background image

J.R.R. TOLKIEN

Rudy DŜil i Jego Pies

(Farmer Giles of Ham)

Kowal z Podlesia Większego

(Smith of Wotton Mayor)

(PrzełoŜyła Maria Skibniewska)

background image

Rudy DŜil I Jego Pies

Aegidi i Ahenobarbi

Julii Agricole de Hammo

Domini de Domito

Aule Draconarie Comitis

Regni Minimi Regis et Basilei

mira facinora et mirabilis exortus

czyli w języku pospolitym

WywyŜszenie i cudowne przygody

Rudobrodego DŜila,

gospodarza z Ham,

Pana oswojonego smoka,

Króla Małego Królestwa

Farmer Glles of Ham

background image

PRZEDMOWA

O dziejach Małego Królestwa niewiele nam wiadomo, przypadkiem jednak 

zachowała się historia jego powstania; ściślej mówiąc, nie tyle historia, ile legenda, bo 

jest to opowieść niewątpliwie znacznie później sklecona, pełna dziwów 

zaczerpniętych nie z suchych kronik, lecz z ludowych pieśni, na które teŜ często się 

powołuje. Dla jej autora wydarzenia, o których opowiada, są juŜ zamierzchłą 

przeszłością, wydaje się wszakŜe, iŜ zamieszkiwał na obszarze naleŜącym niegdyś do 

Małego Królestwa. Najoczywiściej dość słaby w geografii, zdradza pewną znajomość 

tej okolicy, podczas gdy o krainach połoŜonych nieco dalej na północ i zachód nie ma 

po prostu pojęcia.

Wydało mi się warte trudu przetłumaczenie tej nie-zwykłej historii z nader 

wyspiarskiej łaciny na język bardziej nowoczesny, poniewaŜ rzuca ona pewne światło 

na ciemny okres dziejów Brytanii, nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe wyjaśnia nam 

pochodzenie niektórych dziwacznych nazw geograficznych. Wielu czytelników 

pewnie zgodzi się teŜ ze mną, Ŝe charakter i przygody bohatera są rzeczywiście 

interesujące.

Granice Małego Królestwa — zarówno w czasie, jak w przestrzeni — trudno 

wyznaczyć na podstawie skąpych danych, jakie posiadamy. Od dnia gdy Brutus 

wylądował  na  wybrzeŜach  Brytanii,   powstało   tutaj i upadło niejedno królestwo. 

Podział kraju między Locrina, Cambera i Albanaka był tylko pierwszym z wielu 

róŜnych i nietrwałych podziałów. Z jednej strony kaŜdy zaścianek przywiązany był do 

swojej niezaleŜności, z drugiej — królowie Ŝądni powiększenia swoich państw, toteŜ 

wieki upływały na przemian wśród wojen i pokoju, radości i smutku, jak wiadomo 

nam dzięki kronikarzom króla Artura. Były to czasy zmiennych granic, gdy ludzie 

szybko wspinali się na szczyty i jeszcze szybciej z nich spadali, pieśniarzom zaś nie 

brakowało ani tematów, ani chętnych słuchaczy. W tej właśnie epoce, zapewne 

między  panowaniem króla Coela a pojawieniem się króla Artura i powstaniem 

Siedmiu Królestw, rozgrywały się opowiedziane w naszej historii  wypadki.  

background image

Widownią ich  była  dolina  Tamizy i ciągnąca się na północo-zachód od niej kraina 

aŜ po góry Walii.

Stolica Małego Królestwa, podobnie jak dzisiejszej Anglii, znajdowała się w 

południowo-wschodniej części kraju, lecz jego granic dokładnie nie znamy. 

Prawdopodobnie nie sięgały zbyt daleko w górą Tamizy na zachodzie   ani   teŜ   dalej 

niŜ   do   Otmoor   na   północy; o   wschodniej  granicy  jeszcze   mniej   nam  

wiadomo. Z pewnych wzmianek w legendzie o synu DŜila, Georgiuszu, oraz jego 

giermku, Suovetauriliuszu, wolno domyślać się, Ŝe za ich czasów Małe Królestwo 

utrzymywało wysuniętą placówkę w Farthingho. Nie naleŜy to jednak do naszej 

historii, którą przedstawimy wam bez, poprawek i bez komentarzy; pozwolimy  sobie  

tylko uprościć szumny tytuł łacińskiego oryginału na brzmiący skromniej:

RUDY DśIL I JEGO PIES

 

background image

AEGIDIUS DE HAMMO mieszkał w samym sercu wyspy Brytanii. Pełne 

jego nazwisko brzmiało: Aegidius Ahenobarbus Julius Agricola de Hammo. Nie 

skąpiono bowiem ludziom imion i przydomków w owych dniach, bardzo od naszych 

odległych, kiedy wyspa Ŝyła jeszcze szczęśliwie, podzielona na wiele królestw. Czasu 

było wtedy więcej, a ludzi mniej, toteŜ kaŜdy prawie czymś się spośród innych 

wyróŜniał. Epoka ta jednak przeminęła bez śladu i dzisiaj stosowniej będzie 

przedstawić bohatera naszej historii krótko i po prostu: nazywał się DŜil, 

gospodarował w Ham i miał rudą brodę. Ham było skromną wioską, ale jak wszystkie 

wioski w tamtych czasach — dumną i niezaleŜną.

DŜil miał psa. Pies wabił się Garm. Psy musiały zadowalać się krótkimi 

imionami w potocznej mowie, uczona łacina stanowiła wyłączny przywilej rodu 

ludźkiego. Garm zresztą nie znał nawet psiej łaciny, chociaŜ pospolitym językiem 

władał biegle (jak większości ówczesnych psów) i umiał lŜyć, przechwalać się oraz 

pochlebiać.  LŜył mianowicie  Ŝebraków i  włóczęgów przechwalał się wobec innych 

psów, a schlebiał swojemu panu. Był z niego zarazem dumny i bał się go bardzo, 

poniewaŜ DŜil i wymyślać, i chełpić się umiał jeszcze lepiej od psa.

Ani  pośpiech,   ani  hałaśliwa  krzątanina   nie   były w tamtych czasach w 

zwyczaju. Co prawda pośpiech i hałas niewiele mają wspólnego z prawdziwą robotą. 

Spokojnie więc i po cichu ludzie robili, co do nich naleŜało, i nie mogli uskarŜać się 

ani na brak pracy, na brak pogawędek. Mieli o czym pogadać, bo działo się często 

ciekawe i waŜne rzeczy. Ale początek naszej opowieści przypada na taki moment, gdy 

w Ham juŜ od dawna nie zdarzyło się nic naprawdę waŜnego. DŜilowi to jak 

najbardziej dogadzało, był bowiem człowiekiem trochę ocięŜałym, nie lubił zmieniać 

zwyczajów i pochłaniały go całkowicie sprawy osobiste. Miał jak powiadał — pełne 

ręce roboty, Ŝeby nie wpuścił biedy przez próg,  innymi słowy,  Ŝeby jadać równe 

tłusto i Ŝyć tak dostatnio, jak przed nim Ŝył jego ojciec Pies mu w tym dopomagał. 

Ani pan, ani pies nie musieli wiele o Szerokim Świecie istniejącym poza 

gospodarstwem DŜila,  wioską Ham i najbliŜszym  jarmaikiem.

Mimo to Szeroki Świat istniał.  Niezbyt  daleko od Ham rozpościerała się 

puszcza, a za nią na zachód i na północ ciągnęły się Dzikie Wzgórza, podejrzane 

trzęsawiska i góry. śyły tam róŜne dziwne stwory, między innymi olbrzymy, 

grubiańskie i nieokrzesane plemię, z  którym  bywały  niekiedy  kłopoty.  Jeden  

olbrzym szczególnie   wyróŜniał   się   wśród   swoich   współbraci i wzrostem, i 

background image

głupotą. Nie znalazłem nigdzie w kronikach   jego imienia, ale nie o imię przecieŜ 

chodzi. Był ogromny, za laskę słuŜyło mu spore wyrwane drzewo, a chód miał 

niezwykle cięŜki. Las rozgarniał jak trawę, niszczył gościńce i pustoszył ogrody, bo 

wielkimi stopami Ŝłobił ślady głębokie niczym studnie.    JeŜeli potknął się o jakiś 

dom — nie zostawiał z niego kamienia na kamieniu. A potykał   się   dość często i 

wyrządzał      mnóstwo szkód, gdziekolwiek     przechodził,   bo   głową sięgał ponad 

dachy, nogi zaś stawiał na chybił trafił. Wzrok  miał   krótki  i  słuch  przytępiony.   

Szczęściem mieszkał daleko, w głębi dzikich krain, i rzadko odwiedzał okolice przez 

ludzi zamieszkane, a w kaŜdym razie bardzo rzadko umyślnie tam się wybierał. W 

górach miał dom ogromny i na pół rozwalony, lecz przyjaciół niewielu, bo zraŜał 

wszystkich swoją głupotą i głuchotą, a zresztą olbrzymów było juŜ wtedy mało na 

ś

wiecie. Przechadzał się zazwyczaj samotnie po Dzikich Wzgórzach i po pustkowiach 

ciągnących się u stóp gór.

Pewnego pięknego dnia latem olbrzym wybrał się na przechadzkę i wałęsał się 

bez celu po lasach, łamiąc i niszcząc drzewa. Nagle spostrzegł, Ŝe słońce zachodzi, i 

pomyślał, Ŝe pora wracać na kolację. Niestety stwierdził teŜ, Ŝe zawędrował w 

nieznane okolice i zabłądził na bezdroŜa. Na los szczęścia wybrał więc kierunek, jak 

się okazało wcale niewłaściwy, i szedł przed siebie, póki nie zapadły ciemności. 

Wtedy usiadł i czekał, aŜ księŜyc wzejdzie. W jego blasku ruszył znów naprzód, 

maszerując co sił w nogach, bo było mu bardzo juŜ pilno do domu. Zostawił na piecu 

swój najlepszy miedziany rondel i strach go zdjął, Ŝe się dno przepali. Szedł jednak 

wciąŜ odwrócony plecami od gór i juŜ był w kraju zamieszkanym przez ludzi,  a 

nawet zbliŜył się  do zagrody Aegidiusa  Ahenobarbusa  Juliusa  Agricoli   i  do  wsi, 

którą powszechnie zwano Ham.

Noc była piękna. Krowy pasły się na łąkach, a pies DŜila wymknął się 

samowolnie na przechadzkę. Bardzo lubił księŜycowe noce i polowanie na króliki. 

Oczywiście nie wiedział o tym, Ŝe tego samego wieczora równieŜ olbrzym wybrał się 

na spacer. Gdyby o tym wiedział, miałby doskonałą wymówkę, Ŝeby wybiec z domu 

nie pytając o pozwolenie, lecz pewnie wolałby przywarować cicho w kuchni. Około 

drugiej po północy olbrzym wtargnął na pola Aegidiusa, łamiąc płoty, tratując zboŜa i 

depcząc trawę na kośnych łąkach. Król polując na lisa z całym dworem nie zrobiłby 

przez pięć dni tyle szkody, ile jej wyrządził głupi olbrzym w ciągu paru minut. Garm 

usłyszał dudnienie jakby cięŜkich kroków,  dolatujące znad rzeki, obiegł więc od 

zachodu pagórek, na którym stał dom jego pana, Ŝeby zbadać, co się święci. 

background image

Niespodzianie ujrzał olbrzyma, który właśnie jednym susem przesadził rzekę i 

nadepnąwszy na Galateę, najulubieńszą krowę DŜila, zgniótł nieboraczkę na miazgę 

tak łatwo, jak chłop gniecie w palcach karalucha.

Teraz juŜ Garm wiedział dość, a nawet za wiele. Szczeknął z przeraŜenia i 

skoczył z powrotem ku domowi. Nie myślał nawet o tym, Ŝe wyniknął się na pole 

samowolnie, stanął pod oknem sypialni gospodarzy ujadając i skowycząc. Długą 

chwilę we wnętrzu domu  trwała  cisza.   Gospodarze mieli twardy sen.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — wrzeszczał Garm.

Okno otwarło się znienacka i  wyfrunęła z niego dobrze wycelowana butelka.

— Ouuuu! — jęknął pies, z wielką wprawą uskakując na bok. — Ratuj, ratuj, 

ratuj! DŜil wreszcie wytknął z okna głowę.

— Do licha z tym psiskiem! Co ty tam wyrabiasz? — spytał.

— Nic — odparł pies.

— Ładne nic! Poczekaj do rana, a zobaczysz, jak ci za to nic skórę złoję! — 

rzekł gospodarz zamykając okno z trzaskiem.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — wrzasnął pies.

Głowa gospodarza znowu pokazała się w oknie.

— JeŜeli piśniesz choć raz jeszcze, zatłukę cię, słowo daję! — powiedział. — 

Co ci się stało, durniu?

— Nic — odparł pies. — Mnie nic, ale tobie... bardzo wiele.

— Co to ma znaczyć? — spytał DŜil i ze zdumienia aŜ zapomniał o złości. 

Nigdy jeszcze Garm nie odpowiedział mu tak zuchwale.

— Olbrzym chodzi po twoich polach, potworny olbrzym, i zmierza właśnie w 

tą stronę — rzekł pies. — Ratuj, ratuj! Depcze twoje trzody, Galateę, biedaczką, 

rozpłaszczył jak słomiankę. Ratuj, ratuj! Łamie twoje płoty,  tratując zboŜe.  Musisz,  

panie,  działać  szybko i śmiało,  bo inaczej   cały  twój   dobytek przepadnie. Ratuj!

I Garm zawył Ŝałośnie.                                                     

— StulŜe pysk! — powiedział gospodarz zamykając l okno. — Na psa urok! 

— mruknął do siebie i chociaŜ | noc była upalna, dreszcz nim wstrząsnął.

— Wracaj do łóŜka, nie bądź głupi — odezwała się jego Ŝona. — A rano utop 

kundla. Rozsądny człowiek nigdy nie wierzy temu, co pies szczeka. Psy przyłapane na 

włóczędze albo na kradzieŜy zawsze łŜą jak najęte. — MoŜe tak, a moŜe nie —   

odparł DŜil. — Coś niedobrego dzieje się na moich półach, Agato, bo Garm nie 

królik, bez powodu tak by się nie przestraszył. Po cóŜ zresztą przychodziłby 

background image

sklamrzyć pod naszymi oknami po nocy? Mógł przecieŜ poczekać do świtu i wśliznąć 

się do domu kuchennymi drzwiami, jak będą wnosili mleko    od    rannego udoju.

— Nie stój więc jak kołek — rzekła Agata. — Skoro wierzysz psu, słuchaj 

jego rady: działaj śmiało i szybko.

— Ba, łatwiej powiedzieć niŜ zrobić - odparł DŜil. Rzeczywiście trochę 

wierzył Garmowi. Człowiek zbudzony ze snu przed świtem gotów jest nawet w 

olbrzymy uwierzyć. Dobytek, bądź co bądź, waŜna rzecz. Mało kto rozprawiał się z 

nieproszonymi gośćmi na swoich polach tak ostro jak DŜil. Wciągnął więc spodnie, 

zszedł na dół do kuchni i zdjął garłacz ze ściany. Nie wszyscy moŜe wiedza, co to jest 

garłacz. Zadano kiedyś to pytanie czterem uczonym z Oxenfordu, a ci po długim 

namyśle odpowiedzieli tak: “Garłacz jest to krótka strzelba z rozszerzonym wylotem, 

przez który sypie się naraz mnóstwo kuł albo innych pocisków. Strzał z garłacza bywa 

zabójczy, lecz jedynie z bliska, i niezbyt jest celny. (W naszych czasach garłacz 

wyszedł z uŜycia, zastąpiony w krajach cywilizowanych przez inne rodzaje broni 

palnej)".

Garłacz DŜila miał wylot rozchylony na kształt trąby, lecz nie wypadały z 

niego kule ani pociski, bo DŜil nabijał go wszystkim, co mu się nawinęło pod rękę. 

Strzał teŜ nie bywał zabójczy, bo po pierwsze DŜil rzadko swój garłacz nabijał, a po 

drugie nigdy z niego nie strzelał. Zazwyczaj bowiem sam widok groźnego oręŜa 

wystarczał. Kraj ów widocznie nie naleŜał do cywilizowanych, bo nie zastąpiono tu 

jeszcze garłaczy innymi rodzajami broni palnej, nie znano prawdziwych strzelb i 

nawet garłacz stanowił wielką rzadkość. Ludzie na ogół woleli łuki i strzały, prochu 

uŜywali niemal wyłącznie do puszczania fajerwerków.

Jak więc mówiliśmy,  DŜil zdjął ze ściany garłacz i podsypał go sporą garścią 

prochu na wypadek, gdyby miało dojść do ostateczności. Przez szeroki otwór nabił 

potem oręŜ starymi gwoźdźmi, kawałkami drutu, skorupami potłuczonych garnków, 

kośćmi, kamieniami i wszelakim Ŝelastwem. WłoŜył kurtą i buty z cholewa-mi i 

wyszedł z zagrody przez warzywnik.

KsięŜyc stał nisko na niebie za plecami DŜila, który zrazu nie dostrzegł nic 

prócz wydłuŜonych, czarnych cieni krzaków i drzew. Usłyszał jednak cięŜkie kroki, 

jakby ktoś wspinał się zboczem pagórka. Mimo  rad :| Ŝony wcale nie czuł zapału do 

ś

miałego i szybkiego I działania, lecz o dobytek dbał bardziej niŜ o własną skórę. 

ChociaŜ go trochę mdliło w dołku, ruszył energicznym krokiem na krawędź pagórka.

Nagle znad krawędzi wychynęła blada w księŜycowej poświacie twarz 

background image

olbrzyma i błysnęły wielkie, okrągłe oczy. Stopy znajdowały się jeszcze daleko na 

stoku, drąŜąc dziury w uprawnej roli. KsięŜyc tak olśnił olbrzyma, Ŝe w pierwszej 

chwili nie spostrzegł DŜila. DŜil za to zobaczył go wyraźnie i ze strachu stracił 

przytomność. Bezwiednie pociągnął za spust. Garłacz wypalił   z   okropnym   

hukiem.   Szczęśliwym   trafem ' wycelowany był właśnie  mniej  więcej   w  

ogromną, szpetną twarz napastnika. Frunęły w powietrze Ŝelazne rupiecie, kamienie, 

kości, skorupy, druty i pół tuzina gwoździ.  A  Ŝe  strzał padł  z bliska  i przypadkiem 

celnie, wiele spośród tych pocisków trafiło olbrzyma. Skorupa glinianego garnka 

podbiła mu oko, a spory gwóźdź utkwił w nosie.

— Diabli nadali — powiedział swoim grubiańskim stylem. — Cosik mnie 

ugryzło.

Huk nie zrobił na nim wraŜenia — olbrzym był przecieŜ głuchy — ale gwóźdź 

ukłuł go dotkliwie. Od dawna juŜ nie spotkał owada,  który by śmiał  i umiał przebić 

jego grubą skórę. Obiło mu się jednak o uszyj Ŝe na wschodnich moczarach Ŝyją 

wielkie gzy, które tną   jakby   rozpalonymi   szczypcami.   Pomyślał   więc, Ŝe 

natknął się właśnie na stworzenie tego gatunku.

— Paskudna, niezdrowa okolica — mruknął. — Niegłupim zapuszczać się 

dziś dalej w tę stronę.

I zawrócił na pięcie. Zgarnął ze stoku parę owiec, Ŝeby po powrocie z dalekiej 

przechadzki nie iść na czczo spać, i cofnął się za rzekę, sadząc wielkimi krokami ku 

północo-wschodowi. Teraz szedł we właściwym kierunku, więc trafił w końcu na 

drogę do domu. Ale dno w miedzianym rondlu zdąŜyło się juŜ przepalić.

Co działo się tymczasem z DŜilem? Kiedy garłacz huknął, DŜil padł jak długi 

na wznak; leŜał patrząc w niebo i czekając w niepewności, czy stopy olbrzyma 

wyminą go w marszu, czy teŜ rozdepczą. Ale czekał na próŜno i wreszcie zorientował 

się, Ŝe kroki napastnika oddalają się i cichną za rzeką. Wobec tego DŜil wstał, roztarł 

bolące ramię i podniósł z ziemi garłacz. w tej samej chwili usłyszał nagle radosne 

okrzyki.

Większość mieszkańców wioski wyglądała przez okna, niektórzy nawet ubrali 

się i wybiegli z domów — oczywiście dopiero po odejściu olbrzyma — a kilku 

pędziło teraz z krzykiem na pagórek. Gdy bowiem rozległ się przeraźliwy tupot 

maszerującego potwora wszyscy prawie schowali się co prędzej pod kołdry a co 

bojaźliwsi powłazili pod łóŜka. Ale Garm, jak juŜ wspominałem, był ze swego pana 

dumny i lękał się go bardzo, poniewaŜ DŜil wydawał mu się straszny i wspaniały, 

background image

zwłaszcza w gniewie. Garm nie wątpił, Ŝe olbrzym będzie tego samego zdania. ToteŜ 

widząc, Ŝe DŜil wychodzi z domu z garłaczem (pies wiedział z doświadczenia, Ŝe to 

zazwyczaj jest dowodem wiekiego gniewu), Garm puścił się pędem do wsi szczekając 

i nawołując:

— Chodźcie, chodźcie, chodźcie! Wstawać z łóŜek Chodźcie, patrzcie na 

mojego wspaniałego pana. Jest śmiały i szybki. Poszedł zabić olbrzyma, który 

wtargnął na jego pola. Chodźcie!

Szczyt pagórka widać było niemal ze wszystkich domów. Kiedy ludzie i pies 

ujrzeli wychylającą się na nim twarz olbrzyma, jęknęli z przeraŜenia. Wszyscy z 

wyjątkiem psa — byli pewni, Ŝe DŜil nie poradź, sobie  z  tak  groźnym  

przeciwnikiem.   Wtem huknął strzał, olbrzym zawrócił i uciekł, a widzowie zaczęli 

klaskać i wiwatować. Garm szczekał tak zapalczywie Ŝe omal mu łeb nie pękł.

— Hura! — wrzeszczeli ludzie. — Dostał łotr nauczkę. Nasz Aegidius 

pokazał mu, gdzie pieprz rośnie Powlókł się zbój do swego domu, gdzie pewnie 

ducha wyzionie. Dobrze mu tak, ma za swoje.

I znów wiwatowali chórem. Wiwatując nie omieszkali zauwaŜyć i zapamiętać, 

ku własnej przestrodze Ŝe DŜilowi lepiej w drogę nie wchodzić, bo garłacz strzela nie 

na Ŝarty. Przedtem bowiem nieraz w miejscowej gospodzie spierano się przy piwie na 

ten temat dopiero zdarzenie z olbrzymem rozwiało wszelkie wątpliwości. Od tego 

dnia, a raczej od tej nocy, DŜil nie miał kłopotów z nieproszonymi gośćmi na swoich 

polach.

 Kiedy się upewniono, Ŝe niebezpieczeństwo minęło, co odwaŜniejsi sąsiedzi 

weszli aŜ na pagórek, by uścisnąć dłoń DŜila. Paru najbardziej szanownych — 

proboszcz, kowal i młynarz — pozwolili sobie nawet klepnąć go po ramieniu. DŜil 

nie był tym zachwycony, i poniewaŜ ramię jeszcze go po strzale mocno bolało, ' lecz 

uznał, Ŝe wypada ich zaprosić na poczęstunek do domu. Siedli w kuchni za stołem i 

popijając za zdrowie gospodarza, wychwalali go pod niebiosy. DŜil bez ceremonii 

ziewał, nikt jednak na to nie zwaŜał, póki dzban był pełny. Nim goście wypili 

pierwszy i drugi kufel, gospodarz zdąŜył osuszyć trzeci i czwarty i poczuł się bardzo 

pewny siebie; nim goście wypili trzeci i czwarty kufel — gospodarz osuszył piąty i 

szósty i poczuł się tak odwaŜny, jak był dotychczas jedynie w wyobraźni swojego psa. 

Kompania rozstała się w najlepszej zgodzie, a na poŜegnanie DŜil klepał wszystkich 

po ramieniu. Ręce miał duŜe, czerwone i krzepkie, toteŜ odpłacił im z nawiązką.

Nazajutrz przekonał się, Ŝe jego przygoda, obiegłszy z ust do ust wioskę, 

background image

urosła do rozmiarów wielkiego czynu i Ŝe stał się wśród sąsiadów nie lada 

osobistością. W ciągu kilku następnych dni wieść rozeszła się po   wszystkich   

wsiach   w   promieniu   dziesięciu   mil. DŜil był bohaterem całej  okolicy. Bardzo 

mu się to podobało. W najbliŜszy dzień targowy sąsiedzi zafundowali mu w 

gospodzie całe morze piwa, to znaczy prawie tyle, ile jego dusza pragnęła. Wrócił do 

domu śpiewając stare bohaterskie pieśni.

W końcu usłyszał o nim sam król. Stolica państwa —; podówczas Średniego 

Królestwa Wyspy — znajdowała się o sześćdziesiąt mil od Ham i zazwyczaj dwór 

niezbyt się interesował losem wieśniaków z tak odległych okolic. Teraz jednak 

błyskawiczne   zwycięstwo nać groźnym olbrzymem wydało się królowi godne 

uwagi) i warte jakiegoś drobnego wynagrodzenia. Po odpowiedniej zwłoce, czyli po 

trzech mniej więcej miesiącach, w dzień świętego Michała król wystosował uroczysty 

list. Napisany czerwonym atramentem na białym pergaminie, wyraŜał królewską 

pochwałę dla “naszego wiernego poddanego, umiłowanego Aegidiusa Ahenobarbusa 

Juliusa, rolnika z wioski Ham".

Zamiast podpisu figurował czerwony kleks, ale dworski skryba dodał: Ego 

Augustus Bonifacius Ambrosius Aurelianus Antonius Pius et Magntficus, dux, rex, 

tyrannus et basileus Mediterranearum Partium, subscribo — i opatrzył list wielką 

czerwoną pieczęcią. Dokument był więc niewątpliwie autentyczny. Sprawił DŜilowi 

ogromną przyjemność i budził powszechny zachwyt, zwłaszcza gdy ludzie odkryli, Ŝe 

kaŜdego, kto pragnie podziwiać królewski list, DŜil zaprasza i częstuje piwem przy 

swoim kominku.

Jeszcze cenniejszy od listu był załączony do niego dar. Król przysłał DŜilowi 

pas i miecz. Prawdę mówiąc sam król nigdy tego oręŜa nie uŜywał. Odziedziczył | go 

w spadku; od niepamiętnych czasów miecz ów wisiał w królewskiej zbrojowni. 

Zbrojmistrz nie wie-dział, skąd się tam wziął ani teŜ jaki by z niego mógł być 

poŜytek. Proste, cięŜkie i długie miecze tego rodzaju od dawna wyszły na dworze z 

mody, więc monarcha uznał, Ŝe będzie to dar w sam raz dla chłopa z zapadłej wioski. 

DŜii jednak był zachwycony, a sława jego w okolicy tym bardziej wzrosła.

Cieszył się DŜil takim obrotem sprawy i nie mniej od pana cieszył się jego 

pies. Nie dostał zapowiedzianego lania. DŜil na swój sposób był sprawiedliwy. W 

głębi serca przyznawał Garmowi część zasługi w całej przygodzie, chociaŜ głośno 

nigdy o tym nie mówił. Wprawdzie nadal sypały się na psa twarde słowa, a nawet 

twarde przedmioty, jeśli pan był f w złym humorze, lecz wiele drobnych przewinień 

background image

uchodziło teraz Garmowi płazem. Pies przyzwyczaił się do dalekich wycieczek po 

okolicy. Gospodarz zadzierał nosa, a szczęście mu sprzyjało. Roboty jesienne i 

wczesne zimowe poszły jak po maśle. Wszystko układało się pomyślnie, dopóki nie 

zjawił się smok.

Smoki były juŜ w owych latach rzadkością na wyspie. Od wielu lat Ŝaden się 

nie pokazał w granicach śródziemnego państwa Augustusa Bonifaciusa. Istniały, 

oczywiście, na zachodzie i północy podejrzane trzęsawiska i bezludne góry, lecz były 

bardzo daleko. Niegdyś w tamtych dzikich krajach Ŝyły smoki rozmaitych odmian i 

zapuszczały się niekiedy na łupieskie wyprawy w odległe okolice. Wtedy jednak 

rycerstwo Średniego Królestwa słynęło z odwagi, toteŜ gdy niemal wszystkie smoki, 

które tu się zapędziły, zginęły lub wróciły do swoich siedzib z cięŜkimi ranami, inne 

zniechęciły się do wycieczek w te strony.

Przetrwał jednak zwyczaj, Ŝe podczas świąt BoŜego Narodzenia podawano 

przy królewskim stole wśród innych potraw Ogon Smoczy; co roku wyznaczano 

rycerza, który miał w tym celu upolować smoka. Wyruszał niby na łowy w dzień 

ś

więtego Mikołaja i musiał dostarczyć smoczy ogon najpóźniej w wigilię uczty. Ale 

od wielu juŜ lat kuchmistrz dworski, biegły w swojej sztuce, przyrządzał sztuczny 

Ogon Smoczy z ciasta, masy migdałowej i twardego lukru, z którego wyrabiał 

przemyślnie łuski pancerza. Wyznaczony rycerz wnosił to arcydzieło do sali w Wilię 

BoŜego Narodzenia przy muzyce skrzypiec i trąb. Nazajutrz po obiedzie zjadano 

Smoczy Ogon na deser i wszyscy mówili — chcąc  przypodobać  się  kuchmistrzowi  

— Ŝe smakuje lepiej niŜ prawdziwy.

Tak sprawy stały, gdy nagle znowu pojawił się smok. Zawinił tu głównie 

olbrzym. Od czasu swojej przygody zaczął włóczyć się po górach, odwiedzając 

nielicznych zresztą znajomych o wiele częściej niŜ dawniej i niŜby pragnęli. 

Wszystkich pytał, czyby mu nie poŜyczyli duŜego miedzianego rondla. Ale czy się 

ktoś na poŜyczkę godził, czy teŜ odmawiał, kończyło się zawsze na tym, Ŝe olbrzym 

siadał i opowiadał, po swojemu rozwlekle i nieskładnie, o pięknym nizinnym kraju 

leŜącym daleko na wschód od gór i o rozmaitych cudach szerokiego świata. Uroił 

sobie, Ŝe jest wielkim i odwaŜnym podróŜnikiem.

— Ładny kraj — mówił. — Płaski, grunt pod nogami miękki, a jedzenia... ile 

dusza zapragnie. Wszędzie pasą   się   krowy   i   owce,   nawet   wcale   nietrudno   je 

wypatrzyć, byle się dobrze rozglądać.

— A ludzie? — pytały inne olbrzymy.

background image

— Ani jednego człowieka nie spotkałem — odpowiadał olbrzym. — Rycerzy 

ani widu, ani słychu. Nic moi kochani, nie ma tam nic groźnego prócz kąśliwych 

gzów nad rzeką.

— Dlaczego nigdy więcej tam nie poszedłeś? Dlaczego się tam nie osiedliłeś? 

— pytali.

— Ano, wiecie, jak to mówią: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej — 

odpowiadał olbrzym. — MoŜliwe, Ŝe któregoś dnia znów się wybiorę, jak mi 

przyjdzie ochota. W kaŜdym razie ja tam byłem, czego Ŝaden z was nie moŜe o sobie 

powiedzieć. Co do tego rondla...

— Opowiedz dokładnie, w której stronie leŜy ten piękny kraj, te łąki rojące się 

od bezdomnego bydła? — dopytywały się ciekawe inne olbrzymy. — Czy to daleko?

— Ano — mówił — na wschód od gór i trochę jakby na południe. Ale daleko, 

bardzo daleko...

I opisywał drogę, którą przebył, lasy, góry i równiny, z taką przesadą, Ŝe Ŝaden 

z olbrzymów nie odwaŜył się nigdy pójść w jego ślady. śaden nie miał bowiem tak 

długich nóg jak on. Opowieść jednak krąŜyła po dzikiej krainie.

Tymczasem po upalnym lecie nastała sroga zima. Mróz skuł góry, coraz 

trudniej było o poŜywienie. Tym głośniej opowiadano sobie o dalekim, bogatym 

kraju. Olbrzymy najchętniej gawędziły o stadach owiec i krów na nizinnych 

pastwiskach. Smoki nadstawiały uszu. Były głodne, a wieści brzmiały zachęcająco.

— A więc to, co nam mówiono o rycerzach, jest zwykłą bajdą — rzekł pewien 

młody, niedoświadczony smok. — Zawsze podejrzewałem, Ŝe nas oszukują.

MoŜliwe, Ŝe rycerzy jest juŜ teraz niewielu — myślały mądrzejsze starsze 

smoki. — Niewielu, daleko i niegroźnych.

Jeden smok szczególnie przejął się tymi pogłoskami. Nazywano go 

Chrysophylax Dives, bo pochodził ze staroŜytnego i królewskiego rodu i miał 

olbrzymie bogactwa. Był chytry, wścibski, chciwy, dobrze uzbrojony, lecz nie zanadto 

odwaŜny. Nie potrzeba jednak wielkiej odwagi, Ŝeby się nie bać gzów nad rzeką, 

choćby i najbardziej kąśliwych. Na dobitkę smok był straszliwie głodny.

Tak się stało, Ŝe pewnego zimowego dnia, jakoś na tydzień przed BoŜym 

Narodzeniem, Chrysophylax rozpostarł skrzydła i pofrunął w świat. Wylądował 

bezszelestnie ciemną nocą w samym sercu królestwa dostojnego monarchy Augustusa 

Bonifaciusa. W ciągu kilku minut narobił mnóstwo szkody, burząc i paląc domy, 

poŜerając owce, krowy i konie.

background image

Działo się to dość daleko od wioski Ham, lecz Garm najadł się strachu jak 

jeszcze nigdy w Ŝyciu. Wybrał się właśnie w tym czasie na daleką wycieczkę i licząc 

na pobłaŜliwość swego pana ośmielił się spędzić kilka nocy poza domem. Biegł 

skrajem lasu z nosem przy ziemi, węsząc jakiś ponętny trop, gdy na zakręcie 

znienacka uderzył mu w nozdrza inny, bardzo niepokojący zapach. Garm wpadł 

prosto na koniec ogona Chrysophylaksa Diyesa, który dopiero co wylądował w tym 

miejscu. Chyba nigdy jeszcze Ŝaden pies nie zawrócił i nie pomknął w stronę domu 

tak błyskawicznie jak Garm tamtej nocy. Smok usłyszał warknięcie, obejrzał się i 

syknął, lecz Garm był juŜ daleko. Pędził bez tchu przez całą noc, a rankiem, mniej 

więcej w porze śniadania, znalazł się w zagrodzie swojego pana.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — krzyknął pod kuchennymi drzwiami.

DŜil wzdrygnął się na ten psi wrzask. Przypomniał mu on, Ŝe róŜne 

niespodzianki spadają na człowieka jak grom z jasnego nieba.

— Agato, wpuść psa — powiedział do Ŝony. — A pogłaszcz go kijem.

Garm wskoczył do kuchni. Oczy miał wybałuszone, jęzor wywiesił z pyska.

— Ratuj! — wrzasnął.

— No, cóŜeś tym razem przeskrobał? — spytał DŜil rzucając psu kawałek 

kiełbasy.

— Nic — wysapał Garm tak przejęty, Ŝe nawet nie spojrzał na przysmak.

— Uspokój się, bo cię ze skóry obedrę — rzekł gospodarz.

— Nic nie przeskrobałem. Nie miałem złych zamiarów — odparł pies. — 

Przypadkiem natknąłem się na smoka i okropnie się zląkłem.

DŜil zakrztusił się piwem.

— Na smoka? — powiedział. — Niech cię licho porwie, próŜniaku, wścibski 

kundlu. Kto ci kazał włóczyć się po świecie i spotykać smoki, na dobitkę o tej porze 

roku, kiedy mam pełne ręce roboty? Gdzie to było?

— Och, daleko na północy, za wzgórzami, koło Sterczących Głazów.

— No, to rzeczywiście bardzo daleko — odetchnął z ulgą DŜil. — Owszem, 

słyszałem, Ŝe w tamtych okolicach mieszkają dziwacy, wszystko moŜe się wśród nich 

przytrafić. Niech sobie radzą sami. Po co mnie tymi historiami niepokoisz? Jazda za 

drzwi!

Garm wybiegł i rozniósł nowinę po całej wsi. Nie omieszkał teŜ wspomnieć, 

Ŝ

e jego wspaniały pan wcale ale to wcale nie przestraszył się smoka.

—  Dokończył  śniadania   jak  gdyby  nigdy  nic! - mówił.

background image

Ludzie powychodzili przed domy i wesoło gawędzi z sąsiadami o niezwykłym 

zdarzeniu.

— Przypominają się dawne czasy — powiadali. I to właśnie teraz, przed 

ś

więtami. W samą porę. Król się ucieszy. Będzie w tym roku miał znów prawdziwy 

Smoczy Ogon na deser.

Nazajutrz jednak nadeszły nowe wieści. Smok, jak mówiono, był szczególnie 

wielki i drapieŜny. Wyrządzał okropne szkody.

• 

Od czego właściwie król ma na dworze rycerzy? — zaczęli się dziwić 

ludzie.

Coraz więcej osób zadawało to pytanie. Z wiosek najbardziej przez smoka 

zagroŜonych przybywali na królewski dwór wysłańcy i pytali najgłośniej i najbardziej 

uporczywie:

— Królu, od czego mamy rycerzy?

Ale rycerze nie rwali się do czynu. Wiadomość o smoku nie doszła przecieŜ 

do nich drogą urzędową. Wreszcie król zawiadomił ich oficjalnie i wezwał uroczyście 

do działania, zalecając, by się w miarę moŜności pospieszyli. Ku wielkiemu swemu 

niezadowoleniu prze-konał się wkrótce, Ŝe rycerze w miarę moŜności odwlekają 

wyprawę i wcale się na nią nie kwapią.

Mieli co prawda na swoje usprawiedliwienie dość po-waŜne argumenty. Po 

pierwsze kuchmistrz królewski, człowiek przezorny, lubił wszystko robić zawczasu i 

juŜ przygotował sztuczny Smoczy Ogon. Pewnie by się obraził, gdyby mu w ostatniej 

chwili dostarczono ogon prawdziwy. A z zasłuŜonym dworzaninem trzeba się liczyć.

— Nie zaleŜy nam na ogonie! — wołali wysłannicy z zagroŜonych wiosek. — 

Obetnijcie mu tylko łeb, niech nam przestanie szkodzić.

Tymczasem jednak nadeszły święta i tak się nieszczęśliwie składało, Ŝe w dniu 

ś

więtego Jana miał odbyć się wielki turniej. Rycerze zaproszeni z róŜnych krajów 

zjeŜdŜali do Średniego Królestwa, Ŝeby współzawodniczyć z sobą o cenne nagrody. 

Gdyby przed zakończeniem turnieju najdzielniejsi miejscowi rycerze wyruszyli na 

wyprawę przeciw smokowi, druŜyna królewska straciłaby szansę zwycięstwa. 

Rozsądek nakazywał odwlec ich wyjazd.

Potem świętowano Nowy Rok.

A smok tymczasem co noc posuwał się dalej w głąb kraju i co noc przybliŜał 

się do Ham. W dzień Sylwestrowy mieszkańcy wioski juŜ zobaczyli na widnokręgu 

background image

łunę. śywe płomienie buchały z lasu, na który opadł smok, o jakieś dziesięć mil od 

Ham. Chrysophylax był bardzo ognistym smokiem, gdy mu humor dopisywał.

Od tego wieczora ludzie zaczęli znacząco zerkać na DŜiła i szeptać za jego 

plecami. Mocno go to denerwowało, lecz udawał, Ŝe nic nie spostrzega. Następnej 

nocy smok znowu się przybliŜył o milę czy dwie. Teraz juŜ DŜil takŜe oburzał się 

głośno na zachowanie królewskich rycerzy.

— Chciałbym wiedzieć, za co im właściwie płacą — mówił.

— My byśmy teŜ chcieli to wiedzieć — odrzekli sąsiedzi. A młynarz dodał:

— Podobno niektórzy ludzie otrzymują godność rycerską za zasługi. Bądź co 

bądź nasz Aegidius jest prawie rycerzem. CzyŜ król nie przysłał mu listu z czerwoną 

pieczęcią i miecza?

— Miecz to jeszcze nie wszystko — odparł DŜil. — O ile mi wiadomo, na 

rycerza trzeba być uroczyście pasowanym. Zresztą ja mam i bez tego pełne ręce 

roboty.

— Król z pewnością chętnie by cię na rycerza pasował — rzekł młynarz — 

gdyby go o to poprosić. ToteŜ poprosimy, i to zaraz, póki jeszcze nie za późno.

— Dziękuję — odparł DŜil. — Nie dla takich jak ja rycerskie ostrogi. Jestem 

chłopem i tym się szczycę; prostym,   uczciwym   człowiekiem,   a  na   dworze,   jak 

powiadają, uczciwym ludziom wcale się nie szczęści. Bardziej byś ty się nadał, 

sąsiedzie młynarzu.

Proboszcz uśmiechnął się — ale nie z odpowiedzi DŜila, bo DŜil i młynarz 

przy kaŜdej sposobności przypinali sobie nawzajem łatki i byli, jak to mówiono w 

Ham, “nieprzyjaciółmi od serca". Proboszcz uśmiechnął się, poniewaŜ ucieszyła go 

pewna myśl, która, właśnie w tym momencie zaświtała mu nagle w głowie.! Na razie 

jednak nic nie powiedział. Młynarz natomiast mniej był uradowany i skrzywił się 

kwaśno.

— śe z ciebie człowiek prosty, to pewne, a Ŝe uczciwy... moŜliwe — rzekł. — 

Ale czy koniecznie trzeba udawać się na dwór i przyjmować rycerskie ostrogi Ŝeby 

ubić smoka? Nie dawniej jak wczoraj słyszałem z własnych ust naszego zacnego 

Aegidiusa, Ŝe wystarczy odwaga. A odwagi na pewno naszemu Aegidiusowi nie brak, 

ma jej więcej niŜ niejeden pasowany rycerz.

Na to zaraz podniósł się ogólny krzyk:

— Pewnie Ŝe tak! Prawda! Niech Ŝyje bohater z Ham!

DŜil wrócił do domu bardzo markotny. Przekonał się, Ŝe sława nakłada na 

background image

człowieka cięŜkie obowiązki i naraŜa na wielkie kłopoty. Kopnął psa i schował miecz 

do kredensu. Dotychczas oręŜ wisiał dumnie nad kominkiem.

Nazajutrz smok był juŜ w sąsiedniej wsi, zwanej po łacinie Quercetum, co w 

pospolitym języku znaczy Dąbrowa. PoŜarł tam nie tylko kilka krów i owiec, lecz 

równieŜ parę dziatek, a ponadto miejscowego proboszcza. Ksiądz bowiem 

nieopatrznie usiłował go nawrócić ze złej drogi. Teraz juŜ wszyscy mieszkańcy Ham z 

proboszczem na czele gromadnie przybyli na pagórek i stanęli przed DŜilem.

— Wszystkie oczy na ciebie są zwrócone — powie-dzieli i otoczyli go w krąg, 

wpatrując się w niego dopóty, dopóki mu twarz nie poczerwieniała jak burak nad rudą 

broda.

— Kiedy wyruszasz? — pytali.

— Dzisiaj nie mogę, słowo daję — odparł. — Mam pilną robotę w oborze, a 

pastuch leŜy chory. Zastanowię się jednak nad tą sprawą, przyrzekam wam.

Ludzie rozeszli się, lecz gdy wieczorem gruchnęła wiadomość, Ŝe smok 

znowu posunął się bliŜej, wrócili.

- Wszystkie oczy na ciebie są zwrócone, zacny Aegidiusie — powiedzieli.

— Doprawdy — rzekł DŜil — w tej chwili strasznie mi to nie na rękę. Kobyła 

okulała, owce zaczęły się kocić. Zajmę się tą sprawą, jak tylko będę mógł.

Ludzie znowu się rozeszli, ale juŜ trochę szemrząc! i mrucząc. Młynarz śmiał 

się szyderczo. Proboszcz tylko został, nie dał się niczym zniechęcić. Sam wprosił się 

na kolację i przy stole pozwalał sobie na wyraźne przytyki. Spytał nawet, gdzie 

podział się miecz, i koniecznie chciał go obejrzeć.

Miecz leŜał w kredensie na półce, a tak był długi, Ŝe ledwie się na niej mieścił. 

Kiedy DŜil go wyjął, w okamgnieniu   wyskoczył   z pochwy,    którą    gospodarz jak 

oparzony wypuścił z rąk. Proboszcz zerwał   się   z   miejsca przewracając    kufel 

piwem. OstroŜnie chwycił miecz i usiłował go z powrotem wsunąć do pochwy,   

miecz   jednak stawiał   opór,   a   kiedy ksiądz cofnął dłoń z rękojeści    —    

wyskoczył znowu.

— Patrzcie   państwo co za cuda! — powiedział proboszcz i zaczął oglądaj 

uwaŜnie zarówno pochwę jak klingę. Ksiądz był uczonym człowiekiem, ale DŜil 

ledwie sylabizował, i i tylko duŜe litery. Nawet własne nazwisko odczytywał z 

trudem. Dlatego teŜ nie zwrócił nigdy uwagi na dziwaczne znaki niewyraźnie rysujące 

się na pochwie i ostrzu. Co do królewskiego zbrojmistrza, ten był tak oswojony z 

róŜnymi napisami runicznymi, imionami i wszelkimi godłami czy zaklęciami na 

background image

mieczach i sztyletach, Ŝe nie łamał sobie nad nimi głowy. UwaŜał zresztą, Ŝe są to 

sprawy przedawnione.

Proboszcz przyglądał się mieczowi długo i marszczył brew.  Spodziewał się 

znaleźć na pochwie lub ostrzu jakieś napisy, ta właśnie myśl tak go poprzedniego dnia 

ucieszyła, teraz jednak był zaskoczony, bo wprawdzie widział litery, ale nic z nich nie 

rozumiał.

— Na pochwie jest napis, a na ostrzu takŜe dostrzegam jakieś... powiedzmy: 

znaki — rzekł.

— Doprawdy? — zdziwił się DŜil. — A co teŜ one mówią?

— UŜyto staroŜytnego alfabetu i barbarzyńskiego języka — odparł ksiądz, 

Ŝ

eby zyskać na czasie. — Trzeba się temu dokładniej przyjrzeć.

Poprosił o uŜyczenie mu miecza na noc, a DŜil zgodził się z niekłamaną 

przyjemnością.

Wróciwszy na plebanię proboszcz ściągnął z półek mnóstwo mądrych ksiąg i 

ś

lęczał nad nimi do późnej nocy. Nazajutrz rozeszła się wiadomość, Ŝe smok znowu 

przybliŜył się do wioski. Mieszkańcy Ham ryglowali drzwi i zamykali okiennice, a 

kto miał głęboką piwniczkę, krył się w niej dygocąc przy łojówce.

Proboszcz jednak wyszedł z plebanii i przemykając od domu do domu szeptał 

przez dziurkę od klucza lut przez szparę w drzwiach słowa pociechy, dzieląc z 

kaŜdym, kto go chciał słuchać, swoim odkryciem.

— Nasz zacny Aegidius — mówił — jest z łaski króla właścicielem sławnego 

miecza, który po łacinie zwie się Caudimordax, a w naszych pieśniach ludowych — 

Gryzi-ogon.

Na dźwięk tego imienia wiele drzwi odemknęło z powrotem. Ludzie znali 

sławę Gryzi-ogona, bo ten naleŜał  ongi  do  Bellomariusa,  najznakomitszego 

pogromcy smoków w dziejach Średniego Królestwa. Niektórzy historycy dowodzili 

nawet, Ŝe jest on prapradziadem po kądzieli obecnego władcy. KrąŜyło o nim 

mnóstwo legend i pieśni, zapomnianych wprawdzie na królewskim dworze, lecz 

Ŝ

ywych wśród ludu.

— Tego miecza — mówił proboszcz — nie sposób utrzymać w pochwie, 

jeŜeli w promieniu dziesięciu mil znajduje  się  smok.   Caudimordax  w  ręku   

dzielnego człowieka da radę najgroźniejszej nawet bestii. Nowa otucha wstąpiła w 

serca. Ten i ów otwierał juŜ okna,  a niektórzy wytykali nawet głowy.  W końcu 

ksiądz namówił kilku sąsiadów, Ŝeby z nim razem udać się na pagórek, do DŜila. Ale 

background image

naprawdę ochoczo szedł jedynie młynarz. Gotów był narazić się na kaŜde 

niebezpieczeństwo, byle zobaczyć, jak będzie się wił DŜil przyparty przez gromadę do 

muru.

Wspięli się na pagórek, chociaŜ nie moŜna zaprzeczyć Ŝe zerkali lękliwie ku 

północnym brzegom rzeki. Smoka wszakŜe nie było nigdzie widać ani słychać. MoŜe 

spał naŜarłszy się po gardłodziurki w okresie świąt.

Proboszcz — a zaraz po nim takŜe młynarz — zapukał do drzwi DŜila. Nikt 

się w domu nie odezwał, w zakołatali po raz wtóry głośniej. Wreszcie gospoda stanął  

w progu.  Twarz  miał bardzo czerwoną.  DŜil bowiem takŜe czuwał do późna w noc, 

pociągając przez  cały czas mocne piwo, a rano, gdy się przebudził, znowu chwycił za 

kufel.

Sąsiedzi otoczyli DŜila w krąg i przekrzykując jeden drugiego tytułowali go 

Zacnym Aegidiusem, MęŜnym Brodaczem, Juliusem Wielkim, Poczciwym 

Rolnikiem, Dumą Wsi i Bohaterem Kraju. Wspomniawszy o Caudimordaksie, czyli 

Gryzi-ogonie, mieczu, który nie chce bezczynnie rdzewieć w pochwie, powtarzali: 

Ś

mierć lub Zwycięstwo, Chwała Ochotnikom, Podpora Ojczyzny, Dla Dobra Ogółu 

— aŜ biednemu DŜilowi zakręciło się od tego gadania w głowie.

— Uspokójcie się wreszcie! Mówcie po kolei — rzekł, gdy w końcu zdołał 

wtrącić słowo. — O co chodzi? Pamiętajcie, Ŝe mam od rana pełne ręce roboty.

Powierzono więc księdzu wyjaśnienie sprawy w imieniu gromady. Młynarz 

doczekał się uciechy, której tak bardzo pragnął,  bo  DŜila  dosłownie  przypierano  do 

muru. Ale rzecz wzięła zgoła inny obrót, niŜ się młynarz  spodziewał.   Po  pierwsze  

DŜil  wypił  przedtem niemało mocnego piwa. Po drugie zaczęła go nagle rozpierać 

niezwykła duma i męstwo, odkąd się dowiedział, Ŝe posiada nie byle miecz, ale 

sławnego Gryzi-ogona. Za lat chłopięcych przepadał za pieśniami i legendami o 

Bellomariusie i póki nie nabrał rozumu, marzył, Ŝeby mieć   własny   czarodziejski  i   

bohaterski   oręŜ.   Teraz nagle zapałał ochotą, Ŝeby z Gryzi-ogonem u boku ruszyć na 

bój ze smokiem. Tak się jednak przyzwyczaił zawsze o wszystko targować, Ŝe i tym 

razem spróbował przynajmniej uzyskać zwłokę

— Co takiego? — rzekł. — Mam ruszać na smoka? W tych starych portkach i 

w kapocie? O ile mi wiadomo, do walki ze smokiem trzeba mieć jakąś zbroję. A 

Ŝ

adnej zbroi w moim domu nie ma, za to wam z

Wszyscy musieli przyznać, Ŝe to waŜny kłopot. Posłali co prędzej po kowala. 

Kowal przyszedł i pokręcił głową. Był to niemrawy, ponury człowiek, którego we wsi 

background image

przezywano kpiąco “Pociechą", naprawdę jednak zwał się Fabricius Cunctator. Nigdy 

przy robocie nie pogwizdywał, chyba Ŝe zdarzyła się jakaś klęska, dajmy na to 

przymrozek w maju, którą wyprorokował. . PoniewaŜ stale prorokował wszelkie 

moŜliwe nieszczęścia, nie mogło się zdarzyć nic złego, czego by Pociecha z góry nie 

przepowiedział i nie uznał potem za potwierdzenie swojej nieomylności. Nic teŜ 

innego nie cieszyło go w Ŝyciu. Oczywiście niechętnie przykładał ręki do 

zaŜegnywania niebezpieczeństw i dlatego teraz teŜ kręcił tylko głowa.

— Zbroi nie moŜna zrobić z niczego — powiedział. — Zresztą nie naleŜy to 

do mojego fachu. Zwróćcie się lepiej do stolarza, Ŝeby wystrugał Aegidiusowi tarczę z

drewna. Co prawda niewiele mu to pomoŜe, bo smok jest, jak widać, bardzo ognisty.

Wszystkim twarze się wydłuŜyły, lecz młynarz postanowił sobie, Ŝe albo 

wyśle DŜila na bój ze smokiem, albo — jeŜeli DŜil się oprze namowom — rozbije 

jego sławę jak bańkę mydlaną. Nie dał się więc tak łatwo odwieść od swoich planów.

— A moŜe by mu sporządzić kolczugę? — zaproponował. — Kolczuga 

stanowiłaby dobrą ochronę, nie zaleŜy teŜ nam na tym, Ŝeby była piękna. Chodzi 

przecieŜ o powaŜną walkę, nie o dworskie popisy. Z pewnością masz, kochany 

Aegidiusie, jakiś stary skórzany kaftan. W kuźni są stosy ogniw i kółek Ŝelaznych z 

róŜnych łańcuchów. Sam mistrz Fabricius moŜe nawet nie wie, ile tego dobra 

nagromadziło się z czasem.

— Mówisz jak ślepy o kolorach — odparł kowal, odzyskując znowu humor. 

— JeŜeli chcecie prawdziwej kolczugi, nie mogę się podjąć tej roboty. Trzeba 

zręczności krasnoludów, Ŝeby kaŜde maleńkie kółeczko dopasować i doczepić do 

czterech sąsiednich. Nawet gdybym umiał tego dokonać, zabrałoby mi to kilka 

tygodni. A do tego czasu będziemy juŜ wszyscy w grobach albo w brzuchu smoka.

Ludzie załamali ręce w rozpaczy, a kowal rozpromienił się z radości. Lecz 

gromada zbyt była przeraŜona, Ŝeby wyrzec się od razu planu podsuniętego przez 

młynarza. Do niego więc zwrócono się o radę.

— Słyszałem — rzekł młynarz — Ŝe za dawnych czasów, jeśli kogoś nie stać 

było na sprowadzenie pięknej zbroi z południowych krajów, naszywał po prostu 

stalowe kółka na skórzany kaftan i zadowalał się takim pancerzem. Spróbujmy 

sporządzić coś w tym rodzaju. DŜil wydobył stary kaftan skórzany, a kowal musiał co, 

tchu wracać do kuźni. Ludzie przeszperali wszystkie kąty, przewrócili zwały Ŝelastwa, 

aŜ znaleźli pod nimi stos drobnych, zmatowiałych od rdzy kółeczek, zapewne 

odprutych przed laty od takiego właśnie kaftana, o jakim młynarz wspominał. W 

background image

miarę jak świtała nadzieja, Ŝe przedsięwzięcie moŜe się udać, kowal pochmurniał 

coraz bardziej, musiał jednak wziąć się ostro do roboty, przebierać i czyścić Ŝelazne 

kółka. Kiedy z wielką satysfakcją oznajmił, Ŝe nie starczy ich na szerokie plecy i pierś 

DŜila, gromada kazała mu porozkuwać stare łańcuchy i spłaszczyć młotem ogniwa na 

jak najzgrabniejsze pierścionki.

Mniejsze kółka naszyli na przedzie kaftana, większe i grubsze — na plecach, a 

Ŝ

e popędzany przez wszystkich kowal dorzucał wciąŜ nowe, wzięli od DŜila parę 

zniszczonych spodni i naszyli je równieŜ kółkami. Młynarz wypatrzył na górnej półce 

w najciemniejszym zakamarku kuźni Ŝelazny czerep starego hełmu, polecił więc 

szewcowi obciągnąć go skórą jak najstaranniej. Zajęła im ta robota czas do wieczora, 

a nazajutrz takŜe, więc chociaŜ była to wigilia Trzech Króli, nikt nie myślał o 

ś

więtowaniu. DŜil tylko uczcił uroczystość zwiększoną ilością piwa. Smok na 

szczęście spał, zapominając na razie i o głodzie, i o mieczach.

W dzień Trzech Króli gromada ruszyła o świcie na pagórek, niosąc z sobą 

przedziwne dzieło zbiorowego wysiłku. DŜil oczekiwał tych gości. Teraz juŜ nie miał 

Ŝ

adnej wymówki. WłoŜył naszyty Ŝelaznymi kółkami kaftan i spodnie. Młynarz 

uśmiechnął się złośliwie. Z kolei DŜil wzuł buty z cholewami i przypiął do nich 

ostrogi, a wreszcie nakrył głowę hełmem obciągniętym w skórę. W ostatniej chwili 

namyślili się i wcisnął na hełm swój stary filcowy kapelusz, a na zbroję narzucił 

obszerny płaszcz.

— Po co to robisz? — spytali sąsiedzi.

— JakŜe! Czy wyobraŜacie sobie, Ŝe smoka podchodzi się brzęcząc i 

dzwoniąc na trzy mile jak dzwon z Canterbury? Na mój rozum lepiej nie ostrzegać go 

z daleka; i tak z pewnością spostrzeŜe mnie za wcześnie. Hełm to przecieŜ wyzwanie 

do walki. JeŜeli smok zobaczy zza płotu tylko mój kapelusz, pewnie pozwoli mi 

podejść blisko, zanim się zacznie awantura.

Kółka naszyte na kaftanie luźno i tak, Ŝe jedno zachodziło na drugie, brzęczały 

rzeczywiście bardzo głośno. Płaszcz narzucony na wierzch tłumił nieco hałas, ale DŜil 

wyglądał w tym dziwnym stroju dość śmiesznie. Nikt mu jednak tego nie powiedział. 

Z pewnym trudem przyjaciele dopięli pas na jego brzuchu i zawiesili mu u boku 

pochwę od miecza, samego Gryzi-ogona musiał DŜil dzierŜyć w ręku, bo inaczej niŜ 

przemocą nie dawał się w pochwie utrzymać.

Potem DŜil przywołał psa. Na swój sposób był sprawiedliwym panem.

— Garm, pójdziesz ze mną — rzekł. Pies zawył.

background image

— Ratuj, ratuj! — krzyknął.

— Przestań szczekać — powiedział DŜil — bo ci wygarbuję skórę lepiej niŜ 

smok. Znasz zapach tego gada i moŜesz się chociaŜ raz w Ŝyciu na coś przydać.

Przywołał teŜ DŜil swoją siwą kobyłkę. Spojrzała na pana wymownie i 

prychnęła na widok ostróg. Pozwoliła się jednak dosiąść i ruszyli, wszyscy troje dość 

markotni. Kiedy kłusowali przez wieś, ludzie klaskali wiwatowali, lecz przewaŜnie 

zza okien. kobyła starali się nadrabiać miną. Garm jednak, nie Ŝywiąc przesadnych 

ambicji, kulił ogon pod siebie i biegł chyłkiem.

Minąwszy wieś przeprawili się po moście za rzekę. Ledwie znaleźli się poza 

zasięgiem ludzkich oczu, zwolnili kroku. Posuwali się teraz stępa, lecz i tak znacznie 

szybciej, niŜ sobie Ŝyczyli, przekroczyli granice pól DŜila i innych gospodarzy z Ham 

i dotarli w okolice nawiedzone przez smoka. Świadczyły o tym połamane drzewa, 

wypalone Ŝywopłoty, spopielała trawa i złowroga cisza.

Słońce przypiekało i DŜil miał wielką ochotę pozbyć się chociaŜ części 

cięŜkiego rynsztunku, lecz nie śmiał tego zrobić. Ogarnęły go teŜ wątpliwości, czy nie 

prze-brał miary wypijając tak duŜo piwa na wyjezdnym. “Ładnie kończę święta — 

myślał. — A co gorsza, jeśli nie będę miał wyjątkowego szczęścia, zakończę tym 

sposobem nie tylko święta, lecz i marny Ŝywot".

Otarł pot z czoła wielką chustką — zieloną, broń BoŜe nie czerwona, bo ktoś 

mu powiedział, Ŝe czerwony kolor draŜni smoki.

Smoka jednak nie spotkał. Na próŜno kręcił się po wszystkich drogach i 

ś

cieŜkach, a nawet na przełaj po bezludnych cudzych polach. Garm oczywiście nie 

zdał się na nic. Dreptał tuŜ za kobyłka i ani myślał węszyć tropów.

Wreszcie znaleźli się na krętej drodze, gdzie nie było widać śladów 

zniszczenia i panował, jak się zdawało błogi spokój. Ujechali nią z pół mili i DŜil 

dochodził do wniosku, Ŝe właściwie zrobił juŜ wszystko, co do niego naleŜało i czego 

wymagała jego sława. Utwierdził się właśnie w przekonaniu, Ŝe dalej i dłuŜej nie 

warto smoka szukać i moŜna z czystym sumieniem zawrócić domu na obiad. 

Przyjaciołom postanowił oznajmić, Ŝe bestia na sam jego widok uciekła w popłochu. 

Tak rozmyślając wyjechał nagle zza ostrego zakrętu,..

Przed nim leŜał smok. Gniotąc olbrzymim cielskiem Ŝywopłot,  wyciągnął  

straszliwy  łeb  na  środek  drogi i spał smacznie.

— Ratuj! — wrzasnął Garm i umknął.

Siwa kobyłka przysiadła na zadzie, a DŜil fiknął kozła nad jej głową i padł na 

background image

wznak prosto w przydroŜną kałuŜę. Kiedy otworzył oczy, stwierdził, Ŝe smok zbudził 

się i patrzy na niego uwaŜnie.

— Dzień dobry — rzekł smok. — Zdaje mi się, Ŝe jesteś zaskoczony.

— Dzień dobry — odparł DŜil. — Zgadłeś.

— Wybacz — rzekł smok. Ucho sterczało mu do góry, bo nadstawił je 

nieufnie, gdy usłyszał brzęk zbroi padającego na ziemię DŜila. — Wybacz, Ŝe 

zapytam,, czy przypadkiem nie mnie właśnie szukałeś.

— Co znowu! — zaprzeczył DŜil. — KtóŜ mógł się ciebie spodziewać w tym 

miejscu? Wybrałem się tak sobie, na przejaŜdŜkę.

To mówiąc DŜil gramolił się pospiesznie z kałuŜy i wycofywał ku swojej 

kobyłce, która juŜ uspokojona skubała jak gdyby nigdy nic przydroŜną trawę.

— A więc spotkaliśmy się szczęśliwym trafem — rzekł smok. — Cała 

przyjemność po mojej stronie. Jak widzę, masz na sobie odświętne ubranie. Pewnie 

taka teraz u was nowa moda, co?

Spadając z siwki DŜil zgubił kapelusz, a poły płaszcza rozchyliły się szeroko. 

Lecz DŜil juŜ się nie usiłował kryć.

— A tak — odparł. — Najnowsza! Pozwól, Ŝe pojadę za psem. Pogonił za 

królikiem, jeśli się nie mylę.

— Mylisz się — rzekł Chrysophylax oblizując wargi, co robił zawsze, kiedy 

go coś ubawiło. — Pies będzie w domu znacznie wcześniej niŜ ty. Bardzo jednak 

proszę, jedź, gdzie masz ochotę, szanowny panie... panie... Przepraszam, nie znam 

twego nazwiska.

— Ja takŜe nie znam twojego — odparł DŜil — i nie jestem go ciekawy.

— Twoja wola — rzekł Chrysophylax i znów oblizał wargi, udając przy tym, 

Ŝ

e zamyka oczy. Miał złe serce — jak zwykle smoki — lecz nie bardzo odwaŜne; to 

takŜe między smokami często się zdarza. Lubił jeść, ale wolał zdobywać obiad bez 

walki. JednakŜe po długiej drzemce wrócił mu apetyt. Proboszcz z Dąbrowy okazał 

się dość łykowaty, Chrysophylax od bardzo dawna nie miał juŜ w pysku smacznego, 

tłustego człowieka.

Postanowił więc teraz skorzystać z okazji, czekał tylko na chwilę roztargnienia 

tego głupiego grubasa.

Ale grubas wcale nie był taki głupi, jak się smokowi zdawało. Nie spuszczał 

wzroku z przeciwnika nawet w chwili, gdy usiłował wdrapać się na siodło. Kobyłka 

wszakŜe miała inne plany. Wierzgała i kopała, nie pozwalając się dosiąść. Smok 

background image

tracąc cierpliwość spręŜył się juŜ do skoku.

— Przepraszam — rzekł — czy mi się zdaje, czy coś ci upadło?

Stary, znany podstęp, ale w tym wypadku skuteczny. DŜil bowiem 

rzeczywiście coś zgubił. Padając wypuścił z ręki Caudimordaksa — czyli mówiąc 

prościej Gryzi-ogona — który leŜał dotychczas przy drodze. DŜil schylił się, Ŝeby go 

podnieść, i w tym momencie smok skoczył. Lecz Gryzi-ogon był szybszy od niego. 

Ledwie się znalazł w garści DŜila, wyrwał się naprzód i jak błyskawica śmignął tuŜ 

przed oczyma smoka.

— EjŜe! — powiedział smok stając w miejscu jak wryty. — Co ty tam masz?

— Drobiazg — odparł DŜil. — Po prostu Gryzi-ogona, którego dostałem od 

króla w podarunku.

— Pomyliłem się — rzekł smok. — Bardzo cię przepraszam! — Przywarł 

plackiem do ziemi, a w DŜila na ten widok nowy duch wstąpił. — Swoją drogą, 

nieładnie ze mną postąpiłeś.

— Nieładnie? — spytał DŜil. — Dlaczego? I dlaczego miałem z tobą ładnie 

postępować?

— Zataiłeś przede mną swoje szlachetne nazwisko i udałeś, Ŝe spotkaliśmy się 

przypadkiem. A przecieŜ jesteś niewątpliwie rycerzem, i to bardzo wysokiego rodu. 

Dawniej, szanowny panie, istniał zwyczaj, Ŝe w podobnych okazjach rycerze 

wymieniali najpierw wszystkie swoje tytuły i wyzywali przeciwnika uroczyście na 

pojedynek.

— MoŜe taki zwyczaj istniał, a moŜe nawet dotychczas istnieje — odparł DŜil, 

coraz bardziej z siebie zadowolony. Człowiek, przed którym ogromny, królewski 

smok czołga się w prochu, ma prawo do pewnej dumy. — Ale znowu się mylisz, stary 

gadzie. Nie jestem rycerzem. Nazywam się Aegidius i jestem gospodarzem z Ham. 

Nie cierpię natrętów na swoich polach. Strzelałem juŜ z mojego garłacza do 

olbrzymów, chociaŜ mniej szkody wyrządzali niŜ ty, lecz ich takŜe nie śniło mi się 

wyzywać uroczyście na pojedynek.

Smok bardzo się stropił. “Diabli nadali tego olbrzyma — pomyślał. — 

Okłamał mnie łajdak. Co teraz zrobić z tym zuchwałym chłopem, który w dodatku ma 

taki błyszczący i napastliwy miecz w garści?"

Nic podobnego nigdy mu się  jeszcze nie  zdarzyło.

— Nazywam się Chrysophylax — przedstawił się. Chrysophylax Bogaty. 

Czym mogę słuŜyć, zacny panie? — spytał przymilnie, zerkając spod oka na miecz i 

background image

łamiąc sobie głowę, jak by tu uniknąć starcia.

— UsłuŜysz mi najlepiej, jeŜeli wyniesiesz się stąd co prędzej, kostropaty 

gadzie — odrzekł DŜil, równieŜ łamiąc sobie głowę, jak by tu uniknąć starcia. — 

Jednego tylko chcę: Ŝebyś mi zszedł z oczu. Precz, wracaj do swojej brudnej nory!

I DŜil postąpił krok naprzód, wymachując rękami, jakby straszył wrony. To 

wystarczyło, Ŝeby rozpętać Gryzi-ogona. Błysnął, zafurczał w powietrzu, spadł i 

rąbnął smoka w nasadę prawego skrzydła, aŜ pancerz zadzwonił, a potwór osłupiał od 

wstrząsu. Oczywiście gdyby DŜil miał pojęcie o właściwych sposobach walki ze 

smokami, wymierzyłby w jakieś bardziej wraŜliwe miejsce. Gryzi-ogon zrobił 

wszakŜe co mógł w niedoświadczonych rękach. Cios był i tak dla smoka dotkliwy, 

pozbawił go na wiele dni władzy w skrzydle. Poderwał się, chcąc ulecieć, lecz opadł 

bezradnie. DŜil natomiast skoczył teraz na siodło bez trudu. Smok puścił się biegiem. 

Siwa kobyłka za nim. Smok zmykał galopem przez pole, sapiąc i chrapiąc. Siwa 

kobyłka za nim. DŜil ryczał i pokrzykiwał jak widz na wyścigach. I wciąŜ 

wymachiwał mieczem. Smok im prędzej biegł, tym bardziej tracił głowę. A siwa 

kobyłka gnała za nim co sił w nogach i deptała mu wciąŜ po piętach.

Tak mknęli po drogach, przesadzając Ŝywopłoty, na przełaj polami, w bród 

przez rzeki. Smok dymił, ryczał, biegł na oślep, byle przed siebie. Nagle ujrzeli most 

prowadzący do wsi Kam, jak grzmot przemknęli po nim i ze straszliwym zgiełkiem 

wpadli w główną ulicę wioski. Bezczelny Garm wybiegł z opłotków i przyłączył się 

teraz do pogoni.

Wszyscy mieszkańcy wsi cisnęli się do okien, niektórzy nawet wdrapywali się 

na dachy. Jedni śmiali się, inni wiwatowali, a jeszcze inni walili w blachy, w patelnie 

i w kotły albo dęli w rogi, fujarki i gwizdki. Proboszcz kazał bić w dzwony. 

Podobnego ruchu i zgiełku od stu lat w Ham nie widziano.

Wreszcie na placu przed kościołem smok skapitulował. Padł dysząc cięŜko 

pośrodku drogi. Garm zbliŜył się i obwąchiwał mu ogon, lecz Chrosophylax wyzbył 

się juŜ resztek wstydu.

— Dobrzy ludzie, męŜny wojowniku! — wysapał, gdy nadjechał DŜil, a 

wszyscy mieszkańcy Ham zgromadzili się wkoło (jakkolwiek w bezpiecznej 

odległości), uzbrojeni w widły, kije i pogrzebacze. — Dobrzy ludzie, nie zabijajcie 

mnie! Jestem bardzo bogaty. Zapłacę za wszelkie szkody, które wyrządziłem. Poniosę 

koszty pogrzebu ofiar, a w szczególności proboszcza z Dąbrowy; zafunduję mu 

piękny pomnik, chociaŜ był doprawdy dość łykowaty. KaŜdy z was dostanie hojny 

background image

podarek, jeŜeli pozwolicie mi pójść do mego domu, gdzie trzymam swoje skarby.

— Ile? — spytał DŜil.

— Zastanówmy się — odparł smok, szybko rachując w myślach. Tłum wydał 

mu się trochę zbyt liczny. — Trzynaście szylingów i osiem pensów na osobę.

— śarty! — powiedział DŜil. — Kpiny! — powiedzieli ludzie. — Bzdura! — 

szczeknął pies.

— Po dwie złote gwinee, dzieciom pół ceny — zaproponował smok.

— A psom? — spytał Garm.

— Mów dalej — rzekł DŜil. — Słuchamy.

— Dziesięć funtów i sakiewka srebra na osobę, złote obroŜe dla psów — rzekł 

mocno juŜ zaniepokojony Chrysophylax.

— Zabić go! — ryknął tłum, tracąc wreszcie cierpliwość.

— Worek złota dla kaŜdego, a dla dam brylanty? — skwapliwie zaofiarował 

Chrysophylax.

— Teraz juŜ gadasz do rzeczy, ale to jeszcze za mało — powiedział DŜil.

— O psach znowu zapomniałeś — rzekł Garm.

— Jakiej wielkości będą worki? — pytali męŜczyźni.

— Po ile brylantów? — chciały wiedzieć kobiety.

— Bójcie się Boga! — jęknął smok. — Zrujnujecie mnie do szczętu.

— ZasłuŜyłeś   sobie   na to — rzekł DŜil. — Wybieraj, co wolisz stracić: 

majątek czy Ŝycie.

I machnął Gryzi-ogone: aŜ smok skulił się na ziemi;

 — Prędzej! Namyśl się prędzej! — krzyczeli ludzie, nabierając odwagi i 

podchodząc coraz bliŜej.

Cłirysophylax przymknął oczy niby w skupieniu, lecz naprawdę trząsł się ze 

ś

miechu, tak jednak skrycie, Ŝe nikt tego nie dostrzegł. Targ zaczynał go bawić. 

Ludzie najwidoczniej spodziewali się wiele na nim skorzystać. Nie mieli pojęcia o 

zwyczajach i podstępach wielkiego zepsutego świata; w całym królestwie nie było 

człowieka, który by miał jakieś praktyczne doświadczenie w stosunkach ze smokami i 

znał ich chytrość. Chrysophylax oddychał coraz swobodniej i myślał coraz jaśniej. 

Oblizał wargi.

— Powiedzcie swoją cenę — rzekł.

Zagadali wszyscy naraz. Smok przysłuchiwał się z zainteresowaniem. Jeden 

tylko głos mącił jego spokój: głos kowala.

background image

— Nic dobrego z tego nie wyniknie, zapamiętajcie moje słowa — prawił 

kowal. — Mówcie, co chcecie, a ja powiadam, Ŝe gad nie wróci. Zresztą tak czy owak 

nie wyniknie z tej historii nic dobrego.

— MoŜesz się wyłączyć z ogólnej umowy, jeŜeli ci się nie podoba — odparli 

mu na to sąsiedzi i dalej spierali się między sobą, nie zwracając wiele uwagi na 

smoka.

Chrysophylax podniósł łeb. MoŜe namyślał się, czy zaatakować znienacka 

tłum, czy teŜ wymknąć się cichcem korzystając z zamieszania — w kaŜdym razie 

musiał się tych zamiarów co prędzej wyrzec. DŜil wprawdzie Ŝuł w zadumie jakąś 

trawkę, lecz Gryzi-ogona trzymał w garści i smoka ani na sekundę z oczu nie 

spuszczał.

— Nie waŜ się ruszyć — powiedział — bo jak cię rąbnę, to ci nawet góra złota 

nie pomoŜe.

Smok przywarował znowu. Wreszcie gromada wypchnęła naprzód 

proboszcza, Ŝeby przemówił w jej imieniu. Ksiądz stanął u boku DŜila.

— Nikczemny gadzie — rzekł. — śądamy,  Ŝebyś przyniósł tu, na to miejsce, 

cały swój majątek nabyty z rozboju. Najpierw wynagrodzimy pokrzywdzonym 

wszystkie straty, a potem resztę rozdzielimy sprawiedliwie między siebie. Wówczas 

dopiero, jeśli przysięgniesz, Ŝe nigdy więcej nie napadniesz naszego kraju ani teŜ 

Ŝ

adnego innego potwora do napaści nie podjudzisz, pozwolimy ci odejść do twego 

domu z głową i ogonem. Teraz złoŜysz przysięgę, Ŝe wrócisz z okupem, a zaklniesz 

się na takie potęgi, Ŝe nawet twoje smocze sumienie nie ośmieli się im 

sprzeniewierzyć,

Chrysophylax, Ŝeby tym lepiej oczy im zamydlić, udał, Ŝe się waha. Ronił z 

Ŝ

alu nad stratą majątku łzy tak gorące, Ŝe rozlewając się w kałuŜe na drodze kipiały i 

parowały. Zaprzysiągł uroczyście, klnąc się na przedziwne i straszliwe potęgi, Ŝe 

stawi się niezawodnie z całym swoim skarbem w dzień świętych Hilarego i Feliksa, 

czyli za osiem dni: termin oczywiście za krótki na tak daleką podróŜ i nawet nie 

uczeni geografii wieśniacy powinni byli to wiedzieć. JednakŜe nikt nie zaprotestował, 

pozwolono smokowi odejść, a mieszkańcy wsi odprowadzili go aŜ do mostu.

— Do zobaczenia! — zawołał juŜ z drugiego brzegu. — Z pewnością 

będziemy do siebie tęsknić.

— My do ciebie z pewnością! — odkrzyknęli ludzie.

Postąpili oczywiście bardzo niemądrze. KaŜda inna istota  po  złoŜeniu  tak  

background image

uroczystej   przysięgi  miałaby skrupuły i lękałaby się, Ŝe łamiąc wiarę ściągnie na 

siebie okropne nieszczęścia, ale smok w ogóle nie miał sumienia. Pewnie, prości 

ludzie nie mogli o takie kalectwo podejrzewać stwora bądź co bądź wielkiego rodu, 

dziwne jednak, Ŝe proboszcz,  który  tyle uczonych ksiąg w Ŝyciu przeczytał, równieŜ 

się tego nie domyślił. MoŜe się zresztą domyślił. Jako gramatyk niewątpliwie jaśniej 

przewidywał przyszłość niŜ inni ludzie.

Kowal wracając do kuźni kręcił głową.

— ZłowróŜbne imiona — mruczał. — Hilary i Felix!

AŜ w uchu wierci. — Bo Hilary w pospolitym języku znaczy: wesoły, a Feliks: 

szczęśliwy.

Król oczywiście wkrótce dowiedział się o całym zdarzeniu. Wieść jak płomień 

szerzyła się po kraju, a prze-chodząc z ust do ust nabierała po drodze tym Ŝywszych 

kolorów. Król bardzo się nią zainteresował z wielu powodów, wśród których niemałą 

rolę odgrywały względy finansowe. ToteŜ postanowił udać się we własnej osobie do 

wsi, w której działy się tak niezwykłe rzeczy.

W cztery dni po odejściu smoka wjechał przez most do Ham na białym 

rumaku, otoczony świtą rycerzy, z trębaczami i ogromnym taborem. Mieszkańcy wsi 

w odświętnych ubraniach ustawili się szpalerem wzdłuŜ głównej ulicy na powitanie 

monarchy. Orszak zatrzymał się na placu przed kościołem. DŜil, gdy go 

przedstawiano królowi, przykląkł, lecz władca kazał mu wstać i nawet poklepał go 

łaskawie po ramieniu. Rycerze udawali, Ŝe nie widzą tej poufałości.

Potem król zwołał całą wieś na rozległe pastwisko DŜilowe nad rzeką, a gdy 

się wszyscy zgromadzili — włącznie z Garmem, który uznał, Ŝe jego teŜ ta sprawa 

dotyczy — Augustus Bonifacius rex et basileus raczył łaskawie wygłosić 

przemówienie.

Wytłumaczył dobitnie, Ŝe majątek poganina Chrysophylaksa w całości naleŜy 

do niego, jako do władcy kraju. Nie uzasadniał szerzej swoich praw do 

zwierzchnictwa  równieŜ  nad  krainą  górską   (były  bowiem sporne), lecz stwierdził, 

Ŝ

e “w kaŜdym razie nie ma wątpliwości, iŜ gad ów ukradł ongi naszym przodkom to 

wszystko, co dziś posiada. Ale Ŝe jesteśmy, jak powszechnie wiadomo, sprawiedliwi i 

wspaniałomyślni, nie pozostawimy naszego zacnego lennika Aegidiusa bez nagrody; 

kaŜdy teŜ z naszych wiernych poddanych z tej wsi otrzyma jakiś dowód naszego 

uznania, nikogo nie pominiemy, od proboszcza do najmniejszego dziecka. Wioska 

Ham uradowała bowiem nasze królewskie serce.

background image

Tu przynajmniej lud dzielny i nieprzekupny zachował staroŜytne cnoty 

naszego plemienia".

Rycerze tymczasem rozmawiali między sobą o najnowszych fasonach 

kapeluszy.

Król nie opuścił po tym przemówieniu wioski. Rozbił obóz na DŜilowym polu 

i oczekując dnia czternastego stycznia zaŜywał wraz z dworem przyjemności, jakich 

mogła dostarczyć skromna wieś, odległa o wiele mil od stolicy. Świta królewska w 

ciągu trzech dni ogołocił; wieś doszczętnie z chleba, masła, jaj, słoniny i baranie go 

mięsa, a takŜe wysuszyła do dna wszystkie beczki z piwem. Po czym zaczęła szemrać 

na skąpe wyŜywi nie. Król jednak za wszystko płacił hojnie kwitami obiecując ich 

wymianę w państwowej kasie na gotówkę; liczył bowiem, Ŝe jego skarbiec wkrótce 

się napełni Mieszkańcy  Ham,   nic  nie   wiedząc o rzeczywistym stanie królewskiego 

skarbca, przyjmowali kwity z wielkim zadowoleniem.

Nadszedł czternasty stycznia, dzień świętych Hilarego i Feliksa. Wszyscy od 

ś

witu byli na nogach. Rycerze przywdziali zbroje. DŜil ubrał się w swoją kolczugę 

domowej roboty, co wywołało drwiące uśmiechy w gronie rycerstwa, lecz król 

poskromił je jednym zmarszczeniem brwi. DŜil przypasał teŜ miecz. Gryzi-ogon 

potulnie wsunął się do pochwy i wcale się z niej nie wyrywał. Proboszcz popatrzył na 

niego uwaŜnie i pokiwał głową, szepcząc coś sam do siebie. Kowal roześmiał się w 

głos. Nadeszło południe. Ludziom z przejęcia nawet obiadu się odechciało. 

Popołudnie wlokło się ospale. Gryzi-ogon w dalszym ciągu wcale nie zdradzał chęci 

wyskoczenia z pochwy. Czatujący na wzgórzu wartownicy i mali chłopcy, którzy na 

ochotnika wdrapali się na najwyŜsze drzewa, daremnie wytęŜali oczy: ani na ziemi, 

ani na niebie Ŝaden znak nie zwiastował zbliŜania się smoka.

Kowal pogwizdywał wesoło, lecz innym ludziom dopiero z zapadnięciem 

wieczoru, kiedy gwiazdy błysnęły na firmamencie, po raz pierwszy zaświtało 

podejrzenie, Ŝe moŜe smok od początku nie zamierzał dotrzymać obietnicy. 

Wspominając jednak uroczystą przysięgę, nie tracili mimo wszystko nadziei. 

Wreszcie gdy wybiła północ i wyznaczony dzień minął, ludzi ogarnęło zniechęcenie. 

Tylko kowal był w siódmym niebie.

— A co, nie mówiłem! — tryumfował. Lecz nie przekonał gromady.

— Bądź co bądź gad był cięŜko ranny — zauwaŜył ktoś.

— I termin wyznaczyliśmy za krótki — stwierdził inny. — Do gór kawał 

drogi, a on przecieŜ dźwiga niemałe cięŜary. MoŜe musiał szukać pomocników.

background image

Lecz minął następny dzień, potem drugi.   Resztka   nadziei rozwiała   się   

ostatecznie. Król wpadł w straszny gniew. Prowianty i napoje wyczerpały się we wsi, 

królewska świta narzekała    juŜ   głośno. Rycerze   tęsknili   do dworskich   wygód   i 

przyjemności. Ale król   bardzo   potrzebował pieniędzy.

 PoŜegnał się z wiernymi poddanymi krótko i węzłowato. Połowę wydanych 

poprzednio kwitów uniewaŜnił. DŜila potraktował chłodno, ledwie mu kiwnął głową.

— Wkrótce otrzymacie nasze dalsze rozporządzenia — rzekł i odjechał wraz z 

rycerzami i trębaczami.

Bardziej ufni i naiwni ludzie spodziewali się, Ŝe lada dzień król zaprosi 

Aegidiusa do stolicy, Ŝeby go pasować na rycerza. Rzeczywiście w tydzień później 

nadeszło pismo, lecz zupełnie innej treści. Był to list w trzech kopiach: jedną 

wysłaniec wręczył DŜilowi, drugą proboszczowi, a trzecią przybił na drzwiach 

kościoła. Prawdę   mówiąc   wystarczyłby   jeden   list   do   proboszcza, bo nikt prócz 

niego nie umiał rozszyfrować niewyraźnych zawijasów dworskiego skryby, dla 

prostych ludzi równie   niepojętych   jak   łacina   uczonych.   Proboszcz przełoŜył list 

na pospolity język i odczytał z ambony. Tekst był zwięzły i rzeczowy — w 

porównaniu z większością królewskich listów.  Król  bowiem bardzo  się spieszył.

My, Augustus B.A.A.A.P.iM. rex et basileus et cetera, oznajmiamy, Ŝe dla 

bezpieczeństwa naszego królestwa oraz honoru naszego imienia postanowiliśmy, iŜ 

gada, który sam mieni się Chrysophylaksem Bogatym, naleŜy ująć i surowo ukarać za 

jego występki, matactwa    i    nikczemne    przeniewierstwo. Wzywam tedy 

niniejszym wszystkich rycerzy naszego domu pod broń i polecam im czekać w 

pogotowiu na przybycie Aegidiusa A.J., rolnika ze wsi Ham. PoniewaŜ bowiem 

rzeczony Aegidius dał dowody, Ŝe godzien jest  naszego  zaufania  i  zdatny  do  walki 

z olbrzymami, smokami oraz wszelkimi nieprzyjaciółmi królewskiego pokoju, 

rozkazujemy, aby niezwłocznie stawił się w stolicy i przyłączył do zastępu naszego 

rycerstwa.

Sąsiedzi powiadali, Ŝe Aegidiusa spotkał niemały za-szczyt, który w gruncie 

rzeczy znaczy tyleŜ co uroczyste pasowanie na rycerza. Młynarz nawet mu zazdrościł.

— Nasz Aegidius wysoko zajdzie — rzekł. — Miejmy nadzieją, Ŝe zechce nas 

znać jeszcze, gdy wróci z tej wyprawy.

— Ba, czy w ogóle wróci? — powiedział kowal.

— Dość, przestańcie krakać! — krzyknął Aegidius, nie posiadając się juŜ z 

gniewu. — GwiŜdŜę na zaszczyt. Bylebym wrócił cały, nawet młynarza powitam z 

background image

radością. ChociaŜ trzeba przyznać, Ŝe osładza mi tą pigułkę myśl, iŜ was dwóch 

przynajmniej na czas jakiś z oczu stracą.

Z tymi słowami porzucił kompanią. Królowi nie sposób wymawiać się tak jak 

sąsiadom. Trudno, nawet jeśli owce się kocą, orka czeka, krowy czas doić albo wodą 

nosić — trzeba jechać. DŜil osiodłał więc siwą kobyłką i przygotował się do drogi. W 

ostatniej chwili nadszedł proboszcz.

— Bierzesz chyba z sobą mocny powróz? — spytał.

— A to po co? — zdziwił sią DŜil. — śeby się powiesić?

— DajŜe spokój! Głowa do góry, kochany Aegidijusie — odparł proboszcz. — 

Mnie się zdaje, Ŝe moŜesz zaufać swojemu szczęściu. Weź jednak z sobą powróz, bo 

jeŜeli się nie mylę, bardzo ci się przyda. Jedź juŜ i wracaj do nas zdrowy!

— A właśnie! Nawet jeŜeli wrócę, ciekaw jestem, w jakim stanie zastaną dom 

i gospodarkę! Diabli nadali smoka — rzekł DŜil. Wcisnął gruby zwój powroza do 

juków i ruszył.

Nie wziął z sobą psa, który zresztą od rana starał mu się nie nawijać przed 

oczy. Dopiero po wyjeździe pana Garm wśliznął się do domu i nie wytykając nosa z 

kuchni wył przez całą noc Ŝałośnie; nie uspokoił się nawet wówczas, gdy mu 

gospodyni spuściła lanie.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — jęczał. — JuŜ nigdy nie ujrzę mojego kochanego 

pana, mojego groźnego, wspaniałego pana! CzemuŜ, ach czemuŜ nie pobiegłem za 

nim!

— Zamknij pysk! — fuknęła Agata. — Bo postaram się, Ŝebyś naprawdę nie 

doczekał powrotu pana. Kowal usłyszał wycie psa.

— Zły omen! — stwierdził z satysfakcją. Dni mijały bez wieści.

— Przygotujmy się na najgorsze — rzekł i zaczął wesoło wyśpiewywać.

DŜil zajechał na dwór zmęczony i zakurzony. Rycerze w lśniących zbrojach i 

błyszczących hełmach stali na dziedzińcu, kaŜdy przy swoim wierzchowcu. Nie w 

smak im było królewskie wezwanie i burzyli się przeciw dołączeniu chłopa do 

rycerskiego zastępu, więc na złość uparli się wykonać rozkaz dosłownie i ruszyć 

natychmiast, nie dając biednemu DŜilowi wytchnienia. Nieborak ledwie zdąŜył 

przegryźć kromkę chleba i przepłukać gardło łykiem wina. Siwa kobyłka prychała 

gniewnie. Na szczęście nie powiedziała głośno tego, co o królu pomyślała, bo 

dopuściłaby się obrazy majestatu.

Dzień juŜ się chylił ku zachodowi. Nie pora wyruszać w drogę, tym bardziej 

background image

na smoka — rzekł sobie w duchu DŜil. ToteŜ nie zajechali tego dnia daleko. 

Dworakom, skoro postawili na swoim, juŜ się teraz wcale nie spieszyło. Rycerze, 

giermkowie, słuŜba, juczne kuce i tabory — wszyscy posuwali się leniwie, nie 

pilnując bojowego szyku. DŜil na swojej zmęczonej kobyłce człapał ostatni.

Wieczorem zatrzymali się na popas i rozbili namioty. Dla DŜila nie pomyślano 

o Ŝadnym zaopatrzeniu, musiał więc najniezbędniejsze rzeczy poŜyczać od innych. 

Kobyłka oburzona winszowała sobie, Ŝe nie naleŜy do królewskiej świty.

Nazajutrz ruszyli i dopiero trzeciego dnia pod wieczór ujrzeli na widnokręgu 

zamglony, nieprzyjazny łań-cuch gór. Wkrótce potem znaleźli się w krainie, gdzie 

władza Augustusa Bonifaciusa nie była powszechnie uznawana. Posuwali się teraz 

ostroŜniej i bardziej zwartym szykiem.

Czwartego dnia dotarli do Dzikich Wzgórz, na pogranicze krainy o złej sławie, 

zaludnionej, jak powiadano, przez rozmaite legendarne istoty. Nagle któryś z 

jeźdźców jadących na czele spostrzegł w piasku nad potokiem jakieś podejrzane 

ś

lady. Przywołano DŜila.

— Co to za ślady, mości Aegidiusie? — spytali rycerze.

— Smocze — odparł DŜil.

— Odtąd ty będziesz prowadził — rzekli. Dalej więc jechali kierując się na 

zachód, a DŜil na czele dzwonił i brzęczał pierścieniami naszytymi na skórzany 

kaftan. Nie miało to juŜ teraz znaczenia, bo rycerze głośno śmiali się i rozmawiali, a 

towarzyszący im minstrel śpiewał pieśni. Od czasu do czasu wszyscy podejmowali 

chórem melodię, nie Ŝałując gardeł. Pieśń była piękna i dodawała ludziom ducha, 

pochodziła bo-wiem z dawnych lat, kiedy więcej toczono prawdziwych bitew niŜ 

dworskich turniejów. Mimo to śpiewając popełniali wielką nieostroŜność. 

Zawiadamiali tym sposobem wszystkie stwory zamieszkujące tę krainę o swoim 

przybyciu; smoki ocknęły się w jamach i nadstawiły czujnie uszu. Wyprawa nie 

mogła juŜ Chrysophylaksa zaskoczyć znienacka we śnie.

Siwa kobyłka DŜila szczęśliwym trafem — a moŜe i naumyślnie — nagle 

okulała, gdy wjechali w cień posępnych gór. Musieli teraz wspinać się mozolnie 

stromymi, kamienistymi ścieŜkami i lęk ogarniał ich coraz silniej. Siwa kobyłka 

pozwalała się wyprzedzać innym koniom, potykała się i kulała, i miała tak smutną 

minę, Ŝe wreszcie DŜil zsiadł i szedł odtąd obok niej piechotą. Wkrótce znalazł się 

wraz ze swoją wierzchówką na samym końcu pochodu, pośród jucznych kucyków, 

lecz nikt na to nie zwrócił uwagi. Gdyby rycerze nie byli tak zajęci sporem o prawa 

background image

pierwszeństwa u dworu, musieliby spostrzec liczne i zupełnie juŜ tutaj wyraźne ślady 

smoczych łap. Dotarli bowiem do okolicy, po której Chrysophylax często się wałęsał i 

gdzie lubił lądować po codziennych lotach. NiŜsze pagórki i stoki po obu stronach 

ś

cieŜki zdawały się stratowane i wypalone. Trawa rosła na nich skąpo, a zwichrzone 

czarne kępy wrzosów i janowca sterczały pośród rozległych plam nagiej, spopielałej 

ziemi. Obszar ten od wielu lat słuŜył smokom za boisko. Przed rycerzami majaczyła 

ciemna ściana gór.

Niedomaganie siwej kobyłki martwiło DŜila, lecz cieszył się, Ŝe ma dzięki 

temu wymówkę, by nie paradować na najbardziej widocznym miejscu w druŜynie. 

Wcale nie było mu przyjemnie jechać na czele kawalkady przez tę ponurą i 

niebezpieczną krainę. Wkrótce potem ucieszył się jeszcze bardziej i dziękował losowi 

— oraz siwej kobyłce. Około południa bowiem — a był to siódmy dzień wędrówki i 

przypadało święto Matki Boskiej Gromnicznej — Gryzi-ogon wyskoczył z pochwy, a 

smok ze swej jamy. Bez ostrzeŜenia i bez ceremonii wystąpił do boju. Leciał wprost 

na królewską druŜynę,   z wielkim  szumem  i  hukiem.   Poprzednio, z dala od 

własnej siedziby, okazał się niezbyt męŜny, mimo Ŝe szczycił się pochodzeniem z 

moŜnego rodu. Teraz jednak płonął straszliwym gniewem, poniewaŜ walczył niejako 

w progu swego domu i bronił swoich skarbów. Jak burza wychynął znad górskiego 

ramienia w poświście huraganu i lawinie czerwonych piorunów. Spór o 

pierwszeństwo na dworze urwał się jak noŜem uciął. Konie spłoszone odskoczyły tak 

gwałtownie, Ŝe wielu rycerzy stoczyło się z siodeł. Kucyki z taboru umknęły 

błyskawicznie, a pachołkowie z nimi razem. W tym bowiem towarzystwie nikt nie 

miał wątpliwości co do praw pierwszeństwa.

 Znienacka ogarnęła druŜynę chmura dymu, zapierając dech we wszystkich 

piersiach, a w jej osłonie smok runął na pierwsze szeregi królewskiego rycerstwa. 

Wielu wojaków zginęło, nim zdąŜyli wyjąkać formalne wyzwanie do walki, niejeden 

zwalił się na ziemię raŜeni z koniem i całym rynsztunkiem. O losie pozostałych 

rozstrzygnęły wierzchowce, które zawróciwszy w miejscu rzuciły się do ucieczki, nie 

pytając jeźdźców, czy sobie tego Ŝyczą, czy nie. PrzewaŜnie zresztą Ŝyczyli sobie tego 

serdecznie.

Tylko siwa kobyłka stała niewzruszenie. MoŜe bała się połamać nogi na 

stromej, kamienistej ścieŜce. MoŜe czuła się zanadto zmęczona, Ŝeby uciekać. Była 

przeświadczona, Ŝe z dwojga złego lepiej jest mieć skrzydlatego potwora przed sobą 

niŜ za swymi plecami i Ŝe ucieczką mogłaby się ocalić jedynie wtedy, gdyby umiała 

background image

galopować szybciej od najściglejszego wyścigowca. Zresztą spotkała się juŜ raz z 

Chrysophylaksem i pamiętała, jak gnała go przez pola i strumienie swojej rodzinnej 

okolicy, dopóki nie padł ujarzmiony pośrodku wiejskiej   drogi.   W  kaŜdym   razie   

rozparła   szeroko wszystkie cztery nogi i zarŜała głośno. DŜil zbladł — o tyle, o ile 

na to pozwalała jego rumiana cera — lecz został u boku swojej kobyłki, bo nie 

widział innej rady.

Tak się więc stało, Ŝe smok, rozbiwszy cały rycerski zastęp i wciąŜ prąc dalej 

naprzód, znalazł się nagle oko w oko ze swoim  niedawnym pogromcą  uzbrojonym w 

Gryzi-ogona. Wcale się tego nie spodziewał. Skręcił w locie jak olbrzymi, niezgrabny 

nietoperz i opadł tuŜ przy drodze na górski stok. Siwa kobyłka ruszyła ku niemu, 

zapominając nawet o kulawej nodze. DŜil, nabierając nowej otuchy, szybko wdrapał 

się na siodło.

— Przepraszam — rzekł — czy przypadkiem moŜe mnie szukałeś?

— Doprawdy nie — odparł Chrysophylax. — KtóŜ by się ciebie mógł właśnie 

tutaj spodziewać? Tak sobie wyfrunąłem dla rozrywki.

— A więc spotkaliśmy się tylko szczęśliwym trafem — rzekł DŜil. — Cała 

przyjemność po mojej stronie. Ja bowiem szukałem ciebie. Co więcej, mamy z sobą, 

Ŝ

e tak powiem, na pieńku.

Smok parsknął. DŜil wyciągnął ramię, Ŝeby osłonić się od palącego smoczego 

oddechu, i w tym samym momencie Gryzi-ogon błysnął i świsnął w powietrzu tuŜ 

przed nosem bestii.

— EjŜe! — krzyknął smok i cofnął się, a cały ogień w nim przygasł zmroŜony 

strachem. — Mam nadzieję, Ŝe nie przyszedłeś tu po to, Ŝeby mnie uśmiercić, zacny 

panie — jęknął.

— Co znowu! — odparł DŜil. — Nic przecieŜ nie mówię o uśmiercaniu.

Siwa kobyłka kichnęła.

— Pozwól więc, Ŝe zapytam, co właściwie robisz wśród tych wszystkich 

rycerzy — rzekł Chrysophylax. — Rycerze zazwyczaj zabijają smoki, chyba Ŝe 

smokom uda się przedtem zabić rycerzy.

— Co wśród nich robię? Nic. Nic a nic mnie z nimi nie łączy — odparł DŜil. 

— Zresztą rycerzy juŜ nie ma. Polegli albo zwiali. Pomówmy lepiej o przyrzeczeniu, 

które mi złoŜyłeś w dzień Trzech Króli.

— A cóŜ o tym moŜna powiedzieć? — spytał smok zaniepokojony.

— Termin upłynął miesiąc temu — rzekł DŜil. — Zalegasz z wypłatą, więc 

background image

przyszedłem po nią aŜ tutaj. Powinieneś mnie przeprosić za fatygę, na jaką mnie 

naraziłeś.

— Przepraszam — odparł smok. — Szczerze bym wolał, Ŝebyś się nie 

fatygował i nie przychodził.

— Dawaj zaraz cały swój skarb i nie próbuj Ŝadnych sztuczek — rzekł DŜil — 

bo cię usiekę i powieszę twoją skórę na dzwonnicy kościelnej ku przestrodze innym 

smokom.

— Nie bądź dla mnie taki okrutny! — powiedział smok.

— Umowa jest umową — odparł DŜil.

— Czy nie pozwolisz mi zatrzymać chociaŜ kilku pierścieni i garstki złota? 

Mógłbyś mi bodaj tyle opuścić, skoro płacę gotówką — rzekł smok.

— Ani guzika! — odparł DŜil.

Targowali się i spierali jeszcze czas pewien niczym na jarmarku. Skończyło 

się wszakŜe tak, jak musiało się skończyć, bo chociaŜ DŜilowi moŜna by zarzucić to i 

owo, trzeba przyznać, Ŝe targować się umiał znakomicie i mało kto go przegadał przy 

takiej okazji.

Smok musiał całą drogę do swojej jamy przejść piechotą, bo DŜil nie 

odstępował go na krok i z bardzo bliska groził wciąŜ Gryzi-ogonem. ŚcieŜka wijąca 

się za-kosami pod górę była tak wąska, Ŝe ledwie się na niej we dwóch mieścili. Siwa 

kobyłka szła tuŜ za swoim panem.

Musieli tak wędrować pięć mil, i to stromo pod górę, toteŜ DŜil pocił się i 

sapał, lecz ani na sekundę nie spuszczał smoka z oczu. Wreszcie znaleźli się na 

zachodnim stoku, u wejścia do smoczej jamy. Groza ziała z ogromnej czarnej 

czeluści, którą zamykały mosięŜne wrota umocowane na dwóch wielkich Ŝelaznych 

słupach. Była to niewątpliwie za dawnych,  niepamiętnych lat dumna i niezdobyta 

siedziba. Smoki bowiem nie budują same twierdz ani nie drąŜą podziemnych tuneli, 

lecz osiedlają się w grobowcach albo skarbcach pozostałych po władcach i 

olbrzymach dawnych czasów. Brama tego podziemnego domu była na ościeŜ otwarta 

i DŜil zatrzymał się w jej cieniu. Chrysophylax aŜ do tej chwili nie miał okazji do 

ucieczki, lecz znalazłszy się pod własną bramą spręŜył się, Ŝeby dać nura w głąb 

jaskini. DŜil jednak uderzył go płazem miecza.

— Stój! — rzekł. — Nim wejdziesz do swego domu, posłuchaj, co ci mam do 

powiedzenia. JeŜeli nie wrócisz szybko i z przyzwoitym ładunkiem, pójdę za tobą i na 

zadatek dalszych kar obetną ci natychmiast ogon.

background image

Kobyłka kichnęła. Nie mogła sobie wyobrazić, Ŝeby DŜil odwaŜył się zapuścić 

samotnie w czeluście smoczej jamy, nawet po pieniądze. Lecz Chrysophylax gotów 

był w tę pogróŜkę uwierzyć, bo Gryzi-ogon świecił ogniście i zdawał się ostry jak 

brzytwa. Kto wie, moŜe tym razem smok miał rację, a siwa kobyłka mimo całej swej 

mądrości myliła się, nie rozumiejąc zmiany, która dokonała się w duszy jej pana. DŜil 

liczył na swoje szczęście, a po dwóch zwycięskich spotkaniach nabrał niemal 

pewności, Ŝe Ŝaden w świecie smok nie zdoła mu się oprzeć.

I rzeczywiście Chrysophylax wrócił po krótkiej chwili niosąc dwadzieścia 

funtów — uczciwej wagi! — złota i srebra oraz skrzynię pełną pierścieni, 

naszyjników i rozmaitych klejnotów.

— Masz! — powiedział.

— Co takiego? — krzyknął DŜil. — Dwa razy tyle jeszcze byłoby za mało. 

Głowę dam, Ŝe to nie jest nawet połowa twojego majątku.

— Pewno Ŝe nie — odparł smok, stwierdzając z przykrością, Ŝe chłop 

zmądrzał od poprzedniej rozmowy we wsi. — Pewno Ŝe nie. Ale nie mogę zabrać 

wszystkiego na raz. — Ani na dwa razy, mógłbym się załoŜyć   — rzekł

 DŜil. — Jazda znowu do nory, a wracaj migiem, jeŜeli nie chcesz powąchać 

Gryzi-ogona.

— Nie chcę! — zawołał smok, wsunął się szybko do jamy i w mig wrócił. — 

Masz! — powiedział zrzucając na ziemię olbrzymi wór złota i dwie skrzynie 

diamentów.

— Pofatyguj no się jeszcze raz — rzekł DŜil. — A nie Ŝałuj grzbietu!

—. Jesteś okrutny — jęknął smok sunąc z powrotem do jamy.

Wówczas jednak siwa kobyłka poczuła się osobiście zagroŜona. Kto będzie te 

wszystkie cięŜary dźwigał do domu? — pytała się w duchu. Spojrzała przy tym na 

spiętrzone wory i skrzynie tak smutnym okiem, Ŝe DŜil odgadł jej myśli.

— Nie martw się, staruszko — rzekł. — Gad musi nam cały ten kram 

dostarczyć na miejsce.

— Litości! — jęknął smok, który dosłyszał ostatnie zdanie wyłaŜąc po raz 

trzeci z jamy i taszcząc jeszcze cięŜszy niŜ przedtem wór złota oraz mnóstwo 

klejnotów iskrzących się jak zielone i czerwone płomienie. — Litości! Wątpię, czy z 

takim cięŜarem dojdę Ŝywy, a jeśli kaŜesz dołoŜyć choć jeden jeszcze worek, nie 

udźwignę, lepiej juŜ zabij mnie od razu.

— A więc masz coś jeszcze w swoim skarbcu? — rzekł DŜil.

background image

— Owszem — odparł smok — tyle, Ŝeby nadal Ŝyć przyzwoicie.— Tym 

razem wyjątkowo powiedział niemal prawdę, a jak się później okazało, mądrze zrobił 

— Zostaw mi tę resztkę! — prosił chytrze. — Zyskasz we mnie przyjaciela na wieki. 

Zaniosę te skarby do twojego szanownego domu zamiast na królewski dwór. A co 

więcej, pomogę ci zatrzymać je dla siebie.

DŜil wyciągnął lewą ręką wykałaczkę i dłubiąc w zębie namyślał się przez 

chwilę w wielkim skupieniu. Potem rzekł:

— Niech tak będzie.

Okazał chwalebną powściągliwość. Gdyby był rycerzem, pewnie by nie ustąpił 

i zaŜądał całego skarbu razem z ciąŜącą na nim klątwą. Bardzo teŜ prawdopodobne, 

Ŝ

e mimo strachu przed Gryzi-ogonem, doprowadzony do ostatecznej rozpaczy smok 

rzuciłby się wówczas na niego. A wtedy DŜil albo by zginął, albo zabiłby smoka 

tracąc w ten sposób swój jedyny środek transportu, i musiałby lwią część zdobyczy 

zostawić w górach.

Na tym się więc skończyło. DŜil na wszelki przypadek napchał sobie kieszenie 

klejnotami i dał do dźwigania kobyłce jeden niewielki, lecz cenny pakunek. Resztę 

bogactw w skrzyniach i worach przytroczył na plecach Chrysophylaksa, który 

wyglądał z tym wszystkim jak ruchomy skarbiec królewski. Z takim obciąŜeniem, 

choćby chciał, nie mógłby się wzbić w powietrze, zresztą przezorny DŜil spętał mu 

skrzydła.

— Powróz rzeczywiście bardzo się przydał — stwierdził, wspominając z 

wdzięcznością radę proboszcza.

Ruszyli wreszcie w drogę: smok truchcikiem, pocąc się i sapiąc, siwa kobyłka 

za nim, a DŜil ostatni, z błyszczącym groźnie Gryzi-ogonem w ręku. ToteŜ gad nie 

ośmielił się próbować Ŝadnych sztuczek.

Pomimo obciąŜenia i smoka, i kobyłki, droga powrotna trwała krócej niŜ 

pochód rycerskiego zastępu w pierwszą stronę. DŜil bowiem pospieszał, między 

innymi dlatego, Ŝe miał niewiele prowiantu w sakwach. Poza tym nie ufał 

Chrysophylaksowi, który raz juŜ złamał najuroczystszą przysięgę; maszerując głowił 

się, jak urządzić nocny popas, Ŝeby nie narazić się na śmierć albo na wielką stratę. 

Zanim jednak noc zapadła, szczęśliwy przypadek pomógł mu rozwiązać to trudne 

zadanie. Spotkał bowiem kilku pachołków z taboru, którzy na kucykach umknęli od 

smoczej napaści i teraz błąkali się po dzikiej okolicy. Na widok smoka chcieli znów 

pierzchnąć w popłochu i zdumieniu, lecz DŜil powstrzymał ich okrzykiem.

background image

— Stójcie, chłopcy! — zawołał. — Chodźcie tutaj. Mam dla was robotę i będę 

za nią płacił hojnie, póki tych worków starczy.

Zgodzili się więc do DŜila na słuŜbę uradowani, Ŝe znaleźli przewodnika, i 

zachęceni widokami na płacę regularniejszą niŜ u poprzednich pracodawców. Dalej 

tedy jechali juŜ w liczniejszej kompanii: siedmiu ludzi, sześć kucyków, jedna kobyła i 

jeden smok.

DŜil poczuł się wielkim panem i dumnie wydymał pierś. Popasali moŜliwie 

najkrócej. Na noc DŜil przywiązywał cztery łapy smoka do czterech palików wbitych 

w ziemię i stawiał przy nim wartę, po trzech pachołków na zmianę. Lecz siwa 

kobyłka i tak spała na jedno oko, drugim pilnując, Ŝeby wartownikom nie zachciało 

się figli na własny rachunek.

Po trzech dniach wędrówki znaleźli się w granicach własnego kraju,  budząc 

wszędzie we wsiach podziw i podniecenie, od wieków bowiem nie widziano nic 

podobnego na całym obszarze między dwoma morzami. W pierwszej wsi, w której 

zatrzymali się na odpoczynek, ofiarowano im za darmo jedzenie i trunki, a połowa 

miejscowej młodzieŜy chciała przyłączyć się do orszaku. DŜil wybrał dwunastu 

dzielnych zuchów. Obiecał im dobrą płacę i kupił dla tych nowych pachołków 

wierzchowce, najlepsze, jakie w okolicy mógł dostać. Świtały mu juŜ w głowie pewne 

plany.

Po całodziennym odpoczynku ruszył dalej na czele powiększonej kompanii. 

Pachołkowie śpiewali na jego cześć pieśni, proste i na poczekaniu ułoŜone, lecz miłe 

dla uszu DŜila. Ludzie po drodze wiwatowali, a niejeden teŜ wybuchał śmiechem, bo 

orszak wyglądał równie zabawnie, jak imponująco.

Wkrótce skręcili na południe, poniewaŜ DŜil kierował pochód w stronę 

własnego domu, omijając z daleka stolicę i nie wysyłając Ŝadnych meldunków do 

króla. Lecz nowina o powrocie zacnego Aegidiusa szerzyła się jak płomień po kraju, 

wywołując wielki podziw i zamęt. Właśnie bowiem listy królewskie, ogłoszone po 

miastach i wsiach, wezwały lud do przywdziania Ŝałoby po męŜnych rycerzach 

poległych na wyprawie wśród gór. Gdziekolwiek zjawiał się  DŜil, lud zrzucał  Ŝałobę 

i przy tryumfalnym biciu  w dzwony gromadził się wzdłuŜ drogi wiwatując, machając 

chustkami, podrzucając w górę czapki. Smoka przy tej sposobności tak 

poszturchiwano, Ŝe gorzko juŜ Ŝałował zawartej ugody. CięŜkie bowiem było takie 

upokorzenie dla potomka staroŜytnego i moŜnego smoczego rodu. Gdy wkraczał do 

Ham, wszystkie psy biegły za nim szczekając wściekle. Z wyjątkiem Garma. On 

background image

bowiem nie miał oczu, uszu ani nosa dla nikogo prócz swego pana. Oszalał wręcz ze 

szczęścia i ustawicznie z nadmiaru radości fikał koziołki.

Rodzinna wieś powitała DŜila oczywiście wspaniale.

Najbardziej jednak ucieszyło go, Ŝe młynarz stracił wreszcie ochotę do kpin, a 

kowal po prostu zbaraniał.

— Nie skończy się na tym, nie! Zapamiętajcie moje słowa — powiedział, lecz 

nic bardziej ponurego nie mógł wymyślić i zwiesił markotnie głowę. DŜil z sześciu 

pachołkami i sześciu młodymi zuchami, ze smokiem i całym bagaŜem wszedł na 

pagórek i przystanął tu na chwilę w milczeniu. Do domu zaprosił ze sobą tylko 

proboszcza.

Wkrótce nowina dotarła do stolicy i jej mieszkańcy, zapominając o dworskiej 

Ŝ

ałobie, a nawet o własnych sprawach, wylegli tłumnie na ulice. Powstał zgiełk i ruch.

Król tymczasem w swoim pałacu gryzł paznokcie i szarpał brodę. Zmartwiony 

i gniewny, a w dodatku strapiony kłopotami pienięŜnymi, wpadł w tak zły humor, Ŝe 

nikt nie śmiał się do niego odezwać. W końcu jednak zgiełk uliczny doszedł do jego 

uszu, a nie brzmiał wcale jak płacz i narzekanie.

— Co to za hałasy? — spytał król. — KaŜcie ludziom wracać do domów i 

opłakiwać klęskę jakoś przyzwoiciej. Wrzeszczą jak gęsi na jarmarku.

— Smok wrócił, najjaśniejszy panie — odpowiedzieli dworzanie.

— Co takiego? — krzyknął król. — Zwołajcie rycerstwo czy przynajmniej 

niedobitków.

— Nie trzeba, najjaśniejszy panie — odparli. —Smok pozwala się prowadzić 

Aegidiusowi jak baranek. Tak ludzie mówią. Co prawda nowina dopiero co dotarła do 

miasta i wiadomości są sprzeczne.

— Wielkie nieba! — rzekł król nagle rozchmurzony. — A myśmy na pojutrze 

zamówili uroczyste egzekwie za duszę tego człowieka! Prędko odwołajcie 

naboŜeństwo. Czy Aegidius wiezie z sobą skarby?

— Wieści głoszą, Ŝe całe góry złota, najjaśniejszy panie.

— KiedyŜ przybędą? — spytał Ŝywo król. — Zacny chłop z tego Aegidiusa. 

Przyjmę go natychmiast, jak tylko zjawi się w stolicy.

Dworzanie zawahali się nieco, zanim odpowiedzieli. W końcu któryś zdobył 

się na odwagę i rzekł:

— Daruj, najjaśniejszy panie, lecz słyszeliśmy, Aegidius skręcił z gościńca do 

własnego domu. Niewątpliwie pospieszy na dwór przy pierwszej sposobności i w 

background image

odpowiednim stroju.

— Niewątpliwie — powiedział król. — Do licha ze strojami. Nie powinien był 

wstępować do domu przed złoŜeniem nam sprawozdania z wyprawy. Jesteśmy z 

niego bardzo niezadowoleni.

Pierwsza sposobność nadarzyła się i minęła, podobnie jak wiele następnych. 

DŜil od tygodnia juŜ z górą bawił w domu, a dwór w dalszym ciągu nie otrzymał od 

niego ani słowa.

Dziesiątego dnia król wybuchnął strasznym gniewem.

— Sprowadzić mi go tutaj! — rozkazał. Posłano gońca. śeby dostać się do 

Ham, nawet najkrótszą drogą, jeździec potrzebował całego dnia.

— Nie chce przyjechać, najjaśniejszy panie — oznajmił w dwa dni później 

drŜący wysłannik.

— Do stu piorunów! — krzyknął król. — Powiedz mu, Ŝe ma się stawić przed 

naszym obliczem w najbliŜszy wtorek, a jeŜeli nie posłucha, to do śmierci nie wyjrzy 

z więzienia.

— Wybacz, najjaśniejszy panie, lecz Aegidius znów odpowiedział, Ŝe nie 

przyjedzie — oznajmił bardzo przeraŜony wysłannik, gdy powrócił we wtorek sam.

— Do stu piorunów! — krzyknął król. — Sprowadzić go do więzienia zamiast 

na dwór. Posłać natychmiast kilku ludzi i niech przywloką gbura zakutego w kajdany! 

— ryknął do dworzan.

— Ilu ludzi posłać? — wyjąkał któryś niepewnie. — Bo on przecieŜ ma 

smoka... i Gryzi-ogona... i...

— I miotłę, i fujarkę, i dudy! — krzyknął król. Kazał zaraz siodłać białego 

konia, wezwał rycerzy, a raczej niedobitków, oraz kompanię zbrojnych Ŝołnierzy, 

poczym ruszył, płonąc srogim gniewem. Mieszkańcy stolicy wybiegłszy ze swych 

domów patrzyli na ten odjazd zdumieni.

DŜil   tymczasem   był   juŜ   nie   tylko   bohaterem, ale równieŜ ulubieńcem 

całego ludu. Kiedy orszak królewski mijał miasta lub wsie, ludzie nie wiwatowali na 

cześć rycerzy i wojska, chociaŜ przed królem jeszcze zdejmowali czapki. W miarę jak 

król zbliŜał się do Ham, witano go coraz mniej serdecznie. W niektórych osiedlach 

mieszkańcy zamykali się w domach i nikt nawet nosa nie pokazał na drodze.

Wówczas płomienny gniew króla przeobraził się w zimną zawziętość. Z 

posępną twarzą stanął wreszcie władca nad rzeką, za którą leŜała wioska Ham i stał 

dom Aegidiusa. Król postanowił puścić z dymem zagrodę krnąbrnego chłopa. Lecz na 

background image

moście czekał DŜil na swojej siwej kobyłce, z Gryzi-ogonem w ręku. Poza nim nie 

było widać Ŝywej duszy, tylko Garm wyciągnął się u nóg swego pana na ziemi.

— Dzień dobry, najjaśniejszy panie — odezwał się DŜil, nie czekając na 

królewskie powitanie i z jak najweselszą miną.

Król zimno zmierzył go wzrokiem.

— Nie umiesz zachować się, jak przystało w naszej obecności — rzekł — 

mimo to powinieneś był stawić., się, skoro cię wzywaliśmy.

— Wcale mi to do głowy nie przyszło, słowo daję, najjaśniejszy panie — 

odparł DŜil. — Mam pełne ręce roboty w tym swoim gospodarstwie, a juŜ i tak duŜo 

czasu straciłem na twoje, królu, posyłki.

— Do stu piorunów! — krzyknął król, znowu wpadając w płomienny gniew. 

— Niech cię diabli wezmą razem z twoją bezczelnością. Skoro tak, nie spodziewaj się 

od nas Ŝadnej nagrody. Będziesz miał szczęście, jeśli cię szubienica ominie. Bo 

wiedz, Ŝe kaŜemy cię powiesić, jeŜeli natychmiast nie przeprosisz nas i nie oddasz 

naszego miecza.

— EjŜe! — odparł DŜil. — Co do nagrody, to ją sobie sam juŜ wziąłem. Co w 

garści, to moje, jak tu u nas mówią. A co do miecza, to Gryzi-ogonowi lepiej u mnie 

niŜ na królewskim dworze. Ale dlaczego zabrałeś z sobą, najjaśniejszy panie, tylu 

rycerzy i wojsko? — spytał. — JeŜeli wybrałeś się do mnie w odwiedziny, wolałbym 

cię gościć w mniejszej kompanii. A jeŜeli chciałbyś mnie porwać siłą, będziesz 

musiał przyprowadzić większą armię.

Królowi aŜ dech zaparło ze złości, a rycerze poczerwienieli i zadarli nosy. 

Lecz kilku Ŝołnierzy uśmiechnęło się za plecami króla.

— Oddaj mi miecz! — krzyknął monarcha odzyskująć głos, lecz zapominając 

o liczbie mnogiej naleŜnej majestatowi.

— Oddaj koronę! — odparł DŜil. Tak zuchwałe słowa nie padły jeszcze z 

niczyich ust od zarania Średniego Królestwa.

— Do stu piorunów! Bierzcie go! WiąŜcie! — krzyknął król, w zrozumiałym 

gniewie tracąc do reszty panowanie nad sobą. — Na co czekacie? Brać go do niewoli 

albo utłuc na miejscu!

ś

ołnierze zrobili krok naprzód.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — krzyknął Garm.

I w tym momencie spod mostu wychynął smok. LeŜał ukryty, zanurzony w 

głębinie pod drugim brzegiem j rzeki. Buchała z niego para, bo opił się wody. 

background image

Natychmiast teŜ otoczył go kłąb gęstej mgły, z której świeciły tylko czerwone ślepia.

— Precz stąd, głupcy! — ryknął. — Bo was na sztuki rozedrę. Dość juŜ 

rycerzy padło trupem na  górskiej przełęczy,  jeszcze  chwila,  a reszta rycerstwa  

zginie, w tej rzece, z nią zaś razem królewskie konie i królewskie wojsko.

Skoczył i jeden pazur wbił w skórę białego królewskiego wierzchowca. 

Rumak wspiął się, zawrócił i pomknął  jak  sto  piorunów,  które  król  tak  pochopnie 

przyzywał. Inne konie poszły natychmiast za jego przykładem: wiele spośród nich 

zawarło przedtem w górach znajomość z Chrysophylaksem i nie zachowało o nim 

wcale miłego wspomnienia. śołnierze rozbiegli się we wszystkie strony, byle dalej od 

Ham.

Biały rumak był tylko lekko draśnięty i jeździec nie pozwolił  mu  uciec  

daleko.  Król  po  krótkiej   chwili zmusił go do powrotu. Nad swoim wierzchowcem 

bądź co bądź jeszcze panował; nikt teŜ nie śmiałby o królu powiedzieć, Ŝe uląkł się 

jakiegokolwiek człowieka lub smoka pod słońcem. Gdy stanął znów nad rzeką, mgła 

juŜ się rozwiała, ale zwiali równieŜ rycerze i wojsko. Inna teŜ była teraz rozmowa: 

król sam jeden stał przed tęgim chłopem, który miał u boku Gryzi-ogona i smoka.

Nie zdały się jednak na nic rokowania. DŜil był uparty. Ani ustąpić, ani bić się 

nie chciał, chociaŜ go Augustus Bonifacius uroczyście wyzwał na pojedynek.

— Nie, najjaśniejszy panie — odparł ze śmiechem. — Wracaj do domu i 

ochłoń trochę. Nie chciałbym ci krzywdy zrobić, ale Ŝyczliwie radzę, zabieraj się stąd 

co prędzej, bo za smoka nie mogę odpowiadać. Do widzenia!

Tak skończyła się Bitwa na Moście w Ham. Król nie dostał grosza z całego 

smoczego skarbu i nie słyszał ani słówka skruchy z ust DŜila, który był teraz bardzo 

juŜ dobrego o sobie mniemania. Co więcej, od tego dnia skończyła się władza 

Ś

redniego Królestwa nad tą okolicą. Ludzie w promieniu dziesięciu mil wokół Ham 

uwaŜali DŜila za swojego władcę. Król mimo wszystkich swoich wspaniałych tytułów 

nie mógł znaleźć człowieka, który zgodziłby się stanąć do walki z buntownikiem 

Aegidiusem. Aegidius bowiem stał się ulubieńcem ludu i bohaterem legendy. Nie 

udało się teŜ w Ŝaden sposób zagłuszyć pieśni sławiących jego czyny. Najbardziej 

rozpowszechnił się poemat w stu heroikomicznych zwrotkach opiewający spotkanie 

na moście.

Chrysophylax długo pozostał w Ham i bardzo był dla DŜila   poŜyteczny.   

Człowiek   bowiem,   który   posiada oswojonego   smoka,   cieszy   się   z  natury   

rzeczy   powszechnym  szacunkiem.   Za  pozwoleniem  proboszcza gad mieszkał w 

background image

spichrzu, gdzie przedtem składano datki z dziesięciny. Pilnowało jeńca dwunastu 

zuchów. Dało to początek pierwszemu tytułowi, jakim obdarzono DŜila: “Dominus de 

Domito   Serpente",   co znaczy “Pan oswojonego smoka", a po angielsku brzmi: 

“Lord of  the Tame Worm"; dla    krótkości    mówiono  zazwyczaj  po prostu: “Lord 

of Tame". Pod  tym  mianem DŜil zyskał szeroką sławę, lecz nadal płacił królowi 

symboliczną daninę: sześć wolich ogonów i miarkę piwa. Dostarczał te dary na dwór 

w dzień świętego Mateusza  jako w  rocznicę spotkania  na moście. Po pewnym 

czasie otrzymał tytuł earla i tak przytył, Ŝe coraz trudniej było na nim pas dopiąć.

W parę lat później został księciem, a jako ksiąŜę Julius Aegidius nie płacił juŜ 

królowi daniny. Rozporządzając bajecznym majątkiem, zbudował sobie wspaniały 

dwór i zgromadził potęŜne wojsko. Jego Ŝołnierze byli dzielni i weseli, uzbrojeni w 

najlepszy oręŜ, jaki podówczas moŜna było kupić za drogie pieniądze KaŜdy z 

dwunastu zuchów awansował na kapitana. Garm nosił złotą obroŜę i miał prawo 

włóczyć się do woli po całej okolicy, dumny i szczęśliwy, dość jednak nieznośny dla 

swoich współbraci, poniewaŜ od wszystkich psów Ŝądał dla siebie czci naleŜnej jego 

groźnemu wspaniałemu panu. Siwa kobyłka spędziła resztę Ŝycia spokoju i nigdy nie 

zdradziła, co myśli o tej całej historii.

W końcu DŜil został królem, królem Małego Królestwa. Ukoronowano go w 

Ham i przybrał imię Aegidius Oraconarius. Pospolicie jednak mówiono o nim DŜil 

Worming, czyli tępiciel smoków. Na nowym dworze panował bowiem język ludowy; 

nigdy teŜ DŜil nie wygłaszał przemówień w uczonej łacinie. śona jego w roli 

królowej wyglądała nader okazale i godnie, przestrzegała surowo porządku i 

oszczędności w gospodarstwie. Nikt nie przechytrzył królowej Agaty ani jej nie śmiał 

lekcewaŜyć, bo teŜ waŜyła sporo.

Tak płynęły lata, aŜ DŜil postarzał się, siwa broda sięgała mu po kolana i pełen 

był majestatu pośród dostojnego dworu, którego członków często i hojnie nagradzał 

za prawdziwe zasługi. Stworzył zupełnie nowy zakon rycerski: StraŜników Gada. 

Zakon miał na sztandarze wyhaftowanego smoka, a najwyŜsze godności piastowało w 

tym gronie dwunastu zuchów.

Trzeba przyznać, Ŝe DŜil zawdzięczał swoje wywyŜszenie w znacznej mierze 

szczęściu, lecz dał dowody mądrości umiejąc szczęście dobrze wykorzystać. Zarówno 

szczęście,  jak rozum zachował  do  końca  swoich dni, na czym bardzo dobrze wyszli 

wszyscy jego przyjaciele  i  sąsiedzi. Proboszcza wynagrodził  szczodrze, nawet 

kowalowi i młynarzowi oberwało się coś niecoś. Stać było DŜila na 

background image

wspaniałomyślność. JednakŜe gdy wstąpił na tron, wydał nowe prawo zakazujące 

ponurych  przepowiedni,   a  młyny   przejął  pod  wyłączny królewski zarząd. Kowal 

porzucając dawny zawód załoŜył przedsiębiorstwo pogrzebowe, lecz młynarz znalazł 

się  pośród najbardziej  uniŜonych sług korony. Proboszcz został biskupem i za stolicę 

swojej diecezji obrał wieś Ham, rozbudowując odpowiednio tutejszy kościół.

Kto po dziś dzień mieszka na obszarze Małego Królestwa, znajdzie w tej 

historii wyjaśnienie zachowanych do naszych czasów nazw niektórych miast i wsi. 

Biegli bowiem w tej dziedzinie uczeni powiadają, Ŝe Harm stolicę Małego Królestwa, 

zaczęto z czasem nazywać Tame, na skutek zrozumiałego pomieszania  tytułów: Lord 

of Ham i Lord of Tame. Nazwa ta dotrwała do naszej epoki, choć piszemy ją Thame; 

wstawienie “h" jest kaprysem niczym nie usprawiedliwionym. Ród Draconariusow 

zbudował sobie ku pamięci smoka wspaniały dwór o cztery mile na północ od Tame, 

w miejscu, gdzie DŜil po raz pierwszy spotkał Chrysophylaksa. Dwór ten zasłynął w 

całym królestwie jako Aula Draconaria,   czyli   w języku   ludowym   Worminghall,   

od przezwiska i godności króla.

Krajobraz zmienił się od tamtych czasów, wiele królestw upadło, wiele innych 

powstało. Lasy wycięto, rzeki skręciły w inne łoŜyska, a górom, chociaŜ przetrwały, 

wiatry i deszcze starły wierzchołki. Tylko nazwa została. Co prawda ludzie 

wymawiają ją teraz: Wunnle — tak przynajmniej słyszałem — bo wsie utraciły dawną 

dumę. Lecz za czasów, o których mówi nasze opowiadanie, miejscowość ta nazywała 

się Worminghall i była królewską siedzibą, a sztandar ze smokiem powiewał nad 

koronami drzew. śycie tam płynęło pomyślnie i wesoło, póki Gryzi-ogon czuwał nad 

krajem.

background image

 

POSŁOWIE

Chrysophylax często upominał się o wolność. Okazało się, Ŝe jego wyŜywienie 

coraz droŜej kosztuje, poniewaŜ rósł nieustannie; smoki, tak jak drzewa, rosną przez 

całe Ŝycie. ToteŜ po kilku latach, gdy DŜil czuł się juŜ mocno utwierdzony na swoim 

tronie, pozwolono biednemu gadowi wrócić do domu. Rozstali się z DŜilem wśród 

wzajemnych zapewnień szacunku i zawarli obustronny pakt nieagresji. W głębi swego 

przewrotnego serca smok Ŝywił dla DŜila uczucia o tyle przyjazne, o ile smoki są w 

ogóle do przyjaźni zdolne. Bądź co bądź istniał Gryzi-ogon. DŜil, gdyby chciał, mógł 

Chrysophylaksa zabić albo pozbawić resztek skarbu. A tymczasem w podziemiach 

smoczej jamy przechował się spory majątek — czego się DŜil trafnie od początku 

domyślał.

Chrysophylax wrócił w góry powolnym, cięŜkim lotem, bo skrzydła, przez 

wiele lat nie uŜywane, straciły sprawność, a wzrostu i wagi przybyło. Po przybyciu w 

rodzinne strony musiał Chrysophylax najpierw wypędzić młodego smoka, który 

ośmielił się zająć jego jamę korzystając z nieobecności prawowitego właściciela. 

Zgiełk walki słychać było podobno w całej Venedotii. W końcu, poŜarłszy z wielkim 

apetytem zwycięŜonego przeciwnika, Chrysophylax nabrał otuchy, rany doznanych 

upokorzeń zasklepiły się w jego sercu i zasnął długim, pokrzepiającym snem. Kiedy 

się wreszcie zbudził,  ruszył  zaraz na poszukiwanie największego i najgłupszego z 

olbrzymów, który dawno, dawno temu w  pewną  letnią  noc   zapoczątkował  całą   

awanturą, i Chrysophylax powiedział  mu parę słów prawdy,  co  nieboraka omal 

dosłownie nie zmiaŜdŜyło.

— A więc to był garłacz! — rzekł drapiąc się w głowę. — A ja myślałem, Ŝe 

mnie giez ukłuł.

Finis 

czyli w pospolitym języku:

KONIEC

background image

KOWAL Z PODLESIA WIĘKSZEGO

Kiedyś — niezbyt dawno temu dla ludzi obdarzonych długą pamięcią i niezbyt 

daleko dla tych, którzy mają długie nogi — była wieś, nie bardzo duŜa, lecz nazywana 

Podlesie Większe, poniewaŜ w odległości kilku mil od niej kryło się w kępie drzew 

Podlesie Mniejsze. Wieś była w swoim czasie zamoŜna i mieszkało tam sporo ludzi 

dobrych, sporo złych i sporo średnich, jak wszędzie.

Wieś ta była na swój sposób niezwykła, słynęła bowiem w całej okolicy z 

biegłych w zawodzie rzemieślników, a szczególnie ze znakomitej kuchni. Miała 

ogromną Kuchnię, naleŜącą do rady gromadzkiej, a urzędujący tam Kuchmistrz 

cieszył się ogólnym powaŜaniem. Kuchnia oraz dom Kuchmistrza przytykały do 

ś

wietlicy gromadzkiej, największego i najpiękniejszego budynku we wsi. Zbudowano 

go z solidnego kamienia i solidnego dębu i utrzymywano starannie, chociaŜ juŜ go nie 

malowano i nie zdobiono złoceniami jak niegdyś; w świetlicy odbywały się zebrania, 

narady, publiczne bankiety i rodzinne uroczystości. Kuchmistrz miał pełne ręce 

roboty, bo przy kaŜdej takiej okazji musiał przyrządzać odpowiednie dania. Uczty 

wyprawiano często i w róŜnych porach roku, a za “odpowie-dnie" uwaŜano dania 

liczne, obfite i tłuste.

Ze szczególnym upragnieniem czekali wszakŜe wszyscy na pewien festyn, 

jedyny w ciągu zimy, trwający przez cały tydzień i kończący się o zachodzie słońca 

ostatniego dnia zabawą zwaną “Biesiadą grzecznych dzieci". Zapraszano na nią tylko 

nielicznych gości. Niewątpliwie pomijano niektórych godnych tego za-szczytu, a 

znowu innych, wcale na to nie zasługujących, zapraszano przez pomyłkę, tak to juŜ 

jest na świecie, nawet gdy organizatorzy bardzo się starają robić wszystko jak 

najlepiej. Tak czy inaczej, o uczestnictwie w tej zabawie rozstrzygała głównie data 

narodzin dziecka, bo biesiada taka odbywała się raz na dwadzieścia cztery lata i 

zapraszano tylko dwudziestu czterech gości. Okazja ta wymagała od Kuchmistrza 

specjalnego wysiłku i musiał prócz mnóstwa innych przysmaków podawać na deser 

Wielki Tort. Od tego, czy tort udał się bardziej czy mniej wspaniale, zaleŜała sława 

Kuchmistrza, bo prawie Ŝaden z nich nie pełnił swoich funkcji tak długo, by mieć 

sposobność popisania się tym arcydziełem więcej niŜ raz w Ŝyciu.

Kiedyś   jednak   urzędujący   Kuchmistrz   zaskoczył wszystkich,  zrobił 

background image

bowiem  coś,  co się  jeszcze  nigdy przedtem nie zdarzyło: oznajmił, Ŝe potrzebuje 

urlopu i wyruszył w drogę nie wiadomo dokąd, a po kilku miesiącach wrócił bardzo 

zmieniony. Zawsze był poczciwy i cieszył się, gdy inni się bawili, lecz sam miał 

usposobienie powaŜne i mało mówił. Teraz poweselał często Ŝartował lub rozśmieszał 

ludzi figlami, a pod czas uczt śpiewał wraz z biesiadnikami wesołe piosenki, co wcale 

nie naleŜało do obowiązków Kuchmistrza Ku wielkiemu zdumieniu mieszkańców wsi 

przyprowadził teŜ z sobą terminatora.

Nikogo nie dziwiło, Ŝe chciał mieć ucznia. To było zgodne ze zwyczajami. 

KaŜdy Kuchmistrz we właściwym   czasie   wybierał  sobie   terminatora  i   uczył  go 

wszystkiego, co sam umiał. W miarę jak im obu przy-bywało lat, uczeń przejmował 

coraz bardziej odpowiedzialne zadania tak, Ŝe gdy mistrz odchodził na emeryturę lub 

na tamten świat, mógł go zastąpić i odziedziczyć jego godność. Ale ten Kuchmistrz 

nie okazywał ochoty, Ŝeby przyjąć kogoś na naukę. “Nic pilnego" — mawiał. Albo: 

“Oczy mam otwarte, rozglądam się, jak znajdę kogoś odpowiedniego, to go wezmę do 

terminu". Teraz  niespodziewanie  przyprowadził  z  sobą  obcego spoza wioski,  

niemal dzieciaka jeszcze.  Chłopiec był zwinniejszy i bystrzejszy niŜ większość jego 

miejscowych   rówieśników   i   bardzo   grzeczny,   a   głos  miał dźwięczny i 

przyjemny, lecz wydawał się niedorzecznie młody, nie dorosły jeszcze do takiej 

pracy: wyglądał na niewiele więcej niŜ dziesięć lat. JednakŜe wybór terminatora   

naleŜał   do   Kuchmistrza,   nikt   nie   miał prawa wtrącać się w jego sprawy, 

chłopiec więc został we wsi i kwaterował w domu Kuchmistrza,  dopóki nie dorósł do 

wieku, gdy mógł sobie poszukać samodzielnego mieszkania. Ludzie przywykli do 

jego obecności, a kilku rówieśników nawet się z nim zaprzyjaźniło. Przyjaciele i 

Kucharz mówili mu po imieniu: Alf — inni nazywali go po prostu Terminatorem.

W trzy lata później Kuchmistrz zgotował gromadzie wioskowej nową 

niespodziankę. Pewnego wiosennego ranka zdjął z głowy wysoką białą czapkę, złoŜył 

porządnie śnieŜny fartuch, powiesił na kołku białą bluzę, i odszedł zabierając tylko 

tęgi jesionowy kij i mały worek. PoŜegnał się z Terminatorem, lecz nikt poza tym nie 

był świadkiem jego odejścia.

— Do widzenia, Alfie — powiedział. — Zostawiam ci Kuchnię, pracuj jak 

potrafisz najlepiej, a wiem, Ŝe potrafisz doskonale. Mam nadzieję, Ŝe wszystko 

pójdzie gładko. Jeśli się kiedyś spotkamy, opowiesz mi, co się tu działo po moim 

odejściu. Zawiadom ludzi, Ŝe wybrałem się znów na urlop, ale tym razem nie 

zamierzam wrócić.

background image

Wielkie powstało we wsi poruszenie, gdy Terminator ogłosił tę nowinę 

ludziom, którzy zebrali się w Kuchni.

— Kto słyszał tak postępować! — wykrzykiwali. — Ani nas nie uprzedził, ani 

się nie poŜegnał! Co teraz zrobimy? Nie zostawił następcy...

Wśród tych narzekań nikomu do głowy nie przyszło, Ŝeby Terminatora 

awansować na Kuchmistrza. Chłopak wprawdzie wyrósł, ale wciąŜ wyglądał bardzo 

młodo, a zresztą praktykował zaledwie od trzech lat.

W końcu z braku lepszego kandydata mianowano Kuchmistrzem pewnego 

człowieka ze wsi, który umiał jako tako gotować, przynajmniej skromne dania. Za 

młodu nieraz pomagał w Wielkiej Kuchni, gdy był tam nawał roboty, lecz Mistrz go 

nie lubił i nie chciał przyjąć do terminu. Był to solidny męŜczyzna, miał Ŝonę i dzieci 

i dbał o pieniądze.

— Ten przynajmniej nie opuści nas bez uprzedzenia — mówiono — a 

skromna kuchnia bądź co bądź lepsza niŜ Ŝadna. Do uroczystości Wielkiego Tortu 

mamy jeszcze siedem lat, przez ten czas Kuchmistrz nabierze wprawy i chyba sobie 

poradzi.

Kołek — bo tak się ten człowiek nazywał — bardzo był rad z takiego obrotu 

sprawy. Od dawna marzył o godności Kuchmistrza i nie wątpił, Ŝe sprosta swoim 

nowym obowiązkom. Nieraz przedtem, gdy się znalazł sam w Kuchni, przymierzał 

wysoką białą czapkę i przeglądając się w polerowanej patelni mruczał do siebie:

— Moje uszanowanie, Mistrzu! Do twarzy ci w tej czapce, a pasuje, jakby ją 

specjalnie na twoją miarę zrobiono! Mam nadzieję, Ŝe powiedzie ci się świetnie.

Wszystko rzeczywiście szło niezgorzej, bo Kołek na początku bardzo się starał 

i miał terminatora do po-mocy: podpatrując go ukradkiem wiele się od chłopca 

nauczył, chociaŜ nigdy by się do tego nie przyznał. Czas płynął, zbliŜała się data 

Festynu Dwudziestu Czterech i Kuchmistrz musiał pomyśleć o swoim Wielkim 

Torcie. W skrytości serca niepokoił się, bo wprawdzie po siedmiu latach praktyki 

umiał juŜ nieźle piec ciasto i ciastka na mniej waŜne okazje, wiedział jednak, Ŝe 

Wielki Tort to zupełnie inna sprawa: wszyscy z ciekawością tego dzieła oczekują i 

będą je surowo oceniali. Trzeba było zadowolić nie tylko dzieci, bo wedle zwyczaju, 

dorośli, którzy pomagali w przygotowaniach do uroczystości, dostawali drugi tort, 

mniejszy, ale zrobiony z tych samych składników i w ten sam sposób. Liczono przy 

tym, Ŝe Kuchmistrz nie po-wtórzy dzieła Ŝadnego ze swoich poprzedników, lecz 

wymyśli coś zupełnie nowego i niespodziewanego.

background image

Kołek uwaŜał, Ŝe Wielki Tort przede wszystkim powinien być bardzo słodki i 

bogaty; postanowił teŜ, Ŝe cały będzie oblany lukrem (co Terminator" umiał robić 

nadzwyczaj zręcznie). “W ten sposób będzie wyglądał ładnie i czarodziejsko" — 

myślał. Nie znał zbyt dobrze gustu dzieci, ale wiedział, Ŝe lubią słodycze i 

czarodziejskie bajki. Sam od dawna wyrósł z upodobania do baśni, przepadał jednak 

w dalszym ciągu za słodyczami.

— Tort ma wyglądać jak zaczarowany... — powie-dział. — To mi nasuwa 

pewną myśl...

Przyszło mu do głowy, Ŝeby na szczycie pośrodku tortu ustawić laleczkę w 

białej sukni, dać jej do ręki miniaturową róŜdŜkę zakończoną szychową gwiazdką i 

otoczyć stopy napisem z róŜowego lukru: “Królowa wróŜek".

Przygotowując ingrediencje do swego arcydzieła stwierdził, Ŝe ma bardzo 

mętne wyobraŜenie o tym, co powinno się dodawać do tortu. Zaczął więc szperać w 

starych księgach z przepisami kulinarnymi, które zostawili   dawni   kuchmistrze;   z   

trudem   zdołał   odcyfrować ich pismo, a recepty oszołomiły go, wymieniano w nich 

bowiem róŜne rzeczy, o których nigdy w Ŝyciu nie słyszał, inne zaś, o których nie 

pamiętał i których nie mógł naprędce zdobyć. Zdecydował się uŜyć   paru   przypraw   

korzennych,   o   których   księgi wspominały. Skrobiąc się w głowę pomyślał o starej 

czarnej szkatułce z mnóstwem przegródek: poprzedni Kuchmistrz w niej 

przechowywał przyprawy i róŜne ozdoby   przeznaczone   do   szczególnie   

wykwintnych ciast.  Kołek,  odkąd objął swój urząd,  nigdy do tej szkatułki nie 

zaglądał, lecz teraz po dość długim poszukiwaniu odnalazł ją na najwyŜszej półce w 

spiŜarni. Zdjął ją z półki, zdmuchnął kurz z wieczka i otworzył; niestety były tam 

tylko resztki przypraw korzennych,  w  dodatku  zeschnięte i  spleśniałe.  W   jednej 

wszakŜe przegródce, w samym kąciku, leŜała maleńka gwiazdka,   nie   większa   niŜ   

sześciopensowa   moneta, prawdopodobnie   ze   srebra,   lecz   sczerniała   ze   

starości.

— A to zabawne! — rzekł podnosząc gwiazdkę ku światłu.

— Nie! — rozległ się za jego plecami głos tak nieoczekiwany, Ŝe Kołek aŜ się 

wzdrygnął. Terminator nigdy jeszcze nie przemówił do Mistrza takim tonem; co 

prawda w ogóle rzadko się do niego odzywał, chyba tylko wtedy, gdy go zwierzchnik 

o coś pytał. Słusznie, bo tak przystało chłopcu, który wprawdzie był zręczny w 

zdobieniu ciast lukrem, lecz w innych sprawach powinien — zdaniem Kołka — 

milczeć i uczyć się od Mistrza.

background image

— Co masz na myśli, młody człowieku? — spytał Kuchmistrz, mocno 

niezadowolony. — Nie zabawna? Wiec jaka?

— Czarodziejska — odparł Terminator. — Pochodzi z Krainy Czarów. 

Kuchmistrz wybuchnął śmiechem.

— Niech i tak będzie — powiedział. — Na jedno wychodzi, moŜesz ją 

nazywać, jak ci się podoba. Kiedyś dorośniesz i zmądrzejesz. Na razie zabierz się do 

drylowania rodzynków. Jeśli zauwaŜysz w nich coś czarodziejskiego, nie omieszkaj 

mnie zawiadomić.

— Co zamierzacie zrobić z tą gwiazdką, Mistrzu? — spytał Terminator.

— Wsadzę ją oczywiście do tortu — rzekł Kuchmistrz. — Nada się w sam raz, 

tym bardziej jeŜeli jest zaczarowana — dodał z drwiącym uśmiechem. — Bywałeś 

pewnie, i to jeszcze niedawno, na dziecięcych zabawach i pamiętasz, ile jest uciechy, 

kiedy malcy znajdują ukryte w cieście rozmaite cacka, drobne pieniąŜki i tym 

podobne skarby. W naszej wsi często się to robi dla zabawienia dzieciaków.

— Ale to nie jest zwykłe cacko, Mistrzu, to czarodziejska gwiazda — odparł 

Terminator.

— JuŜ mi to mówiłeś — warknął Kuchmistrz. — Powiem o tym dzieciom, 

będą się śmiały.

— Sądzę, Ŝe nie wyda im się to wcale śmieszne — rzekł Terminator. — Ale 

owszem, to dobry pomysł, nie mam nic przeciw temu.

— Nie masz nic przeciw temu? Zapominasz, do kogo mówisz, chłystku! — 

oburzył się Kołek.

Wielki tort został we właściwym czasie przygotowany, upieczony i 

polukrowany, a prawie wszystko rękami Terminatora.

— Skoro tak lubisz czary, pozwolę ci zrobić figurkę Królowej WróŜek — 

powiedział do niego Kołek.

— Dobrze, Mistrzu — odparł Alf. — Wyręczę was, skoro macie za duŜo 

roboty. Ale to wasz pomysł, nie mój.

Podczas  festynu   tort  królował  pośrodku   długiego stołu, otoczony wieńcem 

z dwudziestu czterech czerwonych świec. Na jego wierzchu wznosiła się niewielka 

biała góra, a na zboczach góry rosły miniaturowe drzewka błyszczące jakby od 

szronu, na szczycie zaś stała maleńka figurka z jedną nóŜką wzniesiona niby tańcząca 

Królewna ŚnieŜka; w ręku trzymała maleńką róŜdŜkę z lukru roziskrzoną w blasku.

Dzieci otwierały szeroko oczy z podziwu, a kilkoro z nich zaczęło klaskać 

background image

wołając: “Jaka śliczna czarodziejska góra!" Kuchmistrz bardzo się z tego cieszył, lecz 

Terminator zdawał się niezadowolony. Obaj byli obecni w sali, bo Kuchmistrz miał w 

odpowiednim momencie pokroić tort, a Terminator trzymał wyostrzony] nóŜ, Ŝeby go 

podać w ostatniej chwili swemu zwierzchnikowi.

Wreszcie Kuchmistrz wziął nóŜ i podszedł do stołu.;

— Muszę wam powiedzieć, kochane dzieci — przemówił — Ŝe pod tą 

prześliczną górą lukru jest tort zrobiony z mnóstwa pysznych rzeczy do jedzenia, ale 

zmieszałem z nimi takŜe mnóstwo ładnych drobiazgów, świecidełek, pieniąŜków i 

innych cacek. Podobno znalezienie czegoś takiego w porcji tortu przynosi szczęście. 

W torcie są dwadzieścia cztery cacka, powinno więc przypaść po jednym kaŜdemu z 

was, jeśli Królowa WróŜek okaŜe się sprawiedliwa. Niestety nie zawsze tak się dzieje, 

bo wróŜki są kapryśne i lubią płatać róŜne figle. Zapytajcie pana Terminatora, on je 

zna! Terminator odwrócił głowę od Kuchmistrza i obserwował wyraz dziecinnych 

twarzyczek.

— Aj, byłbym zapomniał! — podjął znów Kuchmistrz. — Dziś w torcie jest 

dwadzieścia pięć niespodzianek, bo włoŜyłem takŜe do ciasta małą srebrną gwiazdkę, 

bardzo niezwykłą, zaczarowaną, jak twierdzi pan Termirator. UwaŜajcie, dzieci, Ŝeby 

ktoś na niej nie złamał przedniego zęba, bo wtedy nawet zaczarowana gwiazda nie 

pomoŜe i ząb nie odrośnie. Mimo to jestem pewny, Ŝe przyniesie szczęście temu, kto 

ją znajdzie.

Tort wszystkim smakował, nikt nie mógł mu zarzucić nic poza tym, Ŝe nie był 

ani trochę większy niŜ trzeba. KaŜdy dostał spory kawałek, lecz nic nie zostało na 

dokładki. Porcje szybko znikały, i co chwila ktoś znajdował na swoim talerzyku jakiś 

drobiazg lub pieniąŜek. Niektórym dzieciom trafiło się tylko jedno cacko, niektórym 

— dwa, a jeszcze innym nic, bo ze szczęściem zawsze tak bywa, niezaleŜnie od tego, 

czy przy jego rozdziale asystuje figurka z róŜdŜką, czy nie. Wreszcie zjedzono cały 

tort, lecz nikt nie znalazł za-czarowanej gwiazdki.

— Nie do wiary! — dziwił się Kołek — Widocznie wbrew pozorom nie była 

ze srebra i stopniała. A moŜe pan Terminator miał rację twierdząc, Ŝe jest 

zaczarowana. Zniknęła, wróciła do Krainy Czarów. Nieładnie z jej strony, bardzo 

nieładnie. — Zerknął z głupawym uśmiechem  na  Terminatora,  który  odpowiedział  

bez uśmiechu powaŜnym spojrzeniem.

Srebrna gwiazdka była naprawdę zaczarowana, Terminator nie mógł się mylić 

w takich sprawach. Pewien mały chłopiec uczestniczący w uczcie połknął ją nic nie 

background image

zauwaŜywszy, chociaŜ nie przegapił tkwiącej w jego porcji tortu małej srebrnej 

monety i oddał sąsiadce, dziewczynce imieniem Nell, która ogromnie się martwiła, Ŝe 

w jej kawałku tortu nie było Ŝadnej niespodzianki. Chłopiec czasem zadawał sobie 

pytanie, gdzie się podziała gwiazdka; nie wiedział, Ŝe ją nosi w sobie, ukrytą w takim 

miejscu, Ŝe jej wcale nie czuł; wszystko to stało się zgodnie z pewnym planem. 

Gwiazdka miała czekać w ukryciu aŜ do wyznaczonego dnia.

Festyn odbył się w połowie zimy, teraz zaś nad-szedł czerwiec, noce były 

krótkie i prawie białe. Chłopiec wstał przed świtem, nie chciało mu się spać: były to 

jego dziesiąte urodziny. Wyjrzał przez okno. Świat zdawał się cichy, jakby na coś 

waŜnego wyczekiwał. Lekki, rześki i pachnący wietrzyk poruszał gałęziami 

przebudzonych drzew. Potem brzask rozjaśnił niebo, a chłopiec usłyszał, jak gdzieś 

bardzo daleko ptaki zaczęły swoją poranną pieśń, która przybliŜała się, wzbierała, aŜ 

w końcu przeleciała nad nim wypełniając całą okolicę i odpłynęła niby fala muzyki na 

za-chód, kiedy słońce wstało nad krawędzią świata.

— To mi przypomina Krainę Czarów — powiedział głośno — ale tam ludzie 

teŜ śpiewają. — I zaczął śpiewać głosem wysokim i czystym dziwne słowa, które jak 

gdyby nagle odnalazł w pamięci, a wówczas gwiazda wypadła mu z ust, lecz chwycił 

ją na otwartą dłoń. Srebro, teraz juŜ czyste, lśniło w słońcu, ale gwiazdka drŜała i 

nawet uniosła się trochę w powietrze jakby chciała odfrunąć. Chłopiec odruchowo 

przycisnął dłoń do głowy i gwiazdka przylgnęła pośrodku czoła. Nosił ją odtąd na 

czole przez wiele lat.

Nie była dla uwaŜnych oczu niewidzialna, lecz mało kto spośród mieszkańców 

wsi ją dostrzegał. Stała się częścią twarzy chłopca i zazwyczaj wcale nie świeciła. 

Trochę jej blasku udzieliło się jego oczom, a trochę głosowi, który zresztą od dnia, 

gdy połknął Gwiazdę, nabierał coraz ładniejszego brzmienia i piękniał z kaŜdym 

rokiem. Ludzie słuchali go z przyjemnością, na-wet gdy po prostu mówił komuś 

“dzień dobry".

Nie tylko w rodzinnej wsi, lecz we wszystkich sąsiednich i w całej okolicy 

znano go jako dobrego rzemieślnika. Był kowalem, tak samo jak jego ojciec, lecz 

prześcignął go w zawodowych umiejętnościach. Dopóki Ŝył ojciec, nazywano syna 

Kowalczykiem, a potem po prostu Kowalem. Wtedy juŜ tak się w swoim fachu 

wydoskonalił, Ŝe lepszego kowala próŜno by szukać od Wschodniego Skraja aŜ po 

Zachodni Las. Wyrabiał w swojej kuźni rozmaite przedmioty z Ŝelaza. Oczywiście 

najwięcej zwykłych, uŜytecznych rzeczy potrzebnych w codziennym Ŝyciu: narzędzia 

background image

rolnicze, stolarskie i kuchenne, rondle i patelnie, sztaby, rygle i zawiasy, uchwyty do 

gorących garnków i wilki do kominka, podkowy i tym podobne. Wszystkie te 

przedmioty były mocne i trwałe, a w dodatku kształtne, na swój sposób ładne, 

wygodne w uŜyciu i miłe dla oka.

Ale w wolnych chwilach robił dla przyjemności przedmioty innego rodzaju, 

bardzo piękne, bo umiał formować Ŝelazo tak kunsztownie, Ŝe wydawało się lekkie i 

delikatne jak gałązka obsypana młodymi liść-mi i kwieciem, chociaŜ zachowywało 

siłę właściwą swojemu tworzywu, a moŜe nawet nabierało większej jeszcze. Prawie 

kaŜdy przechodząc przez bramę lub furtę jego roboty przystawał, aby je podziwiać, 

ale nikt by nie zdołał takiej bramy otworzyć, jeśli była zamknięta. Pracując nad takimi 

pięknymi przedmiotami kowal śpiewał, a kiedy kowal śpiewał, wszyscy ludzie, którzy 

się znajdowali w pobliŜu, porzucali swoje zajęcia i spieszyli do kuźni, Ŝeby słuchać. 

Tyle o nim wszyscy wiedzieli. Osiągnął dość na swoje potrzeby, a w kaŜdym 

razie znacznie więcej niŜ większość sąsiadów i sąsiadek ze wsi, nawet tych, którzy 

mieli zręczne ręce i pracowali pilnie. Ale kowal miał pewien sekret: odwiedzał Krainę 

Czarów i niektóre jej zakątki znał tak dobrze, jak to jest dla śmiertelnego człowieka 

moŜliwe. PoniewaŜ wielu ludzi przypominało usposobieniem Kołka, kowal nikomu o 

tym nie mówił, z wyjątkiem Ŝony i dzieci. śoną jego była Nell — ta sama, której 

kiedyś przy uczcie oddał srebrny pieniąŜek. Córka miała na imię Nań, a syn — Ned, 

zwany we wsi Kowalczykiem. Choćby chciał, nie mógł przed najbliŜszymi zachować 

tajemnicy, bo widywali czasem gwiazdę błyszczącą na jego czole, gdy wracał z 

podróŜy albo z długiego spaceru, bo lubił wieczorami przechadzać się samotnie.

Od czasu do czasu wyruszał w drogę piechotą lub konno, a sąsiedzi 

przypuszczali, Ŝe to interesy zmuszają go do podróŜy, i niekiedy mieli rację, ale nie 

zawsze. W kaŜdym razie nie wędrował w poszukiwaniu zamówień na swoje wyroby 

ani teŜ nie po sztaby Ŝelaza, węgiel i inne potrzebne w kuźni materiały, chociaŜ o te 

sprawy takŜe dbał i nie gardził, jak się to mówi, uczciwie zarobionym groszem. Ale 

miał swoje szczególne sprawy w Krainie Czarów i był tam mile widziany, bo 

Gwiazda jasno świeciła na jego czole, był tam bezpieczny o tyle, o ile moŜe być 

bezpieczny1 czło-1 wiek śmiertelny w tym groźnym kraju. Mniejsze Złe 1 Duchy 

unikały spotkania z Gwiazdą, a od większych broniły go przyjazne siły.

Był za to wdzięczny, bo wkrótce nabrał doświadczenia i zrozumiał, Ŝe do 

cudów tej Krainy nie moŜna się zbliŜać bez naraŜenia Ŝycia, i Ŝe z wielu Złymi 

Duchami nie wolno podejmować walki, jeśli nie włada się oręŜem bardzo potęŜnym, 

background image

za cięŜkim, aby go zwykły śmiertelnik mógł udźwignąć. Pozostał głodnym wiedzy 

wędrowcem i odkrywcą, nigdy nie był wojownikiem. Wprawdzie z czasem, 

doskonaląc swoje rzemiosło, umiałby, gdyby chciał, wykuć broń, która w jego 

własnym świecie wzbudziłaby wielki podziw i byłaby warta królewskiej zapłaty, ale 

wiedział, Ŝe w Krainie Czarów nie miałaby większego znaczenia. Mnóstwo 

rozmaitych przedmiotów wyszło z jego kuźni, nikt jednak nie słyszał, Ŝeby 

kiedykolwiek wykuł miecz lub włócznię czy teŜ grot strzały.

Początkowo w Krainie Czarów przechadzał się tylko spokojnie wśród jej 

najskromniejszych mieszkańców i najłagodniejszych stworzeń Ŝyjących w lasach, na 

łąkach uroczych dolin, nad czystymi wodami, w których zwierciadle nocą przeglądają 

się dziwne gwiazdy, a o świcie — lśniące szczyty dalekich gór. Gdy przy-bywał na 

krótko, poświęcał cały czas wpatrywaniu się w jedno tylko drzewo, w jeden kwiat. 

Później, podejmując dłuŜsze wyprawy, widział rzeczy zachwycające pięknością i 

inne, mroŜące krew w Ŝyłach, ale nie mógł ich ani dokładnie zapamiętać, ani opisać, 

chociaŜ wiedział, Ŝe zostały głęboko wyryte w jego sercu.

Wiele jednak rzeczy cudownych i tajemniczych pamiętał i często wspominał.

Kiedy podejmował pierwsze dalekie wyprawy bez przewodnika, myślał, Ŝe 

poprzez całą tę krainę dojdzie do jej odległej granicy, ale łańcuchy olbrzymich gór 

zastąpiły mu drogę i próbując je obejść w koło,   znalazł   się   w końcu  na posępnym 

wybrzeŜu.   Stał   nad Morzem    Bezwietrznych Burz. Błękitne fale podobne do 

ośnieŜonych   grzbietów gór toczyły się cicho z  Bezświata  i  niosły ku długiemu 

wybrzeŜu   białe   okręty powracające z bitew na Pograniczach Ciemności, o których 

ludzie nic nie wiedzą. Widział,    jak    woda wyniosła   daleko   na brzeg wielki okręt, 

a potem bezszelestnie opadła w rozbryzgach piany. Z pokładu zbiegli ogromni, groźni 

Ŝ

eglarze — elfy. Miecze ich lśniły, włócznie iskrzyły się, a z oczu biły przeszywające 

promienie światła.  Nagle zaintonowali pieśń zwycięstwa, Kowal zadrŜał ze strachu i 

padł na twarz, a wojownicy przeszli nad nim i zniknęli wśród rozdzwonionych echem 

gór.

 Nigdy więcej nie zapuszczał się na to wybrzeŜe, przekonany, Ŝe znajduje się 

na wyspie osaczonej zewsząd przez morze, i myśli jego zwróciły się ku górom, 

pragnął bowiem dotrzeć do serca Królestwa. Kiedyś podczas wędrówki ogarnęła go 

szara mgła i błąkał się, nic wokół nie widząc, dopóki nie zniknęła; wtedy dopiero 

stwierdził, Ŝe zaszedł na rozległą równinę. Przed nim w oddali wznosiła się góra 

cienia, a ten cień był korzeniem Królewskiego Drzewa piętrzącego się aŜ pod niebo 

background image

jak kilka wieŜ ustawionych jedna na drugiej; korona świeciła blaskiem olśniewającym 

niby słońce w samo południe, a na kaŜdej gałęzi rosły jednocześnie liście, kwiaty i 

niezliczone owoce, kaŜdy inny, tak Ŝe nie znalazłbyś dwóch jednakowych.

Nigdy juŜ potem nie zobaczył Królewskiego Drzewa, chociaŜ go często 

szukał. Pewnego razu wspinając się na Zewnętrzne Góry trafił do głębokiej doliny; na 

jej dnie błyszczała tafla jeziora, spokojna, nie zmącona ani jedną zmarszczką, mimo 

Ŝ

e las dokoła szumiał od podmuchów łagodnego wiatru. Dolinę wypełniało czerwone 

ś

wiatło jakby zachodzącego słońca, promieniowało jednak nie z nieba, lecz z jeziora. 

Z przewieszonego nad wodą niskiego urwiska spojrzał w dół i wydało mu się, Ŝe 

przenika wzrokiem w bezdenną głębinę.

Ujrzał w niej dziwne płomienne kształty powyginane, rozgałęzione i falujące 

niby olbrzymie wodorosty w morskiej rozpadlinie; wśród nich uwijały się jakieś 

ogniste stwory. Zafascynowany, zszedł na sam brzeg i chciał końcem stopy dotknąć 

wody, okazało się jednak, Ŝe to nie woda, lecz tafla twardsza od skały i bar-dziej 

ś

liska niŜ lód... Chciał na nią wejść, lecz natychmiast przewrócił się cięŜko, aŜ łoskot 

rozległ się nad jeziorem i odbił echem od gór.

Wietrzyk błyskawicznie przemienił się w huragan ryczący niby dzika bestia — 

porwał Kowala, cisnął na brzeg, pchnął na stok obracając nim i rzucając jak zeschłym 

liściem. Kowal objął ramionami pień młodej brzozy i przylgnął do niej, a wicher 

mocował się z nimi obojgiem zawzięcie, próbując oderwać człowieka od drzewa. 

Brzoza od podmuchu zgięła się jednak aŜ do ziemi i nakryła Kowala namiotem z 

gałęzi. Kiedy wreszcie wicher ustąpił i Kowal mógł się podnieść, zobaczył, Ŝe drzewo 

jest nagie, odarte aŜ do ostatniego listka, i płacze, a łzy jak deszcz płyną z jego gałęzi. 

PołoŜył dłoń na białej korze mówiąc:

— Uratowałaś mnie, brzózko. Co mam uczynić, Ŝeby cię wynagrodzić i 

okazać wdzięczność? Wyczuł ręką odpowiedź:

— Nic! Odejdź stąd. Wiatr cię ściga. Nie jesteś tutejszy. Idź i nie wracaj 

nigdy.

Wspinając się na zbocza otaczające dolinę czuł łzy brzozy na swoim policzku i 

miał w ustach ich gorzki smak. Z zasmuconym sercem przemierzał długą drogę do 

wsi i przez wiele dni potem nie chodził do Krainy Czarów. Ale nie mógł się jej 

wyrzec i w końcu wrócił, z gorętszym jeszcze niŜ przedtem pragnieniem, by do-trzeć 

w głąb tego Królestwa.

Nareszcie odkrył drogę prowadzącą przez łańcuch Zewnętrznych Gór i po 

background image

długim marszu doszedł do łań-cucha Gór Wewnętrznych, bardzo wysokich, stromych 

i niedostępnych. Po długim poszukiwaniu znalazł wszakŜe przełęcz, którą miał 

pokonać, i tego pamiętnego dnia, gdy zdobył się na tak niezwykłą śmiałość, wy-szedł 

przez wąską szczelinę na przeciwny stok i spojrzawszy w dół zobaczył Dolinę 

Wiecznego Poranka — ale wtedy jeszcze nie wiedział, Ŝe tak się ona nazywa. Zieleń 

w tej dolinie była o wiele piękniejsza niŜ na łąkach w zewnętrzej strefie Krainy 

Czarów, chociaŜ z ich pięknością nie mogła się równać nawet wiosenna trawa naszej 

ziemi. W niezwykle przezroczystym powietrzu oczy człowieka mogły dostrzec 

czerwone języczki ptaków śpiewających na drzewach przeciwległego zbocza, mimo 

Ŝ

e dolina była szeroka, a ptaki nie większe od strzyŜyków.

Góry po tej stronie opadały wydłuŜonymi stokami wśród plusku i szumu 

wodospadów, ruszył więc w dół z wielką ochotą. Kiedy jego stopy dotknęły trawy 

Do-liny, usłyszał śpiew elfów, a na usianej liliami łące nad rzeką zobaczył tańczące 

dziewczęta. Oczarowany zwinnością, wdziękiem, ustawiczną zmiennością ich 

ruchów, skierował ku nim swe kroki. Nagle taneczny korowód zatrzymał się i na 

spotkanie Kowala wybiegła dziewczyna z rozpuszczonymi włosami w zakasanej 

sukience.

Ze śmiechem powiedziała:

— Rozzuchwaliłeś się, Gwiezdniku! Czy nie obawiasz się, co powie królowa, 

jeśli się dowie o tym? A moŜe dostałeś od niej pozwolenie?

Kowal bardzo się zmieszał, bo uświadomił sobie własne myśli i zrozumiał, Ŝe 

dziewczyna je odgaduje; sądził, Ŝe Gwiazda na czole jest przepustką, upowaŜniającą 

go do wędrowania, gdzie zechce; teraz juŜ wiedział, Ŝe to nieprawda. Ale dziewczyna 

ciągnęła dalej z uśmiechem:

— Chodź, skoro juŜ wtargnąłeś tutaj, musisz ze mną zatańczyć.

Wzięła go za rękę i wprowadziła w krąg tancerzy.

Tańczył więc z nią i doznał zupełnie nowego uczucia zwinności, siły i 

szczęścia. Ale trwało to krótko. JuŜ po chwili — jak mu się zdawało — korowód się 

zatrzymał, a dziewczyna zerwała kwiat, który wyrósł u jej stóp, i wpięła go Kowalowi 

we włosy.

— śegnaj! — powiedziała. — MoŜe się jeszcze kiedyś spotkamy, jeśli taka 

będzie wola Królowej.

Nie zapamiętał nic z drogi powrotnej, nie wiedział, jakim sposobem znalazł 

się znów na gościńcu w rodzinnej okolicy... W wioskach, które mijał, ludzie 

background image

spoglądali na niego ze zdumieniem i odprowadzali go wzrokiem, dopóki nie zniknął z 

pola ich widzenia. Kiedy się zbliŜał do domu, córka wybiegła, Ŝeby go powitać z 

radością; wrócił wcześniej, niŜ się spodziewano, lecz i tak za późno dla tych, którzy 

na niego czekali.

— Tatusiu! — wykrzyknęła Nań. — GdzieŜeś był? Twoja gwiazda świeci tak 

jasno!

Kiedy przekroczył próg, gwiazda przygasła, lecz Ŝona ujęła go za rękę, 

poprowadziła do kominka i patrząc na niego rzekła:

— MęŜu kochany! Gdzie byłeś, co widziałeś? Masz kwiat we włosach.

Delikatnie zdjęła z jego głowy kwiat i połoŜyła na swej otwartej dłoni. Mieli 

wraŜenie, Ŝe widzą ten kwiat z bardzo daleka, chociaŜ leŜał na dłoni Nell i 

promieniował takim światłem, Ŝe postacie ich rzucały wielkie cienie na ścianę izby, 

mrocznej juŜ, bo wieczór zapadał. Cień męŜczyzny górował nad innymi, jego duŜa 

głowa pochylała się nad głową kobiety.

— Wyglądasz jak olbrzym, tatusiu — odezwał się milczący dotychczas syn.

Kwiat nie zwiądł i nie stracił blasku. Przechowywali go jak skarb i tajemnicę. 

Kowal zrobił dla niego specjalną szkatułkę zamykaną na kluczyk. Kwiat 

przekazywano z pokolenia na pokolenie w rodzie Kowala, a ci, co dziedziczyli klucz, 

od czasu do czasu otwierali szkatułkę i wpatrywali się w śywy Kwiat do-póty, dopóki 

wieczko nie spadło. A działo się to niezaleŜnie od woli posiadacza skarbu.

Czas nie zatrzymał się dla mieszkańców wsi. Minęło wiele lat. Kowal był 

niespełna dziesięcioletnim chłopcem, gdy na festynie Dwudziestu Czterech do-stał 

gwiazdę. We właściwym terminie odbyła się następna uroczystość Dwudziestu 

Czterech i Alf, który nareszcie został Kuchmistrzem, wybrał sobie nowego ucznia, 

niejakiego Grajka. W dwanaście lat później Kowal wrócił do domu z kwiatem we 

włosach, a teraz nadszedł rok, w którym zimą wypadało znów urządzić festyn dla 

dzieci.

Pewnego dnia tego właśnie roku Kowal wracał przez las brzegiem Krainy 

Czarów. Była jesień. Złote liście lśniły na gałęziach, purpurowe zaścielały ziemię. 

Ktoś zszedł za nim, lecz Kowal nie zwaŜał na to i nie obejrzał się za siebie, zatopiony 

w myślach.

Tym razem otrzymał wezwanie i odbył bardzo daleką podróŜ, dłuŜszą, jak mu 

się zdawało, niŜ wszystkie inne w Ŝyciu. Dostarczono mu przewodników i straŜy, lecz 

nie pamiętał prawie dróg, którymi wędrował, bo często oślepiały go mgły lub 

background image

ciemności, aŜ w końcu znalazł się nocą na jakiejś wyŜynie, pod niebem błyszczącym 

od niezliczonych gwiazd. Zaprowadzono go przed oblicze samej Królowej. Nie miała 

korony i nie siedziała na tronie. Stała w wielkim majestacie i w chwale, i otaczał ją 

tłum wojowników w zbrojach lśniących i migoczących jak gwiazdy na niebie, lecz 

była tak wysoka, Ŝe górowała nad ostrza-mi włóczni, a nad jej głową unosił się biały 

płomień. Skinęła na Kowala, Ŝeby się zbliŜył, więc drŜąc podszedł do niej. Rozległ się 

wysoki, czysty sygnał trąby i nagle został sam na sam z Królową.

Stał przed nią i nie przyklęknął, jak nakazywał ceremoniał dworski, bo w 

oszołomieniu pomyślał, Ŝe wobec niej Ŝaden gest istoty tak znikomej jak on nie moŜe 

mieć znaczenia. Wreszcie ośmielił się podnieść wzrok i spojrzeć w jej twarz; królowa 

powaŜnymi oczyma patrzała na niego z góry. Zmieszał się i za-dziwił, bo w tym 

momencie poznał piękną dziewczynę z Zielonej Doliny, tancerkę, spod której stóp 

kwiaty wyrastały na ziemi. Uśmiechnęła się z tych jego wspomnień i podeszła bliŜej. 

Rozmawiali długo, prawie bez słów, lecz dowiedział się wielu rzeczy przejmując jej 

myśli; niektóre napełniały go radością, inne — ogromnym smutkiem. Potem zaczął 

pamięcią wracać po tropach swojego Ŝycia w przeszłość aŜ do dnia, gdy została mu 

dana gwiazda, i nagle stanęła mu przed oczyma tańcząca figurka z róŜdŜką w ręku, 

więc ze wstydem spuścił wzrok, olśniony pięknością królowej.

Roześmiała się zupełnie tak samo jak wtedy, w Do-linie Wiecznego Poranka.

— Nie martw się, Gwiezdniku — powiedziała. — Nie wstydź się za swoich 

współplemieńców. Z dwojga złego mała laleczka jest lepsza niŜ całkowite 

zapomnienie o Krainie Czarów. Dla niektórych ludzi to jedyny przebłysk, dla innych 

— przebudzenie. Ty od tamtego dnia pragnąłeś mnie zobaczyć, więc spełniłam twoje 

Ŝ

yczenie. Ale nic więcej juŜ ci dać nie mogę. Zanim się teraz poŜegnamy, powierzę ci 

jeszcze pewną waŜną misję. Jeśli spotkasz króla, powtórz mu te słowa: JuŜ czas. 

Pozwól mu dokonać wyboru.

— AleŜ... — wyjąkał. — Nie wiem, gdzie jest król. Pytałem o to wszystkich w 

Krainie Czarów, lecz zawsze słyszałem to samo: “Nie powiedział tego".

— Skoro król ci tego nie powiedział, nie mogę zdradzić sekretu — odparła 

Królowa. — Wiedz, Ŝe Król wiele podróŜuje i moŜna go spotkać w 

nieprawdopodobnych miejscach. A teraz przyklęknij.

Ukląkł, a Królowa schyliła się i połoŜyła rękę na jego głowie. Ogarnęła go 

wielka cisza i wydawało mu się, Ŝe jest jednocześnie w zwykłym ludzkim świecie i w 

Krainie Czarów, a takŜe poza obu tymi dziedzinami i patrzy na nie z zewnątrz czując 

background image

zarazem smutek, radość i niezmącony spokój. Kiedy się po chwili ocknął, wstał i 

podniósł głowę, brzask rozjaśnił niebo na wschodzie, gwiazdy pobladły, a Królowa 

zniknęła. Gdzieś daleko w górach echo powtarzało sygnał trą-by. Kowal był sam na 

pustej, cichej wyŜynie i wie-dział, Ŝe czeka go juŜ tylko droga do wyrzeczenia.

Miejsce, gdzie się spotkał z Królową, zostało daleko za nim i szedł teraz po 

ś

ciółce jesiennych liści rozmyślając o wszystkim, co widział i czego się do-wiedział.   

Szelest   kroków   na   ścieŜce   przybliŜał   się z      kaŜdą      chwilą. Wreszcie tuŜ 

koło je-go uszu odezwał się głos:

— Czy idziesz w tę samą stronę co ja, Gwiezdniku?

Kowal, nagle wyrwany z zamyślenia, wzdrygnął się i teraz dopiero spojrzał na 

idącego obok człowieka. Zobaczył wysokiego męŜczyznę, stąpającego lekko i szybko, 

ubranego w ciemnozielony płaszcz z kapturem, który częściowo zasłaniał

jego twarz. Kowal zdziwił się, bo nikt prócz mieszkańców Krainy Czarów nie 

nazywał go “Gwiezdnikiem", a nie pamiętał, aby kiedykolwiek w swoich wędrówkach

spotkał tego męŜczyznę; mimo to miał niejasne wraŜenie, Ŝe go skadsiś zna.

 — A dokąd ty idziesz? — spytał.

— Wracam do twojej wsi i mam nadzieję, Ŝe ty takŜe — odparł tamten.

— Tak — przyznał Kowal. — MoŜemy więc iść razem. Tylko Ŝe właśnie coś 

mi się przypomniało... Zanim wyruszyłem w powrotną drogę, pewna wielka pani dała 

mi polecenie. Wkrótce przekroczymy granicę Krainy Czarów i myślę, Ŝe nigdy więcej 

juŜ jej nie odwiedzę. A ty?

— Ja na pewno wrócę. MoŜesz mi przekazać swoją misję.

— Kazała mi powtórzyć kilka słów Królowi. Czy wiesz, gdzie go moŜna 

spotkać?

— Wiem. A jakie to są słowa?

— Pani kazała mu powiedzieć tylko to: JuŜ czas. Pozwól mu dokonać wyboru.

— Rozumiem. Nie kłopocz się tym więcej!

Szli ramię w ramię milcząc, słychać było jedynie szelest liści pod ich stopami. 

Dopiero po przebyciu kilku mil, gdy zbliŜali się juŜ do granicy Krainy Czarów, 

męŜczyzna w zielonym płaszczu zatrzymał się i zwracając twarz do Kowala odrzucił 

z głowy kaptur. Wtedy1 Kowal go poznał: to był Alf, Terminator, jak go Kowal 

dotychczas w myślach nazywał, mając zawsze w pamięci dzień, gdy młody Alf stał 

przy stole obok Kuchmistrza trzymając w ręku lśniący nóŜ do dzielenia tortu, a oczy 

mu się iskrzyły w blasku świec. Musiał juŜ teraz być bardzo stary, bo od wielu lat 

background image

piastował godność Kuchmistrza, lecz tutaj, w cieniu lasu na pograniczu Krainy 

Czarów wyglądał tak młodo jak tamten dawny terminator, tyle Ŝe bardziej dostojnie. 

Nie miał siwych włosów ani zmarszczek na twarzy, a oczy mu błyszczały, jakby 

odbijało się w nich jakieś jasne światło.

— Chciałbym z tobą porozmawiać, Kowalu Kowalczyku, zanim się 

znajdziemy znowu w twojej wsi — rzekł.

Kowala zaskoczyła ta propozycja, bo wiele razy miał ochotę pogadać z Alfem, 

lecz nigdy mu się to nie udawało. Alf zawsze pozdrawiał go przyjaźnie i patrzał na 

niego Ŝyczliwym wzrokiem, zdawał się jednak unikać rozmowy sam na sam z nim. 

Teraz teŜ patrzał przyjaźnie, lecz niespodziewanie podniósł rękę i dotknął Gwiazdy na 

czole Kowala. Blask zniknął z jego oczu, a Kowal zrozumiał, Ŝe przedtem odbijały 

one światło Gwiazdy, która bardzo jasno świeciła i w tej chwili nagle przygasła. 

Zdumiony cofnął się z gniewem.

— Czy nie sadzasz, Mistrzu Kowalu, Ŝe czas, byś ją oddał? — spytał Alf.

— Co ci do tego, Kuchmistrzu? Dlaczego miałbym się wyrzec Gwiazdy? Jest 

moja. Sama mi wpadła w ręce. Czy człowiek nie ma prawa zachować, choćby na 

pamiątkę, tego, co w ten sposób dostał?

— Ma prawo zatrzymać niektóre rzeczy, jeśli ktoś mu je podarował na 

pamiątkę. Ale nie wszystko do-stajemy w takiej intencji. Są rzeczy, które nie mogą na 

zawsze pozostać własnością jednego człowieka ani teŜ przechodzić w dziedzictwie z 

ojca na syna. Są tylko uŜyczone na pewien czas. A nie przyszło ci nigdy do głowy, Ŝe 

ktoś inny potrzebuje takŜe tej Gwiazdy? OtóŜ wiedz, Ŝe tak właśnie jest. JuŜ pora, 

Ŝ

ebyś ją oddał.

Kowal zmieszał się, był bowiem człowiekiem wspaniałomyślnym i z 

wdzięcznością wspominał, ile szczęścia przyniosła mu gwiazda.

— CóŜ więc powinienem zrobić? — spytał. — Czy mam ją zwrócić jednemu z 

wielkich mieszkańców Krainy Czarów? MoŜe samemu królowi? — A gdy to mówił, 

serce zabiło mu Ŝywiej, bo zrodziła się w nim nadzieja, Ŝe będzie trzeba w tej sprawie 

raz jeszcze wrócić do Krainy Czarów.

— Mógłbyś ją oddać mnie — powiedział Alf — moŜe jednak byłoby to dla 

ciebie zbyt przykre. Pójdź razem ze mną do spiŜarni i włóŜ gwiazdę z powrotem do 

tej samej szkatułki, w której niegdyś ją schował twój dziadek.

— Mój dziadek? Nic o tym nie wiedziałem.

— Nikt nie wiedział oprócz mnie. Tylko ja byłem z nim wtedy.

background image

— MoŜe wiesz takŜe, skąd miał Gwiazdą i dlaczego ją włoŜył do szkatułki.

— Przyniósł ją z Krainy Czarów, to wiesz bez pytania — odparł Alf. — 

Zostawił ją w szkatułce z nadzieją, Ŝe przypadnie kiedyś tobie, jedynemu jego 

wnukowi. Tak mi powiedział, bo myślał, Ŝe będę mógł się postarać o spełnienie jego 

Ŝ

yczenia. Był to ojciec twojej matki. MoŜe ci o nim niewiele opowiadała, bo sama 

mało wiedziała. Nazywano go JeŜdźcem, bo lubił podróŜować, to teŜ napatrzył się 

róŜnych rzeczy i zdobył mnóstwo umiejętności, zanim osiadł jako Kuchmistrz w 

waszej wsi. Opuścił ją, gdy miałeś dwa lata, i nie znaleziono na jego następcę 

lepszego kandydata niŜ ten biedny Kołek. JednakŜe z czasem ja zostałem 

Kuchmistrzem, jak sobie planowaliśmy z twoim dziadkiem; w tym roku będę musiał 

zrobić znów Wielki Tort. Za ludzkiej pamięci Ŝadnemu Kuchmistrzowi jeszcze się to 

nie zdarzyło dwa razy w Ŝyciu, ja jestem jedynym wyjątkiem. Chciałbym Gwiazdę 

włoŜyć do tortu.

— Dobrze, dostaniesz ją — rzekł Kowal. Spojrzał na Alfa przenikliwie, jakby 

próbował odgadnąć jego myśli. — Czy wiesz, kto ją znajdzie?

— Po co ci to wiedzieć, Mistrzu Kowalu?

— Proszę cię, powiedz mi,  jeśli wiesz. Będzie mi łatwiej rozstać się z rzeczą, 

bardzo drogą mojemu sercu. Syn mej córki jest jeszcze za mały. — MoŜe ci będzie 

łatwiej, a moŜe nie. Zobaczymy.

Więcej juŜ z sobą nie rozmawiali. Wkrótce potem przekroczyli granicę Krainy 

Czarów i nareszcie wrócili do wsi. Skierowali się wprost do świetlicy gromadzkiej. 

Nad ludzkim światem słońce właśnie za-chodziło i okna domów lśniły czerwienią. 

Złocone rzeź-by na drzwiach świetlicy błyszczały, spod dachu wychylały się 

róŜnokolorowe dziwaczne twarze gargulców. Świetlicę niedawno odnowiono i 

odmalowano, a przedsięwzięcie to wy-wołało długie debaty w radzie gromadzkiej. 

Niektórzy ludzie sprzeciwiali się tym, jak mówili, nowomodnym zbytkom, lecz inni, 

lepiej znający historię wsi, pamiętali, Ŝe był to stary zwyczaj, i zgadza-li się, Ŝe warto 

do nie-go wrócić. Miało to kosztować sporo grosza, a poniewaŜ Kuchmistrz ofiarował 

się wszystko zapłacić z własnej kiesy, pozwolono mu zrobić to według własnej woli i 

gustu. Kowal nigdy jeszcze nie widział odnowionej świetlicy w takim oświetleniu, 

stanął więc przed nią olśniony, zapominając na chwilę, po co tu przyszedł.

Wreszcie Alf dotknął jego ramienia i poprowadził go wokół budynku do 

małych bocznych drzwi, otworzył je z klucza i poszli ciemnym korytarzem do 

spiŜarni. Tam Kuchmistrz zapalił świecę, otworzył szafę i z górnej półki zdjął czarną 

background image

skrzynkę. Była teraz wypolerowana i ozdobiona srebrnymi ornamentami.

Podniósł wieczko i pokazał Kowalowi, co jest w środku. Jedna mała 

przegródka pozostała pusta, we wszystkich innych znajdowały się korzenne 

przyprawy o tak świeŜym, ostrym zapachu, Ŝe oczy Kowalowi zwilgotniały. Sięgnął 

ręką do czoła. Gwiazda odkleiła się zupełnie łatwo, lecz Kowal poczuł nagle 

przeszywający ból i łzy pociekły mu po twarzy. ChociaŜ Gwiazda świeciła jasno na 

jego dłoni, widział tylko zamazaną olśniewającą plamę, jak gdyby bardzo daleką.

— Nie widzę wyraźnie — powiedział. — Wyręcz mnie i sam ją włóŜ do 

skrzynki. — Wyciągnął rękę do Alfa, który wzdął Gwiazdę ii umieścił w przegródce, 

gdzie natychmiast zgasła.

Kowal bez słowa odwrócił się i po omacku ruszył ku wyjściu. Za progiem 

stwierdził, Ŝe znów widzi dobrze. Był wieczór, na jasnym firmamencie w pobliŜu 

księŜyca błyszczała Gwiazda wieczorna. Gdy stał podziwiając jej piękność, uczuł na 

ramieniu dotknięcie czyjejś ręki. Obejrzał się i zobaczył Alfa.

— Oddałeś mi ją dobrowolnie — rzekł Alf. — JeŜeli wciąŜ jeszcze jesteś 

ciekawy, kto ją dostanie, mogę ci to teraz powiedzieć.

— Proszę, powiedz.

— Chłopiec, którego sam wskaŜesz. Kowal zaskoczony nie od razu 

przemówił.

— Zastanawiam się — zaczął wreszcie z wahaniem — czy ci się spodoba mój 

wybór. Nazwisko Kołka z wielu powodów nie moŜe ci być miłe, ale jego prawnuczek 

Tim z Townsand, który ma uczestniczyć w biesiadzie Dwudziestu Czterech, nie jest 

wcale do pradziadka podobny.

— Owszem, zauwaŜyłem to — odparł Alf. — Ma rozumną matkę.

— Tak, siostrę mojej Nell. NiezaleŜnie od powinowactwa bardzo lubię małego 

Tima. Co prawda nie jest to kandydat, który by się wszystkim mógł wydawać 

bezspornie najlepszy.

— Tak samo jak ty w swoim czasie — powiedział uśmiechając się Alf. — Ale 

zgadzam się, ja takŜe wybrałem Tima.

— Po co więc mnie pytałeś o zdanie?

— Królowa tak sobie Ŝyczyła. Gdybyś wskazał inne dziecko, nie upierałbym 

się przy swoim.

Kowal długo przyglądał się Alfowi. Nagle ukłonił mu się nisko.

— Nareszcie zrozumiałem! — rzekł. — Bardzo nas zaszczyciłeś, najjaśniejszy 

background image

panie.

— Zostałem za to wynagrodzony — odparł Alf. — Wracaj teraz spokojny do 

domu.

ZbliŜając się do swojego domu na zachodnim skraju wsi zobaczył syna przed 

kuźnią; Kowalczyk właśnie ją zamknął skończywszy robotę i spoglądał na białą 

drogę, którą ojciec zazwyczaj wracał z wypraw. Usłyszał kroki i odwrócił się, 

zdziwiony, Ŝe tym razem Kowal nadchodzi od strony wsi. Podbiegł na jego spotkanie, 

objął ramionami i przywitał serdecznie.

— Od wczoraj juŜ cię wypatruję, tatusiu! — powiedział. Potem spojrzawszy 

uwaŜnie w twarz ojca dodał z niepokojem.

— Wydajesz się bardzo zmęczony. Pewno idziesz z daleka?

— Z bardzo daleka, synu. Przeszedłem całą drogę od świtu do wieczora.

Razem weszli do domu,  gdzie ciemną izbę rozjaśniało tylko migotanie ognia 

na kominku. Syn zapalił świece i przez długą chwilę siedzieli milcząc, bo Kowala 

przytłaczało ogromne zmęczenie i smutek wielkiej straty. W końcu podniósł głowę, 

rozejrzał się w koło jak przebudzony ze snu i spytał.

— Nikogo prócz nas dwóch nie ma? Syn popatrzał na niego uwaŜnie.

— Nie pamiętasz? Matka poszła do Podlesia Mniejszego, do Nań. Mały Tom 

ś

więci dzisiaj swoje drugie urodziny. Spodziewali się, Ŝe weźmiesz w nich udział.

— Ach, tak. Powinienem wziąć udział i na pewno bym to zrobił, lecz 

spóźniłem się, bo zatrzymały mnie waŜne sprawy; tak miałem nimi zaprzątniętą 

głowę, Ŝe chwilowo nie mogłem myśleć o niczym innym. Ale nie zapomniałem o 

małym Tomciu i jego urodzinach. Przyniosłem dla niego prezent. Stary Kołek 

nazwałby to zapewne cackiem, ale to cacko pochodzi z Krainy Czarów.

Wyjął z sakiewki mały srebrny przedmiot. Na łodydze miniaturowej lilii trzy 

delikatne kwiaty zwisały niby dzwoneczki. Były to naprawdę dzwoneczki. Kowal 

trącił leciutko łodygę i kwiatki zadźwięczały piękną, czystą melodyjką. Płomyki świec 

od tej muzyki zatrzepotały i na mgnienie oka rozbłysły białym światłem.

Ź

renice Neda rozszerzyły się z podziwu.

— Czy mogę przyjrzeć się temu z bliska? — spytał. OstroŜnie wziął w palce 

srebrną lilijkę i zajrzał w kielichy kwiatów. — Cudowna robota! A co najdziwniejsze, 

te dzwonki pachną, ich zapach przypomina mi... przypomina... coś, o czym 

zapomniałem...

— Tak. Ilekroć dzwonki zagrają, w chwilę potem wydobywa się z nich 

background image

zapach. Nie bój się, Ned, moŜesz tego drobiazgu śmiało dotykać. Przeznaczony jest 

do zabawy dla dziecka: niełatwo go uszkodzić i nie zrobi teŜ szkody maleństwu.

WłoŜył zabawkę z powrotem do sakiewki i schował do kieszeni.

— Jutro zaniosę ten prezent do Podlesia Mniejsze-go — oznajmił. — Mam 

nadzieję, Ŝe Nań, Tom i Nell wybaczą mi spóźnienie. Zresztą Tom jeszcze nie umie 

liczyć dni... ani tygodni, miesięcy czy lat.

— Racja, tatusiu. Chętnie bym poszedł z tobą, ale nieprędko będę mógł się 

tam wybrać. Dzisiaj, nawet gdybym nie czekał na ciebie, w Ŝaden sposób nie mogłem 

towarzyszyć matce. Mam pełne ręce roboty, a wciąŜ napływają nowe zamówienia.

— Nie, nie, Kowalczyku, pozwól sobie na małe święto! Wprawdzie jestem juŜ 

dziadkiem, ale sił mi jeszcze nie brakuje. Poradzimy sobie z robotą. Odtąd będą w 

kuźni dwie pary rąk do pracy i to przez sześć dni w tygodniu. Nie wybiorę się juŜ 

więcej w podróŜ. Ned, mam na myśli moje dalekie wędrówki, rozumiesz, synu?

— A więc wszystko się zmieniło, tatusiu? Od pierwszej chwili zadaję sobie 

pytanie, gdzie się podziała twoja Gwiazda. To wielka strata. — Uścisnął rękę ojca. — 

Martwię się ze względu na ciebie, ale rodzina pewnie na tej zmianie skorzysta. Czy 

wiesz, Mistrzu, Ŝe chciałbym wiele się nauczyć od ciebie? I to nie tylko obróbki 

Ŝ

elaza!

Zjedli razem kolację i długo potem siedzieli jeszcze przy stole, bo Kowal 

opowiadał synowi o swojej ostatniej podróŜy do Krainy Czarów i o wielu sprawach, 

które go zaprzątały. Ale o wyborze następnego nosiciela Gwiazdy nie wspomniał ani 

słowem.

Wreszcie syn patrząc w twarz ojca rzekł:

— Czy pamiętasz, ojcze, dzień, gdy wróciłeś z kwiatem we włosach? 

Spojrzałem wówczas na twój cień i powiedziałem, Ŝe wyglądasz jak olbrzym. Cień 

mówił prawdę. A więc tańczyłeś z Królową we własnej osobie! I mimo to wyrzekłeś 

się Gwiazdy. Mam nadzieję, Ŝe dostanie się komuś, kto jest jej wart. Ten ktoś 

powinien ci być wdzięczny.

— Chłopczyk nic o tym nie będzie wiedział — od-parł Kowal. — Tak to juŜ 

jest z darami tego rodzaju. No, stało się, oddałem Gwiazdę następcy, a sam wracam 

do młota i kowadła.

Dziwna rzecz, ale stary Kołek, który wykpił terminatora, nigdy nie przestał 

łamać sobie głowy nad zagadką zniknięcia srebrnej Gwiazdy z tortu, chociaŜ od tego 

zdarzenia upłynęło wiele lat. Roztył się i rozleniwił; opuścił stanowisko Kuchmistrza 

background image

mając sześćdziesiąt lat, co we wsi nie uchodziło za wiek podeszły. Teraz zbliŜał się 

do dziewięćdziesiątki i był potwornie gruby, bo jadł bez umiaru i w dalszym ciągu 

przepadał za słodyczami. JeŜeli nie siedział przy stole, spędzał dni w wielkim fotelu 

przy oknie albo, gdy pogoda sprzyjała, przed domem. Lubił mówić, bo o wielu 

sprawach był, jak sadził, lepiej od innych po-informowany, lecz ostatnio najczęściej 

gadał o tym jedynym Wielkim Torcie, który — jak z czasem uwierzył — był jego 

własnym arcydziełem i który wciąŜ mu się śnił. Terminator czasem przechodząc 

zatrzymywał się, Ŝeby zamienić ze staruszkiem kilka słów. Stary Kołek wciąŜ bowiem 

nazywał Alfa Terminatorem, a siebie kazał nazywać Kuchmistrzem. Terminator nigdy 

mu tego tytułu nie odmawiał, czym zjednywał sobie pewne względy staruszka, choć 

nie naleŜał na pewno do jego ulubieńców.

Któregoś dnia Kołek po obiedzie drzemał w fotelu przed drzwiami domu. 

Ocknął się gwałtownie i zobaczył Terminatora stojącego obok i patrzącego na nie-go 

z góry.

— O, to ty! — powiedział Kołek. — Cieszę się, Ŝe cię widzę, bo ten tort nie 

daje mi spokoju. Właśnie o nim myślałem. Najlepszy z tortów, jaki w Ŝyciu zrobiłem, 

a to coś znaczy! Ale ty go moŜe juŜ nie pamiętasz?

— Pamiętam doskonale, Mistrzu. To był dobry tort, wszyscy go jedli ze 

smakiem i chwalili.

— Oczywiście! To było moje dzieło. Co do tego nie mam Ŝadnych 

wątpliwości. Ale nie mogę zrozumieć, co się stało z tym cackiem, wiesz, z tą 

gwiazdką. Nie mogła przecieŜ rozpłynąć się bez śladu. Powiedziałem tak wówczas 

tylko po to, Ŝeby się dzieci nie przelękły. Myślałem, Ŝe moŜe któreś z nich ją 

połknęło. Ale czy to prawdopodobne? MoŜna łyknąć drobny pieniąŜek nic o tym nie 

wiedząc, ale gwiazdę? Była maleńka, miała jednak ramiona ostro zakończone.

— Tak, Mistrzu. Ale nie wiesz właściwie, z czego była zrobiona, prawda? 

Przestań sobie głowę suszyć tymi pytaniami. Zapewniam cię, Ŝe Gwiazdkę ktoś 

połknął.

— Ale kto? Mam długą pamięć, a tamten dzień utkwił w niej bardzo mocno, 

mogę wyliczyć imiona wszystkich dzieci, które brały udział w festynie. Za-raz, niech 

się zastanowię... Tak, na pewno Molly młynarzówna! Była okropnie łapczywa i łykała 

jedzenie nie przeŜuwając. Teraz jest gruba jak wór mąki.

— Rzeczywiście niektóre osoby mają skłonność do tycia, Mistrzu. Molly 

jednak nie jadła zbyt pośpiesznie tortu, znalazła przecieŜ w swojej porcji aŜ dwie 

background image

niespodzianki.

— CzyŜby? W takim razie musiał to być Harry, syn bednarza, chłopak gruby 

jak beczka, usta miał szerokie niczym Ŝaba.

— Ja go pamiętam, Mistrzu, jako miłego chłopczyka z szerokim, serdecznym 

uśmiechem. Harry szukał w torcie niespodzianki tak gorliwie, Ŝe cała porcję 

rozdrobnił na talerzu, lecz niczego nie znalazł.

— A więc ta mała, blada dziewczynka, Lii, córka sukiennika. W 

niemowlęctwie połykała szpilki bez szkody dla zdrowia.

— Nie. Mistrzu, Liii zjadła tylko lukier i wierzchnią warstwę tortu, a resztę 

oddała chłopcu siedzącemu obok niej.

— No więc rezygnuję ze zgadywania. KtóŜ to mógł być? Ty, jak się zdaje, 

pilnie wszystkich obserwowałeś. Czy nie zmyśliłeś tych szczegółów?

— Syn Kowala, Mistrzu. I przyniosło mu to wiele szczęścia.

— Gadaj zdrów! — zaśmiał się stary Kołek. — Powinienem bym się od razu 

połapać, Ŝe próbujesz mnie nabrać. Co za bzdura! Kowal był wtedy spokojnym, 

tępym chłopcem. Teraz jest bardziej hałaśliwy, podobno lubi śpiewać, ale zawsze się 

wyróŜniał ostroŜnością. Ten by niczego nie zaryzykował. KaŜdy kęs dziesięć razy 

obraca w ustach, zanim połknie, od maleńkości był taki. Czy się dość jasno wyraŜam?

— Najzupełniej, Mistrzu. Jeśli nie wierzysz, Ŝe Gwiazdę połknął Kowal, nic 

na to nie mogę poradzić. Zresztą dzisiaj cała historia nie ma juŜ znaczenia. MoŜe 

przestaniesz się dręczyć, gdy ci powiem, Ŝe Gwiazdka jest juŜ z powrotem na swoim 

miejscu w szkatułce. Proszę, spójrz!

Terminator miał na sobie ciemnozielony płaszcz, w którym Kołek widział go 

po raz pierwszy. Spomiędzy fałd tego płaszcza wyciągnął czarną skrzyneczkę i 

otworzył ją tuŜ pod nosem staruszka.

— Przekonaj się, Mistrzu, Gwiazdka leŜy w kąciku, we własnej przegródce.

Stary zaniósł się kaszlem, potem kichnął kilka razy, lecz w końcu popatrzył na 

szkatułkę.

— Rzeczywiście! — przyznał. — Chyba Ŝe to inna gwiazdka podobna jak 

dwie krople wody do tamtej.

— Ta sama, Mistrzu. Wiem, bo ja przed kilku dniami własną ręką włoŜyłem 

do szkatułki. Tej zimy podczas festynu znowu się znajdzie w Wielkim Torcie.

— Aha! — rzekł szyderczo Kołek i zatrząsł się cały jak galareta od złośliwego 

ś

miechu. — Rozumiem, rozumiem! Dwadzieścia czworo dzieci, dwadzieścia cztery 

background image

cacka, a Gwiazdka miała być dwudziesta piąta na dokładkę. Ale tyś ją przed 

wsadzeniem do pieca świsnął i zachował na następną okazję. Zawsze byłeś 

przebiegły. I zręczny do róŜnych sztuczek. Przy tym skąpy, nie zmarnowałbyś ani 

odrobinki masła. Ha, ha, ha! A więc tak się to stało. Mogłem był się wcześniej 

domyślić. Zagadka nareszcie rozwiązana, mogę teraz spać spokojnie. — Kołek 

rozparł się głębiej w fotelu. — UwaŜaj, Ŝeby twój Terminator nie spłatał ci takiego 

samego figla! Nawet chytrusa ktoś moŜe przechytrzyć, jak powiadają. — I zamknął 

oczy.

— Do widzenia, Mistrzu — rzekł Terminator zatrzaskując szkatułkę tak 

hałaśliwie, Ŝe Kołek otworzył oczy. — Wszystko zawsze wiesz najlepiej, toteŜ tylko 

dwa razy ośmieliłem się udzielić ci waŜnych informacji. Powiedziałem ci kiedyś, Ŝe 

Gwiazdka pochodzi z Krainy Czarów, a dzisiaj — Ŝe dostała się Kowalowi. 

Wyśmiałeś mnie. Na poŜegnanie powiem ci jednak coś jeszcze. Tym razem nie 

będziesz się śmiał. Jesteś starym zarozumiałym nicponiem, spasionym, szczwanym 

leniem. To ja za ciebie wykonywałem całą robotę. Nie podziękowałeś mi nigdy, 

chociaŜ starałeś się nauczyć ode mnie wielu rzeczy, z wyjątkiem szacunku dla czarów 

i zasad uprzejmości. Nie masz jej na tyle, Ŝeby mi powiedzieć grzecznie “do 

widzenia".

— Jeśli chodzi o grzeczność — odparł Kołek — to dziwię się, Ŝe pozwala ci 

ona zniewaŜać starsze i lepsze niŜ ty osoby. Zabierz swoje czary i bzdury gdzie 

indziej. A jeŜeli czekasz na słówko poŜegnania, to, proszę bardzo, kłaniam się, ale 

zjeŜdŜaj stad nareszcie. — Kpiąco pomachał mu na poŜegnanie ręką. — MoŜe masz 

w swojej kuchni ukrytych przyjaciół z Krainy Czarów? Przyślij mi tu jednego z nich, 

chętnie go obejrzę, a jeśli skinieniem róŜdŜki przywróci mi smukłą figurę, nabiorę o 

nim lepszego mniemania! — Zaśmiał się ironicznie.

— Czy zgodziłbyś się poświęcić chwilkę Królowi Krainy Czarów? — spytał 

tamten. Ku zdumieniu Kołka, urósł wymawiając te słowa. Zrzucił płaszcz i ukazał się 

w odświętnym stroju kuchmistrza, lecz biały fartuch, kurtka i czapka migotały i 

błyszczały, a na czole jaśniał klejnot w kształcie promiennej Gwiazdy. Twarz miał 

młodą, lecz surową.

— Stary człowieku — rzekł — na pewno nie jesteś ode mnie starszy. Nie 

sądzę teŜ, Ŝebyś był lepszy. Nieraz szydziłeś ze mnie za moimi plecami. Czy dziś 

otwarcie rzucasz mi wyzwanie? — Postąpił krok naprzód, a Kołek skulił się i zadrŜał; 

chciał krzyknąć, zawołać kogoś na ratunek, lecz nie mógł wydobyć głosu z gardła.

background image

— Panie! — wycharczał z trudem. — Nie rób mi nic  złego!   Jestem  biednym 

starym  człowiekiem! Twarz króla złagodniała.

— Niestety! Mówisz prawdę. Nie bój się, bądź spokojny. Wypada jednak, 

Ŝ

eby Król Krainy Czarów coś dla ciebie uczynił, zanim odejdzie, spełnię więc twoje 

Ŝ

yczenie. śegnaj! I zaśnij teraz.

Owinął się znów płaszczem i odszedł w kierunku świetlicy, lecz nim zniknął z 

pola widzenia, stary kucharz zamknął wytrzeszczone ze zdumienia oczy i zachrapał.

Kiedy się zbudził, słońce juŜ zachodziło. Przetarł oczy i lekki dreszcz 

przebiegł mu po skórze, bo jesienny wieczór był chłodny.

— Uf! Co za sen — westchnął. — Zaszkodziła mi widać ta wieprzowina, 

którą jadłem na obiad.

Od tego dnia stary Kołek ze strachu przed koszmarami sennymi przestał się 

objadać i poprzestawał na skromnych i prostych potrawach. Wkrótce dzięki temu 

schudł tak, Ŝe nie tylko odzieŜ, ale teŜ skóra zwisała na nim marszcząc się i fałdując. 

Dzieci przezwały go “kościanym dziadkiem". Po jakimś czasie zauwaŜył, Ŝe moŜe 

znów poruszać się swobodnie i chodzić po całej wsi bez innej pomocy niŜ laska w 

ręku. PrzeŜył o wiele lat dłuŜej, niŜ gdyby pozostał grubasem. Podobno dociągnął do 

setki i był to jedyny w jego historii sukces godny ludzkiej pamięci. Do ostatka 

opowiadał kaŜdemu, kto zechciał go słuchać, o swoim sennym przywidzeniu.

— Okropny sen, moŜna by powiedzieć, ale, jeśli się zastanowić, po prostu 

głupi. Król Krainy Czarów! A nie miał nawet róŜdŜki w ręku! KaŜdy by schudł, gdyby

przestał duŜo jeść. Zdarzenie zupełnie zwyczajne, całkiem logiczne. Nie ma w tym 

Ŝ

adnych czarów.

Nadszedł termin Festynu Dwudziestu Czterech. Kowal uczestniczył w nim 

zabawiając gości śpiewem, a jego Ŝona pomagała opiekować się dziećmi. Kowal 

przyglądał im się, gdy śpiewały i tańczyły; stwierdził, Ŝe są piękniejsze i weselsze niŜ 

dzieci z jego pokolenia i przemknęła mu przez głowę myśl, Ŝe warto by się 

dowiedzieć, czym się zajmował Alf w wolnych od kucharzenia chwilach. Wszystkie 

dzieci wydawały się godne Gwiazdy. NajdłuŜej jednak zatrzymał Kowal wzrok na 

małym Timie; był to chłopczyk dość pulchny, do tańca niezbyt zgrabny, za to głos 

jego brzmiał bardzo ładnie. Przy stole Tim siedział cichutko i uwaŜnie przyglądał się 

ostrzeniu noŜa i krajaniu Wielkiego Tortu. W pewnej chwili odezwał się 

niespodziewanie:

— Panie Kuchmistrzu kochany, proszę dla mnie ukroić tylko mały plasterek, 

background image

bo okropnie duŜo rzeczy zjadłem i nic więcej juŜ mi się nie zmieści.

— Dobrze, Tim — powiedział Alf. — Ukroję dla ciebie specjalną porcyjkę. 

Mam nadzieję, Ŝe ją przełkniesz gładko.

Kowal patrzał na Tima, gdy ten jadł tort powoli, lecz z widoczną 

przyjemnością; chłopczyk zdawał się trochę zawiedziony, bo nie znalazł w torcie 

pieniąŜka ani Ŝadnej innej niespodzianki. Potem oczy mu rozbłysły, poweselał, zaczął 

się śmiać i śpiewać z cicha sam do siebie. Wreszcie wstał i zatańczył z niezwykłym 

wdziękiem, którego jeszcze przed kilku minuta-mi wcale w jego ruchach nie było. 

Dzieci śmiały się i oklaskiwały tancerza.

Wszystko w porządku — pomyślał Kowal. — Jesteś więc moim dziedzicem, 

Timie. Ciekawe, w ja-kie dziwne miejsce zaprowadzi cię Gwiazda. Biedny stary 

Kołek! Pewno nigdy się nie dowie, jaki skandal wydarzył się w jego własnej rodzinie!

Kołek rzeczywiście nigdy się nie dowiedział. JednakŜe podczas festynu stało 

się coś, co go ogromnie ucieszyło. Przed zakończeniem zabawy Kuchmistrz poŜegnał 

się z dziećmi i z dorosłymi, którzy się tam zebrali.

— Chcę was dzisiaj poŜegnać — oznajmił — bo jutro albo pojutrze opuszczę 

waszą wieś. Mój uczeń Grajek umie juŜ dość, Ŝeby przejąć funkcje kucharskie. Zna 

doskonale rzemiosło i pochodzi, jak wam wiadomo, z waszej wsi. Co do mnie, 

wracam w swoje strony. Myślę, Ŝe nie odczujecie zbytnio mojej nie-obecności.

Dzieci Ŝegnały go wesoło i dziękowały miłe za prze-pyszny tort. Tylko mały 

Tim ujął go za rękę mówiąc z cicha:

— Bardzo Ŝałuję...

Rzeczywiście kilka rodzin we wsi przez pewien czas Ŝałowało, Ŝe Alfa nie ma 

juŜ wśród nich. Garstka jego przyjaciół, a w szczególności Kowal i Grajek, zasmuceni 

rozstaniem postanowili uczcić pamięć Alfa, konserwując złocenia i malowidła w 

ś

wietlicy. Ale większość mieszkańców wsi była zadowolona. Alf pełnił funkcje 

Kuchmistrza bardzo długo, więc chętnie przyjęto zmianę. A stary Kołek stukając 

laską o podłogę oświadczył bez ogródek:

— Wyniósł się nareszcie! Bardzo mnie to cieszy. Nigdy go nie lubiłem. Był 

chytry. MoŜna powiedzieć, zanadto zmyślny.