background image

Allan Cole & Chris Bunch

Powrót Imperatora

szósty tom cyklu Sten

(The Return of the Emperor)

Przekład Radosław Kot

Wyd.ang. 1990

Wyd. pol. 1998

Dla Normana Spinrada,

(czynnego hippisa i komucha, jak to mówią)

Który pomagał nam przejść przez to bagno

i Dennisa Foleya,

(emeryta z pewnej jednostki specjalnej)

dzięki któremu nie opiliśmy się zanadto.

background image

Księga pierwsza

PRINCEPS

Rozdział 1

Statek był monstrualny. Powierzchnia każdego z dziesięciościennych boków przekraczała kilometr 
kwadratowy. Na pokładzie znajdował się tylko jeden człowiek. Unosił się na wodzie w płytkim 
basenie pośrodku jednego z pomieszczeń. Nagle otworzył oczy. Były niebieskie i niewinne jak u 
nowo narodzonego dziecka.
Minęło   trochę   czasu,   aż   szczęknął   zawór,   ciecz   spłynęła   i   jeden   z   boków   zbiornika   opadł. 
Mężczyzna usiadł i opuścił nogi na ciepły pokład. Poruszał się powoli i ostrożnie niczym niepewny 
swych możliwości rekonwalescent po długiej chorobie. Potem po prostu sobie siedział chwilę, a 
może godzinę lub cały dzień, aż wkoło zahuczał głos:
- Jedzenie i picie jest w sąsiednim pokoju.
Mężczyzna wstał posłusznie, zachwiał się, ale szybko odzyskał równowagę. Podszedł do ściany. Na 
wieszaku obok łóżko-basenu czekał błękitny uniform. Jedynie okrągła płytka mąciła gładź materii. 
Musnął   krążek   palcami.   Ściana   zmieniła   się   w   ekran.   Nagranie?   Obraz   radarowy?   Symulacja 
komputerowa? Ukazał się widok przestrzeni, ale jakiejś dziwnej. Była czarna, jednak mieniła się 
wszystkimi kolorami. Kłuła boleśnie w oczy. Mężczyzna znów dotknął przełącznika, aby wyłączyć 
ekran. Wciąż nagi, poczłapał do drzwi.
Stół czekał nakryty na jedną osobę. Mężczyzna zdjął kopulastą osłonę z talerza, sięgnął palcami 
jakiś kąsek, przeżuł, połknął. Każdy ruch wciąż był tak samo beznamiętny. Wytarł palce o udo i 
przeszedł do kolejnego pomieszczenia, gdzie stał rozkładany fotel. Nad siedziskiem wisiał lśniący 
stalą hełm z kompletem dziwnych macek wystających  z wewnątrz. Mężczyzna usiadł i nałożył 
hełm.   W   pokoju   pojawili   się   ludzie.   Chociaż   nie,   to   ten   mężczyzna   gdzieś   się   przeniósł.   Był 
odziany w mundur. Zgromadzeni uśmiechali się, krzyczeli, próbowali go dotknąć. Słyszał, jak sam 
też coś mówi, ale nie rozumiał ani słowa. Nagle z tłumu wyłowił spojrzeniem osobnika z bladą 
twarzą   i   chorobliwie   lśniącymi   oczami.   Tamten   wyciągnął   dłoń,   niby   do   powitania,   ale 
niespodziewanie dobył zza pazuchy coś lśniącego metalicznie... Mężczyzna poczuł, że kule wbijają 
mu się w pierś. Upadł. Bolało coraz bardziej... W jednej chwili obraz zniknął. Mężczyzna zdjął 
hełm. Znów był w pomieszczeniu z fotelem.
- Od dezaktywacji upłynęło sześć lat, trzy miesiące, trzy dni czasu ziemskiego - zadudnił znowu 
głos.
Twarz mężczyzny jakby drgnęła. 
Źle, pomyślał. Pięć lat za późno. Chociaż, przeleciało mu przez głowę, cóż to znaczy „późno”? I tak 
wszystko jedno... 
Wstał.
- Do odlotu zostało dziesięć dni pokładowych - zakomunikował głos.
Mężczyzna skinął głową. Wrócił do stołu. Czuł głód.

Rozdział 2

Była to cicha, mała planeta niczym niewyróżniająca się w systemie umierającej żółtej gwiazdy. 
Miejsce   bez   godnej   uwagi   historii,   z   dala   od   szlaków   turystycznych   i   handlowych,   rzadko 
odwiedzane przez gości. Wiele ziemskich lat temu zwiadowcza wyprawa imperium przebadała cały 
system,   skutkiem,   czego   odnotowano,   że   zdatna   do   zamieszkania   planeta   ma   masę   równą 
osiemdziesięciu siedmiu procentom masy Ziemi i proporcjonalną do tego stałą grawitacji, ziemski 
typ   atmosfery   i   jest   odległa   o   trzy   jednostki   astronomiczne   od   swojej   gwiazdy.   Klimat   od 
990tropikalnego   do   subarktycznego,   zróżnicowane   formy   życia.   Najlepiej   rozwinięty   lądowy 
drapieżnik przypominał kota, był spokojny, nieco płochliwy i niegroźny dla ludzi.

background image

Zapisano także: „Nie stwierdzono obecności wyższych form życia”.
Planetę   nazwano   XM-Y-1134   i   przez   kilkaset   lat   trwała   pod   tym   tylko,   zapewne   nikomu 
nieznanym, mianem. Drugą nazwę nadał jej dopiero pewien przedsiębiorca, który wybudował sobie 
posiadłość w strefie umiarkowanego klimatu. Zamieszkał tam razem ze swoją świtą i przez pewien 
czas zamyślał nawet przekształcić planetę w ośrodek wypoczynkowy. Ostatnią jego inwestycją był 
port kosmiczny, prawdziwe dzieło sztuki. Trudno powiedzieć, czy pomysł utworzenia kurortu miał 
szansę   powodzenia,   ponieważ   przemysłowiec   stracił   cały   majątek,   a   nawet   narobił   długów   i 
skończył  marnie.  Planeta  jednak niezmiennie  krążyła  po swojej elipsie, jak czyniła  to od paru 
ładnych  miliardów lat. Co kilkaset milionów obrotów wpadała w chmury kosmicznych  śmieci, 
przez co życie na jej powierzchni ulegało zagładzie i matka-ewolucja musiała zaczynać prace od 
początku? Obecnie planeta zwała się Smallbridge*. 
[* small bridge (ang.) - mały most.] 
Czemu tak właśnie, nie wiadomo. Tajemnicę pochodzenia owej nazwy zabrał ze sobą pechowy 
przedsiębiorca. Stenowi nie zależało na poznaniu prawdy. Ponad pięć lat spędził na penetracji plaż, 
bagnisk,   równin,   pustyń,   puszcz   i   lodowców   Smallbridge.   Czasem   w   towarzystwie,   czasem   - 
samotnie. 
Przeżył w tym okresie kilka mało znaczących przygód, parę przelotnych romansów. Nie spotkał 
żadnej kobiety tak godnej uwagi jak pamiętana z młodości, zdecydowana i konsekwentna Bet. Czy 
nieustępliwa Lisa Haines. Lub zagorzała hazardzistka St. Clair. Przez ostatni rok po prostu żył. 
Tylko tyle. Ogarnęła go chandra, której nijak nie potrafił rozgonić. W rzadkich chwilach trzeźwości 
umysłu   powtarzał,   że  potrzebuje   jakiegoś  towarzystwa.   Wymyślał  sobie  od  ostatnich  głupców. 
Przecież   miał   wszystko,  czego  można  zapragnąć,  prawda?   Cyganka  Ida,  dawna   przyjaciółka   z 
sekcji Modliszki, dopilnowała jego finansów. Gdy on przebywał  wraz z Alexem Kilgourem w 
obozach   jenieckich   Tahnijczyków,   Ida   uczyniła   go   bogatszym   ponad   wszelkie   marzenia. 
Opuściwszy piekło Heath, dowiedzieli się, że obaj są posiadaczami całkiem sporych fortun. Kilgour 
dorobił się ponadto całkiem okazałej posiadłości na rodzimej planecie Edinburgh, gdzie grawitacja 
znacznie przewyższała ziemską. Sten zaś stał się właścicielem własnej planety.
Wielkie dzięki, Ido. I co ja mam z tym dobrodziejstwem zrobić?
Spokojnie, Cyganka nie jest niczemu winna. Jak powiedziałby Mahoney: „Darowanemu koniowi 
nie zagląda się w zęby”. Mahoney przypomniałby też, że wyciągnął Stena ze slumsów Vulkana, w 
ostatniej chwili ratując młodego Delinqa przed karnym wypaleniem umysłu. Warknąłby zgorszony 
i dorzucił, że Sten wylazł przecież z tego bagna, w którym się urodził i przeszedł szczeble kariery 
od prostego szeregowca z piechoty do członka elitarnej sekcji Modliszki, że został potem dowódcą 
osobistej straży imperatora i bohaterem wojen z Tahnijczykami na dokładkę. Ostatecznie dostał 
awans na admirała. Wypomniałby, ile razy musiał się za niego wstydzić i dodałby na koniec, że 
widać   Sten  ma   wciąż  zielono   we  łbie  i   że  trzeba  mu   solidnego  kopa   na  rozpęd,  aby  przestał 
marnować czas i wziął się do roboty.
Ale Mahoneya nie było wśród żywych.
Dawny   szef   Stena,   Wieczny   Imperator,   skwitowałby   całą   tę   opowieść   o   depresji   i   smutkach 
gromkim śmiechem, nalałby podwładnemu podwójnego stregga i wysłał na front, by się chłopak 
przewietrzył. Mniejsza o to, na jaki front. Przecież żadne trwające ponad trzy tysiące lat imperium 
nie narzeka na brak wrogów.
Niestety, imperator też opuścił ten padół.
Podczas ostatniego wspólnego spotkania Sten wykrzyczał władcy, że definitywnie rozstaje się z 
wojskiem. Nie nęciła go perspektywa zaszczytów, nic nie obchodził fakt, że wyniszczone wojną z 
Tahnijczykami imperium potrzebowało każdego, kto miał głowę na karku.
Wieczny Imperator nie nalegał. Rozumiał, że Sten może być zmęczony. Przewidywał, że znudzony 
spokojnym życiem Sten sam zapuka jeszcze do drzwi. Oczekiwał, że stanie się to za jakieś pół 
roku.   Wieczny   Imperator   rzadko   się   mylił,   ale   tym   razem   nie   trafił.   Niemal   dokładnie   sześć 
miesięcy   po   owej   rozmowie   Sten   obudził   się   w   swojej   posiadłości   na   Smallbridge,   poklepał 
wylegującą się obok kształtną naguskę i mruknął pod nosem: „Nic z tego”.
Tydzień po pamiętnym spotkaniu Wieczny Imperator padł ofiarą zamachu.

background image

Dowodząc ochroną władcy, Sten zawsze najbardziej obawiał się głupich przypadków. I słusznie, 
ponieważ   to   było   właśnie   coś   takiego.   Ostatecznie,   nigdy   nie   da   się   zapewnić   całkowitego 
bezpieczeństwa  tak ważnej  osobie publicznej  jak Wieczny Imperator.  Nawet bitni  i bez reszty 
lojalni Gurkhowie to za mało. Raz na trzy tysiące lat może się zdarzyć, że ich kukri zawiodą. Jego 
Wysokość   wrócił   na   Świat   Centralny   jako   zwycięski   bohater.   Miliardy   miliardów   obywateli 
imperium oglądały bezpośrednią transmisję z powitania władcy. Imperator wysiadł ze swego jachtu 
i ruszył po płycie ku oczekującym limuzynom, które miały go zawieźć do Arundel. Obok szedł 
Tanz Sullamora, magnat przemysłu stoczniowego i zaufany członek prywatnej rady imperatora.
Sten pamiętał ten dzień, gdy też zasiadł przez ekranem. Komentator aż ochrypł od wywrzaskiwania, 
jak   bardzo   triumfalny   to   powrót.   Tracąc   głos,   dodał   jeszcze,   że   zgodnie   z   planem   zasadnicze 
uroczystości odbędą się w późniejszym terminie, gdy imperator odpocznie trochę, czyli za jakiś 
tydzień. Delegaci z całego mocarstwa przybędą wówczas i oddadzą hołd swemu wodzowi. 
Nikogo nie zabraknie, nawet najbardziej niepewnych sojuszników, którym imperator już wybaczył, 
że wahali się z udzieleniem wsparcia.
Sten   nie   wierzył   w   ani   jedno   słowo   tej   perory.   Zbyt   dobrze   znał   szefa.   Tydzień   zwłoki   miał 
niewątpliwie dać czas na czystkę. Szybką i zdecydowaną. Wojna skończona, więc pora wracać do 
interesów.
Imperator był przede wszystkim szefem największego w historii przedsięwzięcia,  które  ostatnio 
nieco zaniedbał. Ale gdy przyjdzie pora, widowisko będzie niewątpliwie wstrząsające. Nie bez 
powodu  władca uchodził za mistrza manipulacji. Jego przemowy zawsze miały niejedno, ale  co 
najmniej  dwa ukryte dna.
Sten   skupił   uwagę   na   rogu   ekranu,   gdzie   widniała   grupka   pracowników   portu     kosmicznego. 
Czekali w szeregu, by uścisnąć imperatorowi dłoń. Władca skierował się w  przeciwnym kierunku. 
I     bardzo   dobrze,   pomyślał   Sten.   Nie,   żeby   byli   groźni...   Bo   i   po   co   ktoś   miałby     atakować 
imperatora  teraz, gdy wojna skończona. Niemniej... Sten z zasady unikał podobnych sytuacji.  W 
takim   tłumie,     przy   błyskach   fleszy   ochrona   zawsze   traci   na   skuteczności.   Potem   dojrzał,   jak 
Sullamora zagaduje imperatora i wskazuje zgromadzonych. Sten  jęknął  bezwiednie. Wiedział, co 
Tanz wygaduje. Mówi zapewne, że ci tam czekają od paru   godzin i że nie   można im sprawić 
zawodu. Imperator zawahał się, ale poszedł, rzecz jasna. Szybkim krokiem, widać chciał  mieć to za 
sobą.   Gurkhowie   musieli   dobrze   wyciągać   nogi,   by   władca   ich   nie   wyprzedził.   Sprawnie 
wykonywał gesty pozdrowienia. Uśmiechał się, zagadywał, jak zwykle w  kontaktach z poddanymi. 
Ściskał dłonie oburącz tak przemyślnie, że jednocześnie  odsuwał  interlokutora, robiąc miejsce dla 
następnego. Stenowi coś mignęło w tłumie. Kie licho? Usłyszał charakterystyczny huk  wystrzałów. 
Wieczny imperator upadł na wznak. Obraz zawirował. Potem znów się uspokoił - ale   tylko na 
ułamek sekundy. Władca leżał na płycie. Stenowi serce zamarło. Wstrzymał oddech. Czyżby...? 
Potem ekran zaciągnął się bielą. Z głośnika dobiegł urwany nagle grom potężnej  eksplozji.
Przerwano transmisję.
Gdy ją wznowiono, Sten dowiedział się wszystkiego.
Wieczny Imperator został zamordowany.
Podobno przez szaleńca. Jakiegoś malkontenta imieniem Chapelle, który działał w   pojedynkę, 
wiedziony niezrozumiałym impulsem. Chyba pragnieniem zemsty za  wyimaginowane  krzywdy. 
Może był  chorobliwie ambitny lub zazdrościł imperatorowi   nieśmiertelności. Miliardy widzów 
siedziały nieme i wstrząśnięte przed ekranami. Sten też. Wszyscy  czekali  na dalszy ciąg wydarzeń. 
Imperator niewątpliwie zginął. Było wprawdzie trochę takich, którzy rzeczywiście  uważali  go za 
nieśmiertelnego. Niektórzy uzasadniali nawet, że przecież istnieją takie   niesamowicie   żywotne 
stworzenia, konkretnie pewne pasożyty, które potrafią przetrwać śmierć   nosiciela i   teoretycznie 
mogą bytować w nieskończoność. Podobnie jak niektórzy mieszkańcy  mórz czy  górnych warstw 
atmosfery. Ale mniejsza o czcze gadanie. Wszystko, co żywe,  prędzej czy później  umiera i nijak 
nie da się tego zmienić. Owa zasada w szczególności odnosi się do ludzi. A imperator niewątpliwie 
był  człowiekiem. Tego nikt nigdy nie kwestionował. Ale przecież trwał równie niewzruszony jak 
kosmos i swą niezmiennością dodawał  ducha  poddanym. Polityka władcy mogła być dyskusyjna, 
jednak nawet najbardziej  radykalni uczeni  uznawali jego państwowo twórczą rolę, a historycy z 

background image

zapartym   tchem   śledzili     kolejne   stulecia     panowania.   Nie   przypadkiem   zwano   imperatora 
„Wiecznym”. Długowieczności władcy nikt nie potrafił ogarnąć umysłem. Zwykły człowiek mógł 
liczyć   na jakieś dwieście lat życia. O ile miał szczęście, oczywiście. Wizja kogoś   wielokrotnie 
starszego  budziła lęk.
Sten znał imperatora od dość dawna. Władca zawsze wyglądał ledwie na trzydzieści  pięć  lat. Oczy 
lśniły mu wciąż młodzieńczo, czasem nawet żartował sobie z własnego   wieku. Ale   Wieczny 
Imperator szydził prawie ze wszystkiego. Nie było dla niego żadnych   świętości. Kpił   nawet z 
własnej osoby. Niekiedy jednak jego twarz dawała wyraz wielkiemu zmęczeniu czy znużeniu. Pod 
koniec  zmagań z Tahnijczykami podobne chwile trafiały się nawet często. Na czole  pojawiały się 
głębokie   zmarszczki, oczy spoglądały gdzieś w pustkę, myśli biegły w przeszłość tak   odległą, 
jakby leżała   poza zasięgiem pamięci wszystkich współcześnie żyjących istot. Obserwator czuł, 
naprawdę czuł  wówczas, że ten człowiek będzie młody jeszcze i wtedy, gdy nawet obecne dzieje 
dawno zostaną   zapomniane. Dwa dni po zamachu członkowie osobistej rady imperatora weszli 
kolejno   na   trybunę,     pospiesznie   wzniesioną   w   pobliżu   ruin   zamku   Arundel.   Zabrakło   tylko 
jednego:    Tanza   Sullamory.     Wierny  do  końca   sługa  zginął  podczas   eksplozji,  która  zgładziła 
wszystkich w  promieniu jednej  ósmej kilometra. Czemu Chapelle uznał za konieczne zdetonować 
tak potężny  ładunek, i to już po  zabiciu imperatora, tego nikt nie wiedział. Zresztą cała sprawa 
była bardzo  tajemnicza i pełna  zagadek, gdyż Chapelle też padł ofiarą własnych knowań. Pięcioro 
przedstawicieli   arystokracji   przemysłowej   stanęło   nieruchomo     naprzeciwko     wielkich   tłumów, 
które zeszły się na równinę. Komentator wyjaśnił dokładnie, kim  jest każdy  osobnik z owej piątki. 
Pierwszy   stał   Kyes,   wysoki,   smukły   i   srebrzysty.   Kontrolował   większość   rynku     sztucznej 
inteligencji.  Należał  do rasy Grb’czewów, niezwykle  rozwiniętej  umysłowo.    Uznawano go za 
rzecznika   całej   rady.   Obok   widniała   Malperin   szefująca   gargantuicznemu     konglomeratowi 
zajmującemu się rolnictwem, chemią i farmacją. Dalej Lovett, potomek rodziny  bankierskiej. Na 
końcu   bliźniaczki   Kraa,   jedna   niewyobrażalnie   otyła,   druga   chorobliwie   chuda.     Kontrolowały 
większość kopalń i hut imperium. Poza Sullamorą w skład rady wchodziła  pierwotnie jeszcze jedna 
osoba, baron mediów Volmer, jednak zginął on w pożałowania godnych  okolicznościach tuż przed 
końcem wojny. Kyes miał głos dźwięczny i miły dla ucha. W krótkich słowach wyjaśnił, jak to 
Parlament     przyjął   przez   aklamację   ustawę   powierzającą   w   wyjątkowej   sytuacji   rządy   byłym 
doradcom  imperatora. Żaden z członków wielkiej piątki nie pożądał owego brzemienia i  żaden, 
rzecz jasna,  nie czuł się dostatecznie godny, aby przyjąć odpowiedzialność za tyle istnień. Jednak 
w obecnej sytuacji nie mieli innego wyboru. Trzeba zaprowadzić porządek i   zakończyć  okres 
chaosu. Rada uczyni wszystko, co w jej mocy, aby rządzić mądrze,   sprawiedliwie   i gdy tylko 
nadejdzie sposobna chwila, a doradcy wierzą, że to już niedługo  nastąpi, ogłoszą wolne  wybory i 
referendum w sprawie formy panowania, jaką winno przyjąć tak tragicznie  osierocone  imperium.
Kyes powiedział, iż dostrzega niedoskonałość tego rozwiązania, jednak mimo   wielogodzinnych, 
wytężonych poszukiwań niczego lepszego nie udało się znaleźć.  Zaczęto zbierać  komisję mającą 
dogłębnie zbadać sytuację państwa. On sam, wraz z innymi  członkami rady, będzie  nastawiał ucha 
na każde słowo owego szanownego gremium uczonych. Powiedziano mu   jednak, że   nigdy w 
dziejach nikt jeszcze nie stanął przed zadaniem tak złożonym, więc  zapewne wiele czasu  minie, 
nim komisja zakończy prace. Kyes zaapelował o cierpliwość i poprzysiągł, że wszystkie działania 
wspomnianego    grona   ożywiać  będzie duch niezapomnianego wielkiego  męża,  który uratował 
swych  poddanych przed  tahnijską niewolą.
Potem członkowie rady kolejno występowali przed pozostałych i powtarzali mniej  więcej to  samo. 
Czasem ktoś dodał jakiś detal, na przykład zdradzając datę planowanego  pogrzebu, który  miał być 
wystawniejszy   i   bardziej   uroczysty   niż   jakikolwiek   pochówek   w   dziejach.     Podano   też   do 
wiadomości decyzję o przyznaniu pośmiertnie imperatorowi paru następnych  odznaczeń i tytułów. 
Ponadto ogłoszono rok żałoby.  Zaraz potem Sten wyłączył  ekran i zamyślił  się   głęboko. Nie 
potrzebował psychotreningu Modliszki, aby wiedzieć, iż oto na jego oczach  odbyło się  zagarnięcie 
władzy.  Właśnie. Rada będzie łaskawie rządzić, aż da się przeprowadzić wolne wybory.    Sten 
słyszał     już   podobne   jałowe   zapewnienie   wygłaszane   przez   kilku   despotów.   Zastanawiał   się 
jedynie, ile   czasu dzieli go od pierwszej próby zamachu stanu, i czy będzie ona udana. I jak 

background image

przebiegną  następne. I jeszcze, ile ich się zdarzy, nim cały system runie z hukiem. Sten  zaczął się 
obawiać, że   przez resztę życia przyjdzie mu przyglądać się coraz bardziej zażartej,   nieustannej 
wojnie  domowej.
Praktycznie   chodziło   o   nieograniczoną   władzę.   Kto   rządził   imperium,   ten     automatycznie 
kontrolował dystrybucję AM2, czyli antymaterii napędzającej całą współczesną  cywilizację. Tanie 
źródło mocy, bez którego większość systemów uzbrojenia pozostawała bezużyteczna,   a podróże 
międzygwiezdne   były   dosłownie   niemożliwe.   Pozbawiony   AM2   handel   skurczyłby   się     do 
rozmiarów wewnątrzsystemowego trampingu. Tylko na tyle pozwalał praktyczny  niewątpliwie, ale 
rozpaczliwie powolny napęd systemu Yukawy.
Sten nie mógł uczynić niczego, by oddalić perspektywę krwawych lat.
Wieczny Imperator nie żyje. Niech żyje imperator.
Sten czuł, że będzie mu bardzo brakowało szefa. Nie jak przyjaciela. Nikt nie   mógł szczerze 
nazwać   Wiecznego   Imperatora   przyjacielem.   Ale   jak...   towarzysza   broni.   Sten   upił     się   tego 
wieczora. I następnego. Nie trzeźwiał przez miesiąc, na zmianę sięgając po  szkocką i stregga, dwa 
ulubione trunki Jego Wysokości. Potem spróbował zadbać o swoje szansę. Nie zwracając większej 
uwagi na panujący w imperium chaos, wykupił wszystkie   dostępne   w okolicy zapasy AM2. I 
rychło mógł pogratulować sobie zapobiegliwości, ponieważ  ledwie kilka  tygodni później zaczęło 
brakować antymaterii. Czemu właściwie nie obchodziło go  to specjalnie.  Uznał, że widocznie rada 
postanowiła w swej nieskończonej mądrości porządnie   wypchać sobie   kieszenie. Na niewielką 
skalę   zajął   się   interesami,   jednak   nie   zagustował   w   tym   zajęciu.     Ostatecznie     skupił   się   na 
drobiazgach, trochę tak jak imperator, który zawsze potrafił   znaleźć sobie jakieś   hobby. Sten 
nabrał wprawy w gotowaniu, chociaż wiedział, że nigdy nie dorówna  mistrzostwu  władcy. Zajął 
się   majsterkowaniem.   Potem   nastał   czas   kilku   nader   rozwiązłych     romansów.   Gdy   i   te     go 
zmęczyły,   niepokojąco  prędko   zresztą,   zaczął  badać   i  porządkować   swoją    planetę.  Z   Alexem 
utrzymywał kontakt korespondencyjny. Nieustannie powtarzali, że pora  się  spotkać, ale rzeczona 
chwila nie mogła jakoś nadejść. Obecnie kłopoty z AM2   ograniczyły ruch   międzygwiezdny do 
tego stopnia, że przestali nawet wspominać w listach o  spotkaniu.
Ian Mahoney, ich jedyny prawdziwy przyjaciel, po cichu wycofał się z życia  publicznego i  zajął 
historią   wojskowości.   Niedługo   ją   studiował,   bo   zginął   w   jakimś   głupim     wypadku.   Utonął 
podobno, ciała zaś nie znaleziono. Co za ironia losu, pomyślał Sten, oto ktoś  wychodzący cało z 
największych nawet niebezpieczeństw po prostu utonął. Ale nie zbadał wówczas   sprawy bliżej, 
głównie za sprawą pogłębiającej się akurat depresji.
Ostatni rok dobrowolnego wygnania  był  najgorszy.  Sten nie dość, że łaził  ponury,    to jeszcze 
zaczął popadać w paranoję. Sam nie miał najmniejszego pojęcia, kogo właściwie   się boi. Nie 
potrafił sformułować żadnych podejrzeń. Ale nie szkodzi, paranoja nie potrzebuje  uzasadnień, by 
się   bujnie   rozwinąć.   Wszystkie   domostwa,   które   pobudował   sobie   w   różnych     zakątkach 
Smallbridge, były wyposażone jak na wypadek wojny.  Zapasy,  miny,  wyrafinowane   pułapki i 
czujniki. Znalazły się tam nawet drapieżne rośliny,  które sprowadził z jakiejś   zapadłej dziury. 
Przyjęły się jak dzikie w pozbawionym wrogów środowisku, aż musiał co pewien  czas ograniczać 
ich rozrost miotaczem płomieni.
Zamieszkał   w   rezydencji   w   północno-zachodnim   sektorze   na   drugim   z   kolei   pod     względem 
wielkości kontynencie strefy umiarkowanej. Chociaż nazwanie tego klimatu umiarkowanym było 
chyba  przesadą.  Wiatry  wiały tu     lodowate,  śnieg  zalegał   przez  większość  roku, mróz  skuwał 
rozległe lasy i  pobliski łańcuch  czterech potężnych jezior. Wszelako z jakiegoś powodu Stenowi 
bardzo się to   podobało, zupełnie   jak tym drapieżnym roślinom, które w chłodnym i wilgotnym 
klimacie   też   się     przyjęły,   aczkolwiek     niechętnie.   Nad   jeziorem   wzniósł   kilka   domów 
przypominających bunkry. Wnętrze jednego   przeznaczył całkowicie na olbrzymią kuchnię. Była 
tam też chłodnia i wszystko,   co potrzeba do   oprawiania drobnych zdobyczy myśliwskich czy 
dziwnie kulistych, ale jadalnych  mieszkańców  jeziora. Dodatkowo założył jeszcze hydroponiczną 
uprawę warzyw. Kolejny dom   zamienił na   warsztat. Wypełnił go narzędziami oraz materiałami 
budowlanymi rozmaitego   autoramentu. Tam   też trzymał i czyścił broń oraz ulubione zabawki 
szpiegowskie.   Trzeci   budynek     urządził   jako     mieszkalny.   Nie   zapomniał   też   o   małej   sali 

background image

gimnastycznej, w której regularnie  wypacał siódme  poty. Czasem ćwiczył również na mrozie, w 
nieskończoność przypominając sobie  wszystko, czego  nauczono go w sekcji Modliszki.
Ściany mieszkania pokrył boazerią z prawdziwego drewna. Wcześniej ściął na ten  cel  kilkanaście 
drzew. Z drewna też zbudował szafki i łóżka. Gdy skończył, dom  zrobił się tak  przytulny, że aż 
miło było w nim mieszkać. Czegoś jednak wciąż brakowało. Sten  wysilał pamięć  tak długo, aż w 
końcu go oświeciło. Kominek. Po kilku próbach i solidnym  podwędzeniu własnej  osoby zbudował 
kominek na tyle potężny, że mógł on pomieścić nawet dwumetrowe  kloce.  Ciągnął jak wszyscy 
diabli, grzał i świecił że trudno lepiej. Kobieta, która wówczas towarzyszyła Stenowi przez kilka 
miesięcy, powiedziała,   że coś jej   to przypomina, ale nie pamięta dokładnie, co właściwie. Sten 
długo   nalegał,   aby    sobie     przypomniała,   jednak   usłyszał   tylko,   że   miało   to   coś   wspólnego   z 
towarami   oferowanymi w sklepie   z „taniochą”. Sądząc po tonie głosu przyjaciółki chodziło o 
rzeczy   raczej   mało     gustowne.   Szybko   zapomniał   o   sprawie.   Jakiś   tydzień   później,   w   pewien 
piękny, pełen szarego światła i śnieżny dzień,  gdy wracał z  włóczęgi po lesie, zatrzymał się przed 
domem i ujrzał, że kobieta otwiera drzwi.   Zza jej pleców bił   ciepły blask i Sten zrozumiał, co 
miała wcześniej na myśli. Też sobie  przypomniał.
Dawno temu, jeszcze na Vulkanie, jego matka przedłużyła swój kontrakt o sześć  miesięcy,  żeby 
kupić   sztuczny   kominek.   Wiejska   dziewczyna,   zupełnie   zagubiona   w   wielkim     ośrodku 
przemysłowym, poświęciła pół roku życia dla czegoś, co uważała za dzieło sztuki. Na zewnątrz 
mroczniał zimny świat pogranicza, śnieg padał na skupiska biednych  domów,  a gdy otwierało się 
drzwi, wracając z pracy w fabryce lub lesie, ukazywał się  radośnie płonący  ogień. Kominek był 
największym  skarbem matki.  Zepsuł się po ośmiu  miesiącach.  Sten wyprosił  kobietę pod byle 
pretekstem,   chociaż   wiedział,   że   niesłusznie   ją     obwinia.     Przecież   nie   mogła   wiedzieć,   nie 
zamierzała...   Ale   on   z   kolei   nie   potrafił     dłużej   wytrzymać   jej     towarzystwa.   Tym   sposobem 
depresja pogłębiła się maksymalnie. Całymi miesiącami Sten  rozdrapywał  stare rany. I bez Rykor, 
morsowatego psychologa, zdawał sobie sprawę, jak źle  czyni. Doskonale o  tym wiedział, ale robił 
tak dalej. W masochistycznym zapędzie nazwał nawet  cztery pobliskie  jeziora na cześć swojej z 
dawna pogrzebanej rodziny. Największe, nad którym zbudował domy, ochrzcił Amos, od imienia 
ojca. Następne   poświęcił  matce.  Za jeziorem Freed ciągnęły się jeszcze Ahd i Johs, bo takie 
imiona nosili jego brat  i siostra. Dokonawszy mianowania, siadł obojętny i pocieszył się tylko, że 
może to  przygnębienie  minie kiedyś jak gorączka. Wypali się w końcu i odejdzie niczym zły sen. 
Tysiąc kilometrów na północ zamrugał na nocnym niebie jakiś jasny punkt. Łukiem  zsuwał  się 
coraz niżej. Zamarł na chwilę ponad zamarzniętą ziemią i pognał w kierunku   jeziornej siedziby 
Stena. Potem wśród gwiazd pojawiła się kula. Potężne emitery ożyły i skąpały całą   planetę w 
dezinformacyjnym szumie. Zamontowane przez Stena czujniki dały się ogłupić,  żaden alarm nawet 
nie   pisnął.   Od   kuli   oddzieliło   się   coś   jasnego   i   podążyło   śladem   pierwszego   pojazdu.   Kilka 
kilometrów od skupiska domów poobijana szalupa kosmiczna opadła na śnieg   czarną   plamą. Z 
otwartego włazu wyskoczyła mroczna postać w ciepłym kombinezonie, z   rakietami   śnieżnymi 
przy  butach.  Mężczyzna   wyprostował  się,   zawahał,   zlustrował   niebo.    Potężny  i    przysadzisty 
osobnik   złapał   wiatr   w   nozdrza   niczym   kodiak,   potężny   ziemski     niedźwiedź.   Nagle     ujrzał 
wyskakujące sponad horyzontu światło drugiego statku. Obrócił się i czym prędzej pomaszerował 
przez śnieg. Poruszał się   niespodziewanie   sprawnie jak na kogoś tak rosłego, zupełnie niczym 
tancerz. Omiatał spojrzeniem  grunt przed sobą  i bez trudu wybierał najdogodniejszy szlak. Nawet 
nie próbował maskować śladów.  Nie miał na to  czasu. Od czasu do czasu, na oko zupełnie bez 
powodu, obchodził widniejące na białym  puchu  krostowate ślady. Dotarł do skraju lasu i stanął. 
Grunt opadał tu niezbyt stromym urwiskiem.   Mężczyzna   westchnął ciężko, skręcił najpierw w 
lewo, potem w prawo. Urwisko ciągnęło się  jednak daleko w  obu kierunkach. Przybysz z jakiegoś 
powodu uznał, że nieodwołalnie przegradza mu  ono drogę. Za mężczyzną syknął właz drugiego 
statku. Pojawiło się siedem postaci ubranych   stosownie   do pogody. Szybkimi ruchami palców 
przekazali   sobie   jakieś   wiadomości   i   ruszyli     śladem     uciekiniera.   Szli   nierównym   klinem. 
Prowadził najwyższy członek ekipy. Bez  wysiłku przemierzali  połacie wysokiego śniegu, widać 
mieli grawiłazy. Gdyby ktoś ich obserwował, nie miałby wątpliwości - oto myśliwi podążający za 
zwierzyną. Tropiciele w trakcie polowania na grubego zwierza. Ich ofiara przyklękła obok urwiska, 

background image

zdjęła rękawice i zaczęła kopać ostrożnie w  śniegu.  Dłonie szybko drętwiały. Mężczyzna musiał 
przerwać, aby ogrzać je za pazuchą.  Pościg zaś nie  ustawał.
Ostatecznie pokazała się srebrzysta nitka tak cienka, że nawet pająk by  pozazdrościł.  Mężczyzna 
zdmuchnął  z niej resztki  śniegu i zaczął  chuchać,  aż zamarzająca    wilgoć otuliła  nić   lodową 
otoczką.   Gdy   uznał,   że   już   starczy,   wyciągnął   maleńkie   urządzenie   z   ledwo     widocznymi 
krokodylkami. Podważył paznokciem tył pudełeczka, pogmerał szpilką w otworkach  programatora 
i poczekał, aż maszynka piśnie oznajmiając gotowość. Mężczyzna zamknął pokrywkę, wymruczał 
coś w rodzaju krótkiej modlitwy i powoli   zbliżył całość do nici. Błysk lasera przeciął lodowato 
mroźne powietrze i stopił śnieg o milimetry od  kolana  uciekiniera. Ten skrzywił się, ale opanował 
odruchowe pragnienie, by poszukać  jakiejś kryjówki.  Wciąż tak samo ostrożnie robił swoje. Jeśli 
się teraz pomyli, to skutki będą o  wiele bardziej  dotkliwe niż zwykła rana postrzałowa... Musiał 
dotrzeć do Stena. Niepostrzeżenie, bo w przeciwnym razie nieświadom  niczego Sten  uzna go za 
intruza.   I   zadziała   w   swoim   stylu.   Szczypczyki   zacisnęły   się   na   nitce.   Mężczyzna   wstrzymał 
oddech. Czekał. Kolejny   strzał.   Wiedziony światłem lasera pocisk rozłupał końcówkę rakiety 
śnieżnej. Pudełko  znów pisnęło.  Znaczy, wszystko w porządku. Olbrzym skoczył ponad drutem i 
zniknął   między   drzewami   dokładnie   w   tej   samej     chwili,     gdy   prześladowcy   pojawili   się   w 
bezpośrednim polu widzenia. Tam, gdzie przed   chwilą była ich   ofiara, została tylko buchająca 
gorącem   dziura   w   śniegu.   Pogoń   przyspieszyła.   Ciemne   postaci   również   starannie   omijały 
widniejące tu i  ówdzie  dziwne ślady. Ostatecznie dotarły do linii lasu, sprawnie przepłynęły nad 
urwiskiem i wylądowały   po drugiej stronie. Dowódca przekazał podwładnym kilka bezgłośnych 
poleceń.  Formacja  rozproszyła się i zniknęła między drzewami.
Sten chodził z kąta w kąt. Wziął do ręki dawną, w skórę oprawną księgę, przez  chwilę  patrzył na 
tytuł, ale obojętnie, jakby treść słów do niego nie docierała. Potem   rzucił tom na blat   stołu, 
podszedł do kominka i grzebał w nim dopóty, dopóki płomienie nie  strzeliły wysoko. Wciąż  było 
mu  zimno, zatem podłożył  następne pokaźne polano. Coś mu nie grało, a on nie wiedział, co 
właściwie.   Ciągle   zerkał   na   monitory     systemu     bezpieczeństwa,   ale   światełka   uparcie   lśniły 
zielenią. Czyżby kłamały? Dreszcz  przeszedł mu po  plecach. Z racjonalnego punktu widzenia Sten 
zachowywał się jak przerośnięty   dzieciak, taki co to   boi się ciemności i podskakuje na każdy 
szelest. Część umysłu podpowiadała   również, żeby dać   sobie spokój z urojeniami. Wszelako 
instynkt przetrwania protestował wielkim   głosem. Sten przełączył  czujniki i kamery na ręczne 
sterowanie. Nadal zielono.  Przeszukał  wszystkie sektory. Nic. Zdegustowany, włączył z powrotem 
automatykę  i w tejże   chwili znaczniki   mignęły na ułamek  sekundy żółcią. I zaraz ponownie 
pozieleniały. Co jest u  licha? Przeszedł na  tryb ręczny i raz jeszcze na auto. Tym razem nic nie 
mrugnęło. Sten zaczął   podejrzewać, że ma   halucynacje. Niemniej podszedł do drzwi i wyjrzał. 
Wkoło tylko  śnieg. I jasny księżyc  w   pełni. Zerknął   na obraz kamer  skrytych  na pobliskich 
drzewach. Wszystko w porządku, pokazywały  nawet jego  własny cień. Z drugiej strony domu też 
nic się nie działo.
Zachowuję się jak idiota, pomyślał biorąc ze stojaka przy drzwiach broń i  wychodząc na  zewnątrz.
Cisza. Niczego niezwykłego. Sprawdził okolicę centymetr po centymetrze. Nic.  Zabezpieczył broń, 
łajając się w duchu; przecież może upuścić ją przypadkiem,  odstrzelić sobie  kolano i co wtedy? 
Cóż, trudno pozbyć  się dawnych  odruchów. Wsunąwszy pistolet   za pas, ruszył    z powrotem. 
Wszedł i pchnął drzwi. Poruszyły się gładko na dobrze naoliwionych  zawiasach.  Obracał się już 
ku kominkowi, gdy zamarł.
Nie usłyszał charakterystycznego odgłosu zatrzaskującego się zamka. Może pchnął   zbyt   słabo? 
Pewnie tak.
Napiął mięśnie prawej ręki. Pobudzone stosownym ruchem supercienkie i nader  wytrzymałe ostrze 
wysunęło się spod pachy. Zacisnął palce wokół rękojeści. Dla utrzymania formy, a po trosze i dla 
osobliwej zabawy, czasem wyobrażał   sobie, że ma   kogoś za plecami. Zasadniczo coś powinno 
zdradzić intruza: oddech, szelest   ubrania. Dawni   instruktorzy powtarzali, że zawsze coś można 
usłyszeć lub wyczuć. Na przykład  ciepło. Jakąś  zmianę ciśnienia. Mniejsza o to, jaką. Starczy byle 
sygnał.

background image

Sten obrócił się na pięcie i równocześnie odsunął, by uniknąć ewentualnego  ciosu. Ciął  grubym 
jedynie na piętnaście molekuł nożem. Nic nie oprze się takiemu ostrzu,  potrafiło gładko  odciąć 
trzymającą broń rękę, zostawiając zdumionego wroga z krwawiącym upiornie   kikutem. Padając, 
Sten wypatrywał jakichkolwiek rzeczywistych oznak zagrożenia. Od tych  obserwacji uzależniał kąt 
lądowania na podłodze i sposób przeprowadzenia  następnego ataku,  jeśliby do niego doszło. Nóż 
trafił   jednak   w   próżnię.   Także   za   drugim   razem.   Dysząc   ciężko   Sten   stanął   na     szeroko 
rozstawionych nogach i spojrzał na niedomknięte drzwi. Oczywiście nie było tu   nikogo. Nigdy. 
Schował nóż pod pachę. Krzywiąc się i potrząsając głową podszedł do drzwi, aby je zatrzasnąć. 
Pora  zająć się  obiadem, pomyślał. Co dzisiaj jemy?
Ledwo dotknął klamki, drzwi uderzyły go z rozmachem. Poleciał do tyłu.  Straciwszy  równowagę, 
przetoczył się po podłodze i odbił od ściany. Wstając, błyskawicznie   sięgnął po nóż.   Ale nie 
zdążył go wyciągnąć.
- Żeby cię cholera, Sten! - krzyknął przybysz. - Przestań!
Sten zamarł z otwartymi szeroko ustami. Co jest? Takich cudów nie ma. Przecież  to...
- Rusz się wreszcie! - warknął eks-marszałek floty Ian Mahoney. - Mózg ci  zamarzł? Cały  zespół 
Modliszek depcze mi po piętach. Nie pora na wyjaśnienia, bo obu nas  załatwią. Dalej! W  nogi!
Sten czym prędzej zebrał szczękę z podłogi i zaczął działać.
Razem przepełzli szybko kręty tunel, który zaczynał się za kominkiem, a kończył  w małej  kępie 
drzew rosnących jakieś osiemdziesiąt metrów od głównego budynku. Tunel był   celowo   skąpo 
oświetlony  i   nie   bez   powodu  wił   się,   jak  dotknięty   chorobą   świętego   Wita     wąż.   Za   plecami 
słyszeli, jak ktoś obtłukuje kamienie kominka, żeby się do nich dostać. Sten  starał się nie myśleć o 
tych miesiącach, które ciężko przepracował przy budowie przejścia. A ile się  nadźwigał otoczaków 
znad jeziora... Teraz był jednak wdzięczny gnębiącym go od jakiegoś czasu bogom paranoi. Dzięki 
nim  zbudował wówczas tunel i najeżył go pułapkami. Jeśli napastnikom uda się do  niego wejść, co 
wcale nie jest takie proste, napotkają dalsze kłopoty. Przekonają się, że  Mahoney i Sten to sprytna 
zwierzyna.  Mdłe   światło  utrudni   im  celowanie,   łagodne   zakręty  jeszcze   pogorszą    sprawę.  Na 
dodatek   osłabią   siłę   ewentualnych   eksplozji.   A   bliskie   ściany   zmuszą   ich   do     marszu   w 
pojedynczym   szeregu.   Oczywiście   mogliby   użyć   gazu,   ale   system   wentylacyjny   był   tak 
skonstruowany, że  co kilka  sekund wymieniał całe powietrze w tunelu. Kiedy wreszcie dotarli do 
komory końcowej, mogli się wyprostować. Na półkach  czekały  kombinezony, wyposażenie i broń. 
Wyjście było tuż obok. Wystarczyło wcisnąć  guzik, a właz  otwierał się bezszelestnie. Na zewnątrz 
wszystko zostało starannie zamaskowane  krzakami, ziemią  i kamieniami. W pobliżu ciągnął się 
gęsty las, porastający brzeg zamarzniętego  jeziora.
Sten szybko się przebrał i skinął na Mahoneya, by wziął sobie parę grawiłazów.  Głucha  eksplozja 
dała znać, że prześladowcy dostali się do tunelu.
- Na pewno obstawili teren. Czekają i tutaj - powiedział Mahoney.
- Wiem - odparł Sten i otworzył właz.
Chłodne powietrze wypłynęło do środka. Klapa zamykała się automatycznie. Sten   przymocował 
ładunek wybuchowy pod włącznikiem włazu. Dość tradycyjna pułapka.
- Znajdą - powiedział Mahoney.
- Zdziwiłbym się, gdyby nie znaleźli - stwierdził Sten. - Ale przynajmniej  zmarnują chwilę.
- Może powinniśmy...
Sten uniósł dłoń i przerwał Mahoneyowi.
- Bez obrazy - mruknął - ale o tunelach wiem chyba wszystko. I o wyjściach z  nich także.  Jak 
może pamiętasz, mam pewne doświadczenie.
Mahoney zamilkł. Ostatecznie Sten spędził kilka ładnych lat w obozach jenieckich  Tahnijczyków, 
brał   udział   w   kopaniu   tunelu   pod   twierdzą   Koldyeze,   został   nawet     Wielkim   Iksem,     czyli 
przewodniczącym miejscowego komitetu ucieczkowego. Bez wątpienia znał się  na rzeczy.
- Pomóż mi trochę - polecił Mahoneyowi.
Ściągnął   pokrowiec   ze   starych   sani,   które   jakiś   czas   temu   przerobił   na   motorowe.     Razem 
przeciągnęli je do wyjścia. Sten włączył większość systemów i nastawił  automatyczne sterowanie 

background image

na kurs zygzakami. Potem kazał Mahoneyowi odsunąć się odrobinę i uruchomił  silnik. Błysnęło, 
gruchnęło i potężnie zadymiło. Mahoney zaniósł się kaszlem, łzy  pociekły mu z  oczu.
- Załatwią nas na cacy - warknął z wyrzutem.
Sten uciszył go spojrzeniem.
Potem wcisnął pedał gazu i odskoczył. Sanie ryknęły i wyskoczyły z tunelu. Sten  spojrzał  za nimi. 
Gąsienice wzbijały tumany śniegu, a ognie z rur wydechowych rzucały  blask na okolicę.  Pojazd 
skręcił w ostatniej chwili, omijając drzewo, ale i tak strzał z lasera   wypalił mu kilka dziur w 
karoserii.
- Teraz! - krzyknął Sten.
Wyczołgali się na zewnątrz. Sten zobaczył ciężko zaskoczonego napastnika,  uskakującego  saniom 
z drogi. Uniósł broń.
Tamten   drgnął   i   runął   z   idealnie   okrągłą   plamą   pośrodku  czoła.   Mahoney   strzelił     do   drugiej 
postaci, ta jednak zdążyła się skryć. Zanim się zorientowała, Sten i Mahoney   odskoczyli dalej. 
Dziewczyna szeptem przekazała przez przyczepiony do krtani mikrofon informację   tym, którzy 
kotłowali się jeszcze w tunelu. Szybko odszukała ślady na śniegu. Wyraźne i  głębokie. Nie będzie 
trudno ich znaleźć, pomyślała, szczególnie przy tak jasnym świetle księżyca. Nagle wyczuła za 
plecami jakieś poruszenie. Chciała się odwrócić, uniosła broń,  ale nie  zdążyła zrobić nic więcej. 
Po chwili leżała na śniegu z poderżniętym gardłem.
Sten wytarł nóż o jej kombinezon.
- Albo ja się jakoś dziwnie starzeję - mruknął do wyłażącego zza drzewa Mahoneya   - albo   to 
młode pokolenie nie jest tak dobre jak my kiedyś.
Mahoney spojrzał na ciało. Byłym szefem Korpusu Merkurego, a więc również  dowódcą  sekcji 
Modliszki,   targały   w   tej   chwili   sprzeczne   uczucia.   Przyjrzał   się   Stenowi.     Dawny   przyjaciel 
postarzał się, twarz miał nieco pobrużdżoną, jednak lata dodały mu powagi. Oczy  miał jakby nieco 
głębiej osadzone, jednak nadal czaiły się w nich te same iskierki ironii i  prześmiewczego cynizmu. 
Może zgorzkniał odrobinkę, ale humoru chyba nie stracił. Chował właśnie coś pod  pachą.
Nie, pomyślał Mahoney. Oni nie są gorsi od nas. 
I wzruszył ramionami.
- Ty masz doświadczenie - powiedział zamykając temat. - Ale zostało jeszcze  pięciu. A z  nimi 
może nie pójść tak gładko. Wierzę, że masz jakiś plan.
- I owszem - odparł Sten. 
Bez słowa przypiął grawiłazy, włączył je i nastawił  tak, by  unosiły go kilka centymetrów ponad 
śniegiem.   Potem   skierował   się   w   głąb   lasu.     Kijki   wbijał     głęboko.   Chciał   mieć   pewność,   że 
prześladowcy na pewno nie zgubią jego tropu.
Mahoney sporo już przeżył  i niejedno widział,  ale  gęste  zarośla,  przez które    prowadził  Sten, 
wprawiły go w solidne zdumienie.
Rośliny   przypominały   drzewa,   choć   nimi   nie   były.   Tworzyły   ponad   trzymetrową     plątaninę 
kojarzącą się z rozbudowanym systemem korzeniowym. Z bliska jednak korzenie  okazywały się 
rurowatymi tworami, utkanymi z ciasno zbitych liści. Mahoney pomyślał, że takie   coś musiało 
chyba  rosnąć przez wiele stuleci. Dopiero później dowiedział  się, że trwało to   tylko  parę lat. 
Konary   były   kosmate   i   wyglądały   na   wytrzymałe,   choć   wiły   się   niczym   kłącza.     Podłużne   i 
wąziutkie jak igły liście miały ostre brzegi i lśniły, jakby były pokryte  wilgotnym śluzem. W tym 
klimacie? Dziwne. Czy nie powinny zamarznąć? Mahoney chciał dotknąć rośliny.
- Nie! - rzucił Sten, a widząc zdumione spojrzenie Mahoneya, pożałował ostrego  tonu. Ale  tylko 
trochę. - Nie lubią dotykania - dodał i bez dalszych wyjaśnień ruszył  dalej.
Mahoney miał wrażenie, jakby zataczali wielkie koło i zbliżali się ponownie do  jeziora. 
Jakiś biały ptak o skórzastych skrzydłach zerwał się z głośnym krzykiem i zaczął  krążyć w świetle 
księżyca.
- Nadchodzą - szepnął Sten. - Wreszcie. Zacząłem się już obawiać, że ich  zgubiliśmy.
- Nie tak łatwo - mruknął Mahoney. - Pewnie musieli się naradzić z macierzystym   statkiem.   - 
Wskazał nocne niebo. Nie tyle ptaka, co jednostkę dowódczą, która musiała   krążyć na bardzo 
niskiej orbicie stacjonarnej.

background image

- Nim też się potem zajmiemy - powiedział Sten.
Zanim   Mahoney   zdążył   spytać,   w   jaki   sposób   mieliby   to   zrobić,   Sten   znów   sięgnął     po   nóż. 
Ostrożnie podszedł do jednego z drzew i wybrał nisko zwieszony konar. Mahoneyowi  wydawało 
się, że gałąź drgnęła, ale tak delikatnie, że mogło to być równie dobrze   złudzenie. Na liściach 
wykwitły wyraźne kropelki wilgoci, dziwnie kojarzące się ze śliną, a same liście  zaczęły poruszać 
się, jakby coś przeżuwały. Sten rozciął korę. Śluz zagotował się wokół rany i gałąź wystrzeliła pętlą 
w  kierunku Stena,  który jednak zdążył odskoczyć.
Mahoney zdrętwiał. Ciecz kapała na śnieg syczącą, pełną bąbelków kałużą.
- Teraz malutkie dostaną szału - rzucił Sten w ramach wyjaśnienia.
Poszli   dalej.   Sten   powtórzył   operację   jeszcze   kilka   razy,   zawsze   wywołując   tę     samą   reakcję. 
Roślina atakowała, chybiała i po paru chwilach bolesnych drgawek jakby zapadała  w letarg, a rany 
zasklepiały się błyskawicznie. Gdy Sten po raz pierwszy trafił na te zarośla podczas jednej ze 
swych   podróży,     natychmiast     zainteresowały   go   swoimi   unikalnymi   właściwościami.   I   nic 
dziwnego; ich system  obronny mógł  zafascynować, szczególnie byłego Mantisowca. Po pierwsze 
ze względu na ostre  liście i palący  sok, ale nie tylko. Zaatakowane reagowały wytwarzając jeszcze 
bardziej stężony  kwas dokładnie w  tym miejscu, gdzie je zraniono. W takim stanie pozostawały 
jakiś kwadrans.  Niektórzy  roślinożercy nabyli nawet odporności na normalny sok i nagryzali po 
kawałeczku,   za każdym   razem wybierając inną gałąź. Wiedzieli co robią, bo roślinka ta była 
zazwyczaj     tak   samo     warzywem   jak   byle   pomidor.   Jednak   tutaj   rozwinęła   się   nieco   inaczej, 
zapewne głównie za sprawą surowego   klimatu.   Zmarznięta ziemia nie dostarczała zbyt  wiele 
wody i minerałów.  Owszem,  starczało    ich do   przetrwania,  ale w  głodnych  roślinach  szybko 
zaczęły rozwijać się instynkty  drapieżcy. Tak, że  teraz żywa zdobycz stanowiła miłe urozmaicenie 
w ich diecie. Pobudzone przez Stena będą rzucać się na wszystko, co wejdzie w zasięg ich  gałęzi. 
Również i na ludzi.
Odeszli już trochę od gaju, gdy Mahoney usłyszał rozdzierający krzyk, który nie  umilkł od  razu, 
tylko  ciągnął  się jękliwie przez kilka  minut,  aż syknął  laser i zapadła    cisza. Mahoney aż się 
wzdrygnął.
- Zostało już tylko czterech - powiedział Sten.
Mahoney nie odpowiedział.
Przyklękli nad brzegiem lodowej tafli, tuż za małym spiętrzeniem skał. Zbliżał  się świt, ale  światło 
było jeszcze myląco słabe. Mahoney dostrzegał jedynie linię drzew na   przeciwległym    brzegu 
jeziora, odległym o niecały kilometr. Dwie minuty marszu w grawiłazach.  Oczywiście, o ile  ktoś 
się nie potknie.
Przez całą noc zwodzili napastników. Czasem Sten przyspieszał, jakby chciał ich  zgubić,  potem 
zwalniał,   zapewne   celowo,   aż   tamci   zaczynali   deptać   im   po   piętach.   Teraz     powinni   być   już 
zmęczeni. 
Cholera! Ja też mam dosyć, pomyślał Mahoney.
Jedyną dobrą wiadomością było to, że uszczuplony zespół nie został uzupełniony.  Wniosek  był 
prosty: na pokładzie statku nie było posiłków.
Mahoney zdążył  dotąd jedynie  naszkicować  całość sytuacji.  Nie własnej, tylko    ogólnej. Rada 
wpadła w desperację. Rozesłali więc zespoły Modliszki po całym imperium. Z  jednym  zadaniem: 
pojmać  i  przesłuchać  wszystkich,  którzy byli  dość blisko  imperatora,    by posiąść  jakieś    jego 
sekrety.
Sten zdumiał się bardzo.
- A co ja niby mogę wiedzieć? Jasne, dowodziłem jego ochroną i wiedziałem  wszystko, co  tyczyło 
się Tahnów, ale to stare sprawy. Żadnych sensacji na pierwszą stronę.  Mogliby oszczędzić  sobie 
fatygi i po prostu spytać.
- Im chodzi o AM2 - powiedział Mahoney. - Nie mogą ustalić, skąd nasz szef to  brał.
- Ale... Przecież to oczywiste - zająknął się Sten. - Wszyscy wiedzą...
- Właśnie. Wszyscy sądzą, że wiedzą, ale się mylą. A magazyny zaczynają świecić  pustkami.
Sten zastanowił się i otworzył wyciągnięty z kieszeni balonik.
- Alex! - rzucił niespokojnie. - Jego też będą szukać. Musimy...

background image

- Już się tym  zająłem  - powiedział  Mahoney.  - Wysłałem  mu  ostrzeżenie.  Mam   nadzieję, że 
dotarło. Zabrakło mi czasu na więcej.
Wskazał   w   kierunku,   skąd   spodziewali   się   nadejścia   napastników,   co   starczyło   za     całe 
wyjaśnienie. Widać już od dłuższego czasu wyprzedzał ich tylko nieznacznie.
- Gdy już się ich pozbędziemy, trzeba będzie złapać Alexa - mruknął Mahoney. -   Uzgodnimy 
jakieś dogodne miejsce spotkania.
Sten roześmiał się.
- Nie trzeba. Alex będzie wiedział, gdzie nas szukać.
Mahoney chciał spytać, w jaki sposób, ale głęboko w lesie coś skrzypnęło.
Ruszyli dalej.
Zatrzymali   się   nad   brzegiem   jeziora.   Sten   postanowił   poczekać,   aż   zrobi   się     nieco   jaśniej. 
Mahoney był wściekły. Ten idiota chce, żeby go zobaczyli... Szybki uścisk nadgarstka poderwał go 
do dalszej drogi. Gdy sunęli ponad lodem, Mahoney dostrzegł w dłoni Stena małe pudełeczko z 
czerwonym     przyciskiem.   Wiatr   wiał   im   w   plecy   i   ledwo   nadążali   machać   kijkami.   Mimo 
kombinezonów mróz  kąsał  do szpiku kości.
Mahoney czuł, że jeszcze chwila a jego płuca odmówią współpracy.
Z przodu podniosła się chmura lodowych drobin. Usłyszeli syk lasera. Niedobrze.  Prześladowcy 
byli już blisko. Mieli mało czasu. Drugi brzeg wyłonił się niespodziewanie. Nie zwalniając, wpadli 
na kamienisty   grunt   między drzewa. Mahoney omal nie stracił równowagi. Sten przeturlał się i 
spojrzał na jezioro. Mahoney, sapiąc ze zmęczenia, też  odwrócił w  końcu głowę. Tamci nadciągali 
w luźnym szyku. Mahoney uniósł broń. Ale Sten go powstrzymał.
- Jeszcze nie - szepnął.
Mahoney znalazł porządną kryjówkę i spokojnie zlustrował jezioro. Wróg dotarł już do środka tafli. 
Sten przycupnął obok ze swoim pudełeczkiem.  Położył  palec na czerwonym guziku i nacisnął, aż 
zbielała kostka. Mahoney spojrzał na jezioro. Ryknęło i cały środek tafli uniósł się w powietrze. 
Kry,   wielkie jak domy, poleciały daleko na boki. Spod powierzchni wynurzył się lśniący, biały 
statek. Ciemne sylwetki,  niewątpliwie ciała,  runęły do lodowatej wody. Nie wiedział, czy spotkała 
ich śmierć szybka i lekka, czy powolna i bolesna.  Jeśli nawet  krzyczeli, w zgiełku nie było niczego 
słychać.
Sten tymczasem usiadł i wyjął następny balonik.
Mahoney jęknął w duchu. Spojrzał na niebo.
- To by było na tyle w kwestii brania żywcem - mruknął. - Nie zaryzykują  wysłania  następnego 
zespołu, nawet jeśli mają jakiś wolny. Ci z góry zrzucą na nas bombkę  i koniec pieśni. 
Przynajmniej sam bym tak zrobił.
- Też na to wpadłem - odparł Sten. - Ale mamy to... - spojrzał na wyrastający  jeszcze z  jeziora 
biały statek. - I dwa w zapasie. Twoją szalupę i lądownik zespołu. Chyba  starczy na małą  akcję 
dywersyjną, nie sądzisz?
Mahoney prawie się uśmiechnął. To mogło zadziałać. Chciał wstać, ale Sten go  powstrzymał.
- Głodny jestem - wyjaśnił. - Nie wiadomo, kiedy znów zdarzy się spokojna  chwila?  Najpierw coś 
zjedzmy.
Mahoney dopiero teraz poczuł, jak łaknienie skręca mu kiszki. Miłe uczucie. 
Tylko żywi  łakną.

Rozdział 3

Laird   Kilgour   z   Kilgourów   -   niegdyś   zawodowy   podoficer   Alex   Kilgour   (weteran     Pierwszej 
imperialnej Dywizji Gwardii), potem niejaki A. Kilgour, odesłany do zadań  specjalnych w służbie 
imperialnej, jeszcze później sierżant Kilgour z Działu Operacyjnego Sekcji  Modliszka (specjalista 
od materiałów wybuchowych i treningu tajnych agentów), posyłany przez Wiecznego  Imperatora 
wszędzie tam, gdzie należało działać cicho a nader skutecznie - nadal dobrze się  trzymał, chociaż 
obecnie był tylko lairdem, czyli szanowanym panem na włościach.

background image

- ...od niepamiętnych dni lało jak z cebra. No to sąsiedzi przyszli w końcu z   propozycją, aby 
przeniosła się na jakieś wyżej położone tereny. Ona jednak odparła, że nie. Że   przyjmie wyrok 
losu, Bóg zajmie się starą kobietą. Pan, czyli Laird, pomoże.
To   był   piękny   wieczór.   Masywny   mężczyzna   rozwalił   się   na   ławie,   nogi   oparł   na     stołku, 
malowniczo  zebrał zadarty kilt między udami. Z prawej strony ustawił zapas,   wedle wyboru: 
karafkę pełną tradycyjnego szkockiego trunku, obecnie importowanego z Ziemi za  forsę tak ciężką, 
że każdy mniej bogaty od Kilgoura padłby na widok rachunku, oraz litrowy kufel   porządnego 
jasnego piwa. Ogień płonął w kominku, tak obszernym,  że pomieściłby trzech mężczyzn  obok 
siebie. Za  oknem tawerny Deacona Brodiego huczała burza. Nie byle jaka, ale polarna; typowa  dla 
planety  Edynburg, rodzinnego świata Alexa. Jego specyfika polegała na ciążeniu, równym  trzy G. 
Piękny wieczór. Kilgour był właśnie przy czwartej... chwilę, piątej kolejce.  Wkoło miał  samych 
dobrych   przyjaciół,   którym   na   dodatek   nie   sprzykrzyły   się   jeszcze     powtarzane   raz   za   razem 
opowiastki. Na dodatek barmanka zastanawiała się nieśmiało, czy laird Kilgour  nie byłby tak miły, 
aby w tę zadymkę  odprowadzić ją do domu. Było spokojnie i bezpiecznie. Kilgour z czystego 
przyzwyczajenia siedział  plecami do  ściany i wyłącznie przypadkiem trzymał prawą dłoń o kilka 
centymetrów od  usadzonego w kaburze  na udzie pistoletu.
- No ale wciąż pada, woda się podnosi. Chlewik jej zmyło, kaczki popłynęły na   poszukiwanie 
mniej burzliwej okolicy, i wtedy na drodze pokazał się grawiwóz.  Córka przyjechała.  I wrzeszczy: 
„Mamusiu!   Powódź   idzie!   Musisz   uciekać!”.   Stara   jednak   krzyczy,   że     nie.   Nie     wyjedzie. 
Wyobrażacie sobie, bo Laird pomoże! A deszcz leje, woda coraz wyżej.  Kurczaki  uciekły na dach, 
parter   już   zatopiony.   Wtedy   nadpłynęła   łódź.   „Mamusiu!   Płyń   z     nami!   Uratujemy     cię!”   I 
zgadnijcie, co stara odpowiedziała! „Nie, nie. Laird pomoże”. A ulewa  jakiej świat nie  widział - 
pierwsze piętro zalane. Stara wlazła na dach i siedziała tak między   kurczakami, gdy   nadleciał 
grawilot ratunkowy. Zawisł nad dachem i otworzył drzwi. „Mamusiu!”  słychać,  „przylecieliśmy, 
żeby cię uratować!” Ale ona jest uparta. Raz jeszcze drze się,  chociaż  zachrypnięta, że nie. Bo 
„Laird pomoże”. Ale deszcz nie ustawał. W końcu woda  doszła do dachu,  a stara się utopiła. No i 
poszła do nieba. Cała wściekła jak cholera. Staje tam  przed obliczem Pana i  tak mówi: „Boże, raz 
tylko w życiu poprosiłam cię o pomoc i wzgardziłeś mną...”
Zabrzęczał komunikator. Gospodarz tawerny szybko odebrał.
- Alex, to do ciebie. Z hotelu.
- Żeby ich - warknął Kilgour, ale wstał. - Poczekajcie, zaraz dokończę. Nie jest  to może  najlepsza 
historia ani najkrótsza, ale warto jej posłuchać.
Wszedł za kontuar i zaraz rozpoznał twarz na ekranie. Był to jeden z operatorów  centrali w  hotelu, 
w którym zwykł się zatrzymywać, gdy przyjeżdżał do miasta.
- Jestem - powiedział.
Operator wyraźnie się ożywił.
- Panie Kilgour, depesza z zamku. Ale dziwnie przekręcona.
- Dawaj mija, młodzieńcze. Może jednak coś odszyfruję.
Tamten stuknął w klawisze i na ekranie wykwitły znaki: XRNE TRACD BYDG RRDG.
Alex natychmiast spoważniał.
- Przykro mi, panie, ale to wszystko.
-   Przekręcona,   mówisz...   Może.   Muszę   wracać   do   hotelu   -   rzucił   współbiesiadnikom     z 
wymuszonym   uśmiechem   i   dyskretnie   wyłączył   komunikator.   -   Cholerny   sztorm.     Zerwało 
połączenie.
- Spróbują jeszcze raz.
- Pewnie tak. Dobra, jak się odezwą, niech poczekają. Ja idę odcedzić   ziemniaczki. A potem 
przyda nam się następna kolejka.
Z radosnym uśmiechem skierował się do toalety. Po drodze zlustrował gości w  tawernie.  Nie, znał 
ich   wszystkich.   Chyba,   że   któryś   od   lat   był   zakonspirowanym     sadzeniakiem.   Zataczając     się 
jeszcze na wszelki wypadek, otworzył drzwi ubikacji. Najpierw sprawdził, czy muszla utrzyma jego 
ciężar. Jęknęła, ale nie pękła. 

background image

Pchnął wysokie   okno. Mimo zardzewiałych zawiasów, uchyliło się bez szmeru. Głową naprzód 
ewakuował się na   wąski gzyms, tuż nad przyległą do tawerny aleją. Zawsze starannie dobierał 
gospody. Jeśli której  czegoś brakowało, kazał dobudowywać. Ostatecznie sprawna obsługa, miłe 
towarzystwo i dobre  napitki, to nie wszystko. Przez chwilę leżał nieruchomo. Mróz, śnieg i wiatr 
wcale mu nie przeszkadzały.   Spojrzał   dookoła. Spokojnie. Wiadomość pozornie składała się z 
samego  bełkotu, jednak   między   przypadkowymi  literami  kryła  się grupa kodowa. Zgodnie z 
dawnym szyfrem  Modliszki znaczyła:
MISJA ODWOŁANA. WRACAĆ NATYCHMIAST DO PUNKTU WYJŚCIA.
Nasuwało to kilka intrygujących pytań. Po pierwsze - Kilgour już dawno porzucił  służbę.  Nic nie 
wiązało go z imperium ani z supertajną Sekcją Modliszki od chwili, gdy  zaraz po zamachu  złożył 
wymówienie. Zatem: kto może się teraz do niego dobijać? Po drugie. Czemu użył podstawowego 
kodu? Tego najprostszego i najbardziej  popularnego;  pozostającego w użyciu od tak dawna, że na 
pewno każdy ciura miał szansę go  poznać? Czyżby Modliszka go szukała? Czy ma ochotą zostać 
znalezionym?
Kilgour  przeklął  w  duchu. Ostatnie  lata  upłynęły  mu  raczej  beztrosko, zaś  od   kilku  dni czuł 
wyraźnie jakieś swędzenie między łopatkami. Lekceważył je, chociaż wiedział, co  znaczy. „Jesteś 
obserwowany”.   I   z   pewnością   nie   przez   przyjaciela.   Akurat   teraz,   pomyślał.   Kiedy   barmanka 
zaczęła spoglądać na mnie cielęcym  wzrokiem.  Taka dziewczyna... Dość tego, Kilgour - zbeształ 
się milcząco. Dobra. Może i lata minęły,  ale zobaczymy,  chłoptasie, kto wyjdzie z tego żywy. 
Chociaż  szkoda... Nie dosłuchali do końca.
Przypomniało mu się zakończenie opowieści.
No i Pan spojrzał na nią, zdumiony niebotycznie i mówi: „Jak to, nie pomogłem  ci, babciu?  Ja nie 
pomogłem? A kto ci zesłał najpierw grawiwóz, potem łódź i na końcu  grawilot?”
Zachichotał bezgłośnie, zsunął się z gzymsu i wyszedł z alejki na ulicę Wysoką.   Trzymał   się 
blisko ściany, aż nagle wyszedł gwałtownie na środek, jak spóźniony   przechodzień, podążający 
gdzieś pilnie w jakiejś ważnej sprawie. Jak ktoś pragnący skryć się czym prędzej  przed zawieją. 
Coś drgnęło w cieniu, po drugiej stronie ulicy. Próbował zgadnąć, kto go śledzi. Zwykle Kilgour 
mógł liczyć na sporą przewagę, wynikającą ze swego pochodzenia.  Jego  muskuły były w stanie 
wytrzymać trzykrotne ciążenie. Tyle, że teraz był u  siebie. To źle. Jednak  jeśli prześladowcy nie 
byli rdzennymi mieszkańcami Edynburga lub innej, podobnej  planety, punkt  dla niego.
Zerknął za siebie.
Ogon był zmotoryzowany. Postacie wsiadały właśnie do cywilnego ślizgacza. 
Kilgour  skrzywił się. Jeśli chcą go zabić, wystarczy że przyspieszą, wjadą na chodnik i  przycisną 
go  do    muru.   Zwykły,   nieszczęśliwy  wypadek.  Nastawił   uszu,  jednak   generatory  McLeana   na 
pokładzie  ślizgacza nie zamruczały ani o ton głośniej.
Jeśli tak - pomyślał - to zobaczmy, co to za przyjemniaczki.
Trzy przecznice dalej skręcił w wąską uliczkę. Bardzo wąską i tak stromą, że  trotuar miał tu  postać 
długich   schodów.   Alex   przyspieszył.   Schody   kończyły   się   na   małym   placyku,   od   którego 
odchodziły cztery uliczki.  Zanurkował  w jedną, zaległ w cieniu i czekał.
Na stopniach pojawiły się dwie postacie. Burza zelżała na chwilę i widać było  całkiem  dobrze. 
Cholera - zaklął Alex - nici z przewagi. Ścigała go albo para  zmutowanych ziemskich  cybergoryli, 
albo goście w pełnej zbroi bojowej. Takie zbroje zasilane były AM2,  a sposób  uzbrojenia czynił z 
wprawnego piechura jednostkę bardziej zabójczą niż ciężki  czołg.  Neurowzmacniacze dawały mu 
siłę paru ludzi, zaś pancerz chronił nie tylko przed   pociskami z   broni ręcznej, ale także przed 
szrapnelami   mniejszych   kalibrów.   Wobec   tak   wyposażonego   przeciwnika   Alex   był   bardziej 
bezradny, niż zwykły  Ziemianin  wobec Alexa.
Dwóch. Wspaniale. Dobra, Bóg mi pomoże...
Kilgour ruszył zygzakiem. Biegł od ściany do ściany i gorączkowo próbował coś  wymyślić.
Jak go wyśledzili? Co zamierzali? Czy przypięli mu pluskwę do kiltu? A może  znacznik? 
Mało prawdopodobne, ale i tak zaczął przeszukiwać ubranie. Potem się zastanowił. Wybiegł na 
kolejną ulicę. Było już bardzo późno i ruch dawno zamarł. W dali   przed sobą   ujrzał lądujący 
ślizgacz. Jeszcze trzech wysiadło i ruszyło ku niemu. Skręcił w  przecznicę.

background image

Kto to może być? Zdarzało się, że zbroje wpadały w prywatne ręce bogaczy, ale te  wyglądały na 
najnowszy model. Znaczy, że nieświadomie naraził się władzy. Na  pewno nie  miejscowej, bo tę 
zapobiegliwie sobie kupił, ale jakiejś innej. W najgorszym razie - imperialnej. Tym imbecylom, 
którzy objęli władzę po śmierci  imperatora. Tak, pozostaje uznać, że to sprawka Rady. Spokojnie. 
Czego mogą chcieć? Gdyby kazano im zabić, w minionych dniach,   tygodniach   czy miesiącach 
mieli aż nadto sposobności. Strzelców i saperów wciąż nie   brakuje. Zatem chcą mnie żywcem, 
pomyślał Alex. Jeśli przejrzeli moje akta, to wiedzą, że nie będzie to proste. Dlatego nie  przysłali 
byle   kogo. Najwyraźniej ci w zbrojach, to członkowie Modliszki. Mają mnie dopaść. A   zbroje 
noszą  dlatego, że w tych warunkach, przy byle wymachu, trzasnęłyby im kości. Zaplanowali sobie 
czystą akcję. Bez ofiar i siniaków. A potem podłączą mnie do  skanera i  wysondują cały umysł. 
Wcale mi się to nie podoba - pomyślał. Żeby jakiś taki grzebał mi brudnymi  paluchami w  duszy... 
Brrr! Ale przecież nie będę bawił się z nimi w Wikingów. Miecze w dłoń  i kupą... Żadne  takie.
Burza znów zaczęła się nasilać.
Dwóch mnie pogania. Trzech z przodu. I pewnie jeszcze drugi zespół w odwodzie.  Trzeba  zgubić 
tych   tutaj,   zanim   zdążą   wezwać   pomoc.   Pięciu   ludzi.   Najlepszych   agentów   imperium.   I   to   w 
mundurkach pozwalających im  przejść  przez kamienne ściany zamku bez najmniejszego guza. Nie 
ma sprawy, stary. Żaden problem.
Kilgour nie ustawał w biegu. Nie za szybkim, aby tamci nadążali bez kłopotu i  nie ogłosili  alarmu, 
przekonani, że naprawdę im ucieka. Kluczył uliczkami i alejkami. Jego prześladowcy mogli mieć 
cudowne   zbroje,  ale     to   on  znał     miasto   i   dawno   przywykł   do  kocich   łbów,  które   miejscowi 
architekci   pakowali     wszędzie   zamiast     normalnej   nawierzchni.   Niech   będą   błogosławieni   do 
dwunastego pokolenia... Najpierw lina...
Wisiała grzecznie na murze budynku. Pięciomilimetrowa, stalowa plecionka. Alex   zerwał ją   w 
biegu. Miała pewnie ze sześćdziesiąt metrów długości. Trochę za dużo. Skierował się ku centrum 
miasta. Uliczki były tu strome, a pobocza śliskie.   Ponownie   skręcił w Wysoką, zatrzymał się i 
obrócił. Tamci też już wyszli na otwartą  przestrzeń. Liczą się pewnie z tym, że jestem uzbrojony, 
ale tego nie mogli przewidzieć -  pomyślał. Przyklęknął, uniósł broń w prawej ręce, podparł ją lewą, 
wstrzymał   oddech   i     wycelował.   Broń   zagdakała.   Miniaturowa,   bo   o   średnicy   tylko   jednego 
milimetra, kulka AM2  otulonego  w pancerzyk z imperium X trafiła w staw kolanowy jednego z 
prześladowców. Noga  eksplodowała. Zwykła piechota nie używa pocisków z AM2...
Pięknie   -   pomyślał   Alex.   Na   ponad   sto   metrów,   pierwszym   strzałem...   Sten   mi   nie     uwierzy. 
Jeszcze czterech...
Zrzucił rękawice. Wkoło świszczały kule, ale wyraźnie tamci używali   konwencjonalnej   broni, 
nadal chcieli go przede wszystkim pojmać. Czekał na następną przecznicę. Alex obwiązał szybko 
drut   wokół   słupa   latarni,   jakieś   pół   metra   nad   ziemią.     Pościg   zbliżał     się   szybko 
dziesięciometrowymi skokami. Kilgour runął w dół uliczki. Tym razem  nie tyle biegł,  co raczej się 
ślizgał. Uliczka była pochylona pod kątem pięćdziesięciu stopni i oblodzona tak bardzo,   że nie 
dawało się po niej chodzić. Nie wspominając o biegu. Alexowi pomagał drut, choć   już po paru 
metrach poczuł, jak krwawią mu dłonie. Przyhamował nieco, omal się nie wywróciwszy, ale udało 
mu się odzyskać równowagę.
Dwóch skręciło gwałtownie za nim i z miejsca nogi im się rozjechały. Nie pomogło  autożyro, nie 
pomogły hydrauliczne wzmacniacze. Pierwszy zderzył się z murem i  pojechał  bezwładnie gdzieś 
niżej, drugi wyleciał wysoko w powietrze. Alex strzelił mu w wizjer hełmu. Potem zaczął wspinać 
się w górę. Powoli, ręka   za ręką. Mimo wiatru dosłyszał huk wystrzału. Padł płasko na ziemię. 
Jeden musiał być na  dachu. 
Wpadłeś w panikę, chłopcze, i masz nadzieję, że siła ognia uratuje ci skórę. Nie  wiesz nawet, jak 
bardzo się mylisz, sapnął Alex i strzelił trzy razy w środek podnoszących się na   dachu kłębów 
śniegu. 
Musiał   uszkodzić   jakiś   obwód   sterowania   zbroi,   bo   włączony   nagle   napęd     wyniósł   szczątki 
właściciela wysoko w górę. Niczym miniaturowy statek kosmiczny, całość zniknęła  w chmurach.
Jeszcze jeden. No pokaż się, łobuzie...
Ani śladu.

background image

Może ten ostatni stchórzył, może ruszył pomóc rannym towarzyszom, może miał  awarię  zbroi... 
Tak czy siak, ulotnił się, i tyle go Alex widział. 
Kilgour wdrapał  się   na Wysoką.  Teraz   musiał  jak najszybciej  opuścić planetę i udać się do 
miejsca, którego położenie  znał tylko jeden  człowiek we wszechświecie, prócz niego.
- Lewą ręką ich załatwiłem - mruczał. - Lewą ręką przez sen. Przez sen i z  kołysanką na  ustach.
I tak Alex Kilgour zniknął z planety Edynburg.

Rozdział 4

Zdobywanie władzy to trudna sztuka. W dodatku złożona i podparta dość pokrętną   motywacją. 
Socjohistorycy napisali na jej temat całe biblioteki. Analizowali  dzieje w poszukiwaniu  idealnej 
formuły, a co tylko jeden ogłosił, drugi zaraz obalał. Rody monarsze stosowały rozmaite chwyty. 
Na przykład wydawano siostrę za brata,  dzięki  czemu rodzice mogli spać spokojnie, bo dynastia 
została przedłużona, a czystość   krwi zachowana. Kiedy indziej brat zakuwał brata w łańcuchy i 
pakował do lochu, nieraz na długie  dziesięciolecia. Najpowszechniejszą metodą było oczywiście 
zabójstwo, bo nawet ostatni głupiec  potrafi  podać rywalowi trutkę i w ten sposób osiągnąć cel. 
Jedyny   kłopot   z   zabójstwem,     jak   mawiają     socjohistorycy,   polega   na   tym,   że   kto   raz   zaczął 
mordować, będzie to robić  dalej, inaczej  przepadnie. W wyjątkowej sytuacji udawało się uprawiać 
politykę bez rozlewu krwi. Wówczas  zwycięstwo osiągało się dzięki kompromisowi. Niełatwa to 
sprawa, zwłaszcza gdy  pomyśleć o  wszystkich interesach, które trzeba było wówczas pogodzić. 
Przydawała się wtedy   sztuka   kłamstwa: należało stosować je na tyle ładnie, by każdy czuł się 
usatysfakcjonowany.   Tłumom     podsunąć   mglistą,   ale   kuszącą   wizję   postępu   (jakiegokolwiek), 
ambitniejszych     skusić   obietnicą     pomnożenia   dóbr   (najlepiej   takich,   których   notorycznie 
brakowało). Były jeszcze inne sposoby, ale i one sprowadzały się zwykle do którejś z  powyższych 
metod.   Najpewniejsza   jednak   metoda   (co   do   tego   akurat   historycy   byli   wreszcie   zgodni),     to 
zawładnięcie   czymś,   co   wszystkim   niezbędne   jest   do   życia.   Na   przykład     dystrybucją   wody   i 
żywności. Lub przejęcie kontroli nad uczęszczanym szlakiem handlowym. 
Oczywiście,   w   każdej     epoce   środkiem   niezawodnym   był   seks,   jednak   wówczas   należało   po 
dwakroć strzec  się  nieproszonych gości.
Wieczny Imperator postawił na AM2. Najdoskonalsze w dziejach paliwo stało się  fundamentem 
imperium.   Zwykle   wystarczało   zakręcić   zbuntowanemu   rejonowi   kurek,     by   zaraz     wszystko 
wróciło   do   normy.   W   razie   kłopotów   miał   jeszcze   do   swej   dyspozycji     największą   armię     w 
dziejach wszechświata. Podobno strzec miała ona zasobów AM2. Podobno, bowiem w sześć lat po 
zabójstwie  spiskowcy  nadal   nie  mogli  znaleźć     owych     składów.  Byli  już  bliscy  utracenia  tej 
władzy, którą zyskali dzięki zamachowi. Zresztą, nawet gdyby znaleźli to tajemne miejsce, i tak 
pewnie by przegrali. Czasy nie były łatwe. Tuż po wojnie z Tahnijczykami, po tym największym i 
najkosztowniejszym  konflikcie  zbrojnym w historii, imperium zawisło na krawędzi bankructwa. 
Skarbce były  niemal puste, deficyt  budżetu urósł tak, że jego redukcja zajęłaby wieki. Za życia 
Wiecznego Imperatora, Tanz Sullamora i jego poplecznicy naciskali na  zastosowanie radykalnych 
środków. Chcieli zamrożenia płac i stworzenia  sztucznego nadmiaru  podaży poprzez podniesienie 
cen. No i nałożenia drakońskiego podatku na AM2. W ten sposób dług zostałby   błyskawicznie 
spłacony, a korporacje obrosły w piórka. Miałyby zapewniony spokojny byt na   długie stulecia. 
Imperator od ręki skreślił ten projekt. Jego słowo było  prawem, więc sprawa była    zamknięta. 
Powojenne plany Jego Wysokości zmierzały w dokładnie przeciwnym kierunku. Nieodżałowany 
Sullamora tak to przedstawił swym bratnim konspiratorom: Płace zostaną uwolnione, aż osiągną 
naturalny poziom. Wojna pochłonęła wiele  ofiar,  głównie fachowców różnych dziedzin. W efekcie 
nastąpi wzrost kosztów  zarządzania. Ceny zostaną zamrożone, aby każdego było stać na to, czego 
sobie   musiał     odmawiać.   Wojna   pochłonęła   gigantyczną   ilość   surowców   i   zasobów,   zatem 
początkowo  wszystkiego  będzie brakowało. Aby złagodzić niedobory i przyspieszyć normalizację 
rynku,  imperator  postanowił zredukować czasowo podatek na AM2. To miało zmniejszyć koszty 
produkcji i  transportu.
Uważał, że w ten sposób osiągnie się z czasem równowagę.

background image

Szykujący   się   na   wielkie   zyski   magnaci   stanęli   nagle   wobec   perspektywy     zaciskania   pasa   i 
oszczędności.   Koniec   ze   zbijaniem   kokosów.   Pora   na   uważną   kalkulację   i     długofalowe 
planowanie.     Dochody   będą,   o   ile   ktoś   na   nie   zapracuje.   Rada   nie   mogła   zaakceptować   tak 
skandalicznego   projektu.   Zagłosowali   przeciwko.     Zawiązali   skrytobójczy   spisek.   Niezupełnie 
jednomyślnie.   Volmer,   młody   magnat   mediów   wręcz   się   przeraził.   Nie     podzielał   poglądów 
imperatora,   jednak   pomysł   mordu   uważał   za   odrażający.   Skłonny    był   raczej     wierzyć   w   siłę 
perswazji, nawet jeśli sam nie posiadał w rym kierunku  specjalnych talentów.  Dysponował jednak 
batalionami dziennikarzy, ekspertów i analityków. To oni  utrzymywali w  ruchu to imperium, które 
odziedziczył. Na dodatek, jak większość bogatych spadkobierców, Volmer uważał się za geniusza. 
Było  to jego największą wadą. Nie dojrzał gromadzących się nad jego głową chmur. Volmer stał 
się pierwszą ofiarą. W roli przywódcy spisku wystąpił od samego   początku   Tanz Sullamora, 
najbardziej zaufany doradca władcy. Sullamora uważał dotąd, że nie jest godzien czyścić butów 
imperatorowi.   Przez     całe     dziesięciolecia   widział   w   swoim   przełożonym   bóstwo   wcielone, 
świętego  pozbawionego ziemskich  pragnień i zarazem bezwzględnego zdobywcę. To ostatnie było 
bliskie prawdzie. 
Imperator  rzeczywiście uznawał, że cel uświęca środki. Teraz mylił się jednak co do nasilenia tej 
cechy. Religią Sullamory był biznes.   Imperator   awansował go zatem na najwyższego kapłana 
kościoła   mamony.   Kapłana   nieomylnego,     rzecz     jasna,   zdolnego   w   ułamku   sekundy   określić 
szansę,   podjąć   właściwą   decyzję   i     konsekwentnie     wcielić   ją   w   życie.   Sullamora   uznał,   że 
imperator dąży do tego samego, co  wszyscy kapitaliści we  wszechświecie. Nie on jeden zresztą. 
Jednak imperator rozgrywał swą własną partię. Sam ustalał  reguły gry  i nie miał zamiaru dzielić 
się z nikim owocami zwycięstwa. Nie uważał się też za nieomylnego. W gruncie rzeczy, planując 
zawsze zakładał  dopuszczalność błędu. Zarówno swojego jak i cudzego. Dzięki temu zazwyczaj 
wychodził na   swoje. Był mistrzem długofalowego planowania. „To normalne i bardzo łatwe - 
wyjaśniał czasem  Mahoneyowi - wystarczy przeżyć tysiąc lat”.
Wojna z Tahnijczykami była wynikiem jednej z największych pomyłek imperatora.  Sam  wiedział 
to lepiej, niż ktokolwiek inny. Konflikt wybuchł tak gwałtownie, że   władca nagle   potrzebował 
doradców.   Sullamory   i   wielu   innych.   Zaczął   myśleć   głośno,   wdawał   się     w   dyskusje   ze 
specjalistami. Sullamora nie rozumiał. Jak ktoś taki może zasięgać czyjejkolwiek  rady? Ale jednak. 
W dodatku imperator wyrażał różne wątpliwości, przyznał się nawet radzie do  wielu błędów. Dla 
Sullamory był to wstrząs. Maska boga opadła ukazując zwykłą, ludzką twarz.   Aura   świętości 
znikła. Sullamora stracił wiarę. Morderstwo było aktem zemsty. Wcześniej zdobył popleczników. 
Zadbał, by reszta członków rady uwikłała się w   spisek nie   mniej niż on sam. Skompletował 
podpisy na dokumencie, świadczącym o udziale w  zbrodni. 
Każdy dostał swoją kopię, zatem prawdopodobieństwo zdrady spadło praktycznie do   zera. Nie 
wprowadzał  jednak  nikogo w  szczegóły.  Sam zajął się  zabójstwem  Volmera,  sam    zwerbował 
Chapellego, sam przygotował plan zamachu. Członkowie rady obserwowali rozwój wypadków tak 
jak wszyscy, czyli na ekranach.  Tyle,  że wiedzieli, czego oczekiwać. Patrzyli, jak imperator idzie 
w stronę grupki  oczekującej go w  porcie kosmicznym Soward. Jeszcze chwila i oni przejmą berło. 
Udało się! Władca  zginął. Późniejsza o chwilę eksplozja zaskoczyła ich nie mniej niż pozostałych 
widzów.  Uznali ją  wprawdzie za widowiskowy akcent, takie mocne finale, ale nie podejrzewali, 
by  mogła to być  sprawka ich bohatera. Sullamora nie był samobójcą. Już prędzej ten szaleniec, 
Chapelle,   dozbroił     się   na   własną   rękę.   Widać   chciał   mieć   pewność.   Cóż,   zdarza   się.   Biedny 
Sullamora. Chociaż mieli teraz więcej do podziału, szczerze żałowali Tanza. Jako  specjalista od 
transportu i przemysłu stoczniowego był prawdziwie niezastąpiony, na dodatek to  on przecież był 
mózgiem   rady.   Polityka   wewnętrzna   imperium   nie   miała   przed   nim   tajemnic.   Jego     śmierć 
oznaczała, że sami muszą nauczyć się rządzenia.
A to im nie wychodziło.
Imperator   przechowywał   AM2   w   wielkich   magazynach,   rozmieszczonych   w     strategicznych 
punktach   imperium.   Wielkie   zbiornikowce   rozwoziły   je   stamtąd   we   wszystkich     kierunkach, 
zgodnie   z   instrukcjami   władcy.   Osobiście   kontrolował   on   wysokość   i   regularność     dostaw. 
Buntownikom dawał mniej. Posłusznych nagradzał, dostarczając AM2 po cenach,  które  uważał za 

background image

uczciwe. Rada od razu uznała ten system za chory. Przede wszystkim jednak, nikt nie był  skłonny 
zaufać drugiemu na tyle, by powierzyć mu całkowitą kontrolę. Dlatego podzielili zasoby AM2 na 
równe części, zapewniając - każdy sobie - tanie   źródło   energii. Przy okazji wyrównali również 
osobiste rachunki, zawiązali kilka nowych   sojuszy. Krótko   mówiąc, dobrze zadbali o interesy 
swoich korporacji. Postanowili też, że dalej będą się spotykać, radzić i działać, bowiem razem mają 
największe  szansę. Przez jakiś czas wszystko szło gładko. Mając AM2, za darmo rozbudowywali 
swoje     przedsiębiorstwa.   Bez   trudu   pozbywali   się   konkurencji,   byli   w   stanie   kupić     każdego. 
Imperator   utrzymywał   trzy   rodzaje   cen   na   AM2,   zależnie   od   przeznaczenia.     Najtańsze   były 
dostawy do systemów młodych, które dopiero się rozwijały. Drugą część  przeznaczał na potrzeby 
publiczne,   aby   każdy   rząd   mógł   bez   większych   trudności   zaspokoić   podstawowe     potrzeby 
społeczeństwa. Najwięcej kazał płacić za to, co rzucał na wolny rynek. Rada ustaliła jedną cenę dla 
wszystkich - prócz samych siebie i swoich  przyjaciół. W  rezultacie ich konta rosły błyskawicznie. 
Jeden tylko problem wisiał im nad głowami. Ignorowali go, jak długo mogli. Te wielkie składy 
były przecież skądś zaopatrywane. Ale skąd? I przez kogo? W przeszłości zbiorniki uzupełniano za 
pomocą zautomatyzowanych statków,   połączonych   w niewyobrażalnie długie składy. Pojawiały 
się   na   wyznaczonych   planetach,     rozładowywały   swoje     i   znikały.   Od   setek   lat   nikt   się   nie 
interesował, skąd właściwie przybywają. Po  prostu wszyscy się  do nich przyzwyczaili i uznali, że 
prawdę znają najpewniej tylko zaufani  imperatora. I on sam,  oczywiście.
Rada składała się z przeciętnych ludzi, zatem i oni dali wiarę obiegowym sądom.
Gdy imperator zginął, statki przestały przybywać. Zostało tylko to, co było w  magazynach. Jednak 
rada nie od razu to spostrzegła. Z początku miała masę innych spraw do  załatwienia.  Przytłaczał 
ich   ciężar   winy.   Poza   tym   wydawało   im   się,   że   transporty   ustały     tylko   chwilowo.   Najpierw 
zwrócili się do stosownych urzędów. Biurokraci z Departamentu Paliw nie  kryli  zdziwienia.
- To wy powinniście wiedzieć - powiedzieli.
Rada zasznurowała usta. Bała się przyznać, że w rzeczywistości nie wie. Zaczęły się poszukiwania. 
Sprawdzono wszystkie  banki danych.  Odszukano i   przesłuchano    bezpośrednich  podwładnych 
imperatora.   Bezskutecznie.   Sytuacja   zaczynała   wyglądać   alarmująco.   W   zasadzie   należało 
pomyśleć o  ograniczeniu  wydzielania AM2. Ale rada, chociaż wpadła nieco w panikę, ani myślała 
cokolwiek  ograniczać. Członkowie rady byli ludźmi z natury skrytymi. Uważali, że dzięki temu 
stali się  dziećmi  szczęścia. Dokładniej - imperator był skryty i niezwykle przebiegły. Musiał być 
taki. Skąd to   wiadomo? Bo panował długo i zabezpieczył się na wypadek utraty władzy. Rada 
postanowiła   podjąć   jakieś   działanie.   Zarządzono   poważne   poszukiwania.     Podjęto     wiele 
desperackich akcji.
Popadali w coraz większy chaos.
Ostatecznie   powołano   komitet,   który   miał   się   zająć   dwiema   sprawami.   Po   pierwsze:     znaleźć 
źródło AM2. Po drugie: zewidencjonować pozostałe jeszcze zasoby i wydzielać je,   dopóki nie 
napłyną nowe dostawy. Niestety, drugie zadanie zafrapowała radę tak bardzo, że pierwszym zajęli 
się z  ponad  rocznym opóźnieniem. Gdyby imperator żył, uśmiałby się z ich głupoty.
- Spróbowali tego samego, co Siedem Sióstr - powiedziałby zgryźliwie. - Proszę  powiedzieć, ile 
naprawdę ropy wam zostało? I proszę nie kłamać, kłamstwo nie  leży w interesie  narodowym.
Rada nie wiedziałaby, o jakich siostrach mówi, zdumiałaby się też, na co komu  ropa, jednak  sens 
komentarza byłby dla nich jasny. Gdy padło pytanie o indywidualne rezerwy AM2, wszyscy zaczęli 
kłamać jak najęci.  Na  drugim zebraniu każdy podawał liczby dostosowane nie do zasobów, lecz 
do  aktualnej sytuacji  politycznej.
A co z resztą imperium? - pytano. - Co się stanie, gdy wszyscy poznają prawdę?
W   końcu   wieści   się   rozeszły.   Poziom   zapasów   AM2   był   niższy   niż   kiedykolwiek   w     historii 
imperium. Wybuchła powszechna panika.
Rada stanęła przed nowymi problemami.
Podczas wojny z Tahnijczykami imperator musiał nieustannie baczyć na niepewnych  sojuszników. 
Płacił  im ile  mógł,  a kiedy sytuacja  się zmieniła,  wszyscy  ci   koniunkturaliści    ślubowali  mu 
wierność i zgadzali się na wszystko. Jednak pierwotne przyczyny ich   nielojalności   pozostały. 
Przywódcy   tych   światów   wciąż   musieli   sobie   radzić   z   zarzutami   swych     poddanych,     którzy 

background image

niewiele wiedzieli o imperium. Wojna tylko pogorszyła sprawę. Jej zakończenie zaś nie rozwiązało 
automatycznie   wszystkich   problemów.   Wieczny     Imperator   miał   się   właśnie   zająć   podobnymi 
sprawami,   gdy   został   zabity.   Teraz     było   jeszcze     trudniej   uporać   się   z   czymkolwiek.   Skoro 
wspomniani   politykierzy   nie   dowierzali     nawet     imperatorowi,   to   jakim   cudem   mieli   darzyć 
zaufaniem nową ekipę? Rada rządziła za  pośrednictwem dekretów sejmowych, jednak większość 
mieszkańców imperium miała  parlament w  pogardzie. Uznawali go za maszynkę do zaklepywania 
dekretów władcy. I w zasadzie  mieli rację,  zaś imperator nigdy starał się temu zaprzeczać.
Dbał o swój wizerunek.
Dawno temu  przestudiował  uważnie  dzieje ziemskich  rodów  monarszych.  Szczególny   podziw 
wzbudzili w nim władcy pewnego niezbyt rozwiniętego kraju. Nazywali się  carami i  uważali się 
za wskazanych przez Boga. Panowali nad milionami wykorzystywanych   wieśniaków, a   swych 
dworzan   traktowali   jak   zwierzęta.   Karali   okrutnie   za   nic   i   profilaktycznie     morzyli   większość 
poddanych   głodem.   Czasem   chłopi   się   buntowali.   Historia   tego   kraju   pełna   jest     krwawych 
powstań.   Ale w  oczach  chłopów  winni byli  zawsze urzędnicy i szlachta.  Oni też  zawisali  na 
drzewach.  Carowi nigdy włos z głowy nie spadł. Dla narodu był jak ojciec. Łagodny i troskliwy, 
zawsze dobry dla nędzarzy.  Niestety, podła  szlachta wykorzystywała jego miękkie serce i pod jego 
sztandarem siała zło.  Przecież gdyby nasz  car batiuszka wiedział o naszej nędzy, zaraz położyłby 
kres  niesprawiedliwości... Bujda nad  bujdami, oczywiście, jedno wielkie złudzenie. Ale działało.
Dopiero ostatni spośród carów otwarcie pogardzał swoim ludem.
- I dlatego właśnie był ostatni - powiedział kiedyś imperator Mahoneyowi.
Rada nie potrafiła jednak uczyć się na historii. Zresztą, gdyby im nawet ktoś  opowiedział,  pewnie 
by nie zrozumieli. Biznesmeni pozostają zwykle głusi na kwestie   polityczne. Z tej   przyczyny 
zostają możliwie najgorszymi  władcami.  Rada stanęła  przed kolejnym  problemem:  co zrobić z 
Tahnijczykami? Dla Kyesa, bliźniaczek Kraa i innych, rzecz wyglądała prosto. Tahnijczycy  zostali 
pokonani. Zwycięzca bierze łupy i po sprawie. Ostatecznie rada odarła systemy Tahnijczyków ze 
wszystkiego,  co   miało   jakąś    wartość.     Rozmontowano  i   wywieziono  co   lepsze  fabryki,   które 
wykorzystano później do   podreperowania   własnych zakładów lub posłano po prostu na złom. 
Przechwycono   źródła   surowców.     Miliardy   ludzi     zapędzono   do   niewolniczej   pracy.   Wydano 
wielkie sumy na utrzymanie garnizonów,  co  powiększyło jedynie deficyt budżetowy. Rabunkowa 
gospodarka musiała spowodować  daleko  idące konsekwencje. Nie zdążywszy spocząć na laurach, 
rada stanęła w obliczu  katastrofy.
Imperator   mógłby   im   wytłumaczyć,   dlaczego   tyrania   nie   popłaca.   Sam   zamierzał     pomóc 
Tahnijczykom   i   wcale   tego   nie   krył.   Owszem,   z   zastrzeżeniem   -   zamierzał   też     trwale   ich 
spacyfikować.   Planował   sumienną   i   drobiazgową   czystkę   oraz   wytrzebienie   z   ich     kultury 
wszystkiego, co miało związek z wojną. Miał jeszcze jeden pomysł. Zamierzał spożytkować siły, 
które traciliby w walce,   zaprzęgając ich do roboty.  Miast lać wroga, niech pracują. W duchu 
współzawodnictwa.   Niech     zwyciężają   gospodarczo.   Wtedy   będzie   ich   wspierał.   Imperator 
oczekiwał, że  niezbyt rozgarnięci i  pozbawieni polotu Tahnijczykowie szybko zakasają rękawy, i 
uczynią ze swych  światów jedno z  największych kapitalistycznych centrów imperium.
A ile AM2 mogliby wówczas kupić...
Wszystko pięknie, stwierdziła rada, wracając w ten sposób do punktu wyjścia.
Ale skąd wziąć AM2?

Rozdział 5

Zanim jeszcze statek Kyesa wylądował w Soward, dojrzał on pierwsze znaki  nadciągającej  burzy. 
Główny port kosmiczny Świata Centralnego był prawie pusty. Na olbrzymiej bocznej  płycie  stały 
bezczynnie holowniki. Sądząc po stanie ich kadłubów, nie ruszano ich stąd   od wielu miesięcy. 
Gdzie indziej parkowało kilka wielkich liniowców. Ich płyty poszycia pokryte  były  nadżerkami 
typowymi dla statków podprzestrzennych, które dawno nie widziały   serwisu. Załóg   zresztą też. 
Serce   imperium,   niegdyś   tętniące   życiem,   obecnie   przypominało     raczej   ruiny     antycznego 
cesarstwa.   Jedynym   elementem   krajobrazu,   który   się   jeszcze   nie   rozpadał,   była   oczekująca   na 

background image

Kyesa  kolumna wojskowych pojazdów. Smukła srebrzysta postać, z czerwoną naroślą na  gładkim 
czole,   wsiadła do wozu i skinęła kierowcy, by ruszał. Przy bramie minęli okazały poczerniały 
krater. Pamiątka po zamachu na  imperatora.  Proponowano już postawienie w tym miejscu jakiegoś 
pomnika. To Kyes właśnie  rzucił ten pomysł  dowodząc, że należy się to osobie, której autorytetem 
nadal się podpierali.  Chwyciło. Zaraz  zebrano fundusze, sporządzono projekt. Wszystko ponad rok 
temu, podczas   ostatniej wizyty Kyesa.   Ale samych prac jakoś nie rozpoczęto. Za bramą było 
jeszcze   gorzej.   Puste   magazyny,   zamknięte   przedsiębiorstwa,   zabite     na     głucho   wystawy 
luksusowych   sklepów.   Masa   żebraków   i   włóczęgów   spoglądających     ponuro   na     kawalkadę 
rządowych pojazdów. Jakaś kobieta nawet ostentacyjnie splunęła.
Keyes pochylił się do kierowcy. Do kierowcy - kobiety.
- Co tu się dzieje? - spytał i wskazał za okno.
- Niech się pan tym nie przejmuje - odparła szybko. - To zwykłe warchoły i   lenie. Jest masa 
roboty, ale oni nie chcą jej podjąć. Żerują na dobroci państwa. A ciężko   pracujący obywatele 
powtarzają   coraz   częściej,   że   „bez   pracy   nie   ma   kredytów”.   I   nie   dają   się     naciągać.   Gdyby 
Wieczny     Imperator,   błogosławiona   jego   pamięć,   był   wciąż   z   nami,   szybko   by   się   wszystko 
zmieniło.
Urwała, niepewna czy nie zapędziła się za daleko. Kyes mógłby zrozumieć jej  słowa jako  krytykę 
poczynań rady. Ale zaraz uśmiechnęła się szeroko, jak żaba u fotografa.
- Nie żebyście się nie starali, ale to straszne czasy. Straszne. Nawet za   obłędne pieniądze nie 
wzięłabym pańskiej roboty. Wolę już siedzieć za kółkiem...
Gadała jeszcze chwilę, aż Kyes kazał jej się zamknąć. Nie był urażony ani  treścią, ani  językiem; 
ostatecznie bliźniaczki Kraa miały o wiele mniej zahamowań.
Na Świat Centralny przybył wezwany na nadzwyczajną sesję rady. Przewodniczący   komisji   do 
spraw   AM2   miał   zdać   raport   o   aktualnej   sytuacji   paliwowej   i   o   wynikach     poszukiwania 
skrywanego przez imperatora źródła zaopatrzenia. Kyes miał nadzieję, że będą to wieści lepsze od 
podanych tuż przed jego wyjazdem  z  Centralnego. Kluczowa misja zakończyła się fiaskiem. Że 
zginęło   wielu   przeszkolonych     komandosów,   to     pestka.   Gorzej,   że   długoletni   zaufany 
współpracownik imperatora, admirał Sten,  wymknął się z  sieci. Podobnie jak jego kompan, Alex 
Kilgour. Pomysł ściągnięcia wszystkich zaufanych imperatora nie pochodził od Kyesa.  Najpewniej 
zrodził się w umysłach bliźniaczek, ale mniejsza z tym. Kyes też uznał, że może   to być jakieś 
rozwiązanie.   Wyłapać   towarzystwo,   zrobić   im   skaning   umysłów   i   voila!Wszystkie     sekrety 
imperatora jak na dłoni. Zanim rozpoczęto działania, minęło wiele miesięcy. Kyes sam pilnował 
sprawy,  zdumiony  bezwładem niewielkiego, bo przecież tylko pięcioosobowego, ciała rady. Ale 
cóż,  każdy z  magnatów zapewne sam podejmował decyzje, nie przywykli do kompromisów czy 
konsultacji. W   końcu rozesłano zespoły Modliszki, gdzie było trzeba. Bardzo szybko wróciły. 
Rezultat: zero. Nikt  nie wiedział nic o AM2. Ani w ogóle, o niczym...
Kyes   przejrzał   uważnie   długą   listę   podejrzanych.   Coraz   bardziej   podziwiał     tajemniczość 
imperatora. Uznał, że tylko parę osób może coś wiedzieć. Żadnej z nich dotąd nie  złapano. Dwie 
budziły szczególne nadzieje. Pierwszą był emerytowany marszałek floty Ian Mahoney, oficjalnie 
uznany za  zmarłego.  Kyes miał powody, by wątpić w jego śmierć. Przede wszystkim - przeczucie, 
wsparte lekturą akt  Mahoneya.
W notatkach Korpusu Merkurego opisywano go jako nader skutecznego agenta. 
Potrafił   zniknąć i ukrywać się gdzie chciał i jak chciał. Niestety, był absolutnie   lojalny wobec 
imperatora,  zatem potencjalnie niebezpieczny. O ile żył, oczywiście, przecież utonięcie  mogło być 
sfingowane.  A jeśli tak, to by znaczyło, że Mahoney podejrzewał radę o spisek i wolał po  cichu 
zniknąć ze   sceny. Druga osobą był admirał Sten, człowiek dowodzący niegdyś osobistą strażą 
imperatora -   Gurkhami, którzy (co dziwne) zaraz po zamachu wszyscy zrezygnowali z posad i 
wrócili na   Ziemię, do ojczystego Nepalu. Podczas wojny z Tahnijczykami  Sten pozostawał w 
cieniu,   ale     odegrał   olbrzymią,   trudną   do   przecenienia   rolę.   W   aktach   Stena,   które   Kyes   sam 
przeglądał,   były     osobliwe   luki.   W   dodatku   to   sam   imperator   nakazał   usunięcie   niektórych 
informacji. Podejrzliwość  Kyesa budziło też niespodziewane wzbogacenie się Stena. Podobnie jak 

background image

i  Kilgoura,   chociaż  ten   drugi jakby nieco  mniej.  Skąd ta  fortuna?  Zapłata?  Z kiesy samego 
imperatora?  Ale za co?
Kyes dodał dwa do dwóch i wyszło mu cztery. Sten musiał być jedną z tych  nielicznych  osób, 
którym   imperator   zwierzał   się   ze   wszystkich   sekretów.   Admirał   przebywał     obecnie   na   swej 
odległej  planecie,  Kyes  zażądał  zatem,  aby wysłać  czym  prędzej  zespół i   dostarczyć  ptaszka. 
Jednak ptaszek wyfrunął, widać ostrzeżony. Nie mogło być inaczej, bo przecież  żaden człowiek nie 
pokona w pojedynkę całego zespołu Modliszki. Cholera! Kyes zamierzał zająć się tą sprawą na 
zebraniu. Ktoś tu wyraźnie oberwie po  tyłku.
Na ulicy pojawiły się trzy bose postaci w brudnych, pomarańczowych szatach. Szły  przez  tłum i 
rozdawały   ulotki.   Kyes   nie   słyszał   ich   okrzyków,   bo   szyby   wozu   były     dźwiękoszczelne,   ale 
wiedział, kim są: wyznawcami Kultu Wiecznego Imperatora. W całym imperium byli ludzie, którzy 
wierzyli, że imperator nie zginął.  Niektórzy przyjęli,  że został porwany przez wrogów, większość 
jednak  uważała,  że   imperator  sam  to     wszystko    zaplanował.   Upozorował   własną  śmierć,   aby 
uświadomić poddanym, jak bardzo jest  niezbędny. A  w końcu wróci i zaprowadzi porządek. Ci 
akurat sekciarze reprezentowali odłam skrajny. Głosili, że imperator jako  wysłannik  Świętych Sfer 
jest nieśmiertelny, a ciało nosił jedynie dla niepoznaki. Zginął  jak męczennik, by  odkupić przed 
Najwyższym grzechy swych śmiertelnych poddanych. Niebawem wróci w  kolejnym  wcieleniu. Na 
nowo podejmie rządy i znów wszystko będzie dobrze.
W głębi ducha Kyes świetnie rozumiał sekciarzy; sam miał przekonanie, że  imperator nadal  jest 
między żywymi i czeka na stosowną chwilę, aby znów się pojawić. Kyes był  osobą  przyziemną, w 
swoim czasie odrzucił metafizykę na rzecz klarownej ekonomii. Ale  to było dawno. 
Teraz   wiedział,   że   jeśli   Wieczny   Imperator   naprawdę   zginął,   to   i   los   samego     Kyesa   też   jest 
przesądzony. Zatem pozostało mu tylko wierzyć, że nie zginął. Każde inne wyjście  prowadziłoby 
nieuchronnie do szaleństwa.
W   legendach   jego   ludu   przetrwało   wiele   mitów   o   nieśmiertelności   lub   przynajmniej     o 
długowieczności. Opowieści o Matuzalemach, którzy pokonali fatalną, typową dla   Grb’czevów 
przeszkodę. Kyes, podobnie jak cała jego rasa, powstał na skutek połączenia dwóch form  życia. 
Ciało   miał własne, wysokie i przystojne, srebrzyste i silne, niemal cudownie zdrowe i   zdolne 
odeprzeć   atak każdej choroby. Jednak samo w sobie, było to ciało kretyna. Druga część osoby 
Kyesa objawiała się przez czerwoną narośl na czaszce. Niegdyś  był to  pasożyt, w zasadzie nawet 
wirus, chociaż wirusa przypominał tylko na pierwszy  rzut oka. Był  niewiarygodnie wręcz żywotny 
i bez trudu pokonywał mechanizmy obronne dowolnego  organizmu. Atakując komórki nerwowe, 
mobilizował je i prowadził do powstania   zaczątków   inteligencji. Miał tylko jedną wadę - jego 
biologiczny zegar zatrzymywał sie w  wieku stu  dwudziestu sześciu standardowych lat.
Kyes powinien już być „martwy”. Genialny mózg winien zgnić w czarną breję,   chociaż   ciało 
mogłoby funkcjonować jeszcze jakieś sto lat. Jednak już tylko jako pusta  skorupa. Rzucając swój 
los na szalę i włączając się do spisku rady, Kyes nie pragnął  władzy, ale  ratunku. Bogactwo go nie 
pociągało. Chciał żyć. Żyć dalej jako istota  inteligentna. AM2 nic go nie obchodziło, chociaż nie 
puścił nigdy na ten temat pary z ust.   Ujawnienie   słabości byłoby równoznaczne ze zgubą. Gdy 
reszta grona miotała się poszukując   tajnych zasobów   antymaterii, Kyes próbował gorączkowo 
dociec, co czyniło imperatora  nieśmiertelnym? Z początku miał nadzieję znaleźć coś na ten temat 
w tajnych archiwach władcy.  Ale te  milczały - tak jak o AM2. W chwili zamachu Kyes miał 121 
lat. To dawało mu pięć lat życia. Tymczasem   minęło już   sześć, a on wciąż miał się dobrze! 
Ostatnimi   czasy   nieustannie   wsłuchiwał   się   w   swój   umysł.   Starczyło,   że   zapomniał     jakiegoś 
drobiazgu, a zaraz wpadał w panikę i robił się ponury jak chmura gradowa.  Właśnie z tego powodu 
zniknął   na   jakiś   czas   ze   Świata   Centralnego.   Zmienności   nastrojów   nie   dawało   się     ukryć. 
Najgorsze było jednak to, że nie wiedział, czemu właściwie jeszcze żyje. Nikt z  jego  gatunku nie 
przekroczył dotąd bariery stu dwudziestu sześciu lat. No, może niezupełnie. Wedle legendy żył 
kiedyś jeden taki osobnik. Miało to się wydarzyć jeszcze w czasach prehistorycznych, kiedy rasa 
Grb’czevów  dopiero  się kształtowała, w erze chaosu i mroków. Imienia wybrańca legenda niestety 
nie  podawała, co  czyniło ją jeszcze mniej wiarygodną.

background image

Wedle opowieści, miał się on ogłosić nieśmiertelnym jeszcze w okresie  dorastania. Przez  następne 
sto lat był wędrownym myślicielem i filozofem. Największe umysły epoki   potrafił   zapędzić w 
kozi róg. W przewidywanym roku jego śmierci całe królestwo oczekiwało   w napięciu.   Nic się 
jednak nie stało. Minął rok, potem drugi i następny. Ostatecznie uznano  nieśmiertelność  filozofa i 
po   latach   obwołano   go   królem.   Zaprowadził   rządy   tak   światłe,   że   los     całej   rasy   szybko   się 
odmienił. Rządził wiele stuleci, może nawet tysiąc lat. Jednak legenda nie kończyła się na tym. 
Bajarze   powiadali   jeszcze,   że   pewnego     dnia   zrodzi     się   nowy   nieśmiertelny   Grb’czev,   który 
powiedzie swą rasę w jeszcze bardziej  świetlaną  przyszłość.
Kyes coraz częściej zastanawiał się, czy to nie o nim mowa. Jednak na podobne  wnioski  pozwalał 
sobie tylko w najbardziej swobodnych fantazjach. Najpewniej te kila lat  życia  zawdzięczał jedynie 
jakiejś skazie genetycznej. Śmierć może dopaść go w każdej  chwili. Jeśli naprawdę chciał myśleć o 
przyszłości, musiał sam o siebie zadbać. Wydrzeć  sekret i  stać się nowym zbawcą swojej rasy. 
Spojrzał   w   okno.   Wóz   jechał   przez   dzielnice   robotnicze.   Szeroką   aleję   zasiedlały     wysokie, 
zielonkawe   czynszówki.   Ruch   był   niewielki,   a   większość   mieszkańców   poruszała   się     pieszo. 
Niedostatek   AM2   spowodował   wstrzymanie   transportu   publicznego   i   unieruchomił     większość 
małych   pojazdów   prywatnych,   należących   do   klasy   średniej.   Przed   sklepem   z     przetworami 
sojowymi wiła się długa kolejka. Namazany na szyldzie napis informował, że  dzisiejsza cena to 
dziesięć kredytów za uncję. Wejścia pilnowało dwóch uzbrojonych policjantów. Kyes ujrzał jakąś 
staruszkę,   która   wychodziła z węzełkiem pod pachą. Tłum z miejsca wyciągnął ręce, gotowy 
odebrać  jej zakup. 
Gliniarz niechętnie ruszył się z miejsca. Sklep został w tyle i ciągu dalszego  Kyes już nie widział.
- Od czasu zamieszek głodowych wciąż jest tak samo - powiedziała kierująca. -   Wiadomo,   że 
wszystko   kosztuje,   nawet   bezpieczeństwo,   więc   i   ceny   muszą   rosnąć.   Ale   ludzie     tego   nie 
rozumieją. Powiedziałam mojemu...
- Jakie zamieszki głodowe? - przerwał jej Kyes.
- Nie słyszał pan? - Obróciła głowę i spojrzała na członka rady zdumiona, że ten  może  czegoś nie 
wiedzieć.
- Donoszono mi o wystąpieniach... Ale żeby zamieszki...
- Och, wystąpienia. Prawdziwe rozróby, ot co. Pewnie ze dwadzieścia lub   trzydzieści   tysięcy 
śmierdzących leni wyszło na ulicę. Na szczęście gliniarze łatwo sobie z  nimi poradzili.  Zabili nie 
więcej niż pół setki. Oczywiście, parę tysięcy dostało jeszcze  postrzały i...
Wściekły Kyes nie słuchał jej dalej. Wiedział już, co powiedzieć członkom rady.  Świat  Centralny 
to serce imperium. To ostatnie miejsce, w którym powinno być widać  jakiekolwiek  braki. Stolica 
musi się znaleźć pod szczególną ochroną. Już wcześniej o tym  myślał, ale Kraa  uspokoiły go, że 
wszystko   jest   w   najlepszym   porządku.   Wystąpienia   były,   ale     wynikały   jedynie   z     drobnych 
zakłóceń  ciągłości  zaopatrzenia.  Wszystko  już wróciło  do normy.  Też    coś! Nawet  nie   samo 
kłamstwo tak wzburzyło Kyesa; ostatecznie on także potrafił łgać. Chodziło  raczej o tak  ewidentną 
głupotę zarządzania. Jeśli rada nie potrafi utrzymać porządku tu, na miejscu, to co musi się dziać w 
odległych   prowincjach imperium? Podobna nieudolność prowadzi nieuchronnie do katastrofy. A 
wtedy Kyesa  czekać będzie los o wiele gorszy niż innych. Poza tym, jeśli doszło już do tego, że 
brakuje nawet podstawowych produktów  żywnościowych, rada powinna zacząć działać na dalszy 
zasięg.   Ale   oni   tego   nie   potrafią,   pomyślał,   dla   nich   liczy   się   tylko   własna   forsa.     Jęknął, 
zobaczywszy sięgający chmur budynek w sercu dzielnicy bankowej. To była nowa,   dopiero co 
ukończona siedziba rady.
- Jest na co popatrzeć... - mruknęła kobieta od kierownicy uznając, że jęknął z   podziwu. -   Ale 
sobie wystawili... Na całym Centralnym nie ma niczego takiego. Specjalnie,   odkąd stary zamek 
imperatora legł w gruzach. Z wierzchu to jeszcze nic, dopiero w środku. Fontanny  jak marzenie, z 
barwioną   wodą.   Pośrodku   walnęli   drzewo.   Nazywa   się   rubiginosa,   chociaż   pewnie   i     tak   coś 
przekręcam. W każdym razie rodzi figi. Wielkie jak cholera. Tyle, że niejadalne.
- Czyj to był pomysł? - spytał obojętnie Kyes.
- Nie wiem. Pewnie projektantki. Jak jej było? Ztivo czy jakoś tak. Kokosy na  tym zbiła.  Chciała, 
żeby drzewo miało dwadzieścia metrów wysokości i kazała przywieźć je z  Ziemi. A oni  bali się, 

background image

że nie wytrzyma tak długiej drogi i uschnie. Więc ściągali je etapami,  z rocznymi  przystankami na 
trzech czy czterech planetach. Wydali na to kupę forsy. I udało  się. Musiało!  Słyszałam, że przez 
ostatni rok urosło jeszcze ponad dwa metry. Mówię panu,   teraz wszyscy są z   tego drzewa tacy 
dumni. Niech pan tylko kogoś spyta, a sam się pan przekona.
Wóz   zwolnił.   Z   przodu   gliniarze   rozganiali   pałkami   tłum   żebraków.   Jasne,   niech     pan   kogoś 
spyta... Do dzieła.
Raport   przewodniczącego   komisji   do   spraw   AM2   brzmiał   koszmarnie.   Wydruki   z 
wielomiesięcznej pracy tworzyły stertę wysokości jednej trzeciej metra.  Odczytywał je teraz sylaba 
po sylabie. Nazywał się Lagguth. Sądząc po spojrzeniach, które rzucali mu  członkowie rady, jego 
kariera na tym stanowisku dobiegała właśnie końca. Zapewne rychło zastąpi go  ktoś inny. Gorszy, 
naturalnie.
Kyes i pozostali słuchali w napięciu. Jeszcze nigdy nie zebrali się w tak ważnej  sprawie.  Nikt nie 
zaprotestował,  gdy asystent  Laggutha  wniósł tę  masę  makulatury.  Nikt   nie  chrząknął    nawet, 
chociaż monolog trwał już ponad godzinę.
Mijała już druga godzina, a oni wciąż słuchali. Niezwykłe, jeśli wziąć pod   uwagę, że   zwykle 
żądali od swych podwładnych streszczenia całej wypowiedzi w maksymalnie   trzech   zdaniach. 
Jeśli te trzy przypadły im do gustu, poddany mógł mówić dalej. Jeśli   nie, wylatywał na   bruk. 
Lagguth dawno przeszedł już ten etap. Tym  razem groziła mu raczej    egzekucja. Nawet Kyes 
miałby kilka pomysłów co do metody. Jednak milczał, a pod tym milczeniem krył się strach. Sam 
ton mówcy nie  nastrajał  optymistycznie, tym bardziej treść. Szczególnie że treści w zasadzie nie 
było.  Ot, urzędniczy  bełkot. Żadnych konkretów. I co z tym zrobić?
Kraa pierwsze nie wytrzymały.
Gruba chrząknęła gromko i pochyliła liczne podbródki nad stołem.
- Słuchaj no, skurwysynu - warknęła. - Zaraz cię trzasnę. Mojej siostrze  kościsty tyłek  wrasta w 
fotel,   a   ty   jeszcze   nie   przeszedłeś   do   rzeczy.   Streszczaj   się,   albo     znajdziemy   sobie   innego 
przydupasa do tej roboty!
Lagguth zamarł. Zorientował się, że ma kłopoty.
- Przejdź do sedna, człowieku - przetłumaczył Lovett. - Co znaleźliście?
Lagguth westchnął głęboko i nagle się uśmiechnął.
- Przykro mi, szanowni państwo, ale jestem tylko naukowcem... W przyszłości być  może...
Chuda Kraa jęknęła ze zgrozy. Zapachniało kanibalizmem.
- Jeszcze trzynaście miesięcy wytężonej pracy - wydukał Lagguth. - Na tyle bym  rzecz  ocenił...
- Czy dobrze rozumiem? - spytał Lovett. - Chcesz powiedzieć, że nie zdołaliście   ustalić   źródła 
AM2 i jedyne, co możesz obiecać, to że powinno wam się w końcu udać? Tak?
- Tak, panie Lovett - wykrztusił Lagguth. - Obawiam się, że tak. Za trzynaście  miesięcy  będziemy 
u celu.
Poklepał stos dokumentacji.
-   Obiecująca   pewność   siebie   -   rzuciła   Malperin   i   gestem   powstrzymała   Laggutha   od     obrony 
dokonań komisji. Może nie zarządzała najlepiej swoimi hutami, wolę za to miała  stalową.
- Co pan na to, panie Kyes? - spytała.
Uwielbiała długie dyskusje, podczas których skrywała własny punkt widzenia. Kyes  podejrzewał, 
że baba po prostu go nie ma, dlatego zawsze chce najpierw usłyszeć  zdanie innych.
- Po pierwsze, chciałbym zadać panu Lagguthowi pewne pytanie - powiedział Kyes.  -  Zasadnicze.
Lagguth pokornie nastawił uszu.
- Ile AM2 jeszcze zostało?
Lagguth rozpoczął długi i abstrakcyjny wstęp, jednak Kyes mu przerwał.
- Powtórzę raz jeszcze. Na jak długo starczy nam AM2 przy obecnym zużyciu i  racjonowaniu?
- Na dwa lata - wyjąkał Lagguth. - Nie dłużej.
Rada zamarła. Nie, żeby się łudzili, ale nie znali dotąd liczb. Teraz usłyszeli,  ile życia im  jeszcze 
zostało. Wyrok zapadł. Tylko Kyes jakby się nie przejął. Nad nim od lat  wisiał inny miecz.
-  Zatem   jeśliby się  okazało,   że  jednak  mylicie  się  co  do tych  trzynastu    miesięcy...  -  zaczęła 
Malperin.

background image

- Wtedy będzie przerąbane, stara. Zostanie nam niecały rok - wyrwało się chudej  Kraa.
Lagguth mógł jedynie przytaknąć. Tylko Kyes wiedział, czemu facet lekko pobladł.  Bał się,  bo 
wiedział, że kłamie.
Nie w kwestii zapasów AM2. To była pierwsza w miarę rzetelna ocena. Chodziło o  te  trzynaście 
miesięcy. Lagguth i jego komisja nie mieli pojęcia, gdzie imperator  trzymał swoją  tajemnicę. Byli 
dokładnie w tym samym miejscu, co sześć lat wcześniej. A czemu  kłamał? Proste.  Żeby głowa nie 
spadła mu z karku. Czego trzeba więcej?
- Pozostańmy przy tym szacunku - mruknął Kyes do chudej Kraa. - Tak czy siak,  mamy  jeszcze 
czas. Trzeba pomyśleć, jak go wykorzystać.
Kraa spojrzały na niego. Mimo szorstkiego obejścia nie były wcale bezmyślne.   Nauczyły   się 
polegać  na Kyesie,  chociaż  nie wiedziały,  że osobiste problemy zmusiły go do   przyjęcia  roli 
moderatora.
- Pan Lagguth uważa, że zlokalizowanie źródła AM2 zabierze trzynaście miesięcy -  powiedział. - 
Może tak, może nie. Ale wiem, w jaki sposób możemy zwiększyć nasze  szansę.
- Tak? Jak mianowicie? - spytał Lovett.
- Zaczęliśmy właśnie produkcję nowego oprogramowania. Moi naukowcy pracowali nad  nim od 
wielu lat. Zostało pomyślane specjalnie jako baza danych dla archiwów.
- I co? - spytała gruba Kraa, podobno bardziej otwarta z sióstr. O ile to w  ogóle możliwe,  rzecz 
jasna.
- Zamierzamy  sprzedawać  je rządom.  Powinno ono zmniejszyć  czas  przeszukiwania    zasobów 
informacyjnych przynajmniej o pięćdziesiąt procent.
Słuchacze spojrzeli po sobie. Z wolna chwytali pomysł  Kyesa. Miał rację. Tego,   że działał z 
zupełnie z innych pobudek, nie musieli wiedzieć.
- Proponuję, aby ludzie moi i pana Laggutha połączyli swoje wysiłki. Jest   nadzieja, że w ten 
sposób szybciej osiągniemy cel. Co myślicie? Jestem otwarty na inne propozycje.
Takich jednak nie było. Załatwione.
Pozostałe sprawy, jak zagłada zespołu wysłanego po admirała czy stan Świata   Centralnego,   w 
ogóle nie zostały poruszone. Nie było już potrzeby. Kyes dostał, co chciał.
Wspomniano jeszcze tylko o jednym, całkiem zresztą przypadkowo.
- A co do tych cholernych dwóch lat - zaczęła chuda Kraa.
- Tak?
- Mamy z siostrą pewien pomysł. Może dałoby się go zastosować.
- Ściślejsze racjonowanie? - spytał Lovett. - Też o tym myślałem...
- Żadne tam... Nie wciskaj nam ciemnoty.
- No to co?
- Trzeba zabrać innym.
- Czyli komu? - spytał Kyes czując, że musi się włączyć.
- Czy to ważne? - parsknęła gruba Kraa. - Tym, co jeszcze mają dużo. Kilku się  znajdzie.
- Znaczy, ukraść? - spytała zaintrygowana Malperin - prostu?
- A czemu nie? - spytała szczapowata Kraa.
Wszyscy przystali na pomysł. Właściwie, rzeczywiście - czemu nie?

Rozdział 6

Po opuszczeniu Smallbridge najważniejsze było znalezienie bezpiecznej kryjówki. 
Sten  odrzucił propozycję Mahoneya; miał własny plan i nadzieję, że ostrzeżony w porę  Kilgour 
też trafi  w umówione miejsce. Miejscem tym był Daleki Zachód, gdzie Sten po raz pierwszy ujrzał 
na własne oczy  skutki  braków AM2 i totalnej niekompetencji rady w tej kwestii. Daleki Zachód, 
wbrew   nazwie,   mieścił   się   niemal   w   centrum   galaktyki.   Był   to     wielki     ośrodek   handlowy, 
dostarczający niemal wszystko, co może przydać się każdemu   armatorowi. W   pewnym stopniu 
nadal spełniał swoje podstawowe funkcje. Stocznie, hurtownie z  wszelkim  drobiazgiem, instalacje 
odzysku, magazyny, hotele i wyspecjalizowane agencje   wciąż działały.   Sadowiły się wszędzie. 

background image

Miejscowi   przedsiębiorcy   od   dawna   zwykli   adaptować   każdy     dostępny     skrawek   przestrzeni, 
włącznie z małymi asteroidami i zdemobilizowanymi okrętami  wojennymi  imperium. W zasadzie 
można tu było znaleźć wszystko co legalne, jak i większość  dóbr i usług  zakazanych, nie tylko 
prawem zresztą. Serwowano tu między innymi tak wszędzie  poszukiwaną  anonimowość. Wiele lat 
temu Sten i Alex odwiedzili Zachód służbowo, podczas jednej z misji, i   panująca   tu atmosfera 
radosnej   anarchii   od   razu   przypadła   im   do   gustu.   Szczególnie     spodobała   im   się     niewielka 
planetoida   zwana   Poppajoe,   własność   dwóch   nieco   mrocznych   osobistości,     Morettiego   i 
Manettiego. Niezbyt legalnie i w innych zgoła okolicach zbili oni fortunę, potem  jednak odkryli 
Daleki Zachód, i z miejsca uznali, że tu będzie im dobrze. Tylko jednej rzeczy  nie było na Dalekim 
Zachodzie w nadmiarze. Luksusowej niewidzialności.
Wiedzieli, że znajdzie się wiele takich osób, które zapragną odwiedzić ośrodek  niezauważenie, bez 
rozgłosu, jednak w godziwych warunkach. Myśleli zarówno o  kryminalistach,  jak i o wysokich 
przedstawicielach władz w tajnych czy niekoniecznie legalnych  misjach, głównie  handlowych.
Moretti   i   Manetti   nie   mieli   powodów   do   narzekań.   Podczas   ostatniej   wojny     podwoili   swoje 
majątki i chociaż obecnie nastały nieco cięższe czasy, zdołali się utrzymać.  Głównie dzięki temu, 
że   wiele   osób   miało   wobec   nich   dług   wdzięczności.   Byli   wśród   nich   politycy   i     magnaci 
przemysłowi oraz prości skiperzy trampów. I wciąż zjawiali się nowi, którzy chcieli pozostać w 
cieniu. Firma Moretti i  Manetti  zapewniała im pełną dyskrecję. Osobne wejścia do apartamentów, 
posiłki we  wspólnej sali lub  donoszone do pokoi, pełna ochrona przed intruzami. Dania proste, ale 
w  najlepszym gatunku -  począwszy od ziemskiego steku, na hipurińskiej galaretce skończywszy. 
To  ostatnie danie było  serwowane w stosownej atmosferze i przy odpowiedniej grawitacji.
Gdy Sten i Kilgour trafili na Poppajoe, szybko postanowili, że w razie  jakichkolwiek  naprawdę 
poważnych   kłopotów   tu   właśnie   będą   się   mogli   znaleźć.   Wlatując   do   systemu,   ani   Sten,   ani 
Mahoney, w żaden sposób nie przypominali osób  zmilitaryzowanych. W zasadzie nie przypominali 
nikogo szczególnego. Po pierwsze uznali, że nie powinni obnosić się z własnymi fizjonomiami. Z 
przyczyn  oczywistych. Ponieważ żaden z nich nie miał przesadnie rzucających się w oczy  cech 
szczególnych, jak trzecia noga czy oblicze półboga, stosunkowo łatwo przyszło im   wbić się w 
przeciętność.   Nie   biedny,   ale   i   nieprzesadnie   bogaty   strój,   to   raz.   Jedli   to,   co     wszyscy,   bez 
wybrzydzania, to dwa. No i nie podróżowali ani pierwszą, ani trzecią klasą.  Zgodnie z instrukcjami 
Modliszki starali się zbliżyć do mitycznego ideału „przeciętnego obywatela”. Z   nie znanych im 
powodów w slangu Korpusu Merkurego nazywano tę metodę „zagraniem na Wielkiego  Lorenzo”*. 
[* Lorenzo il Magnifico - główny twórca potęgi Medyceuszy florenckich, sponsor  Michała Anioła, 
twórca   siatki   szpiegowskiej   opartej   na   systemie   kantorów   bankierskich   należących     do   rodu. 
Ostentacyjnie udawał kogoś o wiele mniej istotnego, niż był w rzeczywistości.]
Sten i Mahoney byli teraz biznesmenami, raczej cennymi dla macierzystej   korporacji -   dostali 
bowiem do dyspozycji i statek, i paliwo - jednak w żadnym razie nie   bezcennymi, jako że   na 
własnego   pilota   już   nie   starczyło,   a   i   sama   łajba   pozostawiała   wiele   do     życzenia.   Trzy   dni 
wytężonej pracy fachowców z przemytniczej stoczni zamieniły lśniący bielą jacht  Stena w stary 
frachtowiec. Wrażenie zmieniało dopiero obejrzenie centrali łączności i  maszynowni. Ktoś mógłby 
się też zdumieć ciasnotą wnętrz, jednak musieli gdzieś ukryć uzbrojenie.  Najlepiej w podwójnym 
poszyciu burt. Mahoney obawiał się wyśledzenia na podstawie numerów rejestracyjnych jednostki i 
Sten z  satysfakcją stwierdził, że jego dawny szef jednak nie przewidział wszystkiego.  Statek został 
już     wcześniej   całkowicie   oczyszczony   ze   wszystkich   prawdziwych   oznaczeń   i   numerów 
seryjnych.  Długie miesiące obsesyjnej paranoi Stena zaczęły teraz popłacać.
Gdy przybyli na Poppajoe, panowie Moretti i Manetti przywitali ich serdecznie,  niczym  dawno 
zaginionych kuzynów. Po cichu, oczywiście, bowiem oficjalnie byli dla  siebie zupełnie  obcymi 
ludźmi. Zaraz też dowiedzieli się, że Poppajoe raczej przetrwa kryzys, ale Daleki Zachód   nie. 
Handel niemalże zamarł. W związku z brakami paliwa i ogólną demobilizacją w  siłach zbrojnych, 
teraz nawet imperialne jednostki rzadko tu zaglądały. Sporo stacji orbitalnych  zamknęło na głucho 
podwoje, a załogi odesłano jako bezrobotnych na pobliskie planety. Wielu  wyemigrowało.
- Ale my sobie poradzimy - wyjaśnił Moretti. - Przypominamy stare miasteczko  górnicze,  które 
nagle   się   wzbogaciło.   Jakiś   czas   temu   przybyła   tu   grupa   emigrantów   i     odkryła,   że   okoliczni 

background image

górnicy nie mają ochoty prać własnych brudów. Założyli więc pralnie. Potem złoża  się wyczerpały, 
górnicy polecieli w nowe miejsce, ale pracze zostali. I zbili majątek, świadcząc  sobie nawzajem 
usługi.
Moretti   uważał,   że   to   bardzo   zabawne,   Stenowi   jednak   nie   było   do   śmiechu.   Ujrzał     już 
wystarczająco, by stwierdzić, że jest właśnie świadkiem powolnego rozpadu  imperium. Niby nic 
nowego, spodziewał się tego siedząc jeszcze na Smallbridge, jednak co innego  przypuszczać, co 
innego widzieć. W świecie fizyki entropia jest czymś oczywistym, jednak gdy  odnieść to samo do 
świata zjawisk społecznych, może się zrobić nieswojo.
Mahoney  nakreślił   obraz   tak   pełny,   jak   potrafił.   Zaznaczył   przy  tym,   że   to   z     pewnością   nie 
wszystko. Całe światy, systemy, gromady, nawet galaktyki popadały w izolację. Z   wyboru, bo 
odrzucały wiodącą rolę rady? Skutkiem wojen? Może za sprawą epidemii? Ale żeby   na aż taką 
skalę...
Sten wiedział,  w czym  rzecz. Przez tysiąclecia to właśnie AM2 spajało imperium.   Bez niego 
musiało   upaść.   Napęd   statków   międzygwiezdnych   nie   mógł   pracować   na   niczym   innym.     Na 
dodatek, skoro AM2 było zawsze stosunkowo tanie (cenę ustalał imperator) i  raczej łatwo dostępne 
(też za sprawą imperatora), nikt nie próbował szukać innych rozwiązań. Pierwsze  prawo lenistwa. 
Wszystko działało więc tylko dzięki AM2: broń, fabryki, transport... Listę można  by ciągnąć bez 
końca. Po zamordowaniu imperatora dostawy AM2 nagle ustały. W pierwszej chwili Sten nie  dał 
wiary słowom Mahoneya. Był przekonany, że to rada obcina przydziały. Może z  głupoty, może dla 
jakichś własnych celów. - Wcale nie - stwierdził Mahoney. - Nie mają pojęcia, skąd się to brało. 
Dlatego     właśnie     chcieli   nas   pojmać.   I   nas,   i   wszystkich,   którzy   byli   blisko   imperatora. 
Wyrywaliby ci paznokcie,  jeden po drugim, aż wyjawiłbyś im ten sekret.
- Zwariowali.
- Owszem. Pomyśl tylko, cały wszechświat zwariował. Prócz ciebie i mnie -  mruknął  Mahoney. - 
Ech... Odkręć może nową flaszkę, bo za moment i mnie się udzieli...
Sten wykonał rozkaz. Zanim oddał butlę Mahoneyowi, sam porządnie z niej  pociągnął.
- Każ może przysłać następną. Dalej będzie gorzej.
Sten raz jeszcze posłuchał.
- Dobra, Ian. Zatem wylądowaliśmy na cienkim lodzie.
Mahoney zachichotał chrapliwie.
- Jeszcze nie, chłopcze. Ale już blisko.
Ktoś zastukał do drzwi.
- Zamówienie, sir!
- Trochę za szybko, cholera - mruknął Mahoney, wyciągnął z rękawa broń i  podszedł do  framugi.
- Spokojnie, marszałku - stwierdził Sten. - Otwarte, panie Kilgour.
Po chwili drzwi się otwarły i wszedł Alex. Przed sobą pchał załadowany   spirytualiami   wózek. 
Minę miał nieco zdegustowaną.
- Czy nawet na chwilę nie mogę się od pana uwolnić? - rzucił pod adresem  Mahoneya. -  Ciągnie 
się to jak smród za wojskiem...
- Będziemy musieli popracować nad waszym słownictwem, podoficerze.
- Niektórym się podoba - odparł niewinnie Alex.
Kilgour i Sten spojrzeli po sobie.
- Jak blisko cię podeszli? - spytał Sten.
Kilgour opowiedział im o prawie udanej zasadzce i o walce na oblodzonych  ulicach.
- Ostrzeżenie przyszło w kodzie ogólnym, którego ani Sten, ani ja od dawna już  nie  używamy, 
zatem pomyślałem, że to właśnie pan je przesłał.
- W rzeczy samej.
- Rozumiem, że nie zrobiłeś tego z czystej sympatii. Kogo mamy ukatrupić?
- Spokojnie, panie Kilgour. Proszę usiąść. Ty też, admirale. Przedstawię wam  całą sprawę i  mój 
plan, jednak to chwilę potrwa. Zdaje się, że wiecie, o co mi chodzi. Jaki  mam cel. W zasadzie,  nie 
jest to jeden cel. Ale - po kolei.

background image

Zaczął od dnia pogrzebu, kiedy ujrzawszy radę stojącą nad grobem imperatora,  odniósł  wrażenie, 
że patrzy na piątkę zabójców. Potem jego opowieść stawała się coraz bardziej niewiarygodna. Po 
pogrzebie miał  jeszcze  zajrzeć do gabinetu imperatora, by wygrzebać z biurka butelkę szkockiej i 
wznieść pożegnalny  toast. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby butelki nie zdobiła mała kartka, 
treści następującej:
„Bądź w zasięgu, Ian. Ja wrócę.”
Charakter pisma należał niewątpliwie do imperatora.
Mahoney zamilkł, oczekując okrzyków niedowierzania. I usłyszał je, chociaż obaj  słuchacze trwali 
nadal w napięciu. Tylko Sten spojrzał dziwnie na broń Mahoneya.
- Ciekawe, panie marszałku - powiedział. - Ale skąd się tam wzięła? Chcesz   powiedzieć, że   w 
porcie zginął sobowtór?
- Nie. To naprawdę był imperator.
- To może przeżył, mimo paru dziur i bomby?
- Ciężko myślisz, Sten. Nie, był kompletnie martwy.
- Aha. Znaczy, wstał z grobu - mruknął Alex. - Wstał i skrobnął zgrabny  liścik...
- Pudło. Musiał zostawić instrukcje któremuś z Gurkhów. Lub jakiemuś innemu  słudze z  pałacu. 
Pytałem. Nikt nic nie wie.
- Dobra, Ian. Zapomnijmy na chwilę o samej kartce. Ważniejsze, co na niej było.  Słuchałem  cię 
pilnie i widzę tylko dwie możliwości. Albo po prostu oszalałeś, albo  przystałeś do tych  sekciarzy, 
którzy mają naszego zgasłego wodza za nieśmiertelnego. Pomyśl tylko,  minęło już  ponad sześć 
lat. To chyba trochę za długo. Notka sugerowałaby raczej rychły  powrót.
- Jeśli o mnie chodzi, to nie trafiłeś. Znaczy, może i zwariowałem, ale czy  zechcesz  wysłuchać 
mnie do końca?
- W porządku - westchnął Alex i nalał sobie porządnego drinka. - Nigdzie nam się  nie  spieszy.
Na wszelki wypadek nie spuszczał jednak oka z Mahoneya.
Ten ciągnął opowieść. Tamtego dnia podjął pewne postanowienie. Przede wszystkim   -   bliżej 
przyjrzeć się radzie.
- A nie pomyślałeś, że to może im się nie spodobać? - spytał Sten.
- Pomyślałem. Dlatego na wstępie obiłem sobie dupę blachą.
Złożył wniosek o wcześniejszą emeryturę. Opętana ideą redukcji sił zbrojnych   rada nie   robiła 
trudności. Wręcz przeciwnie, chętnie odprawiała wszystkich wojaków,  którzy znaleźli sobie  inne 
zajęcie. Sten przytaknął. Sami z Alexem też to wykorzystali. Szczególnie radośnie rada pożegnała 
Mahoneya,   bowiem   był   nie   tylko   ulubionym     marszałkiem   imperatora,   głównym   architektem 
zwycięstwa, ale kierował przez wiele  lat Korpusem  Merkurego, czyli imperialnym Wywiadem.
- Zadbałem, by nie traktowali mnie jak konkurencję. Znalazłem sobie przykrywkę.
Wszędzie rozgłaszał, że teraz zajmie się pisaniem kompletnej biografii Wiecznego   Imperatora, 
największego spośród ludzi. Zamiar ten idealnie pasował do planów   rady, która sama  robiła co 
mogła, by wykreować męczennika.
- Oczywiście tylko pozorowałem robotę, ale musiałem to robić skutecznie.
Zaszył się w archiwach. Pierwszy rok przeznaczył na badanie wczesnych lat  imperium,  przed jego 
upływem okazało się, że rada zupełnie o nim zapomniała i mógł się  zająć konkretami. Z  niejakim 
wstydem przyznał się towarzyszom, jak bardzo wciągnęło go przeglądanie   dawnych   zapisków. 
Może gdyby nie wywodził się z wojskowej rodziny, zamiast wojakiem   zostałby   prawdziwym 
archiwistą, i po latach napisałby wielotomową monografię widelca  stołowego. Lub  czegoś innego. 
Nie był  oczywiście  pierwszym  ani nawet milionowym  biografem imperatora.  Ale coś   odkrył. 
Wszystkie oficjalne źródła zawierały pewien fałsz.
- I co z tego? - spytał rozczarowany Sten. - Gdybyś uchodził za prawą rękę Boga,  też  łgałbyś na 
swój temat bez skrupułów.
- Nie o to chodzi - Mahoney wzruszył ramionami i wyjaśnił, że dostrzegł pewien  wzór,  powielany 
przez tysiąclecia. Kandydaci na biografów zawsze cieszyli się łaskami  władcy. Jednak  zwykle byli 
to tak zwani humaniści, skłonni pisać o głębokich uczuciach  Tamerlaina lub  kompleksie Edypa u 
Homera.

background image

- Krótko mówiąc, nawet dziecko mogłoby ich przerobić na szaro. A jednak  dostawali  stypendia. 
Podpisywano z nimi umowy na tak wielkie kwoty, że mieli zapewniony   dostatni byt do   końca 
życia.   I   tak   we   wszystkich   epokach.   Jestem   pewien,   że   żaden   z   nich   nigdy     nie   zajrzał   do 
materiałów   źródłowych.   Zawsze   powtarzano,   że   zapiski   z   tamtych   epok,   cytuję,     „zniknęły   w 
pomroce dziejów”, koniec cytatu.
- Cóż więc nasz szef próbował niby ukryć?
- Prawie wszystko, cholera. Począwszy od tego, skąd się wziął i jak został tym,   kim był.   Całe 
życie mógłbyś strawić, próbując dojść do ładu z siedemnastoma tysiącami  wiarygodnych  wersji 
jego żywota. Ale każda z nich pisana była na klęczkach lub przez idiotę.  Wystarczy  wspomnieć o 
dwóch najbardziej tajemniczych sprawach. Pomijając na razie sprawę  samego AM2,  oczywiście. 
Po pierwsze, ten drań naprawdę był nieśmiertelny.
- Bzdura. Takich zwierząt nie ma.
- Uwierz. A po drugie, został już kiedyś zabity.
- Ale dopiero co powiedziałeś...
- Wiem, co powiedziałem. Zabijano go na różne sposoby. Trafiłem na ślad co   najmniej   dwóch 
udanych zamachów i kilku fatalnych wypadków.
- I wciąż uważasz, że nie miał sobowtóra?
- Tak właśnie. Oto, co zdołałem stwierdzić ponad wszelką wątpliwość. Za każdym  razem  było tak 
samo. Imperator umierał. Po sekundzie dochodziło do potwornej  eksplozji, która niszczyła  ciało i 
wszystko dookoła. Tak jak ostatnio, gdy Chapelle zdetonował swą  piekielną machinę.
- Za każdym razem?
- Dokładnie rzecz biorąc, to tylko w jednym przypadku trafiłem na pełną  dokumentację. I  wiecie 
co? Zaraz potem ustają dostawy AM2. Właśnie. Zupełnie jak teraz. A potem  imperator  wraca. A 
wraz z nim - dostawy. I robi się normalnie.
- Żarty sobie ze mnie stroisz na starość - mruknął Sten. - Dobra, a ile to   zwykle trwało, nim 
wracał? Nie, żebym wierzył w choć jedno twoje słowo...
Mahoney spojrzał niepewnie na Stena.
- Po wypadku - jakieś trzy do czterech miesięcy. W przypadku morderstwa - rok  lub dwa.  Dość 
czasu, by wszyscy odczuli, jak bardzo jest niezbędny.
- Tym razem minęło sześć lat. I nic - rzucił Alex.
- Wiem.
- Ale nadal wierzysz, że pewnego dnia imperator przyleci na różowej chmurce czy   wyjdzie   z 
muszli, i świat pojaśnieje i oszaleje ze szczęścia...
- Nie wierzycie - powiedział Mahoney napełniając sobie szklankę.. - A gdybym  pokazał  wam te 
wszystkie materiały? Ukryłem je w bezpiecznym miejscu.
- Nie trudź się. Ale mniejsza z tym. Co jeszcze odkryłeś?
- Miałem szczęście. Pamiętasz swoją przyjaciółkę, Haines?
Sten  pamiętał.   Haines  była  policjantką  z  działu  zabójstw. To  z  nią  właśnie     nieźle   się kiedyś 
napracował, by rozplatać sprawę, która okazała się iskrą rzuconą na proch i dała  początek wojnie z 
Tahnijczykami. Poza tym byli też kochankami.
- Wciąż jest gliną, nadal na Centralnym w wydziale zabójstw. Teraz już jako szef  działu.
Poprosił ją o dostęp do akt Chapellego, zabójcy imperatora. Był już wtedy kimś,  bowiem  pierwszy 
tom biografii ukazał się na rynku i otrzymał entuzjastyczne recenzje.
- Sama papka dla mas, oczywiście - uspokoił słuchaczy. - A co do twojej Haines,   wciąż -   jak 
dawniej - uczciwa.
Zadał   jej   parę   pytań,   aż   któregoś   dnia   Haines   domyśliła   się,   że   niegdysiejszy     szef   wywiadu 
zajmuje się czymś więcej, niż tylko spokojnymi studiami nad minioną epoką.
- Powiedziała, że pomaga mi tylko dlatego, że ty dobrze o mnie mówiłeś. Że  podobno  niezły ze 
mnie gość, jak na... hm, pieprzonego generała. Pamiętacie kogoś  takiego, jak Volmer?
Sten przytaknął. Volmer był magnatem prasowym, a dokładniej rzecz biorąc, dostał  w  spadku całe 
imperium mediów. Należał do rady. Zginął pewnej nocy podczas  seksualnych łowów,  w jakiejś 
spelunie   Soward.   Oficjalnie   ogłoszono,   że   planował   serię   publikacji   o     aferach     korupcyjnych 

background image

związanych  z wydatkami  na cele  wojenne i ktoś postanowił go   uciszyć.  Wersja   nieoficjalna 
powiadała, że zaczął się zalecać do niewłaściwej osoby.
Haines ustaliła coś jeszcze. Przez jakiś rok tropiła pewnego najemnego zabójcę. 
Nie   chciała     go   przymknąć,   bo   był   tylko   wykonawcą.   Zależało   jej   na   nazwisku   tego,   kto   go 
wynajmował. I  dopadła gościa. Na dodatek miała w ręku dość dowodów świadczących o tym, że to 
on właśnie   załatwił szefa jakiegoś tam gangu, by postawić typa w stan oskarżenia. Młodzieniec 
potwierdził   wagę   owych   dowodów   i   zaproponował   transakcję.   Haines     uznała     to   za   świetny 
pomysł.   Porachunki   rekinów   podziemia   mało   ją   obchodziły;   cieszyła     się   nawet,   gdy     tamci 
wyrzynali   się   nawzajem,   oszczędzając   roboty   i   policji,   i   sądom.   Byle     sprzątali   po   sobie,   bo 
walające   się   na   ulicy   zwłoki   zakłócają   spokój   porządnych   obywateli.   Gość   miał   jednak   coś 
naprawdę ciekawego do opowiedzenia. Wyznał, że to on zabił  Volmera. Podobno poszła pogłoska, 
że Volmer jest kapusiem i ktoś ogłosił otwarty  przetarg na  wykonanie zadania. Najemnik zrobił 
więc swoje i został stosownie wynagrodzony.
Haines   chciała   wiedzieć,   kto   wypłacał   tę   nagrodę.   Gość   podał   nazwisko   pewnego     niedawno 
wyeliminowanego   szefa   podziemia.   Haines   odstawiła   go   z   powrotem   do   celi   i   kazała     mu 
zastanowić się nad znaczeniem terminu „weryfikowalny dowód”. Dziwnym trafem   najemnik tej 
samej nocy popełnił w celi samobójstwo.
- I to wszystko?
- Wszystko.
- No to w końcu kto kazał zabić Volmera?
- Pewnie jego kumple z rady.  Tak sądzę. Może nie chciał przyłączyć  się do   spisku? Tak czy 
inaczej, zginął jako pierwszy. Potem Sullamora. Razem z imperatorem. No i   jeszcze Chapelle. 
Dziwny facet. Pracował w kontroli lotów. Przyjrzałem się trochę sprawie. Chyba  miał imperatora 
za osobistego prześladowcę.
- Tak. Widziałem transmisję. Szaleniec.
- Owszem, ale nie sam z siebie. Ktoś wpędził go w to szaleństwo. Ktoś wpływowy,  bo  najpierw 
zniszczył mu karierę. Zaczęło się od zwolnienia z pracy, potem było   coraz gorzej. Do dziś   nie 
wiadomo,   czemu   właściwie   Chapelle   stracił   robotę   i   wylądował   diabli   wiedzą     gdzie.   Porty 
kosmiczne, doki i kontrola lotów to była domena Sullamory. Ale on też nie żyje.
Sten, głęboko zamyślony, nalał sobie kolejnego drinka i podszedł do  zastępującego okno  ekranu.
- Dobra, Mahoney. Powiedzmy, że trafiłeś na coś interesującego. Może to i  prawda. Ale  może ci 
odbiło, jak temu Chapelle, i czepiasz się pozorów. Stary Mantisowiec  powinien się na tym  poznać. 
Czy mógłbyś jednak najpierw dokończyć?
Mahoney   opowiadał   dalej.   Krótko   po   nawiązaniu   kontaktu   z   Haines   poczuł   się   nieco     mniej 
bezpiecznie. Skojarzył, że skoro rada nie zna źródła AM2, to tylko kwestia  czasu, aż zaczną łapać 
podejrzanych i sondować im umysły.
- Skanowanie mózgu to paskudna sprawa. Często kończy się fatalnie dla  zainteresowanego.  Już 
wolałem   umrzeć.   Przeprałem   całą   forsę   przepuszczając   ją   przez   lewe     inwestycje,   odpaliłem 
dziesięć  procent pralniczemu i utonąłem. Głupi wypadek  podczas przejażdżki   łodzią. Od razu 
pojawiły się pogłoski, że popełniłem samobójstwo na skutek bankructwa.
Po śmierci, Mahoney wziął się żwawo do roboty. Między innymi odszukał tych,  którzy  znali bliżej 
imperatora.
- Wielu jeszcze służyło i większość uważała, że jedynie usunięcie rady uchroni  nas od  pogrążenia 
się w całkowitym chaosie.
Sten i Kilgour wymienili spojrzenia. Tak. O to chodzi.
- Potem... Mieliśmy dostęp do wszystkiego, co imperator zostawił na Centralnym.  Znałem  jednego 
faceta. Wszystko zapisywał i wciskał w jakiś schowek. Choćby w jeden ze  słoiczków z  klejem, 
którego używał przy budowie giwery.
- Gitary - poprawił odruchowo Sten.
- To nasza jedyna nadzieja - ciągnął Mahoney.  - Może to i wariactwo, taka wiara   w powrót 
imperatora. Ale dotąd zawsze wracał. Imperium może nie jest doskonałe, jednak od  paru tysięcy lat 

background image

spajało cywilizację. I myślcie, co chcecie, ale jeśli ktoś czego nie zrobi,  runie ono w gruzy, i to już 
za parę pokoleń.
Sten przyjrzał się uważnie Mahoneyowi. Niezbyt przyjaźnie.
- Zatem wyciągnąłeś mnie z opresji i uprzedziłeś Kilgoura, a w zamian chcesz  drobiazgu.  Mamy 
tylko załatwić tych przypadkowych władców wszechświata.
Mahoney udał, że nie słyszy nuty sarkazmu.
- Dokładnie.  Bez  pośpiechu,  bez  długich  podchodów  i  bez zamieszania.  Dlatego    pomyślałem 
właśnie o tobie, Sten. Jesteś naszą jedyną nadzieję. Robiłeś już  takie rzeczy. Czysto  wchodzisz, 
czysto wychodzisz, a za tobą, voila, pięć trupów.
Sten i Alex wpatrywali się bez słowa w migoczące na ściennym ekranie gwiazdy. 
Wcześniej wyrzucili Mahoneya za drzwi oznajmiając, że muszą porozmawiać. Nie   rozmawiali 
jednak wiele. Odstawili alkohol i zamówili kawę. Sten uporządkował myśli. Czy jest jakiś sposób, 
aby dopaść radę? Modliszkowa   arogancja   podpowiadała, że jest, oczywiście. Może faktycznie. 
Ale   czy   naprawdę   będzie   to     „czysta   robota”?     Sten   wciąż   pamiętał   słowa   sierżanta   z   kursu 
rekruckiego: dobry żołnierz to ten,  „który pomaga tym  z drugiej strony zginąć za ojczyznę”. Rada 
próbowała go zabić. Zapewne ograbiła go też ze wszystkiego, co miał. I co?  Kredyty  rzecz nabyta, 
przychodzą,   odchodzą.   A   co   do   walki...   Skończywszy   z   czynną     służbą,   Sten   nieraz     stawiał 
narkopiwo swym niegdysiejszym wrogom. W końcu był zawodowcem. Czy rada była z gruntu zła? 
Gdyby tak, to usprawiedliwiałoby ich zabicie. Ale co  to  właściwie jest - zło?... Nie tędy droga.
Z innej strony.
Czy rada jest niekompetentna? Z pewnością. Szczególnie, gdy uwierzyć słowom  Mahoneya.  Ale 
co z tego? Niekompetencja to już nie przestępstwo. Zdarza się i na Wulkanie,   i w imperialnej 
armii. Imperium się rozpada. Po raz trzeci. I co? Sten, weteran setek walk na ponad  tysiącu planet, 
nie potrafił jakoś ogarnąć myślą czegoś tak amorficznego, jak imperium. I jeszcze jedno. Dla Stena, 
podobnie jak dla  jego ojca i ojca jego ojca, Wieczny Imperator  był    wszystkim.    Pomyśleć  o 
imperium znaczyło przywołać przed oczy portret imperatora. Złożył przysięgę. Nawet dwukrotnie. 
Że będzie bronić Wiecznego Imperatora i  imperium za  cenę własnego życia... Że będzie słuchać 
rozkazów   i   szanować   tradycje   Gwardii     imperialnej     zgodnie   z   życzeniem   władcy.   Gwardią 
dowodził wówczas ten zimnokrwisty skurczybyk  Mahoney.  Eony lat temu, jeszcze na Wulkanie. 
Ale przysięga przestała obowiązywać w chwili  demobilizacji.
W tym sęk.
Gdyby rada próbowała zabić imperatora i chybiła, czy wówczas uznałby za swój  obowiązek  ścigać 
ich do upadłego i zabić w razie potrzeby? Oczywiście. Czy był przekonany,   że to rada zabiła 
imperatora?   Tak,   absolutnie.   Przypomniał   sobie   stare   przysłowie   Tahnijczyków:   „Służba   jest 
cięższa od ołowiu,   śmierć   lżejsza od piórka”. Ale nie pomogło. Przysięga wiąże na całe życie. 
Służba nigdy się nie kończy. Sten poczuł się  nieco  zagubiony. Spojrzał na Kilgoura i odchrząknął. 
Takich rzeczy nie mówi się  głośno.
Kilgour unikał spojrzenia Stena.
-   Zawsze   możemy   wygrzebać   sobie   jakąś   jamę,   zawalić   wejście   kamieniem   i   czekać,     aż   się 
wszystko zawali - powiedział nagle.
- Wolałbym nie spędzić reszty życia oglądając się nieustannie przez ramię.
- Przesadzasz. Może się udać, żaden problem. Ale jeśli spróbujemy, moja mamusia  zaraz  rozgada 
to wszystkim na najbliższym jarmarku. Zatem imperium się sypie. I co ty  na to?
Sten uśmiechnął się krzywo. Tak już lepiej. Mniejsza o logiczne uzasadnienia.
- Ważne, byśmy mieli czyste sumienie - odpowiedział Alex i sięgnął po butelkę. -  Swoją  drogą - 
sporo filmów widziałem, a takiej chały jeszcze nigdy. Oto siedzi sobie  takich dwóch, jeden  grubas 
w podróży, drugi przegrany żigolak i planują, jak tu uratować   wszechświat. A gdzie miecze   i 
zbroja lśniąca, gdzie błysk sztandarów? Co to się porobiło...
Dopił.
- Dobra. Jak dopadniemy tych skurwieli?
W ten sposób Sten i Kilgour nawiązali ostatecznie współpracę z byłym marszałkiem  floty. Choć 
prywatnie mieli go wciąż za ciężko stukniętego.

background image

Rozdział 7

Mężczyzna wpatrywał się w ekran. Ręce trzymał złożone nieruchomo na kolanach.
- Nie przystąpiłeś do testu - odezwał się oskarżycielsko głos.
- Co się stanie, jeśli nie posłucham?
- Nie otrzymasz informacji. Zacznij test.
- Nie.
- Czemu właściwie?
- Już go przeszedłem. Trzy... Nie, cztery pory snu temu.
- Zgadza się. Test zakończony.
Ekran pociemniał.
- Odczyty zostały poddane analizie. Wyniki mieszczą się w granicach normy -  powiedział  głos. 
Dziwne. Po raz pierwszy zdawał się mówić do kogoś innego niż mężczyzna. -  Jesteś gotów  do 
następnego etapu.
- Mam kilka pytań.
- Możesz pytać. Ale nie gwarantuję, że uzyskasz odpowiedź.
- Jestem na statku. Czy na pokładzie jest ktoś jeszcze?
- Nie.
- Czy jesteś syntetycznym głosem?
- To oczywiste.
- Powiedziałeś, że... wyniki mieszczą się w granicach normy. A gdyby się nie  mieściły?
- Uzyskanie tej odpowiedzi nie leży w twoim najlepiej rozumianym interesie.
- Spróbuję inaczej. Ile swobody zostawił ci twój programista?
- Uzyskanie tej odpowiedzi nie leży w twoim najlepiej rozumianym interesie.
- Dziękuję. W zasadzie mi odpowiedziałeś. Jeszcze jedno. Kto cię zaprogramował?
Na chwilę zapadła cisza.
- Sam się niebawem przekonasz w oczywisty sposób - odparł w końcu głos. - Koniec  pytań.
Otworzyło się przejście - dotąd zamknięte.
- Korytarz kończy się w kabinie statku. Wejdziesz na pokład i przygotujesz się  do startu.  Możesz 
wydać dwa rozkazy; o ile wiesz, jak powinny one brzmieć. Gdybyś nie  wiedział, służę  pomocą. Po 
pierwsze: czy ponownie uruchomić maszyny?
- Jakie maszyny?
- Podpowiedz brzmi: tak, ale w stosownych okolicznościach.
- Podpowiedź przyjęta. Chyba tak.
-  Drugie:   czy  rozpocząć   przeładunek?  Podpowiedź:   nie,  aż   do  chwili   osiągnięcia    stosownych 
postępów.
- Też przyjmuję. Ale przeładunek czego? I jak się będę z tobą kontaktował?
- Sam znajdziesz odpowiedzi na oba pytania. Teraz przejdź na statek.
Mężczyzna ruszył korytarzem. Rzeczywiście prowadził on do niewielkiego statku. 
Wszedł.
Pojazd z założenia był jednoosobowy.
Usiadł   na   fotelu.   Właz   zamknął   się.   Lekkie   szarpnięcie   oznaczało   uruchomienie     napędu 
międzygwiezdnego.
-   To   ostatni   komunikat   -   odezwał   się   nagle   głos.   -   Statek   ma   cztery   niezależne     systemy 
nawigacyjne.   Każdy   został   ustawiony   na   inny   cel.   Po   osiągnięciu   pierwszego     automatycznie 
przestroi się na następny, a wykorzystany system ulegnie autodestrukcji.   Zachowaj spokój. Nie 
próbuj   zmieniać   programów.   W   odpowiedniej   chwili   sam   zrozumiesz,   dokąd   i   po   co     lecisz. 
Żegnam. Powodzenia.
Mężczyzna drgnął. Włosy zjeżyły mu się na karku.
Powodzenia? Od kiedy to maszyny życzą powodzenia?

background image

Rozdział 8

Hondżo tworzyli kulturę niewielką, ale w pełni oddaną handlowi. Jej początki  sięgały  wczesnych 
lat imperium. Zamieszkiwali system odległy o paręnaście lat świetlnych  od Durera,  miejsca jednej 
ze słynnych bitew podczas wojny z Tahnijczykami. Pierwotną  ojczyzną Hondżo  była pewna mało 
przytulna   i   pozbawiona   istotnych   surowców   gromada   gwiezdna.   Niewiele   sobie   jednak   z   tego 
robili. Ich odlegli przodkowie byli wyspiarskimi  kupcami.  Potrafili sprzedać dosłownie wszystko. 
Sami budowali swoje statki wedle własnych  projektów,  chociaż korzystali z usług stoczni, niegdyś 
należących do Sullamory. Okręty  miały konstrukcje  lekkie i nieco kanciaste. Były raczej powolne, 
choć nad wyraz wytrzymałe i   zdolne do wejścia w   atmosferę każdej planety, na której istniała 
szansa na jakikolwiek handel. Hondżo należeli też do największych chomików galaktyki. Ponieważ 
nie   posiadali     własnych   zasobów,   gromadzili   jak   największe   zapasy   wszystkiego.   Strzegli   ich 
potem zazdrośnie. 
Szczególnie AM2.
Raz na jakiś czas Wiecznego Imperatora ogarniała wściekłość, jako że sam ustalał  ceny na  AM2 i 
nie lubił, gdy ktoś psuł mu rynek. Ile razy nieco opuścił cenę, Hondżo   pierwsi ustawiali się   w 
kolejce. Jednak irytacja władcy szybko przechodziła, ostatecznie nie był to   jego kłopot. Po paru 
zatargach dał spokój uznając, że ekscentryków najlepiej jest ignorować. Jako  kupcy sprawdzali się 
wyśmienicie, byli naprawdę uczciwi; na dodatek system, który zamieszkiwali, był   tak mały, że 
prawie bez znaczenia. Niestety, mieli pewną wadę. Łatwo się obrażali. Szczególnie, kiedy rzecz 
dotyczyła ich  własności. Krótko mówiąc, przy byle okazji sięgali po broń, nie zwracając uwagi  na 
własne szanse.
Gdy rada usłyszała o planie zaatakowania Hondżo, jednomyślnie stwierdziła, że  bliźniaczki  Kraa 
mają głowy na karku. Tych warto rabować.
- To siostra na to wpadła - stwierdziła gruba Kraa. - Ci durnie trzymają   wszystko w jednym 
miejscu. Wystarczy na nich uderzyć, wziąć swoje i do domciu. Razem z zapasami  AM2.
- Czy naprawdę musimy działać aż tak jawnie? - spytała Malperin.
- A czemu nie? Hondżo to dranie. Wszyscy to wiedzą!
- Dobry plan, ale trochę mało dyplomatyczny - zachichotał Lovett.
Kyes zauważył, że towarzystwo ożywiło się dzisiaj jak nigdy. Wreszcie zamiast  gadać bez  końca 
przeszli   do   działania.   Może   perspektywa   zbrojnego   najazdu   przemówiła   im   do     wyobraźni. 
Wszyscy, nie wyłączając Kyesa, popełnili w swej karierze niejedną kradzież, ale  zawsze działo się 
to na papierze i na dystans. Pod płaszczykiem legalności gwarantowanej przez  legiony prawników. 
A teraz chodziło o prawdziwą walkę! Ależ podnieta! Kyesowi również udzieliła się  ta atmosfera.
-   Spróbujmy   tak   -   zaproponował.   -   Wyślemy   dosyć   jednostek,   by   załatwiły   sprawę;     tak   jak 
proponują nasze koleżanki. Tyle, że przed nimi poleci jeden mały statek. Taki  lekko uzbrojony i 
nie  za drogi... Naruszy granice Hondżo.
- To ich wkurzy - wtrąciła się chuda Kraa z rozmarzeniem. - Zaczną strzelać...
- I będziemy musieli zareagować! Bum! I wszystko nasze! - dokończył Lovett.
Wszystkim się spodobało, tylko Kraa zgłosiły niespodziewanie jedno zastrzeżenie.
- Musimy jeszcze wymyślić sobie jakieś alibi - rzuciła gruba. - Żeby potem nie  było, że  sobie to 
zaplanowaliśmy. Rozumiecie?
Rozumieli.
- Może jakieś spotkanie na szczycie? Konferencja czy sympozjum? - zaproponowała   Malperin. 
Nigdy jeszcze na żadnym nie była, inni zresztą też nie, ale wiedzieli,   że takie imprezy   zawsze 
odbywają się z miłą pompą. I że wcale nie trzeba się znać na przedmiocie   obrad. - Już   wiem. 
Upieczemy  dwie  pieczenie  na jednym  ogniu. Czas  na  trochę  dobrych    wiadomości.  Słuchacze 
zaszemrali z akceptacją. Sytuacja z dnia na dzień była coraz gorsza. 
Rada unikała   poruszania kwestii, ale wciąż kolejne systemy wymykały im się z rąk i sprawy 
wyglądały coraz  gorzej.
Malperin zaproponowała, aby ogłosić, że w wyniku długich i wnikliwych badań  fachowcy  ustalili, 
jakoby krzywa rozwoju gospodarczego, która ostatnio stale spadała,  osiągnęła dno i  zacznie się 

background image

teraz wznosić. W tej sytuacji należy zwołać konferencję, która  ustali kurs ekonomiczny  imperium 
na następne sześć czy siedem lat. Będzie to największe wydarzenie od dnia śmierci imperatora. 
Transmisje z obrad,  pełna  obsługa, komentarze i tak dalej. Zaproponowała też miejsce, w którym 
można  by tę     fetę     zorganizować.   Na  Ziemi,  w   dawnym  obozie  traperskim  Tanza  Sullamory. 
Odremontowanym przez radę  do  tajnych spotkań. Zasiądą tam wokół stołu, aby w poczuciu misji i 
w aurze niewinności rozważyć    trudne   kwestie. Dla dobra ogółu, oczywiście. W tymże czasie 
Hondżo przeprowadzą niczym  nie  sprowokowany atak na bezbronny statek imperium. Kraa zaraz 
wyliczyły,   że   do   przewiezienia   łupu   potrzebny   będzie   skład   długi   na     dziesięć,     może   nawet 
piętnaście kilometrów.
- AM2. Od cholery - rzuciła chuda.
Kyes przytaknął zgodnie. Tyle właśnie, a nawet więcej.
Mahoney   wkroczył   tanecznie   do   apartamentu   Stena,   nucąc   pod   nosem   starą,     średniowieczną 
balladę:
- „Niech ujrzę raz jeszcze, la la la, uchuchu, dnia pewnego, rym  cym  cym,  coś   tam,  zielone 
wzgórza Ziemi, brzdęk...”
Podszedł do terminala i włączył kanał informacyjny.
Zaraz pojawił się nagłówek:
NOWY KURS DLA IMPERIUM
A poniżej:
WIELKA PIĄTKA ZWOŁUJE
SZCZYT EKONOMICZNY
W HISTORYCZNYM ZAKĄTKU
Sten przeczytał informację. Alex zaglądał mu przez ramię.
- Mam wrażenie, że okazja sama pcha się nam w ręce - zauważył Sten.
Mahoney jaśniał własnym światłem.
- Nigdy nie rozumiałem, dlaczego sfery dyplomatyczne najbezpieczniej czują się  właśnie w  lesie. 
Może dlatego, że wszyscy wyszli z miejskich rynsztoków?
- Kto ich wie - mruknął Alex. - Ale jak się na nich zaczaję, zaraz im przejdzie  miłość do  przyrody.
- Właśnie - dorzucił Sten. - Śmierć politykierom!

Rozdział 9

Komunikat rady skłonił konspiratorów Mahoneya do przedsięwzięcia stosownych  kroków.  Przede 
wszystkim   zarządzili   spotkanie,   Ian   Mahoney   dość   miał   już   spiskowania.     Zgodnie   z   „regułą 
kciuka”,   im   mniej   czasu   poświęcano   na   przygotowania   i   narady,   tym   mniejsze   było     ryzyko 
wykrycia lub niepowodzenia operacji. A było czym ryzykować, bowiem w razie  wpadki wszyscy 
zainteresowani   mieliby   kłopoty,   i   to   porządne.   Podczas   swych   wcześniejszych   „badań 
historycznych” Mahoney nawiązał kontakt z  wieloma dawnymi towarzyszami broni. Wędrował w 
tym celu od jednej galaktyki do  drugiej,  głównie od czasu swej śmierci. Rozmowy były wszędzie 
podobne i całkiem proste.  Po powitaniu  zaczynał sondowanie. I zasiewał mordercze myśli. Czy 
ten a ten zgadza się z opinią, że jeszcze trochę, a wszystko się, hm,  rozpieprzy? Jeśli  tak, to czy 
uważa, że można by coś z tym zrobić? Czy należy coś z tym zrobić? A  gdyby zawiązało  się grono 
osób zdecydowanych na działanie, to czy on (lub ona) dołączy do nich? Wszystko zabierało sporo 
czasu. Zbyt wiele. Na dodatek aż nazbyt często Mahoney  wyczuwał, że coś tu śmierdzi i musiał 
zrywać kontakt. Od każdego chciał w zasadzie tego samego, czy był to wysoki rangą oficer czy 
wpływowy  cywil. Ostateczne pytanie brzmiało: gdyby rada została nagle pozbawiona władzy,  co 
byś zrobił? 
Wzorcowa odpowiedź musiała zawierać następujące punkty:
1. Zebrałbym wszystkie podległe mi siły (to w przypadku oficerów) i dążyłbym do   utrzymania 
porządku i ładu społecznego.
2. Rozbroiłbym - lub w inny sposób zneutralizował - siły wciąż lojalne wobec  rady,  począwszy od 
ochrony i prywatnych armii członków rady.

background image

3. Przejąłbym media, aby zapobiec kampanii propagandowej lojalistów.
4. Poparłbym proces formowania nowego rządu.
Ostatnia sprawa była niejasna nawet dla samego Mahoneya, nie znał się on bowiem  na  polityce. 
Wyobrażał sobie, że jakiś rząd można by sklecić spośród tych członków  parlamentu,  którzy nie 
zostali całkiem skorumpowani przez radę, przygarnąć nieco posłów z  dysydenckich  systemów i 
galaktyk,   a   przywództwo   powierzyć   odpornym   na   korupcję   Manabim.   Może   i   tak.   Mahoney 
powtarzał jednak zawsze, że „najpierw trzeba złapać  królika”. Zwykle  nie wybiegał dalej, bo mało 
kto pragnął usłyszeć, jaki to cud mógłby nagle  pozbawić radę władzy.  Owszem domyślali się, że 
nie będzie to raczej kwestia łagodnego aresztu  domowego; ostatecznie  wszyscy wiedzieli świetnie, 
czym   przez   minione   lata   kierował   ich   rozmówca.   Gdyby   już   udało   się   zaprowadzić   jako   taki 
porządek, pojawiały się następne dwa,  równie  istotne zadania. Po pierwsze: powstrzymać upadek 
imperium. Po drugie: znaleźć   AM2. O ewentualnym rządzie Mahoney potrafił powiedzieć tylko 
jedno: że musi być w  pełni  cywilny. Żadnych wojskowych. Nie, żeby sam uważał się za marnego 
kandydata na   króla, wielu   jego przyjaciół też by się nadało. Ale o to właśnie chodziło. Ludzi 
przywykłych     do rozkazywania     nie  należy dopuszczać   do władzy,  bo  im  charakter   do reszty 
sparszywieje. Póki co była to pieśń przyszłości, i to dalekiej. Nie tylko za sprawą   oczywistych 
trudności     (zamach   stanu   i   te   rzeczy),   ale   również   z   winy   olbrzymich   pokładów   biurokracji 
dzielących   przywódcę od rządzonych. Mahoney zawsze szczycił się tym, że wydawał rozkazy 
zwięźle i  jednoznacznie, a każdy z jego podkomendnych zawsze miał do niego dostęp.  Ostatnio 
dowiedział  się, jak rzecz może wyglądać. Całe dnie stracił wyczekując w antyszambrach  dawnych 
przyjaciół,  po to jedynie, by zostać zauważonym. Czas mijał, ryzyko rosło. Również ryzyko błędu. 
Starał się nie winić tych,   którzy woleli o   niczym nie słyszeć. Niektórzy nie widzieli się ani w 
armii, ani w dyplomacji,  inni wierzyli w  przejściowość problemów. Powtarzali, że rada nabierze 
wkrótce wprawy w  rządzeniu, może się  opamięta... A że chaos i drożyzna? Po wojnie to normalne, 
na dodatek zabrakło  jeszcze imperatora. 
Niektórzy byli gotowi wziąć radę w obronę. Bo to w tych okolicznościach... 
Niektórych   rada     zdążyła   już   podkupić.   Jednak   najbardziej   wkurzał   Mahoneya   ostatni   typ   - 
zwykłych  tchórzy.
Wiarą w powrót imperatora podzielił się jedynie z Alexem i Stenem. I bez tego  powiewu  paranoi 
całość zakrawała na czyste szaleństwo.
Pod koniec werbowania doliczył się około tysiąca osób, na których zapewne mógł  polegać.  Teraz 
przyszła pora na ostatnie posunięcie. I zebranie wszystkich, by zacząć  realizować snuty z  wolna 
plan. Podobne spotkanie było kuszeniem losu, jednak Mahoney chciał przekonać całe   grono, że 
wielka   konspira   nie   sprowadza   się   do   jednego   emeryta   z   nadajnikiem.   Że   jest   już     cały   tłum 
spiskowców. By zmniejszyć ryzyko, zorganizował rzecz na widoku; w dodatku blisko  legowiska 
bestii, a dokładnie w zmilitaryzowanych światach Klisura. Wiele lat temu na  jednym z nich Sten 
przechodził kurs szkolenia gwardyjskiego.
Pewna mniejsza planeta pełniła tu od wieków funkcję poligonu, na którym  urządzano gry  wojenne 
bez żołnierzy i flot. Podobno w dawnych czasach zwano je „kriegsspiel”.   Zabawa na   mapach, 
teraz już z użyciem komputerów i elektronicznych sztabów. Pomysł tego  scenariusza  wyszedł od 
marszałka   Wentwortha,   dawnego   i   w   pełni   zaufanego   towarzysza   broni     Mahoneya.   Aby 
przyjeżdżający nawet z najdalszych garnizonów oficerowie nie budzili  podejrzeń,  należało zadbać 
o rozmach imprezy. Tak też uczyniono.
DANE WYJŚCIOWE: siły zbrojne - według stanu obecnego (znacznie zredukowane po  wojnie); 
gospodarka - wzorowana na aktualnej (z ograniczonym dostępem do AM2);  sytuacja  polityczna - 
jak wyżej (czyli niestabilna, bo też jaka ma być, skoro państwem   rządzi banda   nieudaczników, 
którzy nawet kozy na pastwisku by nie upilnowali, z czego  większość obywateli  świetnie zdaje 
sobie sprawę).
SYTUACJA: nagłe i poważne zagrożenie z zewnątrz, eskalujące aż do otwartej  wojny.
TREŚĆ SYMULACJI: działania zbrojne w ciągu pierwszych dwóch (standardowych) lat  konfliktu.
Gra   miała   zatem   odtwarzać   początek   wojny   z   Tahnijczykami,   przy   dodatkowym     założeniu 
niedostatku AM2. No i bez osoby imperatora.

background image

Tak   wielkie   manewry,   nawet   bez   armii,   musiały   zwrócić   uwagę   rady.   Pomysł   wydał     jej   się 
skrajnie   głupi,   szczególnie   w   kwestii   nowego   i   nieznanego   wroga,   nadciągającego     z   otchłani 
kosmosu.   Po   jakimś   czasie   jednak   uznała,   że   wodzowie   najwyraźniej   myślą   o     przyszłości. 
Pokpiwano   jeszcze   ze   zbyt   realistycznych   założeń,   ale   i   to   przeszło.   Ktoś     doradził,   całkiem 
rozsądnie,   że   wyżsi   oficerowie   sztabowi   powinni   znać   prawdę,   jakkolwiek   może   być     ona 
niewygodna. Ostatecznie AM2 to surowiec strategiczny.
W   konsekwencji   postanowiono   otoczyć   uczestników   wraz   z   całą   imprezą   szczególną     opieką; 
postąpiono więc dokładnie po myśli Mahoneya. 
Kyes wyraził nawet pogląd,   że może w   trakcie gry pojawią się jakieś ciekawe i nowatorskie 
pomysły.  Jakie, tego już   nie powiedział. Rada zamruczała jeszcze usłyszawszy,  że Wentworth 
pragnie dokooptować do grona   nieco   cywilnych specjalistów. Na liście znaleźli się wyłącznie 
ludzie sprawdzeni:  nieco emerytowanych  generałów, paru ekspertów od logistyki, a nawet garść 
bujających w obłokach   technokratycznych    wizjonerów. Kyes  jednak ucieszył  się jak dziecko. 
Zawsze uważał wojskowych za  ograniczonych  zarozumialców, a tu proszę, potrafią docenić cenny 
wkład kogoś z zewnątrz. I  sami szukają  kontaktów.
Tak   zatem   admirałowie,   generałowie,   marszałkowie   i   wywiadowcy,   wszyscy   z     adiutantami, 
specjalistami i asystentami, zlecieli się ostatecznie na planetę Klisura XII. Za   nimi nadciągnęli 
cywile, między innymi pewien pogodny starszy facet utrzymujący, że jest   profesorem od etyki. 
Nazywał  się  Stephen  Potter,  bo  takie  imię  wymyślił  sobie  tym  razem  Mahoney.  Gra  nie  była 
całkowitą   fikcją.   Planowano   dwie   albo   i   trzy   kompletne   sesje,   za     każdym     razem   z   innymi 
uczestnikami.   Pierwszą   grupę   tworzyli   konspiratorzy   Mahoneya,     drugą   -   całkiem     niewinni 
militaryści, służący nieświadomie za parawan. Co do reszty, Mahoney  najchętniej  poprzestałby na 
jednej rozgrywce, jednak wiedział, że musi się spotkać ze  wszystkimi, inaczej  nigdy nie zjedna 
sobie tych niezdecydowanych. Tylnymi drzwiami przybywali tymczasem, zwykle pojedynczo, inni 
jeszcze   goście.     Niepozorne,   szarawe   postacie   bez   twarzy,   czyli   byli   agenci   polowi   Korpusu 
Merkurego i technicy.   Mieli zadbać o bezpieczeństwo zebranych. Mahoney założył, że rada nie 
poprzestanie  na zwykłym  zainteresowaniu.  Będzie    chciała    mieć  pewność. Nie pomylił  się, a 
zneutralizowanie standardowych pluskiew nie  sprawiło  najmniejszych trudności. Kilka wyłuskali, 
nie zniszczyli ich jednak. Zameldowali  natomiast  stosownym władzom. Te wyraziły zdumienie i 
oburzenie, i po cichu odłączyły   wskazane   podsłuchy.  Resztę zostawiono. I tak przekazywały 
fałszywe informacje - głuchnąc, gdy ktoś  był w  pobliżu, lub transmitując zupełną fikcję. Spece 
rady mogli słuchać do upojenia,   jak to generał X   omawia ze swym sztabem kwestię transportu 
podległych mu oddziałów, nieświadomi,  że tenże  generał przekazuje właśnie Mahoneyowi, ilu ma 
pewnych oficerów i na jakie siły  może liczyć w  dniu D, gdy przyjdzie mu pacyfikować prywatną 
straż bliźniaczek Kraa.
Zjawiło się też kilka wtyczek obecnego kontrwywiadu, zostali oni jednak szybko  zdemaskowani, a 
ich ruchy śledzono dzień i noc. Jeden tylko zdołał wpaść na  jakiś ślad, ale zniknął  w tajemniczych 
okolicznościach i nawet do zwykłego telefonu nie zdążył.
Mahoney był rozczarowany. Widywał już lepsze akcje kontrwywiadu, chociażby  wtedy,  gdy jako 
zastępca dowódcy patrolu służył w Korpusie imperialnej Młodzieży.
Sten i Alex trzymali się w cieniu. Obaj byli zbyt znanymi postaciami. 
Szczególnie Sten.
Konspiratorzy poznali datę planowanej operacji. Wszyscy musieli być wtedy w  pełnej  gotowości. 
Niektórzy chcieli wiedzieć więcej. Owszem, wierzyli Mahoneyowi, jednak wiara  odgrywała  w ich 
życiu nader nikłą rolę. Pokazano im więc Stena, dla wielu więcej niż  bohatera z wczesnego  okresu 
wojny z Tahnijczykami. Informacja, że admirał osobiście poprowadzi akcję  na Ziemi,  rozpraszała 
ich wszelkie obawy. Najbardziej podejrzliwi byli ci, którzy piastowali niegdyś wysokie stanowiska 
w  wywiadzie  lub w dziale szkolenia. Z tego samego powodu większość z nich słyszała o Stenie 
lub wręcz go   znała. Osobiście, z akt lub z pełnych podziwu plotek. Uznawali, że na dowódcę 
oddziału zabójców   nadaje się jak nikt. Pod koniec ćwiczeń Sten wyłowił Mahoneya z tłumu i 
zamknął się z nim w idealnie  ekranowanym pokoju. Całkiem szczerze zapytał marszałka, czy jego 
zdaniem cała ta  radosna banda  nie spietra się w ostatniej chwili.

background image

-   Oczywiście,   że   nie   -   warknął   Mahoney.   -   Może   mi   odbiło,   ale   potrafię   jeszcze     myśleć.   - 
Zakładając optymistycznie, że siedemdziesiąt procent wypełni rozkazy, usuniemy  kogo  trzeba i w 
miarę bezboleśnie przejmiemy władzę...
- Siedemdziesiąt... Pięćdziesiąt w najlepszym razie. I na pewno nie bezboleśnie,  poleje się  sporo 
krwi, ale powinno nam się udać. O ile nie okaże się, że mamy między sobą  zdrajcę.
- Albo i gorzej.
- Albo i gorzej, chłopcze, święte słowa. I o ile szczęście będzie nam sprzyjać.  - Właśnie,  admirale, 
pora zabrać się do dzieła. Zbierz swoich zabójców i zacznij trening  wedle własnego  uznania.
Opuściwszy z Alexem planetę, Sten wziął się za snucie własnych prognoz.  Osobiście był  jeszcze 
większym pesymistą niż Mahoney. Konspiracja to może i fajna sprawa, ale  nie w takim  tłumie; tu 
krzyżują się setki rozmaitych interesów. Zawsze znajdzie się ktoś,   kto uzna, że tylko na   tym 
straci... Generałowie i admirałowie zasadniczo nie nadają się na dysydentów.
Co będzie wtedy z nim i z Alexem? Kulka w łeb i do rowu?
Według Stena szansę były równe, pół na pół.
Zresztą - pocieszył się - agenci od Modliszki i tak mają zaklepane miejsce w   piekle. To   jedno 
pewne. Najpierw trzeba wyeliminować radę, a co będzie później, gdy trupy  ostygną... Tym  niech 
się martwią inni.
I szkoda tylko, że Sten nie spotkał nigdy brygadier Mavis Sims.

Rozdział 10

Sten był w paskudnym nastroju. Wyłączył odtwarzanie i zdjął hełm. Najchętniej   cisnąłby   nim 
przed siebie.
Pieprzona  odprawa,  pomyślał.  Misja  samobójcza   i  tyle.  Niby udało   mu   się  zebrać    tyle  samo 
danych,  co przed wieloma dawnymi  rajdami, z których  wracał żywy,  ale mdląca   chandra nie 
ustępowała.   Może   to   wina   deszczu.   W   lesistej   prowincji   Oregon   słońce   zjawiało   się   tylko   od 
wielkiego  święta. Pogoda różnicowała się tu od ciężkiego zachmurzenia, przez mżawkę do  ulewy. 
Nic,   tylko    się  napić.  A   tymczasem   do  chwili   załatwienia   sprawy wszyscy   musieli  siedzieć  o 
suchym pysku.
Z myśli wyrwał go Kilgour, który otworzył  szeroko drzwi wynajętego domu. Dość   dziwnego 
domu, bo zbudowanego chyba w całości z drewna.
- Dość tego, szefie - powiedział wesoło Alex. - Trzeba trochę poganiać, zanim  cię brzuch  uziemi.
Sten założył lekkie buty, narzucił pelerynę i obaj wyszli na uliczki Coos Bay. 
Zwiedzanie   wioski mogło tylko pogłębić depresję. Wystarczyłby sam widok tysiącletnich ruin. 
Jednak kiedyś,  jeszcze paręset lat temu, żyło tu podobno aż dwadzieścia tysięcy ludzi.  Rolników, 
drwali,  marynarzy. Obecnie zostało ich niespełna tysiąc. Niektórzy łowili ryby, paru  artystów żyło 
z     honorariów   zarobionych   poza   Ziemią.   Kilka   grup   plemiennych   tworzyło   własne     enklawy 
ekonomiczne. Pozostali mieszkańcy żerowali na turystach przybywających sezonowo   za sprawą 
żyjącej w okolicy zwierzyny łownej. Zwano ją łososiem.
Z początku Sten sądził, że chodzi o jakiegoś leśnego drapieżnika. Potem jednak  sam  spróbował 
łososia i było to smaczne. Podobnie jak kraby, ostrygi i okonie. I  inna jeszcze ryba,   niezwykle 
szpetna, mianowicie jesiotr. Może nawet warto by coś samemu złowić,  myślał.  Wystarczy jeden 
granat. Wrzuca się taki do wody i proszę, obiad dla całego   plutonu. Jednak ci tutaj   używali 
niezmiennie linek cienkich niczym nitki, siatek jak na owady i tym  podobnych narzędzi. 
Potem kazali się jeszcze fotografować ze zdobyczą. A na koniec ją wypuszczali.  Dziwne.
- Którędy dzisiaj, szefie?
- Bez różnicy. Wszędzie to samo - ruiny, skały i drzewa.
Kilgour wyznaczył więc kierunek i pobiegli. Na początek pod górę, oczywiście.
Przebiec kilometr, przejść pół, potem znów przebiec dziesięć. Pół godziny  ćwiczeń i  biegiem z 
powrotem. Standardowa imperialna zaprawa.
Sten przez cały czas myślał o przygnębiającej atmosferze Oregonu. Czytał, że  zawsze tu tak  było. 
Masa snów o przyszłości i codzienna depresja. Jednak teraz opłakany stan   prowincji miał trzy 

background image

przyczyny. Na pierwszą z nich - klimat - nikt nie miał wpływu. Druga to trwający   od wieków 
drenaż Ziemi; młodzi ludzie uciekali stąd przed bezrobociem. Trzecią przyczynę  stanowił Wieczny 
Imperator.
Ostatni czynnik działał od jakichś trzystu lat. Dwadzieścia pięć kilometrów na   północ od   Coos 
Bay uchodziła do morza rzeka Umpqua. Wieczny Imperator zapragnął kiedyś  założyć sobie  nad 
nią stały obóz wędkarski. Wywarł stosowny wpływ na miejscowych polityków, ci  zaś oddali  mu 
w   użytkowanie   całą   rzekę,   od   źródeł   do   ujścia.   Nie   za   darmo,   oczywiście.   Same     łapówki   i 
„dotacje” pochłonęły majątek. Potem zrobiło się jeszcze drożej. Mieszkańcy wiosek i miasteczek 
leżących nad  brzegami  rzeki otrzymali po sporej sumie w zamian za przeprowadzkę. Dobrowolnie 
lub nie,  wynosili się;  niektórzy nawet dość daleko. Tak czy inaczej, ubóstwo im nie groziło. W 
ujściu rzeki wznosiło się niegdyś  małe miasteczko, Redspurt czy Reedsport.   Obecnie   było to 
miasto duchów. Podobnie jak pozostałe: Scottsburg, Umpqua, Rosenburg i  tak dalej. Imperator to 
imperator. Trudno. Jednak dlaczego uparł się łowić akurat tutaj?  
Nie wiadomo  - myślał Sten, wdrapując się na szczyt pagórka. Najważniejsze, że w górnym biegu 
rzeki założył  sobie samotnię. 
Paręnaście kilometrów dalej leżał nowy cel Stena.
W dawnych czasach, kiedy imperator był jeszcze dla Sullamory wiecznym idolem,  Tanz  starał się 
naśladować władcę dokładnie we wszystkim. Imperator wędkował i Tanz  robił to samo.  Jednak 
tam, gdzie władca czuł się wyśmienicie - między drzewami, w samotności,  pod namiotem  przy 
łososiowych   bystrzynach   -   Sullamora   jęczał   i   narzekał.   Skończyło   się   na     tym,   że   zamiast 
zwykłego   obozowiska,   wybudował   całkiem   sporą   posiadłość   ze   wszystkimi   wygodami.     Nie 
doceniał prymitywizmu, bał się też wyśmiania. Ostatecznie nie był imperatorem.  Gdy zawiązano 
spisek, posiadłość idealnie pasowała na tajne spotkania. Sullamora rozpadł się wprawdzie na drobne 
(nawet do trumny nie było co włożyć),  jednak  posiadłość trwała i dalej spełniała cenne funkcje. 
Do przyjazdu rady pozostało  już tylko kilka dni. 
Sten czekał w gotowości.
Znając już czas i miejsce, zaczął kompletować zespół. Z całą pewnością,   gangsterów miał   pod 
dostatkiem. Koniec wojny oznaczał zwolnienia również w sekcji Modliszki, a  ten kto tam  szedł, 
nie bywał z reguły pacyfistą. Zdemobilizowani komandosi szwendali się  obficie i szukali  przygód. 
Mahoneyowi   pozostało   ich   tylko   namówić.   Wybrał   tych,   których   był   pewien     -   w   kwestii 
kwalifikacji   i   przekonań.   W   takim   gronie   nie   istniało   nawet   ryzyko   zdrady.     Wszyscy   znali 
reputację Mahoneya, pamiętali, że dowodził kiedyś  Merkurym  i Modliszką. Wielu   pochodziło 
jeszcze z przedwojennych zaciągów i dla tych Sten był dowódcą wręcz legendarnym. Na początek 
Mahoney kazał sprawdzić okolicę pod względem demograficznym. Kto tam   mieszka? - Zwykli 
ludzie, typ ziemski. Obcy? - Ani śladu. Sten me był  zachwycony, bo to  eliminowało niektórych 
utalentowanych agentów.
Potem spytał pewnego specjalistę o miejscową faunę, ale usłyszał jedynie  opowieść o  „normalnym 
łańcuchu pokarmowym tlenodysznych”. Policzył do dziesięciu, wykopał  „eksperta”  za drzwi, w 
noc i deszcz, po czym posadził Kilgoura do terminala. Alex miał  wiele zalet, między  innymi tę, że 
służył kiedyś w ziemskiej kompanii reprezentacyjnej. Zapał do  mokrej roboty  przyszedł dopiero 
później.   Czekając   na   wyniki,   Sten   rozmyślał   o   zawiłościach     sztuki   uśmiercania.     Najprościej 
byłoby posłać radzie jeden porządny pocisk rakietowy. Najlepiej z  orbity. Mała  głowica nuklearna 
lub nawet klasyczna, to bez różnicy. Najprościej, ale bez  sensu. Po pierwsze,  miejsce obrad rady 
będzie z pewnością chronione przez wiele okrętów wojennych i   niewielkie   szansę, by rakieta 
zdołała się przedrzeć. Nawet gdyby, rezydencja Sullamory musi   mieć ekrany. A   Mahoney nie 
życzył  sobie,  aby ktokolwiek  ocalał.  A  jakby tak  pocisk ziemia-ziemia?  Wystrzelić  z jakiegoś 
bezpiecznego miejsca,   doprowadzić na sterowaniu w pobliże celu i dalej niech sam szuka ofiar. 
Ale nie.  Mało  prawdopodobne, by rada zaryzykowała pobyt w otwartym terenie bez wszystkich 
możliwych osłon. Pozostaje zatem klasyczna technika typu „w łeb i w nogi”. Alex nazwał ją kiedyś 
metodą  „na krzywy ryj”. Czyli wpaść, zrobić swoje i ulotnić się jak sen.
Wieloletnia   praktyka   w   służbach   specjalnych   doszła   wreszcie   do   głosu.   Sten     przekopał   się 
najpierw przez plik zatytułowany „Antyczna broń i dawna taktyka”. I znalazł. 

background image

Przodkowie   miewali     dobre   pomysły,   w   sam   raz   do   wykorzystania.   Szczególnie,   że   skoro 
współcześni  ochroniarze  posługiwali się tak wyrafinowaną techniką, do głowy im nie przyjdzie, że 
ktoś  może pogardzić  laserem na rzecz zwykłego łuku i strzał.
Kilgour wrócił objuczony taśmami i dyskietkami. Przyniósł nawet kilka   prawdziwych   książek 
przyrodniczych.  Zasiedli  do pracy.  Po dwóch dniach można było  zacząć   działanie.   Najpierw 
wydano stosowne polecenia agentom terenowym, którzy czekali już na  przeniesienie do  Oregonu. 
Dziesięciu tworzyło zespół wykonawczy, trzech odpowiadało za wywiad. Najpierw przyjechało ich 
dwoje,   mężczyzna   i   kobieta   o   pseudonimach   Larry   i   Faye     Archuler.   Udając   małżeństwo 
emerytowanych  funkcjonariuszy kupili  kafejkę przy   nabrzeżu.  Trzeci,  niby wędrowny artysta, 
przybył  do Coos Bay w poszukiwaniu roboty. Najął   się   szybko do załogi łodzi używanej do 
sportowych połowów. W wolnym czasie wędrował  po  pagórkach i wszędzie rozstawiał sztalugi. 
Nawet naprawdę malował i to całkiem   nieźle, głównie   przybrzeżne szuwary. Przybrane imię: 
Havell.   Potem   dołączyli   Sten   i   Alex.   Pierwszy   jako   przedsiębiorca   -   hazardzista   na     urlopie 
zdrowotnym (po załamaniu nerwowym). Drugi jako jego pielęgniarz. Kilgour chętnie  rozpowiadał 
(tylko przy kawie, niestety), że jego szef wierzy, jakoby jego przodkowie  pochodzili z tej właśnie 
okolicy Starej Ziemi. Dodawał od razu swoje wątpliwości: cóż, starszy pan ma   swoje odbicia, 
szczególnie od czasu choroby. Za jakiś czas wymyśli sobie innych przodków i  trzeba będzie lecieć 
gdzie indziej. Skoro Sten miał uchodzić za właściciela całkiem dobrze prosperującej korporacji, 
musiał     czasem   kontaktować   się   z   jej   zarządem.   To   uzasadniało   posiadanie   całkiem 
wyrafinowanych    urządzeń łączności, jak i używanie  kodu. Był  to prosty szyfr komercjalny,  z 
pewnością dawno już  złamany przez kryptografów rady, ale o to chodziło. Prawdziwy komunikat 
skrywał   się w doborze i   układzie grup kodowych. Także kontakt z Mahoneyem  i z centralą 
spiskowców nie  był problemem.  Mało wyrafinowana i siejąca sygnał po okolicy antena dopełniała 
obrazu całości,   jednak i ona   czemuś służyła; dzięki niej reszta ziemskiego zespołu miała łatwy 
dostęp do  informacji. Wspomniana korporacja istniała zresztą naprawdę. Urzędnicy rzeczywiście 
wykonywali     otrzymane   od   szefa   polecenia.   Kod   został   zaś   skrupulatnie   dostosowany   do 
okoliczności, by nie  doszło do takiej wpadki, jaka spotkała pewnego kryminalistę, który zażądał 
dostarczenia mu słoni,  w ilości sztuk pięciu i pół.
Rozpuszczający   plotki   Kilgour   zidentyfikował   dodatkowo   dwie   osoby   będące   na     żołdzie 
imperialnych służb bezpieczeństwa. Jedną z nich był wioskowy konstabl - dziwnie  rozgarnięty i 
dobrze poinformowany jak na prowincjonalnego policjanta. Drugą - wiecznie ciekaw  wszystkiego 
szynkarz. Żaden nie wymagał eliminacji.
Pozostała czwórka z zespołu uderzeniowego zamieszkała w ruinach miasteczka u  ujścia  Umpqui. 
Nie kryli się; raczej można by powiedzieć, że jako rzekomi sekciarze  wyznający Kult  Imperatora 
wręcz pchali się w oczy. Otrzymali pseudonimy Montoya, Valdiva, Corum   i Akashi.   Zapytani 
odpowiadali,   że   odbywają   pielgrzymkę   do   wszystkich   miejsc,   które     Wieczny   Imperator 
pobłogosławił   niegdyś   obecnością   swej   jasnej   duszy.   Teraz   wędrują   do   dawnego     obozu 
wędkarskiego władcy. I rzeczywiście. Kilka dni później miejscowy strażnik  przyrody dojrzał ich, 
kiedy rozbijali namioty dokładnie tam, gdzie niegdyś  obozował imperator. Nie   chcieli odejść, 
zatem gajowy wezwał posiłki. Ubrani w rytualne szaty sekciarze uśmiechnęli się,  skłonili i weszli 
do ślizgacza. Bezceremonialnie odstawiono ich do Reedsport.
Kilka dni później wrócili i znów zaczęli swoje obrządki. Zaniepokojony gajowy  zajrzał do  źródeł i 
dowiedział się, że ci pomyleńcy są całkowicie niegroźni. Sam  nieodżałowany imperator  uważał, 
że choć nieco dziwni, są jednak pożyteczni, zachęcają bowiem do  praktykowania  miłosierdzia i 
uczciwości. Na wszelki wypadek gajowy spytał jeszcze   zwierzchników. „Wygonić” -   usłyszał. 
Jakby znów wrócili, powtórzyć. W razie oporu, zamknąć. O ile w tej  dziczy jest jakieś  więzienie, 
naturalnie. Nieoficjalnie zaś usłyszał, żeby zostawić tę bandę w  spokoju i poczekać, aż  skończą 
swoje i sami sobie pójdą. Gajowy, który nie miał duszy policjanta,  odetchnął z ulgą. 
Oślepł i ogłuchł na wszystkie sekty świata.
Po jakimś czasie odezwali się jeszcze ochroniarze majątku Sullamory. Patrol  powietrzny  dojrzał 
namioty. Oficer wysłuchał wyjaśnienia, uśmiał się i zaraz rozłączył. Z czasem gajowy przywykł do 
gości. Niekiedy machał do nich serdecznie podczas  objazdu. 

background image

Któregoś   razu   dostrzegł   poobijany   ślizgacz   opuszczający   obóz.   Był   pusty,   zresztą     nic   nie 
wskazywało na to, by sekciarze gromadzili jakieś zapasy czy materiały budowlane.   Znaczy, nie 
posiedzą już długo. Rzeczywiście wkrótce zniknęli. Gajowy zdążył  się już przyzwyczaić,  więc 
brakowało   mu    trochę   tej   kolorowej  gromadki.  Pocieszył  się  widokiem  ciekawego  zwierzątka, 
które ni stąd ni  zowąd pojawiło się w rzece. Jakby płetwonogie, nie przypominało jednak ani foki, 
ani lwa   morskiego. Sporo czasu stracił usiłując je sfotografować, aby wysłać potem   zdjęcie do 
analizy,   jednak stworzenie nie dało się podejść. Gajowy dedukował, że musi to być jakiś ssak, 
który przypłynął tutaj z morza i  nie wiedzieć  czemu osiedlił się właśnie u granic strefy zamkniętej. 
Bał się jedynie, by   strażnicy nie ustrzelili jej   (bo romantycznie uznał, że to musi być ona) z 
rozpędu. Miał nadzieję, że skoro   pokonała taką   drogę, to ma też dość rozumu, by na widok 
uzbrojonego   człowieka   nurkować.   Zwierzę   o   płci   nieustalonej   charakteryzowało   się   w   istocie 
współczynnikiem  inteligencji  dwukrotnie wyższym niż gajowy. Jego kryptonim brzmiał: F’lesa. 
Stwory latające nie interesowały gajowego, toteż nie zwrócił uwagi na dwa  osobliwe  nietoperze 
krążące po okolicy. Nie dostrzegł też miniaturowych kamer, które   miały na szyi. Nie   były to 
zresztą   zwykłe   gacki.   Chociaż   dość   ograniczone,   potrafiły   jednak   mówić   i     bywały 
wykorzystywane przez mantisowców do zwiadu powietrznego. Latały zawsze po dwa. 
Na  imperialnym żołdzie nosiły tylko numery, ale w Sekcji Modliszki nadawano im  imiona - był 
więc   Frick i Frack, Gog i Magog i tak dalej. Sten zatrudnił parę, z którą kiedyś już   pracował. 
Nazywały   się Dum i Dee. Dzięki nim opracował model terenu. Wprawdzie tylko komputerowy, 
dostępny poprzez   hełm, ale przynajmniej interaktywny. Jeszcze przed dotarciem na Ziemię znał 
okolicę na pamięć,  chociaż niewiele mu to dało. Więcej dowiedział się od wynalezionych przez 
Kilgoura miejscowych, którzy lata  temu  uczyli Sullamorę wędkowania. Mieli tyle materiału, że 
każdy  członek   zespołu   mógł     ćwiczyć     indywidualnie   wirtualny   atak.   Sten   przeanalizował   ich 
poczynania krok po kroku,  połączył hełmy  w sieć i zaczął solidny trening. Wszystkie ruchy po 
kolei. Najpierw   ogrodzenie... z kłującym   drutem kolczastym. Wspiąć się. Zastrzelić strażnika... 
Skok za róg budynku... I  ciemność, w której  pojawił się napis: BRAK WYSTARCZAJĄCYCH 
DANYCH. Za chwilę obraz znowu się   pojawiał   - i tak na zmianę. Na szczęście doświadczeni 
agenci Modliszki potrafili  improwizować, a brakujące  dane miały wkrótce napłynąć, głównie od 
F’lesy   i   obu   nietoperzy.   W   sumie   taka     metoda   była   o     wiele   bezpieczniejsza   niż   budowa 
prawdziwej makiety w pełnej skali.
Jeśli o sekciarzy chodzi, nie zniknęli oni zupełnie. Znudzeni monotonnymi  obrządkami  zajęli się 
czym innym. Po pierwsze - dyskretnie opuścili powierzchnię Ziemi. W  ramach  skomplikowanych 
rytuałów już wcześniej wykopali głęboki na dziesięć metrów   tunel, zakończony   całkiem sporą 
komorą.   Tam   właśnie  złożyli   broń  i  wyposażenie   -  dostarczone   tym    ślizgaczem,    który  dość 
niefortunnie dostrzegł gajowy. Ale trudno, stało się.
Potem zeszli i czekali.
Komora miała być punktem spotkań grupy szturmowej.
Grupa   powiększyła   się   ostatnio   o   jeszcze   dwóch   agentów   -   N’Ranów.   Te   wielkie,     prawie 
trzystukilowe istoty były w zasadzie antropoidami, a do tego jednymi z  najlepszych artylerzystów 
imperium. Podczas wojny niektórzy z tej rasy zasmakowali w przygodach, część w   szeregach 
Modliszki.   Sten   czuł   się   o   wiele   lepiej,   mając   ich   teraz   pod   bokiem;   nikt   nie     potrafił   zgrać 
wszystkich elementów ataku, z doborem uzbrojenia włącznie, jak oni.
Gdy Sten zaproponował wykorzystanie N’Ranów, Mahoneya aż zatkało.
- Że niby małpy? Nie, chłopcze. Za niedźwiedzie też nie wyrobią.
Sten   miał   jednak   inny   pomysł.   Wyczytał,   że   w   zamierzchłych   czasach   istniała   tu     legenda   o 
mitycznym stworze, zwanym Wielka Stopa. Przybywszy do Coose Bay zadbał, aby   stara bajda 
ożyła, zaś podopiecznym polecił unikać ludzi. Jednak ślady ich stóp mówiły same  za siebie. Obaj 
zaszyli   się   w   zalesionych   górach,   w   pobliżu   Umpqui   i   też   czekali.   Z   treningu   Sten   wrócił   w 
odmienionym   nastroju.  Przemyślał   dotychczasowe     działania.   W    zasadzie   nic   nie   mógł   sobie 
zarzucić,   skłonny   był   nawet   uznać,   że   szansę     powodzenia   wzrosły   do     ponad   pięćdziesięciu 
procent.   Przypływ   optymizmu   ustąpił   jednak   nagle;   lodowaty     dreszcz     przebiegł   Stenowi   po 

background image

plecach. Czyżby się tak ochłodziło? Może. Na wszelki  wypadek należało  wszystko sprawdzić raz 
jeszcze. Po raz dziewięćdziesiąty chyba.
Cztery dni wcześniej przybyła reszta niezbędnych dekoracji. Tym razem było to   dzieło   samej 
rady. Owym elementem scenografii byli przedstawiciele imperialnych mediów. Radzie  zależało  na 
maksymalnym nagłośnieniu konferencji, nalegała więc na dobór jak najgłupszych   dziennikarzy, 
którzy rzucaliby się na byle drobiazg. Co lepszych reporterów zniechęcali zaś na  wszelkie możliwe 
sposoby.   Spotkanie   cieszyło   się   sporym   zainteresowaniem.   Członkowie   rady  sądzili,   że   to     za 
sprawą   jego wagi i cieszyli się już ze zmiany nastrojów społecznych. Nie pojmowali   prostych 
mechanizmów. W pewnych sytuacjach władze mogły mówić cokolwiek, media i tak  transmitowały 
każde beknięcie. Z nastrojami społecznymi miało to tyle wspólnego, co z czarnymi  aniołkami lub 
brunetem popołudniową porą.
Ledwo przyjechawszy, dziennikarze przeżywali rozczarowanie, bowiem ochrona nie   zamierzała 
wpuścić ich na teren miejsca spotkania. Ulokowano ich w pospiesznie  wzniesionych  wojskowych 
barakach. Szefowie różnych redakcji narzekali na brak jakichkolwiek  materiałów. I co  tu w ogóle 
relacjonować? Rada jeszcze nie przybyła.
- Coś wykombinujcie - usłyszeli.
Tak też z Ziemi zaczęły napływać wymyślone, gdybające artykuły. Potem pojawiły  się  reportaże 
opisujące koloryt lokalny (o skromnej posiadłości Sullamory) i  kontekst historyczny (o  dobrym 
sercu   samego   Sullamory,   który   kochał   Wiecznego   Imperatora,   a   ponadto     motylki,   kwiatki   i 
sarenki,  a odszedł  tak tragicznie).  W dalszej  kolejności  zaczęto  opisywać  piękno  Oregonu (ku 
uciesze agencji   turystycznych),   ciekawą faunę Ziemi oraz niezwykły lud żyjący nad okrutnym 
morzem. Jakiś cymbał  usiłował  nawet przeprowadzić wywiad ze Stenem. Ten udał wioskowego 
idiotę i sprawa  przeszła ulgowo. 
Widocznie nie było jeszcze popytu na kretynów.
W całej okolicy wynajęto wszystkie ślizgacze - od zrujnowanego San Francisco na  południu, po 
lodowce na północy. Krążyły potem załadowane ekipami i kamerami, aż   na polnych   drogach 
potworzyły się korki.
Służba Bezpieczeństwa w nagłym przypływie ostrożności przegoniła z nieba  wszystkie  możliwe 
satelity, z meteorologicznymi włącznie. W zamian ustawiła swoje  sputniki, żeby  wszystkich mieć 
na oku. Żądni informacji dziennikarze i tak gotowi już byli  jeść   władzom z ręki,   byle  mieć 
cokolwiek do nadania. Co rada każe, to usłyszą...
Zostało trzydzieści sześć godzin. Sten zaczął działać.
W eter popłynęło jedno słowo, samo w sobie bez znaczenia, jednak Mahoney  przychwycił  hasło i 
wiedział, że zespół już wyruszył. Od tej chwili kontakt nie był już   możliwy. Wszyscy   agenci 
ruszyli do akcji. Z jednym wyjątkiem: Kilgoura.
Od paru dni Sten czuł się, jakby go mrówki oblazły. Wiedział, że musi coś z tym  zrobić.
Wyłączył Kilgoura ze składu zespołu uderzeniowego.
Alex   zareagował   po   swojemu.   Najpierw   przerąbał   pięścią   dwucalowy   blat   stołu,     potem 
spurpurowiał.
- Dlaczego?
- Chcę, żebyś pilnował tyłów. To rozkaz.
- Chwilę. Ani ty nie jesteś już admirałem, ani ja sierżantem. A Laird Kilgour z  Kilgourów  domaga 
się wyjaśnienia.
Sten wyjaśnił; ma wrażenie, że ktoś nieustannie zagląda mu przez ramię.
- No to odwołajmy akcję - zaproponował Alex. - Albo zatrudnijmy egzorcystę i  zmienimy  plan.
- Za późno. Poza tym pomysły mi się skończyły. Nie wiem, co przegapiłem.   Logicznie   rzecz 
biorąc... Odwołać? A kiedy trafi nam się druga taka szansa?
- Tyle lat szło nam dobrze - mruknął urażony Alex. - Na tyłach będzie ze mnie  marny  pożytek. 
Szczególnie, gdybyś oberwał...
Sten nie odpowiedział.
Alex przyjrzał się przyjacielowi uważnie.
- Masz przeczucie? Mocne przeczucie?

background image

Sten przytaknął.
Kilgour westchnął.
- Obyś miał rację, chłopie. Bo jeśli nie, to pogadamy po akcji.
Wyszedł na deszcz.
Sten   wraz   z   pozostałymi   skierował   się   do   komory   pod   obozem   imperatora.   Znikając     z 
dotychczasowych kwater zadbali jedynie o ogólne pozory, ostatecznie za  czterdzieści osiem godzin 
miało być po wszystkim. Chyba, żeby nie... Ale to i tak wszystko jedno.
Dzień wcześniej w atmosferę Ziemi wszedł pewien statek. Jego orbitę wyliczono w  taki  sposób, 
aby wniknął niezauważony, przez jedno z „okien” w sieci satelitarnego  nadzoru. Zresztą,  statek to 
za wiele powiedziane, raptem dwa myśliwce połączone w tandem. Rozdzieliły się tuż u wybrzeży 
Oregonu. Jeden wodował i spoczął na dnie, na  głębokości  jakichś kilkudziesięciu metrów. Jego 
moduł sterowania zaprogramowano w taki  sposób, aby  zareagował jedynie na sygnał nadajnika, 
trzymanego w kryjówce za wydmami  plaży,   przez   wściekłego i coraz bardziej niespokojnego 
Kilgoura. Drugi myśliwiec zawisł nad wodą, otworzył właz i poczekał na pasażerów. Dum i  Dee 
przyleciały jako pierwsze, chwilę potem dotarła F’lesa. Cała trójka zebrała już  wszystkie możliwe 
informacje i nie było co ryzykować ich dłuższej obecności w rejonie akcji. Potem stateczek też się 
zanurzył. Musiał poczekać na kolejne dyskretne okno, aby  odlecieć.
Sprawa nabierała rumieńców...

Rozdział 11

Stary satelita telekomunikacyjny od wieków interesował już tylko nawigatorów,  złorzeczących na 
pierścień kosmicznych śmieci otaczający co starsze planety. Dwa   dni po   ogłoszeniu terminu i 
miejsca   spotkania   rady   odwiedził   go   pewien   sowicie   opłacony     technik.     Wcisnął   do   wnętrza 
pewien nieduży moduł, zerknął z podziwem na muzealne wnętrze  - same  komputery na włóknach 
optycznych, i odleciał.
Moduł czekał cierpliwie, ignorując wszystkie pojawiające się w pobliżu Ziemi  statki. Były  zbyt 
małe i nieliczne.
Aż się obudził. Napływała wielka flota... Potężne kadłuby...
Pisnął dwukrotnie na stosownej częstotliwości i zmienił się w obłok gorącej  plazmy.
Sten wyłączył odbiornik i rzucił go na stos pośrodku komory.
- Klienci w drodze. Ruszamy?
Zespół zebrał wyposażenie i skierował się do tunelu. Wszyscy nosili  fototropiczne  mundury, które 
do pewnego stopnia pozwalały również zmylić czujniki termiczne.   Zabierali   ciężkie cylindry, 
zapakowane do wyściełanych waliz zaopatrzonych w szelki. Havell przycisnął guzik podręcznego 
kompa. Czysto. Najbliższy satelita  zwiadowczy miał  nadlecieć dopiero za dwie i pół godziny.
- Nie szkodzi, nie zdejmować peleryn - polecił Sten.
- A co z tymi niedźwiedziami, o których opowiadałeś? - spytała szeptem Valdiva.   - To   nocne 
stworzenia? Widzą w ciemności?
- Fajnie by było... - zachichotał jeden z N’Ranów.
Fajnie? Rzeczywiście. Misio byłby dopiero trzecim najroślejszym w kompanii. Nie  mówiąc  już o 
sile rażenia niewielkiego oddziału. Te cylindry - każdy z celownikiem i  spustem - i jeszcze  noże, 
broń   osobista,   trzy   rodzaje   granatów,   karabiny   z   pociskami   AM2   w     magazynkach...   Dość 
żelastwa, by rozstrzygnąć na swą korzyść każdą dyskusję.
Sten obejrzał się na norę i nie po raz pierwszy pomyślał, że kiepskie z niego  zwierzę ryjące. 
Jakoś dziwnie nie lubił podziemi.
Rozpłynęli się w ciemności.
Za dziesięć godzin po kryjówce nie zostanie ani śladu. Wszyscy, prócz N’ranów,  nosili od  chwili 
przybycia cienkie jak naskórek rękawice, by nie zostawiać odcisków  palców. Ich  obozowiska w 
Coose Bay zostały oczyszczone metodą Modliszki; dawała ona pewność,  że nawet  skrawka DNA 
nigdzie   się   nie   znajdzie.   Wszyscy   mieli   też   przy   pasach   ładunki   czujnikowe.   Małe   maszynki 
reagujące na  istotne  zmiany somatyczne. W przypadku śmierci nosiciela powodowały eksplozję 

background image

dość   gwałtowną, by   fizjopatolodzy nie mieli czego szukać. Jedynie te cylindry nie należały do 
normalnego wyposażenia grupy Modliszki.
Brygadier   Mavis  Sims   złożyła   kiedyś  dokładnie   tę  samą  przysięgę,  co  Sten.  Tyle,     że  inaczej 
pojmowała jej znaczenie.
Od czasu głośnej gry wojennej prawie nie zmrużyła oka. Owszem, zapisała się do   konspiracji. 
Simsowie służyli imperium od pięciu pokoleń. Rodzinne motto brzmiało niezmiennie  „Wierni aż 
do   końca”.   Żaden   Sims   nigdy   mu   się   nie   sprzeniewierzył.   Podczas   kolejnej   bezsennej   nocy 
brygadier Sims postanowiła, że i ona stanie na  wysokości  zadania. 
W   centrali   zaczynała   narastać   nuda.   Przez   kilka   poprzednich   godzin   podprowadzali     flotę   do 
systemu Hondżo. Pod czujnym okiem rady, komendy sypały się jak deszcz, a  oficerowie trzaskali 
dziarsko   obcasami.   Cały   ścienny   ekran   płonął   czerwonymi   i   zielonymi   plamami.   Na   początek 
świetne widowisko, ale  potem górę musiała  wziąć rutyna;  typowa  dla   wszystkich  operacji na 
wielką skalę. Powtarzane do znudzenia odliczanie. I  kolejny etap. Flota zatrzymała się ostatecznie 
na pozycjach wyjściowych, włączyła wszystkie  tarcze i  systemy maskujące. Pozostało czekać na 
pretekst do ataku. Zrobiło się tak nudno,  że rada bliska  była rezygnacji.
Przez ostatnie dwie godziny Kyes parokrotnie porównywał rzeczywistość z tym, co   widywał na 
batalistycznych   taśmach   video.   Tam   wystarczała   zwykle   trzyminutowa     konferencja,     podczas 
której jasno zarysowane postacie wyznaczały cele operacji. Od razu też  było wiadomo, kto  jest 
dobry a kto zły i komu pod koniec wyprują flaki. Potem floty ruszały do  walki, robiło się  głośno i 
kolorowo, po czym przychodziło triumfalne zwycięstwo. Zawsze   poprzedzone jakimś   fatalnym 
momentem,   kiedy   to   wydawało   się,   że   wszystko   już   stracone.   Celebra     bohaterów,   napisy 
końcowe,   lista   płac.   Kyes   nigdy   nie   lubił   takich   widowisk.   A   rzeczywistość   podobała   mu   się 
jeszcze  mniej. Drgnął, gdy mały myśliwiec przekroczył umowną granicę obszaru Hondżo. Zaraz 
powinien  usłyszeć protest. Myśliwiec miał zignorować ostrzeżenie. Każde. Oburzony patrolowiec 
Hondżo     otworzyłby     wtedy   ogień,   a   zaatakowany   statek   wezwał   na   pomoc   całą   flotę.   Ta 
nauczyłaby   niegościnnych   gospodarzy moresu. I wyczyściła przy okazji spiżarnię. Przez długi 
czas nic się nie działo. Kraa posłały po kanapki i przystawki. Trzeci raz, chociaż prócz nich mało 
kto     miał   ochotę     najedzenie.   Gruba   obżarta   się   znów   do   wypęku,   tak   że   chuda   musiała   ją 
odprowadzić   do   toalety.     Przez   ściankę   dobiegły   odgłosy   wymiotowania.   Wróciły   radosne   jak 
skowronki,  szczególnie ta  koścista.
Za pierwszym razem Malperin, Kyesa i Lovetta aż zemdliło, jednak przy drugim   spojrzeli   na 
wychodkowe przygody z cieniem zainteresowania. Zawsze to ciekawsze niż   wpatrywanie się w 
pusty kosmos. Kelnerzy przyjechali właśnie z wózkami, gdy z głośników popłynął wreszcie jakiś 
głos. 
Hondżo!
- HC do niezidentyfikowanego statku. Proszę podać swoje dane.
Myśliwiec milczał. Obecni w centrali wyraźnie się ożywili.
- Hondżo Central do niezidentyfikowanego statku. Naruszyłeś nasz obszar. Zawróć.   Powtarzam, 
zawróć!
Wciąż brak odpowiedzi. Wszystko zgodnie z planem. Posypały się kolejne, coraz   ostrzejsze   w 
tonie ostrzeżenia. Potem na ekranie, prócz myśliwca, pokazał się również   patrolowiec. Technik 
siedzący  przy  bocznej  konsoli  oznajmił,  że  wedle  danych  nasłuchu  Hondżo  przeszli     ze  stanu 
podwyższonej gotowości do alarmu bojowego. W każdej chwili mogą odpalić pocisk.
Nagle wszyscy jęknęli rozczarowani. Patrolowiec zawracał!
- Statek niezidentyfikowany! Fakt naruszenia naszej przestrzeni został w pełni  udokumentowany. 
Uprzedzamy, że zgłosimy go odpowiednim władzom.
- Co do cholery? - wybuchła jedna z Kraa. - Czemu ci idioci nie strzelają?
- Śmierdzące tchórze - warknęła druga. - Walczyć im się odechciało!
Mimo coraz żywszego aplauzu, patrolowiec podał tyły. Rada popadła w rozterkę. 
Technicy  na wszelki wypadek schowali się za pulpitami.
- I co robimy? - spytał Lovett.
- Swoje. Pieprzyć ich! - rzuciła gruba Kraa.

background image

- No nie wiem... - mruknęła Malperin. - Pewne jesteście, że powinniśmy? Żebyśmy   potem   nie 
żałowali.
Kyes pomyślał, że sytuacja faktycznie uległa radykalnej zmianie, ale nie do  końca wiedział,  co z 
tym zrobić. A byli  już tak blisko. Łupinka patrolowca przeciwko całej   flocie. I tyle  AM2 do 
zabrania. Może jednak...
W tejże chwili ekran zamrugał i przed zaskoczoną radą pojawił się Poydex, obecny  szef  Korpusu 
Merkurego.
Pułkownik nie przeprosił nawet za nagłe najście. Był blady i dziwnie wzburzony.
-   Właśnie   otrzymałem   informację   o   planowanym   zamachu.   Proszę   wszystkich   państwa     o 
zastosowanie się do poleceń ochrony, aż niebezpieczeństwo zostanie zażegnane.
Członkowie rady obejrzeli się na drzwi, które otwarły się właśnie z hukiem.  Centralę  wypełnili 
ponurzy   ochroniarze.   Zdumieni   władcy   imperium   dali   się   wyprowadzić     potulnie   jak     dzieci. 
Zgrupowana w pobliżu systemu Hondżo flota wciąż czekała. 
Zespół Stena skierował się do majątku nieboszczyka Sullamory. Pierwszą część  drogi  przebyli w 
maksymalnym pośpiechu. W górze przemykały czasem ślizgacze, jednak  wyraźnie nie  należały 
one do bezpieki. Z nastaniem dnia schronili się w nadrzecznej pieczarze, wyszukanej uprzednio 
przez   F’lese.     Przeżuli   pozbawiony   smaku   przydziałowy   posiłek   i   spróbowali   się   zdrzemnąć. 
Obudziły   ich   głuche     wstrząsy,   przypominające   trzęsienie   ziemi.   Wymienili   gestami   uwagi   - 
odruchowo     unikali     najcichszego   nawet   szeptu.   Komunikaty   sprowadzały   się   do   prostego 
stwierdzenia: 
„Cel  wylądował”.
Od tej chwili każdy obiekt należało uznać za wrogi.
Tuż po zmroku ruszyli w dalszą drogę. Na pierwsze pasywne czujniki natknęli się  jakieś  dziesięć 
kilometrów  od majątku. Szybko je ogłupili, podsuwając elektroniczne   łgarstwa („niczego   nie 
widzisz,   niczego   nie   słyszysz”)   i   poszli   dalej.   Następna   linia   dozoru   opierała   się   na   bardziej 
wyrafinowanych   czujnikach,   ale   i     te   udało   się     obejść.   Potem   dotarli   do   starej   drogi.   Dane 
dostarczone przez skrzydlatych  zwiadowców były jak  najbardziej aktualne. Idealnie rozminęli się 
z patrolem, który przemierzał szlak   niezmiennie o tych   samych porach. Cóż, rutyna i zasady 
bezpieczeństwa wykluczają się wzajemnie. 
Nawet, jeśli patrol  składa się z aż pięciu Mantisowców. Jeden z N’Ranów przykucnął przy Stenie. 
„Łatwizna” -  pokazał ręką.
Kilometr od celu Sten wybrał niewielki pagórek, dający dobry widok na okolicę i  zarazem  niejakie 
schronienie. „Tutaj” - zasygnalizował. - „Montujemy”.
Otworzyli walizy i wyjęli dwa pociski. Wyglądały zupełnie jak standardowe  rakiety typu  ziemia-
ziemia krótkiego zasięgu; takie z samonaprowadzaniem, które należało   tylko wystrzelić, a   one 
same   znajdowały   cel.   Jednak   pozory   myliły.   Ciekłe   paliwo   zastąpiono   w   nich     stałym,   dość 
specyficznym zresztą, bo spalającym się bardzo wolno. Pociski należało   wystrzelić jak najbliżej 
celu.   Powiększono   głowicę   bojową,   usunięto   mechanizm   samonaprowadzający,     zostawiając 
jedynie   prymitywne   żyro   i   rurkę   pilota   na   samym   szczycie.   Wysunięto   nogi   teleskopowych 
stojaków i szybko zmontowano proste wyrzutnie o  kształcie  iksa. Archulerowie sięgnęli do swoich 
plecaków, w których  trzymali  dwa zwoje   nici molekularnej,   każdy długi na dwa kilometry i 
zakończony   mikrojoystickiem.   Drugie   ich   końce     przymocowali   do     rakiet   i   byli   już   gotowi. 
Pozostali zdjęli fototropiczne uniformy. Pod spodem nosili typowe mundury polowe  Gwardii, takie 
same jak strażnicy wewnątrz majątku. Sten dał sygnał do zejścia   ze wzgórza. Znowu musieli 
obejść czujniki - w tym ostre jak brzytwa druty rozpięte na   wysokości łydek   - miny, pułapki. 
Kolejne warty.
Przeszli je bez trudu. Może nawet zbyt łatwo...
Ale mniejsza z tym. Dotarli do zapadliny. Płasko uniesiona dłoń w pogotowiu...  Tuż przed  nimi 
widniało ostatnie ogrodzenie. I cel. Teraz powinna się zacząć krwawa łaźnia. Oby tylko po jednej 
stronie.
Faza pierwsza: na radiowy sygnał Stena odpalone zostaną oba pociski. Faza druga   zacznie   się 
dziesięć sekund później. Sten przewidywał, że systemy obronne są w stanie  obezwładnić, lub po 

background image

prostu   zablokować   każdy   w   miarę   nowoczesny   system   sterowania   pociskiem.   Dlatego   wybrał 
najbardziej prymitywny - czyli  za pomocą przewodu   światłowodowego. Wynaleziono go kilka 
tysięcy lat temu i miał wiele wad. Operator musiał  dokładnie śledzić  akcję i naprowadzać pocisk 
aż do samego końca. Cel musiał być zatem w zasięgu  wzroku. W  dodatku kabel mógł się w coś 
zaplątać i zerwać. Nie mówiąc już o tym, że cel  mógłby próbować  uniknąć ataku. Ostatecznie nie 
każdy lubi obrywać rakietą. To jednak było  najmniejszym  zmartwieniem. Sten nie miał zamiaru 
bawić się w Leonidasa, chciał jedynie  skrytobójczo wbić nóż  w plecy.
Poza tym ten drut nie miał prawa się zerwać.
Najgorsze było co innego. Jeśli mianowicie pocisk leciałby ze swoją zwykłą  szybkością,  operator 
nie miałby najmniejszych szans naprowadzenia go na cel. Za szybko, za   mało czasu.   Dlatego 
należało spowolnić rakietę do tego stopnia, by manewrujące kulką  sterowniczą palce  nadążały za 
impulsami mózgu. Dawało to jednak obrońcom sposobność, aby zniszczyć  zarówno  pocisk, jak i 
operatora. Sten pocieszał się, że do tego zapewne nie dojdzie. 
Luksusowe rezydencje  rzadko odpowiadają ogniem - uznał optymistycznie.
Pierwsza głowica eksplodująca na terenie majątku winna wywołać chaos, wzniecić  kilka  pożarów, 
posiać panikę. Wtedy przybędzie Sten ze swoimi,  w roli „ekipy   ratunkowej”.   Samarytanie z 
morderczymi zamiarami... Zgładzą członków rady, wycofają się i  zerwą kontakt,  oddalając się do 
punktu zbornego. Sygnał odpalenia pocisków dotrze również do Kilgoura, który wówczas wynurzy 
myśliwca  i poleci nim w górę rzeki.
Potem wszyscy wrócą do domu i obleją zwycięstwo.
Koniec czekania. Do dzieła.
Sten musnął guzik.
Raz...
Pierwszy pocisk poszybował ku głównemu budynkowi rezydencji.
Trzy sekundy...
Faye Archuler okleiła drut kolczasty laseczką plastiku i palcem wcisnęła weń  zapalnik.
Sześć...
Pierwszy   pocisk   „pełzł”   wciąż   z   mizerną   szybkością   -   trochę   ponad   dwieście     kilometrów   na 
godzinę.
Osiem...
Ładunek eksplodował otwierając przejście.
Dziesięć...
Drugi pocisk opuścił wyrzutnię.
Jedenaście...
-   Granaty!   -   krzyknął   Sten.   Wszyscy   wcisnęli   zapalniki   czasowe   i   cisnęli   granaty     na   teren 
posiadłości.
Trzynaście...
Sten pierwszy zerwał się na nogi i przebiegł przez dziurę w ogrodzeniu. Może  właśnie to  ocaliło 
mu życie.
Piętnaście...
Granaty eksplodowały, siejąc na wszystkie strony promieniowaniem, w pasmach   widzialnych i 
niewidzialnych.
Osiemnaście sekund...
Pułapka zadziałała.
Z   ukrycia   wyleciały   dwa   opancerzone,   imperialne   ślizgacze   z   wielolufowymi     działkami   na 
pokładach. Nad wieżyczkami wyrastały wyrzutnie rakiet.
Dwadzieścia jeden...
Pierwszy pocisk był już tylko cztery sekundy od celu. System sterowania działka   wychwycił go 
błyskawicznie   i   zasypał   pociskami   z   uranowym   rdzeniem.   Poszatkowana     rakieta     buchnęła 
płomieniem.
Dwadzieścia pięć...
Wyrzutnia ślizgacza wyszukała cel i wyrzuciła dwadzieścia jeden niekierowanych  pocisków.

background image

Dwadzieścia osiem sekund...
Rakietki przeorały teren wokół wyrzutni zespołu. Obaj N’Ranowie zniknęli w ogniu   eksplozji. 
Pozbawiony sterowania drugi pocisk wystrzelił pionowo w niebo.
Dwadzieścia dziewięć sekund...
Akashi   zahaczył   obcasem   o   zapalnik   miny,   niecałą   godzinę   wcześniej   ukrytej   wśród     trawy. 
Ładunek urwał mu nogi. W tej samej chwili pocisk dopadł Montoyę. Kolejny wybuch rzucił na 
wpół przytomnego Stena aż na druty.
Pośmiertnik Montoyi eksplodował. Purpurowa plama wśród nocy.
Trzydzieści jeden...
Wysoko w górze drugi pocisk Stena zdetonował głowicę. Bez szkody dla  kogokolwiek.
Trzydzieści sześć...
Działka na ślizgaczach przez chwilę umilkły. Wymiana magazynków. Znów plunęły  ogniem.
Pierwsza seria przecięła niemal na pół Larry’ego i Fayę Archulerów.
Trzydzieści jeden...
Zaczajony   w   pobliżu   snajper   wypatrzył   biegnącego   Havella...   Zgubił   go   na   chwilę     w   blasku 
wybuchającego   granatu...   potem   odszukał.   Wolno   przycisnął   spust.   Pocisk   z   AM2     wyrwał 
Havellowi wielką dziurę w piersi.
Czterdzieści jeden...
Corum i Valdiva zygzakiem wymykali się z pola. Działka dopadły ich bez trudu. Sten rozpłaszczył 
się na ziemi. Był ogłuszony i zdezorientowany. Chciał wstać,  ale na  szczęście działał odruchowo. 
Przetoczył się raz i drugi, jakimś cudem nie gubiąc  przy tym broni  osobistej. Pociski zagwizdały 
mu nad głową, ale udało mu się doczołgać do  zagłębienia. Tu jest   bezpiecznie - pomyślał. Nie 
zobaczą mnie. Nie dopadną.
Ręce jednak dalej robiły swoje. Zerwał pas z granatami, wcisnął jeden zapalnik i  rzucił  całość na 
druty.
Pierwsza eksplozja sprowokowała następne.
Sten wstał i potykając się ruszył dalej. Niech to szlag! A inni? Pieprzyć  innych, oberwali,  nie żyją! 
Robić, co każę, albo - poganiał w myślach zdrętwiałe nogi.
Z dymu wynurzył się pięcioosobowy patrol. Podniósł broń, seria. Patrol zmienił  się w  rozdeptaną 
grządkę pomidorów. Przy okazji pociski z AM2 rozłupały spory kawał  zewnętrznego  ogrodzenia z 
wszystkotnącego drutu, najeżonego czujnikami.
Dalej. Mimo zdartej tu i ówdzie skóry. Szum wody. Biegnij, do cholery.  To nie   boli. Brzeg. 
Szybko na główkę... byle nie łbem w kamienie. Dobrze. Tylko woda. I wielki stos  spiętrzonego na 
dnie, pordzewiałego drutu kolczastego. Nóż spod pachy. Nim będzie za późno... 
Jedno cięcie,  drugie... Pusto. Ostrze do schowka i teraz płyciznami...
Ktoś strzelał z brzegu. Kule uderzały o powierzchnię wody.
Nurkuj głębiej. Wstrzymaj oddech. Wcale nie potrzebujesz aż tyle tlenu. Wynurzyć  się,  oddech, i 
w dół. Płyń. I niech nurt cię niesie. Dalej. W dół rzeki.
Jedną ręką Sten odnalazł za pazuchą maleńkie pudełeczko, odsunął wieczko i  wcisnął guzik.
Płyń. Tyle potrafisz. Masz szansę. W dół rzeki. Do Alexa. Wyłowi cię.
Sten wiedział, że nigdy mu się to nie uda.
Kilgour krążył nerwowo po sterówce myśliwca i czekał. Wiele miejsca nie miał,  cztery  kroki i 
koniec. Stateczek spoczywał na płyciźnie wybranej jako miejsce ewakuacji. Właz był   otwarty a 
rozkazy jasne: czekać do godziny przed świtem lub do wykrycia. Jeśli nikt nie  przybędzie, wracać 
do oceanu. W miarę możliwości pozostać w pobliżu ujścia rzeki. W razie czego  zespół spróbuje się 
przebić do ruin Reedsport. Przy braku jakiegokolwiek kontaktu, opuścić planetę i  zameldować o 
sprawie Mahoneyowi.
Skądś,   całkiem   blisko,   dobiegały   Alexa   odgłosy   zażartej   walki.   Miał   nadzieję,   że     to   tamci 
obrywają, a nie odwrotnie. Raz jeszcze sklął Stena, ale przerwało mu natarczywe  piśnięcie kompa.
Na ekranie pojawiła się mapa okolicy. Zamrugało czerwone światełko. To na rzece! 
Dokładnie pośrodku nurtu.
- Kurwa! - mruknął.

background image

Sygnał   pochodził   z   nadajnika   zestawu   ratunkowego.   Każdy   członek   zespołu   miał     taki.   Z 
rozkazem, aby uaktywnić go w wypadku, gdyby pierwszy plan ewakuacji nie wypalił. 
Ale nadajnik  był daleko od strefy celu. W dodatku tylko jeden.
Kilgour zwiększył skalę obrazu, aby poszukać innych. Nikogo. Znalazł palcami  mikrofon.
- Tu łódka. Czekam.
Żadnej odpowiedzi. Światełko dalej mrugało.
Kilgour pomyślał  chwilę.  Wystarczył  ułamek  sekundy.  W takich  okolicznościach    mniejsza   o 
rozkazy.   Uniósł   myśliwiec   na   napędzie   systemu   Yukawy,   najwyżej   zobaczą     czerwień   dysz, 
trudno. Ruszył w górę rzeki.
Na ekranie dziobowym pojawiło się sześć ślizgaczy.
Alex włączył  uzbrojenie.  Działka  plunęły ogniem.  Przedzierając  się przez  resztki   spadających 
konarów omal nie stracił panowania nad sterem. Ślizgacze przestały  istnieć.
- Niezidentyfikowany myśliwiec! Lądować albo strzelamy! - zahuczało nagle.
Kilgour wspiął się wąską spiralą nieco wyżej, ponad koryto rzeki i włączył   funkcję   ogólnego 
odpalania. Osiem pocisków Goblin XIX runęło w noc. Oby tylko głowice   zdążyły się   uzbroić. 
Znów zanurkował w wąwóz rzeki. Prawie dokładnie nad miejscem, skąd  dobiegał sygnał.  I dalej, 
w głąb strefy. Obrócił statek. Mimo ostrzegawczego wycia systemu nawigacyjnego wyłączył napęd 
i  przeszedł na silniki McLeana. Wysoko w górze zajaśniały słońca wybuchów nuklearnych.
Kilgour wodował i rzucił się do włazu. Z prądem płynęło ku niemu ciało. Niby  bezwładne,  ale 
jedna ręka poruszyła się w ostatnim, pływackim wysiłku. Kilgour wychylił się, prawie wypadł, ale 
złapał strzępy munduru. Wciągnął  tonącego do  wnętrza i zaraz skoczył do pulpitu. Nie czekając 
nawet, aż właz zamknie się do  końca, wystrzelił  myśliwcem prosto w górę; dokładnie w kierunku 
jeszcze   gorącej   kuli,   która     jeszcze   kilka   chwil     temu   była   imperialnym   krążownikiem.   Może 
zawdzięczał to szybkości reakcji, może zadziałało jego szkockie szczęście.  Dość, że  wyrwał się z 
planety   i   zniknął   w   przestrzeni.   Za   jego   plecami   leżał   wciąż   nieprzytomny   Sten.   Umysł   był 
wyłączony, zaś ciało,   dokonawszy najważniejszego, uznało że pora na regenerację i nie chciało 
słyszeć  o żadnym więcej  wysiłku.

Rozdział 12

Przyszłość personelu biblioteki malowała się dość czarno. Jeden zaczynał myśleć  o  samobójstwie, 
drugi nabawił się całkiem porządnej nerwicy. Sama bibliotekarka  rozważała właśnie  dwie drogi 
kariery: jako gwiazdka orgiastycznych pornosów lub seryjna  morderczyni.
Jej uregulowane dotąd życie zamieniło się w koszmar.
A było tak ładnie. Nawet ostatnie pięć lat dawało się wytrzymać. Wszyscy   zazdrościli jej   tak 
znakomitej posady.
Wcześniej była wszak przepracowaną, źle wykorzystywaną i sfrustrowaną pracownicą   biblioteki 
pewnego wielkiego uniwersytetu. Nie miała czasu na własną pracę  naukową, zarabiała  tak sobie. 
Nagle, ni stąd ni zowąd, otrzymała od pewnej agencji konsultingowej  propozycję nowej  roboty. Z 
trzykrotnie wyższą płacą. Wymagało to niestety opuszczenia rodzinnej  planety. 
Działający dla agencji „łowca głów” nie był specjalnie zdziwiony odmową.  Zupełnie, jakby się po 
niej tego spodziewał. Kobieta rzeczywiście nie miała ochoty zakopywać się w   kurzu czyjegoś 
prywatnego   archiwum.   O   przeprowadzce   nie   mówiąc.   Wyjaśnił   jej,   że   perspektywa,   wbrew 
pozorom, jest dosyć korzystna. Zaproponował,  by  sama odwiedziła planetę Yongjukl i na własne 
oczy przekonała się, co to za  praca. Dostanie bilet w  obie strony. Agent może jej towarzyszyć. 
Odmówiła. Cóż, bibliotekarka była młoda  i atrakcyjna,  zatem łowca głów liczył się z rekuzą.
Owa biblioteka miała rozmiary sporej rezydencji; właściwy dom przycupnął obok.  Wkoło  ciągnął 
się majątek o powierzchni ponad tysiąca kilometrów kwadratowych.  Strzeżony jak  porządny fort. 
Jej   kwatera   przypominała   apartament.   A   do   tego   pełna   obsługa     kucharzy,     sprzątaczek, 
ogrodników.   I   żadnego   ograniczenia   wolności.   Miała   dostać   własny   wóz   dobrej   marki,   a   do 
wielkiego  miasta wiodła porządna szosa. Ledwie godzina drogi. Nienormowany czas pracy,  byle 

background image

tylko  wszystko działało jak należy. Gdyby potrzebowała pomocy, proszę bardzo, może  zatrudnić 
dowolną ilość dochodzących pracowników.
Komputery?   Skanery?   Roboty   archiwalne?   Wszystko   jak   marzenie.   Regularnie     dostarczano 
najnowsze modele.
Spytała jeszcze, czy wolno jej będzie prowadzić własne studia i badania. Jasne. 
Czy może  przyjmować gości? Kiedy i jakich chce. Tylko, opuszczając majątek musi brać ze  sobą 
bipera i  liczyć się z wezwaniem o dowolnej porze dnia lub nocy. Chociaż raczej się to nie  zdarzy.
Wszystko to było aż za piękne. Takie okazje po prostu się nie trafiają. Poczuła  się jak  bohaterka 
oper mydlanych, które przestała oglądać w wieku dwunastu lat, ale   posiane wówczas   marzenia 
przetrwały o wiele dłużej.
Gdy wróciła na rodzinną planetę, zaraz odwiedziła agenta. Chciała wiedzieć, dla   kogo   będzie 
pracować.
Łowca głów wyjaśnił, że cała posiadłość jest częścią majątku pewnego bogatego  rodu.  Którego? 
Tego nie mógł powiedzieć. Posiadłość musiała pozostać przy rodzinie.  Wobec prawnych  zawiłości 
nie można jej zbyć, w dodatku konieczne jest utrzymanie miejsca w  doskonałym stanie.  Gdyby 
tego nie dopilnować - to długa historia - całe imperium handlowe rodziny  mogłoby  rozsypać się w 
gruzy. Na czele rodu stał pewien młody mężczyzna, lecz chyba nigdy jeszcze nie był w  majątku. 
Jest bardzo zajęty, zwykle podróżuje bliżej centralnych regionów imperium.  Jednak to niezwykły 
człowiek i może się zdarzyć, że pewnego dnia w końcu przyjedzie; sam lub w   towarzystwie. 
Wówczas będzie potrzebował absolutnej dyskrecji. Agent zakończył wykład  wzruszeniem ramion i 
stwierdzeniem, że miło jest być na tyle bogatym, by móc tak precyzyjnie  zaplanować sobie życie.
Jeśli przyjmę  propozycję  - spytała,  a agent od razu przerwał jej pytaniem,  czy   chce kontrakt 
tygodniowy, miesięczny czy roczny? - czy będę musiała trzymać rzecz w tajemnicy? 
- Nie,  niekoniecznie. Zresztą, miejscowe media lubią zaglądać do rezydencji mniej  więcej raz na 
rok i  nikt im w tym nie przeszkadza. Może pani mówić, co zechce. Nie ma niczego do  ukrycia.
Cicho   ponarzekała   trochę   na   zmanierowanych   królewiczów   i   ich   rodowe   zamczyska,     ale 
ostatecznie przyjęła robotę.
Przez jedenaście lat żyła jak w raju. Codziennie napływały nowe zasoby. Nieznany   pryncypał 
prenumerował chyba wszystkie naukowe, militarne i polityczne periodyki  ukazujące się  w obrębie 
imperium. Materiał był skanowany, analizowany i weryfikowany przez  centralny  komputer, który 
poddawał go ostrej selekcji. Co ocalało, katalogował. Gromadził  dane zupełnie   jakby szykował 
materiał dla kogoś zmartwychwstałego. Tak przynajmniej  myślała    bibliotekarka.   Dysponował 
dwiema stacjami, jedna należała do bibliotekarki, druga mieściła się  w  zapieczętowanym pokoju. 
Kiedyś,   gdy   znudzona   rutyną   poszperała   w   sieci,   odkryła,     że   ta   druga     stacja   zawiera   pliki 
niedostępne dla zwykłych użytkowników.
Z końcem roku komputer usuwał cały zapis i zaczynał od nowa.
Trochę ponad sześć lat temu zachował się jednak inaczej.
Zapisywał wtedy wszystko i niczego nie wykreślał. Bibliotekarka zauważyła to  dopiero po  wielu 
miesiącach i w pierwszej chwili wpadła w panikę. Czy zrobiła coś nie tak?   Nie chciała   stracić 
posady. Czuła się tu całkiem szczęśliwa, zawarła szereg ciekawych, dosyć  osobistych  znajomości; 
w dodatku miała mnóstwo czasu na opracowywanie publikacji, które   ukazywały się   jedna za 
drugą. Wzbudzając zawiść jej kolegów po fachu, gorzej opłacanych i  wiecznie  zawalonych robotą. 
Wykręciła numer przewidziany na sytuacje awaryjne. Usłyszała,  że wszystko  w porządku. Niech 
pracuje dalej. No to pracowała.
Teraz jednak wszystko się zmieniło. Dziedzic rodu przybył, wzbudzając  niebotyczne  zdumienie 
całej  obsługi. Pewnego dnia  na terenie  majątku  wylądował  mały   stateczek.  Wysiadł  z   niego 
mężczyzna, a statek zaraz odleciał.
Straż zagrodziła mu drogę informując, że to teren prywatny.
Tamten wypowiedział kilka słów hasła, które wszyscy znali tu na pamięć.
Nikt nie wiedział, jak się zachować. Nikt też nie chciał stracić roboty.
Mężczyzna   poprosił   najpierw,   by   pokazać   mu   jego   pokój.   Wziął   prysznic,   zmienił     ubranie   i 
zamówił   coś   prostego   do   jedzenia.   Potem   kazał   zaprowadzić   się   do   biblioteki.   Na   miejscu 

background image

uprzejmie   oznajmił   bibliotekarce,   że   chciałby   mieć   ją   gdzieś   w     pobliżu.   Potem     otworzył 
zapieczętowany pokój i zaczęło się szaleństwo.
Przeglądał   chyba   wszystko   i   wciąż   chciał   więcej.   Musiała   zatrudnić   asystentów.     Ciekawość 
tamtego   jednak   nie   malała.   Bibliotekarka   przypomniała   sobie   dawną   wizję   kogoś 
zmartwychwstałego.  Chociaż nie - poprawiła się. To raczej  ktoś, kto spędził lata   w uśpieniu, 
zupełnie jak załogi dawnych statków kosmicznych w czasach, gdy nie odkryto  jeszcze AM2. Jadł 
niewiele, spał mało, za to informacje chłonął jak gąbka. Gdy raz zajrzała   na moment do   jego 
pokoju,   zobaczyła   pięć   ekranów   odtwarzających   jednocześnie   różne   pliki.     Szósty   kanał   był 
dźwiękowy, syntetycznym głosem dodawał swoje.
Bibliotekarka marzyła o dobie porządnego snu.
I wtedy nagle się uspokoiło. Mężczyzna wyszedł z pokoju, zostawiając drzwi  otwarte.
Powiedział, że chce mu się spać.
Bibliotekarka niemrawo przytaknęła.
Kazał jej wyłączyć system.
Wreszcie. Wraz z równie nieprzytomnymi asystentami opuściła bibliotekę. Mijając  drugą  stację 
zauważyła, że komputer wymazuje po kolei wszystkie pliki. Ale była zbyt   zmęczona. Fakt   ten 
dotarł do jej świadomości dopiero wiele dni później.
W tej chwili ważny był tylko sen.
Mężczyzna wyszedł zapomnianą, boczną furtką i energicznym krokiem ruszył wzdłuż  szosy. Nosił 
zwykłe ubranie przeciętnego robotnika. Przystanął jeszcze, obejrzał się. Mury rezydencji wyrastały 
wysoko w niebo. Zrobiło mu się smutno.
Komputer informował, że po jego odejściu personel otrzyma sowitą gratyfikację i   kilka   słów 
zachęty do emigracji na inną planetę. Rezydencja, biblioteka i budynki  gospodarcze nie  przetrwają 
dwóch tygodni. Zostaną zburzone do fundamentów, a grunt trafi w ręce   władz planety,   które 
zrobią z nim co będą chciały.
Szkoda. Ładne miejsce.
Komputer podpowiedział, że na terenie imperium jest jeszcze dziesięć podobnych.
Wiedział już, co działo się w ciągu minionych sześciu lat. Nie sprecyzował   jeszcze   własnych 
planów. Ale miał konkretny cel.
Z tyłu błysnęły światła, zaskrzypiał napęd starego ślizgacza. Pełen owoców  ziemi, jechał  zapewne 
na poranny targ. Mężczyzna uniósł rękę.
Ślizgacz przystanął z sykiem, kierowca sięgnął do klamki i otworzył drzwi od  strony  pasażera.
Mężczyzna wsiadł, Ślizgacz ruszył.
- Coś wcześnie pan łapie - powiedział farmer.
Mężczyzna uśmiechnął się, ale nie odpowiedział.
- Pracuje pan dla tego z pałacu?
Mężczyzna roześmiał się.
- Nie, za bogato. Nie mój świat. Tylko przechodziłem obok. Akurat skurcz mnie  złapał.  Dzięki za 
podrzucenie.
- A dokąd to?
- Do portu kosmicznego.
- W podróż? Bez bagażu?
- Szukam roboty.
Kierowca parsknął śmiechem.
- A to powodzenia, przyjacielu, ostatnio coraz trudniej,’ Marne czasy dla  przybyszy.
- Coś znajdę.
- Wierzymy w siebie, co? Lubię takich. Jestem Weenchlors. - Kierowca wyciągnął  wielką  łapę. - 
A ty?
- Raschid - powiedział mężczyzna. - Nazywam się Raschid.
Rozsiadł   się   wygodnie   na   połatanym   plastikowym   fotelu   i   zapatrzył   w   niebo,     jaśniejące   nad 
zbliżającym się portem kosmicznym.

background image

Księga druga

IMPERATOR

Rozdział 13

Godzinę   po   wschodzie   słońca   strażnicy   wyprowadzili   pięcioro   członków   rady   z     głębokiego 
bunkra.   Okolicę   spowijała   jeszcze   mgła,   gdy   spojrzeli   na   kratery   pozostałe   po     eksplozjach 
pośmiertnych  ładunków zamachowców. Nieco dalej, w dwóch rzędach, leżały ciała   poległych 
ochroniarzy   przykryte   płachtami.   Obrazu   dopełniały   zwoje   porwanego   drutu   i     podziurawione 
pociskami ściany budynków. Wciąż dymiące szczątki wyrzutni były zbyt daleko,   podobnie nie 
dało     się   dojrzeć   radioaktywnej   chmury   -   pamiątki   po   zgładzonym   krążowniku.   Obłok 
przemieszczał się  w głąb lądu, skażając coraz większe połacie kontynentu.
Wszystkich   ogarnął   gniew   -   jak   to   się   mogło   stać?   Poza   Kyesem.   Ten   nie   wiedział     jeszcze 
dokładnie, co właściwie czuje. Nigdy dotąd nikt nie próbował go zabić. Zniszczyć  karierę, życie 
osobiste, to owszem, ale nic więcej.
Zadawali sobie podstawowe pytania: kto i dlaczego?
Przyzwyczajone do ataków Kraa dawały upust wściekłości. I już zaczynały  kombinować.
- Chcemy szefów. To był prawdziwy zamach, żadne wyskoki szaleńca.
- Zgadzam się - mruknął Kyes.
-   Chcemy   prawdziwych   przywódców   -   dodała   chuda,   pojmując   w   lot   słowa   siostry.   -     Do 
poniedziałku. Tych, co wszystko zaplanowali. Najpewniej to Hondżo.
- I mniejsza o ten pieprzony myśliwiec - powiedziała gruba. - Wreszcie mamy  jakieś trupy.
Lovett przeniknął jej myśli.
- Zaiste, spisek. Właśnie. To lepsze niż zwykłe pogwałcenie granic.
- Zaraz wydam rozkazy flocie - sapnęła radośnie Malperin.
- Taa... - zakrakała jedna z Kraa. - Najpierw zwiniemy im AM2, potem całkiem   wykończymy. 
Powoli i po kolei.
- Wszystkich - dodała druga. - Wreszcie mamy pretekst do przeprowadzenia  czystki.
Ciekawe, jak pewne twory społeczne mogą zyskiwać z czasem coś na kształt   osobowości. I   to 
takiej,   która   zdolna   jest   przetrwać   wiele   lat.   Z   uporem   godnym   najbardziej     skostniałych 
biurokracji przeżywa swoich twórców o pokolenia. Psychohistorycy mawiają wtedy o  nieformalnie 
ukonstytuowanych  cechach instytucji społecznych. Zdarzało się to wszędzie,   również w armii. 
Idealnym przykładem może być pewien niewielki związek, zwany Siódmą Brygadą  Kawalerii. Od 
samego   początku   kiepsko   dowodzony,   ponosił   nieproporcjonalnie   wielkie   straty,   aż     w 
kulminacyjnej   bitwie   wybity   został   do   ostatniego.   Nic   to.   Sformowano   go   na   nowo     i   przez 
następne    kilkaset  lat,  w trzech kolejnych  wojnach, niezależnie  czy rozstrzygano  je   szablami, 
kulomiotami     czy   atomówkami,   wciąż   skupiał   najgorszych   oficerów   i   obrywał   za   wszystkich. 
Bliższym współczesności okazem takiej instytucji była Dwudziesta Trzecia Flota.  Ta sama,  która 
otrzymała zadanie zaatakowania światów Hondżo i przechwycenia składów AM2.   Na   początku 
wojny   z   Tahnijczykami   została   zdziesiątkowana,   głównie   za   sprawą     niekompetencji 
dowodzącego. Admirał ten - na swoje szczęście - też zginął przez własną głupotę.
Flotę trzeba było odbudować praktycznie od zera. Przez resztę wojny zasłynęła   jako   najgorsza 
imperialna jednostka bojowa. 
Mistykom zaś dostarczyła sporo przesłanek  świadczących  o tym, że reinkarnacja jednak istnieje. Z 
nieznanych powodów ominęła ją demobilizacja, chociaż rozwiązywano wówczas o  wiele  lepsze i 
bardziej sławne formacje, a ich sztandary przekazywano do muzeum. Dowodzący ową flotą admirał 
- do niedawna wiceadmirał, niejaki Gregor - objął  stanowisko po admirale Masonie, który odmówił 
wykonania rozkazu rady i poprosił  o wcześniejszą  emeryturę.
Co ciekawe, obaj zetknęli się niegdyś ze Stenem. Mason dał mu w kość podczas  kursu  pilotażu, 
potem zasłynął jako okrutnik nie mający litości ni dla wroga, ni dla  własnych załóg. Nie  można 
było jednak wątpić w jego skuteczność.

background image

Gregor zaś zaczął karierę wojskową przez pomyłkę. Był na tym samym kursie  rekruckim,  co Sten 
i   wyleciał   z   Gwardii   za   nieudolność.   Jako   dowódca   kompanii,   wprawdzie     przeprowadził 
ćwiczebny   atak   zgodnie   z   wszelkimi   regulaminami,   ale   zupełnie   bez   sensu;   a     gwardia   nie 
faworyzowała samobójców. Wrócił więc do domu, na pewną wypoczynkową planetę,  gdzie jego 
ojciec prowadził interesy. Nie na taką skalę, jak w opowieściach Gregora, ale  zawsze. Starszy pan 
tylko westchnął, dopisał kolejną pozycję do listy porażek syna i skierował go do  pracy tam, gdzie 
nie było nic do sknocenia. Starszy pan był optymistą. Kiedy wybuchła wojna,  Gregor skamlał, aby 
zabrać go z posady szefa bankrutującego oddziału firmy, w którym między  pracownikami trwała w 
dodatku nieustanna walka. W sytuacji nagłego zagrożenia wojsko przyjmowało każdego ochotnika. 
Bogatszy o  kilka  lat „doświadczeń”, Gregor odkrył wreszcie klucz do sukcesu: otrzymane rozkazy 
najpierw  przemyśleć. Jeśli nie odkryjesz w nich pułapki, wykonaj. Zostaniesz wtedy uznany  za 
twardego   faceta. Podczas wojny nawet się sprawdzało, bowiem nie było czasu na śledztwa   czy 
badanie     zasadności   skarg.   Szczególnie,   gdy   skargi   te   napływały   od   jeńców.   Gregor   szybko 
awansował. Zasmakował w służbie imperialnej, nauczył się zyskiwać odpowiednich stronników 
politycznych Zyskał wysoką pozycję, cenną szczególnie teraz, gdy zaczęły się  problemy z AM2. 
Co za pożytek ze światów wypoczynkowych, kiedy nikt do nich nie przyjeżdża.  Żadna przyszłość. 
Miał doskonałą reputację, jednak Masonowi - gościowi naprawdę twardemu -  wystarczyły  dwa 
tygodnie, aby jednoznacznie stwierdzić, że Gregor to nie tylko kawał  niekompetentnego  durnia, 
ale i dobry materiał na następnego Cortesa. O ile uda mu się znaleźć  jakichś Azteków, rzecz  jasna.
Miał rację. Niestety, czas Masona dobiegał końca.
Rada   starannie   wyszukała   admirała   mającego   poprowadzić   atak   na   system   Hondżo.   Na     swój 
sposób wybór był prawidłowy. Mason wykonałby wszystkie rozkazy i użył wszędzie  akurat tyle 
siły, ile trzeba, aby przekonać gospodarzy o bezsensowności oporu.
Niestety,  bliźniaczki Kraa uparły się, że dowódca powinien być również świetnym    taktykiem, 
zdolnym   do   „świeżego   spojrzenia”.   Ich   rozumienie   dobrej   taktyki   było     mało   subtelne,     co 
demonstrowały codziennie sposobem, w jaki traktowały robotników w swoich  kopalniach.
Mason musiał odejść. Sam poprosił o demobilizację. Pełen pogardy dla nowicjuszy,  znalazł  hobby 
godne wyższego oficera na emeryturze: wraz za paroma przyjaciółmi zajął  się  przekształceniem 
pewnego starego pancernika w okręt-muzeum. W ten sposób ocalił  życie.
Następny dowódca - Gregor - poprowadził 23 Flotę do ataku. Na pierwszy rzut oka  formacja wciąż 
robiła wrażenie, chociaż wiele pokładowych systemów broni trzeba  było wyłączyć  z braku części 
zamiennych, które nigdy nie nadeszły. Stan załóg sięgał zaledwie  siedemdziesięciu  procent normy, 
a i to nie we wszystkich jednostkach. Rozkaz „pełna moc na   dyszach” wywoływał   u obsługi 
maszynowni atak śmiechu. Jedyne, co jeszcze czasami bywało tam pełne,  to tylko piwo.
Niespodziewane zawarcie pokoju miało dla armii katastrofalne skutki. Rada  zniechęcała  ludzi do 
służby, jak mogła. Wielu dało się przekonać, a zostali ci, dla których   flota była treścią   życia. 
Bezrobocie skłoniło też niektórych wykwalifikowanych  kosmaków  do   wstąpienia. Jednak   nie 
wiedzieć czemu, do 23 Floty trafili tylko najgorsi, głównie nieudacznicy,  którym w cywilu się  nie 
ułożyło.  Co gorsza, załogi  miały poczucie, że traktuje sieje po macoszemu. Żołdy   wypłacano 
sporadycznie,  kary wymierzano  arbitralnie,  a starania  o nagrody czy przepustki    przypominały 
hazard. Słowo morale stało się pustym hasłem ze słownika.
Na pierwszy atak wybrano dziesięć światów; niby dla postrachu. Dwa z nich  posiadały  magazyny 
AM2, na pozostałych ośmiu leżały co ważniejsze miasta Hondżo. Wobec  wszystkich  zaplanowano 
wykorzystanie identycznych sił i środków. Miasta potraktowano dywanowymi nalotami z użyciem 
bomb neutronowych; centra  dyspozycyjne magazynów - tak samo. Oczywiście nikt nie pomyślał o 
czymś tak  banalnym, jak akt  wypowiedzenia wojny czy jak zwykłe ostrzeżenie.
Następnie Gregor wystąpił przed kamerami, żądając od Hondżo, by się poddali.  
Błąd     pierwszy:   wszyscy   dotychczasowi   przywódcy   Hondżo   wyparowali   i   nie   było   z   kim 
negocjować.   Drugi błąd polegał na przekonaniu, że po pierwszym ataku napadnięci narobią w 
gacie i będą się  bali ruszyć palcem.
Bezruch i szok to jednak jeszcze nie to samo co stan zastraszenia.
Flota Gregora zajęła orbity parkingowe i rozesłała patrole na światy z AM2. 

background image

Szybko     zgromadzono   dostateczną   ilość   transportowców,   by   przewieźć   wszystkie   miejscowe 
zasoby.
Rada nie doceniła Hondżo. Konwój miał mieć długość co najmniej dwudziestu  kilometrów.
Jednak zaraz potem zaczęło się piekło. Zaatakowani rozpoczęli obronę.
Ruch   oporu   rozkwitł,   mimo   braku   przywódców   czy   generałów.   Robotnicy   sprowadzeni     do 
ładowania AM2 potrafili bez mrugnięcia oka zatłuc strażników byle drągiem.  Ledwie podeszli do 
dźwigu czy pasa transmisyjnego, zaraz coś się psuło. Roboty i komputery zaczęły  wariować.
Gregor wziął zakładników, zarządził represje.
Hondżo nie zwrócili na to najmniejszej uwagi.
Imperator mógłby wyjaśnić radzie, że Hondżo trudnili się niegdyś piractwem i  wciąż  uwielbiali 
wszystko, co tnie lub strzela. Szczególnie jako pomoc w prywatnych  kłótniach. Handlem  zajęli się 
dopiero wtedy, gdy odkryli przewagę legalnego kontraktu kupieckiego  nad zwykłym  łupieniem. 
Robotnicy   Hondżo,   ci   którzy   przeżyli,   wrócili   na   swoje   planety.   Do   załadunku     zatrudniono 
marynarzy. Zrobiło się jeszcze gorzej. Małe oddziały: drużyny, plutony, kompanie czy luźne grupy, 
zaczęły nękać   imperialnych.   Guerrilla była jednostronna, najeźdźcy bowiem bali się otwierać 
ogień między  zabudowaniami  magazynów, z których każdy był potencjalnie monstrualną bombą. 
Partyzanci nie  mieli tych  zahamowań.
Flotę   zaczęły   męczyć   różne   drobnoustroje,   wygrzebane   przez   Hondżo   w   zakamarkach 
prowincjonalnych  portów  i baz.  Wystarczył  byle  gruchot,  obsadzony przez  parę   odważnych  i 
bomba w luku towarowym, aby wyeliminować nawet sporą jednostkę. Powiew dobrego   wiatru 
nabierał mocy.  Zdawało się, że Hondżo zapomnieli na chwilę o wszystkich osiągnięciach swej 
kultury, gdy   ktoś przypomniał słowa, rzucone dawno temu przez wodza pewnej przegrywającej 
armii: „Każdy z  was może zabrać ze sobą przynajmniej jednego wroga...”
Dziwna to była okupacja. Zwycięzcy ginęli masowo. Wojna zmieniła się w serię  skrytobójczych 
mordów.   Na  dodatek   nikt   nie   wiedział,   jak   temu   przeciwdziałać.     Wystawić     niszczyciele,   by 
chroniły flotę ekranami? W porządku, ale wtedy Hondżo zaczną  atakować  niszczyciele. Byle jacht 
z kabiną wypchaną trotylem wyłączy niszczyciela z  linii. Wystarczy sześć,  może dziesięć takich 
ataków, a dobiorą się do pancerników.
Gregor błagał o posiłki.
Nie było jednak co wysyłać. Owszem, na Al-Sufi było dosyć okrętów dla kilku flot, ale brakowało 
paliwa.  Gdyby je  dostały, mogłyby wesprzeć Gregora. Ale to Gregor miał paliwo...
Śmierć zbierała obfite żniwo.
Gregor wiedział, że nie może przerwać misji. Flota musi wrócić z zapasem AM2.
Na   dodatek   wśród   oficerów   i   kontraktowych   załogantów   zaczęły   krążyć   dziwne     plotki, 
dobiegające z samego imperium. Działo się coś dziwnego. Zaczęto masowo  aresztować znanych 
dowódców i stawiano ich przed sądem. Pojawiły się pogłoski o egzekucjach. Zwykli   marynarze 
zaczęli się bać o swoje życie. Pracowali jak szaleni w nadziei, że ukończą  załadunek, nim wszyscy 
zginą. Jednak mało kto zachowywał optymizm... Mavis Sims nie oczekiwała nagrody za wydanie 
współspiskowców. Uważała, że   wykonuje   swą powinność wobec imperium. Sądziła, że stanie 
tylko przed sądem honorowym i w najgorszym razie będzie  musiała  zakończyć karierę wojskową. 
Liczyła się też z ostracyzmem środowiska.
Wyszło o wiele gorzej.
A powinna była wiedzieć, że próba zamachu na najwyższe władze, szczególnie  nieudana,  pociąga 
za sobą znaczące konsekwencje i śledztwa w takich sprawach rządzą się   własnymi    prawami. 
Niejaki Robert Francis Damiens, rozerwany na czworo przez konie, mógłby  jej sporo  wyjaśnić. 
Nawet Wieczny Imperator nie sugerował się zbytnio prawem, gdy przyszło  mu ukarać  winnych po 
wykryciu spisku Hakonego. Rada nie była ani tak subtelna jak   imperator, ani nie   dorastała do 
poziomu antycznego monarchy, Ludwika XV (tego od wspomnianych  koni).
Postanowiwszy zdradzić sekret, Sims skontaktowała się z najwyższym dostępnym jej   oficerem 
wywiadu i przekazała mu zasadniczy plan zamachu. Tylko tyle.
Nie zastanawiała się, co będzie dalej.
A co było... Sims została aresztowana i poddana systematycznemu skanowaniu  umysłu. 

background image

Specom od przesłuchań jej los był obojętny. Pomalutku, wypalili jej cały mózg.
Tak... dziesięciu oficerów przy stole. Wyraźny obraz twarzy. Czy Sims zna ich  nazwiska? 
Zapisać. Następne spotkanie. Tutaj. Amfiteatr. Powiększyć. Kto przemawia?
Ktoś w końcu rozpoznał postać.
- Cholera! To Mahoney! Ale on przecież nie żyje!
Dalej...   zameldujemy   jak   trzeba.   Teraz.   Przyjęcie.   Cholera...   Ci   z   boku   ani   razu     na   nią   nie 
spojrzeli. Trudno. Pewnie się jeszcze pojawią.
- A niech to! Znów Mahoney!
- A ten mniejszy obok to kto?
- Nie wiem. Patrz. Mówi coś. Mahoney słucha.
- Mamy głos?
- Nie. Sims tylko mijała ten pokój, gdy ktoś na moment uchylił drzwi.
- Zrób powiększenie tego małego. Skoro potrafi przykuć uwagę Mahoneya na tyle,  by ten  słuchał i 
nie przerywał, to musi być szycha.
Ostatecznie udało się rozpoznać prawie ośmiuset z tysiąca spiskowców. Oraz ich   asystentów i 
adiutantów. A wśród nich - Mahoneya i Stena.
Gdy było już po wszystkim, ciało brygadier Sims trafiło do pieca kremacyjnego. 
Historia  pięciu pokoleń w służbie imperium dobiegła końca pośród nocy i mgły.
Zresztą taki właśnie kryptonim nadano całej operacji: Nocna Mgła. Sporządzono i  rozesłano  listy 
poszukiwanych.  Zatrzymaniami  miały  się zająć  nie tylko  zespoły Modliszki  i   Merkurego, ale 
również prywatne armie członków rady. Niektórym aresztowanym zafundowano publiczne procesy. 
Pod groźbą sankcji wobec   najbliższych zeznali, że to właśnie Hondżo zawiązali cały spisek z 
pomocą   tego     renegata,     Mahoneya.   Potem   pozwolono   im   umrzeć.   Inni   po   prostu   zniknęli. 
Imperialny korpus oficerski popadł w ostre stany lękowe na granicy paranoi.  Utracił też  sporo ze 
swego prestiżu. Winni i niewinni drżeli ze strachu. Kto wie, czy nie  dojdzie do akcji  Nocna Mgła 
II lub i III? Wszystko możliwe.
Przesłuchanie pozwoliło ustalić osiemset nazwisk. Drugie tyle dopisano.
Późniejsze szacunki mocno się różniły, jednak ustalono, że zginęło co najmniej   siedem   tysięcy 
ludzi. Korzystano z okazji, by pozbyć się osobistych wrogów. Nawet członkowie rady  dołączyli 
do oficjalnej listy swoje. Zawsze to mniej problemów w interesach. Gdy wykazy dotarły na biurka 
przełożonych grup operacyjnych, od stanu sumienia   oficera   zależało, czy dopisze jeszcze jedno 
czy dwa nazwiska. Albo sześć.
Oczywiście, zdarzały się też pomyłki.
Autor bajek dla dzieci, niejaki White, artysta uwielbiany i sławny, mieszkał,  przez  przypadek, po 
sąsiedzku z emerytowanym generałem - majorem Whytte. Zbrojni  wyważyli drzwi  domu pisarza 
w   środku   nocy,   wywlekli   go   na   środek   salonu   i   tam   zastrzelili.   Jego     żona   próbowała     ich 
powstrzymać  i też zginęła. Gdy sprawa wyszła na jaw, szef grupy morderców, agent Korpusu 
Merkurego, niejaki  Clein, uznał to wszystko za świetny dowcip.

Rozdział 14

Alex ujrzał, jak bestia podnosi łeb znad koryta z miechem i spogląda  przekrwionymi  ślepiami na 
Stena. Krzaczaste brwi nastroszyły się w przeczuciu mordu, gdzieś  zza długiej i  potarganej brody 
wyjrzały grube, żółte kły. Pobrzękując pasem bogato obwieszonym bronią, istota stanęła na nogach, 
przeszła  ze trzy  kroki i potknęła się zgrzytając pazurami na kamieniach. Była na metr szeroka i 
ważyła co najmniej   130 kilo. Chociaż nie wyrosła ponad półtora metra, to dysponowała jednak 
przerażającą siłą. Nie   ustępowała pod tym względem Kilgourowi. Lekko przygarbiona, stała na 
masywnych   niczym   kloce drewna nogach. Wyprostowała się nagle, uniosła monstrualny róg i 
wydała przeraźliwy dźwięk, aż  ściany  zadrżały.
- Na brodę mojej matki! - rzucił Kilgour pod adresem Stena. - To nie do  zniesienia!

background image

Osobnik zawisł nad Stenem i lejąc ślinę zamamrotał niczym włochate niemowlę. W  końcu  klapnął 
na ławę obok Stena i chuchnął nań streggiem z mocą wystarczającą, by   powalić pół   kompanii 
Gwardii.
- Kocham cię jak brata - załkał Otho.
Bhor  spojrzał  na  resztę  ucztujących  pobratymców   i  machnął   rogiem.   Rozlana   przy    tej   okazji 
kałuża zaczęła od razu z sykiem parować.
- Wszyscy kochamy cię jak brata! - ryknął. - Powiedzcie mu, bracia i siostry.  Czy nie  jesteśmy 
Bhorami? Czy skrywamy szczere uczucia?
- Nie! - huknęło z ponad setki gardeł.
- Przysięgnijcie, bracia i siostry - zażądał Otho. - Na zmarznięte tyłki ojców  naszych...  Kochamy 
Stena!
- Na tyłki ojców naszych... - odkrzyknięto.
Otho rzucił się na Stena i załkał.
Alex wzdrygnął się. Ani trochę nie zazdrościł Stenowi popularności.
Między   Bhorami   siedzieli   gdzieniegdzie   ludzie.   Wszystkie   oczy   wpatrywały   się   w     Stena   - 
powracającego bohatera. Dwoje oczu śledziło go ze szczególną uwagą. Ich  właścicielka nazywała 
się Sind. Była bardzo, bardzo młoda i naprawdę urocza, tym szczególnym rodzajem  piękna, które 
porusza wszystkie wnętrzności. Uchodziła również za wyborowego strzelca. Jej bronią osobistą był 
niegdyś   typowy   karabin   imperialnych   snajperów.   Strzelała     normalnymi   ładunkami   z   AM2   w 
otulinie stopu imperium, tyle  że do miotania   używała   akceleratora linearnego. Automatyczny 
celownik z przystawką pozwalał bez trudu  dojrzeć każdy  cel; nawet skryty za jakąś przeszkodą, 
dzięki czemu można było strzelać nawet   zza rogu. Takich   karabinów nie dawało się normalnie 
kupić,   nie   dostawali   jej   nawet   sojusznicy     imperium.   Sind     zdobyła   ją   na   czarnym   rynku   i 
zmodyfikowała dla własnych potrzeb. Kazała dodać  oparcie dla  kciuka, zwiększyć masę lufy (aby 
broń lepiej leżała w rękach i mniej odrzucała),  podwoić  mechanizm spustowy, dobrać dwunożną 
podpórkę i tak dalej. Broń już wcześniej  była ciężka, teraz  jeszcze nabrała wagi, ale mimo drobnej 
postury   Sind   potrafiła   całymi   godzinami     biegać   z   nią   po     wzgórzach   i   nawet   zadyszki   nie 
dostawała. Ludzkie kobiety rzadko potrafiły takie  rzeczy bez  odpowiedniej kuracji hormonalnej. 
Jedynym problemem była amunicja. Jak wszystkiego z AM2, tak i jej było ostatnio  niewiele. Na 
wszelki wypadek Sind zaczęła ćwiczyć posługiwanie się innymi  dalekosiężnymi  zabawkami, od 
klasycznych   karabinów   począwszy,   na   kuszach   skończywszy.   Znała   też   wszystkie   ważniejsze 
sztuki walki, wśród Bhorów rzecz normalna.   Ponadto była   świetnym oficerem pokładowym i 
sprawdziła   się   już   nieraz.   Wychowała   się   wśród   Jannów,   czy   raczej   postjannów,   potomków 
zbrojnej elity   państwa   wyznaniowego, opartego na wierze w Talameina. Teokracja ta władała 
niegdyś   Gromadą Wilka,   siała mord wśród wszystkich nie dość prawowiernych i przysparzała 
imperatorowi  sporo kłopotów. 
Na szczęście rzecz działa się tylko na obrzeżach imperium. Jednak dla wodzów  gromady Bhorów 
sprawa była życiowa. Ich kultura nie cieszyła się poparciem ksenofobicznych  Jannów i włochate 
istoty stanęły rychło wobec perspektywy całkowitej zagłady.
Wiele   lat   przed   narodzeniem   Sind   zdarzyło   się,   że   grupy   badawcze   odkryły   na     odległym 
pograniczu nowe złoża imperium X, podstawowego składnika tarcz chroniących   ładunki AM2. 
Światy Wilka, a tym samym i Jannowie, byli jak kłoda na drodze między centrum   imperium a 
owymi   obiecującymi   terenami.   Obecność   fanatyków   religijnych   mogła   przekreślić     normalną 
eksploatację złóż. Sten i Alex prowadzili zespół Modliszki mający usunąć tę przeszkodę. Popłynęło 
nawet   nieco krwi, jako że Sten zaatakował dwa odłamy kościoła Talameina. Obaj   najważniejsi 
teokraci  zginęli, jednak pech chciał, że z gruzów wyłonił się trzeci - potężny, zdradliwy  i do tego 
jeszcze  przystojny; nic tylko pomnik stawiać. Cudownym zrządzeniem losu, szajba odbiła  mu na 
tyle,  że   sam ogłosił się Talameinem,  po czym  - na jednym  oddechu - wyznał  grzech pychy, 
zaapelował o  pokój i skoczył z wieży. Za cud odpowiedzialny był pewien specjalista od  hipnozy, 
wprowadzony   przez Stena do atakowanej  właśnie twierdzy Jannów. Gość znał  się na rzeczy. 
Sporządził program,  w którym było wszystko co niezbędne: podniosła mowa i treści duchowe, i 
odpowiednia doza  masochistycznego męczeństwa.

background image

Ostatecznie Sten tak pokierował zdarzeniami, że imperator, aczkolwiek   niechętnie,   powierzył 
jednak Światy Wilka  Bhorom. Większość historyków  musiała  przyznać,  że   nowi   gospodarze 
sprawdzili się wyśmienicie. Bhorowie nie wtrącali się w cudze sprawy, a szczególnie w osobiste 
przekonania,     przynajmniej   dopóki   nikt   nie   głosił   bzdur   grożących   zaburzeniem   porządku 
społecznego i nie  prowokował konfliktów. Co ciekawe, wiara w Talameina wygasła szybko; zaraz 
po utracie władzy przez  kapłanów.  Nawet dziedzictwo wieków nie pomogło. Ocaleli wyznawcy 
odetchnęli   z   ulgą,   że     kościół   nie     będzie   już   więcej   pchał   nosa   w   ich   życie   i   porównywał 
wszystkiego z dogmatem.  Okrucieństwo  panujących ostatnio teokratów sprawiło, że nawet prości 
chłopi mieli dosyć  świątobliwych haseł. Jannowie znaleźli się w sytuacji krzyżowców bez krzyża. 
Ani jako symbolu, ani  jako  narzędzia kaźni. Osiedli w końcu tu i ówdzie, i wiodąc pokojowe życie 
wspominali     z   niejakim     zawstydzeniem   dni   swej   chwały.   Sind   wyrosła   w   takiej   właśnie 
społeczności. Często słuchała snutych w domowym  zaciszu  historii z dawnych czasów, patrzyła na 
zawieszoną   nad   kominkiem   broń.   Czasem     uczestniczyła   w     półoficjalnych   spotkaniach   rodu, 
organizowanych na wszelki wypadek ukradkiem, w  tajemnicy.
Takie wychowanie zaowocowało umiłowaniem walki i wszelkich urządzeń   strzelających.    Od 
dzieciństwa pogardzała zabawami rówieśników, zamiast bajek wolała widowiska  batalistyczne  i 
naturalną   koleją   rzeczy,   gdy   dorosła,   zgłosiła   się   na   ochotnika   do   armii     Bhorów   -   dawnych 
wrogów wprawdzie, ale i jedynych  militarystów  w okolicy.  Dzięki umiejętnościom strzeleckim 
szybko zyskała szacunek. Ilekroć nadarzała się   okazja   do bitki, Sind pierwsza występowała z 
szeregu i nigdy jej nie odmawiano. Młody  wiek nie miał w  ogóle znaczenia. Ważne było, że na 
równi z Bhorami kochała walkę, używkę   bardziej upajającą niż   stregg, ów nad wyraz mocny 
alkohol; ulubiony trunek Stena oraz - za sprawą Stena  - Wiecznego  Imperatora. Bhorowie patrzyli 
przychylnym  okiem na takie wychowanie, zwykli   nawet chwalić się   dokonaniami potomków 
podczas częstych pijackich uczt.
Gdy Otho poklepywał i wychwalał Stena, Sind nie mogła oderwać oczu od bohatera.  Oto  on, który 
dokonał   więcej   niż   wszyscy   obecni   w   sali   Bhorowie.   I   jakie   to   były     dokonania!   Ilekroć 
powtarzano historię Stena i Alexa, obaj jaśnieli w niej coraz większym blaskiem.  Szczególnie Sten. 
Był  młodszy,  niż sobie to dotąd wyobrażała. Myślała o kimś  z siwą brodą do pasa   i pełnym 
godności. A on taki przystojny.
Otho pogrążył się w spokojnej rozmowie z Alexem. Sten rozejrzał się  nieprzytomnie po  sali. Sind 
pomyślała, że wygląda na bardzo samotnego, może nawet cierpi... 
Dziewczynie dech  zaparło z pragnienia, by ukoić jego smutek... Sten przesunął po niej oczami, a 
potem - nie wierzyła   - odwzajemnił spojrzenie! Spojrzał na nią! Sind poczuła nagły przypływ 
gorąca.  Sten patrzył już  gdzieś dalej, ale gdyby tak zechciał na dłużej... Czy byłaby go warta? Czy 
zrozumiałby, jak bardzo  kocha ona swego jedynego przyjaciela: karabin snajperski? Jasne, on by 
zrozumiał. Wielki  wojownik zawsze rozumie takie rzeczy. Sind zdecydowała, że za wszelką cenę 
musi     poznać   Stena     bliżej.   Wróciła   do   jedzenia,   nie   mając   pojęcia,   ile   może   sobie   narobić 
kłopotów.
Alex wychylił róg i poczekał, aż Otho znowu naleje. Wódz Bhorów odciągnął Szkota  na  bok i 
zaczął   wypytywać   go   z   niepokojem,   co   właściwie   dzieje   się   ze   Stenem.     Siedzi   taki   ponury, 
uśmiechnął się raz tylko, a i to przelotnie, gdy Otho wspominał, jak rozdali   pojmanych Jannów 
pomiędzy statki.
- Pamiętasz, jak ten bydlak krzywił się pod kneblem? - Alex pamiętał. - Na brodę  mojej  matki, to 
było zabawne. I tak się przeraził, że aż nos mu się zmarszczył. A  przecież prawie nie  braliśmy go 
na tortury, no, może raz czy dwa. A potem wystrzeliliśmy go w   próżnię. Flaki, kłaki...   Co za 
widok. I wypiliśmy, żeby jego dusza szybciej poszła do piekła. Ach, to  były piękne dni...
Klepnął rozmówce, wielką dłonią. Uderzenie zrobiło wrażenie nawet na Kilgourze.
- Taaa - odmruknął i wybuchnął gromkim śmiechem.
Otho odetchnął z ulgą, że chociaż Alex nie jest chory.
- Co gryzie Stena? - spytał. - Brak w nim ognia. Powiedz tylko, kto skrzywdził  naszego  brata, a 
przysięgam, że zemsta będzie straszna!

background image

Niestety sprawa nie była taka prosta. Nawet tradycyjne ślubowanie Bhorów nic by  tu nie  pomogło. 
Rzeczywiście, biorąc pod uwagę ostatnie przeżycia Stena, wizja  dryfujących w próżni  jelit była 
prawie zabawna.
Kilgour uciekał, jakby wszystkie demony piekieł deptały mu po piętach. I dobrze,  bowiem  gdyby 
zwlekał choć kilka sekund, pogoń musiałaby go dopaść. Porzuciwszy wszelkie  środki  ostrożności, 
rzucił wyzwanie prawom fizyki. Kluczył maleńkim myśliwcem, aż  konstrukcja  zaczęła jęczeć na 
złączach. Przypomniał sobie wszystkie możliwe manewry,   wymyślił nawet kilka   nowych, byle 
tylko   uniknąć   wykrycia.   Gdy   już   mu   się   udało,   nadał   Mahoneyowi     krótkie   „zwiewaj”     i 
wyłączywszy komunikator, rozpłynął siew przestrzeni.
Mahoney będzie już wiedział, jak o siebie zadbać. Przez tyle lat w ukryciu,   musiał już   pewnie 
przywyknąć   -   pomyślał   Alex   bez   złośliwości,   bo   i   faktycznie   lubił     Mahoneya.   Miał   go   za 
pobratymca i wcale nie życzył  mu źle. Wręcz przeciwnie, ale cóż więcej miałby   zrobić? Jeśli 
przeżyją,   a   to   nie   jest   wcale   takie   pewne,   spotkają   się   w   umówionym   miejscu.     Nie,   nie   na 
Poppajoe. Już wcześniej uznali, że w razie niepowodzenia lepiej nie kusić losu i  nie zaglądać tam 
więcej. Kilgour podejrzewał, że ocalała z zamachu rada zapłonie gniewem i wykorzysta  wszystkie 
sposoby, byle tylko ująć sprawców. Nie mylił się. Zatem - gdzie się ukryć?   Stosowne miejsce 
miało  spełniać  dwa warunki: po pierwsze, nikomu  nie mogło  przyjść  do głowy,  aby   ich tam 
szukać;   po drugie, gdyby ktoś jednak zaczął, żeby nikt ich nie wydał. To drugie było   nawet 
ważniejsze.
Alex dość długo myślał. Sam, bo Sten chwilowo nie nadawał się do niczego. Ciasno   przypięty, 
leżał w miniaturowej  komorze medycznej  myśliwca. Nastawiony na   leczenie skutków   szoku, 
program włączał co chwila nowe moduły. Wszystko to trwało niepokojąco  długo. Alex  zajrzał do 
wnęki dopiero po zmyleniu pogoni i odetchnął. Sten wciąż leżał  nieruchomo, ale był  jakby nieco 
mniej blady. Biedny chłopak.
Coś   chyba   wymyślił.   Tak,   jest   takie   miejsce,   którego   gospodarze   mają   wobec   Stena     dług 
wdzięczności. Nie byle jaki. Kilgour skierował stateczek do Gromady Wilka i do  Bhorów. Idealna 
kryjówka.
Mniej   więcej   w   połowie   drogi   Sten   wreszcie   się   obudził.   Słaby   jak   ostatnie     nieszczęście,   z 
kamienną twarzą, milczący. Zamiast gadać, porozumiewał się głównie  chrząknięciami. Z początku 
Alex podejrzewał, że to leki wywołują takie otępienie, ale komputer oznajmił, że  kuracja została 
już dawno zakończona. Pacjent jest zdrowy. To oznaczało, że przyjaciel Kilgoura  ucierpiał nie tyle 
na ciele, co na duszy. Alex nie miał pojęcia, jak leczy się takie urazy. Zacisnął zęby i zostawił 
sprawy swojemu  biegowi.
Pewnego dnia Sten sam wziął byka za rogi. Jedli właśnie obiad, jak zwykle w   milczeniu.   Sten 
niezmiennie   gapił   się   we   własny   talerz   i   poruszał   sztućcami   równie     machinalnie,   jak   palacz 
sypiący   węgiel   do   pieca.   Kilgour   obserwował   go   kątem   oka.   Ukroił   kęs,   podniósł   go   do   ust, 
przeżuł, połknął. Następny kęs... Nagle zastygł   w połowie,   twarz mu poczerwieniała z gniewu. 
Wypluł jedzenie, jakby podano mu truciznę, i  zerwał się od  stołu. Alex uznał, że pora zadziałać. 
Odczekał chwilę i poszedł za przyjacielem  do jego kabiny. 
Drzwi były otwarte, Sten łaził w tę i z powrotem, wciąż zły jak wszyscy diabli. 
Kilgour poczekał w  progu, aż zostanie zauważony. Sten zatrzymał się w końcu i potrząsnął głową.
- Przykro mi - powiedział, ale Alex postanowił już, że nie da się spławić.
- Mam nadzieję - mruknął tonem gorzkiej wymówki. - Powinno ci być przykro.
Zaraz potem Sten usłyszał, że jego kwaśna morda nie dodaje potrawom smaku, a  atmosfera  jest 
już tak ponura, iż ktoś mniej odporny od Alexa dawno by się powiesił. I   może wreszcie Sten 
przestałby się zachowywać jak dzieciak, zebrał do kupy i zaczął myśleć. Nie  tylko o sobie, ale i o 
innych - wziął na przykład pod uwagę odczucia starego kumpla, Alexa Kilgoura, z  którym dzieli 
niestety jeden i ten sam miniaturowy stateczek.
Na początku przemowy Alex czuł się jak ostatni drań. Takie łajanie przypominało   mu   kopanie 
leżącego, ale z czasem zapalił się do dzieła. Ostatecznie ktoś powinien   to wszystko   Stenowi 
powiedzieć. A jeśli nie Alex, to kto? Potem zauważył, że Sten słucha go  jakby jednym  uchem. Stał 
z opuszczoną głową, pięści zacisnął tak, że pobielały mu kostki.

background image

- Zawaliłem sprawę! - syknął. - Dałem dupy!
- Tak - odparł Alex. - Wszyscy sknociliśmy. Nie po raz pierwszy i nie ostatni.
Wiedział już, co gnębi przyjaciela. Pociągnął temat. Chciał pokazać mu sprawę w  odpowiednim 
świetle. Wspomniał o innych misjach, które nie wypaliły. O ludziach,  którzy  niepotrzebnie zginęli. 
Nie takie klęski zdarzały się w przeszłości. Zdarzało się   i więcej ofiar. Alex   wiedział, że w 
zasadzie to niczego nie tłumaczy, ale musiał spróbować. Nie był to zwykły kompleks winy. Rzecz 
wiązała się z podjętą sześć lat temu   decyzją o   opuszczeniu szeregów. Wojna z Tahnijczykami 
pochłonęła więcej ofiar, niż  jakikolwiek inny  konflikt w przeszłości. Była też najdroższą wojną w 
dziejach.   Nawet   takie   asy     jak   Sten   czy   Alex     unurzali   sobie   ręce   we   krwi   i   wiedzieli,   że 
wspomnienia tych jatek już nigdy ich  nie opuszczą. To  dlatego właśnie Sten zrezygnował z kariery 
wojskowej. I dlatego zaczęły go  nachodzić myśli o  domu.
Alexem   kierowały   podobne   pobudki.   Ale   on   miał   swój   Edynburg,   miał   rodzinę   i     przyjaciół. 
Sytuację Stena pogarszało jeszcze jego paroletnie wygnanie. Oskarżał się, że  akcja nie  wypaliła, 
bo wyszedł z wprawy, „zardzewiał”. Powinien był odrzucić prośbę   Mahoneya, nie   zgodzić się 
kierować akcją. Raczej pomóc Ianowi znaleźć kogoś innego, świeżego,  mniej  znużonego i nie tak 
zgorzkniałego.
Alex walnął mu moralizująco-krytykującą przemowę. I co? I nic. Bo nie mogło  pomóc.  Zresztą, 
Kilgour podejrzewał, że będąc na miejscu przyjaciela czułby się tak  samo.
Cisza na pokładzie przeciągnęła się do końca podróży, a nawet dłużej.
Sind nie opuściła żadnej z licznych uczt wydanych na cześć bohaterów. Nie  wiedziała, bo i  skąd 
miała wiedzieć, że Otho próbuje w ten sposób rozruszać nieco Stena,   zagłuszyć jego   kompleks 
winy. Jednak musiałaby być ślepa, żeby nie dostrzec chmur zakrywających   nieustannie   oblicze 
herosa. Dziewczyna zrozumiała rzecz po swojemu, czyli romantycznie. Cóż  za piękna  tragedia! W 
końcu   zebrała   odwagę   i   postanowiła   ulżyć   doli   wojownika.   Na   początek,   po     długich 
przemyśleniach, kupiła sobie strój tak śmiały, że wstyd było nawet powiesić go w   szafie. Gdy 
założyła to prawie-nic po raz pierwszy i spojrzała w lustro, odruchowo chciała  zasłonić się choćby 
prześcieradłem. Ale nic. Do tego wykombinowała najdroższe kosmetyki, jakie  dostępne były w tej 
okolicy, i starannie opracowała dość egzotyczny makijaż. W zasadzie  niepotrzebnie, bo i tak była 
piękna. Na koniec skropiła się perfumami. Według sprzedawcy ich piżmowa woń   miała kłaść 
pokotem   u   jej   stóp   wszystkich   mężczyzn   w   promieniu   ładnych   paru   metrów.   Ukończywszy 
przygotowania, znowu spojrzała w lustro. Wyglądała jak panienka na  godziny. Ale cóż, skoro to 
właśnie mężczyznom podoba się najbardziej... Czemu  właściwie, tego  dokładnie nie wiedziała, ale 
wyobraziła sobie, że musi to być  jakiś cudownie   sprośny powód. Ale   czy Sten jest taki jak 
wszyscy? Cholera. Do diabła ze strojem godowym. Wzięła prysznic, zeskrobała warstwy makijażu, 
wyrzuciła prowokującą szmatkę i  założyła  najlepszy z posiadanych mundurów. Lśniący i obcisły 
niczym druga skóra. O wiele  lepiej. Aż się  zarumieniła na swoje skojarzenia. Nie mogła wybrać 
lepiej.  Przecież  Sten  miał   kiedyś  kochankę   wywodzącą   się    właśnie  z  tych    okolic   imperium. 
Niejaka lady Sofia trafiła ostatecznie na dwór imperatora,  musiało jednak minąć  parę lat, zanim 
znów się spotkali; nieprzypadkowo zresztą, bo za sprawą leniwych   manipulacji   Marra i Senna, 
dwóch   moderatorów   życia   towarzyskiego   na   Świecie   Centralnym.   Sofia   używała   podobnych 
pachnideł i kosmetyków  co Sind, tyle  że wszystkie   kosztowały   parę razy tyle. Co do stroju, 
poprzestała wówczas na własnej skórze.
I co uczynił Sten, gdy przyszło mu stanąć ponownie naprzeciw takiej westalki? 
Zwiał gdzie   pieprz rośnie, a dokładniej w ramiona Lisy Haines, pani porucznik z policyjnego 
wydziału  zabójstw. Kobiety o wiele bardziej w jego stylu.
Następna uczta miała mieć charakter mocno nieformalny, przynajmniej w rozumieniu   Bohrów. 
Zgodnie ze zwykłym ceremoniałem miała się zacząć od przedstawienia  wszystkich  zaproszonych 
gości.   Sind   powołała   się   na   kilka   dawnych   długów   wdzięczności   i   też     trafiła   na   listę.   Otho 
wprowadził Kilgoura i Stena do wielkiej sali i zaczęła się powolna wędrówka  wzdłuż  czekającego 
szeregu. Sten dosyć długo był  szefem pałacowej ochrony, by oswoić   się z największą   nawet 
celebrą. Kolejno ściskał dłonie, spoglądał w oczy, uśmiechał się i  przechodził do  następnego. Sind 

background image

stała bliżej końca, tak że dochodząc do niej Sten marzył już o   spokojnym miejscu   przy stole i 
ograniczył do rutyny: graba, uśmiech i dalej.
Dziewczyna   zatrzymała   jego   dłoń.   Nie   natarczywie,   trwało   to   tylko   chwile.,   ale     ten   moment 
starczył,   by  bohater   się  zawahał.   Nie   chciał   być   nieuprzejmy,   spojrzał   więc     uważniej.   Ujrzał 
absolutnie cudowną młodą kobietę, która tylko pozornie była cała ubrana, w   mundur zresztą, z 
obliczem jak wiosna o poranku, niewinnym i czarującym. I poważnym, trzeźwym  spojrzeniem.
- Admirale Sten - zaczęła dziewczyna szybko, byle zdążyć - chcę powiedzieć, że w   życiu   nie 
spotkał mnie jeszcze taki zaszczyt. Znam wszystkie szczegóły pana zadań w   wojnie z Jannami. 
Pańskie czyny były dla mnie zawsze źródłem inspiracji.
Usłyszawszy to, Sten nie mógł się opanować. Wybuchnął śmiechem. Jednak nie był   to   śmiech 
obraźliwy.
- Dziękuję - powiedział naprawdę wdzięczny.
Chciał przejść dalej, ale Sind jeszcze nie skończyła.
- Gdyby znalazł pan chwilę - ciągnęła - bardzo proszę o spotkanie. Chciałabym  spytać pana  o tyle 
rzeczy. Jak każdy wojownik. Ale nie będę już pana nudzić.
I uśmiechnęła się jednym z tych dalekich od wstydu czy skromności uśmiechów,  które w  zimową 
noc potrafią zastąpić słońce. Bez długiego dociekania każdy by się   domyślił, że to   zaproszenie 
obejmuje wszystkie możliwe sposoby miłego spędzania wolnego czasu.
Sten musiałby być  nieboszczykiem  po ekshumacji,  aby nie zrozumieć,  że ta oto   młoda dama 
uważa go za nader atrakcyjnego partnera i pragnie z nim pójść do łóżka. Tym  razem już się nie 
roześmiał, tylko podziękował szczerze i spytał o imię. Potem obiecał, że będzie  pamiętał i chętnie 
poświęci jej parę chwil - jeśli będzie miał trochę wolnego czasu. Uśmiechnął się  jeszcze smutno, 
sugerując, że raczej jest to niemożliwe, ale... cóż.
I poszedł dalej. Siadając do stołu prawie zapomniał już o Sind, ale nie  całkowicie. Dziewczę  było 
bardzo młode, a Stena nie wykuto z kamienia. Jakby nawet nieco poweselał. Sind patrzyła za nim, 
mocno z siebie niezadowolona. Dobrze, że przynajmniej  bohater  zwrócił na nią wreszcie uwagę. Z 
bliska był jeszcze przystojniejszy. Zadanie  wykonane.  Zaproszenie przekazane i przyjęte. Teraz 
pozostanie dopilnować, aby Sten znalazł jednak wolną chwilę.
Sten rzucał się we śnie, aż prześcieradło skołtuniło mu się gdzieś w okolicach  łydek. Znów  był na 
Wulkanie - siedemnastoletni podrostek ukrywający się przed socjopatrolami  barona  Thorensena. 
Razem z królem Delinqów, poddanym niszczącemu praniu mózgu Oronem.   Obok   spoczęło na 
materacu młode, smukłe ciało. To Bet. Też siedemnastoletnia. Naga i  kochana.  Pragnąca. Gotowa. 
Wyrwał się z głębi snu. Ciało obok nie zniknęło. Co u licha? Przecież to nie   może być  Bet. 
Łagodnie   odsunął   dziewczynę.   Chociaż   też   była   cudowna,   ciepła   i   spragniona.   Ta     jęknęła   i 
spróbowała  się   wyrwać.   Sten  omal   się  nie   poddał,  niedawny  sen  był   tak     sugestywny.  Potem 
dopiero   zaczął   myśleć.   Co  to   za   kobieta?   Hmmm...   Całuje   świetnie.   I   nie     tylko     całuje.   Oj! 
Przypomniał sobie tę dziewczynę z przyjęcia, jak jej było... Sind!  Ohohoho... Ostrożnie,  admirale. 
To nie dziewczyna na jeden raz. Jak raz się ją weźmie do pościeli,  trzeba będzie zrobić  jej miejsce 
na stałe. Ale to gładkie tutaj... A tutaj takie miękkie... Owszem,   ale... Nie jestem z   drewna, do 
cholery! Może, ale to poważna sprawa. Chcesz mieć takie fajne  stworzenie na  sumieniu? Ach... 
Bez przesady, można przecież trochę...
Sten   odsunął   Sind   stanowczo.   Zaczęła   protestować,   ale   łagodnie   zakrył   jej   usta     ręką.   Chciał 
wyjaśnić, że to nie jest najlepszy pomysł, chociaż owszem, mają za  najcudowniejszą dziewczynę 
całego imperium. Nie jest to jednak sposób na zawieranie znajomości. I że  chociaż będzie żałował 
tego przez długie lata, prosi ją, by założyła coś na siebie i wyszła. Trwało to chwilę, ale ostatecznie 
Sind posłuchała. Gdy zamknęła już za sobą   drzwi, Sten   walnął pięścią w poduszkę i tej nocy 
więcej już nie zasnął. Niby nic  specjalnego, często czuwał aż  do rana, jednak tym razem z innego 
powodu. Dobre i to.
Co do Sind - owszem, czuła się urażona, jednak paradoksalnie utwierdziła się w  swoich  uczuciach. 
Przecież myślał o niej, chciał jej dobra. Z bohatera awansował na  półboga.
Sind powiedziała sobie, że jeszcze zdąży. I wtedy będzie o wiele lepiej.
Niech i tak się stanie!

background image

W kolejnym spotkaniu Kilgour nie wziął udziału, jednak to on wszystko  zaaranżował. 
Dlatego właśnie Otho był prawie trzeźwy.
Wódz Bhorów zaprosił Stena na mały spacer brzegiem jeziora, całkiem  niedaleko od   kwater. 
Nieprzypadkowo tam właśnie, bowiem jezioro było pomnikiem, który  Bohrowie wystawili  swoim 
poległym  w wojnie z Jannami. Tam też Otho udał, że zależy mu na poradzie Stena w pewnej 
kwestii związanej z  Gromadą  Wilka. Snując swoje plany, świadomie zakładał swobodny dostęp do 
AM2,   zgodnie   z     instrukcją     Alexa.   Ze   swej   strony   dorzucił   narzekania   na   los   „zwykłych 
obywateli”,  cierpiących na skutek  poczynań „tych idiotów z rady”. Nie dość, że brakowało AM2 - 
bez wątpienia przez  nich - to  jeszcze wydobycie i eksport imperium X też podupadło. Wcale nie 
przesadzał  powiadając, że  jeszcze rok czy dwa, a Gromada Wilka przestanie istnieć jako system 
gospodarczy.     Komunikacja     między   planetami   ustanie   i   znów   będzie   jak   kiedyś,   w   dawnych 
dniach, kiedy to  przodkowie  Bhorów nie wiedzieli nawet, że gdzieś tam żyje jeszcze ktoś oprócz 
nich we  wszechświecie.
Sten słuchał uważnie. Otho mówił prawdą, owszem, ale co z tego. Cóż mógł zrobić?  Co  najwyżej 
nastawić ucha. Kiedy tak spacerowali, zauważył że fale jeziora marszczą   się dziwnie. Nie   bez 
powodu. Na dnie spoczywał wielki blok czarnego kamienia. Wypolerowany na   lustrzaną gładź, 
nosił jakieś znaki. Sten myślał z początku, że to algi go obrosły, jednak potem  zrozumiał, że są to 
imiona Bhorów wyryte ku pamięci przez braci i siostry, matki i ojców, ukochanych   i przyjaciół 
poległych.
Pojąwszy znaczenie jeziora, był bliski łez. Otho udał, że niczego nie zauważył.
- Będę szczery, przyjacielu - powiedział. - To nie tajemnica, że cierpisz. Wiem,   że zwykłe w 
takich  razach  pocieszenie,  nawet   ze  strony starego   towarzysza  broni,   nie  pomoże     i  już.  Tyle 
rozumiem. Rozumiem też, że nie wolno bagatelizować sprawy. Ale coś przychodzi mi  do głowy. 
Posłuchaj no. Jak może wiesz, nie wszyscy Bhorowie zostają wojownikami.
Sten uniósł brwi, ale powstrzymał się od komentarzy.
- Miałem stryjka, był krawcem. Nie śmiej się! Na zmarznięty tyłek mego ojca,  nigdy nie  znałem 
nikogo, kto tak kochałby swoją pracę, kto tak kroiłby sukno, jak ten mój  stryjek. Żył wiele  lat. 
Miłych  i  pożytecznych.  Ale  potem  zaczęły  pobolewać  go ręce.   Stawy spuchły.    Ledwie   mógł 
ruszać palcami. Pojmujesz, jaka to była dla niego tragedia?
Sten przytaknął. Rozumiał.
-   Czy   się   poddał?   Czy   porzucił   to,   co   lubił   najbardziej?   Czy   może   przeklął   tego     złośliwego 
streggana, który rzucił nań urok i pił tak długo, aż nie czuł bólu? I wtedy brał  się do pracy?
Sten skłonny był  postawić na to ostatnie. Wierzył,  ze stregg, nazwany tak na   cześć dawnego 
największego wroga Bhorów, potrafi stępić każdy ból.
- Otóż mylisz się! - krzyknął Otho. - On się poddał. Zmarł zgorzkniały i  załamany. Cała  rodzina 
okryła się wstydem. Nikomu prócz ciebie bym tego nie opowiedział. Chyba,  żebym był  pijany. 
Ale na trzeźwo nigdy!
Sten  poczuł  się  niezręcznie.   Przyjaciele  traktowali  go  jak  bezradne  dziecko.     Chociaż,  może  i 
słusznie. Może i trzeba mi kopa, pomyślał Sten. Biedny Otho tak się stara...
- A czego ty chcesz? - spytał nagle Bhor.
- Słucham?
-   Czego   chcesz?   Ci   tam...   którzy   siedzą   w   pałacu   imperatora.   Masz   z   nimi     rachunki   do 
wyrównania.  Czy nie zasłużyli  na twoją nienawiść? Czemu  ich oszczędzasz?  Długo   mają  się 
jeszcze męczyć? Zabij ich!
- Już próbowałem - mruknął Sten.
- No to spróbuj raz jeszcze. Nie bądź jak mój stryjek.
Sten chciał powiedzieć, że zabicie ich niczego by nie rozwiązało. Nawet jemu nie   sprawiłoby 
satysfakcji. Ale nie wiedział, jak wyjaśnić to przyjacielowi tak  prosto postrzegającemu  świat.
- Chcesz więcej niż tylko ich śmierci? - domyślił się ów przyjaciel.
Sten zastanowił się. Coś zaczęło mu kiełkować w duszy.
- To mordercy - powiedział. - A nawet gorzej. Skoro zabili imperatora, mogą  zabić i nas.  Niedługo 
wrócimy do jaskiń. Będziemy szukać krzemieni, aby wykrzesać ogień.

background image

- Dobrze! Kompletnie ci odbiło - ryknął Otho. - A teraz pomyślmy, jak im  odpłacić.
- Nie o tym myślałem... - zaczął Sten.
-   Na   brodę   mojej   matki!   Znów   do   tego   wracamy.   No   to   czego   ty   chcesz?   Powiedz     tylko. 
Wsiądziemy na statki i wyprawimy ich dusze do piekła.
-   Chcę...   sprawiedliwości   -   wykrztusił   wreszcie   Sten.   -   Cholera!   Chcę,   aby   całe     imperium 
dowiedziało się o zbrodni rady, O krwi na ich rękach. Sprawiedliwości chcę, do  jasnej cholery!
- Sam nie wierzę w sprawiedliwość - powiedział ostrożnie Otho. - Żaden Bhor nie  wierzy w  takie 
rzeczy, jak mityczna sprawiedliwość. To dobre dla słabych ludów, tych  które wciąż szukają  prawd 
odwiecznych,   bo   same   nie   potrafią   odmienić   swojego   losu.   Ale   jestem     tolerancyjny.   Jeśli   to 
sprawiedliwości szukasz, mów. Razem ją wymierzymy. Zadecyduj tylko, jak ta  sprawiedliwość ma 
wyglądać. Bo na zmarznięty tyłek mego ojca przysięgam, że jeśli dalej będziesz   łaził jak jakiś 
smutas, to rączki i nóżki ci powyrywam. Osobiście i po kolei.
Sten nie musiał się długo zastanawiać. Nagle zrozumiał, jakiej sprawiedliwości  oczekuje.
- No to wsiadajmy na statki, przyjacielu - powiedział.
Otho aż krzyknął z uciechy.
- Na wielką i skołtunioną brodę mojej matki, błogosławiona to chwila. Wypijmy za   ich   marny 
koniec!

Rozdział 15

Ten   komputer   był   marzeniem   biurokraty.   Na   cywilnym   rynku   było   wprawdzie   jeszcze     kilka 
podobnych,   równie   udanych   w   roli   bazy   danych,   jednak   wyjątkowość   tego   tutaj     tkwiła   w 
oprogramowaniu, a dokładnie: w sposobie przetwarzania danych. Sam projekt ponad dziesięć lat 
temu przedstawił Kyesowi szef zespołu badawczego.  Następne cztery miesiące poświęcili wspólnie 
na testy, symulacje i sondowanie  granic systemu.  Nie znaleźli niczego poza typowymi „chorobami 
wieku dziecięcego”. Usunęli je  dopisując tu i  ówdzie po kilka znaczków.
Kyes nakazał rozpoczęcie przygotowań do produkcji. Całość była na tyle  kosztowna, że w  innych 
czasach zapewne poszukałby jakichś partnerów, by zmniejszyć ryzyko, i  może nawet  myślał o tym 
teraz, jednak nowy komputer rodził nadzieje na tak wielkie zyski,  że głupotą byłoby  dzielić się 
nimi z kimś jeszcze.
Co ważniejsze, był też swoistym kluczem do władzy.
Jedyny   w   swoim   rodzaju,   z   każdej   strony  opatentowany,   był   nie   do   podrobienia.     Jakaś   inna 
korporacja mogłaby wprawdzie  spróbować,  ale oznaczało  to ryzyko  utraty majątku,    reputacji, 
rodziny i duszy w walce z armią prawników Kyesa. Ten zaś wiedział, że jego   system szybko 
wyprze z rynku wszystkie inne. Lepsze jest wrogiem dobrego. Zaś warunki  sprzedaży komputera 
rządom   niezliczonych   planet   imperium   ustalać   będzie   Kyes.   Sam   jeden.   Gdy   program   już   się 
upowszechni,   nikt   nie   będzie   sobie   wyobrażał   pracy   bez     niego.   A     obsługa   serwisowa   i 
modernizacje pozostaną wyłącznie w gestii Kyesa. Krótko   mówiąc - spróbuj   tylko narazić się 
Kyesowi, a administrację szlag trafi. Instytucja państwa  rozsypie się niedługo  potem.
Niemal każde działanie istot społecznych owocuje danymi. I tu pojawia się  pierwszy  problem: jak 
je zapisać, aby inni też mieli do nich dostęp. W niewielkich,  zamkniętych  społeczeństwach nie jest 
to   problem.   Wystarczy   schować   pergamin   pod  kamieniem,     na  kamieniu     zrobić  znak,   a  ktoś 
odpowiednio   poinstruowany   znajdzie   go   i   sprawa   załatwiona.     Jednak   w     większych 
społecznościach dane mnożą się szybciej niż karaluchy. Już łowcy i  zbieracze z epoki  jaskiniowej 
stawali często wobec problemu zapisania wszystkich wolnych ścian.  Potem było  jeszcze gorzej. 
Skrybowie ginęli wśród stert papirusów, urzędnicy kolanami  upychali pergaminy w  szufladach. 
Nawet w czasach imperium komputery przegrywały nieustanny wyścig z   zalewem   informacji. 
Teraz   miało   się   to   zmienić.   System   Kyesa   dawał   się   rozbudowywać,   teoretycznie   w 
nieskończoność. Pracował na łączach o wiele wydajniejszych niż światłowody. Pokonywał jedną 
zasadniczą trudność, która dotąd stawała zawsze na przeszkodzie:   jak   znaleźć w wielkim stogu 
informacji jedną jedyną potrzebną nam słomkę. Olbrzymia,  legendarna  biblioteka w Aleksandrii 
zatrudniała kilkuset „tropicieli”, wyszukujących na  półkach zamawiane  przez uczonych zwoje, a i 

background image

tak realizacja zamówienia mogła trwać nawet kilka  tygodni. Uczeni  narzekali, szczególnie głośno 
akcentując mizerię budżetu naukowego. Działo się   to w czasach,   kiedy poziom wiedzy nie był 
szczególnie imponujący. Nic też nie zmieniło się ani  po tragicznym  pożarze biblioteki, ani później.
W epoce Stena problem urósł do takiej rangi, że nawet matematyk (przykładowo)   uciekłby   z 
krzykiem,   by   spokojnie   kontemplować   proste   zagadnienia   kosmologiczne.   Rozważmy   taki 
przykład: pewna pani sierżant z intendentury dostaje rozkaz  kulinarnego  podreperowania morale 
całkiem upadłego oddziału. Sytuacja jest na tyle fatalna,   że przełożeni   grożą dowództwu czym 
popadnie. Dochodzi do burzy mózgów. Wśród propozycji trafia   się pomysł   wprowadzenia do 
kantyny narkopiwa. Nie byle  jakiego, ale pewnego konkretnego   narkopiwa, które   dowodząca 
oddziałem popijała ze swoimi żołnierzami na jakimś zapomnianym dawno  polu bitwy,  ponad wiek 
temu.   Jednak   jak   się   nazywało,   tego   nie   pamięta.   Wie   tylko,   że   było.   Siada   zatem   do   swego 
komputera i pyta go o to piwo. Otrzymuje listę, która z   pewnością   zawiera pożądaną nazwę, 
niestety wraz z ponad milionem innych. I nie ma jak  zawęzić  poszukiwań. Co pozostaje? Zamówić 
po jednym z każdej marki i próbować. Zajęcie   generalnie   miłe, ale wymagające grupy ludzi i 
rezerwy wątrób na wymianę.
Nowy komputer Kyesa rozwiązałby problem w kilka chwil. Jego oprogramowanie  uwzględniało 
ograniczenia ludzkiego umysłu.  Prościej mówiąc, brał poprawkę na   kręte ścieżki nie   zawsze 
logicznego myślenia. Jak to siedziało, zrozumieć potrafił jedynie   naprawdę zdolny   informatyk 
tamtej   epoki.   Można   by   to   porównać   do   mistrza   szachowego   rozgrywającego   partię   z 
utalentowanym   adeptem. Mistrz zdolny jest przewidzieć każde niemal poruszenie oponenta, zna 
niezliczone  kombinacje i góruje pod każdym względem, jednak pojedynczą partię może przegrać. 
Chwilowa   wyższość amatora wyniknie - o ironio - z jego niedoświadczenia i   nieobliczalności. 
Odwiesiwszy  wiedzę na kołek, mistrz mógłby równie dobrze rzucać kośćmi, aby przewidzieć  jakie 
to głupie   posunięcie przyjdzie tamtemu do głowy. Komputer Kyesa wezwałby panią oficer lub 
przynajmniej   wywołał   jej   dane   osobowe   i     sprawdził   wszystko   po   kolei.   Poprosiłby   o   krótką 
biografię, wypytał o rozmaite  szczegóły dawnych  pijatyk, poddał analizie reakcje jej kubeczków 
smakowych.   I voila!   Podałby   żądane   piwo jak na     tacy.   Moralność  kwitnie,   sierżant   i oficer 
wracają do łask, szczęście wraca do  garnizonu. A  wszystko dzięki postępom elektroniki.
Gdy Kyes pokazał swe najnowsze dziecko Lagguthowi, ten z miejsca zakochał się w  maszynce. Z 
jej pomocą mógłby wyśledzić pojedynczy elektron umykający z piekła    supernowej. Jednak w 
następnej chwili miłość przeszła mu jak ręką odjął. Za sprawą Kyesa,  naturalnie.
- Zapomnij o AM2 - powiedział Kyes. - To nieistotne.
Lagguth wyjąkał coś o priorytetach rady i przyszłości imperium. Ostatecznie  zapasy  zyskane na 
Hondżo odsuwały nieuniknione jedynie o siedem miesięcy. A nawet  mniej, jeśli  policzyć środki 
zużyte na popełnienie kradzieży.
- Jeszcze nie rozumiesz? - spytał Kyes. - Sekret zginął wraz z imperatorem.  Nigdy do  niczego nie 
dojdziemy. W każdym razie nie tradycyjnymi metodami.
I wyłożył, o co mu chodziło.
Lagguth   zaprotestował   gwałtownie.   Nie   powiedział,   że   uważa   Kyesa   za   szaleńca,     chociaż   z 
pewnością tak właśnie pomyślał. Zagroził jednak, że niezwłocznie zamelduje o  wszystkim radzie i 
poprosi ją o pozwolenie na porzucenie dotychczasowych badań i rozpoczęcie  nowych.
Kyes zachował spokój. Zamiast wybuchnąć, zadzwonił jedynie po sekretarkę, która  pojawiła się po 
chwili z wózkiem pełnym makulatury. Była to kopia pierwszego  raportu Laggutha.  Obiecującego, 
że odkrycie źródła AM2 nastąpi za trzynaście miesięcy. Patrząc na wydruki, Lagguth zaczął robić 
rachunek sumienia. Kyes krążył cicho po  pokoju.
- Czy chcesz coś w tym zmienić? - spytał w końcu.
Lagguth nie mógł wykrztusić słowa.
- Zespół moich ludzi przekopał to na wszystkie strony. Znaleźli kilka...  ciekawostek.
Lagguth otworzył usta. I znów je zamknął. Bo i cóż mógł powiedzieć? Cały raport   był   fikcją. 
Równie   dobrze   mógłby   podać   termin   dwóch   miesięcy   czy   dwóch   wieków.   Albo     i   całej 
wieczności.
- Spróbujemy po mojemu? - spytał czule Kyes.

background image

Lagguth nie miał wyjścia.
Starsza pani była czarująca. Siwe włosy sięgały jej do pasa. Wprost tryskała  zdrowiem.  Wysoki 
głos koił wyczulone na fałsz uszy Kyesa. Wedle informatorów miała 155  lat. Mimo to  cieszyła się 
znakomitą   figurą.  Pomarańczowa  szata  tylko   dodawała   jej  uroku.  Kyes    uznał,   że  gdyby     był 
człowiekiem,   musiałby   uznać   tę   kobietę   za   atrakcyjną.   Nazywała   się   Zoran.     Sekta   czcicieli 
Wiecznego Imperatora wybrała ją na najwyższą kapłankę, właściwie przywódczynię. Od pewnego 
czasu dyskretnie  śledzono ją i jej najbliższych  współwyznawców.   Okazało się,   że większość 
członków sekty wiedzie całkiem zwyczajne życie. Ubierają się i  zachowują jak inni.  Jedyne, co 
ich wyróżnia, to niesamowita pogoda ducha. Zdają się nie cierpieć z  powodu nerwic,  kompleksów 
czy lęków. Z radością przyjmują wszystko, co ześle los. Naczelny  detektyw  utrzymywał, że nawet 
obwieszczenie o natychmiastowej likwidacji Świata  Centralnego powitaliby  uśmiechem i wrócili 
spokojnie do swoich zajęć. Na przykład do głoszenia słowa. Zoran prostowała chichocząc niektóre 
błędne sądy Kyesa na temat jej sekty.
- Och, z całą pewnością nie uważamy Wiecznego Imperatora za boga, chi, chi, ani  za  bóstwo per 
se. Cha, już raczej za wysłannika świętych sfer.
Kyes chciał wiedzieć, co to za sfery i czemu są święte.
- Bardzo dobre pytanie - odparła. - Sfery dlatego, że jak sądzę, są okrągłe   (chichot). I święte 
(trzydzieści sekund chichotu). Oczywiście to tylko abstrakcja. Idea, którą można  przyjąć lub nie. 
Jeśli sieją przyjmie, widać wszystko jak na dłoni. A jeśli nie (chichot   przechodzący w rechot), 
cóż... wtedy nie widać niczego.
Kyes też się roześmiał, po raz pierwszy od wieków szczerze i swobodnie.
- W takim razie jestem chyba ślepcem.
- No niezupełnie - stwierdziła Zoran. - Gdyby to była prawda, nie rozmawiałabym  z tobą.
Kyes  zdumiał się. Skąd to zaufanie? Motywy jego działania z pewnością nie były   szlachetne. 
Jeszcze chwila, a ogłupiały nieco od nieustannego chichotu,  wspomniałby o tym  głośno.
- Oczywiście, można by podejrzewać, że zamierzasz nas wykorzystać - powiedziała  starsza  pani i 
znów zachichotała, aż Kyes podskoczył. - Ale jak niby? Nie mam nic ponad  tę nędzną  powłokę. - 
Rozłożyła ręce ukazując swą szatę i ciało. - A i ona pełna jest  radości Świętej Sfery  (chichocik). 
Wykorzystaj nas, jeśli chcesz (chichocisko). Radości starczy dla  każdego.
- Ale czy nie byłaby ona większa - spytał Kyes, aby nie wydać się nazbyt  uprzejmym -  gdyby 
szeregi waszych wyznawców były liczniejsze?
Tym razem Zoran nawet się nie uśmiechnęła. Spojrzała uważnie na Kyesa, aż poczuł  się  nieswojo.
- Masz rację, do pewnego stopnia myślę podobnie jak wy - ciągnął - chociaż nic   nie wiem o 
Świętych Sferach. Ani o bogach czy ich pomazańcach. Ale w jedno mocno wierzę: że   Wieczny 
Imperator nadal jest wśród nas.
Zoran milczała.
- Czemu tak bardzo chcesz w to wierzyć? - spytała nagle.
Kyes nie odpowiedział, w każdym razie nie wprost.
- Przestałaś się śmiać - zauważył.
- A jak niby chcesz nam pomóc głosić naszą wiarę? - spytała kobieta. - Datkami?  - Kyes  oznajmił, 
że nie wpłaci nic na rzecz sekty. - Chwilowym wsparciem? - Kyes  wyjaśnił, że jako  członek rady 
nie może służyć niczym więcej. - A co chcesz w zamian?
- To, co mogę otrzymać nie udzielając wam wsparcia - powiedział. - Chcę  informacji.  Gdyby ktoś 
z was zauważył gdzieś imperatora, chcę usłyszeć o tym pierwszy.
-   Dobrze   to   wymyśliłeś.   Nie   ukrywalibyśmy   takiej   informacji.   Pomyślałeś   pewnie,     że 
wykorzystalibyśmy ją raczej, by przekonać innych?
Kyes nie musiał odpowiadać.
- Utoniesz w powodzi danych - mruknęła po chwili Zoran. - Nasza religia, o ile  to jest   religia, 
przyciąga wielu pomyleńców.
Rzuciła   Kyesowi   przeciągłe   spojrzenie   i   odeszła   żegnając   go   kolejnym     nieopanowanym 
chichotem.
Dobili targu.

background image

Kyes zapuszczał sieci coraz głębiej i wciąż zerkał w mętne wody w nadziei, że   dojrzy w   nich 
przemykający srebrzysty cień Wiecznego Imperatora. Bez skutku. Żył jak  przymierający  głodem 
biedak, który wydał ostatnie pieniądze na kupon loteryjny. Przynajmniej  mógł się łudzić  nadzieją. 
Była jak cieniutka słodka polewa na gorzkiej pigułce. Kyes był mistrzem samokontroli. Dobrze 
wiedział,   skąd   biorą   się   jego   rozterki,   i     potrafił   je     skrywać.   Pozostali   członkowie   rady  byli 
poważnie przejęci sytuacją panującą w  systemie Hondżo,  a on spokojnie robił swoje. Potrzeba mu 
było   tylko   jednego   jeszcze   sojusznika,   potencjalnie   najtrudniejszego     do     zyskania. 
Niebezpiecznego zarazem. Pułkownik Poyndex, szef Korpusu Merkurego  podał w końcu  sumę i 
Kyes nie wahał się dłużej.
Pułkownik był równie oziębły jak na ekranie. Wysłuchał Kyesa uważnie, siedząc  nieruchomo jak 
posąg.
Kyes pominął kwestię osobistych przekonań. Postawił raczej na logikę. Wedle   znanych   relacji 
imperator znikał już wielokrotnie - świadomie nie użył słowa „ginął”. I  zawsze potem  wracał. Z 
dostawami AM2 było  tak samo:  ustawały podczas  nieobecności władcy,  a   gdy ten znów   się 
pojawiał, AM2 napływało tym większym strumieniem. To akurat dawało się  sprawdzić,  głównie 
dzięki   nowemu   komputerowi.   Wszystkie   historycznie   potwierdzone   załamania     podaży     AM2 
pokrywały się z mitycznymi zniknięciami imperatora. Kyes skończył wyjaśnienia, siadł wygodnie i 
czekał z obojętną miną wytrawnego  szpiega.
- Byłem ciekaw, czemu spotkał się pan z Zoran - powiedział Poyndex. - Gdy agenci  mi o  tym 
donieśli, byłem szczerze zdumiony. Teraz rozumiem.
To   znaczy,   że   Poyndex   rutynowo   śledził   wszystkich   członków   rady.   Kyes   słyszał     już,   że 
pułkownik uwielbia zaskakiwać rozmówców podobnymi sensacjami.
- Sądziłem, że to - odparł Kyes. - Dlatego chciałem porozmawiać.
Sugerował, że nasłany przez Poyndexa też był śledzony. Kłamał, rzecz jasna, ale  z  powodzeniem. 
Poyndex nagrodził go skinieniem głowy.
- Niestety... Nie wiem, jak mógłbym pomóc. Nasze możliwości... - zaczął, zwodząc  rozmówcę. - 
Obawiam się, że byłoby to z mojej strony nadużycie władzy.
Poyndex nie musiał podkreślać znaczenia swojej osoby i samej agencji.   Szczególnie teraz,   gdy 
przyszło mu borykać się ze wszystkimi kłopotami wynikającymi z niedoceniania  przeciwnika  w 
systemie   Hondżo.   Żeby   zgodzić   się   na   współpracę,   musiał   otrzymać   w   zamian   coś   naprawdę 
cennego.  Kyes  wiedział, co zaoferować. Przyszedł z jedną tylko propozycją, ale za to jaką!  Przy 
takiej stawce nikt,  a szczególnie superszpieg, nie powinien się wahać. Lovett od razu to zauważył.
- Od jakiegoś czasu zastanawiamy się nad tym  w gronie rady - powiedział  Kyes. -   Wszyscy 
uważamy,   że   potrzebny   nam   pełniejszy   obraz   wielu   spraw.   Krótko   mówiąc,   rada     wymaga 
uzupełnienia.
Poyndex uniósł brwi. Pierwszy znak emocji! Najwyraźniej nie wiedział, do czego  Kyes  zmierza. 
Szybko się jednak opanował... Kyes był zadowolony. Może coś z tego   będzie. Poyndexem   też 
można sterować.
- Co by pan powiedział na propozycję przyłączenia się do nas? - spytał Kyes. - W   charakterze 
szóstego członka rady...
Superszpieg był naprawdę zdumiony. Kyes nie posiadał się z radości.

Rozdział 16

Dostojny   Ecu   zawisł   nad   brzegiem   jeziora.   Słońce   przyjemnie   grzało,   a   wilgotne     powietrze 
wznoszące się znad pomnika Bhorów pozwalało skrzydlatemu szybować bez wysiłku.   Starczał 
ruch lotką czy manewr ogona. Nie spuszczał przy tym z oczu drobnej postaci  wędrującej ku niemu 
przez trawę. W innych okolicznościach Ecu cieszyłby się chwilą. Chłonąłby piękno przyrody,  jak 
tylko  Manabi potrafią. Oto cudowny widok: ciemne ciało z czerwonymi koniuszkami  skrzydeł i 
białymi  jak śnieg wibrysami na tle zwierciadła jeziora i małej, kamienistej plaży, a  wkoło błękitno 
- zielona  łąka...

background image

Niechętnie zgodził się na to spotkanie. Jakiekolwiek kontakty z ocalałymi  konspiratorami  uważał 
za bezcelowe i niebezpieczne. Szczególnie po nieudanej akcji marszałka   Mahoneya. Z   drugiej 
strony odmowa mogła oznaczać jeszcze większe kłopoty. Jedno nieostrożne słowo spiskowców, a 
Manabi stracą status istot neutralnych.  Trudno  orzec, jak by wówczas zareagowała rada. Ecu nie 
potrafił sobie tego wyobrazić,  pomimo że  Manabi słynęli z bujnej fantazji.
Sten podszedł jak mógł najspokojniej. Chciał, aby było widać, że jego duszą  targają  wątpliwości. 
Było ich sporo. Tydzień poświęcił na wstępne negocjacje z dostojnym  Ecu i doszedł  do wniosku, 
że dyplomacja  to istne wariactwo. Niemniej  przywołał  wszystkie  swe   talenty,  by   jednak coś 
zdziałać.   Dotąd   tylko   krążyli   wokół   siebie,   sprawdzali   i   poznawali     wzajemnie,   ani   razu     nie 
dochodząc   do   sedna   sprawy.   Świadomość,   że   ma   do   czynienia   z   jednym   z   najsprawniejszych 
dyplomatów imperium,  wcale Stenowi nie pomagała.
Wcześniej długo naradzał się z Kilgourem i Mahoneyem. Nawet teraz obaj  przyjaciele  wytężali 
siły,   gromadząc   środki   niezbędne   do   realizacji   planu.   Broń,   amunicja,     paliwo,     zaopatrzenie. 
Bhorowie trenowali nieustannie, a cierpliwość Otha była na  wyczerpaniu. Sten mówił  o wsiadaniu 
do statków nieco na wyrost, jednak porywczy szef Bhorów i tak zebrał   zaraz swój   oddział i z 
samego ranka obsadził stary krążownik. Sten musiał mu długo  tłumaczyć, że wbrew  potocznemu 
mniemaniu samobójcza śmierć też bywa bolesna. Ostatecznie osiągnął  cel. Wielką ulgą była też 
informacja, że Alex odnalazł wreszcie Mahoneya.   Prześladowcy   deptali mu po piętach. W tym 
przypadku nawet siedemdziesiąt pięć lat   doświadczenia   szpiegowskiego zawodziło. Jedyne, co 
pozostało Mahoneyowi, to nieustanna ucieczka. Zaszywał się na parę  dni,  czekał, rozglądał się i 
ruszał   dalej.   Do   chwili,   gdy   Jon   Wild,   dawny   szmugler   i     przyjaciel   obu     mantisowców 
skontaktował go ze Stenem i Alexem, Mahoney zdążył wcielić się w  dwanaście  postaci. Zwykł 
przy tym mawiać: gdy zmykasz niczym zając, mniejsza o drobiazgi. 
Liczy się efekt. 
Wciąż udawało mu się zmylić przeciwnika.
Dawny dowódca Stena docenił nowy plan i zaraz pociągnął odpowiednie sznurki, by  wcielić go w 
życie. Kluczową rolę odegrać mieli w nim Manabi, istoty słynące z  nieskalanej  uczciwości. Bez 
ich udziału szansę na powodzenie akcji byłyby o wiele mniejsze.   Mając w pamięci   poniesioną 
ostatnio   klęskę,   Mahoney   naciskał   na   Stena,   by   to   on   poprowadził     negocjacje.   W   razie 
konieczności Ian mógłby się później przyłączyć. Sten zgodził się, chociaż brakło   mu wiary we 
własne   siły.   Wiedział   tylko   jedno   -   tak   czy   inaczej   zacznie   wreszcie   działać.     Byłoby   jednak 
najlepiej, gdyby dostojny Ecu był wtedy ich sojusznikiem.
Dzisiaj wszystko miało się rozstrzygnąć. Nie chodziło o całkowite zwycięstwo,  tylko o  uzyskanie 
drobnej przewagi.
Sten widział tylko jeden sposób, aby ją osiągnąć. Musiał wpłynąć na Ecu.  Najpierw jednak,  jak 
mawiał jego ojciec, należało przykuć uwagę gościa. Sugerował użycie pałki  lub innego  ciężkiego 
narzędzia   perswazji.   Tym   razem   trzeba   było   sięgnąć   po   coś     subtelniejszego.   Sten   pomachał 
Manabiemu, potem przyklęknął i ustawił na trawie mały, czarny  sześcian.  Pomajstrował przy nim, 
potem odstąpił kilka kroków. Sześcian zaczął się  rozkładać. W tej samej  chwili ruch powietrza 
zdradził, że zaciekawiony Ecu podlatuje bliżej. Sten nie  odwrócił się.  Wpatrywał się intensywnie 
w pudełko. Czas na przedstawienie!
Ostatecznie projektor holograficzny zadziałał. Pojawił się obraz może nie tak  złożony, jak  te, w 
których dłubał od lat; pełnych detali modelach młynów, fabryk, replikach  miast z  mieszkańcami i 
ich codziennymi sprawami. Był jednak dość efektowny. Sten  wykorzystał gotowy  zestaw, nieco 
go tylko ulepszył. Praca zajęła mu sześć godzin, ale trzeba wziąć   pod uwagę, że było   to sześć 
godzin  pracy wytrawnego  modelarza.  Dla Stena  liczył  się nie tyle  stopień  trudności, co  efekt, 
oryginalność, czasem  przesłanie. 
Prezent dla dostojnego Ecu był pod tym względem doskonały.
Projektor zniknął, na jego miejscu rozciągało się pole z kilkoma rzędami   drewnianych ław   dla 
widzów. Zgromadzeni tam ludzie byli radośni i rozgadani. Po strojach można  było poznać, że  to 
dwudziestowieczni  Ziemianie. Gdyby ktoś nastawił ucha, usłyszałby też   charakterystyczne  dla 
epoki   komentarze.   W   tłumie   kręcili   się   sprzedawcy   przekąsek   i   napojów,   bandy     dzieciaków 

background image

krążyły  wkoło szukając okazji do psoty. W pewnym momencie wszystkie spojrzenia  skierowały 
się   na     środek   pola.   Stojący   tam   obiekt   nagle   zadrżał   i   buchnął   dymem.   Potem   rozległ   się 
przerywany  czkawką  ryk silnika. Sten poczuł na ramieniu wibrysy Manabiego, który nie chciał 
stracić     niczego   z     widowiska.   Chłopcy   porzucili   mniej   interesujące   rozrywki   i   pobiegli   ku 
otaczającemu środek pola  ogrodzeniu. Obiekt zawarczał jeszcze głośniej i stało się jasne, że patrzą 
na antyczną  machinę latającą.  Dwa skrzydła wzmocnione drutem, krępy kadłub, niewielkie, lecz 
wytrzymałe   śmigło     z   przodu.   I     pilot   w   kabinie,   obok   technik   przerzucający   śmigło   przez 
kompresje. Odskoczył i  silnik znów  zagdakał, ale tym razem śmigło nie stanęło. Zmieniło się w 
lśniący   krąg.     Producent   zestawu   zadbał     nawet   o   woń   spalin   i   przysmażanych   na   rurach 
wydechowych drobin oleju.  Ostatecznie silnik  zabasował miarowo, pomocnik wykopał podstawki 
spod kół i samolocik  ruszył    naprzód. Rozbieg był  tak niewiarygodnie  krótki, że Sten wyczuł 
napięcie stojącego obok   skrzydlatego: uda się czy nie? Pilot wyczuł chwilę i ściągnął drążek. 
Maszyna  wyskoczyła w  powietrze. Tłum westchnął. Manabi sapnął.
Patrz, dostojny Ecu, pomyślał Sten. Najlepsze dopiero przed tobą.
Dwupłat zaczął pokaz od przewrotów, beczek i niskich przelotów.
- Niemożliwe, żeby podobna maszyna tak latała - szepnął Ecu.
Sten nie odpowiedział.
Potem   samolot   nabrał   wysokości   i   wszedł   w   niemal   pionowe   nurkowanie.   Tłum     krzyknął   z 
przerażenia. Ecu, który znał prawo grawitacji, aż się wzdrygnął i mimowolnie   uniósł na kilka 
centymetrów. Dwupłat nie przerywał nurkowania. Dopiero w ostatniej chwili, gdy   Manabi drżał 
już cały z napięcia, pilot wcisnął drążek w brzuch i poderwał maszynę, pozornie  cudem unikając 
widowiskowej  katastrofy.  Podwozie  niemal  musnęło  trawę. Tłum krzyknął  radośnie i   buchnął 
oklaskami.
- Robi wrażenie - mruknął Manabi.
Pilot podziękował widzom serią pętli, zwrotów i kolejnymi nurkowaniami. Potem  wyrównał  lot i 
włączył dym. Płynąc powoli przez błękit zaczął kreślić litery. Pisał na niebie!
- Co on mówi? - spytał Ecu, którego widowisko wciągnęło bez reszty.
Sten wciąż milczał.
Pilot skończył i napis zawisł nad polem niczym sztandar:
KAŻDY MOŻE SIĘ ZABAWIĆ W LATAJĄCYM CYRKU
Sten podszedł do projektora i przycisnął wyłącznik. Na trawie stało znów małe,  czarne  pudełko. 
Podniósł je i podał dostojnemu Ecu.
- Co dostojny Ecu o tym myśli?
- Oni naprawdę to robili? - spytał Manabi. Nie czekał na odpowiedź, była   oczywista. -   Wiesz, 
nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, jak to jest być przykutym do ziemi.  Zwykły błąd  genetyczny. 
Boże, jak oni musieli marzyć o lataniu.
- Wielu gotowych jest podjąć olbrzymie ryzyko w zamian za odrobinę wolności -  powiedział Sten.
Manabi zamilkł na dłuższą chwilę. Nagle machnął skrzydłami i wzleciał nad  jezioro. Sten  widział, 
jak odczytuje imiona wyryte na skrytej pod wodą płycie. Wrócił.
- Skąd to masz? - spytał.
- Zrobiłem - odparł Sten. - Zwykły zestaw do montażu. Wspaniała zabawa.
- Kiedy?
- Wczoraj wieczorem.
- Mam rozumieć, że zrobiłeś to dla mnie - stwierdził Manabi.
- Tak.
- Aha... - mruknął Manabi po kolejnej chwili milczenia. - Przejdźmy do rzeczy.   Bardzo   dobry 
początek, admirale.
-  Dziękuję.  Rzeczywiście,   pora  zacząć.   Najpierw  chciałbym   coś   powiedzieć.  Długo    szukałem 
sposobu, żeby wyrazić rzecz dyplomatycznie, ale pomyślałem: do diabła z  tym. Najlepiej  będzie, 
jeśli wyłożę wszystko po swojemu. Prosto i bez kluczenia.
- Słucham.

background image

- Obaj nie możemy przebić się przez niedomówienia. Od tygodnia zastanawiam się,  jak  dojść do 
sedna   sprawy,   i   czuję,   że   szukasz   sposobu,   aby   się   mnie   pozbyć.   Innymi     słowy,   nie   mamy 
swobody manewru, o oczyszczeniu przedpola nie mówiąc.
- Trafne spostrzeżenie.
- Powinno wam jednak zależeć na zawarciu porozumienia ze mną.
Manabi spojrzał zdumiony.
- Z mojego punktu widzenia wygląda to tak - ciągnął bez zwłoki Sten. -  Wspomnienie  ostatniej 
akcji wciąż nie daje wam spokoju. Uważacie, że to było niezbyt mądre  posunięcie i nie  możecie 
się   z   tym   pogodzić.   Nie   wiecie,   czy   nie   planuję   przypadkiem   jakiegoś     szantażu.   Czy   nie 
zagrozimy wam czymś, aby zmusić do współpracy?
- A zagrozicie?
Sten zwlekał chwilę z odpowiedzią.
- Nie. Nie zamierzamy zrobić nic takiego - odparł w końcu tonem obietnicy.
- Przemawiasz w imieniu wszystkich?
- Tak.
- Skąd ta wspaniałomyślność? Czy to nie chwilowa słabość?
- Jeśli przegramy, wszyscy wylądujemy w tym samym bagnie. Stronnicy rady  również.  Szczerze 
przyznam, że łatwiej byłoby mi zejść z tego padołu ze świadomością, że   Manabi chcieli   nam 
pomóc. Co do drugiej kwestii, to nie ma mowy o chwilowej słabości. Przede  wszystkim chcę  być 
lojalny.  Już raz zrezygnowaliście z neutralności, by poprzeć imperatora.   Tylko dlatego gotowi 
byliście rozmawiać z Mahoneyem, gdy się do was zwrócił. Za sprawą tej samej  lojalności. Chociaż 
lepiej byłoby nazwać to po prostu logiką. Stanęliście kiedyś u boku imperatora,   uznając, że bez 
niego nie ma dla was przyszłości. I dlatego wysłuchaliście teraz Iana. Prawda?
- Raz jeszcze potwierdzam.
-   Ujrzeliście,   jak   plan   Mahoneya   sypie   się   w   gruzy.   W   całym   imperium   trwa     polowanie   na 
dysydentów. Najpierw wypala im się umysły, potem zabija. Nic dziwnego, że  wzdragacie się przed 
dalszymi kontaktami. Też bym się wahał.
- Na razie przemawiasz bardziej w moim imieniu niż w swoim - zauważył Ecu. - A  to  oznacza, że 
oczekujesz naprawdę wiele.
- To prawda. Przyznaję, że to był mój błąd, nie Mahoneya. On był, ale to ja  osobiście  prowadziłem 
akcję i nie zareagowałem na czas. To ja zawiniłem, nie Ian.
-  Godne  podziwu,  że  bierzesz  winę  na  swoje barki,  ale   w  ten  sposób  tylko     pogłębiasz  moje 
wątpliwości. Czy masz jeszcze jakieś - pozwól, że użyję waszego wyrażenia - asy  w rękawie?
- Może tak, może nie. Spróbujmy sobie wyobrazić. Co się stanie, jeśli dalej  będziecie starali  się 
stać na uboczu. Rada wpędzi was w poważne kłopoty. Wciągną was w swoje   poronione plany. 
Poza tym sytuacja z AM2 pogarsza się systematycznie, zatem będą szukać   następnych okazji. 
Hondżo  byli   pierwsi,  ale   nie   będą  jedyni.   Pomyśl,  jak  wielkie   zapasy  AM2    zgromadziliście? 
Starczy tego, by ich skusić?
Ecu nie musiał odpowiadać. Obaj wiedzieli, że Manabi zawsze byli przezorni.
- Czy zdołacie  ich powstrzymać?  Czy jest w was dość ducha? Nie mówię  o odwadze,   ale o 
zwykłej determinacji i możliwościach. Zeszlibyście do podziemia jak Hondżo?  Bylibyście gotowi 
ginąć za każdy metr swojej ziemi?
Odpowiedź znów była oczywista. Manabi słynęli z dyplomacji, nie wojowniczości.
- Co proponujesz? - spytał dostojny Ecu.
Nie znaczyło to, że dał się wciągnąć do gry, chciał tylko wysłuchać Stena do  końca. Jednak  Sten 
wiedział już, że nie pozwoli zdobyczy umknąć z haczyka.
- Chcę, żebyście obserwowali wszystko i czekali cierpliwie. Muszę jeszcze  udowodnić  wam, że 
nie brakuje nam ducha ani środków. W zamian...
- Zgadzam się.
Niesamowite. Dostojny Ecu jednak się namyślił.
-  W  zamian...  Poproszę  o jeszcze  jedno spotkanie.   Pewnie  nie  ze  mną,  tylko   z    Mahoneyem. 
Prawdopodobnie wkrótce będę zajęty. Możecie zrobić chociaż tyle?

background image

Szanowny  Ecu  nie  mógł  odmówić.  Poprosił  tylko,   aby  raz  jeszcze  zademonstrować     działanie 
projektora. Chciał ponownie odwiedzić ten cyrk, w którym każdy może  latać. Stało się dokładnie 
tak, jak przewidział Sten. Zanim Ecu wrócił do domu, dotarł  do niego  list z prośbą o spotkanie 
wystosowany przez radę. Nie była to właściwie prośba,  raczej wezwanie. Członkowie rady długo 
dyskutowali, jak postępować z Manabimi. Jeszcze o nic ich   nie   podejrzewali, jednak czystka i 
krwawy podbój systemu Hondżo wywołały falę   wzburzenia w   całym imperium. Rada chciała 
podreperować jakoś swój wizerunek. A do tego   potrzebna im była  pomoc Manabich. Nie mieli 
jeszcze   planu,   kogo   wysłać.   Najpierw   myśleli   o   Malperin,   która   miała     prawdziwy     talent 
dyplomatyczny. Ale nawet ona uznała, że to kiepski pomysł.
- Jeśli dostojny Ecu dojrzy dla siebie jakąś furtkę - powiedziała - to wszystko  przepadnie.  Trzeba 
uderzyć wprost. Tu trzeba mistrza, ale nie dyplomacji.
Wysłali Lovetta.
Na miejsce spotkania Lovett wybrał rozmyślnie niewielki, zarośnięty park, gdzie   nie było   dość 
miejsca, żeby latać swobodnie, brudu i kurzu zaś tyle, że delikatne zmysły   Manabiego prawie 
doznały wstrząsu. Lovett odczekał jeszcze parę chwil, by Ecu poczuł się naprawdę   nieswojo. 
Zdrowa czerń jego ciała jakoś poszarzała, czerwień na skrzydłach przeszła w mdły  oranż. I o to 
chodziło.
- Chcemy uzyskać od was pewne oświadczenie - powiedział Lovett. - Wstępną umowę  mam  przy 
sobie. Proszę przeczytać.
- Najpierw chciałbym się dowiedzieć, w jakiej kwestii mamy się porozumieć -   odparł   dostojny 
Ecu. - Proszę o kilka słów wyjaśnienia...
- Chodzi o zabójstwo - warknął Lovett. - „Wyrażamy ubolewanie” i tak dalej.
- Z pewnością bolejemy - zgodził się Ecu. - Zastanawia mnie jedynie owo „i tak  dalej”.
- Och, to nic wielkiego. Wyliczacie winnych i wzywacie do ich ukarania. No...  właśnie.  Najpierw 
Hondżo. Sądzimy, że każda prawomyślna istota zgodzi się, że słusznie  odebraliśmy im  AM2. Nie 
można pozwolić, aby takie dzikusy trwoniły drogocenne paliwo na byle   głupstwa. Poza   tym... 
Nasza akcja była przecież legalna. To my autoryzujemy handel AM2 i mamy   prawo   zachować 
kontrolę nad jego wykorzystywaniem.
- Rozumiem - powiedział Manabi. Wyglądało na to, że mówi prawdę.
-  Świetnie  -  powiedział   Lovett.  W  jego głosie  dawało  się  wyczuć   groźbę.  Mam   nadzieję,  że 
naprawdę nie macie żadnych wątpliwości - dodał na wszelki wypadek. - Moi  przyjaciele z rady 
chcą wiedzieć, kto za kim stoi. Czasy mamy ciężkie i trzeba działać  zdecydowanie. Albo jesteście 
z  nami, albo z Hondżo. Czy wyrażam się zrozumiale?
Dostojny Ecu z trudem mógł  się zorientować, o co chodzi. Nie wspomniał o tym    jednak ani 
słowem.  Powiedział   tylko,   że  tak  się  spieszył   na spotkanie,   iż  nie  zdążył    otrzymać   od rządu 
żadnych pełnomocnictw.
-   Karygodne   przeoczenie.   Muszę   dopełnić   formalności,   bowiem   na   razie   nie   mogę     legalnie 
reprezentować nikogo prócz samego siebie. A przecież nie o jednego Ecu tu  chodzi, prawda?
- Nie. Chodzi o to, żeby nikt nie mógł się potem przyczepić. Dobra, załatwcie te  swoje  pełno - coś 
- tam, byle szybko.
Dostojny Ecu musiał przyznać, że trudno o bardziej jednoznaczne postawienie  sprawy.
Ultimatum rady raptownie odmieniło sytuację Mahoneya. Ian zrozumiał, że nie   będzie   musiał 
męczyć   się   tak,   jak   wcześniej   Sten.   I   rzeczywiście.   Dostojny   Ecu   streścił   swoją   rozmowę   z 
Lovettem i przyznał, że  znalazł się  między młotem a kowadłem. Był naprawdę niezadowolony. 
Ian powstrzymał się od uwag „a nie mówiłem” oraz od pełnych współczucia  westchnień.  Od razu 
przeszedł   do   konkretów   i   naszkicował   przygotowany   przez   Stena   plan.   Młody   admirał   chciał 
doprowadzić   do   sprawy   sądowej   z   paragrafu   o   zabójstwo.     Proces     miałby   toczyć   się   przed 
niezawisłym trybunałem złożonym z osób szanowanych i  lojalnych. Dla  pewności dostojny Ecu 
objąłby stanowisko neutralnego sędziego. Sam mógłby ocenić  rzetelność  przedstawianych zeznań 
i dowodów.
Sten i Mahoney mieli się zająć bezpieczeństwem składu sędziowskiego i zapewnić  spokój  podczas 
posiedzeń.

background image

- Czy to w ogóle możliwe? - zainteresował się Ecu.
- O tyle o ile. Zrobimy, co w naszej mocy, ale pełnej gwarancji dać nie możemy.
- To zrozumiałe - powiedział Ecu. - Jasno stawiacie sprawę.
Odpowiedź   nie   zdumiała   Mahoneya,   ostatecznie   propozycja   była   o   wiele   ciekawsza     niż 
perspektywy roztaczane przez radę. Dodał jeszcze, że zadbają o bezpośrednią  transmisję z obrad. 
Zdaniem Stena każda istota w obrębie imperium, bez względu na zajmowane  stanowisko, powinna 
poznać   szczegóły   postępowania.   Nie   trzeba   było   dodawać,   że   rada   uczyni   wszystko,     aby 
uniemożliwić przekaz.
- Czy zaprosicie ich, żeby mogli się bronić? - spytał Ecu.
- Oczywiście.
- Odmówią.
- Zatem?
Dostojny Ecu zamyślił się na chwilę.
- No właśnie.
Należało uznać, że jeśli trybunał wyda wyrok skazujący,  rada raczy się do niego   zastosować. 
Dobrowolnie do więzienia nie pójdą. Werdykt mógł mieć znaczenie  jedynie  propagandowe, być 
może wystarczające, aby przechylić szalę. Powinien zniechęcić   sojuszników   rady. Utraciwszy 
rzekomą wyższość moralną, zostanie z pustymi rękami. Bo i cóż  takiego ma do  zaoferowania poza 
AM2, którego od dawna już nikomu nie sprzedaje?
- Kto dobierze skład sędziowski? - spytał Ecu.
Mahoney   wyznał,   że   w   takich   sprawach   można   ufać   jedynie   Manabim.   To   samo     dotyczyło 
przygotowania spotkań z potencjalnymi sędziami. Dostojny Ecu będzie musiał odbyć   w ścisłej 
tajemnicy kilka czy nawet kilkanaście podróży. Nikt nie będzie mu niczego  sugerował ani o nic 
pytał. Poza sprawami związanymi z wymogami bezpieczeństwa, oczywiście. Rada nie  ma prawa 
dowiedzieć  się o jego misji. Natomiast  co do reszty - pełna  wolność. Nikt prócz    Wiecznego 
Imperatora nie uporałby się lepiej z tym zadaniem.
Dostojny Ecu miał wyrobione zdanie o imperatorze, jednak poniechał komentarzy.  Zdumiałby się 
wiedząc, że Mahoney myśli o byłym władcy całkiem podobnie, Ian zaś  byłby  równie zdziwiony 
słysząc, jak bardzo owa opinia zaważyła na decyzji Manabiego.
Gdy tylko Ecu zaczął się skłaniać ku zgodzie, Mahoney przeszedł do drugiej  części planu  Stena. 
Nie   zdradził   przyczyn   nieobecności   Stena,   nie   z   braku   zaufania,   ale   dla     zasady.   Jeszcze   w 
Korpusie Merkurego wpojono mu regułę, aby każdy wiedział tylko tyle,  ile musi,   nie więcej. 
Ponadto obawiał się trochę, że ujawnienie zadania, które Sten akurat wypełniał,  mogłoby wpłynąć 
na decyzję rozmówcy. Na tym etapie rokowań ewentualna porażka Stena zmieniłaby  wszystkie ich 
plany w nierealne mrzonki.
- I jeszcze jedno pytanie. Najważniejsze - powiedział Ecu. - Czy ten trybunał  będzie  legalny? Czy 
istnieją podstawy prawne, żeby go stworzyć?
- Nie ma żadnych podstaw - odparł Mahoney. - Sten przewidział, że o to spytasz.  Niestety,  nie 
mamy w szeregach żadnego znawcy prawa imperialnego.
- Za to ja mam - mruknął Ecu. - Problem w tym, że nie wyobrażam sobie sytuacji,   w której 
imperator zezwoliłby na powstanie takiego trybunału. Nikt nie mógłby skupiać w   ręku więcej 
władzy niż on. A teraz trybunał ma działać w jego imieniu i ma mieć takie same  uprawnienia, jak 
kiedyś imperator.
- Nie znam się na tym - powiedział Mahoney. - Ale myślę, że skoro imperium  istnieje od  paru 
tysięcy lat, to coś podobnego musiało się już kiedyś zdarzyć. Przynajmniej  raz.
- Chyba masz rację... wystarczyłby precedens... Dobrze. Zajmę się tym.
Marszałek Ian Mahoney odetchnął z ulgą. Ustalił jeszcze z Manabim kilka  szczegółów i  spotkanie 
dobiegło końca. Tuż przed rozstaniem Ecu zaskoczył go raz jeszcze.
- Och, właśnie... mam wiadomość dla naszego młodego admirała.
- Tak?
- Na jakiejkolwiek byłby teraz misji, powiedz mu, proszę, że gdyby mu się nie  udało...
- Tak? - odezwał się nieco zaniepokojony Mahoney.

background image

- Powiedz mu, że wciąż czekam na następne spotkanie. Mniejsza o wynik. Najlepiej  w  miejscu, 
gdzie każdy może latać.
- Będzie wiedział, o co chodzi?
- O, tak. Z pewnością.

Rozdział 17

Mężczyzna imieniem Raschid spojrzał na napis przy drzwiach: POTRZEBNY  DOŚWIADCZONY 
KUCHARZ. DUŻO PRACY, NISKA PŁACA, NIENORMOWANE  GODZINY, WYŻYWIENIE 
ZA   DARMO.   Mężczyzna   uśmiechnął   się   lekko.   Uczciwa   oferta.   Nad   ruderą   mrugał   w   kilku 
kolorach   szyld:   ODLOTOWA   HERBATKA   i   OBIADY.   I     poniżej:   WŁAŚCICIEL: 
DINGISWAYO PATTIPONG.
Z baru obok wyszło trzech podchmielonych marynarzy. Ruszyli popękanym  chodnikiem.  Raschid 
uśmiechnął się uprzejmie i zszedł im z drogi. Jeden z osiłków spojrzał z  żalem, ale poszedł  dalej.
Mężczyzna   uśmiechnął   się   ponownie,   słysząc   gwizd   silników   Yukawy   dobiegający   zza 
ogrodzenia. Farmer miał rację - port kosmiczny pełen był statków, które od dawna   nigdzie nie 
latały i najpewniej nigdy już nie wystartują. Ale ruch nie ustał zupełnie.
Raschid wszedł do lokalu.
W   środku   stało   jakieś   dziesięć   stolików   i   kontuar.   Przywitał   go   bardzo   niski,     ciemnoskóry 
osobnik. Poza nim nie było tu nikogo.
- Pan Pattipong?
- Ty policaj?
- Nie. Szukam pracy.
- Ty kucharz?
- Tak.
- Nie. Nie kucharz. Może kucharz tam, gdzie ludzie nie używać noże gdy źle  powiedzieć.  Za ładny 
aby kucharz tutaj.
Raschid nie odpowiedział.
- Gdzie gotował ostatnio?
Raschid mruknął coś niezrozumiale.
Pattipong tylko skinął głową.
- Może ty kucharz. Kucharz nigdy nie mówić gdzie ostatnio. Za wiele żon...  picia...  dziecków... 
policji. Chodź. Zobaczymy.
Pattipong poprowadził Raschida do kuchni. Bacznie obserwował przy tym jego twarz   i   znów 
pokiwał głową, gdy pojawiło się na nim zdumienie.
- Tak. Niedobrze. Zbudowałem dla dobrego kucharz. Cindarian. Został dwa, prawie   trzy   lata. 
Potem... won. Zostawił mnie z tą wanną.
Cindarianie byli inteligentnymi polipami przypominającymi koralowce. W gromadzie  dorastali, w 
gromadzie żyli. I często nie cierpieli jeden drugiego. Ten tutaj   musiał być naprawdę   świetnym 
kucharzem, skoro Pattipong zbudował dla nieco specjalną kuchnię w   kształcie pustego   obecnie 
basenu otoczonego wszystkimi potrzebnymi sprzętami.
- Niedobrze. Trzeba dobrego kucharz, żeby tu potrafił.
Raschid włączył kuchenkę i postawił patelnię na ogniu. Skrobnął masła z jednej  miski, z  drugiej 
wyłuskał jedną dłonią dwa jajka. Jednym ruchem rozbił oba, białko z  żółtkiem cisnął na  tłuszcz, 
skorupki do kosza. Pattipong spoglądał na zegarek. Raschid wyczekał  właściwej chwili i  gładko 
obrócił jajka. Pattipong uśmiechnął się.
- Ty kucharz. Nikt inny nie zrobić tego dobrze.
- Co mam zrobić z pana jajami?
- Nic. Nie chcieć jaj. Nie cierpieć jaj. Od jaj ja dostawać... - i pokazał coś   za sobą, w okolicy 
pośladków. - Wszyscy lubić jaja. Podaję jaja. Masz robotę. Od teraz gotować.
Raschid rozejrzał się po brudnej kuchni.
- Potem gotować. Lunch za godzinę. Teraz sprzątaj.

background image

Pattipong wyraźnie lubił wyrażać się w ten sposób. Bo chyba nie musiał.
Pomyślał chwilę i pokiwał głową.
- Tak. Sprzątaj. Potem gotuj. Pomogę.
I tak zrodziła się legenda o jajkach u Pattiponga.
Pattipong   umieścił   je  w  menu  jako cesarskie  jajka  po  benedyktyńsku.   Raschidowi    nazwa  nie 
spodobała się z jakiegoś powodu, ale zbyt słabo oponował. Pattipong kazał mu  wracać do kuchni.
- Cesarskie dobra nazwa. Tajlandia... najlepsze słonie to królewskie słonie. Tak  słyszałem.
Na początku nie działo się zbyt wiele. Mało kto przychodził na lunch i pustki  trwały aż do  obiadu. 
Raschid nie był dość senny, żeby chciało mu się wracać do pokoiku na  zapleczu. Do  alkoholu go 
nie ciągnęło, na spacery nie miał ochoty. Zaczął się wprawiać w  pieczeniu. Dotąd miał  do tego 
taki   sam   stosunek,   jak   Pattipong   do   jajek.   Zbyt   wiele   nieprzewidywalnych     czynników,   jak 
właściwa temperatura, wilgotność i tak dalej. Przeważnie wypieki miały kształt   podeszwy. Tym 
razem jednak zdarzył się wyjątek. Tydzień wcześniej nastawił zakwas, z ciepłej wody, mąki, cukru 
i jęczmienia.   Wymieszał   składniki w niemetalowym naczyniu, a czas i bakterie zrobiły swoje. 
Zakwas   służył  do   przygotowania bułeczek, zwanych z angielska „muffin”. Łatwa robota. Do 
zrobienia   ośmiu   bułeczek użył szklankę mleka. Po zestawieniu całości z ognia dodał odrobinę 
soli, łyżeczkę cukru i  dwie łyżki przemielonej mąki biszkoptowej. Po ponownym podgrzaniu ciasto 
zdwoiło   objętość.   Wsypał jeszcze kubek mąki i zaczekał, aż znów podrośnie. Następnie wziął 
walcowate foremki z otwartymi końcami i napełnił je do połowy  ciastem.  Nie wspomniał o tym 
nikomu, ale formy zrobił z puszek po karmie dla zwierząt.  Cóż, nawet w tej  dzielnicy trafiali się 
nadwrażliwcy. Nałożywszy masła na średnio rozgrzaną blachę ustawił pionowo foremki. Ciasto w 
kilka  sekund zbrązowiało najpierw z jednej, potem z drugiej strony. Wtedy usunął  foremki (parząc 
sobie    przy okazji palce),  dodał  więcej  masła  i pozwolił  bułeczkom  niemal  sczernieć.    Potem 
odstawił je  do wystygnięcia. Przed podaniem trzeba jeszcze nadziać je na widelec i opiec  lekko 
nad   ogniem.   Potem   wyszukał   najlepszą   wędzoną   szynkę,   którą   pokroił   w   cienkie   plasterki   i 
przyrumienił  w mieszaninie wina, masła i kminku.
- Najlepsza byłaby ziemska szynka. Taka z Virginii. Albo Kerry.
Pattipong zachichotał.
- Nie wiedziałem, że byłeś kiedyś na Ziemi!
Raschid wyglądał na zmieszanego.
- Chyba raczej nie byłem. - Nagle uśmiechnął się szeroko. - Powiedział pan...
- Powiedziałem coś normalnie? Trudno, wpadłem. Normalna mowa to kłopoty. Jak   jaja.   Tylko 
smród. Poza tym... gdy mówisz monosylabami, ludzie myślą, że mało co  chwytasz. Nie  uważają 
przy   tobie   na   języki.   Sądzą,   że   i   tak   nie   pojmiesz   treści   rozmowy.   A     tutaj   dobrze   jest 
wykorzystywać każdy atut.
Miał rację. Mimo że ruch w jadłodajni zmalał, dzielnica portowa tętniła życiem.  Pełno w  niej było 
zabijaków, dziwek, marynarzy i zwyczajnych włóczęgów szukających   rozrywki. Potrafili   robić 
zakłady o to, jak długo potrwa, nim leżąca w rynsztoku ofiara wykrwawi się  na śmierć.  Pattipong 
trzymał zawsze za kontuarem długi, porządnie naostrzony nóż. 
Raschid wrócił do swego przepisu. Przyrumieniona szynka trafiła do rozgrzanego  piecyka.  Wziął 
sok cytrynowy, pieprz, szczyptę soli i trzy żółtka i wymieszał mikserem.  Stopił masło w  rondelku. 
Teraz  zaczął  działać  na wyczucie.  Przypiec  bułeczki...  jajka do   wrzątku... bułeczki    gotowe... 
szynka na bułeczki... dokładnie dwie i pół minuty... jajka na szynkę. Znowu włączył mikser i zaczął 
mieszać płynne masło. Policzył do dwudziestu,  wyłączył  maszynkę i polał jajka sosem.
- Voila, panie Pattipong.
Pattipong skosztował ostrożnie.
- Niezłe - mruknął. - Ale jajka.
Po raz pierwszy Raschid podał swoje danie marynarzowi dość pijanemu, by posłużyć  za  króliczka 
doświadczalnego. Gość spróbował, spojrzał zdumiony na talerz i   błyskawicznie wchłonął   całą 
porcję. Zaraz potem zamówił dokładkę. Przysięgał, że od tego żarcia  wytrzeźwiał i może  zacząć 
pić od nowa.
- Lekarstwo na upicie? Może być wielki wynalazek. Leczyć choroby... Sprzedaż  wysyłkowa.

background image

- Nie chrzań! - warknął Raschid.
Marynarz wrócił następnego dnia z sześcioma kumplami.
Portowa policja zaczęła zaglądać w porze lunchu. Raschid czuł się w ich  obecności  niepewnie, 
sam nie wiedział czemu. Gliniarze jedli, rzecz jasna, na kredyt. Czas  nudy dobiegł  końca. Raschid 
zaczął serwować kolejne dania: tak zwane chili i inne, nazywane przez   niego   „radioaktywna 
kura”.   Przekonał   Patiponga,   że   goście   oczekują   czegoś   więcej   niż     tylko   szybkiej,     portowej 
wyżerki. Dotąd menu składało się z takich właśnie, nieskomplikowanych  dań.
- Ty mów. Ja słucham. Rób curry. Jak matka robiła. Goście próbują, ja się  śmieję. Mam  swoją 
zemstę za całe to gadanie.
Curry u Pattiponga nie było doskonałe, ale i tak zasługiwało na wyróżnienie.
- Wiesz, czemu cię słucham? - spytał Pattipong.
Wskazał kuchenne okienko. Raschid zerknął. Sala była pełna. Pattipong musiał  nawet  dostawić 
kilka stolików na chodniku przed lokalem. Raschid już wcześniej   zauważył,  że przybyło    mu 
roboty,  jednak nie wiedział, że jego kuchnia cieszy się tak wielkim   powodzeniem. Goście też 
wyglądali   inaczej.   Szemrany   element   wprawdzie   nie   zniknął,   ale   przybyło   nieco     facetów   w 
garniturach, czasem mignął mundur władz portowych. Raschid dojrzał nawet  pomarańczowe szaty 
dwóch sekciarzy, tych od Wiecznego Imperatora. Działali na niego podobnie jak  policjanci. I też 
nie wiedział, czemu.
- „Odlotowa” stała się modna. Dzielnica podła... ale żarcie od jakiegoś czasu  dobre. Potem  znajdą 
sobie nowe miejsce. Tak już bywało. Będzie znowu. Kto by spamiętał.  Uważać. Nie zrażać  stałych 
gości. Ci ludzie tam... jak owady... bzz, bzz... z kwiatka na kwiatek. - Dość żartów. Do roboty.
Raschid wrócił do piecyka. Kolejne zamówienie na cesarskie jajka, żeby je piekło   pochłonęło. 
Pomału zaczynał podzielać niechęć Pattiponga do nabiału. Cieszył się, że pryncypał robi pieniądze. 
Dla niego osobiście nie miało to  jednak znaczenia. Miał wrażenie, jakby... czekał. Na kogoś? Na 
coś? Nie wiedział. Inni też zauważyli, że dobrze im się powodzi. Było już bardzo późno. Dotąd 
„Odlotowa” była wcześnie otwierana i zamykana, ale  i to  musiało się zmienić. Koło północy lokal 
bywał wciąż pełen porządnie ubranych   gości. Raschid miał dość. Jak tylko skończył czyścić i 
oliwić grill, na ostatnich  nogach szedł do  swojego pokoiku. Jeden głębszy i spać. Ostatnio miał 
pomocnika,   piekarza.   Jeden     z   niezliczonych     krewnych   pryncypała   miał   się   podszkolić   przy 
Raschidzie. I szło, owszem, jak w  balecie po  amputacji obu nóg... Usłyszał jakiś hałas dobiegający 
z sali. Podniesione głosy... Pewnie kolejny  napad.  Pattipong trzymał w kasie trochę drobnych na 
takie okazje, resztę utargu zamykał  od razu w  porządnym sejfie z szyfrem. Bezpieczniej było dać 
kilka doków niż wdawać się w   bójkę. Rano   szeptał parę słów policjantom, którzy znajdywali 
złodzieja i albo odbierali mu  forsę albo, jeśli  wszystko już wydał, łamali palce ku przestrodze. Ta 
kłótnia brzmiała inaczej.
Raschid   wziął   ciężki   topór  rzeźniczy   i   podszedł   do   drzwi   kuchni.   Tam   odłożył     narzędzie   na 
poręczną półeczkę i zajrzał na salę. Od razu zrozumiał, co się dzieje. Ujrzał   czterech byczków. 
Krzykliwie   ubranych,   z fałszywymi   uśmiechami.   Wyglądali  naprawdę  groźnie.     Zbliżył  się  do 
Pattiponga.
- Wracaj do garów - usłyszał od jednego z żuli. - Nie twoja sprawa.
- Ochrona? - spytał Raschid, ignorując typa.
Pattipong przytaknął.
- Płacimy. Bez smrodu. Meble całe. Goście bezpieczni.
- Znasz ich?
- Ejże, kazaliśmy ci się wynosić.
- Nie widziałem ich przedtem. Nowi. Bez powiązań. Teraz u nich krewa. Stary boss  w  pierdlu. 
Kandydaci na nowego biją się o stołek.
- Przestań nawijać. Złożyliśmy propozycję. Grzecznie byłoby odpowiedzieć.
Pattipong spojrzał na Raschida.
- Płacimy?
Raschid wolno pokręcił głową i cisnął ciężką szklaną misą prosto w jednego z  napastników.
W tej samej chwili Pattipong przywalił drugiemu dryblasowi. Prosto w podbródek. 

background image

Gość  zachwiał się i padł na podłogę.
Trzeci złapał krzesło. Zdążył je podnieść, ale Raschid schylił się i uderzył  bykiem. Tamten  jęknął, 
krzesło upadło. Cios dwoma pięściami w kark ostatecznie załatwił sprawę. Pattipong sięgał właśnie 
po nóż, ale w tym momencie reguły gry uległy zmianie.   Ostatni   oprych uniósł dłoń do pasa. 
Pistolet. Raschid wiedział, że nie musi się spieszyć. Płynnym  krokiem cofnął się ku   drzwiom 
kuchni,   namacał trzonek topora. Widział, jak broń wędruje coraz wyżej, a palec zbliża   się do 
spustu...   Wprawnie rzucony topór wbił się z chrzęstem w czaszkę mężczyzny. Pattipong szybko 
podszedł do drzwi.
- Żadnych glin.
Wrócił i pokiwał głową nad pobojowiskiem.
- Niedobrze.
- Przepraszam, ale ten tutaj...
- Nie rozumiesz. Dobrze, że nie żyje. Źle, że nabrudził. Dwie, trzy godziny   sprzątania.   Długi 
dzień. Chciałem spać. - Podszedł do komunikatora. - Wezwę kuzyna. Zabierze   ciała. Zostawi 
przed posterunkiem. Niech ci trzej wyjaśnią sami, co się stało z czwartym.
Wystukał numer.
- Dobrze walczysz. Jak na kucharza.
Raschid spoglądał na nieprzytomnych i pojękujących bandziorów, na ludzkie   szczątki i   kałużę 
krwi... Odniósł wrażenie, jakby ktoś zaglądał mu przez ramię. I jeszcze,  że... Odepchnął  natrętną 
myśl. To było konieczne. Akt samoobrony. Teraz musiał pomóc Pattipongowi.
Przy kontuarze siedziało dwóch mężczyzn, obaj w strojach, które wyglądały jak  dawno nie  prane i 
nie   prasowane   mundury.   Obok   nakrycia   jednego   z   nich   leżała   kapitańska   czapka   z   otokami. 
Dawniej   złote,     ozdoby     poczerniały,   zupełnie   jakby   obrosło   je   stado   dziwnych   skorupiaków. 
Czegoś  takiego Raschid  jeszcze nie widział. Poza czapką nic nie sugerowało pozycji mężczyzny. 
Był nieco   królikowaty z   wyglądu, z całą kolekcją nerwowych tików właściwych tym zębatym 
gryzoniom.   Drugi   gość   był   zwalisty,   na   rękawie   nosił   naszywki   oficera,   a   na   piersi   wstążkę 
zastępcy     dowódcy.   Na   ramieniu   miał   jeszcze   coś.   Raschid   zdołał   odczytać   napis   PEASE 
SHIPPING.  Armator w grochy?
Obaj pili syntetyczną kawę i dyskutowali. Kapitan, o ile naprawdę był to  kapitan, spojrzał  tęsknie 
na   szereg   butelek   ustawionych   nad   barem.   Drugi,   może   rzeczywiście   mat,     potrząsnął   głową. 
Królik westchnął. Raschid wyłapywał tylko strzępy rozmowy.
- Braki w załodze... pieprzony agent... konwerter przecieka... ładunek  zaplombowany...  nieznany 
port docelowy... nigdy jeszcze nie słyszałem o tym kliencie. Niedobrze,   panie macie,   całkiem 
paskudnie.
Raschid podszedł bliżej pod pozorem wytarcia blatu.
- A dobry ten kontrakt? - spytał mat.
- Zapłacili mi z góry - mruknął królik.
- No to co się przejmujesz? Nikt dziś nie daje pełnej gwarancji. Czy to ważne,  co wieziemy?
- Nie chcę skończyć kariery jako przemytnik.
Mat zmierzył przełożonego wzrokiem pełnym ironii.
- Kariery? A co to za kariera? Patt, jeszcze kawy.
Pattipong z idealnie obojętną miną napełnił filiżanki.
- Gdzie tu można znaleźć kogoś do zamustrowania? - zadumał się mat.
- Na twoją łajbę? Może w portowym więzieniu.
- Dzięki, Patty. Potrafisz pomóc w potrzebie.
- Kogo wam brakuje? - spytał nagle Raschid.
Mat przyjrzał się uważnie Raschidowi.
- Mechanik. Kucharz łącznościowiec. Drugi inżynier. Jeśli masz papiery.
- Jaki macie moduł łączności?
- Najstarszy na świecie. VX-314. Twój dziadek oglądał takie w muzeum. Nazywamy   go   Zuzia 
Jąkała.
- Ile płacicie?

background image

- Standardowo. Trzysta za miesiąc. Plus utrzymanie. Port docelowy na razie   nieznany.   Możesz 
wysiąść tam z forsą albo poczekać, aż złapiemy nowy kurs.
- Trzysta? W sam raz dla majtka.
- Tyle dajemy.
Pattipong skinął z drzwi kuchni.
- Chwilę - powiedział Raschid. Z nieznanych przyczyn czuł, że powinien się  zgodzić.
Kapitan chciał coś jeszcze dodać, ale mat go powstrzymał.
- Dobry z ciebie kucharz?
- Zamów coś.
- A drucik?
- Idę o zakład, że ten ostatni idiota, którego zatrudnialiście, w ogóle nie   uziemił pudła.   Wtedy 
Vexie zaczyna przerywać - powiedział Raschid i poszedł do kuchni.
- Pijany? Naćpany? Robota się nie podoba? - spytał Pattipong.
- Nic z tych rzeczy. Po prostu czas ruszać w drogę.
- Słuchaj. Zapłacę ci więcej. Dam ci... ćwierć udziału. Nie, raczej jedną ósmą.  Zostań.
Oficerowie cicho wymieniali uwagi.
-   Ci   dwaj...  Jarvis,   Moran.   Źle.   On   słaby.  Pije.   Moran...   zdegradowany   z     kapitana.   Zabił 
człowieka. Statek... Santana. Składak. Z odzysku. Jak wszystkie z Pease   Shipping. Całe to Pease 
Lines   to   złom.  Bez   certyfikatów.   Przedatowane   albo   sfałszowane.   Biorą   jak   leci.     Każde 
zamówienie. Załoga zginie, statek przepadnie, nikogo to nie obchodzi. Tylko  biorą ubezpieczenie.
- To wróży sporo przygód.
- Głupi jesteś. Przygody są w kinie. A to jest jedno wielkie gówno.
- Ty, kucharz - odezwał się Moran. - Dajemy ci cztery i pół setki.
- I sprzęt - naciskał Raschid. - Mój został na poprzedniej łajbie.
- Zmieniasz statki jak rękawiczki... Ale dobra. Załatwione.
Raschid nareszcie mógł działać.

Rozdział 18

Wszystkie koszmary kiedyś się kończą. Ostatecznie całość zrabowanego AM2 trafiła  do  ładowni i 
23 Flota mogła wyruszyć z powrotem, najpierw na Al-Sufi, a potem do  bazy. Ucieczka nie obyła 
się bez ofiar. Pod jednym z transportowców Hondżo podłożyli  minę z  zapalnikiem ciśnieniowym. 
Eksplozja zniszczyła dwa sąsiednie frachtowce i  niszczyciel z osłony. Już poza atmosferą stracili 
korwetę. Załatwił ją samotny stary tramp z jedną   rakietą w   ładowni. Krążownik Gregora oddał 
salwę i nagła eksplozja rozerwała stateczek.  Trudno jednak  było mówić o zwycięstwie. Pozostało 
wypełnianie obowiązku, iluzoryczne odsuwanie  od siebie  groźby śmierci.
Admirał Gregor ustawił flotę w konwoju. Dokładnie według podręcznika; na   szczęście był   to 
całkiem dobry podręcznik. Szyk miał kształt grzyba. Kapelusz składał się z   cięższych jednostek 
bojowych, a trzon z transportowców. Lekkie siły zajmowały pozycje w dalszych. U   podstawy 
leciały   dwie   eskadry   ciężkich   krążowników   chroniących   tyły   specjalnymi   ekranami.     Gregor 
siedział   ponury   przed   komputerem   bojowym.   Sprawa   była   poważna.   Tylko   zasoby     paliwa 
stanowiły powód do zadowolenia. Jego flota miała bunkry pełne AM2, zapewne jako jedyna w 
całym   imperium.     Teoretycznie     powinien   teraz   rozwinąć   pełną   prędkość   bojową,   aby   jak 
najprędzej dolecieć na  Al-Sufi. Albo  chociaż poruszać się z maksymalną szybkością marszową. 
Nie było takiej możliwości. Hondżo zadali ugrupowaniu zbyt wielkie straty.  Popękane  kadłuby, 
zwichrowane dysze, spalone centrale... Dwa krążowniki musiały zostać   podłączone do   statku 
warsztatowego, który zasilał ich systemy awaryjne. Flota kulała. Leciała wprawdzie z prędkością 
wielokrotnie  większą od prędkości   światła,  ale   nie dość szybko,  aby zabezpieczyć  się przed 
atakami od tyłu. Gregor rozważał  nawet, czy nie  zostawić najwolniejszych jednostek, a z resztą 
skoczyć do przodu, ale szybko   porzucił ów projekt.   Zbyt wielkie miał straty. Uznał, że jedyny 
sposób na ocalenie kariery, to dostarczyć na Al-Sufi jak  najwięcej AM2. 
Może wtedy się uda.

background image

Zacisnął zęby i dalej robił swoje. Cała ta niby-okupacja kosztowała  niewyobrażalnie drogo: Straty 
załóg   we   wszystkich   grupach   -   łącznie   dwadzieścia   siedem   procent.   Straty   w   jednostkach 
wszystkich klas - trzydzieści pięć procent. Właściwie już przed akcją stan floty był katastrofalny... 
Admirał nie miał ochoty obliczać swoich szans.
Gregor nie był jedynym nieszczęśliwym dowódcą.
Admirał floty Fraser tkwiła ze swymi siłami na trzech światach Al-Sufi. Zgodnie   z   rozkazami 
miała czekać na przybycie 23 Floty i pobrać od nich paliwo. Potem   włączyć 23 Flotę w   skład 
zespołu   i   objąć   dowództwo   nad   całością.   Należało   kontynuować   działania   w     rejonie   Świata 
Centralnego i czekać na dalsze rozkazy. Nie żywiła złudzeń co do stanu 23 Floty. Gregor składał 
oszczędne meldunki,  jednak  kłamać nie mógł. Pani admirał wypatrywała zatem armii kalek. Fraser 
preferowała agresywny styl walki. Wierzyła w słuszność nelsońskiej  zasady, że  najlepszy sposób 
na   uniknięcie   kłopotów   to   przyjęcie   kursu   wprost   ku   odgłosom     bitwy.   Gdyby     tylko   mogła, 
zignorowałaby rozkazy i ruszyłaby na spotkanie floty Gregora. Ale nic z tego. Paliwa miała akurat 
na jeden dzień. Bez wątpienia wiele brakowało jej do szczęścia. 
Dwudziesta trzecia wracała do domu. Nawigator Gregora zaproponował dłuższą   drogę,   pełną 
zygzaków i mylących zwrotów, ale Gregor odrzucił pomysł. Stan jednostek  pozostawiał  wiele do 
życzenia, podobnie jak poziom wyszkolenia obsługi nawigacyjnej. Poza  tym admirał bał  się, że 
złożona formacja rozsypie się podczas manewrów i konwój rozleci się po   kosmosie. Nie, nie 
trzeba   mu   dodatkowych   kłopotów.   Jeszcze   ktoś   pomyli   kierunki   i   jeden   pancernik     wjedzie 
drugiemu   w   burtę.   Gregor   pomału   odzyskiwał   pewność   siebie.   Podwładni   zwykle   nazywali   ją 
chamstwem  lub  arogancją.
W tych czasach nikt nie śmiał sprzeciwić się. imperialnemu admirałowi.  Szczególnie w  sytuacji 
podwyższonej gotowości bojowej. Zresztą, kto dziś miał dość paliwa,  żeby zaczynać  bitwę? Kurs 
został wytyczony najprościej jak się dało.
Lot przebiegał spokojnie. Gregor uznał, że jego plan jest dobry.
Zgłoszono   jedynie   przyjęcie   dwóch   meldunków.   Jeden   wspominał   o   półdywizjonie     lekkich 
jednostek. Może był to patrol z jakiegoś mijanego systemu gwiezdnego? Może   piraci? Gregor 
nawet nie próbował się dowiedzieć. Machnął ręką. 23 Flota wciąż była dość silna,  żeby nie bać się 
takiej drobnicy. Drugi meldunek również nie był wart zachodu. Jakiś frachtowiec przeciął kurs floty 
i dał się przechwycić niszczycielowi.   Zwykły   masowiec należący do jakiejś nieznanej kultury 
Bhorów. Oficer ze służby  wywiadowczej dla  porządku sprawdził, skąd przybyli. Zdziwił się, że 
kupcy z odległej galaktyki  zapuścili się w  interesach tak daleko.
Sten przyjrzał się obrazowi konwoju widocznemu na ekranie komputera. Zatoczył  kamerą  pełny 
krąg,   mruknął   coś   pod   nosem   i   zrobił   zbliżenie   tylnej   straży.   Zignorował     sąsiedni   ekran. 
Szacunkową ocenę sił przeciwnika znał na pamięć.
Na trzecim ekranie pojawił się napis:
ANALIZA BITWY GOTOWA.
Sten wstał i zaczął  chodzić tam i z powrotem.  Przy obecnej szybkości floty   imperialnej  miał 
jeszcze cztery dni na to, żeby ustawić siły zgodnie z planem i zaatakować. Kilgour i Otho siedzieli 
obok. Alex zajmował się obliczeniami, a Otho skubał  brodę i zerkał  na ekran komputera.
- Lecą prosto w pułapkę. Niczego się nie spodziewają - zauważył wódz Bhorów.
-   Będąc   na   ich   miejscu   też   bym   się   nie   spodziewał   -   przyznał   Sten.   -   Ale   idę   o     zakład,   że 
potrafiłbym się obronić.
- To była tylko niewinna uwaga.
- Rozumiem.
Spojrzał na ekran Kilgoura, który przeglądał dane o ostatnich uzupełnieniach   floty Stena. Flota! 
Osiemdziesiąt trzy jednostki, w większości wojenne, jednak żadna nie  większa od  imperialnego 
krążownika.   Były   raczej   przygotowane   do   działań   defensywnych.     Reszta   to     krążowniki 
pomocnicze, czyli uzbrojone frachtowce. Ich uzbrojenie i systemy  elektroniczne były  starsze od 
imperialnych o jakieś pięć generacji. Jeszcze gorzej było z paliwem. Przy maksymalnej szybkości 
zapas mógł starczyć na   jedenaście dni. To było wszystko, czym dysponowała Gromada Wilka. 

background image

Teraz flota   czekała na   przeciwnika ukryta za gasnącą gwiazdą. Włączone były tylko niezbędne 
systemy.
Komputer bezlitośnie potwierdził obawy Stena. MAKSYMALNY CZAS   OCZEKIWANIA... W 
OBECNYCH WARUNKACH... Mogliby siedzieć w zasadzce dwieście lat.  PRZY SZYBKOŚCI 
MARSZOWEJ... PRZY SZYBKOŚCI BOJOWEJ...
To już Stena nie obchodziło. Zajął się grzybem. Gdyby to on wybierał szyk  konwoju,  najcięższe 
jednostki ustawiłby poza formacją, blisko środka, tak aby móc w   każdej chwili zwrócić   się ku 
wrogowi.   Ale   wróg   powinien   zaatakować...   Jak   można   zdecydować   się   na     atak,   mając   do 
dyspozycji osiemdziesiąt trzy statki, a przeciwko sobie zbyt dużą flotę?
Widoczny na ekranie kapelusz grzyba zaczął się zataczać we wszystkie strony.
- Cholera, Alex! Przestań się bawić!
- Ja się nie bawię, ja myślę. Chcesz usłyszeć, co właśnie wymyśliłem?
- Na zapchloną brodę mojej matki! - krzyknął Otho i wstał. - Musimy rozprawić  się z tą  zarazą. - 
Zerknął na ekran. - Ile jeszcze... całe życie przed nami! Zdążymy   wypić, nawet kaca   zdążymy 
wyleczyć. Przyniosę rogi.
I wyszedł.
- Przepraszam, Alex - mruknął Sten.
- Drobiazg. Ale chcesz usłyszeć, czy nie? Bo chyba wiem, co trzeba zrobić.
Grzyb miotał się po ekranie odpierając symulowane ataki z różnych kierunków.
- Zakręcimy nimi raz i dwa, aż w końcu stracą głowę. Potrzebujemy jeszcze tylko  ze dwie,  trzy 
setki statków.
Otho wrócił ze streggiem. Stenowi coś zaczęło świtać. Odstawił róg nie  zamoczywszy ust.
- Moja kolej - powiedział. - Po pierwsze, wiem gdzie ich rąbnąć. Tutaj. -  Pokazał na  ekranie.
- Dobrze. Zacznie się bałagan.
- Mało powiedziane.  Zapomnij  na chwilę  o tym,  co widzisz. I o AM2. Pomyśl,  kogo   mamy 
przeciwko sobie.
- Żarty sobie stroisz - zauważył Otho. - Walczymy z Wojskiem Imperium, to chyba   jasne.   Nie 
rozlewaj, tylko pij.
Sten zignorował uwagę. Właśnie, co to za wojsko? W czasie wojny sprawa wygląda  inaczej  niż w 
czasie   pokoju.   Te   jednostki   obsadzono   zapewne   zbieraniną   weteranów,     karierowiczów   i 
nieopierzonych ochotników.
- Z doświadczenia wiem, że możesz mieć rację - przyznał powoli Alex.
- Po drugie, jaki jest ten ich admirał? Robi wszystko po swojemu czy zgodnie z  regulaminem? Co 
stawia wyżej: doświadczenie czy suchą wiedzę?
- W tej kwestii możemy tylko teoretyzować. Mamy za mało danych.
Sten skrzywił się tylko.
- Może i mało, ale popatrz na szyk. Przypomnij sobie, jak zareagował na meldunek   o   naszym 
statku. Pchnął niszczyciele z ekranami. Ciężkie jednostki przesunął w   rejon zagrożenia.   Potem 
jeden   niszczyciel   podszedł   w   celu   rozpoznania,   dwa   osłaniały   go   z   tyłu...     Jak   na   kursach   w 
szkółce.
- To ciągle tylko teoria.
Alex miał rację, ale Sten nie ustępował.
- Alex, gdybym ci dał... cztery statki, mógłbyś przygotować dwie pozorowane  akcje?
Alex pomyślał chwilę.
- Owszem, chociaż nie najwyższej jakości. Za mało czasu i sprzętu.
- Pomyśl o tamtych załogach.
- Aha.
- Właśnie. Czy grzybek by się od tego nie przełamał?
- Mógłby. - Alex opróżnił róg i wstał. - Ale trzeba będzie ich solidnie   wystraszyć. Pogadam   z 
technikami. Przepraszam na chwilę.
Otho skrzywił się. Jeśli się nie powiedzie, to zostaną w próżni bez paliwa i w  ogóle bez  niczego...
Sten rozumiał jego obawy.

background image

- Spokojnie. Jeśli przegramy ale przeżyjemy, to Alex wybije dziury w burtach,  zagoni  wszystkich 
do wioseł i tak pożeglujemy do domu.
Otho roześmiał się. Nadchodząca bitwa miała być szybka i paskudna. Postanowił  dodać coś  od 
siebie. Czy dowództwo wrogiej floty posługuje się zwykłymi systemami  łączności? Zapewne  tak. 
Czy można je namierzyć? Niemal na pewno. Czy dałoby się wejść na ich kanał  z  zagłuszaniem? 
Gdyby użyć odpowiednio mocnego sygnału, to czemu nie?
- Przynajmniej cztery moje statki mają dość silne moduły łączności, żeby  najcichszy szept  było 
słychać wszędzie, nawet w piekle.
Sten spytał Otha, co ma na myśli. Bhor wyjaśnił. Sten usiadł, wypił stregga i  raz jeszcze  wszystko 
przeanalizował. Brutalne rozwiązanie. Krwawe i praktyczne. Dokładnie  takie, jakiego  można by 
oczekiwać po Bhorze. Lub agencie polowym Modliszki.
- Zwykli żołnierze będą chcieli zemsty - myślał głośno Sten. - Zwłaszcza jeśli  Hondżo dali  im w 
kość tak, jak słyszeliśmy. Tak. Polej, przyjacielu. Jakoś to będzie.  Wolałbym jednak, żebyś  nam 
dał sześć, może nawet osiem najlepszych i najbardziej bitnych wojowników.
Sind mało ze skóry nie wyskoczyła, gdy usłyszała nowe rozkazy. Przenoszono ją do   oddziału 
specjalnego, miała zdać całe wyposażenie prócz pistoletu i noża.  Dostała nową broń.  Szykowała 
się wielka bitwa pod dowództwem samego admirała Stena. Zwycięska   bitwa. Od dziś miała się 
posługiwać   małą   kamerą   zaopatrzoną   w   przekaźnik.   To  nie   był     żart.   W     przeciwieństwie   do 
Bhorów była człowiekiem. I jako jedyny człowiek trafiła do   oddziału   specjalnego. Wiedziała 
jednak,  że   nie  ustępuje  Bhorom  walecznością.   Odmówiła  wykonania   rozkazu.   Oficer  wzruszył 
ramionami i kazał jej odmaszerować. 
Spróbowała zaprotestować.
- Nic dobrego ci z tego nie przyjdzie - usłyszała.
- Czemu? Znam swoje prawa!
- No to składaj odwołanie, jak chcesz. Dostałem rozkaz, aby wybrać ośmioro  najlepszych.  Takich, 
którzy chętnie ruszą w największy ogień walki. I na dodatek zdołają  przeżyć. Dobrze  wybrałem.
- Mam gdzieś komplementy! Składam odwołanie.
- Jak chcesz. Ale rozkazy przyszły prosto od Wielkiego Otha i samego admirała  Stena.
Sind była szczerze zdumiona. Sten? Przecież...
Dość tej dziecinady. Sten wie, co robi.
Kto   zrozumie   sposób   myślenia   Stena,   powiedziała   sobie,   ten   na   pewno   zostanie     wielkim 
wojownikiem.

Rozdział 19

23 Flota została zaatakowana na dzień przed osiągnięciem celu.
Po nawiązaniu kontaktu z Al-Sufi i wezwaniu posiłków Gregor wreszcie się   odprężył.   Nakazał 
obniżenie stopnia gotowości bojowej i ograniczenie dyżurów na  stanowiskach do jednej  trzeciej. 
Resztę załóg zapędził do sprzątania, mycia i prania. Gregor uważał się za dobrego dowódcę i był 
pewien, że jego ludzie nie zechcą  wyglądać  przy lądowaniu jak ostatni oberwańcy. No a jeśli będą 
jeszcze kamery i  dziennikarze... Admirał  chciał zrobić jak najlepsze wrażenie.
Pierwszy alarm zastał go w wannie.
- Do wszystkich! Na stanowiska! Atak piratów!
Błyskawicznie wrócił na mostek: w paradnej górze od munduru i slipach. Zerknął  na  ekrany.
-   Sir,   zgodnie   z   pana   wcześniejszymi   instrukcjami   nakazałem   przegrupowanie   w     kierunku 
zagrożenia.
Gregor przeklął oficera pokładowego i wrzasnął na dyżurnego stojącego przy  konsoli  bojowej.
- Prześwietlić mi tych drani!
Dyżurny oficer spojrzał zdumiony, jakby nigdy jeszcze nie słyszał takiego   polecenia, i   musnął 
klawisze. Nic. Piraci wciąż atakowali z lewej. Spróbował innego programu  weryfikacji.  Zniknęli! 
Na ekranie widać było tylko dwa statki.

background image

Gregor już chciał się rzucić na obu oficerów, gdy ogłoszono kolejny alarm. Z  przodu  nadciągała 
następna formacja. Gregor nakazał przegrupowanie i kontratak.
Kapelusz grzyba zwinął się w spiralę, gdy pancerniki, a za nimi krążowniki i  niszczyciele  zmieniły 
kurs. Doszło do dwóch kolizji: jeden z niszczycieli prawie został  zmiażdżony przez  krążownik, 
dwa inne zderzyły się burtami. Ocalała jedynie część załogi  krążownika.
W centrali bojowej oficer dyżurny starał się namierzyć wroga. Przy czwartej  próbie, gdy był  już 
prawie przekonany, że to prawdziwy atak, druga grupa napastników zniknęła. I  znów ujrzał  tylko 
dwa statki.
Na mostku zapadła głucha cisza. Chwilę później znów zawył alarm. 
Nieprzyjacielska flota  po raz trzeci przypuściła atak...
- Kapitanie! - krzyknął Gregor do dowódcy jednostki admiralskiej.
- Tak jest.
- Sam siadaj do maszynki. Muszę wiedzieć, czy znów nas nie podpuszczają.
Oficer   pobiegł   na   stanowisko.   Gregor   przez   chwilę   nie   wydawał   rozkazów,     tymczasem 
poprzednie,   sprzeczne   komendy   siały   coraz   większy   zamęt.   Dowódcy   bez   skutku     próbowali 
zewrzeć szyki.
Trzeci atak był prawdziwy.
Bitewny   jazgot   przestał   docierać   do   uszu   Stena,   który   skupił   uwagę   na   głównym     ekranie. 
Atakowali   szykiem   półkolistym.   Niestety   nie   dysponowali   upragnionymi   setkami     jednostek. 
Dowódca miał nadzieję, że ogłupiałe wojska imperium będą oczekiwać klasycznego  rozwiązania - 
zamknięcia   półksiężyca   za   tylnymi   liniami   obrony.   Kształtny   grzyb   na   ekranie   zmienił   się   w 
purchawkę. Część czapy zmierzała  ku   napastnikom, reszta próbowała odtworzyć  zwykły szyk 
konwoju. Najpewniej pomylili  rozkazy.
Krążowniki z ariergardy przesuwały się do przodu trzona, aby lepiej chronić  transportowce.
- Drucik! Mamy połączenie? - spytał Sten.
- Ze wszystkimi statkami.
- Sten do wszystkich. Przygotować wyrzutnie pocisków dalekiego zasięgu.
- Czekam... czeka... - meldował łącznościowiec. - Wszyscy potwierdzili gotowość,  sir.
- Rozpoznanie - Sten zwrócił się do innego oficera. - Co teraz robią?
- Mają nas na detektorach... dwa... sześć wystrzałów. Pięć niecelnych. Jedno  trafienie.
- Kilgour, co u ciebie?
- Dystans maleje... siedem sekund... trzy... już!
- Do wszystkich. Odpalać!
Flota   Bhorów   plunęła   rakietami.   Nie   jednocześnie,   ale   kolejno,   od   najdalszych     jednostek 
poczynając. Pocisków nie było wiele, ale za to wszystkie miały dotrzeć do celu w  tej samej chwili.
- Alex, chcę wykorzystać ten klin między ciężkimi jednostkami. Pierwsza  sekcja...  indywidualne 
sterowanie... potwierdzić i odpalać po osiągnięciu gotowości.  Rozpoznanie! Co oni  tam robią?
- Niewiele...
- Meldować, do cholery!
Bhor spróbował ponownie wcielić się w rolę sumiennego, beznamiętnego oficera.
- Widzę niewielkie eksplozje. Strzelają głównie w nadlatujące pociski. Poprawka.   Mam   salwę. 
Przeładowanie skanerów.
Na ekranie, w przestrzeni między obiema flotami, rozpaliło się morze iskierek.   Były to   zdalnie 
sterowane rakiety, chyba Kali II. Albo się je załatwi, albo trafią, a o  tym Sten wolał nawet   nie 
myśleć. Porzucił rozważania typu „co będzie, jeśli jeden pechowo...” Spojrzał na wrogą  formację. 
Nagle uśmiechnął się.
- Kilgour! Nalej mi stregga! - zawołał, przypomniawszy sobie wykład ze szkoły  oficerskiej. 
- Ten drań trzyma się podręcznika!
Gregor rzeczywiście nie wiedział, co ma robić. Najlepiej byłoby zmienić kapelusz  we  włócznię i 
zaatakować centrum formacji Stena, następnie okrążyć całość i  zniszczyć dokumentnie. Wówczas 
jednak musiałby zostawić transportowce pod opieką samotnych krążowników.  Kojarzyło mu się to 
z   bitwą   pod   Karinami,   o   której   kiedyś   czytał.   Ale   Sten   nie     był   Hannibalem   i     nie   miał 

background image

ciężkozbrojnej   piechoty   gotowej   zwinąć   skrzydła   i   złapać   atakującego   w     pułapkę.   Admirał 
postanowił ustawić jednostki w szyku liniowym.  Typowe przeciwuderzenie,   podobne do tego, 
które Turcy powinni rozwinąć pod Lapenato. W ten sposób być   może uda się   zniszczyć flotę 
Bhorów.
Zgodnie z przewidywaniem Stena, w trakcie przeformowania armii Gregora  wytworzyła się  spora 
luka.
- Do wszystkich - rozkazał Sten nadając otwartym tekstem.
Świadomie zrezygnował z kodów i egzotycznych języków. Miał nadzieję, że   imperialni   nadal 
będą reagować ślamazarnie.
- Gotowi, sir.
- Musicie wniknąć w lukę między jednostkami przeciwnika.  Chcę to zobaczyć  na   wszystkich 
ekranach.
- Tak jest.
- Dobrze... Do wszystkich... punkt zwrotu zgodnie z planem Yafet... zgłaszać  gotowość.
- Wszyscy gotowi, sir.
- Zwrot... teraz!
Kapitanowie   Bhorów   nie   zwlekali.   Każdy   z   nich   potrafiłby   posadzić   frachtowiec   na     uliczce 
małego   miasteczka.   Ten   rodzaj   ataku   nie   był   dla   nich   problemem.   Półksiężyc     wygiął   się   w 
kierunku   wyrwy.   Zupełnie   jak   zespół   akrobatyczny...   Jednak   na   ekranie   nie   było     widać 
wszystkiego. Statki otrzymywały ciosy; osobna konsola rejestrowała stan  wszystkich jednostek. 
Trafiony... utrata zdolności manewru... zniszczony napęd... Niektóre światełka  po prostu gasły.
Sten zignorował młodego oficera, który mruczał coś pod nosem.
- Namierzyli nas... uderzenie za dziewięć sekund... strzelamy kontrę...
Sten mimowolnie wstrzymał oddech. Po chwili odetchnął z ulgą.
- Trafiony! Cel zniszczony.
Imperialni byli zupełnie zdezorientowani. Strzelali we wszystkich kierunkach  jednocześnie. 
Sten wolałby trzymać się z dala od tego chaosu. A miało być jeszcze gorzej.
- Stan grup - zażądał.
- Pięćdziesiąta pierwsza melduje pełną gotowość...
- Wystarczy. - Potem będzie się martwił ofiarami i rozbitkami.
- Otho. Na którym kanale nadaje ich dowództwo?
- Masz to na ekranie. Maszynka gotowa.
Na osobnym  ekranie widniał podgląd przekazu imperialnego.  Jakiś admirał wydawał   rozkazy. 
Otho wyłączył dźwięk. Stenowi zdawało się, że poznaje tego oficera...  Nie, to  niemożliwe.
- Grupa Sarla... ruszać! - rozkazał.
- Rozkaz!
- Grupa Janczidd... ruszać.
- Do ataku!
- Do wszystkich zespołów. Przejść na samodzielne wyszukiwanie i niszczenie  celów. Bez  odbioru.
Zaczęła się prawdziwa walka. Bhorowie ruszyli niczym stado wprawnych Drake’ów. 
Mieli  dryg do piractwa. Rzadko walczyli w proporcji innej niż jeden do trzech na ich  niekorzyść i 
wygrywali. Tym razem również nie mieli trudności z zaskoczeniem przeciwnika.  Robili trudne do 
przewidzenia   manewry  i   maskowali   się  i   robili   zamieszanie   w   eterze.   Bili   się   jak     w   transie. 
Imperialne   wojsko,   doświadczone   w   walce   z   Tahnijczykami,   było   przyzwyczajone   do     bitew 
toczonych   zgodnie   z   regułami   sztuki   wojennej.   Na   coś   takiego   nie   byli     przygotowani.   Sten 
odwrócił  wzrok od ekranu. Bhorowie  nie mogli  wygrać,  wcześniej  czy później    musieli    ulec 
większej liczbie i lepszemu uzbrojeniu przeciwnika. Nikt jednak tego od  nich nie oczekiwał. Dwa 
wydzielone zespoły bojowe miały za zadanie przechwycić nieliczne  transportowce.  Zespół Sarla 
składał się z dwóch krążowników, przystosowanych pospiesznie do   abordażu. W   skład zespołu 
Janczidd wchodziło jedenaście korwet i patrolowiec. Dokładnie tyle  statków, ile  wedle szacunków 
Stena powinno wystarczyć do przejęcia kontroli nad frachtowcami.  W tym  samym celu wszystkie 

background image

wydzielone   jednostki   zostały   wyposażone   w   moduły     zdemontowane   z     ciężkich   holowników 
kosmicznych.
Kody wywoławcze zespołów pochodziły od imion pradawnych bóstw Bhorów. Sten  wybrał  je ze 
względu na morale. Te właśnie zgrupowania miały zdecydować o zwycięstwie. Teraz mógł już 
tylko czekać. Był pełen niepokoju. Na mostku panował rozgardiasz,  na  ekranach co chwila coś 
wybuchało.
Dwa statki z zespołu Sarla zbliżyły się do ciężko uszkodzonego pancernika. Bez  trudu  weszły w 
bezpieczny obszar poniżej zasięgu baterii. Pociski niemal oderwały  pancernikowi rufę.  Bhorowie 
otworzyli włazy, wystrzelili samoprzyczepne cumy i połączyli wszystkie  trzy statki w  jedno.
Uzbrojeni Bhorowie przedostali się po linach na pokład pancernika.
- Pierwsza fala przeszła - rozległo się w głośnikach.
- Otho!
Obraz imperialnego admirała zginął wśród barwnych plam. Koniec łączności.
Pancernik   zdrowo   oberwał   podczas   bitwy.   Wielu   członków   załogi   zginęło,   gdy     zaatakowali 
desantowcy. Pokłady zmieniły się w krwawe jatki. Mimo że zgodnie z regulaminem  wszyscy mieli 
na sobie skafandry, mało kto zasunął wizjer hełmu czy naciągnął rękawice. Trudno   prowadzić 
statek w zbroi. Bhorowie dokonali dzieła zniszczenia. Ich rozkazy były jasne: nie brać więźniów, 
rejestrować przebieg akcji. Wszyscy oficerowie i marynarze zginęli. Ich śmierć została utrwalona 
przez Sind   i   pozostałych operatorów. W centrali bojowej jednostki dowodzenia błyskawicznie 
zmiksowano  cały   obraz i puszczono  go na imperialnym  kanale  dowodzenia.  Widok  ginących 
towarzyszy broni, zabijanych mimo uniesionych rąk, nie wpłynął  najlepiej  na morale, zwłaszcza 
młodszych żołnierzy. Na niektórych statkach wyłączono  moduły łączności.  Wiele czasu minęło, 
nim   udało   się  uruchomić   kanał   rezerwowy.   Na  innych    częstotliwościach     transmisja   z  rzeźni 
docierała bez przeszkód do niemal całej załogi. Bezpośrednia osłona transportowców, którymi zajął 
się zespół Janczidd, składała   się   wyłącznie z lekkich jednostek. Nie stawiały wielkiego oporu. 
Sześć   z   jedenastu     musiało   wstrzymać     ogień   na   skutek   uszkodzeń.   Dwa   walczyły   naprawdę 
dzielnie. Kolejne trzy po  prostu  eksplodowały. Bhorowie stracili jedną korwetę. Technicy szybko 
przeszli  na  pokłady wiodących  frachtowców  i  zajęli się    komputerami    nawigacyjnymi.  Nowa 
eskorta otoczyła zdobycz. Aby jednak uznać operację za  udaną, należało  „ukraść” całość AM2. Na 
szczęście Bhorowie wykazali sporo inicjatywy. Dwa walczące wciąż statki zmusili do poddania. 
Drużyny abordażowe przejęły je  prawie  nie uszkodzone. Informatykom Bhorów udało się wejść 
na   kanały   sterowania.   Powoli,   ale   nieubłaganie   pień   grzyba   zaczął   się   odchylać   od 
dotychczasowego  kursu. Ciężkie krążowniki zareagowały z pewnym opóźnieniem. Ustawiły się do 
kontrataku.
Sten widział to na ekranie. Nacisnął kontrolki komputera i wprowadził nowe  oznaczenia.
- Do wszystkich - rozkazał. - Cele według wskazań. Najwyższy priorytet. Ruszać!
Nie musiał czekać na potwierdzenie.
- Otho. Faza druga - powiedział.
Otho uruchomił odtwarzanie nagranego przedtem dysku na imperialnym kanale  dowodzenia. Na 
ekranach pojawił się ponury, uzbrojony po zęby Otho w   towarzystwie Stena i   jeszcze jednego 
zaciętego Bhora. Sten wiedział, że nie zrobi na wrogach dość   silnego wrażenia, i   usunął się na 
drugi plan.
Wódz Bhorów z miejsca przeszedł do rzeczy.
- Do wszystkich jednostek imperialnych! Dalszy opór jest bezcelowy. Rozkazuję  wam się  poddać. 
Wystrzelcie żółto-niebiesko-żółte flary, a ocalicie życie. Statki, które   się poddadzą, nie   zostaną 
zniszczone.
Sten nie był tak głupi, żeby uwierzyć w skuteczność tego fortelu. To nie  wystarczyło, by  cała flota 
wywiesiła białą flagę. Udało mu się jednak narobić zamieszania. Kilka statków posłusznie odpaliło 
kolorowe   rakiety.   Inne   jednostki   imperium   od     razu     otworzyły   do   nich   ogień.   Tu   i   ówdzie 
marynarze   wpadli   w   panikę   i   zaczęli   się     burzyć.   Oficerowie     musieli   zająć   się   tłumieniem 
narastającego buntu.
Trzydzieści dziewięć jednostek Bhorów zaatakowało krążowniki znajdujące się na  tyłach. 

background image

Transportowce opuściły rejon bitwy i włączyły całą naprzód.
Teraz - pomyślał Sten.
- Do wszystkich. Zerwać kontakt.
Najważniejsze za nami. Mamy już ich złoto. Imperialnym zostały dwa wyjścia. Może   bogowie 
Bhorów   zechcą   zerknąć   na   pole   walki   i   dopilnować...   może   się   poszczęści.     Niech   ten   ich 
pieprzony admirał będzie konsekwentny.
Gregor   nie   zawiódł   oczekiwań   Stena.   Powinien   uruchomić   drugi,   bezpieczny   jeszcze     kanał 
łączności,   by   rozkazać   przeformowanie   szyków   i   pościg.   Nie   uczynił   tego.   Może     słyszał   o 
Hetytach, którzy pod wodzą Saladyna wyciągnęli krzyżowców daleko na pustynię i  zmienili ich w 
karmę dla szakali. Tak czy siak, nie miał ochoty wpaść w pułapkę. Polecił odtworzenie formacji 
zespołami. Zapomniał, że w kosmosie nie ma znaków  drogowych, wzgórz czy samotnych drzew. 
Pojedyncze statki zaczęły bezładnie latać  po okolicy.  Kanały łączności prawie się zatkały. Dalsze, 
mocno  chaotyczne  i praktycznie    niewykonalne   rozkazy Gregora doprowadziły do ostatecznej 
klęski.
Siły Stena oderwały się od przeciwnika.
Grupa Sarla nie miała już nikogo do zabicia. Desant wrócił na macierzyste   pokłady. Sind   była 
wciąż lekko ogłuszona. Nauczyła się dzisiaj czegoś od Stena. Postanowiła,   że odtąd będzie go 
pilnie słuchać. Można się od niego sporo nauczyć... - pomyślała i uśmiechnęła  się pod nosem.
Wybieg   zastosowany   przez   Stena   zdał   egzamin.   Admirał   miał   czas,   by   okazać   nieco     serca   i 
polecić dziesięciu statkom zabrać rozbitków z uszkodzonych jednostek. O ile  będzie to możliwe, 
oczywiście... i jeśli zechcą ryzykować. Mieli spróbować uruchomić uszkodzone  statki, a te, których 
napęd został uszkodzony - porzucić. Przy pełnej prędkości jego zespół szybko zostałby bez paliwa.
Padł kolejny rozkaz i statki Bhorów zaczęły podchodzić do porwanego konwoju. Na   każdym 
pokładzie czekał wykwalifikowany technik. Tylko dwóm statkom zabrakło   paliwa, ale   korwety 
szybko przybyły im z pomocą.
- Chyba zgarnąłeś całą pulę, admirale.
Sten uśmiechnął się krzywo i wydusił z siebie kolejne pytanie.
- Jakie są straty?
Trudno fetować takie zwycięstwo. Zostało mu niewiele ponad połowę sił. Teraz  Otho  spojrzał na 
zestawienie.
- Jest lepiej, niż oczekiwałem. Gorzej, niż pragnąłem. Ale taka już wola bogów.
Sten skinął głową.
- Może i tak. Ale czemu bogowie są tacy okrutni?
- Pamiętaj o jeziorze, Sten.
Sten pamiętał. Teraz miał dość paliwa, by zacząć własną wojnę.

background image

Księga trzecia

PATER PATRIAE

Rozdział 20

Pięć minut po wejściu na pokład Santany Raschid uznał, że Pattipong nie był dość  krytyczny w 
swej ocenie. Potem zastanowił się jeszcze, czemu zauważenie całego  tego gnoju  zabrało mu aż 
pięć minut. Odprawa przebiegała w szalonym pośpiechu. Najpewniej kapitan Jarvis i mat Moran 
zajrzeli  do Odlotowej zaraz  po wylądowaniu  i na niczym  nie zależało  im tak   bardzo, jak na 
najrychlejszym  starcie. W przeciwnym  razie mogłyby zacząć się kłopoty.  Santana był  statkiem 
zgoła   przedpotopowym.   Prawdopodobnie   już   kilkakrotnie     posyłano   go     na   złom   i   tyleż   razy 
właściciel uznawał, że łajba może jeszcze zarabiać. Wyglądem nie grzeszyła nigdy. Gdy portowy 
ślizgacz   podwiózł   kapitana,   mata   i     nowego     kucharza   pod   trap,   Raschid   spróbował   sobie 
wyobrazić, w jakim właściwie celu  zaprojektowano to  coś. Nie znalazł żadnej mądrej odpowiedzi. 
Statek składał się z trzech  przypominających żołędzie  bulw powiązanych kratownicami. Pośrodku 
wystawał długi cylinder, zapewne  przedział silnikowy. 
Tylko czemu w tym miejscu? Czyżby pierwotnie stosowano tu jakiś inny napęd niż  AM2? 
Niemożliwe.   Nikt   nie   trudziłby   się   konwersją   podobnego   dinozaura.   I   nikt   by   go     potem   nie 
zarejestrował. Chyba żeby jednak.
Jeden z żołędzi mieścił centralę i kwatery załogi, pozostałe bulwy były  ładowniami.  Wewnętrzne 
korytarze tworzyły istny labirynt. Raschid zgubił się kilka razy, nim   dotarł do kuchni i   swojej 
kabiny. Zwykle istniejące przejścia zostały zaślepione, nowe wycięto  wedle życzeń  armatora. Po 
drodze Raschid mijał pomieszczenia pełne jakichś z dawna nie  używanych maszyn,  które pewnie 
było taniej jedynie odłączyć, niż wymontować, aby oddać na złom. 
Wchodząc do   swego królestwa, oczekiwał najgorszego. Okazało się, że był  optymistą. Z ulgą 
odszukał   przydzieloną mu kabinę. Tak brudnego pomieszczenia dawno nie widział. Stanowisko 
kucharza  miało pewne przywileje, nieliczne wprawdzie, ale zawsze, na przykład posiadało  prawo 
do   własnych czterech ścian. Koja, czy raczej coś o wyglądzie koi zostało wyposażone w pasy 
bezpieczeństwa.  Może to  nielogiczne, ale Raschid poważnie rozważył pomysł przypasania się na 
czas   startu. Gdyby Santana   rozpadł się przy tym manewrze na czynniki pierwsze (dziwne, że 
dopiero teraz),   to przynajmniej   biuro koronera nie miałoby problemów z identyfikacją zwłok. 
Zaiste, szykowały się nie lada przygody. W tej kwestii akurat Pattipong nie  mylił się ani  trochę. 
Pozostało poczekać na start z Yongjukl. W zasadzie statki czynią to całkiem cicho. Jedynie na 
bardzo starych i kiepskich   filmach   można ujrzeć bryłę rakiety z rykiem unoszącą się w niebo. 
Santana musiał być  wyjątkiem, może  zresztą Raschid posunął się za daleko w antropomorfizacji. 
Generatory McLeana   miotały jednostką   przez kilka długich chwil, wyraźnie nie mogąc podjąć 
decyzji, gdzie dół, a gdzie  góra. Potem  włączył się napęd systemu Yukawy. Działał, aż wyszli z 
atmosfery. Straszne  marnotrawienie  energii. Jednak z drugiej strony, uruchomienie silników AM2 
w atmosferze pewnie  skończyłoby  się rozsmarowaniem statku po niebie.
Zabrzęczał interkom.
- Kucharz, rusz dupę. Za godzinę w mesie oficerskiej. Potem załoga.
Raschid wrócił do kuchni, gdzie po chwili pojawił się także Moran. Dziwne, ale  mat nosił  przy 
sobie broń boczną. Zabrał Raschida do magazynku i kazał zabrać, co  potrzebne.
- Dla ilu gąb gotuję?
- Z tych zapasów dla mnie, kapitana, pierwszej inżynier. Zapasy załogi są za  kuchenką.  Dwanaście 
sztuk.
Raschid nie zdumiał się, odkrywszy, że prowiant w zamykanym magazynku znacznie  różni  się od 
tego   w   ogólnej   chłodni.   Standardowe   racje   oficerskie   pochodziły   z     normalnego   portowego 
kateringu,  te  dla załogi złożono z wojskowych  zapasów  strategicznych.  Karmiona    nimi  armia 
chyba ustawicznie buntowała się kilkaset lat temu. Pozostało ułożyć menu z tego, co znajdowało się 
pod ręką. Owszem, Raschid   uchodził za   kulinarnego geniusza i potrafił przyrządzić dowolne 

background image

ścierwo.   Jednak   nie   był     bogiem.   Przyprawy?     Jakiś   syntetyczny,   słodkawy   syrop.   Sól... 
Przydzielano  jej aż nadto. Służyła  im   chyba  za   konserwant. Reszta poutykanych  w szafkach 
ingrediencji dawno straciła już  jakiekolwiek walory  smakowo-zapachowe.
Raschid upitrasił coś, co z grubsza mogło zapewne przypominać gulasz. Wpakował   całość   do 
piecyka i zajął się przyrządzaniem żarcia dla oficerów.
Przy tym nie musiał się specjalnie głowić. Jarvis wycofał się do swojej kabiny,  by nieco   ulżyć 
swojemu   losowi   i   nagrodzić   się   wspaniałomyślnie   za   uzyskanie   kolejnego     kursu.   Moran   jadł 
wszystko, cokolwiek przed nim postawiono. Może nawet nie tyle jadł, co rąbał jak  maszyna. W 
pewnej chwili zaczął nawet przeżuwać serwetkę. Pierwsza inżynier, posępna   kobieta imieniem 
D’veen, wyskubała połowę porcji i zniknęła w maszynowni. I ona, jak Moran,  chodziła uzbrojona.
Przyszła pora na konfrontację z załogą.
Ale nie od razu. Zainteresowanie stołem załoga zaczęła wykazywać dopiero po  sześciu  wachtach, 
kiedy większość wytrzeźwiała na tyle, by utrzymać  cokolwiek w żołądku. Wolny czas Raschid 
wykorzystał na sprzątanie kuchenki i rozmyślanie, co on tu  właściwie  robi? Co gorsza, dlaczego 
uważa, że jest na swoim miejscu? Nieodgadnione.  Trudno, na razie  trzeba skrobać tę zgniliznę. 
Moran nie zgodził się na zastosowanie bardziej  praktycznego sposobu  sprzątania polegającego na 
hermetyzacji kuchni, wypuszczeniu powietrza i   poczekaniu, aż   zestarzały tłuszcz wyparuje w 
próżni.
- Po pierwsze... nie wiem, czy ten cholerny zawór w ogóle działa. Po drugie, nie  dam  głowy, czy 
kadłub wytrzyma.  Trzecie,  nie ma  żadnej gwarancji, że uda się potem   przywrócić    ciśnienie. 
Czwarte, nikt nie podejmie się takiej roboty. Piąte, gówno mnie to  obchodzi. Zmiataj z  mostka. 
Następnym razem wylecisz na kopach.
Raschid posłuchał.
Wieczorem Moran zdobył się jednak na komplement. Dawno nie jadł tak dobrej  kolacji. 
Raschid wyjaśnił, że zastosował kilka nowych przypraw, jak glukoza, ciała  acetonowe, minerały, 
tłuszcze,   keratyna...   Moran   kazał   mu   zamknąć   jadaczkę,   dzięki   czemu   nie   usłyszał     o   kwasie 
moczowym.
W końcu załoga odzyskała sprawność psychofizyczną, więc skupiła uwagę na nowym  wrogu, czyli 
Raschidzie. Nie mieli praktycznie nic do roboty prócz modłów, aby   tylko następne   lądowanie 
wypadło w takim porcie, gdzie da się skutecznie prysnąć. Jeszcze ten  zapieczętowany  ładunek! 
Czy wiadomo, jakie kłopoty mogły wyniknąć? Chociaż pewnie i tak trafią  do jakiejś  dziury, bo 
Santana brał tylko takie kursy, do których nie palił się nikt inny. I   leciał tam, gdzie   porządni 
armatorzy nawet nie zaglądali. Oficerowie? Jarvis wiecznie albo pijany i nieobecny, albo pijany i 
obecny, albo  trzeźwy i  widmowo plączący się po mostku. Moran? Dupa, nie mat. Ciągle węszy, 
czy   nie   zostały   w   szpitaliku   jakieś   ciekawe     medykamenty.   Raschid   poniekąd   podziwiał 
determinację tego gościa. Moran nie  potrafił wydać  żadnego polecenia, nie popierając go aktem 
fizycznej przemocy. Lał po gębach,   krzyżach i czym   tam jeszcze na tyle silnie, by bolało jak 
wszyscy diabli, ale nigdy nie  powodował uszkodzeń ciała  tak dużych, by ofiara nie mogła trzymać 
wachty. D’veen? No jest. I co z tego? Pilnuje, by silniki nie pogasły. Poza tym nie  różni się niczym 
od nas wszystkich. Skorzystałaby z każdej okazji, byle tylko wyrwać się z tego  gówna. Ale ciężkie 
czasy   nastały   dla   prawdziwych   kosmaków.   Odbijemy   sobie   na   kucharzu.   Nieważne,   że 
zamustrował dopiero godzinę przed startem. I tak jest winien.
Raschid ignorował narzekania, obelgi i groźby, ale do czasu. Potem zdarzyło się   kilka   rzeczy. 
Waza poleciała na grodź. Zaraz za nią runął ten, któremu zupa nie  smakowała. Ktoś zerwał  się z 
nożem. Ostrze trzasnęło w pół. Zaraz potem Raschid spróbował złamać  kręgosłup  właścicielowi 
broni. Dwaj inni, którzy skoczyli  na kucharza, ocknęli  się dopiero   na podłodze. Gruboskórne 
dranie, pomyślał Raschid pewnej nocy, gdy podczas psiej wachty ktoś  zaczął  grzebać przy zamku 
drzwi jego kajuty. Poczekał chwilę, aż mu złość przeszła,  potem zrobił  gruntowny porządek. Był 
na tyle uprzejmy, że po wszystkim sam zaciągnął  poszkodowanych do  izby chorych i owinął ich 
bandażami jak mógł najlepiej. Zgruchotanego nosa   drugiego mściciela   nie miał jak zoperować, 
jednak bliższe oględziny ujawniły,  że owa część ciała   już wielokrotnie   ulegała złamaniom. I 
dobrze. Trzeciemu trzeba było złożyć kość udową. Gdy  następnego dnia  Moran zaczął grozić, że 

background image

wyrzuci bezużytecznego marynarza za burtę, Raschid  udobruchał oficera i   powiedział, że kulas 
przyda się do pomocy w kuchni.
Na każdym innym statku mógł przeprowadzać drobne naprawy, konserwacje, przegląd  ładunku i 
tak dalej. A tutaj? Skrobanie rdzy groziło przebiciem szczotką   kadłuba. I to też był powód do 
szemrania - jak spędzać czas po wachcie? Morana nie   obchodziło to w   najmniejszym stopniu. 
Przynajmniej jak długo nikt nie pchał mu się w oczy poza  służbą.
Głupio chłop postępuje, myślał Raschid. Tymczasem narzekania załogi znów zaczęły  przybierać na 
sile.   Mężczyźni   zbierali   się   w   grupkach   po   dwóch,   po   trzech,     zazwyczaj   w   nie     używanych 
pomieszczeniach lub korytarzach. I coś tam szeptali. Rozmawiać mogli  jedynie o  dwóch rzeczach: 
buncie lub morderstwie. Albo jednym i drugim naraz.
Raschid   słuchał,   obserwował.   Na   ile   mógł,   oczywiście.   Rychło   wyłowił   troje     potencjalnych 
prowodyrów. I przyjrzał im się dokładniej.
Jednego poznał już wcześniej. T’Orstena. Zabijakę, który lubił sprawiać innym  kłopoty.  T’Orsten 
obiecał sobie, że przy pierwszej okazji posieka Raschida na plasterki. Drugą osobą była tępa baba 
imieniem Cady. Mocno nieszczęśliwa z jednego tylko  powodu.  Brutalna w obejściu, cierpiała na 
widok równie niedelikatnego Morana, któremu  jednak nieco  lepiej ułożyło się w życiu i miał kogo 
lać. Ona nie. Trzeci przypadek wymagał bliższych studiów. Technik maszynowy Pitcairn. Zwykle 
mówiła   tym   samym   prostym   językiem,   jakim   posługiwała   się   reszta   załogi,   jednak     Raschid 
wychwycił   w   jej   słowach   echo   całkiem   solidnego   wykształcenia.   Zwrócił   baczną     uwagę   na 
dziewczynę, co nie pozostało nie zauważone.
Sama odwiedziła go w kabinie.
- Chciałam spytać, co będzie na obiad - powiedziała i pokazała na zabytkowy  ścienny  interkom.
- Czysto - odparł Raschid. - Moran czy ktoś wpakował tam pluskwę, ale kiepskiej  jakości.  Zepsuła 
się.
- Nieźle jak na pikolaka.
- Zwykła ostrożność.
- Należysz do Związku?
Raschid potrząsnął głową.
- Tak też myślałam. Pease Lines nie zatrudniają tylko niezrzeszonych. Lub tych,  co nie  chwalą się 
kartą.
- Jak ty?
- Po kilku latach na zasiłku trudno udawać twardziela. Zresztą, tam gdzie  mustrowałam,  można 
oberwać za kartę.
Raschid wiedział  już wszystko,  co trzeba. Związek Marynarzy,  Portowców i   Transportowców 
przeżywał kryzys. Organizacja ta, zwykle bardzo agresywna, nie   mogła zdziałać   zbyt wiele w 
obecnych   czasach.   Wobec   gigantycznego   bezrobocia   armatorzy   łatwo     rozbijali     związkową 
solidarność, oferując jakąkolwiek pracę, zwykle na własnych warunkach.   Na dodatek   stworzyli 
czarne listy związkowców, których w ogóle nie chcieli zatrudniać. Byle  kto mógł trafić  na taką 
listę.
-  Chcę   porozmawiać...  bo  ten   szajs   musi  się  skończyć   -  powiedziała   Pitcairn.   -    Albo  Moran 
zatłucze kogoś na śmierć, albo Jarvis wpakuje nas w kolapsara.
- Bunt to kiepskie rozwiązanie.
- O buncie nie ma mowy. Na razie.
- Co zatem pozostaje? Nie zauważyłem, aby towarzyszył ci uzbrojony w  pełnomocnictwa  komitet.
- Szybki jesteś - mruknęła. - To, że go nie widzisz, nie znaczy, że nie  istnieje.
- A ilu skaptowałaś?
- Dziesięciu. Ty byłbyś jedenasty.
- Całkiem nieźle. Ale zabraknie nam siły przebicia. Możemy co najwyżej wywiesić  czarną  flagę... 
Szczególnie,   jeśli   jakiś   oficer   wyzionie   ducha.   Ci   z   góry   dostaną   piany     na   pyskach   i   zrobią 
wszystko, żeby nas dopaść. Potem zatańczymy na wietrze.
- Wygląda na to, że masz niejakie doświadczenie w tych sprawach.
- Od paru tysięcy lat nie zdarzyło się... - zaczął Raschid i ugryzł się w język. 

background image

Co za gadanie?  Jakie tysiące lat? Przecież nie jestem Matuzalemem. 
- Znaczy, czytałem że takie   rzeczy się nie   zdarzają - dokończył. - Ale powiedzmy, że komuś 
skończy się jednak cierpliwość i   siekiery zaczną   latać w powietrzu. Co dalej? Będziemy mieli 
statek z jakąś połową bunkru. I  ładunkiem. Co nam to  daje? Ta łajba nie nadaje się do korsarstwa. 
Zresztą,   piraci   przetrwali   już     tylko   na   filmach.   Niech     będzie,   że   znajdziemy   jakąś   bazę 
przemytników. Ile dostaniemy za ładunek? No i   jeszcze jedno.   Dokąd właściwie lecimy?  Do 
jakiejś wiochy? A może na pustynię, do kanibali? Lub  na inne  pustkowie, gdzie damy Moranowi 
w czachę, rozbierzemy statek i założymy nową  kolonię?
- Dobre pytania - odparła Pitcairn po dłuższym  namyśle.  - Musimy pokombinować.   Za mało 
wiemy.  Tylko  jak powstrzymać  tych  najbardziej  zdesperowanych?  Starczy chwila, a   krew  się 
poleje.
- Działałaś w związku, to powinnaś dać sobie radę z ledwie tuzinem osób - odparł  Raschid.
- Chwilowo tak. Owszem, ale w końcu pękną. Lepiej się pospieszmy.
Cztery pokładowe dni później przeszli do działania. Dowiedzieli się, że ich  portem  przeznaczenia 
jest Cairene, a dokładnie główny świat Dusable.
-   To   niedobrze   -   zauważyła   Pitcairn.   -   Ostatnim   razem   związki   utrzymały   się   tam     niecałe 
dwadzieścia minut. W całym systemie nie ma ani jednego sprawiedliwego.  Przynajmniej nikogo 
takiego nie spotkałam. Ponadto panuje u nich depresja gospodarcza. Jeśli tam   zwiejemy, to na 
długie lata zostaniemy na lodzie. Znasz Dusable?
Raschid już zamierzał powiedzieć, że nie, ale nagle pojął, że zna ten system jak  własną  kieszeń. 
Co więcej, potrafi określić, kto rządzi i dokładnie jakimi metodami.  Ale jak zdobył tę  wiedzę... 
Czarna mogiła.
- Trochę - skłamał. - W takim razie jedno już wiemy. Teraz pora sprawdzić, co  przewozimy. 
- Spytałam o ładunek Morana. Obił mi tyłek.
- Herkules pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.
- Módl się do swoich bogów, jak chcesz, ja zostanę przy Jacku Londonie. Jeśli  otworzymy  śluzę, 
Moran natychmiast ujrzy lampkę alarmu i będziemy musieli nauczyć się  oddychać próżnią.
- Alarm przy zamku włazu odłączyłem już tydzień temu. I sprawdziłem, że mamy  przynajmniej 
jeden szczelny skafander. Zaraz poszukam drugiego.
- No, no. Najpierw unieszkodliwiłeś pluskwę, potem alarm... I taki szpieg  marnuje się w  kuchni. 
Dobra. Pierwsza wachta. Moran śpi u siebie jak kłoda.
Cichutko poszli do śluzy. Raschid skrzywił się, słysząc głośny syk powietrza i  pisk  mechanizmu 
zabezpieczającego właz. Wydostali się na zewnątrz kadłuba,   sprawdzili, czy przylgi   na butach 
skafandrów trzymają i czy zanadto nie stukają. Pitcairn wystrzeliła  linę asekuracyjną. Czepiając się 
gładkiej powierzchni rękami i nogami, dotarli do ładowni. Tam  otworzyli  wizjery hełmów i wzięli 
się do pracy.
- Na cnotę mojej matki - sapnęła Pitcairn. - Na Dusable funkcjonuje przynajmniej   jedna   firma, 
której nie dotknął kryzys.
Pakunki zawierały same luksusowe towary. Egzotyczne przysmaki, likiery, wina.  Nawet  biżuterię.
- I pomyśleć, że cały czas siedzieliśmy na takim bogactwie. Chyba przerobię  Morana na  śrutę. Co 
robimy?
-   Ciekawe   -   zauważył   Raschid.   -   Widzisz?   Na   żadnym   kwicie   tranzytowym   nie   ma     kodu 
właściciela. Czyli reszta jest na listach przewozowych. A listy u kapitana.
- I dobrze. Raz jeszcze pytam, co dalej?
- Chyba... bunt.
- To będzie proste. A co zrobimy z tymi dobrami? Przemytnicy dobrze by nam  zapłacili.
- Może rzeczywiście je sprzedamy. Ale najpierw bunt, pytania później.
Bunt przeszedł niemal bezboleśnie. Raschid obmyślił rzecz nader precyzyjnie, tak   że   starczyła 
pomoc tylko czterech załogantów. Wybrał oczywiście tych najbardziej  opanowanych. Z Jarvisem 
nie było kłopotów. Pełniąca wachtę na mostku Cady poczekała, aż  zmęczony  kapitan zdejmie i 
odwiesi ciężką od broni bluzę munduru. Kilka chwil później  opakowany w  pończochę kawałek 
mydła trafił Javisa precyzyjnie i z należytą siłą w głowę, a  dokładnie w miejsce  zwane medulla 

background image

oblongata.  Potem  zanieśli   ofiarę  do  kabiny,   przeszukali  wnętrze,    zabrali  dokumenty    statku   i 
ładunku, po czym zamknęli starannie drzwi. Unieszkodliwienie Morana wymagało nieco większego 
zachodu. Jedna z załogantek,   wybrana ze względu na szczupłą figurę, skryła się w przewodzie 
wentylacyjnym   biegnącym ponad   drzwiami kabiny pierwszego oficera. Gdy ten pospieszył na 
wachtę, dziewczyna  spadła mu prosto  na kark. Moran zaczął okładać ją czym popadło. Działał tak 
chaotycznie, że   Raschid, Pitcairn i   T’Orsten spokojnie zaszli go od tyłu i związali. Potem dali 
Moranowi w głowę, by  nie hałasował. Wiedzieli, że swoją kabinę zamienił w mały arsenał, więc 
zamknęli go w pustej  pakamerze  ze sprawną wentylacją i małą szparą pod drzwiami. Ta ostatnia 
miała służyć do  podawania  posiłków. Raschid przesunął palcem po rozbitej wardze i poszedł do 
maszynowni.   Na   wszelki     wypadek   wziął   ze   sobą   pistolet   Morana.   D’veen   nie   przejęła   się 
groźbami.  Poprosiła tylko, żeby w  razie czego wspomnieli w zeznaniach, że broniła się jak lwica.
- Nie zamierzamy stawać przed sądem - wyjaśnił Raschid. - Ale jakby co, to  będziemy  pamiętać.
Potem buntownicy zwołali  naradę wojenną. Dla wygody uczynili  to w kwaterach   oficerskich. 
Raschid i Pitcairn przygotowali ucztę na cześć zwycięstwa. Na   każdego przypadało pół   butelki 
alkoholu. Zdaniem Raschida zdecydowanie za wiele. I miał rację. Na szczęście wyłącznie on oraz 
Pitcairn mieli broń. T’Orsten wpadł   w szał na   wieść, że nie wolno mu wyrzucić Morana przez 
śluzę, że nie może wytarzać się w   biżuterii,   chociaż jest jej cała skrzynia. I nikt nie pozwala 
zemścić się na D’veen. Raschid czekał cierpliwie, aż gość się uspokoi, ale w końcu musiał zacząć 
działać. Miast  upuszczać parę, T’Orsten nakręcał się i podgrzewał coraz bardziej. Dali mu w  ucho, 
zamknęli  razem z Moranem i wrócili do stołu.
Raschid rozpieczętował i przeczytał listy przewozowe oraz instrukcje dla  kapitana. Uniósł  brwi, 
potem przekazał papiery Pitcairn.
- To chyba przesądza sprawę - powiedziała trochę blada. - Poszukamy  przemytników,  zwalimy 
towar, pozbędziemy się statku i spróbujemy zniknąć.
Zajrzała raz jeszcze do dokumentów.
-   „Wylądować   w   zamkniętej   części   portu,   nadać   sygnał   z   sekwencją...   Ładunek     zostanie 
rozładowany przez autoryzowany personel wyznaczony osobiście przez Tyrenne’a  Yelada. Wzór 
podpisu poniżej” - zacytowała fragment. - No i ładnie. Zabraliśmy mu zabawki.  Ucieszy się.
Raschidowi coś zaczęło chodzić po głowie. Yelad... Czy to nie ten, który...
-   Rusz   dupę,   ludu   pracujący   Santany!   Wszystko   masz   do   stracenia,   włączywszy     kajdany   - 
zakończyła Pitcairn.
- Nie - powiedział Raschid. - Myślę, że doręczymy przesyłkę.
Ignorując   otwarte   ze   zdumienia   usta   współbiesiadników,   nalał   sobie   wódki   i   wypił     wszystko 
uroczyście. Lepiej nie mogło się ułożyć.

Rozdział 21

Rada wpadła w szał. Oto dokonano zbrodni przeciwko imperium, ich imperium. 
Zamieszanie   pogłębiała   świadomość,   że   oto   jeden   złodziej   ukradł   łup   drugiemu.   Do     tego 
dochodziły   jeszcze   olbrzymie   koszty,   przelana   krew,   utracone   nadzieje.   No   i     poniżenie. 
Członkowie rady gubili się w domysłach. Czy Hondżo byli zamieszani? Nie wiadomo.   Jedna z 
Kraa zasugerowała, że być może nie mijali się tak dalece z prawdą,  oskarżając Hondżo o  uknucie 
spisku. Pochodzenie napastników też rodziło pytania. Co robili ci  Bhorowie tak daleko od  domu? 
Malperin stwierdziła, że pewnie to najemnicy. Jako argument przytoczyła  fakt rozpoznania  tego 
człowieka, który pokazał się na wizji tuż za Bhorem. To był Sten.  Wcześniejszy cel Kyesa,  obecny 
jak wiadomo również podczas gier wojennych. Niegdysiejszy członek sekcji  Modliszki,  wieloletni 
współpracownik i najpewniej przyjaciel osoby uznawanej kiedyś za  zgasłą: lana  Mahoneya. To on 
zaplanował zamach na Ziemi i stał najprawdopodobniej za   wszystkimi   niedawnymi kłopotami 
rady. Na wszelki wypadek nikt nie wypowiedział głośno obawy najgorszej, czyli że być   może 
Mahoney łączy działania rady z zabójstwem Wiecznego Imperatora. Tak zatem, gdy  przyszło do 
dyskusji z pułkownikiem Poyndexem, powstrzymano się od nazbyt skrajnych ocen.

background image

Jeśli   Poyndex   domyślał   się   przyczyn   paranoicznych   zachowań   kolegów,   to   zachował 
przypuszczenia dla siebie. Wszedł do rady, aby powiększyć własne wpływy, i  właściwie nic więcej 
dla   niego   się   nie   liczyło.   W   związku   z   tym   nie   próbował   nawet   ukoić   wściekłości 
współtowarzyszy. Rada chciała głów. I to szybko.
Poyndex zaproponował daleko idącą pomoc  w rozszerzeniu zasięgu następnego etapu   czystki. 
Sporządzono nową, jeszcze dłuższą listę podejrzanych. Wysłano ludzi z   rozkazami   szybkiego 
wymierzenia   sprawiedliwości.   Poyndex   zadbał,   aby   jego   własny   podpis     pojawiał   się   na 
stosownych dokumentach jak najrzadziej, a jeśli już, to w towarzystwie podpisów   pozostałych 
członków  rady.  Czystka  nie  przysporzyła  radzie   popularności.  Szczególnie  wśród sojuszników. 
Wiele ofiar   było połączonych, wiązami krwi lub przyjaźni, z tym czy owym światem. Poyndex 
świetnie   wiedział, że to tylko pogarsza sprawę, ale miał nadzieję, że rada poczuje się w   końcu 
usatysfakcjonowana i położy kres rzezi. Na wszelki wypadek pilnował, aby na  listy trafiały przede 
wszystkim osoby stosunkowo mało znaczące.
Tylko raz głośno argumentował za wstrzemięźliwością. Wówczas, gdy przyszło do   dyskusji   o 
nowych rabunkach AM2.
- Myślę, że powinniśmy trochę poczekać - powiedział.
- A to czemu? - warknął Lovett.
- Po incydencie z Hondżo nawet głupiec zacznie podejrzewać, że prawdziwym  powodem  ataku 
były niedostatki AM2. Wróg zacznie się zabezpieczać.
- Rozumiem - stwierdziła Malperin.
- Jasna cholera! - eksplodowała Kraa. - Banda złodziei i tyle. Wszyscy wiedzą,   co to za   jedni. 
Mało kto ich lubił.
- Możliwe - zauważył Poyndex. - Ale jeśli teraz, zaraz zaatakujemy następny   bogaty w   AM2 
system, nieważne z jaką wymówką, to nasi sojusznicy poczują się potencjalnie   zagrożeni   jako, 
hm, następni do golenia.
- O właśnie. Mamy z siostrą kilku kandydatów.
- Nie wątpię - mruknął Poyndex. - Wszystko to trzeba będzie wziąć pod rozwagę.  Tyle że za  jakiś 
czas. W przeciwnym razie stracimy zbyt wielu stronników.
Dojrzeli   mądrość   jego   rady.   Niejako   na   pocieszenie,   Poyndex   podsunął   im   kilka     okrutnych 
pomysłów, jak uatrakcyjnić czystkę. Poprzysiągł również wesprzeć każdy wysiłek,  aby postawić 
przed sądem złodziei AM2. Wyczuwał, że coś śmierdzi, i nawet się domyślał co. A  raczej kto za 
tym wszystkim stoi: Ian Mahoney, jeden z poprzedników Poyndexa. Ciekawe. Czy   Mahoney to 
rzeczywiście tylko zwykły łajdak czy wręcz przeciwnie? I czemu koledzy oraz  koleżanki z rady tak 
się go boją?
Poyndex był pewien, że prędzej czy później jakoś dojdzie prawdy. I że bardzo mu  się ta  prawda 
przyda. Na razie, jako najmłodszy w gronie, robił co mógł, aby wkraść się  w łaski.
Kyes z trudem ukrywał znudzenie. Cały ten bałagan mało go obchodził, dla   niepoznaki   jednak 
odzywał się, wygłaszał swoje zdanie i tak dalej. Niemniej tego właśnie  burzliwego dnia  otrzymał 
szczególnie dobre wiadomości. Bank danych jego nowego komputera był już pełen. Głównie dzięki 
pomocy Laggutha,   Poyndexa i całej armii moli archiwalnych. Od tygodni przetrawiał uzyskane 
informacje, odławiając   nawet najdrobniejsze fakty, plotki i pogłoski tyczące osoby Wiecznego 
Imperatora. Kyes aż bał się. zadać najważniejsze pytanie. Wiedział wszakże, że sama wiara   nie 
czyni  cudów. Jako naukowiec i wynalazca rozumiał to o wiele lepiej niż przeciętny  śmiertelnik. 
Ale   czy     nie   był   odrobinę   szalony,   wierząc,   mimo   tylu   oczywistych   dowodów,   że   Wieczny 
Imperator wciąż  żyje? Mimo świadków? Mimo zapisu całego zamachu?
Na to pytanie odpowiedzieć mógł jedynie komputer. Otrzymał wszystko, co udało  się  zebrać. A 
jeśli  odpowie,  że  to  mało   prawdopodobne?   Kyes   podejrzewał,   iż  w  takim    razie   zwariuje     ze 
szczętem. O ile już nie postradał zmysłów, rzecz jasna. Jednak jeśli nie  spyta, nigdy się nie  dowie. 
Znalazł się w sytuacji kogoś, kto otrzymał do ręki zapieczętowaną kopertę  z treścią  ostatecznego 
wyroku.   Pozostało   rozedrzeć   papier   i   spojrzeć.   Lub   wyrzucić,   nie     czytając.   Jedno   i   drugie 
wydawało mu się równie trudne.
W końcu spojrzał.

background image

Prawdopodobieństwo,   że   Wieczny   Imperator   wciąż   żyje,   wynosiło   ponad     dziewięćdziesiąt 
procent.
Podbudowany Kyes wziął się do dzieła.
Nie tylko Kyes ucieszył się tego dnia. Jednak ta druga istota przebywała bardzo  daleko od  miejsca 
obrad rady.
Od   czasu   spotkania   z   Mahoneyem   szanowny   Ecu   pracował   naprawdę   ciężko.   Jego     asystenci 
przekopywali się przez dawne i współczesne kodeksy w poszukiwaniu sposobu  realizacji tego, co 
zrodziło   się   w   głowie   Stena.   Jak   stworzyć   trybunał   mogący   osądzić   radę   za     zamordowanie 
Wiecznego  Imperatora.  Oczywiście  nikt  nie wypowiedział  kwestii  wprost.  Nie należało  budzić 
paniki.     Pracując     dyskretnie   i   unikając   rozgłosu,   Ecu   czuł,   że   jest   coraz   bliżej   rozwiązania. 
Wiedział już na pewno: jeśli je odkryje, wówczas znajdzie również grono osób  gotowych  wejść w 
skład   trybunału.   Negocjacje   będą   trudne,   ale   nie   bezowocne.   Zanim   jednak     zwróci   się   do 
kogokolwiek, musi mieć podstawę prawną. Bez tego jednego szczegółu nic nie  wskóra. W końcu 
trafił na precedens. Dokładnie tak jak się spodziewał: ów wyjątek zaistniał w prehistorii imperium. 
Dwa tysiące  lat wcześniej granice ustalały się dopiero, ekspansja była w toku, a obecne  centrum 
imperium  leżało na pograniczu, dzikim i mało cywilizowanym. Imperialni sędziowie  zaglądali tam 
z  objazdowymi trybunałami co sześć lat, a niekiedy jeszcze rzadziej.
Wieczny   Imperator   wiedział,   że   niedobrze   jest   zaniedbywać   takie   sprawy,   dlatego     też   zaczął 
zachęcać lokalne władze planetarne do tworzenia sądów nadzwyczajnych, władnych  rozpatrywać 
niemal wszystkie sprawy cywilne. Od ich decyzji można się było odwołać do  gubernatora, jednak 
tryb podobnego postępowania trwał na tyle długo, że mało kto decydował się na  kwestionowanie 
orzeczenia.
W   sprawach   poważniejszych   zbrodni   imperator   wolał   zachować   ostrożność.   Szanowny     Ecu 
wyczytał między wierszami, o co szło. Więzienie i egzekucje łatwo mogły stać się   narzędziami 
zemsty.   Oczywiście   władca   martwił   się   nie   tyle   sprawiedliwością,   ile     długofalowymi 
konsekwencjami nazbyt powszechnych samosądów. Bezprawie zawsze wiodło do   niestabilności 
gospodarczej, krwawych buntów i zamieszek, a nawet wojen. Tak zatem w sprawach kryminalnych 
władza sądów nadzwyczajnych nie była  całkowita.   Mając przed sobą zbrodniarza, miały prawo 
jedynie orzec o fakcie popełnienia  (lub niepopełnienia)  zbrodni, zdefiniować jej kodeksowy ciężar 
i stopień odpowiedzialności  oskarżonego. Aby to  uczynić, mogły powoływać świadków, w razie 
potrzeby doprowadzając ich nawet  siłą. Wolno im  było aresztować podejrzanych oraz wszystkich 
utrudniających proces. Jeśli dowody przemawiały jednoznacznie za winą oskarżonego, ława miała 
prawo  uznać go  winnym. W przypadkach szczególnie niebezpiecznych zbrodni sąd mógł nakazać 
uwięzienie  takiego osobnika do czasu przybycia sędziego imperialnego.
System działał na tyle dobrze, że Wieczny Imperator utrzymał go przez kilkaset  lat. To nie  był 
jeden samotny precedens; szanowny Ecu trafił na miliony dobrze  udokumentowanych spraw.
Znalazł podstawę. Teraz pozostało poszukać sędziów.

Rozdział 22

Rosła policjantka spacerowała po doku i spoglądała krzywo na Santanę. Przeklęty  statek  siedział 
cicho i mimo ponawianych wysiłków nie dawał żadnego znaku życia.
Porucznik Skinner mruczała zatem pod nosem różne obscenia zarówno pod adresem  statku  jak i 
wytykających ją palcami robotników. Tyle tylko, bo wolała ich nie drażnić.  W razie kłopotów  nie 
mogła oczekiwać żadnej pomocy, przełożeni nie ryzykowaliby burdy w dokach,   gdzie związki 
wciąż miały coś do powiedzenia. Poza tym nawet w ciężkich czasach bezrobocia   związki były 
bogatsze niż policja, co też miało swoją wymowę. Skinner nie potrafiła wykoncypować, co też się 
mogło spieprzyć. Kapitan  obiecywał, że  robota nie przysporzy żadnych kłopotów. I że Tyrenne 
Yelad będzie wdzięczny za  jej wykonanie. Policjantka miała przejąć ładunek Santany - prywatną 
przesyłkę   dla   Tyrenne’a.     Wszystko     miało   się   odbyć   bardzo   dyskretnie,   oczywiście.   Skinner 
skontaktowała się z pewnym związkowcem mogącym zapewnić określoną liczbę   robotników do 
rozładunku. Za łapówkę dwukrotnie wyższą od zwykłych stawek. Gdy   ci pierwsi   brali się do 

background image

roboty, związkowiec wypłacał stosowną sumę tym, którzy zwykłą   koleją rzeczy winni   zostać 
zatrudnieni. Przy okazji brał nieco dla siebie. Zwykłe sprawy. Jako   strażnik prawa w   Dusable 
Skinner poznała wielu takich ludzi.
I dobrze, ale co nie zagrało? Znaleźli frachtowiec, zastukali, nikt nie  otworzył. 
Skinner  stawała na głowie, bez skutku. W co oni się tam bawią? Miała przy sobie dość  forsy, by 
opłacić i  kapitana i wszystkich na pokładzie. Gdyby zaszła taka konieczność, rzecz jasna.
Działacz związkowy wyszedł ze swego kantorku. Wyglądał na osobę głęboko  nieszczęśliwą.
- Zbierajcie tyłki - warknął.
- Co u diabła? Dostałeś swoje. Nie pamiętasz?
- Umowa nieważna. Zapłaciłaś, więc sam ci to mówię, zamiast wysłać chłopaków.  Tyle  jestem ci 
winien. Teraz won!
Skinner przypomniała sobie nagle, że pełni funkcję policjantki, więc nadęła się  stosownie.  Zanim 
jednak   zdążyła   przejść   do   czynności   służbowych,   usłyszała   głośne   wiwaty.     Obróciła   się   ku 
nowemu zagrożeniu i zdrętwiała.
Solon Kenna! Nadciągał razem z falangą pomocników. Za nim ciągnął spory tłum  robotników ze 
związku.   Koniec   żartów.   Skinner   uznała,   że   faktycznie   pora   się     zmyć.   Zresztą,     mogła   się 
spodziewać   tego   typu   kłopotów.   Obecny   rok   był   rokiem   wyborów.     Dokładnie   mówiąc,     do 
powszechnego   głosowania   zostały   już   tylko   dwa   tygodnie,   co   mocno   zagęszczało     atmosferę. 
Szczególnie, że jedynym konkurentem Tyrenne’a był właśnie Kenna. Cholerny  kapitan! Nic tu po 
mnie, pomyślała pani porucznik.
Solon Kenna stanął przed statkiem. Był to mężczyzna starszy wiekiem, z olbrzymim  brzuchem i 
nosem znamionującym zamiłowanie do butelki, wszelako spojrzenie miał   ostre a umysł   wciąż 
nader sprawny. I jeszcze uśmiech jak upiór bagienny. Skrzywił się właśnie  ku kamerom  umyślnie 
przyprowadzonych dziennikarzy.
-   Nie   muszę   długo   rozwodzić   się   nad   perfidią   mojego   przeciwnika   -   zaczął.   -     Dzisiaj   niech 
przemówią   fakty.   Nasi   przyjaciele   mają   nam   coś   do   pokazania.   Zaraz   ujrzycie     dowody 
nieopanowanej chciwości Yelada.
- Chwilę, szefie - odezwał się jeden z dziennikarzy.  - Nie przesadza pan, mówiąc   o perfidii? 
Znaczy, chodzi o słowa. Żeby nie oskarżyli pana o potwarz. Mógłby pan stracić...
- Nieważne - odparł Kenna. - Odczytujcie to sobie, jak chcecie. Ufam waszemu  profesjonalizmowi.
-  Drugie   pytanie.  Jak  nazwać  tych   w  środku?  Bo  rozumiem,   że  nie  nastąpił   zwykły     bunt  na 
pokładzie, tak? Załoganci nie są zatem przestępcami?
-   Absolutnie   nie   -   stwierdził   Solon   Kenna.   -   Oni   jedynie   zapobiegli     niewyobrażalnej 
niegodziwości...
Musiał przerwać. Główny właz załadunkowy frachtowca zaczął się uchylać i tłum  zawył  radośnie. 
Nieco obszarpana załoga wyszła na rampę.
Raschid wolał trzymać się z boku. Mimo to obserwował wszystko pilnie, głównie z   zawodowej 
ciekawości.   Pitcairn   już   dowiodła,   że   potrafi   wspaniale   udzielać     wywiadów.   Reszta     załogi 
otrzymała od niej stosowne instrukcje i też radziła sobie niezgorzej.  Jednak tematem dnia  był i tak 
nielegalny ładunek. Kenna odgrywał przy pakach cały teatr, na zmianę   demonstrując   smutek, 
złość, a nawet wściekłość i nieustannie opowiadał o chciwości Yelada   marnującego AM2   na 
sprowadzanie luksusów, o jakich zwykli obywatele mogą tylko marzyć.
Całkiem nieźle,  pomyślał  Raschid. Chociaż Kenna miał zwyczaj  paplać trzy po trzy   i nazbyt 
często używał wyrazów, których znaczenia nie rozumiał, nie szkodziło mu to ani  trochę, bo jego 
słuchacze   też   nie   pojmowali   tych   słów,   świetnie   wyczuwali   za   to   intonację.   Mówca     czasem 
przesadzał, zwykle jednak trafiał do przekonania odbiorców.
Raschid zdumiał się po raz kolejny, skąd u niego taka wiedza socjotechniczna.  Ale oddalił  pytanie. 
Szczególnie,  że znów  poczuł  się dziwnie  nieswojo, zupełnie jak pod   spojrzeniem kogoś   czy 
czegoś niewidzialnego...
Pitcairn pokazała w jego kierunku. Kenna wyszczerzył po wilczemu zęby. Raschid  nie  wiedział, 
co ten gest oznaczał, ale niebawem się przekonał. Solon Kenna oddalił  ekipy  kamerzystów i ruszył 
ku Raschidowi. Ten postanowił spokojnie czekać na rozwój  wypadków.

background image

Kenna stanął przed Raschidem i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-  Jak  się  miewasz,  przyjacielu?  -  spytał.  -  Jestem   Solon   Kenna,  pokorny    przedstawiciel   tych 
nieszczęsnych robotników.
Ściskając mu dłoń, Kenna pochylił się bliżej.
- Dostałem cynk, że pan przybywa - szepnął. - Musimy później porozmawiać.
Raschid zawahał się, potem przytaknął.
- Racja - odparł. - Musimy porozmawiać.
System Cairene składał się z około tuzina rzadko zamieszkanych światów   rolniczych i   jednej 
planety portowej: Dusable. Tu właśnie, zgasły przedwcześnie, Tanz   Sullamora ponownie   zbił 
majątek na budowie statków. Wielkie zakłady, które podczas wojny tętniły  życiem, obecnie  stały 
ciche i opuszczone. Brak AM2 ciężko dotknął praktycznie całą planetę. Wszędzie było ciężko, ale 
sytuacja na Dusable dojrzała do miana kataklizmu. W   systemie   Cairene panowało na dodatek 
upiorne zacofanie politycznie. Obecnie kwitła tam   jedynie korupcja.   Każdy, dosłownie każdy 
komuś się opłacał. Na małą skalę dzielnicowemu lub mafii,  albo na  wielką - samemu Yeladowi. 
System taki, chociaż zgniły, działał już od wieków. Na dodatek funkcjonował  bardzo  sprawnie. 
Tyrenne Yelad rządził trzydzieści lat i podporządkował sobie tak   wielkie grupy   społeczne, że 
mógł liczyć na co najmniej drugie tyle. Jednak regularne  wygrywanie odbywających  się co cztery 
lata wyborów nie znaczyło jeszcze, że konkurenci Tyrenne’a byli  tak całkiem  bezradni. Złożony 
system sprawowania władzy posiadał pewne zabezpieczenia. Poniżej   Tyrenne’a   (co stanowiło 
tutaj   oficjalny   tytuł   władcy)   istniała   Rada   Solonów.   Każdy   jej     członek   miał   własnych 
„ojczulków”, podwładnych i popleczników zdobywających dlań głosy w zamian za  miejsca pracy, 
porady i uprzejmości. Idealny Solon dbał, aby nikt nie odchodził od niego z  pustymi rękami. Jeśli 
ktoś   miał   kłopoty   z   uzyskaniem   zapłaty   za   towar,   szedł   do   swojego   ojczulka.   To     samo   w 
przypadku  burd czy gróźb. Potem ojczulek płacił nawet za szpital, załatwiał zwolnienie z  płacenia 
grzywny   lub sam ją regulował. Zasadniczy obrót pieniądza odbywał się pod postacią łapówek. 
Dziewczyny oddawały   działkę swoim alfonsom, ci zaś część z tego przekazywali policjantom. 
Gliny  buliły ryczałt od  rejonów. Awanse kupowało się u przełożonych. Lokalni politycy płacili w 
obie     strony   -   i   policji   i     swoim   bardziej   doświadczonym   kolegom.   A   wszyscy   dawali   forsę 
ojczulkom, którzy   zasilali kasę   okręgowego Solona. Solonowie z kolei dzielili się wpływami z 
najważniejszymi  w danym  momencie    politykami.    Na przykład  z Yeladem,  który doszedł do 
władzy jako zapalony reformator. Tak   samo jak   poprzedni Tyrenne. W tych  wyborach wielu 
stawiało na Solona Kennę, prezydenta   Rady Solonów i   najbardziej zawziętego wroga Yelada. 
Kenna doszedł do szczytów dzięki związkom,   a głównie   Związkowi Marynarzy, Portowców i 
Transportowców, więc dlatego właśnie, po trzech  porażkach,  w tym roku liczył na zwycięstwo. 
Tłumy bezrobotnych stawały się coraz bardziej  zdesperowane.  Kenna już od pół roku podsycał ich 
niezadowolenie. Ze zmiennym szczęściem. A  teraz, na dwa  tygodnie przed wyborami, trafiło mu 
się coś, co mogłoby znokautować przeciwnika.   Tylko czy   potrafi wykorzystać szansę? Może 
gdyby zdarzył się cud... Im dłużej rozmawiał z  Raschidem, tym  głębsze było jego przekonanie, że 
oto cud nastąpił.
Raschid zadziwił Kenna już na wstępie pytaniem o kasę. Czy zgromadził   wystarczająco   dużo 
funduszy na przyzwoitą kampanię? Kenna powiedział, że ma dość, i usłyszał,   że „dość” to za 
mało. Trzeba zebrać więcej, znacznie więcej. Kenna spytał czemu.
- Pierwsze prawo Unruha - odparł krótko Raschid. - Pieniądze to siła napędowa  polityki.
I zaczął wyjaśnienia. 
Tak, pomyślał Kenna, ten człowiek to nie teoretyk, oni   bowiem nigdy   nie wiedzą, jak działać 
skutecznie. Mam zatem do czynienia z ekspertem, który  poznał polityczną  robotą od podszewki. 
Od dna po same szczyty.
Kenna bez trudu zaufał Raschidowi, ponieważ ten posiadał stosowną wiedzą. Jednak   następne 
pytanie omal nie wytrąciło go z kontenansu.
- Czemu mówisz mi to wszystko? - zagadnął Raschid. - Czego ode mnie oczekujesz?   Koniec 
końców jestem tylko pokładowym kucharzem. Dla niektórych nawet  przestępcą.

background image

- Bez przesady - mruknął Kenna. - Może pan nie udawać. Tutaj otaczają pana sami   przyjaciele. 
Poza tym, zostałem uprzedzony o pańskim przybyciu.
- Kto ci powiedział?
- Nikt konkretny... Wie pan, jak to jest. Doszły do mnie... nieoficjalne  sygnały.  Usłyszeliśmy, że 
Santana wyląduje z ładunkiem, który tylko głupiec by sobie  odpuścił. No to  poszliśmy zobaczyć. 
Tym   bardziej   że   mówiono,   iż   na   pokładzie   znajduje   się   ktoś     podający   się   za     kucharza,   w 
rzeczywistości  jest  to  bezkonkurencyjny  geniusz  polityczny   i   strateg.  Trudno  opisać,     jak  się 
ucieszyliśmy. No, że mamy poparcie wpływowych osób z zewnątrz systemu i  że ratunek już  w 
drodze.
Raschid zastanowił się. To wszystko brzmiało sensownie. Tylko kim były te  wpływowe  osoby? 
Na razie mniejsza z tym. Zdecydował się na jeszcze jeden test, może  ostatni.
- Dobra - odparł. - Wchodzę do gry.
Kenna westchnął z ulgą.
- Kto jeszcze startuje?
- Tylko jeden. Solon Walsh. Ale nie ma szans. Chociaż przystojny, to młody i  głupi.
- Czemu głupi?
- Upiera się przy reformach - wyjaśnił oschle Kenna. - Próbuje ukraść moją  platformę  wyborczą. 
Nie dysponuje własną.
- Pewnie został podsunięty przez Yelada - powiedział Raschid. - Ale po cichu. Ma  ci  podebrać 
część głosów.
Kenna zdumiał się i uspokoił zarazem. Sam podejrzewał coś podobnego.
- W porządku... oto od czego zaczniemy. Potrzebujemy trzech rzeczy. Po pierwsze  figuranta. Po 
drugie ofiary.
I łyknął brandy z systematycznie uzupełnianej przez Kennę szklanicy.
- A trzecie?
- Powoli. Potem załatwimy wybory.

Rozdział 23

Cisi i łagodnego serca mogą nigdy nie odziedziczyć ziemi, jednak czasem potrafią  narobić  więcej 
bałaganu niż największa klęska żywiołowa.
Na przykład hemoroidy Napoleona. Przez nie właśnie wódz nie wyspał się przed  bitwą i  przegrał. 
Zginęło dwadzieścia pięć tysięcy jego żołnierzy, a on sam przestał być   cesarzem. Kiedy indziej 
trzy   szyfrantki   wzięły   się   do   konspiracji.   Sekrety   ziemskiej     Trzeciej   Rzeszy     ujrzały   światło 
dzienne. Zginęło co najmniej dziesięć milionów Niemców.
Zoran zaś ujawniła, co takiego doniósł jeden z bystrzaków z jej sekty. Oto  zdarzył się nowy  cud, 
powiedziała kręcąc głową nad naiwnością niektórych swoich współwyznawców.  Nie na  szczycie 
góry,   gdzie   podobno   Wieczny   Imperator   objawił   się   niedawno   wiernym,   nie     przy   stosie 
porzuconych lasek, kuł i wózków inwalidzkich uzdrowionych osób, ale zupełnie  gdzie indziej.
-   To   jak   przypowieści   o   chlebie   i   rybach   -   zachichotała   Zoran.   Kyes   nie     zrozumiał.   -   Och, 
przepraszam. Kiedyś na Ziemi czczono Chrystusa, który właśnie dokonał takiego  cudu.
- Nadal niczego nie pojmuję.
- Jajka... Zabawne. Nie miliony jajek. Nie chodzi o karmienie głodujących, lecz  o sprzedaż.
I opowiedziała resztę.
- Na pewnym świecie o nazwie Yongjukl jest taka mała restauracja portowa. Sama   szukałam w 
atlasie, ale chyba musi być dalej, niż sądziłam. Pewien akolita   mówił, że podawano   tam dania 
przyrządzone dokładnie według przepisów Wiecznego Imperatora. Bo wie   pan, to taka   nasza 
słabość... Ja też korzystałam z kulinarnych receptur władcy.
Kyes poczuł się zainteresowany. W rzeczy samej, Jego Wysokość uwielbiał pichcić  i był w  tym 
dobry. A jeśli Zoran sięgała do jego przepisów, to mógł to robić każdy.
Ale nie, wyjaśniała dalej Zoran. Właściciel poznał te przepisy od tajemniczego  mężczyzny,  który 
pracował w portowej restauracji kilka tygodni, potem zniknął.

background image

- Mój informator przysięga, że to był właśnie On i że wszystkie opisy szefa  kuchni zgadzają  się co 
do joty. Jasne, ja też mam wątpliwości. No bo czemu wysłannik Świętych   Sfer miałby   wracać 
kuchennymi drzwiami?
Kyes skontaktował się z Yongjukl. Nakazał subtelną obserwację i przesłuchanie  gości  restauracji, 
którzy mogli widzieć kucharza.
Opisy postaci różniły się nieco między sobą, ale wszystkie gorzej lub lepiej  pasowały do  osoby 
Wiecznego Imperatora. Kyes kazał wypytać właściciela lokalu.
Ten odmówił współpracy, a nawet wyrzucił informatorów za drzwi. Restauracja   nazywała   się 
„Odlotowa”.
Kyes polecił go śledzić, jednak Dingiswayo Pattipong skutecznie mylił wszystkie  tropy. 
Przed wyjściem zawsze się mył i zmieniał odzież, tak zatem pluskwy na nic się  nie zdały. Eksperci 
od inwigilacji gubili go za każdym razem, niezależnie od tego, czy działali solo  czy w zespołach. A 
Dingiswayo   i   tak   pojawiał   się   skądś   następnego   ranka   i   z   beztroskim   uśmiechem     otwierał 
przybytek.
Kyes chciał już zażądać aresztowania Pattiponga, ale ostatecznie się   powstrzymał. Nie  zacierać 
tropu, pomyślał, nie wpadać w panikę. Tu coś jest.
Kazał Lagguthowi przeanalizować wszystkie ciekawe zdarzenia, do których doszło  na  Yongjukl w 
przeciągu ostatniego roku, a szczególnie - ostatnich sześciu  miesięcy. Jeśli ten  tajemniczy kucharz 
naprawdę był imperatorem, to chyba nie siedział na Yongjukl   zbyt długo. Tak   nakazywałaby 
logika.
Komputer  znalazł  informację  o posiadłości,  a raczej  o jej  pozostałościach.  Od   wielu pokoleń 
istniał tam tajemniczy majątek należący do kogoś bardzo bogatego, chociaż  gospodarz nigdy nie 
odwiedzał swoich włości. Niemniej ostatnio na terenie posiadłości wylądował   samotny statek, z 
którego   ktoś   wysiadł   -   najwyraźniej   spadkobierca   całego   majątku.   Pomieszkał     trochę,   raczej 
krótko, i zniknął. Zaraz potem cały personel dostał sowitą odprawę, wszystko  zrównano z ziemią, a 
grunt nieodpłatnie przekazano rządowi. Dziennikarze szybko stworzyli  i   rozdmuchali sensację, 
jednak nie zdołali wyjaśnić zagadki. Po jakimś czasie temat zniknął z nagłówków.
Tak,  pomyślał   Kyes.   Posiadłość   z wygodami,  z  wielką   biblioteką   i  wspaniałym     komputerem. 
Starczy. 
Kazał aresztować Pattiponga.
Poszło po niego dwóch najlepszych agentów. Właściciel „Odlotowej” zabił obu i   zniknął,   tym 
razem na dobre.
Kyes wpadł w szewską pasję. Uspokoił się jednak i raz jeszcze wszystko  przemyślał. Nie, to  nie 
żadna klęska. Zwykłe umysły zawiodły. Nic dziwnego. Ale sztuczna  inteligencja...
Przeszukał Yongjukl, pobliskie światy, potem okoliczną gromadę. Dokładnie i  wnikliwie. 
Pełna, wszechstronna analiza. W końcu znalazł, czego szukał.
Był prawie u celu.

Rozdział 24

Zaczęli od figuranta.
Raschid całą godziną kręcił się za plecami Kenny,  gdy ten urabiał grunt. Solon   Walsh miękł 
powoli, natomiast jego asystentka, Avri, zmierzyła Raschida uważnym spojrzeniem  raz i drugi, ale 
rychło zaczęła go ignorować. Gierki z Kenną były ważniejsze.
To Raschid uznał, że Walsh spełnia praktycznie wszystkie kryteria, aby uznać go   za   idealnego 
kandydata. Był młody i przystojny, nie jąkał się, maniery miał   nienaganne, spojrzenie   pewne i 
szczere, nie wycierał łap w klapy, nie maczał krawatów w zupie. W   trakcie rozmowy   potrafił 
wspaniale oczyścić atmosferę, wprowadzić stosowną dawkę luzu i tak  dalej. Bez wątpienia  został 
niedawno   porządnie   przeszkolony.   Na   dodatek   święcie   wierzył   w   uczciwość,   co   wynikało 
jednoznacznie  z  nader   niskiego    ilorazu  inteligencji.  Można  powiedzieć,  że  za tymi  czystymi 
oczkami   nie   kryło     się   nic.   Zupełna     pustka.   Jednak   głupota   potrafi   być   wielką   zaletą 

background image

kandydującego,  przynajmniej  do   czasu, gdy ten    uważnie  słucha  odpowiednich  ludzi.  W tym 
przypadku zapewne Avri.
- Ze zdumieniem stwierdzam, że mamy aż tyle wspólnego - stwierdził Walsh pod  koniec  pierwszej 
fazy podchodów. - Nie wiedziałem, na przykład, że tak a nie inaczej   podchodzisz do   sprawy 
podatków. Olała! Wygląda na to, że nie ma najmniejszego powodu, abyśmy   wszczynali   spory. 
Znikną same, ot tak.
I strzelił palcami, aby pokazać jak.
Solon Kenna uśmiechnął się łagodnie, po ojcowsku.
-   Zwykłe   nieporozumienie,   zdarza   się   -   powiedział.   -   Widzisz,   ile   korzyści     potrafi   przynieść 
szczera rozmowa?
- Gadu, gadu - przerwała im Avri. 
Walsh spojrzał na nią niespokojnie, gotów do   nagłej   wolty. Ale asystentka nie dała znaku do 
zmiany frontu. 
I dobrze, pomyślał  Raschid. Da się  chłopakiem posterować. 
- Do czego zmierzamy? - spytała Kennę. - Co kombinujesz?  Musisz mieć  w tym jakiś interes, bo 
inaczej byś tak nie czarował. Jeśli myślisz, że kilka  uśmiechów starczy, aby  Solon Walsh zwinął 
interes... Chociaż nie wiem. Czego chcesz?
Kenna nawet nie mrugnął. 
Punkt dla ciebie, pomyślał Raschid coraz bardziej  pewien  powodzenia swego planu.
- Zawsze na miejscu, Avri - stwierdził łagodnie Kenna. - Niech pan Raschid   wyjaśni w   czym 
rzecz.   Powiem   tylko,   że   pomysł   mojego   asystenta   wykracza   poza   wasze     oczekiwania.   I   to 
znacznie.
Avri przenikliwie spojrzała na Raschida. Nowy zawodnik...
- Przemyśleliśmy wszystko z Solonem Kenna wnikliwie, bardzo wnikliwie mogę   powiedzieć - 
zaczął Raschid. - I jesteśmy zgodni co do tego, że przyszła pora na  zmiany. Tyrenne  Yelad już się 
nie sprawdza. Problem w tym, że jakkolwiek rozdamy karty, Yelad i  tak zgarnie całą  stawkę, bo 
głosy Kenny i Walsha zniosą się nawzajem. Zgadza się?
Avri przytaknęła energicznie i uśmiechnęła się lekko. Raschid odczytał to jako  wyzwanie:  fajnie, 
ale musicie przebić łapówkę i powyborcze obietnice Yelada.
- Solon Kenna wycofa się zatem i poprze pana. - Raschid skinął na osłupiałego  Walsha.
Raschid wiedział, jak zaskakująca jest jego wypowiedź, jednak pewnie pociągnął  wątek.  Nie na 
darmo wszystko dokładnie wcześniej obmyślał. Kenna przekaże Walshowi tyle   forsy, by   jego 
kampania   wyborcza   mogła   wystartować   na   naprawdę   wysokich   obrotach.   Będzie     głośno   o 
Walshu. Ale to oficjalnie. Prawdziwie wielkie pieniądze popłyną do tych  wpływowych ojczulków, 
którzy mają pod sobą rzesze niezależnych wyborców wyczekujących zwykle do  ostatnich chwili, 
aby zgarnąć jak najwyższą stawkę. Na razie Kenna również będzie prowadził swoją kampanię, ale 
na tyle niemrawo, by  nie  zaszkodzić konkurentowi.
- Dwie noce przed wyborami Kenna się wycofa - powiedział Raschid. - Ogłosi, że  ujrzał  światło 
prawdy i takie różne bzdury, wypowie kilka pochwał pod adresem Walsha i  przerzuci na  niego 
całe swe poparcie.
Same słowa oczywiście nie wystarczyły.  Nikt by w to tak od razu nie uwierzył.   Trzeba było 
jeszcze ustalić pewne jak stal zabezpieczenia, że w ostatniej chwili nie dojdzie  do zdrady. Załatwili 
i to. Omówili też resztę warunków. Walsh zostanie Tyrenne’em. W zamian Kenna  otrzyma jeszcze 
większą swobodę działania niż dotąd. Avri nie zgłaszała obiekcji. Zbyt zależało  jej na roli szarej 
eminencji za tronem Tyrenne’a.
- Wszystko  to za mało - zauważył  w końcu Walsh. - Nawet jeśli połączymy  siły,    Yelad nas 
wyprzedzi. Jest za wielu niezależnych wyborców. Może by i z tym coś zrobić.
- Tak czy inaczej Yelad spadnie na cztery łapy. Nic nie przebije głosowania z  cmentarza.
Avri nawiązywała do stosowanej od dawna w Dusable metody wygrywania wolnych   wyborów. 
Tubylcy żartowali nawet, że u nich nikt tak naprawdę nie umiera.  Świadectwo zgonu  trafiało do 
archiwów   Yelada,   a   nazwisko   nieboszczyka   wpisywano   na   listę     wyborców.   Gdy     sytuacja 
zaczynała się komplikować, ludzie Yelada uruchamiali całe armie  zmartwychwstańców. A  czasem 

background image

i żywych, którzy jednak wyemigrowali z Cairene, chociaż z list nie  zniknęli. Oczywiście, Yelad 
musiał zachować umiar w tej materii. Nawet w przesiąkniętym  korupcją  świecie Dusable miliard 
zombich musiałby rzucić się komuś w oczy.  Jak wszędzie   tam, gdzie   prawo nic nie znaczy, 
zachowanie pozorów jest niezwykle istotne. Tak zatem  prawdziwego  głosowania też pilnowano 
całkiem wnikliwie. Po pierwsze, dla każdego dorosłego  obywatela było  ono obowiązkowe. I nic 
dziwnego,   bo   system   łapówek   oraz   opieki   mógł   działać     jedynie   w     warunkach   pełnego 
uczestnictwa   całego   społeczeństwa.   Po  drugie,  każdy    mieszkaniec   Cairene     zgłaszał  swojemu 
solonowi, jak będzie głosować. Podczas elekcji musiał okazać  dokument  tożsamości, a dyżurujący 
w   lokalu   ojczulek   rejestrował   sposób   głosowania,   aby     później     zweryfikować   wcześniejsze 
deklaracje. Tyle w kwestii tajności wyborów. I na  koniec - wyborcy  musieli osobiście udawać się 
do lokali, miast załatwiać sprawę w domu, za  pośrednictwem kompa,  jak czyniono to praktycznie 
w całym imperium. Mistrzowie typu Yelada mieli w ten  sposób  interesujące pole do popisu.
- I jak sobie z tym poradzimy? - spytała Avri.
- Zrobimy parawany - odparł Raschid. - To będzie piętrowa kombinacja, ale takie  właśnie  rzeczy 
czynią z wyborów dobrą zabawę. Jednak, jeśli pozwolicie, na razie  zachowamy sprawę dla  siebie.
Pozwolili.   Ostatecznie   to   Kenna   brał   na   siebie   całe   ryzyko.   Avri   wiedziała,   że   w     razie 
niepowodzenia nikt nie będzie wieszał psów na Walshu. Niewinnym jak dziecko. Targ dobity, pora 
zatem na następny punkt programu, pomyślał Raschid. Gdzie  ofiara? Yelad reprezentował obecną 
władzę, Kenna robotników, Walsh samego siebie. Jego   słowa   zbyt mało ważyły, potrzebował 
zatem celu. Raschid myślał zastosować metodę „na  gringo”. Nikt  ze słuchaczy nie wiedział, skąd 
wzięło  się to słowo i chociaż  Raschid   powstrzymał  się od   wyjaśnień,  to i tak obecni  pojęli 
mechanizm. Chodziło o atak, na obcego, kogoś   potężnego, ale nie   stąd. Kogoś, kogo można 
obwinić o wszystkie kłopoty.
Celem Walsha miała stać się rada. Jej błędy,  popełnione po śmierci imperatora,   doprowadziły 
przecież do braków AM2 i, w konsekwencji, do ciężkiego kryzysu.  Yelad będzie  bronił rady, bo 
jeśli tego nie uczyni, podpadnie, i to ciężko.
Gdy Raschid wcześniej wyszedł z tym pomysłem, Kenna tak się zapalił, że na nowo  nabrał  ochoty 
na własną kampanię. Raschid musiał go ostudzić. Zaznaczył, że skoro Kenna  jest już  prezydentem 
Rady Solonów, to rada imperialna mogłaby okazać wielkie   niezadowolenie z takich   ataków na 
swoją cześć. A przecież Kenna nie chce im się narażać, prawda? W głębi  ducha Raschid  pomyślał, 
że sam też dziwnie za tym nie tęskni. Żeby jeszcze wiedział, czemu...
- Niech figurant się tym zajmie - powiedział. - Uznają, że chwyta się każdego   argumentu,   by 
wygrać wybory. Zignorują więc jego wystąpienia.
Walshowi nie trzeba było tego wyjaśniać. I tak by nie zrozumiał. Avri pojęła  natomiast  rzecz w 
kilka sekund. I starczy.
Wyszli z baru. Kenna był cały w skowronkach. Raschid nie chciał psuć mu humoru,  zaczął  więc 
wychwalać jego przenikliwość.
-   Ta   sztuczka,   o   której   właśnie   mówiłeś,   to   wynalazek   prawdziwego   mistrza   -     powiedział.   - 
Nazywa się rossthomasowanie.
- A znaczy? - spytał Kenna, unosząc brwi.
- Że wszyscy głupcy w tym mieście są już po naszej stronie - wyjaśnił Raschid.
Kenna śmiał się całą drogę do domu.
Potem   jeszcze   spotkali   się   z   wieloma   istotnymi   osobistościami,   które   należało     przekupić, 
wykluczyć ze sprawy lub wtajemniczyć, a czasem wszystko naraz. Rezultaty były  podobnie udane. 
Jedną rozmowę wszakże Raschid musiał przeprowadzić osobiście i w cztery oczy. Nazywała się 
Pavy i należała do grupy rekinów podziemia. Słynęła z  przebiegłości,  pamiętliwości i brutalnych 
metod. Kontrolowała dwanaście największych dzielnic   Dusable i żadna   operacja pieniężna nie 
mogła się tam odbyć bez jej wiedzy. Miała udziały we   wszystkim, od   prostytucji płci obojga 
począwszy, na handlu najbardziej uzależniającymi   narkotykami  skończywszy. To jej lichwiarze 
działali bez jakichkolwiek skrupułów, to jej  złodzieje okradali  najzręczniej. Na dodatek Pavy była 
osobliwie atrakcyjna.

background image

Przywitała Raschida w stroju tak obcisłym, że mimo przeciętnego wzrostu   wyglądała na   istotę 
niewiarygodnie  długonogą.  Włosy miała  ciemne,   przycięte  przy  samej     skórze,  oczy smoliście 
czarne z migotliwymi iskierkami świadczącymi o dużej inteligencji. Spotkali się   w dyskretnym 
pokoju na głębokim  zapleczu  przybytku,  który nazwano klubem,  mimo  iż  miał  cały   kilometr 
kwadratowy powierzchni.
Już po wstępnej wymianie zdań Pavy kazała swoim gorylom zamknąć drzwi z drugiej   strony. 
Oczywiście wcześniej dokładnie obszukali Raschida w bomboodpornym  pomieszczeniu tuż  przy 
wejściu.   Chociaż   gość   nawet   bez   broni   mógłby   ją   uśmiercić.   I   Pavy,   rzecz     jasna,   doskonale 
zdawała sobie z tego sprawę. Niemniej odprawiła ochronę. Po wyrazie jej oczu  Raschid poznał, że 
już go oceniła i wiedziała, że przybył dobić targu, a nie zabijać. Gdy zostali sami, napełniła szklanki 
swym ulubionym aromatycznym likierem,   zrzuciła   wyszywane diamentami pantofle i usiadła z 
podwiniętymi nogami na kanapie. W  milczeniu  przepiła do Raschida. Odpowiedział tym samym.
- A teraz słucham, o co chodzi - zamruczała.
Raschid nie dał się zwieść. Tygrysice też mruczą.
Wyłożył swój pomysł. W zasadzie pewny, jak zaznaczył, chociaż za ostateczny  wynik nie  może 
ręczyć w pełni. Pavy przytaknęła. Ale to będzie sprawa ludzi Kenny. Jej  rola byłaby inna.  Raschid 
naszkicował najważniejsze punkty i dodał, że szczegóły dogada się  później. Pavy  uśmiechała się 
coraz szerzej. Plan najwyraźniej przypadł jej do gustu. Ktoś  zapłaci, i to bardzo  słono. Zaśmiała 
się nawet parę razy, potem powiedziała, czego oczekuje w zamian.  Wymieniła  sumę wyższą od 
rocznego budżetu niewielkiej planety. Raschid utargował jedną  czwartą. Nie z  oszczędności, ale 
na   wypadek,   gdyby   gotowość   do   zapłacenia   ceny   wyjściowej   miała     wzbudzić     podejrzenia. 
Następnie Pavy go zdumiała.
- A co z tobą? - spytała. - Czego ty zażądałeś od Kenny?
- Na razie niczego.
- Mądrze - przytaknęła. - Jeśli wygracie, zdołasz pewnie wyciągnąć od niego nie  mniej niż  ja.
Raschid przyznał kobiecie rację. Zresztą, Kenna też już o to pytał. Raschid  odparł, że  jeszcze się 
zastanowi, czym bardzo zaniepokoił Kennę. Trudno. Najgorzej, że sam   nie wiedział,   czemu to 
uczynił. Jednak był pewien, że postępuje właściwie.
Pavy zaczęła wypytywać go o inne kampanie polityczne, w których uczestniczył. 
Oczywiście bez wścibstwa. Raschid odnosił wrażenie, że w wyborach to uczestniczy  akurat po raz 
pierwszy, ale tego nie powiedział. Przedstawił za to dramatyczne zwycięstwa i   klęski, których 
obrazy napływały gdzieś z głębin jego pamięci. Opowiadając tak i popijając  (gospodyni pilnowała, 
by szklanice ani na chwilę nie stały puste), zorientował się w pewnej chwili, że  wcale nie zmyśla.
W   końcu   zrobiło   się   późno.   Pora   iść.   Pavy   sięgnęła   do   przycisku,   aby   wezwać     ochronę,   by 
odprowadziła gościa na zewnątrz. Jednak drobna dłoń zawisła na panelem. Potem   dziewczyna 
uśmiechnęła się do Raschida. Inaczej, prywatnie. Zrozumiał.
- Jak chcesz, możesz zostać - szepnęła łagodnie i musnęła długim paznokciem   zapięcie   sukni. 
Materia zsunęła się z szelestem. Raschid aż zadrżał.
Pomyślał chwilę. Taką prośbę wypadało spełnić. Ale czemu ta kobieta go   pociągała? Tak.   Bo 
miała   władzę.   Prawdziwą   władzę.   Jednak   on   był   tylko   Raschidem.   Zaiste?   No  to     gdzie   jego 
władza? Gdzie... Już wiedział. Drzemała ukryta w nim samym. Ale czemu? Kim był  naprawdę? 
Ciii, jeszcze nie teraz.
Został na noc.
Czterdziesta piąta dzielnica należała do najgorszych terenów Yelada. Nie zawsze  działo się  tutaj 
tak źle. Mieszkańcy tego rejonu działali głównie w branży budowlanej.  Konkretnie -  dostarczali 
szybko tężejący plastbeton, potrzebny przy robotach publicznych. A   tych zawsze było   sporo, 
przynajmniej od czasu braków AM2. Przedtem co tydzień stawiano gdzieś  całkiem  niepotrzebne 
mosty, kilometrami ciągnięto równie zbyteczne drogi. Tu i ówdzie  wyrastały lśniące  jak pałace 
gmachy użyteczności publicznej. Tylko te ostatnie na coś się   przydawały,  głównie   zresztą za 
sprawą   sztucznie   nakręconej   koniunktury.   Ile   razy   bowiem   ktoś     decydował   się   spłacić     dług 
publiczny, tyle razy należało odwdzięczyć się takiemu patronowi, najlepiej  podnosząc jego  prestiż 
wykwintnym biurem.

background image

Tym   sposobem   materiały   budowlane   znikały   jak   ciepłe   bułeczki   i   nawet   najgorszej     jakości 
plastbeton schodził za ciężkie pieniądze. I wszyscy się bogacili.
Potem się posypało. Yelad musiał dokonać cięć. Padło akurat na czterdziestą   piątą   dzielnicę. 
Mieszkańcy, raptownie pozbawieni kontraktów, poczuli się dotknięci.  Codziennie przed  drzwiami 
ojczulka ustawiały się długie kolejki. Sam patron zaś był bliski  desperacji. Tak zatem gdy pewnego 
dnia   pojawiła   się   w   dzielnicy   rządowa   limuzyna,   z   miejsca     wzbudziła   spore,   choć   dyskretne 
zainteresowanie. Szyby miała  przyciemnione, ale   i tak wszyscy   wiedzieli,  kto przybywa.  Na 
masce łopotał mały proporczyk Tyrenne’a Yelada. Luksusowy samochód krążył ulicami, jakby ktoś 
siedzący   wewnątrz   lustrował     wystawy,     chociaż   niemal   na   wszystkich   zamkniętych   sklepach 
wisiały tabliczki: „Na  sprzedaż”. Tłumy  bezrobotnych gapiów gubiły się w domysłach. Czyżby 
wielki Yelad szykował   niespodziankę? Jakiś   lukratywny kontrakt na plastbeton? Za limuzyną 
pojawiło się parę poobijanych  pojazdów, jednak  wolały trzymać się w bezpiecznej odległości.
Wóz Yelada skręcił w uliczkę wiodącą do domu ojczulka. Aha! Dobra nasza.
Nagle przyspieszył. Zupełnie, jakby ktoś kazał kierowcy zmiatać stąd jak   najszybciej. W tejże 
chwili   gdzieś   z boku  wyskoczył   na jezdnię  mały  chłopiec.   Gonił     uciekającą   piłkę.     Wóz  nie 
zwolnił. Chłopczyk spojrzał przed siebie, ujrzał nadciągającą limuzynę i   przerażony   zamarł w 
miejscu. Tylko niewinne oczęta zrobiły mu się wielkie jak spodki.  Kierowca bez trudu  zdążyłby 
jeszcze zahamować, ale z jakiegoś powodu tego nie uczynił. Mężczyźni  podnieśli krzyk,  kobiety 
lament.   Chłopczyk   zrobił   wreszcie   krok   ku   chodnikowi,   ale   za   późno.   Na     dodatek   wóz 
przyspieszył jeszcze bardziej. Celowo? Chwilę później szeroka maska rąbnęła małe  ciałko, które 
najpierw wyleciało w powietrze, potem spadło na jezdnię. Tłum wrzasnął. Wkoło   bezwładnego 
chłopczyka  zaczęła powstawać kałuża krwi. Wóz zatrzymał  się raptownie. Ludzie   pobiegli ku 
miejscu wypadku. Uzbrojony kierowca, który zdążył już wysiąść, kazał im się  cofnąć. Posłuchali.
Podszedł do ciała, stanął nad nim, obejrzał się na limuzynę. Okno uchyliło się  lekko. Widać  ktoś 
wydawał   polecenie.   Kierowca   zgarnął   nieruchomego   malca   pod   pachę   i   niczym     worek   ze 
śmieciami cisnął go do wnętrza wozu. Ktoś zaprotestował głośno. Kierowca zaklął   i zamachał 
ostrzegawczo bronią. Ze zwykłej zbieraniny gapiów niespodziewanie utworzył się  regularny tłum. 
Rzesza wyraźnie  przymierzała  się do linczu  na pasażerach limuzyny.  Kierowca czym    prędzej 
wskoczył   do   środka   i   odjechał.   Wyborcy   zostali   sami   nad   krwawą   plamą.   Żaden   z     nich   nie 
zamierzał już więcej głosować na Yelada - gardzącego ludem zimnego drania i  mordercę dzieci.
W limuzynie Raschid cisnął czapkę kierowcy na tylne siedzenie. Leżący obok trup   chłopczyka 
poruszył się i usiadł.
- Daj mi jakąś szmatę - poprosił umarlak.
- Piękne przedstawienie - stwierdził Raschid, podając malcowi irchę. Dziecko   zaczęło   ścierać 
farbę z twarzy.
Okazało się, że „chłopczyk” ma na obliczu całkiem sporo zmarszczek i wory pod  oczami.  Samo 
spojrzenie   zaś   było  bardziej  cyniczne  niż  niewinne.   Bohater  całego     przedstawienia  wyciągnął 
olbrzymią tabakierę, niuchnął potężnie i kichnął, aż pancerne szyby zadrżały.
- Myślisz, że uda ci się to powtórzyć? - spytał Raschid.
- Bez kłopotu - odparł aktor z pięćdziesięcioletnim stażem. - Może nawet parę   razy,  nim się 
zmęczę. I zobojętnieję, jeśli wiesz, co mam na myśli. Dałbyś łyka - poprosił  „chłopczyk”.
- Nic z tego. Najpierw trzydziesta szósta dzielnica, chlanie potem.
Ucharakteryzowany   mężczyzna   zaklął   szpetnie,   ale   Raschida   to   nie   wzruszyło.   I     tak   potrafił 
poznać, czy artysta jest zadowolony że swej sztuki.
Porucznik Skinner była niezmiernie wkurzona. Akurat dziś wypadał dzień zbierania   opłat i   już 
pierwszy klient zepsuł jej humor. Na początku zaglądała zawsze do małego, porządnego burdeliku. 
Zawarła taką  prywatną  umowę, zatem cała działka szła tylko dla niej. Miała tam również pewnego 
kochasia, który od paru  miesięcy regularnie osładzał jej podłe, policyjne życie. Tego ranka jednak 
nie   było ani forsy, ani   chłoptasia. Przestraszony i zmieszany zarządca wyjąkał, że już zapłacił. 
Twierdził, jakoby  para  naprawdę rosłych gliniarzy zajrzała do jego przybytku godzinę wcześniej. 
Powiedzieli,   że   są   od     Skinner.   Pobicie   subiekta   nie   wniosło   do   sprawy   niczego   nowego. 
Mężczyzna  kulejąc pobiegł  przekazać nowinę o tym, co się dzieje w policji. Na dodatek przeniósł 

background image

swoje     panienki   do   innej     placówki.   Skinner   była   dziwnie   pewna,   że   ten   drań   nie   kłamał, 
szczególnie że zastosowała   profesjonalne metody przesłuchania. Wypadła z przybytku, pałając 
żądzą zemsty.   Potem jednak   trochę się opanowała. Ojczulek nic nie wiedział o tym drobnym 
nadużyciu.     Sfrustrowana   i     wściekła   jak   rój   szerszeni   ruszyła   dalej.   Gdziekolwiek   zajrzała, 
częstowano ją  tą samą opowieścią.  Świat porucznik Skinner stanął na głowie. Parując gniewem 
niczym lokomotywa wpadła do gabinetu kapitana. Miała nadzieję,  że  zaraz zrobi się tu taka burza, 
że kamień na kamieniu nie zostanie. Ale i z tego nic nie wyszło. Gliniarze z innych dzielnic nie 
przyznawali się do  niczego.  Znaczy, że wojnę wypowiedział ktoś z zewnątrz. Ale kto i dlaczego, 
te fakty dało  się ustalić  dopiero po pewnym czasie.
Kym, młodziutka blondynka o niewinnym spojrzeniu i niezbyt niewinnym ciałku,   była na   tyle 
nierozważna, że czasem szukała klientów poza swoim rewirem. Zrobić usta „w   Lolitę”, lekko 
wysunąć biodro, zafalować biustem i już... Potem starczyło  sięgnąć za pazuchę,   gdzie zawsze 
nosiła nóż i gaz obezwładniający. I tak wiązała jakoś koniec z końcem. Ponadto Kym była oczkiem 
w głowie tatusia i ulubienicą sąsiadów. Wychowana jak  należy,  zawsze przynosiła cały łup papie. 
Ten zaś pracował u Yelada jako superintendent,  zatem szczęście  rodzinne kwitło i wszyscy mieli 
się dobrze. Jednak pewnej nocy doszło do drobnego nieporozumienia. Dziewczynę zwinęło dwóch 
gliniarzy zbyt pełnych narkopiwa, by sprawdzić ją w rejestrze. Bez ceregieli  zaciągnęli Kym na 
komendę i zapuszkowali. Sprawy zaszły na tyle daleko, że panienka musiała stanąć  przed sędzią, 
chociaż   zasadniczo   nikomu   się   to   nie   podobało.   Nawet   wrogowie   Yelada   współczuli     ślicznej 
prostytutce.  Tego  typu  wydarzenia  psuły radosną atmosferę  Dusable. Jednak podobne wypadki 
trafiały się już przedtem. Potem następował proces,   zwykła   formalność, a gliniarze dostawali 
nagany za zatrzymanie kogoś tak ewidentnie  niewinnego. I Kym  wróciłaby do tatusia, a potem na 
ulice.
Tym   razem  jednak  wszystko  potoczyło   się  inaczej.   Sędzia  nie   oddalił  sprawy.     Gorzej,  każdą 
poszlakę zinterpretował przeciwko podejrzanej i uznał ją winną.
Po mieście przetoczyła się fala oburzenia, umiejętnie podsycana przez opłaconych    z   kieszeni 
Kenny dziennikarzy. Sędzia tymczasem wyjechał czym prędzej na wieś, by   cieszyć się   życiem 
bogatego emeryta. No i zostawił Yelada z całym tym pasztetem.
Avri wychwalała Raschida pod niebiosa.
- Czekaj - powiedział Raschid. - To dopiero początek.
Chmury zebrały się na Dusable tak gęste, że ołów można by z nich wytapiać. Gliniarze ruszyli na 
gliniarzy.   Tłumy   były   mniej   wybredne   w   wyborze   ofiar.     Podkładano     bomby   pod   sklepy, 
dewastowano  burdele,  plądrowano  siedliska   hazardu.  Nie   oszczędzano   nikogo,   a  szczególnie 
niewinnych. Miary dopełnił Marsz Matek zorganizowany w obronie  Kym. Dwa tysiące gniewnych 
kobiet z jej dzielnicy wyszło na ulice ze sztandarami  przedstawiającymi wdzięczny profil ofiary. 
Towarzyszyło temu ogólne rwanie   włosów z głowy, a   wszystko szło w transmisjach na żywo, 
oczywiście.   Kamerzyści   zwijali   się   jak   w     ukropie,   by     niczego   nie   uronić,   co   pewien   czas 
pokazując   też  wstrząśniętego  ojca  dziewczyny,    który  paradował    na   czele   procesji.   Wyglądał 
idealnie - rosły,  naćpany po uszy,  z oczami   podkrążonymi  po   całonocnej wizycie  w burdelu 
(załatwionej  przez  ludzi  Raschida).  Istna  ofiara    systemu.  Rozkrzyczane  kobiety podążyły  pod 
siedzibę Tyrenne’a, by przynajmniej wykrzyczeć   obelgi. Przed gmachem czekał kordon policji 
wyposażonej   w   tarcze,   armatki   i     wiele   innych   rzeczy     potrzebnych   do   tłumienia   zamieszek. 
Kobiety zatrzymały się przed kordonem. Wrzeszczały nadal, ale tylko tyle.
Nagle z bocznej ulicy wyjechała wielka ciężarówka. Zaraz sypnęli się z niej  policjanci - na  oko 
identyczni z tymi, którzy strzegli Yelada. Bez słowa ostrzeżenia rzucili się   na manifestantki z 
pałkami. Te ryknęły znowu, tym razem z bólu. Prawdziwi gliniarze patrzyli   osłupiali. Skąd te 
chłopaki?   Przybysze   zniknęli   równie   szybko,   jak   się   pojawili,   zostawiając   ulicę     pełną 
zakrwawionych ofiar. Wydarzenie przeszło do historii Dusable. Setki matek  odniosły obrażenia, i 
to na oczach całej planety.
Imię Yelada stało się synonimem tyranii.
Figurant spisywał się wyśmienicie.

background image

Najlepsi najemni spece od propagandy i mów publicznych żyły sobie wypruwali  dostarczając mu 
kolejne pamflety na radę. Było w nich tyle jadu i goryczy, że  szarżujący byk  padłby jak gromem 
rażony. Raschid zaś miotał się za kulisami i pilnował, by nic  nie wlazło w  tryby.
Solon Walsh trącał tymczasem najczulsze struny.
Zaczął od pełnej smutku mowy o ciężkim położeniu mieszkańców Dusable. Kwestię,  kto  jest temu 
winien,   pozostawił   otwartą.   Jednak   już   przy   następnej   okazji   przybrał     pozę   oburzonego   i 
zdradzonego obywatela. Przytoczył całą listę faktów, o których podobno właśnie  się dowiedział. 
Nie przypadkiem AM2 przestało napływać do Cairene. Nie przypadkiem skończyły się  bajeczne 
kontrakty. Solon Walsh wołał zatem o sprawiedliwość. Dusable potrzebuje kogoś,   kto weźmie 
sprawy w swe silne ręce. Kogoś nowego, kto niczego nie zawdzięcza tym diabłom  wcielonym z 
rady.   Zdumiony   zmianą   tonu   kampanii   Walsha,   Tyrenne   Yelad   zareagował   z   początku   dość 
niemrawo. Na dodatek Avn zapewniła go, że to wszystko część planu mającego na  celu odebranie 
Kennie części głosów. Yelad przestał się niepokoić, ostatecznie po to właśnie  finansował Walsha. 
Jeśli   zaś   chodzi   o   ataki   na   radę,   to   jej   członkowie   z   pewnością   nie   przejmą   się     zarzutami 
wygłaszanymi przez kogoś, kto i tak nie ma szans na wygraną. Na wszelki wypadek kazał jednak 
swoim skrybom włączyć do przemów kilka zdań  biorących radę w obronę. Raschid dopilnował, 
aby należycie rozdmuchać każdą taką wzmiankę. Zmusił Yelada  do  uderzenia w wielkie bębny. A 
potem zaczęło być głośno o kolejnych sprawach. Wojna gliniarzy, ataki tłumu... Yelad musiał gasić 
pożar za pożarem i tak się w tym zapamiętał, że niemal  zapomniał o  jeszcze jednym kandydacie, 
który też prowadził swoją kampanię. O Kennie.
Trzy noce przed wyborami Tyrenne stracił zimną krew i zwołał zebranie   nadzwyczajne. Yelad 
przypominał kulę bilardową z główką u góry i nóżkami na dole. Na dodatek   wybierał   takich 
krawców, którzy eksponowali wady jego sylwetki, miast je skrywać. Szyć   kazał z   materiałów 
tylko nieco lepszych od przeciętnych. Mieszkał wciąż w tym samym  domu, gdzie się  wychował. 
Był uprzejmy wobec matki, miły dla żony, wyrozumiale traktował  problemy  dorastających dzieci. 
Wszystkie te cechy przyczyniły się do jego zwycięstw w   poprzednich   kampaniach - należał do 
ludu i pracował dla ludu. Tak to przynajmniej   odczytywano. Posiadał   wiele zwykłych, typowo 
ludzkich   wad   oraz   zalet,   które   z   przeciętnego   obywatela     mogą   uczynić     przywódcę.   Nie 
wspominając oczywiście o gigantycznym, nieoficjalnym poparciu i gładko  działającej  zakulisowej 
maszynerii. Jednakiego wieczoru wszystko zgrzytało. Yelad miał  dobrze w czubie. 
Przez lata łatwych zwycięstw wpadł w kilka nałogów, w tym alkoholizm.
- Co to ma znaczyć, że nie wiecie, kto tym kręci? Za co wam płacę? Leniwe  sukinsyny!  Ziemia 
usuwa mi się spod stóp, a wy...
I rozszalała się burza. Sztab wyborczy skulił się przerażony i czekał, aż  przejdzie najgorsze.
- Powiem wam, co jest grane. To Kenna, łajza nie myta. Udaje niewiniątko... Ale  zajmiemy  się 
nim, oj zajmiemy. Nie dłubać w nosach, tylko słuchać. Oto co zrobimy...
Trwało trochę, nim uspokoił się na tyle, aby wyartykułować konkretne polecenia.
Kazał zwiększyć liczbę nadzorców w lokalach. Potroić szeregi fałszywych  wyborców. Raz  jeszcze 
sprawdzić   gotowość   list   cmentarnych,   aby   użyć   ich   w   razie   potrzeby   po     podliczeniu   głosów 
żywych   ludzi.   Tyrenne   Yelad   nie   narzekał   na   brak   funduszy,   niedostawało   mu   jednak 
doświadczenia w   sprawach organizacyjnych. Przez lata starczał mu maleńki sztab. Teraz kazał 
nająć setki nowych  ludzi. Włączyli się do pracy tak żwawo, że zaraz wywołali niezliczone zatory i 
spięcia. Maszyna   stanęła. Ale najgorsze miało nadejść dobę później, gdy do wyborów zostało 
ledwie  czterdzieści  osiem godzin.

Raschid obserwował z boku, jak Kenna wkracza na ustawioną pośrodku placu  trybunę. 
Omiótł spojrzeniem publiczność, upewniając się, że klaka jest na swoim miejscu. 
Gotowi   też   byli     dziennikarze   lokalnych   stacji.   Obwieszczenie   o   niespodziewanym, 
ponadplanowym     wystąpieniu     Kenny   poruszyło   każdego   mieszkańca   systemu.   Wszyscy   mieli 
nadzieję na soczystą  przemowę. Kenna zajął miejsce. Rozległy się ogłuszające owacje. Kandydat 
skłonił się lekko  i uniósł  rękę. Z uśmiechem poprosił o ciszę.
- Nie trzeba... naprawdę nie zasłużyłem na takie dowody miłości...

background image

Klaka   zadziałała  ponownie,   dokładnie   w  tej  chwili,  gdy tłum  znudził  się     oklaskami.   Raschid 
pozwolił   jeszcze  na  skromne   pół  godziny  entuzjazmu,  po  czym  nakazał  powolne   wyciszanie. 
Kenna  dziękował   na lewo  i  prawo za  tak  żywiołowe  poparcie.   Potem  zmarszczył     czoło  niby 
mędrzec z gór i przypomniał w krótkich słowach, jak to pilnie sprawował służbę  publiczną przez 
wiele lat. Wszystko dla dobra ludu, ma się rozumieć. Pod koniec wyznał, że   trapią go pewne 
wątpliwości, czy słusznie uczynił przystępując do obecnej kampanii. Coraz więcej  lat na karku... 
Może nie podołać brzemieniu władzy Tyrenne’a.
Tłum ucichł. Coś nowego... Kilku krzyknęło, że w żadnym razie nie... Za sprawą  magii  Raschida 
były to całkiem szczere wyznania. Solon Kenna zamilkł na chwilę i  przeszedł do  wielkiego finału.
- Pilnie słuchałem moich oponentów - zaczął - i doszedłem do wniosku, że tylko   jeden z   nich 
przemawia głosem ludu. I dlatego też, tym samym ogłaszam... że wycofuję się  z wyborów...  i...
Wybuchła wrzawa, ale Kenna majestatycznie przywołał tłum do porządku.
- I przenoszę całe moje poparcie - kontynuował - na najbardziej wiarygodnego  spośród  wszystkich 
mężów stanu Dusable...
Na te słowa na podium wkroczył figurant. Mieszkańcy planety osłupieli. Solon Walsh podszedł do 
kolegi. Łzy płynęły mu z oczu. To Raschid osobiście   wsparł   Solona zawiniętą w chusteczkę 
cebulą.
Ludzie oszaleli. Tu i ówdzie poszły w ruch pięści. Ekipy kamerzystów walczyły o  najlepsze  ujęcia 
lub zmykały ze stanowisk. Jednak pośrodku całego tego szaleństwa trybuna trwała niewzruszona 
niczym skała  wśród  wzburzonych sztormem fal. Gdy tylko reporterzy to zauważyli, z powrotem 
zwrócili  kamery na  kandydatów. Nie było to łatwe, często jeden operator drugiemu musiał stawać 
na  ramionach. Paru  mocno się przy tym poturbowało. Oto obraz humanizmu: Solon Kenna i Solon 
Walsh, obaj zapłakani jak bobry, objęci  ramionami, zjednoczeni...
Raschid uznał, że przedstawienie w zasadzie odniosło sukces. Bywało już lepiej,   ale trudno,   w 
tych warunkach... Zamarł. Kiedy bywało lepiej? Z czym niby? Potem ryk tłumu   zagłuszył jego 
myśli i rozwiał wątpliwości.
Następny etap nie miał już być taki łatwy. Należało postawić parawan i ukraść te  wybory. Tyrenne 
Yelad przywitał świt fatalnego dnia atakiem furii. Oczy miał kaprawe, w  ustach  zaschło mu od 
miotania obelg na tego judasza Solona Walsha. Ostatecznie  asystenci udobruchali  go na tyle, że 
mógł przejść do kontrofensywy. Siadł ciężko przy biurku i zaczął wyliczać wszystkie możliwe do 
przeprowadzenia     szachrajstwa.   Szybko   wróciła   mu   pewność   siebie.   Uwierzył,   że   z   tym 
politycznym   arsenałem   nawet Wiecznego Imperatora doprowadziłby do płaczu. Skierowawszy 
parę z gwizdka na tłoki, Yelad zamówił jeszcze dzban najlepszego  piwa, aby  ukoić nerwy przed 
czekającym go długim dniem i niełatwą na pewno nocą. Wraz z dostawą piwa przybył asystent. 
Przyniósł złe wiadomości z dwudziestego  drugiego  okręgu, jednej z największych podpór Yelada - 
aż milion uczciwych głosów i  dwieście tysięcy  głosów cmentarnych.
Przerażony asystent zaczął jąkać całą historię od początku. Szczęśliwie ominął  teorię  wielkiego 
wybuchu i epokę dinozaurów, ale i tak zapowiadało się wielogodzinne   gadanie. Yelad   zrugał 
podwładnego  jak burą  sukę  i nieszczęśnik  zatkał  się na dobre. Yelad    musiał  zacisnąć  zęby i 
poprosić jąkałę uprzejmie, by ten zechciał zrelacjonować od początku.
Dwudziesty drugi okręg był wyspą otoczoną przez morze ze szczętem zatrute   przemysłowymi 
ściekami. Zamieszkująca tę dzielnicę klasa robotnicza, czyli owi   wyborcy, mieli   do dyspozycji 
tylko dwie drogi wiodące na kontynent: bliźniacze mosty zbudowane  dwadzieścia lat  wcześniej. 
Na hurra i za wielkie łapówki.
- Wiem! Wiem! Dalej, bo jak nie, to ci nogi...
- No i właśnie - jęknął asystent. - Jeden z tych mostów się zawalił.
- Cholera! - wykrztusił Yelad i mowę mu odjęło. 
Jeden most zatka się w parę  godzin i  wyborcy nie dotrą do lokali w mieście. To znaczy ci, którzy 
znajdą dość odwagi,  by wejść teraz na  ten drugi most. Nikt nie ucierpiał wprawdzie, ale ludzie i 
tak zaczną się bać.
Yelad wychylił za jednym zamachem aż pół dzbana piwa. Dzień zaczął się  nieszczególnie.

background image

Podczas   gdy  Yelad   dochodził   do   siebie,   Raschid   mile   spędzał   czas   w   podziemiach     pewnego 
wielkiego budynku w samym sercu Dusable. To tutaj mieścił się centralny komputer   zliczający 
głosy wyborców. Opłacony należycie technik wprowadził Raschida (i trzech jego pomocników) do 
pancernej     komory.   W   środku   ujrzeli   istne   gniazdo   węży   -   klasyczne   konsole   na   antycznych 
włóknach  optycznych.
To aż za łatwe, pomyślał Raschid. Ale wiedział, że w polityce należy wykorzystać  każdą  szansę.
Tam   gdzie   wcześniej   maszerowały   dwa   tysiące   broniących   Kym   kobiet,   dziś   pojawiło     się 
piętnaście tysięcy matek z dwóch dzielnic. Całe rzesze policjantów pierzchały   przed nimi gdzie 
pieprz rośnie. Przez trzy godziny pochód przemieszczał się z jednej dzielnicy do drugiej. Potem 
sześćdziesiąt   tysięcy   manifestantów   poszło   wypełnić   swój   obywatelski   obowiązek.     Do   czasu 
zamknięcia lokali wyborczych niektóre szczególnie rozeźlone kobiety zdążyły  zagłosować ponad 
sto trzydzieści razy.
Solon Kenna przybył do siedziby związków w dokach już o pierwszym brzasku. Na  dzień  dobry 
rozdał tyle łapówek, że mógłby wystawić za to niezłą flotyllę  niszczycieli. Witał się z  każdym, 
wciskał banknoty w dłoń, spoglądał prosto w oczy i rozkazywał.
- Idź głosować!
Masy robotnicze wylały się za bramy. Zamieszki wyborcze trwały do późnej nocy. Solon Walsh 
prezentował  swą zwykłą  młodzieńczą  wiarę w  lepszą przyszłość  i   ludzką   uczciwość.  Jednak 
płonął gniewem, aż mu się ręce trzęsły. Dodatkowo machał przed  kamerami  właśnie doręczoną 
mu kartką.
-   I   znowu   zdrada,   współobywatele!   W   swej   niezmierzonej   mądrości   rada   nakazała 
pięćdziesięcioprocentową dewaluację kredytu! Co powie na to mój tchórzliwy  przeciwnik, Tyrenne 
Yelad?
Gdyby ktoś przyjrzał się kartce bliżej, dostrzegłby tylko kilka nagryzmolonych w  pośpiechu  słów 
- wiadomość od Raschida, który przypominał:
„Tylko się nie uśmiechaj, gdy będziesz wciskał im tę bujdę”.
Walsh marszczył brwi jak najlepszy mistrz scen dramatycznych.
W   południe   odwołano   konferencję   prasową,   na   której   Yelad   miał   zdementować     pogłoski   i 
odparować ataki Walsha. Z dwudziestej drugiej dzielnicy wieści napływały coraz  gorsze - odkryto 
wielkie pęknięcia w strukturze drugiego mostu. Ledwie siedem tysięcy ludzi dotarło na czas do 
lokali, a to znaczyło, że Yelad  nie mógł  zrobić z tamtejszych nieboszczyków żadnego użytku.
Pierwsze kilkaset ciężarówek pełnych fałszywych wyborców wjechało do Dusable tuż  po  zmroku. 
Yelad ściągał posiłki z całej planety. Mieli krążyć z przewodnikami od  lokalu do lokalu.  Rzecz 
wyglądała obiecująco, bo wśród zatrudnionych nie brakowało prawdziwych  zawodowców.  Przed 
zamknięciem lokali o północy każdy z nich powinien załatwić jakieś  dwieście, trzysta  głosów. Nie 
za darmo, rzecz jasna.
Ludzie Raschida czekali na nich na obrzeżach miasta. Ledwie pierwszy wóz   przejechał   aleją, 
ruszyli na kolumnę z pałkami i butelkami zawierającymi płyn łatwopalny.  Pasażerowie  pierwszej 
ciężarówki   zostali   wywleczeni   i  pobici.  Sam  pojazd  został  wywrócony     grawitami  do    góry i 
podpalony. Wrak zablokował drogę reszcie kolumny. Widok barykady wystarczył. Reszta konwoju 
albo poddała się, albo czym prędzej  pierzchła.  Pościgu nie było. Nie na darmo Raschid wbijał do 
zakutych łbów: choćby gówno z  nieba leciało,  wykonać robotę do końca. Trzymać placówkę. Ktoś 
rozbił   przewożony   na  pudle   ciężarówki   sejf  i   zaczął   rozdawać   sfałszowane     karty     wyborcze. 
Zgodnie z planem Raschida. Gillia miał za sobą dwadzieścia lat kariery i uchodził za weterana 
walki  wyborczej. Jednak  ostatnie wydarzenia sprawiły, że zaczął myśleć o emeryturze. Z poczucia 
lojalności zgodził się  pomóc Yeladowi w jeszcze jednej kampanii. W podjęciu decyzji pomogły 
niewątpliwe  opinie  ekspertów, że ta elekcja przebiegnie tak prosto jak nigdy. Kenna jest bez szans, 
dowodzili, zatem   Gillia będzie mógł sobie poużywać. Jeśli wykorzysta całe swe doświadczenie, 
odejdzie na  emeryturę z ogromnym majątkiem. Kiedy Gillia kazał kolumnie skręcić do sto trzeciej 
dzielnicy, wiedział już, że  tym razem  wykazał się piramidalną głupotą i naiwnością. W Dusable 
wszyscy   zgodnie     twierdzili,   że   Yelad     zbiera   potężne   baty.   Mające   dopilnować   właściwego 
przebiegu  głosowania, bojówki   same  trafiły   do szpitali.  Gdzieniegdzie  doszło do poważnych 

background image

zamieszek. Gillia sam widział  budynek  dzielnicowego komitetu Yelada podpalony już w godzinę 
po zmroku. Ziejące ogniem  barykady i  rozwrzeszczane tłumy blokowały wstęp do ośmiu okręgów.
Nawet   najlepsi   macherzy   Yelada   wpadli   w   panikę.   Gillia   nigdy   jeszcze   nie   słyszał     takiego 
skowytu.   I   robiło   się   coraz   gorzej,   ponieważ   wstępne   podliczenia   głosów   oddanych     w   kilku 
okręgach wskazywały jednoznacznie, że Walsh wygrywa i z każdą chwilą zyskuje   coraz więcej 
zwolenników.   Należało   to   zahamować,   potem   odwrócić.   Gillia   miał   zadbać,   aby   wyborcy 
konkurencji nie dotarli na czas do lokali. Tak jak wszędzie niemal, również i tutaj troszczono się, 
aby ludzie starzy czy   niepełnosprawni mogli udowodnić swą obywatelską postawę. Był to dość 
stabilny  elektorat,  zwykle kierujący się wieloletnim przyzwyczajeniem. To po pierwsze, po drugie 
zaś, nie wierzył  w   obietnice  lepszego jutra i sens zmian. Wolał siermiężne  nawet, ale pewne 
dzisiaj. Nic dziwnego,   szczególnie gdy wspomnieć, że cała opieka społeczna pozostawała pod 
nadzorem  dzielnicowych  ojczulków. Skoro jednak nie znano w Dusable takiego udogodnienia jak 
głosowanie   w   domu,     osoby   te     musiały   jakoś   się   dostać   do   lokalu.   Problem   rozwiązywano 
tradycyjnie.  Ojczulkowie zawczasu  sporządzali listy, przekazywali je grupom transportowym, te 
zaś   po   kolei     zabierały   oczekujących,     potem   ich   odwoziły.   Gillia   miał   pod   swoją   kontrolą 
dwadzieścia mikrobusów, wszystkie wymalowane w   hasła   wyborcze Solona Walsha. Plan był 
prosty.  Szpiedzy buszujący w obozie przeciwnika   wykradają   listy,  Gillia zbiera tych  starych, 
kulawych i ślepych, wywozi ich jakieś  pięćdziesiąt kilometrów za  miasto i porzuca nocą w gęstym 
lesie. Za żadne skarby nie zdążą zagłosować.   Drużyna Gilli   stanowiła tylko małą część całej 
ekipy.  Zacząć mieli w sercu sto trzeciej dzielnicy.  Gillia wydał stosowne instrukcje,   po czym 
konwój błyskawicznie się rozdzielił. Każdy podążył  ku wcześniej wyznaczonej    ulicy.  Gillia z 
dwoma pomocnikami ruszył pod pierwszy adres.
Staruszka z pierwszego domu przywitała ich zmieszanym uśmiechem.
- Ale czemu... po co młodzieńcze? Wypełniłam już swój obowiązek.
Gillia westchnął. Co za nieobywatelska postawa. Wiedział, że zawsze znajdzie się  garstka  takich, 
co sięgną po każdy pretekst, aby tylko wykręcić się od głosowania.   Dobra. Trzeba będzie   dać 
starej w ucho, inaczej może zacząć coś podejrzewać. Uniósł rękę i...
Stara odskoczyła, dziwnie sprawnie jak na te lata. Cholera! Przecież nie będzie  jej gonił...
- Chwilę... - pisnęła. - To pomyłka...
- Jasne, proszę pani - warknął Gillia, osaczając starą w kącie. Już miał jej  przyłożyć, gdy  osłupiał 
na widok karty wyborcy. Była ostemplowana pieczęcią Walsha, obok   widniała data i   godzina 
oddania głosu. Żeby to! Baba naprawdę już głosowała.
Ale   Gillia   uznał,   że   tym   bardziej   ma   ochotę   jej   wlać.   Był   zbyt   zmęczony   na     spuszczenie 
porządnego łomotu. Ot, powali starą i przyłoży kopytem w żebra. Właśnie uniósł nogę, gdy czyjaś 
ciężka łapa chwyciła go za kołnierz. Poleciał do  tyłu i  rąbnął o podłogę. Próbował odtoczyć się, 
aby uniknąć następnego ciosu, ale   niewiele mu z tego   wyszło. Dostał w brzuch. Łapiąc ciężko 
oddech, ujrzał jakąś młodą kobietę. Stała nad  nim,  szczerząc zęby. Prężyła wspaniale umięśnione 
ramiona... Stara chichotała  nieopodal. Dziewczyna  znów zamachnęła się pałką i... Gillia usłyszał 
jeszcze, jak dwóch zostawionych przed domem pomocników wrzeszczy   coś   w przerażeniu, po 
czym  zapadł w ciemność.  Godzinę później  jego bezwładne ciało  wylądowało  w kępie paproci 
kilkadziesiąt  kilometrów od rogatek. Reszta grupy zległa obok. Przejęte mikrobusy czym prędzej 
przemalowano w barwy Yelada. Ludzie Raschida  zaczęli  wywózkę stronników Tyrenne’a.
- Żal zmarnować taką okazję - uzasadnił Raschid.
Avri była zachwycona, Pavy zaś z miłą chęcią użyczyła  większość swych goryli i   goryliczek. 
Yelad zaatakował na godzinę przed zamknięciem lokali. Trzystu bojówkarzy  najechało  siedzibę 
Walsha z poleceniem rozwalania  łbów, demolowania biur i rabowania   dokumentów. Skromna 
ochrona  budynku  momentalnie  poszła  w rozsypkę.  Podpalacze  zaczęli    natychmiast  gromadzić 
wszystko, co palne, reszta rozbijała stalowe drzwi. Minutę  później wataha  wlała się do środka.
Raschid przywitał ich na schodach. Ze śmiechem i pałką. Dał sygnał. W tejże  chwili z  ukrycia 
wyskoczyły   bojówki   Walsha,   ponad   pięćset   osób.   Wszystkie   chętne   do   bitki     i   znakomicie 
wyposażone. Pierwszego napastnika Raschid zdzielił pałką, aż kość trzasnęła; drugiego złapał  za 
ucho i  sprowadził do parteru. Nie jego wina, że łobuz się wyrywał, gdyby siedział  spokojnie, nie 

background image

straciłby  ucha. Trzeci dostał tym uchem prosto w twarz i zaraz stracił zapał do bitwy. Na  wszelki 
wypadek    Raschid  kopnął  go jeszcze  w krocze.  Czwartego  do brydża  nie  znalazł,  bojówkarze 
Walsha  unieszkodliwili już wszystkich pozostałych intruzów.
Całkiem   udane   wybory,   pomyślał   Raschid,   który   spośród   różnych   socjotechnik     elekcyjnych 
najbardziej lubił właśnie ręczne sterowanie.
Porucznik Skinner dotarła do lokalu Walsha na kilka minut przed zamknięciem   drzwi.   Mimo 
późnej pory jakoś się nie spieszyła. Zwykle lubiła podobne święta. Jest komu przywalić, forsa też 
płynie   jakby    szerszym     strumieniem.   Dziś   jednak   zabrakło   jej   motywacji.   Źródełka   wyschły. 
Całkowicie. Na komendzie   kapitan   wyjęczał, że jego też załatwili. Koledzy z innych dzielnic 
donosili ze łzami, że  są w tej samej,  podłej sytuacji. Tak zatem porucznik Skinner włóczyła się bez 
celu po ulicach. Z jakiejś   tajemniczej   przyczyny przechodnie odnosili się do niej nader wrogo. 
Dziwne. Zasadniczo powinna opiekować się fałszywymi wyborcami Yelada. Razem z sześcioma 
podwładnymi czekała nawet, aż zwolennicy Tyrenne’a przyjadą. Potem obwoziłaby  ich od lokalu 
do lokalu. I fajnie, tyle że prawie nikt się nie pokazał. Skinner natychmiast zameldowała o  sytuacji. 
Za  pierwszym razem jakiś gniewny głos odkrzyknął z drugiej strony, że mają trochę  bałaganu i 
będzie   drobne opóźnienie. Skinner potwierdziła odbiór i wyłączyła nadajnik.   Zastanawiała się 
tylko,   skąd     ta   histeria,   skoro   wszystko   w   porządku?   Za   drugim   razem   scena   dokładnie   się 
powtórzyła.   Więcej     pogaduszek   nie   było,   bo   linie   się   zablokowały.   Skinner   stwierdziła   ze 
zdumieniem, że w całym   Dusable jest tak samo. Gliniarze próbowali połączyć się ze sztabem. 
Wszyscy z  tym samym  pytaniem.
No i dobrze. Położy uszy po sobie, odwali robotę i wróci do domu, żeby się upić.
Przez cały wieczór nadjechało ledwie parę ciężarówek. Ale i to niewiele dało,  gdyż w  lokalach 
wyborczych   czekała   na   przybyszów   niespodzianka.   Tłumy   panienek   i     chłopczyków   były 
chronione  przez  tylu  żołnierzy mafii,  że  Skinner  musiałaby mieć  silnie    rozwinięte  skłonności 
samobójcze,   żeby  z  nimi  zaczynać.   Kurwiszonki   płci   obojga  skutecznie   uwodziły    fałszywych 
wyborców i ci, całkiem zresztą radzi, głosowali na Walsha. W podzięce dostawali   kilka chwil 
rozkoszy w pobliskim zaułku. Skinner była bezradna. Na dodatek widok oblężonych przez kwiat 
młodzieży lokali  spowodował, że i w pani policjantce hormony się odezwały. Pod koniec sama nie 
wiedziała, co tak   w niej buzuje - gniew czy pożądanie. Zdumiała się niepomiernie, gdy przed 
ostatnim lokalem natknęła się na swojego  ulubionego  chłoptasia. Jakże jej go brakowało! Gdy tak 
spoglądała na kręcone włoski i   pulchne usteczka,   gniew przeszedł, jak ręką odjął. Porucznik 
Skinner  wyciągnęła  z kieszeni  swą kartę  wyborcy  i stanęła  w  kolejce. Pieprzyć!  Zagłosuje na 
Walsha.
W Cairene,  a szczególnie  w  Dusable, prawo Murphiego dowodziło  swej słuszności z   dziwną 
regularnością. Konkretnie, osobliwym trafem główny komputer elekcyjny   psuł się zawsze   na 
chwilę   przed   zamknięciem   lokali.   Technicy   stawali   na   uszach,   czarowali   i     klęli,   a   komputer 
milczał. Ożywał wszakże przed końcem nocy. Technicy cieszyli się jak dzieci, a komputer  liczył 
głosy aż się kurzyło. Potem podawał wyniki, które nikogo nie zaskakiwały.  Yelad niezmiennie 
wygrywał. Tyrenne siedział wraz ze swym zaziewanym sztabem w biurze. Był dziwnie wesoły, 
może   skutkiem nadużycia alkoholu. Oraz dlatego, że komputer właśnie się zaciął. Co za   traf, 
akurat w  porę... Yelad zachichotał chrapliwie, pociągnął łyk z butelki i warknął, by jak  najszybciej 
dostarczyć mu wstępne dane. No to teraz zobaczymy... Zawsze tak robili i działało. Po stosownym 
ustawieniu głosów komputer ożywał i   drukował,   co trzeba. Najpierw należało policzyć  głosy 
konkurencji, potem własne. Jeśli margines  przewagi był  za mały, dodawało się milion czy dwa 
miliony głosów cmentarnych. Yelad wiedział, że nie wolno mu przedobrzyć. Po co prowokować 
dochodzenie czy   choćby   głupie pytania. Tym razem jednak zamierzał zaryzykować i pójść na 
całość. Walsh  sam dopraszał  się nauczki. Zemści się na tym gnoju i załatwi mu taką klęskę, że 
nawet w  encyklopedii o tym  napiszą. Główny macher jęknął rozgłośnie. 
Yelad aż podskoczył. 
Co, u licha?
Komputer rejestrował meldunki napływające z lokali konkurencji.
Yelad tonął. Kolejne dzielnice meldowały o wygranej Walsha.

background image

Pół godziny później Tyrenne nagle wytrzeźwiał. Tkwił po uszy w bagnie. Rozkład  głosów  był na 
tyle niekorzystny, że zmuszał do ożywienia wszystkich truposzy. Trudno,  pomyślał Yelad, i  znów 
łyknął potężnie. Jak trzeba, to trzeba. Nie oddam stołka. Nakazał uruchomienie rezerw. Jednak po 
godzinie  okazało   się,  że  wszystko   na  nic.   Nie  miał  pola   manewru.  Dostał   ledwie  pół   miliona 
prawdziwych głosów.
Dużo później pojął, że ktoś go wyprzedził i ustawił komputer po swojemu. 
Wszystkie głosy,   jakkolwiek je oddano, trafiały na konto Walsha. Te pół miliona osób musiało 
odwiedzić lokale  wcześnie rano.
Tej nocy martwym nie kazano wstawać z grobów.
Yelad przegrał.
Z tamtych dni datuje się powiedzenie „popłynął jak Yelad”.
Raschid nie wziął udziału w przyjęciu zwycięzców. Tylko spotkał się prywatnie z  Solonem  Kenną 
w jego biurze. Przyszła pora na ustalenie formy zapłaty.
Wiedział już, czego chce. Rozwiązanie samo przyszło mu do głowy, gdy oglądał   transmisję   z 
ogłoszenia wyników. Na dodatek zdawał sobie sprawę, że to pilne. Że musi się  pospieszyć.
Gdy zdążał na spotkanie z Kenną, poczuł nagle dziwną lekkość myśli. Udało się. 
Zaliczył  ostatni test.
Kenna odetchnął z ulgą, gdy Raschid zażądał jedynie szybkiego statku z pełnym  zapasem  AM2. 
Start za sześć godzin. Drobiazg. Solon oczekiwał, że będzie musiał oddać  całą kasę, może  więcej. 
A   i   tak   nie   byłaby   to   wygórowana   cena.   Usłyszawszy   słowa   Raschida,   Kenna     odczuł   nawet 
niejakie wyrzuty.
- Jest pan pewien? - dopytywał. - Naprawdę nic więcej?
- Może jeszcze o coś poproszę - odparł Raschid. - Nie wiem. Ale na pewno nie  teraz. Ciesz  się 
wygraną. Jeszcze się z tobą skontaktuję.
Wieczny Imperator uścisnął dłoń pijanego szczęściem polityka.

Rozdział 25

Klucz do królestwa wyglądał niepozornie - rozmyślnie tak właśnie. 
Mały księżyc,    jeden z   tuzinów  podobnych  krążących  wkoło planety typu jowiszowego. Sam 
system był  godzien  odnotowania tylko z dwóch powodów: po pierwsze brakowało na jego terenie 
czegokolwiek  cennego, po drugie zaś nawet najdalej docierające wędrowne komety miały tu  pętlę.
Księżyc   zbudowano   wiele   stuleci   wcześniej.   Wybrano   stosownie   nijaki,   pozbawiony     wartości 
asteroid. Wynajęte ekipy inżynieryjne wydrążyły korytarze i uzbroiły  teren. Potem  pracowników 
opłacono, poinformowano, że wzięli udział w realizacji ściśle  tajnego programu  imperialnego, i 
odprawiono. Następna ekipa zbudowała mały podziemny kompleks  mieszkalny  oraz podziemne 
lądowisko. Oba obiekty były zamaskowane i odległe od siebie o   kilka kilometrów.   Dodatkowo 
oddzielała je grań pasma pagórków. Ten zespół roboczy usłyszał podobną  wersję,  dodatkowo zaś 
doszedł   do   wniosku,   że   ów   tajny   projekt   to   chyba   jeszcze   jeden     niewypał.   Potem   potężne 
holowniki przeciągnęły asteroid na orbitę wkoło gazowego giganta.  Ostatecznie zespoły Modliszki, 
które nic nie wiedziały o nowym księżycu,  zamontowały czujniki  na granicach systemu.
W znanym wszechświecie były jeszcze cztery podobne „klucze”. Jeden Wieczny  Imperator  znał 
ich położenie. Wszystkie służyły temu samemu celowi.
Ich systemy łączności i zabezpieczenia reagowały na głos, wzór DNA i rysunek  porów  skóry tylko 
i wyłącznie władcy. Gdyby ktokolwiek inny próbował dostać się do   wnętrza, zmieniłby   się w 
kałużę protoplazmy.
Księżyce były połączone ze statkiem, tkwiącym gdzieś w innej przestrzeni, i z   automatycznymi 
modułami   kopalniano-przetwórczymi   krążącymi   wkoło.   Starczyłby     jeden   sygnał,     aby   całość 
zaczęła funkcjonować ponownie. AM2 popłynęłaby szerokim strumieniem. Również tutaj mieściły 
się   systemy   sterownicze   długich   „składów   kosmicznych”     wożących     AM2   na   światy   z 
magazynami. W razie przypadkowej śmierci Wiecznego Imperatora   wszystko   mogłoby działać 
wciąż tak samo dobrze... lub wcale.

background image

Wieczny Imperator wleciał ukradkiem do systemu. Zrobił użytek z wyrafinowanych   urządzeń, 
które zamontował na pokładzie wdzięczny Solon Kenna. Gdyby się  okazało, że  cokolwiek było tu 
przedtem - zbłąkany statek górniczy, sonda automatyczna czy  szwendający się  po próżni jacht - 
pozostawała tylko jedna możliwość działania. Przerwać  zbliżanie i zmienić kurs  na cel zapasowy. 
Jednak czujniki nie wykryły absolutnie niczego. Imperator przemierzył cały  system. Nic. 
Wrócił i wszedł na orbitę gazowego giganta. Czysto.
Wylądował na półkuli przeciwległej do tej z instalacją. Potem lotem koszącym   zbliżył się   do 
hangaru. Pokrywa otworzyła się. Normalnie. Zacumował. Imperator założył skafander, sprawdził 
baterie systemu podtrzymywania życia i   ruszył    pieszo ku kompleksowi mieszkalnemu. Już w 
połowie drogi przez góry zaczął mruczeć pod nosem, że chyba nazbyt ulega  paranoi.  Zresztą, jak 
tu się kryć przy tak znikomej grawitacji? Każdy krok mógł  spowodować wyskoczenie  wzwyż na 
wiele metrów. Próba skoku groziła wyrzuceniem na orbitę, i jak tu potem   wrócić   bezpiecznie? 
Chociaż, w razie gdyby zastawiono pułapkę, łatwo byłoby uciec. Kilkaset metrów od wejścia - 
zamaskowanego pod postacią szczeliny między paroma  skałami - przystanął i rozejrzał się. Potem 
jeszcze poczekał pełne sześć godzin.   Niczego nie   wypatrzył. Droga wolna. Systemy skafandra 
chodziły na najwyższych obrotach, wchłaniając spływający   obficie pot.   Imperator odruchowo 
dotknął palcami mostka. Gdzieś tam głęboko tkwiła bomba. Otworzył kaburę, po czym wydobył 
końcówkę minikompa. Szybkim krokiem podszedł do  wejścia, wsunął ją w ledwie widoczny otwór 
i uaktywnił. Poczuł drżenie gruntu.  Otwarte. Wszedł do wnętrza. Drzwi zamknęły się za nim cicho, 
zapłonęły światła. Znalazł  pulpit  kontrolny. Sprawdził. Nie dostrzegł żadnego znaku naruszenia. 
Klimatyzacja     zaczęła   już   działać,     podgrzane   powietrze   z   wolna   wypełniało   pomieszczenia. 
Otworzył wewnętrzne drzwi. Za nimi było zwykłe mieszkanie. Mała sypialnia,  kuchnia,  salonik. 
Zamknął   drzwi.   Sprawdził   odczyty   na   kompie.   Atmosfera...     dziewięćdziesiąt   pięć   procent 
normalnego stanu. Temperatura...  w porządku. Podniósł wizjer hełmu. Poczuł głód. Byle  tylko 
zapasów szlag nie trafił... Miał zamiar zjeść, potem   przyszłaby pora   na włączenie  głównego 
komputera. Zajrzał do pomieszczenia sterowniczego i  zadrżał. Miast ciepło  mrugających światełek 
ujrzał dawno wystygłą masę stopionego metalu.
Wykrycie... Pułapka... Samozniszczenie! Samozniszczenie! - rozległo się w jego 
głowie. 
Jednak zaraz zabrzmiał też drugi głos:
Chwilę, czekaj. Brak potwierdzenia. Jest jeszcze czas. Nie wiemy dokładnie, co  się stało. 
Powrót do stanu gotowości. Zmiana programu!
Bomba nie detonowała. Nawet wtedy, gdy drzwi się uchyliły.
- Moi eksperci przeliczyli się z siłami - powiedział intruz.
Imperator ujrzał wysoką postać w skafandrze. Dłoń powędrowała do hełmu, uniosła  wizjer.  To był 
Kyes.
Znów ten niepokój, rozkaz płynący z zewnątrz. Ale i tym razem udało się zmienić  polecenie.
- Jesteśmy sami w tym systemie - dodał Kyes.
Imperator poczuł, że wraca mu sprawność myśli, ale w ogóle się nie odzywał. Kyes   odczekał 
chwilę i pociągnął kwestię.
- Twoje postępowanie jest dla mnie jasne. Chcesz odzyskać tron. Mądrze to  czynisz.  Przypomina 
mi się pewna ziemska legenda o człowieku imieniem Tezeusz.
- Aż tak dobry to nie jestem - wykrztusił imperator.
-   Nieprawda.   Nikt   zdrowy  na   umyśle   nie   trafiłby   na  twój   ślad.   Najpierw   musiałby     oszaleć   i 
uwierzyć, że nie zginąłeś, potem, że dysponujesz niewyobrażalnymi środkami.
Kyes wskazał na zniszczoną centralę.
- Przepraszam za nieudolność mojego personelu, chociaż jestem pewien, że prócz  tej jednej  stacji 
istnieją jeszcze inne. Pozyskiwanie AM2 może zacząć się w każdej chwili.  Ale mnie akurat  to nie 
interesuje.
Imperator   rozważył   słowa   intruza.   Sytuacja   zaczynała   się   wyjaśniać.   Kyes     najwyraźniej   nie 
zamierzał ubijać interesu, zdradzając resztę rady... Powiedział bowiem, że AM2  go nie obchodzi. 
Znaczy, chce czegoś innego.

background image

-   Mówisz,   że   jesteśmy   sami   w   tym   systemie.   Nasuwa   się   oczywiste   pytanie.   Co  może     mnie 
powstrzymać przed zabiciem ciebie i ucieczką?
- A czemu miałbyś to robić? - spytał Kyes ze szczerym zdumieniem. - Z zemsty?  Kiepski  motyw, 
szczególnie dla imperatora. Szczególnie, że nasza próba... przejęcia  władzy... spaliła na  panewce.
Spaliła   na  panewce?   Najpierw  mówi:   że  „nie  zginąłeś”,   teraz   to...  Znaczy,  w     gruncie   rzeczy 
niewiele zrozumiał.
- A nawet gdybyś chciał mnie usunąć... - ciągnął Kyes i pokazał na moduł  łączności przy  pasie 
będący standardowym znacznikiem funkcji życiowych. - Jeśli sygnał  umilknie, do akcji  wejdzie 
mój zespół wsparcia. Przed nimi raczej byś nie umknął.
- Za dużo chwiejnych założeń, panie Kyes. Jak pan wie, potrafię być  nieprzewidywalny.  Czasami. 
Przywilej błękitnej krwi.
- Owszem. Z początku, gdy odkryłem cel twojej wędrówki, pomyślałem o zasadzce.   Takiej   z 
gazem paraliżującym czy jakimś narkotykiem. Potem przejęcie kontroli nad   funkcjami mózgu... 
Ale   uznałem,   że   to   może   nie   zadziałać.   Zbyt   wiele   razy   wymykałeś   się   nawet   z     najbardziej 
misternie tkanych sieci. Ponadto, gdybym zaczął od przemocy, wtedy niemal na  pewno odrzuciłbyś 
moją ofertę.
- Słucham.
- Po pierwsze, deklaruję pełną osobistą lojalność i wsparcie. Zrobię wszystko,  by usunąć  radę. Nie 
twierdzę, że bez mojej pomocy to niemożliwe, tak czy inaczej radę  czeka marny koniec.  Jednak 
mogę rzecz przyspieszyć i zapewne zmniejszyć liczbę ofiar całego   zamieszania. Po   odrodzeniu 
imperium będę służyć dalej.
- Niektórym zmiana skóry potrafi wejść w nałóg - zauważył imperator.
- To się nie stanie. O ile wywiążesz się ze swojej części umowy. Nawet jeśli  zechcesz,  abym nie 
przypominał ci swoją osobą przeszłości, wówczas pogodzę się z  wygnaniem, ale nadal  będę służył 
pomocą. Wszelako mogę zaoferować coś więcej. Wsparcie całego mojego   gatunku.   Szczere i 
żarliwe,   jak   zwykle   w   przypadku   niewolników,   którzy   zrzucili   kajdany.     To   nie     przysporzy 
żadnych trudności.
- Chętnie powitam twój lud w ramach imperium - odparł władca. - Ale chyba coś mi   umyka... 
Mówisz, że to łatwo będzie osiągnąć...
- Właśnie.
- Wyłóż więc wreszcie kawę na ławę. Czego ode mnie oczekujesz? - spytał  imperator,  pojmując 
nagle, o co chodzi. Aż go zemdliło.
- Życia - wychrypiał Kyes. - Nieśmiertelności. Pojmujesz chyba, jak tragiczna  jest  świadomość 
śmierci.   Ale   to   i   tak   nic   wobec   dramatu   mojego   gatunku,     zdeterminowanego     biologicznie, 
znającego godzinę swego odejścia. Pragnę wiecznego życia dla   siebie i swoich   pobratymców. 
Nieśmiertelności takiej samej, jaka jest twoim udziałem. Nie chcę  tego za darmo.  Ważę dobrze 
każde słowo. Jako twój poddany proszę o dar.
Kyes uklęknął.
Zaległa długa cisza.
- Ty biedny sukinsynu - mruknął wreszcie imperator.
Kyes wstał.
- Czy możesz odmówić? Zanegować logikę mych słów? Odrzucić obietnice?
- Logika... obietnice...  nie mają tu nic do rzeczy - powiedział imperator,   ostrożnie dobierając 
słowa. - Słuchaj. Ja jestem nieśmiertelny, ale - postukał się w pierś - to ciało  nie. Prosisz o coś, 
czego dać nie mogę. Ani tobie, ani komukolwiek.
Kyes spojrzał na Jego Wysokość płonącymi oczami.
- To prawda?
- Tak.
I Kyes uwierzył, chociaż wciąż przenikliwie wpatrywał się we władcę. Imperator   odwrócił   się, 
nieco speszony. I znów zapadła cisza, aż gospodarz uznał, że pora nieco  poczarować.

background image

- W takim razie spróbujmy osiągnąć kompromis. Mam w zanadrzu kontrpropozycję.  Pomożesz mi 
zniszczyć radę, a ja znajdę środki na szeroko zakrojony program   badań...   Niewykluczone, że 
potrwa wieki; może też zakończyć się fiaskiem. Ale niczego  lepszego nie  znajdziemy.
Spojrzał na Kyesa. Wciąż trwał w bezruchu. Po chwili dodał:
- Oczywiście w porównaniu z tym, o czym mówiłeś, to nader niewiele, jednak... -  urwał.
Grb’czew  nie odpowiadał. Imperator  zszedł mu  na chwilę z oczu. Brak reakcji.   Zbliżył  się i 
pomachał   Kyesowi   dłonią   przed   oczami.   Zero   odruchów.   Może   sprawił   to   wstrząs   wywołany 
wiadomością, że Święty Graal jednak nie  istnieje, a  może zwykła biologia. Tak czy inaczej, Kyes 
stał niemy z otwartymi ustami. Ślina  kapała mu z  warg.
Imperator   czym   prędzej   sprawdził   znacznik   rozmówcy.   Wszystkie   fizyczne   objawy     życia   w 
normie. Władca zatrzasnął wizjer hełmu i pospieszył do wyjścia. W progu spojrzał jeszcze   za 
siebie. Kretyn, którym kiedyś był Kyes, stał w bezruchu podtrzymywany jedynie sztywną  materią 
skafandra próżniowego.
- Biedny sukinsyn - mruknął ponownie imperator za całe epitafium. 
Zresztą na  więcej słów i  tak nie miał czasu.

background image

Księga czwarta

MORITURI TE SALUTAMUS

Rozdział 26

Z początku, uczeni z planety Newton mieli ten dziwny wyraz twarzy, który, jak  podsunął  kiedyś 
pewien   student   weterynarii,   maluje   się   na   mordzie   krowy,   przy   pierwszym     bezpośrednim 
kontakcie z inseminatorem. Jednak im bliżej było rozpoczęcia procesu, tym   częściej zmieszanie 
zmieniało się w radosne zdumienie;  chociaż zdaniem Kilgoura porównanie z miną    krowy nie 
traciło na aktualności. Tyle że miejsce inseminatora zajmował prawdziwy byk. Nigdy jeszcze w 
historii   szkolnictwa   wyższego   pracownicy   naukowi   uniwersytetów     nie     cieszyli   się   takim 
zainteresowaniem mediów. Tysiące profesorów pchało się przed  kamery niczym  szarańcza.
Ledwo   rozeszła   się   pierwsza,   celowo   puszczona   pogłoska   o   planowanym   procesie,     ekipy 
sprawozdawców   z   całego   imperium   zjechały   się   na   Newtona,   by   świadkować   klęsce     rady. 
Miejscowe władze zginęły pod lawiną wniosków o przepustki. Nie tylko od   dziennikarzy,  ale 
również od politologów, prawników, historyków i innych, nieutytułowanych gapiów.
Sten,   Alex   i   Mahoney   harowali   jak   wściekłe   mróweczki,   byle   tylko   zapewnić     minimum 
bezpieczeństwa, co przy milionach gości stanowiło sporą trudność. Na dodatek  miał to być proces 
w pełni jawny. Zasadniczo dopięli wszystko przed otwarciem, w krytycznym dniu  zostało im tylko 
marne kilkaset spraw do załatwienia.
Dziekan   Blythe,   wszyscy   pracownicy   jego   wydziału   oraz   parę   milionów   studentów     prawa   z 
różnych uczelni stali się łatwą zwierzyną dla pismaków. Dziennikarze chłonęli  każdą bzdurę, byle 
tylko dać dźwięk na antenę. Przez ostatnie dni każdy mieszkaniec Newtona miał  szansę stać się 
gwiazdą mediów.
Zainteresowanie wydawało się o tyle zrozumiałe, że chociaż szanowny Ecu nie krył  generalnego 
powodu powołania Trybunału, to jednak nie ujawnił istoty zarzutów. 
Wszyscy     podejrzewali,   że   będą   one   dotyczyć   spekulacji   w   handlu   AM2,   czyli   przestępstwa 
defraudacji. Ecu   oczami wyobraźni widział już zdumienie zgromadzonych, gdy usłyszą prawdę: 
oskarżenie o  morderstwo.
Newtona   wybrał   ze   względu   na   historię   tej   planety   i   jej   reputację   świata     bezwzględnie 
neutralnego. Oczekiwał wprawdzie, że przekonanie dziekana nie będzie rzeczą  łatwą, jednak ten 
zażądał   tylko   informacji   o   planowanym   systemie   zabezpieczeń   i   szybko   wyraził     zgodę. 
Decydujący  wpływ na to miał zapewne fakt, że Blythe sam kiedyś służył jako imperialny  generał 
oraz że w  jednym z pierwszych dekretów rada poważnie obcięła budżet Newtona. Potem robiła  co 
mogła, by  utrudnić życie akademickiego świata.
Hojny datek AM2, którym Sten zasponsorował Newtona, przełamał resztę lodów.
Szybko  przygotowano  wielką salę. Na scenie  ustawiono  długą ławę dla członków    Trybunału, 
zaplecze zaś zamieniono na biura grupy prawników wspomagających. Całą   okolicę   opleciono 
siecią czujników, bataliony straży towarzyszyły również montującym  sprzęt ekipom  dziennikarzy.
Tymczasem Bhorowie ściągnęli w pobliże systemu Jura z niemal całą swoją flotą i   rozstawili 
posterunki.   Szczególnie   bacznie   patrolowali   okolicę   stołecznej     planety,   czyli   Newtona,     oraz 
kierunki, z których mógł nadejść ewentualny atak.
Podczas tego całego zamieszania zaczęli przybywać członkowie Trybunału. Sten i   Alex   witali 
każdego osobiście i zaraz przydzielali im ochronę.
Szanowny Ecu wybrał troje na głównych sędziów. Mimo licznych niebezpieczeństw  związanych z 
udziałem   w   tak   eksponowanym   procesie,   kandydatów   było   aż   nadto.     Kryzys     ekonomiczny 
postawił wiele planet „pod ścianą” i kwestia fizycznego przetrwania  przyćmiła  ewentualne ryzyko 
zemsty rady.
Ecu zdecydował się postawić na trzy systemy - wszystkie poważane ze względu na   cechy   ich 
mieszkańców.

background image

Pierwszy przybył Warin z wielkiej gromady rozlicznych światów Ryania. Była to  wielka  istota z 
trzema   mózgami   w   okrytej   płytkami   kostnymi   głowie.   Potrafił     równocześnie   przetwarzać 
olbrzymią ilość informacji, i chociaż nie czynił tego zbyt szybko, zawsze  dochodził do trafnych 
wniosków. Był też otwarty na wszystko, co potrafiło dowieść swych racji do  istnienia. Zbrodnicze 
praktyki rady uznawał za wielce prawdopodobne.
Drugi, imieniem Rivas, pochodził z odległego świata Jono, dzikiego obszaru   pogranicza.   Tego 
smukłego i bystrego męża uznawano za osobę honorową, chociaż wyrażającą   często   odmienne 
zdanie niż rodacy. Jednak kodeks etyczny mieszkańców Jono czynił z tych   cech cnoty.   Rivas 
ostrzegł   Ecu,   że   chociaż   nie   podziela   entuzjazmu   rady   co   do   obecnego   kursu     politycznego   i 
ekonomicznego,   to   jednak   nie   jest   skłonny   uznać   motywów   ich   działania   za     bezgranicznie 
samolubne. O Kyesie, na przykład, wyrażał całkiem pozytywne opinie. Miał już z  nim kiedyś do 
czynienia i uważał go za istotę honorową.
Ostatnia   kandydatka   cieszyła   się   zapewne   największym   prestiżem.   Nazywała   się     Apus,   była 
Królową Matką Fernomii. Miała bardzo wiele lat i mało już dbała o swój monarszy  tytuł. To jej 
córki i wnuczki doglądały miliardów samic i paru milionów samców tworzących   społeczeństwa 
Gromady Fernomii.  Mimo wieku cieszyła  się znakomitym  zdrowiem. Nie utykała  na   żadną z 
sześciu pajęczych nóg, a jej szczęki zachowały młodzieńczą elastyczność. Wyznała  szanownemu 
Ecu, że nie cierpi członków rady, szczególnie bliźniaczek Kraa, które kilka lat  wcześniej oszukały 
jej lud, pozbawiając go praw do eksploatacji niektórych bogactw mineralnych.  Jednak Ecu dobrze 
wiedział, że emocje nie przeszkodzą Królowej Matce w obiektywnym  przeanalizowaniu dowodów.
Cała trójka została ulokowana w komfortowych i dobrze strzeżonych apartamentach.  Tuż  przed 
samym procesem Ecu zapoznał ich z zasadami, którymi przyjdzie im się  kierować. Zgodzono się, 
że   mistrz   zostanie   arbitrem   Trybunału.   Jego   zadanie   polegało   na     pilnowaniu,     aby   wszystkie 
zaangażowane strony postępowały rzetelnie i obiektywnie. Jego też   wyznaczono na   rzecznika 
Trybunału. Jako jedyny będzie przyjmował pytania i wnioski, a potem  udzielał  odpowiedzi - po 
skonsultowaniu się z sędziami. Zgodzono się również, że w gestii  Ecu pozostanie   gromadzenie 
dowodów i poszukiwanie świadków. Reszta powinna wspierać mistrza   autorytetem i   pomocą. 
Załatwiwszy najważniejsze, szanowny Ecu pospieszył zająć się ostatnimi  szczegółami.
Wezwany   do   ogrodu   mieszkalnego   Sten   od   razu   zauważył,   jak   bardzo   jest   zmęczony     stary 
dyplomata.   Wibrysy   drgały   mu   nerwowo,   ciało   poszarzało.   Ale   pora   nie   była     stosowna   na 
wyrażanie współczucia. Ecu kazał Stenowi unieść prawą dłoń.
Sten posłuchał.
- Czy przysięgasz strzec rzetelności tego postępowania i pilnować, aby  przestrzegano  pradawnych 
praw imperium, którymi mamy się kierować?
Sten przysiągł.
- Zatem na mocy powierzonej mi władzy mianuję cię. przewodniczącym składu  sędziowskiego.
Sten wiedział o tym z góry, jednak poczuł się nieco speszony oficjalnym językiem   szanownego 
Ecu. I od razu poczuł też na barkach ciężar odpowiedzialności.  Rozumiał, że to nie  będzie zabawa.
Przy wejściu już czekali Alex i Mahoney. Kilka minut później oni również  opuścili salę, tak  samo 
dziwnie milczący i poważni.
Razem ruszyli z powrotem do kwater. Jednak ledwo zrobili kilka kroków, otoczyła  ich  niewielka 
grupa strażników. Sten patrzył ze zdumieniem, jak zbrojni otaczają go  ciasnym kręgiem. Jedną z 
ochraniających osób była Sind. Aż jej oczy zalśniły, gdy wzięła się do   wydawania   rozkazów 
podwładnym. Potem stanęła przed Stenem na baczność i zasalutowała.
- Czy jest pan zadowolony, sir?
- Dziewczyno, o czym ty mówisz? - sapnął Sten.
- No, jesteśmy pańską ochroną, sir - wyjaśniła Sind, nie skrywając radosnego  uśmiechu. -  Jeśli 
pojawią się jakieś powody do niezadowolenia, niezwłocznie proszę mnie o  nich informować.  To ja 
dowodzę zespołem.
Sten bąknął, że nie zgłasza żadnych skarg, poza tą jedną może, że przecież wcale  nie  potrzebuje 
obstawy. Co więcej...
- Takie są rozkazy szanownego Ecu! - rzuciła Sind.

background image

Zanim Sten znalazł jakieś odpowiednie słowa, obaj jego przyjaciele wybuchnęli  śmiechem.
- Lepiej nie brykaj, kochany - poradził Mahoney.
- Właśnie - dodał Kilgour z przesadnym  patosem w głosie. - Teraz jesteś kimś.   Przecież nie 
chcemy stracić przewodniczącego, prawda?
Szczęśliwa jak nigdy Sind odprowadziła Stena do jego pokoju. Ten podążał w  milczeniu,  chociaż 
chętnie zamordowałby tak ze dwie osoby. Najlepiej te idące obok i  chichoczące bez  ustanku.
Początek obrad przesunięto na popołudnie, a to za sprawą tysięcy widzów  pchających się do  sali. 
Dostawione krzesła zajęto w kilkanaście sekund, na dodatek przeciążona  klimatyzacja po  prostu 
wysiadła. Całe rzesze czekały na zewnątrz, by śledzić przebieg procesu na   wielkich   ekranach. 
Ekipy   dziennikarskie   musiały   przedzierać   się   do   budynku   pod   opieką   straży.   Ta     ostatnia   zaś 
przeszła nie tyle chrzest ognia, ile test na wstrzemięźliwość bojową. Zgodnie z  instrukcjami miała 
działać tylko prewencyjnie, bez rozbijania głów czy strzelaniny. Ostatecznie  udało się przywrócić 
względny porządek.
Gdy sędziowie pojawili się wreszcie na scenie, zapadła wielka cisza. Tłum  uspokoił się  niejako 
spontanicznie, nikt bowiem nie chciał uronić ani chwili z czegoś, co  było w dziejach  imperium 
zdarzeniem   absolutnie   bezprecedensowym   i   zapewne   całkowicie     niepowtarzalnym.   Nad   sceną 
zawieszono wielki portret Wiecznego Imperatora, jeden z tych w guście  Tanza  Sullamory, czyli 
romantyczny i heroiczny. Tylko, czy były inne? Sten aż zadrżał,  widząc jakim  spojrzeniem władca 
przeszywa wszystkich obecnych.
Sten znał ten - wyraz twarzy. „I co, robaczki?” - zdawało się, że pytał władca.  - „Co macie  na 
swoją obronę?”
Szanowny Ecu w końcu rozwiał roztaczany przez malowidło czar. Machnął ogonem i  wysunął się 
przed innych. Publiczność prawie bezgłośnie wciągnęła powietrze. 
Troje sędziów  dołączyło do arbitra. Usiedli na ławie.
Przy wtórze szeptów pojawiły się na sali wózki pełne dokumentów. Dziekan Blythe  zajął  miejsce 
w   prawym   skrzydle.   Miał   doglądać   komputera   rejestrującego.   Kamerzyści   dali   kilka   zbliżeń. 
Warirt,  potem  Rivas,   Królowa   Matka  Apus.  Na  końcu     Ecu.    Wytrawny   dyplomata  wyczekał 
jeszcze kilka chwil, potem zaczął:
- Trybunał rozpoczyna obrady.
Proste zdanie wywołało szereg okrzyków. Wszyscy wiedzieli, że oto zostało  rzucone  wyzwanie.
-   Zebraliśmy   się,   aby  poznać   dowody  zbrodni   popełnionej   przez   grupę   osób     rządzących   tym 
imperium. Aby uniknąć wpływania na decyzje sędziów ze strony wyżej wymienionego   grona, 
postanowiliśmy  o  szczególnej   ochronie   przebiegu   procesu.  Wszyscy   sędziowie     wyrazili   na  to 
zgodę. Wszyscy też zostali zaprzysiężeni. W pierwszych słowach pragnę zwrócić  się do członków 
prywatnej  rady imperatora  z  prośbą  o  ustosunkowanie  się   do  zarzutów,  które    przeciwko   nim 
wysuniemy. O ich potwierdzenie lub obalenie. A oto akt oskarżenia:
Członkowie prywatnej rady Wiecznego Imperatora, oskarżam was o zawiązanie   skrytobójczego 
spisku, którego wynikiem było zamordowanie Wiecznego Imperatora.   Pod waszą   nieobecność 
założenie niewinności zostaje automatycznie... 
Reszta   słów   utonęła   w   krzyku   i   wrzasku.   Dopiero   po   trzech   godzinach   Ecu   mógł     wznowić 
przemówienie.   Jednak   wówczas   nie   zostało   już   wiele   czasu   do   wieczora,   zatem   zdążono 
przeprowadzić  jedynie losowanie. Trójka sędziów ciągnęła słomki, by rozstrzygnąć o podziale  ról.
Królowa Matka Apus, chociaż pogardzała siostrami Kraa, została oficjalnym  obrońcą. Sten  aż się 
zdumiał, jak szybko podjęła wyzwanie porzucając osobiste afronty.  Darzącemu sympatią  Kyesa 
Ruvasowi   przypadła   rola   oskarżyciela.   Z   miejsca   nadał   swojemu   głosowi     brzmienie   z   lekka 
ironiczne.
Sten   wolałby   w   tej   chwili   pozostawać   w   tłumie.   Obserwować   spokojnie,   jak     dokonuje   się 
sprawiedliwość, i cieszyć się, że los pozwolił świadkować wszystkiemu z bliska. Ale ten komfort 
nie był mu dany.
„Naszą sprawą jest wykonywać wyroki bogów” - powiadali w takich razach Bhorowie.  -  „Jako ten 
młot winniśmy trwać w pogotowiu, gdy przyjdzie pora uderzyć.”

background image

Rozdział 27

Poyndex nie był porywczy. Ostatni raz okazał emocje, bawiąc się żołnierzykami.  Dorosłość  spadła 
na   niego   nagle   w   formie   pełnej   samokontroli   i   wybujałej   ambicji.   Od     tamtej   pory   jedyną 
przyjemność   czerpał   ze   zdobywania   władzy.   Tak   zatem,   gdy   grono   rady   wściekło   się   na 
szanownego Ecu  za „oburzające i    fałszywe    zarzuty”,  które  ten  śmiał  przedstawić  w  imieniu 
Trybunału, Poyndex poczuł  strach. Chyba po raz   pierwszy w życiu zrozumiał, że władza może 
wymknąć mu się z rąk.
Oglądał transmisję jak wszyscy. Intuicja podpowiedziała mu, że to nie blaga. 
Pospiesznie  wystosowane zawiadomienie o nadzwyczajnym zebraniu rady tylko utwierdziło go w 
podejrzeniach, a im bliżej był sali obrad, tym więcej zyskiwał pewności. Dziwne  drzewo w holu 
budynku   wyglądało   na   chore.   Poyndex   zwykle   nie   zwracał   uwagi   na   symbole,   jednak     teraz 
odczytał to jako swoisty znak.
Założenie, iż winą za śmierć imperatora nie należy obarczać jedynie szaleńca,  wydawało się  po 
prostu bardzo logiczne. Spisek? To już prędzej. A kto zyskałby najwięcej  na   takiej  intrydze? 
Odpowiedź była aż nadto oczywista. Z tą świadomością Poyndex wszedł na salę.
Wszyscy obecni toczyli pianę z ust. Kraa aż płonęły purpurą ze złości, Lovett  uderzał  pięścią w 
połyskliwy   blat   stołu   i   gromkim   głosem   domagał   się   krwawych   represji,     Malperin     miotała 
niecenzuralnymi słowami i co rusz się oburzała, jak można tak podle  kłamać. Widząc te gwałtowne 
reakcje, Poyndex miał już pewność. Oto zabójcy imperatora.
Skąd   bowiem   wzięłoby   się   tyle   pasji?   Fałszywe   zarzuty   nie   wywołałyby   takich     emocji. 
Ostatecznie wszyscy obecni zęby zjedli na biznesie i wiedzieli, jak radzić sobie   z knowaniami 
wrogów.
Przyjrzał się uważnie obliczom członków rady. Po paru chwilach wiedział, że to  nie  złudzenie, 
faktycznie odnajduje w nich wyraz poczucia winy, nawet strach.  Szczególnie silna była  reakcja 
bliźniaczek.   Chuda   zaprzestała   nagle   wycieczek   do   klozetu,   za   to   gruba     wymiotowała   co 
kwadrans. Wtedy Poyndex naprawdę zaczął się bać. Przecież dopiero dotarł na te szczyty, na  które 
ambicja   pchała   go   przez   lata.   Został   członkiem   rady,   zyskał   niewyobrażalną   wręcz     władzę. 
Wiedział, że zdoła pomnożyć ją jeszcze, starczy trochę wprawy, dobrze  rozłożonych nacisków i 
tak  dalej. Nigdy nie marzył o przejęciu wszystkiego, o roli samotnego tyrana. Lubił  pozostawać w 
cieniu, tam czuł się bezpieczniejszy. Podobnie jak Kyes ani myślał wygryzać  kolegów ze stołków, 
wręcz odwrotnie, pozwalał im puszyć się i pchać przed kamery. Wiedział, że  więcej zyska rozdając 
łaski, niż czegokolwiek zabraniając.
Rozpoczęcie obrad Trybunału nastąpiło w dość niekorzystnym momencie. Poyndex nie  otrząsnął 
się jeszcze z szoku, którym była dla niego utrata mentora. Gdy Kyes,  ten śliniący się teraz  idiota, 
został   przywieziony   z   powrotem   ze   swej   tajemniczej   podróży,   Poyndex     wiedział,   że   utracił 
głównego sojusznika w ewentualnych próbach sił z resztą rady.
Z drugiej wszakże strony zyskał w ten sposób większe wpływy.  Obecnie to jego   proszono o 
fachowe, obiektywne  porady,  nie tylko  w sprawach wojsk czy wywiadu,  ale również    ogólnej 
polityki. Nikt nie zająknął się nawet o zapełnieniu wakatu.
Co   ciekawe,   reakcja   współtowarzyszy   na   los   Kyesa   też   była   osobliwa.   Przyjęli     nowinę   w 
milczeniu, jak coś bez znaczenia. Zaniechali pytań, nawet tych najbardziej  natarczywych, i czym 
prędzej odstawili nieszczęsną istotę do tajnego wojskowego szpitala dla  psychicznie chorych. W 
zasadzie nawet odetchnęli z ulgą. Poyndex uznał, że zapewne dlatego, iż oto  pozbyli się ze swego 
grona jednostki najmniej obciążonej winą, osoby mogącej bez większego ryzyka  wyjawić prawdę. 
Podczas gdy rada wysilała się, aby znaleźć sposób ukarania bluźnierców, Poyndex  rozmyślał raczej 
o skutecznej samoobronie. Wiedział, że los rady jest już  przesądzony. Choćby  wybili Trybunał do 
nogi, prędzej przy później ktoś dokończy dzieła zniszczenia  zdrajców.
Poyndex nie chciał, aby współtowarzysze niedoli pociągnęli go za sobą. Musiał   wykombinować 
jakiś skuteczny fortel.

background image

Kraa chciały rozesłać zespoły floty.  Przekonywały,  że trzeba podbić systemy   buntowników   i 
obsadzić  je imperialnymi  garnizonami.  Lovett  oraz Malperin przytakiwali    zawzięcie.  Poyndex 
odczekał, aż minie pierwsza furia.
- Podzielam wasze oburzenie - powiedział. - Chociaż nie figuruję na tej ohydnej  i kłamliwej  liście, 
uważam, że jest to atak wymierzony w nas wszystkich. Musimy jednak  liczyć się z realiami.  Nie 
dysponujemy   wystarczającą   ilością   AM2,   aby   zrealizować   nawet   jedną   dziesiątą     tego,   co 
proponujecie.
Zapadła głucha cisza. Poyndex miał rację. Krok po kroku zaczęli przykrawać  rozmiary  operacji. 
Ostatecznie zdecydowali, że wyślą tylko jedno niewielkie zgrupowanie,  które  przeprowadzi desant 
na Newtona i zabierze dysydentów - jeśli przeżyją - na Świat   Centralny, gdzie   postawi się ich 
przed sądem. Malperin zasugerowała ostrożnie, że flota może nie  być do końca  lojalna. Poyndex 
pomyślał, że jej lęki wiążą się z czym innym - boi się rewolty   w szeregach floty.   Inni szybko 
podjęli ton. Zaznaczono, że w skład ekspedycji wejdą tylko osoby  bezwzględnie  pewne.
Przed zamknięciem sprawy i wysłaniem floty Poyndex zgłosił jeszcze jeden wniosek   formalny. 
Głównie na użytek przyszłych czytelników oficjalnych protokołów.
- Nie mam wątpliwości, czy czynimy, co należy - powiedział. - Jednak czuję się w   obowiązku 
przedstawić   pewne   niebezpieczeństwa   związane   z   taką   właśnie   akcją.     Istnieje   bowiem 
alternatywa. Już teraz nakazaliście ogólnoimperialny zakaz cenzorski w kwestii  procesu. To należy 
utrzymać. Nie odpowiadać na zarzuty. Niech ludzie zapomną o nich, wtedy po cichu  zaaresztujemy 
całą   tę   zgraję.   Otwarty   atak   może   wywołać   reakcję.   Na   przykład   różne   obawy     naszych 
sojuszników.   Pewien   jednak   jestem,   że   już   to   sobie   przemyśleliście.   Dopowiadam     rzecz   dla 
pewności, że niczego nie przeoczyliśmy.
- Do diabła z sojusznikami - warknęła Kraa.
- Jeśli niczego nie zrobimy, jacyś głupcy gotowi uznać, że to wszystko prawda -  dodała  Malperin.
- Wysyłamy flotę - zakończył Lovett.
Poyndex   poddał   się   woli   ogółu.   Jednak   realizując   plany   rady,   otaczał   się   ekipą     najbardziej 
zaufanych ludzi.
Nie zamierzał czekać biernie na rozwój wypadków.

Rozdział 28

Emerytowany kapitan gwardii Hosford wspiął się na wzgórze, oparł na lasce i po  pięciu  minutach 
odpoczynku ruszył w dół, do kolejnej doliny, ku następnemu zboczu. To  tylko pogórze,  cholera. 
No tak, ale nie byle jakie, bo Himalajów, pomyślał.
Czuł się za stary na podobne eskapady. Tusza też nie pomagała. Ani świadomość,   że poci   się 
praktycznie na darmo. Dwie „instytucje” imperium powszechnie uznawano za wieczne. Pierwsza 
legenda     sczezła     za   sprawą   pistoletu   i   bomby.   Drugą   byli   Gurkhowie.   Spośród   wszystkich 
wojaków różnych ras i epok to właśnie ich uznawano za  najlepszych.  Większość istot miłujących 
pokój   nie   kryła   nadziei,   że   tak   już   zostanie,   a   jeśli     nawet   pojawią   się     kiedyś   żołnierze 
skuteczniejsi, to opowiedzą się oni po stronie imperium równie   pewnie jak   Gurkhowie. Wielu 
utożsamiało Gurkhów z imperium, a imperium z Gurkhami. 
Pojawiali się  zawsze tam, gdzie władca.
Rada też chciała skorzystać z ich usług. Po pierwsze dlatego, że potrzebowała  absolutnie  wiernej i 
nieprzekupnej ochrony. Po drugie, pragnęła „podczepić” się do symbolu. Stąd właśnie wziął się 
pomysł  misji  kapitana  Hosforda. Wiele  lat temu.  zdawało  się że całe  wieki Hosford dowodził 
Gurkhami   służącymi   w     pałacu     Arundel.   Obiecujący   młody   oficer   na   początku   błyskotliwej 
kariery.   Jak   wszyscy     zresztą   na   tej     posadzie.   Przydział   był   darem   nieocenionym.   Jednak 
obowiązki nie zostawiały czasu na życie   osobiste. Sten też odkrył to dość rychło, gdy kiedyś 
zastąpił Hosforda. Wszystko toczyło się dobrze aż do czasu, gdy Hosford się zakochał. Bez pamięci 
i  bez  reszty. Ściany swojej kwatery pokrył zdjęciami ukochanej. Maeve nigdy nie  powiedziała ani 
słowa   na temat służby oblubieńca, ale Hosford i tak szybko zrozumiał, że albo   stanowisko w 
pałacu, albo  dziewczyna.

background image

Musiał użyć wszystkich wpływów, wspomnieć każdą uprzejmość i przysługę. Żadna   armia   nie 
lubi, gdy jeden z wybranych  nagle się rozmyśla  i psuje ładnie ułożony grafik    awansów oraz 
przydziałów. Zaproponowano mu zatem placówkę na jednym ze światów pogranicza.  Praktycznie 
wygnanie. Przyjął, a Maeve pojechała razem z nim.
Oznaczało to koniec kariery w gwardii. Szybko porzucił więc jej szeregi. Gdy  wybuchła  wojna z 
Tahnijczykami, nie wdział z powrotem munduru, miast tego zaczął  podróżować. Razem z  Maeve, 
oczywiście. Z czasem dopiero zrozumiał, że chociaż włóczą się pozornie   bez celu, to   jednak 
wyraźnie zmierzają w pewnym konkretnym kierunku.
Ku Ziemi.
A Ziemia to kraina Gurkhów.
Ci, którzy przetrwali  imperialną  służbę i wrócili  do domu,  byli  zwykle  bardzo   bogaci,  ale  w 
samym Nepalu panowała bieda. Głównie za sprawą miejscowego króla utrzymującego,   że jego 
linia wywodzi się od górskich bogów. Władca głosił powinność ochrony nepalskiego  ludu i całego 
kraju, począwszy od szczytów Dhaulagiri, Anapurny i Czomolungmy, skończywszy na   miejscu 
narodzin   Buddy   w   dolinie   Lumbini.   W   praktyce   oznaczało   to   izolowanie   Nepalczyków     od 
zdobyczy cywilizacji. Nie nękały ich wprawdzie epidemie, gruźlica zdarzała się   sporadycznie, 
średnia ich życia wzrosła znacząco, jednak w porównaniu z imperialnymi  standardami pozostawali 
daleko w tyle. Wciąż tkwili w siermiężnych ramach społeczności plemiennej. 
Hosford chciał im  pomóc.
Nie pozwolono mu jednak osiedlić się w Nepalu. Cudzoziemców wpuszczano tam  rzadko i  zawsze 
na   krótko.   Mimo   wszystko   kapitan   wraz   z   Maeve   znalazł   spokojny   dom   w     Darjeeling,   w 
pobliskiej prowincji Gurkhali, niegdyś części posklejanego z kawałków państwa   indyjskiego. I 
stamtąd właśnie działał, jak potrafił. Zachęcał do edukacji, wspomagał   nepalskich   nauczycieli, 
wspierał starych wojaków, pomagał zdesperowanej i sfrustrowanej w   niebezpiecznym   stopniu 
młodzieży znaleźć pracę po usunięciu z armii. Razem z innymi dawnymi oficerami Gurkhów mógł 
dwa razy w roku zaglądać do  Nepalu,  aby wypłacić emerytury i zorganizować wyjazdy na studia, 
głównie techniczne.   Ponadto od sześciu   lat podejmował próby pozyskania rekruta. Po śmierci 
imperatora wszyscy Gurkhowie   wrócili do   domów, ale specjalny reprezentant rady zobowiązał 
Hosforda do nakłaniania eks- żołnierzy, aby  zmienili zdanie. Oni zaś witali kapitana zawsze tak 
samo uśmiechnięci,   zapraszali go na   poczęstunek i odpowiadali niezmiennie: „Służymy tylko 
imperatorowi”.
Przez   pierwsze   dwa   lata   Hosford   próbował   ich   przekonywać:   imperator   nie   żyje.     Pytał   czy 
zamierzają zapomnieć o swych wojskowych tradycjach? Wtedy mówili: „Nie,  kapitanie. Ale nie 
jesteśmy głupcami. Wrócimy, gdy imperator wróci. Ale służyć radzie? Nigdy.  Niewarci są jednego 
włosa spod ogona jaka.”
I czemu wciąż do nich chodził? Oficjalna misja to jedno, chociaż przeznaczone na  nią  pieniądze i 
tak zawsze zostawiał starszym wioski, by wydali je wedle własnego  uznania.  Najważniejsza była 
sama świadomość, że oto znów jest w górach, w Nepalu i z  Nepalczykami. Jeszcze tylko ten rok, 
jęczał. Jeszcze jedna wyprawa. Jeszcze jedna odmowa. Tym  razem na  pewno ostatnia. Bo jeśli nie, 
to pewnej wiosny po prostu znajdą jego truchło w  jakiejś dolince.  Serce nie wytrzyma. Ale jeszcze 
nie teraz... W przyszłym roku. Wtedy już na  pewno zrezygnuje. Zmierzał do Centrum Gurkhów w 
wiosce  Pokhara.  Poprawił   pełen  kredytów   plecak  i     pomaszerował  dalej.  Wiedział,  co  ujrzy z 
następnego   pagórka.   Budynek   oraz   kilku     wyczekujących     starych   towarzyszy.   Jakimś   cudem 
zawsze wiedzieli, kiedy się spodziewać drogiego   przybysza.  Staną na baczność, na ile wiek im 
pozwoli, oczywiście. Z byłym havildarem   majorem Mankajirim   Gurungiem na czele (jeśli nie 
przekręcili danych w archiwach, na przykład biorąc  syna za ojca, to  Gurung miał już ponad 250 
lat). Ale niczego więcej Hosford się nie spodziewał. Jednak tym razem Pokhara pękała w szwach. 
Jazgotała muzyka. I ta młodzież... 
Chyba z  tysiąc osób, pomyślał Hosford. A wszyscy z dumnymi obliczami, karni, ustawieni w  szyk 
wybitnie  wojskowy.
Przed   czołem   formacji   stał   Mankajiri.   Zasalutował.   Hosford   odpowiedział   podobnym     gestem. 
Wiedział, że chwilowo powinien wstrzymać się z pytaniami, ale nie  wytrzymał.

background image

- To... rekruci?
- Tak jest. Ledwie nieopierzeńcy w porównaniu z kwiatem naszych  wojowników, ale   zawsze 
rekruci. Jeśli uznasz, że nadają się do służby, kapitanie. Wyniki badań   lekarskich już   czekają, 
gotowe do wglądu.
- Ale skąd ta zmiana?
- Zmiana? Nic się nie zmieniło.
- Przecież powiedziałeś kiedyś, że nie będziecie poddanymi rady.
- Zgadza się. Ci ludzie idą służyć imperatorowi. Jego Wysokość wraca i nas  potrzebuje.
Kapitan  Hosford poczuł,  jak lodowaty dreszcz przebiega  mu  po grzbiecie.  I nie   miało  to nic 
wspólnego z mroźnym wiatrem wiejącym od niebosiężnych szczytów.
- Jak długo jeszcze Trybunał będzie bić pianę? - spytał Kilgour.
- Aż każdy prawnik dostanie swoje pięć minut - odparł Mahoney,  wzruszając   ramionami. - I 
wyczerpie się lista możliwych zarzutów pod adresem zdrajców.
- Wszystko diabli wezmą - mruknął ponuro Alex. - Nigdy już nie ujrzę Edynburga.  Tak to  jest z 
prawem, sądami...
- Musimy działać zgodnie z regułami, Alex - upomniał go Sten.
- Tak? Za kark mnie weźmiesz i uczynisz praworządnym? Nic z tego. Gdy to  wszystko  padnie, a 
jestem dziwnie przekonany, że tak się stanie, to nigdzie domu nie  znajdziemy. Do  Modliszki nas 
już na pewno nie przyjmą. Moralne wraki, ot co. Tym będziemy.  Znam   lepsze od   procesów 
sposoby radzenia sobie z łajdakami - dodał i znacząco przejechał palcem  po szyi.
- Jeśli już skończyłeś, panie Kilgour, to za pozwoleniem:  „Jesteśmy obecnie   zaprzysiężonymi 
członkami legalnego sądu” - przypomniał Sten. - Prawnicy niech  sobie dzielą  włos na czworo, my 
mamy wyszukać dla nich wszelkie istniejące dowody.
- Dobra, na razie zamykam jadaczkę - sapnął Alex.
Spojrzeli uważnie na ekran.
- Zarządziłem analizę lub przynajmniej uważne przejrzenie wszystkich materiałów  na temat  rady, 
które ukazały się od jej powstania do chwili zamachu. - zaczął Sten. - Tym  zająłem się sam. 
Druga   ekipa   wzięła   się   za   okres   od   „uśmiercenia”   imperatora   do   dzisiaj.   Szukamy     śladów 
pomniejszych   naruszeń   prawa.   Ale   zaczniemy   od   zarzutów   koronnych.   Najpierw     zabójstwo 
Volmera. Czemu go zlikwidowano? Wiemy, że robotę wykonał wynajęty zawodowiec.  Działał on 
na zlecenie rekina podziemia, który już nie żyje. Morderca też rozstał się z tym  światem, zgadza 
się?
- Tak powiedziała mi Haines.
- Myślisz, że była z tobą szczera?
- Tak.
Wszyscy trzej odetchnęli, chociaż narada toczyła się według utartej procedury   obowiązującej w 
sekcji   Modliszki.   Rutynowe   podejście   do   każdej   misji.   Obecna     wysoka   stawka     niczego   nie 
zmieniała.
- Może warto by znowu porozmawiać z Haines?
- Pewnie tak.
- Zatem ktoś musi lecieć na Centralny Świat - stwierdził Sten. - Volmer, członek   rady,   ginie. 
Czemu? Czy chciał przechytrzyć współspiskowców? Przejąć samodzielnie  władzę?
- To tylko domysły.
- Niezupełnie. Tuż przed tym morderstwem rada spotkała się na Ziemi. Wtedy  właśnie  jedyny raz 
urządzili zebranie poza Centralnym Światem, co znaczy, że narada była  nieoficjalna.
- Musimy to zweryfikować.
- Oto kolejny argument za odwiedzeniem stolicy - mruknął Sten. - Nie wiem, czy  wy  grzebiemy 
cokolwiek na temat śmierci Volmera, ale warto spróbować. A teraz  najważniejsze.  Imperator ginie 
z ręki szalonego zamachowca. Chapelle - wariat pierwszej wody.  Czy rzeczywiście  mógł działać 
samotnie, powodowany jedynie paranoją? A może planująca zamach rada   tylko   skorzystała ze 
sposobności?

background image

- Nie - stwierdził Mahoney. - Sprawa rozwijała się za szybko. Aż tacy bystrzy to  oni nie są.  No, 
może z wyjątkiem Kyesa.
- Zgoda. Przejrzałem twoje notatki, Ian. Prześledziłeś cały życiorys Sullamory  dzień po  dniu. Na 
jakiś miesiąc przed zamachem zniknął nagle i pojawił się już z gnatem.
-   W   zasadzie   ustaliłem   jedynie,   że   Tanza   dwukrotnie   widziano   w   towarzystwie     osobnika 
wyglądającego  na bogatego pomyleńca...  Na miłość  boską! - wykrzyknął  Mahoney,    pojmując 
nagle  najważniejsze.
-   Skleroza   nie   boli   -   zauważył   ożywiony   Kilgour.   -   Tylko   skutki   daje   dziwne.     Kontynuuj, 
marszałku.
-   Bogacz   to   oczywiście   oficer   prowadzący.   Już   o   tym   myślałem,   ale   jakoś   nie     skojarzyłem. 
Wszyscy korzystamy z tego samego modus operandi. Ja, ty, ten gość co tu siedzi,   a zapomniał 
polewać. Nie sądzicie, że warto by nieco naoliwić umysły? Coś mi zaczyna świtać.
- Aha - odparł Sten i poszedł nalać Mahoneyowi drinka.
-   Dobra.   Na   razie   mniejsza   o   szczegóły.   Generalnie   sprawa   przedstawiała   się   tak:     Sullamora 
odwalił ostatnią część mokrej roboty. Zginął w eksplozji. Wypadek czy nie,  nieważne. Istotne, że 
Tanz był za dobry w te klocki, by spotykać się osobiście z bezpośrednim   wykonawcą. Zatem 
musiał mieć pośrednika. Wprawnego nadzorcę. Opiekuna. Profil do przewidzenia.  Zapisuj, proszę.
Sten stuknął w rejestrator.
- Zawodowiec. Oficer wywiadu. Czysta robota. Znaleźć lub stworzyć psychopatę,  pokierować nim 
właściwie, wyposażyć  jak należy i pchnąć w stosownym kierunku.   Chapelle nie   miał pewnie 
żadnych powiązań z samą organizacją. Nie znał nikogo wysoko  postawionego.
- Powiedzmy - mruknął Alex.
Sten   przytaknął.   W   tej   akurat   chwili   to   im   przypadła   rola   skrajnych   sceptyków,     gotowych 
udowadniać   fałszywość   każdego   sądu,   co   jest   najlepszym   sposobem   weryfikacji     dowolnego 
dowodu.
- Już to sprawdzałem, szukałem gościa, ale chyba nie przemyślałem należycie  sprawy.  Zszedłem 
na psy przez te kilka ostatnich lat. Bawiłem się w wojnę zamiast w  cyrk. Bo z wami to  zawsze 
wychodzi cyrk. No dobra. Zawodowiec. Wszystko fajnie, ale sprawdziłem i  gwardię, i  Merkurego, 
i Mantisa. Wynik: zero.
- Część roboty mamy więc z głowy... Chyba że robisz się sentymentalny i chronisz  jakąś  siatkę 
starych wiarusów...
- Imperator był moim przyjacielem - warknął Mahoney. - Usuń to zdanie z zapisu.  W ogóle  nie 
zadam sobie trudu, aby skomentować taką wypowiedź.
-   Pełno   jest   zawodowych   szpiegów,   którzy   nie   mają   i   nigdy   nie   mieli   żadnych     powiązań   z 
imperium - mruknął Alex.
- Właśnie. A teraz wracamy do modus operandi. Prosta sztuczka. Potrzeba tylko   odpowiednio 
zakamuflowanego   miejsca   oraz   zespołu   pomagierów   w   pogotowiu.   I   już.     Meta   w     slumsach 
odpada, chyba że jest się kryminalistą. Lub amatorem. Pozostaje przyjąć  styl zamożnej  cyganerii. 
W bogatych dzielnicach nikogo nie obchodzi, kto się wprowadza lub  wyprowadza.  Każdy dumnie 
patrzy tylko na siebie.
-   Aha,   to   znaczy,   że   bogaty   opiekun   pojawia   się   przypadkiem,   po   czym   zaczyna     sączyć 
Chapelle’emu miód w serce. Ten zawsze był przekonany o własnej wyjątkowości i  wielkości, więc 
idzie   na   lep   pochlebstw.   Potem   zostaje   ukryty,   gdzieś   na   Centralnym   Świecie,     oczywiście   - 
dedukował Sten. - Opiekun robi mu małe pranie mózgu, uczy tego i owego,  dozbraja. A wszystko 
dzieje się w jakiejś miłej i bezpiecznej posiadłości w spokojnej, bogatej  dzielnicy. Na Centralnym.
- Na razie nie wnikaj w detale - powiedział Mahoney. - Słuchaj uważnie. Po   pierwsze,   modus 
operandi. Po drugie, to bogactwo. Jak sądzisz, ilu zawodowców stać na  podobne metody  pracy? 
Chyba niewielu?
-   Wszechświat   jest   podobno   nieskończony   -   stwierdził   Sten.   -   Ale   nie.   To     znacznie   zawęża 
poszukiwania.
- Prawdę mówiąc, ułożyłem już listę paru nazwisk.

background image

-  Fajnie.  To  ją trzymaj.  I  działaj.  Tylko  jedno pytanie,   z  czystej  ciekawości.    Powiedzmy,  że 
złapiesz ptaszka... Jak go zmusisz, by śpiewał?
Mahoney sarknął.
-   Przepraszam,   wszystko   po   kolei.   Najpierw   wyłączymy   rejestrator.   Moja   linia     rozumowania 
biegnie   następująco:   Gdybym   to   ja   zawiązał   taki   spisek,     ograniczyłbym   liczbę     spotkań   do 
absolutnego minimum, i tutaj pojawia się pytanie. Wiemy o naradzie na  Ziemi, tej przed  zabiciem 
Volmera. Czy były dalsze? Dwa? Trzy? Więcej? Skłonny jestem sądzić, że  Sullamora  informował 
wszystkich o kolejnych krokach, dokonaniach i zamiarach. Takie narady  nie mogły  odbywać się w 
żadnym zwykłym miejscu. Z obawy przed podsłuchem, i tutaj zakładam  jeszcze  jedno. Ryzykuję 
tezę, że członkowie rady nie ufali sobie nawzajem.
- Nie musisz ryzykować. Aż takimi kretynami to jednak nie są.
- Zatem następne spotkanie, o ile do niego doszło, odbyło się na neutralnym  gruncie. W  czystym 
miejscu. Pytanie tylko: czy się spotkali?
- Trzeba lecieć na Centralny - odezwał się Kilgour. - Sugestia: amatorzy  sprzątają po sobie,  ale 
zwykle nie fabrykują fałszywych  tropów. Spotkanie na Ziemi?  Kto je   zorganizował? Przecież 
takie  zgromadzenia  nie odbywają  się spontanicznie.  Zatem ktokolwiek pojedzie  na   Centralny, 
będzie musiał przede wszystkim sprawdzić różne drobne papierki. Jeśli doszło do  jeszcze jednej 
wspólnej debaty przed zarąbaniem, pardon, sir, imperatora, to gdzieś na pewno  został ślad.
- Dobrze - zgodził się Sten. - Tak zrobimy. Ktoś ma jeszcze jakieś pomysły?  Pamiętajmy, że  to nie 
będzie łatwa robota.
- Idę się pakować - powiedział Alex i dokończył drinka.
- Słusznie. W drogę. Ale nie na Centralny. Tam akurat to ja polecę.
- I wystawisz się na strzał. Wiesz, jak za tobą węszą? Nie pora grać bohatera.
- Nie zamierzam. Jednak wszystkie sprawy na Centralnym przechodzą lub mogą  przechodzić przez 
ręce Haines. A z kim najchętniej zgodzi się współpracować?
- Co to nam się marzy, za czym to tęsknimy... Wiersze miłosne, saturator z  szampanem...  Jeśli tak, 
to dokąd mnie, biednego, oczy poniosą?
- Jak wspomniałem, jesteśmy wprawdzie członkami składu sędziowskiego, ale bez  gaży.  Pewniej 
bym się czuł mając w kieszeni jakieś... dziesięć tysięcy?
Kilgour rozważył sprawę.
- Ile AM2 mogę wziąć?
- Musi zostać tyle, żeby oddać Bhorom. No i zapas na potrzeby ich flory  chroniącej system.  Poza 
tym bierz, ile chcesz. Ale targuj się ostro.
- Nie ucz ojca... Zaraz złapię Otha, żeby załatwił transport. Chyba wiem już,  gdzie zastukać.
- Nie przeszkadzaj mu. Ma robotę. Wszystko już gotowe.
- Nie lubię, jak się tak uśmiechasz, chłopie.
- Zaufaj mi, panie Kilgour. Spodoba ci się.
Statki wyłoniły się w realnej przestrzeni niczym ławica piskorzy pragnących  skąpać się w  blasku 
słońca systemu Jura. Potem zgodnie utworzyły dwie flotylle i weszły na   orbity parkingowe.   W 
odróżnieniu  od piskorzy nie były  jednak ani  srebrzyste,  ani  jednakowe, ani   smukłe.  Pierwsza 
flotylla wysłała na Newtona jeden statek. Oczom Stena ukazał się Jon  Wild, król  przemytników, a 
w każdym razie obecnie ich rzecznik. Sten wciąż nie mógł  nadziwić się prezencji  kombinatora. 
Niby pirat i zabijaka, a oblicze jak u nobliwego archiwisty. Spotkanie trwało krótko, a rozmowy 
sprowadziły   się   niemal   wyłącznie   do     potwierdzenia     jednomyślności.   Wprawdzie   emisariusze 
Stena nieco naszukali się Wilda, ale  wiadomość  przekazano w ciągu paru chwil, a jej zrozumienie 
przyszło jeszcze szybciej. Przemytnicy potrzebują kilku rzeczy, aby im się dobrze wiodło: praw 
handlowych,  transportu, sprytu i bogatych klientów. Rada unicestwiła sporo elementów z tej  listy. 
Sama  przebiegłość nie wystarczy, wywodził Wild, gdy brakuje paliwa. Trzeba zostać w  domu. I 
co?  Uprawiać ziemniaki? Zresztą, nawet jak znajdzie AM2, to niczego nie zyska, kiedy  odbiorcy 
nie  będą mogli zapłacić za przemycone dobra...
- Co możesz mi zatem obiecać? Poza dostępem do AM2, bo to chyba już masz...

background image

- Nie będzie jak za dawnych dni. Dopływ AM2 ustał wraz z odejściem imperatora.   Poczynania 
rady załatwiły resztę. Gorzej już chyba być nie może. No, gdyby  jeszcze kompletny  chaos...
- Przemytnikom bałagan nigdy nie szkodzi - mruknął wesoło Wild. - Ktoś musi  wozić  ładunki. 
Dobra. W kwestiach wywiadu, zwiadu, transportu i przewozu wojsk...  możesz na nas  liczyć. Na 
razie. Aż się znudzimy lub cała ta banda radosnych anarchistów  znajdzie sobie innego  wodza.
Na pokład „statku flagowego” drugiej floty Sten postanowił wejść w towarzystwie  Alexa.  W ten 
sposób chciał się trochę zemścić za przydzielenie ochrony osobistej pod   dowództwem   młodej 
akolitki.
Miał nadzieję zaskoczyć Alexa.
Nie za bardzo mu to wyszło. Kligour tylko zerknął na zbliżającą się łajbę i  sprawdził co  trzeba w 
aktualnym katalogu flot. Potem spiorunował Stena spojrzeniem.
- Ty draniu!
Alex wiedział.
- Wystawiłeś mnie... Cholerny zbawca. Czaruś niewdzięczny. Koniec pieszczot,  paskudo.  Już ty 
mnie...
- Może. Ale znasz lepszego pilota? Albo grupę ludzi, która wydajniej utrzyma   twój   potencjał, 
cytuję, urzędnika sądowego, koniec cytatu, pod kontrolą?
- Prędzej mi język poczernieje, nim się z tobą zgodzę. Gdy się śluza otworzy,  sam zwątpisz   w 
swoje słowa.
Ida już na nich czekała. O zgrozo, przytyła  jeszcze. Nadal paradowała w luźnych    cygańskich 
szatach,   zapewne   wciąż   bez   żadnej   bielizny,   jednak   teraz   szyła   stroje     z   najlepszych     tkanin. 
Chociaż, jak tu kroić szaty na kształt prawie kulisty... Trzeba też  przyznać, że popracowała  nieco 
nad   swoim   językiem.   Aż   podskoczyła   z   uciechy,   widząc   dawnego   dowódcę   zespołu.   I   zaraz 
wznowiła  typowe  przekomarzanie się z Kilgourem.
- Musiałeś go przyprowadzić - powiedziała z udawanym wyrzutem.
- Bez opieki popadłby w kłopoty - wyjaśnił Sten.
- Naprawdę? - sapnął Alex.
Ida poprowadziła do salonu. Kajuta kapitańska na dawnym liniowcu oferowała wiele   luksusów. 
Gobeliny, kanapy, stoły uginające się pod ciężarem łakoci.
- A wszystko to można sprzątnąć w dziesięć sekund - wyjaśniła z dumą gospodyni.   - W   razie 
alarmu bojowego tam wyrasta panel baterii antyrakiet, w tej chwili  schowany jest pod  podłogą. Za 
tamtym fotelem mam awaryjny moduł zagłuszania. A łazienka zmienia  się w izbę  chorych. Mam 
szkocką,   prawdziwą,   z   Ziemi,   taką   na   słodzie   i   leżakowaną.   Zostawia     w   pobitym     polu   to 
świństwo, które warzył nieodżałowany imperator. A dla ciebie, Kilgourze,  mój najlepszy  lager. 
Chociaż jestem pewna, że i tak nie docenisz wyśmienitego piwa.
Ida Kalderash była Cyganką. Ta dawna rasa wraz ze swą kulturą wciąż istniały i  mało  zmieniły się 
przez tysiące lat. Romowie nadal żyli zgodnie ze swymi własnymi   zasadami,   niezmiennie byli 
indywidualistami i pilnowali, by za bardzo nie zbiednieć. Miast  taborów używali  obecnie statków 
kosmicznych. Handlowali, szmuglowali lub po prostu podróżowali  dla  przyjemności i dochodów. 
Ich zwyczajowe prawa - kris - nakazywały szacunek dla   postaw   lojalnych, wierność tradycji i 
rodzinie. Mówiły też, że żadna przysługa nie może  pozostać bez  nagrody. Szczególnie w obrębie 
narodu Romów. Wszelako zdarzały się wyjątki.
Nikt nie słyszał, by ktoś spośród Romów służył w wojsku, o supertajnej sekcji   Modliszki   nie 
wspominając.   Jakim   cudem   i   czemu   właściwie   Ida   trafiła   do   zespołu   numer     trzynaście,   pod 
dowództwo porucznika Stena, tego nikt nie wiedział. Była wyśmienita w pilotażu,   znała się na 
elektronice. Dodatkowo trzymała kasę zespołu, uwielbiała hazard, miała nosa do  „inwestycji”. Pod 
koniec   każdej   misji   wypłacała   członkom   zespołu   ich   udziały.   Starczało   z     naddatkiem   na 
najbardziej  egzotyczny urlop.
Po   rozwiązaniu   zespołu,   gdy   Sten   przeniósł   się   do   gwardii,   Ida   nie   przedłużyła     kontraktu. 
Zniknęła gdzieś między swymi. Pojawiła się, zresztą całkiem nieoficjalnie, po ucieczce Stena i 
Alexa z  więzienia  Tahnijczyków w Koldyeze. Okazało się, że jakimś sposobem uzyskała dostęp 
do   wpłacanych na   ich konta żołdów i tak pomnożyła kwoty, że obaj stali się wprost bajecznie 

background image

bogaci. Posiadał i duże  majątki... i mogli jeszcze bardziej je powiększyć, jeśli udałoby się obalić 
radę  i przywrócić  dysydentom dobrą sławę.
Pod   koniec   powitania   Ida   zachowała   się   po   swojemu:   pokazała   przyjaciołom   plecy   i     uniosła 
spódnicę.
- Ta dziewka wciąż nie nosi majtek - zauważył Alex.
- W czasie uczty przyłączy się do nas moja rodzina - oznajmiła Ida. - Są  ciekawi, ile  nakłamałam 
na temat tych dwóch gadżio. Nie popsuj niczego, Alex. - Podeszła do  bocznej szafki i  nalała trzy 
drinki. Do kryształowych kielichów. - Za dawno minione... Oby obecne  jak najszybciej  dołączyły 
do przeszłości.
Po czym spoważniała nagle.
- Miło było usłyszeć twoje zaproszenie, Sten - stwierdziła.
- Skutki przeszły moje oczekiwania.
- Nie sądziłeś, że przylecę z rodziną?
- W skrytości ducha na to właśnie liczyłem.
- No tak. Wiele się zmieniło. Ty jesteś teraz admirałem, ja królową klanu. Inni  królowie  słuchają 
mnie, chociaż jestem kobietą.
- Coś przemilczasz, Ida. Z tego, co nam opowiadałaś, Cyganie nigdy się nie  jednoczą -  zauważył 
sceptycznie Sten.
- Nie. Tak właśnie było i nieraz okrutnie przez to ucierpieliśmy. A teraz  szykuje się nowa  tragedia.
I wyjaśniła. Romowie mogą się izolować, ale zawsze wiedzą, co się dzieje poza   obrębem   ich 
kultury.
- Ta przeklęta rada, która zabiła imperatora, uznała nas za wrzód na zdrowym  ciele  społeczeństwa. 
Głównie dlatego, że wciąż mamy dość AM2, by trzymać się razem.  Przeceniają  nasze zapasy, ale 
nie to najważniejsze. Nie wiedzą, że gdy Cygan nie może   wędrować, wtedy   umiera. Zarządzili 
nagonkę na wszystkich Romów. Nakazali przejmować statki, a  załogi... Szkoda  gadać.
- Gwardia nie poniży się do tego.
-   Gwardia   też   się   zmieniła.   Niektórzy   nie   zechcą,   ale   inni   chętnie   nas     przepędzą.   Zaczną 
przekonywać, że niby wszechświat będzie lepszy bez tych złodziei, co porywają  kurczęta i córki, 
wykradają złoto. Tym razem nie zamierzamy czekać. Chcieliśmy się gdzieś ukryć,  zejść z oczu. 
Ten twój Trybunał to niepewna instytucja, Sten, ale innej nadziei nie ma. Po   długich debatach 
podjęliśmy więc decyzję. Tylko paru sięgnęło po noże, drobiazg. Wiedz, że -  zamierzamy złożyć ci 
hołd lenny, jak to kiedyś zwali. - Ida zmusiła się do uśmiechu. - Rozumiem, że  mam zabrać tego tu 
bałwana na poszukiwania rekruta. Co, udomowiłeś się już? - spytała Kilgoura.
- Nie, mała. To niezdrowo. Piję jednym końcem, sikam drugim i jakoś się toczy.
- Tak trzymaj, dobrze na tym wyjdziesz - mruknęła. - Napełnij szkło, admirale.  Cholera, ale  fajnie. 
Gadżio admirał za barmana!
Sten nalał.
- Wcale mi to nie przeszkadza, Ido. A swoją drogą, należą ci się od nas podwójne  podziękowania. 
Po pierwsze za to, że tak efektywnie zajęłaś się naszymi  pieniędzmi... a po drugie  za wspaniałe 
drinki.
Unieśli kielichy. Sten tylko upił. Ida zmarszczyła brwi.
- Nie mogę zostać do późna - wyjaśnił. - Czeka mnie dość długa podróż.
- A gdzie jest napisane, admirale, że nie można podróżować na kacu?
Sten rozważył jej słowa. Faktycznie, nigdzie.
Tak i został do końca.

background image

Rozdział 29

Sten wylądował na Centralnym z siną szramą na twarzy i niewykonalnym zadaniem do  wykonania. 
Jedno i drugie służyło maskowaniu. Szrama była łagodnym pasożytem, który naniesiono Stenowi 
na oblicze   chirurgicznie.   Szeroka na prawie dwa centymetry biegła zygzakami od czupryny do 
zakola oka i   dalej ku brodzie.   Wybrał ją zgodnie z zasadami „Wielkiego Lorenzo”: najlepsze 
przebranie   to    przebranie  proste,     byle  tylko   nie  odleciało  przy silniejszym   podmuchu  wiatru. 
Ktokolwiek spojrzał   na Stena, widział   jedynie upiorną pręgę. Sten już wcześniej korzystał z 
podobnych sztuczek:  przyprawiał sobie nos  alkoholika, łysiał częściowo lub całkowicie. Zwykle 
działało. Martwił się tylko jednym: żeby pasożyt nie poczuł się u niego zbyt dobrze.  Kilgour jak 
zwykle pospieszył ze słowami otuchy.
- Spokojnie, chłopie. W razie czego uszyjemy ci opaskę na oko. I będziesz mógł   dołączyć   do 
piratów.
Niewykonalne zadanie też nie było z tych szczególnie wymyślnych. Opierało się na  faktycznych 
zaszłościach.   Tuż   przed   wojną   z   Tahnijczykami   pojawił   się   na     Centralnym   Świecie     pewien 
przedsiębiorca, niejaki D’vid Rosemont. Zwalisty i hałaśliwy skandalista.   Ogłosił, że   otwiera 
nowy interes:  zacznie  przebudowywać  stare  statki wojenne imperium,    głównie myśliwce,    na 
luksusowe jachty. Pomysł był absurdalny, ale Rosemont wziął się do roboty. I   wiodło mu się 
całkiem nieźle. Niedługo wprawdzie, ale zawsze.
Policja skarbowa przyglądała mu się już od jakiegoś czasu i ledwo zaczął budowę   pierwszego 
jachtu, publicznie i na oczach wszystkich, wkroczyła do akcji.  Uznano, że cała impreza  jest mocno 
naciągana i na milę pachnie szwindlem. Rosemont zniknął momentalnie,  jednak  dziwnym trafem 
zdążył wcześniej wpaść do banku. Po sprytnym przedsiębiorcy  zostały puste konta  i jeden hangar 
z trzema myśliwcami.
To wszystko zdarzyło się naprawdę.
Potem   pojawił   się   na   Centralnym   Świecie   przyjaźnie   nastawiony,   ale   paskudnie     oszpecony 
mężczyzna, i tutaj zaczynała się fikcja.
Nazywał   się   Elijah   Braun.   Przedstawiał   się   jako   prywatny   detektyw   z   firmy     działającej   na 
prowincji gdzieś poza krańcem najlepszej nawet mapy. Opowiadał, że Rosemont ma  spadkobiercę, 
który chce przejąć własności przodka. Braun wiedział, że Rosemont nie został  jeszcze oficjalnie 
uznany za zmarłego, jednak jego potomek wyraża przekonanie, iż Rosemont nie był  oszustem; po 
prostu padł ofiarą cudzej brudnej gry. Zdaniem Brauna potomek chyba ciągle jest   naćpany, że 
wierzy   w   takie   rzeczy,   ale   trudno.   Zlecenie   to   zlecenie.   Ponadto   otrzymał   przy     tej   okazji 
sześćdziesięciodniową   wizę,   co   daje   mu   sposobność   obejrzenia   Centralnego   Świata,     pępka 
cywilizowanego uniwersum.
- Za wiele filmów się pan naoglądał, panie Braun - usłyszał. - Albo ma pan   nieaktualne   dane. 
Centralny to już nie to, co kiedyś. A na dodatek z każdym dniem jest  gorzej.
I urzędnik obejrzał się przez ramię, czy nikt nie podsłuchuje. Sten wychwycił w  jego  spojrzeniu 
lęk. Znaczy służby bezpieczeństwa rady nie śpią. Ich obecność można było dostrzec dosłownie 
wszędzie. Śmieciarze, miast zamiatać   ulice,   lustrowali przechodniów. Kelnerzy wyciągali uszy. 
Urzędnicy nie urzędowali tylko   filowali  zza   biurek. Gospodarze domów, miast  zagadywać  o 
pogodę, urządzali lokatorom niemal   regularne   przesłuchania. Wszystko to dalece odbiegało od 
normy i pasowało jak ulał do  paranoicznego  przekonania rady, że zagrożenie czai się dosłownie 
wszędzie. Oczywiście takie  środki ostrożności  kosztowały, i to słono. Rada wydawała na armię 
informatorów olbrzymie sumy  pieniędzy, których  dawno już nie miała.
Sten nie po raz pierwszy zdumiał się, jak łatwo jest przerobić zwyczajnych ludzi   na   szpiegów. 
Oczywiście   nikt   się   nie   zastanawiał,   co   pocznie,   gdy   rada   upadnie.   Bo   sam   upadek     był   już 
przesądzony.   Sten   przypomniał   sobie   zamieszki   widziane   na   Heath   pod   koniec     wojny.   Tłum 
rozdzierał   na   strzępy   nie   tylko   wszystkich   mundurowych,   zemścił   się   też   na     cywilnych 
współpracujących z tajną policją. Nie, Stenowi nie było ich żal. Chciał tylko utrzymać swój status 
na tyle długo,  by znaleźć  co należy i wrócić do domciu.

background image

Powziął wszelako pewne środki ostrożności. Nawet obecne władze nie wiedziały   wszystkiego. 
Mahoney podał mu namiary kilku dyskretnych lokali, które nadal  powinny  funkcjonować. Jeden 
istniał na pewno. Sten czym prędzej wyposażył się w  znalezione tam  fałszywe dokumenty.
Potem jako Braun ruszył w miasto. Zatrzymał się w drogim hotelu, odszukał  gospodarza  hangaru, 
opukał   trzy   wciąż   stojące   w   środku   kadłuby.   Wypytał   inwestorów   i     znajomych     Rosemonta. 
Wstąpił do siedziby policji skarbowej. Dali mu plakietkę GOŚĆ i  pozwolili zajrzeć do  akt.
Po kilku dniach stwierdził  ze zdumieniem,  że urojona bajeczka może  jednak być    prawdziwa. 
Rosemont nie uciekł. Coś musiało mu się zdarzyć. Miał skłonność do   zawierania   szemranych 
znajomości w podejrzanych dzielnicach. Może go zamordowali? Albo   popełnił   samobójstwo? 
Kilka dni przed zniknięciem zrobił się dziwnie ponury. Potem  poweselał nagle.  „Znalazł furtkę”, 
zasugerował ekspert od oszustw, ale podał Stenowi listę paru   swych  znajomych  w   wydziale 
zabójstw.
Sten poprosił nieśmiało o możliwość spotkania się z samym szefem wydziału.
- Dla takiego pętaka jak ty szkoda czasu. Jej czasu - usłyszał. - Ale ona już  taka jest, że  rozmawia 
z każdym.
Sten odparł, iż świetnie rozumie, że pani Haines jest bardzo zajęta, szczególnie   w tak   ciężkich 
czasach. Przygotował sobie zatem listę pytań. Przypiął do kartki swoją   plakietkę i poprosił   o 
dostarczenie całości szefowej.
Czuł się nad wyraz niezręcznie. Zamierzał wykorzystać przyjaciółkę, dawną   kochankę.   Może 
nawet mógł narazić ją na niebezpieczeństwo.
Często   wracał   pamięcią   do   tamtych   dni.   W   pewnym   sensie   jedynie   związek   z   Haines     był 
normalny. Z drugiej jednak strony to okoliczności ich połączyły, potajemnie  prowadzili wspólne 
śledztwo. Tak naprawdę nigdy nie zerwali ze sobą. Ot, Sten po prostu poszedł na  wojnę, trafił do 
niewoli, uciekł, wrócił w szeregi. Haines rozpoczęła pracę w Wywiadzie Wojskowym  i jakoś nie 
było im dane się więcej spotkać. Sten, zanim jeszcze został postawiony przez  radę poza prawem, 
zastanawiał się nie raz i nie dwa, czyby nie zadzwonić do dziewczyny, spytać... 
O co? Czy jeszcze  żyje?
Zresztą Kilgour chyba miał rację. Obaj utracili „kościec moralny”. Ale inaczej  nie  przetrwaliby 
piekła wojny. Koniec kazania, zbeształ się w duchu Sten. Uczciwy szpieg nie bawi się w takie 
rzeczy. Do  Ligi Czystości Moralnej wstąpisz po robocie, nie wcześniej.
Wezwanie do wydziału zabójstw przyszło dopiero po dwóch dniach.
Sten stawił się z obliczem lodowatym jak czapa biegunowa.
- Panie Braun - zaczęła Haines. - Przeczytałam pańskie materiały i pytania,   sprawdziłam   nasze 
zapiski. Uważam, że zabrnął pan w ślepy zaułek.
- Całkiem możliwe - odparł Sten. - Mogę nagrywać?
Nie czekając na odpowiedź, postawił na biurku rejestrator poobijany dla  niepoznaki. Potem  skinął 
na policjantkę, by mówiła dalej.
Haines zmarszczyła czoło, ale wyjaśniła Braunowi, czemu uważa, że Rosemont po  prostu  zniknął 
w ciemnej uliczce i nic poza tym.
Dość tego, pomyślał Sten. Wcisnął jakiś guzik w rejestratorze.
- Wasz podsłuch nie działa w tej chwili. To znaczy działa, ale odbiera zwyczajną  rozmowę.
Haines zerwała się zza biurka i niemal rzuciła się Stenowi w objęcia. Zatrzymała  się w  ostatniej 
chwili.
- Jestem teraz zamężna - powiedziała cicho. - Szczęśliwie - dodała jeszcze  bardziej  stłumionym 
głosem.
Sten musiał w jednej sekundzie wymazać z myśli wszystkie „gdyby”.
- Cieszę się... że dobrze ci się wiedzie - wyjąkał.
Haines zdołała się uśmiechnąć.
- Przepraszam. Wiele o nas myślałam.  Przepraszam. Mogłabym  zacząć kłamać o   wspaniałych 
dawnych dniach miłości i róż. Ale to przeszłość...
- Taak. Ładnie. Kto ułożył ci tę kwestię? Zupełnie jak w kinie.

background image

- Inne słowa nie przyszły mi do głowy. Wolałabym wierzyć, że przybyłeś tu tylko   po to,   żeby 
znów   rozniecić   płomień   miłości.   Mimo   faktu,   iż   należysz   do   grupy   dziesięciu     najbardziej 
poszukiwanych kryminalistów imperium. Nie jestem jednak aż taka naiwna. A niech  to...
Odwróciła się na chwilę.
- Co to za szrama? - spytała przez ramię.
- Charakteryzacja.
- Bogu dzięki - mruknęła, znów się odwracając. - Wygląda obrzydliwie, ale  przywyknę.
- Dzięki za dobre chęci.
- Z początku zastanawiałam się, czy to nie podpucha, ale potem zmieniłam zdanie.
- Słuchaj, potrzebuję pomocy. Jesteś moim najlepszym kontaktem.
- Jasne, stara dobra Haines. Potrafiliśmy doskonale węszyć, to czemu znowu nie  spróbować,  przez 
pamięć dawnych czasów? Jednak cię spytam... Gdybym była wolna, ciebie by  nie ścigano,   czy 
znowu zaciągnąłbyś mnie do łóżka?
- Wiedziałem, że masz nierówno pod sufitem, Lisa, ale tym razem chyba trochę...  - zawiesił  głos.
Haines zrobiła kilka głębokich wdechów.
- Do diabła. W pełni się z tobą zgadzam. Nie zamierzam już więcej przepraszać.
I padła mu w ramiona. Na długą chwilę.
- To było fajne, co? - spytała.
Sten potwierdził i pocałował ją ponownie. W końcu się odsunęła.
- Ja nie kłamałam. Sam to naprawdę świetny gość. Prawdę mówiąc, to ktoś bardziej   dla   mnie 
odpowiedni. Nie gania z nożem pod pachą i żądzą mordu w oczach. Zatem...  proponuję,  abyśmy 
zostali przyjaciółmi. Nigdy się jeszcze nie przyjaźniłam z kimś, z kim  byłam wcześniej tak  blisko 
związana, może nauczę się czegoś nowego.
- Jasne, Lisa. Świetny pomysł - mruknął Sten, chociaż naprawdę płakać mu się  chciało.
Haines tymczasem znów weszła w skórę gliniarza.
- Po pierwsze. Na ile bezpieczny jest twój kamuflaż?
- Na sto procent. Przynajmniej jeszcze przez kilka tygodni.
- Rozumiem, że wykonujesz jakieś zadanie - powiedziała, postukując w materiały  Stena. -  Twój 
były szef ma z tym coś wspólnego? Pewnie tak. Knujesz przeciwko radzie?
Sten przytaknął.
-   Jedno   pytanie.   I   lepiej   nie   próbuj   kłamać.   Ostatnim   razem,   gdy   zajmowaliśmy     się   sprawą 
Hakonego, było kilka trupów, które rozkazem najwyższej władzy musieliśmy  zostawić w spokoju. 
Praktycznie   oznaczało   to   współudział   w   morderstwie.   Postawię   sprawę   jasno:   nie     mam 
najmniejszej ochoty na powtórkę. Jeśli zatem przybyłeś  tu ze zleceniem „mokrej   roboty”... to 
nawet nie zaczynaj.
- Nie. Tym razem działam na rzecz Trybunału.
Haines wytrzeszczyła oczy.
- A to sukinsyn - wysylabizowała. Mimo działań cenzury Haines akurat musiała  słyszeć  zarówno o 
Trybunale  jak i o jego zarzutach.  - Niech pomyślę.  Taaak...  Cała ta   sprawa to pewnie   twój 
pomysł?
- Zgadza się.
- Sukinsyn do kwadratu - mruknęła. - Obiecałam, że nie będę przepraszać, ale  robię  wyjątek. Po 
raz ostatni.
Uśmiechnęła się.
- Wiesz co... może jakieś sto, sto pięćdziesiąt lat, w dobrej szkole oczywiście,  i wyrośniesz  jeszcze 
na człowieka... Zgoda. Czego potrzebujesz?
Przed wyruszeniem na pobór rekruta Alex Kilgour musiał wyjaśnić pewne   nieporozumienie. Co 
ciekawe,   miało   ono   nieco   wspólnego   z   aktualnymi   rozterkami     Stena.   Wykonując   obowiązki 
zastępcy dowódcy, przesunął dotychczasową obstawę Stena do  oddziałów chroniących cały skład 
sędziowski. Sind natychmiast zażądała rozmowy i zapytała, skąd ta zmiana przydziału? Czyżby  źle 
się  wywiązywali z powierzonych im zadań?

background image

- Pierwsza zasada, żołnierzu. Ochrona to ochrona, wszystkiego wiedzieć nie  musisz. Sten  załatwia 
teraz własne sprawy.
- Jednak proszę o zachowanie dotychczasowego przydziału.
- Czemu? Jakieś osobiste powody?
- Powiedzmy.
Kilgour jęknął rozgłośnie.
- Jedyny raz, gdy miałem do czynienia z czymś takim w Sekcji Modliszki, zostałem   cofnięty z 
placu i zaprowadzony do baraku. Tam pani sierżant sklęła mnie od  ostatnich i  powiedziała, że albo 
zacznę zachowywać się jak zawodowiec, albo od razu mogę  wracać do  owieczek. Miała rację. I to 
samo powinienem powiedzieć teraz tobie. Ale trochę  się od tamtych  czasów nauczyłem. Mógłbym 
wydać rozkaz i zamknąć  sprawę. Jednak ci wyjaśnię,  w   czym  rzecz.   Nie wiem, co u ciebie 
ważniejsze, głowa czy gonady, ale posłuchaj. Po pierwsze,  szefowie, którym  podlegasz, wiedzą, 
co robią. Po drugie, twoje domysły dotyczące Stena są  fałszywe. I nie krzycz na  mnie, że się mylę 
i ty wiesz lepiej. Dobrze cię już poznałem. Nie nadajesz się  do zadania, bo  nazbyt... rzucasz się w 
oczy. A powinnaś pozostać w cieniu. Twoja robota polega  na węszeniu i  mieszaniu. No i jesteś 
żołnierzem. A wojaczka to coś zupełnie innego niż   ochrona. Ponadto, ostatniej najważniejsze... 
jesteś za młoda. Żyjesz złudzeniami. Nie  znasz głębin  deprawacji ducha. Jak każdy w tym wieku, 
chyba   że   odebrał   kalwińskie   wychowanie,     tak   jak   ja.     Tymczasem   dobry   ochroniarz   musi 
niezmiennie   kierować   się   jedną   zasadą:   ignoruj     głos   serca   i     zawsze   powtarzam:   zawsze 
podejrzewaj każdego o najgorsze. To trudna lekcja.  Lepiej będzie, jeśli  zostanie ci oszczędzona. 
Wracaj do wypełniania obowiązków. Gwarantuję ci, że rychło znajdziesz niejedną   okazję,   by 
wyróżnić   się   w   oczach   przełożonych.   Albo   nawet   szefa,   jeśli   na   tym   właśnie   ci     zależy. 
Odmaszerować.
Gdy dziewczyna  wyszła,  Kilgour westchnął.  Chryste  Panie... Naprawdę zaczynam    gadać   jak 
podtatusiały sierżant, pomyślał. Starzejemy się, panie Kilgour,  starzejemy...
W   pierwszym   okresie   pobytu   na   Centralnym   Sten   zyskał   tyle   jedynie,   że   kosztem     wielkiego 
ryzyka mocno nadwerężył swoje ego. Jednak nadal szukał. Trzech rzeczy: dalszych  informacji o 
zleceniu zabójstwa Volmera; konkretnego śladu pierwszego (pierwszego?) spotkania   na Ziemi; 
potwierdzenia lub zaprzeczenia - czy było jeszcze jakieś inne spotkanie przed   zaangażowaniem 
Chapellego. Ponadto interesował się powiązaniami między Sullamorą, nieznanym  pośrednikiem a 
Chapellem. Nie podzielał zdania Mahoneya, który twierdził, że to w gruncie  rzeczy nieistotne. Jak 
dotąd we wszystkich rubrykach ukazujących się podczas badania tych spraw  widniały  same zera. 
Haines nie miała niczego więcej na temat Volmera ani „samobójstwa”  mordercy. 
Szczerze przyznała, że nie zgłębiała dalej tej sprawy, bo uznała ją za czysto   polityczną. Ludzie 
zadający   niewygodne   lub   polityczne   w   podtekście   pytania   ostatnio   znikali     tuzinami.   Dodała 
jednak,  że jej zdaniem i tak nie znajdzie się tutaj nic więcej, przynajmniej jak długo  rada pozostaje 
tym,  czym jest.
Zero do jednego.
Poszukując dokumentów związanych ze spotkaniem na Ziemi, Sten natrafił na  kompletną  próżnię. 
Wychodziło   na   to,   że   przed   „zebraniem   na   szczycie”   członkowie   rady   w     ogóle   się   nie 
kontaktowali, a zaproszenia odebrali chyba telepatycznie. Tyle przynajmniej  wynikało z zapisków 
zawartych   w   ogólnodostępnych   i   rządowych   archiwach.   Kilgour   miał   rację   -   rada     była   dość 
przebiegła, aby zniszczyć lub utajnić wszystko, cokolwiek mogło świadczyć ojej  zamiarach, jednak 
nie   dość   bystra,   żeby   podsunąć   na   to   miejsce   fałszywki.   Ciekawe.   Stwierdzenie     tego   faktu 
usatysfakcjonowałoby wywiadowcę, jednak tym razem Sten występował jako  przedstawiciel sądu i 
potrzebował czegoś więcej.
Zero do dwóch.
W   ramach   ubocznej   działalności   odnalazł   posiadłość   wynajętą   na   krótko   przed     zniknięciem 
Chapellego. Podnajemcą był emerytowany generał broni Suworow. Przedtem dowodził  on dywizją 
czy batalionem na Światach Pionierskich. Tyle przynajmniej wiedział agent od   nieruchomości. 
Agent wspominał szanownego pana Suworowa całkiem dobrze: kulturalny, rosły... i  wypłacalny. 
Aha, miał bliznę na szyi, przypomniał sobie mężczyzna.

background image

- Nie pamiętam, z której strony. Czy mogę spytać, skąd to zainteresowanie, panie  Braun?
-   Aby   się   upewnić,   że   to   nie   jest   człowiek   poszukiwany   przez   mojego   klienta.     Dziękuję   za 
poświęcenie mi paru chwil.
Wielkie nic. Że był to ktoś z forsą i klasą, wiedzieli już wcześniej. Nazwisko?  Fałszywe.  Rysopis? 
Kto wie? Blizna? Pewnie równie prawdziwa jak u Stena.
Zero do trzech.
Drugie   spotkanie?   Nie   natrafił   na   żaden   ślad   kontaktów   członków   rady,     przynajmniej   poza 
oficjalnymi   zebraniami.   A   z   pewnością   nie   byli   na   tyle   głupi,   żeby   zawiązywać     spisek   w 
urzędowych   pomieszczeniach,   gdzie   podsłuch   montowano   wręcz   rutynowo.   Czyżby     potrafili 
stworzyć   taką   maszynkę,   która,   raz   puszczona   w   ruch,   sama   dopełniła   dzieła?     Absolutnie 
niemożliwe. Nawet Sten nie zdołałby tego dokonać. Ale gdzie dowody?
Zero do czterech. Jak dotąd.
Sten żałował, że Haines nie jest wolna i że nie mieszka już w łodzi zawieszonej   ponad   lasem. 
Wziąłby dwie butle szampana, odłączył  komunikator. O, tak. Trochę spokoju   pośród   ogólnej 
paranoi.
Cóż, został sam na sam z piwem i ponurymi rozmyślaniami.
Nagle   coś   przyszło   mu   do   głowy.   Ryzykowna   sprawa.   Jeśli   rada   naprawdę   cierpi   na     aż   tak 
monstrualną manię prześladowczą, to może władować się w pułapkę. Nie specjalnie   na niego 
zastawioną, ale czekającą na każdego ciekawskiego, a nie dość bystrego.
Innych możliwości po prostu nie widział.
Na pierwszy rzut oka Hawkthorne nie zmieniło się wiele od czasu pierwszej wizyty  Stena i  Alexa, 
kiedy to obaj szukali żołnierzy na akcję „detalameinizacji”. Wciąż   królowała tu anarchia,   jak 
zwykle   na   światach   najemników,   gdzie   prawa   stanowił   ten,   który   aktualnie     wywalczył   sobie 
władzę. Jednak obecni najemnicy bardzo różnili się od tych dawnych psychopatów,   oszustów, 
oportunistów  i zawodowych  rewolucjonistów. Wojna  z Tahnijczykami  wycisnęła  swoje piętno. 
Ostatecznie po każdej wojnie zostają rzesze najemników. Żołnierze z nie  istniejących już  armii, 
niedobitki po przegranych bitwach, kryminaliści z karnych kompanii oraz  zwykli żądni  przygód 
młodzieńcy, świadomi, że nic nie dostarczy im już takich uniesień jak   walka, a ta właśnie   się 
skończyła. Tacy, którzy nie chcą lub nie mogą wracać do rodzinnego  gospodarstwa. Większość  z 
tej grupy stanowili wysoko wykwalifikowani zawodowcy. Jednak im więcej czasu   upływało w 
pokojowych warunkach, tym mniej fachowców zostawało. Spadały też ich   umiejętności. Wielu 
ginęło, inni znajdowali swoją ziemię obiecaną, czasem któryś dorastał i pojmował  kruchość życia. 
Wybierali stabilizację i jak najrzadziej uciekali się do przemocy.
Tak było właśnie przed wojną.
Obecnie   Hawkthorne   aż   roiło   się   od   zawodowców.   Oczywisty   skutek   demobilizacji   i     cięć 
budżetowych oraz osobliwej polityki rady. Idealni kandydaci na najemników. Admirałowie chętnie 
najmowali się w roli oficerów pokładowych. Generałowie   gwardii nie   krzywili się na posadę 
dowódcy   batalionu,   a   nawet   kompanii.   Podoficerowie   bez     narzekań     zakładali   mundury 
szeregowców, przynajmniej na jakiś czas.
Alex mógł przebierać i wybierać. I nie wahał się.
Stenowi   marzyło   się   dziesięć   tysięcy   „urzędników   sądowych”;   trzeźwo   liczył   na     jakieś   pięć 
tysięcy. Alex mógłby zebrać sto tysięcy. I stać go było na szczodrość. Pieniądze? Nie ma problemu. 
Jeśli Trybunałowi nie uda się zapoczątkować upadku  rady,  finanse stracą na znaczeniu. Rozda się 
wszystko i po kłopocie. Każdy dostanie   dość, by zwiać   możliwie daleko. Paliwo do jednostek 
bojowych?   Kilgour   dysponował   dużymi   ilościami.   Niektórych   podbierał   na   porządny   obiad   i 
obietnicę   przyszłego   zaprowiantowania.   Innych   podchodził   subtelniej   i   osobiście:   jeśli   rada 
upadnie, struktury wojskowe   imperium   będą musiały przejść restrukturyzację. Skorumpowani, 
niekompetentni i splamieni  krwią zostaną  usunięci. A wtedy kto przyjdzie na ich miejsce w nowej 
armii? Co prawda Kilgour  nie mówił, jaka  będzie ta nowa formacja wojskowa, ale też i nie musiał. 
Niech sobie myślą, co  chcą.
W końcu stanął na rampie statku Idy i spojrzał na swoją armię.

background image

Z góry widział jedynie wypłowiałe mundury i cywilne łachy. Twarzy nie dostrzegał   dokładnie, 
choć z grubsza widział, że były zawzięte i głodne. Zwerbowani   osobnicy stali w   formacji tak 
równej niczym  dowolna jednostka gwardii  podczas  inspekcji. Ubrać ich w porządne  mundury, 
mruknął pod nosem, podsunąć im sztandar i na  wojenkę. A  jak ich nazwę? Kaci Kilgoura? Nie, to 
trywialne. Kirasjerzy? Głupie. Klika? Bez  sensu. Kleszcze?  Nie, tylko paru było w wywiadzie. Już 
wiem. Sukinsyny Kilgoura. Od tej chwili jestem generałem. Fajne, nie?
Nagle   ujrzał   oczami  duszy,  jaki  los  czeka  tych   żołnierzy.  Śmierć  powolna  lub     szybka.   Ciała 
poszarpane nie do poznania. Ślepota. Kalectwo. Szaleństwo. I ujrzał jeszcze jedno - wszystkich 
tych ludzi w zwyczajnych, cywilnych  ubraniach  bankierów, rolników, robotników, mężów i żon, 
turystów zwiedzających ulice,  fabryki i przybytki  rozległego majątku, który należał do Kilgoura 
na Edynburgu, chociaż Alex nigdy  dotąd nie potrafił  należycie zadbać o swoje dobra.
Tak. Tak byłoby o wiele, wiele lepiej.
Oto masz odpowiedź na swoje pytanie, pomyślał.
I nakazał załadunek, uszczelnienie statku, start.
Nikt spośród wyznawców Kultu Wiecznego Imperatora nie potrafił powiedzieć, skąd  właściwie się 
tego dowiedział, jednak całkiem nagle tysiące tysięcy sekciarzy  przybyły na  tysiącach światów na 
zgromadzenia. I wszyscy już słyszeli. Spotkał ich wielki zaszczyt. Jeden z członków rady dołączył 
do grona prawowiernych, i to nie byle kto, bo  osoba  słynąca z nieprzeciętnej inteligencji. Potem 
zniknął. Nikt nie potrafił niczego wyjaśnić. Po prostu przestał istnieć,  jakby nigdy go  nie było. Nie 
pojawił się już na żadnym zebraniu rady i tyle. Ani słowa  komentarza.
Wytłumaczenie było bardzo proste.
Wielki Kyes ujrzał światło. W nagrodę został in corpore przeniesiony do świętych  sfer. Tak  jak 
imperator. Ludzie wiedzieli, że Kyes nie wróci, podobnie jak ta garstka świętych, których  spotkała 
identyczna nagroda. Ostatecznie żaden z nich nie był  jednak imperatorem. To było prawdziwe 
święto. Imię Kyesa wpisano na listę błogosławionych. A co ważniejsze - wierni wyczuli jeszcze 
jedno: nadchodził czas pojawienia się  imperatora. Zaczęli przygotowania. Nie wiedzieli jeszcze, do 
czego właściwie. Nie wiedzieli  nawet, czy  zostaną zawezwani. Uznali jednak, że w razie czego 
lepiej nie budzić się z ręką w nocniku. Gotowość  nie  zawadzi.
- Przepraszam.
Nie była to nieśmiała próba zwrócenia na siebie uwagi, ale rozkaz. Sten spojrzał  na  bibliotekarza. 
Takiego jeszcze nie widział. Nie, żeby istniało coś w rodzaju ustalonego  archetypu  pracownika 
bibliotecznego, ale ten akurat osobnik był ogorzały, widać od  patrolowania ulic, miał  poobijane 
knykcie, nosił podkute buciska i broń za pasem.
- Tak? - spytał Sten.
- Czyta pan o radzie, nieprawdaż?
- Owszem. A co, zmienili od rana prawo i już nie wolno? - spytał niewyraźnie.
Tamten nie odpowiedział.
- Czy mogę zobaczyć pańskie dokumenty? - Znów zabrzmiało to bardziej jak rozkaz  niż  prośba.
Sten wyjął identyfikator. Bibliotekarz poszedł sprawdzić dokument w terminalu.  Nie była to  karta 
Brauna, ale standardowa fałszywka zabrana z tajnego lokalu Mahoneya.  Zgodnie z zapisem  Sten 
pracował   jako   dozorca   wynajęty   do   pilnowania   zamkniętego   konsulatu   pewnego     Świata 
Pogranicza.
- Janitor? - spytał strażnik, oddając kartę. - Ciekawią nas lordowie?
Lordowie. No proszę.
- Nieee - mruknął Sten. - Mój dzieciak zaczął pytać, a tu ciemny człowiek i nie  wie, co  mówić. No 
to przyszedłem poczytać. Zresztą, zwolnili mnie w zeszłym tygodniu i   mam trochę   czasu, nim 
znów coś podłapię. Głupio tak wyjść na idiotę w oczach własnego syna.
Mężczyzna chrząknął i wrócił do biurka.
Sten zaklął. Ładne kwiatki, to już wizyty w publicznej bibliotece też podpadają   pod   paragraf. 
Świetny  rząd,  nie   ma  co.   Sten  przewidział,   że  rada   w  swojej  paranoi  może  obstawić   również 
wypożyczalnie  książek,  więc zawczasu odwiedził sklep z rekwizytami aktorskimi. Kupił najlepszy 
dostępny   zestaw do   charakteryzacji. Sprzedawca skrzywił się widząc szramę, ale nie zadawał 

background image

pytań.   Sten zaś udał   onieśmielenie. Wyjaśnił, że uprawia sztukę, sceniczną tylko amatorsko i 
potrzebuje jeszcze wąsów  do nowego przedstawienia. Sprzedawca popuszył się trochę, ale sprzedał 
zarost.   Sten   przymocował   wąsy.   Dopiero   po  jakimś   czasie   opanował   odruch   sprawdzania,   czy 
przypadkiem się nie odklejają. Potem pewnym krokiem wszedł do biblioteki. I zaraz pogratulował 
sobie przezorności. Fałszywego bibliotekarza dostrzegł już  od progu.
Niby nic zaczął poszukiwania od hasła OSOBISTA RADA - FUNKCJE I OBOWIĄZKI. 
Na wszelki wypadek nie tykał na razie najbardziej interesującego okresu. Cały  ranek zmarnował na 
przeglądanie propagandowego bełkotu. Następnie wystukał kolejne hasło OSOBISTA   RADA - 
HISTORIA (OD UTWORZENIA DO DZISIAJ).
Wtedy właśnie musiało się gdzieś zapalić jakieś czerwone światełko.
Przewijał materiały dalej, strażnik nie czepiał się więcej, widać zadowolony z  wyjaśnień.
HISTORIA nie wniosła nic nowego.
Dobra. Co dalej?
OSOBISTA RADA. ZDJĘCIA. OKRES DOWOLNY.
Potok głów, popiersi i scen zbiorowych. Wszystkie bardzo oficjalne. Mało  fotografii Kraa.  Może 
wiedzą, jakie są obleśne. Prawie żadnych zdjęć Kyesa. Nagle... Co to?
Cofnął się do czegoś na oko interesującego.
Mam was, pomyślał wpatrując się w ekran, na którym pięcioro członków rady   pospieszało   do 
wejścia jakiejś obszernej budowli. Otaczał ich pierścień ochroniarzy. Ujęcie  było raczej  kiepskie, 
ale   to   pewnie   za   sprawą   policjanta.   Widoczny   z   boku   kadru   wściekły     gliniarz   zmierzał   ku 
fotografującemu. Ale zdjęcie ocalało. Robił je najpewniej jakiś amator lub nawet przypadkowy 
przechodzień.  I prawdopodobnie był albo szybszy albo roślejszy od ingerującego gliniarza.
Dobra. Gdzie to się wydarzyło?
Sten odczytał podpis.
Jakaś impreza sportowa. Grawbol? Może. Sten nigdy nie przepadał za takim  cyrkiem,  wystarczały 
mu ćwiczenia związane ze służbą. Aha, to był mecz „Rangersi” (zespół  z Centralnego)  przeciwko 
„Błękitnym”   (drużyna   spoza   planety).   Wielkie   widowisko.   Sto   tysięcy     kibiców,   w   tym   i 
członkowie rady...
Miejsce: Lovett Arena. Stadion należący do Lovetta.
Sten nie wiedział, na ile członkowie rady byli fanatykami sportu, ale to i tak  nie miało  znaczenia. 
Oto  jedyna  okazja,  kiedy  mogli   się  spotkać   na  neutralnym  gruncie.  Zapisał  datę  wydarzenia  i 
wyłączył czytnik.
- Za cholerę nie da się zrozumieć tych polityków - wyznał bibliotekarzowi. -  Chyba  przerzucę się 
na kolumnę sportową. Na razie idę do baru.
Osiłek ledwie odmruknął. Co go to obchodziło?
Sten   myślał   początkowo,   aby   znaleźć   bezpieczny   komp   i   połączyć   się   z   Haines,   ale     jednak 
zrezygnował z tego pomysłu. Najlepiej będzie, jeśli wycofa się teraz i pozwoli  Haines dokończyć 
dzieła typowymi, policyjnymi metodami. Jednak w końcu na coś trafił. Nie chciał,  żeby kto inny 
zgarnął   śmietankę.   Nie   poszedł   na   obiad.   Przez   kilka   długich   chwil   obserwował   z   dala   drzwi 
biblioteki. To na  wypadek, gdyby strażnik mimo wszystko zamierzał coś zrobić. Ale nie, panował 
całkowity spokój.
Wrócił, czknął ostentacyjnie i siadł gdzie przedtem.
SPORT. RANGERSI. HISTORIA.
Nic. Przeskoczył do dnia wielkiego meczu. „Błękitni” przez trzy sezony nie   zaznali   porażki... 
„Rangersi” wygrali. Jak zwykle zamieszki... Nic na temat rady.
Ale już do czegoś doszedł.
Lovett Arena.
Stenowi zaczęły się pocić dłonie. Jeszcze jedna próba, a ten fałszywy  bibliotekarz może  ogłuchnąć 
na dowolne wyjaśnienia. Trudno... niech będzie AMFITEATRY.  WSPÓŁCZESNE. I  Enter!
Nie patrzył na ekran. Kątem oka obserwował strażnika.
Ale oni tu mają pałaców sportu... O, jest. Lovett Arena.
Historia?

background image

Obiekt   zbudowany   przez   dziadka   Lovetta...   wyposażony   stosownie   do   uprawiania     wszystkich 
dyscyplin sportu, tak wodnych, lądowych czy powietrznych. Lwy  przeciwko  chrześcijanom też? 
Gdzie zdjęcia?
Przeglądał kolejne obrazy. Mniejsza o wydarzenia, chodziło mu o samą budowlę.
Cholera... jeśli oni konspirowali tam w wychodku... Nic, tylko otwarta  przestrzeń. Chociaż. 
Coś jest. Brama z wielkim napisem:
ZA TRYBUNAMI
Ciepło, bezpiecznie i wesoło.
Pełne wyżywienie
Obrazowa zachęta.
Parking... podziemia... biura straży... Boże!
A zatem dziadek Lovetta wybudował tam sobie cały prywatny apartament. Ale ohyda.  Po  co komu 
łby zwierząt na ścianach? Same obrazy nie starczą? Idealne miejsce na   knucie spisku.   Wielkie 
rozrywki jako kamuflaż... Szychy lubią takie fety, szczególnie gdy  siedzą wygodnie we  własnej 
loży.
Sten uznał, że już zyskał dowód. Drugie spotkanie naprawdę się odbyło. Chapelle   pojawił   się 
zaraz   potem.   Ale   co   przedstawić   Trybunałowi?   Ktoś   chyba   obsługiwał     dostojników.   Może 
barman? Bo prostytutki płci obojga należy raczej tym razem wykluczyć. Chyba   nawet Kraa nie 
byłyby aż tak nieostrożne.
Co jeszcze? Wyszedł z działu SPORT i zajrzał do KTO JEST KIM. Poszukał hasła 
LOVETT.
Zwykłe   sprawy.   Edukacja...   zainteresowania...   po   śmierci   matki   przejął   rodzinne     imperium 
bankowe... hmm. Nic z tego nie wynika...
Od lektury oderwał Stena dopiero głośny huk otwieranych z impetem drzwi. 
Cholera!
Do czytelni wpadło trzech umundurowanych gliniarzy.
Sten   odskoczył   od   terminala,   przykucnął   i   przejściem   między   rzędami   szafek   z     dyskietkami 
wycofał się do wyjścia. Drzwi były zamknięte. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Kilka sekund i 
zamek  ustąpił. Wszedł do środka, starannie zamknął za sobą drzwi. Z czytelni dobiegły go  jeszcze 
jakieś  krzyki. Rozejrzał się i zamrugał. Był w bibliotece. Wysoki, sklepiony sufit. I  niezliczone 
rzędy  półek z dyskietkami, dyskami, nawet z prawdziwymi książkami. Ktoś zaczął grzebać przy 
zamku.   Potem   spróbował   ramieniem   wyważyć   przeszkodę.   Sten   pobiegł   między   regały.   Niby 
tygrys  szukał stosownego miejsca na zasadzkę.   Nóż spod   pachy miękko wylądował w dłoni. 
Drzwi puściły.  Strażnik szedł pierwszy,  za nim gliniarze.  Ujrzeli  jedynie  regały i maszyny  do 
katalogowania. Usłyszeli tylko ciszę.  Strażnik wydał  szeptem rozkazy. Rozdzielić się. Przeszukać 
pomieszczenie.   Policjanci   posłuchali,   lecz   jakoś   niechętnie   zabrali   się   do   roboty.   Widocznie 
uważali, że  marnują czas. Strażnik nudzi się jak mops, coś mu się pewnie przywidziało i  narobił 
alarmu. Nasłał   gliniarzy na jakiegoś wypierdka. Dopiero po chwili naszła ich refleksja, że nie 
każdy dureń potrafi  przejść przez zamknięte drzwi.
- Zostaniemy w zespole.
Dwaj wyjęli broń. Trzeci zrobił to już wcześniej.
- Ty pierwszy, bohaterze - rzucił któryś do tajniaka.
Ten zaś dobył maleńki, ale naprawdę porządny pistolet.
Ruszyli na poszukiwanie tygrysa.
Nagle wysoki regał zachwiał się i runął. Niezbyt szybko, jeden policjant i  tajniak mieli dość  czasu, 
by uskoczyć na bok. Pozostała dwójka zniknęła pod lawiną. Padający regał  zahaczył o  sąsiedni i 
zawisł, mocno przechylony. W powstałym zamieszaniu ktoś wrzasnął,  ktoś strzelił. 
Pocisk zrykoszetował od sklepienia.
Zastukały kroki. Jakaś osoba odchodziła pospiesznie w głąb pomieszczenia.
Dwóch policjantów zerwało się natychmiast, zostawiając kolegów, aby sami się   uwolnili. Jeden 
przebijał się właśnie przez zwały papierów i próbował wyszarpnąć nogę spod  półki,  gdy rozległ 

background image

się cichy stukot... i charczenie. Zupełnie jakby ktoś ze zmiażdżoną   tchawicą próbował   złapać 
oddech.
Po sekundzie ocaleniec poczuł na gardle zimne ostrze.
- Krzycz - rozkazał Sten. - Naprawdę głośno.
Gliniarz nie dał się prosić.
Wrzask jeszcze odbijał się echem, gdy Sten poderżnął ofierze gardło, a potem  cicho  przemknął do 
następnego rzędu. Tajniak wraz z mundurowym wrócili biegiem i osłupieli. Wpatrywali się jeszcze 
w   dwa   ciała i kałużę krwi, gdy zupełnie znikąd nadleciało spore tomisko oprawne w   stalowe 
okucia.  Trafiony w głowę gliniarz padł bezwładnie. Tajniak miał wyraźnie dosyć. Pojękując rzucił 
się do drzwi. Byle tylko dalej od  tej jatki. Nie  wiedział, że biegnie w ostatnią z tygrysich pułapek. 
Dyskietki zagrzechotały o podłogę. Obrócił się. Nikogo. Już chciał biec dalej,  gdy Sten  pojawił 
mu   się   za   plecami   i   jednym   cięciem   przepołowił   kręgosłup.   Upadek,   kilka     drgawek   i   po 
wszystkim.
Sten spokojnie odszukał drzwi. Wiedział,  że nie  musi  się spieszyć.  W łazience    dla personelu 
znalazł wyjście. Oderwał sobie wąsy, zmył charakteryzację, i dopiero wtedy  opuścił budynek. W 
kierunku biblioteki nadjeżdżały policyjne grawisanie. Sten z początku biegł,   potem zwolnił, aby 
nie  wzbudzać podejrzeń. Obok przejechał wóz patrolowy. Nie zatrzymał się przy  Stenie. Przecież 
to  „zwykły” mieszkaniec Centralnego.

Rozdział 30

- John Stuart Mill, tu kontrola New River. Mamy cię na ekranie. Potrzebujesz  naszego  pilotażu w 
trakcie lądowania?
- Kontrola New River, mówi Mill. Nie, dziękuję. Dostałem pozwolenie lądowania w  prywatnym 
porcie November Alpha Uniform. Zaraz przechodzę na ich częstotliwość.
- Tu New River. Potwierdzam, mam twoje znaczniki na ekranie. Przejdź na UHF dwa  dwa  trzy 
kropka siedem, aby nawiązać łączność z November Alpha Uniform. November  Alpha ma  jedynie 
automatyczne naprowadzanie, bez obsady w wieży. Tu New River, koniec.
- Jeszcze pięć minut, sir - oznajmił pilot.
Mahoney przytaknął i przełączył swój mikrofon na kabinę załogi. Lecieli jako  prywatny  jacht, z 
minimalnym maskowaniem. Nazwanie jednostki od imienia antycznego  ziemskiego  ekonomisty 
było miłym dodatkiem do kamuflażu. Na ekranie pojawiło się dziesięcioro osobników, wszyscy 
uzbrojeni i w   kamuflażowych    mundurach  Modliszki. Kiedyś  należeli  nie tylko  do tej sekcji, 
służyli także pod  rozkazami  Mahoneya w Korpusie Merkurego.
- Lądujemy za pięć minut, Ellen - powiedział Mahoney.
- Słyszymy, szefie. Stan gotowości? W razie potrzeby dopadniemy go w parę minut.
- Bez pośpiechu. Niewykluczone, że dysponuje siłą ognia większą od naszej. Mogę   was o   coś 
prosić?   Umówmy   się   tak.   Jeśli   usłyszycie   strzały,   wskakujcie.   Jestem   za     stary   na   kolejną 
rekonstrukcję ciała.
- Tak jest, sir. W gotowości.
Mahoney sięgnął nad ramieniem pilota i ujął mikrofon.
-   November   Alpha   Uniform.   November   Alpha   Uniform.  Tu   John   Stuart   Mill.   Podchodzę     do 
lądowania.
- Mill, tu November Alpha. Pomoc nawigacyjna z potrójną wiązką, szczyt dwa   kilometry   nad 
polem. Wiatru nie ma. Lądowisko gotowe. Oczekujemy jednego, góra dwóch.  Reszta zostaje  na 
pokładzie. Bądźcie łaskawi zauważyć, że ograniczyliśmy zabezpieczenia do  minimum. Czekam  w 
głównym budynku. Koniec.
Mahoney stuknął dwa razy włącznikiem, dając znak, że zrozumiał. Spojrzał z   uśmiechem   na 
pilota.
- Bądźcie łaskawi? Może już jest mój - skomentował.
Statek usiadł pośrodku niewielkiej płyty. Właz się uchylił, Mahoney wysiadł.

background image

Było gorąco, sucho i pyliście. Z jednej strony pole przylegało do pustyni, za  którą malowały  się 
niskie góry. Z drugiej ciągnęły się pastwiska ogrodzone białymi płotami.  Powietrze prawie  stało. 
Z pobliskiego sadu dobiegało ćwierkanie ptaka, na pastwiskach posykiwały  zraszacze. Ruszył krętą 
ścieżką ku mocno zaniedbanym budynkom. Pastwisko... białe   ogrodzenia...   stodoły. Hodowla? 
Dojrzał jedynie pasącego się na polu starego czworonoga.   Ziemski koń,   rozpoznał. Ani śladu 
innych zwierząt. Minął baraczki wzmocnione blachami. Zamknięte na głucho. To znaczy, że stajnie 
były  puste. Potem dojrzał niski mur i otwartą furtę. Wszedł do pięknie pachnącego, ale i mocno 
zapuszczonego sadu, gdzie krzątały się  trzy  roboty ogrodnicze. Pracował tam też jeden człowiek, 
który nie zwrócił na  przybysza najmniejszej  uwagi.
Ciężkie czasy nastały, pomyślał Mahoney. Stadnina to kosztowny interes.
Wszelako   i   tak   był   pod   wrażeniem.   Nie   dostrzegał   żadnych   zabezpieczeń,     strażników   ani 
uzbrojeń. Ale nie miał wątpliwości, że jednak tu są. Mężczyzna czekał przed głównym wejściem. 
Był trochę młodszy od Mahoneya i nie  tak  wysoki. Raczej zwalisty, zbudowany jak robotnik. Ani 
brzydki, ani przystojny.  Nosił luźną  koszulę, drogie portki i sandały.
- Panie Gideon - przywitał się. - Jestem Schaemel. Proszę wejść. Napije się pan  czegoś?
Rozległy dom wypełniały ciężkie meble z prawdziwego drewna i skóry. Malowidła na   ścianach 
były bardzo stare i wszystkie realistyczne.
- Co roku zapominam, jak suchy i gorący potrafi być na New River koniec lata. I  co roku  aura 
odświeża mi pamięć. To mikstura z winogron. Orzeźwiająca. - Wskazał na wazę   z mlecznym 
napojem i kostkami lodu. Mahoney nie odpowiedział.
- Pańska korporacja przeżywa zatem poważne kłopoty, panie Gideon. Wroga  konkurencja z  jednej 
strony, związki z drugiej. Wszyscy grają nieczysto i potrzebuje pan  eksperta. Jasne  postawienie 
sprawy.
- Dziękuję.
- Jedno podziwiam w szczególności - ciągnął Schaemel. - Mianowicie, jak wiele  uwagi  poświęca 
pan detalom. Chodzi mi na przykład o nazwę, jaką nadał pan swojemu  jachtowi.
Mahoney musnął ukryty w kieszeni spodni przełącznik. Na panelu statku zapłonął  sygnał  alarmu.
- Bardzo, bardzo się cieszę, że to właśnie pan przybył. Już od jakiegoś czasu  czekałem na  podobną 
wizytę. Pańską lub kogoś innego. Muszę przyznać, że nigdy nie uwierzyłem  w historię o  pańskim 
samobójstwie, marszałku  Mahoney... chyba  w takim stopniu odszedł pan na,   hm,   emeryturę. 
Szpiedzy popełniają czasem samobójstwa, ale ich przełożeni nigdy.
-   Szybki   pan   jest   -   powiedział   Mahoney.   -   Czy   mogę   zatem   już   nie   zwracać   się   do     pana 
„Schaemel”, Venloe?
- Sądziłem, że dobrze skryłem przeszłość. Ale widać też mi się zdawało...
Mahoney wyjaśnił, że niewielu zostało prawdziwych specjalistów, a tylko garstka   pracuje   dla 
rządu,   megakorporacji   czy   wojska.   Ostatecznie   napomknął   o   typowym   dla     Venloe’a   modus 
operandi.
- No proszę - uśmiechnął się gospodarz. - A ja tyle lat się łudziłem, że  zatarłem wszystkie  ślady. 
Ale przemilczmy tę kwestię, wstyd mi za to, co zrobiłem. Ważniejsze, jak  mogę  odpokutować mój 
udział w przygotowaniach do zamachu na imperatora?
-   Domyśla   się   pan,   że   nie   przybyłem,   aby   wypruć   panu   flaki.   Chociaż   imperator     był   moim 
przyjacielem.
- Tak słyszałem. Wiem jeszcze, że woli pan pracować w terenie niż za biurkiem.  Jednak  gdyby 
chciał pan mojej śmierci, nie musiałby pan fatygować się osobiście. W  bezpośrednim  spotkaniu 
obie strony mogą ucierpieć, a pan nie jest już tak młody, żeby  odgrywać bohatera.
- To niezupełnie tak - powiedział Mahoney, na moment tracąc zimną krew. - Poluję  obecnie  na 
grubszego   zwierza   i   tylko   to   jedno   mnie   powstrzymuje.   W   przeciwnym   razie     własnoręcznie 
wydarłbym panu serce z piersi.
- Ostrożnie, Mahoney. Wypomniał mi pan jeden błąd, teraz ja mogę się  zrewanżować. W  naszym 
cechu niebezpiecznie jest pielęgnować osobiste urazy. Ale skoro przybył  pan w innym  celu, to czy 
nie lepiej zmienić temat? Myślę też, że mógłby pan odwołać alarm  dla oddziału  wsparcia.
Venloe podszedł do pulpitu i przyłożył dłoń do jakiejś płytki.

background image

- Moi ludzie właśnie przeszli na „spocznij” - poinformował gościa.
Usiadł wygodnie i pokazał Mahoneyowi fotel.
- Chyba się domyślam, czego pan chce. Ale i tak chciałbym pana wysłuchać.  Zakładam, że  ma to 
coś wspólnego z Trybunałem.
- Owszem. Chcemy pańskich zeznań na temat spisku. Publicznych zeznań.
- Ja w sądzie? To byłoby dla mnie nowe doświadczenie. I raczej nie napędziłoby  mi w  przyszłości 
klientów.
- Dobre czasy już się skończyły - mruknął Mahoney i wskazał za okno, na puste  stajnie.
- Okoliczności mego ostatniego angażu zmusiły mnie do zachowania daleko idącej   ostrożności 
związanej z osobą zleceniodawcy. Odrzuciłem nawet kilka lukratywnych  kontraktów,  by złapać 
ten największy.
- Biedaku.
Venloe zignorował pobrzmiewający w głosie Mahoneya sarkazm.
-   Powiedzmy   jednak,   że   się   zgodzę.   Wejdę   na   salę   sądową   i   co  niby  powiem?   Że     zostałem 
wynajęty   przez   Tanza   Sullamorę,   bo   wcześniej   go   nigdy   nie   zawiodłem?   Że     wyszukałem 
Chapellego i rozwinąłem jego psychozę? Że pchnąłem go, gdzie trzeba? Może   ujawnię jeszcze 
trochę pobocznych szczegółów. I co? To wszystko?
- Oczywiście, że nie. Sullamora nie żyje. Jego osoba nie ma już znaczenia.  Chcemy resztę.  Kyesa. 
Malperin. Kraa. Lovetta.
- Ciszej. Na ten temat mówić nie mogę.
- Ale będziesz.
- Nie rozumiemy się. Ja nic o nich nie wiem. Przyznam jedynie, że wedle mej  oceny reszta  rady 
jest moralnie  odpowiedzialna  i brała  udział w  spisku. Ale to tylko  domysły.    Brak dowodów. 
Sullamora   nie   wspominał   o   pozostałych.   Nigdy   ich   nie   spotkałem.   Ani   ich,   ani     żadnych 
przedstawicieli tego grona. Bez przesady, Mahoney. Co więcej, jest pewna  przesłanka świadcząca, 
że mówię prawdę. Moja obecność tutaj. Uciekłem z Centralnego, oczywiście, ale   wróciłem do 
domu, dobrze znanego wielu ludziom. Nie odebrałem też zapłaty, nawet nie  szukałem sposobu, aby 
to zrobić. A zatem, czy ktoś uwierzy, że ci żądni krwi idioci z rady zostawiliby  mnie przy życiu, 
gdyby wiedzieli o moim istnieniu?
Mahoney siedział z miną pokerzysty, chociaż wywód Venloe’a wcale mu się nie  spodobał.
- Tak więc, Mahoney, nie jestem waszym dowodem koronnym. Nie wiem nawet, czy  taki w  ogóle 
istnieje. Mogę podzielić się z wami tym, co wiem. Niechętnie, ale owszem.  Jednak to  wszystko.
Venloe nalał sobie z wazy i gestem zaproponował napój Mahoney owi. Ten   potrząsnął   głową. 
Gospodarz wrócił na fotel.
- Zatem mamy impas? Może mnie pan zabić... znaczy,  spróbować. Powiedział pan, że   poluje 
obecnie na grubszą zwierzynę. Rozumiem, że chce pan ją dopaść.
-   Nie   sądzę,   aby   nastąpił   impas   -   stwierdził   Mahoney.   -   Zaraz   się   spakujemy.     Wracam   na 
Newtona. Pan leci ze mną. Może mówi pan prawdę, a może kłamie. Dla wszelkiej    pewności 
jeszcze sprawdzimy.
- Skanowanie umysłu? Nigdy. Ludzie albo giną albo wariują od tego. Wolę już  umrzeć  spokojnie i 
tutaj.
- Proszę się nie martwić. Nic panu nie będzie. Skanowaniem zajmie się Rykor. Ona  jest...
- Wiem, najlepsza. Mimo wszystko nie mam na to ochoty.
- Przez gorsze bagna pan przechodził.
- Niech pomyślę - mruknął Venloe. - Jeśli odmówię i obaj przeżyjemy, to co   nastąpi   później? 
Najpewniej zadbacie, aby rada się o mnie  dowiedziała. Zechcą mnie   sprawdzić. Cóż,   pranie 
mózgu przez tych drani jakoś mi nie odpowiada. Powiedzmy zatem, że polecę  z panem.  Zgodzę 
się na skanowanie i zeznania. Może Trybunał coś osiągnie. Prawda   zatriumfuje, rada   upadnie. 
Jednak   ja   będę   bezpieczny.   Znaczy,   dobrze   chroniony.   Może   przyjdzie   mi     zrezygnować   z 
wykonywania zawodu, ale przynajmniej utrzymam standard życia, do jakiego  przywykłem. 
Venloe dobrze rozumował. Państwo nigdy nie miało litości dla zabójców  politycznych. 

background image

Chyba że okazywali się samotnie działającymi szaleńcami. Jeśli więc Venloe  zacznie mówić teraz, 
to może mu się uda ocalić głowę.
- Niech tam - rzekł po długim namyśle. - Zbiorę ludzi i każę im złożyć broń.  Proszę wezwać  swoją 
eskortę. Pomogą przenieść mój bagaż do statku. Zawarliśmy umowę.
Wyciągnął dłoń. Mahoney tylko spojrzał. Po chwili gospodarz wstał i wyszedł z  pokoju. 
Do tej  pory Solon Kenna tylko  raz odwiedził  obserwatorium.  Był  wtedy młody,    zagubiony i 
pijany. Obecnie to miejsce go zafascynowało. Może zresztą nie samo miejsce, ale  jeden widoczny 
na nocnym niebie obiekt. Ponownie spojrzał na ekran i upewnił się, że to jednak nie skutki delirium 
tremens.
Statki wciąż wisiały na orbicie Dusable.
Pojawiły się przy wtórze ogólnoplanetarnych alarmów. Kenna pobladł, a Tyrenne- elekt   stracił 
głos, gdy pojęli, co to może oznaczać. Statki. Wiele, bardzo wiele  pojazdów. Rada wysłała  karną 
ekspedycję.   Garść   patrolowców   celnych,   jedyne   uzbrojone   statki   na   Dusable,   poleciały   na 
spotkanie.   Na     wszystkich   kanałach   zapewniały   głośno   o   swych   pokojowych   zamiarach.   W 
czołowym  stateczku  leciał Walsh, reprezentant systemu. Kenna czym prędzej poszukał ukrycia. 
Nadciągająca flota nie odpowiadała. Nikt nie widział tu nigdy takich statków. Poznawano jednak, 
że są bez wątpienia  imperialnej konstrukcji. Na dodatek wszystkie były pełne ładunku. Ogromna 
flota składała się z automatycznie sterowanych frachtowców. Każdy z nich   niósł  w ładowniach 
tyle AM2, że starczyłoby na rok dla całej planety w czasach pokoju.
Ostatni raz tak podobny porządny transport AM2 trafił na Dusable dziesięć czy   piętnaście   lat 
temu. Skąd się wziął teraz? I jakim cudem?
Kenna wychynął z kryjówki i udał się do obserwatorium. Sprawdził, czy Walsh i  jego  ludzie nie 
padli ofiarą halucynacji. I wtedy zrozumiał.
Chryste Panie - wymamrotał pod nosem.
Wiedział, że Raschid ma jakieś powiązania i że jest kimś ważnym. Ale że... To mu  wcześniej do 
głowy nie przyszło.
Kenna   wstał   i   obrócił   się   ku   ścianie,   gdzie   wisiał   stary   portret   z   odręczną     dedykacją   dla 
imperialnego Obserwatorium. Malowidło przedstawiało Wiecznego Imperatora w   jednej z jego 
monarszych póz.
Raschid jak żywy.
Ten sukinsyn naprawdę jest nieśmiertelny...
Solon   Kenna   zaczął   myśleć   o   nowych   perspektywach.   Ciekawe,   jak   potoczy   się   los     świeżo 
obranego Walsha... Może w następnych wyborach... Do diabła z tym. Na razie. To  nastąpi dopiero 
za parę lat.
Potem rozważył jeszcze jedno - modlitwę do jakiegoś boga z prośbą o oświecenie,  co  czynić.
Zaraz jednak wrócił do rzeczywistości i sięgnął po butelkę.
Mahoney czuł, że jest w poważnych tarapatach.
Rykor sama przyjechała do niego na swoim wózku, wiedząc, że tak będzie łatwiej,  niż  ciągnąć 
admirała do basenu pełnego lodowatej słonej wody i kry. Lokum pani  psycholog jak  najwierniej 
odtwarzało arktyczny klimat jej planety.
Najbardziej ze wszystkiego Rykor przypominała morsa.
Gdy Sten rzucił pomysł utworzenia Trybunału, Mahoney zaczął szukać kadr. Zaraz  przypomniał 
sobie o Rykor, jednej z najlepszych w imperium specjalistek w  dziedzinie  psychologii. Rykor w 
zasadzie była już na emeryturze, ponieważ jednak lubiła  Stena i Mahoneya, a  dodatkowo ceniła 
osobliwe poczucie humoru Kilgoura, bez wahania zgodziła się na  współpracę. 
Ponadto dość miała towarzystwa na ogół nudnych pobratymców.
- I co? - spytał Mahoney.
-   Ciekawy   przypadek,   ten   Venloe   -   zaczęła   Rykor.   -   Barwna   postać.   Prawdziwie     amoralna. 
Czytałam   o   takich,   ale   sama   żadnej   dotąd   nie   spotkałam.   Przez   cały   czas   ani     śladu   empatii. 
Wyrostki empatyczne Rykor mieściły się tam, gdzie u ludzi były kanaliki łzowe.  Reagowały  na 
każdy impuls emocjonalny istot z otoczenia i pozwalały pani psycholog   dokładnie wczuć się w 
przeżycia pacjenta.

background image

- Ale co mamy?
- Po pierwsze, jego zdrowie...
- Rozumiem, że nie kona w konwulsjach. Zdrów pewnie jak koń. Nie chcę o tym   słyszeć.   Co 
dalej?
- Myślę, że powinniśmy utajnić wyniki tych badań. Chociaż gdyby wydać porządnie  opracowane i 
stosownie ocenzurowane streszczenie, to z naukowego punktu widzenia   byłby to   bardzo cenny 
materiał. Również dla ciebie. Niektóre operacje, w których Venloe   brał udział, dają   wiele do 
myślenia. - Poruszyła w zamyśleniu wąsami.
- A co z tym najważniejszym zadaniem?
- Och, jest winien, dokładnie jak mówi. Ciekawe, że bez uprzedniego  socjotreningu tak  doskonale 
potrafił posterować tym  Chapellem. Nie popełnił żadnego błędu.   Zatrudnił go   Sullamora. To 
wszystko.
- Wszystko? Bez przesady, Rykor. Zupełnie niczego nie podsłuchał? Nie podejrzał  na  przykład, że 
rada spiła się i śpiewała: „Załatwimy cię na cacy, a głowę podamy  na tacy, oj dana”?
-   Nic.   Oczywiście,   Ian,   pamiętaj,   że   Trybunał   może   nie   uznać   jego   zeznań   za     dowód.   Ale 
podejrzewam, że zechce się z nimi zapoznać.
Mahoney spróbował ukryć rozczarowanie.
- Cóż, liczyłem na więcej. Trudno, to, co mamy, też się przyda. Wycisnęłaś go  dokładnie?
- Do ostatniej kropelki.
- Cholera.
- Nie poddawaj się, Ian. Może jeszcze znajdziesz dowód. Venloe twierdzi, że dał   Sullamorze 
pewną radę. Nie z troski o zleceniodawcę, ale żeby mieć pewność w  kwestii zapłaty,  rozumiesz. 
Nakłaniał go do ostrożności, ale usłyszał, że Sullamora załatwił już  sobie polisę  ubezpieczeniową.
- Której nigdy nie znajdziemy. Rada pewnie już dawno przeszukała majątki, sejfy  i biura  Tanza. 
Wybebeszyli wszystko i wzięli, co trzeba.
- Nie dramatyzuj. Może opowiem ci żart. Alex przywiózł go właśnie z Hawkthora.
- Nie, tylko nie to. Znam dowcipy Kilgoura, dziękuję. Tylko by mi się humor  pogorszył. A  jeśli 
zaczniesz,  to chyba...  Najgorsze, że emerytowany marszałek  nie może    postawić nikogo przed 
sądem polowym.
Próba  ustalenia,   co  właściwie   robiła   rada  podczas   meczu   „Rangersi”   -  „Błękitni”,     była  może 
zadaniem   trudnym,   ale   w   miarę   bezpiecznym.   Dlatego   Sten  postanowił   skorzystać   z     pomocy 
Haines. Przede wszystkim musieli znaleźć stosowną wymówkę pozwalającą zadawać pytania na 
temat rady.
I znaleźli.
Centralny   obfitował   w   przestępstwa.   Zdarzało   się,  że   akurat   w   wieczór   meczu     zamordowano 
pewną   kobietę.   Przypuszczano,   że   zabójcą   był   jej   partner,   który     zniknął.   Nie   tak     dawno 
rozpoznano go w osobie podejrzanego o inne przestępstwo, popełnione na  drugim końcu  planety. 
Niestety, miał alibi. Pamiętnej nocy pracował jako barman. Obsługiwał prywatnych  gości  Lovetta. 
Haines porozmawiała z kim trzeba. Sten znów podziękował losowi, że dziewczyna  powszechnie 
uchodziła   za   osobę   dociekliwą.   Jej   pytania   nikogo   nie   zdumiały.   Lovett   miał   ciekawy   sposób 
traktowania pracowników. Uznawał ich niemal za swoją  własność, tak jak stadion czy apartament. 
Właściciel   lokalu   był   praworządnym     obywatelem   i     chętnie   nawiązał   współpracę   z   organami 
ścigania. Na początku obalił alibi  podejrzanego. Nie  zatrudnia amatorów. Gość mógłby pracować 
na   samym   stadionie,   w   zwykłym   barze   czy     bufecie,     ale   nie   u   niego.   Szczególnie   tamtego 
wieczoru. Byli tylko długoletni pracownicy.
- Jest pan pewien?
- A jakże by inaczej? - odparł tamten. - Największy mecz od paru dekad, cała   rada osobiście 
oglądała. Ale potrzebowali obsługi tylko dla sześciu osób. Nawet ochrony nie  chcieli. Zostało więc 
nas tylko czterech. Ja, Mart’nez i Rby za barem, Vance przy kuchni, gdyby  chcieli jeść. Ale nie 
jedli. Nawet Kraa. Przepraszam, mam nadzieję, że ta ostatnia uwaga nie będzie  nagrana. Haines 
zapewniła go, że usunie co trzeba. Mężczyzna dodał, że chętnie przyjdzie  na  rozprawę i zada kłam 

background image

słowom mordercy. Haines odparła, że nie jest to konieczne,  ponieważ mają  już dość dowodów. 
Sprawdzała tylko wszystko dla porządku.
- To fascynujące, służyć tak ważnym osobom - dodała cicho już po schowaniu  rejestratora.
- Nie tak bardzo - odparł gospodarz. - Lovett już wcześniej był kimś, więc  przyjmował  dostojnych 
gości. Nie tak często jak jego ojciec, ale zawsze. Teraz bardzo jest  zajęty rządzeniem.  Od śmierci 
imperatora  zajrzał   tu  tylko   raz  czy  dwa   razy.  Chociaż...  może    przesadzam,  że     obsługiwanie 
dostojników nie robi na mnie wrażenia. Niezupełnie tak. Ponadto  jestem za uczciwy.
- Co pan ma na myśli?
- Gdybym był pozbawiony skrupułów, pewnie wiele zyskałbym tamtej nocy. Domyślam  się,  że 
mieli coś bardzo ważnego do załatwienia. Prawie w ogóle nie oglądali meczu. A  po drinki sami 
podchodzili do baru. Ja zaś mogłem śledzić prawie cały mecz na ekranie w pokoju   na tyłach. 
Bardzo dziwne. Zwykle, gdy pan Lovett zapraszał gości, to nie nadążałem z   obsługą i dopiero 
następnego dnia puszczałem sobie nagranie.
Haines uśmiechnęła się i wyprowadziła mężczyznę z biura. Potem zeszła kilka  pięter, do  małego 
gabinetu pana Brauna, który nie ustawał w daremnych wysiłkach  dowiedzenia, że  Rosemonta już 
dawno nie ma między żywymi.
Sten zastanowił się nad informacją.
- Załatwiali swoje interesy. Bez pomocników, obsługa została w kuchni. To było  to  spotkanie.
- Brak jakichkolwiek świadków. I dokumentów.
- Tego akurat nie byłbym taki pewien. Spotkanie w interesach, podkreślam, w  interesach.  Wyszli i 
każdy wziął co trzeba ze sobą. Ale nie czyścili lokalu. Od tamtej pory   prawie nikt z niego   nie 
korzystał. Liso, przyjaciółko mej młodości. Czy znasz kogoś, kto dopuści się  dla ciebie  drobnego 
przestępstwa i będzie potem trzymał język za zębami? Musi być czysty,  żebyś nie miała  kłopotów. 
Jeśli nie, to ściągnę moich.
Haines uśmiechnęła się.
- Żaden gliniarz nie dostanie awansu bez znajomości. Osoby protegujące nazywamy   rabinami. 
Niech mnie diabli, jeśli wiem czemu. A gdy dochodzisz do wyższego   stanowiska   oficerskiego, 
sam stajesz się rabinem. Znajdę pewnie z pół kompanii.
- Fajnie. Starczy czterech. Ja zajmę się resztą. Na stadionie zaczną się kłopoty   z   komputerami. 
Porządna   firma,   jaką   jest   APEX   Company,   przybędzie   na   pomoc.   Będę     potrzebował 
półciężarowego ślizgacza.
- Załatwione. Znajdę coś na parkingu policyjnym wśród skonfiskowanych pojazdów.
Sten przyjrzał się mapie.
- Dobra. Za dwa dni, dokładnie o ósmej, mają czekać na rogu Imperialnej i  Siódmej Alei.  Zwolnię 
ich po załadunku.
- Za dwa dni? Czemu nie zaczniemy od razu?
- Ponieważ zniechęcony pan Braun skończył śledztwo i uważa, że imperialna  policja miała  rację. 
Wraca do domu, żeby zameldować o porażce. Ma dwie drogi do wyboru.  Pierwszą, jeśli  będzie 
wyjeżdżał czysty, drugą na wypadek wpadki. Ponieważ dochodzi ładunek,   muszę skorzystać   z 
drugiej.
- Chyba wiem, co zamierzasz. Ale czemu nie można załatwić badań tutaj? Moi  technicy nie  zadają 
pytań.
-   Liso,   pamiętaj,   o   jakiej   zbrodni   mówimy.   W   tym   przypadku   nie   można   ufać   nawet     twoim 
ludziom. A jak powiedziałem, nie chcę zostawiać cię na lodzie. Zresztą i tak  wyjeżdżam. Muszę 
pogadać ze starymi kumplami.
Szybko zebrał papiery.
- Dziękuję, Liso.
- Jasne. Wiele się nie napracowałam.
- Nie. Zrobiłaś bardzo dużo. Gdy znów tu zajrzę... zabiorę ciebie i Sama na   porządny obiad. 
Urządzimy sobie święto.
Pocałował ją przelotnie i natychmiast zniknął.

background image

Musiał   załatwić,   aby   Braun   pojawił   się   na   pokładzie   najbliższego   liniowca     odlatującego   z 
Centralnego Świata, złapać kontakt z przemytnikami Wilda i sprowadzić statek po  ładunek. O ile 
będzie   co   ładować.   Uprzejmość   i   kompetencja   ekipy   technicznej   robiła   duże   wrażenie   na 
administratorze     stadionu.   Jak   dotąd   nigdy   nie   słyszał   żadnych   narzekań   na   elektronikę 
zamontowaną w  apartamencie pana Lovetta.
- Miejmy nadzieję, że się pan nie myli - powiedział brygadzista. - Ale to   rutyna. Nasze   zapisy 
pokazują, że akurat te Apexy zostały zamontowane ponad pięć lat temu. A  tam sieje, pije i  pewnie 
pali. Musimy dbać o naszą reputację. Co będzie, jeśli pan Lovett spróbuje  skorzystać z  jakiegoś 
komputera, a ten go na przykład opluje, cha, cha? Jesteśmy dumni z  jakości naszych  produktów.
Administrator nie mógł wyjść z podziwu. Żeby ekipa zapewniająca serwis  gwarancyjny  przybyła 
sama, bez dziesiątek wezwań i gróźb wystąpienia na drogę sądową?  Niespotykane. Z tych  emocji 
zarządca przeoczył fakt, że nigdzie w aktach nie było ani śladu  oryginalnej umowy z  APEXEM.
Ekipa   odarła   apartament   ze   wszystkich   elektronicznych   urządzeń.   Sten   zajął   się     stołem 
konferencyjnym,   w   którym   był   zamontowany   podręczny   komputer   do   edycji     dokumentów. 
Wszystko trafiło na pakę ślizgacza i zniknęło bez śladu.
Dopiero miesiąc później administrator pojął, że padł ofiarą nader przebiegłego   gangu   wysoko 
wykształconych złodziei. Wymontowane maszyny trafiły do ładowni statku Wilda. Zabezpieczono 
je   przed     najróżniejszymi   zakłóceniami   elektromagnetycznymi   i   szczęśliwie   dowieziono   na 
Newtona. Tam urządzenia przejęli informatycy. Sten i Alex cierpliwie czekali na wyniki   badań. 
Obaj   też sporo wiedzieli o elektronice, ale to zadanie przerastało ich możliwości. W zasadzie 
komputer trzyma wszystko, co tylko się w nim zapisze. Wymazany plik  zostawia plik backupowy. 
Jeśli i ten się wymaże, znika nagłówek, treść nadal  bytuje w środku,  przynajmniej do czasu, gdy 
coś zostanie nagrane w tym samym miejscu. A i wtedy  można czasem  sporo odtworzyć.
Na pierwszy ogień poszły komputery. Wyrzuciły lawinę dokumentów i kontraktów  świadczących 
jednoznacznie, że Lovett i jego przyjaciele nie byli gromadką  świętych. Te zapisy  zatrzymano do 
późniejszego wykorzystania w procesach cywilnych. Jeśli rada  upadnie, oczywiście. Prawdziwej 
rewelacji   dostarczył   dopiero   komputer   stołu   konferencyjnego.   Wkoło   tego   właśnie   blatu   Tanz 
Sullamora  usadził przed laty spiskowców. Do tej   pory   działał sam; i w sprawie morderstwa 
magnata prasowego, i w sprawie wynajęcia   Venloe’a. Teraz   wspólnicy mieli przejąć brzemię. 
Zmusił ich do podpisania dokumentu, w którym  przyznają się do  winy. Każdy dostał potem jeden 
egzemplarz dokumentu na niezniszczalnej  plastikowej karcie.  Kyes pierwszy wsunął swoją kartę 
w szczelinę sygnującą, inni poszli za jego  przykładem. Technicy znaleźli właśnie ten dokument. 
Tekst był niezupełny, w połowie wyrastało jakieś zdjęcie przedstawiające starszą  parę na tle  nic 
nie mówiącego krajobrazu, pewnie czyiś rodzice.
Ale treść była jasna:
MY,   CZŁONKOWIE   OSOBISTEJ   RADY,   PO   DŁUGIM   NAMYŚLE   DOSZLIŚMY   DO 
NIEUNIKNIONEJ   KONKLUZJI...   WIECZNY   IMPERATOR   NIE   POTRAFI 
ZAGWARANTOWAĆ  STABILNOŚCI  IMPERIUM.  BY  ZAŻEGNAĆ...  POSTANOWILIŚMY 
PODJĄĆ...   TRADYCJI...   PRZECIWKO   TYRANOWI...   HISTORYCZNE   PRAWO,   ABY 
USUNĄĆ...   I   TYM   SAMYM   UPRAWNIAMY   DO   PODJĘCIA   NAWET   NAJBARDZIEJ 
DRASTYCZNYCH ŚRODKÓW... ZABIĆ TYRANA... PODWALINY WOLNOŚCI... 
Lektura rozpraszała wszelkie wątpliwości, szczególnie że na samym dole widniały  nie  naruszone 
podpisy. Kyes. Obie Kraa. Tanz Sullamora. Lovett. Malperin.
- Chyba zdołam odtworzyć jeszcze więcej, sir. Wciąż widzę tu trochę rzeczy do  wydobycia.
Sten był szczęśliwy.
Może brakło tego i owego, ale Trybunał wreszcie dostał broń do ręki.

background image

Rozdział 31

Sten potrzebował odpoczynku. Dobrze wiedział, że istnieje aż nadto powodów, dla  których  może 
czuć   się   wykończony,   jednak   obowiązkowość   połączona   z   dziwnym   poczuciem     winy   nie 
pozwalała mu opuścić sali sądowej. Dzień za dniem słuchał obrad i wyczekiwał  werdyktu.
Poza tym chwila była historyczna. Co potem powie wnukom? „Tak, też się tam   kręciłem,   ale 
niewiele pamiętam, bo prawie nie trzeźwiałem”?
Kligour uciekł się zatem do argumentów ostatecznych.
- Pieprzyć wnuki. Nawet dzieci na razie nie masz. I pewnie się ich nie  doczekasz. Daj sobie  trochę 
luzu. Czeka nas jeszcze huk roboty. Natyramy się po łokcie.
Mahoney poparł Alexa, dodając, że Trybunał chyba nie zażąda dalszych zeznań.
- Starczy, admirale, jak nie będziesz wyjeżdżał z miasta. W razie potrzeby  ściągną cię i już.  Ruszaj 
i baw się dobrze. W odpowiednim momencie dam ci znać.
-   To   może   być   już   niedługo.   Rada   zamierza   zareagować.   Wysyłają   wszystko,   czym     tylko 
dysponują. Na pokładach siedzą najbardziej oddane byczki. Znaczy ci, którzy  unurzali się w krwi 
podczas czystki i mają o co walczyć.
- Gdy przylecą, przywitamy ich należycie. Otho zbiera już eskadrę uderzeniową.  Spodziewa  się 
dobrej zabawy i będzie chciał widzieć cię na mostku. - Mahoney zachichotał. 
- Nie ma to jak w  marynarce. Wczoraj szpieg, jutro znów admirał.
Sten wyrobił sobie własne zdanie o armii, a o flocie w szczególności, jednak tym  razem  zachował 
je   dla   siebie.   Wrócił   do   kwatery   i   zastanowił   się,   jak   spędzić   urlop.     Wejść   w   rolę   turysty   i 
poszukać miłego towarzystwa? Nie, na to jakoś nie miał ochoty, chociaż nie   cierpiał z powodu 
miłosnego zawodu. Włóczyć się po mieście? Po wizycie na Centralnym Świecie miał dość tłumów i 
korków. 
Starczy na długo.
W końcu warknął na siebie, że zachowuje się jak malkontent. Pora z tym skończyć. 
Na  pewno coś znajdzie.
I znalazł.
Skałki to było to.
Wyrafinowane   udogodnienia   umożliwiały   wspinaczkę   praktycznie   na   każdy   szczyt,     zatem 
prawdziwi miłośnicy chodzenia po górach zbuntowali się i dalej pięli się na  różne wysokości bez 
jakichkolwiek pomocy.  Stenowi wydawało się z początku, że to dobry sposób na   popełnienie 
samobójstwa. Aż tak zdesperowany nie był. Jednak po pewnym czasie odnalazł we   wspinaczce 
nutę miłego szaleństwa. Za cel wybrał pionową igłę skalną na najbliższym pustkowiu Newtona. 
Wyposażył  się w  parę urządzeń. Zabrał akurat tyle, ile trzeba do asekuracji. Kupił też namiot i 
stosowny prowiant. 
Zaklął szpetnie, gdy uświadomił sobie konieczność targania również kompa oraz 
broni. Cóż, wciąż  uchodził za jednego z najbardziej poszukiwanych kryminalistów imperium.
Znalazł Alexa i oznajmił mu, że wybywa. Bardzo zajęty Kilgour tylko mruknął coś  przez  ramię, 
po   czym   wrócił   do   spraw   bezpieczeństwa   Trybunału.   Odszukawszy   przydzielony   wóz,   Sten   z 
przykrością przypomniał sobie, że ostatnio   utracił   prawo do samotności. Miało tak być aż do 
czasu, gdy członkowie rady trafią do  cel lub pod  murawę. Na parkingu czekało na Stena siedmiu 
Bhorów pod dowództwem Sind. Wszyscy  wyposażeni w broń i niezbędny sprzęt do wspinaczki. 
Po  krótkim  namyśle   Sten    zaniechał    protestów.  Przegra.   Jak  nie  z   nimi,   to  z  Kilgourem  lub 
Mahoneyem. Nie warto  próbować.
Wynagrodził to sobie w rozkazach.
Obóz musieli rozbić z dala od jego namiotu, tak z ćwierć kilometra. W ogóle nie   chciał ich. 
Wiedział, że to nieuprzejme, ale trudno.
- Nie sądzę, aby wynajęci przez radę zabójcy, o ile tacy istnieją, poleźli za  mną na tę ścianę.
Bhorowie zgodzili się. Sind tylko przytaknęła głową.
Urlop   zaczął   się   zatem   raczej   mało   idyllicznie.   I   tak   miało   już   pozostać.   Skalna     maczuga 
wyglądała niemal jak na filmie. Wznosiła się naprawie tysiąc metrów, czubkiem  muskała chmury. 

background image

Wyrastała u krańca małej łączki z lodowato zimnym źródełkiem. Wkoło wyrastały   inne skalne 
formacje,  równie  wysokie  albo nawet  wyższe.  Na okolicznych  drzewach  bytowały    niewielkie 
torbacze, gdzieniegdzie pasły się z dawna zdziczałe krowy.  Sądząc po śladach,   musiał żyć  tu 
jeszcze  jakiś  mały  nocny drapieżnik,  ale   ten  konsekwentnie   nie  pchał  się  w  oczy.  Sten  rozbił 
namiot, ochrona uczyniła to samo za odległą kapą krzaków przy  źródełku. Ugotował coś, zjadł, na 
spoczynek udał się o zmroku. Spał bez snów, wstał,  zebrał sprzęt i  ruszył ku skale.
Na kilka godzin zapomniał o wszystkim, prócz wspinaczki. Starannie wyszukiwał   pęknięcia   i 
występy. Potem usadził się bezpiecznie w szczelinie i sięgnął po wałówkę.  Rozejrzał się. Pokonał 
jakieś dwieście pięćdziesiąt metrów. Nieźle. Może znajdzie gdzieś wyżej półkę   dobrą na biwak, 
prześpi się i zdobędzie  szczyt  przed końcem urlopu. Jakby udało się wcześniej,   to widział w 
pobliżu jeszcze z sześć innych, równie wartych fatygi wierzchołków. Spojrzał w dół. Ujrzał osiem 
twarzy. Cała drużyna ochrony siedziała półkolem wokół podstawy  maczugi i  wykonywała swój 
obowiązek. Biedacy. Wspinaczka to nie balet na lodzie, wynudzą  się za  wszystkie czasy. Może 
rzucić w nich hakiem? Albo krzyknąć coś? Czy to nie dziecinne? Spokojnie,  panie  Sten, zbeształ 
się w duchu. Ze skały zszedł kilka godzin wcześniej, niż  przewidywał. Nie wiadomo  czemu, droga 
w dół była znacznie mniej absorbująca.
Następnego dnia spróbował innego szlaku. Miał nadzieję umknąć kretyńsko wiernej  straży. I tak go 
znaleźli. Z początku próbował ich ignorować. Mimo to koncentrację  diabli wzięli.  Niby wszystko 
w porządku, radził sobie jak przedtem, ale nieustannie myślał nie  tylko o  wspinaczce. Wieczorem 
ugotował sobie nieco mdławe curry, zjadł w samotności i położył się,   ale nie   mógł zasnąć. Po 
drugiej stronie źródełka migotał ogień. Widać znaleźli nieco  suchego drewna.  Wydawało mu się, 
że słyszy głosy. A może nawet śmiech. Zaklął pod nosem. Przeszukał plecak i znalazł butelkę. 
Potem założywszy buty,  ruszył ku  blaskowi. Przy ognisku siedziało tylko czterech Bhorów. Sten 
stuknął   butelką   o     pień   drzewa   i     podszedł   bliżej.   Gdzieś   z   mroku   wynurzyła   się   Sind   w 
towarzystwie Bhora. Oboje  opuścili broń.
- Co jest? - spytała ostro dziewczyna, bacznie rozglądając się wkoło.
- Eee... nic. Nie mogłem zasnąć. Pomyślałem... że jeśli nie przeszkadzam... 
Przyjęli go do ogniska, uprzejmie łyknęli podrabianej „szkockiej”, którą Sten   przyniósł po   to 
tylko,   by   dać   im   pretekst   do   wykopania   własnych   zasobów.   Zabrali   ze   sobą     dość,   stregga 
naturalnie. Wieczny Imperator powiedział kiedyś, że stregg tak miał się do  bimbru jak bimber do 
mleka matki. Tak czy tak, popili potężnie. Cicha górska łąka rozbrzmiewała krzykami i  toastami. 
Co   chwilę ktoś wspominał zmarznięte pośladki rodziciela. W szczytowym momencie   zabawy 
trzech  Bhorów wrzuciło Stena do źródełka.
Co za młodzieńczy wieczór, pomyślał Sten, budząc się następnego ranka. 
I zaraz   jęknął,   nagle wydoroślawszy.  Wciąż  był  w obozie ochrony.  Głowę trzymał  na łydce 
jednego  kudłacza,  drugi zrobił sobie z jego żołądka poduszkę. Z każdą chwilą było coraz gorzej.
Do obozu weszła Sind z Bhorem.
- Wstawać, pijusy - warknęła. - Zmiana. Boże, ale mnie głowa łupie.
- To cierp w milczeniu - jęknął Sten.
Znalazł   nie   dokończoną   butelkę   szkockiej   i   skonsultował   sprawę   z   żołądkiem.   Ten     zagroził 
ucieczką na szczyt skały. Sten wstał. Stopy zapiekły jak diabli.
- Chyba umieram - mruknął.
- Byle po cichu, admirale - odparła dziewczyna.
Zasadniczo   Sten   powinien   wykazać   się   wewnętrzną   siłą   i   zabrać   całe   towarzystwo     na 
pięciokilometrowy bieg lub coś równie męczącego. Ostatecznie jednak tylko  odrzucił przykrycie i 
wczłapał do źródełka. Niech żyje dekadencja! Poczekał, aż lodowata woda   przywróci naturalny 
porządek żywiołów. Potem znów otulił się kocem i poszukał czegoś do jedzenia.
Tego dnia ani myślał o zdobywaniu szczytów.
Resztę urlopu spędził zupełnie inaczej, niż pierwotnie zamierzał.
Jeden z Bhorów zaczął dopytywać się o techniki wspinaczkowe. Sten pokazał mu  kilka  sztuczek 
na pobliskim głazie. Sind miała już podstawowy trening za sobą, chociaż   dotąd   praktykowała 

background image

jedynie na ścianach budynków. I tak to poszło. Wspinaczka za dnia. Dwa razy wypuścił się na 
zwykłą łazęgę po  pogórzu. 
W nocy wspólne uczty. Sten przeniósł swój namiot do obozu Bhorów.
Wiele czasu spędzał z Sind.
Dobrze   się   z   nią   gadało.   Sten   przypuszczał,   że   dziewczyna   jest   tak   uprzejma   za     sprawą 
dyscypliny,   ale   właściwie   nie   był   to   dobry   argument,   Sten   nie   pełnił   już   funkcji     admirała. 
Ostatecznie zdołał przekonać Sind, by przestała go tytułować stopniem, a nawet  wtrącać co chwilę 
„sir”.
Opowiedział jej o piekielnym świecie, na którym się urodził, i tamtejszych  fabrykach.  Napomknął 
o swojej rodzinie. Nie skąpił za to szczegółów dotyczących   wieloletniej znajomości z   Alexem 
Kilgourem.
Nie wspominał tylko o wojnie.
Sind   była   z   początku   rozczarowana.   Oto   miała   szansę   nauczyć   się   czegoś   od     największego 
wojownika. Z czasem jednak zasłuchała się też i w te opowieści. O spotkaniach z   dziwnymi 
istotami, ludźmi i nie tylko, czasem przyjaznymi, niekiedy wrogo nastawionymi do  otoczenia.
Górska łąka rozbrzmiewała melancholijnym spokojem.
Potem Sind opowiedziała  o swym  dziwnym  dzieciństwie  spędzonym  pośród żołnierzy   świętej 
wojny, którzy nie tylko utracili wiarę w swą religię, ale poznali też  fałsz proroków. 
Naturalną koleją rzeczy zaciążyła w kierunku Bhorów.
-   Chociaż   teraz   zastanawiam   się,   czy   przypadkiem   nie   szukałam   po   prostu  innych     bożków   - 
stwierdziła. - Nowej wiary.
Sten uniósł brwi. Szczere to było wyznanie czy nie, dziewczyny w takim wieku  rzadko  zdobywają 
się   na   podobnie   wnikliwe   refleksje.   Potem   Sten   opowiadał   o   światach,   które   odwiedził. 
Tropikalnych,   arktycznych,     pozbawionych   powietrza.   O   sekwojowych   lasach   Ziemi.   I   swojej 
własnej planecie.
- Może... któregoś dnia będę mógł ci ją pokazać. 
- Może - uśmiechnęła się słabo  Sind. -  Chciałabym tam kiedyś zajrzeć.
Nie sypiali ze sobą. Sind poszłaby do namiotu Stena, gdyby ją o to poprosił. Ale   on tego nie 
czynił.
Dziwny urlop, myślał  Sten, gdy pora wypoczynku  dobiegła końca i wszyscy ładowali    się do 
ślizgacza. Nie tego oczekiwałem... Ale może właśnie tego potrzebowałem.

Rozdział 32

Trybunał   był   prawie   gotów   do   ogłoszenia   werdyktu.   Po   wysłuchaniu   ostatnich     świadków   i 
przyjęciu wszystkich dowodów sędziowie na długie tygodnie wycofali się do swoich  pomieszczeń. 
Teraz ich wyczerpująca praca miała wreszcie dać owoce.
Z początku Sten uważał, że spotyka go przywilej. Razem z Alexem i Mahoneyem  siedział w  kącie 
i   obserwował,   jak   szanowny   Ecu   znęca   się   wraz   z   trojgiem   sędziów   nad     każdym   detalem. 
Protokolant  Dean Blythe  pilnował, aby ani słowo nie umknęło  rejestracji. To Ecu   nalegał  na 
dokładną dokumentację. Niezależnie od wyniku obrad nie chciał dawać przeciwnikom  podstaw do 
formalnych protestów. Sędziowie w pełni zaangażowali się w sprawę. Warin pozostawał absolutnie 
bezstronny.   Apus broniła rady jak lwica. Niekiedy Sten musiał wręcz przypominać sobie, jakie 
poglądy     wyznaje   Królowa   Matka   na   co   dzień,   tak   go   cholera   brała   na   jej   perory.   Wszelako 
przyznawał, że  poważnie podeszła do obowiązków.
Niemniej trudno było zachować spokój, gdy wszystkie z takim trudem zgromadzone  dowody, na 
przykład zapisy ze stadionu, uznawała za pozbawione jakiejkolwiek  wartości śmieci,  może nawet 
fałszerstwa. Z kolei Rivas, który nie akceptował poczynań rady z powodów bardziej  filozoficznych 
niż  osobistych, stał się jej gorliwym oskarżycielem. Tak publicznie jak prywatnie  robił co mógł, 
aby  umniejszyć wagę argumentów obrony. Podczas jego wystąpień Sten wyłączał myślenie  i po 
prostu   chłonął wartki strumień oskarżeń. To właśnie Rivas zwrócił uwagę na   zastanawiający 
łańcuch  logiczny, w który splatają się wszystkie kolejne poczynania rady. Stąd też  nakłaniał do 

background image

uznania  manifestu spiskowców za autentyczne świadectwo ich zamiarów. Co najmniej  zamiarów. 
Tygodnie   jednak   ciągnęły   się   jeden   za   drugim.   Sten   zaczął   mieć   dosyć.   Mahoney     podobnie. 
Wymykali się z sali przy każdej sposobności, jednak czyhający za drzwiami   dziennikarze byli 
jeszcze   gorsi   niż  śmiertelna   nuda.  Tak   zatem  ostatecznie  obaj   obserwatorzy    woleli   po  prostu 
drzemać.
W końcu jednak nastał ten dzień. Trybunał przystępował do głosowania. Rivas i  Apus  porzucili 
swe role i przyłączyli się do Warina. Nawet Stenowi odechciało się  spać. Wyciągał  głowę, aby nie 
uronić ani słówka.
- Sądzę, że dłużej sprawy przeciągać już nie powinniśmy - mówił szanowny Ecu. -  Czy  jesteście 
gotowi?
Sten nie dosłyszał odpowiedzi, gdyż nagle Alex trącił go w żebra. W drzwiach   stał   Mahoney. 
Machał rękami jak szalony, żeby wyszli jak najprędzej. Ian nie marnował czasu. Ledwie drzwi się 
zamknęły, zaraz pogonił obu przyjaciół  do  roboty.
- Otho się odezwał - zakomunikował. - Coś dziwnego dzieje się w porcie. Jesteśmy   potrzebni. 
Szybko, chłopaki.
Po drodze Mahoney dopowiedział resztę. Wiele nie wiedział. Z jakichś nie znanych   powodów 
Newton   został   zaszczycony   oficjalną   wizytą   na   najwyższym   szczeblu.     Goście     przybywali   z 
planety Dusable.
- Czego chcą ci łajdacy? - spytał Sten.
Słyszał o Dusable.
- Gorszych drani ze świecą szukać - dodał Kilgour.
- Wszystko to prawda - stwierdził Mahoney.  - Ale nie powinniśmy oceniać ich zbyt    surowo. 
Obecnie każda pomoc się przyda i mniejsza o ich zasady etyczne.
Mahoney chciał powiedzieć, że wprawdzie pokręcone ze szczętem i zdeprawowane,  Dusable było 
legalnie uznawaną „demokracją” i ważną składową imperium. Poza tym   żaden inny   świat czy 
gromada nie przysłały oficjalnych przedstawicieli. Wedle informacji,  na pokładzie  znajdowały się 
aż dwie ważne osobistości: nowo wybrany Tyrenne  Walsh oraz szef   tej  bandy   politycznych 
złodziei, prezydent Rady Solonów, Solon Kenna.
-   Przybyli,   aby   zapoznać   się   z   oskarżeniami   i   trybem   postępowania   Trybunału   -     dowodził 
Mahoney. - Znaczy, gotowi są stanąć przed kamerami i ogłosić, że przechodzą do  opozycji wobec 
rady.
Sten nie potrzebował przyspieszonego kursu politologii, aby wiedzieć, co to  znaczy. Gdyby  tak 
ważni politycy jak Walsh i Kenna przyłączyli się do opozycji, szansę   zwolenników Trybunału 
urosłyby po wielokroć. W porcie czekał na przybyszów jedynie Otho ze swoim oddziałem. Statek 
właśnie   wylądował,  rozkładano rampę.  Bhor czym  prędzej przekazał  Mahoneyowi,  Alexowi i 
Stenowi, że  dziennikarze zostali już poinformowani i zaraz się tu zwalą.
- Na długą, powiewającą brodę mojej matki - jęknął. - Szczęście nas nie  opuszcza.  Wiedziałem, że 
to wielki traf już w chwili, gdy po raz pierwszy was spotkałem,  przyjaciele.
I klepnął potężnie Stena w plecy.
Sten odnotował, że chociaż Otho robił wrażenie gbura i nieokrzesańca, też  świetnie  wiedział, jak 
wiele może znaczyć wsparcie z Dusable. Cóż, kupcy zwykle znają się  na polityce. Właz syknął, ale 
trwało trochę, nim ktokolwiek wyszedł. Pierwsi pojawili się  Walsh i  Kenna, potem wynurzyła się 
ich świta. Dziwne. Sten oczekiwał typowej parady,   rozwijania   chodnika, parady. Może dlatego 
zrezygnowali z pompy, że jeszcze nie przybyły   ekipy reporterów,   pomyślał. Wszelako tak czy 
inaczej, obaj politycy wypadali raczej szaro. Nieco nerwowo podeszli do komitetu powitalnego. 
Omal nie podskoczyli, gdy Otho  wyryczał rozkazy dla kompanii „reprezentacyjnej”. Krzywonodzy 
Bhorowie   stanęli     na   „baczność”.     Ale   co   peszy   tych   dwóch?   Przecież   mogli   oczekiwać 
przynajmniej minimum honorów. Mahoney postąpił krok, aby ich powitać. Sten i Alex ruszyli za 
nim. Nagle jednak  coś  zatrajkotało we wnętrzu statku. Sten był pewien, że ktoś wydaje komendy, i 
zdało   mu się, że nawet   je rozpoznaje. Ależ tak, przecież znał je na pamięć. Wbił spojrzenie w 
otwór  włazu i ledwie  zauważył, że Walsh, Kenna i ich ludzie odsunęli się na bok.

background image

Ze środka wymaszerowali niewysocy mężczyźni o ciemnych twarzach i dumnych  oczach.  Szli w 
formacji klina. Ich królewskie mundury lśniły od odznaczeń. Kukri  wznosiły się równo pod  kątem 
czterdziestu pięciu stopni. Słońce odbijało siew wypolerowanych ostrzach.
Sten znał tych ludzi. Kiedyś nimi dowodził.
Gurkhowie! Ale skąd oni tutaj? Na statku z Dusable?
A potem dostał odpowiedź. Z początku nie uwierzył.
Postać znajoma każdemu obywatelowi imperium. Szedł tuż za klinem i wyglądał  niskim  Gurkhom 
zza pleców. Nie zerkał ani w lewo, ani w prawo, tylko po monarszemu  patrzył przed  siebie.
Sten zaniemówił. Odjęło mu też zdolność ruchu, przez co nie zasalutował. Obok   trwali   równie 
skamienieli jego towarzysze.
- Na zmarznięty tyłek mego ojczulka... - mruknął Otho. - To ON!
Klin rozdzielił się, Gurkhowie ustawili nowy szyk. Sten ujrzał nagle przed sobą  parę tak  bardzo 
znajomych, wiekowo młodzieńczych oczu. Poznał go. Usłyszał własne imię.  Kilgour  drgnął, gdy 
monarsze usta wypowiedziały „Alex”.
Potem gość spojrzał na Mahoneya i uśmiechnął się szeroko.
- Miło, Ian, że posłuchałeś - powiedział Wieczny Imperator.
Mahoney zemdlał.

Rozdział 33

Nie wszyscy oficerowie ekspedycji karnej należeli do krwawych popleczników  nowego  reżimu. 
Do takiego zadania nie można było skierować samych posłusznych głupców. Admirał floty Fraser 
nie   skakała   ze   szczęścia,   otrzymawszy   to   zadanie,   ale   nie     zwykła     również   kwestionować 
rozkazów. Przyjęła dowodzenie i stanęła na mostku  imperialnego  pancernika Chou Kung. Rada 
wyskrobała z magazynów ostatki AM2, żeby tylko dać  paliwo flocie.  Mieli go dość, aby dolecieć 
do Newtona, wygrać walkę... a następnie przejąć  orbitujący w systemie  Jura skradziony wcześniej 
konwój. Dopiero wtedy mogli myśleć o powrocie. Jednym tylko Fraser nie musiała się kłopotać. Jej 
statki były w pełni obsadzone.   Pomna   poprzednich niedociągnięć rada nakazała doprowadzenie 
floty do pełnej sprawności  bojowej. W  tym celu odarto ze sprawnych systemów niemal wszystkie 
pozostające na lądzie  jednostki. Oczywiście żaden dowódca nie rusza atutów, jeśli nie musi. Fraser 
chciałaby mieć   tak z pół   roku, a nawet cały rok, aby wyćwiczyć nowy zespół, i wiedziała, że 
nawet   po   tak     długim   czasie     wyniki   byłyby   wątpliwe.   Fraser   z   nostalgią   wspominała   czasy 
dawnych morskich  flot i stosowane  w nich środki utrzymania dyscypliny. Oczywiście miała też 
garstkę ochotników, którzy aż palili się do akcji z bardzo  osobistych  przyczyn. Gdyby rada upadła, 
akurat ci ludzie nie mogliby oczekiwać miłosierdzia  od  kogokolwiek. A dla takich jak oni sądy 
polowe ferowały najsurowsze wyroki.
Fraser   zwalczała   jak   mogła   nudę   panującą   wśród   załóg.   Nieustannie   zarządzała     ćwiczenia   w 
szyku. Ostatecznie kazała nawet zablokować centrale nawigacyjne na kilku  jednostkach i powiązać 
je zdalnym sterowaniem z liderami flotylli. Nie była w pełni zadowolona, ale po cichu nabierała 
pewności siebie. Unikała   niedoceniania   przeciwnika. Przeanalizowała uważnie klęskę 23 Floty 
Gregora. Zrozumiała, że  zderzyły się wtedy  dwie taktyki. Konwencjonalna z partyzancką. Teraz 
może być podobnie na dodatek   obrońcy   systemu Jura będą działać na przygotowanym terenie. 
Fraser   miała   zamiar     sprowokować   ich   do     bitwy   jeszcze   poza   granicami   systemu.   Wówczas 
rezerwy uderzyłyby na Newtona i  inne planety.  Założyła, że obrońcy też rozdzielą siły. Gdy pobije 
już rebeliantów, z całą  flotą wyląduje na  Newtonie. A od tego momentu przestanie odpowiadać za 
przebieg   akcji.   I   bardzo     dobrze.   Towarzyszące   jej   na   desantowcach   ponure   typy   jeszcze   nie 
odpieczętowały swoich  rozkazów, ale Fraser i tak wiedziała, co w nich jest.
Nagle oficer łączności przerwał panującą na mostku ciszę.
- Admirale... mamy transmisję. Na wszystkich kanałach. Źródło... Newton.
- Na wszystkich kanałach?
- Tak. Łącznie z naszą własną siecią sterowania i dowodzenia. Również na tych   komercyjnych, 
które monitorujemy.

background image

- Zagłuszyć. Z wyjątkiem sieci dowodzenia. Dostęp wyłącznie dla dowódców  jednostek.  Nie chcę, 
aby ktoś ładował mi marynarzy propagandą.
Taka szeroka transmisja mogła oznaczać tylko jedno: Trybunał zakończył obrady.
- Nie... nie możemy.
- Nie możecie? - wycedziła Fraser. Regulaminy nie uznawały podobnej odpowiedzi.
Łącznościowiec wszakże przeżył.
-   Właśnie.   Pasmo   jest   zbyt   szerokie,   sygnał   za   silny.   Jedyny   sposób   to   wyłączyć     wszystkie 
urządzenia łączności w całej flocie.
Zbyt duże ryzyko.
- Niech tam. Zagłuszajcie, jak się da. Czysty sygnał na mój ekran.
- Tak jest, madam.
Fraser i jej przyboczni widzieli wszystko dokładnie. Na ekranach innych statków  obraz  migotał, 
ale załogi i tak szybko przekazały sobie nowinę. Starczyło, że wachta z  mostka szepnęła  słówko. 
Ekran pokazywał wnętrze sali Trybunału. Troje poważnych sędziów siedziało już i  czekało. Drzwi 
za nimi otwarły się. Do wnętrza wleciał Manabi. Po obu stronach framugi   stały dwie   niskie 
postacie w znoszonych mundurach polowych, kapeluszach z rondem częściowo  wygiętym  na dół i 
paskiem zahaczającym o brodę tuż pod ustami. Obaj mieli długie,  zakrzywione noże.
- Jak już wspominaliśmy, prosimy wszystkich widzów o nagrywanie tej relacji -  powiedział  jakiś 
głos zza kadru.
Zapadła cisza. Potem odezwał się Manabi.
- Otwieram ostatnie posiedzenie Trybunału. Okoliczności sprawiły, że przebiegnie  ono  inaczej, niż 
zamierzyliśmy.
Fraser uniosła brwi. Czyżby ten sąd kangurów odrzucił zarzuty?
- Nie oznacza to, abyśmy nie zdołali sformułować werdyktu. Trybunał orzeka, że   wymienione 
postacie: Kyes, siostry Kraa, Lovett i Malperin, mianujące się  osobistą radą, winne są  zarzucanej 
im zbrodni. Trybunał ustalił, że wspomniane osoby zawiązały spisek i w konspiracji wykonały,  co 
zamierzyły, działając tak indywidualnie jak i w grupie. Powołując się na  precedens tak zwanych 
Procesów Norymberskich, uznajemy tworzoną przez nich radę za organizację  przestępczą. Dalsze 
oskarżenia, które wygłoszono przed tym Trybunałem, włącznie z oskarżeniem  o  defraudację, nie 
będą obecnie rozpatrywane. Tym samym wzywamy wszystkie sądy i wszystkich przedstawicieli 
prawa, aby podjęli   starania  mające  na celu doprowadzenie  członków  rady przed oblicze  sądu 
karnego,  aby mogli  podjąć swoją obronę. Wszelako nie to jest dziś najważniejsze.
Ecu odpłynął na bok i spojrzał na drzwi.
Te otworzyły się.
Na salę sądową wszedł Wieczny Imperator.
Fraser nie wiedziała, czy na Newtonie wybuchło pandemonium, czy były to może  tylko  zakłócenia 
na łączach. Świetnie słyszała za to, co dzieje się na jej własnym  mostku. Ostatecznie  zdołała jakoś 
zapanować nad chaosem własnego umysłu i wrzaskiem zażądała ciszy.
I   cisza   zapadła.   Załogi   nadal   wpatrywały   siew   przyrządy,   ale   każdy   łowił   głosy     płynące   z 
odbiorników.
- Udzielam pochwały członkom tego Trybunału. Śledczym, urzędnikom, sędziom.   Dowiedli, że 
samymi prawdziwymi i wiernymi sługami w czasie, gdy taka postawa  groziła  śmiercią. Wszyscy 
oni, i inni im podobni, zostaną nagrodzeni. Teraz czeka nas  wspólna praca.  Musimy przywrócić 
imperium jego blask. Nie będzie to łatwe. Ale trzeba tego   dokonać. Pokój i ład   nie zapanuje 
dopóty, dopóki imperium nie odzyska swej dawnej świetności. Prawo  znów musi stać  się prawem. 
Dziękuję   tym,   którzy   pozostali   lojalni,   którzy   zrozumieli,   że   przez   radę     przemawia   strach, 
chciwość i nienawiść. Ale są jeszcze inni. Ci, którzy z sobie znanych powodów zaciągnęli się pod 
krwawy sztandar rady.  Rozkazuję  im zaniechać działań. Nie przyjmujcie rozkazów od zdrajców. 
Nie słuchajcie ich  kłamstw. Jeśli  nosicie broń, złóżcie ją. Musicie usłuchać mych poleceń. Dość 
zbrodni, dość zła. Adresuję te słowa szczególnie do zwiedzionych obietnicami załóg imperialnych 
statków,     które   zamierzają   zaatakować   ten   świat   i   mnie   osobiście.   Macie   dwie   godziny   na 
wypełnienie moich rozkazów. Wszystkie statki zbrodniczej  floty  wyłączą napęd międzygwiezdny 

background image

i wejdą na orbity parkingowe na granicach systemu.  Stanowiska  broni pozostaną nie obsadzone. 
Przed   upływem   czasu   ultimatum   poddacie   się   moim     wysłannikom.   Jesteście   imperialnymi 
żołnierzami.   Mnie   służycie.   I   imperium.   Macie   dwie   godziny.   Wszyscy,   którzy   odmówią 
wykonania wspomnianego rozkazu, niezależnie do stopnia  zostaną potraktowani jak zdeklarowani 
zdrajcy i jako tacy nie ujdą   sprawiedliwości. Potraktuję ich   z całą surowością. Poddajcie się. 
Ocalcie swe żywoty. Zachowajcie honor. Uratujcie imperium.
Ekran pociemniał.
Ktoś podał wyniki analizy głosu i obrazu. Porównanie z zapisami dowiodło   jednoznacznie,   że 
przemawiająca   przed   chwilą   osoba   była   tożsama   z   Wiecznym   Imperatorem.     Sceptycy   mogli 
zajrzeć do archiwum i sami się przekonać.
Fraser nie słuchała dłużej. Służyła imperium i, znów wreszcie, Wiecznemu  Imperatorowi.
- Kapitanie, na mój rozkaz przechodzimy na napęd pomocniczy - powiedziała.
- Zamierzamy... - zaczął ktoś na mostku.
- Służyć imperatorowi - dokończyła Fraser.
Łącznościowiec zastrzelił ją od ręki.
Sam zginął dwie sekundy później, gdy adiutant Fraser zdzielił go w łeb obciążoną  ołowiem  pałką.
W ruch poszła broń boczna i paradne kordy. Panel sterowania rychło został bez  obsługi.  Mostek 
spłynął krwią. I o to chodziło. Rezerwowe centrum dowodzenia nawet nie zdążyło się włączyć. 
Tam też doszło do  jatek.
Chou Kung wciąż parł naprzód.
Podobna sytuacja zapanowała na wszystkich jednostkach.
Niektóre   statki   poddawały   się,   inne   natychmiast   je   atakowały.   Część   pojazdów     próbowała 
kontynuować   misję.   Reszta   „zniknęła”   w   przestrzeni   i   przeszła   na   napęd   systemu     Yukawy. 
Dowódcy flotylli rozpaczliwie przeszukiwali kanały dowodzenia w oczekiwaniu na  jakiekolwiek 
rozkazy.
Wtedy Sten zaatakował.
Wieczny Imperator kłamał mówiąc o dwóch godzinach.
Zgasła przedwcześnie admirał Fraser prawidłowo zanalizowała taktykę Stena  podczas  napadu na 
konwój z AM2. Bhorowie czy Romowie faktycznie woleli działać w małych  ugrupowaniach lub 
zgoła   pojedynczo.   Miała   też   rację,   że   flota   Trybunału   nie     zdoła   obronić   się     przed 
konwencjonalnym atakiem.
Sten znalazł jednak trzecią opcję. Spadł na wroga w formacji klina. Rozkazy był  proste -  niszczyć 
wszystko, co wejdzie przed wyrzutnie i co wykaże wolę walki. Przyłożyć  raz a dobrze i  zwiewać. 
Przegrupować się i znowu atakować. Jeśli umkną w przestrzeń, lecieć za   nimi. Szarpać   ich tak 
długo, aż nadadzą sygnał kapitulacji lub wysiądzie im główny napęd.
-   Żadnego   abordażu.   Niszczyć   na   maksymalnym   zasięgu.   Statki   posłuszne     imperatorowi 
ignorować. Nie walka na wykończenie, Otho. Nie trzeba szaleć.
- A co potem, gdy się poddadzą? - spytał pewien kapitan frachtowca.
- Przykro mi, ale to nie czas na łupienie. Powiem raz jeszcze: nie wchodzić na  pokłady  wroga. 
Koniec bałaganu już bliski. Po co ginąć w ostatniej chwili.
- A co z imperialnymi rozbitkami?
- Nimi zajmą się później statki ratunkowe.
I tak to się rozegrało.
Sten dowodził flotyllą krążowników. Każde starcie było inne, jednak kończyło się   identycznie. 
Walczono jak w transie.
Imperator powrócił.
I dobrze. Czas skończyć z chaosem.
Ostatecznie zabrakło aktywnych celów. Sten oprzytomniał. Wstał i zachwiał się ze  zmęczenia.
Spojrzał na zegar.
Dzień pokładowy dobiegał końca. Sprawdził główny ekran bojowy. Nic nie   przypominało,   że 
jeszcze kilka godzin wcześniej była tu jakaś gotowa do ataku flota. Naprawdę  koniec.
Gnidy wytłuczone.

background image

Teraz pora na żywicieli robactwa.

Rozdział 34

Poyndex zauważył, że drzewo w wielkim holu straciło połowę liści. Więdło tak  samo jak  siedząca 
na najwyższym piętrze rada. Czyżby i roślina bała się wracającego  imperatora?
Gdy Poyndex ujrzał ich kulących się w fotelach, uznał, że to nie strach, lecz  paniczne  przerażenie. 
Każdy z członków rady czuł się już po części martwy. Malperin  postarzała się o jakieś  pół wieku. 
Lovett jakby zmalał i opuchł na twarzy. Kraa zmieniły się najbardziej. Ta gruba tak wychudła, że aż 
straszyła worami  luźnej skóry. 
Niegdyś chuda zaokrągliła się niczym różowa piłka.
Wiedzieli już, że imperator nie od parady nosił tytuł Wiecznego.
Cała czwórka rzuciła się na Poyndexa niczym na ostatnią szalupę tonącego  transatlantyka. 
Ledwie nadążał z odpowiedziami na ich pytania.
- Wieczny Imperator...
- Co zrobimy...?
- Dokąd uciec...?
- Będziemy walczyć?
- Czy jest sens...?
I tak dalej. Histeria sięgnęła zenitu. Jeszcze chwila, a gotowi by byli wsiąść  osobiście do  statków i 
polecieć   pod   ogień   na   czele   wszystkich   sił,   jakie   im   jeszcze   zostały.     Gorliwość   oszalałego 
samobójcy.
Poyndex nie tego pragnął.
Uspokoił ich, namówił do zajęcia miejsc. Potem zrobił smutną i wyrozumiałą minę.
- Chyba wiem, jak was uratować - powiedział.
Spojrzeli na niego z nadzieją w oczach. Zrobią, cokolwiek każe. Poyndex zaś  marzył o  utrzymaniu 
się przy władzy.
- Nie zostałem o nic oskarżony - zaczął. - Nie brałem udziału w niczym, co  przedsięwzięliście, nim 
się   do   was   przyłączyłem.   Tym   samym   powinienem   bez   trudu     uzyskać     osobisty   dostęp   do 
imperatora.
Nikt nie zaprotestował. Nikt też nie wspomniał, że to pewna śmierć, i nieważne,  na ile  Poyndex 
jest   niewinny.   Imperator   chętnie   wyeliminuje   każdego,   choćby   mgliście     związanego   z     radą. 
Poyndex uśmiechnął się pod nosem na taki wyraz troski ze strony kolegów.
- Jeśli nie macie nic przeciwko, zaproponuję imperatorowi pewien układ.
Jego pomysł był prosty. Rada przegrała, ale wciąż jeszcze może poczynić  olbrzymie  zniszczenia i 
przelać wiele krwi. Skłonił ich, by wycofali się do bunkra   urządzonego głęboko pod   drzewem. 
Idealne centrum dowodzenia. Konstrukcja dość solidna, by przetrwać  nawet  bezpośrednie trafienie 
głowicą nuklearną. Tam będą mogli stawiać imperatorowi  opór do końca.  Jeśli odmówi. Poyndex 
przekaże   te   informacje   władcy   i   doda,   że   rada   wcale   nie   pragnie     kataklizmu.   W     interesie 
niewinnych   mieszkańców   Centralnego   Świata   zgodzi   się   złożyć   broń   w     zamian   za   pewne 
gwarancje. Przede wszystkim za darowanie życia.
- Nie godzimy się też na żadne więzienie - warknęła niegdyś gruba Kraa. - Nie  lubimy z  siostrą 
chlewu.
- Myślałem raczej o wygnaniu - powiedział Poyndex. - Zamierzam wynegocjować  takie  warunki, 
byście mogli wsiąść na pokłady waszych prywatnych statków i udać się w   najdalsze   zakątki 
imperium. Poza Światy Pogranicza nawet, jeśli taka będzie wola  imperatora. Z zakazem  powrotu.
- Myślisz, że na to pójdzie? - pisnął Lovett.
- Tak - zapewnił Poyndex. - Czemu nie.
Imperator, podobnie jak Poyndex, był człowiekiem praktycznym.  Należało tylko raz   zejść   do 
bunkra.   I   to   niezwłocznie,   a   nuż   władca   uderzy   niespodzianie.   Potem   patrzył   spokojnie,   jak 
członkowie rady przepychają się ku drzwiom. Leża mi  w ręce  niczym zwierzaki idące na rzeź, 
pomyślał.

background image

Rozdział 35

Siostry Kraa pierwsze pojęły, że coś w tym układzie śmierdzi.
-   Pieprzony   Poyndex!   Sprzedał   nas!   -   stwierdziły   po   przemyśleniu   podtekstów     zawartych   w 
przemówieniu imperatora.
Chociaż co w tym dziwnego? Same na jego miejscu postąpiłyby tak samo.
- Że też wcześniej na to nie wpadłyśmy - jęknęła obecnie grubsza. - Siedzimy w  tym  bunkrze i 
czekamy. A przecież nie mamy floty w próżni. Nie my kontrolujemy  porty.
Po   raz   pierwszy   od   wielu   dni   w   schronie   dało   się   wyczuć   poważne   ożywienie.     Wszyscy 
wrzeszczeli na siebie, podczas gdy od chwili wyjazdu Poyndexa w celu negocjacji  Kraa głównie 
obżerały   się   i   wymiotowały,   Malperin   i   Lovett   szwendali   się   po   kompleksie   niczym     widma 
dawnych władców, zwykle razem i zawsze w milczeniu.
Straż   oraz   służba   nauczyła   się   sztuki   szybkiego   i   bezgłośnego   wykonywania     poleceń.   Robili 
swoje, po czym natychmiast znikali we własnym skrzydle.
Aż w końcu specjalnie wyznaczony kanał łączności raczył ożyć.
- Mówi Wieczny Imperator. Spotkałem się z emisariuszem zdradzieckiej rady.  Chciał  przekazać 
mi warunki kapitulacji tego plugawego ciała. Z góry je odrzucam. W  imię cywilizacji  oraz całego 
imperium.   Nie   będzie   negocjacji   z   mordercami.   Żądam   natychmiastowej     i     bezwarunkowej 
kapitulacji. Obywatele Świata Centralnego...
W tym momencie Kraa zaczęły krzyczeć i nikt w pokoju nie dosłyszał szczegółów   orędzia   ni 
rozkazów  władcy.  Zarządzenia nie były szczególnie  oryginalne: stan wojenny na   terenie  całej 
planety,   wszystkie   służby   mundurowe   mają   natychmiast   zameldować   się   w   koszarach     lub   w 
miejscu pełnienia służby i tam pozostać. Oficerowie, tak zawodowi jak z rezerwy,  powinni uczynić 
wszystko, aby utrzymać porządek i dyscyplinę, ale nic nadto. Wszelkie statki  muszą wylądować i 
czekać w portach na dalsze rozkazy, w przeciwnym razie zostaną zestrzelone.  Policja winna strzec 
ładu publicznego, w miarę możliwości unikając przemocy. Prowodyrów ewentualnych  zamieszek i 
rabunków czeka kara...
Dopiero pod koniec pojawiała się naprawdę interesująca wiadomość.
- Siły imperialne wylądują na Centralnym przed upływem godziny.
Cholera... to pułapka. Zwiewać, taka myśl natychmiast zaświtała w głowie każdego  członka  rady. 
Szybko nawiązali łączność z zarządem portu Fowler i nakazali przygotować do lotu  „jacht”  rady - 
ciężki krążownik z dodatkowym uzbrojeniem - plus dwa eskortowce. Start w  każdej chwili.
- Po co? - Jedynie Malperin miała wątpliwości. - I tak nie ma dokąd uciekać.
- Bzdury! Zawsze jest jakaś furtka!
- Gdyby nawet jej nie było - dodała druga Kraa - to nie zamierzam czekać tutaj,  aż nas  załatwią!
I wyszły.
Lovett chciał nalać sobie drinka, ale odstawił pustą szklankę. Usiadł, spojrzał  na Malperin. 
Znów zapadła cisza.
Pierwsza flotylla myśliwców zaatakowała lądowisko Soward. Podobnie działo się  nad  pozostałymi 
portami   kosmicznymi   Świata   Centralnego.   Oficer   uzbrojenia   zameldował   obecność   trzech 
jednostek z aktywnym napędem.  Najpewniej  szykowały się do startu.
- Uwaga... Klucz F... cele wskazane i podświetlone... salwą Goblinów... ognia!
Uzbrojone   w   konwencjonalne   głowice   pociski   średniego   zasięgu   skierowały   się     prosto   na 
nieruchome jeszcze statki sióstr Kraa. Trzy eksplozje zlały się w jedną kulę  ognia.
Mahoney pchnął naprzód główne siły floty.
Sten prowadził pierwszy zespół ciężkich jednostek. Krążowniki i niszczyciele  zawisły nad  Fowler 
i   Soward.   Tworzące   rdzeń   ugrupowania   trzy   pancerniki   podeszły   do     lądowania.   Wracam   w 
zupełnie   innym   stylu,   niż   odlatywałem,   pomyślał   Sten.   Po   chwili   przyziemiać     zaczęły   też 
desantowce. Sypnęło uzbrojonymi po zęby oddziałami zmotoryzowanymi. Kilgour rzucił Stenowi 
wyposażenie bojowe, ten dopiął jeszcze pas z bronią  boczną i kukri. Miał osobiście poprowadzić 
atak   na   bunkier   rady.   Wieczny   Imperator   wyraził   się     nader     jasno:   chciał   dostać   obie   Kraa, 

background image

Malperin   i   Lovetta   żywych.   Jeśli   to   możliwe,     oczywiście.   Dodał     jeszcze,   że   szkoda   byłoby 
zmarnować robotę wykonaną przez Trybunał Stena.
- Admirale - powiedział ktoś z załogi, wskazując na ekran.
Na lądowisko wjechało pięć uzbrojonych ślizgaczy. Były odległe jeszcze o jakieś  trzy  kilometry, 
ale dawało się dostrzec, że cztery to typowe pościgowce, czwarty zaś  to wóz  dowodzenia.
- Chyba kogoś wypłoszyliśmy - mruknął Kilgour, domyślając się pierwotnego celu  minikonwoju. 
Spojrzał na płonące wraki.
Zanim Sten zdążył wydać rozkazy; gdzieś z góry spłynął z rykiem myśliwiec i  zasypał pole  przed 
konwojem  ładunkami  niewielkiej   mocy.  Dwa ślizgacze  zaraz   rozbiły się  na   lejach,  trzeciemu 
wysiadł napęd. Pojazd zanurkował nosem w najbliższy krater. Zostały dwa. Oba zawróciły o sto 
osiemdziesiąt stopni i popędziły, skąd   przybyły. Ale wyjazd został już zablokowany. Nie przez 
oddziały imperialne, ale przez  wrzeszczący,  wściekły tłum. Częściowo tylko uzbrojony, złożony z 
ludzi   i   z   obcych.   Ślizgacze   wystrzeliły   w   ścianę   ciał.   Na   miejsce   poległych   napłynęli   zaraz 
następni. Ostatni pościgowiec zwolnił nagle i stanął. Ktoś z tłumu pewnie ukradł lub po   prostu 
znalazł poczciwy granatnik przeciwpancerny. Starczył jeden celny strzał. Pojazd dowodzenia znów 
skręcił. Tym razem w kierunku imperialnych statków. Ale do nich nie dotarł.
Sten ujrzał, jak prymitywny, robiony domowym sposobem ładunek zapalający ląduje   na   dachu 
pojazdu. Płomienie rychło sięgnęły przedziału silnikowego. Ślizgacz  zadrżał i stanął. Opadła  tylna 
rampa... Stenowi zdało się, że ze środka wybiegły dwie istoty. Jedna chorobliwie gruba,   druga 
chuda  jak kościotrup odziany w coś na kształt obszernego namiotu. Ręce miały  podniesione i coś 
krzyczały. Chwilę później obie postacie ogarnął tłum.
Sten odwrócił oczy od ekranu.
-   Muszę   nagrywać   -   mruknął   Kilgour.   -   Potem   ktoś   obejrzy   to   klatka   po   klatce   w     celu 
identyfikacji. Bo wiele do autopsji to chyba nie zostanie.
Sten przytaknął. Wzrok wciąż wbijał w przyrządy.
- Ruszamy, panie Kilgour. Jeszcze trochę, a sąd nie będzie miał kogo sądzić.
Przydzielone   do   operacji   imperialne   oddziały   nie   były   ani   gorsze,   ani   lepsze,     niż   wynosiła 
przeciętna ostatnich lat. Ale to bez znaczenia. Uznawszy lichy poziom   podwładnych, Sten i tak 
pchnął do awangardy swoich najemników. Przewidywał, że będą musieli wywalczać sobie drogę 
przez ulice Fowler, jednak do  niczego  takiego nie doszło. Pierwsza fala zamieszek przetoczyła się 
już przez miasto,  spragnieni zemsty  ukoili swoje żądze. Wszędzie wkoło widać było przewrócone 
lub płonące wraki  pojazdów,  zaimprowizowane barykady. I trupy, tylko niektóre w mundurach. 
Budynki i sklepy  stały wypalone  lub wciąż jasne od ognia. Trzykrotnie napotkali ciała zwisające z 
latarń. Żadna   żywa dusza nie   stawiała oporu żołnierzom. Co dziwniejsze, pojawiły się zaczątki 
ładu. Cywile kierujący ruchem (którego   prawie nie   było), patrole na chodnikach. Sierżant ze 
ślizgacza Stena wytknął głowę przez właz i krzykiem spytał  najbliższy patrol,  skąd się tu uległ.
- Z Sekty Imperatora, sir. Oczyszczamy drogę, sir.
Sten podrapał się po głowie. Dotąd sądził, że sekciarze nie uznają przemocy.   Może zresztą   ten 
posiniaczony osobnik na czworakach między trzema rosłymi matronami potknął  się jedynie i  spadł 
ze schodów. Sten usłyszał odgłosy wystrzałów. Czołówka jego kolumny podeszła pod siedzibę 
rady. Przed sobą ujrzał ciała w oliwkowo-brunatnych mundurach imperium oraz rozbite  ślizgacze. 
Wysiadł i zaraz natknął się na bladą jak ściana, wściekłą panią  kapitan - młodą  dziewczynę, która 
pierwszy   raz   prowadziła   swój   oddział   do   walki.   Właśnie   musiała     oglądać   śmierć     długo   i   z 
oddaniem szkolonych przez siebie ludzi. Nie płakała ani nie klęła, tylko czym prędzej zameldowała 
o sytuacji. Straż  strzegła  budynku od wewnątrz. Za workami z piaskiem kryły się cztery wyrzutnie 
przeciwpancerne.     Snajperzy   w   oknach   i   zakamarkach,   broń   automatyczna   w   zasadzkach. 
Zignorowali  wszystkie  rozkazy, aby się poddać. Sten podziękował i wziął sprawy w swoje ręce. 
Kazał pani kapitan wycofać  podkomendnych i zapewnić osłonę tyłów. Nikt nie ma prawa ujść z 
rejonu ani, co  ważniejsze,  podejść bliżej. Przede wszystkim trzeba uważać na żądne linczu tłumy. 
Kapitan   patrzyła   z   podziwem,   jak   Sten   i   Kilgour   rozstawiają   swoje   oddziały     złożone   z 
najemników i Bhorów. W sumie łatwa sprawa, pomyślał Sten, pod warunkiem że robi  się to po raz 

background image

pięćsetny. Po latach człowiek zyskuje odporność, szok wywołany nagłą śmiercią  przyjaciół staje 
się reakcją opóźnioną.
Ściągnął   kompanię   ciężkich   czołgów   i   wykorzystał   je   do   przebicia   przejść   w     barykadach   i 
ścianach pobliskich budynków. Otoczył siedzibę rady stanowiskami ogniowymi.  Ustawiono ciężką 
broń, po czym zaczęto eliminować najpierw snajperów, potem obsługę broni  maszynowej.
- Są jeszcze wyrzutnie - przypomniał Kilgour. - Ale na nie też mam lekarstwo.
Rozmieścił na skrzydłach własnych snajperów - najlepszych jakich miał. Gdy Sten rozkazał pchnąć 
naprzód ślizgacze, wyczuł, że Sind przysunęła się   bliżej. Kątem   oka dostrzegł, iż dziewczyna 
lustruje teren w poszukiwaniu ewentualnego źródła  zagrożenia. 
Zagrożenia dla Stena.
Obsady wyrzutni wychyliły się, aby wycelować, i zostały zastrzelone. Z trzewi  budynku  wybiegły 
jakieś   postacie,   żeby   zastąpić   martwych   współtowarzyszy.   Nie   dało   się     poznać,   czy   byli     to 
żołnierze z armii członków rady, cywile, funkcjonariusze tajnej policji czy   zwykli ochroniarze. 
Zagdakały   salwy.   Nowe   obsady   nie   zdążyły   dotrzeć   na   miejsce.   Przy   trzeciej     próbie   zaczęło 
wyraźnie brakować ochotników.
- Panie Kilgour?
Alex wydał nowe rozkazy, a Sten zagonił swój zebrany naprędce oddział szturmowy  do  przedziału 
desantowego opancerzonego transportowca.
- Nie zważaj na przepisy drogowe - rozkazał kierowcy Alex. - I wal z wszystkich  luf.  Ruszamy!
Wieżyczki   pojazdu   plunęły   ogniem,   gąsienice   zmiażdżyły   porzucone   wyrzutnie.   Po     chwili 
masywny trak staranował główne wejście i wpadł do obszernego atrium. Rampa opadła z hukiem. 
Zaraz   za   Stenem   wybiegła   reszta   „ekipy   do   spraw     aresztowań”.     Admirał   ujrzał   zielonkawe 
fontanny   i   szczątki   jakiegoś   wysokiego,   uschniętego     już   drzewa.   To   na     nim   właśnie 
transportowiec wyhamował swój pęd. Przy okazji obalił martwy pień. Sten zerknął na miniaturowy 
mapnik. 
Wejście   do   bunkra...   tam.   Wolniej,   do   cholery!   Nie   chcę,   żeby   ktoś   ginął   mi   w     ostatnim 
momencie! Dobra rada, pomyślał zaraz. Też mógłbyś  się do niej zastosować. Co za pożytek z 
admirała     poległego   pod   koniec   tej...   wojny?   Rewolty?   Tego   powstania?   Cokolwiek   to   było, 
zasłużyło na  nieco więcej niż przypis w encyklopedii. 
Schodzili coraz niżej, aż do samych fundamentów. Sind i Alex trzymali się blisko  Stena,  gdy ten 
przemykał od węgła do węgła niczym nader ostrożny wąż.
Bez potrzeby. Nikt nie próbował powstrzymywać trójki intruzów.
Malperin i Lovetta znaleźli w pokoju konferencyjnym. Siedzieli bez ruchu i  zdawało się, że  nie 
słyszą rozkazów Stena.
Sind przyjrzała się tej dwójce. Oto nędznicy, którzy jeszcze niedawno władali  jej życiem. 
Sten rozpoznał w oczach dziewczyny cień współczucia.
Kilgour powtórzył rozkazy Stena.
W końcu dotarło. Wstali. Po wnikliwym przeszukaniu, bez protestów dali się  wyprowadzić. Sten 
odniósł wrażenie, że czują niemal ulgę, że to już po wszystkim... Zastanowił się, czy wytrwają w tej 
apatii aż do rozpoczęcia procesu.

Rozdział 36

- Siadaj, Sten - powiedział Wieczny Imperator. - Ale najpierw nalej dwie porcje.
Doświadczenie podpowiedziało  Stenowi, że zaproszenie  do picia jest równoważne z   komendą 
„spocznij”, jednak w tych okolicznościach zaiste trudno było spocząć.  Wiele lat minęło  od chwili, 
gdy   wychylił   z   szefem   ostatnią   szklankę   stregga.   Na   dodatek   wtedy     sądził,   że     przydomek 
„Wieczny” jest tylko tytularny. A w ogóle rzadko o tym myślał. Sten zauważył, że imperator wziął 
raczej skromny łyk trunku, więc poszedł w jego  ślady.
- Dziękuję ci za wszystko  - zaczął  władca. - Chociaż  słowa to za mało.    Przynajmniej  ja tak 
uważam.

background image

Sten zastanowił się, co jest grane. Mimo swobodnej postawy, imperator zagajał  nader  oficjalnie. 
Takie zachowanie wróżyło jakąś niespodziankę. Sten miał tylko  nadzieję, że nie będzie  się ona 
zbytnio wiązać z jego osobą. Ujrzał, że władca marszczy czoło i spogląda   na ledwo   napoczęty 
drink. Po chwili marsowa mina zniknęła, podobnie jak i zawartość   szkła. Imperator   podsunął 
podajnik po nową porcję. Sten wypił swoje i wypełnił obowiązek. Poczuł,  jak ciepło  rozpływa mu 
się   po  wnętrznościach,   ale   odprężenie   nie   przyszło.  Najbardziej   ze  wszystkiego  chciał   zapytać 
imperatora, jak on to zrobił? Gdzie  był przez te  długie lata? Co poczynał? I jak, do diabła, ocalał? 
Chociaż lepiej nie pytać.  Imperator zawsze  zazdrośnie strzegł swoich tajemnic.
- Ostatnim razem, gdy się widzieliśmy, robiłem co w mojej mocy, aby cię  awansować -  powiedział 
władca. - Odrzuciłeś propozycję. Mam nadzieję, że rezygnowanie z   promocji nie   weszło ci w 
nałóg.
Oho, zaczyna się. Sten zebrał się w sobie.
- Co powiesz na posadę szefa Korpusu Merkurego? - spytał imperator. - Podniosę  etatowy  stopień 
dowódcy i dam ci drugą gwiazdkę. Może być, admirale?
- Admirale w stanie spoczynku, sir - wykrztusił Sten. Musiał działać szybko. -  Nie chcę  wyjść na 
niewdzięcznika, ale nie, dziękuję. Proszę.
Imperator znów zmarszczył czoło. Po czym nieco się rozchmurzył.
- Czemu? - spytał tonem nakazującym udzielenie szybkiej odpowiedzi.
- Całe życie uprawiałem żołnierkę. Działałem w służbie publicznej, można  powiedzieć.  Spotkała 
mnie za to nagroda większa, niż śmiałem marzyć. Byłem nikim. Śmieciem z   Vulkana.   Teraz 
jestem admirałem. A pan chce dodać mi jeszcze drugą gwiazdkę. Dziękuję,   sir, ale nie. Muszę 
zacząć   własne   życie.   Znaleźć   sobie   jakieś   miejsce   między   cywilami.     Wcześniej     sobie   nie 
poradziłem, nadal nie czuję się w pełni na siłach, ale obecnie pragnę  właśnie tego. Czas  na zwykłe, 
ludzkie sprawy.
Sten pomyślał  o Lisie Haines  i o tym,  jak miłe życie  by go czekało, gdyby   okoliczności nie 
zrządziły  inaczej.  Cały czas  mówił  z  oczami  opuszczonymi,  dopiero  teraz  spojrzał    wprost na 
Wiecznego Imperatora. W jego źrenicach czaił się gniew.
- Nie jestem dobry w wyjaśnianiu, sir - dodał. - Wiem, że wszystko plączę. Ale  komuś  takiemu jak 
ja nie przychodzi to łatwo.
I zamilkł. Imperator sam powie, co o tym myśli. Po chwili władca zmienił wyraz  twarzy,  wypił 
połowę drinka i położył nogi na biurku.
- Rozumiem - stwierdził. - Żądam od ciebie ofiary. Kolejnej wielkiej ofiary. Ale  nie wiem,  czy 
pojmujesz obecną sytuację.
Dokończył trunek ze szklaneczki, pochylił się, zahaczył butlę palcem i nalał. 
Wypili. Znów  nalał.
- Spójrz tylko na ten bajzel, w którym tkwimy - ciągnął imperator. - Miliony  głodują. Nie  mają 
pracy. Niemal wszystkie rządy są bliskie upadku. Samo dostarczenie  stosownych ilości AM2  we 
właściwe miejsca będzie koszmarem. A to dopiero początek, reszta jest jeszcze  trudniejsza. I  jak 
ze wszystkim dać sobie radę bez pomocy?
Sten potrząsnął głową. Nie znał odpowiedzi.
- To skąd to zdziwienie, gdy proszę kogoś takiego jak ty, z wieloletni stażem w  służbie  publicznej, 
jak   sam   powiedziałeś,   aby   został   teraz   ze   mną?   Gdzie   indziej   znajdę     kogoś   o   podobnym 
doświadczeniu?
- Tak jest, sir - zameldował Sten. - Rozumiem, ale...
- Żadnych „ale”, młody Stenie. Pomyśl. Nie proszę dla siebie, lecz w imieniu  twojego  imperium. 
Jak możesz odmówić? No jak możesz spojrzeć mi w oczy i odmówić pomocy? Ale nie odpowiadaj 
od razu. Zapomnij o Korpusie Merkurego Mam lepszy pomysł.   Zrobię   cię moim specjalnym 
pełnomocnikiem Z uprawnieniami dość szerokimi, byś mógł  zażegnać  dowolny problem. Będziesz 
pomagał mi w negocjacjach z głowami rządów, w   sytuacjach   kryzysowych czy wymagających 
zakulisowych działań. Twoje pierwsze zadanie: wynagrodzenie Bhorów. Chciałbym zrobić dla nich 
coś  szczególnego, jako dla najbardziej lojalnych poddanych. To ty ich znalazłeś, jak  pamiętam.
- Tak jest, sir.

background image

-   Właśnie.   Szykuj   wielką   celebrę   w   Gromadzie   Wilka.   Dla   uczczenia   mojego   powrotu     i 
zwycięstwa nad tymi, którzy ogłosili się moimi wrogami. Chcę, byś mnie   reprezentował. Nikt 
lepszy nie przychodzi mi do głowy. Możesz?
- Nie, sir - mruknął Sten, wiedząc już, że przepadł.
Wieczny Imperator miał rację. Nie można odmówić komuś takiemu jak on. Ani  uniknąć  tego, co 
nieuniknione. Czczenie zwycięstwa zaczęto zaraz po starcie. Impreza przeciągnęła się aż do  końca 
podróży do Gromady Wilka.
Sind pilnie obserwowała Stena. Przyłączał się do wszystkich toastów, pił jak   zwykle, ale   jego 
oblicze   przypominało   maskę.   Dziewczyna   znała   go   teraz   trochę   lepiej   i     czuła,   że   to   wynik 
głębokiego zamyślenia. Ale o czym duma bohater, tego nie wiedziała.
Raz   w   trakcie   toastu   zawahał   się   i   spojrzał   przeciągle   na   portret   Wiecznego     Imperatora 
zawieszony   na   ścianie.   Potem   potrząsnął   głową   i   odstawił   szkło.   Chwilę   później     śmiał   się   i 
żartował z przyjaciółmi.
Ale Sind na długo zapamiętała to jedno spojrzenie i wciąż myślała, co takiego  może gnębić  Stena.

Rozdział 37

Malperin i Lovett siedzieli w areszcie na pokładzie osobistego jachtu   imperatora,   Normandie. 
Wnętrze  było  całkiem  wygodnie  urządzone, jednak drzwi zamknięto    solidnie,  a na   zewnątrz 
czuwali strażnicy. Usunięto wszystko, co chociaż potencjalnie mogłoby  posłużyć za broń,  czujniki 
zaś rejestrowały każdy oddech więźniów. Mgła, która ogarniała ich umysły w czasie aresztowania, 
już  się  rozproszyła.   Powiedziano   im,  że   zostaną   osądzeni.  Proces  zostanie  przeprowadzony  na 
Newtonie.   Będą   mogli skorzystać z usług najlepszych adwokatów imperium. Będą mieli dość 
czasu,  aby  przygotować linię obrony. Z wolna zaczęli rozważać własne perspektywy. Pamiętając o 
podsłuchu, nie mówili   niczego   wprost. Na dodatek szeptali, chociaż zupełnie niepotrzebnie, bo 
nawet   najcichszy     odgłos   nie   miał     szans   na   ujście   mikrofonom.   Niegdyś   było   ich   sześcioro. 
Zamierzali   sięgnąć   po   najwyższą   realnie   istniejącą     władzę.   I     przez   chwilę   faktycznie   ją 
sprawowali.   Teraz...   mniejsza   o   zgasłych,   mniejsza   o   to   więzienie.   Życie   jest   dla   żywych, 
powiedziała 
Malperin. Lovett nawet uśmiechnął się mdławo.
Ktoś zastukał od zewnątrz. Drzwi się otworzyły.
Do środka wszedł jakiś mężczyzna. Niewysoki, średniej budowy ciała, wyraźnie  utrzymanego w 
dobrej kondycji. Nosił kosztowne cywilne ubranie. Nie był ani  brzydki, ani  przystojny.
- Szanowni państwo - powiedział łagodnie. - Zgodnie z przydzielonym mi zadaniem  mam  chronić 
was i opiekować się wami w drodze przed Trybunał. Nazywam się Venloe.
Mahoney wpadł jak burza do prywatnego gabinetu Wiecznego Imperatora. Klął na   czym   świat 
stoi. W roztrzęsionej dłoni trzymał mikrodyskietkę.
- Ian, co się stało?
- Jakiś gówniarz zabawił się w boga na Normandie. Więźniowie uciekli z celi.  Znaleźli  drogę do 
łodzi ratunkowej, chcieli wsiąść... Oficer bezpieczeństwa próbował  interweniować, ale  ostatecznie 
musiał zastrzelić ich przy próbie ucieczki. Chryste! Drań nie   potrudził się nawet, by   poszukać 
lepszej wymówki. No i poszło! Sten załatwi tego kretyna, chociaż  najpierw będę musiał  go chyba 
znokautować. Jezus, Maria! Ukrzyżuję drania! Flaki mu wypruję... -  urwał, zadyszany. -  Wciąż nie 
mogę uwierzyć, że do tego doszło. Cholera!
Imperator   wziął   dyskietkę   i   wsunął   ją   do   czytnika.   Przejrzał   wiadomość     zakodowaną   w 
standardowym szyfrze dowodzenia.
- Niedobrze, Ian - mruknął. - Całkiem źle.
- Sam o tym dobrze wiem - odparł opanowany już nieco Mahoney.  - Pan jest tu   szefem. Do 
jakiego szczebla mam szukać, a potem karać winnych.
Imperator zamyślił się przelotnie.
- Wcale. Co się stało, to się stało. Wymyślę coś dla tego ambitnego strzelca.  Ale na tym  koniec. 
Nie wszczynać żadnego śledztwa, Mahoney. To rozkaz. - Zamilkł na chwilę.   - Zatem   proces o 

background image

zbrodnie wojenne przeszedł nam koło nosa. Ale chyba nie ma czego   żałować. Za wiele   gówna 
zostało do uprzątnięcia po radzie, by ktoś interesował się losem Malperin  i Lovetta.
- To znaczy, że ta dwójka po prostu... zniknęła? - spytał z niedowierzaniem  Mahoney.
- Coś w tym guście. Jak powiedziałem, co się stało, już się nie odstanie. Nalej  mi drinka,  Ian. Jak 
mawiają ci kudłaci przyjaciele Stena, wypijemy za ich dusze, aby rychło  do piekła trafiły.
Ian  spojrzał na  imperatora,  potem wstał  i podszedł do stołu,  gdzie  czekała  już   karafka pełna 
stregga.
Wieczny Imperator obrócił fotel i spojrzał przez okno na ruiny swego pałacu,  Arundel. 
Zaczęto już odbudowę.
Mahoney nie widział twarzy władcy, ale Wieczny Imperator się uśmiechał.