background image

J.R.R. TOLKIEN 

 

 

 

Rudy Dżil i Jego Pies 

(Farmer Giles of Ham) 

 

Kowal z Podlesia Większego 

(Smith of Wotton Mayor) 

 

(Przełożyła Maria Skibniewska) 

background image

 

Rudy Dżil I Jego Pies 

 

 

 

Aegidi i Ahenobarbi 

Julii Agricole de Hammo 

Domini de Domito 

Aule Draconarie Comitis 

Regni Minimi Regis et Basilei 

mira facinora et mirabilis exortus 

 

czyli w języku pospolitym 

 

Wywyższenie i cudowne przygody 

Rudobrodego Dżila, 

gospodarza z Ham, 

Pana oswojonego smoka, 

Króla Małego Królestwa 

Farmer Glles of Ham 

 

 

background image

 

 

 

 

 

PRZEDMOWA 

 

O dziejach Małego Królestwa niewiele nam wiadomo, przypadkiem jednak zachowała 

się historia jego powstania; ściślej mówiąc, nie tyle historia, ile legenda, bo jest to opowieść 

niewątpliwie znacznie później sklecona, pełna dziwów zaczerpniętych nie z suchych kronik, 

lecz z ludowych pieśni, na które też często się powołuje. Dla jej autora wydarzenia, o których 

opowiada, są już zamierzchłą przeszłością, wydaje się wszakże, iż zamieszkiwał na obszarze 

należącym  niegdyś  do  Małego  Królestwa.  Najoczywiściej  dość  słaby  w  geografii,  zdradza 

pewną  znajomość  tej  okolicy,  podczas  gdy  o  krainach  położonych  nieco  dalej  na  północ  i 

zachód nie ma po prostu pojęcia. 

Wydało mi się warte trudu przetłumaczenie tej nie-zwykłej historii z nader wyspiarskiej 

łaciny  na  język  bardziej  nowoczesny,  ponieważ  rzuca  ona  pewne  światło  na  ciemny  okres 

dziejów Brytanii, nie mówiąc już o tym, że wyjaśnia nam pochodzenie niektórych dziwacznych 

nazw  geograficznych.  Wielu  czytelników  pewnie  zgodzi  się  też  ze  mną,  że  charakter  i 

przygody bohatera są rzeczywiście interesujące. 

Granice  Małego  Królestwa  —  zarówno  w  czasie,  jak  w  przestrzeni  —  trudno 

wyznaczyć na podstawie skąpych danych, jakie posiadamy. Od dnia gdy Brutus wylądował  na  

wybrzeżach    Brytanii,      powstało      tutaj  i  upadło  niejedno  królestwo.  Podział  kraju  między 

Locrina, Cambera i Albanaka był tylko pierwszym z wielu różnych i nietrwałych podziałów. Z 

jednej strony każdy zaścianek przywiązany był do swojej niezależności, z drugiej — królowie 

żądni powiększenia swoich państw, toteż wieki upływały na przemian wśród wojen i pokoju, 

radości i smutku, jak wiadomo nam dzięki kronikarzom króla Artura. Były to czasy zmiennych 

granic, gdy ludzie szybko wspinali się na szczyty i jeszcze szybciej z nich spadali, pieśniarzom 

zaś nie brakowało ani tematów, ani chętnych słuchaczy. W tej właśnie epoce, zapewne między  

panowaniem  króla  Coela  a  pojawieniem  się  króla  Artura  i  powstaniem  Siedmiu  Królestw, 

background image

rozgrywały się opowiedziane w naszej historii  wypadki.  Widownią ich  była  dolina  Tamizy i 

ciągnąca się na północo-zachód od niej kraina aż po góry Walii.   

Stolica  Małego  Królestwa,  podobnie  jak  dzisiejszej  Anglii,  znajdowała  się  w 

południowo-wschodniej części kraju, lecz jego granic dokładnie nie znamy. Prawdopodobnie 

nie sięgały zbyt daleko w górą Tamizy na zachodzie   ani   też   dalej   niż   do   Otmoor   na   

północy; o   wschodniej  granicy  jeszcze   mniej   nam  wiadomo. Z pewnych wzmianek w 

legendzie o synu Dżila, Georgiuszu, oraz jego giermku, Suovetauriliuszu, wolno domyślać się, 

że za ich czasów Małe Królestwo utrzymywało wysuniętą placówkę w Farthingho. Nie należy 

to  jednak  do  naszej  historii,  którą  przedstawimy  wam  bez,  poprawek  i  bez  komentarzy; 

pozwolimy  sobie  tylko uprościć szumny tytuł łacińskiego oryginału na brzmiący skromniej: 

 

background image

RUDY DŻIL I JEGO PIES 

 

AEGIDIUS  DE  HAMMO  mieszkał  w  samym  sercu  wyspy  Brytanii.  Pełne  jego 

nazwisko brzmiało: Aegidius Ahenobarbus Julius Agricola de Hammo. Nie skąpiono bowiem 

ludziom imion i przydomków w owych dniach, bardzo od naszych odległych, kiedy wyspa żyła 

jeszcze  szczęśliwie,  podzielona  na  wiele  królestw.  Czasu  było  wtedy  więcej,  a  ludzi  mniej, 

toteż każdy prawie czymś się spośród innych wyróżniał. Epoka ta jednak przeminęła bez śladu 

i dzisiaj stosowniej będzie przedstawić bohatera naszej historii krótko i po prostu: nazywał się 

Dżil, gospodarował w Ham  i  miał rudą brodę. Ham  było skromną wioską, ale jak wszystkie 

wioski w tamtych czasach — dumną i niezależną. 

Dżil  miał psa. Pies wabił  się Garm. Psy  musiały  zadowalać się krótkimi  imionami w 

potocznej  mowie, uczona łacina stanowiła wyłączny przywilej rodu ludźkiego. Garm zresztą 

nie  znał  nawet  psiej  łaciny,  chociaż  pospolitym  językiem  władał  biegle  (jak  większości 

ówczesnych psów) i umiał lżyć, przechwalać się oraz pochlebiać.  Lżył mianowicie  żebraków 

i    włóczęgów  przechwalał  się  wobec  innych  psów,  a  schlebiał  swojemu  panu.  Był  z  niego 

zarazem dumny i bał się go bardzo, ponieważ Dżil i wymyślać, i chełpić się umiał jeszcze lepiej 

od psa. 

Ani  pośpiech,   ani  hałaśliwa  krzątanina   nie   były w tamtych czasach w zwyczaju. Co 

prawda  pośpiech  i  hałas  niewiele  mają  wspólnego  z  prawdziwą  robotą.  Spokojnie więc  i  po 

cichu  ludzie  robili,  co  do  nich  należało,  i  nie  mogli  uskarżać  się  ani  na  brak  pracy,  na  brak 

pogawędek. Mieli o czym pogadać, bo działo się często ciekawe i ważne rzeczy. Ale początek 

naszej  opowieści  przypada  na  taki  moment,  gdy  w  Ham  już  od  dawna  nie  zdarzyło  się  nic 

naprawdę  ważnego.  Dżilowi  to  jak  najbardziej  dogadzało,  był  bowiem  człowiekiem  trochę 

ociężałym, nie lubił zmieniać zwyczajów i pochłaniały go całkowicie sprawy osobiste. Miał jak 

powiadał — pełne ręce roboty, żeby nie wpuścił biedy przez próg,  innymi słowy,  żeby jadać 

równe tłusto i żyć tak dostatnio, jak przed nim żył jego ojciec Pies mu w tym dopomagał. Ani 

pan,  ani  pies  nie  musieli  wiele  o  Szerokim  Świecie  istniejącym  poza  gospodarstwem  Dżila,  

wioską Ham i najbliższym  jarmaikiem. 

Mimo to Szeroki Świat istniał.  Niezbyt  daleko od Ham rozpościerała się puszcza, a za 

nią na zachód i na północ ciągnęły się Dzikie Wzgórza, podejrzane trzęsawiska i góry. Żyły tam 

różne dziwne stwory, między innymi olbrzymy, grubiańskie i nieokrzesane plemię, z  którym  

bywały    niekiedy    kłopoty.    Jeden    olbrzym  szczególnie      wyróżniał      się      wśród      swoich   

współbraci i wzrostem, i głupotą. Nie znalazłem nigdzie w kronikach   jego imienia, ale nie o 

background image

imię przecież chodzi. Był ogromny, za laskę służyło mu spore wyrwane drzewo, a chód miał 

niezwykle ciężki. Las rozgarniał jak trawę, niszczył gościńce i pustoszył ogrody, bo wielkimi 

stopami żłobił ślady głębokie niczym studnie.    Jeżeli potknął się o jakiś dom — nie zostawiał 

z niego kamienia na kamieniu. A potykał   się   dość często i wyrządzał      mnóstwo szkód, 

gdziekolwiek     przechodził,   bo   głową 

sięgał  ponad  dachy,  nogi  zaś  stawiał  na  chybił 

trafił. Wzrok  miał   krótki  i  słuch  przytępiony.   Szczęściem mieszkał daleko, w głębi dzikich 

krain, i rzadko odwiedzał okolice przez  ludzi zamieszkane, a w każdym razie bardzo rzadko 

umyślnie tam się wybierał. W górach miał dom ogromny i na pół rozwalony, lecz przyjaciół 

niewielu, bo zrażał wszystkich swoją głupotą i głuchotą, a zresztą olbrzymów było już wtedy 

mało na świecie. Przechadzał się zazwyczaj samotnie po Dzikich Wzgórzach i po pustkowiach 

ciągnących się u stóp gór. 

Pewnego pięknego dnia latem olbrzym wybrał się na przechadzkę i wałęsał się bez celu 

po lasach, łamiąc i niszcząc drzewa. Nagle spostrzegł, że słońce zachodzi, i pomyślał, że pora 

wracać  na  kolację.  Niestety  stwierdził  też,  że  zawędrował  w  nieznane  okolice  i  zabłądził  na 

bezdroża. Na los szczęścia wybrał więc kierunek, jak się okazało wcale niewłaściwy, i szedł 

przed siebie, póki nie zapadły ciemności. Wtedy usiadł i czekał, aż księżyc wzejdzie. W jego 

blasku ruszył znów naprzód, maszerując co sił w nogach, bo było mu bardzo już pilno do domu. 

Zostawił na piecu swój najlepszy miedziany rondel i strach go zdjął, że się dno przepali. Szedł 

jednak wciąż odwrócony plecami od gór i już był w kraju zamieszkanym przez ludzi,  a nawet 

zbliżył  się    do  zagrody  Aegidiusa    Ahenobarbusa    Juliusa    Agricoli      i    do    wsi,  którą 

powszechnie zwano Ham. 

Noc była piękna. Krowy pasły się na łąkach, a pies Dżila wymknął się samowolnie na 

przechadzkę. Bardzo lubił księżycowe noce i polowanie na króliki. Oczywiście nie wiedział o 

tym, że tego samego wieczora również olbrzym wybrał się na spacer. Gdyby o tym wiedział, 

miałby  doskonałą  wymówkę,  żeby  wybiec  z  domu  nie  pytając  o  pozwolenie,  lecz  pewnie 

wolałby  przywarować  cicho  w  kuchni.  Około  drugiej  po  północy  olbrzym  wtargnął  na  pola 

Aegidiusa, łamiąc płoty, tratując zboża i depcząc trawę na kośnych łąkach. Król polując na lisa 

z  całym  dworem  nie  zrobiłby  przez  pięć  dni  tyle  szkody,  ile  jej  wyrządził  głupi  olbrzym  w 

ciągu  paru  minut.  Garm  usłyszał  dudnienie  jakby  ciężkich  kroków,    dolatujące  znad  rzeki, 

obiegł więc od zachodu pagórek, na którym  stał dom  jego pana, żeby zbadać, co się święci. 

Niespodzianie ujrzał olbrzyma, który właśnie jednym susem przesadził rzekę i nadepnąwszy na 

Galateę, najulubieńszą krowę Dżila, zgniótł nieboraczkę na miazgę tak łatwo, jak chłop gniecie 

w palcach karalucha. 

background image

Teraz już Garm wiedział dość, a nawet za wiele. Szczeknął z przerażenia  i skoczył z 

powrotem ku domowi. Nie myślał nawet o tym, że wyniknął się na pole samowolnie, stanął pod 

oknem  sypialni  gospodarzy  ujadając  i  skowycząc.  Długą  chwilę  we  wnętrzu  domu    trwała  

cisza.   Gospodarze mieli twardy sen. 

— Ratuj, ratuj, ratuj! — wrzeszczał Garm.   

Okno otwarło się znienacka i  wyfrunęła z niego dobrze wycelowana butelka. 

— Ouuuu! — jęknął pies, z wielką wprawą uskakując na bok. — Ratuj, ratuj, ratuj! Dżil 

wreszcie wytknął z okna głowę. 

— Do licha z tym psiskiem! Co ty tam wyrabiasz? — spytał. 

— Nic — odparł pies. 

—  Ładne  nic!  Poczekaj  do  rana,  a  zobaczysz,  jak  ci  za  to  nic  skórę  złoję!  —  rzekł 

gospodarz zamykając okno z trzaskiem. 

— Ratuj, ratuj, ratuj! — wrzasnął pies. 

Głowa gospodarza znowu pokazała się w oknie. 

— Jeżeli piśniesz choć raz jeszcze, zatłukę cię, słowo daję! — powiedział. — Co ci się 

stało, durniu? 

— Nic — odparł pies. — Mnie nic, ale tobie... bardzo wiele. 

—  Co  to  ma  znaczyć?  —  spytał  Dżil  i  ze  zdumienia  aż  zapomniał  o  złości.  Nigdy 

jeszcze Garm nie odpowiedział mu tak zuchwale. 

— Olbrzym chodzi po twoich polach, potworny olbrzym, i zmierza właśnie w tą stronę 

—  rzekł  pies.  —  Ratuj,  ratuj!  Depcze  twoje  trzody,  Galateę,  biedaczką,  rozpłaszczył  jak 

słomiankę. Ratuj, ratuj! Łamie twoje płoty,  tratując zboże.  Musisz,  panie,  działać  szybko i 

śmiało,  bo inaczej   cały  twój   dobytek przepadnie. Ratuj! 

I Garm zawył żałośnie.                                                      

— Stulże pysk! — powiedział gospodarz zamykając l okno. — Na psa urok! — mruknął 

do siebie i chociaż | noc była upalna, dreszcz nim wstrząsnął. 

— Wracaj do łóżka, nie bądź głupi — odezwała się jego żona. — A rano utop kundla. 

Rozsądny człowiek nigdy nie wierzy temu, co pies szczeka. Psy przyłapane na włóczędze albo 

na kradzieży zawsze łżą jak najęte. — Może tak, a może nie —   odparł Dżil. — Coś niedobrego 

dzieje się na moich półach, Agato, bo Garm nie królik, bez powodu tak by się nie przestraszył. 

Po  cóż  zresztą  przychodziłby  sklamrzyć  pod  naszymi  oknami  po  nocy?  Mógł  przecież 

poczekać do świtu i wśliznąć się do domu kuchennymi drzwiami, jak będą wnosili mleko    od    

rannego udoju. 

background image

— Nie stój więc jak kołek — rzekła Agata. — Skoro wierzysz psu, słuchaj jego rady: 

działaj śmiało i szybko. 

—  Ba,  łatwiej  powiedzieć  niż  zrobić  -  odparł  Dżil.  Rzeczywiście  trochę  wierzył 

Garmowi. Człowiek zbudzony ze snu przed świtem gotów jest nawet w olbrzymy uwierzyć. 

Dobytek,  bądź  co  bądź,  ważna  rzecz.  Mało  kto  rozprawiał  się  z  nieproszonymi  gośćmi  na 

swoich polach tak ostro jak Dżil. Wciągnął więc spodnie, zszedł na dół do kuchni i zdjął garłacz 

ze  ściany.  Nie  wszyscy  może  wiedza,  co  to  jest  garłacz.  Zadano  kiedyś  to  pytanie  czterem 

uczonym  z  Oxenfordu,  a  ci  po  długim  namyśle  odpowiedzieli  tak:  “Garłacz  jest  to  krótka 

strzelba  z  rozszerzonym  wylotem,  przez  który  sypie  się  naraz  mnóstwo  kuł  albo  innych 

pocisków.  Strzał  z  garłacza  bywa  zabójczy,  lecz  jedynie  z  bliska,  i  niezbyt  jest  celny.  (W 

naszych czasach garłacz wyszedł  z użycia, zastąpiony w krajach cywilizowanych przez  inne 

rodzaje broni palnej)". 

Garłacz Dżila miał wylot rozchylony na kształt trąby, lecz nie wypadały z niego kule ani 

pociski,  bo  Dżil  nabijał  go  wszystkim,  co  mu  się  nawinęło  pod  rękę.  Strzał  też  nie  bywał 

zabójczy,  bo  po  pierwsze  Dżil  rzadko  swój  garłacz  nabijał,  a  po  drugie  nigdy  z  niego  nie 

strzelał.  Zazwyczaj  bowiem  sam  widok  groźnego  oręża  wystarczał.  Kraj  ów  widocznie  nie 

należał  do  cywilizowanych,  bo  nie  zastąpiono  tu  jeszcze  garłaczy  innymi  rodzajami  broni 

palnej,  nie  znano  prawdziwych  strzelb  i  nawet  garłacz  stanowił  wielką  rzadkość.  Ludzie  na 

ogół woleli łuki i strzały, prochu używali niemal wyłącznie do puszczania fajerwerków. 

Jak więc mówiliśmy,  Dżil zdjął ze ściany garłacz i podsypał go sporą garścią prochu na 

wypadek, gdyby miało dojść do ostateczności. Przez szeroki otwór nabił potem oręż starymi 

gwoźdźmi,  kawałkami  drutu,  skorupami  potłuczonych  garnków,  kośćmi,  kamieniami  i 

wszelakim żelastwem. Włożył kurtą i buty z cholewa-mi i wyszedł z zagrody przez warzywnik. 

Księżyc  stał  nisko  na  niebie  za  plecami  Dżila,  który  zrazu  nie  dostrzegł  nic  prócz 

wydłużonych,  czarnych  cieni  krzaków  i  drzew.  Usłyszał  jednak  ciężkie  kroki,  jakby  ktoś 

wspinał się zboczem pagórka. Mimo  rad :| żony wcale nie czuł zapału do śmiałego i szybkiego 

I działania, lecz o dobytek dbał bardziej niż o własną skórę. Chociaż go trochę mdliło w dołku, 

ruszył energicznym krokiem na krawędź pagórka. 

Nagle  znad  krawędzi  wychynęła  blada  w  księżycowej  poświacie  twarz  olbrzyma  i 

błysnęły wielkie, okrągłe oczy. Stopy znajdowały się jeszcze daleko na stoku, drążąc dziury w 

uprawnej roli. Księżyc tak olśnił olbrzyma, że w pierwszej chwili nie spostrzegł Dżila. Dżil za 

to  zobaczył  go  wyraźnie  i  ze  strachu  stracił  przytomność.  Bezwiednie  pociągnął  za  spust. 

Garłacz wypalił   z   okropnym   hukiem.   Szczęśliwym   trafem  ' wycelowany  był właśnie  

mniej  więcej   w  ogromną, szpetną twarz napastnika. Frunęły w powietrze żelazne rupiecie, 

background image

kamienie, kości, skorupy, druty i pół tuzina gwoździ.  A  że  strzał padł  z bliska  i przypadkiem 

celnie, wiele spośród tych pocisków trafiło olbrzyma. Skorupa glinianego garnka podbiła mu 

oko, a spory gwóźdź utkwił w nosie. 

— Diabli nadali — powiedział swoim grubiańskim stylem. — Cosik mnie ugryzło. 

Huk nie zrobił na nim wrażenia — olbrzym był przecież głuchy — ale gwóźdź ukłuł go 

dotkliwie. Od dawna już nie spotkał owada,  który by śmiał  i umiał przebić jego grubą skórę. 

Obiło mu się jednak o uszyj że na wschodnich moczarach żyją wielkie gzy, które tną   jakby   

rozpalonymi   szczypcami.   Pomyślał   więc, że natknął się właśnie na stworzenie tego gatunku. 

— Paskudna, niezdrowa okolica — mruknął. — Niegłupim zapuszczać się dziś dalej w 

tę stronę. 

I  zawrócił  na  pięcie.  Zgarnął  ze  stoku  parę  owiec,  żeby  po  powrocie  z  dalekiej 

przechadzki  nie  iść  na  czczo  spać,  i  cofnął  się  za  rzekę,  sadząc  wielkimi  krokami  ku 

północo-wschodowi.  Teraz  szedł  we  właściwym  kierunku,  więc  trafił  w  końcu  na  drogę  do 

domu. Ale dno w miedzianym rondlu zdążyło się już przepalić. 

Co działo się tymczasem z Dżilem? Kiedy garłacz huknął, Dżil padł jak długi na wznak; 

leżał patrząc w niebo i czekając w niepewności, czy stopy olbrzyma wyminą go w marszu, czy 

też rozdepczą. Ale czekał na próżno i wreszcie zorientował się, że kroki napastnika oddalają się 

i cichną za rzeką. Wobec tego Dżil wstał, roztarł bolące ramię i podniósł z ziemi garłacz. w tej 

samej chwili usłyszał nagle radosne okrzyki. 

Większość  mieszkańców  wioski  wyglądała  przez  okna,  niektórzy  nawet  ubrali  się  i 

wybiegli  z  domów  —  oczywiście  dopiero  po  odejściu  olbrzyma  —  a  kilku  pędziło  teraz  z 

krzykiem  na  pagórek.  Gdy  bowiem  rozległ  się  przeraźliwy  tupot  maszerującego  potwora 

wszyscy prawie schowali się co prędzej pod kołdry a co bojaźliwsi powłazili pod łóżka. Ale 

Garm, jak już wspominałem, był ze swego pana dumny i lękał się go bardzo, ponieważ Dżil 

wydawał  mu  się  straszny  i  wspaniały,  zwłaszcza  w  gniewie.  Garm  nie  wątpił,  że  olbrzym 

będzie tego samego zdania. Toteż widząc, że Dżil wychodzi z domu z garłaczem (pies wiedział 

z doświadczenia, że to zazwyczaj jest dowodem wiekiego gniewu), Garm puścił się pędem do 

wsi szczekając i nawołując: 

—  Chodźcie,  chodźcie,  chodźcie!  Wstawać  z  łóżek  Chodźcie,  patrzcie  na  mojego 

wspaniałego pana. Jest śmiały i szybki. Poszedł zabić olbrzyma, który wtargnął na jego pola. 

Chodźcie! 

Szczyt  pagórka  widać  było  niemal  ze  wszystkich  domów.  Kiedy  ludzie  i  pies  ujrzeli 

wychylającą się  na nim twarz olbrzyma,  jęknęli z przerażenia. Wszyscy z wyjątkiem psa — 

byli pewni, że Dżil nie poradź, sobie  z  tak  groźnym  przeciwnikiem.   Wtem huknął strzał, 

background image

olbrzym  zawrócił  i  uciekł,  a  widzowie  zaczęli  klaskać  i  wiwatować.  Garm  szczekał  tak 

zapalczywie że omal mu łeb nie pękł. 

—  Hura!  —  wrzeszczeli  ludzie.  —  Dostał  łotr  nauczkę.  Nasz  Aegidius  pokazał  mu, 

gdzie pieprz rośnie Powlókł się zbój do swego domu, gdzie pewnie ducha wyzionie. Dobrze mu 

tak, ma za swoje. 

I  znów  wiwatowali  chórem.  Wiwatując  nie  omieszkali  zauważyć  i  zapamiętać,  ku 

własnej przestrodze że Dżilowi  lepiej w drogę nie wchodzić, bo garłacz strzela nie na żarty. 

Przedtem bowiem nieraz w miejscowej gospodzie spierano się przy piwie na ten temat dopiero 

zdarzenie z olbrzymem rozwiało wszelkie wątpliwości. Od tego dnia, a raczej od tej nocy, Dżil 

nie miał kłopotów z nieproszonymi gośćmi na swoich polach. 

 Kiedy się upewniono, że niebezpieczeństwo minęło, co odważniejsi sąsiedzi weszli aż 

na  pagórek,  by  uścisnąć  dłoń  Dżila.  Paru  najbardziej  szanownych  —  proboszcz,  kowal  i 

młynarz  —  pozwolili  sobie  nawet  klepnąć  go  po  ramieniu.  Dżil  nie  był  tym  zachwycony,  i 

ponieważ ramię  jeszcze go po strzale  mocno bolało, '  lecz uznał, że wypada ich zaprosić  na 

poczęstunek  do  domu.  Siedli  w  kuchni  za  stołem  i  popijając  za  zdrowie  gospodarza, 

wychwalali  go  pod  niebiosy.  Dżil  bez  ceremonii  ziewał,  nikt  jednak  na  to  nie  zważał,  póki 

dzban był pełny. Nim goście wypili pierwszy i drugi kufel, gospodarz zdążył osuszyć trzeci i 

czwarty i poczuł się bardzo pewny siebie; nim goście wypili trzeci i czwarty kufel — gospodarz 

osuszył  piąty  i  szósty  i  poczuł  się  tak  odważny,  jak  był  dotychczas  jedynie  w  wyobraźni 

swojego  psa.  Kompania  rozstała  się  w  najlepszej  zgodzie,  a  na  pożegnanie  Dżil  klepał 

wszystkich po ramieniu. Ręce miał duże, czerwone i krzepkie, toteż odpłacił im z nawiązką. 

Nazajutrz  przekonał  się,  że  jego  przygoda,  obiegłszy  z  ust  do  ust  wioskę,  urosła  do 

rozmiarów wielkiego czynu i że stał się wśród sąsiadów nie lada osobistością. W ciągu kilku 

następnych dni wieść rozeszła się po   wszystkich   wsiach   w   promieniu   dziesięciu   mil. Dżil 

był bohaterem całej  okolicy. Bardzo mu się to podobało. W najbliższy dzień targowy sąsiedzi 

zafundowali mu w gospodzie całe morze piwa, to znaczy prawie tyle, ile jego dusza pragnęła. 

Wrócił do domu śpiewając stare bohaterskie pieśni. 

W końcu usłyszał o nim sam król. Stolica państwa —; podówczas Średniego Królestwa 

Wyspy — znajdowała się o sześćdziesiąt mil od Ham i zazwyczaj dwór niezbyt się interesował 

losem  wieśniaków  z  tak  odległych  okolic.  Teraz  jednak  błyskawiczne      zwycięstwo  nać 

groźnym  olbrzymem  wydało  się  królowi  godne  uwagi)  i  warte  jakiegoś  drobnego 

wynagrodzenia.  Po  odpowiedniej  zwłoce,  czyli  po  trzech  mniej  więcej  miesiącach,  w  dzień 

świętego Michała król wystosował uroczysty list. Napisany czerwonym atramentem na białym 

background image

pergaminie,  wyrażał  królewską  pochwałę  dla  “naszego  wiernego  poddanego,  umiłowanego 

Aegidiusa Ahenobarbusa Juliusa, rolnika z wioski Ham". 

Zamiast podpisu  figurował czerwony kleks, ale dworski skryba dodał: Ego Augustus 

Bonifacius Ambrosius Aurelianus Antonius Pius et Magntficus, dux, rex, tyrannus et basileus 

Mediterranearum Partium, subscribo

1

 — i opatrzył list wielką czerwoną pieczęcią. Dokument 

był  więc  niewątpliwie  autentyczny.  Sprawił  Dżilowi  ogromną  przyjemność  i  budził 

powszechny  zachwyt,  zwłaszcza  gdy  ludzie  odkryli,  że  każdego,  kto  pragnie  podziwiać 

królewski list, Dżil zaprasza i częstuje piwem przy swoim kominku. 

Jeszcze  cenniejszy  od  listu  był  załączony  do  niego  dar.  Król  przysłał  Dżilowi  pas  i 

miecz. Prawdę mówiąc sam król nigdy tego oręża nie używał. Odziedziczył | go w spadku; od 

niepamiętnych czasów  miecz ów wisiał  w królewskiej zbrojowni.  Zbrojmistrz nie wie-dział, 

skąd się tam wziął ani też jaki by z niego mógł być pożytek. Proste, ciężkie i długie miecze tego 

rodzaju od dawna wyszły na dworze z mody, więc monarcha uznał, że będzie to dar w sam raz 

dla chłopa z zapadłej wioski. Dżii jednak był zachwycony, a sława jego w okolicy tym bardziej 

wzrosła. 

Cieszył  się Dżil takim obrotem sprawy  i  nie  mniej od pana cieszył się  jego pies. Nie 

dostał zapowiedzianego lania. Dżil na swój sposób był sprawiedliwy. W głębi serca przyznawał 

Garmowi część zasługi w całej przygodzie, chociaż głośno nigdy o tym nie mówił. Wprawdzie 

nadal  sypały  się  na  psa  twarde  słowa,  a  nawet  twarde  przedmioty,  jeśli  pan  był  f  w  złym 

humorze, lecz wiele drobnych przewinień uchodziło teraz Garmowi płazem. Pies przyzwyczaił 

się  do  dalekich  wycieczek  po  okolicy.  Gospodarz  zadzierał  nosa,  a  szczęście  mu  sprzyjało. 

Roboty  jesienne  i  wczesne  zimowe  poszły  jak  po  maśle.  Wszystko  układało  się  pomyślnie, 

dopóki nie zjawił się smok. 

Smoki  były  już  w  owych  latach  rzadkością  na  wyspie.  Od  wielu  lat  żaden  się  nie 

pokazał  w  granicach  śródziemnego  państwa  Augustusa  Bonifaciusa.  Istniały,  oczywiście,  na 

zachodzie i północy podejrzane trzęsawiska i bezludne góry, lecz były bardzo daleko. Niegdyś 

w  tamtych  dzikich  krajach  żyły  smoki  rozmaitych  odmian  i  zapuszczały  się  niekiedy  na 

łupieskie wyprawy w odległe okolice. Wtedy jednak rycerstwo Średniego Królestwa słynęło z 

odwagi,  toteż  gdy  niemal  wszystkie  smoki,  które  tu  się  zapędziły,  zginęły  lub  wróciły  do 

swoich siedzib z ciężkimi ranami, inne zniechęciły się do wycieczek w te strony. 

                                                        

1

 

Ja,    Augustus  Bonifacius  Ambrosius  Aurelianus    Antonius  Pobożny  i  Wspaniały,  

wódz, król, tyran i monarcha Obszarów Śródziemnomorskich, podpisuję (łac.). 

 

background image

Przetrwał  jednak  zwyczaj,  że  podczas  świąt  Bożego  Narodzenia  podawano  przy 

królewskim stole wśród innych potraw Ogon Smoczy; co roku wyznaczano rycerza, który miał 

w  tym  celu  upolować  smoka.  Wyruszał  niby  na  łowy  w  dzień  świętego  Mikołaja  i  musiał 

dostarczyć smoczy ogon najpóźniej w wigilię uczty. Ale od wielu już lat kuchmistrz dworski, 

biegły  w  swojej  sztuce,  przyrządzał  sztuczny  Ogon  Smoczy  z  ciasta,  masy  migdałowej  i 

twardego lukru, z którego wyrabiał przemyślnie łuski pancerza. Wyznaczony rycerz wnosił to 

arcydzieło  do  sali  w  Wilię  Bożego  Narodzenia  przy  muzyce  skrzypiec  i  trąb.  Nazajutrz  po 

obiedzie  zjadano  Smoczy  Ogon  na  deser  i  wszyscy  mówili  —  chcąc    przypodobać    się  

kuchmistrzowi  — że smakuje lepiej niż prawdziwy. 

Tak sprawy stały, gdy nagle znowu pojawił się smok. Zawinił tu głównie olbrzym. Od 

czasu  swojej  przygody  zaczął  włóczyć  się  po  górach,  odwiedzając  nielicznych  zresztą 

znajomych  o  wiele  częściej  niż  dawniej  i  niżby  pragnęli.  Wszystkich  pytał,  czyby  mu  nie 

pożyczyli dużego miedzianego rondla. Ale czy się ktoś na pożyczkę godził, czy też odmawiał, 

kończyło  się  zawsze  na  tym,  że  olbrzym  siadał  i  opowiadał,  po  swojemu  rozwlekle  i 

nieskładnie,  o  pięknym  nizinnym  kraju  leżącym  daleko  na  wschód  od  gór  i  o  rozmaitych 

cudach szerokiego świata. Uroił sobie, że jest wielkim i odważnym podróżnikiem. 

—  Ładny  kraj  —  mówił.  —  Płaski,  grunt  pod  nogami  miękki,  a  jedzenia...  ile  dusza 

zapragnie. Wszędzie pasą   się   krowy   i   owce,   nawet   wcale   nietrudno   je wypatrzyć, byle 

się dobrze rozglądać. 

— A ludzie? — pytały inne olbrzymy. 

— Ani jednego człowieka nie spotkałem — odpowiadał olbrzym. — Rycerzy ani widu, 

ani słychu. Nic moi kochani, nie ma tam nic groźnego prócz kąśliwych gzów nad rzeką. 

— Dlaczego nigdy więcej tam nie poszedłeś? Dlaczego się tam nie osiedliłeś? — pytali. 

— Ano, wiecie, jak to mówią: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej — odpowiadał 

olbrzym. — Możliwe, że któregoś dnia znów się wybiorę, jak mi przyjdzie ochota. W każdym 

razie ja tam byłem, czego żaden z was nie może o sobie powiedzieć. Co do tego rondla... 

—  Opowiedz  dokładnie,  w  której  stronie  leży  ten  piękny  kraj,  te  łąki  rojące  się  od 

bezdomnego bydła? — dopytywały się ciekawe inne olbrzymy. — Czy to daleko? 

— Ano — mówił — na wschód od gór i trochę jakby na południe. Ale daleko, bardzo 

daleko... 

I  opisywał  drogę,  którą  przebył,  lasy,  góry  i  równiny,  z  taką  przesadą,  że  żaden  z 

olbrzymów nie odważył się nigdy pójść w jego ślady. Żaden nie miał bowiem tak długich nóg 

jak on. Opowieść jednak krążyła po dzikiej krainie. 

background image

Tymczasem po upalnym lecie nastała sroga zima. Mróz skuł góry, coraz trudniej było o 

pożywienie. Tym głośniej opowiadano sobie o dalekim, bogatym kraju. Olbrzymy najchętniej 

gawędziły o stadach owiec  i krów na nizinnych pastwiskach. Smoki  nadstawiały uszu. Były 

głodne, a wieści brzmiały zachęcająco. 

— A więc to, co nam mówiono o rycerzach, jest zwykłą bajdą — rzekł pewien młody, 

niedoświadczony smok. — Zawsze podejrzewałem, że nas oszukują. 

Możliwe,  że rycerzy  jest  już  teraz  niewielu  —  myślały  mądrzejsze  starsze  smoki.  — 

Niewielu, daleko i niegroźnych. 

Jeden  smok  szczególnie  przejął  się  tymi  pogłoskami.  Nazywano  go  Chrysophylax 

Dives,  bo  pochodził  ze  starożytnego  i  królewskiego  rodu  i  miał  olbrzymie  bogactwa.  Był 

chytry, wścibski, chciwy, dobrze uzbrojony,  lecz  nie zanadto odważny. Nie potrzeba  jednak 

wielkiej odwagi, żeby się nie bać gzów nad rzeką, choćby i najbardziej kąśliwych. Na dobitkę 

smok był straszliwie głodny. 

Tak się stało, że pewnego zimowego dnia, jakoś na tydzień przed Bożym Narodzeniem, 

Chrysophylax rozpostarł skrzydła i pofrunął w świat. Wylądował bezszelestnie ciemną nocą w 

samym  sercu  królestwa  dostojnego  monarchy  Augustusa  Bonifaciusa.  W  ciągu  kilku  minut 

narobił mnóstwo szkody, burząc i paląc domy, pożerając owce, krowy i konie. 

Działo się to dość daleko od wioski Ham, lecz Garm najadł się strachu jak jeszcze nigdy 

w życiu. Wybrał się właśnie w tym czasie na daleką wycieczkę i licząc na pobłażliwość swego 

pana  ośmielił  się  spędzić  kilka  nocy  poza  domem.  Biegł  skrajem  lasu  z  nosem  przy  ziemi, 

węsząc  jakiś  ponętny  trop,  gdy  na  zakręcie  znienacka  uderzył  mu  w  nozdrza  inny,  bardzo 

niepokojący  zapach.  Garm  wpadł  prosto  na  koniec  ogona  Chrysophylaksa  Diyesa,  który 

dopiero  co  wylądował  w  tym  miejscu.  Chyba  nigdy  jeszcze  żaden  pies  nie  zawrócił  i  nie 

pomknął w stronę domu tak błyskawicznie jak Garm tamtej nocy. Smok usłyszał warknięcie, 

obejrzał się i syknął, lecz Garm był już daleko. Pędził bez tchu przez całą noc, a rankiem, mniej 

więcej w porze śniadania, znalazł się w zagrodzie swojego pana. 

— Ratuj, ratuj, ratuj! — krzyknął pod kuchennymi drzwiami. 

Dżil  wzdrygnął  się  na  ten  psi  wrzask.  Przypomniał  mu  on,  że  różne  niespodzianki 

spadają na człowieka jak grom z jasnego nieba. 

— Agato, wpuść psa — powiedział do żony. — A pogłaszcz go kijem. 

Garm wskoczył do kuchni. Oczy miał wybałuszone, jęzor wywiesił z pyska. 

— Ratuj! — wrzasnął. 

— No, cóżeś tym razem przeskrobał? — spytał Dżil rzucając psu kawałek kiełbasy. 

— Nic — wysapał Garm tak przejęty, że nawet nie spojrzał na przysmak. 

background image

— Uspokój się, bo cię ze skóry obedrę — rzekł gospodarz. 

— Nic nie przeskrobałem. Nie miałem złych zamiarów — odparł pies. — Przypadkiem 

natknąłem się na smoka i okropnie się zląkłem. 

Dżil zakrztusił się piwem. 

— Na smoka? — powiedział. — Niech cię licho porwie, próżniaku, wścibski kundlu. 

Kto ci kazał włóczyć się po świecie i spotykać smoki, na dobitkę o tej porze roku, kiedy mam 

pełne ręce roboty? Gdzie to było? 

— Och, daleko na północy, za wzgórzami, koło Sterczących Głazów. 

— No, to rzeczywiście bardzo daleko — odetchnął z ulgą Dżil. — Owszem, słyszałem, 

że w tamtych okolicach mieszkają dziwacy, wszystko może się wśród nich przytrafić. Niech 

sobie radzą sami. Po co mnie tymi historiami niepokoisz? Jazda za drzwi! 

Garm wybiegł  i rozniósł  nowinę po całej wsi. Nie omieszkał też wspomnieć, że  jego 

wspaniały pan wcale ale to wcale nie przestraszył się smoka. 

—  Dokończył  śniadania   jak  gdyby  nigdy  nic! - mówił. 

Ludzie  powychodzili  przed  domy  i  wesoło  gawędzi  z  sąsiadami  o  niezwykłym 

zdarzeniu. 

— Przypominają się dawne czasy — powiadali. I to właśnie teraz, przed świętami. W 

samą porę. Król się ucieszy. Będzie w tym roku miał znów prawdziwy Smoczy Ogon na deser. 

Nazajutrz jednak nadeszły nowe wieści. Smok, jak mówiono, był szczególnie wielki i 

drapieżny. Wyrządzał okropne szkody. 

—  Od czego właściwie król ma na dworze rycerzy? — zaczęli się dziwić ludzie. 

Coraz więcej osób zadawało to pytanie. Z wiosek najbardziej przez smoka zagrożonych 

przybywali na królewski dwór wysłańcy i pytali najgłośniej i najbardziej uporczywie: 

— Królu, od czego mamy rycerzy? 

Ale rycerze  nie rwali się do czynu. Wiadomość o smoku nie doszła przecież do nich 

drogą  urzędową.  Wreszcie  król  zawiadomił  ich  oficjalnie  i  wezwał  uroczyście  do  działania, 

zalecając,  by  się  w  miarę  możności  pospieszyli.  Ku  wielkiemu  swemu  niezadowoleniu 

prze-konał się wkrótce, że rycerze w miarę możności odwlekają wyprawę i wcale się na nią nie 

kwapią. 

Mieli co prawda na swoje usprawiedliwienie dość po-ważne argumenty. Po pierwsze 

kuchmistrz królewski, człowiek przezorny,  lubił  wszystko robić zawczasu  i  już przygotował 

sztuczny Smoczy Ogon. Pewnie by się obraził, gdyby mu w ostatniej chwili dostarczono ogon 

prawdziwy. A z zasłużonym dworzaninem trzeba się liczyć. 

background image

—  Nie  zależy  nam  na  ogonie!  —  wołali  wysłannicy  z  zagrożonych  wiosek.  — 

Obetnijcie mu tylko łeb, niech nam przestanie szkodzić. 

Tymczasem  jednak  nadeszły  święta  i  tak  się  nieszczęśliwie  składało,  że  w  dniu 

świętego Jana miał odbyć się wielki turniej. Rycerze zaproszeni z różnych krajów zjeżdżali do 

Średniego  Królestwa,  żeby  współzawodniczyć  z  sobą  o  cenne  nagrody.  Gdyby  przed 

zakończeniem  turnieju  najdzielniejsi  miejscowi  rycerze  wyruszyli  na  wyprawę  przeciw 

smokowi, drużyna królewska straciłaby szansę zwycięstwa. Rozsądek nakazywał odwlec ich 

wyjazd. 

Potem świętowano Nowy Rok. 

A smok tymczasem co noc posuwał się dalej w głąb kraju  i  co noc przybliżał  się do 

Ham.  W  dzień  Sylwestrowy  mieszkańcy  wioski  już  zobaczyli  na  widnokręgu  łunę.  Żywe 

płomienie buchały z lasu, na który opadł smok, o jakieś dziesięć mil od Ham. Chrysophylax był 

bardzo ognistym smokiem, gdy mu humor dopisywał. 

Od tego  wieczora  ludzie  zaczęli  znacząco  zerkać na  Dżiła  i  szeptać  za  jego  plecami. 

Mocno go to denerwowało, lecz udawał, że nic nie spostrzega. Następnej nocy smok znowu się 

przybliżył o milę czy dwie. Teraz już Dżil także oburzał się głośno na zachowanie królewskich 

rycerzy. 

— Chciałbym wiedzieć, za co im właściwie płacą — mówił. 

— My byśmy też chcieli to wiedzieć — odrzekli sąsiedzi. A młynarz dodał: 

— Podobno niektórzy ludzie otrzymują godność rycerską za zasługi. Bądź co bądź nasz 

Aegidius jest prawie rycerzem. Czyż król nie przysłał mu listu z czerwoną pieczęcią i miecza? 

—  Miecz  to  jeszcze  nie  wszystko  —  odparł  Dżil.  —  O  ile  mi  wiadomo,  na  rycerza 

trzeba być uroczyście pasowanym. Zresztą ja mam i bez tego pełne ręce roboty. 

— Król z pewnością chętnie by cię na rycerza pasował — rzekł młynarz — gdyby go o 

to poprosić. Toteż poprosimy, i to zaraz, póki jeszcze nie za późno. 

— Dziękuję — odparł Dżil. — Nie dla takich jak ja rycerskie ostrogi. Jestem chłopem i 

tym się szczycę; prostym,   uczciwym   człowiekiem,   a  na   dworze,   jak powiadają, uczciwym 

ludziom wcale się nie szczęści. Bardziej byś ty się nadał, sąsiedzie młynarzu. 

Proboszcz uśmiechnął się — ale nie z odpowiedzi Dżila, bo Dżil i młynarz przy każdej 

sposobności przypinali sobie nawzajem łatki i byli, jak to mówiono w Ham, “nieprzyjaciółmi 

od serca". Proboszcz uśmiechnął się, ponieważ ucieszyła go pewna myśl, która, właśnie w tym 

momencie  zaświtała  mu  nagle  w  głowie.!  Na  razie  jednak  nic  nie  powiedział.  Młynarz 

natomiast mniej był uradowany i skrzywił się kwaśno. 

background image

— Że z ciebie człowiek prosty, to pewne, a że uczciwy... możliwe — rzekł. — Ale czy 

koniecznie trzeba udawać się na dwór i przyjmować rycerskie ostrogi żeby ubić smoka? Nie 

dawniej  jak  wczoraj  słyszałem  z  własnych  ust  naszego  zacnego  Aegidiusa,  że  wystarczy 

odwaga.  A  odwagi  na  pewno  naszemu  Aegidiusowi  nie  brak,  ma  jej  więcej  niż  niejeden 

pasowany rycerz. 

Na to zaraz podniósł się ogólny krzyk: 

— Pewnie że tak! Prawda! Niech żyje bohater z Ham! 

Dżil wrócił do domu bardzo markotny. Przekonał się, że sława  nakłada na człowieka 

ciężkie  obowiązki  i  naraża  na  wielkie  kłopoty.  Kopnął  psa  i  schował  miecz  do  kredensu. 

Dotychczas oręż wisiał dumnie nad kominkiem. 

Nazajutrz smok był już w sąsiedniej wsi, zwanej po łacinie Quercetum, co w pospolitym 

języku znaczy Dąbrowa. Pożarł tam nie tylko kilka krów i owiec, lecz również parę dziatek, a 

ponadto miejscowego proboszcza. Ksiądz  bowiem  nieopatrznie usiłował go nawrócić ze złej 

drogi.  Teraz  już  wszyscy  mieszkańcy  Ham  z  proboszczem  na  czele  gromadnie  przybyli  na 

pagórek i stanęli przed Dżilem. 

—  Wszystkie  oczy  na  ciebie  są  zwrócone  —  powie-dzieli  i  otoczyli  go  w  krąg, 

wpatrując się w niego dopóty, dopóki mu twarz nie poczerwieniała jak burak nad rudą broda. 

— Kiedy wyruszasz? — pytali. 

— Dzisiaj nie mogę, słowo daję — odparł. — Mam pilną robotę w oborze, a pastuch 

leży chory. Zastanowię się jednak nad tą sprawą, przyrzekam wam. 

Ludzie rozeszli się, lecz gdy wieczorem gruchnęła wiadomość, że smok znowu posunął 

się bliżej, wrócili. 

- Wszystkie oczy na ciebie są zwrócone, zacny Aegidiusie — powiedzieli. 

— Doprawdy — rzekł Dżil — w tej chwili strasznie mi to nie na rękę. Kobyła okulała, 

owce zaczęły się kocić. Zajmę się tą sprawą, jak tylko będę mógł. 

Ludzie  znowu  się  rozeszli,  ale  już  trochę  szemrząc!  i  mrucząc.  Młynarz  śmiał  się 

szyderczo. Proboszcz tylko został, nie dał się niczym zniechęcić. Sam wprosił się na kolację i 

przy  stole  pozwalał  sobie  na  wyraźne  przytyki.  Spytał  nawet,  gdzie  podział  się  miecz,  i 

koniecznie chciał go obejrzeć. 

Miecz leżał w kredensie na półce, a tak był długi, że ledwie się na niej mieścił. Kiedy 

Dżil  go  wyjął,  w  okamgnieniu      wyskoczył      z  pochwy,        którą       gospodarz  jak  oparzony 

wypuścił z rąk. Proboszcz zerwał   się   z   miejsca przewracając    kufel piwem. Ostrożnie 

chwycił miecz i usiłował go z powrotem wsunąć do pochwy,   miecz   jednak stawiał   opór,   a   

kiedy ksiądz cofnął dłoń z rękojeści    —    wyskoczył znowu. 

background image

— Patrzcie   państwo co za cuda! — powiedział  proboszcz  i zaczął oglądaj uważnie 

zarówno pochwę jak klingę. Ksiądz był uczonym człowiekiem, ale Dżil ledwie sylabizował, i i 

tylko duże litery. Nawet własne nazwisko odczytywał z trudem. Dlatego też nie zwrócił nigdy 

uwagi na dziwaczne znaki niewyraźnie rysujące się na pochwie i ostrzu. Co do królewskiego 

zbrojmistrza,  ten  był  tak  oswojony  z  różnymi  napisami  runicznymi,  imionami  i  wszelkimi 

godłami czy zaklęciami na mieczach i sztyletach, że nie łamał sobie nad nimi głowy. Uważał 

zresztą, że są to sprawy przedawnione. 

Proboszcz przyglądał się mieczowi długo i marszczył brew.  Spodziewał się znaleźć na 

pochwie  lub  ostrzu  jakieś  napisy,  ta  właśnie  myśl tak  go  poprzedniego  dnia  ucieszyła,  teraz 

jednak był zaskoczony, bo wprawdzie widział litery, ale nic z nich nie rozumiał. 

— Na pochwie jest napis, a na ostrzu także dostrzegam jakieś... powiedzmy: znaki — 

rzekł. 

— Doprawdy? — zdziwił się Dżil. — A co też one mówią? 

— Użyto starożytnego alfabetu i barbarzyńskiego języka — odparł ksiądz, żeby zyskać 

na czasie. — Trzeba się temu dokładniej przyjrzeć. 

Poprosił o użyczenie mu miecza na noc, a Dżil zgodził się z niekłamaną przyjemnością. 

Wróciwszy  na plebanię proboszcz ściągnął  z półek  mnóstwo mądrych ksiąg  i ślęczał 

nad nimi do późnej nocy. Nazajutrz rozeszła się wiadomość, że smok znowu przybliżył się do 

wioski. Mieszkańcy Ham ryglowali drzwi i zamykali okiennice, a kto miał głęboką piwniczkę, 

krył się w niej dygocąc przy łojówce. 

Proboszcz  jednak  wyszedł  z  plebanii  i  przemykając  od  domu  do  domu  szeptał  przez 

dziurkę od klucza lut przez szparę w drzwiach słowa pociechy, dzieląc z każdym, kto go chciał 

słuchać, swoim odkryciem. 

— Nasz zacny Aegidius — mówił — jest z łaski króla właścicielem sławnego miecza, 

który po łacinie zwie się Caudimordax, a w naszych pieśniach ludowych — Gryzi-ogon. 

Na  dźwięk  tego  imienia  wiele  drzwi  odemknęło  z  powrotem.  Ludzie  znali  sławę 

Gryzi-ogona, bo ten należał  ongi  do  Bellomariusa,  najznakomitszego pogromcy smoków w 

dziejach Średniego Królestwa. Niektórzy historycy dowodzili nawet, że jest on prapradziadem 

po  kądzieli  obecnego  władcy.  Krążyło  o  nim  mnóstwo  legend  i  pieśni,  zapomnianych 

wprawdzie na królewskim dworze, lecz żywych wśród ludu. 

—  Tego  miecza  —  mówił  proboszcz  —  nie  sposób  utrzymać  w  pochwie,  jeżeli  w 

promieniu dziesięciu mil znajduje  się  smok.   Caudimordax  w  ręku   dzielnego człowieka da 

radę najgroźniejszej nawet bestii. 

Nowa  otucha  wstąpiła  w  serca.  Ten  i  ów  otwierał  już 

okna,  a niektórzy wytykali nawet głowy.  W końcu ksiądz namówił kilku sąsiadów, żeby z nim 

background image

razem udać się na pagórek, do Dżila. Ale naprawdę ochoczo szedł jedynie młynarz. Gotów był 

narazić się na każde niebezpieczeństwo, byle zobaczyć, jak będzie się wił Dżil przyparty przez 

gromadę do muru. 

Wspięli się na pagórek, chociaż nie można zaprzeczyć że zerkali lękliwie ku północnym 

brzegom rzeki. Smoka wszakże nie było nigdzie widać ani słychać. Może spał nażarłszy się po 

gardłodziurki w okresie świąt. 

Proboszcz — a zaraz po nim także młynarz — zapukał do drzwi Dżila. Nikt się w domu 

nie  odezwał,  w  zakołatali  po raz  wtóry  głośniej.  Wreszcie  gospoda  stanął    w  progu.   Twarz  

miał bardzo czerwoną.  Dżil bowiem także czuwał do późna w noc, pociągając przez  cały czas 

mocne piwo, a rano, gdy się przebudził, znowu chwycił za kufel. 

Sąsiedzi otoczyli Dżila w krąg i przekrzykując  jeden drugiego tytułowali go Zacnym 

Aegidiusem,  Mężnym  Brodaczem,  Juliusem  Wielkim,  Poczciwym  Rolnikiem,  Dumą  Wsi  i 

Bohaterem  Kraju.  Wspomniawszy  o  Caudimordaksie,  czyli  Gryzi-ogonie,  mieczu,  który  nie 

chce  bezczynnie  rdzewieć  w  pochwie,  powtarzali:  Śmierć  lub  Zwycięstwo,  Chwała 

Ochotnikom, Podpora Ojczyzny, Dla Dobra Ogółu — aż biednemu Dżilowi zakręciło się od 

tego gadania w głowie. 

—  Uspokójcie  się  wreszcie!  Mówcie  po  kolei  —  rzekł,  gdy  w  końcu  zdołał  wtrącić 

słowo. — O co chodzi? Pamiętajcie, że mam od rana pełne ręce roboty. 

Powierzono więc księdzu wyjaśnienie sprawy w  imieniu gromady. Młynarz doczekał 

się uciechy, której tak bardzo pragnął,  bo  Dżila  dosłownie  przypierano  do muru. Ale rzecz 

wzięła zgoła  inny obrót, niż się  młynarz  spodziewał.   Po  pierwsze  Dżil  wypił  przedtem 

niemało mocnego piwa. Po drugie zaczęła go nagle rozpierać niezwykła duma i męstwo, odkąd 

się  dowiedział,  że  posiada  nie  byle  miecz,  ale  sławnego  Gryzi-ogona.  Za  lat  chłopięcych 

przepadał  za  pieśniami  i  legendami  o  Bellomariusie  i  póki  nie  nabrał  rozumu,  marzył,  żeby 

mieć      własny      czarodziejski    i      bohaterski      oręż.      Teraz  nagle  zapałał  ochotą,  żeby  z 

Gryzi-ogonem  u  boku  ruszyć  na  bój  ze  smokiem.  Tak  się  jednak  przyzwyczaił  zawsze  o 

wszystko targować, że i tym razem spróbował przynajmniej uzyskać zwłokę 

—  Co  takiego?  —  rzekł.  —  Mam  ruszać  na  smoka?  W  tych  starych  portkach  i  w 

kapocie? O ile mi wiadomo, do walki ze smokiem trzeba mieć jakąś zbroję. A żadnej zbroi w 

moim domu nie ma, za to wam z 

Wszyscy  musieli przyznać, że to ważny kłopot. Posłali co prędzej po kowala. Kowal 

przyszedł  i  pokręcił  głową.  Był  to  niemrawy,  ponury  człowiek,  którego  we  wsi  przezywano 

kpiąco  “Pociechą",  naprawdę  jednak  zwał  się  Fabricius  Cunctator.  Nigdy  przy  robocie  nie 

pogwizdywał,  chyba  że  zdarzyła  się  jakaś  klęska,  dajmy  na  to  przymrozek  w  maju,  którą 

background image

wyprorokował.  .  Ponieważ  stale  prorokował  wszelkie  możliwe  nieszczęścia,  nie  mogło  się 

zdarzyć  nic  złego,  czego  by  Pociecha  z  góry  nie  przepowiedział  i  nie  uznał  potem  za 

potwierdzenie  swojej  nieomylności.  Nic  też  innego  nie  cieszyło  go  w  życiu.  Oczywiście 

niechętnie przykładał ręki do zażegnywania  niebezpieczeństw i dlatego teraz też kręcił tylko 

głowa. 

— Zbroi nie można zrobić z niczego — powiedział. — Zresztą nie należy to do mojego 

fachu. Zwróćcie się lepiej do stolarza, żeby wystrugał Aegidiusowi tarczę z drewna. Co prawda 

niewiele mu to pomoże, bo smok jest, jak widać, bardzo ognisty. 

Wszystkim twarze się wydłużyły, lecz młynarz postanowił sobie, że albo wyśle Dżila na 

bój  ze  smokiem,  albo  —  jeżeli  Dżil  się  oprze  namowom  —  rozbije  jego  sławę  jak  bańkę 

mydlaną. Nie dał się więc tak łatwo odwieść od swoich planów. 

—  A  może  by  mu  sporządzić  kolczugę?  —  zaproponował.  —  Kolczuga  stanowiłaby 

dobrą ochronę, nie zależy też nam na tym, żeby była piękna. Chodzi przecież o poważną walkę, 

nie o dworskie popisy. Z pewnością masz, kochany Aegidiusie, jakiś stary skórzany kaftan. W 

kuźni są stosy ogniw i kółek żelaznych z różnych łańcuchów. Sam mistrz Fabricius może nawet 

nie wie, ile tego dobra nagromadziło się z czasem. 

— Mówisz jak ślepy o kolorach — odparł kowal, odzyskując znowu humor. — Jeżeli 

chcecie prawdziwej kolczugi, nie mogę się podjąć tej roboty. Trzeba zręczności krasnoludów, 

żeby każde maleńkie kółeczko dopasować i doczepić do czterech sąsiednich. Nawet gdybym 

umiał tego dokonać, zabrałoby mi to kilka tygodni. A do tego czasu będziemy już wszyscy w 

grobach albo w brzuchu smoka. 

Ludzie  załamali  ręce  w  rozpaczy,  a  kowal  rozpromienił  się  z  radości.  Lecz  gromada 

zbyt była przerażona, żeby wyrzec się od razu planu podsuniętego przez młynarza. Do niego 

więc zwrócono się o radę. 

— Słyszałem — rzekł młynarz — że za dawnych czasów, jeśli kogoś nie stać było na 

sprowadzenie  pięknej  zbroi  z  południowych  krajów,  naszywał  po  prostu  stalowe  kółka  na 

skórzany kaftan i zadowalał się takim pancerzem. Spróbujmy sporządzić coś w tym rodzaju. 

Dżil  wydobył  stary  kaftan  skórzany,  a  kowal  musiał  co,  tchu  wracać  do  kuźni.  Ludzie 

przeszperali wszystkie kąty, przewrócili zwały żelastwa, aż znaleźli pod nimi stos drobnych, 

zmatowiałych od rdzy kółeczek, zapewne odprutych przed laty od takiego właśnie kaftana, o 

jakim  młynarz wspominał.  W  miarę  jak  świtała  nadzieja, że przedsięwzięcie  może się udać, 

kowal pochmurniał coraz bardziej, musiał jednak wziąć się ostro do roboty, przebierać i czyścić 

żelazne kółka. Kiedy z wielką satysfakcją oznajmił, że nie starczy ich na szerokie plecy i pierś 

background image

Dżila,  gromada  kazała  mu  porozkuwać  stare  łańcuchy  i  spłaszczyć  młotem  ogniwa  na  jak 

najzgrabniejsze pierścionki. 

Mniejsze  kółka  naszyli  na  przedzie  kaftana,  większe  i  grubsze  —  na  plecach,  a  że 

popędzany przez wszystkich kowal dorzucał wciąż nowe, wzięli od Dżila parę zniszczonych 

spodni  i  naszyli  je również kółkami. Młynarz wypatrzył  na górnej półce w najciemniejszym 

zakamarku kuźni żelazny czerep starego hełmu, polecił więc szewcowi obciągnąć go skórą jak 

najstaranniej.  Zajęła  im  ta  robota  czas  do  wieczora,  a  nazajutrz  także,  więc  chociaż  była  to 

wigilia Trzech Króli, nikt nie myślał o świętowaniu. Dżil tylko uczcił uroczystość zwiększoną 

ilością piwa. Smok na szczęście spał, zapominając na razie i o głodzie, i o mieczach. 

W dzień Trzech Króli gromada ruszyła o świcie na pagórek, niosąc z sobą przedziwne 

dzieło zbiorowego wysiłku. Dżil oczekiwał tych  gości. Teraz już  nie  miał żadnej wymówki. 

Włożył naszyty żelaznymi kółkami kaftan i spodnie. Młynarz uśmiechnął się złośliwie. Z kolei 

Dżil  wzuł  buty  z  cholewami  i  przypiął  do  nich  ostrogi,  a  wreszcie  nakrył  głowę  hełmem 

obciągniętym w skórę. W ostatniej chwili namyślili się i wcisnął na hełm swój stary filcowy 

kapelusz, a na zbroję narzucił obszerny płaszcz. 

— Po co to robisz? — spytali sąsiedzi. 

— Jakże! Czy wyobrażacie sobie, że smoka podchodzi się brzęcząc i dzwoniąc na trzy 

mile jak dzwon z Canterbury? Na mój rozum lepiej nie ostrzegać go z daleka; i tak z pewnością 

spostrzeże mnie za wcześnie. Hełm to przecież wyzwanie do walki. Jeżeli smok zobaczy zza 

płotu tylko mój kapelusz, pewnie pozwoli mi podejść blisko, zanim się zacznie awantura. 

Kółka  naszyte  na  kaftanie  luźno  i  tak,  że  jedno  zachodziło  na  drugie,  brzęczały 

rzeczywiście  bardzo  głośno.  Płaszcz  narzucony  na  wierzch  tłumił  nieco  hałas,  ale  Dżil 

wyglądał  w  tym  dziwnym  stroju  dość  śmiesznie.  Nikt  mu  jednak  tego  nie  powiedział.  Z 

pewnym  trudem  przyjaciele  dopięli  pas  na  jego  brzuchu  i  zawiesili  mu  u  boku  pochwę  od 

miecza, samego Gryzi-ogona musiał Dżil dzierżyć w ręku, bo inaczej niż przemocą nie dawał 

się w pochwie utrzymać. 

Potem Dżil przywołał psa. Na swój sposób był sprawiedliwym panem. 

— Garm, pójdziesz ze mną — rzekł. Pies zawył. 

— Ratuj, ratuj! — krzyknął. 

—  Przestań  szczekać  —  powiedział  Dżil  —  bo  ci  wygarbuję  skórę  lepiej  niż  smok. 

Znasz zapach tego gada i możesz się chociaż raz w życiu na coś przydać. 

Przywołał też Dżil swoją  siwą kobyłkę. Spojrzała na pana wymownie  i prychnęła  na 

widok  ostróg.  Pozwoliła  się  jednak  dosiąść  i  ruszyli,  wszyscy  troje  dość  markotni.  Kiedy 

kłusowali przez wieś, ludzie klaskali wiwatowali, lecz przeważnie zza okien. kobyła starali się 

background image

nadrabiać  miną. Garm  jednak, nie żywiąc przesadnych ambicji, kulił ogon pod siebie  i  biegł 

chyłkiem. 

Minąwszy wieś przeprawili się po moście za rzekę. Ledwie znaleźli się poza zasięgiem 

ludzkich oczu, zwolnili kroku. Posuwali się teraz stępa, lecz i tak znacznie szybciej, niż sobie 

życzyli,  przekroczyli  granice  pól  Dżila  i  innych  gospodarzy  z  Ham  i  dotarli  w  okolice 

nawiedzone  przez  smoka.  Świadczyły  o  tym  połamane  drzewa,  wypalone  żywopłoty, 

spopielała trawa i złowroga cisza. 

Słońce  przypiekało  i  Dżil  miał  wielką  ochotę  pozbyć  się  chociaż  części  ciężkiego 

rynsztunku, lecz nie śmiał tego zrobić. Ogarnęły go też wątpliwości, czy nie prze-brał miary 

wypijając tak dużo piwa na wyjezdnym. “Ładnie kończę święta — myślał. — A co gorsza, jeśli 

nie będę miał wyjątkowego szczęścia, zakończę tym sposobem nie tylko święta, lecz i marny 

żywot". 

Otarł  pot  z  czoła  wielką  chustką  —  zieloną,  broń  Boże  nie  czerwona,  bo  ktoś  mu 

powiedział, że czerwony kolor drażni smoki. 

Smoka jednak nie spotkał. Na próżno kręcił się po wszystkich drogach i ścieżkach, a 

nawet na przełaj po bezludnych cudzych polach. Garm oczywiście nie zdał się na nic. Dreptał 

tuż za kobyłka i ani myślał węszyć tropów. 

Wreszcie  znaleźli  się  na  krętej  drodze,  gdzie  nie  było  widać  śladów  zniszczenia  i 

panował, jak się zdawało błogi spokój. Ujechali nią z pół mili i Dżil dochodził do wniosku, że 

właściwie zrobił już wszystko, co do niego należało i czego wymagała jego sława. Utwierdził 

się  właśnie  w  przekonaniu,  że  dalej  i  dłużej  nie  warto  smoka  szukać  i  można  z  czystym 

sumieniem zawrócić domu na obiad. Przyjaciołom postanowił oznajmić, że bestia na sam jego 

widok uciekła w popłochu. Tak rozmyślając wyjechał nagle zza ostrego zakrętu,.. 

Przed nim leżał smok. Gniotąc olbrzymim cielskiem żywopłot,  wyciągnął  straszliwy  

łeb  na  środek  drogi i spał smacznie. 

— Ratuj! — wrzasnął Garm i umknął. 

Siwa kobyłka przysiadła na zadzie, a Dżil fiknął kozła nad jej głową i padł na wznak 

prosto w przydrożną kałużę. Kiedy otworzył oczy, stwierdził, że smok zbudził się i patrzy na 

niego uważnie. 

— Dzień dobry — rzekł smok. — Zdaje mi się, że jesteś zaskoczony. 

— Dzień dobry — odparł Dżil. — Zgadłeś. 

— Wybacz — rzekł smok. Ucho sterczało mu do góry, bo nadstawił  je nieufnie, gdy 

usłyszał brzęk zbroi padającego na ziemię Dżila. — Wybacz, że zapytam,, czy przypadkiem nie 

mnie właśnie szukałeś. 

background image

— Co znowu! — zaprzeczył Dżil. — Któż mógł się ciebie spodziewać w tym miejscu? 

Wybrałem się tak sobie, na przejażdżkę. 

To mówiąc Dżil gramolił się pospiesznie z kałuży i wycofywał ku swojej kobyłce, która 

już uspokojona skubała jak gdyby nigdy nic przydrożną trawę. 

— A więc spotkaliśmy się szczęśliwym trafem — rzekł smok. — Cała przyjemność po 

mojej  stronie.  Jak  widzę,  masz  na  sobie  odświętne  ubranie.  Pewnie  taka  teraz  u  was  nowa 

moda, co? 

Spadając z siwki Dżil zgubił kapelusz, a poły płaszcza rozchyliły się szeroko. Lecz Dżil 

już się nie usiłował kryć. 

— A tak — odparł. — Najnowsza! Pozwól, że pojadę za psem. Pogonił za królikiem, 

jeśli się nie mylę. 

—  Mylisz  się  —  rzekł  Chrysophylax  oblizując  wargi,  co  robił  zawsze,  kiedy  go  coś 

ubawiło. — Pies będzie w domu znacznie wcześniej niż ty. Bardzo jednak proszę, jedź, gdzie 

masz ochotę, szanowny panie... panie... Przepraszam, nie znam twego nazwiska. 

— Ja także nie znam twojego — odparł Dżil — i nie jestem go ciekawy. 

— Twoja wola — rzekł Chrysophylax i znów oblizał wargi, udając przy tym, że zamyka 

oczy.  Miał  złe  serce  —  jak  zwykle  smoki  —  lecz  nie  bardzo  odważne;  to  także  między 

smokami  często  się  zdarza.  Lubił  jeść,  ale  wolał  zdobywać  obiad  bez  walki.  Jednakże  po 

długiej  drzemce  wrócił  mu  apetyt.  Proboszcz  z  Dąbrowy  okazał  się  dość  łykowaty, 

Chrysophylax od bardzo dawna nie miał już w pysku smacznego, tłustego człowieka. 

Postanowił  więc  teraz  skorzystać  z  okazji,  czekał  tylko  na  chwilę  roztargnienia  tego 

głupiego grubasa. 

Ale grubas wcale nie był taki głupi, jak się smokowi zdawało. Nie spuszczał wzroku z 

przeciwnika nawet w chwili, gdy usiłował wdrapać się na siodło. Kobyłka wszakże miała inne 

plany. Wierzgała i kopała, nie pozwalając się dosiąść. Smok tracąc cierpliwość sprężył się już 

do skoku. 

— Przepraszam — rzekł — czy mi się zdaje, czy coś ci upadło? 

Stary,  znany  podstęp,  ale  w  tym  wypadku  skuteczny.  Dżil  bowiem  rzeczywiście  coś 

zgubił. Padając wypuścił z ręki Caudimordaksa — czyli mówiąc prościej Gryzi-ogona — który 

leżał  dotychczas  przy  drodze.  Dżil  schylił  się,  żeby  go  podnieść,  i  w  tym  momencie  smok 

skoczył. Lecz Gryzi-ogon był szybszy od niego. Ledwie się znalazł w garści Dżila, wyrwał się 

naprzód i jak błyskawica śmignął tuż przed oczyma smoka. 

— Ejże! — powiedział smok stając w miejscu jak wryty. — Co ty tam masz? 

background image

— Drobiazg — odparł Dżil. — Po prostu Gryzi-ogona, którego dostałem od króla w 

podarunku. 

— Pomyliłem się — rzekł smok. — Bardzo cię przepraszam! — Przywarł plackiem do 

ziemi, a w Dżila na ten widok nowy duch wstąpił. — Swoją drogą, nieładnie ze mną postąpiłeś. 

—  Nieładnie?  —  spytał  Dżil.  —  Dlaczego?  I  dlaczego  miałem  z  tobą  ładnie 

postępować? 

—  Zataiłeś  przede  mną  swoje  szlachetne  nazwisko  i  udałeś,  że  spotkaliśmy  się 

przypadkiem. A przecież jesteś niewątpliwie rycerzem, i to bardzo wysokiego rodu. Dawniej, 

szanowny  panie,  istniał  zwyczaj,  że  w  podobnych  okazjach  rycerze  wymieniali  najpierw 

wszystkie swoje tytuły i wyzywali przeciwnika uroczyście na pojedynek. 

— Może taki zwyczaj istniał, a może nawet dotychczas istnieje — odparł Dżil, coraz 

bardziej z siebie zadowolony. Człowiek, przed którym ogromny, królewski smok czołga się w 

prochu,  ma  prawo  do  pewnej  dumy.  —  Ale  znowu  się  mylisz,  stary  gadzie.  Nie  jestem 

rycerzem. Nazywam się Aegidius i jestem gospodarzem z Ham. Nie cierpię natrętów na swoich 

polach. Strzelałem już z mojego garłacza do olbrzymów, chociaż mniej szkody wyrządzali niż 

ty, lecz ich także nie śniło mi się wyzywać uroczyście na pojedynek. 

Smok bardzo się stropił. “Diabli nadali tego olbrzyma — pomyślał. — Okłamał mnie 

łajdak.  Co  teraz  zrobić  z  tym  zuchwałym  chłopem,  który  w  dodatku  ma  taki  błyszczący  i 

napastliwy miecz w garści?" 

Nic podobnego nigdy mu się  jeszcze nie  zdarzyło. 

— Nazywam się Chrysophylax — przedstawił się. Chrysophylax Bogaty. Czym mogę 

służyć, zacny panie? — spytał przymilnie, zerkając spod oka na miecz i łamiąc sobie głowę, jak 

by tu uniknąć starcia. 

—  Usłużysz  mi  najlepiej,  jeżeli  wyniesiesz  się  stąd  co  prędzej,  kostropaty  gadzie — 

odrzekł Dżil, również  łamiąc sobie głowę,  jak  by tu uniknąć starcia. — Jednego tylko chcę: 

żebyś mi zszedł z oczu. Precz, wracaj do swojej brudnej nory! 

I  Dżil  postąpił  krok  naprzód,  wymachując  rękami,  jakby  straszył  wrony.  To 

wystarczyło, żeby rozpętać Gryzi-ogona. Błysnął, zafurczał w powietrzu, spadł i rąbnął smoka 

w nasadę prawego skrzydła, aż pancerz zadzwonił, a potwór osłupiał od wstrząsu. Oczywiście 

gdyby  Dżil  miał  pojęcie  o  właściwych  sposobach  walki  ze  smokami,  wymierzyłby  w  jakieś 

bardziej wrażliwe miejsce. Gryzi-ogon zrobił wszakże co mógł w niedoświadczonych rękach. 

Cios był i tak dla smoka dotkliwy, pozbawił go na wiele dni władzy w skrzydle. Poderwał się, 

chcąc ulecieć,  lecz opadł  bezradnie. Dżil  natomiast skoczył teraz na siodło  bez trudu. Smok 

puścił się biegiem. Siwa kobyłka za nim. Smok zmykał galopem przez pole, sapiąc i chrapiąc. 

background image

Siwa kobyłka za nim. Dżil ryczał i pokrzykiwał jak widz na wyścigach. I wciąż wymachiwał 

mieczem. Smok im prędzej biegł, tym bardziej tracił głowę. A siwa kobyłka gnała za nim co sił 

w nogach i deptała mu wciąż po piętach. 

Tak mknęli po drogach, przesadzając żywopłoty, na przełaj polami, w bród przez rzeki. 

Smok dymił, ryczał, biegł na oślep, byle przed siebie. Nagle ujrzeli most prowadzący do wsi 

Kam, jak grzmot przemknęli po nim i ze straszliwym zgiełkiem wpadli w główną ulicę wioski. 

Bezczelny Garm wybiegł z opłotków i przyłączył się teraz do pogoni. 

Wszyscy  mieszkańcy  wsi  cisnęli  się  do  okien,  niektórzy  nawet  wdrapywali  się  na 

dachy. Jedni śmiali się, inni wiwatowali, a jeszcze inni walili w blachy, w patelnie i w kotły 

albo dęli w rogi, fujarki i gwizdki. Proboszcz kazał bić w dzwony. Podobnego ruchu i zgiełku 

od stu lat w Ham nie widziano. 

Wreszcie  na placu przed kościołem  smok skapitulował. Padł dysząc ciężko pośrodku 

drogi.  Garm  zbliżył  się  i  obwąchiwał  mu  ogon,  lecz  Chrosophylax  wyzbył  się  już  resztek 

wstydu. 

—  Dobrzy  ludzie,  mężny  wojowniku!  —  wysapał,  gdy  nadjechał  Dżil,  a  wszyscy 

mieszkańcy Ham zgromadzili się wkoło (jakkolwiek w  bezpiecznej odległości), uzbrojeni w 

widły,  kije  i  pogrzebacze.  —  Dobrzy  ludzie,  nie  zabijajcie  mnie!  Jestem  bardzo  bogaty. 

Zapłacę  za  wszelkie  szkody,  które  wyrządziłem.  Poniosę  koszty  pogrzebu  ofiar,  a  w 

szczególności  proboszcza  z  Dąbrowy;  zafunduję  mu  piękny  pomnik,  chociaż  był  doprawdy 

dość łykowaty. Każdy z was dostanie hojny podarek, jeżeli pozwolicie mi pójść do mego domu, 

gdzie trzymam swoje skarby. 

— Ile? — spytał Dżil. 

— Zastanówmy się — odparł smok, szybko rachując w myślach. Tłum wydał mu się 

trochę zbyt liczny. — Trzynaście szylingów i osiem pensów na osobę. 

— Żarty! — powiedział Dżil. — Kpiny! — powiedzieli ludzie. — Bzdura! — szczeknął 

pies. 

— Po dwie złote gwinee, dzieciom pół ceny — zaproponował smok. 

— A psom? — spytał Garm. 

— Mów dalej — rzekł Dżil. — Słuchamy. 

— Dziesięć funtów i sakiewka srebra na osobę, złote obroże dla psów — rzekł mocno 

już zaniepokojony Chrysophylax. 

— Zabić go! — ryknął tłum, tracąc wreszcie cierpliwość. 

—  Worek  złota  dla  każdego,  a  dla  dam  brylanty?  —  skwapliwie  zaofiarował 

Chrysophylax. 

background image

— Teraz już gadasz do rzeczy, ale to jeszcze za mało — powiedział Dżil. 

— O psach znowu zapomniałeś — rzekł Garm. 

— Jakiej wielkości będą worki? — pytali mężczyźni. 

— Po ile brylantów? — chciały wiedzieć kobiety. 

— Bójcie się Boga! — jęknął smok. — Zrujnujecie mnie do szczętu. 

— Zasłużyłeś   sobie   na to — rzekł Dżil. — Wybieraj, co wolisz stracić: majątek czy 

życie. 

I machnął Gryzi-ogone: aż smok skulił się na ziemi; 

 — Prędzej! Namyśl się prędzej! — krzyczeli ludzie, nabierając odwagi i podchodząc 

coraz bliżej. 

Cłirysophylax przymknął oczy niby w skupieniu, lecz naprawdę trząsł się ze śmiechu, 

tak jednak skrycie, że nikt tego nie dostrzegł. Targ zaczynał go bawić. Ludzie najwidoczniej 

spodziewali  się  wiele  na  nim  skorzystać.  Nie  mieli  pojęcia  o  zwyczajach  i  podstępach 

wielkiego  zepsutego  świata;  w  całym  królestwie  nie  było  człowieka,  który  by  miał  jakieś 

praktyczne  doświadczenie  w  stosunkach  ze  smokami  i  znał  ich  chytrość.  Chrysophylax 

oddychał coraz swobodniej i myślał coraz jaśniej. Oblizał wargi. 

— Powiedzcie swoją cenę — rzekł. 

Zagadali wszyscy naraz. Smok przysłuchiwał się z zainteresowaniem. Jeden tylko głos 

mącił jego spokój: głos kowala. 

—  Nic  dobrego  z  tego  nie  wyniknie,  zapamiętajcie  moje  słowa  —  prawił  kowal.  — 

Mówcie, co chcecie, a ja powiadam, że gad nie wróci. Zresztą tak czy owak nie wyniknie z tej 

historii nic dobrego. 

— Możesz się wyłączyć z ogólnej umowy, jeżeli ci się nie podoba — odparli mu na to 

sąsiedzi i dalej spierali się między sobą, nie zwracając wiele uwagi na smoka. 

Chrysophylax podniósł łeb. Może namyślał się, czy zaatakować znienacka tłum, czy też 

wymknąć się cichcem korzystając z zamieszania — w każdym razie musiał się tych zamiarów 

co prędzej wyrzec. Dżil wprawdzie żuł w zadumie jakąś trawkę, lecz Gryzi-ogona trzymał w 

garści i smoka ani na sekundę z oczu nie spuszczał. 

—  Nie  waż  się  ruszyć  —  powiedział  —  bo  jak  cię  rąbnę,  to  ci  nawet  góra  złota  nie 

pomoże. 

Smok  przywarował  znowu.  Wreszcie  gromada  wypchnęła  naprzód  proboszcza,  żeby 

przemówił w jej imieniu. Ksiądz stanął u boku Dżila. 

— Nikczemny gadzie — rzekł. — Żądamy,  żebyś przyniósł tu, na to miejsce, cały swój 

majątek nabyty z rozboju. Najpierw wynagrodzimy pokrzywdzonym wszystkie straty, a potem 

background image

resztę  rozdzielimy  sprawiedliwie  między  siebie.  Wówczas  dopiero,  jeśli  przysięgniesz,  że 

nigdy  więcej  nie  napadniesz  naszego  kraju  ani  też  żadnego  innego  potwora  do  napaści  nie 

podjudzisz, pozwolimy ci odejść do twego domu z głową i ogonem. Teraz złożysz przysięgę, że 

wrócisz z okupem, a zaklniesz się na takie potęgi, że nawet twoje smocze sumienie nie ośmieli 

się im sprzeniewierzyć, 

Chrysophylax, żeby tym lepiej oczy im zamydlić, udał, że się waha. Ronił z żalu nad 

stratą  majątku  łzy  tak  gorące,  że  rozlewając  się  w  kałuże  na  drodze  kipiały  i  parowały. 

Zaprzysiągł uroczyście, klnąc się na przedziwne i straszliwe potęgi, że stawi się niezawodnie z 

całym  swoim  skarbem  w  dzień  świętych  Hilarego  i  Feliksa,  czyli  za  osiem  dni:  termin 

oczywiście za krótki na tak daleką podróż i nawet nie uczeni geografii wieśniacy powinni byli 

to wiedzieć. Jednakże nikt nie zaprotestował, pozwolono smokowi odejść, a mieszkańcy wsi 

odprowadzili go aż do mostu. 

—  Do  zobaczenia!  —  zawołał  już  z  drugiego  brzegu.  —  Z  pewnością  będziemy  do 

siebie tęsknić. 

— My do ciebie z pewnością! — odkrzyknęli ludzie. 

Postąpili oczywiście bardzo niemądrze. Każda inna istota  po  złożeniu  tak  uroczystej   

przysięgi    miałaby  skrupuły  i  lękałaby  się,  że  łamiąc  wiarę  ściągnie  na  siebie  okropne 

nieszczęścia,  ale  smok  w  ogóle  nie  miał  sumienia.  Pewnie,  prości  ludzie  nie  mogli  o  takie 

kalectwo podejrzewać stwora bądź co bądź wielkiego rodu, dziwne jednak, że proboszcz,  który  

tyle  uczonych  ksiąg  w  życiu  przeczytał,  również  się  tego  nie  domyślił.  Może  się  zresztą 

domyślił. Jako gramatyk niewątpliwie jaśniej przewidywał przyszłość niż inni ludzie. 

Kowal wracając do kuźni kręcił głową. 

— Złowróżbne imiona — mruczał. — Hilary i Felix! 

Aż  w  uchu  wierci.  —  Bo  Hilary  w  pospolitym  języku  znaczy:  wesoły,  a  Feliks: 

szczęśliwy. 

Król oczywiście wkrótce dowiedział się o całym zdarzeniu. Wieść jak płomień szerzyła 

się  po  kraju,  a  prze-chodząc  z  ust  do  ust  nabierała  po  drodze  tym  żywszych  kolorów.  Król 

bardzo się nią zainteresował z wielu powodów, wśród których niemałą rolę odgrywały względy 

finansowe.  Toteż  postanowił  udać  się  we  własnej  osobie  do  wsi,  w  której  działy  się  tak 

niezwykłe rzeczy. 

W  cztery  dni  po  odejściu  smoka  wjechał  przez  most  do  Ham  na  białym  rumaku, 

otoczony  świtą  rycerzy,  z trębaczami  i  ogromnym  taborem.  Mieszkańcy  wsi  w  odświętnych 

ubraniach  ustawili  się  szpalerem  wzdłuż  głównej  ulicy  na  powitanie  monarchy.  Orszak 

zatrzymał się na placu przed kościołem. Dżil, gdy go przedstawiano królowi, przykląkł, lecz 

background image

władca  kazał  mu  wstać  i  nawet  poklepał  go  łaskawie  po  ramieniu.  Rycerze  udawali,  że  nie 

widzą tej poufałości. 

Potem  król  zwołał  całą  wieś  na  rozległe  pastwisko  Dżilowe  nad  rzeką,  a  gdy  się 

wszyscy  zgromadzili  —  włącznie  z  Garmem,  który  uznał,  że  jego też ta  sprawa dotyczy  — 

Augustus Bonifacius rex et basileus raczył łaskawie wygłosić przemówienie. 

Wytłumaczył dobitnie, że majątek poganina Chrysophylaksa w całości należy do niego, 

jako do władcy kraju. Nie uzasadniał szerzej  swoich praw do zwierzchnictwa  również   nad  

krainą  górską   (były  bowiem sporne), lecz stwierdził, że “w każdym razie nie ma wątpliwości, 

iż gad ów ukradł ongi  naszym przodkom to wszystko, co dziś posiada. Ale że  jesteśmy,  jak 

powszechnie  wiadomo,  sprawiedliwi  i  wspaniałomyślni,  nie  pozostawimy  naszego  zacnego 

lennika  Aegidiusa  bez  nagrody;  każdy  też  z  naszych  wiernych  poddanych  z tej  wsi  otrzyma 

jakiś dowód naszego uznania, nikogo nie pominiemy, od proboszcza do najmniejszego dziecka. 

Wioska Ham uradowała bowiem nasze królewskie serce. 

Tu  przynajmniej  lud  dzielny  i  nieprzekupny  zachował  starożytne  cnoty  naszego 

plemienia". 

Rycerze tymczasem rozmawiali między sobą o najnowszych fasonach kapeluszy. 

Król  nie  opuścił  po  tym  przemówieniu  wioski.  Rozbił  obóz  na  Dżilowym  polu  i 

oczekując  dnia  czternastego  stycznia  zażywał  wraz  z  dworem  przyjemności,  jakich  mogła 

dostarczyć skromna wieś, odległa o wiele mil od stolicy. Świta królewska w ciągu trzech dni 

ogołocił; wieś doszczętnie z chleba, masła, jaj, słoniny i baranie go mięsa, a także wysuszyła do 

dna wszystkie beczki z piwem. Po czym zaczęła szemrać na skąpe wyżywi nie. Król jednak za 

wszystko płacił hojnie kwitami obiecując ich wymianę w państwowej kasie na gotówkę; liczył 

bowiem,  że  jego  skarbiec  wkrótce  się  napełni  Mieszkańcy    Ham,      nic    nie      wiedząc  o 

rzeczywistym stanie królewskiego skarbca, przyjmowali kwity z wielkim zadowoleniem. 

Nadszedł czternasty stycznia, dzień świętych Hilarego i Feliksa. Wszyscy od świtu byli 

na nogach. Rycerze przywdziali zbroje. Dżil ubrał się w swoją kolczugę domowej roboty, co 

wywołało drwiące uśmiechy w gronie rycerstwa, lecz król poskromił je jednym zmarszczeniem 

brwi. Dżil przypasał też miecz. Gryzi-ogon potulnie wsunął się do pochwy i wcale się z niej nie 

wyrywał. Proboszcz popatrzył na niego uważnie i pokiwał głową, szepcząc coś sam do siebie. 

Kowal  roześmiał  się  w  głos.  Nadeszło  południe.  Ludziom  z  przejęcia  nawet  obiadu  się 

odechciało.  Popołudnie  wlokło  się  ospale.  Gryzi-ogon  w  dalszym  ciągu  wcale  nie  zdradzał 

chęci  wyskoczenia  z  pochwy.  Czatujący  na  wzgórzu  wartownicy  i  mali  chłopcy,  którzy  na 

ochotnika  wdrapali  się  na  najwyższe  drzewa,  daremnie  wytężali  oczy:  ani  na  ziemi,  ani  na 

niebie żaden znak nie zwiastował zbliżania się smoka. 

background image

Kowal  pogwizdywał  wesoło,  lecz  innym  ludziom  dopiero  z  zapadnięciem  wieczoru, 

kiedy gwiazdy błysnęły na firmamencie, po raz pierwszy zaświtało podejrzenie, że może smok 

od początku nie zamierzał dotrzymać obietnicy. Wspominając jednak uroczystą przysięgę, nie 

tracili mimo wszystko nadziei. Wreszcie gdy wybiła północ i wyznaczony dzień minął, ludzi 

ogarnęło zniechęcenie. Tylko kowal był w siódmym niebie. 

— A co, nie mówiłem! — tryumfował. Lecz nie przekonał gromady. 

— Bądź co bądź gad był ciężko ranny — zauważył ktoś. 

— I termin wyznaczyliśmy za krótki — stwierdził inny. — Do gór kawał drogi, a on 

przecież dźwiga niemałe ciężary. Może musiał szukać pomocników. 

Lecz minął następny dzień, potem drugi.   Resztka   nadziei rozwiała   się   ostatecznie. 

Król  wpadł  w  straszny  gniew.  Prowianty  i  napoje  wyczerpały  się  we  wsi,  królewska  świta 

narzekała    już   głośno. Rycerze   tęsknili   do dworskich   wygód   i przyjemności. Ale król   

bardzo   potrzebował pieniędzy. 

 Pożegnał  się  z  wiernymi  poddanymi  krótko  i  węzłowato.  Połowę  wydanych 

poprzednio kwitów unieważnił. Dżila potraktował chłodno, ledwie mu kiwnął głową. 

—  Wkrótce  otrzymacie  nasze  dalsze  rozporządzenia  —  rzekł  i  odjechał  wraz  z 

rycerzami i trębaczami. 

Bardziej ufni i naiwni ludzie spodziewali się, że lada dzień król zaprosi Aegidiusa do 

stolicy,  żeby  go  pasować  na  rycerza.  Rzeczywiście  w  tydzień  później  nadeszło  pismo,  lecz 

zupełnie  innej  treści.  Był  to  list  w  trzech  kopiach:  jedną  wysłaniec  wręczył  Dżilowi,  drugą 

proboszczowi, a trzecią przybił na drzwiach kościoła. Prawdę   mówiąc   wystarczyłby   jeden   

list    do    proboszcza,  bo  nikt  prócz  niego  nie  umiał  rozszyfrować  niewyraźnych  zawijasów 

dworskiego skryby, dla prostych ludzi równie   niepojętych   jak   łacina   uczonych.   Proboszcz 

przełożył  list  na  pospolity  język  i  odczytał  z  ambony.  Tekst  był  zwięzły  i  rzeczowy  —  w 

porównaniu z większością królewskich listów.  Król  bowiem bardzo  się spieszył. 

My,  Augustus  B.A.A.A.P.iM.  rex  et  basileus  et  cetera,  oznajmiamy,  że  dla 

bezpieczeństwa naszego królestwa oraz honoru naszego imienia postanowiliśmy, iż gada, który 

sam  mieni  się  Chrysophylaksem  Bogatym,  należy  ująć  i  surowo  ukarać  za  jego  występki, 

matactwa    i    nikczemne    przeniewierstwo. Wzywam tedy niniejszym wszystkich rycerzy 

naszego domu pod broń i polecam im czekać w pogotowiu na przybycie Aegidiusa A.J., rolnika 

ze  wsi  Ham.  Ponieważ  bowiem  rzeczony  Aegidius  dał  dowody,  że  godzien  jest    naszego  

zaufania    i    zdatny    do    walki  z  olbrzymami,  smokami  oraz  wszelkimi  nieprzyjaciółmi 

królewskiego  pokoju,  rozkazujemy,  aby  niezwłocznie  stawił  się  w  stolicy  i  przyłączył  do 

zastępu naszego rycerstwa. 

background image

Sąsiedzi  powiadali,  że  Aegidiusa  spotkał  niemały  za-szczyt,  który  w  gruncie  rzeczy 

znaczy tyleż co uroczyste pasowanie na rycerza. Młynarz nawet mu zazdrościł. 

—  Nasz  Aegidius  wysoko  zajdzie  —  rzekł.  — Miejmy  nadzieją,  że  zechce  nas  znać 

jeszcze, gdy wróci z tej wyprawy. 

— Ba, czy w ogóle wróci? — powiedział kowal. 

— Dość, przestańcie krakać! — krzyknął Aegidius, nie posiadając się już z gniewu. — 

Gwiżdżę  na  zaszczyt.  Bylebym  wrócił  cały,  nawet  młynarza  powitam  z  radością.  Chociaż 

trzeba przyznać, że osładza mi tą pigułkę myśl, iż was dwóch przynajmniej na czas jakiś z oczu 

stracą. 

Z  tymi  słowami  porzucił  kompanią.  Królowi  nie  sposób  wymawiać  się  tak  jak 

sąsiadom. Trudno, nawet jeśli owce się kocą, orka czeka, krowy czas doić albo wodą nosić — 

trzeba jechać. Dżil osiodłał więc siwą kobyłką i przygotował się do drogi. W ostatniej chwili 

nadszedł proboszcz. 

— Bierzesz chyba z sobą mocny powróz? — spytał. 

— A to po co? — zdziwił sią Dżil. — Żeby się powiesić? 

— Dajże spokój! Głowa do góry, kochany Aegidijusie — odparł proboszcz. — Mnie się 

zdaje, że możesz zaufać swojemu szczęściu. Weź jednak z sobą powróz, bo jeżeli się nie mylę, 

bardzo ci się przyda. Jedź już i wracaj do nas zdrowy! 

—  A  właśnie!  Nawet  jeżeli  wrócę,  ciekaw  jestem,  w  jakim  stanie  zastaną  dom  i 

gospodarkę! Diabli nadali smoka — rzekł Dżil. Wcisnął gruby zwój powroza do juków i ruszył. 

Nie wziął z sobą psa, który zresztą od rana starał mu się nie nawijać przed oczy. Dopiero 

po wyjeździe pana Garm wśliznął się do domu i nie wytykając nosa z kuchni wył przez całą noc 

żałośnie; nie uspokoił się nawet wówczas, gdy mu gospodyni spuściła lanie. 

— Ratuj, ratuj, ratuj! — jęczał. — Już nigdy nie ujrzę mojego kochanego pana, mojego 

groźnego, wspaniałego pana! Czemuż, ach czemuż nie pobiegłem za nim! 

— Zamknij pysk! — fuknęła Agata. — Bo postaram się, żebyś naprawdę nie doczekał 

powrotu pana. Kowal usłyszał wycie psa. 

— Zły omen! — stwierdził z satysfakcją. Dni mijały bez wieści. 

— Przygotujmy się na najgorsze — rzekł i zaczął wesoło wyśpiewywać. 

Dżil  zajechał  na  dwór  zmęczony  i  zakurzony.  Rycerze  w  lśniących  zbrojach  i 

błyszczących  hełmach  stali  na  dziedzińcu,  każdy  przy  swoim  wierzchowcu.  Nie  w  smak  im 

było królewskie wezwanie i burzyli się przeciw dołączeniu chłopa do rycerskiego zastępu, więc 

na  złość  uparli  się  wykonać  rozkaz  dosłownie  i  ruszyć  natychmiast,  nie  dając  biednemu 

Dżilowi  wytchnienia.  Nieborak  ledwie  zdążył  przegryźć  kromkę  chleba  i  przepłukać  gardło 

background image

łykiem wina. Siwa kobyłka prychała gniewnie. Na szczęście nie powiedziała głośno tego, co o 

królu pomyślała, bo dopuściłaby się obrazy majestatu. 

Dzień już się chylił ku zachodowi. Nie pora wyruszać w drogę, tym bardziej na smoka 

— rzekł sobie w duchu Dżil. Toteż nie zajechali tego dnia daleko. Dworakom, skoro postawili 

na swoim, już się teraz wcale nie spieszyło. Rycerze, giermkowie, służba, juczne kuce i tabory 

—  wszyscy  posuwali  się  leniwie,  nie  pilnując  bojowego  szyku.  Dżil  na  swojej  zmęczonej 

kobyłce człapał ostatni. 

Wieczorem  zatrzymali  się  na  popas  i  rozbili  namioty.  Dla  Dżila  nie  pomyślano  o 

żadnym  zaopatrzeniu,  musiał  więc  najniezbędniejsze  rzeczy  pożyczać  od  innych.  Kobyłka 

oburzona winszowała sobie, że nie należy do królewskiej świty. 

Nazajutrz ruszyli i dopiero trzeciego dnia pod wieczór ujrzeli na widnokręgu zamglony, 

nieprzyjazny  łań-cuch  gór.  Wkrótce  potem  znaleźli  się  w  krainie,  gdzie  władza  Augustusa 

Bonifaciusa nie była powszechnie uznawana. Posuwali się teraz ostrożniej i bardziej zwartym 

szykiem. 

Czwartego  dnia  dotarli  do  Dzikich  Wzgórz,  na  pogranicze  krainy  o  złej  sławie, 

zaludnionej,  jak  powiadano,  przez  rozmaite  legendarne  istoty.  Nagle  któryś  z  jeźdźców 

jadących  na  czele  spostrzegł  w  piasku  nad  potokiem  jakieś  podejrzane  ślady.  Przywołano 

Dżila. 

— Co to za ślady, mości Aegidiusie? — spytali rycerze. 

— Smocze — odparł Dżil. 

— Odtąd ty będziesz prowadził — rzekli. Dalej więc jechali kierując się na zachód, a 

Dżil na czele dzwonił i brzęczał pierścieniami naszytymi na skórzany kaftan. Nie miało to już 

teraz znaczenia, bo rycerze głośno śmiali się i rozmawiali, a towarzyszący im minstrel śpiewał 

pieśni. Od czasu do czasu wszyscy podejmowali chórem melodię, nie żałując gardeł. Pieśń była 

piękna  i dodawała  ludziom ducha, pochodziła bo-wiem z dawnych  lat, kiedy więcej toczono 

prawdziwych  bitew  niż  dworskich  turniejów.  Mimo  to  śpiewając  popełniali  wielką 

nieostrożność. Zawiadamiali tym sposobem wszystkie stwory zamieszkujące tę krainę o swoim 

przybyciu;  smoki  ocknęły  się  w  jamach  i  nadstawiły  czujnie  uszu.  Wyprawa  nie  mogła  już 

Chrysophylaksa zaskoczyć znienacka we śnie. 

Siwa kobyłka Dżila szczęśliwym trafem — a może i naumyślnie — nagle okulała, gdy 

wjechali w cień posępnych gór. Musieli teraz wspinać się  mozolnie stromymi, kamienistymi 

ścieżkami  i  lęk  ogarniał  ich  coraz  silniej.  Siwa  kobyłka  pozwalała  się  wyprzedzać  innym 

koniom, potykała się i kulała, i miała tak smutną minę, że wreszcie Dżil zsiadł i szedł odtąd 

obok niej piechotą. Wkrótce znalazł się wraz ze swoją wierzchówką na samym końcu pochodu, 

background image

pośród jucznych kucyków, lecz nikt na to nie zwrócił uwagi. Gdyby rycerze nie byli tak zajęci 

sporem o prawa pierwszeństwa u dworu, musieliby spostrzec liczne i zupełnie już tutaj wyraźne 

ślady smoczych łap. Dotarli bowiem do okolicy, po której Chrysophylax często się wałęsał  i 

gdzie  lubił  lądować  po  codziennych  lotach.  Niższe  pagórki  i  stoki  po  obu  stronach  ścieżki 

zdawały  się  stratowane  i  wypalone.  Trawa  rosła  na  nich  skąpo,  a  zwichrzone  czarne  kępy 

wrzosów i janowca sterczały pośród rozległych plam nagiej, spopielałej ziemi. Obszar ten od 

wielu lat służył smokom za boisko. Przed rycerzami majaczyła ciemna ściana gór. 

Niedomaganie  siwej  kobyłki  martwiło  Dżila,  lecz  cieszył  się,  że  ma  dzięki  temu 

wymówkę, by nie paradować na najbardziej widocznym miejscu w drużynie. Wcale nie było 

mu  przyjemnie  jechać  na  czele  kawalkady  przez  tę  ponurą  i  niebezpieczną  krainę.  Wkrótce 

potem ucieszył się jeszcze bardziej i dziękował losowi — oraz siwej kobyłce. Około południa 

bowiem — a był to siódmy dzień wędrówki i przypadało święto Matki Boskiej Gromnicznej — 

Gryzi-ogon  wyskoczył  z  pochwy,  a  smok  ze  swej  jamy.  Bez  ostrzeżenia  i  bez  ceremonii 

wystąpił  do  boju.  Leciał  wprost  na  królewską  drużynę,      z  wielkim    szumem    i    hukiem.   

Poprzednio,  z  dala  od  własnej  siedziby,  okazał  się  niezbyt  mężny,  mimo  że  szczycił  się 

pochodzeniem z możnego rodu. Teraz jednak płonął straszliwym gniewem, ponieważ walczył 

niejako  w  progu  swego  domu  i  bronił  swoich  skarbów.  Jak  burza  wychynął  znad  górskiego 

ramienia  w  poświście  huraganu  i  lawinie  czerwonych  piorunów.  Spór  o  pierwszeństwo  na 

dworze  urwał  się  jak  nożem  uciął.  Konie  spłoszone  odskoczyły  tak  gwałtownie,  że  wielu 

rycerzy stoczyło się z siodeł. Kucyki z taboru umknęły błyskawicznie, a pachołkowie z nimi 

razem. W tym bowiem towarzystwie nikt nie miał wątpliwości co do praw pierwszeństwa. 

 Znienacka ogarnęła drużynę chmura dymu, zapierając dech we wszystkich piersiach, a 

w jej osłonie smok runął na pierwsze szeregi królewskiego rycerstwa. Wielu wojaków zginęło, 

nim  zdążyli  wyjąkać  formalne  wyzwanie  do  walki,  niejeden  zwalił  się  na  ziemię  rażeni  z 

koniem  i  całym  rynsztunkiem.  O  losie  pozostałych  rozstrzygnęły  wierzchowce,  które 

zawróciwszy w miejscu rzuciły się do ucieczki, nie pytając jeźdźców, czy sobie tego życzą, czy 

nie. Przeważnie zresztą życzyli sobie tego serdecznie. 

Tylko  siwa  kobyłka  stała  niewzruszenie.  Może  bała  się  połamać  nogi  na  stromej, 

kamienistej ścieżce. Może czuła się zanadto zmęczona, żeby uciekać. Była przeświadczona, że 

z  dwojga  złego  lepiej  jest  mieć  skrzydlatego  potwora  przed  sobą  niż  za  swymi  plecami  i  że 

ucieczką  mogłaby  się  ocalić  jedynie  wtedy,  gdyby  umiała  galopować  szybciej  od 

najściglejszego wyścigowca. Zresztą spotkała się już raz z Chrysophylaksem i pamiętała, jak 

gnała go przez pola i strumienie swojej rodzinnej okolicy, dopóki nie padł ujarzmiony pośrodku 

wiejskiej   drogi.   W  każdym   razie   rozparła   szeroko wszystkie cztery nogi i zarżała głośno. 

background image

Dżil  zbladł  —  o tyle,  o  ile  na  to  pozwalała  jego  rumiana  cera —  lecz  został  u  boku  swojej 

kobyłki, bo nie widział innej rady. 

Tak się więc stało, że smok, rozbiwszy cały rycerski zastęp i wciąż prąc dalej naprzód, 

znalazł  się  nagle  oko  w oko  ze  swoim    niedawnym  pogromcą    uzbrojonym  w  Gryzi-ogona. 

Wcale się tego nie spodziewał. Skręcił w locie jak olbrzymi, niezgrabny nietoperz i opadł tuż 

przy  drodze  na  górski  stok.  Siwa  kobyłka  ruszyła  ku  niemu,  zapominając  nawet  o  kulawej 

nodze. Dżil, nabierając nowej otuchy, szybko wdrapał się na siodło. 

— Przepraszam — rzekł — czy przypadkiem może mnie szukałeś? 

—  Doprawdy  nie  —  odparł  Chrysophylax.  —  Któż  by  się  ciebie  mógł  właśnie  tutaj 

spodziewać? Tak sobie wyfrunąłem dla rozrywki. 

—  A  więc  spotkaliśmy  się  tylko  szczęśliwym  trafem  —  rzekł  Dżil.  —  Cała 

przyjemność  po  mojej  stronie.  Ja  bowiem  szukałem  ciebie.  Co  więcej,  mamy  z  sobą,  że tak 

powiem, na pieńku. 

Smok parsknął. Dżil wyciągnął ramię, żeby osłonić się od palącego smoczego oddechu, 

i w tym samym momencie Gryzi-ogon błysnął i świsnął w powietrzu tuż przed nosem bestii. 

— Ejże! — krzyknął smok i cofnął się, a cały ogień w nim przygasł zmrożony strachem. 

— Mam nadzieję, że nie przyszedłeś tu po to, żeby mnie uśmiercić, zacny panie — jęknął. 

— Co znowu! — odparł Dżil. — Nic przecież nie mówię o uśmiercaniu. 

Siwa kobyłka kichnęła. 

—  Pozwól  więc,  że  zapytam,  co  właściwie  robisz  wśród tych  wszystkich  rycerzy — 

rzekł Chrysophylax. — Rycerze zazwyczaj zabijają smoki, chyba że smokom uda się przedtem 

zabić rycerzy. 

— Co wśród nich robię? Nic. Nic a nic mnie z nimi nie łączy — odparł Dżil. — Zresztą 

rycerzy już nie ma. Polegli albo zwiali. Pomówmy lepiej o przyrzeczeniu, które mi złożyłeś w 

dzień Trzech Króli. 

— A cóż o tym można powiedzieć? — spytał smok zaniepokojony. 

—  Termin  upłynął  miesiąc  temu  —  rzekł  Dżil.  —  Zalegasz  z  wypłatą,  więc 

przyszedłem po nią aż tutaj. Powinieneś mnie przeprosić za fatygę, na jaką mnie naraziłeś. 

— Przepraszam — odparł smok. — Szczerze bym wolał, żebyś się nie fatygował i nie 

przychodził. 

— Dawaj zaraz cały swój skarb i nie próbuj żadnych sztuczek — rzekł Dżil — bo cię 

usiekę i powieszę twoją skórę na dzwonnicy kościelnej ku przestrodze innym smokom. 

— Nie bądź dla mnie taki okrutny! — powiedział smok. 

— Umowa jest umową — odparł Dżil. 

background image

— Czy nie pozwolisz mi zatrzymać chociaż kilku pierścieni i garstki złota? Mógłbyś mi 

bodaj tyle opuścić, skoro płacę gotówką — rzekł smok. 

— Ani guzika! — odparł Dżil. 

Targowali się i spierali jeszcze czas pewien niczym na jarmarku. Skończyło się wszakże 

tak, jak musiało się skończyć, bo chociaż Dżilowi można by zarzucić to i owo, trzeba przyznać, 

że targować się umiał znakomicie i mało kto go przegadał przy takiej okazji. 

Smok musiał całą drogę do swojej jamy przejść piechotą, bo Dżil nie odstępował go na 

krok i z bardzo bliska groził wciąż Gryzi-ogonem. Ścieżka wijąca się za-kosami pod górę była 

tak wąska, że ledwie się na niej we dwóch mieścili. Siwa kobyłka szła tuż za swoim panem. 

Musieli tak wędrować pięć mil, i to stromo pod górę, toteż Dżil pocił się i sapał, lecz ani 

na sekundę nie spuszczał smoka z oczu. Wreszcie znaleźli się na zachodnim stoku, u wejścia do 

smoczej  jamy.  Groza  ziała  z  ogromnej  czarnej  czeluści,  którą  zamykały  mosiężne  wrota 

umocowane  na  dwóch  wielkich  żelaznych  słupach.  Była  to  niewątpliwie  za  dawnych,  

niepamiętnych lat dumna i niezdobyta siedziba. Smoki bowiem nie budują same twierdz ani nie 

drążą  podziemnych  tuneli,  lecz  osiedlają  się  w  grobowcach  albo  skarbcach  pozostałych  po 

władcach  i  olbrzymach  dawnych  czasów.  Brama  tego  podziemnego  domu  była  na  oścież 

otwarta  i  Dżil  zatrzymał  się  w  jej  cieniu.  Chrysophylax  aż  do  tej  chwili  nie  miał  okazji  do 

ucieczki, lecz znalazłszy się pod własną bramą sprężył się, żeby dać nura w głąb jaskini. Dżil 

jednak uderzył go płazem miecza. 

—  Stój!  —  rzekł.  —  Nim  wejdziesz  do  swego  domu,  posłuchaj,  co  ci  mam  do 

powiedzenia. Jeżeli nie wrócisz szybko i z przyzwoitym ładunkiem, pójdę za tobą i na zadatek 

dalszych kar obetną ci natychmiast ogon. 

Kobyłka  kichnęła.  Nie  mogła  sobie  wyobrazić,  żeby  Dżil  odważył  się  zapuścić 

samotnie w czeluście smoczej jamy, nawet po pieniądze. Lecz Chrysophylax gotów był w tę 

pogróżkę uwierzyć, bo Gryzi-ogon świecił ogniście  i zdawał się ostry  jak  brzytwa. Kto wie, 

może  tym  razem  smok  miał  rację,  a  siwa  kobyłka  mimo  całej  swej  mądrości  myliła  się,  nie 

rozumiejąc zmiany, która dokonała się w duszy jej pana. Dżil liczył na swoje szczęście, a po 

dwóch zwycięskich spotkaniach nabrał niemal pewności, że żaden w świecie smok nie zdoła 

mu się oprzeć. 

I rzeczywiście Chrysophylax wrócił po krótkiej  chwili  niosąc dwadzieścia  funtów — 

uczciwej  wagi!  —  złota  i  srebra  oraz  skrzynię  pełną  pierścieni,  naszyjników  i  rozmaitych 

klejnotów. 

— Masz! — powiedział. 

background image

— Co takiego? — krzyknął Dżil. — Dwa razy tyle jeszcze byłoby za mało. Głowę dam, 

że to nie jest nawet połowa twojego majątku. 

—  Pewno  że  nie  —  odparł  smok,  stwierdzając  z  przykrością,  że  chłop  zmądrzał  od 

poprzedniej rozmowy we wsi. — Pewno że nie. Ale nie mogę zabrać wszystkiego na raz. — 

Ani na dwa razy, mógłbym się założyć   — rzekł 

 Dżil.  —  Jazda  znowu  do  nory,  a  wracaj  migiem,  jeżeli  nie  chcesz  powąchać 

Gryzi-ogona. 

— Nie chcę! — zawołał smok, wsunął się szybko do jamy i w mig wrócił. — Masz! — 

powiedział zrzucając na ziemię olbrzymi wór złota i dwie skrzynie diamentów. 

— Pofatyguj no się jeszcze raz — rzekł Dżil. — A nie żałuj grzbietu! 

—. Jesteś okrutny — jęknął smok sunąc z powrotem do jamy. 

Wówczas  jednak  siwa  kobyłka  poczuła  się  osobiście  zagrożona.  Kto  będzie  te 

wszystkie ciężary dźwigał do domu? — pytała się w duchu. Spojrzała przy tym na spiętrzone 

wory i skrzynie tak smutnym okiem, że Dżil odgadł jej myśli. 

— Nie  martw się, staruszko — rzekł. — Gad musi  nam cały ten kram dostarczyć  na 

miejsce. 

— Litości! — jęknął smok, który dosłyszał ostatnie zdanie wyłażąc po raz trzeci z jamy 

i taszcząc jeszcze cięższy niż przedtem wór złota oraz mnóstwo klejnotów iskrzących się jak 

zielone  i  czerwone  płomienie.  —  Litości!  Wątpię,  czy  z  takim  ciężarem  dojdę  żywy,  a  jeśli 

każesz dołożyć choć jeden jeszcze worek, nie udźwignę, lepiej już zabij mnie od razu. 

— A więc masz coś jeszcze w swoim skarbcu? — rzekł Dżil. 

—  Owszem  —  odparł  smok  —  tyle,  żeby  nadal  żyć  przyzwoicie.—  Tym  razem 

wyjątkowo powiedział niemal prawdę, a jak się później okazało, mądrze zrobił — Zostaw mi tę 

resztkę!  —  prosił  chytrze.  —  Zyskasz  we  mnie  przyjaciela  na  wieki.  Zaniosę  te  skarby  do 

twojego szanownego domu zamiast na królewski dwór. A co więcej, pomogę ci zatrzymać je 

dla siebie. 

Dżil wyciągnął  lewą ręką wykałaczkę  i dłubiąc w zębie  namyślał  się przez chwilę w 

wielkim skupieniu. Potem rzekł: 

— Niech tak będzie. 

Okazał  chwalebną  powściągliwość.  Gdyby  był  rycerzem,  pewnie  by  nie  ustąpił  i 

zażądał  całego skarbu razem z ciążącą na nim klątwą. Bardzo też prawdopodobne, że  mimo 

strachu  przed  Gryzi-ogonem,  doprowadzony  do  ostatecznej  rozpaczy  smok  rzuciłby  się 

wówczas na niego. A wtedy Dżil albo by zginął, albo zabiłby smoka tracąc w ten sposób swój 

jedyny środek transportu, i musiałby lwią część zdobyczy zostawić w górach. 

background image

Na  tym  się  więc  skończyło.  Dżil  na  wszelki  przypadek  napchał  sobie  kieszenie 

klejnotami i dał do dźwigania kobyłce jeden niewielki, lecz cenny pakunek. Resztę bogactw w 

skrzyniach i worach przytroczył na plecach Chrysophylaksa, który wyglądał z tym wszystkim 

jak ruchomy skarbiec królewski. Z takim obciążeniem, choćby chciał, nie mógłby się wzbić w 

powietrze, zresztą przezorny Dżil spętał mu skrzydła. 

— Powróz rzeczywiście bardzo się przydał — stwierdził, wspominając z wdzięcznością 

radę proboszcza. 

Ruszyli wreszcie w drogę: smok truchcikiem, pocąc się i sapiąc, siwa kobyłka za nim, a 

Dżil ostatni, z błyszczącym groźnie Gryzi-ogonem w ręku. Toteż gad nie ośmielił się próbować 

żadnych sztuczek. 

Pomimo  obciążenia  i  smoka,  i  kobyłki,  droga  powrotna  trwała  krócej  niż  pochód 

rycerskiego  zastępu  w  pierwszą  stronę.  Dżil  bowiem  pospieszał,  między  innymi  dlatego,  że 

miał niewiele prowiantu w sakwach. Poza tym nie ufał Chrysophylaksowi, który raz już złamał 

najuroczystszą przysięgę; maszerując głowił się, jak urządzić nocny popas, żeby nie narazić się 

na śmierć albo na wielką stratę. Zanim jednak noc zapadła, szczęśliwy przypadek pomógł mu 

rozwiązać to trudne zadanie. Spotkał bowiem kilku pachołków z taboru, którzy na kucykach 

umknęli od smoczej napaści i teraz błąkali się po dzikiej okolicy. Na widok smoka chcieli znów 

pierzchnąć w popłochu i zdumieniu, lecz Dżil powstrzymał ich okrzykiem. 

— Stójcie, chłopcy! — zawołał. — Chodźcie tutaj. Mam dla was robotę i będę za nią 

płacił hojnie, póki tych worków starczy. 

Zgodzili się więc do Dżila na służbę uradowani, że znaleźli przewodnika, i zachęceni 

widokami  na  płacę  regularniejszą  niż  u  poprzednich  pracodawców.  Dalej  tedy  jechali  już  w 

liczniejszej kompanii: siedmiu ludzi, sześć kucyków, jedna kobyła i jeden smok. 

Dżil poczuł się wielkim panem i dumnie wydymał pierś. Popasali możliwie najkrócej. 

Na noc Dżil przywiązywał cztery łapy smoka do czterech palików wbitych w ziemię i stawiał 

przy nim wartę, po trzech pachołków na zmianę. Lecz siwa kobyłka i tak spała na jedno oko, 

drugim pilnując, żeby wartownikom nie zachciało się figli na własny rachunek. 

Po trzech dniach wędrówki znaleźli się w granicach własnego kraju,  budząc wszędzie 

we wsiach podziw  i podniecenie, od wieków bowiem  nie widziano nic podobnego na całym 

obszarze między dwoma morzami. W pierwszej wsi, w której zatrzymali się na odpoczynek, 

ofiarowano im za darmo jedzenie i trunki, a połowa miejscowej młodzieży chciała przyłączyć 

się do orszaku. Dżil wybrał dwunastu dzielnych zuchów. Obiecał  im dobrą płacę  i kupił dla 

tych nowych pachołków wierzchowce, najlepsze, jakie w okolicy mógł dostać. Świtały mu już 

w głowie pewne plany. 

background image

Po  całodziennym  odpoczynku  ruszył  dalej  na  czele  powiększonej  kompanii. 

Pachołkowie śpiewali na jego cześć pieśni, proste i na poczekaniu ułożone, lecz miłe dla uszu 

Dżila. Ludzie po drodze wiwatowali, a niejeden też wybuchał śmiechem, bo orszak wyglądał 

równie zabawnie, jak imponująco. 

Wkrótce skręcili na południe, ponieważ Dżil kierował pochód w stronę własnego domu, 

omijając  z  daleka  stolicę  i  nie  wysyłając  żadnych  meldunków  do  króla.  Lecz  nowina  o 

powrocie  zacnego  Aegidiusa  szerzyła  się  jak  płomień  po  kraju,  wywołując  wielki  podziw  i 

zamęt.  Właśnie  bowiem  listy  królewskie,  ogłoszone  po  miastach  i  wsiach,  wezwały  lud  do 

przywdziania żałoby po mężnych rycerzach poległych na wyprawie wśród gór. Gdziekolwiek 

zjawiał się  Dżil, lud zrzucał  żałobę i przy tryumfalnym biciu  w dzwony gromadził się wzdłuż 

drogi wiwatując, machając chustkami, podrzucając w górę czapki. Smoka przy tej sposobności 

tak  poszturchiwano,  że  gorzko  już  żałował  zawartej  ugody.  Ciężkie  bowiem  było  takie 

upokorzenie  dla  potomka  starożytnego  i  możnego  smoczego  rodu.  Gdy  wkraczał  do  Ham, 

wszystkie psy  biegły za nim szczekając wściekle. Z wyjątkiem Garma. On bowiem  nie  miał 

oczu, uszu ani nosa dla nikogo prócz swego pana. Oszalał wręcz ze szczęścia i ustawicznie z 

nadmiaru radości fikał koziołki. 

Rodzinna wieś powitała Dżila oczywiście wspaniale. 

Najbardziej jednak ucieszyło go, że młynarz stracił wreszcie ochotę do kpin, a kowal po 

prostu zbaraniał. 

—  Nie  skończy  się  na  tym,  nie!  Zapamiętajcie  moje  słowa  —  powiedział,  lecz  nic 

bardziej ponurego nie mógł wymyślić i zwiesił markotnie głowę. Dżil z sześciu pachołkami i 

sześciu młodymi zuchami, ze smokiem i całym bagażem wszedł na pagórek i przystanął tu na 

chwilę w milczeniu. Do domu zaprosił ze sobą tylko proboszcza. 

Wkrótce nowina dotarła do stolicy i jej mieszkańcy, zapominając o dworskiej żałobie, a 

nawet o własnych sprawach, wylegli tłumnie na ulice. Powstał zgiełk i ruch. 

Król  tymczasem  w  swoim  pałacu  gryzł  paznokcie  i  szarpał  brodę.  Zmartwiony  i 

gniewny, a w dodatku strapiony kłopotami pieniężnymi, wpadł w tak zły  humor, że nikt nie 

śmiał się do niego odezwać. W końcu jednak zgiełk uliczny doszedł do jego uszu, a nie brzmiał 

wcale jak płacz i narzekanie. 

— Co to za hałasy? — spytał król. — Każcie ludziom wracać do domów i opłakiwać 

klęskę jakoś przyzwoiciej. Wrzeszczą jak gęsi na jarmarku. 

— Smok wrócił, najjaśniejszy panie — odpowiedzieli dworzanie. 

—  Co  takiego?  —  krzyknął  król.  —  Zwołajcie  rycerstwo  czy  przynajmniej 

niedobitków. 

background image

—  Nie  trzeba,  najjaśniejszy  panie  —  odparli.  —Smok  pozwala  się  prowadzić 

Aegidiusowi jak baranek. Tak ludzie mówią. Co prawda nowina dopiero co dotarła do miasta i 

wiadomości są sprzeczne. 

— Wielkie nieba! — rzekł król nagle rozchmurzony. — A myśmy na pojutrze zamówili 

uroczyste egzekwie za duszę tego człowieka! Prędko odwołajcie nabożeństwo. Czy Aegidius 

wiezie z sobą skarby? 

— Wieści głoszą, że całe góry złota, najjaśniejszy panie. 

— Kiedyż przybędą? — spytał żywo król. — Zacny chłop z tego Aegidiusa. Przyjmę go 

natychmiast, jak tylko zjawi się w stolicy. 

Dworzanie  zawahali  się  nieco,  zanim  odpowiedzieli.  W  końcu  któryś  zdobył  się  na 

odwagę i rzekł: 

— Daruj, najjaśniejszy panie, lecz słyszeliśmy, Aegidius skręcił z gościńca do własnego 

domu. Niewątpliwie pospieszy na dwór przy pierwszej sposobności i w odpowiednim stroju. 

—  Niewątpliwie  —  powiedział  król.  —  Do  licha  ze  strojami.  Nie  powinien  był 

wstępować do domu przed złożeniem nam sprawozdania z wyprawy. Jesteśmy z niego bardzo 

niezadowoleni. 

Pierwsza  sposobność  nadarzyła  się  i  minęła,  podobnie  jak  wiele  następnych.  Dżil  od 

tygodnia już z górą bawił w domu, a dwór w dalszym ciągu nie otrzymał od niego ani słowa. 

Dziesiątego dnia król wybuchnął strasznym gniewem. 

— Sprowadzić mi go tutaj! — rozkazał. Posłano gońca. Żeby dostać się do Ham, nawet 

najkrótszą drogą, jeździec potrzebował całego dnia. 

—  Nie  chce  przyjechać,  najjaśniejszy  panie  —  oznajmił  w  dwa  dni  później  drżący 

wysłannik. 

— Do stu piorunów! — krzyknął król. — Powiedz mu, że ma się stawić przed naszym 

obliczem w najbliższy wtorek, a jeżeli nie posłucha, to do śmierci nie wyjrzy z więzienia. 

— Wybacz, najjaśniejszy panie, lecz Aegidius znów odpowiedział, że nie przyjedzie — 

oznajmił bardzo przerażony wysłannik, gdy powrócił we wtorek sam. 

— Do stu piorunów! — krzyknął król. — Sprowadzić go do więzienia zamiast na dwór. 

Posłać  natychmiast  kilku  ludzi  i  niech  przywloką  gbura  zakutego  w  kajdany!  —  ryknął  do 

dworzan. 

—  Ilu  ludzi  posłać?  —  wyjąkał  któryś  niepewnie.  —  Bo  on  przecież  ma  smoka...  i 

Gryzi-ogona... i... 

—  I  miotłę,  i  fujarkę,  i  dudy!  —  krzyknął  król.  Kazał  zaraz  siodłać  białego  konia, 

wezwał  rycerzy,  a  raczej  niedobitków,  oraz  kompanię  zbrojnych  żołnierzy,  poczym  ruszył, 

background image

płonąc  srogim  gniewem.  Mieszkańcy  stolicy  wybiegłszy  ze  swych  domów  patrzyli  na  ten 

odjazd zdumieni. 

Dżil   tymczasem   był   już   nie   tylko   bohaterem, ale również ulubieńcem całego ludu. 

Kiedy orszak królewski mijał miasta lub wsie, ludzie nie wiwatowali na cześć rycerzy i wojska, 

chociaż przed królem jeszcze zdejmowali czapki. W miarę jak król zbliżał się do Ham, witano 

go coraz mniej serdecznie. W niektórych osiedlach mieszkańcy zamykali się w domach i nikt 

nawet nosa nie pokazał na drodze. 

Wówczas płomienny gniew króla przeobraził się w zimną zawziętość. Z posępną twarzą 

stanął  wreszcie  władca  nad  rzeką,  za  którą  leżała  wioska  Ham  i  stał  dom  Aegidiusa.  Król 

postanowił puścić z dymem zagrodę krnąbrnego chłopa. Lecz na moście czekał Dżil na swojej 

siwej  kobyłce,  z  Gryzi-ogonem  w  ręku.  Poza  nim  nie  było  widać  żywej  duszy,  tylko  Garm 

wyciągnął się u nóg swego pana na ziemi. 

—  Dzień  dobry,  najjaśniejszy  panie  — odezwał  się  Dżil,  nie  czekając  na  królewskie 

powitanie i z jak najweselszą miną. 

Król zimno zmierzył go wzrokiem. 

—  Nie  umiesz  zachować  się,  jak  przystało  w  naszej  obecności  —  rzekł  —  mimo  to 

powinieneś był stawić., się, skoro cię wzywaliśmy. 

— Wcale mi to do głowy nie przyszło, słowo daję, najjaśniejszy panie — odparł Dżil. 

— Mam pełne ręce roboty w tym  swoim gospodarstwie, a  już  i tak dużo czasu straciłem  na 

twoje, królu, posyłki. 

— Do stu piorunów! — krzyknął król, znowu wpadając w płomienny gniew. — Niech 

cię  diabli  wezmą  razem  z  twoją  bezczelnością.  Skoro tak,  nie  spodziewaj  się  od  nas  żadnej 

nagrody.  Będziesz  miał  szczęście,  jeśli  cię  szubienica  ominie.  Bo  wiedz,  że  każemy  cię 

powiesić, jeżeli natychmiast nie przeprosisz nas i nie oddasz naszego miecza. 

— Ejże! — odparł Dżil. — Co do nagrody, to ją sobie sam już wziąłem. Co w garści, to 

moje, jak tu u nas mówią. A co do miecza, to Gryzi-ogonowi lepiej u mnie niż na królewskim 

dworze. Ale dlaczego zabrałeś z sobą, najjaśniejszy panie, tylu rycerzy i wojsko? — spytał. — 

Jeżeli wybrałeś się do mnie w odwiedziny, wolałbym cię gościć w mniejszej kompanii. A jeżeli 

chciałbyś mnie porwać siłą, będziesz musiał przyprowadzić większą armię. 

Królowi aż dech zaparło ze złości, a rycerze poczerwienieli i zadarli nosy. Lecz kilku 

żołnierzy uśmiechnęło się za plecami króla. 

— Oddaj mi miecz! — krzyknął monarcha odzyskująć głos, lecz zapominając o liczbie 

mnogiej należnej majestatowi. 

background image

— Oddaj koronę! — odparł Dżil. Tak zuchwałe słowa nie padły jeszcze z niczyich ust 

od zarania Średniego Królestwa. 

— Do stu piorunów! Bierzcie go! Wiążcie! — krzyknął król, w zrozumiałym gniewie 

tracąc  do  reszty  panowanie  nad  sobą.  —  Na  co  czekacie?  Brać  go  do  niewoli  albo  utłuc  na 

miejscu! 

Żołnierze zrobili krok naprzód. 

— Ratuj, ratuj, ratuj! — krzyknął Garm. 

I w tym momencie spod mostu wychynął smok. Leżał ukryty, zanurzony w głębinie pod 

drugim brzegiem j rzeki. Buchała z niego para, bo opił się wody. Natychmiast też otoczył go 

kłąb gęstej mgły, z której świeciły tylko czerwone ślepia. 

— Precz stąd, głupcy! — ryknął. — Bo was na sztuki rozedrę. Dość już rycerzy padło 

trupem na  górskiej przełęczy,  jeszcze  chwila,  a reszta rycerstwa  zginie, w tej rzece, z nią zaś 

razem królewskie konie i królewskie wojsko. 

Skoczył i jeden pazur wbił w skórę białego królewskiego wierzchowca. Rumak wspiął 

się, zawrócił i pomknął  jak  sto  piorunów,  które  król  tak  pochopnie przyzywał. Inne konie 

poszły  natychmiast  za  jego  przykładem:  wiele  spośród  nich  zawarło  przedtem  w  górach 

znajomość z Chrysophylaksem i nie zachowało o nim wcale miłego wspomnienia. Żołnierze 

rozbiegli się we wszystkie strony, byle dalej od Ham. 

Biały rumak był tylko lekko draśnięty i jeździec nie pozwolił  mu  uciec  daleko.  Król  

po  krótkiej   chwili zmusił go do powrotu. Nad swoim wierzchowcem bądź co bądź jeszcze 

panował; nikt też nie śmiałby o królu powiedzieć, że uląkł się jakiegokolwiek człowieka lub 

smoka  pod  słońcem.  Gdy  stanął  znów  nad  rzeką,  mgła  już  się  rozwiała,  ale  zwiali  również 

rycerze i wojsko. Inna też była teraz rozmowa: król sam jeden stał przed tęgim chłopem, który 

miał u boku Gryzi-ogona i smoka. 

Nie  zdały  się  jednak  na  nic  rokowania.  Dżil  był  uparty.  Ani  ustąpić,  ani  bić  się  nie 

chciał, chociaż go Augustus Bonifacius uroczyście wyzwał na pojedynek. 

— Nie, najjaśniejszy panie — odparł ze śmiechem. — Wracaj do domu i ochłoń trochę. 

Nie chciałbym ci krzywdy zrobić, ale życzliwie radzę, zabieraj się stąd co prędzej, bo za smoka 

nie mogę odpowiadać. Do widzenia! 

Tak skończyła się Bitwa na Moście w Ham. Król nie dostał grosza z całego smoczego 

skarbu i nie słyszał ani słówka skruchy z ust Dżila, który był teraz bardzo już dobrego o sobie 

mniemania. Co więcej, od tego dnia skończyła się władza Średniego Królestwa nad tą okolicą. 

Ludzie w promieniu dziesięciu mil wokół Ham uważali Dżila za swojego władcę. Król mimo 

wszystkich swoich wspaniałych tytułów nie mógł znaleźć człowieka, który zgodziłby się stanąć 

background image

do walki z buntownikiem Aegidiusem. Aegidius bowiem stał się ulubieńcem ludu i bohaterem 

legendy. Nie udało się też w żaden sposób zagłuszyć pieśni sławiących jego czyny. Najbardziej 

rozpowszechnił się poemat w stu heroikomicznych zwrotkach opiewający spotkanie na moście. 

Chrysophylax długo pozostał w Ham i bardzo był dla Dżila   pożyteczny.   Człowiek   

bowiem,   który   posiada oswojonego   smoka,   cieszy   się   z  natury   rzeczy   powszechnym  

szacunkiem.   Za  pozwoleniem  proboszcza gad mieszkał w spichrzu, gdzie przedtem składano 

datki z dziesięciny. Pilnowało jeńca dwunastu zuchów. Dało to początek pierwszemu tytułowi, 

jakim  obdarzono  Dżila:  “Dominus  de  Domito      Serpente",      co  znaczy  “Pan  oswojonego 

smoka",  a  po  angielsku  brzmi:  “Lord  of    the  Tame  Worm";  dla        krótkości        mówiono  

zazwyczaj  po prostu: “Lord of Tame". Pod  tym  mianem Dżil zyskał szeroką sławę, lecz nadal 

płacił królowi symboliczną daninę: sześć wolich ogonów i miarkę piwa. Dostarczał te dary na 

dwór w dzień świętego Mateusza  jako w  rocznicę spotkania  na moście. Po pewnym czasie 

otrzymał tytuł earla i tak przytył, że coraz trudniej było na nim pas dopiąć. 

W parę lat później został księciem, a jako książę Julius Aegidius nie płacił już królowi 

daniny. Rozporządzając bajecznym majątkiem, zbudował sobie wspaniały dwór i zgromadził 

potężne  wojsko.  Jego  żołnierze  byli  dzielni  i  weseli,  uzbrojeni  w  najlepszy  oręż,  jaki 

podówczas  można  było kupić za drogie pieniądze Każdy z dwunastu zuchów awansował  na 

kapitana. Garm nosił złotą obrożę i miał prawo włóczyć się do woli po całej okolicy, dumny i 

szczęśliwy, dość jednak nieznośny dla swoich współbraci, ponieważ od wszystkich psów żądał 

dla siebie czci należnej jego groźnemu wspaniałemu panu. Siwa kobyłka spędziła resztę życia 

spokoju i nigdy nie zdradziła, co myśli o tej całej historii. 

W  końcu  Dżil  został  królem,  królem  Małego  Królestwa.  Ukoronowano  go  w  Ham  i 

przybrał  imię  Aegidius Oraconarius. Pospolicie  jednak  mówiono o nim Dżil  Worming, czyli 

tępiciel  smoków.  Na  nowym  dworze  panował  bowiem  język  ludowy;  nigdy  też  Dżil  nie 

wygłaszał przemówień w uczonej łacinie. Żona jego w roli królowej wyglądała nader okazale i 

godnie, przestrzegała surowo porządku i oszczędności w gospodarstwie. Nikt nie przechytrzył 

królowej Agaty ani jej nie śmiał lekceważyć, bo też ważyła sporo. 

Tak  płynęły  lata,  aż  Dżil  postarzał  się,  siwa  broda  sięgała  mu  po  kolana  i  pełen  był 

majestatu pośród dostojnego dworu, którego członków często i hojnie nagradzał za prawdziwe 

zasługi. Stworzył zupełnie nowy zakon rycerski: Strażników Gada. Zakon miał na sztandarze 

wyhaftowanego smoka, a najwyższe godności piastowało w tym gronie dwunastu zuchów. 

Trzeba przyznać, że Dżil zawdzięczał swoje wywyższenie w znacznej mierze szczęściu, 

lecz  dał  dowody  mądrości  umiejąc  szczęście  dobrze  wykorzystać.  Zarówno    szczęście,    jak 

rozum  zachował    do    końca    swoich  dni,  na  czym  bardzo  dobrze  wyszli  wszyscy  jego 

background image

przyjaciele    i    sąsiedzi.  Proboszcza  wynagrodził    szczodrze,  nawet  kowalowi  i  młynarzowi 

oberwało się coś niecoś. Stać było Dżila na wspaniałomyślność. Jednakże gdy wstąpił na tron, 

wydał  nowe prawo zakazujące ponurych  przepowiedni,   a  młyny   przejął  pod  wyłączny 

królewski zarząd. Kowal porzucając dawny zawód założył przedsiębiorstwo pogrzebowe, lecz 

młynarz znalazł się  pośród najbardziej  uniżonych sług korony. Proboszcz został biskupem i za 

stolicę swojej diecezji obrał wieś Ham, rozbudowując odpowiednio tutejszy kościół. 

Kto  po  dziś  dzień  mieszka  na  obszarze  Małego  Królestwa,  znajdzie  w  tej  historii 

wyjaśnienie zachowanych do naszych czasów nazw niektórych miast i wsi. Biegli bowiem w 

tej dziedzinie uczeni powiadają, że Harm stolicę Małego Królestwa, zaczęto z czasem nazywać 

Tame, na skutek zrozumiałego pomieszania  tytułów: Lord of Ham i Lord of Tame. Nazwa ta 

dotrwała do naszej epoki, choć piszemy ją Thame; wstawienie “h" jest kaprysem niczym nie 

usprawiedliwionym. Ród Draconariusow zbudował sobie ku pamięci smoka wspaniały dwór o 

cztery mile na północ od Tame, w miejscu, gdzie Dżil po raz pierwszy spotkał Chrysophylaksa. 

Dwór ten  zasłynął  w  całym  królestwie  jako  Aula  Draconaria,      czyli      w  języku      ludowym   

Worminghall,   od przezwiska i godności króla. 

Krajobraz  zmienił  się  od  tamtych  czasów,  wiele  królestw  upadło,  wiele  innych 

powstało. Lasy wycięto, rzeki skręciły w inne łożyska, a górom, chociaż przetrwały, wiatry i 

deszcze  starły  wierzchołki.  Tylko  nazwa  została.  Co  prawda  ludzie  wymawiają  ją  teraz: 

Wunnle — tak przynajmniej  słyszałem —  bo wsie utraciły dawną dumę. Lecz za czasów, o 

których mówi nasze opowiadanie, miejscowość ta nazywała się Worminghall i była królewską 

siedzibą, a sztandar ze smokiem powiewał nad koronami drzew. Życie tam płynęło pomyślnie i 

wesoło, póki Gryzi-ogon czuwał nad krajem. 

background image

 

  

POSŁOWIE 

 

Chrysophylax często upominał się o wolność. Okazało się, że jego wyżywienie coraz 

drożej kosztuje, ponieważ rósł nieustannie; smoki, tak jak drzewa, rosną przez całe życie. Toteż 

po  kilku  latach,  gdy  Dżil  czuł  się  już  mocno  utwierdzony  na  swoim  tronie,  pozwolono 

biednemu  gadowi  wrócić  do  domu.  Rozstali  się  z  Dżilem  wśród  wzajemnych  zapewnień 

szacunku i zawarli obustronny pakt nieagresji. W głębi swego przewrotnego serca smok żywił 

dla Dżila uczucia o tyle przyjazne, o ile smoki są w ogóle do przyjaźni zdolne. Bądź co bądź 

istniał  Gryzi-ogon.  Dżil,  gdyby  chciał,  mógł  Chrysophylaksa  zabić  albo  pozbawić  resztek 

skarbu. A tymczasem w podziemiach smoczej jamy przechował się spory majątek — czego się 

Dżil trafnie od początku domyślał. 

Chrysophylax wrócił w góry powolnym, ciężkim lotem, bo skrzydła, przez wiele lat nie 

używane,  straciły  sprawność,  a  wzrostu  i  wagi  przybyło.  Po  przybyciu  w  rodzinne  strony 

musiał Chrysophylax  najpierw wypędzić  młodego smoka, który ośmielił  się zająć  jego  jamę 

korzystając  z  nieobecności  prawowitego  właściciela.  Zgiełk  walki  słychać  było  podobno  w 

całej  Venedotii.  W  końcu,  pożarłszy  z  wielkim  apetytem  zwyciężonego  przeciwnika, 

Chrysophylax  nabrał otuchy, rany doznanych upokorzeń zasklepiły  się w jego sercu i zasnął 

długim,  pokrzepiającym  snem.  Kiedy  się  wreszcie  zbudził,    ruszył    zaraz  na  poszukiwanie 

największego i najgłupszego z olbrzymów, który dawno, dawno temu w  pewną  letnią  noc   

zapoczątkował    całą      awanturą,  i  Chrysophylax  powiedział    mu  parę  słów  prawdy,    co  

nieboraka omal dosłownie nie zmiażdżyło. 

— A więc to był garłacz! — rzekł drapiąc się w głowę. — A ja myślałem, że mnie giez 

ukłuł. 

Finis  

czyli w pospolitym języku: 

 

KONIEC 

background image

KOWAL Z PODLESIA WIĘKSZEGO 

 

 

 

Kiedyś — niezbyt dawno temu dla ludzi obdarzonych długą pamięcią i niezbyt daleko 

dla  tych,  którzy  mają  długie  nogi  —  była  wieś,  nie  bardzo  duża,  lecz  nazywana  Podlesie 

Większe, ponieważ w odległości kilku mil od niej kryło się w kępie drzew Podlesie Mniejsze. 

Wieś była w swoim czasie zamożna i mieszkało tam sporo ludzi dobrych, sporo złych i sporo 

średnich, jak wszędzie. 

Wieś ta była na swój sposób niezwykła, słynęła bowiem w całej okolicy z biegłych w 

zawodzie  rzemieślników,  a  szczególnie  ze  znakomitej  kuchni.  Miała  ogromną  Kuchnię, 

należącą do rady gromadzkiej, a urzędujący tam Kuchmistrz cieszył się ogólnym poważaniem. 

Kuchnia  oraz  dom  Kuchmistrza  przytykały  do  świetlicy  gromadzkiej,  największego  i 

najpiękniejszego  budynku  we  wsi.  Zbudowano  go  z  solidnego  kamienia  i  solidnego  dębu  i 

utrzymywano starannie, chociaż już go nie malowano i nie zdobiono złoceniami jak niegdyś; w 

świetlicy  odbywały  się  zebrania,  narady,  publiczne  bankiety  i  rodzinne  uroczystości. 

Kuchmistrz  miał  pełne  ręce  roboty,  bo  przy  każdej  takiej  okazji  musiał  przyrządzać 

odpowiednie dania. Uczty wyprawiano często i w różnych porach roku, a za “odpowie-dnie" 

uważano dania liczne, obfite i tłuste. 

Ze  szczególnym  upragnieniem  czekali  wszakże  wszyscy  na  pewien  festyn,  jedyny  w 

ciągu  zimy,  trwający  przez  cały  tydzień  i  kończący  się  o  zachodzie  słońca  ostatniego  dnia 

zabawą  zwaną  “Biesiadą  grzecznych  dzieci".  Zapraszano  na  nią  tylko  nielicznych  gości. 

Niewątpliwie pomijano niektórych godnych tego za-szczytu, a znowu innych, wcale na to nie 

zasługujących, zapraszano przez pomyłkę, tak to już jest na świecie, nawet gdy organizatorzy 

bardzo się starają robić wszystko jak najlepiej. Tak czy inaczej, o uczestnictwie w tej zabawie 

rozstrzygała głównie data narodzin dziecka, bo biesiada taka odbywała się raz na dwadzieścia 

cztery lata i zapraszano tylko dwudziestu czterech gości. Okazja ta wymagała od Kuchmistrza 

specjalnego  wysiłku  i  musiał  prócz  mnóstwa  innych  przysmaków  podawać  na  deser  Wielki 

Tort. Od tego, czy tort udał się bardziej czy mniej wspaniale, zależała sława Kuchmistrza, bo 

prawie żaden z nich nie pełnił swoich funkcji tak długo, by mieć sposobność popisania się tym 

arcydziełem więcej niż raz w życiu. 

Kiedyś   jednak   urzędujący   Kuchmistrz   zaskoczył wszystkich,  zrobił bowiem  coś,  

co się  jeszcze  nigdy przedtem nie zdarzyło: oznajmił, że potrzebuje urlopu i wyruszył w drogę 

nie wiadomo dokąd, a po kilku miesiącach wrócił bardzo zmieniony. Zawsze był poczciwy  i 

background image

cieszył  się,  gdy  inni  się  bawili,  lecz  sam  miał  usposobienie  poważne  i  mało  mówił.  Teraz 

poweselał  często  żartował  lub  rozśmieszał  ludzi  figlami,  a  pod  czas  uczt  śpiewał  wraz  z 

biesiadnikami  wesołe  piosenki,  co  wcale  nie  należało  do  obowiązków  Kuchmistrza  Ku 

wielkiemu zdumieniu mieszkańców wsi przyprowadził też z sobą terminatora. 

Nikogo  nie  dziwiło,  że  chciał  mieć  ucznia.  To  było  zgodne  ze  zwyczajami.  Każdy 

Kuchmistrz we właściwym   czasie   wybierał  sobie   terminatora  i   uczył  go wszystkiego, co 

sam  umiał.  W  miarę  jak  im  obu  przy-bywało  lat,  uczeń  przejmował  coraz  bardziej 

odpowiedzialne zadania tak, że gdy mistrz odchodził na emeryturę lub na tamten świat, mógł 

go  zastąpić  i  odziedziczyć  jego  godność.  Ale  ten  Kuchmistrz  nie  okazywał  ochoty,  żeby 

przyjąć kogoś na naukę. “Nic pilnego" — mawiał. Albo: “Oczy mam otwarte, rozglądam się, 

jak  znajdę  kogoś  odpowiedniego,  to  go  wezmę  do  terminu".  Teraz    niespodziewanie  

przyprowadził    z    sobą    obcego  spoza  wioski,    niemal  dzieciaka  jeszcze.    Chłopiec  był 

zwinniejszy i bystrzejszy niż większość jego miejscowych   rówieśników   i   bardzo   grzeczny,   

a      głos    miał  dźwięczny  i  przyjemny,  lecz  wydawał  się  niedorzecznie  młody,  nie  dorosły 

jeszcze  do  takiej  pracy:  wyglądał  na  niewiele  więcej  niż  dziesięć  lat.  Jednakże  wybór 

terminatora   należał   do   Kuchmistrza,   nikt   nie   miał prawa wtrącać się w jego sprawy, 

chłopiec więc został we wsi i kwaterował w domu Kuchmistrza,  dopóki nie dorósł do wieku, 

gdy mógł sobie poszukać samodzielnego mieszkania. Ludzie przywykli do jego obecności, a 

kilku rówieśników nawet się z nim zaprzyjaźniło. Przyjaciele i Kucharz mówili mu po imieniu: 

Alf — inni nazywali go po prostu Terminatorem. 

W trzy  lata później  Kuchmistrz zgotował gromadzie wioskowej  nową niespodziankę. 

Pewnego  wiosennego  ranka  zdjął  z  głowy  wysoką  białą  czapkę,  złożył  porządnie  śnieżny 

fartuch,  powiesił  na  kołku  białą  bluzę,  i  odszedł  zabierając  tylko  tęgi  jesionowy  kij  i  mały 

worek. Pożegnał się z Terminatorem, lecz nikt poza tym nie był świadkiem jego odejścia. 

— Do widzenia,  Alfie — powiedział. — Zostawiam ci  Kuchnię, pracuj  jak potrafisz 

najlepiej, a wiem, że potrafisz doskonale. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie gładko. Jeśli się 

kiedyś  spotkamy,  opowiesz  mi,  co  się  tu  działo  po  moim  odejściu.  Zawiadom  ludzi,  że 

wybrałem się znów na urlop, ale tym razem nie zamierzam wrócić. 

Wielkie powstało we wsi poruszenie, gdy Terminator ogłosił tę nowinę ludziom, którzy 

zebrali się w Kuchni. 

— Kto słyszał tak postępować! — wykrzykiwali. — Ani nas nie uprzedził, ani się nie 

pożegnał! Co teraz zrobimy? Nie zostawił następcy... 

background image

Wśród tych narzekań nikomu do głowy nie przyszło, żeby Terminatora awansować na 

Kuchmistrza.  Chłopak  wprawdzie  wyrósł,  ale  wciąż  wyglądał  bardzo  młodo,  a  zresztą 

praktykował zaledwie od trzech lat. 

W końcu z braku lepszego kandydata mianowano Kuchmistrzem pewnego człowieka ze 

wsi, który umiał jako tako gotować, przynajmniej skromne dania. Za młodu nieraz pomagał w 

Wielkiej  Kuchni,  gdy  był  tam  nawał  roboty,  lecz  Mistrz  go  nie  lubił  i  nie  chciał  przyjąć  do 

terminu. Był to solidny mężczyzna, miał żonę i dzieci i dbał o pieniądze. 

— Ten przynajmniej nie opuści nas bez uprzedzenia — mówiono — a skromna kuchnia 

bądź  co  bądź  lepsza  niż  żadna.  Do  uroczystości  Wielkiego  Tortu  mamy  jeszcze  siedem  lat, 

przez ten czas Kuchmistrz nabierze wprawy i chyba sobie poradzi. 

Kołek — bo tak się ten człowiek nazywał — bardzo był rad z takiego obrotu sprawy. Od 

dawna  marzył  o  godności  Kuchmistrza  i  nie  wątpił,  że  sprosta  swoim  nowym  obowiązkom. 

Nieraz  przedtem,  gdy  się  znalazł  sam  w  Kuchni,  przymierzał  wysoką  białą  czapkę  i 

przeglądając się w polerowanej patelni mruczał do siebie: 

— Moje uszanowanie, Mistrzu! Do twarzy ci w tej czapce, a pasuje, jakby ją specjalnie 

na twoją miarę zrobiono! Mam nadzieję, że powiedzie ci się świetnie. 

Wszystko rzeczywiście szło niezgorzej, bo Kołek na początku bardzo się starał i miał 

terminatora  do  po-mocy:  podpatrując  go  ukradkiem  wiele  się  od  chłopca  nauczył,  chociaż 

nigdy by się do tego nie przyznał. Czas płynął, zbliżała się data Festynu Dwudziestu Czterech i 

Kuchmistrz  musiał  pomyśleć  o  swoim  Wielkim  Torcie.  W  skrytości  serca  niepokoił  się,  bo 

wprawdzie  po  siedmiu  latach  praktyki  umiał  już  nieźle  piec  ciasto  i  ciastka  na  mniej  ważne 

okazje, wiedział jednak, że Wielki Tort to zupełnie inna sprawa: wszyscy z ciekawością tego 

dzieła oczekują  i  będą  je surowo oceniali. Trzeba było zadowolić  nie tylko dzieci,  bo wedle 

zwyczaju, dorośli, którzy pomagali w przygotowaniach do uroczystości, dostawali drugi tort, 

mniejszy, ale zrobiony z tych samych składników i w ten sam sposób. Liczono przy tym, że 

Kuchmistrz nie po-wtórzy dzieła żadnego ze swoich poprzedników, lecz wymyśli coś zupełnie 

nowego i niespodziewanego. 

Kołek uważał, że Wielki Tort przede wszystkim powinien być bardzo słodki i bogaty; 

postanowił  też,  że  cały  będzie  oblany  lukrem  (co  Terminator"  umiał  robić  nadzwyczaj 

zręcznie).  “W  ten  sposób  będzie  wyglądał  ładnie  i  czarodziejsko"  —  myślał.  Nie  znał  zbyt 

dobrze  gustu  dzieci,  ale  wiedział,  że  lubią  słodycze  i  czarodziejskie  bajki.  Sam  od  dawna 

wyrósł z upodobania do baśni, przepadał jednak w dalszym ciągu za słodyczami. 

—  Tort  ma  wyglądać  jak  zaczarowany...  —  powie-dział.  —  To  mi  nasuwa  pewną 

myśl... 

background image

Przyszło mu do głowy, żeby na szczycie pośrodku tortu ustawić laleczkę w białej sukni, 

dać jej do ręki miniaturową różdżkę zakończoną szychową gwiazdką i otoczyć stopy napisem z 

różowego lukru: “Królowa wróżek". 

Przygotowując  ingrediencje  do  swego  arcydzieła  stwierdził,  że  ma  bardzo  mętne 

wyobrażenie o tym, co powinno się dodawać do tortu. Zaczął więc szperać w starych księgach 

z  przepisami  kulinarnymi,  które  zostawili      dawni      kuchmistrze;      z      trudem      zdołał   

odcyfrować ich pismo, a recepty oszołomiły go, wymieniano w nich bowiem różne rzeczy, o 

których nigdy w życiu nie słyszał, inne zaś, o których nie pamiętał i których nie mógł naprędce 

zdobyć. Zdecydował się użyć   paru   przypraw   korzennych,   o   których   księgi wspominały. 

Skrobiąc się w głowę pomyślał o starej czarnej szkatułce z mnóstwem przegródek: poprzedni 

Kuchmistrz w niej przechowywał przyprawy i różne ozdoby   przeznaczone   do   szczególnie   

wykwintnych ciast.  Kołek,  odkąd objął swój urząd,  nigdy do tej szkatułki nie zaglądał, lecz 

teraz po dość długim poszukiwaniu odnalazł ją na najwyższej półce w spiżarni. Zdjął ją z półki, 

zdmuchnął kurz z wieczka i otworzył; niestety były tam tylko resztki przypraw korzennych,  w  

dodatku   zeschnięte  i    spleśniałe.    W      jednej  wszakże  przegródce,  w  samym  kąciku,  leżała 

maleńka gwiazdka,   nie   większa   niż   sześciopensowa   moneta, prawdopodobnie   ze   srebra,   

lecz   sczerniała   ze   starości. 

— A to zabawne! — rzekł podnosząc gwiazdkę ku światłu. 

—  Nie!  —  rozległ  się  za  jego  plecami  głos  tak  nieoczekiwany,  że  Kołek  aż  się 

wzdrygnął.  Terminator  nigdy  jeszcze  nie  przemówił  do  Mistrza  takim  tonem;  co  prawda  w 

ogóle  rzadko  się  do  niego  odzywał,  chyba  tylko  wtedy,  gdy  go  zwierzchnik  o  coś  pytał. 

Słusznie, bo tak przystało chłopcu, który wprawdzie był zręczny w zdobieniu ciast lukrem, lecz 

w innych sprawach powinien — zdaniem Kołka — milczeć i uczyć się od Mistrza. 

— Co masz na myśli, młody człowieku? — spytał Kuchmistrz, mocno niezadowolony. 

— Nie zabawna? Wiec jaka? 

—  Czarodziejska  —  odparł  Terminator.  —  Pochodzi  z  Krainy  Czarów.  Kuchmistrz 

wybuchnął śmiechem. 

— Niech i tak będzie — powiedział. — Na jedno wychodzi, możesz ją nazywać, jak ci 

się podoba. Kiedyś dorośniesz i zmądrzejesz. Na razie zabierz się do drylowania rodzynków. 

Jeśli zauważysz w nich coś czarodziejskiego, nie omieszkaj mnie zawiadomić. 

— Co zamierzacie zrobić z tą gwiazdką, Mistrzu? — spytał Terminator. 

—  Wsadzę  ją  oczywiście  do tortu  — rzekł  Kuchmistrz.  —  Nada  się  w  sam  raz, tym 

bardziej  jeżeli  jest  zaczarowana  —  dodał  z  drwiącym  uśmiechem.  —  Bywałeś  pewnie,  i  to 

jeszcze niedawno, na dziecięcych zabawach i pamiętasz, ile jest uciechy, kiedy malcy znajdują 

background image

ukryte w cieście rozmaite cacka, drobne pieniążki i tym podobne skarby. W naszej wsi często 

się to robi dla zabawienia dzieciaków. 

—  Ale  to  nie  jest  zwykłe  cacko,  Mistrzu,  to  czarodziejska  gwiazda  —  odparł 

Terminator. 

—  Już  mi  to  mówiłeś  —  warknął  Kuchmistrz.  —  Powiem  o tym  dzieciom,  będą  się 

śmiały. 

— Sądzę, że nie wyda im się to wcale śmieszne — rzekł Terminator. — Ale owszem, to 

dobry pomysł, nie mam nic przeciw temu. 

— Nie masz nic przeciw temu? Zapominasz, do kogo mówisz, chłystku! — oburzył się 

Kołek. 

Wielki  tort  został  we  właściwym  czasie  przygotowany,  upieczony  i  polukrowany,  a 

prawie wszystko rękami Terminatora. 

— Skoro tak lubisz czary, pozwolę ci zrobić figurkę Królowej Wróżek — powiedział do 

niego Kołek. 

— Dobrze, Mistrzu — odparł Alf. — Wyręczę was, skoro macie za dużo roboty. Ale to 

wasz pomysł, nie mój. 

Podczas    festynu      tort    królował    pośrodku      długiego  stołu,  otoczony  wieńcem  z 

dwudziestu czterech czerwonych świec. Na jego wierzchu wznosiła się niewielka biała góra, a 

na zboczach góry rosły miniaturowe drzewka błyszczące jakby od szronu, na szczycie zaś stała 

maleńka figurka z jedną nóżką wzniesiona niby tańcząca Królewna Śnieżka; w ręku trzymała 

maleńką różdżkę z lukru roziskrzoną w blasku. 

Dzieci  otwierały  szeroko  oczy  z  podziwu,  a  kilkoro  z  nich  zaczęło  klaskać  wołając: 

“Jaka  śliczna  czarodziejska  góra!"  Kuchmistrz  bardzo  się  z  tego  cieszył,  lecz  Terminator 

zdawał  się  niezadowolony.  Obaj  byli  obecni  w  sali,  bo  Kuchmistrz  miał  w  odpowiednim 

momencie  pokroić  tort,  a  Terminator  trzymał  wyostrzony]  nóż,  żeby  go  podać  w  ostatniej 

chwili swemu zwierzchnikowi. 

Wreszcie Kuchmistrz wziął nóż i podszedł do stołu.; 

— Muszę wam powiedzieć, kochane dzieci — przemówił — że pod tą prześliczną górą 

lukru jest tort zrobiony z mnóstwa pysznych rzeczy do jedzenia, ale zmieszałem z nimi także 

mnóstwo ładnych drobiazgów, świecidełek, pieniążków i innych cacek. Podobno znalezienie 

czegoś  takiego  w  porcji  tortu  przynosi  szczęście.  W  torcie  są  dwadzieścia  cztery  cacka, 

powinno  więc  przypaść  po  jednym  każdemu  z  was,  jeśli  Królowa  Wróżek  okaże  się 

sprawiedliwa. Niestety  nie zawsze tak się dzieje, bo wróżki są kapryśne  i  lubią płatać różne 

background image

figle.  Zapytajcie  pana  Terminatora, on  je  zna!  Terminator odwrócił  głowę  od  Kuchmistrza  i 

obserwował wyraz dziecinnych twarzyczek. 

—  Aj,  byłbym  zapomniał!  —  podjął  znów  Kuchmistrz.  —  Dziś  w  torcie  jest 

dwadzieścia pięć niespodzianek, bo włożyłem także do ciasta małą srebrną gwiazdkę, bardzo 

niezwykłą, zaczarowaną, jak twierdzi pan Termirator. Uważajcie, dzieci, żeby ktoś na niej nie 

złamał przedniego zęba, bo wtedy nawet zaczarowana gwiazda nie pomoże i ząb nie odrośnie. 

Mimo to jestem pewny, że przyniesie szczęście temu, kto ją znajdzie. 

Tort wszystkim smakował, nikt nie mógł mu zarzucić nic poza tym, że nie był ani trochę 

większy niż trzeba. Każdy dostał spory kawałek, lecz nic nie zostało na dokładki. Porcje szybko 

znikały,  i  co  chwila  ktoś  znajdował  na  swoim  talerzyku  jakiś  drobiazg  lub  pieniążek. 

Niektórym dzieciom trafiło się tylko jedno cacko, niektórym — dwa, a jeszcze innym nic, bo ze 

szczęściem zawsze tak bywa, niezależnie od tego, czy przy  jego rozdziale asystuje  figurka z 

różdżką, czy nie. Wreszcie zjedzono cały tort, lecz nikt nie znalazł za-czarowanej gwiazdki. 

— Nie do wiary! — dziwił się Kołek — Widocznie wbrew pozorom nie była ze srebra i 

stopniała. A może pan Terminator miał rację twierdząc, że jest zaczarowana. Zniknęła, wróciła 

do Krainy Czarów. Nieładnie z jej strony, bardzo nieładnie. — Zerknął z głupawym uśmiechem  

na  Terminatora,  który  odpowiedział  bez uśmiechu poważnym spojrzeniem. 

Srebrna gwiazdka była naprawdę zaczarowana, Terminator nie mógł się mylić w takich 

sprawach.  Pewien  mały  chłopiec  uczestniczący  w  uczcie  połknął  ją  nic  nie  zauważywszy, 

chociaż  nie  przegapił  tkwiącej  w  jego  porcji  tortu  małej  srebrnej  monety  i  oddał  sąsiadce, 

dziewczynce  imieniem  Nell,  która  ogromnie  się  martwiła,  że  w  jej  kawałku  tortu  nie  było 

żadnej niespodzianki. Chłopiec czasem zadawał sobie pytanie, gdzie się podziała gwiazdka; nie 

wiedział, że ją nosi w sobie, ukrytą w takim miejscu, że jej wcale nie czuł; wszystko to stało się 

zgodnie z pewnym planem. Gwiazdka miała czekać w ukryciu aż do wyznaczonego dnia. 

Festyn  odbył  się  w  połowie  zimy,  teraz  zaś  nad-szedł  czerwiec,  noce  były  krótkie  i 

prawie  białe.  Chłopiec  wstał  przed  świtem,  nie  chciało  mu  się  spać:  były  to  jego  dziesiąte 

urodziny.  Wyjrzał  przez  okno.  Świat  zdawał  się  cichy,  jakby  na  coś  ważnego  wyczekiwał. 

Lekki,  rześki  i  pachnący  wietrzyk  poruszał  gałęziami  przebudzonych  drzew.  Potem  brzask 

rozjaśnił  niebo,  a  chłopiec  usłyszał,  jak  gdzieś  bardzo  daleko  ptaki  zaczęły  swoją  poranną 

pieśń, która przybliżała się, wzbierała, aż w końcu przeleciała nad nim wypełniając całą okolicę 

i odpłynęła niby fala muzyki na za-chód, kiedy słońce wstało nad krawędzią świata. 

—  To  mi  przypomina  Krainę  Czarów  —  powiedział  głośno  —  ale  tam  ludzie  też 

śpiewają. — I zaczął śpiewać głosem wysokim i czystym dziwne słowa, które jak gdyby nagle 

odnalazł  w pamięci, a wówczas gwiazda wypadła mu z ust, lecz chwycił  ją  na otwartą dłoń. 

background image

Srebro,  teraz  już  czyste,  lśniło  w  słońcu,  ale  gwiazdka  drżała  i  nawet  uniosła  się  trochę  w 

powietrze jakby chciała odfrunąć. Chłopiec odruchowo przycisnął dłoń do głowy i gwiazdka 

przylgnęła pośrodku czoła. Nosił ją odtąd na czole przez wiele lat. 

Nie była dla uważnych oczu niewidzialna, lecz mało kto spośród mieszkańców wsi ją 

dostrzegał. Stała się częścią twarzy chłopca i zazwyczaj wcale nie świeciła. Trochę jej blasku 

udzieliło się jego oczom, a trochę głosowi, który zresztą od dnia, gdy połknął Gwiazdę, nabierał 

coraz ładniejszego brzmienia i piękniał z każdym rokiem. Ludzie słuchali go z przyjemnością, 

na-wet gdy po prostu mówił komuś “dzień dobry". 

Nie tylko w rodzinnej wsi,  lecz we wszystkich sąsiednich  i w całej okolicy znano go 

jako  dobrego  rzemieślnika.  Był  kowalem,  tak  samo  jak  jego  ojciec,  lecz  prześcignął  go  w 

zawodowych umiejętnościach. Dopóki żył ojciec, nazywano syna Kowalczykiem, a potem po 

prostu Kowalem. Wtedy już tak się w swoim fachu wydoskonalił, że lepszego kowala próżno 

by  szukać  od  Wschodniego  Skraja  aż  po  Zachodni  Las.  Wyrabiał  w  swojej  kuźni  rozmaite 

przedmioty  z  żelaza.  Oczywiście  najwięcej  zwykłych,  użytecznych  rzeczy  potrzebnych  w 

codziennym życiu: narzędzia rolnicze, stolarskie i kuchenne, rondle i patelnie, sztaby, rygle i 

zawiasy,  uchwyty  do  gorących  garnków  i  wilki  do  kominka,  podkowy  i  tym  podobne. 

Wszystkie te przedmioty  były  mocne  i trwałe, a w dodatku kształtne, na swój sposób  ładne, 

wygodne w użyciu i miłe dla oka. 

Ale  w  wolnych  chwilach  robił  dla  przyjemności  przedmioty  innego  rodzaju,  bardzo 

piękne,  bo  umiał  formować  żelazo  tak  kunsztownie,  że  wydawało  się  lekkie  i  delikatne  jak 

gałązka obsypana młodymi liść-mi i kwieciem, chociaż zachowywało siłę właściwą swojemu 

tworzywu, a może nawet nabierało większej jeszcze. Prawie każdy przechodząc przez bramę 

lub furtę jego roboty przystawał, aby je podziwiać, ale nikt by nie zdołał takiej bramy otworzyć, 

jeśli była zamknięta. Pracując nad takimi pięknymi przedmiotami kowal śpiewał, a kiedy kowal 

śpiewał, wszyscy ludzie, którzy się znajdowali w pobliżu, porzucali swoje zajęcia i spieszyli do 

kuźni, żeby słuchać.  

Tyle  o  nim  wszyscy  wiedzieli.  Osiągnął  dość  na  swoje  potrzeby,  a  w  każdym  razie 

znacznie więcej niż większość sąsiadów i sąsiadek ze wsi, nawet tych, którzy mieli zręczne ręce 

i  pracowali  pilnie.  Ale  kowal  miał  pewien  sekret:  odwiedzał  Krainę  Czarów  i  niektóre  jej 

zakątki znał tak dobrze, jak to jest dla śmiertelnego człowieka możliwe. Ponieważ wielu ludzi 

przypominało  usposobieniem  Kołka,  kowal  nikomu  o  tym  nie  mówił,  z  wyjątkiem  żony  i 

dzieci.  Żoną  jego  była  Nell  —  ta  sama,  której  kiedyś  przy  uczcie  oddał  srebrny  pieniążek. 

Córka miała na imię Nań, a syn — Ned, zwany we wsi Kowalczykiem. Choćby chciał, nie mógł 

przed  najbliższymi  zachować  tajemnicy,  bo  widywali  czasem  gwiazdę  błyszczącą  na  jego 

background image

czole,  gdy  wracał  z  podróży  albo  z  długiego  spaceru,  bo  lubił  wieczorami  przechadzać  się 

samotnie. 

Od czasu do czasu wyruszał w drogę piechotą lub konno, a sąsiedzi przypuszczali, że to 

interesy zmuszają go do podróży, i niekiedy mieli rację, ale nie zawsze. W każdym razie nie 

wędrował w poszukiwaniu zamówień na swoje wyroby ani też nie po sztaby żelaza, węgiel  i 

inne potrzebne w kuźni materiały, chociaż o te sprawy także dbał i nie gardził, jak się to mówi, 

uczciwie zarobionym groszem. Ale miał swoje szczególne sprawy w Krainie Czarów i był tam 

mile widziany, bo Gwiazda jasno świeciła na jego czole, był tam bezpieczny o tyle, o ile może 

być bezpieczny1 czło-1 wiek śmiertelny w tym groźnym kraju. Mniejsze Złe 1 Duchy unikały 

spotkania z Gwiazdą, a od większych broniły go przyjazne siły. 

Był  za  to  wdzięczny,  bo  wkrótce  nabrał  doświadczenia  i  zrozumiał,  że  do  cudów tej 

Krainy  nie  można  się  zbliżać  bez  narażenia  życia,  i  że  z  wielu  Złymi  Duchami  nie  wolno 

podejmować walki,  jeśli  nie włada się orężem  bardzo potężnym, za ciężkim, aby go zwykły 

śmiertelnik mógł udźwignąć. Pozostał głodnym wiedzy wędrowcem i odkrywcą, nigdy nie był 

wojownikiem.  Wprawdzie  z  czasem,  doskonaląc  swoje  rzemiosło,  umiałby,  gdyby  chciał, 

wykuć  broń,  która  w  jego  własnym  świecie  wzbudziłaby  wielki  podziw  i  byłaby  warta 

królewskiej  zapłaty,  ale  wiedział,  że  w  Krainie  Czarów  nie  miałaby  większego  znaczenia. 

Mnóstwo  rozmaitych  przedmiotów  wyszło  z  jego  kuźni,  nikt  jednak  nie  słyszał,  żeby 

kiedykolwiek wykuł miecz lub włócznię czy też grot strzały. 

Początkowo  w  Krainie  Czarów  przechadzał  się  tylko  spokojnie  wśród  jej 

najskromniejszych  mieszkańców  i  najłagodniejszych  stworzeń  żyjących  w  lasach,  na  łąkach 

uroczych  dolin,  nad  czystymi  wodami,  w  których  zwierciadle  nocą  przeglądają  się  dziwne 

gwiazdy, a o świcie — lśniące szczyty dalekich gór. Gdy przy-bywał na krótko, poświęcał cały 

czas  wpatrywaniu  się  w  jedno  tylko  drzewo,  w  jeden  kwiat.  Później,  podejmując  dłuższe 

wyprawy, widział rzeczy zachwycające pięknością i inne, mrożące krew w żyłach, ale nie mógł 

ich ani dokładnie zapamiętać, ani opisać, chociaż wiedział, że zostały głęboko wyryte w jego 

sercu. 

Wiele jednak rzeczy cudownych i tajemniczych pamiętał i często wspominał. 

Kiedy  podejmował  pierwsze  dalekie  wyprawy  bez  przewodnika,  myślał,  że  poprzez 

całą tę krainę dojdzie do jej odległej granicy, ale łańcuchy olbrzymich gór zastąpiły mu drogę i 

próbując je obejść w koło,   znalazł   się   w końcu  na posępnym wybrzeżu.   Stał   nad Morzem    

Bezwietrznych Burz. Błękitne fale podobne do ośnieżonych   grzbietów gór toczyły się cicho z  

Bezświata  i  niosły ku długiemu wybrzeżu   białe   okręty powracające z bitew na Pograniczach 

Ciemności, o których ludzie nic nie wiedzą. Widział,    jak    woda wyniosła   daleko   na brzeg 

background image

wielki okręt, a potem bezszelestnie opadła w rozbryzgach piany. Z pokładu zbiegli ogromni, 

groźni żeglarze — elfy. Miecze ich lśniły, włócznie iskrzyły się, a z oczu biły przeszywające 

promienie światła.  Nagle zaintonowali pieśń zwycięstwa, Kowal zadrżał ze strachu i padł na 

twarz, a wojownicy przeszli nad nim i zniknęli wśród rozdzwonionych echem gór. 

 Nigdy więcej nie zapuszczał się na to wybrzeże, przekonany, że znajduje się na wyspie 

osaczonej zewsząd przez morze, i myśli jego zwróciły się ku górom, pragnął bowiem dotrzeć 

do serca Królestwa. Kiedyś podczas wędrówki ogarnęła go szara mgła i błąkał się, nic wokół 

nie  widząc,  dopóki  nie  zniknęła;  wtedy  dopiero  stwierdził,  że  zaszedł  na  rozległą  równinę. 

Przed nim w oddali wznosiła się góra cienia, a ten cień był korzeniem Królewskiego Drzewa 

piętrzącego  się  aż  pod  niebo  jak  kilka  wież  ustawionych  jedna  na  drugiej;  korona  świeciła 

blaskiem olśniewającym niby słońce w samo południe, a na każdej gałęzi rosły jednocześnie 

liście, kwiaty i niezliczone owoce, każdy inny, tak że nie znalazłbyś dwóch jednakowych. 

Nigdy  już  potem  nie  zobaczył  Królewskiego  Drzewa,  chociaż  go  często  szukał. 

Pewnego  razu  wspinając  się  na  Zewnętrzne  Góry  trafił  do  głębokiej  doliny;  na  jej  dnie 

błyszczała  tafla  jeziora,  spokojna,  nie  zmącona  ani  jedną  zmarszczką,  mimo  że  las  dokoła 

szumiał  od  podmuchów  łagodnego  wiatru.  Dolinę  wypełniało  czerwone  światło  jakby 

zachodzącego słońca, promieniowało jednak nie z nieba, lecz z jeziora. Z przewieszonego nad 

wodą  niskiego  urwiska  spojrzał  w  dół  i  wydało  mu  się,  że  przenika  wzrokiem  w  bezdenną 

głębinę. 

Ujrzał  w  niej  dziwne  płomienne  kształty  powyginane,  rozgałęzione  i  falujące  niby 

olbrzymie  wodorosty  w  morskiej  rozpadlinie;  wśród  nich  uwijały  się  jakieś  ogniste  stwory. 

Zafascynowany, zszedł na sam brzeg i chciał końcem stopy dotknąć wody, okazało się jednak, 

że to nie woda, lecz tafla twardsza od skały i bar-dziej śliska niż lód... Chciał na nią wejść, lecz 

natychmiast przewrócił się ciężko, aż łoskot rozległ się nad jeziorem i odbił echem od gór. 

Wietrzyk błyskawicznie przemienił się w huragan ryczący niby dzika bestia — porwał 

Kowala, cisnął na brzeg, pchnął na stok obracając nim i rzucając jak zeschłym liściem. Kowal 

objął ramionami pień młodej brzozy i przylgnął do niej, a wicher mocował się z nimi obojgiem 

zawzięcie, próbując oderwać człowieka od drzewa. Brzoza od podmuchu zgięła się jednak aż 

do ziemi i nakryła Kowala namiotem z gałęzi. Kiedy wreszcie wicher ustąpił i Kowal mógł się 

podnieść,  zobaczył,  że  drzewo  jest  nagie,  odarte  aż  do  ostatniego  listka,  i  płacze,  a  łzy  jak 

deszcz płyną z jego gałęzi. Położył dłoń na białej korze mówiąc: 

—  Uratowałaś  mnie,  brzózko.  Co  mam  uczynić,  żeby  cię  wynagrodzić  i  okazać 

wdzięczność? Wyczuł ręką odpowiedź: 

— Nic! Odejdź stąd. Wiatr cię ściga. Nie jesteś tutejszy. Idź i nie wracaj nigdy. 

background image

Wspinając się na zbocza otaczające dolinę czuł łzy brzozy na swoim policzku i miał w 

ustach ich gorzki smak. Z zasmuconym sercem przemierzał długą drogę do wsi i przez wiele 

dni  potem  nie  chodził  do  Krainy  Czarów.  Ale  nie  mógł  się  jej  wyrzec  i  w  końcu  wrócił,  z 

gorętszym jeszcze niż przedtem pragnieniem, by do-trzeć w głąb tego Królestwa. 

Nareszcie  odkrył  drogę  prowadzącą  przez  łańcuch  Zewnętrznych  Gór  i  po  długim 

marszu doszedł do łań-cucha Gór Wewnętrznych, bardzo wysokich, stromych i niedostępnych. 

Po długim poszukiwaniu znalazł wszakże przełęcz, którą miał pokonać, i tego pamiętnego dnia, 

gdy zdobył się na tak niezwykłą śmiałość, wy-szedł przez wąską szczelinę na przeciwny stok i 

spojrzawszy w dół zobaczył Dolinę Wiecznego Poranka — ale wtedy jeszcze nie wiedział, że 

tak się ona nazywa. Zieleń w tej dolinie była o wiele piękniejsza niż na łąkach w zewnętrzej 

strefie Krainy Czarów, chociaż z ich pięknością nie mogła się równać nawet wiosenna trawa 

naszej  ziemi.  W  niezwykle  przezroczystym  powietrzu  oczy  człowieka  mogły  dostrzec 

czerwone języczki ptaków śpiewających na drzewach przeciwległego zbocza, mimo że dolina 

była szeroka, a ptaki nie większe od strzyżyków. 

Góry po tej stronie opadały wydłużonymi stokami wśród plusku i szumu wodospadów, 

ruszył więc w dół z wielką ochotą. Kiedy jego stopy dotknęły trawy Do-liny, usłyszał śpiew 

elfów,  a  na  usianej  liliami  łące  nad  rzeką  zobaczył  tańczące  dziewczęta.  Oczarowany 

zwinnością,  wdziękiem,  ustawiczną  zmiennością  ich  ruchów,  skierował  ku  nim  swe  kroki. 

Nagle  taneczny  korowód  zatrzymał  się  i  na  spotkanie  Kowala  wybiegła  dziewczyna  z 

rozpuszczonymi włosami w zakasanej sukience. 

Ze śmiechem powiedziała: 

— Rozzuchwaliłeś się, Gwiezdniku! Czy nie obawiasz się, co powie królowa, jeśli się 

dowie o tym? A może dostałeś od niej pozwolenie? 

Kowal  bardzo  się  zmieszał,  bo  uświadomił  sobie  własne  myśli  i  zrozumiał,  że 

dziewczyna  je  odgaduje;  sądził,  że  Gwiazda  na  czole  jest  przepustką,  upoważniającą  go  do 

wędrowania, gdzie zechce; teraz już wiedział, że to nieprawda. Ale dziewczyna ciągnęła dalej z 

uśmiechem: 

— Chodź, skoro już wtargnąłeś tutaj, musisz ze mną zatańczyć. 

Wzięła go za rękę i wprowadziła w krąg tancerzy. 

Tańczył więc z nią i doznał zupełnie nowego uczucia zwinności, siły i szczęścia. Ale 

trwało to krótko. Już po chwili — jak mu się zdawało — korowód się zatrzymał, a dziewczyna 

zerwała kwiat, który wyrósł u jej stóp, i wpięła go Kowalowi we włosy. 

— Żegnaj! — powiedziała. — Może się jeszcze kiedyś spotkamy, jeśli taka będzie wola 

Królowej. 

background image

Nie zapamiętał nic z drogi powrotnej, nie wiedział, jakim sposobem znalazł się znów na 

gościńcu  w  rodzinnej  okolicy...  W  wioskach,  które  mijał,  ludzie  spoglądali  na  niego  ze 

zdumieniem i odprowadzali go wzrokiem, dopóki nie zniknął z pola ich widzenia. Kiedy się 

zbliżał  do  domu,  córka  wybiegła,  żeby  go  powitać  z  radością;  wrócił  wcześniej,  niż  się 

spodziewano, lecz i tak za późno dla tych, którzy na niego czekali. 

— Tatusiu! — wykrzyknęła Nań. — Gdzieżeś był? Twoja gwiazda świeci tak jasno! 

Kiedy przekroczył próg, gwiazda przygasła, lecz żona ujęła go za rękę, poprowadziła do 

kominka i patrząc na niego rzekła: 

— Mężu kochany! Gdzie byłeś, co widziałeś? Masz kwiat we włosach. 

Delikatnie zdjęła z jego głowy kwiat i położyła na swej otwartej dłoni. Mieli wrażenie, 

że widzą ten kwiat z bardzo daleka, chociaż leżał na dłoni Nell i promieniował takim światłem, 

że postacie ich rzucały wielkie cienie na ścianę izby, mrocznej już, bo wieczór zapadał. Cień 

mężczyzny górował nad innymi, jego duża głowa pochylała się nad głową kobiety. 

— Wyglądasz jak olbrzym, tatusiu — odezwał się milczący dotychczas syn. 

Kwiat nie zwiądł i nie stracił blasku. Przechowywali go jak skarb i tajemnicę. Kowal 

zrobił dla niego specjalną szkatułkę zamykaną na kluczyk. Kwiat przekazywano z pokolenia na 

pokolenie w rodzie Kowala, a ci, co dziedziczyli klucz, od czasu do czasu otwierali szkatułkę i 

wpatrywali się w Żywy Kwiat do-póty, dopóki wieczko nie spadło. A działo się to niezależnie 

od woli posiadacza skarbu. 

Czas  nie  zatrzymał  się  dla  mieszkańców  wsi.  Minęło  wiele  lat.  Kowal  był  niespełna 

dziesięcioletnim  chłopcem,  gdy  na  festynie  Dwudziestu  Czterech  do-stał  gwiazdę.  We 

właściwym  terminie  odbyła  się  następna  uroczystość  Dwudziestu  Czterech  i  Alf,  który 

nareszcie został Kuchmistrzem, wybrał sobie nowego ucznia, niejakiego Grajka. W dwanaście 

lat później Kowal wrócił do domu z kwiatem we włosach, a teraz nadszedł rok, w którym zimą 

wypadało znów urządzić festyn dla dzieci. 

Pewnego dnia tego właśnie roku Kowal wracał przez las brzegiem Krainy Czarów. Była 

jesień. Złote liście lśniły na gałęziach, purpurowe zaścielały ziemię. Ktoś zszedł za nim, lecz 

Kowal nie zważał na to i nie obejrzał się za siebie, zatopiony w myślach. 

Tym  razem  otrzymał  wezwanie  i  odbył  bardzo  daleką  podróż,  dłuższą,  jak  mu  się 

zdawało, niż wszystkie inne w życiu. Dostarczono mu przewodników i straży, lecz nie pamiętał 

prawie dróg, którymi wędrował, bo często oślepiały go mgły lub ciemności, aż w końcu znalazł 

się nocą na jakiejś wyżynie, pod niebem błyszczącym od niezliczonych gwiazd. Zaprowadzono 

go przed oblicze samej Królowej. Nie miała korony i nie siedziała na tronie. Stała w wielkim 

majestacie i w chwale, i otaczał ją tłum wojowników w zbrojach lśniących i migoczących jak 

background image

gwiazdy na niebie, lecz była tak wysoka, że górowała nad ostrza-mi włóczni, a nad jej głową 

unosił  się  biały  płomień.  Skinęła  na  Kowala,  żeby  się  zbliżył,  więc  drżąc  podszedł  do  niej. 

Rozległ się wysoki, czysty sygnał trąby i nagle został sam na sam z Królową. 

Stał przed nią i nie przyklęknął, jak nakazywał ceremoniał dworski, bo w oszołomieniu 

pomyślał,  że  wobec  niej  żaden  gest  istoty  tak  znikomej  jak  on  nie  może  mieć  znaczenia. 

Wreszcie  ośmielił  się  podnieść  wzrok  i  spojrzeć  w  jej  twarz;  królowa  poważnymi  oczyma 

patrzała  na  niego  z  góry.  Zmieszał  się  i  za-dziwił,  bo  w  tym  momencie  poznał  piękną 

dziewczynę  z  Zielonej  Doliny,  tancerkę,  spod  której  stóp  kwiaty  wyrastały  na  ziemi. 

Uśmiechnęła się z tych jego wspomnień i podeszła bliżej. Rozmawiali długo, prawie bez słów, 

lecz dowiedział się wielu rzeczy przejmując jej myśli; niektóre napełniały go radością, inne — 

ogromnym smutkiem. Potem zaczął pamięcią wracać po tropach swojego życia w przeszłość aż 

do  dnia,  gdy  została  mu  dana  gwiazda,  i  nagle  stanęła  mu  przed oczyma  tańcząca  figurka  z 

różdżką w ręku, więc ze wstydem spuścił wzrok, olśniony pięknością królowej. 

Roześmiała się zupełnie tak samo jak wtedy, w Do-linie Wiecznego Poranka. 

—  Nie  martw  się,  Gwiezdniku  —  powiedziała.  —  Nie  wstydź  się  za  swoich 

współplemieńców.  Z  dwojga  złego  mała  laleczka  jest  lepsza  niż  całkowite  zapomnienie  o 

Krainie Czarów. Dla niektórych ludzi to jedyny przebłysk, dla innych — przebudzenie. Ty od 

tamtego dnia pragnąłeś mnie zobaczyć, więc spełniłam twoje życzenie. Ale nic więcej już ci 

dać  nie  mogę.  Zanim  się  teraz  pożegnamy,  powierzę  ci  jeszcze  pewną  ważną  misję.  Jeśli 

spotkasz króla, powtórz mu te słowa: Już czas. Pozwól mu dokonać wyboru. 

— Ależ... — wyjąkał. — Nie wiem, gdzie jest król. Pytałem o to wszystkich w Krainie 

Czarów, lecz zawsze słyszałem to samo: “Nie powiedział tego". 

— Skoro król ci tego nie powiedział, nie mogę zdradzić sekretu — odparła Królowa. — 

Wiedz, że Król wiele podróżuje i można go spotkać w nieprawdopodobnych miejscach. A teraz 

przyklęknij. 

Ukląkł, a Królowa schyliła się i położyła rękę na jego głowie. Ogarnęła go wielka cisza 

i wydawało  mu się, że jest jednocześnie w zwykłym  ludzkim świecie  i w Krainie Czarów, a 

także poza obu tymi dziedzinami i patrzy na nie z zewnątrz czując zarazem smutek, radość i 

niezmącony spokój. Kiedy się po chwili ocknął, wstał i podniósł głowę, brzask rozjaśnił niebo 

na wschodzie, gwiazdy pobladły, a Królowa zniknęła. Gdzieś daleko w górach echo powtarzało 

sygnał trą-by. Kowal był sam na pustej, cichej wyżynie i wie-dział, że czeka go już tylko droga 

do wyrzeczenia. 

background image

Miejsce,  gdzie  się  spotkał  z  Królową,  zostało  daleko  za  nim  i  szedł  teraz  po  ściółce 

jesiennych liści rozmyślając o wszystkim, co widział i czego się do-wiedział.   Szelest   kroków   

na   ścieżce   przybliżał   się z      każdą      chwilą. Wreszcie tuż koło je-go uszu odezwał się głos: 

— Czy idziesz w tę samą stronę co ja, Gwiezdniku? 

Kowal, nagle wyrwany z zamyślenia, wzdrygnął się i teraz dopiero spojrzał na idącego 

obok  człowieka.  Zobaczył  wysokiego  mężczyznę,  stąpającego  lekko  i  szybko,  ubranego  w 

ciemnozielony płaszcz z kapturem, który częściowo zasłaniał 

jego twarz. Kowal zdziwił się, bo nikt prócz mieszkańców Krainy Czarów nie nazywał 

go  “Gwiezdnikiem",  a  nie  pamiętał,  aby  kiedykolwiek  w  swoich  wędrówkach  spotkał  tego 

mężczyznę; mimo to miał niejasne wrażenie, że go skadsiś zna. 

 — A dokąd ty idziesz? — spytał. 

— Wracam do twojej wsi i mam nadzieję, że ty także — odparł tamten. 

— Tak — przyznał  Kowal. — Możemy więc  iść razem. Tylko że właśnie coś mi się 

przypomniało... Zanim wyruszyłem w powrotną drogę, pewna wielka pani dała mi polecenie. 

Wkrótce przekroczymy granicę Krainy Czarów i myślę, że nigdy więcej już jej nie odwiedzę. A 

ty? 

— Ja na pewno wrócę. Możesz mi przekazać swoją misję. 

— Kazała mi powtórzyć kilka słów Królowi. Czy wiesz, gdzie go można spotkać? 

— Wiem. A jakie to są słowa? 

— Pani kazała mu powiedzieć tylko to: Już czas. Pozwól mu dokonać wyboru. 

— Rozumiem. Nie kłopocz się tym więcej! 

Szli ramię w ramię milcząc, słychać było jedynie szelest liści pod ich stopami. Dopiero 

po przebyciu kilku mil, gdy zbliżali się już do granicy Krainy Czarów, mężczyzna w zielonym 

płaszczu zatrzymał się i zwracając twarz do Kowala odrzucił z głowy kaptur. Wtedy1 Kowal go 

poznał: to był Alf, Terminator, jak go Kowal dotychczas w myślach nazywał, mając zawsze w 

pamięci dzień, gdy młody Alf stał przy stole obok Kuchmistrza trzymając w ręku lśniący nóż 

do dzielenia tortu, a oczy mu się iskrzyły w blasku świec. Musiał już teraz być bardzo stary, bo 

od  wielu  lat  piastował  godność  Kuchmistrza,  lecz tutaj,  w  cieniu  lasu  na  pograniczu  Krainy 

Czarów wyglądał tak młodo jak tamten dawny terminator, tyle że bardziej dostojnie. Nie miał 

siwych  włosów  ani  zmarszczek  na  twarzy,  a  oczy  mu  błyszczały,  jakby  odbijało  się  w  nich 

jakieś jasne światło. 

— Chciałbym z tobą porozmawiać, Kowalu Kowalczyku, zanim się znajdziemy znowu 

w twojej wsi — rzekł. 

background image

Kowala  zaskoczyła  ta  propozycja,  bo  wiele  razy  miał  ochotę  pogadać  z  Alfem,  lecz 

nigdy mu się to nie udawało. Alf zawsze pozdrawiał go przyjaźnie i patrzał na niego życzliwym 

wzrokiem, zdawał się jednak unikać rozmowy sam na sam z nim. Teraz też patrzał przyjaźnie, 

lecz niespodziewanie podniósł rękę i dotknął Gwiazdy na czole Kowala. Blask zniknął z jego 

oczu,  a  Kowal  zrozumiał,  że  przedtem  odbijały  one  światło  Gwiazdy,  która  bardzo  jasno 

świeciła i w tej chwili nagle przygasła. Zdumiony cofnął się z gniewem. 

— Czy nie sadzasz, Mistrzu Kowalu, że czas, byś ją oddał? — spytał Alf. 

—  Co  ci  do tego,  Kuchmistrzu?  Dlaczego  miałbym  się  wyrzec  Gwiazdy?  Jest  moja. 

Sama mi wpadła w ręce. Czy człowiek nie ma prawa zachować, choćby na pamiątkę, tego, co w 

ten sposób dostał? 

— Ma prawo zatrzymać niektóre rzeczy, jeśli ktoś mu je podarował na pamiątkę. Ale 

nie  wszystko  do-stajemy  w  takiej  intencji.  Są  rzeczy,  które  nie  mogą  na  zawsze  pozostać 

własnością  jednego  człowieka  ani  też  przechodzić  w  dziedzictwie  z  ojca  na  syna.  Są  tylko 

użyczone na pewien czas. A nie przyszło ci nigdy do głowy, że ktoś inny potrzebuje także tej 

Gwiazdy? Otóż wiedz, że tak właśnie jest. Już pora, żebyś ją oddał. 

Kowal  zmieszał  się,  był  bowiem  człowiekiem  wspaniałomyślnym  i  z  wdzięcznością 

wspominał, ile szczęścia przyniosła mu gwiazda.   

— Cóż więc powinienem zrobić? — spytał. — Czy mam ją zwrócić jednemu z wielkich 

mieszkańców Krainy Czarów? Może samemu królowi? — A gdy to mówił, serce zabiło  mu 

żywiej, bo zrodziła się w nim nadzieja, że będzie trzeba w tej sprawie raz jeszcze wrócić do 

Krainy Czarów. 

— Mógłbyś ją oddać mnie — powiedział Alf — może jednak byłoby to dla ciebie zbyt 

przykre. Pójdź razem ze mną do spiżarni i włóż gwiazdę z powrotem do tej samej szkatułki, w 

której niegdyś ją schował twój dziadek. 

— Mój dziadek? Nic o tym nie wiedziałem. 

— Nikt nie wiedział oprócz mnie. Tylko ja byłem z nim wtedy. 

— Może wiesz także, skąd miał Gwiazdą i dlaczego ją włożył do szkatułki. 

— Przyniósł ją z Krainy Czarów, to wiesz bez pytania — odparł Alf. — Zostawił ją w 

szkatułce z nadzieją, że przypadnie kiedyś tobie, jedynemu jego wnukowi. Tak mi powiedział, 

bo myślał, że  będę  mógł się postarać o spełnienie jego życzenia. Był to ojciec twojej  matki. 

Może ci o nim niewiele opowiadała, bo sama mało wiedziała. Nazywano go Jeżdźcem, bo lubił 

podróżować, to też napatrzył się różnych rzeczy i zdobył mnóstwo umiejętności, zanim osiadł 

jako  Kuchmistrz  w  waszej  wsi.  Opuścił  ją,  gdy  miałeś  dwa  lata,  i  nie  znaleziono  na  jego 

następcę  lepszego  kandydata  niż  ten  biedny  Kołek.  Jednakże  z  czasem  ja  zostałem 

background image

Kuchmistrzem,  jak  sobie  planowaliśmy  z  twoim  dziadkiem;  w  tym  roku  będę  musiał  zrobić 

znów Wielki Tort. Za ludzkiej pamięci żadnemu Kuchmistrzowi jeszcze się to nie zdarzyło dwa 

razy w życiu, ja jestem jedynym wyjątkiem. Chciałbym Gwiazdę włożyć do tortu. 

— Dobrze, dostaniesz ją — rzekł Kowal. Spojrzał na Alfa przenikliwie, jakby próbował 

odgadnąć jego myśli. — Czy wiesz, kto ją znajdzie? 

— Po co ci to wiedzieć, Mistrzu Kowalu? 

— Proszę cię, powiedz mi,  jeśli wiesz. Będzie mi łatwiej rozstać się z rzeczą, bardzo 

drogą mojemu sercu. Syn mej córki jest jeszcze za mały. — Może ci będzie łatwiej, a może nie. 

Zobaczymy. 

Więcej już z sobą nie rozmawiali. Wkrótce potem przekroczyli granicę Krainy Czarów i 

nareszcie  wrócili  do  wsi.  Skierowali  się  wprost  do  świetlicy  gromadzkiej.  Nad  ludzkim 

światem  słońce  właśnie  za-chodziło  i  okna  domów  lśniły  czerwienią.  Złocone  rzeź-by  na 

drzwiach  świetlicy  błyszczały,  spod  dachu  wychylały  się  różnokolorowe  dziwaczne  twarze 

gargulców.  Świetlicę  niedawno  odnowiono  i  odmalowano,  a  przedsięwzięcie  to  wy-wołało 

długie  debaty  w  radzie  gromadzkiej.  Niektórzy  ludzie  sprzeciwiali  się  tym,  jak  mówili, 

nowomodnym  zbytkom,  lecz  inni,  lepiej  znający  historię  wsi,  pamiętali,  że  był  to  stary 

zwyczaj,  i  zgadza-li  się,  że  warto  do  nie-go  wrócić.  Miało  to  kosztować  sporo  grosza,  a 

ponieważ Kuchmistrz ofiarował się wszystko zapłacić z własnej kiesy, pozwolono mu zrobić to 

według własnej woli i gustu. Kowal nigdy jeszcze nie widział odnowionej świetlicy w takim 

oświetleniu, stanął więc przed nią olśniony, zapominając na chwilę, po co tu przyszedł. 

Wreszcie  Alf  dotknął  jego  ramienia  i  poprowadził  go  wokół  budynku  do  małych 

bocznych  drzwi,  otworzył  je  z  klucza  i  poszli  ciemnym  korytarzem  do  spiżarni.  Tam 

Kuchmistrz zapalił świecę, otworzył  szafę  i z górnej półki zdjął czarną skrzynkę. Była teraz 

wypolerowana i ozdobiona srebrnymi ornamentami. 

Podniósł  wieczko  i  pokazał  Kowalowi,  co  jest  w  środku.  Jedna  mała  przegródka 

pozostała  pusta,  we  wszystkich  innych  znajdowały  się  korzenne  przyprawy  o  tak  świeżym, 

ostrym zapachu, że oczy Kowalowi zwilgotniały. Sięgnął ręką do czoła. Gwiazda odkleiła się 

zupełnie  łatwo,  lecz  Kowal  poczuł  nagle  przeszywający  ból  i  łzy  pociekły  mu  po  twarzy. 

Chociaż Gwiazda świeciła jasno na jego dłoni, widział tylko zamazaną olśniewającą plamę, jak 

gdyby bardzo daleką. 

— Nie widzę wyraźnie — powiedział. — Wyręcz mnie i sam ją włóż do skrzynki. — 

Wyciągnął  rękę  do  Alfa,  który  wzdął  Gwiazdę  ii  umieścił  w  przegródce,  gdzie  natychmiast 

zgasła. 

background image

Kowal bez słowa odwrócił się i po omacku ruszył ku wyjściu. Za progiem stwierdził, że 

znów  widzi  dobrze.  Był  wieczór,  na  jasnym  firmamencie  w  pobliżu  księżyca  błyszczała 

Gwiazda wieczorna. Gdy stał podziwiając  jej piękność, uczuł  na ramieniu dotknięcie czyjejś 

ręki. Obejrzał się i zobaczył Alfa. 

— Oddałeś mi ją dobrowolnie — rzekł Alf. — Jeżeli wciąż jeszcze jesteś ciekawy, kto 

ją dostanie, mogę ci to teraz powiedzieć. 

— Proszę, powiedz. 

— Chłopiec, którego sam wskażesz. Kowal zaskoczony nie od razu przemówił. 

— Zastanawiam się — zaczął wreszcie z wahaniem — czy ci się spodoba mój wybór. 

Nazwisko  Kołka  z  wielu  powodów  nie  może  ci  być  miłe,  ale  jego  prawnuczek  Tim  z 

Townsand,  który  ma  uczestniczyć  w  biesiadzie  Dwudziestu  Czterech,  nie  jest  wcale  do 

pradziadka podobny. 

— Owszem, zauważyłem to — odparł Alf. — Ma rozumną matkę. 

— Tak, siostrę mojej Nell. Niezależnie od powinowactwa bardzo lubię małego Tima. 

Co prawda nie jest to kandydat, który by się wszystkim mógł wydawać bezspornie najlepszy. 

— Tak samo jak ty w swoim czasie — powiedział uśmiechając się Alf. — Ale zgadzam 

się, ja także wybrałem Tima. 

— Po co więc mnie pytałeś o zdanie? 

— Królowa tak sobie życzyła. Gdybyś wskazał inne dziecko, nie upierałbym się przy 

swoim. 

Kowal długo przyglądał się Alfowi. Nagle ukłonił mu się nisko. 

— Nareszcie zrozumiałem! — rzekł. — Bardzo nas zaszczyciłeś, najjaśniejszy panie. 

— Zostałem za to wynagrodzony — odparł Alf. — Wracaj teraz spokojny do domu. 

Zbliżając się do swojego domu na zachodnim skraju wsi zobaczył syna przed kuźnią; 

Kowalczyk  właśnie  ją  zamknął  skończywszy  robotę  i  spoglądał  na  białą  drogę,  którą ojciec 

zazwyczaj wracał z wypraw. Usłyszał kroki  i odwrócił  się, zdziwiony, że tym razem  Kowal 

nadchodzi od strony wsi. Podbiegł na jego spotkanie, objął ramionami i przywitał serdecznie. 

— Od wczoraj już cię wypatruję, tatusiu! — powiedział. Potem spojrzawszy uważnie w 

twarz ojca dodał z niepokojem. 

— Wydajesz się bardzo zmęczony. Pewno idziesz z daleka? 

— Z bardzo daleka, synu. Przeszedłem całą drogę od świtu do wieczora. 

Razem  weszli  do  domu,    gdzie  ciemną  izbę  rozjaśniało  tylko  migotanie  ognia  na 

kominku. Syn zapalił świece  i przez długą chwilę siedzieli  milcząc, bo Kowala przytłaczało 

background image

ogromne zmęczenie i smutek wielkiej straty. W końcu podniósł głowę, rozejrzał się w koło jak 

przebudzony ze snu i spytał. 

— Nikogo prócz nas dwóch nie ma? Syn popatrzał na niego uważnie. 

— Nie pamiętasz?  Matka poszła do Podlesia Mniejszego, do Nań. Mały Tom święci 

dzisiaj swoje drugie urodziny. Spodziewali się, że weźmiesz w nich udział. 

— Ach, tak. Powinienem wziąć udział i na pewno bym to zrobił, lecz spóźniłem się, bo 

zatrzymały mnie ważne sprawy; tak miałem nimi zaprzątniętą głowę, że chwilowo nie mogłem 

myśleć  o  niczym  innym.  Ale  nie  zapomniałem  o  małym  Tomciu  i  jego  urodzinach. 

Przyniosłem  dla  niego  prezent.  Stary  Kołek  nazwałby  to  zapewne  cackiem,  ale  to  cacko 

pochodzi z Krainy Czarów. 

Wyjął z sakiewki mały srebrny przedmiot. Na łodydze miniaturowej lilii trzy delikatne 

kwiaty zwisały niby dzwoneczki. Były to naprawdę dzwoneczki. Kowal trącił leciutko łodygę i 

kwiatki zadźwięczały piękną, czystą melodyjką. Płomyki świec od tej muzyki zatrzepotały i na 

mgnienie oka rozbłysły białym światłem. 

Źrenice Neda rozszerzyły się z podziwu. 

— Czy mogę przyjrzeć się temu z bliska? — spytał. Ostrożnie wziął w palce srebrną 

lilijkę  i  zajrzał  w  kielichy  kwiatów.  —  Cudowna  robota!  A  co  najdziwniejsze,  te  dzwonki 

pachną, ich zapach przypomina mi... przypomina... coś, o czym zapomniałem... 

— Tak. Ilekroć dzwonki zagrają, w chwilę potem wydobywa się z nich zapach. Nie bój 

się,  Ned,  możesz  tego  drobiazgu  śmiało  dotykać.  Przeznaczony  jest  do  zabawy  dla  dziecka: 

niełatwo go uszkodzić i nie zrobi też szkody maleństwu. 

Włożył zabawkę z powrotem do sakiewki i schował do kieszeni. 

— Jutro zaniosę ten prezent do Podlesia Mniejsze-go — oznajmił. — Mam nadzieję, że 

Nań, Tom i Nell wybaczą mi spóźnienie. Zresztą Tom jeszcze nie umie liczyć dni... ani tygodni, 

miesięcy czy lat. 

— Racja, tatusiu. Chętnie bym poszedł z tobą, ale nieprędko będę mógł się tam wybrać. 

Dzisiaj, nawet gdybym nie czekał na ciebie, w żaden sposób nie mogłem towarzyszyć matce. 

Mam pełne ręce roboty, a wciąż napływają nowe zamówienia. 

—  Nie,  nie,  Kowalczyku,  pozwól  sobie  na  małe  święto!  Wprawdzie  jestem  już 

dziadkiem, ale sił mi jeszcze nie brakuje. Poradzimy sobie z robotą. Odtąd będą w kuźni dwie 

pary rąk do pracy i to przez sześć dni w tygodniu. Nie wybiorę się już więcej w podróż. Ned, 

mam na myśli moje dalekie wędrówki, rozumiesz, synu? 

—  A  więc  wszystko  się  zmieniło,  tatusiu?  Od  pierwszej  chwili  zadaję  sobie  pytanie, 

gdzie się podziała twoja Gwiazda. To wielka strata. — Uścisnął rękę ojca. — Martwię się ze 

background image

względu  na  ciebie,  ale  rodzina  pewnie  na  tej  zmianie  skorzysta.  Czy  wiesz,  Mistrzu,  że 

chciałbym wiele się nauczyć od ciebie? I to nie tylko obróbki żelaza! 

Zjedli  razem  kolację  i  długo  potem  siedzieli  jeszcze  przy  stole,  bo  Kowal  opowiadał 

synowi o swojej ostatniej podróży do Krainy Czarów i o wielu sprawach, które go zaprzątały. 

Ale o wyborze następnego nosiciela Gwiazdy nie wspomniał ani słowem. 

Wreszcie syn patrząc w twarz ojca rzekł: 

—  Czy  pamiętasz,  ojcze,  dzień,  gdy  wróciłeś  z  kwiatem  we  włosach?  Spojrzałem 

wówczas na twój cień i powiedziałem, że wyglądasz jak olbrzym. Cień mówił prawdę. A więc 

tańczyłeś z Królową we własnej osobie! I mimo to wyrzekłeś się Gwiazdy. Mam nadzieję, że 

dostanie się komuś, kto jest jej wart. Ten ktoś powinien ci być wdzięczny. 

—  Chłopczyk  nic  o  tym  nie  będzie  wiedział  —  od-parł  Kowal.  —  Tak  to  już  jest  z 

darami  tego  rodzaju.  No,  stało  się,  oddałem  Gwiazdę  następcy,  a  sam  wracam  do  młota  i 

kowadła. 

Dziwna rzecz, ale stary Kołek, który wykpił terminatora, nigdy nie przestał łamać sobie 

głowy nad zagadką zniknięcia srebrnej Gwiazdy  z tortu, chociaż od tego zdarzenia upłynęło 

wiele lat. Roztył się i rozleniwił; opuścił stanowisko Kuchmistrza mając sześćdziesiąt lat, co 

we wsi nie uchodziło za wiek podeszły. Teraz zbliżał się do dziewięćdziesiątki i był potwornie 

gruby, bo jadł bez umiaru i w dalszym ciągu przepadał za słodyczami. Jeżeli nie siedział przy 

stole, spędzał dni w wielkim fotelu przy oknie albo, gdy pogoda sprzyjała, przed domem. Lubił 

mówić, bo o wielu sprawach był,  jak sadził,  lepiej od  innych po-informowany,  lecz ostatnio 

najczęściej gadał o tym jedynym Wielkim Torcie, który — jak z czasem uwierzył — był jego 

własnym arcydziełem i który wciąż mu się śnił. Terminator czasem przechodząc zatrzymywał 

się,  żeby  zamienić  ze  staruszkiem  kilka  słów.  Stary  Kołek  wciąż  bowiem  nazywał  Alfa 

Terminatorem,  a  siebie  kazał  nazywać  Kuchmistrzem.  Terminator  nigdy  mu  tego  tytułu  nie 

odmawiał, czym zjednywał sobie pewne względy staruszka, choć nie należał na pewno do jego 

ulubieńców. 

Któregoś dnia Kołek po obiedzie drzemał w fotelu przed drzwiami domu. Ocknął się 

gwałtownie i zobaczył Terminatora stojącego obok i patrzącego na nie-go z góry. 

— O, to ty! — powiedział Kołek. — Cieszę się, że cię widzę, bo ten tort nie daje mi 

spokoju. Właśnie o nim myślałem. Najlepszy z tortów, jaki w życiu zrobiłem, a to coś znaczy! 

Ale ty go może już nie pamiętasz? 

—  Pamiętam  doskonale,  Mistrzu.  To  był  dobry  tort,  wszyscy  go  jedli  ze  smakiem  i 

chwalili. 

background image

— Oczywiście! To było moje dzieło. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Ale nie 

mogę  zrozumieć,  co  się  stało  z  tym  cackiem,  wiesz,  z  tą  gwiazdką.  Nie  mogła  przecież 

rozpłynąć się bez śladu. Powiedziałem tak wówczas tylko po to, żeby się dzieci nie przelękły. 

Myślałem,  że  może  któreś  z  nich  ją  połknęło.  Ale  czy  to  prawdopodobne?  Można  łyknąć 

drobny  pieniążek  nic  o tym  nie  wiedząc,  ale  gwiazdę?  Była  maleńka,  miała  jednak  ramiona 

ostro zakończone. 

—  Tak,  Mistrzu.  Ale  nie  wiesz  właściwie,  z  czego  była  zrobiona,  prawda?  Przestań 

sobie głowę suszyć tymi pytaniami. Zapewniam cię, że Gwiazdkę ktoś połknął. 

—  Ale  kto?  Mam  długą  pamięć,  a  tamten  dzień  utkwił  w  niej  bardzo  mocno,  mogę 

wyliczyć  imiona  wszystkich  dzieci,  które  brały  udział  w  festynie.  Za-raz,  niech  się 

zastanowię... Tak, na pewno Molly młynarzówna! Była okropnie łapczywa i łykała jedzenie nie 

przeżuwając. Teraz jest gruba jak wór mąki. 

—  Rzeczywiście  niektóre osoby  mają  skłonność  do tycia,  Mistrzu.  Molly  jednak  nie 

jadła zbyt pośpiesznie tortu, znalazła przecież w swojej porcji aż dwie niespodzianki. 

—  Czyżby?  W  takim  razie  musiał  to  być  Harry,  syn  bednarza,  chłopak  gruby  jak 

beczka, usta miał szerokie niczym żaba. 

—  Ja  go  pamiętam,  Mistrzu,  jako  miłego  chłopczyka  z  szerokim,  serdecznym 

uśmiechem.  Harry  szukał  w  torcie  niespodzianki  tak  gorliwie,  że  cała  porcję  rozdrobnił  na 

talerzu, lecz niczego nie znalazł. 

—  A  więc  ta  mała,  blada  dziewczynka,  Lii,  córka  sukiennika.  W  niemowlęctwie 

połykała szpilki bez szkody dla zdrowia. 

—  Nie.  Mistrzu,  Liii  zjadła  tylko  lukier  i  wierzchnią  warstwę  tortu,  a  resztę  oddała 

chłopcu siedzącemu obok niej. 

—  No  więc  rezygnuję  ze  zgadywania.  Któż  to  mógł  być?  Ty,  jak  się  zdaje,  pilnie 

wszystkich obserwowałeś. Czy nie zmyśliłeś tych szczegółów? 

— Syn Kowala, Mistrzu. I przyniosło mu to wiele szczęścia. 

— Gadaj zdrów! — zaśmiał się stary Kołek. — Powinienem bym się od razu połapać, 

że próbujesz mnie nabrać. Co za bzdura! Kowal był wtedy spokojnym, tępym chłopcem. Teraz 

jest bardziej hałaśliwy, podobno lubi śpiewać, ale zawsze się wyróżniał ostrożnością. Ten by 

niczego  nie  zaryzykował.  Każdy  kęs  dziesięć  razy  obraca  w  ustach,  zanim  połknie,  od 

maleńkości był taki. Czy się dość jasno wyrażam? 

— Najzupełniej, Mistrzu. Jeśli nie wierzysz, że Gwiazdę połknął Kowal, nic na to nie 

mogę  poradzić.  Zresztą  dzisiaj  cała  historia  nie  ma  już  znaczenia.  Może  przestaniesz  się 

background image

dręczyć,  gdy  ci  powiem,  że  Gwiazdka  jest  już  z  powrotem  na  swoim  miejscu  w  szkatułce. 

Proszę, spójrz! 

Terminator  miał  na  sobie  ciemnozielony  płaszcz,  w  którym  Kołek  widział  go  po raz 

pierwszy. Spomiędzy  fałd tego płaszcza wyciągnął czarną skrzyneczkę  i otworzył  ją tuż pod 

nosem staruszka. 

— Przekonaj się, Mistrzu, Gwiazdka leży w kąciku, we własnej przegródce. 

Stary  zaniósł  się  kaszlem,  potem  kichnął  kilka  razy,  lecz  w  końcu  popatrzył  na 

szkatułkę. 

— Rzeczywiście! — przyznał. — Chyba że to inna gwiazdka podobna jak dwie krople 

wody do tamtej. 

—  Ta  sama,  Mistrzu.  Wiem,  bo  ja  przed  kilku  dniami  własną  ręką  włożyłem  do 

szkatułki. Tej zimy podczas festynu znowu się znajdzie w Wielkim Torcie. 

— Aha! — rzekł szyderczo Kołek i zatrząsł się cały jak galareta od złośliwego śmiechu. 

— Rozumiem, rozumiem! Dwadzieścia czworo dzieci, dwadzieścia cztery cacka, a Gwiazdka 

miała  być  dwudziesta  piąta  na  dokładkę.  Ale  tyś  ją  przed  wsadzeniem  do  pieca  świsnął  i 

zachował na następną okazję. Zawsze  byłeś przebiegły. I zręczny do różnych sztuczek. Przy 

tym skąpy, nie zmarnowałbyś ani odrobinki masła. Ha, ha, ha! A więc tak się to stało. Mogłem 

był  się  wcześniej  domyślić.  Zagadka  nareszcie  rozwiązana,  mogę  teraz  spać  spokojnie.  — 

Kołek  rozparł  się  głębiej  w  fotelu.  —  Uważaj,  żeby  twój  Terminator  nie  spłatał  ci  takiego 

samego figla! Nawet chytrusa ktoś może przechytrzyć, jak powiadają. — I zamknął oczy. 

— Do widzenia, Mistrzu — rzekł Terminator zatrzaskując szkatułkę tak hałaśliwie, że 

Kołek otworzył oczy. — Wszystko zawsze wiesz najlepiej, toteż tylko dwa razy ośmieliłem się 

udzielić  ci  ważnych  informacji.  Powiedziałem  ci  kiedyś,  że  Gwiazdka  pochodzi  z  Krainy 

Czarów,  a  dzisiaj  —  że  dostała  się  Kowalowi.  Wyśmiałeś  mnie.  Na  pożegnanie  powiem  ci 

jednak coś jeszcze. Tym razem nie będziesz się śmiał. Jesteś starym zarozumiałym nicponiem, 

spasionym, szczwanym leniem. To ja za ciebie wykonywałem całą robotę. Nie podziękowałeś 

mi  nigdy,  chociaż  starałeś  się  nauczyć  ode  mnie  wielu  rzeczy,  z  wyjątkiem  szacunku  dla 

czarów i zasad uprzejmości. Nie masz jej na tyle, żeby mi powiedzieć grzecznie “do widzenia". 

—  Jeśli  chodzi  o  grzeczność  —  odparł  Kołek  —  to  dziwię  się,  że  pozwala  ci  ona 

znieważać starsze i  lepsze niż ty osoby. Zabierz swoje czary  i  bzdury gdzie  indziej. A  jeżeli 

czekasz na słówko pożegnania, to, proszę bardzo, kłaniam się, ale zjeżdżaj stad nareszcie. — 

Kpiąco pomachał mu na pożegnanie ręką. — Może masz w swojej kuchni ukrytych przyjaciół z 

Krainy Czarów? Przyślij mi tu jednego z nich, chętnie go obejrzę, a jeśli skinieniem różdżki 

przywróci mi smukłą figurę, nabiorę o nim lepszego mniemania! — Zaśmiał się ironicznie. 

background image

— Czy zgodziłbyś  się poświęcić chwilkę Królowi  Krainy  Czarów? — spytał tamten. 

Ku zdumieniu Kołka, urósł wymawiając te słowa. Zrzucił płaszcz i ukazał się w odświętnym 

stroju kuchmistrza, lecz biały fartuch, kurtka i czapka migotały i błyszczały, a na czole jaśniał 

klejnot w kształcie promiennej Gwiazdy. Twarz miał młodą, lecz surową. 

— Stary człowieku — rzekł — na pewno nie  jesteś ode mnie starszy. Nie sądzę też, 

żebyś  był  lepszy. Nieraz szydziłeś ze  mnie za  moimi plecami. Czy dziś otwarcie rzucasz  mi 

wyzwanie?  —  Postąpił  krok  naprzód,  a  Kołek  skulił  się  i  zadrżał;  chciał  krzyknąć,  zawołać 

kogoś na ratunek, lecz nie mógł wydobyć głosu z gardła. 

— Panie! — wycharczał z trudem. — Nie rób mi nic  złego!   Jestem  biednym  starym  

człowiekiem! Twarz króla złagodniała. 

— Niestety! Mówisz prawdę. Nie  bój się, bądź spokojny.  Wypada  jednak, żeby  Król 

Krainy Czarów coś dla ciebie uczynił, zanim odejdzie, spełnię więc twoje życzenie. Żegnaj! I 

zaśnij teraz. 

Owinął  się  znów  płaszczem  i  odszedł  w  kierunku  świetlicy,  lecz  nim  zniknął  z  pola 

widzenia, stary kucharz zamknął wytrzeszczone ze zdumienia oczy i zachrapał. 

Kiedy się zbudził, słońce już zachodziło. Przetarł oczy i lekki dreszcz przebiegł mu po 

skórze, bo jesienny wieczór był chłodny. 

— Uf! Co za sen — westchnął. — Zaszkodziła mi widać ta wieprzowina, którą jadłem 

na obiad. 

Od tego dnia stary Kołek ze strachu przed koszmarami sennymi przestał się objadać i 

poprzestawał na skromnych i prostych potrawach. Wkrótce dzięki temu schudł tak, że nie tylko 

odzież, ale też skóra zwisała na nim marszcząc się i fałdując. Dzieci przezwały go “kościanym 

dziadkiem". Po jakimś czasie zauważył, że może znów poruszać się swobodnie  i chodzić po 

całej  wsi  bez  innej  pomocy  niż  laska  w  ręku.  Przeżył  o  wiele  lat  dłużej,  niż  gdyby  pozostał 

grubasem. Podobno dociągnął do setki  i  był to jedyny  w  jego historii sukces godny  ludzkiej 

pamięci.  Do  ostatka  opowiadał  każdemu,  kto  zechciał  go  słuchać,  o  swoim  sennym 

przywidzeniu. 

— Okropny sen, można by powiedzieć, ale, jeśli się zastanowić, po prostu głupi. Król 

Krainy Czarów! A nie miał nawet różdżki w ręku! Każdy by schudł, gdyby przestał dużo jeść. 

Zdarzenie zupełnie zwyczajne, całkiem logiczne. Nie ma w tym żadnych czarów. 

Nadszedł termin Festynu Dwudziestu Czterech. Kowal uczestniczył w nim zabawiając 

gości śpiewem, a  jego żona pomagała opiekować się dziećmi.  Kowal przyglądał  im  się, gdy 

śpiewały  i  tańczyły;  stwierdził,  że  są  piękniejsze  i  weselsze  niż  dzieci  z  jego  pokolenia  i 

przemknęła  mu  przez  głowę  myśl,  że  warto  by  się  dowiedzieć,  czym  się  zajmował  Alf  w 

background image

wolnych od kucharzenia chwilach. Wszystkie dzieci wydawały się godne Gwiazdy. Najdłużej 

jednak  zatrzymał  Kowal  wzrok  na  małym  Timie;  był  to  chłopczyk  dość  pulchny,  do  tańca 

niezbyt  zgrabny,  za  to  głos  jego  brzmiał  bardzo  ładnie.  Przy  stole  Tim  siedział  cichutko  i 

uważnie przyglądał się ostrzeniu noża i krajaniu Wielkiego Tortu. W pewnej chwili odezwał się 

niespodziewanie: 

—  Panie  Kuchmistrzu  kochany,  proszę  dla  mnie  ukroić  tylko  mały  plasterek,  bo 

okropnie dużo rzeczy zjadłem i nic więcej już mi się nie zmieści. 

—  Dobrze,  Tim  —  powiedział  Alf.  —  Ukroję  dla  ciebie  specjalną  porcyjkę.  Mam 

nadzieję, że ją przełkniesz gładko. 

Kowal  patrzał  na  Tima,  gdy  ten  jadł  tort  powoli,  lecz  z  widoczną  przyjemnością; 

chłopczyk zdawał się trochę zawiedziony, bo nie  znalazł w torcie pieniążka ani  żadnej  innej 

niespodzianki. Potem oczy mu rozbłysły, poweselał, zaczął się śmiać i śpiewać z cicha sam do 

siebie.  Wreszcie  wstał  i  zatańczył  z  niezwykłym  wdziękiem,  którego  jeszcze  przed  kilku 

minuta-mi wcale w jego ruchach nie było. Dzieci śmiały się i oklaskiwały tancerza. 

Wszystko  w  porządku  —  pomyślał  Kowal.  —  Jesteś  więc  moim  dziedzicem,  Timie. 

Ciekawe, w jakie dziwne miejsce zaprowadzi cię Gwiazda. Biedny stary Kołek! Pewno nigdy 

się nie dowie, jaki skandal wydarzył się w jego własnej rodzinie! 

Kołek rzeczywiście nigdy się nie dowiedział. Jednakże podczas festynu stało się coś, co 

go ogromnie  ucieszyło.  Przed  zakończeniem  zabawy  Kuchmistrz  pożegnał  się  z  dziećmi  i  z 

dorosłymi, którzy się tam zebrali. 

— Chcę was dzisiaj pożegnać — oznajmił —  bo  jutro albo pojutrze opuszczę waszą 

wieś.  Mój  uczeń  Grajek  umie  już  dość,  żeby  przejąć  funkcje  kucharskie.  Zna  doskonale 

rzemiosło i pochodzi, jak wam wiadomo, z waszej wsi. Co do mnie, wracam w swoje strony. 

Myślę, że nie odczujecie zbytnio mojej nie-obecności. 

Dzieci żegnały go wesoło i dziękowały miłe za prze-pyszny tort. Tylko mały Tim ujął 

go za rękę mówiąc z cicha: 

— Bardzo żałuję... 

Rzeczywiście kilka rodzin we wsi przez pewien czas żałowało, że Alfa nie ma już wśród 

nich.  Garstka  jego  przyjaciół,  a  w  szczególności  Kowal  i  Grajek,  zasmuceni  rozstaniem 

postanowili uczcić pamięć Alfa, konserwując złocenia i malowidła w świetlicy. Ale większość 

mieszkańców wsi była zadowolona. Alf pełnił funkcje Kuchmistrza bardzo długo, więc chętnie 

przyjęto zmianę. A stary Kołek stukając laską o podłogę oświadczył bez ogródek: 

—  Wyniósł  się  nareszcie!  Bardzo  mnie  to  cieszy.  Nigdy  go  nie  lubiłem.  Był  chytry. 

Można powiedzieć, zanadto zmyślny.