background image

Allan Cole & Chris Bunch

        

Flota Przeklętych

czwarty tom cyklu Sten

        

Przekład Radosław Januszewski

        

Data wydania polskiego 1997

   

     

Dla oskarżonych współspiskowców:

        Owena Locka, Shelly Shapiro i Russa Galena

    

    

background image

Księga pierwsza

       
W BITEWNYM SZYKU
        
Rozdział pierwszy
        
        Krążownik Tahnów okrążył umierające słońce. Kurs został już ustalony. W ciągu kilku godzin 
okręt miał osiąść na szaro-białej powierzchni Fundy,  czyli  na największym  ciele niebieskim w 
Systemie Erebusa.
         Prawdopodobnie żadna istota nie chciałaby się wybrać do Erebusa z własnej woli. Niemal 
wygasłe słońce rzucało słabe, bladożółte światło na kilka pokiereszowanych kraterami satelitów. 
Zasoby mineralne tych ogołoconych planetek nie wystarczyłyby na utrzymanie jednego górnika. W 
Erebusie można było marzyć tylko o rychłej śmierci.
         Lady Atago z niecierpliwością przysłuchiwała się prowadzonym przez radio pogaduszkom 
między   załogą   jej   statku   a   głównym   centrum   komunikacyjnym   na   Fundy.   Niedbałe   i   rozlazłe 
wypowiedzi osób z tamtej strony ostro kontrastowały z wartkim potokiem uporządkowanych słów 
płynącym z ust jej ludzi. Ten wyraźny dysonans drażnił Tahnijkę.
        Fundy zbyt długo pozostawała bez nadzoru.
         Lady Atago była wysoką kobietą. Górowała wzrostem nad wieloma swoimi oficerami. Na 
pierwszy rzut oka wydawała się egzotyczną pięknością. Miała drugie, faliste, ciemne włosy, wielkie 
czarne oczy i zmysłowe usta. Wyróżniała ją szczupła, niezwykle kształtna sylwetka. Atago świetnie 
wyglądała w uniformie, który teraz nosiła: ciemnozielony płaszcz, czerwona bluza mundurowa i 
zielone, obcisłe spodnie.
        Jednak podczas dokładniejszej obserwacji lady Atago, ulatniały się wszelkie myśli o pięknie, a 
po   plecach   przebiegał   zimny   dreszcz.   Stało   się   oko   w   oko   z   członkinią   tahnijskiej   rodziny 
królewskiej. Skinienie głowy tej damy decydowało o ludzkich losach, a większość decyzji budziła 
grozę.
        Gdy statek wszedł na orbitę, spojrzała na kapitana, który właśnie nadzorował działania załogi.
        - Już wkrótce, pani.
                -   Będzie   mi   potrzebna   jedna   kompania   -   powiedziała   i   odwróciła   wzrok,   pozwalając 
kapitanowi odejść. Myślała o tych niezdyscyplinowanych durniach oczekujących jej na Fundy.
        
         Wielki statek przysiadł na lodzie o jakieś pól kilometra od budynków portowych. Maszyny 
przestały pracować. Kadłub przysłoniła szara powłoka nawiewanego przez ostry wiatr deszczu ze 
śniegiem.
        Powierzchnia Fundy była pokryta głównie lodem i czarną skałą. To miejsce nie nadawało się 
do realizacji jakiegokolwiek przedsięwzięcia, a jednak miało spełnić niezwykle ważne zadanie.
               Tahnijczycy   przygotowywali  się  do wojny  przeciwko  Imperatorowi.   Odpowiednie   zaś 
wykorzystanie   Erebusa   stanowiło   podstawę   ich   planu.   W   wielkiej   tajemnicy   zmienili   planety 
dogasającego słońca w ogromną stocznię międzyplanetarnych okrętów wojennych.
         Erebus był tak odległy i odstręczający, że prawdopodobieństwo odkrycia przez Imperatora 
idących pełną parą zbrojeń było nieomal równe zeru. Dlatego wybrano ten system, aby budować, 
wyposażać, przezbrajać tysiące statków.
         Lady Atago widziała niektóre oznaki tych wysiłków, kiedy jej krążownik wszedł na orbitę 
Erebusa. Małe, silne holowniki ciągnęły długie na setki kilometrów eszelony pustych skorup. Z 
tego   budulca   powstaną   potężne   okręty   bojowe,   które   po   przetransportowaniu   na   ląd   zostaną 
uzbrojone. Na wszystkich planetach wzniesiono ogromne fabryki. Nocne niebo rozświetlała łuna 
bijąca od pieców hutniczych.
        Tahnijczycy ściągnęli na Erebus wszystkich robotników, których udało im się zmobilizować. 
Nie wzgardzili nawet tymi o niedostatecznych kwalifikacjach. Właśnie niska jakość siły roboczej 
stanowiła jeden z powodów skoncentrowania produkcji na planetach a nie w kosmosie. Praca w 
głębokiej   próżni   wymaga   fachowej   wiedzy,   a   przy   tak   wielkich   zbrojeniach   zgromadzenie 

background image

odpowiedniej liczby specjalistów nie było możliwe. Poza tym, umieszczenie fabryk w przestrzeni 
kosmicznej to niezwykle kosztowne przedsięwzięcie, w tahnijskim skarbcu pozostały już ostatnie 
miedziaki.
               Mieszkańcy Tahnu chcieli więc mieć możliwie dużo statków za najniższą cenę. Wszelkie 
awarie i nieszczęśliwe wypadki przy pracy, pozostawały problemem poszczególnych załóg.
        Ale Tahnijczycy należeli do rasy zajadłych wojowników.
        
               Lady Atago zatrzymała  się na chwilę przy rampie.  Kobietę otaczał  doborowy oddział 
uzbrojonych   po   zęby   żołnierzy.   Członkowie   straży   przybocznej   wyróżniali   się   nie   tylko 
doskonałymi umiejętnościami wojskowymi, ale także słusznym wzrostem. W ich otoczeniu lady 
Atago wydawała się niska. Przenikliwe zimno sprawiało, że żołnierze przestępowali z nogi na nogę, 
ale Atago nawet nie zapięła płaszcza termicznego.
        Z niechęcią patrzyła na odległe budynki portowej centrali. Dlaczego wylądowali tak daleko? 
Niekompetentni durnie.
         Lady Atago zaczęła z determinacją brnąć przez śnieg, oddział podążał za swą podopieczną. 
Skórzane pasy poskrzypywały,  a buty przebijały oblodzoną warstewkę na białej  pokrywie. Nie 
opodal przemykały z rykiem wielkie grawisanie. Ciągnęły ładunek części i zapasów. Na niektórych 
pojazdach siedzieli przycupnięci ludzie. Jechali do pracy albo wracali do domu po zmianie w jednej 
z fabryk dymiących i parskających ogniem na obrzeżach portu.
         Lady Atago nie odwracała głowy, żeby przyglądać się tym niezwykłym scenom. Po prostu 
kroczyła przed siebie, póki nie dotarła do budynków.
        Wartownik warknął coś z budki przed głównym wejściem. Zignorowała go i przeszła obok, a 
jej gwardia przyboczna  uniosła broń, żeby położyć  kres wszelkim wątpliwościom stojącego na 
straży   mężczyzny.   Stukali   głośno   obcasami,   idąc   wzdłuż   długiego   korytarza,   który   wiódł   do 
centrum administracyjnego. Gdy skręcili za róg, zobaczyli przysadzistego osobnika, który prawie 
biegł na ich spotkanie, w pędzie poprawiając admiralską tunikę. Lady Atago stanęła i z niesmakiem 
spojrzała na spoconą, zaczerwienioną twarz gospodarza.
        - Lady Atago - wybełkotał. - Przepraszam. Nie miałem pojęcia, że zjawi się pani tak szybko i...
        - Admirał Dien? - zapytała wchodząc mu w słowo.
        - Tak, o pani?
        - Będzie mi potrzebne pańskie biuro - stwierdziła i poszła dalej.
        Dien, potykając się, ruszył za dostojnym gościem.
        
        Lady Atago siedziała w milczeniu, przeglądając dane komputerowe. Dwaj strażnicy stali przy 
drzwiach z bronią gotową do strzału. Inni rozstawili się strategicznie w wielkim biurze admirała.
         Kiedy weszła do gabinetu, rozejrzała się błyskawicznie. Lekkim grymasem wyraziła to, co 
pomyślała: bardzo tu nie po tahnijsku.
        Wczytywała się w raporty, a z ust Diena płynął potok usprawiedliwień.
        - O, tutaj... tutaj... widzi pani. Burza. Straciliśmy dzienną produkcję. A te dane! Musieliśmy 
wyrąbać   materiałami   wybuchowymi   nowe   lądowiska   dla   frachtowców.   Plany   były   napięte   do 
granic, o pani. Niebo aż czerniało od statków. A my nie mieliśmy wystarczającej ilości...
        Przerwał nagłe, gdy wyłączyła komputer i zniknął obraz. Przez długą chwilę wpatrywała się w 
przestrzeń. Wreszcie wstała, odwróciła się do admirała i rzekła:
                -   Admirale   Dien,   w   imieniu   lorda   Fehrle   i   Wysokiej   Rady   Tahnów,   odbieram   panu 
dowództwo.
               Twarz Diena nagle zbielała tak bardzo, że lekarz na ten widok z pewnością wpadłby w 
przerażenie. Atago poszła do wyjścia. Przed nią ruszył jeden z żołnierzy.
        - Pani, zaczekaj, proszę - wystękał Dien. 
        Zrobiła pół obrotu i lekko uniosła piękną brew. 
        - Tak?
        - Czy pozwolisz mi przynajmniej... Hm, czy mogę zachować broń boczną?
        Zastanawiała się przez moment.

background image

        - Chodzi o honor?
        - Tak, pani.
        Znów minęła dłuższa chwila.
        - Nie - powiedziała wreszcie. - Nie zezwala panu na zatrzymanie broni.
        Lady Atago wyszła. Drzwi zamknęły się za nią cicho.
        
Rozdział drugi
        
               Sten i Lisa Haines  brnęli przez dziki tłum wypełniający port kosmiczny.  W głównym 
terminalu  Starego   Świata  zawsze   był   przepełniony.  Jednak   obecnie   panujący  ścisk  przechodził 
wszelkie pojecie - istoty przepychały się, stały jedna przy drugiej, ramię w ramię, macka w mackę, 
czułek w czułek.
        Sten wraz z Lisa, coraz bardziej zdziwieni i zaniepokojeni, torowali sobie drogę do wynajętego 
grawichodu.
        - Co się dzieje, do diabła? - zapytał Sten, nie oczekując, że ktoś mu odpowie.
        - Nie wiem, ale jeśli szybko się stąd nie wydostaniemy, to zwymiotuję - stwierdziła Lisa.
        - Daj mi odsapnąć - powiedział Sten. - Detektywi do spraw zabójstw nie wymiotują. To jeden 
z wymogów tego zawodu.
        - Popatrz więc na mnie - odparła Lisa.
        Sten złapał ją za ramię i przeprowadził obok potykającego się żołnierza.
        - Od czasów rekruckich nie widziałem tylu mundurów naraz - powiedział Sten.
        Wślizgnęli się do grawichodu. Sten poprosił lokalne centrum kontroli lotów o pozwolenie na 
start.   Niestety,   kazano   im   zaczekać   co   najmniej   czterdzieści   minut.   Potem   jeszcze   parokrotnie 
wstrzymywano   ich   na   płycie   terminala,   tłumacząc,   że   wszystkie   trasy   są   zablokowane   przez 
wojsko. Wreszcie po półtorej godziny mogli ruszyć.
         Po drodze do mieszkania Lisy wcale nie było luźniej. Mało nie utknęli w trójwymiarowym 
korku. Jechali w milczeniu, dopóki nie wyrwali się na przedmieścia. Skierowali pojazd w stronę 
ogromnego lasu, gdzie pośród konarów tkwiła przycumowana łódź mieszkalna Lisy.
        - Czy zawsze tak było? - zapytała Lisa. - A może ja po prostu się do tego przyzwyczaiłam?
         Komandor Sten, eks-gwardzista pałacowy Wiecznego Imperatora nie odpowiedział. Widok 
licznych grup żołnierzy oraz setek wojskowych pojazdów i konwojów, które mijali czynił sprawę 
całkiem oczywistą.
        Wszystko wyglądało niemal tak, jakby Centralny Świat szykował inwazję. Sten wiedział, że to 
niemożliwe.   Ale   Imperator   najwyraźniej   mobilizował   siły   do   jakiegoś   wielkiego   militarnego 
przedsięwzięcia. Tak czy inaczej, Sten nie miał wątpliwości, że znów będzie musiał ryzykować 
odstrzelenie swojego tyłka.
         - Nie chcę nawet o tym myśleć... na razie - powiedział. - Pozostało nam jeszcze kilka dni 
urlopu. Wykorzystajmy je zatem.
        Haines przytuliła się do Stena i zaczęła delikatnie głaskać wewnętrzną stronę jego uda. Zanim 
dotarli   do   mieszkalnej   łodzi   Lisy,   powróciło   poczucie   wszechogarniającego   spokoju,   które 
towarzyszyło im w ostatnich miesiącach.
                Łódź   kołysała   się   leniwie   na   linach   cumowniczych   ponad   rozłożystymi   konarami. 
Rozciągający się dookoła pierwotny las był jednym z tych dzikich zakątków, które Imperator objął 
ochroną. Jako że stołeczna planeta ogromnego cesarstwa była przeludniona, a czynsze i ceny ziemi 
przyprawiały o zawrót głowy, ludzie wynajdowali rozmaite wymyślne sposoby, żeby znaleźć dla 
siebie jakieś niedrogie mieszkanie.
         Wysokość zarobków w policji pozostawiała wiele do życzenia, dlatego Lisa wraz z innymi 
musiała wykorzystać lukę w ustawie o ochronie przyrody. Otóż prawo zabraniało budować w lesie, 
ale nic nie mówiło o zagospodarowywaniu przestrzeni ponad gruntem.
         Toteż właściciel ziemski wynajął nienadający się do zasiedlenia teren, a wszystkich, którzy 
mogli pozwolić sobie na płacenie ustalonego czynszu, zaopatrzył w wielkie łodzie mieszkalne z 
napędem McLeana. Cena była wyśrubowana, ale Lisa jeszcze mogła ją zaakceptować.

background image

        Zacumowali przy burcie i przeszli na pokład. Drzwi rozsunęły się, gdy Lisa przycisnęła kciuk 
do płytki zamka. Zanim przestąpiła próg, starannie rozejrzała się po wnętrzu - był to gliniarski 
nawyk, którego nie można się pozbyć przez całe życie. Sten reagował podobnie. Lata służby w 
Modliszce   zrobiły   swoje.  Sten   zawsze   najpierw   upewniał   się,  że   wszystko   jest   w   porządku,   a 
dopiero potem wkraczał do pokoju.
         Kilka minut później leżeli rozciągnięci na tapczanie. Przez szeroko otwarte okna napływało 
świeże powietrze.
         Sten popijał piwo, mając nadzieję, że smak trunku przyćmi nieco uczucie smutku. Był już 
kiedyś zakochany, więc wiedział, co ów nastrój oznacza. Od wielu lat nie zdarzyło mu się tak długo 
przebywać z jedną kobietą i to wyłącznie w celach towarzyskich.
        Lisa ścisnęła go za rękę.
        - Szkoda, że to już prawie koniec - powiedziała cicho. 
        Sten odwrócił się do niej.
        - Ale jeszcze się nie skończyło. - Przyciągnął ją do siebie.
        
               Wszyscy przyznawali, że Sten i Lisa świetnie poradzili sobie z udaremnieniem spisku 
skierowanego przeciwko Imperatorowi. Nie była  to perfekcyjna robota, ale nie można przecież 
wymagać zbyt wiele.
               Oboje zostali awansowani i nagrodzeni kilkumiesięcznymi urlopami. Dzięki Idzie, starej 
kumpelce Stena z Modliszki, pieniędzy mieli dość, by sobie pohulać.
        Kupili zatem bilety na odległą planetę składającą się głównie z ogromnego oceanu oraz tysięcy 
idyllicznych wysepek. Wynajęli amfibię i spędzali jeden rozkoszny tydzień za drugim, skacząc z 
wyspy   na   wyspę,   albo   po   prostu   dryfując   po   spokojnych   morzach,   opalając   się   i   rozkoszując 
własnym towarzystwem.
        Przez te miesiące celowo unikali wszelkich kontaktów ze światem. Chcieli uspokoić zszargane 
nerwy.
        Sten nie bardzo wiedział, jak będzie wyglądała jego najbliższa przyszłość. Imperator nie tylko 
awansował, ale też bardzo doradzał rezygnację ze służby w armii i przeniesienie się do imperialnej 
marynarki wojennej. Rada Jego Wysokości była równoznaczna z rozkazem.
        Gdy Sten myślał o tym, co wkrótce nastąpi, ogarniało go uczucie trwogi a zarazem lekkiego 
podniecenia. Zaciągnięcie się do marynarki wojennej, nawet w stopniu starszego oficera, oznaczało 
rozpoczęcie wszystkiego od początku. Czekał go kurs w szkole lotniczej. Sten zastanawiał się, czy 
mógłby powrócić do swego dawnego zajęcia, gdyby zrezygnował z rang. Miał nawet ochotę znów 
stać się nic nieznaczącym szeregowcem.
        
        Sten budził się powoli. Gdy obrócił się na bok, stwierdził, że jest w łóżku sam. Lisa siedziała 
po drugiej stronie wielkiego pokoju i przekopywała pliki komputera, szukając poczty i telefonów.
         - Rachunek, rachunek... - mruczała. - List, składki na związek policjantów, list... Cholera! 
Dajcie mi spokój, chłopcy, byłam na wakacjach.
        - Coś dla mnie? - zapytał leniwie Sten. Nie miał stałego miejsca zamieszkania, więc zawsze 
wskazywał tymczasowy adres, pod który należało przesyłać informacje.
        - Tak. Jest do ciebie około pięćdziesięciu telefonów. Wszystkie od tego samego faceta.
        Sten usiadł. Ogarnęło go jakieś nieprzyjemne uczucie.
        - Co za jeden?
        - Kapitan Hanks.
               Sten podszedł i pochylił się nad jej ramieniem. Nacisnął klawisze, żeby otworzyć plik. 
Telefony, jeden za drugim, od kapitana Hanksa. Lisa niewiele przesadziła, komputer zarejestrował 
prawie pięćdziesiąt nagrań.
               Sten lekko uderzył w klawisz, żeby uzyskać informacje przesłane przez Hanksa. Usłyszał 
ostry, skowyczący ton, który najpierw sygnalizował, że sprawa jest pilna, potem zaś obwieszczał 
alarm co najmniej dziesiątego stopnia. Stena pilnie poszukiwano. Dostał rozkaz przerwania urlopu i 
stawienia się w Imperialnej Szkole Lotniczej.

background image

        - Drakh - zaklął Sten.
               Odszedł od komputera i zapatrzył się w zielony, rozkołysany las. W głowie miał zamęt. 
Poczuł, że Lisa stoi za nim. Łagodnie go objęła ramionami.
        - Zaraz się rozpłaczę - wyszeptała. - Śmieszne, nie myślałam, że kiedykolwiek to zrobię.
        - Więc po prostu zmruż oczy i nie myśl o niczym - powiedział Sten.
        Nie zameldował się natychmiast, jak mu polecono. Musiał się jeszcze pożegnać z Lisa.
        
Rozdział trzeci
        
        Wieczny Imperator miał wyrobione zdanie na temat pikników.
        Łagodny, kilkuminutowy kapuśniaczek, który skończył się na chwilę przed nadejściem gości, 
nasycił powietrze wilgocią.
        Deszczyk był zamówiony; dostarczono go co do minuty.
        Imperator uznał, że powiew rześkiego wietrzyku zaostrzy apetyty. W późniejszych godzinach 
dnia wiatr powinien stać się łagodniejszy, żeby uczestnicy pikniku mogli poszukać w cieniu drzew 
schronienia przed palącymi promieniami słońca.
        Delikatny, zmienny zefirek został zatem także zamówiony.
            Wieczny Imperator planował urządzić barbecue, które uważał za najlepszą formę pikniku. 
Każde danie miało być osobiście przygotowane przez gospodarza.
        Wieczny Imperator przyglądał się terenowi majówki w Arundel z rosnącym rozczarowaniem. 
Jednocześnie   dodawał   przyprawy   do   swojego   słynnego   sosu.   Pięćdziesięciu   kucharzy, 
obsługujących   pięćdziesiąt   przenośnych   rusztów,   dokładnie   powtarzało   ruchy   Jego   Wysokości, 
przyprawiając znamienite danie.
        Organizowane przez Imperatora barbecue stanowiło już wielowiekową tradycję. Początkowo 
było   to   wydarzenie   o   randze   półoficjalnej.   Władca   zaczął   je   urządzać,   bo   kochał   gotowanie   i 
uwielbiał patrzeć, jak inni zjadają to, co przygotował. Dawniej zapraszał tylko bliskich przyjaciół, 
jakieś dwieście osób, i obsługiwał gości, mając zaledwie kilku pomocników. Dzięki temu mógł 
dokładnie kontrolować przyrządzanie każdej potrawy i udoskonalać smak.
         Ówczesne przyjęcia były skromne, więc wszyscy zgromadzeni bez problemu mieścili się w 
niewielkim, ocienionym ogrodzie przylegającym do olbrzymiego pałacu.
        Potem Jego Wysokość zdał sobie sprawę z narastającej wśród dworzan zazdrości. Niektórzy 
byli zirytowani, że nie należą do kręgu bliskich Imperatora, choć w rzeczywistości takie grono w 
ogóle nie istniało. Tak czy inaczej władca poszerzył listę gości, co z kolei wywołało zazdrość w 
mieszkańcach   najdalszych   zakątków   imperium,   którzy   nie   zostali   zaproszeni.   Ostatecznie   lista 
rozrosła się do gigantycznych rozmiarów.
               Teraz Imperator oczekiwał co najmniej ośmiu tysięcy osób. Sam oczywiście nie zdołałby 
przygotować jedzenia w takiej ilości. Wszystko zatem zaczęło wymykać się spod kontroli. Istniało 
niebezpieczeństwo, że piknik stanie się jeszcze jednym wydarzeniem oficjalnym.
               Imperatora kusiło, aby położyć  kres tej piknikowej tradycji. Ale barbecue było jedną z 
nielicznych   okoliczności   towarzyskich,   które   naprawdę   lubił.   Nie   należał   do   ludzi   łatwo 
nawiązujących kontakty.
               Rozwiązanie kwestii dotyczących przyrządzania potraw okazało się proste: władca kazał 
zbudować kilkadziesiąt przenośnych rusztów i automatycznych kucharzy do ich obsługi. Roboty 
bezbłędnie powtarzały każdy ruch szefa. Dosypywały przyprawy z dokładnością co do molekuły. 
W końcu barbecue zyskało status imprezy oficjalnej, więc Imperator postanowił to wykorzystać. 
Zgodnie z formułą tego typu przyjęć mógł zapraszać tylko najważniejsze osobistości imperium, nie 
narażając się pozostałym mieszkańcom. Mahoney zaś uznał, że to dobry sposób, aby wyciągnąć 
prominentów za tyłki z krzaków.
        Imperator powąchał bulgoczący sos: Mniam... doskonały. Przed obróbką była to obrzydliwa 
breja, tak śmierdząca, że Marr i Senn - pałacowi dostawcy artykułów żywnościowych - odmawiali 
asystowania przy gotowaniu. Za każdym razem, kiedy władca rozpoczynał pracę przed barbecue, 
udawali się na wakacje w jakieś odległe miejsce.

background image

               Zaczyn powstawał w czterdziestolitrowym garncu. Imperator zawsze przygotowywał swój 
specjał z wyprzedzeniem wielu dni, aby dać mu pooddychać. Marr i Senn mówili “pośmierdzieć”, 
ale Jego Wysokość nie zwracał na to uwagi i dopiero po pewnym czasie stopniowo przyprawiał 
wstrętnie pachnącą ciecz.
               Zanurzył  w sosie kromkę twardego chleba i nadgryzł  kawałek. Sos był prawie gotów. 
Imperator znów rozejrzał się po terenie, wyznaczonym  na piknik. Rozpalono już pod rusztami. 
Upchane w zamrażarkach mięso czekało, aż zostanie nadziane na rożny. Przystawki chłodziły się 
lub wrzały. W beczkach stało piwo. Wystarczyło tylko wybić szpunty.
        Ale gdzie podziali się goście? Władca uświadomił sobie, że niektórzy zaproszeni albo bardzo 
się spóźniają albo w ogóle nie zamierzają przyjść. Słudzy już przykrywali pokrowcami stoły, przy 
których najwyraźniej nikt nie zasiądzie.
        Do diabła z tym, pomyślał Imperator. Nie pozwolę, żeby nieobecność paru mrówek zepsuła mi 
zabawę. Przede wszystkim należy skoncentrować się na sosie.
         Tajemnica wyśmienitego smaku tkwiła w doborze mięsa. Dopiero po wielu latach rzeźnik 
pojął,   o   jaki   gatunek   Imperatorowi   chodziło.   Nie   chciał   on   kawałków   najlepszej   polędwicy. 
Potrzebne mu były ochłapy wołowe, prawie zepsute. Takie już z gorzkim i zżółkniętym tłuszczem. 
Jego Wysokość wcierał w ten kawał padliny czosnek, rozmaryn, sól i pieprz, ale nie zmniejszało to 
odoru. “Jeśli poczujesz, że cię mdli”, mawiał do Mahoneya, “powąchaj czosnek, który masz na 
rękach”.
               Nadjechało kilka grawichodów. Wysypali się z nich goście. Dym z rusztów sprawiał, że 
mrugali oczami. Imperator zauważył, że zbierali się w małe grupki i o czymś po cichu rozprawiali. 
W jego stronę kierowało się wiele spojrzeń. Powietrze aż zgęstniało od plotek. Mógł je wyczuć 
poprzez aromat wydzielany przez sos.
        Stosy zwalonego na ruszty mięsa wyglądały obrzydliwie. Na tym etapie przygotowań, wedle 
przepisu, potrzeba było dużo dymu. Dawały go płonące szczapy twardego drewna. Imperator miał 
upodobanie do hikory. Bez ustanku przerzucał kawały mięsa tak, żeby dym mógł wszędzie się 
przedostać.   Porowata   struktura   podeschniętych   ochłapów   sprawiała,   że   smugi   z   łatwością 
przenikały do środka.
        Po paru minutach Imperator oraz mechaniczni kucharze włożyli mięso do garnków, napełnili 
naczynia wodą i dusili wołowinę na wolnym ogniu, dodając czosnku, parę liści laurowych, półtorej 
garści oregano i dwa razy więcej innych przypraw, by zabić gorycz tego ostatniego ziela.
        Potem sos musiał się dusić dwie lub trzy godziny, co zależało od ilości tłuszczu - im więcej go 
było, tym dłużej należało pozostawić garnce na ogniu. W całej okolicy śmierdziało tak, jak na 
planecie o atmosferze składającej się głównie z siarki.
        Imperator dostrzegł Tanza Sullamorę. Książę kupców nadchodził w towarzystwie niezwykle 
licznej świty, dla której należałoby przeznaczyć co najmniej trzy stoły. Imperator nie lubił tego 
błazna, ale go potrzebował. Sullamora miał ogromne wpływy w sferach przemysłowych, a ponadto 
już od dawna utrzymywał  ścisłe kontakty z Tahnijczykami,  którzy właśnie zaczęli  przysparzać 
imperium wielu kłopotów. Władca miał nadzieję, że Tanz okaże się pomocny w przywracaniu 
przyjaznych stosunków z mieszkańcami Tahnu.
         Jego Wysokość już nieraz nie mógł spokojnie spać z powodu różnego typu konfliktów, ale 
obecne układy z Tahnijczykami sprawiały, że śnił same najgorsze koszmary.
               To byli okropni ludzie hołdujący kulturze wojowników, która coraz bujniej rozkwitała w 
całym   imperium.   Tysiąc   czy   dwa   tysiące   lat   temu   z   łatwością   spacyfikowałby   niepokornych 
poddanych, rzucając swoje flotylle do jednej rozstrzygającej kampanii. Jednak wraz z upływem 
czasu, politycy jego handlowego mocarstwa sprawili, że takie rozwiązanie stało się niemożliwe. 
Wieczny Imperator nie mógł zadać pierwszego ciosu. Jedynym wyjściem byłaby zatem prowokacja 
przeciwnika, ale tego typu przedsięwzięcie wymagało dużych nakładów finansowych.
        Kilka miesięcy temu nadarzyła się okazja, by rozpocząć dyplomatyczne starania o rozwiązanie 
problemu. Niestety, zdrada zniszczyła wszystkie plany.
         Jak się nazywa ten młody opryszek, który uratował mój zadek?, zastanawiał się Imperator. 
Stregg? Nie, Sten. Tak. Sten. Jego Wysokość szczycił się tym,  że pamięta wszystkie znaczące 

background image

nazwiska, a miał ich zapisanych w umyśle setki tysięcy. Sten dał mi posmakować tego ohydnego 
napoju, stregga, uświadomił sobie Imperator. Dzięki temu łatwo zapamiętam młodego człowieka.
               W trakcie czekania, aż mięso dodusi się do końca, pozwoli sobie na kilka łyków stregga. 
Przyrządzi też następną porcję sosu.
        Dorzucił kilka dużych cebul, sporo ząbków czosnku - zawsze trzeba dołożyć trochę za dużo 
czosnku   -   chili,   zielonego   pieprzu,   jeszcze   oregano   i   innych   ziół,   no   i   oczywiście   dodał   sosu 
Worcester. Kiedyś próbował objaśnić Mahoneyowi, jak przyrządza się sos Worcester, ale wielki 
Irlandczyk nie wysłuchał przepisu do końca, gdy dowiedział się, że podstawą potrawy są nadgniłe 
anchovies.
               Władca okrasił wszystko stopionym masłem. Potem przelał miksturę do innego garnka, 
postawił go na małym ogniu, a następnie dodał kilkanaście ćwiartek świeżego pomidora, filiżankę 
pasty pomidorowej, cztery zielone papryki i szczyptę musztardy w proszku.
         Gdy przyprawił całość paroma dużymi porcjami czerwonego wina, zabrał się do ostatnich 
czynności. Zamieszał w przesiąkniętym  dymem zaczynie, który przygotował uprzednio, dołożył 
szczapy do ognia i gotował strawę jeszcze przez dziesięć minut. Sos doszedł.
        Imperator napił się trochę stregga.
               Dwóch kucharzy nadziało na rożen ogromny połeć wołowiny i zaczęło obracać go nad 
ogniem.   Tymczasem   inne  roboty  poćwiartowały korpus   świni  i  wsadziły  kawałki  na  pozostałe 
rożny. Czas było zaczynać piknik.
        Imperator zdążył się zorientować, iż więcej gości już nie przybędzie. Rzucił okiem w kierunku 
stołów i stwierdził, że znaczna część zaproszonych była zajęta swoimi interesami gdzie indziej.
               Władca postanowił przejrzeć listę później. Zapamięta nazwiska tych, którzy nie raczyli 
pofatygować się na piknik.
        Wyjął szczoteczkę i zaczął rozprowadzać sos po pieczącym się mięsiwie. Ogień rozbłyskiwał 
od   spadających   w   płomienie   kropel.   Ciężki   zapach   wypełnił   powietrze.   Na   tym   etapie,   wedle 
zwyczaju, Imperator rozpierał się w fotelu i oddawał słodkiemu lenistwu: popijał piwo, nakładał sos 
na porcje mięsa.
        Zwykle też udawał obojętność na entuzjastyczne miny gości. Serce w nim upadło, gdy dojrzał 
ściągnięte troską i niepokojem twarze.
               A swoją drogą ciekawe, co poczynają Tahnijczycy, zastanawiał się władca. Wywiad nie 
działał zbyt sprawnie. Korpus Merkurego już nie był taki sam, odkąd Mahoney otrzymał awans.
        - Pieprzony Mahoney - powiedział Imperator na głos. - Co on robi, kiedy go potrzebuję?
        - Przynosi ci piwo, Wasza Wysokość - rozległ się z tyłu głos. 
         To był generał-major Ian Mahoney, dowódca pierwszej dywizji gwardii. W rękach trzymał 
dwa kufle, z których wyciekała piana.
        - Co ty, do cholery, tutaj robisz? Nie zapraszałem ciebie.
        - Wziąłem sobie urlopik, panie. Masz mi to za złe?
               - Nie, do diabła. Jak chcesz wkraść się w czyjeś łaski, to stawiaj mu piwo. Zawsze to 
powtarzam.
        
Rozdział czwarty
        
        Mahoney wytarł resztki sosu z talerza grubym kawałkiem chleba czosnkowego, odgryzł kęs i 
westchnął. Pociągnął długi łyk piwa i znów przetarł talerz kromką. Odstawił naczynie i rozparł się 
w krześle.
               Wieczny Imperator, który ledwie tknął swoją porcję, przyglądał się generałowi z wielkim 
zainteresowaniem.
        - No i co? - zapytał.
        - Niebo w gębie - odparł Mahoney. Upił jeszcze piwa. - Proszę o wybaczenie, panie. Niebo w 
gębie.
        Imperator spróbował sosu. Zmarszczył brwi.
        - Chyba tym razem jest trochę za dużo kminku. 

background image

         Mahoney czknął. Popatrzył pytająco na władcę, który podał mu własne, prawie nieruszone 
danie. Dowódca pierwszej dywizji gwardii jadł napychając sobie usta wielkimi kęsami.
         - Nie. Kminku jest w sam raz - stwierdził. Jego Wysokość rozparł się w krześle i chwytał 
ostatnie promienie słońca. Wyglądał na mężczyznę niewiele ponad trzydziestoletniego, a zatem 
wydawał się znacznie młodszy od Mahoneya. Był mocno umięśniony niczym starożytny mistrz 
dziesięcioboju.  Wystawiał  się na słońce i czekał,  aż generał powie wreszcie,  co mu  naprawdę 
chodzi.
        Mahoney po raz ostatni pociągnął piwa, wygładził mundur usiadł wyprostowany.
         - Wasza Wysokość - zaczął - Uniżenie proszę o pozwolenie na przemieszczenie Pierwszej 
Gwardyjskiej do Światów Pogranicza.
        - Doprawdy? - rzekł Imperator. - Chciałbyś znaleźć się w Światach Pogranicza? Rozumiem, że 
martwisz się Tahnijczykami.
        Mahoney spojrzał na swojego szefa. Wiedział, kiedy Imperator się z nim droczy.
        - Tak jest. Chodzi o Tahnijczyków.
               Wieczny Imperator rozejrzał się wokół. Tych  kilkunastu gości, którzy raczyli  przybyć, 
wyniosło się wcześnie, a kelnerzy już wzięli się do sprzątania. Za pół godziny cały teren będzie 
znów zwykłym ogrodem: z rozległymi trawnikami i rzadkimi rodzajami azalii.
        Jego Wysokość wskazał na jeden z kwitnących krzewów.
        - Wiesz, ile lat pracowałem nad wyhodowaniem tego gatunku, Mahoney?
        - Nie, panie.
        - Zbyt wiele. Ten krzak lubi suchy klimat. Dobrze rósłby na pustynnych stepach Australii.
        - Australii, Wasza Wysokość?
         - Mniejsza o to. Rzecz w tym, że ja nienawidzę tych cholernych roślin. Nie ma z nich, do 
diabła, żadnego pożytku. Nie nadają się do jedzenia.
        - Święta racja, panie.
        Wieczny Imperator zerwał kwiat z pobliskiego krzewu i zaczął odrywać płatek po płatku.
        - Co będzie dalej, twoim zdaniem? Mam na myśli Tahnijczyków.
         - Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość. Sądzę, że przygotowują się do tego, żeby skopać 
nam zadki.
        - Drakh - zaklął władca. - Co zatem powinienem zrobić? - Imperator pociągnął za rączkę przy 
baryłce i nalał sobie jeszcze piwa do szklanki. Upił trochę złocistego trunku i zamyślił się przez 
chwilę. - Kłopot, Mahoney polega na tym - powiedział wreszcie - że ja mam znacznie więcej do 
zrobienia niż Tahnijczycy.  Aby odeprzeć ich atak muszę podwoić flotę. A do przeprowadzenia 
pełnego uderzenia potrzebuję aż czterech pełnych oddziałów bojowych. Słowo daję, że jakiś tysiąc 
lat temu nigdy by do tego nie doszło. Głupota. Do diabła, czy wiesz, ile czasu wymaga obecnie 
zawarcie zwyczajnego kontraktu na budowę statku?
        Mahoney słusznie uznał, że lepiej nie odpowiadać.
        - Próbowałem uporać się z tym - ciągnął Imperator - tworząc najlepszy korpus wywiadu, jaki 
kiedykolwiek istniał. I co, do cholery, z tego mam? Drakh.
        - Tak jest - powiedział Mahoney.
        - Och, czyżbym słyszał w twoich słowach przyganę, generale? Czy to krytyka za twój awans?
        - I przeniesienie, panie.
               - I przeniesienie - powtórzył Imperator. - W zwyczajnych okolicznościach rzekłbym, że 
potrzebuję   trochę   konstruktywnej   krytyki,   bo   ona   utrzymuje   mnie   w   formie.   Przynajmniej 
teoretycznie. W praktyce nie wiem, jak to działa. Brakuje mi tych paru wiecznych Imperatorów, na 
których mógłbym się oprzeć i wypróbować prawdziwość tego twierdzenia.
        Mahoney uznał, że nadszedł właściwy moment na zabranie głosu.
        - A na kim naprawdę możesz się oprzeć, panie?
        Nastąpiła cisza. Imperator patrzył, jak ludzie zbierają naczynia, sztućce i wynoszą stoły. Poza 
robotnikami pozostali tylko on i Mahoney. Generała zmęczyło wreszcie czekanie na następny ruch 
szefa.

background image

        - Co z moja prośbą, Wasza Wysokość? Czy Pierwsza Gwardyjska może być przeniesiona do 
Światów Pogranicza?
        - Potrzebuję informacji - odparł władca. - Muszę wiedzieć tyle, żeby móc jak najwięcej zyskać 
na czasie.
        - A więc, panie? 
        Imperator odepchnął szklankę.
        - Nie. Prośba nie została uwzględniona, generale. 
                Mahoney   mało   nie   odgryzł   sobie   języka,   aby   nie   zakląć   siarczyście.   Milczenie   było 
rozsądniejszą taktyką.
        - Dowiedz się dla mnie tego i owego, Mahoney, zanim mi powiesz, że podjąłem głupią decyzję 
- oznajmił Wieczny Imperator.
        Mahoney nie pytał o szczegóły.
        Władca wstał i wychylił prawie pełną szklankę.
        - Barbecue już chyba dobiegło końca - stwierdził.
        - Mnie też tak się zdaje, panie.
        - Śmieszne są te wszystkie ostentacyjne nieobecności. Wyobrażam sobie, że większość moich 
tak zwanych sojuszników gorączkowo rozmyśla teraz, jak ułożyć się z Tahnijczykami, na wypadek, 
gdybym przegrał.
        Jednak Wieczny Imperator bardzo się mylił. Czas na tego typu rozmyślanie już dawno minął.
        
Rozdział piąty
        
        Pierwsza faza imperialnego kursu lotniczego odbywała się na wakacyjnej planecie Salishan. 
Sten i jego koledzy, nieopierzeni piloci, zostali zegnani do centrum recepcyjnego. Tam podzielono 
ich na trzydziestoosobowe kompanie. Potem czekali na transport do właściwej bazy.
        Szkoła lotnicza była koedukacyjna. Niektórzy uczniowie przybyli tu prosto po unitarce, inni 
byli absolwentami placówek kształcących na rzecz marynarki wojennej. Wśród kursantów znaleźli 
się   także   oficerowie   służby   czynnej   i   szeregowi   żołnierze.   Jednak   większość   osób   nie   miała 
żadnego doświadczenia militarnego. Sten zauważył, że większość nie nosiła żadnych odznaczeń na 
nie   doprasowanych   mundurach.   Niemal   wszystkich   cechowało   sztywne   zachowanie,   co 
niewątpliwie stanowiło efekt wstępnego szkolenia.
        Nawet ślepy mógł rozpoznać, że to nabór żółtodziobów.
         W oczekiwaniu na grawisanie, zgromadzeni z podnieceniem oddawali się optymistycznym 
spekulacjom   -   skoro   są   na   planecie   urlopowej,   to   służba   powinna   być   łatwa.   Będą   dostawali 
regularne przepustki do raju. A i sama baza z pewnością okaże się pałacem.
        Sten zachowywał kamienny wyraz twarzy i patrzył w bok.
               Pochwycił rozbawione spojrzenie innego ucznia, stojącego po drugiej stronie tłumku. Ten 
człowiek też orientował się w sytuacji.
        Sten zerknął na nieznajomego. Mężczyzna wyglądał na doskonałego oficera komandosów. Na 
mundurze miał brązowe naszywki jednostki gwardyjskiej i trzy rzędy odznaczeń, a wśród nich 
widział   Order   Ofensywy   Planetarnej.   Człowiek   ten   najwyraźniej   był   zahartowanym   w   bojach 
żołnierzem.   Ale   w   najmniejszej   mierze   nie   przypominał   pilota.   Sten   zastanawiał   się,   jakim 
sposobem stary wiarus dostał się na kursy lotnicze.
        Wylądowały grawisanie. Wysiadł z nich nobliwie wyglądający szef kompanii z notatnikiem w 
ręku.
        - W porządku - powiedział. - Ustawcie się moi drodzy w szeregu. Sprawdzę wasze nazwiska i 
będziecie mogli dołączyć do reszty kursantów.
        Pięć minut później, kiedy sanie uniosły się w powietrze i opuściły piękne miasto, szef zmienił 
już ton.
        - Kandydaci, skończyć z gadaniem! To nie kółko różańcowe!
               W wojsku panowała pewna podstawowa zasada:  uprzejmość  zwierzchnika  jest wprost 
proporcjonalna do bliskości i liczby potencjalnie zszokowanych cywilów.

background image

         Stena, który przeszedł przez niemal wszystkie imperialne szkoły wojskowe - począwszy od 
podstawowej, poprzez Sekcję Modliszki, środowiskową, medyczną, uzbrojenia i tak dalej - nie 
zaskoczył fakt, że krajobraz poniżej także uległ zmianie. Teraz lecieli nad porośniętą sosenkami 
jałową ziemią.
        Na Edenie wojsko zbudowało bazę obok wysypiska śmieci.
         Stena trochę zdziwiło, że baza, do której zmierzali, nie wyglądała źle, przynajmniej z lotu 
ptaka.   Większa   jej   część   przypominała   standardową   bazę   marynarki   wojennej   z   hangarami, 
warsztatami naprawczymi i rozmaitymi lądowiskami.
        Po jednej stronie terenu widniały rozległe ogrody otaczające rząd dwupiętrowych budynków z 
czerwonej cegły. Tam niewątpliwie mieściła się kwatera główna.
        Sten zadziwił się po raz drugi, gdy grawisanie wylądowały właśnie przed tymi gmachami.
         Wtedy Sten przypomniał sobie inną podstawową zasadę i zaklął w duchu. Wszystkie kursy 
wojskowe zaczynają się od mielenia uczniów na proszek, z którego potem lepi się pożądany kształt.
        Na pewno instruktorzy zaraz zademonstrują ten proces na jakimś nieszczęsnym rekrucie.
        Jednym z nich był potencjalnie Sten.
         Pospiesznie rozpiął mundur i zdjął baretki. W tym miejscu raczej nie należało chwalić się 
odznaczeniami. Tym bardziej że Sten miał ich zdecydowanie za wiele jak na młodego oficera.
         Wepchnął baretki do kieszeni w chwili, gdy pokrywa grawisań otworzyła się z trzaskiem, a 
podoficerowie o wściekłych minach zaczęli wyrykiwać rozkazy.
        - Szybciej, szybciej, szybciej! Co się tak ślimaczycie? Chcę widzieć, jak wam tyłki fruwają!
        Rekruci chwycili worki marynarskie i zaczęli skakać posłusznie przez burty grawisań.
        - Ty! Tak, ty! - wrzasnął jeden z podoficerów. - Uruchom mózgownicę! Na ziemię! Pompki!
        O, Panie!, myślał Sten, kiedy gramolił się z sań. Znowu jestem na unitarce. Nawet okrzyki są 
identyczne.   A   ten   bosmanmat,   gdyby   nie   płeć,   mógłby   być   sobowtórem...   jak   jej   tam?   Tak. 
Carruthers.
        - Ustawić się w trzy rzędy, ale już! Wyrośnięte osły po mojej lewej, karły z prawej.
        Sten, nie po raz pierwszy był wdzięczny losowi, że jest nie za duży, ale też i nie za mały.
               Podoficerowie w końcu zmęczyli się wydawaniem rozkazów. Sten uważał, że poszło mu 
nieźle. Musiał zrobić tylko jakieś pięćdziesiąt przysiadów. Bosmanmaci znaleźli sobie inne ofiary, 
znacznie bardziej nadające się do dręczenia.
        - Kursanci... baaaczność! Na prawooo... patrz! Naprzód marsz! - rozległa się komenda.
               Teraz Sten bardzo się cieszył, że wszyscy zostali poddani rekruckiej obróbce. Wolał nie 
myśleć, co by się stało, gdyby któryś z kandydatów zmylił krok.
        Kazano im iść na centralny plac, a potem zatrzymać się przed podestem.
                Z   pobliskiego   budynku   wyszedł   wysoki,   chudy   mężczyzna   i   energicznie   ruszył   ku 
podwyższeniu. Prezentował się jak stereotypowy jednogwiazdkowy admirał, komendant szkoły. I 
był nim. Z pewnością miał długi staż jako pilot i bez wątpienia latał na wszelkich rodzajach statków 
kosmicznych, jakie imperium wystawiało w rozmaitych  orężnych potrzebach. Głos komendanta 
bardziej jednak pasował do tenora operowego niż do marsowej postaci dowódcy.
        Gdy admirał Navarre już się przedstawił, Sten zatopił się we własnych myślach.
               Wiedział, że po prezentacji komendant wygłosi mowę, jakiej muszą wysłuchać wszyscy 
uczniowie szkół wojskowych. Każdy przełożony zawsze mówił to samo:
        “Witajcie. Zamierzamy przeprowadzić intensywny trening. Mogą się wam nie spodobać nasze 
poczynania, ale my wiemy, co jest dobre. Ci z was, którzy dostosują się do panującego tu systemu, 
nie będą mieli kłopotów. Inni zaś... Przestrzegamy ścisłej dyscypliny. Jeśli jednak ktokolwiek uzna, 
że jest traktowany niesprawiedliwie, to moje biuro zawsze jest otwarte”.
        Ble, ble, ble.
        Pierwsza faza kursu lotniczego polegała na selekcji. Chodziło przede wszystkim o bezbłędne 
ustalenie, czy poszczególni kandydaci mają autentyczne predyspozycje do latania.
               Już wcześniej  ów  etap  cieszył  się sławą niepospolitego  sita. A  teraz  admirał  Navarre 
poinformował zgromadzonych, że w związku z niepomyślną sytuacją polityczną, pierwsza faza 
zostanie zintensyfikowana. Fajnie jak cholera, pomyślał Sten.

background image

        Kursantom nakazano usunięcie naszywek z pagonów. Od tej chwili do członków kursu będzie 
się zwracało wyłącznie per “kandydat”.
               Ho, ho. Sten miał niejakie pojęcie o innych tytułach, jakimi ich tu uraczą: dupele, drakh, 
sukinsyn, i wiele, wiele innych, wyraźnie zakazanych przez imperialne regulaminy.
        Tyle wartych uwagi informacji było zawartych w przemówieniu.
        Umysł Stena napominał go, że teraz jest tylko kandydatem. Nie komandorem, nie eksdowódcą 
imperialnej   straży   przybocznej,   ani   specjalistą   od   operacji   przeprowadzanych   przez   Sekcję 
Modliszki.
        W rzeczy samej, musiał nawet zapomnieć o swoim stopniu oficera.
        Myśl jak rekrut, młody Stenie. Może to ci ułatwi życie.
        Sten miał raczej obojętny stosunek do pomysłu, żeby zostać pilotem. Był tu tylko ze względu 
na sugestię poddaną przez samego Imperatora. Władca powiedział mu, że następnym szczeblem w 
karierze kapitana powinno być przeniesienie do marynarki wojennej - co się już stało - i szkoła 
pilotów.
        Gdyby jednak Stena wylano z tego kursu, to prawdopodobnie zostałby skierowany do sekcji 
logistyki marynarki. Już nieraz myślał o tym, ile problemów sprawiłby mu powrót do armii i Sekcji 
Modliszki, gdyby rzeczywiście nawalił.
               Kiedy Sten oddawał się tym myślom, Navarre skończył przemówienie i poszedł sobie, a 
podoficerowie  kazali  kursantom biegać wokół budynków.  Worki marynarskie  zostały na stosie 
przed podestem.
        Sten pomyślał, że właśnie spotkali się z zabójcami, czy jak tam w szkółce lotniczej nazywa się 
podoficerów. Specjaliści od musztry teraz dopiero pokażą rekrutom, gdzie raki zimują. Zniszczą 
żółtodziobów za każde głośniejsze sapnięcie.
        Tak mniej więcej wygląda scenariusz każdej pierwszej fazy szkolenia. Zdarzają się oczywiście 
niespodzianki.
        Kursantów zatrzymano pośrodku wielkiego placu, pokrytego piaskiem sięgającym po kostki. 
Mat jeszcze raz rzucił ich na ziemię, w pozycji do pompek, i zniknął. Mijały minuty.  Kilkoro 
kandydatów upadło na piasek. Zapłacą za to.
        Dla Stena, owa pozycja była zaledwie powodem do irytacji.
        Po pewnym czasie do uczniów podszedł jakiś człowiek. Zgodnie z przewidywaniami Stena, 
mężczyzna   nie   przypominał   sadysty.   Instruktorzy   musztry   zawsze   wyglądali   na   doskonałych 
żołnierzy. Żadna z tych rekruckich świń nie mogła nawet marzyć, że kiedykolwiek im dorówna. 
Ten, który się teraz zbliżył, miał dużą nadwagę i nosił pozbawiony dystynkcji, trochę przybrudzony 
mundur lotniczy z oderwaną jedną kieszenią. Przechadzał się wzdłuż linii zwisających twarzą w dół 
kandydatów. Cmoknął tylko, gdy któryś z nich runął na brzuch, ciężko chwytając powietrze.
        - Dzień dobry, istoty. - Mówił ochrypłym głosem. - Nazywam się Ferrari. Będziecie do mnie 
mówili “panie Ferrari” albo “proszę pana”, inaczej z wami koniec. Jestem głównym instruktorem 
pilotażu.   W   trakcie   szkolenia   zrobię   wszystko,   co   w   mej   mocy,   żeby   uświadomić   wam,   iż 
pilotowanie jest żałosnym i mało godnym pożądania sposobem na spędzenie życia. Podobnie jak w 
przypadku czcigodnego komendanta, moje drzwi zawsze są otwarte. Ale tylko w jednym celu. Na 
wypadek, gdyby któreś z was chciało zrezygnować. Pragnę, aby w ciągu długich dni i nocy, które 
nastąpią, każde z was miało czas na przemyślenie, jak łatwo można zakończyć te tortury. Jedna 
wizyta   u   mnie   w   biurze   lub   choćby   słówko   do   któregokolwiek   z   instruktorów   pilotażu   i   już 
jedziecie do innego, na pewno znacznie lepszego przydziału. Przy okazji. My, tutejsi instruktorzy, 
jesteśmy przekonani, że piekło to znacznie przyjemniejsze miejsce niż szkoła lotnicza. Ci z innych 
kultur, którzy nie znają słowa “piekło”, mogą zapytać kolegów kursantów o znaczenie. Ale mam 
całkowitą pewność, że nasz program będzie dostatecznym wyjaśnieniem tego pojęcia. Istoty, które 
ciągle opierają się na rękach, mogą wstać. Reszta niech zacznie się czołgać. Musicie podpełznąć do 
końca tego placu musztry i okrążyć go dwa razy. Tak na marginesie, to nie jest rozkaz wydany z 
sadyzmu. Zdaje mi się, że gdzieś upuściłem ćwierćkredytówkę i byłbym niezmiernie wdzięczny, 
gdyby ktoś ją odnalazł.

background image

        Sten widząc, jak słabeusze szorowali brzuchami po piasku, żywił nadzieję, że żaden z nich nie 
okaże się takim spryciarzem, żeby wyciągnąć monetę ze swojej kieszeni i wręczyć ją Ferrariemu z 
myślą, że zaoszczędzi sobie długiego czołgania. Ferrari z pewnością dokładnie obejrzałby monetę i 
stwierdziłby ze smutkiem, iż zaszła jakaś pomyłka, bo jego pieniążek miał wybitą inną datę. A 
potem dobrałby się kandydatowi do skóry.
        Ferrari usunął się na bok.
        Nadchodził inny oprawca.
        On także nosił biały mundur lotnika, ale świetnie skrojony i zaprasowany w kant. Długa blizna 
znaczyła mu twarz, lekko utykał. Głos miał równie przyjemny jak zgrzytanie pilnika po metalu.
         - Nazywam się Mason. Nie potrafię tak pięknie przemawiać jak pan Ferrari, wiec powiem 
krótko. Przejrzałem wasze akta. Wszyscy jesteście jednym wielkim drakhiem. Żadne nie posiada 
kwalifikacji, żeby pilotować wóz bojowy. Gdyby nam odbiło i wpuścilibyśmy którekolwiek z was 
na mostek, to na pewno kogoś byście zabili. - Dotknął blizny. - Oto pamiątka po tym, że kiedyś 
wsadzili na pokład mojego patrolowca jednego takiego błazna jak wy. Kolizja w pełnej próżni. 
Osiemnastu członków załogi zginęło na miejscu. Teraz mam łatwe zajęcie. Muszę tylko dbać o to, 
żebyście nikomu nie zrobili krzywdy. Chyba że samym sobie. Może słyszeliście już coś podobnego 
z ust innego instruktora i myślicie, że tylko tak mówię. Błąd, dupki. Nienawidzę was wszystkich i 
każdego z osobna.
        Zmierzył wzrokiem kursantów. Stenowi przeszły ciarki po plecach. Rzeczywiście, słyszał już 
wariacje takich przemówień od podoficerów różnych jednostek wojskowych. Ale obecnie czuł, że 
Mason nie kłamie.
               - Mam jeden cel - kontynuował ekspilot. - Zamierzam dołożyć wam wszystkim. Ale na 
każdym kursie selekcyjnym znajduję istotę, której z jakichś powodów nie cierpię bardziej od reszty, 
wy męty. Szybko wyłapuję taką jednostkę i nigdy mojemu “pieszczoszkowi” nie udaje się dotrwać 
do końca.” Mason znów potoczył spojrzeniem po zgromadzonych Gadzi wzrok Masona zatrzymał 
się na chwilę. Sten już wiedział, kogo instruktor sobie wybierze.
        Cholera, cholera, cholera, zaklął w duchu. Stał skamieniały jak kurczak przed obliczem węża.
        
Rozdział szósty
        
        Gdy Ferrari i Mason skończyli tortury, nazywane przez nich “harmonizowaniem mięśni”, było 
już   późne   popołudnie.   Bosmanmat,   którego   nazwiska   Sten   nigdy   nie   poznał,   przejął   oddział   i 
pognał rekrutów do koszar, a tam kazał się rozejść.
               Wyczerpani kandydaci bojaźliwie weszli do ceglanego budynku przez podwójne szklane 
drzwi. Wiedzieli, że wewnątrz czai się jeszcze jeden wilkołak przebrany za instruktora pilotażu.
        Spodziewali się też, że koszary, choćby świetnie prezentujące się z zewnątrz, w środku będą 
wyglądały   tak   jak   typowe   miejsca   zakwaterowania   rekrutów   -   wypolerowane   podłogi   pokryte 
linoleum, hole wypełnione echem kroków i trzaskami szafek podoficerów.
        Mylili się.
                W   foyer,   przypominającym   recepcję   luksusowego   hoteliku,   stało   w   rzędzie   około 
pięćdziesięciu mężczyzn w średnim wieku. Wyglądali jak członkowie świty, których Sten znał z 
pałacu Imperatora.
        Jeden z nich wystąpił przed szereg.
         - Sądzę, że młodzi ludzie chcieliby zrelaksować się w pokoju rekreacyjnym, zanim zostaną 
zaprowadzeni do kwater. Mamy nadzieję, że wyposażenie wyda się państwu odpowiednie.
                Skinieniem   dłoni   zaprosił   ich,   aby   przeszli   przez   rozsuwane   drzwi   do   wielkiego 
pomieszczenia,   wyłożonego   drewnianą   boazerią.   Po   jednej   stronie   sali   znajdował   się   duży 
kamienny kominek. Wzdłuż ścian stały wózki z napojami i jedzeniem, a między nimi widniały 
terminale komputerów i maszyny do gier. Olbrzymi pokój upiększały abstrakcyjne obrazy.
        Tu i ówdzie rozstawiono luksusowe fotele oraz kanapy.

background image

        Sten skupił uwagę do stanu gotowości bojowej! Dostrzegł, że jeden z kandydatów zagapił się z 
wrażenia. Oszołomiony kudłacz drapał się w podnieceniu małą czarną rączką po pokrytej szarym 
futrem klatce piersiowej.
        - Piwo! Mają maszynę z piwem! - Runął naprzód.
        - Lepiej tego nie rób - rozległ się z tyłu czyjś głos.
               Sten również zamierzał ostrzec kompana, ale właśnie uprzedził go wystraszony sierżant 
piechoty.
        - Dlaczego nie? - spytał zdziwiony miłośnik złocistego trunku.
        - Słyszałeś, że będą ostro testowali naszą zwinność i orientację. Kac nie przyspieszy twoich 
reakcji. A może obserwują tę maszynę i każdy, kto z niej skorzysta, dostaje punkty ujemne za brak 
hamulca wewnętrznego?
        - To bez sensu. - Te słowa wypowiedziała bardzo mała i niezwykle piękna kobieta. - Wszyscy 
piloci, których kiedykolwiek znałam, pili alkohol jak niemowlęta mleko matki.
                -   Jasne   -   przytaknął   sierżant.   -   Ale   to   dopiero,   gdy   otrzymają   odznakę   pilota.   I 
prawdopodobnie ta selekcja powoduje, że tyle w siebie wlewają.
        Niewykluczone, że sierżant miał rację. A może dostał już lekkiego obłędu? Bez względu na to, 
przez cały okres selekcji nikt nie skorzystał z maszyny z piwem.
        
        Kwatera Stena też wywoływała zdumienie. Składała się z dwóch pokoi - studia połączonego z 
sypialnią   w   pastelowych   kolorach   oraz   pokoju   wypoczynkowego,   w   którym   poza   zwykłym 
wyposażeniem znajdowało się również jaccuzi.
         Rozpakowanie zajęło Stenowi tylko chwilę, gdyż jako zawodowiec nauczył się on obywać 
małym bagażem. Jedynym dodatkiem do niezbędnych rzeczy były akta, które Sten zbierał przez 
całe życie. Poza tym miał miniholoprocesor. Dzięki niemu po służbie zajmował się swoim hobby - 
budowaniem miniatur rozmaitych postaci i zakładów przemysłowych.
            Sten był przekonany, że nie zostanie mu wiele wolnego na zabawę z holoprocesorem, ale 
postanowił go mimo wszystko zabrać.
        Po paru chwilach uznał, że producenci kłamali. Uniwersalna wtyczka wcale nie pasowała do 
gniazdek, znajdujących się w jego pokoju.
            Sten wyszedł na korytarz z zamiarem sprawdzenia, czy sąsiad z naprzeciwka ma wtyczkę 
diploidalną, która by pasowała do kontaktu, a także dlatego, żeby zorientować się w terenie.
        Zastukał do drzwi. Nieśmiałe pukanie miało oznaczać, że ktokolwiek stoi po tej stronie drzwi, 
nie jest to instruktor pilotażu, wiec mieszkaniec pokoju nie musi ukrywać tego, co akurat robi. 
Przez mikrofon dobiegł go zmysłowy głos. Brzmiał ciepło, jakby mówiła pielęgniarka na oddziale 
chirurgicznym w czasie ostrego dyżuru.
        Sten powiedział, o co mu chodzi.
        - Poorbituj trochę, bracie. Zaraz do ciebie wyjdę. 
        Gdy drzwi otworzyły się, Sten zamarł z przerażenia.
            Sten nie należał do osób żywiących uprzedzenia etnocentryczne. Przemysłowa planeta, na 
której się wychował, nie pozwoliła mu rozwinąć kulturocentryzmu.
        Nie uchodził też za ksenofoba. Trening w Sekcji Modliszki i misje bojowe na tysiącach planet 
o tysiącach różnych form życia, uchroniły go od poczucia wyższości wobec odmiennych postaci. 
Nie   był   również   -   jak   to   określali   jego   współcześni   -   kształtocentrystą.   Wygląd   czy   zapach 
jakiejkolwiek istoty myślącej nie sprawiał mu żadnej różnicy.
        Tak mu się przynajmniej wydawało.
               Ale kiedy drzwi się otwierają, a przed kimś staje wysoki na dwa metry włochaty pająk, 
wszystko zaczyna przedstawiać się inaczej.
        Później Sten był nawet trochę dumny, że osłupienie stanowiło jego jedyną reakcję na widok 
monstrum.
        - Och, kochanie - powiedział pająk. - Tak mi przykro, że cię zaskoczyłam.
        Sten poczuł się nieswojo.

background image

               Sytuacja wymagała  jakichś przeprosin. Ale nawet w obecnym  stuleciu nie wymyślono 
odpowiedniego sposobu załagodzenia takiej gafy. Sten bardzo się ucieszył, że pająk zrozumiał jego 
zakłopotanie.
        - Czy mogę ci w czymś pomóc? - spytała.
        - Hm... tak - zaczął improwizować Sten. - Chciałem się dowiedzieć, o której idziemy do mesy.
         - Za jakąś godzinę - odparło włochate stworzenie, podciągnąwszy uprzednio jedną nogę, na 
której był zapięty drogi zegarek.
        - Och, do diabła, przepraszam. Jestem Sten. 
        Wyciągnął rękę.
         Pająk najpierw popatrzył na dłoń mężczyzny, potem na jego twarz, a następnie wyciągnął 
odnóże zakończone małymi szponami i przywitał się ze Stenem.
        Noga była ciepła, a pokrywające ją włosy w dotyku przypominały miękki jedwab. Poczucie 
horroru zaczęło odpływać.
        - Nazywam się Sh’aarl’t. Zajdziesz na chwilę?
         Sten wszedł. Kierowała nim nie tylko uprzejmość, ale także ciekawość, jakiego to rodzaju 
kwatery imperium przygotowuje dla pajęczaków.
        Nie było łóżka. Zamiast niego, z wysokiego sufitu zwisało jakieś rusztowanie. W pokoju stało 
biurko, a okrągła sofa zastępowała krzesło.
        - Co o tym wszystkim sądzisz... jak do tej pory? - zagadnął Sten.
        - Myślę - odpowiedziała rozkosznym głosikiem - że powinnam sobie kazać zbadać pancerz, 
czy nie popękał, zanim postanowiłam zostać pilotem.
        - Daj mi znać, jak się czegoś dowiesz.
               Towarzyska pogawędka działała uspokajająco, chociaż Sten musiał stłumić drżenie, kiedy 
Sh’aarl’t machnęła nogą w stronę sofy. Usiadł.
               - Zafundowałam sobie to szaleństwo ze względu na rodzinę. Szczycimy się przędzeniem 
pajęczyn na najwyższych pułapach. A dlaczego ty tutaj jesteś?
        Sten wiedział, że jeśli powie, że sam Wieczny Imperator wpakował go do tego bajora, to albo 
zostanie uznany za łgarza albo za kogoś, kto za bardzo lubi się chwalić znajomościami.
        - W swoim czasie wydawało mi się to dobrym pomysłem.
        - A czy wolno spytać... jaką masz naprawdę rangę?
        - Komandora.
               Sh’aarl’t wypuściła  powietrze  z płuc. Była  samicą. To jasne. Nawet wielkie pajęczaki 
dostosowywały się do tradycji biologicznej.
        - Czy powinnam stanąć na baczność? Jestem zaledwie skromnym próżniowcem drugiej klasy.
        Sten poczuł, że wreszcie może się roześmiać.
        - Właściwie to chciałbym zobaczyć, jak staje na baczność ośmionożna istota?
               Sh’aarl’t skoczyła w bok i znalazła się na środku pokoju. Sten powstrzymał się, żeby nie 
zrobić uniku. Postawa na baczność w wykonaniu pająka wyglądała następująco: dolne segmenty 
odnóży stały pionowo, górne były zgięte dokładnie pod kątem prostym w stosunku do ciała.
            - W pełnej postawie na baczność - ciągnęła Sh’aarl’t - wysuwam zęby jadowe w bardziej 
wojowniczy sposób. Chcesz zobaczyć?
        - Hmm... może nie teraz.
               Sh’aarl’t zrobiła “spocznij” i poklepała się kończyną po pancerzu. Sten uznał, że ten gest 
oznacza rozbawienie.
               - Domyślam się, że nie miałaś dzisiaj kłopotów z pompkami. - Znowu klapnięcie. - Jak 
myślisz, na ile poważne były te istoty? - Sh’aarl’t zmieniła temat.
        - Nic nie wiem o Ferrarim - odparł Sten. - Ale ten Mason cholernie mnie nastraszył.
               - Mnie też. Ale może, niektórzy z nas wytrwają do końca... Przecież nie mogą odrzucić 
wszystkich, jeśli weźmie się pod uwagę, co wyprawiają Tahnijczycy. Mam rację?
        Sten zdał sobie sprawę, że Sh’aarl’t desperacko szuka pocieszenia, więc zamiast powiedzieć: 
“Myślę, że ci ludzie mogą zrobić, co chcą”, odparł:

background image

               - Pewnie, że masz rację. Parę istot na pewno przetrwa. Może zejdziemy na dół? Żeby 
sprawdzić, czy ta... - Stenowi o mały włos nie wyrwało się słowo “pajęczyna” -...puszka, do której 
nas wsadzili, zawiera jakieś żarcie.
        - Doskonały pomysł, komandorze.
        - Źle, kandydacie. Albo mówisz: Sten, albo niech cię jasna cholera.
        Znowu klapniecie.
        - A więc, Sten zejdziemy na obiad? Noga w nogę, noga w nogę...
        Śmiejąc się, wyszli z pokoju w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia.
        
               Później, w nocy, do drzwi Stena rozległo się łagodne stukanie. Na zewnątrz stał jeden z 
członków   załogi   koszar.   Wszyscy   oni   wyglądali   w   oczach   Stena   jak   przedstawiciele   świty 
Imperatora. Ten zaś pracownik miał powierzchowność doskonałego głównego lokaja.
        Po przeprosinach za zakłócanie spoczynku, człowiek przedstawił się jako Pelham. Oświadczył, 
że będzie służącym Stena do ukończenia pierwszej fazy kursu.
        - Do ukończenia albo wylania, chciałeś powiedzieć.
        - Ach nie, proszę pana - Pelham zdawał się wstrząśnięty. - Pozwoliłem sobie przejrzeć pańskie 
akta.  Muszę  wyznać...  być  może  jest to wbrew  zasadom...  ja i  moi  koledzy z obsługi  robimy 
zakłady, który z kandydatów przejdzie testy. Zapewniam, że nie jestem sykofantem, twierdząc, iż 
postawiłem moje kredyty na pana bez cienia wątpliwości.
        Sten cofnął się od drzwi i pozwolił służącemu wejść.
        - Sykofantem? - Sten nie był całkiem pewny znaczenia tego słowa. Wrócił do biurka, usiadł i 
oparł stopy na blacie. Obserwował, jak Pelham przegląda mundury.
        - Panie Sten, zauważyłem, że na pańskim mundurze nie ma odznaczeń.
        - Tak, są w kieszeni.
        - Och, rozumiem, że chciałby pan...
        - Chciałbym włożyć je na dno szuflady i zapomnieć o nich, Pelham.
        Mężczyzna popatrzył na swego pryncypała z wyrazem zastanowienia.
        - Jak pan sobie życzy. Ale te mundury wymagają odświeżenia.
        - Tak. Przez kilka miesięcy spoczywały na dnie marynarskiego worka.
        Pelham zebrał naręcze uniformów i ruszył w kierunku drzwi.
        - Czy życzyłby pan sobie czegoś jeszcze? Jestem na pańskie wezwanie przez okrągłą dobę.
        - Na razie niczego mi nie potrzeba. Poczekaj chwilę, Pelham. Mam pytanie.
        - W czym mógłbym pomóc?
        - Gdybym zapytał cię, kim jest Rykor, co byś odpowiedział? 
               Pelham był cholernie dobry. Gdy Sten wymówił nazwisko najbardziej utalentowanego w 
imperium psychologa, służący jedynie przymrużył oczy.
        - Nic, proszę pana. A czy zechciałby pan mi objaśnić, o co chodzi?
               - Dobrze. Zapytam inaczej. Co byś powiedział, gdybym stwierdził, że zarówno ty jak i 
pozostali pracownicy koszar, wszyscy tacy pomocni, gotowi wypełnić nasze zachcianki, jesteście w 
rzeczywistości personelem selekcji?
               -  Oczywiście,   że  jesteśmy,  proszę  pana.   Zdajemy  sobie   sprawę,   że  kandydaci  bardzo 
potrzebują czasu na naukę i relaks. Pragniemy im pomóc, zajmując się sprawami mniejszej...
         - Nie w tym rzecz, Pelham. Jeszcze raz. Jaka byłaby twoja reakcja, gdybym stwierdził, że 
jesteście psychologami, a umieszczenie nas w takich miłych i pełnych przyjemności koszarach, to 
dobry  sposób,   żeby   przyłapać   któregoś   z   kandydatów   w   kapciach   i   zobaczyć   jego   prawdziwą 
naturę?
        - Pan żartuje, proszę pana.
        - Czyżby?
            - Jeśli nie, to musiałbym rzec, że bardzo mnie pan zaszczycił. Ja i psychologia! - Pelham 
zachichotał. - Nie, proszę pana, jestem tym, na kogo wyglądam.
        - Odpowiedziałeś na moje pytanie. Dziękuję, Pelham. Dobranoc.
        - Dobranoc panu.

background image

               W Greenville Pelham, doktor utytułowany siedmioma stopniami naukowymi w różnych 
dziedzinach psychologii - psychologii stosowanej, analizy ludzkiego stresu i psychologii wojskowej 
- zamknął drzwi i poczłapał korytarzem. Kilka metrów  od pokoju Stena pozwolił sobie na ten 
luksus i wybuchnął głośnym śmiechem.
        
Rozdział siódmy
        
         Metoda selekcji w pierwszych tygodniach kursu była całkiem prosta - instruktorzy pilotażu 
dawali kursantom popalić rano, w południe i wieczorem. Ogłaszali też niespodziewane alarmy w 
środku nocy, chociaż pobudki robili zawsze członkowie obsługi koszar. Instruktorzy pilotażu nigdy 
nie wchodzili do kwater adeptów.
               Między jedną a drugą torturą fizyczną i psychiczną urządzano testy. Najczęściej były to 
powtórki egzaminów podstawowych - sprawdziany na refleks, testy na iloraz inteligencji i tak dalej. 
Wymagania okazały się jednak znacznie wyższe niż wobec osób dopiero wstępujących do wojska. 
Ponadto, co jakiś czas zmieniano testy bez wcześniejszej zapowiedzi.
        Na Stenie nie wywierało to wrażenia.
               Nachodziły go myśli, że wszystkich tych powtórek nie byłoby, gdyby nie stan zagrożenia 
imperium. Musiały być  przecież jakieś lepsze, choćby i powolniejsze, sposoby testowania tych 
samych umiejętności.
        W Stenie zaczęła narastać nienawiść do Tahnijczyków.
         Jego przekonanie, że testy stanowią rodzaj wolnej amerykanki umocniło się, gdy pewnego 
dnia wsadzono go do małego pokoiku, którego całe umeblowanie składało się z wielkiego krzesła i 
hełmu wirtualnego. Został poinstruowany, żeby usiąść, włożyć hełm i czekać na rozwój wydarzeń.
        Sten przechodził przez to już na długo przed szkoleniem unitarnym.
               Test polegał  na wywoływaniu  pewnych  doznań za pośrednictwem hełmu  wirtualnego. 
Psychologowie monitorowali reakcje i na podstawie zapisów określali profil osobowości badanej 
jednostki.
               Poprzednim razem taśma wirtualna zawierała przygody niezbyt rozgarniętego, ale bardzo 
dzielnego gwardzisty, który dał się zabić, usiłując zniszczyć czołg nieprzyjaciela. Sten mało nie 
zwymiotował.   Ta   reakcja   zdyskwalifikowała   go   jako   kandydata   do   zwyczajnej   piechoty,   lecz 
sprawiła, że został uznany za idealnego kandydata do Sekcji Modliszki.
         Zanim usiadł, obszedł krzesło i sprawdził taśmę w podajniku. Pojawiły się rozmaite kody i 
tytuł: SHAVALA, GWARDZISTA JAIMIE, WALKA ŚMIERĆ, ATAK NA DEMETER.
        Być może ta historia była odpowiednia dla przyszłych piechurów. Ale dla pilotów?
        Sten dokładnie obejrzał hełm i znalazł przewód doprowadzający. Aż korciło, żeby wprowadzić 
niewielkie udoskonalenia.
               Zwinął palce prawej dłoni i ostry jak skalpel nóż wypadł z rękawa do ręki. Ten sztylet o 
podwójnym ostrzu stanowił jedną z najlepiej strzeżonych tajemnic eksdowódcy straży Imperatora. 
Sten zrobił tę broń sam z niezwykle  rzadkiego kryształu.  Nóż miał  ażurową rączkę i klingę o 
grubości zaledwie dwóch i pół milimetra, zwężającą się w kierunku ostrza do szerokości piętnastu 
molekuł. Innymi  słowy, posiadacz tego cacka mógł przeciąć praktycznie wszystko. Tym  razem 
jednak, Sten nie zamierzał niczego przecinać.
               Użył cienkiego jak igła czubka noża, by nieco zmienić położenie kilku drutów w otulinie 
kabla. Potem schował nóż, usiadł i włożył hełm tak, jak mu kazano.
        Poczekajmy. Taśma właśnie się zaczęła. Powinien okazać zaskoczenie. Strach. Podniecenie. 
Wątpić we własne zdolności. Wstrząs przy lądowaniu. Zdecydowanie, by wypełnić misję.
                Podczas   szkolenia   w   sekcji   Modliszki   Sten   nauczył   się   między   innymi   sposobów 
przechytrzania   wszelkich   maszyn   do   testów   psychologicznych,   począwszy   od   prymitywnego 
poligrafii   a   skończywszy   na   wyrafinowanych   skanerach   umysłu,   używanych   przez   imperialny 
wywiad. Przede wszystkim należało uwierzyć, że prawdą jest to, co się mówi i o czym się myśli.
                Umiejętności   zdobyte   w   Modliszce   przyniosły   pożądany   efekt.   Wytrenowana,   niemal 
fotograficzna pamięć Stena sprawiała, że świetnie radził on sobie z testami psychologicznymi.

background image

               Przyjrzyjmy się... Shavala pewnie już zobaczył ten cholerny czołg... Przerażenie... widzi 
masakrowanych towarzyszów walki... gniew... czołg się zbliża... coraz więcej determinacji... skrada 
się do śmiercionośnej maszyny, odstrzeliwują mu pewne części ciała... ból... Ból i jeszcze większa 
determinacja... do diabła, on dawno już powinien nie żyć.
        Sten podniósł hełm znad ucha. Usłyszał, jak taśma zatrzymała się z głośnym kliknięciem.
        Teraz jeszcze uczucie dumy, że jest się częścią imperialnego idiotyzmu.
        Sten pomyślał, że dosyć już tej zabawy. Wstał i zdjął hełm. Przybrawszy wyraz smutku oraz 
determinacji, wyszedł z pokoju, artystycznie potykając się tuż za drzwiami.
        
        Sten dyszał wbiegając na szczyt wzgórza. Spojrzał na kompas, potem na zegarek. Postanowił 
odpocząć cztery minuty.
        Ćwiczenie było zmodyfikowaną wersją typowych zajęć na poligonie - drugiego marszu albo 
długiego biegu. Jednak w tych terminach, jak to w czasie selekcji, znajdowały się pewne kruczki.
         Kandydatom dawano mapy, kompasy i oznaczano punkt kontrolny, który mieli osiągnąć w 
określonym czasie. Kiedy jednak docierali do miejsca przeznaczenia, zazwyczaj okazywało się, że 
to nie koniec trasy. Instruktorzy pilotażu wskazywali adeptom następny punkt kontrolny i wysyłali 
ich w dalszą drogę.
         Te ćwiczenia nie były przeznaczone szczególnie dla pilotów, ale za to na pewno dla osób 
wyróżniających   się   wytrwałością   i   determinacją.   Ponadto,   Sten   zrzędził   w   myśli,   miały 
prawdopodobnie   wykazać   istoty   umiejące   ignorować   wskazania   mózgu,   który   nakazywał   ciału 
spoczynek, podczas gdy organizm dopiero napoczynał rezerwy energii.
        To była dla Stena pestka. Drużyny Modliszki przechodziły podobne treningi dla rozrywki. Ale 
pozostali kandydaci nie radzili sobie tak dobrze z tym zadaniem. Z liczącej trzydzieści kilka osób 
grupy Stena zniknęło już dziesięć.
        Sten właśnie leżał płasko na ziemi, z uniesionymi nogami, nie myśląc o niczym, gdy usłyszał 
kroki.
               Wrócił do rzeczywistości i zobaczył zmierzającą w jego stronę małą kobietę. Tę, która 
pierwszego dnia poczyniła celną uwagę na temat pilotów. Zamiast rzucić się na podłogę, aby dać 
odpocząć organizmowi, zdjęła plecak, położyła się i zaczęła ćwiczyć.
        Sten patrzył z zaciekawieniem na ten interesujący sposób zmuszania umysłu do posłuszeństwa. 
Ponadplanowo poczekał jeszcze minutę, aż kandydatka skończyła.
         Przeciwległe zbocze wzgórza było skaliste. Sten i kobieta - miała na imię Victoria - mogli 
więc rozmawiać w czasie zejścia.
        Wymiana danych: Victoria była porucznikiem w marynarce wojennej. Ukończyła szkołę tańca 
i gimnastyki. Sten pomyślał, że musiało jej dobrze iść w czasie studiów, bo występowała później na 
Starym Świecie. Wydawało mu się nawet, że słyszał kilku trupach baletowych, z którymi ruszała w 
objazdy. 
        Więc dlaczego wstąpiła do wojska?
        Pochodziła z wojskowej rodziny. A poza tym stwierdziła, że być zawodową tancerką to tak, 
jak być rybą na piasku.
        Stenowi starczyło oddechu, żeby się roześmiać.
        Ponadto Victoria zawsze lubiła matematykę.
        Sten wzruszył ramionami. Owszem, znał się co nieco na matematyce - jak każdy oficer - ale 
rozwiązywanie równań nie stanowiło jego życiowej pasji.
        Wewnętrzny czasomierz Stena wskazał czas odpoczynku. Victoria nieugięcie szła dalej. Sten 
patrzył za tą małą kobietą ogarniało go bardzo miłe uczucie.
        Jeśli ktokolwiek miał przebrnąć przez to guano zwane selekcją i zostać pilotem, to na pewno 
tym kimś będzie Victoria.
        
         Sten zrobił unik, kiedy zielona ściana wody chlusnęła przez dziób i roztrzaskała się o okna 
mostka.

background image

        Łódź zakołysała się, a Stenowi żołądek podszedł do gardła. Zamilcz, ciało. To tylko złudzenie. 
Zamilcz, głowo, nadeszła odpowiedź. Będę wymiotować. Do diabła z tobą.
        Sten rzygał na bok i walczył ze sobą, żeby wykonywać wyszeptywane mu instrukcje.
         - To jest dwudziestometrowa łódź, używana do przemysłowych połowów. Jesteś szyprem. 
Uciekasz przed burzą. Twoja łódź wpadła w sztorm. Gdzieś przed tobą leży port. Żeby pomyślnie 
zakończyć ćwiczenie, musisz do niego zawinąć. Radar pokaże ci drogę. Ale urządzenie niestety się 
psuje. Wiesz także, że u wejścia do portu znajduje się mielizna zwana łachą. W czasie sztormu 
utrudnia ona dotarcie do celu. Życzymy szczęścia.
         Sten miał wystarczające doświadczenie w tego rodzaju testach, żeby bez ustanku zerkać na 
ekran radaru. Aha. Tu coś jest... trochę na prawo... trzeba więc wyprostować kurs tej łajby... nagle, 
tak jak zapowiedziano, radar zaczął pokazywać wyłącznie zielone zygzaki.
        Sten ocenił sytuację, a raczej iluzję, której doświadczał za pośrednictwem hełmu. Inaczej niż w 
przypadku   eksperymentu   z   Shavala,   w   tego   rodzaju   testach   wszelkie   działania   wydawały   się 
prawdziwe.   Jeśli,   na   przykład,   Sten   skieruje   statek   na   skały,   doświadczy   zderzenia   i 
prawdopodobnie, jako że personel selekcji składał się z sadystów, powolnego topienia się.
        Proste rozwiązanie. Sten postanowił działać na spokojnie. Wystarczy, jeśli włączy antygraw. 
Wtedy łódź...
               Błąd. Przed nim widniały tylko trzy tarcze kontrolne, koło sterowe na szprychach i dwie 
rączki. To była łódź dwuwymiarowa.
        Sten zignorował wskaźniki określające stan silnika. Doszedł do wniosku, że przynajmniej na 
razie, nie mają one dla niego znaczenia.
               Nadeszła następna fala, statek gwałtownie zakołysał się na boki. Sten, szukając wyjścia z 
sytuacji, popchnął prawą rączkę w przód do oporu, a lewą - jak najdalej do tyłu. Przy tym z całej 
siły przekręcił koło sterowe w prawo.
        Kołysanie ustało.
        Sten wyrównał obie rączki - domyślił się, że łódź ma dwa silniki - i wyprostował ster.
        Burza ucichła. W tym momencie Sten ujrzał wysokie skały pokryte warstwą wodnej piany. Po 
lewej widniała niewielka szczelina - wejście do portu.
        Sten skierował łódź w tę stronę.
        Skały zbliżały się. Boczne prądy usiłowały wprawić stateczek w ruch wirowy.
        Sten przywarł do dźwigni i koła sterowego. Doskonale. Udało się utrzymać kurs.
        Przestało padać. O kilka metrów przed sobą, gdy fala ustąpiła, Sten dostrzegł błysk piasku - to 
była łacha!
        Zmienił bieg motorów. Seria spienionych bałwanów przewaliła się nad rufą. Nie zwrócił na 
nie uwagi. Wpadł na pomysł.
        Kiedy fala uderza o mieliznę, zwiększa się głębokość wody nad piaskiem. Wystarczy poczekać 
na dużą falę, wypatrzeć ją przez tylne okna mostka i dać całą naprzód. Aby dostać się do portu, 
należy wykorzystać silę natury.
        Podziałało to jak katapulta. Wielki grzywacz, wybrany przez Stena, dźwignął łódź i przeniósł 
ją wprost do wejścia do przystani.
        Sten, w euforii, zapomniał o bocznych prądach. Łódź została rzucona na skały.
               Zgodnie z przewidywaniami, doświadczył nie tylko roztrzaskania łajby, ale i osobistego 
utonięcia.
        Powolnego.
        Ocena: ZDANE.
        
        Sten znał już imiona swoich kolegów - kandydatów. Sierżantowi o wyglądzie twardziela, który 
zdaniem Stena powinien odpaść na początku, jakimś cudem udało się przetrwać. Przetrwać, do 
diabła. Jak do tej pory ów mężczyzna i Victoria zamieniali się pozycjami w rankingu kursu. Numer 
jeden - twardziel, numer dwa - pani porucznik. Znawca historii starożytnej nie byłby tym faktem 
zaskoczony, gdyby wiedział, jak się nazywa zwycięzca - William Bishop Czterdziesty Trzeci.

background image

        Sten nie znał gościa, więc podobnie jak inni kandydaci był zaskoczony. Sierżantowi nadano 
przezwisko Chrząkacz. Przyjął je entuzjastycznie.
         Futrzak, o imieniu Lotor, wielki amator piwa, okazał się bardzo wartościowym nabytkiem 
kursu. Stał się nadwornym błaznem. Jako że zwyczajowe zawory bezpieczeństwa stosowane w 
armii,   takie   jak   pijaństwo   czy   przepustki   były   zakazane,   kandydaci   zamknięci   w   koszarach 
fiksowali coraz bardziej. Lotor rozpoczął wojnę na balony z wodą. Pierwszą ofiarą stał się Sten.
        W środku nocy rozległo się niewinne pukanie do jego drzwi. Wyjrzał i w tym momencie w 
twarz runął mu plastikowy pojemnik wypełniony wodą. Sten, gdy tylko się dowiedział, kto jest 
winowajcą, zemścił się na Lotorze. Zamknął go pod prysznicem, uprzednio zatkawszy spust wody. 
Zwolnił odpływ dopiero wtedy, gdy woda sięgała sufitu.
        Lotor wysuszył futro i przystąpił do rewanżu. Uznał, że Sten ma sojuszników, a jednym z nich 
jest Sh’aarl’t. Wsadził wiec wąż hydrantu przeciwpożarowego do szczeliny w drzwiach pajęczycy i 
odkręcił wodę.
         Sh’aarl’t obudziła się, gdy pokój do połowy wypełniała woda. Ośmionoga istota po prostu 
otworzyła drzwi i znów zasnęła. Lotor nie wziął pod uwagę, że nie jest dobrze czynić sobie wroga z 
pająka. Następnej nocy Sh’aarl’t uprzędła pajęczynę sięgającą z jej okna do położonej piętro wyżej 
kwatery Lotora i zręcznie zastąpiła jego poduszkę workiem z wodą. Lotor wyszukał nowy cel. Tym 
razem   zapolował   na   Chrząkacza.   Przywiązał   ładunek   wybuchowy   do   wielkiej   torby   z   wodą, 
potoczył ją wzdłuż korytarza, zapukał do drzwi Bishopa i dał nogę.
        Sierżant otworzył drzwi w chwili, gdy ładunek eksplodował.
        William zemścił się na Lotorze, wpychając do jego pokoju ogromny balon meteorologiczny 
wypełniony wodą. Bishop, urodzony wojownik, nie zatroszczył się nawet o to, czy w czasie tej 
operacji ofiara znajdowała się w swoim apartamencie. Tak czy inaczej, w akcji uwalniania futrzaka 
brała udział niemal cała obsługa koszar.
        Na tym wojna się skończyła, bo wszystkie uczestniczące w niej strony poczuły się wyczerpane 
i nikomu nie przychodziła już do głowy żadna sprytna sztuczka. Jedynym pozytywnym skutkiem 
owych  potyczek było  stworzenie nieformalnego zespołu przyjaciół, w skład którego wchodzili: 
Lotor, Bishop, Sten i Sh’aarl’t.
        
               Zespół uznał Victorie za swoją maskotkę. Nie wiedziała, dlaczego tak się stało, ale była 
wdzięczna, że zaliczono ją do towarzystwa. Nikt z czwórki przyjaciół nie wyjaśnił motywów, ale na 
taką decyzję niewątpliwie miało wpływ to, co Sten poczuł w czasie ćwiczeń terenowych z mapą i 
kompasem.
        Cała piątka rozprawiała o swoich planach, a także o instruktorach pilotażu - kim by się okazali, 
gdyby zostali zmuszeni do noszenia prawdziwych mundurów zamiast białych kombinezonów.
         Victoria zagięła parol na Ferrariego. Powiedziała, że na tego rozlazłego faceta z pewnością 
wydano nakaz aresztowania za szantażowanie swojego dowódcy i kradzież wszystkiego, co nie 
było przywiązane.
               Wybuchnęli  śmiechem,  wypili  po filiżance  ziołowej herbatki, niepowodującej skutków 
ubocznych, i rozeszli się do swoich apartamentów. Nie wszyscy.
        Być może herbatka wywoływała jednak jakieś nieprzewidziane efekty.
         Sten i Victoria odprowadzili Sh’aarl’t do drzwi jej pokoju i życzyli pajęczycy dobrej nocy. 
Potem Sten, który chciał odprowadzić Victorie, zmienił nagle zdanie i zaprosił ją do siebie. Pani 
porucznik nie oponowała.
        Sten triumfował, a zarazem był przerażony. Victoria wygładziła łóżko i poprawiła poduszki. 
Rozpięła zamek błyskawiczny. Kombinezon spadł z jej szczupłego, nieskazitelnie zbudowanego 
ciała.
               Sten nieraz myślał o seksie z baletnicą - to znaczy, z Victoria - ale nigdy jej tego nie 
zaproponował. Obawiał się, że jeśli dziewczyna przyjmie jego awanse, to okaże się, że instruktor 
Mason wymyślający Stenowi od impotentów ma rację. Bo to niby przeszkodzi mu napięcie, stres i 
temu podobne.

background image

        Może i nie mylił się, nisko oceniając swoje możliwości, ale wcześniej nawet nie przyszło mu 
do głowy, jak twórcza potrafi być zawodowa tancerka.
         Następnego dnia testy Victorii i Stena wypadły bardzo, bardzo słabo. W nocy nie przespali 
więcej niż godzinę.
        
Rozdział ósmy
        
         Program selekcji zmieniał się. Od testów pisemnych i wirtualnych kursanci przechodzili do 
sprawdzianów praktycznych.  Dawało to Ferrariemu i Masonowi szansę na stosowanie coraz to 
nowych męczarni.
        Sten doszedł do wniosku, że tym razem będą testowani w naprawdę ciężkich warunkach, bo 
Ferrari promieniał, a nawet Mason pozwolił sobie na lekki półuśmieszek.
        Teraz odbędzie się “przegrupa” - wyjaśnił radośnie Ferrari.
        Chodziło o przeszkodę i grupę.
        Grupę stanowili Bishop, Victoria, Lotor, Sten i sześcioro innych.
        A co do przeszkody:
         - Jesteśmy tutaj - powiedział Ferrari - w kabinie dowodzenia niszczyciela. Klasy “Flower”, 
gdyby was to przypadkiem interesowało. Wygląda okropnie, prawda? - Czekał na chór pomruków 
wyrażających zgodę. - Otóż niszczyciel miał twarde lądowanie na pewnej planetoidzie, gdzie jest 
woda i dająca się zaakceptować atmosfera. Ale brak tu jedzenia i jakiegokolwiek budulca, aby 
zrobić   sobie   schronienie.   -   Ferrari   uśmiechnął   się.   -   I   niech   ci,   którzy   przeszli   szkolenie 
ekologiczne, nie trudzą się z objaśnianiem, że takie planetoidy nie istnieją. To nie ja układałem ten 
test.   Ja   tylko   dowodzę.   Tak   czy   inaczej,   stoimy   w   kabinie,   która   uległa   niemal   całkowitemu 
zniszczeniu w trakcie lądowania. Widzicie ten otwarty luk i drogę na powierzchnię planety? Bardzo 
ładnieją   odmalowali.   Osobiście   nie   wierzę,   żeby   drzewa   mogły   być   purpurowe.   Panie   Mason, 
zechciałby pan dokonać dalszych objaśnień? Dziękuję.
               - Powiem krótko. Wy nieudacznicy, mieliście twarde lądowanie. Jedynym sposobem na 
przeżycie jest wyciągnięcie waszych zestawów ratunkowych. Są one w tamtym korytarzu. Przed 
wami dwa problemy - korytarz został zatarasowany.
               Sten popatrzył przed siebie i stwierdził, że tu nie ma żartów. Podziwiał precyzję, z jaką 
zbudowano przeszkodę. Kiedy weszli do wielkiej komory, odnieśli wrażenie, jakby połowa statku 
rozbiła się na miazgę. Z paroma wyjątkami - Sten dokładnie je zapamiętał - wnętrze wyglądało jak 
pokład bojowy i kilka przyległych korytarzy niszczyciela. Sten zastanawiał się, dlaczego na chwilę 
przed wejściem do atrapy, Mason wziął Bishopa na bok i szepnął mu coś do ucha - coś bardzo 
ważnego, sądząc po reakcji Chrząkacza.
        - Drugi problem - kontynuował Mason - polega na tym, że siłownia jest zaprogramowana na 
samozniszczenie. Pozostało wam dwadzieścia minut, zanim statek wybuchnie i wszystkich was 
diabli   wezmą.   Jeśli   nie   wydostaniecie   zestawów,   nie   przejdziecie   testu.   Jeśli   nadal   będziecie 
rozwiązywać zadanie, kiedy minie już określony czas, nie przejdziecie testu.
        - Dziękuję, panie Mason.
        - Tak jest.
        - Zaczynamy zadanie... Teraz!
               Nastąpiła gwałtowna wymiana poglądów na temat sytuacji. Gadaninę przerwała Victoria. 
Pieprzyć wszystko. Trzeba zacząć się przebijać. Chrząkacz stwierdził, że to głupi pomysł. Najpierw 
należy   ułożyć   plan.   Lotor   na   to,   że   jeśli   nie   wiedzą,   jak   głęboko   jest   zagrzebany   drakh,   to 
jakiekolwiek przedsięwzięcia na niewiele się zdadzą.
        Położenie wydawało się całkiem proste. Korytarz wiodący do zestawów ratunkowych został 
zablokowany rozmaitymi  śmieciami,  które  łatwo można  było  usunąć.  Ale w  poprzek przejścia 
leżały skrzyżowane dwie wielkie stalowe belki. Dwaj kandydaci usiłowali usunąć przeszkody, i o 
mało nie nadwerężyli  sobie grzbietów. Bezowocne starania mężczyzn dowiodły, że jedynie siłą 
mięśni niczego się nie wskóra.
        Lotor stanął obok niewielkiego drąga, leżącego w korytarzu przed zaporą.

background image

        - Z tego można zrobić dźwignię - powiedział. - Gdybyśmy oczywiście znaleźli punkt oparcia.
        - Daj spokój, Lotor - wszedł mu w słowo Chrząkacz. - Nie mamy żadnego cholernego punktu 
oparcia.
         - Wy błazny - krzyknęła niespodziewanie Victoria. - Weźcie tę wielką skrzynię z mapami, 
która stoi na pokładzie bojowym.
        - Nie uda się - stwierdził Bishop.
        Sten zerknął na sierżanta. Co, do diabła, dzieje się z tym Chrząkaczem? Zazwyczaj pierwszy 
zapalał się do nowych pomysłów. Podczas gdy dwóch kursantów przenosiło skrzynię z mapami, 
Sten dokonywał małego rekonesansu w “statku”. Kiedy wrócił do korytarza, “punkt oparcia” tkwił 
tuż   przy   blokujących   drogę   belkach.   Pod   jedną   z   nich   włożono   drąg.   Wszyscy   nacisnęli   na 
metalowe ramię. Pierwsza belka uniosła się i runęła na bok. Zespół wydał cichy okrzyk triumfu, po 
czym przesunął gruby pręt do przodu.
        - Nic z tego nie będzie - ocenił ponownie Bishop. 
        Jeden z kandydatów odstąpił.
        - Chyba masz rację - przyznał. Nagle spostrzegł pomalowany na czerwono właz w metalowej 
ścianie korytarza. Na środku widniał napis: PUNKT INSPEKCYJNY KONTROLI SKAŻEŃ. Nie 
wchodzić   bez   przepustki   II   stopnia.   Nie   wchodzić   przed   zakończeniem   dezaktywacji   statku. 
Otworzył klapę. Za nią znajdowało się drugie przejście.
        - W porządku. To jest to - rzucił, uradowany.
        - Nie czytałeś napisu? - zapytał Sten.
        - I co z tego? Ten statek nie może być już bardziej zdezaktywowany.
        - Racja - zgodził się Bishop.
        Stena znów ogarnęło zdziwienie.
        Gdy kandydat wcisnął się przez wąski otwór, klapa zamknęła się z lekkim trzaskiem. Po pięciu 
minutach pozostali członkowie grupy usłyszeli ryk bólu. Demony, które wymyśliły testy selekcji, 
zatroszczyły   się   o   wszystko.   Takie   przejście   zazwyczaj   jest   wypełnione   przegrzaną   parą.   Na 
szczęście były to ćwiczenia, więc kandydat został tylko lekko ochlapany wrzącą wodą - skutek: 
oparzenia pierwszego stopnia. Potem przejście otworzyło się, z hukiem, a nieszczęśnik wypadł na 
zewnątrz atrapy, gdzie spotkał Ferrariego, który obwieścił mu śmierć i dyskwalifikację.
        Po “śmierci” kandydata, zespół zdwoił wysiłki, żeby podważyć drugą belkę. Sten dobrze się 
przy tym napocił, ostatecznie jednak dał za wygraną i zaczął myśleć nad innym rozwiązaniem. 
Przeszukawszy statek, wyszedł na zewnątrz, żeby rozejrzeć się za czymś, co mogłoby posłużyć jako 
narzędzie.
        W końcu znalazł.
               Kiedy dowlókł na miejsce czterdziestometrowy kabel, który prawdopodobnie wypadł z 
obudowy statku, członkowie zespołu dysząc przeżywali porażkę.
        Pozostało siedem minut. Sten nie trudził się wyjaśnieniami. Przeprowadził cienki przewód pod 
belką i obwiązał ją kilkakrotnie. Potem dociągnął kabel do jakiejś solidnej ramy, a następnie znów 
poprowadził go do sztaby.
        - Co ty, do diabła, robisz? - Bishop złapał kompana za ramię.
        - Przesyłam całusy pieprzonemu Imperatorowi - warknął Sten. - Podaj mi rękę.
        - Daj spokój! Marnujesz czas.
        - Słuchaj, Chrząkaczu. Zamierzam zrobić blok, pociągnąć za kabel i wyrwać tę belkę.
               - Sten, nie jestem pewien, czy to zadziała. Dlaczego nie mielibyśmy omówić twojego 
pomysłu?
        - Bo zostało pięć minut.
        - Właśnie! Nie chcemy czegoś sfuszerować, prawda?
               - Nic z tego. - Sten zadał cios otwartą dłonią. Jego ręka mogła zabić, okaleczyć  albo 
sparaliżować wszelkie istoty znane imperialnej szkole walki wręcz. Dłoń rąbnęła Bishopa w kark, 
tuż poniżej ucha. Kandydat runął na ziemię jak worek piasku.

background image

        - Zamknąć się! - rozkazał Sten, przerywając okrzyki zaskoczenia. - Weźcie ten cholerny kabel 
i ciągnijcie ze wszystkich sił. Bishop był czynnikiem sabotującym. Widziałem, jak Mason wydawał 
mu polecenia. Do roboty, ludziska. Musimy się stąd wydostać!
        Linoblok wyszarpnął belkę, a zespół zdołał wydostać zapasy z magazynu. Członkowie grupy 
wybiegli ze “statku” na dobrą minutę przed upływem wyznaczonego czasu.
        Bishop, kiedy odzyskał przytomność, powiedział, że Sten miał rację - Mason kazał sierżantowi 
grać rolę sabotażysty.
        Ferrari zrzędził, że są jednym z nielicznych zespołów, w którym w ciągu ostatnich pięciu lat 
udało się przejść przez ten sprawdzian.
        Ocena: CELUJĄCA
        
Rozdział dziewiąty
        
        Sten miał kłopoty.
         Rzecz nie w tym, że z matematyki był kompletnym głąbem - w armii imperialnej, powyżej 
stopnia szeregowca drugiej rangi to się nie zdarzało - ale brakowało mu takiego instynktownego 
zrozumienia dla liczb, jakie miał dla przedmiotów. Nie potrafił też wyobrazić sobie statków i planet 
pod postacią równań.
        Toteż postarał się o korepetycje. Udzielała mu ich Victoria. Nie był to dla niej problem. Każdy 
wiedział, że egzaminy ma jakby już zdane. Ale Bishop?
        Geniuszów matematycznych wyobrażamy sobie jako małych, chudych facecików mówiących 
dyszkantem   i   noszących   szkła   korekcyjne.   Sten   rozmyślał   ponuro   o   stereotypach,   kiedy   grube 
paluchy   Bishopa   harcowały   po   klawiszach   komputera,   wskazywały   liczbę   na   ekranie,   a   sam 
sierżant z precyzją i cierpliwością pedanta starał się uświadomić Stenowi, że czysta matematyka 
dokładniej opisuje wszechświat niż obraz lub słowo.
        Sten znów popatrzył na ekran i nie znalazł żadnego odniesienia do rzeczywistości.
        - Co za cholerna ciemięga - mruknął Bishop do Victorii. - Daj mi maczugę. Może tak trafię mu 
do przekonania.
        Victoria znalazła rozwiązanie. Podłączenie mikroholoprocesora Stena do komputera nie zajęło 
nawet jednego wieczoru. Kiedy zaczęły napływać dane numeryczne, holoprocesor stworzył małą 
trójwymiarową mapę gwiezdną.
        W końcu, po wielu trudnościach, Sten zaczął rozumieć, o co chodzi.
        Ostatecznie otrzymał notę:
        PERCEPCJA MATEMATYCZNA WYMAGA DOSKONALENIA.
        Z jakichś nieznanych powodów, podczas każdego szkolenia Sten musiał przechodzić testy na 
odporność grawitacyjną.
        Sten potrafił zrozumieć, dlaczego przeprowadza się badania, ile G można wytrzymać, albo ile 
razy można zmienić kierunek pola, zanim da się za wygraną. Ale skoro już raz zyskało się takie 
informacje, to po co sprawdzać ponownie?
        Wiedział, że jako żołnierz zachowuje sprawność bez kombinezonu antygrawitacyjnego do 3,6 
E-grawów.   Mógł   pracować   w   pozycji   siedzącej   pod   11,6   E-grawami.   Traci   przytomność   pod 
wpływem   krótkotrwałego   działania   76,1   E-grawów   albo   mikrosekundowego   uderzenia   103   E-
grawów.
        Wszystko to było zapisane w jego pliku medycznym. Więc po co znów go testowano?
        Sten uznał, że jest to po prostu część stosowanego sadyzmu, aplikowanego przez każdą szkołę 
wojskową.   Ze   wszystkich   rodzajów   testów,   którym   go   poddawano,   najbardziej   nie   cierpiał 
centryfugi. W pierwszej fazie kursu, rzecz jasna, stosowano właśnie tę metodę.
                Sten   przygryzł   wargi   na   widok   stalowej   maszynerii   zwisającej   nad   nim   w   wielkim 
pomieszczeniu.
        - Wyglądasz na zaniepokojonego, kandydacie Sten - stwierdził Mason, wchodząc do sali.
        Sten trzasnął obcasami:
        - Ale skąd, panie instruktorze!

background image

        - Boisz się, kandydacie?
        Sten miał dość takiej stereotypowej gadaniny. Bardzo brakowało mu Alexa. Ten przysadzisty 
mieszkaniec   planety   o   podwyższonej   grawitacji   znalazłby   jakąś   odpowiedź   -   prawdopodobnie 
palnąłby Masona w łeb.
        Kilgour też przechodził szkołę pilotażu. Stena nie doszły żadne ekscytujące wieści związane z 
tym faktem, więc pomyślał, że Alex ukończył kurs, nie rozbijając głowy Masonowi.
        Prawdopodobnie Kilgour został wysłany w inne miejsce. Sten udzielił Masonowi wymijającej 
odpowiedzi i wdrapał się do kapsuły centryfugi.
        
               Wieczorem, kiedy żołądek wrócił już na swoje miejsce, Sten poczuł umiarkowany głód. 
Wyszedł z pokoju na lekko chwiejnych nogach i skierował się do pokoju rekreacyjnego. W którejs 
z maszyn z żywnością zapewne znajdzie coś przypominającego cienki kleik owsiany.
        Sh’aarl’t, Bishop i Lotor siedzieli w milczeniu przy stole do gry. Sten wyjął z otworu pełną 
filiżankę i przysiadł się do przyjaciół. Lotor obwieścił mu nowinę:
        - Wylali dzisiaj Victorie.
        Sten podskoczył. Zupka wylała mu się na kolana. 
        - Nie przeszła testu przeciążeniowego - odpowiedział na nie zadane pytanie Bishop.
        - Niemożliwe - krzyknął Sten. - Była cholernie dobrą gimnastyczką. Tancerką.
        - Najwyraźniej każdemu mogą się zdarzyć zawroty głowy - wtrąciła się Sh’aarl’t.
        - Ile G miała?
        - Dwanaście z kawałkiem - odparł Bishop.
               - Cholera - zaklął Sten. Nawet umiarkowane manewry bojowe na statku z wyłączonymi 
generatorami McLeana potrafią dawać większe przeciążenia.
        Zdał sobie sprawę, że mówią o Victorii, używając czasu przeszłego. W pierwszej fazie, jeśli 
kandydat został zdyskwalifikowany, usuwano go natychmiast. Sten był nieco zdziwiony, że trójka 
przyjaciół w ogóle posiadała jakiekolwiek informacje na temat przyczyn niepowodzenia Victorii.
               Uświadomił sobie również, że z chwilą gdy odeszła ich dziewczyna - talizman, przepadła 
nadzieja na pomyślne przetrwanie dalszych testów.
        
Rozdział dziesiąty
        
               Tablicę ogłoszeń w koszarowym korytarzu nazywano, nie bez racji, “Gazetką dnia Sądu 
Ostatecznego”.  Sten zapoznawał  się z najnowszymi  dyrektywami:  o 16.00, wszyscy kandydaci 
mają   się  zgromadzić   na  centralnym   dziedzińcu.  Zastanawiał  się,  jaki to  nowy rodzaj   masowej 
tortury wymyślili  instruktorzy pilotażu.  Do końca pierwszej  fazy pozostało zaledwie kilka dni. 
Wśród kandydatów, którym udało się przetrwać byli: Sh’aarl’t, Bishop i Lotor.
        Nagle Sten mało nie podskoczył, gdy przeczytał:
        OBOWIĄZUJE STRÓJ GALOWY.
        Sten znalazł się teraz w tarapatach. Postąpił słusznie, ukrywając baretki na początku szkolenia. 
Zauważył, że ci, którzy mieli więcej odznaczeń albo wysoką rangę doświadczali więcej męczarni. 
Jak do tej pory, mimo nie skrywanej nienawiści Masona, Stenowi udawało się odwracać uwagę 
instruktorów od swojej osoby.
        No cóż. Wszystko co dobre, szybko się kończy.
        
               - Proszę, proszę, jak to kandydat ślicznie wygląda - mruknął Mason. - Tyle wstążek i 
kokardek!
        Sten wolał nie przypinać sobie medali, ale wiedział, że musi, gdyż inaczej ciężko pogwałciłby 
obecny   nakaz.   Byłoby   to   całkiem   w   stylu   instruktorów   pilotażu,   gdyby   najpierw   dokładnie 
sprawdzili   akta   osobowe,   potem   przyjrzeli   się   piersiom   kandydatów,   a   za   jakąkolwiek 
niedokładność wyrzucaliby z kursu.
        Sten stuknął obcasami pod adresem Masona, ale patrzył w zdumieniu na Ferrariego. Ten tłuści 
och nosił teraz gwiazdki admirała floty, a odznaczenia sięgały mu niemal epoletów.

background image

        Mimo zaskoczenia, Sten zauważył, że tuż nad pasem Ferrari ma na mundurze jakby plamę po 
zupie.
                -   Gdybym   wiedział,   że   masz   te   wszystkie   błyskotki,   poświęciłbym   ci   więcej   uwagi, 
kandydacie - kontynuował Mason. - Ale przecież jeszcze nic straconego.
        Świetnie. Sten był skazany. Zastanawiał się tylko, jak Mason dobierze mu się do tyłka.
        Odpowiedź przyszła kilka minut później.
               Ferrari wydał  rozkaz baczność i złożył  kandydatom  gratulacje.  Formalne  testy zostały 
ukończone. Wszyscy, którzy wytrzymali, odnieśli sukces. Pozostawał sprawdzian końcowy.
        - Nie trudźcie się przeglądaniem tego, co robiliście do tej pory - radził Ferrari. - Sprawdzian 
końcowy   pod   żadnym   względem   nie   przypomina   dotychczasowych   testów.   Macie   dobę   na 
domysły, co to będzie. Uważamy, że takie oczekiwanie dobrze robi duszy. Przy okazji, ten test jest 
indywidualny. Każdy instruktor pilotażu wybierze sobie kandydatów.
        Teraz Sten wiedział, w jaki sposób Mason go dopadnie.
        
Rozdział jedenasty
        
        Samolot - przynajmniej zdawało się, że to samolot - był takim złomem, jakiego Sten w życiu 
nie widział. Maszyna składała się z płaskiej metalowej platformy o średnicy dwóch metrów, dwóch 
foteli, dwóch paneli z przyrządami i owiewki. Platforma spoczywała na metalowych płozach. Z tyłu 
znajdowała się namiastka elektrowni, a za tym urządzeniem sterczał ażurowy metalowy dźwigar, 
zakończony pionowo przymocowanym śmigłem. Nad platformą było drugie śmigło, umieszczone 
horyzontalnie w stosunku do ziemi. Miało ono łopaty o długości około sześciu metrów  każda. 
Samolot   stał   pośrodku   szerokiego,   całkowicie   płaskiego   lądowiska.   Dwieście   metrów   przed 
dziobem wyrastał rząd pylonów.
         Na lądowisku byli tylko Sten i Mason. Sten zwrócił bladą ale - miał nadzieję - wyrażającą 
entuzjazm twarz w stronę instruktora.
            - W tej szkole istnieje taka zasada - zaczął Mason. - Wiadomo, że są ludzie stworzeni do 
latania. Rzecz jasna, ta opinia nie dotyczy żadnego z was, błazny. Wielu pilotów ma swoje ulubione 
maszyny. Nie byłoby sensu przeprowadzać testu na podstawowe zdolności, wsadzając kogoś na 
jego ulubioną zabawkę, prawda? Przygotowaliśmy więc coś, na czym,  o ile nam wiadomo, od 
tysiąca lat nikt nie latał. Ta kupa złomu, zwana kiedyś helikopterem, zabiła w swoim czasie wielu 
pilotów.   Teraz   ty   spróbujesz   swoich   sił,   kandydacie.   Albo   rozglądaj   się   za   innym   zajęciem. 
Słyszałem, że poszukują meteorologów planetarnych w Sektorach Pionierskich.
        - Tak jest.
        - Gramy fair. Pomożemy ci trochę. Najpierw dowiesz się o dwóch faktach. Po pierwsze: ten 
helikopter nie wzniesie się bez bata, szybuje jak skała i w ten sam sposób ląduje, więc musisz mieć 
na niego odpowiedni sposób. Po drugie: łatwo jest nim latać, jeśli należy się do tego rodzaju ludzi, 
którzy potrafią jednocześnie klepać się po głowie i głaskać po brzuchu.
               Sten zastanawiał się, czy Mason przypadkiem nie robi sobie żartów. To niemożliwe - ten 
człowiek jest pozbawiony poczucia humoru.
               - Co więcej, obaj przypniemy się do foteli,  a ja ci pokażę, jak działają instrumenty - 
kontynuował instruktor. - Potem ty przejmiesz prowadzenie i popilotujesz według moich instrukcji. 
Zacznę od najprostszych rzeczy.
               Rzeczywiście, tych kilka instrumentów sterowniczych łatwo dało się opanować. Drążek z 
przodu pozwalał kontrolować kąt nachylenia łopat wirnika. Można go było przekręcać na wszystkie 
strony i za jego pomocą - według objaśnień Masona - manewrować helikopterem. Drugą dźwignią, 
umieszczoną z boku, zwiększało się obroty łopat, a co za tym idzie szybkość lotu helikoptera. Dwa 
pedały   kontrolowały   mały   wirnik   z   tyłu   statku.   Urządzenie   to   powstrzymywało   maszynę   od 
okręcania się wokół własnej osi.
        Pierwszy sprawdzian polegał na uniesieniu helikoptera w powietrze.
        Mason wykonał ten manewr dwukrotnie. Wydawało się to łatwe.
        - Masz tylko utrzymać go metr nad powierzchnią lądowiska. - Kazał Stenowi przejąć stery.

background image

               Wtedy helikopter okazał się zupełnie inną maszyną. Pomimo usiłowań Stena zanurkował, 
rąbnął czubkami płóz o lądowisko, a następnie, podążając za przesadną reakcją pilota, uderzył o 
grunt tyłem... potem znowu przodem... i Mason musiał przechwycić drążki.
        - Chcesz jeszcze raz spróbować? 
        Sten skinął głową.
                Kolejna   próba   wypadła   lepiej   -   chociaż   też   niezbyt   dobrze.   Dodać   mocy...   wszystko 
kontrolować... bardzo delikatnie ruszać drążkiem. Tym razem Sten o nic nie uderzył, ale nie mógł 
utrzymać wymaganego pułapu jednego metra. Momentami gwałtownie unosił się na trzy metry. 
Jego kombinezon był przesiąknięty potem.
        Jeszcze raz.
        Amplituda skoków zmniejszyła się do plus-minus jednego metra.
        - Dobrze. Teraz polecimy do przodu. - Mason popatrzył na Stena.
         Instruktor pokonał jakieś pięćdziesiąt metrów i zawrócił do punktu startu, potem powtórzył 
manewr.
        - Masz utrzymać wysokość dwóch metrów i po prostu lecieć przed siebie. Powiem ci, kiedy się 
zatrzymać.
        Helikopter zaczął robić susy. Dwukrotnie zgrzytnął płozami ziemię. Przemieszczał się bokiem 
w   stosunku   do   pylonów.   Mason   przejął   stery   i   kazał   kursantowi   trzykrotnie   powtarzać   całą 
operację. Sten zastanawiał się, czy jednak nie będzie musiał zostać meteorologiem.
        Następny etap polegał na doprowadzeniu helikoptera do pylonów. Należało przelecieć między 
nimi slalomem. Za pierwszym razem Sten skosił wszystkie słupy. Przy czwartej próbie uderzył 
tylko w kilka.
        Mason popatrzył na niego, po czym dał znak. Dość.
        Sten usiadł wyprostowany i położył ręce na kolanach. Czekał na dalsze rozkazy.
        Mason wylądował tam, skąd zaczynali lot, wyłączył silnik odpiął pasy. Sten poszedł w jego 
ślady. Zeskoczywszy z platformy, odszedł od maszyny,  schylając się pod zwalniającymi tempo 
łopatami wirnika.
        Instruktor stał z kamiennym wyrazem twarzy jakieś trzydzieści metrów od helikoptera.
                -   To   wszystko,   kandydacie.   Zameldujcie   się   w   miejscu   zakwaterowania.   Zostaniecie 
poinformowani o waszym statusie.
               Sten zasalutował. Cholera! Tyle tylko miał do powiedzenia o pomyśle wysłania go do 
marynarki.
        - Kandydacie!
        Sten zatrzymał się i odwrócił.
        - Czy kiedykolwiek przedtem lataliście na takiej maszynie? 
        Sten poczuł cień nadziei.
        
Rozdział dwunasty
        
        Następnego dnia na liście widniały nazwiska Stena, Bishopa, Sh’aarl’t i Lotora.
        Pierwsza faza. Przyjęci. Skierowani do drugiej fazy Imperialnej Szkoły Lotniczej.
               Na kolejnym etapie będą się uczyć latania. Z pięciuset kandydatów przetrwało mniej niż 
czterdziestu.
               Zgodnie ze zwyczajem, ukończenie kursu powinno zostać ogłoszone przez instruktorów. 
Zwykle przytaskiwali oni beczułki z alkoholem i zapraszali kandydatów na cienkusza. Sh’aarl’t, 
Sten i Bishop nie mieli jednak ochoty na branie udziału w jakichkolwiek ceremoniach. Rozpili 
flaszkę herbatki ziołowej i rzucili się do pakowania. Pragnęli tylko jednego - wyrwać się stąd jak 
najprędzej.
        Koło sań, które miały zabrać kandydatów na statki, czekali Ferrari i Mason.
               I znów, jak nakazywała tradycja, w tym momencie powinno się odbyć  przedstawienie 
polegające na robieniu dobrej miny do złej gry. Ale wyraz twarzy Masona nie zmienił się ani 

background image

trochę.   Instruktor   nadal   wyglądał   tak,   jakby   mu   było   przykro,   że   którykolwiek   z   kandydatów 
ukończył szkolenie. Na Stena gapił się ze szczególną nienawiścią.
        Sten zrewanżował mu się tym samym.
        Do cholery z wybaczeniem i zrozumieniem. Marzył o tym, żeby spotkać Masona w alejce za 
hangarem i zostawić mu jeszcze jedną pamiątkę w postaci blizny - najchętniej w poprzek gardła...
        
Rozdział trzynasty
        
         Nazwa Światy Pogranicza przywodziła na myśl jakiś rodzaj geograficznej albo politycznej 
wspólnoty, która łączyłaby gromady gwiazd rozsiane w przestrzeni między imperium a systemem 
Tahnijczyków. Nic bardziej mylnego.
               Gwiezdne skupiska powoli zasiedlali pionierzy z imperium. Nie byli to awanturnicy albo 
radykałowie, którzy zajęli na przykład Gromadę Wilka, lecz ludzie pragnący żyć w prostocie i 
pokoju. Większość z nich stanowili oficerowie albo urzędnicy państwowi. Tu rozpoczynali oni 
swoją   drugą,   a   nawet   trzecią   karierę   życiową.   Inni   chcieli   prowadzić   na   tym   terenie   małe 
przedsiębiorstwa oraz firmy handlowe.
               Brakowało,  więc bohaterskich  pionierów,  ale  dzięki  temu  nie było  też  zbirów, którzy 
zazwyczaj pojawiają się w podobnych okolicznościach. Wszyscy żyli zatem szczęśliwie i spokojnie 
przynajmniej do chwili, gdy ekspansja Tahnijczyków spowodowała napływ nowych imigrantów.
        Formy rządów na Światach Pogranicza odzwierciedlały charakter samych osadników. Czy to 
na pojedynczych planetach czy w całych systemach gwiezdnych, ukształtowały się tu różne rodzaje 
parlamentaryzmu, od umiarkowanego liberalizmu poczynając, na umiarkowanym autorytaryzmie 
kończąc. Jako że kandydatów na tyranów w tej części nieba nie było, siły zbrojne ograniczały się do 
policji   celnej   i   straży   pogranicza.   Wszystkie   planety   unifikował   jedynie   szczyt   gospodarczy, 
obradujący raz na jakieś pięć lat nad najbardziej palącymi problemami, które pojawiły się w ciągu 
tego okresu. Był to gwiezdny zaścianek, zadowolony z siebie i swego prowincjonalnego żywota.
        Tak właśnie przedstawiała się sytuacja, dopóki na scenę nie wkroczyli Tahnijczycy.
               Trudna sytuacja demograficzna oraz polityczne ambicje sprawiły, że rząd Tahnu chętnie 
wspierał   finansowo   imigrantów.   A   należeli   oni   do   typu   klasycznych   pionierów.   Mieli 
niezaspokojone apetyty. Kultura nowych przybyszów zasadzała się na wspólnocie, co dawało im 
przewagę nad osadnikami z imperium. Położenie stawało się coraz bardziej krytyczne. Dochodziło 
do buntów i pogromów.
               Osadnicy z imperium pierwsi zdobyli tereny Światów Pogranicza, więc początkowo mieli 
decydujący głos. Tahnijczykom zakazano posiadania większych obszarów przestrzeni, wykluczono 
ich z życia politycznego. Zostali ograniczeni do funkcjonowania w wiejskich i miejskich gettach. 
Jednak resentymenty  tahnijskich osadników podsycał  rząd Tahnu, który chciał  włączyć  Światy 
Pogranicza  do  swojej   domeny.  Ruch  wywrotowy  stał  się   zatem  bardzo   prężny,  a  ponadto   był 
popierany przez przywódców państwowych. Tymczasem imperium robiło niewiele, żeby rozwiązać 
ten   problem.   W   końcu   chodziło   przecież   o   obszary   zaściankowe,   prowincjonalne   z   niezbyt 
istotnymi problemami - bunty, choćby i krwawo tłumione, to jeszcze nie ludobójstwo - więc nie 
przykładano do nich większej wagi.
        Imperialne garnizony, które miały pilnować tahnijskich osadników, robiły się coraz bardziej 
leniwe   i   rozlazłe.   Oficerowie   oraz   żołnierze,   zamiast   odgrywać   rolę   rozjemców,   bratali   się   z 
imperialnymi osadnikami. Przybysze z imperium zaczęli uznawać ludzi z Tahnu za gorszy gatunek 
istot.
        Nieco wcześniej był krótki okres, kiedy wydawało się, że można uniknąć konfrontacji między 
imperium   a   Tahnami.   Niektórzy   z   bardziej   dalekowzrocznych   tahnijskich   rewolucjonistów 
rozumieli, że gdyby doszło do starcia, ich ziomkowie zostaną pokonani z kretesem. W wielkiej 
tajemnicy wydelegowali przywódcę organizacji do Starego Świata. Wysłannik nazywał się Godfrey 
Alain. Zginął on w zamachu bombowym skierowanym przeciwko samemu Imperatorowi. Ostatnie 
negocjacje pomiędzy imperium a frakcją pokojową Rady Tahnu także zakończyły się jatką.
        Już było słychać bębny wojenne, szczególnie dobrze w Światach Pogranicza.

background image

        Ale nikt we wszystkich gwiezdnych gromadach nie uświadamiał sobie, jak niewiele brakowało 
do konfliktu, który ogarnie całe imperium.
        
Rozdział czternasty
        
        Nad wiejską drogą słabo brzęczały zakurzone grawisanie - stary, pudłowaty model z wystającą 
ładownią. Ze sposobu, w jaki się poruszał, można było wywnioskować, że odkąd opuścił fabrykę, 
używano   go   bezustannie.   Handlarz   zgarbiony   nad   sterami   wydawał   się   równie   wiekowy   i 
niesprawny jak jego pojazd. Wielki mężczyzna miał szeroką, dobroduszną twarz i szerokie bary, 
rozpychające   wysłużony   kombinezon.   Jegomość   mruczał   coś   do   siebie   w   rytm   powarkiwania 
silnika McLeana. Prowadząc wóz, wyglądał na osobę odprężoną i swobodną, ale jego oczy krążyły 
drapieżnie, notując każdy szczegół krajobrazu.
         To była biedna kraina, usiana skałami i kępkami drzew pogiętych przez wiatr. Odnosiło się 
wrażenie, że wystarczy jeszcze jedna burza piaskowa, a cała okolica zmieni się w pustynię.
            W ciągu dnia handlarz przeleciał nad kilkoma gospodarstwami należącymi do nielicznych 
tahnijskich imigrantów. Zatrzymywał się na chwilę przy każdej farmie, przyglądał się panującej na 
niej nędzy i ruszał dalej. W każdym z tych miejsc żadna istota nie poprosiłaby o szklankę wody. 
Nie ze względu na wrogość mieszkańców - to należało uznać za pewnik - ale dlatego, że taka ilość 
życiodajnego płynu mogła być ostatnim zapasem.
         Handlarz zauważył w oddali plamkę zieleni. Zmienił kurs i wkrótce znalazł się nad wielką 
farmą. Tutaj gleba wydawała się względnie żyzna. Nie był to ił, ale i nie skalny kamień. A poza tym 
teren   przecinały   rowy   irygacyjne.   Pośrodku   tej   oazy   stały   duże   budynki   otaczające   studnię 
artezyjską.   Ona   właśnie   stanowiła   źródło   bogactwa.   Kilkoro   ludzi   pracowało   w   polu   na 
podrdzewiałych, skrzypiących maszynach.
        Ciągle pomrukując, mężczyzna zatrzymał grawisanie. Udawał, że nie spostrzega, jak ludzie w 
polu zamarli na jego widok. Przeszedł niedbale, odprowadzany ich spojrzeniami, schronił się za 
krzakiem i ulżył pęcherzowi. Potem zapalił papierosa, rozejrzał się leniwie i poczłapał do płota. Bez 
specjalnego   zainteresowania   gapił   się   na  mężczyzn   i   kobiety   w   polu.   Patrzył   okiem   fachowca 
oceniającego pracę podobnych jemu znawców. Głośno prychnął. Gdyby miał wąsy, to parsknięcia, 
które wydał, unosiłyby je aż do krzaczastych brwi.
                -   Ładne   miejsce   -   powiedział   wreszcie,   utrafiając   w   ton,   jakim   porozumiewają   się 
współpracujący rolnicy.
               Grupka ludzi stanęła w jednym miejscu. Naprzód wystąpił Tahnijczyk w średnim wieku, 
niemal dorównujący wzrostem kupcowi. Handlarz uśmiechnął się do niego szeroko, ostentacyjnie 
ignorując pozostałych, którzy właśnie podnosili broń i powoli rozchodzili się na boki.
         - Nie wiedziałem, że wy tu uprawiacie włoską kapustę - rzekł, kiedy Tahnijczyk podszedł 
bliżej. Przypatrzył się uważniej polom. - Jest trochę pożółkła i niezbyt duża.
        Mężczyzna zatrzymał się przed przybyszem, tuż po drugiej stronie płotu. Tymczasem, synowie 
i córki gospodarza otoczyli kupca półkolem. Rozległ się trzask odbezpieczanej broni.
        - Najbliższe miasto jest jakieś czterdzieści wiorst stąd - oświadczył rolnik, dając intruzowi do 
zrozumienia, żeby zabierał tyłek w troki.
        Kupiec znów parsknął:
        - Taaa... Zauważyłem na mapie kompasowej. Nie bardzo to wygląda na miasto.
        - Owszem - odparł Tahnijczyk. - Do najbliższego osiedla osadników z imperium trzeba jechać 
dwa, dwa i pół dnia.
        Starzec roześmiał się w głos.
         - Przyuważyliście mnie, co? Do diabła, wcale się nie wstydzę. Przy okazji, jestem dumny z 
tego, że zajmuję się rolnictwem.
        Mężczyzna popatrzył na stojącego przed nim olbrzyma.
        - Jeśli tak - powiedział - to co robisz poza swoim gospodarstwem?
        - Zarzuciłem uprawę roli, gdy skończyłem osiemdziesiątkę - odparł kupiec. - Mógłbyś rzec, że 
przeszedłem na emeryturę. Teraz rozpoczynam drugą karierę życiową.

background image

               Rolnik przeniósł wzrok na swoich krewniaków, aby sprawdzić zajęte przez nich pozycje. 
Rzucił okiem na horyzont, szukając oddziałów imperialnych.
        - I co z tego? - odburknął. 
        Kupiec poczuł, że ważą się jego losy.
        - Taa... - mruknął nie speszony. - Nic. Sprzedaję nawozy sztuczne. Własnej produkcji. Może 
was to interesuje?
         Wyciągnął mocno zużytą chusteczkę i wydmuchał w nią nos. Potem znów zerknął na pola 
kapusty. W oddali zauważył ciemniejsze miejsca. Zdał sobie sprawę, że były to szczątki tahnijskich 
gospodarstw, spalonych przez buszujące po okolicy bandy imperialnych osadników.
        - Nie zapobiegną wysychaniu, ale kapusta przestanie wam żółknąć.
        - Panie - zaczął farmer. - Albo jesteś pan cholernym głupcem, albo...
        Kupiec znowu parsknął śmiechem.
        - W moim wieku, przywykłem do gorszych rzeczy, niż to, że ktoś nazywa mnie głupcem.
        - Słuchaj, stary - powiedział gospodarz. - Nie masz niczego lepszego do roboty, niż szwendać 
się tam, gdzie mieszkają Tahnijczycy?
        - Daj spokój, człowieku. Gadasz o polityce. Mnie polityka nigdy nie obchodziła. Interesuję się 
tylko towarem, który sprzedaję. Resztę mam gdzieś.
               Sięgnął do ładowni grawisań. Tahnijczycy natychmiast unieśli broń. Starzec wyjął kilka 
butelek z kartonowego pudła. Z miną niewiniątka wyciągnął jedną w stronę farmera.
        - To moja wizytówka - rzekł spokojnym tonem. 
               Osadnik ostrożnie chwycił flaszkę ponad płotem. Popatrzył na nalepkę. Kupiec uznał, że 
nadszedł czas, aby się przedstawić.
               - Ian Mahoney - powiedział. - Destylowany jabłecznik i nawozy... Dalej, spróbuj. Sam to 
pędziłem. Prosta mieszanka, ale dobra.
        Farmer odkręcił korek. Poczuł słodką woń jabłek połączoną z ostrym zapachem alkoholu.
        - To nie takie mocne - zapewnił Mahoney. - Jakieś siedemdziesiąt pięć procent. Strzel sobie 
jednego.
        Farmer wziął łyk i wciągnął powietrze. Potem bez wahania wypił resztę. To rzeczywiście był 
całkiem niezły trunek.
        - Wspaniały bimber - ocenił. 
        Mahoney parsknął.
        - Powinieneś zobaczyć nawóz mojej produkcji. Nie ma w nim niczego organicznego. Czysta 
chemia.   Cholernie   dobra   dla   roślin   i   nie   musisz   się   martwić,   że   dzieciaki   dostaną   tasiemca. 
Przynajmniej dopóki będziesz je trzymał z daleka od bydła.
        Farmer roześmiał się. Mahoney zauważył, że ludzie opuścili broń. Odczuł pewną ulgę, kiedy 
Tahnijczyk przywołał przyjaznym gestem swoje potomstwo.
        - Masz pan więcej tego jabłecznika? - spytał rolnik.
        - Jasne.
         Marszcząc się, pociągając nosem i drapiąc po zadku, generał major Ian Mahoney, dowódca 
Pierwszej Imperialnej  Dywizji Gwardii, sięgnął do ładowni grawisań po flaszki dla tahnijskich 
chłopaków.
        
Rozdział piętnasty
        
        To była typowa wiejska oberża - wielka, wybielona, z wystającymi belkami z cennego gatunku 
drewna. Na zewnątrz stały zaparkowane całkiem nowe grawiwozy, warte wiele tysięcy kredytów. 
Dookoła   rozciągały   się   po   horyzont   gładkie,   dobrze   nawodnione   pola   uprawne.   Oberża   nosiła 
nazwę “Pod Imperialnym Herbem”.
               Cholerne typy, pomyślał Mahoney, gdy dotarł do drzwi. Z zewnątrz dochodziły odgłosy 
zaciekłej dyskusji.
        - Tahnijskie dranie. Według mnie, policja powinna załatwić ich wszystkich.

background image

        - Do diabła z policją. Sami zajmijmy się własnymi sprawami. Każdy niech pieli z chwastów 
swoje pole. Mówię wam, zbierzmy się którejś nocy i...
               Mahoneya zauważono od razu, gdy przestąpił próg. W karczmie zapanowała cisza jak w 
kościele. Generał odruchowo zatrąbił w chusteczkę do nosa, po czym podszedł do baru.
        Opadł na stołek.
        - Malucha i piwo - rzucił do barmana.
               Zgromadzeni przysłuchiwali się z natężoną uwagą każdemu słowu przybysza. Mężczyzna 
obsługujący bar napełnił kufel i postawił go przed gościem. Chwilę potem nalał drinka do kieliszka.
        - Wpadło się po drodze? - zapytał nieco zbyt obojętnym tonem.
        - Jasne - odparł Mahoney. - Ale dzisiaj niesporo idzie mi podróżowanie. Okropnie męczy mnie 
kac.
        Pociągnął łyk piwa i popił drinkiem. Barman dodał alkoholu.
        - Mieli mocne głowy, co?
        Mahoney jęknął:
        - Wczoraj byłem u McGregorów. Wiesz, gdzie jest ich posiadłość? Jakieś trzydzieści mil stąd.
        Barman skinął głową. Biesiadnicy też przytaknęli. Wszyscy znali McGregorów.
        - Żenili swojego ostatniego chłopaka - powiedział Mahoney. Dla zgromadzonych w karczmie 
to nie była nowina. - Właśnie wtedy przyjechałem. Mili ludzie. Usilnie nalegali, żebym został. Dali 
mi ogromne ilości jedzenia i picia. - Parsknął przez coraz bardziej czerwieniejący nos. - Oczywiście 
nie musieli mnie długo prosić do towarzystwa.
         Mahoney poczuł, że na sali zapanowało odprężenie. W chwilę potem znów rozpoczęła się 
gadanina. Następnego drinka barman postawił na koszt firmy. Mahoney pociągnął łyk i rozejrzał się 
wkoło. Ot, tak, jakby szukał jakiejś przyjaznej twarzy.
        Do generała podszedł dobrze ubrany, korpulentny mężczyzna z drinkiem w ręku. Przysiadł się 
do Mahoneya.
        - Wyglądasz na kupca - powiedział.
        - O, do diabła - roześmiał się Mahoney. - Czyżby ta profesja tak szybko zmieniała ludzi? Dwie 
trzecie swego żywota zajmowałem się gospodarką. Teraz handluję. Tak jakby.
        - Tak jakby?
        Mahoney natychmiast zaczął okazywać otwartość. Wyciągnął jakieś ulotki i broszury.
        - Fabryki nawozów. To moja dziedzina - wyjaśnił. - Popatrz tylko na te okazy. Bardzo tanie, a 
nadają się do wszystkiego, od przydomowego ogródka po wielkie gospodarstwo.
        Mężczyzna wydawał się naprawdę zainteresowany:
        - Słuchaj, może i mi się to przyda.
        Mahoney rzucił mu spojrzenie spod krzaczastych brwi:
        - Bez obrazy, ale nie wyglądasz na farmera.
        - Obrazy nie było - odparł nieznajomy. - Zajmuję się handlem. Mam trzydzieści dwa sklepy. 
Interes się rozrasta.
               - Chłopie, to jest coś. Pozwól, że dokładnie opowiem ci o moim towarze. - I Mahoney 
rozpoczął fazę, którą nazywał niedźwiedzim tańcem. Trwała około godziny i wymagała wypicia 
wielu drinków. Do rozmowy dołączyli się inni. Wkrótce generał zaczął rozdawać butelki ze swoją 
“wizytówką”.
               Jak do tej pory,  jego misja zaniosła go na kilkanaście planet w Światach Pogranicza. 
Maskowanie   miał   świetnie   opracowane.   Teraz   wybierał   się   do   imperialnej   stolicy   Układu 
Pogranicza: Cavite.
         Mahoney obwieszczał, że jest starzejącym się rolnikiem, który większość życia spędził na 
prowadzeniu   dużego,   bogatego   gospodarstwa   w   jednym   z   kluczowych   imperialnych   systemów 
rolniczych. Mówił też, że uwielbia obmyślać i wprowadzać wszelkiego typu udogodnienia.
        I tak oto stworzył nawóz doskonały. O niskiej jakości i wysokiej cenie przeciętnych nawozów 
Mahoney mógł rozprawiać godzinami - i często to robił, ku przerażeniu przypadkowych gości na 
obiedzie. Tak czy inaczej, farmer Mahoney otworzył małą, śliczną fabryczkę nawozów i wyłożył 
własne pieniądze, żeby założyć spółkę.

background image

               Obecnie przedstawiał się jako człowiek, który wszystko zawdzięcza sobie i podróżuje po 
terenach rolniczych, aby pysznić się swoimi produktami. Nie żądał pieniędzy z góry, ale tylko pytał 
ludzi,   czy   jeden   z   jego   sprzedawców   mógłby   przyjechać   za   jakiś   miesiąc.   To   rozpraszało 
podejrzliwość nawet u osadników ze Światów Pogranicza, mocno przewrażliwionych na punkcie 
obcych.
        Także jabłeczny bimber przysparzał Mahoneyowi przyjaciół. Gadanina starszego pana robiła 
swoje. Generał-handlarz z lubością zagłębiał się w szczegóły dotyczące gospodarstwa rolnego. To 
wykańczało   każdego   słuchacza.   Jedyną   wadą   maskowania   było   nieustanne   siąkanie   nosem. 
Dowódca   gwardii   nie   potrafił   się   już   powstrzymać.   Często   się   zastanawiał,   czy   kiedykolwiek 
zwalczy tę przykrą i zdradliwą manierę. Ubolewał również nad tym, że od tego siąkania jego nos 
zmienił kolor na jaskrawoczerwony.
         - To mi się podoba - powiedział właściciel sklepów. - Czy rząd robił ci jakieś trudności z 
uzyskaniem licencji?
        Mahoney parsknął przez nos ze szczególną pogardą.
         - Licencje? Rząd? Czy uważasz mnie za durnia? Do diabła! Użerałem się z tym cholernym 
rządem przez całe życie. Jak im pozwolisz, to zrobią wszystko, żeby ci zniszczyć gospodarstwo.
        Wśród zgromadzonych farmerów rozległy się gniewne pomruki wyrażające zgodę.
         - Poza tym, zostało mi jakieś trzydzieści lat życia, albo trochę więcej - kontynuował. - Do 
śmierci nie zdołałbym przebrnąć przez te licencyjne głupoty.
        Argument był prastary i nie do odparcia.
        - A co z transportem? Nie masz żadnych kłopotów?
        - No cóż, jeszcze nie zabrałem się za transport. Teraz poznaję ludzi, pokazuję moje fabrykaty. 
A dlaczego pytasz? Myślisz, że w tym rejonie mogą być jakieś problemy?
        Właściciel sklepów wybuchnął:
               - Cholera! Zamówienia napływają z całej okolicy. Płatne gotówką. A ta cała awantura z 
Tahnijczykami powoduje, że znalazłem się na skraju bankructwa.
               Zaczęła się cała litania narzekań. Swoje komentarze dodawali ludzie z powoli rosnącego 
tłumku, który zebrał się wokół Mahoneya.
               Mówili mu o podstępnych, leniwych Tahnijczykach, o atakach na włości osadników i o 
kontratakach.   Opowiadali   o   nieomal   sparaliżowanej   gospodarce,   o   niekompetentnych   glinach   i 
opieszałych żołnierzach z imperialnych garnizonów.
        Wyjawili nawet, że nad tahnijskimi enklawami pojawiły się tajemnicze światła. Podejrzewali, 
że ludzie z Tahnu gromadzą broń, a zawodowi żołnierze przekradają się do Światów Pogranicza, 
aby wzmocnić siły swoich plugawych ziomków.
         Imperiami osadnicy byli, rzecz jasna, bez zarzutu. Z całych sił starali się nieść swój krzyż. 
Każdy z obecnych w barze poświęcał się osobiście, czyż nie? Przecież sięgnęli głęboko do swoich 
kont w bankach, żeby kupić spluwy dla obrony własnych oraz imperialnych dóbr.
         Twarz Mahoneya coraz bardziej wyrażała ponurą zgodę. Sędziwy kupiec rzadko przerywał, 
najczęściej żeby parsknąć albo zamówić jeszcze jedną kolejkę.
        Zanim upłynęła noc, Mahoney mógł już wypełnić całą stronicę raportu.
               Zaczynał sobie zdawać sprawę, że wywiad prowadzony przez Korpus Merkurego działał 
gorzej niż przypuszczano. Informacje, które generał zebrał, pozostawały w całkowitej sprzeczności 
z   tym,   czego   oficjalnie   dowiadywał   się   Imperator.   Siły   zbrojne   Światów   Pogranicza   były 
kompletnie rozbite i skorumpowane.
        Natomiast prestiż imperium podupadał całkowicie.
        
Rozdział szesnasty
        
         -... więc powiedzieliśmy temu imperialnemu wypierdkowi, żeby wsadził sobie podatki tam, 
gdzie światło gwiazd nie sięga, i wysuwał z naszego terenu.
        Wielka tahnijska kobieta ryknęła śmiechem na tę opowieść Mahoneya i rąbnęła gawędziarza 
dłonią w plecy.

background image

               - Tak trzeba z nimi gadać - powiedziała. Mocno odbiło się jej piwem. Spojrzała w noc. - 
Popatrz!
         Mahoney spojrzał we wskazanym kierunku. Tuż przed nimi migotały światła tachnijskiego 
gospodarstwa,  którym   zarządzała  jego towarzyszka   stołu. Generał   spotkał   ją  przy  miejscowym 
wodopoju. Frehda była dużą kobietą w średnim wieku. Większą część życia spędziła w pobliskiej 
enklawie. Przy piwie - pitym w dużych ilościach i poprawianym jabłecznikiem - szybko stali się 
przyjaciółmi.
        Mahoney ochoczo przyjął zaproszenie do spędzenia kilku dni na farmie, “żeby zobaczyć, jak 
tu się żyje ludziom”. Frehda zapewniała kompana, że nauczy się on wielu rzeczy podczas tego 
pobytu. Mahoney miał powody, żeby jej wierzyć. W barze krążyło wiele pogłosek o tej okolicy.
         Nawet w nocy tahnijska enklawa robiła imponujące wrażenie. Kiedy się zbliżali, Mahoney 
zobaczył   stalowe   baraki,   otoczone   skomplikowanym   systemem   ostrzegawczym   i   obrzydliwie 
wyglądającym płotem z drutu kolczastego. Gdy podszedł do głównego wejścia, z mroku wychynęło 
dwóch uzbrojonych po zęby strażników.
                W   charakterze   powitania,   Frehda   wykrzyczała   pod   ich   adresem   kilka   przyjacielskich 
sprośności.
        - Co to za facet, szefowo? - spytał wartownik.
        - Kupiec, chłopcze - odparła Frehda. - To dobry człowiek. Spije do nieprzytomności każdego, 
poza mną.
        Rozległy się chichoty. Mahoney zauważył, że Frehda słynęła z możliwości pochłaniania litrów 
alkoholu. W ciągu wieczoru potajemnie zużył prawie połowę swoich pigułek na trzeźwość, żeby 
utrzymać się na nogach.
        - Przenocuję go u siebie. Może, który oprowadzi gościa po gospodarstwie.
        - Chcesz pan obejrzeć coś konkretnego? - zapytał jeden z Tahnijczyków. Mahoney pochwycił 
nutkę   podejrzliwości   w   głosie   mężczyzny.   Najwyraźniej   farmer   niezbyt   ufał   rekomendacjom 
podchmielonej szefowej.
        - Trzymacie tu świnie? - zagadnął generał.
        - Jasne. A coś pan myślał, żeśmy parobki? 
        Mahoney parsknął.
        - Nie, ja po prostu mam słabość na punkcie świń. Całe życie się nimi zajmowałem. Mógłbym 
tomy spisać o tych zwierzakach.
        - I potrafi o nich rozmawiać - dodała Frehda. - Mało mnie nie zanudził na śmierć, zanim go 
spiłam na tyle, żeby zmienił temat.
        Strażnicy odprężyli się. Znów zachichotali i przepuścili grawiwóz.
        
        Mahoneya obudziło głośne, urywane pokrzykiwanie i ostre światło słońca przedostające się do 
pokoju przez zakratowane okno. Głowa pulsowała mu po nocnej bibie. Nie mógł się uwolnić od 
pijackiej kompanii Frehdy przez wiele godzin.
                Znów   rozległy   się   okrzyki.   Miały   w   sobie   coś   specyficznego.   Brzmiały   jak   rozkazy. 
Machinalnie parskając, Mahoney zwlókł się z pryczy i zaczął zakładać ubranie. Zobaczymy, Ian, co 
tu się wyprawia.
        Wyjrzał na zewnątrz. Widok zaskoczył nawet jego. Kilku mężczyzn trenowało na wojskowym 
torze przeszkód ponad dwudziestu tahnijskich nastolatków. Ho, ho, Mahoney, aleś trafił! Stanął 
obok jednego z trenerów i obserwował ćwiczącą młodzież. Gdy któryś z chłopców zwolnił albo 
zaplątał się w przeszkodę, spadał na niego grad drwin ze strony dorosłych.
        - Co tu robicie, przyjacielu?
        - A to ty jesteś tym kupcem, który zatrzymał się u Frehdy, prawda?
        Mahoney parsknął przytakująco.
        - Żeby nie zostawić pana bez odpowiedzi; po prostu dajemy chłopakom w kość. Muszą zrzucić 
z siebie trochę sadełka. 
        Oczywiście, pomyślał Mahoney.

background image

        - Dobry pomysł - powiedział na głos. - W dzisiejszych czasach dzieciaki są leniwe jak wszyscy 
diabli. Trzeba je trzymać w formie.
        Popatrzył na spiralę z drutu kolczastego, nad którą wielki wiejski chłopak robił salto.
        - Co to za urządzenie? - zapytał.
        - Tak zwany jeż. Ma mniej więcej tę samą wysokość, co wszystkie tutejsze ogrodzenia.
               Mahoney z trudem powstrzymał  się od żywiołowej  reakcji. Więc  nazywasz  to jeżem, 
kamracie? Teraz generał wiedział bez cienia wątpliwości, że stojący obok niego mężczyzna nie był 
biednym tahnijskim parobkiem. Oto miał do czynienia z zawodowym żołnierzem wysłanym przez 
tahnijską armię z misją wyćwiczenia młodego mięsa armatniego na użytek jatki, która wkrótce 
nastąpi.
        - Musi cholernie szkodzić portkom - zażartował Mahoney, pocierając się po tyłku.
        Mężczyzna uznał to za świetny dowcip.
        - Trzeba po czymś takim zaszyć sobie gacie - powiedział.
        
               Następne dwa dni Mahoney spędził na leniwym łażeniu po farmie. Była całkiem dobrze 
wyposażona   nawet   według   standardów   imperialnych   osadników.   Trochę   plotkował,   zawierał 
powierzchowne znajomości i pożerał ogromne posiłki wydawane przez zbiorową kuchnię.
        Spotkał jeszcze kilku osobników wyglądających na żołnierzy. Na farmie znajdowało się zatem 
kilkuset ciężko pracujących tahnijskich rolników, którzy mieli już dość nędzy narzuconej im przez 
imperialną większość. Złożyli więc do wspólnej kasy fundusze, żeby poprawić swój los.
         Z paru opowieści, jakie słyszał przy stole, wynikało, że ich sukces kłuł w oczy miejscowe 
ziemiaństwo i bogatych chłopów z imperium. Było wiele napadów, niektóre dość poważne.
        Mahoney zrozumiał, dlaczego farmerzy tak łatwo przystali na wojskowe szkolenie młodzieży. 
Teraz mogli się bronić. Z ich wypowiedzi generał wywnioskował też, że widzieli w tym tylko 
tymczasowe  rozwiązanie  problemu.  Wcześniej  czy później  wspólnota  gospodarcza  musi  upaść. 
Mahoney domyślił się, że tahnijscy żołnierze obiecywali ratunek ze strony państwa. Tahnijskie 
statki   kosmiczne   z   rykiem   silników   pojawią   się   któregoś   dnia   nad   horyzontem,   a   osadnicy 
powstaną, by wspomóc swoich pobratymców.
         Mahoney wiedział z doświadczenia, że te dzieciaki, ich ojcowie i matki zostaną użyci jako 
żywa tarcza dla zawodowców.
        Czyż sam tego nie robił w czasach, gdy służył w Sekcji Modliszki?
        Farmerzy nie pilnowali gościa. Pozwolono mu chodzić, dokąd zechce - z wyjątkiem jednego 
miejsca.   Ilekroć   tam   się   zbliżył,   dyskretnie   kierowano   go   w   inną   stronę.   Kilkaset   metrów   od 
chlewów   stał   wielki,   całkiem   nowoczesny   -   jak   na   Światy   Pogranicza   -   silos   zbożowy.   Był 
zbudowany z prefabrykatów, ale i tak transport części i budowa na pewno kosztowały niemało.
        Z początku, Mahoney wyraził zainteresowanie tym obiektem, tylko, dlatego żeby utrzymać się 
w roli. Naprawdę obchodził go on tyle, co zeszłoroczny śnieg.
        - Ach, tamto - powiedział przewodnik. - To zwyczajny silos. Ciągle mamy z nim kłopoty. Nic 
ciekawego. A teraz pozwól, że pokażę ci inkubatory. Założę się, że w życiu nie widziałeś tylu 
wykluwających się piskląt naraz.
        To nie była kurza ferma. Kurczaki służyły do lokalnej konsumpcji. Z tego powodu inkubator 
nie zachwycił starego farmera.
        Mahoney, niby przypadkiem, ciągle podchodził do silosu. I za każdym razem odprowadzano 
go w inne miejsce, Ian, powiedział do siebie, nadszedł czas, żebyś zaryzykował całość swojego 
irlandzkiego zadka.
        W ostatnią noc przed odjazdem cichcem wyszedł z baraku, przekradł się obok toru przeszkód i 
chlewni. To było łatwe. Usłyszał, jak jeden z żołnierzy pochrapuje w ukryciu przy ścieżce wiodącej 
do silosu. Dyscyplina pod psem.
                Okrążył   stanowisko   wartownika   i   wkrótce   znalazł   się   w   silosie.   Prymitywny   sensor 
zapachowy stanowił jedyne zabezpieczenie. Generał szybko przebrnął przez tę zaporę. Wszedł do 
środka.

background image

        Wnętrze było podejrzanie puste. Składowano tu tylko kilka ton ziarna. Jeśli wziąć pod uwagę 
pękające od nadmiaru zbiorów spichlerze, które Mahoney zauważył wokół gospodarstwa, wolna 
przestrzeń silosu budziła oczywiste zdziwienie.
        Zwykłemu rekrutowi odnalezienie schowka na broń zajęłoby kilka minut. Mahoney odszukał 
to   miejsce,   ledwie   omiótł   wnętrze   światłem   latarki.   W   jednym   rogu   stał   stary,   zużyty   sprzęt 
nawadniający. Ziarna nie polewa się wodą. W silosach nie urządza się też warsztatów naprawczych. 
Maszynę pokrywała rdza. Tylko przegub jednej z podpórek błyszczał od smaru. Mahoney zaczął 
nim szarpać i kręcić. Nagle musiał odskoczyć, bo część podłogi z sykiem odjechała w bok.
        Pod urządzeniem znajdowało się obszerne pomieszczenie. Spoczywały w nim zapieczętowane 
skrzynie z różnymi rodzajami broni. Połowa pojemników zawierała uzbrojenie nie nadające się 
nawet   dla   przeszkolonych   wojskowo   farmerów.   Tym   sprzętem   mogli   posługiwać   się   tylko 
zawodowcy.
                Tuż   za   plecami,   Mahoney,   usłyszał   cichutki   szmerek.   To   jakiś   gryzoń.   Gryzoń?   W 
nowoczesnym silosie?
        Generał rzucił się w bok. Uderzenie jak młotem lekko musnęło go po ramieniu. Przetoczył się 
w lewo, potem w prawo. Jakiś straszliwie ciężki kloc walił w podłogę.
         Kiedy Mahoney wstał, wyczuł wielki czarny kształt lecący w jego stronę. Wyciągnął mały 
temporalny granat ogłuszający, cisnął nim i rzucił się na podłogę, przykrywając głowę rękoma. 
Naprężył się w oczekiwaniu wybuchu. Błysk przeniknął przez dłonie.

        Mahoney gramolił się z ziemi przez kilka sekund. Lekko zamroczony, próbował zrozumieć, co 
zaszło.
               Granat spowodował eksplozję temporalną, wymazującą pamięć wydarzeń ostatnich kilku 
godzin. Sam Mahoney mógł uronić najwyżej kilka sekund.
               Skierował strumień światła na postać bezwładnie leżącą w pobliżu. To ten żołnierz, który 
usnął na warcie. A więc musiał być jeszcze jakiś system alarmowy.
        Mahoney znalazł go i wyłączył. Zaciągnął słodko chrapiącego przeciwnika w krzaki, potem z 
powrotem uzbroił oba systemy ostrzegawcze i przekradł się do swego baraku.
                Następnego   dnia,   hałaśliwie   i   kordialnie   żegnał   się   ze   swoimi   nowymi   tahnijskimi 
przyjaciółmi. Rozdawał prezenty, dowcipkował, obcałowywał kogo trzeba.
                Wartownikowi-śpiochowi   wręczył   kilka   dodatkowych   butelek   jabłecznika.   Żołnierz 
uśmiechnął się szeroko do Mahoneya, rąbnął go w plecy i powiedział, żeby koniecznie wpadł z 
wizytą, jak znajdzie się gdzieś w okolicy.
        Zaproszenie było szczere.
        
Rozdział siedemnasty
        
         - Mogę ci powiedzieć, jak rozwiązać problem z Tahnijczykami - mądrzył się farmer. - Nie 
potrzeba nam pomocy tego cholernego rządu, żeby to zrobić!
                Rolnik,   niski   mężczyzna   o  wydatnym   brzuchu   i   miękkich   dłoniach,   był   właścicielem 
gospodarstwa   kilkakrotnie   większego   od   tego,   które   Mahoney   ostatnio   zwiedzał.   Generał 
wywąchał, że osadnik większość dnia spędzał przy komputerze na obliczeniach finansowych albo 
w towarzystwie swoich bankierów.
         Dowódca gwardii ściągnął brwi w wyrazie głębokiej ciekawości. Siedział przy obiadowym 
stole wraz z gospodarzem, jego baryłkowatą  żoną o różowych policzkach i hordą nieznośnych 
dzieciaków.  Jeden z zasmarkańców  usiłował przyciągnąć uwagę gościa prztykając go w rękaw 
łyżką ociekającą mięsnym sosem.
               - Chwileczkę, synu - uspokajał go Mahoney. - Niech wysłucham, co twój ojciec ma do 
powiedzenia. - Ty mały sukinsynu, pomyślał. Skręcę ci twój brudny kark, jak mnie jeszcze raz 
tkniesz. - Mów - zwrócił się do farmera. - Ta sprawa dotyczy wszystkich imperialnych osadników.
        - Cholerna racja - odparł gospodarz. - Ci gnoje, Tahnijczycy, wysysają z nas krew.

background image

               - Ależ, kochanie. Nie przy dzieciach - napomniała go żona, po czym  zwróciła się do 
Mahoneya: - Mam nadzieję, że wybaczysz mężowi grubiański język.
        - Słyszałem już gorsze rzeczy. - Generał uśmiechnął się ze zrozumieniem.
        Kobieta zachichotała:
        - Wiesz... gdybyś musiał żyć z tymi Tahnijczykami, zrozumiałbyś, dlaczego mój mąż tak się 
gorączkuje. Oni są naprawdę... - Nachyliła się do Mahoneya, żeby powiedzieć najważniejsze. - Oni 
są inni.
               - Mogę to sobie wyobrazić  - odparł Ian. Rozsiadł się ze szklanką dobrego porto, aby 
wysłuchać tyrady farmera na ten temat. Wypowiedź zmroziłaby krew w żyłach najokrutniejszemu 
satrapie.
        Mahoney wiedział już dokładnie, co napisze w raporcie dla Wiecznego Imperatora. Ale nie był 
pewien swoich uczuć. Na przykład: kto tu odgrywał rolę bohatera, a kto opryszka?
        - Bardzo proszę - powiedział podsuwając szklaneczkę. - Jeszcze jeden łyk porto świetnie mi 
zrobi.
        
Rozdział osiemnasty
        
        Druga faza kursu w Imperialnej Szkole Lotniczej zaczęła się w głębokiej próżni. Do Stena i 
pozostałych kandydatów mówiono teraz “proszę pana”, bez względu na płeć i gatunek. Na początku 
odbywała się nauka prowadzenia kosmicznych taksówek.
               Uczyć się... uczyć się całą swoją istotą... w którą stronę kierować moc. Rozumieć, kiedy 
nacisnąć hamulec. Uczyć się zliczania podstawowej orbity z punktu A do (widzianego na ekranie 
radaru) punktu B. Powtórzyć.
               Kiedy już posiedli  tę  wiedzę, wsiedli  na pokłady prawdziwych  statków  kosmicznych. 
Opanowanie zasad korzystania z pomocniczego napędu Yukawy zajęło im więcej czasu.
         Kiedy umiejętności adeptów wzrosły, zintensyfikowano naukę nawigacji. Statek napędzany 
AM2 należy naprowadzić na “kurs” matematycznie.
               Stenowi,   mimo   obaw   związanych   z  kalkulacją,  szło  nieźle.   Nadal  od  czasu   do  czasu 
potrzebował wsparcia ze strony Bishopa, ale wszystko przychodziło mu już łatwiej.
         Sądził, że pomogła mu świadomość, iż nie jest już zupełnie zielonym rekrutem. Gdy był w 
Modliszce zaliczył sporo prawdziwych walk powietrznych, masowych lądowań, indywidualnych 
starć   między   statkami.   Miał   w   głowie   zakodowane   wiele   danych,   opartych   na   osobistym 
doświadczeniu. Ułatwiało to Stenowi rozumienie suchych liczb. Wiedział na przykład, że lepiej nie 
krzyżować orbit z wielkim asteroidem.
        Druga faza różniła się od pierwszej między innymi tym, że instruktorzy pilotażu zachowywali 
się tak, jakby chcieli, żeby wszyscy kandydaci ukończyli kurs. Ale zajęciom sporo brakowało do 
perfekcji.
        Nauka taktyki była przeładowana teorią. Instruktaż prowadzili ludzie, którzy nigdy w życiu nie 
brali udziału w walce, albo jako rezerwiści zostali wezwani do szeregów w ramach częściowej 
mobilizacji.
               Ewentualne wykorzystanie niektórych informacji podawanych na wykładach, stanowiłoby 
prostą formę samobójstwa.
        O pewnych rzeczach Sten wiedział z praktyki. Zastanawiał się tylko, czy reszta wiadomości 
nie jest równie zgubna.
               Treningi postępowały.  Wszyscy studenci zostali uznani, co najmniej  za przydatnych  w 
warunkach głębokiej próżni.
         Potem zaczęła się część najtrudniejsza: lądowania, starty, manewry na planetach o różnych 
typach atmosfery, pogody grawitacji. Jak do tej pory w trakcie treningów wykruszyło się tylko 
kilkunastu kandydatów.
        Gdy trzech zginęło, stało się niebezpiecznie.
        
        Lotor miał jedną słabość - i ona go zabiła. 

background image

        Uchodził za utalentowanego pilota, jego wyniki przekraczały przeciętną kursu. Wada Lotora, 
jak Sten później się dowiedział, była dość powszechnie spotykana.
         Sierżantowi zawsze się zdawało, że pilotaż jest już ukończony, kiedy statek podchodzi do 
lądowania.  Sh’aarl’t  powtarzała  mu w kółko starą prawdę, że dopóki nie  siedzi w barze, przy 
drugiej kolejce, lot ciągle trwa.
        Przeoczenie Lotora nie powinno być uznane za niebezpieczne w czasach, w których istniała 
antygrawitacja. Mógłby zapewne latać prywatnie albo zawodowo bez problemów. Ale imperium 
przygotowywało pilotów do sytuacji nadzwyczajnych. 
        Wymagania:
         Zespół bojowy miał być wysadzony na planecie niemal całkowicie pozbawionej atmosfery. 
Powierzchnię   globu   pokrywała   dwudziestometrowa   warstwa   pyłu   krzemowego,   z   którego 
wystawały ostre głazy. 
        Zadanie:
        Akcja ściśle tajna. Lądowanie na napędzie Yukawy niemożliwe, gdyż podniosłoby zbyt wiele 
pyłu. Uformowałaby się z niego wielka chmura, która zawisłaby nad ziemią na całe godziny i 
zdradziłaby   miejsce   lądowania.   Statek   nie   mógł   także   zostawić   żadnych   trwałych   śladów   na 
powierzchni.
        Rozwiązanie:
         Zawiesić pojazd pięćdziesiąt metrów nad planetą. Zamknąć napęd Yukawy i wylądować na 
generatorach   McLeana.   Utrzymywać   wysokość   kilku   centymetrów   tak   długo,   aż   cały   zespół 
bojowy opuści pokład. Potem odlecieć.
               Instruktor pilotażu przekazał Lotorowi dane dotyczące ćwiczenia. Sierżant dokładnie je 
przeanalizował.
         Wraz z instruktorem znalazł się na pokładzie lekkiego statku szturmowego klasy Connors. 
Maszyna   miała   skrzydła   w   układzie   delta.   W   trakcie   szkolenia   nie   tylko   przygotowywano   do 
sytuacji   awaryjnych,   ale   także,   bardzo   rozsądnie,   używano   czasem   statków   niezdatnych   do 
wykonania konkretnej misji. Sten to rozumiał. Brał udział w dostatecznie wielu akcjach bojowych, 
żeby wiedzieć, iż zasada “z braku laku dobry i opłatek” nic nie straciła na aktualności.
        Ale te szerokie skrzydła były ostatnim gwoździem do trumny Lotora.
        Kursant lądując podniósł dziób statku i zredukował napęd Yukawy. Statek opadł kilka metrów. 
Wtedy włączyły się generatory McLeana. Lotor powoli zredukował moc i pojazd gładko zaczął 
schodzić ku pokrytej pyłem powierzchni.
        Pułapka antygrawitacji polega na tym, że “dół” określony jest względem generatora i nie ma 
nic wspólnego z prawdziwą relacją góra-dół.
               Statek  był  na wysokości  trzech  metrów.  Zmysły  podpowiadały Lotorowi, że maszyna 
opuszcza się pionowo. W pewnym momencie sierżant zapewne doszedł do wniosku, że jest już 
nisko i zredukował moc silników do zera.
        Statek spadł o metr, jedno skrzydło uderzyło w wystający głaz. Maszyna kapotowała.
               Wedle relacji zdalnej kamery, w chwili, gdy Lotor zorientował się, że coś jest nie tak, 
instruktor nacisnął zapłon napędu McLeana.
        Tymczasem Lotor włączył napęd Yukawy. Statek był już niemal w pozycji horyzontalnej, gdy 
nagły przybór mocy zakręcił nim ponownie.
               Wznoszący się tuman pyłu skrył koniec maszyny i załogi. Kamery zarejestrowały tylko 
czerwony błysk, kiedy to najprawdopodobniej kabina rozhermetyzowała się i nastąpiła eksplozja 
atmosfery statku.
        Pył opadał prawie przez cały dzień planetarny. Ekipy ratunkowe krążyły po omacku, szukając 
ciał. Nie znaleziono ani szczątków Lotora ani instruktora pilotażu.
        Sten, Sh’aarl’t i Bishop urządzili stypę. W trakcie tej ponurej uroczystości próbowali wypić 
cale to piwo, którego Lotor nie zdołał pochłonąć przed śmiercią
        

background image

Rozdział dziewiętnasty
        
        Ginęli następni kandydaci. Jedni głupio, drudzy nieuchronnie. Ci, którzy przetrwali, nauczyli 
się tego, o czym Sten wiedział już od dawna: opłakiwanie zmarłych nie przywróci im życia. Życie - 
szkolenie - idzie naprzód.
               Obecne miejsce zakwaterowania nie było tak luksusowo urządzone jak psychologiczna 
pułapka pierwszej fazy. Ale na tym etapie szkolenia dawano przepustki, a presja wywierana na 
kadetów na tyle się zmniejszyła, że znajdowali oni chwilę na zwyczajną rozmowę.
         Podczas dyskusji najchętniej spekulowano na temat tego, co przyniesie czas. Każdy, rzecz 
jasna, zakładał, że zdobędzie skrzydełka pilota.
               Współtowarzyszy szczególnie interesowała przyszłość Stena. Większość kadetów dopiero 
niedawno wstąpiła do wojska, albo po raz pierwszy miała awansować. Wraz z ukończeniem kursu 
zostaną   chorążymi   albo   porucznikami.   Sten   był   jednym   z   nielicznych   oficerów,   a   w   dodatku 
wyższej rangi. Wszyscy, zatem zastanawiali się, co marynarka wojenna pocznie z eks-piechurem 
noszącym gwiazdki na pagonach.
        - Nasz Sten jest w tarapatach - mówiła Sh’aarl’t. - Komandor powinien dowodzić, co najmniej 
niszczycielem. Ale kapitan krążownika musi być wysoko kwalifikowanym pilotem. Sten nie ma 
szans.
        Sten zamiast odpowiedzi wziął do ręki pazur Sh’aarl’t i użył go jako otwieracza do butelki z 
piwem.
        - To kwestia ambicji - wtrącił Bishop. - Kapitan Sten usłyszał gdzieś, że admirałowie mogą 
dostać   lepszą   emeryturę   niż   wyorderowani   żołnierze.   Zmienił,   więc   zawód.   Niedobrze, 
komandorze. Teraz cię przejrzałem. Zostaniesz jedynym pilotem-opiekunem żłobka w imperium.
        Sten zdmuchnął pianę.
        - Gadaj zdrów - burknął. - Zawsze uważałem, że młodsi rangą oficerowie powinni mieć prawo 
wypowiadania swoich poglądów. Ale pamiętaj! - Tu zwrócił się do Sh’aarl’t. - W dniu promocji 
chcę widzieć salut wszystkimi ośmioma nogami.
        
         Sten odkrył w sobie zdolność, o którą nigdy się nie podejrzewał, chociaż widział ją u Idy - 
pilota Sekcji Modliszki. Umiejętność tę można by opisać jako mechaniczne wyczucie przestrzeni. 
Jakiś nieokreślony zmysł  podpowiadał, gdzie jest dziób statku i jak daleko znajdują się śmigła 
boczne (o ile były wysunięte).
        Nigdy nie zadrapał boków maszyny przy wejściu do portu. Ani w czasie startu, ani podczas 
lądowania. Nadszedł jednak dzień, kiedy poznał granice swoich możliwości.
        Kursanci właśnie zaczęli loty na ciężkich transportowcach szturmowych, wielkich wehikułach 
zaopatrzonych  w wyrzutnie kapsuł używane w czasie ataku na planety.  Z estetycznego  punktu 
widzenia, taka maszyna wyglądała jak statek handlowy chory na puchlinę. Sten nienawidził tych 
bydląt. Cierpiał też z tego powodu, że kabina sterownicza była zagrzebana gdzieś pośrodku statku. 
Zmusił   się   jednak,   aby   nie   zwracać   uwagi   na   swoje   upodobania,   i   posłusznie   latał   na 
transportowcach.
            Pod koniec dnia kandydaci mieli obowiązek zacumować swoje statki. Manewr był bardzo 
prosty:   podnieść   pojazd   na   antygrawie,   odwrócić   napęd   Yukawy   i   wprowadzić   olbrzyma   do 
monstrualnego hangaru. Statki miały świetne ekrany wsteczne, a robot na gąsienicach oznaczał 
środek lądowiska.
               Ale jakoś tak się stało, że Sten stracił panowanie nad sterami - a imperium straciło jeden 
obiekt.
               Transportowiec powoli i majestatycznie wbił się w ścianę hangaru, którego dach równie 
dostojnie zwalił się na statek. 
        Ciężko opancerzony transportowiec nie odniósł żadnych szkód. Ale Sten musiał przez sześć 
godzin siedzieć w środku i czekać, aż zostanie usunięty gruz. W tym czasie wysłuchał długiej 
rozprawy instruktora na temat umiejętności lotniczych kandydatów. Koledzy sprawili zaś, że Sten 
przez długi czas nie mógł zapomnieć całego zdarzenia.

background image

        
Rozdział dwudziesty
        
        Sten, jako jeden z niewielu, kochał małe, kąśliwe fregaty.
        Fregaty różnej wielkości - od jednego załoganta do dwudziestu osób załogi - były maszynami 
wielozadaniowymi. Używano ich do zwiadu bliskiego zasięgu, błyskawicznych ataków, uderzeń na 
pozycje naziemne, a w przypadku większych akcji, pełniły funkcję harcownicy floty - w podobnych 
misjach Sten czuł się najlepiej, gdy jeszcze służył w armii.
         Ale z punktu widzenia zdrowego rozsądku to nie usprawiedliwiało zamiłowania do fregat. 
Pojazdy te posiadały, bowiem napęd nadmiernej mocy. Były platformami wyposażonymi w broń, 
lekkimi w manewrowaniu do granic niestabilności.
               Statek może być projektowany wedle różnych założeń, ale w końcu zawsze idzie się na 
kompromisy. Jako że w przypadku fregat konstruktorzy nie szukali pośrednich rozwiązań między 
szybkością,   zdolnością   manewrowania   oraz   siłą   uderzeniową,   znaczyło   to   konieczność 
zrezygnowania z wygody i pancerza.
        Sten uwielbiał wprowadzanie fregaty w atmosferę. Ręce i nogi tańczyły mu na przyrządach i 
pedałach, kiedy przełączał napęd z AM2 na Yukawę, wyciągając maszynę z ostrego nurkowania na 
wysokości, z której widział tańczące w powietrzu kawałki gruntu. Uwielbiał zawisać w przestrzeni, 
a potem powoli manewrować, by niepostrzeżenie dostać się w pobliże niezdarnego krążownika. 
Bardzo lubił naciskać guzik zwalniający rakiety i patrzeć, jak wprowadzony do elektronicznego 
symulatora okręt przeciwnika “eksploduje” na ekranie. Rozkoszował się, gdy mógł skrywać fregatę 
w niemal każdej dziurze, uciekając przed eskadrami ścigających go niszczycieli. 
        Zdaniem kolegów z kursu była to nie tylko zabawa. Widzieli w tym także sposób na zrobienie 
krótkiej, choć zapewne bohaterskiej kariery w wojsku.
        - A jak, do diabla, myślicie? Po co przyszedłem do szkoły lotniczej?
         - Przy trzecim lądowaniu z gwardzistami, zrozumiałem, że te sukinsyny chcą mnie zabić - 
powiedział   Bishop.   -   Mam   na   myśli   naszych,   nie   przeciwnika.   Ciężki   przypadek   z   ciebie, 
komandorze. Nic dziwnego, że zostałem oficerem.
        Na kilka tygodni przed ukończeniem kursu Sten był przepytywany przez komendanta szkoły i 
przez pół tuzina starszych instruktorów. Z ich napomknień domyślił się, że chcieli, żeby został 
instruktorem.
               Pozieleniał. Służba na tyłach odpowiadała mu tak jak transplantacje genitaliów. Poza tym 
wypełnianie   obowiązków   instruktora   uważał   za   cholernie   niebezpieczne   zajęcie.   Miało   się   do 
czynienia z rezerwistami i kandydatami bez doświadczenia. Ale nie wyglądało na to, żeby ktoś 
chciał pytać Stena o zdanie.
        Przynajmniej tym razem Sh’aarl’t i Bishop szczerze współczuli Stenowi zamiast go drażnić.
        
        Obawy Stena okazały się słuszne. Wybrano go, by został w szkole jako instruktor.
               Ale jakoś tak się stało, że decyzja komendanta została odwołana, zanim dotarła do Stena. 
Wydano bardzo niezwykłe rozkazy. Podobno pochodziły one z “najwyższego szczebla”.
        Komendant protestował, dopóki ktoś mu nie wyjaśnił, że ten “najwyższy szczebel” znajduje 
się na Centralnym Świecie!
         Największa różnica między armią a marynarką polegała, zdaniem Stena, na tym, że załoga 
marynarki była znacznie bardziej uprzejma.
        Rozkazy wydawane przez armię łączyły się z brutalnymi chwytami za kołnierz i wrzaskami, 
dokąd trzeba iść, co i kiedy zrobić.
        Rozkazy marynarki wojennej to zupełnie inna sprawa...
         Panie komandorze Sten. Uprasza się pana i rozkazuje w imieniu Wiecznego Imperatora, by 
objął   pan   dowództwo   Dywizjonu   Fregat   Y47L,   zakotwiczonej   obecnie   w   imperialnym   porcie 
Soward.
        Uprasza się pana i rozkazuje, by rozpoczął pan służbę wraz z oddanym panu dywizjonem w 
strefie Układu Caltora.

background image

        Zgłosi się pan do admirała X. R. van Doormana, dowódcy 23. floty, pod którego rozkazami 
będzie pan służył.
        Dokładniejsze instrukcje otrzyma pan w późniejszym terminie.
        Uratowany. Uratowany przez boga o wielu imionach.
         Sten sprawdził, gdzie jest Układ Caltora. Stwierdził, że to część Światów Pogranicza. Tak, 
więc znajdzie się blisko Tahnijczyków. Trafi na teren, od którego zacznie się zawierucha. Wrzasnął 
z radości i zaczął szukać przyjaciół. Miał ochotę ucałować Sh’aarl’t.
        Do diabła, nawet Bishopa cmoknąłby w policzek.
        
        Zakończenie drugiej fazy bardzo różniło się od ostatniego dnia pierwszego etapu.
               Absolwenci wrzucili szefa instruktorów do szkolnej fontanny. Nieśmiało protestującego 
komendanta szkoły spotkał ten sam los. Dwaj starsi oficerowie siedzieli zanurzeni po pachy w 
zabarwionej   na   purpurowo   wodzie   i   obserwowali   rozgrywające   się   wokół   nich   panopticum. 
Wreszcie komendant zwrócił się do szefa:
        - Jak sądzisz, czy wreszcie któryś rocznik wymyśli coś bardziej oryginalnego niż wrzucanie 
nas tutaj?
        Szef instruktorów za bardzo był zajęty wyżymaniem czapki, więc nie odpowiedział.
        
        Sh’aarl’t, Bishop i Sten pożegnali się. Przyrzekli, że będą do siebie pisać, i że spotkają się za 
rok. Takich obietnic zazwyczaj się nie dotrzymuje.
               Sh’aarl’t nadal czekała na przydział. Bishop dostał dokładnie to, czego chciał. Zadanie 
polegało na przerzucaniu po niebie wielkiego, nieuzbrojonego transportu z jednego nie znanego - a 
więc spokojnego - układu do drugiego.
        Sten zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy swoich przyjaciół.
        
Rozdział dwudziesty pierwszy
        
         Przejście lady Atago z krążownika “Forez” na znacznie mniejszy “Zhenya” odbyło się bez 
pompy i parady.
        Admirał Deska sporą część swojej kariery wojskowej spędził na obserwowaniu przełożonych. 
Zauważył, że Atago nie znosi stukania obcasami i całej tej wojskowej błazenady. Wymagała tylko 
jednego, żeby dokładnie i bez wahania wykonywać jej rozkazy. Natychmiast spostrzegała nawet 
najmniejsze potknięcia.
         Mimo niewielkich rozmiarów, “Zhenya” oraz jej statki siostrzane były szczytem osiągnięć 
tahnijskiej   techniki.   Zaprojektowanie   i   zbudowanie   takiego   pojazdu,   nawet   dla   imperialnej 
marynarki wojennej stanowiłoby poważną pozycję w budżecie.
               “Zhenya”  skonstruowano do prowadzenia wojny minowej o niespotykanym  dotychczas 
zasięgu. Na taką formę walki imperialna marynarka wojenna nie była jeszcze przygotowana.
        Wiele czasu już minęło, odkąd żołnierze imperium prowadzili bitwy przeciwko równemu im 
przeciwnikowi. Nawet zaciekłe Wojny Muellera były, w ostatecznym rozrachunku, ograniczonym 
w   przestrzeni   powstaniem.   Min   używano   w   wojnie   pozycyjnej,   żeby   uniemożliwić   wrogowi 
przejście,   albo   ubezpieczyć   własne   pozycje.   Mogły   być   też   stosowane   do   przecinania   dróg 
pojazdom zaopatrującym nieprzyjaciela. Z punktu widzenia strategów imperialnej marynarki, miny 
stanowiły mało znaczący środek walki.
         Poza tym prowadzenie wojny za pomocą min było pozbawione romantyzmu. Ciężki kawał 
metalu tkwił w jednym miejscu aż do chwili, gdy ktoś spowoduje eksplozję. A z reguły działo się to 
długo po odejściu tego, kto ładunek położył. Minerzy nie szczycili się długimi białymi bliznami ani 
medalami   za   bohaterstwo,   chociaż   miny   -   na   lądzie,   wodzie   i   w   przestrzeni   -   powodowały 
największe zniszczenia w szeregach przeciwnika.
                Tahnijczycy   mniej   byli   zainteresowani   chwałą,   za   to   bardziej   skutecznymi   metodami 
wygrywania wojen. “Zhenya” stanowiła ich klucz ku lepszej przyszłości.

background image

               Statek z niewiarygodną  szybkością potrafił kłaść skomplikowane  miny kosmiczne, nie 
stosowanego dotąd gatunku. W rzeczywistości, każda mina była torpedą atomową pobudzaną do 
działania przez przechodzący w pobliżu statek, chyba że emitował on w przestrzeń swój numer 
identyfikacyjny. Wtedy mechanizm miny odczytywał kod i nic się nie działo. Pojazd wroga albo 
taki, który nie wysłał w porę kodu, wywoływał zupełnie inną reakcję. Mina - i wszystkie inne w 
zasięgu rażenia - uzbrajały się i szybowały w kierunku nieprzyjaciela. Poszczególne pola zawierały 
tysiące min. Nawet najciężej opancerzony krążownik imperialnej floty był spisany na straty, jeśli 
trafił w zaminowany rejon.
        Tahnijczycy rozwiązali także inny problem. Wojna gwiezdna, nawet przy zachowaniu stabilnej 
linii frontu, zakładała niezwykłą ruchliwość. Sytuacja zmieniała się co chwila. Odwrót albo natarcie 
przez własne pole minowe mogło kończyć się śmiercią, nawet jeśli mina rozpoznała statek. Tak czy 
inaczej, rozwijający ogromne prędkości pojazd, napotykałby po drodze wielkie kawały metalu. Jeśli 
zaś sytuacja uległaby zmianie do tego stopnia, że koniecznością stałoby się opuszczenie pola, to 
jego uprzątnięcie i ponowne założenie ładunków wymagałoby wiele czasu i ogromnej ostrożności.
        “Zhenya” potrafił zbierać i ponownie kłaść miny niemal równie szybko, jak je rozstawiał. Była 
to interesująca kwestia tworzenia, określania i modyfikowania pola, na którym wróg zmuszony 
będzie walczyć - na razie, w teorii.
        W praktyce, pozostawało wypróbowanie statków klasy “Zhenya”. Przy tym całym pośpiechu, 
z jakim Tahnijczycy rozbudowywali flotę, należało się liczyć z masą błędów - wszystkie musiałyby 
się skończyć śmiercią załóg.
         Deska był przekonany, że rozwiązano wszystkie problemy stwarzane przez “Zhenyę” i jej 
statki siostrzane. Ale nie aż do tego stopnia, żeby ryzykować życie lady Atago. Powiedział jej o 
tym. Słuchała na pozór z zainteresowaniem.
        - Zebrać załogę - powiedziała w końcu.
               Załoga, choć mała, wypełniła mesę statku. Lady Atago czekała cierpliwie, aż pojawią się 
wszyscy. Wtedy zaczęła przemowę.
        - Dzisiaj musimy dowieść - rzekła - ile jest warta “Zhenya”. Od naszego powodzenia zależy 
wiele. Zrozumieliście?
            Nikt nie odezwał się słowem. Ludzie ledwie śmieli oddychać. Ale dało się odczuć pewne 
napięcie.
                -   Wcześniejsze   próby   kończyły   się   rozczarowaniem   -   kontynuowała.   -   Dlatego   teraz 
zamierzam wam towarzyszyć. Jeśli wy zginiecie, ja też zginę. Chcę, żeby każdy z was wykonał 
swoje   zadanie   z   najwyższym   poświęceniem.   -   Rozejrzała   się   po   pomieszczeniu   wzrokiem 
wyrażającym pustkę. - Jeśli dziś się nie uda, to oczywiście lepiej będzie dla was, żebyście nie 
przeżyli klęski.
        Spuściła oczy i spostrzegła okruszek na wysprzątanym do czysta stole. Odprawiła ludzi.
        
               Bezzałogowa fregata leciała na pełnych obrotach w kierunku “Zhenyi”. Między oboma 
statkami  wisiała  gromada świeżo założonych  min.  Lady Atago stała przed ekranem urządzenia 
kontrolnego. Ze skupieniem przyglądała się akcji.
        - Raport.
        - Wszystkie miny sygnalizują, że zbliża się własny statek.
        - Zmienić kod.
         Czoło technika pokryło się potem. Właśnie w tym momencie zdarzały się wypadki. Nazbyt 
często, gdy zmieniano kod rozpoznawczy, miny albo odmawiały ataku albo startowały w kierunku 
wszystkich statków znajdujących się w polu rażenia, nie wyłączając stawiacza min.
        Tym razem, ledwie ekran kontrolny zdążył wyświetlić zmianę statusu i zarejestrować zbliżanie 
się statku wroga, wystartowało sześć min.
        Fregata-robot odpowiedziała wystrzeleniem pocisków. Dwa ładunki eksplodowały.
               Trzecia mina uderzyła w statek i rozdarła jego kadłub. W niecałą sekundę później, kilka 
innych rozpoczęło polowanie na szczątki fregaty. Pozostałe zanotowały trafienie i powróciły na 
pozycje wyjściowe.

background image

        - Czy miny w jakiś sposób zareagowały na elektroniczne ekrany robota? - zapytała Atago.
        Technik spojrzał na kontrolki.
                -   Nie.   Wszelkie   transmisje   ze   strony   wroga   zostały   zignorowane   jak   tylko   dokonano 
identyfikacji.
                Lady   Atago   zwróciła   się   do   admirała   Deski.   Pozwoliła,   by   jedna   z   jej   perfekcyjnie 
zakreślonych brwi uniosła się o milimetr.
               - Może pan poinformować radę, admirale - powiedziała - że pełną parą rozpoczynamy 
produkcję.
        Pół godziny później znów była na “Forez”. Spokojnie wróciła do map i planów bitew.
        
Rozdział dwudziesty drugi
        
        Sten wylądował na Cavite, centralnej planecie Układu Caltora, jako komandor bez floty.
        Wadą fregat miedzy innymi było to, że ze względu na niewielkie zapasy, miały ograniczony 
zasięg.   Delikatne   silniki   tych   statków   także   wymagały   znacznie   częstszych   przeglądów   niż 
pozostałe.   Tak,   więc   cztery   fregaty,   oddane   pod   dowództwo   Stena   spoczywały   gdzieś   na 
frachtowcu pomiędzy Soward a Cavite.
        Długą podróż z Centralnego Świata do Cavite Sten przebył w roli pasażera liniowca. Spędzał 
czas, oglądając obrazy, plany i projekcje, oszołomiony swoją pierwszą promocją w marynarce.
        Trochę czasu poświęcił na szybkie, ale dokładne przestudiowanie planety, która miała się stać 
jego nowym miejscem postoju. Cavite była z rzadka zaludniona i o jakąś jedną trzecią mniejsza od 
Centralnego Świata. Podstawę gospodarki stanowiło rolnictwo i rybołówstwo. Zajmowano się tam 
także pozyskiwaniem drewna. Umiarkowany klimat niewiele różnił się od tego, który panował na 
Centralnym Świecie. Wykazywał jedynie większą skłonność do opadów śniegu.
         Pozostały czas Sten wykorzystał na przejrzenie detali dotyczących jego statków. Nie miało 
znaczenia, że nowe dowództwo obejmowało obecnie tylko cztery maszyny klasy “Bulkeley” i jego 
samego. Będzie musiał obsadzić fregaty załogami, gdy tylko przybędzie na Cavite.
        Do admirała Doormana wysłano faks z prośbą o udzielenie wszelkiej pomocy.
        Sten dotarł na Soward tuż przed tym, jak “wodowano” jego cztery statki. Nie było przy tym 
wiele   ceremonii   budowniczy   kadłubów   kazał   ustawić   maszyny   przy   drugorzędnym   nabrzeżu, 
suwnica bramowa podniosła konstrukcje i przewiozła pojazdy przez wielką stocznię.
        Brakowało uzbrojenia, elektroniki, urządzeń kontrolnych i przedziałów załogowych, ale Sten 
zakochał się, ledwie ujrzał smukłe, przypominające igły kadłuby stojące na platformach.
        Wzmianka w nowym wydaniu “Jane’s” brzmiała dla niego jak poezja:
        6406. 795 TAKTYCZNE MASZYNY SZTURMOWE
        Słychać pogłoski, jakoby imperium wypuściło nową klasę statków taktycznych. Obecnie nie 
możemy   potwierdzić   tych   wiadomości,   toteż   poniższa   informacja   winna   być   traktowana   jako 
niepewna. Źródła wywiadowcze sugerują, że te statki mają zastąpić kilka przestarzałych rodzajów 
maszyn, których dotąd używano.
        Twierdzi się, że nowe statki noszą podobieństwo do pojazdów klasy “Bulkeley”. Specjaliści 
uważają, że właśnie ta klasa maszyn najlepiej nadaje się do rozwoju. Nie ma danych na temat liczby 
zakontraktowanych konstrukcji, dat odbioru i wejścia do służby. Powtarzamy, informacje powinny 
być uważane za całkowicie niepotwierdzone.
        Wydawca magazynu “Jane’s” uprawiał odwieczną sztukę asekuracji, bo pozostałe dane były 
cholernie dokładne.
        
        DANE STATKU 
        TYP: Statek patrolowy floty 
        DŁUGOŚĆ: 90 m. zał (97 m. prakt) 
        ZAŁOGA: Brak danych
        UZBROJENIE: Nieznane, ale mówi się, że znacznie cięższe niż w przypadku innych statków 
tej kategorii

background image

        
        Ciąg dalszy stanowiły same niewiadome. Sten mógł podać szczegóły.
               Obsada statku składała się z dwunastu osób: trzech oficerów - dowódcy, zbrojmistrza i 
inżyniera - oraz dziewięciu marynarzy.
        Rzeczywiście uzbrojenie było imponujące.
               Do walki na bliski dystans służyły dwa karabiny łańcuchowe. Średni dystans obsługiwało 
osiem wyrzutni rakiet typu “Goblin VI”, podrasowanych lepszymi “mózgami” i głowicami o mocy 
l0 kiloton. Na każdą wyrzutnię przypadały po trzy Gobliny.
                Aktywna   obrona   ograniczała   się   do   pięciu   antyrakiet   klasy   “Fox”.   Statki   były   za   to 
wyposażone w bardzo rozbudowany system osłony elektronicznej.
               Zadanie pojazdów klasy “Bulkeley” polegało na niepostrzeżonym podkradaniu się, albo 
błyskawicznym atakowaniu, i uciekaniu. Maszyny były zaprojektowane jako niszczyciele statków 
wroga.
        Ich główną broń stanowiła “Kali” - długa prawie na dwadzieścia metrów rakieta o mocy 60 
megaton. W wielowarstwowym poszyciu pocisku zainstalowano komputer o wydajności zbliżonej 
do komputera pokładowego. Wyrzutnia “Kali” stalowa rura - spoczywała wzdłuż osi statku. Wokół 
znajdowały się trzy pociski pomocnicze.
            Dla załogi, po zainstalowaniu całej tej artylerii, pozostawały śmiechu warte klitki. Kabina 
kapitana rozmiarem przypominała szafę ścienną ze składanym biurkiem i koją. Był to najbardziej 
intymny   zakątek   na   pokładzie.   Zasłona   oddzielała   dowódcę   od   reszty   załogi.   Pozostali   dwaj 
oficerowie  musieli  tłoczyć  się razem w  kabinie  o takiej  samej  powierzchni,  jaką miało  lokum 
kapitana. Koje załogi stały w rzędach po dwóch stronach największej kajuty służącej zarazem jako 
pokój rekreacyjny, mesa i kuchnia.
        Gdyby Sten pożądał luksusów, poszedłby w ślady Bishopa i latałby transportowcami.
        
Rozdział dwudziesty trzeci
        
               Procedura jest standardowa: oficer przybywający do nowego miejsca służby, melduje się 
swemu dowódcy.
               W gwardii należało stawić się w mundurze garnizonowym. Oficer i jego nieustraszony 
przywódca   mierzyli   się   wzajemnie   wzrokiem;   nowo   przybyły   zapoznawał   się   z   zakresem 
obowiązków, kaprysami szefa i brał się do dzieła.
        W marynarce wojennej było trochę więcej ceregieli.
        “Zaproszenie” do admirała van Doormana, wydrukowane na prawdziwym papierze, wręczono 
Stenowi   do   rąk   własnych.   Sten   wywnioskował,   że   wymagany   jest   mundur   galowy.   Biała 
marynarka, rękawiczki. Cholera! Trzeba będzie nawet pójść do fryzjera, zaśmiał się w duchu.
               Wybiegami i przekupstwem, Stenowi udało się skłonić ordynansa przydzielonego do jego 
tymczasowej   kwatery,   by  wyprasował   mu   mundur   i   pożyczył   albo   ukradł   białe   rękawiczki.   Z 
fryzurą Sten nie miał kłopotu, ponieważ był ogolony na zapałkę.
        Zaproszenie głosiło, że van Doorman oczekuje komandora o 14.00. Sten wyruszył cywilnym 
grawiwozem godzinę wcześniej, żeby przepchać się jakoś przez zatłoczone uliczki Cavite City. 
Kiedy zjawił się u głównego wejścia do bazy, zostało mu jeszcze dwadzieścia minut.
        Zdumiał się bardzo, kiedy wartownik przy bramie zadowolił się jedynie sprawdzeniem jego 
karty identyfikacyjnej, a potem znudzonym machnięciem przepuścił grawiwóz do środka.
        Ładne rzeczy, myślał Sten. Imperium jest na skraju wojny, a taksówkarze mogą wjechać, gdzie 
im się żywnie podoba. Doskonałe środki bezpieczeństwa!
        Zapłacił szoferowi, wysiadł na nabrzeżu i wybałuszył oczy.
         Okrętem flagowym 23. floty był krążownik Jego Imperialnej Mości “Swampscott”. Sten od 
razu stwierdził, że ten statek kosmiczny został zbudowany prawie siedemdziesiąt pięć lat temu; nie 
oddano go na złom, lecz co jakiś czas unowocześniano. Nie sposób opisać, jaką budził grozę. W 
tym sensie, że był prawdziwym szkaradzieństwem.

background image

               Trzy czwarte wieku temu krążownik zapewne stanowił najnowsze osiągnięcie  techniki 
wojskowej. Unowocześnianie rozpoczęto od przecięcia go w pół i wmontowania 500 metrów sekcji 
środkowej. W następnym etapie dodano wybrzuszenia po bokach kadłuba. Później, budowniczy 
zaczęli mieć najwyraźniej kłopoty z wprowadzaniem zmian, bo zmienili “Swampscotta” w coś, co 
przypominało   pyzatą   rakietę,   która   rąbnęła   w   jakiś   twardy   przedmiot   i   nie   uległa   kompletnej 
destrukcji.
        Na domiar wszystkiego, z wierzchu kadłuba wyrastały bliźniacze konstrukcje, które na pewno 
spodobałyby się cesarzom dynastii Tang z pradawnych dziejów Ziemi.
               “Swampscott” nigdy nie uczestniczył w wojnie, toteż te naroślą w niczym statkowi nie 
przeszkadzały. Wypolerowanej do połysku, maszyny używano do ceremonialnych wizyt w całej 
gali i pełnym oflagowaniu. “Swampscott” osiadł w atmosferze ze statecznością godną królowej 
schodzącej ze schodów w sukni balowej. Gdyby miał kiedykolwiek dokonać ataku na planetę, jego 
wielka   masa   wyrwałaby   się   spod   kontroli   i   zaczęła   koziołkować   w   dół.   Badany   w   tunelu 
aerodynamicznym, uzyskałby zapewne charakterystykę żyrandola.
        Sten otrząsnął się, sprawdził czas i pospieszył w kierunku tunelu windy. U wyjścia zastał aż 
czterech wartowników w strojach paradnych i jednego bardzo znudzonego, ale za to niezwykle 
eleganckiego oficera.
                Odwracając   się   ku   rufie,   oddał   salut   wyimaginowanej   banderze,   a   potem   wręczył 
porucznikowi kopię zaproszenia i swoją kartę identyfikacyjną.
        - Ojej! - jęknął oficer. - Komandorze, bardzo się pan pomylił. 
        - Tak?
        - Kwatera admirała Doormana jest w śródmieściu.
         W śródmieściu? To, po co ten statek widmo, do cholery, zaklął w duchu Sten, lecz głośno 
spytał:
        - Czyż to nie jest okręt flagowy?
        - Tak jest. Ale admirał Doorman woli hotel Carlton. Mówi, że ma tam więcej przestrzeni na 
myślenie.
        Sten i porucznik wymienili spojrzenia.
        - Panie komandorze, pozwoli pan, że użyczę mu swoich grawisań. Inaczej nie dotrze pan na 
czas. Admirał Doorman jest bardzo wyczulony pod względem punktualności.
        Będę miał niezłe wejście, myślał po drodze Sten.
        
               Admirał Doorman może i był bardzo wyczulony pod względem punktualności, ale tylko 
wtedy, gdy odnosiło się to do jego podwładnych.
        Sten dobrnął do hotelu dwadzieścia minut po czasie. Aż spocił się z wrażenia. Zaprowadzono 
go do apartamentu Doormana, zaraportowano jego obecność smarkatemu sekretarzowi i kazano 
usiąść.
                Czekał,   ale   się   nie   nudził.   Jego   stan   można   by   raczej   określić   jako   pełne   zdumienia 
przerażenie. Przysłuchiwał się rozmowom oficerów przewijających się przez wielką poczekalnię:
               - Starałem się, rzecz jasna, wyjaśnić admirałowi, że trudno jest usunąć galwanizowaną 
powłokę.  Ale wiesz przecież,  jak bardzo  lubi połysk  brązu  - mówił  tłusty oficer  sztabowy do 
kapitana statku.
               - Świetnie, dobiliśmy targu. Ty mi dajesz bokserów, a ja ci wypożyczam moją orkiestrę 
reprezentacyjną. - To była rozmowa dwóch komandorów.
        - Nie obchodzą mnie te ćwiczenia, poruczniku. Przekroczyliście swój limit pocisków na ten 
kwartał.
        - Ale połowa mojej załogi to rekruci. Muszę...
               - Poruczniku, nauczono mnie, bym słuchał rozkazów. Czy nie czas, żeby i pan się tego 
nauczył?
        Jednak prawdziwe zdumienie ogarnęło Stena dopiero na widok dwojga ludzi, którzy wyłonili 
się z windy. Wyglądali po prostu ślicznie.

background image

               Kapitan był młodym, wysokim, przystojnym blondynem. Biała koszula opinała mu się na 
posągowym torsie, uwydatniając muskuły.
            Jego towarzyszka, również blondynka, nosiła szorty do tenisa. Oboje się śmieli. Sprawiali 
wrażenie łudzi bardzo zadowolonych z życia. Sten znienawidził ich na sam widok.
         Gawędząc w najlepsze, przeszli obok niego. Kobieta nagle powiedziała coś, zatrzymała się, 
postawiła stopę na poręczy krzesła i poprawiła pasek u sportowego buta. Jej oczy łagodnie spoczęły 
na Stenie. Potem roześmiała się, wzięła towarzysza pod ramię i zniknęła w głębi korytarza. Od 
smukłej sylwetki dziewczyny trudno było oderwać wzrok. Toteż Sten gapił się i gapił...
        - To przekracza wszelkie granice, komandorze - powiedział sekretarz.
        Sten niewiele sobie zrobił z tej uwagi, ale uniósł pytająco brwi.
        - Ta dama jest córką komandora.
               Sten chciał już dać jakąś sarkastyczną ripostę, ale właśnie w tym momencie rozległo się 
brzęczenie dzwonka. Komandora wprowadzono do gabinetu admirała.
        
         Termin “gabinet” był jawną obelgą. Bardziej pompatyczne komnaty Sten widywał tylko w 
pałacu Imperatora. Cynicznie zastanawiał się, czy wnętrze zostało urządzone za pieniądze admirała, 
czy jego nowy szef wziął je z budżetu marynarki.
               Admirał floty Xavier Rijn van Doorman prezentował się równie okazale jak wnętrze, w 
którym   zasiadał.  Sama   postura  dowódcy,  ufryzowana  grzywa,   niezłomne  spojrzenie,  wystający 
podbródek, dumnie wysunięta pierś, mówiły, że to on jest tu panem. Za takim przywódcą ludzie 
zazwyczaj są gotowi skoczyć w ogień. Po dziesięciu minutach rozmowy, Sten doszedł do wniosku, 
że rzeczywiście taki może być koniec każdego, kto podąży za admirałem.
               Postawa Doormana przypominała pewnego oficera sprzed wielu stuleci, który nigdy nie 
pozwoliłby na to, aby jakaś nowa myśl zmąciła mu obraz świata.
               Tak czy inaczej wyglądał jak wymarzony wódz: świetnie się nadawał, by występować w 
parlamencie, uspokajać zaniepokojonych polityków, uświetniać bankiety, podnosić bandery. Jednak 
pod żadnym pozorem nie należało mu pozwolić na dowodzenie flotą, która wedle rozeznania Stena, 
w każdej chwili mogła się stać najdalej wysuniętym bastionem obronnym imperium.
        Van Doorman był człowiekiem niezwykle uprzejmym, utalentowanym w manewrowaniu na 
polach   minowych   towarzyskiej   konwersacji.   Niewątpliwie   przejrzał   dossier   Stena,   zanim   ten 
pojawił się w jego biurze. Zapewne najbardziej interesowało go poprzednie miejsce służby nowego 
podkomendnego.   Sten   dowodził   gurkhijską   strażą   przyboczną   Imperatora   i   stacjonował   w 
stołecznym pałacu.
                Van   Doormanowi   udało   się   brać   udział   w   kilku   Dniach   Imperium,   a   raz   osobiście 
przedstawiono go władcy w trakcie masowej ceremonii wręczania odznaczeń.
        - Jestem pewien, komandorze - powiedział Doorman - że zapozna pan nas z nowinkami z życia 
wyższej socjety. Światy Pogranicza są pod względem towarzyskim cokolwiek zapóźnione.
        - Panie admirale, zrobię, co w mojej mocy... ale uczestniczyłem w niewielu ceremoniach.
         - No, cóż. Moja żona i córka na pewno uświadomią panu, że wie pan więcej, niż się panu 
zdaje.
        Cholernie miła perspektywa. Ma być grzeczny wobec całej admiralskiej familii.
        - Zobaczy pan, komandorze, że służba tutaj jest niezwykle interesująca. Ze względu na klimat i 
tę nieszczęsną odległość od domu pozwoliliśmy sobie na pewne złagodzenie rutyny służbowej.
        - Tak?
               - Przekona się pan, że większość obowiązków można zakończyć, zanim upłynie poranna 
wachta. Nie chcę, żeby moi oficerowie uznali tę placówkę za nużącą, dlatego pragnę, aby pełnili też 
niezbędne funkcje dyplomatyczne.
        - Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem...
               - Och, są bale... kurtuazyjne wizyty na pomniejszych planetach... mamy własne zespoły 
sportowe,   które   zwycięsko   współzawodniczą   z   najlepszymi   drużynami   wystawianymi   przez 
naszych osadników. Poza tym służba robi z chłopaków nudziarzy. Pochwalam, jeśli moi oficerowie 

background image

biorą długie urlopy. Niektóre z miejscowych stworzeń świetnie nadają się do polowań. Chętnie 
wesprę każdego, kto byłby tym zainteresowany.
         - Hm... panie admirale, ale właśnie dostałem statki prosto ze stoczni. Kiedy znajdę czas na 
takie rzeczy?
         - Dotarła do mnie prośba, by udzielić panu wszelkiej możliwej pomocy. To jest oczywiście 
zrozumiałe. Sprawię, żeby otrzymał pan kilku bosmanów, którzy już postarają się, aby wszystko 
było w najlepszym porządku.
        Sten powinien wyrazić teraz wdzięczność i zgodę. Ale jak zawsze nie potrafił zapanować nad 
językiem.
        - Dziękuję, panie admirale. Mimo to, będę zmuszony zrezygnować z rozrywek. Obawiam się, 
że te statki pochłoną mnie bez reszty.
        Przeklął się w duchu, widząc, jak van Doorman sztywnieje. Admirał wziął fiszkę i wrzucił ją 
do czytnika.
        - Tak. Szczerze mówiąc, komandorze, nigdy nie byłem zwolennikiem statków taktycznych.
        - Jak to?
               - Z kilku powodów. Po pierwsze, ich utrzymanie jest bardzo drogie. Po drugie, trzeba je 
obsadzać bardzo utalentowanymi oficerami i marynarzami. Te dwa warunki powodują, że do służby 
na   fregatach   musiałyby   zgłaszać   się   ochotniczo   osoby,   które   powinny   służyć   na   większych 
jednostkach.   A   to   z   kolei   nie   byłoby   uczciwe   wobec   kapitanów   statków,   powiedzmy,   mniej 
romantycznych.  Poza tym ludzie z możliwością awansu na matów i bosmanów, służąc u pana, 
pozostawaliby   w   stopniu   zwykłych   marynarzy,   a   więc   pozbawiałoby   się   ich   pewnej   życiowej 
szansy. Nie znajdzie pan też argumentu, żeby mnie przekonać, iż służba na tych, hm... moskitach 
jest równie bezpieczna jak na “Swampscott”.
            - Nie sądziłem, że wstępujemy do marynarki w poszukiwaniu komfortu i bezpieczeństwa, 
panie admirale. - Sten zaczynał się denerwować.
        Doormana też krew zalewała, chociaż jedynie lekko zaczerwieniły mu się skronie.
        - Różnimy się, komandorze Sten. - Wstał. - Dziękuję, że zechciał pan poświecić mi swój czas. 
To była bardzo interesująca rozmowa.
        Interesująca? Rozmowa? Sten stanął na baczność.
        - Czy mogę zadać pytanie, panie admirale?
        - Oczywiście, komandorze - odparł Doorman lodowatym tonem.
        - Co mam zrobić w sprawie obsadzenia moich jednostek załogami? Proszę o radę.
               - Wam, młodym ludziom, tak często brakuje ogłady towarzyskiej. Zezwoli się panu na 
ogłoszenie   swoich   potrzeb   w   gazetce   floty.   Każdy   oficer   czy   marynarz,   który   zgłosi   się   na 
ochotnika, otrzyma moją dyspensę - po uzyskaniu zgody od dowódcy dywizjonu i kapitana swojego 
statku, rzecz jasna.
        Cholera. Cholera. Cholera.
        Sten zasalutował, zrobił perfekcyjny zwrot i wyszedł.
               Ostatnie  słowa Doormana,  po odpowiednim przetłumaczeniu  oznaczały,  że Sten może 
dokonać   rekrutacji.   Ale   który   oficer   przy   zdrowych   zmysłach   pozwoli,   żeby   jego   zdolny 
podkomendny zgłosił się na ochotnika do służby na fregacie?
        Sten wiedział, że dostanie ofermy batalionowe, rozrabiaków i takich, co mają dwie lewe ręce. 
Żywił desperacką nadzieję, że przynajmniej takich w 23. flocie nie brakuje.
        
Rozdział dwudziesty czwarty
        
         Przestrzeń nie jest czarna. A statek kosmiczny nie może się w niej niepostrzeżenie skradać. 
Mimo   to,   komandor   Lavonne   tak   właśnie   widział   oczami   duszy   swoją   jednostkę,   imperialny 
niszczyciel “San Jacinto”, lecący w głąb Układu Erebusa.
        Był szpiegiem przemykającym się powoli przez mroki nocy.

background image

        Dowództwo jasno określiło szczegóły misji “San Jacinto”. Marynarka wojenna szczyciła się 
tym, że jej oficerowie, choć nigdy nie zgłaszają się na ochotnika, to również nigdy nie odmawiają 
wykonania misji, nawet absurdalnej lub samobójczej.
        Oficjalny cel zadania nie był nadzwyczajny. Imperialne niszczyciele świetnie nadawały się do 
lotów   zwiadowczych.   Ale   tylko   w   warunkach   wojennych.   A   nie   wtedy,   gdy   wszystkie   statki 
specjalnie przystosowane do zadań szpiegowskich, które znalazły się w sektorach należących do 
Tahnijczyków, znikały bez śladu.
        Co robić; rozkaz to rozkaz.
               Lavonne opracował taktykę, zanim wybrał kurs. Postanowił wyłączać urządzenia, które 
mogłyby zostać namierzone przez czujniki wroga - od klimatyzacji po ekspresy do kawy w mesach. 
Zakładał   też,   że   statki   szpiegowskie   już   wykryto,   ponieważ   leciały   kursem   wychodzącym 
bezpośrednio   z   planet   imperium   albo   Pogranicza.   Wybrał   więc   drogę   wiodącą   z   początku   ku 
jednemu   z   odgałęzień   Tahnu.   Potem   dopiero   skręcał   w   głąb   gromad   kontrolowanych   przez 
przeciwnika. Trzecia część kursu wiodła “na zewnątrz”. Krążownik zbliżał się wtedy do Układu 
Erebusa, stanowiącego cel rekonesansu.
        Na skanerze czasu galaktycznego, kurs “San Jacinto” wyglądałby jak powolne posuwanie się 
naprzód.
               Co parę minut,  statek na krótko przełączał się na napęd AM2. Potem wytracał moc i 
zatrzymywał się. Wtedy wszystkie czujniki i specjalnie zamontowany system sprawdzały, czy “San 
Jacinto” nie został przypadkiem wykryty.
               Lavonne wiedział, że czujniki używane przez imperialną flotę były lepsze od najlepszych 
urządzeń tahnijskich.
        “San Jacinto” powoli docierał do umierającego słońca Erebusa.
        I znalazł to, czego szukał.
               Z sensorów popłynęła rzeka danych. Układ zamieniono w jedną wielką stocznię i port 
kosmiczny. W tym jednym sektorze znajdowało się więcej tahnijskich statków, niż wedle danych 
wywiadów, powinno ich być w całym państwie Tahnijczyków.
               Lavonne  powinien  się tym  zadowolić, wyłączyć  czujniki i zmykać.  Zebrał  już więcej 
informacji niż jakikolwiek imperialny statek szpiegowski zdołał to uczynić do tej pory. Gdyby 
zdecydował się na ucieczkę, jego pojazd prawdopodobnie by ocalał.
               Tymczasem   Lavonne,   zahipnotyzowany  tym,   co  ujrzał,  sunął  naprzód.   W  końcu,  siły 
imperialne   też   miały   tajemnicę   -   napęd   AM2,   jednorodne   źródło   energii   do   podróży 
międzygwiezdnych. Do innych systemów sprzedawano tylko jego zmodyfikowaną wersję. Lavonne 
oczekiwał, że na ekranach “San Jacinto” napęd statków Tahnijczyków zajaśnieje jaskrawą purpurą.
         Nie wiedział bowiem, że Tahnijczycy w niektórych swoich jednostkach montowali silniki z 
tłumikami promieniowania.. Niewykrywalność z naddatkiem kompensowała utratę części mocy.
        Toteż kiedy ekrany zajaśniały czerwienią, “San Jacinto” był zbyt blisko zagrożenia.
        Zawyły syreny alarmowe. Lavonne wpadł do kabiny obserwacyjnej i odczytał wskaźniki. Na 
prawej flance wykryto pole minowe. Z przodu rozciągały się centralne planety Erebusa. Z lewej 
nadciągał tahnijski statek liniowy w asyście flotylli krążowników i niszczycieli.
        Lavonne zawrócił “San Jacinto” i wszedł na nową orbitę. Jedyna szansa leżała w ucieczce - i 
przebiegłości Lavonne’a. Trasa ucieczki wiodła w głąb Tahnu. Kiedy tylko zgubi prześladowców, 
zmieni kurs i pożegluje w stronę Światów Pogranicza.
        W Lavonnie na kilka minut obudziła się nadzieja. Nowy imperialny niszczyciel, taki jak “San 
Jacinto”,   powinien   prześcignąć   każdy   okręt   liniowy   czy   krążownik.   Najgorsze,   co   mogło   go 
spotkać, to konfrontacja z tahnijskimi niszczycielami.
         Nadzieja zgasła w momencie, gdy analityk zameldował przepisowo bezbarwnym tonem, że 
okręt liniowy przeciwnika wyprzedza własną eskortę i zbliża się do “San Jacinto”. Za pięć godzin i 
kilka minut ta jednostka nie znanego typu, znajdzie się w zasięgu ognia “San Jacinto”.
        Statkiem liniowym był “Forez”. Admirał Deska krążył po mostku, gdy jego pojazd zbliżał się 
do niszczyciela. On też liczył mijające minuty.

background image

        Czy “Forezowi” uda się podejść do imperialnego niszczyciela, zanim ten bezpowrotnie zniknie 
w głębiach kosmosu?
        Jeśli imperialny okręt szpiegowski uniknie zagłady, wszystkie plany Tahnijczyków spalą na 
panewce.
        Patrzył na tykający zegar. Nie będzie problemów. Imperialna zostanie zgładzona.
        Po czterech godzinach i czterdziestu minutach, komandor Lavonne zdał sobie sprawę z tego, 
co niebawem nastąpi.
        Pozostawała tylko jedna szansa.
        Lavonne rozkazał wyłączyć napęd AM2. Miał nadzieję, że tahnijski liniowiec przemknie obok. 
Odpowiedź wroga nadeszła natychmiast.
        Doskonale. Lavonne skierował zatem swój okręt wprost na “Foreza”.
        Czasem piesek kanapowy rzuca się na brytana.
        Lavonne nakazał posłać dowolny ogień z flar i innej broni pokładowej. Łudził się, że eksplozje 
stworzą coś w rodzaju zasłony dymnej.
        Lavonne wiedział, że “San Jacinto” był skazany na zagładę. Pragnął tylko zadać jeszcze jakieś 
straty nieprzyjacielowi.
               Byli o sekundy świetlne od zasięgu skutecznego ognia, kiedy odezwały się główne działa 
“Foreza”. Sześć pocisków przecięło swoje tory z orbitą “San Jacinto” w momencie, gdy Lavonne 
zbliżał palec do czerwonego guzika odpalającego rakiety.
        Z imperialnego niszczyciela “San Jacinto” nie pozostało nic, poza rozszerzającym się bąblem 
gazu i radioaktywności.
        

background image

Księga druga

 
DO LIN!
        
        
Rozdział dwudziesty piąty
        
         W całej swojej historii, Tahnijczycy dali się poznać jako zawalidrogi czekające tylko na to, 
żeby   jakiemuś   nieszczęśnikowi   zdarzyło   się   przechodzić   obok.   Ich   cywilizacja   zrodziła   się   ze 
zniszczenia, a kształtowały ją liczne wojny.
               Nawet Wieczny Imperator ledwie pamiętał początki krwawego sporu. U zarania dziejów 
Tahnu   leżała   wielka   wojna   domowa,   która   rozegrała   się   w   gromadzie   gwiezdnej,   odległej   od 
obecnych kosmicznych domen tego państwa. Dwie armie stanęły naprzeciw siebie i zwarły się w 
zmaganiach trwających  półtora stulecia. Gromada, o której mowa, była  tak nieistotna z punktu 
widzenia Imperatora, że zignorowanie konfliktu i zezwolenie na to, by samodzielnie rozstrzygnęły 
go wojujące strony, wydało się najwygodniejszym rozwiązaniem.
        W końcu lud, który później zyskał miano Tahnijczyków, poniósł miażdżącą klęskę. Zwycięzcy 
postawili   pokonanych   przed   wyborem:   zagłada   albo   masowa   emigracja.   Tahnijczycy   wybrali 
ucieczkę.   Tego   epizodu   swojej   historii   nie   zapomnieli   nigdy.   Tchórzostwo   stało   się   grzechem 
pierworodnym  ich narodu. Po raz pierwszy i jedyny woleli być  żywym  zającem niż martwym 
lwem.
               Pierwsza fala migracji prawie w całości składała się z wojowników oraz ich rodzin. To 
sprawiło, że osiadłe społeczności, które spotykali na swej drodze, niechętnie ich przyjmowały. Nikt 
nie był na tyle głupi, żeby zapraszać wojowników w swoje progi. Ten fakt również został zapisany 
w zbiorowej pamięci wygnanego narodu. Tahnijczycy uznali się za wiecznych banitów i od tego 
czasu w adekwatny sposób traktowali wszelkich obcych.
               Obszar, który objęli w posiadanie,  stanowił jeden z najmniej  pociągających  zakątków 
imperium.   Zapuścili   korzenie   w   opustoszałej   niszy,   otoczonej   przez   tylko   trochę   bogatszych 
sąsiadów,  i zaczęli   formować   prymitywną  społeczność.  Wszystkiemu  przewodziło   wojsko.  Nic 
zatem dziwnego, że podziały społeczne były bardzo ostro zaznaczone: chłopstwo i rządzącą radę 
wojenną dzieliła iście kosmiczna odległość.
        Największa słabość Tahnijczyków stała się jednakże ich siłą. Rozwijali się i zajmowali nowe 
obszary.   Sąsiedzi   stawali   się   zaniepokojeni,   gdy   przybysze   zanadto   zbliżali   się   do   ich   granic. 
Większość usiłowała negocjować. Tahnijczycy za każdym razem wykorzystywali rokowania, żeby 
zyskać  na czasie. Atakowali bez ostrzeżenia. Stawiali wszystko na jedną kartę, nie zważali  na 
straty, które przyhamowałyby zapędy jakichkolwiek innych istot.
            Walczyli bez ustanku przez ponad trzysta lat. W końcu zlikwidowali ościenne narody i w 
ogniu walki wykuli  własne imperium.  Nie liczył  się dla nich fakt, że stracili przy tym  prawie 
osiemdziesiąt procent populacji. Skoro już raz się odrodzili, mogą to zrobić powtórnie.
        Wieczny Imperator stanął teraz wobec mocarstwa tahnijskiego wielokrotnie przewyższającego 
rozmiarami   ich   pierwotne   państewko.   Nagły   rozrost   przyniósł   Tahnijczykom   nowe   problemy: 
pojawiło się więcej  dysydentów  niż  kiedykolwiek  w  ich historii.  Krwawe czystki  w Wysokiej 
Radzie stanęły na porządku dziennym.
                Dopiero   Wieczny   Imperator   nieświadomie   rozwiązał   tę   trudną   kwestię.   Zjednoczył 
Tahnijczyków w walce przeciwko samemu sobie.
        
Rozdział dwudziesty szósty
        
               Minęło kilka tygodni i Sten nie był już komandorem bez floty. Jego fregaty, “Claggett”, 
“Gamble”,   “Kelly”   i   “Richards”   zostały   ustawione   na   pochylniach   wielkiej   stoczni   marynarki 
wojennej w celu zamontowania wyposażenia.

background image

                Ale   nadal   pozostawał   dowódcą   bez   ludzi.   Konsekwencje   spotkania   z   admirałem   van 
Doormanem   były   dokładnie   takie,   jakich   Sten   się   spodziewał   -   nie   przyszedł   ani   jeden 
wykwalifikowany ochotnik.
         Ale 23. flota miała swój zastęp malkontentów i czarnych owiec. Po dwudziestej rozmowie 
Sten   zaczął   tracić   cierpliwość.   Gdyby   dowodził   niszczycielem,   udałoby   mu   się   upchnąć 
odrzuconych wśród reszty załogi. Ale takie rozwiązanie nie wchodziło w rachubę na okrętach z 
dwunastoosobową obsadą.
        Czas uciekał. Sten miał już trzy “przyjacielskie” wizyty jednego z adiutantów van Doormana. 
Człowiek ten współczuł Stenowi. Obiecał, że zrobi, co w jego mocy, żeby admirał się nie wtrącał. 
Ot tak - z koleżeństwa. Sten domyślał się, że adiutant pobiegł z wywieszonym jęzorem do admirała, 
żeby opowiedzieć mu, jak ten młody wyrzutek wpadł w drakh.
            A może to Sten powoli dostawał obłędu? To było całkiem możliwe. Całe dnie spędzał na 
swoich fregatach. Kiedy przypominał sobie, że jest głodny, otwierał konserwę, podgrzewał ją i 
pochłaniał jedzenie, pogrążony w myślach o okrętach, pochylony nad schematami elektrycznymi i 
hydraulicznymi jednostek.
        Pewnego dnia wychynął z zapaćkanej smarami kotłowni, w której mieszkał, włożył na siebie 
mundur garnizonowy i wybrał się na wojnę z wydziałem logistyki 23. floty.
               Każda armia dysponuje tabelami inwentaryzacyjnymi.  Podają one ze szczegółami dane 
dotyczące sprzętu przypadającego na poszczególne etapy oraz zawierają informacje o wyposażeniu, 
od okrętów począwszy, skończywszy na widelcach. Ale nadmiar może okazać się równie zgubny w 
skutkach jak brak.
         Sten odkrył, że wydział logistyczny 23. floty określił dzienny przydział amunicji i rakiet na 
każdy rodzaj okrętu w czasie działań bojowych. Uzupełnianie zapasów w czasie wojny oznaczało, 
że fregaty Stena musiałyby przerywać kursy patrolowe, by wracać po zaopatrzenie do Cavite, do 
ogromnych magazynów floty.
        Sten próbował dyskutować z oficerem. Zaczął od logicznego stwierdzenia, że wycofywanie się 
z patrolu, gdy zabraknie amunicji, nie jest wydajnym sposobem prowadzenia wojny, tym bardziej 
że przerywanie akcji mogło spowodować atak nieprzyjaciela na magazyny.
        Oficer nie chciał słyszeć o kłopotach związanych ze służbą patrolową. Na samo wspomnienie 
działań wojennych, zirytowany kręcił głową. Śmiał się z pomysłu, że baza mogłaby nie zniszczyć 
nieprzyjaciela, zanim ten wystrzeli swoje rakiety.
        Wszystko wskazywało na to, że to będzie pechowy dzień.
        Sten zatrzymał grawisanie przed ogrodzeniem alarmowym chroniącym dostępu do pochylni i z 
roztargnieniem odpowiedział na salut wartownika stojącego przy bramie.
        - Dzień dobry, panie komandorze. - Wartownik lubił Stena. Wraz z kolegami urządził zakłady, 
czy Doorman zdejmie nowego z dowództwa i wyśle go do Centralnego Świata po inny przydział. 
Byłoby szkoda, ale z drugiej strony, sprawa wyjaśni się za parę dni, a pieniądze na drinka bardziej 
się liczą niż los jakiegoś tam oficera.
        - Dzień dobry.
        - Panie komandorze, zbrojmistrz jest już na pokładzie. 
        Sten aż podskoczył.
        - Żołnierzu. Natychmiast, wysłać straż. 
        - Ale...
        - Ruszaj się chłopcze. Ja nie mam zbrojmistrza! 
        Wartownik przycisnął guzik uruchamiający cichy alarm.
               W ciągu paru sekund wokół Stena wyrosło kilku marynarzy. Nerwowo zaciskali palce na 
automatach.
        Sten wyciągnął miniaturowy peem, który zawsze nosił przy sobie, i ruszył z kopyta w stronę 
“Claggetta”, jedynego okrętu z otwartą śluzą wejściową.
         Sabotażysta? Szpieg? A może tylko ciekawski? Bez znaczenia. Sten kazał ludziom stanąć z 
dwóch stron włazu i ostrożnie zaczął wspinać się po drabinie.

background image

        Tuż u wejścia zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Doszły go hałasy, stąpanie i pomruki. Sten 
już miał wezwać wartowników, kiedy mruczenie stało się zrozumiałe:
        - Dalejże, ty cholerna bestyjko. Nie mów mi, że nie zdołam cię wystrzelić.
        Sten wystawił głowę z włazu.
        - Przepraszam, panowie. Pochrzaniłem. Przypomniałem sobie, że mam zbrojmistrza.
        Zaskoczeni wartownicy zasalutowali, wzruszyli ramionami i poszli sobie.
        Sten rzucił się naprzód.
        - Panie Kilgour! - wrzasnął w luk prowadzący do kabiny dowodzenia. Z satysfakcją zobaczył, 
jak siedzący wewnątrz mężczyzna dał się zaskoczyć i rąbnął głową w ekran komputera. - Nie wie 
pan, jak należy się meldować?
        Chorąży Alex Kilgour wyglądał na zirytowanego, gdy rozcierał sobie czoło.
        - Myślałem, chłopcze, że grasz w polo ze swoim admirałem.
               Alex Kilgour był zwalistym mieszkańcem Edynburga - jednej z planet o zwiększonej sile 
ciążenia. W randze sierżanta służył w oddziale Stena w Sekcji Modliszki. Potem Stenowi udało się 
go przenieść do pałacu, do gwardii. Kilgour popełnił ten błąd, że zakochał się i wystąpił z podaniem 
o pozwolenie na małżeństwo. Imperator wysłał go, więc do szkoły lotniczej na wiele miesięcy 
przedtem, zanim wydelegował tam Stena. Jednocześnie przeniósł go do korpusu chorążych.
         Sten nie miał pojęcia, co Kilgour robi na Cavite - mimo to cholernie się ucieszył, że widzi 
starego druha.
        
               - To nie była wielka sztuka wystarać się o przydział do twojej eskadry, młody Stenie - 
tłumaczył   Kilgour,   siedząc   nad   kubkiem   kawy   w   jednej   z   klitek   “Claggetta”.   -   Od   początku 
wiedziałem, że wpadniesz w tarapaty, z którymi sam sobie nie poradzisz. Słówko tu, czarujący 
uśmiech tam i Kilgour odnalazł właściwy trop. Ale, do diabła, powiedz mi, komandorze, gdzie 
twoja załoga?
         Sten wyjaśnił, na czym polega problem. Alex wysłuchał wszystkiego i serdecznie poklepał 
przyjaciela po ramieniu, o mało nie wbijając go w płyty pokładu.
        - Odkąd Kilgour tu jest, możesz sobie odetchnąć. Twój kłopot, chłopcze, polegał na tym, że 
nie szukałeś ochotników we właściwych miejscach.
        - Do cholery! Szukałem wszędzie, poza cmentarzami.
         - Nie jest tak źle, dowódco, żebyśmy mieli zaciągać zombi. Twoje troski się skończyły. Po 
prostu zaufaj swojemu wiernemu słudze.
        
Rozdział dwudziesty siódmy
        
        - Niezła paczka - powiedział Kilgour z dumą.
        Sten popatrzył z ukosa na trzydzieści kilka istot gapiących się na niego, a potem - zerknął za 
siebie, na zatrzaśnięte więzienne wrota.
        - Ile morderstw?
        - Dwa. Co do reszty...
                Sten   machnął   ręką.   Później   i   tak   będzie   musiał   ślęczeć   nad   aktami   personalnymi. 
Niespodziewanie, zgromadzeni przed nim więźniowie wydali mu się - przynajmniej potencjalnie - 
błyszczącymi przykładami marynarskich cnót. Problem polegał na tym, że Sten nie miał zdolności 
do wygłaszania podniosłych mów. Zastanawiał się, co by tu takiego powiedzieć tym istotom, żeby 
je przekonać do opuszczenia  wygodnego, bezpiecznego pudła, jakie przygotowała  dla nich 23. 
flota.
        Alex nachylił się i szepnął:
        - Mogę to zrobić za ciebie, chłopcze. Powiem im parę kawałów.
        - Żadnych kawałów - odparł stanowczo Sten. 
        Alex natychmiast spochmurniał.
        - Tego o cętkowanych wężach też nie? Byłoby w sam raz dla takiej dzielnej załogi.

background image

         - A szczególnie będziesz unikał tego o cętkowanych wężach. Kilgour, są prawa zakazujące 
stosowania okrutnych i niezwykłych kar. Ale jeśli ci się kiedykolwiek chociaż przyśnią centkowane 
węże, to każę cię przeciągnąć pod kilem.
        Nadal pełen furii, Sten wrócił myślami do zadania, któremu należało sprostać. Wyraz twarzy 
komandora najwyraźniej odzwierciedlał jego stan ducha, bo ludzie nagle przestali szurać nogami.
         Dobre i to. Przynajmniej zwrócił na siebie ich uwagę. Teraz musi być tylko przekonujący. 
Podstawa wiedzy o przemówieniach - zwracaj się do tłumu, jakby przed tobą stał jeden człowiek, i 
wybierz sobie kogoś, do kogo przez cały czas będziesz się odnosił.
                Sten   wypatrzył   mężczyznę,   który   wyglądał   na   nieco   mniej   brudnego,   obszarpanego   i 
rozlazłego od reszty. Podszedł do niego.
        - Nazywam się Sten. Dowodzę czterema fregatami. Potrzebuję załogi.
        - Cienko przędziesz, skoro tu przychodzisz po ludzi - rzucił jakiś więzień.
        - Panie komandorze - dodał z naciskiem Sten.
        Więzień splunął na ziemię. Sten spojrzał na niego ostro. Obszarpaniec opuścił wzrok.
        - Panie komandorze - burknął niechętnie.
        - Bez obrazy, panie komandorze - odezwał się skazany, którego Sten wybrał na próbę. - Ale co 
nam do tego?
        - Wasze dane zostaną ponownie przejrzane. Mogę wymazać wyroki, jeśli zechcę. Jeśli sobie na 
to zasłużycie.
        - A co z szarżami? - zapytał ktoś z tłumku.
        - Jak odpowiednio postaracie się o belkę, to ją dostaniecie.
        - Co mamy robić?
        - Patrolować przestrzeń.
        - Daleko od Tahnijczyków?
        - Możliwie najbliżej.
        - Cholernie dobry sposób na załatwienie sobie trumny.
        - Zgadza się - powiedział Sten. - A do tego zakwaterowanie znacznie gorsze od waszych cel; 
jedzenie niesmaczne nawet dla karalucha i oficerowie, którzy sprawią, że woda w tyłkach wam się 
zagotuje. Będziecie szczęściarzami, jeśli zdołacie dostać przepustkę raz na jakiś czas. A jeśli już ją 
otrzymacie,   to   prawdopodobnie   na   planetoidzie,   gdzie   najciekawszą   rozrywką   jest   zbieranie 
minerałów.
        - Niezbyt ciekawie to brzmi.
        - Nawet bardzo nieciekawie, panie komandorze. - Czwarty więzień włączył się do rozmowy. - 
Mogę zapytać o coś osobistego?
        - Wyrażani zgodę.
        - A dlaczego pan to robi? Na fregaty ludzie zgłaszają się na ochotnika. Chce pan dostać jakiś 
ładny medal?
        - Do diabła z medalami - powiedział szczerze Sten. I zaczął się zastanawiać, jak odpowiedzieć 
na to pytanie. - Jeśli to komuś powtórzysz, to dostanę po tyłku... ale myślę, że zbliża się niezła 
zadymka.
        - Z Tahnijczykami - uzupełnił więzień.
        - Zgadza, się. Wolałbym wtedy kręcić się po okolicach na wolności, niż siedzieć na tyłku, na 
Cavite. Albo, jeszcze gorzej, tkwić w pudle.
        - Nadal myślę, że tylko jakiś cholerny idiota może się zgłosić do pana na ochotnika.
                -   Takich   właśnie   szukam.   Zidiociałych   ochotników.   Będę   w   biurze   tego   sukinsyna... 
przepraszam, naczelnika więzienia do szesnastej, gdyby któryś z was doszedł do wniosku, że już 
wystarczająco mocno pomieszało mu się w głowie.
                Ku   wielkiemu   zaskoczeniu   Stena,   zgłosiło   się   siedemnastu   mężczyzn.   Nigdy   się   nie 
dowiedział, że przekonało ich jego przejęzyczenie. Tylko stara recydywa albo ktoś, kto ustawił się 
kiedykolwiek po niewłaściwej stronie prawa, nazwałby naczelnika sukinsynem.
        

background image

Rozdział dwudziesty ósmy 
        
        - Ile pokoleń wojowników liczy pańska rodzina, poruczniku Sekka? - zapytał Sten z pewnym 
niedowierzaniem.
        - Co najmniej dwieście - odparł siedzący naprzeciwko mężczyzna. - Ale to dopiero po tym, jak 
klan Sonko wyemigrował z Ziemi. Przedtem my,  Mandingowie, przynajmniej sądząc z legend, 
przez sto pokoleń wydawaliśmy ludzi oddanych walce. To nie znaczy, że wszyscy oni zajmowali 
się   wojaczką.   Byli   wśród   nas   naukowcy,   dyplomaci,   politycy...   znalazł   się   nawet   jeden   aktor. 
Niezbyt często go wspominamy, chociaż mówi się, że świetnie grał. - Sekka roześmiał się głośno.
               Sten jeszcze raz spojrzał na akta Sekki. Dane wyglądały bardzo dobrze. Liczba nagan i 
ostrzeżeń ze strony przełożonych równoważyła honorowe wzmianki w rozkazach i odznaczenia.
        - Lubi pan ryzyko, prawda?
        - Wcale nie - powiedział Sekka. - Każda akcja powinna być precyzyjnie skalkulowana. Jeśli 
prawdopodobieństwo klęski jest mniejsze niż nadzieja na sukces, wybór jest oczywisty.
        Sten włożył fiszki z powrotem do koperty i wyciągnął rękę przez blat składanego biureczka.
        - Poruczniku, witam pana na tym cholernym pokładzie. Będzie pan dowodził “Kelly”. Drugi 
okręt od lewej.
        Sekka stanął na baczność, o mały włos nie rozbijając sobie czaszki o sufit.
        - Dziękuję, panie komandorze. Dwa pytania. Kim są moi oficerowie?
        - Na razie nikt się nie zgłosił. Pan jest pierwszy, który się zaokrętował.
        - Hmmm. A załoga?
         - Ma pan czterech garowników i jedno napalone niewiniątko. Wyznaczy im pan obowiązki 
wedle uznania.
        - Tak jest.
        - Poruczniku Sekka? Jak pan się dowiedział o tym wakacie? 
        Sekka uniósł brew:
        - Oczywiście z notatki admirała w okólniku floty.
                -   Jasne.   Nie   pomyślałem.   Dziękuję.   To   wszystko.   Jak   pan   będzie   wychodził,   proszę 
powiedzieć panu Kilgourowi, żeby zechciał się u mnie stawić.
        
         - Kilgour. Tak nie wolno.
        - Ale można.
        - Jak to zrobiłeś?
        - Typek, który prowadzi drukarnię słabo dba o zabezpieczenia...
         - Więc wpakowałeś mu się na łamy i sfałszowałeś osobistą kolumnę admirała - dokończył 
Sten. - Czy istnieje prawdopodobieństwo, aby van Doorman doszedł, kto wyciął taki numer?
                -   Wyśledzić   mnie,   chłopcze?   Człowieka,   który   odkrył   spisek   przeciwko   naszemu 
Imperatorowi? 
        Sten ukrył twarz w dłoniach.
        - Panie Kilgour. Chodzi o to, czy jest jakaś możliwość...
        - Żadnej. Przyniosę butelkę.
        
Rozdział dwudziesty dziewiąty
        
         Alex lubił deszcz. Na rodzinnej planecie Szkota mżyło niemal bez ustanku. Ale tropikalne 
ulewy,   które   zlewały   Cavite,   wystawiały   na   próbę   jego   cierpliwość.   Liczył   wnęki   w   murze 
biegnącym   wzdłuż   wąskiego   zaułka.   Znalazł   właściwą.   Zapukał   do   drzwi.   Jego   pukanie 
przypominało odgłos nabierającego rozpędu młota pneumatycznego.
        - Podaj właściwe słowo - zaszemrał syntetyczny głos.
         - Strasznie tu mokro na dworze, a mnie zaczyna, to już wkurzać - pożalił się Alex. Nie był 
szczególnie zdenerwowany, ale cofnął się o krok i rąbnął podkutym buciorem w przeszkodę.
        Drzwi rozpadły się na dwoje. Alex szarpnął za połówki i wszedł.

background image

        Burdel był całkiem ładnie urządzony - jeśli kto lubi czerwony plusz i ciemne malowidła. Tyle 
zdążył zauważyć Alex, gdy podbiegł do niego pierwszy strażnik. Potężny Szkot rozpłaszczył go na 
ścianie. Nadbiegł kompan nieszczęśnika. Z powrotem poleciał znacznie szybciej.
        - Szukam pana Williego Suttona - obwieścił Kilgour.
        - Masz nakaz? - zapytał syntetyczny głos. 
        - Nie.
        - Jesteś uzbrojony?
        - Za kogo mnie, do cholery, uważasz? Oczywiście.
        - Proszę trzymać ręce tak, żeby były dobrze widoczne. Monitoruję pana czujniki. Jakakolwiek 
emisja   elektroniczna   zostanie   natychmiast   wykryta.   Jest   pan   na   celowniku   automatycznie 
uruchamianej broni. Najmniejszy akt agresji zostanie stłumiony w zarodku.
        Alex nawet chciałby wypróbować swój refleks w walce z uzbrojonymi robotami, ale starał się 
zachować spokój.
               - Proszę iść do schodów na końcu korytarza. Niech pan nimi wejdzie do holu na drugim 
piętrze. Tam proszę poczekać. Zorientujemy się, czy ktokolwiek w tym domu zna pana Williego 
Suttona.
         Alex zrobił, co mu polecono. Przechodząc obok saloniku, w którym urzędowały panienki, 
zapuścił żurawia, dwa razy się zakochał, uśmiechnął się uprzejmie do swoich wybranek, ale ruszył 
dalej.
        Przyszedł tu służbowo.
        Przestąpił próg pokoju wyłożonego czerwonym pluszem. Na ścianach wisiały obrazy. Światło 
było   przyćmione.   Umeblowanie,   dość   niezwykłe,   składało   się   z   kilku   szerokich   klęczników. 
Kilgour stanął plecami do ściany i czekał.
        Otworzyły się drzwi naprzeciw.
        - Czy mam rację, sądząc, że chcesz się zatrudnić w charakterze mojego ochroniarza?
                Do   środka   wtoczył   się   “Willie   Sutton”.   Było   to   wielkie   stworzenie   przypominające 
dwumetrowego mrówkojada pokrytego łuską. Od ziemskiego zwierzęcia różniło się jeszcze tym, że 
miało dodatkowe ramiona. Nazw własnych mrówkojadów nie wymówiłby żaden osobnik z gatunku 
homo sapiens, toteż łuskowate olbrzymy zazwyczaj przyjmowały imiona ludzi, wyróżniających się 
w profesji, którą wybrał dla siebie dany mrówkojad.
        Kilgour nie miał pojęcia, kim był rzeczywisty Willie Sutton, ale na pewno nie filantropem.
        - Alex Kilgour z marynarki wojennej - przedstawił się, nie odpowiadając na pytanie.
        - Zdezerterowałeś, tak jak ja?
        - Nie, szefie, ale już o tym myślałem.
               - Sądząc po twoim uśmieszku, na pewno nie jesteś z żandarmerii. Czym mogę służyć? 
Zakładam, że nie zamierzasz zrobić mi krzywdy.
        - Chcemy, żebyś wrócił. 
        Mrówkojad sapnął i przysiadł na ogonie.
                -   Do   floty?   Raczej   niemożliwe.   W   ciągu   lat   służby   tyle   razy  stawałem   przed   sądem 
wojskowym, że wreszcie zaczęło mnie to nużyć.
        Sutton mówił prawdę. W całej imperialnej marynarce wojennej ze świecą by szukać drugiego 
zaopatrzeniowca, który byłby tyle razy sądzony. Akt oskarżenia brzmiał prawie zawsze tak samo: 
nadużycia gospodarcze.
        Chyba też nie znalazłoby się takiego drugiego, który tyle razy odzyskiwałby swój stopień po 
degradacji.   I   prawie   zawsze   za   podobny   wyczyn:   za   chwalebne   postępowanie   na   rzecz   sił 
zbrojnych.
        - Potrzebujemy złodzieja - oświadczył rzeczowo Kilgour. 
        Mrówkojad sapnął jeszcze dwa razy. Alex opowiedział, jakie trudności piętrzą się przed nim i 
Stenem.
               Sutton w zamyśleniu wystawił pazury i tak długo drapał dywan, że w jednym miejscu 
poszarpał go na strzępy. Alex zauważył, że dywan jest zniszczony również w innych miejscach.
        - A co z oskarżeniami, które zmusiły mnie do opuszczenia służbowego stanowiska?

background image

        Kilgour wyjął z kieszeni dwa pliki fiszek i wręczył je Suttonowi.
        - Ten pierwszy, to twoje akta z przebiegiem służby. Prawdziwe. Daję ci je w prezencie.
        Mrówkojad zaczął się sam drapać.
        - Ten drugi - kontynuował Alex - zawiera zapis całkiem innego przebiegu służby. Nie mogłem 
wymyślić nic chwalebniejszego. Jeśli się zgodzisz zasilić załogę fregat, sfałszowany plik wejdzie na 
miejsce pierwszego jako oryginał.
        - Zupełnie nowy początek - rzekł ze zdumieniem mrówkojad.
        - Mój szef mówi, że jest maleńki warunek. Jeżeli nas też będziesz robić w nogę, źle skończysz. 
Ja mówię to samo.
        - Mechanika stręczycielstwa i prostytucji stała się trochę nudna - powiedział jakby do siebie 
mrówkojad.   -   Wy,   ludzie,   macie   tak   ograniczoną   wyobraźnię   seksualną.   Wracam   do   służby   - 
sapnął. - Cóż za niezwykła propozycja. Powiedz swojemu dowódcy, że dam mu odpowiedź jutro o 
tej samej porze.
        
Rozdział trzydziesty
        
               Sten bujał się na krześle. Nogi miał oparte o blat biurka. Wewnętrznie był bardzo spięty. 
Czekał na cios. Usiłował robić wrażenie opanowanego, zimnego oficera marynarki wojennej.
         Wyobrażał sobie, że wygląda jak ostatni dureń. Wystarczyło, żeby ktoś mocniej zapukał do 
drzwi i wszystkie jego starania diabli by wzięli.
         Właśnie ktoś ostro zastukał i w sekundę później z trzaskiem otworzył drzwi. Sten mało nie 
połamał sobie nóg, próbując zdjąć je z blatu. W panice, przez chwilę zastanawiał się, jaką minę ma 
zaprezentować: znużonego dowódcy, czy umiarkowanie zatroskanego oficera. Nie zdążył jednak 
znaleźć rozwiązania. Do kajuty wpadł Alex z mrówkojadem Suttonem.
        - Coś mi się zdaje... - zaczął Sten.
        - Panie kapitanie - wypalił Sutton. - Wzięli nas!
                Sten   rozejrzał   się   z   niepokojem.   Czyżby   ktoś   dokonał   abordażu   na   “Gamble”?   Czy 
zaatakowano Cavite? Zgwałcono córkę admirała? Wzięli? Kto? Sten odsunął takie rozważania na 
bok i skupił się na tym, aby szybko rozplatać nogi i przyjąć właściwą postawę.
        W tym czasie Alex objaśniał po swojemu słowa Suttona.
        - On mówi, dowódco, że nas mają. Nie wiem, w czym rzecz, ale za długo już ich robiliśmy w 
nogę.
         Sten zdusił śmiech. Dobrze wiedział, w czym rzecz. Przybrał wyraz wielkiego zatroskania. 
Omal nie zaczął pochrząkiwać. Wstał i wyprostował się z godnością, chociaż w pomieszczeniu o 
wymiarach dwa na trzy metry wyglądało to śmiesznie.
        - A cóż to może być za problem, panowie? - Głos miał obojętny i chłodny.
               - Staramy się właśnie panu wytłumaczyć, panie kapitanie - powiedział Sutton. - Gliny 
dokonały inwazji na okręt.
        Sten pozwolił, żeby go wyciągnęli za drzwi.
               Przy burcie, od strony doku stała kolumna dyskotek. Eskortowało ją po pięć policyjnych 
grawisań z każdej strony, obsadzonych dwudziestoma gliniarzami.
         - Mówiłem panu - wysapał Sutton. - Wzięli nas. - Zwrócił oskarżycielski wzrok na Alexa. 
Głos drżał mu ze złości. - Wydałeś mnie.
               - Ciebie? A kto ty, do diabła, jesteś? Woda sodowa uderzyła ci do głowy, chłopcze. Oni 
wezmą   nas   wszystkich!   -   Alex   spojrzał   na   Stena.   -   Nie   sądzę,   żeby   to   coś   dało,   ale   trzeba 
pertraktować, Sten!
               Komandor zachował milczenie. Uspokoiło to trochę jego towarzyszy. Nastąpiła szarpiąca 
nerwy zwłoka, potem rozległ się syk. Dobiegał od czołowych sań w kolumnie. Otworzyły się drzwi 
od strony kierowcy, a z nich wytoczył się ogromny policjant. Poprawił mundur, przygładził włosy. 
Miarowym krokiem zbliżał się do Stena. W wyciągniętej ręce trzymał jakiś dokument.
        - Nakaz rewizji - wyszeptał Alex. 
        Sten nadal milczał.

background image

        Policjant podszedł do dowódcy fregat, elegancko zasalutował i wręczył mu dokument. Alex 
zapuścił żurawia. Na twarzy Szkota odbiło się zaskoczenie.
        - Wiesz, co to jest? - zapytał.
        - Owszem - odparł Sten. - Dziękuję, konstablu Foss - dodał grzecznie.
         - Cała przyjemność po mojej stronie, panie kapitanie - rzekł mężczyzna. - Najmocniej pana 
przepraszam, ale bardzo się spieszymy.  Czy mógłby pan zatem przejąć dwudziestu rekrutów w 
niecałą godzinę?
               - Dwudziestu waszych,  co? - rzucił Alex. Najwyraźniej  nie mógł powstrzymać  się od 
komentarza. - Zapraszamy, zapraszamy, jak powiedział pająk do muszki.
        Chwilę później Kilgour wraz z Suttonem ustawiał gliniarzy w szyku.
               - Popatrz, na co nam przyszło - wyszeptał Szkot do Stena. - Zaciągać do służby takich 
patałachów.
        - Czyż wojna nie jest piekłem? - Sten posłał Alexowi wytrenowane, “kapitańskie” spojrzenie.
               Porucznik pierwszej rangi, Ned Estill, stanowił rodzaj cudu uwięzionego w bursztynie. 
Wyglądał jak pistolet! Mówił jak pistolet! Bo w ogóle to był pistolet! Jego raport okazał się równie 
świetny jak świeżo wyprasowany biały mundur, który Estill nosił. Porucznik sprężystym ruchem 
zasalutował i trzasnął obcasami.
        - To wszystko, panie kapitanie!
        Sten rzadko widywał taką perfekcję. Estill należał do tego typu oficerów, w których obecności 
nawet dowódca czuje się tak, jakby miał brudny kołnierzyk. To porównanie było szczególnie na 
miejscu, bo zarówno Sten jak i Alex byli ubrani w brudne kombinezony mechaników. Rozmowa 
wstępna   z   Estillem   przebiegła   błyskawicznie.   Stanowiła   jedynie   krótką   przerwę   w   przeglądzie 
wnętrzności okrętu. Sten nie bardzo wiedział, jak przemawiać do nowego oficera. Trudno bowiem 
gadać z kimś, kto wygląda, jakby zszedł z plakatu zachęcającego do wstępowania do marynarki 
wojennej.
        - Wrócimy jeszcze do tej rozmowy, poruczniku - powiedział Alex, ratując nieco zakłopotanego 
dowódcę. Ten zaś omal nie padł z wrażenia, kiedy zobaczył, jak Estill wykonuje perfekcyjne w tył 
zwrot i nie odchodzi, lecz odmaszerowuje korytarzem.
        Sten z ulgą oparł się o kadłub.
        - Kto go przysłał? - zapytał. - To jakiś szpieg, czy co? Nikt, ale to nikt z takim sznytem nie 
zgłosiłby się na ochotnika na nasze zafajdane łajby.
        - To nie szpieg - odparł Alex. - Nie jest podstawiony przez Doormana. Mrówkojad wszystko 
sprawdził.
        - W porządku, ale tylko popatrz na przebieg służby tego Estilla rzekł Sten. - Nagrody, medale, 
udziały w ekspedycjach naukowych. Poleca go osobiście każdy wyższy oficer.
         - Tak, ale te zaszczyty i odznaczenia trafiły mu się jedynie w czasie pokoju - przypomniał 
Alex. - I nie ma nawet jednej pozytywnej opinii od najwyższego zwierzchnika, samego Doormana.
        - Estill jest za dobry - stwierdził Sten. - Nie ufam mu.
        - Załogi wystarczy na dwa statki, ale ciągłe brakuje nam dwóch kapitanów - oświadczył Alex.
            Sten gryzł się z tym problemem przez dobrą chwilę. Zastanawiał się, czy porucznik Estill 
stanowił odpowiedź na jego liczne modlitwy, czy też zapowiedź nie przespanych nocy. Choćby to, 
czy Estill...
         - Szczęście. Tak właśnie dumam, czy ten chłopak ma szczęście? - odezwał się Alex, jakby 
czytał w myślach Stena. - Jak bardzo nam jest potrzebny kapitan?
        - Gdybym dał mu dobrego bosmanmata... - zamruczał pod nosem Sten.
        W górze zaszumiały jakieś maszyny. Stena i Alexa dobiegł podniesiony głos:
        - Hej, wy tam, podnieście tyłki i podajcie damie rękę! Obaj unieśli wzrok. Nad ich głowami 
wisiał zardzewiały kadłub holownika. Na holu dyndał już jeden okręt. Teraz holownik manewrował 
nad “Gamble”. Długie, wąskie ramiona robota zaczęły rozwiązywać cumy okrętu.
        - Co ty, do cholery, robisz? - ryknął Sten. 
        Z góry powtórnie rozległ się kobiecy głos:

background image

        - A jak myślisz? Przenoszę twój okręt na stanowisko prób silnika. Jesteś w grafiku. A może 
twój kapitan zapomniał ci o tym powiedzieć?
        - Nie możesz holować dwóch okrętów naraz! - odkrzyknął Sten.
        - Chcesz się założyć? Do diabła, jak mam dobry dzień, to poradzę sobie z trzema. A teraz, weź 
się za tę linę!
        Obaj marynarze, nieco otumanieni, posłusznie wykonali rozkaz kobiety. Potem z przerażeniem 
patrzyli, jak zarzuca na “Gamble” pętlę. Ryknęły dwa silniki holownika i maszyna ruszyła w górę.
        Ale Sten już tego nie widział. Pędził wzdłuż doku w stronę stanowiska prób. Zanim dotarł do 
stoczni, pilot opuszczał “Gamble” na wyznaczone miejsce.
        - Hej, wchodzę na pokład! - krzyknął Sten i, nie czekając na pozwolenie, zaczął piąć się po 
sieci do holownika.
         W chwilę później znalazł się w ciasnej kabinie. Oszałamiająca kobieta, która tam siedziała, 
robiła jeszcze większe wrażenie niż jej niezaprzeczalne talenty lotnicze. Była szczupła i wysoka. 
Miała wielkie czarne oczy i drugie ciemne włosy wetknięte pod czapkę pilota. Przypatrywała się 
Stenowi z mieszaniną zainteresowania i rozbawienia.
        - Dość ciekawy sposób, żeby umówić się z damą na piwo. Kończę za dwie godziny.
        - Nie o to chodzi - powiedział Sten.
        - Doprawdy? Co z ciebie za marynarz?
        - A taki, który ma stopień komandora - odparł sucho Sten. 
        Kobieta popatrzyła na niego nieco spłoszona i jęknęła:
        - Och, nie. Ta moja niewyparzona gęba. Co za cholera! Właśnie szukałam nowej pracy.
        - Naprawdę? Zgłoś się do mnie jutro, o ósmej rano. Potrzebuję pierwszego mata.
        - Chyba żartujesz. - Dziewczynę najwyraźniej zaszokowała propozycja Stena.
        - Nie. Jesteś zainteresowana?
        - Tak po prostu? Pierwszy mat?
        - Aha. Tak po prostu. Tyle że od tej chwili masz do mnie mówić “panie kapitanie”!
        Przemyślała to i skinęła głową.
        - Myślę, że zdołam się do tego przyzwyczaić.
        - Panie kapitanie - przypomniał Sten.
        - Panie kapitanie - powtórzyła.
        - Przy okazji, jak się nazywasz?
        - Luz, Luz Tapia. O, do diabła. Chciałam powiedzieć: Luz Tapia, panie kapitanie.
               Za jednym zamachem Sten rozwiązał kwestię obsady “Richardsa” i rozwiał nieco swoje 
niepokoje związane z Estillem.
        
        Pozostał tylko problem znalezienia szypra dla “Claggett”. Alex i Sten siedzieli pochyleni nad 
lista nazwisk.
        - Cóż za hołota - ocenił Alex. - Żadnego z nich nie zrobiłbym kapitanem grawisań.
               Sten musiał się z tym zgodzić. Co gorsza, czasu było coraz mniej. A Doorman wcale nie 
ułatwiał życia nowemu komandorowi. Adiutanci admirała regularnie nękali Stena telefonami, żądali 
raportów o stanie przygotowań i rzucali lekko zawoalowane pogróżki.
        Po raz pierwszy w życiu, Sten poczuł się bezradny.
        Rozległo się głośne drapanie do drzwi.
        - Wejść! - krzyknął Sten.
        Chwila przerwy i drapanie rozległo się ponownie. Tym razem jeszcze głośniejsze. 
        Sten poderwał się na nogi.
        - Co, u diabła... - Nacisnął guzik automatycznego otwierania drzwi i stanął twarzą w twarz ze 
straszydłem.
        - Co ty tutaj robisz? - wrzasnął.
        - Słyszałam, że potrzebny ci kapitan - odparło straszydło. 
        Sten rzucił się w liczne ramiona Sh’aarl’t.
        

background image

Rozdział trzydziesty pierwszy
        
        Sten przeszedł przez barokową bramę wiodącą do parku okalającego klub oficerski. W dali, za 
wypieszczonym ogrodem, widniał wielki budynek, przypominający pałac. Tam właśnie mieścił się 
klub.   Sten   był   pewien,   że   ogród   zawdzięczał   swoją   wspaniałość   pracy   biednych   rekrutów, 
przysłanych tu przez zwierzchników.
                Klub   -   jaskrawo   oświetlony   biały   budynek   z   kolumnadą   -   nawet   według   standardów 
Centralnego Świata, mógł być uznany za szykowny. Nad wejściem wznosiła się żółtomiedziana 
kopuła,   prawdopodobnie   pokryta   pozłotą.   Sten   aż   zgrzytnął   zębami,   kiedy   pomyślał   sobie,   ile 
okrętów można by wyposażyć za te pieniądze.
        Słyszał odgłosy zabawy. To bawili się jego bracia i siostry - oficerowie. Śmiech wydawał się 
nieco za głośny, a okrzyki entuzjazmu jakby wymuszone.
         Sten już miał zawrócić, ale po namyśle zmienił decyzję. Do diabła. Przyszedł tu, żeby się 
zabawić, zjeść i napić porządnie. Poszedł dalej. Przecież nie wszyscy ludzie ze sztabu Doormana 
muszą być sukinsynami. Na pewno znajdzie się parę interesujących istot, prawda?
         Po jego lewej stronie widniało wielkie, nieoświetlone drzewo. Kiedy przechodził, z cienia 
prosto na niego wyszła jakaś postać. Sten zrobił unik, wypuścił nóż z ramienia. Zdawało mu się, że 
osobnik za chwilę rzuci się do ataku. Sten miał właśnie uderzyć, kiedy poczuł zapach alkoholu 
zmieszany z wonią mocnych perfum. Nie zadał ciosu. Złapał w ramiona kogoś bardzo delikatnego.
        Młoda kobieta spojrzała na Stena mętnymi oczami. Rozpoznała młodego komandora.
        - A, to ty - zachichotała. - Przyszedłeś, żeby dać mi całusa?
        To była Brijit van Doorman, córka admirała. Zupełnie pijana.
        Sten desperacko usiłował postawić ją na nogi - starał się nie dotykać dziewczyny tam, gdzie 
nie powinien. Nie udało się. Przed oczami zamajaczyła mu wizja plutonu egzekucyjnego.
               - O co chodzi? - obruszyła się Brijit. - Nigdy nie widziałeś kobiety na rekkim lauszu? 
Chciałam powiedzieć: na lekkim rauszu?
        - Panno van Doorman, proszę... - wymamrotał Sten.
        Opadła na niego. Kiedy próbował ją podtrzymać, wyślizgnęła się, jakby posmarowana oliwą, i 
upadła na trawnik. Dostała napadu czkawki i chichotu.
        - Był koń... koń... konkurs w piciu. Konkurs pi... pijacki. Wygrałam.
        - Właśnie widzę - powiedział Sten.
        - Bardzo mu się to nie spodobało.
        - Komu?
        Brijit stała się chłodna i uprzejma.
               - Mojemu narzeczonemu. Jak mu tam? Rey. Zgadza się. Rey Hali... hm... Halldor. Moja 
wielka, wielka miłość.
        Wizja plutonu egzekucyjnego znikła. W wyobraźni Stena pojawiła się za to postać przeciągana 
pod kilem. Jakoś dziwnie przypominała ona dowódcę fregat.
        - To może przyprowadzę tego Reya? - zapytał.
        - Nie, nie, nie. Jest z tatusiem. Tatuś też nie lubi, kiedy piję. 
        Niesamowita i wspaniała sprawa. Sten myślał tak, dopóki Brijit nie zaczęła płakać. Nie było to 
żałosne pochlipywanie damy, ale głośny ryk. Z okien wyjrzało kilka zaintrygowanych osób.
        - Pani pozwoli, że zaprowadzę ją do domu - zaproponował Sten.
        Natychmiast przestała rozpaczać. Konspiracyjnie popatrzyła na swego wybawcę.
        - Właśnie. Do domu. Nikt się wtedy nie dowie.
        - Absolutnie nikt - zgodził się Sten. - Nikt a nikt. No, dobrze, ruszamy.
        Postawienie dziewczyny na nogi zajęło mu dobre pięć minut. Ale nie na wiele się to zdało, bo 
córka admirała opadała bezwładnie na ziemię. Wreszcie Sten wziął ją na ręce i zaniósł do swojego 
grawichodu.
        Ledwie wsiadł, straciła świadomość. Stena mało krew nie zalała. Wprowadził jej nazwisko do 
komputera pokładowego, odszukał adres i włączył autopilota.

background image

               Kiedy przemykali przez miasto, dobrze się przyjrzał pijanej pasażerce. Gdyby nie lekkie 
wypieki i spierzchnięte wargi, trudno byłoby się domyślić, że jest w stanie całkowitego upojenia 
alkoholowego.
               Po diabła ona się tak zaprawia? Sten pomyślał, że być spokrewnionym z Doormanem to 
udręka. Chciała trochę o tym zapomnieć? Jej prawo.
         Brijit wyglądała we śnie bardzo niewinnie, dziewczęco i... i... Sten, bój się Boga! Ona jest 
szałowa. Ale też jest córką admirała, pamiętasz o tym? Daruj sobie te kosmate myśli. W ogóle o 
tym zapomnij.
               Brijit nie obudziła się, kiedy dojechali na miejsce. Sten musiał wnieść pannę Doorman i 
położyć do łóżka. Dotknął płytki, żeby wyłączyć światło, westchnął i skierował się do wyjścia.
               Obok grawichodu czekał na niego rozwścieczony blondas. Nosił mundur z insygniami 
komandora.   Ostatnim   razem   Sten   widział   tego   pięknisia   przed   biurem   van   Doormana.   Wtedy 
młodzieniec ów nosił szorty i dotrzymywał towarzystwa Brijit. Sten nie musiał wysilać swojego 
zmysłu dedukcji, żeby domyślić się, kim jest nieznajomy.
        - A więc to ty, świnio. Ja cię nauczę...
         Runął na konkurenta, chcąc go podciąć. Sten zrobił niewielki unik i napastnik mało się nie 
przewrócił od własnego impetu.
        - Ty chyba jesteś Rey Halldor - powiedział Sten. - Narzeczony Brijit.
        - Jasne, do cholery - krzyknął blondyn, biorąc następny zamach.
        Sten odsunął się nieznacznie i wyciągnął obie ręce w geście pojednania.
        - Słuchaj Halldor. Nie mam z tym nic wspólnego. Twoja narzeczona się upiła. Ja ją znalazłem 
i zabrałem do domu. Kropka. Tylko tyle. Nic więcej nie zaszło.
        Halldor zaszarżował, wymachując ramionami jak wiatrak. Sten usiłował odskoczyć, ale jeden 
z ciosów trafił go w ucho. Bolało jak wszyscy diabli.
        - Sam tego chciałeś, gnojku - powiedział.
               Naprężył ramię, złączył palce dłoni i przeciwnik leżał na plecach, patrząc głupkowato na 
swego pogromcę.
        - Ty... ty mnie uderzyłeś - wybełkotał zaskoczony Halldor.
        - Masz rację, komandorze. Nieźle cię rąbnąłem - odparł Sten. - A jeśli teraz wstaniesz, to znów 
dostaniesz.
        - Podaj swoje nazwisko. Jazda, sukinsynu!
        - Sukinsyn, z którym rozmawiasz, to komandor Sten. Do usług.
        - Jeszcze porozmawiamy - warknął Halldor.
        - W porządku.
        Sten wskoczył do grawichodu. Mało nie połamał panelu, wybijając kod drogi do kwatery.
        Młody Stenie, szalenie mi się podoba twój stosunek do ludzi. Czyż na Centralnym Świecie nie 
nabrałeś dworskiej ogłady?
        
Rozdział trzydziesty drugi
        
        - Hej, szefie, chyba coś mam - zakomunikował Foss. 
        Podoficer Kilgour, mimo że lata spędził w Sekcji Modliszki, gdzie niewiele sobie robiono z 
regulaminów wojskowych, poczuł się urażony.
               - Mówi się: panie komandorze, albo: panie kapitanie, synu. Musisz nauczyć się składać 
meldunki.
               Rozbawiony Sten nie czekał, aż Foss naprawi błąd. Natychmiast stanął przy ekranie na 
stanowisku dowodzenia “Gamble”.
                -   No   cóż   -   powiedział,   czekając,   aż   komputer   okrętowy   poda   dokładniejsze   dane.   - 
Rzeczywiście coś tu mamy. I chyba to nie są ptaszki.
        Foss aż się zaczerwienił.
        Flotylla Stena już trzeci tydzień była poza legowiskiem. Przez cały ten czas nie zdarzyło się 
nic godnego uwagi.

background image

               Weź zatwardziałych kryminalistów z marynarki wojennej, dodaj do nich policjantów bez 
praktyki wojskowej, dorzuć jeszcze zapalonych ochotników oraz oficerów gołowąsów i wsadź to 
bractwo na cztery okręty patrolowe będące ostatnim krzykiem wojskowej mody. Ten “krzyk mody” 
każdy inżynier czy technik wojskowy określiłby tak: można się po nim spodziewać wszystkiego, a 
nie dostaje się nic. Jak się coś zaczyna dziać, kiedy naprawdę na czymś ci zależy, wszystko diabli 
biorą. Fregaty klasy “Bulkeley” dokładnie odpowiadały tej charakterystyce.
               Stenowi i Alexowi udało się złapać zaledwie dwadzieścia godzin snu, odkąd “Gamble”, 
“Clagget”,   “Kelly”   i   “Richards”   wystartowały   z   bazy   na   Cavite.   Start,   w   zamierzeniu,   miał 
wyglądać jak szybki skok w przestrzeń. W rzeczywistości było to kulawe brnięcie przez atmosferę. 
Napęd AM2 na “Claggett”, statku Sh’aarl’t, odmówił posłuszeństwa i eskadra musiała wspiąć się 
na   orbitę   stacjonarną,   używając   napędu   Yukawa.   Przegląd   obwodów   zajął   im   wiele   godzin. 
Wreszcie znaleźli przyczynę. Któryś ze stoczniowców zostawił między ekranami filtru gazetę, którą 
zapewne   czytał   w   czasie   przerwy   śniadaniowej.   Na   pierwszej   kolumnie   widniał   wielki   tytuł: 
“Imperator się żeni? Piękność w nirwanie idzie na bal.”
               To, co Sten powiedział o ptaszkach, nie było żartem. Ekrany okrętu rozpoznały jeden z 
księżyców Cavite jako stado ptaków wodnych. Co gorsza, komputer pokładowy wybrał broń: haki i 
strzały.   Na   domiar   złego,   zboczeni   zawodowo   rekruci   z   departamentu   policji   Cavite   zaczęli 
doszukiwać się sabotażu i prothanijskich sympatii wśród stoczniowców. Ale Sten wiedział, co jest 
grane - przez lata służby zdążył się nauczyć, że im bardziej skomplikowany jest komputer, tym 
prędzej znajdzie się u niego to, co ludzie nazywają poczuciem czarnego humoru. Fossowi udało się 
odszukać feler i naprawić obwody w ciągu jednego dnia.
        Eric Foss to był rzadki egzemplarz. Przybył z policji i przyprowadził ze sobą innych. Wielki, 
czerwonogęby młodzieniec, dopiero niedawno osiągnął wiek poborowy. Na Cavite spędził kilka 
miesięcy pracując w drogówce.
        Młody człowiek o potężnej budowie ciała działał bardzo spokojnie, a wręcz ospale. Ale mógł 
poszczycić   się   wprost   niesamowitymi   wynikami   z   testów   łącznościowca.   Osiągał   tak   wysoką 
punktację,   że   aż   trudno   było   w   to   uwierzyć.   Sten   przeegzaminował   eks-policjanta   osobiście. 
Komandor   określił   Fossa   jako   człowieka   wrażliwego.   Tak   czy   inaczej   mianował   go   szefem 
łączności flotylli.
               Podczas patrolowania było nawet interesująco - w negatywnym rozumieniu tego słowa. 
System   przeciwpożarowy   napełnił   przedziały   bojowe   pianą;   przewody  paliwowe   były   zatkane; 
piece nie nadawały się do użytku, podobnie zresztą jak lodówki.
                Z   drugiej   strony,   okazało   się,   że   okręty   dysponują   mocą,   której   nie   przewidzieli 
budowniczowie;   naprowadzanie   na   cel   odbywało   się   w   błyskawicznym   tempie,   a   próby   w 
strzelaniu rakietami wypadły bardzo dobrze.
         Nikt nie przypuszczał, że załoga tak łatwo się zintegruje. Doszło tylko do jednej awantury, 
kiedy eks-więzień wyciągnął nóż na eks-gliniarza. Pokłócili się o ostatni kawałek steku sojowego. 
Policjant złamał przeciwnikowi rękę w sześciu miejscach, zniszczył nóż i powiedział oficerowi 
wachtowemu, że tamten biedaczyna potknął się o coś i wywinął orła.
        Nawet szarże stanęły na wysokości zadania. S’haarl’t na “Claggett” była dobra. Nie zawiodła 
Stena pod żadnym względem. Lamine Sekka na “Kelly” spisywał się świetnie. Porucznik Estill, 
wspierany przez chorążego Tąpię, nieźle dawał sobie radę. Nadal miał skłonność do niewolniczego 
wykonywania wszystkich rozkazów, ale Sten nie tracił nadziei, że wyjdzie z tego.
        W każdym razie, nikt nie wlazł do komory siłowni i niczego nie staranował okrętem. Zarówno 
Sten jak i Alex, choć często odgrywali rolę zrzędów - “ponownie wyczyścić działo, chłopcy” - byli 
zadowoleni.
        Ale sen stawał się coraz bardziej nieosiągalną przyjemnością.
               Jeszcze tylko siedem dni patrolowania, obiecywał sobie komandor. Potem będą ćwiczyli 
lądowanie i maskowanie na jakiejś najpiękniejszej ze wszystkich, całkowicie opustoszałej planetce, 
którą uda im się znaleźć. A potem treningi oddychania zeń.
        Rozległ się alarm. Nawiązano kontakt! Ekran pokrył się tekstem:

background image

               ZIDENTYFIKOWANO SZTUCZNY OBIEKT. ZIDENTYFIKOWANO NAPĘD AM2. 
STATEK KOSMICZNY. OBIEKT PRZESUWA SIĘ PO ORBICIE NIEKOLIZYJNEJ... STATEK 
KOSMICZNY   NIE   WYSTĘPUJĄCY   W   KATALOGACH   IMPERIALNEJ   FLOTY... 
ŁĄCZNOŚĆ   NA   FALACH   NIEWŁAŚCIWEJ   DŁUGOŚCI...   STATEK   (PROBLEMY   Z 
ODBIOREM)... UKRYWA SWOJĄ OBECNOŚĆ...
        Słowa zastąpił obraz tajemniczej jednostki. Sten i Alex wpatrywali się w ekran.
        - Cholerne brzydactwo, czymkolwiek ono jest - stwierdził Kilgour.
               -  Prawie   tak  ohydny  jak  “Cienfuegos”   -  dodał  Sten.   Mówił   o  okręcie   szpiegowskim, 
zakamuflowanym jako statek wyprawy górniczej. Mało nie zginęli na nim, gdy służyli w Sekcji 
Modliszki.
        Alex pojął aluzję:
        - Foss, wyślij im ostrzeżenie.
        Zanim Foss zdołał wybrać częstotliwość, ekran znów zamigotał:
               ZAKOŃCZONA ANALIZA EMISJI NAPĘDU - KOD WSKAZUJE NA TAHNIJSKIE 
POCHODZENIE STATKU.
        Sten włączył mikrofon.
        - Niezidentyfikowany pojazd... niezidentyfikowany pojazd... tu imperialna fregata “Gamble”. 
Znajdujecie   się   w   zamkniętym   sektorze.   Powtarzam,   znajdujecie   się   w   zamkniętym   sektorze. 
Przygotujcie się na inspekcję.
        Nie czekając na odpowiedź, sięgnął Fossowi przez ramię i przestawił radiostację na rozmowę 
między okrętami eskadry.
          - “Clagett”, “Kelly”, “Richards”, tu “Gamble”.  Wszystkie statki, pogotowie bojowe. Pełna 
gotowość systemów obronnych. Dowódcy, szykujcie się na samodzielną akcję. To nie są ćwiczenia. 
Gdyby użyto broni, strzelać. Powtarzam, to nie są ćwiczenia. Skończyłem.
        Głośnik zabełkotał:
        - Imperialny okręt “Gamble”, tu “Baka”. Nie zrozumiałem ostatnich słów. Skończyłem. 
        Znów zmiana częstotliwości.
        - “Baka”, tu “Gamble”. Powtarzam ostatnie słowa. Zatrzymać się. Wchodzimy, żeby dokonać 
inspekcji.
        - Tu “Baka”. Składamy protest. Jesteśmy cywilnym statkiem odkrywczym. Papiery czarterowe 
mamy   w   porządku.   Jeśli   w   naszym   kursie   wystąpił   jakiś   błąd,   prosimy   o   eskortę   do   granic 
zamkniętego sektora. Nie życzymy sobie gości na pokładzie.
               - Tu “Gamble”.  Wchodzimy na orbitę równoległą. Będziemy u was za... osiem minut 
standardowych. Jakakolwiek próba oporu zostanie zlikwidowana. Tu “Gamble”. Skończyłem.
        Sten zwrócił się do Alexa:
        - Panie Kilgour. Broń boczna dla mnie i dla pana. Czterech ludzi z rozpylaczami. Wykonać!
        
                Załoga   Stena   nie   przeszła   treningu   marynarskiego,   ale   jej   członkowie   mieli   niezłe 
doświadczenie   we   wchodzeniu   na   cudzy   grunt.   Włamanie   okazało   się   niepotrzebne   -   “Baka” 
otworzył  śluzę. Drzwi wejściowe  rozsunęły się. Po obu stronach  wejścia stanęło  dwóch ludzi. 
Rozpylacze   trzymali   lekko   pochylone.   Dwóch   następnych   ubezpieczało   Stena   i   Alexa.   Zespół 
abordażowy   ruszył.   Wszyscy   poczuli   lekkie   mdłości,   kiedy   przechodzili   ze   sztucznego   pola 
grawitacyjnego swojego statku w pole grawitacyjne “Baki”.
        Otworzyła się wewnętrzna śluza statku odkrywczego.
        Sten spodziewał się krzyków i oburzenia. Napotkał milczącą wściekłość.
        Dowódca jednostki przedstawił się jako kapitan Deska. Potrafił panować nad sobą, ale widać 
było, że jest cholernie zły.
        - Kapitanie... Sten, to jawne bezprawie. Natychmiast złożę protest w imieniu swojego rządu.
        - Na jakiej podstawie? - zapytał łagodnie komandor imperialnej eskadry.
        - Zostaliśmy napadnięci tylko dlatego, że jesteśmy Tahnijczykami. To dyskryminacja. Moja 
spółka nie ma nic wspólnego z polityką.

background image

        Moja spółka? Kapitan statku pracujący dla kogoś nie powiedziałby “my”. Sten uznał, że ten 
Deska nie jest za dobry w kłamaniu.
        - Znaleźliście się w zakazanym sektorze.
        - Posiadamy wszystkie zezwolenia i przepustki. Są w mojej kabinie.
                Sten   uśmiechnął   się   uprzejmie.   Chętnie   obejrzałby   wspomniane   przez   pana   kapitana 
dokumenty.
               Deska poprowadził go do kabiny. Korytarze pojazdu - inaczej niż na typowej jednostce 
badawczej - były nieskazitelnie czyste i świeżo anodyzowane. Załoga też wydawała się niezwykła. 
Brakowało   tu   brodatych   marynarzy   i   techników,   którzy   zazwyczaj   stanowią   obsadę 
długodystansowych statków badawczych. Starannie ogoleni mężczyźni mieli krótko przystrzyżone 
włosy i nosili identyczne kombinezony.
        Przejrzenie zezwoleń nie zabrało Stenowi wiele czasu. Zamknął z trzaskiem teczkę i wstał z 
małej niszy znajdującej się w urządzonej po spartańsku kajucie Deski.
               - Widzi pan - powiedział tahnijski kapitan. - Zezwolenie otrzymał wasz Tanz Sullamora. 
Gdyby pan o nim nie słyszał...
               - Wiem, kim jest. To jedna z grubych ryb imperium - uciął Sten. - Właściwie znam go 
osobiście.
        Czyżby twarz Deski drgnęła?
        - Wspaniale - powiedział serdecznym tonem.
        - Ciekawy statek - kontynuował Sten. - Bardzo czysty.
        - Nie znoszę brudasów.
               - Oczywiście. Rzecz jasna, ja nie jestem cywilem... - Sten zmienił temat. - Może się pan 
poszczycić załogą lepiej wymusztrowaną od mojej. Dobrze prowadzi pan statek, kapitanie.
        - Dziękuję, komandorze.
        - Nie ma pan za co dziękować. Zajmuję “Bakę” na mocy władzy posiadanej przeze mnie jako 
oficera imperium. Wszelkie próby oporu lub odmowy wypełnienia poleceń zostaną stłumione. Jeśli 
okaże   się   to   konieczne,   także   przy   użyciu   broni.   Nakazuję   panu   udać   się   do   najbliższej   bazy 
imperium, czyli w tym wypadku, do Cavite. Na czas tego kursu przysługuje panu ochrona i pomoc 
ze strony imperialnych jednostek.
        - Ale dlaczego?
        Sten dotknął guzików na dwóch małych kieszonkach w pasie.
        - Naprawdę chce pan wiedzieć, kapitanie Deska? 
        - Tak.
               - Doskonale. A tak przy okazji: właśnie wyłączyłem magnetofon i uruchomiłem blokadę. 
Domyślam się, że to pomieszczenie jest monitorowane. Nic z tego, co teraz powiemy, nie zostanie 
nagrane.   Gwarantuję.   Kapitanie,   został   pan   zatrzymany,   ponieważ   podejrzewam   pana   o 
szpiegostwo. Proszę nic nie mówić. Pan mnie zapytał, a ja odpowiedziałem. Każdy z pańskich ludzi 
wygląda   jak   oficer   marynarki   wojennej.   Pan   też.   Jesteście   tahnijskimi   oficerami.   Gdybym   był 
bardzo domyślny, to powiedziałbym nawet, że ma pan wysoką rangę oficerską. Przybył pan tutaj, 
zręcznie zakamuflowany, by zbadać podejścia do Cavite. Ot tak, na wypadek, gdyby bomba poszła 
w górę. Czy się mylę, kapitanie?
        - To oburzające!
        - Pewnie, ale swoją decyzję utrzymuję w mocy. Aha, nawet gdyby udało się panu przekonać 
kogoś na Cavite, że jest pan niewinny, wszystko, co zebrały skanery pańskiego statku, zostanie 
wymazane.
        Admirał Deska, zastępca głównodowodzącego połączonych flot lady Atago, tylko patrzył na 
Stena.
        - Pan się myli, komandorze. A ja pana zapamiętam długo, na bardzo długo.
        
        

background image

Rozdział trzydziesty trzeci
        
        - Co pan zrobił? - wybuchnął Sten. Nawet nie zauważył, że zapomniał dodać “panie admirale”. 
Ale van Doormanowi i tak niepotrzebne były dodatkowe powody, żeby się wściec.
        - Nie pytałem pana o zdanie, komandorze. Zaledwie zechciałem pana poinformować o mojej 
decyzji. W drodze łaski mogę ją panu powtórzyć.
         “Po przeprowadzeniu przez mój sztab wyczerpującego dochodzenia, nadzorowanego przeze 
mnie osobiście, stwierdziliśmy, że wejście na pokład tahnijskiego statku naukowego “Baka” było 
błędem.   Pojazd   ten,   jak   można   sądzić,   przypadkowo   naruszył   granice   zamkniętego   sektora 
przestrzeni, ale kapitan Deska wyjaśnił, że dysponował przestarzałymi i błędnymi mapami.”
        - Panie admirale, czy sam sprawdzał pan te mapy?
        - Proszę nic nie mówić, komandorze! Kapitan Deska jest dżentelmenem. Nie widzę powodu, 
dla którego miałbym kwestionować jego słowo.
        Sten stał na baczność i patrzył ponuro na biurko admirała.
        - Wystosowałem też przeprosiny do przełożonych kapitana i do kwatery głównej jego spółki 
na Heath, gdzie mieści się stolica Tahnów.
        Sten znów nie potrafił zapanować nad językiem. 
               - Jedno pytanie, panie admirale. Czy przynajmniej kazał pan technikom wymazać pamięć 
komputerów?
        - Nie. Jak “Baka” znalazłby drogę do domu, gdybym to zrobił?
        - Dziękuję, panie admirale.
        - Jeszcze jedno. Może się pan uważać za szczęśliwca.
        - Proszę wybaczyć, panie admirale, nie rozumiem.
               - Gdyby imperialna kwatera główna usłyszała o całym zajściu, mogłoby to spowodować 
zamieszanie wśród oficerów i marynarzy 23. floty. Nie znalazłem więc sposobu, żeby wpisać panu 
w akta naganę.
        Innymi słowy: van Doorman nie zameldował o incydencie do Centralnego Świata.
               - Powiem panu coś jeszcze, młody człowieku - kontynuował admirał. - Miałem pewne 
wątpliwości już wtedy, kiedy skierowano pana pod moją komendę. Marynarka wojenna to dumny i 
szlachetny rodzaj broni. W jej skład wchodzą dżentelmeni. Pana zaś ukształtowała armia. Nie widzę 
w tym niczego złego, ale z punktu widzenia marynarki nie wygląda to dobrze. Żywiłem głęboką 
nadzieję, że widząc wokół siebie pozytywne wzorce, zmieni się pan. Niestety. Nie tylko odizolował 
się pan od swoich kolegów-oficerów, ale też wybrał pan towarzystwo, nie przesadzę używając tego 
zwrotu, szumowin z najniższych warstw naszej społeczności. Niechaj tak będzie. Wyszedł pan z 
rynsztoka... i chce pan nadal się w nim pławić. Komandorze Sten, wykorzystam najmniejszy błąd z 
pańskiej strony, żeby pana zniszczyć. Rozwiążę pański oddział, oddam pana pod sąd wojenny i, aby 
tak się stało, wyślę pana w żelazach na planetę więzienną. To wszystko!
        Sten zasalutował, okręcił się na pięcie i wymaszerował z biura van Doormana. Kiedy od hotelu 
dzielił go już spory kawałek, schował się za drzewem i zaczął się śmiać jak wariat. Admirałowi van 
Doormanowi   wydawało   się   pewnie,   że   złapał   Stena   za   jaja.   Powinien   brać   lekcje   u 
najuprzejmiejszego z instruktorów Modliszek.
        Szumowina Sten ruszył do swoich okrętów. Chciało mu się pić, ale przede wszystkim pragnął 
się dowiedzieć - zapyta o to Alexa - co to są te cholerne “żelaza”.
        

background image

Rozdział trzydziesty czwarty
        
        - Szefie, wyglądasz, jakbyś strzelił sobie jednego.
        - Wypiłem nawet kilka - odparł Imperator. - Przyciągnij sobie ławkę i weź butelkę, Mahoney.
               Drinka nie było trudno skomponować. Wystarczyło schwytać butelkę tego, co Imperator 
nazywał whisky, i napełnić do połowy dwie szklanki.
         - Co tam słychać u Sullamory? - zapytał Mahoney, przełknął trunek i jeszcze raz napełnił 
szklankę. - Chodzi w tę i z powrotem po przedpokoju, jakbyś  przed chwilą upaństwowił jego 
matkę.
        - Cholera - zaklął Imperator. - Już sześć razy mówiłem mu, że Jest niewinny. Papiery “Baki” 
były sfałszowane. Tłumaczyłem durniowi, wywrzeszczałem mu to w ucho.
        Mahoney popatrzył ze zdziwieniem. 
        Imperator westchnął.
        - Wszystko jedno. Domyślam się, że ledwie stąd pójdziesz, znowu będę musiał go pocieszać.
        - Musimy porozmawiać - odezwał się po chwili Mahoney.
        - No, dobrze.
        Należało omówić sprawę zajęcia, a potem wypuszczenia “Baki”. Van Doorman nie napisał o 
tym raportu, ale zrobił to za niego jeden z agentów Mahoneya. Człowiek ten został podstawiony 
jeszcze w dniach, kiedy Mahoney dowodził imperialnym wywiadem - Korpusem Merkurego.
                Pierwsza   sprawa.  Trzeba   zdegradować   tego   cholernego   Doormana   do  stopnia   szczura 
okrętowego trzeciej rangi.
        - Nigdy nie mogłem pojąć, jak to jest. Czy ludzie wstępują do wojska, bo są prostakami, czy to 
założenie munduru czyni z nich idiotów - powiedział Imperator. Przerwał i upił nieco drinka. - Van 
Doorman   ma   sześciu   moich   skretyniałych   parlamentarzystów.   A   oni   myślą,   że   jest 
najwspanialszym zejmanem od czasów Nelsona.
        - I chcesz go, ot tak, zostawić, żeby nadal wyprawiał hece w 23. flocie?
        - Oczywiście, że nie. Zamierzam ostrożnie zebrać cały kubeł kamieni. W odpowiednim czasie 
wyślę kilku politykierów do Światów Pogranicza z misją rozpoznawczą. Wrócą i powiedzą mi, jak 
straszne rzeczy się tam dzieją. Potem będę zmuszony dać Doormanowi jeszcze jedną gwiazdkę i 
mianować go dowódcą jakiejś góry lodowej.
        - Nie sądzę, żebyśmy mieli tyle czasu. Obaj moi agenci i Sten są zgodni co do tego, że każdy 
majtek na “Bace” był tahnijskim oficerem. Tahnijczycy przygotowują się do uderzenia.
        Zapomnij na chwilę o Doormanie, nalej mi do szklanki i powiedz, co planujesz zrobić. Tylko 
pamiętaj, za nic, nie zgodzę się na uderzenie wyprzedzające na Heath.
        - To był właśnie jeden z moich pomysłów - powiedział posłusznie generał Mahoney.
        - Zrozum, Ian. Ja nie rozpoczynam wojen. Ja je kończę. 
        Mahoney uniósł rękę. Dobrze już znał opinię władcy, że na wojnie nie ma zwycięzców i że im 
więcej wojen jest toczonych, tym słabsza staje się struktura społeczna tych ludów, które biorą w 
nich udział.
        - A co sądzisz o... - zaczął eksdowódca Korpusu Merkurego.
                -   Już   to   proponowałeś,   generale.   A   ja   nadal   nie   mam   zamiaru   rozlokować   Pierwszej 
Gwardyjskiej   na   Światach   Pogranicza.   Jesteśmy   o   milimetr   od   wojny  z   Tahnijczykami.   Robię 
wszystko, żeby jej uniknąć. Tylko wyślę twoich opryszków i przedstawienie się zacznie.
        Mahoney bardzo ważył każdą wypowiedź. Imperator mógł uważać go za człowieka zaufanego, 
nawet za przyjaciela, ale jedno słówko za dużo i pośle generała, żeby wraz z Doormanem pilnował 
gór lodowych.
        - Wybacz śmiałość, ale jeśli nie uda ci się powstrzymać Tahnijczyków? Nie miej mi za złe tej 
myśli.
         Imperator ryknął, sapnął, golnął sobie whisky. Wstał i zapatrzył się w okno wychodzące na 
pałacowe ogrody.
        - Jeśli tak, to poradzę sobie z tym na swój sposób.
        - Więc mogę...

background image

               - Nic z tego, generale.  Nie będzie Pierwszej Gwardyjskiej  na Pograniczu. - Imperator 
rozmyślał przez chwilę. - Ile minęło, odkąd gwardia odbyła ćwiczenia w dżungli?
        - Sześć miesięcy.
        - Kawał czasu. Wstyd mi za ciebie, Mahoney. Pozwalasz, żeby twój oddział tył i rozleniwiał 
się.
               Mahoney nawet nie próbował protestować. Władca patrzył na niego bardzo oceniającym 
wzrokiem.
        - O ile pamiętam, w tej części wszechświata istnieje jakaś dziura pełna mokradeł. Mieliśmy na 
niej bazę wypadową w okresie Wojen Muellera.
        Mahoney podszedł do jednego z terminali komputerowych i zaczął szukać.
               - Zgadza się. Isby XIII. Obecnie nie jest zamieszkana, jeśli nie liczyć jakichś naprawdę 
okropnych aborygenów i obsługi bazy. Leży bardzo blisko Światów Pogranicza. Przerzucenie tam 
oddziałów zajęłoby mi... może tydzień.
               - Czy wreszcie przestaniesz marudzić  o Pograniczu? Z łagodnymi  i miłującymi  pokój 
Tahnijczykami będziemy rozmawiać językiem dyplomacji. A ja po prostu tylko chcę sprawdzić, 
czy polubią cię bagienne komary. - Imperator znów zmienił ton na poważny. - Mahoney, to jest 
najlepsze rozwiązanie. Właśnie teraz zaczyna mi brakować pola do manewru.
               Generał major Ian Mahoney zaczął rozmyślać, czy przypadkiem nie powinien sprawdzić 
ważności swojego ubezpieczenia na życie.
        
Rozdział trzydziesty piąty
        
        Dwudziestu siedmiu członków Rady Tahnu przysłuchiwało się raportowi lady Atago. Mówiła 
o postępach w wykonaniu planu na Erebusie. Mimo że kobieta znajdowała się o lata światła od 
rodzinnej Heath, z ekranu emanował jej chłód i profesjonalizm. W postawie Atago na próżno by 
szukać szacunku do warlordów. Z pewną rewerencją zwracała się jedynie do swego mentora, lorda 
Fehrle, najpotężniejszego członka Rady.
               - Tak więc, panie i panowie - mówiła - flota gotowa jest w sześćdziesięciu procentach. 
Zgromadzono czterdzieści sześć procent zapasów paliwa i innego zaopatrzenia, broni i amunicji 
mamy siedemdziesiąt jeden procent w stosunku do zakładanych liczb.

        Fehrle podniósł palec:
               - Jedno pytanie, pani. Niektórzy członkowie Rady wyrazili zaniepokojenie stanem załóg. 
Proszę podać dane na ten temat.
               - Przykro mi to powiedzieć, lordowie - rzekła Atago - ale mogę wam przedstawić tylko 
szacunki.   Mówiąc   szczerze,   ćwiczenia   jeszcze   nie   podciągnęły   ludzi   do   standardów 
obowiązujących w siłach zbrojnych Tahnu.
        - Szacunki wystarczą - odparł Fehrle.
               - Jeśli  tak, rzekłabym,  że dysponujemy  wystarczającą  liczbą  marynarzy,  aby obsadzić 
wszystkie  okręty znajdujące się obecnie  w służbie. Wystąpią,  rzecz jasna, luki  na kluczowych 
stanowiskach, ale jak sądzę, zdołamy je zapełnić.
        - Chciałbym jeszcze o coś zapytać. Czy wolno, pani? - To był pułkownik Pasteur, najnowszy 
członek Rady. Fehrle stłumił pomruk niezadowolenia i spojrzał na lorda Wichmana, który lekko 
potrząsnął głową.
        - Słucham, panie?
        - Ile czasu potrzeba, żeby nasze siły znalazły się w pełnej gotowości?
        - Co najmniej dwa lata - odparła bez wahania lady Atago.
        - W takim razie - ciągnął Pastour - może inni członkowie Rady też skorzystają z twoich opinii. 
Czy uważasz, pani, że powinniśmy rozpoczynać wiadomą akcję?
        - Decyzja nie należy do mnie.
        - Ale zapewne masz własne zdanie w tej sprawie, pani.

background image

        Lady Atago patrzyła, jakby chciała zabić Pastoura wzrokiem. Dobrze, myślał Fehrle. Nie da 
się przyłapać. To pytanie tylko z pozoru jest takie niewinne.
                -   Przykro   mi,   nie   mam   nic   do   powiedzenia   na   ten   temat.   Moim   obowiązkiem   jest 
wykonywanie waszych rozkazów, a nie doradzanie.
        Pastour nie dawał jednak za wygraną.
        - To godne pochwały, pani. Niemniej, jako dowódca floty, musisz mieć jakiś pogląd na szansę 
sukcesu, gdybyśmy już teraz rozpoczęli działania.
        - Oceniam ją jako względną.
        - Tylko względną?
        - Czy to nie wystarczy dla Tahna, panie?
        Pastour poczerwieniał. Wokół rozległ się pomruk zgody. Fehrle postanowił się wtrącić. Stary 
pułkownik denerwował go swoim wahaniem, ale nie można było pozwolić, żeby w łonie Rady 
zaczęły się jakieś waśnie.
         - Myślę, że to wszystko na dzisiaj, pani. A teraz, jeśli pozwolisz, skończymy rozmowę i za 
godzinę połączymy się z tobą znowu. Przedstawimy ci naszą decyzję.
        - Dziękuję, panie.
        Fehrle nacisnął guzik, z ekranu zniknął obraz lady Atago.
         - Muszę stwierdzić, panie i panowie, że cieszę się z wyboru lady Atago na dowódcę floty - 
rzekł Wichman. - Nie wątpię, iż moje zadowolenie podzielają pozostali członkowie Rady.
        Znów rozbrzmiały się pomruki wyrażające zgodę. Tylko Pastour nie przyłączył się do chóru.
        - Na twoim miejscu, lordzie Fehrle poważnie pilnowałbym tej kobiety - powiedział Pastour. - 
Jest, trochę za dobra, żebym mógł spać spokojnie.
        Fehrle zignorował tę wypowiedź. Pastour czasem wygadywał dziwactwa. Mentor lady Atago 
zastanawiał się, czy w ogóle dobrze zrobił, wprowadzając go do Rady. Ale postanowił na razie się 
tym   nie   martwić.   Pastour   był   jednym   z   najpoważniejszych   przemysłowców   w   państwie 
Tahnijczyków.   Posiadał   też   niepospolitą   zdolność   tworzenia   wielkich   jednostek   gwardii   w 
okolicach, gdzie wydawało się, że prawie nie ma ludzi. Ponadto sam finansował nowo powstałe 
oddziały.
               Natomiast nadzwyczajna,  nawet jak na Tahnijczyków,  wojowniczość lorda Wichmana, 
stanowiła   przeciwwagę   dla   opieszałości   Pastoura.   Mianowanie   Wichmana   ministrem   do   spraw 
ludzi było mistrzowskim posunięciem Fehrle’a. Stary pułkownik wyrósł z szeregów armii. Nosił 
chyba wszystkie ordery za odwagę, jakie Tahn mógł zaoferować żołnierzowi. A co ważniejsze, 
potrafił   sobie   radzić   z   masami.   Umiał   wydobyć   od   klas   robotniczych   krańcową   ofiarność   dla 
sprawy. Nikogo nie obchodziło, w jaki sposób tego dokonywał.
         Gdyby rzecz rozgrywała się w innych czasach, Rada Tahnu przypominałaby coś w rodzaju 
politbiura. Każdy z jej członków reprezentował kluczowe dziedziny tahnijskiego społeczeństwa. Na 
posiedzeniach   rozpatrywano   różne   punkty   widzenia   i   wrzucano   je   do   wspólnego   politycznego 
garnca. Wszystkie decyzje podejmowano jednogłośnie i nieodwołalnie. Nie było głosowań, nikt 
publicznie nie wyrażał odrębnego zdania. Wszelkie problemy roztrząsano w zamkniętym gronie. W 
razie konieczności, zawierano kompromisy. Oficjalne zebrania Rady stanowiły jedynie formalność.
        Toteż Fehrle mógł teraz zabrać głos bez tremy:
        - Rozumiem, że możemy rozpocząć atak na imperium zgodnie z ustalonym planem.
        Wszyscy, poza jedną osobą, skinęli głowami.
        - Nie jestem pewien - rzekł Pastour. - Ciągle się zastanawiam, czy nie powinniśmy zaczekać, 
aż osiągniemy stan pełnej gotowości. Za dwa lata będziemy mieli imperium w garści.
        W sali rozległy się szepty. Wszyscy patrzyli, jak zareaguje Fehrle. 
        Ten zaś robił, co mógł, żeby w jego głosie nie zabrzmiała nutka zniecierpliwienia, gdy mówił:
               - My to już przedyskutowaliśmy, panie. Im dłużej zwlekamy, tym więcej czasu dajemy 
przeciwnikowi na budowę nowych okrętów. Nie zwyciężymy z Wiecznym Imperatorem w wojnie 
przemysłowej. Ty powinieneś wiedzieć o tym najlepiej z nas wszystkich.
         - Tak, tak. A jeśli ta operacja się nie powiedzie? Ryzykujemy utratę całej naszej floty! Co 
wtedy będzie z nami? Znów trafimy w jarzmo imperium. Powiadam wam!

background image

               Wichman zerwał się na równe nogi. Oczy wyszły mu na wierzch, twarz poczerwieniała z 
wściekłości.
        - Nie zamierzam siedzieć w jednym pomieszczeniu z tchórzem! - ryknął.
               Wybuchła wrzawa, gdy Wichman skierował się ku wyjściu. Fehrle rąbnął pięścią w stół. 
Wichman zatrzymał się w pół kroku. W sali znów zapanowała cisza.
        - Panowie! Panie! Czy zapominacie, gdzie się znajdujemy?
        Fehrle popatrzył na każdego członka Rady z osobna. Wiercili się skonsternowani w fotelach. 
Potem Fehrle zwrócił się do Pasteura z lodowatym uśmiechem.
        - Nasz dzielny pułkownik po prostu się przejęzyczył. Wszyscy go znamy i wiemy, że nie jest 
tchórzem. - rzucił okiem na Wichmana. - Zgadzasz się, panie?
        Minister do spraw ludu przygarbił się i wrócił cichutko do swojego fotela.
        - Przepraszam za moje grubiaństwo - burknął w stronę Pastoura.
        - A ja za swoje. Wybacz mi, panie. Muszę się jeszcze długo uczyć, jak pracuje Rada.
        Napięcie opadło. Lord Fehrle potrafił przywołać zgromadzonych do porządku.
        - A więc, ustalone. Uderzamy natychmiast!
        Rozległ się okrzyk zgody. Najgłośniej krzyczał Pastour.
        
Rozdział trzydziesty szósty
        
         - Panie Kilgour - odezwał się Foss, patrząc w zamyśleniu na ekran. - Czy mogę pana o coś 
zapytać?
               - Jasne, chłopcze. - Alex spojrzał na zegarek. Do zmiany wachty zostało jeszcze półtorej 
godziny. Mała towarzyska pogawędka pozwoli może zabić nudę.
        - Niech pan popatrzy na te grubaśne frachtowce, tam na dole. Czy kiedyś, w młodości miał pan 
ochotę zostać piratem?
        Kilgour zachichotał.
        - Coś ci powiem, chłopcze. Ja za młodu byłem piratem. Jak wielu moich przodków.
        Foss popatrzył na Kilgoura. Nigdy nie wiedział, kiedy jego szef kpi, a kiedy mówi poważnie. 
Wrócił do obserwowania ekranu.
         Cztery okręty Stena prowadziły służbę eskortową. Mimo że napięcie rosnące na tahnijskim 
pograniczu spowodowało zmniejszenie ruchu towarowego, nadal kręciło się trochę frachtowców, 
których należało pilnować. Statki poruszały się teraz w konwojach z pełną eskortą. Ponadto, gdy 
zbliżały się do sektora przestrzeni należącego do Tahnijczyków, otrzymywały wsparcie ze strony 
imperialnej   marynarki.   Pod   okrętami   Stena   wisiało   pięć   opasłych   frachtowców   z   floty   Tanza 
Sullamory,   kontener   ciągnięty   przez   cztery   holowniki,   dwa   pospiesznie   uzbrojone   krążowniki 
pomocnicze i jeden prastary niszczyciel, “Neosho”, z floty van Doormana.
        Sten nie wiedział, co van Doorman myśli o panującej sytuacji - o ile myślenie kiedykolwiek 
skalało umysł admirała. Wydawało się, że van Doorman najbardziej zainteresowany jest tym, żeby 
jego   okręty   stacjonowały   w   bazie   i   nie   wychodziły   w   przestrzeń.   Sten   kpił   sobie,   że   admirał 
zapomniałby o nich, gdyby ciągle nie stały mu przed oczami. Dowódca 23. floty był prawdziwym 
liczyrzepą, chociaż początki tego powiedzonka niknęły w mrokach przeszłości i nikt nie wiedział, 
co ono naprawdę znaczy.
         Zasada zachowania biernej postawy nie odnosiła się tylko do maleńkiej flotylli Stena. Van 
Doorman dotrzymywał  słowa. Chciał wykończyć  młodego komandora. Najwyraźniej myślał, że 
najbardziej dokuczy Stenowi, dając mu robotę. “Claggett”, “Gamble”, “Kelly” i “Richards” były 
zatrudniane do wszelkich zadań. Fregaty wykorzystywano jako depeszowce, okręty kartograficzne, 
eskortowce dla statków handlowych. Stenowi nie przeszkadzały knowania van Doormana. Gdyby 
sam chciał zniszczyć komuś karierę, trzymałby takiego delikwenta pod ręką. Nie wkurzało go też, 
że jego okrętom nie dawano chwili spokoju. Mógł dzięki temu lepiej wyszkolić niezbyt jednorodne 
załogi.

background image

                Jedyny   problem   stanowiło   zużywanie   się   silników.   Gdyby   nie   geniusz   Suttona   w 
wydobywaniu spod ziemi części zamiennych, a nawet całych silników, wszystkie cztery fregaty 
dawno poszłyby na żyletki.
               I tak, cztery okręty pilnowały powierzonej im trzody. Szyper “Neosho” z zadowoleniem 
przyjął plan Stena, żeby flotylla fregat trzymała się nad konwojowanymi statkami. Lepszy sprzęt 
elektroniczny   okrętów   klasy   “Bulkeley”   pozwalał   na   rozpięcie   parasola   ochronnego   nad 
transportowanym   dobrem.   Kapitan   “Neosho”   umieścił   swój   okręt   na   czele,   a   sam   -   Sten 
wywnioskował   to   z   rozmów   między   statkami   -   większość   czasu   spędzał   na   największym 
frachtowcu.
                Sten   trochę   mu   tego   zazdrościł.   Wieść   niosła,   że   statki   Sullamory   były   urządzone   z 
przepychem, a ich załogi nie ceniły sobie cnót spartańskiego życia.
        Sten zarządził wystawianie mniej licznych wacht. Tylko przy sprzęcie elektronicznym musieli 
pozostać wszyscy dyżurni. Zbyt wiele zdarzało się przypadków, że przechodzące w pobliżu statki 
zaniedbywały   przesyłania   meldunków   rozpoznawczych.   Można   to   było   objaśnić   na   kilka 
sposobów: okręty handlowe zazwyczaj nie kwapiły się z nadawaniem raportów; niekiedy grasowali 
piraci; a czasami pojawiała się tak zwana wielka niewiadoma. 
        Wariant pojawienia się piratów nie miał sensu. Wbrew temu, co pokazywano w filmach, żaden 
samotnik   nie   zdołałby   zbyt   długo   prowadzić   takiego   procederu,   skoro   imperium   utrzymywało 
kontrolę   nad   napędem   AM2.   Stena   i   Alexa   najbardziej   intrygowała   kwestia   “wielkiej 
niewiadomej”.
        Po czterech dniach od rozpoczęcia misji sprawa się wyjaśniła.
               Alarm  bojowy  wypędził  Stena  z  kajuty,  w   której  ślęczał   nad  kolejnym  tasiemcowym 
sprawozdaniem dla van Doormana. Pobiegł na stanowisko dowodzenia.
         Zgodnie z planem, konwój trzymał się poniżej i nieco z przodu fregat. Jak zwykle, jeden z 
frachtowców trochę pozostawał w tyle. Ale monitor wskazywał, że z tyłu, od dołu zbliżają się trzy 
nie znane statki. Sten sprawdził dane komputera. Ich orbita skrzyżuje się z orbitą frachtowca za 
kilka minut.
         Sten, niemal równocześnie, nakazał gotowość bojową na “Gamble”, zaalarmował pozostałe 
okręty i przełączył się na pasmo łączności z konwojem. Teoretycznie powinno ono być przez cały 
czas otwarte. Ale odpowiedź nie nadeszła. Przerzucił się zatem na kanał ogólnie dostępny.
               W jednej chwili pod “Gamble” zapanował chaos. “Neosho” i frachtowiec flagowy sunęły 
dalej, jakby nic nie słyszały. Sten przypuszczał, że na ich pokładach właśnie odbywały się imprezy. 
Dwa inne statki zaczęły robić uniki i mało na siebie nie wpadły. Trzeci wybrał orbitę oddalającą go 
od   reszty   konwoju.   Kontenery   zaczęły   się   wić   niczym   wielka   dżdżownica,   jakby   szyprowie 
holowników postanowili lecieć każdy w inną stronę. Pozostający w tyle frachtowiec dał pełną moc, 
a dwa krążowniki pomocnicze wypuszczały w eter setki pytań.
                -   Wszystkie   fregaty,   tu   “Gamble”.   Niech   każdy   działa   zgodnie   z   rozwojem   sytuacji. 
Namierzyć cele. Proszę monitorować moje próby nawiązania łączności z nie znanymi statkami. 
Udzielam zgody na otwarcie ognia wedle uznania kapitanów. Skończyłem.
            Przełączył się na pasmo alarmowe sektora, które teoretycznie powinno być monitorowane 
przez każdy statek.
        - Nie znane statki... tu Okręt Jego Imperialnej Mości, “Gamble”. Podać identyfikację. Zmienić 
trajektorię... w przeciwnym razie zostaniecie zaatakowani.
        Ekran nie wyświetlił odpowiedzi. Kilgour wskazał na inny monitor. Trzy tajemnicze jednostki 
otoczyły się lekką fioletową mgiełką.
        - Najpierw “Baka”... teraz te trzy błazny. Myślę, że to Tahnijczycy bawią się z nami w kotka i 
myszkę.
        Jeszcze jeden ekran pokazał trzech zbliżających się intruzów.
        - Idę o zakład, że to zakamuflowane patrolowce - mruknął Kilgour. - Mają wystarczająco dużo 
broni, żeby uderzyć na statek handlowy, i dość załogi, żeby wysłać ją do abordażu.
        - Wszystkie fregaty! - rozkazał Sten.. - Zniszczyć intruzów!

background image

         Kilgour wprowadził “Gamble” na orbitę kolizyjną, żeby móc spaść z góry na nadciągające 
statki. Najwyraźniej ich celem były frachtowce.
        - Jakiej broni użyć, panie kapitanie?
        - Nie będziemy marnować “Kali”. Podaj mi namiary do odpalenia “Goblina”.
        Kilgour miał już na sobie hełm wirtualny:
        - Sześć i... pięć i... cztery i... trzy i... jeden i... “Gobliny” są w drodze, koleś.
        Pierwszy z najeźdźców nigdy się nie dowiedział, co zaszło. Po prostu zniknął. Drugi i trzeci 
złamały szyk - jeden z nich zrobił w tył zwrot i na pełnej mocy próbowały dać nogę. Sten sprawdził 
kontrolki. Maksymalna szybkość napastników nie dorównywała dwóm trzecim prędkości fregat.
         Trzeci statek - miał chyba inteligentniejszego szypra - zastosował inną taktykę. Wystrzelił 
dwie rakiety typu statek-statek i, także na pełnej mocy, wykonał unik. Wszedł na orbitę, która za 
kilka sekund świetlnych ustawiłaby go za ostatnim frachtowcem. Prawdopodobnie szyper sądził, że 
uda mu się zniknąć, korzystając z rozgardiaszu, jaki panował w konwoju.
        - “Claggett”... “Kelly”... “Richards” - wezwał Sten. - Chcecie wystawić mi tego cwaniaka?
               - Zrozumiałem, “Gamble” - dobiegł uprzejmy głos Sekki. - Ale coś mi się zdaje, że całą 
zabawę zostawiasz dla siebie.
        - Wcale nie, “Kelly”. Włącz się w tę grę. Może przyprowadzisz mi paru jeńców? Albo postaraj 
się namierzyć trasę, którą przybyły te typki.
        - Spróbujemy. Koniec.
               Kiedy Sten prowadził rozmowę, Alex wystrzelił trzy antyrakiety. W przestrzeni rozkwitły 
piękne eksplozje trafionych pocisków.
        - Podchodzimy... podchodzimy... podchodzimy... - rozlegał się monotonny głos Fossa.
        - Nie znany statek, tu Okręt Jego Imperialnej Mości “Gamble”. Natychmiast odjąć moc!
        Nie nastąpiła żadna reakcja.
         - Biedaczyna - westchnął Alex. - Głupi, cholerny palant. Powinien strzelać do frachtowca i 
mieć nadzieję, że jesteśmy na tyle litościwi, że będziemy szukać rozbitków... “Goblin” wystrzelony. 
Idzie prosto na rury napędu tych idiotów. Zbliża się... w celu... dobrze.
        Z napastnika pozostała rozszerzająca się kula gazu.
        - “Gamble”, tu “Claggett”. Wroga jednostka eksplodowała. Nie widać rozbitków.
        - Wszystkie fregaty, tu “Gamble”. Wrócić na poprzednie orbity.
        - “Gamble”, tu “Neosho”. Co się dzieje? Odbiór! - Pytanie było rozkoszne. Foss nie udzielił 
odpowiedzi, a Sten i Kilgour zaczęli gwałtownie myśleć, co by tu odrzec, żeby nie postawiono ich 
przed sądem wojskowym, kiedy wrócą na Cavite.
        
Rozdział trzydziesty siódmy
        
         Sten wytarł nieduży blat, który służył mu jako biurko, włączył punktowe światło nad lupą i 
przysunął się z krzesłem. Postanowił, że ten wieczór będzie należał tylko do niego. Rzadko mógł 
poświecić trochę czasu swojemu hobby.
               Załogom statków dał dwanaście godzin wolnego. Nalał sobie stregga do kubka. Zakręcił 
krystalicznym płynem i pociągnął łyk. Poczuł, jak ogień rozchodzi mu się po ciele.
        Westchnął na myśl o czekającej go przyjemności, wyciągnął małą czarną kasetkę i otworzył 
zatrzask.   W   pudełeczku   znajdowało   się   kilkanaście   maleńkich   kart   pokrytych   wzorami 
komputerowymi.   Pasją   Stena   było   tworzenie   holograficznych   modeli   starych   fabryk   i   scen 
rodzajowych.   Jedna   z   kart,   na   przykład   zawierała   w   swoich   mikroobwodach   kompletny 
wczesnodwudziestowieczny ziemski tartak, z pracującymi piłami, trybami i pasami transmisyjnymi. 
Przy każdej maszynie stał miniaturowy robotnik, który robił to, co do niego należało. O ile Sten 
dobrze   posprawdzał   w   archiwach,   wszystkie   czynności   stanowiły   wierną   kopię   zajęć 
wykonywanych   przed   stuleciami.   Sten   złożył   ten   tartak   w   czasie   pierwszego   okresu   służby   w 
Centralnym Świecie.
               Najnowszy model zaczął konstruować podczas pobytu w szkole lotniczej. Był to jeden z 
najtrudniejszych  ruchomych  hologramów, jakie posiadał. Sten włożył  kartę w  szparę i włączył 

background image

komputer.   Małe   figurki   ludzi   pracujących   w   polu   pojawiły   się   na   blacie   biurka.   Komandor 
odtwarzał teraz prastare brytyjskie plantacje chmielu. Z różnych lektur dowiedział się, że chmiel - 
używany przy produkcji piwa - piął się po tyczkach. Co roku, gdy nadchodziła pora zbiorów, w 
całym kraju najmowano do pracy mężczyzn i kobiety. Szyszki roślin znajdowały się na samym 
szczycie, więc robotnicy musieli chodzić na szczudłach, żeby móc je zrywać.
        Jak do tej pory, Sten złożył plantację chmielu, większość robotników rolnych i zaprzężony w 
woły wóz, którym przewożono zbiory. Stena czekało jeszcze wiele miesięcy pracy, zanim zbuduje 
całe   gospodarstwo.   Nacisnął   kilka   klawiszy   komputera,   żeby   wywołać   nie   dokończony   wóz,   i 
wyciągnął pióro świetlne, aby szkicować detale.
         Rozległo się niepewne drapanie do drzwi kabiny. Sten poczuł przypływ złości. Co jest, do 
cholery? Wydał przecież jasne rozkazy, żeby go zostawiono w spokoju. No dobrze.
        - Wejść! - zawołał.
        Drzwi rozsunęły się z sykiem. Po drugiej stronie stał wystraszony wartownik.
        - Proszę wybaczyć, panie kapitanie, ale... - Człowiek zaczął się jąkać. - Ale... przyszła jakaś 
dama.
        - A niechby to była sama królowa Saby... Kto to jest?
         - Wydaje mi się, że córka admirała, panie kapitanie. Cholera! Tego mu właśnie brakowało! 
Pijaczki za towarzystwo.
        - Powiedz jej, że mnie tu nie ma.
               Wartownik cofnął się z wahaniem, a potem wystawił rękę, w której trzymał różę i małą 
paczuszkę.
        - Chciała, żeby to panu dać... - brnął dalej wartownik -...na znak, że przeprasza. Hm... hm... 
Myślę, że ona się zorientuje, że kłamię, panie kapitanie, jeśli powtórzę pańskie słowa.
        Sten ulitował się nad poczciwcem, wziął prezenty i oddalił go machnięciem ręki.
        - Za minutę do niej wyjdę.
               Odłożył różę, pociągnął zdrowy łyk stregga dla kurażu i jednym szarpnięciem otworzył 
paczuszkę. W środku znalazł małą kartę komputerową - identyczną jak te, z których  korzystał 
konstruując hologramy. Co, do diabła... Włożył kartę do jednego z napędów. Na stole pojawił się 
trójwymiarowy   model   wieży.   Konstrukcja   stanowiła   dokładną   do   perfekcji   replikę   spichlerza 
używanego przez starożytnych hodowców chmielu! Skąd Brijit wiedziała?
        Mniejsza o inne sprawy. Panna van Doorman znalazła cholernie dobry sposób na przeprosiny.
        Poszli na kolację w stylu pikniku do jednej z najmodniejszych nocnych knajp na Cavite. Córka 
admirała nalegała, że ona ureguluje rachunek.
        Sten prawie nie poznał dziewczyny, kiedy spotkali się na pokładzie. Ostatnim razem, owszem, 
wydawała   mu   się   piękna,   ale   była   pijana.   Twarz   szpecił   jej   krzywy   uśmieszek.   Tym   razem 
uśmiechała się trochę nerwowo, jednak bez grymasów. Wielkie oczy wyrażały zaniepokojenie.
        - Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że cię nie zastanę - powiedziała łagodnym głosem. - Nie 
bardzo mi idzie przepraszanie, szczególnie, jeśli muszę to zrobić osobiście.
        - Idzie ci to świetnie - odparł Sten.
        - Chodzi ci o tę stodołę? - Machnęła ręką. - Nic prostszego. Spotkałam twojego przyjaciela, 
Alexa, i trochę sobie porozmawialiśmy.
               Ach, więc dlatego ten zwalisty mieszkaniec  ciężkiej  planety wziął  sobie dziś  wieczór 
wychodne. I chichotał przy tym, choć nie było niby powodu.
        - Domyślam się, że powiedział ci też, że tego wieczoru zastaniesz mnie na pokładzie?
        Brijit roześmiała się głośno.
        - Czy to wielka zdrada?
        Sten popatrzył na jej długie piękne włosy i równie zachwycające ciało.
        - Chyba nie.
               Jakoś tak się stało, że po spacerze do grawisań panny van Doorman nie chcieli po prostu 
powiedzieć sobie do widzenia. Stąd wziął się pomysł wspólnej kolacji. Lokal, do którego poszli, 
wzbudziłby zachwyt Marra i Senny z Centralnego Świata.

background image

        Była to egzotyczna kawiarnia na powietrzu, usytuowana na końcu prywatnego lądowiska. W 
środku znajdował się ogródek. Goście przychodzili tam, gawędzili, pili piwo, a w tym czasie,  na 
zamówienie   przygotowywano   koszyk   z   wiktuałami   na   piknik.   Wokół   ogródka   stało   mnóstwo 
grawisań z kabinami w kształcie bąbli z nieprzezroczystego szkła. W każdym z pojazdów mogło się 
zmieścić wygodnie dwoje ludzi z koszykiem.
        Stena nie zdziwiło, że Brijit dokonała już rezerwacji. Przez niecałą godzinę czekali w cichym 
ogródku, rozmawiali, pili i patrzyli, jak szklane bańki cicho dryfują w nocnym powietrzu, kołują 
nad kawiarnią jak ćmy wokół lampy.
        Sten opowiedział dziewczynie o sobie. Czuł się nieco skrępowany faktem, że musi pominąć 
lata służby w Sekcji Modliszek. To kłamstwo było  tak mocno zakodowane w jego umyśle, że 
traktował   je   nieomal   jako   prawdę.   Ale   skąd   wzięło   się   uczucie   dyskomfortu,   wywołane 
koniecznością zatajenia pewnych spraw? Może ciepły wieczór i chłodne wino tak wpłynęły na 
młodego komandora?
        Brijit gawędziła o sobie, o swoim dzieciństwie spędzonym na okrętach, o przenoszeniu się z 
układu na układ i o tym, jak jej ojciec obrastał w stopnie oraz zaszczyty. Sten odniósł wrażenie, że 
dziewczyna, chociaż jest trochę trzpiotowata, czuje się niezręcznie ze względu na przepych, którym 
uwielbia otaczać się van Doorman. Miała przy tym zapewne poczucie winy wobec ojca za taki 
stosunek do jego stylu bycia.
        W końcu, zaproszono ich do matowego bąbla. Weszli na pokład i unieśli się w górę.
         W koszyku było chyba ze sto różnych wiktuałów. Wszystkie malutkie, w sam raz na ząb. 
Żaden kąsek nie smakował tak samo.
        Przy brandy, Brijit przedstawiła Stenowi resztę historii swojego życia. Oczywiście, musiał się 
pojawić jakiś kochanek.
        - Uważam go za najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego w życiu spotkałam - wyznała. - Nie 
zrozum mnie źle. To nie wielki, muskularny drab. Raczej smukły. Silny i smagły. - Przerwała. - 
Pochodził z Tahnu.
               Świat  się wali! Tahnijczyk  i  admiralska  córka! Sten  już wyobrażał  sobie reakcję  van 
Doormana   na   taką   wiadomość.   Dowódca   23.   floty   z   pewnością   znalazłby   bolesny   dla   obojga 
kochanków sposób na zakończenie romansu. Zastosowałby rozwiązanie, którego Brijit nigdy by nie 
zapomniała.
        - Mam tylko jedno pytanie - powiedział.
        - Chodzi o Reya, prawda?
        - Właśnie. O ile wiem, jesteście zaręczeni.
        - Rey tak myśli. Ojciec o tym wie. Ale ja... - Przerwała i spojrzała w dół, na światła Cavite.
        - Tak?
        Brijit wybuchnęła śmiechem.
        - Uważam go za palanta!
        - Co zatem planujesz?
        Dziewczyna oparta się o miękką sofę okalającą wnętrze kabiny.
               - Och, nie wiem. Chyba weszłam w tę grę. I gram dalej, aż coś lepszego pojawi się na 
horyzoncie.
        Sten słyszał już gdzieś podobną wypowiedź.
        - Czy szlachetni rycerze nie są troszeczkę staromodni? - spytał.
        Brijit zbliżyła się do niego i wślizgnęła mu się pod ramię. Patrzyła na Stena nieco ironicznie 
wielkimi, załzawionymi oczami.
               - Och, panie kapitanie - powiedziała miękko, unosząc twarz. - Ja wcale nie wierzę w 
szlachetnych rycerzy.
        W chwilę potem całowali się namiętnie. Brijit opadła na sofę. Spódniczka uniosła się wysoko, 
obnażając gładkie ciało, przykryte jedynie skrawkiem jedwabiu między udami.
        

background image

Rozdział trzydziesty ósmy
        
        - Tu imperialna fregata “Gamble”. Proszę o pozwolenie na lądowanie.
               Tego   nie  było   widać  na   monitorze,  ale   Sten  wyobraził  sobie,  jak  kontroler   lotów  na 
planetoidzie wybałusza oczy.
        - Tu Romney. Powtórz ostatnie zdanie.
               - Tu “Gamble” - odezwał się ponownie Sten. - Chcę wylądować na waszej śmierdzącej 
planetce. 
        - Poczekaj. 
        Dłuższy czas panowało milczenie.
        - Myślę, młody panie Stenie, że traktujesz tych przemytników z większą rewerencją, niż im się 
należy.
        - Możliwe.
        Wreszcie zaskrzeczał głośnik:
        - Okręt imperialny... tu John Wild. O ile zrozumiałem, chcecie instrukcji, gdzie wylądować?
        - Zgadza się.
        - Odkąd to imperium puka do drzwi takich obwiesiów jak my? 
        Kilgour odprężył się.
        - Miałeś rację, chłopcze. Nareszcie jesteśmy w domu.
        - Tu “Gamble”. Zamierzamy pohandlować.
        - Pohandlować?
        - Właśnie, panie Wild.
               - Wyrażam zgodę na lądowanie. Podążajcie za promieniem lasera. Żałuję, że nie mogę 
przygotować dla was odpowiedniego powitania, na wypadek gdybyście kłamali. Ale... ta rozmowa 
jest nagrywana, wiem o tym. Mam prawo do sądu, adwokata i tak dalej... - Głos stawał się z lekka 
płaczliwy. - A to byłoby ciekawe, gdyby się okazało, że mówicie prawdę - ciągnął Wild. - Wyślę 
pojazd, który przywiezie was do mojej kwatery na Romney. Koniec.
         Planetoida o nazwie Romney znajdowała się tuż poza granicami czyjejkolwiek jurysdykcji. 
Wiele pokoleń wcześniej zbudowano na niej kopułę łącznościową. Ale postęp techniczny sprawił, 
że stacja stała się muzealnym zabytkiem, toteż została porzucona.

        Stenowi zajęło trochę czasu odnalezienie tej planetki. Właściwie to pomysł był Kilgoura.
         - Posłuchaj, chłopcze - powiedział Alex. - Przecież wśród Tahnijczyków też są przestępcy. 
Prawda?
        - Widzieliśmy ich dosyć, kiedy przebywaliśmy na Heath - zgodził się Sten.
         - Cieszę się, że mnie rozumiesz. Skoro są alfonsi i złodzieje, to dlaczego miałoby nie być 
przemytników?
         Sten natychmiast chwycił myśl i kazał Kilgourowi działać. Fregaty wyleciały poza sektory 
Pogranicza.   Potem,   wisząc   w   próżni,   skrycie   obserwowały   ruchy   pojedynczych   statków.   Do 
wywiadu 23. floty komandor nie wysłał ani jednego raportu - Sten wiedział, że gdyby to zrobił, od 
razu dostałby rozkaz przeprowadzenia śledztwa. W końcu posiadali dosyć danych, żeby stwierdzić, 
dokąd podążały wszystkie te podejrzane jednostki. Tak, to byli przemytnicy, którzy przekraczali 
granicę z Tahnem. Okazało się, że mają bazę - a raczej punkt transferowy, gdzie składowali towary 
z imperium, sprzedawane potem na tahnijskim czarnym rynku.
         Sten zagarnął kilka statków zmierzających na Romney, sprawdził ich ładunki i przesłuchał 
załogi.   Następnie   wysadził   zatrzymanych   na   odległej   planetce   pozbawionej   łączności, 
zaopatrzywszy ich w zapasy niezbędne do przetrwania.
               Sten  miał   już  wiec  argumenty,   żeby  porozmawiać  z  przedstawicielem  czy przywódcą 
przemytników. Najwyraźniej tym człowiekiem był John Wild. Sten usiłował wyobrazić sobie, jak 
wygląda mistrz szmuglerów: czy jest to pięknie wystrojony, tłusty sybaryta, czy szczupły laluś. Nie 
spodziewał się, że trafi na kogoś, kto przypomina urzędnika imperialnego zakładu pogrzebowego.
        Nie przypuszczał również, że kwatera Wilda będzie podobna do dyspozytorni.

background image

        Wild zaproponował Stenowi i Alexowi drinki i wcale się nie zdziwił, gdy odmówili. Sam nalał 
sobie wody.
        - Chcecie handlować - zaczął z namysłem. - Czym?
        - Widziałeś mój okręt.
        - Owszem. Dobra maszyna.
        - Dobra, ale niezbyt wygodna.
         - Czyżby admirał van Doorman nie zaopatrywał was jak należy? - zapytał Wild, ukrywając 
lekkie  rozbawienie.  Sten nie raczył  odpowiedzieć,  wiec szef przemytników  kontynuował:  - Co 
sprawia, że uznaliście mnie za osobę, która mogłaby wam pomóc?
         Sten nie zamierzał już ciągnąć tej słownej szermierki. Wręczył Wildowi karty przewozowe 
przechwyconych statków przemytniczych. Wild włożył je do przeglądarki.
        - Załóżmy, że mam coś wspólnego z tym ładunkiem - powiedział po dokładnych oględzinach. 
- Może w jakiś sposób znalazłbym odpowiednie zaopatrzenie dla pańskiego okrętu, komandorze. 
Mówiąc krótko: - ile chcecie na odczepne?
        Kilgour najeżył się. Sten położył przyjacielowi rękę na ramieniu.
        - Mylisz się, Wild. Nic mnie nie obchodzi ten cały twój przemyt.
        - Aha.
        - Teraz mój ruch. Zgarnąłem twoje statki tylko dlatego, żeby się upewnić, czy nie przemycacie 
broni albo AM2 na planety Tahnijczyków. Niczego takiego nie znalazłem.
        Wild wydawał się poruszony do głębi.
        - Jestem bardzo dumny z jednego, komandorze: - nie mam na składzie kontenera z wojennymi 
gadżetami. Ale gdybym  mógł zapewnić ludziom, którzy oczywiście dysponują gotówką, trochę 
rzeczy uprzyjemniających życie, nie narażając moich klientów na absurdalne formalności celne i 
wszystkie te zakazy... Chętnie bym się tym zajął.
        - Dziękuję, panie Wild. Będę z panem równie szczery. 
               Sten i Alex mieli  dość prosty plan. Wystarczająco  długo prowadzili  obserwacje, żeby 
stwierdzić,   że   po   trasach   przemytniczych   poruszają   się   w   obie   strony   te   same   statki.   Z   tego 
wynikało, że szmuglerzy korzystają z orbit, niezbyt dobrze kontrolowanych przez tahnijskie patrole. 
Najważniejsze, że nie przemycali  broni ani paliwa. Reszta Stena nie obchodziła. Za nielegalne 
uzyskiwane dobra Tahnijczycy musieli płacić twardą walutą, co podważało, choćby i marginalnie, 
tahnijski obieg pieniądza.
               Sten przedstawił następującą propozycję - interesują go wszelkie informacje dotyczące 
militariów,  które   mogliby   mu  przekazać   ludzie   Wilda.   W  zamian   za  to,  dopóki   nie  zajmą   się 
handlem bronią, zostawi ich w spokoju.
        Wild potrząsnął głową i nalał sobie jeszcze jedną szklankę wody.
        - Niezbyt mi się to podoba - rzekł.
        - Dlaczego?
        - Nie ma ludzi aż tak szlachetnych, żeby dotrzymywali tego rodzaju zobowiązań.
        Sten uśmiechnął się.
        - Powiedziałem, że chcę pohandlować. Ale nie mówiłem, że ubijam z panem uczciwy interes.
        Wild odetchnął z ulgą.
        - Muszę, rzecz jasna, przedyskutować tę sprawę ze swoimi kompanami.
               - Rób to dyskretnie, Wild - ostrzegł Kilgour. - Gdyby coś przeciekło do Tahnijczyków i 
zastawiliby oni na nas pułapkę...
        - Może pan liczyć na moją ostrożność, panie oficerze - odparł Wild. - Jestem przemytnikiem 
od pół wieku i jak do tej pory nikt mnie nie wytropił. Tylko wy dwaj. - Wstał, - Nie przewiduję 
trudności ze strony kapitanów. A teraz obejrzymy orbity tras przemytu, żeby znaleźć najbardziej 
dogodne miejsca spotkań?
        

background image

Rozdział trzydziesty dziewiąty
        
        - Chyba się trochę zgubiliśmy, młody panie Stenie.
         - Cholernie dziwne. Obaj mieliśmy przecież świetne wyniki w szkole nawigacji. Jak to się 
stało, że znaleźliśmy się o trzy odcinki od bazy? Niech no jeszcze raz spojrzę na mapę.
               Sten i Alex ponownie pochylili się nad planem Cavite City. Pozostali członkowie załogi 
“Claggett” kręcili się w pobliżu. Starali się nie śmiać zbyt ostentacyjnie ze swoich przełożonych.
        - W porządku - rzekł Sten. - Idziemy na południe od Bulwaru Imperialnego.
        - Już tam byliśmy.
        - Na lewo od Desslera.
        - Sprawdzone.
        - Potem na prawo od Garreta.
        - Cholera, i to zaliczyliśmy.
        - Teraz powinniśmy zobaczyć małą alejkę idącą na ukos, w połowie drogi od Garreta. Przebija 
się wprost do Alei Burnsa. Przynajmniej teoretycznie.
        - Ale w rzeczywistości nie ma takiej alejki.
        Problem polegał na tym, że ulice Cavite City tworzyły mniej więcej taki sam labirynt jak ulice 
starożytnego Tokio. Na domiar złego, połowa tablic z nazwami była nieczytelna, albo zerwana 
przez bandy chuliganów.
         Wyprawę rozpoczęli całkiem niewinnie. Sten postanowił nagrodzić swoich ludzi za ciężką 
pracę, zapraszając ich na wielką ucztę. Powiedział, żeby wybrali lokal i nie zwracali uwagi na ceny. 
Był   trochę   zaskoczony,   kiedy   się   dowiedział,   dokąd   chcą   pójść.   Prawie   wszyscy   marynarze 
postanowili wybrać się do tahnijskiej restauracji, “Tropikalny Las”. Ta mała, leżąca na uboczu 
knajpka szczyciła się najbardziej pikantną tahnijską kuchnią w mieście.
        Sten nie protestował, ale nie mógł powstrzymać się od pytania:
        - Dlaczego właśnie tahnijskie żarcie? Czy tutejsze jest złe? 
                Odpowiedział   mu   chór   stęknięć,   co   oznaczało,   że   jedzenie   serwowane   przez   lokalne 
restauracje niewiele się różni od nie przyprawionego łoju. Umówili się zatem w “Tropikalnym 
Lesie”. Sten i jego załoga musieli jeszcze coś zrobić na pokładzie “Gamble”, toteż reszta wyruszyła 
wcześniej. Wszyscy mieli się spotkać w knajpie.
               Sten był oszołomiony, kiedy dotarli do centrum. Ulica Imperialna rozpoczynała się jako 
szeroka, czysta aleja, przy której stały drogie sklepy,  hotele i wspaniałe biura. Potem zupełnie 
niespodziewanie zaczynała przypominać strefę działań wojennych. W nawierzchni widniały duże 
dziury,   a   znaczna   część   sklepów   stała   zabita   deskami   albo   wypalona.   Karoserie   porzuconych 
pojazdów   zaśmiecały   obie   strony   jezdni.   Nieliczni   przechodnie   -   jeśli   nie   brać   pod   uwagę 
siedmioosobowych patroli gliniarzy w pełnym rynsztunku bojowym - kryli się w ciemnych kątach 
na sam widok załogi “Gamble”.
        - Co tu, do cholery, się dzieje? - dziwił się Sten.
        Foss, który dobrze znał ulice Cavite, wyjaśnił. Kiedy Tahnijczycy uderzyli w bębny wojenne, 
ich rodacy zamieszkujący tę okolicę stali się piekielnie nerwowi. Najpierw uciekło kilku, potem 
całe   rzesze   brały   nogi   za   pas.   Tutejsi   Tannijczycy   opuszczali   swoje   przedsiębiorstwa   i   domy. 
Zapanowało   bezrobocie,   powstały uliczne  gangi.  Dzielnica   tahnijska przeistoczyła   się w   slums 
pozostający na łasce i niełasce antytahnijskich gangów.
        - Czy to znaczy, że “Tropikalny Las” jest w samym środku terenu objętego rozruchami?
        - Coś w tym stylu, panie kapitanie.
        - Cholera! Następnym razem będziemy jedli miejscowy łój. 
               Tak czy inaczej szli dalej, posługując się mapą, o której strażnik przy bramie do bazy 
powiedział, że jest wspaniała i kuloodporna. Sten z zadowoleniem myślał o tym, jak zdegraduje 
tego drania do stopnia próżniarza drugiej klasy. 
        Wepchnął mapę Alexowi.
        - Źle skręciliśmy. Musimy wrócić do ulicy Desslera i zacząć wędrówkę od początku.
        Kompani jęknęli.

background image

        - Tamci zjedzą wszystko, zanim dotrzemy na miejsce - powiedział Foss, ale szybko opamiętał 
się i dodał: - Przepraszam, panie kapitanie.
        - A mamy jakiś wybór?
         - Zawsze mogę opowiedzieć ten kawał o pstrokatym wężu - zaproponował Kilgour. - Żeby 
poprawić ludziom nastroje.
               Zanim Sten rzucił się na przyjaciela, żeby go udusić, zza węgła wyszła panienka lekkich 
obyczajów. Nosiła chyba najbrudniejszą i najbardziej kusą sukienkę, jaką kiedykolwiek widział. W 
przeciwieństwie do innych, napotkanych tej nocy ludzi, dziewczyna wcale się ich nie bała. Szła 
spokojna i opanowana. Sten zauważył, że przy pasie nosiła wielki pistolet.
        - Hm, przepraszam panią...?
         - Ulicznica obrzuciła Stena spojrzeniem od stóp do głów, potem popatrzyła na pozostałych 
członków załogi.
        - Chyba żartujecie - powiedziała. - Nie pójdę z tyloma matrosami naraz. Wypadłabym z obiegu 
na jakiś tydzień.
        - Nie, nie - zaprzeczył gwałtownie Sten. - Źle mnie pani zrozumiała. Po prostu potrzebujemy 
pomocy.
        - Widać to po was.
        Stenowi udało się wreszcie przyciągnąć uwagę dziewczyny, kiedy pomachał jej przed nosem 
garścią kredytów. Wyjaśnił w czym rzecz. Młoda dama pokiwała głową nad ich głupotą i wskazała 
chylącą się ku ziemi bramę, na poły ukrytą za przerdzewiałymi grawisaniami.
        - Tamtędy - stwierdziła. - Potem w lewo, jeszcze raz w lewo i już walniecie o wejście waszymi  
grubymi czaszkami.
         Dwie minuty później siedzieli nad parującymi kubkami w “Tropikalnym Lesie” i robili co 
mogli, żeby dotrzymać kroku kolegom, którzy przybyli tu wcześniej.
               Restauracja nosiła odpowiednią nazwę. Pod małą kopułką znajdował się las. Stoły były 
rozstawione pod drzewami, wokół szemrały małe wodospady. Czuło się lekki powiew łagodnego 
wietrzyku. Kolorowe ptaki i wielkie owady z błyszczącymi skrzydłami fruwały nad biesiadnikami. 
Właściciel - niejaki pan Tige - starszy, spokojny Tahnijczyk, zdawał się czerpać przyjemność z 
obserwowania swoich gości pochylonych nad talerzami.
        Menu, równie egzotyczne jak panująca w lokalu atmosfera, zawierało ponad trzydzieści dań. 
Jedzenie   przyprawiano   wedle   upodobań.   Serwowano   dania   od   umiarkowane   pikantnych   po 
“gorące”,   gotowe   wypalić   dziurę   w   podniebieniu   nie   przygotowanego   smakosza.   Należało   je 
zapijać kuflami delikatnego tahnijskiego piwa. Jedzenie podawano po gospodarsku - w wielkich 
glinianych misach.
        Sten jęknął, poklepał się po lekko wydętym brzuchu i rozparł w krześle.
        - Jeszcze trochę i zmienię się w piec - oświadczył.
        - Co jest, komandorze? Brak treningu? - Luz uśmiechnęła się do niego i zaczęła pałaszować 
dokładkę.
         - Gdzie ty to wszystko mieścisz? - Sten nie żartował. Nie mógł zrozumieć, jak osoba o tak 
szczupłej figurze daje sobie radę z tymi ogromnymi stosami żarcia.
        - W drewnianej nodze, uwierzy pan, panie komandorze?
        Tego wieczoru Luz miała na sobie cywilne ubranie. Bluzeczka ledwie przykrywała jej małe 
kształtne   piersi,   a   nogawki   śnieżnobiałych   szortów   kończyły   się   równo   z   pośladkami.   Sten   z 
podziwem popatrzył na drugie, śniade, szczupłe nogi dziewczyny. Potrząsnął głową.
        - Nie. W drewnianą nogę z pewnością nie uwierzę! - odparł i poczerwieniał.
        Trzymaj się na baczności, Sten, pomyślał. Nie możesz robić tego, co tak bardzo byś chciał! 
Luz zauważyła rumieniec szefa i uśmiechnęła się pobłażliwie. Wiedziała, o czym Sten myśli. Lekko 
poklepała   go   po   dłoni,   a   potem   uprzejmie   odwróciła   się   i   zaczęła   rozmawiać   z   Sekką.   Sten 
zrozumiał,   że   na   swój   sposób   wyratowała   go   z   bardzo   niezręcznej   sytuacji.   Prawie   ją   za   to 
pokochał.
               Nagle rozległy się trzaski i krzyki. Sten, zaniepokojony, podniósł wzrok. Zobaczył dwoje 
przerażonych  młodych  ludzi  stojących  w  drzwiach. Trzęśli  się ze strachu. Po twarzy chłopaka 

background image

płynęła krew. Dziewczyna miała podarte ubranie. Młodzieniec był Tahnijczykiem. Coś ciężkiego 
ponownie uderzyło w drzwi.
        Z zewnątrz dobiegały wrzaski:
        - Wyrzućcie go! Ten cholerny Tahnijczyk zabawia się z naszymi kobietami...
        Para pobiegła w stronę tylnego wejścia, które wskazał Tige. W tym samym momencie zostały 
wyważone   drzwi   wejściowe.   Wpadło   czterech   byczkowatych   osiłków.   Zobaczyli   chłopaka   i 
dziewczynę, ryknęli z zadowolenia i ruszyli w ich kierunku. Właściciel lokalu podniósł rękę, żeby 
zatrzymać  opryszków, ale jeden z napastników rąbnął starcem o podłogę. Pozostali, z wielkim 
drabem na czele, zbliżyli się do pary.
         - Najpierw ty, kawałku gówna - rzucił dryblas do młodego Tahnijczyka, wywijając potężną 
pałką. - Potem ta dziwka.
        - Przeszkadzasz nam w posiłku, chłopcze - rozległ się łagodny głos ze szkockim akcentem.
        Napastnicy odwrócili się niespiesznie. Tuż za nimi stali Sten i Alex.
        - Jak zapłacicie za szkody, możecie iść - oświadczył Sten. 
        Mężczyzna z pałką zaśmiał się rechotliwie.
        - Następni miłośnicy Tahnijczyków.
               Sten spostrzegł, jak w drugim końcu sali jego załoga powoli wstaje. Machnął ręką, żeby 
usiedli.
        - Myślę, że on chce nas obrazić - powiedział Sten do Alexa.
        - Tak. Ten chłopak jest źle wychowanym ordynusem. 
        Drab, bez ostrzeżenia z całej siły zamachnął się pałką na Alexa. Kilgour nawet nie próbował 
robić   uniku.   Schwycił   drąg   i   wyrwał   go   napastnikowi   z   taką   łatwością,   jakby   zabierał   coś 
niesfornemu dziecku. Siła zamachu pociągnęła draba w stronę Alexa. Marynarz złapał napastnika 
za ramię, okręcił go i posłał kopniakiem w stronę drzwi. Uderzenie uniosło chuligana w powietrze. 
Chłopak rąbnął głową w ścianę i osunął się na ziemię.
         Pozostała trójka zaszarżowała ze wściekłością. Sten uchylił się przed ciosem noża i złamał 
atakującemu   rękę   w   nadgarstku.   Nożownik   z   wyciem   zaczął   się   wić   po   podłodze.   Komandor 
schwytał następnego trzema palcami za gardło. W ostatniej chwili lekko zwolnił uścisk, żeby nie 
złamać mu grdyki. Zakręcił się na obcasie, żeby stawić czoło czwartemu. Ale nie było już potrzeby. 
Alex trzymał tamtego za pasek, zawieszonego nad podłogą i mówił uspokajającym tonem:
        - No dobrze, wiem, że się spiliście, chłopcy. Nie zrobimy wam krzywdy. Zapłaćcie i możecie 
iść.
        Przerażony żuł nie mógł wykrztusić ani słowa. Potężny Szkot stracił cierpliwość. Przekręcił 
swą  ofiarę   do  góry  nogami   i  potrząsnął.  Kredyty  wyleciały   z  kieszeni.  Potem,   Alex  jakby  od 
niechcenia wyrzucił rzezimieszka za drzwi. Razem ze Stenem przeszukali pozostałych, zabrali im 
pieniądze i wykopali.
               Sten podszedł do Tige’a, który uspokajał chłopca i dziewczynę. Wręczył kredyty staremu 
Tahnijczykowi.
               - Jeśli  to nie wyrówna  szkód, proszę pana - powiedział  - moja załoga  i ja będziemy 
zaszczyceni, jeśli pozwoli pan na przeprowadzenie zbiórki.
        - Dziękuję, bardzo dziękuję, młodzieńcze - odparł właściciel lokalu. - Ale musisz natychmiast 
wyjść. Zaraz wrócą z innymi.
        Sten wzruszył ramionami.
        - No i co z tego. Zdołamy uporać się z całą bandą. Stary potrząsnął głową.
        - Nie. Nie. Pan nie wie, jak to jest...
        Z zewnątrz dobiegły ich gniewne okrzyki tłumu. Sten gwałtownie ruszył w stronę drzwi. Już 
zrozumiał, o czym mówił Tige.
         W krótkim czasie, za drzwiami zebrał się tłum ponad stu imperialnych osadników. Łaknęli 
krwi. Ulicą nadbiegały następne grupy ludzi. Sten zdziwił się, widząc wielką policyjną landarę, 
stojącą tuż obok zgromadzenia. Przy wozie kręciło się kilku policjantów. Podjudzali tłuszczę do 
ataku.
        Sten poczuł, że ktoś ciągnie go za ramię.

background image

        - Wiem, jak sobie z tym dać radę - powiedział stary Tahnijczyk. Nacisnął guzik przy drzwiach 
wejściowych.   Gruba   stalowa   krata   opadła   z   łoskotem.   Wokół   kopuły   dał   się   słyszeć   podobny 
łoskot. Stalowe pręty przesłoniły wszystkie drzwi i okna.
        - Proszę wyjść. Proszę - błagał właściciel “Tropikalnego Lasu”. - Nam się nic nie stanie, ale 
jeśli wy nie uciekniecie, zostaniecie zaaresztowani.
        Sten z ociąganiem podszedł ku tylnym drzwiom. Za nim ruszyła załoga.
               - Wiesz, chłopcze - powiedział Alex cichym głosem. - Nie jestem pewien, czy stoimy po 
właściwej stronie.
        Sten nie znalazł słów, żeby odpowiedzieć.
        
Rozdział czterdziesty
        
         Kilka następnych tygodni obfitowało w paradoksy. Sten i inni wiedzieli, że wojna wisi na 
włosku. Wszystkie raporty od przemytników Wilda potwierdzały to przekonanie - każdego dnia 
tahnijskie   okręty   wypuszczano   ze   stoczni   i   przydzielano   do   grup   bojowych.   Cywile   na   Heath 
zdążyli się już przyzwyczaić do godziny policyjnej i zakupów na kartki.
               Na Cavite panowała dokładnie odwrotna sytuacja. Sten odnosił wrażenie, że admirał van 
Doorman, jego oficerowie i marynarze, z każdym dniem bardziej zagłębiali się w świat urojeń. 
Doorman urządzał coraz wystawniejsze przyjęcia. W porównaniu z ludźmi Stena, inni marynarze 
byli niezwykle niechlujni i niedbali.
        Ale owe czasy w retrospekcji należało uznać za złote.
               Dla Stena bardzo liczył się romans z Brijit. Związek ten stanowił jednak tylko fragment 
większej całości.
               Stosunki z Wildem także układały się doskonale. Przemytnik okazał się bardzo rzetelnym 
partnerem. Sten doszedł do wniosku, że cała załoga fregat jada teraz lepiej, niż gdyby przydzielono 
ją do służby na imperialnym dworze. Po raz pierwszy w życiu komandor zaczął się martwić, że 
utyje.
         Dochodził jeszcze jeden czynnik - ani Sten ani Alex nie spodziewali się, że ich dziwaczna 
załoga nie będzie sprawiała żadnych kłopotów. Nawet porucznik Estill świetnie dopasował się do 
reszty.   Kilka   niewielkich   problemów,   które   parokrotnie   zaistniały,   Kilgour   rozwiązywał   na 
poczekaniu. Szkot traktował flotyllę jak majster swój warsztat.
        Ale prawdziwym powodem do uznania owych czasów za złote, było to, że cztery fregaty i ich 
załogi sumiennie wykonywały powierzone zadania - i nikt do nich nie strzelał.
        Sten, w miarę możliwości, trzymał swoje okręty z dala od Cavite. Gdy należało przeprowadzić 
generalny remont, pakował monterów jak sardynki, wraz z danym pojazdem wywoził ich gdzieś na 
opustoszałą planetę z plażami i tam kazał pracować. Na Cavite przeglądy uważano za koszmar. I 
nikt w bazie marynarki nie mógł zrozumieć, dlaczego mechanicy oraz inni specjaliści wracali z 
wypraw naprawczych opaleni na brąz, szczęśliwi i uśmiechnięci od ucha do ucha.
         Sten był urodzonym pilotem. Wcześniej, najwięcej radości sprawiały mu niskie loty, gdyż 
odczuwał pęd i widział, jak wszystko ze świstem zostaje w tyle, za maszyną. Teraz, w trakcie 
długich wacht odkrył nową przyjemność.
               Fregaty wisiały w próżni przez długie godziny,  korygując  mapy gwiezdne, prowadząc 
obserwację,   śledząc   ruchy   tahnijskich   statków   i   okrętów,   namierzając   wysunięte   placówki 
przeciwnika. Zdawałoby się, że trudno o bardziej nużące zajęcie.
               Ale Sten wcale się nie nudził. Alex dokonał pewnych zmian w jednym z pocisków klasy 
“Goblin” na “Gamble”. Usunął głowicę bojową i zastąpił ją dodatkowymi zbiornikami paliwa.
        Na tym polegała rozrywka Stena: wkładał hełm wirtualny i żeglował “swoim” “Goblinem” w 
przestrzeni. Wiedział, że “dół” i “góra” są fałszywymi analogiami tworzonymi przez komputer, że 
żar pobliskiego słońca, czy zimno bijące z planety lodowej, to złudzenia. Mimo to rozkoszował się 
taką podróżą. Widział w tym urzeczywistnienie marzenia ludzkości o lataniu. Było to nawet lepsze 
od realnego szybowania, gdyż przez cały czas bezpiecznie siedziało się na pokładzie.

background image

         Mijały dni, zmieniały się wachty. Sten często sprawdzał czas na pokładowym logu. Gdyby 
skończył   się   dopływ   zaopatrzenia,   mogliby   na   zawsze   zostać   w   przestrzeni,   poza   zasięgiem 
jakiejkolwiek pomocy.
        Właśnie podczas takiego trwania w przestrzeni Sten po raz pierwszy spotkał “Forez”, a po raz 
drugi admirała Deskę.
            “Kelly” i “Gamble” próbowały określić trajektorię strumienia meteorów. Porucznik Sekka 
utrzymywał, że pochodzą one z wybuchu pojedynczej planety. Zdaniem Stena fakt, że głazy są 
większe   od   przeciętnych   meteorów,   o   niczym   nie   przesądza.   Nieco   rozbawiony,   zarządził 
prześledzenie ich drogi.
               Syrena alarmowa przyniosła kres tym igraszkom. Alex i Sten na “Gamble”, a Sekka na 
“Kelly” wpatrywali się w ekrany komputerów.
               - Co my tu mamy? - odezwał się wreszcie Kilgour. - To największy okręt, jaki w życiu 
widziałem. Imperialny albo tahnijski. I nie ma jego kodu w “Jane’s”.
               - Gotowość. Pełna moc - wydał rozkaz Sten. Sprawdził swoją pozycję. Znajdowali się w 
neutralnym sektorze. Ale gdyby Tahnijczycy mieli akurat zły humor, nie zdałoby się to na wiele.
        Na ekranie zabłysły znaki.
        - Obcy okręt. Podaj identyfikację, albo strzelamy.
        - Nieuprzejme dupki - mruknął Kilgour. 
        Sten przełączył się na interkom.
        - “Kelly”, zmykaj, jeśli rozpocznie się strzelanina.
        - Ale... - zaczął Sekka.
        - To rozkaz.
        Sten zmienił kanał.
        - Tu Okręt Jego Imperialnej Mości, “Gamble”. Odbiór.
        Ekran pojaśniał. Upłynęło kilkadziesiąt sekund, zanim Sten rozpoznał tahnijskiego oficera w 
mundurze galowym, stojącego u boku łącznościowca.
        - Kapitan Deska! Awansował pan.
         Zaskoczony Deska przypomniał sobie Stena i najwyraźniej nie był zachwycony ponownym 
spotkaniem. Ale umiał się kontrolować.
        - Okręt imperialny... nie słyszymy was. Tu statek Tahnijczyków, “Forez”. Naruszyliście nasz 
sektor. Zatrzymać się. Wchodzimy na pokład. Zostaniecie internowani.
        - Żałuję, że nie ma z nami Idy - powiedział Sten do Alexa. 
        Kilgour uśmiechnął się. Ta Cyganka-pilotka, przyjaciółka z Sekcji Modliszki, słysząc kiedyś 
podobne słowa, podniosła spódnicę. Pod spodem nic nie nosiła...
        Sten nie był dobry w ciętych ripostach, więc się po prostu rozłączył.
               -  “Kelly”,  wracaj   na pełnej  mocy  do  Cavite.  Sporządź  raport.  Nie  ujawniaj   go przez 
czterdzieści osiem standardowych godzin albo do mojego powrotu.
        - Nie mogę przyjąć takiego rozkazu... Tak jest!
        “Kelly” znajdował się kilka minut świetlnych za “Gamble”. Sten pomyślał, że Sekka nie da się 
złapać.
        Zastanawiał się przez chwilę.
        - Panie Kilgour.
        - Tak, panie kapitanie?
        - Proszę naprowadzić okręt na kurs kolizyjny z “Forezem”.
        - Tak, panie kapitanie.
        - Moc, trzy czwarte.
               Ktoś  na  “Forezie”  zliczył  trajektorię   Stena.  Zawył  alarm.   Sten  zignorował  ten  sygnał 
ostrzegawczy.
        - Chłopcze, czy wziąłeś pod uwagę, że możemy już być w stanie wojny?
               Tego Sten rzeczywiście nie przewidział, ale było trochę za późno, żeby uwzględniać w 
rachunkach takie prawdopodobieństwo.

background image

        - Nowa orbita... zbliż się do sukinsyna na minutę świetlną... odliczanie... trzy... dwa... jeden... 
teraz!
        Ktoś, kto obserwowałby akcję z zewnątrz, zobaczyłby, jak “Gamble” robi zwrot.
        - Zdaje się, że ich okręt ma system monitorowania ataku rakietowego - powiedział Foss.
        - Nie dadzą rady, Foss. Zmienna orbita... odliczanie... dwa... jeden... teraz!
         Foss włączył system strzelania zmiennego. Sten wyćwiczył w tej sztuce załogę obsługującą 
antyrakiety   klasy   “Fox”.   Foss   wiedział,   że   jeśli   nawet   użyje   się   superkomputera,   nie   sposób 
prześledzić tor lotu rakiety wprowadzonej na zmienną orbitę.
        Ale “Gamble”, choć niezwykle zwrotny, nie był pociskiem rakietowym. Oddziaływanie takiej 
trajektorii na załogę, nawet przy włączonych generatorach McLeana, było niezbyt korzystne.
        Sten trzymał kurs tak długo, jak tylko się dało. Potem komandorów zaświtał w głowie nowy 
pomysł.
        - Uwaga... trajektoria abordażowa!
        - Panie kapitanie!
        - Do diabła, słyszałeś, co mówię!
        - Jest trajektoria abordażowa.
        “Forez” i “Gamble” przeszły obok siebie oddalone zaledwie o trzy sekundy świetlne. Według 
twierdzeń   Kilgoura,   odległość   była   i   tak   zbyt   duża,   żeby   chociaż   zadrapać   anodyzowaną 
powierzchnię kadłuba tahnijskiego okrętu.
        Sten z wielką przyjemnością obserwował na tylnym ekranie, jak olbrzymi pojazd przeciwnika 
trzy razy przekoziołkował, zanim wyrównał lot.
        - Pełna moc, panie Kilgour - powiedział Sten z odcieniem zadowolenia w głosie.
        - Chłopcze - rzekł Alex. - Ty jesteś za dobry. Po prostu za dobry.
        
        
Rozdział czterdziesty pierwszy
        
        Sten stał na baczność i zastanawiał się, który z jego rozlicznych grzechów został odkryty przez 
van   Doormana.   Ale   admirał,   z   jakiegoś   powodu   był   prawie   radosny.   Sten   przypuszczał,   że 
przyczyna  zadowolenia może tkwić w dobrze wykonanej  robocie malarzy i tapicerów, których 
musiał wymijać po drodze do apartamentu admirała.
        - Komandorze, wiem, że uroczystości niewiele dla pana znaczą. Ale zdaje pan sobie sprawę, że 
Dzień Imperium rozpoczyna się za niecałe siedemdziesiąt dwie godziny?
                Sten   zdawał   sobie   sprawę.  Wieczny   Imperator   osobiście   ustanowił   to   święto.   Raz   na 
standardowy rok zbierały się całe Siły Zbrojne Imperium, nie zaangażowane w walkę. Ceremonia 
była   pokazem   broni   i   życzliwego   stosunku   władzy   do   obywateli.   Niech   każdy   się   dowie,   jak 
śmiertelną moc ma imperialna szabla, na co dzień schowana w pochwie.
        - Wiem, panie admirale.
               - Doprawdy? Mam zamiar wydać instrukcje w sprawie odpowiedniego zaprezentowania 
pańskich statków i załóg publiczności.
        - Zaprezentowania, panie admirale?
        - Oczywiście - odparł van Doorman, z lekka zirytowany. - Cała 23. flota będzie otwarta dla 
gości, jak zwykle.
        - Bardzo mi przykro, panie admirale. Nie możemy tego zrobić.
         Van Doorman nachmurzył się, ale potem jego twarz pojaśniała. Prawdopodobnie nareszcie 
znalazł argument, aby wsadzić Stena do pudła.
        - To nie była prośba, komandorze. Ja wydałem rozkaz.
        - Panie admirale, nie mogę wykonać takiego rozkazu. - Sten miał ochotę zobaczyć jak admirał 
purpurowieje   ze   złości.   Dopiero   potem   zamierzał   wytłumaczyć   mu   przyczyny   swojej   decyzji. 
Ostatecznie jednak postąpił inaczej. - Panie admirale, zgodnie z imperialnym  rozporządzeniem, 
wszystkie moje fregaty muszą być w stanie pogotowia. To edykt numer R-2-8-xn, który nadszedł z 
Centralnego Świata. Kopia jest w pańskim posiadaniu.

background image

        Sten wymyślił numer na poczekaniu, ale taki rozkaz rzeczywiście został wydany.
        Van Doorman usiadł.
        - A więc pan i pańskie zawalidrogi będziecie sobie fruwać tu i tam w czasie Dnia Imperium. 
Doskonale.
               Wtedy Sten wpadł na pomysł. Przypomniał sobie, jak bardzo władca lubił zawoalowane 
intrygi.
               - Nie, panie admirale. Chyba, że wyda pan takie rozkazy. - Zanim van Doorman zdążył 
odpowiedzieć,  Sten dodał: - Właściwie, chciałem  spotkać się dziś z pańskim adiutantem,  żeby 
przekazać mu tę sugestię.
        Van Doorman czekał.
        - Panie admirale, co prawda, nie wolno nam otwierać okrętów dla zwiedzających, ale przecież 
goście mogą oglądać je z daleka. Wszyscy na Cavite zobaczą, jak startujemy i lądujemy.
        - Dobry pomysł - powiedział van Doorman.
        - Urządzilibyśmy przelot. Na przykład po pańskiej mowie?
               - Hmm. - Van Doorman zastanawiał się przez chwilę. - Obserwowałem pańskie operacje. 
Całkiem widowiskowe. - Chociaż, jak mówiłem, fregaty nie mają wielkiej zdolności bojowej, to 
rzeczywiście świetnie nadają się na pokaz.
                -   Tak   jest.   A   moi   oficerowie   są   bardzo   doświadczeni   w   wykonywaniu   akrobacji 
atmosferycznej.
        Van Doorman prawie się uśmiechnął.
               - Chyba zbyt surowo oceniałem pana, komandorze. Sądziłem, że interes naszej marynarki 
wojennej nie leży panu na sercu.
        - Czy wolno mi dokończyć, panie admirale?
        - Śmiało.
        - Jeśli wyda pan zgodę, do przelotów dołączylibyśmy fajerwerki.
        - Dział zaopatrzenia nie dysponuje fajerwerkami.
        - Wiem, panie admirale. Ale możemy załadować działka ślepymi nabojami i usunąć głowice 
bojowe z paru przestarzałych rakiet, które mamy na składzie.
        - Umie pan myśleć. To będzie niezwykle podniecające widowisko. I pozwoli nam ono pozbyć 
się tych starych rupieci, zanim władze każą nam otworzyć muzeum.
        Sten wyczuł, że van Doorman żartuje, więc uśmiechnął się szeroko.
         - Bardzo dobrze. Doprawdy, doskonale - rzekł po krótkiej przerwie admirał. - Jeszcze dziś 
wydam odpowiednie polecenia. Komandorze, zdaje mi się, że zaczynamy rozumować w podobny 
sposób.
        Boże uchowaj, pomyślał Sten.
        - Jeszcze jedno, panie komandorze.
        - Nowy pomysł?
        - Nie, pytanie. Powiedział pan, że cała flota weźmie udział w pokazie?
        - Za wyjątkiem dwóch łodzi patrolowych. Taki mam zwyczaj.
        Sten zasalutował i wyszedł.
        
        W naradzie wojennej uczestniczyli Sten, Alex, Sh’aarl’t, Estill, Sekka i Sutton. Zebrali się w 
jednym z doków eskadry.
        - To, co powiem, jest przeznaczone tylko do waszej wiadomości - zaczął Sten. Zrelacjonował 
przebieg spotkania z van Doormanem. Minęła minuta, zanim do oficerów dotarło, w czym rzecz. 
Zaczęły się wyrzekania, że to cholernie głupi pomysł i w ogóle, co za dowódca z tego Stena. - Być 
może jest szaleństwo w tej metodzie - ciągnął Sten. - Pomyślałem, że gdybym był Tahnijczykiem, i 
gdybym  chciał zacząć awanturę, to rozpocząłbym w Dniu Imperium. Wszystkie okręty naszego 
cudownego admirała będą siedziały jak kwoki na grzędzie. Za całe zabezpieczenie pozostaną dwie 
fregaty i piesze patrole.
        - Nieźle rozumujesz - odezwał się Alex. - Coś mi się zdaje, że Tahnijczycy nie lubią takich 
ceremoniałów jak oficjalne wypowiadanie wojny.

background image

        - A kiedy uderzą na nas - dodała Sh’aarl’t - nie będziemy siedzieć na ziemi i czekać.
        - Może myślę powoli, komandorze - powiedział Estill. - Ale, załóżmy, że masz rację. Jesteśmy 
w   powietrzu,   oni   nadlatują,   a   my,   co?   Przywitamy   ich,   proszę   wybaczyć   słowo,   pieprzonymi 
fajerwerkami?
               Alex popatrzył na porucznika z zachwytem. Chłopak chyba po raz pierwszy, odkąd objął 
dowództwo,   użył   nieparlamentarnego   słowa.   Służba   we   flotylli   okazała   się   zbawienna   dla 
charakteru Estilla.
        - Nie, poruczniku - odparł Sten. - Zdobędziemy “Gobliny”, “Foksy” i “Kali”. Van Doorman 
dał nam pozwolenie na złupienie swoich magazynów. Skorzystamy z tej szansy.
        - A jeśli stary admirał zażyczy sobie fajerwerków? - zapytała Tapia.
        - To wtedy wszyscy będziemy musieli poszukać sobie nowego zajęcia. Głosujemy?
        - Van Doorman pewnie zwolniłby Stena natychmiast, gdyby dowiedział się o tym przejawie 
demokracji.
        Kilgour oczywiście, opowiedział się “za”. Podobnie Tapia. Sekka i Sh’aarl’t przez moment się 
wahali, potem poparli innych.
        Estill uśmiechnął się i podniósł rękę.
        - Przyłączam się do grona obłąkańców.
        - Dobrze. Sutton, zbierz ludzi i znajdź jakieś grawisanie.
         - Tak jest. Przy okazji, czy miałby pan coś przeciwko temu, żeby moi chłopcy okazali się 
okropnie słabi w matematyce i zabrali trochę nadprogramowego uzbrojenia?
        - Jeśli chodzi o mnie, to nie potrafię policzyć do dwudziestu bez zdejmowania butów - odparł 
Sten. - A teraz do roboty.
        
Rozdział czterdziesty drugi
        
        Mistrz Ecu unosił się tuż nad śnieżnobiałym piaskiem. Biel minerału była czystsza nawet od 
bieli maleńkich czułków wystających ze skrzydeł mistrza Ecu. Sfrunął niżej, nad ziemię ogrodu, 
wstrząsnął się z niesmakiem i lekko machnął skrzydełkiem. Chmurka pyłu wzbiła się nad piasek. 
Mistrz Ecu znów zajął poprzednią pozycję.
               Lord Fehrle kazał mu czekać prawie dwie godziny. Niecierpliwość, którą odczuwał Ecu, 
niewiele miała wspólnego z koniecznością oczekiwania na spotkanie z lordem.
               Mistrz domyślał się, że wprowadzono go do ogrodu piaskowego, gdyż lord Fehrle chciał 
zaimponować swoim poczuciem smaku i zrozumieniem dla sztuki. Manabi wyróżnia się nie tylko 
niezwykłą cierpliwością, ale także wrażliwością na stymulację wzrokową.

        Ogród piaskowy był perfekcyjnie odmierzoną misą szerokości około pół kilometra. Leżało w 
nim dziesięć kamieni. Największy liczył sobie w obwodzie trzy metry, najmniejszy - jedną trzecią 
metra.   Każdy   głaz   miał   inny   kolor:   od   głębokiej   czerni   po   lekko   pomarańczową   barwę.   Z 
matematyczną   precyzją   położono   je   w   odpowiednich   miejscach.   Tak   doskonałego,   a   zarazem 
zimnego dzieła sztuki mistrz Ecu nie widział od stu lat. Przez dwie godziny oczekiwania, rozważał, 
jakie myśli gościły w głowie lorda Fehrle, podczas tworzenia tego ogrodu.
               Rozmyślania  nie prowadziły do zbyt  wesołych  wniosków. Gdyby,  choć jeden kamień 
troszeczkę przesunąć, albo gdyby któraś z pryzm piasku nie była usypana z taką precyzją, Ecu 
czułby się lepiej. Próbował nieco zmienić panującą tu atmosferę samą swoją obecnością.
        Ciało mistrza Ecu było czarne z domieszką czerwieni pod skrzydłami. Jego trzymetrowy ogon 
zwężał się ku końcowi, gdzie przodkowie rasy Monabi mieli żądło. Mistrz Ecu przesuwał się z 
miejsca na miejsce. Zawisał to tu, to tam na długie minuty, starając się przełamać chłodną perfekcję 
ogrodu. Ale jakoś tak się działo, że ciągle odnosił wrażenie, że nie zmienia pozycji. Jego obecność 
w dziwny sposób uzupełniała duchową brzydotę otoczenia.
         Lord Fehrle, jako dyplomata otrzymałby najniższą notę, w skali od jednego do dziesięciu. 
Mistrz Ecu był autorytetem w dokonywaniu podobnych ocen. Jego rasa szczyciła się wyjątkowymi 
zdolnościami dyplomatycznymi - dlatego właśnie Fehrle zaprosił Ecu do siebie.

background image

         W innym przypadku, zirytowany mistrz oddaliłby się po pierwszych trzydziestu minutach. 
Złość i obrazę można odpowiednio wykorzystać w stosunkach międzysystemowych. Ale przecież 
nie w takich okolicznościach. Nie wiedział, czy Manabim uda się zachować tradycyjną neutralność, 
jeśli między Tahnem a imperium nadal będzie rosło napięcie.
                Poczeka   wiec   i   przystąpi   do   rozmów   w   tym   obscenicznym   ogrodzie,   świetnie 
odzwierciedlającym naturę Tahnijczyków.
        Minęło jeszcze pół godziny, zanim pojawił się Fehrle. Zachowywał się uprzejmie, ale nieco 
szorstko   -   tak,   jakby  to   jemu   kazano   czekać.   Lord   zaczął   szkicować   aktualny   stan   stosunków 
między   imperium   a   Tahnem.   Prawie   wszystko,   poza   nielicznymi   detalami,   Monabi   znał   już 
wcześniej. Skrzydlaty dyplomata postanowił narazić się na niecierpliwość Fehrle’ego i przerwać 
tyradę.
        - To podręcznikowe podsumowanie położenia politycznego, lordzie - stwierdził. - Wspaniałe. 
Nieomal eleganckie w swej prostocie. Ale nie widzę tu roli dla siebie.
        - Szczerze mówiąc - odparł Fehrle - zamierzamy zaatakować z całą mocą.
         Wszystkie trzy żołądki podeszły mistrzowi Ecu do gardła. Wyściółki delikatnych organów 
trawiennych Monabiego już wcześniej podlegały takiemu stresowi, wiec Ecu zastanawiał się, czy 
kiedykolwiek zdoła spokojnie nasycić się swoimi ulubionymi mikroorganizmami. To, co usłyszał, 
postrzegał jako prawdziwe nieszczęście.
               - Proszę o ponowne rozważenie tego, coś rzekł, lordzie odezwał się po chwili. - Czy 
rzeczywiście   zaszliście   tak   daleko?   Czy   naprawdę   za   późno   już   na   rozmowy?   Z   mojego 
doświadczenia...
         - Oto, dlaczego zaprosiłem cię tutaj, mistrzu - odparł Fehrle. - Istnieje, bowiem możliwość 
uniknięcia wojny totalnej.
        Mistrz Ecu wiedział, że Fehrle kłamie. Ale nie mógł tego powiedzieć.
         - Słucham z ogromnym zadowoleniem. Domyślam się, że wysuniesz jakieś nowe żądania. 
Może pójdziesz na kompromis? Strefy wpływów w zamian za ugodę?
        Fehrle parsknął.
        - Nic z tych rzeczy. Zgodzimy się na układy, jeśli ogłoszą całkowitą kapitulację.
        - To nie jest najlepszy sposób na rozpoczynanie negocjacji, lordzie - wymruczał mistrz Ecu.
        - Niemniej, od tego zamierzam zacząć - odparł Fehrle. - Nota z naszymi propozycjami zostanie 
ci dostarczona, zanim wyruszysz na Centralny Świat.
        - Ile czasu dajecie emisariuszom Imperatora na dostarczenie odpowiedzi?
        - Siedemdziesiąt dwie godziny standardowe - odparł lord Fehrle bezbarwnym, monotonnym 
głosem.
        - Ależ mój lordzie, to niemożliwe. Musiałby się zdarzyć cud, żebym tak szybko w ogóle dotarł 
na Centralny Świat, nie mówiąc o nawiązaniu kontaktu.
        - Pozostaję przy siedemdziesięciu dwóch godzinach.
        - Słuchaj głosu rozsądku, lordzie!
        - Więc odmawiasz?
            Teraz mistrz Ecu zrozumiał. Fehrle pragnął odmowy. Później będzie mógł powiedzieć, że 
zrobił   wszystko,   żeby   uniknąć   wybuchu   wojny,   ale   Manabi   nie   chciał   podjąć   się   misji.   Plan 
wprawił mistrza Ecu w pełne przerażenia zdumienie, podobnie jak perfekcyjna brzydota ogrodu 
założonego   na   życzenie   Fehrle’a.   W   kodeksach   rasy   mistrza   nie   było   niczego,   co 
usprawiedliwiałoby zgodę na wykonanie podobnego zadania.
        - Tak, lordzie, obawiam się, że muszę odmówić. 
        - W takim razie...
        Lord Fehrle odwrócił się bez słowa i odszedł piaszczystą aleją. Mistrz Ecu rozwinął skrzydła i 
nie minęła chwila, gdy znalazł się wysoko nad ogrodem. Neutralność rasy Manabi już nie istniała.
        
 

background image

Rozdział czterdziesty trzeci
        
               Prognoza pogody na Dzień Imperium była fatalna: zachmurzenie z przelotnym deszczem, 
przechodzącym w ulewy. Okropna aura jak na święto - ale uratuje kilka tysięcy istnień na Cavite, 
wśród nich, być może, życie Stena.
               Sten zakazał załogom opuszczania doków flotylli na dwadzieścia cztery godziny przed 
rozpoczęciem   pokazu.   Rozległy   się   utyskiwania   -   Dzień   Imperium   w   23.   flocie   był   przecież 
doskonałą okazją nie tylko do urządzania pokazów, ale także do organizowania zabaw. Jednak 
marynarze   nie   mieli   wiele   czasu   na  przeklinanie   losu,  gdyż   zostali   zaprzęgnięci   do   załadunku 
zaopatrzenia. Widząc, że na okręty są wciągane rakiety bojowe, szybko się domyślili, że nastąpi coś 
wielkiego.
         O siódmej wieczór okręty stały gotowe do startu. Stena rozbawił fakt, że na samym końcu 
załadowano   prawdziwe   fajerwerki.   Zdobył   je   Sutton   na   czarnym   rynku.   Komandor   nakazał 
wszystkim krótki sen hipnotyczny. Sam też próbował odpocząć chwilę. Nie powiódł mu się ten 
zamiar.
         Ubrany w pelerynę przeciwdeszczową, spędził nocne godziny na przemierzaniu pokładów. 
Dziwił się sam sobie, że kiedykolwiek pragnął zostać dowódcą.
        Obudził swoich ludzi o pierwszej w nocy.
               “Kelly”, “Claggett”, “Gamble” i “Richards” niemal bezszelestnie uniosły się na napędzie 
Yukawa o drugiej trzydzieści, trzy godziny i piętnaście minut przed świtem. O ósmej rano, admirał 
van Doorman dokona otwarcia uroczystości.
        
        Tahnijczycy też mieli swój rozkład zajęć. Dostosowali go do porządku dnia 23. floty.
               Na miesiąc wcześniej, pewien Tahnijczyk pracujący w kwaterze głównej van Doormana, 
skopiował fiszkę z programem Dnia Imperium, a potem natychmiast przekazał ją poza Cavite. 
Teraz, ten właśnie plan był wyświetlony na jednym z bocznych ekranów mostku “Foreza”. Ani lady 
Atago, ani admirał Deska nie musieli już zapoznawać się ze szczegółami.
        W pobliżu płynął w przestrzeni drugi okręt - “Kiso”. Nowo zbudowany pojazd był tej samej 
klasy, co “Forez”. Flota wojenna Tahnijczyków czaiła się tuż poza granicą systemu gwiezdnego 
Cavite.   W   dość   małym   sektorze   skupiono   dziesiątki   krążowników,   niszczycieli,   okrętów 
szturmowych i transportowców piechoty.
                Pozostałe   okręty,   w   równie   wielkiej   liczbie,   miały   zaatakować   inne   punkty   Światów 
Pogranicza. Zadanie lady Atago polegało na zniszczeniu 23. floty i bazy na Cavite.
        Atago rozkazała przystąpić do szturmu.
        Wysunięte czujniki 23. imperialnej floty zniszczono, zagłuszono lub podano im fałszywe dane. 
Żeby się upewnić, że nie nastąpi alarm, o piątej pięć eskadr tahnijskich komandosów - niektórzy z 
nich zostali wyćwiczeni na fermie Frehdy - uderzyło na centrum sygnałowe. Tahnijczycy, przebrani 
w mundury imperialnej marynarki, opanowali stację.
        O siódmej trzydzieści flota lady Atago zajęła pozycje na skraju atmosfery. Skacowane załogi 
dwóch łodzi wartowniczych zdążyły jeszcze zauważyć zbliżające się niszczyciele, zanim przestały 
egzystować.
               W bazie Cavite, na placu paradnym, admirał van Doorman w towarzystwie Brijit i żony, 
sprawdził czas. Za dziesięć minut wejdzie na trybunę honorową.
        Oficerowie sztabowi i cywilni dygnitarze już tam na niego czekali.
        W jonosferze, okręty szturmowe Tahnijczyków otworzyły luki, z których wyleciały myśliwce. 
Zmierzały w kierunku powierzchni planety.
        
               Po starcie, Sten przede wszystkim musiał znaleźć odpowiednie ukrycie. Należało bowiem 
założyć, że uderzenie wroga na Cavite, jeśli rzeczywiście nastąpi, będzie piorunujące. Sten miał 
pełne zaufanie do swoich fregat w przestrzeni, ale nie na orbicie planetarnej, gdzie mógł napotkać 
kilka okrętów liniowych nieprzyjaciela.

background image

                Pokrywa   chmur   też   nie   dawała   schronienia.   Każdy   napastnik   atakujący   z   przestrzeni 
posłużyłby się elektronicznym wykrywaczem. Urządzenia Tahnijczyków wyeliminują tę zasłonę.
        Sten postanowił przemieścić flotyllę nad ocean, jakieś dwadzieścia kilometrów od Cavite City. 
Jego okręty unosiły się pięćdziesiąt metrów nad wodą. Sten liczył na to, że na tle powierzchni 
planety fregaty będą trudne do wykrycia.
        Foss jako pierwszy spostrzegł nieprzyjaciela.
               - Wszystkie statki - wezwał Sten. - Atakować indywidualnie. Oszczędzajcie amunicję i 
uważajcie na ogon. Wojna się zaczęła!
        Kilgour dał “Gamble” pełną moc. Wracali nad Cavite.
        
               Uszykowana w klin pierwsza fala tahnijskich myśliwców, odpaliła z wysokości kilometra 
pociski   powietrze-ziemia   naprowadzane   na   metal.   Potem   wyrównała   lot   i   zrzuciła   bomby 
odłamkowe na plac paradny.
        Na ziemi rozpętało się piekło.
               Van Doorman zdołał jeszcze spostrzec pociski. Przykrył  własnym ciałem żonę i córkę. 
Tahnijczycy weszli na wyższy pułap, zawrócili i ogniem szturmowym zaczęli kosić wszystko, co 
się ruszało. Większość oficerów sztabowych i cywilnych urzędników, zginęła od wybuchów bomb. 
Pozostałych rozszarpały ładunki armatek pokładowych.
                Van   Doorman   uniósł   głowę.   Przez   krew   zalewającą   mu   oczy   zobaczył   zawracające 
szturmowce. Potem wszystko zniknęło.
         Nie widział już, jak “Richards” i “Claggett” nadlatują od skrzydła. Nie słyszał jazgotu ich 
rozszalałych działek pokładowych, ani łoskotu spadających tahnijskich maszyn. Lekko opancerzone 
wraki poczyniły wśród okrętów 23. floty nie mniejsze spustoszenie niż pociski wroga.
        
               Na widok “Richardsa” i “Claggett” manewrujących z przodu, Sten zmienił taktykę walki. 
Rozkazał, żeby “Kelly” przedarła się w przestrzeń okołoplanetarną.
        Tahnijski okręt szturmowy nie spodziewał się ataku od strony Cavite. Stał się zatem łatwym 
celem. “Gamble” przestawił się na strzelanie “Goblinami”. Kilgour odpalił pociski. W kadłubie 
nieprzyjacielskiego okrętu pojawiła się wyrwa. Zaczęły z niej buchać czerwone płomienie.
        Sekka na “Kelly” sam włożył hełm wirtualny - był przecież potomkiem wojowników. Nucił po 
cichu pieśń, którą od dwóch tysięcy lat śpiewali jego waleczni przodkowie. Spostrzegł ogromny 
kadłub “Foreza”. Bez rozkazu odpalił “Kali”.
         Fregatą szarpnęło, gdy wielki pocisk, wystrzelony z centralnie położonej wyrzutni, włączył 
swój własny napęd AM 2.
         Sekka nie widział niczego poza burtą “Foreza” i pędzącą w jej stronę rakietą. Uderzyła w 
pokład   bojowy.   W   wyniku   pierwszej   eksplozji   zginęło   dwustu   pięćdziesięciu   Tahnijczyków. 
Jeszcze więcej ofiar pochłonęły następne wybuchy głowic.
               Sekka, zdejmując hełm, pozwolił sobie na chłodny uśmiech. Na ekranie widział cztery 
szarżujące   w   jego   stronę   niszczyciele.   To   nie   miało   znaczenia.   Czym   bowiem   jest   śmierć   dla 
wojownika Mandingo?
        
                Dwa   krążowniki   Tahnijczyków   prawdopodobnie   nie   spodziewały   się   ataku   ze   strony 
maleńkiego “Gamble”. Nie wzięły na poważnie manewrów fregaty, więc nawet nie robiły uników. 
W   ostatniej   chwili   zdążyły   wystrzelić   tylko   kilka   przeciwrakiet,   gdy   odpalone   przez   Kilgoura 
“Gobliny” nabrały pełnej szybkości. Zbliżały się do celu.
        Sten wiedział, że “Gobliny” mogą uszkodzić krążownik, ale się nie spodziewał, że eksplozje 
nastąpią jednocześnie. Na ekranie rozbłysł napis: OBIEKTY ZNISZCZONE.
        - Patrz, chłopcze, co się stało z ich cholernymi krążownikami - powiedział Alex, zdejmując 
hełm.
               Sten nic nie odpowiedział, gdyż był zajęty manewrami. Starał się uniknąć ataku watahy 
zbliżających się do “Gamble” niszczycieli.
        

background image

        Lady Atago stała na mostku “Foreza”. Ręce miała skrzyżowane na piersi. Okręt zatrząsł się od 
kolejnej eksplozji. W głębi duszy Atago była zadowolona. Pomimo katastrofy, wyćwiczeni przez 
nią ludzie walczyli umiejętnie i nie wpadali w panikę.
        - Czekam na rozkazy - zameldował Deska. 
        Atago zastanawiała się przez chwilę.
               - Admirale, proszę przesunąć termin lądowania na Cavite. Nie możemy kontynuować tej 
operacji, mając tylko jeden okręt liniowy. Przeprowadzimy desanty na drugorzędnych systemach. 
Oboje przenosimy swoje flagi na “Kiso”. Wydaj rozkaz, by “Forez” wycofał się do wysuniętej bazy 
remontowej.
        Sten patrzył, jak flota Tahnijczyków wykonuje w tył zwrot do bazy.
                To   było   gorzkie   zwycięstwo.   W   dole,   na   Cavite,   23.   flota   -   jedyna,   którą   imperium 
dysponowało na Światach Pogranicza - została prawie doszczętnie zniszczona.
        Zaczęła się wojna z Tahnijczykami.
     

   

background image

Księga trzecia

        
POSTAWIĆ WSZYSTKIE ŻAGLE
        
Rozdział czterdziesty czwarty
        
        Właściwie, wojna nie zaczęła się od ataku na Układ Caltora i Cavite. Prawdziwy jej początek 
nastąpił o godzinę standardową wcześniej, kiedy uderzono na Centralny Świat i bezpośrednio na 
Imperatora.
         Tysiące tahnijskich statków niemal jednocześnie runęły na imperium. Miały różne zadania: 
inwazję,   likwidację   baz,   zniszczenie   okrętów   przeciwnika   w   bitwie   gwiezdnej.   Pod   koniec 
pierwszej fazy. Tahnijczycy szacowali, że osiągnęli ponad osiemdziesiąt pięć procent zamierzonych 
celów. Był to jeden z najczarniejszych dni w historii imperium.
               Atak  skoordynowano  po mistrzowsku. Tahnijczycy  chcieli  bowiem  możliwie  najlepiej 
wykorzystać  sprzyjające  okoliczności.  Z technicznego  punktu widzenia, minuta zemsty - mniej 
zaawansowane cywilizacyjnie kultury nazwałyby ją Dniem D - wybiła na zegarach atomowych, 
umieszczonych na wszystkich mostkach.
         Rzecz jasna, należało wziąć pod uwagę pewne poprawki, wynikające z faktu, że każdy ze 
światów należących do imperium znajdował się w innej strefie czasowej. Niezbędne przy tym było 
wprowadzenie  dodatkowych  zmiennych,  żeby natarcie  rozpoczęło  się  w ograniczonych  ramach 
czasowych. Nie pozwoliło to imperium na postawienie swoich sił zbrojnych w stan pogotowia.
               Niebagatelną rolę dla Tahnijczyków odgrywał również czynnik “moralny”. Członkowie 
wojowniczego plemienia uważali, że mają prawo do rozpoczęcia wojny bez wypowiedzenia. Uznali 
natomiast, że postąpią niehonorowo, jeśli nie rzucą się tygrysowi do gardła.
        A więc przede wszystkim musieli uderzyć na Centralny Świat oraz na Wiecznego Imperatora.
        Wojnę rozpętano w Dniu Imperium z kilku powodów. Tahnijczycy prawidłowo przewidzieli, 
że   niemal   wszystkie   jednostki   imperialnych   sił   zbrojnych   pozostaną   wtedy   w   bazach,   nie 
przygotowane do walki. Ponadto, jeśli atak się powiedzie, nieuchronnie ucierpi  na tym  morale 
imperialnego   wojska. Wreszcie,  jedynie   w  tym  dniu  każdy  wiedział,   gdzie  przebywa  Wieczny 
Imperator - w pałacu, oczekując gości.
                Pałac   stanowił   przerośniętą   replikę   ziemskiego   zamku   Arundel,   otoczonego   murem   i 
pięćdziesięcioma pięcioma kilometrami kwadratowymi parku. Za wysokim ogrodzeniem mieściły 
się centralne urzędy imperium. Sam pałac był siedzibą nie tylko Imperatora, ale także jego gwardii 
przybocznej   i   sztabu.   Tam   znajdowało   się   również   centrum   dowodzenia   i   kontroli   dla   całego 
imperium.   Najważniejsze   urządzenia   techniczne   spoczywały   głęboko   w   podziemiach. 
Zgromadzone, oprócz sprzętu, zapasy wody i żywności, w razie oblężenia wystarczyłyby na sto lat.
               Imperator   raz  do roku  zapraszał   swoich  poddanych  w  gościnę.  Wtedy  też,  zazwyczaj 
zamknięty dla osób z zewnątrz Arundel, otwierał podwoje. Odbywało się w nim wielkie widowisko 
z udziałem orkiestr, oddziałów reprezentacyjnych. Organizowano gry i zawody. Zaproszenie na 
obchody Dnia Imperium w pałacu uznawano za oznakę szczególnej łaski. Istniała także możliwość 
kupienia biletu za duże pieniądze.
               Przygotowanie zamachu na Arundel zajęło Tahnijczykom cztery lata. Powodzenie ataku 
wymagało chirurgicznej precyzji. Wydawało się wręcz niemożliwe, aby flota, a choćby eskadra 
niszczycieli pokonała system patroli kosmicznych otaczających planetę.
        Za wyjątkiem Dnia Imperium sektor przestrzeni wokół pałacu był ogólnie dostępny. Cały ruch 
powietrzny   na   Centralnym   Świecie   monitorowały   setki   urządzeń   i   jakiekolwiek   zboczenie   z 
ustalonego kursu stawiało pałacową obronę przeciwlotniczą w stan alarmu. Naruszenie przestrzeni 
powietrznej  nad siedzibą władcy wywoływało natychmiastowy kontratak. Prawdopodobieństwo, 
aby jakiś intruz dotarł do Arundel drogą lądową także równało się zeru - jedynym połączeniem, 
między pałacem i pobliskim miastem, Fowler, była superszybka, podziemna kolejka pneumatyczna, 
przeznaczona jedynie dla pracowników.

background image

               Wyjątkowo w Dniu Imperium, wielkie grawitransportery piechoty przewoziły turystów z 
Fowler   do   pałacu.   Nie   stosowano   prawie   żadnych   innych   środków   bezpieczeństwa,   oprócz 
szczegółowej kontroli pasażerów. Transportery miały ustalony kurs i czas lotu. Wyposażono je też 
dodatkowo   w   urządzenia   identyfikacyjne   podłączone   do   pałacowego   systemu   obrony 
przeciwlotniczej.
        Te zabezpieczenia śmiesznie łatwo można było wyminąć.
         Dziwaczne poczucie godności kazało Tahnijczykom zaatakować Wiecznego Imperatora, ale 
przy   tym   -   zrobić   to   cichcem.   Pojęcie   honoru   w   zmilitaryzowanych   społecznościach   często 
przyjmuje rabelaisowską formę: “Rób co ci się podoba - oto całe prawo.”
        Dwa lata wcześniej, tahnijski wywiad wyselekcjonował i umieścił w odpowiednich miejscach 
trzech oddanych sprawie imigrantów - rebeliantów z działającego na Pograniczu Ruchu imienia 
Godfreya Alaina. Jeden z nich znalazł sobie jakieś zajęcie w porcie miasta Fowler, Soward. Drugi 
zatrudnił się jako barman. Trzeci został ogrodnikiem w luksusowej posiadłości przy pałacu. Magnat 
handlowy,  który go zatrudnił, klął się na wszystkie  świętości, że nigdy nie miał pilniejszego i 
bardziej oddanego pracy robotnika.
               Wybrano  sposób zamachu.  Tahnijczycy  postanowili  użyć  rakiety.  I to dość niezwykle 
skonstruowanej. Słusznie założyli, że Arundel jest chroniony przed uderzeniem nuklearnym. Zatem 
zwykła bomba atomowa nie zniszczyłaby wszystkiego w zasięgu wybuchu. Skonstruowali bardzo 
niekonwencjonalny   pocisk.   Miał,   w   przybliżeniu,   dziesięć   metrów   długości.   Wykrywacze 
reagowały na niego podobnie jak na transportowiec gwardii.
               Wewnątrz   znajdowały się  dwa  urządzenia   nuklearne.  Tahnijscy  naukowcy  odkryli,   że 
starożytny   efekt   Munro,   stosujący   się   do   profilowanych   konwencjonalnych   ładunków 
wybuchowych, może mieć zastosowanie także wobec głowic atomowych. W charakterze płaszcza 
użyli osłony do kontrolowania - AM2 - podstawowego źródła energii stosowanego w imperium. Za 
pierwszym urządzeniem znajdował się system naprowadzający, a za nim, widniał drugi mechanizm. 
Pocisk był ostro zakończony. Taki kształt pozytywnie wpływał na własności aerodynamiczne, a 
także zwiększał siłę wybuchu.
        Poza systemem naprowadzającym, pocisk zawierał też duplikat urządzeń identyfikacyjnych, w 
jakie były wyposażone transportowce w Dniu Imperium.
               Bombę  przemycono na Centralny Świat w trzech częściach. Kilka miesięcy wcześniej 
przewieziono ją do wynajętego magazynu, złożono i umieszczono na wyrzutni. Zrobił to zespół 
tahnijskich naukowców.
        Trzem imigrantom z Pogranicza nie powiedziano, gdzie znajduje się rakieta. Wiedzieli tylko 
tyle, że w określonym czasie mają się znaleźć w ustalonym miejscu i przynieść ze sobą wyznaczony 
sprzęt.
               Na dwie doby przed Dniem Imperium, Tahnijczyk, który pracował jako doker w Soward, 
zainstalował małą bombę zegarową w generatorze energii wybranego grawitransportowca.
        Dwadzieścia cztery godziny przed Dniem Imperium, osoba kontrolująca eks-rewolucjonistów 
zaokrętowała się na dalekobieżny liniowiec i opuściła planetę.
        O 11.00, w Dniu Imperium, wszyscy trzej konspiratorzy zajęli posterunki.
                Ogrodnik,   w   pełnej   gotowości,   siedział   za   pulpitem   sterowniczym   grawisań   swojego 
pryncypała. Nikt w posiadłości nie zauważy zniknięcia pojazdu. Tę pewność dawały dwa kanistry z 
nerwogazem.
        Dwaj pozostali znajdowali się na dachu budynku w Soward, nie opodal miejsca startu rakiety. 
Jeden odliczał czas, drugi grawitransportowce szybujące w stronę Arundel.
        Numer siedem był “ich”.
               Pilot poddanego sabotażowi transportowca dodał mocy. Maszyna wzniosła się, buchnęła 
dymem i rąbnęła o ziemię. Dyspeczer lądowiska zaklął i pobiegł przenieść pasażerów do innej 
maszyny.
               Na budynku skończyło się odliczanie czasu. Pierwszy spiskowiec przesunął przełącznik. 
Ładunki   wybuchowe   umieszczone   w   magazynie   wybiły   dziurę   w   dachu.   Pomocniczy   napęd 

background image

McLeana  uniósł   pocisk  w   powietrze   i  odpadł.   Wtedy  zaczął   pracować   napęd  Yukawy.   Pocisk 
pomknął naprzód.
        Oddalony o wiele kilometrów trzeci zamachowiec też przystąpił do dzieła. W wyznaczonym 
momencie   uniósł   grawisanie.   Poczuł   suchość   w   ustach.   Miał   nadzieję,   że   pałacowe   czujniki 
przeciwlotnicze zareagują z niewielkim opóźnieniem.
        Z deski rozdzielczej rozległ się pisk. Znaczyło to, że zbliża się pocisk z bombami atomowymi. 
Wycelował w stronę Arundel urządzenie podobne do karabinu i nacisnął spust. Promień lasera 
niskiej   mocy   padł   na   zamkową   bramę.   Kolejny   pisk   poinformował   pilota   grawisań,   że   pocisk 
osiągnął cel.
        Trzej Tahnijczycy zakończyli swoją misję. Teraz, zgodnie z rozkazami, mieli ujść ewentualnej 
pogoni i przedrzeć się do punktu spotkania położonego poza Soward. Tahnijski wywiad oczywiście 
nie   zamierzał   ewakuować   tych   ludzi,   a   tym   bardziej   zostawiać   ich   na   miejscu.   W   urządzeniu 
odmierzającym czas, oraz w systemie naprowadzającym znajdowały się małe ładunki wybuchowe. 
Eksplodowały one kilka sekund po tym, jak pocisk z bombami dla Imperatora wysłał sygnał.
        Nikt nie zauważył wybuchu, który spopielił Tahnijczyków biegnących w stronę drabiny, ale 
dowódca warty w Arundel spostrzegł, jak grawisanie stają w ogniu i koziołkują w stronę ziemi. Już 
miał  nacisnąć guzik alarmowy,  kiedy automatyczne  czujniki przekazały informację, że płonący 
grawitransportowiec zmierzał w kierunku pałacu z nadmierną szybkością. To wywołało kontrakcję.
        Wieczny Imperator przebywał w swoim apartamencie. Przypinał sobie kolejne odznaczenia i 
klął na czym świat stoi, że musi wystąpić teraz w mundurze. Asystujący władcy kapitan Chittahang 
Limbu tylko uśmiechał się uprzejmie. Nowa funkcja trochę przerażała Limbu. Poprzednio był on 
majorem subadarów. Awansowano go na miejsce zwolnione przez Stena, czyli na szefa imperialnej 
straży   przybocznej.   W   całej   historii   imperium   żaden   gurkha   nie   piastował   tak   wysokiego 
stanowiska.
        Limbu z przyjemnością myślał o pompie, z jaką przyjęła go rodzinna wioska. Właśnie wtedy, 
gdy tak wspominał ostatni urlop, usłyszał wycie syren alarmowych.
        Imperator podskoczył, ukłuł się szpilką, którą przypinał medal. Limbu rzucił się na władcę jak 
błyskawica, jednocześnie uderzając dłonią przełącznik na urządzeniu noszonym u pasa. Wepchnął 
Imperatora w otwór, nagle powstały w ścianie.
        Bez względu na to, co się zdarzyło, rozkazy na okoliczność alarmu miał jasne.
        Pocisk precyzyjnie trafił w cel. Cienka pokrywa stożka zgniotła się pod wpływem uderzenia, 
tak   jak   zaplanowano.   Dzięki   temu   pocisk   na   ułamek   sekundy   zawisł   w   powietrzu.   Wybuchło 
pierwsze urządzenie nuklearne. Ukierunkowany podmuch rozdarł otulinę. Wtedy nastąpiła druga 
eksplozja atomowa.
        Arundel, serce imperium, zniknęło w centrum rodzącego się słońca.
        
Rozdział czterdziesty piąty
        
               Sten, z pokładu swego wozu bojowego, patrzył na ruiny, które pozostały z głównej ulicy 
Cavite City. Komandor nieraz już widział miasta czy planety w momencie, gdy ustały rozmowy 
dyplomatyczne i rozległy się strzały. Ale tym razem był świadkiem początku wojny, która ogarnęła 
całe imperium.
        Doświadczenie jest cenne, mówił do siebie, unikając myśli o losie Brijit.
         Wraz z zapadnięciem nocy Sten kazał osiąść swoim cudownie nienaruszonym okrętom na 
ziemi.  Czasem  oszustwo popłaca  - bazę  logistyczną  umieścił  w  nieużywanym  magazynie  przy 
starych dokach. W rezultacie, uzbrojenie oraz zapasy skombinowane przez Suttona przetrwały atak 
Tahnijczyków.
               Sten rozkazał okrętom uzupełnić  ładownie  i natychmiast  wracać na niską orbitę.  Sam 
postanowił zorientować się w kwaterze głównej, jakie straty poniosła 23. flota.
        Baza Cavite wyglądała jak misa wypełniona szczątkami, dymem i płomieniami.
               Sten wsiadł do wozu bojowego i pojechał do hotelu Carlton. Jeśli budynek się ostał, to 
przebywający w nim członkowie sztabu van Doormana powinni ocaleć.

background image

        Sten zauważył, że samo Cavite City niewiele ucierpiało. W Bulwar Imperialny - główną ulicę 
śródmieścia   -   trafiło   kilka   bomb   i   rakiet   zapalających,   ale   większość   budynków   nadal   stała. 
Komandor nigdzie nie dostrzegł przypadkowych przechodniów. Po słabo oświetlonych chodnikach 
i jezdniach kręcili się członkowie drużyn ratowniczych i strażacy. Takie nieszczęścia sprawiają, że 
ludzie chcą się trzymać blisko siebie. Nie opuszczają domów, nie wzniecają buntów.
                Sten   wyminął   wozem   bojowym   grawisanie   z   pospiesznie   wymalowanymi   na   burtach 
czerwonymi krzyżami. Z oddali dobiegały go odgłosy walki. To szturmowano centrum sygnałowe.
        Ale Stena niewiele obchodziło, co oznaczają strzały. Sam znalazł się w niemałych tarapatach. 
Osadził wóz bojowy przed Carltonem i biegiem ruszył do wejścia.
               Z pewną ironią zauważył, że poprawiły się środki bezpieczeństwa. Sprawdzały go trzy 
drużyny wartownicze, zanim dotarł do głównych drzwi. Ale nie wszystko uległo zmianie. Dwóch 
strażników w galowych mundurach z trzaskiem zaprezentowało broń, gdy podszedł do schodów. 
Sten pomyślał, że nie wiedzieli, jak teraz wyglądają ich piękne uniformy - zbryzgane błotem, krwią, 
ze śladami czegoś, co wyglądało na wymioty.
         Jeśli w Cavite City panował chaos, to w kwaterze van Doormana było istne piekło. Sten za 
wszelką   cenę   chciał   poznać   wysokość   strat   i   otrzymać   nowe   rozkazy.   Ruszył   do   centrum 
operacyjnego   floty.   Opuszczone,   ciemne   wnętrze   oświetlały   jedynie   migoczące   terminale 
komputerów. Na ich ekranach pojawiały się dane o poniesionych stratach. Przechodzący technik 
powiedział komandorowi, że z personelu centrum operacyjnego prawdopodobnie nikt nie przeżył 
nalotu.
        Doskonale. Sten poszedł do biura wywiadu floty.
            Powinien się zorientować, co zaszło, gdy zobaczył, że drzwi stały otworem, a wejścia nie 
pilnował żaden wartownik.
        Wewnątrz panowało szaleństwo. Dosłownie.
        Kapitan Ladislaw siedział za terminalem. Programował i reprogramował. Pozdrowił radośnie 
Stena i pokazał mu, jakie są dyspozycje dla 23. floty na następny dzień. Przesuwał po gwiezdnej 
mapie kropki oznaczające okręty.
               Powiedział, że Tahnijczyków  odpędzi się jednym  machnięciem ręki. Sten wiedział, że 
większość pojazdów, którymi kapitan się teraz bawił, płonęła na polach startowych bazy.
                Uśmiechnął   się,   przyznał   Ladislawowi   rację,   cofnął   się   za   niego,   wyciągnął   zastrzyk 
usypiający z medpakietu i wstrzyknął całą dawkę kapitanowi w szyję. Ladislaw opadł natychmiast 
na stół z mapą,  na której przed chwilą tak  ochoczo prowadził  wojnę okrętami-widmami.  Sten 
poszedł do biura samego admirała.
               Admirał Xavier Rijn van Doorman był zupełnie opanowany. Jego centrum dowodzenia 
stanowiło oazę spokoju.
        Sten spostrzegł Brijit zaglądającą przez pół otwarte drzwi i podziękował Bogu, że dziewczyna 
przeżyła.
        Van Doorman siedział za biurkiem. Czytał raport. Sten rzucił okiem na dokument i zmrużył 
oczy - sytuacja przedstawiała się gorzej, niż myślał. Z raportu wynikało, że 23. flota przestała 
istnieć.
        Tego dnia o świcie skład floty był następujący: ciężki krążownik “Swampscott”, dwa lekkie 
krążowniki,   trzynaście   niszczycieli,   pięćdziesiąt   sześć   różnych,   przestarzałych   patrolowców, 
minowców i trałowców, dywizjon fregat Stena, statek szpitalny, horda okrętów logistycznych.
        Raport mówił, że jeden lekki krążownik został zniszczony, a drugi ciężko uszkodzony. Sześć 
niszczycieli nie nadawało się do akcji. Destrukcji uległa też połowa pozostałych statków bojowych i 
okrętów wsparcia.
        Dziwnym zrządzeniem losu, “Swampscott” był nietknięty. Przetrwał dzięki atakowi Stena na 
“Foreza”, gdyż lady Atago osobiście miała roztrzaskać okręt admirała.
               Sten wydał  rozkaz, aby utrzymać  fregaty w przestrzeni,  dopóki sytuacja  sama  się nie 
wyklaruje.   Van   Doorman   wyśle   wsparcie.   Sten   otrzymał   całkowitą   swobodę   w   działaniach 
operacyjnych. Mógł liczyć na błyskawiczną pomoc wywiadu i pionu operacyjnego. Tyle że wywiad 
i pion operacyjny składały się teraz z jednego wariata i setki trupów.

background image

        Po prostu cudownie, pomyślał Sten.
        - Tak jest, panie admirale - rzekł salutując.
               Admirał energicznie oddał mu honory. Sten spostrzegł smutek w oczach van Doormana. 
Zamyślił się nad tym.
        Gdy był w korytarzu, w ramiona padła mu Brijit. Jej matka zginęła w czasie nalotu.
        Sten może powinien zostać z nieszczęsną dziewczyną tej nocy. Ale powstrzymała go od tego 
oziębłość,   jaką   nosił   w   sercu,   odkąd   przed   laty   na   Vulcanie   zginęli   jego   rodzice.   Oziębłość 
umocniona śmiercią tak wielu serdecznych kumpli. Ograniczył się do współczującego uścisku i 
poszedł pospiesznie do centrum łączności. Wezwał “Gamble”.
         Kiedy okręt, w chmurze ognia z dysz wylotowych, osiadał pośrodku bulwaru naprzeciwko 
Carltona, Sten myślał o van Doorrnanie. Czy ten człowiek potrafi nad sobą panować? Była to 
jeszcze jedna niewiadoma, którą należało wziąć pod uwagę. Sten pobiegł w kierunku otwartego 
włazu “Gamble”.
        Zapomniał o van Doormanie, o Brijit, o tym, jak łatwo może zginąć wraz ze swymi ludźmi w 
otchłaniach   Układu   Caltora.   W   głowie   pulsowała   mu   tylko   jedna   myśl:   całkowita   swoboda   w 
działaniach operacyjnych...
        
Rozdział czterdziesty szósty
        
         Wieczny Imperator coś spostrzegł. Podszedł, niezgrabnie się kołysząc. Ruchy krępował mu 
gruby  skafander   przeciwpromienny.   Wokół   rozciągała   się   ruina   tego,   co   kiedyś   było   ogrodem 
różanym.   Za   władcą,   z   bronią   gotową   do  strzału   kroczyło   dwóch   gurkhów   -   kapitan   Limbu   i 
szeregowiec. Nad nimi, nieco z tyłu, unosił się wóz bojowy. Lufy działek omiatały okolicę.
         Limbu udało się wepchnąć Imperatora do rury ewakuacyjnej podtrzymywanej generatorami 
McLeana. Rura wiodła do sanktuarium położonego dwa tysiące metrów pod ziemią. Kapitan runął 
w   otwór   tuż   za   swym   panem.   W   tym   momencie   zatrzasnęły   się   odporne   na   radiację   śluzy 
powietrzne.
        Z osób pozostałych na powierzchni przeżyła tylko garść gurkhów. Zebrało się ich mniej niż 
pluton. Wybuch przetrwało też kilkunastu członków imperialnej świty. Arundel i pobliskie rejony 
zostały zrównane z ziemią. Mur, w którym  mieściły się urzędy,  wyparował, ale znajdujące się 
wewnątrz biura ocalały.
        Nienaruszony stał tylko gmach parlamentu, oddalony o jakieś dziesięć kilometrów od punktu 
zero. Była w tym pewna ironia losu, bo budynek zawdzięczał swe ocalenie faktowi, że Imperator, 
nie chcąc oglądać siedziby polityków, kazał usypać wysoką na kilometr górę, oddzielającą Arundel 
od parlamentu. Nasyp ochronił budowlę od skutków eksplozji.
        Ludność cywilna tylko w niewielkim stopniu padła ofiarą ataku. Siła rażenia ograniczała się do 
pięćdziesięciu pięciu kilometrów kwadratowych pałacowych gruntów.
         Imperator schylił się i podniósł spopieloną różę. Nie rozpadła się. Gurkhowie popatrzyli na 
kwiat.   Ich   twarze,   ukryte   za   wizjerami   hełmów   nie   miały   żadnego   wyrazu.   Nagle,   na   odgłos 
silników McLeana, obrócili się w tył. Unieśli automaty.
        - Nie! - krzyknął Imperator. Broń wróciła na miejsce. Zbliżały się do nich grawisanie. Przez 
przezroczysty   dziób   maszyny,   władca   rozpoznał   czarno-czerwony   korpus   Manabiego.   W   tych 
okolicznościach to mógł być tylko mistrz Ecu.
        - Żyjesz - powiedział cichym głosem skrzydlaty dyplomata.
        - Żyję - odparł Imperator.
        - Moje wyrazy współczucia. Arundel był bardzo piękny.
        - Pałace można łatwo odbudować - powiedział bezbarwnym tonem władca.
        Grawisanie kołysały się lekko na wietrze.
        - Czy występujesz w imieniu Tahnijczyków? - zapytał Imperator.
                -   Tego   chcieli.   Odmówiłem.   Żądali,   żebym   dostarczył   ultimatum.   Ale   nie   dali   mi 
wystarczająco dużo czasu na podróż z Heath do Centralnego Świata.
        - To w ich stylu.

background image

        - Mówię teraz w imieniu Manabich. I w moim własnym. Imperator pomyślał, że to niezwykłe. 
Manabi prawie nigdy nie wypowiadali się w swoim imieniu.
        - Czy mogę najpierw zadać kilka pytań?
        - Owszem - odparł Imperator. - A ja mogę nie odpowiedzieć.
        - Oczywiście.
        Ecu podniósł się i popatrzył na gurkhów.
        - Niczego nie powiedzą - zapewnił przybysza Imperator. - Chyba, że im rozkażę.
        Rzeczywiście, ani gurkhowie ani Manabi nie wygadaliby niczego bez specjalnego polecenia 
nakazującego   mówienie.   Obie   rasy   charakteryzowały   się   całkowitą   odpornością   na   tortury, 
narkotyki i przesłuchania psychologiczne.
        - Jak oceniasz sytuację, panie?
               - Cholernie źle - odparł szczerze Imperator. - Straciłem tuzin flot. Czterdzieści układów 
gwiezdnych wpadło w ręce Tahnijczyków. A jeśli niektóre z nich jeszcze nie wpadły, są opanowane 
przez wroga, wkrótce to nastąpi. Moja dywizja gwardii została zdziesiątkowana. A będzie jeszcze 
gorzej.
        Ecu zastanowił się przez moment.
        - A twoi sprzymierzeńcy, panie?
        - Oni ciągle deliberują nad aktualnym położeniem - odparł cierpko Imperator. - Sądzę, mniej 
niż połowa moich mniemanych przyjaciół wypowie Tahnijczykom wojnę. Reszta poczeka, póki 
sytuacja się nie wyjaśni.
        - Co ostatecznie zamierzasz, władco imperium?
        Jego Wysokość przez dłuższą chwilę przyglądał się spopielałej róży.
        - Na to pytanie nie odpowiem.
        - Rozumiem. Teraz ja będę mówił. W imieniu moich starszych, w imieniu moich parów. I w 
imieniu tych pokoleń, które się jeszcze nie wykluły. - Imperator zmrużył oczy. Ecu rzeczywiście 
występował w roli posłannika całego narodu Manabi. - Nie jesteśmy gatunkiem zamiłowanym w 
wojaczce.   Niemniej,   w   tych   zmaganiach   opowiadamy   się   po   stronie   imperium.   Zachowamy 
pozorną neutralność, ale zapewnimy ci dostęp do wszelkich informacji, jakie uda się nam zebrać.
         Imperator prawie się uśmiechnął. Właśnie usłyszał jedyną dobrą nowinę w tym tragicznym 
wszechświecie.
        - Ale dlaczego? - zapytał. - Wszystko wskazuje na to, że Tahnijczycy zwyciężą.
        - To niemożliwe - odparł spokojnie Ecu. - Czy możemy porozmawiać w cztery oczy?
        - Już mówiłem, że...
        - Ponawiam swoją prośbę.
               Imperator skinął głową. Ze skafandra Ecu wysunął się pręt. Władca znów musiał kazać 
strażnikom opuścić broń. Mistrz dotknął hełmu Imperatora czubkiem metalu.
        - Sądzę - rozległ się głos Manabiego - że nawet najwierniejsze ci istoty nie powinny słyszeć 
tego, co teraz powiem. Czy zgodzisz się ze zdaniem, że Tahnijczycy uważają energię AM2 za 
nadającą się do reprodukcji? Albo, że jeśli zwyciężą, odkryją miejsce, skąd jest czerpana?
               Zapanowała długa cisza. Miejsce pochodzenia antymaterii 2 było najpilniej strzeżonym 
sekretem, bo tylko ona trzymała imperium w jedności, choćby i chwiejnej.
        - Mogą tak myśleć - powiedział wreszcie Imperator.
        - Mylą się. Nie musisz mi tego nawet mówić. My wiemy, że jedynym - powtarzam: jedynym - 
źródłem AM2 jesteś ty sam. Nie mamy pojęcia, jak i dlaczego tak się dzieje, ale fakt pozostaje 
faktem. Uważamy, że w wyniku tej wojny mogą się zdarzyć dwie rzeczy: albo ty zwyciężysz albo 
sukces odniosą Tahnijczycy. A to będzie oznaczało całkowitą zagładę naszej cywilizacji.
        Metalowy pręt opadł. Po drodze otarł się o spopieloną różę. Suchy popiół opadł na rękawicę 
Imperatora.
        

background image

Rozdział czterdziesty siódmy
        
        - Jak dalece posuniesz się w interpretacji rozkazów admirała van Doormana, komandorze?
        Sten czekał, aż Sutton zakończy swoją wypowiedź. Czterej szyprowie fregat wraz z Suttonem i 
Kilgourem układali plan taktyczny na nadchodzące tygodnie, choć żadna z tych osób nie wierzyła, 
że Tahnijczycy przez tak długi czas zostawią w spokoju ruiny Cavite.
        Zebrali się w ciasnym magazynie, w którym Sutton gromadził zapasy flotylli.
        - Hm... coraz bardziej podobają mi się te nasze okręty - ciągnął mrówkojad. - Przypominają mi 
dzieciństwo. Nawet jeśli nie są już noszone w matczynej torbie, nie wolno im się zbytnio oddalać, 
bo zginą.
               Sten zrozumiał analogię. Jego fregaty, zabierające na pokład ograniczoną ilość amunicji, 
żywności i powietrza, były jednostkami o krótkim zasięgu.
               - Tahnijczycy znów uderzą na Cavite - zawyrokowała Sh’aarl’t. - Może ograniczą się do 
bombardowania dywanowego, może dokonają inwazji. Raczej nie chciałabym, żeby nasze zapasy 
czekały tutaj, aż ktoś je zniszczy.
                -   Nie   ma   mowy   -   powiedział   Sekka,   rozglądając   się   po   zgromadzonych   materiałach 
wybuchowych, racjach żywnościowych i częściach zamiennych. - Wyobrażacie sobie, co się stanie, 
jeśli choć jedna bomba przebije dach?
        - O to właśnie mi chodzi - powiedział mrówkojad. - Baza Cavite nie odpowiada mi jako nasza 
nora.
        - Tu się zaczynają kłopoty - rzekł Sten. - Van Doorman w żadnym wypadku się nie zgodzi, 
żebyśmy zabrali nasze łódki, zapasy i obsługę naziemną poza planetę.
        - A zamierzasz go o tym informować? - spytała zdziwiona Sh’aarl’t.
        - On nawet tego nie zauważy - wtrącił Estill.
               - Zgoda. Drugi problem: jak przeniesiemy cały ten drakh? Brakuje nam przestrzeni w 
ładowniach.
        - Tak się składa, że pewien cywil ma wobec mnie ogromny dług wdzięczności - oświadczył 
Sutton.
        - I oczywiście dysponuje statkiem?
        - Oczywiście.
        - Jak mu się udało uniknąć rekwizycji? - zapytała sceptycznie Sh’aarl’t.
        - Okręt, o którym mowa, jest hm, hm... używany do przewozu odpadków.
        - Śmieciarka?
        - Gorzej.
        Sten gwizdnął cichutko:
        - Naszym marynarzom bardzo się spodoba pomysł podróżowania w szambie.
         - Nie martw się szefie - pocieszył go Kilgour. - I tak już od dawna siedzimy w gównie po 
szyję.
               - Bardzo zabawne, panie Kilgour. Poproszę pana, żeby pan przekazał załodze tę radosną 
nowinę.
        - W porządku, chłopcze. Tylko jedno: czy ktoś wie, dokąd się udamy?
        - Biedny Alex - powiedziała ze współczuciem Sh’aarl’t i poklepała Szkota odnóżem po barku. 
Kilgour tak już przywykł do pajęczycy, że nawet się nie wzdrygnął. - A dokąd to moglibyśmy się 
wybrać, jeśli nie pomiędzy pospolitych obwiesiów?
        - O cholera! Masz rację Sh’aarl’t. Zupełnie wypadło mi z głowy.
        - Romney! - krzyknął Sten.
        - Otóż to - rzekła Sh’aarl’t. - Jeśli ktoś umie ukrywać się przed Tahnijczykami, to na pewno 
przemytnicy.
        
               “Gamble” zbliżał się do rozbitej kopuły Romney. Pozostałe trzy okręty i transportowiec 
czekały na orbicie planetarnej. 
        - Brak odbioru, panie kapitanie - powiedział Foss. 

background image

         Gdyby nieprzyjaciele czaili się na fregaty w zasadzce, przyrządy Fossa z pewnością coś by 
wychwyciły.  Sten zredukował  moc  napędu  Yukawy i “Gamble”  powoli  opadł przez  wyrwę  w 
kopule.
        Romney okazało się cmentarzyskiem.
               Sten naliczył  sześć - nie,  siedem - zmiażdżonych  wraków  statków, walających  się na 
lądowisku. Na miejscu kwatery Wilda widniał rozległy krater. Inne budynki - centrum łączności, 
kwatery mieszkalne, hangary, ogromne magazyny - były wypalonymi ruinami.
               - Sprowadzić pozostałe okręty - rozkazał Sten. - Rozproszcie się po lądowisku. W ciągu 
godziny niech przed pierwszym hangarem zbiorą się wszyscy, którzy nie mają wachty.
        
        - Podejdźcie bliżej - powiedział Sten.
        Złamali szyk i uformowali nieregularne półkole wokół dowódcy.
        - Foss, Kilgour, co znaleźliście?
               - Wygląda na to - powiedział ostrożnie elektronik - że Wilda i przemytników wzięto z 
zaskoczenia.
        - Ataku dokonali Tahnijczycy - dodał Alex. - Znaleźliśmy trzy ich niewypały.
        - Ciała?
        - Dziwne, ale nie ma ani jednego. A składy zostały opróżnione do czysta. Zostawiono jednak 
część uzbrojenia Wilda. - Kilgour pokazał palcem opuszczoną wyrzutnię rakiet. Sten kiwnął głową. 
Analiza elektroniczna dokonana przez Fossa i wyćwiczone w Modliszkach rozumowanie Kilgoura 
potwierdzały przypuszczenia komandora.
        - Świetnie. Marynarze, oto nasz drugi dom. Panie Sutton, niech pan natychmiast rozpocznie 
rozładowywanie transportowca. Wszyscy do roboty; Potem, na pełnej mocy, z powrotem do Cavite. 
“Richards” poleci z wami jako eskorta. Zgromadźcie osłony próżniowe, jakie tylko znajdziecie. 
Foss, niech pan powie Suttonowi, czego panu potrzeba z Cavite, żeby zmontować stacje wczesnego 
wykrywania. Wykorzystajcie też resztki elektroniki Wilda. Plan jest taki, przyjaciele. Tu będzie 
nasza wysunięta baza. Osłony próżniowe ukryjemy w hangarach oraz składach. Musimy trochę 
porozbijać   znajdujące   się   dookoła   budynki.   Posłużą   nam   one   za   kamuflaż.   Gdyby   nawet 
Tahnijczykom przyszło do głowy powtórnie sprawdzić Romney, stwierdzą, że to wymarła planeta.
                Resztę   roboty   Sten   zachował   dla   siebie.   Mogli   dokonać   jedynie   powierzchownego 
maskowania. Ale i tak mieli tu więcej szans niż na Cavite.
        
Rozdział czterdziesty ósmy
        
        Największy dylemat, który stanął przed istotami z 23. floty, to odpowiedź na pytanie, dlaczego 
Tahnijczycy nie uderzyli po raz drugi na Cavite.
                Zniszczenia   dokonane   przez   fregaty   Stena   -   unicestwienie   dwóch   krążowników   i 
szturmowców atmosferycznych oraz straty zadane “Forezowi” i okrętowi szturmowemu - to było o 
wiele za mało, by odstraszyć Tahnijczyków. Mogłaby do tego doprowadzić prawdopodobnie tylko 
zagłada   całej   floty   lady   Atago.   Co   do   jednego   nie   było   wątpliwości:   23.   flota   przestała 
komukolwiek   zagrażać.   Za   wyjątkiem   flotylli   Stena,   główne   siły   van   Doormana   zostały 
obezwładnione.
         Kwestia nieprzystąpienia do powtórnej inwazji na Cavite nurtowała także członków załogi 
lady Atago.
               Lądowania na innych układach zakończyły się sukcesem. Atago i admirał Deska właśnie 
zmieniali plany ataku, kiedy nadszedł rozkaz, aby lady Atago natychmiast stawiła się przed Radą 
Tahnu po dalsze instrukcje. Jej flota miała utrwalić zdobycze, ale nie dokonywać kolejnych natarć 
na siły imperium.
               Podczas oczekiwania na powrót Atago, komendant Deska popędzał komanda naprawcze 
pracujące na “Forezie” albo gapił się na ścienny ekran, ukazujący rozmiar tahnijskiej wiktorii.
               Kolor pomarańczowy oznaczał państwo Tahnu, błękit był zarezerwowany dla imperium. 
Czerwienią   naznaczono   tahnijskie   zdobycze.   Kiedy   ekran   przełączano   na   wskazywanie   czasu, 

background image

niezwykłe   wrażenie   robiły   czerwone   macki   rozpościerające   się   coraz   dalej   i   dalej,   w   głąb 
przestrzeni imperium. Coraz mniej układów jaśniało lazurem. Większość z nich znajdowała się u 
podstawy ekranu.
               Niebieski poblask przedstawiający Układ Caltora wywoływał w admirale uczucie wstydu. 
Przegrał. A Tahnijczycy nie darowują sobie porażek.
               Wszelkie cywilizacje nie militarystyczne miały wielki problem w komunikowaniu się z 
Tahnijczykami.   Tahnijską   “rasę”,   czy   też   “kulturę”   tworzyła   mieszanka   różnych   społeczności 
wojowników. Ich język opierał się na żołdackim żargonie i eksklamacjach. Co gorsza, Rada Tahnu 
uznała, że ich ludowi jest niezbędny właściwy, to znaczy militarystyczny, sposób porozumiewania 
się. Zatem wykwalifikowani lingwiści stworzyli coś, co nazwano “wspólną mową”, w której każde 
słowo miało kilka znaczeń.
        Trzy przykłady:
               Czasownik akolita znaczył  zarówno “poddawać się” jak i “ginąć”; czasownik meltah - 
“niszczyć” i “odnosić sukces”; verlach tłumaczono jako “zwyciężać” albo “hańbić”.
               Admirał  Deska wiedział,  jak wielkie  było  prawdopodobieństwo, że lady Atago, mimo 
protekcji lorda Fehrle’a, otrzyma rozkaz popełnienia rytualnego samobójstwa, by zmazać hańbę, 
która spadła na flotę. Wziąwszy pod uwagę rangę porażki, wątpił, by zadowolono się mniejszą karą. 
Deska wiedział, że przyjdzie mu podzielić los swej dowódczyni.
        Wciąż nakazywał sobie w duchu: nie myśleć, nie bać się, nie wątpić. I czekał, aż krążownik, 
który przywiezie lady Atago albo nowego dowódcę floty, połączy swoje śluzy ze śluzami “Kaso”.
        Śluzy zgrzytnęły. Na pokład weszła lady Atago.
            Deska pozwolił sobie na moment nadziei. Powiększył na ekranie ujęcie twarzy Atago. Jej 
klasyczne   rysy   nie   odzwierciedlały,   rzecz   jasna,   żadnego   uczucia.   Deska   wyłączył   monitor. 
Przyjdzie właściwy moment na poznanie wieści.
        I rzeczywiście, Deska wkrótce wysłuchał relacji Atago.
        Rada Tahnu nie była, naturalnie, zachwycona porażką. Inni admirałowie, którzy nie osiągnęli 
celów strategicznych, zostali już odwołani, zdemobilizowani albo przeniesieni w stan spoczynku. 
Deska domyślił  się, że i Atago miała  być  pozbawiona dowództwa. Ale ciągła  obecność wojsk 
imperialnych na planetach Caltora sprawiła, że odstąpiono od tego zamiaru i zaproponowano co 
innego. Deskę zdziwił fakt, że propozycja nie wyszła od lorda Fehrle’a, protektora Atago, lecz od 
lorda Pastoura.
        Tej rozmowy lady Atago nie przekazała admirałowi. 
        - Nie jest tak, jak się spodziewaliśmy - rzekł przemysłowiec. - Ale w tej porażce tkwi ziarno 
zwycięstwa.
        - Proszę kontynuować.
        - Sądzę - rzekł Pastour, patrząc na ścienny ekran, będący większą i dokładniejszą wersją tego, 
który miał Deska - że Układ Caltora jest równie ważny dla imperium jak dla nas.
        - To prawdopodobne - zgodził się Fehrle.
        - Zgadzamy się też wszyscy, iż sukces możemy odnieść między innymi dlatego, że Imperator 
kieruje się w swym postępowaniu w równym stopniu emocjami jak logiką.
        - To rzecz dobrze znana. Mów dalej.
        - Proszę o zrozumienie. Nie mam jeszcze doświadczenia jako członek Rady. Czasem muszę 
myśleć na głos. Sądzę też, że Imperatorowi potrzebne jest teraz zwycięstwo, żeby przekonać te 
istoty, które jeszcze nie połączyły się z nami, by pozostały mu wierne.
        - Oczywiście - powiedział lord Wichman.
        - Jeśli zatem wziąć pod uwagę oba te czynniki, powinniśmy spowodować przecieki z trzech - 
poprawka: z czterech - godnych zaufania źródeł wywiadowczych, że porażka w Układzie Caltora 
była skutkiem złego dowodzenia i użycia wojsk drugiej linii.
        - Aha - Wichman kiwnął głową.
        - Może uda się nam skłonić Imperatora, by poświęcił obronie tego systemu więcej sił niż tylko 
szczątki floty, którą nieomal pokonaliśmy. Jak tylko posiłki wylądują, zaciągniemy sieć.

background image

        - To brzmi dobrze - ocenił lord Fehrle. - Jeszcze jedno... - Nacisnął guzik nagrywania. -...23. 
flota jest marnie dowodzona. Toteż nie powinniśmy czynić żadnych zmian w naszych siłach, żeby 
nie zaalarmować tego van Doormana. Plan wygląda świetnie. Lordzie Pastour, podziwiam pańską 
przebiegłość wojenną.
        Popatrzył na zebranych i już wiedział, że nie musi urządzać głosowania.
        - Chciałbym jeszcze coś zasugerować - powiedział lord Wichman. - Czy nie byłoby wskazane 
wzmocnienie sił lady Atago jedną z naszych rezerwowych flot inwazyjnych? W ten sposób wojska 
imperium zostaną nie tylko pokonane, ale ulegną całkowitej zagładzie.
        Popatrzył przez długość stołu na lorda Fehrle’a.
        - Takie wydamy rozkazy - zawyrokował przewodniczący Rady. Odwrócił się w stronę ekranu, 
na   którym   widniał   obraz   lady   Atago.   -   To   wszystko,   pani.   Dokładne   polecenia   operacyjne 
prześlemy ci wtedy, kiedy wrócisz do swojej floty.
         Ekran zgasł. Fehrle patrzył na gładką szarość. Lepiej, żeby teraz ci się powiodło w bitwie, 
pomyślał. Bo jak jeszcze raz popełnisz jakiś błąd, to już nie uda mi się ciebie osłonić.
               Rozkazy wysłano, zanim krążownik Atago wystartował z Heath. Siły Atago wzmocniono 
trzema   dywizjami   desantowymi   z   zaopatrzeniem,   transportem   i   szturmowcami.   Przecieki 
wywiadowcze natychmiast przeniknęły do imperium.
        Zupełnie niepotrzebnie. Władca rozkazał już Mahoneyowi i jego Pierwszej Gwardyjskiej, żeby 
założyli wysuniętą bazę operacyjną na Cavite.
        
Rozdział czterdziesty dziewiąty
        
        Jedyną szansą na przetrwanie dla czterech fregat Stena było pojawiać się tam, gdzie nikt ich 
się nie spodziewał. Nawet tahnijska korweta, miała wystarczające uzbrojenie, żeby zniszczyć okręt 
klasy “Bulkeley”. Sten polecił swoim podkomendnym, żeby zachowywali się jak płotka w stadzie 
rekinów.
        Po wyszukaniu ukrytej bazy, należało wybrać cele. Chodziło o to, żeby po ataku okręty mogły 
gdzieś czmychnąć.
               Trzy systemy w pobliżu Caltora aż roiły się od tahnijskich okrętów w pełnej gotowości 
bojowej, szukających  okazji do walki i zwycięstwa.  Tymczasem,  ludzie Stena mieli  uderzać  z 
zaskoczenia i zadawać maksymalne straty.
        A to oznaczało atakowanie tahnijskich linii zaopatrzenia.
        Tahnijczycy oczywiście, najbardziej strzegli swoich konwojów w pobliżu Układu Caltora. Ale 
jak rzecz się przedstawiała bliżej ich własnych systemów? Wydawało się nieprawdopodobne, żeby 
marnowali   paliwo,   okręty   i   ludzi,   jeśli   jedyne   siły   imperialne,   jakie   pozostały   w   tej   części 
wszechświata,   to   były   resztki   floty   van   Doormana.   Z   pewnością   sądzili   też,   że   fregaty,   które 
dokonały spustoszenia w ich siłach inwazyjnych nad Cavite, miały zbyt krótki dystans, żeby móc 
sięgnąć w głąb państwa Tahnu.
                W   rzeczy   samej,   pod   względem   uzbrojenia   fregaty   obliczono   na   krótki   zasięg.   Ale 
dysponowały one dużą ilością paliwa. Wszystkim okrętom tej klasy wystarczało AM2 na pół roku 
służby.
        Sten łudził się nadzieją, że Tahnijczycy będą rozumowali logicznie.
        Cztery fregaty rozpoczęły żywot pasożytów. Ludzie Stena pożyczyli statek mierniczy, którego 
napęd został uszkodzony w czasie bombardowania. Odholowali okręt z Cavite - w tej operacji 
bardzo przydały się umiejętności Tapii - i załadowali go zapasami zgromadzonymi na Romney. 
Potem wystartowali, nadal ciągnąc statek na holu.
        Obrali kurs na planety okupowane teraz przez Tahnijczyków. Gdzieś w przestrzeni dokonali 
zwrotu i zanurkowali w głąb Tahnu.
        Poruszali się bardzo powoli, z wysuniętymi czujnikami. Mijała godzina za godziną, wachta za 
wachtą. Wiedzieli - a raczej mieli cholerną nadzieję - że wykryją tahnijski statek kosmiczny, zanim 
sami pokażą się na jego ekranach. Nie szukali na ślepo. Sten założył, że przynajmniej jedna linia 

background image

zaopatrzeniowa   będzie   wiodła   z   Heath,   stolicy   Tahnu,   w   stronę   świeżo   zajętych   systemów   w 
okolicy Cavite. Nakreślił na mapie spodziewane trasy tahnijskiej żeglugi.
            Upływały już dwa tygodnie pobytu w przestrzeni, odkąd dokonali ostatniego uzupełnienia 
zapasów ze statku - bazy, który okrążał na ciasnej orbicie pewną nie zamieszkaną planetkę. Małe 
odświeżacze   powietrza   rzęziły   z   przepracowania.   Okręty   i   załogi   cuchnęły   jak   przenoszone 
skarpety. Sten pomyślał, że żaden z filmów wojennych nie wspomina o tym, że żołnierze śmierdzą: 
ze strachu, ze zmęczenia, z brudu.
        I wtedy rozdzwoniły się alarmy. Cztery okręty stanęły w pełnej gotowości bojowej i czekały 
na rozkazy.
         Na jednym z ekranów Stena pojawiły się cztery transportowce z nie osłoniętymi napędami. 
Purpurowe pochodnie u końców kadłubów natychmiast zdradzały położenie pojazdów. Ale bardziej 
interesująca była seria migotań na drugim ekranie.
        - Bierzemy je? - zapytała Sh’aarl’t z “Claggetta”.
        - Nie. Czekajcie w pogotowiu.
        Sten, Kilgour i Foss badawczo przyglądali się tym migotaniom.
        - Za małe na statki - odezwał się Alex.
        - Kutry - podsunął Foss.
        - Nie mogły odejść tak daleko od planety - powiedział Sten. - Czy wysyłają sygnały radiowe?
        Foss sprawdził na panelu.
               - Nie, panie kapitanie. Odbieramy tylko szum statyczny o niskiej częstotliwości. Może 
włączyli odbiorniki?
        - Albo jakiś transponder? A jeśli to superantena?
        - Cholernie mało prawdopodobne - orzekł Kilgour.
        Sten czekał, aż podejdą bliżej. Wsunął się za stanowisko dowodzenia Kilgoura i nałożył hełm 
wirtualny.
        - Przełącz mnie na wyrzutnię “Foxow”. Odpalić i wyłączyć uzbrajanie głowic.
        Szkot nachylił się i nacisnął przełącznik.
        Sten “widział” przestrzeń oczami radaru antyrakiety. Skierował pocisk w kierunku migotań. 
Poruszał się z minimalną szybkością. Pulsowanie światła zdecydowanie się nasiliło. Teraz radar 
przekazywał   Stenowi   obraz   kilkunastu   obiektów   postrzeganych   jako   mocne   błyski.   Komandor 
zmienił kurs pocisku i dodał mocy. Potem znów obrał inną trasę i czekał na analizę z okrętowego 
komputera.
               - Nie ma połączenia między tymi  jednostkami - powiedział Foss. - Ani fizycznego ani 
elektronicznego. Przynajmniej nie rejestrują tego przyrządy.
        - To wygląda na pole minowe - oświadczył powoli Sten.
        - Chrzanisz, chłopcze - odezwał się Alex. - Po co Tahnijczycy zakładaliby tu miny. Przecież 
prawie nie ma szans, żeby wleciał w nie jakiś nasz okręt.
        - A czy miny muszą być bierne?
        - Hmm... Coś w tym jest.
         Sten zdjął hełm i przeszedł do drugiego panelu na mostku. Foss myślał intensywnie, lekko 
uderzając palcami o zęby.
               - Być może szum statyczny pochodzi z ich odbiorników. Wie pan, to nie jest trudne do 
skonstruowania. Jasne! To można złożyć na desce do chleba. - Żargon elektroniczny nie zmienił się 
wiele przez stulecia... i nadal laicy niewiele z tego rozumieli. - Chodzi mi o to, panie kapitanie, że 
łatwo zmajstrować podobne cacko. Zastawia się minę z odbiornikiem i nadajnikiem. Własne okręty 
mają identyfikator, więc mina wie, żeby za nimi nie lecieć. A jak w zasięg jej działania dostanie się 
ktokolwiek inny, mina aktywizuje się i wali w niego. Jeśli ktoś chciałby być chytry, to mógłby 
zaprogramować miny w ten sposób, że będą krążyć  w przestrzeni albo same się rozbrajać. Ich 
obwody wyglądają prawdopodobnie tak... - Foss wygasił ekran i sięgnął po pióro świetlne.
        - Później zajmiemy się tymi schematami, chłopcze - powiedział Kilgour. - Pytanie brzmi: co 
my z tym fantem poczniemy?
        - Może nie są ustawione na tak małe jednostki jak fregaty zastanawiał się Sten.

background image

        - Może tak, a może nie. Chcesz się założyć?
        - Moja mamusia nie wydała na świat głupka.
        - To znaczy, że nie dobierzemy się do tego konwoju.
                -   Niekoniecznie.   A   poza   tym,   czy   musimy?   Panie   Kilgour,   niech   pan   każe   matowi 
przygotować trzy skafandry kosmiczne.
        
         - Chłopak może zginąć - rzekł ponuro Kilgour. We trzech zawiśli o kilka cali od jednej z 
tahnijskich min.
        Sten, Foss i Kilgour opuścili “Gamble”, przekazując dowodzenie inżynierowi Hawkinsowi. Do 
pola minowego podwiózł ich nie uzbrojony “Goblin”, napędzany AM2. Sten był prawie pewien, że 
pocisk ma za małą masę, żeby uaktywnić minę. Życie śmiałków zależało od tego “prawie”...
        O pół kilometra od celu Sten zatrzymał “Goblina”. Posługując się napędem zamontowanym w 
skafandrach, zbliżyli się do ustawionego ładunku.
               Mina miała około pięciu metrów długości. Była cylindrycznego kształtu. Z jednej strony 
wystawały dysze napędu. Leżała w wyrzutni o pięciometrowej średnicy.
        Okrążali minę ostrożnie, dopóki się nie upewnili, że nie zastawiono przy niej żadnych pułapek. 
Potem przysunęli się do urządzenia wyglądającego na pulpit sterowniczy. Foss wyjął z kieszeni 
skafandra śrubokręt nasadkowy.
        - Spróbować, panie kapitanie?
        - Czemu nie?
         Sten przełączył mikrofon na “Gamble” i zaczął opisywać czynności. Jeśli Foss się pomyli i 
mina eksploduje, następny zespół, który chciałby ją rozbroić - o ile znaleźliby się ochotnicy - nie 
popełni tego samego błędu.
        Foss podłączył śrubokręt do napędu elektrycznego.
        - Wyciągamy pierwszą śrubę, na dole po lewej stronie... wygląda na standardową. Pierwsza 
śruba wyciągnięta. Druga śruba, górna prawa. Jest. Trzecia śruba, lewa na dole. Wszystkie usunięte. 
Pokrywa jest wolna. Odsuwamy ją o dwa centymetry. Nie widać połączeń między pokrywą a miną.
        Wszyscy trzej próbowali zajrzeć do środka urządzenia, podczas gdy Foss oświetlał je lampką 
punktową swego hełmu.
        - Co tam mamy?
        - Marna robota, panie kapitanie.
        - Foss, nie jesteś w szkółce niedzielnej dla elektroników!
        - Przepraszam, panie kapitanie. Jeśli się nie mylę... sposób, w jaki umocowali płytki... tak. To 
bardzo proste.
        - Tu mówi Sten. Wyłączam się na chwilę. Skończyłem. - Komandor rozłączył się z “Gamble” i 
odwołał obu marynarzy na bok. - Czy zdołamy rozbroić to bydlę, Foss?
         - Z łatwością. Wystarczy odłączyć którąkolwiek z tych płytek i całe żelastwo nadaje się na 
złom.
               - Więc musimy tylko sprawdzić, jaki zasięg rażenia mają te miny, rozbroić je i wtedy 
przejmujemy prowadzenie.
               - Kilgour trzy razy poklepał ciężką ręką wierzch hełmu Stena. Uderzenia, wymierzone w 
przyjacielskich   intencjach,   wprawiły   Stena   w   ruch   obrotowy.   Dowódca   fregat   zatrzymał   się 
wreszcie do góry nogami w stosunku do Alexa.
        - Biedaczysko - rzekł ze współczuciem Szkot. - Mózg ci musiało przepalić to dowodzenie.
        - Masz lepszy pomysł?
               - Jasne. Obmyśliłem bardzo perfidny plan. Nie będziemy się musieli angażować, żeby 
sprowadzić na konwój śmierć i zniszczenie.
        - Mów śmiało.
        - A pozwolisz mi opowiedzieć chłopakom ten kawał o cętkowanych wężach?
        - Nigdy. Nawet, gdyby twój plan miał doprowadzić do wygrania tej wojny. No dalej, Kilgour. 
Przestań się mądrzyć i gadaj.
        Kilgour przedstawił szczegóły swojego pomysłu.

background image

        
        W konwoju znajdowało się osiem transporterów piechoty. Każdy z nich wiózł elitarny batalion 
desantowy. Miały wesprzeć siły przeznaczone przez Radę Tahnu do zdobycia Układu Caltora. Szły 
też trzy frachtowce z zaopatrzeniem. Towarzyszył im eskortowiec - mały okręt patrolowy, który 
służył raczej jako pilot niż osłona.
         Ich kurs wiódł o kilka sekund świetlnych od pola minowego. Dowódca konwoju, niedawno 
powołany z rezerwy, był bardzo zaniepokojony.
        Już wiele lat temu, kiedy służył jako kapitan floty handlowej, doszedł do wniosku, że maszyny 
są stworzone po to, żeby go prześladować. Im większy jest dany sprzęt, tym bardziej zabójcze ma 
intencje.   Natomiast   o   maszynach   zawierających   ładunki   wybuchowe   wolał   nie   śnić   nawet   w 
najgorszych koszmarach.
               Ten   tłumiony  w   podświadomości  przesąd   odżył  w  nim,   kiedy  wachtowy zameldował 
aktywność w polu minowym.  Potem raporty zaczęły napływać  lawinowo - miny przestały być 
bierne. Nadciągają.
               Dowódca konwoju sądził, że zepsuł się identyfikator, więc rozkazał, żeby zbliżyć się do 
innego okrętu.
        To posunięcie nie dało żadnego skutku.
         Ogłosił czerwony alert na wszystkich jednostkach. Załogi popędziły na stanowiska bojowe, 
wysunięto pokrywy antykolizyjne.
        Pociski zbliżały się do konwoju z każdą sekundą coraz szybciej.
               Piętnaście min uderzyło w jedenaście statków. Ładunki tak skonstruowane, żeby niszczyć 
okręty  wojenne,  toteż   lekko  opancerzone  transportowce  po  prostu  obróciły  się  w   kule   ognia  i 
wyparowały. Nie pozostało z nich nic poza rozchodzącą się falą energii.
        Załoga Stena, działając podług diabolicznego planu Kilgoura i Fossa, nie rozbroiła min. Foss 
przeanalizował sygnał identyfikacyjny wysyłany przez tahnijskie jednostki i tak przeprogramował 
miny, żeby rozpoznawały nadawane im impulsy jako sygnał naprowadzający na cel.
        Konwój zniknął. Ostał się tylko maleńki patrolowiec. Jak się okazało, Sten nie musiał być taki 
ostrożny: miny ignorowały obecność niewielkich jednostek.
        Sześć min, które nie zdołały odszukać celów, orbitowało bezładnie.
         Kapitan patrolowca powinien teraz dać pełną moc i błyskawicznie się oddalić, żeby złożyć 
raport.  Zamiast  to  zrobić,   otworzył   ogień  do jednej   z  min,   co  uaktywniło   wtórny program:   w 
wypadku ostrzelania, wyszukać cel.
               W przestrzeni rozkwitła ostatnia eksplozja. Zniknięcie całego konwoju stanie się już dla 
Tahnijczyków nigdy nie odgadnioną tajemnicą: jak mogło do tego dojść w całkowicie bezpiecznym 
i strzeżonym sektorze?
        Marynarze nie lubią tajemnic, ale uwielbiają o nich rozpowiadać. W krótkim czasie rozniosła 
się wieść, że na Pograniczu straszy! Mówiono: “Lepiej się nie zaciągaj na statek, który kursuje po 
tym rejonie, przyjacielu”.
         Zniknięcie konwoju zmusiło też Tahnijczyków do wycofania części eskortowców ze strefy 
przyfrontowej  - gdzie najbardziej ich potrzebowano - na zaplecze, dla ochrony i polowania na 
niewidzialnego   wroga.   Rada   uznała,   że   inwazji   dokonał   okręt-pułapka,   jakiegoś   imperialnego 
rajdera, zamaskowanego pod barwami Tahnu.
        Sten przeprogramował jeszcze cztery pola i nakazał powrót na Romney.
        Pokazał, że kontratak jest możliwy.
        

background image

Rozdział pięćdziesiąty
        
               - Moje gratulacje, komandorze Sten - powiedział admirał van Doorman, zwracając się do 
ekranu, na którym widniał meldunek o przebiegu akcji.
        - Dziękuję, panie admirale.
        - Wie pan - ciągnął dowódca 23. floty, podchodząc do osłoniętego okna swojego gabinetu - 
obawiam się, że w naszej marynarce wojennej panuje skostniałość intelektualna. Człowiek działa tu 
wedle   pewnych   standardów   i   sądzi,   że   niczego   nie   można   zmienić.   Myśli   się   czasem,   że   im 
mniejszy jest okręt, tym mniej może zdziałać. Myśli się, że pokaz siły wystarczy, żeby utrzymać 
bezpieczeństwo zewnętrzne imperium. Myśli się... do diabła, myśli się o zbyt wielu sprawach. Aż 
pewnego dnia wychodzi na jaw, że źle się myślało.
               Sten pomyślał, że było to całkiem uczciwe i obszerne wyznanie win ze strony admirała. 
Brakowało   jeszcze   samokrytyki   dotyczącej   umiłowania   pompy,   parady   i   blichtru.   Czy   van 
Doorman zrobi teraz coś rozsądnego? Na przykład poda się do dymisji, albo zażyje truciznę, jak 
Tahnijczycy, kiedy schrzanią robotę? Cha. Cha.
               - Postanowiłem  odznaczyć  pana  Orderem Zasługi  i  dać cztery Medale  Imperium  tym 
marynarzom pańskiego dywizjonu, których uzna pan za godnych takiego wyróżnienia.
        - Dziękuję, panie admirale. - Sten wolałby raczej dostać dwa zapasowe silniki do swoich fregat 
i nowe pociski na miejsce wystrzelonych.
        - Chciałbym, żeby pan i wybrani przez pana ludzie, stawili się u mnie o 14.00 w mundurach 
galowych.
        - Tak jest. Czy mogę zapytać, dlaczego?
        - Nastąpi uroczyste odznaczenie bohaterów. Dopilnuję, aby ceremonia została sfilmowana. A 
potem odbędzie się konferencja prasowa.
        - Panie admirale... hm... Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.
        - Cóż za skromność, komandorze! Odniósł pan zwycięstwo. A właśnie teraz Cavite, w ogóle 
całe imperium, potrzebuje krzepiących wieści.
        - Nie jestem skromny, panie admirale. Chodzi o to, że... są jeszcze cztery przeprogramowane 
pola minowe. Jeśli cokolwiek dostanie się do publicznej wiadomości... Panie admirale, to może 
zepsuć całą operację.
        Van Doorman zadumał się nad słowami Stena. Znów rozsiadł się za biurkiem i w zamyśleniu 
pocierał podbródek.
         - A czy moglibyśmy rozważyć, powiedzmy, odmienną interpretację przebiegu wydarzeń? - 
Należało to tłumaczyć: czy możemy zełgać?
        - Zapewne tak, panie admirale, ale... czy dziennikarze nie będą chcieli porozmawiać z moją 
załogą? Nie sądzę, żeby marynarze dali sobie radę z tym zadaniem. Nie przeszli treningu w zakresie 
dezinformacji.
        Kilgour zabiłby Stena za te słowa. Nikt nie mógłby równać się z Alexem w łgarstwie.
        To byłoby ryzykowne - zgodził się van Doorman. - Chyba ma pan rację. Na jakiś czas odłożę 
konferencję prasową. - Zmienił temat: - komandorze, jeszcze jedno. Nie zmienię rozkazów, bo 
świetnie pan sobie radzi jako wolny strzelec. Ale wolałbym, żeby skoncentrował się pan na mniej 
odległych celach.
        - Jakich?
               - O ile to możliwe, chciałbym, żeby pański dywizjon uderzył na bliżej położone układy 
okupowane przez Tahnijczyków.
        - Trudne zadanie, panie admirale. Mają bardzo szczelną osłonę.
        - To sprawa niezwykłej wagi.
        - A skąd taka decyzja, panie admirale?
               - Przygotowuję się do przeprowadzenia operacji. Za parę tygodni będzie mi potrzebne 
wsparcie   całej   floty.   Niestety,   na   razie   nie   mogę   zdradzić   szczegółów.   Przygotowania   są 
prowadzone z zachowaniem wszelkich środków ostrożności.

background image

        Tak skończył się krótki kontakt van Doormana z rzeczywistością. Sten mógłby wspomnieć, że 
ma   prawdopodobnie   wyższy   stopień   dostępu   do   tajemnic   niż   ktokolwiek   w   23.   flocie,   nie 
wyłączając admirała. Albo że cholernie trudno wspierać jakikolwiek atak - czy odwrót? - jeśli się 
nie wie, o co chodzi. Albo że ścisła tajemnica dla tych kołków ze sztabu van Doormana oznacza 
tyle, że gada się już o tym w klubie oficerskim.
        - Tak jest, panie admirale. Wraz z moim sztabem przygotuję dla pana kilka wariantów.
        - Doskonale, komandorze. Jeszcze raz gratuluję sukcesu.
         Sten oddał honory i wyszedł. Zastanawiał się, czy van Doorman nie zwariował. Warianty? 
Sztab?   Ładny   mi   sztab   -   czterech   oficerów,   jeden   chorąży   i   mrówkojad   bełkoczący   coś   znad 
butelki. Zaczął szukać Brijit.
        
        Sten podejrzewał, że spotka ją w jakimś romantycznym miejscu - na przykład w ukwieconej 
dolinie, z dala od odgłosów wojny. Miał też nadzieję, że Brijit zdążyła się już otrząsnąć po śmierci 
matki.
        Znalazł ją dwa i pół tysiąca metrów pod ziemią. Była ubrana w pochlapany krwią kombinezon.
            Ktoś w sztabie van Doormana okazał się bardzo rozsądną osobą. Nalot w Dniu Imperium 
spowodował, że szpitale pękały w szwach, a tahnijskie metody prowadzenia wojny sprawiały, że 
starożytny   znak   czerwonego   krzyża,   malowany   na   dachach   szpitalnych,   stanowił   po   prostu 
wyśmienite   oznakowanie  celu.   Toteż  ten   mądry  “ktoś”  przeniósł  szpital   bazy  pod ziemię,  pod 
osłonę litej skały. Ponadto, szpital znajdował się pod budynkiem, w którym przed laty mieścił się 
tahnijski konsulat dla Światów Pogranicza.
         Sten pomógł Brijit umieścić ofiarę na noszach i zapytał dziewczynę, kiedy kończy zmianę. 
Panna  van  Doorman   uśmiechnęła   się z  trudem  i powiedziała,   że  nazajutrz.  Sten  będzie  wtedy 
daleko, w przestrzeni.
        Tyle, jeśli chodzi o romantykę.
               Brijit udało się uśmiechnąć ponownie. Tym razem posłała Stenowi uśmiech zrozumienia. 
Wiedziała   doskonale,   co   dowódcy   fregat   chodzi   po   głowie.   Dziewczyna   zaprosiła   amanta   do 
zatłoczonej stołówki i wmusiła w niego kubek lurowatej kawy.
                Córka   admirała   zgłosiła   się   na   ochotnika   do   szpitala   w   dzień   po   pogrzebie   matki. 
Przedwojenny świat białych szortów, pełen nudy i wystawnych przyjęć zniknął bez śladu.
               Sten był bardzo poruszony i właśnie chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego, zaczął się 
uważnie przysłuchiwać relacjom Brijit.
               Mówiła, że doktor Morrison to, że doktor Morrisson tamto, i jak ciężko pracuje doktor 
Morrison, ilu ludziom życie razem uratowali. Sten pojął, że Brijit jest główną pielęgniarką doktora 
Morrisona. I jeśli nawet teraz znaleźliby się w tej ukwieconej dolinie, to na pewno dziewczyna 
poprosiłaby go, żeby uplótł wianek dla doktora Morrisona.
        No dobrze. Sten nie uważał się za ideał mężczyzny. Na dodatek, dowódca fregat, statystycznie 
rzecz biorąc, żył nie dłużej niż motyl.
        Rysy Brijit nagle złagodniały, twarz jej pojaśniała, oczy rozbłysły. Sten pamiętał, że jeszcze 
nie tak dawno w ten sposób patrzyła na niego.
        - O, tam idzie, to ona! Doktor Morrison!
               Komandor  Ellen  Morrison z  Imperialnego  Korpusu Medycznego  była,  Sten musiał  to 
przyznać, niemal równie piękna jak Brijit. Chłodno powitała Stena, jakby widziała w nim swojego 
potencjalnego pacjenta, i usiadła. Panna van Doorman schwytała doktor Morrison za rękę.
        Sten jeszcze przez parę minut podtrzymywał rozmowę. Potem dokończył kawę, pożegnał się 
pod jakimś pretekstem i wyszedł.
        Wojna zmienia wszystko, czego dotknie. Czasem nawet na lepsze.
        
               Kilka dni później van Doorman uzyskał to swoje upragnione zwycięstwo. A to dzięki 
imperialnej   fregacie   “Richards”,   porucznikowi   Estillowi   i   chorążemu   Tapii.   Przynajmniej   tak 
myśleli wszyscy za wyjątkiem Tapii.

background image

         Znajdowali się o tydzień drogi od Cavite, kiedy zobaczyli swój cel - jeden z monstrualnie 
wielkich tahnijskich okrętów szturmowych, stanowiących bazę dla szturmowców atmosferycznych. 
Okręt, według danych z “Jane’s”, był lekko opancerzony. Jeśli więc zdołało się go trafić, zanim 
załoga zdążyła  zamknąć wybrzuszenie dzielące na pół pokład startowy,  pojazd w okamgnieniu 
zamieniał się w pochodnię.
                Problem   polegał   na   tym,   że   olbrzyma   eskortował   krążownik.   Prócz   niego   okrętowi 
towarzyszyło z sześć niszczycieli, a wśród pełniących akurat wachtę marynarzy “Richardsa” nie 
było kandydatów na samobójców.
        Tapia pozwoliła Estillowi rzucić się na komputer i męczyć urządzenie przez dłuższą chwilę, 
zanim wystąpiła z pewną sugestią. Estill wiele już się nauczył w dywizjonie. Wiedział na przykład, 
że   postępowanie   wbrew   regulaminowi   czasem   popłaca.   Przekazał   więc   dowództwo   Tapii   i 
powiedział, że jeśli jej pomysł się sprawdzi, pozwoli na “wypuszczenie Kali”.
        “Richards” na pełnej mocy wyprzedził Tahnijczyków, dokonał niewielkiej korekty i zastygł w 
przestrzeni dokładnie w miejscu, w którym przebiegał kurs okrętów nieprzyjaciela. Tapia odjęła 
całą moc, włącznie z antygrawitacyjnymi  generatorami McLeana. Potem, wszystko co nie było 
uzbrojeniem,   zostało   wyrzucone   przez   luki   -   krzesła,   racje,   metalowa   folia   używana   jako 
zwierciadło dla radaru, dwa zapasowe skafandry kosmiczne.
        Czekali. Pani chorąży kazała wyłączyć nawet odświeżacze powietrza, wiec na okręcie wkrótce 
zapanował zaduch.
        Detektory biernej fregaty wychwyciły promienie namierzające wysyłane przez Tahnów.
        Nadal czekali.
        Jeden z tahnijskich niszczycieli wysforował się przed stado i wykręcił ósemkę w przestrzeni. 
Jego komputer najwyraźniej analizował obce ciało, które znalazło się na kursie.
        - To będzie interesujące - Tapia wyszeptała do Estilla.
         “Interesujące”! Porucznik użyłby innego słowa. Jeśli ich kamuflaż - udawanie wraka - nie 
zmyli przeciwnika, to wkrótce nastąpi atak tahnijskiego niszczyciela. Tapia nie była pewna, czy 
refleks załogi w połączeniu z mocą silników “Richardsa” pozwoli im w porę zrejterować.
         Bierne ekranowanie przeprowadzane przez “Richardsa” niczego nie wskazało. Tapia znów 
zaczęła oddychać. Gdyby podstęp się nie udał, czujniki rozpoznałyby własny komputer pokładowy.
        - Teraz, poruczniku!
        Estill kiwnął głową. Tapia podłączyła zasilanie do jego panelu sterowniczego. Estill namierzył 
okręt szturmowy wroga za pomocą wiązki promieni. Cel podchodził coraz bliżej... bliżej... W końcu 
znalazł się w zasięgu rażenia.
        Tapia podłączyła moc do swojego pulpitu. To samo zrobił inżynier pokładowy... I “Richards” 
ożył. Dwie sekundy później, Estill odpalił “Kali”.
        Na okręcie Tahnijczyków rozległy się alarmy. Niszczyciele wkroczyły do akcji. Krążownik na 
pełnej mocy parł do przodu, próbując ocalić konwojowaną jednostkę. Okręt szturmowy zaczął robić 
uniki.
        Tapia była zbyt zajęta, żeby widzieć, co się dzieje. Dała pełną moc. Wprowadziła “Richardsa” 
na orbitę ratunkową. Obchodziło ją teraz tylko jedno - wyjście ze strefy zagrożenia.
        Zaledwie kilka sekund dzieło “Kali” od celu, kiedy okręt szturmowy wystrzelił antyrakiety z 
wyrzutni dziobowych. Nie pomogło.
        Istnieje zasada, że oficer obsługujący wyrzutnię do ostatniej chwili powinien być w kontakcie 
z wystrzelonym pociskiem. Ale Estillowi kojarzyło się to z nagłą śmiercią. Na ułamek sekundy 
przed wybuchem nacisnął przełącznik uzbrajający głowicę i błyskawicznie zdjął hełm wirtualny.
        Wybuch rozjaśnił tylne ekrany “Richardsa”.
        - Dostaliśmy go! - krzyknął Estill. Z powrotem założył hełm i odpalił stado “Goblinów”, żeby 
osłonić odwrót.
               Tapia odczytała wskaźnik odległości - do fregaty zbliżały się pociski wystrzelone przez 
nieprzyjaciół. Nie... nie zbliżały się. “Richards” je wyprzedził.
        Tapia miała tylko chwilę, żeby spojrzeć na główny ekran. Widniała na nim taka sama liczba 
świecących punktów jak przed dziesięciu minutami.

background image

               Nikt nie uwierzył Tapii. Jej wersję mogliby potwierdzić tylko Tahnijczycy.  Antyrakieta 
zdetonowała “Kali”, zanim pocisk zdołał uderzyć w okręt szturmowy. Cztery główne węgary okrętu 
zostały wygięte siłą eksplozji, ale wysunięte stocznie remontowe Tahnijczyków mogły w ciągu 
kilku dni naprawić te uszkodzenia.
        Tapia próbowała powiedzieć, co widziała na ekranie, ale nikt nie chciał słuchać słów prawdy.
        Porucznik Ned Estill stał się bohaterem dnia. Van Doorman odznaczył go Krzyżem Galaktyki, 
nie zważając na fakt, że ten order mógł być przyznawany tylko za wyraźną zgodą Imperatora. 
Dziennikarze oszaleli ze szczęścia: porucznik Estill świetnie uosabiał stereotyp bohatera. W ciągu 
kilku   godzin   jego   twarz   znali   wszyscy   mieszkańcy   imperium.   Równie   szeroko   roztrąbiono 
szczegóły akcji.
         Tapia prywatnie powiedziała Stenowi, jak jej zdaniem wyglądał przebieg wypadków. Sten 
przemyślał to i kazał Tapii nie wspominać nikomu, co naprawdę się stało. Imperium potrzebowało 
nowego   bohatera,   a   sam   Estill   nie   kłamał.   On   naprawdę   wierzył,   że   zniszczył   tahnijski   okręt 
szturmowy.
                Sten   wydał   jednak   rozkaz,   żeby   oficerowie   i   specjaliści   od   uzbrojenia   trenowali   na 
symulatorach.  Raz mógł  się zdarzyć  błąd. Za drugim razem,  Estill może  już nie mieć  takiego 
szczęścia.
        A Sten wolał nie ryzykować utratę “Richardsa”.
        
        Porucznik Lamine Sekka kipiał z wściekłości. Rozmowa ze Stenem rozpoczęła się cierpko i 
doprowadziła nieomal do kłótni. Co gorsza, przyczynę do starcia dał Sekka.
                Sten   próbował   wcielić   w   życie   niejasne   instrukcje   van   Doormana   i,  w   miarę   swoich 
możliwości, szarpał Tahnijczyków na pobliskich planetach. To wymagało rozpoznania - orientacji, 
gdzie i jakie stacjonują oddziały oraz ile są one warte.
               Fregaty poświęcały zajęciom wywiadowczym ogromną ilość czasu, zanim przystąpiły do 
określania celów.
        Sekka znalazł jeden z najciekawszych obiektów, godnych ataku.
        Rysem charakterystycznym pewnej planety była długa na wiele tysięcy kilometrów rzeka. W 
okolicach delty rozciągała się rozległa równina aluwialna. To miejsce wydawało się wprost idealne 
do   zgrupowania   mnóstwa   oddziałów   piechoty.   Tahnijczycy   mieli   tam,   w   przybliżeniu,   dwie 
dywizje. Równiny używali jako tymczasowej bazy przed lądowaniem w Układzie Caltora.
               Porucznikowi udało się nawet określić prawdopodobny punkt stacjonowania dowództwa 
dywizji.
        Sten złożył mu gratulacje:
        - Dobrze. A teraz ich zabij, poruczniku.
        - Panie kapitanie?
        Sten był bardzo zmęczony i nieco poirytowany.
        - Powiedziałem: weź okręt, uzbrój go i zniszcz wroga.
        - Nie jestem dzieckiem, panie kapitanie! 
        Sten wziął głęboki oddech.
        - Przepraszam, Lamine. Ale, o co ci chodzi?
        - Chyba nie rozumiem zbyt dobrze, czego pan ode mnie wymaga.
        - Porozmawiajmy. - Sten szybko przypomniał sobie, jakim uzbrojeniem dysponują jego statki. 
- Oto moja rada. Opróżnij wyrzutnie “Goblinów”. Ustaw na ich miejsce działka szturmowe. Po 
osiem w każdej. Pozbądź się antyrakiet “Fox”. Możesz sobie zostawić najwyżej  dwie. Będą ci 
potrzebne dodatkowe pojemniki z nabojami. Wymontuj “Kali”. Na wrakowisku jest jakiś rozbity 
okręt bliskiego wsparcia. Powinny na nim jeszcze być jakieś taśmowe wyrzutnie rakiet. Zamontuj 
je na stanowiskach “Kali”. Musisz użyć jakichś dwu - może trzykilotonowych minibomb. Kiedy 
rozpoczniesz atak, myślę, że powinieneś je zrzucać w odstępach pięciosekundowych.
        - Czy to wszystko, komandorze? - zapytał Sekka drżącym głosem.
               - Gdybym wiedział, skąd wytrzasnąć jakiś milutki, penetrujący nerwogaz... ale nie wiem. 
Myślę, że to wszystko.

background image

        Sten rozmyślnie nie dostrzegał reakcji Sekki. Miał nadzieję, że dyskusja dobiegła końca. Mylił 
się. 
        Sekka skoczył na równe nogi.
        - Komandorze, nie jestem mordercą! 
        Sten też wstał.
         - Poruczniku Sekka. Słuchaj bardzo uważnie. I nic nie mów. Tak. Jesteś mordercą. Twoje 
zadanie polega na zabijaniu żołnierzy i marynarzy nieprzyjaciela. W każdy możliwy sposób. A to 
znaczy, że należałoby ich wydusić w kołyskach, gdyby komuś udało się zbudować machinę czasu! 
A do kogo strzelałeś, jak dowodziłeś swoim okrętem!? Do robotów?!
        - To co innego.
               - Cholera! Mówiłem, żebyś się zamknął, poruczniku! Chcesz, żeby Tahnijczycy najpierw 
zaokrętowali się na te swoje blaszane puszki, i dopiero wtedy na nich uderzyć? Czy to będzie takie 
szlachetne? A może mamy czekać, aż wylądują tutaj, na Cavite? Poruczniku Sekka, twoja rodzina 
przez zbyt wiele pokoleń karmiła się ideałami. Lepiej, żebyś zrozumiał, że gdyby nie było wojen, 
wszyscy wojownicy powinni zostać wtrąceni do komór śmierci za morderstwa z premedytacją. 
Skończyłem. Wykonać rozkazy. Za czterdzieści godzin masz być w próżni. Odmaszerować!
        - Czy mogę coś powiedzieć, panie kapitanie?
        - Nie! Odmaszerować!
         Sekka zasalutował, zrobił w tył zwrot i wyszedł. Sten opadł na krzesło. Usłyszał, jak przy 
drugim wejściu do niskiej mesy “Gamble” ktoś śmieje się głębokim basem.
        Wszedł Alex. Znalazł sobie krzesło.
        - Ja już nie dowodzę jednostką bojową - jęknął Sten. - To jakaś cholerna szkółka niedzielna!
        - Biedny chłopak z tego Sekki - rzekł ze współczuciem Alex. - Wkrótce sobie pomyśli, że takie 
są reguły wojny. Może na pocieszenie opowiedziałbym mu ten kawał o cętkowanych wężach?
        Sten uśmiechnął się lekko.
         - Alex, kazałbym cię przeciągnąć pod kilem, gdyby “Gamble” takowy posiadał. Chodźmy, 
wyślemy naszych harcerzyków do łóżeczek.
        Sekka posłuchał rozkazów i wystartował. Jego plan został wykonany doskonale. A ta perfekcja 
miała posmak piołunu. Nocą wprowadził “Kelly” w atmosferę. Skrył się za frontem burzowym na 
morzu, daleko za linią horyzontu. Wprowadził okręt pod wodę i dopłynął do ujścia rzeki. Potem 
ostrożnie ruszył w górę rzeki i osadził maszynę na dnie, tuż koło bazy Tahnijczyków. Tahnowie nie 
patrolowali ani rzek ani mórz na tej planecie.
        Załoga była równie ponura i małomówna jak jej dowódca.
        Sekka uważał, że to, co ma zrobić, jest złem, ale postanowił wykonać rozkazy. Przypomniał 
sobie miesiące treningu unitarnego - wojsko najbardziej jest narażone na atak w godzinę po świcie. 
Wtedy każdy myje się, doprowadza do porządku mundur, je śniadanie, stara się unikać spotkania z 
podoficerami.
        Kiedy nadszedł czas, uniósł “Kelly” nad wodę i poleciał zygzakami w stronę kwatery głównej. 
Nastawił automatycznego pilota na lot na wysokości czterech metrów nad ziemią.
        Kiedy przekroczył granice koszar, rozkazał obsłudze działek otworzyć ogień. Potem osobiście 
zwolnił spust mikrobomb atomowych. Kiedy wybuchną, on będzie już wiele kilometrów stąd.
               Sekka   kazał   wyłączyć   wszystkie   tylne   ekrany.  Być  może,  komandor   Sten  miał  rację, 
twierdząc, że wszyscy wojownicy to mordercy.  Ale Sekka nie chciał oglądać swoich własnych 
czynów.
        Szturm trwał dwadzieścia minut. Po jego ukończeniu, kiedy “Kelly” przeszedł na napęd AM2 i 
poszybował wysoko w przestrzeń, jedna z kwater dywizji była kompletnie zniszczona, w drugiej 
straty sięgały czterdziestu procent. Z ponad dwudziestu pięciu tysięcy tahnijskich żołnierzy, prawie 
jedenaście tysięcy nie żyło,  albo odniosło śmiertelne  rany.  Obie  dywizje  przestały istnieć  jako 
formacje zdatne do walki.
                Porucznik   Lamine   Sekka   odmówił   przyjęcia   proponowanego   mu   medalu,   poprosił   o 
trzydniowy urlop i przez cały ten czas nie wychodził z zamroczenia narkotyczno-alkoholowego. 
Potem zwalczył kaca, ogolił się, wziął prysznic i przystąpił do dalszego pełnienia służby.

background image

        
        Sh’aarl’t odnalazła swój wielki cel. Problem polegał na tym, że nie bardzo było wiadomo, jak 
go zniszczyć, a jednocześnie nie dać się zestrzelić.
         Pajęczyca namierzyła tahnijskie składy amunicji. Tahnijczycy znaleźli otoczoną urwistymi 
zboczami   dolinę.   Jej   obraz   naszpikowali   rakietami   przeciwlotniczymi   oraz   laserami.   Okolicę 
ubezpieczyli  patrolami powietrznymi  oraz uzbrojonym  satelitą, krążącym  po niskiej orbicie tuż 
ponad atmosferą. Co gorsza, powierzchnia planety Oragent znajdowała się ciągle pod przykrywą 
chmur.
        Sh’aarl’t wytropiła trasy przelotów statków zaopatrzeniowych i przybliżone miejsce lądowania 
tych jednostek. Ruch był dość intensywny. Pajęczyca wywnioskowała, że na Oragencie jest jakiś 
magazyn, ponieważ lądowało tam bardzo niewiele okrętów wojennych.
        Postanowiła potwierdzić swoje przypuszczenia. Podkradła się do pojedynczego, pozbawionego 
eskorty statku i odpaliła rakietę starannie wycelowaną w komorę silnikową nieprzyjaciela. Potem 
zamierzała rozłupać kadłub “Foxami” i sprawdzić zawartość ładowni.
        Pocisk eksplodował i statek zamienił się w nicość.
        - Możemy przyjąć - rzekła do swojego oficera-zbrojmistrza - że okręt nie miał na pokładzie 
żywności.
        - No nie wiem, proszę pani. Tahnijczycy lubią pikantne żarcie.
               - Kiepski żart, panie zbrojmistrz. Ale skoro jesteś dzisiaj taki dowcipny, to powiedz, jak 
dobrać się do tego składu amunicji?
         Dobre pytanie. Rekonesans dokonany pod chmurami mógłby się dla marynarzy zakończyć 
tragicznie. Jeśli chciało się czegoś dowiedzieć, należało to zrobić bez podnoszenia alarmu w obozie 
Tahnijczyków.
        Sh’aarl’t osadziła “Claggett” na jednym z księżyców Oragentu i zaczęła układać plan.
         Po pierwsze, trzeba użyć kamery z bardzo długą ogniskową obiektywu. Pomocne też będą 
promienie podczerwone i analiza komputerowa. Dzięki temu zobaczy kolisty obszar, który służył za 
skład. Zaryzykowała kilka pomiarów laserowych i stwierdziła, że magazyn znajduje się w dolinie. 
Seria zdjęć w podczerwieni wykazała, że na dnie tej doliny widnieją plamy. Ich źródłem mogły być 
tylko   gorące   obiekty.   Podobne   nieregularne   okręgi   widniały   tu   i   ówdzie   na   stokach. 
Prawdopodobnie były to lądowiska otoczone laserami przeciwlotniczymi.
               Po tych odkryciach, Sh’aarl’t wróciła na Romney i przeprowadziła naradę ze Stenem i 
Kilgourem.
                Bez   trudu   ustalili,   czego   pod   żadnym   pozorem   nie   należy   robić.   Odpalenie   pocisku 
wycelowanego wprost w skład nie przyniosłoby pożądanego skutku. Nie przebiłby się przez osłonę 
złożoną z laserów i satelity. Być może na czas nalotu jednostka specjalistyczna zdołałaby rozstroić 
system zasilania nieprzyjaciela, ale w pamiętnym Dniu Imperium, 23. flota straciła wszystkie takie 
jednostki.
        - Problem polega na tym, że nie ma sposobu, aby się tam dostać - powiedziała Sh’aarl’t.
        - Poprawka, kochanie - odparł Alex. - Nie ma sposobu opartego na specjalistycznej technice. 
Tak chyba myślą sami Tahnijczycy.
        Sten zrozumiał aluzję Alexa.
        - Być może - rzekł z powątpiewaniem. - Ale nie sądzę, żeby ten palant van Doorman użyczył 
nam swoich marines do desantu. A jeśli nawet by się zgodził, to nie wiem, czy oni okażą się lepsi 
od reszty ludzi admirała.
        - Nie widzę potrzeby pożyczania czegokolwiek. My dwaj nie starczymy?
        - Co za “my”? - zapytała Sh’aarl’t.
        - Ja i nasz nieustraszony komandor Sten, rzecz jasna.
        - Domyślam się, że to nie jest twój kolejny głupi dowcip. 
        - Nie. Mówię bardzo poważnie.
        - Bzdura, panie Kilgour - stwierdziła Sh’aarl’t. - Uważacie się za nadludzi? Nie wiem, czego ty 
dokonałeś wcześniej, ale nasz nielękający się śmierci dowódca był po prostu zwyczajnym oficerem 
gwardii.

background image

        No cóż. Zarówno Alex jak i Sten ukrywali lata służby w Modliszkach.
        - Czyżbyś i ty się wahał, komandorze? Martwisz się, że taki stary dziad, jak ja, nie da rady? A 
może zmiękłeś? Zauważyłem, że ostatnio urósł ci brzuch.
        Sh’aarl’t uznała to za skrajną niesubordynację i obrazę oficera. Czekała, aż padnie grom. Nic z 
tych rzeczy. Sten wyglądał tylko na urażonego.
        - Wcale nie utyłem, Kilgour.
        - Jasne, chłopcze. To tylko fałda na twoim skafandrze.
        - Wy mówicie serio!? - spytała zaskoczona pajęczyca.
        - Myślę, że nie ma innego sposobu, żeby dobrać się do tego składu - odparł Sten.
               - Pamiętaj, że w imperialnym  regulaminie  jest artykuł  wyraźnie  nakazujący oficerowi 
zastąpienie przełożonego w kilku przypadkach. Cytuję: “gdy odniósł on uniemożliwiające pełnienie 
obowiązków obrażenia; gdy nie może wypełnić powierzonej mu misji, albo utracił równowagę 
umysłową.” Koniec cytatu.
        - W tej flocie, poruczniku, są sami straceńcy, potępieńcy i wariaci. Kto może nas sądzić?
        - W porządku. Spróbuję raz jeszcze. Dwóch matrosów nie da rady zająć całego magazynu z 
bronią.
        Sten i Alex popatrzyli na siebie. Skład z bronią? Do diabła, niejeden rząd układu planetarnego 
upadł, kiedy zajęli się nim dwaj funkcjonariusze z Sekcji Modliszki.
               - Domyślam  się, że masz jakiś plan. Chyba  nie chcesz rzucić się na oślep, wywijając 
kordelasem? - zapytał Sten.
        - Jeszcze niczego nie wymyśliłem - przyznał Alex. - Ale na pewno coś mi przyjdzie do głowy.
        - Nie męcz się, panie Kilgour. Wpadłem na pewien doskonały pomysł.
        - Nie mów...! No to jesteśmy ugotowani.
         - Jak stąd wyjdziesz, zechciej łaskawie poprosić pana Fossa, żeby oderwał tyłek od stołka i 
pofatygował się tutaj. 
        Sh’aarl’t patrzyła na nich krytycznie. Nie była głupia.
               - Bardzo interesujące - rzekła z namysłem. - Albo obaj dostaliście świra, albo ktoś mnie 
okłamuje.
        - Przepraszam?
               - Kiedyś słyszałam, że jak się służyło w siłach specjalnych, to potem ma się podrobiony 
przebieg służby. Są jakieś komentarze?
        - Fajne rzeczy opowiadasz, Sh’aarl’t. Na pewno później sobie o tym pogawędzimy. No, panie 
Kilgour. Czas ucieka.
        
         Wprowadzenie w życie planu Stena nie wymagało użycia zaawansowanej technologii. Ale 
metoda ataku w większej części opierała się na technice wojennej.
                Rozwiązanie   leżało   w   doskonałości   nowoczesnych   systemów   kontroli   ognia   i   obrony 
przeciwlotniczej. Dni, kiedy dzielni, bystroocy strzelcy skuleni za działkami otwierali ogień do 
przelatujących górą samolotów, minęły już dawno. W czasach Stena, miejsce odpalenia rakiety czy 
wypuszczenia   promienia   lasera,   było   oddalone   od   centrum   operacyjnego   o   kawał   drogi.   To 
centrum, wedle założeń komandora, znajdowało się pośrodku doliny i miało rozgałęziony system 
czujników ulokowanych na ziemi albo w powietrzu.
                Jeśli   kontrolowana   przestrzeń   została   naruszona,   stopień   zagrożenia   był   oceniany 
automatycznie,   a  zespół   przeciwlotniczy   przechodził   w  stan  pogotowia.  Cele,   w   zależności  od 
potrzeb, przydzielano rozmaitym rodzajom broni. Wtedy dopiero otwierano ogień.
                Prawdopodobnie   żadne   ze   stanowisk   przeciwlotniczych   z   osobna   nie   mogło   działać 
samodzielnie, gdy centrum sterowania uległo zniszczeniu. Załoga obsługująca poszczególne działa i 
wyrzutnie ograniczała się zapewne do jednego czy dwóch artylerzystów, dwóch techników obsługi 
i kilku wartowników.
               Broń była zdalnie naprowadzana na cel i w ten sam sposób odpalana, toteż jej obsługa 
wymagała trochę więcej czasu, niż gdyby akcja odbywała się na miejscu. Każde działo musiało też 
mieć zaprogramowaną martwą strefę. Na przykład - nie mogło strzelać do atakującego samolotu, 

background image

jeśli na drodze pocisku, rakiety, czy promienia znajdowało się inne działo. Ze względu zaś na to, że 
w dolinie zgromadzono materiały wybuchowe, żadne z dział nie mogło strzelać w dół.
                Sten   zaproponował,   aby   przeprogramować   cały   system   obrony   przeciwlotniczej.   Foss 
stwierdził, że nietrudno skopiować system. Kłopot polegał tylko na tym, że nowy program należało 
później wprowadzić do urządzeń tahnijskiej bazy.
        Na szczęście, nie wszystkie maszyny Tahnijczyków, zestrzelone nad Cavite w Dniu Imperium, 
były   całkowicie   zniszczone.   Sten   i   Foss   przeszukali   złomowisko,   dokładnie   przyglądając   się 
połączeniom   elementów   elektronicznych   używanych   przez   nieprzyjaciela.   Przejrzeli   też   broń 
porzuconą na Romney. Sten doszedł do wniosku, że musiała być tahnijskiej produkcji.
        Wreszcie zbudowali coś, co Foss nazwał “wichajstrem na wroga”. Składało się to: z pojemnika 
z urządzeniem kontrolnym anodyzowanym na taki sam kolor, jaki miała elektronika znaleziona we 
wrakach;   ze   zwisających   kabli   i   oddzielnego   źródła   mocy.   Wszystko   mieściło   się   w   dwóch 
plecakach o wadze dwadzieścia pięć kilo każdy.
        Suttonowi udało się wytrzasnąć dwa komplety fototropicznych kombinezonów maskujących, 
jakich używały Modliszki. Wóz bojowy został pokryty  powłoką absorbującą promienie  radaru. 
Zaopatrzono   go   też   w   pokrywę   odbijającą   fale   wysyłane   przez   czujniki.   Nic   nie   działało   bez 
zarzutu,  ale  Sten   uznał,  że   Alex  ma   rację:  Tahnijczycy  nie   będą  się  spodziewali   tego  rodzaju 
dywersji.
        Sh’aarl’t nalegała, żeby to “Claggett” przewiózł komandosów. W końcu nikt inny tylko ona 
odnalazła cel. Sten nie wiedział, czy zmierzwione włosy pokrywające ciało pajęczycy oznaczały 
złość, zaniepokojenie, czy przeświadczenie, że jej dowódca zwariował.
        Obniżyła lot “Claggett”, weszła do atmosfery z dała od bazy, potem leciała tuż nad ziemią aż 
do momentu, kiedy radary okrętu zaczęły przechwytywać sygnały nadawane przez bazę. Kolejny 
raz potwierdziła się wyższa jakość czujników produkowanych w imperium.
         Sten i Alex wyładowali sprzęt i wóz bojowy z kapsuły ładunkowej spuszczonej z pokładu 
fregaty. Ustalili, że miejsce ewakuacji będzie to samo. Spotkają się za dwa dni planetarne.
               Sh’aarl’t żałośnie pomachała za nimi czułkiem, śluzy zamknęły się z sykiem i “Claggett” 
wzleciał w powietrze.
         Sten i Alex wsiedli do wozu. Lecieli bardzo wolno, zaledwie metr nad ziemią. Zmierzali w 
kierunku składu amunicji. Nie poruszali się po linii prostej, wóz sunął do doliny zygzakiem. Gdyby 
nawet Tahnijczycy wychwycili niezidentyfikowany obiekt, to fakt, że nie zmierzał on wprost do 
bazy, uspokoiłby ich zapewne.
               Obaj   marynarze   byli   lekko  uzbrojeni.  Dysponowali  minipistoletami  automatycznymi  i 
czterema granatami. Mieli też kukri - wygięty nóż bojowy, którym nauczyli się posługiwać, gdy 
służyli w formacji gurkhów. Sten nosił jeszcze swój mały nóż, ukryty w pochwie wszytej w skórę 
przedramienia.
        Kiedy do doliny pozostało jakieś dziesięć kilometrów, Sten zatrzymał wóz bojowy i czekał na 
zapadnięcie   ciemności.   W   słabnącym   świetle   dnia   widział   krąg   skał   otaczających   skład.   Przez 
lornetkę zobaczył coś, co przypominało stary krater wulkaniczny o bardzo stromych zboczach. To 
dobrze - nikt zapewne nie będzie się spodziewać gości z tej strony.
         Gdy się całkiem ściemniło, Sten podjechał jeszcze kawałek. Zahamował u podnóża skalnej 
ściany. Obaj naciągnęli kaptury wyposażone w noktowizyjne gogle, włożyli plecaki i zaczęli się 
wspinać.
                Pokonanie   trasy   wymagało   wiele   wysiłku   i   sprytu,   ale   lina   okazała   się   niepotrzebna. 
Największy problem sprawiały kruche kawałki skały pod stopami. Gdyby któryś z nich poślizgnął 
się, to prawdopodobnie zjechałby na plecach na dół, a przy okazji uruchomił urządzenia alarmowe. 
Droga, którą uprzednio wybrali, wiodła w górę, ku stanowisku jednego z laserów przy wejściu do 
doliny.
               Wszystko wskazywało, że Kilgour rozumował prawidłowo - nikt nie szukałby tu jakiegoś 
głupiego piechura, próbującego wedrzeć się do środka.

background image

               Pierwsze urządzenie alarmowe, na które natrafili, było bardzo prymitywne - zwyczajna 
fotokomórka umieszczona metr nad ziemią. Jeśli tę planetę zamieszkiwały mniejsze zwierzęta, z 
powodzeniem mogły pokonać tę przeszkodę, nie przerywając strażnikom snu.
        Sten i Alex przeczołgali się dołem.
               Drugą linię obronną przyszło im forsować z większym trudem. Składały się na nią małe 
półkoliste sensory, nastawione zapewne na określony typ fizyczny intruza. Wszczynały alarm, jeśli 
wychwyciły w pobliżu coś o określonym kształcie, ciepłocie ciała i ciężarze, który powodował 
drgania ziemi. Kilgour już chciał przeprogramować sensor za pomocą standardowego wyposażenia 
elektronicznego, jakim posługiwały się Modliszki, ale ostatecznie zrezygnował. Okazało się, że 
system alarmowy nie był nawet włączony. Jednak na wszelki wypadek, Sten wyciągnął swój nóż, 
rozciął metaliczną pokrywę czujnika i mocno zamieszał w elektronicznych wnętrznościach.
               Jak do tej pory, misja przebiegała w sposób standardowy - rekrut w połowie szkolenia 
unitarnego gwardii zdołałby dokonać tego samego.
        Dalej powinny być druty alarmowe. Były. Obaj marynarze ostrożnie je przekroczyli.
            Wyłączyli zasilanie noktowizorów, położyli się płasko na brzuchach i zaczęli wypatrywać 
wartownika. Nad obrzeżem urwiska widniał kontur wielkiego lasera. Obok stały dwa barakowozy, 
w których zapewne mieszkała załoga.
        Sten rozejrzał się, używając lornetki noktowizyjnej, nastawionej na bierny odbiór. Jeśli ktoś 
inny też korzystał z noktowizora, Sten natychmiast namierzyłby tego osobnika. Nic. Przełączył 
urządzenie na odbiór aktywny.
        Znalazł strażnika. - Siedział na stopniach jednego z barakowozów. Broń stała obok, oparta o 
ścianę.   Wydawało   się,   że   mężczyzna   jest   bardzo   zainteresowany   tym,   co   się   dzieje   na   ziemi, 
między jego butami.
               Sten wyobraził sobie, jak Alex mruczy: - ruszamy. Znów założyli kaptury i podpełźli do 
lasera.
        Kilgour znalazł łącza prowadzące z lasera do centrali. Stwierdził, że nie mają zamontowanego 
alarmu, więc szybko je porozpinał. Z plątaniny kabli przy własnym urządzeniu wybrali właściwe 
przewody. Szczęście im dopisało - jedna z końcówek, w które Foss wyposażył przewody, pasowała.
        Wepchnęli urządzenie pod podstawę działa i przymocowali je, wraz ze źródłem zasilania, do 
płyty stanowiącej fundament lasera. Alex odbezpieczył zawleczkę na kontrolce. Pojawiła się blada 
poświata. Jeśli wszystko inne funkcjonowało równie dobrze, cel został osiągnięty.
        Sten i Alex znów zniknęli w ciemnościach i ześlizgnęli się do wozu bojowego. Sten był niemal 
pewien, że fortel nie zadziała. To niemożliwe, żeby coś tak wyrafinowanego i chytrego bez zarzutu 
spełniło wszelkie oczekiwania.
        Interesujący może być następny etap. O ile uda im się dotrzeć na “Claggett”.
        Stali na mostku “Claggett”, stłoczeni jak sardynki. Sten i Alex koniecznie chcieli widzieć, czy 
plan się powiódł.
        Sh’aarl’t wprowadziła okręt w atmosferę na granicy zasięgu czujników tahnijskiego satelity, 
po czym zanurkowała w dół.
        Mieli nadzieję, że to wprowadzi w ruch obronę przeciwlotniczą.
        Pajęczyca wystrzeliła też dwie zdalnie sterowane maszyny latające.
        Były tak zaprogramowane, żeby czujniki nieprzyjaciela odbierały je jako fregaty. Sh’aarl’t i jej 
zbrojmistrz założyli hełmy wirtualne.
        - Odległość: cztery kilometry... - mruczała ośmionoga dama. - Namierzyli nas... trzy kilometry.
               Centrala nakazała całej samonaprowadzającej się artylerii otworzyć ogień. Rzecz jasna, 
jednym z dział był laser, w którym Sten i Alex nanieśli pewne poprawki. Broń zwróciła lufę w 
stronę dna doliny. Zdalnie sterowane maszyny znajdowały się o dwa kilometry od celu, kiedy z 
krateru buchnął płomień i fioletowe światło. W powietrze wyleciało siedemdziesiąt pięciometrowej 
długości pocisków statek-statek. Kula ognia przetoczyła się po równinie. Wybuchły następne dwa 
magazyny amunicji.

background image

                System   obrony  przeciwlotniczej   strzelał   nadal.   Jedną   ze   zdalnie   sterowanych   maszyn 
dosięgnął promień lasera. Uderzyły w nią też trzy rakiety. Wyparowała. Sh’aarl’t zaklęła i ściągnęła 
hełm.
        Komputer centrali stwierdził wreszcie, że jeden z laserów ma awarię, więc go odłączył. Wtedy 
urządzenie   uruchomiło   własne   źródło   zasilania   urządzenia   kontrolnego   i   aktywizowało   drugi 
program. Laser, nastawiony na ogień szybki, rozsyłał impulsy po całej dolinie.
               W barakowozach rozdzwoniły się alarmy. Technicy wyskoczyli na zewnątrz. Ich działo 
systematycznie niszczyło to, czego miało strzec.
        Przerażeni i zdezorientowani strażnicy biegli ku panelowi sterowania, kiedy zdalnie sterowana 
maszyna latająca, ogarnięta płomieniami, runęła w głąb doliny. Skład amunicji zamienił się w kulę 
ognia.
                Sh’aarl’t   wyprowadziła   “Claggett”   na   pełnej   mocy   w   przestrzeń.   Niektóre   z   jej   oczu 
obserwowały   tylne   ekrany  -   czy   nie   zbliża   się  jakiś   tahnijski   myśliwiec,   ale   większość   uwagi 
skupiła na ekranie, który pokazywał płomienie i dymy strzelające niemal do krańców atmosfery. 
        Sten i Alex popatrzyli na siebie.
        - Podziałało - powiedział Sten z pewnym zaskoczeniem.
        - Jasne, czy którykolwiek z moich planów zawiódł?
        - Twoich?!
        - No, nie bądźmy drobiazgowi. Ty też miałeś w tym swój udział.
               - Pięknie - rzekł Sten z rezygnacją. - Rozumiem, i czuję się zaszczycony,  że w ogóle 
dopuściłeś mnie do spółki.
        
Rozdział pięćdziesiąty pierwszy
        
        Plan bitwy Xaviera van Doormana był gotów do wprowadzenia w życie. Admirał opatrzył go 
kryptonimem “Operacja Riposta”. Sten pewnie zmieniłby tę nazwę na “Ostatnie Tchnienie”, ale nie 
chciał zrażać bohaterów, zanim wejdą w dolinę śmierci.
        Van Doorman nie przejawiał jednak zbyt wielkiego optymizmu, kiedy zaczęła się odprawa.
        W sali zebrało się dziewięć osób: van Doorman, osobisty wróg Stena - komandor Rey Halldor, 
czterech kapitanów, dwóch poruczników, dowódca fregat. Kapitanowie byli szyprami niszczycieli. 
Porucznicy dowodzili trałowcami.
        Van Doorman przedstawił wszystkich, potem powiedział, że nie chce, żeby jego słowa wyszły 
poza salę narad bez względu na okoliczności. Miał zapewne rację, jako że to, co powiedział, mogło 
wprawić jakichkolwiek słuchaczy w stan przygnębienia.
        Admirał oświadczył, że Tahnijczycy są zapewne o krok od drugiego ataku na Cavite. Przyznał, 
że 23. flota nie zdoła odeprzeć inwazji.
        Ale nie można tylko siedzieć i czekać na uderzenie.
            Strategia van Doormana przypominała nieco taktykę Stena. Zamierzał uderzyć na wroga i 
popsuć im szyki. Resztki 23. floty jedynie powstrzymywałyby najeźdźców, dopóki imperium nie 
przyśle posiłków. A wtedy Tahnijczycy zostaną wyparci ze Światów Pogranicza.
        Sten wiedział z danych wywiadu, że nie ma co liczyć na wydajną pomoc ze strony imperium.
        Ale van Doorman przynajmniej wymyślił jakiś plan akcji. Stena nawet zaskoczył fakt, że plan 
nie był taki zły. Przynajmniej - nieźle został zaprezentowany podczas odprawy.
        - Proponuję - zaczął van Doorman - żeby z czterech niszczycieli utworzyć grupę bojową, którą 
nazwałem:   grupa   uderzeniowa   “Halldor”.   -   Skinął   głową   pod   adresem   stojącego   u   jego   boku 
komandora. - Rey Halldor będzie dowodził manewrami w czasie bitwy. Komandor Sten i jego 
związek taktyczny ustalili, że Tahnijczycy przesuwają siły uderzeniowe do następujących układów. 
- Rozjaśnił się ekran ścienny, ukazując bezpośrednie sąsiedztwo gwiezdne Cavite. - Tahnijczycy nie 
podejmują ryzyka.  Przemieszczają swoje siły,  korzystając z ekliptyk  układów jak z tarczy.  Ich 
jednostki poruszają się blisko planet, które w ten sposób służą im jako osłona. Konwoje są silnie 
chronione, ale wedle raportu komandora Stena, eskorta jest znacznie mniejsza na niskich orbitach 
planetarnych. Panowie, to podstawa naszego planu.

background image

                Pomysł   polegał   na  tym,   że   grupa   uderzeniowa   23.  floty  miałaby   się   zaczaić   tuż   nad 
powierzchnią powłoki atmosferycznej jednej z planet leżących na drodze tahnijskich konwojów. 
Należy zapewnić odpowiednie ekranowanie, żeby uchronić niszczyciele przed wykryciem przez 
wrogą eskortę.
        - A tak wygląda szyk statków w czasie natarcia - powiedział van Doorman.
               Rozbłysnął następny ekran. Przed niszczycielami zostały ustawione dwa trałowce. Same 
niszczyciele   szły   w   szyku   równoległym.   Admirał   przyznał,   że   nie   był   to   układ   idealny   dla 
nacierającej   floty.   Ale   w   bazie   pozostało   tylko   sześć   sprawnych   niszczycieli,   a   cztery   z   nich 
przeznaczył do grupy uderzeniowej i nie zamierzał stracić choćby jednego na polu minowym.
               Fregaty Stena miały ubezpieczać  skrzydła.  Van Doorman  liczył  na to, że jego okręty 
spenetrują osłonę konwoju, zanim zostaną wykryte.
        - Jeśli dopisze nam szczęście - powiedział - tak się stanie. Wtedy, komandorze Sten, wykona 
pan dodatkowe zadanie. Trzeba ostrzec grupę, gdyby okręty Tahnijczyków przystąpiły do natarcia.
        Dobrze, że przynajmniej mi nie kazał powstrzymać Tahnijczyków, myślał Sten. Niszczyciel 
wroga może unicestwić fregatę za pomocą uzbrojenia pomocniczego.
               Niszczyciele otrzymały rozkaz, żeby likwidować statki zaopatrzeniowe i unikać walki z 
okrętami wojennymi nieprzyjaciela.
                -   Kiedy   dostaniecie   się   między   zaopatrzeniowce   -   kontynuował   van   Doorman   lekko 
podnieconym głosem - będziecie jak lis w kurniku.
         Niszczyciele miały dokonać podwójnego przejścia przez konwój i odskoczyć. Dokończenie 
dzieła   przypadło   fregatom   Stena.   Po   akcji   eskadra   powinna   ruszyć   do   odwrotu,   w   ślad   za 
niszczycielami. Ostatnie odskoczyłyby trałowce, kładąc miny.
        - Wreszcie - powiedział Doorman - na skraju pola bitwy umieszczę się ja na “Swampscotcie”. 
Będę was krył. Wolałbym brać udział w ataku. Ale “Swampscott”... - Sten w myśli dokończył 
wypowiedź   admirała:   nie   trzyma   się   kursu,  nigdy  nie   brał   udziału   w   bitwie,   ma   pajęczyny   w 
wyrzutniach,  rozpadnie  się,   jeśli   dać  mu  pełną  moc.   Ale  przynajmniej  nikt   nie  powie,   że  van 
Doormanowi brakuje odwagi.
               Van Doorman skończył odprawę i wręczył oficerom koperty z rozkazami. Potem, bardzo 
wzruszony, stanął na baczność i zasalutował.
        - Darz “bór”! - rzekł podniośle. - Obyście wrócili z łupem.
        “Z łupem”! Sten był znacznie bardziej sceptyczny.
        W korytarzu zatrzymał Halldora.
        - Kiedy zaatakujesz - zaczął dyplomatycznie - jakim pójdziesz kursem?
        - Powiadomię twoją eskadrę o moich intencjach - odparł chłodno Halldor.
        Wspaniale, pomyślał Sten. Brijit wpadła teraz w rączki doktor Morrison. Obaj przegraliśmy, 
ale ty nie możesz się z tym pogodzić.
        - Nie o to mi chodzi - kontynuował. - Moje łódki będą na skrzydłach, a ty odpalisz pociski w 
różne strony. Rzecz w tym, żeby nikt z moich nie znalazł się na kursie twojej rakiety.
        Halldor zastanawiał się przez chwilę.
         - Powinieneś włączyć identyfikator, kiedy ruszymy do akcji... a ja wprowadzę twój kod do 
programu pocisków.
            - Nie zadziała, komandorze. I tak będziemy za bardzo odsłonięci. Jeśli jeszcze zaczniemy 
nadawać kod, to już koniec z nami. Może nastawiłbyś rakiety na większe obiekty. Wtedy pociski 
nie polecą za takimi kurduplami jak my.
        Halldor zmierzył Stena wzrokiem.
        - Jesteś bardzo ostrożny, prawda komandorze? 
        Chciałbyś klapsa w dziąsło, rzucił w myślach Sten. Ale tylko się uśmiechnął i powiedział:
        - Nie to, że ostrożny, po prostu tchórzliwy, komandorze Halldor.
        Zasalutował i wyszedł ze sztabu, żeby zwołać odprawę swoich oficerów.
        
               Bitwa na orbitach planety Badung mogłaby wejść do historii imperium i podręczników 
marynarki wojennej jako klasyczna akcja nękająca.

background image

        Ale stało się inaczej.
                Ponoć   kiedy   Napoleon   przed   wręczeniem   jednemu   ze   swoich   generałów   buławy 
marszałkowskiej słuchał o jego zwycięstwach, wykrzyknął: “Do diabła z umiejętnościami! Ale czy 
on ma szczęście?”
        Van Doormanowi - bez względu na inne cechy - szczęścia brakowało.
        Bitwa zaczęła się wzorcowo. Grupa uderzeniowa do ostatniej chwili nie została wykryta.
               Pojawił się tahnijski konwój - pięć tłustych transportowców, eskortowanych przez sześć 
niszczycieli, krążownik i flotyllę lekkich patrolowców.
        Halldor rozkazał atakować.
        I wtedy wszystko poszło źle.
        Niszczyciel Halldora wpadł na jakieś stare żelastwo wałęsające się po kosmosie. W pokładzie 
bojowym powstała dziura. Halldor przekazał dowodzenie na drugi niszczyciel, a sam zwisając na 
burtę, wycofał się pod osłonę “Swampscotta”. Trzy niszczyciele dalej prowadziły atak.
        Sten zmrużył oczy, wpatrując się w główny ekran “Gamble”. Nie musiał przenosić wzroku na 
ekran komputera pokładowego, żeby wiedzieć, co się stało.
               Trzy  niszczyciele  odpaliły  rakiety  przeciwpancerne,  nastawione   na  największy  zasięg. 
Przyczyn takiego postępowania było wiele - jedna z nich to fakt, że poza załogą Stena, żaden ze 
zbrojmistrzów i ogniomistrzów 23. floty nie brał udziału w prawdziwej walce. W czasach pokoju, 
w ramach ćwiczeń, odpalali zapewne po jednym ostrym pocisku rocznie, a starcia przy użyciu 
symulatorów, to jednak nie to samo, co prawdziwa bitwa.
        Inną przyczyną mogły być pogłoski o używanych przez Tahnijczyków rakietach do zwalczania 
okrętów. Ponoć miały one cięższe głowice, lepsze naprowadzanie i poruszały się szybciej niż te, 
które stosowała flota imperialna. Te pogłoski nie miały nic wspólnego z prawdą, choć tahnijskie 
niszczyciele okrętów rzeczywiście mknęły bardzo szybko. Tahnijczycy po prostu byli lepsi, bo w 
latach poprzedzających wybuch wojny ćwiczyli bardzo intensywnie.
        Trzecia przyczyna leżała w błyskawicznie rozchodzącej się plotce, że imperialne pociski mają 
jakiś poważny feler. Nie idą tam, dokąd sieje wyśle, nie słuchają programu i nie wybuchają w 
miejscu, w którym powinny. To z kolei należało uznać za całkowitą prawdę.
        Toteż trzy imperialne niszczyciele doszły tylko do połowy planowanej trasy i zawróciły. Po 
kilku   sekundach   jeden   z   nich   dostał   i   eksplodował.   Raport   złożony   po   akcji   stwierdzał,   że 
niszczyciel otrzymał trafienie pociskiem wystrzelonym przez krążownik nieprzyjaciela. Ale Sten 
widział, jak transportowiec wysyła stado rakiet o krótkim zasięgu.
        Pozostały dwa niszczyciele. Robiły odwrót na pełnej mocy. Kiedy dotarły już do sektora, w 
którym mogły liczyć na jaką taką osłonę ze strony “Swampscotta”, odpaliły po trzy pociski. Nie 
były wycelowane - stwierdziły to komputery pokładowe na fregatach Stena.
               Później, kapitanowie twierdzili, że ich rakiety osiągnęły cel. Wedle ich raportów, jeden 
tahnijski niszczyciel uległ zagładzie, krążownik został poważnie uszkodzony, a drugi niszczyciel 
także dostał, chociaż lżej. Pięć trafień na sześć strzałów.
        Niestety, raporty fałszowały fakty.
        Żaden z imperialnych oficerów nie kłamał. Na ekranach dowódcy widzieli eksplozje swoich 
pocisków tuż obok okrętów nieprzyjaciela i uznali, że trafili. Tak to zazwyczaj bywa w bitwach - 
ludzie widzą to, co chcą widzieć.
        Tylko jeden strzał okazał się celny.
               Prawdopodobnie Halldor zaniedbał wprowadzenia do programu rakiet danych na temat 
wielkości atakowanych obiektów, chociaż utrzymywał, że to zrobił. A może pociski same jakoś się 
rozprogramowały.
        Jedna rakieta trafiła - dokładnie w śródokręcie “Kelly”.
                Porucznik   Lamine   Sekka   zginął   wraz   z   załogą   -   dwoma   oficerami   i   dziewięcioma 
marynarzami.
        Jedna czwarta eskadry Stena przestała istnieć w ułamku sekundy.
        

background image

Rozdział pięćdziesiąty drugi
        
         Wracali na Cavite jak pies z przetrąconą łapą. Grupa uderzeniowa nie wypełniła zadania, a 
załogi Stena przeżyły ciężki szok. Służba na fregatach przypominała nieco działania w drużynach 
Modliszek - zazwyczaj  ponosili niewielkie ofiary,  byli specjalistami  od unikania ognia ciężkiej 
artylerii. Ale straty nieuchronnie się sumowały i w końcu, niewielu przyjaciół zostawało, żeby 
urządzić stypę.
        Grupa uderzeniowa kulała, bo w chwilę po tym, jak ocalałe jednostki schroniły się pod osłonę 
“Swampscotta”,   na   przestarzałym   okręcie   wybuchła   jedna   z   dysz   napędu.   Ostatecznie   to 
niszczyciele i fregaty osłaniały krążownik w drodze na Cavite.
               Ku ogólnemu zaskoczeniu, na Cavite roiło się od statków kosmicznych. Wielkie okręty - 
transportowce,   desantowce,   zespoły   bojowe   -   wypełniały   niebo   i   lądowiska   floty.   Na   skraju 
atmosfery zawisły dwa krążowniki liniowe.
        Stenowi przez moment zdawało się, że Tahnijczycy dokonali inwazji pod nieobecność grupy 
bojowej,  która   w   tym   czasie   tropiła   ich   konwój.   Ale  komputer   pokładowy   zamruczał   i   zaczął 
nadawać kody identyfikacyjne okrętów.
        Na Cavite zawitała flota imperialna wraz ze statkami pomocniczymi w wystarczającej liczbie, 
by przewieźć na planetę dywizję gwardii.
        Sten i Alex wymienili spojrzenia. Nie powiedzieli słowa - obok, przy pulpicie siedział Foss. 
Ale pomyśleli to samo: być może nie są przeznaczeni na straty, a wojna nie jest jeszcze przegrana. 
Z takimi posiłkami zdołają co najmniej powstrzymać Tahnijczyków.
            Jednostką, która przybyła na Cavite, okazała się Pierwsza Gwardyjska. Najlepsza, elitarna 
dywizja, jaką dysponowało imperium. Dowodził nią generał Mahoney, niegdysiejszy szef Stena i 
Alexa w Modliszkach.
               Wylądowali.  Sutton i obsługa naziemna dostali rozkaz uzupełnienia paliwa, zapasów i 
amunicji,   tak   by   start   mógł   nastąpić   natychmiast.   Dla   obsługi   “Kelly”   Alex   uczynił   wyjątek. 
Wiedział, że będą opłakiwać okręt oraz jego załogę i bez końca rozpamiętywać, czy czegoś nie 
przeoczyli, czegoś, co mogło się przyczynić do zniszczenia jednostki. Ludzie zajmujący się “Kelly” 
dostali sześciogodzinną przepustkę.
               Niewiele uciech czekało na wolnych od zajęć marynarzy w zrujnowanym Cavite City. W 
wielkiej   części   miasta,   nadal   zajmowanej   przez   tahnijskich   osadników,   zawsze   czyhało   jakieś 
niebezpieczeństwo. Lepiej było tam nie wchodzić, chyba że użyło się opancerzonych grawisań. 
Połowa sklepów należących do imigrantów z imperium stała wypalona, a ich właściciele uciekli.
               Ceny za przelot statkami handlowymi, których kapitanowie wykazywali się na tyle dużą 
zręcznością i odwagą, żeby przedrzeć się przez tahnijskie patrole, ustalano według bardzo prostej 
zasady - ile jest wart twój majątek w gotowiźnie? Tylko niezwykle bogaci ludzie mogli się starać na 
poważnie o kąt w zatęchłej ładowni.
         Sten napisał raport z przebiegu akcji. Potem on i Kilgour umyli się, ogolili, założyli swoje 
nieco zużyte mundury wyjściowe i poszli szukać kwatery głównej gwardii.
                Znaleźli   generała   Mahoneya   w   otoczeniu   podwładnych.   Kwaterę   dywizji   stanowiły 
transportery opancerzone zaparkowane o pół kilometra od lądowiska. Sten zdziwił się, że Mahoney 
nie pozostał na okręcie dowodzenia.
        Generał dojrzał ich, kiedy stanęli obok jego wozu. Wykonał trzy gesty: poczekać, za dziesięć 
minut, wpadłem w drakh.
         Dopiero po dwudziestu minutach ostatni oficer dostał rozkazy i odbiegł, żeby je wykonać. 
Wtedy Mahoney zajął się Stenem i Alexem.
               - Niezła flota - powiedział, wskazując na ekran monitora. - Podziwiajcie ją panowie, ale 
szybko. Bo za jakieś czternaście godzin już jej tu nie będzie. Nie wiem, jak nazywają taką operację 
w Akademii Sztabu Imperialnego, ale ja ochrzciłbym ją: “Wysiadka i Odlot”.
         - A co im się tak spieszy? - zapytał Alex. - Marynarka wojenna boi się, że pobrudzi sobie 
mundury?

background image

         - Istnieje ważniejszy powód - odparł Mahoney. - I gdybym za dwadzieścia minut nie miał 
narady sztabowej, to wyciągnąłbym butelkę i podał wam wszystkie szczegóły. A tak, tylko ogólnie 
przedstawię sprawę. Po pierwsze, Centralny Świat nie chce, żeby flota tu została. Jest niedobrze. 
Wy dwaj, obwiesie, pewnie już widzieliście tajne depesze, które dostał van Doorman z centrali?
        Widzieli - Sten po prostu nacisnął klawisz komputera, Alex natomiast pięknie się uśmiechnął 
do szyfrantki na “Swampscotcie”. Raporty były koszmarne.
        - Prawdziwy stan jest jeszcze bardziej opłakany - powiedział Mahoney. - Ładna ta flota, co? I 
duża. Ale pewnie zaskoczyłaby was wiadomość, że to jedyna nie tknięta siła uderzeniowa w tej 
ćwierci galaktyki?
        Sten mrugnął.
        Mahoney zrobił ponurą minę.
        - Tahnijczycy i wszyscy ich nowi sprzymierzeńcy niewiele oszczędzili. Dwie rzeczy mogą was 
zainteresować:   jak   do   tej   pory   nie   zdołaliśmy   wyprowadzić   ani   jednego   natarcia.   Zarówno 
przeciwko   samym   Tahnijczykom   jak   też,   w   celu   odbicia   któregoś   z   utraconych   układów 
gwiezdnych.  Ta flota dała osłonę moim transportowcom. Jak tylko  się wyładujemy,  wezmą na 
pokład wszystkich imperialnych osadników, którzy mają dość oleju w głowie, żeby się ewakuować. 
Potem wezmą dupy w troki i odlecą. Zostanie tylko kilka desantowców i łodzi patrolowych.
        Sten skrzywił się.
        - Niewielki mają wybór - ciągnął Mahoney. - Imperium nie może ryzykować utratę tej floty.
         - Coś mi się zdaje, że Pierwsza Gwardyjska już niezbyt długo będzie istniała - powiedział 
Sten.
        - Wesołek z twojego dowódcy - parsknął Mahoney do Alexa.
        - Tak jest, panie generale. On myśli, że wszyscy pójdziemy na przemiał.
        - Dobra. To, co powiem, jak i wszystko inne, jest ściśle tajne. Musimy utrzymać Cavite. I tak 
będzie, co ma być. A imperium potrzebuje przyczółka, żeby wyprowadzić natarcie.
        - Kto wpadł na ten idiotyczny pomysł?
        - Twój były szef - odparł Mahoney.
        Sten poczuł ogromne zakłopotanie. Nikt nie powinien obrażać Wiecznego Imperatora, nawet 
podczas całkiem nieoficjalnej rozmowy.
        - Przepraszam, panie generale. Ale mimo wszystko nie sądzę, żeby to poskutkowało.
        Chociaż w transporterze znajdowali się zupełnie sami, Mahoney zniżył głos:
               - Ja też, komandorze. Imperatorowi wydaje się chyba, że ciągle ma czas. Wcześniej czy 
później zwyciężymy. On obstawia, że wcześniej.
        - Chciałbym zadać osobiste pytanie. A co pan o tym sądzi?
        - Myślę, że ty, ja, gwardia i van Doorman ze swoją flotą, wszyscy skończymy jako najwyższej 
jakości męczennicy, doskonały materiał propagandowy dla rekrutowania ochotników do armii. No 
cóż, gorzej już być nie może - dodał szczerze.
        A jednak Mahoney się mylił. Mogło być gorzej.
         Trzy godziny później, zanim flota zdążyła rozładować zapasy, dwa tahnijskie niszczyciele 
uderzyły na bazę Cavite. Jeden został trafiony i zniszczony, a drugi odniósł ciężkie uszkodzenia w 
czasie odwrotu, ścigany przez krążownik.
        Ale admirał floty miał ścisłe i jasne rozkazy: jeśli Tahnijczycy dokonają jakiegokolwiek ataku, 
należy natychmiast się wycofać, bez względu na zaawansowanie wykonania misji na Cavite.
               Luki zamknęły się z sykiem. Imperialna flota wzbiła się w powietrze i zniknęła z pola 
widzenia, przechodząc na AM2. Niebo nad Cavite było równie puste, jak przed kilku godzinami. 
Na dole zostało ponad siedem tysięcy porzuconych imperialnych osadników.
               Dwa dni później na Cavite spadły tahnijskie bomby. Rozpoczął się nalot poprzedzający 
inwazję.
        

background image

Rozdział pięćdziesiąty trzeci
        
        Pierwszy atak był udany. Nawet bardzo.
                Okręty   wroga   wystrzeliły,   jeszcze   z   jonosfery,   czterdzieści   bomb   konwencjonalnych. 
Wszystkie miały podobne cele - imperialne centra łączności i stacje komputerowe. Trzydzieści 
jeden trafiło bezpośrednio, albo wystarczająco blisko, żeby dokonać znaczących zniszczeń. Sześć 
następnych uszkodziło centrale na tyle, żeby wyłączyć je z działania co najmniej na godzinę. Dwie 
bomby,   zanim   uderzyły,   zostały   zestrzelone   przez   drużynę   przeciwlotniczą   gwardii,   a   ostatnią 
przejęła łódź patrolowa.
                Te   pociski,   rzecz   jasna,   ktoś   naprowadzał   na   cel.   Mahoney,   wraz   ze   swymi 
wykwalifikowanymi technikami gwardii w niecałe trzy godziny dokonał analizy.
               Czy bomby mogły być zdalnie sterowane przez operatorów ulokowanych na tahnijskich 
okrętach?  Mało prawdopodobne. Trafiały nie tylko  w stałe centrale  23. floty - włączając w to 
najważniejsze ze wszystkich centrum sygnałowe - ale również w trzy mobilne punkty łącznościowe 
Mahoneya.  Żaden operator nie wykazałby się takim refleksem,  żeby spostrzec antenę i zdążyć 
jeszcze zmienić tor spadającej bomby, naprowadzając ją dokładnie na cel.
        Specjaliści Mahoneya nie wykryli też śladu transmisji skierowanej na bomby.
               Van Doorman, którego zdolności w dziedzinie elektronicznej zatrzymały się na poziomie 
rozumienia zjawiska łuku elektrycznego, miał własną teorię: Tahnijczycy skonstruowali tajną broń.
         Nikogo nie zdziwiło, że analizy dokonywane przez techników floty były powtórzeniem tej 
teorii. Chłopcy dobrze wiedzieli, po której stronie układu scalonego leżą konfitury.
        Mahoney uprzejmie wysłuchał admirała i zajął się swoimi sprawami. Wiedział już trochę na 
temat tego, co się stało. Jego ludzie nie próżnowali.
        W każdej armii znajdzie się element fanatyzmu. Każda armia ma też tendencję do trzymania 
się schematu, który raz, czy dwa razy okazał się słuszny. Dzieje się to do chwili, aż wyjdzie na jaw, 
że wróg na tym korzysta. To prowadzi do tak zwanych strat od przyjaznego (bardzo) ognia, czasem 
zatrważająco   wysokich.   A   niekiedy   nawet   taka   lekcja   nie   oduczy   twardogłowych   wojaków, 
popełniania ciągle tych samych błędów.
         Na przykład, w czasie wojen na starożytnej Ziemi, w latach 1914-1918, sytuacja na froncie 
była patowa. Obie strony ugrzęzły w okopach. Dowódca jednej z wojujących stron, niejaki Haig, 
rozkazał swoim żołnierzom, żeby poszli do ataku w szyku paradnym. W ciągu tego jednego dnia 
zginęło sześćdziesiąt tysięcy ludzi.
         Po takiej jatce, ktoś, kto zachował jeszcze odrobinę rozsądku, podałby się do dymisji albo 
zmieniłby taktykę.  Ale poza nielicznymi  wyjątkami,  ten sam schemat  działań  stosowano przez 
prawie całą wojnę, aż do całkowitego wykrwawienia się armii. Za każdym razem liczba ofiar była 
katastrofalnie wielka.
               Tahnijczycy charakteryzowali się podobnym lenistwem umysłowym. Ich metoda - użycie 
agentów naprowadzających bomby i rakiety za pomocą lasera - sprawdziła się wcześniej na ponad 
stu planetach. Nie widzieli potrzeby, żeby zmieniać taktykę na czas bombardowania wstępnego 
Cavite City. Szczególnie, że na miejscu mieli wielu wyćwiczonych agentów i gorliwych członków 
różnych   tahnijskich  organizacji  wywrotowych.   Tych  ostatnich   nie  brakowało   mimo   strat,  jakie 
przyniosła porażka w Dniu Imperium.
        Na decyzję lady Atago i admirała Deski o użyciu naprowadzanych na cel bomb duży wpływ 
miała zapewne rutyna. Drugi czynnik stanowiła pogarda, jaką oboje żywili dla wojsk imperium. Ale 
miedzy próżniakami i rekrutami 23. floty a twardzielami z Pierwszej Gwardyjskiej istniała ogromna 
różnica.   Imperium   nie   toczyło,   co   prawda,   żadnej   wielkiej   wojny  od   wielu   lat,   ale   ta   elitarna 
jednostka miała wiele doświadczenia. Używano jej w przypadkach nadzwyczajnej potrzeby, jako 
straży pożarnej imperium. Większość żołnierzy gwardii stanowili zawodowcy, a ponad połowa z 
nich przynajmniej dwadzieścia lat spędziła w różnych sytuacjach bojowych. Do ich specjalności 
zaliczały się walki uliczne i zabezpieczanie terenu.

background image

                Wokół   Cavite   City   było   rozmieszczonych   ponad   pięćdziesięciu   obserwatorów 
bombardowania.   Ukrywali   się   na   strychach   oraz   w   niezamieszkanych   budynkach.   Niektórzy 
operowali ze schowków w urzędach albo mieszkaniach.
        Użyto dwóch batalionów gwardii. Żołnierze działali w pięcioosobowych zespołach. Pierwszy 
pukał do drzwi i stawał z boku. Dwaj inni klękali po obu stronach z bronią gotową do strzału. 
Ostatnia   dwójka   cofała   się   nieco   i   kryła   pozostałych   przed   ewentualnymi   strzałami   z   okien. 
Jakikolwiek opór albo brak odpowiedzi - i drzwi wylatywały z zawiasów. Wszelkie podejrzenia, że 
w razie konieczności generał Mahoney wolność obywatelską miał za nic, były prawdziwe. Zresztą, 
jakakolwiek   komisja   śledcza   mogłaby   zacząć   procedury   tylko   w   przypadku,   gdyby   udało   się 
utrzymać Cavite. I oczywiście, po wygranej wojnie.
                Grawisanie   z   urządzeniami   do   wychwytywania   fal   radiowych   przemierzały   ulice   i 
prześlizgiwały się nad dachami domów.
        Zanim nadleciała druga fala tahnijskich fregat, żeby dokończyć bombardowania, znaleziono 
czterdzieści siedem punktów naprowadzania. Niektóre zostały zlikwidowane wraz z lokatorami, z 
innych Tahnijczycy uciekli zostawiając oprzyrządowanie. Kilkunastu zidentyfikowano i zabito w 
momencie, kiedy próbowali oświetlić cele.
         Bomby rozsypały się po całym mieście. Z punktu widzenia militarnego, to bombardowanie 
było   nieszkodliwe.   Zniszczono   tylko   trzy   ważne   obiekty.   Ale   samo   miasto   bardzo   ucierpiało. 
Zginęło sześć tysięcy cywilów. Armia jest jednak bardzo samolubna.
        Tahnijczykom nie udało się odlecieć bez szwanku. Fregaty Stena i eskadra łodzi patrolowych 
czekali   na   nich   na   upatrzonej   uprzednio   orbicie.   Zniszczono   dwanaście   okrętów   wroga. 
Nieprzyjaciel   spodziewając   się,   że   jego   naloty   wprowadzą   chaos   do   obrony   przeciwlotniczej 
Cavite, wysłali z misją okręty drugiej i trzeciej klasy.
               W odstępach trzygodzinnych nadeszły trzy następne fale tahnijskich maszyn. Za każdym 
razem okręty wroga były dziesiątkowane. Żaden z nalotów nie osiągnął celu operacyjnego. Zginęło 
natomiast bardzo wielu cywilów. Zarówno tahnijskich, jak i imperialnych.
        Wtedy lady Atago zmieniła taktykę.
        Sten zresztą uczynił to samo. Pod każdą fregatą kazał przywiesić drugie, opływowe kokony. 
Ich zawartość stanowiła elektronika używana zazwyczaj przez niszczyciele. Z kokonów po kablu o 
długości   pół   kilometra   biegły   sygnały   do   dziwnych   wielościanów   stojących   na   ziemi.   Fregaty 
zawisły na wysokości dwustu metrów nad głównym lądowiskiem.
        - Naprawdę uważasz, że to zadziała? - zapytał Alex.
        - Dlaczego nie? - odparł Sten.
        - Pomyśl inaczej: a jeśli pójdzie nam za dobrze?
        - Wtedy zginiemy.
        - Nie twierdzę, że jestem niezastąpiony, ale chciałbym jeszcze pożyć.
        Sten wydedukował, że skoro bombardowania przy użyciu pocisków naprowadzanych z ziemi 
spaliły na panewce, to kolejnym razem wróg przypuści bardziej konwencjonalny atak.
               I tak też było. Cztery tahnijskie niszczyciele weszły w atmosferę i oddały salwy zdalnie 
sterowanymi   pociskami.   Tym   razem   operatorzy   siedzieli   na   pokładach.   Rakiety   odpalono   z 
wysokości kilometra, około czterystu kilometrów od Cavite City.
        - Jest odpalenie... następne... - zaczął nagle meldować Foss monotonnym głosem. Oczy miał 
utkwione w ekran.
        Takie same meldunki składali elektronicy z “Claggett” i “Richardsa”.
               - Wszystkie okręty... gotowość bojowa - powiedział Sten. - Uruchamiać na mój rozkaz... 
Teraz!
                Tahnijscy   operatorzy   prowadzili   pociski   zarówno   radarem,   jak   i   za   pomocą   hełmów 
wirtualnych.   Rakiety   sterowane   tym   drugim   sposobem,   łatwo   było   zagłuszyć.   Tahnijczycy 
spokojnie przechodzili wtedy na kierowanie radarowe.
               Promienie naprowadzające namierzały wielkie metalowe obiekty.  Wróg przypuścił atak 
przeciwko resztkom 23. floty i tym nielicznym okrętom, które posiadał Mahoney.

background image

               Wykwalifikowani tahnijscy operatorzy w końcu znaleźli to, czego szukali... komputery 
powstrzymały pociski od uderzenia w pojedynczy okręt... cele rosły z sekundy na sekundę.
        - Pół naprzód - rozkazał Sten. 
        Fregaty uniosły się.
        - Macie je?
        - Hmm... tak. Wszystkie pociski zbliżają się do celu.
        - Cała naprzód... teraz! Trzecia kosmiczna... teraz! 
        Fregaty wystrzeliły w przestrzeń.
        Pociski były o włos od imperialnych statków - tak przynajmniej sądzili tahnijscy operatorzy. 
Naprawdę,   rakiety   zbliżały   się   nie   ku   stojącym   na   lądowisku   okrętom   23.   floty,   ale   ku 
wielościanom z urządzeniami antyradarowymi. Prawie wszystkie pociski miały włączony własny 
mechanizm  naprowadzający,  uaktywniający się w momencie  podchodzenia  do celu.  Próbowały 
polecieć za okrętami Stena.
                System   stabilizacyjny   został   rozregulowany,   rakiety  wyrwały   się  spod   kontroli.   Kilka 
ładunków, nadal kontrolowanych  przez operatorów, leciało  dalej. Na tahnijskich niszczycielach 
próbowano dociec, co się stało. Okręt nie może przecież zniknąć bez śladu.
               Sześciu rakietom, które goniły wielościany holowane przez okręty Stena, skończyło się 
paliwo. Włączył się program autodestrukcji...
        Sten nakazał odcięcie mocy. Tym razem się udało. Co będzie dalej?
        
Rozdział pięćdziesiąty czwarty
        
        Stenowi i jego załodze wydawało się, że czas biegnie jak szalony. Zamiast się odwoływać do 
zegarów i kalendarzy, mamrotali padając z wyczerpania: to było tego dnia, kiedy mieliśmy patrol 
rozpoznawczy w takim to a takim sektorze. Nie, wtedy eskortowaliśmy trałowce. Pamiętasz? To 
działo się wtedy, kiedy “Sampson” eksplodował. Pleciesz, wtedy wpadliśmy w zasadzkę.
         Nikt nie pamiętał dokładnie. Każdy był gotów podpisać cyrograf w zamian za dwie wachty 
nieprzerwanego snu, albo za posiłek, inny od zimnej brei łykanej w pośpiechu z konserwy, albo za 
kąpiel, choć o tym marzono bardzo po cichu.
               Śmierdziały  okręty,   śmierdzieli  marynarze.  Cuchnęli   strachem,  gazami  wydechowymi, 
ozonem,  potem i przegrzaną  izolacją. Zaczynali  mieć  awarie.  Zepsuła się wyrzutnia  “Kali”  na 
“Richardsie”. To nie miało większego znaczenia. Na składzie pozostały tylko trzy wielkie rakiety. 
Oba działka na “Claggett” mogły prowadzić tylko ogień ciągły,  a ich komputer stracił połowę 
pamięci.   Okrętowi   flagowemu   Stena,   “Gamble”,   pozostało   jedynie   sześć   sprawnych   wyrzutni 
“Goblinów”.
               Wszystkie napędy Yukawy nadawały się na złom. Już dawno, dawno temu przekroczyły 
wszelkie limity techniczne. Napędy AM2 nadal działały sprawnie. I nic dziwnego, bo zawierały 
mniej więcej tyle ruchomych części, ile miała cegła. Ale komputery nawigacyjne sprawiały kłopoty 
- najpierw czterokrotnie planowano kurs, a potem wyciągano średnią. Przynajmniej wtedy, gdy 
pozwalał na to czas.
        A siły Tahnijczyków wzrastały. Ich wojska poczynały sobie coraz śmielej. Sten niemal tęsknił 
za dniem inwazji.
         Tymczasem fregaty dostawały kolejne misje. Eskortować statek X... patrolować strefę Y... 
eskortować i osłania jednostkę gwardii Z, dopóki jej awangarda nie dotrze na miejsce...
        Rutyna.
        Właśnie podczas wykonywania jednego z takich standardowych zadań napotkali statek widmo.
        Czujnik zameldował zbliżanie się jakiegoś transportowca. Szedł bardzo dziwacznym kursem. 
Nie odpowiadał na sygnały,  a jego system identyfikacyjny nadawał niewłaściwy kod. Zarówno 
radar jak i łączność wirtualna zidentyfikowały obiekt jako typowy imperialny zaopatrzeniowiec.
        Sten podejrzewał, że to może być pułapka.

background image

         Wprowadził “Gamble” i “Claggett” na kurs przecinający orbitę statku i czekał. “Richards” 
został na Romney częściowo rozmontowany. Sutton i jego ludzie zapewniali, iż wiedzą, co się 
zepsuło w napędach Yukawy, i obiecali, że szybko to naprawią.
               Transportowiec pojawił się na ekranach detektorów  kilka godzin później. Obie fregaty 
czekały. Sten spodziewał się, że gdzieś za statkiem czyha para tahnijskich niszczycieli. Ale tam nic 
nie było. “Gamble” zidentyfikował statek za pomocą katalogu “Jane’s” jako transportowiec klasy 
“Atrek”. Jednostka nosiła nazwę “Galkin”.
               Sten spróbował jeszcze raz wysłać wezwanie. Kodu automatycznego identyfikatora nie 
zmieniano od tygodni. Innej odpowiedzi Foss nie otrzymał. Transportowiec nie nadawał na żadnej z 
długości fal, które odbierał “Gamble”.
        Sten odpalił zaopatrzonego w kamerę “Goblina”, żeby lepiej się przyjrzeć. Być może, mieli do 
czynienia z atrapą transportowca.
        Odpowiedź nadal nie nadchodziła.
                Sten   wyrównał   orbity   ze   statkiem,   włączył   nagrywanie   i   okrążył   kadłub.   Dostrzegł 
zapieczętowane   luki   i   furty   towarowe.   Nie   znalazł   też   śladu   wystrzelenia   łodzi   ratunkowych. 
Wreszcie Sten podprowadził “Goblina” tak blisko, że jeden z jego stateczników otarł się o właz. 
Jeśli transportowiec został zaminowany, to powinno wywołać eksplozję.
        Czujniki nadal nie pokazywały innych okrętów. Stena prze szły ciarki na myśl, że “Galkin” 
jest przynętą w jakiejś obrzydliwej pułapce zastawionej przez Tahnijczyków.
        Połączył się z “Claggett”, żeby omówić sytuację z Sh’aarPt. Pajęczyca całkowicie zgadzała się 
ze   swoim   dowódcą.   Na   odległość   pachniało   pułapką.   Istniał   tylko   jeden   sposób,   żeby   zbadać 
sprawę: ktoś musiał wejść na pokład “Galkina”.
         - Sh’aarl’t... idziemy razem z Kilgourem. Chcę, żebyś czekała w odległości około sekundy 
świetlnej na orbicie za transportowcem.
        Sh’aarl’t odpowiedziała natychmiast:
         - To nie wydaje mi się zbyt rozsądne, Sten. Jeśli ktoś dobierze mi się do skóry, to koniec. 
“Claggett” ma mniej uzbrojenia niż jakikolwiek tahnijski okręt, nie wyłączając łodzi ratunkowych.
        Ten argument całkowicie przekonał Stena. Postanowiono, że na obcy pokład wejdzie Sh’aarl’t 
i jej zbrojmistrz, chorąży Dejean. W tym czasie “Gamble” będzie pełnić rolę tylnej straży. Kilgour 
ustawił okręt i razem ze Stenem patrzył, jak rozjarzył się napęd AM2 “Claggett”. W chwilę później 
fregata pajęczycy połączyła swoje śluzy z “Galkinem”.
         Nawet z bliska, ani Sh’aarl’t ani Dejean nie zauważyli niczego podejrzanego. Czujniki ich 
skafandrów także nie wskazywały żadnych dziwnych zjawisk.
        - Wchodzimy - zakomunikowała Sh’aarl’t.
               Sten powstrzymał instynktowną chęć, żeby powiedzieć coś głupiego, jak: “uważajcie na 
siebie”. Pochylił się nad monitorem, pilnie śledząc rozmowę między dwojgiem oficerów.
            Dejean dotknął rękawicą skafandra kontrolki zamka zewnętrznego tak ostrożnie, jakby się 
spodziewał,   że   z   urządzenia   strzeli   błyskawica.   Drzwi   otworzyły   się   posłusznie.   Po   krótkim 
wahaniu oboje weszli do środka. Sh’aarl’t lekko się zachwiała, gdy wkroczyli w pole generatorów 
grawitacyjnych McLeana “Galkina”. Stanęli wewnątrz śluzy. I znów nie nastąpił wybuch.
               - Mój skafander wskazuje, że atmosfera jest zwyczajna - zameldował Dejean. - Ale nie 
zamierzam sprawdzać tego osobiście.
         Nie podnieśli wizjerów w hennach. Gdy Sh’aarl’t musnęła kolejną kontrolkę, otworzyły się 
wewnętrzne drzwi śluzy.
        Zwiększyła moc nadajnika, żeby transmisja mogła się przebić przez atmosferę i kadłub statku. 
Jak dwa nosorożce weszli kołyszącym się krokiem w pancernych skafandrach bojowych.
        Niczego nie znaleźli. Statek, poczynając od maszynowni, a na przedziale silnikowym kończąc, 
był całkowicie opustoszały. Nie odpalono ani jednej łodzi ratunkowej. Wszystkie skafandry wisiały 
na swoich miejscach.
         Woleli kontynuować przeszukiwania z bronią w pogotowiu. Sh’aarl’t włączyła nagrywanie 
transmisji.

background image

        Sprawdzili pomieszczenia załogi. Wszędzie panowała pustka. Nawet w schowkach na rzeczy 
osobiste nic nie pozostało.
               Dejean sprawdził ładownie. Widok gołych  ścian nasuwał dość dziwne przypuszczenie, 
“Galkin” nawet nie zabrał towarów przed startem.
         Sh’aarl’t zignorowała dreszcz przerażenia i poszła na mostek. Znalazła dziennik okrętowy, 
przewinęła taśmę i odtworzyła nagranie od początku. Imperialny statek zaopatrzeniowy “Galkin”, 
pod dowództwem kapitana Ali Remo, wystartował jakieś sześć cykli temu z planety Mehr. Stan 
załogi: 42 oficerów, 453 marynarzy.
        “Galkinowi” polecono wzmocnić 23. flotę na Cavite.
        Pajęczyca przeskoczyła do ostatniego zapisu:
                DATA   KALENDARZA   IMPERIALNEGO...   DATA   POKŁADOWA   22,   TRZECIA 
WACHTA.   OFICER   WACHTOWY:   PORUCZNIK   MURIEL   ERNDS,   DRUGI   OFICER: 
CHORĄŻY GORSHA; GŁÓWNY MECHANIK: ARTIFICER MILLIKEN. KURS USTALONY, 
NIE NAPOTKANO ŻADNYCH NIE ZNANYCH OBIEKTÓW. 2240 CZASU POKŁADOWEGO 
PRZEPROWADZONO   ALARM   PRÓBNY   ZGODNIE   Z   INSTRUKCJAMI   KAPITANA. 
OSIĄGNIĘCIE   PEŁNEJ   GOTOWOŚCI   ZAJĘŁO   7   MINUT,   23   SEKUNDY.   ĆWICZENIE 
ZAKOŃCZONO O 22.56. RAPORT ZAPISANO O 23.00.
        ... i dziennik pokładowy przeszedł na zapis automatyczny, notując stan urządzeń “Galkina”,
        Sten przemierzał mostek “Gamble” i słuchał z napięciem słów Sh’aarl’t.
        - Wszystko wygląda tak, jakby się nic nie stało - mówiła. - Poza tym, że o jedenastej w nocy 
cała załoga zniknęła.
        Sten popatrzył na Alexa. Krępy mieszkaniec Edynburga miał bardzo zatroskaną minę.
        - Nie wierzę w duchy - powiedział - ale...
        - Chwileczkę! Chyba coś jest! - usłyszeli podekscytowany głos Sh’aarl’t.
        Sten czekał ponad minutę. Zaczął się niecierpliwić. 
        - Melduj, Sh’aarl’t! Co znalazłaś?
        - No cóż, według dziennika pokładowego... - Urwała w połowie zdania. Zapadła głucha cisza, 
jakby   system   łączności   “Gamble”   przestał   działać.   Zanim   Sten   zdołał   powiedzieć   słowo,   Foss 
podskoczył w krześle i krzyknął.
        - Kapitanie! Nie rozumiem! Oni zniknęli!
               Sten  podbiegł   do niego  i  popatrzył   w  ekran.  Nie  dostrzegł   plamek   przedstawiających 
“Claggett” i “Galkina”.
               - Pewnie system ma jakąś awarię - oświadczył, ale nawet kiedy to mówił, zdawał sobie 
sprawę, że jest inaczej.
        - Wykluczone, panie kapitanie - odparł Foss chrapliwym głosem.
                Sten   nie   musiał   wydawać   rozkazów.   W   kilka   sekund   “Gamble”   był   gotów   do   walki 
włączonymi   napędami.   Foss   przeprowadził   wszelkie   możliwe   testy,   proponowane   przez 
podręczniki elektroniki, i parę dodatkowych, które sam opracował.
        I znów: nic.
        Radar nie odebrał żadnych sygnałów. Czujniki - dalekiej i bliskiej penetracji - nie wskazywały 
niczego. Zero transmisji. Nawet nie nadawano SOS. Odległe o sekundę świetlną połączone statki 
kosmiczne powinny być widoczne na ekranie. Tymczasem szarość ekranu pozostawała niczym nie 
zmącona.
        - Pełna moc - rozkazał Sten. - Przejdziemy nad miejscem, w którym znajdował się ten statek. 
Ale bardzo powoli.
        Trafili na całkowite pustkę.
        - Z powrotem, panie Kilgour. Poszukiwania według standardu ósmego. Pół mocy.
        - Tak jest, panie kapitanie.
        Penetrowali okolicę przez trzy dni standardowe. Ale “Claggett”, Sh’aarl’t, jej dwaj oficerowie 
i cała załoga zniknęli wraz z “Galkinem”.
        Nigdy nie wyjaśniono tej zagadki.
        

background image

Rozdział pięćdziesiąty piąty
        
        Byli o trzy godziny lotu od Ronaney, kiedy odebrali depeszę nadaną klarem:
        DO WSZYSTKICH OKRĘTÓW... DO WSZYSTKICH OKRĘTÓW... CAVITE ZOSTAŁA 
ZAATAKOWANA. TAHNIJCZYCY NACIERAJĄ. NIECH WSZYSTKIE OKRĘTY WRACAJĄ 
DO BAZY. TAHN ATAKUJE, POWTARZAM, TAHN ATAKUJE.
        Foss przekazał depeszę kapitanowi.
        - Rozkazuję wykonać - powiedział Sten.
        - “Tahn atakuje, powtarzam, Tahn atakuje” - parsknął Alex. - Ładny mi rozkaz.
        Kilgour miał powód, by kpić. Stracili “Claggett” i “Kelly”. “Richards” stał unieruchomiony na 
Romney.   Sten   nie   zamierzał   pakować   swojej   lekko   opancerzonej   fregaty   -   i   w   ogóle 
nieopancerzonej skóry - w sam środek bitwy kosmicznej.
               Włączył interkom i przeczytał rozkaz załodze. Starał się, żeby z jego głosu nie dało się 
odczytać emocji.
        - Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, co zrobić, kiedy dotrzemy na Cavite, niech mówi, proszę - dodał 
oschle.
        Alex podszedł i położył palec na guziku interkomu.
               - Mały dodatek do tego, co powiedział dowódca. Jeśli ktoś marzy o medalach, to niech 
pamięta, że dostanie je pośmiertnie. Pani Kilgour bardzo się zmartwi, jak je chłop wróci do domu w 
blaszanym garniturze.
        Pomysłów nie było.
        - Świetnie - mruknął Sten. - W sprawach taktyki nie jesteśmy teraz lepsi od van Doormana.
        - Nie chrzań, chłopcze. Zrobimy, co trzeba.
        
               Lady Atago i admirał Deska też zrobili wiele, żeby po raz drugi nie odnieść porażki. W 
Układzie Caltora tłoczyło się ponad pięćset okrętów. 23. flotę imperialną przygwoździła przewaga 
liczebna.
               Mahoney obsadził pobliskie planety i księżyce  jednostkami gwardii. Każdy posterunek 
otrzymał najlepszy dostępny sprzęt wykrywający. Nie było tego dużo, mimo że detektory zabrano z 
uszkodzonych okrętów i skonfiskowano na cywilnych statkach. Równie kiepsko przedstawiał się 
stan wyposażenia w broń ofensywną.
        Wszystko, począwszy od rakiet poprzez prywatne jachty i satelity planetarne po przestarzałe 
łajby,   zawieszono   w   przestrzeni   i   podłączono   do   zaimprowizowanego   systemu   naprowadzania. 
Nawet   holownik   chorążego   Tapii   został   zrobotyzowany.   W   jego   opustoszałym   pomieszczeniu 
kontrolnym wiło się kłębowisko przewodów.
        Większość pocisków została zniszczona, zanim dotarła do celu. Znaczna część po prostu zaś 
nie trafiła.
        Ale niektórym się udało.
               - Uderzajcie w transportery - rozkazał Mahoney swoim gwardzistom. Spróbowali. Okręty 
przewożące   oddziały   były   rozpruwane,   tahnijscy   żołnierze   wysypywali   się   w   przestrzeń   jak 
sardynki z konserwy, albo wpadali w atmosferę i zapalali się niczym meteory.
        Ale ta akcja jedynie trochę zmniejszyła liczebność wroga.
        Dowódca Pierwszej Gwardyjskiej obserwował ze swojej nowej kwatery głównej, zagrzebanej 
sto metrów pod wzgórzem niedaleko Cavite City, jak jeden po drugim, jego oddziałki tracą kontakt 
z zespołami łączności. Twarz Mahoneya nie wyrażała żadnego uczucia.
               Jakaś dziewczyna z obsługi technicznej świdrowała go wzrokiem znad konsoli łączności. 
Piękne mocarstwo, nie ma co, myślała ze wściekłością. Tego drania nic nie rusza.
        W rzeczywistości, Mahoney próbował przeanalizować swoje uczucia. Nikt nie meldował, żeby 
któryś z gwardzistów się załamał, odnotował generał z zadowoleniem. A co z tobą, Ian? Poniosłeś... 
popatrzmy, straty sięgające prawie dwudziestu pięciu procent. Jak się z tym czujesz? Nieźle? Nie 
gorzej, niż gdyby na żywca amputowano ci prawe ramię. Nie rozczulaj się nad sobą, generale. Jeśli 
się rozpłaczesz albo zaczniesz kląć, cała twoja dywizja może podupaść na duchu.

background image

               A jeśli nawet się załamią, to co? To już koniec, prawda? Z Pierwszej Gwardyjskiej nie 
zostanie nikt, żeby napisać list pożegnalny.
         Jest tak, jak mówiłeś Stenowi. Jedyne, co możemy zrobić, to dać imperium męczenników. 
Dość tego, Ian. Masz robotę.
               Mahoney skinął na operatora i natychmiast został połączony z dowódcami wszystkich 
ocalałych oddziałów.
        - Nadciągają bez przerwy, chłopcy. Wyłuskajcie swoje rezerwy i bądźcie gotowi do akcji.
        Ziemia nagle zadrżała, światła dwukrotnie przygasły, zanim włączyło się awaryjne zasilanie.
        Tahnijczycy uderzyli na Cavite.
        
                W   szpicy   tahnijskich   wojsk   leciały   bezzałogowe   bombowce.   Obrona   przeciwlotnicza 
marynarki wojennej i gwardii na rozkaz wstrzymała ogień. Rezerwy amunicji i rakiet były prawie 
na wyczerpaniu. Dowódcom nakazano czekać na lepsze cele: okręty z załogami. Spodziewano się, 
że nadlecą one w drugiej fali.
        Ale Atago zastosowała inną taktykę.
        W następnym rzucie posłała dwadzieścia małych transportowców desantowych. Z ich luków 
wypadło na miasto po sześć kapsuł z żołnierzami. W każdej znajdował się oddział komandosów.
        W przeciwieństwie do wielkich imperialnych kapsuł desantowych, zaopatrzonych w skrzydła i 
spadochrony łagodzące upadek, te miały tylko silniczki rakietowe, odpalające tuż przed uderzeniem 
w ziemię, kiedy obiekty znajdowały się równolegle do poziomu gruntu.
        Niektóre nie wyrównały lotu, silniczki wprawiły je w ruch wirowy i kapsuły roztrzaskały się o 
podłoże.  Nawet te urządzenia,  które  zadziałały prawidłowo, zmniejszyły  tylko  trochę  szybkość 
opadania, do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Pewnego rodzaju amortyzację miało stanowić 
wnętrze ładowników. Jedna trzecia komandosów zdołała wygramolić się z pojazdów, sformować 
szyk i ruszyć w stronę wyznaczonych obiektów.
               To wystarczyło - lady Atago spodziewała się strat sięgających osiemdziesięciu procent. 
Cynizm   Tahnijczyków   przechodził   wszelkie   wyobrażenie   -   nie   zakładali   oni   bowiem,   że 
którykolwiek   z   celów   ataku   komandosów   zostanie   zdobyty.   Prawdziwe   lecz   ukryte   podczas 
odprawy zadanie komandosów polegało na związaniu walką obrońców, i tym samym odwróceniu 
ich uwagi od lądowania głównych sił.
        Jedna z drużyn komandosów mimo wszystko osiągnęła cel - hotel Carlton, który w mniemaniu 
lady   Atago   mógł   nadal   służyć   za   kwaterę   główną   dowództwa   23.   floty.   Ale   budynek   został 
opuszczony wiele tygodni temu. Van Doorman wrócił na “Swampscotta”, zakamuflowanego w 
głębokim jarze opodal miasta. A komandosi, rzeczywiście przyciągnęli uwagę, ale tylko ulicznych 
patroli   gwardii.   Tahnijscy   desantowcy   ponieśli   zatem   porażkę,   ale   udało   im   się   zadać   straty 
obrońcom i narazić ich na zużycie amunicji. Siły imperium nie mogły sobie pozwolić ani na jedno 
ani na drugie.
                Trzecia   fala   była   najpotężniejsza.   Cztery   krążowniki   liniowe,   włącznie   ze   świeżo 
wyremontowanym   “Forezem”   (okrętem   flagowym   Atago   i   Deski),   dwadzieścia   mniejszych 
krążowników   i   horda   pancerników   skierowały   swój   ogień   na   planetę.   W   centrum   formacji 
znajdowało się siedemdziesiąt pięć pękatych transporterów desantowych.
        Zamaskowane do tej pory imperialne wyrzutnie rakiet wyłoniły się spod ziemi, z budynków i 
szop,   a   w   przypadku   pewnej   wyjątkowo   pomysłowej   załogi,   nawet   z   porzuconych   grawisań 
transportu miejskiego. Trudno było nie trafić.
        Ale równie trudno było trafić wszystkie okręty Tahnijczyków. Sześćdziesiąt trzy transportery 
wylądowały   w   promieniu   jakichś   czterystu   kilometrów   od   Cavite   City,   a   z   bocznych   luków 
wypadła piechota szturmowa.
         Lady Atago pozwoliła sobie na uśmiech satysfakcji. Teraz miała do zrobienia tylko jedno: 
oczyścić planetę z wroga.
        
        

background image

Rozdział pięćdziesiąty szósty
        
        “Gamble” wisiał w przestrzeni, ukryty przed lądującymi wojskami Tahnijczyków za jednym z 
księżyców   Cavite.   Cala   załoga,   za   wyjątkiem   Fossa,   który   obserwował   wskazania   czujników, 
stłoczyła się w malutkiej mesie, by dokonać analizy sytuacji.
               Problem polegał na tym, że ani Sten ani Alex nie umieli ułożyć planu ataku, który nie 
skończyłby się zniszczeniem okrętu i załogi.
        - Sądzę, że musielibyśmy zostać kazikami, kamikazi, czy jak się to mówi. - Tak określił stan 
rzeczy Kilgour.
               Sten nawet podjąłby się samobójczej misji, o ile osiągalnym celem strategicznym byłoby 
powstrzymanie inwazji. Ale za każdym razem, gdy do komputera pokładowego wprowadzano dane 
nowego planu, odpowiedź brzmiała: 99,9 procent prawdopodobieństwa, że “Gamble” nie przebije 
się przez zewnętrzny łańcuch tahnijskich niszczycieli.
        - A gdyby tak spróbować obejścia? - zapytała Contreras, ekspolicjantka, obecnie bosmanmat 
na “Gamble”. - Okrążymy na pełnej mocy ten księżyc, potem oblecimy’ Cavite i uderzymy ich w 
drodze powrotnej.
        - Nie da rady - odparł Sten. - Tahnijczycy przechwycą nas w minutę po tym, jak wyjdziemy z 
cienia. Będą mieli więcej czasu niż potrzeba, żeby nas przyszpilić.
        Contreras potarła sobie ucho i zapadła w milczenie.
        - Nie możemy tak po prostu siedzieć tutaj i czekać, panie kapitanie - odezwał się McCoy, były 
więzień, obecnie starszy mat w przedziale silnikowym. - Czy wiemy, co zostało z naszej floty?
         - Foss ciągle odbiera sygnały ze “Swampscotta”. I zdaje się, że w przestrzeni nadal są dwa 
niszczyciele.
               - To może jednak poczekamy - ciągnął McCoy. - Wcześniej czy później, ktoś z Cavite 
spróbuje uderzyć. A wtedy my zaatakujemy z drugiej strony.
        Sten przygryzał paznokieć.
        - Niedobry plan - powiedział w końcu. - Czy ktoś ma lepszy?
        Wszyscy przecząco pokręcili głowami.
               - W porządku, McCoy. Spróbujemy. Czuwają tylko marynarze na wachtach, reszta niech 
kładzie się w kojach.
               Sen hipnotyczny pozwalał na natychmiastowe zaśnięcie i powrót do pełnej sprawności na 
komendę. Ale zanim marynarze dotarli do swoich legowisk, rozległ się alarm.
        Sten ruszył pędem na mostek. Foss pokazał pojedynczy punkcik na ekranie.
        - To “Richards”, panie kapitanie. Podał właściwy kod. A to...
        Sten nie musiał słuchać wyjaśnień. Na drugim ekranie widniał inny, większy punkt - obiekt 
należących do Tahnijczyków. Prawdopodobnie, ciężki niszczyciel.
        Foss nacisnął klawisze i przeniósł oba obrazy na środkowy ekran.
        - Zbliża się do “Richardsa”.
               Sten przerwał ciszę w eterze i przez mikrofon rozkazał dać całą naprzód. Okręt wroga 
przechwyci emisję, ale nadany komunikat może uratować “Richardsa”. O własną skórę będą się 
martwili potem.
         - “Richards”... “Richards”... Tu “Gamble”. Nieprzyjaciel na orbicie stycznej. Podchodzi do 
ciebie. Koordynaty obcego...
        W tym momencie rozległ się głos “Richardsa”.
        - “Gamble”... mamy go. Melduję... promienie X, delta... dwa. Skończyłem.
               Sten zauważył,  że porucznik Estill mówił spokojnym  głosem. Używał zwykłego kodu. 
Promienie X: silnik główny. Delta: uszkodzony. Dwa: utrata połowy mocy.
        - Tu “Gamble”. Idę do ciebie. Skończyłem. 
        Sten włączył alarm bojowy.
        - Wejść na kurs równoległy, panie Foss. Maszynownia!
        - Gotowe, panie kapitanie.
        - Napęd główny, pełna moc. Napęd pomocniczy, w pogotowiu.

background image

        - Tak jest, panie kapitanie.
        - Wszystkie stanowiska bojowe, meldować gotowość do odpalenia.
        - Gotowe, panie kapitanie.
        - Co my tam mamy, panie Foss?
               Na głównym ekranie ukazał się trzeci punkt. To był okręt Stena. Nagle, jeden z punktów 
zamigotał - stracił napęd AM2.
               - “Gamble”... tu “Richards”. Obecny stan: promienie X, delta, cztery. Powtarzam: cztery. 
Skończyłem.
        Główny napęd wysiadł całkowicie.
        - Napęd AM2 nie może się zepsuć - powiedział Foss.
        - Naprawdę? - wycedził przez zęby Alex. - Ale ten mógł. Zamknij się i pilnuj ekranów.
        - Tu “Gamble”. Nadaję: Jankes, alfa, jeden, przerwa, Mikę, tango, echo. Skończyłem.
               Jankes: pomocniczy napęd Yukawy. Alfa: użyć. Jeden: pełna moc. Mikę: manewrować. 
Tango: w kierunku. Echo: wróg.
        - Tu “Richards”. Nadaję. Jankes także delta. Trzy. 
        Suttonowi nie udało się naprawić “Richardsa”. Albo na prędce reperowane mechanizmy nie 
wytrzymały długo.
               Były trzy punkty odniesienia. Według załogi okrętu Tahnijczyków, “Richards” stanął, a 
niszczyciel zbliżał się do niego. Z perspektywy Stena, oba okręty zmniejszały dzielący je dystans. 
Natomiast obserwator zawieszony w przestrzeni nie dostrzegłby żadnego ze statków. Mknęły ku 
sobie z szybkością wiele razy przekraczającą prędkość światła.
        Foss umieścił na ekranie dwa stopery. Pierwszy odmierzał czas do chwili, w której niszczyciel 
znajdzie się w zasięgu artylerii “Richardsa”. Drugi pokazywał, za ile Sten będzie mógł zaatakować 
wroga. Różnica siedmiu sekund oznaczała dla “Richardsa” zagładę.
        - Przygotować “Kali”.
        - Gotowe.
        - Foss, flary alarmowe.
        - Alarmowe... gotowe do odpalenia.
        - Flary... ognia! “Kali”! Odpalać!
         Ogromny pocisk wyślizgnął się z dziobu “Gamble”. Jednocześnie rozkwitły dwie flary. Ich 
emisja zagłuszała wszystkie długości fal - radiowych i widzialnych.
        Sekundę później niszczyciel wystrzelił dwa pociski przeciwokrętowe w stronę “Richardsa”.
        - Alex... nie dziw się temu, co robię. Dopadnij tego drania.
        - Chłopcze, nie pieprz. Jestem w swoim żywiole.
        - Flary alarmowe, jeszcze raz... odpalać!
               Sten miał nadzieję, że flary zaniepokoją Tahnijczyków. Może ogniomistrze niszczyciela 
skierują pociski w stronę “Gamble”. Nie uczynili tego. “Richards” stanowił znacznie lepszy cel.
               Ale porażka nie była całkowita. Na krytyczne ćwierć sekundy udało się odciągnąć uwagę 
tahnijskiego artylerzysty. Pierwszy pocisk chybił “Richardsa”. Nic dziwnego - fregata była niewiele 
większa   od  wystrzelonej   rakiety.   Drugi  eksplodował  blisko   uszkodzonego  okrętu.   Punkt,  który 
reprezentował “Richardsa”, zniknął z ekranu Stena.
        Ale “Richards” ciągle się trzymał!
        - Teraz nasza kolej - mruknął Kilgour i odpalił głowicę “Kali”.
               Sześćdziesiąt megaton złamało okręt Tahnijczyków na dwoje. Jedna trzecia niszczyciela - 
śródokręcie   -   zamieniła   się   w   czystą   energię.   Kawałek   rufy,   sypiąc   iskrami   i   zionąc   ogniem, 
koziołkował w przestrzeni. Pozostałości dziobu poleciały po krętych orbitach w stronę Stena.
        - “Richards”... “Richards”... tu “Gamble”. Odbiór. 
        Cisza w eterze.
        - Tu “Gamble”. Czy mnie słyszysz? 
        Foss spostrzegł lekkie migotanie.
               - Panie kapitanie...  to emisja z radia zamontowanego  w skafandrze na “Richardsie”. - 
Przełączył odbiornik na inną częstotliwość.

background image

        -...tu “Richards”. Powtarzam, tu “Richards”. - To był głos Tapii.
        - Tu “Gamble”. Niszczyciel trafiony. Podaj stan. Odbiór.
               - “Richards”. Siedmiu zabitych, trzech rannych. Dowodzenie przejęte przez pierwszego 
oficera.
        - Tu “Gamble”. Podchodzimy do was. Przygotujcie się do holowania.
        - Nie ma zgody - powiedziała Tapia. - Śluza główna zniszczona. Nie możemy się dostać do 
awaryjnej. Nasz napęd pomocniczy może eksplodować w każdej chwili. Nie zbliżaj się, “Gamble”.
        - “Richards”... tu “Gamble”. Czy ci, którzy przeżyli, noszą skafandry?
        - Tak.
               - Czy zdołacie dotrzeć do włazu przy wyrzutni “Kali”? Po wymontowaniu wyrzutni, tuba 
biegnąca wzdłuż fregaty była pusta.
        - Postaramy się, kapitanie. Pomożecie nam otworzyć zewnętrzny właz? Nie mamy broni.
        - Otwieracz do konserw jest w drodze. Skończyłem. - Sten wyłączył mikrofon. - Alex?
        Kilgour odpalił antyrakietę. Mały “Fox” wysforował się daleko za “Richardsa”. Wtedy Alex 
odjął mu mocy i zawrócił.
        - Spróbujemy na niewielkiej szybkości - powiedział i wysłał “Foxa” wprost na “Richardsa”. 
Rakieta chociaż miała zabezpieczoną głowicę bojową, samą siłą uderzenia wyrwała prawie metr 
blachy z dziobu fregaty.
        - Byłby ze mnie dobry chirurg - powiedział dumnie Alex. 
        Sten znów włączył nadajnik.
        - Możecie wychodzić.
         Pięć postaci w skafandrach wychynęło z wyrzutni i popłynęło w przestrzeni. Sten w ciągu 
kilku sekund podprowadził do nich “Gamble”. McCoy, ubrany w odzież ochronną, otwierał śluzę. 
Schwytał rozbitków liną magnetyczną jak na lasso.
        Sten oddalił się natychmiast od “Richardsa”.
        Kiedy wybuchły jednostki napędowe Yukawy i jak daleko wtedy znajdował się “Gamble” - co 
do tego w późniejszych opowieściach nie było zgody. Określanie odległości i czasu zależało od 
łatwowierności słuchaczy i liczby postawionych przez nich drinków.
               Pięcioro rozbitków wciągnięto na pokład i opatrzono. Sten osobiście rozpiął skafander 
chorążego Tapii i zaniósł ją do własnej koi. Mówił, że wykazuje taką troskę, bo Tapia jest bardzo 
zdolnym oficerem i dobrym kumplem. Sam w to nie wierzył.
        Sten musiał wrócić na Cavite. Bez artylerii głównej nie miał czego szukać w przestrzeni.
        Drobnostka! Należało tylko prześlizgnąć się przez tahnijską sieć wokół miasta, przemknąć się 
przez nacierającą armię, znaleźć bezpieczne lądowisko w bazie, a potem pobiec prosto do schronu 
przeciwlotniczego.
        Co za problem?, myślał z desperacją. Przecież “Gamble” to szczęśliwy okręt.
        
        Szczęście opuściło “Gamble” na wysokości dwunastu kilometrów nad Cavite. Fregatę dopadł 
szwadron sześciu myśliwców przechwytujących. Sten usiłował wspiąć się w próżnię, ale komputer 
bojowy wskazywał trzy niszczyciele nieprzyjaciela.
        Myśliwce były niemal tak szybkie i zwrotne jak “Gamble”. Sten posłał swój okręt w stronę 
ziemi lotem zygzakowym na pełnej prędkości.
        Kilgour odpalił trzy antyrakiety. Dwa myśliwce zwolniły, lecz za chwilę pozostałe osiągnęły 
granicę skutecznego ognia. Sten zobaczył maleńkie srebrne rozbłyski pod ich skrzydłami.
               - Widzę siedem... chyba... odpaleń - zakomunikował Foss. Głos zaczął mu drżeć. - Czas 
kolizji...
               Trzy pociski trafiły w “Gamble”. Sten usłyszał łomot, zobaczył, jak z panelu kontrolnego 
bucha ogień, zdążył  jeszcze ujrzeć pokryte  mgłą góry,  gdy ekran oślepł. Komandor poczuł, że 
sterowanie ręczne nie działa.
        Dowódca szwadronu myśliwców wyciągnął maszynę z lotu nurkowego. Patrzył, jak okręt o 
nazwie   “Gamble”,   ziejąc   dymem,   znika   we   mgle.   Rozkazał   swoim   maszynom   powrót   na 
okrętmatkę.

background image

        Mieli dobry dzień. Strącili pięć... nie, z tą fregatą sześć imperialnych jednostek. Postanowił, że 
każe wydać załodze spirytus w nagrodę.
        

background image

Księga czwarta

        
CZYŃCIE SWOJĄ POWINNOŚĆ
        

        Rozdział pięćdziesiąty siódmy
        
        Wieczny Imperator zastanawiał się, jak należałoby określić swoje duchowe samopoczucie. Jest 
zły. - Nie. Znacznie więcej. Wściekły. Też nie to. - Władca nie pokazywał po sobie żadnych emocji. 
Przynajmniej   miał   taką   nadzieję.   Standardowe   słownictwo   galaktyczne   nie   było   mu   pomocne. 
Przebiegł myślą kilka egzotycznych języków, których nauczył się od różnych istot.
               Tak. Matańskie słowo “k’loor” dobrze by się nadawało. Tłumaczone opisowo oznaczało 
nastrój   pomiędzy   zmartwieniem,   poczuciem   nieszczęścia,   nienawiścią   i   złością.   W   tym   stanie 
zachowywało się całkowitą jasność myśli i umiejętność wyciągania wniosków.
        Znalezienie odpowiedniego terminu niczego jednak nie zmieniło.
         Sporą część tej złości Imperator kierował pod własnym adresem. Raz za razem źle oceniał 
sytuację. Mylił się co do tego, kiedy Tahnijczycy będą gotowi do walki i co do stanu własnych sił 
zbrojnych. Nie przewidział też, iż niektórzy z jego sprzymierzeńców okażą się tak fałszywi.
        I jeszcze to, że teraz chodzi tam i z powrotem przy wejściu do pałacu sportu, przed strażnikiem 
- starcem o srogim obliczu, z trudem dźwigającym wielką, nabijaną ćwiekami maczugę, władca 
marnował czas.
        Po raz kolejny, zwłoka wynikała z jego winy.
        Wieczny Imperator umiał zabezpieczać sobie tyły. Jeśli nawet całe centrum dowodzenia pod 
Arundel zostałoby zniszczone, to na dwunastu planetach znajdowały się jego duplikaty. Istniały też 
trzy tajne centra, znane tylko Imperatorowi.
        Drugorzędne centrale przeznaczył dla personelu. Brakowało tylko jednego elementu.
        Może władcą kierował cynizm, a może swoista nadzieja, że nie kazał zbudować zastępczego 
budynku parlamentu. Tak, chyba miał nadzieję, że jeśli stary budynek ulegnie destrukcji, to razem z 
zawartością - z prawodawcami, których obecność uważał za odstręczającą w najwyższym stopniu. 
Ale   gmach   po   drugiej   stronie   góry   pozostał   nietknięty,   choć   nieco   skaziły   go   promienie 
radioaktywne. W środku zaś przebywała tylko garstka parlamentarzystów, kiedy wybuchła bomba.
        Do czasu dekontaminacji budynku, zastępczo używano jednej z hal sportowych Centralnego 
Świata.
               Wieczny Imperator rozumiał, że jego ludowi jest potrzebna reprezentacja, która dawałaby 
poczucie kontrolowania władzy. Toteż na własne życzenie małpował obyczaje tych i owych państw 
starożytnej Ziemi.
               Teoretycznie miał prawo wstępu do parlamentu dopiero za zgodą większości. Ceremoniał 
polegał na tym, że straż honorowa blokowała władcy wejście. On nalegał, żeby go wpuścili, a 
wartownicy odmawiali. Twierdził wtedy, że wejdzie siłą i znów mu odmawiano. Dopiero za trzecią 
próbą, gdy uniżenie prosił o pozwolenie na wejście, obrońcy wrót godzili się, aby przekroczył 
progi. Całej tej błazenadzie towarzyszyły kwieciste mowy i absurdalne reweranse.
        Imperator uważał, że taka zabawa to strata czasu. Na szczęście wkraczać do parlamentu musiał 
tylko parę razy do roku w związku ze szczególnie ważnymi obchodami. Prawdziwe rządy były 
sprawowane w pałacu, na spotkaniach komitetu, albo przy starannym negocjowaniu edyktów.
                Ale   teraz,   kiedy   ważne   i   trudne   okoliczności   zmuszały   go   do   wygłoszenia   mowy   w 
parlamencie, na przeszkodzie stawały mu te ceregiele, które sam wprowadził.
                Obejrzał   się   na  kapitana   Limbu   i   drugiego   gurkhijskiego   członka   straży   przybocznej, 
ośmielając ich do okazania lekkiego rozbawienia. Imperator wiedział, że wszelkie sprawy związane 
z   hierarchią   i   skrępowaniem   Nepalczycy   uważają   za   trochę   śmieszne.   Ich   twarze   pozostawały 
jednak nie przeniknione. Jego Wysokość zachmurzył się i odwrócił w stronę wejścia. Pomyślał, że 
gurkhowie są źli, bo musieli zostawić broń. W tym momencie drzwi otworzyły się na oścież, a 
strażnik zasalutował maczugą, o mały włos nie upuszczając jej podczas wykonywania tej operacji.

background image

        Władca znów się mylił. Gurkhowie po prostu mieli twarze doskonałych pokerzystów. A to, że 
nie   posiadali   przy   sobie   służbowych   automatów,   granatów   i   noży   kukri   nie   było   ważne. 
Dysponowali   bowiem   miniautomatami,   schowanymi   pod   mundurami.   Imperialny   wywiad 
gwarantował, że ta broń przejdzie przez każdą kontrolę, wyłączając oczywiście całkowitą rewizję 
osobistą.
               Imperator stanął przed ustawionymi amfiteatralnie fotelami. Słuchał, jak premier wita go 
uroczyście, zapewniając o wierności poddanych, i prosi, aby “Jego Wysokość zechciał oświecić 
mężów stanu swoją mądrością”.
        Wierność! Pomyślał Imperator, wkraczając na podium. Na naradę nie przybyła nawet połowa 
parlamentarzystów. Całe galaktyki, które przed wybuchem wojny wniebogłosy zapewniały o swoim 
oddaniu, teraz ogłaszały neutralność i wycofywały się ze wspólnoty albo opowiadały się po stronie 
Tahnijczyków.
        Władca nosił prosty biały mundur z pięcioma gwiazdkami i liśćmi laurowymi na epoletach, co 
oznaczało, że jest głównodowodzącym marynarki wojennej. Mógł włożyć na siebie tysiąc innych 
uniformów   różnych   formacji,   dla   których   był   naczelnym   wodzem.   Wybrał   flotę,   bo   lubił 
niewyszukane stroje.
               Na piersi po lewej stronie widniała tylko jedna odznaka: emblemat inżyniera-specjalisty 
okrętowego. Kiedyś Imperator powiedział Mahoneyowi, że ze wszystkich odznaczeń to napawało 
go największą dumą. Na to jedno zasłużył. Innymi go przekupywano.
        Jego Wysokość przemówił, patrząc wprost na słuchaczy, czyli, nie na ławy parlamentu, ale w 
czerwone światełko przy kamerze. Dzięki niemu miał kontakt z prawdziwą publicznością. W ciągu 
kilku minut, jego mowa zostanie przesłana do wszystkich zakątków imperium i symultanicznie 
przetłumaczona na milion różnych języków.
         - Jeden cykl temu - zaczął bez wstępów - nasze mocarstwo dostało cios nożem w plecy od 
tych, których potraktowało jak równych sobie. Tahnijczycy zaatakowali bez wyraźnej przyczyny, 
bez ostrzeżenia i bez litości. Mieszkańcy Tahnu są istotami czczącymi bóstwa o skrwawionych 
rękach, bóstwa choroby, zagłady i chaosu. Nie będę was okłamywał, współobywatele. Uderzyli w 
najważniejszym punkcie. Nie bez sukcesu. Powinni się cieszyć z tej iskierki zwycięstwa. Bo to 
doprawdy   iskierka.   Wkrótce   zgaśnie.   Wojna   jest   złem   ostatecznym.   Ale   czasem   trzeba   ją 
prowadzić. Często używa się szlachetnych pretekstów do rozpętania bitwy, która pozwoli osiągnąć 
najbardziej samolubne cele. Najbrutalniejszy tyran, jeśli do końca nie stracił przyzwoitości, może 
znaleźć usprawiedliwienie dla rzezi. Ale nie Tahnijczycy. Niektórzy z was pewnie widzieli te ich 
zbójeckie filmy propagandowe. Czego oni chcą? Zniszczenia imperium, zagłady mojej osoby. Co 
oferują w zamian? Równy udział w chwale zwycięstwa wszystkim istotom. A cóż to za chwała? To 
nie jest więcej żywności. To nie jest więcej bezpieczeństwa. To nie jest przekonanie, że pokolenia, 
które nadejdą, nie przeżyją żadnych kataklizmów. Nie. O tym wszystkim nie ma mowy. Tylko 
chwała. Czasem nazywają tę chwałę przeznaczeniem cywilizacji. Ich cywilizacji! Te ludy, które 
wpadły pod jarzmo Tahnijczyków i jęczą pod ich batem, mogłyby nam powiedzieć, co niesie ze 
sobą   owo   przeznaczenie.   Rozpacz.   Poniżenie.   W   końcu   -   śmierć.   Utrata   życia   -   oto   jedyne 
dobrodziejstwo otrzymywane ze strony Tahnijczyków. Bo tylko w ten sposób można wyzwolić się 
spod ich tyranii. Mówiłem, że Tahnijczycy odnieśli zwycięstwa. Powiedziałem też, że powinni się 
nimi cieszyć, póki mają czas. Teraz, bowiem odwraca się bieg wydarzeń. Ludy zniewolone przez 
Tahnijczyków.   Bądźcie   dobrej   myśli!   Nie   zapomniano   o   was.   Nieprzyjaciel   zostanie   odparty. 
Powróci pokój.
               Chciałbym  jeszcze  poświęcić  trochę  uwagi  tym,  którzy dali  się zwieść  pochlebstwom 
Tahnijczyków, jak psy wabione odorem rozkładu. Przypatrzcie się Tahnijczykom i ich metodom 
działania!   Zawsze   zrywali   każdy   zawarty   przed   wojną   układ,   gdy  tylko   stwierdzili,   że   im   tak 
wygodnie. We wszystkich pragną widzieć tylko niewolników. Przypatrzcie się ich przeszłości i 
pomyślcie o starożytnym  powiedzeniu: “Kto zamierza jadać z diabłem, niech przyniesie z sobą 
bardzo długą łyżkę”.
         Kolejne słowa zwracam bezpośrednio do wroga. Bardzo głośno pysznicie się swoją potęgą. 
Roztrąbiacie na wsze strony swoje zwycięstwa. Bredzicie, że nadchodzi dzień wiktorii. Chełpcie 

background image

się, ile chcecie! Lecz zobaczycie, że kiedy sięgniecie po ostateczne zwycięstwo, wymknie się ono 
wam   z   rąk.   Wasi   żołnierze   i   marynarze   znajdą   śmierć   i   cierpienie.   Staną   twarzą   w   twarz   z 
przeciwnikiem  w  pełnym  rynsztunku,  uszykowanym  do bitwy.  Ale to nie  wszystko.  Tahnijscy 
wojownicy poznają śmiercionośny gniew tych, którzy dość mają ich arogancji. Smutek waszych 
bliskich będzie wielki. Nie doczekają się oni waszego powrotu. A wkrótce potem niebo nad nimi 
stanie w płomieniach. To imperium przybędzie z ogniem i mieczem.
               Zwracam się wreszcie do władców Tahnu, którzy,  pełni pogardy,  zapewne nie zechcą 
wysłuchać mych słów. Posialiście wiatr. Obiecuję, że zbierzecie burzę. A ja zawsze dotrzymuję 
przyrzeczeń. Minie jedno pokolenie i słowo Tahn będzie pozbawione znaczenia dla wszystkich za 
wyjątkiem historyków kroczących po ciemnych labiryntach przeszłości. Wy zaczęliście tę wojnę. Ja 
ją zakończę. Niechaj potęga Tahnijczyków legnie w gruzach!
        Wieczny Imperator odwrócił się i zszedł z mównicy. Wiedział, że to dobra mowa już, kiedy ją 
napisał.  Teraz  pomyślał,  że  jest naprawdę  świetna.  Zebrani  członkowie  parlamentu  klaskali  na 
stojąco.   Mogliby   się   bardziej   postarać,   stwierdził   w   duchu   władca.   Zauważył,   że   kamerzyści, 
najchłodniejsi z obserwatorów, wiwatowali, porzuciwszy swój sprzęt.
        Wieczny Imperator miał już do zrobienia tylko jedno: musiał znaleźć sposób na wypełnienie 
obietnic.
        
Rozdział pięćdziesiąty ósmy
        
         Komputer znalazł na “Gamble” rozstrojony obwód. Sten poczuł, jak powoli wraca do życia 
automatyczna kontrola okrętu.
         Fregata znajdowała się niecałe półtora tysiąca metrów nad ziemią. Nic nie było widać, bo 
lecieli  przez mgłę.  Sten błądził  rękami  po panelu sterowania. Hamulce  dziobowe - pełna  moc 
awaryjna. Główny napęd Yukawy - pełna moc awaryjna.
        Światła alarmowe migotały zawzięcie. Sten zdał sobie sprawę, że system kontroli może bardzo 
szybko   przestać   działać.   Należało,   więc   wycisnąć   pełną   moc   z   generatorów   McLeana,   zanim 
obwody “Gamble” znów wysiądą. Poza tym trzeba było uporać się z pewnym problemem: jeśli lot 
nurkowy “Gamble”  zostanie   powstrzymany,   to  okręt  wystrzeli  z  powrotem  w  górę,  pod ogień 
prawdopodobnie   oczekujących   tam   tahnijskich   myśliwców   przechwytujących.   Jeśli   nurkowanie 
będzie kontynuowane, wtedy... Istniało kilka możliwości, jedna gorsza od drugiej. Sten zatrzasnął 
zamek antywstrząsowy przy pasach bezpieczeństwa i włożył głowę między kolana.
        “Gamble” runął na ziemię niemal pod kątem prostym.
               W ostatniej chwili wróciło szczęście, którym szczycił się okręt. “Fregata” nie uderzyła w 
skalny grzebień, lodowiec albo piarg. Ześlizgnęła się ogonem naprzód, w wysoką pryzmę śniegu. 
Zgniatany śnieg zadziałał jak hamulec.
               Rozbłysły następne czerwone światła: BLOKADA DYSZ NAPĘDOWYCH. Komputer 
awaryjny odciął zasilanie i “Gamble” zatrzymał się z dygotem.
        Wokół zapadła cisza, mącona jedynie stłumionym sykiem. To rozgrzana powierzchnia okrętu 
topiła przylegający do niej śnieg.
         Sten nachylił się w ciemnościach do szafki i wyjął z niej latarkę. Perłowe światło padło na 
potrzaskany panel kontrolny.
        - Przedziały, meldować się!
        To była jeszcze jedna zaleta niewielkich rozmiarów okrętu. Okrzyk Stena słyszano prawie we 
wszystkich zakamarkach “Gamble”. Szybko przekazano go do znajdującego się na rufie przedziału 
napędowego. Sten rozpiął uprząż i zaczął wstawać. Nagle rozległ się łoskot. Odgłos narastał, a 
“Gamble” zadrżał i pochylił się o kilka stopni. Sten stracił równowagę.
        Kilka osób z załogi krzyknęło, a potem znów zapadła cisza.
        - Co to było, do diabła? - zapytał Sten.
        - Nie wiem - odparł Alex. - Ale pewnie nic dobrego.
        Sten czekał, czy nie zdarzy się coś jeszcze.
        Nic nie nastąpiło. “Gamble” zapewne ostatecznie ułożył się na śniegu.

background image

         Sten dokonał przeglądu. Sprawy nie przedstawiały się dobrze. Jeden z rannych marynarzy 
“Richardsa”   zginął   w   czasie   twardego   lądowania.   McCoy,   starszy   mat   z   załogi   Stena,   został 
porażony  prądem   w   maszynowni,   kiedy   w   płycie   osłaniającej   silnik   nastąpiło   zwarcie.   Śmierć 
ponieśli dwaj marynarze. Dwaj inni doznali licznych obrażeń. Wszyscy byli poobijani, podrapani i 
potłuczeni.
        Okręt nadawał się na złom. Nadajniki zdatne do użytku znajdowały się jedynie w skafandrach 
i kapsułach ratunkowych. Sten nie zamierzał używać urządzeń przywoławczych. Jeśli pozostały 
jakieś jednostki floty imperialnej, to na pewno miały lepsze zajęcie, niż szukanie rozbitków. A poza 
tym nie chciał, by namierzyli go Tahnijczycy.
        Załoga sama musi sobie dać radę.
        Zadanie Kilgoura polegało na odnalezieniu wyposażenia ratunkowego. Sten z Tapia, która już 
zdążyła dojść do siebie, próbował rozeznać się w możliwościach ewakuacji.
        Sprawa okazała się trudna. Główny właz został zablokowany. Stenowi udało się lekko uchylić 
właz zapasowy. Zaklął, kiedy do wnętrza chlusnęła lodowata woda.
         Przynajmniej nie byli uwięzieni. Mogli włożyć skafandry, umieścić rannych w kapsułach i 
wydostać się z “Gamble”. Wpadną do lodowatej wody. W skafandrach im to nie zaszkodzi, ale 
problem w tym, że woda natychmiast zamarznie.
        - Trzeba stąd wypłynąć. Nie ma innego sposobu - powiedział Sten.
        - Na to wygląda, panie kapitanie - odparła Tapia.
        - I lepiej się pospieszmy. Nie sądzę, żeby którekolwiek z nas, za wyjątkiem Kilgoura, mogło 
rozwalić bryłę lodu uderzeniem pięści.
                Sten   i   Tapia   zastali   Alexa   w   nastroju   do   bójki.   Właśnie   skończył   przegląd   zapasów 
awaryjnych. Z jakiejś przyczyny, marynarze nie wierzą w to, że będą musieli opuścić okręt, toteż 
zazwyczaj wykorzystują zestawy ratunkowe w innych celach. Pod tym względem załoga “Gamble” 
niczym się nie różniła od pozostałych.
        - Bierz, co jest - powiedział Sten.
        Kiedy wszyscy już założyli skafandry, a ranni zostali umieszczeni w kapsułach, otwarto właz 
zapasowy. Woda zalała kabiny. Każdy desperacko łapał się jakichś przedmiotów. Wokół wirował 
prąd. Potem woda podniosła się ponad głowy marynarzy i sięgnęła górnego pokładu.
        Kilgour miał opuścić okręt jako pierwszy. Trzymał wziętą z warsztatu “Gamble” małą lampę 
lutowniczą.   Nastawił   ją   na   pełną   moc,   podniósł   wysoko   i   włączył   napęd   rakietowy   swojego 
skafandra. Olbrzymi Szkot powoli popłynął w górę. Przedzierał się przez zastygającą, lodowatą 
breję, w którą przekształcało się jeziorko wokół okrętu. Pozostali członkowie załogi chwycili kabel 
przypięty do kombinezonu Alexa.
        Sten wyszedł ostatni. Na chwilę zatrzymał się w czarnej wodzie tuż za lukiem. To był koniec 
jego okrętu. Przynajmniej nie poddali się bez walki.
        Kabel szarpnął Stena w górę. Wizjer w skafandrze dowódcy lekko zaszedł mgłą. Na pewno 
urządzenie odświeżające wewnątrz powietrze miało jakąś awarię. Tak, to było dobre wyjaśnienie. 
Przecież  żadna racjonalnie  myśląca  istota  nie  poddaje się uczuciom,  gdy w  grę wchodzi  kupa 
żelastwa. Niewątpliwie coś musiało się zepsuć w kombinezonie.
               Napęd rakietowy skafandra Kilgoura, skonstruowany z myślą o poruszaniu się w próżni, 
ledwie mógł pokonać zerową wyporność kombinezonu kosmicznego. Alex dryfował w górę bardzo 
powoli.
        - Tu jest coś cholernie dziwnego - zaskrzeczał głos Kilgoura w słuchawkach Stena. - Dotarłem 
na powierzchnię. Ale, dowódco... trzeba odbyć małą naradę.
               Sten odpiął się od kabla, dodał mocy napędowi kombinezonu, przebił kilkucentymetrową 
warstewkę lodu i wyłonił się z wody obok Alexa.
         Zobaczył wręcz nieprawdopodobny widok. Pływali w szybko zamarzającym jeziorku, które 
utworzyła   woda   ze   śniegu   stopionego   przez   powłokę   i   napęd   okrętu.   Nie   opodal,   ponad   krę, 
wystawał pogięty dziób “Gamble”.
        W tym jednak nie było niczego dziwnego. Ale kilka metrów nad ich głowami rozciągała się 
niska, lodowa kopuła.

background image

        - To nie ma sensu - pomyślał na głos Sten. 
        Obok dowódcy wynurzyła się Tapia.
        - Chyba ma - stwierdziła. - Czy wie pan coś o śniegu, panie kapitanie?
               Sten nie mógł poszczycić się szczególną znajomością tematu. Pokryty śniegiem krajobraz 
pamiętał z fresku, który zastawiła w lombardzie jego matka na Vulcanie, żeby kupić sobie za to 
sześć miesięcy życia. Razem z członkami Modliszek odbył też kilka wypraw na lodowe planety, 
lecz tamtejsza pogoda stanowiła jedynie przeszkodę nie wartą analizy.
        - Nie za bardzo, cholera - przyznał. - Wydaje mi się, że kopułę utworzył zamarznięty deszcz.
        - A łoskot, który słyszeliśmy? Może to lawina.
        - A więc teraz jesteśmy naprawdę pogrzebani?
        - Na to wygląda.
        Tapia miała rację. “Gamble” zagrzebał się w głębokim wiecznym śniegu. Dziób wystawał mu 
na kilka metrów. Ale pół kilometra nad doliną znajdował się śnieżny nawis, osłabiony przez drgania 
wywołane uderzeniem okrętu. Nawis urwał się i tysiąc metrów sześciennych śniegu i skały runęło 
w dół.
        Wrak “Gamble” był zakopany ponad czterdzieści metrów pod powierzchnią. Kiedy otworzyli 
luk awaryjny, woda, która wlała się do środka okrętu, spowodowała, że obniżył się poziom jeziorka 
wokół “Gamble”. Oblodzone dno lawiny utworzyło kopułę nad ich głowami.
        - Problem polega więc na tym, żeby znaleźć sposób na wytopienie sobie przejścia - odezwał 
się Alex. - Te skafandry mają za małą moc, żeby unieść nas w powietrze.
               Znalazło się wyjście. Popychając kapsuły z rannymi,  niezdarnie popłynęli  ku brzegom 
lodowego jeziorka. Pływanie zamieniało się w czołganie po lodzie, potem znów w pływanie, a 
następnie  w  przedzieranie  się przez  breję. Wreszcie  dotarli  do lodu na tyle  grubego, żeby ich 
utrzymał.
               Teraz musieli wykopać tunel. Byli w skafandrach, więc nie obawiali się, że zabraknie im 
powietrza. Kilgour przebijał się przez śnieg, miejscami wytapiał sobie przejście, skierowane pod 
łagodnym kątem do góry.
                -   Nie   wiedzieliście,   że   w   młodości   pracowałem   jako   górnik   -   powiedział   “rzeźbiąc” 
artystycznie wygięty łuk.
        - Jesteś pewien, że zbliżamy się do powierzchni? - zapytał Sten.
               - To bez znaczenia, chłopcze. Jak przebijemy się na wierzch, będziemy bezpieczni. Jak 
dotrzemy do piekła, będzie nam ciepło i wreszcie trafimy na swoje miejsce.
               Sten zdrapał zamarzający śnieg z rękawicy skafandra i nie odpowiedział. Nagle zauważył 
tajemnicze   światło.   Nie   pochodziło   ani   z   latarek   przy   skafandrach,   ani   z   lampy   lutowniczej 
Kilgoura. Otaczała ich równomierna poświata.
        Kilka sekund później, przebili się na powierzchnię. Gdy Sten podniósł wizjer hełmu, poczuł 
dziwny   zapach.   Uświadomił   sobie,   że   świeżym   powietrzem   nie   oddychał   od...   już   nawet   nie 
pamiętał od jak dawna.
        Koszmarny sposób na prowadzenie wojny, ocenił w myślach.
        A jeśli już o wojnie mowa, to następnym krokiem będzie znalezienie drogi wyjścia z gór. Czy 
wystarczy zgromadzonej w skafandrach energii, aby przedostać się na ciepłe niziny? Kombinezon 
bez zasilania miał taką samą wartość jak roztrzaskany “Gamble”, tkwiący pod lodem.
        Dwa grzybki w barszcz to za dużo, powiedział Sten do siebie. Jego załogę, której brakowało 
jakiegokolwiek   doświadczenia   w   starciach   na   lądzie,   mógłby   zmasakrować   pierwszy   lepszy 
napotkany tahnijski patrol.
        Przynajmniej trochę się rozgrzejemy, jeżeli dojdzie do walki, pomyślał Sten. Odwrócił się do 
swoich ludzi i zaczął przygotowania do długiego marszu.
        

background image

Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty
        
        Na trzeci dzień odkąd rozpoczęło się lądowanie na Cavite, lady Atago przeniosła swoją flagę z 
“Foreza”   do   ruchomego   punktu   dowodzenia   na   powierzchni   planety.   Kwaterą   główną   stał   się 
olbrzymi, opancerzony wóz bojowy. Imperialny wywiad nazwałby go pojazdem klasy “Chilo”. Ta 
wielka, szeroka na pięćdziesiąt, a długa na sto pięćdziesiąt metrów jednostka, poruszała się na 
czterdziestu trzymetrowej wysokości roligonach, montowanych po trzy na osi niskociśnieniowych 
poduch, które nadawały wehikułowi własności amfibii. Jeśli któryś z roligonów nie mógł pokonać 
jakiejś przeszkody terenowej, oś obracała się i stawiała inne z trzech kół na wierzchu obiektu. Wóz 
dowodzenia zbudowany z segmentów, mógł też skręcać we wszystkie strony.
         Toczył się naprzód zaledwie kilka kilometrów za linią frontu, eskortowany przez szwadron 
czołgów i wyrzutni rakiet ziemia-powietrze.
         Tych kilka cudem ocalałych imperialnych okrętów, nigdy nie ośmieliłoby się podjąć próby 
spenetrowania   przeciwlotniczego   parasola   Tahnijczyków,   ale   Atago   nie   chciała   ryzykować. 
Miejsce, które wybrała na kolejne stanowisko dowodzenia, miało parę ważnych zalet - znajdowało 
się   blisko   najbardziej   obiecującego   przyczółka   zdobytego   przez   Tahnijczyków;   wóz   otaczały 
otwarte tereny, zdatne na lądowiska dla okrętów; nie trzeba było się specjalnie maskować.
               Funkcje kamuflażu pełnił ogromny budynek - jeszcze niedawno biblioteka uniwersytecka 
jednego z miast satelickich Cavite City. A Tahnijczycy nie potrzebowali składnic - jak to nazywali - 
imperialnej propagandy.
               Sześć grawisań napędzanych  generatorami  McLeana parkowało pod dachem budynku. 
Zmieścił się tam także ogromny wóz bojowy dowodzenia. Grzybowata wieża wehikułu rozpruła 
trzy   piętra,   ale   konstrukcja   gmachu   wytrzymała.   Punkt   dowodzenia   stał   się   niewidoczny   z 
powietrza.   Atago   natomiast   nie   wątpiła,   że   jej   oddziały   wsparcia   elektronicznego   skutecznie 
zagłuszą imperialne detektory.
               Ponadto, dywizjon fregat, który tak nękał Tahnijczyków, został zniszczony. Lady Atago 
żałowała   tylko,   że   nie   udało   się   wziąć   do   niewoli   komandora   Stena.   Tahnijscy   lordowie 
zorganizowaliby pokazowy proces, a wyrok rozgłosiliby za pomocą kanałów łączności imperium. 
To   mogłoby   posłużyć   zniechęceniu   niektórych,   co   bardziej   agresywnych   oficerów,   nadal 
opierających się Tahnijczykom.
        Lady Atago, mimo wszystko, nie była zadowolona z postępów inwazji.
        Tahnijczycy zdołali zablokować główne siły imperialne w Cavite City i jego okolicach. Teraz 
powoli zaciskali pętlę. Wojska imperium trzymały się na obszarze niecałych dwustu kilometrów 
kwadratowych. Odosobnione oddziałki ciągle stawiały opór w innych miejscach planety, ale ich 
likwidacja nie powinna potrwać dłużej niż kilka dni.
               Tereny kontrolowane przez imperium na Cavite ograniczały się do samego Cavite City 
(wysunięte   tahnijskie   patrole   docierały   już   na   przedmieścia),   bazy   marynarki   wojennej   i 
wznoszących   się   nad   nią   wzgórz.   Łodzie   podwodne   Tahnijczyków   przecięły   wszelkie   drogi 
odwrotu morzem. 
        Ale było to pyrrusowe zwycięstwo.
               Trzy dywizje desantowe ze wsparciem - co stanowiło odpowiednik mniej więcej czterech 
jednostek gwardii imperialnej - zostały zdziesiątkowane. Nie, ponieśliśmy znacznie większe straty, 
poprawiła się lady Atago. Szpica wbiła się głęboko w miasto i została zmiażdżona przez oddziały 
gwardii.   Wyprowadzono   cztery   natarcia.   Wszystkie   odparto.   W   takiej   sytuacji   dowództwo 
imperialne wycofałoby wykrwawione oddziały, przeniosło je do rezerwy, dokonało uzupełnień i 
odesłało   na   front   dopiero   po   odzyskaniu   zdolności   bojowej.   Tahnijczycy   byli   bardziej 
pragmatyczni.   Ich   oddziały,   kiedy   już   raz   wkroczyły   na   pole   walki,   pozostawały   tam,   aż   do 
zwycięstwa.  Innymi   słowy,   nie  schodziły z  linii   ognia,  dopóki  straty  nie  sięgnęły co  najmniej 
siedemdziesięciu procent. Ci, którzy przeżyli, wzmacniali pozostałe szeregi. Wycofany z frontu 
oddział formowano od podstaw.
        Taki los spotkał jednostki, które poszły w szpicy. 

background image

        Druga fala desantu dostała rozkaz, by kontynuować natarcie. Także została zniszczona. Widać 
Tahnijczycy prowadzili zbyt wiele wojen przeciwko nie przygotowanym lub niedoświadczonym w 
wojaczce narodom.
        Jednak Pierwsza Gwardyjska była zaprawiona w boju. Umocniła każdy nadający się do tego 
punkt. Kiedy na nich uderzano, trzymali się do ostatniej chwili. Potem robili odwrót na wcześniej 
przygotowane stanowiska. Tahnijczycy myśleli, że zdobyli  obiekt, i zabierali się za kolejny. A 
tymczasem grupy szturmowe gwardii przystępowały do kontrataku.
               To przyniosło co najmniej następne dziesięć procent strat. Gwardia zazwyczaj odbijała 
stanowisko. Płaciła przy tym dość wysoką cenę. Ale Tahnijczycy płacili dużo wyższą.
        Jeszcze gorszy dla Tahnijczyków miały przebieg walki w mieście. Gwardia broniła każdego 
domu,   stosując   taktykę   ognia   krzyżowego.   Poszczególne   budynki   stanowiły   ogniwa   łańcucha 
obrony.   Żaden  tahnijski  dowódca  nie  mógł   powiedzieć,   że  zajmowane  przez   niego  pozycje  są 
bezpieczne. 
        Najgorzej było w nocy.
        Ian Mahoney nauczył swoich żołnierzy elastycznego myślenia. Walczyli nawet o najmniejszą 
placówkę, ale żadnej nie uważali za konieczną do utrzymania za wszelką cenę. W nocy wysyłali 
patrole w sile kompanii. Uderzały one w każdy nadarzający się cel. Natomiast tahnijskie nocne 
patrole   były   po   prostu   pośmiewiskiem.   Meldowały,   że   linie   imperialne   są   słabo   obsadzone. 
Przeprowadzano wtedy atak, który gwardziści z łatwością mogli odeprzeć.
                Wbrew   konwencjonalnej   wiedzy   wojskowej,   Pierwsza   Gwardyjska   niezbyt   silnie 
zabezpieczała frontowe pozycje. Tahnijskie patrole szperały i niczego nie znajdowały, lecz kiedy 
ich   żołnierze   wchodzili   głębiej,   posiłki   ze   starannie   ukrytych   umocnień   uderzały   na   nich   ze 
wszystkich stron.
        Ale Tahnijczycy pokonywali przeciwnika zwykłą przewagą liczebną.
        Lady Atago była pewna zwycięstwa. Tak pewna, że w zaciszu swojego przedziału bojowego 
planowała przyjęcie kapitulacji gwardii.
        Przybyły z Heath zespół filmowców czekał w pogotowiu. Atago przygotowała już mundury 
galowe dla siebie i swojej asysty honorowej.
         Admirał van Doorman - jeśli przeżyje - nie będzie wart tego, żeby podpisać akt kapitulacji. 
Może to zrobić ten Mahoney.
               Tak, postanowiła. Urządzi bardzo malowniczą  uroczystość.  Taka propagandowa lekcja 
przyczyni  się   do  rozwoju  tahnijskiej   machiny   wojennej.  Kapitulacja   odbędzie   się  na  głównym 
lądowisku   bazy   Cavite.   Filmowcy   pokażą   stojące   wokół   wraki   okrętów.   Pozostałości   sił 
imperialnych staną w szeregu, a w kulminacyjnym momencie generał Mahoney podejdzie do lady 
Atago.
               Czy miał szpadę? To bez znaczenia. Musi przecież nosić jakąś broń boczną. Lady Atago 
przyjmie ją od niego i obieca łaskawie traktować wziętych do niewoli żołnierzy.
                Rzecz   jasna,   nie   dotrzyma   słowa.   Zresztą   gwardziści   zapewne   wzgardzą   takim 
przyrzeczeniem. Umrą honorową śmiercią. Od miecza.
        Egzekucja także zostanie nagrana na taśmę. Być może, po zwycięstwie nad imperium, te filmy 
wzmocnią ducha walki w następnych pokoleniach tahnijskich żołnierzy.
        Lady Atago oczyma wyobraźni widziała, co nastąpi w niedalekiej przyszłości.
               A po upadku Cavite,  uderzy w samo  serce imperium.  Jej  mentor,  lord Fehrłe, będzie 
zadowolony.
               Albo i nie, pomyślała, uśmiechając się lekko. Ostatnimi czasy straciła sympatię do tego 
Fehrle’a. Być może to nie on poprowadzi Tahnijczyków do ostatecznego zwycięstwa. Chyba ktoś 
inny lepiej się do tego nada. Ktoś, kto sam zaznał niebezpieczeństw pola bitwy.
        Lady Atago pozwoliła sobie na chichot. Przyszłość przedstawiała jej się w jasnych barwach. I 
we krwi...
        

background image

Rozdział sześćdziesiąty
        
        Marynarze i lotnicy mają przynajmniej jedną wspólną cechę. Uważają, że z woli Opatrzności 
nie będą musieli chodzić. Ludzie Stena klęli na czym świat stoi, kiedy się dowiedzieli, że czeka ich 
długa marszruta.
         Przekleństwa świstały w powietrzu tylko przez siedem kilometrów. Potem nikomu już nie 
starczyło werwy, na co innego niż tylko wyciąganie nogi ze śniegu, przestawianie jej do przodu, i 
znowu wyciąganie, i znowu przestawianie... Co pół godziny następowała zmiana przy noszach z 
kapsułami. Skafandry okazały się bardziej bezużyteczne, niż Stenowi wydawało się na początku. 
Nikt nie przewidywał, że będą one wykorzystywane do wędrówek po ziemi. Chodzenie w nich 
wymagało wysiłku godnego Herkulesa.
        Sten żałował, że nie mają kombinezonów górskich. Albo futer. A jak już marzyć, to na całego 
- czemu nie dysponują nową fregatą?
               Gdyby skafandry nie ważyły tak dużo, lub gdyby ich ciężar można było zrównoważyć 
generatorami McLeana, szybowaliby ponad śnieżnymi wydmami. Mogliby też zrobić sobie rakiety 
śnieżne z gałęzi i już nie brnęliby z takim wysiłkiem.
        Kiedy zapadała noc, Sten wypatrzył miejsce na biwak. Na skraju doliny, którą przemierzali, 
rosło   wielkie   drzewo   przykryte   grubą   śnieżną   pierzyną.   Sten   pamiętał   pewne   nauki   z   kursu 
terenowego dla Modliszek. Kazał swoim ludziom przekopać się do samego pnia. Wokół niego był 
kawałek   ziemi   przysypany   jedynie   cienką   warstwą   białych   płatków.   Tworzyło   to  rodzaj   małej 
jaskini. Tocząc się po ziemi, ubili śnieg i powiększyli schronienie.
         Kilgour zajął się rannymi. Sten bardzo się cieszył, że Alex wie, jak to robić, bo on sam nie 
przechodził treningu medycznego. Szkot wykazał się niezwykłą kompetencją. Szkolenie medyczne 
w Modliszkach uczyniło z niego prawdziwego chirurga. Niewiele jednak mógł zdziałać - brakowało 
odpowiednich lekarstw i narzędzi. Kilgour zmienił opatrunki na oparzelinach i opaski uciskowe. 
Dał rannym środki uśmierzające ból. Wyglądało na to, że jeden z marynarzy umrze w ciągu kilku 
godzin.
        Rozłożyli się na noc. Członkowie załogi nie wierzyli Stenowi i Tapii, że nie będą potrzebne 
ogrzewacze skafandrów. Zmienili zdanie dopiero, gdy zobaczyli, że ciepło ich ciał topi śnieg, a 
powstała woda szybko zamarza. W śnieżnej jaskini panowała całkiem znośna temperatura. Sten 
poszerzył dziurę wokół pnia drzewa, żeby wpuścić więcej powietrza.
        Nastał dzień. W nocy zmarł śmiertelnie ranny marynarz. Znaleźli rozpadlinę skalną, wepchnęli 
tam kapsułę ze zwłokami i zasypali ją śniegiem. Potem ruszyli w drogę.
        Powtórzyła się ta sama męka. Marsz z opuszczonym wizjerem powodował, że było ciepło, ale 
szybko   zaczynało   brakować   tlenu.   Otworzenie   wizjera   umożliwiało   odetchnięcie   świeżym 
powietrzem,   ale   baterie   ogrzewacza   szybko   się   wyczerpywały   i   zachodziło   niebezpieczeństwo 
odmrożenia sobie twarzy.
                Około   południa   zaświeciło   słońce   Cavite.   To   pogorszyło   sytuację.   Contreras   dostała 
przejściowej ślepoty śnieżnej. Musiała zamknąć wizjer i włączyć polaryzację.
                Śnieg   zaczynał   topnieć.   Wzrastało   ryzyko,   że   piloci   tahnijskich   myśliwców   zauważą 
maszerującą ekipę. Sten jednak nie sądził, żeby nieprzyjaciel patrolował takie pustkowie.
        Druga noc niewiele różniła się od pierwszej. Tyle że nie znaleźli równie dobrego schronienia. 
Alex wyczerpał resztki baterii lampy lutowniczej, żeby wyciąć rów w śniegu. Schronili się tam 
przed podmuchami wiatru.
        Noc przeszła prędko. Przez cały czas trzymali wartę. Kiedy zaczęło dnieć, przełknęli ostatki 
płynnej żywności z zapasu w skafandrach i znów ruszyli w drogę.
               Sten był zły na siebie. Trochę stracił kondycję. Czuł się wyczerpany po zaledwie dwóch 
dniach marszu. Kiedy służył w Modliszkach, to by wystarczyło, żeby odesłać go do macierzystego 
oddziału. Zaczynał rozumieć, dlaczego tak wielu marynarzy było opaśluchami.
        Kilgour nie ułatwiał mu zadania. Na rodzinnej planecie Alexa ciążenie wynosiło trzy G - tutaj, 
na Cavite, znacznie mniej. Szkot trzymał się w formie. Brnął przez śnieg niczym czołg. Jakby szedł 

background image

po równej drodze i nie nosił skafandra, nie trzymał przednich rączek noszy i nie miał na plecach 
dwóch automatów. Kilgour przypomniał Stenowi wielką atropomorficzną baryłę z piwem.
                Poza   tym,   opowiadał   kawały.   A   przynajmniej   usiłował   to   robić.   Dowódca   musiał 
przyjacielowi   zagrozić   głodówką   w   anclu,   żeby   powstrzymać   go   od   opowiadania   koszmarnie 
idiotycznego dowcipasu o cętkowanych wężach - słyszał go raz podczas treningu w Modliszkach. 
Ale Kilgour miał w zanadrzu inne kawały, prawie tak samo grupie.
        - Wiecie co? - zaczął wesoło Alex, zwracając się do chorążego Tapii. - Kiedyś prowadziłem 
gospodarstwo.
        - Jakie gospodarstwo? - mruknęła Tapia, z ledwością unikając upadku twarzą w śnieg.
        - Jestem prawowitym dziedzicem rancza Kilgour.
        - Pierwsze słyszę - odparł zdziwiony Sten.
        - Chcę wam opowiedzieć o świni.
        - O świni?
         - Tak. O wielkim kawale świńskiego sadła. Kiedyś przejeżdżałem przez wieś i zobaczyłem 
ogromnego wieprza. Uderzył mnie fakt, że zwierzak ma drewnianą nogę. Trzy zwyczajne nogi i 
jeden drewniany kołek.
        - Świnia z kikutem? - zagadnął podejrzliwie Foss, który dobrnął bliżej Tapii, żeby wysłuchać 
historii.
        - No właśnie. Dziwactwo. Więc pytam chłopa, stojącego koło płotu, co jest z tą świnią. A ten 
mówi, że to cudowny wieprzek. “Trzy lata temu wpadłem do stawu”, opowiada. “Nikogo w pobliżu 
nie   było.   Zacząłem   tonąć.   Wtedy   świnia   wskoczyła   do   wody   i   mnie   wyciągnęła”.   Słucham, 
własnym uszom nie wierzę, a chłop ciągnie dalej: “Dwa lata temu grawisanie z ziarnem runęły do 
rowu, a ona je wciągnęła na drogę”. Ja się dziwuję, ale chcę żeby wytłumaczył, dlaczego świnia ma 
drewnianą nogę. On mi jednak przerywa i mówi, że kiedyś zapaliła mu się chałupa. Spał jak zabity i 
nic nie wiedział pożarze. I byłby zginął, ale świnia chwyciła za wąż strażacki ugasiła płomienie. 
Wreszcie  go powstrzymałem  i pytam  o tę  cholerną  nogę. Gospodarz  patrzy na mnie  i rzecze: 
“Przecież nie zjadłbyś od razu świni, która ci życie uratowała!”
        Tapia i Foss najwyraźniej mieli ochotę zamordować dowcipnego kompana.
        Tak zachowywał się Kilgour w czasie marszu.
         Ale chyba najgorszy był ten jego nieustający dobry humor. Sierżanckie przyśpiewki Alexa 
stawały się coraz bardziej męczące.
         Śniegowa pokrywa powoli przechodziła w lodową breję. Sten rozejrzał się i stwierdził, że 
przed nimi nie widać już szczytów. Dolina rozszerzała się. Wychodzili na płaskowyż. Tu i ówdzie 
wyrastały fragmenty skał.
        Zdołali więc śnieżne pustkowie.
        Teraz Sten musiał się martwić, jak przeprowadzić marynarzy przez pozycje Tahnijczyków, do 
Cavite City. Znaczna większość załogantów nie znała się na lądowej wojaczce.
        Było zatem o czym myśleć.
        
Rozdział sześćdziesiąty pierwszy
        
         Temperatura wzrosła do piętnastu stopni. Wokół widniała rozległa nizina. Zdjęli skafandry. 
Kilgour chrząknął skonsternowany.
        - Wszechświat ma zapach pięty - zauważył. - Nieprzyjaciele wyśledzą nas po smrodzie, jaki 
roztaczamy.
        Nie przesadzał - wszyscy cuchnęli niczym wychodek. Ale tak było tylko do chwili, gdy dotarli 
do pierwszego wodopoju dla bydła. Kilgour wystraszył trzy chude bydlątka i rzucił się do zbiornika 
z wodą, zdzierając swój kombinezon. Inni poszli w ślad za Szkotem.
                Sten   dał   im   godzinę,   żeby   zeskrobali   z   siebie   najgorsze   łajno.   Potem   ruszyli   dalej. 
Potrzebowali żywności i bezpiecznego miejsca, gdzie mogliby odbyć naradę, jak przebić się do 
swoich.

background image

        Nawigacja była łatwa - szli w kierunku kolumn dymu na horyzoncie, znaczących pole bitwy 
wokół Cavite. Przemierzali wyniszczony suszą, ubogi pasterski kraj. Na polanach, gdzieniegdzie 
stały   szałasy   -   w   większości   puste.   Sten   pominął   te,   które   wyglądały   na   zamieszkane.   Nie 
wyglądało na to, żeby ci ludzie mieli dość dla siebie, nie mówiąc już o dzieleniu się z marynarzami.
        Potem wkroczyli w bogate okolice: zielone pola, a w oddali zabudowania gospodarstw. Ale o 
jakieś dwa kilometry od głównego budynku okazało się, że zamożność była złudna. Na polach 
wokół farmy panowała głucha cisza.
               Sten kazał swoim ludziom rozproszyć się. Podchodzili bardzo ostrożnie. Pół kilometra od 
domu  dowódca polecił  marynarzom,  żeby zajęli pozycje  obronne w jednym  z suchych  rowów 
irygacyjnych, które kiedyś nawadniały tę ziemię.
        Razem z Alexem ruszyli naprzód.
        Pośrodku podwórza znajdował się mały staw artezyjski.
        Wzdłuż jego brzegów leżało kilkanaście ciał. Sten i Alex przykucnęli za ścianą szopy i czekali.
         Z łomotem otworzyły się drzwi domostwa. Sten odbezpieczył automat. Drzwi trzasnęły raz 
jeszcze. To tylko wiatr.
        Skokami przebiegli do pierwszego ciała. Kilgour wciągnął powietrze nosem.
        - Tkwią tu trzy, może cztery dni - ocenił. - Wątpię, żeby ich najpierw osądzono.
        Ci ludzie - mężczyźni i kobiety - nie zginęli w walce. Każde z ciał miało ręce związane z tyłu 
drutem kolczastym.
               Sten przetoczył jednego trupa na plecy. Na zakrwawionej szyi błysnęło złoto. Komandor 
podniósł wisiorek lufą automatu.
        - To byli Tahnijczycy - stwierdził. - Osadnicy, sądząc z tego, jak są ubrani.
        - Ciekawe, kto ich pozarzynał? 
        Sten wzruszył ramionami.
        - Imperialni partyzanci. Tahnijscy żołnierze. Czy to ma znaczenie?
        - Pytałem jedynie z ciekawości, dowódco. Sprawdzimy, co jest w domu?
        
               Sprowadzili pozostałych na podwórko. Kilku marynarzy, zwymiotowało na widok zwłok. 
Musicie się przyzwyczaić, pomyślał Sten. Już się skończyło prowadzenie wojny na odległość.
        Razem z Tapia i Kilgourem przeszukali budynek. Wszystko było przetrząśnięte, przewrócone 
do góry nogami. Połamano i zniszczono każdy drobiazg.
        - Mam pewną teorię - powiedział Kilgour. - Nasi tego nie zrobili. Cztery dni temu uciekali do 
Cavite. A tahnijscy żołnierze nie mieliby czasu na urządzanie takiej demolki. - Mówiąc to, Lex 
ładował konserwy do plecaka. - Według mnie - ciągnął - zamordowani byli nam przyjaźni przed 
wojną.   Innym   Tahnijczykom   to  się   nie  podobało.   Kiedy  wylądowały  tahnijskie   wojska,  bracia 
farmerzy załatwili porachunki...
        Kilgour przerwał i podniósł z podłogi buteleczkę. Rzucił ją przyjacielowi.
        - “Fabryka Cydru i Nawozów Mahoneya” - odczytał na głos Sten.
        - Idziemy po śladach mistrza - rzekł z kpiarską powagą Alex.
               Tapia zupełnie nie rozumiała, dlaczego jej dwaj przełożeni nagle roześmieli się na tym 
cmentarzysku.
        
        Od wizyty w opuszczonym gospodarstwie przemieszczali się tylko nocą. Szli bardzo powoli. 
Nie tylko z ostrożności, ale także dlatego, że brakowało im doświadczenia. Sten musiał bez ustanku 
powściągać swój język. Wszystko się w nim gotowało z wściekłości.
               Ci ludzie nie byli  członkami  Sekcji Modliszki ani gwardzistami. Ani nawet rekrutami 
piechoty. Zamknij się, Sten, i przestań narzekać, że nie masz pod komendą superkomandosów, 
napominał się w myślach. Ale jeśli będą iść w takim tempie, to wojna się skończy, zanim dotrą do 
Cavite. No i co z tego? Czy tak ci się spieszy, komandorze, żeby wrócić do oblężonego miasta i dać 
się zabić? Zamknij się i maszeruj dalej.

background image

               Czwartej  nocy,   Contreras  nadziała   się  na  fermę  Frehdy  -  i  to   dosłownie.  Zawisła   na 
koncertinach drutu kolczastego. Mundur na szczęście zapobiegł cięższym skaleczeniom. Inni zdjęli 
ją z zapory, wciągnęli za krzaki i zaczaili się w zaroślach.
               Sten i Alex ponownie wyruszyli na przeszpiegi. Przedostali się przez druty i czujniki, nie 
wzbudzając alarmu. Leżeli na wzgórzu, patrząc na rzędy baraków. Omawiali sytuację, używając 
języka znaków, którego nauczyli się jako komandosi. Był to bardzo prosty sposób porozumiewania 
się. Na przykład, gestem rozpostartych rąk pytano: “co to jest?”.
                “T”   w   języku   migowym   oznaczało   Tahnijczyków,   palce   przyłożone   do   naszywek   na 
kołnierzach   -   wojsko.   Potrząśnięcie   głową   -   nie.   Sytuacja   przedstawiała   się   jasno.   Tahnijscy 
żołnierze bardziej dbali o bezpieczeństwo i prawdopodobnie maskowaliby światło.
        Sten wskazał na oświetlone baraki i zadał pytanie, posługując się znakami: “To co, w takim 
razie robią te sukinsyny z automatami i grawisaniami?”
        Nagle zdał sobie sprawę, że zna odpowiedź. To była osada tahnijskich rewolucjonistów.
        Prawie na pewno musiało tam siedzieć paru żołnierzy regularnej armii. Ci partyzanci zapewne 
zabezpieczali   tyły,   pełnili   służbę   policyjną   i   tak   dalej.   Owo   “i   tak   dalej”   obejmowało 
prawdopodobnie rozprawę z osadnikami, imperialnymi lub tahnijskimi, których uznano za element 
niepewny.
        Sten pomyślał, że teraz wie, kto wymordował tamtą rodzinę. I że zna sposób na przedostanie 
się do Cavite City.
         Kilgour najwyraźniej miał taki sam plan. Kiedy Sten popatrzył na przyjaciela, ten trzymał 
złączone dłonie przy policzku. Opierał o nie głowę, jakby spał.
        Jasne. Teraz potrzebny jest im wartownik.
        Znaleźli go jakieś siedemdziesiąt pięć metrów dalej, wzdłuż drutu. Chodził wokół posterunku. 
Był poza plamą światła. Wpatrywał się w ciemność. Musieli nieco zmodyfikować swój plan.
               Kilgour popełznął naprzód, aż dotarł na odległość czterech metrów od wartownika. Sten, 
czołgając się, okrążył żołnierza i podkradł się do niego od strony koszar. Zgiął palce, nóż wślizgnął 
mu się do ręki.
               Wdech... wydech... oczy w dół. Sten podciągnął nogi, wstał. Zrobił trzy kroki, schwycił 
wartownika od tyłu za podbródek, przegiął mu głowę na bok i przeciął arterię.
        Zastawili pułapkę “na śpiącego wartownika”. Jej podstawą było założenie, że w każdej armii 
zaśniecie na służbie jest traktowane jako jeden z najcięższych grzechów przeciwko regulaminowi.
         Odciągnęli ciało, oparli o słupek i naciągnęli trupowi czapkę na oczy. Zaczaili się po obu 
stronach wartowni. Czekali w całkowitej ciemności.
        Wcześniej czy później, dowódca straży sprawdzi posterunki.
         Wóz bojowy opuścił bramę koszar i pojechał wzdłuż drutu. Sten i Alex leżeli nieruchomo, 
zakładając, że kierowca oraz pasażer wozu noszą gogle noktowizyjne.
                Rzeczywiście   mieli   je  na   twarzach.   Ale  szukali   wartownika,   a   nie   dwóch   opryszków 
czyhających w bujnej trawie.
        Dowódca straży zobaczył “śpiącego” wartownika. Uznał zapewne, że należy mu się nauczka, 
bo wóz zatrzymał się w odległości jakichś dziesięciu metrów od posterunku.
        Sten czmychnął w kierunku maszyny.
               Tahnijski oficer - jeden z doradców Frehdy - podszedł do swego niezdyscyplinowanego 
podkomendnego. Zaraz nachyli się i ryknie. Potem wymierzyłby prawdziwą karę. Tahnijski oficer 
od dawna zamierzał zrobić coś takiego. Uważał, że ci chłopi stają się coraz bardziej niedbali.
            Mężczyzna rzeczywiście nachylił się. W tym momencie Alex runął na niego z ciemności, 
uderzając go dłonią w czoło. Ten cios, zadany przez zwykłego człowieka, zaledwie by ogłuszył 
ofiarę. Ale siła Szkota sprawiła, że Tahnijczykowi pękła czaszka.
         Kilgour zabrał pasy z bronią i pobiegł w stronę wozu bojowego. Sten wytarł ostrze noża o 
mundur   zabitego   kierowcy,   założył   gogle   noktowizyjne,   uniósł   pojazd   trzy   metry   nad   ziemię, 
zawrócił i na pełnym gazie pomknął ku swoim marynarzom.
        Znów dysponowali środkiem lokomocji.
        

background image

Rozdział sześćdziesiąty drugi
        
         Tahnijski wóz bojowy nie tylko ułatwiał załodze Stena poruszanie się, ale także służył jako 
kamuflaż.   Sten   rozumował   kategoriami   wroga:   wszelkie   cywilne   grawisanie   zostały   albo 
unieruchomione   albo   skonfiskowane,   a   pojazdy   armii   imperialnej   znajdują   się   w   oblężonym 
mieście. Ergo - wszystko, co się porusza, musi należeć do Tahnijczyków.
         Sten zadbał jednak o dodatkowe maskowanie. Kiedy już załadował swoich ludzi na pokład, 
przeleciał się trzy razy tuż nad najbardziej zakurzoną wiejską drogą, jaką znalazł w pobliżu. Potem 
ruszył w stronę Cavite City. Wyglądał na kolejnego znękanego szofera, który stara się dowieźć 
pokrytych kurzem żołnierzy jak najbliżej pola walki.
        Jedyny kłopot mogły ewentualnie sprawiać punkty kontrolne żandarmerii, usytuowane tuż za 
frontem. Ale żandarmi będą raczej sprawdzać przepustki oraz identyfikatory tych, którzy oddalają 
się od Unii ognia, a nie osób zmierzających w jej stronę.
         Mieli dużo szczęścia. Żandarm kazał Stenowi osiąść obok drogi, kiedy przelatywał konwój 
ciężkich transporterów. Maszyny byle jak trzymały szyk. Między poszczególnymi  grawisaniami 
zdarzały się luki liczące kilkaset metrów. Sten bez trudu wepchnął się między transportowce i 
równie łatwo opuścił towarzystwo, skręcając w boczną drogę na przedmieściach.
               Tereny utrzymywane  przez siły imperium coraz bardziej się zmniejszały.  Tahnijczycy, 
znacznie   przewyższający   obrońców   liczbą,   zacieśniali   pierścień.   Stenowi   udało   się   uniknąć 
spotkania z trzema patrolami ulicznymi. Postanowił więcej nie ryzykować. Dwa kilometry od linii 
frontu osadził wóz na trzecim piętrze zniszczonego budynku i zaczął się zastanawiać nad obraniem 
właściwej   taktyki.   Od   tego   miejsca   niebezpieczeństwo   będzie   narastało.   Tahnijczycy   zapewne 
skrupulatnie szukają patroli penetrujących ich linie, a ziemia niczyja to najbardziej niepewny teren. 
Poza tym  załoga może  zostać zastrzelona  przez swoich - Sten nie miał  pojęcia, jakich haseł i 
sygnałów rozpoznawczych używały rodzinne jednostki.
        Sten znalazł rozwiązanie problemu, gdy dostrzegł ubranego na biało żandarma z patrolu.
        Białe mundury w strefie frontowej?, zdziwił się w myślach.
        - Moglibyśmy to wykorzystać - powiedział Alex, opuszczając lornetkę.
        - Szukasz wymówki, żeby poderżnąć gardło jeszcze jednemu, Kilgour.
        - Zgadza, się, ale czy to źle?
        I znów, Sten wraz z Alexem poszli na rozpoznanie. Przechodzili z dachu na dach, aż znaleźli 
się nad żandarmem. Jego kolega stał po drugiej stronie ulicy, a raczej wąskiego przesmyku między 
ruinami.
         Za żandarmami widniało gniazdo sprzężonych działek. Jeszcze dalej stacjonowały czołgi i 
wyrzutnie rakiet. Stały one wokół gromady wielkich pojazdów na gąsienicach. Najwyraźniej były 
to wozy dowodzenia - miały więcej anten niż rak wąsów. Stąd kierowano działaniami brygady 
pancernej wspierającej wojska desantowe Tahnijczyków. Wozy były dokładnie pomiędzy Stenem a 
liniami sił imperialnych.
        - Zapolujemy na tych lalusiów? - zapytał Kilgour, choć wiedział, że sprawa jest oczywista.
         Mniej doświadczeni - albo mniej cyniczni - żołnierze darowaliby sobie atak na stanowisko 
dowodzenia. Ale Sten i Alex uznali to za nie lada gratkę.
               Ze szkolenia odebranego w Sekcji Modliszki i z własnego doświadczenia wiedzieli, że 
dowództwa zazwyczaj nie są zbyt dobrze chronione. Wartowników wybierano ze względu na ich 
sprawność, ale w krótkim czasie zamieniali się oni w trzaskających obcasami ordynansów. Funkcje 
dowódców   straży   najczęściej   pełnili   ambitni,   ustosunkowani   młodzi   oficerowie.   Oddział 
wartowniczy powoli zamieniał się z jednostki bojowej w kompanię reprezentacyjną.
            Członków takiej jednostki awansowano i nagradzano za połysk na butach i wyczyszczone 
guziki. Po godzinach doprowadzania munduru do wzorowego stanu, żołnierz nie miał specjalnej 
ochoty brodzić w błocie tylko dlatego, że usłyszał jakiś podejrzany hałas.
        Dużą rolę odgrywał także czynnik arogancji - któż się ośmieli zaatakować taką potęgę?
        Stenowi i Alexowi bardzo pasował podobny sposób myślenia.

background image

               Turyści z lubością gapią się na zmianę warty. Takie parady są dobre przed frontonami 
pałaców. Żołnierze noszą galowe mundury,  występują całymi  oddziałami, o określonym czasie. 
Maszerują   ze   szczękiem   broni   -   najlepiej,   żeby   była   chromowana   i   historyczna.   Wojsko   nie 
powinno jednak robić przedstawień, kiedy w okolicy może się czaić nieprzyjaciel. Ale tradycja robi 
swoje - nawet, jeśli jest to tradycja tygodniowa.
        Sten i jego marynarze umieli wykorzystać tę okoliczność.
               Zmiana warty na tahnijskim punkcie dowodzenia polegała na tym, że kilka plutonów, w 
zwartym   szyku,   przemaszerowywało   od   jednego   posterunku   do   drugiego.   W   harmidrze 
wywołanym   szczękaniem   broni,   wykrzykiwanymi   rozkazami,   dowódca   przyjmował   raport 
wartownika i wysyłał nowego stróża. Na komendę “spocznij” zwalniany wartownik uderzał kilka 
razy  kolbą   o   ziemię,   po   czym   maszerował   na   koniec   oddziału.   Gdy  posterunek   był   ponownie 
objęty, plutony odmaszerowywały dalej.
        Rzecz jasna, zmiana warty następowała o określonych porach.
        Sten wiedział, że człowiek jest najmniej przygotowany na wszelkie niespodzianki o czwartej 
nad ranem.
        I wtedy właśnie uderzył.
               Szczękanie... stukot... wykrzyczane rozkazy... i trzynaścioro ludzi Stena niepostrzeżenie 
wemknęło się za nowego, ziewającego wartownika. Weszli do sanktuarium lady Atago.
               Jeśli będą maszerowali w szyku, całkiem jawnie, przejdą nie zatrzymywani. Sten miał 
desperacką nadzieję, że jego matrosi potrafią jakoś naśladować krok marszowy piechoty.
        Faza pierwsza - zakończona. Faza druga - znaleźć dziurę w sieci.
        Kilgour zwędził opancerzone grawisanie transportowe, zaparkowane o sto pięćdziesiąt metrów 
od wozu dowodzenia. Z nożem kukri w pogotowiu, wślizgnął się przez nie strzeżony właz. Sten 
czekał na zewnątrz.
         Usłyszał tylko jęk umierającego i głowa Kilgoura wychyliła się z włazu. Kukri był czysty. 
Nieźle, pomyślał Sten. Chłopak trzyma się w formie.
        Machnął na swoich marynarzy. Wszyscy schowali się w wozie. Czekali na świt.
        Sten, Foss, Kilgour i Tapia trzymali wachty przy ekranach ciężarówki. Powodzenie kolejnych 
etapów akcji zależało od szczęścia. Wcześniej czy później, pewnie około zmierzchu oddziały będą 
się   przesuwać   naprzód.   Chaos   się   powiększy.   Nikt   nie   zwróci   uwagi   na   grupkę   żołnierzy 
zmierzającą w kierunku linii ognia. Sten przynajmniej żywił taką nadzieję.
               Przebiorą się w mundury Tahnijczyków. Jedną z barek wypełniały paczki z nalepkami 
“Mundury,   wzór   Mk.   113”.   Ale   dalej   widniał   napis:   “Uniformy   galowe.   Białe.   Klimat 
umiarkowany”.  Gdyby  kazał  swoim ludziom założyć  te stroje, to prawdopodobnie  nie mieliby 
trudności z przedostaniem się przez linie posterunków otaczających punkt dowodzenia. Kłopoty 
zaczęłyby się w momencie, gdy natrafiliby na pierwszy tahnijski patrol bojowy.
        Ale istniała też inna możliwość.
         Wczesnym popołudniem Sten wpadł na pewien pomysł. Od strony frontu nadleciały wozy 
bojowe. Wysiadali z nich oficerowie.
         Odprawa dowódców, odgadł w myślach Sten. Kiedy się rozpocznie, jego oddziałek będzie 
mógł się przemieścić.
               Wtedy rozległ się łoskot. W kierunku punktu dowodzenia leciał wielki grawitransporter. 
Kilometr nad nim zawisły dwa krążowniki pancerne.
               - Co za  cholera?  - rzucił  Alex.  Przyglądał  się ekranowi przez  ramię  Stena.  - Pewnie 
przypłynęła jakaś gruba ryba.
        Grawisanie opadły na ziemię, wysunęła się rampa. Tahnijscy żołnierze natychmiast ustawili 
się z obu jej stron.
         - Nie wiedziałem, że Tahnijczycy mają w swoich szeregach goliatów! - odezwał się Alex, 
patrząc na niezwykle wysokich i barczystych mężczyzn.
        Sten wiedział, co teraz nastąpi. Odwrócił się od ekranu i popatrzył na Alexa. Twarz przyjaciela 
była biała.
        - Nie mamy wyboru. Prawda, chłopcze? - wyszeptał Kilgour.

background image

        Zgadza się, pomyślał Sten.
        Wziął automat, sprawdził ustawienie przyrządów celowniczych oraz zamek. Potem podszedł 
do włazu i ostrożnie go uchylił.
        Był rozbitkiem, ale przecież także imperialnym oficerem.
         Sytuacja zastana: W polu widzenia dwa rzędy żołnierzy straży przybocznej. Czekają. Obok 
nich - grupa wysokiej rangi oficerów.
        Wniosek: Pojawi się jakiś bardzo ważny dowódca.
        Pytanie: Kto to jest?
        Odpowiedź: Lady Atago. Albo Deska.
        Pytanie: Czy śmierć Deski jest pożądana bez względu na straty?
        Odpowiedź: Prawdopodobnie tak.
        Pytanie: Czy śmierć lady Atago jest pożądana?
        Odpowiedź: Zdecydowanie tak.
        Bez względu na koszty, komandorze Sten?
        Bez względu na koszty.
               Sten założył  sobie temblak  broni na bark. Oparł się o właz do grawisań. Wycelował, 
upewniwszy się, że z zewnątrz nie widać wylotu lufy automatu.
        Jeśli z rampy zejdzie Atago, umrze.
        A wkrótce potem Sten i jego marynarze, których komandor tak bardzo chciał zachować przy 
życiu.
        Za plecami Stena przesuwał się Kilgour. Potrząsał ludźmi, budził ich, coś szeptał.
               Oddaleni o sto pięćdziesiąt metrów żołnierze i oficerowie stanęli na baczność, trzaskając 
obcasami.
        Lady Atago zaczęła schodzić z rampy.
        Mierz starannie, pomyślał Sten. Głupio tak umierać. Jeszcze głupiej, jeśli się chybi.
               Skrzyżowane włosy lunety przesunęły się po czerwonym płaszczu Atago i zatrzymały się 
pośrodku zielonego munduru. Seria AM2 wybije w tej zieleni dziurę wielkości pięści.
        Sten zrobił wdech, potem wypuścił połowę powietrza. Już miał nacisnąć spust...
         Straż przyboczna lady Atago zmieniła pozycje. Goliaci poruszali się zwinnie jak baletnice. 
Utworzyli wokół swej podopiecznej koło. Zamiast zieleni, Sten widział teraz biel ich mundurów.
        Zaklął i uniósł oczy. Atago wciąż otaczali żołnierze ze straży przybocznej. Krąg odzianych na 
biało olbrzymów, jak falanga sunął ku wozowi dowodzenia. Za nimi spieszyli oficerowie.
        Sten opuścił automat.
        Dyszał, jakby właśnie przebiegł pięć kilometrów. Przemawiała do niego ta świadomość, którą 
kiedyś posiadał jako uliczny przestępca. “Ty! Jesteś rozczarowany, że jeszcze żyjesz? Co z tobą, do 
cholery?” Potem włączyła się inna część jaźni. “Przepraszam, nie wiedziałem, że powstrzymałeś się 
od oddania serii, żeby jeszcze pożyć. W tej uwadze nie ma krytycznej intencji!”
        Ta myśl tylko pogorszyła sprawę. Może powinien wystrzelić?
        Sten był bardzo cichy i zamyślony przez resztę dnia.
        Kilgour przejął dowodzenie. Zdarł mundury z ciał członków załogi grawisań, których zabił, i 
kazał przebrać się w nie pięciu marynarzom.
        Odprawa dowódców dobiegła końca o zmierzchu. Lady Atago wróciła do grawisań całkowicie 
zakryta przez swoją straż przyboczną. Sten nie miałby szans nawet przez sekundę. No i dobrze, jak 
powiedziałaby Jann. Teraz trzeba się zatroszczyć o przyszłość - i o to, żeby nie dać się zabić. W 
zamieszaniu, wywołanym odjazdem oficerów i przemieszczaniem się oddziałów, nie było trudno 
przedostać się ku linii frontu.
        Kilgour znalazł lej po bombie, w którym poczekali, aż się zupełnie ściemni. 
        Podpełzł do Stena.
        - Chłopcze, weź się w garść. Na pewno jeszcze znajdziemy okazję - wyszeptał. Sten chrząknął, 
a Kilgour dodał po chwili: - Aha, szefie. Nie wiem, jak to powiedzieć, ale chyba mam kłopoty z 
kiszkami.
        - No i co?

background image

        - To, że te mundury są białe.
        - Owszem.
        - Już nie są.
        Sten wrócił do rzeczywistości i nawet zdołał się uśmiechnąć. 
        Teraz ostatnie zmartwienie - nie dać się zabić przez swoich. 
         Gdyby dowodził komandosami, to imperialni żołnierze dopiero rano by się zorientowali, że 
ktoś wszedł w ich okopy, bo dodatkowe gęby pojawiłyby się przy kuchni polowej. Ale miał do 
czynienia z marynarzami.
        Znalazł dla swoich ludzi schronienie w jakichś ruinach, a sam poszedł naprzód. Alex uniósł 
krzaczaste brwi, ale Sten potrząsnął głową.
               Posuwał się cicho jak łasica. Krył się w cieniu. Palcami odnalazł drut. Zwinnie pokonał 
przeszkodę.
        Przed nim był posterunek. Obaj wartownicy wzorowo wypełniali swój obowiązek. Automaty 
trzymali gotowe do strzału.
        A jednak nie zauważyli okazji, aby zrobić z nich użytek.
        Potem Sten dostrzegł bunkier. Nie, tutaj zbyt chętnie pociągają za spusty, pomyślał i popełzł 
dalej.
        Obok niego przeczołgał się patrol gwardii. Sten podążył za żołnierzami, utrzymując rozsądny 
dystans. O sto metrów z przodu mignęło światło. To patrol wchodził do punktu dowodzenia, żeby 
złożyć raport...
        Sten zaczął liczyć: dziesięć sekund na powitanie, dziesięć sekund na odłożenie broni, następne 
dziesięć na nalanie kawy.
               Zszedł po stopniach do bunkra, i minął bokiem zasłonę - kawałek podartego koca. Gdy 
gwardziści zareagowali na ruch, Sten z rozmyślną niedbałością, powiedział:
         - Cześć! Jestem komandor Sten, Imperialna Marynarka Wojenna. Przyprowadziłem kilkoro 
ludzi. Czekają po tamte; stronie.
        Byli w domu.
        
Rozdział sześćdziesiąty trzeci
        
                Kiedy   Sten   się   zameldował,   generał   Mahoney   i   admirał   van   Doorman   analizowali 
holograficzną mapę sytuacyjną, która wypełniała większą część wozu dowodzenia.
         - Co cię zatrzymało tak długo? - spytał Mahoney ze stoickim spokojem. No cóż, Sten nie 
oczekiwał   gorącego   powitania.   Najwyższy   komplement,   na   jaki   było   stać   Mahoneya,   kiedy 
dowodził on Korpusem Merkurego, brzmiał: “obowiązek został wykonany wzorowo.”
        Ale Sten spostrzegł, że Mahoney lekko się uśmiecha. Poczuł się lepiej.
         Jednak gdy spojrzał na mapę, od razu poczuł się gorzej - imperium znajdowało się miedzy 
młotem a kowadłem.
               Mahoney dotknął płytki kontrolnej i obraz całego pola bitwy zniknął. Zastąpił go jeden 
fragment.
         - To, co zostało z twojej jednostki, będzie trzymać ten kawałek frontu. - Palec wskazujący 
Mahoneya przesunął się wzdłuż miniaturowego, na wpół zburzonego bulwaru. - O właśnie tutaj. - 
Sten pomyślał, że ten rejon wygląda jakoś znajomo. Generał kontynuował: - Mamy pewną, hm, 
nadwyżkę   matrosów   bez   okrętów.   Dlatego   członkowie   załogi   fregat   zostali   spieszeni.   Starszy 
podoficer,   niejaki   pan   Sutton,   przejmie   nad   nimi   dowodzenie.   Do   twojego   oddziałku   dodam 
zbieraninę siedemdziesięciu pięciu urzędników, pomocników kapelanów i tym podobnych.
        Sten zachował twarz pokerzysty. Świetnie, pomyślał. Stracę wszystkich moich ludzi.
               - To raczej dziwne - ciągnął  Mahoney.  - Wspaniale potrafili  utrzymać  swoje pozycje. 
Tahnijczycy kilka razy mocno na nich nacierali.
         - Marynarka wojenna umie walczyć - włączył się van Doorman. Mahoney wolał na to nie 
odpowiadać, szczególnie w obecności niższego rangą oficera.

background image

               - Ale skoro postanowiliście dołączyć do żywych, zamierzam wycofać twój oddział. Chcę, 
żebyś obsadził tę pozycję.
               Na stole pojawiła się inna część Cavite  City:  niskie, nagie wzgórze, oddalone o kilka 
kilometrów od bazy marynarki wojennej, otoczone kwartałami zburzonych domów.
        - Myśleliśmy, że to po prostu park, ale jeden z moich zwiadowców odkrył, że tam jest stary 
fort. Jakieś sto pięćdziesiąt lat temu ktoś, kto dowodził wtedy 23. flotą, doszedł do wniosku, że baza 
potrzebuje dodatkowego zabezpieczenia. Sądzę, że budżet imperialnej marynarki był wtedy obfity. 
Dziesięć lat później, pieniądze musiały się skończyć, bo fort został porzucony i zarósł trawą. Ale 
uważamy, że nadal nadaje się do użytku.
        Mahoney włączył inny projektor. Na ekranie ukazał się przekrój wzgórza. Pionowe korytarze 
prowadziły do poruszanych hydraulicznie wieżyczek. Pod nimi rozciągały się cztery podziemne 
piętra.
               - Typowa obrona pasywna - skomentował Mahoney. Nacisnął guzik i projektor pokazał 
poziomy plan fortu. - Cztery działka przeciwlotnicze. Tutaj... i tutaj. Wieżyczki mogą się chować w 
ziemi, a działko strzela do piętnastu stopni poniżej linii horyzontu. Każda z wieżyczek głównych 
ma działa przeciwpiechotne. Jest dwanaście silosów z rakietami, ale lepiej się do nich nie zbliżać. 
Są też cztery ruchome gniazda działek. Ten fort będzie twoim nowym domostwem. Jakieś pytania?
        - Tak. Czy ten zabytek rzeczywiście nadaje się do obrony?
        - Mam nadzieję. Meldunki mówią, że fort budowano jako umocnienie rezerwowe. Powinieneś 
więc w nim znaleźć zapasy żywności, paliwo i amunicję. Mówiłem, żebyś nie brał się do rakiet. Po 
tylu latach są pewnie cholernie niestabilne. Jeśli w forcie brakuje amunicji do działek, to nie masz, 
chłopie, szczęścia. Kalibry są równie przestarzałe jak “Swampscott”.
        Van Doorman chrząknął, ale nic nie powiedział.
        - Dlaczego nie przeniósł pan tam moich ludzi wcześniej? - spytał Sten.
        - Hmmm... jest maleńki kłopot - odparł Mahoney. - Zdaje się, że ten fort leży trzy kilometry w 
głębi pozycji Tahnijczyków. Nie sądzę, żeby twoja drużyna była za dobra w takich podchodach. 
Kiedy   już   zajmiesz   stanowisko,   prześlij   mi   pełny   meldunek.   Sam   decydujesz,   kiedy   zacząć 
działania. Celów ci nie zabraknie.
        - Dziękuję, panie generale. - Sten zasalutował. A więc resztka jego eskadry zostanie użyta jako 
zapchajdziura.
        - Jeszcze jedno, komandorze. Niech pan wybierze kryptonim dla fortu.
        Sten zadumał się.
        - Fort Sh’aarl’t - powiedział.
        - To wszystko.
            Na początku należało stwierdzić, ilu techników pozostało w oddziale. Sten spodziewał się 
katastrofy.
        
               Sten   i  Alex  rozpłaszczyli  się  na   ziemi,  gdy tahnijska  rakieta   przelatywała   z  wyciem, 
rozrzucając   głowice   bojowe   wzdłuż   ruin,   które   kiedyś   były   pasażem   handlowym.   Podmuch 
przycisnął ich do podłoża. W chwilę potem drgania gruntu ustały.
         Cavite City leżało w ruinach. Mury strzelały w niebo jak dziurawe, spróchniałe zęby. Ulice 
prawie nie nadawały się do użytku. Blokował je gruz z rozwalonych budynków. W mieście były 
tylko trupy i krety. Martwi leżeli pod zwałami roztrzaskanych cegieł, albo płonęli tam, gdzie padli. 
Miasto cuchnęło śmiercią.
               Wszystko, co żyło, znajdowało się pod ziemią. Wykopano głębokie transzeje i pokryto je 
dachem dla ochrony przed wybuchami. Status cywila przestał istnieć - imperialni osadnicy i ta 
garstka   Tahnijczyków,   która   pozostała   wierna   imperium,   niczym   nie   różnili   się   od   żołnierzy. 
Służyli jako medycy, kucharze, a nawet walczyli u boku gwardzistów. I ginęli. Tahnijczycy nie 
rozróżniali cywilów od żołnierzy.
         Ludzie z uporem wkopywali się w ziemię. Z każdym dniem oblężenia schrony stawały się 
coraz głębsze.

background image

        Stenowi zdawało się, że widzi Brijit, jak znika w nie oznaczonym wejściu do transzei, ale nie 
był pewien. Szedł właśnie ze swoimi ludźmi w kierunku linii ognia. Jeśli w rowie zorganizowano 
szpital, to na pewno nie postawiono tam czerwonego krzyża - starożytny symbol tylko ułatwiał 
Tahnijczykom likwidowanie celu.
               Im bliżej znajdowali się linii ognia, tym było gorzej. Sten przygotowywał się na osobistą 
porażkę.
        Zamiast tego, spotkała go pierwsza miła niespodzianka, odkąd... do diabła! odkąd Brijit poszła 
z nim do łóżka. Pomyślał, że ta wojna staje się męcząca.
        Właściwie nastąpiła cała seria miłych niespodzianek.
        Sten wreszcie zrozumiał, dlaczego odcinek, na który skierowano jego łudzi, wydawał mu się 
znajomy. To były slumsy przy końcu Alei Burnsa. Sutton urządził sobie punkt dowodzenia we 
względnie   nieuszkodzonej   restauracji   mistrza   Tige’a.   Druga   miła   niespodzianka:   dwaj   synowie 
Tige’a zostali przy interesie. Stary zniknął na trzeci dzień po lądowaniu, ale potomkowie, zamiast 
rozpaczać, zajmowali się gotowaniem.
               W kopule restauracji widniały wielkie dziury, ptaki i owady odfrunęły, z wodospadów 
pozostały   bajorka   pozieleniałej   wody,   ale   jedzenia   nie   brakowało.   Synom   Tige’a   udawało   się 
sprawić, że racje dzienne smakowały całkiem nieźle.
        Sutton sapnął trzy razy z rzędu, kiedy zobaczył trzynaście osób, które dawno uznał za zmarłe. 
Wygramolił się zza osłony i klepnął Alexa po ramieniu. W ten sposób mrówkojad dał wyraz swej 
histerycznej radości.
        Potem złożył meldunek.
        Sten oczekiwał informacji o tym, że technicy i żołnierze zza biurka zostali rozgromieni, gdyż 
nie bardzo wiedzieli, w którą stronę należy kierować automat, aby trafić we wroga, i nie zdołali 
poznać pewnych subtelności sztuki walki, jak na przykład, że trzeba się kryć, kiedy strzelają.
        Było inaczej: sześciu zabitych, piętnastu rannych.
        - Na drugi dzień, odkąd zajęliśmy pozycje, Tahnijczycy wyprowadzili bardzo mocne uderzenie 
- powiedział fachowo Sutton. - Ale mieli głupią taktykę. Posłali na nas trzy fale żołnierzy. Nie 
musieliśmy specjalnie przykładać się do celowania. Ponieśli wielkie straty, komandorze. Po prostu 
ogromne. Jakiś dzień później, znowu próbowali. Ale już bez takiego zapału. Od tamtego czasu 
niewiele się tu dzieje. Chyba się nas boją.
        Sten uniósł brwi. Nigdy nie posądzałby Tahnijczyków o tchórzostwo. Musiało być jakieś inne 
wytłumaczenie.
        Dostarczył go sierżant gwardii, który dowodził baterią rakiet wspierającą oddział.
                -   Sądzę,   że   Tahnijczycy   uznali   pańskie   dzieciaki   za   łatwy   kąsek,   bez   obrazy   panie 
komandorze. Poszli na nich w ciemno i dali się wybić. Następnym razem tylko lustrowali teren. 
Potem zapanowała cisza. Dziwiło nas to, więc z kilkoma swoimi chłopakami wystaraliśmy się o 
jeńca. Pewnie pan wie, że dla Tahnijczyka dać się wziąć do niewoli to straszna sprawa. W zamian 
za wolność wygadał, że nie zmietli pańskich ludzi, bo myśleli, że to jakieś elitarne wojsko albo 
pułapka.
        - Że co? - Sten nie wierzył własnym uszom.
        - Niech pan o tym myśli, co chce, panie komandorze. Pańscy ludzie wychodzili na patrol. Nikt 
im nie powiedział, że powinno się poczernić twarze. Nie wiedzieli też, że nie wolno świecić latarką, 
palić tytoniu. Tahnijczycy podejrzewali, że chcemy ich tu zwabić, że pańscy matrosi mają za sobą 
duże wsparcie. No i ten nasz jeniec dodał jeszcze, iż nikt nie wierzył, że można się tak kiepsko 
okopać. Doszli więc do wniosku, że to musi być jakaś pułapka. Za myślenie, to tam u nich nikt 
medalu nie dostanie, co?
               Sten parsknął śmiechem. Zastanawiał się, jak oficer, który przejmie tę pozycję, odbierze 
następującą instrukcję: “rozkaż swoim ludziom, aby zachowywali się naprawdę głupio”. Potem 
zaczął układać plan przedarcia się przez linię wroga wraz z bandą wesołych szwejków.
        Jedno wiedział na pewno: zrobią całkiem interesujące widowisko.
        

background image

Rozdział sześćdziesiąty czwarty
        
               Dotarcie do fortu Sh’aarl’t zajęło żołnierzykom Stena pięć nocy. Zaczęło się od pewnego 
kłopotu.   Marynarze   sądzili,   że   są   miniaturowymi   bohaterami,   a   nie   sukinsynami,   którzy   mają 
szczęście jak wszyscy diabli. Ekipy filmowe nazywały ich Piekielnymi Matrosami Suttona albo 
Brygadą Śmierci z Przyczółka Mostowego. Było to, rzecz jasna, transmitowane w całym imperium. 
W tych dniach cholernie brakowało krzepiących wiadomości.
        Alex i Sten, prywatnie, ochrzcili swoich podkomendnych Pieprzonymi Niezgułami z Cavite.
        Właściwie każda z tych nazw dobrze pasowała. Los sprawił, że oddział nie został zmieciony z 
powierzchni   ziemi   na   samym   początku.   Przetrwał   na   tyle   długo,   żeby   żołnierze   i   marynarze 
instynktownie zrozumieli taktykę walk w mieście. Dowód: większość z nich nadal żyła.
        Komandor żywił nadzieję, że tak już zostanie.
        Przemieścił swój pododdział do okopu najbliższego mitycznemu fortowi.
        Sten miał już dosyć wystawiać się jako pierwszy na niebezpieczeństwo, ale nie widział innego 
wyjścia.   Na   szczęście   Kilgour   nie   narzekał,   że   musi   towarzyszyć   przyjacielowi.   Obaj   jednak 
chętnie oddaliby szansę na życie wieczne w zamian za osiem godzin snu na miękkim materacu.
        Przemknęli przez linie Tahnijczyków bez problemów. Poruszali się jak duchy. Odnalezienie 
wzgórza   z   ukrytym   fortem   również   nie   przysporzyło   im   żadnych   kłopotów.   Mahoney   kazał 
wystrzelić   pocisk   sterowany   na   szczyt   wyniosłości.   Głowica   bojowa   przeniosła   radiolatarnię 
nawigacyjną.
        Wedle schematów do fortu prowadziło kilka wejść. Sten wybrał najmniej widoczne - budkę 
transformatorową.
               Umieszczona wewnątrz tablica ze wskaźnikami miała zawiasy i przeciwwagę. Dała się 
podnieść bez trudu. Sten przypuszczał, że dalej też pójdzie łatwo. Bardzo się mylił.
        Razem z Alexem wpadli z pluskiem do tunelu. Znaleźli się po biodra w mule. Zapewne jedna z 
pomp filtracyjnych przestała działać już kilka lat temu.
               W tunelu roiło się od robactwa, które najwyraźniej uznało, że jest na własnym terenie, i 
znienawidziło   dwunogich   intruzów.   Gryzło.   Sten   żałował,   że   nie   istnieje   coś   takiego   jak 
pokazywany na filmach blaster o szerokim płomieniu, wypalającym duże powierzchnie. Zwalczanie 
odpadkożernych wielonogów za pomocą automatów na AM2 zajęłoby kupę czasu, nie mówiąc już 
o tym, że echo wybuchów kompletnie by ich ogłuszyło.
         Kilgour znalazł rozwiązanie. Rzucił granaty czasowe, gdy brodzili w kierunku fortu. Strata 
kilkudziesięciu   sekund   nie   przynosi   zazwyczaj   wielkiego   zagrożenia,   ale   dla   robactwa 
oddychającego powietrzem była śmiertelna. Insekty wpadły do wody i utonęły.
                Wreszcie   tunel   zaczął   prowadzić   pod   górę.   Wyszli   z   bajora.   Sten   odszukał   główne 
pomieszczenie kontrolne i włączył moc.
        Zamigotały światła, zaszumiała maszyneria.
        To na razie wystarczyło - fort był sprawny. Teraz należało sprowadzić ludzi. Dwaj śmiałkowie 
wrócili przez linie wroga i przespali cały dzień.
        Po zasłużonym odpoczynku dokonali szczegółowego rekonesansu drogi do fortu. Podzielili ją 
na trzystumetrowe odcinki i rozstawili przewodników.
                Sten   wiedział,   że   jego   marynarzyki,   bez   względu   na   świetną   samoocenę,   nie   zdołają 
niepostrzeżenie przejść całej trasy. Postanowił więc zabrać ze sobą paru bohaterów i poustawiać ich 
po drodze. Każdy ponosiłby odpowiedzialność za jeden odcinek. Przy jego końcu, przekazywałby 
ludzi koledze.
         Sten postanowił zwiększyć szansę przeprawy. Planował, że przez dwie noce, rozpoczynając 
dokładnie   o   godzinie   00.00,   artyleria   imperium   będzie   prowadzić   barażowy   ogień   szturmowy 
wzdłuż drogi do fortu. Uznał, że Tahnijczycy wyciągną z tego nauczkę i następnej nocy, o tej samej 
porze, zaszyją się głęboko w schronach.
                W   piątą   i   szóstą   noc   Sten   przeprowadzi   marynarzy.   Ogień   zaporowy   nadal   będzie 
utrzymywany po obu stronach drogi, którą się poczołgają.
        Zbyt skomplikowane, pomyślał. Ale czy jest lepszy plan?

background image

         Ani on ani Alex nie wpadli na żaden sprytniejszy pomysł. I tak, trzeciej nocy, trzyosobowe 
zespoły wyruszyły z imperialnych okopów na spotkanie przewodników.
        Sten zakładał, że czterdzieści procent załogi dotrze na miejsce, zanim zareagują Tahnijczycy. 
Jeśli cel osiągnie tylko dwadzieścia procent i jeżeli archaiczne uzbrojenie fortu zadziała, może uda 
się utrzymać placówkę.
        Czwarta nad ranem. Sten mało nie pękł z dumy.
         W forcie Sh’aarl’t znaleźli się wszyscy, co do jednego. Sten zaczął w nich wierzyć. Obaj z 
Alexem doszli do wniosku, że trzeba zrezygnować z prywatnego kryptonimu, którym  ochrzcili 
własnych ludzi - to już nie są pieprzone niezguły.
        Teraz należało sprawdzić funkcjonowanie muzealnej fortyfikacji i ocenić, co można dzięki niej 
zdziałać.
        
Rozdział sześćdziesiąty piąty
        
        Fort był w całkiem niezłym stanie. Ci, którzy go zakonserwowali, zrobili dobrą robotę.
        Na drugim poziomie Sten znalazł centrum dowodzenia. Wysłał ekipy, żeby przeszukały resztę 
nowej bazy oddziału.
        Foss zagapił się na komputer kontroli ognia.
        - Wielkie nieba - zawołał ze zdziwieniem. - I oni chcą, żeby strzelać za pomocą tego bydlęcia. 
Wygląda, jakby był na pedały.
               Wciągnął izolowaną rękawicę i zaczął dotykać przełączników mocy. Wedle schematów, 
czujniki znajdowały się w pancerzu fortu, tak żeby nic nie wyskoczyło z trawy jak sprężyna z 
materaca i nie wydało, że pod ziemią znajdują się bunkry.
        Zaśmierdziało palącą się izolacją, ale komputer ożył. Foss wydobył laptopa, otworzył ekran i 
zaczął tworzyć słownik. Główny komputer, co prawda działał, lecz jego symbole i odczyty należały 
do dawno zapomnianej przeszłości.
                Sten   nakazał   stan   gotowości   kontroli   atmosfery   fortu.   Kiedy   wejdą   do   akcji,   system 
recyrkulacji   powietrza   zostanie   włączony.   Nie   chciał,   żeby   wcześniej   kominki   wentylacyjne 
wysunęły się spod ziemi. Musieli więc pogodzić się z faktem, że przez jakiś czas będą oddychali 
stęchłym powietrzem. Zapach, który panował w całym forcie, przypominał woń wydobywającą się 
z dawno niewietrzonej szafy z ubraniami.
         Około połowa sensorów wizyjnych okazała się sprawna. Jednak w tym przypadku, Sten nie 
pozwolił na uaktywnienie wysuwanych czujników.
               Dobra, pomyślał, teraz można namierzyć jakiś cel. Zobaczymy,  czy jesteśmy dobrzy w 
robieniu wielkiego bum.
               Przeszedł do pomieszczeń na samej górze. Dowódcy drużyn właśnie wyznaczali ludzi na 
stanowiska bojowe. Sten kazał im nie przerywać. Zajął się przeglądaniem tablic z wykazem obsady 
posterunków.   Wśród   informacji   uzyskanych   od   Mahoneya   brakowało   między   innymi   listy 
personelu potrzebnego do obsadzenia wszystkich stanowisk. Wcześniejsze przypuszczenia Stena 
całkowicie się potwierdzały. Sto dwadzieścia pięć osób do tego fortu to zdecydowanie za mało.
        Nie będzie konieczna obsługa wyrzutni rakiet. To już coś. Obejdzie się bez kucharzy, piekarzy 
i   tym   podobnych   -   jego   ludzie   mogą   jeść   własne   racje   żywnościowe.   Wprowadzi   się   system 
dwuwachtowy zamiast trzech zmian bojowych.
        Nadal jednak brakowało mu około czterystu żołnierzy.
        Sten kontynuował inspekcję. Po drabinach wchodził do każdej wieżyczki. Jedna z ruchomych 
wyrzutni funkcjonowała całkiem dobrze. Trzy z czterech działek wyglądały na sprawne. Ich lufy 
błyszczały w ciemności pozbawionej pyłu, i przesączonej zapachem oliwy. Maszyny konserwujące 
naprawdę spisały się doskonale.
               Tapia oglądała działka, starając się dokładnie poznać, jak działają. Były automatycznie 
ładowane, naprowadzane na cel i odpalane. Ale gdyby ośrodek dowodzenia został trafiony, albo 
komputer kontroli ognia przestał działać, każda wieżyczka mogła prowadzić samodzielną akcję.

background image

        Tapia chciała wypróbować windy przywożące amunicję z magazynu na czwartym poziomie, 
nie wysuwając przy tym wieżyczek ponad grunt. Sten wyraził zgodę.
         Maszyneria jęknęła i zasyczała. Monitory powróciły do życia. Poinformowały Tąpię, że nie 
podoba im się sposób, w jaki system funkcjonuje. Uspokoiły się dopiero, gdy w dawno nieużywane 
przewody wstrzyknięto smar. Winda chodziła już bez zarzutu.
        Tapia rozejrzała się wkoło. W kapsule dowodzenia wieżyczką byli sami ze Stenem.
        - Chcę dostać przeniesienie z tego cholernego kurnika? - warknęła.
        - Jakieś problemy?
               - Tak, do diabła. Nie mam ochoty siedzieć tu i czekać na trafienie. Już dużo lepiej być 
ruchomym celem. A w moich papierach jest jasno napisane, że cierpię na klaustrofobię. Poza tym... 
- Zaczęła się drapać po szyi. - Myślę, że w tym piekielnym bunkrze, w którym utknęłam, dostałam 
wszy.
               Spuściła trochę pary i wróciła do zajęć. Sten podziwiał ruchy jej bioder obleczonych w 
kombinezon bojowy. Pomyślał o czymś zupełnie niezwiązanym ze służbą i ruszył dalej w obchód.
               Sutton odnalazł kuchnie i doprowadził je do stanu używalności. Pomogli mu w tym dwaj 
synowie   Tige’a.   Tahnijczycy   wyjaśnili,   że   nie   widzieli   sensu   w   przesiadywaniu   w   ruinach 
restauracji i czekaniu, aż trafi w nich bomba. Ponadto przekonywali, że żaden żołnierz Stena nie 
zdoła przygotować z racji żywnościowych dania nadającego się do spożycia.
            Sten powinien znaleźć sposób, żeby odesłać braci na tyły. Byli przecież cywilami. Gdyby 
Tahnijczycy złapali Tige’ow, mogliby ich zgodnie z prawem zastrzelić. Ale z drugiej strony, jeśli 
Cavite   City   padnie,   i   tak   zostaną   zabici   jako   kolaboranci,   chociaż   posiadają   obywatelstwo 
imperialne, jak każdy w tym mieście. Jeśli Cavite City padnie? Sten chyba postradał zmysły. Jeśli... 
Nie było powodu do optymizmu. Powinien powiedzieć - kiedy Cavite City padnie.
        Co, u diabła? Braciom Tige wszędzie groziło takie samo niebezpieczeństwo.
        Należało znów zająć się interesami. Sutton zbiegł do magazynów. Osobiście przejrzał zapasy 
amunicji   na   najniższym   poziomie.   Pompy   uchroniły   skład   od   zalania,   a   zawieszone   u   powały 
zraszacze w równomiernych odstępach czasu rozpylały nad zgromadzonymi nabojami smar.
         Sypialnie? Pan Sutton podniósł tylną nogę i podrapał się w kark. Trzeba o tym zapomnieć. 
Odwilgatniacze na trzecim poziomie były zepsute. Komory mieszkalne nie nadawały się do użytku. 
Ale żołnierze mogą przecież urządzić sobie legowiska gdzie indziej.
               Woda? Z tym też nie ma problemu. Zbieracze deszczówki znajdowały się w doskonałym 
stanie, podobnie jak filtry.
        Żywność?
        Sutton wpadł w furię.
         - Przygotowuję raport, komandorze. Ktokolwiek służył tu jako kwatermistrz, nakradł się ile 
wlezie! Złodziej nad złodzieje!
        Twarz Stena rozjaśnił lekki uśmiech. Moralista zrobił się z tego Suttona.
               - Popatrz. - Sutton nachmurzył się i wskazał na ekran komputera. - Imperialny regulamin 
przewiduje, że żołnierzowi należy dostarczyć odpowiedniej żywności. Mam rację?
        - Nasze przepisy mówią o wielu rzeczach, które ten i ów zgarnia do swojej kieszeni.
        Sutton zignorował przytyk Stena.
        - Odpowiednia, smaczna, pełny zakres diet specjalnych i nie humanoidalnych.
        - Zgadza się.
         - No to spójrz tylko, co ten niewyobrażalny drań zrobił! Wszystko, czym dysponujemy, to 
paczki z liofilizowanymi warzywami i suszone mięso roślinożernych! Jak czymś takim nakarmię 
ludzi? W jaki sposób Tige’owie spreparują pożywne posiłki? Z równym powodzeniem możemy 
podłączyć się do konwertera masy i mieć to z głowy!
               - Przeżyjemy parę dni na groszku i wołowinie, a potem nie będzie nam nawet potrzebny 
konwerter masy, żebyśmy przenieśli się na tamten świat - pocieszał mrówkojada Sten.
        - Nie widzę w tym nic śmiesznego.
        - Tahnijczycy sprzątną nas, zanim pochłoniemy wszystkie dania z tego menu.
        - Komandorze, ogarnia mnie przerażenie. Za długo pan zadawał się z tym Kilgourem.

background image

               Sten przytaknął  i wrócił do centrum dowodzenia. Nadszedł czas, żeby połączyć  się z 
Mahoneyem i powiedzieć mu, że fort Sh’aarl’t jest gotów do prowadzenia wojny.
        
        Generał Mahoney życzył sobie, żeby jego nowy fort pozostawał nie odkryty do właściwego 
momentu.   Łączność   z   komandorem   nawiązał   za   pomocą   nadajnika   przekazującego   drgania   za 
pośrednictwem   gruntu.   Sten   odpowiedział   ustalonymi   sygnałami.   Poza   tym,   fort   pozostawał 
całkowicie bierny.
        Przygotowanie generalnego natarcia zajęło Mahoneyowi cztery dni.
        Bitwa może mieć wiele celów - zajęcie terytorium, maskowanie ataku w innym punkcie i tak 
dalej. Mahoney planował przede wszystkim zabijanie tahnijskich żołnierzy.
        Bardzo starannie objaśnił przebieg natarcia van Doormanowi. Gdy tylko admirał zrozumiał, o 
co chodzi, doznał ekstazy. Nie miał wątpliwości, że zadadzą Tahnijczykom wielkie straty i zmuszą 
ich do wycofania się z Cavite, a przynajmniej - do przejścia na pozycje obronne.
        Ian Mahoney bardzo się dziwił, że van Doorman tak wiele lat przetrwał w służbie, a nie stracił 
wiary w cuda.
               W najlepszym wypadku atak nieprzyjaciela może zostać odparty.  Mahoney nie widział 
możliwości zastosowania innej strategii niż ta, której trzymał się dotychczas - utrzymania Cavite, 
dopóki nie nadejdą posiłki. Ta ostatnia wizja coraz bardziej się od niego oddalała. Ale poprzysiągł 
sprawić, żeby lady Atago i Tahnijczycy słono zapłacili za zwycięstwo.
        Imperium uderzyło, nie spodziewając się po tym niczego.
        
        Tahnijczycy mieli rzecz jasna przewagę w powietrzu. Ich fregaty bez ustanku patrolowały pole 
bitwy.  Człowiek czy pojazd, który pojawiał się w zasięgu wzroku, niewielkie  miał  szansę, by 
uniknąć trafienia.
        W pobliżu bazy floty Mahoneyowi pozostały baterie przeciwlotnicze, dość sprawne, by dzięki 
nim powstrzymać wszystkie, poza największymi, powietrzne rajdy wroga. Pod osłoną ciemności 
generał przesunął połowę wyrzutni naprzód i ustawił je na skraju linii obronnych, niedaleko fortu 
Sh’aarl’t.
                Van   Doorman   dysponował   już   niewieloma   okrętami,   nie   licząc   starannie   ukrytego 
“Swampscotta”. Jednym z ocalałych pojazdów był niszczyciel “Husha” dowodzony przez Halldora.
                Tahnijczycy   w   nocy   trzymali   swoje   fregaty   na   lądowiskach.   Panowanie   w   powietrzu 
zapewniały wtedy wrogowi niszczyciele zaopatrzone w czujniki ostrzegawcze. Okręty te unosiły się 
o   lalka   kilometrów   nad   polem   bitwy.   Nocny   wypad   imperialnych   jednostek   przyniósłby 
natychmiastową ripostę, a lądowe pojazdy wsparcia armii Tahnijczyków dzięki temu nie zużywały 
się nieustannym patrolowaniem.
        O wschodzie słońca tahnijskie fregaty wystartowały z wysuniętych baz w kierunku linii frontu.
                Piętnaście   minut   później,   z   podziemnego   hangaru   wyleciał   “Husha”   z   rykiem   silnika 
nastawionego na pełną moc napędu Yukawy. Przemknął wzdłuż linii okopów. Z broni pokładowej 
rozbił na pył flotylle tahnijskich okrętów penetrujących sektor. Zanim wróg wysłał krążowniki i 
niszczyciele, “Husha” zdążył już wylądować w bezpiecznym miejscu.
        Lady Atago i admirał Deska zadali sobie pytanie, dlaczego imperialny okręt dokonał rajdu na 
tym obszarze. Odpowiedź była oczywista - van Doorman chce przeprowadzić natarcie.
        Tahnijczycy wzmocnili zatem siły powietrzne nad frontem.
               Ich okręty stały się łatwym celem dla imperialnych wyrzutni, które zrzuciły kamuflaż i 
odpaliły rakiety. Zniszczono wiele jednostek, w tym jeden krążownik. Tahnijska piechota została 
postawiona w stan pogotowia bojowego.
        I wtedy wojska imperialne poszły do ataku.
               Atago była zaskoczona - w pierwszej fali natarcia nie uczestniczyła gwardia. Do szturmu 
ruszyły prowizorycznie sklecone jednostki obszarpańców z marynarki wojennej.
        A cóż to za przeciwnik dla tahnijskich sił lądowych! Bataliony marynarzy trzymały się krótko, 
a potem dokonały odwrotu daleko poza swoje pozycje wyjściowe.

background image

                Lady  Atago   tylko   na   to   czekała.   Zaistniała   bowiem   szansa,   by  rozerwać   front   wojsk 
imperialnych i dotrzeć do samej bazy Cavite.
        Zbliżała się noc.
        Atago rozkazała oddziałom umocnić przyczółek. O świcie znów uderzą.
                Cztery   godziny   później   wywiad   doniósł,   że   Mahoney   wzmacnia   obronę   jednostkami 
pancernymi. Rzeczywiście to, co miało pancerz i mogło jeszcze jeździć, zbliżało się do linii ognia.
               Świetnie, pomyślała lady Atago. Przewaga jej oddziałów pancernych nad imperialnymi 
wynosiła   dziesięć   do   jednego.   Doskonała   okazja,   by   zetrzeć   z   ziemi   imperialne   siły   zbrojne 
broniące Cavite. Wysłała naprzód wszystko, co miała, naprędce organizując dowództwa pancerne 
związków bojowych.
         Cały plan polegał na jednym: należało zaatakować o świcie. Generał Mahoney wyprowadzi 
kontruderzenie swoimi czołgami. I wtedy pancerna pięść Atago zada ostateczny cios.
        Do świtu pozostały trzy godziny. Lady Atago śniła sen walkirii.
          Generał Mahoney siorbał kawę i zrzędził. Po jego stronie frontu sprawy przedstawiały się 
inaczej. Atak “Husha” był doskonale zaplanowany. Miał zniszczyć nie tylko fregaty, ale także ich 
zaplecze logistyczne. Natarcie rzeczywiście przeprowadziły bataliony marynarki, ale dowodzili nim 
oficerowie Pierwszej Gwardyjskiej, którzy starannie ułożyli plan wydarzeń. Atak... i odskok za 
własne linie.
        Kontrataku Tahnijczyków w praktyce nie dało się odeprzeć.
               Jednostki wsparcia pancernego, przesunięte w kierunku pierwszej linii, były to głównie 
grawisanie wyposażone w symulatory dźwięku. Nadawały sygnały stosowane przez pancerniaków 
gwardii, używając tej samej długości fal.
        Na pierwszej linii znajdowało się tylko szesnaście wozów bojowych gwardii. O świcie ruszyły 
naprzód  -  i  przestały istnieć.   Nastąpiła  katastrofa,  ale  Tahnijczycy   nie  przyjrzeli  się  dokładnie 
dymiącym kadłubom. Nie mogli więc stwierdzić, że były zdalnie sterowane. Ani jeden gwardzista 
nie zginął w czasie tej akcji.
        Atago wysłała czołgi, żeby zaatakowały z przyczółka.
        Zasyczały przewody hydrauliczne. Na zewnątrz linii wojsk imperialnych pancerne wieżyczki 
rozerwały darń. Lufy działek namierzały cele. Fort Sh’aarl’t ożył. I zaczął zabijać.
        
Rozdział sześćdziesiąty szósty
        
               Nikt w forcie  nie był  pewien,  czy działko, jeśli  nawet na oko wyglądało  dobrze, nie 
wybuchnie, kiedy w lufie znajdzie się pierwszy pocisk. Sten, zanim wydał komendę otwarcia ognia, 
kazał ludziom wyjść z wieżyczek i zatrzasnąć drzwi.
        Trzy armaty ryknęły. Tapia, niezbyt delikatnie, porównała ten odgłos do dźwięku wydawanego 
przez   “smoki   chore   na   biegunkę”.   Broń   oddawała   dwa   tysiące   strzałów   na   minutę.   Eksplozje 
zlewały się w jedno wycie.
               Działka zostały skonstruowane z myślą o niszczeniu celów powietrznych, rozwijających 
wielkie szybkości. Dlatego też, mimo niskiej oceny, jaką Foss wystawił komputerowi, maszyna 
potrafiła bez pudła namierzać wolno poruszające się obiekty naziemne.
        Strzelali rakietami zapalającymi, ale tylko jedna trzecia wybuchała. To nie miało znaczenia. 
Solidny metalowy płaszcz pocisku otwierał pancerz tahnijskiego czołgu jak pudełko sardynek.
               Sten usłyszał radosne okrzyki Tapii: - To działa! To działa!. Rozkazał załodze wrócić na 
stanowiska.
        Fort Sh’aarl’t funkcjonował naprawdę dobrze.
               Mahoney wydał Stenowi polecenie, aby otworzył ogień. Pierwsza fala nieprzyjacielskich 
czołgów przetaczała się przez wysunięte pozycje wojsk imperialnych. Jednocześnie, trzyosobowe 
zespoły gwardzistów uzbrojone w ręczne wyrzutnie przeciwpancerne wyszły z ukrycia. W ciągu 
kilku minut dokończyły dzieła zniszczenia.
         Na trzykilometrowym odcinku pomiędzy fortem a linią okopów, Sten znajdował mnóstwo 
celów.   Lady   Atago   trzymała   główne   siły   pancerne   w   odwodzie,   by   w   odpowiednim   czasie 

background image

wzmocnić   nimi   decydujące   uderzenie.   Tahnijczycy   wiedzieli,   że   nad   polem   bitwy   całkowicie 
panują w powietrzu, toteż czołgi na drogach rokadowych stały ciasno jeden za drugim. Sten, a 
raczej Foss - a właściwie główny komputer fortu - naprowadził działka na te zatłoczone trasy. Cyfry 
na ekranie pokazały, że sześćdziesiąt maszyn zostało trafionych i zniszczonych. Przy następnych 
eksplozjach, po których na drogach pojawiały się kule ognia, komputer zawiadomił Fossa, że stracił 
rachubę.
                Zaświeciła   się   czerwona   lampka   -   do   akcji   przystąpił   Alex.   Obsługiwał   on   działa 
przeciwpiechotne. Tahnijska piechota otrząsnęła się już z szoku wywołanego atakiem na tyły i 
nacierała na wzgórze. Ale dopóki wybuchały pociski, żaden żołnierz nie mógł dotrzeć na odległość 
skutecznego   strzału.   I   nic,   co   wchodziło   w   skład   uzbrojenia   piechoty,   nie   zdołałoby   przebić 
pancerza fortu - przynajmniej tyle obiecywały archaiczne instrukcje.
        - Wszystkie wieżyczki. Ogień dowolny. 
         Wreszcie Tapia miała coś do roboty. Usiadła w kapsule dowodzenia działkiem. Stanowisko 
przypominało trochę rower bez pedałów z okapem nad rączkami kierownicy. Rączki, wspierane 
przez komputer, były podłączone do mechanizmu działa.
         Cztery czołgi wybuchły, zanim nacierająca kolumna zdążyła skryć się za budynkiem. Byli 
poza zasięgiem wzroku, ale nie poza zasięgiem strzału. Tapia nastawiła szybkość strzelania na 
maksimum i oddała długą serię. Podziurawiony gmach przewrócił się, miażdżąc stojące za nim 
czołgi.
        Tapia eksperymentowała. Jeśli nie zmieni taktyki, w forcie zabraknie wkrótce amunicji - wedle 
wskaźników,   zapas   nabojów   stopniał   do   osiemdziesięciu   procent.   Uczyła   się   oszczędzać. 
Przełączyła szybkość strzelania na minimum (około siedmiuset pięćdziesięciu pocisków na minutę) 
i nacisnęła guzik spustowy. O jeden czołg mniej.
                To   interesujące,   pomyślała.   Zauważyła   sześć   opancerzonych   wozów   bojowych 
wyjeżdżających   na   otwartą   przestrzeń.   Przeniosła   na   nie   celownik.   Niestety   za   późno.   Pociski 
wypadające z innej wieżyczki zrobiły z nich złom. Tapia zaklęła i rozejrzała się po polu bitwy. Fort 
otaczały kadłuby płonących czołgów. Dym zbijał się w górze w jedną kolumnę. Tapia przestawiła 
celownik na podczerwień. Wkrótce znalazła coś ciekawego.
        Pojazd - i nie strzela. Bardzo dziwne. Oto sunął wóz dowodzenia, w którym siedział dowódca 
tahnijskiej   brygady   pancernej.   Ponieważ   w   takiej   maszynie   była   potrzebna   przestrzeń   na 
zamontowanie potężnej radiostacji, a konstruktorzy nie chcieli, żeby ktokolwiek rozpoznał pojazd 
mózgu   brygady,   działo   główne   zostało   usunięte   i   zastąpione   atrapą.   Tapia   roześmiała   się, 
wycelowała starannie i...
         Fort zatrząsł się w posadach. Marynarzom zadzwoniło w uszach, mimo że nosili słuchawki 
ochronne.
        Sten, który czuwał na stanowisku dowodzenia, uderzył pięścią w czerwony guzik. Wszystkie 
wieżyczki schowały się pod ziemię. Tahnijska artyleria mogła teraz mierzyć  do bezkształtnego 
szczytu   wzgórza.   System   wentylacyjny   zakończył   wietrzenie   fortu   i   zdążył   już   zgromadzić 
powietrze w zbiornikach zapasowych. Gdyby Atago użyła bomby atomowej albo broni chemicznej, 
Sten po prostu przestawiłby fort na korzystanie z własnych zapasów.
               Ale  komandor  wątpił,  żeby do tego doszło - lady Atago potrzebowała  tej  strefy,  aby 
przeprowadzić natarcie.
        - Stanowiska bojowe, proszę się meldować.
        - Wieżyczka A. Wszystko w porządku.
        - Wieżyczka C. Jesteśmy w doskonałym stanie. Huk tutaj jak w piekle, kapitanie - odezwała 
się Tapia.
        - Wieżyczka D. Podnieśli trochę kurzu. Ale nie narobili szkód. - Nie ma problemów, szefie - 
meldował Kilgour z wieżyczki przeciwpiechotnej.
        Sten zaczynał czuć szacunek do anonimowych budowniczych fortu. Rozjarzył się ekran. To 
nadawał Mahoney. Po ujawnieniu się fortu przeszedł na otwartą łączność.
        - Meldować! - W trakcie prowadzenia działań generał był uosobieniem regulaminu.

background image

        - Fort Sh’aarl’t w pełnej gotowości bojowej - odparł Sten, równie formalnie. - Strat nie ma. 
Czekamy na rozkazy.
        Mahoney wysilił się na uśmiech.
        - Świetnie, komandorze. Utrzymać stan gotowości. Teraz uderzą na was frontalnie.
        - Zrozumiałem. Bez odbioru.
               Wozy bojowe Tahnijczyków wycofały się poza zasięg działek fortu. Atago zaatakowała z 
powietrza.
               Sten, nie spodziewając się zresztą cudów, przełączył ogień na cele powietrzne. Działka, 
obsługiwane teraz w pełni automatycznie, uniosły się, zajęczały i plunęły ogniem.
               Tahnijskie fregaty w płomieniach spadały na ziemię. Nieprawdopodobne, dziwił się Sten. 
Przecież   ten   fort   to   istne   muzeum   broni.   Czyżby   w   technologii   nic   się   nie   zmieniło   od   stu 
pięćdziesięciu lat?
                Foss   znalazł   odpowiedź.   Broń,   owszem,   należało   uznać   za   przestarzałą.   Natomiast 
naprowadzanie na cel, a potem detonowanie zapalników odbywało się na długościach fal od dawna 
nieużywanych przez armię. I dlatego żaden z tahnijskich systemów obronnych nie był nastawiony 
na tę częstotliwość.
        Sten zaczynał być dumny z tego zabytku, nad którym przyszło mu objąć dowództwo.
        
        - Czy przerywamy natarcie, pani?
        Atago jeszcze raz spojrzała na ekran komputera.
        - Nie.
        Deska starał się nie okazywać zaskoczenia.
        - Straty zadane nam przez ten fort są nie do zaakceptowania.
         - To prawda, ale rozważ następującą rzecz: ten fort jest całkiem skuteczny w walce, a siły 
imperium są słabe. Toteż, jeśli zniszczymy fort, będziemy mogli przebić się przez linie wroga. 
Teraz musimy zmienić taktykę. Właśnie to uczyniłam. Pierwszy etap zaraz się zacznie.
        
         Na szczęście dla Tahnijczyków, lady Atago, planując operację, starała się przygotować na 
wszelkie niespodzianki. Uderzyła na fort monitorami.
        Właściwie monitory nie powinny znajdować się w składzie tahnijskiej floty atakującej Cavite. 
Nie podejrzewano, bowiem, że zaistnieje potrzeba użycia tych gigantów, nadających się tylko do 
jednego rodzaju zadań.
               Monitory były to olbrzymie, pękate okręty, ciężko opancerzone i uzbrojone w lekką broń 
defensywną, zwłaszcza w przeciwrakiety. Artyleria główna monitorów ograniczała się do wielkiej 
wyrzutni   ulokowanej   na   osi   okrętu.   Przypominała   ona   rurę   dla   rakiet   typu   “Kali”,   którymi 
dysponowały fregaty Stena. Różnica polegała na tym, że wyrzutnie monitorów miały dużo bardziej 
pokaźne rozmiary. Natomiast pociski odpalane przez te kolosy były większe od samych fregat.
         Monitor działał na napęd AM 2. Maszyną sterował jeden operator. Okrętów tych używano 
podczas walki w kosmosie wyłącznie do zwalczania ufortyfikowanych księżyców i planetoid.
        Tahnijski wywiad poinformował lady Atago, że takich fortów kosmicznych nie ma w strefie 
Światów Pogranicza. Atago postanowiła jednak zabrać ze sobą dwa monitory. Na wszelki wypadek. 
Teraz użyje ich przeciwko fortowi Stena.
         Jeden z monitorów zawisł prostopadle do ziemi tuż poza granicą atmosfery Cavite. Z jego 
dziobu buchnął płomień. Pocisk poszybował w dół.
               Powód, dla którego monitorów nie używano do zwalczania blisko położonych celów, był 
oczywisty. Przy włączonym na pełną moc napędzie AM 2 operator nie zdołałby podejść do celu i 
trafić w niego. Nawet automatyczne namierzanie działało zbyt wolno. Aby monitor mógł odnieść 
sukces,   musiał   dysponować   wielkimi   odległościami   kosmosu.   Generalnie   więc   dbano   o 
odpowiednie warunki bojowe dla monitorów, zwłaszcza, że jeden pocisk kosztował tyle, ile połowa 
fregaty. Atago jednak nie zwracała na to uwagi - jeśli Cavite wkrótce nie padnie, ona sama zapłaci 
za porażkę życiem.

background image

        Pierwszy pocisk minął cel zaledwie o pięćset metrów - operator tego monitora wykazywał się 
dużymi zdolnościami. Fala uderzeniowa zmiotła ruiny w promieniu kilometra od fortu Sh’aarl’t.
        Sten właśnie wstawał z krzesła, kiedy nastąpił wybuch. Wstrząs rozpłaszczył komandora na 
odległej   o   dwa   metry   ścianie.   Wokół   panowała   ciemność.   Zabuczał   generator,   włączyło   się 
oświetlenie awaryjne. Sten widział podwójnie. W powietrzu unosił się kurz.
        Dowlókł się do panelu dowodzenia.
        - Wszystkie stanowiska. Meldować!
        Ku jego zaskoczeniu, odezwała się cała obsada.
        Wieżyczki najdotkliwiej odczuły uderzenie. Tapia krwawiła z nosa i uszu, ale jej działko nadal 
nadawało się do boju. W wieżyczce A i D sytuacja przedstawiała się podobnie. Wideo łączące 
Stena z Kilgourem nie działało, ale nadal mogli oni komunikować się drogą radiową.
        Kiedy Sten zbierał meldunki, Foss rozpoznał rodzaj wymierzonego w nich pocisku.
        - Pięknie - powiedział Sten. W uszach nadal mu dzwoniło. Jak pozostali, mówił bardzo głośno. 
- Co się stanie, jeśli trafią bezpośrednio w fort?
        - Brak rokowań - odparł Foss.
        - Doprawdy, cudownie. Czy możesz ostrzegać nas przed tym?
        - Kiedy już odpalą, nie zdążę. Ale najpierw muszą wprowadzać oba te monitory na stanowiska 
ogniowe. Trochę czasu zajmuje im przeładowanie. Kiedy tylko będą gotowi, włączę alarm. - Foss 
popatrzył na ekran. - Właśnie jeden z tych sukinsynów szykuje się do odpalania.
         Sten zdążył tylko wydać rozkaz, aby załogi wieżyczek zeszły na dół. Uderzył drugi pocisk. 
Chybił prawie o kilometr. Sten ocenił, że szok był mniej więcej taki, jakby się dostało w nos od 
Alexa.
         Załogi działek otrząsnęły się i wspięły po drabinkach do wieżyczek. Czekały na nich nowe 
cele.   Atago   rozpoczęła   drugi   etap.   Gdy   tylko   zobaczyła,   że   wieżyczki   wysuwają   się   z   ziemi, 
wysłała przeciw nim grupy szturmowe. Za czołgami szły fale piechoty.
               Jej wspaniały plan przekształcił  się w krwawego pata. Salwy monitorów  rzeczywiście 
odciągnęły załogę fortu od dział, ale jednocześnie zrównały z ziemią wszystko, za czym mogłyby 
się ukryć czołgi. Poza tym, przeładowanie i wycelowanie wyrzutni monitorów trwało bardzo długo. 
Czołgi miały za mało czasu, żeby po eksplozji podejść do fortu.
        A więc doszło do sytuacji patowej. W forcie warunki pogorszyły się, ale można było przeżyć. 
Potem stały się dwie rzeczy:
        Po pierwsze - siódmy pocisk z monitorów uderzył o sto siedemdziesiąt pięć metrów od fortu. 
Eksplozja   zerwała   pokrycie   drugiej,   nieużywanej   wieżyczki   przeciwpiechotnej.   W   pancerzu 
powstała dziura. A po drugie - zagubił się starszy szeregowiec tahnijskiej piechoty, Heebner.
        
Rozdział sześćdziesiąty siódmy
        
        Zdjęcia szeregowca Heebnera na pewno nie umieszczono by na plakacie rekrutacyjnym. Był 
mały - ledwie się mieścił  w standardach wojskowej komisji uzupełnień - nogi miał na beczce 
prostowane, a do tego obfity brzuch. Postawą moralną też nie przypominał bohatera.
               Heebnera wzięto do wojska prosto z sadu jego ojca. Poszedł bardzo niechętnie. Ale na 
szczęście swoich odczuć nie okazywał oficerowi rekrutacyjnemu. Tahnijczycy surowo karali za 
stawianie oporu przy poborze. I bardzo szeroko interpretowali pojęcie oporu. Niechęć Heebnera 
wzrosła,   kiedy   urzędnik   wojskowy   oznajmił   mu,   że   w   armii   nie   istnieje   nic   takiego,   co 
odpowiadałoby specjalności “owoce, drzewa, ręczny zbiór”, i skierował biedaka do jednostki, która 
miała z niego zrobić bohaterskiego żołnierza piechoty.
        Heebner cudem przetrwał treningi unitarne. Nie spodziewał się niczego dobrego, więc nie był 
rozczarowany, kiedy odkrył, że dowódcy w marszbatalionach przejawiają identyczne skłonności do 
sadyzmu   jak   instruktorzy   w   szkółce   dla   rekrutów.   Wszystko,   czego   Heebner   pragnął,   to 
wykonywać swoje obowiązki tak, aby sierżant go nie skopał, nie dać się zabić i wrócić do domu.
        Szeregowiec odczuwał lekką dumę, że przeżył aż do tej pory. Zawsze umiał odnaleźć dobrą 
osłonę przed kulami. Jego reakcje wywołane strachem były doskonałe. Nie lubił też zgłaszać się na 

background image

ochotnika. Ale nie zawsze. Podczas ćwiczeń Heebner dokonał epokowego odkrycia. Obowiązki 
ochotników dzieliły się na dwie kategorie - albo łączyły się ze skrajnym niebezpieczeństwem albo z 
koniecznością paprania się w brudzie. Brud często gwarantował bezpieczeństwo.
        Heebner wyspecjalizował się zatem w kopaniu dołów na każdą okazję, w przynoszeniu racji 
żywnościowych przez błoto, rozładowywaniu grawisań i tak dalej. Większości z tych obowiązków 
nie wykonywano pod ostrzałem. Właśnie w ten sposób, udało się Heebnerowi jakoś przeżyć.
        Jego zapał do wykonywania najbrudniejszych prac przyniósł mu nawet awans o jedną belkę. 
Heebner musiał teraz uważać - jeśli nadal będzie taki dobry, to zrobią z niego podoficera. A to 
znaczyło, że stanie się większym celem. Zastanawiał się nawet, czy nie powinien dokonać jakiegoś 
pomniejszego wykroczenia - tak żeby obniżyli mu stopień, a jednocześnie żeby nie dostał lania od 
sierżanta.
         Tego poranka kompania, do której należała jego drużyna, otrzymała rozkaz, by zaatakować 
przeklęty   imperialny   fort.   Tahnijska   piechota   nadała   obiektowi   nazwę   Krematorium:   ktoś,   kto 
weźmie   udział   w   natarciu   na   fort,   mógł   mieć   pewność,   że   jego   skremowane   szczątki   dotrą 
najbliższym okrętem do domu. O ile ciało zostanie zabrane z pola walki. Wiele zwłok tahnijskich 
żołnierzy leżało w błocie wokół fortu. Były one zagrzebywane i odgrzebywane przez wybuchające 
pociski.
        Starszy szeregowiec Heebner pozostał nieco w tyle za tyralierą, gdy Tapia otworzyła ogień do 
dwóch wozów bojowych wspierających natarcie jego kompanii. Heebner padł na ziemię, szukając 
osłony.   Słyszał   krzyki   swojego   sierżanta,   żeby   iść   naprzód.   Poderwał   się...   W   tym   momencie 
eksplodował pocisk z monitora. Ogłuszony Heebner znów runął w błoto. Ciągle był nieprzytomny, 
kiedy jego oddział wpadł wprost pod ogień przeciwpiechotnych działek Alexa.
               Gdy Heebner odzyskał świadomość, zaczął się gramolić na nogi. Za nim płonęły wozy 
bojowe. Nie było śladu po jego drużynie i kompanii. Większość nie żyła. Rozsądek podpowiedział 
Heebnerowi,   że   kontynuowanie   natarcia   nie   ma   sensu,   jeśli   wszyscy   inni   przestali   walczyć. 
Powinien wrócić do własnych linii.
        Brodził przez breję, mocno koncentrując się na tym, żeby znowu nie upaść. Pocisk z działka 
eksplodował niedaleko i Heebner znów chlapnął w błoto.
        Nie, to nie błoto, zauważył. Uderzył głową w metal. Ale nikt do niego nie strzelał. I nie było 
już spadających fontann ziemi, wzniesionych przez wybuchy.
               Heebner rozejrzał się wkoło. Aż jęknął z przerażenia. W jakiś sposób zmienił kierunek i 
zamiast wrócić na własne pozycje, dotarł do fortu. Obok ramienia żołnierza sterczała lśniąca lufa 
działa. Heebner zaczął się modlić. Ale kule nie gwizdały koło niego. Leżał obok nie obsadzonej 
wieżyczki z działkiem przeciwpiechotnym - tej, którą rozpruł siódmy pocisk z monitora.
               Doskonale. Poczeka tu aż do nadejścia nocy, a potem spróbuje uciec. Potem przypomniał 
sobie,   że   tam,   gdzieś   w   górze,   jest   ten   wielki   statek   kosmiczny.   Wystrzelony   z   niego   pocisk 
rozsmaruje   ciałko   żołnierzyka   po   skorupie   fortu   jak   oliwę.   Nagle   zobaczył   otwór   pomiędzy 
pancerzem a czterema lufami wystającymi  z wieżyczki. Poczołgał się w tamtą stronę. Wybuch 
odgiął osłonę działka.
         Panika zmusiła Heebnera do dalszego działania. Prześlizgnął się przez szczelinę i spadł na 
beton. Wtedy jego mózg znowu zaczął pracować. Człowieku, właśnie wszedłeś do fortu! I gdzie są 
te imperialne potwory, które ponoć mają kły wielkości noży do obcinania gałęzi?
        Wtedy uderzył następny pocisk z monitora i Heebner zemdlał. Leżał tak prawie godzinę.
        Gdy oprzytomniał i ze zdziwieniem stwierdził, że jeszcze żyje, że wróg nie nabił go na rożen. 
Heebner, jak większość prostych tahnijskich żołnierzy, wierzył, że wojska imperium ceremonialnie 
pożerają swoich nieprzyjaciół.
        Żył. I nawet nie był ranny. Chciało mu się pić. Pociągnął łyk z manierki. Poczuł głód. Jego 
kompania poszła do ataku, niosąc tylko amunicję w chlebakach.
                Heebner   rozejrzał   się   po   wieżyczce.   Zobaczył   szafki   przy   ścianach.   Przeszukał   je. 
Kombinezony   przeciwgazowe...   kombinezony   przciwpromienne...   i   żelazne   porcje.   Heebner 
pospiesznie otworzył opakowanie i spróbował. Uśmiechnął się. Mięso. Tahnijczyk jego klasy jadał 
je raz, góra dwa razy do roku. Następny pakunek też zawierał mięso. Podzieliło ono los poprzedniej 

background image

porcji. W trzeciej paczcie Heebner znalazł fasolę. Skrzywił się pogardliwie i odłożył ją na bok. 
Pozostałe racje żywnościowe powędrowały do plecaka.
        Co teraz?
        Mózg, zapewne po odpowiedniej dawce mięsa, zaczął działać bardzo sprawnie. Powiedzieli, 
że w forcie jest pełno żołnierzy. Dlaczego więc to stanowisko nie jest obsadzone? Załoga została 
wybita?
        Nigdzie nie widniały ślady zniszczeń.
         Heebner stwierdził, że ma dwie możliwości - może tu zostać albo uciekać. Jeśli nie opuści 
wieżyczki, monstrualna armata monitora zabije go w końcu.
        Natomiast jeżeli dotrze do własnych okopów, wszyscy będą się dopytywali, dlaczego on jeden 
przetrwał z całej drużyny. Schował się? Nie wziął udziału w natarciu? Heebner wolał nie myśleć o 
karach, jakie wymierzano za tchórzostwo w obliczu wroga.
               Chwileczkę. Jeśli wróci z cennymi informacjami, to może go nie ukarzą. Ale co by tu 
powiedzieć?
        Oczywiście. Towarzysze broni mogą wykorzystać tę szczelinę w wieżyczce, żeby opanować 
fort! Zaraz, myślał dalej Heebner. Jeśli wrócę, oficerowie będą chcieli, abym w następnym natarciu 
służył za przewodnika. To mu się wcale nie podobało.
        Tahnijczyk zobaczył drabinę wiodącą w głąb fortu. Ostrożnie zszedł po szczeblach.
                Znalazł   się   w   ogromnej   sali   z   pryczami.   Popatrzył   pożądliwie   na   jedno   z   legowisk. 
Śmierdziała, ale i tak wyglądała lepiej niż to, na czym musiał spać, odkąd wylądował na Cavite.
        Wielkie pomieszczenie z pryczami... wielkie, opuszczone pomieszczenie? Zastanawiał się, ilu 
imperialnych żołnierzy może być w forcie. Zdobył się na odwagę, żeby to sprawdzić.
        Wyszedł z sypialni do centralnego korytarza. W kilka sekund później uderzył następny pocisk 
z monitora. Na szczęście trafił daleko od fortu. Heebner usłyszał tupot nóg i schował się za rogiem. 
Grupa   imperialnych   wojaków   wypadła   z   innej   sypialni   i   wspięła   się   do   jednej   z   wieżyczek 
głównych. Heebner liczył. Tylko dziesięciu? To ilu ich tutaj jest?
        Czy to możliwe, że taka garstka osób powstrzymuje natarcia Tahnijczyków? Chyba właśnie 
tak.
         To wystarczyło Heebnerowi. Zdobył tę cenną informację. Miał nadzieję, że jest ona na tyle 
wartościowa, że będzie mógł stawić się do raportu w dowództwie kompanii, a nie u dowódcy 
plutonu. O ile ten jeszcze żyje. Tak świetny sposób, żeby uniknąć udziału w natarciu.
               Starszy szeregowiec Heebner wydostał się z fortu, przeżył  koszmar, przekradając się z 
powrotem do swoich okopów. W końcu złożył meldunek.
        I nagle, znalazł się twarzą w twarz z lady Atago. Trząsł się bardziej niż kiedy siedział w forcie 
wroga.   Nie   wymagano   od   niego,   żeby   brał   udział   w   ostatecznym   szturmie   na   fort   Sh’aarl’t. 
Awansowano go na kaprala, dano medal i przeniesiono na tyły.

               Był bezpieczny. To go usatysfakcjonowało. Nie miało dla niego znaczenia, że w filmach 
głoszących sławę zdobywców imperialnego fortu nawet o nim nie wspomniano.
        Ten honor przypadł w udziale kapitanowi Santolowi z oddziałów szturmowych. Posturę miał 
znacznie bardziej bohaterską. Zasłużył sobie na taki zaszczyt.
        
Rozdział sześćdziesiąty ósmy
        
        Ogień monitorów ustał. Sten zastanawiał się, co to oznacza. Może skończyły im się pociski. 
Łudził się nadzieją, że w obu okrętach eksplodowały komory.
               Ale nie ma co martwić się na zapas. Kazał wydać obiad - a może to było śniadanie albo 
kolacja - dla swoich ludzi. Jedli na trzy zmiany. Postanowił, że kiedy już wszyscy napełnią brzuchy, 
ogłosi zmniejszoną gotowość bojową. Niech chociaż niektórzy się wyśpią.
        Nic z tego nie wyszło.
        Contreras schodziła po drabinie do sypialni. Syty żołądek, chwila wytchnienia - wszystko to 
sprawiło, że zaczęła  marzyć.  Sen... kąpiel...  czysty mundur...  do diabła,  dlaczego  nie pójść na 

background image

całość? Zdemobilizować się, wydać zakumulowany żołd na wczasy na planecie turystycznej, gdzie 
najbardziej skomplikowaną maszyną jest rower. I zakochać się w jakimś przystojnym oficerze. W 
oficerze? Zastanowiła się. Za długo już służysz w armii, kobieto! Pieprzyć wojsko. W bogatym 
cywilu.
        Uśmiechnęła się. Właśnie wtedy tahnijski pocisk rozerwał jej klatkę piersiową.
        Oddziałom szturmowym wroga udało się niepostrzeżenie podejść do fortu. Główny komputer 
ciągle pokazywał trafienie w działko przeciwpiechotne. Sensory nie wykazywały ruchu na tym 
obszarze. Ich promienie odbijały się od metalowego pancerza zniszczonej wieżyczki, wracały i były 
automatycznie redukowane jako szum podłoża.
        Lady Atago wyciągnęła właściwe wnioski z raportu starszego szeregowca Heebnera. Uznała, 
że z osiemdziesięciopięcioprocentowym prawdopodobieństwem, zniszczona wieżyczka znajduje się 
w martwej strefie.
               Kapitan Santol trafił w dziesiątkę. Jego szturmowcy podchodzili do fortu we właściwym 
sektorze,   po   dwóch   naraz.   W   czasie,   kiedy   marynarze   broniący   fortu   jedli   i   udawali   się   na 
spoczynek, te jeszcze działające czujniki nie namierzyły Tahnijczyków.
               Kiedy już znaleźli   się w   wieżyczce,   kapitan  Santol  posłał  przodem  dwóch  zaufanych 
sierżantów,   uzbrojonych   w   automaty   szturmowe.   Za   sierżantem   szli   grenadierzy.   Toczono   też 
trójnóg z wyrzutnią. Pochód zamykał kapitan i jego zastępca.
        Contreras nie była pierwszą, którą zabito. Wcześniej zaskoczono od tyłu i zgarotowano dwóch 
marynarzy. Ale Contreras zginęła od kuli.
        Odgłos strzału odbił się echem od korytarzy fortu.
               Sten podskoczył, przewracając talerz z wołowiną i fasolą. Przypadkowe odpalenie... jak 
cholera! - pomyślał widząc na jednym z ekranów, przemykających się tahnijskich żołnierzy.
        Włączył alarm i schwycił mikrofon.
        - Cała załoga. - Mówił spokojnym głosem. - W forcie są Tahnijczycy. Zabezpieczyć wejścia 
do stref. Alex?
        - Panie komandorze? - Ciężki akcent Kilgoura było słychać nawet przez głośnik.
        - Nie wiesz, jak te sukinsyny się tu dostały? 
        Chwila przerwy.
        - Nie widzę na ekranie. Ale musieli wejść przez którąś wieżyczkę.
        Mogli się włamać do którejś z dwóch nie obsadzonych wieżyczek, ale komputer wskazywał, 
że obie są w porządku.
        - Wieżyczka C - rzucił Sten. - Ogień dowolny. Cel: tahnijska piechota podchodząca do fortu.
        Przełączył się na inny kanał.
         - Wieżyczki A i D. Wysłać po pięciu ludzi do zabezpieczenia sypialni. Kilgour, jeśli masz 
kogoś wolnego, daj go do centrum dowodzenia.
        - Robi się. Czekaj.
        Alex powinien zostać przy działku przeciwpiechotnym. Ale do strzelania z niego wystarczyła 
jedna osoba. Zostawił więc marynarza, a z sześcioma innymi poszedł szukać wroga.
        Szesnastu żołnierzy z wieżyczki A wyszło z komory bojowej i ruszyło w stronę Tahnijczyków. 
Spotkali się w korytarzu. Potyczka zakończyła się bardzo szybko i bardzo krwawo. Pociski AM2 z 
automatów chybiały. Uderzały w ściany kory tarza. Wybuchając posyłały na Tahnijczyków deszcz 
betonowych odłamków.
               Kapitan Santol stracił dwie drużyny,  zanim udało mu się ustawić wyrzutnię. Szesnastu 
marynarzy zginęło wtedy na miejscu.
         Santol ze swoimi ludźmi przebiegł nad rozszarpanymi ciałami i wpadł do wieżyczki. Cała 
załoga wieżyczki A poległa.
        Drugi pododdział tahnijskiej piechoty wdarł się do wieżyczki D. Marynarze walczyli dzielnie - 
ale doświadczeniem nie dorównywali przeciwnikom. 
        Sten klął patrząc na ekran.

background image

        Tahnijczycy znaleźli się między centrum dowodzenia a ciągle odpierającą atak wieżyczką C. 
Sten wysłał Fossa i trzech operatorów komputera w charakterze oddziału szturmowego. Wyglądało 
to na głupią brawurę, ale nie miał innego wyjścia.
        Kompania szturmowa Tahnijczyków rozbiegła się po korytarzach fortu. Sten musiał przyznać, 
że byli dobrzy. Ich taktyka polegała na tym, że prowadzili ogień zza rogu, wtedy jeden żołnierz 
przeskakiwał na drugą stronę, dwóch go kryło i ruszali dalej. Przez rozbitą wieżyczkę wchodziła 
następna kompania.
        Imperialna załoga przystąpiła do kontrataku. 
        Wziął w nim udział nie tylko śmiesznie mały oddziałek Kilgoura. Uderzenie przyszło od dołu - 
z   magazynów.   Sten   dostrzegł   pięcioro   swoich   ludzi   -   w   tym   braci   Tige’ow.   Przewodził   im 
mrówkojad, Willie Sutton. Pchali przed sobą małą grawipaletę, załadowaną jakimiś piętnastoma 
wysokimi metalowymi cylindrami. Były to awaryjne zbiorniki tlenu.
        Przeciwnatarcie wyszło z nie strzeżonego przejścia w połowie korytarza, przy którego końcu 
znajdował się kapitan Santol wraz z żołnierzami.
        Sutton runął na nich rycząc jak lew. 
         - Zastrzelić sukinsynów! Zastrzelić! - krzyczał Santol. Pociski gwizdały wzdłuż korytarza. 
Sześciu marynarzy padło skoszonych  serią. Grawipaleta podryfowała jeszcze dziesięć metrów i 
zatrzymała się.
         Santol w asyście żołnierzy podbiegł do martwych ofiar. W tym przejściu może być więcej 
imperialnych drani, pomyślał.
                Przecisnął   się   koło   palety...   Wyrósł   przed   nim   Sutton.   Łuski   pokrywające   ciało   miał 
rozerwane. Z jego ust i ran płynęła posoka. Mrówkojad, wyprostowany na całą wysokość, zawisł 
nad oficerem.
                Santol   podniósł   pistolet.   Za   późno.   Z   ramienia   Suttona   wystrzeliły   szpony.   Rozpruły 
Tahnijczykowi twarz. Santol osunął się z jękiem.
        Jego żołnierze przez cały czas strzelali. Sutton zachwiał się, oparł o ścianę, pochylił do przodu. 
Wyciągnął miniautomat i wypalił - nie do Tahnijczyków, ale za nich, do grawipalety. Pocisk przebił 
cylinder. Syknął tlen, odbita rykoszetem kula skrzesała iskrę.
        Nastąpił wybuch. Tahnijczycy znaleźli się w centrum małej burzy ogniowej, spowodowanej 
eksplozją tlenu. Wraz z Santolem zginęła połowa jego kompanii. Ci, którzy przeżyli, w panice 
ruszyli do wyjścia.
         Kilgour czekał na skrzyżowaniu korytarzy. Nieprzyjaciele nie spodziewali się tu zasadzki. 
Uciekali dalej.
        To była okazja dla Stena.
        Odszukał najbliższy mikrofon ścienny.
               - Wszystkie stanowiska. Wszystkie stanowiska. Mówi Sten. Ewakuować się do wyjścia. 
Powtarzam. Ewakuować się do wyjścia.
         Razem ze swoimi czterema ludźmi połączył się z grupą Alexa i tym marynarzem, którego 
wcześniej pozostawiono przy działku przeciwpiechotnym. Stanowili teraz straż tylną.
                Dowódca   drugiego   oddziału   szturmowego   Tahnijczyków   rozkazał   większości   swoich 
żołnierzy opuścić fort. Teraz mieli się przegrupować i rozpocząć kolejny atak.
        Zanim to uczynili, cała załoga Tapii dobiegła już do wyjścia.
               Brnąc przez muł, wrócili podziemnym przejściem do zburzonej budki transformatorowej. 
Samej budki już nie było, ale właz dał się otworzyć.
        Sten ustawił się przy wyjściu. Liczył ludzi. Jeden za drugim, zmęczeni marynarze wychodzili 
na światło dzienne. Ocalały trzydzieści dwie osoby.
        Sformował szyki. Ruszyli przez ogołocony krajobraz ku własnym pozycjom. Gdy odeszli pół 
kilometra, Sten wyjął mały nadajnik, przełączył dwa bezpieczniki i nacisnął guzik.
        Za trzy minuty eksplodują ładunki i z historycznej placówki ronnej zostanie dziura w ziemi. 
Jak będzie się nazywało to miejsce? Fort Sh’aarl’t, fort Suttona, fort Tige’ow, a może jeszcze 
inaczej. Zaszczyt nadania mu imienia przypadnie Tahnijczykom.
        

background image

Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty
        
        Na dwie godziny przed świtem, ekranowane grawisanie Tanza Sullamory uzyskały pozwolenie 
na lądowanie w ruinach zamku Arundel.
        Nad poziomem ziemi wznosiły się tylko dwa obiekty: przenośna kopuła ochronna, taka jakich 
używa się na radioaktywnych  planetach  górniczych, oraz wysoki maszt.  Z jego szczytu  zwisał 
błyszczący sztandar imperium i złocisty proporzec z osobistym herbem władcy: na tle odwróconej 
struktury atomu widniał napis AM2.
         Wszystkie stacje nadawcze imperium pokazywały ruiny Arundel oraz te flagi na początku i 
końcu wiadomości. Symbol był dość nadwerężony, ale nadal pozostawał symbolem. Imperator, jak 
i całe imperium, ucierpiał wiele, ale nadal trzymał się mocno i walczył.
               Gwardziści, ubrani w kombinezony przeciwpromienne, poprowadzili podobnie odzianego 
Sullamorę   z   jego   statku   poprzez   prysznice   dekontaminacyjne   w   stronę   pochylni   wiodącej   do 
centrum   dowodzenia   imperium.   Obecna   siedziba   Jego   Wysokości   znajdowała   się   głęboko   pod 
ruinami pałacu.
               U wejścia do pochylni,  Sullamora  wygramolił się ze skafandra i ponownie poddał się 
dekontaminacji. Wprowadzono go do centrum. W towarzystwie dwóch gurkhów książę kupców 
kroczył   wyłożonym   boazeriami   korytarzem,   który   mimo   nocnej   pory   roił   się   od   zabieganych 
oficerów i pracowników obsługi technicznej. Przez otwierające się i zamykające drzwi Sullamora 
widział sale, gdzie planowano operacje wojenne, wielkie ekrany komputerowe i pokoje sztabowe.
        Nie wiedział, że wskazano mu tę drogę specjalnie. Imperator nazywał to cyrkiem dla gości. 
Praca naprawdę tu wrzała, a sztabowcy rzeczywiście byli zabiegani - ale w istocie wykonywali oni 
po prostu standardowe, nudne procedury, takie jak rekrutowanie uzupełnień, planowanie ćwiczeń, 
wyliczanie finansów i temu podobne.
            Apartament Jego Wysokości też został specjalnie udekorowany, by wywierać wrażenie na 
przybyszach. Poprzedzało go wiele poczekalni. Mogły pomieścić każdą delegację, oczekującą na 
audiencję.   Ściany   były   szare,   a   umeblowanie   przypominało   spartańską   celę.   Ekrany   ścienne 
pokazywały jakieś tajemnicze, pozbawione legendy mapy oraz przeźrocza wymieniane co pewien 
czas na równie niezrozumiałe plany i wykresy. Cierpkie poczucie humoru Imperatora sprawiło, że 
niektóre z obrazów przedstawiały plany bitew toczonych przed tysiącami lat. Jak do tej pory nikt 
tego nie odkrył.
        Apartament władcy składał się z wielkiej sypialni, kuchni, podobnej do okrętowej mesy, sali 
konferencyjnej, monstrualnych rozmiarów hali komputerowej, w której odbywały się odprawy, i 
osobistej biblioteki. Pomieszczenia te były również bardzo prosto umeblowane. Nie chodziło o 
podtrzymanie wrażenia, że przebywa się w kwaterze głównej. Imperator po prostu nie lubił pompy i 
przepychu.
        Ekrany ścienne zazwyczaj prezentowały widoki z okien tego, czy innego domu letniskowego 
Imperatora.   Jednak  tym   razem   widniały  na  nich:   ruiny  Arundel,  uczynione  z   kosmosu  zdjęcie 
Heath, planety rodzinnej Tahnijczyków, i fotografia przedstawiająca dwudziestu siedmiu członków 
rady Tahnu. Te trzy obrazy, powiadał władca, pomagały mu w koncentracji.
        Sullamora spędził w poczekalni tylko kilka minut. Wprowadzono go do biblioteki.
        Imperator wyglądał na bardzo zmęczonego. Wskazał na stolik z trunkami. Sullamora odmówił. 
Jego Wysokość zaczął bez wstępów:
        - Tanz, właśnie zarekwirowałem dziesięć szybkich liniowców z twojej floty.
        Sullamora otworzył szeroko oczy, ale udało mu się powstrzymać okrzyk zdziwienia. Imperator 
w końcu zwrócił się do niego po imieniu.
        - Panie, wszystko, co należy do mnie, jest do twojej dyspozycji - odparł kupiec. - Wystarczy, 
że czegoś sobie zażyczysz.
               - Nie pieprz - odparł dobrodusznie władca. Potem zapytał, na pozór zdawkowo: - Od jak 
dawna zbroisz swoje statki?
        - Słucham, Wasza Wysokość? Prawie wszystkie moje jednostki są uzbrojone.

background image

         - Dobrze, dobrze, Sullamora. Pracowałem niemal całą noc i chciałbym się trochę przespać 
przed świtem. Masz tu w okolicy kilka statków, na których jest więcej broni niż na pokładach 
moich fregat.
        - Owszem - przyznał Sullamora. - Pozwoliłem sobie dozbroić parę okrętów. Rozumiesz, panie, 
kursowały w pobliżu galaktyk należących do Tahnijczyków.
        - Nieźle pomyślane - powiedział Imperator i Sullamora odprężył się nieco. - I właśnie dlatego 
zrabowałem ci te dziesięć jednostek. Później ci wszystko wyjaśnię. Poza tym zostałeś wezwany, 
ponieważ teraz rekwiruję ciebie samego.
        Sullamora zareagował cokolwiek głupkowato:
        - Hę?
               - Od dwudziestu minut jesteś ministrem rozbudowy floty. Masz fotel w moim osobistym 
gabinecie.
        Sullamora był zaskoczony. Nawet nie wiedział, że Imperator dysponuje osobistym gabinetem.
               - Chcę, żebyś  budował okręty.  Nie obchodzi mnie, z kim będziesz zawierał kontrakty. 
Otrzymasz rozkazy kategorii A-plus. Dostajesz najwyższy priorytet na surowce i wszelki niezbędny 
ci personel. Potrzebne mi są okręty. Na wczoraj. Nie mam czasu na układy, targi i cały ten kram. 
Nalej sobie drinka. Ja się napiję herbaty.
        Tym razem Sullamora nie odmówił.
        - Wykrwawiamy się - ciągnął Imperator. - Tahnijczycy niszczą nasze floty szybciej niż mogę 
je odbudować. Ty to zmienisz, Sullamora.
        - Dziękuję za zaszczyt, Wasza Wysokość. Kogo zatrudnić w administracji?
        - Wszystko mi jedno. Weź tych chartów z własnych spółek, jeśli chcesz.
        - Jakim dysponuję budżetem?
        - Po prostu powiesz, ile chcesz kredytów.
        - Co z nadzorem księgowym?
        - Nie będzie żadnego. Ale jeśli przyłapię cię na zbyt dużym złodziejstwie, albo jak wciśniesz 
mi złom, to cię zabiję. Osobiście.
        Imperator wcale się nie uśmiechał. 
        Sullamora zmienił nieco temat:
        - Panie, czy mogę o coś zapytać?
        - Śmiało.
        - Powiedziałeś, że wyjaśnisz, do czego ci potrzebne te moje liniowce.
        - Dobrze. To tylko do twojej wiadomości, Tanz. - Przerwał. - Uczyniłem wiele błędów, kiedy 
zaczęła się ta wojna. Jednym z nich było przekonanie, że moi ludzie na Światach Pogranicza są 
doskonałymi żołnierzami.
        - Ale, panie... wysłałeś tam Pierwszą Gwardyjską.
        - Tak. I to są moje najlepsze jednostki.
        - Zwyciężają.
            - Akurat! Dostają w tyłek. Gwardia, a raczej to, co z niej pozostało, trzyma się kurczowo 
skrawka jednej planety. Za jakiś tydzień od tej chwili zostanie zniszczona. - Sullamora przełknął 
ślinę. Na kronikach filmowych widział co innego. Tymczasem Imperator kontynuował: - Wysłałem 
tam gwardię, żeby utrzymała Układ Caltora, bo prędzej czy później, sytuacja musi ulec zmianie i 
wtedy   muszę   mieć   bazę,   aby   przeprowadzić   ofensywę   na   Tahnijczyków.   Spieprzyłem   sprawę. 
Sądziłem,  że sprzyja  mi  więcej  narodów. Nie wiedziałem  też, że Tahnijczycy  zużywają  swoje 
okręty, niczym plastikowe zabawki. To moje błędy. Teraz trzeba ratować, co się da. Na Cavite, 
centralnej  planecie Caltora, jest cała gromada cywilów, obywateli  imperium.  Chcę, żeby twoje 
liniowce wydostały ich stamtąd. I paru innych ludzi, których potrzebuję. - Imperator czytał z twarzy 
Sullamory. Uśmiechnął się ponuro. - Sprawy inaczej wyglądają, jeśli pozna się je dokładnie, Tanz. 
W ciągu najbliższych paru dni zobaczysz znacznie więcej ruin, trupów, zniszczenia.
        Sullamora otrząsnął się. I zadał najważniejsze pytanie:
        - Czy my wygramy tę wojnę? 
        Imperator westchnął.

background image

        - Tak. W końcu zwyciężymy.
                W   końcu,   pomyślał   Sullamora.   Wyglądało   na   to,   że   władca   nie   był   pewien   rozwoju 
wypadków.
        - A kiedy...
        - A kiedy nastąpi ta chwila, to już ja się postaram, żeby systemy Tahnu dostały zupełnie inną 
formę rządów. Nie chce, żeby kiedykolwiek w przyszłości sprawiały mu kłopoty. 
        Sullamora uśmiechnął się blado.
        - Wojna, póki nie zostanie kamień na kamieniu!
        - Nie o to mi chodziło. Po prostu pragnę, aby u Tahnijczyków zmienił się system rządów. Nie 
żywię nienawiści do ich ludu. Staram się wygrać tę bitwę, nie niszcząc ani jednej planety. Dlatego 
nie urządzam dywanowych bombardowań i tym podobnych. To nie zwyczajni ludzie zaczynają 
wojny. Robią to w ich imieniu rządy.
         Sullamora popatrzył na władcę. Kupiec uważał się za historyka. Uwielbiał historię w stylu 
bohaterskim. Przypomniał sobie powiedzenie pewnego dzielnego admirała ze starożytnej Ziemi: - 
“Umiarkowanie w wojnie jest absurdem”.
        W pełni zgadzał się z tym stwierdzeniem. Sullamora nie był jednak na tyle biegły w historii, 
żeby wiedzieć, że jego ulubiony admirał nigdy nie dowodził flotą w walnej bitwie i że gdy zaczęła 
się następna wojna olbrzymie okręty, które kazał budować, okazały się przestarzałe.
        - Rozumiem, Wasza Wysokość - odparł chłodno. 
        Władca nawet nie zwrócił uwagi na ton kupca.
            - Kiedy batalia z Tahnijczykami dobiegnie końca, zostaniesz odpowiednio wynagrodzony. 
Sądzę, że usatysfakcjonowałaby cię jakaś forma regencji, obejmująca obszary zamieszkane przez 
Tahnijczyków.
        Sullamora nagle zrozumiał, że on i Imperator mówią zupełnie innymi językami.
        Wstał, odstawił ledwie napoczęty trunek i ukłonił się ceremonialnie.
                -   Dziękuję,   Wasza   Wysokość.   W   ciągu   tygodnia   będę   gotów   do   podjęcia   nowych 
obowiązków.
        Odwrócił się i wyszedł.
        Imperator popatrzył za nowo mianowanym ministrem. Potem wstał, przeszedł wokół biurka, 
podniósł szklankę Sullamory i zaczął z niej, w zamyśleniu, popijać. Stwierdził, że mistrz Sullamora 
i on nie nadają na tych samych częstotliwościach.
        No i co z tego?
               Odstawił drinka, wrócił do biurka i włączył  odbiornik, żeby wysłuchać  meldunków  o 
kolejnych nieszczęściach. Niepokoił się o swoje imperium. Najpierw musi je utrzymać - wbrew 
swemu optymizmowi, Wieczny Imperator zaczynał wątpić, że mu się to uda - poszczególnymi 
ludźmi będzie się martwił później.
        Ściszył odbiornik i włączył specjalny komputer - jedyny intelekt, z którym musiał rozmawiać. 
Nawet, jeśli była to konwersacja jednostronna.
        
Rozdział siedemdziesiąty
        
               Generał Ian Mahoney popatrzył na swoje odbicie w potrzaskanym lustrze i zamyślił się. 
Wbrew temu, co twierdzili ulubieni, zmarli przed wiekami wierszokleci imperium - Mahoney z 
trudnością przypomniał sobie ich nazwiska: Solbert i Gullivan - istniały dwa typy generałów. Jeden, 
przybrany w paradny mundur, pozujący z trzech czwartych profilu, z czymś w rodzaju sierpa w 
ręku, przed frontem swoich udekorowanych medalami żołnierzy. I drugi - w mundurze polowym, z 
dymiącym automatem, z granatami dyndającymi u koalicyjki, prowadzący swoich ludzi naprzód, do 
walki z hordami wroga.
        Generał major Ian Mahoney nie pasował do żadnego z tych typów.
         Nosił mundur polowy i rzeczywiście chodził z przewieszonym przez ramię automatem. Ale 
portki munduru przetarte miał na siedzeniu, natomiast z broni, dzięki swojej ochronie, nawet nie 
wystrzelił. A do tego, mundur był ubabrany w mule, różu i pudrze.

background image

               Tahnijczykom, za pomocą namiarów radiolokacyjnych, udało się wreszcie zlokalizować 
położenie centrum dowodzenia. Dokonali uderzenia z powietrza.
               Tahnijskie fregaty zdusiły tych kilka wyrzutni przeciwlotniczych, rozstawionych wokół 
kwatery głównej Mahoneya. Jego wóz został bez osłony.
               Dowódcę wyrzucono z niego na sekundy przed trafieniem. Runął w błoto ulicy. Stąd na 
mundurze wziął się muł.
        Kiedy nadleciała druga fala fregat, co sił w nogach gnał do najbliższego schronu. Okazał się 
nim na wpół zrujnowany market z artykułami przeznaczonymi dla kobiet. Wpadł twarzą naprzód do 
działu kosmetyków. To wyjaśniało pochodzenie różu i pudru na uniformie.
               Perfumeria miała wielkie piwnice, Mahoney uznał, że nadadzą się na jego nowy punkt 
dowodzenia. Założono łączność i generał mógł wrócić do prowadzenia wojny.
        Do pomieszczenia wpadł technik.
        - Dwie depesze, panie generale. Z imperialnej kwatery głównej. Pański adiutant powiedział, że 
będzie to panu potrzebne.
               Technik przyniósł kasetkę, która zawierała  najbardziej znienawidzone  przez Mahoneya 
urządzenia zabezpieczające.
        Popatrzył na depesze. Pierwsza była w formie konwencjonalnej dyskietki. Dowódca dziwił się, 
dlaczego technik wciąż trzyma przed nim kasetkę, zaopatrzoną w zamek otwierający się na odcisk 
palca.   W   środku   znajdowały   się   klawisze   szyfrujące   jednorazowego   użytku.   Kodowały   one 
informacje, a odbiorca dekodował je, posługując się tym samym zestawem klawiszy. Po użyciu oba 
zestawy ulegały destrukcji. To był bardzo stary system, ale do tej pory nikomu nie udało się go 
złamać.
        A Mahoney nienawidził kodowania prawie tak samo, jak brzydził się uroczystymi defiladami.
        Drugą informację zapisano na innym nośniku. Wydział łączności Mahoneya miał tylko kilka 
sztuk   takiego   materiału.   Cały   system   uchodził   za   ostatni   krzyk   mody   w   dziedzinie   tajemnicy 
wojskowej specjalnego znaczenia. Dyskietki były zatopione w plastikowych pudełkach. Cokolwiek 
zostało zapisane, mógł  to odczytać  wyłącznie  Mahoney.  Na pudełku znajdował się pojedynczy 
przycisk identyfikacyjny, zgodny z liniami papilarnymi kciuka Mahoneya. Kiedy generał położył 
palec   na   identyfikatorze,   dyskietka   zaczynała   nadawanie.   Po   zdjęciu   palca,   albo   w   trzydzieści 
sekund po transmisji, następowało samozniszczenie materiału.
        Mahoney wiedział, że w taki sposób przesyła się wieści bardzo ważne i prawie bez wyjątku - 
katastroficzne.   Pierwsza,   zakodowana   za   pomocą   klawiszy   jednorazowego   użytku,   musiała 
zapewne zawierać jakieś rozkazy. Generał zignorował je na chwilę i dźgnął palcem w przycisk na 
pudełeczku.
        Nagle w piwnicy, na stosie wpół spalonych sukienek, stanął Wieczny Imperator. Była to, rzecz 
jasna, projekcja holograficzna.
        - Ian - zaczęło się przesłanie. - Nasz świat krwawi. Wiem, że oglądasz to, zanim dekodowałeś 
depesze,   więc   daruję   sobie   wygłaszanie   długiej   mowy.   Nie   mogę   cię   wesprzeć.   Nie   mam   ani 
okrętów   ani   żołnierzy,   żeby   ci   wysłać   posiłki.   Domyślam   się,   że   brałeś   pod   uwagę   i   taką 
możliwość. Możliwość - do diabła!
               A teraz, rozkazy:  chcę, żeby Pierwsza Gwardyjska walczyła o Cavite do ostatniej kuli. 
Dopiero,  gdy wyczerpiecie  wszelkie  środki, wyrażam  zgodę na  kapitulację.  Wszyscy  żołnierze 
gwardii, którzy zdołają się ewakuować, niech to zrobią. Potem mogą prowadzić walkę w terenie. 
Być może nie uda mi się przekonać tych pieprzonych Tahnijczyków, żeby nie traktowali ich jak 
partyzantów,   ale   dołożę   wszelkich   starań.   Prawdopodobnie   oczekujesz  tego.   Wysyłam   dziesięć 
szybkich   liniowców,   żeby   zabrały   cywilów   z   Cavite.   Chcę   ich   wydostać,   rozkazuję,   żebyś   ty 
odleciał z nimi. Wiem, że to dla ciebie ciężkie zadanie, Ian. Zamierzam poświęcić twoją dywizję. 
Ale   nie   poświęcę   jej   jądra.   Za   jakieś   sześć   dni   standardowych   od   czasu,   kiedy   otrzymasz   to 
przesłanie,   pojawią   się   liniowce.   Wydostań   całą   kadrę.   Najlepsi   podoficerowie,   oficerowie   i 
specjaliści   muszą   znaleźć   się   na   tych   statkach.   Pierwsza   Gwardyjska   zginie   na   Cavite.   Ale 
powstanie   nowa   dywizja.   Uformujemy   ją   na   Centralnym   Świecie   i   znów   wyślemy   do   walki. 
Powiedziałem “my”. Bo ty będziesz dowódcą nowej Pierwszej Gwardyjskiej. Jak widzisz, musisz 

background image

się znaleźć na jednym z tych liniowców. To rozkaz, generale Mahoney. Nie spodziewam się, że ci 
się spodoba. Mnie też możesz znienawidzić. Proszę wykonać rozkazy.
               Hologram zawirował i zniknął. Mahoney gapił się w pustą przestrzeń. Potem otworzył 
szkatułkę i wyjął zestaw klawiszy - właściwie był to mały komputer, który dokonywał destrukcji 
programu w trakcie jego odgrywania.
        Przykro mi, Wasza Imperialna Wieczność, pomyślał Mahoney. Wykonam wszystkie rozkazy 
poza tym ostatnim. Jeśli pozwalasz, żeby moi gwardziści zginęli, to nie ma sposobu, żeby mnie od 
nich zabrać.
        
Rozdział siedemdziesiąty pierwszy
        
        Sten i resztka oddziału dotarła do swoich okopów bez wypadków. Komandor nie widział przed 
sobą   jasnej   przyszłości.   Wiedział,   że   jego   banda   zostanie   przeformowana,   nakarmiona, 
uzupełniona, dozbrojona i wysłana z powrotem na front, do tej tahnijskiej maszynki  do mięsa. 
Zastanawiał się ponuro, kto zginie ostatni. Tak, czekała ich śmierć albo niewola.
        Sten, podobnie jak samo imperium, nie przywykł do porażek. Ale cóż, mówi się trudno.
        Komandor był lekko zdziwiony, kiedy oficer dyżurny przekazał mu niespodziewane rozkazy. 
Oddział   musi   oddać   wszelką   broń,   poza   osobistą,   i   czekać   na   przydział.   Sam   Sten   ma   się 
zameldować   w   centrum   operacyjnym   Mahoneya.   Przed   pójściem   do   raportu   udało   mu   się 
wytrzasnąć kilka litrów wody, aby się ogolić i umyć. Znalazł też całkiem czysty i nieźle pasujący na 
niego mundur.
        Centrum operacyjne nadal znajdowało się w piwnicach marketu. Mahoney skończył właśnie 
odprawę z garstką oficerów. Potem wprowadził Stena do małego pomieszczenia, przerobionego na 
pokój łączności.
        Czekał tam na nich admirał van Doorman.
               Mahoney lapidarnie przedstawił Stenowi bieżącą sytuację. Do Cavite już leciało dziesięć 
liniowców, które miały zabrać cywilów i “wybrane elementy”  Pierwszej Gwardyjskiej. Eskortę 
stanowiły cztery niszczyciele - wszystkie, jakie dało się zebrać. Do tej pory tahnijskie patrole nie 
wykryły imperialnych okrętów. Statki przybędą za cztery dni.
        Niespodziewanie, 23. flota znów potrzebowała techników. Pozostały zaledwie cztery okręty, 
od biedy nadające się do wyjścia w próżnię: dwa niszczyciele, w tym okręt Halldora, “Husha”, 
jeden stary patrolowiec i “Swampscott”.
            Należało je, w miarę możliwości, przygotować do walki. Technicy z załogi Stena zostaną 
przydzieleni na “Swampscotta”.
        Dlaczego oni, zastanawiał się komandor. Musiało być jakieś wytłumaczenie.
        Mahoney już miał coś powiedzieć, kiedy zabrał głos, milczący do tej pory, van Doorman.
        - Generale, ten człowiek nadal jest pod moimi rozkazami. Chciałbym...
        Mahoney twardo popatrzył na wynędzniałego oficera marynarki, skinął głową i wyszedł.
                Van   Doorman   oparł   się   o   biurko.   Wbił   w   przeciwległą   ścianę   pusty   wzrok.   Mówił 
monotonnym głosem.
        - Kłopot w tym, komandorze, że im bardziej się starzejemy, tym mniej pragniemy zmiany.
        Sten sądził, że nic już go nie zaskoczy. Najwyraźniej się mylił.
               - Byłem  bardzo dumny ze swojej floty - ciągnął admirał. - Wiedziałem, że nie mamy 
najnowocześniejszego wyposażenia, a ponieważ znajdowaliśmy się tak bardzo daleko od centrum 
imperium, nie zawsze dostawaliśmy najlepszych marynarzy. Ale wierzyłem, że jesteśmy potężną 
grupą bojową. Tak. - Van Doorman zadumał się. - Oczywiście roiły mi się różne rzeczy. Więc 
kiedy nagle  pojawił  się młody  oficer i  stwierdził,  że wszystko,  co mam,  to wypolerowane  do 
połysku marionetki, a moje dowodzenie jest sztywne, biurokratyczne, przestarzałe i zaślepione, to 
rzecz jasna nie byłem dla niego miły.
        - Panie admirale, ja nigdy nie powiedziałem...
               - Sama pańska obecność wystarczała - odparł van Doorman z nutką irytacji w głosie. - Z 
zasady, nigdy nie przepraszam, komandorze. I nie zamierzam tego zmieniać. Zresztą, mniejsza o to. 

background image

Powód,   dla   którego   chcę,   żeby   pan   i   resztka   pańskiego   oddziału   dostała   przydziały   na 
“Swampscotta” jest taki: wiem, że Tahnijczycy uderzą na nas i to bardzo mocno, kiedy będziemy 
usiłowali wycofać się na tych liniowcach. Przewiduję ciężkie straty. Bardzo prawdopodobne, że 
sam zginę.
        Zabezpiecza się, pomyślał Sten.
         - Wyznaczyłem pana na stanowisko dowódcy artylerii “Swampscotta”. Zgodnie z przyjętą 
zasadą   dowodzenia,   pan   będzie   czwarty   w   kolejności.   Ale   to   nie   jest   czas   na   konwenanse   - 
dokończył van Doorman bezbarwnym głosem. - Powiadomiłem wszystkich właściwych oficerów, 
że na wypadek, gdybym utracił zdolność dowodzenia, pan przejmie dowództwo “Swampscotta”. 
Dlaczego podjąłem taką decyzję? Otóż nie ufam już tym oficerom, których sam promowałem na 
wysokie stanowiska. Zdaje się, że wybrałem ich bardziej ze względu na ich walory towarzyskie i 
donosicielskie, jakie posiadali, niż ze względu na umiejętności dowódcze. Nie sądzę, by dali sobie 
radę w sytuacji kryzysowej. Czy pan mnie zrozumiał?
        - Tak jest.
        - Poinformowałem też komandora Halldora, że choć przewyższa pana starszeństwem stopnia, 
to właśnie pan obejmie  dowództwo nad flotą, gdybym  padł ofiarą działań wojennych.  Flotą! - 
Admirał powiedział to z lekką ironią. - Dwa niszczyciele, jeden okaz muzealny i hulk. Oto pańskie 
rozkazy,   komandorze.   Domyślam   się,   że   jeśli   przeżyję   odwrót,   stanę   przed   sądem   wojennym. 
Doskonale. Ale nie chcę, żeby moja kariera zakończyła się całkowitą klęską. Pragnę z całego serca, 
żeby “Swampscott” walczył jak prawdziwy okręt, a nie jak zabawka kierowana przez zmęczonego 
starca.   -   Van   Doormanowi   załamał   się   głos.   Admirał   odwrócił   się   plecami   do   Stena.   -   Aha, 
komandorze, jeszcze jedna sprawa. Prywatna. Moja córka przesyła panu pozdrowienia.
        - Dziękuję, panie admirale. Jak się miewa Brijit?
               - Jest zdrowa. Pracuje z tą nową... przyjaciółką. - Kilku następnych słów Sten nie zdołał 
wyraźnie usłyszeć. - To jeszcze jedna rzecz, której nigdy nie zrozumiem - dokończył van Doorman.
        Sten nie miał nic do powiedzenia. Oddał honory do pleców starego admirała i wyszedł.
        
Rozdział siedemdziesiąty drugi
        
               Cztery okręty, które obecnie stanowiły 23. flotę, weszły do podziemi wraz z wojskiem i 
cywilami. Oba niszczyciele schowano w odległości około dwóch kilometrów jeden od drugiego, w 
poszerzonych tunelach metra. Okręt patrolowy został zamaskowany w zburzonym hangarze. Ale 
znacznie trudniej było ukryć ogromnego “Swampscotta”.
         Sten zastanawiał się, czy inżynier, który wymyślił kryjówkę dla okrętu flagowego, jeszcze 
żyje. Miałby ochotę postawić temu człowiekowi z sześć piw - jeśli zdołałby kupić takowe w Cavite 
City.
               Po nalocie w Dniu Imperium pozostały dwa ogromne kratery. Pogłębiono je, poszerzono, 
wylano betonem, a potem połączono. Pod osłoną nocy i elektronicznego maskowania przeniesiono 
do nich  “Swampscotta”,  dodatkowo ubezpieczanego  przez batalion  gwardii.  Następnie  ułożono 
strop   nad   dziurą   z   lekkich   dźwigarów.   Na   całość   nalano   masy   kamuflującej,   która   została 
ukształtowana tak, że wyglądała dokładnie jak dno kraterów. Żaden z tahnijskich satelitów, czy 
przelatujących samolotów zwiadu nie odkrył zmiany.
        Kiedy Sten meldował się na “Swampscotcie”, sądził, że dano mu wolną rękę w poczynaniach: 
Nie   mylił   się.   Jego  bezpośredni   zwierzchnicy,   doskonali   karierowicze,   uznali   go   za   człowieka 
nowego, który nie zagraża ich pozycji.
        Sten rozmieścił swoich ludzi we wszystkich przedziałach okrętu. Jak przyjdzie bieda - a Sten 
zgadzał się pod tym względem z van Doormanem, że przyjdzie - to w każdej sekcji będzie miał co 
najmniej dwie osoby godne całkowitego zaufania.
         Przeniósł centrum dowodzenia ogniem, a zarazem swoje stanowisko z rufowej “pagody” w 
głąb jednostki. Odczuwał pewną satysfakcję, że zajął pomieszczenie, gdzie wcześniej znajdowała 
się mesa oficerska.

background image

               Oficerowi łącznikowemu van Doormana przekazał też sugestię - wkrótce stała się ona 
rozkazem - żeby odrzeć okręt z wszelkich ozdób. Dziwnym zrządzeniem losu “Swampscott” nadal 
miał piękną drewnianą boazerię, wypokrowaną tapicerkę oraz bogate, łatwo palne wyposażenie sali 
jadalnej w kantynie oficerskiej.
        Sprzeciw najgłośniej wyrażali, rzecz jasna, nie oficerowie, ale ich ordynansi. Sten z ogromną 
przyjemnością obsadził nimi - oraz czeredą kelnerów i barmanów - stanowiska bojowe, na których 
wciąż brakowało ludzi.
        Sten nie wyobrażał sobie “Svampscotta” w akcji, chociaż wiedział, że wcześniej czy później ta 
łajba wejdzie do boju. Oceniał, że w starciu z tahnijskim krążownikiem, “Swampscott” wytrwa 
cztery sekundy. A jeśli na swoje nieszczęście zetrze się z “Forezem” albo “Kiso”, bitwa potrwa o 
połowę krócej.
        Pozostawały mu zatem drobne radości bieżącej służby.
        
               Na prośbę generała Mahoneya, Sten oddelegował Kilgoura do koordynowania czynności 
związanych z okrętowaniem cywilów.
         Kiedy przybędą liniowce - jeśli w ogóle przybędą - pozostanie tylko chwila, żeby wsadzić 
uchodźców   na   pokład.   Toteż   Kilgoura   przebrano   w   cywilne   ciuchy   i   mianowano   go 
wiceburmistrzem Cavite City. Ten, kto wcześniej sprawował tę funkcję, albo zginął, albo zagubił 
się gdzieś, tak jak sam burmistrz.
        Kilgour dziwił się, że otrzymuje tyle pomocy - pod jego komendę oddano niektórych oficerów 
i podoficerów z Pierwszej Gwardyjskiej. Ani Alex, ani nikt w dywizji - poza samym Mahoneyem, 
szefem sztabu i szefem wywiadu - nie wiedział, że generał systematycznie wycofuje z dywizji 
najlepszych ludzi, żeby wysłać ich w bezpieczne miejsce jako kadry nowego związku bojowego.
        Natomiast nikt oprócz lana Mahoneya nie zdawał sobie sprawy, że generał zamierza złamać 
rozkaz, pozostać na Cavite i zginąć tu wraz z resztkami swojej dywizji.
         Kilgour sądził, że będzie miał niezły bal z tymi wysokimi rangą oficerami. Rzeczywistość 
okazała się bardziej łaskawa.
                Alex   spał   niewiele,   dopóki   nie   wyciągnięto   cywilów   ze   schronów,   nie   wsadzono   do 
stuosobowych kontenerów i nie ustalono porządku załadunku. Uchodźcom pozwolono zabrać tylko 
to, co nosili na sobie. Nie mogli wziąć nawet artykułów higienicznych.
        Kilgour stał na jednym z placów zbiórki. Dwoje wystraszonych dzieci trzymało go z obu stron 
za spodnie. Na rękach piastował milutkie niemowlę. Uświadomił sobie, że bobas właśnie siusia na 
jego piękny, złupiony gdzieś tweedowy garnitur. Starał się wysłuchać kilku osób naraz.
        -... Deirdre się nie zjawił i jestem bardzo...
        -... panie Kilgour, musimy omówić, które z ksiąg miejskich powinny być zabrane...
        -... chcę do mamusi...
               -... pańskie zachowanie  jest po prostu niezrozumiałe.  Proszę podać nazwisko swojego 
przełożonego. Natychmiast...
        -... może ja z kumplami moglibyśmy pomóc? Co, szefuniu?
        -... skoro pan nas reprezentuje, to chcę zaprotestować przeciwko bezdusznemu sposobowi, w 
jaki ci żołnierze...
        -... kiedy już będziemy na miejscu, to moich prawników bardzo zainteresuje fakt, że...
        -...gdzie moja mamusia?...
        Kilgour desperacko zapragnął być gdzie indziej, gdzieś w bezpiecznym miejscu, na przykład w 
okopach. I odpierać szturm Tahnijczyków...
        
        Dotarł niewyraźny sygnał - siły ratunkowe dzieliło od Cavite dwanaście godzin drogi.
        
        Sten znajdował się w maszynowni “Swampscotta”. Usiłował zrozumieć, dlaczego drugi zespół 
napędowy okrętu nie daje pełnej mocy.
        Kucał pod jedną z dysz napędowych, wysłuchiwał monotonnego potoku przekleństw drugiego 
mechanika - to nie był mianowaniec van Doormana, ten człowiek znał się na swojej robocie. Sten 

background image

próbował właśnie zmierzyć moc linii przesyłowych, kiedy przypomniał sobie, że od pięciu minut 
powinien być na zebraniu dowódców.
        Wyślizgnął się spod rur i pobiegł w kierunku drzwi. Nie starczy czasu, żeby zmienić upaćkany 
smarami kombinezon.
        Na zewnątrz komandor zaczął się rozglądać za grawisaniami, które miały po niego przyjechać. 
Kierowca w pełni korzystał z chwili wolnego. Sten stracił następne dziesięć minut, zanim przegonił 
towarzyszkę szofera.
                Sten   już   wiedział,   że   nie   stawi   się   punktualnie.   Sanie   z   sykiem   spłynęły   do   transzei 
komunikacyjnej prowadzącej do punktu dowodzenia Mahoneya.
        
        To była zabłąkana tahnijska rakieta.
        Tahnijczycy zdobyli informację, że siły imperialne w Cavite City wryły się pod ziemię. Ale 
brakowało   im   danych,   gdzie   szukać   najważniejszych   punktów   oporu.   Mieli   jednak   potężną 
przewagę ognia. Strzelali więc na chybił trafił w cały obszar zajmowany przez jednostki imperialne. 
Każdy wybuch czynił jakieś szkody.
        W piwnicach pod marketem zebrali się najwyżsi rangą oficerowie imperium. Mahoney zdawał 
sobie sprawę, jak niebezpieczne jest gromadzenie w jednym miejscu większości dowódców - ale 
cóż, trzeba było przeprowadzić ostatnią odprawę.
        Tahnijska rakieta przeleciała nad okopami, tuż nad ziemią. Nie wykryły jej przeciwrakietowe 
baterie gwardii. Dwa kilometry za linią frontu, zgodnie z programem, zwiększyła wysokość lotu i 
zaczęła szukać celu.
               Pocisk mógł spaść w przypadkowe miejsce, gdyby jego sensory nie odebrały fragmentu 
transmisji.
        Transmisję nadał jeden z oficerów brygady Mahoneya. Po prostu przed wejściem do schronu 
posłużył się kodem rozpoznawczym. Ale rakiecie to wystarczyło, żeby namierzyć cel.
        Mahoney właśnie zaczynał:
        - Za sześć godzin większość z was znajdzie się na trasie odwrotu. Oto, co nastąpi...
        I wtedy utwardzony dziób pocisku przebił się przez wyższe piętra marketu, przez osłonę stropu 
piwnicy i eksplodował - o centymetry nad piwnicami.
        Sten zobaczył krwawą jatkę.
        Market w ułamku sekundy stał się dymiącą ruiną. Do Stena dowlókł się jakiś żołnierz ze straży 
przybocznej Mahoneya. Krwawił i bełkotał coś niezrozumiale. Komandor pobiegł dalej. Wpadł do 
podziemnej kondygnacji.
         Wokół byli martwi i umierający. Generał major Ian Mahoney leżał na boku, ze strzaskaną 
szczęką. Twarz miał pokrytą krwią. Powoli się dusił.
        Sten skurczył palce, do ręki wpadł mu nóż. Komandor przewrócił Mahoneya na plecy. Bardzo 
ostrożnie zrobił na grdyce generała nacięcie w kształcie litery V. Ostrze weszło w tchawicę na 
jakieś trzy centymetry. Sten zrobił następne nacięcie, i połączył je z pierwszym. Wyciągnął odciętą 
tkankę.
         Mahoney znów oddychał. Z gardła dobywał mu się charkot. Na szyi pojawiły się krwawe 
bąble.   Sten   schwycił   kabel   przesyłowy,   rozciął   otulinę   i,   pustą,   zwiniętą   w   trąbkę,   wstawił   w 
tchawicę Mahoneya. Potem pokrył ranę opatrunkiem z chlebaka generała.

        Mahoney wyjdzie z tego cało, jeśli inne jego rany zostaną wyleczone.
        Będzie żył, jak na ironię. Planował, że tu zostanie i zginie wraz ze swymi gwardzistami. Teraz, 
jako ranny, poleci na liniowcu do Centralnego Świata.
        Sten wstał, kiedy do piwnicy wbiegli sanitariusze. Rozejrzał się. Admirał floty Xavier Rijn van 
Doorman uśmiechał się do niego z góry.
        Sten pomyślał, że admirał nie ma powodów do dobrego humoru. Starszemu panu brakowało 
połowy czaszki. Z pozostałej części głowy wyciekała szara substancja, nieomal pasująca kolorem 
do siwych włosów admirała. Van Doorman utracił też inne, życiowo ważne członki - prawe ramię, 

background image

lewą dłoń. A przede wszystkim  jego ciało  urywało  się na klatce  piersiowej. Strzępy ocalałych 
mięśni trzymały się na podziurawionej tchawicy.
        Wygląda na to, że dowodzę okrętem, pomyślał Sten. Ciekawe, czy teraz pieszczoszki admirała 
podporządkują się moim rozkazom.
        Sten jednak nie zaspokoił swojej ciekawości - zastępca dowódcy oficer nawigacyjny i główny 
mechanik tez znajdowali się wśród zabitych w piwnicy.
        Komandor Sten dowodził 23. flotą 
        Dwie godziny później liniowce przekazały sygnał, ze zbliżają się do Cavite.
        
Rozdział siedemdziesiąty trzeci
        
        Przez trzy dni, powietrze wokół Cavite City przypominało gęsty, szary krupnik. Była to część 
maskowania w trakcie ewakuacji. Liniowce miały za zadanie nie tylko prześlizgnąć się między 
patrolami Tahnijczyków krążącymi nad planetami Światów Pogranicza - co im się powiodło - ale 
musiały   też   wylądować   i   pozostać   nie   zauważone   tyle   czasu,   ile   trzeba,   żeby   zaokrętować 
uchodźców.
               Paradoksalnie,  pomogła  w tym  całkowita  przewaga powietrzna  Tahnijczyków.  Rzadko 
pojawiała się jakaś imperialna maszyna latająca, więc nieprzyjaciele bardzo niedbale nadzorowali 
skanery i ekrany swoich radarów.
        Dymy kłębiące się nad obszarem trzymanym przez jednostki imperialne niezwykle utrudniały 
obserwację, a “krupnik” oślepił prawie wszystkie czujniki.
        Ten “krupnik” był wynalazkiem starszym nawet od samego Imperatora. Na początku tworzono 
go za pomocą cienkich pasków aluminium, które blokowały ekrany radarów. Blaszki przycinano 
tak, żeby ich długość wynosiła połowę długości fali radiowej. Po zrzuceniu z samolotu zakłócały 
odbiór. Na ekranie wyglądały jak solidna, nieprzenikliwa chmura.
        Wojska imperialne stosowały bardziej wyrafinowaną przesłonę. Mogła ona blokować nie tylko 
radary, ale także czujniki laserowe i na podczerwień. Była przy tym prawie niewidoczna - tysiące 
skrawków pomieściłyby się w uchu od igły.
        Wystrzelone w górne warstwy atmosfery pojemniki z przesłoną rozerwały się i chmura powoli 
opadła nad Cavite City. “Krupnik”, choć prawie niewidzialny, nieprzyjemnie dawał się odczuć przy 
oddychaniu.
        Tahnijczycy ogłosili alarm, kiedy stwierdzili, że ich sensory przestają cokolwiek odbierać, ale 
po jakimś czasie uspokoili się, sądząc, że nieprzyjaciel zastosował tylko taką sztuczkę wojenną, aby 
spowolnić ostateczny i nieunikniony szturm na miasto. Poza tym  Tahnijczycy i bez czujników 
wiedzieli, gdzie są wojska imperialne. Uznali, że chmura jest jedynie irytującą, lecz niezbyt ważną 
przeszkodą.
        I wtedy znów włączyły się alarmy.
                Patrole   pozaplanetarne   nagle   zaczęły   meldować   o   pojawieniu   się   sił   wroga.   Ekrany 
pokazywały   rzecz   niewiarygodną:   w   stronę   Cavite   nadlatują   dwie   imperialne   floty.   Wedle 
tahnijskiego wywiadu nic takiego w ogóle nie mogło istnieć.
               Wywiad miał rację - jedyna imperialna eskadra, która znajdowała się w tym rejonie, była 
trzymana   w   odwodzie.   Tahnijczyków   “zaatakowały”   cztery   niszczyciele,   eskortujące   liniowce. 
Towarzyszyło im prawie tysiąc małych sond bezzałogowych.
         Sondy były wypełnione po brzegi urządzeniami elektronicznymi. Symulowały one sygnały 
znamionujące zbliżanie się wielkich okrętów wojennych.
               Choć raz imperium dopisało szczęście. Atago uformowała swoje okręty w szyk bitewny i 
ruszyła do walki.
        Wtedy liniowce wylądowały w Cavite City.
         Tahnijska piechota oczywiście natychmiast je zauważyła i wysłała stosowne meldunki. Ale 
zanim dotarły one do Atago, flota Tahnijczyków oddaliła się o sześć godzin od planety. Poza tym, 
Atago   miała   większe   zmartwienia.   Nie   zaprzątała   sobie   teraz   głowy   takimi   drobnostkami,   jak 

background image

lądowanie kilku transportowców z posiłkami dla imperialnego wojska. Jeszcze przez jedną godzinę 
nie umiała stwierdzić, czym naprawdę jest nacierająca na nią imperialna flota.
        Pozostawało zatem siedem godzin na ewakuację.
         Szybkie jak torpedy statki zarekwirowane Sullamorze opadły na lądowiska bazy w Cavite, 
krusząc swoją masą znajdujące się na ziemi szczątki i ruiny.
                Wtedy   zaczęto   realizować   plan   ewakuacyjny.   Kilgour   podzielił   cywilów   na 
pięćdziesięcioosobowe grupy. W każdej znajdowała się też garść gwardzistów, którzy mieli się stać 
osnową nowej  dywizji.   W ciągu   ostatnich  kilku  godzin   ludzi  przesunięto   do schronów  opodal 
lądowiska bazy. Były to najczęściej naprędce improwizowane osłony - wielu cywilów zginęło w 
sporadycznych bombardowaniach, urządzanych przez tahnijskie lotnictwo.
               Sten  przemierzał   mostek   “Swampscotta”.   Na wszystkich   ekranach  widział  uchodźców 
pędzących w stronę liniowców i niebo nad statkami. Przestrzeń powietrzna stanowiła jedyną drogę 
ucieczki ku bezpiecznemu portowi.
         Sten czuł się, jak nagi. Mostek, znajdujący się na jednej z “pagód” wystających z pancerza 
statku, wyglądał raczej na plan filmowy niż na stanowisko dowodzenia. Był wysoki na dwa piętra. 
Z każdej strony wisiały wielkie ekrany. Foss, którego na czas wojny Sten mianował szefem sekcji 
okrętu, zajmował stanowisko o dwadzieścia metrów od punktu dowodzenia.
               Sten patrzył na tłum i modlił się, żeby ludzie zdążyli wejść do statków, przed nalotem 
Tahnijczyków. W słowach modlitwy wspomniał też o Kilgourze. Niech stary żołnierz zdoła się 
ewakuować, zanim wskazówka na chronometrze pokładowym wskaże czas, kiedy “Swampscott” i 
liniowce będą musiały wystartować.
               Poprosił niebiosa jeszcze o jedną łaskę - żeby wśród ewakuowanych znalazła się Brijit. 
Widział, jak niosą na noszach nieprzytomnego generała Mahoneya. Załadowali go na statek.
        Chronometr odliczał ostatnie sekundy.
         Ekrany pokazywały pole startowe bazy Cavite, szare dymy i rozbłyski ognia nadlatujących 
tahnijskich rakiet.
        Przy dowódcy stanął Alex Kilgour.
        - Zrobione, chłopcze. Komplet na pokładach. 
        Sten włączył mikrofon.
        - Wszystkie statki. Tu “Swampscott”. Moc startowa!
        Na popękanym betonie zakłębił się kurz, gdy statki włączyły napęd Yukawy.
        - Na moją komendę... napęd główny... trzy... dwa... jeden... teraz!
        Liniowce i cztery okręty pozostałe po 23. flocie zniknęły.
        Na ziemi rozpoczął się ostatni szturm Tahnijczyków.
               Cienkiego skrawka terenu broniło niecałe dwa tysiące żołnierzy Pierwszej Gwardyjskiej. 
Najlepszych   już   ewakuowano.   Resztą   dowodził   szef   sztabu   Mahoneya.   Nie   słuchając   rozkazu, 
którego nie zamierzał wykonać także Mahoney, został na planecie ze swymi żołnierzami.
         Tahnijscy nacierali ławą. I ponosili śmierć. Ginęła też Pierwsza Gwardyjska. Ale zarazem 
wypełniała proroctwo, które Sten usłyszał przed łaty od swojego pierwszego sierżanta, w czasie 
szkolenia:
         “Walczyłem za imperium na stu planetach i będę walczył jeszcze na stu, dopóki jakiś drań 
mnie  nie ustrzeli...  Ale postaram  się być  najkosztowniejszą zwierzyną,  jaką ktoś kiedykolwiek 
upolował”.
               Trzy tahnijskie armie  wylądowały na Cavite. Jedna z nich została nieomal całkowicie 
zniszczona. Dwie pozostałe dokonały ostatecznego szturmu na Cavite City. Wygrały. Ale także 
przestały istnieć jako zdolne do walki związki taktyczne.
        
         Brijit van Doorman nie było wśród ewakuowanych. Rannych, umierających, okaleczonych 
pozostawiono   w   mieście.   Ktoś   musiał   się   nimi   opiekować.   Doktor   Morrison   zgłosiła   się   na 
ochotnika. Tak samo postąpiła Brijit.

background image

         Pierwszy granat wstrząsowy rozerwał na sztuki dwóch sanitariuszy stojących u wejścia do 
podziemnego szpitala. Potem drzwi wpadły do środka i grupa szturmowa Tahnijczyków wbiegła do 
sali.
        Doktor Morrison z rozpostartymi, pustymi rękami stanęła naprzeciwko żołnierzy.
        - Tu leżą ranni - powiedziała powoli łagodnym głosem. - Potrzebują pomocy. Oni nie walczyli 
w szeregach armii.
        - Odsuń się, kobieto - rozkazał tahnijski kapitan. Podniósł lufę automatu.
               - To nie są kombatanci - zaczęła ponownie Morrison. - Nikt nie stawia oporu ani nie ma 
broni...
        Seria z automatu oficera niemal przecięła lekarkę na dwoje.
         Brijit krzyknęła i rzuciła się na kapitana. Tahnijczyk odwrócił się płynnie i oddał z biodra 
jeszcze jedną serię. Trzy pociski trafiły w dziewczynę.
        Oficer opuścił lufę i rzekł do podoficera:
        - Ta imperialna dziwka powiedziała, że tu nie ma nikogo zdolnego do noszenia broni. Nie są 
więc nam potrzebni.
        Sierżant zasalutował i uruchomił miotacz ognia.
        
Rozdział siedemdziesiąty czwarty
        
        Lady Atago nie przepadała za paradami. Ale tę ceremonię urządziła bardzo ładnie. Nie mogła, 
jak planowała, odebrać kapitulacji od generała Mahoneya. Jednak to naprawdę nie miało znaczenia. 
Pomyślała, że film, który wyśle na Heath, i tak będzie nad wyraz dramatyczny.
        Atago stała przed “Forezem”, na środku lądowiska bazy Cavite. Z boku, strażnicy poganiali 
nie kończący się szereg wziętych do niewoli imperialnych żołnierzy.
                Transmisja   miała   być   przekazana   bezpośrednio   do   Rady   Tahnu.   Niespodziewanie,   na 
osobistym monitorze Atago pojawiła się sylwetka Fehrle. Lord nosił odświętne szaty.
        Lady Atago ukryła zdziwienie i złożyła meldunek.
        - Moje gratulacje - odparł Fehrle. - Ale to za mało.
        - Wybacz panie - powiedziała. - Czegóż więcej można żądać?
                -   Odniosłaś   zwycięstwo,   pani.   Ale   imperium   wiele   skorzystało   na   dzielności   swoich 
wojowników   z   Cavite.   Gwardzistów   ogłoszono   męczennikami,   a   ich   czyny   nazwano 
drogowskazem do przyszłego zwycięstwa.
        - Wiem o imperialnej propagandzie.
        - Jestem zatem zdumiony, że nie poczyniłaś odpowiednich kroków. W klęsce imperium nie ma 
prawa znaleźć się zarodek triumfu. Siły, które broniły Cavite, muszą zostać całkowicie zniszczone. 
I jako całkowicie pokonane należy przedstawić je światu.
        - Ależ one już nie istnieją, lordzie.
         - Nieprawda - warknął Fehrle. - Jeśli choć jeden imperialny żołnierz powróci do domu, ich 
specjaliści od propagandy przekują to na sukces.
        - I cóż z tego? Przecież opanowaliśmy Światy Pogranicza.
        - Nie ucz mnie polityki, lady Atago. Rozkazuję ci ścigać, a potem unicestwić te liniowce, które 
ewakuowały   resztki   jednostek   imperialnych.   Zniszcz   je.   Dopiero   wtedy,   gdy   nie   ujdzie   nikt   - 
powtarzam: nikt - Imperator zostanie pohańbiony.
        Atago już miała coś powiedzieć, ale po krótkim namyśle zmieniła zdanie.
        - Doskonale. Wykonam twe rozkazy.
        Ekran monitora zgasł. Lady Atago poszła w kierunku okrętu. Oczywiście wykona rozkazy. Ale 
wkrótce nadejdzie czas rozrachunku z tymi władcami Tahnu, których bardziej interesują papierowe 
sukcesy niż prawdziwe zwycięstwa.
 

       

background image

Rozdział siedemdziesiąty piąty
        
        Dwa imperialne niszczyciele przetrwały pozorowany atak, zerwały kontakt z wrogiem i weszły 
na orbitę, która wiodła na spotkanie z liniowcami.
        Liniowce poruszały się z prędkością stanowiącą wielokrotność szybkości światła. Ale Stenowi 
i   tak   przypominało   to   jeden   z   jego   najgorszych   koszmarów:   ucieczkę   przed   jakąś   nie   znaną 
potwornością przez  błoto sięgające pasa. Kapitana  wciąż prześladowała  bezsensowna wizja, że 
tahnijskie okręty podążają za imperialną flotą. Nielogiczne - przecież nie istniał żaden racjonalny 
militarnie powód, żeby ścigać niedobitki znajdujące się pod komendą Stena.
         Jako pierwszy padł ofiarą powolny okręt patrolowy. Już w niecałe dwie godziny za Cavite 
zaczął odstawać od szyku.
               Gdyby był czas na ludzkie uczucia, Sten rozkazałby jednemu z dwóch niszczycieli, żeby 
przejął załogę patrolowca na swój pokład, a sam okręcik zniszczył. Ale czasu żałośnie brakowało.
        Zamiast tego, komandor z zimną krwią pomyślał, że ta stara łajba, pozostająca coraz bardziej z 
tyłu,   może   się   jednak   na   coś   przydać.   Jeśli   Tahnijczycy   rzeczywiście   ruszyli   w   pościg,   to 
patrolowiec posłuży za sygnał wczesnego ostrzeżenia.
         Sten ustawił dwa nowoczesne niszczyciele przed liniowcami, po dwóch stronach potrójnej 
kolumny statków. Przecież Tahnijczycy mogli ewentualnie zaatakować z każdej strony.
        “Husha” komandora Halldora i drugi niszczyciel 23. floty zostały w straży tylnej.
        “Swampscott” zajął pozycję nieco nad liniowcami, z tyłu konwoju. Sten dziękował losowi, że 
załogi Sullamory były bardzo doświadczone. Przynajmniej nie musiał się troszczyć o zachowanie 
szyku. Miał dosyć własnych kłopotów.
        Statki kosmiczne w próżni są względnie mało narażone na ciśnienie, więc nie trzeszczą.
        “Swampscott” trzeszczał.
        Zazwyczaj nie odnosi się też wrażenia, że jednostka w szybkim tempie rozleci się na kawałki.
               Oczywiście nie dotyczyło to “Swampscotta”. Każdy wręg poszycia kadłuba trząsł się tak, 
jakby na zewnątrz jakiś olbrzym walił w okręt młotem kowalskim.
        - A przecież daliśmy tylko pełną moc - nachmurzyła się Tapia. Dotknęła wielkiej czerwonej 
dźwigni,   kontrolującej   moc   silnika.   Na   lewarze   widniały   oznaczenia:   ĆWIERĆ,   PÓŁ,   CAŁA 
NAPRZÓD.   Pod   nimi   wisiała   mała   zawleczka.   Gdyby   ją   usunięto,   “Swampscott”   mógłby, 
przynajmniej  w  teorii,  nabrać  pełnej  mocy bojowej. Ale maksymalny  napęd, jeśli używano  go 
dłużej niż dziesięć minut, niszczył silniki.
               Sten,  Kilgour  i  Tapia  znajdowali  się  w  sterowni.  Sten  mianował   drugiego  mechanika 
pierwszym i dał mu do pomocy Tąpię. Niezbyt ufał specjaliście van Doormana. Tapia otrzymała 
ciche polecenie zastąpienia mechanika, gdyby ten się załamał.
        - A jak będzie podskakiwał?
               W odpowiedzi Sten tylko wymownie popatrzył na miniautomat, który Tapia trzymała w 
kaburze na biodrze.
                Kilgour   dowodził   artylerią   główną   okrętu.   Swoje   stanowisko   bojowe   miał   w   drugiej 
“pagodzie” okrętu. Piętro niżej znajdował się mostek i punkt radiolokacji. Reszta dawnej załogi 
Stena była rozsiana po całym “Swampscotcie”.
               Sten postanowił promować Fossa do stanowiska chorążego marynarki. Kilgour natomiast 
dostał polecenie objęcia dowodzenia (bez względu na podoficerski stopień) w przypadku śmierci 
komandora Stena.
        Przez jakiś czas wydawało się, że Sten nie ma już nic do roboty. Załoga pozostawała w pełnej, 
choć nieco zmodyfikowanej, gotowości bojowej. Połowie pozwolono jeść lub spać. Pożywienie 
stanowiły głównie kanapki. Przynoszono też kawę na stanowiska bojowe. Ci, którzy marzyli  o 
wypoczynku, mogli położyć się obok obsługiwanego sprzętu.
        Sten przekazał nadzór nad mostkiem Fossowi - kurs był ustalony już automatycznie - i wraz z 
Kilgourem udał się na obchód.
        W maszynowni panował zaduch, śmierdziało smarami. Stary van Doorman, gdyby żył, pewnie 
by zemdlał na widok zapaćkanych olejem lśniących obrazów. Plamy i liczne zarysowania szpeciły 

background image

niegdyś białe ściany. Ale na polerowanie nie było czasu. Samo utrzymanie silnika “Swampscotta” 
w ruchu wymagało wysiłku godnego Herkulesa.
        Sten rozejrzał się po maszynowni. Tapia i jej mechanik nieźle dawali sobie radę.
        - Komandorze - zagadnęła Tapia z pewnym zakłopotaniem. - Czy mogę o coś zapytać?
        - Jasne. 
        - Hmm...
        Kilgour zrozumiał aluzję i poszedł na wyższy pokład. Sten czekał.
               - Pamiętasz, jak tam w forcie powiedziałam, że żądam przeniesienia? Wtedy żartowałam. 
Teraz mówię poważnie. Kiedy już zaparkujemy już tę cholerną, przerdzewiałą łajbę, chcę nowego 
przydziału.
        Sten zastanowił się: czy Tapia zaczyna pękać?
        - Chorąży - odparł z namysłem. - Jeśli doprowadzimy do portu to coś, co przypomina bombę 
zegarową, wtedy wszyscy dostaniemy nowe przydziały. Trudno dowodzić eskadrą fregat, jak nie 
ma się okrętu. A teraz moja kolej: dlaczego pytasz?
        - Po prostu przejrzałam imperialne regulaminy. 
        - I co?
        - I tam widnieje wyraźny zakaz spania z własnym dowódcą.
        - Och! - Sten tylko tyle zdołał z siebie wydobyć.
        Tapia uśmiechnęła się, pocałowała go i zniknęła w korytarzu.
        Sten w zamyśleniu wszedł na górę do Alexa. Kilgour cmoknął.
               - Trzymaj się, komandorze! - Poklepał Stena po policzku i dodał: - Takie chłopaczki nie 
potrzebują pomocy starszych panów, żeby sobie poflirtować.
        - Panie Kilgour, pan jest niesubordynowany.
        - Bądź cicho, młodzieńcze, bo ci dołożę. 
        Odezwał się głośnik nad ich głowami.
        - Kapitan proszony na mostek. Kapitan proszony na mostek. Mamy kontakt!
        Sten i Alex pobiegli na stanowiska bojowe. Kontakt - to nie było właściwe określenie.
               Szyper patrolowca miał tylko kilka sekund, żeby popatrzeć na ekran i Tahnowie już go 
dopadli.
        Dwa niszczyciele, nie zmieniając kursu, odpaliły rakiety w imperialną jednostkę.
               -  “Swampscott”...  “Swampscott”...   tu  “Dean”   -  zdążył   jeszcze  nadać   kapitan.  -  Dwa 
tahnijskie...
        Pociski zamieniły okręcik w wiązkę energii.
        Nieprzyjacielska flota już uzyskała pewność, że zbliża się ku liniowcom.
        
        Komandor Rey Halldor mógł nawet być sukinsynem, ale wiedział jak i - co ważniejsze - kiedy 
zginąć.   Nie   czekając   na   rozkazy,   zawrócił   po   wąskim   łuku   i   wysłał   “Husha”   oraz   jego   okręt 
siostrzany w stronę zbliżających się Tahnijczyków.
        Tahnijczycy nadchodzili uszykowani w półksiężyc. Pośrodku i po bokach formację osłaniały 
niszczyciele. Tuż za nimi leciały ciężkie krążowniki, a jeszcze dalej dwa pancerniki: “Forez” i 
“Kiso”.
        Drugi niszczyciel Halldora zginął natychmiast.
        Ale “Husha”, w niewiarygodny sposób, przedarł się przez osłonę tahnijskiej formacji bojowej.
        Halldor rozkazał odpalać rakiety i nastawić wyrzutnie na ogień automatyczny. “Husha” pluł 
pociskami ze wszystkich otworów strzelniczych. Nagle, w okolice rufy otrzymał pierwsze trafienie. 
Zawirował dziko.
        Drugi tahnijski pocisk antyokrętowy eksplodował w śródokręciu niszczyciela i rozerwał go na 
sztuki. Prawdopodobnie Halldor i jego ludzie już nie żyli, kiedy ich własne rakiety dosięgnęły celu.
         Dwa tahnijskie niszczyciele zostały uszkodzone do tego stopnia, że musiały wycofać się z 
bitwy. Ponadto, trzy rakiety Halldora trafiły w ciężki krążownik.

background image

               Na moment poszycie okrętu stało się jakby przeźroczyste. Następnie rozżarzyło się do 
czerwoności i potężny wybuch rozerwał okręt. W chwilę potem, w miejscu, w którym znajdował 
się krążownik, panowała całkowita pustka.
        23. flota pokazała zęby w swoim ostatnim tchnieniu.
        Stenowi wydawało się, że nadal widzi na ekranie punkty wskazujące, gdzie znajdują się jego 
niszczyciele, chociaż oba okręty przestały istnieć już kilka sekund wcześniej.
        Zastanawiał się, co daje ludziom tyle determinacji i odwagi, że rzucają się na pewną śmierć i 
wydają samobójcze rozkazy, zamiast uciekać. Myślał jeszcze o jednym: jeśli jemu przydarzy się 
coś podobnego, to czy będzie miał odwagę, żeby zrobić tak samo.
               Ale nawet nie uczynił takiego Wielkiego Postanowienia, bo natychmiast musiał wydawać 
rozkazy.
        - Nawigacja. Orbita przechwytywania.
        - Tak jest, panie komandorze. Wprowadzone.
        - Uwaga! Maszyny.
        - Tu maszynownia, panie komandorze. 
        - Pełna moc bojowa. Teraz! Założyć skafandry.
        - Tak jest.
        - Artyleria... do diabła z tym. Foss, daj mi bezpośrednią łączność.
        Foss przełączył dowódcę na okrętowy intercom.
        - Tu mówi kapitan. Wchodzimy do walki. Wszystkie stanowiska bojowe, przygotować się do 
przejęcia ognia dowolnego.
        Foss przyniósł Stenowi kombinezon. Sten wepchnął nogi, naciągnął górę oraz hełm.
         - Atakujemy teraz tahnijską flotę wojenną - zakomunikował wolno i wyraźnie. - Są tam co 
najmniej dwa krążowniki pancerne. Spróbujemy je zniszczyć.
        Powinien powiedzieć coś wzniosłego na koniec, na przykład: “za wiarę, honor i Imperatora”, 
ale wyłączył mikrofon.
        - Foss. Połącz mnie z kapitanami niszczycieli.
        Ekran rozjaśnił się, ukazując mostek jednego z imperialnych okrętów.
               - Kapitanie - zaczął bez wstępów Sten - osłona konwoju należy do pana. My spróbujemy 
zatrzymać tych bandytów.
        - Panie komandorze, domagam się...
               - Nie ma zgody. Wydałem rozkaz. Zostaje pan z liniowcami. Skończyłem. Foss! Daj mi 
monitorowanie zniszczeń.
        - Tu monitorowanie, dowódco. Czego pan potrzebuje? - odezwał się gruby monotonny głos w 
intercomie.
               Sten przez moment żałował, że nie zna tego oficera osobiście - bardzo potrzebował osób 
umiejących zachować taki spokój w krytycznej sytuacji.
        - Wypompuj powietrze.
        - Zrobione.
               Skafandry sprawią, że będą się poruszali niezgrabnie, ale próżnia zmniejsza szkody, jakie 
może przynieść potencjalne trafienie.
        - Artyleria! Czy mamy już skuteczny zasięg?
        - Jest jeszcze trochę za daleko, komandorze.
        I “Swampscott” wszedł do swojej pierwszej, a zarazem ostatniej, bitwy.
        
        Być może Tahnijczycy mieli za dużo animuszu. Albo, co bardziej prawdopodobne, nie wzięli 
na poważnie tej nadętej łajby, która przypuściła na nich atak.
         Owszem, “Swampscott” był koszmarkiem architektury kosmicznej i dawno temu powinien 
pójść na żyletki, ale za to posiadał bardzo ciężkie uzbrojenie. Na dziobie miał system laserowy 
Bella, z obu stron kadłuba wyrzutnie “Goblinów”, stanowiska lżejszych laserów rozsiane wokół 
całego kadłuba i działka wzdłuż chorobliwie wyglądającego wydęcia skorupy. Na artylerię główną 

background image

składały się dwie wyrzutnie przestarzałych pocisków antyokrętowych. Tkwiły one na śródokręciu, 
między “pagodami”.
         Kilgour patrząc, jak punkty na ekranie przedstawiające okręty wroga zbliżają się do niego, 
uruchomił laser szturmowy Bella, umieszczony na dziobie. Strzelanie z lasera, równie antycznego 
jak okręt, na którym go zamontowano, system prowadził robot zaopatrzony w syntetyzator głosu.
         - Okręt nieprzyjaciela w zasięgu strzału - dał się słyszeć pozbawiony barwy sztuczny głos. 
Kilgour nacisnął guzik z napisem “aktywacja”.
         Promień lasera pożarł kawał tahnijskiego niszczyciela. System naprowadzania uznał, że cel 
został   całkowicie   zniszczony.   Nie   konsultując   się   z   Kilgourem,   przeniósł   działko   na   drugi 
niszczyciel i otworzył ogień.
        - Cel zlikwidowany... atakuję kolejny - oznajmił sztuczny głos.
        Laser rozerwał większą część przedziału silnikowego drugiego niszczyciela.
        - Drugi cel uszkodzony... wprowadzam poprawkę. 
        Alex uderzył w przełącznik celu. Niszczyciel i tak był wykluczony z bitwy. To wystarczyło.
        Laser, zapewne wyprowadzony z elektronicznej równowagi przez człowieka, który mu mówi, 
co ma robić, przełączył się na cykl automatyczny i spopielił fragment trzeciego niszczyciela, zanim 
złożył meldunek.
        Trzy do przodu, pomyślał Szkot.
        “Swampscott” przebił się przez osłonę niszczycieli i zmierzał do jądra floty Tahnijczyków.
         Zabytkowy okręt miał w zbrojowni trzy ogromne rakiety typu “Kali” stworzone na użytek 
fregat takich, jakimi dowodził Sten. Dużo wcześniej Foss i Kilgour zmajstrowali wyrzutnie dla tych 
pocisków. Foss zaklinał się, że nie sposób podłączyć ich do punktu dowodzenia artylerią - znacznie 
łatwiej będzie ustawić stanowisko ogniowe z hełmem wirtualnym na mostku.
               Sten wiedział, że Foss łże. Chłopak chciał sobie postrzelać, niezbyt odpowiadała mu rola 
magika   od   elektroniki.   Dowódca   machnął   ręką   na   to   drobne   kłamstwo.   Alex   i   tak   będzie 
pochłonięty obsługiwaniem przestarzałych i często sprzecznych ze sobą systemów operacyjnych 
pozostałej artylerii.
        Foss podłączył hełm wirtualny do swojego skafandra. Sten spojrzał na ekran i zbladł. Przed 
oczami miał monstrualnego “Kiso”. Stenowi wydawało się, że za chwilę dojdzie do kolizji, zanim 
uświadomił sobie, że Foss maksymalnie powiększył obraz.
        - Panie komandorze - powiedział Foss. - “Kali” gotowa do odpalenia. Cel... cel... namierzony.
        - Odpalaj - rozkazał dowódca zrezygnowanym tonem.
         “Kali” chybotliwie oderwała się od “Swampscotta”. Lot rakiety początkowo w niczym nie 
przypominał   pędu   pocisku   wystrzelonego   z   prawdziwej   wyrzutni.   Dopiero   po   pewnym   czasie, 
“Kali” osiągnęła pełną moc i zanurkowała w stronę “Kiso”.
        A “Swampscott” dostał pierwsze trafienie.
         Pocisk przebił na wylot pancerz mostka, wydostał się spod kontroli i eksplodował o jakieś 
pięćdziesiąt   metrów   od   okrętu.   Wybuch   nastąpił   wystarczająco   blisko,   żeby   zmiażdżyć   całą 
nadbudówkę.
        Sten poczuł ogłuszające uderzenie. Coś go uniosło. Rąbnął o konsolę i padł jak długi na plecy. 
Zobaczył   -   nie   na   ekranie,   ale   tam,   gdzie   powinna   być   stalowa   ściana!   -   błysk   na   dziobie 
tahnijskiego niszczyciela. To został odpalony drugi pocisk. 
        W słuchawkach coś zatrzeszczało.
        - Gotowość bojowa - ryknął do mikrofonu Kilgour. - Nadlatuje... cel namierzony... hejże-ha. 
Mam cię.
        Pocisk “Fox” zniszczył tahnijską rakietę. Tuż za antyrakietą Alex wysłał “Goblina”. Pocisk ze 
“Swampscotta” rozszarpał nieprzyjacielski okręt na kawałki.
        Sten z wysiłkiem podniósł się na kolana. Popatrzył wkoło na ruiny mostka. Część załogi leżała 
martwa na pokładzie. Resztę wyrzuciło w przestrzeń.
        Sten włączył z trudem odnaleziony mikrofon.
         - Tu mówi kapitan. Przekazuję dowodzenie na drugi mostek. Kontrola uszkodzeń... załatać 
mostek.

background image

        Podkuśtykał do włazu, otworzył go i wyszedł.
         Na zewnątrz, “Kali” krążyła na ślepo. Rakieta dostała namiar celu, ale operator nie zdążył 
wykonać wszystkich procedur. Olbrzymia rakieta czekała na dalsze rozkazy.
        Mostek wyglądał jak martwa natura - “Technokracja i trupy”. Ale tylko przez chwilę. Potem 
ktoś się poruszył.
        To był Foss.
               Popatrzył w dół, na kawał metalu. A przecież powinien zobaczyć tam swoje nogi! Jego 
skafander uszczelnił się automatycznie, niczym chirurgiczny nóż ucinając kości i mięśnie.
        Foss nie czuł bólu.
        Dowlókł się na rękach do panelu sterowniczego. Niektóre urządzenia jeszcze działały. Włączył 
nie uszkodzony system awaryjny i ponownie nawiązał łączność z pociskiem.
        “Kali” runęła na “Kiso”.
         Tahnijski oficer, dowodzący obroną antyrakietową, odnotował wybuch na “Swampscotcie”. 
Widział, jak “Kali” zaczęła orbitować bez celu. Rozkazał więc zignorować nieszkodliwą już rakietę 
wroga.
         Ale pocisk nagle ożył! Ręka Tahnijczyka właśnie zbliżała się do klawisza komputera, gdy 
rakieta uderzyła w okręt.
        “Kali” trafiła w dysze napędowe “Kiso”, rozerwała skład paliwa AM 2 i wyrzuciła kaskadę 
antymaterii w stronę dziobu niszczyciela.
        “Kiso” zniknął w piekielnej, bezdźwięcznej eksplozji.
               Foss zdołał jeszcze zobaczyć, jak błysk wybuchu oświetla wnętrze mostka. Potem obraz 
podszedł czerwienią. Taki efekt dawała krew rozmazana na wizjerze skafandra. Oczy Fossa stary 
się puste. Nie widział już niczego. Martwe ciało osunęło się na panel sterowniczy.
        
        Zanim Sten dotarł do nowego stanowiska dowodzenia, “Swampscott” dostał jeszcze trzy razy.
        Sten brnął dalej, modląc się, żeby pozostała mu choć malutka część załogi i okrętu. Zobaczył 
rzecz niezwykłą. Korytarz przed nim falował. Komandor pomyślał, że ma halucynacje, ale przecież 
nie jest ranny.
        Nie, nie ulegał żadnym złudzeniom optycznym. Jedna z tahnijskich rakiet uderzyła w okolicy 
głównego wręgu okrętu. “Swampscott” zaczął się skręcać.
        Sten przeciskał się przez wypaczoną stalową rurę korytarza. Umysł rejestrował wrażenia: okręt 
cały się trzęsie, fale uderzeniowe kolejnych wybuchów rozchodzą się po kadłubie.
        Kapitan dotarł do punktu medycznego. Podmuchy wywołane eksplozjami zabiły i zamroziły 
członków   tego   stanowiska.   Jeden   z   oficerów-lekarzy   nadal   trzymał   ręce   w   otworach   komory 
chirurgicznej. Za nim stał cały zespół operacyjny. Ranny leżał w komorze.

        Wszyscy nie żyli.
               Dalej był przedział wypełniony pianą przeciwpożarową. Czujniki najwyraźniej oszalały i 
kazały   wtłoczyć   pianę,   mimo   braku   ognia.   Sten   zobaczył   trzy   postacie   w   skafandrach 
przedzierające się do wyjścia.
               Stanowisko kontroli uszkodzeń. Pełniący tu służbę oficer, spokojnie wydawał rozkazy i 
wysyłał zespoły naprawcze do akcji. Anodyzowane na czarno rękawy kombinezonu świadczyły o 
tym, że mężczyzna doznał licznych obrażeń ramion. Sten zastanawiał się, czy to ten sam człowiek o 
niskim głosie, z którym wcześniej rozmawiał przez intercom.
        Wreszcie komandor znalazł wejście do drugiego mostka. Przebrnął przez dwa włazy i wrócił 
do dowodzenia.
        Zagadały do niego głośniki. Specjaliści starali się jakoś uporządkować chaos:
        - Dziobowe wyrzutnie “Goblinów” nie odpowiadają na impulsy. Brak meldunków ustnych ze 
stanowisk bojowych.
        - Maszynownia napędu pomocniczego melduje, że sytuacja została opanowana.
        - Kontrolki wysuniętych stanowisk laserowych nie reagują na impulsy.

background image

         Niewiele zostało ze “Swampscotta”. A na ekranie widniał potężny kadłub “Foreza”, okrętu 
flagowego lady Atago. Tym razem powiększenie nie było potrzebne.
        Okręt wprost rzygał ogniem. Strzelał ze wszystkiego, czym dysponował, żeby powstrzymać 
“Swampscotta”.
        Z intercomu popłynęły zupełnie nieprzepisowe słowa:
        - A tu cię mam, kochanie. - Z przedziału bojowego położonego pokład wyżej dał się słyszeć 
rechot. Potem Kilgour odpalił dwa “Vydale”. Jeden z nich był podłączony do pocisku sterowanego. 
Oba poszły prosto na “Foreza”.
        Nawałnica ognia podsycanego tlenem przemknęła korytarzami “Foreza”. Eksplozja wyrwała 
ze ściany ekran z mapą i zmiotła go na Deskę. Wypatroszone ciało admirała uderzyło w lady Atago, 
wbijając jej hełm w panel kontrolny.
                Atago   nie   odzyskała   przytomności   jeszcze   długo   po   zakończeniu   bitwy.   Dowodzenie 
automatycznie przeszło na kapitana “Foreza”. Bitwa trwała nadal. Następny cios wymierzony we 
“Swampscotta”, okazał się śmiertelny. Pocisk wpadł przez rozpruty pancerz prosto do maszynowni. 
Piekielny ogień na chwilę wypełnił pomieszczenie i zniknął.
         Tapia przeklinała właśnie wskaźniki temperatury silnika i modliła się, żeby ich wskazówki 
zeszły w dół, kiedy wybuchła rakieta. Maleńki odłamek przedziurawił przewód hydrauliczny. Ciecz 
pod wysokim ciśnieniem, ostrą jak brzytwa strugą pomknęła w głąb maszynowni z niewyobrażalną 
prędkością. Przecięła Tąpię w pół z precyzją chirurgicznej piły.
        “Swampscott” płynął martwy w przestrzeni, ale ciągle trzymał się kursu. Prześlizgiwał się tuż 
obok “Foreza”. Żaden z tahnijskich okrętów nie odważył się odpalić rakiety. Istniało zbyt duże 
niebezpieczeństwo, że pocisk trafi w niewłaściwy cel.
                “Forez”   podszedł   do   “Swampscotta”.   Wtedy   do   akcji   wkroczyli   strzelcy   pokładowi 
imperialnego okrętu.
                Działka   rozmieszczone   wzdłuż   dwóch   ogromnych   wybrzuszeń   na   śródokręciu   były 
przeznaczone do niszczenia celów naziemnych i atmosferycznych. Teraz, w głębokiej próżni też 
okazały się przydatne.
               Strzelcy nacisnęli spusty. Pociski pomknęły w kierunku “Foreza”. Rozrywały pancerz jak 
cynfolię.
        Sten bez słowa stał na mostku. Nie widział już potrzeby wydawania rozkazów.
        Jeszcze jeden wybuch zakołysał “Swampscottem”. Sten z trudem utrzymał się na nogach.
        Z trzaskiem otworzył się właz. Na mostek wpadł Kilgour.
        - Nie mam tam już nic do roboty - wyjaśnił. - Idziemy do abordażu na tego sukinsyna?
        W jego głosie nie zabrzmiała nawet nuta strachu.
        Następna eksplozja była bardzo bliska. Sten upadł tracąc na kilka sekund przytomność. Kiedy 
ją odzyskał, z trudem wstał.
        Gdzie jest pierwszy oficer? Aha, leży tutaj. Odłamek stali sterczy mu z wizjera. Sten, widząc 
wszystko jak przez mgłę, stwierdził, że na mostku działają jeszcze dwa ekrany. Jeden pokazywał 
niknące   ognie   z   dysz   wylotowych   konwoju,   drugi   -   wypatroszony   kadłub   “Foreza”.   Okręt 
Tahnijczyków bezustannie pluł ogniem na “Swampscotta”.
        Gdzie Alex? Może coś poradzi?
        Sten potknął się o skafander. Ciało Kilgoura spoczywało rozciągnięte u stóp komandora. Sten 
nachylił się i dotknął monitorów. Wszystkie wskazywały zero.
                Kapitan   dobrnął   do   ciągle   czynnego   panelu   łączności.   Dłonią   odzianą   w   rękawicę 
kombinezonu znalazł klucz. Zaczął nadawać powszechnie zrozumiały znak kapitulacji:
        - Y... Y... Y...
        Czy oni nigdy nie przestaną? Czy to do nich nie dociera?
        “Forez” przerwał ogień.
         Sten osunął się na podłogę i czekał na drużynę abordażową Tahnijczyków. Może wcale nie 
wejdą na pokład? Może po prostu trochę się odsuną i zlikwidują “Swampscotta”? Wszystko jedno.
        Sten był już zmęczony tym zabijaniem.