahoney. - Gwarantuję, że ta broń się skończy.

    - Bez dyplomatycznych reperkusji?

    - Nawet szeptu.

background image

     Imperator lubił to coraz bardziej. Wstał ze swojej kanapy i podszedł do bulgoczącego garnka. 
Powąchał. Ładnie pachnie. Zaczął wyjmować dwa nakrycia.

    - Zjesz ze mną obiad, Mahoney?

    Mahoney zerwał się w pośpiechu z kanapy i skierował do drzwi.

    - Dziękuję, szefie, każdego wieczoru, tylko nie dziś. Mam...

    - Randkę?

    - Taa - powiedział Mahoney. - Chociaż nie wiem...

     I poszedł. Imperator powrócił do swojego chili. Zastanawiał się, który dworzanin zasługuje na 
towarzyszenie mu tego wieczoru.

Rozdział 25    

     Baron niecierpliwie patrzył na ekran, podczas gdy rój Techników poruszał się prędko dookoła 
stanowiska frachtowca, wykonując ostatnie podłączenia i nastawienia. To było to. Jeszcze kilka 
minut i zobaczy, czy to warte tych wszystkich kredytów i niebezpieczeństwa.

        Test   Projektu   Bravo   prowadzony   był   w   odległości   lat   świetlnych   od   Vulcana,   daleko   od 
normalnych szlaków żeglugowych. Obraz na ekranie Thoresena zmieniał się, podczas gdy Technicy 
kończyli, potem odepchnęli się od stanowiska, weszli na prom i zaczęli odsuwać się od starego 
frachtowca.

    Thoresen odwrócił się do stojącego obok Technika, który uważnie obserwował zmieniające się 
na jego własnym ekranie figury.

    - Gotowe, sir.

    Thoresen odetchnął głęboko i kazał rozpocząć.

    - Zaczynam odliczanie...

    Prom zatrzymał się w odległości wielu kilometrów od frachtowca. Obecni na pokładzie Technicy 
zabrali się do pracy, zmieniając programy w swoich komputerach, przygotowując się na ostateczny 
sygnał.

       Wnętrze frachtowca zostało wypatroszone  i na przeciwległych  końcach zainstalowano dwa 
wielkie urządzenia - w dawnych czasach nazwano by je armatami - każde wycelowane dokładnie w 
elektryczną lufę drugiej.

     Thoresen ledwo słyszał odliczanie. Koncentrował się na dwóch obrazach na ekranie: jednym z 
nich była wielka, jarząca się pustka wewnątrz kadłuba statku, drugim przestrzeń na zewnątrz, na 
pierwszym   planie   prom.   Technik   dotknął   jego   ramienia.   Wszystko   gotowe.   I   zupełnie 
niespodziewanie Baron poczuł się całkowicie odprężony. Posłał Technikowi uśmiech i wprowadził 
kod, uruchamiający operację.

background image

       "Armaty"  wypaliły i dwie cząsteczki elementarne o identycznych  masach ruszyły ku sobie, 
natychmiast   osiągając   prędkość   światła.   I   wyższą.   Ekran   Thoresena   zajaśniał   i   wszystko   się 
skończyło - niemal zanim się zaczęło. Po czym ekran znowu powrócił do życia. Nic. Tylko ziejąca 
pustka. Ani frachtowca, ani...

    - Prom! - wrzasnął Technik. - Nie ma go. Oni wszyscy...

    - Do cholery z promem - warknął Thoresen. - Co się stało?

       Jego palce  śmigały nad klawiaturą,  gdy programował  powtórkę filmu  - tym  razem z taką 
prędkością, aby mógł prowadzić obserwacje.

       Cząsteczki płynęły ku sobie, zostawiając długie ślady. Przeniknęły przez magnetyczny bąbel, 
jaśniejący we wnętrzu kadłuba, a potem spotkały się... spotkały... spotkały...  A potem znikły... 
pojawiły się znowu... przesunęły poza czasem i przestrzenią... dopóki nie zostały zastąpione przez 
jedną, zupełnie inną cząsteczkę. Thoresen zaśmiał się - udało mu się. Nagle magnetyczna okrywa 
zapadła się. Błysnęło jasne światło i kadłub, i prom znikły w ogromnej eksplozji.

    Baron odwrócił się do Technika, nadal pozostającego w szoku.

    - Chcę, aby zmieniono grafik. Technik gapił się na niego.

    - Ale ci ludzie na promie...?

    Thoresen zmarszczył brwi, popatrzył na pusty ekran, a potem zrozumiał.

    - A, tak. Nieszczęśliwy wypadek. Nie będzie trudno ich zastąpić.

    Zaczął wychodzić z laboratorium, ale zatrzymał się na moment.

       - Aha, następnym  razem powiedzcie załodze, aby odsunęła się trochę dalej od frachtowca. 
Technicy są kosztowni.

      Lester uśmiechnął się i poklepał Technika po ramieniu. Mężczyzna bulgotał coś jeszcze i łzy 
płynęły mu po policzkach. Lester przysunął się nieco, aby posłuchać. Tylko taka paplanina. Nic 
konkretnego.

       To było łatwe, pomyślał. Łatwiejsze, niż się spodziewał. Pracował nad tym człowiekiem od 
pewnego czasu. Duża ilość pieniędzy, nowa tożsamość, rezydencja opłacona do końca życia na 
jakimś wspaniałym świecie. Technik z radością poszedłby na to, ale za bardzo bał się Thoresena, 
aby   zrobić   coś   więcej.   Słuchał   Lestera   i   wypijał   jego   drinki.   Aż   pewnego   dnia   załamał   się. 
Zadzwonił w stanie bliskim histerii i poprosił, aby Lester pozwolił mu przyjść.

    Zaszedł jakiś straszny wypadek, powiedział Lesterowi, ale mimo nacisku potrząsał tylko głową. 
Nie, Baron... I Lester wiedział, że ma swoją szansę.

     Usiadł, więc koło Technika i przyłożył strzykawkę do jego szyi. W chwilę później mężczyzna  
zmienił się w śliniącego się idiotę. Ale ten idiota powiedział wszystko, czego Lester potrzebował. 
Ułożył go później wygodnie na łóżku. Będzie spał przez jakiś czas, a potem obudzi się z potężnym 
kacem. Nie będzie nic pamiętał.

background image

     Teraz Lester musiał skontaktować się z Mahoneyem. To, co miał do powiedzenia o Projekcie 
Bravo, gwarantowało rychły koniec kariery Thoresena.

       Rozległ się głośny trzask rozrywanego plastyku. Lester obrócił się, a potem zamarł widząc 
Barona wchodzącego przez zrujnowane drzwi. Obok szło dwóch strażników. Thoresen popatrzył na 
śpiącego i uśmiechnął się,

    - Małe party, Lester?

        Lester   nic   nie   odpowiedział.   Co   mógł   zrobić?   Thoresen   skinął   na   strażników.   Dźwignęli 
Technika i wynieśli z pokoju.

    - A więc, teraz już wiesz?

    - Tak - powiedział Lester.

       - Szkoda. Nawet cię lubiłem. - Zrobił krok do przodu, zbliżając się niebezpiecznie do starca, 
chwycił go za gardło. Zacisnął. Lester łapał powietrze, czując, jak pęka mu kręgosłup. Minęły 
minuty,   zanim   Baron   upuścił   ciało   Lestera.   Odwrócił   się,   gdy   jeden   ze   strażników   wszedł   do 
pokoju. 
    - Zróbcie to tak, żeby dobrze wyglądało - powiedział. - Nagła choroba, et caetera, et caetera. I nie 
przejmujcie się rodziną. Ja się nimi zajmę.

Rozdział 26    

     Sten gwizdnął bezgłośnie i kopnął drzwi tak, aby się zamknęły. Muchy zaczęły kręcić się już 
dookoła odciętej głowy H'mida leżącej na blacie lady.

     Sten schylił się i dotknął palcami kałuży krwi dookoła ciała. Wciąż trochę płynna... nie więcej 
niż godzina. Sten sięgnął ponad ramieniem i wyjął mały kawałek w kształcie litery W, który utkwił 
pomiędzy łopatkami.

       Okrążył  ladę i cicho przebiegł przez schody prowadzące do mieszkania właściciela sklepu. 
Pustka. Żadnych śladów przeszukiwania czy rewizji. Źle, bardzo źle. Ostrożnie uchylił jedno okno, 
a potem spojrzał przez nie.

    O dwa dachy dalej przyczaiło się trzech Q'riya, spoglądając w dół na ulicę. A poniżej... jeszcze 
jeden,   tuż   pod   drogą   ucieczki   Stena.   Bardzo   źle   zamaskowany,   wypastowane   czubki   butów 
zdradzały go połyskując spod skraju długich szat.

      Próbowali go znaleźć czy był już w pułapce? Sten pomyślał znowu. Chcieli go złapać. Sklep 
spożywczy   po   drugiej   stronie   wąskiej   ulicy   miał   zamknięte   okiennice.   Nie   o   tej   porze   dnia. 
Wewnątrz musiał być oddział M'lan, zbójów na usługach szczepu Q'rxya.

    Sten przycisnął się do ściany... wdech licząc do czterech, wydech licząc do czterech, wstrzymać 
licząc do sześciu. Dziesięć razy. Poziom adrenaliny nieco opadł. Sten zaczął poszukiwać sposobu 
wydostania   się   z   tej   sytuacji.   Z   warsztatu   H'mida   zaczerpnął   garść   bransolet,   do   których   nie 
przyłączono jeszcze kamieni i zdjął gąsior z kwasem z półki. Powrócił do okna i czekał. Miał 
zapewne około dziesięciu minut, zanim tamci zdecydują, że pora wykurzyć szczura z pułapki.

background image

       Poniżej zagrzmiał wóz. Doskonale. Ostrożnie wyrzucił gąsior z kwasem na zewnątrz, w sam 
środek wysuszonego ładunku ziarna. Wycelował... ręka zadygotała lekko, podążając za jadącym 
prosto wozem.

    Ogień. Gąsior stłukł się. Podniósł się dym i wóz stanął w płomieniach.

    Wrzaski. Krzyki... dym powoli wypełniał uliczkę.

    Już nic więcej nie był w stanie zrobić.

     Sten zatknął końce szaty za mankiety, zrzucił sandały i prześlizgnął się przez okno. Zawisł na 
rękach, potem skoczył.

    Upadł na dół, przylgnął do ziemi. Okiennica otworzyła się i jakiś ciężar walnął w ścianę tui nad 
nim. Sten podniósł się... trzy długie kroki przez ulicę i długi skok przez otwarte okiennice.

    Trafił do środka, obrócił się i nastawił broń na ogień ciągły.

       Trzech M'lan leżało na podłodze, drugi łapał powietrze przez szeroko rozcięte gardło. Sten 
wymierzył drugie uderzenie w środek jego czoła i przesunął się w kierunku tylnych drzwi. Wypadł 
na zewnątrz i zaklął. Typowy labirynt, strome schody wiodły w dół, przez małe domlti Fal'ici. Sten 
przeskoczył   przez   poręcze   i   wślizgnął   się   pośród   zabudowania.   v'   Krzyki,   wrzaski   i   strzały 
dochodziły z ulicy.

       Sten nie bał się. Fal'ici nie udzielą żadnych informacji, aby pomóc M'lan, nawet trzymani na 
muszce.

    Wyszedł z koszmaru ruder na inną ulicę. Doskonale. Po raz pierwszy miał szczęście. Zastanawiał 
się. Panował tłok... łącznie ze wzmocnionym patrolem M'lan. Musieli zostać zaalarmowani. Gdy 
zobaczą biegnącą postać, puszczą się w pogoń.

    Sten szarpnął za ręczny wózek, przeskoczył przez dyszel, potem obrócił się i podrzucił wysoko w 
górę jedną z bransolet H'mida. Złoto błysnęło w jasnym słońcu i zapanował natychmiastowy chaos. 
Ludzie wybiegali z zaułków, o których istnieniu Sten nawet nie wiedział.

    Gdzieś w tym kotłującym się thimie zostali M'lan. Sten, pomyślał, że bardzo możliwe, iż jeden 
albo drugi Fal'ici mógł właśnie oderwać się od złota  i spróbować zanurzyć  kilka centymetrów 
wyszlifowanego szkła w gardle żołnierza.

    Zwolnił krok, opuścił szatę i ostrożnie odwrócił się. Dał i monetę kwiaciarce i wyjął z jej wózka 
największy kwiat. Schował w nim nos i poszedł do przodu.

    Jak... epi? Epi... cholera z tym! Zapyta Doca, gdy powróci do kryjówki.

     Godzinę zabrało Stenowi przekonanie się, czy nie ciągnie za sobą ogona. Nie miał wysokiego 
mniemania o inteligencji żołnierzy Q'riya, ale było ich wystarczająco wielu, aby posłać za nim 
wielu szpicli.

       Był  czysty,  więc skręcił  szybko  w bramę  skromnego  domu, gdzie  pracował zespół Sekcji 
Modliszki, i wszedł do środka.

background image

    Do większego chaosu. Wyposażenie było pakowane dokładnie, ale bardzo, bardzo szybko. Alex 
stał przy drzwiach, trzymając odbezpieczony karabin gotowy do użycia. Sten objął to wszystko 
spojrzeniem.

    - Spadamy? - zgadywał.

       - Jasne, stary - powiedział Alex. - Ta Vinnettsa chciała nas przekonać, że pogadała sobie z 
tamtymi typami, co za nią chodzili.

    - I powiedzieli coś?

    - A ty byś nie powiedział? Założę się, że odbyli swoją spowiedź przedśmiertną.

     - Ktoś odciął H'midowi głowę i zostawił, żebym ją znalazł - zrelacjonował Sten. Podszedł do 
stołu i podniósł szklany dzbanek. Kciukiem odchylił pokrywkę, wsadził dziobek w usta i przełknął. 
Postawił go z powrotem i popatrzył na wysokiego na pół metra misia siedzącego spokojnie na 
jedynym wygodnym krześle w pokoju. Istota miała niemal dobrotliwy wyraz twarzy.

    - Doc?

    - Typowo ludzkie - zamruczał misio z zadowoleniem. Wy ludzie dalej walczycie ze sobą jak za 
czasów kamienia łupanego. To dowodzi istnienia istoty boskiej. Bylibyście nadal w swojej dżungli, 
zbierając owoce palcami u nóg, gdyby nie wmieszał się w to jakiś Bóg, taki czy inny. Z wyjątkowo 
paskudnym poczuciem humoru, chciałbym dodać.

    Vinnettsa zbiegła po schodach, zwijając po drodze drut od anteny na dachu.

    - Chodź tu, Doc. Nie mamy czasu na pieprzenie.

    Doc rozłożył ręce w geście, którego nauczył się od ludzi, zeskoczył z krzesła i zaczął pakować 
wyposażenie do lekkiego plecaka.

     Ida powoli wyłoniła się z szafy, stanowiącej wejście do pokoju łączności. Podniosła na próbę 
swój pakunek.

       - Doc ma rację. Nie możemy oczekiwać subtelności od kogoś innego niż my sami. Teraz, 
dlaczego oni nie wyślą zespołu...

    Alex prychnął.

    - Dlatego, że nasz Imperator nie lubi, kiedy ktoś kradnie spod niego jakiś świat.

    Ida pomyślała chwilę.

    - A jeśli my go ukradniemy, a to myśl warta zastanowienia, to on nie będzie musiał się martwić,  
prawda?

    Sten rozejrzał się dookoła. Frick i Frack wyfrunęli spod okapu i czekali.

    - Czy namierzyli nas?

    - Zaprzeczenie - zaskrzeczał Frick. - Przylecieliśmy dziesięć minut temu. Nie widzieliśmy nic.

background image

       Może. Te dwa podobne do nietoperzy stworzenia nie zajmowały wysokiej pozycji na liście 
superinteligencji.   A   może   Sten   nie   wyartykuował   dostatecznie   wyraźnie   swojego   pytania.   Ale 
informacja była prawdopodobnie właściwa.

    Zespół mógł już się zwijać. Zaczęli naradę.

    - Musimy zwiewać - stwierdził miękko Alex. - Myślicie, że nam się uda?

    Jorgensen ziewnął. Rozwalił się obok swojego plecaka, trzymając broń w pogotowiu.

    - Jesteście pewni, że nic więcej nie możemy zrobić? Mahoney pourywa nam łby, jeśli nawalimy.

    Sten popatrzył na Doca, który poruszał wąsami.

    - Myitkina - powiedział Sten. To było słowo, które wprowadzało Jorgensena w trans. Postawny 
blondyn usiadł w bezruchu.

    - Możliwości - warknęła Vinnettsa.

    - A. Przerwać misję i wycofać się.

    B. Kontynuować misję i zakładać niewykrywalność.

    C. Rozpocząć alternatywny program.

    - Rozwiń to - powiedział Sten.

        -   Rozwiązanie   A.   Misja   o   wysokim   priorytecie.   Aktualnie   niewykonalna.   Rozważać   jako 
ostateczność. Prawdopodobieństwo przeżycia dziewięćdziesiąt procent, jeśli zakończenie nastąpi w 
ciągu pięciu godzin.

    - Dalej - powiedziała Vinnettsa.

       - Rozwiązanie B. Dane niewystarczające do absolutnej pewności. Wniosek, że lokalny agent 
załamał   się   przy   przesłuchaniu.   Nie   zalecane.   Prawdopodobieństwo   przeżycia   mniej   niż 
dwadzieścia procent.

    Członkowie zespołu spojrzeli po sobie. Głosowali w milczeniu. Jak zwykle nikt nie zadał sobie 
trudu, aby zapytać o zdanie Fricka i Fracka.

    - Dwa Myitkina. - Jorgensen wyszedł z transu.

    - Jaki plan? - zapytał.

    - Złodzieje i policjanci - powiedział Alex.

    - Nie jest tak źle - stwierdził Jorgensen. - Muszę tylko dużo biegać.

     Sten prychnął. Alex klepnął go w plecy, przyjazny gest, który omal nie przerzucił Stena przez 
ścianę. Czasami ten okrągły mężczyzna, pochodzący ze świata o ciążeniu trzy razy wyższym od 
ziemskiego, zapominał się.

background image

    Sten ze świstem wciągnął powietrze do płuc.

    - Sten, z ciebie całkiem odważny facet. Coś mi się przypomina, jakaś bajeczka o chłopaku, który 
uwalniał tygrysa. Albo coś w tym rodzaju.

    Sten powoli skinął głową i zaczął szykować broń.

    Przez pokój patrzył na niego morderca. To musiało jeszcze zaczekać przez jakiś czas. Przyszłość 
zabójcy zależała od sukcesu zespołu.
   
    SEKCJA MODLISZKA

    OPERACJA BANZI

   

        Nie   dołączać   do   ogólnych   rozkazów   Gwardii;   nie   dołączać   do   Archiwów   Imperium;   nie 
powielać; nie rozpowszechniać w żadnej formie. ,Ściśle tajne.

   
OPIS OPERACJI

    1. Sytuacja:

    Saxon. Plus minus warunki podobne do Ziemi. Głównie pustynie. Rozwinięta kultura nomadów 
(zob. załącznik A). Jedyny port, główne miasto i kompleks przemysłowy Atlan (zob. załącznik B), 
usytuowane w jednej z niewielu żyznych dolin na Saxon. Istnienie wielkiej rzeki i wprowadzenie 
hydroelektrowni  warunkuje istnienie  Atlan. Politykę  zagraniczną Sxon kontroluje szczep Q'riya 
(zob.   załącznik   C),   uważany   gałąź   głównej   kultury   beduińskiej   Fal'ici.   Przemysł   i   handel 
międzyplanetarny   kontrolowany   przez   Q'riya.   W   Atlan   ich   władza   jest   narzucona   przez 
prawdopodobnie sztucznie utworzoną semidziedziczną grupę znaną jako M'lan (zob. załącznik D). 
Rządy Q'riya nie rozciągają się poza granice Atlan. Wśród szczepów nomadów panuje anarchia. 
Głównym artykułem eksportowym Atlan jest broń, wytworzona zasadniczo dzięki wprowadzeniu... 
skasowane ... skasowane ... skasowane ... Wywozi się też trochę prymitywnej sztuki, dość nisko 
ocenianej.

    2. Zadanie:

        Uniemożliwić  wywóz  poza  planetę  aktualnie  wytwarzanej   roni  oraz,  w  miarę  możliwości, 
znacząco zredukować lub zniszczyć potencjał produkcyjny.

    3. Wykonanie:

       Obecny na miejscu zespół powinien ocenić, którą z opcji prowadzenia misji należy wybrać, 
starając się brać pod uwagę głównie polityczne, a tylko w miarę konieczności militarne środki. Nie 
wolno ukazywać jakiegokolwiek związku agentów z Imperium. Należy podjąć ostateczne środki, 
aby zapobiec ujawnieniu zaangażowania Imperium. Powtarzam: ostateczne odki (zob. załącznik: 
wyposażenie misji). Ograniczenia: utrzymywać tak niski poziom strat wśród Fal'ici, jak to tylko 
możliwe.   Dalsze   istnienie   Q'riya   na   obecnej   pozycji   nie   jest   konieczne.   Zmiany   istniejących 
stosunków społecznych nie są konieczne.

background image

    4. Koordynacja:

     Możliwe jest niewielkie wsparcie, zgodne z obowiązującymi warunkami Operacji Banzi (zob. 
wyżej), oraz pomoc przy ewakuacji, to znaczy...

    5. Dowództwo:

    Operacja Banzi prowadzona będzie pod bezpośrednią kontrolą IXAL, Oddział Modliszki działa 
pod kryptonimem...

Rozdział 27    

    Strażnik zręcznie wrzucił Stena w ciemność celi. Wylądował na kimś, kto nie odezwał się wcale. 
Sten okręcił się i zaczął przepraszać, potem wciągnął nosem powietrze. Ze trzy dni już nie słyszy, 
stwierdził.

    Wstał. Głęboka cela była bardzo ciemna. Sten cały czas poruszał oczami, oddychał szybko. Jego 
źrenice rozszerzyły się. Widok nie był wart nawet jednej świecy, zdecydował.

        Więzienie   zbudowano   tak,   że   doskonale   odpowiadało   charakterem   usposobieniu   rasy 
zamieszkującej Saxon. Zrób odpowiednio odporną celę i wrzuć do niej wszystkich, których nie 
lubisz. Dawaj im tyle jedzenia, żeby nie krzyczeli z głodu, i zapomnij o nich. Co się stanie w celi,  
nikogo nie obchodzi. Miał nadzieję, że Sa'fail pozostał przy życiu.

     Znalazł ścianę i oparł się o nią plecami. Czekał. Do kitu, zdecydował. Około dziesięciu minut 
minęło, zanim przywódca i jego zbiry zdecydowały się wyłonić z ciemności.

    Sten nie zadał sobie trudu, aby pytać o cokolwiek. Kantem dłoni uderzył w tył głowy pierwszego 
zbira i ciosem z boku powalił go na ziemię, podczas gdy tamten bulgotał coś przez resztki krtani. 
Drugiego trafił pięścią za uchem, zaraz po tym, jak przeskoczył przez martwe ciało przywódcy.

    Drugie ciało rzucił prosto na wyciągnięte ręce trzeciego mężczyzny, a potem wykonał półobrót, 
unosząc stopę. Trzeci człowiek postanowił nie wstawać.

    - Sa'fail. Z Czarnych Namiotów. Gdzie jest?

     Zbir skrzywił się. W oczywisty sposób myślenie nie było jedną z głównych używanych przez 
niego technik działania. Sten czekał cierpliwie.

    Facet popatrzył na gotowego do uderzenia Stena i powiedział:

    - W tym rogu. Te parszywe typy trzymają się razem.

     Sten uśmiechnął się w odpowiedzi i wycelował nogą. Trzasnęły chrząstki i mężczyzna zawył, 
zwalając się na ziemię. Sten przeskoczył nad nim. Zdecydował, że nie musi go zabijać. Ten zbój 
będzie zbyt zajęty krwawieniem przez najbliższą godzinę czy coś koło tego, aby zaatakować od 
tyłu, a tyle czasu przynajmniej taką Sten miał szczerą nadzieję - wystarczy na wszystko.

       Torował sobie drogę pośród ciał, cicho wywołując imię nomada. I znalazł go. Sa'fail miał 
odpowiednie otoczenie. Sten zmierzył ich spojrzeniem z góry na dół. Nadspodziewanie zdrowi jak 

background image

na więzienie. Zastanawiał się, czy musieli już przerabiać na kanapki swoich towarzyszy niedoli, aby 
utrzymać się w takim zdrowiu.

    Nomada usiadł i pogładził brodę.

    - Nie pochodzisz z Ludu - stwierdził jeden z nich, który musiał być porucznikiem Sa'faila.

    - Nie, O Bohaterze Pustyni, Mężczyzno, Który Zmusza Nędznych Q'riya do Drżenia - powiedział 
Sten płynnie w pustynnym dialekcie. - Ale od dawna podziwiałem ciebie z daleka.

    Nomada chrząknął.

       - Jestem zaszczycony tym,  że twój podziw stał się tak wszechogarniający,  iż poczułeś się 
zmuszony przyłączyć do mnie tutaj, w tym pałacu.

        -   Chociaż   niezwykle   chciałbym   wymieniać   teraz   komplementy,   O   Panie,   Który   Trzęsiesz 
Pustynią - powiedział Sten to raczej zasugeruję, abyś ty i twoi ludzie przywarli do tej ściany. Macie 
jeszcze... pomyślał przez chwilę. - Dość mało czasu zostało.

    - A co się stanie? - spytał porucznik.

    Bardzo niedługo spora część tego więzienia przestanie istnieć.

    Nomadowie zaczęli szumieć, ale po skinięciu Sa'faila zapadła cisza.

    - Spodziewam się, że to nie jest dowcip?

    - Dla mnie to jeszcze mniej śmieszne niż dla ciebie.

      - No cóż, skoro mamy raczej mało czasu na rozważania... Sa'fail myślał przez chwilę. Potem 
giętko podniósł się na nogi.

       - Powinniśmy zrobić to, co mówi ten cudzoziemiec. Nieważne, co się stanie. Przynajmniej 
przestanie być nudno.

       Drom pokładał się na Alexa. Mężczyzna cofnął się i wpakował cztery palce w boki bestii. 
Zwierzę   wciągnęło   powietrze   i   zakołysało   się   na   nogach.   Inni   członkowie   Zespołu   Modliszki 
nienawidzili   dromów,   śmierdzących,   kołyszących   się   zwierząt   wierzchowych   na   Saxon.   Nie 
przeszkadzały   one   Alexowi.   Miał   kiedyś   pecha   i   służył   podczas   ceremonii   przyjmowania   do 
Gwardii na Ziemi i poznał wtedy wielbłądy.

    Ale nie żałował akurat tego bydlęcia. Zwierzę miotało się. Chyba już nie pamięta, kiedy ostatnio 
jadł,   pomyślał,   odsuwając   się   poza   zasięg   zębów   bestii.   Został   złapany   przez   strażników 
otaczających więzienie, z fałszywą przepustką, w szatach handlarza.

    Pomyślał też, że trudno znaleźć bombę, kiedy jest się trawionym w trzewiach bestii. A nie widać 
żadnej broni w tych śmieciach dookoła.

    Przycisnął się do ściany i pozwolił, aby przepływały te ostatnie sekundy.

background image

    Frick przysunął się bliżej do Fracka. Mogli rozmawiać, mogli porozumiewać się telepatycznie, 
nic   niezwykłego.   Inni   członkowie   Zespołu   byli   na   miejscach.   Jeden   z   palców   Fricka   dotknął 
klawisza przekaźnika.

    - Nic. Nic. - Wyłączył mikrofon i obaj przysunęli się bliżej do murów.

    Gdyby któryś z członków zespołu chciał się skontaktować, to mogli spotkać się na zewnątrz. Za 
kilka sekund.

    Może kiedy nadejdzie zmiana, pomyślał morderca. Potem odrzucił tę możliwość. Potrzebujemy 
każdego pistoletu.

       Jorgensen nerwowo bawił się ładunkiem w kształcie litery S, przyczepionym do szyi. Gdyby 
wewnętrzne   czujniki   przestały   odbierać   oznaki   życia,   mały   wybuch   nie   pozostawiłby   nic,   co 
mogłoby umożliwić identyfikację żołnierza Sekcji Modliszki albo jego wyposażenia.

     O jeden dzień bliżej do farmy, pomyślał smętnie Jorgensen. Ta myśl to jedyny sposób, aby to 
znieść. Odwinął koc i wyjął z niego karabin.

     Sądzę, że zrobiłaś to z rozmysłem - sapnął Doc. Znasz antypatię, jaką my z Altaira żywimy w 
stosunku do śmierci.

    - Nie - stwierdziła Vinnettsa. - Nie zrobiłam tego. Ale to doskonały pomysł.

       Doc usiadł w samym wejściu do mauzoleum, trzymając pistolet w małych, tłustych łapach. 
Vinnettsa przestała bawić się bronią i pozwoliła, by elastyczna pętla wciągnęła karabin pod ramię.

    - Zemsta. Typowe, nieprzyjemne ludzkie zachowanie - powiedaał Doc.

    - Wy nigdy tego nie robicie?

    - Oczywiście, że nie. Antropomorfizm. Czasami jesteśmy osobiście zmuszani do naprawy tego, 
co... wasza nazwa tego to: przeznaczenie, zrobiło.

        Vinnettsa   zaczęła   odpowiadać,   ale   wtedy   właśnie   pierwszy   wybuch   przetoczył   się   przez 
cmentarz.

    I oboje rzucili się biegiem w kierunku kwater strażników, leżących w tunelu tuż przed nimi.

     Tydzień wcześniej przekupiony strażnik zainstalował ładunek wybuchowy w budce strażniczej 
przy głównej bramie.

        Pierwsze   eksplozja   była   mała.   Alex   zrobił   to   z   materiału   wybuchowego,   ukształtował 
odpowiednią formę z gliny i włożył w nią tyle szklanych kulek, ile zdołał kupić na bazarze.

       Teraz kulki wylatywały w powietrze, całkiem nieźle unieruchamiając dziesięciu strażników 
kręcących się przy bramie. Alex ustawił ładunek poniżej linii bioder.

    - Im bardziej ich to zaboli i przestraszy, im groźniejsze będą rany, tym lepiej dla nas.

background image

    Vinnettsa ustawiła zasięg i wielkość ładunku na kolbie wyrzutni i podniosła ją. Wycelowała. Gdy 
doliczyła do pięciu, usłyszała wrzask oficera prowadzącego oddziały szturmowe przez tunel do 
więzienia...

    Dotknęła przycisku. Rakieta wyleciała, a potem zadziałał ładunek.

       Vinnettsa przytuliła się do ziemi, gdy pocisk przeleciał przez solidne cegły i eksplodował w 
tunelu.

     Podniosła się na nogi i popatrzyła na zapadający się dach. Dodatkowa dywidenda, pomyślała. 
Skierowała się w stronę pozycji Alexa.

    - Gdybym nie był taki głupi, to by mnie tu nie było. Drugi i trzeci ładunek. - Alex uderzył w 
klawisze   detonatora,   ukrytego   pod   szatą.   Dwa   następne   ładunki   dywersyjne   wybuchły   po 
przeciwnych stronach więzienia.

    - Gwardia to mój dom, nie chcę nic więcej. Czwarty i piąty ładunek. - Zdetonował je.

    - A teraz kolej na nas. - Wcisnął guzik od głównego ładunku. Interesujące.

    Drom przestał istnieć. Ściana też.

       Fala uderzeniowa zmiotła główny mur, wielkie cegły przeleciały przez niewielką przestrzeń i 
zgruchotały wewnętrzne ściany więzienia. Runęły mury. Więźniowie jęczeli ze strachu.

    Alex podniósł karabin z ziemi. Trzymał go w gotowości do strzału.

    Ogłuszeni wybuchem, oślepieni blaskiem dnia więźniowie powoli wychodzili.

    - Dalej, dalej - wrzasnął. Nie potrzebowali długiego zachęcania. - No chodź wreszcie, Sten. Czas 
goni. Nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy.

       Sten, starszy brodaty mężczyzna i kilku przyodzianych w strzępy szat nomadów wybiegło na 
ulicę.

    Alex zobaczył oddział strażników idących zza rogu w jego kierunku.

    - Właśnie tak myślałem, że to się przyda - zamruczał i nacisnął ostatni guzik na swojej tablicy.  
Ładunek   w   kształcie   węża,   ułożony   przed   chwilą   na   chodniku   wybuchł   niemal   pod   stopami 
strażników.

    Rzucił broń podbiegającemu Stenowi.

       - Może wreszcie pójdziemy?  - powiedział. - Zaczyna mnie już nudzić to łażenie dookoła i 
obijanie się.

       Sten roześmiał się, przykląkł na jedno kolano i strzelił serią w dół ulicy. Potem nomadowie, 
nadal zaszokowani, podążyli za dwoma żołnierzami w morderczym biegu.

    Doc zamachał leniwie łapą. Zatrzeszczały dwa karabiny. Czterech gwardzistów w bramie upadło, 
kiedy naboje eksplodowały im w piersi.

background image

       Jorgensen i Vinnettsa zajmowali  właśnie pozycje strzeleckie, gdy Sten, Alex i nomadowie 
dobiegli do nich. Alex kontynuował atak na bramę, odczepił ładunek noszony w torbie. Nachylił się 
nad nim, nastawił zegar. Odwrócił się i odszedł na bok.

    - Proponuję, żebyście się położyli, bo inaczej pooglądacie sobie swoje własne flaki.

       Nomadowie  patrzyli  na niego  z kompletnym  brakiem  zrozumienia.  Sten kiwnął  na nich z 
wściekłością, i wreszcie przypadli do chodnika obok zespołu.

       Następny wybuch i brama rozchyliła się na boki. Kawałki żelaza i drewna waliły dookoła 
skulonych żołnierzy.

    - Trochę źle wycelowałem - mruczał Alex. - Mogłem lepiej trafić.

    Wstali i pobiegli prosto w pustynię.

   - Zaczekamy tutaj - rozkazał Sa'fail. - Moi ludzie obserwują miasto. Przyczają się i zobaczą, kto  
jest na tyle głupi, aby wyjść z Atlan bez obstawy.

    Drużyna automatycznie ustaliła perymetr, potem zapadła za skałami. Vinnettsa wyjęła manierkę 
z plecaka i puściła ją w obieg. -

    Fal'ici mają wobec was dług - powiedział Sa'fail po napiciu się.

     Sten popatrzył na Doca. To było jego pole działania. Miś wszedł w środek i obrócił się o sto  
osiemdziesiąt stopni. Łagodnie poruszał wąsami.

    Sten wręcz namacalnie poczuł odpływ napięcia. Automatycznie wszyscy - żołnierze i nomadowie 
-   pomyśleli,   że   mała   istota   jest   ich   najlepszym   przyjacielem.   Taki   był   sposób   na   przeżycie 
stosowany  przez   rasę   Doca.   Jego   gatunek   należał   do   naprawdę   zapalonych   myśliwych,   którzy 
niemal   całkowicie   wyniszczyli   dzikie   zwierzęta   na   swojej   rodzinnej   planecie.   Nienawidzili 
wszystkich, siebie nawzajem też, z wyjątkiem okresu rui i krótkiego czasu po narodzinach młodych. 
Ale   promieniowali   miłością.   Zaufaniem.   Każdy   człowiek   chciałby   bezustannie   nurzać   się   w 
pozytywnych uczuciach płynących od tej małej istoty.

        -   Dlaczego   -   zapytał   raz   Sten,   tak   gdzieś   w   połowie   szkolenia   w   Sekcji   Modliszki   -   nie 
nienawidzisz nas?

        -   Ponieważ   -   odpowiedział   Doc   posępnie   -   zostałem   uwarunkowany.   Wszyscy   zostaliśmy 
uwarunkowani. Kocham was, bo muszę was kochać. Ale to nie znaczy, że muszę was lubić.

    Doc pokłonił się Sa'failowi.

    - Uważamy ciebie, Sa'failu, za człowieka honoru, tak jak twoja rasa jest szlachetna.

    - My, Fa'ici z pustyni właśnie tacy jesteśmy. Ale te męty z miasta... - porucznik Sa'faila zdusił 
ostatnie słowa w sobie.

    - Spodziewam się - wtrącił się Sa'fail - że uwolniliście mnie z jakiegoś powodu.

    - Rzeczywiście - zgodził się Doc - chcielibyśmy prosić cię o przysługę.

background image

    - Oddamy wam wszystko, co Lud z Czarnych Namiotów posiada. Ale najpierw musimy spłacić 
swoje długi w stosunku do Q'riya.

    - Możesz się przekonać - powiedział Doc - że w tym samym czasie jesteś w stanie spłacić więcej 
niż jeden dług.

       Namiot był zadymiony, gorący i śmierdzący. Dlaczego, zastanawiał się Sten, nomadowie są 
romantyczni tylko wtedy, kiedy się ich nie wącha? Tak na oko żaden ze starszyzny nie miał więcej  
wody do kąpieli niż każdy ze zwykłych członków plemienia.

     Uśmiechnął się, gdy zobaczył, jak Sa'fail, siedzący na honorowym miejscu, uroczyście wkłada 
garść jedzenia prosto w usta Doca. Będzie miał szczęście, gdy wyjmie wszystkie palce, pomyślał.

    Ale jakoś się udało.

       Delikatnie poklepał siedzącą obok Vinnettsę. Plemię niechętnie przyznało Idzie i Vinnettsie 
pełny status, taki jak innym członkom zespołu. Pomogło trochę to, że Vinnettsa została zaskoczona 
pewnego wieczoru przez trzech romantycznych  nomadów i przy świadkach zabiła ich czterema 
ciosami.

    Alex trącał go.

    - Zrób mi ten zaszczyt, skarbie.

    Sten otworzył usta, aby zapytać, o co chodzi, i Alex wpakował mu kąsek czegoś. Sten ugryzł go, 
ale kubki smakowe powiedziały mu, że coś jest nie tak. Wziął oddech i przełknął. Jego żołądek 
zaprotestował.

    - Co to było?

    - Malutka gałka oczna. Jakiegoś pustynnego zwierzaczka.

    Sten zdecydował przełknąć ślinę jeszcze parę razy, tylko, aby się upewnić.

       Namioty rozciągały się na mile. Zespół Modliszki i jego bagaże przybyły do domu Sa'faila i 
natychmiast jeźdźcy wyruszyli w pustynię. I zaczęły przybywać inne szczepy. Całej niewątpliwej 
elokwencji   Sa'faila   wymagało   przekonanie   niezależnych   plemion,   aby   za   nim   poszły,   i   tylko 
przeciągające się, głośne uczty utrzymywały całość w komplecie.

    Jeszcze jeden dzień, modlił się Sten. Więcej nie trzeba.

      On   i   Vinnettsa   siedzieli   razem   na   głazie,   wysoko   ponad   czarnymi   namiotami   migającymi 
światełkami obozowych ognisk. Kilka metrów dalej przechadzał się wartownik.

        -   Jutro   -   powiedział,   idąc   torem   swoich   myśli   -   jeśli   się   uda,   a   nie   jest   to   za   bardzo 
prawdopodobne, to co się stanie?

       - Wydostaniemy się z tego świata - powiedziała Vinnettsa - i spędzimy tydzień w wannie. 
Będziemy sobie myć... myślę, że plecy to dobre miejsce na początek.

    Uśmiechnął się, zerknął na wartownika, który patrzył w inną stronę, i pocałował ją.

background image

    - A Atlan jest pustynią i Q'riya płoną na wolnym ogniu.

    - I tak będzie lepiej?

    Sten skinął głową.

        -   Im   gorzej,   tym   lepiej.   Ale   powiedz,   Sten,   kochanie,   czy   to   ma   dla   ciebie   jakiekolwiek 
znaczenie?

    Sten rozważył rzecz dokładnie. Potem wstał i pociągnął Vinnettsę do góry.

    - Nie. Nie ma.

    I zeszli w dół w kierunku swojego namiotu.

     Morderca patrzył, jak Sten schodzi ze wzgórza, i zaklął cicho. To było możliwe - teraz, w tej 
chwili. I zerwałoby negocjacje. Ale ten wartownik. Nie, nie można. Jutro musi jednak zaistnieć 
jakaś sposobność. Morderca był już zmęczony czekaniem.

     Zespół podzielił się do szturmu. Doc, Jorgensen, Frick i Frack dołączyli do nomadów. To nie 
było specjalnie wyrafinowane.

    Plemiona zbiegały w dół ze wzgórz w czerni nocy tuż przed świtem, niosąc drabiny oblężnicze. 
Ustawili   się   poniżej   murów,   gotowi   do   ataku.   Strażnicy   nie   byli   w   stanie   pogotowia.   Jedyną 
przewagę, jaką dysponowali atakujący, stanowił fakt, że nikt tego nie próbował zrobić za pamięci 
ludzkiej. Co oznacza, powiedział Doc Stenowi, co najmniej dziesięć lat.

       Nomadzi zostali wyposażeni w tajną broń - proste łuki z cięciwą ze skóry, które członkowie  
zespołu pokazali łucznikom i pomogli przy ich wyrobie około miesiąca przed szturmem. Cięciwy 
zabrzęczały i wystrzeliły. Strażnicy upadli. I drabiny zajęły swoje miejsca.

    Łucznicy kontynuowali ogień tak długo, jak mogli - to znaczy aż do chwili, gdy komuś udało się  
pomyślnie dojść do drabin i uniknąć śmierci, a potem wrzeszczeć i wspinać się w górę wraz z 
innymi.

        Czterech   żołnierzy   Modliszki   trzymało   się   blisko   śa'faila.   Byłoby   bardzo   korzystne   -   dla 
nomadów - gdyby udało mu się przeżyć ten atak. Jak wielu barbarzyńskich przywódców uważał, że 
jego miejsce jest trzy metry za pierwszą falą szturmu.

        Nastąpiły   wrzaski,   budynki   zaczęły   palić   się,   a   dookoła   dominował   raniący   uszy   chór 
zderzających się mieczy. Cywile hałaśliwie biegali w poszukiwaniu schronienia. I nie znajdowali 
żadnego.

    M'lan walczyli do ostatniego. Zbyt głupi na to, aby zrobić inaczej lub, być może, wystarczająco  
sprytni, aby zorientować się, że nie mogą liczyć na przebaczenie.

    Jorgensen zadrżał, patrząc, jak fale nomadów wpływają do budynków haremu Q'riya.

    Doc tarmosił brzeg swojej szaty.

       - Jak dzieci - mruczał. - Mają dobrą, zdrową zabawę. Jego wąsy poruszyły się i Jorgensen  
zapomniał o przelotnym pragnieniu zgniecenia pod stopą tego podobnego do pandy stworzenia.

background image

    I tak szło to dalej, coraz dalej.

    Vinnettsa patrzyła w dół doliny na płonące w odległości trzech kilometrów miasto.

    - Zapewne to wystarczy. Minie pięć lat, zanim nomadom uda się to wszystko zebrać do kupy.

       - Może i tak - stwierdził Sten. - Ale fabryki są zautomatyzowane. Odetniemy moc i kłopot z 
głowy.

    - Ale - wtrącił Alex - nie chcecie chyba pozbawić mnie widoku takiej wielkiej, radującej duszę  
eksplozji, prawda? Sten zaśmiał się i poszli popracować w elektrowni na zaporze, która stała u wrót 
doliny, źródła energii dla wszystkich tych skomplikowanych fabryk broni rozpościerających się 
tam, w dole.

    Pod kierunkiem Alexa starannie umocowali ładunki, połączone lontem z zapalnikiem czasowym. 
Postępowali zgodnie z wszelkimi regułami i założyli kompletne zasilanie awaryjne.

     - To nam daje dwie korzyści - stwierdził Alex. - Po pierwsze, mamy pewność, po drugie, nie  
musimy tego dźwigać do domu. - Bez wysiłku podniósł blok betonu, który musiał ważyć ze trzysta 
kilogramów, i zaczopował swój ładunek.

    - Trzeba teraz to wszystko sprawdzić. Idźcie od tamtej strony, ja zacznę od tej.

    Sten i Vinnettsa poszli w dół długim, dającym pogłos betonowym korytarzem.

        Sten   pochylił   się   nad   pierwszym   ładunkiem,   sprawdzając   połączenia,   dotykając   delikatnie 
spłonki, przebiegając palcami W poszukiwaniu przerw.

    Oddalona o dziesięć metrów Vinnettsa podniosła swój pistolet. Uważnie. W obu rękach. Robota 
to robota.

    Alex zaklął. Staję się nieostrożny. Sten miał jego szczypce do drutu. Okręcił się i pobiegł lekko 
w dół korytarza. Natrafił na niespodziewany widok. Skamieniał.

    V'innettsa celowała, smakując ostatnie sekundy wieńczące dzieło.

       Alex, zupełnie instynktownie, obrócił się. Zerwał szeroki izolator w kształcie dysku z jakiejś 
maszyny i rzucał go. Izolator obracał się... leciał... wirował... niemal ze zbyt wielką siłą... podczas 
gdy Vinnettsa zwiększała nacisk na cyngiel.

    Krawędź dysku trafiła ją tuż nad łokciem. Kość pękła i krew trysnęła, gdy izolator odciął jej rękę, 
broń, wszystko. Sten wstał, z bronią gotową do strzału, potem zobaczył

    Vinnettsę. Jej twarz wykrzywiała się w agonii, ale równocześnie jedną ręką szukała drugiej broni 
u pasa, pochwyciła ją... Pierwszy pocisk eksplodował na betonie, i Sten uskoczył na bok.

      Bez udziału myśli, tak jak był uczony: prawa ręka w górę, lewa na cynglu; nacisnąć cyngiel; 
nacisnąć i cofnąć aż do oporu.

    Głowa Vinnettsy eksplodowała różowym strumieniem krwi i mózgu. Jej ciało upadło na podłogę.

background image

    Ramię Stena uderzyło w chodnik. Po prostu leżał tam. Alex podszedł, schylając się nad nim.

    - Wszystko w porządku, stary?

    Sten kiwnął głową. Nie miał jeszcze czasu, aby poczuć cokolwiek.

    Alex był zaszokowany.

    - Mała musiała oszaleć.

    Sten podniósł się na kolana.

    - Trafiła cię, Sten?

    Sten pokręcił głową. Alex pomógł mu podnieść się na nogi, potem spojrzał na ciało Vinnettsy.

    - Nie mamy teraz czasu na żal - powiedział. - Ale zdaje mi się, że później przyjdzie pora na łzy.  
Była dobrym kumplem. Przerwał. - Mamy robotę, chłopcze. Jeszcze mamy robotę.

    Strzał Alexa był mistrzowski. Elektrownia została strzaskana, mury zawaliły się. Wielkie kawały 
dachu wpadły do jeziora, i parę ton wody przelało się przez krawędź.

    Ale zapora wytrzymała.

       Drużyna  miała  teraz  czas na przypilnowanie  własnej  roboty i  na zobaczenie  miasta  Atlan 
stojącego w płomieniach, zanim Imperialny Krążownik wylądował miękko obok nich.

Rozdział 28    

       Muzeum Sekcji Modliszki było małym, kwadratowym budynkiem z połyskującego czarnego 
marmuru. Nie miało żadnych inskrypcji ani oznaczeń.

     Sten powoli doszedł do drzwi. Położył palec na końcówce i poczekał chwilę, zanim komputer 
Modliszki przeszukał swoją bazę danych i pozwolił mu wejść. Zrobił krok do środka i rozejrzał się 
dookoła. Drzwi za nim zamknęły się cicho. Bliźniacze promienie światła namierzyły go, zbadały 
dokładnie i zdecydowały, że może zostać.

    Muzeum stanowił pojedynczy, wielki pokój, oświetlony jedynie lampkami przy poszczególnych 
gablotach. Sten zauważył Mahoneya na drugim końcu sali i ruszył w jego kierunku, spoglądając na 
mijane   eksponaty.   Jakiś   kombinezon   bojowy.   Osmalone   dokumenty,   starannie   oprawione. 
Wypalone maszyny. Noga czegoś, co zapewne było olbrzymim gadem. Nie było żadnych tabliczek 
objaśniających,  skąd one pochodziły,  ani jakie wydarzenia  upamiętniały.  Tak naprawdę jedyna 
inskrypcja widniała na ścianie, przy której stał Mahoney. Nazwiska, od podłogi do sufitu, straty 
poniesione przez Sekcję Modliszka, bohaterowie albo przegrani, to zależy od punktu widzenia.

    Mahoney westchnął, obracając się do Stena.

    - Cały czas szukam mojego własnego nazwiska na tej liście - powiedział. - Jak dotąd, nie miałem 
szczęścia.

background image

        -  To   po   to  pan   mnie   wezwał,   pułkowniku?   Żebym   mógł   wyrzeźbić   tu   moje?   Oszczędzić 
Modliszce kłopotu i wydatku?

    Mahoney zmarszczył brwi.

    - I dlaczego mielibyśmy to robić? Sten wzruszył ramionami.

    - Zawaliłem sprawę. Zabiłem Vinnettsę.

    - I wydaje ci się, że miałeś jakiś wybór? Że to było zmęczenie walką? Że ona się załamała? Że 
powinieneś umieć sobie z tym poradzić?

    - Coś w tym rodzaju.

    Mahoney zaśmiał się. Krótkim, gorzkim śmiechem.

    - No cóż, niechętnie zburzę twoje romantyczne złudzenia, Sten. Ale Vinnettsa nie załamała się. 
Naprawdę próbowała cię zabić.

    - Ale dlaczego?

       Mahoney poklepał go po ramieniu. Potem sięgnął do kieszeni, wyciągnął z niej piersiówkę. 
Wręczył ją Stenowi.

    - Pociągnij sobie trochę. Wyłożę ci to jasno.

    Sten przełknął kilka dużych łyków. Podał flaszkę Mahoneyowi, ale ten ją odepchnął.

    - Zatrzymaj. Będzie ci potrzebna.

    - Bardzo proszę o wybaczenie, panie pułkowniku, ale...

    - Ona była mordercą, Sten. Bardzo wysoko płatną profesjonalistką.

    - Ale przecież została sprawdzona przez służbę bezpieczeństwa Modliszki.

    Mahoney pokręcił głową.

    - Nie, to Vinnettsa została sprawdzona. Kobieta, którą zabiłeś, nie była Vinnettsą. Zabrało to nam 
jakiś czas, ale rozpracowaliśmy problem. Prawdziwa Vinnettsa umarła przy wyjeździe. Zdarzyło się 
to na jednym z pionierskich światów, więc nie dostaliśmy powiadomienia natychmiast. Pewien 
urzędnik, o nazwisku Frazer, przyjął raport, a potem go skasował. Torując drogę dla morderczyni, 
aby mogła zająć jej miejsce. - Co się stało z tym Frazerem?

    - Zabity. Zapewne morderczyni zacierała ślady.

    Sten zastanowił się. To miało sens. Ale i nie miało żadnego sensu.

     - Dlaczego ktokolwiek chciałby zadać sobie tyle trudu dla mnie? To musiało kosztować stosy 
kredytów.

    - Nie wiemy.

background image

    Sten zastanowił się nad listą swoich wrogów, no i znalazł kilku. Może nawet takich, co mogliby 
zabić. Ale oni zrobiliby to w barze albo w bocznej uliczce. Pokręcił głową.

    - Nie mam pojęcia, kto to może być.

    - A ja mam. Vulcan.

       - Niemożliwe. No jasne, ścigali mnie. Ale byłem tylko Buntownikiem. Nikim. Nie, nawet te 
zakute łby na Vulcanie nie zatrudniłyby mordercy, żeby dopaść kogoś takiego jak ja.

    - Ale właśnie oni to zrobili.

    - Kto? I dlaczego?

    Mahoney skinął w stronę flaszki. Sten podał mu ją, pułkownik pociągnął duży łyk.

    - Jest jeden sposób, aby się dowiedzieć - stwierdził.

    - Jaki?

    - Sonda pamięciowa.

       Stenowi przebiegły ciarki po skórze, gdy przypomniał sobie obraz tych po praniu mózgu. I 
Orona.

    - Nie.

       - Nie podoba mi się to wcale bardziej niż tobie, synu powiedział Mahoney. - Ale to jedyny  
sposób.

    Sten pokręcił głową.

    - Posłuchaj. To ma coś wspólnego z tą misją, na którą wysłałem ciebie i twoich przyjaciół.

    - Ale przecież nic nie załatwiliśmy.

    - Coś mi się wydaje, że ktoś myśli, że wam się udało.

    - Thoresen?

    - On sam.

    - Ale ja wciąż nie...

    - Obiecuję, że nie sięgnę głębiej, niż trzeba. Skoncentruję się na tych ostatnich kilku godzinach, 
które spędziłeś na Vulcanie.

    Sten wziął flaszkę od Mahoneya. Wypił duży łyk. Myślał. W końcu powiedział:

    - Dobra. Wchodzę w to.

background image

    Mahoney położył mu rękę na ramieniu, poprowadził w kierunku drzwi.

    - Tędy - powiedział. - Samochód czeka.

    Sten wynurzał się z otworu w ścianie, z oczami utkwionymi w plecy strażnika...

    - Nie - powiedział Mahoney - to nie to.

    Sten leżał na stole operacyjnym. Do jego głowy, rąk i nóg przyłączono elektrody, prowadzące do 
małego, stalowego pudełka. Na pudełku był ekran komputerowy.

    Mahoney, Rykor i ubrany w biały fartuch technik patrzyli na ekran i widzieli Stena, który wlókł 
strażnika   do   otworu   i   wciągał   go   do   środka.   Rykor   sprawdziła   oznaki   życia   Stena   na   innym 
monitorze,  potem obróciła  się do technika.  Nacisnął klawisze i na ekranie  pojawiło  się więcej 
obrazów.

        Sten   i   inni   Buntownicy   stali   w   drzwiach   Thoresena.   Obok   była   Bet.   Wyjęła   z   kieszeni 
plastykową płytkę. Umieściła ją w środku... Bet... Bet... Bet... Be...

    - Zaczekaj - warknęła Rykor.

       Jej technik zatrzymał sondę. Obraz Bet zamarł na ekranie. Rykor pochyliła się nad Stenem i 
wstrzyknęła środek uspokajający. Ciało Stena rozluźniło się. Rykor sprawdziła komputer medyczny 
i kiwnęła technikowi głową. Można kontynuować.

    ...I Sten wszedł do kwatery Thoresena... Byli w innym świecie... egzotyczna, przyjazna dżungla... 
oprócz... Sten zauważył detektor ruchu... skoczył... trafił nożem.

    - Prawie na miejscu - powiedział Mahoney. - Przesuń o parę minut do przodu.

    ...Papiery, coraz to nowe papiery wyciągane z sejfu Thoresena... I Oron miał to w rękach, cienką,  
czerwoną teczkę oznaczoną "Projekt Bravo".

    - Stop - powiedział Mahoney. - Zatrzymać.

    - Tego właśnie szukałeś? - spytała Rykor.

    - Tak.

    - I chcesz, żebym ja... my... wyszli?

    - Tak.

    Rykor dała sygnał technikowi, aby ją wywiózł.

    - Patrz na wskaźniki - stwierdziła. - Gdyby nawet mignęły, wyłącz natychmiast sondę.

    - Dam sobie radę - powiedział Mahoney.

    W końcu Rykor i technik opuścili salę. Mahoney obrósł się do sondy, puścił ją znowu w ruch.

background image

       Spojrzenie Orona stało się puste i teczka rozsypała się. Sten niecierpliwie próbował zbierać 
kartki, rozsypane  po podłodze. Nie czytał  tego, co na nich było,  ale jego umysł  zarejestrował 
obrazy.

    Mahoney przeklął sam siebie, zatrzymując obraz każdej kartki papieru. Jego palce ślizgały się po 
klawiszach komputera, gdy drukował obraz. Cholera jasna - to cały czas pozostawało w umyśle 
Stena!

Rozdział 29    

    Mahoney stał przed Imperatorem w postawie na baczność.

    - AM2 - Imperator szepnął do siebie. - Tak. Tak, to ma sens. Po prostu jest w stanie...

    Spojrzał na Mahoneya, milczał przez chwilę, a potem powiedział:

    - Spocznij, pułkowniku.

    Mahoney stanął na spocznij, zachowując się formalnie.

       - Przytoczyłeś mi fakty - powiedział Imperator. - Thoresen zdaje się jest u progu sztucznego 
wyprodukowania   Antymaterii   Dwa.   To   właśnie   Projekt   Bravo.   Dobrze.   A   teraz,   co   czujesz? 
Zgadujesz. Nawet zarysy myśli.

    - Imperium działa dzięki Antymaterii Dwa. - powiedział Mahoney. Pan kontroluje źródło. Nikt, 
oprócz pana, nie wie, gdzie ono jest. I dlatego...

    - To ja jestem Imperatorem - stwierdził Imperator. - Zawdzięczam to AM2. I dopóki zachowuję 
zdrowie psychiczne, i dopóki jestem... zawsze, zapewniam absolutną stabilność galaktyce.

    - A Thoresen myśli, że może pana zastąpić - powiedział Mahoney.

    Imperator pokręcił głową.

    - Nie. Nie doceniasz go. Baron to subtelny człowiek. Nawet gdyby mógł bez żadnych problemów 
wytwarzać AM2... a propos, nikt nie wie, jak to robić, nawet ja... to nadal koszt tego byłby znacznie 
wyższy, niż to, co ja proponuję.

    - A więc na czym polega jego gra? - spytał Mahoney.

    - Zapewne szantaż - stwierdził Imperator. - To znacznie tańsze i bardziej owocne. Jeśli ktoś wie, 
jak wytwarzać AM~, to ja nie jestem już dłużej potrzebny. Oczywiście, on nie jest na tyle sprytny, 
aby zorientować się, że rozpowszechnienie tej wiedzy może oznaczać upadek Imperium. Czego nikt 
nie chce, łącznie z Thoresenem. Ale tymczasem musimy przygotować się na to, że Thoresen zażąda 
od nas bardzo wysokiej ceny za coś.

    - Za co?

    - To nie ma znaczenia - powiedział Imperator. - Liczy się, że powstrzymamy go. Teraz.

    Mahoney znowu stanął na baczność.

background image

       - Chcę, aby to wszystko działo się dyskretnie - stwierdził Imperator. - A więc, użyj zespołu 
Sekcji Modliszki. Po pierwie: wywołać bunt. Po drugie: złapać Thoresena. Żywego,

    - Tak jest, sir.

       - Potem, gdy na Vulcanie  będzie trwał bunt, oficjalnie poczuję się zmuszony do wysłania 
Gwardii Imperialnej w celu zapewnienia porządku. Oczywiście, już nie Thoresen zostanie wybrany 
do prowadzenia Kompanii.

       Imperator wziął drinka, bawił się nim przez chwilę, pociągnął łyk, posmakował i postawił z 
powrotem. Znowu popatrzył na Mahoneya. Podniósł brew.

       Mahoney zasalutował. Zawrócił. Pomaszerował do drzwi i wyszedł. Imperator przyglądał się 
swojemu drinkowi. Tak, dopilnował już wszystkiego. Teraz sprawa należy do Mahoneya.

Rozdział 30    

    Sten i inni członkowie drużyny zgromadzili się dookoła stołu odpraw. Mahoney przewodniczył.

     - I tak - powiedział - biorąc pod uwagę znajomość Vulcana posiadaną przez Stena, ten zespół 
stanowi logiczny wybór do celów tego zadania.

    - A teraz, jeśli chodzi o samą misję, przedstawię wam czterostopniowy program...

       Sten nie zawahał się ani przez chwilę, gdy Mahoney zapytał, czy zgadza się na ochotnika 
uczestniczyć w tym zadaniu. Miał szczególny powód, aby chcieć tam pojechać, nawet gdyby inni 
członkowie zespołu odmówili. Musiałby wtedy znaleźć swój własny sposób na dostanie się tam.

       Tak. Wyjątkowo szczególny powód. Kiedy Mahoney przeszukiwał jego umysł, nie zauważył 
pewnej   rzeczy.   W   teczce   Projektu   Bravo.   Co   prawda   nie   było   żadnej   przyczyny,   aby   miał   to 
zauważyć.   Zostało   to   oznaczone:   "Obszar   Rekreacyjny   26:   Podsumowanie   akcji".   Dzielnica. 
Thoresen nakazał ją zniszczyć. I zabić jego rodzinę.

    Mahoney skończył. Rozejrzał się po członkach drużyny, zatrzymał spojrzenie na Stenie.

    - Jakieś pytania?

    - Żadnych pytań, sir - powiedział Sten. - Żadnych.

Rozdział 31    

     Thoresen był bardzo z siebie zadowolony. Przechadzał się po swoim ogrodzie, przystawał tu i 
tam, aby napawać się kwiatami. Co prawda miał parę potknięć, ale jak dotąd wszystko szło zgodnie 
z  planem.  Nie  musiał  się   już  więcej  przejmować   zagrożeniem   ze  strony Imperatora.  Wszelkie 
możliwe przecieki zostały zlikwidowane. Włączając nawet tę małą kwestię tego Miga, Stena.

       Sten nie żył. Miał co do tego absolutną pewność. Właśnie otrzymał ostateczną informację od 
swojego głównego kontaktu na świecie Primy.

background image

       - Włamałem się do bazy danych służby bezpieczeństwa Gwardii - raportował Crocker. - To 
pochodzi wprost z ich komputera.

    - Co to oznacza - spytał Baron - poza tym, że masz zamiar zażądać podwyżki?

       - To znaczy, że ten pana Sten jest wyłączony na dobre. Został zabity w jakimś paskudnym 
wypadku. Jakaś kobieta zginęła razem z nim.

        Thoresen   uśmiechnął   się.   Jak   przyjemnie.   Nie   musi   płacić   reszty   wynagrodzenia   należnej 
mordercy.

    - Dobra robota. Powiedz jeszcze, co znalazłeś na temat moich stosunków z Imperatorem?

    - Wszystko w porządku - stwierdził Crocker. - Ostatnimi czasy była skarga na Vulcan, z gatunku 
tych mniej ważnych, i Imperator wysłał osobistą reprymendę do skarżącej się partii. Powiedział, że 
nie chce, aby taki patriota jak pan był oczerniany.

       Thoresen zerwał kwiatek. Powąchał go. W to, to już nie wierzył. Był pewien, że Imperator 
rozgrywa  jakąś grę. Ale nie bał się. Jedynym  rodzajem gry,  w jakim mógł  uczestniczyć,  było 
czekanie. A Projekt Bravo był prawie ukończony.

    Tak, Baron miał dużo powodów do odczuwania wdzięczności.

Rozdział 32   

     Zdalnie sterowany holownik podniósł w swoich szczękach wielką bryłę i wsadził ją pomiędzy 
inne. Ida zaklęła, usiłując utrzymać kontrolę, pomyliła się i bryła zderzyła się z innymi. Sten i reszta 
upadli na siebie, potem zwalili w drugą stronę, gdy rozległ się następny głośny zgrzyt.

    - Czy zaczniesz wreszcie kierować tą cholerną rzeczą? wrzasnął na Idę Sten. - Zamienisz nas w 
mus sojowy.

    - Próbuję. Cały czas próbuję! - odkrzyknęła Ida. Wślizgnęła się z powrotem na swoje siedzenie i 
jeszcze raz zaczęła delikatnie naciskać klawisze komputera.

       Sten i inni członkowie Zespołu Modliszki siedzieli we wnętrzu bryły. Tak naprawdę był to 
wielki, wydrążony kawał rudy przekształcony w mały statek kosmiczny. Poza tym, że oczywiście 
nie było na nim żadnego silnika. Pchał go holownik. I właśnie dlatego wszyscy przeklinali Idę, gdy 
próbowała manewrować zdalnie sterowanym robotem ze środka bryły.

    - To nie moja wina - broniła się. - Ten cholerny holownik nie ma nawet tyle mózgu, co bakteria.

     - Nie gadaj tyle, tylko wysil się trochę - powiedział Alex. Przecież ty masz mózg zupełnie na 
miejscu... Oooch, cholera jasna! Niech cię diabli wezmą, skarbie.

    Ida uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi.

    - Może lepiej zamkniemy się - stwierdził Sten - i pozwolimy jej prowadzić.

background image

        Ida   pieściła   klawisze.   W   końcu   holownik   zaczął   reagować   nieco   łagodniej.   Bryła   obok 
przesunęła się na bezpieczny dystans. Silniki robota zadziałały i zaczęli dryfować wolno za nim, w 
kierunku Vulcana.

     Sten odkrył znakomity sposób dostania się na planetę. Vulcan wysyłał do rejonu kopalń tylko 
bezimienne   holowniki,   a   cała   praca   wykonywana   była   przez   roboty.   Wydrążona   bryła   obok 
mieściła ich wyposażenie.

    Zbliżając się do samego Vulcana Ida wcisnęła odpowiednie klawisze na komputerze, wyłączając 
całkowicie   nadawanie,   aby   ogłupić   czujniki,   a   potem   położyła   palec   na   wargach,   zupełnie 
niepotrzebnie   ostrzegając   ich,   aby   byli   cicho.   Kapsuła   służby   bezpieczeństwa   zbadała   ich   ze 
wszystkich stron i pozwoliła na przejście.

     Żarty, szeptane przekleństwa i holownik zaczął przepychać ich do wielkiego, ziejącego portu. 
Potem trzask, i byli już na dole.

    - Cholera, Ido - jęknął Jorgensen. - Okaż trochę ludzkich uczuć.

    - Na tym właśnie polega problem - powiedział Doc. - Ma ich zbyt wiele.

    I ruszyli wzdłuż chodnika w kierunku grzmiących odgłosów zgrzytających, wielkich zębów.

       - Tutaj musimy zejść - powiedział  Sten. - I to szybko. Opuścili port i wygramolili się na 
zewnątrz. Około stu metrów przed nimi czekały olbrzymie szczęki kruszarki. Sten i Ida otworzyli 
drugą   bryłę   i   zaczęli   wywlekać   z   niej   wyposażenie.   Jorgensen   poklepał   niesiony   przez   siebie 
plecak. Siedzący w środku Frick i Frack piszczeli, aby ich uwolnić.

    Zanieśli pakunki na skraj pasa transmisyjnego, potem ześlizgnęli się ich śladem.

    - Następnym razem - stwierdziła Ida, gdy wstawiali swoje rzeczy do pojazdu - ty prowadzisz.

    - Nie mogę - odpowiedział Sten. - Zdaje się, że złamałaś mi ramię.

       Uchylił się przed jej pięścią i wskoczył do wozu. Gdy wgramolili się inni, Sten przełączył 
sterowanie na ręczne i skierował się w stronę ich kryjówki.

    Trafił na nią, kiedy należał do Buntowników. To było coś lepszego niż tylko schronienie. To był 
dom, kompletnie wyposażony, z dostępem do jedzenia, picia i niezupełnie publicznego transportu.

    - Imperator to betka w porównaniu z nami - gwizdnął Jorgensen.

       Nawet Doc patrzył z osłupieniem na odkrycie Stena. Stali w głównej sali balowej czegoś, co 
kiedyś   stanowiło   luksusowy   statek   pasażerski.   Pochodził   on   z   wczesnych   czasów   podróży 
międzygwiezdnych,   kiedy   droga   zajmowała   miesiące   i   konkurujące   ze   sobą   linie   chwaliły   się 
obsługą, jaką zapewniają swoim dobrze sytuowanym klientom. Byty tam prywatne przedziały, sale 
do   gier   towarzyskich   i   kilka   takich   jak   ta,   w   której   stali   -   z   połyskującymi   żyrandolami   i 
wypastowaną podłogą. W doskonałej próżni Vulcana wszystko zachowało się dokładnie w takim 
stanie, w jakim zostawiła to Kompania wieki wcześniej, gdy statek wykorzystywano jako kwatery 
dla   wyższej   kadry   nadzorującej   budowę   Vulcana.   Kupiono   go   od   bankrutującej   korporacji, 
postawiono na miejscu i porzucono, gdy Vulcan rozrósł się.

background image

    Setki metrów wyżej, blisko sufitu sali, Frick i Frack krążyli jak szaleni, piszcząc z zadowolenia z 
powodu odzyskania wolności.

    - No cóż - powiedziała Ida - nietoperzom tu się podoba, a więc chyba wszystko w porządku.

    Przestała być taka radosna, gdy Sten pokazał jej komputer statku i zagonił do pracy.

    - To jest tak cholernie prymitywne - narzekała - że nadaje się tylko do muzeum.

    Sten zdążył już na tyle nauczyć się dyplomacji, że wiedział, kiedy ma trzymać gębę na kłódkę. I  
zanim wyszedł, zauważył, że Ida pochyla się nad pulpitem, przywołując wszystko znowu do żywa, i 
zaczynając podłączenie aparatury do centralnego komputera Vulcana.

   - Moim zdaniem - powiedział Doc - naszym pierwszym problemem jest rekrutowanie.

    Ułożył wygodnie swoje krępe ciało na krześle, stopy mu zwisały. Siedzieli w kwaterze kapitana, 
pożerając luksusowe dania wyczarowane przez Idę z komputera.

    - To znaczy - powiedział Alex - że nie mogę jeszcze wysadzić wszystkiego w powietrze?

    - Cierpliwości, Alex - stwierdził Sten. - Dojdziemy wkrótce do tego. - Odwrócił się do Doca. - 
Nie możesz po prostu podejść do Miga i pokiwać na niego palcem. Pomyśli, że jesteś szpiegiem 
Kompanii i zwieje, gdzie pieprz rośnie.

    Jorgensen czknął, potem rzucił Frickowi i Frackowi kilka owoców.

    - Daj mi jakieś wejście, a zobaczę, co się da wygrzebać. Sten pokręcił głową.

    - Nie. Zaczniemy od Buntowników.

    - Z tego, co nam o nich mówiłeś - stwierdziła Ida - spróbują poderżnąć nam gardła.

    - Twoje sugestie? - zapytał Doc.

       Sten zdziwił się. Doc zawsze stwierdzał fakty. Nigdy nie pytał. A potem zorientował się, że 
pomimo odpraw, Doc nadal usiłuje odnaleźć własną drogę wśród zawiłości Vulcana.

    - Strzelaj.

    - Nie. Nie. Nie chcesz do nich strzelać.

    - Mam na myśli... cholera! Zapomnijmy o tym. Idziemy dalej.

    - Powinniśmy chyba wymyślić jakąś wspaniałą istotę. Bohatera do naśladowania.

    - Nie rozumiem.

    - Oczywiście, że nie rozumiesz. Posłuchaj, wytłumaczę ci...

background image

       Nie musieli długo czekać na wdrożenie planu Doca. Ida podłączyła się do systemu Kwatery 
Głównej   Strażników,   ustawiła   monitor   na   przekaz   danych   z   tego   systemu,   a   potem   poleciła 
komputerowi statku obudzić ją w odpowiednim czasie.

        Zostali   złapani   w   pułapkę.   Wszystkie   wyjścia   zagrodzono   i   przybywały   posiłki   patroli 
strażników. To był wielki gang Buntowników, uzbrojony w paralizatory i słuchający rozkazów z 
niemal wojskową dyscypliną, podczas gdy przywódczyni wyszczekiwała komendy.

    - Was trzech, za te skrzynki. Ty i ty, stanąć tutaj.

       Rozległ się głośny trzask, gdy strażnicy rozwalili zamek zewnętrznych drzwi. Przywódczyni 
rozejrzała   się   dookoła.   Już   więcej   nie   mogła   zrobić.   Za   parę   minut   wszyscy   zginą.   Zajęta 
stanowisko za stosem skrzynek i czekała.

      Następny, głośniejszy trzask i główne drzwi eksplodowały, obsypując wszystko prysznicem z 
metalowych  drzazg.  Wrzaski  rannych.  Przywódczyni  wyskoczyła,  otwierając  ogień w kierunku 
umundurowanych  postaci w drzwiach. Obok niej rozlegał się nierówny ogień, gdy inni podjęli 
walkę. Beznadziejne. Strażnik schował się za wielką, metalową tarczą.

    Krzyk ponad nimi.

    - W dół!

       Przywódczyni  patrzyła,  jak szczupła postać wyskoczyła  z kanału na stos skrzynek. Był  za 
prowadzącym czołówkę strażnikiem. Podniosła swoją broń. Prawie strzeliła. I znowu ktoś wrzasnął.

    - Padnij!

        Przytuliła   się   do   ziemi,   gdy   Sten   strzelał   do   strażnika   ze   swojego   karabinu.   Pomiędzy 
atakującymi zaczęła się masowa panika i histeria. Kilku próbowało podjąć walkę. Sten posługiwał 
się swoim karabinem jak wężem, strzelając od lewej do prawej i potem znowu do lewej. I po chwili 
wszystko się skończyło, zostało tylko dwudziestu martwych strażników.

     Sten zeskoczył w dół i podszedł do Buntowników. Zdumieni wychodzili z ukrycia. Patrzyli na 
idącego Stena. Jeden z chłopców zrobił ostrożny krok do przodu.

    - Kto jest waszym przywódcą? - spytał Sten.

    - To ja - odezwał się za nim głos.

    Odwrócił się i zobaczył kobietę, wychodzącą zza stosu skrzynek. I zamarł.

    Bet.

     Spadała. I spadała. I spadała. Krzyczała do Stena. Każdy mięsień napięty w oczekiwaniu bólu. 
Jak dziecko w obliczu nadchodzącego koszmaru.

    I nagle miękkość. Jak uderzenie w miękkie poduszki, ale dalej spadała. Poduszki stwardniały i 
uderzyła... w dno? I znowu poleciała w górę, kręcąc się dookoła siebie. I znowu zaczęła spadać. 
Wolniej.

background image

        Aż   wreszcie   stwierdziła,   że   wisi   w   powietrzu   nad   wielką   maszyną.   Winda   grawitacyjna 
McLeana, której robotnicy używali do przeciągania ciężkiego sprzętu przez kanały wentylacyjne.

    Ostrożnie ześlizgnęła się na dół i spadła na podłogę. Wpatrywała się w ciemność. Nic. Krzyczała 
do Stena. Ponad nią słychać było jakieś dźwięki, potem promień światła zaczął szperać w dole. 
Odskoczyła na bok, gdy strażnik strzelił do niej. Wstała i rzuciła się do ucieczki.

    Bet wyciągnęła się wygodnie na łóżku. Wtuliła się w Stena.

    - Nigdy nie myślałam...

    Uciszył ją pocałunkiem. Przygarnął bliżej.

    - Po co myśleć? Żyjemy.

    Ida przechadzała się tam i z powrotem, popatrując co jakiś czas na drzwi do kwatery Stena. Była 
bardzo zła.

        -  To   po   prostu   wspaniałe   -   narzekała   do  Alexa.   -   Mrugnęła   okiem   i   już.  Członek   Sekcji 
Modliszki. Jeszcze jeden kochaś.

    - Nie masz chyba zbyt romantycznego ducha, co skarbie?

    Ida żachnęła się, ale nie raczyła nawet odpowiedzieć.

    - Wszyscy przepadamy za Bet - powiedział Alex.

       - Jasne - warknęła. - Znamy nawzajem swoje profile psychiczne. Wiem też doskonale, że 
tęsknisz za domowymi  daniami swojej matki. Ale to nie znaczy,  że mam pozwolić, aby twoja 
kochana stara mamusia przyłączyła się do naszej drużyny.

    - Przestań się czepiać mojej matki. Ma takie ramię, że może jednym ruchem zatrzymać czołg.

    - Doskonale wiesz, co mam na myśli.

    - Tak, wiem. A ty się mylisz. Ta mała nam się bardzo przyda.

    - Niby jak?

    - Zobaczysz, nie będę sobie zawracał głowy tłumaczeniem. Sten zrobi to za mnie.

    Ida znowu prychnęła, potem uśmiechnęła się.

    - Do diabła z tym wszystkim. Chodź, napijemy się piwa.

background image

   - Nie mamy żadnej szansy - mówiła Bet. - Po prostu wydostańmy się stąd. Z Vulcana. Tak, jak 
zawsze marzyliśmy.

    Sten pokręcił głową.

    - Nie mogę. I nawet gdyby inni pozwolili mi, nie chciałbym. Thoresen...

    - Do diabła z Thoresenem!

    - I to właśnie chcę zrobić.

    Bet zaczęła mówić mu, że zabicie Thoresena - nawet jeśli byłoby możliwe - nie odda mu rodziny. 
Ale przecież on o tym wiedział. Westchnęła.

    - Jak mogę pomóc?

    - Prowadziłaś tę grupę od czasu, kiedy ja... wyjechałem?

    Bet skinęła głową.

    - Z tego co widziałem, są całkiem nieźli.

     - Nie tak, jak grupa Grona - stwierdziła. - Ale najlepsi ze wszystkich. Jesteśmy uzbrojeni i nie 
uciekamy wciąż, tak jak Oron.

    - I inne grupy Buntowników cię szanują?

    - Tak.

    - To dobrze. Chcę, abyś zwołała zebranie.

    - Zebranie? Po co?

    - Słuchaj uważnie. Powiem ci.

    Szefowie poszczególnych grup Buntowników mierzyli się nawzajem wzrokiem. Byli podejrzliwi 
nawet mimo zapewnień Bet. Spotkanie mogło okazać się pułapką zastawioną przez strażników lub 
próbę przejęcia władzy.

    Około piętnastu z nich usiadło dookoła wielkiego stołu, zdobywając się na uprzejmości i usiłując 
nie okazywać wrażenia, jakie wywarł na nich wielki bankiet i luksusowa jadalnia.

     Miejsce spotkania stanowiła nowa restauracja, której otwarcie wyznaczono na następny dzień. 
Najnowocześniejsze   roboty   kelnerskie   krążyły   po   sali   oferując   Buntownikom   delikatesy 
zarezerwowane zwykle dla Execów. Ida znalazła to miejsce po tym, jak Sten powiedział jej, że 
potrzebuje wywierającego wrażenie pomieszczenia na spotkanie przywódców gangów. Tak, aby 
móc im pokazać, jak potężna jest Sekcja Modliszki. Ida najpierw podłączyła się do bazy danych 
personelu i nakazała wszystkim potencjalnie zatrudnionym w restauracji pozostanie na aktualnych 
stanowiskach. Kilka następnych uderzeń w klawisze i okazało się, że budowa restauracji bardzo się 
opóźnia   z   powodu   braku   materiałów.   I   tylko   dla   pewności   Sten   zatrudnił   kilka   robotów   do 
powieszenia znaku przed głównym wejściem: "Niebezpieczeństwo. Nie wchodzić. Brak powietrza".

background image

     Bet przewodniczyła przy stole. Obok niej usiadł Sten. Podniosła rękę do góry, aby zwrócić na 
siebie uwagę.

    - Popatrzcie na nas wszystkich - powiedziała. - Popatrzcie na twarze dookoła stołu.

    Zdziwieni rozejrzeli się po sobie.

    - Po raz pierwszy przywódcy każdej grupy zebrali się w jednym pokoju. I co jeszcze lepsze, nikt 
nikomu nie podcina gardła.

    To prawda, pomyśleli niektórzy z nich. Ale może nie na długo.

     - Pomyślcie, co to oznacza. Wszyscy razem. Reprezentujemy połączoną siłę około trzystu czy 
czterystu Buntowników.

    Poruszenie.

    - O co tu chodzi? - warknął Patris, szef jednego z gangów.

    - Normalnie - powiedziała Bet - nic. Wszyscy przeciwko strażnikom oznacza tylko nieco więcej 
szumu niż zwykle.

    - A więc kto mówi o pójściu przeciwko strażnikom? zapytał herszt imieniem Flynn.

    Bet wskazała na Stena.

    - On.

    Mruczenie przeszło w głośne szemranie.

    - To jest Sten. Słyszeliście o nim. Był z Oronem. Coraz głośniejsze pomruki.

    - Sten wydostał się poza Vulcan. A teraz wrócił, aby nam pomóc.

    Osłupiała cisza. Ale głównie z powodu bezczelności kłamstwa.

    - Wszyscy słyszeliście o tym, co przytrafiło się mojej grupie? - powiedziała Bet.

    Przytaknęli.

    - I słyszeliście o tym, co spotkało tych cholernych strażników, którzy nas prawie mieli?

    Powolne potakiwania. Przebłyski zrozumienia, dokąd zmierza jej przemowa.

    - Zabił ich Sten - stwierdziła Bet. - Zabił ich wszystkich. Gdyby to, co mówi, było nieprawdą, to 
jak zdołałby to zrobić? Jak ja mogłabym siedzieć tutaj i mówić do was?

     - Ona ma rację - zauważył Patris. - Mój najlepszy zwiadowca widział, jak uprzątali ciała tych 
gadów.

    Flynn uśmiechnął się szyderczo.

background image

    - A więc on jest bohaterem: Wielka mi rzecz. Czego on chce od nas?

    Sten wstał. Natychmiastowa cisza.

    - To bardzo proste - powiedział. Mamy zamiar przejąć władzę na Vulcanie.

    Wysiłki w celu przejęcia Vulcana zaczęły się serią czegoś, co Doc nazwał "akcją cieni".

    - Chcemy, aby wśród Migów wzrosło niezadowolenie powiedział. - W ten sposób uderzymy w 
czuły punkt Kompanii. Doc stwierdził, że proponowany przez niego sposób postępowania jest jego 
najlepszym jak dotąd pomysłem.  Jorgensen zaś, że po prostu planują brudne sztuczki, a to, co 
powiedział Alex, absolutnie nie nadaje się do powtórzenia. Tylko Ida była zadowolona. Odkryła 
nieskończone możliwości bogacenia się.

    - To musi zaczekać - ostrzegł ją Sten.

    - A dlaczego? Ten komputer zaśpiewa dokładnie tak, jak mu zagram.

    - A więc znalazłaś Projekt Bravo? Ida westchnęła.

    - No, może na trochę inną nutę. Doc popatrzył na nią.

        -   Zacznę   od   audycji   radiowych   -   powiedziała   opryskliwie.   Nawet   Doc   pozostawał   pod 
wrażeniem urządzeń, które skonstruowała. Zajmowały cały przedział na pokładzie starego liniowca. 
Zasadniczo   był   to   prosty   nadajnik   radiowy   zasilany   ze   źródła   mocy   tak   potężnego,   że   mogło 
wypchnąć   Vulcan   z   orbity.   Podłączyła   to   do   minikomputera   Modliszki   i   nastawiła   na 
monitorowanie   częstotliwości   Kompanii,   na   której   nadawano   dla   Migów   wiadomości   i 
słuchowiska.

     - Włączasz ten przycisk - powiedziała - i wchodzimy na ich pasmo nadawania. Wszystko, co 
mówimy, brzmi tak, jakby szło z ich stacji.

    - To znaczy coś takiego, jak: "Thoresen robi to ze zwierzętami"? - spytał Sten.

       - Nieco bardziej subtelnie - wtrącił się Doc. - Rzecz polega na tym, aby to zrobić tak, żeby 
brzmiało jak tekst aprobowany przez Kompanię.

    Brak zrozumienia odbił się na twarzy Stena. Machnął na nich ręką z niechęcią.

    - Nie szkodzi - stwierdził Doc. - Opracuję to, co mamy zamiar powiedzieć. Ty martw się tylko o 
swoją część.

background image

    Sten i Bet przechadzali się spokojnie w pobliżu fabryki. Spacerowali powoli jak dwoje Migów, 
którzy właśnie wyszli z fabryki i kierowali się w stronę piwiarni. Kilku robotników wyłoniło się z 
bramy zakładu i weszło na chodnik tuż obok nich.

    Sten trącił Bet w łokieć.

    - Spójrz no tam - powiedział głośno. Czy to nie Obszar Roboczy Dwadzieścia Trzy?

    - Tak - odpowiedziała Bet. - Jasne. Słyszałam o tym miejscu.

    Sten pokręcał głową.

    - Biedne dranie. Na pewno nie chciałbym pracować tutaj. No, cóż. Myślę, że Kompania pracuje 
nad szczepionką.

    Wielki Mig popatrzył na nich.

    - Szczepionka? A na co?

    Sten i Bet ostrożnie odwrócili się do niego.

    - Och, to ty tu pracujesz?

    Mig kiwnął głową.

    - Przykro mi - stwierdziła Bet. - Nie przejmujcie się. Wielki Mig i jego kumple przysunęli się do 
nich.

    Nie przejmować się? Czym?

    Sten i Bet zaczęli wyglądać na nieco zdenerwowanych.

    - Słuchaj - powiedział Sten. - Nie tak blisko, jeśli łaska. Trochę dalej.

    - Co się z wami dzieje, ludzie? Co rozumiesz przez to "nie tak blisko", co? Mamy jakąś zakaźną 
chorobę, czy co?

    Bet pociągnęła Stena.

    - Chodźmy stąd. Nie chcemy żadnych kłopotów.

    Sten zaczął odchodzić, ale stanął.

    - Ktoś musi im to powiedzieć - stwierdził. Odwrócił się do zdziwionych Migów. - Pracujemy w  
Klinice dla Migów.

    - I co?

    - A więc mieliśmy kilka naprawdę dziwnych przypadków z tego miejsca.

    Wskazał na fabrykę, z której mężczyźni właśnie wyszli.

background image

    - Jakie znowu przypadki?

    - Nie jesteśmy pewni - wtrąciła się Bet. - To ma coś wspólnego z tymi rozpuszczalnikami, jakich 
używacie.

    Migowie zesztywnieli.

    - Co jest z nimi nie tak? - spytał wielki mężczyzna.

    - Nie umiem powiedzieć. Wydaje się, że to jakiś rodzaj wirusa. Uderza tylko w mężczyzn.

    - I co im robi?

    Sten wzruszył ramionami.

    - Powiedzmy sobie, że nie mieli raczej ostatnio intensywnego życia seksualnego.

    - I pewnie nigdy nie będą - wpadła mu w słowo Bet.

    Migowie popatrzyli na siebie nawzajem.

    Sten złapał Bet za ramię i pociągnął ją za sobą.

    - Powodzenia, chłopaki! - wrzasnął przez ramię.

       Migowie nawet nie zauważyli, że Sten i Bet przeskakują przez barierkę i zbiegają po innym 
chodniku. Już czuli się impotentami do końca swoich dni.

        Ida   przymilnie   mruczała   do   mikrofonu.   Doc   siedział   obok   niej,   sprawdzał   swoje   notatki 
upewniając się, że mówi wszystko odpowiednim tonem, robiąc przerwy we właściwych miejscach.

    - Zanim zaczniemy naszą następną audycję, drodzy współpracownicy, mamy dla was informację. 
Pochodzi   ona   z   Kliniki.   Ludzie   tam   są   bardzo   przejęci   plotkami,   jakie   pojawiły   się   ostatnio. 
Niemądre   plotki,   naprawdę.   Mają   coś   wspólnego   z   obecnością   wirusów   w   rozpuszczalnikach 
używanych w Obszarze Roboczym Dwadzieścia Trzy.

    Uśmiechnęła się do Doca.

       - Och, przepraszam - miałam na myśli brak zawartości rozpuszczalników w... Nieważne. Te 
plotki są absolutnie bezpodstawne, jak nas poinformowała Klinika, i nie ma żadnego powodu do 
niepokoju. Jest całkowitą nieprawdą, że obecność wirusów powoduje impotencję u mężczyzn... 
poprawka: nie stwierdzono obecności wirusów, ale gdyby nawet, ich obecność nie wpływałaby na 
potencję mężczyzn.

    Płynnie przeszła do następnej części programu.

    - No cóż... to chyba wszystko. A teraz, nasze najnowsze odkrycie...

     Ida wcisnęła przycisk i wpuściła na antenę normalną audycję. Właśnie zaczynała się piosenka. 
Odwróciła się do Doca, cała promieniejąca.

background image

    - Jak mi poszło?

        -   Zupełnie   zadowalająco.   Właśnie   zastanawiam   się   nad   skutkami   gwałtownej   epidemii 
impotencji. Lubię tych wszystkich biednych, cierpiących Migów.

    Na następną zmianę tylko ośmiu Migów zgłosiło się do pracy w tej fabryce. W ciągu piętnastu 
minut   tych   ośmiu   także   usłyszało   o   dementującej   plotki   audycji.   Natychmiast   opuścili   teren 
zakładu. 

    Patris, przebrany za strażnika, opierał się niedbale o ścianę. Obserwował Migów bawiących się w 
obszarze   rekreacyjnym.   Inny   Buntownik   -   dziewczyna   ubrana   jak   dziwka   -   prowadziła   z   nim 
pogawędkę. Udawała, że poluje na niego.

    Wysoki, chudy Mig przyciągnął ich uwagę. Zajmował się jednorękim bandytą". Wkładał swoją 
kartę, czekał, aż zabłysną koła i światła. Klął, bo wciąż zostawał z pustymi rękami. A potem znowu 
wkładał kartę i próbował jeszcze raz.

    - Już od godziny stoi przy tym - szepnął Patris do dziewczyny.

    Popatrzyła na tego Miga.

    - Pewnie zdążył dodać ze sześć miesięcy do swojego kontraktu - powiedziała.

    Odwróciła się, prześlizgnęła się obok przewodu wentylacyjnego, potknęła się tuż przy nim.

       - Mamy klienta  - szepnęła  do siedzącego w środku Buntownika. Odgłos kroków, chłopak 
odszedł.

       Całe godziny później Mig dalej stał przy tym automacie. Wewnątrz muru, tuż za maszyną,  
Buntownik   manipulował   przyciskami   na   pulpicie   kontrolnym   diabelskiego   przyrządu   Idy. 
Utrzymywał Miga w zainteresowaniu, karmiąc go kilkoma zwycięstwami. Ale mimo to mężczyzna 
był wciąż na minusie.

    - Cholera jasna! - krzyknął w końcu.

    Odwrócił się i odszedł od automatu. Patris strzepnął niewidzialny pyłek z munduru i podszedł do 
maszyny.   Poczekał,   aż   Mig   spojrzał   na   niego.   Włożył   kartę.   Natychmiast   syreny...   dzwonki... 
światełka oszalały.

    Przegrany Mig zamarł.

    - Kurde - powiedział do innego Miga, stojącego przy nim. - Widziałeś, co ten palant zrobił?

    - Tak. Udało mu się. Skasował niezłą forsę.

    - Ale ja grałem na tym automacie przez pół dnia! Nie dostałem złamanego kredyta. A potem ten 
tylko podszedł i...

    Inni Migowie, którzy zgromadzili się wokół słysząc syrenę wygrywającej maszyny, słuchali teraz 
przegranego Miga i rzucali paskudne spojrzenia na Patrisa. Patris udał w końcu, że je zauważa. 
Przeszedł przez tłum, wywijając Paralizatorem.

background image

    - Rozejść się - komenderował. - Przestać gapić się i spływać.

    Gniewny tłum zawahał się.

    - Śmierdzące oszustwo i nic więcej! - wrzasnął ktoś z tyłu. Tym kimś była "dziwka" z gangu.

    - Powinniście go złapać! - krzyczał ten, który przegrał. On ukradł to, co ja powinienem wygrać!

    Więcej gniewnych pomruków. Patris wcisnął guzik wzywający posiłki i cały patrol strażników 
ruszył w pośpiechu na ratunek. Chłopak poczekał, aż zbliżyli się do tłumu, a potem zniknął z oczu.

     - Drodzy współpracownicy - mówiła Ida. - Wszyscy powinniśmy być wdzięczni za wspaniałe 
ośrodki rekreacyjne prowadzone przez Kompanię, i to niemałym kosztem, mogłabym dodać. Na 
przykład automaty hazardowe, dające nam dobrą, czystą rozrywkę. Statystyki Kompanii dowodzą, 
że maszyny te wypłacają więcej kredytów, niż do nich wpływa. Przysunęła mikrofon odrobinę 
bliżej.

       - Ale przecież  zawsze ktoś musi  przegrać,  a potem rozpowszechnia  straszliwe  plotki.  Tak 
straszliwe, że aż czuję się zakłopotana powtarzając je... Nie ma cienia prawdy w opowieściach 
jakoby automaty zostały tak ustawione, aby wygrane wypłacać wyłącznie wysokim urzędnikom 
Kompanii. Nie ma ani źdźbła prawdy. Niektórzy kłamcy posuwają się nawet do tego, aby twierdzić, 
że   maszyny   płacą   tylko   strażnikom.   Czy   możecie   to   sobie   wyobrazić!   Tym   właśnie   ludziom 
zatrudnionym niemałym kosztem przez Kompanię do...

    Jorgensen wpadł na wspaniały pomysł.

    - To wszystko waga lekka - powiedział. - Musicie uderzyć tych ludzi tam, gdzie naprawdę zaboli.

    - Na przykład - prychnął Doc, nieco urażony.

    - Na przykład piwo.

        W   czasie   następnej   przerwy   pomiędzy   zmianami   tłumy   Migów   płynęły   do   ośrodków 
rekreacyjnych. Wkładali swoje karty i zamawiali coś zimnego. Nic. Nawet jednej kropli. Maszyna 
jedynie połykała kartę, odejmowała kredyty, a potem gdakała na Miga, aby sobie poszedł.

    - Niech mnie cholera weźmie, jeśli odejdę! - wrzasnął wielki Mig. Wsunął swoją kartę znowu. 
Nadal nic. Walnął wielką pięścią w maszynę. - Dawaj!

    - Jestem własnością Kompanii - poinformował go automat. - Stosowanie przemocy wobec mojej 
jednostki powoduje surowe kary.

       W odpowiedzi Mig jeszcze raz kopnął w maszynę. Rozdzwoniły się alarmy na posterunkach 
strażników.   Ruszyli   na   odsiecz.   Ale   znaleźli   tylko   puste   kopuły.   Puste,   poza   wybebeszonymi 
kadłubami automatów, wydających piwo. Wszystkie opróżnione z zawartości i jęczące na podłodze.

background image

    Doc pokręcił głową.

    - Nie. Zbyt oczywiste. Za mało cienia. Przestań mówić o piwie, Ido, a zamiast tego przejdź do  
sytuacji żywnościowej.

    Ida obróciła się do mikrofonu.

       - Drodzy pracownicy,  Kompania ma przyjemność zapowiedzieć nowy program zdrowotny. 
Odkryto, że wszyscy mamy nadwagę. Dlatego właśnie, poczynając od następnej zmiany, wszystkie 
racje żywnościowe zostaną zredukowane o trzydzieści procent.

    Była dobrą aktorką.

    - Te trzydzieści... Przepraszam, Pomyliłam się. Ten program nie zostanie wprowadzony aż do... 
Co? Niewłaściwy komunikat? Przepraszamy! Ten tekst nie był przeznaczony na antenę!

    Stuknięcie mikrofonu. Chwila muzyki.

    - Drodzy pracownicy, nie ma ani odrobiny prawdy w pogłoskach, że racje żywnościowe zostaną 
obcięte o trzydzieści procent poczynając od następnej...

       Sten ominął pijanego Miga, pociągnął łyk piwa, a potem przepchnął się przez tłum do Bet. 
Postawił ich kufle i usadowił się na krześle obok niej.

       - Powiem wam coś - stwierdził jeden z Migów do swoich kompanów - oni posuwają się za 
daleko. Cholernie za daleko. Sten mrugnął do Bet, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Nabierają 
nas. Wtrącają się do naszego życia seksualnego, próbują coś mieszać z piwem. A teraz mają zamiar 
przedłużyć o rok wszystkie kontrakty.

    - Gdzie to słyszałeś?

    - Przed chwilą. W radiu mówili.

    - Ale przecież ona powiedziała, że to tylko plotki.

    - No jasne. Już w to wierzę. Jeśli to plotki, to dlaczego tak usilnie starają się je zdementować?

    - On ma rację - wtrącił się Sten.

    Mig obrócił się do niego. Popatrzył uważnie, a potem uśmiechnął się i klepnął Stena w ramię.

    - No pewnie, że mam. W ten sposób zawsze Kompania pracuje, karmi nas pogłoskami, sprawdza 
reakcję, a potem okazuje się, że to wszystko prawda.

    - Pamiętacie, jak w zeszłym roku - powiedziała Bet - krążyła plotka, że wszyscy stracimy trzy dni 
płatnych wakacji? I co się stało?

    - Straciliśmy je - stwierdził smutno Mig.

    Jego przyjaciele popijali piwo. Z zastanowieniem. Ze złością.

background image

    - Co do cholery - westchnął ktoś. - Czy nie możemy czegoś zrobić, zamiast ciągle narzekać?

    Potakiwania.

    - Powiem wam coś - stwierdził pierwszy Mig. - Zrobiłbym coś z tym wszystkim, gdybym mógł. 
Do diabła, podejmę ryzyko.

     Inni Migowie popatrzyli dookoła. Rozmowa wchodziła na niebezpieczne tory. Wymawiali się 
jeden po drugim. Zostawiając tylko Stena, Bet i tego odważnego Miga.

    - Naprawdę myślisz to, co powiedziałeś?

    - A o czym?

    - O zrobieniu czegoś z Kompanią. Mig popatrzył na niego podejrzliwie.

    - Jesteś szpiegiem?

    Zaczął wstawać.

    - No i co z tego, jeżeli nawet jesteś. Mam dosyć. Nic nie sprawi mi większej przyjemności niż 
złamanie ci...

    Bet ujęła go za ramię. Łagodnie pociągnęła w dół i postawiła przed nim piwo.

    - Jeśli mówisz poważnie - stwierdził Sten - to mam paru ludzi, z którymi chciałbym cię poznać.

    - Żeby co? Narzekać jak ci wszyscy? - machnął ręką w kierunku pozostałych ludzi w barze.

    - Mamy zamiar zdziałać coś więcej - dodał Sten.

    Mig zmierzył go wzrokiem. Potem uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął rękę przez stół.

    - Jestem do twojej dyspozycji.

    Sten uścisnął jego dłoń.

    - Jak na ciebie wołają?

    - Mój majster nazywa mnie bardzo różnie. Ale na imię mi Webb.

    Wstali i wyszli z baru.

    - Wydaje mi się że w końcu złapałam, na czym ta cała rzecz polega - powiedziała Bet do Idy i 
Doca.

    - Akcja cieni? - spytała Ida. Bet kiwnęła głową.

     - Nieszczęsne ludzkie istoty - stwierdził Doc - torturują swoje małe móżdżki zastanawiając się 
nad rzeczami oczywistymi.

background image

    Bet posłała mu spojrzenie, które zabijało wręcz fizycznie. Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

    - Zaczekaj - powiedziała Ida. Bet stanęła.

     - Doc - stwierdziła Ida. Jesteś istotą, która wszystko widzi, ale czasem nie zauważasz tego, co 
masz tuż przed swoją tłustą twarzą.

    - Na przykład?

    - Na przykład moglibyśmy spróbować dowiedzieć się, co Bet miała na myśli.

    Doc zastanowił się nad tym, jego wąsy poruszały się. Potem skierował na Bet swoje najcieplejsze 
uczucia.

    - Mój błąd - powiedział. - Winne są genetyczne tendencje do gryzienia i szarpania.

    Uspokojona Bet wróciła i usadowiła się na krześle.

    - Myślałam o tym, co byłoby ostateczną akcją cienia. Dla Migów.

    - Co? - spytała Ida.

    - Coś takiego, jak stara legenda krążąca po Vulcanie od czasów pierwszego Miga.

    - Legendy? - wtrącał się Doc. - Lubię legendy. Można z nimi wiele zdziałać.

    Bet wzięła głęboki oddech.

    - Historia opowiada, że pewnego dnia nastąpi rewolta Migów. Uwieńczona sukcesem rewolucja 
prowadzona przez kogoś spoza planety, kto kiedyś sam był Migiem.

    Doc dalej myślał trochę powoli, przeprosiny nieco go wyczerpały.

    Ale Ida pojęła natychmiast.

    - Mówisz o Stenie?

    - Właśnie tak.

        -  Aha   -  stwierdził   Doc,  w końcu   orientując  się,   o  co  chodzi.   -  Mityczny   zbawiciel.  Sten 
poprowadzi szeroką aleją do zbawienia.

    - Coś w tym rodzaju - powiedziała Bet.

       - Doskonałe - ucieszyła się Ida. - Szepniemy tu i tam słówko, że zbawiciel jest wśród nas. - 
Popatrzyła na Doca. Czy doszliśmy już do tego punktu?

    - Tak - potwierdził Doc. - To w sam raz zaawansowane stadium.

    Bet zawahała się.

    - Jeden problem.

background image

    - Taki jak? - Doc niecierpliwił się, aby przystąpić do pracy.

    - Co sam Sten będzie o tym myślał?

    Ida wzruszyła ramionami.

    - A kogo to obchodzi? Żałuję tylko, że to nie ja. Na powstaniu zawsze można zarobić masę forsy.

    Plotka rozpowszechniała się jak kolonia bakterii na szalce Petriego. Na całym Vulcanie Migowie 
byli napięci, źli, czekający, aż coś się zdarzy. Bez nacisku rozterki zmieniały się w powszechną 
akceptację.

    - Widziwe? - mówił stary Mig do swoich wnuków. - To właśnie tłumaczyłem cały czas waszemu  
ojcu. Istnieje sposób na wydostanie się z Vulcana. I w cholerę z Kompanią.

    Jego syn i synowa zignorowali przekleństwo. Przytaknęli, kiwając dzieciom głowami. Dziadek 
ma rację.

    - I jak mówiłem cały czas, to właśnie Mig może wsadzić nasze kontrakty wprost w...

    - Tato - ostrzegła synowa.

    - Opowiedz nam o nim, dziadku - poprosiło dziecko. Opowiedz nam o Migu.

    - No cóż, zacznę od tego, że jest dokładnie taki, jak my. Zwyczajny robol. I kiedyś udało mu się 
wydostać z tej planety. Ale nigdy o nas nie zapomniał i...

      -   Nigdy   nie   myślałem,   że   będę   mógł   usłużyć   Zbawicielowi   powiedział   Alex.   Skłonił   się 
uroczyście i wręczył kufel Stenowi.

    - Zamknij się - warknął Sten. Bet zachichotała.

     - No cóż, Bet. To wspaniałe, że udało nam się wypełnić tę wielką dziurę w mitologii. Oto ja, 
służący w ciemności, wołam do Trójcy, aby czuwała nad moim bezpieczeństwem.

    - Trójcy? - spytała Bet.

      - Tak. - Alex schylił się, podniósł szamocącego się Stena za biodra. Trzymał go nad głową... 
potem posadził z powrotem na krześle. - In nomine Bobby'ego Burnsa, Johna Knoxa i mojego 
wielkiego pana.

    Po raz pierwszy Sten nie mógł znaleźć przekleństwa dostatecznie ordynarnego, aby pasowało do 
okazji.

background image

Rozdział 33    

       - Błagam o wybaczenie, sir - powiedział Doradca - ale pan nie wie, jak jest teraz tam, na 
zewnątrz. Kłamstwa. Plotki. Każdy Mig gotów podciąć panu gardło.

    - Nonsens - stwierdził Baron. - To stan normalny dla Migów.

       Doradca siedział w ogrodzie Thoresena, czekając ze strachem na to, co się stanie. Ale nie 
spodziewał się takiego podejścia do sprawy. Tego, że będzie siedział sobie trzymając drinka w 
dłoni rozmawiając z Baronem. To nie zdarzało się nigdy, jeśli Thoresen wzywał pracownika do 
siebie. Zwłaszcza, gdy Doradca miał taką a nie inną opinię.

    - Poprosiłem cię tutaj - powiedział Thoresen - z powodu twojej powszechnie znanej szczerości.

    Doradca odetchnął. I rozpromienił się.

    - I oczekuję - ciągnął dalej Thoresen - oczywiście, och, rzekomych... niedyskrecji z twojej strony.

     Twarz Doradcy zachmurzyła się. Thoresen wcale go nie chciał uhonorować, to wszystko było 
ukartowane.

       - Dotarły do mnie pewne skargi na ciebie. Podobno nieco zbyt  głęboko sięgasz w kredyty 
Migów.

    - Ja nigdy... - zaczął Doradca.

    Thoresen podniósł dłoń, uciszając go.

        -   Ależ   tego   właśnie   od   ciebie   oczekujemy   -   powiedział.   W   taki   właśnie   sposób   zawsze 
postępowano.   Doradcy   mają   trochę   więcej   za   swoje   lojalne   wysiłki,   bez   wydatków   ze   strony 
Kompanii, a kontrakty ulegają przedłużeniu bez kosztownej roboty księgowych.

    Doradca odprężył się nieco. Opis Barona był dokładny. Nieformalny system, który sprawdzał się 
przez wieki.

    - Moim problemem - powiedział Doradca - są plotki. Przysięgam panu na swoje życie, że nigdy 
nie wziąłem tyle, o ile mnie oskarżają.

    I znowu Thoresen uciszył go gestem.

      - Oczywiście, że nie. Jesteś jednym z moich najbardziej godnych zaufania, no, może raczej.., 
dyskretnych pracowników.

    - A więc dlaczego?

    - Dlaczego cię wezwałem?

    - Tak jest, sir.

    Thoresen podniósł się i zaczął przechadzać.

background image

    - Tak naprawdę to wzywam kolejno wszystkich moich wyższych urzędników. Migowie znowu 
burzą się i narzekają. To samo zdarzyło się za czasów mojego dziadka. I mojego ojca. Tym się nie 
martwię. Przejmuję się tylko nadmiernymi reakcjami moich własnych ludzi.

    Doradca pomyślał o paskudnych spojrzeniach, jakie zaobserwował ostatnio. To było coś więcej 
niż tylko narzekanie. Zawahał się, czy nie wyjawić tego Thoresenowi. Ale potem zdecydował, że 
lepiej siedzieć cicho.

        -   Tak   jak   już   powiedziałem   -   kontynuował   Thoresen   -   to   po   prostu   cykliczne   zjawisko. 
Zwyczajny cykl. Ale trzeba sobie z nim radzić delikatnie.

    - Tak jest, sir.

    - Po pierwsze, należy pamiętać - mówił dalej Thoresen aby ich zbytnio nie przyciskać. Należy im 
pozwolić na upuszczenie części pary. Ignorować to, co mówią. I znaleźć przywódców. Zajmiemy 
się nimi, gdy wszystko ucichnie. - Popatrzył na Doradcę. - Czy zostałem zrozumiany?

    - Tak jest, sir.

    - To dobrze. Mam zamiar osobiście sprawować nad tym nadzór.

    - Tak jest, sir.

    - Chcę, aby informacje o wszystkich incydentach, nie ma znaczenia, jak małych, trafiały w moje 
ręce.

    - Tak jest, sir.

    - Żadna akcja, nie ma znaczenia jak mała, nie może zostać podjęta bez mojego zezwolenia.

    - Tak jest, sir.

    - A więc, wszystko już ustalone. A teraz, czy jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?

    Doradca zawahał się, a potem powiedział:

    - No, tak. Te audycje w radiu dla Migów. Czy nie były nieco przesadzone?

        -   To   doskonały   przykład   tego,   o   czym   właśnie   mówiłem.   Nadmierna   reakcja.   Ludzie 
odpowiedzialni  za to, co prawda, wypierali  się podawania tych  informacji, ale  fakty pozostają 
faktami.

    - Jeśli mogę zapytać, to co pan zrobił?

    Thoresen uśmiechnął się.

    - Zwolniłem ich. I nakazałem, aby wszystkie audycje przechodziły przez moje ręce.

       Chwilę trwała niezręczna cisza, dopóki Doradca nie zorientował się, że to już koniec. Wstał, 
prawie zgiął się wpół.

    - Dziękuję za poświęcenie mi pańskiego cennego czasu, sir.

background image

    - Po to właśnie tu jestem - stwierdził uspokajająco Baron. - Aby słuchać moich ludzi.

       Patrzył za wychodzącym Doradcą. Mierzył go wzrokiem. Paskudny człowiek, pomyślał, ale 
cenny. Jeśli sprawy pójdą gorzej, zawsze można rzucić go Migom. Nie. Niekoniecznie. No i jeszcze 
nie teraz. Po prostu nadmiernie rozdmuchano banalne incydenty. Nic się nie dzieje.

Rozdział 34    

     Jak na osobę, która właśnie dokonała ważnego odkrycia, Ida wyglądała dość ponuro. Znalazła 
Projekt Bravo. Stanowiło to paskudny problem nawet mimo  pomocy Stena. Było gdzieś, rzecz 
jasna, w okolicach  Dzielnicy.  Albo tego, co niegdyś  nazywano  Dzielnicą.  Ale cały ten obszar 
stanowił   labirynt   korytarzy,   fabryk,   domów.   Oraz   specjalnie   skonstruowanych   komputerowych 
pułapek, opracowanych przez kogoś, kogo genialny umysł Ida doceniała coraz bardziej.

       - Zrobiłam to w taki sposób - powiedziała grupie zgromadzonej dookoła jej terminala - że 
założyłam, iż Projekt Bravo został oddzielony od reszty Vulcana.

    - To oczywiste - stwierdził Sten. Ida popatrzyła na niego.

     - To znaczy, że ludzie tam pracujący muszą być objęci szczególnie ścisłym nadzorem. Ale to 
wyjątkowi ludzie. Nie więźniowie. A więc stwierdziłam, że musieli ich po prostu kupić. Najlepsze 
jedzenie. Drinki. Seks. Wiadomo.

       Doc uśmiechnął się paskudnym uśmiechem małego, pluszowego, złośliwego misia. Ida miała 
więcej rozumu, niż mu się kiedykolwiek zdawało.

       - Poszukałam luksusowych jadłodajni. I kto zamawia filmy dla intelektualistów i inne takie 
rzeczy.

    - No i? - spytał Sten.

      Ida nacisnęła kilka klawiszy. Na ekranie zakwitł trójwymiarowy model laboratorium Projektu 
Bravo. Wszyscy przyglądali mu się w skupieniu.

     - Przewidywania - powiedział Jorgensen. - Bezpośredni szturm spowoduje niepotrzebne straty. 
Przy użyciu konwencjonalnych środków taktycznych efekt misji wątpliwy.

    Doc pokiwał głową. Jego wąsy zadrgały na znak zgody. Inni czekali na dalsze wnioski.

     - W obecnie istniejących warunkach - powiedział - Jorgensen ma rację. Ale co się stanie, jeśli 
przesuniemy to o stopień wyżej?

    Jorgensen zaczął się zastanawiać.

    - Czarne operacje... Wzrasta liczba danych... Cel Bravo... Tak... możliwości... ale zbyt liczne, aby 
je zanalizować.

    Przedyskutowali to.

    - Głosuję za tym, abyśmy przeszli na następny poziom powiedział Sten.

background image

   - Dlaczego, do jasnej cholery, właśnie ja mam to mówić? szeptał Sten.

     Doc usiłował nauczyć się szyderczego uśmiechu. Ale nie zdążył jeszcze uchwycić właściwego 
wyrazu.

    - Zwykły środek nacisku. Bardzo łatwo jest wpływać na was, ludzi.

    - Jeśli to takie łatwe, to dlaczego ty nie wleziesz na skrzynki?

     - To proste - stwierdził Doc sucho. - Jak to ty ciągle mi powtarzasz, kto uwierzy pluszowemu 
misiowi?

    Sten rozejrzał się po innych członkach zespołu.

      - Możesz powiedzieć im wszystko, tylko nie prawdę, stary - dodał Alex. - Ludzie nie bardzo 
lubią, kiedy im się wali prawdą między oczy.

        Bet   tylko   uśmiechnęła   się   do   niego.   Sten   wziął   głęboki   oddech   i   wdrapał   się   na   szczyt 
spiętrzonych desek.

       Ponad czterdziestu zgromadzonych  w magazynie  Migów patrzyło  na niego. Za nimi grupa 
Buntowników z ciekawością mierzyła Stena wzrokiem.

       - Nie mam pojęcia, co Kompania o was pomyśli - powiedział Sten - ale dla mnie jesteście 
wystraszeni jak małe króliki!

    Tłumek zafalował.

     - Mój tato zawsze mówił mi, najważniejszym narzędziem, jakie masz, jest czterokilogramowy 
młotek. Używaj go do walenia swojego majstra między oczy raz za razem, tak dla zwrócenia na 
siebie jego uwagi. Patrzę teraz na czterdzieści siedem czterokilogramowych młotków. Wy i wasi 
kumple możecie zwrócić czyjąś uwagę. Zaczynając od następnej zmiany.

    Rosło poruszenie wśród ludzi stojących poniżej niego.

     - Wszyscy macie pracę, i wy, i wasi koledzy dosyć się już narobiliście. Nie mam zamiaru stać 
tutaj w górze i mówić mistrzom, jak nastawiać świdry.

       - Pamiętajcie tylko o jednym. Nie ma nas wielu. Jesteśmy w takiej sytuacji jak terminator, 
któremu zabrano połowę zestawu narzędzi. Jeśli zbyt wcześnie zużyjemy to, czym dysponujemy, to 
zostaniemy z niewykończoną robotą.

        Mężczyźni   kiwali   głowami.   Sten   mówił   tak,   że   mogli   go   zrozumieć.   Wąsy   Doca   drżały. 
Właściwa procedura, analizował, nawet jeśli nie rozumiał analogii.

    Sten zaczekał, aż umilkły rozmowy. Wzniósł ramię, pół

    - Wolny Vulcan.

    Skinął na Buntowników, aby zaprowadzili Migów z powrotem przez przewody wentylacyjne na 
ich własny teren, i zeskoczył ze skrzynek.

background image

    - I jak, Alex?

    - Raczej nie jesteś Burnsem... ale to zadziała. Tak, to zadziała.

       Mig patrzył sceptycznie na swoją broń. Nie wzbudzała i zbytniego zaufania. Zestaw rurek z 
ołowiu i miedzi, zlutowanych razem. Odśrubował zatyczkę, wziął dwie tabletki tiosiarczaru sodu, 
które wypadły mu na dłoń, wsadził broń z powrotem w ubranie i poszedł w dół korytarza.

    Oddech... oddech:.. oddech... normalnie... jesteś w drodze, a aby poinformować swojego majstra 
o małej awarii. Nie ma żadnego pośpiechu...

    Dotknął brzęczyka przy drzwiach. Usłyszał odgłos kroków i majster nieoczekiwanie pojawił się 
przed nim.

    Wyglądał na zaskoczonego. Zapytał o coś, czego Mig nie a dosłyszał poprzez ryk w uszach, gdy 
wyciągał   broń   i   dotykał   spustu.   Poprzez   wolframowe   druty   popłynął   prąd   elektryczny;   druty 
rozjarzyły się i spowodowały utworzenie się azotanu amonowego.

    Azotan wystrzelił pojemnik z kwasem pruskim, który trafił prosto w szyję mężczyzny. Majster 
zabulgotał i runął do tyłu.

       Udało się. Mig rzucił broń gazową na pierś martwego technika i odszedł. Wyjął z kieszeni 
kombinezonu kapsułkę z azotynem amylu i zgryzł ją - kompletując w ten sposób antidotum na kwas 
pruski - otrzepał rękawice i zniknął w głębi korytarza.

     Ida leniwie machnęła ręką i pokrywa robota otworzyła się. Popatrzyła do środka, na olbrzymi 
deser na tacy.

    - Robisz się gruba - powiedział Jorgensen.

    - Poprawka. Ja nie robię się gruba. Ja jestem gruba. I mam zamiar jeszcze utyć.

    Zaczęła pochłaniać megakaloryczną mieszankę, wpychając ją do ust jedną ręką, a drugą stukając 
w klawisze komputera.

    - Czy już wymazałaś tamte dane? - spytał Sten.

    - Całe godziny temu.

    - To co, do cholery, robisz teraz?

    - Przypadkowo natrafiłam na zapis środków płynnych Kompanii. I jeżeli uda mi się podłączyć, 
mogę przesłać, ile chcę, na jakiś rachunek gdziekolwiek.

    - Taki, jak u Wolnych Kupców?

    - To może... oops! - Jej dłoń fruwała nad klawiaturą, gdy odcinała dostęp do bazy danych. - Te 
podejrzliwe dranie założyły ukryty szyfr bezpieczeństwa.

    Sten zaczął coś mówić, potem obrócił się. Bet patrzyła na nich z zakłopotaniem.

background image

    - Co ona robi?

    - Tworzy swój własny fundusz emerytalny - powiedział Sten.

    - To zauważyłam - stwierdziła Bet z niesmakiem. - Myślę o tym wymazywaniu.

      - Zaobserwowaliśmy, że służba bezpieczeństwa Kompanii prowadzi listy osób, sprawiających 
kłopoty.   Migów,   którzy   nie   zostali   jeszcze   poddani   praniu   mózgu   albo   zlikwidowani.   Ida 
zlokalizowała te dane i wymazała je.

    - Zrobiłam coś jeszcze lepszego - wtrąciła się Ida, wycierając ręce w wyciągnięty przez robota 
ręcznik. - Dodałam jeszcze kod nakazujący zapominanie, tak więc każdy następny dodany plik 
automatycznie nie zostanie zapisany.

    Bet wyglądała na zaskoczoną. Ida obróciła się do pulpitu.

    - No, spróbujmy jeszcze raz podejść do tych środków płynnych.

   - Mówi Wolny Vulcan - szeptał głos z milionów głośników.

    Przerażeni Technicy służby bezpieczeństwa usiłowali zlokalizować sygnał źródłowy. Ale dopóki 
transmitowano go po kablu do stu różnych miejsc, raptownie zmienianych kilka razy na sekundę, 
ich zadanie było beznadziejne.

    - Zaczęło się. My, ludzie z Vulcana, zaczynamy wreszcie oddawać ciosy. Siedmiu urzędników 
Kompanii   zostało   usuniętych   dzisiaj   z   powodu   swoich   przestępstw   przeciwko   robotnikom, 
popełnianych przez tyle lat. To jest początek. Na tym się nie skończy.

    Sten rzucił się na krzesło i wziął narkopiwo. Wypił je i sięgnął po następne.

    - Jakieś straty?

    - Tylko jedna. Oddział Osiemnasty. Łącznik został po drodze zatrzymany przez patrol. Rutynowa 
kontrola. Jego zabezpieczenie spanikowało i otworzyło ogień. Zabito wszystkich trzech.

       - Potrzebne nam nazwisko tego człowieka - powiedział Doc. - Męczennicy są smarem dla 
ludzkich rewolucji.

    Sten wsadził nos w swoje piwo. Nie był jeszcze we właściwym nastroju.

   - A oto idzie małe dziecko ulicy - powiedział z aprobatą Doc.

       Sten, leżący obok misia w kanale powietrznym wysoko ponad Centrum dla Gości, spojrzał 
uważnie   przez   lornetkę.   W   końcu   znalazł   Buntownika   ubranego   w   kombinezon   Miga, 
przedzierającego się przez tłum cudzoziemców z innych planet.

       - Wykąpałeś go, jak sądzę - stwierdził Doc. - Ma wyglądać jak mały aniołek, którego każdy 
człowiek chciałby mieć tylko dla siebie.

background image

    Sten obrócił lornetkę na ścigających chłopca czterech Migów w mundurach strażników.

    - Zwolnij trochę, mały - zamruczał Sten. - Zaczynasz ich gubić.

    Tak jakby go słyszał, chłopak kręcił się bezcelowo przez parę sekund i "strażnicy" zdążyli dojść 
do niego. Pałki szokowe podniosły się...

    - No, tak - westchnął z zadowoleniem Doc. - Słyszę stąd bolesne krzyki małego. Co się dzieje?

    - Mmmm... a oto są.

    Żeglarze wylewali się z baru, w którym młody Buntownik pozwolił się złapać.

    - Czy są poruszeni do żywego?

    Sten przyjrzał się dokładnie twarzom cudzoziemców przez lornetkę.

    - Tak.

    Żeglarze zgromadzili się dookoła kotłującej się grupy. Jeden z nich wrzasnął coś o zbirach.

    - Dawaj, dawaj - szeptał Sten. - Ruszajcie się.

     Chłopak był lepszym aktorem niż czwórka dorosłych. Schylił się, ale wykręcił głowę i zatopił 
zęby w nodze jednego z mężczyzn. Wielki strażnik wrzasnął i sięgnął swoją wstrząsową pałką.

       Tego tylko  było trzeba. Cudzoziemcy ruszyli  natychmiast, łapiąc  butelki i wybijając okna. 
Czterech "strażników" złapało chłopca i zaczęło uciekać w stronę wyjścia.

    Sten uderzył w jeden z klawiszy komputera obok i dzwonki alarmowe zaczęły brzęczeć.

    - Powiedz mi, co się dzieje - niecierpliwił się Doc.

        -   Nasi   ludzie   opuścili   kopułę.   W   porządku,   teraz   nadchodzi   oddział   szturmowy   w   szyku 
uderzeniowym.

    - A co robią żeglarze?

    - Atakują.

        -   Doskonale.   A   teraz   powinniśmy   zobaczyć   pierwszych   dwóch   czy   trzech   prawdziwych 
strażników.   Ktoś   może   spanikować   i   włączyć   swoją   pałkę   szokową   na   pełną   moc   i...   -   Doc 
uśmiechnął się anielsko.

    - No jasne. Wzięli pierwszego oficera. Cholera!

    - Rozumiem, że opowiadasz mi o tym, że moralnie poruszeni cudzoziemcy, będący świadkami 
brutalnego znęcania się nad czarującym bezbronnym dzieckiem oraz zaatakowani przez zbirów, 
reagują w najbardziej odpowiedni sposób, jaki jest możliwy.

    - Powiedz mi jeszcze jedno, Sten. Czy oni zjadają strażników?

background image

    - Oni nie są kanibalami!

    - Szkoda. To ten rodzaj ludzkiego zachowania, jakiego jeszcze nie miałem okazji obserwować na 
własne oczy. Możesz kontynuować zadanie.

       Sten wziął wąż, przecisnął  go pomiędzy kratami  i skierował strumień  gazu powodującego 
wymioty wprost do środka Centrum dla Gości, złapał Doca i szybko uciekli stamtąd.

       - Doskonałe, Sten. Doskonale. Wolni Kupcy są niezrównani w szerzeniu plotek. W końcu 
Kompania pokazała się w złym świetle. Przy odrobinie szczęścia kilku z tych żeglarzy przestrzeni 
może okazać się moralistami, w co zresztą szczerze wątpię, i odmówi wożenia ładunku. Zwłaszcza 
po tym, jak zastanowi się, dlaczego Kompania nie tylko wplątała ich w rozruchy, ale w dodatku 
zagazowała.

    Sten doszedł do wniosku, że jedyną rzeczą, mogącą uszczęśliwić Doca, jest masakra sierot.

    DYREKTYWA KOMPANII - NATYCHMIAST WPROWADZIĆ W ŻYCIE

       Z powodu złych  wyników, następujące kopuły rekreacyjne, przeznaczone dla robotników - 
Niewykwalifikowanych eMigrantów, maja być natychmiast zamknięte: numery 7, 93, 70.

       W eksplozjach w próżni jest coś wspaniałego, zdecydował po raz setny Alex, oglądając, jak 
latarniowiec staje się kulą ognia. Tworzą się niemal idealne okręgi.

    Spakował swoje narzędzia i wyszedł z doku załadunkowego.

    Cztery inne skrzynki, stojące obok tej, która właśnie zniknęła w ładowni cudzoziemskiego statku, 
stanowiły pułapki minowe. Z pewną tylko różnicą. Jedynie ktoś z doświadczeniem Alexa mógł 
stwierdzić, że nigdy nie opuszczą Vulcana. Pierwsza eksplozja miała przyciągnąć uwagę Wolnych 
Kupców,   niszcząc   tylko   robota   -   latarniowca,   następne   miały   zniechęcać   ich   do   przewożenia 
ładunków Kompanii.

    DYREKTYWA KOMPANII - TYLKO DLA PBRSONELU BEZPIECZEŃSTWA

    Niniejszym z efektem natychmiastowym unieważnia się wszystkie Karty Identyfikacyjne wydane 
dla personelu pracującego w następujących punktach: Centra dla Gości, Przeładunek Transportu, 
Oddział Magazynowy. Nowe przepustki będą wydawane indywidualnie. Dlatego też każdy członek 
patrolu albo funkcjonariusz służby bezpieczeństwa, który przepuści osobę używającą KI starego 
typu zostanie ukarany w trybie dyscyplinarnym.

background image

     Sekretarka starannie sprawdziła biurko Gaitsena. Świetlne pióro ułożone właściwie, linia tylko 
dla   Execów   gotowa   do   użycia,   krzesło   ustawione   dokładnie   w   odległości   tylu,   ile   trzeba 
centymetrów od biurka.

    Wydajność to podstawa, Stanskill, powtarzał caągle Gaitsen. Cholerna szkoda, pomyślała sobie 
sekretarka, że nigdy nie stosował tego do siebie w łóżku. Za bardzo zajęty obawą o swoje serce, 
zapewne.

    Podeszła do drzwi, otworzyła je i rozejrzała się dookoła po raz ostatni. Wszystko znajome i na 
swoim miejscu, dokładnie tak, jak Exec tego żądał. Przeszła przez drzwi i tak jak jej powiedziano, 
zostawiła   swoje   rzeczy  na   własnym   biurku   w  poczekalni.   Sprawdziła   zegar.   Gaitsen   powinien 
właśnie wychodzić z wanny.

       Przyklękła przy otworze wentylacyjnym. Czekający niecierpliwie Buntownik otworzył ekran. 
Kobieta wpełzła do środka i zniknęła.

        Podczas,   gdy   ostrożnie   skręcała   pod   kątem   dziewięćdziesięciu   stopni   wewnątrz   ciasnego 
przewodu, szczerze żałowała, że nie będzie mogła zobaczyć, jak Gaitsen opadnie ciężko na swoje 
ulubione krzesło.

   - Alvor?

    - Taa? - brodaty szef zespołu popatrzył Stenowi przez ramię.

    - Czy to ty likwidowałeś Brauna?

    - Nigdy nie słyszałem o tym śmieciu.

    Sten kiwnął głową i przewinął raport bezpieczeństwa. Ktokolwiek zabił Brauna - niskiego rangą 
Execa   z   Wydziału   Planowania   Produkcji   -   musiał   załatwiać   jakieś   prywatne   porachunki. 
Zastanawiał się przez chwilę. Nie. Wolny Vulcan nie ogłosi tego zabójstwa wraz z innymi. To 
może nawet bardziej zdenerwować Kompanię.

    DYREKTYWA KOMPANII - TYLKO DLA PERSONELU BEZPIECZEŃSTWA

    Przed rozpoczęciem rutynowego patrolu należy uzgodnić trasę z szefem zmiany i sprawdzić na 
wykresie R79L. Obszary zaznaczone na niebiesko muszą być patrolowane wyłącznie przez zespoły 
czteroosobowe wyposażone w paralizatory. ROZMOWA Z OSOBAMI POSTRONNYMI O TEJ 
MODYFIKACJI POSTĘPOWANIA TEST ZABRONIONA.

     - Tu mówi Wolny Vulcan - rezonował głośnik. - Chcielibyśmy wiedzieć, jak czujecie się wy,  
kierownicy i ludzie służby bezpieczeństwa. Tak, jakby pętla zaciskała się wam na szyi?

    I kontynuował:

       - Mnóstwo różnych rzeczy się zdarzyło, czyż nie? Co się stało z tym patrolem strażników,  
wysłanym do Magazynu Y008? Nikt już o nim więcej nie słyszał, prawda? A Exec Gaitsen? To 
musiało być bardzo nieprzyjemne. Nie za szybko umierał. Może wy, szefowie, którzy używacie 

background image

swoich sekretarek jako panienek do zabawy, zastanowicie się przez chwilę nad Gaitsenem. Tak. 
Pętla istnieje. I staje się coraz ciaśniejsza, czujecie to?

    - Znaleźliście jakiś ślad? - Thoresen zmarszczył brwi.

    - Nie, sir. I zdaje mi się, panie Baronie, że nie będziemy w stanie tego zrobić.

    Thoresen wyczyścił ekran i połączył się z innym departamentem.

    - Semantyka. Tak, panie Baronie?

    - Czy wykonaliście analizę tego głosu?

    - Tak jest, sir. Bardzo przybliżoną. Nie Mig, nie Tech. Nawet mimo że głos Wolnego Vulcana...

    - Powiedziano ci, że masz nie używać tego terminu, Techniku!

    - Przepraszam, sir. Przypuszczamy, że ten głos jest syntetyzowany, sir. Przykro mi.

       Thoresen wyłączył  się,  sprawdził  godzinę  i skierował  się do salle  d'armes.  Zdjął pałasz  z 
wieszaka i obrócił się do instruktora.

    - Zaczynamy - warknął. - I to na poważnie!

       Sten z powątpiewaniem patrzył na farmę hydroponiczną. Wyglądała dokładnie tak samo, jak 
przed krzątaniną Alexa. Roboty rolnicze nadal z czułością troszczyły się o produkty przeznaczone 
dla Execów.

    - Jesteś pewien, że to dobrze pójdzie? - zapytał sceptycznie. Alex poklepał go protekcjonalnie.

    - Wiem, że nie masz pojęcia, na co patrzysz, stary. Ale lepiej nie ucz ojca dzieci robić.

    Sten poszedł za nim do punktu załadunkowego i schował się do środka. Alex pozwolił drzwiom 
niemal się zamknąć, a potem zablokował je nie domknięte przy użyciu małej, metalowej sztabki.

    - A teraz patrz...

       Wystrzelił małą flarę bezpieczeństwa, celując w sam środek farmy, i wyciągnął sztabkę. Gdy 
drzwi zamykały się, Sten zdążył zauważyć, że cały przedział wypełnił się od podłoża do sufitu 
zwartą masą ognia.

    - Musisz wiedzieć - powiedział Alex, gdy podmuch uderzył w drzwi - że to jest właśnie to, co 
nazywamy   eksplozją   pyłową.   Wkładasz   odpowiedni  składnik  do  podajnika  nawozu,  wysuszasz 
rozpuszczalnik i pył rozprzestrzenia się po pomieszczeniu. Wystarczy dodać trochę ognia i... - Alex 
sapnął z zadowoleniem.

background image

    TYLKO DLA PERSONELU KIEROWNICZEGO

       Stwierdziliśmy ostatnio niezwykle dużą liczbę podań o przeniesienie, wczesne emerytury lub 
zwolnienie.   Jesteśmy   bardzo   ,   rozczarowani.   Podczas   tych   niespokojnych   chwil   Kompania 
potrzebuje   swoich   najbardziej   wykwalifikowanych   pracowników   skrupulatnie   wypełniających 
obowiązki. Z tego powodu podobne prośby nie zostaną uwzględnione aż do odwołania.

Thoresen

     Webb poderżnął od ucha do ucha gardło strażnika, wstał i wytarł ręce. Podszedł do jedynego 
ocalałego członka dziesięcioosobowego patrolu, trzymanego przy ścianie przez dwóch potężnych 
Migów.

    - Puśćcie go, chłopcy.

    Zdziwieni Migowie uwolnili strażnika.

       - Zawrzemy z tobą układ - powiedział Webb. - Nie zostaniesz skasowany, jak reszta tego 
śmiecia. Pozwolimy ci odejść. Dwóch Migów zdziwiło się jeszcze bardziej.

    - Pójdziesz sobie po prostu do swoich koszar i powiesz swoim kumplom, co się wam przytrafiło.

    Strażnik, niemal sztywny ze strachu, kiwnął głową.

       - I następnym razem, kiedy wyślą cię na patrol, lepiej nie szalej dookoła jak jakiś cholerny 
bohater. Rób mało hałasu. Nie bądź zbyt ciekawy, co też dzieje się w dole korytarza i nie patrz tam. 
Nie chciałbyś chyba wiedzieć, co tam zaszło. Pozwólcie mu iść, chłopcy.

     Strażnik popatrzył na oddział Migów i poszedł. Przesuwał się nieśmiało do zakrętu korytarza, 
obrócił się i zniknął.

    - Myślisz, że zrobi to, co chciałeś, Webb? - zapytał jeden z jego ruda.

    - To nie ma znaczenia. Innymi słowy, nie jest już wart nawet splunięcia. I czy nie wydaje ci się, 
że bezpieczeństwo zdziwi się nieco, że to on właśnie ocalał i nie ma żadnych obrażeń?

    - Dalej nic nie rozumiem.

    - I dlatego nie jesteś dowódcą oddziału. Jeszcze. Chodźmy. Musimy posprzątać.

       Pięcioosobowy patrol zanurkował, gdy Frick i Frack szybowali w dół z wysokich dźwigarów 
magazynu. Jeden z mężczyzn miał dość czasu na to, aby podnieść swoją broń i wypalić kilka dziur 
przez skrzynki, zanim minikapsułki białego fosforu uległy samozapłonowi.

    Dwa stworzenia odleciały prędko w bok, z ciekawością obserwując piekło poniżej, kiedy fosfor 
przepalał ciało i kości, a potem wylądowały w przewodzie wentylacyjnym wysoko w górze.

background image

   - Ty! Co to jest? Brązowe gówno?

    - Potrawka z soi - odpowiedział Sten. - Chcesz trochę?

    - Nie. Nie potrzebuję żadnych dodatkowych chorób. Sam sobie wezmę. - Tech - medyk nabrał 
sobie potrawki z wazy na tacę, a potem przesunął się w kolejce.

    Sten, z twarzą starannie wypraną z jakiegokolwiek wyrazu, spojrzał w dół kolejki na Bet. Oboje 
mieli na sobie białe fartuchy i nie można było odróżnić ich od innych pracowników w jadalni 
personelu Żłobka. Część umysłu Stena rozpoczęła odliczanie, podczas gdy inna rejestrowała urywki 
rozmów prowadzonych przy stole przez Techników.

    - Cholerne małe potworki! Tatusiu to, tatusiu tamto i tatusiu, ja muszę być dzisiaj kosmicznym 
holownikiem i...

    - Gdybyśmy ich nie potrzebowali, Kompania powinna wysłać ich prosto w przestrzeń...

    - Opowiadaj im historyjki, głaszcz po głowie, sprzątaj po nich, kiedy nabrudzą. Kompania płaci 
nam zdecydowanie za mało.

    - Jak idzie z Billym?

    - Ja i ten śmierdziel dochodzimy wreszcie do porozumienia. Dałem mu oczyszczalnię ścieków i 
zostawiłem tam na dwie zmiany. Cholerny gówniarz nauczy się wreszcie.

    - Tak właściwie, doktorze, to nie ma powodu, aby Kompania utrzymywała nadal te stworzenia 
tak,   jak   dotychczas.   Jestem   właśnie   w   trakcie   ustalania   programu,   który   pozwoli   na   użycie 
kontrolowanych amputacji.

    - Hmmm. Interesująca koncepcja. Możemy rozwinąć to w...

    Czas.

       Sten zatrzasnął zamek swojego karabinu, odbezpieczył go i podniósł do góry, palec tuż przy 
spuście. Dwóch wchodzących strażników upadło z dziurami wielkości pięści w piersiach.

    - W dół! Wszyscy w dół! - krzyknęła Bet, ludzie popatrzyli na nią, a potem padli, gdy Sten wyjął 
dwa granaty ze swojej torby i trafił nimi w środek hallu.

    Bet rozrzucała pełną garść pastylek ogniowych po pokoju i oboje położyli się obok reszty.

        Mijały   sekundy   i   nastała   ogłupiała   cisza,   a   potem   wrzask   z   drugiej   strony   kolejki.   I 
wszechogarniający blask.

    Sten podniósł głowę i spojrzał na Bet. Śmiała się. Skoczył na równe nogi i pocdągnął ją do góry. 
Potrząsnął nią. Wróciła do rzeczywistości, kiedy popychał ją do zsypu na śmieci, będącego ich 
wyjściem ratunkowym.

    Tak naprawdę, to rozumiał ją teraz trochę lepiej.

background image

     - Tu mówi Wolny Vulcan. Wiemy, co znaczy być Migiem, Żyć pod butem Kompanii. Mieć 
świadomość,   że   nie   ma   sprawiedliwości   ani   prawa,   oprócz   stworzonego   przez   tych,   którzy 
posiadają władzę. A teraz sprawiedliwość zawita na Vulcan. Sprawiedliwość dla tych, którzy przez 
wieki żyli w terrorze. Migowie. Wiecie, kim są wasi Doradcy, i że komitety zażaleń są czystą 
kpiną.

    Spiker podniósł nieco głos.

        -   Koniec   z   tym.   Od   następnej   zmiany   Wolny   Vulcan   zaprowadzi   tu   prawa   przysługujące 
każdemu wolnemu człowiekowi w galaktyce. Jeśli twój majster zmusza cię do podwójnej pracy, 
jeśli współpracownik donosi szefom, jeśli twoi synowie i córki zostali ci odebrani przez Kompanię, 
położymy   wreszcie   temu   kres.   Teraz.   Wolny   Vulcan   zajmie   się   tymi,   którzy   zrobili   z   was 
niewolników.

    Głos złagodniał.

    - Jeżeli masz jakieś skargi, mów o tym. Nie szkodzi, że nie `~`' wiesz, kto należy do Wolnego 
Vulcana. Może kolega z pracy, inny robotnik przy taśmie, panienka lub chłopak do zabawy, nawet 
Tech.   Twoje   słowa   zostaną   usłyszane   i   nasze   sądy   podejmą   pracę.   Przynosimy   wam 
sprawiedliwość, ludzie z Vulcana.

        POLITYKA   KOMPANII   -   TYLKO   DLA   DORADCÓW   I   KIEROWNICTWA 
BEZPIECZEŃSTWA

    Nagły brak zainteresowania Migów naszym programem zażaleń został poddany mi pod uwagę. 
Naszym   zdaniem   zaniepokojenie   działalnością   malej   bandy   malkontentów   nazywających   się 
"Wolnym Vulcanem" jest nadmierne, ponieważ panujemy nad sytuacją.

        Execowie   ze   Służby   Bezpieczeństwa   ustalili,   że   główne   obszary,   na   których   występują 
wspomniane   braki   zainteresowania,   pokrywają   się   z   obszarami,   na   których   zlokalizowano 
malkontentów. Zastosowanie odpowiednich środków, z najsurowszymi włącznie, jest konieczne. Z 
dużym   naciskiem   sugerujemy,   aby   Doradcy   uświadomili   robotnikom,   za   których   dobro 
odpowiadają,   fakt,   iż   osoby   zachęcające   do   udziału   w   wymierzaniu   "sprawiedliwości   ", 
zapowiadanym przez owych malkontentów, również poniosą konsekwencje swojego postępowania.

Thoresen

     - Zastanawiałam się nad tym - wycedziła Ida rozdawszy wszystkim szklanki z alkoholem - że 
chyba żadne z nas nie jest człowiekiem, jakim chcieliby nas widzieć nasi rodzice.

     - Niektórzy z nas - powiedziała gwałtownie Bet - należą do tego rodzaju ludzi, którzy przede 
wszystkim nie chcieliby mieć nic wspólnego z naszymi rodzicami.

    - Czy nie jesteś aby odrobinę zgorzkniała, skarbie? spytał Alex.

    - Rodzice? - skrzeknął Frick.

    - Dlaczego miałaby kolonia, nasza kolonia przejmować się tym? - pisnął potwierdzenie Frack.

background image

    - Jeśli wy, ludzie, nie powodujecie bólu u innych osobników swojego gatunku - powiedział Doc - 
to nie możecie się doczekać, aby sprawić go sobie, czyż nie?

    Sten zainteresował się.

    - A jak misiaczki dają sobie radę ze swoim potomstwem, Doc?

    - To nie jest istotne. Po pierwsze, podczas procesu zapładniania samiec opróżnia swój członek i 
po kopulacji szybko ginie. - Wąsy Doca poruszały się szybko. - Gdy małe zalęgnie się w samicy, to 
egzystuje... o, jako rodzaj pasożyta aż do porodu. Moment narodzin, oczywiście, oznacza także 
moment śmierci samicy.

    Bet zamrugała.

    - To zdecydowanie ogranicza wasze życie seksualne, prawda?

    - Zastanawiałem się nad tym, dlaczego ludzki umysł nie znajduje się fizjologicznie poniżej pępka 
- stwierdził Doc ponieważ większość waszych myśli koncentruje się w tym właśnie rejonie. Ale, 
żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wyjaśnić, że ci z nas, którzy w sposób właściwy zajmują 
się aranżowaniem własnej przyszłości, decydują się na sterylizację. Operacja ta przedłuża nasze 
życie o prawie sto E - lat.

    Sten nie mógł się zdecydować, czy ma się śmiać, czy być zakłopotanym.

    - Mogę to sobie wyobrazić - wycedził Jorgensen. - Idziesz sobie spokojnie drogą. Wyrasta przed 
tobą farma. Przeciskasz się przez krzaki, strzelasz po oknach do snajperów, potem zygzakujesz do 
drzwi, otwierasz kopniakiem, wrzucasz granat, wtaczasz się nie przerywając ognia, w końcu stajesz 
na nogi i wołasz "Mamusiu, wróciłem do domu!"

     - Nie mam pojęcia, dlaczego wy wszyscy tak się tym przejmujecie - zakończył sprawę Alex. - 
Przecież   żadne   z   nas   nie   wyjdzie   żywe   z   Modliszki.   -   Dopił   swojego   drinka   i   poszedł   po 
następnego, nie wyglądając na szczególnie zainteresowanego tematem.

    Pot ściekał po twarzy Doradcy na jego podarte, brudne szaty.

    - Nie ma ani odrobiny prawdy w tych opowieściach. Moja troska o was, Migów...

    - Może my i używamy tego słowa - przerwał mu krzepki Mig - ale nie brzmi ono przez to lepiej 
w twoich ustach.

       - Bardzo przepraszam. Ma pan oczywiście rację. Ale... naprawdę, nigdy nie miałem zamiaru 
pozbawić   żadnego...   Robotnika   eMigranta   jego   całkowicie   legalnie   zarobionego   czasu   dla 
osiągnięcia swoich osobistych korzyści. To kłamstwo. Opowiastka sklecona przez moich wrogów.

    Pięciu przywódcom oddziałów udało się jednocześnie przybrać miny pełne niedowierzania.

       Sten zza ekranu osłaniającego wejście do przewodu wentylacyjnego przyglądał się uważnie 
jednej ze stron "sądu", usytuowanego w opuszczonym magazynie. Stwierdził, że interesujące jest 
to, że nie czuje nienawiści do Doradcy tak intensywnie jak przedtem. Z drugiej strony nie miał 
żadnej ochoty na interwencję.

background image

    - Możecie sprawdzić moje konto - ciągnął Doradca. - Zawsze byłem znany ze swojej uczciwości.

    Gorzki śmiech zagłuszył to, co miał zamiar mówić dalej.

       - Nie będziemy już więcej wracać do tego tematu - stwierdził Alvor. - Ale pozostaje nadal 
otwarta sprawa Migów, którym wyznaczałeś zabójcze dla nich stanowiska, bo nie chcieli dać ~ 
tego, czego żądałeś. Znam też dwóch, może trzech ludzi posłanych przez ciebie na pranie mózgu.

    Jeden z Migów z drugiego końca stołu, który do tej pory siedział cicho wpatrując się w Doradcę,  
poderwał się nagle.

    - Mam pytanie, chłopaki. Chciałbym je osobiście zadać temu śmierdzielowi. Czego chciałeś od 
mojej Janice, że wystraszyła się i uciekła do Buntowników?

    Doradca oblizał usta. Mig złapał go za włosy i podniósł z krzesła.

    - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

    - To... to było... jakieś nieporozumienie. Niezrozumienie mojego sposobu komunikowania się.

    - Komunikowania się. Tak mówisz, hę? Ona miała dziesięć lat.

        Sten   wstał.   Mig   trzymający   Doradcę   cofnął   się   nieco.   Popatrzył   na   innych   przywódców 
oddziałów.

    - Nie potrzebuję już nic więcej. Głosuję: winny. I zgodny chór potwierdził jego wyrok.

    - Jednogłośnie - stwierdził Alvor. - Jaka kara?

    Sten kopnął ekran i wyszedł na salę.

    - Oddajcie go tym, których podobno był przyjacielem. Tam na zewnątrz.

    Oczy Doradcy rozjarzyły się. A potem zaczął wrzeszczeć i wyrywać się, gdy Migowie złapali go, 
otworzyli   podwójne   drzwi   i   popchnęli:   Doradca   pół   wypadł,   pół   zatoczył   wprost   w   ręce 
czekających na zewnątrz robotników.

    Alvor zamknął drzwi. Ale ryk tłumu na zewnątrz dobiegał bardzo wyraźnie.

    To był pierwszy.

   - To tak, jak popychanie kostek domina - powiedział Sten. On i Alex kierowali się z powrotem na 
statek. - Jeszcze trzy dni i możemy przestać chować się za krzakami, zacząć rewolucję i przywołać 
Gwardię.

    - Przestań liczyć swoje kurczaki, jeśli są jeszcze w jajkach.

    - A co, do cholery, to ma znaczyć?

    Nie wiem. Ale moja babka zwykła tak mówić.

background image

    - A nie mógłbyś wyrażać się nieco bardziej zrozumiale?

    - Ja mówię właściwie, to twoje uszy źle odbierają.

    - No jasne. Ale zobacz. Wszystko już ustalone. A, przygotowaliśmy ruch oporu. B, zaczynamy 
naprawiać to, co złe, i zabijamy każdego Execa, którego możemy dopaść, i każdego Techa, który za 
bardzo się mądrzy.

    - No. Nie jest tak źle - jak dotąd.

    - C, budujemy broń i szkolimy Migów w jej używaniu. D, ustalamy własny, alternatywny rząd, 
tak jak uczono nas podczas treningu. W końcu E, za trzy dni strzelimy palcami i rewolucja się 
rozpocznie.

    Alex zdjął swój karabin i zatrzymał się.

    - Nie wiesz jednej rzeczy, Sten - powiedział. - Jeśli mężczyzna czy kobieta raz dostaną broń w 
swoje ręce, to nie można przewidzieć, co stanie się dalej. Dam ci przykład. Mój brat. On też należał 
do Modliszki. Pojechał na jeden przyjemny barbarzyński świat, bo nasz nieustraszony Imperator 
zdecydował,   że   powinien   tam   powstać   nowy   rząd.   Chwytasz   to?   No   więc,   przyłączyli   się   do 
tamtejszych ludzi, nauczyli ich, jak wstać z kolan i walczyć. Nauczyli ich bycia dumnymi istotami, 
a nie pełzającymi robakami.

    - Chyba nie łapię - powiedaał Sten.

     - A więc wywiesili zakrwawioną, czerwoną flagę rewolucji i zaczęło się. Ludzie zarzynali się 
nawzajem w łóżkach. Mój brat trzymał się rządu, który ustanowili zamiast tamtych starych kumpli. 
Ale ludzie tak pokochali krew i zabijanie, że zmienili i ten nowy rząd w bydło rzeźne, tak jak i 
pierwszy. Mój brat wydostał się z tego świata bez jednej ręki. A więc wrócił do hodowania owiec w 
Edynburgu, a ja poszedłem na jego miejsce, aby podtrzymywać dobre imię klanu. Mam za sobą już 
długą drogę, ale najlepszą, jaką umiałem wybrać. Kiedy zawierasz pakt z ogniem, to nie możesz 
przewidzieć, co się spali.

    Alex założył karabin z powrotem i w ciszy poszli do śluzy powietrznej statku.

    Powitał ich dziki wrzask Idy, krzyczącej w osłupieniu:

       - Cholera! Cholera! Cholera! - Terminal komputera przeleciał przez pokój i walnął prosto w 
obraz.

    - Co się stało?

       - Zupełnie  nic. Ale zobacz,  co ci twoi cholerni  Migowie wyprawiają!  - Machnęła  ręką w 
kierunku ekranów stojących w pokoju. Sten stwierdził, że inni członkowie zespołu i Bet patrzą w 
milczeniu.

    - Wszystkie są nastawione na kanały służby bezpieczeństwa. Patrz na tych głupców!

    - Do ciężkiej cholery, Ido, powiedz wreszcie, co się stało! - O ile zdołaliśmy ustalić - wtrącił się 
Doc - patrol strażników przenosił kilku niepoprawnych Migów na południe, do Sekcji Zewnętrznej. 
Jeden z owych Migów w tym transporcie musiał mieć kilku przyjaciół.

background image

    Sten popatrzył na ekrany, potem podszedł do podajnika alkoholu i nalał sobie szklankę.

    - A więc postanowili uratować go - ciągnęła Ida. - Oczywiście patrol wezwał posiłki, a kumple 
tego faceta zrobili to samo. Co wciągnęło większość z naszych oddziałów na południu. Patrz.

    Sten przyjrzał się dokładnie migającym ekranom. Od czasu do czasu rozpoznawał kolejne twarze 
z ruchu oporu.

       - No cóż - powiedział Jorgensen - wykopali całą swoją broń i wybrali się na polowanie na 
niedźwiedzia.

    Ida uśmiechnęła się do Stena szyderczo i zaczęła włączać dźwięk przy poszczególnych ekranach. 
Zafascynowany Sten usiadł i patrzył.

       Na jednym z ekranów grupa wrzeszczących Migów atakowała oddział strażników ukryty za 
przewróconym wozem. Paralizatory wystrzeliły i Migowie padli.

        Na   innym   monitorze   ujrzał   kobietę,   Miga,   machającą   uciętą   głową   strażnika,   prowadzącą 
niewielki oddział bojowników powstania prosto na klin strażników. Kamera błysnęła i wyłączyła 
się, ale wydawało się, że padło więcej członków patrolu niż Migów.

       Trzem ekran pokazywał wejście do Sekcji Zewnętrznej. Śluza była barykadowana i strażnicy 
umacniali blokadę dookoła niej. Migowie strzelali do nich z korytarza i otworów wentylacyjnych.

    Sten obrócił się i dopił drinka.

    - Cholera. Cholera. Cholera.

    - Już to mówiłam - zauważyła Ida. Sten obrócił się do Jorgensena.

    - Miytkina.

    Oczy Jorgensena stężały. Wpadł w swój trans.

    - Zaobserwowane wydarzenia. Prognoza.

    - Niemożliwe ustalenie dokładnych wyników. Ale, ogólnie, niepożądane.

    - Szczegóły.

       - Jeżeli rewolucja, a szczególnie sztucznie wywołana, tak jak ta, wybuchnie przed terminem, 
wystąpią następujące problemy: Członkowie ruchu oporu o najsilniejszych motywacjach i najlepiej 
wyszkoleni   z   bardzo   wysokim   prawdopodobieństwem   zostaną   wyeliminowani,   ponieważ   będą 
atakować spontanicznie,  a nie zgodnie z wyznaczonym  planem; tajni współpracownicy zostaną 
usunięci, ponieważ ujawnienie się jest dla nich kwestią przeżycia; dopóki zdolność bojowa nie 
osiągnie   swojego   apogeum,   prawdopodobieństwo   tego,   że   istniejący   reżim   będzie   w   stanie 
zwyciężyć rewolucję jest niemal stuprocentowe. Przykłady...

    - Zawiesić program - przerwał Sten. - Jeśli wszystko pryśnie, to ile czasu zabierze zebranie tego 
znowu do kupy?

background image

       - Frazeologia  nietypowa - powiedział Jorgensen - ale zrozumiała. Po zdławieniu rewolucji 
represje zostaną zintensyfikowane; wywołanie na nowo aktywności rewolucyjnej zajmie dłuższy 
okres. Przewidywana stagnacja: dziesięć do dwudziestu lat.

    Sten nie zadał sobie nawet trudu, by zakląć. Po prostu nalał następnego drinka.

    - Sten! - wrzasnęła nagle Bet. - Patrz. Na ten ekran.

    Sten obrócił się. Potem spojrzał. Ekran, na który wskazywała dziewczyna, ustawiono na wejście 
do Sekcji Zewnętrznej.

    - Ale - usłyszał głos Doca - oni nie są naszymi ludźmi.

    Nie byli. "Oni" stanowili solidny mur utworzony z Migów. Nie uzbrojonych albo niosących pałki 
czy   zaimprowizowane   maczugi.   Atakowali   wprost   w  skoncentrowanym   ogniu   grup   strażników 
zgromadzonych dookoła wejścia. I umierali, fala za falą.

        Ale   nadal   dążyli   do   przodu,   czołgając   się   przez   ciała   własnych   zmarłych,   aby   w   końcu 
przewracać się na obrońców. Nie włączono głosu, ale Sten doskonale sobie to wyobrażał. Zobaczył 
chłopca - tak na oko dziesięciolatka - wstającego na nogi. Wymachiwał... Sten przełknął ślinę. Z 
trudem. Do tego czegoś nadal przyczepione były resztki munduru strażnika.

     Więcej Migów pobiegło do przodu, oddziały uzbrojone w stalowe belki wyrwane z obszarów 
roboczych. Walili w drzwi Sekcji Zewnętrznej i drzwi upadły w końcu.

    Jorgensen, nadal w transie, mówił monotonnie:

        -   Ale   istnieją   jednak   przykłady   spontanicznego   zrywu   zakończonego   sukcesem,   takie   jak 
uciskane rasowo społeczeństwo miasta Johannesburg.

    - Dwa Miyitkina - warknął Sten.

       - Mam malutką sugestię - powiedział Alex. - Proponuję, abyśmy przyłączyli się do naszych  
kumpli, zanim nasza rewolucja skończy się bez nas.

    Sten przeszedł przez rozwalone okno kapsuły kontrolnej w kopule rekreacyjnej i spojrzał w dół 
na tysiące wgapiających się w niego twarzy. Spoconych, zakrwawionych, brudnych i gniewnych.

       To nie miało żadnego sensu. Z militarnego punktu widzenia. Jedna rakieta mogła zmieść nie 
tylko zgromadzoną Sekcję Modliszki, ale też wszystkich robotników z ruchu oporu, których tak 
pracowicie szkolili i rekrutowali przez ponad miesiąc.

    Chrzanić sens, pomyślał Sten i włączył mikrofon.

       - KOBIETY I MĘŻCZYŹNI VULCANA! - jego głos grzmiał i odbijał się echem po całej 
kopule.

    Stwierdził, że kamery służby bezpieczeństwa nadal działają i że widać go doskonale. Zastanawiał 
się, czy Thoresen będzie w stanie zidentyfikować go.

background image

    - Wolne kobiety i mężczyźni Vulcana - poprawił się natychmiast. Poczekał, aż ucichnie szum. - 
Przybyliśmy na Vulcan po to, aby pomóc wam walczyć o waszą wolność. Ale nie potrzebowaliście 
naszej pomocy. Zaatakowaliście broń Kompanii gołymi rękami. I zwyciężyliście. Ale Kompania 
nadal istnieje. ~y~e w Oku. I dopóki nie będziemy mogli uczcić naszego zwycięstwa w Oku, to nie 
zdobyliśmy niczego. Nadszedł czas... Teraz właśnie nadszedł dla nas czas, aby wam pomóc. Pomóc 
wam uwolnić Vulcan! - Sten wyłączył przycisk mikrofonu i wyszedł z kapsuły.

    Alex kiwał głową z aprobatą.

        -  No  cóż,   nie   jesteś  szczególnym  orłem,  ale  poszło  ci   całkiem   nieźle.  A  teraz,   skoro  już 
przeszliśmy przez te wszystkie formalności, to może wyślemy sygnał i przejdziemy do prawdziwej 
roboty?

    Myor yjhh mmui oert mmcv ccvx awlo...

    Mahoney przesunął się na bok i pozwolił Imperatorowi przeczytać zdekodowany przekaz:

    Etap pierwszy zakończony. Yulcan ogarnięty rewolucją. Zaczynamy etap drugi.

    Imperator odetchnął głęboko.

    - Proszę uruchomić Pierwszy i Drugi Szturmowy Pułk Gwardii zgodnie z ustaleniami Operacji 
Bravo, Pułkowniku.

Rozdział 35     

    Baron wpatrywał się w postać na ekranie. Zamarł. Nacisnął klawisze i kamera przesunęła się na 
Stena. Thoresen zatrzymał obraz. Przyglądał się twarzy. Nie. Nie zna go. Wstukał polecenie, aby 
komputer przeszukał swoje bazy danych i zidentyfikował tego człowieka. Przy odrobinie szczęścia 
okaże się, że to tylko jakiś zwykły Mig mocny w gębie i słaby na rozumie. Ale nie wiadomo 
dlaczego Thoresen nie wierzył, aby tak rzeczywiście było.

       Model laboratorium Projektu Bravo wyglądał jak szary, chudy balon, w połowie wypełniony 
wodą.   Nie   było   wiele   do   studiowania;   Ida   nadal   nie   potrafiła   przeniknąć   do   danych   służby 
bezpieczeństwa.

    Członkowie drużyny i Bet patrzyli ponuro na model. Sten, Alex i Jorgensen po raz pierwszy od 
przybycia na Vulcan włożyli kamuflażowe, zmieniające barwę mundury Sekcji Modliszki. Ida i Bet 
ubrały się w kombinezony Techów pierwszej i trzeciej kategorii.

       Nie było zbyt wiele do powiedzenia. Nałożyli swoje pakunki na ramiona, w ciszy wsiedli do 
pojazdu i Sten ruszył, prosto w korytarze ogarniętego szaleństwem Vulcana.

background image

     Vulcan walił się szybko, od kiedy Migowie wyszli na ulice. Obrazy zaciętych walk, grabieży, 
porażek strażników przelatywały przez monitor Barona.

     Thoresen wyłączył ekran. To było beznadziejne. Nie mógł już zrobić nic więcej, aby zdławić 
rewoltę. Musiał po prostu pozwolić jej samej się wypalić, aby na gruzach spróbować odbudowali 
swoje królestwo.

    Zabłysło światełko, zwracając jego uwagę. Thoresen niemal zignorował je. Jeszcze jeden raport 
od rozhisteryzowanej straży. Nie, musi na to odpowiedzieć. Włączył komputer.

    Serce stanęło mu w piersi. Komputer zidentyfikował przywódcę Migów. Sten. Ale przecież on 
nie... Jak.. I Baron wiedział już, że jego świat był bliski końca.

      Istniała tylko jedna możliwość: Sten; Gwardia; Projekt Bravo. Imperator wiedział i Imperator 
odpowiadał za rewoltę Migów. Sten był członkiem Sekcji Modliszki.

       Thoresen desperacko poszukiwał jakiegoś rozwiązania. Co się teraz stanie? Jak miał na to 
zareagować? To o to szło Imperator szukał pretekstu do lądowania swoich oddziałów. Thoresen 
miał wezwać pomoc. Zostałby aresztowany, Projekt Bravo odkryty i wtedy...

     Wreszcie znalazł sposób. Pójdzie do laboratorium. Zabierze najbardziej istotne akta. Zniszczy 
resztę i ucieknie. Dopóki znał sekret AM2, nadal mógł kpić sobie z Imperatora.

    Wstał i ruszył w kierunku drzwi. Zatrzymał się. Jeszcze coś. Imperator prawdopodobnie nakazał 
zniszczenie laboratorium. Sten i jego zespół mogli być już w drodze. Pospieszył do komunikatora.

    Na ekranie ukazała się wystraszona twarz szefa bezpieczeństwa.

    - Sir!

    - Potrzebuję tylu ludzi, ilu tylko możesz mi dać. Tutaj. Teraz - warknął Thoresen.

    Szef bezpieczeństwa zaczął coś bulgotać.

    - Weź się w garść, człowieku.

    Szef zesztywniał.

    - Tak jest, sir.

       Zniknął. Thoresen myślał szybko. Coś jeszcze? Jakieś inne przeczucia...? Uśmiechnął się do 
siebie ponuro, otworzył  szufladę biurka i wyjął z niej małe, czerwone pudełko. Wsadził je do 
kieszeni i wybiegł za drzwi.

background image

 Rozdział 36    

      Frick i Frack krążyły tam i z powrotem, wysoko nad pokładem laboratorium Projektu Bravo.  
Trzymając   się   blisko   sufitu   przeleciały   przez   korytarz   wejściowy,   ponad   oddziałami   służby 
bezpieczeństwa.

    Ludzkie oczy nie mogły ich zobaczyć. Na Vulcanie nie było przecież żadnych ptaków ani nawet 
gryzoni. Czego ludzkie oczy nie znają, tego nie widzą.

       Dyżurny oficer bezpieczeństwa przyglądał się swoim paznokciom. Do końca tej zmiany miał 
szansę obgryźć je do żywego mięsa. I systematycznie ochrzaniać każdego strażnika w promieniu 
dwudziestu metrów. Nie było nic do roboty poza poceniem się i liczeniem swoich problemów.

       A miał ich wiele. Pilnowanie laboratorium, o którego przeznaczeniu nie miał pojęcia. Plus ci 
cholerni Migowie, którzy zwariowali - jego najlepszy kumpel został znaleziony z półmetrowym 
szklanym ostrzem w piersi. A teraz powiadomiono go, że Baron Thoresen właśnie tu zmierza.

       Ostatnią rzeczą, której potrzebował, był komputer, pokazujący nie wiadomo co. Popatrzył na 
ekran. Eksperymentalnie walnął go zaciśniętą pięścią. Nic to nie zmieniło. Nadal wskazywał, że 
jakieś obiekty latające znajdują się wewnątrz laboratorium.

    Dyżurny oficer zastanawiał się, dlaczego właściwie podjął tę pracę dla Kompanii. Mógł przecież 
żyć sobie bardzo wygodnie jako szef tajnej policji na swoim macierzystym świecie. Spojrzał na 
dwóch Techów, gramolących się po korytarzu. Co za cholerny czas, pomyślał.

       Zażywna  kobieta, Tech pierwszej kategorii,  wtoczyła  się do jego biura. Cholerna radocha, 
pomyślał oficer. Muszę skombinować poduszkę. Jeszcze tylko hemoroidy mi potrzebne.

     Uśmiechnął się z sympatią do kobiety, Techa trzeciej klasy za Idą. Biedny dzieciak, pomyślał. 
Założę się, że ta cholera pierwszej kategorii próbowała czegoś, a jej asystentka na to nie poszła, 
więc ta małpa kazała jej dźwigać pudła z narzędziami.

     - Patrzcie, co tu mamy - warknęła Ida. - Komputery wariują, a wszystko, na co ciebie stać, to 
siedzenie i dłubanie w nosie. - Odwróciła się do Bet. - Mężczyźni!

       Dyżurny oficer zdecydował, że zapowiada się wyjątkowo długa zmiana. Usiłował utrzymać 
formalny ton.

    - Mamy teraz zakaz wstępu dla postronnych - zaczął.

     - Wiem, co teraz macie - powiedziała Ida. - A nas obowiązują terminy - zmierzyła dyżurnego  
wzrokiem. - Mówiłam ci, mała, że to będzie coś prostego.

    - Co masz na myśli? - spytał oficer bezpieczeństwa.

    - Ta bransoleta. Trzymasz to o wiele za blisko terminala i dlatego wariuje. To oczywiste.

    - Ale przecież zawsze je nosimy. I dotąd nic się nie zdarzało.

    - No pewnie. A te cholerne Migi nie podłączały się wcześniej do komputera. I co z tego? Mówisz 
mi, że każdy z patrolujących nosi coś takiego?

background image

    - Tak.

    - Głupi, głupszy, najgłupszy. Zwołaj ich tu.

    - Co?

    - Wszystkich, którzy są na tej zmianie, idioto. Może jednak pójdzie łatwo i okaże się, że jedyny  
problem stanowi to, że czyjaś bransoleta źle nadaje.

    - Nie możemy zawołać wszystkich patrolujących - zaczął dyżurny.

    Ida wzruszyła ramionami.

       - Świetnie. Ja i ta ślicznotka pójdziemy sobie z powrotem i zdamy raport, że nie byłyśmy w 
stanie prawidłowo ocenić sytuacji. Wcześniej czy później ktoś się tu zjawi i spróbuje naprawić ten 
komputer.

       Oficer popatrzył na ekran. Latające obiekty nadal tam były. Popatrzył na dziewczynę, która 
obdarzyła   go   sympatycznym   i   bardzo   ciepłym   uśmiechem.   Zdecydował   się.   Odwrócił   się   do 
komunikatora i włączył go.

     - Trzecia zmiana, w zwykłym trybie, wszyscy oficerowie mają natychmiast zameldować się w 
centrali. Powtarzam, wszyscy oficerowie natychmiast do centrali.

    Bet wyciągnęła dwa granaty dezorientujące ze swojej torby i wstała. Oficerowie bezpieczeństwa 
Projektu Bravo tłoczyli się w małym biurze. Ida stała przy drzwiach.

    - To wszyscy?

    Oficer dyżurny kiwnął głową.

    Bet uderzyła w zapalniki i zanurkowała do drzwi. Wylądowała tuż obok Idy.

    Oba granaty zdetonowały w purpurowym błysku. Oficerowie bezpieczeństwa upadli na podłogę. 
Bet przewróciła Idę, a potem pomogła jej wstać. Ida sapała cicho, mruczała coś w swoim ojczystym 
języku, a potem ostro gwizdnęła na palcach.

    Sten i inni członkowie drużyny ukazali się w pobliżu, biegnąc do obu kobiet.

    - Przypilnujemy tylnych drzwi. Wy bądźcie gotowi. - Ida weszła do środka i podniosła pokrywkę 
pudełka z narzędziami, wyjęła dwa karabiny, odbezpieczyła je i rzuciła jeden Bet, podczas gdy Sten 
i inni wbiegli do laboratorium Projektu Bravo.

        W   tym   czasie   Ida   obróciła   oficera   dyżurnego   na   plecy.   -   Co   ty   robisz?   -   spytała   Bet   z  
zaciekawieniem.

        -   To   prywatna   zemsta   -   odpowiedziała   Ida,   stawiając   stopę   dokładnie   w   pachwinie 
nieprzytomnego mężczyzny. - Podejrzewam, że brzydko o mnie myślał.

       Podniosła w górę drugą stopę. Bet wstrząsnęła się, odwróciła i popatrzyła  na długi, pusty 
korytarz.

background image

   - Czy nie byłoby łatwiej - zasugerował Alex - po prostu wysadzić to wszystko w cholerę?

    - Cholera, tak - powiedział Sten. - Ale gdybyśmy to zrobili - machnął ręką w stronę sufitu - to z 
tych wszystkich Techów tam na górze zostałaby miazga. - Uśmiechnął się. Sam nie mam pojęcia, 
dlaczego o nich myślę.

     - Dlatego - stwierdził Doc - że instrukcje nakazują nam zlikwidowanie tego laboratorium przy 
minimalnych  stratach  w ludziach.  - Machnął wąsami  w kierunku Alexa. - Zignoruj go. Proste 
umysły znajdują proste rozwiązania.

    Alex zignorował Doca.

    - Zrobię wam śliczne, malutkie zniszczenia, powiedzcie tylko, skąd mam zaczynać.

    Sufit laboratorium wznosił się wysoko nad nimi, Wystarczająco wysoko, stwierdził Sten, jak na 
podobny   do   hangaru   budynek   mający   własny   mikroklimat.   Frick   i   Frack   krążyli   pomiędzy 
światełkami sufitowymi. W centrum hali stał mały frachtowiec kosmiczny, drzwi do ładowni były 
otwarte, Pracowały tajemnicze aparaty ustawione wokół. Otwarte po bokach wejścia odsłaniały 
labirynt pomniejszych pracowni.

    - Ładujcie w każde miejsce przechowywania informacji zadecydował Sten. - W każdy komputer. 
I w każdy element wyposażenia, który nie wygląda znajomo.

    - Doskonale - zamruczał Jorgensen, zakładając z powrotem plecak. - To znaczy, że on ma zamiar 
strzelać do wszystkiego, co nie wygląda jak owca.

    Alex pokiwał palcem.

    - Zwolnijcie tego misiaczka, to przeciw jego naturze. Ale nie pozbywajcie się człowieka, którego 
stopy nadal tkwią w bruzdach ziemi.

    I zabrali się do roboty.

        Thoresen,   pomimo   fascynacji   bronią   i   sztukami   wojennymi,   nigdy   nie   uczestniczył   w 
bezpośredniej walce, jednakże zostało mu na tyle rozsądku, gdy wszedł w korytarze prowadzące do 
Projektu   Bravo,   aby   cofnąć   się   i   puścić   przed   sobą   dwa   oddziały   w  sile   pięćdziesięciu   ludzi. 
Thoresen   miał   całkowitą   świadomość   tego,   że   znajduje   się   w   trudnej   sytuacji.   Istniało   pewne 
prawdopodobieństwo, rozważał podążając spokojnie za formacją strażników, że może się spóźnić. 

    Bet wytarła spocone ręce o plastykową osłonę karabinu.

       - Oddychaj  głęboko - powiedziała  uspokajająco Ida. Myśl o nich dziesięć  na raz. - Nagle 
zorientowała się, co powiedziała, i zachichotała. - Z drugiej strony, czy myślisz, że biała flaga 
będzie lepszym wyjściem? Teraz!

    Bet wcisnęła spust karabinu na maksimum. Broń wypluwała z siebie pociski zawierające AM2 
prosto w nadchodzącą masę strażników.

       Wrzaski. Chaos. Odbezpieczyła granat i potężnym wymachem ramienia wyrzucała go w dół 
korytarza, a potem, gdy zagrzmiała broń, przeczołgała się pod osłonę.

background image

    Bet wyrzuciła pusty magazynek ze swojego karabinu i włożyła nowy na miejsce. Zdziwiła się, że 
nie jest tak przerażona jak wtedy, gdy patrzyła na nadchodzących strażników.

    - Ida!

    - Gadaj - stwierdziła otyła kobieta, nie zdejmując wzroku z korytarza. Nacisnęła spust.

    - Gdybym nadal była Buntownikiem - zauważyła Bet powiedziałabym; że nadszedł czas zabierać 
tyłek.

       - Ale nie jesteś. Należysz do potężnej Sekcji Modliszki. A więc zrobimy rzecz następującą: 
zabieramy stąd tyłek!

       Ida przetoczyła się przez drzwi, palec nadal trzymając na spuście, a potem przez wejście do 
pracowni. Bet prześlizgnęła się za nią. Obie kobiety odwróciły się, strzeliły w głąb korytarza, a 
potem pobiegły w stronę głównego laboratorium.

        Alex   cichutko   śpiewał   pod   nosem   piosenkę   ze   swoich   rodzinnych   stron,   odwijając   drut 
zapasowego obwodu detonacyjnego w kierunku głównej hali laboratorium.

    Ścisnął drut i włożył do zapalnika. Przejrzał w myślach obwód, spojrzał na Stena. Sten pokazał 
mu uniesiony w górę kciuk i Alex zamknął detonator.

       - Zrobiliśmy to, co było możliwe w tych warunkach. Jeszcze godzinka i będzie tu trochę za 
głośno na drzemkę.

    Wtedy Ida i Bet wpadły do pokoju. Ida przyklęknęła przy wejściu i puściła serię w korytarz.

    - Patrol! - krzyknęła Bet. Przez drzwi wpadł deszcz odłamków i członkowie drużyny przypadli 
do podłogi, szukając schronienia. Ida opróżniła magazynek i popełzła w stronę statku.

    Drużyna uformowała półkole tuż obok frachtowca. Sten cofnął się za wielką maszynę unikając 
bezpośredniego ognia ze strony wpadających do laboratorium ludzi Thoresena.

    - Czy możesz zatrzymać ładunki?! - wrzasnął.

    Alex ściął kilku strażników i odpowiedział spokojnie, nie odwracając głowy:

        -   Obawiam   się,   że   okazałem   się   trochę   za   sprytny   w   tym   przypadku.   W   każdym   z   nich 
zamontowałem urządzenie uniemożliwiające rozbrojenie.

    - Ile czasu?

    - Chyba... - Alex sprawdził swój zegarek - wystarczy.

background image

        Myśliwce,   krążące   przed   transportowcami   Gwardii,   przebijały   się   pomiędzy   dryfującymi 
satelitami służby bezpieczeństwa Vulcana, nie wiedząc o tym, że w wyniku dokonanej przez Bet 
masakry pracowników Żłobka większość z nich nie była sterowana.

       Statki wojenne sunęły wprost na Vulcan. Przez poprzednie miesiące Thoresen zdobył  parę 
umiarkowanie   zakazanych   urządzeń   antyrakietowych   i   zainstalował   je   w   wieżyczkach 
usytuowanych na zewnętrznej pokrywie Vulcana. Jednakże zestawienie nagłego ataku Gwardii i 
kiepskiego wyszkolenia załóg owych urządzeń sprawiło, że tylko kilka z nich weszło do akcji, 
zanim rakiety wystrzelone ze statków wojennych zmiotły ich stanowiska.

       Oczywiście  nie  używano  normalnych  środków transportu do przewozu wojska. Pracowicie 
zmodyfikowano konwencjonalne frachtowce zmieniając dzioby tak, że przypominały szczęki do 
załadunku i wyładunku. Czujniki odległości zabrzęczały, rakiety hamujące zmniejszyły prędkość 
transportowców do kilku kilometrów na godzinę, a potem jeszcze zwolniły. Zacumowali.

     Dzioby otworzyły się i ubrani w kombinezony gwardziści wysypali się na zewnątrz. Opór był  
mały. Żaden ze strażników w środku nie zorientował się na tyle szybko, co się dzieje, aby zdążyć 
założyć kombinezon.

    Gwardia miękko wślizgnęła się w korytarze, formując małe, samodzielne oddziały szturmowe, i 
ruszyła do przodu. Za nimi podążały masery.

    Opór, w porównaniu do tego, jaki zwykle napotykała Gwardia, nie stanowił żadnego problemu. 
Strażnicy mogli myśleć o sobie, że są elitą zabijaków, ale, jak to sami prędko odkryli, istniała 
zasadnicza   różnica   pomiędzy   młóceniem   bezbronnych   robotników   czy   kiepsko   wyposażonych 
bojowników ruchu oporu a walką z wyszkolonymi i doświadczonymi żołnierzami.

     Najemnicy to kiepscy bohaterowie, zdecydował Thoresen, patrząc na to, jak oficer strażników 
podrywa   swój   oddział   do   przodu.   Około   połowa   z   nich   skuliła   się   jeszcze   bardziej   za 
zaimprowizowaną barykadą, jaką Thoresen kazał zbudować w samym wejściu do laboratorium. 
Druga połowa w końcu stanęła na nogach i ruszyła naprzód.

    Źołnierze Modliszki otworzyli ogień przez pokój. Najszybciej poruszający się strażnik pokonał 
trzy metry, zanim jego nogi eksplodowały, i padł na ciała poprzednio szturmujących.

       Jakaś część umysłu Thoresena wzdrygnęła się przy bilansie. Mieli pięciu ludzi - Baron nie 
widział Fricka  i Fracka ukrytych  wysoko  nad nim na wsporniku - my zaatakowaliśmy  niemal 
siedemdziesięcioma. Oni nie zostali nawet ranni, a my straciliśmy trzydziestu strażników.

    Zabuczał komunikator przy jego pasku. Podniósł go. Słuchał, a potem z wściekłością wyłączył 
głośnik. Powoli stawał się coraz bledszy, w miarę jak opadał go gniew. Głównie na siebie samego. 
Przypuszczał, że Imperator nie wkroczy bez jakiegoś pretekstu, ale spanikowany Tech z centrum 
komunikacji powiadomił go, że gwardziści są już w środku. Została wzięta więcej niż trzecia część 
Vulcana, wliczając w to obszary ogarnięte powstaniem. Thoresen przeczołgał się do oficera patrolu.

    - Potrzebujemy więcej ludzi - powiedział. - Wezwę ich z biura bezpieczeństwa. - Ściana nad jego 
głową eksplodowała, gdy wyczołgiwał się z laboratorium na korytarz.

     Wstał i pobiegł w głąb korytarza aż do końca. Zatrzymał się i wyjął małe, czerwone pudełko 
sterownika z kieszeni, dotknął zamka czułego na odcisk palca i otworzył pokrywkę. Wcisnął .15 na 
ekranie i zamknął obwód, potem zmusił się do spokoju i odszedł od laboratorium Projektu Bravo. 
Czekał na niego samochód. Powiedział:

background image

    - Do Oka - i wsiadł.

    Za nim, pod podłogą kabiny kontrolnej głównego laboratorium zegar rozpoczął odliczanie czasu 
pozostałego   do   uruchomienia   należącego   do   Thoresena   Urządzenia   Sądnego   Dnia   pojedynczej 
megatonowej głowicy atomowej, która miała zmieść całe laboratorium Projektu i dać Thoresenowi 
jego jedyną szansę pozostania przy życiu.

    Ida ostrzelała strażników za barykadą i przypadła do ziemi.

       - Alex, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli zostaniemy przygwożdżeni tutaj, a twoje 
ładunki wybuchną, to ja już nigdy nie zaproszę cię na drinka?

    Alex nie zwrócił na to uwagi. Utkwił wzrok w jednym z instrumentów z wyposażenia sapera.

    - Sten. Mamy nieco większy problem niż te ładunki, które ja nastawiłem. Odbieram sygnały, że  
jakieś urządzenie nuklearne pracuje w pobliżu.

    Sten mrugnął.

    - Gdzie? I kto je nastawił?

    - Nie mam pojęcia. Ale lepiej je znaleźć. Nazywam się Kilgour, a nie Poziom Zero. - Nastawił 
detektor na ustalenie kierunku i zamiótł czujnikami pokój. - A, jak wspaniale. Nasza bomba jest 
dokładnie tu. - Machnął ręką przez pięćdziesiąt metrów otwartej przestrzeni w kierunku centrali 
kontroli. - To daje nam odrobinę do myślenia - powiedział. - Po pierwsze, jak zdołamy przejść 
przez otwartą przestrzeń i przeżyć. A potem będę miał radochę usiłując to rozbroić i nie wiedząc, 
kiedy ma wybuchnąć.

       - Szybki ogień! - Sten użył starego jak świat okrzyku, drużyna otworzyła ogień celując w 
barykady.

    Alex złapał swój plecak i wstał. Pobiegł zygzakując. Dookoła niego rozpryskiwały się pociski.

    - Tutaj!

    Jorgensen wychylił się z ukrycia i strzelił do oficera, usiłującego trafić Alexa. Wystawił się tylko  
na chwilę, ale tamten puścił serię. Pociski wybuchły w połowie drogi przez laboratorium i odłamki 
rozsypały się wszędzie dookoła.

    Ramię i bark Jorgensena momentalnie eksplodowały. Członkowie Zespołu Modliszki na chwilę 
wstrzymali ogień, ale potem wyszkolenie zwyciężyło i kontynuowali strzelanie. Sten widział, jak 
Alex odrywa szeroki na metr płat podłogi i wślizguje się pod pokład.

    - Nasz kolega, prawie. Tak, on... - Frick i Frack zaatakowali spod kopuły. Frack uzbroiła jedną ze 
swoich małych bomb i stuliła skrzydła.

     Spadając w pionowym nurkowaniu, ona i Frick nie mieli czasu na uniki. Zginęli natychmiast, 
gdy tylko ich małe ciałka uderzyły w oficera strażników. Potem nadleciały bomby. Oficer stał się 
kulą ognia, a odłamki poraziły oddział skulony obok niego.

background image

    Sten zobaczył, jak Doc czołga się ze swojej kryjówki do ciała Jorgensena i przesuwa w kierunku  
karabinu, należącego do zmarłego. Doc niespodziewanie obrócił broń ku barykadzie i zachwiał się 
pod   miażdżącym   -   dla   niego   -   ciężarem.   Jedną   ręką   przycisnął   spust   i   przytrzymał,   aż   do 
opróżnienia magazynka. Szok. Doc naprawdę nie...

     Sten przeniósł wzrok na barykadę i zmiótł ramię strażnika, który wystawił się na chwilę. Gdy 
mężczyzna podniósł się wrzeszcząc, Bet dokończyła sprawę.

    Alex klęczał obok urządzenia nuklearnego pod płytami podłogowymi. Mogę mieć tylko nadzieję, 
pomyślał, że amatorzy, którzy to zbudowali, mieli trochę szacunku dla lepszych i zrobili coś, żeby 
to można było rozbroić. Mógłbym zbudować lepszą bombę A przy straszliwym kacu i bólu zębów.

     Bomba miała idiotycznie prostą konstrukcję. Metalowa piłka pokryta czymś, co przypominało 
wymodelowaną   glinę.   Z   jej   powierzchni   wystawały   małe,   kierunkowe   ładunki   wybuchowe 
połączone   z   odbiornikiem   radiowym   i   czymś,   co,   jak   Alex   przypuszczał,   było   zapalnikiem 
czasowym.

     Zaczął odczepiać druty, ale zatrzymał się. Natknął się na jakieś dodatkowe przewody, których 
przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. To pułapki, zdecydował.

    Cieniutko, pomyślał, będzie ciężko. I zaczął delikatnie, po kolei wyjmować ładunki wybuchowe 
z gniazd. Zastanawiam się, jak wiele z nich zdołam wyjąć, zanim to maleństwo wybuchnie? Znowu 
wytarł pot.

    Kierowca pchnął otwarty wóz; on i Thoresen schowali się za jego pokrywami. Wóz pomknął w 
głąb korytarza i bojownicy ruchu oporu Migów musieli się cofnąć. Okręcili się i tych kilku, którzy 
mieli broń, otworzyło ogień.

    O wiele za późno, bo tymczasem wóz skręcił za rogiem korytarza i zniknął z pola widzenia.

     Thoresen spojrzał. Tuż przed nim było wejście do Oka. Westchnął z ulgą - nadal pilnował go 
oddział strażników.

    - Mam to! Mam to!

       Sten kątem oka zobaczył, jak okrągła postać Alexa wytacza się spod podłogi i posuwa się 
skokami poprzez otwartą przestrzeń. Zanurkował i przeleciał jednym susem ostatnie pięć metrów 
dzielących go od schronienia.

    - Ta mała bestia nie sprawi nam więcej kłopotu - powiedział.

    - No to został jeszcze jeden problem.

    - No właśnie - zgodził się Alex. - Zobaczmy, jak możemy uratować nasze tyłki, zanim wylecimy 
w powietrze na własnych ładunkach.

    Co najmniej piętnastu strażników kryło się w osłupieniu za barykadą.

    - Nie wydaje mi się - powiedziała Ida - żeby byli zainteresowani czasowym zawieszeniem broni.

background image

        -   Potwierdzam   -   dodał   Doc   ponuro.   -   Przewidywania:   ponieśli   duże   straty,   a   więc   mogą 
przypuszczać, że blefujemy. Wystrzelił jeszcze kilka serii z karabinu, który Sten przydźwigał dla 
niego na stanowisko. - Kilgour. Zdajesz sobie sprawę z tego, że to wszystko twoja wina. Teraz 
nigdy już nie podejmę swojej własnej praktyki.

    - A to jest plus tej sytuacji, którego do tej pory nie brałem pod uwagę - stwierdził Alex. - I tak za 
dużo tu krwi dookoła. Bet pokiwała głową z niedowierzaniem.

    - Ida - powiedział nagle Sten. - Chodź ze mną. Alex, spróbujemy zrobić superblef. Osłaniaj nas, 
dobra?

    Ida zerwała się na nogi i oboje zgięli się wpół, wybiegając w kierunku śluzy statku. Zaskoczeni 
Alex, Bet i Doc otworzyli osłaniający ogień.

       Sten wypuścił flarę w okno mostka frachtowca i wsunął przenośny komunikator do swojego 
kombinezonu.

    - Myślisz, że w to uwierzą?

    Ida bezradnie rozłożyła ręce.

    - My nie wierzymy w pieśni śmierci. A więc możemy próbować.

        Sten  sprawdził   czas  na  swoim  zegarku.  Do  wybuchu   ładunków  Alexa  pozostało  zaledwie 
dziesięć   minut.   Oboje   pospieszyli   do   śluzy   i   zaczęli   strzelać   do   strażników.   Alex,   chwilowo 
niedostrzegalny,   przesuwał   się   z   boku   zaimprowizowanego   fortu   Sekcji   Modliszki   w  kierunku 
flanki patrolu.

    Strażnik czekał. Wcześniej czy później któreś z nich musi się pokazać. Wcześniej czy Później... 
podskoczył,   gdy   huknęło   coś,   co   wyglądało   jak   eksplozja   flary   na   mostku   frachtowca.   Jakiś 
chybiony   strzał,   pomyślał.   Potem   zewnętrzne   głośniki   statku   wysunęły   się   ze   swoich   gniazd   i 
zatrzeszczały,   budząc   się   do   życia.   Zabuczały   syreny   przechodząc   od   dźwięków   wysokich   do 
niskich i metaliczny głos oznajmił:

       - Dwie minuty do odpalenia, dwie minuty do odpalenia. Wszystkie jednostki: opróżnić pole 
startowe. Powtarzam, wszystkie jednostki: opróżnić pole...

       Po raz pierwszy strażnik zorientował się, że dysze wylotowe frachtowca znajdują się tuż na 
wprost jego stanowiska. Nie miał pojęcia, co robić.

    - Musiało trafić w komputer - zamruczał mężczyzna obok niego.

    - Co się stanie, jeśli odpali? - zdołał wykrztusić strażnik. - Usmażymy się.

background image

        Sten   zakaszlał,   potem   dotknął   przycisku   na   przenośnym   komunikatorze.   Ida   połączyła   go 
bezpośrednio z systemem radiowym statku. Usiłował mówić jak komputer, o ile było to możliwe.

    - Jeszcze trzydzieści sekund, jeszcze trzydzieści sekund. Przeciążenie. Jeszcze trzydzieści sekund 
sprawnego   działania   komputera.   Wszystkie   jednostki,   trzydzieści   sekund   poprawnej   transmisji. 
Czas do odpalenia: piętnaście sekund...

       Bliscy paniki strażnicy nie widzieli Alexa przekradającego się przez osłony. A nawet gdyby 
zwrócili   uwagę   na   niego,   to   zakładając   normalną   ludzką   reakcję   nie   mieliby   czasu   na 
powstrzymanie ataku tego żołnierza pochodzącego ze świata o dużej sile ciążenia.

       Po przejściu barykady Alex zanurkował. Pierwszy, strażnik, na którego się natknął, zmarł z 
roztrzaskaną   czaszką,   Alex   pozwolił,   aby   ciało   zamortyzowało   go   podczas   skoku   z   nogami 
wyrzuconymi do przodu, kiedy zwalił z nóg dwóch innych ludzi trafiając w ich brzuchy.

    Stanął na nogach, jedną ręką obracając dałem drugiego z mężczyzn jak tarczą.

    Sten i Ida wstali, strzelając z ręki. Sten patrzył, jak Alex miażdży głowę następnego strażnika, a 
potem znika.

     Dwoje żołnierzy Modliszki podbiegło do barykady. Wrzaski. Potem fisza i dwóch strażników 
załamało się i uciekło do wyjścia. Alei wskoczył na szczyt barykady, wyrwał z niej trzymetrową 
stalową belkę i posługiwał się nią jak włócznią.

    Trafiła w dwóch następnych mężczyzn, łamiąc ich kręgosłupy. Doc i Bet przedzierali się przez 
pokój.

       - Sugeruję - zdołał powiedzieć  misiek, mijając ich - żebyśmy oszczędzili  sobie zwykłych, 
kretyńskich ludzkich gratulacji. Mamy cztery minuty.

    Czwórka żołnierzy Modliszki i Bet ruszyła sprintem w głąb korytarza. Podczas tego biegu Sten 
walnął w przyciski zamykania drzwi awaryjnych. Miał nadzieję, że to wystarczy.

     Ładunki wybuchły dokładnie wtedy, kiedy miały wybuchnąć zgodnie ze słowami Alexa. Sten, 
Bet i Alex patrzyli na laboratorium przez okno w głównym korytarzu. Ida trzymała Dora. Światła 
mrugnęły, a potem jeszcze raz, i jeszcze. Poczuli niski grzmot przechodzący przez płyty pod ich 
nogami. A potem Projekt Bravo wylegał w przestrzeń. Ustawione ładunki wybuchały w górę i w 
dół, rozrywając podłogi i pomieszczenia laboratorium, jakby to była patroszona ryba.

    Sten pomyślał nagle, że tak musiała wyglądać Dzielnica. Grzmot potężniał i zabuczały dzwonki 
alarmowe.   Z   dna   laboratorium   posypały   się   gruzy   prosto   w   przestrzeń.   Ale   główna   sekcja   i 
pomieszczenia Techów pozostały nietknięte.

    Ida i Doc popatrzyli na Alexa.

    - Jestem nieco niezadowolony - powiedział, niezupełnie zgodnie z prawdą. - Nie liczyłem na ten 
drugi wybuch. Nie mogę się tym chwalić z całkowicie czystym sumieniem.

    I wtedy Bet zorientowała się, że Stena nie ma.

background image

Rozdział 37    

    Stało się. Wszystkie ślady Projektu Bravo zostały wyeliminowane w wyniku eksplozji. Thoresen 
poczuł się po raz pierwszy od wielu godzin bezpiecznie.

    Nalał sobie drinka dla uczczenia tego. To dziwne, pomyślał. Jego marzenia legły w gruzach, a on 
nadal czuł się dumny. Mimo wszystko zwyciężył Imperatora. I nie musiał już nic więcej robić, 
pozostało mu tylko czekać, aż oficerowie Gwardii zapukają do jego drzwi, podziękować im za 
przybycie na ratunek i oddać się w ich ręce.

    I co Imperator może mu zrobić? Postawić przed sądem? A za co? Nie było żadnych dowodów. 
Poza   tym,   myślał   Thoresen,   Imperator   nie   zechce   przyznać   publicznie,   że   może   istnieć   jakaś 
alternatywa dla jego monopolu na AM2.

    Zapewne Baron będzie musiał pogodzić się z jakąś pomniejszą pozycją w zarządzie Kompanii. 
Wzruszył  ramionami.  Może  i  zabierze   to  kilka  lat,   ale  dostanie  się  znowu na  szczyt.  I  wtedy 
zobaczą. Oni wszyscy zobaczą.

    Nagle Thoresen zorientował się, że jest całkiem szalony. Zaśmiał się. Cóż to za dziwaczna rzecz,  
móc powiedzieć o sobie coś takiego. Tak, jakby się było jakąś inną osobą gdzieś na zewnątrz, 
patrzącą na samego siebie, notującą myśli i czyny. I analizującą je jak jakiś Tech bakterie. Coś 
wypełzło z głębi jego umysłu. Czy Sten naprawdę zginął? Ta eksplozja? Nie była dokładnie taka, 
jak oczekiwał. Jakaś inna. Thoresen stwierdził, że chciałby, żeby Sten przeżył. Zakrzywił palce, 
wyobrażając sobie, że zaciska je na miękkim gardle Miga. Sten, pomyślał. Sten. Chodź do mnie.

    Rozległ się za nim jakiś dźwięk. Thoresen uśmiechnął się do siebie i odwrócił.

    Sten stał w odległości kilku metrów i podchodził cicho. W jego dłoni błyszczał nóż.

    - Dziękuję ci - powiedział Thoresen - że przybyłeś na wezwanie.

    Sten zawahał się. Zdziwiony.

    - Znasz mnie?

    - Tak. Gruntownie. Zabiłem twoją rodzinę.

    Sten ruszył ku niemu, dłonią uzbrojoną w nóż celując w gardło. Thoresen uchylił się, potykając 
lekko,   gdy   nóż   dotknął   ramienia   zostawiając   krwawy   ślad.   Kopnął   z   boku   i   poczuł   dreszcz 
przyjemności słysząc głuchy trzask łamanego nadgarstka Stena. Nóż uleciał z ręki i znikł w trawie.

       Sten zignorował ból, obrócił się, aby uniknąć ciosu, i uderzył zdrową ręką. Podrapał twarz 
Thoresena.   A   Baron   cofał   się.   Sten   przysiadł,   przewidując   atak.   I   zorientował   się   szybko,   że 
Thoresenowi nie chodzi o niego. Tuż za plecami Stena, w odległości kilku metrów była kolekcja 
broni. Baron zmierzał właśnie tam.

     Sten podbiegł szybko do ściany, zacisnął dłonie na antycznej strzelbie, podczas gdy Thoresen 
dosięgnął tego, co wybrał, i otworzył ogień. Chłopak zanurkował przy ziemi, trzymając strzelbę w 
górze. Wypalił. Poask trafił w oświetlenie kopuły nad ich głowami. Ciemność. Przetaczał się z 
miejsca na miejsce unikając naboi z AM2 przecinających ciemność, szukających go.

background image

    Przeczołgał się za drzewo. Dookoła niego eksplodowały kawałki ziemi i drewna. A potem cisza. 
Sten nasłuchiwał. Dochodziły ciche odgłosy poruszeń przeciwnika w ciemnościach. Pomyślał, że 
już podchodzi do niego. Przygotował się na skok. Trzask. Długi zgrzyt. I Thoresen otworzył klatki.

       Zza krat wybiegły dwa tygrysy. Dwie wielkie, zmutowane szare bestie z Bengalu. Warczały 
cicho. Wymachiwały ogonami. Baron nacisnął guzik kontrolny. Coś je ukłuło w obrożach, obróciły 
się i oddaliły.

       Sten przeciskał się przez krzaki. Gdzie jest Thoresen? Dlaczego nie nadchodzi? Szelest obok 
niego. Miękkie stąpanie. Sten obrócił się, gdy tygrys zaatakował. Odbił się. Potem wielki skok, 
prosto na niego.

    Cofnął się, złączył stopy i wyprostował przed sobą wkładając w to całą swoją siłę. Trafił i tygrys  
przeleciał  ponad nim.  Wylądował  wijąc się. Usiłował wstać,  potem upadł. Martwy,  jego szyję 
zdruzgotał kopniak Stena.

    Sten wstał, usiłując zapomnieć o bólu w bezużytecznym nadgarstku. Mdłości podchodziły mu do 
gardła. Teraz. Tutaj! Dźwięk. Thoresen, pomyślał.

        Światła   kopuły   zapaliły   się   na   nowo.   Sten   zamarł   na   chwilę,   oślepiony   blaskiem.   Potem 
zanurkował w poszukiwaniu schronienia, gdy rozpoczął się znowu ogień z karabinu. Skrył się za 
jakimś drzewem. Ile strzałów? Nie słyszał, aby Thoresen załadowywał broń na nowo. Musi mieć 
już mało amunicji. Sten rozejrzał się dziko dookoła, szukając jakiejś broni.

       Obok stał tygrys,  wymachując ogonem.  Przygotowywał  się do skoku. Potem warknął, aby 
zatrzymać go na miejscu. Sten zmusił się do śmiechu, dzikiego, niemal histerycznego chichotu.

    - Mam już drugiego, Thoresen! - wrzasnął.

    Baron otworzył ogień. Trafił w tygrysa w chwili, gdy ten skakał na Stena. Zwierzę obróciło się w 
locie   i   martwe   zwaliło   na   ziemię.   Thoresen   nadal   strzelał.   I   nagle   rozległ   się   suchy   trzask 
opróżnionego magazynka. Wtedy zza krzaków zaatakował Sten.

       Thoresen dostrzegł go, szukał desperacko drugiego magazynka. Nic. Ruszył szybko do tyłu - 
złapał pierwszą broń, na jaką natrafił. Ostrze szabli zabłysło, gdy zrywał ją ze ściany i uderzał.

     Sten przypadł z bólu do ziemi, gdy czubek ostrza trafił go pomiędzy żebra. Uchylił się przed 
następnym ciosem, szukając jakiejś broni. Jakiejkolwiek. Znalazł.

      Rapier zabłysnął, gdy Thoresen uderzył znowu. Głośny brzęk, kiedy zetknęły się ostrza. Sten 
przesunął lekko nadgarstek, niemal niedostrzegalnie, i szabla Thoresena ześlizgnęła się. Skoczył do 
przodu, poczuł lekkie uderzenie w coś miękkiego. Thoresen! A potem rapier prawie wyleciał mu z 
dłoni, gdy Baron sparował cios. Sten cofnął się.

       Ujął mocniej rapier. Próbował podejść trzymając go we właściwy sposób. Potem pomyślał o 
nożu, rozluźnił  mięśnie.  Thoresen zrobił krok do przodu, uśmiechał  się i wymachiwał ostrzem 
szabli tam i z powrotem.

     Nic z tego, pomyślał Sten. Oręż Thoresena był zbyt mocny i wytrzymały. Jego rapier stanowił 
tylko wysmukły kawałek zaostrzonej na końcu stali. Sprężystej stali. Sten nagle zorientował się, że 

background image

to może być zaleta. Sprężystość. Nieważne, jak mocno uderzy Thoresen, zawsze zdoła cofnąć swój 
rapier.

    Thoresen uderzył. Ostrza spotkały się. Rapier jak wąż wił się dookoła szabli, używając jej siły do 
odparcia   ciosu.   Sten   przesunął   się   do   przodu,   poczuł,   że   czubek   natrafił   na   opór   usłyszał   jęk 
ranionego Thoresena.

    Sten cofnął się na chwilę pod naporem ataku. Pauza. Baron stał przed nim, chwiejąc się lekko i 
brocząc krwią z kilku ran. Ale najwyraźniej nic poważniejszego mu się nie stało.

    Ruszył do przodu, uderzając mocno. Sten usiłował sparować, ale ostrze rapiera ześlizgnęło się i 
poczuł, że szabla zagłębia się w jego ramieniu, a potem odsuwa się, poza zasięg jego broni.

    Thoresen był już pewien, że zwyciężył. Sposób, w jaki opadł rapier Stena, upewnił go, że jego  
ostatni cios unieszkodliwił używaną do walki rękę.

     Zaatakował, uderzając w dół. Nie trafił, gdy Sten sparował cios, ale i pozbawił się częściowo 
osłony. Thoresen przygotował się do ostatniego pchnięcia.

       Wrzasnął głośno, gdy czubek rapiera pogrążył się w jego łokciu. Szabla upadła i Thoresen 
sięgnął po nią w desperacji, zaciskając palce na stali. Odrzucił broń od siebie, czując, że dłoń 
zmienia się w siekany befsztyk.

    Uderzył kantem zdrowej dłoni, celując w obojczyk Stena. Poczuł, jak kość poddaje się i uderzył 
ponownie.   Ale   Sten   zablokował   uderzenie   i   cofnął   się   ze   zwisającym   ramieniem.   Usiłował 
utrzymać się na nogach.

     Thoresen wymierzył następny cios i Sten poczuł straszliwy ból, gdy odparł go swoim rannym 
ramieniem.   Uderzył   ręką   z   całej   siły,   trzymając   palce   jak   ostrze.   Poczuł,   że   żebra   Thoresena 
trzaskają jak suche drewno. Odsunął się szybko, aby uniknąć kontrataku, ale potknął się i przykląkł 
na jedno kolano. Baron był już na nim, usiłując zacisnąć rękę na szyi Stena.

    Sten uderzył z całej siły. Poniżej żeber. Kości znowu pękły. Dalej. I dalej. Miękka wilgotność.

    Thoresen wrzasnął z bólu. Sten wyrwał mu serce z piersi.

    Thoresen patrzył na Stena. A potem upadł.

       Sten popatrzył z osłupieniem na bijące w jego pięści serce. Potem w dół, na ciało Barona. 
Obrócił się, i rzucił drgający organ daleko w krzaki, gdzie leżały martwe tygrysy.

       Niespodziewanie posłyszał  krzyki, spojrzał w tę stronę. Spieszyły ku niemu  jakieś mgliste 
sylwetki. Usiłował zrobić krok.

    Bet złapała go, nim upadł. Złożyła nieprzytomnego na ziemi.

background image

Rozdział 38    

    Imperator miał kamienną twarz. Zimną. Mahoney stał przed nim, wyprężony na baczność.

    - Wszystkie ślady AM2 zniszczone?

    - Tak jest, sir!

    - Vulcan ma już nowy rząd?

    - Tak jest, sir!

    - A Thoresen?

    - Ummm, nie żyje, sir.

    - Rozumiem. Myślałem, że rozkazałem brać go żywcem?

    - Tak jest, sir!

    - A więc dlaczego nie wykonano moich rozkazów?

    - Bez uzasadnienia, sir.

    - Bez uzasadnienia? To wszystko, co możesz powiedzieć?

    - Tak jest, sir.

    Mahoney stał nad Stenem, który usiłował przyjąć pozycję "baczność" najlepiej jak umiał. Bardzo 
trudne, jeśli się jest obandażowanym od stóp do głów.

    - Właśnie wróciłem od Imperatora. 

    Sten czekał.

    - Miał kilka słów raczej przykrego komentarza. Zwłaszcza, żołnierzu, o małej sprawie złamania 
rozkazu. Imperatorskiego rozkazu.

     Sten wyobraził sobie, co zrobił, westchnął w myślach głęboko i przygotował się na najgorsze. 
Zapewne egzekucja.

    - Masz coś do powiedzenia na swoją obronę, poruczniku?

    Sten miał. Ale pomyślał, że nie warto. Po co tracić oddech? Był już skazanym człowiekiem...

    - Czekam, poruczniku.

        -   Umm,   przepraszam   bardzo,   sir   -   zaskrzeczał   Sten.   -   Ale   nazwał   mnie   pan   właśnie 
porucznikiem.

    Mahoney zaśmiał się, a potem usiadł na brzegu szpitalnego łóżka.

background image

       - Bezpośredni rozkaz samego Imperatora, stary. - Sięgnął do swojej tuniki i wyciągnął parę 
małych, srebrnych pasków. I nóż Stena. Położył je na łóżku.

    Sten był pewien, że albo śni, albo Mahoney oszalał. Albo i jedno, i drugie.

    - Ale ja myślałem, że ja, to znaczy...

    - Zupełnie przypadkiem udało ci się spełnić najgorętsze życzenie szefa - powiedział Mahoney.

    - Chciał, żeby Thoresen zginął?

    - Nie życzył mu najlepiej. No i to oszczędziło całej masy wyjaśnień.

    - Tak, ale ten awans - stwierdził Sten. - Raczej nie jestem typem oficera.

    - Nie mogę się z tym nie zgodzić. Ale Imperator myśli inaczej. A dobry żołnierz zawsze słucha  
swojego przełożonego. Czyż nie, poruczniku?

    Sten uśmiechnął się.

    - Prawie zawsze - powiedział. Mahoney wstał, aby odejść.

    - A co z Bet?

    - Jeżeli nie masz nic przeciwko - odrzekł Mahoney - to przyłączy się do Zespołu Modliszki.

    Sten nie miał żadnych obiekcji.

       Wieczny Imperator z namaszczeniem odkurzył butelkę, wyciągnął korek i nalał dwa rzetelne 
drinki. Mahoney podniósł jeden. Popatrzył na niego podejrzliwie.

    - To znowu szkocka, szefie? - chciał się dowiedzieć.

    - Tak. Ale tym razem prawdziwa.

    - Skąd?

    - Nie powiem.

    Mahoney upił łyk. Zakrztusił się.

    - Co u...?

    Wieczny Imperator rozpromienił się. Pociągnął porządnie. Obracał płyn w ustach, napawając się 
smakiem.

    - Taka, jak trzeba - powiedział. Napełnił znowu szklankę.

    - Zrobiłeś wszystko jak należy? W sprawie Stena?

background image

    - Tak, jak pan powiedział, szefie.

    Imperator pomyślał przez chwilę.

    - Daj mi znać, jak on sobie radzi. Myślę, że trzeba mieć na niego oko.

    - Jestem tego pewien, szefie. Całkowicie pewien.

    Mahoney zmusił się do wypicia drinka. A potem wyciągnął szklankę po następną porcję. W tego 
rodzaju pracy musi się mieć pewność, że szef jest szczęśliwy.

    A Wieczny Imperator nienawidził pić w samotności.