background image

J.R.R. TOLKIEN

Rudy Dżil i Jego Pies

(Farmer Giles of Ham)

Kowal z Podlesia Większego

(Smith of Wotton Mayor)

(Przełożyła Maria Skibniewska)

background image

Rudy Dżil I Jego Pies

Aegidi i Ahenobarbi

Julii Agricole de Hammo

Domini de Domito

Aule Draconarie Comitis

Regni Minimi Regis et Basilei

mira facinora et mirabilis exortus

czyli w języku pospolitym

background image

Wywyższenie i cudowne przygody

Rudobrodego Dżila,

gospodarza z Ham,

Pana oswojonego smoka,

Króla Małego Królestwa

Farmer Glles of Ham

background image

PRZEDMOWA

O  dziejach  Małego  Królestwa  niewiele  nam 

wiadomo, przypadkiem jednak zachowała się historia 

jego  powstania;  ściślej  mówiąc,  nie  tyle  historia,  ile 

legenda,  bo  jest  to  opowieść  niewątpliwie  znacznie 

później sklecona, pełna dziwów zaczerpniętych nie z 

suchych kronik, lecz z ludowych pieśni, na które też

często  się  powołuje.  Dla  jej  autora  wydarzenia,  o 

których  opowiada,  są  już  zamierzchłą  przeszłością, 

wydaje  się  wszakże,  iż  zamieszkiwał  na  obszarze 

należącym 

niegdyś 

do 

Małego 

Królestwa. 

Najoczywiściej  dość  słaby  w  geografii,  zdradza 

pewną  znajomość  tej  okolicy,  podczas  gdy  o 

krainach położonych nieco dalej na północ i zachód 

nie ma po prostu pojęcia.

Wydało  mi  się  warte  trudu  przetłumaczenie  tej 

background image

nie-zwykłej  historii  z  nader  wyspiarskiej  łaciny  na 

język  bardziej  nowoczesny,  ponieważ  rzuca  ona 

pewne światło na ciemny okres dziejów Brytanii, nie 

mówiąc  już  o  tym,  że  wyjaśnia  nam  pochodzenie 

niektórych dziwacznych nazw geograficznych. Wielu 

czytelników  pewnie  zgodzi  się  też  ze  mną,  że 

charakter  i  przygody  bohatera  są  rzeczywiście 

interesujące.

Granice  Małego  Królestwa  --  zarówno  w czasie, 

jak  w  przestrzeni  --  trudno  wyznaczyć  na podstawie 

skąpych  danych,  jakie  posiadamy.  Od  dnia  gdy 

Brutus  wylądował    na    wybrzeżach    Brytanii,   

powstało   tutaj i upadło niejedno królestwo. Podział

kraju między Locrina, Cambera i Albanaka był tylko 

pierwszym z wielu różnych i nietrwałych podziałów. 

Z jednej strony każdy zaścianek przywiązany był do 

swojej  niezależności,  z  drugiej  --  królowie żądni 

powiększenia swoich państw, toteż wieki upływały na 

przemian wśród wojen i pokoju, radości i smutku, jak 

wiadomo nam dzięki kronikarzom króla Artura. Były 

to  czasy  zmiennych  granic,  gdy  ludzie  szybko 

wspinali  się  na  szczyty  i  jeszcze  szybciej  z  nich 

background image

spadali, pieśniarzom zaś nie brakowało ani tematów, 

ani  chętnych  słuchaczy.  W  tej  właśnie  epoce, 

zapewne  między    panowaniem  króla  Coela  a 

pojawieniem  się  króla  Artura  i  powstaniem  Siedmiu 

Królestw,  rozgrywały  się  opowiedziane  w  naszej 

historii  wypadki.  Widownią ich  była  dolina  Tamizy 

i ciągnąca się na północo-zachód od niej kraina aż po 

góry Walii.

Stolica  Małego  Królestwa,  podobnie  jak 

dzisiejszej  Anglii,  znajdowała  się  w południowo-

wschodniej  części  kraju,  lecz  jego  granic  dokładnie 

nie znamy. Prawdopodobnie nie sięgały zbyt daleko 

w górą Tamizy na zachodzie   ani   też   dalej   niż   do   

Otmoor      na      północy;  o      wschodniej    granicy  

jeszcze      mniej      nam    wiadomo.  Z  pewnych 

wzmianek  w  legendzie  o  synu  Dżila,  Georgiuszu, 

oraz jego giermku, Suovetauriliuszu, wolno domyślać

się,  że  za  ich  czasów  Małe  Królestwo  utrzymywało 

wysuniętą  placówkę  w  Farthingho.  Nie  należy  to 

jednak  do  naszej  historii,  którą  przedstawimy  wam 

bez,  poprawek  i  bez  komentarzy;  pozwolimy    sobie  

tylko uprościć szumny tytuł łacińskiego oryginału na 

background image

brzmiący skromniej:

RUDY DŻIL I JEGO PIES

background image

AEGIDIUS DE HAMMO mieszkał w samym sercu 

wyspy  Brytanii.  Pełne  jego  nazwisko  brzmiało: 

Aegidius  Ahenobarbus  Julius  Agricola  de  Hammo. 

Nie skąpiono bowiem ludziom imion i przydomków w 

owych  dniach,  bardzo  od  naszych  odległych,  kiedy 

wyspa  żyła  jeszcze  szczęśliwie,  podzielona  na  wiele 

królestw.  Czasu  było  wtedy  więcej,  a  ludzi  mniej, 

toteż  każdy  prawie  czymś  się  spośród  innych 

wyróżniał.  Epoka  ta  jednak  przeminęła  bez  śladu  i 

dzisiaj  stosowniej  będzie  przedstawić  bohatera 

naszej  historii  krótko  i  po  prostu:  nazywał  się  Dżil, 

gospodarował  w  Ham  i  miał  rudą  brodę.  Ham  było 

skromną wioską, ale jak wszystkie wioski w tamtych 

czasach -- dumną i niezależną.

Dżil miał psa. Pies wabił się Garm. Psy musiały 

zadowalać się krótkimi imionami w potocznej mowie, 

uczona  łacina  stanowiła  wyłączny  przywilej  rodu 

ludźkiego. Garm zresztą nie znał nawet psiej łaciny, 

chociaż  pospolitym  językiem  władał  biegle  (jak 

większości  ówczesnych  psów)  i  umiał  lżyć, 

przechwalać  się  oraz  pochlebiać.    Lżył  mianowicie  

background image

żebraków i  włóczęgów przechwalał się wobec innych 

psów,  a  schlebiał  swojemu  panu.  Był  z  niego 

zarazem dumny i bał się go bardzo, ponieważ  Dżil  i 

wymyślać, i chełpić się umiał jeszcze lepiej od psa.

Ani    pośpiech,      ani    hałaśliwa    krzątanina      nie   

były  w  tamtych  czasach  w  zwyczaju.  Co  prawda 

pośpiech  i  hałas  niewiele  mają  wspólnego  z 

prawdziwą  robotą.  Spokojnie  więc  i  po  cichu  ludzie 

robili,  co  do  nich  należało,  i  nie  mogli  uskarżać  się

ani na brak pracy, na brak pogawędek. Mieli o czym 

pogadać,  bo  działo  się  często  ciekawe  i  ważne 

rzeczy.  Ale  początek  naszej  opowieści  przypada  na 

taki moment, gdy w Ham już od dawna nie zdarzyło 

się nic naprawdę ważnego. Dżilowi to jak najbardziej 

dogadzało, 

był 

bowiem 

człowiekiem 

trochę

ociężałym, nie lubił zmieniać zwyczajów i pochłaniały 

go  całkowicie  sprawy  osobiste.  Miał  jak  powiadał -- 

pełne ręce roboty, żeby nie wpuścił biedy przez próg,  

innymi  słowy,    żeby  jadać  równe  tłusto  i  żyć  tak 

dostatnio,  jak  przed  nim  żył  jego  ojciec  Pies  mu  w 

tym dopomagał. Ani pan, ani pies nie musieli wiele o 

Szerokim  Świecie  istniejącym  poza  gospodarstwem 

background image

Dżila,  wioską Ham i najbliższym  jarmaikiem.

Mimo to Szeroki Świat istniał.  Niezbyt  daleko od 

Ham rozpościerała się puszcza, a za nią na zachód i 

na  północ  ciągnęły  się  Dzikie  Wzgórza,  podejrzane 

trzęsawiska  i  góry.  Żyły  tam  różne  dziwne  stwory, 

między innymi olbrzymy, grubiańskie i nieokrzesane 

plemię, z  którym  bywały  niekiedy  kłopoty.  Jeden  

olbrzym szczególnie   wyróżniał   się   wśród   swoich   

współbraci  i  wzrostem,  i  głupotą.  Nie  znalazłem 

nigdzie  w  kronikach      jego  imienia,  ale  nie  o  imię

przecież  chodzi.  Był  ogromny,  za  laskę  służyło  mu 

spore wyrwane drzewo, a chód miał niezwykle ciężki. 

Las  rozgarniał  jak  trawę,  niszczył  gościńce  i 

pustoszył  ogrody,  bo  wielkimi  stopami  żłobił ślady 

głębokie niczym studnie.    Jeżeli potknął się o jakiś

dom -- nie zostawiał z niego kamienia na kamieniu. A 

potykał   się   dość często i wyrządzał      mnóstwo 

szkód, gdziekolwiek     przechodził,   bo   głową

sięgał  ponad  dachy,  nogi  zaś  stawiał  na  chybił

trafił.  Wzrok    miał      krótki    i    słuch    przytępiony.   

Szczęściem mieszkał daleko, w głębi dzikich  krain,  i 

rzadko odwiedzał okolice przez ludzi zamieszkane, a 

background image

w  każdym  razie  bardzo  rzadko  umyślnie  tam  się

wybierał.  W  górach  miał  dom  ogromny  i  na  pół

rozwalony,  lecz  przyjaciół  niewielu,  bo  zrażał

wszystkich  swoją  głupotą  i  głuchotą,  a  zresztą

olbrzymów  było  już  wtedy  mało  na  świecie. 

Przechadzał  się  zazwyczaj  samotnie  po  Dzikich 

Wzgórzach  i  po  pustkowiach  ciągnących  się  u  stóp 

gór.

Pewnego  pięknego  dnia  latem  olbrzym  wybrał

się na przechadzkę i wałęsał się bez celu po lasach, 

łamiąc i niszcząc drzewa. Nagle spostrzegł, że słońce 

zachodzi,  i  pomyślał,  że  pora  wracać  na  kolację. 

Niestety  stwierdził  też,  że  zawędrował  w  nieznane 

okolice  i  zabłądził  na  bezdroża.  Na  los  szczęścia 

wybrał  więc  kierunek,  jak  się  okazało  wcale 

niewłaściwy,  i  szedł  przed  siebie,  póki  nie  zapadły 

ciemności. Wtedy usiadł i czekał, aż księżyc wzejdzie. 

W jego blasku ruszył znów naprzód,  maszerując  co 

sił w nogach, bo było mu bardzo już pilno do domu. 

Zostawił na piecu swój najlepszy miedziany rondel i 

strach  go  zdjął,  że  się  dno  przepali.  Szedł  jednak 

wciąż  odwrócony  plecami  od  gór  i  już  był  w  kraju 

background image

zamieszkanym  przez  ludzi,    a  nawet  zbli żył  się    do 

zagrody Aegidiusa  Ahenobarbusa  Juliusa  Agricoli   

i  do  wsi, którą powszechnie zwano Ham.

Noc  była  piękna.  Krowy  pasły  się  na  łąkach,  a 

pies Dżila wymknął się samowolnie na przechadzkę. 

Bardzo lubił księżycowe noce i polowanie na króliki. 

Oczywiście  nie  wiedział  o  tym,  że  tego  samego 

wieczora  również  olbrzym  wybrał  się  na  spacer. 

Gdyby  o  tym  wiedział,  miałby  doskonałą  wymówkę, 

żeby  wybiec  z  domu  nie  pytając  o  pozwolenie,  lecz 

pewnie wolałby przywarować cicho w kuchni. Około 

drugiej  po  północy  olbrzym  wtargnął  na  pola 

Aegidiusa,  łamiąc  płoty,  tratując  zboża  i  depcząc 

trawę na kośnych łąkach. Król polując na lisa z całym 

dworem nie zrobiłby przez pięć dni tyle szkody, ile jej 

wyrządził  głupi  olbrzym  w  ciągu  paru  minut.  Garm 

usłyszał 

dudnienie 

jakby 

ciężkich 

kroków,  

dolatujące  znad  rzeki,  obiegł  więc  od  zachodu 

pagórek, na którym stał dom jego pana, żeby zbadać, 

co  się święci.  Niespodzianie  ujrzał  olbrzyma,  który 

właśnie 

jednym 

susem 

przesadził 

rzekę 

nadepnąwszy na Galateę, najulubieńszą krowę Dżila, 

background image

zgniótł  nieboraczkę  na  miazgę  tak  łatwo,  jak  chłop 

gniecie w palcach karalucha.

Teraz już Garm wiedział dość, a  nawet  za  wiele. 

Szczeknął  z  przerażenia  i  skoczył  z  powrotem  ku 

domowi. Nie myślał nawet o tym, że wyniknął się na 

pole  samowolnie,  stanął  pod  oknem  sypialni 

gospodarzy  ujadając  i  skowycząc.  Długą  chwilę  we 

wnętrzu  domu    trwała    cisza.      Gospodarze  mieli 

twardy sen.

-- Ratuj, ratuj, ratuj! -- wrzeszczał Garm.

Okno otwarło się znienacka i  wyfrunęła z niego 

dobrze wycelowana butelka.

--  Ouuuu!  --  jęknął  pies,  z  wielką wprawą

uskakując na bok. -- Ratuj, ratuj, ratuj! Dżil wreszcie 

wytknął z okna głowę.

-- Do licha z tym psiskiem! Co ty tam wyrabiasz? -- 

spytał.

-- Nic -- odparł pies.

-- Ładne nic! Poczekaj do rana, a zobaczysz, jak 

ci za to nic skórę złoję! -- rzekł gospodarz zamykając 

okno z trzaskiem.

-- Ratuj, ratuj, ratuj! -- wrzasnął pies.

background image

Głowa gospodarza znowu pokazała się w oknie.

--  Jeżeli  piśniesz  choć  raz  jeszcze,  zatłukę  cię, 

słowo daję! -- powiedział. -- Co ci się stało, durniu?

--  Nic  --  odparł  pies.  --  Mnie  nic, ale tobie... 

bardzo wiele.

-- Co to ma znaczyć? -- spytał Dżil i ze zdumienia 

aż  zapomniał  o  złości.  Nigdy  jeszcze  Garm  nie 

odpowiedział mu tak zuchwale.

--  Olbrzym  chodzi  po  twoich  polach,  potworny 

olbrzym, i zmierza właśnie w tą stronę -- rzekł pies. -- 

Ratuj, ratuj! Depcze twoje trzody, Galateę, biedaczką, 

rozpłaszczył jak słomiankę. Ratuj, ratuj! Łamie twoje 

płoty,    tratując  zboże.    Musisz,    panie,    działać

szybko  i  śmiało,    bo  inaczej      cały    twój      dobytek 

przepadnie. Ratuj!

I Garm zawył żałośnie.                                                     

-- 

Stulże 

pysk! 

-- 

powiedział gospodarz 

zamykając  l  okno.  --  Na  psa  urok!  -- mruknął do 

siebie  i  chociaż    noc  była  upalna,  dreszcz  nim 

wstrząsnął.

-- Wracaj do łóżka, nie bądź głupi -- odezwała się

jego żona. -- A rano utop kundla. Rozsądny człowiek 

background image

nigdy  nie  wierzy  temu,  co  pies  szczeka.  Psy 

przyłapane  na  włóczędze  albo  na  kradzieży  zawsze 

łżą jak najęte. -- Może tak, a może nie --   odparł Dżil. -- 

Coś  niedobrego  dzieje  się  na  moich  półach,  Agato, 

bo  Garm  nie  królik,  bez  powodu  tak  by  się  nie 

przestraszył. Po cóż zresztą przychodziłby sklamrzyć

pod  naszymi  oknami  po  nocy?  Mógł  przecież

poczekać  do  świtu  i  wśliznąć  się  do  domu 

kuchennymi  drzwiami,  jak  będą  wnosili  mleko        od    

rannego udoju.

-- Nie stój więc jak kołek -- rzekła Agata. -- Skoro 

wierzysz  psu,  słuchaj  jego  rady:  działaj  śmiało  i 

szybko.

-- Ba,  łatwiej powiedzieć niż zrobić - odparł Dżil. 

Rzeczywiście  trochę  wierzył  Garmowi.  Człowiek 

zbudzony  ze  snu  przed  świtem  gotów  jest  nawet  w 

olbrzymy  uwierzyć.  Dobytek,  bądź  co  bądź,  ważna 

rzecz.  Mało  kto  rozprawiał  się  z  nieproszonymi 

gośćmi na swoich polach tak ostro jak Dżil. Wciągnął

więc spodnie, zszedł na dół do kuchni i zdjął garłacz 

ze  ściany.  Nie  wszyscy  może  wiedza,  co  to  jest 

garłacz. Zadano kiedyś to pytanie czterem uczonym 

background image

z  Oxenfordu,  a  ci  po  długim  namyśle  odpowiedzieli 

tak: “Garłacz jest to krótka strzelba z rozszerzonym 

wylotem,  przez  który  sypie  się  naraz  mnóstwo  kuł

albo  innych  pocisków.  Strzał  z  garłacza  bywa 

zabójczy,  lecz  jedynie  z  bliska,  i  niezbyt  jest  celny. 

(W  naszych  czasach  garłacz  wyszedł  z  użycia, 

zastąpiony  w  krajach  cywilizowanych  przez  inne 

rodzaje broni palnej)".

Garłacz  Dżila  miał  wylot  rozchylony  na  kształt 

trąby, lecz nie wypadały z niego kule ani pociski, bo 

Dżil  nabijał  go  wszystkim,  co  mu  się  nawinęło  pod 

rękę.  Strzał  też  nie  bywał  zabójczy,  bo  po  pierwsze 

Dżil rzadko swój garłacz nabijał, a po drugie nigdy z 

niego  nie  strzelał.  Zazwyczaj  bowiem  sam  widok 

groźnego  oręża  wystarczał.  Kraj  ów  widocznie  nie 

należał  do  cywilizowanych,  bo  nie  zastąpiono  tu 

jeszcze  garłaczy  innymi  rodzajami  broni  palnej,  nie 

znano prawdziwych strzelb i nawet garłacz stanowił

wielką rzadkość. Ludzie na ogół woleli  łuki i strzały, 

prochu  używali  niemal  wyłącznie  do  puszczania 

fajerwerków.

Jak więc mówiliśmy,  Dżil zdjął ze ściany garłacz i 

background image

podsypał  go  sporą  garścią  prochu  na  wypadek, 

gdyby  miało  dojść  do  ostateczności.  Przez  szeroki 

otwór nabił potem oręż starymi gwoźdźmi, kawałkami 

drutu,  skorupami  potłuczonych  garnków,  kośćmi, 

kamieniami  i  wszelakim  żelastwem.  Włożył  kurtą  i 

buty  z  cholewa-mi  i  wyszedł  z  zagrody  przez 

warzywnik.

Księżyc  stał  nisko  na  niebie  za  plecami  Dżila, 

który  zrazu  nie  dostrzegł  nic  prócz  wydłużonych, 

czarnych  cieni  krzaków  i  drzew.  Usłyszał  jednak 

ciężkie  kroki,  jakby  ktoś  wspinał  się  zboczem 

pagórka. Mimo  rad :   żony wcale nie czuł zapału do 

śmiałego i szybkiego I działania, lecz o dobytek dbał

bardziej niż o własną skórę. Chociaż go trochę mdliło 

w  dołku,  ruszył  energicznym  krokiem  na  krawędź

pagórka.

Nagle  znad  krawędzi  wychynęła  blada  w 

księżycowej  poświacie  twarz  olbrzyma  i  błysnęły 

wielkie,  okrągłe  oczy.  Stopy  znajdowały  się  jeszcze 

daleko  na  stoku,  drążąc  dziury  w  uprawnej  roli. 

Księżyc tak olśnił olbrzyma, że w pierwszej chwili nie 

spostrzegł Dżila. Dżil za to zobaczył go wyraźnie i ze 

background image

strachu  stracił  przytomność.  Bezwiednie  pociągnął

za  spust.  Garłacz  wypalił      z      okropnym      hukiem.   

Szczęśliwym   trafem ' wycelowany by ł właśnie  mniej  

więcej      w    ogromną,  szpetną  twarz  napastnika. 

Frunęły  w  powietrze  żelazne  rupiecie,  kamienie, 

kości,  skorupy,  druty  i  pół  tuzina  gwoździ.    A    że  

strzał  padł    z  bliska    i  przypadkiem  celnie,  wiele 

spośród  tych  pocisków  trafiło  olbrzyma.  Skorupa 

glinianego  garnka  podbiła  mu  oko,  a  spory  gwóźdź

utkwił w nosie.

-- Diabli nadali -- powiedział swoim grubiańskim 

stylem. -- Cosik mnie ugryzło.

Huk  nie  zrobił  na  nim  wrażenia  --  olbrzym był

przecież głuchy -- ale gwóźdź ukłuł go dotkliwie. Od 

dawna już nie spotkał owada,  który by śmiał  i umiał

przebić jego grubą skórę. Obiło mu się jednak o uszyj 

że  na  wschodnich  moczarach żyją  wielkie  gzy,  które 

tną      jakby      rozpalonymi      szczypcami.      Pomyślał

więc,  że  natknął  się  właśnie  na  stworzenie  tego 

gatunku.

--  Paskudna,  niezdrowa  okolica  -- mruknął. -- 

Niegłupim zapuszczać się dziś dalej w tę stronę.

background image

I zawrócił na pięcie. Zgarnął ze stoku parę owiec, 

żeby  po  powrocie  z  dalekiej  przechadzki  nie  iść  na 

czczo  spać,  i  cofnął  się  za  rzekę,  sadząc  wielkimi 

krokami  ku  północo-wschodowi.  Teraz  szedł  we 

właściwym kierunku, więc trafił w końcu na drogę do 

domu. Ale dno w miedzianym rondlu zdążyło się już

przepalić.

Co działo się tymczasem z Dżilem? Kiedy garłacz 

huknął, Dżil padł jak długi na wznak; leżał patrząc w 

niebo i czekając w niepewności, czy stopy olbrzyma 

wyminą go w marszu, czy też rozdepczą. Ale czekał

na  próżno  i  wreszcie  zorientował  się,  że  kroki 

napastnika  oddalają  się  i  cichną  za  rzeką.  Wobec 

tego  Dżil  wstał,  roztarł  bolące  ramię  i  podniósł  z 

ziemi  garłacz.  w  tej  samej  chwili  usłyszał  nagle 

radosne okrzyki.

Większość  mieszkańców  wioski  wyglądała  przez 

okna, niektórzy nawet ubrali się i wybiegli z domów -- 

oczywiście  dopiero  po  odejściu  olbrzyma  --  a kilku 

pędziło  teraz  z  krzykiem  na  pagórek.  Gdy  bowiem 

rozległ się przeraźliwy tupot maszerującego potwora 

wszyscy prawie schowali się co prędzej pod kołdry a 

background image

co  bojaźliwsi  powłazili  pod  łóżka.  Ale  Garm,  jak  już

wspominałem,  był  ze  swego  pana  dumny  i  lękał  się

go bardzo, ponieważ Dżil wydawał mu się straszny i 

wspaniały, zwłaszcza w gniewie. Garm nie wątpił, że 

olbrzym będzie tego samego zdania. Toteż widząc, że 

Dżil  wychodzi  z  domu  z  garłaczem  (pies  wiedział  z 

doświadczenia,  że  to  zazwyczaj  jest  dowodem 

wiekiego  gniewu),  Garm  puścił  się  pędem  do  wsi 

szczekając i nawołując:

-- Chodźcie, chodźcie, chodźcie! Wstawać z łóżek 

Chodźcie,  patrzcie  na  mojego  wspaniałego  pana. 

Jest  śmiały  i  szybki.  Poszedł  zabić  olbrzyma,  który 

wtargnął na jego pola. Chodźcie!

Szczyt pagórka widać było niemal ze wszystkich 

domów. Kiedy ludzie i pies ujrzeli wychylającą się na 

nim twarz olbrzyma, jęknęli z przerażenia. Wszyscy z 

wyjątkiem psa -- byli pewni, że Dżil nie poradź, sobie  

z  tak  groźnym  przeciwnikiem.   Wtem huknął strzał, 

olbrzym zawrócił i uciekł, a widzowie zaczęli klaskać

i wiwatować. Garm szczekał tak zapalczywie że omal 

mu łeb nie pękł.

--  Hura!  --  wrzeszczeli  ludzie.  -- Dostał łotr 

background image

nauczkę.  Nasz  Aegidius  pokazał  mu,  gdzie  pieprz 

rośnie  Powlókł  się  zbój  do  swego  domu,  gdzie 

pewnie ducha wyzionie. Dobrze mu tak, ma za swoje.

I  znów  wiwatowali  chórem.  Wiwatując  nie 

omieszkali  zauważyć  i  zapamiętać,  ku  własnej 

przestrodze  że  Dżilowi  lepiej  w  drogę  nie  wchodzić, 

bo  garłacz  strzela  nie  na  żarty.  Przedtem  bowiem 

nieraz  w  miejscowej  gospodzie  spierano  się  przy 

piwie  na  ten  temat  dopiero  zdarzenie  z  olbrzymem 

rozwiało wszelkie wątpliwości. Od tego dnia, a raczej 

od tej nocy, Dżil nie miał kłopotów z nieproszonymi 

gośćmi na swoich polach.

  Kiedy  się  upewniono,  że  niebezpieczeństwo 

minęło, co odważniejsi sąsiedzi weszli aż na pagórek, 

by uścisnąć dłoń Dżila. Paru najbardziej szanownych -- 

proboszcz,  kowal  i  młynarz  --  pozwolili  sobie nawet 

klepnąć  go  po  ramieniu.  Dżil  nie  był  tym 

zachwycony, i ponieważ ramię jeszcze go po strzale 

mocno bolało, ' lecz uznał, że wypada ich zaprosić na 

poczęstunek  do  domu.  Siedli  w  kuchni  za  stołem  i 

popijając za zdrowie gospodarza, wychwalali go pod 

niebiosy. Dżil bez ceremonii ziewał, nikt jednak na to 

background image

nie  zważał,  póki  dzban  był  pełny.  Nim  goście  wypili 

pierwszy  i  drugi  kufel,  gospodarz  zdążył  osuszyć

trzeci i czwarty i poczuł się bardzo pewny siebie; nim 

goście  wypili  trzeci  i  czwarty  kufel  -- gospodarz 

osuszył  piąty  i  szósty  i  poczuł  się  tak  odważny,  jak 

był  dotychczas  jedynie  w  wyobraźni  swojego  psa. 

Kompania  rozstała  się  w  najlepszej  zgodzie,  a  na 

pożegnanie Dżil klepał wszystkich po ramieniu. Ręce 

miał  duże,  czerwone  i  krzepkie,  toteż  odpłacił  im  z 

nawiązką.

Nazajutrz  przekonał  się,  że  jego  przygoda, 

obiegłszy z ust do ust wioskę, urosła do rozmiarów 

wielkiego czynu i że stał się wśród sąsiadów nie lada 

osobistością.  W  ciągu  kilku  następnych  dni  wieść

rozeszła się po   wszystkich   wsiach   w   promieniu   

dziesięciu      mil.  Dżil  był  bohaterem  całej    okolicy. 

Bardzo  mu  się  to  podobało.  W  najbliższy  dzień

targowy  sąsiedzi  zafundowali  mu  w  gospodzie  całe 

morze  piwa,  to  znaczy  prawie  tyle,  ile  jego  dusza 

pragnęła.  Wrócił  do  domu  śpiewając  stare 

bohaterskie pieśni.

W  końcu  usłyszał  o  nim  sam  król.  Stolica 

background image

1

Ja,    Augustus  Bonifacius  Ambrosius  Aurelianus    Antonius  Pobożny  i 

Wspaniały,  wódz, król, tyran i monarcha Obszarów  Śródziemnomorskich, podpisuję

(łac.).

państwa --; podówczas Średniego Królestwa Wyspy -- 

znajdowała  się  o  sześćdziesiąt  mil  od  Ham  i 

zazwyczaj  dwór  niezbyt  się  interesował  losem 

wieśniaków  z  tak  odległych  okolic.  Teraz  jednak 

błyskawiczne   zwycięstwo nać groźnym olbrzymem 

wydało  się  królowi  godne  uwagi)  i  warte  jakiegoś

drobnego  wynagrodzenia.  Po  odpowiedniej  zwłoce, 

czyli  po  trzech  mniej  więcej  miesiącach,  w  dzień

świętego  Michała  król  wystosował  uroczysty  list. 

Napisany  czerwonym  atramentem  na  białym 

pergaminie,  wyrażał  królewską  pochwałę  dla 

“naszego  wiernego 

poddanego, 

umiłowanego 

Aegidiusa  Ahenobarbusa  Juliusa,  rolnika  z  wioski 

Ham".

Zamiast  podpisu  figurował  czerwony  kleks,  ale 

dworski  skryba  dodał:  Ego  Augustus  Bonifacius 

Ambrosius Aurelianus Antonius Pius et Magntficus, 

dux,  rex,  tyrannus  et  basileus  Mediterranearum 

Partium, subscribo

1

 -- i opatrzył list wielką czerwoną

background image

pieczęcią. 

Dokument 

był 

więc 

niewątpliwie 

autentyczny. Sprawił Dżilowi ogromną przyjemność i 

budził  powszechny  zachwyt,  zwłaszcza  gdy  ludzie 

odkryli, że każdego, kto pragnie podziwiać królewski 

list,  Dżil  zaprasza  i  częstuje  piwem  przy  swoim 

kominku.

Jeszcze  cenniejszy  od  listu  był  załączony  do 

niego dar. Król przysłał Dżilowi pas i miecz. Prawdę

mówiąc  sam  król  nigdy  tego  oręża  nie  używał. 

Odziedziczył    go  w  spadku;  od  niepamiętnych 

czasów  miecz  ów  wisiał  w  królewskiej  zbrojowni. 

Zbrojmistrz  nie  wie-dział,  skąd  się  tam  wziął  ani  też

jaki  by  z  niego  mógł  być  pożytek.  Proste,  ciężkie  i 

długie  miecze  tego  rodzaju  od  dawna  wyszły  na 

dworze  z  mody,  więc  monarcha  uznał,  że  będzie  to 

dar  w  sam  raz  dla  chłopa  z  zapadłej  wioski.  Dżii 

jednak był zachwycony, a sława jego w okolicy tym 

bardziej wzrosła.

Cieszył się Dżil takim obrotem sprawy i nie mniej 

od  pana  cieszył  się  jego  pies.  Nie  dostał

zapowiedzianego  lania.  Dżil  na  swój  sposób  był

sprawiedliwy.  W  głębi  serca  przyznawał  Garmowi 

background image

część  zasługi  w  całej  przygodzie,  chociaż  głośno 

nigdy  o  tym  nie  mówił.  Wprawdzie  nadal  sypały  się

na  psa  twarde  słowa,  a  nawet  twarde  przedmioty, 

jeśli pan był f w złym humorze, lecz wiele drobnych 

przewinień  uchodziło  teraz  Garmowi  płazem.  Pies 

przyzwyczaił  się  do  dalekich  wycieczek  po  okolicy. 

Gospodarz zadzierał nosa, a szczęście mu sprzyjało. 

Roboty  jesienne  i  wczesne  zimowe  poszły  jak  po 

maśle.  Wszystko  układało  się  pomyślnie,  dopóki  nie 

zjawił się smok.

Smoki  były  już  w  owych  latach  rzadkością  na 

wyspie.  Od  wielu  lat  żaden  się  nie  pokazał  w 

granicach 

śródziemnego 

państwa 

Augustusa 

Bonifaciusa.  Istniały,  oczywiście,  na  zachodzie  i 

północy  podejrzane  trzęsawiska  i  bezludne  góry, 

lecz były bardzo daleko. Niegdyś w tamtych dzikich 

krajach żyły smoki rozmaitych odmian i zapuszczały 

się niekiedy na łupieskie wyprawy w odległe okolice. 

Wtedy jednak rycerstwo Średniego Królestwa słynęło 

z odwagi, toteż gdy niemal wszystkie smoki, które tu 

się zapędziły, zginęły lub wróciły do swoich siedzib z 

ciężkimi ranami, inne zniechęciły się do wycieczek w 

background image

te strony.

Przetrwał  jednak  zwyczaj,  że  podczas  świąt 

Bożego Narodzenia podawano przy królewskim stole 

wśród  innych  potraw  Ogon  Smoczy;  co  roku 

wyznaczano rycerza, który miał w tym celu upolować

smoka.  Wyruszał  niby  na  łowy  w  dzień świętego 

Mikołaja i musiał dostarczyć smoczy ogon najpóźniej 

w  wigilię  uczty.  Ale  od  wielu  już  lat  kuchmistrz 

dworski,  biegły  w  swojej  sztuce,  przyrządzał

sztuczny Ogon Smoczy z ciasta, masy migdałowej i 

twardego lukru, z którego wyrabiał przemyślnie łuski 

pancerza.  Wyznaczony  rycerz  wnosił  to  arcydzieło 

do  sali  w  Wilię  Bożego  Narodzenia  przy  muzyce 

skrzypiec  i  trąb.  Nazajutrz  po  obiedzie  zjadano 

Smoczy  Ogon  na  deser  i  wszyscy  mówili  -- chcąc  

przypodobać  się  kuchmistrzowi  -- że smakuje lepiej 

niż prawdziwy.

Tak  sprawy  stały,  gdy  nagle  znowu  pojawił  się

smok. Zawinił tu głównie olbrzym. Od  czasu  swojej 

przygody zaczął włóczyć się po górach, odwiedzając 

nielicznych  zresztą  znajomych  o  wiele  częściej  niż

dawniej i niżby pragnęli. Wszystkich pytał, czyby mu 

background image

nie pożyczyli dużego miedzianego rondla. Ale czy się

ktoś na pożyczkę godził, czy też odmawiał, kończyło 

się zawsze na tym, że olbrzym siadał i opowiadał, po 

swojemu  rozwlekle  i  nieskładnie,  o  pięknym 

nizinnym kraju leżącym daleko na wschód od gór i o 

rozmaitych cudach szerokiego świata. Uroił sobie, że 

jest wielkim i odważnym podróżnikiem.

--  Ładny  kraj  --  mówił.  --  Płaski, grunt pod 

nogami  miękki,  a  jedzenia...  ile  dusza  zapragnie. 

Wszędzie pasą   się   krowy   i   owce,   nawet   wcale   

nietrudno   je wypatrzyć, byle się dobrze rozglądać.

-- A ludzie? -- pytały inne olbrzymy.

--  Ani  jednego  człowieka  nie  spotkałem -- 

odpowiadał olbrzym. -- Rycerzy ani widu, ani słychu. 

Nic  moi  kochani,  nie  ma  tam  nic  groźnego  prócz 

kąśliwych gzów nad rzeką.

--  Dlaczego  nigdy  więcej  tam  nie  poszedłeś? 

Dlaczego się tam nie osiedliłeś? -- pytali.

--  Ano,  wiecie,  jak  to  mówią:  wszędzie  dobrze, 

ale  w  domu  najlepiej  --  odpowiadał olbrzym. -- 

Możliwe,  że  któregoś  dnia  znów  się  wybiorę,  jak  mi 

przyjdzie  ochota.  W  każdym  razie  ja  tam  byłem, 

background image

czego żaden z was nie może o sobie powiedzieć. Co 

do tego rondla...

-- Opowiedz dokładnie, w której stronie leży ten 

piękny kraj, te łąki rojące się od bezdomnego bydła? -- 

dopytywały  się  ciekawe  inne  olbrzymy.  --  Czy to 

daleko?

--  Ano  --  mówił  --  na  wschód  od  gór i trochę

jakby na południe. Ale daleko, bardzo daleko...

I  opisywał  drogę,  którą  przebył,  lasy,  góry  i 

równiny, z taką przesadą, że żaden z olbrzymów nie 

odważył się nigdy pójść w jego ślady. Żaden nie miał

bowiem  tak  długich  nóg  jak  on.  Opowieść  jednak 

krążyła po dzikiej krainie.

Tymczasem  po  upalnym  lecie  nastała  sroga 

zima.  Mróz  skuł  góry,  coraz  trudniej  było  o 

pożywienie.  Tym  głośniej  opowiadano  sobie  o 

dalekim,  bogatym  kraju.  Olbrzymy  najchętniej 

gawędziły  o  stadach  owiec  i  krów  na  nizinnych 

pastwiskach. Smoki nadstawiały uszu.  Były  głodne, 

a wieści brzmiały zachęcająco.

-- A więc to, co nam mówiono o rycerzach, jest 

zwykłą bajdą -- rzekł pewien młody, niedoświadczony 

background image

smok. -- Zawsze podejrzewałem, że nas oszukują.

Możliwe,  że  rycerzy  jest  już  teraz  niewielu -- 

myślały  mądrzejsze  starsze  smoki.  -- Niewielu, 

daleko i niegroźnych.

Jeden  smok  szczególnie  przejął  się  tymi 

pogłoskami.  Nazywano  go  Chrysophylax  Dives,  bo 

pochodził ze starożytnego i królewskiego rodu i miał

olbrzymie  bogactwa.  Był  chytry,  wścibski,  chciwy, 

dobrze  uzbrojony,  lecz  nie  zanadto  odważny.  Nie 

potrzeba  jednak  wielkiej  odwagi,  żeby  się  nie  bać

gzów  nad  rzeką,  choćby  i  najbardziej  kąśliwych.  Na 

dobitkę smok był straszliwie głodny.

Tak się stało, że pewnego zimowego dnia, jakoś

na tydzień przed Bożym Narodzeniem, Chrysophylax 

rozpostarł  skrzydła  i  pofrunął  w  świat.  Wylądował

bezszelestnie  ciemną  nocą  w  samym  sercu 

królestwa 

dostojnego 

monarchy 

Augustusa 

Bonifaciusa.  W  ciągu  kilku  minut  narobił  mnóstwo 

szkody, burząc i paląc domy, pożerając owce, krowy 

i konie.

Działo  się  to  dość  daleko  od  wioski  Ham,  lecz 

Garm  najadł  się  strachu  jak  jeszcze  nigdy  w  życiu. 

background image

Wybrał się właśnie w tym czasie na daleką wycieczkę

i  licząc  na  pobłażliwość  swego  pana  ośmielił  się

spędzić kilka nocy poza domem. Biegł skrajem lasu z 

nosem przy ziemi, węsząc jakiś ponętny trop, gdy na 

zakręcie  znienacka  uderzył  mu  w  nozdrza  inny, 

bardzo  niepokojący  zapach.  Garm  wpadł  prosto  na 

koniec ogona Chrysophylaksa Diyesa, który dopiero 

co  wylądował  w  tym  miejscu.  Chyba  nigdy  jeszcze 

żaden pies nie zawrócił i nie pomknął w stronę domu 

tak  błyskawicznie  jak  Garm  tamtej  nocy.  Smok 

usłyszał warknięcie, obejrzał się i syknął, lecz Garm 

był  już  daleko.  Pędził  bez  tchu  przez  całą  noc,  a 

rankiem, mniej więcej w porze  śniadania, znalazł się

w zagrodzie swojego pana.

-- Ratuj, ratuj, ratuj! -- krzyknął pod kuchennymi 

drzwiami.

Dżil  wzdrygnął  się  na  ten  psi  wrzask. 

Przypomniał mu on, że różne niespodzianki spadają

na człowieka jak grom z jasnego nieba.

--  Agato,  wpuść  psa  --  powiedział  do  żony. -- A 

pogłaszcz go kijem.

Garm 

wskoczył 

do 

kuchni. 

Oczy 

miał

background image

wybałuszone, jęzor wywiesił z pyska.

-- Ratuj! -- wrzasnął.

-- No, cóżeś tym razem przeskrobał? -- spytał Dżil 

rzucając psu kawałek kiełbasy.

-- Nic -- wysapał Garm tak  przejęty, że  nawet nie 

spojrzał na przysmak.

--  Uspokój  się,  bo  cię  ze  skóry  obedrę  -- rzekł

gospodarz.

--  Nic  nie  przeskrobałem.  Nie  miałem  złych 

zamiarów  --  odparł  pies.  -- Przypadkiem natknąłem 

się na smoka i okropnie się zląkłem.

Dżil zakrztusił się piwem.

--  Na  smoka?  --  powiedział.  --  Niech cię licho 

porwie,  próżniaku,  wścibski  kundlu.  Kto  ci  kazał

włóczyć się po świecie i spotykać smoki, na dobitkę o 

tej porze roku, kiedy mam pełne ręce roboty? Gdzie 

to było?

--  Och,  daleko  na  północy,  za  wzgórzami,  koło 

Sterczących Głazów.

-- No, to rzeczywiście bardzo daleko -- odetchnął

z  ulgą  Dżil.  --  Owszem,  słyszałem,  że  w tamtych 

okolicach  mieszkają  dziwacy,  wszystko  może  się

background image

wśród nich przytrafić. Niech sobie radzą sami. Po co 

mnie tymi historiami niepokoisz? Jazda za drzwi!

Garm wybiegł i rozniósł nowinę po całej wsi. Nie 

omieszkał  też  wspomnieć,  że  jego  wspaniały  pan 

wcale ale to wcale nie przestraszył się smoka.

--  Dokończył śniadania   jak  gdyby  nigdy  nic! - 

mówił.

Ludzie  powychodzili  przed  domy  i  wesoło  gawędzi 

z sąsiadami o niezwykłym zdarzeniu.

-- Przypominają się dawne czasy -- powiadali. I to 

właśnie teraz, przed świętami. W samą porę. Król się

ucieszy.  Będzie  w  tym  roku  miał  znów  prawdziwy 

Smoczy Ogon na deser.

Nazajutrz  jednak  nadeszły  nowe  wieści.  Smok, 

jak  mówiono,  był  szczególnie  wielki  i  drapieżny. 

Wyrządzał okropne szkody.

Od  czego  właściwie  król  ma  na  dworze 

rycerzy? -- zaczęli się dziwić ludzie.

Coraz więcej osób zadawało to pytanie. Z wiosek 

najbardziej przez smoka zagrożonych przybywali na 

królewski  dwór  wysłańcy  i  pytali  najgłośniej  i 

najbardziej uporczywie:

background image

-- Królu, od czego mamy rycerzy?

Ale rycerze nie rwali się do czynu. Wiadomość o 

smoku nie doszła przecież do nich drogą urzędową. 

Wreszcie  król  zawiadomił  ich  oficjalnie  i  wezwał

uroczyście  do  działania,  zalecając,  by  się  w  miarę

możności  pospieszyli.  Ku  wielkiemu  swemu 

niezadowoleniu prze-konał się wkrótce, że rycerze w 

miarę możności odwlekają wyprawę i wcale się na nią

nie kwapią.

Mieli  co  prawda  na  swoje  usprawiedliwienie  dość

po-ważne  argumenty.  Po  pierwsze  kuchmistrz 

królewski,  człowiek  przezorny,  lubił  wszystko  robić

zawczasu i już przygotował sztuczny Smoczy Ogon. 

Pewnie  by  się  obraził,  gdyby  mu  w  ostatniej  chwili 

dostarczono  ogon  prawdziwy.  A  z  zasłużonym 

dworzaninem trzeba się liczyć.

-- Nie zależy nam na ogonie! -- wołali wysłannicy 

z  zagrożonych  wiosek.  --  Obetnijcie  mu  tylko łeb, 

niech nam przestanie szkodzić.

Tymczasem  jednak  nadeszły  święta  i  tak  się

nieszczęśliwie składało, że w dniu świętego Jana miał

odbyć  się  wielki  turniej.  Rycerze  zaproszeni  z 

background image

różnych  krajów  zjeżdżali  do  Średniego  Królestwa, 

żeby  współzawodniczyć  z  sobą  o  cenne  nagrody. 

Gdyby  przed  zakończeniem  turnieju  najdzielniejsi 

miejscowi  rycerze  wyruszyli  na  wyprawę  przeciw 

smokowi,  drużyna  królewska  straciłaby  szansę

zwycięstwa. Rozsądek nakazywał odwlec ich wyjazd.

Potem świętowano Nowy Rok.

A smok tymczasem co noc posuwał się dalej w 

głąb  kraju  i  co  noc  przybliżał  się  do  Ham.  W  dzie ń

Sylwestrowy  mieszkańcy  wioski  już  zobaczyli  na 

widnokręgu łunę. Żywe płomienie buchały z lasu, na 

który  opadł  smok,  o  jakieś  dziesięć  mil  od  Ham. 

Chrysophylax  był  bardzo  ognistym  smokiem,  gdy 

mu humor dopisywał.

Od tego wieczora ludzie zaczęli znacząco zerkać

na  Dżiła  i  szeptać  za  jego  plecami.  Mocno  go  to 

denerwowało,  lecz  udawał,  że  nic  nie  spostrzega. 

Następnej nocy smok znowu się przybliżył o milę czy 

dwie.  Teraz  już  Dżil  także  oburzał  się  głośno  na 

zachowanie królewskich rycerzy.

-- Chciałbym wiedzieć, za co im właściwie płacą -- 

mówił.

background image

--  My  byśmy  też  chcieli  to  wiedzieć  -- odrzekli 

sąsiedzi. A młynarz dodał:

--  Podobno  niektórzy  ludzie  otrzymują  godność

rycerską za zasługi. Bądź co bądź nasz Aegidius jest 

prawie  rycerzem.  Czyż  król  nie  przysłał  mu  listu  z 

czerwoną pieczęcią i miecza?

-- Miecz to jeszcze nie wszystko -- odparł Dżil. -- O 

ile  mi  wiadomo,  na  rycerza  trzeba  być  uroczyście 

pasowanym.  Zresztą  ja  mam  i  bez  tego  pełne  ręce 

roboty.

--  Król  z  pewnością  chętnie  by  cię  na  rycerza 

pasował  --  rzekł  młynarz  --  gdyby  go  o to poprosić. 

Toteż  poprosimy,  i  to  zaraz,  póki  jeszcze  nie  za 

późno.

--  Dziękuję  --  odparł  Dżil.  --  Nie  dla  takich jak ja 

rycerskie ostrogi. Jestem chłopem i tym się szczycę; 

prostym,   uczciwym   człowiekiem,   a  na   dworze,   

jak  powiadają,  uczciwym  ludziom  wcale  się  nie 

szczęści.  Bardziej  byś  ty  się  nadał,  sąsiedzie 

młynarzu.

Proboszcz uśmiechnął się -- ale nie z odpowiedzi 

Dżila,  bo  Dżil  i  młynarz  przy  każdej  sposobności 

background image

przypinali  sobie  nawzajem  łatki  i  byli,  jak  to 

mówiono  w  Ham,  “nieprzyjaciółmi  od  serca". 

Proboszcz  uśmiechnął  się,  ponieważ  ucieszyła  go 

pewna  myśl,  która,  właśnie  w  tym  momencie 

zaświtała mu nagle w głowie.! Na razie jednak nic nie 

powiedział. Młynarz natomiast mniej był uradowany i 

skrzywił się kwaśno.

--  Że  z  ciebie  człowiek  prosty,  to  pewne,  a  że 

uczciwy...  możliwe  --  rzekł.  --  Ale czy koniecznie 

trzeba  udawać  się  na  dwór  i  przyjmować  rycerskie 

ostrogi  żeby  ubić  smoka?  Nie  dawniej  jak  wczoraj 

słyszałem  z  własnych  ust  naszego  zacnego 

Aegidiusa,  że  wystarczy  odwaga.  A  odwagi  na 

pewno naszemu Aegidiusowi nie brak, ma jej więcej 

niż niejeden pasowany rycerz.

Na to zaraz podniósł się ogólny krzyk:

--  Pewnie  że  tak!  Prawda!  Niech  żyje  bohater  z 

Ham!

Dżil wrócił do domu bardzo markotny. Przekonał

się, że sława nakłada na człowieka ciężkie obowiązki i 

naraża  na  wielkie  kłopoty.  Kopnął  psa  i  schował

miecz  do  kredensu.  Dotychczas  oręż  wisiał  dumnie 

background image

nad kominkiem.

Nazajutrz smok był już w sąsiedniej wsi, zwanej 

po  łacinie  Quercetum,  co  w  pospolitym  języku 

znaczy  Dąbrowa.  Pożarł  tam  nie  tylko  kilka  krów  i 

owiec,  lecz  również  parę  dziatek,  a  ponadto 

miejscowego 

proboszcza. 

Ksiądz 

bowiem 

nieopatrznie  usiłował  go  nawrócić  ze  złej  drogi. 

Teraz  już  wszyscy  mieszkańcy  Ham  z  proboszczem 

na  czele  gromadnie  przybyli  na  pagórek  i  stanęli 

przed Dżilem.

-- Wszystkie oczy na ciebie są zwrócone -- powie-

dzieli  i  otoczyli  go  w  krąg,  wpatrując  się  w  niego 

dopóty,  dopóki  mu  twarz  nie  poczerwieniała  jak 

burak nad rudą broda.

-- Kiedy wyruszasz? -- pytali.

-- Dzisiaj nie mogę, słowo daję -- odparł. -- Mam 

pilną  robotę  w  oborze,  a  pastuch  leży  chory. 

Zastanowię  się  jednak  nad  tą  sprawą,  przyrzekam 

wam.

Ludzie  rozeszli  się,  lecz  gdy  wieczorem 

gruchnęła  wiadomość,  że  smok  znowu  posunął  się

bliżej, wrócili.

background image

-  Wszystkie  oczy  na  ciebie  są  zwrócone,  zacny 

Aegidiusie -- powiedzieli.

-- Doprawdy -- rzekł Dżil -- w tej chwili strasznie 

mi  to  nie  na  rękę.  Kobyła  okulała,  owce  zaczęły  się

kocić. Zajmę się tą sprawą, jak tylko będę mógł.

Ludzie  znowu  się  rozeszli,  ale  już  trochę

szemrząc!  i  mrucząc.  Młynarz  śmiał  się  szyderczo. 

Proboszcz tylko został, nie dał się niczym zniechęcić. 

Sam  wprosił  się  na  kolację  i  przy  stole  pozwalał

sobie  na  wyraźne  przytyki.  Spytał  nawet,  gdzie 

podział się miecz, i koniecznie chciał go obejrzeć.

Miecz leżał w kredensie na półce, a tak był długi, 

że  ledwie  się  na  niej  mieścił.  Kiedy  Dżil  go  wyjął,  w 

okamgnieniu      wyskoczył      z  pochwy,        którą

gospodarz  jak  oparzony  wypuścił  z  rąk.  Proboszcz 

zerwał   się   z   miejsca przewracając    kufel piwem. 

Ostrożnie  chwycił  miecz  i  usiłował  go  z  powrotem 

wsunąć do pochwy,   miecz   jednak stawiał   opór,   

a      kiedy  ksiądz  cofnął  dłoń  z  rękojeści    --    

wyskoczył znowu.

--  Patrzcie      państwo  co  za  cuda!  -- powiedział

proboszcz i zaczął oglądaj uważnie zarówno pochwę

background image

jak klingę. Ksiądz był uczonym człowiekiem, ale Dżil 

ledwie sylabizował, i i tylko duże litery. Nawet własne 

nazwisko  odczytywał  z  trudem.  Dlatego  też  nie 

zwrócił nigdy uwagi na dziwaczne znaki niewyraźnie 

rysujące się na pochwie i ostrzu. Co do królewskiego 

zbrojmistrza,  ten  był  tak  oswojony  z  różnymi 

napisami  runicznymi,  imionami  i  wszelkimi  godłami 

czy zaklęciami na mieczach i sztyletach, że nie łamał

sobie  nad  nimi  głowy.  Uważał  zresztą,  że  są  to 

sprawy przedawnione.

Proboszcz  przyglądał  się  mieczowi  długo  i 

marszczył brew.  Spodziewał się znaleźć na pochwie 

lub  ostrzu  jakieś  napisy,  ta  właśnie  myśl  tak  go 

poprzedniego  dnia  ucieszyła,  teraz  jednak  był

zaskoczony,  bo  wprawdzie  widział  litery,  ale  nic  z 

nich nie rozumiał.

--  Na  pochwie  jest  napis,  a  na  ostrzu  tak że 

dostrzegam jakieś... powiedzmy: znaki -- rzekł.

--  Doprawdy?  --  zdziwił  się  Dżil.  --  A  co też one 

mówią?

-- Użyto starożytnego alfabetu i barbarzyńskiego 

języka  --  odparł  ksiądz,  żeby  zyskać  na czasie. -- 

background image

Trzeba się temu dokładniej przyjrzeć.

Poprosił  o  użyczenie  mu  miecza  na  noc,  a  Dżil 

zgodził się z niekłamaną przyjemnością.

Wróciwszy  na  plebanię  proboszcz  ściągnął  z 

półek mnóstwo mądrych ksiąg i ślęczał nad nimi do 

późnej  nocy.  Nazajutrz  rozeszła  się  wiadomość,  że 

smok  znowu  przybliżył  się  do  wioski.  Mieszkańcy 

Ham ryglowali drzwi i zamykali okiennice, a kto miał

głęboką  piwniczkę,  krył  się  w  niej  dygocąc  przy 

łojówce.

Proboszcz  jednak  wyszedł  z  plebanii  i 

przemykając od domu do domu szeptał przez dziurkę

od  klucza  lut  przez  szparę  w  drzwiach  słowa 

pociechy,  dzieląc  z  każdym,  kto  go  chciał  słuchać, 

swoim odkryciem.

--  Nasz  zacny  Aegidius  --  mówił  --  jest z łaski 

króla właścicielem sławnego miecza, który po łacinie 

zwie  się  Caudimordax,  a  w  naszych  pieśniach 

ludowych -- Gryzi-ogon.

Na dźwięk tego imienia wiele drzwi odemknęło z 

powrotem.  Ludzie  znali  sławę  Gryzi-ogona,  bo  ten 

należał    ongi    do    Bellomariusa,    najznakomitszego 

background image

pogromcy smoków w dziejach  Średniego Królestwa. 

Niektórzy  historycy  dowodzili  nawet,  że  jest  on 

prapradziadem po kądzieli obecnego władcy. Krążyło 

o  nim  mnóstwo  legend  i  pieśni,  zapomnianych 

wprawdzie na królewskim dworze, lecz żywych wśród 

ludu.

-- Tego miecza -- mówił proboszcz -- nie sposób 

utrzymać  w  pochwie,  jeżeli  w  promieniu  dziesięciu 

mil  znajduje    się    smok.      Caudimordax    w    ręku   

dzielnego  człowieka  da  radę  najgroźniejszej  nawet 

bestii. Nowa  otucha  wstąpiła  w  serca.  Ten  i  ów 

otwierał już okna,  a niektórzy wytykali nawet głowy.  

W końcu ksiądz namówił kilku sąsiadów, żeby z nim 

razem  udać  się  na  pagórek,  do  Dżila.  Ale  naprawdę

ochoczo szedł jedynie młynarz. Gotów był narazić się

na  każde  niebezpieczeństwo,  byle  zobaczyć,  jak 

będzie się wił Dżil przyparty przez gromadę do muru.

Wspięli  się  na  pagórek,  chociaż  nie  można 

zaprzeczyć że zerkali lękliwie ku północnym brzegom 

rzeki.  Smoka  wszakże  nie  było  nigdzie  widać  ani 

słychać. Może spał nażarłszy się po  gardłodziurki  w 

okresie świąt.

background image

Proboszcz  --  a  zaraz  po  nim  także młynarz -- 

zapukał do drzwi Dżila. Nikt się w domu nie odezwał, 

w zakołatali po raz wtóry głośniej. Wreszcie gospoda 

stanął  w progu.  Twarz  miał bardzo czerwoną.  Dżil 

bowiem  także  czuwał  do  późna  w  noc,  pociągając 

przez    cały  czas  mocne  piwo,  a  rano,  gdy  się

przebudził, znowu chwycił za kufel.

Sąsiedzi  otoczyli  Dżila  w  krąg  i  przekrzykując 

jeden  drugiego  tytułowali  go  Zacnym  Aegidiusem, 

Mężnym  Brodaczem,  Juliusem  Wielkim,  Poczciwym 

Rolnikiem, 

Dumą 

Wsi 

Bohaterem 

Kraju. 

Wspomniawszy  o  Caudimordaksie,  czyli Gryzi-

ogonie, mieczu, który nie chce bezczynnie rdzewieć

w  pochwie,  powtarzali:  Śmierć  lub  Zwycięstwo, 

Chwała  Ochotnikom,  Podpora  Ojczyzny,  Dla  Dobra 

Ogółu  --  aż  biednemu  Dżilowi  zakręciło  się  od tego 

gadania w głowie.

--  Uspokójcie  się  wreszcie!  Mówcie  po  kolei -- 

rzekł,  gdy  w  końcu  zdołał  wtrącić  słowo.  --  O co 

chodzi?  Pamiętajcie,  że  mam  od  rana  pełne  ręce 

roboty.

Powierzono  więc  księdzu  wyjaśnienie  sprawy  w 

background image

imieniu  gromady.  Młynarz  doczekał  się  uciechy, 

której  tak  bardzo  pragnął,    bo    Dżila    dosłownie  

przypierano    do  muru.  Ale  rzecz  wzięła  zgoła  inny 

obrót,  niż  się  młynarz    spodziewał.      Po    pierwsze  

Dżil    wypił    przedtem  niemało  mocnego  piwa.  Po 

drugie  zaczęła  go  nagle  rozpierać  niezwykła  duma  i 

męstwo,  odkąd  się  dowiedział,  że  posiada  nie  byle 

miecz, ale sławnego Gryzi-ogona. Za lat chłopięcych 

przepadał za pieśniami i legendami o Bellomariusie i 

póki nie nabrał rozumu, marzył,  żeby mieć   własny   

czarodziejski    i      bohaterski      or ęż.      Teraz  nagle 

zapałał ochotą,  żeby z Gryzi-ogonem u  boku  ruszyć

na  bój  ze  smokiem.  Tak  się  jednak  przyzwyczaił

zawsze  o  wszystko  targować,  że  i  tym  razem 

spróbował przynajmniej uzyskać zwłokę

-- Co takiego? -- rzekł. -- Mam ruszać na smoka? 

W  tych  starych  portkach  i  w  kapocie?  O  ile  mi 

wiadomo,  do  walki  ze  smokiem  trzeba  mieć  jakąś

zbroję.  A  żadnej  zbroi  w  moim  domu  nie  ma,  za  to 

wam z

Wszyscy  musieli  przyznać,  że  to  ważny  kłopot. 

Posłali  co  prędzej  po  kowala.  Kowal  przyszedł  i 

background image

pokręcił  głową.  Był  to  niemrawy,  ponury  człowiek, 

którego  we  wsi  przezywano  kpiąco  “Pociechą", 

naprawdę jednak zwał się Fabricius Cunctator. Nigdy 

przy robocie nie pogwizdywał, chyba że zdarzyła się

jakaś klęska, dajmy na to przymrozek w maju, któr ą

wyprorokował. . Ponieważ stale prorokował wszelkie 

możliwe  nieszczęścia,  nie  mogło  się  zdarzyć  nic 

złego, czego by Pociecha z góry nie przepowiedział i 

nie 

uznał 

potem 

za 

potwierdzenie 

swojej 

nieomylności. Nic też innego nie cieszyło go w życiu. 

Oczywiście 

niechętnie 

przykładał 

ręki 

do 

zażegnywania  niebezpieczeństw  i  dlatego  teraz  też

kręcił tylko głowa.

-- Zbroi nie można zrobić z niczego -- powiedział. -- 

Zresztą nie należy to do mojego fachu. Zwróćcie się

lepiej do stolarza, żeby wystrugał Aegidiusowi tarczę

z  drewna.  Co  prawda  niewiele  mu  to  pomoże,  bo 

smok jest, jak widać, bardzo ognisty.

Wszystkim  twarze  się  wydłużyły,  lecz  młynarz 

postanowił  sobie,  że  albo  wyśle  Dżila  na  bój  ze 

smokiem,  albo  --  jeżeli  Dżil  się  oprze namowom -- 

rozbije jego sławę jak bańkę mydlaną. Nie dał się więc 

background image

tak łatwo odwieść od swoich planów.

--  A  może  by  mu  sporządzić  kolczugę? -- 

zaproponował. 

-- 

Kolczuga 

stanowiłaby dobrą

ochronę, nie zależy też nam na tym, żeby była piękna. 

Chodzi  przecież  o  poważną  walkę,  nie  o  dworskie 

popisy. Z pewnością masz, kochany Aegidiusie, jakiś

stary  skórzany  kaftan.  W  kuźni  są  stosy  ogniw  i 

kółek  żelaznych  z  różnych  łańcuchów.  Sam  mistrz 

Fabricius  może  nawet  nie  wie,  ile  tego  dobra 

nagromadziło się z czasem.

--  Mówisz  jak  ślepy  o  kolorach  --  odparł kowal, 

odzyskując 

znowu 

humor. 

-- 

Jeżeli chcecie 

prawdziwej kolczugi, nie mogę się podjąć tej roboty. 

Trzeba zręczności krasnoludów, żeby każde maleńkie 

kółeczko  dopasować  i  doczepić  do  czterech 

sąsiednich.  Nawet  gdybym  umiał  tego  dokonać, 

zabrałoby  mi  to  kilka  tygodni.  A  do  tego  czasu 

będziemy  już  wszyscy  w  grobach  albo  w  brzuchu 

smoka.

Ludzie  załamali  ręce  w  rozpaczy,  a  kowal 

rozpromienił  się  z  radości.  Lecz  gromada  zbyt  była 

przerażona,  żeby  wyrzec  się  od  razu  planu 

background image

podsuniętego  przez  młynarza.  Do  niego  więc 

zwrócono się o radę.

--  Słyszałem  --  rzekł  młynarz  --  że za dawnych 

czasów,  jeśli  kogoś  nie  stać  było  na  sprowadzenie 

pięknej  zbroi  z  południowych  krajów,  naszywał  po 

prostu stalowe kółka na skórzany kaftan i zadowalał

się  takim  pancerzem.  Spróbujmy  sporządzić  coś  w 

tym  rodzaju.  Dżil  wydobył  stary  kaftan  skórzany,  a 

kowal  musiał  co,  tchu  wracać  do  kuźni.  Ludzie 

przeszperali  wszystkie  kąty,  przewrócili  zwały 

żelastwa,  aż  znaleźli  pod  nimi  stos  drobnych, 

zmatowiałych od rdzy kółeczek, zapewne odprutych 

przed  laty  od  takiego  właśnie  kaftana,  o  jakim 

młynarz wspominał. W miarę jak świtała nadzieja, że 

przedsięwzięcie  może  się  udać,  kowal  pochmurniał

coraz  bardziej,  musiał  jednak  wziąć  się  ostro  do 

roboty,  przebierać  i  czyścić żelazne  kółka.  Kiedy  z 

wielką  satysfakcją  oznajmił,  że  nie  starczy  ich  na 

szerokie  plecy  i  pierś  Dżila,  gromada  kazała  mu 

porozkuwać  stare  łańcuchy  i  spłaszczyć  młotem 

ogniwa na jak najzgrabniejsze pierścionki.

Mniejsze  kółka  naszyli  na  przedzie  kaftana, 

background image

większe  i  grubsze  --  na  plecach,  a  że popędzany 

przez  wszystkich  kowal  dorzucał  wciąż  nowe,  wzięli 

od  Dżila  parę  zniszczonych  spodni  i  naszyli  je 

również kółkami. Młynarz wypatrzył na górnej półce 

w  najciemniejszym  zakamarku  kuźni  żelazny  czerep 

starego  hełmu,  polecił  więc  szewcowi  obciągnąć  go 

skórą  jak  najstaranniej.  Zajęła  im  ta  robota  czas  do 

wieczora,  a  nazajutrz  także,  więc  chociaż  była  to 

wigilia  Trzech  Króli,  nikt  nie  myślał  o  świętowaniu. 

Dżil tylko uczcił uroczystość zwiększoną ilością piwa. 

Smok  na  szczęście  spał,  zapominając  na  razie  i  o 

głodzie, i o mieczach.

W  dzień  Trzech  Króli  gromada  ruszyła  o  świcie 

na  pagórek,  niosąc  z  sobą  przedziwne  dzieło 

zbiorowego wysiłku. Dżil oczekiwał tych gości. Teraz 

już  nie  miał żadnej  wymówki.  Włożył  naszyty 

żelaznymi  kółkami  kaftan  i  spodnie.  Młynarz 

uśmiechnął  się  złośliwie.  Z  kolei  Dżil  wzuł  buty  z 

cholewami  i  przypiął  do  nich  ostrogi,  a  wreszcie 

nakrył  głowę  hełmem  obciągniętym  w  skórę.  W 

ostatniej  chwili  namyślili  się  i  wcisnął  na  hełm  swój 

stary filcowy kapelusz, a na zbroję narzucił obszerny 

background image

płaszcz.

-- Po co to robisz? -- spytali sąsiedzi.

--  Jakże!  Czy  wyobrażacie  sobie,  że  smoka 

podchodzi  się  brzęcząc  i  dzwoniąc  na  trzy  mile  jak 

dzwon  z  Canterbury?  Na  mój  rozum  lepiej  nie 

ostrzegać go z daleka; i tak z pewnością spostrzeże 

mnie  za  wcześnie.  Hełm  to  przecież  wyzwanie  do 

walki.  Jeżeli  smok  zobaczy  zza  płotu  tylko  mój 

kapelusz,  pewnie  pozwoli  mi  podejść  blisko,  zanim 

się zacznie awantura.

Kółka  naszyte  na  kaftanie  luźno  i  tak,  że  jedno 

zachodziło na drugie, brzęczały rzeczywiście bardzo 

głośno.  Płaszcz  narzucony  na  wierzch  tłumił  nieco 

hałas,  ale  Dżil  wyglądał  w  tym  dziwnym  stroju  dość

śmiesznie.  Nikt  mu  jednak  tego  nie  powiedział.  Z 

pewnym  trudem  przyjaciele  dopięli  pas  na  jego 

brzuchu  i  zawiesili  mu  u  boku  pochwę  od  miecza, 

samego Gryzi-ogona musiał Dżil dzierżyć w ręku, bo 

inaczej  niż  przemocą  nie  dawał  się  w  pochwie 

utrzymać.

Potem  Dżil  przywołał  psa.  Na  swój  sposób  był

sprawiedliwym panem.

background image

-- Garm, pójdziesz ze mną -- rzekł. Pies zawył.

-- Ratuj, ratuj! -- krzyknął.

--  Przestań  szczekać  --  powiedział  Dżil  -- bo ci 

wygarbuję skórę lepiej niż smok. Znasz zapach tego 

gada i możesz się chociaż raz w życiu na coś przydać.

Przywołał też Dżil swoją siwą kobyłkę. Spojrzała 

na  pana  wymownie  i  prychnęła  na  widok  ostróg. 

Pozwoliła się jednak dosiąść i ruszyli, wszyscy troje 

dość  markotni.  Kiedy  kłusowali  przez  wieś,  ludzie 

klaskali  wiwatowali,  lecz  przeważnie  zza  okien. 

kobyła  starali  się  nadrabiać  miną.  Garm  jednak,  nie 

żywiąc  przesadnych  ambicji,  kulił  ogon  pod  siebie  i 

biegł chyłkiem.

Minąwszy  wieś  przeprawili  się  po  moście  za 

rzekę.  Ledwie  znaleźli  się  poza  zasięgiem  ludzkich 

oczu, zwolnili kroku. Posuwali się teraz stępa, lecz i 

tak znacznie szybciej, niż sobie życzyli, przekroczyli 

granice pól Dżila i innych gospodarzy z Ham i dotarli 

w  okolice  nawiedzone  przez  smoka.  Świadczyły  o 

tym  połamane  drzewa,  wypalone  żywopłoty, 

spopielała trawa i złowroga cisza.

Słońce  przypiekało  i  Dżil  miał  wielką  ochotę

background image

pozbyć się chociaż części ciężkiego rynsztunku, lecz 

nie  śmiał  tego  zrobić.  Ogarnęły  go  też  wątpliwości, 

czy  nie  prze-brał  miary  wypijając  tak  dużo  piwa  na 

wyjezdnym.  “Ładnie  kończę święta  --  myślał.  -- A co 

gorsza,  jeśli  nie  będę  miał  wyjątkowego  szczęścia, 

zakończę  tym  sposobem  nie  tylko  święta,  lecz  i 

marny żywot".

Otarł  pot  z  czoła  wielką  chustką  --  zieloną, broń

Boże  nie  czerwona,  bo  ktoś  mu  powiedział,  że 

czerwony kolor drażni smoki.

Smoka  jednak  nie  spotkał.  Na  próżno  kręcił  się

po  wszystkich  drogach  i  ścieżkach,  a  nawet  na 

przełaj  po  bezludnych  cudzych  polach.  Garm 

oczywiście nie zdał się na nic. Dreptał tuż za kobyłka 

i ani myślał węszyć tropów.

Wreszcie znaleźli się na krętej drodze, gdzie nie 

było  widać śladów  zniszczenia  i  panował,  jak  się

zdawało  błogi  spokój.  Ujechali  nią  z  pół  mili  i  Dżil 

dochodził  do  wniosku,  że  właściwie  zrobił  już

wszystko,  co  do  niego  należało  i  czego  wymagała 

jego sława. Utwierdził się właśnie w przekonaniu, że 

dalej  i  dłużej  nie  warto  smoka  szukać  i  można  z 

background image

czystym  sumieniem  zawrócić  domu  na  obiad. 

Przyjaciołom postanowił oznajmić, że bestia na sam 

jego  widok  uciekła  w  popłochu.  Tak  rozmyślając 

wyjechał nagle zza ostrego zakrętu,..

Przed  nim  leżał  smok.  Gniotąc  olbrzymim 

cielskiem  żywopłot,    wyciągnął    straszliwy    łeb    na  

środek  drogi i spał smacznie.

-- Ratuj! -- wrzasnął Garm i umknął.

Siwa  kobyłka  przysiadła  na  zadzie,  a  Dżil  fiknął

kozła  nad  jej  głową  i  padł  na  wznak  prosto  w 

przydrożną kałużę. Kiedy otworzył oczy, stwierdził, że 

smok zbudził się i patrzy na niego uważnie.

--  Dzień  dobry  --  rzekł  smok.  --  Zdaje  mi się, że 

jesteś zaskoczony.

-- Dzień dobry -- odparł Dżil. -- Zgadłeś.

--  Wybacz  --  rzekł  smok.  Ucho  sterczało  mu do 

góry,  bo  nadstawił  je  nieufnie,  gdy  usłyszał  brzęk 

zbroi  padającego  na  ziemię  Dżila.  --  Wybacz, że 

zapytam,,  czy  przypadkiem  nie  mnie  właśnie 

szukałeś.

--  Co  znowu!  --  zaprzeczył  Dżil.  --  Któż mógł się

ciebie spodziewać w tym miejscu? Wybrałem się tak 

background image

sobie, na przejażdżkę.

To mówiąc Dżil gramolił się pospiesznie z kałuży 

i wycofywał ku swojej kobyłce, która już uspokojona 

skubała jak gdyby nigdy nic przydrożną trawę.

--  A  więc  spotkaliśmy  się  szczęśliwym  trafem -- 

rzekł smok. -- Cała przyjemność po mojej stronie. Jak 

widzę, masz na sobie odświętne ubranie. Pewnie taka 

teraz u was nowa moda, co?

Spadając  z  siwki  Dżil  zgubił  kapelusz,  a  poły 

płaszcza rozchyliły się szeroko. Lecz Dżil już się nie 

usiłował kryć.

--  A  tak  --  odparł.  --  Najnowsza! Pozwól, że 

pojadę  za  psem.  Pogonił  za  królikiem,  jeśli  się  nie 

mylę.

--  Mylisz  się  --  rzekł  Chrysophylax oblizując 

wargi, co robił zawsze, kiedy go coś ubawiło. -- Pies 

będzie  w  domu  znacznie  wcześniej  niż  ty.  Bardzo 

jednak  proszę,  jedź,  gdzie  masz  ochotę,  szanowny 

panie...  panie...  Przepraszam,  nie  znam  twego 

nazwiska.

-- Ja także nie znam twojego -- odparł Dżil -- i nie 

jestem go ciekawy.

background image

--  Twoja  wola  --  rzekł  Chrysophylax  i znów 

oblizał wargi, udając przy tym, że zamyka oczy. Miał

złe  serce  --  jak  zwykle  smoki  --  lecz nie bardzo 

odważne; to także między smokami często się zdarza. 

Lubił  jeść,  ale  wolał  zdobywać  obiad  bez  walki. 

Jednakże  po  długiej  drzemce  wrócił  mu  apetyt. 

Proboszcz  z  Dąbrowy  okazał  się  dość łykowaty, 

Chrysophylax od bardzo dawna nie miał już w pysku 

smacznego, tłustego człowieka.

Postanowił więc teraz skorzystać z okazji, czekał

tylko na chwilę roztargnienia tego głupiego grubasa.

Ale  grubas  wcale  nie  był  taki  głupi,  jak  się

smokowi  zdawało.  Nie  spuszczał  wzroku  z 

przeciwnika  nawet  w  chwili,  gdy  usiłował  wdrapać

się  na  siodło.  Kobyłka  wszakże  miała  inne  plany. 

Wierzgała i kopała, nie pozwalając się dosiąść. Smok 

tracąc cierpliwość sprężył się już do skoku.

-- Przepraszam -- rzekł -- czy mi się zdaje, czy coś

ci upadło?

Stary,  znany  podstęp,  ale  w  tym  wypadku 

skuteczny.  Dżil  bowiem  rzeczywiście  coś  zgubił. 

Padając  wypuścił  z  ręki  Caudimordaksa  -- czyli 

background image

mówiąc 

prościej 

Gryzi-ogona 

-- 

który leżał

dotychczas  przy  drodze.  Dżil  schylił  się,  żeby  go 

podnieść,  i  w  tym  momencie  smok  skoczył.  Lecz 

Gryzi-ogon był szybszy od niego. Ledwie się znalazł

w  garści  Dżila,  wyrwał  się  naprzód  i  jak  błyskawica 

śmignął tuż przed oczyma smoka.

--  Ejże!  --  powiedział  smok  stając  w  miejscu jak 

wryty. -- Co ty tam masz?

--  Drobiazg  --  odparł  Dżil.  -- Po prostu Gryzi-

ogona, którego dostałem od króla w podarunku.

--  Pomyliłem  się  --  rzekł  smok.  -- Bardzo cię

przepraszam!  --  Przywarł  plackiem  do  ziemi,  a w 

Dżila  na  ten  widok  nowy  duch  wstąpił.  -- Swoją

drogą, nieładnie ze mną postąpiłeś.

--  Nieładnie?  --  spytał  Dżil.  -- Dlaczego? I 

dlaczego miałem z tobą ładnie postępować?

--  Zataiłeś  przede  mną  swoje  szlachetne 

nazwisko i udałeś, że spotkaliśmy się przypadkiem. A 

przecież  jesteś  niewątpliwie  rycerzem,  i  to  bardzo 

wysokiego  rodu.  Dawniej,  szanowny  panie,  istniał

zwyczaj,  że  w  podobnych  okazjach  rycerze 

wymieniali  najpierw  wszystkie  swoje  tytuły  i 

background image

wyzywali przeciwnika uroczyście na pojedynek.

--  Może  taki  zwyczaj  istniał,  a  może  nawet 

dotychczas  istnieje  --  odparł  Dżil,  coraz  bardziej z 

siebie 

zadowolony. 

Człowiek, 

przed 

którym 

ogromny,  królewski  smok  czołga  się  w  prochu,  ma 

prawo  do  pewnej  dumy.  --  Ale  znowu  się mylisz, 

stary  gadzie.  Nie  jestem  rycerzem.  Nazywam  się

Aegidius  i  jestem  gospodarzem  z  Ham.  Nie  cierpię

natrętów na swoich polach. Strzelałem już z mojego 

garłacza  do  olbrzymów,  chociaż  mniej  szkody 

wyrządzali  niż  ty,  lecz  ich  także  nie  śniło  mi  się

wyzywać uroczyście na pojedynek.

Smok  bardzo  się  stropił.  “Diabli  nadali  tego 

olbrzyma  --  pomyślał.  --  Okłamał  mnie łajdak. Co 

teraz  zrobić  z  tym  zuchwałym  chłopem,  który  w 

dodatku  ma  taki  błyszczący  i  napastliwy  miecz  w 

garści?"

Nic podobnego nigdy mu się  jeszcze nie  zdarzyło.

--  Nazywam  się  Chrysophylax  --  przedstawił się. 

Chrysophylax  Bogaty.  Czym  mogę  służyć,  zacny 

panie?  --  spytał  przymilnie,  zerkając  spod  oka na 

miecz i łamiąc sobie głowę, jak by tu uniknąć starcia.

background image

-- Usłużysz mi najlepiej, jeżeli wyniesiesz się stąd 

co prędzej, kostropaty gadzie -- odrzekł Dżil, również

łamiąc  sobie  głowę,  jak  by  tu  uniknąć  starcia. -- 

Jednego  tylko  chcę:  żebyś  mi  zszedł  z  oczu.  Precz, 

wracaj do swojej brudnej nory!

I Dżil postąpił krok naprzód, wymachując rękami, 

jakby straszył wrony. To wystarczyło,  żeby rozpętać

Gryzi-ogona. Błysnął, zafurczał w powietrzu, spadł i 

rąbnął  smoka  w  nasadę  prawego  skrzydła,  aż

pancerz  zadzwonił,  a  potwór  osłupiał  od  wstrząsu. 

Oczywiście  gdyby  Dżil  miał  pojęcie  o  właściwych 

sposobach walki ze smokami, wymierzyłby w jakieś

bardziej wrażliwe miejsce. Gryzi-ogon zrobił wszakże 

co mógł w niedoświadczonych rękach. Cios był i tak 

dla smoka dotkliwy, pozbawił go na wiele dni władzy 

w  skrzydle.  Poderwał  się,  chcąc  ulecieć,  lecz  opadł

bezradnie. Dżil natomiast skoczył teraz na siodło bez 

trudu. Smok puścił się biegiem. Siwa kobyłka za nim. 

Smok zmykał galopem przez pole, sapiąc i chrapiąc. 

Siwa  kobyłka  za  nim.  Dżil  ryczał  i  pokrzykiwał  jak 

widz  na  wyścigach.  I  wciąż  wymachiwał  mieczem. 

Smok  im  prędzej  biegł,  tym  bardziej  tracił  głowę.  A 

background image

siwa kobyłka gnała za nim co sił w nogach i deptała 

mu wciąż po piętach.

Tak mknęli po drogach, przesadzając żywopłoty, 

na  przełaj  polami,  w  bród  przez  rzeki.  Smok  dymił, 

ryczał, biegł na oślep, byle przed siebie. Nagle ujrzeli 

most prowadzący do wsi Kam, jak grzmot przemknęli 

po  nim  i  ze  straszliwym  zgiełkiem  wpadli  w  główną

ulicę  wioski.  Bezczelny  Garm  wybiegł  z  opłotków  i 

przyłączył się teraz do pogoni.

Wszyscy  mieszkańcy  wsi  cisnęli  się  do  okien, 

niektórzy  nawet  wdrapywali  się  na  dachy.  Jedni 

śmiali  się,  inni  wiwatowali,  a  jeszcze  inni  walili  w 

blachy, w patelnie i w kotły albo dęli w rogi, fujarki i 

gwizdki. Proboszcz kazał bić w dzwony. Podobnego 

ruchu i zgiełku od stu lat w Ham nie widziano.

Wreszcie  na  placu  przed  kościołem  smok 

skapitulował.  Padł  dysząc  ciężko  pośrodku  drogi. 

Garm  zbliżył  się  i  obwąchiwał  mu  ogon,  lecz 

Chrosophylax wyzbył się już resztek wstydu.

--  Dobrzy  ludzie,  mężny  wojowniku!  -- wysapał, 

gdy  nadjechał  Dżil,  a  wszyscy  mieszkańcy  Ham 

zgromadzili  się  wkoło  (jakkolwiek  w  bezpiecznej 

background image

odległości),  uzbrojeni  w  widły,  kije  i  pogrzebacze. -- 

Dobrzy  ludzie,  nie  zabijajcie  mnie!  Jestem  bardzo 

bogaty.  Zapłacę  za  wszelkie  szkody,  które 

wyrządziłem.  Poniosę  koszty  pogrzebu  ofiar,  a  w 

szczególności proboszcza z Dąbrowy; zafunduję mu 

piękny pomnik, chociaż był doprawdy dość łykowaty. 

Każdy  z  was  dostanie  hojny  podarek,  jeżeli 

pozwolicie  mi  pójść  do  mego  domu,  gdzie  trzymam 

swoje skarby.

-- Ile? -- spytał Dżil.

--  Zastanówmy  się  --  odparł  smok, szybko 

rachując  w  myślach.  Tłum  wydał  mu  się  trochę  zbyt 

liczny.  --  Trzynaście  szylingów  i  osiem  pensów na 

osobę.

-- Żarty! -- powiedział Dżil. -- Kpiny! -- powiedzieli 

ludzie. -- Bzdura! -- szczeknął pies.

--  Po  dwie  złote  gwinee,  dzieciom  pół  ceny -- 

zaproponował smok.

-- A psom? -- spytał Garm.

-- Mów dalej -- rzekł Dżil. -- Słuchamy.

--  Dziesięć  funtów  i  sakiewka  srebra  na  osobę, 

złote  obroże  dla  psów  --  rzekł  mocno już

background image

zaniepokojony Chrysophylax.

--  Zabić  go!  --  ryknął  tłum,  tracąc wreszcie 

cierpliwość.

-- Worek złota dla każdego, a dla dam brylanty? -- 

skwapliwie zaofiarował Chrysophylax.

--  Teraz  już  gadasz  do  rzeczy,  ale  to  jeszcze  za 

mało -- powiedział Dżil.

-- O psach znowu zapomniałeś -- rzekł Garm.

--  Jakiej  wielkości  będą  worki?  -- pytali 

mężczyźni.

-- Po ile brylantów? -- chciały wiedzieć kobiety.

--  Bójcie  się  Boga!  --  jęknął  smok. -- Zrujnujecie 

mnie do szczętu.

--  Zasłużyłeś      sobie      na  to  --  rzek ł Dżil. -- 

Wybieraj, co wolisz stracić: majątek czy życie.

I  machnął  Gryzi-ogone:  aż  smok  skulił  się  na 

ziemi;

 -- Prędzej! Namyśl się prędzej! -- krzyczeli ludzie, 

nabierając odwagi i podchodząc coraz bliżej.

Cłirysophylax przymknął oczy niby w skupieniu, 

lecz  naprawdę  trząsł  się  ze  śmiechu,  tak  jednak 

skrycie, że nikt tego nie dostrzegł. Targ zaczynał go 

background image

bawić. Ludzie najwidoczniej spodziewali się wiele na 

nim  skorzystać.  Nie  mieli  pojęcia  o  zwyczajach  i 

podstępach  wielkiego  zepsutego  świata;  w  całym 

królestwie  nie  było  człowieka,  który  by  miał  jakieś

praktyczne 

doświadczenie 

stosunkach 

ze 

smokami i znał ich chytrość. Chrysophylax oddychał

coraz  swobodniej  i  myślał  coraz  jaśniej.  Oblizał

wargi.

-- Powiedzcie swoją cenę -- rzekł.

Zagadali wszyscy naraz. Smok przysłuchiwał się

z  zainteresowaniem.  Jeden  tylko  głos  mącił  jego 

spokój: głos kowala.

-- Nic dobrego z tego nie wyniknie, zapamiętajcie 

moje słowa -- prawił kowal. -- Mówcie, co chcecie, a 

ja powiadam, że gad nie wróci. Zresztą tak czy owak 

nie wyniknie z tej historii nic dobrego.

-- Możesz się wyłączyć z ogólnej umowy, jeżeli ci 

się  nie  podoba  --  odparli  mu  na  to  sąsiedzi  i dalej 

spierali  się  między  sobą,  nie  zwracając  wiele  uwagi 

na smoka.

Chrysophylax  podniósł łeb.  Może  namyślał  się, 

czy zaatakować znienacka tłum, czy też wymknąć się

background image

cichcem korzystając z zamieszania -- w każdym razie 

musiał  się  tych  zamiarów  co  prędzej  wyrzec.  Dżil 

wprawdzie  żuł  w  zadumie  jakąś  trawkę,  lecz Gryzi-

ogona  trzymał  w  garści  i  smoka  ani  na  sekundę  z 

oczu nie spuszczał.

--  Nie  waż  się  ruszyć  --  powiedział  --  bo jak cię

rąbnę, to ci nawet góra złota nie pomoże.

Smok  przywarował  znowu.  Wreszcie  gromada 

wypchnęła  naprzód  proboszcza,  żeby  przemówił  w 

jej imieniu. Ksiądz stanął u boku Dżila.

--  Nikczemny  gadzie  --  rzekł.  --  Żądamy,  żebyś

przyniósł tu, na to miejsce, cały swój majątek nabyty 

z  rozboju.  Najpierw  wynagrodzimy  pokrzywdzonym 

wszystkie  straty,  a  potem  resztę  rozdzielimy 

sprawiedliwie między siebie. Wówczas  dopiero,  jeśli 

przysięgniesz,  że  nigdy  więcej  nie  napadniesz 

naszego  kraju  ani  też żadnego  innego  potwora  do 

napaści  nie  podjudzisz,  pozwolimy  ci  odejść  do 

twego  domu  z  głową  i  ogonem.  Teraz  złożysz 

przysięgę,  że  wrócisz  z  okupem,  a  zaklniesz  się  na 

takie  potęgi,  że  nawet  twoje  smocze  sumienie  nie 

ośmieli się im sprzeniewierzyć,

background image

Chrysophylax, żeby tym lepiej oczy im zamydlić, 

udał, że się waha. Ronił z żalu nad stratą majątku łzy 

tak  gorące,  że  rozlewając  się  w  kałuże  na  drodze 

kipiały  i  parowały.  Zaprzysiągł  uroczyście,  klnąc  się

na  przedziwne  i  straszliwe  potęgi,  że  stawi  się

niezawodnie  z  całym  swoim  skarbem  w  dzień

świętych Hilarego i Feliksa, czyli za osiem dni: termin 

oczywiście za krótki na tak daleką podróż i nawet nie 

uczeni  geografii  wieśniacy  powinni  byli  to  wiedzieć. 

Jednakże  nikt  nie  zaprotestował,  pozwolono 

smokowi  odejść,  a  mieszkańcy  wsi  odprowadzili  go 

aż do mostu.

--  Do  zobaczenia!  --  zawołał  już  z drugiego 

brzegu. -- Z pewnością będziemy do siebie tęsknić.

-- My do ciebie z pewnością! -- odkrzyknęli ludzie.

Postąpili  oczywiście  bardzo  niemądrze.  Każda 

inna istota  po  złożeniu  tak  uroczystej   przysięgi  

miałaby  skrupuły  i  lękałaby  się,  że  łamiąc  wiarę

ściągnie  na  siebie  okropne  nieszczęścia,  ale  smok  w 

ogóle  nie  miał  sumienia.  Pewnie,  prości  ludzie  nie 

mogli  o  takie  kalectwo  podejrzewać  stwora  bądź  co 

bądź  wielkiego  rodu,  dziwne  jednak,  że  proboszcz,  

background image

który    tyle  uczonych  ksiąg  w  życiu  przeczytał, 

również  się  tego  nie  domyślił.  Może  się  zresztą

domyślił.  Jako  gramatyk  niewątpliwie  jaśniej 

przewidywał przyszłość niż inni ludzie.

Kowal wracając do kuźni kręcił głową.

-- Złowróżbne imiona -- mruczał. -- Hilary i Felix!

Aż  w  uchu  wierci.  --  Bo  Hilary  w pospolitym 

języku znaczy: wesoły, a Feliks: szczęśliwy.

Król  oczywiście  wkrótce  dowiedział  się  o  całym 

zdarzeniu. Wieść jak płomień szerzyła się po kraju, a 

prze-chodząc  z  ust  do  ust  nabierała  po  drodze  tym 

żywszych kolorów. Król bardzo się nią zainteresował

z  wielu  powodów,  wśród  których  niemałą  rolę

odgrywały  względy  finansowe.  Toteż  postanowił

udać się we własnej osobie do wsi, w której działy się

tak niezwykłe rzeczy.

W  cztery  dni  po  odejściu  smoka  wjechał  przez 

most  do  Ham  na  białym  rumaku,  otoczony  świtą

rycerzy,  z  trębaczami  i  ogromnym  taborem. 

Mieszkańcy wsi w odświętnych ubraniach ustawili się

szpalerem  wzdłuż  głównej  ulicy  na  powitanie 

monarchy.  Orszak  zatrzymał  się  na  placu  przed 

background image

kościołem.  Dżil,  gdy  go  przedstawiano  królowi, 

przykląkł,  lecz  władca  kazał  mu  wstać  i  nawet 

poklepał go łaskawie po ramieniu. Rycerze udawali, 

że nie widzą tej poufałości.

Potem  król  zwołał  całą  wieś  na  rozległe 

pastwisko  Dżilowe  nad  rzeką,  a  gdy  się  wszyscy 

zgromadzili  --  włącznie  z  Garmem,  który  uznał, że 

jego  też  ta  sprawa  dotyczy  --  Augustus Bonifacius 

rex 

et 

basileus 

raczył

łaskawie 

wygłosić

przemówienie.

Wytłumaczył  dobitnie,  że  majątek  poganina 

Chrysophylaksa  w  całości  należy  do  niego,  jako  do 

władcy kraju. Nie uzasadniał szerzej swoich praw do 

zwierzchnictwa  również  nad  krainą  górską   (były  

bowiem sporne), lecz stwierdził, że “w każdym razie 

nie  ma  wątpliwości,  iż  gad  ów  ukradł  ongi  naszym 

przodkom  to  wszystko,  co  dziś  posiada.  Ale  że 

jesteśmy,  jak  powszechnie  wiadomo,  sprawiedliwi  i 

wspaniałomyślni, nie pozostawimy naszego zacnego 

lennika Aegidiusa bez nagrody; każdy też z naszych 

wiernych  poddanych  z  tej  wsi  otrzyma  jakiś  dowód 

naszego  uznania,  nikogo  nie  pominiemy,  od 

background image

proboszcza do najmniejszego dziecka. Wioska Ham 

uradowała bowiem nasze królewskie serce.

Tu  przynajmniej  lud  dzielny  i  nieprzekupny 

zachował starożytne cnoty naszego plemienia".

Rycerze  tymczasem  rozmawiali  między  sobą  o 

najnowszych fasonach kapeluszy.

Król  nie  opuścił  po  tym  przemówieniu  wioski. 

Rozbił  obóz  na  Dżilowym  polu  i  oczekując  dnia 

czternastego  stycznia  zażywał  wraz  z  dworem 

przyjemności,  jakich  mogła  dostarczyć  skromna 

wieś, odległa o wiele mil od stolicy. Świta królewska 

w  ciągu  trzech  dni  ogołocił;  wieś  doszczętnie  z 

chleba, masła, jaj, słoniny i baranie go mięsa, a także 

wysuszyła  do  dna  wszystkie  beczki  z  piwem.  Po 

czym  zaczęła  szemrać  na  skąpe  wyżywi  nie.  Król 

jednak  za  wszystko  płacił  hojnie  kwitami  obiecując 

ich wymianę w państwowej kasie na gotówkę; liczył

bowiem,  że  jego  skarbiec  wkrótce  się  napełni 

Mieszkańcy  Ham,   nic  nie   wiedz ąc o rzeczywistym 

stanie  królewskiego  skarbca,  przyjmowali  kwity  z

wielkim zadowoleniem.

Nadszedł  czternasty  stycznia,  dzień świętych 

background image

Hilarego i Feliksa. Wszyscy od świtu byli na nogach. 

Rycerze  przywdziali  zbroje.  Dżil  ubrał  się  w  swoją

kolczugę  domowej  roboty,  co  wywołało  drwiące 

uśmiechy w gronie rycerstwa, lecz król poskromił je 

jednym  zmarszczeniem  brwi.  Dżil  przypasał  też

miecz.  Gryzi-ogon  potulnie  wsunął  się  do  pochwy  i 

wcale się z niej nie wyrywał. Proboszcz popatrzył na 

niego uważnie i pokiwał głową, szepcząc coś sam do 

siebie.  Kowal  roześmiał  się  w  głos.  Nadeszło 

południe.  Ludziom  z  przejęcia  nawet  obiadu  się

odechciało.  Popołudnie  wlokło  się  ospale. Gryzi-

ogon  w  dalszym  ciągu  wcale  nie  zdradzał  chęci 

wyskoczenia  z  pochwy.  Czatujący  na  wzgórzu 

wartownicy  i  mali  chłopcy,  którzy  na  ochotnika 

wdrapali się na najwyższe drzewa, daremnie wytężali 

oczy:  ani  na  ziemi,  ani  na  niebie  żaden  znak  nie 

zwiastował zbliżania się smoka.

Kowal pogwizdywał wesoło, lecz innym ludziom 

dopiero  z  zapadnięciem  wieczoru,  kiedy  gwiazdy 

błysnęły  na  firmamencie,  po  raz  pierwszy  zaświtało 

podejrzenie,  że  może  smok  od  początku  nie 

zamierzał dotrzymać obietnicy. Wspominając jednak 

background image

uroczystą  przysięgę,  nie  tracili  mimo  wszystko 

nadziei.  Wreszcie  gdy  wybiła  północ  i  wyznaczony 

dzień minął, ludzi ogarnęło zniechęcenie. Tylko kowal 

był w siódmym niebie.

--  A  co,  nie  mówiłem!  --  tryumfował.  Lecz nie 

przekonał gromady.

-- Bądź co bądź gad był ciężko ranny -- zauważył

ktoś.

--  I  termin  wyznaczyliśmy  za  krótki  -- stwierdził

inny.  --  Do  gór  kawał  drogi,  a  on  przecież dźwiga 

niemałe ciężary. Może musiał szukać pomocników.

Lecz  minął  następny  dzień,  potem  drugi.   

Resztka      nadziei  rozwiała      się      ostatecznie.  Król 

wpadł  w  straszny  gniew.  Prowianty  i  napoje 

wyczerpały  się  we  wsi,  królewska  świta  narzekała    

już   głośno. Rycerze   tęsknili   do dworskich   wygód   

i  przyjemności.  Ale  król      bardzo      potrzebował

pieniędzy.

  Pożegnał  się  z  wiernymi  poddanymi  krótko  i 

węzłowato.  Połowę  wydanych  poprzednio  kwitów 

unieważnił.  Dżila  potraktował  chłodno,  ledwie  mu 

kiwnął głową.

background image

-- Wkrótce otrzymacie nasze dalsze rozporządzenia -- 

rzekł i odjechał wraz z rycerzami i trębaczami.

Bardziej  ufni  i  naiwni  ludzie  spodziewali  się,  że 

lada dzień król zaprosi Aegidiusa do stolicy, żeby go 

pasować na rycerza. Rzeczywiście w tydzień później 

nadeszło pismo, lecz zupełnie innej treści. Był to list 

w  trzech  kopiach:  jedną  wysłaniec  wręczył  Dżilowi, 

drugą  proboszczowi,  a  trzecią  przybił  na  drzwiach 

kościoła. Prawdę   mówiąc   wystarczyłby   jeden   list   

do      proboszcza,  bo  nikt  prócz  niego  nie  umiał

rozszyfrować  niewyraźnych  zawijasów  dworskiego 

skryby, dla prostych ludzi równie   niepojętych   jak   

łacina      uczonych.      Proboszcz  przełożył  list  na 

pospolity  język  i  odczytał  z  ambony.  Tekst  był

zwięzły  i  rzeczowy  --  w  porównaniu  z większością

królewskich  listów.    Król    bowiem  bardzo    się

spieszył.

My,  Augustus  B.A.A.A.P.iM.  rex  et  basileus  et 

cetera, oznajmiamy, że dla bezpieczeństwa naszego 

królestwa 

oraz 

honoru 

naszego 

imienia 

postanowiliśmy,  iż  gada,  który  sam  mieni  się

Chrysophylaksem  Bogatym,  należy  ująć  i  surowo 

background image

ukarać za jego występki, matactwa    i    nikczemne    

przeniewierstwo. 

Wzywam 

tedy 

niniejszym 

wszystkich  rycerzy  naszego  domu  pod  broń  i 

polecam  im  czekać  w  pogotowiu  na  przybycie 

Aegidiusa  A.J.,  rolnika  ze  wsi  Ham.  Ponieważ

bowiem  rzeczony  Aegidius  dał  dowody,  że  godzien 

jest    naszego    zaufania    i    zdatny    do    walki  z 

olbrzymami, 

smokami 

oraz 

wszelkimi 

nieprzyjaciółmi  królewskiego  pokoju,  rozkazujemy, 

aby niezwłocznie stawił się w stolicy i przyłączył do 

zastępu naszego rycerstwa.

Sąsiedzi powiadali, że Aegidiusa spotkał niemały 

za-szczyt,  który  w  gruncie  rzeczy  znaczy  tyleż  co 

uroczyste pasowanie na rycerza. Młynarz nawet mu 

zazdrościł.

--  Nasz  Aegidius  wysoko  zajdzie  -- rzekł. -- 

Miejmy  nadzieją,  że  zechce  nas  znać  jeszcze,  gdy 

wróci z tej wyprawy.

-- Ba, czy w ogóle wróci? -- powiedział kowal.

-- Dość, przestańcie krakać! -- krzyknął Aegidius, 

nie  posiadając  się  już  z  gniewu.  --  Gwiżdżę na 

zaszczyt.  Bylebym  wrócił  cały,  nawet  młynarza 

background image

powitam  z  radością.  Chociaż  trzeba  przyznać,  że 

osładza  mi  tą  pigułkę  myśl,  iż  was  dwóch 

przynajmniej na czas jakiś z oczu stracą.

Z  tymi  słowami  porzucił  kompanią.  Królowi  nie 

sposób  wymawiać  się  tak  jak  sąsiadom.  Trudno, 

nawet  jeśli  owce  się  kocą,  orka  czeka,  krowy  czas 

doić  albo  wodą  nosić  --  trzeba  jechać.  Dżil osiodłał

więc  siwą  kobyłką  i  przygotował  się  do  drogi.  W 

ostatniej chwili nadszedł proboszcz.

--  Bierzesz  chyba  z  sobą  mocny  powróz? -- 

spytał.

--  A  to  po  co?  --  zdziwił  sią  Dżil.  -- Żeby się

powiesić?

--  Dajże  spokój!  Głowa  do  góry,  kochany 

Aegidijusie -- odparł proboszcz. -- Mnie się zdaje, że 

możesz  zaufać  swojemu  szczęściu.  Weź  jednak  z 

sobą  powróz,  bo  jeżeli  się  nie  mylę,  bardzo  ci  się

przyda. Jedź już i wracaj do nas zdrowy!

--  A  właśnie!  Nawet  jeżeli  wrócę,  ciekaw  jestem, 

w  jakim  stanie  zastaną  dom  i  gospodarkę!  Diabli 

nadali  smoka  --  rzekł  Dżil.  Wcisnął  gruby zwój 

powroza do juków i ruszył.

background image

Nie wziął z sobą psa, który zresztą od rana starał

mu się nie nawijać przed oczy. Dopiero po wyjeździe 

pana Garm wśliznął się do domu i nie wytykając nosa 

z kuchni wył przez całą noc żałośnie; nie uspokoił się

nawet wówczas, gdy mu gospodyni spuściła lanie.

--  Ratuj,  ratuj,  ratuj!  --  jęczał.  --  Już nigdy nie 

ujrzę  mojego  kochanego  pana,  mojego  groźnego, 

wspaniałego  pana!  Czemuż,  ach  czemuż  nie 

pobiegłem za nim!

-- Zamknij pysk! -- fuknęła Agata. -- Bo postaram 

się,  żebyś  naprawdę  nie  doczekał  powrotu  pana. 

Kowal usłyszał wycie psa.

-- Zły omen! -- stwierdził z satysfakcją. Dni mijały 

bez wieści.

--  Przygotujmy  się  na  najgorsze  --  rzekł  i zaczął

wesoło wyśpiewywać.

Dżil  zajechał  na  dwór  zmęczony  i  zakurzony. 

Rycerze  w  lśniących  zbrojach  i  błyszczących 

hełmach  stali  na  dziedzińcu,  każdy  przy  swoim 

wierzchowcu.  Nie  w  smak  im  było  królewskie 

wezwanie i burzyli się przeciw dołączeniu chłopa do 

rycerskiego zastępu, więc na złość uparli się wykonać

background image

rozkaz  dosłownie  i  ruszyć  natychmiast,  nie  dając 

biednemu  Dżilowi  wytchnienia.  Nieborak  ledwie 

zdążył  przegryźć  kromkę  chleba  i  przepłukać  gardło 

łykiem  wina.  Siwa  kobyłka  prychała  gniewnie.  Na 

szczęście  nie  powiedziała  głośno  tego,  co  o  królu 

pomyślała, bo dopuściłaby się obrazy majestatu.

Dzień  już  się  chylił  ku  zachodowi.  Nie  pora 

wyruszać  w  drogę,  tym  bardziej  na  smoka  -- rzekł

sobie  w  duchu  Dżil.  Toteż  nie  zajechali  tego  dnia 

daleko. Dworakom, skoro postawili na swoim, już się

teraz  wcale  nie  spieszyło.  Rycerze,  giermkowie, 

służba, juczne kuce i tabory -- wszyscy posuwali się

leniwie, nie pilnując bojowego szyku. Dżil na swojej 

zmęczonej kobyłce człapał ostatni.

Wieczorem  zatrzymali  się  na  popas  i  rozbili 

namioty.  Dla  Dżila  nie  pomyślano  o  żadnym 

zaopatrzeniu,  musiał  więc  najniezbędniejsze  rzeczy 

pożyczać  od  innych.  Kobyłka  oburzona  winszowała 

sobie, że nie należy do królewskiej świty.

Nazajutrz  ruszyli  i  dopiero  trzeciego  dnia  pod 

wieczór 

ujrzeli 

na 

widnokręgu 

zamglony, 

nieprzyjazny  łań-cuch  gór.  Wkrótce  potem  znaleźli 

background image

się  w  krainie,  gdzie  władza  Augustusa  Bonifaciusa 

nie  była  powszechnie  uznawana.  Posuwali  się  teraz 

ostrożniej i bardziej zwartym szykiem.

Czwartego  dnia  dotarli  do  Dzikich  Wzgórz,  na 

pogranicze  krainy  o  złej  sławie,  zaludnionej,  jak 

powiadano, przez rozmaite legendarne istoty. Nagle 

któryś  z  jeźdźców  jadących  na  czele  spostrzegł  w 

piasku  nad  potokiem  jakieś  podejrzane  ślady. 

Przywołano Dżila.

--  Co  to  za  ślady,  mości  Aegidiusie?  -- spytali 

rycerze.

-- Smocze -- odparł Dżil.

-- Odtąd ty będziesz prowadził -- rzekli. Dalej więc 

jechali kierując się na zachód, a Dżil na czele dzwonił

i  brzęczał  pierścieniami  naszytymi  na  skórzany 

kaftan.  Nie  miało  to  już  teraz  znaczenia,  bo  rycerze 

głośno  śmiali  się  i  rozmawiali,  a  towarzyszący  im 

minstrel śpiewał pieśni. Od czasu do czasu wszyscy 

podejmowali  chórem  melodię,  nie  żałując  gardeł. 

Pieśń  była  piękna  i  dodawała  ludziom  ducha, 

pochodziła  bo-wiem  z  dawnych  lat,  kiedy  więcej 

toczono prawdziwych bitew niż dworskich turniejów. 

background image

Mimo  to  śpiewając  popełniali  wielką  nieostrożność. 

Zawiadamiali  tym  sposobem  wszystkie  stwory 

zamieszkujące  tę  krainę  o  swoim  przybyciu;  smoki 

ocknęły  się  w  jamach  i  nadstawiły  czujnie  uszu. 

Wyprawa  nie  mogła  już  Chrysophylaksa  zaskoczyć

znienacka we śnie.

Siwa kobyłka Dżila szczęśliwym trafem -- a może i 

naumyślnie  --  nagle  okulała,  gdy  wjechali  w cień

posępnych  gór.  Musieli  teraz  wspinać  się  mozolnie 

stromymi,  kamienistymi  ścieżkami  i  lęk  ogarniał  ich 

coraz silniej. Siwa kobyłka pozwalała się wyprzedzać

innym  koniom,  potykała  się  i  kulała,  i  miała  tak 

smutną  minę,  że  wreszcie  Dżil  zsiadł  i  szedł  odtąd 

obok niej piechotą. Wkrótce znalazł się wraz ze swoją

wierzchówką  na  samym  końcu  pochodu,  pośród 

jucznych kucyków, lecz nikt na to nie zwrócił uwagi. 

Gdyby  rycerze  nie  byli  tak  zajęci  sporem  o  prawa 

pierwszeństwa u dworu, musieliby spostrzec liczne i 

zupełnie  już  tutaj  wyraźne  ślady  smoczych  łap. 

Dotarli  bowiem  do  okolicy,  po  której  Chrysophylax 

często  się  wałęsał  i  gdzie  lubił  lądować  po 

codziennych  lotach.  Niższe  pagórki  i  stoki  po  obu 

background image

stronach ścieżki zdawały się stratowane i wypalone. 

Trawa rosła na nich skąpo, a zwichrzone czarne kępy 

wrzosów i janowca sterczały pośród rozległych plam 

nagiej,  spopielałej  ziemi.  Obszar  ten  od  wielu  lat 

służył smokom za boisko. Przed rycerzami majaczyła 

ciemna ściana gór.

Niedomaganie siwej kobyłki martwiło Dżila, lecz 

cieszył  się,  że  ma  dzięki  temu  wymówkę,  by  nie 

paradować  na  najbardziej  widocznym  miejscu  w 

drużynie.  Wcale  nie  było  mu  przyjemnie  jechać  na 

czele  kawalkady  przez  tę  ponurą  i  niebezpieczną

krainę. Wkrótce potem ucieszył się jeszcze bardziej i 

dziękował  losowi  --  oraz  siwej  kobyłce. Około 

południa bowiem -- a był to siódmy dzień wędrówki i 

przypadało święto Matki Boskiej Gromnicznej -- Gryzi-

ogon wyskoczył z pochwy, a smok ze swej jamy. Bez 

ostrzeżenia i bez ceremonii wystąpił do boju. Leciał

wprost na królewską drużynę,   z wielkim  szumem  i  

hukiem.      Poprzednio,  z  dala  od  własnej  siedziby, 

okazał  się  niezbyt  mężny,  mimo  że  szczycił  się

pochodzeniem z możnego rodu. Teraz jednak płonął

straszliwym  gniewem,  ponieważ  walczył  niejako  w 

background image

progu  swego  domu  i  bronił  swoich  skarbów.  Jak 

burza wychynął znad górskiego ramienia w poświście 

huraganu  i  lawinie  czerwonych  piorunów.  Spór  o 

pierwszeństwo na dworze urwał się jak nożem uciął. 

Konie  spłoszone  odskoczyły  tak  gwałtownie,  że 

wielu  rycerzy  stoczyło  się  z  siodeł.  Kucyki  z  taboru 

umknęły błyskawicznie, a pachołkowie z nimi razem. 

W  tym  bowiem  towarzystwie  nikt  nie  miał

wątpliwości co do praw pierwszeństwa.

  Znienacka  ogarnęła  drużynę  chmura  dymu, 

zapierając  dech  we  wszystkich  piersiach,  a  w  jej 

osłonie 

smok 

runął 

na 

pierwsze 

szeregi 

królewskiego rycerstwa. Wielu wojaków zginęło, nim 

zdążyli  wyjąkać  formalne  wyzwanie  do  walki, 

niejeden zwalił się na ziemię rażeni z koniem i całym 

rynsztunkiem.  O  losie  pozostałych  rozstrzygnęły 

wierzchowce,  które  zawróciwszy  w  miejscu  rzuciły 

się do ucieczki, nie pytając jeźdźców, czy sobie tego 

życzą, czy nie. Przeważnie zresztą życzyli sobie tego 

serdecznie.

Tylko  siwa  kobyłka  stała  niewzruszenie.  Może 

bała  się  połamać  nogi  na  stromej,  kamienistej 

background image

ścieżce.  Może  czuła  się  zanadto  zmęczona,  żeby 

uciekać.  Była  przeświadczona,  że  z  dwojga  złego 

lepiej jest mieć skrzydlatego potwora przed sobą niż

za  swymi  plecami  i  że  ucieczką  mogłaby  się  ocalić

jedynie wtedy, gdyby umiała galopować szybciej od 

najściglejszego wyścigowca. Zresztą spotkała się już

raz  z  Chrysophylaksem  i  pamiętała,  jak  gnała  go 

przez  pola  i  strumienie  swojej  rodzinnej  okolicy, 

dopóki  nie  padł  ujarzmiony  pośrodku  wiejskiej   

drogi.      W    każdym      razie      rozparła      szeroko 

wszystkie cztery nogi i zarżała głośno. Dżil zbladł -- o 

tyle,  o  ile  na  to  pozwalała  jego  rumiana  cera  -- lecz 

został  u  boku  swojej  kobyłki,  bo  nie  widział  innej 

rady.

Tak  się  więc  stało,  że  smok,  rozbiwszy  cały 

rycerski zastęp i wciąż prąc dalej naprzód, znalazł się

nagle  oko  w  oko  ze  swoim    niedawnym  pogromcą

uzbrojonym  w  Gryzi-ogona.  Wcale  się  tego  nie 

spodziewał. Skręcił w locie jak olbrzymi, niezgrabny 

nietoperz  i  opadł  tuż  przy  drodze  na  górski  stok. 

Siwa kobyłka ruszyła ku niemu, zapominając nawet o 

kulawej nodze. Dżil, nabierając nowej otuchy, szybko 

background image

wdrapał się na siodło.

-- Przepraszam -- rzekł -- czy przypadkiem może 

mnie szukałeś?

--  Doprawdy  nie  --  odpar ł  Chrysophylax. -- Któż

by  się  ciebie  mógł  właśnie  tutaj  spodziewać?  Tak 

sobie wyfrunąłem dla rozrywki.

--  A  więc  spotkaliśmy  się  tylko  szczęśliwym 

trafem  --  rzekł  Dżil.  --  Cała  przyjemność po mojej 

stronie.  Ja  bowiem  szukałem  ciebie.  Co  więcej, 

mamy z sobą, że tak powiem, na pieńku.

Smok  parsknął.  Dżil  wyciągnął  ramię,  żeby 

osłonić się od palącego smoczego oddechu, i w tym 

samym  momencie  Gryzi-ogon  błysnął  i  świsnął  w 

powietrzu tuż przed nosem bestii.

-- Ejże! -- krzyknął smok i cofnął się, a cały ogień

w nim przygasł zmrożony strachem. -- Mam nadzieję, 

że  nie  przyszedłeś  tu  po  to,  żeby  mnie  uśmiercić, 

zacny panie -- jęknął.

--  Co  znowu!  --  odparł  Dżil.  --  Nic przecież nie 

mówię o uśmiercaniu.

Siwa kobyłka kichnęła.

--  Pozwól  więc,  że  zapytam,  co  właściwie  robisz 

background image

wśród tych wszystkich rycerzy -- rzekł Chrysophylax. -- 

Rycerze zazwyczaj zabijają smoki, chyba że smokom 

uda się przedtem zabić rycerzy.

-- Co wśród nich robię? Nic. Nic a nic mnie z nimi 

nie łączy -- odparł Dżil. -- Zresztą rycerzy już nie ma. 

Polegli albo zwiali. Pomówmy lepiej o przyrzeczeniu, 

które mi złożyłeś w dzień Trzech Króli.

-- A cóż o tym można powiedzieć? -- spytał smok 

zaniepokojony.

--  Termin  upłynął  miesiąc  temu  --  rzekł Dżil. -- 

Zalegasz z wypłatą, więc przyszedłem po nią aż tutaj. 

Powinieneś  mnie  przeprosić  za  fatygę,  na  jaką  mnie 

naraziłeś.

--  Przepraszam  --  odparł  smok.  -- Szczerze bym 

wolał, żebyś się nie fatygował i nie przychodził.

--  Dawaj  zaraz  cały  swój  skarb  i  nie  próbuj 

żadnych  sztuczek  --  rzekł  Dżil  --  bo  cię usiekę i 

powieszę  twoją  skórę  na  dzwonnicy  kościelnej  ku 

przestrodze innym smokom.

--  Nie  bądź  dla  mnie  taki  okrutny!  -- powiedział

smok.

-- Umowa jest umową -- odparł Dżil.

background image

-- Czy nie pozwolisz mi zatrzymać chociaż kilku 

pierścieni  i  garstki  złota?  Mógłbyś  mi  bodaj  tyle 

opuścić, skoro płacę gotówką -- rzekł smok.

-- Ani guzika! -- odparł Dżil.

Targowali  się  i  spierali  jeszcze  czas  pewien 

niczym na jarmarku. Skończyło się wszakże  tak,  jak 

musiało  się  skończyć,  bo  chociaż  Dżilowi  można  by 

zarzucić  to  i  owo,  trzeba  przyznać,  że  targować  się

umiał znakomicie i mało kto go przegadał przy takiej 

okazji.

Smok  musiał  całą  drogę  do  swojej  jamy  przejść

piechotą,  bo  Dżil  nie  odstępował  go  na  krok  i  z 

bardzo  bliska  groził  wciąż  Gryzi-ogonem.  Ścieżka 

wijąca  się  za-kosami  pod  górę  była  tak  wąska,  że 

ledwie  się  na  niej  we  dwóch  mieścili.  Siwa  kobyłka 

szła tuż za swoim panem.

Musieli  tak  wędrować  pięć  mil,  i  to  stromo  pod 

górę, toteż Dżil pocił się i sapał, lecz ani na sekundę

nie spuszczał smoka z oczu. Wreszcie znaleźli się na 

zachodnim stoku, u wejścia do smoczej jamy. Groza 

ziała  z  ogromnej  czarnej  czeluści,  którą  zamykały 

mosiężne  wrota  umocowane  na  dwóch  wielkich 

background image

żelaznych słupach. Była to niewątpliwie za dawnych,  

niepamiętnych  lat  dumna  i  niezdobyta  siedziba. 

Smoki bowiem nie budują same twierdz ani nie drążą

podziemnych tuneli, lecz osiedlają się w grobowcach 

albo  skarbcach  pozostałych  po  władcach  i 

olbrzymach 

dawnych 

czasów. 

Brama 

tego 

podziemnego  domu  była  na  oścież  otwarta  i  Dżil 

zatrzymał  się  w  jej  cieniu.  Chrysophylax  aż  do  tej 

chwili nie miał okazji do ucieczki, lecz znalazłszy się

pod własną bramą sprężył się, żeby dać nura w głąb 

jaskini. Dżil jednak uderzył go płazem miecza.

-- Stój! -- rzekł. -- Nim wejdziesz do swego domu, 

posłuchaj,  co  ci  mam  do  powiedzenia.  Jeżeli  nie 

wrócisz szybko i z przyzwoitym  ładunkiem, pójdę za 

tobą i na zadatek dalszych kar obetną ci natychmiast 

ogon.

Kobyłka  kichnęła.  Nie  mogła  sobie  wyobrazić, 

żeby  Dżil  odważył  się  zapuścić  samotnie  w  czeluście 

smoczej 

jamy, 

nawet 

po 

pieniądze. 

Lecz 

Chrysophylax gotów był w tę pogróżkę uwierzyć, bo 

Gryzi-ogon  świecił  ogniście  i  zdawał  się  ostry  jak 

brzytwa. Kto wie, może tym razem smok miał rację, a 

background image

siwa  kobyłka  mimo  całej  swej  mądrości  myliła  się, 

nie  rozumiejąc  zmiany,  która  dokonała  się  w  duszy 

jej  pana.  Dżil  liczył  na  swoje  szczęście,  a  po  dwóch 

zwycięskich spotkaniach nabrał niemal pewności, że 

żaden w świecie smok nie zdoła mu się oprzeć.

I  rzeczywiście  Chrysophylax  wrócił  po  krótkiej 

chwili niosąc dwadzieścia funtów -- uczciwej wagi! -- 

złota  i  srebra  oraz  skrzynię  pełną  pierścieni, 

naszyjników i rozmaitych klejnotów.

-- Masz! -- powiedział.

--  Co  takiego?  --  krzyknął  Dżil.  --  Dwa razy tyle 

jeszcze  byłoby  za  mało.  Głowę  dam,  że  to  nie  jest 

nawet połowa twojego majątku.

--  Pewno  że  nie  --  odparł  smok,  stwierdzając z 

przykrością,  że  chłop  zmądrzał  od  poprzedniej 

rozmowy  we  wsi.  --  Pewno  że  nie.  Ale  nie mogę

zabrać  wszystkiego  na  raz.  --  Ani  na  dwa razy, 

mógłbym się założyć   -- rzekł

 Dżil. -- Jazda znowu do nory, a wracaj migiem, 

jeżeli nie chcesz powąchać Gryzi-ogona.

--  Nie  chcę!  --  zawołał  smok,  wsunął  się szybko 

do  jamy  i  w  mig  wrócił.  --  Masz! -- powiedział

background image

zrzucając  na  ziemię  olbrzymi  wór  złota  i  dwie 

skrzynie diamentów.

--  Pofatyguj  no  się  jeszcze  raz  --  rzekł  Dżil. -- A 

nie żałuj grzbietu!

--.  Jesteś  okrutny  --  jęknął  smok  sunąc z 

powrotem do jamy.

Wówczas  jednak  siwa  kobyłka  poczuła  się

osobiście zagrożona. Kto będzie te wszystkie ciężary 

dźwigał  do  domu?  --  pytała  się  w  duchu. Spojrzała 

przy tym na spiętrzone wory i skrzynie tak smutnym 

okiem, że Dżil odgadł jej myśli.

--  Nie  martw  się,  staruszko  --  rzekł.  -- Gad musi 

nam cały ten kram dostarczyć na miejsce.

-- Litości! -- jęknął smok, który dosłyszał ostatnie 

zdanie wyłażąc po raz trzeci z jamy i taszcząc jeszcze 

cięższy  niż  przedtem  wór  złota  oraz  mnóstwo 

klejnotów  iskrzących  się  jak  zielone  i  czerwone 

płomienie.  --  Litości!  Wątpię,  czy  z  takim ciężarem 

dojdę żywy, a jeśli każesz dołożyć choć jeden jeszcze 

worek, nie udźwignę, lepiej już zabij mnie od razu.

-- A więc masz coś jeszcze w swoim skarbcu? -- 

rzekł Dżil.

background image

-- Owszem -- odparł smok -- tyle, żeby nadal żyć

przyzwoicie.--  Tym  razem  wyjątkowo  powiedział

niemal  prawdę,  a  jak  się  później  okazało,  mądrze 

zrobił  --  Zostaw  mi  tę  resztkę!  -- prosił chytrze. -- 

Zyskasz  we  mnie  przyjaciela  na  wieki.  Zaniosę  te 

skarby  do  twojego  szanownego  domu  zamiast  na 

królewski dwór. A co więcej, pomogę ci zatrzymać je 

dla siebie.

Dżil  wyciągnął  lewą  ręką  wykałaczkę  i  dłubiąc  w 

zębie namyślał się przez chwilę w wielkim skupieniu. 

Potem rzekł:

-- Niech tak będzie.

Okazał  chwalebną  powściągliwość.  Gdyby  był

rycerzem,  pewnie  by  nie  ustąpił  i  zażądał  całego 

skarbu  razem  z  ciążącą  na  nim  klątwą.  Bardzo  też

prawdopodobne,  że  mimo  strachu  przed Gryzi-

ogonem,  doprowadzony  do  ostatecznej  rozpaczy 

smok  rzuciłby  się  wówczas  na  niego.  A  wtedy  Dżil 

albo  by  zginął,  albo  zabiłby  smoka  tracąc  w  ten 

sposób  swój  jedyny  środek  transportu,  i  musiałby 

lwią część zdobyczy zostawić w górach.

Na  tym  się  więc  skończyło.  Dżil  na  wszelki 

background image

przypadek  napchał  sobie  kieszenie  klejnotami  i  dał

do  dźwigania  kobyłce  jeden  niewielki,  lecz  cenny 

pakunek.  Resztę  bogactw  w  skrzyniach  i  worach 

przytroczył  na  plecach  Chrysophylaksa,  który 

wyglądał  z  tym  wszystkim  jak  ruchomy  skarbiec 

królewski.  Z  takim  obciążeniem,  choćby  chciał,  nie 

mógłby się wzbić w powietrze, zresztą przezorny Dżil 

spętał mu skrzydła.

--  Powróz  rzeczywiście  bardzo  się  przydał -- 

stwierdził,  wspominając  z  wdzięcznością  radę

proboszcza.

Ruszyli  wreszcie  w  drogę:  smok  truchcikiem, 

pocąc  się  i  sapiąc,  siwa  kobyłka  za  nim,  a  Dżil 

ostatni, z błyszczącym groźnie Gryzi-ogonem w ręku. 

Toteż  gad  nie  ośmielił  się  próbować żadnych 

sztuczek.

Pomimo  obciążenia  i  smoka,  i  kobyłki,  droga 

powrotna  trwała  krócej  niż  pochód  rycerskiego 

zastępu  w  pierwszą  stronę.  Dżil  bowiem  pospieszał, 

między innymi dlatego, że miał niewiele prowiantu w 

sakwach. Poza tym nie ufał Chrysophylaksowi, który 

raz  już  złamał  najuroczystszą  przysięgę;  maszerując 

background image

głowił się, jak urządzić nocny popas, żeby nie narazić

się na śmierć albo na wielką stratę. Zanim jednak noc 

zapadła, szczęśliwy przypadek pomógł mu rozwiązać

to trudne zadanie. Spotkał bowiem kilku pachołków 

z  taboru,  którzy  na  kucykach  umknęli  od  smoczej 

napaści i teraz błąkali się po dzikiej okolicy. Na widok 

smoka  chcieli  znów  pierzchnąć  w  popłochu  i 

zdumieniu, lecz Dżil powstrzymał ich okrzykiem.

--  Stójcie,  chłopcy!  --  zawołał.  -- Chodźcie tutaj. 

Mam dla was robotę i będę za nią płacił hojnie, póki 

tych worków starczy.

Zgodzili się więc do Dżila na służbę uradowani, że 

znaleźli przewodnika, i zachęceni widokami na płacę

regularniejszą  niż  u  poprzednich  pracodawców. 

Dalej  tedy  jechali  już  w  liczniejszej  kompanii: 

siedmiu  ludzi,  sześć  kucyków,  jedna  kobyła  i  jeden

smok.

Dżil poczuł się wielkim panem i dumnie wydymał

pierś.  Popasali  możliwie  najkrócej.  Na  noc  Dżil 

przywiązywał cztery łapy smoka do czterech palików 

wbitych w ziemię i stawiał przy nim wartę, po trzech 

pachołków na zmianę. Lecz siwa kobyłka i tak spała 

background image

na  jedno  oko,  drugim  pilnując,  żeby  wartownikom 

nie zachciało się figli na własny rachunek.

Po  trzech  dniach  wędrówki  znaleźli  się  w 

granicach  własnego  kraju,    budząc  wszędzie  we 

wsiach podziw i podniecenie, od wieków bowiem nie 

widziano  nic  podobnego  na  całym  obszarze  między 

dwoma  morzami.  W  pierwszej  wsi,  w  której 

zatrzymali  się  na  odpoczynek,  ofiarowano  im  za 

darmo  jedzenie  i  trunki,  a  połowa  miejscowej 

młodzieży  chciała  przyłączyć  się  do  orszaku.  Dżil 

wybrał  dwunastu  dzielnych  zuchów.  Obiecał  im 

dobrą  płacę  i  kupił  dla  tych  nowych  pachołków 

wierzchowce, najlepsze, jakie w okolicy mógł dostać. 

Świtały mu już w głowie pewne plany.

Po  całodziennym  odpoczynku  ruszył  dalej  na 

czele  powiększonej  kompanii.  Pachołkowie  śpiewali 

na jego cześć pieśni, proste i na poczekaniu ułożone, 

lecz  miłe  dla  uszu  Dżila.  Ludzie  po  drodze 

wiwatowali,  a  niejeden  też  wybuchał śmiechem,  bo 

orszak wyglądał równie zabawnie, jak imponująco.

Wkrótce  skręcili  na  południe,  ponieważ  Dżil 

kierował pochód w stronę własnego domu, omijając 

background image

z daleka stolicę i nie wysyłając żadnych meldunków 

do  króla.  Lecz  nowina  o  powrocie  zacnego 

Aegidiusa  szerzyła  się  jak  płomień  po  kraju, 

wywołując  wielki  podziw  i  zamęt.  Właśnie  bowiem 

listy  królewskie,  ogłoszone  po  miastach  i  wsiach, 

wezwały  lud  do  przywdziania  żałoby  po  mężnych 

rycerzach  poległych  na  wyprawie  wśród  gór. 

Gdziekolwiek  zjawiał  się    Dżil,  lud  zrzucał żałobę  i 

przy  tryumfalnym  biciu    w  dzwony  gromadził  się

wzdłuż  drogi  wiwatując,  machając  chustkami, 

podrzucając  w  górę  czapki.  Smoka  przy  tej 

sposobności  tak  poszturchiwano,  że  gorzko  już

żałował  zawartej  ugody.  Ciężkie  bowiem  było  takie 

upokorzenie  dla  potomka  starożytnego  i  możnego 

smoczego  rodu.  Gdy  wkraczał  do  Ham,  wszystkie 

psy  biegły  za  nim  szczekając  wściekle.  Z  wyjątkiem 

Garma. On bowiem nie miał oczu, uszu ani nosa dla 

nikogo prócz swego pana. Oszalał wręcz ze szczęścia 

i ustawicznie z nadmiaru radości fikał koziołki.

Rodzinna  wieś  powitała  Dżila  oczywiście 

wspaniale.

Najbardziej  jednak  ucieszyło  go,  że  młynarz 

background image

stracił  wreszcie  ochotę  do  kpin,  a  kowal  po  prostu 

zbaraniał.

--  Nie  skończy  się  na  tym,  nie!  Zapamiętajcie 

moje słowa -- powiedział, lecz nic bardziej ponurego 

nie  mógł  wymyślić  i  zwiesił  markotnie  głowę.  Dżil  z 

sześciu  pachołkami  i  sześciu  młodymi  zuchami,  ze 

smokiem  i  całym  bagażem  wszedł  na  pagórek  i 

przystanął  tu  na  chwilę  w  milczeniu.  Do  domu 

zaprosił ze sobą tylko proboszcza.

Wkrótce  nowina  dotarła  do  stolicy  i  jej 

mieszkańcy,  zapominając  o  dworskiej  żałobie,  a 

nawet  o  własnych  sprawach,  wylegli  tłumnie  na 

ulice. Powstał zgiełk i ruch.

Król  tymczasem  w  swoim  pałacu  gryzł

paznokcie  i  szarpał  brodę.  Zmartwiony  i  gniewny,  a 

w dodatku strapiony kłopotami pieniężnymi, wpadł w 

tak zły humor, że nikt nie śmiał się do niego odezwać. 

W końcu jednak zgiełk uliczny doszedł do jego uszu, 

a nie brzmiał wcale jak płacz i narzekanie.

--  Co  to  za  hałasy?  --  spytał  król. -- Każcie 

ludziom  wracać  do  domów  i  opłakiwać  klęskę  jakoś

przyzwoiciej. Wrzeszczą jak gęsi na jarmarku.

background image

-- 

Smok 

wrócił, 

najjaśniejszy 

panie -- 

odpowiedzieli dworzanie.

--  Co  takiego?  --  krzyknął  król. -- Zwołajcie 

rycerstwo czy przynajmniej niedobitków.

--  Nie  trzeba,  najjaśniejszy  panie -- odparli. --

Smok  pozwala  się  prowadzić  Aegidiusowi  jak 

baranek.  Tak  ludzie  mówią.  Co  prawda  nowina 

dopiero  co  dotarła  do  miasta  i  wiadomości  są

sprzeczne.

-- 

Wielkie 

nieba! 

-- 

rzekł 

król nagle 

rozchmurzony.  --  A  myśmy  na  pojutrze zamówili 

uroczyste egzekwie za duszę tego człowieka! Prędko 

odwołajcie nabożeństwo. Czy Aegidius wiezie z sobą

skarby?

-- Wieści głoszą, że całe góry złota, najjaśniejszy 

panie.

--  Kiedyż  przybędą?  --  spytał żywo  król. -- Zacny 

chłop z tego Aegidiusa. Przyjmę go natychmiast, jak 

tylko zjawi się w stolicy.

Dworzanie 

zawahali 

się 

nieco, 

zanim 

odpowiedzieli. W końcu któryś zdobył się na odwagę

i rzekł:

background image

--  Daruj,  najjaśniejszy  panie,  lecz  słyszeliśmy, 

Aegidius  skręcił  z  gościńca  do  własnego  domu. 

Niewątpliwie  pospieszy  na  dwór  przy  pierwszej 

sposobności i w odpowiednim stroju.

--  Niewątpliwie  --  powiedział  król.  --  Do licha ze 

strojami. Nie powinien był wstępować do domu przed 

złożeniem nam sprawozdania z wyprawy. Jesteśmy z 

niego bardzo niezadowoleni.

Pierwsza  sposobność  nadarzyła  się  i  minęła, 

podobnie jak wiele następnych. Dżil od tygodnia już

z  górą  bawił  w  domu,  a  dwór  w  dalszym  ci ągu  nie 

otrzymał od niego ani słowa.

Dziesiątego  dnia  król  wybuchnął  strasznym 

gniewem.

--  Sprowadzić  mi  go  tutaj!  --  rozkazał. Posłano 

gońca.  Żeby  dostać  się  do  Ham,  nawet  najkrótszą

drogą, jeździec potrzebował całego dnia.

--  Nie  chce  przyjechać,  najjaśniejszy  panie -- 

oznajmił w dwa dni później drżący wysłannik.

--  Do  stu  piorunów!  --  krzyknął  król. -- Powiedz 

mu,  że  ma  się  stawić  przed  naszym  obliczem  w 

najbliższy wtorek, a jeżeli nie posłucha, to do śmierci 

background image

nie wyjrzy z więzienia.

--  Wybacz,  najjaśniejszy  panie,  lecz  Aegidius 

znów  odpowiedział,  że  nie  przyjedzie  -- oznajmił

bardzo  przerażony  wysłannik,  gdy  powrócił  we 

wtorek sam.

--  Do  stu  piorunów!  --  krzyknął król. -- 

Sprowadzić go do więzienia zamiast na dwór. Posłać

natychmiast  kilku  ludzi  i  niech  przywloką  gbura 

zakutego w kajdany! -- ryknął do dworzan.

-- Ilu ludzi posłać? -- wyjąkał któryś niepewnie. -- 

Bo on przecież ma smoka... i Gryzi-ogona... i...

-- I miotłę, i fujarkę, i dudy! -- krzyknął król. Kazał

zaraz siodłać białego konia, wezwał rycerzy, a raczej 

niedobitków,  oraz  kompanię  zbrojnych  żołnierzy, 

poczym ruszył, płonąc srogim gniewem. Mieszkańcy 

stolicy  wybiegłszy  ze  swych  domów  patrzyli  na  ten 

odjazd zdumieni.

Dżil      tymczasem      by ł      już      nie      tylko   

bohaterem,  ale  również  ulubieńcem  całego  ludu. 

Kiedy orszak królewski mijał miasta lub wsie, ludzie 

nie  wiwatowali  na  cześć  rycerzy  i  wojska,  chociaż

przed królem jeszcze zdejmowali czapki. W miarę jak 

background image

król  zbliżał  się  do  Ham,  witano  go  coraz  mniej 

serdecznie.  W  niektórych  osiedlach  mieszkańcy 

zamykali się w domach i nikt nawet nosa nie pokazał

na drodze.

Wówczas płomienny gniew króla przeobraził się

w  zimną  zawziętość.  Z  posępną  twarzą  stanął

wreszcie  władca  nad  rzeką,  za  którą  leżała  wioska 

Ham i stał dom Aegidiusa. Król postanowił puścić z 

dymem zagrodę krnąbrnego chłopa. Lecz na moście 

czekał Dżil na swojej siwej kobyłce, z Gryzi-ogonem 

w  ręku.  Poza  nim  nie  było  widać żywej  duszy,  tylko 

Garm wyciągnął się u nóg swego pana na ziemi.

-- Dzień dobry, najjaśniejszy panie -- odezwał się

Dżil,  nie  czekając  na  królewskie  powitanie  i  z  jak 

najweselszą miną.

Król zimno zmierzył go wzrokiem.

--  Nie  umiesz  zachować  się,  jak  przystało  w 

naszej  obecności  --  rzekł  --  mimo  to powinieneś był

stawić., się, skoro cię wzywaliśmy.

-- Wcale mi to do głowy nie przyszło, słowo daję, 

najjaśniejszy  panie  --  odparł  Dżil.  --  Mam pełne ręce 

roboty w tym swoim gospodarstwie, a już i tak dużo 

background image

czasu straciłem na twoje, królu, posyłki.

--  Do  stu  piorunów!  --  krzyknął  król, znowu 

wpadając  w  płomienny  gniew.  --  Niech  cię diabli 

wezmą  razem  z  twoją  bezczelnością.  Skoro  tak,  nie 

spodziewaj się od nas żadnej nagrody. Będziesz miał

szczęście,  jeśli  cię  szubienica  ominie.  Bo  wiedz,  że 

każemy  cię  powiesić,  jeżeli  natychmiast  nie 

przeprosisz nas i nie oddasz naszego miecza.

--  Ejże!  --  odparł  Dżil.  --  Co  do  nagrody, to ją

sobie sam już wziąłem. Co w garści, to moje, jak tu u 

nas mówią. A co do miecza, to Gryzi-ogonowi lepiej 

u  mnie  niż  na  królewskim  dworze.  Ale  dlaczego 

zabrałeś  z  sobą,  najjaśniejszy  panie,  tylu  rycerzy  i 

wojsko?  --  spytał.  --  Jeżeli  wybrałeś  się  do mnie w 

odwiedziny,  wolałbym  cię  gościć  w  mniejszej 

kompanii.  A  jeżeli  chciałbyś  mnie  porwać  siłą, 

będziesz musiał przyprowadzić większą armię.

Królowi  aż  dech  zaparło  ze  złości,  a  rycerze 

poczerwienieli  i  zadarli  nosy.  Lecz  kilku  żołnierzy 

uśmiechnęło się za plecami króla.

--  Oddaj  mi  miecz!  --  krzyknął monarcha 

odzyskująć głos, lecz zapominając o liczbie mnogiej 

background image

należnej majestatowi.

--  Oddaj  koronę!  --  odparł  Dżil.  Tak zuchwałe 

słowa  nie  padły  jeszcze  z  niczyich  ust  od  zarania 

Średniego Królestwa.

--  Do  stu  piorunów!  Bierzcie  go!  Wiążcie! -- 

krzyknął  król,  w  zrozumiałym  gniewie  tracąc  do 

reszty panowanie nad sobą. -- Na co czekacie? Brać

go do niewoli albo utłuc na miejscu!

Żołnierze zrobili krok naprzód.

-- Ratuj, ratuj, ratuj! -- krzyknął Garm.

I w tym momencie spod mostu wychynął smok. 

Leżał  ukryty,  zanurzony  w  głębinie  pod  drugim 

brzegiem  j  rzeki.  Buchała  z  niego  para,  bo  opił  się

wody. Natychmiast też otoczył go kłąb gęstej mgły, z 

której świeciły tylko czerwone ślepia.

--  Precz  stąd,  głupcy!  --  ryknął.  --  Bo was na 

sztuki  rozedrę.  Dość  już  rycerzy  padło  trupem  na  

górskiej  przełęczy,    jeszcze    chwila,    a  reszta 

rycerstwa    zginie,  w  tej  rzece,  z  nią  zaś  razem 

królewskie konie i królewskie wojsko.

Skoczył  i  jeden  pazur  wbił  w  skórę  białego 

królewskiego  wierzchowca.  Rumak  wspiął  się, 

background image

zawrócił i pomknął  jak  sto  piorunów,  które  król  

tak    pochopnie  przyzywał.  Inne  konie  poszły 

natychmiast za jego przykładem: wiele spośród nich 

zawarło 

przedtem 

górach 

znajomość 

Chrysophylaksem  i  nie  zachowało  o  nim  wcale 

miłego  wspomnienia.  Żołnierze  rozbiegli  się  we 

wszystkie strony, byle dalej od Ham.

Biały  rumak  był  tylko  lekko  draśnięty  i  jeździec 

nie  pozwolił    mu    uciec    daleko.    Król    po    krótkiej   

chwili  zmusił  go  do  powrotu.  Nad  swoim 

wierzchowcem  bądź  co  bądź  jeszcze  panował;  nikt 

też  nie  śmiałby  o  królu  powiedzieć,  że  uląkł  się

jakiegokolwiek  człowieka  lub  smoka  pod  słońcem. 

Gdy stanął znów nad rzeką, mgła już się rozwiała, ale 

zwiali  również  rycerze  i  wojsko.  Inna  też  była  teraz 

rozmowa: król sam jeden stał przed tęgim chłopem, 

który miał u boku Gryzi-ogona i smoka.

Nie  zdały  się  jednak  na  nic  rokowania.  Dżil  był

uparty. Ani ustąpić, ani bić się nie chciał, chociaż go 

Augustus 

Bonifacius 

uroczyście 

wyzwał 

na 

pojedynek.

-- Nie, najjaśniejszy panie -- odparł ze śmiechem. -- 

background image

Wracaj  do  domu  i  ochłoń  trochę.  Nie  chciałbym  ci 

krzywdy zrobić, ale życzliwie radzę, zabieraj się stąd 

co  prędzej,  bo  za  smoka  nie  mogę  odpowiadać.  Do 

widzenia!

Tak skończyła się Bitwa na Moście w Ham. Król 

nie  dostał  grosza  z  całego  smoczego  skarbu  i  nie 

słyszał ani słówka skruchy z ust Dżila, który był teraz 

bardzo  już  dobrego  o  sobie  mniemania.  Co  więcej, 

od  tego  dnia  skończyła  się  władza  Średniego 

Królestwa  nad  tą  okolicą.  Ludzie  w  promieniu 

dziesięciu  mil  wokół  Ham  uważali  Dżila  za  swojego 

władcę.  Król  mimo  wszystkich  swoich  wspaniałych 

tytułów  nie  mógł  znaleźć  człowieka,  który  zgodziłby 

się  stanąć  do  walki  z  buntownikiem  Aegidiusem. 

Aegidius  bowiem  stał  się  ulubieńcem  ludu  i 

bohaterem  legendy.  Nie  udało  się  też  w  żaden 

sposób  zagłuszyć  pieśni  sławiących  jego  czyny. 

Najbardziej  rozpowszechnił  się  poemat  w  stu 

heroikomicznych  zwrotkach  opiewający  spotkanie 

na moście.

Chrysophylax  długo  pozostał  w  Ham  i  bardzo 

był  dla  Dżila      pożyteczny.      Człowiek      bowiem,   

background image

który   posiada oswojonego   smoka,   cieszy   się   z  

natury      rzeczy      powszechnym    szacunkiem.      Za  

pozwoleniem  proboszcza gad mieszkał w spichrzu, 

gdzie  przedtem  składano  datki  z  dziesięciny. 

Pilnowało jeńca dwunastu zuchów. Dało to początek 

pierwszemu  tytułowi,  jakim  obdarzono  Dżila: 

“Dominus de Domito   Serpente",   co znaczy “Pan 

oswojonego smoka", a po angielsku brzmi: “Lord of  

the  Tame  Worm";  dla        krótkości        mówiono  

zazwyczaj    po  prostu:  “Lord  of  Tame".  Pod    tym  

mianem  Dżil  zyskał  szeroką  sławę,  lecz  nadal  płacił

królowi  symboliczną  daninę:  sześć  wolich  ogonów  i 

miarkę  piwa.  Dostarczał  te  dary  na  dwór  w  dzień

świętego  Mateusza    jako  w    rocznicę  spotkania    na 

moście. Po pewnym czasie otrzymał tytuł earla i tak 

przytył, że coraz trudniej było na nim pas dopiąć.

W parę lat później został księciem, a jako książę

Julius  Aegidius  nie  płacił  już  królowi  daniny. 

Rozporządzając  bajecznym  majątkiem,  zbudował

sobie  wspaniały  dwór  i  zgromadził  potężne  wojsko. 

Jego  żołnierze  byli  dzielni  i  weseli,  uzbrojeni  w 

najlepszy oręż, jaki podówczas można było kupić za 

background image

drogie  pieniądze  Każdy  z  dwunastu  zuchów 

awansował  na  kapitana.  Garm  nosił  złotą  obrożę  i 

miał  prawo  włóczyć  się  do  woli  po  całej  okolicy, 

dumny  i  szczęśliwy,  dość  jednak  nieznośny  dla 

swoich  współbraci,  ponieważ  od  wszystkich  psów 

żądał  dla  siebie  czci  należnej  jego  groźnemu 

wspaniałemu  panu.  Siwa  kobyłka  spędziła  resztę

życia  spokoju  i  nigdy  nie  zdradziła,  co  myśli  o  tej 

całej historii.

W  końcu  Dżil  został  królem,  królem  Małego 

Królestwa.  Ukoronowano  go  w  Ham  i  przybrał  imię

Aegidius Oraconarius. Pospolicie jednak mówiono o 

nim Dżil Worming, czyli tępiciel smoków. Na nowym 

dworze panował bowiem język ludowy; nigdy też Dżil 

nie  wygłaszał  przemówień  w  uczonej  łacinie.  Żona 

jego  w  roli  królowej  wyglądała  nader  okazale  i 

godnie, 

przestrzegała 

surowo 

porządku 

oszczędności w gospodarstwie. Nikt nie przechytrzył

królowej  Agaty  ani  jej  nie śmiał  lekceważyć,  bo  też

ważyła sporo.

Tak płynęły lata, aż Dżil postarzał się, siwa broda 

sięgała  mu  po  kolana  i  pełen  był  majestatu  pośród 

background image

dostojnego dworu, którego członków często i hojnie 

nagradzał  za  prawdziwe  zasługi.  Stworzył  zupełnie 

nowy  zakon  rycerski:  Strażników  Gada.  Zakon  miał

na  sztandarze  wyhaftowanego  smoka,  a  najwyższe 

godności  piastowało  w  tym  gronie  dwunastu 

zuchów.

Trzeba  przyznać,  że  Dżil  zawdzięczał  swoje 

wywyższenie  w  znacznej  mierze  szczęściu,  lecz  dał

dowody 

mądrości 

umiejąc 

szczęście 

dobrze 

wykorzystać.  Zarówno    szczęście,    jak  rozum 

zachował    do    końca    swoich  dni,  na  czym  bardzo 

dobrze  wyszli  wszyscy  jego  przyjaciele    i    sąsiedzi. 

Proboszcza wynagrodził  szczodrze, nawet kowalowi 

i młynarzowi oberwało się coś niecoś. Stać było Dżila 

na wspaniałomyślność. Jednakże gdy wstąpił na tron, 

wydał 

nowe 

prawo 

zakazujące 

ponurych  

przepowiedni,      a    młyny      przejął    pod    wyłączny 

królewski  zarząd.  Kowal  porzucając  dawny  zawód 

założył  przedsiębiorstwo  pogrzebowe,  lecz  młynarz 

znalazł  się    pośród  najbardziej    uniżonych  sług 

korony.  Proboszcz  został  biskupem  i  za  stolicę

swojej  diecezji  obrał  wieś  Ham,  rozbudowując 

background image

odpowiednio tutejszy kościół.

Kto  po  dziś  dzień  mieszka  na  obszarze  Małego 

Królestwa,  znajdzie  w  tej  historii  wyjaśnienie 

zachowanych  do  naszych  czasów  nazw  niektórych 

miast  i  wsi.  Biegli  bowiem  w  tej  dziedzinie  uczeni 

powiadają,  że  Harm  stolicę  Małego  Królestwa, 

zaczęto  z  czasem  nazywać  Tame,  na  skutek 

zrozumiałego  pomieszania    tytułów:  Lord  of  Ham  i 

Lord  of  Tame.  Nazwa  ta  dotrwała  do  naszej  epoki, 

choć  piszemy  ją  Thame;  wstawienie  “h"  jest 

kaprysem  niczym  nie  usprawiedliwionym.  Ród 

Draconariusow  zbudował  sobie  ku  pamięci  smoka 

wspaniały dwór o cztery mile na północ od Tame, w 

miejscu,  gdzie  Dżil  po  raz  pierwszy  spotkał

Chrysophylaksa.  Dwór  ten  zasłynął  w  całym 

królestwie  jako  Aula  Draconaria,      czyli      w  języku   

ludowym   Worminghall,   od przezwiska i godności 

króla.

Krajobraz  zmienił  się  od  tamtych  czasów,  wiele 

królestw  upadło,  wiele  innych  powstało.  Lasy 

wycięto,  rzeki  skręciły  w  inne  łożyska,  a  górom, 

chociaż  przetrwały,  wiatry  i  deszcze  starły 

background image

wierzchołki.  Tylko  nazwa  została.  Co  prawda  ludzie 

wymawiają  ją  teraz:  Wunnle  --  tak przynajmniej 

słyszałem  --  bo  wsie  utraciły  dawną  dumę.  Lecz za 

czasów,  o  których  mówi  nasze  opowiadanie, 

miejscowość  ta  nazywała  się  Worminghall  i  była 

królewską siedzibą, a sztandar ze smokiem powiewał

nad  koronami  drzew. Życie  tam  płynęło  pomyślnie  i 

wesoło, póki Gryzi-ogon czuwał nad krajem.

background image

POSŁOWIE

Chrysophylax  często  upominał  się  o  wolność. 

Okazało  się,  że  jego  wyżywienie  coraz  drożej 

kosztuje,  ponieważ  rósł  nieustannie;  smoki,  tak  jak 

drzewa, rosną przez całe życie. Toteż po kilku latach, 

gdy  Dżil  czuł  się  już  mocno  utwierdzony  na  swoim 

tronie,  pozwolono  biednemu  gadowi  wrócić  do 

domu.  Rozstali  się  z  Dżilem  wśród  wzajemnych 

zapewnień  szacunku  i  zawarli  obustronny  pakt 

nieagresji. W głębi swego przewrotnego serca smok 

żywił  dla  Dżila  uczucia  o  tyle  przyjazne,  o  ile  smoki 

są w ogóle do przyjaźni zdolne. Bądź co bądź istniał

Gryzi-ogon. Dżil, gdyby chciał, mógł Chrysophylaksa 

zabić albo pozbawić resztek skarbu. A tymczasem w 

podziemiach  smoczej  jamy  przechował  się  spory 

majątek  --  czego  się  Dżil  trafnie  od początku 

domyślał.

Chrysophylax  wrócił  w  góry  powolnym,  ciężkim 

lotem,  bo  skrzydła,  przez  wiele  lat  nie  używane, 

background image

straciły  sprawność,  a  wzrostu  i  wagi  przybyło.  Po 

przybyciu  w  rodzinne  strony  musiał  Chrysophylax 

najpierw wypędzić młodego smoka, który ośmielił się

zająć  jego  jamę  korzystając  z  nieobecności 

prawowitego  właściciela.  Zgiełk  walki  słychać  było 

podobno  w  całej  Venedotii.  W  końcu,  pożarłszy  z 

wielkim 

apetytem 

zwyciężonego 

przeciwnika, 

Chrysophylax  nabrał  otuchy,  rany  doznanych 

upokorzeń  zasklepiły  się  w  jego  sercu  i  zasnął

długim,  pokrzepiającym  snem.  Kiedy  się  wreszcie 

zbudził,  ruszył  zaraz na poszukiwanie największego 

i  najgłupszego  z  olbrzymów,  który  dawno,  dawno 

temu  w    pewną    letnią    noc      zapoczątkował    całą

awanturą, i Chrysophylax powiedział  mu  parę  słów 

prawdy,    co    nieboraka  omal  dosłownie  nie 

zmiażdżyło.

--  A  więc  to  był  garłacz!  --  rzekł  drapiąc  się w 

głowę. -- A ja myślałem, że mnie giez ukłuł.

Finis 

czyli w pospolitym języku:

KONIEC

background image

KOWAL Z PODLESIA WIĘKSZEGO

Kiedyś  --  niezbyt  dawno  temu  dla ludzi 

obdarzonych  długą  pamięcią  i  niezbyt  daleko  dla 

tych, którzy mają długie nogi -- była wieś, nie bardzo 

duża,  lecz  nazywana  Podlesie  Większe,  ponieważ  w 

odległości  kilku  mil  od  niej  kryło  się  w  kępie  drzew 

Podlesie  Mniejsze.  Wieś  była  w  swoim  czasie 

zamożna i mieszkało tam sporo ludzi dobrych, sporo 

złych i sporo średnich, jak wszędzie.

Wieś  ta  była  na  swój  sposób  niezwykła,  słynęła 

bowiem  w  całej  okolicy  z  biegłych  w  zawodzie 

rzemieślników,  a  szczególnie  ze  znakomitej  kuchni. 

Miała  ogromną  Kuchnię,  należącą  do  rady 

gromadzkiej, a urzędujący tam Kuchmistrz cieszył się

ogólnym 

poważaniem. 

Kuchnia 

oraz 

dom 

Kuchmistrza  przytykały  do  świetlicy  gromadzkiej, 

największego  i  najpiękniejszego  budynku  we  wsi. 

Zbudowano  go  z  solidnego  kamienia  i  solidnego 

dębu  i  utrzymywano  starannie,  chociaż  już  go  nie 

background image

malowano i nie zdobiono złoceniami jak  niegdyś;  w 

świetlicy  odbywały  się  zebrania,  narady,  publiczne 

bankiety  i  rodzinne  uroczystości.  Kuchmistrz  miał

pełne ręce roboty, bo przy każdej takiej okazji musiał

przyrządzać  odpowiednie  dania.  Uczty  wyprawiano 

często i w różnych porach roku, a za “odpowie-dnie" 

uważano dania liczne, obfite i tłuste.

Ze  szczególnym  upragnieniem  czekali  wszakże 

wszyscy  na  pewien  festyn,  jedyny  w  ciągu  zimy, 

trwający  przez  cały  tydzień  i  kończący  się  o 

zachodzie  słońca  ostatniego  dnia  zabawą  zwaną

“Biesiadą  grzecznych  dzieci".  Zapraszano  na  nią

tylko  nielicznych  gości.  Niewątpliwie  pomijano 

niektórych  godnych  tego  za-szczytu,  a  znowu 

innych,  wcale  na  to  nie  zasługujących,  zapraszano 

przez pomyłkę, tak to już jest na świecie, nawet gdy 

organizatorzy  bardzo  się  starają  robić  wszystko  jak 

najlepiej.  Tak  czy  inaczej,  o  uczestnictwie  w  tej 

zabawie rozstrzygała głównie data narodzin dziecka, 

bo  biesiada  taka  odbywała  się  raz  na  dwadzieścia 

cztery  lata  i  zapraszano  tylko  dwudziestu  czterech 

gości.  Okazja  ta  wymagała  od  Kuchmistrza 

background image

specjalnego wysiłku i musiał prócz mnóstwa innych 

przysmaków podawać na deser Wielki Tort. Od tego, 

czy  tort  udał  się  bardziej  czy  mniej  wspaniale, 

zależała sława Kuchmistrza, bo prawie żaden z nich 

nie  pełnił  swoich  funkcji  tak  długo,  by  mieć

sposobność popisania się tym arcydziełem więcej niż

raz w życiu.

Kiedyś      jednak      urzędujący      Kuchmistrz   

zaskoczył  wszystkich,    zrobił  bowiem    coś,    co  się

jeszcze    nigdy  przedtem  nie  zdarzyło:  oznajmił,  że 

potrzebuje  urlopu  i  wyruszył  w  drogę  nie  wiadomo 

dokąd,  a  po  kilku  miesiącach  wrócił  bardzo 

zmieniony.  Zawsze  był  poczciwy  i  cieszył  się,  gdy 

inni się bawili, lecz sam miał usposobienie poważne i 

mało  mówił.  Teraz  poweselał  często  żartował  lub 

rozśmieszał  ludzi  figlami,  a  pod  czas  uczt  śpiewał

wraz z biesiadnikami wesołe piosenki, co wcale nie 

należało  do  obowiązków  Kuchmistrza  Ku  wielkiemu 

zdumieniu  mieszkańców  wsi  przyprowadził  też  z 

sobą terminatora.

Nikogo  nie  dziwiło,  że  chciał  mieć  ucznia.  To 

było  zgodne  ze  zwyczajami.  Każdy  Kuchmistrz  we 

background image

właściwym   czasie   wybierał  sobie   terminatora  i   

uczył  go wszystkiego, co sam umiał. W miarę jak im 

obu  przy-bywało  lat,  uczeń  przejmował  coraz 

bardziej  odpowiedzialne  zadania  tak, że  gdy  mistrz 

odchodził na emeryturę lub na tamten świat, mógł go 

zastąpić  i  odziedziczyć  jego  godność.  Ale  ten 

Kuchmistrz nie okazywał ochoty, żeby przyjąć kogoś

na naukę. “Nic pilnego" -- mawiał. Albo: “Oczy mam 

otwarte, 

rozglądam 

się, 

jak 

znajdę 

kogoś

odpowiedniego,  to  go  wezmę  do  terminu".  Teraz  

niespodziewanie    przyprowadził    z    sobą    obcego 

spoza  wioski,    niemal  dzieciaka  jeszcze.    Chłopiec 

był  zwinniejszy  i  bystrzejszy  niż  większość  jego 

miejscowych   rówieśników   i   bardzo   grzeczny,   a   

głos    miał  dźwięczny  i  przyjemny,  lecz  wydawał  się

niedorzecznie  młody,  nie  dorosły  jeszcze  do  takiej 

pracy:  wyglądał  na  niewiele  więcej  niż  dziesięć  lat. 

Jednakże  wybór  terminatora      należał      do   

Kuchmistrza,   nikt   nie   miał prawa wtrącać się w 

jego  sprawy,  chłopiec  więc  został  we  wsi  i 

kwaterował w domu Kuchmistrza,  dopóki nie dorósł

do wieku, gdy mógł sobie poszukać samodzielnego 

background image

mieszkania.  Ludzie  przywykli  do  jego  obecności,  a 

kilku  rówieśników  nawet  się  z  nim  zaprzyjaźniło. 

Przyjaciele  i  Kucharz  mówili  mu  po  imieniu:  Alf -- 

inni nazywali go po prostu Terminatorem.

W  trzy  lata  później  Kuchmistrz  zgotował

gromadzie wioskowej nową niespodziankę. Pewnego 

wiosennego ranka zdjął z głowy wysoką białą czapkę, 

złożył  porządnie  śnieżny  fartuch,  powiesił  na  kołku 

białą bluzę, i odszedł zabierając tylko tęgi jesionowy 

kij  i  mały  worek.  Pożegnał  się  z  Terminatorem,  lecz 

nikt poza tym nie był świadkiem jego odejścia.

--  Do  widzenia,  Alfie  --  powiedział. -- Zostawiam 

ci Kuchnię, pracuj jak potrafisz najlepiej, a wiem, że 

potrafisz  doskonale.  Mam  nadzieję,  że  wszystko 

pójdzie  gładko.  Jeśli  się  kiedyś  spotkamy,  opowiesz 

mi,  co  się  tu  działo  po  moim  odejściu.  Zawiadom 

ludzi, że wybrałem się znów na urlop, ale tym razem 

nie zamierzam wrócić.

Wielkie  powstało  we  wsi  poruszenie,  gdy 

Terminator ogłosił tę nowinę ludziom, którzy zebrali 

się w Kuchni.

-- Kto słyszał tak postępować! -- wykrzykiwali. -- 

background image

Ani nas nie uprzedził, ani się nie pożegnał! Co teraz 

zrobimy? Nie zostawił następcy...

Wśród  tych  narzekań  nikomu  do  głowy  nie 

przyszło, 

żeby 

Terminatora 

awansować 

na 

Kuchmistrza.  Chłopak  wprawdzie  wyrósł,  ale  wciąż

wyglądał  bardzo  młodo,  a  zresztą  praktykował

zaledwie od trzech lat.

W  końcu  z  braku  lepszego  kandydata 

mianowano  Kuchmistrzem  pewnego  człowieka  ze 

wsi,  który  umiał  jako  tako  gotować,  przynajmniej 

skromne dania. Za młodu nieraz pomagał w Wielkiej 

Kuchni, gdy był tam nawał roboty, lecz Mistrz go nie 

lubił  i  nie  chciał  przyjąć  do  terminu.  Był  to  solidny 

mężczyzna, miał żonę i dzieci i dbał o pieniądze.

--  Ten  przynajmniej  nie  opuści  nas  bez 

uprzedzenia  --  mówiono  --  a  skromna kuchnia bądź

co bądź lepsza niż żadna. Do uroczystości Wielkiego 

Tortu  mamy  jeszcze  siedem  lat,  przez  ten  czas 

Kuchmistrz nabierze wprawy i chyba sobie poradzi.

Kołek -- bo tak się ten człowiek nazywał -- bardzo 

był rad z takiego obrotu sprawy. Od dawna marzył o 

godności Kuchmistrza i nie wątpił, że sprosta swoim 

background image

nowym  obowiązkom.  Nieraz  przedtem,  gdy  się

znalazł  sam  w  Kuchni,  przymierzał  wysoką  białą

czapkę  i  przeglądając  się  w  polerowanej  patelni 

mruczał do siebie:

--  Moje  uszanowanie,  Mistrzu!  Do  twarzy  ci  w  tej 

czapce,  a  pasuje,  jakby  ją  specjalnie  na  twoją  miarę

zrobiono! Mam nadzieję, że powiedzie ci się świetnie.

Wszystko rzeczywiście szło niezgorzej, bo Kołek 

na  początku  bardzo  się  starał  i  miał  terminatora  do 

po-mocy:  podpatrując  go  ukradkiem  wiele  się  od 

chłopca  nauczył,  chociaż  nigdy  by  się  do  tego  nie 

przyznał.  Czas  płynął,  zbliżała  się  data  Festynu 

Dwudziestu  Czterech  i  Kuchmistrz  musiał  pomyśleć

o swoim Wielkim Torcie. W skrytości serca niepokoił

się,  bo  wprawdzie  po  siedmiu  latach  praktyki  umiał

już nieźle piec ciasto i ciastka na mniej ważne okazje, 

wiedział  jednak,  że  Wielki  Tort  to  zupełnie  inna 

sprawa: wszyscy z ciekawością tego dzieła oczekują

i będą je surowo oceniali. Trzeba było zadowolić nie 

tylko  dzieci,  bo  wedle  zwyczaju,  dorośli,  którzy 

pomagali  w  przygotowaniach  do  uroczystości, 

dostawali  drugi  tort,  mniejszy,  ale  zrobiony  z  tych 

background image

samych  składników  i  w  ten  sam  sposób.  Liczono 

przy  tym,  że  Kuchmistrz  nie  po-wtórzy  dzieła 

żadnego  ze  swoich  poprzedników,  lecz  wymyśli  coś

zupełnie nowego i niespodziewanego.

Kołek  uważał,  że  Wielki  Tort  przede  wszystkim 

powinien być bardzo słodki i bogaty; postanowił też, 

że  cały  będzie  oblany  lukrem  (co  Terminator"  umiał

robić  nadzwyczaj  zręcznie).  “W  ten  sposób  będzie 

wyglądał ładnie  i  czarodziejsko"  --  myślał.  Nie znał

zbyt  dobrze  gustu  dzieci,  ale  wiedział,  że  lubią

słodycze  i  czarodziejskie  bajki.  Sam  od  dawna 

wyrósł  z  upodobania  do  ba śni,  przepadał  jednak  w 

dalszym ciągu za słodyczami.

--  Tort  ma  wyglądać  jak  zaczarowany... -- powie-

dział. -- To mi nasuwa pewną myśl...

Przyszło  mu  do  głowy,  żeby  na  szczycie 

pośrodku tortu ustawić laleczkę w białej sukni, dać jej 

do  ręki  miniaturową  różdżkę  zakończoną  szychową

gwiazdką i otoczyć stopy napisem z różowego lukru: 

“Królowa wróżek".

Przygotowując ingrediencje do swego arcydzieła 

stwierdził,  że  ma  bardzo  mętne  wyobrażenie  o  tym, 

background image

co  powinno  się  dodawać  do  tortu.  Zaczął  więc 

szperać 

starych 

księgach 

przepisami 

kulinarnymi, które zostawili   dawni   kuchmistrze;   z   

trudem      zdołał      odcyfrować  ich  pismo,  a  recepty 

oszołomiły  go,  wymieniano  w  nich  bowiem  różne 

rzeczy, o których nigdy w życiu nie słyszał, inne zaś, 

o  których  nie  pamiętał  i  których  nie  mógł  naprędce 

zdobyć.  Zdecydował  się  użyć      paru      przypraw   

korzennych,      o      których      księgi  wspominały. 

Skrobiąc  się  w  głowę  pomyślał  o  starej  czarnej 

szkatułce  z  mnóstwem  przegródek:  poprzedni 

Kuchmistrz  w  niej  przechowywał  przyprawy  i  różne 

ozdoby      przeznaczone      do      szczególnie   

wykwintnych ciast.  Kołek,  odkąd objął swój urząd,  

nigdy do tej szkatułki nie zaglądał, lecz teraz po dość

długim poszukiwaniu odnalazł ją na najwyższej półce 

w spiżarni. Zdjął ją z półki, zdmuchnął kurz z wieczka 

i  otworzył;  niestety  były  tam  tylko  resztki  przypraw 

korzennych,  w  dodatku  zeschnięte i  spleśniałe.  W   

jednej wszakże przegródce, w samym kąciku, leżała 

maleńka  gwiazdka,      nie      większa      niż

sześciopensowa      moneta,  prawdopodobnie      ze   

background image

srebra,   lecz   sczerniała   ze   starości.

-- A to zabawne! -- rzek ł podnosząc gwiazdkę ku 

światłu.

--  Nie!  --  rozległ  się  za  jego  plecami  głos tak 

nieoczekiwany,  że  Kołek  aż  się  wzdrygnął. 

Terminator  nigdy  jeszcze  nie  przemówił  do  Mistrza 

takim tonem; co prawda w ogóle rzadko si ę do niego 

odzywał,  chyba  tylko  wtedy,  gdy  go  zwierzchnik  o 

coś  pytał.  Słusznie,  bo  tak  przystało  chłopcu,  który 

wprawdzie był zręczny w zdobieniu ciast lukrem, lecz 

w  innych  sprawach  powinien  --  zdaniem Kołka -- 

milczeć i uczyć się od Mistrza.

-- Co masz na myśli, młody człowieku? -- spytał

Kuchmistrz, mocno niezadowolony. -- Nie zabawna? 

Wiec jaka?

--  Czarodziejska  --  odparł  Terminator. -- Pochodzi 

z Krainy Czarów. Kuchmistrz wybuchnął śmiechem.

--  Niech  i  tak  będzie  --  powiedział.  -- Na jedno 

wychodzi,  możesz  ją  nazywać,  jak  ci  się  podoba. 

Kiedyś dorośniesz i zmądrzejesz. Na razie zabierz się

do  drylowania  rodzynków.  Jeśli  zauważysz  w  nich 

coś 

czarodziejskiego, 

nie 

omieszkaj 

mnie 

background image

zawiadomić.

-- Co zamierzacie zrobić z tą gwiazdką, Mistrzu? -- 

spytał Terminator.

--  Wsadzę  ją  oczywiście  do  tortu  -- rzekł

Kuchmistrz. -- Nada się w sam raz, tym bardziej jeżeli 

jest zaczarowana -- dodał  z  drwiącym uśmiechem. -- 

Bywałeś  pewnie,  i  to  jeszcze  niedawno,  na 

dziecięcych  zabawach  i  pamiętasz,  ile  jest  uciechy, 

kiedy  malcy  znajdują  ukryte  w  cieście  rozmaite 

cacka,  drobne  pieniążki  i  tym  podobne  skarby.  W 

naszej  wsi  często  się  to  robi  dla  zabawienia 

dzieciaków.

--  Ale  to  nie  jest  zwykłe  cacko,  Mistrzu,  to 

czarodziejska gwiazda -- odparł Terminator.

--  Już  mi  to  mówiłeś  --  warknął Kuchmistrz. -- 

Powiem o tym dzieciom, będą się śmiały.

-- Sądzę, że nie wyda im się to wcale śmieszne -- 

rzekł  Terminator.  --  Ale  owszem,  to  dobry pomysł, 

nie mam nic przeciw temu.

--  Nie  masz  nic  przeciw  temu?  Zapominasz,  do 

kogo mówisz, chłystku! -- oburzył się Kołek.

Wielki  tort  został  we  właściwym  czasie 

background image

przygotowany,  upieczony  i  polukrowany,  a  prawie 

wszystko rękami Terminatora.

--  Skoro  tak  lubisz  czary,  pozwolę  ci  zrobić

figurkę  Królowej  Wróżek  --  powiedział  do niego 

Kołek.

--  Dobrze,  Mistrzu  --  odparł  Alf.  -- Wyręczę was, 

skoro macie za dużo roboty. Ale to wasz pomysł, nie 

mój.

Podczas    festynu      tort    królował    pośrodku   

długiego  stołu,  otoczony  wieńcem  z  dwudziestu 

czterech  czerwonych  świec.  Na  jego  wierzchu 

wznosiła  się  niewielka  biała  góra,  a  na  zboczach 

góry rosły miniaturowe drzewka błyszczące jakby od 

szronu, na szczycie zaś stała maleńka figurka z jedną

nóżką wzniesiona niby tańcząca Królewna Śnieżka; w 

ręku trzymała maleńką różdżkę z lukru roziskrzoną w 

blasku.

Dzieci  otwierały  szeroko  oczy  z  podziwu,  a 

kilkoro z nich zaczęło klaskać wołając: “Jaka śliczna 

czarodziejska  góra!"  Kuchmistrz  bardzo  się  z  tego 

cieszył,  lecz  Terminator  zdawał  się  niezadowolony. 

Obaj  byli  obecni  w  sali,  bo  Kuchmistrz  miał  w 

background image

odpowiednim  momencie  pokroić  tort,  a  Terminator 

trzymał wyostrzony] nóż, żeby go podać w ostatniej 

chwili swemu zwierzchnikowi.

Wreszcie  Kuchmistrz  wziął  nóż  i  podszedł  do 

stołu.;

--  Muszę  wam  powiedzieć,  kochane  dzieci -- 

przemówił -- że pod tą prześliczną górą lukru jest tort 

zrobiony  z  mnóstwa  pysznych  rzeczy  do  jedzenia, 

ale  zmieszałem  z  nimi  także  mnóstwo  ładnych 

drobiazgów, świecidełek, pieniążków i innych cacek. 

Podobno  znalezienie  czegoś  takiego  w  porcji  tortu 

przynosi  szczęście.  W  torcie  są  dwadzieścia  cztery 

cacka, powinno więc przypaść po jednym każdemu z 

was,  jeśli  Królowa  Wróżek  okaże  się  sprawiedliwa. 

Niestety  nie  zawsze  tak  się  dzieje,  bo  wróżki  są

kapryśne  i  lubią  płatać  różne  figle.  Zapytajcie  pana 

Terminatora,  on  je  zna!  Terminator  odwrócił  głowę

od  Kuchmistrza  i  obserwował  wyraz  dziecinnych 

twarzyczek.

--  Aj,  byłbym  zapomniał!  --  podjął znów 

Kuchmistrz.  --  Dziś  w  torcie  jest  dwadzieścia pięć

niespodzianek,  bo  włożyłem  także  do  ciasta  małą

background image

srebrną  gwiazdkę,  bardzo  niezwykłą,  zaczarowaną, 

jak  twierdzi  pan  Termirator.  Uważajcie,  dzieci,  żeby 

ktoś  na  niej  nie  złamał  przedniego  zęba,  bo  wtedy 

nawet  zaczarowana  gwiazda  nie  pomoże  i  ząb  nie 

odrośnie.  Mimo  to  jestem  pewny,  że  przyniesie 

szczęście temu, kto ją znajdzie.

Tort  wszystkim  smakował,  nikt  nie  mógł  mu 

zarzucić nic poza tym,  że nie był ani trochę większy 

niż trzeba. Każdy dostał spory kawałek, lecz nic nie 

zostało  na  dokładki.  Porcje  szybko  znikały,  i  co 

chwila  ktoś  znajdował  na  swoim  talerzyku  jakiś

drobiazg  lub  pieniążek.  Niektórym  dzieciom  trafiło 

się  tylko  jedno  cacko,  niektórym  --  dwa,  a jeszcze 

innym  nic,  bo  ze  szczęściem  zawsze  tak  bywa, 

niezależnie od tego, czy przy jego rozdziale asystuje 

figurka  z  różdżką,  czy  nie.  Wreszcie  zjedzono  cały 

tort, lecz nikt nie znalazł za-czarowanej gwiazdki.

--  Nie  do  wiary!  --  dziwił  się  Kołek -- Widocznie 

wbrew  pozorom  nie  była  ze  srebra  i  stopniała.  A 

może  pan  Terminator  miał  rację  twierdząc,  że  jest 

zaczarowana.  Zniknęła,  wróciła  do  Krainy  Czarów. 

Nieładnie  z  jej  strony,  bardzo  nieładnie.  --  Zerknął z 

background image

głupawym  uśmiechem    na    Terminatora,    który  

odpowiedział  bez uśmiechu poważnym spojrzeniem.

Srebrna  gwiazdka  była  naprawdę  zaczarowana, 

Terminator  nie  mógł  się  mylić  w  takich  sprawach. 

Pewien  mały  chłopiec  uczestniczący  w  uczcie 

połknął ją nic nie zauważywszy, chociaż nie przegapił

tkwiącej w jego porcji tortu małej srebrnej monety i 

oddał  sąsiadce,  dziewczynce  imieniem  Nell,  która 

ogromnie  się  martwiła,  że  w  jej  kawałku  tortu  nie 

było żadnej niespodzianki. Chłopiec czasem zadawał

sobie  pytanie,  gdzie  się  podziała  gwiazdka;  nie 

wiedział, że ją nosi w sobie, ukrytą w takim miejscu, 

że jej wcale nie czuł; wszystko to stało się zgodnie z 

pewnym  planem.  Gwiazdka  miała  czekać  w  ukryciu 

aż do wyznaczonego dnia.

Festyn  odbył  się  w  połowie  zimy,  teraz  zaś nad-

szedł  czerwiec,  noce  były  krótkie  i  prawie  białe. 

Chłopiec  wstał  przed  świtem,  nie  chciało  mu  się

spać:  były  to  jego  dziesiąte  urodziny.  Wyjrzał  przez 

okno. Świat zdawał się cichy, jakby na coś ważnego 

wyczekiwał.  Lekki,  rześki  i  pachnący  wietrzyk 

poruszał  gałęziami  przebudzonych  drzew.  Potem 

background image

brzask rozjaśnił niebo, a chłopiec usłyszał, jak gdzieś

bardzo  daleko  ptaki  zaczęły  swoją  poranną  pieśń, 

która  przybliżała  się,  wzbierała,  aż  w  końcu 

przeleciała  nad  nim  wypełniając  całą  okolicę  i 

odpłynęła niby fala muzyki na za-chód, kiedy słońce 

wstało nad krawędzią świata.

-- To mi przypomina Krainę Czarów -- powiedział

głośno  --  ale  tam  ludzie  też śpiewają.  -- I zaczął

śpiewać  głosem  wysokim  i  czystym  dziwne  słowa, 

które jak gdyby nagle odnalazł w pamięci, a wówczas 

gwiazda wypadła mu z ust, lecz chwycił ją na otwartą

dłoń.  Srebro,  teraz  już  czyste,  lśniło  w  słońcu,  ale 

gwiazdka  drżała  i  nawet  uniosła  się  trochę  w 

powietrze 

jakby 

chciała 

odfrunąć. 

Chłopiec 

odruchowo  przycisnął  dłoń  do  głowy  i  gwiazdka 

przylgnęła  pośrodku  czoła.  Nosił  ją  odtąd  na  czole 

przez wiele lat.

Nie  była  dla  uważnych  oczu  niewidzialna,  lecz 

mało  kto  spośród  mieszkańców  wsi  ją  dostrzegał. 

Stała  się  częścią  twarzy  chłopca  i  zazwyczaj  wcale 

nie  świeciła.  Trochę  jej  blasku  udzieliło  się  jego 

oczom, a trochę głosowi, który zresztą od dnia, gdy 

background image

połknął  Gwiazdę,  nabierał  coraz  ładniejszego 

brzmienia i piękniał z każdym rokiem. Ludzie słuchali 

go  z  przyjemnością,  na-wet  gdy  po  prostu  mówił

komuś “dzień dobry".

Nie  tylko  w  rodzinnej  wsi,  lecz  we  wszystkich 

sąsiednich i w całej okolicy znano go jako dobrego 

rzemieślnika. Był kowalem, tak samo jak jego ojciec, 

lecz prześcignął go w zawodowych umiejętnościach. 

Dopóki  żył  ojciec,  nazywano  syna  Kowalczykiem,  a 

potem  po  prostu  Kowalem.  Wtedy  już  tak  się  w 

swoim  fachu  wydoskonalił,  że  lepszego  kowala 

próżno  by  szukać  od  Wschodniego  Skraja  aż  po 

Zachodni  Las.  Wyrabiał  w  swojej  kuźni  rozmaite 

przedmioty z żelaza. Oczywiście najwięcej zwykłych, 

użytecznych  rzeczy  potrzebnych  w  codziennym 

życiu:  narzędzia  rolnicze,  stolarskie  i  kuchenne, 

rondle i patelnie, sztaby, rygle i zawiasy, uchwyty do 

gorących garnków i wilki do kominka, podkowy i tym 

podobne.  Wszystkie  te  przedmioty  były  mocne  i 

trwałe, a w dodatku kształtne, na swój sposób ładne, 

wygodne w użyciu i miłe dla oka.

Ale  w  wolnych  chwilach  robił  dla  przyjemności 

background image

przedmioty innego rodzaju, bardzo piękne, bo umiał

formować żelazo  tak  kunsztownie,  że  wydawało  się

lekkie i delikatne jak gałązka obsypana młodymi liść-

mi  i  kwieciem,  chociaż  zachowywało  siłę  właściwą

swojemu tworzywu, a może nawet nabierało większej 

jeszcze.  Prawie  każdy  przechodząc  przez  bramę  lub 

furtę  jego  roboty  przystawał,  aby  je  podziwiać,  ale 

nikt  by  nie  zdołał  takiej  bramy  otworzyć,  jeśli  była 

zamknięta. 

Pracując 

nad 

takimi 

pięknymi 

przedmiotami  kowal śpiewał,  a  kiedy  kowal śpiewał, 

wszyscy  ludzie,  którzy  się  znajdowali  w  pobliżu, 

porzucali  swoje  zajęcia  i  spieszyli  do  kuźni,  żeby 

słuchać. 

Tyle  o  nim  wszyscy  wiedzieli.  Osiągnął  dość  na 

swoje potrzeby, a w każdym razie znacznie więcej niż

większość  sąsiadów  i  sąsiadek  ze  wsi,  nawet  tych, 

którzy mieli zręczne ręce i pracowali pilnie. Ale kowal 

miał  pewien  sekret:  odwiedzał  Krainę  Czarów  i 

niektóre  jej  zakątki  znał  tak  dobrze,  jak  to  jest  dla 

śmiertelnego  człowieka  możliwe.  Ponieważ  wielu 

ludzi  przypominało  usposobieniem  Kołka,  kowal 

nikomu  o  tym  nie  mówił,  z  wyjątkiem  żony  i  dzieci. 

background image

Żoną  jego  była  Nell  --  ta  sama,  której  kiedyś przy 

uczcie oddał srebrny pieniążek. Córka miała na imię

Nań,  a  syn  --  Ned,  zwany  we  wsi Kowalczykiem. 

Choćby  chciał,  nie  mógł  przed  najbliższymi 

zachować  tajemnicy,  bo  widywali  czasem  gwiazdę

błyszczącą na jego czole, gdy wracał z podróży albo 

z długiego spaceru, bo lubił wieczorami przechadzać

się samotnie.

Od  czasu  do  czasu  wyruszał  w  drogę  piechotą

lub  konno,  a  sąsiedzi  przypuszczali,  że  to  interesy 

zmuszają  go  do  podróży,  i  niekiedy  mieli  rację,  ale 

nie  zawsze.  W  każdym  razie  nie  wędrował  w 

poszukiwaniu zamówień na swoje wyroby ani też nie 

po  sztaby  żelaza,  węgiel  i  inne  potrzebne  w  kuźni 

materiały,  chociaż  o  te  sprawy  także  dbał  i  nie 

gardził,  jak  się  to  mówi,  uczciwie  zarobionym 

groszem.  Ale  miał  swoje  szczególne  sprawy  w 

Krainie Czarów i był tam mile widziany, bo Gwiazda 

jasno  świeciła  na  jego  czole,  był  tam  bezpieczny  o 

tyle,  o  ile  może  być  bezpieczny1  czło-1  wiek 

śmiertelny  w  tym  groźnym  kraju.  Mniejsze  Złe  1 

Duchy unikały spotkania z Gwiazdą, a od większych 

background image

broniły go przyjazne siły.

Był  za  to  wdzięczny,  bo  wkrótce  nabrał

doświadczenia  i  zrozumiał,  że  do  cudów  tej  Krainy 

nie można się zbliżać bez narażenia życia, i że z wielu 

Złymi Duchami nie wolno podejmować walki, jeśli nie 

włada  się  orężem  bardzo  potężnym,  za  ciężkim,  aby 

go  zwykły  śmiertelnik  mógł  udźwignąć.  Pozostał

głodnym  wiedzy  wędrowcem  i  odkrywcą,  nigdy  nie 

był  wojownikiem.  Wprawdzie  z  czasem,  doskonaląc 

swoje rzemiosło, umiałby, gdyby chciał, wykuć broń, 

która  w  jego  własnym  świecie  wzbudziłaby  wielki 

podziw  i  byłaby  warta  królewskiej  zapłaty,  ale 

wiedział, że w Krainie Czarów nie miałaby większego 

znaczenia. Mnóstwo rozmaitych przedmiotów wyszło 

z  jego  kuźni,  nikt  jednak  nie  słyszał,  żeby 

kiedykolwiek  wykuł  miecz  lub  włócznię  czy  też  grot 

strzały.

Początkowo  w  Krainie  Czarów  przechadzał  się

tylko  spokojnie  wśród  jej  najskromniejszych 

mieszkańców i najłagodniejszych stworzeń żyjących 

w  lasach,  na  łąkach  uroczych  dolin,  nad  czystymi 

wodami,  w  których  zwierciadle  nocą  przeglądają  się

background image

dziwne gwiazdy, a o świcie -- lśniące szczyty dalekich 

gór.  Gdy  przy-bywał  na  krótko,  poświęcał  cały  czas 

wpatrywaniu  się  w  jedno  tylko  drzewo,  w  jeden 

kwiat. Później, podejmując dłuższe wyprawy, widział

rzeczy zachwycające pięknością i inne, mrożące krew 

w żyłach, ale nie mógł ich ani dokładnie zapamiętać, 

ani  opisać,  chociaż  wiedział,  że  zostały  głęboko

wyryte w jego sercu.

Wiele  jednak  rzeczy  cudownych  i  tajemniczych 

pamiętał i często wspominał.

Kiedy  podejmował  pierwsze  dalekie  wyprawy 

bez  przewodnika,  myślał,  że  poprzez  całą  tę  krainę

dojdzie  do  jej  odległej  granicy,  ale  łańcuchy 

olbrzymich  gór  zastąpiły  mu  drogę  i  próbując  je 

obejść w koło,   znalazł   się   w końcu  na posępnym 

wybrzeżu.   Stał   nad Morzem    Bezwietrznych Burz. 

Błękitne  fale  podobne  do  ośnieżonych      grzbietów 

gór  toczyły  się  cicho  z    Bezświata    i    niosły  ku 

długiemu  wybrzeżu      białe      okręty  powracające  z 

bitew  na  Pograniczach  Ciemności,  o  których  ludzie 

nic  nie  wiedzą.  Widział,        jak        woda  wynios ła   

daleko   na brzeg wielki okręt, a potem bezszelestnie 

background image

opadła  w  rozbryzgach  piany.  Z  pokładu  zbiegli 

ogromni,  groźni  żeglarze  --  elfy.  Miecze  ich lśniły, 

włócznie  iskrzyły  się,  a  z  oczu  biły  przeszywające 

promienie  światła.    Nagle  zaintonowali  pieśń

zwycięstwa, Kowal zadrżał ze strachu i padł na twarz, 

a  wojownicy  przeszli  nad  nim  i  zniknęli  wśród 

rozdzwonionych echem gór.

 Nigdy więcej nie zapuszczał się na to wybrzeże, 

przekonany,  że  znajduje  się  na  wyspie  osaczonej 

zewsząd  przez  morze,  i  myśli  jego  zwróciły  się  ku 

górom, pragnął bowiem dotrzeć do serca Królestwa. 

Kiedyś  podczas  wędrówki  ogarnęła  go  szara  mgła  i 

błąkał się, nic wokół nie widząc, dopóki nie zniknęła; 

wtedy  dopiero  stwierdził,  że  zaszedł  na  rozległą

równinę. Przed nim w oddali wznosiła się góra cienia, 

a  ten  cień  był  korzeniem  Królewskiego  Drzewa 

piętrzącego  się  aż  pod  niebo  jak  kilka  wież

ustawionych  jedna  na  drugiej;  korona  świeciła 

blaskiem  olśniewającym  niby  słońce  w  samo 

południe, a na każdej gałęzi rosły jednocześnie liście, 

kwiaty  i  niezliczone  owoce,  każdy  inny,  tak  że  nie 

znalazłbyś dwóch jednakowych.

background image

Nigdy  już  potem  nie  zobaczył  Królewskiego 

Drzewa,  chociaż  go  często  szukał.  Pewnego  razu 

wspinając się na Zewnętrzne Góry trafił do głębokiej 

doliny; na jej dnie błyszczała tafla jeziora, spokojna, 

nie  zmącona  ani  jedną  zmarszczką,  mimo  że  las 

dokoła  szumiał  od  podmuchów  łagodnego  wiatru. 

Dolinę 

wypełniało 

czerwone 

światło 

jakby 

zachodzącego  słońca,  promieniowało  jednak  nie  z 

nieba,  lecz  z  jeziora.  Z  przewieszonego  nad  wodą

niskiego urwiska spojrzał w dół i wydało mu się, że 

przenika wzrokiem w bezdenną głębinę.

Ujrzał  w  niej  dziwne  płomienne  kształty 

powyginane,  rozgałęzione  i  falujące  niby  olbrzymie 

wodorosty  w  morskiej  rozpadlinie;  wśród  nich 

uwijały  się  jakieś  ogniste  stwory.  Zafascynowany, 

zszedł na sam brzeg i chciał końcem stopy dotknąć

wody,  okazało  się  jednak, że  to  nie  woda,  lecz  tafla 

twardsza  od  skały  i  bar-dziej śliska  niż  lód...  Chciał

na nią wejść, lecz natychmiast przewrócił się ciężko, 

aż łoskot  rozległ  się  nad  jeziorem  i  odbił  echem  od 

gór.

Wietrzyk błyskawicznie przemienił się w huragan 

background image

ryczący niby dzika bestia -- porwał Kowala, cisnął na 

brzeg,  pchnął  na  stok  obracając  nim  i  rzucając  jak 

zeschłym liściem. Kowal objął ramionami pień młodej 

brzozy  i  przylgnął  do  niej,  a  wicher  mocował  się  z 

nimi 

obojgiem 

zawzięcie, 

próbując 

oderwać

człowieka od drzewa. Brzoza od podmuchu zgięła się

jednak  aż  do  ziemi  i  nakryła  Kowala  namiotem  z 

gałęzi.  Kiedy  wreszcie  wicher  ustąpił  i  Kowal  mógł

się  podnieść,  zobaczył,  że  drzewo  jest  nagie,  odarte 

aż  do  ostatniego  listka,  i  płacze,  a  łzy  jak  deszcz 

płyną  z  jego  gałęzi.  Położył  dłoń  na  białej  korze 

mówiąc:

--  Uratowałaś  mnie,  brzózko.  Co  mam  uczynić, 

żeby  cię  wynagrodzić  i  okazać  wdzięczność?  Wyczuł

ręką odpowiedź:

--  Nic!  Odejdź  stąd.  Wiatr  cię ściga.  Nie  jesteś

tutejszy. Idź i nie wracaj nigdy.

Wspinając  się  na  zbocza  otaczające  dolinę  czuł

łzy  brzozy  na  swoim  policzku  i  miał  w  ustach  ich 

gorzki  smak.  Z  zasmuconym  sercem  przemierzał

długą  drogę  do  wsi  i  przez  wiele  dni  potem  nie 

chodził  do  Krainy  Czarów.  Ale  nie  mógł  się  jej 

background image

wyrzec  i  w  końcu  wrócił,  z  gorętszym  jeszcze  niż

przedtem  pragnieniem,  by  do-trzeć  w  głąb  tego 

Królestwa.

Nareszcie  odkrył  drogę  prowadzącą  przez 

łańcuch  Zewnętrznych  Gór  i  po  długim  marszu 

doszedł  do  łań-cucha  Gór  Wewnętrznych,  bardzo 

wysokich,  stromych  i  niedostępnych.  Po  długim 

poszukiwaniu  znalazł  wszakże  przełęcz,  którą  miał

pokonać, i tego pamiętnego dnia, gdy zdobył się na 

tak  niezwykłą śmiałość,  wy-szedł  przez  wąską

szczelinę  na  przeciwny  stok  i  spojrzawszy  w  dół

zobaczył  Dolinę  Wiecznego  Poranka  --  ale wtedy 

jeszcze nie wiedział, że tak się ona nazywa. Zieleń w 

tej  dolinie  była  o  wiele  piękniejsza  niż  na  łąkach  w 

zewnętrzej  strefie  Krainy  Czarów,  chociaż  z  ich 

pięknością  nie  mogła  się  równać  nawet  wiosenna 

trawa  naszej  ziemi.  W  niezwykle  przezroczystym 

powietrzu oczy człowieka mogły dostrzec czerwone 

języczki 

ptaków 

śpiewających 

na 

drzewach 

przeciwległego zbocza, mimo że dolina była szeroka, 

a ptaki nie większe od strzyżyków.

Góry  po  tej  stronie  opadały  wydłużonymi 

background image

stokami wśród plusku i szumu wodospadów, ruszył

więc  w  dół  z  wielką  ochotą.  Kiedy  jego  stopy 

dotknęły  trawy  Do-liny,  usłyszał śpiew  elfów,  a  na 

usianej  liliami  łące  nad  rzeką  zobaczył  tańczące 

dziewczęta.  Oczarowany  zwinnością,  wdziękiem, 

ustawiczną  zmiennością  ich  ruchów,  skierował  ku 

nim  swe  kroki.  Nagle  taneczny  korowód  zatrzymał

się  i  na  spotkanie  Kowala  wybiegła  dziewczyna  z 

rozpuszczonymi włosami w zakasanej sukience.

Ze śmiechem powiedziała:

--  Rozzuchwaliłeś  się,  Gwiezdniku!  Czy  nie 

obawiasz  się,  co  powie  królowa,  jeśli  się  dowie  o 

tym? A może dostałeś od niej pozwolenie?

Kowal bardzo się zmieszał, bo uświadomił sobie 

własne myśli i zrozumiał, że dziewczyna je odgaduje; 

sądził,  że  Gwiazda  na  czole  jest  przepustką, 

upoważniającą  go  do  wędrowania,  gdzie  zechce; 

teraz  już  wiedział,  że  to  nieprawda.  Ale  dziewczyna 

ciągnęła dalej z uśmiechem:

--  Chodź,  skoro  już  wtargnąłeś  tutaj,  musisz  ze 

mną zatańczyć.

Wzięła go za rękę i wprowadziła w krąg tancerzy.

background image

Tańczył  więc  z  nią  i  doznał  zupełnie  nowego 

uczucia  zwinności,  siły  i  szczęścia.  Ale  trwało  to 

krótko.  Już  po  chwili  --  jak  mu  się zdawało -- 

korowód się zatrzymał, a dziewczyna zerwała kwiat, 

który  wyrósł  u  jej  stóp,  i  wpięła  go  Kowalowi  we 

włosy.

--  Żegnaj!  --  powiedziała.  --  Może się jeszcze 

kiedyś spotkamy, jeśli taka będzie wola Królowej.

Nie  zapamiętał  nic  z  drogi  powrotnej,  nie 

wiedział,  jakim  sposobem  znalazł  się  znów  na 

gościńcu  w  rodzinnej  okolicy...  W  wioskach,  które 

mijał,  ludzie  spoglądali  na  niego  ze  zdumieniem  i 

odprowadzali go wzrokiem, dopóki nie zniknął z pola 

ich  widzenia.  Kiedy  się  zbliżał  do  domu,  córka 

wybiegła,  żeby  go  powitać  z  radością;  wrócił

wcześniej,  niż  się  spodziewano,  lecz  i  tak  za  późno 

dla tych, którzy na niego czekali.

--  Tatusiu!  --  wykrzyknęła  Nań.  -- Gdzieżeś był? 

Twoja gwiazda świeci tak jasno!

Kiedy przekroczył próg, gwiazda przygasła, lecz 

żona  ujęła  go  za  rękę,  poprowadziła  do  kominka  i 

patrząc na niego rzekła:

background image

-- Mężu kochany! Gdzie byłeś, co widziałeś? Masz 

kwiat we włosach.

Delikatnie zdjęła z jego głowy kwiat i położyła na 

swej  otwartej  dłoni.  Mieli  wrażenie,  że  widzą  ten 

kwiat  z  bardzo  daleka,  chociaż  leżał  na  dłoni  Nell  i 

promieniował takim światłem, że postacie ich rzucały 

wielkie  cienie  na  ścianę  izby,  mrocznej  już,  bo 

wieczór  zapadał.  Cień  mężczyzny  górował  nad 

innymi,  jego  duża  głowa  pochylała  się  nad  głową

kobiety.

--  Wyglądasz  jak  olbrzym,  tatusiu  --  odezwał się

milczący dotychczas syn.

Kwiat  nie  zwiądł  i  nie  stracił  blasku. 

Przechowywali go jak skarb i tajemnicę. Kowal zrobił

dla niego specjalną szkatułkę zamykaną na kluczyk. 

Kwiat  przekazywano  z  pokolenia  na  pokolenie  w 

rodzie  Kowala,  a  ci,  co  dziedziczyli  klucz,  od  czasu 

do czasu otwierali szkatułkę i wpatrywali się w Żywy 

Kwiat  do-póty,  dopóki  wieczko  nie  spadło.  A  działo 

się to niezależnie od woli posiadacza skarbu.

Czas  nie  zatrzymał  się  dla  mieszkańców  wsi. 

Minęło 

wiele 

lat. 

Kowal 

był 

niespełna 

background image

dziesięcioletnim 

chłopcem, 

gdy 

na 

festynie 

Dwudziestu Czterech do-stał gwiazdę. We właściwym 

terminie odbyła się następna uroczystość Dwudziestu 

Czterech i Alf, który nareszcie został Kuchmistrzem, 

wybrał  sobie  nowego  ucznia,  niejakiego  Grajka.  W 

dwanaście  lat  później  Kowal  wrócił  do  domu  z 

kwiatem we włosach, a teraz nadszedł rok, w którym 

zimą wypadało znów urządzić festyn dla dzieci.

Pewnego  dnia  tego  właśnie  roku  Kowal  wracał

przez las brzegiem Krainy Czarów. Była jesień. Złote 

liście lśniły na gałęziach, purpurowe zaścielały ziemię. 

Ktoś zszedł za nim, lecz Kowal nie zważał na to i nie 

obejrzał się za siebie, zatopiony w myślach.

Tym  razem  otrzymał  wezwanie  i  odbył  bardzo 

daleką  podróż,  dłuższą,  jak  mu  się  zdawało,  niż

wszystkie 

inne 

życiu. 

Dostarczono 

mu 

przewodników i straży, lecz nie pamiętał prawie dróg, 

którymi  wędrował,  bo  często  oślepiały  go  mgły  lub 

ciemności,  aż  w  końcu  znalazł  się  nocą  na  jakiejś

wyżynie, pod niebem błyszczącym od niezliczonych 

gwiazd.  Zaprowadzono  go  przed  oblicze  samej 

Królowej. Nie miała korony i nie siedziała na tronie. 

background image

Stała  w  wielkim  majestacie  i  w  chwale,  i  otacza ł  ją

tłum 

wojowników 

zbrojach 

lśniących 

migoczących  jak  gwiazdy  na  niebie,  lecz  była  tak 

wysoka, że górowała nad ostrza-mi włóczni, a nad jej 

głową  unosił  się  biały  płomień.  Skinęła  na  Kowala, 

żeby się zbliżył, więc drżąc podszedł do niej. Rozległ

się wysoki, czysty sygnał trąby i nagle został sam na 

sam z Królową.

Stał  przed  nią  i  nie  przyklęknął,  jak  nakazywał

ceremoniał dworski, bo w oszołomieniu pomyślał, że 

wobec niej żaden gest istoty tak znikomej jak on nie 

może mieć znaczenia. Wreszcie ośmielił się podnieść

wzrok  i  spojrzeć  w  jej  twarz;  królowa  poważnymi 

oczyma  patrzała  na  niego  z  góry.  Zmieszał  się  i za-

dziwił,  bo  w  tym  momencie  poznał  piękną

dziewczynę  z  Zielonej  Doliny,  tancerkę,  spod  której 

stóp  kwiaty  wyrastały  na  ziemi.  Uśmiechnęła  się  z 

tych  jego  wspomnień  i  podeszła  bliżej.  Rozmawiali 

długo,  prawie  bez  słów,  lecz  dowiedział  się  wielu 

rzeczy  przejmując  jej  myśli;  niektóre  napełniały  go 

radością, inne -- ogromnym smutkiem. Potem zaczął

pamięcią  wracać  po  tropach  swojego  życia  w 

background image

przeszłość aż do dnia, gdy została mu dana gwiazda, 

i nagle stanęła mu przed oczyma tańcząca figurka z 

różdżką  w  ręku,  więc  ze  wstydem  spuścił  wzrok, 

olśniony pięknością królowej.

Roześmiała  się  zupełnie  tak  samo  jak  wtedy,  w 

Do-linie Wiecznego Poranka.

--  Nie  martw  się,  Gwiezdniku  -- powiedziała. -- 

Nie  wstydź  się  za  swoich  współplemieńców.  Z 

dwojga złego mała laleczka jest lepsza niż całkowite 

zapomnienie o Krainie Czarów. Dla niektórych ludzi 

to  jedyny  przebłysk,  dla  innych  --  przebudzenie. Ty 

od  tamtego  dnia  pragnąłeś  mnie  zobaczyć,  więc 

spełniłam twoje życzenie. Ale nic więcej już ci dać nie 

mogę.  Zanim  się  teraz  pożegnamy,  powierzę  ci 

jeszcze  pewną  ważną  misję.  Jeśli  spotkasz  króla, 

powtórz mu te słowa: Już czas. Pozwól mu dokonać

wyboru.

--  Ależ...  --  wyjąkał.  --  Nie  wiem,  gdzie jest król. 

Pytałem  o  to  wszystkich  w  Krainie  Czarów,  lecz 

zawsze słyszałem to samo: “Nie powiedział tego".

--  Skoro  król  ci  tego  nie  powiedział,  nie  mogę

zdradzić sekretu -- odparła Królowa. -- Wiedz, że Król 

background image

wiele 

podróżuje 

można 

go 

spotkać 

nieprawdopodobnych miejscach. A teraz przyklęknij.

Ukląkł,  a  Królowa  schyliła  się  i  położyła  rękę  na 

jego głowie. Ogarnęła go wielka cisza i wydawało mu 

się, że jest jednocześnie w zwykłym ludzkim świecie i 

w Krainie Czarów, a także poza obu tymi dziedzinami 

i  patrzy  na  nie  z  zewnątrz  czując  zarazem  smutek, 

radość  i  niezmącony  spokój.  Kiedy  się  po  chwili 

ocknął, wstał i podniósł głowę, brzask rozjaśnił niebo 

na wschodzie, gwiazdy pobladły, a Królowa zniknęła. 

Gdzieś  daleko  w  górach  echo  powtarzało  sygnał trą-

by.  Kowal  był  sam  na  pustej,  cichej  wyżynie  i wie-

dział, że czeka go już tylko droga do wyrzeczenia.

Miejsce,  gdzie  się  spotkał  z  Królową,  zostało 

daleko za nim i szedł teraz po ściółce jesiennych liści 

rozmyślając  o  wszystkim,  co  widział  i  czego  się do-

wiedział.   Szelest   kroków   na    ścieżce   przybliżał

się z      każdą      chwilą. Wreszcie tuż koło je-go uszu 

odezwał się głos:

--  Czy  idziesz  w  tę  samą  stronę  co  ja, 

Gwiezdniku?

Kowal,  nagle  wyrwany  z  zamyślenia,  wzdrygnął

background image

się  i  teraz  dopiero  spojrzał  na  idącego  obok 

człowieka. 

Zobaczył 

wysokiego 

mężczyznę, 

stąpającego 

lekko 

szybko, 

ubranego 

ciemnozielony  płaszcz  z  kapturem,  który  częściowo 

zasłaniał

jego  twarz.  Kowal  zdziwił  się,  bo  nikt  prócz 

mieszkańców  Krainy  Czarów  nie  nazywał  go 

“Gwiezdnikiem", a nie pamiętał, aby kiedykolwiek w 

swoich  wędrówkach  spotkał  tego  mężczyznę;  mimo 

to miał niejasne wrażenie, że go skadsiś zna.

 -- A dokąd ty idziesz? -- spytał.

--  Wracam  do  twojej  wsi  i  mam  nadzieję,  że  ty 

także -- odparł tamten.

--  Tak  --  przyznał  Kowal.  --  Możemy więc iść

razem.  Tylko  że  właśnie  coś  mi  się  przypomniało... 

Zanim wyruszyłem w powrotną drogę, pewna wielka 

pani  dała  mi  polecenie.  Wkrótce  przekroczymy 

granicę Krainy Czarów i myślę, że nigdy więcej już jej 

nie odwiedzę. A ty?

--  Ja  na  pewno  wrócę.  Możesz  mi  przekazać

swoją misję.

--  Kazała  mi  powtórzyć  kilka  słów  Królowi.  Czy 

background image

wiesz, gdzie go można spotkać?

-- Wiem. A jakie to są słowa?

-- Pani kazała mu powiedzieć tylko to: Już czas. 

Pozwól mu dokonać wyboru.

-- Rozumiem. Nie kłopocz się tym więcej!

Szli ramię w ramię milcząc, słychać było jedynie 

szelest  liści  pod  ich  stopami.  Dopiero  po  przebyciu 

kilku  mil,  gdy  zbliżali  się  już  do  granicy  Krainy 

Czarów,  mężczyzna  w  zielonym  płaszczu  zatrzymał

się  i  zwracając  twarz  do  Kowala  odrzucił  z  głowy 

kaptur.  Wtedy1  Kowal  go  poznał:  to  był  Alf, 

Terminator,  jak  go  Kowal  dotychczas  w  myślach 

nazywał,  mając  zawsze  w  pamięci  dzień,  gdy  młody 

Alf  stał  przy  stole  obok  Kuchmistrza  trzymając  w 

ręku  lśniący  nóż  do  dzielenia  tortu,  a  oczy  mu  się

iskrzyły w blasku świec. Musiał już teraz być bardzo 

stary,  bo  od  wielu  lat  piastował  godność

Kuchmistrza, lecz tutaj, w cieniu lasu na pograniczu 

Krainy Czarów wyglądał tak młodo jak tamten dawny 

terminator,  tyle  że  bardziej  dostojnie.  Nie  miał

siwych włosów ani zmarszczek na twarzy, a oczy mu 

błyszczały,  jakby  odbijało  się  w  nich  jakieś  jasne 

background image

światło.

--  Chciałbym  z  tobą  porozmawiać,  Kowalu 

Kowalczyku,  zanim  się  znajdziemy  znowu  w  twojej 

wsi -- rzekł.

Kowala zaskoczyła ta propozycja, bo wiele razy 

miał  ochotę  pogadać  z  Alfem,  lecz  nigdy  mu  się  to 

nie  udawało.  Alf  zawsze  pozdrawiał  go  przyjaźnie  i 

patrzał  na  niego  życzliwym  wzrokiem,  zdawał  się

jednak unikać rozmowy sam na sam z nim. Teraz też

patrzał  przyjaźnie,  lecz  niespodziewanie  podniósł

rękę  i  dotknął  Gwiazdy  na  czole  Kowala.  Blask 

zniknął z jego oczu, a Kowal zrozumiał, że przedtem 

odbijały  one  światło  Gwiazdy,  która  bardzo  jasno 

świeciła  i  w  tej  chwili  nagle  przygasła.  Zdumiony 

cofnął się z gniewem.

-- Czy nie sadzasz, Mistrzu  Kowalu, że czas, byś ją

oddał? -- spytał Alf.

--  Co  ci  do  tego,  Kuchmistrzu?  Dlaczego 

miałbym  się  wyrzec  Gwiazdy?  Jest  moja.  Sama  mi 

wpadła w ręce. Czy człowiek nie ma prawa zachować, 

choćby na pamiątkę, tego, co w ten sposób dostał?

-- Ma prawo zatrzymać niektóre rzeczy, jeśli ktoś

background image

mu  je  podarował  na  pamiątkę.  Ale  nie  wszystko do-

stajemy  w  takiej  intencji.  Są  rzeczy,  które  nie  mogą

na  zawsze  pozostać  własnością  jednego  człowieka 

ani też przechodzić w dziedzictwie z ojca na syna. Są

tylko  użyczone  na  pewien  czas.  A  nie  przyszło  ci 

nigdy  do  głowy,  że  ktoś  inny  potrzebuje  także  tej 

Gwiazdy?  Otóż  wiedz,  że  tak  właśnie  jest.  Już  pora, 

żebyś ją oddał.

Kowal  zmieszał  się,  był  bowiem  człowiekiem 

wspaniałomyślnym  i  z  wdzięcznością  wspominał,  ile 

szczęścia przyniosła mu gwiazda.

--  Cóż  więc  powinienem  zrobić?  --  spytał. -- Czy 

mam  ją  zwrócić  jednemu  z  wielkich  mieszkańców 

Krainy Czarów? Może samemu królowi? --  A  gdy to 

mówił, serce zabiło mu żywiej, bo zrodziła się w nim 

nadzieja, że  będzie  trzeba  w  tej  sprawie  raz  jeszcze 

wrócić do Krainy Czarów.

-- Mógłbyś ją oddać mnie -- powiedział Alf -- może 

jednak byłoby to dla ciebie zbyt przykre. Pójdź razem 

ze mną do spiżarni i włóż gwiazdę z powrotem do tej 

samej  szkatułki,  w  której  niegdyś  ją  schował  twój 

dziadek.

background image

-- Mój dziadek? Nic o tym nie wiedziałem.

-- Nikt nie wiedział oprócz mnie. Tylko ja byłem z 

nim wtedy.

--  Może  wiesz  także,  skąd  miał  Gwiazdą  i 

dlaczego ją włożył do szkatułki.

--  Przyniósł  ją  z  Krainy  Czarów,  to  wiesz  bez 

pytania  --  odparł  Alf.  --  Zostawił  ją  w szkatułce z 

nadzieją, że przypadnie kiedyś tobie, jedynemu jego 

wnukowi. Tak mi powiedział, bo myślał, że będę mógł

się postarać o spełnienie jego życzenia. Był to ojciec 

twojej matki. Może ci o nim niewiele opowiadała, bo 

sama  mało  wiedziała.  Nazywano  go  Jeżdźcem,  bo 

lubił podróżować, to też napatrzył się różnych rzeczy 

i  zdobył  mnóstwo  umiejętności,  zanim  osiadł  jako 

Kuchmistrz w waszej wsi. Opuścił ją, gdy miałeś dwa 

lata,  i  nie  znaleziono  na  jego  następcę  lepszego 

kandydata niż ten biedny Kołek. Jednakże z czasem 

ja zostałem Kuchmistrzem, jak sobie planowaliśmy z 

twoim  dziadkiem;  w  tym  roku  będę  musiał  zrobić

znów  Wielki  Tort.  Za  ludzkiej  pamięci  żadnemu 

Kuchmistrzowi  jeszcze  się  to  nie  zdarzyło  dwa  razy 

w  życiu,  ja  jestem  jedynym  wyjątkiem.  Chciałbym 

background image

Gwiazdę włożyć do tortu.

--  Dobrze,  dostaniesz  ją  --  rzekł  Kowal. Spojrzał

na  Alfa  przenikliwie,  jakby  próbował  odgadnąć  jego 

myśli. -- Czy wiesz, kto ją znajdzie?

-- Po co ci to wiedzieć, Mistrzu Kowalu?

-- Proszę cię, powiedz mi,  jeśli wiesz. Będzie mi 

łatwiej  rozstać  się  z  rzeczą,  bardzo  drogą  mojemu 

sercu. Syn mej córki jest jeszcze za ma ły. -- Może ci 

będzie łatwiej, a może nie. Zobaczymy.

Więcej już z sobą nie rozmawiali. Wkrótce potem 

przekroczyli  granicę  Krainy  Czarów  i  nareszcie 

wrócili  do  wsi.  Skierowali  się  wprost  do  świetlicy 

gromadzkiej. Nad ludzkim światem słońce właśnie za-

chodziło  i  okna  domów  lśniły  czerwienią.  Złocone 

rzeź-by na drzwiach świetlicy błyszczały, spod dachu 

wychylały  się  różnokolorowe  dziwaczne  twarze 

gargulców.  Świetlicę  niedawno  odnowiono  i 

odmalowano,  a  przedsięwzięcie  to  wy-wołało  długie 

debaty  w  radzie  gromadzkiej.  Niektórzy  ludzie 

sprzeciwiali  się  tym,  jak  mówili,  nowomodnym 

zbytkom,  lecz  inni,  lepiej  znający  historię  wsi, 

pamiętali, że  był  to  stary  zwyczaj,  i  zgadza-li  się,  że 

background image

warto  do  nie-go  wrócić.  Miało  to  kosztować  sporo 

grosza,  a  ponieważ  Kuchmistrz  ofiarował  się

wszystko  zapłacić  z  własnej  kiesy,  pozwolono  mu 

zrobić  to  według  własnej  woli  i  gustu.  Kowal  nigdy 

jeszcze  nie  widział  odnowionej  świetlicy  w  takim 

oświetleniu,  stanął  więc  przed  nią  olśniony, 

zapominając na chwilę, po co tu przyszedł.

Wreszcie Alf dotknął jego ramienia i poprowadził

go  wokół  budynku  do  małych  bocznych  drzwi, 

otworzył je z klucza i poszli ciemnym korytarzem do 

spiżarni.  Tam  Kuchmistrz  zapalił świecę,  otworzył

szafę  i  z  górnej  półki  zdjął  czarną  skrzynkę.  Była 

teraz 

wypolerowana 

ozdobiona 

srebrnymi 

ornamentami.

Podniósł wieczko i pokazał Kowalowi, co jest w 

środku.  Jedna  mała  przegródka  pozostała  pusta,  we 

wszystkich 

innych 

znajdowały 

się 

korzenne 

przyprawy  o  tak  świeżym,  ostrym  zapachu,  że  oczy 

Kowalowi  zwilgotniały.  Sięgnął  ręką  do  czoła. 

Gwiazda  odkleiła  się  zupełnie  łatwo,  lecz  Kowal 

poczuł nagle przeszywający ból i łzy pociekły mu po 

twarzy.  Chociaż  Gwiazda  świeciła  jasno  na  jego 

background image

dłoni, widział tylko zamazaną olśniewającą plamę, jak 

gdyby bardzo daleką.

--  Nie  widzę  wyraźnie  --  powiedział. -- Wyręcz 

mnie i sam ją włóż do skrzynki. -- Wyciągnął rękę do 

Alfa,  który  wzdął  Gwiazdę  ii  umieścił  w  przegródce, 

gdzie natychmiast zgasła.

Kowal bez słowa odwrócił się i po omacku ruszył

ku  wyjściu.  Za  progiem  stwierdził,  że  znów  widzi 

dobrze.  Był  wieczór,  na  jasnym  firmamencie  w 

pobliżu księżyca błyszczała Gwiazda wieczorna. Gdy 

stał  podziwiając  jej  piękność,  uczuł  na  ramieniu 

dotknięcie czyjejś ręki. Obejrzał się i zobaczył Alfa.

-- Oddałeś mi ją dobrowolnie -- rzekł Alf. -- Jeżeli 

wciąż jeszcze jesteś ciekawy, kto ją dostanie, mogę ci 

to teraz powiedzieć.

-- Proszę, powiedz.

--  Chłopiec,  którego  sam  wskażesz.  Kowal 

zaskoczony nie od razu przemówił.

-- Zastanawiam się -- zaczął wreszcie z wahaniem -- 

czy  ci  się  spodoba  mój  wybór.  Nazwisko  Kołka  z 

wielu  powodów  nie  może  ci  być  miłe,  ale  jego 

prawnuczek Tim z Townsand, który ma uczestniczyć

background image

w biesiadzie Dwudziestu Czterech, nie jest wcale do 

pradziadka podobny.

--  Owszem,  zauważyłem  to  --  odparł  Alf. -- Ma 

rozumną matkę.

--  Tak,  siostrę  mojej  Nell.  Niezależnie  od 

powinowactwa bardzo lubię małego Tima. Co prawda 

nie  jest  to  kandydat,  który  by  się  wszystkim  mógł

wydawać bezspornie najlepszy.

-- Tak samo jak ty w swoim czasie -- powiedział

uśmiechając  się  Alf.  --  Ale  zgadzam  się,  ja także 

wybrałem Tima.

-- Po co więc mnie pytałeś o zdanie?

--  Królowa  tak  sobie  życzyła.  Gdybyś  wskazał

inne dziecko, nie upierałbym się przy swoim.

Kowal długo przyglądał się Alfowi. Nagle ukłonił

mu się nisko.

--  Nareszcie  zrozumiałem!  --  rzekł.  -- Bardzo nas 

zaszczyciłeś, najjaśniejszy panie.

--  Zostałem  za  to  wynagrodzony  --  odparł Alf. -- 

Wracaj teraz spokojny do domu.

Zbliżając  się  do  swojego  domu  na  zachodnim 

skraju  wsi  zobaczył  syna  przed  kuźnią;  Kowalczyk 

background image

właśnie  ją  zamknął  skończywszy  robotę  i  spoglądał

na  białą  drogę,  którą  ojciec  zazwyczaj  wracał  z 

wypraw. Usłyszał kroki i odwrócił się,  zdziwiony, że 

tym razem Kowal nadchodzi od strony wsi. Podbiegł

na  jego  spotkanie,  objął  ramionami  i  przywitał

serdecznie.

--  Od  wczoraj  już  cię  wypatruję,  tatusiu! -- 

powiedział. Potem spojrzawszy uważnie w twarz ojca 

dodał z niepokojem.

-- Wydajesz się bardzo zmęczony. Pewno idziesz 

z daleka?

-- Z bardzo daleka, synu. Przeszedłem całą drogę

od świtu do wieczora.

Razem  weszli  do  domu,    gdzie  ciemną  izbę

rozjaśniało  tylko  migotanie  ognia  na  kominku.  Syn 

zapalił świece i przez długą chwilę  siedzieli  milcząc, 

bo Kowala przytłaczało ogromne zmęczenie i smutek 

wielkiej straty. W końcu podniósł głowę, rozejrzał się

w koło jak przebudzony ze snu i spytał.

--  Nikogo  prócz  nas  dwóch  nie  ma?  Syn 

popatrzał na niego uważnie.

--  Nie  pamiętasz?  Matka  poszła  do  Podlesia 

background image

Mniejszego,  do  Nań.  Mały  Tom  święci  dzisiaj  swoje 

drugie urodziny. Spodziewali się, że weźmiesz w nich 

udział.

--  Ach,  tak.  Powinienem  wziąć  udział  i  na  pewno 

bym to zrobił, lecz spóźniłem się, bo zatrzymały mnie 

ważne sprawy; tak miałem nimi zaprzątniętą głowę, że 

chwilowo  nie  mogłem  myśleć  o  niczym  innym.  Ale 

nie zapomniałem o małym Tomciu i jego urodzinach. 

Przyniosłem dla niego prezent. Stary Kołek nazwałby 

to zapewne cackiem, ale to cacko pochodzi z Krainy 

Czarów.

Wyjął  z  sakiewki  mały  srebrny  przedmiot.  Na 

łodydze  miniaturowej  lilii  trzy  delikatne  kwiaty 

zwisały  niby  dzwoneczki.  Były  to  naprawdę

dzwoneczki.  Kowal  trącił  leciutko  łodygę  i  kwiatki 

zadźwięczały  piękną,  czystą  melodyjką.  Płomyki 

świec  od  tej  muzyki  zatrzepotały  i  na  mgnienie  oka 

rozbłysły białym światłem.

Źrenice Neda rozszerzyły się z podziwu.

-- Czy mogę przyjrzeć się temu z bliska? -- spytał. 

Ostrożnie  wziął  w  palce  srebrną  lilijkę  i  zajrzał  w 

kielichy  kwiatów.  --  Cudowna  robota!  A co 

background image

najdziwniejsze,  te  dzwonki  pachną,  ich  zapach 

przypomina  mi...  przypomina...  coś,  o  czym 

zapomniałem...

--  Tak.  Ilekroć  dzwonki  zagrają,  w  chwilę  potem 

wydobywa  się  z  nich  zapach.  Nie  bój  się,  Ned, 

możesz 

tego 

drobiazgu 

śmiało 

dotykać. 

Przeznaczony  jest  do  zabawy  dla  dziecka:  niełatwo 

go uszkodzić i nie zrobi też szkody maleństwu.

Włożył  zabawkę  z  powrotem  do  sakiewki  i 

schował do kieszeni.

-- Jutro zaniosę ten prezent do Podlesia Mniejsze-

go  --  oznajmił.  --  Mam  nadzieję,  że  Nań,  Tom i Nell 

wybaczą  mi  spóźnienie.  Zresztą  Tom  jeszcze  nie 

umie liczyć dni... ani tygodni, miesięcy czy lat.

-- Racja, tatusiu. Chętnie bym poszedł z tobą, ale 

nieprędko  będę  mógł  się  tam  wybrać.  Dzisiaj,  nawet 

gdybym  nie  czekał  na  ciebie,  w  żaden  sposób  nie 

mogłem towarzyszyć matce. Mam pełne ręce roboty, 

a wciąż napływają nowe zamówienia.

--  Nie,  nie,  Kowalczyku,  pozwól  sobie  na  małe 

święto!  Wprawdzie  jestem  już  dziadkiem,  ale  sił  mi 

jeszcze nie brakuje. Poradzimy sobie z robotą. Odtąd 

background image

będą w kuźni dwie pary rąk do pracy i to przez sześć

dni w tygodniu. Nie wybiorę się już więcej w podróż. 

Ned,  mam  na  myśli  moje  dalekie  wędrówki, 

rozumiesz, synu?

--  A  więc  wszystko  się  zmieniło,  tatusiu?  Od 

pierwszej  chwili  zadaję  sobie  pytanie,  gdzie  się

podziała twoja Gwiazda. To wielka strata. -- Uścisnął

rękę  ojca.  --  Martwię  się  ze  względu  na  ciebie, ale 

rodzina pewnie na tej zmianie skorzysta. Czy wiesz, 

Mistrzu, że chciałbym wiele się nauczyć od ciebie? I 

to nie tylko obróbki żelaza!

Zjedli  razem  kolację  i  długo  potem  siedzieli 

jeszcze  przy  stole,  bo  Kowal  opowiadał  synowi  o 

swojej ostatniej podróży do Krainy Czarów i o wielu 

sprawach,  które  go  zaprzątały.  Ale  o  wyborze 

następnego  nosiciela  Gwiazdy  nie  wspomniał  ani 

słowem.

Wreszcie syn patrząc w twarz ojca rzekł:

--  Czy  pamiętasz,  ojcze,  dzień,  gdy  wróciłeś  z 

kwiatem  we  włosach?  Spojrzałem  wówczas  na  twój 

cień i powiedziałem, że wyglądasz jak olbrzym. Cień

mówił prawdę. A więc tańczyłeś z Królową we własnej 

background image

osobie!  I  mimo  to  wyrzekłeś  się  Gwiazdy.  Mam 

nadzieję, że dostanie się komuś, kto jest jej wart. Ten 

ktoś powinien ci być wdzięczny.

--  Chłopczyk  nic  o  tym  nie  będzie  wiedział -- od-

parł Kowal. -- Tak to już jest z  darami  tego rodzaju. 

No,  stało  się,  oddałem  Gwiazdę  następcy,  a  sam 

wracam do młota i kowadła.

Dziwna  rzecz,  ale  stary  Kołek,  który  wykpił

terminatora,  nigdy  nie  przestał łamać  sobie  głowy 

nad  zagadką  zniknięcia  srebrnej  Gwiazdy  z  tortu, 

chociaż od tego zdarzenia upłynęło wiele lat. Roztył

się  i  rozleniwił;  opuścił  stanowisko  Kuchmistrza 

mając  sześćdziesiąt  lat,  co  we  wsi  nie  uchodziło  za 

wiek podeszły. Teraz zbliżał się do dziewięćdziesiątki 

i  był  potwornie  gruby,  bo  jadł  bez  umiaru  i  w 

dalszym  ciągu  przepadał  za  słodyczami.  Jeżeli  nie 

siedział przy stole, spędzał dni w wielkim fotelu przy 

oknie  albo,  gdy  pogoda  sprzyjała,  przed  domem. 

Lubił  mówić,  bo  o  wielu  sprawach  był,  jak  sadził, 

lepiej  od  innych  po-informowany,  lecz  ostatnio 

najczęściej  gadał  o  tym  jedynym  Wielkim  Torcie, 

który  --  jak  z  czasem  uwierzył  --  był jego własnym 

background image

arcydziełem  i  który  wciąż  mu  się śnił.  Terminator 

czasem przechodząc zatrzymywał się, żeby zamienić

ze staruszkiem kilka słów. Stary Kołek wciąż bowiem 

nazywał  Alfa  Terminatorem,  a  siebie  kazał  nazywać

Kuchmistrzem. Terminator nigdy mu tego tytułu nie 

odmawiał,  czym  zjednywał  sobie  pewne  względy 

staruszka,  choć  nie  należał  na  pewno  do  jego 

ulubieńców.

Któregoś  dnia  Kołek  po  obiedzie  drzemał  w 

fotelu przed drzwiami domu. Ocknął się gwałtownie i 

zobaczył  Terminatora  stojącego  obok  i  patrzącego 

na nie-go z góry.

-- O, to ty! -- powiedział Kołek. -- Cieszę się, że cię

widzę, bo ten tort nie daje mi spokoju. Właśnie o nim 

myślałem. Najlepszy z tortów, jaki w życiu zrobiłem, a 

to coś znaczy! Ale ty go może już nie pamiętasz?

--  Pamiętam  doskonale,  Mistrzu.  To  był  dobry 

tort, wszyscy go jedli ze smakiem i chwalili.

--  Oczywiście!  To  było  moje  dzieło.  Co  do  tego 

nie  mam  żadnych  wątpliwości.  Ale  nie  mogę

zrozumieć,  co  się  stało  z  tym  cackiem,  wiesz,  z  tą

gwiazdką. Nie mogła przecież rozpłynąć się bez śladu. 

background image

Powiedziałem  tak  wówczas  tylko  po  to,  żeby  się

dzieci nie przelękły. Myślałem, że może któreś z nich 

ją  połknęło.  Ale  czy  to  prawdopodobne?  Można 

łyknąć  drobny  pieniążek  nic  o  tym  nie  wiedząc,  ale 

gwiazdę? Była maleńka, miała jednak ramiona ostro 

zakończone.

--  Tak,  Mistrzu.  Ale  nie  wiesz  właściwie,  z  czego 

była zrobiona, prawda? Przestań sobie głowę suszyć

tymi  pytaniami.  Zapewniam  cię,  że  Gwiazdkę  ktoś

połknął.

--  Ale  kto?  Mam  długą  pamięć,  a  tamten  dzień

utkwił  w  niej  bardzo  mocno,  mogę  wyliczyć  imiona 

wszystkich  dzieci,  które  brały  udział  w  festynie. Za-

raz,  niech  się  zastanowię...  Tak,  na  pewno  Molly 

młynarzówna!  Była  okropnie  łapczywa  i  łykała 

jedzenie  nie  przeżuwając.  Teraz  jest  gruba  jak  wór 

mąki.

--  Rzeczywiście  niektóre  osoby  mają  skłonność

do  tycia,  Mistrzu.  Molly  jednak  nie  jadła  zbyt 

pośpiesznie  tortu,  znalazła  przecież  w  swojej  porcji 

aż dwie niespodzianki.

--  Czyżby?  W  takim  razie  musiał  to  być  Harry, 

background image

syn  bednarza,  chłopak  gruby  jak  beczka,  usta  miał

szerokie niczym żaba.

--  Ja  go  pamiętam,  Mistrzu,  jako  miłego 

chłopczyka  z  szerokim,  serdecznym  uśmiechem. 

Harry szukał w torcie niespodzianki tak  gorliwie,  że 

cała  porcję  rozdrobnił  na  talerzu,  lecz  niczego  nie 

znalazł.

-- A więc ta mała, blada dziewczynka, Lii, córka 

sukiennika.  W  niemowlęctwie  połykała  szpilki  bez 

szkody dla zdrowia.

-- Nie. Mistrzu, Liii zjadła tylko lukier i wierzchnią

warstwę  tortu,  a  resztę  oddała  chłopcu  siedzącemu 

obok niej.

-- No więc rezygnuję ze zgadywania. Któż to mógł

być?  Ty,  jak  się  zdaje,  pilnie  wszystkich 

obserwowałeś. Czy nie zmyśliłeś tych szczegółów?

-- Syn Kowala, Mistrzu. I przyniosło mu to wiele 

szczęścia.

--  Gadaj  zdrów!  --  zaśmiał  się  stary Kołek. -- 

Powinienem  bym  się  od  razu  połapać,  że  próbujesz 

mnie  nabrać.  Co  za  bzdura!  Kowal  był  wtedy 

spokojnym,  tępym  chłopcem.  Teraz  jest  bardziej 

background image

hałaśliwy,  podobno  lubi  śpiewać,  ale  zawsze  się

wyróżniał  ostrożnością.  Ten  by  niczego  nie 

zaryzykował.  Każdy  kęs  dziesięć  razy  obraca  w 

ustach,  zanim  połknie,  od  maleńkości  był  taki.  Czy 

się dość jasno wyrażam?

--  Najzupełniej,  Mistrzu.  Jeśli  nie  wierzysz,  że 

Gwiazdę połknął Kowal, nic na to nie mogę poradzić. 

Zresztą  dzisiaj  cała  historia  nie  ma  już  znaczenia. 

Może  przestaniesz  się  dręczyć,  gdy  ci  powiem,  że 

Gwiazdka  jest  już  z  powrotem  na  swoim  miejscu  w 

szkatułce. Proszę, spójrz!

Terminator miał na sobie ciemnozielony płaszcz, 

w  którym  Kołek  widział  go  po  raz  pierwszy. 

Spomiędzy  fałd  tego  płaszcza  wyciągnął  czarną

skrzyneczkę i otworzył ją tuż pod nosem staruszka.

-- Przekonaj się, Mistrzu, Gwiazdka leży w kąciku, 

we własnej przegródce.

Stary  zaniósł  się  kaszlem,  potem  kichnął  kilka 

razy, lecz w końcu popatrzył na szkatułkę.

--  Rzeczywiście!  --  przyznał.  --  Chyba  że to inna 

gwiazdka podobna jak dwie krople wody do tamtej.

--  Ta  sama,  Mistrzu.  Wiem,  bo  ja  przed  kilku 

background image

dniami  własną  ręką  włożyłem  do  szkatułki.  Tej  zimy 

podczas  festynu  znowu  się  znajdzie  w  Wielkim 

Torcie.

-- Aha! -- rzekł szyderczo Kołek i zatrząsł się cały 

jak  galareta  od  złośliwego  śmiechu.  -- Rozumiem, 

rozumiem!  Dwadzieścia  czworo  dzieci,  dwadzieścia 

cztery cacka, a Gwiazdka miała być dwudziesta piąta 

na  dokładkę.  Ale  tyś  ją  przed  wsadzeniem  do  pieca 

świsnął i zachował na następną okazję.  Zawsze  byłeś

przebiegły. I zręczny do różnych sztuczek. Przy tym 

skąpy,  nie  zmarnowałbyś  ani  odrobinki  masła.  Ha, 

ha,  ha!  A  więc  tak  się  to  stało.  Mogłem  był  się

wcześniej  domyślić.  Zagadka  nareszcie  rozwiązana, 

mogę  teraz  spać  spokojnie.  --  Kołek  rozparł się

głębiej  w  fotelu.  --  Uważaj,  żeby  twój  Terminator nie 

spłatał ci takiego samego figla! Nawet chytrusa ktoś

może przechytrzyć, jak powiadają. -- I zamknął oczy.

--  Do  widzenia,  Mistrzu  --  rzekł Terminator 

zatrzaskując  szkatułkę  tak  hałaśliwie,  że  Kołek 

otworzył  oczy.  --  Wszystko  zawsze  wiesz najlepiej, 

toteż  tylko  dwa  razy  ośmieliłem  się  udzielić  ci 

ważnych  informacji.  Powiedziałem  ci  kiedyś,  że 

background image

Gwiazdka  pochodzi  z  Krainy  Czarów,  a  dzisiaj  -- że 

dostała  się  Kowalowi.  Wyśmiałeś  mnie.  Na 

pożegnanie  powiem  ci  jednak  coś  jeszcze.  Tym 

razem  nie  będziesz  się śmiał.  Jesteś  starym 

zarozumiałym  nicponiem,  spasionym,  szczwanym 

leniem. To ja za ciebie wykonywałem całą robotę. Nie 

podziękowałeś mi nigdy, chociaż starałeś się nauczyć

ode  mnie  wielu  rzeczy,  z  wyjątkiem  szacunku  dla 

czarów  i  zasad  uprzejmości.  Nie  masz  jej  na  tyle, 

żeby mi powiedzieć grzecznie “do widzenia".

--  Jeśli  chodzi  o  grzeczność  --  odparł  Kołek -- to 

dziwię  się,  że  pozwala  ci  ona  znieważać  starsze  i 

lepsze  niż  ty  osoby.  Zabierz  swoje  czary  i  bzdury 

gdzie indziej. A jeżeli czekasz na słówko pożegnania, 

to,  proszę  bardzo,  kłaniam  się,  ale  zjeżdżaj  stad 

nareszcie.  --  Kpiąco  pomachał  mu  na pożegnanie 

ręką.  --  Może  masz  w  swojej  kuchni ukrytych 

przyjaciół z Krainy Czarów? Przyślij mi tu jednego z 

nich,  chętnie  go  obejrzę,  a  jeśli  skinieniem  różdżki 

przywróci mi smukłą figurę, nabiorę o nim lepszego 

mniemania! -- Zaśmiał się ironicznie.

--  Czy  zgodziłbyś  się  poświęcić  chwilkę  Królowi 

background image

Krainy  Czarów?  --  spytał  tamten.  Ku zdumieniu 

Kołka,  urósł  wymawiając  te  słowa.  Zrzucił  płaszcz  i 

ukazał  się  w  odświętnym  stroju  kuchmistrza,  lecz 

biały fartuch, kurtka i czapka migotały i błyszczały, a 

na  czole  jaśniał  klejnot  w  kształcie  promiennej 

Gwiazdy. Twarz miał młodą, lecz surową.

-- Stary człowieku -- rzekł -- na pewno nie jesteś

ode  mnie  starszy.  Nie  sądzę  też,  żebyś  był  lepszy. 

Nieraz szydziłeś ze mnie za moimi plecami. Czy dziś

otwarcie  rzucasz  mi  wyzwanie?  --  Postąpił krok 

naprzód, a Kołek skulił się i zadrżał; chciał krzyknąć, 

zawołać  kogoś  na  ratunek,  lecz  nie  mógł  wydobyć

głosu z gardła.

-- Panie! -- wycharczał z trudem. -- Nie rób mi nic  

złego!      Jestem    biednym    starym    człowiekiem! 

Twarz króla złagodniała.

--  Niestety!  Mówisz  prawdę.  Nie  bój  się,  bądź

spokojny. Wypada jednak, żeby Król Krainy Czarów 

coś  dla  ciebie  uczynił,  zanim  odejdzie,  spełnię  więc 

twoje życzenie. Żegnaj! I zaśnij teraz.

Owinął się znów płaszczem i odszedł w kierunku 

świetlicy,  lecz  nim  zniknął  z  pola  widzenia,  stary 

background image

kucharz zamknął wytrzeszczone ze zdumienia oczy i 

zachrapał.

Kiedy się zbudził, słońce już zachodziło. Przetarł

oczy  i  lekki  dreszcz  przebiegł  mu  po  skórze,  bo 

jesienny wieczór był chłodny.

--  Uf!  Co  za  sen  --  westchnął.  -- Zaszkodziła mi 

widać ta wieprzowina, którą jadłem na obiad.

Od  tego  dnia  stary  Kołek  ze  strachu  przed 

koszmarami  sennymi  przestał  się  objadać  i 

poprzestawał  na  skromnych  i  prostych  potrawach. 

Wkrótce dzięki temu schudł tak,  że nie tylko odzież, 

ale też skóra zwisała na nim marszcząc się i fałdując. 

Dzieci  przezwały  go  “kościanym  dziadkiem".  Po 

jakimś  czasie  zauważył,  że  może  znów  poruszać  się

swobodnie i chodzić po całej wsi bez innej pomocy 

niż laska w ręku. Przeżył o wiele lat dłużej, niż gdyby 

pozostał grubasem. Podobno dociągnął do setki i był

to  jedyny  w  jego  historii  sukces  godny  ludzkiej 

pamięci. Do ostatka opowiadał każdemu, kto zechciał

go słuchać, o swoim sennym przywidzeniu.

--  Okropny  sen,  można  by  powiedzieć,  ale,  jeśli 

się zastanowić, po prostu głupi. Król Krainy Czarów! 

background image

A  nie  miał  nawet  różdżki  w  ręku!  Każdy  by  schudł, 

gdyby  przestał  dużo  jeść.  Zdarzenie  zupełnie 

zwyczajne, całkiem logiczne. Nie ma w tym żadnych 

czarów.

Nadszedł  termin  Festynu  Dwudziestu  Czterech. 

Kowal uczestniczył w nim zabawiając gości śpiewem, 

a jego żona pomagała opiekować się dziećmi. Kowal 

przyglądał im się, gdy śpiewały i tańczyły; stwierdził, 

że  są  piękniejsze  i  weselsze  niż  dzieci  z  jego 

pokolenia  i  przemknęła  mu  przez  głowę  myśl,  że 

warto  by  się  dowiedzieć,  czym  się  zajmował  Alf  w 

wolnych od kucharzenia chwilach.  Wszystkie  dzieci 

wydawały  się  godne  Gwiazdy.  Najdłużej  jednak 

zatrzymał  Kowal  wzrok  na  małym  Timie;  był  to 

chłopczyk  dość  pulchny,  do  tańca  niezbyt  zgrabny, 

za to głos jego brzmiał bardzo ładnie. Przy stole Tim 

siedział  cichutko  i  uważnie  przyglądał  się  ostrzeniu 

noża  i  krajaniu  Wielkiego  Tortu.  W  pewnej  chwili 

odezwał się niespodziewanie:

--  Panie  Kuchmistrzu  kochany,  proszę  dla  mnie 

ukroić tylko mały plasterek, bo okropnie dużo rzeczy 

zjadłem i nic więcej już mi się nie zmieści.

background image

--  Dobrze,  Tim  --  powiedział  Alf.  -- Ukroję dla 

ciebie  specjalną  porcyjkę.  Mam  nadzieję,  że  ją

przełkniesz gładko.

Kowal patrzał na Tima, gdy ten jadł tort powoli, 

lecz z widoczną przyjemnością; chłopczyk zdawał się

trochę zawiedziony, bo nie znalazł w torcie pieniążka 

ani  żadnej  innej  niespodzianki.  Potem  oczy  mu 

rozbłysły,  poweselał,  zaczął  się śmiać  i  śpiewać  z 

cicha  sam  do  siebie.  Wreszcie  wstał  i  zatańczył  z 

niezwykłym  wdziękiem,  którego  jeszcze  przed  kilku 

minuta-mi  wcale  w  jego  ruchach  nie  było.  Dzieci 

śmiały się i oklaskiwały tancerza.

Wszystko  w  porządku  --  pomyślał Kowal. -- 

Jesteś  więc  moim  dziedzicem,  Timie.  Ciekawe,  w ja-

kie dziwne miejsce zaprowadzi cię Gwiazda. Biedny 

stary Kołek! Pewno nigdy się nie dowie, jaki skandal 

wydarzył się w jego własnej rodzinie!

Kołek  rzeczywiście  nigdy  się  nie  dowiedział. 

Jednakże  podczas  festynu  stało  się  coś,  co  go 

ogromnie  ucieszyło.  Przed  zakończeniem  zabawy 

Kuchmistrz  pożegnał  się  z  dziećmi  i  z  dorosłymi, 

którzy się tam zebrali.

background image

--  Chcę  was  dzisiaj  pożegnać  --  oznajmił -- bo 

jutro  albo  pojutrze  opuszczę  waszą  wieś.  Mój  uczeń

Grajek  umie  już  dość,  żeby  przejąć  funkcje 

kucharskie. Zna doskonale rzemiosło i pochodzi, jak 

wam wiadomo, z waszej wsi. Co do mnie, wracam w 

swoje strony. Myślę, że nie odczujecie zbytnio mojej 

nie-obecności.

Dzieci  żegnały  go  wesoło  i  dziękowały  miłe  za 

prze-pyszny  tort.  Tylko  mały  Tim  ujął  go  za  rękę

mówiąc z cicha:

-- Bardzo żałuję...

Rzeczywiście  kilka  rodzin  we  wsi  przez  pewien 

czas żałowało, że Alfa nie ma już wśród nich. Garstka 

jego  przyjaciół,  a  w  szczególności  Kowal  i  Grajek, 

zasmuceni  rozstaniem  postanowili  uczcić  pamięć

Alfa,  konserwując  złocenia  i  malowidła  w  świetlicy. 

Ale większość mieszkańców wsi była zadowolona. Alf 

pełnił  funkcje  Kuchmistrza  bardzo  długo,  więc 

chętnie przyjęto zmianę. A stary Kołek stukając laską

o podłogę oświadczył bez ogródek:

-- Wyniósł się nareszcie! Bardzo mnie to cieszy. 

Nigdy go nie lubiłem. Był chytry. Można powiedzieć, 

background image

zanadto zmyślny.