background image

J.R.R. TOLKIEN

Rudy DŜil i Jego Pies

(Farmer Giles of Ham)

Kowal z Podlesia Większego

(Smith of Wotton Mayor)

(PrzełoŜyła Maria Skibniewska)

background image

Rudy DŜil I Jego Pies

Aegidi i Ahenobarbi

Julii Agricole de Hammo

Domini de Domito

Aule Draconarie Comitis

Regni Minimi Regis et Basilei

mira facinora et mirabilis exortus

czyli w języku pospolitym

background image

WywyŜszenie i cudowne przygody

Rudobrodego DŜila,

gospodarza z Ham,

Pana oswojonego smoka,

Króla Małego Królestwa

Farmer Glles of Ham

background image

PRZEDMOWA

O dziejach Małego Królestwa niewiele nam 

wiadomo, przypadkiem jednak zachowała się historia 

jego powstania; ściślej mówiąc, nie tyle historia, ile 

legenda, bo jest to opowieść niewątpliwie znacznie 

źniej sklecona, pełna dziwów zaczerpniętych nie z 

suchych kronik, lecz z ludowych pieśni, na które teŜ 

często się powołuje. Dla jej autora wydarzenia, o 

których opowiada, są juŜ zamierzchłą przeszłością

wydaje się wszakŜe, iŜ zamieszkiwał na obszarze 

naleŜącym niegdyś do Małego Królestwa. 

Najoczywiściej dość słaby w geografii, zdradza pewną 

znajomość tej okolicy, podczas gdy o krainach 

połoŜonych nieco dalej na północ i zachód nie ma po 

prostu pojęcia.

Wydało mi się warte trudu przetłumaczenie tej 

background image

nie-zwykłej historii z nader wyspiarskiej łaciny na 

język bardziej nowoczesny, poniewaŜ rzuca ona 

pewne światło na ciemny okres dziejów Brytanii, nie 

mówiąc juŜ o tym, Ŝe wyjaśnia nam pochodzenie 

niektórych dziwacznych nazw geograficznych. Wielu 

czytelników pewnie zgodzi się teŜ ze mnąŜ

charakter i przygody bohatera są rzeczywiście 

interesujące.

Granice Małego Królestwa — zarówno w czasie, 

jak w przestrzeni — trudno wyznaczyć na podstawie 

skąpych danych, jakie posiadamy. Od dnia gdy 

Brutus wylądował  na  wybrzeŜach  Brytanii,   

powstało   tutaj i upadło niejedno królestwo. Podział 

kraju między Locrina, Cambera i Albanaka był tylko 

pierwszym z wielu róŜnych i nietrwałych podziałów. 

Z jednej strony kaŜdy zaścianek przywiązany był do 

swojej niezaleŜności, z drugiej — królowie Ŝądni 

powiększenia swoich państw, toteŜ wieki upływały na 

przemian wśród wojen i pokoju, radości i smutku, jak 

wiadomo nam dzięki kronikarzom króla Artura. Były 

to czasy zmiennych granic, gdy ludzie szybko 

wspinali się na szczyty i jeszcze szybciej z nich 

background image

spadali, pieśniarzom zaś nie brakowało ani tematów, 

ani chętnych słuchaczy. W tej właśnie epoce, zapewne 

między  panowaniem króla Coela a pojawieniem się 

króla Artura i powstaniem Siedmiu Królestw, 

rozgrywały się opowiedziane w naszej historii  

wypadki.  Widownią ich  była  dolina  Tamizy i 

ciągnąca się na północo-zachód od niej kraina aŜ po 

góry Walii.

Stolica Małego Królestwa, podobnie jak 

dzisiejszej Anglii, znajdowała się w południowo-

wschodniej części kraju, lecz jego granic dokładnie 

nie znamy. Prawdopodobnie nie sięgały zbyt daleko w 

górą Tamizy na zachodzie   ani   teŜ   dalej   niŜ   do   

Otmoor   na   północy; o   wschodniej  granicy  

jeszcze   mniej   nam  wiadomo. Z pewnych wzmianek 

w legendzie o synu DŜila, Georgiuszu, oraz jego 

giermku, Suovetauriliuszu, wolno domyślać sięŜe za 

ich czasów Małe Królestwo utrzymywało wysuniętą 

placówkę w Farthingho. Nie naleŜy to jednak do 

naszej historii, którą przedstawimy wam bez, 

poprawek i bez komentarzy; pozwolimy  sobie  tylko 

uprościć szumny tytuł łacińskiego oryginału na 

background image

brzmiący skromniej:

RUDY DśIL I JEGO PIES

 

background image

AEGIDIUS DE HAMMO mieszkał w samym 

sercu wyspy Brytanii. Pełne jego nazwisko brzmiało: 

Aegidius Ahenobarbus Julius Agricola de Hammo. 

Nie skąpiono bowiem ludziom imion i przydomków w 

owych dniach, bardzo od naszych odległych, kiedy 

wyspa Ŝyła jeszcze szczęśliwie, podzielona na wiele 

królestw. Czasu było wtedy więcej, a ludzi mniej, 

toteŜ kaŜdy prawie czymś się spośród innych 

wyróŜniał. Epoka ta jednak przeminęła bez śladu i 

dzisiaj stosowniej będzie przedstawić bohatera naszej 

historii krótko i po prostu: nazywał się DŜil, 

gospodarował w Ham i miał rudą brodę. Ham było 

skromną wioską, ale jak wszystkie wioski w tamtych 

czasach — dumną i niezaleŜną.

DŜil miał psa. Pies wabił się Garm. Psy musiały 

zadowalać się krótkimi imionami w potocznej mowie, 

uczona łacina stanowiła wyłączny przywilej rodu 

ludźkiego. Garm zresztą nie znał nawet psiej łaciny, 

chociaŜ pospolitym językiem władał biegle (jak 

większości ówczesnych psów) i umiał lŜyć

przechwalać się oraz pochlebiać.  LŜył mianowicie  

background image

Ŝebraków i  włóczęgów przechwalał się wobec innych 

psów, a schlebiał swojemu panu. Był z niego zarazem 

dumny i bał się go bardzo, poniewaŜ DŜil i wymyślać

i chełpić się umiał jeszcze lepiej od psa.

Ani  pośpiech,   ani  hałaśliwa  krzątanina   nie   

były w tamtych czasach w zwyczaju. Co prawda 

pośpiech i hałas niewiele mają wspólnego z 

prawdziwą robotą. Spokojnie więc i po cichu ludzie 

robili, co do nich naleŜało, i nie mogli uskarŜać się ani 

na brak pracy, na brak pogawędek. Mieli o czym 

pogadać, bo działo się często ciekawe i waŜne rzeczy. 

Ale początek naszej opowieści przypada na taki 

moment, gdy w Ham juŜ od dawna nie zdarzyło się 

nic naprawdę waŜnego. DŜilowi to jak najbardziej 

dogadzało, był bowiem człowiekiem trochę ocięŜałym, 

nie lubił zmieniać zwyczajów i pochłaniały go 

całkowicie sprawy osobiste. Miał jak powiadał — 

pełne ręce roboty, Ŝeby nie wpuścił biedy przez próg,  

innymi słowy,  Ŝeby jadać równe tłusto i Ŝyć tak 

dostatnio, jak przed nim Ŝył jego ojciec Pies mu w 

tym dopomagał. Ani pan, ani pies nie musieli wiele o 

Szerokim Świecie istniejącym poza gospodarstwem 

background image

DŜila,  wioską Ham i najbliŜszym  jarmaikiem.

Mimo to Szeroki Świat istniał.  Niezbyt  daleko 

od Ham rozpościerała się puszcza, a za nią na zachód 

i na północ ciągnęły się Dzikie Wzgórza, podejrzane 

trzęsawiska i góry. śyły tam róŜne dziwne stwory, 

między innymi olbrzymy, grubiańskie i nieokrzesane 

plemię, z  którym  bywały  niekiedy  kłopoty.  Jeden  

olbrzym szczególnie   wyróŜniał   się   wśród   swoich   

współbraci i wzrostem, i głupotą. Nie znalazłem 

nigdzie w kronikach   jego imienia, ale nie o imię 

przecieŜ chodzi. Był ogromny, za laskę słuŜyło mu 

spore wyrwane drzewo, a chód miał niezwykle cięŜki. 

Las rozgarniał jak trawę, niszczył gościńce i pustoszył 

ogrody, bo wielkimi stopami Ŝłobił ślady głębokie 

niczym studnie.    JeŜeli potknął się o jakiś dom — nie 

zostawiał z niego kamienia na kamieniu. A potykał   

się   dość często i wyrządzał      mnóstwo szkód, 

gdziekolwiek     przechodził,   bo   głową sięgał ponad 

dachy, nogi zaś stawiał na chybił trafił. Wzrok  miał   

krótki  i  słuch  przytępiony.   Szczęściem mieszkał 

daleko, w głębi dzikich krain, i rzadko odwiedzał 

okolice przez ludzi zamieszkane, a w kaŜdym razie 

background image

bardzo rzadko umyślnie tam się wybierał. W górach 

miał dom ogromny i na pół rozwalony, lecz przyjaciół 

niewielu, bo zraŜał wszystkich swoją głupotą i 

głuchotą, a zresztą olbrzymów było juŜ wtedy mało 

na świecie. Przechadzał się zazwyczaj samotnie po 

Dzikich Wzgórzach i po pustkowiach ciągnących się u 

stóp gór.

Pewnego pięknego dnia latem olbrzym wybrał 

się na przechadzkę i wałęsał się bez celu po lasach, 

łamiąc i niszcząc drzewa. Nagle spostrzegł, Ŝe słońce 

zachodzi, i pomyślał, Ŝe pora wracać na kolację

Niestety stwierdził teŜŜe zawędrował w nieznane 

okolice i zabłądził na bezdroŜa. Na los szczęścia 

wybrał więc kierunek, jak się okazało wcale 

niewłaściwy, i szedł przed siebie, póki nie zapadły 

ciemności. Wtedy usiadł i czekał, aŜ księŜyc wzejdzie. 

W jego blasku ruszył znów naprzód, maszerując co sił 

w nogach, bo było mu bardzo juŜ pilno do domu. 

Zostawił na piecu swój najlepszy miedziany rondel i 

strach go zdjął, Ŝe się dno przepali. Szedł jednak 

wciąŜ odwrócony plecami od gór i juŜ był w kraju 

zamieszkanym przez ludzi,  a nawet zbliŜył się  do 

background image

zagrody Aegidiusa  Ahenobarbusa  Juliusa  Agricoli   

i  do  wsi, którą powszechnie zwano Ham.

Noc była piękna. Krowy pasły się na łąkach, a 

pies DŜila wymknął się samowolnie na przechadzkę

Bardzo lubił księŜycowe noce i polowanie na króliki. 

Oczywiście nie wiedział o tym, Ŝe tego samego 

wieczora równieŜ olbrzym wybrał się na spacer. 

Gdyby o tym wiedział, miałby doskonałą wymówkę

Ŝeby wybiec z domu nie pytając o pozwolenie, lecz 

pewnie wolałby przywarować cicho w kuchni. Około 

drugiej po północy olbrzym wtargnął na pola 

Aegidiusa, łamiąc płoty, tratując zboŜa i depczą

trawę na kośnych łąkach. Król polując na lisa z całym

dworem nie zrobiłby przez pięć dni tyle szkody, ile jej 

wyrządził głupi olbrzym w ciągu paru minut. Garm 

usłyszał dudnienie jakby cięŜkich kroków,  dolatujące 

znad rzeki, obiegł więc od zachodu pagórek, na 

którym stał dom jego pana, Ŝeby zbadać, co się święci. 

Niespodzianie ujrzał olbrzyma, który właśnie jednym 

susem przesadził rzekę i nadepnąwszy na Galateę

najulubieńszą krowę DŜila, zgniótł nieboraczkę na 

miazgę tak łatwo, jak chłop gniecie w palcach 

background image

karalucha.

Teraz juŜ Garm wiedział dość, a nawet za wiele. 

Szczeknął z przeraŜenia i skoczył z powrotem ku 

domowi. Nie myślał nawet o tym, Ŝe wyniknął się na 

pole samowolnie, stanął pod oknem sypialni 

gospodarzy ujadając i skowycząc. Długą chwilę we 

wnętrzu domu  trwała  cisza.   Gospodarze mieli 

twardy sen.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — wrzeszczał Garm.

Okno otwarło się znienacka i  wyfrunęła z niego 

dobrze wycelowana butelka.

— Ouuuu! — jęknął pies, z wielką wprawą 

uskakując na bok. — Ratuj, ratuj, ratuj! DŜil 

wreszcie wytknął z okna głowę.

— Do licha z tym psiskiem! Co ty tam 

wyrabiasz? — spytał.

— Nic — odparł pies.

— Ładne nic! Poczekaj do rana, a zobaczysz, jak 

ci za to nic skórę złoję! — rzekł gospodarz zamykają

okno z trzaskiem.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — wrzasnął pies.

Głowa gospodarza znowu pokazała się w oknie.

background image

— JeŜeli piśniesz choć raz jeszcze, zatłukę cię

słowo daję! — powiedział. — Co ci się stało, durniu?

— Nic — odparł pies. — Mnie nic, ale tobie... 

bardzo wiele.

— Co to ma znaczyć? — spytał DŜil i ze 

zdumienia aŜ zapomniał o złości. Nigdy jeszcze Garm 

nie odpowiedział mu tak zuchwale.

— Olbrzym chodzi po twoich polach, potworny 

olbrzym, i zmierza właśnie w tą stronę — rzekł pies. 

— Ratuj, ratuj! Depcze twoje trzody, Galateę

biedaczką, rozpłaszczył jak słomiankę. Ratuj, ratuj! 

Łamie twoje płoty,  tratując zboŜe.  Musisz,  panie,  

działać  szybko i śmiało,  bo inaczej   cały  twój   

dobytek przepadnie. Ratuj!

I Garm zawył Ŝałośnie.                                             

— StulŜe pysk! — powiedział gospodarz 

zamykając l okno. — Na psa urok! — mruknął do 

siebie i chociaŜ | noc była upalna, dreszcz nim 

wstrząsnął.

— Wracaj do łóŜka, nie bądź głupi — odezwała 

się jego Ŝona. — A rano utop kundla. Rozsądny 

człowiek nigdy nie wierzy temu, co pies szczeka. Psy 

background image

przyłapane na włóczędze albo na kradzieŜy zawsze 

łŜą jak najęte. — MoŜe tak, a moŜe nie —   odparł 

DŜil. — Coś niedobrego dzieje się na moich półach, 

Agato, bo Garm nie królik, bez powodu tak by się nie 

przestraszył. Po cóŜ zresztą przychodziłby sklamrzyć 

pod naszymi oknami po nocy? Mógł przecieŜ 

poczekać do świtu i wśliznąć się do domu kuchennymi 

drzwiami, jak będą wnosili mleko    od    rannego 

udoju.

— Nie stój więc jak kołek — rzekła Agata. — 

Skoro wierzysz psu, słuchaj jego rady: działaj śmiało 

i szybko.

— Ba, łatwiej powiedzieć niŜ zrobić - odparł DŜil.

Rzeczywiście trochę wierzył Garmowi. Człowiek 

zbudzony ze snu przed świtem gotów jest nawet w 

olbrzymy uwierzyć. Dobytek, bądź co bądź, waŜna 

rzecz. Mało kto rozprawiał się z nieproszonymi 

gośćmi na swoich polach tak ostro jak DŜil. Wciągnął 

więc spodnie, zszedł na dół do kuchni i zdjął garłacz 

ze ściany. Nie wszyscy moŜe wiedza, co to jest garłacz. 

Zadano kiedyś to pytanie czterem uczonym z 

Oxenfordu, a ci po długim namyśle odpowiedzieli tak: 

background image

“Garłacz jest to krótka strzelba z rozszerzonym 

wylotem, przez który sypie się naraz mnóstwo kuł 

albo innych pocisków. Strzał z garłacza bywa 

zabójczy, lecz jedynie z bliska, i niezbyt jest celny. (W 

naszych czasach garłacz wyszedł z uŜycia, zastąpiony 

w krajach cywilizowanych przez inne rodzaje broni 

palnej)".

Garłacz DŜila miał wylot rozchylony na kształt 

trąby, lecz nie wypadały z niego kule ani pociski, bo 

DŜil nabijał go wszystkim, co mu się nawinęło pod 

rękę. Strzał teŜ nie bywał zabójczy, bo po pierwsze 

DŜil rzadko swój garłacz nabijał, a po drugie nigdy z 

niego nie strzelał. Zazwyczaj bowiem sam widok 

groźnego oręŜa wystarczał. Kraj ów widocznie nie 

naleŜał do cywilizowanych, bo nie zastąpiono tu 

jeszcze garłaczy innymi rodzajami broni palnej, nie 

znano prawdziwych strzelb i nawet garłacz stanowił 

wielką rzadkość. Ludzie na ogół woleli łuki i strzały, 

prochu uŜywali niemal wyłącznie do puszczania 

fajerwerków.

Jak więc mówiliśmy,  DŜil zdjął ze ściany garłacz 

i podsypał go sporą garścią prochu na wypadek, 

background image

gdyby miało dojść do ostateczności. Przez szeroki 

otwór nabił potem oręŜ starymi gwoźdźmi, 

kawałkami drutu, skorupami potłuczonych garnków, 

kośćmi, kamieniami i wszelakim Ŝelastwem. WłoŜył 

kurtą i buty z cholewa-mi i wyszedł z zagrody przez 

warzywnik.

KsięŜyc stał nisko na niebie za plecami DŜila, 

który zrazu nie dostrzegł nic prócz wydłuŜonych, 

czarnych cieni krzaków i drzew. Usłyszał jednak 

cięŜkie kroki, jakby ktoś wspinał się zboczem 

pagórka. Mimo  rad :| Ŝony wcale nie czuł zapału do 

śmiałego i szybkiego I działania, lecz o dobytek dbał 

bardziej niŜ o własną skórę. ChociaŜ go trochę mdliło 

w dołku, ruszył energicznym krokiem na krawędź 

pagórka.

Nagle znad krawędzi wychynęła blada w 

księŜycowej poświacie twarz olbrzyma i błysnęły 

wielkie, okrągłe oczy. Stopy znajdowały się jeszcze 

daleko na stoku, drąŜąc dziury w uprawnej roli. 

KsięŜyc tak olśnił olbrzyma, Ŝe w pierwszej chwili nie 

spostrzegł DŜila. DŜil za to zobaczył go wyraźnie i ze 

strachu stracił przytomność. Bezwiednie pociągnął za 

background image

spust. Garłacz wypalił   z   okropnym   hukiem.   

Szczęśliwym   trafem ' wycelowany był właśnie  mniej 

więcej   w  ogromną, szpetną twarz napastnika. 

Frunęły w powietrze Ŝelazne rupiecie, kamienie, 

kości, skorupy, druty i pół tuzina gwoździ.  A  Ŝe  

strzał padł  z bliska  i przypadkiem celnie, wiele 

spośród tych pocisków trafiło olbrzyma. Skorupa 

glinianego garnka podbiła mu oko, a spory gwóźdź 

utkwił w nosie.

— Diabli nadali — powiedział swoim 

grubiańskim stylem. — Cosik mnie ugryzło.

Huk nie zrobił na nim wraŜenia — olbrzym był 

przecieŜ głuchy — ale gwóźdź ukłuł go dotkliwie. Od 

dawna juŜ nie spotkał owada,  który by śmiał  i umiał 

przebić jego grubą skórę. Obiło mu się jednak o uszyj 

Ŝe na wschodnich moczarach Ŝyją wielkie gzy, które 

tną   jakby   rozpalonymi   szczypcami.   Pomyślał   

więc, Ŝe natknął się właśnie na stworzenie tego 

gatunku.

— Paskudna, niezdrowa okolica — mruknął. — 

Niegłupim zapuszczać się dziś dalej w tę stronę.

I zawrócił na pięcie. Zgarnął ze stoku parę owiec, 

background image

Ŝeby po powrocie z dalekiej przechadzki nie iść na 

czczo spać, i cofnął się za rzekę, sadząc wielkimi 

krokami ku północo-wschodowi. Teraz szedł we 

właściwym kierunku, więc trafił w końcu na drogę do 

domu. Ale dno w miedzianym rondlu zdąŜyło się juŜ 

przepalić.

Co działo się tymczasem z DŜilem? Kiedy garłacz 

huknął, DŜil padł jak długi na wznak; leŜał patrząc w 

niebo i czekając w niepewności, czy stopy olbrzyma 

wyminą go w marszu, czy teŜ rozdepczą. Ale czekał 

na próŜno i wreszcie zorientował sięŜe kroki 

napastnika oddalają się i cichną za rzeką. Wobec tego 

DŜil wstał, roztarł bolące ramię i podniósł z ziemi 

garłacz. w tej samej chwili usłyszał nagle radosne 

okrzyki.

Większość mieszkańców wioski wyglądała przez 

okna, niektórzy nawet ubrali się i wybiegli z domów 

— oczywiście dopiero po odejściu olbrzyma — a 

kilku pędziło teraz z krzykiem na pagórek. Gdy 

bowiem rozległ się przeraźliwy tupot maszerującego 

potwora wszyscy prawie schowali się co prędzej pod 

kołdry a co bojaźliwsi powłazili pod łóŜka. Ale Garm, 

background image

jak juŜ wspominałem, był ze swego pana dumny i 

lękał się go bardzo, poniewaŜ DŜil wydawał mu się 

straszny i wspaniały, zwłaszcza w gniewie. Garm nie 

wątpił, Ŝe olbrzym będzie tego samego zdania. ToteŜ 

widząc, Ŝe DŜil wychodzi z domu z garłaczem (pies 

wiedział z doświadczenia, Ŝe to zazwyczaj jest 

dowodem wiekiego gniewu), Garm puścił się pędem 

do wsi szczekając i nawołując:

— Chodźcie, chodźcie, chodźcie! Wstawać z 

łóŜek Chodźcie, patrzcie na mojego wspaniałego 

pana. Jest śmiały i szybki. Poszedł zabić olbrzyma, 

który wtargnął na jego pola. Chodźcie!

Szczyt pagórka widać było niemal ze wszystkich 

domów. Kiedy ludzie i pies ujrzeli wychylającą się na 

nim twarz olbrzyma, jęknęli z przeraŜenia. Wszyscy z 

wyjątkiem psa — byli pewni, Ŝe DŜil nie poradź, sobie 

z  tak  groźnym  przeciwnikiem.   Wtem huknął 

strzał, olbrzym zawrócił i uciekł, a widzowie zaczęli 

klaskać i wiwatować. Garm szczekał tak zapalczywie 

Ŝe omal mu łeb nie pękł.

— Hura! — wrzeszczeli ludzie. — Dostał łotr 

nauczkę. Nasz Aegidius pokazał mu, gdzie pieprz 

background image

rośnie Powlókł się zbój do swego domu, gdzie pewnie 

ducha wyzionie. Dobrze mu tak, ma za swoje.

I znów wiwatowali chórem. Wiwatując nie 

omieszkali zauwaŜyć i zapamiętać, ku własnej 

przestrodze Ŝe DŜilowi lepiej w drogę nie wchodzić

bo garłacz strzela nie na Ŝarty. Przedtem bowiem 

nieraz w miejscowej gospodzie spierano się przy 

piwie na ten temat dopiero zdarzenie z olbrzymem 

rozwiało wszelkie wątpliwości. Od tego dnia, a raczej 

od tej nocy, DŜil nie miał kłopotów z nieproszonymi 

gośćmi na swoich polach.

 Kiedy się upewniono, Ŝe niebezpieczeństwo 

minęło, co odwaŜniejsi sąsiedzi weszli aŜ na pagórek, 

by uścisnąć dłoń DŜila. Paru najbardziej szanownych 

— proboszcz, kowal i młynarz — pozwolili sobie 

nawet klepnąć go po ramieniu. DŜil nie był tym 

zachwycony, i poniewaŜ ramię jeszcze go po strzale 

mocno bolało, ' lecz uznał, Ŝe wypada ich zaprosić na 

poczęstunek do domu. Siedli w kuchni za stołem i 

popijając za zdrowie gospodarza, wychwalali go pod 

niebiosy. DŜil bez ceremonii ziewał, nikt jednak na to 

nie zwaŜał, póki dzban był pełny. Nim goście wypili 

background image

pierwszy i drugi kufel, gospodarz zdąŜył osuszyć 

trzeci i czwarty i poczuł się bardzo pewny siebie; nim 

goście wypili trzeci i czwarty kufel — gospodarz 

osuszył piąty i szósty i poczuł się tak odwaŜny, jak był 

dotychczas jedynie w wyobraźni swojego psa. 

Kompania rozstała się w najlepszej zgodzie, a na 

poŜegnanie DŜil klepał wszystkich po ramieniu. Ręce 

miał duŜe, czerwone i krzepkie, toteŜ odpłacił im z 

nawiązką.

Nazajutrz przekonał sięŜe jego przygoda, 

obiegłszy z ust do ust wioskę, urosła do rozmiarów 

wielkiego czynu i Ŝe stał się wśród sąsiadów nie lada 

osobistością. W ciągu kilku następnych dni wieść 

rozeszła się po   wszystkich   wsiach   w   promieniu   

dziesięciu   mil. DŜil był bohaterem całej  okolicy. 

Bardzo mu się to podobało. W najbliŜszy dzień 

targowy sąsiedzi zafundowali mu w gospodzie całe 

morze piwa, to znaczy prawie tyle, ile jego dusza 

pragnęła. Wrócił do domu śpiewając stare 

bohaterskie pieśni.

W końcu usłyszał o nim sam król. Stolica 

państwa —; podówczas Średniego Królestwa Wyspy 

background image

— znajdowała się o sześćdziesiąt mil od Ham i 

zazwyczaj dwór niezbyt się interesował losem 

wieśniaków z tak odległych okolic. Teraz jednak 

błyskawiczne   zwycięstwo nać groźnym olbrzymem 

wydało się królowi godne uwagi) i warte jakiegoś 

drobnego wynagrodzenia. Po odpowiedniej zwłoce, 

czyli po trzech mniej więcej miesiącach, w dzień 

świętego Michała król wystosował uroczysty list. 

Napisany czerwonym atramentem na białym 

pergaminie, wyraŜał królewską pochwałę dla 

“naszego wiernego poddanego, umiłowanego 

Aegidiusa Ahenobarbusa Juliusa, rolnika z wioski 

Ham".

Zamiast podpisu figurował czerwony kleks, ale 

dworski skryba dodał: Ego Augustus Bonifacius 

Ambrosius Aurelianus Antonius Pius et Magntficus, 

dux, rex, tyrannus et basileus Mediterranearum 

Partium, subscribo — i opatrzył list wielką czerwoną 

pieczęcią. Dokument był więc niewątpliwie 

autentyczny. Sprawił DŜilowi ogromną przyjemność i 

budził powszechny zachwyt, zwłaszcza gdy ludzie 

odkryli, Ŝe kaŜdego, kto pragnie podziwiać królewski 

background image

list, DŜil zaprasza i częstuje piwem przy swoim 

kominku.

Jeszcze cenniejszy od listu był załączony do niego 

dar. Król przysłał DŜilowi pas i miecz. Prawdę 

mówiąc sam król nigdy tego oręŜa nie uŜywał. 

Odziedziczył | go w spadku; od niepamiętnych czasów 

miecz ów wisiał w królewskiej zbrojowni. 

Zbrojmistrz nie wie-dział, skąd się tam wziął ani teŜ 

jaki by z niego mógł być poŜytek. Proste, cięŜkie i 

długie miecze tego rodzaju od dawna wyszły na 

dworze z mody, więc monarcha uznał, Ŝe będzie to 

dar w sam raz dla chłopa z zapadłej wioski. DŜii 

jednak był zachwycony, a sława jego w okolicy tym 

bardziej wzrosła.

Cieszył się DŜil takim obrotem sprawy i nie 

mniej od pana cieszył się jego pies. Nie dostał 

zapowiedzianego lania. DŜil na swój sposób był 

sprawiedliwy. W głębi serca przyznawał Garmowi 

część zasługi w całej przygodzie, chociaŜ głośno nigdy 

o tym nie mówił. Wprawdzie nadal sypały się na psa 

twarde słowa, a nawet twarde przedmioty, jeśli pan 

był f w złym humorze, lecz wiele drobnych 

background image

przewinień uchodziło teraz Garmowi płazem. Pies 

przyzwyczaił się do dalekich wycieczek po okolicy. 

Gospodarz zadzierał nosa, a szczęście mu sprzyjało. 

Roboty jesienne i wczesne zimowe poszły jak po 

maśle. Wszystko układało się pomyślnie, dopóki nie 

zjawił się smok.

Smoki były juŜ w owych latach rzadkością na 

wyspie. Od wielu lat Ŝaden się nie pokazał w 

granicach śródziemnego państwa Augustusa 

Bonifaciusa. Istniały, oczywiście, na zachodzie i 

północy podejrzane trzęsawiska i bezludne góry, lecz 

były bardzo daleko. Niegdyś w tamtych dzikich 

krajach Ŝyły smoki rozmaitych odmian i zapuszczały 

się niekiedy na łupieskie wyprawy w odległe okolice. 

Wtedy jednak rycerstwo Średniego Królestwa słynęło 

z odwagi, toteŜ gdy niemal wszystkie smoki, które tu 

się zapędziły, zginęły lub wróciły do swoich siedzib z 

cięŜkimi ranami, inne zniechęciły się do wycieczek w 

te strony.

Przetrwał jednak zwyczaj, Ŝe podczas świą

BoŜego Narodzenia podawano przy królewskim stole 

wśród innych potraw Ogon Smoczy; co roku 

background image

wyznaczano rycerza, który miał w tym celu upolować 

smoka. Wyruszał niby na łowy w dzień świętego 

Mikołaja i musiał dostarczyć smoczy ogon najpóźniej 

w wigilię uczty. Ale od wielu juŜ lat kuchmistrz 

dworski, biegły w swojej sztuce, przyrządzał sztuczny 

Ogon Smoczy z ciasta, masy migdałowej i twardego 

lukru, z którego wyrabiał przemyślnie łuski pancerza. 

Wyznaczony rycerz wnosił to arcydzieło do sali w 

Wilię BoŜego Narodzenia przy muzyce skrzypiec i 

trąb. Nazajutrz po obiedzie zjadano Smoczy Ogon na 

deser i wszyscy mówili — chcąc  przypodobać  się  

kuchmistrzowi  — Ŝe smakuje lepiej niŜ prawdziwy.

Tak sprawy stały, gdy nagle znowu pojawił się 

smok. Zawinił tu głównie olbrzym. Od czasu swojej 

przygody zaczął włóczyć się po górach, odwiedzają

nielicznych zresztą znajomych o wiele częściej niŜ 

dawniej i niŜby pragnęli. Wszystkich pytał, czyby mu 

nie poŜyczyli duŜego miedzianego rondla. Ale czy się 

ktoś na poŜyczkę godził, czy teŜ odmawiał, kończyło 

się zawsze na tym, Ŝe olbrzym siadał i opowiadał, po 

swojemu rozwlekle i nieskładnie, o pięknym nizinnym 

kraju leŜącym daleko na wschód od gór i o 

background image

rozmaitych cudach szerokiego świata. Uroił sobie, Ŝ

jest wielkim i odwaŜnym podróŜnikiem.

— Ładny kraj — mówił. — Płaski, grunt pod 

nogami miękki, a jedzenia... ile dusza zapragnie. 

Wszędzie pasą   się   krowy   i   owce,   nawet   wcale   

nietrudno   je wypatrzyć, byle się dobrze rozglądać.

— A ludzie? — pytały inne olbrzymy.

— Ani jednego człowieka nie spotkałem — 

odpowiadał olbrzym. — Rycerzy ani widu, ani 

słychu. Nic moi kochani, nie ma tam nic groźnego 

prócz kąśliwych gzów nad rzeką.

— Dlaczego nigdy więcej tam nie poszedłeś

Dlaczego się tam nie osiedliłeś? — pytali.

— Ano, wiecie, jak to mówią: wszędzie dobrze, 

ale w domu najlepiej — odpowiadał olbrzym. — 

MoŜliwe, Ŝe któregoś dnia znów się wybiorę, jak mi 

przyjdzie ochota. W kaŜdym razie ja tam byłem, 

czego Ŝaden z was nie moŜe o sobie powiedzieć. Co do 

tego rondla...

— Opowiedz dokładnie, w której stronie leŜy ten 

piękny kraj, te łąki rojące się od bezdomnego bydła? 

— dopytywały się ciekawe inne olbrzymy. — Czy to 

background image

daleko?

— Ano — mówił — na wschód od gór i trochę 

jakby na południe. Ale daleko, bardzo daleko...

I opisywał drogę, którą przebył, lasy, góry i 

równiny, z taką przesadąŜŜaden z olbrzymów nie 

odwaŜył się nigdy pójść w jego ślady. śaden nie miał 

bowiem tak długich nóg jak on. Opowieść jednak 

krąŜyła po dzikiej krainie.

Tymczasem po upalnym lecie nastała sroga zima. 

Mróz skuł góry, coraz trudniej było o poŜywienie. 

Tym głośniej opowiadano sobie o dalekim, bogatym 

kraju. Olbrzymy najchętniej gawędziły o stadach 

owiec i krów na nizinnych pastwiskach. Smoki 

nadstawiały uszu. Były głodne, a wieści brzmiały 

zachęcająco.

— A więc to, co nam mówiono o rycerzach, jest 

zwykłą bajdą — rzekł pewien młody, 

niedoświadczony smok. — Zawsze podejrzewałem, Ŝ

nas oszukują.

MoŜliwe, Ŝe rycerzy jest juŜ teraz niewielu — 

myślały mądrzejsze starsze smoki. — Niewielu, 

daleko i niegroźnych.

background image

Jeden smok szczególnie przejął się tymi 

pogłoskami. Nazywano go Chrysophylax Dives, bo 

pochodził ze staroŜytnego i królewskiego rodu i miał 

olbrzymie bogactwa. Był chytry, wścibski, chciwy, 

dobrze uzbrojony, lecz nie zanadto odwaŜny. Nie 

potrzeba jednak wielkiej odwagi, Ŝeby się nie bać 

gzów nad rzeką, choćby i najbardziej kąśliwych. Na 

dobitkę smok był straszliwie głodny.

Tak się stało, Ŝe pewnego zimowego dnia, jakoś 

na tydzień przed BoŜym Narodzeniem, Chrysophylax 

rozpostarł skrzydła i pofrunął w świat. Wylądował 

bezszelestnie ciemną nocą w samym sercu królestwa 

dostojnego monarchy Augustusa Bonifaciusa. W 

ciągu kilku minut narobił mnóstwo szkody, burząc i 

paląc domy, poŜerając owce, krowy i konie.

Działo się to dość daleko od wioski Ham, lecz 

Garm najadł się strachu jak jeszcze nigdy w Ŝyciu. 

Wybrał się właśnie w tym czasie na daleką wycieczkę 

i licząc na pobłaŜliwość swego pana ośmielił się 

spędzić kilka nocy poza domem. Biegł skrajem lasu z 

nosem przy ziemi, węsząc jakiś ponętny trop, gdy na 

zakręcie znienacka uderzył mu w nozdrza inny, 

background image

bardzo niepokojący zapach. Garm wpadł prosto na 

koniec ogona Chrysophylaksa Diyesa, który dopiero 

co wylądował w tym miejscu. Chyba nigdy jeszcze 

Ŝaden pies nie zawrócił i nie pomknął w stronę domu 

tak błyskawicznie jak Garm tamtej nocy. Smok 

usłyszał warknięcie, obejrzał się i syknął, lecz Garm 

był juŜ daleko. Pędził bez tchu przez całą noc, a 

rankiem, mniej więcej w porze śniadania, znalazł się 

w zagrodzie swojego pana.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — krzyknął pod 

kuchennymi drzwiami.

DŜil wzdrygnął się na ten psi wrzask. 

Przypomniał mu on, Ŝe róŜne niespodzianki spadają 

na człowieka jak grom z jasnego nieba.

— Agato, wpuść psa — powiedział do Ŝony. — A 

pogłaszcz go kijem.

Garm wskoczył do kuchni. Oczy miał 

wybałuszone, jęzor wywiesił z pyska.

— Ratuj! — wrzasnął.

— No, cóŜeś tym razem przeskrobał? — spytał 

DŜil rzucając psu kawałek kiełbasy.

— Nic — wysapał Garm tak przejęty, Ŝe nawet 

background image

nie spojrzał na przysmak.

— Uspokój się, bo cię ze skóry obedrę — rzekł 

gospodarz.

— Nic nie przeskrobałem. Nie miałem złych 

zamiarów — odparł pies. — Przypadkiem natknąłem 

się na smoka i okropnie się zląkłem.

DŜil zakrztusił się piwem.

— Na smoka? — powiedział. — Niech cię licho 

porwie, próŜniaku, wścibski kundlu. Kto ci kazał 

włóczyć się po świecie i spotykać smoki, na dobitkę o 

tej porze roku, kiedy mam pełne ręce roboty? Gdzie 

to było?

— Och, daleko na północy, za wzgórzami, koło 

Sterczących Głazów.

— No, to rzeczywiście bardzo daleko — 

odetchnął z ulgą DŜil. — Owszem, słyszałem, Ŝe w 

tamtych okolicach mieszkają dziwacy, wszystko moŜ

się wśród nich przytrafić. Niech sobie radzą sami. Po 

co mnie tymi historiami niepokoisz? Jazda za drzwi!

Garm wybiegł i rozniósł nowinę po całej wsi. Nie 

omieszkał teŜ wspomniećŜe jego wspaniały pan 

wcale ale to wcale nie przestraszył się smoka.

background image

—  Dokończył  śniadania   jak  gdyby  nigdy  nic! 

- mówił.

Ludzie powychodzili przed domy i wesoło 

gawędzi z sąsiadami o niezwykłym zdarzeniu.

— Przypominają się dawne czasy — powiadali. I 

to właśnie teraz, przed świętami. W samą porę. Król 

się ucieszy. Będzie w tym roku miał znów prawdziwy 

Smoczy Ogon na deser.

Nazajutrz jednak nadeszły nowe wieści. Smok, 

jak mówiono, był szczególnie wielki i drapieŜny. 

Wyrządzał okropne szkody.

• 

• 

• 

• 

Od czego właściwie król ma na dworze 

rycerzy? — zaczęli się dziwić ludzie.

Coraz więcej osób zadawało to pytanie. Z wiosek 

najbardziej przez smoka zagroŜonych przybywali na 

królewski dwór wysłańcy i pytali najgłośniej i 

najbardziej uporczywie:

— Królu, od czego mamy rycerzy?

Ale rycerze nie rwali się do czynu. Wiadomość o 

smoku nie doszła przecieŜ do nich drogą urzędową

Wreszcie król zawiadomił ich oficjalnie i wezwał 

uroczyście do działania, zalecając, by się w miarę 

background image

moŜności pospieszyli. Ku wielkiemu swemu 

niezadowoleniu prze-konał się wkrótce, Ŝe rycerze w 

miarę moŜności odwlekają wyprawę i wcale się na nią 

nie kwapią.

Mieli co prawda na swoje usprawiedliwienie dość 

po-waŜne argumenty. Po pierwsze kuchmistrz 

królewski, człowiek przezorny, lubił wszystko robić 

zawczasu i juŜ przygotował sztuczny Smoczy Ogon. 

Pewnie by się obraził, gdyby mu w ostatniej chwili 

dostarczono ogon prawdziwy. A z zasłuŜonym 

dworzaninem trzeba się liczyć.

— Nie zaleŜy nam na ogonie! — wołali 

wysłannicy z zagroŜonych wiosek. — Obetnijcie mu 

tylko łeb, niech nam przestanie szkodzić.

Tymczasem jednak nadeszły święta i tak się 

nieszczęśliwie składało, Ŝe w dniu świętego Jana miał 

odbyć się wielki turniej. Rycerze zaproszeni z 

Ŝnych krajów zjeŜdŜali do Średniego Królestwa, 

Ŝeby współzawodniczyć z sobą o cenne nagrody. 

Gdyby przed zakończeniem turnieju najdzielniejsi 

miejscowi rycerze wyruszyli na wyprawę przeciw 

smokowi, druŜyna królewska straciłaby szansę 

background image

zwycięstwa. Rozsądek nakazywał odwlec ich wyjazd.

Potem świętowano Nowy Rok.

A smok tymczasem co noc posuwał się dalej w 

ąb kraju i co noc przybliŜał się do Ham. W dzień 

Sylwestrowy mieszkańcy wioski juŜ zobaczyli na 

widnokręgu łunęśywe płomienie buchały z lasu, na 

który opadł smok, o jakieś dziesięć mil od Ham. 

Chrysophylax był bardzo ognistym smokiem, gdy mu 

humor dopisywał.

Od tego wieczora ludzie zaczęli znacząco zerkać 

na DŜiła i szeptać za jego plecami. Mocno go to 

denerwowało, lecz udawał, Ŝe nic nie spostrzega. 

Następnej nocy smok znowu się przybliŜył o milę czy 

dwie. Teraz juŜ DŜil takŜe oburzał się głośno na 

zachowanie królewskich rycerzy.

— Chciałbym wiedzieć, za co im właściwie płacą 

— mówił.

— My byśmy teŜ chcieli to wiedzieć — odrzekli 

sąsiedzi. A młynarz dodał:

— Podobno niektórzy ludzie otrzymują godność 

rycerską za zasługi. Bądź co bądź nasz Aegidius jest 

prawie rycerzem. CzyŜ król nie przysłał mu listu z 

background image

czerwoną pieczęcią i miecza?

— Miecz to jeszcze nie wszystko — odparł DŜil. 

— O ile mi wiadomo, na rycerza trzeba być 

uroczyście pasowanym. Zresztą ja mam i bez tego 

pełne ręce roboty.

— Król z pewnością chętnie by cię na rycerza 

pasował — rzekł młynarz — gdyby go o to poprosić

ToteŜ poprosimy, i to zaraz, póki jeszcze nie za późno.

— Dziękuję — odparł DŜil. — Nie dla takich jak 

ja rycerskie ostrogi. Jestem chłopem i tym się 

szczycę; prostym,   uczciwym   człowiekiem,   a  na   

dworze,   jak powiadają, uczciwym ludziom wcale się 

nie szczęści. Bardziej byś ty się nadał, sąsiedzie 

młynarzu.

Proboszcz uśmiechnął się — ale nie z odpowiedzi 

DŜila, bo DŜil i młynarz przy kaŜdej sposobności 

przypinali sobie nawzajem łatki i byli, jak to 

mówiono w Ham, “nieprzyjaciółmi od serca". 

Proboszcz uśmiechnął się, poniewaŜ ucieszyła go 

pewna myśl, która, właśnie w tym momencie 

zaświtała mu nagle w głowie.! Na razie jednak nic nie 

powiedział. Młynarz natomiast mniej był uradowany 

background image

i skrzywił się kwaśno.

— śe z ciebie człowiek prosty, to pewne, a Ŝ

uczciwy... moŜliwe — rzekł. — Ale czy koniecznie 

trzeba udawać się na dwór i przyjmować rycerskie 

ostrogi Ŝeby ubić smoka? Nie dawniej jak wczoraj 

słyszałem z własnych ust naszego zacnego Aegidiusa, 

Ŝe wystarczy odwaga. A odwagi na pewno naszemu 

Aegidiusowi nie brak, ma jej więcej niŜ niejeden 

pasowany rycerz.

Na to zaraz podniósł się ogólny krzyk:

— Pewnie Ŝe tak! Prawda! Niech Ŝyje bohater z 

Ham!

DŜil wrócił do domu bardzo markotny. 

Przekonał sięŜe sława nakłada na człowieka cięŜkie 

obowiązki i naraŜa na wielkie kłopoty. Kopnął psa i 

schował miecz do kredensu. Dotychczas oręŜ wisiał 

dumnie nad kominkiem.

Nazajutrz smok był juŜ w sąsiedniej wsi, zwanej 

po łacinie Quercetum, co w pospolitym języku znaczy 

Dąbrowa. PoŜarł tam nie tylko kilka krów i owiec, 

lecz równieŜ parę dziatek, a ponadto miejscowego 

proboszcza. Ksiądz bowiem nieopatrznie usiłował go 

background image

nawrócić ze złej drogi. Teraz juŜ wszyscy mieszkańcy 

Ham z proboszczem na czele gromadnie przybyli na 

pagórek i stanęli przed DŜilem.

— Wszystkie oczy na ciebie są zwrócone — 

powie-dzieli i otoczyli go w krąg, wpatrując się w 

niego dopóty, dopóki mu twarz nie poczerwieniała 

jak burak nad rudą broda.

— Kiedy wyruszasz? — pytali.

— Dzisiaj nie mogę, słowo daję — odparł. — 

Mam pilną robotę w oborze, a pastuch leŜy chory. 

Zastanowię się jednak nad tą sprawą, przyrzekam 

wam.

Ludzie rozeszli się, lecz gdy wieczorem gruchnęła 

wiadomośćŜe smok znowu posunął się bliŜej, wrócili.

- Wszystkie oczy na ciebie są zwrócone, zacny 

Aegidiusie — powiedzieli.

— Doprawdy — rzekł DŜil — w tej chwili 

strasznie mi to nie na rękę. Kobyła okulała, owce 

zaczęły się kocić. Zajmę się tą sprawą, jak tylko będę 

mógł.

Ludzie znowu się rozeszli, ale juŜ trochę 

szemrząc! i mrucząc. Młynarz śmiał się szyderczo. 

background image

Proboszcz tylko został, nie dał się niczym zniechęcić

Sam wprosił się na kolację i przy stole pozwalał sobie 

na wyraźne przytyki. Spytał nawet, gdzie podział się 

miecz, i koniecznie chciał go obejrzeć.

Miecz leŜał w kredensie na półce, a tak był długi, 

Ŝe ledwie się na niej mieścił. Kiedy DŜil go wyjął, w 

okamgnieniu   wyskoczył   z pochwy,    którą    

gospodarz jak oparzony wypuścił z rąk. Proboszcz 

zerwał   się   z   miejsca przewracając    kufel piwem. 

OstroŜnie chwycił miecz i usiłował go z powrotem 

wsunąć do pochwy,   miecz   jednak stawiał   opór,   a  

kiedy ksiądz cofnął dłoń z rękojeści    —    wyskoczył 

znowu.

— Patrzcie   państwo co za cuda! — powiedział 

proboszcz i zaczął oglądaj uwaŜnie zarówno pochwę 

jak klingę. Ksiądz był uczonym człowiekiem, ale DŜil 

ledwie sylabizował, i i tylko duŜe litery. Nawet własne 

nazwisko odczytywał z trudem. Dlatego teŜ nie 

zwrócił nigdy uwagi na dziwaczne znaki niewyraźnie 

rysujące się na pochwie i ostrzu. Co do królewskiego 

zbrojmistrza, ten był tak oswojony z róŜnymi 

napisami runicznymi, imionami i wszelkimi godłami 

background image

czy zaklęciami na mieczach i sztyletach, Ŝe nie łamał 

sobie nad nimi głowy. UwaŜał zresztąŜe są to sprawy 

przedawnione.

Proboszcz przyglądał się mieczowi długo i 

marszczył brew.  Spodziewał się znaleźć na pochwie 

lub ostrzu jakieś napisy, ta właśnie myśl tak go 

poprzedniego dnia ucieszyła, teraz jednak był 

zaskoczony, bo wprawdzie widział litery, ale nic z 

nich nie rozumiał.

— Na pochwie jest napis, a na ostrzu takŜ

dostrzegam jakieś... powiedzmy: znaki — rzekł.

— Doprawdy? — zdziwił się DŜil. — A co teŜ one 

mówią?

— UŜyto staroŜytnego alfabetu i 

barbarzyńskiego języka — odparł ksiądz, Ŝeby zyskać 

na czasie. — Trzeba się temu dokładniej przyjrzeć.

Poprosił o uŜyczenie mu miecza na noc, a DŜil 

zgodził się z niekłamaną przyjemnością.

Wróciwszy na plebanię proboszcz ściągnął z 

półek mnóstwo mądrych ksiąg i ślęczał nad nimi do 

źnej nocy. Nazajutrz rozeszła się wiadomośćŜ

smok znowu przybliŜył się do wioski. Mieszkańcy 

background image

Ham ryglowali drzwi i zamykali okiennice, a kto miał 

ęboką piwniczkę, krył się w niej dygocąc przy 

łojówce.

Proboszcz jednak wyszedł z plebanii i 

przemykając od domu do domu szeptał przez dziurkę 

od klucza lut przez szparę w drzwiach słowa 

pociechy, dzieląc z kaŜdym, kto go chciał słuchać

swoim odkryciem.

— Nasz zacny Aegidius — mówił — jest z łaski 

króla właścicielem sławnego miecza, który po łacinie 

zwie się Caudimordax, a w naszych pieśniach 

ludowych — Gryzi-ogon.

Na dźwięk tego imienia wiele drzwi odemknęło z 

powrotem. Ludzie znali sławę Gryzi-ogona, bo ten 

naleŜał  ongi  do  Bellomariusa,  najznakomitszego 

pogromcy smoków w dziejach Średniego Królestwa. 

Niektórzy historycy dowodzili nawet, Ŝe jest on 

prapradziadem po kądzieli obecnego władcy. KrąŜyło 

o nim mnóstwo legend i pieśni, zapomnianych 

wprawdzie na królewskim dworze, lecz Ŝywych wśród 

ludu.

— Tego miecza — mówił proboszcz — nie 

background image

sposób utrzymać w pochwie, jeŜeli w promieniu 

dziesięciu mil znajduje  się  smok.   Caudimordax  w  

ręku   dzielnego człowieka da radę najgroźniejszej 

nawet bestii. Nowa otucha wstąpiła w serca. Ten i ów 

otwierał juŜ okna,  a niektórzy wytykali nawet głowy. 

W końcu ksiądz namówił kilku sąsiadów, Ŝeby z nim 

razem udać się na pagórek, do DŜila. Ale naprawdę 

ochoczo szedł jedynie młynarz. Gotów był narazić się 

na kaŜde niebezpieczeństwo, byle zobaczyć, jak 

będzie się wił DŜil przyparty przez gromadę do muru.

Wspięli się na pagórek, chociaŜ nie moŜna 

zaprzeczyć Ŝe zerkali lękliwie ku północnym brzegom 

rzeki. Smoka wszakŜe nie było nigdzie widać ani 

słychać. MoŜe spał naŜarłszy się po gardłodziurki w 

okresie świąt.

Proboszcz — a zaraz po nim takŜe młynarz — 

zapukał do drzwi DŜila. Nikt się w domu nie odezwał, 

w zakołatali po raz wtóry głośniej. Wreszcie gospoda 

stanął  w progu.  Twarz  miał bardzo czerwoną.  DŜil 

bowiem takŜe czuwał do późna w noc, pociągają

przez  cały czas mocne piwo, a rano, gdy się 

przebudził, znowu chwycił za kufel.

background image

Sąsiedzi otoczyli DŜila w krąg i przekrzykują

jeden drugiego tytułowali go Zacnym Aegidiusem, 

MęŜnym Brodaczem, Juliusem Wielkim, Poczciwym 

Rolnikiem, Dumą Wsi i Bohaterem Kraju. 

Wspomniawszy o Caudimordaksie, czyli Gryzi-

ogonie, mieczu, który nie chce bezczynnie rdzewieć w 

pochwie, powtarzali: Śmierć lub Zwycięstwo, Chwała 

Ochotnikom, Podpora Ojczyzny, Dla Dobra Ogółu — 

aŜ biednemu DŜilowi zakręciło się od tego gadania w 

głowie.

— Uspokójcie się wreszcie! Mówcie po kolei — 

rzekł, gdy w końcu zdołał wtrącić słowo. — O co 

chodzi? Pamiętajcie, Ŝe mam od rana pełne ręce 

roboty.

Powierzono więc księdzu wyjaśnienie sprawy w 

imieniu gromady. Młynarz doczekał się uciechy, 

której tak bardzo pragnął,  bo  DŜila  dosłownie  

przypierano  do muru. Ale rzecz wzięła zgoła inny 

obrót, niŜ się młynarz  spodziewał.   Po  pierwsze  DŜil 

wypił  przedtem niemało mocnego piwa. Po drugie 

zaczęła go nagle rozpierać niezwykła duma i męstwo, 

odkąd się dowiedział, Ŝe posiada nie byle miecz, ale 

background image

sławnego Gryzi-ogona. Za lat chłopięcych przepadał 

za pieśniami i legendami o Bellomariusie i póki nie 

nabrał rozumu, marzył, Ŝeby mieć   własny   

czarodziejski  i   bohaterski   oręŜ.   Teraz nagle 

zapałał ochotąŜeby z Gryzi-ogonem u boku ruszyć 

na bój ze smokiem. Tak się jednak przyzwyczaił 

zawsze o wszystko targowaćŜe i tym razem 

spróbował przynajmniej uzyskać zwłokę

— Co takiego? — rzekł. — Mam ruszać na 

smoka? W tych starych portkach i w kapocie? O ile 

mi wiadomo, do walki ze smokiem trzeba mieć jakąś 

zbroję. A Ŝadnej zbroi w moim domu nie ma, za to 

wam z

Wszyscy musieli przyznaćŜe to waŜny kłopot. 

Posłali co prędzej po kowala. Kowal przyszedł i 

pokręcił głową. Był to niemrawy, ponury człowiek, 

którego we wsi przezywano kpiąco “Pociechą", 

naprawdę jednak zwał się Fabricius Cunctator. 

Nigdy przy robocie nie pogwizdywał, chyba Ŝ

zdarzyła się jakaś klęska, dajmy na to przymrozek w 

maju, którą wyprorokował. . PoniewaŜ stale 

prorokował wszelkie moŜliwe nieszczęścia, nie mogło 

background image

się zdarzyć nic złego, czego by Pociecha z góry nie 

przepowiedział i nie uznał potem za potwierdzenie 

swojej nieomylności. Nic teŜ innego nie cieszyło go w 

Ŝyciu. Oczywiście niechętnie przykładał ręki do 

zaŜegnywania niebezpieczeństw i dlatego teraz teŜ 

kręcił tylko głowa.

— Zbroi nie moŜna zrobić z niczego — 

powiedział. — Zresztą nie naleŜy to do mojego fachu. 

Zwróćcie się lepiej do stolarza, Ŝeby wystrugał 

Aegidiusowi tarczę z drewna. Co prawda niewiele mu 

to pomoŜe, bo smok jest, jak widać, bardzo ognisty.

Wszystkim twarze się wydłuŜyły, lecz młynarz 

postanowił sobie, Ŝe albo wyśle DŜila na bój ze 

smokiem, albo — jeŜeli DŜil się oprze namowom — 

rozbije jego sławę jak bańkę mydlaną. Nie dał się 

więc tak łatwo odwieść od swoich planów.

— A moŜe by mu sporządzić kolczugę? — 

zaproponował. — Kolczuga stanowiłaby dobrą 

ochronę, nie zaleŜy teŜ nam na tym, Ŝeby była piękna. 

Chodzi przecieŜ o powaŜną walkę, nie o dworskie 

popisy. Z pewnością masz, kochany Aegidiusie, jakiś 

stary skórzany kaftan. W kuźni są stosy ogniw i kółek 

background image

Ŝelaznych z róŜnych łańcuchów. Sam mistrz Fabricius 

moŜe nawet nie wie, ile tego dobra nagromadziło się z 

czasem.

— Mówisz jak ślepy o kolorach — odparł kowal, 

odzyskując znowu humor. — JeŜeli chcecie 

prawdziwej kolczugi, nie mogę się podjąć tej roboty. 

Trzeba zręczności krasnoludów, Ŝeby kaŜde maleńkie 

kółeczko dopasować i doczepić do czterech 

sąsiednich. Nawet gdybym umiał tego dokonać

zabrałoby mi to kilka tygodni. A do tego czasu 

będziemy juŜ wszyscy w grobach albo w brzuchu 

smoka.

Ludzie załamali ręce w rozpaczy, a kowal 

rozpromienił się z radości. Lecz gromada zbyt była 

przeraŜona, Ŝeby wyrzec się od razu planu 

podsuniętego przez młynarza. Do niego wię

zwrócono się o radę.

— Słyszałem — rzekł młynarz — Ŝe za dawnych 

czasów, jeśli kogoś nie stać było na sprowadzenie 

pięknej zbroi z południowych krajów, naszywał po 

prostu stalowe kółka na skórzany kaftan i zadowalał 

się takim pancerzem. Spróbujmy sporządzić coś w 

background image

tym rodzaju. DŜil wydobył stary kaftan skórzany, a 

kowal musiał co, tchu wracać do kuźni. Ludzie 

przeszperali wszystkie kąty, przewrócili zwały 

Ŝelastwa, aŜ znaleźli pod nimi stos drobnych, 

zmatowiałych od rdzy kółeczek, zapewne odprutych 

przed laty od takiego właśnie kaftana, o jakim 

młynarz wspominał. W miarę jak świtała nadzieja, Ŝ

przedsięwzięcie moŜe się udać, kowal pochmurniał 

coraz bardziej, musiał jednak wziąć się ostro do 

roboty, przebierać i czyścić Ŝelazne kółka. Kiedy z 

wielką satysfakcją oznajmił, Ŝe nie starczy ich na 

szerokie plecy i pierś DŜila, gromada kazała mu 

porozkuwać stare łańcuchy i spłaszczyć młotem 

ogniwa na jak najzgrabniejsze pierścionki.

Mniejsze kółka naszyli na przedzie kaftana, 

większe i grubsze — na plecach, a Ŝe popędzany przez 

wszystkich kowal dorzucał wciąŜ nowe, wzięli od 

DŜila parę zniszczonych spodni i naszyli je równieŜ 

kółkami. Młynarz wypatrzył na górnej półce w 

najciemniejszym zakamarku kuźni Ŝelazny czerep 

starego hełmu, polecił więc szewcowi obciągnąć go 

skórą jak najstaranniej. Zajęła im ta robota czas do 

background image

wieczora, a nazajutrz takŜe, więc chociaŜ była to 

wigilia Trzech Króli, nikt nie myślał o świętowaniu. 

DŜil tylko uczcił uroczystość zwiększoną ilością piwa. 

Smok na szczęście spał, zapominając na razie i o 

głodzie, i o mieczach.

W dzień Trzech Króli gromada ruszyła o świcie 

na pagórek, niosąc z sobą przedziwne dzieło 

zbiorowego wysiłku. DŜil oczekiwał tych gości. Teraz 

juŜ nie miał Ŝadnej wymówki. WłoŜył naszyty 

Ŝelaznymi kółkami kaftan i spodnie. Młynarz 

uśmiechnął się złośliwie. Z kolei DŜil wzuł buty z 

cholewami i przypiął do nich ostrogi, a wreszcie 

nakrył głowę hełmem obciągniętym w skórę. W 

ostatniej chwili namyślili się i wcisnął na hełm swój 

stary filcowy kapelusz, a na zbroję narzucił obszerny 

płaszcz.

— Po co to robisz? — spytali sąsiedzi.

— JakŜe! Czy wyobraŜacie sobie, Ŝe smoka 

podchodzi się brzęcząc i dzwoniąc na trzy mile jak 

dzwon z Canterbury? Na mój rozum lepiej nie 

ostrzegać go z daleka; i tak z pewnością spostrzeŜ

mnie za wcześnie. Hełm to przecieŜ wyzwanie do 

background image

walki. JeŜeli smok zobaczy zza płotu tylko mój 

kapelusz, pewnie pozwoli mi podejść blisko, zanim się 

zacznie awantura.

Kółka naszyte na kaftanie luźno i tak, Ŝe jedno 

zachodziło na drugie, brzęczały rzeczywiście bardzo 

głośno. Płaszcz narzucony na wierzch tłumił nieco 

hałas, ale DŜil wyglądał w tym dziwnym stroju dość 

śmiesznie. Nikt mu jednak tego nie powiedział. Z 

pewnym trudem przyjaciele dopięli pas na jego 

brzuchu i zawiesili mu u boku pochwę od miecza, 

samego Gryzi-ogona musiał DŜil dzierŜyć w ręku, bo 

inaczej niŜ przemocą nie dawał się w pochwie 

utrzymać.

Potem DŜil przywołał psa. Na swój sposób był 

sprawiedliwym panem.

— Garm, pójdziesz ze mną — rzekł. Pies zawył.

— Ratuj, ratuj! — krzyknął.

— Przestań szczekać — powiedział DŜil — bo ci 

wygarbuję skórę lepiej niŜ smok. Znasz zapach tego 

gada i moŜesz się chociaŜ raz w Ŝyciu na coś przydać.

Przywołał teŜ DŜil swoją siwą kobyłkę. Spojrzała 

na pana wymownie i prychnęła na widok ostróg. 

background image

Pozwoliła się jednak dosiąść i ruszyli, wszyscy troje 

dość markotni. Kiedy kłusowali przez wieś, ludzie 

klaskali wiwatowali, lecz przewaŜnie zza okien. 

kobyła starali się nadrabiać miną. Garm jednak, nie 

Ŝywiąc przesadnych ambicji, kulił ogon pod siebie i 

biegł chyłkiem.

Minąwszy wieś przeprawili się po moście za 

rzekę. Ledwie znaleźli się poza zasięgiem ludzkich 

oczu, zwolnili kroku. Posuwali się teraz stępa, lecz i 

tak znacznie szybciej, niŜ sobie Ŝyczyli, przekroczyli 

granice pól DŜila i innych gospodarzy z Ham i dotarli 

w okolice nawiedzone przez smoka. Świadczyły o tym 

połamane drzewa, wypalone Ŝywopłoty, spopielała 

trawa i złowroga cisza.

Słońce przypiekało i DŜil miał wielką ochotę 

pozbyć się chociaŜ części cięŜkiego rynsztunku, lecz 

nie śmiał tego zrobić. Ogarnęły go teŜ wątpliwości, 

czy nie prze-brał miary wypijając tak duŜo piwa na 

wyjezdnym. “Ładnie kończę święta — myślał. — A co 

gorsza, jeśli nie będę miał wyjątkowego szczęścia, 

zakończę tym sposobem nie tylko święta, lecz i marny 

Ŝywot".

background image

Otarł pot z czoła wielką chustką — zieloną, broń 

BoŜe nie czerwona, bo ktoś mu powiedział, Ŝ

czerwony kolor draŜni smoki.

Smoka jednak nie spotkał. Na próŜno kręcił się 

po wszystkich drogach i ścieŜkach, a nawet na przełaj 

po bezludnych cudzych polach. Garm oczywiście nie 

zdał się na nic. Dreptał tuŜ za kobyłka i ani myślał 

węszyć tropów.

Wreszcie znaleźli się na krętej drodze, gdzie nie 

było widać śladów zniszczenia i panował, jak się 

zdawało błogi spokój. Ujechali nią z pół mili i DŜil 

dochodził do wniosku, Ŝe właściwie zrobił juŜ 

wszystko, co do niego naleŜało i czego wymagała jego 

sława. Utwierdził się właśnie w przekonaniu, Ŝe dalej 

i dłuŜej nie warto smoka szukać i moŜna z czystym 

sumieniem zawrócić domu na obiad. Przyjaciołom 

postanowił oznajmićŜe bestia na sam jego widok 

uciekła w popłochu. Tak rozmyślając wyjechał nagle 

zza ostrego zakrętu,..

Przed nim leŜał smok. Gniotąc olbrzymim 

cielskiem Ŝywopłot,  wyciągnął  straszliwy  łeb  na  

środek  drogi i spał smacznie.

background image

— Ratuj! — wrzasnął Garm i umknął.

Siwa kobyłka przysiadła na zadzie, a DŜil fiknął 

kozła nad jej głową i padł na wznak prosto w 

przydroŜną kałuŜę. Kiedy otworzył oczy, stwierdził, 

Ŝe smok zbudził się i patrzy na niego uwaŜnie.

— Dzień dobry — rzekł smok. — Zdaje mi sięŜ

jesteś zaskoczony.

— Dzień dobry — odparł DŜil. — Zgadłeś.

— Wybacz — rzekł smok. Ucho sterczało mu do 

góry, bo nadstawił je nieufnie, gdy usłyszał brzę

zbroi padającego na ziemię DŜila. — Wybacz, Ŝ

zapytam,, czy przypadkiem nie mnie właśnie 

szukałeś.

— Co znowu! — zaprzeczył DŜil. — KtóŜ mógł 

się ciebie spodziewać w tym miejscu? Wybrałem się 

tak sobie, na przejaŜdŜkę.

To mówiąc DŜil gramolił się pospiesznie z kałuŜ

i wycofywał ku swojej kobyłce, która juŜ uspokojona 

skubała jak gdyby nigdy nic przydroŜną trawę.

— A więc spotkaliśmy się szczęśliwym trafem — 

rzekł smok. — Cała przyjemność po mojej stronie. 

Jak widzę, masz na sobie odświętne ubranie. Pewnie 

background image

taka teraz u was nowa moda, co?

Spadając z siwki DŜil zgubił kapelusz, a poły 

płaszcza rozchyliły się szeroko. Lecz DŜil juŜ się nie 

usiłował kryć.

— A tak — odparł. — Najnowsza! Pozwól, Ŝ

pojadę za psem. Pogonił za królikiem, jeśli się nie 

mylę.

— Mylisz się — rzekł Chrysophylax oblizują

wargi, co robił zawsze, kiedy go coś ubawiło. — Pies 

będzie w domu znacznie wcześniej niŜ ty. Bardzo 

jednak proszę, jedź, gdzie masz ochotę, szanowny 

panie... panie... Przepraszam, nie znam twego 

nazwiska.

— Ja takŜe nie znam twojego — odparł DŜil — i 

nie jestem go ciekawy.

— Twoja wola — rzekł Chrysophylax i znów 

oblizał wargi, udając przy tym, Ŝe zamyka oczy. Miał 

złe serce — jak zwykle smoki — lecz nie bardzo 

odwaŜne; to takŜe między smokami często się zdarza. 

Lubił jeść, ale wolał zdobywać obiad bez walki. 

JednakŜe po długiej drzemce wrócił mu apetyt. 

Proboszcz z Dąbrowy okazał się dość łykowaty, 

background image

Chrysophylax od bardzo dawna nie miał juŜ w pysku 

smacznego, tłustego człowieka.

Postanowił więc teraz skorzystać z okazji, czekał 

tylko na chwilę roztargnienia tego głupiego grubasa.

Ale grubas wcale nie był taki głupi, jak się 

smokowi zdawało. Nie spuszczał wzroku z 

przeciwnika nawet w chwili, gdy usiłował wdrapać się 

na siodło. Kobyłka wszakŜe miała inne plany. 

Wierzgała i kopała, nie pozwalając się dosiąść. Smok 

tracąc cierpliwość spręŜył się juŜ do skoku.

— Przepraszam — rzekł — czy mi się zdaje, czy 

coś ci upadło?

Stary, znany podstęp, ale w tym wypadku 

skuteczny. DŜil bowiem rzeczywiście coś zgubił. 

Padając wypuścił z ręki Caudimordaksa — czyli 

mówiąc prościej Gryzi-ogona — który leŜał 

dotychczas przy drodze. DŜil schylił sięŜeby go 

podnieść, i w tym momencie smok skoczył. Lecz 

Gryzi-ogon był szybszy od niego. Ledwie się znalazł w 

garści DŜila, wyrwał się naprzód i jak błyskawica 

śmignął tuŜ przed oczyma smoka.

— EjŜe! — powiedział smok stając w miejscu jak 

background image

wryty. — Co ty tam masz?

— Drobiazg — odparł DŜil. — Po prostu Gryzi-

ogona, którego dostałem od króla w podarunku.

— Pomyliłem się — rzekł smok. — Bardzo cię 

przepraszam! — Przywarł plackiem do ziemi, a w 

DŜila na ten widok nowy duch wstąpił. — Swoją 

drogą, nieładnie ze mną postąpiłeś.

— Nieładnie? — spytał DŜil. — Dlaczego? I 

dlaczego miałem z tobą ładnie postępować?

— Zataiłeś przede mną swoje szlachetne 

nazwisko i udałeśŜe spotkaliśmy się przypadkiem. A 

przecieŜ jesteś niewątpliwie rycerzem, i to bardzo 

wysokiego rodu. Dawniej, szanowny panie, istniał 

zwyczaj, Ŝe w podobnych okazjach rycerze 

wymieniali najpierw wszystkie swoje tytuły i 

wyzywali przeciwnika uroczyście na pojedynek.

— MoŜe taki zwyczaj istniał, a moŜe nawet 

dotychczas istnieje — odparł DŜil, coraz bardziej z 

siebie zadowolony. Człowiek, przed którym ogromny, 

królewski smok czołga się w prochu, ma prawo do 

pewnej dumy. — Ale znowu się mylisz, stary gadzie. 

Nie jestem rycerzem. Nazywam się Aegidius i jestem 

background image

gospodarzem z Ham. Nie cierpię natrętów na swoich 

polach. Strzelałem juŜ z mojego garłacza do 

olbrzymów, chociaŜ mniej szkody wyrządzali niŜ ty, 

lecz ich takŜe nie śniło mi się wyzywać uroczyście na 

pojedynek.

Smok bardzo się stropił. “Diabli nadali tego 

olbrzyma — pomyślał. — Okłamał mnie łajdak. Co 

teraz zrobić z tym zuchwałym chłopem, który w 

dodatku ma taki błyszczący i napastliwy miecz w 

garści?"

Nic podobnego nigdy mu się  jeszcze nie  

zdarzyło.

— Nazywam się Chrysophylax — przedstawił 

się. Chrysophylax Bogaty. Czym mogę słuŜyć, zacny 

panie? — spytał przymilnie, zerkając spod oka na 

miecz i łamiąc sobie głowę, jak by tu uniknąć starcia.

— UsłuŜysz mi najlepiej, jeŜeli wyniesiesz się 

stąd co prędzej, kostropaty gadzie — odrzekł DŜil, 

równieŜ łamiąc sobie głowę, jak by tu uniknąć 

starcia. — Jednego tylko chcęŜebyś mi zszedł z oczu. 

Precz, wracaj do swojej brudnej nory!

I DŜil postąpił krok naprzód, wymachują

background image

rękami, jakby straszył wrony. To wystarczyło, Ŝeby 

rozpętać Gryzi-ogona. Błysnął, zafurczał w 

powietrzu, spadł i rąbnął smoka w nasadę prawego 

skrzydła, aŜ pancerz zadzwonił, a potwór osłupiał od 

wstrząsu. Oczywiście gdyby DŜil miał pojęcie o 

właściwych sposobach walki ze smokami, 

wymierzyłby w jakieś bardziej wraŜliwe miejsce. 

Gryzi-ogon zrobił wszakŜe co mógł w 

niedoświadczonych rękach. Cios był i tak dla smoka 

dotkliwy, pozbawił go na wiele dni władzy w 

skrzydle. Poderwał się, chcąc ulecieć, lecz opadł 

bezradnie. DŜil natomiast skoczył teraz na siodło bez 

trudu. Smok puścił się biegiem. Siwa kobyłka za nim. 

Smok zmykał galopem przez pole, sapiąc i chrapiąc. 

Siwa kobyłka za nim. DŜil ryczał i pokrzykiwał jak 

widz na wyścigach. I wciąŜ wymachiwał mieczem. 

Smok im prędzej biegł, tym bardziej tracił głowę. A 

siwa kobyłka gnała za nim co sił w nogach i deptała 

mu wciąŜ po piętach.

Tak mknęli po drogach, przesadzająŜywopłoty, 

na przełaj polami, w bród przez rzeki. Smok dymił, 

ryczał, biegł na oślep, byle przed siebie. Nagle ujrzeli 

background image

most prowadzący do wsi Kam, jak grzmot 

przemknęli po nim i ze straszliwym zgiełkiem wpadli 

w główną ulicę wioski. Bezczelny Garm wybiegł z 

opłotków i przyłączył się teraz do pogoni.

Wszyscy mieszkańcy wsi cisnęli się do okien, 

niektórzy nawet wdrapywali się na dachy. Jedni 

śmiali się, inni wiwatowali, a jeszcze inni walili w 

blachy, w patelnie i w kotły albo dęli w rogi, fujarki i 

gwizdki. Proboszcz kazał bić w dzwony. Podobnego 

ruchu i zgiełku od stu lat w Ham nie widziano.

Wreszcie na placu przed kościołem smok 

skapitulował. Padł dysząc cięŜko pośrodku drogi. 

Garm zbliŜył się i obwąchiwał mu ogon, lecz 

Chrosophylax wyzbył się juŜ resztek wstydu.

— Dobrzy ludzie, męŜny wojowniku! — wysapał, 

gdy nadjechał DŜil, a wszyscy mieszkańcy Ham 

zgromadzili się wkoło (jakkolwiek w bezpiecznej 

odległości), uzbrojeni w widły, kije i pogrzebacze. — 

Dobrzy ludzie, nie zabijajcie mnie! Jestem bardzo 

bogaty. Zapłacę za wszelkie szkody, które 

wyrządziłem. Poniosę koszty pogrzebu ofiar, a w 

szczególności proboszcza z Dąbrowy; zafunduję mu 

background image

piękny pomnik, chociaŜ był doprawdy dość łykowaty. 

KaŜdy z was dostanie hojny podarek, jeŜeli 

pozwolicie mi pójść do mego domu, gdzie trzymam 

swoje skarby.

— Ile? — spytał DŜil.

— Zastanówmy się — odparł smok, szybko 

rachując w myślach. Tłum wydał mu się trochę zbyt 

liczny. — Trzynaście szylingów i osiem pensów na 

osobę.

— śarty! — powiedział DŜil. — Kpiny! — 

powiedzieli ludzie. — Bzdura! — szczeknął pies.

— Po dwie złote gwinee, dzieciom pół ceny — 

zaproponował smok.

— A psom? — spytał Garm.

— Mów dalej — rzekł DŜil. — Słuchamy.

— Dziesięć funtów i sakiewka srebra na osobę

złote obroŜe dla psów — rzekł mocno juŜ 

zaniepokojony Chrysophylax.

— Zabić go! — ryknął tłum, tracąc wreszcie 

cierpliwość.

— Worek złota dla kaŜdego, a dla dam brylanty? 

— skwapliwie zaofiarował Chrysophylax.

background image

— Teraz juŜ gadasz do rzeczy, ale to jeszcze za 

mało — powiedział DŜil.

— O psach znowu zapomniałeś — rzekł Garm.

— Jakiej wielkości będą worki? — pytali 

męŜczyźni.

— Po ile brylantów? — chciały wiedzieć kobiety.

— Bójcie się Boga! — jęknął smok. — 

Zrujnujecie mnie do szczętu.

— ZasłuŜyłeś   sobie   na to — rzekł DŜil. — 

Wybieraj, co wolisz stracić: majątek czy Ŝycie.

I machnął Gryzi-ogone: aŜ smok skulił się na 

ziemi;

 — Prędzej! Namyśl się prędzej! — krzyczeli 

ludzie, nabierając odwagi i podchodząc coraz bliŜej.

Cłirysophylax przymknął oczy niby w skupieniu, 

lecz naprawdę trząsł się ze śmiechu, tak jednak 

skrycie, Ŝe nikt tego nie dostrzegł. Targ zaczynał go 

bawić. Ludzie najwidoczniej spodziewali się wiele na 

nim skorzystać. Nie mieli pojęcia o zwyczajach i 

podstępach wielkiego zepsutego świata; w całym 

królestwie nie było człowieka, który by miał jakieś 

praktyczne doświadczenie w stosunkach ze smokami i 

background image

znał ich chytrość. Chrysophylax oddychał coraz 

swobodniej i myślał coraz jaśniej. Oblizał wargi.

— Powiedzcie swoją cenę — rzekł.

Zagadali wszyscy naraz. Smok przysłuchiwał się 

z zainteresowaniem. Jeden tylko głos mącił jego 

spokój: głos kowala.

— Nic dobrego z tego nie wyniknie, 

zapamiętajcie moje słowa — prawił kowal. — 

Mówcie, co chcecie, a ja powiadam, Ŝe gad nie wróci. 

Zresztą tak czy owak nie wyniknie z tej historii nic 

dobrego.

— MoŜesz się wyłączyć z ogólnej umowy, jeŜeli ci 

się nie podoba — odparli mu na to sąsiedzi i dalej 

spierali się między sobą, nie zwracając wiele uwagi na 

smoka.

Chrysophylax podniósł łeb. MoŜe namyślał się

czy zaatakować znienacka tłum, czy teŜ wymknąć się 

cichcem korzystając z zamieszania — w kaŜdym razie 

musiał się tych zamiarów co prędzej wyrzec. DŜil 

wprawdzie Ŝuł w zadumie jakąś trawkę, lecz Gryzi-

ogona trzymał w garści i smoka ani na sekundę z oczu 

nie spuszczał.

background image

— Nie waŜ się ruszyć — powiedział — bo jak cię 

rąbnę, to ci nawet góra złota nie pomoŜe.

Smok przywarował znowu. Wreszcie gromada 

wypchnęła naprzód proboszcza, Ŝeby przemówił w jej 

imieniu. Ksiądz stanął u boku DŜila.

— Nikczemny gadzie — rzekł. — śądamy,  Ŝebyś 

przyniósł tu, na to miejsce, cały swój majątek nabyty 

z rozboju. Najpierw wynagrodzimy pokrzywdzonym 

wszystkie straty, a potem resztę rozdzielimy 

sprawiedliwie między siebie. Wówczas dopiero, jeśli 

przysięgniesz, Ŝe nigdy więcej nie napadniesz naszego 

kraju ani teŜ Ŝadnego innego potwora do napaści nie 

podjudzisz, pozwolimy ci odejść do twego domu z 

głową i ogonem. Teraz złoŜysz przysięgęŜe wrócisz z 

okupem, a zaklniesz się na takie potęgi, Ŝe nawet 

twoje smocze sumienie nie ośmieli się im 

sprzeniewierzyć,

Chrysophylax, Ŝeby tym lepiej oczy im zamydlić

udał, Ŝe się waha. Ronił z Ŝalu nad stratą majątku łzy 

tak gorące, Ŝe rozlewając się w kałuŜe na drodze 

kipiały i parowały. Zaprzysiągł uroczyście, klnąc się 

na przedziwne i straszliwe potęgi, Ŝe stawi się 

background image

niezawodnie z całym swoim skarbem w dzień 

świętych Hilarego i Feliksa, czyli za osiem dni: termin 

oczywiście za krótki na tak daleką podróŜ i nawet nie 

uczeni geografii wieśniacy powinni byli to wiedzieć

JednakŜe nikt nie zaprotestował, pozwolono smokowi 

odejść, a mieszkańcy wsi odprowadzili go aŜ do 

mostu.

— Do zobaczenia! — zawołał juŜ z drugiego 

brzegu. — Z pewnością będziemy do siebie tęsknić.

— My do ciebie z pewnością! — odkrzyknęli 

ludzie.

Postąpili oczywiście bardzo niemądrze. KaŜda 

inna istota  po  złoŜeniu  tak  uroczystej   przysięgi  

miałaby skrupuły i lękałaby sięŜe łamiąc wiarę 

ściągnie na siebie okropne nieszczęścia, ale smok w 

ogóle nie miał sumienia. Pewnie, prości ludzie nie 

mogli o takie kalectwo podejrzewać stwora bądź co 

bądź wielkiego rodu, dziwne jednak, Ŝe proboszcz,  

który  tyle uczonych ksiąg w Ŝyciu przeczytał, 

równieŜ się tego nie domyślił. MoŜe się zresztą 

domyślił. Jako gramatyk niewątpliwie jaśniej 

przewidywał przyszłość niŜ inni ludzie.

background image

Kowal wracając do kuźni kręcił głową.

— ZłowróŜbne imiona — mruczał. — Hilary i 

Felix!

AŜ w uchu wierci. — Bo Hilary w pospolitym 

języku znaczy: wesoły, a Feliks: szczęśliwy.

Król oczywiście wkrótce dowiedział się o całym 

zdarzeniu. Wieść jak płomień szerzyła się po kraju, a 

prze-chodząc z ust do ust nabierała po drodze tym 

Ŝywszych kolorów. Król bardzo się nią zainteresował 

z wielu powodów, wśród których niemałą rolę 

odgrywały względy finansowe. ToteŜ postanowił udać 

się we własnej osobie do wsi, w której działy się tak 

niezwykłe rzeczy.

W cztery dni po odejściu smoka wjechał przez 

most do Ham na białym rumaku, otoczony świtą 

rycerzy, z trębaczami i ogromnym taborem. 

Mieszkańcy wsi w odświętnych ubraniach ustawili się 

szpalerem wzdłuŜ głównej ulicy na powitanie 

monarchy. Orszak zatrzymał się na placu przed 

kościołem. DŜil, gdy go przedstawiano królowi, 

przykląkł, lecz władca kazał mu wstać i nawet 

poklepał go łaskawie po ramieniu. Rycerze udawali, 

background image

Ŝe nie widzą tej poufałości.

Potem król zwołał całą wieś na rozległe 

pastwisko DŜilowe nad rzeką, a gdy się wszyscy 

zgromadzili — włącznie z Garmem, który uznał, Ŝ

jego teŜ ta sprawa dotyczy — Augustus Bonifacius 

rex et basileus raczył łaskawie wygłosić 

przemówienie.

Wytłumaczył dobitnie, Ŝe majątek poganina 

Chrysophylaksa w całości naleŜy do niego, jako do 

władcy kraju. Nie uzasadniał szerzej swoich praw do 

zwierzchnictwa  równieŜ  nad  krainą  górską   (były  

bowiem sporne), lecz stwierdził, Ŝe “w kaŜdym razie 

nie ma wątpliwości, iŜ gad ów ukradł ongi naszym 

przodkom to wszystko, co dziś posiada. Ale Ŝ

jesteśmy, jak powszechnie wiadomo, sprawiedliwi i 

wspaniałomyślni, nie pozostawimy naszego zacnego 

lennika Aegidiusa bez nagrody; kaŜdy teŜ z naszych 

wiernych poddanych z tej wsi otrzyma jakiś dowód 

naszego uznania, nikogo nie pominiemy, od 

proboszcza do najmniejszego dziecka. Wioska Ham 

uradowała bowiem nasze królewskie serce.

Tu przynajmniej lud dzielny i nieprzekupny 

background image

zachował staroŜytne cnoty naszego plemienia".

Rycerze tymczasem rozmawiali między sobą o 

najnowszych fasonach kapeluszy.

Król nie opuścił po tym przemówieniu wioski. 

Rozbił obóz na DŜilowym polu i oczekując dnia 

czternastego stycznia zaŜywał wraz z dworem 

przyjemności, jakich mogła dostarczyć skromna wieś

odległa o wiele mil od stolicy. Świta królewska w 

ciągu trzech dni ogołocił; wieś doszczętnie z chleba, 

masła, jaj, słoniny i baranie go mięsa, a takŜ

wysuszyła do dna wszystkie beczki z piwem. Po czym 

zaczęła szemrać na skąpe wyŜywi nie. Król jednak za 

wszystko płacił hojnie kwitami obiecując ich 

wymianę w państwowej kasie na gotówkę; liczył 

bowiem, Ŝe jego skarbiec wkrótce się napełni 

Mieszkańcy  Ham,   nic  nie   wiedząc o rzeczywistym 

stanie królewskiego skarbca, przyjmowali kwity z 

wielkim zadowoleniem.

Nadszedł czternasty stycznia, dzień świętych 

Hilarego i Feliksa. Wszyscy od świtu byli na nogach. 

Rycerze przywdziali zbroje. DŜil ubrał się w swoją 

kolczugę domowej roboty, co wywołało drwiące 

background image

uśmiechy w gronie rycerstwa, lecz król poskromił je 

jednym zmarszczeniem brwi. DŜil przypasał teŜ 

miecz. Gryzi-ogon potulnie wsunął się do pochwy i 

wcale się z niej nie wyrywał. Proboszcz popatrzył na 

niego uwaŜnie i pokiwał głową, szepcząc coś sam do 

siebie. Kowal roześmiał się w głos. Nadeszło południe. 

Ludziom z przejęcia nawet obiadu się odechciało. 

Popołudnie wlokło się ospale. Gryzi-ogon w dalszym 

ciągu wcale nie zdradzał chęci wyskoczenia z pochwy. 

Czatujący na wzgórzu wartownicy i mali chłopcy, 

którzy na ochotnika wdrapali się na najwyŜsze 

drzewa, daremnie wytęŜali oczy: ani na ziemi, ani na 

niebie Ŝaden znak nie zwiastował zbliŜania się smoka.

Kowal pogwizdywał wesoło, lecz innym ludziom 

dopiero z zapadnięciem wieczoru, kiedy gwiazdy 

błysnęły na firmamencie, po raz pierwszy zaświtało 

podejrzenie, Ŝe moŜe smok od początku nie zamierzał 

dotrzymać obietnicy. Wspominając jednak uroczystą 

przysięgę, nie tracili mimo wszystko nadziei. 

Wreszcie gdy wybiła północ i wyznaczony dzień 

minął, ludzi ogarnęło zniechęcenie. Tylko kowal był w 

siódmym niebie.

background image

— A co, nie mówiłem! — tryumfował. Lecz nie 

przekonał gromady.

— Bądź co bądź gad był cięŜko ranny — 

zauwaŜył ktoś.

— I termin wyznaczyliśmy za krótki — 

stwierdził inny. — Do gór kawał drogi, a on przecieŜ 

dźwiga niemałe cięŜary. MoŜe musiał szukać 

pomocników.

Lecz minął następny dzień, potem drugi.   

Resztka   nadziei rozwiała   się   ostatecznie. Król 

wpadł w straszny gniew. Prowianty i napoje 

wyczerpały się we wsi, królewska świta narzekała    

juŜ   głośno. Rycerze   tęsknili   do dworskich   wygód  

i przyjemności. Ale król   bardzo   potrzebował 

pieniędzy.

 PoŜegnał się z wiernymi poddanymi krótko i 

węzłowato. Połowę wydanych poprzednio kwitów 

uniewaŜnił. DŜila potraktował chłodno, ledwie mu 

kiwnął głową.

— Wkrótce otrzymacie nasze dalsze 

rozporządzenia — rzekł i odjechał wraz z rycerzami i 

trębaczami.

background image

Bardziej ufni i naiwni ludzie spodziewali sięŜ

lada dzień król zaprosi Aegidiusa do stolicy, Ŝeby go 

pasować na rycerza. Rzeczywiście w tydzień później 

nadeszło pismo, lecz zupełnie innej treści. Był to list w 

trzech kopiach: jedną wysłaniec wręczył DŜilowi, 

drugą proboszczowi, a trzecią przybił na drzwiach 

kościoła. Prawdę   mówiąc   wystarczyłby   jeden   list 

do   proboszcza, bo nikt prócz niego nie umiał 

rozszyfrować niewyraźnych zawijasów dworskiego 

skryby, dla prostych ludzi równie   niepojętych   jak   

łacina   uczonych.   Proboszcz przełoŜył list na 

pospolity język i odczytał z ambony. Tekst był zwięzły 

i rzeczowy — w porównaniu z większością 

królewskich listów.  Król  bowiem bardzo  się 

spieszył.

My, Augustus B.A.A.A.P.iM. rex et basileus et 

cetera, oznajmiamy, Ŝe dla bezpieczeństwa naszego 

królestwa oraz honoru naszego imienia 

postanowiliśmy, iŜ gada, który sam mieni się 

Chrysophylaksem Bogatym, naleŜy ująć i surowo 

ukarać za jego występki, matactwa    i    nikczemne    

przeniewierstwo. Wzywam tedy niniejszym 

background image

wszystkich rycerzy naszego domu pod broń i polecam 

im czekać w pogotowiu na przybycie Aegidiusa A.J., 

rolnika ze wsi Ham. PoniewaŜ bowiem rzeczony 

Aegidius dał dowody, Ŝe godzien jest  naszego  

zaufania  i  zdatny  do  walki z olbrzymami, smokami 

oraz wszelkimi nieprzyjaciółmi królewskiego pokoju, 

rozkazujemy, aby niezwłocznie stawił się w stolicy i 

przyłączył do zastępu naszego rycerstwa.

Sąsiedzi powiadali, Ŝe Aegidiusa spotkał niemały 

za-szczyt, który w gruncie rzeczy znaczy tyleŜ co 

uroczyste pasowanie na rycerza. Młynarz nawet mu 

zazdrościł.

— Nasz Aegidius wysoko zajdzie — rzekł. — 

Miejmy nadziejąŜe zechce nas znać jeszcze, gdy 

wróci z tej wyprawy.

— Ba, czy w ogóle wróci? — powiedział kowal.

— Dość, przestańcie krakać! — krzyknął 

Aegidius, nie posiadając się juŜ z gniewu. — GwiŜdŜę 

na zaszczyt. Bylebym wrócił cały, nawet młynarza 

powitam z radością. ChociaŜ trzeba przyznaćŜ

osładza mi tą pigułkę myśl, iŜ was dwóch 

przynajmniej na czas jakiś z oczu stracą.

background image

Z tymi słowami porzucił kompanią. Królowi nie 

sposób wymawiać się tak jak sąsiadom. Trudno, 

nawet jeśli owce się kocą, orka czeka, krowy czas doić 

albo wodą nosić — trzeba jechać. DŜil osiodłał wię

siwą kobyłką i przygotował się do drogi. W ostatniej 

chwili nadszedł proboszcz.

— Bierzesz chyba z sobą mocny powróz? — 

spytał.

— A to po co? — zdziwił sią DŜil. — śeby się 

powiesić?

— DajŜe spokój! Głowa do góry, kochany 

Aegidijusie — odparł proboszcz. — Mnie się zdaje, Ŝ

moŜesz zaufać swojemu szczęściu. Weź jednak z sobą 

powróz, bo jeŜeli się nie mylę, bardzo ci się przyda. 

Jedź juŜ i wracaj do nas zdrowy!

— A właśnie! Nawet jeŜeli wrócę, ciekaw jestem, 

w jakim stanie zastaną dom i gospodarkę! Diabli 

nadali smoka — rzekł DŜil. Wcisnął gruby zwój 

powroza do juków i ruszył.

Nie wziął z sobą psa, który zresztą od rana starał 

mu się nie nawijać przed oczy. Dopiero po wyjeździe 

pana Garm wśliznął się do domu i nie wytykając nosa 

background image

z kuchni wył przez całą noc Ŝałośnie; nie uspokoił się 

nawet wówczas, gdy mu gospodyni spuściła lanie.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — jęczał. — JuŜ nigdy nie 

ujrzę mojego kochanego pana, mojego groźnego, 

wspaniałego pana! CzemuŜ, ach czemuŜ nie 

pobiegłem za nim!

— Zamknij pysk! — fuknęła Agata. — Bo 

postaram sięŜebyś naprawdę nie doczekał powrotu 

pana. Kowal usłyszał wycie psa.

— Zły omen! — stwierdził z satysfakcją. Dni 

mijały bez wieści.

— Przygotujmy się na najgorsze — rzekł i zaczął 

wesoło wyśpiewywać.

DŜil zajechał na dwór zmęczony i zakurzony. 

Rycerze w lśniących zbrojach i błyszczących hełmach 

stali na dziedzińcu, kaŜdy przy swoim wierzchowcu. 

Nie w smak im było królewskie wezwanie i burzyli się 

przeciw dołączeniu chłopa do rycerskiego zastępu, 

więc na złość uparli się wykonać rozkaz dosłownie i 

ruszyć natychmiast, nie dając biednemu DŜilowi 

wytchnienia. Nieborak ledwie zdąŜył przegryźć 

kromkę chleba i przepłukać gardło łykiem wina. Siwa 

background image

kobyłka prychała gniewnie. Na szczęście nie 

powiedziała głośno tego, co o królu pomyślała, bo 

dopuściłaby się obrazy majestatu.

Dzień juŜ się chylił ku zachodowi. Nie pora 

wyruszać w drogę, tym bardziej na smoka — rzekł 

sobie w duchu DŜil. ToteŜ nie zajechali tego dnia 

daleko. Dworakom, skoro postawili na swoim, juŜ się 

teraz wcale nie spieszyło. Rycerze, giermkowie, 

słuŜba, juczne kuce i tabory — wszyscy posuwali się 

leniwie, nie pilnując bojowego szyku. DŜil na swojej 

zmęczonej kobyłce człapał ostatni.

Wieczorem zatrzymali się na popas i rozbili 

namioty. Dla DŜila nie pomyślano o Ŝadnym 

zaopatrzeniu, musiał więc najniezbędniejsze rzeczy 

poŜyczać od innych. Kobyłka oburzona winszowała 

sobie, Ŝe nie naleŜy do królewskiej świty.

Nazajutrz ruszyli i dopiero trzeciego dnia pod 

wieczór ujrzeli na widnokręgu zamglony, 

nieprzyjazny łań-cuch gór. Wkrótce potem znaleźli 

się w krainie, gdzie władza Augustusa Bonifaciusa nie 

była powszechnie uznawana. Posuwali się teraz 

ostroŜniej i bardziej zwartym szykiem.

background image

Czwartego dnia dotarli do Dzikich Wzgórz, na 

pogranicze krainy o złej sławie, zaludnionej, jak 

powiadano, przez rozmaite legendarne istoty. Nagle 

któryś z jeźdźców jadących na czele spostrzegł w 

piasku nad potokiem jakieś podejrzane ślady. 

Przywołano DŜila.

— Co to za ślady, mości Aegidiusie? — spytali 

rycerze.

— Smocze — odparł DŜil.

— Odtąd ty będziesz prowadził — rzekli. Dalej 

więc jechali kierując się na zachód, a DŜil na czele 

dzwonił i brzęczał pierścieniami naszytymi na 

skórzany kaftan. Nie miało to juŜ teraz znaczenia, bo 

rycerze głośno śmiali się i rozmawiali, a towarzyszący 

im minstrel śpiewał pieśni. Od czasu do czasu 

wszyscy podejmowali chórem melodię, nie Ŝałują

gardeł. Pieśń była piękna i dodawała ludziom ducha, 

pochodziła bo-wiem z dawnych lat, kiedy więcej 

toczono prawdziwych bitew niŜ dworskich turniejów. 

Mimo to śpiewając popełniali wielką nieostroŜność

Zawiadamiali tym sposobem wszystkie stwory 

zamieszkujące tę krainę o swoim przybyciu; smoki 

background image

ocknęły się w jamach i nadstawiły czujnie uszu. 

Wyprawa nie mogła juŜ Chrysophylaksa zaskoczyć 

znienacka we śnie.

Siwa kobyłka DŜila szczęśliwym trafem — a 

moŜe i naumyślnie — nagle okulała, gdy wjechali w 

cień posępnych gór. Musieli teraz wspinać się 

mozolnie stromymi, kamienistymi ścieŜkami i lę

ogarniał ich coraz silniej. Siwa kobyłka pozwalała się 

wyprzedzać innym koniom, potykała się i kulała, i 

miała tak smutną minęŜe wreszcie DŜil zsiadł i szedł 

odtąd obok niej piechotą. Wkrótce znalazł się wraz ze 

swoją wierzchówką na samym końcu pochodu, 

pośród jucznych kucyków, lecz nikt na to nie zwrócił 

uwagi. Gdyby rycerze nie byli tak zajęci sporem o 

prawa pierwszeństwa u dworu, musieliby spostrzec 

liczne i zupełnie juŜ tutaj wyraźne ślady smoczych 

łap. Dotarli bowiem do okolicy, po której 

Chrysophylax często się wałęsał i gdzie lubił lądować 

po codziennych lotach. NiŜsze pagórki i stoki po obu 

stronach ścieŜki zdawały się stratowane i wypalone. 

Trawa rosła na nich skąpo, a zwichrzone czarne kępy 

wrzosów i janowca sterczały pośród rozległych plam 

background image

nagiej, spopielałej ziemi. Obszar ten od wielu lat 

słuŜył smokom za boisko. Przed rycerzami majaczyła 

ciemna ściana gór.

Niedomaganie siwej kobyłki martwiło DŜila, lecz 

cieszył sięŜe ma dzięki temu wymówkę, by nie 

paradować na najbardziej widocznym miejscu w 

druŜynie. Wcale nie było mu przyjemnie jechać na 

czele kawalkady przez tę ponurą i niebezpieczną 

krainę. Wkrótce potem ucieszył się jeszcze bardziej i 

dziękował losowi — oraz siwej kobyłce. Około 

południa bowiem — a był to siódmy dzień wędrówki i 

przypadało święto Matki Boskiej Gromnicznej — 

Gryzi-ogon wyskoczył z pochwy, a smok ze swej 

jamy. Bez ostrzeŜenia i bez ceremonii wystąpił do 

boju. Leciał wprost na królewską druŜynę,   z 

wielkim  szumem  i  hukiem.   Poprzednio, z dala od 

własnej siedziby, okazał się niezbyt męŜny, mimo Ŝ

szczycił się pochodzeniem z moŜnego rodu. Teraz 

jednak płonął straszliwym gniewem, poniewaŜ 

walczył niejako w progu swego domu i bronił swoich 

skarbów. Jak burza wychynął znad górskiego 

ramienia w poświście huraganu i lawinie czerwonych 

background image

piorunów. Spór o pierwszeństwo na dworze urwał się 

jak noŜem uciął. Konie spłoszone odskoczyły tak 

gwałtownie, Ŝe wielu rycerzy stoczyło się z siodeł. 

Kucyki z taboru umknęły błyskawicznie, a 

pachołkowie z nimi razem. W tym bowiem 

towarzystwie nikt nie miał wątpliwości co do praw 

pierwszeństwa.

 Znienacka ogarnęła druŜynę chmura dymu, 

zapierając dech we wszystkich piersiach, a w jej 

osłonie smok runął na pierwsze szeregi królewskiego 

rycerstwa. Wielu wojaków zginęło, nim zdąŜyli 

wyjąkać formalne wyzwanie do walki, niejeden zwalił 

się na ziemię raŜeni z koniem i całym rynsztunkiem. 

O losie pozostałych rozstrzygnęły wierzchowce, które 

zawróciwszy w miejscu rzuciły się do ucieczki, nie 

pytając jeźdźców, czy sobie tego Ŝyczą, czy nie. 

PrzewaŜnie zresztą Ŝyczyli sobie tego serdecznie.

Tylko siwa kobyłka stała niewzruszenie. MoŜ

bała się połamać nogi na stromej, kamienistej ścieŜce. 

MoŜe czuła się zanadto zmęczona, Ŝeby uciekać. Była 

przeświadczona, Ŝe z dwojga złego lepiej jest mieć 

skrzydlatego potwora przed sobą niŜ za swymi 

background image

plecami i Ŝe ucieczką mogłaby się ocalić jedynie 

wtedy, gdyby umiała galopować szybciej od 

najściglejszego wyścigowca. Zresztą spotkała się juŜ 

raz z Chrysophylaksem i pamiętała, jak gnała go 

przez pola i strumienie swojej rodzinnej okolicy, 

dopóki nie padł ujarzmiony pośrodku wiejskiej   

drogi.   W  kaŜdym   razie   rozparła   szeroko 

wszystkie cztery nogi i zarŜała głośno. DŜil zbladł — o 

tyle, o ile na to pozwalała jego rumiana cera — lecz 

został u boku swojej kobyłki, bo nie widział innej 

rady.

Tak się więc stało, Ŝe smok, rozbiwszy cały 

rycerski zastęp i wciąŜ prąc dalej naprzód, znalazł się 

nagle oko w oko ze swoim  niedawnym pogromcą  

uzbrojonym w Gryzi-ogona. Wcale się tego nie 

spodziewał. Skręcił w locie jak olbrzymi, niezgrabny 

nietoperz i opadł tuŜ przy drodze na górski stok. Siwa 

kobyłka ruszyła ku niemu, zapominając nawet o 

kulawej nodze. DŜil, nabierając nowej otuchy, szybko 

wdrapał się na siodło.

— Przepraszam — rzekł — czy przypadkiem 

moŜe mnie szukałeś?

background image

— Doprawdy nie — odparł Chrysophylax. — 

KtóŜ by się ciebie mógł właśnie tutaj spodziewać

Tak sobie wyfrunąłem dla rozrywki.

— A więc spotkaliśmy się tylko szczęśliwym 

trafem — rzekł DŜil. — Cała przyjemność po mojej 

stronie. Ja bowiem szukałem ciebie. Co więcej, mamy 

z sobąŜe tak powiem, na pieńku.

Smok parsknął. DŜil wyciągnął ramięŜeby 

osłonić się od palącego smoczego oddechu, i w tym 

samym momencie Gryzi-ogon błysnął i świsnął w 

powietrzu tuŜ przed nosem bestii.

— EjŜe! — krzyknął smok i cofnął się, a cały 

ogień w nim przygasł zmroŜony strachem. — Mam 

nadziejęŜe nie przyszedłeś tu po to, Ŝeby mnie 

uśmiercić, zacny panie — jęknął.

— Co znowu! — odparł DŜil. — Nic przecieŜ nie 

mówię o uśmiercaniu.

Siwa kobyłka kichnęła.

— Pozwól więc, Ŝe zapytam, co właściwie robisz 

wśród tych wszystkich rycerzy — rzekł 

Chrysophylax. — Rycerze zazwyczaj zabijają smoki, 

chyba Ŝe smokom uda się przedtem zabić rycerzy.

background image

— Co wśród nich robię? Nic. Nic a nic mnie z 

nimi nie łączy — odparł DŜil. — Zresztą rycerzy juŜ 

nie ma. Polegli albo zwiali. Pomówmy lepiej o 

przyrzeczeniu, które mi złoŜyłeś w dzień Trzech 

Króli.

— A cóŜ o tym moŜna powiedzieć? — spytał 

smok zaniepokojony.

— Termin upłynął miesiąc temu — rzekł DŜil. — 

Zalegasz z wypłatą, więc przyszedłem po nią aŜ tutaj. 

Powinieneś mnie przeprosić za fatygę, na jaką mnie 

naraziłeś.

— Przepraszam — odparł smok. — Szczerze 

bym wolał, Ŝebyś się nie fatygował i nie przychodził.

— Dawaj zaraz cały swój skarb i nie próbuj 

Ŝadnych sztuczek — rzekł DŜil — bo cię usiekę i 

powieszę twoją skórę na dzwonnicy kościelnej ku 

przestrodze innym smokom.

— Nie bądź dla mnie taki okrutny! — powiedział 

smok.

— Umowa jest umową — odparł DŜil.

— Czy nie pozwolisz mi zatrzymać chociaŜ kilku 

pierścieni i garstki złota? Mógłbyś mi bodaj tyle 

background image

opuścić, skoro płacę gotówką — rzekł smok.

— Ani guzika! — odparł DŜil.

Targowali się i spierali jeszcze czas pewien 

niczym na jarmarku. Skończyło się wszakŜe tak, jak 

musiało się skończyć, bo chociaŜ DŜilowi moŜna by 

zarzucić to i owo, trzeba przyznaćŜe targować się 

umiał znakomicie i mało kto go przegadał przy takiej 

okazji.

Smok musiał całą drogę do swojej jamy przejść 

piechotą, bo DŜil nie odstępował go na krok i z bardzo 

bliska groził wciąŜ Gryzi-ogonem. ŚcieŜka wijąca się 

za-kosami pod górę była tak wąska, Ŝe ledwie się na 

niej we dwóch mieścili. Siwa kobyłka szła tuŜ za 

swoim panem.

Musieli tak wędrować pięć mil, i to stromo pod 

górę, toteŜ DŜil pocił się i sapał, lecz ani na sekundę 

nie spuszczał smoka z oczu. Wreszcie znaleźli się na 

zachodnim stoku, u wejścia do smoczej jamy. Groza 

ziała z ogromnej czarnej czeluści, którą zamykały 

mosięŜne wrota umocowane na dwóch wielkich 

Ŝelaznych słupach. Była to niewątpliwie za dawnych,  

niepamiętnych lat dumna i niezdobyta siedziba. 

background image

Smoki bowiem nie budują same twierdz ani nie drąŜą 

podziemnych tuneli, lecz osiedlają się w grobowcach 

albo skarbcach pozostałych po władcach i 

olbrzymach dawnych czasów. Brama tego 

podziemnego domu była na ościeŜ otwarta i DŜil 

zatrzymał się w jej cieniu. Chrysophylax aŜ do tej 

chwili nie miał okazji do ucieczki, lecz znalazłszy się 

pod własną bramą spręŜył sięŜeby dać nura w głą

jaskini. DŜil jednak uderzył go płazem miecza.

— Stój! — rzekł. — Nim wejdziesz do swego 

domu, posłuchaj, co ci mam do powiedzenia. JeŜeli 

nie wrócisz szybko i z przyzwoitym ładunkiem, pójdę 

za tobą i na zadatek dalszych kar obetną ci 

natychmiast ogon.

Kobyłka kichnęła. Nie mogła sobie wyobrazić

Ŝeby DŜil odwaŜył się zapuścić samotnie w czeluście 

smoczej jamy, nawet po pieniądze. Lecz 

Chrysophylax gotów był w tę pogróŜkę uwierzyć, bo 

Gryzi-ogon świecił ogniście i zdawał się ostry jak 

brzytwa. Kto wie, moŜe tym razem smok miał rację, a 

siwa kobyłka mimo całej swej mądrości myliła się, nie 

rozumiejąc zmiany, która dokonała się w duszy jej 

background image

pana. DŜil liczył na swoje szczęście, a po dwóch 

zwycięskich spotkaniach nabrał niemal pewności, Ŝ

Ŝaden w świecie smok nie zdoła mu się oprzeć.

I rzeczywiście Chrysophylax wrócił po krótkiej 

chwili niosąc dwadzieścia funtów — uczciwej wagi! 

— złota i srebra oraz skrzynię pełną pierścieni, 

naszyjników i rozmaitych klejnotów.

— Masz! — powiedział.

— Co takiego? — krzyknął DŜil. — Dwa razy 

tyle jeszcze byłoby za mało. Głowę dam, Ŝe to nie jest 

nawet połowa twojego majątku.

— Pewno Ŝe nie — odparł smok, stwierdzając z 

przykrościąŜe chłop zmądrzał od poprzedniej 

rozmowy we wsi. — Pewno Ŝe nie. Ale nie mogę 

zabrać wszystkiego na raz. — Ani na dwa razy, 

mógłbym się załoŜyć   — rzekł

 DŜil. — Jazda znowu do nory, a wracaj migiem, 

jeŜeli nie chcesz powąchać Gryzi-ogona.

— Nie chcę! — zawołał smok, wsunął się szybko 

do jamy i w mig wrócił. — Masz! — powiedział 

zrzucając na ziemię olbrzymi wór złota i dwie 

skrzynie diamentów.

background image

— Pofatyguj no się jeszcze raz — rzekł DŜil. — A 

nie Ŝałuj grzbietu!

—. Jesteś okrutny — jęknął smok sunąc z 

powrotem do jamy.

Wówczas jednak siwa kobyłka poczuła się 

osobiście zagroŜona. Kto będzie te wszystkie cięŜary 

dźwigał do domu? — pytała się w duchu. Spojrzała 

przy tym na spiętrzone wory i skrzynie tak smutnym 

okiem, Ŝe DŜil odgadł jej myśli.

— Nie martw się, staruszko — rzekł. — Gad 

musi nam cały ten kram dostarczyć na miejsce.

— Litości! — jęknął smok, który dosłyszał 

ostatnie zdanie wyłaŜąc po raz trzeci z jamy i taszczą

jeszcze cięŜszy niŜ przedtem wór złota oraz mnóstwo 

klejnotów iskrzących się jak zielone i czerwone 

płomienie. — Litości! Wątpię, czy z takim cięŜarem 

dojdę Ŝywy, a jeśli kaŜesz dołoŜyć choć jeden jeszcze 

worek, nie udźwignę, lepiej juŜ zabij mnie od razu.

— A więc masz coś jeszcze w swoim skarbcu? — 

rzekł DŜil.

— Owszem — odparł smok — tyle, Ŝeby nadal 

Ŝyć przyzwoicie.— Tym razem wyjątkowo powiedział 

background image

niemal prawdę, a jak się później okazało, mądrze 

zrobił — Zostaw mi tę resztkę! — prosił chytrze. — 

Zyskasz we mnie przyjaciela na wieki. Zaniosę te 

skarby do twojego szanownego domu zamiast na 

królewski dwór. A co więcej, pomogę ci zatrzymać je 

dla siebie.

DŜil wyciągnął lewą ręką wykałaczkę i dłubiąc w 

zębie namyślał się przez chwilę w wielkim skupieniu. 

Potem rzekł:

— Niech tak będzie.

Okazał chwalebną powściągliwość. Gdyby był 

rycerzem, pewnie by nie ustąpił i zaŜądał całego 

skarbu razem z ciąŜącą na nim klątwą. Bardzo teŜ 

prawdopodobne, Ŝe mimo strachu przed Gryzi-

ogonem, doprowadzony do ostatecznej rozpaczy smok 

rzuciłby się wówczas na niego. A wtedy DŜil albo by 

zginął, albo zabiłby smoka tracąc w ten sposób swój 

jedyny środek transportu, i musiałby lwią część 

zdobyczy zostawić w górach.

Na tym się więc skończyło. DŜil na wszelki 

przypadek napchał sobie kieszenie klejnotami i dał do 

dźwigania kobyłce jeden niewielki, lecz cenny 

background image

pakunek. Resztę bogactw w skrzyniach i worach 

przytroczył na plecach Chrysophylaksa, który 

wyglądał z tym wszystkim jak ruchomy skarbiec 

królewski. Z takim obciąŜeniem, choćby chciał, nie 

mógłby się wzbić w powietrze, zresztą przezorny DŜil 

spętał mu skrzydła.

— Powróz rzeczywiście bardzo się przydał — 

stwierdził, wspominając z wdzięcznością radę 

proboszcza.

Ruszyli wreszcie w drogę: smok truchcikiem, 

pocąc się i sapiąc, siwa kobyłka za nim, a DŜil ostatni, 

z błyszczącym groźnie Gryzi-ogonem w ręku. ToteŜ 

gad nie ośmielił się próbować Ŝadnych sztuczek.

Pomimo obciąŜenia i smoka, i kobyłki, droga 

powrotna trwała krócej niŜ pochód rycerskiego 

zastępu w pierwszą stronę. DŜil bowiem pospieszał, 

między innymi dlatego, Ŝe miał niewiele prowiantu w 

sakwach. Poza tym nie ufał Chrysophylaksowi, który 

raz juŜ złamał najuroczystszą przysięgę; maszerują

głowił się, jak urządzić nocny popas, Ŝeby nie narazić 

się na śmierć albo na wielką stratę. Zanim jednak noc 

zapadła, szczęśliwy przypadek pomógł mu rozwiązać 

background image

to trudne zadanie. Spotkał bowiem kilku pachołków z 

taboru, którzy na kucykach umknęli od smoczej 

napaści i teraz błąkali się po dzikiej okolicy. Na 

widok smoka chcieli znów pierzchnąć w popłochu i 

zdumieniu, lecz DŜil powstrzymał ich okrzykiem.

— Stójcie, chłopcy! — zawołał. — Chodźcie 

tutaj. Mam dla was robotę i będę za nią płacił hojnie, 

póki tych worków starczy.

Zgodzili się więc do DŜila na słuŜbę uradowani, 

Ŝe znaleźli przewodnika, i zachęceni widokami na 

płacę regularniejszą niŜ u poprzednich pracodawców. 

Dalej tedy jechali juŜ w liczniejszej kompanii: 

siedmiu ludzi, sześć kucyków, jedna kobyła i jeden 

smok.

DŜil poczuł się wielkim panem i dumnie wydymał 

pierś. Popasali moŜliwie najkrócej. Na noc DŜil 

przywiązywał cztery łapy smoka do czterech palików 

wbitych w ziemię i stawiał przy nim wartę, po trzech 

pachołków na zmianę. Lecz siwa kobyłka i tak spała 

na jedno oko, drugim pilnując, Ŝeby wartownikom 

nie zachciało się figli na własny rachunek.

Po trzech dniach wędrówki znaleźli się w 

background image

granicach własnego kraju,  budząc wszędzie we 

wsiach podziw i podniecenie, od wieków bowiem nie 

widziano nic podobnego na całym obszarze między 

dwoma morzami. W pierwszej wsi, w której 

zatrzymali się na odpoczynek, ofiarowano im za 

darmo jedzenie i trunki, a połowa miejscowej 

młodzieŜy chciała przyłączyć się do orszaku. DŜil 

wybrał dwunastu dzielnych zuchów. Obiecał im 

dobrą płacę i kupił dla tych nowych pachołków 

wierzchowce, najlepsze, jakie w okolicy mógł dostać

Świtały mu juŜ w głowie pewne plany.

Po całodziennym odpoczynku ruszył dalej na 

czele powiększonej kompanii. Pachołkowie śpiewali 

na jego cześć pieśni, proste i na poczekaniu ułoŜone, 

lecz miłe dla uszu DŜila. Ludzie po drodze 

wiwatowali, a niejeden teŜ wybuchał śmiechem, bo 

orszak wyglądał równie zabawnie, jak imponująco.

Wkrótce skręcili na południe, poniewaŜ DŜil 

kierował pochód w stronę własnego domu, omijając z 

daleka stolicę i nie wysyłająŜadnych meldunków do 

króla. Lecz nowina o powrocie zacnego Aegidiusa 

szerzyła się jak płomień po kraju, wywołując wielki 

background image

podziw i zamęt. Właśnie bowiem listy królewskie, 

ogłoszone po miastach i wsiach, wezwały lud do 

przywdziania Ŝałoby po męŜnych rycerzach poległych 

na wyprawie wśród gór. Gdziekolwiek zjawiał się  

DŜil, lud zrzucał  Ŝałobę i przy tryumfalnym biciu  w 

dzwony gromadził się wzdłuŜ drogi wiwatując, 

machając chustkami, podrzucając w górę czapki. 

Smoka przy tej sposobności tak poszturchiwano, Ŝ

gorzko juŜ Ŝałował zawartej ugody. CięŜkie bowiem 

było takie upokorzenie dla potomka staroŜytnego i 

moŜnego smoczego rodu. Gdy wkraczał do Ham, 

wszystkie psy biegły za nim szczekając wściekle. Z 

wyjątkiem Garma. On bowiem nie miał oczu, uszu 

ani nosa dla nikogo prócz swego pana. Oszalał wręcz 

ze szczęścia i ustawicznie z nadmiaru radości fikał 

koziołki.

Rodzinna wieś powitała DŜila oczywiście 

wspaniale.

Najbardziej jednak ucieszyło go, Ŝe młynarz 

stracił wreszcie ochotę do kpin, a kowal po prostu 

zbaraniał.

— Nie skończy się na tym, nie! Zapamiętajcie 

background image

moje słowa — powiedział, lecz nic bardziej ponurego 

nie mógł wymyślić i zwiesił markotnie głowę. DŜil z 

sześciu pachołkami i sześciu młodymi zuchami, ze 

smokiem i całym bagaŜem wszedł na pagórek i 

przystanął tu na chwilę w milczeniu. Do domu 

zaprosił ze sobą tylko proboszcza.

Wkrótce nowina dotarła do stolicy i jej 

mieszkańcy, zapominając o dworskiej Ŝałobie, a 

nawet o własnych sprawach, wylegli tłumnie na ulice. 

Powstał zgiełk i ruch.

Król tymczasem w swoim pałacu gryzł paznokcie 

i szarpał brodę. Zmartwiony i gniewny, a w dodatku 

strapiony kłopotami pienięŜnymi, wpadł w tak zły 

humor, Ŝe nikt nie śmiał się do niego odezwać. W 

końcu jednak zgiełk uliczny doszedł do jego uszu, a 

nie brzmiał wcale jak płacz i narzekanie.

— Co to za hałasy? — spytał król. — KaŜcie 

ludziom wracać do domów i opłakiwać klęskę jakoś 

przyzwoiciej. Wrzeszczą jak gęsi na jarmarku.

— Smok wrócił, najjaśniejszy panie — 

odpowiedzieli dworzanie.

— Co takiego? — krzyknął król. — Zwołajcie 

background image

rycerstwo czy przynajmniej niedobitków.

— Nie trzeba, najjaśniejszy panie — odparli. —

Smok pozwala się prowadzić Aegidiusowi jak 

baranek. Tak ludzie mówią. Co prawda nowina 

dopiero co dotarła do miasta i wiadomości są 

sprzeczne.

— Wielkie nieba! — rzekł król nagle 

rozchmurzony. — A myśmy na pojutrze zamówili 

uroczyste egzekwie za duszę tego człowieka! Prędko 

odwołajcie naboŜeństwo. Czy Aegidius wiezie z sobą 

skarby?

— Wieści głosząŜe całe góry złota, najjaśniejszy 

panie.

— KiedyŜ przybędą? — spytał Ŝywo król. — 

Zacny chłop z tego Aegidiusa. Przyjmę go 

natychmiast, jak tylko zjawi się w stolicy.

Dworzanie zawahali się nieco, zanim 

odpowiedzieli. W końcu któryś zdobył się na odwagę i 

rzekł:

— Daruj, najjaśniejszy panie, lecz słyszeliśmy, 

Aegidius skręcił z gościńca do własnego domu. 

Niewątpliwie pospieszy na dwór przy pierwszej 

background image

sposobności i w odpowiednim stroju.

— Niewątpliwie — powiedział król. — Do licha 

ze strojami. Nie powinien był wstępować do domu 

przed złoŜeniem nam sprawozdania z wyprawy. 

Jesteśmy z niego bardzo niezadowoleni.

Pierwsza sposobność nadarzyła się i minęła, 

podobnie jak wiele następnych. DŜil od tygodnia juŜ z 

górą bawił w domu, a dwór w dalszym ciągu nie 

otrzymał od niego ani słowa.

Dziesiątego dnia król wybuchnął strasznym 

gniewem.

— Sprowadzić mi go tutaj! — rozkazał. Posłano 

gońca. śeby dostać się do Ham, nawet najkrótszą 

drogą, jeździec potrzebował całego dnia.

— Nie chce przyjechać, najjaśniejszy panie — 

oznajmił w dwa dni później drŜący wysłannik.

— Do stu piorunów! — krzyknął król. — 

Powiedz mu, Ŝe ma się stawić przed naszym obliczem 

w najbliŜszy wtorek, a jeŜeli nie posłucha, to do 

śmierci nie wyjrzy z więzienia.

— Wybacz, najjaśniejszy panie, lecz Aegidius 

znów odpowiedział, Ŝe nie przyjedzie — oznajmił 

background image

bardzo przeraŜony wysłannik, gdy powrócił we 

wtorek sam.

— Do stu piorunów! — krzyknął król. — 

Sprowadzić go do więzienia zamiast na dwór. Posłać 

natychmiast kilku ludzi i niech przywloką gbura 

zakutego w kajdany! — ryknął do dworzan.

— Ilu ludzi posłać? — wyjąkał któryś niepewnie. 

— Bo on przecieŜ ma smoka... i Gryzi-ogona... i...

— I miotłę, i fujarkę, i dudy! — krzyknął król. 

Kazał zaraz siodłać białego konia, wezwał rycerzy, a 

raczej niedobitków, oraz kompanię zbrojnych 

Ŝołnierzy, poczym ruszył, płonąc srogim gniewem. 

Mieszkańcy stolicy wybiegłszy ze swych domów 

patrzyli na ten odjazd zdumieni.

DŜil   tymczasem   był   juŜ   nie   tylko   

bohaterem, ale równieŜ ulubieńcem całego ludu. 

Kiedy orszak królewski mijał miasta lub wsie, ludzie 

nie wiwatowali na cześć rycerzy i wojska, chociaŜ 

przed królem jeszcze zdejmowali czapki. W miarę jak 

król zbliŜał się do Ham, witano go coraz mniej 

serdecznie. W niektórych osiedlach mieszkańcy 

zamykali się w domach i nikt nawet nosa nie pokazał 

background image

na drodze.

Wówczas płomienny gniew króla przeobraził się 

w zimną zawziętość. Z posępną twarzą stanął 

wreszcie władca nad rzeką, za którą leŜała wioska 

Ham i stał dom Aegidiusa. Król postanowił puścić z 

dymem zagrodę krnąbrnego chłopa. Lecz na moście 

czekał DŜil na swojej siwej kobyłce, z Gryzi-ogonem 

w ręku. Poza nim nie było widać Ŝywej duszy, tylko 

Garm wyciągnął się u nóg swego pana na ziemi.

— Dzień dobry, najjaśniejszy panie — odezwał 

się DŜil, nie czekając na królewskie powitanie i z jak 

najweselszą miną.

Król zimno zmierzył go wzrokiem.

— Nie umiesz zachować się, jak przystało w 

naszej obecności — rzekł — mimo to powinieneś był 

stawić., się, skoro cię wzywaliśmy.

— Wcale mi to do głowy nie przyszło, słowo daję

najjaśniejszy panie — odparł DŜil. — Mam pełne ręce

roboty w tym swoim gospodarstwie, a juŜ i tak duŜ

czasu straciłem na twoje, królu, posyłki.

— Do stu piorunów! — krzyknął król, znowu 

wpadając w płomienny gniew. — Niech cię diabli 

background image

wezmą razem z twoją bezczelnością. Skoro tak, nie 

spodziewaj się od nas Ŝadnej nagrody. Będziesz miał 

szczęście, jeśli cię szubienica ominie. Bo wiedz, Ŝ

kaŜemy cię powiesić, jeŜeli natychmiast nie 

przeprosisz nas i nie oddasz naszego miecza.

— EjŜe! — odparł DŜil. — Co do nagrody, to ją 

sobie sam juŜ wziąłem. Co w garści, to moje, jak tu u 

nas mówią. A co do miecza, to Gryzi-ogonowi lepiej u 

mnie niŜ na królewskim dworze. Ale dlaczego 

zabrałeś z sobą, najjaśniejszy panie, tylu rycerzy i 

wojsko? — spytał. — JeŜeli wybrałeś się do mnie w 

odwiedziny, wolałbym cię gościć w mniejszej 

kompanii. A jeŜeli chciałbyś mnie porwać siłą

będziesz musiał przyprowadzić większą armię.

Królowi aŜ dech zaparło ze złości, a rycerze 

poczerwienieli i zadarli nosy. Lecz kilku Ŝołnierzy 

uśmiechnęło się za plecami króla.

— Oddaj mi miecz! — krzyknął monarcha 

odzyskująć głos, lecz zapominając o liczbie mnogiej 

naleŜnej majestatowi.

— Oddaj koronę! — odparł DŜil. Tak zuchwałe 

słowa nie padły jeszcze z niczyich ust od zarania 

background image

Średniego Królestwa.

— Do stu piorunów! Bierzcie go! WiąŜcie! — 

krzyknął król, w zrozumiałym gniewie tracąc do 

reszty panowanie nad sobą. — Na co czekacie? Brać 

go do niewoli albo utłuc na miejscu!

śołnierze zrobili krok naprzód.

— Ratuj, ratuj, ratuj! — krzyknął Garm.

I w tym momencie spod mostu wychynął smok. 

LeŜał ukryty, zanurzony w głębinie pod drugim 

brzegiem j rzeki. Buchała z niego para, bo opił się 

wody. Natychmiast teŜ otoczył go kłąb gęstej mgły, z 

której świeciły tylko czerwone ślepia.

— Precz stąd, głupcy! — ryknął. — Bo was na 

sztuki rozedrę. Dość juŜ rycerzy padło trupem na  

górskiej przełęczy,  jeszcze  chwila,  a reszta 

rycerstwa  zginie, w tej rzece, z nią zaś razem 

królewskie konie i królewskie wojsko.

Skoczył i jeden pazur wbił w skórę białego 

królewskiego wierzchowca. Rumak wspiął się

zawrócił i pomknął  jak  sto  piorunów,  które  król  

tak  pochopnie przyzywał. Inne konie poszły 

natychmiast za jego przykładem: wiele spośród nich 

background image

zawarło przedtem w górach znajomość z 

Chrysophylaksem i nie zachowało o nim wcale miłego 

wspomnienia. śołnierze rozbiegli się we wszystkie 

strony, byle dalej od Ham.

Biały rumak był tylko lekko draśnięty i jeździec 

nie pozwolił  mu  uciec  daleko.  Król  po  krótkiej   

chwili zmusił go do powrotu. Nad swoim 

wierzchowcem bądź co bądź jeszcze panował; nikt teŜ 

nie śmiałby o królu powiedziećŜe uląkł się 

jakiegokolwiek człowieka lub smoka pod słońcem. 

Gdy stanął znów nad rzeką, mgła juŜ się rozwiała, ale 

zwiali równieŜ rycerze i wojsko. Inna teŜ była teraz 

rozmowa: król sam jeden stał przed tęgim chłopem, 

który miał u boku Gryzi-ogona i smoka.

Nie zdały się jednak na nic rokowania. DŜil był 

uparty. Ani ustąpić, ani bić się nie chciał, chociaŜ go 

Augustus Bonifacius uroczyście wyzwał na 

pojedynek.

— Nie, najjaśniejszy panie — odparł ze 

śmiechem. — Wracaj do domu i ochłoń trochę. Nie 

chciałbym ci krzywdy zrobić, ale Ŝyczliwie radzę

zabieraj się stąd co prędzej, bo za smoka nie mogę 

background image

odpowiadać. Do widzenia!

Tak skończyła się Bitwa na Moście w Ham. Król 

nie dostał grosza z całego smoczego skarbu i nie 

słyszał ani słówka skruchy z ust DŜila, który był teraz 

bardzo juŜ dobrego o sobie mniemania. Co więcej, od 

tego dnia skończyła się władza Średniego Królestwa 

nad tą okolicą. Ludzie w promieniu dziesięciu mil 

wokół Ham uwaŜali DŜila za swojego władcę. Król 

mimo wszystkich swoich wspaniałych tytułów nie 

mógł znaleźć człowieka, który zgodziłby się stanąć do 

walki z buntownikiem Aegidiusem. Aegidius bowiem 

stał się ulubieńcem ludu i bohaterem legendy. Nie 

udało się teŜ w Ŝaden sposób zagłuszyć pieśni 

sławiących jego czyny. Najbardziej rozpowszechnił 

się poemat w stu heroikomicznych zwrotkach 

opiewający spotkanie na moście.

Chrysophylax długo pozostał w Ham i bardzo 

był dla DŜila   poŜyteczny.   Człowiek   bowiem,   

który   posiada oswojonego   smoka,   cieszy   się   z  

natury   rzeczy   powszechnym  szacunkiem.   Za  

pozwoleniem  proboszcza gad mieszkał w spichrzu, 

gdzie przedtem składano datki z dziesięciny. 

background image

Pilnowało jeńca dwunastu zuchów. Dało to początek 

pierwszemu tytułowi, jakim obdarzono DŜila: 

“Dominus de Domito   Serpente",   co znaczy “Pan 

oswojonego smoka", a po angielsku brzmi: “Lord of  

the Tame Worm"; dla    krótkości    mówiono  

zazwyczaj  po prostu: “Lord of Tame". Pod  tym  

mianem DŜil zyskał szeroką sławę, lecz nadal płacił 

królowi symboliczną daninę: sześć wolich ogonów i 

miarkę piwa. Dostarczał te dary na dwór w dzień 

świętego Mateusza  jako w  rocznicę spotkania  na 

moście. Po pewnym czasie otrzymał tytuł earla i tak 

przytył, Ŝe coraz trudniej było na nim pas dopiąć.

W parę lat później został księciem, a jako ksiąŜę 

Julius Aegidius nie płacił juŜ królowi daniny. 

Rozporządzając bajecznym majątkiem, zbudował 

sobie wspaniały dwór i zgromadził potęŜne wojsko. 

Jego Ŝołnierze byli dzielni i weseli, uzbrojeni w 

najlepszy oręŜ, jaki podówczas moŜna było kupić za 

drogie pieniądze KaŜdy z dwunastu zuchów 

awansował na kapitana. Garm nosił złotą obroŜę i 

miał prawo włóczyć się do woli po całej okolicy, 

dumny i szczęśliwy, dość jednak nieznośny dla swoich 

background image

współbraci, poniewaŜ od wszystkich psów Ŝądał dla 

siebie czci naleŜnej jego groźnemu wspaniałemu 

panu. Siwa kobyłka spędziła resztę Ŝycia spokoju i 

nigdy nie zdradziła, co myśli o tej całej historii.

W końcu DŜil został królem, królem Małego 

Królestwa. Ukoronowano go w Ham i przybrał imię 

Aegidius Oraconarius. Pospolicie jednak mówiono o 

nim DŜil Worming, czyli tępiciel smoków. Na nowym 

dworze panował bowiem język ludowy; nigdy teŜ DŜil 

nie wygłaszał przemówień w uczonej łacinie. śona 

jego w roli królowej wyglądała nader okazale i 

godnie, przestrzegała surowo porządku i oszczędności 

w gospodarstwie. Nikt nie przechytrzył królowej 

Agaty ani jej nie śmiał lekcewaŜyć, bo teŜ waŜyła 

sporo.

Tak płynęły lata, aŜ DŜil postarzał się, siwa 

broda sięgała mu po kolana i pełen był majestatu 

pośród dostojnego dworu, którego członków często i 

hojnie nagradzał za prawdziwe zasługi. Stworzył 

zupełnie nowy zakon rycerski: StraŜników Gada. 

Zakon miał na sztandarze wyhaftowanego smoka, a 

najwyŜsze godności piastowało w tym gronie 

background image

dwunastu zuchów.

Trzeba przyznaćŜe DŜil zawdzięczał swoje 

wywyŜszenie w znacznej mierze szczęściu, lecz dał 

dowody mądrości umiejąc szczęście dobrze 

wykorzystać. Zarówno  szczęście,  jak rozum 

zachował  do  końca  swoich dni, na czym bardzo 

dobrze wyszli wszyscy jego przyjaciele  i  sąsiedzi. 

Proboszcza wynagrodził  szczodrze, nawet kowalowi i 

młynarzowi oberwało się coś niecoś. Stać było DŜila 

na wspaniałomyślność. JednakŜe gdy wstąpił na tron, 

wydał nowe prawo zakazujące ponurych  

przepowiedni,   a  młyny   przejął  pod  wyłączny 

królewski zarząd. Kowal porzucając dawny zawód 

załoŜył przedsiębiorstwo pogrzebowe, lecz młynarz 

znalazł się  pośród najbardziej  uniŜonych sług 

korony. Proboszcz został biskupem i za stolicę swojej 

diecezji obrał wieś Ham, rozbudowując odpowiednio 

tutejszy kościół.

Kto po dziś dzień mieszka na obszarze Małego 

Królestwa, znajdzie w tej historii wyjaśnienie 

zachowanych do naszych czasów nazw niektórych 

miast i wsi. Biegli bowiem w tej dziedzinie uczeni 

background image

powiadająŜe Harm stolicę Małego Królestwa, 

zaczęto z czasem nazywać Tame, na skutek 

zrozumiałego pomieszania  tytułów: Lord of Ham i 

Lord of Tame. Nazwa ta dotrwała do naszej epoki, 

choć piszemy ją Thame; wstawienie “h" jest 

kaprysem niczym nie usprawiedliwionym. Ród 

Draconariusow zbudował sobie ku pamięci smoka 

wspaniały dwór o cztery mile na północ od Tame, w 

miejscu, gdzie DŜil po raz pierwszy spotkał 

Chrysophylaksa. Dwór ten zasłynął w całym 

królestwie jako Aula Draconaria,   czyli   w języku   

ludowym   Worminghall,   od przezwiska i godności 

króla.

Krajobraz zmienił się od tamtych czasów, wiele 

królestw upadło, wiele innych powstało. Lasy 

wycięto, rzeki skręciły w inne łoŜyska, a górom, 

chociaŜ przetrwały, wiatry i deszcze starły 

wierzchołki. Tylko nazwa została. Co prawda ludzie 

wymawiają ją teraz: Wunnle — tak przynajmniej 

słyszałem — bo wsie utraciły dawną dumę. Lecz za 

czasów, o których mówi nasze opowiadanie, 

miejscowość ta nazywała się Worminghall i była 

background image

królewską siedzibą, a sztandar ze smokiem powiewał 

nad koronami drzew. śycie tam płynęło pomyślnie i 

wesoło, póki Gryzi-ogon czuwał nad krajem.

background image

 

POSŁOWIE

Chrysophylax często upominał się o wolność

Okazało sięŜe jego wyŜywienie coraz droŜej 

kosztuje, poniewaŜ rósł nieustannie; smoki, tak jak 

drzewa, rosną przez całe Ŝycie. ToteŜ po kilku latach, 

gdy DŜil czuł się juŜ mocno utwierdzony na swoim 

tronie, pozwolono biednemu gadowi wrócić do domu. 

Rozstali się z DŜilem wśród wzajemnych zapewnień 

szacunku i zawarli obustronny pakt nieagresji. W 

ębi swego przewrotnego serca smok Ŝywił dla DŜila 

uczucia o tyle przyjazne, o ile smoki są w ogóle do 

przyjaźni zdolne. Bądź co bądź istniał Gryzi-ogon. 

DŜil, gdyby chciał, mógł Chrysophylaksa zabić albo 

pozbawić resztek skarbu. A tymczasem w 

podziemiach smoczej jamy przechował się spory 

majątek — czego się DŜil trafnie od początku 

domyślał.

Chrysophylax wrócił w góry powolnym, cięŜkim 

lotem, bo skrzydła, przez wiele lat nie uŜywane, 

background image

straciły sprawność, a wzrostu i wagi przybyło. Po 

przybyciu w rodzinne strony musiał Chrysophylax 

najpierw wypędzić młodego smoka, który ośmielił się 

zająć jego jamę korzystając z nieobecności 

prawowitego właściciela. Zgiełk walki słychać było 

podobno w całej Venedotii. W końcu, poŜarłszy z 

wielkim apetytem zwycięŜonego przeciwnika, 

Chrysophylax nabrał otuchy, rany doznanych 

upokorzeń zasklepiły się w jego sercu i zasnął długim, 

pokrzepiającym snem. Kiedy się wreszcie zbudził,  

ruszył  zaraz na poszukiwanie największego i 

najgłupszego z olbrzymów, który dawno, dawno temu 

w  pewną  letnią  noc   zapoczątkował  całą   

awanturą, i Chrysophylax powiedział  mu parę słów 

prawdy,  co  nieboraka omal dosłownie nie 

zmiaŜdŜyło.

— A więc to był garłacz! — rzekł drapiąc się w 

głowę. — A ja myślałem, Ŝe mnie giez ukłuł.

Finis 

czyli w pospolitym języku:

KONIEC

background image
background image

KOWAL Z PODLESIA WIĘKSZEGO

Kiedyś — niezbyt dawno temu dla ludzi 

obdarzonych długą pamięcią i niezbyt daleko dla 

tych, którzy mają długie nogi — była wieś, nie bardzo 

duŜa, lecz nazywana Podlesie Większe, poniewaŜ w 

odległości kilku mil od niej kryło się w kępie drzew 

Podlesie Mniejsze. Wieś była w swoim czasie zamoŜna 

i mieszkało tam sporo ludzi dobrych, sporo złych i 

sporo średnich, jak wszędzie.

Wieś ta była na swój sposób niezwykła, słynęła 

bowiem w całej okolicy z biegłych w zawodzie 

rzemieślników, a szczególnie ze znakomitej kuchni. 

Miała ogromną Kuchnię, naleŜącą do rady 

gromadzkiej, a urzędujący tam Kuchmistrz cieszył się 

ogólnym powaŜaniem. Kuchnia oraz dom 

Kuchmistrza przytykały do świetlicy gromadzkiej, 

największego i najpiękniejszego budynku we wsi. 

Zbudowano go z solidnego kamienia i solidnego dębu 

i utrzymywano starannie, chociaŜ juŜ go nie 

background image

malowano i nie zdobiono złoceniami jak niegdyś; w 

świetlicy odbywały się zebrania, narady, publiczne 

bankiety i rodzinne uroczystości. Kuchmistrz miał 

pełne ręce roboty, bo przy kaŜdej takiej okazji musiał 

przyrządzać odpowiednie dania. Uczty wyprawiano 

często i w róŜnych porach roku, a za “odpowie-dnie" 

uwaŜano dania liczne, obfite i tłuste.

Ze szczególnym upragnieniem czekali wszakŜ

wszyscy na pewien festyn, jedyny w ciągu zimy, 

trwający przez cały tydzień i kończący się o zachodzie 

słońca ostatniego dnia zabawą zwaną “Biesiadą 

grzecznych dzieci". Zapraszano na nią tylko 

nielicznych gości. Niewątpliwie pomijano niektórych 

godnych tego za-szczytu, a znowu innych, wcale na to 

nie zasługujących, zapraszano przez pomyłkę, tak to 

juŜ jest na świecie, nawet gdy organizatorzy bardzo 

się starają robić wszystko jak najlepiej. Tak czy 

inaczej, o uczestnictwie w tej zabawie rozstrzygała 

głównie data narodzin dziecka, bo biesiada taka 

odbywała się raz na dwadzieścia cztery lata i 

zapraszano tylko dwudziestu czterech gości. Okazja 

ta wymagała od Kuchmistrza specjalnego wysiłku i 

background image

musiał prócz mnóstwa innych przysmaków podawać 

na deser Wielki Tort. Od tego, czy tort udał się 

bardziej czy mniej wspaniale, zaleŜała sława 

Kuchmistrza, bo prawie Ŝaden z nich nie pełnił 

swoich funkcji tak długo, by mieć sposobność 

popisania się tym arcydziełem więcej niŜ raz w Ŝyciu.

Kiedyś   jednak   urzędujący   Kuchmistrz   

zaskoczył wszystkich,  zrobił bowiem  coś,  co się  

jeszcze  nigdy przedtem nie zdarzyło: oznajmił, Ŝ

potrzebuje urlopu i wyruszył w drogę nie wiadomo 

dokąd, a po kilku miesiącach wrócił bardzo 

zmieniony. Zawsze był poczciwy i cieszył się, gdy inni 

się bawili, lecz sam miał usposobienie powaŜne i mało 

mówił. Teraz poweselał często Ŝartował lub 

rozśmieszał ludzi figlami, a pod czas uczt śpiewał 

wraz z biesiadnikami wesołe piosenki, co wcale nie 

naleŜało do obowiązków Kuchmistrza Ku wielkiemu 

zdumieniu mieszkańców wsi przyprowadził teŜ z sobą 

terminatora.

Nikogo nie dziwiło, Ŝe chciał mieć ucznia. To 

było zgodne ze zwyczajami. KaŜdy Kuchmistrz we 

właściwym   czasie   wybierał  sobie   terminatora  i   

background image

uczył  go wszystkiego, co sam umiał. W miarę jak im 

obu przy-bywało lat, uczeń przejmował coraz 

bardziej odpowiedzialne zadania tak, Ŝe gdy mistrz 

odchodził na emeryturę lub na tamten świat, mógł go 

zastąpić i odziedziczyć jego godność. Ale ten 

Kuchmistrz nie okazywał ochoty, Ŝeby przyjąć kogoś 

na naukę. “Nic pilnego" — mawiał. Albo: “Oczy 

mam otwarte, rozglądam się, jak znajdę kogoś 

odpowiedniego, to go wezmę do terminu". Teraz  

niespodziewanie  przyprowadził  z  sobą  obcego 

spoza wioski,  niemal dzieciaka jeszcze.  Chłopiec był 

zwinniejszy i bystrzejszy niŜ większość jego 

miejscowych   rówieśników   i   bardzo   grzeczny,   a   

głos  miał dźwięczny i przyjemny, lecz wydawał się 

niedorzecznie młody, nie dorosły jeszcze do takiej 

pracy: wyglądał na niewiele więcej niŜ dziesięć lat. 

JednakŜe wybór terminatora   naleŜał   do   

Kuchmistrza,   nikt   nie   miał prawa wtrącać się w 

jego sprawy, chłopiec więc został we wsi i kwaterował 

w domu Kuchmistrza,  dopóki nie dorósł do wieku, 

gdy mógł sobie poszukać samodzielnego mieszkania. 

Ludzie przywykli do jego obecności, a kilku 

background image

rówieśników nawet się z nim zaprzyjaźniło. 

Przyjaciele i Kucharz mówili mu po imieniu: Alf — 

inni nazywali go po prostu Terminatorem.

W trzy lata później Kuchmistrz zgotował 

gromadzie wioskowej nową niespodziankę. Pewnego 

wiosennego ranka zdjął z głowy wysoką białą czapkę

złoŜył porządnie śnieŜny fartuch, powiesił na kołku 

białą bluzę, i odszedł zabierając tylko tęgi jesionowy 

kij i mały worek. PoŜegnał się z Terminatorem, lecz 

nikt poza tym nie był świadkiem jego odejścia.

— Do widzenia, Alfie — powiedział. — 

Zostawiam ci Kuchnię, pracuj jak potrafisz najlepiej, 

a wiem, Ŝe potrafisz doskonale. Mam nadziejęŜ

wszystko pójdzie gładko. Jeśli się kiedyś spotkamy, 

opowiesz mi, co się tu działo po moim odejściu. 

Zawiadom ludzi, Ŝe wybrałem się znów na urlop, ale 

tym razem nie zamierzam wrócić.

Wielkie powstało we wsi poruszenie, gdy 

Terminator ogłosił tę nowinę ludziom, którzy zebrali 

się w Kuchni.

— Kto słyszał tak postępować! — wykrzykiwali. 

— Ani nas nie uprzedził, ani się nie poŜegnał! Co 

background image

teraz zrobimy? Nie zostawił następcy...

Wśród tych narzekań nikomu do głowy nie 

przyszło, Ŝeby Terminatora awansować na 

Kuchmistrza. Chłopak wprawdzie wyrósł, ale wciąŜ 

wyglądał bardzo młodo, a zresztą praktykował 

zaledwie od trzech lat.

W końcu z braku lepszego kandydata 

mianowano Kuchmistrzem pewnego człowieka ze wsi, 

który umiał jako tako gotować, przynajmniej 

skromne dania. Za młodu nieraz pomagał w Wielkiej 

Kuchni, gdy był tam nawał roboty, lecz Mistrz go nie 

lubił i nie chciał przyjąć do terminu. Był to solidny 

męŜczyzna, miał Ŝonę i dzieci i dbał o pieniądze.

— Ten przynajmniej nie opuści nas bez 

uprzedzenia — mówiono — a skromna kuchnia bądź 

co bądź lepsza niŜ Ŝadna. Do uroczystości Wielkiego 

Tortu mamy jeszcze siedem lat, przez ten czas 

Kuchmistrz nabierze wprawy i chyba sobie poradzi.

Kołek — bo tak się ten człowiek nazywał — 

bardzo był rad z takiego obrotu sprawy. Od dawna 

marzył o godności Kuchmistrza i nie wątpił, Ŝ

sprosta swoim nowym obowiązkom. Nieraz przedtem, 

background image

gdy się znalazł sam w Kuchni, przymierzał wysoką 

białą czapkę i przeglądając się w polerowanej patelni 

mruczał do siebie:

— Moje uszanowanie, Mistrzu! Do twarzy ci w 

tej czapce, a pasuje, jakby ją specjalnie na twoją 

miarę zrobiono! Mam nadziejęŜe powiedzie ci się 

świetnie.

Wszystko rzeczywiście szło niezgorzej, bo Kołek 

na początku bardzo się starał i miał terminatora do 

po-mocy: podpatrując go ukradkiem wiele się od 

chłopca nauczył, chociaŜ nigdy by się do tego nie 

przyznał. Czas płynął, zbliŜała się data Festynu 

Dwudziestu Czterech i Kuchmistrz musiał pomyśleć o 

swoim Wielkim Torcie. W skrytości serca niepokoił 

się, bo wprawdzie po siedmiu latach praktyki umiał 

juŜ nieźle piec ciasto i ciastka na mniej waŜne okazje, 

wiedział jednak, Ŝe Wielki Tort to zupełnie inna 

sprawa: wszyscy z ciekawością tego dzieła oczekują i 

będą je surowo oceniali. Trzeba było zadowolić nie 

tylko dzieci, bo wedle zwyczaju, dorośli, którzy 

pomagali w przygotowaniach do uroczystości, 

dostawali drugi tort, mniejszy, ale zrobiony z tych 

background image

samych składników i w ten sam sposób. Liczono przy 

tym, Ŝe Kuchmistrz nie po-wtórzy dzieła Ŝadnego ze 

swoich poprzedników, lecz wymyśli coś zupełnie 

nowego i niespodziewanego.

Kołek uwaŜał, Ŝe Wielki Tort przede wszystkim 

powinien być bardzo słodki i bogaty; postanowił teŜ

Ŝe cały będzie oblany lukrem (co Terminator" umiał 

robić nadzwyczaj zręcznie). “W ten sposób będzie 

wyglądał ładnie i czarodziejsko" — myślał. Nie znał 

zbyt dobrze gustu dzieci, ale wiedział, Ŝe lubią 

słodycze i czarodziejskie bajki. Sam od dawna wyrósł 

z upodobania do baśni, przepadał jednak w dalszym 

ciągu za słodyczami.

— Tort ma wyglądać jak zaczarowany... — 

powie-dział. — To mi nasuwa pewną myśl...

Przyszło mu do głowy, Ŝeby na szczycie pośrodku 

tortu ustawić laleczkę w białej sukni, dać jej do ręki 

miniaturową róŜdŜkę zakończoną szychową gwiazdką 

i otoczyć stopy napisem z róŜowego lukru: “Królowa 

wróŜek".

Przygotowując ingrediencje do swego arcydzieła 

stwierdził, Ŝe ma bardzo mętne wyobraŜenie o tym, co 

background image

powinno się dodawać do tortu. Zaczął więc szperać w 

starych księgach z przepisami kulinarnymi, które 

zostawili   dawni   kuchmistrze;   z   trudem   zdołał   

odcyfrować ich pismo, a recepty oszołomiły go, 

wymieniano w nich bowiem róŜne rzeczy, o których 

nigdy w Ŝyciu nie słyszał, inne zaś, o których nie 

pamiętał i których nie mógł naprędce zdobyć

Zdecydował się uŜyć   paru   przypraw   korzennych,   

o   których   księgi wspominały. Skrobiąc się w głowę 

pomyślał o starej czarnej szkatułce z mnóstwem 

przegródek: poprzedni Kuchmistrz w niej 

przechowywał przyprawy i róŜne ozdoby   

przeznaczone   do   szczególnie   wykwintnych ciast.  

Kołek,  odkąd objął swój urząd,  nigdy do tej 

szkatułki nie zaglądał, lecz teraz po dość długim 

poszukiwaniu odnalazł ją na najwyŜszej półce w 

spiŜarni. Zdjął ją z półki, zdmuchnął kurz z wieczka i 

otworzył; niestety były tam tylko resztki przypraw 

korzennych,  w  dodatku  zeschnięte i  spleśniałe.  W   

jednej wszakŜe przegródce, w samym kąciku, leŜała 

maleńka gwiazdka,   nie   większa   niŜ   

sześciopensowa   moneta, prawdopodobnie   ze   

background image

srebra,   lecz   sczerniała   ze   starości.

— A to zabawne! — rzekł podnosząc gwiazdkę 

ku światłu.

— Nie! — rozległ się za jego plecami głos tak 

nieoczekiwany, Ŝe Kołek aŜ się wzdrygnął. 

Terminator nigdy jeszcze nie przemówił do Mistrza 

takim tonem; co prawda w ogóle rzadko się do niego 

odzywał, chyba tylko wtedy, gdy go zwierzchnik o coś 

pytał. Słusznie, bo tak przystało chłopcu, który 

wprawdzie był zręczny w zdobieniu ciast lukrem, lecz 

w innych sprawach powinien — zdaniem Kołka — 

milczeć i uczyć się od Mistrza.

— Co masz na myśli, młody człowieku? — spytał 

Kuchmistrz, mocno niezadowolony. — Nie zabawna? 

Wiec jaka?

— Czarodziejska — odparł Terminator. — 

Pochodzi z Krainy Czarów. Kuchmistrz wybuchnął 

śmiechem.

— Niech i tak będzie — powiedział. — Na jedno 

wychodzi, moŜesz ją nazywać, jak ci się podoba. 

Kiedyś dorośniesz i zmądrzejesz. Na razie zabierz się 

do drylowania rodzynków. Jeśli zauwaŜysz w nich coś 

background image

czarodziejskiego, nie omieszkaj mnie zawiadomić.

— Co zamierzacie zrobić z tą gwiazdką

Mistrzu? — spytał Terminator.

— Wsadzę ją oczywiście do tortu — rzekł 

Kuchmistrz. — Nada się w sam raz, tym bardziej 

jeŜeli jest zaczarowana — dodał z drwiącym 

uśmiechem. — Bywałeś pewnie, i to jeszcze niedawno, 

na dziecięcych zabawach i pamiętasz, ile jest uciechy, 

kiedy malcy znajdują ukryte w cieście rozmaite 

cacka, drobne pieniąŜki i tym podobne skarby. W 

naszej wsi często się to robi dla zabawienia 

dzieciaków.

— Ale to nie jest zwykłe cacko, Mistrzu, to 

czarodziejska gwiazda — odparł Terminator.

— JuŜ mi to mówiłeś — warknął Kuchmistrz. — 

Powiem o tym dzieciom, będą się śmiały.

— SądzęŜe nie wyda im się to wcale śmieszne — 

rzekł Terminator. — Ale owszem, to dobry pomysł, 

nie mam nic przeciw temu.

— Nie masz nic przeciw temu? Zapominasz, do 

kogo mówisz, chłystku! — oburzył się Kołek.

Wielki tort został we właściwym czasie 

background image

przygotowany, upieczony i polukrowany, a prawie 

wszystko rękami Terminatora.

— Skoro tak lubisz czary, pozwolę ci zrobić 

figurkę Królowej WróŜek — powiedział do niego 

Kołek.

— Dobrze, Mistrzu — odparł Alf. — Wyręczę 

was, skoro macie za duŜo roboty. Ale to wasz pomysł, 

nie mój.

Podczas  festynu   tort  królował  pośrodku   

długiego stołu, otoczony wieńcem z dwudziestu 

czterech czerwonych świec. Na jego wierzchu 

wznosiła się niewielka biała góra, a na zboczach góry 

rosły miniaturowe drzewka błyszczące jakby od 

szronu, na szczycie zaś stała maleńka figurka z jedną 

Ŝką wzniesiona niby tańcząca Królewna ŚnieŜka; w 

ręku trzymała maleńką róŜdŜkę z lukru roziskrzoną 

w blasku.

Dzieci otwierały szeroko oczy z podziwu, a 

kilkoro z nich zaczęło klaskać wołając: “Jaka śliczna 

czarodziejska góra!" Kuchmistrz bardzo się z tego 

cieszył, lecz Terminator zdawał się niezadowolony. 

Obaj byli obecni w sali, bo Kuchmistrz miał w 

background image

odpowiednim momencie pokroić tort, a Terminator 

trzymał wyostrzony] nóŜŜeby go podać w ostatniej 

chwili swemu zwierzchnikowi.

Wreszcie Kuchmistrz wziął nóŜ i podszedł do 

stołu.;

— Muszę wam powiedzieć, kochane dzieci — 

przemówił — Ŝe pod tą prześliczną górą lukru jest 

tort zrobiony z mnóstwa pysznych rzeczy do jedzenia, 

ale zmieszałem z nimi takŜe mnóstwo ładnych 

drobiazgów, świecidełek, pieniąŜków i innych cacek. 

Podobno znalezienie czegoś takiego w porcji tortu 

przynosi szczęście. W torcie są dwadzieścia cztery 

cacka, powinno więc przypaść po jednym kaŜdemu z 

was, jeśli Królowa WróŜek okaŜe się sprawiedliwa. 

Niestety nie zawsze tak się dzieje, bo wróŜki są 

kapryśne i lubią płatać róŜne figle. Zapytajcie pana 

Terminatora, on je zna! Terminator odwrócił głowę 

od Kuchmistrza i obserwował wyraz dziecinnych 

twarzyczek.

— Aj, byłbym zapomniał! — podjął znów 

Kuchmistrz. — Dziś w torcie jest dwadzieścia pięć 

niespodzianek, bo włoŜyłem takŜe do ciasta małą 

background image

srebrną gwiazdkę, bardzo niezwykłą, zaczarowaną

jak twierdzi pan Termirator. UwaŜajcie, dzieci, Ŝeby 

ktoś na niej nie złamał przedniego zęba, bo wtedy 

nawet zaczarowana gwiazda nie pomoŜe i ząb nie 

odrośnie. Mimo to jestem pewny, Ŝe przyniesie 

szczęście temu, kto ją znajdzie.

Tort wszystkim smakował, nikt nie mógł mu 

zarzucić nic poza tym, Ŝe nie był ani trochę większy 

niŜ trzeba. KaŜdy dostał spory kawałek, lecz nic nie 

zostało na dokładki. Porcje szybko znikały, i co 

chwila ktoś znajdował na swoim talerzyku jakiś 

drobiazg lub pieniąŜek. Niektórym dzieciom trafiło 

się tylko jedno cacko, niektórym — dwa, a jeszcze 

innym nic, bo ze szczęściem zawsze tak bywa, 

niezaleŜnie od tego, czy przy jego rozdziale asystuje 

figurka z róŜdŜką, czy nie. Wreszcie zjedzono cały 

tort, lecz nikt nie znalazł za-czarowanej gwiazdki.

— Nie do wiary! — dziwił się Kołek — 

Widocznie wbrew pozorom nie była ze srebra i 

stopniała. A moŜe pan Terminator miał rację 

twierdząc, Ŝe jest zaczarowana. Zniknęła, wróciła do 

Krainy Czarów. Nieładnie z jej strony, bardzo 

background image

nieładnie. — Zerknął z głupawym uśmiechem  na  

Terminatora,  który  odpowiedział  bez uśmiechu 

powaŜnym spojrzeniem.

Srebrna gwiazdka była naprawdę zaczarowana, 

Terminator nie mógł się mylić w takich sprawach. 

Pewien mały chłopiec uczestniczący w uczcie połknął 

ją nic nie zauwaŜywszy, chociaŜ nie przegapił 

tkwiącej w jego porcji tortu małej srebrnej monety i 

oddał sąsiadce, dziewczynce imieniem Nell, która 

ogromnie się martwiła, Ŝe w jej kawałku tortu nie 

było Ŝadnej niespodzianki. Chłopiec czasem zadawał 

sobie pytanie, gdzie się podziała gwiazdka; nie 

wiedział, Ŝe ją nosi w sobie, ukrytą w takim miejscu, 

Ŝe jej wcale nie czuł; wszystko to stało się zgodnie z 

pewnym planem. Gwiazdka miała czekać w ukryciu 

aŜ do wyznaczonego dnia.

Festyn odbył się w połowie zimy, teraz zaś nad-

szedł czerwiec, noce były krótkie i prawie białe. 

Chłopiec wstał przed świtem, nie chciało mu się spać

były to jego dziesiąte urodziny. Wyjrzał przez okno. 

Świat zdawał się cichy, jakby na coś waŜnego 

wyczekiwał. Lekki, rześki i pachnący wietrzyk 

background image

poruszał gałęziami przebudzonych drzew. Potem 

brzask rozjaśnił niebo, a chłopiec usłyszał, jak gdzieś 

bardzo daleko ptaki zaczęły swoją poranną pieśń

która przybliŜała się, wzbierała, aŜ w końcu 

przeleciała nad nim wypełniając całą okolicę i 

odpłynęła niby fala muzyki na za-chód, kiedy słońce 

wstało nad krawędzią świata.

— To mi przypomina Krainę Czarów — 

powiedział głośno — ale tam ludzie teŜ śpiewają. — I 

zaczął śpiewać głosem wysokim i czystym dziwne 

słowa, które jak gdyby nagle odnalazł w pamięci, a 

wówczas gwiazda wypadła mu z ust, lecz chwycił ją 

na otwartą dłoń. Srebro, teraz juŜ czyste, lśniło w 

słońcu, ale gwiazdka drŜała i nawet uniosła się trochę 

w powietrze jakby chciała odfrunąć. Chłopiec 

odruchowo przycisnął dłoń do głowy i gwiazdka 

przylgnęła pośrodku czoła. Nosił ją odtąd na czole 

przez wiele lat.

Nie była dla uwaŜnych oczu niewidzialna, lecz 

mało kto spośród mieszkańców wsi ją dostrzegał. 

Stała się częścią twarzy chłopca i zazwyczaj wcale nie 

świeciła. Trochę jej blasku udzieliło się jego oczom, a 

background image

trochę głosowi, który zresztą od dnia, gdy połknął 

Gwiazdę, nabierał coraz ładniejszego brzmienia i 

piękniał z kaŜdym rokiem. Ludzie słuchali go z 

przyjemnością, na-wet gdy po prostu mówił komuś 

“dzień dobry".

Nie tylko w rodzinnej wsi, lecz we wszystkich 

sąsiednich i w całej okolicy znano go jako dobrego 

rzemieślnika. Był kowalem, tak samo jak jego ojciec, 

lecz prześcignął go w zawodowych umiejętnościach. 

Dopóki Ŝył ojciec, nazywano syna Kowalczykiem, a 

potem po prostu Kowalem. Wtedy juŜ tak się w 

swoim fachu wydoskonalił, Ŝe lepszego kowala próŜno 

by szukać od Wschodniego Skraja aŜ po Zachodni 

Las. Wyrabiał w swojej kuźni rozmaite przedmioty z 

Ŝelaza. Oczywiście najwięcej zwykłych, uŜytecznych 

rzeczy potrzebnych w codziennym Ŝyciu: narzędzia 

rolnicze, stolarskie i kuchenne, rondle i patelnie, 

sztaby, rygle i zawiasy, uchwyty do gorących 

garnków i wilki do kominka, podkowy i tym 

podobne. Wszystkie te przedmioty były mocne i 

trwałe, a w dodatku kształtne, na swój sposób ładne, 

wygodne w uŜyciu i miłe dla oka.

background image

Ale w wolnych chwilach robił dla przyjemności 

przedmioty innego rodzaju, bardzo piękne, bo umiał 

formować Ŝelazo tak kunsztownie, Ŝe wydawało się 

lekkie i delikatne jak gałązka obsypana młodymi liść-

mi i kwieciem, chociaŜ zachowywało siłę właściwą 

swojemu tworzywu, a moŜe nawet nabierało większej 

jeszcze. Prawie kaŜdy przechodząc przez bramę lub 

furtę jego roboty przystawał, aby je podziwiać, ale 

nikt by nie zdołał takiej bramy otworzyć, jeśli była 

zamknięta. Pracując nad takimi pięknymi 

przedmiotami kowal śpiewał, a kiedy kowal śpiewał, 

wszyscy ludzie, którzy się znajdowali w pobliŜu, 

porzucali swoje zajęcia i spieszyli do kuźni, Ŝeby 

słuchać

Tyle o nim wszyscy wiedzieli. Osiągnął dość na 

swoje potrzeby, a w kaŜdym razie znacznie więcej niŜ 

większość sąsiadów i sąsiadek ze wsi, nawet tych, 

którzy mieli zręczne ręce i pracowali pilnie. Ale 

kowal miał pewien sekret: odwiedzał Krainę Czarów 

i niektóre jej zakątki znał tak dobrze, jak to jest dla 

śmiertelnego człowieka moŜliwe. PoniewaŜ wielu 

ludzi przypominało usposobieniem Kołka, kowal 

background image

nikomu o tym nie mówił, z wyjątkiem Ŝony i dzieci. 

śoną jego była Nell — ta sama, której kiedyś przy 

uczcie oddał srebrny pieniąŜek. Córka miała na imię 

Nań, a syn — Ned, zwany we wsi Kowalczykiem. 

Choćby chciał, nie mógł przed najbliŜszymi zachować 

tajemnicy, bo widywali czasem gwiazdę błyszczącą na 

jego czole, gdy wracał z podróŜy albo z długiego 

spaceru, bo lubił wieczorami przechadzać się 

samotnie.

Od czasu do czasu wyruszał w drogę piechotą lub 

konno, a sąsiedzi przypuszczali, Ŝe to interesy 

zmuszają go do podróŜy, i niekiedy mieli rację, ale nie 

zawsze. W kaŜdym razie nie wędrował w 

poszukiwaniu zamówień na swoje wyroby ani teŜ nie 

po sztaby Ŝelaza, węgiel i inne potrzebne w kuźni 

materiały, chociaŜ o te sprawy takŜe dbał i nie 

gardził, jak się to mówi, uczciwie zarobionym 

groszem. Ale miał swoje szczególne sprawy w Krainie 

Czarów i był tam mile widziany, bo Gwiazda jasno 

świeciła na jego czole, był tam bezpieczny o tyle, o ile 

moŜe być bezpieczny1 czło-1 wiek śmiertelny w tym 

groźnym kraju. Mniejsze Złe 1 Duchy unikały 

background image

spotkania z Gwiazdą, a od większych broniły go 

przyjazne siły.

Był za to wdzięczny, bo wkrótce nabrał 

doświadczenia i zrozumiał, Ŝe do cudów tej Krainy 

nie moŜna się zbliŜać bez naraŜenia Ŝycia, i Ŝe z wielu 

Złymi Duchami nie wolno podejmować walki, jeśli 

nie włada się oręŜem bardzo potęŜnym, za cięŜkim, 

aby go zwykły śmiertelnik mógł udźwignąć. Pozostał 

głodnym wiedzy wędrowcem i odkrywcą, nigdy nie 

był wojownikiem. Wprawdzie z czasem, doskonalą

swoje rzemiosło, umiałby, gdyby chciał, wykuć broń

która w jego własnym świecie wzbudziłaby wielki 

podziw i byłaby warta królewskiej zapłaty, ale 

wiedział, Ŝe w Krainie Czarów nie miałaby większego 

znaczenia. Mnóstwo rozmaitych przedmiotów wyszło 

z jego kuźni, nikt jednak nie słyszał, Ŝeby 

kiedykolwiek wykuł miecz lub włócznię czy teŜ grot 

strzały.

Początkowo w Krainie Czarów przechadzał się 

tylko spokojnie wśród jej najskromniejszych 

mieszkańców i najłagodniejszych stworzeń Ŝyjących 

w lasach, na łąkach uroczych dolin, nad czystymi 

background image

wodami, w których zwierciadle nocą przeglądają się 

dziwne gwiazdy, a o świcie — lśniące szczyty dalekich 

gór. Gdy przy-bywał na krótko, poświęcał cały czas 

wpatrywaniu się w jedno tylko drzewo, w jeden 

kwiat. Później, podejmując dłuŜsze wyprawy, widział 

rzeczy zachwycające pięknością i inne, mroŜące krew 

Ŝyłach, ale nie mógł ich ani dokładnie zapamiętać

ani opisać, chociaŜ wiedział, Ŝe zostały głęboko 

wyryte w jego sercu.

Wiele jednak rzeczy cudownych i tajemniczych 

pamiętał i często wspominał.

Kiedy podejmował pierwsze dalekie wyprawy 

bez przewodnika, myślał, Ŝe poprzez całą tę krainę 

dojdzie do jej odległej granicy, ale łańcuchy 

olbrzymich gór zastąpiły mu drogę i próbując je 

obejść w koło,   znalazł   się   w końcu  na posępnym 

wybrzeŜu.   Stał   nad Morzem    Bezwietrznych Burz. 

ękitne fale podobne do ośnieŜonych   grzbietów gór 

toczyły się cicho z  Bezświata  i  niosły ku długiemu 

wybrzeŜu   białe   okręty powracające z bitew na 

Pograniczach Ciemności, o których ludzie nic nie 

wiedzą. Widział,    jak    woda wyniosła   daleko   na 

background image

brzeg wielki okręt, a potem bezszelestnie opadła w 

rozbryzgach piany. Z pokładu zbiegli ogromni, groźni 

Ŝeglarze — elfy. Miecze ich lśniły, włócznie iskrzyły 

się, a z oczu biły przeszywające promienie światła.  

Nagle zaintonowali pieśń zwycięstwa, Kowal zadrŜał 

ze strachu i padł na twarz, a wojownicy przeszli nad 

nim i zniknęli wśród rozdzwonionych echem gór.

 Nigdy więcej nie zapuszczał się na to wybrzeŜe, 

przekonany, Ŝe znajduje się na wyspie osaczonej 

zewsząd przez morze, i myśli jego zwróciły się ku 

górom, pragnął bowiem dotrzeć do serca Królestwa. 

Kiedyś podczas wędrówki ogarnęła go szara mgła i 

ąkał się, nic wokół nie widząc, dopóki nie zniknęła; 

wtedy dopiero stwierdził, Ŝe zaszedł na rozległą 

równinę. Przed nim w oddali wznosiła się góra cienia, 

a ten cień był korzeniem Królewskiego Drzewa 

piętrzącego się aŜ pod niebo jak kilka wieŜ 

ustawionych jedna na drugiej; korona świeciła 

blaskiem olśniewającym niby słońce w samo 

południe, a na kaŜdej gałęzi rosły jednocześnie liście, 

kwiaty i niezliczone owoce, kaŜdy inny, tak Ŝe nie 

znalazłbyś dwóch jednakowych.

background image

Nigdy juŜ potem nie zobaczył Królewskiego 

Drzewa, chociaŜ go często szukał. Pewnego razu 

wspinając się na Zewnętrzne Góry trafił do głębokiej 

doliny; na jej dnie błyszczała tafla jeziora, spokojna, 

nie zmącona ani jedną zmarszczką, mimo Ŝe las 

dokoła szumiał od podmuchów łagodnego wiatru. 

Dolinę wypełniało czerwone światło jakby 

zachodzącego słońca, promieniowało jednak nie z 

nieba, lecz z jeziora. Z przewieszonego nad wodą 

niskiego urwiska spojrzał w dół i wydało mu sięŜ

przenika wzrokiem w bezdenną głębinę.

Ujrzał w niej dziwne płomienne kształty 

powyginane, rozgałęzione i falujące niby olbrzymie 

wodorosty w morskiej rozpadlinie; wśród nich 

uwijały się jakieś ogniste stwory. Zafascynowany, 

zszedł na sam brzeg i chciał końcem stopy dotknąć 

wody, okazało się jednak, Ŝe to nie woda, lecz tafla 

twardsza od skały i bar-dziej śliska niŜ lód... Chciał 

na nią wejść, lecz natychmiast przewrócił się cięŜko, 

aŜ łoskot rozległ się nad jeziorem i odbił echem od 

gór.

Wietrzyk błyskawicznie przemienił się w 

background image

huragan ryczący niby dzika bestia — porwał Kowala, 

cisnął na brzeg, pchnął na stok obracając nim i 

rzucając jak zeschłym liściem. Kowal objął 

ramionami pień młodej brzozy i przylgnął do niej, a 

wicher mocował się z nimi obojgiem zawzięcie, 

próbując oderwać człowieka od drzewa. Brzoza od 

podmuchu zgięła się jednak aŜ do ziemi i nakryła 

Kowala namiotem z gałęzi. Kiedy wreszcie wicher 

ustąpił i Kowal mógł się podnieść, zobaczył, Ŝ

drzewo jest nagie, odarte aŜ do ostatniego listka, i 

płacze, a łzy jak deszcz płyną z jego gałęzi. PołoŜył 

dłoń na białej korze mówiąc:

— Uratowałaś mnie, brzózko. Co mam uczynić

Ŝeby cię wynagrodzić i okazać wdzięczność? Wyczuł 

ręką odpowiedź:

— Nic! Odejdź stąd. Wiatr cię ściga. Nie jesteś 

tutejszy. Idź i nie wracaj nigdy.

Wspinając się na zbocza otaczające dolinę czuł 

łzy brzozy na swoim policzku i miał w ustach ich 

gorzki smak. Z zasmuconym sercem przemierzał 

długą drogę do wsi i przez wiele dni potem nie chodził 

do Krainy Czarów. Ale nie mógł się jej wyrzec i w 

background image

końcu wrócił, z gorętszym jeszcze niŜ przedtem 

pragnieniem, by do-trzeć w głąb tego Królestwa.

Nareszcie odkrył drogę prowadzącą przez 

łańcuch Zewnętrznych Gór i po długim marszu 

doszedł do łań-cucha Gór Wewnętrznych, bardzo 

wysokich, stromych i niedostępnych. Po długim 

poszukiwaniu znalazł wszakŜe przełęcz, którą miał 

pokonać, i tego pamiętnego dnia, gdy zdobył się na 

tak niezwykłą śmiałość, wy-szedł przez wąską 

szczelinę na przeciwny stok i spojrzawszy w dół 

zobaczył Dolinę Wiecznego Poranka — ale wtedy 

jeszcze nie wiedział, Ŝe tak się ona nazywa. Zieleń w 

tej dolinie była o wiele piękniejsza niŜ na łąkach w 

zewnętrzej strefie Krainy Czarów, chociaŜ z ich 

pięknością nie mogła się równać nawet wiosenna 

trawa naszej ziemi. W niezwykle przezroczystym 

powietrzu oczy człowieka mogły dostrzec czerwone 

języczki ptaków śpiewających na drzewach 

przeciwległego zbocza, mimo Ŝe dolina była szeroka, a 

ptaki nie większe od strzyŜyków.

Góry po tej stronie opadały wydłuŜonymi 

stokami wśród plusku i szumu wodospadów, ruszył 

background image

więc w dół z wielką ochotą. Kiedy jego stopy dotknęły 

trawy Do-liny, usłyszał śpiew elfów, a na usianej 

liliami łące nad rzeką zobaczył tańczące dziewczęta. 

Oczarowany zwinnością, wdziękiem, ustawiczną 

zmiennością ich ruchów, skierował ku nim swe kroki. 

Nagle taneczny korowód zatrzymał się i na spotkanie 

Kowala wybiegła dziewczyna z rozpuszczonymi 

włosami w zakasanej sukience.

Ze śmiechem powiedziała:

— Rozzuchwaliłeś się, Gwiezdniku! Czy nie 

obawiasz się, co powie królowa, jeśli się dowie o tym? 

A moŜe dostałeś od niej pozwolenie?

Kowal bardzo się zmieszał, bo uświadomił sobie 

własne myśli i zrozumiał, Ŝe dziewczyna je odgaduje; 

sądził, Ŝe Gwiazda na czole jest przepustką

upowaŜniającą go do wędrowania, gdzie zechce; teraz 

juŜ wiedział, Ŝe to nieprawda. Ale dziewczyna 

ciągnęła dalej z uśmiechem:

— Chodź, skoro juŜ wtargnąłeś tutaj, musisz ze 

mną zatańczyć.

Wzięła go za rękę i wprowadziła w krą

tancerzy.

background image

Tańczył więc z nią i doznał zupełnie nowego 

uczucia zwinności, siły i szczęścia. Ale trwało to 

krótko. JuŜ po chwili — jak mu się zdawało — 

korowód się zatrzymał, a dziewczyna zerwała kwiat, 

który wyrósł u jej stóp, i wpięła go Kowalowi we 

włosy.

— śegnaj! — powiedziała. — MoŜe się jeszcze 

kiedyś spotkamy, jeśli taka będzie wola Królowej.

Nie zapamiętał nic z drogi powrotnej, nie 

wiedział, jakim sposobem znalazł się znów na 

gościńcu w rodzinnej okolicy... W wioskach, które 

mijał, ludzie spoglądali na niego ze zdumieniem i 

odprowadzali go wzrokiem, dopóki nie zniknął z pola 

ich widzenia. Kiedy się zbliŜał do domu, córka 

wybiegła, Ŝeby go powitać z radością; wrócił 

wcześniej, niŜ się spodziewano, lecz i tak za późno dla 

tych, którzy na niego czekali.

— Tatusiu! — wykrzyknęła Nań. — GdzieŜeś 

był? Twoja gwiazda świeci tak jasno!

Kiedy przekroczył próg, gwiazda przygasła, lecz 

Ŝona ujęła go za rękę, poprowadziła do kominka i 

patrząc na niego rzekła:

background image

— MęŜu kochany! Gdzie byłeś, co widziałeś

Masz kwiat we włosach.

Delikatnie zdjęła z jego głowy kwiat i połoŜyła na 

swej otwartej dłoni. Mieli wraŜenie, Ŝe widzą ten 

kwiat z bardzo daleka, chociaŜ leŜał na dłoni Nell i 

promieniował takim światłem, Ŝe postacie ich rzucały 

wielkie cienie na ścianę izby, mrocznej juŜ, bo 

wieczór zapadał. Cień męŜczyzny górował nad 

innymi, jego duŜa głowa pochylała się nad głową 

kobiety.

— Wyglądasz jak olbrzym, tatusiu — odezwał 

się milczący dotychczas syn.

Kwiat nie zwiądł i nie stracił blasku. 

Przechowywali go jak skarb i tajemnicę. Kowal 

zrobił dla niego specjalną szkatułkę zamykaną na 

kluczyk. Kwiat przekazywano z pokolenia na 

pokolenie w rodzie Kowala, a ci, co dziedziczyli klucz, 

od czasu do czasu otwierali szkatułkę i wpatrywali się 

śywy Kwiat do-póty, dopóki wieczko nie spadło. A 

działo się to niezaleŜnie od woli posiadacza skarbu.

Czas nie zatrzymał się dla mieszkańców wsi. 

Minęło wiele lat. Kowal był niespełna dziesięcioletnim 

background image

chłopcem, gdy na festynie Dwudziestu Czterech do-

stał gwiazdę. We właściwym terminie odbyła się 

następna uroczystość Dwudziestu Czterech i Alf, 

który nareszcie został Kuchmistrzem, wybrał sobie 

nowego ucznia, niejakiego Grajka. W dwanaście lat 

źniej Kowal wrócił do domu z kwiatem we włosach, 

a teraz nadszedł rok, w którym zimą wypadało znów 

urządzić festyn dla dzieci.

Pewnego dnia tego właśnie roku Kowal wracał 

przez las brzegiem Krainy Czarów. Była jesień. Złote 

liście lśniły na gałęziach, purpurowe zaścielały ziemię

Ktoś zszedł za nim, lecz Kowal nie zwaŜał na to i nie 

obejrzał się za siebie, zatopiony w myślach.

Tym razem otrzymał wezwanie i odbył bardzo 

daleką podróŜ, dłuŜszą, jak mu się zdawało, niŜ 

wszystkie inne w Ŝyciu. Dostarczono mu 

przewodników i straŜy, lecz nie pamiętał prawie dróg, 

którymi wędrował, bo często oślepiały go mgły lub 

ciemności, aŜ w końcu znalazł się nocą na jakiejś 

wyŜynie, pod niebem błyszczącym od niezliczonych 

gwiazd. Zaprowadzono go przed oblicze samej 

Królowej. Nie miała korony i nie siedziała na tronie. 

background image

Stała w wielkim majestacie i w chwale, i otaczał ją 

tłum wojowników w zbrojach lśniących i 

migoczących jak gwiazdy na niebie, lecz była tak 

wysoka, Ŝe górowała nad ostrza-mi włóczni, a nad jej 

głową unosił się biały płomień. Skinęła na Kowala, 

Ŝeby się zbliŜył, więc drŜąc podszedł do niej. Rozległ 

się wysoki, czysty sygnał trąby i nagle został sam na 

sam z Królową.

Stał przed nią i nie przyklęknął, jak nakazywał 

ceremoniał dworski, bo w oszołomieniu pomyślał, Ŝ

wobec niej Ŝaden gest istoty tak znikomej jak on nie 

moŜe mieć znaczenia. Wreszcie ośmielił się podnieść 

wzrok i spojrzeć w jej twarz; królowa powaŜnymi 

oczyma patrzała na niego z góry. Zmieszał się i za-

dziwił, bo w tym momencie poznał piękną dziewczynę 

z Zielonej Doliny, tancerkę, spod której stóp kwiaty 

wyrastały na ziemi. Uśmiechnęła się z tych jego 

wspomnień i podeszła bliŜej. Rozmawiali długo, 

prawie bez słów, lecz dowiedział się wielu rzeczy 

przejmując jej myśli; niektóre napełniały go radością

inne — ogromnym smutkiem. Potem zaczął pamięcią 

wracać po tropach swojego Ŝycia w przeszłość aŜ do 

background image

dnia, gdy została mu dana gwiazda, i nagle stanęła 

mu przed oczyma tańcząca figurka z róŜdŜką w ręku, 

więc ze wstydem spuścił wzrok, olśniony pięknością 

królowej.

Roześmiała się zupełnie tak samo jak wtedy, w 

Do-linie Wiecznego Poranka.

— Nie martw się, Gwiezdniku — powiedziała. — 

Nie wstydź się za swoich współplemieńców. Z dwojga 

złego mała laleczka jest lepsza niŜ całkowite 

zapomnienie o Krainie Czarów. Dla niektórych ludzi 

to jedyny przebłysk, dla innych — przebudzenie. Ty 

od tamtego dnia pragnąłeś mnie zobaczyć, wię

spełniłam twoje Ŝyczenie. Ale nic więcej juŜ ci dać nie 

mogę. Zanim się teraz poŜegnamy, powierzę ci jeszcze 

pewną waŜną misję. Jeśli spotkasz króla, powtórz mu 

te słowa: JuŜ czas. Pozwól mu dokonać wyboru.

— AleŜ... — wyjąkał. — Nie wiem, gdzie jest 

król. Pytałem o to wszystkich w Krainie Czarów, lecz 

zawsze słyszałem to samo: “Nie powiedział tego".

— Skoro król ci tego nie powiedział, nie mogę 

zdradzić sekretu — odparła Królowa. — Wiedz, Ŝ

Król wiele podróŜuje i moŜna go spotkać w 

background image

nieprawdopodobnych miejscach. A teraz przyklęknij.

Ukląkł, a Królowa schyliła się i połoŜyła rękę na 

jego głowie. Ogarnęła go wielka cisza i wydawało mu 

sięŜe jest jednocześnie w zwykłym ludzkim świecie i 

w Krainie Czarów, a takŜe poza obu tymi 

dziedzinami i patrzy na nie z zewnątrz czują

zarazem smutek, radość i niezmącony spokój. Kiedy 

się po chwili ocknął, wstał i podniósł głowę, brzask 

rozjaśnił niebo na wschodzie, gwiazdy pobladły, a 

Królowa zniknęła. Gdzieś daleko w górach echo 

powtarzało sygnał trą-by. Kowal był sam na pustej, 

cichej wyŜynie i wie-dział, Ŝe czeka go juŜ tylko droga 

do wyrzeczenia.

Miejsce, gdzie się spotkał z Królową, zostało 

daleko za nim i szedł teraz po ściółce jesiennych liści 

rozmyślając o wszystkim, co widział i czego się do-

wiedział.   Szelest   kroków   na   ścieŜce   przybliŜał   

się z      kaŜdą      chwilą. Wreszcie tuŜ koło je-go uszu 

odezwał się głos:

— Czy idziesz w tę samą stronę co ja, 

Gwiezdniku?

Kowal, nagle wyrwany z zamyślenia, wzdrygnął 

background image

się i teraz dopiero spojrzał na idącego obok 

człowieka. Zobaczył wysokiego męŜczyznę

stąpającego lekko i szybko, ubranego w 

ciemnozielony płaszcz z kapturem, który częściowo 

zasłaniał

jego twarz. Kowal zdziwił się, bo nikt prócz 

mieszkańców Krainy Czarów nie nazywał go 

“Gwiezdnikiem", a nie pamiętał, aby kiedykolwiek w 

swoich wędrówkach spotkał tego męŜczyznę; mimo to 

miał niejasne wraŜenie, Ŝe go skadsiś zna.

 — A dokąd ty idziesz? — spytał.

— Wracam do twojej wsi i mam nadziejęŜe ty 

takŜe — odparł tamten.

— Tak — przyznał Kowal. — MoŜemy więc iść 

razem. Tylko Ŝe właśnie coś mi się przypomniało... 

Zanim wyruszyłem w powrotną drogę, pewna wielka 

pani dała mi polecenie. Wkrótce przekroczymy 

granicę Krainy Czarów i myślęŜe nigdy więcej juŜ 

jej nie odwiedzę. A ty?

— Ja na pewno wrócę. MoŜesz mi przekazać 

swoją misję.

— Kazała mi powtórzyć kilka słów Królowi. Czy 

background image

wiesz, gdzie go moŜna spotkać?

— Wiem. A jakie to są słowa?

— Pani kazała mu powiedzieć tylko to: JuŜ czas. 

Pozwól mu dokonać wyboru.

— Rozumiem. Nie kłopocz się tym więcej!

Szli ramię w ramię milcząc, słychać było jedynie 

szelest liści pod ich stopami. Dopiero po przebyciu 

kilku mil, gdy zbliŜali się juŜ do granicy Krainy 

Czarów, męŜczyzna w zielonym płaszczu zatrzymał 

się i zwracając twarz do Kowala odrzucił z głowy 

kaptur. Wtedy1 Kowal go poznał: to był Alf, 

Terminator, jak go Kowal dotychczas w myślach 

nazywał, mając zawsze w pamięci dzień, gdy młody 

Alf stał przy stole obok Kuchmistrza trzymając w 

ręku lśniący nóŜ do dzielenia tortu, a oczy mu się 

iskrzyły w blasku świec. Musiał juŜ teraz być bardzo 

stary, bo od wielu lat piastował godność Kuchmistrza, 

lecz tutaj, w cieniu lasu na pograniczu Krainy 

Czarów wyglądał tak młodo jak tamten dawny 

terminator, tyle Ŝe bardziej dostojnie. Nie miał 

siwych włosów ani zmarszczek na twarzy, a oczy mu 

błyszczały, jakby odbijało się w nich jakieś jasne 

background image

światło.

— Chciałbym z tobą porozmawiać, Kowalu 

Kowalczyku, zanim się znajdziemy znowu w twojej 

wsi — rzekł.

Kowala zaskoczyła ta propozycja, bo wiele razy 

miał ochotę pogadać z Alfem, lecz nigdy mu się to nie 

udawało. Alf zawsze pozdrawiał go przyjaźnie i 

patrzał na niego Ŝyczliwym wzrokiem, zdawał się 

jednak unikać rozmowy sam na sam z nim. Teraz teŜ 

patrzał przyjaźnie, lecz niespodziewanie podniósł 

rękę i dotknął Gwiazdy na czole Kowala. Blask 

zniknął z jego oczu, a Kowal zrozumiał, Ŝe przedtem 

odbijały one światło Gwiazdy, która bardzo jasno 

świeciła i w tej chwili nagle przygasła. Zdumiony 

cofnął się z gniewem.

— Czy nie sadzasz, Mistrzu Kowalu, Ŝe czas, byś 

ją oddał? — spytał Alf.

— Co ci do tego, Kuchmistrzu? Dlaczego 

miałbym się wyrzec Gwiazdy? Jest moja. Sama mi 

wpadła w ręce. Czy człowiek nie ma prawa zachować

choćby na pamiątkę, tego, co w ten sposób dostał?

— Ma prawo zatrzymać niektóre rzeczy, jeśli 

background image

ktoś mu je podarował na pamiątkę. Ale nie wszystko 

do-stajemy w takiej intencji. Są rzeczy, które nie 

mogą na zawsze pozostać własnością jednego 

człowieka ani teŜ przechodzić w dziedzictwie z ojca 

na syna. Są tylko uŜyczone na pewien czas. A nie 

przyszło ci nigdy do głowy, Ŝe ktoś inny potrzebuje 

takŜe tej Gwiazdy? OtóŜ wiedz, Ŝe tak właśnie jest. 

JuŜ pora, Ŝebyś ją oddał.

Kowal zmieszał się, był bowiem człowiekiem 

wspaniałomyślnym i z wdzięcznością wspominał, ile 

szczęścia przyniosła mu gwiazda.

— CóŜ więc powinienem zrobić? — spytał. — 

Czy mam ją zwrócić jednemu z wielkich 

mieszkańców Krainy Czarów? MoŜe samemu 

królowi? — A gdy to mówił, serce zabiło mu Ŝywiej, 

bo zrodziła się w nim nadzieja, Ŝe będzie trzeba w tej 

sprawie raz jeszcze wrócić do Krainy Czarów.

— Mógłbyś ją oddać mnie — powiedział Alf — 

moŜe jednak byłoby to dla ciebie zbyt przykre. Pójdź 

razem ze mną do spiŜarni i włóŜ gwiazdę z powrotem 

do tej samej szkatułki, w której niegdyś ją schował 

twój dziadek.

background image

— Mój dziadek? Nic o tym nie wiedziałem.

— Nikt nie wiedział oprócz mnie. Tylko ja byłem 

z nim wtedy.

— MoŜe wiesz takŜe, skąd miał Gwiazdą i 

dlaczego ją włoŜył do szkatułki.

— Przyniósł ją z Krainy Czarów, to wiesz bez 

pytania — odparł Alf. — Zostawił ją w szkatułce z 

nadziejąŜe przypadnie kiedyś tobie, jedynemu jego 

wnukowi. Tak mi powiedział, bo myślał, Ŝe będę mógł 

się postarać o spełnienie jego Ŝyczenia. Był to ojciec 

twojej matki. MoŜe ci o nim niewiele opowiadała, bo 

sama mało wiedziała. Nazywano go JeŜdźcem, bo 

lubił podróŜować, to teŜ napatrzył się róŜnych rzeczy 

i zdobył mnóstwo umiejętności, zanim osiadł jako 

Kuchmistrz w waszej wsi. Opuścił ją, gdy miałeś dwa 

lata, i nie znaleziono na jego następcę lepszego 

kandydata niŜ ten biedny Kołek. JednakŜe z czasem 

ja zostałem Kuchmistrzem, jak sobie planowaliśmy z 

twoim dziadkiem; w tym roku będę musiał zrobić 

znów Wielki Tort. Za ludzkiej pamięci Ŝadnemu 

Kuchmistrzowi jeszcze się to nie zdarzyło dwa razy w 

Ŝyciu, ja jestem jedynym wyjątkiem. Chciałbym 

background image

Gwiazdę włoŜyć do tortu.

— Dobrze, dostaniesz ją — rzekł Kowal. 

Spojrzał na Alfa przenikliwie, jakby próbował 

odgadnąć jego myśli. — Czy wiesz, kto ją znajdzie?

— Po co ci to wiedzieć, Mistrzu Kowalu?

— Proszę cię, powiedz mi,  jeśli wiesz. Będzie mi 

łatwiej rozstać się z rzeczą, bardzo drogą mojemu 

sercu. Syn mej córki jest jeszcze za mały. — MoŜe ci 

będzie łatwiej, a moŜe nie. Zobaczymy.

Więcej juŜ z sobą nie rozmawiali. Wkrótce 

potem przekroczyli granicę Krainy Czarów i 

nareszcie wrócili do wsi. Skierowali się wprost do 

świetlicy gromadzkiej. Nad ludzkim światem słońce 

właśnie za-chodziło i okna domów lśniły czerwienią

Złocone rzeź-by na drzwiach świetlicy błyszczały, 

spod dachu wychylały się róŜnokolorowe dziwaczne 

twarze gargulców. Świetlicę niedawno odnowiono i 

odmalowano, a przedsięwzięcie to wy-wołało długie 

debaty w radzie gromadzkiej. Niektórzy ludzie 

sprzeciwiali się tym, jak mówili, nowomodnym 

zbytkom, lecz inni, lepiej znający historię wsi, 

pamiętali, Ŝe był to stary zwyczaj, i zgadza-li sięŜ

background image

warto do nie-go wrócić. Miało to kosztować sporo 

grosza, a poniewaŜ Kuchmistrz ofiarował się 

wszystko zapłacić z własnej kiesy, pozwolono mu 

zrobić to według własnej woli i gustu. Kowal nigdy 

jeszcze nie widział odnowionej świetlicy w takim 

oświetleniu, stanął więc przed nią olśniony, 

zapominając na chwilę, po co tu przyszedł.

Wreszcie Alf dotknął jego ramienia i 

poprowadził go wokół budynku do małych bocznych 

drzwi, otworzył je z klucza i poszli ciemnym 

korytarzem do spiŜarni. Tam Kuchmistrz zapalił 

świecę, otworzył szafę i z górnej półki zdjął czarną 

skrzynkę. Była teraz wypolerowana i ozdobiona 

srebrnymi ornamentami.

Podniósł wieczko i pokazał Kowalowi, co jest w 

środku. Jedna mała przegródka pozostała pusta, we 

wszystkich innych znajdowały się korzenne 

przyprawy o tak świeŜym, ostrym zapachu, Ŝe oczy 

Kowalowi zwilgotniały. Sięgnął ręką do czoła. 

Gwiazda odkleiła się zupełnie łatwo, lecz Kowal 

poczuł nagle przeszywający ból i łzy pociekły mu po 

twarzy. ChociaŜ Gwiazda świeciła jasno na jego 

background image

dłoni, widział tylko zamazaną olśniewającą plamę

jak gdyby bardzo daleką.

— Nie widzę wyraźnie — powiedział. — Wyręcz 

mnie i sam ją włóŜ do skrzynki. — Wyciągnął rękę do 

Alfa, który wzdął Gwiazdę ii umieścił w przegródce, 

gdzie natychmiast zgasła.

Kowal bez słowa odwrócił się i po omacku ruszył 

ku wyjściu. Za progiem stwierdził, Ŝe znów widzi 

dobrze. Był wieczór, na jasnym firmamencie w 

pobliŜu księŜyca błyszczała Gwiazda wieczorna. Gdy 

stał podziwiając jej piękność, uczuł na ramieniu 

dotknięcie czyjejś ręki. Obejrzał się i zobaczył Alfa.

— Oddałeś mi ją dobrowolnie — rzekł Alf. — 

JeŜeli wciąŜ jeszcze jesteś ciekawy, kto ją dostanie, 

mogę ci to teraz powiedzieć.

— Proszę, powiedz.

— Chłopiec, którego sam wskaŜesz. Kowal 

zaskoczony nie od razu przemówił.

— Zastanawiam się — zaczął wreszcie z 

wahaniem — czy ci się spodoba mój wybór. Nazwisko 

Kołka z wielu powodów nie moŜe ci być miłe, ale jego 

prawnuczek Tim z Townsand, który ma uczestniczyć 

background image

w biesiadzie Dwudziestu Czterech, nie jest wcale do 

pradziadka podobny.

— Owszem, zauwaŜyłem to — odparł Alf. — Ma 

rozumną matkę.

— Tak, siostrę mojej Nell. NiezaleŜnie od 

powinowactwa bardzo lubię małego Tima. Co 

prawda nie jest to kandydat, który by się wszystkim 

mógł wydawać bezspornie najlepszy.

— Tak samo jak ty w swoim czasie — powiedział 

uśmiechając się Alf. — Ale zgadzam się, ja takŜ

wybrałem Tima.

— Po co więc mnie pytałeś o zdanie?

— Królowa tak sobie Ŝyczyła. Gdybyś wskazał 

inne dziecko, nie upierałbym się przy swoim.

Kowal długo przyglądał się Alfowi. Nagle ukłonił 

mu się nisko.

— Nareszcie zrozumiałem! — rzekł. — Bardzo 

nas zaszczyciłeś, najjaśniejszy panie.

— Zostałem za to wynagrodzony — odparł Alf. 

— Wracaj teraz spokojny do domu.

ZbliŜając się do swojego domu na zachodnim 

skraju wsi zobaczył syna przed kuźnią; Kowalczyk 

background image

właśnie ją zamknął skończywszy robotę i spoglądał na 

białą drogę, którą ojciec zazwyczaj wracał z wypraw. 

Usłyszał kroki i odwrócił się, zdziwiony, Ŝe tym razem 

Kowal nadchodzi od strony wsi. Podbiegł na jego 

spotkanie, objął ramionami i przywitał serdecznie.

— Od wczoraj juŜ cię wypatruję, tatusiu! — 

powiedział. Potem spojrzawszy uwaŜnie w twarz ojca 

dodał z niepokojem.

— Wydajesz się bardzo zmęczony. Pewno idziesz 

z daleka?

— Z bardzo daleka, synu. Przeszedłem całą 

drogę od świtu do wieczora.

Razem weszli do domu,  gdzie ciemną izbę 

rozjaśniało tylko migotanie ognia na kominku. Syn 

zapalił świece i przez długą chwilę siedzieli milcząc, 

bo Kowala przytłaczało ogromne zmęczenie i smutek 

wielkiej straty. W końcu podniósł głowę, rozejrzał się 

w koło jak przebudzony ze snu i spytał.

— Nikogo prócz nas dwóch nie ma? Syn 

popatrzał na niego uwaŜnie.

— Nie pamiętasz? Matka poszła do Podlesia 

Mniejszego, do Nań. Mały Tom święci dzisiaj swoje 

background image

drugie urodziny. Spodziewali sięŜe weźmiesz w nich 

udział.

— Ach, tak. Powinienem wziąć udział i na pewno 

bym to zrobił, lecz spóźniłem się, bo zatrzymały mnie 

waŜne sprawy; tak miałem nimi zaprzątniętą głowę

Ŝe chwilowo nie mogłem myśleć o niczym innym. Ale 

nie zapomniałem o małym Tomciu i jego urodzinach. 

Przyniosłem dla niego prezent. Stary Kołek nazwałby 

to zapewne cackiem, ale to cacko pochodzi z Krainy 

Czarów.

Wyjął z sakiewki mały srebrny przedmiot. Na 

łodydze miniaturowej lilii trzy delikatne kwiaty 

zwisały niby dzwoneczki. Były to naprawdę 

dzwoneczki. Kowal trącił leciutko łodygę i kwiatki 

zadźwięczały piękną, czystą melodyjką. Płomyki 

świec od tej muzyki zatrzepotały i na mgnienie oka 

rozbłysły białym światłem.

Źrenice Neda rozszerzyły się z podziwu.

— Czy mogę przyjrzeć się temu z bliska? — 

spytał. OstroŜnie wziął w palce srebrną lilijkę i 

zajrzał w kielichy kwiatów. — Cudowna robota! A co 

najdziwniejsze, te dzwonki pachną, ich zapach 

background image

przypomina mi... przypomina... coś, o czym 

zapomniałem...

— Tak. Ilekroć dzwonki zagrają, w chwilę potem 

wydobywa się z nich zapach. Nie bój się, Ned, moŜesz 

tego drobiazgu śmiało dotykać. Przeznaczony jest do 

zabawy dla dziecka: niełatwo go uszkodzić i nie zrobi 

teŜ szkody maleństwu.

WłoŜył zabawkę z powrotem do sakiewki i 

schował do kieszeni.

— Jutro zaniosę ten prezent do Podlesia 

Mniejsze-go — oznajmił. — Mam nadziejęŜe Nań

Tom i Nell wybaczą mi spóźnienie. Zresztą Tom 

jeszcze nie umie liczyć dni... ani tygodni, miesięcy czy 

lat.

— Racja, tatusiu. Chętnie bym poszedł z tobą

ale nieprędko będę mógł się tam wybrać. Dzisiaj, 

nawet gdybym nie czekał na ciebie, w Ŝaden sposób 

nie mogłem towarzyszyć matce. Mam pełne ręce 

roboty, a wciąŜ napływają nowe zamówienia.

— Nie, nie, Kowalczyku, pozwól sobie na małe 

święto! Wprawdzie jestem juŜ dziadkiem, ale sił mi 

jeszcze nie brakuje. Poradzimy sobie z robotą. Odtą

background image

będą w kuźni dwie pary rąk do pracy i to przez sześć 

dni w tygodniu. Nie wybiorę się juŜ więcej w podróŜ

Ned, mam na myśli moje dalekie wędrówki, 

rozumiesz, synu?

— A więc wszystko się zmieniło, tatusiu? Od 

pierwszej chwili zadaję sobie pytanie, gdzie się 

podziała twoja Gwiazda. To wielka strata. — 

Uścisnął rękę ojca. — Martwię się ze względu na 

ciebie, ale rodzina pewnie na tej zmianie skorzysta. 

Czy wiesz, Mistrzu, Ŝe chciałbym wiele się nauczyć od 

ciebie? I to nie tylko obróbki Ŝelaza!

Zjedli razem kolację i długo potem siedzieli 

jeszcze przy stole, bo Kowal opowiadał synowi o 

swojej ostatniej podróŜy do Krainy Czarów i o wielu 

sprawach, które go zaprzątały. Ale o wyborze 

następnego nosiciela Gwiazdy nie wspomniał ani 

słowem.

Wreszcie syn patrząc w twarz ojca rzekł:

— Czy pamiętasz, ojcze, dzień, gdy wróciłeś z 

kwiatem we włosach? Spojrzałem wówczas na twój 

cień i powiedziałem, Ŝe wyglądasz jak olbrzym. Cień 

mówił prawdę. A więc tańczyłeś z Królową we 

background image

własnej osobie! I mimo to wyrzekłeś się Gwiazdy. 

Mam nadziejęŜe dostanie się komuś, kto jest jej 

wart. Ten ktoś powinien ci być wdzięczny.

— Chłopczyk nic o tym nie będzie wiedział — 

od-parł Kowal. — Tak to juŜ jest z darami tego 

rodzaju. No, stało się, oddałem Gwiazdę następcy, a 

sam wracam do młota i kowadła.

Dziwna rzecz, ale stary Kołek, który wykpił 

terminatora, nigdy nie przestał łamać sobie głowy 

nad zagadką zniknięcia srebrnej Gwiazdy z tortu, 

chociaŜ od tego zdarzenia upłynęło wiele lat. Roztył 

się i rozleniwił; opuścił stanowisko Kuchmistrza 

mając sześćdziesiąt lat, co we wsi nie uchodziło za 

wiek podeszły. Teraz zbliŜał się do dziewięćdziesiątki 

i był potwornie gruby, bo jadł bez umiaru i w 

dalszym ciągu przepadał za słodyczami. JeŜeli nie 

siedział przy stole, spędzał dni w wielkim fotelu przy 

oknie albo, gdy pogoda sprzyjała, przed domem. 

Lubił mówić, bo o wielu sprawach był, jak sadził, 

lepiej od innych po-informowany, lecz ostatnio 

najczęściej gadał o tym jedynym Wielkim Torcie, 

który — jak z czasem uwierzył — był jego własnym 

background image

arcydziełem i który wciąŜ mu się śnił. Terminator 

czasem przechodząc zatrzymywał sięŜeby zamienić 

ze staruszkiem kilka słów. Stary Kołek wciąŜ bowiem 

nazywał Alfa Terminatorem, a siebie kazał nazywać 

Kuchmistrzem. Terminator nigdy mu tego tytułu nie 

odmawiał, czym zjednywał sobie pewne względy 

staruszka, choć nie naleŜał na pewno do jego 

ulubieńców.

Któregoś dnia Kołek po obiedzie drzemał w 

fotelu przed drzwiami domu. Ocknął się gwałtownie i 

zobaczył Terminatora stojącego obok i patrzącego na 

nie-go z góry.

— O, to ty! — powiedział Kołek. — Cieszę sięŜ

cię widzę, bo ten tort nie daje mi spokoju. Właśnie o 

nim myślałem. Najlepszy z tortów, jaki w Ŝyciu 

zrobiłem, a to coś znaczy! Ale ty go moŜe juŜ nie 

pamiętasz?

— Pamiętam doskonale, Mistrzu. To był dobry 

tort, wszyscy go jedli ze smakiem i chwalili.

— Oczywiście! To było moje dzieło. Co do tego 

nie mam Ŝadnych wątpliwości. Ale nie mogę 

zrozumieć, co się stało z tym cackiem, wiesz, z tą 

background image

gwiazdką. Nie mogła przecieŜ rozpłynąć się bez śladu. 

Powiedziałem tak wówczas tylko po to, Ŝeby się dzieci 

nie przelękły. Myślałem, Ŝe moŜe któreś z nich ją 

połknęło. Ale czy to prawdopodobne? MoŜna łyknąć 

drobny pieniąŜek nic o tym nie wiedząc, ale gwiazdę

Była maleńka, miała jednak ramiona ostro 

zakończone.

— Tak, Mistrzu. Ale nie wiesz właściwie, z czego 

była zrobiona, prawda? Przestań sobie głowę suszyć 

tymi pytaniami. Zapewniam cięŜe Gwiazdkę ktoś 

połknął.

— Ale kto? Mam długą pamięć, a tamten dzień 

utkwił w niej bardzo mocno, mogę wyliczyć imiona 

wszystkich dzieci, które brały udział w festynie. Za-

raz, niech się zastanowię... Tak, na pewno Molly 

młynarzówna! Była okropnie łapczywa i łykała 

jedzenie nie przeŜuwając. Teraz jest gruba jak wór 

mąki.

— Rzeczywiście niektóre osoby mają skłonność 

do tycia, Mistrzu. Molly jednak nie jadła zbyt 

pośpiesznie tortu, znalazła przecieŜ w swojej porcji aŜ 

dwie niespodzianki.

background image

— CzyŜby? W takim razie musiał to być Harry, 

syn bednarza, chłopak gruby jak beczka, usta miał 

szerokie niczym Ŝaba.

— Ja go pamiętam, Mistrzu, jako miłego 

chłopczyka z szerokim, serdecznym uśmiechem. 

Harry szukał w torcie niespodzianki tak gorliwie, Ŝ

cała porcję rozdrobnił na talerzu, lecz niczego nie 

znalazł.

— A więc ta mała, blada dziewczynka, Lii, córka 

sukiennika. W niemowlęctwie połykała szpilki bez 

szkody dla zdrowia.

— Nie. Mistrzu, Liii zjadła tylko lukier i 

wierzchnią warstwę tortu, a resztę oddała chłopcu 

siedzącemu obok niej.

— No więc rezygnuję ze zgadywania. KtóŜ to 

mógł być? Ty, jak się zdaje, pilnie wszystkich 

obserwowałeś. Czy nie zmyśliłeś tych szczegółów?

— Syn Kowala, Mistrzu. I przyniosło mu to wiele 

szczęścia.

— Gadaj zdrów! — zaśmiał się stary Kołek. — 

Powinienem bym się od razu połapaćŜe próbujesz 

mnie nabrać. Co za bzdura! Kowal był wtedy 

background image

spokojnym, tępym chłopcem. Teraz jest bardziej 

hałaśliwy, podobno lubi śpiewać, ale zawsze się 

wyróŜniał ostroŜnością. Ten by niczego nie 

zaryzykował. KaŜdy kęs dziesięć razy obraca w 

ustach, zanim połknie, od maleńkości był taki. Czy się 

dość jasno wyraŜam?

— Najzupełniej, Mistrzu. Jeśli nie wierzysz, Ŝ

Gwiazdę połknął Kowal, nic na to nie mogę poradzić

Zresztą dzisiaj cała historia nie ma juŜ znaczenia. 

MoŜe przestaniesz się dręczyć, gdy ci powiem, Ŝ

Gwiazdka jest juŜ z powrotem na swoim miejscu w 

szkatułce. Proszę, spójrz!

Terminator miał na sobie ciemnozielony płaszcz, 

w którym Kołek widział go po raz pierwszy. 

Spomiędzy fałd tego płaszcza wyciągnął czarną 

skrzyneczkę i otworzył ją tuŜ pod nosem staruszka.

— Przekonaj się, Mistrzu, Gwiazdka leŜy w 

kąciku, we własnej przegródce.

Stary zaniósł się kaszlem, potem kichnął kilka 

razy, lecz w końcu popatrzył na szkatułkę.

— Rzeczywiście! — przyznał. — Chyba Ŝe to 

inna gwiazdka podobna jak dwie krople wody do 

background image

tamtej.

— Ta sama, Mistrzu. Wiem, bo ja przed kilku 

dniami własną ręką włoŜyłem do szkatułki. Tej zimy 

podczas festynu znowu się znajdzie w Wielkim 

Torcie.

— Aha! — rzekł szyderczo Kołek i zatrząsł się 

cały jak galareta od złośliwego śmiechu. — 

Rozumiem, rozumiem! Dwadzieścia czworo dzieci, 

dwadzieścia cztery cacka, a Gwiazdka miała być 

dwudziesta piąta na dokładkę. Ale tyś ją przed 

wsadzeniem do pieca świsnął i zachował na następną 

okazję. Zawsze byłeś przebiegły. I zręczny do róŜnych 

sztuczek. Przy tym skąpy, nie zmarnowałbyś ani 

odrobinki masła. Ha, ha, ha! A więc tak się to stało. 

Mogłem był się wcześniej domyślić. Zagadka 

nareszcie rozwiązana, mogę teraz spać spokojnie. — 

Kołek rozparł się głębiej w fotelu. — UwaŜaj, Ŝeby 

twój Terminator nie spłatał ci takiego samego figla! 

Nawet chytrusa ktoś moŜe przechytrzyć, jak 

powiadają. — I zamknął oczy.

— Do widzenia, Mistrzu — rzekł Terminator 

zatrzaskując szkatułkę tak hałaśliwie, Ŝe Kołek 

background image

otworzył oczy. — Wszystko zawsze wiesz najlepiej, 

toteŜ tylko dwa razy ośmieliłem się udzielić ci 

waŜnych informacji. Powiedziałem ci kiedyśŜ

Gwiazdka pochodzi z Krainy Czarów, a dzisiaj — Ŝ

dostała się Kowalowi. Wyśmiałeś mnie. Na 

poŜegnanie powiem ci jednak coś jeszcze. Tym razem 

nie będziesz się śmiał. Jesteś starym zarozumiałym 

nicponiem, spasionym, szczwanym leniem. To ja za 

ciebie wykonywałem całą robotę. Nie podziękowałeś 

mi nigdy, chociaŜ starałeś się nauczyć ode mnie wielu 

rzeczy, z wyjątkiem szacunku dla czarów i zasad 

uprzejmości. Nie masz jej na tyle, Ŝeby mi powiedzieć 

grzecznie “do widzenia".

— Jeśli chodzi o grzeczność — odparł Kołek — 

to dziwię sięŜe pozwala ci ona zniewaŜać starsze i 

lepsze niŜ ty osoby. Zabierz swoje czary i bzdury 

gdzie indziej. A jeŜeli czekasz na słówko poŜegnania, 

to, proszę bardzo, kłaniam się, ale zjeŜdŜaj stad 

nareszcie. — Kpiąco pomachał mu na poŜegnanie 

ręką. — MoŜe masz w swojej kuchni ukrytych 

przyjaciół z Krainy Czarów? Przyślij mi tu jednego z 

nich, chętnie go obejrzę, a jeśli skinieniem róŜdŜki 

background image

przywróci mi smukłą figurę, nabiorę o nim lepszego 

mniemania! — Zaśmiał się ironicznie.

— Czy zgodziłbyś się poświęcić chwilkę Królowi 

Krainy Czarów? — spytał tamten. Ku zdumieniu 

Kołka, urósł wymawiając te słowa. Zrzucił płaszcz i 

ukazał się w odświętnym stroju kuchmistrza, lecz 

biały fartuch, kurtka i czapka migotały i błyszczały, a 

na czole jaśniał klejnot w kształcie promiennej 

Gwiazdy. Twarz miał młodą, lecz surową.

— Stary człowieku — rzekł — na pewno nie 

jesteś ode mnie starszy. Nie sądzę teŜŜebyś był 

lepszy. Nieraz szydziłeś ze mnie za moimi plecami. 

Czy dziś otwarcie rzucasz mi wyzwanie? — Postąpił 

krok naprzód, a Kołek skulił się i zadrŜał; chciał 

krzyknąć, zawołać kogoś na ratunek, lecz nie mógł 

wydobyć głosu z gardła.

— Panie! — wycharczał z trudem. — Nie rób mi 

nic  złego!   Jestem  biednym  starym  człowiekiem! 

Twarz króla złagodniała.

— Niestety! Mówisz prawdę. Nie bój się, bądź 

spokojny. Wypada jednak, Ŝeby Król Krainy Czarów 

coś dla ciebie uczynił, zanim odejdzie, spełnię wię

background image

twoje Ŝyczenie. śegnaj! I zaśnij teraz.

Owinął się znów płaszczem i odszedł w kierunku 

świetlicy, lecz nim zniknął z pola widzenia, stary 

kucharz zamknął wytrzeszczone ze zdumienia oczy i 

zachrapał.

Kiedy się zbudził, słońce juŜ zachodziło. Przetarł 

oczy i lekki dreszcz przebiegł mu po skórze, bo 

jesienny wieczór był chłodny.

— Uf! Co za sen — westchnął. — Zaszkodziła mi 

widać ta wieprzowina, którą jadłem na obiad.

Od tego dnia stary Kołek ze strachu przed 

koszmarami sennymi przestał się objadać i 

poprzestawał na skromnych i prostych potrawach. 

Wkrótce dzięki temu schudł tak, Ŝe nie tylko odzieŜ

ale teŜ skóra zwisała na nim marszcząc się i fałdując. 

Dzieci przezwały go “kościanym dziadkiem". Po 

jakimś czasie zauwaŜył, Ŝe moŜe znów poruszać się 

swobodnie i chodzić po całej wsi bez innej pomocy niŜ 

laska w ręku. PrzeŜył o wiele lat dłuŜej, niŜ gdyby 

pozostał grubasem. Podobno dociągnął do setki i był 

to jedyny w jego historii sukces godny ludzkiej 

pamięci. Do ostatka opowiadał kaŜdemu, kto zechciał 

background image

go słuchać, o swoim sennym przywidzeniu.

— Okropny sen, moŜna by powiedzieć, ale, jeśli 

się zastanowić, po prostu głupi. Król Krainy Czarów! 

A nie miał nawet róŜdŜki w ręku! KaŜdy by schudł, 

gdyby przestał duŜo jeść. Zdarzenie zupełnie 

zwyczajne, całkiem logiczne. Nie ma w tym Ŝadnych 

czarów.

Nadszedł termin Festynu Dwudziestu Czterech. 

Kowal uczestniczył w nim zabawiając gości śpiewem, 

a jego Ŝona pomagała opiekować się dziećmi. Kowal 

przyglądał im się, gdy śpiewały i tańczyły; stwierdził, 

Ŝe są piękniejsze i weselsze niŜ dzieci z jego pokolenia 

i przemknęła mu przez głowę myśl, Ŝe warto by się 

dowiedzieć, czym się zajmował Alf w wolnych od 

kucharzenia chwilach. Wszystkie dzieci wydawały się 

godne Gwiazdy. NajdłuŜej jednak zatrzymał Kowal 

wzrok na małym Timie; był to chłopczyk dość 

pulchny, do tańca niezbyt zgrabny, za to głos jego 

brzmiał bardzo ładnie. Przy stole Tim siedział 

cichutko i uwaŜnie przyglądał się ostrzeniu noŜa i 

krajaniu Wielkiego Tortu. W pewnej chwili odezwał 

się niespodziewanie:

background image

— Panie Kuchmistrzu kochany, proszę dla mnie 

ukroić tylko mały plasterek, bo okropnie duŜo rzeczy 

zjadłem i nic więcej juŜ mi się nie zmieści.

— Dobrze, Tim — powiedział Alf. — Ukroję dla 

ciebie specjalną porcyjkę. Mam nadziejęŜe ją 

przełkniesz gładko.

Kowal patrzał na Tima, gdy ten jadł tort powoli, 

lecz z widoczną przyjemnością; chłopczyk zdawał się 

trochę zawiedziony, bo nie znalazł w torcie pieniąŜka 

ani Ŝadnej innej niespodzianki. Potem oczy mu 

rozbłysły, poweselał, zaczął się śmiać i śpiewać z cicha 

sam do siebie. Wreszcie wstał i zatańczył z 

niezwykłym wdziękiem, którego jeszcze przed kilku 

minuta-mi wcale w jego ruchach nie było. Dzieci 

śmiały się i oklaskiwały tancerza.

Wszystko w porządku — pomyślał Kowal. — 

Jesteś więc moim dziedzicem, Timie. Ciekawe, w ja-

kie dziwne miejsce zaprowadzi cię Gwiazda. Biedny 

stary Kołek! Pewno nigdy się nie dowie, jaki skandal 

wydarzył się w jego własnej rodzinie!

Kołek rzeczywiście nigdy się nie dowiedział. 

JednakŜe podczas festynu stało się coś, co go 

background image

ogromnie ucieszyło. Przed zakończeniem zabawy 

Kuchmistrz poŜegnał się z dziećmi i z dorosłymi, 

którzy się tam zebrali.

— Chcę was dzisiaj poŜegnać — oznajmił — bo 

jutro albo pojutrze opuszczę waszą wieś. Mój uczeń 

Grajek umie juŜ dośćŜeby przejąć funkcje 

kucharskie. Zna doskonale rzemiosło i pochodzi, jak 

wam wiadomo, z waszej wsi. Co do mnie, wracam w 

swoje strony. MyślęŜe nie odczujecie zbytnio mojej 

nie-obecności.

Dzieci Ŝegnały go wesoło i dziękowały miłe za 

prze-pyszny tort. Tylko mały Tim ujął go za rękę 

mówiąc z cicha:

— Bardzo Ŝałuję...

Rzeczywiście kilka rodzin we wsi przez pewien 

czas Ŝałowało, Ŝe Alfa nie ma juŜ wśród nich. Garstka 

jego przyjaciół, a w szczególności Kowal i Grajek, 

zasmuceni rozstaniem postanowili uczcić pamięć 

Alfa, konserwując złocenia i malowidła w świetlicy. 

Ale większość mieszkańców wsi była zadowolona. Alf 

pełnił funkcje Kuchmistrza bardzo długo, wię

chętnie przyjęto zmianę. A stary Kołek stukając laską 

background image

o podłogę oświadczył bez ogródek:

— Wyniósł się nareszcie! Bardzo mnie to cieszy. 

Nigdy go nie lubiłem. Był chytry. MoŜna powiedzieć

zanadto zmyślny.