background image

AGATHA CHRISTIE

MORDERSTWO TO NIC TRUDNEGO

PRZEŁOŻYŁA GRAŻYNA WOYDA
TYTUŁ ORYGINAŁU: "MURDER IS EASY"

Rosalind i Susan,
pierwszym recenzentkom tej książki

I
TOWARZYSZ PODRÓŻY

Anglia!
Anglia po tylu latach!
Ale jak będę się w niej czuł?
Luke Fitzwilliam zadawał sobie to pytanie, 
schodząc po trapie ze statku. Kołatało się ono w 
jego umyśle, gdy czekał na odprawę celną. A 
kiedy w końcu wsiadł do pociągu, wypłynęło 
nagle na pierwszy plan.
Czuł się zupełnie inaczej, przyjeżdżając do 
kraju na urlopy. Miał mnóstwo pieniędzy 
(przynajmniej na początku), więc ochoczo je 
wydawał, odwiedzał starych przyjaciół, spotykał 
się z kolegami, którzy też przyjechali tu na 
wypoczynek po pobycie w koloniach. Mówił 
sobie: To nie potrwa długo. Wkrótce wracam do 
pracy. Dlaczego nie miałbym się zabawić!

background image

Ale teraz nie zamierzał nigdzie wracać. Pożegnał 
już na dobre upalne noce, oślepiające słońce, 
piękną tropikalną roślinność i samotne 
wieczory, spędzane na lekturze starych 
numerów "Timesa".
Wrócił do Anglii po zakończeniu zaszczytnej 
służby dla kraju. Poza tym posiadał niewielki 
kapitał, mógł się więc uważać za człowieka 
niezależnego materialnie. Ale nie miał pojęcia, 
jak spędzić resztę życia.
Anglia! Anglia w czerwcu. Szare niebo i silny, 
przenikliwy wiatr. W taki dzień nie wydawała 
się gościnnym krajem! A ci ludzie! Boże, co za 
ludzie! Wszyscy mieli szare, zatroskane twarze... 
szare jak niebo. I te okropne małe domki, 
wyrastające wszędzie jak grzyby po deszczu, jak 
kurniki, zaśmiecające cały krajobraz!
Luke Fitzwilliam z trudem oderwał wzrok od 
migającego za oknem wagonu krajobrazu i zajął 
się gazetami. "Times", "Daily Clarion" I 
"Punch".
Zaczął od "Daily Clarion", który poświęcony 
był w całości wyścigom konnym w Epsom. 
Szkoda, że nie przyjechałem wczoraj - pomyślał. 
Ostatni raz widziałem gonitwę Derby, kiedy 
miałem dziewiętnaście lat.
Obstawił wysoko pewnego konia i teraz chciał 
sprawdzić, jak typuje jego szansę "Clarion". 
Znalazł tylko lakoniczną notatkę: Mało 
prawdopodobne, by wygrał któryś z koni takich 
jak Jujube II, Mark's Mile, Santony czy Jerry 

background image

Boy. Na zwycięstwo nie ma chyba szans...
Ale Luke'a nie interesował koń, który miał 
najprawdopodobniej przegrać gonitwę. Rzucił 
okiem na typowania. Na Jujube II stawiano 
zaledwie 40 do l.
Luke zerknął na zegarek. Była za kwadrans 
czwarta.
No cóż - pomyślał. Już po wszystkim! Szkoda? 
że nie postawiłem na Clarigolda, którego 
typowano jako drugiego faworyta.
Potem rozłożył "Timesa" i zatopił się w lekturze 
poważniejszych artykułów.
Nie trwało to jednak długo, ponieważ groźnie 
wyglądający pułkownik, który siedział w 
przeciwległym kącie przedziału, był tak 
zirytowany tym, co właśnie przeczytał, że musiał 
się podzielić swym oburzeniem z towarzyszem 
podróży. Dopiero po półgodzinie znużyło go 
rozprawianie o "tej cholernej komunistycznej 
propagandzie".
Wyczerpawszy temat pułkownik zasnął z 
otwartymi ustami. Niebawem pociąg zwolnił, a 
potem się zatrzymał. Luke wyjrzał przez okno i 
dostrzegł dużą, opustoszałą stację z wieloma 
peronami. Zauważył kiosk, na którym wisiał 
afisz z napisem: WYNIKI GONITWY DERBY. 
Otworzył drzwi, wyskoczył na peron i pobiegł w 
kierunku kiosku. Po chwili wpatrywał się z 
szerokim uśmiechem w krótką wiadomość z 
ostatniej chwili.

background image

Wyniki Gonitwy Derby
JUJUBE II
MAZEPPA
CLARIGOLD

Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Sto funtów do 
roztrwonienia! Dobry, kochany Jujube II, 
którego wszyscy znawcy wyścigów tak 
nonszalancko zlekceważyli.
Złożył gazetę, odwrócił się i zobaczył pustkę. 
Podczas gdy on upajał się zwycięstwem Jujube 
II, jego pociąg niepostrzeżenie zniknął ze stacji.
- Kiedy, do licha, ten pociąg odjechał? - 
zagadnął jakiegoś bagażowego.
- Jaki pociąg? - spytał bagażowy ze zdziwieniem. 
- Od piętnastej czternaście na tej stacji nie 
zatrzymał się żaden pociąg.
- Przecież stał tu przed chwilą. Właśnie z niego 
wysiadłem. To ekspres mający bezpośrednie 
połączenie z portem.
- Ten ekspres nie zatrzymuje się nigdzie w 
drodze do Londynu - wyjaśnił bagażowy 
obcesowo.
- Ale zatrzymał się - zapewnił go Luke. - 
Przecież z niego wysiadłem.
- Aż do Londynu nigdzie się nie zatrzymuje - 
powtórzył bagażowy obojętnym tonem.
- Mówię panu, że się zatrzymał dokładnie przy 
tym peronie, a ja z niego wysiadłem.
W obliczu tych faktów bagażowy zmienił front.
- Nie powinien był pan tego robić - powiedział z 

background image

wyrzutem. - On się tu nie zatrzymuje.
- Ale zatrzymał się.
- Stanął pod semaforem, a nie "zatrzymał się na 
stacji", jak pan to określił.
- Nie znam się na tych subtelnych różnicach tak 
dobrze jak pan - oznajmił Luke. - Chodzi mi o 
to, co mam teraz zrobić.
- Nie powinien był pan wysiadać - powtórzył z 
uporem bagażowy, który nie był człowiekiem 
przesadnie rozgarniętym.
- To prawda - przyznał Luke. - Ale co się stało, 
to się stało. Chodzi mi tylko o to, co pan jako 
doświadczony pracownik kolei radzi mi teraz 
zrobić.
- Pyta mnie pan, co najlepiej zrobić?
- Tak - odparł Luke - o to właśnie mi chodzi. 
Chyba istnieją pociągi, które zatrzymują się tu 
zgodnie z rozkładem?
- Niech pomyślę - powiedział bagażowy. - 
Najlepiej niech pan wsiądzie do tego o szesnastej 
dwadzieścia pięć.
- Jeśli ten o szesnastej dwadzieścia pięć jedzie do 
Londynu - postanowił Luke - to właśnie do niego 
wsiądę.
Uspokojony tą wiadomością zaczął się 
przechadzać tam i z powrotem po peronie. Na 
dużej tablicy informacyjnej przeczytał, że 
znajduje się w Fenny Clayton, stacji węzłowej 
Wychwood-under-Ashe. Wkrótce mały 
staroświecki parowóz powoli wepchnął na stację 
pociąg składający się z jednego wagonu i ciężko 

background image

sapiąc ustawił go na bocznym torze. Wysiadło z 
niego sześcioro czy siedmioro pasażerów, którzy 
przeszli po mostku na peron Luke'a. Ponury 
bagażowy ożywił się nagle i zaczął popychać 
duży wózek pełen paczek i koszy. Przyłączył się 
do niego inny bagażowy, który przewoził 
pobrzękujące bańki z mlekiem. Fenny Clayton 
ożyło.
W końcu na stację wtoczył się wyniośle pociąg 
do Londynu. Wagony trzeciej klasy były 
zatłoczone, ale w trzech wagonach klasy 
pierwszej siedziało niewiele osób. Luke zaczął 
zaglądać do przedziałów. W pierwszym, 
przeznaczonym dla palących, siedział z cygarem 
w ustach jakiś mężczyzna o wyglądzie 
wojskowego. Luke doszedł do wniosku, że ma 
już na dziś dosyć angielskich pułkowników z 
Indii. Następny przedział zajmowała elegancka 
młoda kobieta o zmęczonej twarzy, 
najprawdopodobniej guwernantka, z 
ruchliwym, mniej więcej trzyletnim chłopcem. 
Luke szybko poszedł dalej. Drzwi kolejnego 
przedziału były otwarte. Podróżowała w nim 
tylko jakaś starsza pani. Przypomniała 
Luke'owi jego ciotkę Mildred, która pozwoliła 
mu hodować zaskrońca, kiedy miał dziesięć lat. 
Była zdecydowanie dobrą ciotką. Luke wszedł 
do środka i usiadł.
Po jakichś pięciu minutach ożywionego ruchu 
furgonetek przewożących bańki z mlekiem, 
wózków bagażowych i nerwowej krzątaniny 

background image

pociąg powoli wytoczył się ze stacji. Luke 
rozłożył gazetę i zajął się lekturą wiadomości, 
mogących zainteresować człowieka, który 
przeczytał już poranną prasę.
Nie liczył na to, że uda mu się czytać długo. Miał 
wiele ciotek, więc domyślał się, że towarzyszka 
podróży nie będzie milczeć aż do Londynu.
Miał rację. Starsza pani przymknęła okno, 
zrzucając swoją parasolkę, i zaczęła się 
rozwodzić nad zaletami pociągu, którym właśnie 
jechali.
- Zaledwie godzina i dziesięć minut. To bardzo 
dobry pociąg. Znacznie lepszy niż ten poranny, 
który jedzie godzinę i czterdzieści minut. 
Oczywiście - ciągnęła - niemal każdy podróżuje 
tym porannym. Kiedy bilety są tańsze, to znaczy 
w weekendy i dni świąteczne, tylko człowiek 
nierozsądny jedzie po południu. Zamierzałam 
wyruszyć dziś rano, ale Puszek... mój perski kot, 
gdzieś przepadł... jest bardzo piękny, a ostatnio 
bolało go uszko... no i, oczywiście, nie mogłam 
wyjść z domu, dopóki go nie znalazłam!
- Naturalnie - bąknął Luke, ostentacyjnie 
opuszczając wzrok na gazetę. Ale na nic się to 
nie zdało. Potok słów nie ustawał.
- Więc po prostu zrobiłam dobrą minę do złej 
gry i wsiadłam do pociągu popołudniowego. No i 
okazało się to błogosławieństwem, bo nie ma w 
nim takiego okropnego tłoku... oczywiście to bez 
znaczenia, kiedy podróżuje się pierwszą klasą. 
Ale zazwyczaj tego nie robię. Uważam to za 

background image

ekstrawagancję, zwłaszcza w dzisiejszych 
czasach, kiedy podatki rosną, dywidendy 
spadają, a służba ciągle domaga się podwyżek... 
ale naprawdę byłam bardzo zdenerwowana, bo, 
widzi pan, jadę w pewnej niezwykle ważnej 
sprawie i po prostu chciałam w spokoju 
dokładnie przemyśleć, co mam powiedzieć... - 
Luke z trudem stłumił uśmiech. - A kiedy w 
przedziale jest pełno ludzi, ktoś może się okazać 
nieuprzejmy... więc pomyślałam, że tym razem 
mogę sobie pozwolić na taki wydatek... choć 
uważam, że dzisiaj wszyscy trwonią pieniądze, a 
nikt nie myśli o przyszłości. Szkoda, że 
zlikwidowano drugą klasę... to było mimo 
wszystko trochę taniej. Rozumiem, oczywiście - 
ciągnęła, przyglądając się opalonej twarzy 
Luke'a - że wojskowi jadący na urlop muszą 
podróżować pierwszą klasą. Zwłaszcza jeśli są 
oficerami...
Luke wytrzymał przez chwilę badawcze 
spojrzenie jej jasnych, błyszczących oczu. Ale od 
razu skapitulował. Wiedział, że w końcu do tego 
dojdzie.
- Nie jestem wojskowym - wyjaśnił.
- Och, przepraszam. Nie zamierzałam... po 
prostu przyszło mi do głowy... pan jest taki 
opalony... być może jedzie pan ze Wschodu, by 
spędzić urlop w kraju.
- Owszem, wracam do domu ze Wschodu - 
powiedział Luke. - Ale nie na urlop. Jestem 
policjantem - oznajmił krótko, chcąc zapobiec 

background image

dalszym dociekaniom.
- Pracuje pan w policji? To naprawdę niezwykle 
interesujące. Syn mojej serdecznej przyjaciółki 
wstąpił właśnie do palestyńskiej policji.
- Służyłem nad Zatoką Mayang - ponownie uciął 
krótko Luke.
- Och, mój Boże... bardzo ciekawe. To 
prawdziwy zbieg okoliczności... chodzi mi o to, 
że pan wsiadł akurat do tego przedziału. Bo, 
widzi pan, ta sprawa, w związku z którą 
wybrałam się do Londynu... no cóż, w istocie 
jadę do Scotland Yardu.
- Naprawdę? - spytał Luke.
Zastanawiał się, czy starsza pani zatrzyma się 
jak nie nakręcony zegar, czy też będzie mówiła 
przez całą drogę do Londynu. Ale w istocie 
niezbyt mu to przeszkadzało, ponieważ 
uwielbiał swoją ciotkę Mildred i pamiętał, że 
kiedyś dała mu pięć funtów. Poza tym takie 
stare damy jak jego towarzyszka podróży i 
ciotka Mildred miały w sobie coś niezwykle 
miłego i typowo angielskiego. W Mayang Straits 
nie spotykał takich kobiet. Kojarzyły mu się ze 
śliwkowym puddingiem na Boże Narodzenie, 
krykietem na wsi i płonącym kominkiem. Były 
czymś, co człowiek docenia dopiero wtedy, gdy 
jest na drugim końcu świata. Mogły też na 
dłuższą metę być śmiertelnie nudne, ale Luke 
stanął na angielskiej ziemi zaledwie przed 
trzema czy czterema godzinami.
- Tak, zamierzałam wyruszyć dziś rano - 

background image

szczebiotała pogodnie starsza pani - ale potem, 
jak już panu mówiłam, zaczęłam się okropnie 
niepokoić o Puszka. Czy myśli pan, że zdążę na. 
czas? Scotland Yard nie ma chyba sztywnych 
godzin urzędowania.
- Nie sądzę, żeby zamykali o czwartej - 
powiedział Luke.
- Oczywiście, że nie. Przecież w każdej chwili 
ktoś może ich zawiadomić o jakimś poważnym 
przestępstwie, prawda?
- No właśnie - przytaknął Luke.
Starsza pani przez chwilę siedziała w milczeniu. 
Była wyraźnie zaniepokojona.
- Zawsze uważałam, że najlepiej od razu 
zaczynać od najwyższego szczebla - powiedziała 
w końcu. - John Reed, nasz posterunkowy w 
Wychwood, to bardzo miły i niezwykle 
przyzwoity człowiek... ale mam wrażenie, że... 
niezbyt się nadaje do prowadzenia poważnych 
spraw. Zazwyczaj ma do czynienia z ludźmi, 
którzy nadużyli alkoholu, przekroczyli 
dozwoloną prędkość jazdy albo nie zapłacili 
podatku za swojego psa... a być może nawet z 
włamywaczami... Ale wydaje mi się... jestem 
niemal pewna... że nie poradziłby sobie z 
morderstwem!
- Morderstwem? - powtórzył Luke, marszcząc 
brwi.
- Tak, morderstwem - potwierdziła starsza pani, 
energicznie kiwając głową. - Widzę, że jest pan 
zaskoczony. Początkowo też byłam zaskoczona. 

background image

Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, 
że fantazjuję.
- Czy jest pani przekonana, że tak nie było? - 
spytał Luke łagodnie.
- Och, tak. - Stanowczo kiwnęła głową. - Mogło 
tak się zdarzyć za pierwszym razem, ale nie za 
drugim, trzecim czy czwartym. Potem już się 
wie.
- Chce pani powiedzieć, że popełniono... hmm... 
kilka morderstw? - spytał Luke.
- Niestety tak - odparła spokojnym, łagodnym 
głosem. - Dlatego właśnie doszłam do wniosku, 
że najlepiej będzie pojechać wprost do Scotland 
Yardu. Czy nie sądzi pan, że to najwłaściwsze 
rozwiązanie?
- No cóż, chyba tak - powiedział Luke, patrząc 
na nią z zadumą.
- Uważam, że podjęła pani słuszną decyzję.
Tam będą wiedzieli, co z nią zrobić - pomyślał. 
Pewnie co tydzień nachodzi ich kilka starszych 
pań, które donoszą im o morderstwach 
popełnionych w ich spokojnym miasteczku! Być 
może istnieje specjalny wydział, zajmujący się 
takimi przypadkami.
Oczami wyobraźni zobaczył podtatusiałego 
nadinspektora policji albo przystojnego 
młodego śledczego, który mówi uprzejmym, 
cichym głosem: Dziękuję pani, jesteśmy pani 
wielce zobowiązani. A teraz proszę wracać do 
domu, zostawić wszystko w naszych rękach i 
więcej się już tym nie martwić.

background image

Ten obraz wywołał uśmiech na jego twarzy.
Ciekawe skąd przychodzą im do głowy takie 
pomysły? - rozmyślał. Pewnie prowadzą 
śmiertelnie nudny tryb życia i skrycie tęsknią za 
prawdziwym dramatem. Podobno niektóre 
starsze panie widzą w każdym potencjalnego 
truciciela.
Z tych rozmyślań wyrwał go miły, łagodny głos.
- Wie pan, pamiętam, że kiedyś czytałam o... 
tak, to chyba był proces Abercrombiego... zanim 
padło na niego podejrzenie, zdążył otruć wiele 
osób... o czym to ja mówiłam? Aha, tak, 
podobno miał dziwny błysk w oczach... osoba, 
na którą spojrzał w pewien szczególny sposób, 
niebawem podupadała na zdrowiu. Kiedy o tym 
czytałam, nie wierzyłam... ale to prawda!
- Co takiego?
- Ten szczególny błysk w oczach...
Luke popatrzył na nią i zauważył, że lekko drży, 
a jej rumiane policzki nieco pobladły.
- Po raz pierwszy zwróciłam na to uwagę w 
przypadku Amy Gibbs... i ona umarła. Potem 
Carter. I Tommy Pierce. A teraz... wczoraj... 
spotkało to doktora Humbleby'ego, który jest 
takim dobrym i poczciwym człowiekiem... 
Carter był pijakiem, a Tommy Pierce 
nieznośnym szczeniakiem, który znęcał się nad 
słabszymi chłopcami, wykręcał im ręce i 
szczypał. Niezbyt przejęłam się ich śmiercią, ale 
doktor Humbleby to co innego. Trzeba go 
ratować. Ale gdybym opowiedziała mu o 

background image

wszystkim, z pewnością by mi nie uwierzył! 
Wybuchnąłby śmiechem. John Reed też by mi 
nie uwierzył. Ale w Scotland Yardzie będzie 
inaczej. Bądź co bądź, dla nich zbrodnia to 
chleb powszedni!... O Boże, lada chwila 
będziemy na miejscu! - zawołała, wyglądając 
przez okno. Zaczęła krzątać się nerwowo po 
przedziale, zbierając swoje rzeczy. - Dziękuję... 
stokrotnie dziękuję - powiedziała do Luke'a, 
który po raz drugi podniósł z podłogi jej 
parasolkę. - Rozmowa z panem dodała mi 
otuchy... Tak się cieszę, że pochwala pan moją 
decyzję.
- Z pewnością w Scotland Yardzie udzielą pani 
dobrej rady - oznajmił Luke łagodnie.
- Jestem panu naprawdę bardzo wdzięczna. - 
Zaczęła szperać w torebce. - Moja wizytówka... 
o Boże, mam tylko jedną... przecież muszę ją 
zatrzymać dla Scotland Yardu...
- Ależ naturalnie...
- Nazywam się Pinkerton.
- Bardzo odpowiednie nazwisko - stwierdził 
Luke z uśmiechem i widząc jej zdziwione 
spojrzenie, dodał pospiesznie: - Ja nazywam się 
Luke Fitzwilliam. Czy sprowadzić pani 
taksówkę? - spytał, kiedy pociąg wjechał na 
stację.
- Och, nie, dziękuję. - Panna Pinkerton 
wydawała się zaszokowana tym pomysłem. - 
Pojadę kolejką podziemną. Dowiezie mnie do 
Trafalgar Square, a dalej pójdę pieszo przez 

background image

Whitehall.
- Życzę pani powodzenia - powiedział Luke. 
Panna Pinkerton serdecznie uścisnęła jego dłoń.
- Był pan dla mnie bardzo miły. Wie pan, 
początkowo myślałam, że pan mi nie uwierzy.
- No cóż - powiedział Luke, rumieniąc się. - Tyle 
morderstw! Chyba trudno popełnić bezkarnie 
tak wiele zbrodni, prawda?
Panna Pinkerton potrząsnęła głową.
- Ależ nie, mój drogi, tu pan się myli - oznajmiła 
z przekonaniem. - Bardzo łatwo jest zabić 
człowieka... pod warunkiem, że nikt pana o to 
nie podejrzewa. A ten morderca jest ostatnią 
osobą, którą ktokolwiek mógłby podejrzewać!
- Tak czy owak, życzę powodzenia - powiedział 
Luke.
Panna Pinkerton zniknęła w tłumie, a Luke 
wyruszył na poszukiwanie swego bagażu.
- Chyba jest trochę zbzikowana - rozmyślał. - 
Chociaż nie, nie sądzę. Po prostu ma bujną 
wyobraźnię. Mam nadzieję, że potraktują ją 
uprzejmie. To taka miła staruszka.

II
NEKROLOG

Jimmy Lorrimer był jednym z najstarszych 
przyjaciół Luke'a. Jak zwykle podczas pobytu w 
Londynie, Luke zatrzymał się u niego. Jeszcze 
tego samego dnia wieczorem wyruszyli razem do 
miasta w poszukiwaniu rozrywek. Nazajutrz 

background image

rano Luke'a bolała głowa. Jimmy podał mu 
kawę i zadał pytanie, na które przyjaciel nie 
odpowiedział, ponieważ po raz drugi czytał 
niewielką, pozornie nieistotną notatkę w 
porannej gazecie.
- Przepraszam, Jimmy - bąknął, wracając 
gwałtownie do rzeczywistości.
- Co cię tak zaabsorbowało... czyżby sytuacja 
polityczna? Luke uśmiechnął się szeroko.
- Nigdy w życiu! To dość dziwne... wiesz, ta 
urocza staruszka, z którą wczoraj jechałem 
pociągiem, wpadła pod samochód.
- Pewnie na przejściu dla pieszych - powiedział 
Jimmy. - Skąd wiesz, że to ona?
- Oczywiście mogę się mylić. Ale miała takie 
samo nazwisko... Pinkerton. Przechodząc przez 
Whitehall zginęła pod kołami jakiegoś 
samochodu, który w ogóle się nie zatrzymał.
- Przykra sprawa - oznajmił Jimmy.
- Tak, biedna staruszka. Okropnie mi jej żal. 
Przypomniała mi moją ciotkę Mildred.
- Kierowca tego samochodu będzie miał za 
swoje. Z pewnością oskarżą go o zabójstwo. W 
dzisiejszych czasach aż strach siadać za 
kierownicą.
- Czym teraz jeździsz?
- Fordem V 8. Mówię ci, stary...
Rozmowa zeszła na tematy wybitnie techniczne.
- Co ty, u licha, nucisz pod nosem? - spytał 
Jimmy, zmieniając nagle temat.
- Fiddle de dee, fiddle de dee, the fly has married

background image

the bumble bee - zanucił Luke. - To jakaś 
rymowanka, którą pamiętam z dzieciństwa. Nie 
wiem, skąd mi przyszła do głowy - powiedział 
przepraszająco.

W jakiś tydzień później Luke rzucił okiem na 
pierwszą stronę "Timesa" i wydał okrzyk 
zdziwienia.
- Niech mnie diabli! - zawołał.
- Co się stało? - spytał Jimmy Lorrimer, 
spoglądając na niego badawczo.
Luke nie odpowiedział. Wpatrywał się w jakieś 
wydrukowane w gazecie nazwisko.
Jimmy powtórzył pytanie.
Luke podniósł głowę i spojrzał na swego 
przyjaciela. Dziwny wyraz jego twarzy 
zaniepokoił Jimmy'ego.
- O co chodzi, Luke? Wyglądasz, jakbyś ujrzał 
ducha.
Luke milczał przez parę minut. Wypuścił gazetę 
z rąk i podszedł do okna, a potem wrócił na 
miejsce. Jimmy obserwował go z rosnącym 
zdziwieniem.
Luke opadł na krzesło i pochylił się do przodu.
- Jimmy, przyjacielu, czy pamiętasz tę starszą 
panią, z którą jechałem pociągiem do 
Londynu... w dniu mojego przyjazdu do Anglii?
- Tę, która przypominała ci twoją ciotkę 
Mildred? A potem wpadła pod samochód?
- Tak, o nią mi właśnie chodzi. Posłuchaj, 
Jimmy. Ta staruszka dość chaotycznie mówiła o 

background image

tym, że jedzie do Scotland Yardu, by donieść im 
o licznych zbrodniach. Twierdziła, że w jej 
miasteczku grasuje jakiś morderca. W każdym 
razie tyle z tego zrozumiałem. Podobno 
uśmiercił kilka osób.
- Nie mówiłeś mi, że była zbzikowana - 
powiedział Jimmy.
- Bo nie uważałem jej za wariatkę.
- Och, posłuchaj, stary, seryjne morderstwo...
- Nie uważałem jej za wariatkę - powtórzył Luke 
niecierpliwie. - Myślałem, że tak jak niektóre 
starsze panie, dała się po prostu ponieść 
wyobraźni.
- No cóż, pewnie tak właśnie było. Ale myślę, że 
to jakiś szaleńczy pomysł.
- Mniejsza o to, co sądzisz na ten temat, Jimmy. 
Teraz ja mówię, rozumiesz?
- Och, dobrze, już dobrze... jedź dalej.
- W swojej chaotycznej opowieści wymieniła 
kilka nazwisk i była przerażona, bo twierdziła, 
że wie, kto będzie następną ofiarą. - No i co? - 
spytał Jimmy zachęcającym tonem.
- Czasami, z takiego czy innego błahego powodu, 
nie możesz wyrzucić z pamięci jakiegoś 
nazwiska. Jedno takie nazwisko utkwiło mi w 
głowie, ponieważ skojarzyłem je z rymowanką, 
którą śpiewano mi w dzieciństwie. Fiddle de dee, 
fiddle de dee, the fly has married the bumble 
bee.
- Z pewnością jest niezwykle błyskotliwa, ale 
właściwie jaki ma z tym wszystkim związek?

background image

- Chodzi mi o to, że ten jegomość nazywał się 
Humbleby... doktor Humbleby. Ta starsza pani 
powiedziała, że doktor Humbleby będzie 
następną ofiarą. Strasznie ją to niepokoiło, 
ponieważ uważała go za "bardzo dobrego 
człowieka". To nazwisko utkwiło mi w pamięci z 
powodu wspomnianej rymowanki.
- No i co? - spytał Jimmy.
- Popatrz na to.
Luke podał mu gazetę, wskazując palcem 
notatkę w rubryce nekrologów.

HUMBLEBY. 13 czerwca zmarł nagle w swym 
domu w Sandgate, Wychwood-under-Ashe, dr 
med. JOHN EDWARD HUMBLEBY, ukochany 
mąż JESSIE ROSE HUMBLEBY. Pogrzeb 
odbędzie się w piątek. Prosimy o nieskladanie 
kondolencji.

- Teraz rozumiesz, Jimmy? Wszystko się 
zgadza: nazwisko, miejscowość, zawód. Co o 
tym myślisz?
Jimmy zastanawiał się przez chwilę.
- Przypuszczam, że to niezwykły zbieg 
okoliczności - odparł w końcu poważnie, lecz 
niezbyt zdecydowanie.
- Naprawdę, Jimmy? Tylko zbieg okoliczności? - 
Luke znów zaczął krążyć po pokoju.
- A cóż innego? - spytał Jimmy.
Luke gwałtownie się odwrócił.
- Przypuśćmy, że wszystko, co powiedziała ta 

background image

urocza staruszka, było prawdą! Przypuśćmy, że 
ta fantastyczna historia jest prawdziwa!
- Och, daj spokój! To już lekka przesada! Takie 
rzeczy się nie zdarzają.
- A co powiesz o przypadku Abercrombiego? 
Czyż nie był podejrzany o wyprawienie na 
tamten świat sporej gromadki ludzi?
- Większej, niż kiedykolwiek ujawniono - odparł 
Jimmy. - Mój kolega miał kuzyna, który był 
tamtejszym koronerem. Dzięki niemu poznałem 
pewne szczegóły tej sprawy. Abercrombiego 
przyłapano na tym, że nafaszerował 
miejscowego weterynarza arszenikiem. Potem 
odkopano zwłoki jego własnej żony i 
stwierdzono, że również ona została otruta tym 
paskudztwem. Nie ma też wątpliwości, że jego 
szwagier zszedł z tego świata w ten sam sposób, 
a to bynajmniej nie wyczerpuje długiej listy jego 
ofiar. Ten mój kolega powiedział mi, że według 
nieoficjalnych danych Abercrombie wykończył 
co najmniej piętnaście osób. Piętnaście!
- No właśnie. Więc sam widzisz, że takie rzeczy 
jednak się zdarzają!
- Owszem, ale niezbyt często.
- Skąd ta pewność? Mogą się zdarzać o wiele 
częściej, niż przypuszczasz.
- Oto głos policjanta! Czy nie możesz 
zapomnieć, że odszedłeś już ze służby i jesteś 
teraz prywatnym człowiekiem na emeryturze?
- Policjant zawsze pozostaje policjantem - 
powiedział Luke. - Posłuchaj, Jimmy, 

background image

przypuśćmy, że zanim Abercrombie zaczął 
bestialsko mordować, jakaś miła, gadatliwa 
stara panna przejrzała jego zamiary i 
natychmiast pobiegła donieść o tym 
odpowiednim władzom. Czy sądzisz, że 
zostałaby wysłuchana?
Jimmy uśmiechnął się szeroko.
- Nigdy w życiu!
- No właśnie. Policjanci orzekliby z pewnością, 
że brak jej piątej klepki. Dokładnie tak, jak ty to 
określiłeś! Albo powiedzieliby, że ma zbyt bujną 
wyobraźnię. Tak jak ja to uczyniłem! I obaj 
popełnilibyśmy błąd.
- Jak więc twoim zdaniem wygląda sytuacja? - 
spytał Lorrimer po chwili namysłu.
- Sprawa przedstawia się następująco. 
Usłyszałem pewną niewiarygodną, lecz nie 
niemożliwą historię. Śmierć doktora 
Humbleby'ego jest dowodem potwierdzającym 
jej prawdziwość. Istnieje jeszcze jedna ważna 
okoliczność. Panna Pinkerton jechała do 
Scotland Yardu, by zrelacjonować im swoją 
wersję wydarzeń. Ale tam nie dotarła. Zginęła 
pod kołami samochodu, który się nie zatrzymał.
- Przecież nie masz pewności, że tam nie dotarła 
- zaoponował Jimmy. - Równie dobrze mogła 
zostać przejechana po wizycie w Scotland 
Yardzie.
- Owszem, to możliwe... ale sądzę, że było 
inaczej.
- To tylko przypuszczenia. Rzecz sprowadza się 

background image

do tego, że ty wierzysz w tę melodramatyczną 
historyjkę.
- Tego nie powiedziałem - mruknął Luke, 
energicznie potrząsając głową. - Uważam tylko, 
że należałoby przeprowadzić w tej sprawie 
dochodzenie.
- Innymi słowy, wybierasz się do Scotland 
Yardu.
- Nie, na to jest jeszcze za wcześnie. Jak sam 
twierdzisz, śmierć tego doktora Humbleby'ego 
mogła być tylko zwykłym zbiegiem okoliczności.
- Zatem co zamierzasz zrobić?
- Pojechać do tego miasteczka i trochę się tam 
rozejrzeć.
- Czy mówisz poważnie, Luke? - spytał Jimmy, 
bacznie mu się przyglądając.
- Najzupełniej.
- A jeśli to wszystko jest tylko urojeniem?
- Tak byłoby najlepiej.
- Oczywiście... - Jimmy zmarszczył czoło. - Ale 
ty najwyraźniej
jesteś innego zdania, prawda?
- Drogi przyjacielu, nie mam jeszcze na ten 
temat wyrobionej
opinii.
- Czy opracowałeś już jakiś plan? - spytał 
Jimmy po chwili namysłu. - Przecież nie możesz 
zjawić się niespodziewanie w tym miasteczku 
bez żadnego pretekstu.
- No, chyba masz rację.
- Nie ma żadnego "chyba". Czy zdajesz sobie 

background image

sprawę, jakie są prowincjonalne angielskie 
miasteczka? Każdy obcy człowiek od razu rzuca 
się w oczy!
- Będę musiał wymyślić jakiś kamuflaż - 
powiedział Luke, uśmiechając się szeroko. - Co 
proponujesz? Artysta? Chyba nie... nie potrafię 
rysować, nie wspominając już o malowaniu.
- Możesz być artystą awangardowym - 
zasugerował Jimmy. - Wtedy twoje umiejętności 
nie miałyby większego znaczenia.
Ale Luke rozważał już dalsze możliwości.
- Pisarz? Czy literaci zatrzymują się w 
prowincjonalnych zajazdach, by tam pisać? 
Chyba tak. Może rybak... ale musiałbym się 
dowiedzieć, czy jest tam w pobliżu jakaś rzeka. 
A może schorowany człowiek, któremu zalecono 
wiejskie powietrze? Nie wyglądam na takiego, a 
poza tym w dzisiejszych czasach wszyscy 
rekonwalescenci jeżdżą do sanatoriów. 
Mógłbym też szukać w okolicy jakiegoś domu na 
sprzedaż. Nie, to nie jest zbyt dobry pomysł. Do 
licha, Jimmy, trzeba wymyślić jakiś wiarygodny 
pretekst. Po co zdrowy mężczyzna pojawia się 
nagle w małym angielskim miasteczku?
- Zaraz, zaraz... - powiedział Jimmy. - Podaj mi 
tę gazetę. Tak właśnie myślałem! - zawołał 
triumfalnie, zerknąwszy na pierwszą stronę. - 
Luke, przyjacielu, wszystko ci załatwię. To 
drobiazg!
- O czym ty mówisz?
- Wychwood-under-Ashe... Wiedziałem, że z 

background image

czymś mi się ta nazwa kojarzy! - powiedział 
Jimmy z nie skrywaną dumą. - Oczywiście! To 
właśnie ta miejscowość!
- Czy masz przypadkiem jakiegoś kolegę, który 
zna tamtejszego koronera?
- Tym razem nie. Ale mam coś lepszego, mój 
drogi. Jak wiesz, natura szczodrze mnie 
obdarzyła licznymi ciotkami i kuzynami, jako że 
mój ojciec miał dwanaścioro rodzeństwa. A 
teraz posłuchaj: Jedna z moich kuzynek 
mieszka w Wychwood-under-Ashe.
- Jimmy, jesteś nieoceniony.
- Czyż to nie szczęśliwy splot okoliczności? - 
spytał skromnie Jimmy.
- Opowiedz mi o niej.
- Nazywa się Bridget Conway. Od dwóch lat jest 
sekretarką lorda Whitfielda.
- Właściciela tych paskudnych sensacyjnych 
tygodników?
- Zgadza się. Zresztą on sam też jest dość 
paskudnym, nadętym bufonem! Urodził się w 
Wychwood-under-Ashe, a ponieważ cechuje go 
ten rodzaj snobizmu, który każe mu opowiadać 
na lewo i prawo o swym niskim pochodzeniu i 
chwalić się, że doszedł do wszystkiego o 
własnych siłach, wrócił do swojego miasteczka, 
kupił jedyny okazały dom w okolicy (należący 
zresztą dawniej do rodziny Bridget) i przerabia 
go na "prawdziwą rezydencję".
- I twoja kuzynka jest jego sekretarką?
- Była - odparł Jimmy posępnym tonem. - Teraz 

background image

awansowała! Została jego narzeczoną!
- Och! - zawołał Luke ze zdumieniem.
- On jest naprawdę dobrą partią - powiedział 
Jimmy. - Siedzi na pieniądzach. Bridget 
przeżyła kiedyś zawód miłosny i od tej pory nie 
wierzy w prawdziwe uczucia. Mam nadzieję, że 
tym razem wszystko dobrze się ułoży. Będzie go 
zapewne traktować bardzo stanowczo, a on 
całkowicie jej się podporządkuje.
- Ale jaki to ma związek ze mną?
- Pojedziesz tam i zamieszkasz u nich w domu 
jako kuzyn Bridget - wyjaśnił szybko Jimmy. - 
Ona ma ich tak wielu, że jeden więcej czy mniej 
nie zrobi żadnej różnicy. Wszystko dokładnie z 
nią ustalę. Zawsze byliśmy w dobrych 
stosunkach. Wracając do celu twojej wizyty... 
będziesz badaczem czarnej magii.
- Czarnej magii?
- Folklor, miejscowe przesądy i tym podobne 
rzeczy. Wychwood-under-Ashe jest z tego dość 
znane. To jedno z ostatnich miejsc, w którym 
odbył się sabat czarownic. Palono je tam na 
stosie jeszcze w ubiegłym stuleciu. A ty będziesz 
pisał książkę, rozumiesz? Chcesz porównać 
obyczaje, panujące w Mayang Straits, z 
dawnym angielskim folklorem... szukasz 
analogii i tak dalej... Znasz się na tego rodzaju 
sprawach. Kręć się po okolicy z notatnikiem w 
ręku i wypytuj najstarszych mieszkańców o 
miejscowe przesądy i obyczaje. Oni są do tego 
przyzwyczajeni. Kiedy się dowiedzą, że 

background image

mieszkasz w Ashe Manor, nabiorą do ciebie 
zaufania.
- Jak na to zareaguje lord Whitfield?
- Nie będzie stawiał przeszkód. Jest niezbyt 
wykształcony i bardzo łatwowierny... wierzy 
nawet w to, co czyta w swych własnych 
gazetach. Tak czy owak, Bridget go przekona. 
Ona jest w porządku. Mogę za nią ręczyć.
Luke wziął głęboki oddech.
- Jimmy, wszystko wydaje się takie proste. 
Jesteś wspaniały. Jeśli naprawdę możesz to 
załatwić ze swoją kuzynką...
- Ależ oczywiście. Zostaw to mnie.
- Jestem ci bezgranicznie wdzięczny.
- O jedno cię tylko proszę - powiedział Jimmy. - 
Jeśli wytropisz tego maniakalnego mordercę, 
chciałbym być świadkiem jego śmierci!... O co 
chodzi? - spytał nagle.
- Przypomniałem sobie coś - odparł powoli Luke 
- co powiedziała mi ta starsza pani z pociągu. 
Kiedy napomknąłem, że trudno jest bezkarnie 
popełnić tyle morderstw, odparła, że się mylę... 
że zabić człowieka jest bardzo łatwo... - Wahał 
się przez chwilę, a potem dodał: - Zastanawiam 
się, Jimmy, czy to prawda. Zastanawiam się, 
czy...
- Czy co?
- Czy naprawdę morderstwo to nic trudnego?

III
CZAROWNICA BEZ MIOTŁY

background image

Luke wjechał na zalany słońcem szczyt wzgórza, 
u którego stóp leżało małe prowincjonalne 
miasteczko Wychwood-under-Ashe. Zatrzymał 
swój niedawno kupiony używany samochód 
standard swallow i wyłączył silnik.
Był ciepły, słoneczny, letni dzień. W dole 
rozciągało się miasteczko nie zeszpecone przez 
nowoczesną architekturę. Dziewicze i spokojne, 
składało się głównie z długiej, dość rzadko 
zabudowanej ulicy, która biegła pod sterczącym 
nad nią szczytem Ashe Ridge.
Wydawało się jakieś odległe, wyizolowane i 
zaskakująco spokojne. - Chyba postradałem 
zmysły - mruknął Luke do siebie. - Cała ta 
historia jest absurdalna.
Czy naprawdę przyjechał tu jedynie po to, by 
ścigać mordercę, opierając się tylko na 
chaotycznej opowieści jakiejś starszej pani i 
przypadkowym nekrologu?
Takie rzeczy z pewnością się nie zdarzają - 
pomyślał, potrząsając głową. A może jednak 
tak? Luke, mój stary, wkrótce się przekonasz, 
czy jesteś skończonym osłem, czy też twój 
policyjny węch prowadzi cię na właściwy trop.
Uruchomił silnik, wrzucił bieg i ostrożnie 
zjechał krętą drogą do miasteczka.
Wychwood składało się przede wszystkim z 
jednej głównej ulicy, przy której stały sklepy, 
niewielkie, lecz wytworne domki z czasów króla 
Jerzego, z pobielonymi schodkami i lśniącymi 

background image

kołatkami, oraz malownicze wille otoczone 
ogrodami. Nieco dalej znajdowała się gospoda 
Pod Błazeńską Czapką. Za nią Luke dostrzegł 
wiejskie błonia i staw, a nad wszystkim 
dominował wyniosły budynek, który Luke wziął 
początkowo za Ashe Manor, cel swej podróży. 
Kiedy jednak podjechał bliżej, zauważył dużą 
tablicę informującą, że mieści się tu muzeum 
oraz biblioteka. Jeszcze dalej wznosiła się 
wielka, biała, nowoczesna budowla, zupełnie nie 
pasująca charakterem do otoczenia. Luke 
domyślił się, że jest to szkoła i klub sportowy dla 
chłopców.
Zatrzymał się i spytał o drogę do Ashe Manor.
Poinformowano go, że do celu podróży ma 
jeszcze jakieś pół mili i że z pewnością zauważy 
po prawej stronie bramę wjazdową.
Luke ruszył w dalszą drogę. Bez trudu znalazł 
bramę z kutego żelaza ozdobioną wyszukanymi, 
nowoczesnymi wzorami. Wjeżdżając na teren 
posiadłości, dostrzegł między drzewami 
czerwone cegły. Kiedy skręcił na podjazd, jego 
zdumionym oczom ukazała się przerażająco 
absurdalna budowla.
Gdy przyglądał się temu niesamowitemu 
budynkowi, słońce zaszło za chmurę, a on zdał 
sobie nagle sprawę, jak groźnie wygląda 
wzgórze Ashe Ridge. Gwałtowny podmuch 
wiatru poruszył gałęziami drzew. W tym 
momencie zza węgła domu wyszła jakaś 
dziewczyna.

background image

Kiedy silny powiew wiatru rozwiał jej ciemne 
włosy, Luke przypomniał sobie obraz 
Nevinsona, zatytułowany "Czarownica". Taka 
sama blada i delikatna twarz, takie same 
rozwiane czarne włosy. Wyobraził sobie tę 
dziewczynę lecącą na miotle w kierunku 
księżyca...
- Zapewne pan Luke Fitzwilliam - powiedziała, 
podchodząc do niego. - Nazywam się Bridget 
Conway.
Luke uścisnął wyciągniętą dłoń młodej kobiety. 
Teraz mógł jej się dokładniej przyjrzeć. Była 
wysoką, szczupłą brunetką o ciemnych oczach. 
Miała pociągłą twarz, subtelne rysy i ledwie 
widoczne dołki w policzkach. Lekko ściągnięte 
brwi nadawały jej ciemnym oczom ironiczny 
wyraz. Luke pomyślał, że wygląda jak delikatna, 
ujmująco piękna kobieta ze starej akwaforty.
W drodze do kraju myślał o angielskich 
kobietach i oczami wyobraźni widział opalone, 
zarumienione dziewczęta, głaszczące konia po 
szyi, pochylone nad zachwaszczoną grządką, 
siedzące w fotelach z rękami wyciągniętymi w 
kierunku płonących w kominku drewnianych 
polan. To były miłe i krzepiące wizje...
Nie wiedział jeszcze, czy polubi Bridget Conway, 
ale zdawał sobie sprawę, że te tajemnicze obrazy 
nagle zamgliły się i rozpłynęły... straciły 
znaczenie i sens...
- Dzień dobry - powiedział. - Przepraszam, że się 
państwu narzucam. Jimmy twierdził, że nie 

background image

będziecie mieli państwo nic przeciwko temu.
- Jest nam bardzo miło. - Uśmiechnęła się 
szeroko. - Jimmy i ja zawsze byliśmy wobec 
siebie solidarni. A skoro pisze pan książkę o 
folklorze, to te okolice doskonale się do tego 
nadają. Usłyszy pan tu wiele legend i pozna 
sporo malowniczych miejsc.
- Wspaniale - powiedział Luke.
Ruszyli w stronę domu. Luke raz jeszcze rzucił 
na niego okiem. Miał przed sobą rezydencję w 
stylu królowej Anny, ozdobioną przesadnie 
krzykliwymi motywami dekoracyjnymi. 
Przypomniał sobie słowa Jimmy'ego, który 
wspominał, że dom ten należał niegdyś do 
rodziny Bridget. Pomyślał ze smutkiem, że w 
tamtych czasach z pewnością nie miał tylu 
bogatych ozdób. Zerknął ukradkiem na profil 
Bridget, a potem na jej piękne, wąskie dłonie.
Doszedł do wniosku, że może mieć około 
dwudziestu ośmiu lub dwudziestu dziewięciu lat 
i że sprawia wrażenie osoby rozsądnej. Należała 
do kobiet, o których wiedziało się tylko tyle, ile 
same postanowiły ujawnić...
Dom był urządzony wygodnie i gustownie. Czuło 
się w nim rękę pierwszorzędnego dekoratora 
wnętrz. Bridget Conway zaprowadziła Luke'a 
do pokoju, w którym stało dużo półek z 
książkami i głębokie fotele. Przy stoliku pod 
oknem siedziały dwie osoby.
- Gordonie - zaczęła Bridget - to jest Luke, mój 
daleki kuzyn. Lord Whitfield był niski i 

background image

łysiejący. Miał okrągłą, prostoduszną twarz, 
wydęte usta i wodniste, zielonkawe oczy. 
Niedbały wiejski strój uwydatniał jego spory 
brzuch.
- Bardzo miło mi pana poznać - powitał 
uprzejmie gościa. - Słyszałem, że wrócił pan 
niedawno ze Wschodu. Interesująca część 
świata. Bridget mówiła mi, że pisze pan książkę. 
Powiadają, że obecnie pisze się zbyt dużo 
książek. Nie zgadzam się z tym... uważam, że 
zawsze znajdzie się miejsce na dobrą książkę.
- Moja ciotka, pani Anstruther - powiedziała 
Bridget, a Luke uścisnął dłoń kobiety w średnim 
wieku, która uśmiechnęła się do niego dość 
bezmyślnie.
Luke zorientował się niebawem, że pani 
Anstruther jest oddana duszą i ciałem 
ogrodnictwu. Nie mówiła o niczym innym, a jej 
myśli nieustannie zaprzątały rozważania o tym, 
czy miejsce, w którym zamierza posadzić jakąś 
rzadko spotykaną roślinę, będzie dla niej 
odpowiednie.
- Wiesz, Gordon - zaczęła pani Anstruther, 
kiedy prezentacja dobiegła końca - doskonałe 
miejsce na ogród skalny będzie tuż za ogrodem 
różanym, a tam, gdzie strumyk przecina tę 
skarpę, możesz zrobić cudowne oczko wodne.
- Ustal to z Bridget - powiedział bez większego 
zainteresowania lord Whitfield, rozpierając się 
wygodnie w fotelu. - Ja uważam, że rośliny 
skalne są bardzo drobne... ale to nie ma 

background image

znaczenia.
- Być może nie są wystarczająco okazałe dla 
ciebie, Gordon - oznajmiła Bridget, napełniając 
filiżankę Luke'a herbatą.
- To prawda - przyznał łagodnie lord Whitfield. 
- Dla mnie nie są warte pieniędzy, które się za 
nie płaci. Kwiatki są tak drobne, że prawie ich 
nie widać... Ja lubię pełne kwiatów oranżerie 
albo rabaty okazałych, szkarłatnych pelargonii.
Pani Anstruther miała wyjątkowy dar trwania 
przy swoim temacie bez względu na to, co 
mówili jej rozmówcy.
- Jestem pewna, że te nowe skalne róże 
doskonale się przyjmą w naszym klimacie - 
oznajmiła i skupiła uwagę na przeglądanym 
katalogu.
Lord Whitfield rozparł się jeszcze wygodniej w 
swym fotelu i popijając herbatę, taksował 
Luke'a spojrzeniem.
- Więc pisze pan książki - mruknął.
Luke zamierzał udzielić gospodarzowi bliższych 
wyjaśnień, ale zdał sobie sprawę, że on 
bynajmniej tego od niego nie oczekuje.
- Często myślałem o tym - oznajmił lord 
Whitfield wyniosłym tonem - żeby napisać 
książkę.
- Doprawdy? - spytał Luke.
- Zapewniam pana, że potrafiłbym to zrobić - 
odparł lord Whitfield. - I byłaby to bardzo 
interesująca książka. Poznałem w życiu wielu 
ciekawych ludzi. Problem polega na tym, że 

background image

brak mi na to czasu. Jestem niezwykle 
zapracowanym człowiekiem.
- Oczywiście. Mogę się tego domyślić.
- Nie uwierzyłby pan, ile mam na głowie - 
powiedział lord Whitfield. - Osobiście angażuję 
się w każdy numer mojego tygodnika. Uważam, 
że jestem odpowiedzialny za kształtowanie 
opinii publicznej. W przyszłym tygodniu 
miliony czytelników będą myślały i odczuwały 
dokładnie to, co chciałem im podsunąć. To 
bardzo poważna sprawa i wielka 
odpowiedzialność. No cóż, nie mam nic 
przeciwko odpowiedzialności. Nie boję się jej. 
Potrafię postępować w sposób odpowiedzialny. - 
Wyprężył pierś, próbując wciągnąć brzuch, a 
potem spojrzał przyjaźnie na Luke'a.
- Jesteś wielkim człowiekiem, Gordon - 
powiedziała Bridget Conway. - Napij się jeszcze 
herbaty.
- Tak, to prawda - potwierdził lord Whitfield. - 
Nie, nie chcę już herbaty.
Potem, zstąpiwszy ze szczytu swego Olimpu na 
poziom zwykłych śmiertelników, spytał 
uprzejmie swego gościa:
- Czy zna pan kogoś w tych stronach?
Luke potrząsnął głową.
- Obiecałem, że odszukam tu kogoś... to 
przyjaciel moich przyjaciół - powiedział Luke 
pod wpływem nagłego impulsu, czując, że im 
szybciej przystąpi do działania, tym lepiej. - 
Nazywa się Humbleby. Jest lekarzem.

background image

- Och! - Lord Whitfield z trudem wyprostował 
się w fotelu. - Doktor Humbleby? To fatalny 
zbieg okoliczności.
- Dlaczego?
- Umarł jakiś tydzień temu - wyjaśnił lord 
Whitfield.
- O mój Boże - westchnął Luke. - Bardzo mi 
przykro.
- Nie sądzę, żeby pan go polubił - powiedział 
lord Whitfield. - Był upartym, nieznośnym, 
starym durniem.
- Co oznacza - wtrąciła Bridget - że nie podzielał 
poglądów Gordona.
- Chodziło o naszą instalację wodną - oznajmił 
lord Whitfield. - Zapewniam pana, panie 
Fitzwilliam, że jestem zapalonym społecznikiem. 
Dobro tego miasteczka leży mi na sercu. Tu się 
urodziłem. Tak, urodziłem się właśnie w tym 
miasteczku...
Luke ze smutkiem zauważył, że porzucili temat 
doktora Humble- by'ego i powrócili do spraw 
dotyczących osoby lorda Whitfielda.
- Nie wstydzę się tego i wszystko mi jedno, czy 
ktoś o tym wie - ciągnął lord. - Nie korzystałem 
w młodości z żadnych przywilejów. Mój ojciec 
prowadził sklep z butami... tak, zwykły sklep z 
butami. Kiedy byłem chłopcem, pomagałem mu 
w tym sklepie. Osiągnąłem wszystko o własnych 
siłach... postanowiłem wydobyć się z dna... i 
osiągnąłem cel! Wytrwałością, ciężką pracą i z 
Bożą pomocą...! Dzięki temu jestem dzisiaj tym, 

background image

kim jestem.
Wyczerpująco przedstawiwszy Luke'owi 
szczegóły swej drogi życiowej, lord Whitfield 
mówił dalej z triumfem:
- Odniosłem sukces i przed nikim nie taję, jak 
do tego doszedłem! Nie wstydzę się swych 
początków... nie, sir... Wróciłem do miejsca 
swego urodzenia. Czy wie pan, co stoi teraz na 
miejscu sklepu mojego ojca? Wznosi się tam 
wspaniały budynek, który ja ufundowałem... 
Szkoła, klub dla chłopców, wszystko 
pierwszorzędnie wykończone i nowoczesne. 
Zatrudniłem najlepszego architekta w kraju! 
Muszę przyznać, że ten gmach przypomina mi 
raczej dom poprawczy albo więzienie... ale 
wszyscy mówią, że jest w porządku, więc chyba 
tak jest.
- Głowa do góry - powiedziała Bridget. - Ten 
dom kazałeś odrestaurować według własnego 
gustu!
Lord Whitfield zachichotał z zadowoleniem.
- Tak, próbowali postawić na swoim! Chcieli 
zachować pierwotny charakter tego budynku. 
Ale nie zgodziłem się. Powiedziałem im, że to ja 
będę mieszkał w tym domu, i chcę, by było 
widać pieniądze, które w niego zainwestowałem. 
Kiedy jeden architekt odmawiał wykonania 
tego, co mu kazałem, zwalniałem go i brałem 
innego. Ostatni doskonale zrozumiał moją 
koncepcję.
- Pomagał ci zaspokajać najgorsze wybryki 

background image

twojej wyobraźni - wtrąciła Bridget.
- Ona wolałaby, żeby wszystko zostało po 
staremu - powiedział lord Whitfield, klepiąc ją 
po ramieniu. - Nie warto żyć przeszłością, 
kochanie. Ci dawni budowniczowie z epoki 
króla Jerzego byli dość ograniczeni. Nie 
chciałem mieszkać w pozbawionym ozdób 
ceglanym domu. Zawsze marzyłem o zamku... i 
teraz go mam! Wiem, że nie grzeszę zbyt 
wyrafinowanym gustem, więc dałem carte 
blanche dobrej firmie, zajmującej się dekoracją 
wnętrz. Muszę przyznać, że zrobili to całkiem 
nieźle... choć niektóre pomieszczenia są trochę 
bezbarwne.
- No cóż - zaczął Luke, nie znajdując 
odpowiednich słów - to wspaniale wiedzieć, 
czego się chce.
- A ja zazwyczaj to osiągam - oznajmił lord, 
chichocząc.
- Omal nie przegrałeś batalii o instalację wodną 
- przypomniała mu Bridget.
- Och, o to ci chodzi! - zawołał lord Whitfield. - 
Humbleby był głupcem. Ci starzejący się durnie 
są uparci jak osły. Nie słuchają żadnych 
argumentów.
- Doktor Humbleby musiał być człowiekiem, 
który nie ukrywał tego, co myśli, prawda? - 
spytał Luke. - Przypuszczani, że narobił sobie 
przez to wielu wrogów.
- Nie, tego bym nie powiedział - zaoponował lord 
Whitfield, drapiąc się po nosie. - A co ty sądzisz, 

background image

Bridget?
- Zawsze miałam wrażenie, że doktor Humbleby 
cieszy się ogólną sympatią - odparła Bridget. - 
Widziałam go tylko raz, kiedy zwichnęłam sobie 
kostkę, ale wydał mi się bardzo miłym 
człowiekiem.
- Owszem, na ogół był dość lubiany - przyznał 
lord Whitfield. - Choć znam jedną czy dwie 
osoby, które miały z nim na pieńku. Zwykła 
głupota.
- Czy te osoby mieszkają w Wychwood? Lord 
Whitfield kiwnął głową.
- W takich miasteczkach jak nasze dochodzi do 
wielu konfliktów i sporów - powiedział.
- I ja tak sądzę - oznajmił Luke. Zastanawiał się 
przez chwilę nad następnym krokiem, a potem 
spytał: - Jakiego rodzaju ludzie zamieszkują te 
okolice?
Pytanie było dość ogólnikowe, ale nie musiał 
długo czekać na odpowiedź.
- Głównie relikty przeszłości - wyjaśniła Bridget. 
- Córki pastorów, ich siostry i żony. Tak samo 
wyglądają rodziny lekarzy. Na jednego 
mężczyznę przypada tu około sześciu kobiet.
- Ale chyba są tu jacyś mężczyźni?
- Och, owszem, jest pan Abbot, radca prawny, 
młody doktor Thomas, współpracownik doktora 
Humbleby'ego, pan Wake, proboszcz i... kto 
jeszcze, Gordon? Och! Pan Ellsworthy, który 
prowadzi sklep z antykami i, moim zdaniem, 
jest trochę zbyt uprzejmy, oraz major Horton ze 

background image

swoimi buldogami.
- Moi przyjaciele wspominali, że mieszka tu też 
pewna niezwykle czarująca, ale bardzo 
gadatliwa staruszka - oznajmił Luke.
- To można by powiedzieć o połowie 
mieszkańców naszego miasteczka! - zawołała 
Bridget ze śmiechem.
- Jakże ona się nazywa? O, już wiem, Pinkerton.
- Naprawdę, nie ma pan szczęścia! - powiedział 
lord Whitfield, chichocząc ochryple. - Ona 
również nie żyje. Parę dni temu wpadła w 
Londynie pod samochód. Zginęła na miejscu.
- Wygląda na to, że macie tu sporo zgonów - 
zauważył Luke. Lord Whitfield natychmiast 
spoważniał.
- Ależ skądże!... - zawołał nieco urażonym 
tonem. - To jedno z najzdrowszych miejsc w 
Anglii. Nie licząc nieszczęśliwych wypadków. W 
końcu mogą każdemu się przytrafić.
- Prawdę mówiąc, Gordon - powiedziała Bridget 
Conway po chwili namysłu - w ubiegłym roku 
mieliśmy tu wiele zgonów. Bez przerwy były 
jakieś pogrzeby.
- Nic podobnego, kochanie.
- Czy doktor Humbleby również zginął w 
wypadku? - spytał Luke.
- Och, nie - odparł lord Whitfield, potrząsając 
głową. - Humbleby zmarł na zakażenie krwi. 
Jak to lekarz. Skaleczył się w palec 
zardzewiałym gwoździem, czy coś takiego... nie 
zwrócił na to uwagi i dostał zakażenia. Po trzech 

background image

dniach już nie żył.
- Bywają tacy lekarze - oznajmiła Bridget. - I 
oczywiście, jeśli o siebie nie dbają, często 
narażeni są na różne infekcje. To było okropne. 
Jego żona zupełnie się załamała.
- Nie ma sensu buntować się przeciwko woli 
Opatrzności - powiedział lord Whitfield 
beztrosko.
Ale czy rzeczywiście była to wola Opatrzności? - 
spytał sam siebie Luke, przebierając się 
wieczorem w smoking. Zakażenie krwi? Być 
może. Tak czy owak była to bardzo 
niespodziewana śmierć.
W tym momencie przypomniały mu się słowa 
Bridget Conway:
W ubiegłym roku mieliśmy tu wiele zgonów.

IV
LUKE PRZYSTĘPUJE DO DZIAŁANIA

Luke przemyślał uważnie plan swej kampanii. 
Schodząc nazajutrz rano na śniadanie, był już 
gotów przystąpić do jego realizacji.
Ciotka-ogrodniczka była nieobecna. Lord 
Whitfield jadł nereczki i pił kawę, a Bridget 
Conway, która skończyła już posiłek, wyglądała 
przez okno.
Luke, powitawszy gospodarzy, usiadł przy stole 
i nałożył sobie na talerz sporą porcję jajek na 
bekonie.
- Muszę zabrać się do pracy - oznajmił. - 

background image

Niełatwo jest nakłonić ludzi do mówienia. Wie 
pan, co mam na myśli... nie chodzi mi o ludzi 
takich jak pan czy... eee... Bridget. - W samą 
porę przypomniał sobie, że nie powinien 
zwracać się do niej "panno Conway". - 
Powiedzielibyście mi wszystko, co wiecie... ale 
problem polega na tym, że nie znacie się na 
sprawach, które mnie interesują, to znaczy na 
miejscowych przesądach. Nie uwierzyłby pan 
chyba, jak wiele zabobonów nadal jeszcze 
pokutuje w odległych zakątkach świata. Znam 
małe miasteczko w hrabstwie Devon. Tamtejszy 
proboszcz musiał usunąć z terenów 
przykościelnych kilka starych granitowych 
menhirów. Gdy tylko umarł któryś z 
mieszkańców, pozostali obchodzili je wkoło w 
jakiejś starodawnej rytualnej procesji. To 
zadziwiające, że pogańskie obrządki są tak 
trwałe.
- Zapewne ma pan rację - powiedział lord 
Whitfield. - Ludziom brakuje wykształcenia. 
Czy wspominałem już panu, że ufundowałem tu 
wspaniałą bibliotekę? Przedtem był tam stary 
dwór... kupiłem go za bezcen, a teraz mieści się 
w nim jedna z najlepszych bibliotek...
Luke, widząc, że lord Whitfield zamierza nadal 
koncentrować się wyłącznie na swych 
osiągnięciach, postanowił zmienić temat.
- Znakomicie - powiedział serdecznie. - Dobra 
robota. Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, jak 
głęboko zakorzeniona jest ludzka ignorancja. A 

background image

ja właśnie tego szukam. Interesują mnie dawne 
obyczaje, opowieści starych kobiet, ślady 
pogańskich obrządków, takich jak... - Tu 
zacytował niemal dosłownie stronicę z pewnej 
rozprawy naukowej, którą przeczytał przed 
przyjazdem do Wychwood. - Największą 
nadzieję pokładam w rytuałach związanych ze 
śmiercią - zakończył. - Najtrwalsze są obrządki i 
zwyczaje pogrzebowe. Poza tym, z takiego czy 
innego powodu, wieśniacy lubią rozmawiać o 
śmierci.
- I uwielbiają pogrzeby - wtrąciła Bridget.
- Chyba od tego właśnie zacznę - kontynuował 
Luke. - Gdybym zdobył listę ostatnio zmarłych 
w tej parafii osób, a następnie porozmawiał z ich 
krewnymi, z pewnością natrafiłbym niebawem 
na ślady tego, czego szukam. Od kogo mógłbym 
uzyskać takie dane... od proboszcza?
- Dla pana Wake'a niewątpliwie byłoby to 
bardzo interesujące - powiedziała Bridget. - Jest 
miłym staruszkiem i po trosze zbieraczem 
starożytności. Sądzę, że mógłby ci dostarczyć 
wielu informacji.
Luke odczuł przelotny niepokój, ale pomyślał z 
nadzieją, że pastor nie okaże się na tyle biegłym 
znawcą starożytności, by go rozszyfrować.
- To świetnie. Czy wiecie, kto zmarł tu w 
ubiegłym roku? - spytał.
- Niech pomyślę - mruknęła Bridget. - 
Oczywiście, Carter. Był właścicielem Siedmiu 
Gwiazd, obskurnego małego baru nad rzeką.

background image

- Zapijaczony prostak - stwierdził lord 
Whitfield. - Jeden z tych gburowatych 
socjalistów. Niewielka strata.
- I pani Rose, praczka - ciągnęła Bridget. - I 
mały Tommy Pierce... muszę przyznać, że był 
wstrętnym chłopcem. Och, i ta dziewczyna, Amy 
Jak-jej-tam.
Kiedy wymawiała to imię, ton jej głosu 
nieznacznie się zmienił.
- Amy? - spytał Luke.
- Amy Gibbs. Pracowała u nas jako pokojówka, 
a potem przeniosła się do panny Waynflete. W 
sprawie jej śmierci policja prowadziła 
dochodzenie.
- Dlaczego?
- Bo ta głupia dziewczyna pomyliła po ciemku 
buteleczki - oznajmił lord Whitfield.
- Wypiła farbę do kapeluszy sądząc, że to syrop 
na kaszel - wyjaśniła Bridget.
- Cóż za tragiczna pomyłka - powiedział Luke, 
marszcząc czoło.
- Podejrzewano, że zrobiła to umyślnie - 
oznajmiła Bridget. - Pokłóciła się z jakimś 
młodzieńcem.
Nastała chwila milczenia. Luke wyczuł 
instynktownie nagłe napięcie, które zapanowało 
w pokoju.
Amy Gibbs? - pomyślał. Tak, to było jedno z 
nazwisk, które wymieniła panna Pinkerton.
Pamiętał, że wspomniała również o małym 
chłopcu imieniem Tommy, o którym, podobnie 

background image

jak Bridget, miała wyraźnie niepochlebną 
opinię. Był niemal przekonany, że słyszał też od 
niej nazwisko Carter.
- Takie rozmowy budzą we mnie pewien 
niesmak... czuję się tak, jakbym przeszukiwał 
cmentarze - powiedział, wstając od stołu. - 
Obrzędy ślubne bywają równie interesujące, ale 
znacznie trudniej wpleść je do konwersacji.
- Mogę to sobie wyobrazić - oznajmiła Bridget, 
wykrzywiając usta w lekkim grymasie.
- Zaklęcia i rzucanie uroków to kolejna ciekawa 
kwestia - ciągnął Luke, udając nagłe 
zainteresowanie. - Można się z nimi często 
zetknąć wśród ludzi starej daty. Czy krążą tu 
jakieś pogłoski na ten temat?
Lord Whitfield pokręcił głową.
- Jeśli nawet krążą, to do nas nie docierają... - 
wyjaśniła Bridget Conway.
- To oczywiste - wtrącił natychmiast Luke. - 
Będę musiał porozmawiać o tym z 
przedstawicielami niższych sfer. Zacznę od 
wizyty na plebanii i zobaczę, czego się tam 
dowiem. Potem odwiedzę Siedem Gwiazd, czy 
tak brzmi nazwa tego baru? A ten nieznośny? 
Czy pozostawił jakichś pogrążonych w smutku 
krewnych?
- Pani Pierce prowadzi sklepik z tytoniem i 
gazetami na High Street.
- To szczęśliwy zbieg okoliczności. No cóż, na 
mnie już czas.
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pójdę z tobą 

background image

- oznajmiła Bridget, odchodząc od okna.
- Ależ... bardzo proszę.
Powiedział to możliwie jak najserdeczniej, ale 
nie był pewien, czy nie dostrzegła jego wahania.
Łatwiej byłoby mu rozmawiać ze starym, 
rozmiłowanym w starożytnościach proboszczem 
bez inteligentnego i bystrego świadka.
Trudno - pomyślał. Muszę grać swoją rolę w 
sposób przekonujący.
- Czy możesz chwilę poczekać, Luke? - poprosiła 
Bridget. - Zmienię tylko buty.
Luke, słysząc, z jaką łatwością wymówiła jego 
imię, poczuł przypływ sympatii. W końcu jak 
miała go nazywać? Skoro przystała na plan 
Jimmy'ego i zgodziła się grać rolę jego kuzynki, 
nie mogła mówić do niego "panie Fitzwilliam". 
Nagle przyszła mu do głowy niepokojąca myśl: 
Co ona o tym wszystkim sądzi?
Sam był zdziwiony, że wcześniej nie wzbudziło 
to jego niepokoju. Kuzynka Jimmy'ego była dla 
niego tylko postacią abstrakcyjną. W ogóle o 
niej nie myślał. Przyjął po prostu za dobrą 
monetę zapewnienia swego przyjaciela, że 
"Bridget jest w porządku".
Wyobrażał ją sobie jako drobną, jasnowłosą 
sekretarkę, na tyle przebiegłą, by usidlić 
bogatego mężczyznę.
Tymczasem Bridget okazała się bystrą kobietą o 
przenikliwej inteligencji i silnej osobowości. A 
on nie miał pojęcia, co ona o nim sądzi. Doszedł 
do wniosku, że jest osobą, którą niełatwo 

background image

wywieść w pole.
- Już jestem gotowa.
Podeszła do niego tak cicho, że nie usłyszał jej 
kroków. Nie miała ani kapelusza, ani woalki. 
Kiedy wyszli z domu, nagły podmuch wiatru 
rozwiał jej długie ciemne włosy.
- Muszę ci wskazać drogę - powiedziała z 
uśmiechem.
- To miło z twojej strony - odparł uprzejmie, 
zastanawiając się, czy w jej uśmiechu nie 
dostrzegł przypadkiem przebłysku lekkiej ironii.
- Cóż za okropieństwo! - zawołał z żalem, 
patrząc na okazałą rezydencję. - Czy nikt nie 
potrafił go powstrzymać?
- Dom Anglika jest jego twierdzą - odparła 
Bridget. - Gordon traktuje to powiedzenie 
dosłownie! Jest zachwycony swoim zanikiem!
Luke zdał sobie sprawę, że jego uwaga była 
niezbyt fortunna, ale nie był już w stanie jej 
cofnąć, więc dodał:
- To twój rodzinny dom, prawda? Czy ty 
również jesteś "zachwycona" jego obecnym 
wyglądem?
Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.
- Przykro mi, że muszę zniszczyć twoją 
dramatyczną wizję - mruknęła - ale prawdę 
mówiąc, wyjechałam stąd mając dwa i pół roku, 
więc trudno ode mnie wymagać, bym traktowała 
ten budynek jako rodzinne gniazdo. Nawet nie 
pamiętam, jak dawniej wyglądał.
- Masz rację - przyznał Luke. - Przepraszam, że 

background image

przemawiam do ciebie jak bohater filmowy.
Bridget roześmiała się głośno.
- Prawda rzadko bywa romantyczna.
Usłyszał w jej głosie ton goryczy, który zbił go z 
tropu. Zaczerwienił się z zażenowania, a potem 
zdał sobie sprawę, że gorycz nie była skierowana 
pod jego adresem, lecz stanowiła cząstkę 
osobowości tej kobiety. Doszedł do wniosku, że 
postąpi najrozsądniej, zachowując milczenie. 
Bridget Conway wydawała mu się osobą 
zagadkową...
Po pięciu minutach dotarli do kościoła i 
sąsiadującej z nim plebanii. Zastali pastora w 
jego gabinecie.
Alfred Wake był niskim, przygarbionym 
staruszkiem o łagodnych niebieskich oczach. 
Powitał ich bardzo uprzejmie, choć widać było, 
że jest trochę zaskoczony ich wizytą.
- Pan Fitzwilliam zatrzymał się u nas w Ashe 
Manor - powiedziała Bridget - i chciałby 
zasięgnąć rady ojca w związku z książką, którą 
pisze.
Pastor spojrzał pytająco na Luke'a, który 
natychmiast przystąpił do wyjaśnień.
Był bardzo zdenerwowany. Po pierwsze dlatego, 
że wiedza pastora na temat folkloru, 
zabobonów, obrzędów i obyczajów z pewnością 
znacznie przewyższała jego wiadomości nabyte 
w czasie pobieżnej lektury przypadkowego 
zestawu książek. Po drugie zaś dlatego, że 
stojąca obok niego Bridget Conway 

background image

przysłuchiwała się jego wypowiedziom.
Luke odkrył z ulgą, że pastor szczególnie 
interesuje się zabytkami starorzymskimi. Sam 
przyznał, że wie bardzo niewiele na temat 
średniowiecznego folkloru i czarnej magii. 
Wspomniał o istnieniu pewnych obiektów 
związanych z historią Wychwood. 
Zaproponował Luke'owi wspólną wyprawę na 
wzgórze, na którym podobno odbywały się 
niegdyś sabaty czarownic, ale przeprosił, że sam 
nie jest w stanie służyć mu bliższymi 
szczegółami.
Luke odczuł ulgę, ale udał lekkie rozczarowanie, 
a potem zaczął wypytywać o przesądy związane 
z łożem śmierci.
- Jestem chyba ostatnią osobą, która 
wiedziałaby cokolwiek na ten temat - odparł 
pastor, potrząsając głową. - Moi parafianie 
dbają o to, by nie docierały do mnie żadne 
wieści związane z pogańskimi tradycjami.
- To zrozumiałe.
- Ale niewątpliwie pokutują u nas jeszcze liczne 
zabobony. Społeczność wiejska jest bardzo 
zacofana.
- Poprosiłem pannę Conway o wykaz niedawno 
zmarłych osób. Sądziłem, że w ten sposób do 
czegoś dojdę. Może zechciałby ojciec uzupełnić 
ten wykaz, abym mógł się doszukać pewnych 
prawidłowości.
- Tak, oczywiście, to da się zrobić. Mógłby panu 
w tym pomóc nasz kościelny, Giles. To poczciwy 

background image

człowiek, ale niestety zupełnie głuchy. Niech 
pomyślę. Było sporo... tak, wiele... poprzedziła je 
zdradliwa wiosna i doszło do nich po surowej 
zimie, a potem nastąpiły liczne wypadki... 
prawdziwe pasmo nieszczęść.
- Niekiedy - powiedział Luke - seria 
nieszczęśliwych wypadków wiąże się z 
obecnością jakiejś określonej osoby.
- Tak, tak. Weźmy na przykład przypadek 
Jonasza. Ale nie sądzę, by przebywali tu jacyś 
obcy ludzie... nikt, że tak powiem, kto w jakiś 
sposób by się wyróżniał, a ja z całą pewnością 
nie słyszałem żadnych pogłosek na ten temat... 
ale jak wspomniałem, być może nie dotarły one 
do mnie z wiadomych względów. Niech się 
zastanowię... całkiem niedawno umarł doktor 
Humbleby i biedna Lavinia Pinkerton... Doktor 
Humbleby był wspaniałym człowiekiem...
- Pan Fitzwilliam zna jego przyjaciół - wtrąciła 
Bridget.
- Naprawdę? To bardzo smutna historia. 
Wszyscy boleśnie odczują jego stratę. Miał wielu 
przyjaciół.
- Ale zapewne miał też wrogów - powiedział 
Luke. - Powtarzam tylko to, co usłyszałem od 
moich znajomych - dodał pospiesznie.
Pan Wake westchnął.
- Był człowiekiem, który mówił, co myśli... i 
powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze wyrażał 
się zbyt taktownie... - Potrząsnął głową. - To 
działa ludziom na nerwy. Ale ubodzy bardzo go 

background image

kochali.
- Jeden z najbardziej przykrych aspektów 
śmierci polega moim zdaniem na tym - zaczął 
Luke obojętnym tonem - że zawsze przynosi ona 
komuś korzyść... mam na myśli nie tylko 
spadek.
- Tak, rozumiem, o co panu chodzi - przyznał 
pastor, kiwając głową z zadumą. - Czytamy w 
nekrologach wyrazy ubolewania z powodu 
czyjejś śmierci, ale niestety bardzo rzadko 
bywają one szczere. Nie można zaprzeczyć, że 
śmierć doktora Humbleby'ego znacznie 
umocniła pozycję jego wspólnika, doktora 
Thomasa.
- W jaki sposób?
- Thomas z pewnością jest bardzo zdolnym 
lekarzem... Humbleby niejednokrotnie o tym 
mówił, ale Thomasowi niezbyt dobrze się tu 
wiodło. Myślę, że pozostawał w cieniu doktora 
Humbleby, który był człowiekiem o wyraźnym 
magnetyzmie. W zestawieniu z nim Thomas 
wydawał się postacią dość bezbarwną. Nie 
wywierał żadnego wrażenia na swych 
pacjentach. Sądzę, że go to niepokoiło... stawał 
się coraz bardziej nerwowy i zamknięty w sobie. 
Prawdę mówiąc, już teraz zauważyłem 
zadziwiającą zmianę. Jest spokojniejszy i 
bardziej opanowany. Chyba odzyskał pewność 
siebie. O ile mi wiadomo, nie zawsze zgadzali się 
z doktorem Humblebym. Thomas był gorącym 
zwolennikiem nowoczesnych metod leczenia, a 

background image

Humbleby upierał się przy tradycyjnej 
medycynie. Nieraz dochodziło między nimi do 
konfliktów dotyczących zarówno tego tematu, 
jak i spraw rodzinnych... ale jeśli o to chodzi, nie 
powinienem plotkować...
- Myślę, że pan Fitzwilliam chętnie posłuchałby 
tych plotek! - wtrąciła Bridget.
Luke rzucił jej przelotne, pełne niepokoju 
spojrzenie. Pan Wake z powątpiewaniem 
pokręcił głową, a potem zaczął mówić, 
uśmiechając się z lekką dezaprobatą:
- Niestety, nauczyliśmy się za bardzo 
interesować sprawami naszych bliźnich. Rose 
Humbleby jest bardzo ładną dziewczyną. Nic 
więc dziwnego, że Geoffrey Thomas stracił dla 
niej głowę. A punkt widzenia doktora 
Humbleby'ego był również zrozumiały. Uważał, 
że jego córka jest jeszcze młoda, a mieszkając 
tu, na prowincji, nie ma wielu szans, by poznać 
innych mężczyzn.
- Był przeciwny temu związkowi? - spytał Luke.
- Zdecydowanie. Uważał, że oboje są jeszcze za 
młodzi. A młodych ludzi, oczywiście, oburzają 
takie stwierdzenia! Stosunki między Thomasem 
a doktorem Humblebym wyraźnie się 
ochłodziły. Muszę jednak przyznać, że doktor 
Thomas był głęboko wstrząśnięty 
niespodziewaną śmiercią swego wspólnika.
- Lord Whitfield powiedział mi, że to było 
zakażenie krwi.
- Tak... po prostu małe zadraśnięcie, w które 

background image

wdała się śmiertelna infekcja. Lekarze w trakcie 
wykonywania swego zawodu narażeni są na 
poważne ryzyko, panie Fitzwilliam.
- To prawda - przyznał Luke.
- Ale zbyt daleko odbiegłem od tematu - 
powiedział pastor. - Zdaje się, że jestem starym 
plotkarzem. Rozmawialiśmy o reliktach 
pogańskich obyczajów związanych ze śmiercią i 
o niedawno zmarłych ludziach. Znalazła się 
wśród nich Lavinia Pinkerton, która była jedną 
z naszych najbardziej gorliwych parafianek. I ta 
nieszczęsna dziewczyna, Amy Gibbs... jej 
przypadek może dostarczyć panu pewnych 
elementów z dziedziny pańskich zainteresowań, 
panie Fitzwilliam. Podejrzewano, jak zapewne 
pan już wie, że mogło to być samobójstwo, a z 
tym rodzajem śmierci wiążą się dość 
niesamowite rytuały. Mieszka tu ciotka tej 
dziewczyny. Nie uważam jej za kobietę zbyt 
szacowną i wiem, że nie była przesadnie 
przywiązana do swej siostrzenicy, ale jest osobą 
niezwykle gadatliwą.
- To cenna informacja - powiedział Luke.
- I jeszcze Tommy Pierce... kiedyś należał do 
chóru kościelnego... śpiewał wspaniałym, niemal 
anielskim falsetem... ale nie miał zbyt 
anielskiego charakteru. W końcu musieliśmy go 
wykluczyć, ponieważ miał zły wpływ na swych 
kolegów. Biedny chłopak... Przypuszczam, że 
mało kto go lubił. Zwolniono go z poczty, gdzie 
załatwiliśmy mu posadę posłańca. Później przez 

background image

jakiś czas zatrudniony był w kancelarii pana 
Abbota, ale bardzo szybko go stamtąd 
wyrzucono... podobno szperał w jakichś 
poufnych dokumentach. Potem krótko pracował 
w Ashe Manor jako pomocnik ogrodnika, ale 
lord Whitfield odprawił go za impertynenckie 
zachowanie. Było mi przykro ze względu na jego 
matkę... to porządna, ciężko pracująca kobieta. 
Panna Waynflete bardzo życzliwie załatwiła mu 
dorywcze zajęcie przy myciu okien. Lord 
Whitfield początkowo protestował, ale potem 
nieoczekiwanie się zgodził... w gruncie rzeczy 
jego decyzja okazała się niefortunna.
- Dlaczego?
- Ponieważ chłopiec zginął właśnie przy tej 
pracy. Mył górne okna w bibliotece, mieszczącej 
się w starym dworze i zaczął błaznować... 
tańczyć na parapecie czy coś w tym rodzaju... 
stracił równowagę albo też zakręciło mu się w 
głowie i spadł. Przykra sprawa! Zmarł w kilka 
godzin po przewiezieniu do szpitala, nie 
odzyskawszy przytomności.
- Czy ktoś widział jego upadek? - spytał Luke z 
ciekawością.
- Nie. Mył okna od strony ogrodu, nie od frontu. 
Podobno leżał tam przez jakieś pół godziny, 
zanim go znaleziono.
- Kto go znalazł?
- Panna Pinkerton. To ta kobieta, która jak 
przed chwilą wspominałem, przed paru dniami 
zginęła tragicznie w wypadku drogowym. 

background image

Biedactwo, była do głębi wstrząśnięta. To 
przykre przeżycie! Pozwolono jej wziąć z 
ogrodu jakieś sadzonki i znalazła tam 
nieprzytomnego chłopca.
- To musiał być dla niej straszny wstrząs - 
powiedział Luke z zadumą. I dodał w duchu: O 
wiele większy, niż się ojcu wydaje.
- Śmierć młodego człowieka zawsze jest bardzo 
smutna - stwierdził starzec, potrząsając głową. - 
Wady Tommy'ego mogły przede wszystkim 
wynikać z jego popędliwego charakteru.
- Był wstrętnym małym brutalem - powiedziała 
Bridget. - I ojciec dobrze o tym wie. Ciągle 
znęcał się nad kotami, zabłąkanymi 
szczeniętami i dokuczał innym chłopcom.
- Wiem... wiem. - Pan Wake ze smutkiem 
pokręcił głową. - Ale, droga panno Conway, 
okrucieństwo często nie jest cechą wrodzoną, 
lecz skutkiem powolnego rozwoju wyobraźni. 
Mając do czynienia z dorosłym człowiekiem o 
mentalności dziecka, dochodzimy nieraz do 
wniosku, iż człowiek ten nie zdaje sobie sprawy 
z własnej przebiegłości i szaleńczej brutalności. 
Jestem przekonany, że w dzisiejszych czasach 
większość przypadków bezsensownej 
brutalności i okrucieństwa bierze się z braku 
dojrzałości. Trzeba się wyzbyć dziecinnych 
odruchów... - Pastor potrząsnął głową i rozłożył 
ręce.
- Tak, to prawda - przyznała Bridget ochrypłym 
głosem. - Wiem, co ojciec ma na myśli. Człowiek 

background image

zachowujący się jak dziecko jest najbardziej 
przerażającym zjawiskiem na świecie...
Luke spojrzał na nią z ciekawością. Był 
przekonany, że Bridget ma na myśli jakąś 
konkretną osobę. Choć jednak lord Whitfield 
pod pewnymi względami przypominał dziecko, 
nie wydawało mu się, by mówiła właśnie o nim. 
Lord Whitfield bywał trochę śmieszny, ale z 
pewnością nie był przerażający.
Luke Fitzwilliam bardzo chciał wiedzieć, kogo 
miała na myśli Bridget.

V
WIZYTA U PANNY WAYNFLETE

- Niech się zastanowię... - mruknął pan Wake, a 
po chwili wymienił cicho kilka kolejnych 
nazwisk: - Biedna pani Rose, stary Bell, dziecko 
państwa Elkin i Harry Carter, ale oni nie 
należeli do mojej parafii. Pani Rose i Carter byli 
protestantami. W czasie tych marcowych 
mrozów odszedł od nas biedny stary Ben 
Stanbury... miał dziewięćdziesiąt dwa lata.
- A Amy Gibbs umarła w kwietniu - powiedziała 
Bridget.
- Tak, biedactwo... to straszna pomyłka.
Luke zerknął na Bridget, ale ona, widząc jego 
spojrzenie, szybko spuściła wzrok.
Jest tu coś, czego nie rozumiem - pomyślał z 
lekkim niepokojem. Coś, co ma związek z tą 
Amy Gibbs.

background image

- Kim była Amy Gibbs? - spytał Bridget, kiedy 
wyszli już z ple- banii.
- Amy była jedną z najbardziej nieudolnych 
pokojówek, jakie kiedykolwiek widziałam - 
odparła po dłuższej chwili, a Luke wyczuł w jej 
głosie nutkę zażenowania.
- Za to właśnie została zwolniona z pracy?
- Nie. Wałęsała się gdzieś z jakimś młodym 
mężczyzną i bardzo późno wracała do domu. 
Gordon ma niezwykle staroświeckie poglądy na 
moralność. Uważa, że grzech popełnia się 
dopiero po godzinie jedenastej, ale wówczas jest 
to rozpasanie. Więc wypowiedział jej pracę, a 
ona w dodatku zachowała się wobec niego 
arogancko!
- Czy była ładna? - spytał Luke.
- Bardzo ładna.
- To ta, która przez pomyłkę wypiła farbę do 
kapeluszy zamiast syropu na kaszel?
- Owszem.
- Głupia sprawa, prawda?
- Bardzo głupia.
- A czy ona była głupia?
- Nie, była dość bystrą dziewczyną.
Luke zerknął ukradkien na Bridget. Był 
zupełnie zdezorientowany. Odpowiadała na jego 
pytania obojętnie, nie okazując najmniejszego 
zainteresowania. Ale Luke czuł, że coś przed 
nim ukrywa.
W tym momencie Bridget zatrzymała się, by 
porozmawiać z jakimś wysokim panem, który 

background image

uchylił przed nią kapelusza w serdecznym geście 
powitania.
- To jest mój kuzyn, pan Fitzwilliam, który 
zatrzymał się u nas w Ashe Manor - 
przedstawiła Luke'a po krótkiej wymianie zdań 
z nieznajomym. - Przyjechał tu pisać książkę. A 
to pan Abbot.
Luke spojrzał na pana Abbota z pewnym 
zaciekawieniem. Wiedział, że jest on radcą 
prawnym, u którego pracował Tommy Pierce.
Luke miał nieuzasadnione uprzedzenie do 
prawników, chyba dlatego, że z ich szeregów 
wywodziło się tak wielu polityków. Irytowała go 
również ich zawodowa powściągliwość. 
Jednakże pan Abbot nie przypominał typowego 
przedstawiciela palestry. Nie był ani chudy, ani 
skromny, ani małomówny. Był zażywnym, 
rumianym mężczyzną o serdecznym sposobie 
bycia. W kącikach jego oczu rysowały się 
drobne zmarszczki. Miał bardzo przenikliwy 
wzrok.
- Pisze pan książkę, tak? Powieść?
- Pan Fitzwilliam interesuje się folklorem - 
wyjaśniła Bridget.
- Trafił pan we właściwe miejsce - oznajmił 
prawnik. - To niezwykle ciekawe okolice.
- Już mnie o tym przekonywano - powiedział 
Luke. - Przypuszczam, że mógłby pan mi 
pomóc. Z pewnością natknął się pan na jakieś 
stare dokumenty... lub słyszał pan o 
interesujących obyczajach, które przetrwały do 

background image

dnia dzisiejszego.
- No cóż, nie mam o tym pojęcia, ale może... być 
może...
- Czy wielu mieszkańców wierzy w duchy? - 
spytał Luke.
- Na ten temat nie mogę nic powiedzieć... 
naprawdę nic.
- Nie ma tu domów, w których straszy?
- Nie... przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
- Istnieje pewien przesąd dotyczący dzieci - 
oznajmił Luke. - Jeśli mały chłopiec umrze 
nagłą śmiercią, to jego duch straszy po nocach. 
Ciekawe, że ten zabobon nie dotyczy małych 
dziewczynek...
- Bardzo ciekawe - przyznał pan Abbot. - Nigdy 
przedtem o tym nie słyszałem.
Słowa prawnika bynajmniej Luke'a nie 
zdziwiły, ponieważ wymyślił tę historyjkę na 
poczekaniu.
- Zdaje się, że ten chłopiec... Tommy Jakiś-tam 
pracował kiedyś w pańskiej kancelarii. Podobno 
niektórzy ludzie podejrzewają, że jego duch 
może straszyć po nocach.
Czerwona twarz pana Abbota przybrała barwę 
purpury.
- Tommy Pierce? Leniwy, wścibski i bezczelny 
smarkacz.
- Podobno duchy są złośliwe. Ludzie uczciwi, 
postępujący zgodnie z prawem, rzadko 
nawiedzają świat, z którego odeszli.
- Kto go widział... cóż to za historia?

background image

- Takie rzeczy są trudno uchwytne - oznajmił 
Luke. - Ludzi niełatwo nakłonić do mówienia na 
ten temat.
- Tak, chyba tak.
Luke zręcznie zmienił temat.
- Właściwą osobą jest z pewnością miejscowy 
lekarz. Może dużo wiedzieć o reliktach 
tutejszych obrządków. Różnego rodzaju 
przesądy i czary... napój miłosny i Bóg wie, co 
tam jeszcze.
- Powinien pan poznać Thomasa. To porządny, 
postępowy człowiek. Zupełnie niepodobny do 
biednego starego doktora Humbleby'ego.
- Który podobno był reakcjonistą, prawda?
- Uparty jak osioł... zagorzały konserwatysta 
najgorszego gatunku.
- Doszło między panami do ostrej sprzeczki na 
temat systemu wodociągów, prawda? - spytała 
Bridget.
Twarz Abbota znów pokrył jaskrawoczerwony 
rumieniec.
- Humbleby był śmiertelnym wrogiem postępu - 
wybuchnął. - Występował przeciwko naszemu 
planowi! Wypowiadał się w sposób niezwykle 
grubiański. Nie liczył się ze słowami. Za pewne 
rzeczy, które mi powiedział, mógłbym wytoczyć 
mu oficjalny proces.
- Ale prawnicy nigdy nie wstępują na drogę 
sądową, prawda? - mruknęła Bridget. - Są na to 
za mądrzy.
Abbot wybuchnął niepohamowanym śmiechem. 

background image

Fala jego gniewu odpłynęła równie szybko, jak 
przypłynęła.
- Trafnie to pani ujęła, panno Bridget! Jest pani 
bliska prawdy. Pracując w tym zawodzie za 
dużo wiemy o prawie, cha, cha, cha. No cóż, 
muszę już iść. Jeśli dojdzie pan do wniosku, że 
mogę panu w czymś pomóc, proszę do mnie 
zatelefonować, panie... eee...
- Fitzwilliam - powiedział Luke. - Dziękuję, 
zadzwonię.
- Już wiem, na czym polega twoja metoda 
działania - oznajmiła Bridget, kiedy ruszyli w 
dalszą drogę. - Wygłaszasz własne zdanie i 
prowokujesz rozmówcę do reakcji.
- Moje metody - zaczął Luke - są nieco 
podstępne.
- Zauważyłam to.
Luke poczuł się trochę nieswojo i nie bardzo 
wiedział, co powiedzieć.
- Jeśli chcesz usłyszeć coś więcej na temat Amy 
Gibbs - oznajmiła Bridget, wybawiając go z 
opresji - mogę cię zaprowadzić do kogoś 
kompetentnego.
- To znaczy?
- Do panny Waynflete. Amy pracowała u niej po 
odejściu z Ashe Manor. Tam umarła.
- Och, rozumiem! - zawołał zaskoczony. - No 
cóż... bardzo dziękuję.
- Ona mieszka niedaleko stąd. Ruszyli przez 
wiejskie błonia.
- To jest Wych Hall - wyjaśniła Bridget, 

background image

wskazując ruchem głowy okazały budynek w 
stylu króla Jerzego, na który Luke zwrócił 
uwagę już poprzedniego dnia. - Teraz mieści się 
tam biblioteka.
Z rezydencją sąsiadował mały dworek, który 
rozmiarami przypominał raczej domek dla 
lalek. Jego schodki były pedantycznie czyste, 
kołatka lśniąca, a zasłony w oknach oślepiająco 
białe.
Bridget pchnęła furtkę i ruszyła w kierunku 
schodów.
W tym momencie otworzyły się drzwi frontowe i 
stanęła w nich szczupła starsza pani.
Luke pomyślał, że wygląda na typową 
prowincjonalną starą pannę. Miała na sobie 
prosty tweedowy kostium i popielatą jedwabną 
bluzkę, do której przypięta była broszka z 
górskiego kryształu. Jej kształtną głowę zdobił 
skromny filcowy kapelusz. Twarz nieznajomej 
budziła sympatię, a w jej oczach, ukrytych za 
pince-nez, malowała się inteligencja. Luke 
odniósł wrażenie, że ta kobieta przygląda się 
światu z życzliwym zainteresowaniem.
- Dzień dobry, panno Waynflete - powiedziała 
Bridget. - To jest pan Fitzwilliam. - Luke ukłonił 
się. - Pisze książkę... na temat wiejskich 
obrządków pogrzebowych i innych 
makabrycznych obyczajów.
- Och, mój Boże - westchnęła panna Waynflete. - 
To bardzo interesujące. - Uśmiechnęła się do 
niego promiennie.

background image

Przypominała mu pannę Pinkerton.
- Myślę - zaczęła Bridget, a Luke znowu wyczuł 
w jej głosie dziwny, pełen rezerwy ton - że 
mogłaby pani opowiedzieć mu coś o Amy.
- Och - szepnęła panna Waynflete. - O Amy? 
Ach, tak. O Amy Gibbs.
Na jej twarzy odbiło się zaskoczenie. Przez 
chwilę patrzyła badawczo na Luke'a, a potem, 
jakby podjąwszy decyzję, cofnęła się do 
przedpokoju.
- Proszę wejść - powiedziała. - Pójdę do miasta 
później. Ależ nie, nie - zawołała, kiedy Luke 
zaprotestował. - Nie mam nic pilnego do 
załatwienia. Po prostu wybierałam się na małe 
zakupy.
W niewielkim, przytulnym salonie unosił się 
lekki zapach suszonej lawendy. Na obudowie 
kominka stało kilka porcelanowych figurek 
pasterzy i pasterek. Na ścianie wisiały oprawne 
akwarele, dwa sztychy i trzy gobeliny. Spośród 
licznych fotografii niektóre z pewnością 
przedstawiały siostrzeńców i siostrzenice pani 
domu. Pokój wypełniały stylowe meble: biurko 
w stylu chippendale, kilka stolików z drewna 
atłasowego oraz brzydka i dość niewygodna 
wiktoriańska kanapa.
- Sama nie palę - oznajmiła panna Waynflete, 
wskazując gościom krzesła - więc nie mam w 
domu papierosów, ale jeśli chcecie państwo 
zapalić, proszę się nie krępować.
Luke nie skorzystał z propozycji, natomiast 

background image

Bridget natychmiast na nią przystała.
Panna Waynflete, siedząc sztywno w fotelu z 
rzeźbionymi poręczami, przez chwilę 
przyglądała się badawczo swemu gościowi, a 
potem nagle spuściła wzrok. Luke najwyraźniej 
wzbudził jej zaufanie.
- Chciałby pan dowiedzieć się czegoś o tej 
nieszczęsnej dziewczynie? - spytała. - Cała ta 
sprawa była okropnie smutna i przysporzyła mi 
wielu zmartwień. To była tragiczna pomyłka.
- Czy nie wchodziło w grę... samobójstwo? - 
spytał Luke.
- Nie, nie - zaprzeczyła panna Waynflete, 
potrząsając głową. - Ani przez chwilę w to nie 
wierzyłam. Amy absolutnie nie była tego typu 
dziewczyną.
- A jaka była? - spytał Luke. - Chciałbym 
poznać pani zdanie na jej temat.
- No cóż, nie była bynajmniej dobrą służącą. Ale 
w dzisiejszych czasach człowiek dziękuje Bogu, 
jeśli w ogóle zdobędzie jakąś pomoc domową. 
Bardzo niedbale wykonywała swoją pracę i 
ciągłe chciała mieć wychodne. To zrozumiałe, bo 
była młoda, a obecnie dziewczęta takie właśnie 
są. Chyba nie zdają sobie sprawy, że za ich czas 
płaci pracodawca.
Luke ze zrozumieniem pokiwał głową, a panna 
Waynflete mówiła dalej.
- Była dość pewna siebie, a ja niezbyt lubię 
dziewczęta tego rodzaju, ale skoro już nie żyje, 
nie zamierzam więcej o tym mówić. To byłoby 

background image

nie po chrześcijańsku... choć w istocie nie 
uważam tego za logiczny powód do 
przemilczania prawdy.
Luke ponownie kiwnął głową. Zdał sobie 
sprawę, że panna Waynflete rozumuje bardziej 
logicznie i precyzyjnie niż panna Pinkerton.
- Uwielbiała być podziwiana - ciągnęła panna 
Waynflete - i poświęcała sobie wiele uwagi. Pan 
Ellsworthy, właściciel niedawno otwartego 
sklepu z antykami, to prawdziwy dżentelmen. 
Jest z zamiłowania akwarelistą i naszkicował 
parę jej portretów... ale obawiam się, że to jej 
przewróciło w głowie. Często kłóciła się ze 
swoim narzeczonym, Jimem Harveyem, który 
pracuje w warsztacie samochodowym jako 
mechanik. Był w niej bardzo zakochany. - 
Panna Waynflete zawahała się, a potem mówiła 
dalej. - Nigdy nie zapomnę tej przerażającej 
nocy. Amy niedobrze się czuła. Dokuczał jej 
przykry kaszel i jakieś inne dolegliwości. Ale 
dziewczęta chodzą teraz w tych tandetnych, 
jedwabnych pończochach i w pantoflach na 
tekturowych podeszwach, więc muszą się 
przeziębiać. Amy po południu poszła do lekarza.
- Do doktora Humbleby'ego czy doktora 
Thomasa? - spytał szybko Luke.
- Do doktora Thomasa. Przyniosła do domu 
buteleczkę syropu na kaszel, którą jej dał. Był to 
chyba jakiś nieszkodliwy wywar z ziół. Położyła 
się do łóżka dość wcześnie. Mniej więcej o 
pierwszej w nocy usłyszałam hałas... 

background image

niesamowity, jakby zduszony krzyk. Wstałam i 
podeszłam do drzwi jej pokoju, ale były 
zamknięte od wewnątrz na klucz. Zaczęłam 
wołać, ale nie odpowiadała. Przybiegła 
kucharka i obie byłyśmy okropnie 
zaniepokojone. Później zeszłyśmy do drzwi 
frontowych i na szczęście zauważyłyśmy naszego 
posterunkowego, Reeda, który właśnie odbywał 
nocny obchód, więc wezwałyśmy go na pomoc. 
Okrążył dom, a potem wdrapał się na dach 
przybudówki. Okno w pokoju Amy było 
uchylone, więc bez większego trudu dostał się do 
środka i otworzył drzwi. Biedaczka... to było 
straszne. Nie można było już nic dla niej zrobić, 
a w kilka godzin później umarła w szpitalu.
- I co to było... farba do kapeluszy?
- Tak. Powiedzieli, że to kwas szczawiowy, 
trucizna. Obie butelki były mniej więcej tej 
samej wielkości. Syrop stał na umywalce, a 
farba do kapeluszy obok łóżka Amy. Musiała w 
ciemności wziąć niewłaściwą buteleczkę i 
położyć ją w zasięgu ręki na wypadek, gdyby 
gorzej się poczuła. Taką teorię wysunięto w 
czasie dochodzenia.
Panna Waynflete zamilkła. Obrzuciła Luke'a 
inteligentnym spojrzeniem, a on miał wrażenie, 
że dostrzega w jej oczach jakiś szczególny 
wyraz. Czuł instynktownie, że panna Waynflete 
pominęła pewne fakty, ale z jakiegoś powodu 
chce, by on się tego domyślił.
Zapadło długie, dość kłopotliwe milczenie. Luke 

background image

czuł się jak aktor, który zapomniał swoją 
kwestię.
- Więc myśli pani, że to nie było samobójstwo? - 
spytał niepewnie.
- Oczywiście, że nie - odparła bezzwłocznie 
panna Waynflete. - Gdyby postanowiła ze sobą 
skończyć, kupiłaby jakąś lepszą truciznę. Tę 
starą buteleczkę farby musiała mieć od dawna. 
Tak czy owak, jak już panu mówiłam, nie była 
tego typu dziewczyną.
- Więc co pani o tym sądzi? - spytał Luke.
- Uważam, że był to nieszczęśliwy wypadek - 
oznajmiła panna Waynflete.
Zacisnęła usta i spojrzała na niego z powagą.
Luke zastanawiał się gorączkowo, co ma 
powiedzieć, ale w tym momencie ich uwagę 
przyciągnęło drapanie w drzwi, któremu 
towarzyszyło żałosne miauczenie.
Panna Waynflete zerwała się z miejsca, by 
otworzyć drzwi. Do pokoju wszedł wspaniały 
perski kot. Zatrzymał się, popatrzył z 
dezaprobatą na gości, a potem wskoczył na 
poręcz fotela, w którym siedziała panna 
Waynflete.
- Och, Puszku! - przemówiła do niego 
pieszczotliwie panna Waynflete. - Gdzie mój 
kotek był przez cały ranek?
Luke przypomniał sobie, że słyszał niedawno o 
perskim kocie imieniem Puszek.
- Jest bardzo piękny - stwierdził. - Czy ma go 
pani od dawna?

background image

- Och, nie - powiedziała panna Waynflete, 
potrząsając głową. - Należał do mojej serdecznej 
przyjaciółki, panny Pinkerton, która zginęła pod 
kołami jednego z tych okropnych samochodów. 
Nie mogłam dopuścić do tego, żeby Puszek trafił 
do obcych ludzi. Lavinia byłaby niepocieszona. 
Ona go wprost uwielbiała... jest cudowny, 
prawda?
Luke patrzył z zachwytem na kota.
- Proszę tylko uważać na jego uszy - powiedziała 
panna Waynflete. - Ostatnio trochę go bolą.
Luke ostrożnie pogłaskał zwierzątko.
- Musimy już iść - oznajmiła Bridget, wstając z 
krzesła.
- Myślę - powiedziała panna Waynflete, 
ściskając dłoń Luke'a - że niebawem znów się 
zobaczymy.
- Mam nadzieję... jestem tego pewny - odparł 
Luke pogodnie. Wydawało mu się, że panna 
Waynflete jest zakłopotana i nieco zawiedziona. 
Zerknęła pytająco na Bridget. Luke wyczuł, że 
między tymi kobietami istnieje jakaś nić 
porozumienia, do którego on nie został 
dopuszczony. Lekko go to zirytowało, ale 
przyrzekł sobie, że niebawem dotrze do sedna 
tej sprawy.
Panna Waynflete wyszła razem z nimi. Luke stał 
przez minutę na schodach, patrząc z 
przyjemnością na dziewicze wiejskie błonia i 
staw.
- Widzę, że te okolice nie zostały zeszpecone 

background image

nowoczesną zabudową - oświadczył.
Panna Waynflete rozpromieniła się.
- Tak, to prawda - przyznała z zapałem. - 
Wszystko wygląda dokładnie tak samo jak w 
czasach mojego dzieciństwa. Mieszkaliśmy 
wtedy we dworze. Ale posiadłość przeszła w ręce 
mojego brata, który nie chciał tu pozostać. 
Prawdę mówiąc, nie było go na to stać, więc 
dwór wystawiono na sprzedaż. Jakiś 
budowniczy złożył ofertę i, jak sądzę, zamierzał 
go zmodernizować. Na szczęście wmieszał się do 
tego lord Whitfield, kupił posiadłość i w ten 
sposób ją ocalił. Przekształcił dom w bibliotekę i 
muzeum, praktycznie nic w nim nie zmieniając. 
Dwa razy w tygodniu pełnię tam funkcję 
bibliotekarki... oczywiście nieodpłatnie... Muszę 
przyznać, że z wielką przyjemnością bywam w 
tym starym domu i cieszę się, że nie popadnie w 
ruinę. To naprawdę wspaniałe miejsce na 
muzeum. Któregoś dnia powinien pan je 
zwiedzić, panie Fitzwilliam. Jest w nim sporo 
ciekawych regionalnych eksponatów.
- Chętnie skorzystam z zaproszenia, panno 
Waynflete.
- Lord Whitfield zrobił wiele dobrego dla 
Wychwood - oznajmiła panna Waynflete. - 
Niestety są tu ludzie, którzy nie potrafią tego 
docenić.
Zacisnęła mocno usta. Luke dyskretnie o nic już 
nie pytał, tylko jeszcze raz się pożegnał.
- Czy chcesz kontynuować swe poszukiwania, 

background image

czy też wrócimy do domu brzegiem rzeki? - 
spytała Bridget, kiedy znaleźli się już za furtką. 
- To bardzo przyjemny spacer.
Luke nie namyślał się ani chwili. Nie miał ochoty 
na dalsze badania w towarzystwie Bridget 
Conway.
- Proszę bardzo, chodźmy drogą nad rzeką - 
powiedział. Skręcili w główną ulicę. Na jednym z 
ostatnich domów wisiał szyld z wytłaczanym 
złotymi, ozdobnymi literami napisem: 
"Starożytności". Luke zatrzymał się i zajrzał 
przez okno do przytulnego wnętrza.
- Widzę tam ładny stary półmisek - zauważył. - 
W sam raz dla mojej ciotki. Ciekawe, ile 
kosztuje.
- Czy chcesz, żebyśmy weszli i zapytali?
- Nie masz nic przeciwko temu? Lubię szperać w 
sklepach z antykami. Czasem można trafić na 
jakąś dobrą okazję.
- Nie sądzę, by tutaj ci się to udało - oznajmiła 
Bridget. - Muszę przyznać, że Ellsworthy 
doskonale zna wartość swoich rzeczy.
Drzwi sklepu były otwarte. Przedsionek, 
zastawiony krzesłami, kanapami oraz 
kredensami, na których umieszczono 
porcelanowe i cynowe naczynia, prowadził do 
dwóch pokoi wypełnionych po brzegi 
antycznymi przedmiotami.
Luke wszedł do jednego z nich i wziął do rąk 
półmisek. W tym momencie z głębi 
pomieszczenia wynurzył się jakiś mężczyzna, 

background image

który siedział poprzednio przy biurku z drewna 
orzechowego w stylu epoki królowej Anny.
- Ach, nasza droga panna Conway... Jak miło 
panią widzieć.
- Dzień dobry, panie Ellsworthy.
Pan Ellsworthy był afektowanym młodym 
dandysem o pociągłej, bladej twarzy, wąskich 
ustach i czarnych, długich włosach artysty. Miał 
na sobie ubranie w odcieniach rdzawego brązu i 
poruszał się tanecznym krokiem.
Kiedy Luke został mu przedstawiony, pan 
Ellsworthy natychmiast poświęcił mu całą 
uwagę.
- Autentyczny staroangielski półmisek. 
Wspaniały, prawda? Uwielbiam swoje drobiazgi 
i nie znoszę ich sprzedawać. Zawsze marzyłem, 
żeby mieszkać na wsi i prowadzić mały sklep. 
Wychwood to cudowne miejsce... ma szczególną 
atmosferę, jeśli wie pan, co mam na myśli.
- Dusza artysty - mruknęła Bridget.
Ellsworthy odwrócił się do niej, machając swymi 
długimi, bladymi dłońmi.
- Niech pani nie używa tego okropnego 
określenia, panno Conway. Nie... nie, błagam. 
Proszę mi nie mówić, że pozuję na artystę... nie 
mógłbym tego znieść. Przecież pani wie, że nie 
handluję ręcznie tkanym tweedem ani kutymi 
cynowymi dzbanami. Jestem tylko kupcem, po 
prostu kupcem.
- Ale w istocie jest pan artystą, czyż nie? - spytał 
Luke. - Chodzi mi o to, że maluje pan akwarele, 

background image

prawda?
- Kto panu o tym powiedział? - zawołał pan 
Ellsworthy, splatając dłonie. - Wie pan, to 
miasteczko jest naprawdę zdumiewające... nie 
można tu niczego utrzymać w tajemnicy! To 
właśnie w nim lubię... tak bardzo nie przystaje 
do tego nieludzkiego zwyczaju: "Nie wtrącaj się 
do moich spraw, a ja nie będę wtrącał się do 
twoich", który obowiązuje w Londynie! Plotki, 
złośliwości i skandale są zachwycające, o ile 
zachowuje się do nich właściwy dystans!
Luke poprzestał na odpowiedzi na pytanie pana 
Ellsworthy'ego, nie komentując dalszej części 
jego wypowiedzi.
- Panna Waynflete powiedziała nam, że 
naszkicował pan kilka portretów pewnej 
dziewczyny... Amy Gibbs.
- Och, Amy - powtórzył pan Ellsworthy. Zrobił 
krok do tyłu i zaczął bawić się kuflem do piwa. 
Potem ostrożnie go odstawił i powiedział: - 
Doprawdy? Ach tak, to możliwe.
Wydawał się lekko wytrącony z równowagi.
- Była ładną dziewczyną - stwierdziła Bridget.
- Och, tak pani sądzi? - spytał pan Ellsworthy, 
odzyskawszy pewność siebie. - Uważam, że 
miała bardzo pospolitą urodę. Skoro interesuje 
pana stara porcelana, to mam parę 
przepięknych ptaszków... urocze bibeloty.
Luke nie okazał większego zainteresowania 
ptaszkami i spytał o cenę półmiska.
Ellsworthy wymienił sumę.

background image

- Dziękuję - powiedział Luke - ale mimo 
wszystko chyba go pana nie pozbawię.
- Ilekroć czegoś nie sprzedam - zaczął 
Ellsworthy - robi mi się lżej na sercu. To 
nierozsądne z mojej strony, prawda? Proszę 
posłuchać, opuszczę panu gwineę. Widzę, że się 
panu spodobał, a to zmienia sytuację. A poza 
tym przecież to jest w końcu sklep!
- Nie, dziękuję - powiedział Luke.
Pan Ellsworthy odprowadził ich do drzwi i 
pomachał im na pożegnanie. Luke'owi nie 
podobały się jego dłonie. Miał wrażenie, że są 
nie tylko blade, lecz lekko zielonkawe.
- To paskudny człowiek - zauważył, kiedy 
znaleźli się poza zasięgiem słuchu pana 
Ellsworthy.
- Paskudna mentalność i paskudny sposób bycia 
- przytaknęła Bridget.
- Po co właściwie tu przyjechał?
- Chyba interesuje się czarną magią. Nie mam 
na myśli czarnych mszy, ale inne tego rodzaju 
sprawy. Nasze strony przyciągają takich ludzi.
- Mój Boże! - zawołał nagle Luke. - Chyba 
takiego właśnie człowieka potrzebuję. 
Powinienem był z nim o tym porozmawiać.
- Tak sądzisz? - spytała Bridget. - On sporo na 
ten temat wie.
- Odwiedzę go kiedy indziej.
Bridget nie odpowiedziała. Byli już za miastem. 
Skręcili w ścieżkę, która doprowadziła ich nad 
brzeg rzeki.

background image

Dostrzegli tam jakiegoś niskiego mężczyznę o 
krótko przystrzyżonych wąsach i wyłupiastych 
oczach. Obok niego biegły trzy buldogi, na które 
pokrzykiwał ochrypłym głosem:
- Nero, do nogi! Nelly, zostaw to! Mówię ci, 
zostaw to! Augustus... AUGUSTUS, 
powiedziałem...
Urwał i uchylił kapelusza przed Bridget. 
Spojrzał na Luke'a z wyraźną ciekawością, a 
potem poszedł dalej i znów zaczął karcić swoje 
psy.
- Major Horton i jego buldogi - zacytował Luke.
- Zgadza się.
- Czyżbyśmy dzisiejszego ranka spotkali prawie 
wszystkich godnych uwagi mieszkańców 
Wychwood?
- Niemal wszystkich.
- Czuję się jak intruz - powiedział Luke. - Myślę, 
że każdy obcy człowiek w angielskim 
prowincjonalnym miasteczku musi od razu 
rzucać się w oczy - dodał posępnie, 
przypominając sobie słowa Jimmy'ego 
Lorrimera.
- Major Horton nie potrafi dobrze ukryć swojej 
ciekawości - powiedziała Bridget. - Prawdę 
mówiąc, bezczelnie się na ciebie gapił.
- Jest typem mężczyzny, po którym od razu 
widać, że był majorem - oznajmił Luke z 
przekąsem.
- Czy moglibyśmy posiedzieć chwilę nad rzeką? 
- spytała nagle Bridget. - Mamy dużo czasu.

background image

Usiedli na zwalonym drzewie.
- Owszem, major Horton jest typowym oficerem 
i ma koszarowe maniery. Nie uwierzyłbyś, że 
jeszcze przed rokiem był największym 
pantoflarzem w okolicy!
- Jak to, ten człowiek?
- Owszem. Jego żona była najwstrętniejszą 
kobietą, jaką kiedykolwiek znałam. Miała 
pieniądze i nieustannie podkreślała ten fakt 
publicznie.
- Biedaczysko... mam na myśli Hortona.
- Traktował ją bardzo dobrze... jak oficer i 
dżentelmen. Osobiście dziwię się, że nie chwycił 
za siekierę.
- Rozumiem, że nie cieszyła się sympatią.
- Nikt jej nie lubił. Obrażała Gordona, a mnie 
traktowała protekcjonalnie. Gdziekolwiek się 
pojawiła, budziła ogólną niechęć.
- Ale, jak się domyślam, w końcu zabrała ją 
miłosierna Opatrzność.
- Tak, mniej więcej przed rokiem. Ostry nieżyt 
żołądka. Zamieniła życie swego męża, doktora 
Thomsona i dwóch pielęgniarek w istne piekło, 
ale w końcu umarła. Buldogi od razu odzyskały 
chęć do życia.
- Mądre zwierzęta!
Zapadło milczenie. Bridget bezmyślnie zrywała 
długie źdźbła trawy, a Luke, mrużąc oczy, 
patrzył niewidzącym wzrokiem na przeciwległy 
brzeg rzeki. Znów ogarnęły go wątpliwości. 
Zastanawiał się, czy nie padł ofiarą własnej 

background image

wyobraźni. Czy nie popełnia błędu, krążąc po 
okolicy i widząc w każdej napotkanej osobie 
potencjalnego mordercę? To przecież podłe i 
nieetyczne.
Niech to wszystko diabli porwą - pomyślał. Zbyt 
długo byłem policjantem!
Z zamyślenia wyrwał go gwałtownie wyraźny, 
chłodny głos Bridget.
- Panie Fitzwilliam, po co właściwie pan tu 
przyjechał?

VI
FARBA DO KAPELUSZY

Luke zapalał właśnie papierosa. Niespodziewane 
pytanie Bridget na chwilę go sparaliżowało. W 
końcu zapałka wypaliła się i sparzyła go w palce.
- Psiakrew! - zaklął, upuszczając zapałkę i 
energicznie potrząsając dłonią. - Przepraszam. 
Zaskoczyłaś mnie w dość niemiły sposób. - 
Uśmiechnął się posępnie.
- Doprawdy?
- Owszem - westchnął. - No cóż, myślę, że każdy 
naprawdę inteligentny człowiek musiał mnie 
przejrzeć na wylot! Ani przez chwilę nie 
wierzyłaś chyba w tę historyjkę o książce na 
temat folkloru, prawda?
- Przestałam w nią wierzyć, kiedy cię poznałam.
- A więc wierzyłaś w nią przedtem?
- Owszem.
- Tak czy owak nie był to zbyt dobry kamuflaż - 

background image

stwierdził Luke krytycznie. - Chodzi mi o to, że 
każdy może pisać książkę, ale mój przyjazd i 
udawanie twojego kuzyna... to chyba musiało ci 
się wydać podejrzane.
Bridget potrząsnęła głową.
- Nie. Miałam pewne wytłumaczenie... to znaczy, 
przypuszczałam, że je mam. Sądziłam, że jesteś 
w trudnej sytuacji materialnej, podobnie jak 
wielu przyjaciół Jimmy'ego i moich. 
Pomyślałam więc, że Jimmy wpadł na ten 
pomysł z kuzynem, żeby ocalić twoją dumę.
- Ale kiedy przyjechałem, natychmiast 
dostrzegłaś oznaki mojego bogactwa, więc 
odrzuciłaś to wytłumaczenie, prawda?
- Och, nie - zaprotestowała Bridget z lekkim 
uśmiechem. - To nie było to. Po prostu nie 
pasowałeś do tej roli.
- Nie wydawałem ci się na tyle rozgarnięty, by 
pisać książkę? Nie oszczędzaj moich uczuć. 
Wolałbym znać prawdę.
- Mógłbyś pisać książkę, ale nie taką książkę. 
Dawne przesądy... grzebanie w przeszłości... to 
do ciebie nie pasuje! Nie jesteś człowiekiem, dla 
którego przeszłość ma duże znaczenie... ani, być 
może, nawet przyszłość... liczy się tylko chwila 
obecna.
- Hmm, rozumiem. - Luke skrzywił się. - Niech 
to wszystko diabli wezmą! Od samego początku 
budzisz we mnie niepokój! Robisz wrażenie 
kobiety piekielnie inteligentnej.
- Bardzo mi przykro - powiedziała Bridget. - A 

background image

czego się spodziewałeś?
- No cóż, prawdę mówiąc w ogóle się nad tym 
nie zastanawiałem.
- Myślałeś, że jestem niezbyt mądrą kobietą, ale 
na tyle rozsądną, by wykorzystać okazję i wyjść 
za swojego szefa?
Luke odchrząknął, zażenowany. Bridget 
spojrzała na niego z chłodnym rozbawieniem.
- Dokładnie rozumiem. Wszystko w porządku. 
Nie mam ci tego za złe.
Luke postanowił rozmawiać z nią szczerze.
- No cóż, być może mój obraz niezbyt odbiegał 
od tego wizerunku. Ale nie zastanawiałem się na 
tym.
- Tak, to w twoim stylu - powiedziała Bridget z 
namysłem. - Jesteś człowiekiem, który wyciąga 
wnioski dopiero wtedy, gdy pozna już sytuację.
Luke stracił pewność siebie.
- Och, bez wątpienia kiepsko odegrałem swoją 
rolę! Czy lord Whitfield również mnie 
rozszyfrował?
- Ależ skąd. Gdybyś mu powiedział, że 
przyjechałeś tu badać obyczaje owadów 
wodnych, bo chcesz napisać o nich rozprawę 
naukową, Gordon nie miałby żadnych 
wątpliwości. Jest zachwycająco łatwowierny.
- Mimo wszystko nie byłem zbyt przekonujący! 
Nie grałem swojej roli konsekwentnie.
- Bo ja ci w tym przeszkadzałam - stwierdziła 
Bridget. - Zauważyłam to. Byłam tym dość 
rozbawiona.

background image

- Och, z pewnością! Inteligentne kobiety 
zazwyczaj są bezlitośnie okrutne.
- Trzeba czerpać z życia doczesnego tyle 
przyjemności, ile tylko się da - bąknęła Bridget. 
- Jaki jest prawdziwy cel pańskiej wizyty w 
Wychwood, panie Fitzwilliam? - spytała po 
chwili milczenia.
Zatoczywszy pełne koło, powrócili do 
pierwotnego pytania. Luke dobrze wiedział, że 
musi do tego dojść. W ciągu kilku ostatnich 
sekund próbował podjąć decyzję. Podniósł 
głowę i napotkał przenikliwie badawczy wzrok 
Bridget, która patrzyła na niego ze spokojem i 
opanowaniem. Dostrzegł w jej oczach wyraz 
powagi, której nie spodziewał się ujrzeć.
- Chyba lepiej zrobię - zaczął z namysłem - jeśli 
przestanę cię okłamywać.
- Znacznie lepiej.
- Ale prawda jest skomplikowana... Posłuchaj, 
czy wyrobiłaś sobie jakieś zdanie... chodzi mi o 
to, czy zastanawiałaś się nad prawdziwą 
przyczyną mojego przyjazdu?
Bridget przytaknęła ruchem głowy.
- I co ci przyszło na myśl? Chciałbym to 
wiedzieć. To może mi ułatwić zadanie.
- Podejrzewałam, że przyjechałeś tu w związku 
ze śmiercią Amy Gibbs - odparła cicho.
- No właśnie! Zauważyłem to... wyczułem... 
ilekroć padało jej nazwisko! Wiedziałem, że coś 
się za tym kryje. Więc uważasz, że zjawiłem się 
tu w związku z tą sprawą?

background image

- A czy tak nie jest?
- Owszem... w pewnym sensie.
Zamilkł, marszcząc brwi. Bridget siedziała 
nieruchomo obok niego, nie odzywając się ani 
słowem. Nie chciała zakłócać toku jego myśli. 
Luke podjął w końcu decyzję.
- Pewnie przyjechałem tu niepotrzebnie. Ale 
skłoniło mnie do tego dość absurdalnie 
melodramatyczne podejrzenie. Amy Gibbs jest 
częścią tej sprawy. Chciałem odkryć prawdziwą 
przyczynę jej śmierci.
- Tak właśnie przypuszczałam.
- Ale, do diabła... dlaczego tak przypuszczałaś? 
Czy w jej śmierci było coś, co wzbudziło twoje 
zainteresowanie?
- Od samego początku uważałam, że coś jest nie 
w porządku - odparła Bridget. - Dlatego właśnie 
zaprowadziłam cię do panny Waynflete.
- Dlaczego?
- Ponieważ ona podziela moje zdanie.
- Och. - Luke przypomniał sobie tę wizytę. 
Teraz dopiero zrozumiał niejasne sugestie, które 
przekazywała mu inteligentna stara panna. - 
Podziela twoje zdanie... że jest w tym coś... 
dziwnego?
Bridget kiwnęła głową.
- Ale właściwie co?
- Przede wszystkim farba do kapeluszy.
- Co masz na myśli?
- No cóż, kapelusze farbowano mniej więcej 
przed dwudziestu laty... przez jakiś czas kobieta 

background image

nosiła różowy słomkowy kapelusz, potem 
kupowała buteleczkę farby i zmieniała jego 
kolor na ciemnoniebieski, a następnie wylewała 
na niego zawartość innej buteleczki i kapelusz 
stawał się czarny! Ale teraz kapelusze są tanie, 
więc kiedy wychodzą z mody, po prostu się je 
wyrzuca.
- I robią to nawet dziewczęta wywodzące się ze 
sfery Amy Gibbs?
- Prędzej ja ufarbowałabym kapelusz niż ona! 
Ludzie przestali oszczędzać. Ale jest jeszcze 
jedna sprawa. To była czerwona farba.
- I co z tego?
- A Amy Gibbs miała rude włosy... po prostu 
ryże jak marchewka!
- Chcesz powiedzieć, że to do siebie nie pasuje? 
Bridget kiwnęła potakująco głową.
- Rudowłosa kobieta nie włożyłaby 
purpurowego kapelusza. To są rzeczy, których 
żaden mężczyzna nie rozumie, ale...
- To prawda... żaden mężczyzna tego nie 
rozumie - przerwał jej Luke. - To się zgadza... 
wszystko się zgadza.
- Jimmy ma kilku przyjaciół w Scotland Yardzie 
- oznajmiła Bridget. - Nie jesteś chyba...
- Nie, nie jestem etatowym inspektorem policji - 
wyjaśnił pospiesznie - ani sławnym prywatnym 
detektywem, mieszkającym na Baker Street i 
tak dalej. Tak jak powiedział ci Jimmy, jestem 
emerytowanym policjantem, który wrócił ze 
służby na Wschodzie. Zająłem się tą sprawą w 

background image

wyniku pewnego niezwykłego spotkania, do 
którego doszło w pociągu do Londynu.
Zrelacjonował jej pokrótce treść swojej 
rozmowy z panną Pinkerton i późniejsze 
wydarzenia, które sprowadziły go do 
Wychwood.
- Teraz sama rozumiesz - zakończył. - To czysta 
fantazja! Szukam tu tajemniczego mordercy... 
najprawdopodobniej jakiegoś znanego i 
szanowanego obywatela Wychwood. Jeśli panna 
Pinkerton, ty i panna Jak-jej-tam macie rację, 
właśnie ten człowiek zabił Amy Gibbs.
- Rozumiem - powiedziała Bridget.
- Morderca mógł chyba w jakiś sposób dostać 
się do domu, prawda?
- Tak sądzę - odparła z namysłem Bridget. - 
Reed, nasz posterunkowy, dotarł do otwartego 
okna jej pokoju, wdrapując się na dach 
przybudówki. Nie było to łatwe, ale sprawny 
mężczyzna nie miałby z tym większych 
trudności.
- A co twoim zdaniem zrobił, kiedy znalazł się 
już w pokoju?
- Zamienił buteleczkę z syropem na tę z farbą do 
kapeluszy.
- Spodziewając się, że Amy zrobi dokładnie to, 
co zrobiła... obudzi się, wypije truciznę, a potem 
wszyscy zgodnie stwierdzą, że pomyliła butelki 
lub popełniła samobójstwo?
- Tak.
- Czy w czasie dochodzenia nie dostrzeżono 

background image

żadnych podejrzanych okoliczności?
- Nie.
- Pewnie prowadzili je mężczyźni. Nie zwrócili 
uwagi na kolor farby?
- Nie.
- Ale tobie przyszło to do głowy?
- Owszem.
- I pannie Waynflete również? Czy 
rozmawiałyście na ten temat?
- Och, nie... nie w tym sensie, jaki ty masz na 
myśli. To znaczy nie omawiałyśmy tego 
szczegółowo. Nie mam pojęcia, do czego doszła 
ta staruszka, ale wydawała mi się coraz bardziej 
zaniepokojona. Jak wiesz, jest kobietą 
inteligentną i wykształconą. W przeciwieństwie 
do większości tutejszych mieszkańców potrafi 
logicznie myśleć.
- Odniosłem wrażenie, że panna Pinkerton była 
dość ograniczona - powiedział Luke. - Dlatego 
właśnie jej opowieść wydawała mi się od 
początku nieprawdopodobna.
- Zawsze uważałam ją za dość bystrą - 
oznajmiła Bridget. - Te chaotycznie paplające 
staruszki są na ogół bardzo spostrzegawcze. 
Mówiłeś, że wymieniła jeszcze inne osoby.
- Owszem - odparł Luke, kiwając głową. - 
Tommy Pierce... od razu zapamiętałem 
nazwisko tego chłopca. Jestem pewien, że 
wspomniała również o Carterze.
- Carter, Tommy Pierce, Amy Gibbs, doktor 
Humbleby - wyliczyła z zadumą Bridget. - Jak 

background image

sam mówisz, to aż zbyt fantastyczne, żeby mogło 
być prawdą! Kto, u licha, pragnąłby śmierci 
tych ludzi? Byli tak różni!
- Nie domyślasz się, z jakiego powodu ktoś 
chciałby się pozbyć Amy Gibbs? - spytał Luke.
Bridget potrząsnęła głową.
- Nie mam pojęcia.
- A co z tym Carterem? Jak umarł?
- Wpadł do rzeki i utonął. Pewnej mglistej nocy 
wracał pijany do domu. Przyjęto za rzecz 
oczywistą, że stracił równowagę, kiedy 
przechodził przez kładkę, która ma poręcz tylko 
z jednej strony.
- Ale ktoś mógł go popchnąć?
- Owszem.
- A ktoś inny mógł zepchnąć tego nieznośnego 
Tommy'ego z parapetu, kiedy mył okno?
- I tym razem się zgadzam.
- Więc cała sprawa sprowadza się do tego, że nie 
jest zbyt trudno wysłać na tamten świat trzy 
osoby, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.
- Panna Pinkerton miała pewne podejrzenia - 
zauważyła z naciskiem Bridget.
- To prawda, niech ją Bóg błogosławi. Nie 
przyszło jej do głowy, że podchodzi do tej 
sprawy zbyt melodramatycznie lub ma zbyt 
bujną wyobraźnię.
- Często mówiła mi, że na świecie roi się od 
nikczemnych ludzi.
- A ty zapewne uśmiechałaś się pobłażliwie? - Iz 
wyższością!

background image

- Dobry policjant musi czasem wierzyć w to, co 
wydaje mu się niemożliwe.
Bridget kiwnęła głową.
- Chyba nie ma sensu pytać cię, czy kogoś 
podejrzewasz? Czy nie znasz w Wychwood 
osoby, która przyprawia cię o gęsią skórkę, albo 
ma niesamowicie jasne oczy... lub wybucha 
chichotem szaleńca?
- Wszyscy, których tu poznałam, wydają mi się 
ludźmi rozsądnymi, uczciwymi i zupełnie 
zwykłymi.
- Tego się obawiałem - oznajmił Luke.
- Czy myślisz, że ten człowiek jest zdecydowanie 
obłąkany? - spytała Bridget.
- Och, chyba tak. Ale to bardzo przebiegły 
szaleniec. Ostatnia osoba, jaka przyszłaby ci do 
głowy... najprawdopodobniej filar 
społeczeństwa... na przykład jak dyrektor 
banku.
- Pan Jones? Nie wyobrażam sobie, by mógł 
popełnić te wszystkie morderstwa.
- Zatem jest zapewne człowiekiem, którego 
szukamy.
- To może być każdy - powiedziała Bridget. - 
Rzeźnik, piekarz, właściciel sklepu spożywczego, 
jakiś farmer, robotnik drogowy czy roznosiciel 
mleka.
- Tak, to prawda, ale sądzę, że wybór jest nieco 
bardziej ograniczony.
- Dlaczego?
- Panna Pinkerton opowiadała mi o błysku w 

background image

jego oczach, kiedy mierzył wzrokiem swą 
kolejną ofiarę. Na podstawie jej relacji 
odniosłem wrażenie... zaznaczam, jedynie 
wrażenie... że ten człowiek wywodzi się co 
najmniej z jej klasy społecznej. Oczywiście mogę 
się mylić.
- Zapewne masz rację! Takie niuanse są trudno 
uchwytne, ale mogą mieć wielkie znaczenie.
- Wiesz - zaczął Luke - cieszę się, że wyznałem ci 
całą prawdę.
- To ci ułatwi odgrywanie swojej roli. A ja chyba 
mogę ci pomóc.
- Twoja pomoc będzie bezcenna. Czy naprawdę 
zamierzasz rozwikłać tę zagadkę?
- Oczywiście.
- A co z lordem Whitfieldem? - spytał Luke z 
zakłopotaniem. - Czy sądzisz, że...?
- Ależ nic mu o tym nie powiemy! - zawołała 
Bridget.
- Myślisz, że nie uwierzyłby w tę historię?
- Och, uwierzyłby! Gordon uwierzyłby we 
wszystko! Byłby tak podniecony, że wezwałby tu 
z pół tuzina swych najbystrzejszych młodych 
pracowników i kazał im wszcząć energiczne 
śledztwo! Po prostu byłby zachwycony!
- To wyklucza jego udział - przyznał Luke.
- Tak, niestety musimy pozbawić go tej 
przyjemności.
Luke spojrzał na nią. Chciał coś powiedzieć, ale 
zmienił zdanie.
Zerknął na zegarek.

background image

- Tak - zaczęła Bridget - powinniśmy wracać do 
domu.
Wstała. Nagle oboje poczuli się skrępowani, 
jakby nie wypowiedziane przez Luke'a słowa 
zawisły ciężko w powietrzu.
Wracali do domu w milczeniu.

VII
LISTA PODEJRZANYCH

Luke siedział w swojej sypialni. Podczas lunchu 
pani Anstruther wypytywała go o kwiaty, które 
hodował w swoim ogrodzie w Mayang Straits. 
Następnie poinformowała go, jakie ich gatunki 
dobrze się tam rozwijają. Wysłuchał też kolejnej 
tyrady lorda Whitfielda pod tytułem: 
"Pogadanki o Samym Sobie, Skierowane do 
Młodych Mężczyzn". Teraz, dzięki Bogu, był już 
sam.
Wziął kartkę papieru i wypisał na niej listę 
nazwisk. Wyglądała ona następująco:

Dr Thomas
Pan Abbot
Major Norton
Pan Ellsworthy
Pan Wake
Pan Jones
Narzeczony Amy
Rzeźnik, piekarz, wytwórca lichtarzy, itd.

background image

Potem wziął drugą kartkę i zatytułował ją: 
OFIARY. Pod spodem napisał:

Amy Gibbs: Otruta
Tommy Pierce: Wypchnięty przez okno
Harry Carter: Zrzucony z kładki (pijany? 
Odurzony jakimiś środkami?)
Dr Humbleby: Zakażenie krwi
Panna Pinkerton: Przejechana przez samochód

Potem dopisał:

Pani Rose?
Stary Ben?

Po chwili wahania zanotował jeszcze jedno 
nazwisko:

Pani Horton?

Przejrzał uważnie swoje notatki, wypalił 
papierosa, a potem znów chwycił za ołówek.

Dr Thomas: Poszlaki świadczące przeciwko 
niemu.
W przypadku doktora Humbleby istnieje 
wyraźny motyw. Przyczyną jego śmierci było 
fachowe zakażenie bakteriami. Amy Gibbs 
odwiedziła doktora Thomasa po południu w 
dniu swej śmierci. (Czy coś ich łączyło? 
Szantaż?) Tommy Pierce? Nic nie wiadomo o 

background image

jakichś związkach. (Czy Tommy wiedział o 
znajomości doktora Thomasa z Amy Gibbs?) 
Harry Carter? Nic nie wiadomo o jakichś 
związkach. Czy doktor Thomas opuszczał 
Wychwood w dniu wyjazdu panny Pinkerton do 
Londynu?

Westchnął i rozpoczął nowy akapit:

Pan Abbot: Poszlaki świadczące przeciwko 
niemu.
(Uważam tego prawnika za zdecydowanie 
podejrzanego. Może to uprzedzenie.) Jego 
osobowość, jowialność, wylewny sposób bycia, 
itd. budziłyby podejrzenia czytelnika powieści 
kryminalnych - podejrzenia zawsze padają na 
ludzi prostodusznych i towarzyskich. Sprzeciw: 
to nie jest powieść, lecz realne życie. Motyw: w 
przypadku doktora Hum bleby'ego. Ich stosunki 
cechowała wyraźna wrogość. H. lekceważył 
Abbota. Wystarczający motyw dla szaleńca. 
Panna Pinkerton mogła dostrzec antagonizm 
między nimi. Tommy Pierce? Grzebał w 
dokumentach Abbota. Czy znalazł coś, o czym 
nie powinien był wiedzieć? Harry Carter? Brak 
wyraźnych związków. Amy Gibbs? Nic nie 
wiadomo o jakichś związkach. Farba do 
kapeluszy pasuje do staroświeckiej mentalności 
Abbota. Czy Abbot przebywał poza 
miasteczkiem w dniu śmierci panny Pinkerton?
Major Horton: Poszlaki świadczące przeciwko 

background image

niemu. Nic nie wiadomo o jego związkach z Amy 
Gibbs, Tommym Pierce'em ani Car terem. Co w 
sprawie pani Horton? Wydaje się, że przyczyną 
jej śmierci mogło być otrucie arszenikiem. Jeśli 
tak bylo, to pozostałe morderstwa mogly być 
tego skutkiem - szantaż? Notabene - Thomas był 
jej lekarzem. (Znów podejrzenie pada na 
Thomasa.)
Pan Ellsworthy: Poszlaki świadczące przeciwko 
niemu.
Wstrętny typ - zajmuje się czarną magią. Może 
mieć usposobienie żądnego krwi mordercy. 
Związki z Amy Gibbs. Czy łączyło go coś z 
Tommym Pierce'em? Z Car terem? Nie 
wiadomo. A Humbleby? Mógł rozszyfrować 
stan psychiki Ellsworthy'ego. Panna Pinkerton? 
Czy Ellsworthy wyjeżdżał z Wychwood w dniu 
jej śmierci?
Pan Wake: Poszlaki świadczące przeciwko 
niemu.
Mało prawdopodobne. Może mania religijna? 
Poczucie posłannictwa, skłaniające do 
zabijania? Świątobliwi starzy duchowni mogą 
być podejrzani w książkach, ale (jak 
poprzednio) to jest realne życie. Uwaga. Carter, 
Tommy i Amy mieli zdecydowanie wstrętne 
charaktery. Może uważał, że należy usunąć ich z 
tego świata w Imię Boże?
Pan Jones. Brak danych.
Narzeczony Amy.
Zapewne miał motyw, by zamordować Amy, ale 

background image

wydaje się to nieprawdopodobne z zasadniczych 
powodów.
Inni?
Chyba nie wchodzą w rachubę.

Luke przeczytał swoje zapiski. Potem potrząsnął 
głową.
- To absurdalne! - mruknął. - Euklides znacznie 
lepiej formułował swoje teorie.
Podarł notatki i spalił je.
To nie będzie łatwe zadanie - powiedział do 
siebie.

VIII
DOKTOR THOMAS

Doktor Thomas, siedząc wygodnie w fotelu, 
przesunął długą, delikatną dłonią po swych 
gęstych jasnych włosach. Był młodym 
mężczyzną o zwodniczej powierzchowności. 
Choć już po trzydziestce, sprawiał wrażenie 
dwudziesto-, a może nawet nastolatka. Bujne, 
dość niesforne włosy, lekko zdziwiony wyraz 
twarzy i różowobiała cera nadawały mu 
nieodparcie chłopięcy wygląd. Choć pozornie 
wydawał się niedojrzały, postawiona przez niego 
diagnoza, dotycząca reumatyzmu w kolanie 
Luke'a, była zgodna z rozpoznaniem wybitnego 
specjalisty z Harley Street.
- Dziękuję - powiedział Luke. - Cóż, skoro 
uważa pan, że pomogą mi diatermie, kamień 

background image

spadł mi z serca. Nie chciałbym zostać w moim 
wieku kaleką.
- Och, nie sądzę, żeby to panu groziło, panie 
Fitzwilliam - oznajmił doktor Thomas z 
chłopięcym uśmiechem.
- Rozwiał pan moje obawy - powiedział Luke. - 
Myślałem o wizycie u jakiegoś specjalisty... ale 
teraz z pewnością nie ma już takiej potrzeby.
- Jeśli miałoby to pana uspokoić... - odparł 
doktor Thomas, ponownie się uśmiechając. - 
Bądź co bądź dobrze jest znać opinię specjalisty.
- Nie, nie, mam do pana pełne zaufanie.
- Szczerze mówiąc, to dość prosty przypadek. 
Jeśli zastosuje się pan do moich zaleceń, to z 
całą pewnością dolegliwości w kolanie ustaną.
- Ogromnie podniósł mnie pan na duchu, 
doktorze. Wyobrażałem sobie, że dostanę 
artretyzmu, który niebawem całkowicie mnie 
pokręci i unieruchomi.
Doktor Thomas potrząsnął głową i uśmiechnął 
się pobłażliwie.
- Ludzie bardzo boją się takich rzeczy - dodał 
pospiesznie Luke.
- Chyba pan to zauważył? Często myślę, że 
lekarz musi czuć się jak "cudowny 
uzdrowiciel"... jak ktoś w rodzaju czarodzieja.
- Przyczynia się do tego w dużym stopniu 
zaufanie pacjentów.
- Wiem. Uwaga "tak powiedział doktor", zawsze 
wygłaszana jest jakby z pewną czcią.
- Gdyby tylko nasi pacjenci wiedzieli! - 

background image

zażartował doktor Thomas, wzruszając 
ramionami, a po chwili spytał: - Pisze pan 
książkę na temat czarnej magii, prawda, panie 
Fitzwilliam?
- Skąd pan o tym wie? - zawołał Luke z nieco 
przesadnym zdziwieniem.
Doktor Thomas wyglądał na rozbawionego.
- Och, drogi panie, w takim prowincjonalnym 
miasteczku jak to wiadomości rozchodzą się 
błyskawicznie. Niewiele mamy tu tematów do 
rozmowy.
- Te wiadomości są zapewne po drodze 
wyolbrzymiane. Może nagle dowie się pan, że 
wywołuję miejscowe duchy i rywalizuję z 
Wróżką z Endor.
- Dziwne, że pan to mówi.
- Dlaczego?
- No cóż, krążą pogłoski, że wywołał pan ducha 
Tommy'ego Pierce'a.
- Pierce? Pierce? Czy to ten chłopiec, który 
wypadł z okna?
- Tak.
- Ciekaw jestem, jak... ależ oczywiście... 
rozmawiałem z tutejszym radcą prawnym... jak 
on się nazywa... Abbot.
- Tak, cała historia zaczęła się właśnie od niego.
- Nie twierdzi pan chyba, że nawróciłem tego 
nieugiętego radcę prawnego na wiarę w duchy?
- Więc wierzy pan w duchy?
- Pański ton, doktorze, sugeruje, że pan w nie 
nie wierzy. Nie, nie powiedziałbym, że 

background image

faktycznie "wierzę w duchy "...ujmując to z 
grubsza. Poznałem jednak niezwykłe zjawiska 
związane z niespodziewaną lub nagłą śmiercią. 
Ale bardziej interesują mnie rozmaite przesądy 
dotyczące gwałtownych zgonów... na przykład 
taki, że zamordowany człowiek nie może 
spokojnie spocząć w swym grobie. Albo ten, że 
jeśli zabójca dotknie zamordowanej przez siebie 
ofiary, to tryska z niej krew. Zastanawiam się, 
jakie są ich źródła.
- Tak, to bardzo ciekawe - przyznał Thomas. - 
Ale nie sądzę, żeby obecnie wiele osób to 
pamiętało.
- Więcej, niż mógłby pan się spodziewać. 
Oczywiście nie przypuszczam, żeby popełniono 
tu wiele morderstw... trudno więc to ocenić.
Luke uśmiechnął się i spojrzał z pozorną 
obojętnością na swego rozmówcę. Doktor 
Thomas nie wydawał się jednak zaniepokojony i 
odwzajemnił jego uśmiech.
- Myślę, że nie popełniono tu morderstwa od... 
och, od wielu lat... z pewnością nie było to za 
moich czasów.
- Tak, to spokojne miejsce. Nie sprzyja zbrodni. 
Chyba że ktoś wypchnął małego Tommy'ego 
przez okno. - Luke zachichotał, a doktor 
Thomas znów uśmiechnął się z chłopięcym 
rozbawieniem.
- Wiele osób miało ochotę skręcić mu kark - 
powiedział. - Ale nie sądzę, żeby ktoś posunął się 
do tego, by wypchnąć go przez okno.

background image

- Podobno był wstrętnym chłopcem. Ktoś mógł 
uważać pozbycie się go za swój obywatelski 
obowiązek.
- Szkoda, że nie można częściej stosować tej 
teorii w praktyce.
- Zawsze uważałem, że morderstwo mogłoby być 
dobrodziejstwem dla społeczności - oznajmił 
Luke. - Na przykład klubowego nudziarza 
powinno się wykończyć zatrutym koniakiem. 
Istnieją stare panny, wyrzucające z siebie potok 
oszczerstw i roznoszące na językach swoje 
najlepsze przyjaciółki. Albo przeciwni 
postępowi zatwardziali konserwatyści. Gdyby 
zostali bezboleśnie usunięci z tego świata, 
mogłoby to mieć zbawienny wpływ na życie 
społeczeństwa!
Doktor Thomas uśmiechnął się szeroko.
- Czy istotnie jest pan zwolennikiem zbrodni na 
dużą skalę?
- Raczej rozsądnej eliminacji - odparł Luke. - 
Chyba przyzna pan, że byłoby to zbawienne?
- Och, niewątpliwie.
- Ach, ale nie mówi pan tego poważnie - 
zauważył Luke. - A ja tak. Nie szanuję ludzkiego 
życia tak jak przeciętny Anglik. Każdy, kto stoi 
na drodze postępu, powinien zostać 
wyeliminowany... taki właśnie jest mój punkt 
widzenia!
- No dobrze, ale kto miałby wydawać sąd o 
ludzkiej przydatności czy nieprzydatności? - 
spytał doktor Thomas, przesuwając dłonią po 

background image

swych krótkich jasnych włosach.
- W tym cała trudność.
- Katolicy uznaliby komunistycznego agitatora 
za człowieka nie zasługującego na to, aby żyć... 
komunistyczny agitator skazałby na karę 
śmierci duchownego jako rzecznika przesądów, 
lekarz pozbawiłby życia chorego pacjenta, 
pacyfista potępiłby żołnierza i tak dalej.
- Sędzią musiałby zostać jakiś uczony człowiek - 
oznajmił Luke. - Ktoś bezstronny, ale 
posiadający niezwykle wyrafinowany umysł... na 
przykład jakiś lekarz. A propos, sądzę, że byłby 
pan wspaniałym sędzią, doktorze.
- Decydującym o przydatności do życia?
- Owszem.
Doktor Thomas potrząsnął głową.
- Moja praca polega na uzdrawianiu chorych. 
Przyznaję, że w większości przypadków jest to 
żmudne zajęcie.
- Spróbujmy rozważyć... - zaczął Luke. - No, 
weźmy na przykład przypadek niedawno 
zmarłego Harry'ego Cartera...
- Cartera? - powtórzył doktor Thomas. - Chodzi 
panu o właściciela baru Siedem Gwiazd?
- Tak, o niego. Nigdy go osobiście nie poznałem, 
ale moja kuzynka, panna Conway, opowiadała 
mi o nim. Zdaje się, że był to naprawdę 
skończony łajdak.
- No cóż - zaczął doktor Thomas - lubił wypić. 
Maltretował żonę, znęcał się nad córką. Ten 
grubiański awanturnik był skłócony z 

background image

większością tutejszych mieszkańców.
- Czy w istocie świat stał się bez niego lepszy?
- Przyznaję, że można by tak to ująć.
- Przypuśćmy, że nie wpadł do rzeki z własnej 
winy, lecz ktoś go zepchnął z kładki... Czyż ta 
osoba nie działałaby w imię dobra publicznego?
- Czy metody, których jest pan zwolennikiem... 
stosował pan w praktyce, będąc w... Mayang 
Straits? - spytał doktor Thomas.
Luke roześmiał się.
- Och, nie, w moim przypadku to tylko teoria, 
nie praktyka.
- Nie sądzę, żeby był pan ulepiony z tej samej 
gliny co mordercy.
- Dlaczego nie? - spytał Luke. - Wystarczająco 
szczerze przedstawiłem panu swoje poglądy.
- No właśnie. Zbyt szczerze.
- Czy chodzi panu o to, że gdybym istotnie 
należał do ludzi, którzy wymierzają 
sprawiedliwość z pominięciem sądu, nie 
ujawniałbym tak otwarcie swych poglądów?
- Tak, to miałem na myśli.
- Nawet gdybym był fanatykiem, pragnącym 
głosić swoje przekonania!
- Nawet w takim wypadku powstrzymałby pana 
od tego instynkt samozachowawczy.
- Bo tak naprawdę, szukając mordercy, należy 
się rozglądać za sympatycznym, łagodnym 
człowiekiem, który nie skrzywdziłby nawet 
muchy?
- Być może w tym stwierdzeniu jest nieco 

background image

przesady - oznajmił doktor Thomas - ale niezbyt 
odbiega ono od prawdy.
- Proszę mi powiedzieć... - zaczął nagle Luke. - 
Czy kiedykolwiek spotkał pan człowieka, 
którego podejrzewałby pan o mordercze 
instynkty?
- Cóż za niezwykłe pytanie - odparł doktor 
Thomas ostrym tonem.
- Naprawdę? Przecież każdy lekarz musi mieć 
do czynienia z różnymi dziwakami. Potrafi 
chyba rozpoznać objawy... na przykład... 
morderczej obsesji... we wczesnym stadium, 
zanim stanie się ona naprawdę widoczna.
- Widzę, że wyobraża pan sobie obsesyjnego 
mordercę w taki sam sposób jak większość 
dyletantów - mruknął doktor z rozdrażnieniem. 
- Jako człowieka, który wpada w szał i biega z 
pianą na ustach i z nożem w ręku. Zapewniani 
pana, że stwierdzenie u pacjenta tego rodzaju 
obsesji bywa najtrudniejszą rzeczą na świecie. 
Pozornie może on wyglądać jak każdy z nas, jak 
ktoś, kogo łatwo zastraszyć... ktoś, kto będzie 
panu opowiadał, że ma wrogów. Nic więcej. 
Spokojny, nieszkodliwy typ.
- Naprawdę?
- Oczywiście. Obsesyjnemu mordercy wydaje się 
często, że zabija w samoobronie. Ale naturalnie 
wielu zabójców to przeciętni, zdrowi psychicznie 
ludzie, tacy jak pan czy ja.
- Doktorze, pan mnie przeraża! A co będzie, jeśli 
dowie się pan, że mam na swym koncie pięć lub 

background image

sześć nie wykrytych morderstw?
Doktor Thomas uśmiechnął się.
- Nie wydaje mi się to prawdopodobne, panie 
Fitzwilliam.
- Naprawdę? Więc zrewanżuję się panu tym 
samym. Ja również nie wierzę, by miał pan na 
swym koncie pięć czy sześć morderstw.
- Nie bierze pan pod uwagę moich zawodowych 
pomyłek - powiedział doktor Thomas pogodnie.
Obaj wybuchnęli śmiechem. Luke wstał i zaczął 
się żegnać.
- Przepraszam, że zająłem panu tyle czasu - 
powiedział.
- Och, nie mam zbyt wiele pracy. Wychwood to 
bardzo zdrowa miejscowość. To prawdziwa 
przyjemność porozmawiać z kimś z wielkiego 
świata.
- Zastanawiałem się... - zaczął Luke i urwał.
- Słucham?
- Panna Conway, wysyłając mnie do pana, 
powiedziała mi, że jest pan bardzo... no cóż... 
wspaniałym fachowcem. Czy nie wydaje się 
panu, że nie ma tu perspektyw dla zdolnego 
lekarza?
- Och, praktyka ogólna to dobry początek. 
Zdobywa się cenne doświadczenie.
- Ale nie zamierza pan przez całe życie stać na 
bocznym torze? Pański zmarły wspólnik, doktor 
Humbleby, który podobno nie miał większych 
ambicji... był zadowolony ze swej praktyki w 
Wychwood. Mieszkał tu chyba od wielu lat, 

background image

prawda?
- Właściwie przez całe życie.
- Słyszałem, że był mądrym człowiekiem, ale 
miał nieco staroświeckie poglądy.
- Niekiedy bywał trudny... - odparł doktor 
Thomas. - Z wielką nieufnością odnosił się do 
wszelkich innowacji, ale był dobrym 
przykładem lekarza starej szkoły.
- Podobno osierocił bardzo ładną córkę - 
powiedział Luke i spostrzegł, że jego 
podchwytliwa uwaga wywołała rumieniec na 
bladoróżowej twarzy doktora.
- Och... eee... owszem - wyjąkał Thomas.
Luke spojrzał na niego życzliwie. Cieszyła go 
perspektywa wykreślenia nazwiska doktora 
Thomasa z listy podejrzanych.
- Skoro rozmawiamy o przestępstwach, a pana 
to interesuje, mogę panu pożyczyć niezłą książkę 
na ten temat - zaproponował Thomas. - 
Przekład z niemieckiego. "Kompleks niższości a 
zbrodnia" Kreuzhammera.
- Dziękuję - powiedział Luke.
Doktor Thomas przesunął palcem po grzbietach 
książek i wyciągnął wspomniane dzieło.
- Proszę. Niektóre koncepcje autora są dość 
zaskakujące... ale, rzecz jasna, to tylko teoria. 
Niezwykle ciekawy jest na przykład rozdział 
poświęcony młodości Menzhelda, którego 
nazywano Rzeźnikiem z Frankfurtu. Albo ustęp 
opisujący morderstwa popełnione przez młodą 
niańkę, Annę Hełm.

background image

- Zanim władze wpadły na jej trop, 
zamordowała chyba z tuzin swych 
podopiecznych - wtrącił Luke.
Doktor Thomas kiwnął głową.
- Tak. Miała niezwykle ujmującą osobowość... 
bardzo lubiła dzieci i najwyraźniej autentycznie 
przeżywała śmierć każdego z nich. Ludzka 
psychika jest zdumiewająca.
- Zdumiewające jest to, że tym ludziom tak 
długo udawało się mordować bezkarnie - 
powiedział Luke, stojąc już w drzwiach.
- Właściwie... niezbyt zdumiewające - oznajmił 
doktor Thomas, podążając za wychodzącym. - 
To jest dosyć proste.
- Co?
- Bezkarne morderstwo - odparł Thomas z 
ujmującym, chłopięcym uśmiechem. - Trzeba 
tylko zachować ostrożność! A przebiegły 
człowiek szalenie uważa, żeby nie zrobić 
fałszywego kroku. Wszystko sprowadza się do 
tego. - Uśmiechnął się i wszedł do domu.
Luke stał, wpatrując się w schody.
W uśmiechu doktora Thomasa dostrzegł cień 
wyniosłej pobłażliwości. Podczas ich dyskusji 
miał wrażenie, że on, w pełni dojrzały 
mężczyzna, rozmawia z naiwnym młodym 
człowiekiem.
Teraz poczuł, że role się odwróciły. Doktor 
Thomas uśmiechnął się jak dorosły mężczyzna, 
rozbawiony bystrością dziecka.

background image

IX
ROZMOWA Z PANIĄ PIERCE

W małym sklepie na High Street Luke kupił 
pudełko papierosów i ostatni numer tygodnika 
"Good Cheer", który przynosił lordowi 
Whitfieldowi sporą część jego pokaźnych 
dochodów. Przejrzał tabelę wyników rozgrywek 
piłkarskich i mruknął z niezadowoleniem, 
widząc, jak niewiele brakowało, by wygrał sto 
dwadzieścia funtów. Pani Pierce natychmiast 
zaczęła go pocieszać, wspominając o podobnych 
niepowodzeniach swojego męża. Nawiązawszy w 
ten sposób życzliwy kontakt, mógł bez 
przeszkód kontynuować rozmowę.
- Mój mąż bardzo się interesuje piłką nożną - 
oznajmiła pani Pierce. - Zawsze przegląda 
wiadomości sportowe jako pierwsze. I, jak 
mówię, przeżył wiele rozczarowań, ale przecież 
nie każdy może wygrywać. Stale mu to 
powtarzam i tłumaczę, że nie da się pokonać 
pecha.
Luke skwapliwie przyznał jej słuszność, a potem 
wygłosił głęboką myśl, że kłopoty zawsze chodzą 
parami.
- Ach, tak, to prawda, sir, dobrze o tym wiem - 
westchnęła pani Pierce. - A kiedy kobieta ma 
męża i siedmioro dzieci... z których dwoje 
pochowała... to można powiedzieć, że dobrze 
wie, co to kłopot.
- Chyba tak... niewątpliwie - przyznał Luke. - 

background image

Więc pochowała pani dwoje dzieci?
- Jedno nie dalej niż miesiąc temu - wyjaśniła 
pani Pierce z czymś w rodzaju melancholijnej 
satysfakcji.
- Mój Boże, to bardzo smutne.
- Nie tylko smutne. To był po prostu wstrząs... 
tak właśnie, prawdziwy wstrząs! Kiedy mnie o 
tym zawiadomili, zrobiło mi się słabo. Nie 
przyszło mi nawet do głowy, że coś takiego może 
przytrafić się Tommy'emu, bo nawet jeśli 
chłopak przysparza człowiekowi kłopotów, 
wcale nie myśli się o jego śmierci. I moja mała 
Emma Jane, która była takim słodkim 
dzieckiem. "Nie uchowa się". Tak mówiono. 
"Jest za dobra, żeby żyć". I to była prawda, sir. 
Pan Bóg wie swoje.
Luke przyznał jej rację i próbował przeskoczyć 
z tematu świętej Emmy Jane na mniej świętego 
Tommy'ego.
- Więc pani syn zmarł niedawno? - spytał. - Czy 
to był wypadek?
- Tak, sir. Mył szyby w starym dworze, w 
którym mieści się teraz biblioteka, musiał 
stracić równowagę i wypadł z okna.
Pani Pierce zaczęła rozwodzić się nad 
szczegółami tego nieszczęśliwego wypadku.
- Czy nie mówiono, że ktoś widział - zaczął Luke 
obojętnie - jak pani syn tańczył na parapecie?
Pani Pierce stwierdziła, że chłopcy muszą psocić 
i że major, który jest nerwowym człowiekiem, 
omal nie zemdlał.

background image

- Major Horton?
- Owszem, sir, ten dżentelmen z buldogami. Po 
tym wypadku wspomniał, że widział, jak nasz 
Tommy zachowywał się bardzo nierozważnie... 
to, oczywiście, dowodzi, że jeśli nagle coś go 
przestraszyło, mógł wypaść z okna. Roznosiła go 
energia i to było jego nieszczęście. Muszę 
przyznać, że był dla mnie wielkim utrapieniem - 
zakończyła - ale to właśnie ta jego żywiołowość... 
nic innego... W gruncie rzeczy nie był złym 
chłopcem.
- Nie, z pewnością nie, ale czasami, rozumie 
pani, pani Pierce, poważni ludzie w średnim 
wieku nie pamiętają, że kiedyś sami byli młodzi.
Pani Pierce westchnęła.
- Mówi pan szczerą prawdę, sir. Mam nadzieję, 
że pewni ludzie, dżentelmeni, których nazwiska 
mogłabym wymienić, ale tego nie zrobię, 
zrozumieją, że zbyt surowo osądzali tego 
chłopca... wszystko tylko dlatego, że był taki 
żywiołowy.
- Czy płatał figle swym pracodawcom? - spytał 
Luke z pobłażliwym uśmiechem.
- Robił to tylko dla żartu, sir - odparła 
natychmiast pani Pierce. - Tommy świetnie 
małpował innych. Zrywaliśmy boki ze śmiechu, 
kiedy chodził drobnymi kroczkami, udając pana 
Ellsworthy'ego ze sklepu z antykami albo 
przedrzeźniał pana Hobbsa z komitetu 
parafialnego. Kiedy naśladował jego lordowską 
mość na terenie jego rezydencji, a dwaj 

background image

pomocnicy ogrodnika pękali ze śmiechu, nagle 
cicho nadszedł lord Whitfield i z miejsca 
Tommy'ego wyrzucił. No, oczywiście, można się 
było tego spodziewać, i postąpił słusznie. Ale 
potem nie żywił już urazy do Tommy'ego i 
pomógł mu znaleźć inną posadę.
- Ale nie wszyscy byli tak wspaniałomyślni jak 
on, prawda? - spytał Luke.
- Nie, sir. Nie wymienię nazwisk. Nikomu nie 
przyszedłby do głowy pan Abbot, który jest taki 
miły, dla każdego ma dobre słowo i bardzo lubi 
żartować.
- Czy Tommy czymś mu się naraził?
- Jestem pewna, że chłopak nie zamierzał zrobić 
nic złego... A poza tym uważam, że jeśli ktoś nie 
chce, by zaglądano do jego prywatnych 
papierów, nie powinien zostawiać ich na 
wierzchu.
- Racja - przyznał Luke. - Prywatne dokumenty 
w kancelarii prawniczej powinny leżeć w sejfie.
- To prawda, sir. Tak właśnie uważam, a pan 
Pierce przyznaje mi słuszność. Tommy niewiele 
z nich wyczytał.
- Co to było... testament? - spytał Luke.
Obawiał się nie bez racji, że bezpośrednie 
pytanie dotyczące tego dokumentu może 
zahamować potok wymowy pani Pierce. Ale 
kobieta odpowiedziała bez chwili namysłu:
- Och, nie, sir, nic podobnego. To nie było nic 
ważnego. Po prostu prywatny list od jakiejś 
pani, ale Tommy nawet nie zauważył jej 

background image

podpisu. Wiele hałasu o nic.
- Pan Abbot musi być bardzo drażliwy - 
powiedział Luke.
- No cóż, na to wygląda, sir. Chociaż, jak mówię, 
miło się z nim rozmawia... zawsze zażartuje albo 
powie coś wesołego. Ale to prawda. Słyszałam, 
że jest trudnym człowiekiem, zwłaszcza jeśli 
ktoś się z nim nie zgadza. On i doktor Humbleby 
byli ze sobą na noże. Okropnie się pokłócili tuż 
przed śmiercią biednego doktora. Potem pan 
Abbot miał chyba wyrzuty sumienia. Bądź co 
bądź padły przykre słowa, a on nie mógł już ich 
cofnąć.
- Tak, to prawda - mruknął Luke, z powagą 
kiwając głową. - Dziwny zbieg okoliczności. 
Pokłócił się z doktorem Humbleby i doktor 
Humbleby nie żyje... wyrzucił pani syna z pracy 
i chłopiec umarł! Sądzę, że dwa takie zdarzenia 
skłonią pana Abbota do powściągnięcia w 
przyszłości swego języka.
- To samo było z Harrym Carterem, 
właścicielem baru Siedem Gwiazd - powiedziała 
pani Pierce. - Doszło między nimi do ostrej 
sprzeczki, a w tydzień później Carter utonął. Ale 
nie można o to oskarżać Abbota. Cała wina leży 
po stronie Cartera. Poszedł pijany do domu 
pana Abbota i na całe gardło wykrzykiwał 
ordynarne słowa. Biedna pani Carter miała z 
nim krzyż pański i trzeba przyznać, że śmierć 
męża jest dla niej prawdziwym 
błogosławieństwem.

background image

- Zostawił córkę, prawda?
- Ach - westchnęła pani Pierce. - Nie lubię 
plotkować.
To oświadczenie było niespodziewane, ale 
obiecujące. Luke wytężył słuch i czekał.
- To tylko zwykłe gadanie. Lucy Carter jest 
ładną dziewczyną i gdyby nie różnica 
pochodzenia, chyba nikt by na to nie zwrócił 
uwagi. Ale tak było i wszyscy o tym plotkowali... 
zwłaszcza po tym, jak Carter poszedł prosto do 
jego domu, wrzeszcząc i przeklinając.
Ta chaotyczna wypowiedź skierowała Luke'a na 
nowy trop.
- Pan Abbot wygląda na mężczyznę, który 
potrafi docenić dziewczęcą urodę - zauważył.
- Tacy już są mężczyźni - stwierdziła pani 
Pierce. - Nic takiego nie mają na myśli... po 
prostu mimochodem rzucą jakieś słówko, ale 
ludzie to tylko ludzie i w rezultacie zwraca się na 
to uwagę. To normalne w takim spokojnym 
miasteczku jak nasze.
- To zachwycająca okolica - powiedział Luke. - 
Tak świetnie zachowana.
- Tak właśnie mówią artyści, ale osobiście 
uważam, że jesteśmy trochę zacofani. Nic się tu 
nie buduje. A na przykład w Ashevale postawili 
sporo nowych domów... niektóre mają zielone 
dachy, a w oknach witraże.
Luke lekko się wzdrygnął.
- Macie tu wspaniałą nową szkołę - pochwalił.
- Mówią, że to piękny budynek - powiedziała 

background image

pani Pierce bez większego entuzjazmu. - 
Oczywiście jego lordowska mość wiele zrobił dla 
naszego miasteczka. Wszyscy doskonale wiemy, 
że ma dobre zamiary.
- Czyżby pani nie sądziła, że jego wysiłki zostały 
uwieńczone powodzeniem? - spytał Luke z 
rozbawieniem.
- No cóż, sir, on nie pochodzi z prawdziwej 
szlachty tak jak panna Waynflete czy panna 
Conway. Ojciec lorda Whitfielda prowadził 
sklep z butami zaledwie o kilka domów stąd. 
Moja matka doskonale pamięta, że Gordon 
Ragg był sprzedawcą w tym sklepie. Teraz jest 
lordem i bardzo bogatym człowiekiem, ale to nie 
to samo, prawda, sir?
- Chyba nie - przyznał Luke.
- Proszę mi wybaczyć, że o tym wspomniałam, 
sir - powiedziała pani Pierce. - Naturalnie wiem, 
że zatrzymał się pan w rezydencji lorda i pisze 
pan książkę. Ale jest pan kuzynem panny 
Bridget, a to całkiem inna sprawa. Cieszymy się, 
że znów będzie panią na Ashe Manor.
- Jestem tego pewien - oznajmił Luke.
Z nagłym pośpiechem zapłacił za papierosy i 
gazetę, a potem wyszedł ze sklepu.
Do diabła, nie powinienem się w to osobiście 
angażować! - pomyślał ze złością. Jestem tu po 
to, by wytropić przestępcę. Co mnie obchodzi, 
za kogo wyjdzie ta czarnowłosa czarownica? 
Przecież ona nie ma z tą sprawą nic wspólnego...
Szedł wolno ulicą. Z trudem odsunął od siebie 

background image

myśli o Bridget.
"A zatem - powiedział do siebie. - Abbot. - 
Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
Wykryłem jego powiązania z trzema ofiarami. 
Pokłócił się z doktorem Humblebym, z 
Carterem i z Tommym Pierce'em... i wszyscy 
trzej nie żyją. Co go łączyło z Amy Gibbs? Jaki 
prywatny list widział ten piekielny chłopak? Czy 
znał nazwisko nadawcy? Mógł się do tego nie 
przyznać swojej matce. Ale przyjmijmy, że to 
zrobił. Przypuśćmy, iż Abbot uważał, że trzeba 
zaniknąć mu usta. To możliwe! Tak to można 
określić. Możliwe! Ale to za mało!"
Przyspieszył kroku, rozglądając się wokół z 
nagłym rozdrażnieniem.
To przeklęte miasteczko działa mi na nerwy - 
pomyślał. Jest takie pogodne, spokojne i 
dziewicze, a przez cały czas ciąży nad nim piętno 
obłąkańczych morderstw. A może to ja 
zwariowałem? Czy Lavinia Pinkerton była 
szalona? Ostatecznie wszystko to mogło być 
zwykłym zbiegiem okoliczności... tak, śmierć 
doktora Humbleby'ego i cała reszta...
Obejrzał się i nagle ogarnęło go silne poczucie 
nierzeczywistości.
- Takie rzeczy się nie zdarzają... - mruknął.
Kiedy spojrzał na długą, pofałdowaną linię 
wzgórza Ashe Ridge, to poczucie nierealności 
natychmiast zniknęło. Ashe Ridge istniało 
naprawdę... było świadkiem wielu 
niesamowitych rzeczy: czarów, okrucieństwa, 

background image

krwawych zbrodni i grzesznych obrzędów...
Nagle zobaczył dwie osoby spacerujące po 
zboczu wzgórza. Bez trudu rozpoznał w nich 
Bridget i Ellsworthy'ego. Młody mężczyzna, 
pochylając się lekko w stronę Bridget, 
gestykulował swymi dziwnymi rękami. 
Wyglądali jak dwie postacie ze snu. Luke miał 
wrażenie, że miękkimi, kocimi susami bezgłośnie 
przeskakują z jednej kępy darni na drugą. 
Wiatr rozwiewał czarne włosy Bridget. Luke 
znów poczuł, że przyciąga go do niej jakaś 
magiczna siła.
- Jestem po prostu zaczarowany - powiedział do 
siebie. Stał nieruchomo, czując dziwne 
odrętwienie.
Kto zdejmie ze mnie ten urok? - pomyślał ze 
smutkiem. Chyba nikt.

X
ROSE HUMBLEBY

Słysząc za plecami cichy szmer gwałtownie się 
odwrócił i ujrzał niezwykle piękną dziewczynę o 
bujnych kasztanowych lokach i dość nieśmiałym 
spojrzeniu ciemnoniebieskich oczu.
- Pan Fitzwilliam, prawda? - spytała, rumieniąc 
się z zażenowania.
- Owszem. Ja...
- Nazywam się Rose Humbleby. Bridget mówiła 
mi, że... ma pan przyjaciół, którzy znali mojego 
ojca.

background image

Opalona twarz Luke'a nieco poczerwieniała.
- To było dawno temu - powiedział niepewnie. - 
Oni... eee... znali go jeszcze jako młodego 
człowieka... zanim się ożenił.
- Och, rozumiem.
Rose Humbleby wydawała się rozczarowana.
- Pisze pan książkę, prawda? - spytała po chwili.
- Owszem. To znaczy zbieram do niej materiały. 
O tutejszych przesądach.
- Rozumiem. To brzmi niezwykle interesująco.
- Najprawdopodobniej okaże się okropnie 
nudna - powiedział Luke.
- Och, nie, z pewnością będzie ciekawa. Luke 
uśmiechnął się do niej. Szczęściarz z tego 
Thomasa! - pomyślał.
- Istnieją ludzie, którzy potrafią najbardziej 
pasjonujący temat ująć w sposób nieznośnie 
nudny. Obawiam się, że do nich należę.
- Och, ale dlaczego?
- Nie mam pojęcia. Ale coraz bardziej jestem o 
tym przekonany.
- A może jest pan jednym z tych, którzy nudne 
tematy opisują w sposób niezwykle pasjonujący! 
- pocieszyła go Rose Humbleby.
- To miły komplement - powiedział Luke. - 
Dziękuję pani.
- Czy wierzy pan w... przesądy i tego rodzaju 
rzeczy! - spytała dziewczyna z uśmiechem.
- To trudne pytanie. Jedno nie pociąga za sobą 
drugiego. Można interesować się rzeczami, w 
które się nie wierzy.

background image

- Tak, chyba tak - przyznała dziewczyna z 
powątpiewaniem.
- Czy pani jest przesądna?
- Nnnie... raczej nie. Ale uważam, że wszystko 
przychodzi falami.
- Falami?
- Są fale szczęścia i nieszczęścia. To znaczy, 
mam wrażenie, że Wychwood ostatnio 
prześladuje... zły los. Umiera mój ojciec, pannę 
Pinkerton przejeżdża samochód, a ten chłopiec 
wypada przez okno. Ja... zaczynam nienawidzić 
tego miasteczka... czuję, że muszę stąd 
wyjechać! - wykrztusiła.
- Więc takie są pani odczucia? - spytał Luke, 
patrząc na nią z zadumą.
- Och! Wiem, że to niemądre. To chyba przez tę 
nagłą śmierć mojego biednego taty... to stało się 
tak niespodziewanie. - Zadrżała. - Potem panna 
Pinkerton. Mówiła, że... - Zawahała się.
- Co mówiła? Uważam, że była czarującą 
starszą panią... bardzo podobną do mojej 
kochanej ciotki.
- Och, więc pan ją znał? - Twarz Rose rozjaśnił 
uśmiech. - Bardzo ją lubiłam, a ona była 
niezwykle oddana mojemu ojcu. Ale czasami 
zastanawiałam się, czy nie jest przypadkiem... 
jakby to określić... nawiedzona.
- Dlaczego?
- Bo... to takie niesamowite... ona się naprawdę 
bała, że mojego ojca spotka coś złego. Nawet 
mnie ostrzegała. Zwłaszcza przed 

background image

nieszczęśliwymi wypadkami. A tego dnia... tuż 
przed wyjazdem do , Londynu... zachowywała 
się bardzo dziwnie... była zupełnie roztrzęsiona. 
Wydaje mi się, panie Fitzwilliam, że należała do 
osób posiadających dar jasnowidzenia. 
Wiedziała, że spotka ją coś złego. Musiała też 
wiedzieć, że coś przytrafi się mojemu ojcu. 
Takie rzeczy są wręcz przerażające!
Zrobiła krok w jego kierunku.
- Niekiedy człowiek potrafi przewidzieć 
przyszłość - powiedział Luke. - Nie ma w tym 
nic nadprzyrodzonego.
- Tak, myślę, że to istotnie rzecz całkiem 
naturalna... po prostu dar, którego większość 
ludzi nie posiada. Ale mimo wszystko to... mnie 
niepokoi...
- Nie powinna się pani niepokoić - powiedział 
Luke łagodnie. - Proszę pamiętać, że ma to pani 
już za sobą. Nie wolno cofać się w przeszłość. 
Trzeba żyć przyszłością.
- Wiem. Ale jest jeszcze coś... - Rose zawahała 
się. - Coś... co ma związek z pańską kuzynką.
- Moją kuzynką? Bridget?
- Tak. Panna Pinkerton niepokoiła się o nią. 
Ciągle mnie wypytywała... Przypuszczam, że o 
nią również się bała.
Luke odwrócił się gwałtownie i spojrzał na 
zbocze wzgórza. Ogarnął go niezrozumiały lęk. 
Bridget była sama z tym mężczyzną, którego 
dłonie miały chorobliwie zielonkawy odcień 
rozkładającego się ciała! Wyobraźnia - 

background image

pomyślał. To tylko wyobraźnia! Przecież 
Ellsworthy jest jedynie nieszkodliwym 
dyletantem, który bawi się w sklepikarza.
- Czy pan lubi pana Ellsworthy'ego? - spytała 
Rose, jakby czytając w jego myślach.
- Zdecydowanie nie.
- Wie pan, Geoffrey, to znaczy doktor Thomas 
też za nim nie przepada.
- A pani?
- Och... uważam, że jest okropny. - Podeszła 
jeszcze bliżej. - W miasteczku dużo się o nim 
mówi. Podobno uczestniczył w jakichś dziwnych 
obrzędach na Łące Czarownic. Z tej okazji 
przyjechało tu z Londynu wielu jego 
znajomych... Wyglądali bardzo osobliwie. A 
Tommy Pierce pełnił rolę kogoś w rodzaju 
akolity.
- Tommy Pierce? - zawołał Luke.
- Tak. Miał na sobie komżę i czerwoną sutannę.
- Kiedy to się odbyło?
- Och, jakiś czas temu... chyba w marcu.
- Tommy Pierce był najwyraźniej zamieszany 
we wszystko, co kiedykolwiek działo się w tym 
miasteczku.
- Był okropnie wścibski - powiedziała Rose. - 
Zawsze musiał o wszystkim wiedzieć.
- I w końcu pewnie wiedział już za dużo - 
podsumował Luke posępnie.
Rose przyjęła te słowa za dobrą monetę.
- Był dość wstrętnym chłopcem. Lubił zabijać 
osy i dokuczać psom.

background image

- Trudno opłakiwać śmierć takiego nieznośnego 
dzieciaka!
- No, chyba tak. Jednak dla jego matki był to 
okropny wstrząs.
- Zostało jej na pociechę jeszcze pięcioro dzieci. 
Ta kobieta ma prawdziwy dar wymowy.
- Jest bardzo gadatliwa, prawda?
- Wystarczyło, że kupiłem u niej papierosy, a już 
miałem wrażenie, że dokładnie znam przeszłość 
wszystkich mieszkańców Wychwood!
- To jest właśnie najgorsze w takich 
miasteczkach. Wszyscy wiedzą wszystko o 
wszystkich.
- Och, nie - zaprotestował Luke. Rose spojrzała 
na niego pytająco.
- Nikt nie zna całej prawdy o drugim człowieku - 
oświadczył Luke z naciskiem.
Rose spoważniała. Wstrząsnął nią mimowolny 
dreszcz.
- Tak - powiedziała z namysłem. - Myślę, że to 
prawda.
- Nawet ci najbliżsi i najbardziej ukochani - 
dodał Luke.
- Nawet... - Przerwała. - Och, chyba ma pan 
rację, ale proszę nie mówić takich 
przerażających rzeczy, panie Fitzwilliam.
- To naprawdę panią przeraża?
Wolno pokiwała głową. Potem gwałtownie się 
odwróciła.
- Muszę już iść. Jeśli... nie będzie pan miał nic 
lepszego do roboty, to znaczy, jeśli będzie pan 

background image

mógł, proszę nas odwiedzić. Mama chciałaby się 
z panem zobaczyć, ponieważ zna pan przyjaciół 
taty sprzed lat.
Oddaliła się wolnym krokiem. Głowę miała 
lekko pochyloną, jakby pod ciężarem niepokoju 
lub zakłopotania.
Luke stał nieruchomo, patrząc za nią. Poczuł 
nagle, że powinien otoczyć tę dziewczynę opieką 
i chronić ją.
Przed czym? Zadając sobie to pytanie, 
potrząsnął głową. Był zły sam na siebie. To 
prawda, że Rose Humbleby niedawno straciła 
ojca, ale przecież ma matkę i jest zaręczona z 
niezwykle atrakcyjnym młodym mężczyzną, 
który wspaniale nadaje się na jej opiekuna. 
Dlaczego więc ja, Luke Fitzwilliam, miałbym się 
o nią martwić?
Znów ten mój sentymentalizm - pomyślał. Mit 
opiekuńczego mężczyzny, który rozkwitł w 
epoce wiktoriańskiej, rozwijał się w czasach 
króla Edwarda i nadal w nas pokutuje na 
przekór temu, co drogi lord Whitfield nazwałby 
pośpiechem i stylem współczesnego życia!
Tak czy owak - powiedział do siebie, idąc w 
kierunku majaczącego w oddali wzgórza Ashe 
Ridge - lubię tę dziewczynę. Jest o wiele za 
dobra dla Thomasa... powściągliwego pyszałka.
Przypomniał sobie wyniośle pobłażliwy uśmiech, 
jakim obdarzył go doktor, kiedy żegnali się na 
progu jego domu.
Z tych nieco irytujących medytacji wyrwał go 

background image

odgłos kroków. Podniósł głowę i zobaczył przed 
sobą pana Ellsworthy'ego, który właśnie 
schodził ścieżką ze wzgórza. Patrzył uważnie 
pod nogi i uśmiechał się do siebie. Wyraz jego 
twarzy zrobił na Luke'u nieprzyjemne wrażenie. 
Ellsworthy nie szedł, lecz pląsał - jak człowiek, 
który tańczy w rytm rozbrzmiewającej w jego 
umyśle jakiejś satanicznej, skocznej melodii. 
Jego usta wykrzywiał niesamowity, tajemniczy 
grymas.
Luke przystanął. Ellsworthy, który był już tuż 
przed nim, podniósł wzrok. Zanim rozpoznał 
Luke'a, patrzył na niego przez chwilę swymi 
złośliwymi, rozbieganymi oczami. Potem jego 
zachowanie gwałtownie się zmieniło. Jeszcze 
przed minutą przypominał tańczącego satyra, a 
teraz przeobraził się w nieco zniewieściałego 
małomiasteczkowego eleganta.
- Och, pan Fitzwilliam, dzień dobry.
- Dzień dobry - odparł Luke. - Podziwiał pan 
uroki przyrody?
Pan Ellsworthy uniósł swą wąską, bladą dłoń w 
geście odżegnywania się.
- Ależ skąd... och, na miły Bóg, nie. Nie cierpię 
przyrody. Przypomina mi pospolitą, 
pozbawioną wyobraźni ulicznicę. Zawsze 
uważałem, że nie można korzystać z życia, 
dopóki nie zepchnie się przyrody na dalszy plan.
- A jak zamierza pan to zrobić?
- Są na to różne sposoby! - oznajmił pan 
Ellsworthy. - W takim uroczym, 

background image

prowincjonalnym miasteczku jak Wychwood 
można znaleźć wiele rozkosznych rozrywek, o ile 
posiada się odrobinę fantazji. Ja rozkoszuję się 
życiem, panie Fitzwilliam.
- Ja również - powiedział Luke.
- Mens sana in corpore sano - zacytował pan 
Ellsworthy lekko ironicznym tonem. - Jestem 
pewien, że to powiedzenie do pana pasuje.
- Bywają gorsze rzeczy - stwierdził Luke.
- Drogi panie! Zdrowie jest niewiarygodnym 
nudziarstwem. Tylko człowiek szalony, 
cudownie zwariowany, zdemoralizowany i lekko 
pomylony dostrzega nowe, wspaniałe aspekty 
życia.
- W krzywym zwierciadle - mruknął Luke.
- Ach, bardzo dobre... świetne... całkiem 
dowcipne porównanie! Ale wie pan, w tym coś 
jest. To interesujący punkt widzenia. Nie 
powinienem jednak pana zatrzymywać. Zażywa 
pan ruchu... trzeba zażywać ruchu... to zgodne z 
duchem czasu!
- Istotnie - przyznał Luke i, lekko skinąwszy 
głową, ruszył w swoją stronę.
Zaczynam mieć cholernie wybujałą wyobraźnię 
- pomyślał. Ten jegomość jest po prostu 
skończonym osłem.
Ale pod wpływem jakiegoś nieokreślonego 
niepokoju przyspieszył kroku. Zastanawiał się, 
czy triumfalny uśmiech Ellsworthy'ego był tylko 
wytworem jego własnej wyobraźni. Dlaczego na 
jego widok wyraz twarzy tego człowieka tak 

background image

bardzo się zmienił?
Bridget! - pomyślał z nagłym niepokojem. Czy 
nic jej się nie stało? Przecież razem poszli na 
wzgórze, a teraz on wracał sam.
Przyspieszył kroku. Kiedy rozmawiał z Rose 
Humbleby, wyszło właśnie słońce. Teraz znów 
się schowało. Niebo pokryły groźne chmury, 
którym towarzyszyły gwałtowne, nieregularne 
podmuchy wiatru. Luke miał wrażenie, że 
przeniósł się z normalnego, codziennego życia do 
jakiegoś dziwnego, zaczarowanego świata, 
którego istnienie wyczuwał od chwili przyjazdu 
do Wychwood.
Skręcił i znalazł się na skraju łąki, zwanej Łąką 
Czarownic. Według tradycji właśnie tutaj w noc 
Walpurgi i w dniu Hallowe'en zbierały się 
czarownice.
Nagle poczuł ulgę. Na zboczu wzgórza dostrzegł 
Bridget; siedziała oparta plecami o skałę, 
zakrywając twarz dłońmi.
Ruszył szybko w jej kierunku, zwinnie 
przeskakując kępę soczystej, zielonej darni.
- Bridget! - zawołał.
Powoli uniosła głowę. Zaniepokoił go wyraz jej 
twarzy. Wyglądała tak, jakby właśnie wróciła z 
jakiegoś odległego świata i z trudem 
przystosowywała się do rzeczywistości.
- Posłuchaj... czy... wszystko w porządku? - 
wyjąkał Luke. Minęła minuta lub dwie, zanim 
odpowiedziała - jakby jeszcze niezupełnie 
powróciła z tego odległego świata. Luke miał 

background image

wrażenie, że jego słowa musiały przebyć długą 
drogę, by do niej dotrzeć.
- Oczywiście - odparła. - Dlaczego miałoby być 
inaczej? - Jej głos zabrzmiał ostro, niemal 
wrogo.
Luke uśmiechnął się szeroko.
- Czy ja wiem? Nagle zacząłem się o ciebie 
niepokoić.
- Dlaczego?
- Głównie, jak sądzę, z powodu 
melodramatycznej atmosfery, która mnie tutaj 
otacza. Ona sprawia, że widzę wszystko w 
zupełnie innych proporcjach. Kiedy tylko tracę 
cię z oczu na parę godzin, podejrzewam, że 
znajdę twoje zakrwawione ciało w jakimś 
przydrożnym rowie. Tak napisano by w sztuce 
lub w książce.
- Autorzy nigdy nie uśmiercają swych bohaterek 
- zaoponowała Bridget.
- Tak, ale... - W samą porę przerwał.
- Co chciałeś powiedzieć?
- Nic ważnego.
Dziękował Bogu, że nie dokończył zdania. Nie 
można przecież powiedzieć atrakcyjnej młodej 
kobiecie: "Ale ty nie jesteś bohaterką".
- Bohaterki są porywane - ciągnęła Bridget - 
wtrącane do więzienia, zatruwane gazem albo 
zatapiane w piwnicach. Zawsze grozi im 
niebezpieczeństwo, ale nigdy nie giną.
- Ani nie znikają - dodał Luke. - Więc to jest 
Łąka Czarownic? - spytał po chwili.

background image

- Tak.
- Brakuje ci tylko miotły - szepnął, spoglądając 
na nią.
- Dziękuję. Pan Ellsworthy powiedział dokładnie 
to samo.
- Przed chwilą go spotkałem - oznajmił Luke.
- Rozmawiałeś z nim?
- Owszem. Myślę, że usiłował mnie zirytować.
- Czy mu się to udało?
- Stosował dość dziecinne metody. - Luke 
zawahał się, a potem nagle dodał: - To dziwny 
typ. Czasem można by pomyśleć, że brak mu 
piątej klepki... później człowiek zaczyna się 
zastanawiać, czy nie kryje się za tym coś więcej.
Bridget spojrzała na niego.
- Ty też to wyczułeś?
- Więc podzielasz moje zdanie?
- Owszem.
Luke czekał w milczeniu.
- Jest w nim coś... dziwnego - powiedziała w 
końcu Bridget. - Zastanawiałam się... Ostatniej 
nocy leżałam w łóżku, rozmyślając. O całej tej 
sprawie. Przyszło mi do głowy, że jeśli mordercą 
jest któryś z mieszkańców Wychwood, 
powinnam wiedzieć, kim on jest! Przecież 
mieszkam tu od wielu lat. Myślałam i myślałam, 
aż w końcu doszłam do wniosku, że ten 
morderca, o ile w ogóle istnieje, musi być 
człowiekiem obłąkanym.
 - Czy nie sądzisz, że morderca może być równie 
zdrowy psychicznie jak ty czy ja? - spytał Luke, 

background image

przypominając sobie słowa doktora Thomasa.
- Nie morderca tego rodzaju. Moim zdaniem ten 
morderca musi być szaleńcem. I ten wniosek 
zaprowadził mnie prosto do Ellsworthy'ego. Ze 
wszystkich mieszkańców naszego miasteczka 
tylko on jeden jest zdecydowanym dziwakiem. 
Nie możesz temu zaprzeczyć!
- Istnieje wiele osób jego pokroju: dyletanci, 
pozerzy, którzy zazwyczaj są zupełnie 
nieszkodliwi - powiedział Luke bez przekonania.
- Owszem, ale w jego przypadku jest jeszcze coś 
więcej. Ma takie odrażające dłonie...
- Zauważyłaś to? Ja również!
- Nie są białe, lecz... zielonkawe.
- Istotnie sprawiają takie wrażenie. Ale mimo 
wszystko nie można oskarżać człowieka o 
morderstwo na podstawie koloru jego skóry.
- Och, oczywiście. Potrzebujemy dowodów.
- Dowody! - mruknął Luke. - Tego nam właśnie 
brakuje. Ten człowiek jest zbyt ostrożny. 
Ostrożny morderca! Ostrożny szaleniec!
- Starałam się pomóc - powiedziała Bridget.
- Chodzi ci o Ellsworthy'ego?
- Tak. Sądziłam, że prędzej uda się dobrać do 
niego mnie niż tobie. Zrobiłam już pierwszy 
krok.
- Opowiadaj.
- No cóż, zdaje się, że należy do czegoś w 
rodzaju kliki... nielicznej grupy złożonej z jego 
wstrętnych przyjaciół. Od czasu do czasu 
przyjeżdżają tu i urządzają jakieś obrzędy.     ,

background image

- Masz na myśli jakieś ohydne orgie?
- Nie mam pojęcia czy ohydne, ale są to z 
pewnością orgie. W istocie wszystko to wydaje 
się bardzo niemądre i dziecinne.
- Pewnie oddają cześć szatanowi i odbywają 
obsceniczne tańce.
- Coś w tym rodzaju. Najwyraźniej to ich 
podnieca.
- Mogę coś wnieść do tej sprawy - oznajmił 
Luke. - Tommy Pierce uczestniczył w jednym z 
tych obrzędów. Grał rolę akolity. Miał na sobie 
czerwoną sutannę.
- Więc wiedział o tym?
- Owszem. I to może tłumaczyć przyczynę jego 
śmierci.
- Myślisz, że się wygadał?
- Tak. Mógł też próbować szantażu.
- Wiem, że to wszystko brzmi fantastycznie, ale 
w przypadku Ellsworthy'ego nie można niczego 
wykluczyć.
- Tak, zgadzam się. Tam gdzie on wchodzi w 
grę, wszystko jest możliwe.
- Wiemy, że miał powiązania z dwiema ofiarami 
- powiedziała Bridget. - Z Tommym Pierce'em i 
Amy Gibbs.
- A co z właścicielem baru i doktorem 
Humblebym?
- Na razie nic.
- Zgadzam się co do Cartera, ale potrafię sobie 
wyobrazić motyw zabójstwa doktora Humbleby. 
Będąc lekarzem mógł zauważyć, że Ellsworthy 

background image

jest psychicznie niezrównoważony.
- Tak, to możliwe. Bridget roześmiała się.
- Dziś rano nieźle wykonałam swoje zadanie. 
Jestem chyba niezłym psychologiem. Kiedy mu 
opowiedziałam, że moją praprababkę oskarżono 
o uprawianie czarnej magii i omal nie spalono 
jej na stosie, moje akcje poszły w górę. Mam 
wrażenie, że podczas następnego zjazdu 
Wyznawców Szatana zostanę zaproszona do 
wzięcia udziału w orgiach.
- Bridget, na litość boską, bądź ostrożna! - 
zawołał Luke. Spojrzała na niego ze 
zdziwieniem.
- Przed chwilą spotkałem córkę doktora 
Humbleby'ego. Rozmawialiśmy o pannie 
Pinkerton. Ta dziewczyna powiedziała mi, że 
panna Pinkerton bardzo się o ciebie niepokoiła.
Bridget, która właśnie podnosiła się z ziemi, 
nagle znieruchomiała.
- O czym ty mówisz? Panna Pinkerton... 
niepokoiła się... o mnie?
- Tak twierdzi Rose Humbleby.
- I ona ci to powiedziała?
- Owszem.
- Co jeszcze mówiła?
- Nic więcej.
- Jesteś tego pewien?
- Absolutnie.
- Rozumiem - powiedziała Bridget po chwili.
- Panna Pinkerton niepokoiła się o doktora 
Humbleby'ego i doktor umarł. Teraz słyszę, że 

background image

martwiła się również o ciebie...
Bridget wybuchnęła śmiechem. Wyprostowała 
się i tak energicznie potrząsnęła głową, że jej 
długie czarne włosy zawirowały w powietrzu.
- Nie martw się - powiedziała. - Szatan dba o 
podopiecznych.

XI
ŻYCIE RODZINNE MAJORA HORTONA

Luke usiadł wygodniej w fotelu naprzeciw 
dyrektora banku.
- No cóż, to wygląda zadowalająco - powiedział. 
- Przepraszam, że zająłem panu czas.
Pan Jones machnął lekceważąco ręką. Na jego 
ogorzałej, pulchnej twarzy malowała się radość.
- Ależ skąd, panie Fitzwilliam. Jak pan wie, to 
bardzo spokojna miejscowość. Okazja do 
rozmowy z przybyszem z wielkiego świata 
zawsze sprawia nam przyjemność.
- To urzekająca okolica - powiedział Luke. - Aż 
roi się tu od przesądów.
Pan Jones westchnął, a potem stwierdził, że 
upłynie dużo czasu, zanim wiedza wykorzeni 
zabobony. Luke wyraził opinię, że w 
dzisiejszych czasach przecenia się oświatę, co 
lekko oburzyło pana Jonesa.
- Lord Whitfield - powiedział bankier - jest 
naszym hojnym dobroczyńcą. Zdaje sobie 
sprawę, że będąc chłopcem nie miał możliwości 
zdobycia wykształcenia, i postanowił stworzyć 

background image

dzisiejszej młodzieży lepsze warunki do nauki.
- Brak wykształcenia nie przeszk6dził mu 
jednak w zdobyciu wielkiej fortuny - oświadczył 
Luke.
- Nie. Musiał mieć do tego ogromny talent.
- Albo szczęście - dodał Luke. Pan Jones 
wydawał się wstrząśnięty.
- Jedynie szczęście się liczy - powiedział Luke. - 
Weźmy na przykład takiego mordercę. Dlaczego 
udaje mu się ujść bezkarnie? Czy decyduje o 
tym jego intelekt? Czy też po prostu zwykłe 
szczęście?
Pan Jones zgodził się, że raczej jest to sprawa 
szczęścia.
- A taki Carter - ciągnął Luke - właściciel 
tutejszego baru. Najprawdopodobniej upijał się 
sześć razy w tygodniu, ale pewnej nocy spadł z 
kładki do rzeki. Tu z kolei można mówić o 
braku szczęścia.
- Ale dla niektórych to szczęście - powiedział 
dyrektor banku.
- Kogo ma pan na myśli?
- Jego żonę i córkę.
- Ach, tak, oczywiście.
Zapukano do drzwi i do gabinetu wszedł 
urzędnik bankowy z jakimiś dokumentami. 
Luke złożył dwa wzory podpisów i otrzymał 
książeczkę czekową.
- Cieszę się, że wszystko zostało pomyślnie 
załatwione - powiedział, wstając z fotela. - 
Poszczęściło mi się w tegorocznych derbach. A 

background image

panu?
Pan Jones odparł z uśmiechem, że nie gra na 
wyścigach. Dodał, że jego żona ma na ten temat 
zdecydowane poglądy.
- Więc zapewne nie pojechał pan do Epsom?
- Oczywiście, że nie.
- Czy któryś z mieszkańców Wychwood tam 
był?
- Owszem, major Horton. Jest wielkim 
amatorem wyścigów konnych. Również pan 
Abbot zazwyczaj tego dnia robi sobie wolne. Ale 
i tak nie postawił na zwycięzcę.
- Chyba niewiele osób to zrobiło - powiedział 
Luke, a potem pożegnał się i opuścił gabinet.
Wyszedł z banku i zapalił papierosa. Poza 
koncepcją o "najmniej prawdopodobnym 
człowieku" nie widział powodów do 
pozostawienia nazwiska pana Jonesa na swojej 
liście podejrzanych. Jego sondujące pytania nie 
wywołały u dyrektora banku żadnej 
interesującej reakcji. Trudno było go sobie 
wyobrazić w roli mordercy. Poza tym w dniu 
wyścigów nie opuszczał miasteczka. Jednakże 
wizyta u niego nie była stratą czasu, ponieważ 
Luke uzyskał dwie istotne informacje. Zarówno 
major Horton, jak i radca prawny Abbot 
przebywali poza Wychwood w dniu wyścigów w 
Epsom. Zatem któryś z nich mógł być w 
Londynie, kiedy pannę Pinkerton przejechał 
samochód.
Choć Luke nie podejrzewał już Thomasa, chciał 

background image

mieć pewność, że tego właśnie dnia doktor 
wypełniał swoje zawodowe obowiązki i nie 
opuszczał Wychwood. Postanowił to sprawdzić.
Teraz pan Ellsworthy. Czy w dniu derbów 
przebywał w Wychwood? Jeśli tak, to jego 
udział w morderstwach wydawał się mniej 
prawdopodobny. Choć skądinąd śmierć panny 
Pinkerton, tak jak przypuszczano, mogła być po 
prostu nieszczęśliwym wypadkiem.
Ale Luke odrzucił tę koncepcję. Ta śmierć zbyt 
pasowała do całej układanki.
Wsiadł do samochodu, który zaparkował przed 
bankiem, i pojechał do warsztatu Pipwella, 
położonego na drugim końcu High Street.
Chciał zasięgnąć rady w sprawie kilku drobnych 
usterek w silniku. Przystojny młody, piegowaty 
mechanik wysłuchał go ze zrozumieniem. 
Podnieśli maskę samochodu i zagłębili się w 
szczegółach technicznych.
- Jim, chodź tu natychmiast! - zawołał jakiś głos. 
Piegowaty mechanik wykonał polecenie.
- Więc to jest Jim Harvey - pomyślał Luke. - No 
tak. Jim Harvey, narzeczony Amy Gibbs.
Mechanik wrócił niebawem, przeprosił Luke'a i 
obaj powrócili do rozmowy o silniku. Luke 
zgodził się zostawić samochód w warsztacie.
- Czy powiodło się panu w tegorocznych 
derbach? - spytał zdawkowo, żegnając się z 
Harveyem.
- Nie, sir. Postawiłem na Clarigolda.
- Niewiele osób obstawiło Jujubę II, prawda?

background image

- Tak, istotnie, sir. Chyba żadna gazeta go nie 
typowała. Luke pokiwał głową.
- Gra na wyścigach jest ryzykowną zabawą. Czy 
widział pan kiedyś gonitwę derby na własne 
oczy?
- Nie, sir, i bardzo tego żałuję. W tym roku 
poprosiłem o wolny dzień. Mogłem kupić 
ulgowy bilet do Epsom, ale szef nie chciał nawet 
o tym słyszeć. Faktem jest, że brak nam rąk do 
pracy, a tego dnia mieliśmy sporo roboty.
Luke kiwnął głową i wyszedł z warsztatu.
Jim Harvey został wykreślony z jego listy. Luke 
doszedł do wniosku, że ten sympatyczny chłopak 
nie był tajemniczym mordercą ani nie 
przejechał Lavinii Pinkerton.
Ruszył brzegiem rzeki w kierunku domu. Tak 
jak poprzednio, spotkał tu majora Hortona z 
psami. Major jak zwykle histerycznie 
pokrzykiwał:
- Augustus... Nelly... NELLY, do nogi! Nero... 
Nero... NERO! - Spojrzał na Luke'a swymi 
wyłupiastymi oczami i zagadnął: - Przepraszam. 
Pan Fitzwilliam, prawda?
- Tak.
- Nazywam się Horton... major Horton. Pewnie 
spotkamy się jutro w rezydencji lorda 
Whitfielda. Rozgrywki tenisowe. Panna Conway 
była uprzejma mnie zaprosić. Jest pańską 
kuzynką, prawda?
- Owszem.
- Tak myślałem. Wie pan, miło widzieć tu jakąś 

background image

nową twarz. Ich rozmowę przerwała nagła 
szarża trzech buldogów na jakiegoś białego 
kundla.
- Augustus... Nero! Chodźcie tu... słyszycie, do 
nogi!
Kiedy w końcu psy niechętnie wykonały rozkaz, 
major Horton powrócił do przerwanej 
rozmowy. Luke poklepywał Nelly, która 
spoglądała na niego czule.
- Miła suczka, prawda? - powiedział major. - 
Lubię buldogi. Zawsze takie miałem. Wolę tę 
rasę niż jakąkolwiek inną. Mieszkam niedaleko 
stąd, więc może wstąpi pan na drinka.
Luke przyjął zaproszenie i wyruszyli razem w 
kierunku domu majora. Po drodze major 
rozprawiał na temat psów oraz przewagi jego 
ulubionych buldogów nad wszystkimi innymi 
rasami.
Opowiedział o zdobytych przez Nelly 
nagrodach, o haniebnym zachowaniu sędziego, 
który przyznał Augustusowi ocenę zaledwie 
bardzo dobrą, i o sukcesach Nera na wystawie 
psów.
Kiedy skończył, mijali właśnie bramę. Major 
otworzył drzwi frontowe, które nie były 
zamknięte na klucz, i obaj weszli do domu. 
Gospodarz wprowadził Luke'a do niewielkiego, 
przesiąkniętego zapachem psów pokoju, który 
wypełniały rzędy półek z książkami, a potem 
zajął się przygotowywaniem drinków. Luke 
rozejrzał się dookoła. Dostrzegł fotografie psów, 

background image

egzemplarze "Field" oraz "Country Life" i parę 
wytartych foteli. Na szafkach z książkami 
ustawione były srebrne puchary. Nad 
kominkiem wisiał jeden olejny obraz.
- Moja żona - powiedział major, podnosząc 
wzrok znad syfonu i podążając za spojrzeniem 
Luke'a. - Była wspaniałą kobietą. Z jej twarzy 
emanuje silna osobowość, prawda?
- Tak, istotnie - przyznał Luke, patrząc na 
portret zmarłej pani Horton.
Miała na sobie różową atłasową suknię, a w 
ręku trzymała bukiecik konwalii. Jej ciemne 
włosy rozdzielał pośrodku głowy równy 
przedziałek, a mocno zaciśnięte usta dowodziły 
silnego charakteru. W zimnych szarych oczach 
czaił się gniew.
- Była wspaniałą kobietą - powtórzył major, 
podając swemu gościowi szklankę. - Zmarła 
przed rokiem. Od tej pory nie jestem już tym 
samym człowiekiem.
- Naprawdę? - spytał Luke, nie bardzo wiedząc, 
co powiedzieć.
- Proszę usiąść. - Major wskazał jeden ze 
skórzanych foteli.
Sam zasiadł w drugim i sącząc whisky z wodą 
sodową, mówił dalej:
- Tak, od tej pory nie jestem już tym samym 
człowiekiem.
- Musi jej panu brakować - powiedział Luke.
- Mężczyźnie potrzebna jest żona, która 
trzymałaby go w ryzach - oznajmił major, 

background image

potrząsając posępnie głową. - W przeciwnym 
razie staje się leniwy... Traci poczucie 
dyscypliny.
- Ale przecież...
- Drogi chłopcze, wiem, o czym mówię. Nie 
twierdzę, że początki małżeństwa nie są dla 
mężczyzny trudne. Są bardzo trudne. Człowiek 
ma wszystkiego dość i czuje się 
ubezwłasnowolniony. Ale potem się 
przyzwyczaja. To sprawa dyscypliny.
Luke pomyślał, że życie małżeńskie majora 
Hortona musiało bardziej przypominać 
kampanię wojenną niż błogą rodzinną sielankę.
- Kobiety - monologował major - to dziwne 
istoty. Niekiedy wydaje się, że trudno im 
dogodzić. Ale na Jowisza, prowadzą mężczyznę 
do celu.
Luke zachował pełne szacunku milczenie.
- Jest pan żonaty? - spytał major.
- Nie.
- No cóż, dojrzeje pan do tego. I proszę 
zapamiętać, drogi chłopcze, że nie ma to jak 
małżeństwo.
- Pochlebna opinia o stanie małżeńskim zawsze 
dodaje otuchy - oznajmił Luke. - Zwłaszcza że w 
dzisiejszych czasach rozwody są na porządku 
dziennym.
- Phi! - parsknął major. - Młodzi ludzie 
przyprawiają mnie o mdłości. Brak im 
wytrwałości i odporności. Łatwo się poddają. 
Żadnego hartu ducha!

background image

Luke miał wielką ochotę spytać majora, do 
czego potrzebny jest ten wyjątkowy hart ducha, 
ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Proszę mi wierzyć - ciągnął major - że Lydia 
była kobietą jedną na tysiąc... na tysiąc! 
Cieszyła się tu powszechnym szacunkiem i 
poważaniem.
- Tak?
- Nie znosiła niedorzecznej gadaniny. Potrafiła 
wzrokiem sparaliżować człowieka. Niektóre z 
tych niedoświadczonych dziewcząt, uważających 
się za służące, wyobrażają sobie, że będziemy 
cierpliwie tolerować ich bezczelność. Lydia 
szybko się z nimi rozprawiała! Czy wie pan, że 
w ciągu roku przewinęło się przez nasz dom 
piętnaście kucharek i pokojówek. Piętnaście!
Luke nie uważał, by świadczyło to dobrze o pani 
domu, ale ponieważ jego gospodarz 
najwyraźniej był odmiennego zdania, 
wymamrotał tylko jakąś zdawkową uwagę.
- Jeśli się nie nadawały, wyrzucała je na zbitą 
twarz.
- Czy było to regułą? - spytał Luke.
- No cóż, oczywiście niektóre odchodziły z 
własnej woli. Mała strata, jak zwykła mawiać 
Lydia w takich przypadkach!
- Wspaniałe podejście - powiedział Luke - ale 
czy nie wynikały z tego niekiedy kłopoty?
- Och! Nie miałem nic przeciwko temu, żeby 
zakasać rękawy i zabrać się do roboty - oznajmił 
major Horton. - Nieźle gotuję i potrafię rozpalić 

background image

pod kuchnią jedną zapałką. Nigdy nie lubiłem 
zmywać, ale naczynia musiały być czyste... tego 
nie da się uniknąć.
Luke przyznał majorowi słuszność, a potem 
spytał go, czy pani Horton była dobrą 
gospodynią.
- Nie należę do mężczyzn, którzy pozwalają 
swym żonom się obsługiwać - powiedział major 
Horton. - Ale tak czy owak Lydia była zbyt 
delikatną kobietą, by wykonywać jakiekolwiek 
prace domowe.
- Więc nie dopisywało jej zdrowie? Major 
Horton potrząsnął głową.
- Miała wspaniały charakter. Nie poddawała się. 
Ileż ta kobieta wycierpiała! I do tego żadnego 
współczucia ze strony lekarzy. To gruboskórni 
brutale. Znają się jedynie na zwykłym 
fizycznym cierpieniu. Kiedy mają do czynienia z 
jakimś niecodziennym przypadkiem, 
przeważnie tracą głowę. Na przykład taki 
Humbleby. Wszyscy uważali go za dobrego 
lekarza.
- Pan się z tym nie zgadza?
- Ten człowiek był kompletnym ignorantem. Nic 
nie wiedział na temat odkryć współczesnej 
medycyny. Wątpię, by kiedykolwiek słyszał o 
nerwicy! Umiał rozpoznać odrę, świnkę i złożyć 
złamane kości. I nic więcej. W końcu doszło 
między nami do sprzeczki. W przypadku Lydii 
nie potrafił postawić właściwej diagnozy. 
Wygarnąłem mu wszystko prosto z mostu, a to 

background image

mu się nie spodobało. Uważał, że go obraziłem, i 
od razu się wycofał. Powiedział, że mogę znaleźć 
sobie innego lekarza. Wtedy wybrałem doktora 
Thomasa.
- Czy bardziej państwu odpowiadał?
- Jest znacznie inteligentniejszy. Gdyby istniała 
jakakolwiek szansa wyciągnięcia Lydii z tej 
ostatniej choroby, doktor Thomas bez wątpienia 
by to zrobił. Faktem jest, że czuła się już lepiej, 
ale jej stan nagle się pogorszył.
- Czy to była bolesna dolegliwość?
- Hmm, tak. To był nieżyt żołądka. Ostre bóle, 
mdłości i Bóg wie, co tam jeszcze. Jakże ta 
biedaczka cierpiała! Była po prostu męczennicą. 
A po domu kręciły się dwie pielęgniarki, które 
nie okazywały jej cienia współczucia! 
"Pacjentka to" albo "pacjentka tamto". - Major 
potrząsnął głową i opróżnił swoją szklankę. - 
Nie znoszę pielęgniarek! Są takie pewne siebie. 
Lydia twierdziła, że ją trują. To oczywiście nie 
była prawda... po prostu wytwór wyobraźni 
chorej osoby. Doktor Thomas powiedział, że 
zdarza się to bardzo często. Ale te pielęgniarki 
wyraźnie jej nie lubiły. To jest właśnie najgorsze 
w kobietach, że nienawidzą przedstawicielek 
własnej płci.
- Pani Horton - zaczął Luke, czując, że wyraża 
się niezfęcznie, ale nie wiedząc, jak ująć to lepiej 
- miała chyba w Wychwood wielu oddanych 
przyjaciół?
- Mieszkańcy naszego miasteczka zachowywali 

background image

się bardzo życzliwie - przyznał major z nutką 
niechęci w głosie. - Whitfield przysyłał 
winogrona i brzoskwinie z własnej oranżerii. A 
te stare pleciugi, Honoria Waynflete i Lavinia 
Pinkerton, przychodziły, by dotrzymać jej 
towarzystwa.
- Czy panna Pinkerton często odwiedzała chorą?
- Owszem. To typowa stara panna, ale życzliwa 
istota! Bardzo niepokoiła się o Lydię. Stale 
wypytywała, co jada i jakie zażywa leki. Miała 
dobre intencje, ale, jak ja to określam, robiła 
dużo zamieszania.
Luke kiwnął głową ze zrozumieniem.
- Nie znoszę zamieszania - powiedział njajor. - 
Za dużo tu kobiet. Trudno znaleźć partnera do 
golfa.
- A ten młody człowiek ze sklepu z antykami? - 
spytał Luke.
- Nie gra w golfa - parsknął major. - Jest zbyt 
zniewieściały.
- Od dawna mieszka w Wychwood?
- Mniej więcej od dwóch lat. Wstrętny jegomość. 
Nie cierpię tych długowłosych wymoczków. 
Dziwne, ale Lydia nawet dość go lubiła. W 
sprawach dotyczących mężczyzn nie można 
polegać na zdaniu kobiet. Mają słabość do 
dziwnych typów. Lydia uparła się nawet, żeby 
zażywać jakąś miksturę, którą jej przyniósł. 
Jakieś paskudztwo w szkarłatnym szklanym 
słoju, ozdobionym znakami Zodiaku! Rzekomo 
były to zioła, które zebrano przy pełni księżyca. 

background image

Istne błazeństwo, ale kobiety naiwnie wierzą w 
takie brednie... Cha! cha! cha!
- A jakim człowiekiem jest miejscowy radca 
prawny, pan Abbot? - spytał Luke, zdając sobie 
sprawę, że dość niespodziewanie zmienia temat, 
i licząc na to, że major Horton tego nie zauważy. 
- Czy jest dobrym prawnikiem? Muszę 
zasięgnąć porady w pewnej sprawie, więc 
pomyślałem, że mógłbym pójść z tym do niego.
- Podobno jest bystry - powiedział major 
Horton. - Nie wiem. Prawdę mówiąc, doszło 
między nami do sprzeczki. Tuż przed śmiercią 
Lydii przyszedł do nas, żeby sporządzić jej 
testament, i od tej pory go nie widziałem. Moim 
zdaniem to skończony łajdak. Ale oczywiście - 
dodał - to nie umniejsza jego zdolności jako 
prawnika.
- Oczywiście - przyznał Luke. - Wygląda na to, 
że jest dość kłótliwy. Słyszałem, że poróżnił się z 
wieloma osobami.
- Kłopot w tym, że jest piekielnie drażliwy - 
powiedział major Horton. - Uważa się za Boga 
Wszechmogącego i sądzi, że każdy, kto jest 
odmiennego zdania niż on, dopuszcza się obrazy 
majestatu. Słyszał pan o jego sprzeczce z 
doktorem Humblebym?
- Więc między nimi też doszło do kłótni?
- Do ostrej wymiany zdań. Mnie to wcale nie 
zaskoczyło. Humbleby był uparty jak osioł!
- Jego śmierć była smutnym wydarzeniem.
- Doktora Humbleby? Owszem, chyba tak. 

background image

Typowe niedbalstwo. Zakażenie krwi jest 
piekielnie niebezpieczne. Każdą ranę należy 
przemyć jodyną... przynajmniej ja tak robię! 
Zwykła przezorność. Humbleby, który w końcu 
był lekarzem, zlekceważył swoje skaleczenie. To 
najlepszy dowód.
Luke nie bardzo wiedział, czego to ma dowodzić, 
ale pominął tę uwagę milczeniem. Zerknął na 
zegarek i wstał z fotela.
- Czyżby zbliżała się pora lunchu? - spytał 
major Horton. - Rzeczywiście. No cóż, miło się z 
panem rozmawiało. Dobrze mi zrobiło spotkanie 
z człowiekiem, który widział kawał świata. 
Musimy jeszcze kiedyś sobie pogawędzić. Gdzie 
pan odbywał służbę? Mayang Straits? Nigdy 
tam nie byłem. Doszły mnie słuchy, że pisze pan 
książkę. O przesądach i tak dalej.
- Owszem... ja...
Ale major Horton nie dał sobie przerwać.
- Mogę panu opowiedzieć wiele niezwykle 
ciekawych historii. Kiedy byłem w Indiach, 
drogi chłopcze...
Przez jakieś dziesięć minut Luke musiał 
cierpliwie wysłuchiwać banalnych opowieści 
majora o sztuczkach fakirów.
Kiedy w końcu wyszedł na świeże powietrze i 
usłyszał za sobą głos majora przywołującego 
swoje buldogi, zaczął się zastanawiać nad 
zagadkami życia małżeńskiego. Major Horton 
zdawał się szczerze boleć nad stratą żony, która, 
jak wynikało ze wszystkich opowieści (nie 

background image

wyłączając jego własnej relacji), musiała 
przypominać tygrysa ludojada.
Nagle zadał sobie pytanie, czy nie był to po 
prostu niezwykle zręczny bluff.

XII
POTYCZKA

Popołudniowym rozgrywkom tenisowym na 
szczęście towarzyszyła piękna pogoda. Lord 
Whitfield, któremu dopisywał niezwykle dobry 
humor, grał rolę gospodarza z wielką radością. 
Często odwoływał się do swego skromnego 
pochodzenia. Zawodników było ośmioro: lord 
Whitfield, Bridget, Luke, Rose Humbleby, pan 
Abbot, doktor Thomas, major Horton i 
rozchichotana córka dyrektora banku, Hetty 
Jones.
W drugim z kolei secie Luke wystąpił w parze z 
Bridget przeciwko lordowi Whitfieldowi i Rose 
Humbleby. Rose była dobrą tenisistką. Miała 
silny forhend i brała udział w okręgowych 
zawodach hrabstwa. Choć próbowała nadrobić 
nieudane akcje lorda Whitfielda, Bridget i Luke, 
choć żadne z nich nie było szczególnie dobrym 
graczem, okazali się godnymi przeciwnikami. 
Przy równowadze trzy do trzech w gemach, 
olśniewające smecze Luke'a przyniosły im 
przewagę pięć do trzech.
Wtedy Luke zauważył, że lord Whitfield traci 
panowanie nad sobą. Zakwestionował linię, 

background image

twierdząc, mimo sprzeciwu Rose, że serwis był 
autowy, a potem zademonstrował cały wachlarz 
zachowań rozwścieczonego dziecka. Gdy doszło 
do piłki setowej, Bridget trafiła w siatkę, a 
później zrobiła podwójny błąd serwisowy. 
Równowaga. Następna piłka, po returnie 
przeciwników, uderzyła w środkową linię kortu, 
a Luke, przygotowując się do jej odebrania, 
wpadł na swoją partnerkę. Potem Bridget znów 
popełniła podwójny błąd serwisowy i przegrali 
gema.
- Przepraszam, straciłam formę - 
usprawiedliwiła się Bridget. Wydawało się to 
zgodne z prawdą. Zagrania Bridget były 
nieprecyzyjne, jakby nie potrafiła dobrze 
rozegrać piłki. Set zakończył się wynikiem osiem 
do sześciu dla lorda Whitfielda i jego partnerki.
Przez chwilę omawiano skład następnego seta. 
Ostatecznie ustalono, że Rose zagra z panem 
Abbotem przeciwko doktorowi Thomasowi i 
pannie Jones.
Lord Whitfield usiadł wygodnie i otarł pot z 
czoła, błogo się uśmiechając. Odzyskał już 
dobry humor. Zaczął opowiadać majorowi 
Hortonowi o serii artykułów na temat kultury 
fizycznej w Wielkiej Brytanii, zamieszczonych w 
jednym z jego tygodników.
- Pokaż mi ogród warzywny - poprosił Luke, 
zwracając się do Bridget.
- Dlaczego właśnie ogród warzywny?
- Uwielbiam kapustę.

background image

- Nie wystarczy zielony groszek?
- Może być.
Opuścili kort tenisowy i weszli do otoczonego 
murem warzywnika, który zdawał się leniwie 
wygrzewać w promieniach słońca. Tego 
sobotniego popołudnia nie było w nim 
ogrodników.
- Oto twój groszek - oznajmiła Bridget.
- Dlaczego, u diabła, oddałaś im tego seta? - 
spytał Luke, nie zwracając uwagi na cel 
przechadzki.
Bridget uniosła ze zdziwieniem brwi.
- Przepraszam. Straciłam formę. Gram 
nierówno.
- Ale nie do tego stopnia! Na te twoje podwójne 
błędy serwisowe nie nabrałoby się nawet 
dziecko! I te nieprecyzyjne zagrania... pół mili 
za linią autową!
- To wina moich kiepskich umiejętności - 
wyjaśniła spokojnie. - Gdybym grała trochę 
lepiej, może moje podania byłyby celniejsze! Ale 
i tak, ilekroć próbowałam posłać piłkę na aut, 
zawsze trafiałam w linię i cały mój wysiłek szedł 
na marne.
- Och, więc się przyznajesz?
- Oczywiście, mój drogi Watsonie.
- A motyw?
- Chyba równie oczywisty. Gordon nie lubi 
przegrywać.
- A co ze mną? Przypuśćmy, że lubię wygrywać.
- Ależ, mój drogi, to nie jest aż tak ważne.

background image

- Czy nie mogłabyś wyrazić się nieco jaśniej?
- Bardzo proszę. Nie wolno się narażać 
pracodawcy. A moim pracodawcą jest Gordon, 
a nie ty.
Luke wziął głęboki oddech, a potem wybuchnął:
- Co chcesz osiągnąć, wychodząc za tego 
niedorzecznego, małostkowego człowieczka? 
Dlaczego to robisz?
- Ponieważ jako jego sekretarka zarabiam sześć 
funtów tygodniowo, a jako jego żona dostanę sto 
tysięcy tytułem dożywotniej renty, kasetkę pełną 
pereł i brylantów, pokaźne kieszonkowe oraz 
rozmaite dodatkowe dochody, wynikające ze 
stanu małżeńskiego!
- Ale będziesz miała nieco inne obowiązki!
- Czy wszystko w życiu musimy traktować w 
sposób melodramatyczny? - spytała chłodno. - 
Jeśli wyobrażasz sobie, że Gordon będzie 
pantoflarzem, możesz od razu o tym zapomnieć! 
Gordon, jak chyba zauważyłeś, zachowuje się 
jak mały, niedojrzały chłopiec. Niepotrzebna mu 
żona, lecz matka. Niestety, jego matka umarła, 
kiedy miał cztery lata. Chce mieć pod ręką 
kogoś bliskiego, przed kim mógłby się chełpić 
swoimi osiągnięciami... kogoś, kto przywracałby 
mu wiarę w siebie i cierpliwie wysłuchiwał nie 
kończących się Opowieści Lorda Whitfielda o 
Sobie Samym!
- Co za gorzki realizm!
- Nie wierzę w bajki, jeśli to masz na myśli! - 
odcięła się Bridget. - Jestem młodą, dość 

background image

inteligentną i przystojną kobietą, ale nie mam 
pieniędzy. Chcę uczciwie zarabiać na życie. 
Moje obowiązki jako żony Gordona niewiele 
będą odbiegać od moich obowiązków jako jego 
sekretarki. Myślę, że po roku nie będzie nawet 
pamiętał, żeby pocałować mnie na dobranoc. 
Jedyna różnica polega na wynagrodzeniu.
Spojrzeli na siebie. Oboje byli bladzi z 
wściekłości.
- No, mów coś - syknęła Bridget. - Ma pan dość 
staroświeckie poglądy, prawda, panie 
Fitzwilliam? Lepiej wyciągnij z zanadrza te 
stare, wyświechtane frazesy i powiedz, że 
sprzedaję się za pieniądze... To zawsze dobrze 
brzmi!
- Jesteś wyrachowaną małą diablicą! - 
wybuchnął Luke.
- To lepsze niż być niepoczytalną idiotką!
- Doprawdy?
- Owszem. Wiem coś o tym.
- O czym wiesz? - spytał Luke drwiącym tonem.
- Wiem, co to znaczy kochać mężczyznę! Czy 
znasz Johnniego Cornisha? Przez trzy lata 
spotykałam się z tym czarującym człowiekiem. 
Byłam w nim bez pamięci zakochana... 
uwielbiałam go aż do bólu! A on porzucił mnie i 
ożenił się z pulchną wdową, która miała 
prowincjonalny akcent, trzy podbródki i 
trzydzieści tysięcy funtów rocznego dochodu! 
Nie sądzisz, że tego rodzaju przeżycie może 
wyleczyć z romantycznych uczuć?

background image

Luke odwrócił głowę i westchnął.
- Może - przyznał.
- Tak też się stało...
Oboje zamilkli.
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie miałeś 
najmniejszego prawa tak się do mnie odzywać - 
powiedziała niepewnie Bridget, przerywając w 
końcu kłopotliwą ciszę. - Mieszkasz w domu 
Gordona i to było w cholernie złym guście!
- Czy nie jest to przypadkiem również jakiś 
frazes? - spytał uprzejmie Luke, odzyskawszy 
panowanie nad sobą.
- Tak czy owak, to prawda! - odparła Bridge, 
rumieniąc się.
- Nie. Miałem wszelkie prawo, by...
- Nic podobnego!
Luke spojrzał na nią. Twarz miał tak bladą, 
jakby odczuwał jakiś fizyczny ból.
- Mam prawo. Mam prawo troszczyć się o 
ciebie. Co to przed chwilą powiedziałaś? Mam 
prawo uwielbiać cię aż do bólu!
- Ty... - zaczęła Bridget, robiąc krok do tyłu.
- Owszem. Dziwne, prawda? To powinno cię 
szczerze rozbawić! Przyjechałem tu, by załatwić 
pewną sprawę, a ty wyszłaś nagle zza rogu tego 
domu i... nie wiem jak to określić... rzuciłaś na 
mnie urok! Tak właśnie się czuję. Wspomniałaś 
przed chwilą o bajkach. Zostałem uwikłany w 
bajeczną historię! Oczarowałaś mnie. Mam 
wrażenie, że gdybyś wskazała mnie palcem i 
powiedziała: "Zamień się w żabę", 

background image

podskakiwałbym z wybałuszonymi oczami. - 
Podszedł do niej bliżej. - Kocham cię do 
szaleństwa, Bridget Conway. A skoro tak 
bardzo cię kocham, nie możesz oczekiwać, że 
ucieszy mnie twoje małżeństwo z jakimś 
brzuchatym, nadętym lordem, który traci 
panowanie nad sobą, kiedy nie wygrywa w 
tenisa.
- Więc co twoim zdaniem powinnam zrobić?
- Wyjść za mnie! Ale niewątpliwie ta propozycja 
wywoła tylko wybuch śmiechu.
- Śmiech jest zbyt hałaśliwy.
- Właśnie. No cóż, wszystko jasne. Wracamy na 
kort? Może tym razem znajdziesz mi partnera, 
który potrafi walczyć!
- Ty naprawdę... - powiedziała Bridget słodkim 
głosem - przejmujesz się przegraną nie mniej niż 
Gordon!
Luke chwycił ją nagle za ramię.
- Masz piekielnie ostry język, Bridget.
- Niezależnie od tego, jak silnym uczuciem mnie 
darzysz, Luke, obawiam się, że niezbyt mnie 
lubisz!
- Chyba wcale cię nie lubię.
- Po powrocie do domu zamierzałeś się ożenić i 
ustabilizować, prawda? - spytała Bridget, 
patrząc na niego uważnie.
- Owszem.
- Ale nie z kimś takim jak ja?
- Ktoś taki jak ty nawet nie przyszedł mi do 
głowy.

background image

- Tak... z pewnością. Wiem, jaki typ kobiet ci się 
podoba. Dokładnie wiem.
- Jesteś bardzo inteligentna, moja droga.
- Ładna dziewczyna... typowa Angielka... 
miłująca ojczyznę i dobra dla psów... 
Najprawdopodobniej wyobrażałeś ją sobie w 
tweedowej spódnicy, przysuwającą polano do 
kominka noskiem pantofelka.
- Ten wizerunek wydaje mi się niezwykle 
pociągający.
- Jestem tego pewna. Wracamy na kort? Możesz 
zagrać w parze z Rose Humbleby. Jest tak 
dobrą tenisistką, że wasze zwycięstwo jest 
niemal przesądzone.
- Jako człowiek staroświecki pozwalam ci mieć 
ostatnie słowo. Znów nastała chwila milczenia. 
Luke powoli zdjął ręce z jej ramion. Stali 
naprzeciw siebie czując, że nie wszystko zostało 
do końca powiedziane.
Potem Bridget gwałtownie się odwróciła i 
ruszyła w kierunku kortu. Kolejny set właśnie 
dobiegł końca. Rose nie chciała uczestniczyć w 
następnym deblu.
- Przecież brałam udział w dwóch kolejnych 
setach.
- Jestem zmęczona. Nie chcę już grać. Ty z 
panem Fitzwilliamem wystąpcie przeciwko 
pannie Jones i majorowi Hortonowi - nalegała 
Bridget.
Ale Rose nie ustąpiła i ostatecznie ustalono 
męski skład obu drużyn. Potem podano 

background image

podwieczorek.
Lord Whitfield rozmawiał z doktorem 
Thomasem, opisując mu szczegółowo i z dużą 
dozą zarozumialstwa swoją niedawną wizytę w 
laboratorium doświadczalnym Wellermana 
Kreitza.
- Chciałem się dowiedzieć, w jakim kierunku 
zmierzają najnowsze odkrycia naukowe - 
wyjaśniał z przejęciem. - Odpowiadam za to, co 
drukuje się w moich gazetach. Budzi to mój 
wielki entuzjazm. To era nauki. Szerokie rzesze 
społeczeństwa powinny mieć łatwy dostęp do 
wiedzy.
- Niezbyt gruntowna wiedza może się okazać 
bardzo niebezpieczna - oświadczył doktor 
Thomas, lekko wzruszając ramionami.
- Naszym celem jest właśnie gruntowna wiedza - 
powiedział lord Whitfield. - Nauka nastawiona 
na...
- Wiedzę z probówki - dokończyła Bridget 
poważnym tonem.
- Ta wizyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie - 
oznajmił lord Whitfield. - Oczywiście 
oprowadzał mnie sam Wellerman. Błagałem go, 
żeby zajął się tym jakiś jego podwładny, ale on 
nie ustąpił.
- To oczywiste - wtrącił Luke.
Lordowi Whitfieldowi najwyraźniej sprawiło to 
przyjemność.
- Wyjaśnił mi wszystko w sposób klarowny: 
zasady hodowli bakterii, wytwarzania surowicy 

background image

i tak dalej. Zgodził się sam napisać pierwszy 
artykuł z tego cyklu.
- Podobno eksperymentują na świnkach 
morskich - mruknęła pani Anstruther. - To 
takie okrutne, choć oczywiście nie tak okropne 
jak doświadczenia na psach czy kotach.
- Ludzi, którzy wykorzystują psy, powinno się 
rozstrzelać - warknął major Horton ochrypłym 
głosem.
- Naprawdę przypuszczam, Horton - powiedział 
pan Abbot - że wyżej cenisz życie psa niż 
człowieka.
- Bezwarunkowo! - odparł major. - Psy nie 
napadają na człowieka tak jak ludzie. Nigdy nie 
spotka cię z ich strony nic przykrego.
- Najwyżej przykre ukąszenie w nogę - 
powiedział Abbot. - Co, Horton?
- Psy doskonale się znają na ludzkim 
charakterze - stwierdził major Horton.
- W ubiegłym tygodniu jeden z twoich bydlaków 
omal mnie nie ugryzł w łydkę. Co na to powiesz, 
Horton?
- To samo, co powiedziałem przed chwilą!
- Może zagralibyśmy jeszcze w tenisa? - 
przerwała im taktownie Bridget.
Rozegrano parę setów. Potem Rose Humbleby 
zaczęła się żegnać.
- Odprowadzę panią do domu - zaproponował 
Luke. - I poniosę pani rzeczy. Nie przyjechała 
pani samochodem, prawda?
- Nie, ale to bardzo blisko.

background image

- Z przyjemnością się przejdę.
Nie powiedział nic więcej, tylko wziął od niej 
rakietę i tenisówki. Szli dróżką, nie odzywając 
się do siebie. Potem Rose poruszyła parę 
błahych tematów. Luke udzielił jej dość 
lakonicznych odpowiedzi, ale dziewczyna 
zdawała się nie zwracać na to uwagi.
Kiedy skręcili w bramę jej domu, Luke się 
rozchmurzył.
- Teraz poczułem się lepiej - oznajmił.
- A przedtem czuł się pan źle?
- Proszę nie udawać, że pani tego nie zauważyła. 
Rozproszyła pani mój posępny nastrój. Odnoszę 
dziwne wrażenie, jakbym wyszedł z ponurej 
ciemności na światło słoneczne.
- Bo to prawda. Kiedy wyruszaliśmy z 
rezydencji, chmura zasłoniła słońce, a teraz się 
przesunęła.
- Więc zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i 
metaforycznym. No, no, mimo wszystko świat 
jest miłym miejscem.
- Oczywiście.
- Panno Humbleby, czy mogę być bezczelny?
- Z pewnością to się panu nie uda.
- Och, nie byłbym tego taki pewien. Chciałem 
powiedzieć, że uważam doktora Thomasa za 
wielkiego szczęściarza.
Rose zarumieniła się lekko.
- Więc słyszał pan? - spytała z uśmiechem.
- Czyżby miało to być tajemnicą? W takim razie 
przepraszam.

background image

- Och! W tym miasteczku niczego nie da się 
zachować w tajemnicy - powiedziała Rose ze 
smutkiem.
- Zatem to prawda, że jesteście zaręczeni?
Rose kiwnęła głową.
- Tylko nie ogłosiliśmy tego jeszcze oficjalnie. 
Wie pan, ojciec był przeciwny naszemu 
związkowi i wydaje mi się... no cóż... niezbyt 
stosowne, by tuż po jego śmierci rozgłaszać to na 
wszystkie strony.
- Więc pani ojciec nie aprobował waszego 
związku?
- Może to zbyt mocne słowo, ale chyba do tego 
się to sprowadzało.
- Uważał, że jest pani zbyt młoda? - spytał Luke 
łagodnym tonem.
- Tak właśnie twierdził.
- Ale pani zdaniem był jeszcze jakiś inny powód, 
prawda? - spytał Luke dociekliwie.
Rose pochyliła głowę.
- Tak... niestety, w gruncie rzeczy ojciec nie lubił 
Geoffreya.
- Czy byli do siebie wrogo nastawieni?
- Czasami takie miałam wrażenie... Mój 
kochany ojciec niezbyt łatwo nawiązywał 
przyjazne kontakty.
- A ja myślę, że bardzo panią kochał i nie chciał 
pani stracić.
Rose przyznała mu rację.
- Czy był jakiś poważniejszy powód? - spytał 
Luke. - Czy stanowczo nie chciał, żeby wyszła 

background image

pani za Thomasa?
- Tak. Widzi pan, tata był zupełnie inny niż 
Geoffrey. W pewnych sprawach dochodziło 
między nimi do konfliktów, które Geoffrey 
naprawdę cierpliwie znosił i łagodził. Ale czując 
jego niechęć stał się jeszcze bardziej zamknięty 
w sobie i nieśmiały, więc tata nie mógł go lepiej 
poznać.
- Niełatwo zwalczyć uprzedzenia - powiedział 
Luke.
- To było zupełnie bezsensowne!
- Pani ojciec nie wyjawił żadnych przyczyn 
takiego stanu rzeczy?
- Och, nie. Nie mógł! To znaczy, nie mógł nic 
powiedzieć przeciwko Geoffrey'owi poza tym, że 
go nie lubi.
- Nie lubię pana, ale nie mogę wyjawić powodu.
- No właśnie.
- Niczego nie można mu zarzucić? Chodzi mi o 
to, czy pani narzeczony pije albo gra na 
wyścigach?
- Och, nie. Geoffrey chyba nawet nie wie, jaki 
koń wygrał derby.
- To dziwne - powiedział Luke. - Mógłbym 
przysiąc, że widziałem doktora Thomasa w 
Epsom w dniu wyścigów.
Przez moment zastanawiał się z niepokojem, czy 
wcześniej nie wspomniał, iż właśnie tego dnia 
przyjechał do Anglii. Ale Rose niczego nie 
podejrzewając, natychmiast odpowiedziała:
- Wydawało się panu, że widział pan Geoffreya 

background image

na derbach? Och, nie. Nie mógł wtedy wyjechać 
z jednego prostego powodu. Niemal cały dzień 
spędził w Ashewold, odbierając bardzo 
skomplikowany poród.
- Cóż za pamięć!
Rose roześmiała się.
- Zapamiętałam to, bo powiedział mi, że nadali 
dziecku przydomek Jujube!
Luke pokiwał głową z roztargnieniem.
- Tak czy owak - ciągnęła Rose - Geoffrey nigdy 
nie chodzi na wyścigi konne. Umarłby tam z 
nudów. Czy... wstąpi pan do nas? - spytała 
innym tonem. - Myślę, że moja matka chciałaby 
pana poznać.
- Jeśli jest pani tego pewna...
Rose wprowadziła gościa do pokoju, który w 
zapadającym zmroku wyglądał dość ponuro. 
Luke dostrzegł w fotelu skuloną sylwetkę 
kobiety.
- Mamo, to jest pan Fitzwilliam.
Pani Humbleby zerwała się z fotela i podała 
gościowi rękę. Rose cicho wyszła z pokoju.
- Miło mi pana poznać, panie Fitzwilliam. Rose 
mówiła mi, że ma pan przyjaciół, którzy znali 
przed laty mojego męża.
- Tak, proszę pani. - Nie miał ochoty okłamywać 
tej niedawno owdowiałej kobiety, ale nie widział 
innego wyjścia.
- Szkoda, że go pan nie poznał - powiedziała 
pani Humbleby. - Był wspaniałym człowiekiem i 
świetnym lekarzem. Wielu pacjentów, których 

background image

przypadki uznano za beznadziejne, wyleczył 
dzięki sile swego charakteru.
- Sporo o nim słyszałem - oznajmił Luke 
łagodnie. - Wiem, że ludzie mają o nim bardzo 
pochlebne zdanie.
Niezbyt wyraźnie widział twarz pani Humbleby. 
Mówiła monotonnym głosem, ale ta pozorna 
apatia uwypuklała chyba jeszcze bardziej jej 
tłumione uczucia.
- Świat jest okropnie nikczemny, panie 
Fitzwilliam - powiedziała niespodziewanie. - Czy 
wie pan o tym?
Luke był lekko zaskoczony.
- Tak... być może.
- Ale czy zdaje pan sobie z tego sprawę? - 
nalegała. - To bardzo ważne. Otacza nas 
podłość... Trzeba być przygotowanym, by z nią 
walczyć! John był gotów na wszystko. On 
wiedział. Stał po stronie sprawiedliwości!
- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - 
powiedział Luke łagodnie.
- Wiedział, że w naszym miasteczku nie brak 
podłości - oznajmiła pani Humbleby. - Wiedział, 
że... - Nagle wybuchnęła płaczem.
- Tak mi przykro... - wymamrotał Luke.
Pani Humbleby odzyskała panowanie nad sobą 
równie szybko, jak przedtem je straciła.
- Niech pan mi wybaczy - powiedziała. Podała 
mu rękę na pożegnanie. - Proszę nas odwiedzać. 
Rose sprawi to dużą przyjemność. Bardzo pana 
polubiła.

background image

- Ja ją również. Dawno nie widziałem tak ładnej 
dziewczyny jak pani córka.
- Jest dla mnie bardzo dobra.
- Doktor Thomas to wielki szczęściarz.
- Owszem. - Pani Humbleby opuściła rękę. Jej 
głos znów stał się monotonny. - Sama nie wiem... 
to wszystko jest takie trudne.
Kiedy Luke wychodził, pani Humbleby stała w 
półmroku, nerwowo splatając i rozplatając 
palce.
Idąc w kierunku domu roztrząsał w myślach 
szczegóły ostatnich rozmów.
Doktora Thomasa nie było w Wychwood przez 
większą część dnia, w którym odbyły się wyścigi. 
Wyjechał samochodem. Wychwood było 
oddalone od Londynu o trzydzieści pięć mil. 
Rzekomo odbierał jakiś skomplikowany poród. 
Czy można mu wierzyć na słowo? 
Przypuszczalnie da się to sprawdzić...
Potem powrócił myślami do pani Humbleby. 
Zastanawiał się, co miała na myśli, mówiąc z 
takim naciskiem: "Otacza nas podłość..."?
Czy była po prostu zdenerwowana i 
wstrząśnięta śmiercią swego męża? Czy też 
miała jakiś inny powód?
Może o czymś wiedziała? O czymś, o czym 
wiedział przed śmiercią doktor Humbleby?
Muszę to zbadać - postanowił. Koniecznie.
Stanowczo odsunął od siebie myśli o potyczce 
słownej, do której doszło między nim a Bridget.

background image

XIII
ROZMOWA Z PANNĄ WAYNFLETE

Następnego ranka Luke podjął decyzję. Doszedł 
do wniosku, że nie dowie się niczego więcej 
prowadząc śledztwo dotychczasową metodą. 
Uznał, że prędzej czy później będzie zmuszony 
zagrać w otwarte karty. Czuł, że nadszedł czas, 
by odrzucić kamuflaż, przestać grać rolę pisarza 
i przyznać się, że przyjechał do Wychwood w 
określonym celu.
Zgodnie z tym planem postanowił odwiedzić 
Honorię Waynflete. Nie tylko dlatego, że 
dyskrecja oraz pewna przenikliwość sądów 
starszej pani wywarły na nim korzystne 
wrażenie, lecz również dlatego, że podejrzewał, 
iż może ona posiadać jakieś potrzebne mu 
informacje. Wierzył, że powiedziała mu 
wszystko, co wie. Teraz chciał ją nakłonić do 
wyjawienia mu tego, czego się domyśla. Sądził, 
że domysły panny Waynflete mogą być bliskie 
prawdy. Poszedł do niej zaraz po nabożeństwie.
Panna Waynflete przyjęła go uprzejmie, nie 
okazując zdziwienia jego wizytą. Kiedy usiadła 
obok niego, splatając wypielęgnowane, smukłe 
dłonie i spoglądając na niego uważnie bystrymi 
oczami, niełatwo mu było wyjawić cel swojej 
wizyty.
- Pewnie pani odgadła, panno Waynflete - 
powiedział wreszcie - że powodem mojego 
przyjazdu do Wychwood nie jest w gruncie 

background image

rzeczy pisanie książki o tutejszych obyczajach?
Panna Waynflete skinęła głową i słuchała dalej. 
Luke nie zamierzał opowiadać jej całej historii. 
Panna Waynflete była zapewne osobą 
dyskretną, takie przynajmniej odniósł wrażenie, 
ale podejrzewał, że jak każda stara panna, 
ulegnie w końcu pokusie i przekaże te 
pasjonujące nowiny paru zaufanym 
przyjaciółkom. W związku z tym postanowił 
obrać drogę pośrednią.
- Przyjechałem tu, żeby zbadać okoliczności 
śmierci tej biednej dziewczyny, Amy Gibbs.
- To znaczy, że przysłała pana policja? - spytała 
panna Waynflete.
- Ależ skąd, nie jestem policjantem w cywilu - 
powiedział, a potem dodał żartobliwie: - Jestem 
prywatnym detektywem, postacią znaną z wielu 
powieści kryminalnych.
- Rozumiem. A zatem sprowadziła tu pana 
Bridget Conway?
Luke wahał się przez chwilę. Potem postanowił 
puścić to pytanie mimo uszu. Trudno byłoby mu 
wytłumaczyć swoją obecność w Wychwood, nie 
opowiadając szczegółowo całej historii 
związanej z panną Pinkerton.
- Bridget jest bardzo przedsiębiorczą kobietą! - 
ciągnęła panna Waynflete z nutką podziwu w 
głosie. - Gdyby pozostawiono to w moich rękach, 
nie zaufałabym chyba własnemu osądowi... 
chodzi mi o to, że jeśli człowiek nie jest 
absolutnie czegoś pewien, niezwykle mu trudno 

background image

wybrać odpowiednią linię postępowania.
- Ale przecież pani jest pewna, prawda?
- Bynajmniej, panie Fitzwilliam - odparła panna 
Waynflete poważnie. - W takich sprawach nigdy 
nie ma się absolutnej pewności! Przecież to 
wszystko może być wytworem fantazji. Kiedy 
ktoś mieszka sam i nie ma się kogo poradzić ani 
z kim porozmawiać, może z łatwością popaść w 
nastrój melodramatyczny i wyobrazić sobie coś, 
co nie jest oparte na faktach.
Luke chętnie zgodził się z jej zdaniem, 
przyznając, że jest ono bezspornie słuszne.
- Ale w głębi duszy jest pani pewna? - spytał 
cicho.
Panna Waynflete nadal nie była zdecydowana.
- Mam nadzieję, że nie chce mnie pan pociągnąć 
za język? - spytała podejrzliwie.
- Chciałaby pani, żebym wyraził się w sposób 
bardziej zrozumiały? - spytał z uśmiechem. - 
Dobrze. Czy nie sądzi pani, że Amy Gibbs 
została zamordowana?
Honoria Waynflete wzdrygnęła się na to 
brutalne określenie.
- Nie podoba mi się jej śmierć. Wcale mi się nie 
podoba. Moim zdaniem wersja oficjalna jest 
zupełnie nieprzekonująca.
- Więc nie uważa pani jej śmierci za naturalną? 
- wypytywał Luke cierpliwie.
- Nie.
- Nie wierzy pani, że to był nieszczęśliwy 
wypadek?

background image

- Wydaje mi się to zupełnie nieprawdopodobne. 
Istnieje tyle...
- Czy mogła popełnić samobójstwo? - przerwał 
jej Luke.
- Wykluczone.
- Więc jednak - powiedział Luke łagodnie - 
uważa pani, że to było morderstwo?
Panna Waynflete zawahała się, a potem 
odchrząknęła i najwyraźniej podjęła śmiałą 
decyzję.
- Tak - oznajmiła. - Tak uważam!
- W porządku. Teraz możemy przejść do 
szczegółów.
- Nie mam jednak żadnego dowodu, na którym 
mogłabym oprzeć to przekonanie - wyjaśniła 
panna Waynflete z niepokojem. - To jest jedynie 
domysł!
- No właśnie. Ale to poufna rozmowa. 
Rozważamy więc nasze opinie i domysły. Oboje 
podejrzewamy, że Amy Gibbs została 
zamordowana. Kto naszym zdaniem mógł to 
zrobić?
Panna Waynflete potrząsnęła głową. Wydawała 
się bardzo zaniepokojona.
- Kto miał powody, żeby ją zabić? - spytał Luke, 
patrząc na nią uważnie.
- O ile wiem, posprzeczała się ze swoim 
narzeczonym z warsztatu samochodowego, 
Jimem Harveyem... To niezwykle solidny i 
poważny młody człowiek - powiedziała powoli. - 
Czyta się w gazetach o młodych mężczyznach, 

background image

którzy zabijają swoje ukochane, i o innych 
podobnych okropnościach, ale nie wierzę, by 
Jim mógł zrobić coś takiego.
Luke kiwnął głową.
- Poza tym - ciągnęła - nie wierzę, że zrobiłby to 
w taki sposób: wdrapał się na dach, wszedł 
przez okno do jej pokoju i zamienił buteleczki. 
Chcę powiedzieć, że nie wygląda to na...
Panna Waynflete zawahała się, ale Luke 
przyszedł jej z pomocą.
- ...zemstę rozgniewanego kochanka? Zgadzam 
się. Moim zdaniem, Jima Harveya należy od 
razu wykreślić z listy podejrzanych. Oboje 
jesteśmy zgodni co do tego, że Amy została 
zamordowana. Zabił ją ktoś, kto chciał jej się 
pozbyć i zaplanował tę zbrodnię starannie, tak 
by wyglądała na nieszczęśliwy wypadek. Czy 
domyśla się pani, kto to mógł być?
- Nie, nie mam najmniejszego pojęcia! - odparła 
panna Waynflete.
- Na pewno?
- Tak, z całą pewnością.
Luke spojrzał na nią z zadumą. Miał wrażenie, 
że to kategoryczne zaprzeczenie nie było 
całkiem szczere.
- Nie wie pani, kto mógł mieć motyw? - spytał.
- Nie.
Ta odpowiedź zabrzmiała bardziej stanowczo.
- Czy Amy pracowała w wielu domach w 
Wychwood?
- Zanim przeniosła się do lorda Whitfielda, 

background image

przez rok służyła u państwa Hortonów.
Luke szybko podsumował wyniki rozmowy.
- A więc sytuacja wygląda następująco: Ktoś 
chciał się pozbyć tej dziewczyny. Na podstawie 
ustalonych faktów można założyć, że - po 
pierwsze - mordercą był mężczyzna, i to 
mężczyzna o dość staroświeckich poglądach, 
czego dowodzi farba do kapeluszy, a - po drugie 
- musiał być na tyle sprawny, by wdrapać się na 
dach przybudówki. Czy zgadza się pani z tymi 
argumentami?
- Bezwzględnie - odparła panna Waynflete.
- Pozwoli pani, że sam podejmę taką próbę?
- Ależ naturalnie. Uważam, że to świetny 
pomysł. Wyprowadziła go bocznymi drzwiami 
na podwórze. Luke bez większych trudności 
wdrapał się na dach przybudówki. Następnie z 
łatwością uchylił okno i wślizgnął się do sypialni 
dziewczyny. W kilka minut później stał już z 
powrotem na ścieżce, obok panny Waynflete, 
wycierając dłonie chusteczką do nosa.
- W rzeczywistości to łatwiejsze, niż się wydaje - 
powiedział. - Wystarczy trochę siły. Czy nie 
znaleziono żadnych śladów na parapecie lub na 
zewnątrz budynku?
Panna Waynflete potrząsnęła głową.
- Chyba nie. Ale posterunkowy wszedł na górę 
tą samą drogą.
- Zatem, jeśli policjanci znaleźli jakieś ślady, 
mogli uznać, że to on je zostawił. Ależ oni 
działają na korzyść przestępcy!

background image

Panna Waynflete wprowadziła go z powrotem 
do domu.
- Czy Amy Gibbs miała twardy sen? - spytał.
- Szalenie trudno było ją rano obudzić - odparła 
kwaśno panna Waynflete. - Czasami musiałam 
długo wołać i pukać do jej drzwi, zanim się 
odezwała. Ale z drugiej strony, panie 
Fitzwilliam, istnieje powiedzenie, że nikt nie jest 
tak głuchy jak ten, który nie chce słyszeć!
- To prawda - przyznał Luke. - No dobrze, 
panno Waynflete, doszliśmy do kwestii motywu. 
Zacznijmy od najbardziej oczywistego: czy sądzi 
pani, że coś łączyło Ellsworthy'ego z tą 
dziewczyną? - I dodał pospiesznie: - Chodzi mi 
tylko o pani zdanie. Wyłącznie o pani opinię.
- Skoro pyta pan o moją opinię, odpowiadam 
twierdząco.
Luke kiwnął głową.
- Czy pani zdaniem Amy mogła posunąć się do 
szantażu?
- Jeśli ponownie mam wyrazić swoją opinię, to 
powiem, że to całkiem możliwe.
- Może przypadkiem wie pani, czy Amy tuż 
przed śmiercią miała większą sumę pieniędzy?
Panna Waynflete zastanawiała się przez chwilę.
- Nie sądzę. Gdyby zgromadziła jakąś większą 
sumę, zapewne bym o tym wiedziała.
- A czy w ostatnim okresie życia nie była 
nadmiernie rozrzutna?
- Chyba nie.
- To przemawia przeciwko koncepcji szantażu. 

background image

Ofiara szantażu zazwyczaj przynajmniej raz 
płaci okup, zanim posunie się do ostateczności. 
Ale istnieje inna teoria. Dziewczyna mogła coś 
wiedzieć.
- Co takiego?
- Mogła mieć jakieś informacje, zagrażające 
reputacji któregoś z mieszkańców Wychwood. 
Rozważmy pewien czysto hipotetyczny 
przypadek. Amy pracowała w wielu tutejszych 
domach. Przypuśćmy, że odkryła coś, co mogło 
zniszczyć karierę zawodową komuś takiemu jak 
na przykład... pan Abbot.
- Pan Abbot?
- Albo może zauważyła jakieś zaniedbanie ze 
strony doktora Thomasa - dodał Luke 
pospiesznie.
- Ale przecież... - zaczęła panna Waynflete i 
nagle przerwała.
- Wspominała pani, że kiedy pani Horton 
umarła, Amy Gibbs pracowała tam jako 
pokojówka - powiedział Luke.
- Czy mógłby pan mi wyjaśnić, panie 
Fitzwilliam, dlaczego miesza pan do tej sprawy 
Hortonów? - spytała panna Waynflete po chwili 
milczenia. - Pani Horton zmarła ponad rok 
temu.
- Zgadza się, a Amy w tym czasie tam 
pracowała.
- Rozumiem. Ale co Hortonowie mają z tym 
wspólnego?
- Nie wiem. Po prostu głośno się zastanawiam. 

background image

Przyczyną zgonu pani Horton był ostry nieżyt 
żołądka, prawda?
- Tak.
- Czy jej śmierć była dużym zaskoczeniem?
- Dla mnie tak - odparła powoli panna 
Waynflete. - Jej stan znacznie się poprawił i 
wyglądało na to, że jest na najlepszej drodze do 
całkowitego wyzdrowienia. Potem nastąpił nagły 
nawrót choroby i umarła.
- Czy doktor Thomas był zaskoczony tym 
faktem?
- Nie wiem. Chyba tak.
- A jak zareagowały na to pielęgniarki?
- Z własnego doświadczenia wiem - powiedziała 
panna Waynflete - że pielęgniarek nigdy nie 
dziwi pogorszenie stanu pacjenta! Dziwi je 
jedynie jego powrót do zdrowia.
- Ale panią jej śmierć zaskoczyła?
- Tak. Odwiedziłam ją zaledwie dzień wcześniej. 
Wyglądała znacznie lepiej. Wesoło gawędziła i 
wydawała się pełna otuchy.
- Co sądziła o swojej chorobie?
- Skarżyła się, że pielęgniarki ją trują. 
Odprawiła jedną, ale jej zdaniem te dwie, które 
zostały, nie były lepsze!
- Przypuszczam, że pani nie przywiązywała do 
jej słów większej wagi?
- Nie, myślałam, że wynika to z choroby. Pani 
Horton była bardzo podejrzliwą kobietą i... 
może to zabrzmi niezbyt życzliwie... zawsze 
chciała być ośrodkiem zainteresowania. 

background image

Uważała, że żaden lekarz nigdy nie potrafi 
rozpoznać jej przypadku. Zawsze twierdziła, że 
cierpi na jakąś skomplikowaną dolegliwość... 
albo że ktoś "usiłuje wyprawić ją na tamten 
świat".
- Nie podejrzewała o to swego męża? - spytał 
Luke, siląc się na obojętny ton.
- Och, nie, nawet jej to nie przyszło do głowy! - 
Panna Waynflete wahała się przez chwilę, a 
potem spytała cicho: - A pan uważa to za 
możliwe?
- Znane są przypadki, w których mężowie 
popełniali takie czyny i uchodziło im to płazem - 
powiedział Luke powoli. - Z tego, co słyszałem, 
wynika, że pani Horton była kobietą, której 
chętnie pozbyłby się niejeden mężczyzna! 
Domyślam się, że major odziedziczył po niej 
sporo pieniędzy.
- Owszem.
- Co pani o tym sądzi, panno Waynflete?
- Chodzi panu o moją opinię?
- Tak, tylko o pani opinię.
- Moim zdaniem, major Horton był bardzo 
przywiązany do swej żony i nigdy by się do tego 
nie posunął - powiedziała panna Waynflete 
spokojnie.
Luke zerknął na nią i dostrzegł w jej łagodnych 
bursztynowych oczach wyraz stanowczości.
- No cóż - powiedział. - Chyba ma pani rację. 
Gdyby było inaczej, najprawdopodobniej 
wiedziałaby pani o tym.

background image

Panna Waynflete zdobyła się na uśmiech.
- Nie sądzi pan, że my, kobiety, jesteśmy bardzo 
spostrzegawcze?
- Niezwykle. Czy myśli pani, że panna Pinkerton 
podzieliłaby pani zdanie?
- Chyba nigdy nie słyszałam, by Lavinia 
wygłaszała jakieś opinie.
- Co sądziła o Amy Gibbs?
Panna Waynflete lekko zmarszczyła czoło, 
jakby nad czymś głęboko się zastanawiając.
- Trudno powiedzieć. Lavinia miała bardzo 
osobliwą koncepcję.
- Jaką?
- Uważała, że w Wychwood dzieje się coś 
dziwnego.
- Czy podejrzewała na przykład, że ktoś 
wypchnął Tommy'ego Pierce'a z okna?
Panna Waynflete spojrzała na niego ze 
zdumieniem.
- Skąd pan to wie, panie Fitzwilliam?
- Od niej. Nie ujęła tego tak dokładnie, ale 
nakreśliła mi ogólny obraz sytuacji.
Panna Waynflete wychyliła się do przodu, a jej 
twarz poróżowiała z podniecenia.
- Kiedy to było, panie Fitzwilliam?
- W dniu jej śmierci - odparł Luke spokojnie. - 
Jechaliśmy razem do Londynu.
- Co właściwie panu powiedziała?
- Że w Wychwood umarło zbyt wiele osób. 
Wymieniła Amy Gibbs, Tommy'ego Pierce'a i 
Cartera. Wspomniała też, że następną ofiarą 

background image

będzie doktor Humbleby.
Panna Waynflete powoli pokiwała głową.
- Czy powiedziała panu, kto ponosi za to 
odpowiedzialność?
- Jakiś mężczyzna z dziwnym błyskiem w oczach 
- wyjaśnił Luke posępnie. - Według niej, takiego 
spojrzenia nie można zapomnieć. Dostrzegła ten 
błysk, kiedy rozmawiał z doktorem 
Humblebym. Dlatego właśnie uważała, że to 
doktor będzie następną jego ofiarą.
- I był - wyszeptała panna Waynflete. - Mój 
Boże. Mój Boże. Opadła na oparcie fotela. W jej 
oczach malował się smutek.
- Kim jest ten mężczyzna? - spytał Luke. - 
Panno Waynflete, pani to wie, pani musi 
wiedzieć!
- Nie. Nie powiedziała mi.
- Ale może się pani domyślać - nalegał Luke. - Z 
pewnością pani wie, kogo podejrzewała.
Panna Waynflete niechętnie przytaknęła.
- Więc proszę mi powiedzieć.
- Nigdy w życiu! - zaprotestowała, energicznie 
potrząsając głową. - Żąda pan ode mnie rzeczy 
wielce niestosownej! Prosi pan, żebym odgadła, 
kogo mogła... niech pan zauważy - mogła... mieć 
na myśli moja nieżyjąca przyjaciółka. Nie wolno 
mi na tej podstawie nikogo oskarżać!
- Nie chodzi o oskarżenie, tylko o 
przypuszczenie.
Ale panna Waynflete okazała się nieoczekiwanie 
stanowcza.

background image

- Nie mam nic do powiedzenia... - oznajmiła. - 
Lavinia nic mi nie mówiła. Przypuszczam, że coś 
podejrzewała, ale przecież mogę się mylić. 
Wprowadziłabym pana w błąd, z czego mogłyby 
wyniknąć poważne konsekwencje. Postąpiłabym 
bardzo nikczemnie i nieodpowiedzialnie, 
wymieniając jakieś nazwisko. Przecież mogę się 
mylić! Zresztą, najprawdopodobniej tak właśnie 
jest!
Zacisnęła mocno usta i spojrzała na Luke'a z 
nieugiętą determinacją.
Luke potrafił pogodzić się z porażką.
Zdawał sobie sprawę, że nie pokona oporów 
panny Waynflete, mających swe źródło w jej 
bezkompromisowej uczciwości.
Pogodziwszy się więc z niepowodzeniem, wstał, 
by się pożegnać. Zamierzał powrócić jeszcze do 
tego tematu, ale nie chciał jej o tym uprzedzać.
- Powinna pani postępować zgodnie ze swym 
sumieniem - powiedział. - Dziękuję za pomoc.
Kiedy panna Waynflete odprowadzała go do 
drzwi, wydawała się nieco mniej pewna siebie.
- Chyba nie sądzi pan, że... - zaczęła, ale potem 
zmieniła zdanie.
- Gdybym mogła panu jeszcze w czymś pomóc, 
proszę dać mi znać.
- Dobrze. Nie powtórzy pani treści naszej 
rozmowy, prawda?
- Oczywiście, że nie. Nikomu nie pisnę ani słowa. 
Luke miał nadzieję, że mówi prawdę.
- Proszę pozdrowić ode mnie Bridget - dodała 

background image

panna Waynflete.
- To bardzo ładna dziewczyna, prawda? I 
inteligentna. Mam nadzieję, że będzie 
szczęśliwa. - Mam na myśli jej małżeństwo z 
lordem Whitfieldem. Między nimi jest taka duża 
różnica wieku.
- Tak, to prawda.
Panna Waynflete westchnęła.
- Czy wie pan, że kiedyś byłam z nim zaręczona? 
- spytała niespodziewanie.
Luke popatrzył na nią ze zdziwieniem. Panna 
Waynflete pokiwała głową i uśmiechnęła się 
ponuro.
- Dawno temu. Był niezwykle obiecującym 
chłopcem. Pomogłam mu zdobyć wykształcenie. 
Byłam bardzo dumna z jego postępów. 
Podziwiałam upór, z którym dążył do sukcesu. - 
Znowu westchnęła. - Oczywiście, moja rodzina 
była zbulwersowana. W tamtych czasach 
podziały klasowe były bardzo wyraźne. - 
Zawahała się, a później dodała: - Śledziłam jego 
karierę z wielkim zainteresowaniem. Uważam, 
że moja rodzina nie miała racji.
Uśmiechnęła się, a potem skinęła Luke'owi 
głową na pożegnanie i weszła do domu.
Luke próbował zebrać myśli. Uważał dotąd 
pannę Waynflete za zdecydowanie "starą" 
kobietę. Teraz zdał sobie sprawę, że 
najprawdopodobniej nie ma jeszcze 
sześćdziesięciu lat. Lord Whitfield musiał mieć 
dobrze po pięćdziesiątce. Mogła więc być od 

background image

niego starsza najwyżej o rok lub dwa.
A teraz lord zamierzał ożenić się z Bridget. 
Dwudziestoośmioletnią Bridget. Z Bridget, 
która jest młoda i pełna życia...
- Och, niech to diabli wezmą! - zaklął pod 
nosem. - Nie wolno mi o tym myśleć. Praca. 
Muszę się zabrać do roboty.

XIV
MEDYTACJE LUKE'A

Ciotka Amy Gibbs, pani Church, była 
zdecydowanie niesympatyczna. Jej spiczasty 
nos, rozbiegane oczy i przesadna gadatliwość 
napawały Luke'a wstrętem.
Zachowywał się wobec niej dość obcesowo, co 
dało w efekcie nadspodziewanie pomyślne 
rezultaty.
- Ma pani - zaczął - odpowiadać na moje pytania 
najlepiej, jak pani potrafi. Jeśli cokolwiek pani 
zatai lub zafałszuje, konsekwencje mogą okazać 
się dla pani nadzwyczaj poważne.
- Dobrze, sir. Rozumiem. Proszę mi wierzyć, że 
najchętniej powiem panu wszystko, co wiem. 
Nigdy nie miałam do czynienia z policją...
- I nie chciałaby pani tego, prawda? - dokończył 
Luke. - No cóż, jeśli postąpi pani tak, jak 
powiedziałem, na pewno do tego nie dojdzie. 
Chcę się dowiedzieć wszystkiego o pani zmarłej 
siostrzenicy: jakich miała przyjaciół, ile 
pieniędzy, czy mówiła coś, co pani wydało się 

background image

niezwykłe. Zaczniemy od jej znajomych. Kim 
byli?
Pani Church łypnęła na niego przebiegle.
- Chodzi panu o mężczyzn, sir?
- Czy miała jakieś przyjaciółki?
- No cóż, chyba nie. Nie ma o czym mówić, sir. 
Oczywiście, pracowała z jakimiś dziewczynami, 
ale nie utrzymywała z nimi bliższych kontaktów. 
Rozumie pan...
- Wolała mężczyzn. Proszę mówić dalej. Niech 
mi pani o nich opowie.
- Spotykała się z Jimem Harveyem, 
mechanikiem z warsztatu samochodowego, sir. 
To miły, ustatkowany chłopak. Często jej 
powtarzałam, że nie mogła lepiej trafić.
- A inni? - przerwał jej Luke. Znów spojrzała na 
niego przebiegle.
- Pewnie chodzi panu o tego dżentelmena, który 
prowadzi sklep z osobliwościami? Szczerze panu 
powiem, że to mi się nie podobało! Jestem 
uczciwą kobietą i nie pochwalam flirtów! Ale z 
tymi dzisiejszymi dziewczętami nie warto nawet 
gadać. Chodzą własnymi ścieżkami. A potem 
często tego żałują.
- Czy Amy żałowała? - spytał krótko Luke.
- Nie, sir, nie sądzę.
- W dniu swojej śmierci poszła po poradę do 
doktora Thomasa. Czy to przypadkiem nie było 
tego powodem?
- Nie, sir, jestem tego prawie pewna. Och! 
Przysięgam! Amy poczuła się niedobrze, ale 

background image

miała po prostu dokuczliwy kaszel i katar. 
Jestem pewna, że to nie było to, co pan sugeruje, 
sir.
- Wierzę pani na słowo. Jak daleko zaszły 
sprawy między nią a panem Ellsworthym?
Pani Church zerknęła na niego z ukosa.
- Nie jestem w stanie powiedzieć tego dokładnie, 
sir. Amy nigdy mi się nie zwierzała.
- Ale zaszły dość daleko? - spytał Luke szorstko.
- Ten dżentelmen nie cieszy się tu dobrą opinią, 
sir - oznajmiła pani Church słodkim głosem. - 
Takie tam sprawy. Ci jego przyjaciele, którzy 
przyjeżdżają tu z Londynu, i wiele dziwnych 
wydarzeń. Chodzą na Łąkę Czarownic w 
samym środku nocy.
- Czy Amy brała w tym udział?
- Poszła chyba tylko jeden raz, sir. Nie wróciła 
na noc do domu, a jego lordowska mość, u 
którego wtedy pracowała, dowiedział się o tym i 
ostro zwrócił jej uwagę. Ona nie pozostała mu 
dłużna, więc wypowiedział jej posadę, czego 
zresztą należało się spodziewać.
- Czy opowiadała pani o tym, co dzieje się w 
miejscach, w których pracuje?
Pani Church potrząsnęła głową.
- Niewiele, sir. Bardziej interesowała się 
własnymi sprawami.
- Przez jakiś czas była u państwa Hortonów, 
prawda?
- Prawie przez rok, sir.
- Dlaczego od nich odeszła?

background image

- Po prostu dla pieniędzy. Zwolniło się miejsce w 
rezydencji lorda Whitfielda, a zarobki były tam 
wyższe.
Luke pokiwał głową.
- Czy pracowała u Hortonów wtedy, gdy umarła 
pani Horton? -  spytał.
- Owszem, sir. Okropnie narzekała, że w domu 
są dwie pielęgniarki, przez które ma mnóstwo 
dodatkowej pracy... musi nosić tace i tak dalej.
- Nigdy nie pracowała u pana Abbota, tego 
prawnika?
- Nie, sir. Pan Abbot ma na swoje usługi lokaja i 
żonę. Kiedyś Amy poszła do jego biura, ale nie 
wiem po co.
Luke zachował w pamięci ten drobny szczegół 
uważając, że może on okazać się istotny. Uznał, 
że pani Church najwyraźniej nie wie już nic 
więcej o tej sprawie, więc zmienił temat.
- Czy przyjaźniła się z jakimiś innymi 
dżentelmenami z miasteczka?
- Z nikim, o kim warto by wspominać.
- Proszę posłuchać, pani Church. Niech pani nie 
zapomina, że chcę znać całą prawdę.
- To nie był żaden dżentelmen, sir, daleko mu do 
tego. Poniżała się i wygarnęłam jej to prosto w 
oczy.
- Czy może pani wyrażać się jaśniej, pani 
Church?
- Słyszał pan o barze Siedem Gwiazd, sir? To 
marna gospoda, a jej właściciel, Harry Carter, 
ten wulgarny prostak, był prawie przez cały 

background image

czas podpity.
- Amy była jego przyjaciółką?
- Raz czy dwa poszła z nim na spacer. Nie sądzę, 
żeby łączyło ich coś więcej. Naprawdę, sir.
Luke w zadumie pokiwał głową, a potem 
ponownie zmienił temat.
- Czy znała pani Tommy'ego Pierce'a?
- Co? Syna pani Pierce? Oczywiście. Stale psocił.
- Często widywał Amy?
- Och, nie, sir. Gdyby chciał wypróbować na niej 
jakąś swoją sztuczkę, zaraz dałaby mu po nosie.
- Czy była zadowolona z pracy u panny 
Waynflete?
- Trochę się tam nudziła, sir, a pensja nie była 
wysoka. Ale po tym, jak ją odprawiono z Ashe 
Manor, trudno było znaleźć jakieś dobre 
miejsce.
- Przecież chyba mogła stąd wyjechać, prawda?
- Do Londynu?
- Albo jakiejś innej części kraju. Pani Church 
potrząsnęła głową.
- Amy nie chciała opuszczać Wychwood... - 
powiedziała, cedząc słowa - nie w tych 
okolicznościach.
- Jakie okoliczności ma pani na myśli?
- Chodziło o Jima i tego dżentelmena ze sklepu z 
antykami.
Luke pokiwał głową z zadumą.
- Panna Waynflete jest bardzo miłą kobietą - 
ciągnęła pani Church - ale przywiązuje za dużą 
wagę do swoich sreber i mosiądzu. Wymaga, 

background image

żeby wszystko było odkurzone, a materace 
odwrócone. Amy nie zniosłaby tego zawracania 
głowy, gdyby nie zabawiała się dobrze w inny 
sposób.
- Mogę to sobie wyobrazić - powiedział Luke 
zimno.
Doszedł do wniosku, że nie ma już więcej pytań. 
Był przekonany, że wyciągnął z pani Church 
wszystko, co wiedziała. Postanowił przypuścić 
ostatni atak.
- Chyba domyśla się pani, jaki jest powód tych 
wszystkich pytań. Okoliczności śmierci Amy 
wydają się dość tajemnicze. Nie jesteśmy 
całkiem pewni, czy był to nieszczęśliwy 
wypadek. A w takim razie zdaje sobie pani 
sprawę, co to musiało być.
- Morderstwo! - zawołała pani Church z nagłym 
podnieceniem.
- No właśnie. Przypuśćmy, że pani siostrzenica 
została zamordowana. Kto, pani zdaniem, może 
być odpowiedzialny za jej śmierć?
Pani Church wytarła ręce w fartuch.
- Czy osoba, która naprowadzi policję na 
właściwy trop, dostanie jakąś nagrodę? - spytała 
dociekliwie.
- To możliwe - odparł Luke.
- Nie chciałabym mówić niczego z całą 
pewnością - powiedziała pani Church, oblizując 
się na myśl o pieniądzach - ale ten dżentelmen ze 
sklepu z antykami wygląda podejrzanie. Chyba 
pamięta pan sprawę Castora, sir... jak odkryli 

background image

kawałki ciała tej biedaczki poprzybijane do 
ścian w jego nadmorskim domku, a potem 
znaleźli zwłoki pięciu czy sześciu innych 
dziewcząt, które zabił w taki sam sposób. Może 
ten pan Ellsworthy jest człowiekiem tego 
rodzaju?
- Taka jest pani sugestia?
- No cóż, mogło tak być, sir, prawda?
Luke przyznał jej rację, a potem spytał:
- Czy Ellsworthy wyjeżdżał z miasteczka po 
południu w dniu derbów? To niezwykle istotny 
szczegół.
Pani Church wytrzeszczyła oczy.
- W dniu wyścigów derby?
- Tak. W środę, przed dwoma tygodniami. 
Potrząsnęła głową.
- Tego nie wiem. Zazwyczaj w środy bywa poza 
domem. Przeważnie jeździ do Londynu. W 
środy sklepy zamyka się w południe.
- Aha - mruknął Luke. - W południe.
Pożegnał się z panią Church, ignorując jej 
aluzje na temat pieniężnej rekompensaty za 
stracony przez nią cenny czas. Czuł do niej 
głęboką niechęć. Choć rozmowa z nią w zasadzie 
niczego nie wyjaśniła do końca, dostarczyła mu 
kilku drobnych, lecz sugestywnych szczegółów.
Zaczął dokładnie przetrząsać w myślach 
wszystko, czego się już dowiedział.
Sprawa nadal sprowadzała się do tych czterech 
osób. Thomas, Abbot, Horton i Ellsworthy. 
Stanowisko panny Waynflete zdawało się to 

background image

potwierdzać.
Nie chciała ujawnić nazwiska domniemanego 
mordercy. To z pewnością oznaczało, musiało 
oznaczać, że tą osobą był ktoś cieszący się w 
Wychwood poważaniem, ktoś, komu 
przypadkowa insynuacja mogłaby 
zdecydowanie zaszkodzić. Tłumaczyło to 
również determinację, z jaką panna Pinkerton 
postanowiła przekazać swoje podejrzenia 
Scotland Yardowi. Lokalna policja wyśmiałaby 
jej domysły.
Nie chodziło o rzeźnika, piekarza czy wytwórcę 
lichtarzy. Nie chodziło również o zwykłego 
mechanika samochodowego. Tą osobą był ktoś, 
kto wydawał się niezdolny do morderstwa, więc 
oskarżenie go byłoby niezwykle poważną 
sprawą.
Luke miał czterech potencjalnych kandydatów. 
Musiał jeszcze raz rozważyć poszlaki przeciw 
każdemu z nich i wyciągnąć wnioski.
Zastanawiały go opory panny Waynflete. 
Wydawała mu się osobą sumienną i 
skrupulatną. Sądziła, że wie, kogo podejrzewała 
panna Pinkerton, ale podkreśliła z naciskiem, że 
są to tylko jej domysły i że może się mylić.
Kogo panna Waynflete miała na myśli?
Bała się, że jej oskarżenie mogłoby skrzywdzić 
niewinnego człowieka. Zatem obiektem jej 
podejrzeń musiał być mężczyzna na wysokim 
stanowisku, cieszący się sympatią i szacunkiem 
mieszkańców miasteczka.

background image

Luke doszedł do wniosku, że to automatycznie 
wyklucza Ellsworthy'ego. Na dobrą sprawę był 
w Wychwood człowiekiem obcym i miał złą 
opinię. Luke sądził, że gdyby panna Waynflete 
podejrzewała Ellsworthy'ego, bez wahania 
wymieniłaby jego nazwisko.
Zatem, rozpatrując sprawę z punktu widzenia 
panny Waynflete, należy wykreślić 
Ellsworthy'ego z listy podejrzanych.
Luke zabrał się do pozostałych. Uważał, że może 
również wyeliminować majora Hortona. Panna 
Waynflete stanowczo odrzuciła sugestię, że 
Horton mógł otruć swoją żonę. Gdyby 
podejrzewała go o dalsze zbrodnie, chyba nie 
byłaby tak bardzo przekonana o jego 
niewinności w sprawie śmierci pani Horton.
Pozostali więc doktor Thomas oraz pan Abbot. 
Obaj spełniali niezbędne wymagania. Mieli 
wysoką pozycję zawodową i nigdy nie dali 
powodu do plotek. Cieszyli się ogólną sympatią i 
byli znani ze swej uczciwości oraz rzetelności.
Luke zaczął rozważać tę sprawę z innego 
punktu widzenia. Zastanawiał się, czy on sam 
wykluczyłby Ellsworthy'ego i Hortona. 
Natychmiast przecząco pokręcił głową. To nie 
było takie proste. Panna Pinkerton dobrze 
wiedziała, kim jest ten człowiek. Dowiodła tego, 
po pierwsze - jej śmierć, a po drugie - śmierć 
doktora Humbleby. Ale nie zdradziła jego 
nazwiska pannie Waynflete. Zatem, choć panna 
Waynflete przypuszcza, że wie, kto to jest, może 

background image

się mylić. Często jesteśmy przekonani, że wiemy, 
co myślą inni ludzie, ale niekiedy okazuje się, że 
po prostu nie mieliśmy racji i popełniliśmy 
potworny błąd!
W dalszym ciągu miał więc czterech 
kandydatów. Panna Pinkerton nie żyła, więc nie 
mogła już mu pomóc. Musiał sam ocenić 
poszlaki i rozważyć wszystkie możliwości.
Zaczął od Ellsworthy'ego, ponieważ na pierwszy 
rzut oka właśnie on wydawał się najbardziej 
odpowiednim kandydatem. Był niezbyt 
zrównoważony psychicznie i mógł mieć 
spaczoną osobowość psychopatycznego zabójcy.
Zabierzmy się do tego w ten sposób - powiedział 
Luke do siebie. Potraktujmy każdego z nich po 
kolei jako podejrzanego. Na przykład 
Ellsworthy. Załóżmy, że jest mordercą! Na razie 
przyjmijmy, że wiem to z całą pewnością. Teraz 
rozważmy ofiary w porządku chronologicznym. 
Po pierwsze, pani Horton. Trudno powiedzieć, 
jaki motyw mógł go skłonić do wyprawienia jej 
na tamten świat. Ale miał sposobność. Horton 
wspominał, że jego żona zażywała jakąś 
miksturę, którą dostała od Ellsworthy'ego. W 
ten sposób mógł przemycić na przykład 
arszenik. Pytanie brzmi: po co?
Z kolei Amy Gibbs. Dlaczego Ellsworthy 
zamordował Amy Gibbs? Powód jest oczywisty - 
była niewygodna! Może groziła mu procesem o 
niedotrzymanie obietnicy małżeństwa? Albo 
uczestniczyła w orgii o północy? Czy odgrażała 

background image

się, że o tym rozpowie? Lord Whitfieid ma w 
Wychwood spore wpływy, a zdaniem Bridget 
jest człowiekiem o nieugiętych zasadach 
moralnych. Mógł wystąpić przeciwko 
Ellsworthy'emu, gdyby ten dopuścił się jakichś 
nieprzyzwoitych wybryków. A więc... żegnaj 
Amy. Ale sadystyczny morderca wybrałby 
chyba inną metodę.
Kto następny... Carter? Dlaczego Carter? Mało 
prawdopodobne, żeby wiedział o nocnych 
orgiach. Chyba że powiedziała mu Amy? Czy 
jego ładna córka była w to zamieszana? Czy 
Ellsworthy zaczął się do niej zalecać? Muszę się 
przyjrzeć Lucy Carter. Może jej ojciec po 
prostu obraził Ellsworthy'ego, a on, jako 
człowiek zniewieściały i nadpobudliwy, poczuł 
się urażony. Jeśli popełnił już jedną czy dwie 
zbrodnie, mógł stać się na tyle nieczuły, by 
zaplanować morderstwo z bardzo błahego 
powodu.
Tommy Pierce. Dlaczego Ellsworthy zabił 
Tommy'ego Pierce'a? To proste. Tommy brał 
udział w jakimś nocnym obrządku. Zagroził, że 
o tym rozpowie. Może się wygadał. Trzeba było 
zamknąć mu usta.
Doktor Humbleby. Dlaczego Ellsworthy 
zamordował doktora Humbleby'ego? To 
najłatwiejsze pytanie ze wszystkich! Humbleby, 
będąc lekarzem, zauważył, że Ellsworthy jest 
niezbyt zrównoważony psychicznie. 
Najprawdopodobniej zamierzał przedsięwziąć w 

background image

tej sprawie jakieś kroki. Więc jego los został 
przesądzony. Istnieje jednak pewien szkopuł. W 
jaki sposób Ellsworthy mógł doprowadzić do 
tego, że Humbleby umarł na zakażenie krwi? A 
może przyczyną jego śmierci było coś innego? 
Czy zainfekowany palec to zbieg okoliczności?
W końcu panna Pinkerton. W środę sklep został 
zamknięty w południe. Tego dnia Ellsworthy 
mógł pojechać do Londynu. Ciekaw jestem, czy 
ma samochód. Nie widziałem go za kierownicą, 
ale to niczego nie dowodzi. Zdawał sobie sprawę, 
że panna Pinkerton go podejrzewa, więc 
postanowił udaremnić jej złożenie zeznań w 
Scotland Yardzie. Poza tym może jest już tam 
notowany.
Oto poszlaki świadczące przeciwko 
Ellsworthy'emu! A co przemawia na jego 
korzyść? No cóż, po pierwsze, z pewnością nie 
jest on człowiekiem, którego - według odczucia 
panny Wanflete - podejrzewała panna 
Pinkerton. Po drugie, kiedy o tym mówiła, w 
mojej wyobraźni powstał niewyraźny obraz 
mężczyzny, ale zupełnie nie pasował on do 
Ellsworthy'ego. Na podstawie jej słów odniosłem 
wrażenie, że jest to człowiek zupełnie normalny, 
którego nikt nie mógłby nawet podejrzewać. A 
Ellsworthy należy do ludzi, budzących 
podejrzenia. Nie, do mojego wizerunku bardziej 
pasuje człowiek taki jak... doktor Thomas.
No właśnie, Thomas. Co z Thomasem? Po 
rozmowie z nim wykreśliłem go z listy 

background image

podejrzanych. To miły, skromny człowiek. Ale 
rzecz w tym, że ten morderca - o ile całe moje 
rozumowanie nie jest błędne - jest właśnie 
człowiekiem miłym i skromnym. Ostatnią osobą, 
którą można by podejrzewać o popełnienie 
zbrodni! A tak właśnie jest w przypadku 
Thomasa.
Raz jeszcze wszystko rozważmy. Dlaczego 
doktor Thomas zamordował Amy Gibbs? W 
istocie wydaje się to wielce nieprawdopodobne! 
Ale właśnie tego dnia Amy poszła do niego, a on 
dał jej tę buteleczkę syropu na kaszel. 
Przypuśćmy, że zawierała ona kwas szczawiowy. 
To byłoby bardzo proste i pomysłowe 
posunięcie! Ciekaw jestem, którego z nich 
wezwano, kiedy stwierdzono, że Amy została 
otruta - doktora Humbleby'ego czy Thomasa? 
Jeśli Thomasa, to mógł on przynieść ze sobą 
jakąś starą buteleczkę z farbą do kapeluszy, 
postawić ją niepostrzeżenie na stoliku, a potem 
bezczelnie zabrać obie buteleczki do analizy! 
Coś w tym stylu. Trzeba było tylko zachować 
zimną krew!
Tommy Pierce? Nie widzę motywu. Motyw - na 
tym właśnie polega kłopot z doktorem 
Thomasem. Nie przychodzi mi na myśl żaden, 
nawet żaden szaleńczy motyw! Podobnie w 
przypadku Cartera. Dlaczego doktor Thomas 
chciałby pozbyć się Cartera? Można tylko 
zakładać, że Amy, Tommy i oberżysta wiedzieli 
o doktorze Thoma- sie coś, co niebezpiecznie 

background image

było wiedzieć. Ach! Przyjmijmy, że wiązało się 
to ze śmiercią pani Horton. Doktor Thomas był 
jej lekarzem. Jej stan nagle się pogorszył i 
umarła. Z łatwością mógł to zaaranżować. 
Należy pamiętać, że Amy Gibbs pracowała tam 
w tym czasie. Mogła coś zobaczyć albo usłyszeć. 
To tłumaczyłoby jej śmierć. Tommy Pierce - jak 
wiadomo z miarodajnego źródła - był 
wyjątkowo wścibskim chłopcem. Mógł się czegoś 
dowiedzieć. A co z Carterem? Amy Gibbs mogła 
go w coś wtajemniczyć. On wygadał się po 
pijanemu, więc Thomas postanowił jego również 
uciszyć. Oczywiście, to tylko czyste domysły. Ale 
co innego można zrobić?
Kolej na doktora Humbleby'ego. Ach! Nareszcie 
mamy do czynienia z morderstwem, które z 
łatwością można uzasadnić. Wystarczający 
motyw i doskonała sposobność! Nikt poza 
doktorem Thomasem nie byłby w stanie 
wywołać u doktora Humbleby'ego zakażenia 
krwi! Mógł infekować skaleczone miejsce za 
każdym razem, kiedy zmieniał mu opatrunek! 
Żałuję, że nie można powiązać go w równie 
łatwy sposób z pozostałymi ofiarami.
Panna Pinkerton? Jej przypadek jest 
trudniejszy, ale istnieje jeden niezbity fakt. 
Przez większą część dnia doktor Thomas 
przebywał poza Wychwood. Utrzymuje, że 
odbierał poród. Możliwe. Ale prawdą jest, że 
wyjechał z Wychwood samochodem.
Czy coś pominąłem? Tak, jest jeszcze jedna 

background image

sprawa. Uśmiech, jakim mnie obdarzył, kiedy 
przed paroma dniami wychodziłem z jego domu. 
Był to pełen wyższości, pobłażliwy uśmiech 
człowieka, który właśnie wyprowadził mnie w 
pole i zdaje sobie z tego sprawę.
Luke westchnął, a potem potrząsnął głową i 
powrócił do swych rozważań.
Abbot? To także odpowiedni kandydat. 
Normalny, dobrze sytuowany i szanowany, po 
prostu ostatni człowiek, którego i tak dalej, i tak 
dalej. Jest również próżny i pewny siebie. 
Mordercy zazwyczaj tacy właśnie są! Cechuje 
ich arogancja i zarozumialstwo! Zawsze 
uważają, że uda im się uniknąć kary. Amy 
Gibbs poszła kiedyś do jego kancelarii. Po co? 
Dlaczego chciała się z nim widzieć? Żeby 
zasięgnąć porady prawnej? Dlaczego? A może 
chodziło o sprawę osobistą? Należy pamiętać o 
"liście od jakiejś pani", który zauważył Tommy. 
Czy nadawczynią była Amy Gibbs? Czy też jego 
autorką była pani Horton, a Amy Gibbs go 
przechwyciła? Jaka inna kobieta mogła napisać 
do pana Abbota o sprawach na tyle osobistych, 
że stracił on panowanie nad sobą, kiedy Tommy 
przypadkiem zobaczył ten list? Co jeszcze 
należy rozważyć w związku z Amy Gibbs? 
Farba do kapeluszy? Tak, jest w staroświeckim 
stylu. Kiedy w grę wchodzą kobiety, mężczyźni 
pokroju Abbota zachowują się zwykle dość 
staroświecko. Grają rolę podstarzałych 
donżuanów! Tommy Pierce? To jasne, że zginął 

background image

z powodu tego listu. Ale to znaczy również, że 
ten list musiał być niezwykle obciążający! 
Carter? Abbot zalecał się do córki Cartera i nie 
chciał dopuścić do skandalu. A podły, 
głupkowaty łotr Carter miał czelność mu grozić! 
Jemu, któremu uszły już bezkarnie dwa 
przebiegłe morderstwa! A więc, trzeba 
wykończyć pana Cartera! Ciemna noc i mocne 
pchnięcie. Ta zbrodnia wydaje się aż nazbyt 
prosta.
Czy poznałem mentalność Abbota? Chyba tak. 
Ta staruszka mówiąc o nim miała nieprzyjemny 
błysk w oczach. Mogła go o niejedno 
podejrzewać... Poza tym sprzeczka z doktorem 
Humblebym. Humbleby ośmielił się 
przeciwstawić Abbotowi, inteligentnemu radcy 
prawnemu i mordercy. Stary osioł... nie miał 
najmniejszego pojęcia, co go czeka! "Zasługuje 
na śmierć! Odważył się potraktować mnie w 
sposób obcesowy!"
A potem... co było potem? Odwrócił się i 
napotkał wzrok Lavinii Pinkerton. Jego 
niepewne spojrzenie dowodziło poczucia winy. 
On, który szczycił się nieposzlakowaną 
uczciwością, najwyraźniej wzbudził jej 
podejrzania. Panna Pinkerton odkryła jego 
tajemnicę... Wiedziała, co zrobił... Tak, ale nie 
miała dowodów. Przypuśćmy jednak, że 
zamierzała je zdobyć... Przypuśćmy, że zaczęła 
mówić... Przypuśćmy, że... Abbot jest dość 
przenikliwym znawcą ludzkich charakterów. 

background image

Domyślił się, jaki będzie jej następny ruch. Jeśli 
pojedzie do Scotland Yardu i zrelacjonuje im 
swoją wersję wydarzeń, mogą jej uwierzyć i 
wszcząć dochodzenie. Trzeba się więc 
zdecydować na desperacki krok. Czy Abbot ma 
własny samochód, czy też wynajął jakiś pojazd 
w Londynie? W każdym razie nie było go w 
Wychwood w dniu derbów...
Luke znowu się zawahał. Tak bardzo zagłębił się 
w szczegóły tej sprawy, że trudno mu było 
przejść do rozważań na temat kolejnego 
podejrzanego. Musiał odczekać chwilę, by móc 
wyobrazić sobie majora Hortona w roli 
potencjalnego mordercy.
Zacznijmy od tego, że Horton zamordował 
swoją żonę! Miał wystarczający powód i sporo 
zyskał na jej śmierci. Żeby osiągnąć cel, musiał 
udawać niezwykle oddanego męża. Udaje go 
nadal. Ale czy czasami trochę nie przesadza?
No dobrze, jedno morderstwo załatwione. Kto 
następny? Amy Gibbs. Tak, to całkiem 
wiarygodne. Amy tam pracowała. Mogła coś 
zauważyć. Mogła widzieć, jak major podaje 
żonie kubek wzmacniającego bulionu albo kleik, 
a dopiero później zdać sobie sprawę ze 
znaczenia tego faktu. Farba do kapeluszy mogła 
przyjść majorowi do głowy w sposób zupełnie 
naturalny, ponieważ jest stuprocentowym 
mężczyzną, który nie zna się na damskich 
kaprysach.
Przypadek Amy Gibbs wyjaśniony.

background image

Pijany Carter? Takie same motywy jak 
poprzednio. Amy coś mu powiedziała. Kolejne 
łatwe morderstwo.
Tommy Pierce. Trzeba wziąć pod uwagę jego 
wścibską naturę. Czyżby ten list w kancelarii 
Abbota napisała pani Horton, skarżąc się, że 
mąż próbuje ją otruć? To szalony pomysł, ale 
przecież mogło tak być. Tak czy owak, major 
zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie stwarza 
Tommy, więc chłopiec podzielił los Amy i 
Cartera. Wszystko proste i jasne. Czy łatwo jest 
zabić człowieka? Mój Boże, bardzo łatwo.
Teraz doszliśmy do sprawy trudniejszej. 
Humbleby! Motyw? Bardzo niejasny. 
Początkowo to on leczył panią Horton. Czyżby 
odkrył przyczynę choroby, a Horton przekonał 
swoją żonę, że należy zmienić go na młodszego, 
mniej podejrzliwego lekarza? A jeśli tak, to co 
sprawiło, że Humbleby był niebezpieczny po 
upływie tak długiego czasu? To trudne pytanie. 
Niełatwo też powiązać z Hortonem przyczynę 
jego zgonu... Zakażenie krwi...
Panna Pinkerton? Całkiem prawdopodobne. 
Horton ma samochód, który widziałem na 
własne oczy. Tego dnia nie było go w 
Wychwood... podobno pojechał na derby. 
Owszem, to możliwe. Czy Horton jest 
wyrachowanym mordercą? Chciałbym to 
wiedzieć...
Luke spojrzał przed siebie i w zamyśleniu 
zmarszczył brwi.

background image

To jeden z nich... Nie sądzę, by zrobił to 
Ellsworthy, ale tego nie wykluczam! On jest 
najlepszym kandydatem! Thomas nie 
wchodziłby w rachubę, gdyby nie przyczyna 
zgonu doktora Humbleby. To zakażenie krwi 
wyraźnie wskazuje na mordercę, znającego się 
na medycynie! Może Abbot? Poszlaki przeciwko 
niemu nie są przekonujące, ale jestem w stanie 
wyobrazić go sobie w tej roli... Tak, pasuje do 
niej bardziej niż inni. A może Horton? Latami 
tyranizowany przez swoją żonę, cierpiał na 
kompleks niższości... tak, to możliwe! Ale panna 
Waynflete tak nie uważa, a jest osobą rozsądną i 
dobrze zna zarówno to miasteczko, jak i jego 
mieszkańców...
Kogo podejrzewa? Abbota czy Thomasa? To 
musi być któryś z nich... Jeśli przyprę ją do 
muru, pytając wprost: "Który z nich jest 
mordercą?", może uda mi się z niej to 
wyciągnąć.
Ale ona może się mylić. Nie ma sposobu 
sprawdzenia, czy ma rację... tak jak było w 
przypadku panny Pinkerton. Potrzebuję 
dowodów. Gdyby doszło do jeszcze jednego 
wypadku... tylko jednego, wiedziałbym...
Urwał z dreszczem przerażenia.
- Mój Boże - wyszeptał. - Przecież domagam się 
jeszcze jednego morderstwa...

XV
NIESTOSOWNE ZACHOWANIE SZOFERA

background image

Luke, pijąc piwo w barze Siedem Gwiazd, czuł 
się nieco skrępowany. Każdy jego nawet 
najmniejszy ruch śledziło sześć par zamglonych 
oczu, a gdy tylko wszedł, ucichły wszelkie 
rozmowy. Wygłosił kilka ogólnikowych uwag, 
dotyczących plonów, pogody czy zakładów 
piłkarskich, ale na żadną nikt z obecnych nie 
zareagował.
Pozostało md odgrywanie roli szarmanckiego 
mężczyzny. Trafnie ocenił, że ładną, rumianą, 
ciemnowłosą barmanką jest panna Lucy Carter.
Jego komplementy spotkały się z życzliwym 
przyjęciem. Panna Carter, chichocząc, zawołała:
- Niech pan przestanie! Z pewnością pan tak nie 
myśli! To tylko gadanie! - i dorzuciła jeszcze 
kilka tego rodzaju wykrzykników. Ale robiła to 
najwyraźniej odruchowo.
Widząc, że dalszy pobyt w barze nie przyniesie 
mu żadnych korzyści, Luke dopił piwo i 
wyszedł. Ruszył ścieżką w kierunku miejsca, w 
którym przez rzekę przerzucono kładkę. Kiedy 
stał, patrząc na nią, usłyszał za plecami drżący 
męski głos:
- To tu, proszę pana, tu właśnie wpadł Harry.
Luke odwrócił głowę i zobaczył jednego z 
niedawnych gości baru, który w sposób 
wyjątkowo obojętny odniósł się do kwestii 
plonów, pogody i zakładów piłkarskich. Teraz 
najwyraźniej zamierzał wprowadzić Luke'a w 
szczegóły tego makabrycznego wypadku.

background image

- Wpadł w muł - wyjaśnił stary wieśniak. - 
Prosto w błoto i ugrzązł w nim głową w dół.
- To dziwne, że spadł właśnie w tym miejscu - 
powiedział Luke.
- Był pijany - wyjaśnił stary ze zrozumieniem.
- Tak, ale przecież musiał wielokrotnie tędy 
przechodzić po pijanemu.
- Prawie co wieczór. Harry zawsze był podpity.
- Może ktoś go popchnął - zasugerował Luke 
obojętnie.
- Mogło tak być - przyznał wieśniak. - Ale nie 
mam pojęcia, kto by to zrobił.
- Chyba miał paru wrogów. Podobno kiedy był 
pijany, zachowywał się ordynarnie, prawda?
- Aż przyjemnie było słuchać, jak przeklinał! 
Nie przebierał w słowach. Ale przecież nikt nie 
popchnąłby pijanego.
Luke nie oponował. Z pewnością wykorzystanie 
przewagi nad odurzonym alkoholem 
człowiekiem uchodziło za niezwykle 
niehonorowy postępek. Wieśniak wydawał się 
dość zgorszony takim pomysłem.
- No cóż - powiedział Luke wymijająco - to 
smutna historia.
- Nie dla jego żony - oświadczył nieznajomy. - 
Myślę, że ona i Lucy nie mają powodu do 
smutku.
- Może są ludzie, których jego śmierć 
ucieszyła?" Staruszek nie miał na ten temat 
sprecyzowanego zdania.
- Być może - powiedział. - Ale Harry nikomu nie 

background image

szkodził. Tym epitafium ku czci świętej pamięci 
pana Cartera zakończyli rozmowę i rozstali się.
Luke ruszył w kierunku starego dworu. Biura 
biblioteki zajmowały dwa pokoje od frontu. 
Poszedł na tył budynku, gdzie mieściło się 
muzeum. Przesuwał się od gablotki do gablotki, 
oglądając niezbyt fascynujące eksponaty. 
Trochę wyrobów garncarskich i monet z epoki 
rzymskiej. Kilka ciekawostek z Południowego 
Pacyfiku, malajskie nakrycia głowy. Rozmaite 
posążki hinduskich bożków, które podarował 
major Horton, statuetka grubego Buddy o 
złośliwym wyrazie twarzy i wątpliwej 
autentyczności egipskie paciorki.
Luke wrócił do hallu. Nie było tu żywej duszy. 
Wszedł cicho po schodach. Na górze mieścił się 
skład czasopism i gazet oraz pokój wypełniony 
książkami historycznymi.
Wszedł na następne piętro. Tu znajdowały się - 
jak to określił w myślach - rupieciarnie. 
Wypchane, pogryzione przez mole ptaki, sterty 
podartych czasopism, przestarzałe powieści i 
książki dla dzieci.
Luke zbliżył się do okna. Doszedł do wniosku, że 
właśnie tu musiał siedzieć Tommy Pierce. 
Zapewne pogwizdywał sobie wesoło, a od czasu 
do czasu, kiedy usłyszał czyjeś zbliżające się 
kroki, przecierał energicznie szyby.
Ktoś musiał wejść do pokoju. Tommy wychylił 
się do połowy na zewnątrz i, chcąc 
zademonstrować swą gorliwość, z zapałem 

background image

polerował szybę. Wtedy ten ktoś zbliżył się do 
chłopca i, coś do niego mówiąc, mocno go 
popchnął.
Luke odwrócił się. Zbiegł na dół i przez parę 
minut stał w hallu. Nikt nie zauważył jego 
obecności w budynku. Nikt nie widział, jak 
wchodził na górę.
- Każdy mógł to zrobić! - powiedział do siebie. - 
To najłatwiejsza rzecz na świecie!
Usłyszał odgłos kroków zbliżających się od 
strony biblioteki. Ponieważ nie miał nic na 
sumieniu, nie widział powodu, by się ukrywać. 
W przeciwnym razie z łatwością mógłby po 
prostu cofnąć się w głąb sali muzealnej!
Z biblioteki wyszła panna Waynflete z kilkoma 
książkami pod pachą. Wkładała rękawiczki. 
Wydawała się pełna radości i energii. Kiedy go 
dostrzegła, rozpromieniła się i zawołała:
- Och, pan Fitzwilliam, czyżby zwiedzał pan 
nasze muzeum? Niestety nie ma tam zbyt wielu 
ciekawych rzeczy. Lord Whitfield obiecuje, że 
zdobędzie dla nas kilka interesujących 
eksponatów.
- Naprawdę?
- Owszem, jakieś współczesne wynalazki. Takie, 
jakie mają w Muzeum Techniki w Londynie. 
Proponuje modele samolotu i parowozu oraz 
jakieś preparaty chemiczne.
- Być może dodadzą blasku waszym salom 
wystawowym.
- Tak, moim zdaniem muzeum nie powinno 

background image

zajmować się wyłącznie przeszłością.
- Chyba nie.
- Obiecał również jakieś eksponaty związane z 
żywieniem, kaloriami i witaminami... wszelkie 
tego rodzaju rzeczy. Lord Whitfield jest 
zapalonym entuzjastą Kampanii na Rzecz 
Zdrowia.
- Wspominał o tym któregoś wieczora.
- To obecnie bardzo modny temat, prawda? 
Kiedy lord Whitfield opowiadał mi o swojej 
wizycie w Instytucie Wellermana, gdzie 
pokazano mu hodowle zarazków i bakterii, po 
prostu przeszył mnie dreszcz. Mówił też o 
komarach, śpiączce afrykańskiej i o jakimś 
pasożycie wątroby, ale to było dla mnie zbyt 
trudne.
- Zapewne było też zbyt trudne dla lorda 
Whitfielda - powiedział Luke pogodnie. - Założę 
się, że wszystko pokręcił! Pani ma o wiele 
bardziej przenikliwy umysł niż on, panno 
Waynflete.
- To uprzejme z pana strony, panie Fitzwilliam, 
ale obawiam się, że kobiety nie potrafią myśleć 
tak wnikliwie jak mężczyźni - odparta spokojnie 
panna Waynflete.
Luke stłumił chęć skrytykowania sposobu 
myślenia lorda Whitfielda.
- Zajrzałem do muzeum - zaczął, zmieniając 
temat - a potem poszedłem na górę, żeby 
obejrzeć to okno.
- To, z którego Tommy... - Panna Waynflete 

background image

zadrżała. - To naprawdę przerażające.
- Owszem, istotnie bardzo nieprzyjemna 
sprawa. Spędziłem mniej więcej godzinę w 
towarzystwie ciotki Amy, pani Church... niezbyt 
sympatyczna kobieta!
- O, tak!
- W rozmowie z nią musiałem być dość 
stanowczy - powiedział Luke. - Ona chyba 
uważa mnie za kogoś w rodzaju superpolicjanta.
Zamilkł, widząc nagłą zmianę w wyrazie twarzy 
panny Waynflete.
- Och, panie Fitzwilliam, czy sądzi pan, że to 
było rozsądne?
- Sam nie wiem - odparł Luke. - Myślę, że to 
było po prostu nieuniknione. Mój kamuflaż 
stawał się coraz bardziej przejrzysty. Nie mogę 
dalej się nim posługiwać. Musiałem zadawać 
pytania, zmierzające do sedna sprawy.
Panna Waynflete potrząsnęła głową. Na jej 
twarzy nadal malował się niepokój.
- Widzi pan, w takim miasteczku jak to 
wiadomości rozchodzą się błyskawicznie.
- To znaczy, że kiedy będę szedł ulicą, wszyscy 
zawołają: "O, idzie ten detektyw"? Nie sądzę, 
żeby to miało teraz naprawdę istotne znaczenie. 
Zresztą, w ten sposób mogę więcej osiągnąć.
- Nie to miałam na myśli. - Pannie Waynflete 
zabrakło tchu. - Chodzi mi o to, że on się dowie. 
I zda sobie sprawę, że jest pan na jego tropie.
- Chyba tak - przyznał Luke z namysłem.
- Czy pan nie rozumie, że to jest okropnie 

background image

niebezpieczne? Potwornie!
- Myśli pani, że... - Luke pojął w końcu, o co jej 
chodzi - morderca dobierze się do mnie?
- Tak.
- Dziwne - mruknął Luke. - Nie przyszło mi to 
do głowy! Chyba jednak ma pani rację. No cóż, 
to byłaby najlepsza rzecz, jaka może się 
wydarzyć.
- Pan nie zdaje sobie sprawy - powiedziała 
panna Waynflete z przejęciem - że to niezwykle 
przebiegły mężczyzna. A w dodatku bardzo 
ostrożny! Proszę pamiętać, że ma spore 
doświadczenie... być może nawet większe, niż 
nam się wydaje.
- Tak, oczywiście - odparł Luke z zadumą. - To 
całkiem prawdopodobne.
- Och, to wszystko mi się nie podoba! - zawołała 
panna Waynflete. - Jestem naprawdę 
zaniepokojona!
- Proszę się nie martwić - powiedział Luke 
łagodnie. - Zapewniam panią, że będę miał się 
na baczności. Ograniczyłem listę podejrzanych. 
W każdym razie wydaje mi się, że wiem, kto 
może być mordercą...
Panna Waynflete spojrzała na niego 
przenikliwym wzrokiem. Luke podszedł do niej 
bliżej i zniżył głos do szeptu.
- Panno Waynflete, co by pani odpowiedziała, 
gdybym spytał, którego z dwóch mężczyzn 
uważa pani za bardziej odpowiedniego 
kandydata: doktora Thomasa czy pana Abbota?

background image

- Och... - jęknęła panna Waynflete, cofając się i 
kładąc dłoń na piersi. Kiedy podniosła wzrok, 
Luke dostrzegł w jej oczach intrygujący wyraz: 
zniecierpliwienia i czegoś jeszcze, czego nie był 
w stanie określić. - Nic nie powiem... - oznajmiła.
Odwróciła się gwałtownie, wydając jakiś dziwny 
dźwięk, jakby westchnienie połączone z łkaniem.
- Idzie pani do domu? - spytał Luke z 
rezygnacją w głosie.
- Nie, chcę zanieść te książki pani Humbleby. 
Mieszka po drodze do rezydencji. Możemy 
kawałek pójść razem.
- Z przyjemnością - powiedział Luke.
Zeszli po schodach i skręcili w ścieżkę biegnącą 
skrajem wiejskich błoni.
Luke obejrzał się, by rzucić okiem na zarys 
majestatycznego budynku, z którego przed 
chwilą wyszli.
- Za czasów pani ojca musiał to być wspaniały 
dom - zauważył. Panna Waynflete westchnęła.
- Tak, byliśmy tu bardzo szczęśliwi. Dziękuję 
Bogu, że nie został zdewastowany. Zrujnowano 
już bardzo dużo starych domów.
- Wiem. To smutne.
- A nowe nie są bynajmniej tak solidnie 
budowane.
- Wątpię, by wytrzymały próbę czasu.
- No, oczywiście, te nowe - powiedziała panna 
Waynflete - sprawiają znacznie mniej kłopotu. 
Nie trzeba wkładać w nie tak dużo pracy ani 
szorować tych wielkich, przestronnych 

background image

korytarzy.
Luke przyznał jej rację.
Kiedy dotarli do furtki domu doktora 
Humbleby'ego, panna Waynflete zawahała się, a 
potem powiedziała:
- Jest taki piękny wieczór. Jeśli nie ma pan nic 
przeciwko temu, pójdę z panem jeszcze kawałek. 
Uwielbiam świeże powietrze.
Luke, choć był nieco zaskoczony, odparł 
uprzejmie, że jej towarzystwo sprawi mu 
prawdziwą przyjemność. Ten wieczór nie 
wydawał mu się bynajmniej piękny. Silny wiatr 
szarpał ze złością liście drzew. Luke miał 
wrażenie, że lada chwila nadciągnie burza.
Jednakże panna Waynflete, która podążała 
obok niego, przytrzymując ręką kapelusz, i 
mówiła z trudem łapiąc oddech, wydawała się 
bardzo zadowolona ze spaceru.
Szli boczną ścieżką, ponieważ była to najkrótsza 
droga wiodąca od domu doktora Humbleby'ego 
do jednej z tylnych bram rezydencji, która 
różniła się od pozostałych, kutych w żelazie 
bram. Jej piękne kolumny wieńczyły dwa 
ogromne, różowe, rzeźbione ananasy. Luke nie 
mógł zrozumieć, dlaczego wybrano właśnie te 
ozdoby! Domyślał się jednak, że dla lorda 
Whitfielda ananasy były symbolem elegancji i 
dobrego smaku.
Kiedy zbliżali się do bramy, dotarły do nich 
podniesione, gniewne głosy. W chwilę później 
ujrzeli lorda Whitfielda, stojącego twarzą w 

background image

twarz z jakimś młodym mężczyzną w uniformie 
szofera.
- Wyrzucam cię z pracy! - wrzeszczał lord 
Whitfield. - Słyszysz? Jesteś zwolniony!
- Niech pan mi daruje, milordzie... tylko ten 
jeden raz.
- Nie, nie daruję! Wziąłeś mój samochód. Mój 
samochód, a w dodatku piłeś... tak, piłeś, nie 
zaprzeczaj! Powiedziałem wyraźnie, że są trzy 
rzeczy, których nie będę tolerował na terenie 
mojej posiadłości: pijaństwa, rozpusty i 
zuchwalstwa.
Szofer nie był pijany, ale alkohol osłabił 
widocznie jego panowanie nad sobą, gdyż nagle 
zmienił ton.
- Nie będziesz tolerował tego, nie będziesz 
tolerował tamtego, ty stary draniu! Twoja 
posiadłość! Wszyscy dobrze wiedzą, że twój 
ojciec prowadził tu sklep z butami! Konamy ze 
śmiechu widząc, jak kroczysz dumnie niby 
napuszony paw! Kim ty właściwie jesteś? Nie 
jesteś lepszy niż ja... ot, czym jesteś.
Lord Whitfield posiniał ze złości.
- Jak śmiesz odzywać się do mnie w taki sposób? 
Jakim prawem?
Młody mężczyzna podszedł do niego bliżej.
- Gdybyś nie był taką wstrętną, nadętą, małą 
świnią, zdzieliłbym cię w szczękę... tak, 
walnąłbym cię.
Lord Whitfield zrobił pospiesznie krok do tyłu, 
potknął się o korzeń i usiadł na ziemi.

background image

- Wynoś się stąd - powiedział szorstko Luke, 
podchodząc do szofera.
Młody mężczyzna odzyskał panowanie nad 
sobą. Wydawał się przerażony.
- Przepraszam, sir. Nie wiem, co mnie opętało.
- Moim zdaniem wypiłeś o kilka kieliszków za 
dużo - powiedział Luke, podnosząc lorda 
Whitfielda.
- Ja... przepraszam pana, milordzie - wyjąkał 
szofer.
- Pożałujesz tego, Rivers - warknął lord 
Whitfield, drżącym z gniewu głosem.
Mężczyzna wahał się przez chwilę, a potem 
powoli odszedł, powłócząc nogami.
- Cóż za bezczelność! - wybuchnął lord 
Whitfield. - Odzywać się do mnie w taki sposób. 
Do mnie! Temu człowiekowi przytrafi się coś 
bardzo złego! Żadnego szacunku... nie zna 
swojego miejsca. Kiedy pomyślę, co robię dla 
tych ludzi... zapewniam im dobre zarobki, 
wszelkie wygody i emerytury. I spotyka mnie 
taka niewdzięczność... podła niewdzięczność...
Zachłysnął się z podniecenia, a potem zauważył 
pannę Waynflete, która stała w pobliżu, nie 
odzywając się ani słowem.
- To ty, Honorio? Jest mi niezmiernie przykro, 
że byłaś świadkiem tej haniebnej sceny. Język 
tego człowieka...
- Niestety, zupełnie nie był sobą - powiedziała 
panna Waynflete, wyraźnie zgorszona zajściem.
- Bo był pijany... po prostu pijany!

background image

- Tylko lekko podchmielony - wtrącił Luke.
- Czy wiecie, co zrobił? - Lord Whitfield wodził 
wzrokiem po ich twarzach. - Wziął mój 
samochód... mój samochód! Nie przypuszczał, że 
wrócę tak prędko. Bridget zawiozła mnie do 
Lyne swoim sportowym wozem. A ten typ miał 
czelność zabrać jakąś dziewczynę... chyba Lucy 
Carter, na przejażdżkę moim samochodem!
- Postąpił nadzwyczaj niestosownie - 
powiedziała panna Waynflete.
Lord Whitfield wydawał się trochę pocieszony.
- No właśnie, prawda?
- Z pewnością będzie tego żałował.
- Moja w tym głowa!
- Został zwolniony z pracy - zauważyła panna 
Waynflete.
- On źle skończy - oznajmił lord Whitfield, 
potrząsając głową i wypinając dumnie pierś. - 
Wstąp do nas na kieliszek sherry, Honorio.
- Dziękuję, ale muszę zanieść te książki pani 
Humbleby. Dobranoc, panie Fitzwilliam. Teraz 
już nic panu nie grozi!
Skinęła głową z uśmiechem i oddaliła się 
żwawym krokiem. Tak bardzo przypominała 
niańkę, odprowadzającą dziecko na zabawę, że 
Luke'owi przyszła nagle do głowy myśl, która 
zaparła mu dech w piersiach. Zastanawiał się, 
czy to możliwe, że panna Waynflete 
towarzyszyła mu wyłącznie po to, by go 
chronić? Ten pomysł wydawał mu się 
absurdalny, ale...

background image

Z tych rozważań wyrwał go głos lorda 
Whitfielda.
- Honoria Waynflete jest niezwykle 
utalentowaną kobietą.
- Na to wygląda.
Lord Whitfield skierował się w stronę domu. 
Poruszał się dość sztywno, delikatnie rozcierając 
dłonią pośladki. Nagle zachichotał.
- Kiedyś, przed laty byłem zaręczony z Honoria. 
Była ładna i nie taka chuda jak teraz. Dziś myśl 
o tym wydaje mi się zabawna. Jej rodzina 
należała do miejscowej arystokracji.
- Tak?
Lord Whitfield zamyślił się.
- Pułkownik Waynflete rządził całym 
miasteczkiem. Wszyscy musieli mu się nisko 
kłaniać. Był człowiekiem starej daty, dumnym 
jak wszyscy diabli. - Znów zachichotał. - Kiedy 
Honoria oznajmiła, że zamierza za mnie wyjść, 
doszło do okropnej awantury! Uważała się za 
osobę postępową. Opowiadała się za zniesieniem 
różnic klasowych. Była bardzo rozgarniętą 
dziewczyną.
- A rodzice kazali jej z panem zerwać? Lord 
Whitfield podrapał się po nosie.
- No cóż... niezupełnie. Prawdę mówiąc, doszło 
między nami do drobnej sprzeczki. Chodziło 
ojej przeklętego ptaszka... przeraźliwie 
ćwierkającego kanarka. Nie znosiłem go. 
Przykra sprawa... skręciłem mu kark. Ale nie 
warto dłużej rozwodzić się na ten temat. 

background image

Zapomnijmy o tym. - Otrząsnął się jak człowiek, 
który wyrzuca z pamięci nieprzyjemne 
wspomnienia. - Niech pan nie sądzi, że ona 
kiedykolwiek mi wybaczyła - powiedział 
łamiącym się głosem. - No cóż, być może nie ma 
w tym nic dziwnego...
- Przypuszczam, że jednak panu wybaczyła - 
pocieszył go Luke.
Lord Whitfield wyraźnie się rozpromienił.
- Naprawdę? Cieszy mnie to. Wie pan, darzę 
Honorię dużym szacunkiem. Jest utalentowaną 
kobietą i w dodatku prawdziwą damą! To się 
liczy, nawet w dzisiejszych czasach. Wspaniale 
prowadzi naszą bibliotekę. - Podniósł wzrok i 
ton jego głosu nagle się zmienił. - Witaj! - 
zawołał. - Witaj, Bridget.

XVI
ANANAS

Kiedy Bridget zbliżała się do nich, Luke poczuł 
wewnętrzne napięcie.
Od dnia rozgrywek tenisowych nie zamienił z 
nią ani słowa na osobności. Zgodnie unikali się 
nawzajem. Luke zerknął na nią ukradkiem.
Wydawała się irytująco spokojna, opanowana i 
obojętna.
- Zaczęłam się już zastanawiać, dlaczego tak 
długo nie wracasz, Gordon - powiedziała 
beztrosko.
- Musiałem zrobić małe porządki! - odburknął 

background image

lord Whitfield. - Ten typ, Rivers, ośmielił się 
wziąć rollsa dzisiaj po południu.
- Cóż za straszna obraza majestatu - mruknęła 
Bridget.
- Nie powinnaś sobie z tego żartować, Bridget. 
Sprawa jest poważna. On zabrał na przejażdżkę 
jakąś dziewczynę.
- Nie sądzę, by samotna przejażdżka sprawiła 
mu przyjemność!
Lord Whitfield wyprostował się.
- Na terenie mojej posiadłości ja ustalam zasady 
moralne.
- Zabranie dziewczyny na przejażdżkę nie jest 
przecież czynem niemoralnym.
- Owszem, jest, jeśli w grę wchodzi mój 
samochód.
- To, oczywiście, coś gorszego niż niemoralność! 
Graniczy wręcz ze świętokradztwem. Ale nie 
możesz całkowicie wyeliminować spraw seksu, 
Gordon. Mamy dziś pełnię księżyca i noc 
świętojańską.
- Na Jowisza, naprawdę? - zawołał Luke.
- Zdaje się, że to cię zainteresowało - 
powiedziała Bridget, patrząc na niego.
- Owszem.
Bridget odwróciła się z powrotem do lorda 
Whitfielda.
- Do gospody Pod Błazeńską Czapką 
przyjechały trzy niezwykłe osoby. Numer jeden 
- mężczyzna w okularach, szortach i rozkosznej 
jedwabnej koszuli koloru suszonej śliwki! 

background image

Numer dwa - kobieta z kompletnie 
wyskubanymi brwiami, w sandałach i kusej 
sukience z falbankami, obwieszona sznurami 
sztucznych egipskich paciorków. Numer trzy - 
grubas w ubraniu koloru lawendy i takich 
samych butach. Podejrzewam, że są 
przyjaciółmi naszego pana Ellsworthy'ego! 
Autor kroniki towarzyskiej doniósłby: "Krąży 
pogłoska, że dzisiejszej nocy odbędzie się 
rozpustna zabawa na Łące Czarownic".
- Nie dopuszczę do tego! - zawołał lord 
Whitfield, siniejąc ze złości.
- Nie możesz temu zapobiec, kochanie. Łąka 
Czarownic jest własnością publiczną.
- Nie życzę sobie, żeby odbywały się tu te 
bezbożne rytuały! Skomentuję to w "Scandals". 
- Milczał przez chwilę, a potem dodał: - 
Przypomnij mi, żebym to zanotował i nakłonił 
Siddely'ego do napisania artykułu. Muszę jutro 
pojechać do miasta.
- Kampania lorda Whitfielda przeciwko czarnej 
magii - powiedziała Bridget ironicznie. - W 
małym prowincjonalnym miasteczku nadal 
pokutują relikty średniowiecznych zabobonów.
Lord Whitfield spojrzał na nią ze zdumieniem, a 
potem odwrócił się i wszedł do domu.
- Powinnaś lepiej wypełniać swoje obowiązki, 
Bridget! - zażartował Luke.
- Co masz na myśli?
- Szkoda byłoby, żebyś straciła swoją posadę! 
Nie masz jeszcze w ręku tych stu tysięcy. 

background image

Dotyczy to również brylantów i pereł. Na twoim 
miejscu darowałbym sobie te sarkastyczne 
uwagi aż do wesela.
Spojrzała na niego chłodno.
- Jesteś taki troskliwy, Luke. To miło z twojej 
strony, że tak bardzo przejmujesz się moją 
przyszłością!
- Życzliwość i rozwaga zawsze były moją mocną 
stroną.
- Nie zauważyłam tego.
- Nie? Zaskakujesz mnie.
- Co dzisiaj robiłeś? - spytała Bridget, zrywając 
liść z jakiegoś krzaka.
- Wykonywałem zwykłe obowiązki detektywa.
- Czy do czegoś doszedłeś?
- Tak i nie, jak mawiają politycy. Á propos, czy 
masz w domu jakieś narzędzia?
- Chyba tak. Jakiego rodzaju?
- Och, jakieś małe i poręczne. Czy mógłbym je 
zobaczyć?
Po dziesięciu minutach Luke miał już w kieszeni 
wybrane przez siebie narzędzia.
- To mi wystarczy - powiedział.
- Czy zamierzasz włamać się do czyjegoś domu?
- Być może.
- Jesteś strasznie tajemniczy.
- No cóż, przecież sytuacja aż jeży się od 
trudności. Znalazłem się w okropnym położeniu. 
Sądzę, że po naszej drobnej utarczce w sobotę 
powinienem się stąd wynieść.
- Owszem, gdybyś chciał zachować się jak 

background image

dżentelmeni
- Jednakże przeświadczenie, że trafiłem na 
świeży trop maniakalnego mordercy, zmusza 
mnie do pozostania. Jeśli przyszedł ci do głowy 
jakiś przekonujący powód, dla którego miałbym 
opuścić wasz dom i zamieszkać w gospodzie Pod 
Błazeńską Czapką, to na litość boską, wyrzuć to 
z siebie.
Bridget potrząsnęła głową.
- To niemożliwe. Przecież jesteś moim kuzynem i
tak dalej. Poza tym w gospodzie są tylko trzy 
gościnne pokoje, które zajmują obecnie 
przyjaciele pana Ellsworthy'ego.
- Zatem jestem zmuszony zostać tutaj, nawet 
jeśli sprawi ci to przykrość.
Bridget uśmiechnęła się do niego słodko.
- Bynajmniej. Lubię towarzystwo adorujących 
mnie mężczyzn.
- To był... - zaczął Luke - cios poniżej pasa. 
Uwielbiam w tobie to, Bridget, że nie masz w 
sobie cienia życzliwości. No, dobrze. Odrzucony 
adorator pójdzie teraz przebrać się do kolacji.
Wieczór upłynął w spokoju. Luke zaskarbił 
sobie jeszcze większe uznanie lorda Whitfielda, 
słuchając z pozornym zainteresowaniem jego 
powtarzających się co dzień tyrad.
- Długo was nie było - powiedziała Bridget, 
kiedy weszli do salonu.
- Lord Whitfield mówił tak ciekawie, że czas 
upłynął nam błyskawicznie - wyjaśnił Luke. - 
Opowiadał mi o początkach swojej pierwszej 

background image

gazety.
- Te małe drzewka owocowe w doniczkach są po 
prostu cudowne - oznajmiła pani Anstruther. - 
Powinieneś posadzić je wzdłuż tarasu, Gordon.
Od tego momentu rozmowa potoczyła się 
zwykłym torem. Luke opuścił towarzystwo dość 
wcześnie. Nie położył się jednak do łóżka. Miał 
inne plany. Kiedy wybiła dwunasta, zszedł 
bezszelestnie po schodach, minął bibliotekę i 
przez okno wydostał się na zewnątrz.
Nadal wiał porywisty wiatr, a jego gwałtowne 
podmuchy przeplatały się z krótkimi okresami 
ciszy. Pędzące po niebie chmury co chwila 
przesłaniały księżyc, więc ziemia na przemian 
tonęła w ciemności lub w jasnej poświacie.
Luke szedł do mieszkania pana Ellsworthy'ego 
okrężną drogą. Widział szansę przeprowadzenia 
drobnego dochodzenia. Był pewny, że ten 
szczególny wieczór Ellsworthy spędza poza 
domem w towarzystwie swych przyjaciół. Z 
pewnością postanowili uczcić noc świętojańską 
jakąś uroczystą ceremonią. Miał więc okazję, by 
przeszukać jego mieszkanie.
Przeskoczył przez dwa murowane ogrodzenia, 
dotarł na tyły budynku i wyjął z kieszeni 
odpowiednie narzędzia. Znalazł okno kuchenne, 
które udało mu się wyważyć. W kilka minut 
później odsunął zapadkę, otworzył okno i 
wślizgnął się do środka.
Miał w kieszeni latarkę. Zapalał ją na sekundę 
tylko wtedy, kiedy musiał oświetlić sobie drogę, 

background image

by nie wpaść na jakiś mebel.
Po piętnastu minutach przekonał się, że dom 
jest pusty. Z uśmiechem zadowolenia przystąpił 
do realizacji swego przedsięwzięcia.
Przeszukał dokładnie wszystkie dostępne 
zakątki mieszkania. W zamkniętej na klucz 
szufladzie natrafił na ukryte pod kilkoma 
niewinnymi akwarelami artystyczne szkice, na 
których widok uniósł brwi i gwizdnął. 
Korespondencja pana Ellsworthy'ego nie 
wniosła do sprawy nic nowego. Dokonał jednak 
ciekawego odkrycia na półce z książkami.
Znalazł trzy drobne, lecz interesujące 
przedmioty. Pierwszym z nich był notesik, w 
którym na dwa dni przed śmiercią chłopca ktoś 
nabazgrał ołówkiem: "Załatwić sprawę z 
Tommym Pierce'em". Drugim - naszkicowany 
pastelami portret Amy Gibbs, na której twarzy 
widniał wściekle czerwony krzyż. Trzecim - 
buteleczka syropu na kaszel. Żaden z nich nie 
był rozstrzygającym dowodem, ale wszystkie 
razem wydawały się interesujące.
Odkładając przedmioty na miejsce, Luke nagle 
zesztywniał i zgasił latarkę.
Usłyszał zgrzyt przekręcanego w zamku klucza.
Podszedł do uchylonych drzwi pokoju i wyjrzał 
na korytarz. Miał nadzieję, że Ellsworthy 
pójdzie prosto na górę.
Boczne drzwi otworzyły się i do domu wszedł 
Ellsworthy, zapalając po drodze światło w 
korytarzu.

background image

Kiedy Luke dostrzegł jego twarz, wstrzymał 
gwałtownie oddech.
Ellsworthy zmienił się nie do poznania. Z pianą 
na ustach i dziwnym wyrazem obłędnej radości 
na twarzy przemierzał korytarz drobnymi, 
tanecznymi kroczkami.
Luke'a najbardziej zaszokował widok jego rąk, 
pokrytych ciemnoczerwonymi plamami, 
przypominającymi barwą zaschniętą krew...
Ellsworthy zniknął na schodach. Zaraz potem 
na korytarzu zgasło światło.
Luke odczekał chwilę, a potem ostrożnie 
wymknął się do kuchni i wyślizgnął przez okno 
na zewnątrz. Spojrzał na dom, który tonął w 
ciemności i ciszy.
- Mój Boże - szepnął, biorąc głęboki oddech - ten 
człowiek jest kompletnie obłąkany! Ciekawe, co 
robił? Przysiągłbym, że miał krew na rękach!
Obszedł miasteczko i ruszył w kierunku Ashe 
Manor. Kiedy skręcał w boczną ścieżkę, usłyszał 
nagle szelest liści i gwałtownie się odwrócił.
- Kto tam?
Zza drzewa wynurzyła się jakaś wysoka postać 
otulona ciemnym płaszczem. Wyglądała tak 
niesamowicie, że Luke'owi z przerażenia 
zamarło serce. Po chwili rozpoznał osłoniętą 
kapturem pociągłą, bladą twarz.
- Bridget? Ale mnie przestraszyłaś!
- Gdzie byłeś? - spytała ostro. - Widziałam, jak 
wychodziłeś z domu.
- I śledziłaś mnie?

background image

- Nie. Byłeś zbyt daleko. Czekałam, aż będziesz 
wracał.
- Postąpiłaś cholernie nierozsądnie - burknął 
Luke.
- Gdzie byłeś? - powtórzyła z irytacją.
- Zrobiłem nalot na dom pana Ellsworthy'ego! - 
wyjaśnił wesoło. Bridget wstrzymała oddech.
- Czy... coś znalazłeś?
- Sam nie wiem. Dowiedziałem się nieco więcej o 
tym świntuchu, o jego zamiłowaniu do 
pornografii i tak dalej. Poza tym wpadły mi w 
ręce trzy przedmioty, które mogą być 
interesujące.
Bridget z uwagą wysłuchała szczegółowej 
opowieści Luke'a o wynikach jego poszukiwań.
- Mimo wszystko to nie są zbyt przekonujące 
dowody - zakończył. - Posłuchaj, Bridget, kiedy 
zamierzałem już wyjść, wrócił Ellsworthy. 
Zapewniam cię, że ten człowiek jest kompletnie 
obłąkany!
- Naprawdę tak uważasz?
- Widziałem jego twarz... tego nie da się opisać! 
Bóg jeden wie, co on robił! Był w stanie 
obłędnego, delirycznego podniecenia. I miał 
poplamione ręce. Przysiągłbym, że to była krew.
Bridget zadrżała.
- To przerażające... - wyszeptała.
- Nie powinnaś była sama wychodzić z domu - 
powiedział Luke z gniewem. - To czyste 
szaleństwo. Przecież ktoś mógł roztrzaskać ci 
głowę.

background image

Bridget roześmiała się niepewnie.
- Ciebie to również dotyczy, mój drogi.
- Ja potrafię o siebie zadbać.
- Ja też jestem w tym dobra. Niełatwo zrobić mi 
krzywdę. Zerwał się silny, porywisty wiatr.
- Zdejmij ten kaptur - zażądał nagle Luke.
- Po co?
Luke gwałtownym ruchem zdarł z niej płaszcz. 
Wiatr rozwiał jej włosy. Patrzyła na niego, z 
trudem łapiąc oddech.
- Bezwzględnie brak ci miotły, Bridget - 
powiedział. - Takie właśnie odniosłem wrażenie, 
kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy. - Przyglądał 
jej się przez chwilę, a potem dodał: - Jesteś 
okrutną diablicą.
Z głębokim westchnieniem zniecierpliwienia 
rzucił płaszcz w jej kierunku.
- Włóż go. Wracamy do domu.
- Zaczekaj...
- Dlaczego? Podeszła do niego bliżej.
- Ponieważ mam ci coś do powiedzenia - zaczęła 
urywanym szeptem. - Dlatego właśnie czekałam 
na ciebie tutaj... a nie w rezydencji. Chciałam ci 
to powiedzieć teraz... zanim wejdziemy do 
środka... na teren posiadłości Gordona...
- Słucham?
Wydała z siebie krótki, szyderczy śmiech.
- Och, to całkiem proste. Wygrałeś, Luke. To 
wszystko!
- Co masz na myśli? - spytał ostro.
- Nie zamierzam już zostać lady Whitfield.

background image

- Naprawdę? - spytał, podchodząc do niej bliżej.
- Owszem, Luke.
- Wyjdziesz za mnie?
- Tak.
- Ciekaw jestem, dlaczego?
- Sama nie wiem. Mówisz mi takie okropne 
rzeczy... a ja chyba to lubię...
Wziął ją w ramiona i pocałował.
- Ten świat jest kompletnie zwariowany!
- Czy jesteś szczęśliwy, Luke?
- Nieszczególnie.
- Czy sądzisz, że kiedykolwiek będziesz ze mną 
szczęśliwy?
- Nie mam pojęcia. Ale zaryzykuję.
- Tak... czuję to samo... Luke wziął ją pod rękę.
- Zachowujemy się dość dziwnie, kochanie. 
Chodź. Może rano odzyskamy rozum.
- Tak... niezbadane są koleje losu... - Spojrzała 
pod nogi i zatrzymała się gwałtownie. - Luke... 
Luke... co to jest...?
Księżyc właśnie wyłonił się zza chmury. Luke 
dojrzał obok drżącej stopy Bridget jakiś 
niewyraźny kształt.
Z okrzykiem zdumienia wysunął rękę spod 
ramienia Bridget i przyklęknął. Potem spojrzał 
na kolumnę bramy. Ananas zniknął.
Podniósł się szybko. Bridget stała nieruchomo, 
przyciskając dłonie do ust.
- To szofer... Rivers - powiedział Luke. - Nie 
żyje...
- Ta okropna, kamienna rzeźba była od 

background image

pewnego czasu obluzowana. .. pewnie wiatr 
zwalił ją na niego.
Luke potrząsnął głową.
- To nie wiatr... Och! To miało wyglądać na 
kolejny nieszczęśliwy wypadek! Ale to tylko 
pozory. To znów ten morderca...
- Nie... nie, Luke.
- Zapewniam cię, że to on. W lepkiej papce na 
jego potylicy wyczułem ziarenka piasku. A 
przecież tu w pobliżu nie ma piasku. Mówię ci, 
Bridget... ktoś zaczaił się na niego obok tej 
bramy i zdzielił w głowę, kiedy koło niego 
przechodził w drodze do swojego domku. Potem 
położył ciało na ziemi i zepchnął na nie tego 
kamiennego ananasa.
- Luke... masz krew na rękach... - wyjąkała 
Bridget słabym głosem.
- Ktoś inny też miał krew na rękach - powiedział 
Luke posępnie. - Wiesz, co dziś po południu 
przyszło mi do głowy... że gdyby popełniono 
jeszcze jedną zbrodnię, z pewnością 
wiedzielibyśmy, kto jest mordercą. I wiemy! 
Ellsworthy! Cały wieczór spędził poza domem, a 
kiedy wrócił, pląsał i podrygiwał jak opętany.... 
miał ręce poplamione krwią... i wyraz twarzy 
maniakalnego mordercy...
Bridget opuściła wzrok i zadrżała.
- Biedny Rivers... - wyszeptała.
- Tak, biedny - przytaknął Luke ze 
współczuciem. - Miał cholernego pecha. Ale na 
tym koniec, Bridget! Teraz wszystko już wiemy i 

background image

dopadniemy go!
Zauważył, że Bridget nagle się zachwiała, więc 
podbiegł do niej, by ją podtrzymać.
- Luke, jestem przerażona... - wyjąkała 
dziecinnym głosem.
- Już po wszystkim, kochanie - uspokajał ją 
Luke. - Już po wszystkim...
- Bądź dla mnie dobry... proszę. Tyle razy mnie 
w życiu zraniono.
- Raniliśmy się nawzajem, ale to się już nigdy 
nie powtórzy.

XVII
ROZMOWA Z LORDEM WHITFIELDEM

- To niezwykłe - powiedział doktor Thomas, 
spoglądając na Luke'a, który siedział po drugiej 
stronie biurka w jego gabinecie lekarskim. - 
Naprawdę niezwykłe! Mówi pan poważnie, 
panie Fitzwilliam?
- Najzupełniej. Z całym przekonaniem twierdzę, 
że Ellsworthy jest niebezpiecznym szaleńcem.
- Nie zwracałem szczególnej uwagi na tego 
człowieka. Muszę jednak przyznać, że nie jest on 
chyba całkiem zdrowy psychicznie.
- Osobiście określiłbym to znacznie dosadniej - 
oświadczył Luke ponuro.
- Naprawdę wierzy pan, że ten Rivers został 
zamordowany?
- Tak. Czy zauważył pan w ranie ziarenka 
piasku? Doktor Thomas kiwnął potakująco 

background image

głową.
- Kiedy powiedział mi pan o swoim 
spostrzeżeniu, obejrzałem ją bardzo dokładnie. 
Muszę przyznać, że miał pan rację.
- To wyraźnie dowodzi, że wypadek został 
upozorowany, a ten człowiek zginął od 
uderzenia woreczkiem z piaskiem... albo 
przynajmniej został nim ogłuszony.
- Niekoniecznie.
- Co pan chce przez to powiedzieć?
Doktor Thomas usiadł wygodniej i splótł dłonie.
- Przypuśćmy, że w ciągu dnia Rivers leżał na 
jakimś piaszczystym skrawku ziemi, których 
jest sporo w tych stronach. To by tłumaczyło 
obecność ziarenek piasku w jego włosach.
- Człowieku, zapewniam pana, że został 
zamordowany!
- Pańskie zapewnienia jeszcze niczego nie 
dowodzą - odparł doktor Thomas oschle.
- Pan chyba nie wierzy w ani jedno moje słowo - 
powiedział Luke, z trudem opanowując 
rozdrażnienie.
- Musi pan przyznać, panie Fitzwilliam, że to 
dość nieprawdopodobna historia - odparł doktor 
Thomas z pobłażliwym uśmiechem. - Utrzymuje 
pan, że Ellsworthy zamordował pokojówkę, 
małego chłopca, pijanego oberżystę, mojego 
wspólnika, a teraz tego Riversa.
- A pan w to nie wierzy?
Doktor Thomas wzruszył ramionami.
- Wiem co nieco na temat przypadku doktora 

background image

Humbleby'ego. Moim zdaniem to absolutnie 
wykluczone, żeby Ellsworthy mógł spowodować 
jego śmierć, a pan nie ma żadnych 
przekonujących dowodów, że to zrobił.
- Nie mam pojęcia, jak zdołał tego dokonać - 
przyznał Luke - ale to wszystko pasuje do relacji 
panny Pinkerton.
- Twierdzi pan również, że Ellsworthy podążył 
za nią do Londynu i przejechał ją samochodem. 
I tym razem nie ma pan na to ani cienia 
dowodu! No cóż, cała ta sprawa wydaje się po 
prostu fantazją!
- Skoro już wiem, jak wygląda sytuacja, muszę 
zdobyć dowody - powiedział Luke ostro. - Jutro 
jadę do Londynu na spotkanie z moim starym 
przyjacielem. Dwa dni temu przeczytałem w 
gazecie, że został mianowany zastępcą 
komisarza policji. Dobrze mnie zna, więc 
wysłucha uważnie tego, co mam mu do 
powiedzenia. Jestem pewny, że zarządzi w tej 
sprawie drobiazgowe śledztwo.
Doktor Thomas z zadumą pogładził się po 
brodzie.
- No, dobrze... to niewątpliwie wiele wyjaśni. 
Jeśli się okaże, że popełnił pan błąd...
- Więc pan stanowczo nie wierzy w ani jedno 
moje słowo?
- W seryjne morderstwa? - Doktor Thomas 
uniósł brwi. - Szczerze mówiąc, panie 
Fitzwilliam, nie wierzę. Cała ta sprawa jest zbyt 
fantastyczna.

background image

- Fantastyczna? Być może. Ale musi pan 
przyznać, że trzyma się kupy. O ile się przyjmie, 
że wersja panny Pinkerton jest zgodna z 
prawdą.
Doktor Thomas potrząsnął głową i znów lekko 
się uśmiechnął.
- Gdyby pan znał te stare panny tak dobrze jak 
ja... - mruknął. Luke wstał, starając się 
zapanować nad irytacją.
- Tak czy owak, pańskie nazwisko pasuje do 
pana - powiedział. - Jest pan niewątpliwie 
niewiernym Tomaszem!
- Niech pan mi dostarczy kilku dowodów, 
przyjacielu - odparł Thomas z rozbawieniem. - 
To wszystko, o co proszę. Nie akceptuję 
rozwlekłej, melodramatycznej historyjki, 
opartej na domysłach jakiejś starszej pani.
- Domysły starszych pań niejednokrotnie się 
sprawdzały. Moja ciotka Mildred była wprost 
niesamowita! Czy ma pan jakieś ciotki, 
doktorze?
- Nie.
- To wielki błąd! - powiedział Luke. - Każdy 
człowiek powinien mieć ciotki. Są przykładem 
triumfu sfery domysłów nad logiką. Ciotki 
często wiedzą, że pan A. jest oszustem, ponieważ 
przypomina im pewnego nieuczciwego lokaja, 
który kiedyś u nich służył. Inni, rozsądni ludzie 
twierdzą, że taki zacny człowiek jak pan A. nie 
może być oszustem. Ale te starsze panie zawsze 
mają rację.

background image

Doktor Thomas znów uśmiechnął się 
pobłażliwie.
- Czy nie rozumie pan, że jestem policjantem, a 
nie kompletnym amatorem? - spytał Luke z 
rosnącym rozdrażnieniem.
- W Mayang Straits! - mruknął doktor Thomas 
z uśmiechem.
- Zbrodnia jest zbrodnią, nawet w Mayang 
Straits.
- Ależ oczywiście.
Luke opuścił gabinet doktora Thomasa, z 
trudem tłumiąc gniew.
- No, jak ci poszło? - spytała Bridget, kiedy do 
niej podszedł.
- Nie uwierzył mi - odparł Luke. - Ale po 
namyśle dochodzę do wniosku, że nie jest to 
bynajmniej zaskakujące. To fantastyczna 
historia bez żadnych dowodów. Doktor Thomas 
zdecydowanie nie jest typem człowieka, który 
wierzy w nieprawdopodobne historie!
- Czy ktokolwiek inny ci uwierzy?
- Pewnie nie, ale kiedy jutro spotkam się ze 
starym Billym Bonesem, sprawa ruszy z 
miejsca. Sprawdzą naszego długowłosego 
przyjaciela Ellsworthy'ego i w końcu do czegoś 
dojdą.
- Czy nie przedwcześnie odkrywamy nasze 
karty? - spytała Bridget z zadumą.
- Zostaliśmy do tego zmuszeni. Nie możemy... po 
prostu nie wolno nam dopuścić do kolejnych 
morderstw.

background image

Bridget zadrżała.
- Na miłość boską, Luke, bądź ostrożny.
- Przez cały czas zachowuję ostrożność. Nie 
spaceruję w pobliżu bram ozdobionych 
kamiennymi ananasami, unikam po zmroku 
samotnych spacerów po lesie, uważam, co jem i 
co piję. Znam się na tym.
- Okropna jest świadomość, że ktoś zamierza cię 
zabić.
- Byleby tylko nie zamierzał zabić ciebie, 
kochanie.
- Być może zagraża to również mnie.
- Nie sądzę. Ale nie chcę ryzykować! Czuwam 
nad tobą jak staroświecki anioł stróż.
- Czy nie powinniśmy zawiadomić tutejszej 
policji? Luke zastanawiał się przez chwilę.
- Nie. Myślę, że lepiej zwrócić się wprost do 
Scotland Yardu.
- Tak właśnie uważała panna Pinkerton - 
mruknęła Bridget.
- Owszem, ale ja będę się miał na baczności.
- Wiem, co jutro zrobię - oznajmiła Bridget. - 
Zmuszę Gordona, żeby poszedł coś kupić w 
sklepie tej kanalii.
- Żeby się w ten sposób upewnić, że nasz 
kochany pan Ellsworthy nie czatuje na mnie na 
schodach Whitehall?
- O to mi właśnie chodzi.
- A w sprawie Whitfielda... - zaczął Luke z 
zakłopotaniem.
- Odłóżmy to do twojego powrotu z Londynu - 

background image

odparła pospiesznie Bridget. - Wtedy wszystko 
załatwimy.
- Czy myślisz, że bardzo się przejmie?
- No cóż... - Bridget przez chwilę rozważała w 
myślach tę kwestię. - Będzie rozdrażniony.
- Rozdrażniony? Na Boga! Czy to nie jest zbyt 
łagodne określenie?
- Nie. Widzisz, Gordon nie lubi być 
rozdrażniony. To wyprowadza go z równowagi!
- Czuję się w całej tej sprawie dość niezręcznie - 
wyznał Luke.
To uczucie dominowało w jego umyśle, kiedy 
tego wieczora przygotowywał się do wysłuchania 
po raz dwudziesty opowieści lorda Whitfielda o 
samym sobie. Musiał przyznać, że ukradzenie 
narzeczonej człowiekowi, który gości go w swym 
domu, jest łajdactwem. Nadal jednak uważał, że 
taki pompatyczny, napuszony błazen jak lord 
Whitfield nie powinien nawet marzyć o Bridget!
Tak bardzo jednak dręczyły go wyrzuty 
sumienia, że słuchał wynurzeń lorda Whitfielda 
ze szczególną uwagą i w rezultacie zrobił na 
swym gospodarzu niezwykle korzystne 
wrażenie.
Lord Whitfield był tego wieczora w 
wyśmienitym nastroju. Śmierć byłego szofera 
wcale go nie przygnębiła, a nawet poprawiła mu 
humor.
- Mówiłem, że ten człowiek źle skończy - 
oznajmił triumfalnie, unosząc kieliszek porto do 
światła i patrząc przez szkło przymrużonymi 

background image

oczami. - Czy nie powiedziałem tak wczoraj 
wieczorem?
- Owszem, istotnie, sir.
- I miałem rację! To zdumiewające, jak często 
mam rację!
- To musi być dla pana wspaniałe uczucie - 
powiedział Luke.
- Miałem naprawdę cudowne życie... tak 
cudowne! Moja droga była usłana różami. 
Zawsze głęboko wierzyłem w Opatrzność. Na 
tym polega cała tajemnica, Fitzwilliam.
- Tak?
- Jestem człowiekiem religijnym. Wierzę w 
dobro, zło i w wiekuistą sprawiedliwość. Nie ma 
najmniejszej wątpliwości, Fitzwilliam, że istnieje 
coś takiego jak sprawiedliwość boska!
- Ja również wierzę w sprawiedliwość - 
powiedział Luke.
Lord Whitfield, jak zwykle, nie był 
zainteresowany tym, w co wierzą inni.
- Postępuj uczciwie wobec swego Stwórcy, a 
Stwórca będzie postępował uczciwie wobec 
ciebie! Zawsze byłem przyzwoitym człowiekiem. 
Dawałem pieniądze na cele dobroczynne i 
uczciwie dorobiłem się swego majątku. 
Wszystko osiągnąłem własnymi siłami! Zapewne 
pamięta pan, że kiedy biblijni patriarchowie 
zaczynali dobrze prosperować, ich trzody się 
powiększały, a ich wrogów dosięgała kara!
- Tak, istotnie - przyznał Luke z trudem tłumiąc 
ziewnięcie.

background image

- To nadzwyczajne... i godne uwagi - powiedział 
lord Whitfield - że wrogów przyzwoitego 
człowieka dosięga zły los! Na przykład wczoraj. 
Ten typ mi ubliża... nawet posuwa się tak 
daleko, by podnieść na mnie rękę. I co się 
dzieje? Gdzie jest dzisiaj? - Przerwał na chwilę 
swoją tyradę, a potem uroczystym tonem sam 
odpowiedział na swoje pytanie: - Nie żyje! 
Dosięgną! go gniew boży!
- To chyba niewspółmiernie wysoka kara za 
kilka nierozważnych słów, które wypowiedział 
wypiwszy o jedną szklankę za dużo - powiedział 
Luke, z trudem unosząc powieki.
Lord Whitfield potrząsnął głową.
- Zawsze tak się dzieje! Kara jest szybka i 
okrutna. Moje twierdzenie oparte jest na 
źródłach. Jak pan zapewne pamięta, 
niedźwiedzie pożarły dzieci, które wyśmiewały 
się z proroka Elizeusza. Taki jest naturalny 
porządek rzeczy.
- Zawsze uważałem, że i ta kara była 
niewspółmiernie wysoka.
- Nie, nie. Patrzy pan na to ze złego punktu 
widzenia. Elizeusz był wielkim i świętym 
człowiekiem. Nikt nie miał prawa z niego drwić i 
żyć dalej! Ja to rozumiem, bo znam to z 
własnego doświadczenia!
Luke spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Początkowo nie mogłem w to uwierzyć - 
powiedział lord Whitfield półgłosem. - Ale działo 
się tak za każdym razem! Moi wrogowie i 

background image

oszczercy zostali pognębieni i wytępieni.
- Wytępieni?
Lord Whitfield kiwnął głową i wypił łyk porto.
- Jeden po drugim. Weźmy na przykład tego 
chłopca. Natknąłem się na niego w moim 
ogrodzie... wówczas u mnie pracował. Czy wie 
pan, co on robił? Przedrzeźniał mnie... MNIE! 
Wyśmiewał się ze mnie! Kroczył dumnie jak 
paw tam i z powrotem na oczach 
zgromadzonych gapiów. Kpił ze mnie na terenie 
mojej własnej posiadłości! Wie pan, co mu się 
przydarzyło? W niecałe dziesięć dni później 
wypadł z okna i zginął na miejscu! Potem ten 
łotr, Carter... pijak i oszczerca. Przyszedł tu 
kiedyś i zaczął mnie lżyć. Co się z nim stało? W 
tydzień później już nie żył. Utonął w rzecznym 
mule. Później ta pokojówka... Odszczekiwała mi 
się podniesionym głosem. Wkrótce spotkała ją 
zasłużona kara. Przez pomyłkę wypiła truciznę! 
Mógłbym przytoczyć panu znacznie więcej 
takich przykładów. Humbleby ośmielił mi się 
sprzeciwić w sprawie systemu nawadniania. 
Umarł na zakażenie krwi. Och, to ciągnie się od 
wielu lat... na przykład pani Horton 
zachowywała się wobec mnie obraźliwie i 
niebawem zeszła z tego świata. - Przerwał i 
wychyliwszy się do przodu, podał swemu 
gościowi karafkę z porto. - Tak - mruknął. - 
Wszyscy nie żyją. To zdumiewające, prawda?
Luke spojrzał na niego uważnie. Nagle przyszło 
mu do głowy potworne, niewiarygodne 

background image

podejrzenie! Ujrzał w zupełnie nowym świetle 
tego niskiego, tłustego mężczyznę, który siedział 
u szczytu stołu i patrzył na niego z triumfalnym 
uśmiechem.
Przez umysł Luke'a przemknęły chaotyczne 
wspomnienia. Przypomniał sobie słowa majora 
Hortona: "Lord Whitfield zachował się bardzo 
życzliwie. Przysłał winogrona i brzoskwinie z 
własnej oranżerii". To właśnie miłosierny lord 
Whitfield zlitował się nad Tommym Pierce'em i 
pozwolił go zatrudnić przy myciu okien w 
bibliotece. To lord Whitfield, na krótko przed 
śmiercią doktora Humbleby'ego, odwiedził 
Instytut Wellermana Kreutza, zajmujący się 
wytwarzaniem surowicy i hodowlą bakterii. 
Wszystko wskazuje na jednego człowieka, 
którego on jak skończony głupiec nawet nie 
podejrzewał...
Na twarzy lorda Whitfielda nadal malował się 
radosny, niczym nie zmącony uśmiech.
- Oni wszyscy umierają - oznajmił, kiwając 
znacząco głową.

XVIII
KONFERENCJA W LONDYNIE

Sir William Ossington, którego serdeczni 
koledzy z dawnych lat nazywali Billy Bones*, 
spojrzał z niedowierzaniem na swojego 
przyjaciela.
- Czy nie dość miałeś zbrodni w Mayang? - 

background image

spytał z niedowierzaniem. - Czy wróciłeś do 
domu, żeby wykonywać za nas robotę?
- W Mayang nie zdarzały się seryjne zbrodnie - 
oznajmił Luke. - Teraz mam do czynienia z 
człowiekiem, który popełnił co najmniej sześć 
morderstw, a nikt go nawet nie podejrzewa!
Sir William westchnął.
- To się zdarza. Czy mordował swoje żony?
- Nie, nie jest tego typu człowiekiem. Nie uważa 
się jeszcze za Boga, ale niebawem to nastąpi.
- Szaleniec?
- Och, bezsprzecznie.
- Ach! Ale zapewne nie został oficjalnie uznany 
za człowieka obłąkanego. A to, jak wiesz, 
stanowi różnicę.
- Jestem pewien, że zdaje sobie sprawę z 
charakteru swoich czynów i z możliwych 
konsekwencji - oznajmił Luke.
- No właśnie - przyznał Billy Bones.
- No cóż, nie zagłębiajmy się w zawiłości 
proceduralne. Nie doszliśmy jeszcze do tego 
etapu. I być może nigdy nam się to nie uda. 
Chcę od ciebie, przyjacielu, tylko kilku faktów. 
W dniu derbów, między piątą a szóstą po 
południu doszło do ulicznego wypadku. 
Samochód przejechał na Whitehall pewną 
starszą panią i nie zatrzymał się. Nazywała się 
Lavinia Pinkerton. Chcę, żebyś wygrzebał 
wszystkie możliwe szczegóły dotyczące tej 
sprawy.
- Mogę je dla ciebie zaraz zdobyć - obiecał sir 

background image

William z westchnieniem. - Dwadzieścia minut 
powinno mi na to wystarczyć.
Dotrzymał słowa. W niespełna dwadzieścia 
minut później Luke rozmawiał z oficerem policji 
prowadzącym tę sprawę.
- Owszem, sir, pamiętam szczegóły. Większość z 
nich spisałem na tej kartce. - Luke uważnie 
przeczytał jego notatki. - Wszczęto dochodzenie. 
Koronerem był pan Satcherverell. Wina 
kierowcy samochodu nie ulega wątpliwości.
- Czy udało wam się go znaleźć?
- Nie, sir.
- Jakiej marki był ten samochód?
- Prawie na pewno duży rolls, którego prowadził 
szofer. Wszyscy świadkowie zajścia są co do tego 
jednomyślni. Większość ludzi wie, jak wygląda 
rolls.
- Nie macie numerów rejestracyjnych?
- Nie, niestety nikt nie zwrócił na nie uwagi. 
Ktoś nam podał numer FZX 4498, ale to nie był 
właściwy numer. Jakaś kobieta zauważyła go i 
wspomniała o tym innej kobiecie, która z kolei 
przekazała go mnie. Nie wiem, czy ta druga 
kobieta błędnie go zapisała, ale tak czy owak nie 
był to właściwy numer.
- Skąd pan o tym wie? - spytał Luke ostro.
Młody oficer uśmiechnął się szeroko.
- FZX 4498 to numer samochodu lorda 
Whitfielda. W owym czasie stał zaparkowany 
przed Boomington House, a szofer jadł 
podwieczorek. Ma doskonałe alibi. Co do niego 

background image

nie mamy żadnych wątpliwości, a samochód 
odjechał sprzed budynku dopiero o 6.30, kiedy 
jego lordowska mość stamtąd wyszedł.
- Rozumiem - powiedział Luke.
- Niestety, stało się to, co zwykle, sir - rzekł 
oficer z westchnieniem. - Połowa świadków 
zniknęła, zanim komisarz zdążył dotrzeć na 
miejsce wypadku i zebrać szczegółowe 
informacje.
Sir William kiwnął potakująco głową.
- Przypuszczamy, że musiał to być podobny 
numer i że zaczynał się prawdopodobnie od 
dwóch czwórek. Robiliśmy, co w naszej mocy, 
ale nie trafiliśmy na trop żadnego samochodu. 
Wszyscy właściciele samochodów o podobnych 
numerach mieli przekonujące alibi.
Sir William spojrzał na Luke'a pytającym 
wzrokiem. Luke potrząsnął głową.
- Dziękuję, Bonner, to wszystko - powiedział sir 
William. Kiedy oficer wyszedł z pokoju, Billy 
Bones znów spojrzał pytająco na Luke'a.
- O co tu chodzi, Fitz?
Luke westchnął.
- Wszystko się zgadza. Lavinia Pinkerton 
przyjechała do Londynu, żeby opowiedzieć 
bystrym pracownikom Scotland Yardu o 
perfidnym mordercy. Nie wiem, czybyście jej 
wysłuchali... pewnie nie...
- Moglibyśmy to zrobić - odparł sir William. - 
Wiele informacji dociera do nas w taki właśnie 
sposób. Nigdy nie lekceważymy pogłosek ani 

background image

plotek.
- Tak też zapewne rozumował morderca. Nie 
chciał ryzykować, więc zabił Lavinię Pinkerton. 
I choć jakaś kobieta była na tyle 
spostrzegawcza, by zapamiętać numer jego 
samochodu, nikt jej nie uwierzył.
Billy Bones podskoczył na swym krześle.
- Nie myślisz chyba...
- Owszem, myślę. Założę się, o co zechcesz, że to 
lord Whitfield ją przejechał. Nie mam pojęcia, 
jak tego dokonał. Szofer jadł podwieczorek. 
Lord musiał więc wymknąć się z budynku, 
zabierając ze sobą jego czapkę. Ale zrobił to, 
Billy!
- Niemożliwe!
- Owszem, możliwe. O ile mi wiadomo, lord 
Whitfield popełnił co najmniej siedem 
morderstw, a może znacznie więcej.
- Niemożliwe - powtórzył sir William.
- Mój drogi, on niemal chełpił się tym przede 
mną wczoraj wieczorem!
- Więc jest szalony?
- Owszem, ale to przebiegły typ. Musicie 
zachować ostrożność. Nie może się dowiedzieć, 
że go podejrzewamy.
- Nie do wiary... - mruknął Billy Bones.
- Ale to prawda! - zawołał Luke, kładąc dłoń na 
ramieniu przyjaciela. - Posłuchaj, Billy, stary 
druhu, musimy wreszcie się do tego zabrać. Oto 
fakty.
Odbyli długą i wyczerpującą rozmowę.

background image

Nazajutrz wczesnym rankiem Luke wrócił do 
Wychwood. Mógł przyjechać poprzedniego 
wieczora, ale w zaistniałych okolicznościach nie 
chciał spędzać nocy pod dachem lorda 
Whitfielda i korzystać z jego gościnności.
Jadąc przez Wychwood zatrzymał się przed 
domem panny Waynflete. Pokojówka, która 
otworzyła mu drzwi, spojrzała na niego ze 
zdumieniem. Potem wprowadziła go do małej 
jadalni, w której panna Waynflete siedziała przy 
śniadaniu.
Lekko zdziwiona, wstała od stołu, by go powitać.
- Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze - 
powiedział Luke, nie tracąc czasu.
Obejrzał się za siebie. Pokojówka wyszła z 
pokoju, zamykając za sobą drzwi.
- Chciałbym o coś panią spytać, panno 
Waynflete. To sprawa dość osobista, ale myślę, 
że wybaczy mi pani.
- Proszę pytać, o co pan tylko zechce. Z 
pewnością ma pan ku temu powody.
- Dziękuję... - Zawahał się. - Chciałbym 
wiedzieć, dlaczego przed laty zerwała pani 
zaręczyny z lordem Whitfieldem?
Panna Waynflete nie spodziewała się takiego 
pytania. Zaczerwieniła się i przyłożyła dłoń do 
piersi.
- Czy on coś panu mówił?
- Wspominał o jakimś ptaku - odparł Luke - 
któremu skręcono kark...
- Tak powiedział? - spytała ze zdumieniem. - 

background image

Więc przyznał się? To nadzwyczajne!
- Niech mi pani o tym opowie.
- Dobrze. Ale proszę, żeby pan nigdy nie 
rozmawiał o tym z nim... z Gordonem. To należy 
już do przeszłości... wszystko przeminęło i 
poszło w niepamięć... nie chciałabym tego 
odgrzebywać - spojrzała na niego błagalnie.
Luke kiwnął potakująco głową.
- Chcę tylko zaspokoić własną ciekawość - 
powiedział. - Nikomu nie powtórzę naszej 
rozmowy.
- Dziękuję. - Panna Waynflete odzyskała 
panowanie nad sobą, a jej głos nabrał pewności. 
- To było tak. Miałam małego kanarka, którego 
uwielbiałam i... po prostu byłam zwariowana na 
jego punkcie, tak jak bywają dziewczęta na 
punkcie swoich ukochanych zwierzątek. Teraz 
zdaję sobie sprawę, że musiało to być irytujące 
dla młodego mężczyzny.
- Owszem - przytaknął Luke, kiedy panna 
Waynflete na chwilę przerwała.
- Gordon był zazdrosny o tego kanarka. 
Któregoś dnia powiedział rozdrażniony: 
"Wydaje mi się, że wolisz tego ptaka ode mnie". 
A ja, dość nierozsądnie, ale takie były 
dziewczęta w tamtych czasach, roześmiałam się i 
trzymając kanarka na palcu, odparłam mniej 
więcej tak: "Oczywiście, mały ptaszku, że 
kocham cię bardziej niż tego dużego głuptasa! 
Naturalnie, że tak!" Wtedy... och, to było 
przerażające... Gordon wyrwał mi kanarka z 

background image

ręki i skręcił mu kark! Przeżyłam straszny szok 
i nigdy tego nie zapomnę!
Panna Waynflete wyraźnie pobladła.
- I dlatego zerwała pani zaręczyny? - spytał 
Luke.
- Tak. Straciłam do niego serce. Widzi pan, 
panie Fitzwilliam... - Zawahała się. - Nie 
chodziło o sam uczynek... mógł to zrobić w 
ataku zazdrości i gniewu, ale odniosłam wtedy 
wrażenie, że sprawiło mu to przyjemność... i to 
mnie tak okropnie przeraziło!
- Już wtedy... - mruknął Luke. - Już w tamtych 
czasach...
Panna Waynflete położyła dłoń na jego 
ramieniu.
- Panie Fitzwilliam...
Dostrzegł w jej oczach przerażenie i powagę.
- To lord Whitfield popełnił te wszystkie 
morderstwa! - powiedział. - Pani od początku o 
tym wiedziała, prawda?.
Potrząsnęła energicznie głową.
- Nie miałam o tym pojęcia! Gdybym była 
pewna, to... powiedziałabym o tym otwarcie... 
nie, to były obawy...
- A mimo to nie skierowała mnie pani na 
właściwy trop.
Splotła dłonie w geście wyrażającym 
bezradność.
- Jak mogłam? Jak? Przecież kiedyś go 
kochałam...
- Tak - powiedział Luke łagodnie. - Rozumiem.

background image

Odwróciła się, poszperała w swojej torebce i 
wyjęła z niej małą, obrębioną koronką 
chusteczkę do nosa, którą przycisnęła do oczu. 
Po chwili spojrzała na niego dumnym, 
opanowanym wzrokiem.
- Bardzo się cieszę - zaczęła - że Bridget zerwała 
zaręczyny. Zamierza wyjść za pana, prawda?
- Owszem.
- To znacznie lepszy wybór - powiedziała panna 
Waynflete z pewną emfazą.
Luke nie był w stanie powstrzymać się od 
uśmiechu. Na twarzy starszej pani pojawił się 
wyraz powagi i niepokoju. Pochyliła się do 
przodu i znów położyła mu dłoń na ramieniu.
- Bądźcie ostrożni - poprosiła. - Obydwoje 
musicie zachować ostrożność.
- Chodzi pani o... lorda Whitfielda?
- Tak. Lepiej byłoby mu o niczym nie 
wspominać.
Luke zmarszczył czoło.
- Nie sądzę, by któreś z nas chciało zachować to 
przed nim w tajemnicy.
- Och! Jakie to ma znaczenie? Czy pan nie zdaje 
sobie sprawy, że on jest obłąkany... szalony. Nie 
pogodzi się z tym... ani na chwilę! Gdyby coś jej 
się stało...
- Nic jej się nie stanie!
- Tak, wiem, ale proszę pamiętać, że pan nie jest 
dla niego godnym przeciwnikiem! On jest 
przerażająco przebiegły! Niech pan ją stąd 
natychmiast zabiera... w tym jedyna nadzieja. 

background image

Niech pan zmusi ją do wyjazdu za granicę! 
Najlepiej wyjedźcie oboje!
- Wystarczy, jeśli ona wyjedzie - rzekł Luke 
wolno. - Ja muszę tu zostać.
- Obawiałam się, że pan to powie. Ale w każdym 
razie niech pan ją zmusi do wyjazdu. 
Natychmiast!
- Myślę, że ma pani rację.
- Wiem, że mam rację! Niech pan ją stąd 
zabiera... zanim będzie za późno.

XIX
ZERWANE ZARĘCZYNY

Bridget usłyszała, jak Luke zajeżdża pod dom. 
Wyszła na schody, by go powitać.
- Powiedziałam mu - oznajmiła bez żadnych 
wstępów.
- Co? - spytał Luke zaskoczony.
Jego konsternacja była tak wyraźna, że Bridget 
od razu ją dostrzegła.
- Luke... o co chodzi? Wydajesz się 
przygnębiony.
- Przecież postanowiliśmy zaczekać z tym do 
mojego powrotu - powiedział, cedząc słowa.
- Wiem, ale doszłam do wniosku, że lepiej to 
mieć za sobą. On robił plany, związane z naszym 
ślubem... z miodowym miesiącem i tak dalej! Po 
prostu musiałam mu to powiedzieć! - Po chwili 
dodała z lekkim wyrzutem w głosie: - Tego 
wymagała zwykła przyzwoitość.

background image

- Z twojego punktu widzenia, owszem - przyznał 
Luke. - Och, tak, rozumiem to.
- Myślę, że z każdego punktu widzenia!
- Niekiedy trudno jest pozwolić sobie na 
uczciwość! - rzekł powoli.
- Luke, o co ci chodzi?
- Nie mogę ci tego powiedzieć tu i teraz. - 
Machnął ręką ze zniecierpliwieniem. - Jak 
przyjął to Whitfield?
- Nadzwyczaj dobrze - odparła Bridget. - 
Naprawdę wspaniale. Czułam się zawstydzona. 
Myślę, Luke, że nie doceniałam Gordona... tylko 
dlatego, że jest dość napuszony i niekiedy 
próżny. Sądzę, że jest... no cóż... wielkim małym 
człowiekiem!
- Owszem, możliwe, że jest wielkim człowiekiem 
- przyznał Luke, kiwając głową - ale jego 
wielkość ma inny wymiar, niż przypuszczaliśmy. 
Posłuchaj, Bridget, musisz się stąd jak 
najszybciej wynieść.
- Naturalnie, spakuję swoje rzeczy i jeszcze 
dzisiaj opuszczę ten dom. Odwieź mnie do 
Londynu. Myślę, że nie możemy się oboje 
zatrzymać w gospodzie Pod Błazeńską Czapką, 
nawet jeśli goście Ellsworthy'ego już wyjechali.
- Lepiej jedź do Londynu - powiedział Luke, 
potrząsając głową. - Niebawem wszystko ci 
wyjaśnię. Tymczasem ja zobaczę się z 
Whitfieldem.
- To dobry pomysł. Cała ta sprawa wydaje się 
dość przykra, prawda? Czuję się jak cyniczna 

background image

łowczyni posagów.
Luke uśmiechnął się do niej.
- To był uczciwy interes. Postąpiłaś wobec niego 
lojalnie. Tak czy owak, nie ma co biadać nad 
rozlanym mlekiem! Teraz pójdę się zobaczyć z 
Whitfieldem.
Lord Whitfield przechadzał się tam i z 
powrotem po salonie. Był pozornie spokojny, a 
nawet lekko się uśmiechał. Ale Luke zauważył 
na jego skroni pulsującą żyłkę.
- Och! To pan, panie Fitzwilliam.
- Skłamałbym mówiąc, że żałuję tego, co 
zrobiłem - oświadczył Luke. - Byłaby to zwykła 
hipokryzja. Przyznaję, że z pańskiego punktu 
widzenia zachowałem się niewłaściwie i niewiele 
mam na swoją obronę. Takie rzeczy się 
zdarzają.
Lord Whitfield znów zaczął krążyć po pokoju.
- No właśnie... właśnie! - Machnął ręką.
- Oboje z Bridget potraktowaliśmy pana w 
sposób haniebny. Ale tak to już jest! 
Pokochaliśmy się i nic na to nie można poradzić. 
Możemy jedynie wyjawić panu prawdę i 
zniknąć.
Lord Whitfield przystanął. Patrzył na Luke'a 
swymi wyblakłymi, wyłupiastymi oczami.
- Tak - przyznał - nie możecie na to już nic 
poradzić!
W jego głosie pobrzmiewał jakiś dziwny ton. 
Spoglądał na Luke'a i potrząsał głową jakby ze 
współczuciem.

background image

- Co pan ma na myśli? - spytał ostro Luke.
- Nie możecie już nic zrobić! - powtórzył lord 
Whitfield. - Już za późno!
Luke zrobił krok w jego kierunku.
- Proszę mi powiedzieć, o co panu chodzi.
- Niech pan o to spyta Honorię Waynflete - rzekł 
niespodziewanie lord Whitfield. - Ona to 
rozumie. Wie, co się dzieje. Kiedyś mi o tym 
powiedziała!
- Co ona rozumie?
- Że zło nie uchodzi bezkarnie - wyjaśnił lord 
Whitfield. - Musi istnieć sprawiedliwość! Żal mi 
Bridget, ponieważ bardzo ją lubię. W pewien 
sposób żal mi was obojga!
- Czy pan nam grozi? - spytał Luke. Whitfield 
wydawał się autentycznie wstrząśnięty.
- Nie, nie, drogi chłopcze. W tej sprawie nie 
czuję do was urazy! Kiedy uczyniłem Bridget 
zaszczyt, wybierając ją na swoją żonę, przyjęła 
na siebie pewne zobowiązania. Teraz je odrzuca, 
ale w życiu nie można niczego cofnąć. Jeśli łamie 
się prawo, trzeba ponieść karę...
- Chce pan powiedzieć, że coś jej grozi? - spytał 
Luke, zaciskając pięści. - Niech pan mnie dobrze 
zrozumie, Whitfield, nic jej się nie stanie... ani 
mnie! Jeśli spróbuje pan nam coś zrobić, jest 
pan skończony. Radzę panu uważać! Wiem o 
panu wystarczająco dużo!
- To nie ma nic wspólnego ze mną - odparł lord 
Whitfield. - Ja jestem tylko narzędziem w 
rękach Siły Wyższej. Wszystko dzieje się z Jej 

background image

wyroku!
- Widzę, że pan w to wierzy - powiedział Luke.
- Bo to prawda! Każdy, kto zwróci się przeciwko 
mnie, ponosi karę. Nie wyłączając pana i 
Bridget.
- Myli się pan - zaoponował Luke. - Szczęśliwa 
passa, choćby trwała najdłużej, kiedyś się 
kończy. A pańska skończy się już niebawem.
- Drogi młody człowieku - zaczął lord Whitfield 
łagodnie - nie zdaje pan sobie sprawy, do kogo 
pan mówi. Mnie nie może spotkać nic złego!
- Doprawdy? Zobaczymy. Radzę panu uważać, 
Whitfield. Mięśnie twarzy lorda Whitfielda 
lekko zadrgały, a ton jego głosu się zmienił.
- Byłem bardzo cierpliwy - powiedział. - Niech 
pan nie przeciąga struny. Proszę stąd wyjść.
- Już idę - warknął Luke. - Możliwie jak 
najszybciej. Ale niech pan pamięta, że pana 
ostrzegałem.
Odwrócił się na pięcie i pospiesznie wyszedł z 
salonu. Pobiegł na górę do pokoju Bridget, która 
wraz z pokojówką pakowała swoje rzeczy.
- Kiedy będziesz gotowa?
- Za dziesięć minut.
Spojrzała na Luke'a, a on dostrzegł w jej 
wzroku pytanie, którego nie mogła wyrazić 
słowami ze względu na obecność pokojówki. 
Kiwnął nieznacznie głową.
Poszedł do swojego pokoju i szybko się 
spakował.
Kiedy wrócił po dziesięciu minutach, Bridget 

background image

była gotowa do wyjścia.
- Możemy już jechać?
- Oczywiście.
Na schodach spotkali idącego na górę lokaja.
- Przyszła panna Waynflete, żeby się z panią 
zobaczyć.
- Panna Waynflete? Gdzie ona jest?
- W salonie z jego lordowską mością.
Bridget poszła wprost do salonu, a Luke podążył 
tuż za nią. Lord Whitfield stał przy oknie i 
rozmawiał z panną Waynflete. Trzymał w ręku 
nóż z długim, cienkim ostrzem.
- Perfekcyjna robota - mówił. - Jeden z moich 
młodych pracowników przywiózł mi go z 
Maroka, dokąd został wysłany jako specjalny 
korespondent. To nóż mauretański. - Z 
uwielbieniem przesunął palcem po ostrzu. - Cóż 
za wspaniałe wykonanie!
- Na miłość boską, Gordon, odłóż go! - zawołała 
panna Waynflete. Lord Whitfield uśmiechnął się 
i umieścił nóż wśród leżącej na stoliku kolekcji 
broni.
- Lubię go dotykać - rzekł łagodnie.
Panna Waynflete straciła swe zwykłe 
opanowanie. Była blada i zdenerwowana.
- Ach, jesteś, moja droga - powitała Bridget.
Lord Whitfield zachichotał.
- Tak, oto i Bridget. Naciesz się nią, Honorio. 
Nie zabawi tu długo.
- Co to znaczy? - spytała ostro panna Waynflete.
- To znaczy, że wyjeżdża do Londynu. - Spojrzał 

background image

po kolei na wszystkich obecnych. - Mam dla 
ciebie pewną wiadomość, Honorio - powiedział. - 
Bridget postanowiła nie wychodzić za mnie. 
Woli Fitzwilliama. Życie jest dziwne. No cóż, 
zostawiam was, żebyście mogli sobie 
porozmawiać.
Wyszedł z pokoju, pobrzękując bilonem w 
kieszeniach.
- Mój Boże... - wyszeptała panna Waynflete. - 
Mój Boże... Rozpacz w jej głosie była tak wy 
raźna,-że Bridget poczuła się zaskoczona.
- Przepraszam. Naprawdę okropnie mi przykro 
- powiedziała z niepokojem.
- On jest rozwścieczony... mój Boże, to straszne. 
Co my teraz zrobimy?
Bridget spojrzała na nią ze zdziwieniem.
- Zrobimy? Co ma pani na myśli?
- Nie powinniście byli mu o tym mówić! - jęknęła 
panna Waynflete, obrzucając oboje pełnym 
wyrzutu spojrzeniem.
- Nonsens! - zawołała Bridget. - A cóż innego 
mogliśmy zrobić?
- Nie powinniście byli mówić mu o tym teraz. 
Trzeba było zaczekać, aż znajdziecie się daleko 
stąd.
- To kwestia zapatrywań - odparła sucho 
Bridget. - Osobiście uważam, że niemiłe sprawy 
należy mieć jak najszybciej za sobą.
- Och, moja droga, gdyby tylko o to chodziło... 
Zawahała się. Potem spojrzała pytająco na 
Luke'a.

background image

Luke potrząsnął głową i powiedział bezgłośnie: 
,,Jeszcze nie teraz".
- Rozumiem - bąknęła panna Waynflete.
- Czy chciała się pani ze mną zobaczyć w jakiejś 
szczególnej sprawie, panno Waynflete? - spytała 
Bridget z lekkim rozdrażnieniem.
- No... owszem. W istocie przyszłam ci 
zaproponować krótki pobyt w moim domu. 
Pomyślałam, że... eee... pozostanie tutaj byłoby 
dla ciebie krępujące i że, być może, potrzeba ci 
kilku dni na... eee... gruntowne rozważenie 
twoich planów.
- Dziękuję, panno Waynflete, to bardzo 
uprzejme z pani strony.
- U mnie byłabyś zupełnie bezpieczna i...
- Bezpieczna? - przerwała jej Bridget.
- Spokojna... - wyjaśniła pospiesznie panna 
Waynflete lekko podnieconym głosem - to 
miałam na myśli... całkiem spokojna. Nie mam 
oczywiście takich luksusów jak tutaj, ale gorąca 
woda jest naprawdę gorąca, a moja służąca 
Emily zupełnie dobrze gotuje.
- Och, jestem pewna, że wszystko byłoby 
wspaniale, panno Waynflete - odparła Bridget 
machinalnie.
- Ale oczywiście wyjazd do Londynu to o wiele 
lepszy pomysł...
- Trochę niefortunnie się składa, że moja ciotka 
wyruszyła dzisiaj wcześnie rano na wystawę 
kwiatów. Nie miałam jeszcze okazji powiedzieć 
jej, co się wydarzyło. Zostawię jej list z 

background image

wiadomością, że pojechałam do mieszkania.
- Wybierasz się do mieszkania twojej ciotki w 
Londynie?
- Tak. Nikogo w nim nie ma. A posiłki mogę 
jadać w mieście.
- Będziesz sama w tym mieszkaniu? O Boże, nie 
powinnaś tego robić. Nie zostawaj tam sama.
- Przecież nikt mnie nie zje - powiedziała 
Bridget z irytacją. - Poza tym moja ciotka jutro 
wraca.
Panna Waynflete z niepokojem potrząsnęła 
głową.
- Lepiej zatrzymaj się w jakimś hotelu - 
zasugerował Luke.
- Dlaczego? - spytała Bridget, gwałtownie 
odwracając się do niego. - Co się z wami dzieje? 
Dlaczego traktujecie mnie jak niedorozwinięte 
dziecko?
- Ależ skąd, kochanie - zaprotestowała panna 
Waynflete. - Po prostu chcemy, żebyś była 
ostrożna!
- Ale dlaczego? Dlaczego? O co w tym 
wszystkim chodzi?
- Posłuchaj, Bridget - zaczął Luke. - Chciałbym 
z tobą porozmawiać. Ale nie tutaj. Pojedźmy w 
jakieś ustronne miejsce. - Spojrzał na pannę 
Waynflete. - Czy możemy wpaść do pani za 
jakąś godzinę? Jest wiele spraw, o których 
chciałbym pani powiedzieć.
- Bardzo proszę. Będę tam na was czekała.
Luke położył dłoń na ramieniu Bridget. 

background image

Skinieniem głowy podziękował pannie 
Waynflete.
- Bagaże zabierzemy później. Chodź.
Poprowadził ją przez hali do wyjścia. Otworzył 
drzwi samochodu. Bridget wsiadła. Luke 
uruchomił silnik i ruszył gwałtownie podjazdem. 
Kiedy minęli żelazną bramę, odetchnął z ulgą.
- Dzięki Bogu bezpiecznie cię stąd wywiozłem - 
powiedział.
- Czy ty zupełnie oszalałeś, Luke? Co znaczą te 
wszystkie tajemnice?
- No cóż, trudno jest zdemaskować mordercę, 
kiedy przebywa się pod jego dachem! - oznajmił 
Luke posępnie.

XX
TKWIMY W TYM OBOJE

Bridget przez chwilę siedziała nieruchomo obok 
niego.
- Gordon? - spytała.
Luke kiwnął potakująco głową.
- Gordon? Gordon... mordercą? Mordercą? W 
życiu nie słyszałam czegoś równie absurdalnego.
- Tak uważasz?
- Owszem. Przecież Gordon nie skrzywdziłby 
nawet muchy.
- Może to i prawda - przyznał Luke ponuro. - 
Sam nie wiem. Ale z całą pewnością zabił 
kanarka, a ja jestem prawie pewien, że 
zamordował również kilka osób.

background image

- Mój drogi, ja po prostu nie mogę w to 
uwierzyć!
- Wiem - powiedział Luke. - To istotnie wydaje 
się niewiarygodne. Zacząłem go podejrzewać 
dopiero przedwczoraj wieczorem.
- Ależ ja go doskonale znam! - zaprotestowała 
Bridget. - Wiem, jaki on jest! W gruncie rzeczy 
to bardzo łagodny człowiek... napuszony, zgoda, 
ale w sumie raczej śmieszny.
Luke potrząsnął głową.
- Będziesz musiała zmienić zdanie na jego temat, 
Bridget.
- Nic z tego, Luke. Ja po prostu w to nie wierzę! 
Skąd przyszedł ci do głowy tak absurdalny 
pomysł? Przecież jeszcze przed dwoma dniami 
byłeś zupełnie pewny, że to Ellsworthy.
Luke lekko się skrzywił.
- Wiem. Wiem. Pewnie sądzisz, że jutro zacznę 
podejrzewać Thomasa, a pojutrze będę 
przekonany, że to sprawka Hortona! Nie 
zmieniani zdania aż tak często. Rozumiem, że ta 
wiadomość tobą wstrząsnęła. Jeśli jednak 
przyjrzysz się temu nieco bliżej, zobaczysz, że 
wszystkie elementy świetnie do siebie pasują. 
Nic dziwnego, że panna Pinkerton bała się pójść 
do lokalnych władz. Wiedziała, że zrobiłaby z 
siebie pośmiewisko! Pokładała nadzieję jedynie 
w Scotland Yardzie.
- Ale jakie motywy mógłby mieć Gordon? Och, 
to takie idiotyczne!
- Wiem. Ale czy nie zdajesz sobie sprawy, że 

background image

Gordon Whitfield jest okropnym 
megalomanem?
- On chce uchodzić za wspaniałego i ważnego 
człowieka. To wynika ze zwykłego kompleksu 
niższości!
- Możliwe, że właśnie to jest źródłem całego 
nieszczęścia. Sam już nie wiem. Ale zastanów się 
tylko przez chwilę, Bridget. Pamiętasz, jakich 
szyderczych zwrotów sama wobec niego 
używałaś... obraza majestatu i tak dalej. Czy nie 
rozumiesz, że jego egocentryzm przekracza 
wszelkie granice? A w dodatku to maniak 
religijny! Moja droga, on jest kompletnie 
obłąkany!
Bridget zastanawiała się przez chwilę.
- Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Jakie masz na 
to dowody, Luke?
- No cóż, świadczą o tym jego własne słowa. 
Przedwczoraj wieczorem oświadczył mi jasno i 
wyraźnie, że każdy, kto mu się w jakikolwiek 
sposób sprzeciwi, zawsze umiera.
- Mów dalej.
- Nie potrafię ci tego dokładnie wyjaśnić, ale 
chodzi mi o sposób, w jaki o tym mówił. Był 
spokojny, zadowolony z siebie i... jakby to ująć... 
uważał to za zupełnie normalne! Siedział w 
fotelu i uśmiechał się do siebie... To było 
niesamowite i dość przerażające, Bridget!
- Mów dalej.
- No cóż, potem zaczął wyliczać osoby, które 
zeszły z tego świata, ponieważ ściągnęły na 

background image

siebie jego gniew! Posłuchaj, Bridget, on 
wymienił panią Horton, Amy Gibbs, 
Tommy'ego Pierce'a, Harry'ego Cartera, 
doktora Humbleby'ego i tego szofera, Riversa.
Bridget pobladła, najwyraźniej wstrząśnięta 
jego słowami.
- Czy wymienił właśnie te osoby?
- Tak. Właśnie te osoby! Czy teraz mi wierzysz?
- Mój Boże, chyba mnie przekonałeś... Jakie 
miał motywy?
- Bardzo trywialne... i to właśnie jest takie 
przerażające. Pani Horton zrobiła mu afront, 
Tommy Pierce naśladował go na oczach 
rozbawionych ogrodników, Harry Carter 
obrzucił obelgami, Amy Gibbs zachowała się 
wobec niego arogancko, Humbleby miał 
czelność publicznie zakwestionować jego zdanie, 
Rivers groził mu w mojej obecności, a panna 
Waynflete...
Bridget ukryła twarz w dłoniach.
- To straszne... Okropne... -wymamrotała.
- Wiem. Istnieją jeszcze pewne dodatkowe 
dowody. Samochodem, który przejechał w 
Londynie pannę Pinkerton, był rolls royce o 
takich samych numerach rejestracyjnych, jakie 
ma samochód lorda Whitfielda.
- To zdecydowanie przesądza sprawę - 
powiedziała Bridget powoli.
- Tak. W Scotland Yardzie uważają, że kobieta, 
która przekazała im ten numer, popełniła błąd. 
Ale ona się nie pomyliła!

background image

- Mogę to zrozumieć - przyznała Bridget. - 
Kiedy w grę wchodzi taki zamożny i wpływowy 
człowiek jak lord Whitfield, muszą, oczywiście, 
uwierzyć w jego wersję wydarzeń!
- Owszem. Relację panny Pinkerton uznaliby za 
niewiarygodną.
- Parę razy powiedziała mi dość dziwne rzeczy - 
powiedziała Bridget w zamyśleniu. - Jakby mnie 
przed czymś ostrzegała... Wtedy nie 
rozumiałam, do czego ona zmierza... Teraz już 
wiem!
- Wszystko się zgadza - stwierdził Luke. - Tak 
zawsze bywa. Początkowo mówi się, tak jak ty 
powiedziałaś: "Niemożliwe!", a potem, kiedy już 
pogodzisz się z tą myślą, wszystko zaczyna do 
siebie pasować! Winogrona, które lord 
Whitfield posłał pani Horton, a ona 
podejrzewała, że trują ją pielęgniarki! Wizyta w 
Instytucie Wellermana Kreutza... musiał zdobyć 
jakieś bakterie, którymi zainfekował ranę 
doktora Humbleby'ego.
- Nie rozumiem, jak zdołał tego dokonać.
- Ja również, ale istnieje związek między tymi 
wydarzeniami. Nie da się temu zaprzeczyć.
- Nie... Jak twierdzisz, te elementy do siebie 
pasują. Oczywiście, mógł robić rzeczy, na które 
nie odważyliby się inni ludzie! Chodzi mi o to, że 
był poza wszelkimi podejrzeniami!
- Myślę, że podejrzewała go panna Waynflete. 
Wspomniała o jego wizycie w instytucie. 
Napomknęła o tym mimochodem, mając 

background image

najprawdopodobniej nadzieję, że wyciągnę z 
tego właściwy wniosek.
- Więc wiedziała o tym od samego początku?
- Żywiła bardzo silne podejrzenia. 
Powstrzymywało ją chyba to, że była w nim 
kiedyś zakochana.
Bridget kiwnęła głową.
- Tak, to wiele tłumaczy. Gordon mówił mi, że 
kiedyś byli zaręczeni.
- Po prostu nie chciała uwierzyć, że to może być 
on. Ale coraz bardziej utwierdzała się w tym 
przekonaniu. Próbowała dawać mi to do 
zrozumienia, ale nie mogła wystąpić przeciwko 
niemu otwarcie! Kobiety to dziwne istoty! 
Myślę, że w jakiś sposób nadal jej na nim 
zależy...
- Mimo że ją porzucił?
- To ona porzuciła jego. To dość nieprzyjemna 
historia. Opowiem ci ją.
Luke zrelacjonował jej ten przykry epizod. 
Bridget patrzyła na niego zdumiona.
- Powiedziała ci, że Gordon tak postąpił?
- Owszem. Już wtedy nie mógł być całkiem 
normalny!
- Już wtedy... - wyjąkała Bridget, drżąc na 
całym ciele. - Tyle lat temu...
- Może nigdy nie dowiemy się o innych jego 
ofiarach! Dopiero ta seria zgonów, do których 
doszło w krótkich odstępach czasu, ściągnęła na 
niego uwagę! Może był tak upojony 
powodzeniem, że stał się nieostrożny!

background image

Bridget pokiwała głową. Przez parę minut 
rozmyślała w milczeniu, a potem spytała 
niespodziewanie:
- Powtórz mi dokładnie słowa panny 
Pinkerton... co mówiła wtedy w pociągu? Od 
czego zaczęła?
Luke cofnął się myślami do tej rozmowy.
- Powiedziała, że jedzie do Scotland Yardu, 
wspominała o waszym posterunkowym, którego 
uważała za miłego człowieka, ale nie nadającego 
się do prowadzenia śledztwa w sprawie o 
morderstwo.
- Czy wtedy użyła tego słowa po raz pierwszy?
- Tak.
- Mów dalej.
- Następnie powiedziała: "Widzę, że jest pan 
zaskoczony. Początkowo też byłam zaskoczona. 
Po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, 
że fantazjuję".
- Co mówiła potem?
- Spytałem, czy jest absolutnie przekonana, że 
istotnie nie fantazjuje, a ona odparła spokojnie: 
"Och, nie! Mogło tak się zdarzyć za pierwszym 
razem, ale nie za drugim, trzecim czy czwartym. 
Potem już się wie".
- Zdumiewające - skomentowała Bridget.
- Pocieszyłem ją mówiąc, że podjęła słuszną 
decyzję, ale jej nie uwierzyłem!
- Rozumiem. Łatwo być mądrym po fakcie! Ja 
też traktowałam tę biedaczkę ze współczuciem i 
wyższością! Jak dalej potoczyła się wasza 

background image

rozmowa?
- Niech pomyślę... aha! wspomniała o sprawie 
Abercrombiego... wiesz, tego truciciela z Walii. 
Nie wierzyła, że patrzył na swoje przyszłe ofiary 
w jakiś szczególny sposób. Ale dodała, że teraz 
już wierzy, bo widziała coś takiego na własne 
oczy.
- Powtórz mi dokładnie jej słowa. Luke 
zastanawiał się, marszcząc brwi.
- Powiedziała tym swoim miłym głosem: "Kiedy 
o tym czytałam, nie wierzyłam... ale to 
prawda!" Wtedy spytałem: "Co takiego?" A 
ona odparła: "Ten szczególny błysk w 
oczach..." Na Boga, Bridget, sposób, w jaki to 
powiedziała, absolutnie mną wstrząsnął! Jej 
spokojny głos i wyraz twarzy... wyglądała jak 
ktoś, kto naprawdę widział coś zbyt 
przerażającego, by to wyrazić słowami!
- Mów dalej, Luke. Opowiedz mi wszystko.
- Potem wyliczyła ofiary... Amy Gibbs, Cartera i 
Tommy'ego Pierce'a. Wspomniała, że Tommy 
był nieznośnym szczeniakiem, a Carter 
pijakiem. Później dodała: "A teraz... wczoraj... 
spotkało to doktora Humbleby'ego, który jest 
takim dobrym i poczciwym człowiekiem". 
Następnie stwierdziła, że gdyby powiedziała o 
tym doktorowi Humbleby'emu, to z pewnością 
by jej nie uwierzył i wyśmiałby ją.
Bridget głęboko westchnęła.
- Rozumiem - mruknęła. - Teraz to do mnie 
dotarło.

background image

- Co, Bridget? - spytał Luke, przyglądając jej się 
uważnie. - O czym myślisz?
- O czymś, co kiedyś powiedziała mi pani 
Humbleby. Zastanawiałam się... och, mniejsza o 
to, mów dalej. Jak zakończyła się ta rozmowa?
Luke przytoczył dokładnie słowa panny 
Pinkerton, które wywarły na nim tak duże 
wrażenie, że nie mógł ich zapomnieć.
- Na mój argument, że chyba trudno jest 
popełnić bezkarnie tak wiele zbrodni, odparła: 
"Ależ nie, mój drogi, tu pan się myli. Bardzo 
łatwo jest zabić człowieka... pod warunkiem, że 
nikt pana o to nie podejrzewa. A ten morderca 
jest ostatnią osobą, którą ktokolwiek mógłby 
podejrzewać!"
Zamilkł.
- Łatwo jest zabić człowieka? - powtórzyła 
Bridget drżącym głosem. - Przerażająco łatwo... 
to prawda! Nic dziwnego, że te słowa zapadły ci 
tak głęboko w pamięć, Luke. Ja będę je 
pamiętać do końca życia! Człowiek taki jak 
Gordon Whitfield... och! Oczywiście, że to łatwe.
- Ale nie tak łatwo będzie mu to udowodnić - 
zauważył Luke.
- Tak sądzisz? Wydaje mi się, że mogę w tym 
pomóc.
- Bridget, zabraniam ci...
- Nie możesz. Nie wolno siedzieć z założonymi 
rękami i grać na zwłokę. Jestem w to 
zamieszana, Luke. Przyznaję, że to trochę 
niebezpieczne zadanie, ale muszę do końca 

background image

odegrać swoją rolę.
- Bridget...
- Wplątałam się w tę historię, Luke! Przyjmę 
więc zaproszenie panny Waynflete i zostanę w 
Wychwood.
- Kochanie, błagam cię...
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że to jest 
niebezpieczne dla nas obojga. Ale tkwimy w 
tym, Luke... tkwimy w tym oboje!

XXI
OCH, DLACZEGO SPACERUJESZ PO 
POLACH W RĘKAWICZKACH?

Zaciszne wnętrze domu panny Waynflete 
podziałało na nich kojąco po chwilach napięcia, 
które przeżyli w samochodzie.
Panna Waynflete była trochę zdziwiona, że 
Bridget chce mimo wszystko u niej zostać, ale 
szybko zapewniła, że w pełni podtrzymuje 
zaproszenie.
- Skoro jest pani tak uprzejma, panno 
Waynflete - powiedział Luke - uważam to 
rozwiązanie za najlepsze. - Ja zatrzymałem się w 
gospodzie Pod Błazeńską Czapką, będę więc 
miał ją na oku. Bądź co bądź, nie należy 
zapominać o tym, co się wydarzyło w Londynie.
- Ma pan na myśli Lavinię Pinkerton? - spytała 
panna Waynflete.
- Tak. Można by przypuszczać, że w centrum 
wielkiego miasta człowiek jest zupełnie 

background image

bezpieczny.
- Chodzi panu o to - zaczęła panna Waynflete - 
że bezpieczeństwo człowieka zależy przede 
wszystkim od tego, czy ktoś nie dybie na jego 
życie?
- No, właśnie. Dożyliśmy takich czasów.
Panna Waynflete z zadumą pokiwała głową.
- Od jak dawna pani wie, że Gordon jest 
mordercą, panno Waynflete? - spytała Bridget.
Panna Waynflete westchnęła.
- To trudne pytanie, moja droga. Myślę, że w 
głębi duszy byłam zupełnie pewna już od 
dłuższego czasu... Ale robiłam, co mogłam, żeby 
o tym nie myśleć! Nie chciałam w to uwierzyć, 
więc udawałam sama przed sobą, że moje 
podejrzenia są nikczemne i absurdalne.
- Czy nigdy nie obawiała się pani o... własne 
życie? - spytał Luke.
Panna Waynflete przez chwilę rozważała w 
myślach jego pytanie.
- Czy chodzi panu o to, że gdyby Gordon 
wyczuł, iż zaczęłam coś podejrzewać, znalazłby 
jakiś sposób, by się mnie pozbyć?
- Tak.
- Oczywiście, brałam pod uwagę taką 
ewentualność... - wyznała panna Waynflete 
spokojnie. - Starałam się zachować ostrożność. 
Nie sądzę jednak, żeby Gordon mógł dostrzec 
we mnie prawdziwe zagrożenie.
- Dlaczego?
Panna Waynflete lekko się zarumieniła.

background image

- Nie przypuszczam, by Gordonowi przyszło 
kiedykolwiek na myśl, że mogłabym... ściągnąć 
na niego jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
- Czy posunęła się pani do tego, żeby go ostrzec? 
- spytał Luke szorstko.
- Owszem. To znaczy, dałam mu do 
zrozumienia, iż dziwi mnie to, że każdy, kto mu 
się narazi, niebawem ginie w jakimś 
nieszczęśliwym wypadku.
- Jak na to zareagował? - spytała Bridget.
Na twarzy panny Waynflete pojawił się wyraz 
troski.
- Nie tak, jak się spodziewałam. Wydawał mi 
się... to naprawdę zadziwiające!... zadowolony... 
Spytał: "Więc zwróciłaś na to uwagę?" I... 
napuszył się dumnie jak paw.
- To jasne, że jest obłąkany! - zawołał Luke.
- Tak, istotnie - przyznała skwapliwie panna 
Waynflete. - Po prostu nie ma innego 
wytłumaczenia. Nie odpowiada za swoje czyny. - 
Położyła dłoń na ramieniu Luke'a. - Nie 
powieszą go, prawda, panie Fitzwilliam?
- Nie, nie. Przypuszczam, że poślą go do zakładu 
dla umysłowo chorych w Broadmoor.
Panna Waynflete westchnęła z ulgą i wygodniej 
usiadła w fotelu.
- Bardzo mnie to cieszy. - Jej wzrok spoczął na 
Bridget, która wpatrywała się w dywan, z 
zadumą marszcząc brwi.
- Ale mamy przed sobą jeszcze długą drogę - 
powiedział Luke. -Zawiadomiłem już 

background image

odpowiednie władze i mogę powiedzieć tylko 
tyle, że Scotland Yard potraktuje tę sprawę 
poważnie. Musicie sobie jednak uprzytomnić, że 
nie mamy wystarczających dowodów.
- Zdobędziemy je - oznajmiła Bridget.
Panna Waynflete podniosła na nią wzrok. Luke 
dostrzegł w jej oczach błysk, który przypominał 
mu kogoś lub coś, co niedawno widział. Wytężył 
pamięć, ale nie udało mu się tego z niczym 
skojarzyć.
- Jesteś bardzo pewna siebie, moja droga - 
powiedziała panna Waynflete z 
powątpiewaniem. - No cóż, być może masz rację.
- Posłuchaj, Bridget, pojadę teraz do rezydencji 
po twoje rzeczy - rzekł Luke.
- Jadę z tobą - odparła spiesznie Bridget.
- Wolałbym, żebyś została tutaj.
- Ale ja wolę pojechać.
- Przestań odgrywać wobec mnie rolę troskliwej 
matki, Bridget! - warknął Luke ze złością. - Nie 
życzę sobie, żebyś mnie ochraniała.
- Uważam, Bridget, że wszystko będzie dobrze... 
przecież pojedzie samochodem, a w dodatku jest 
biały dzień - powiedziała półgłosem panna 
Waynflete.
- Czuję się jak idiotka. Ta historia działa mi na 
nerwy - wyszeptała Bridget, uśmiechając się z 
zażenowaniem.
- Któregoś wieczora panna Waynflete 
odprowadziła mnie aż do samego domu - 
przypomniał sobie Luke. - No, panno Waynflete, 

background image

niech się pani przyzna, że chciała pani mnie 
chronić! Tak było, prawda?
Panna Waynflete potwierdziła jego sugestię 
uśmiechem.
- No cóż, panie Fitzwilliam, pan jeszcze niczego 
nie podejrzewał! Groziło panu 
niebezpieczeństwo, ponieważ Gordon mógł już 
się zorientować, że przyjechał pan tutaj jedynie 
po to, by zbadać tę sprawę. A na tej odludnej 
dróżce mogło się panu coś przytrafić!
- No dobrze, ale teraz zdaję już sobie sprawę z 
niebezpieczeństwa - oświadczył Luke posępnie. - 
Zapewniam panią, że nie dam się zaskoczyć.
- Niech pan nie zapomina, że on jest niezwykle 
przebiegły. - Znacznie sprytniejszy, niż się panu 
zdaje! To bardzo pomysłowy człowiek.
- Dziękuję, że mnie pani ostrzegła.
- Mężczyźni są odważni - westchnęła panna 
Waynflete - ale znacznie łatwiej ich oszukać niż 
kobiety.
- To prawda - przyznała Bridget.
- Panno Waynflete, czy istotnie uważa pani, że 
coś mi zagraża? Czy sądzi pani, że lord 
Whitfield naprawdę dybie na moje życie?
- Myślę - odparła panna Waynflete po chwili 
wahania - że niebezpieczeństwo grozi przede 
wszystkim Bridget. To ona zerwała zaręczyny, a 
to jest dla niego największą zniewagą! 
Przypuszczam, że dopiero kiedy rozprawi się z 
Bridget, skieruje uwagę na pana. Ale bez 
wątpienia do niej zabierze się w pierwszej 

background image

kolejności.
- Bardzo bym chciał, Bridget, żebyś wyjechała 
za granicę... i to teraz... natychmiast.
Bridget mocno zacisnęła usta.
- Nie pojadę.
Panna Waynflete westchnęła.
- Jesteś odważną kobietą, Bridget. Podziwiam 
cię.
- Na moim miejscu postąpiłaby pani tak samo.
- No cóż, niewykluczone.
- Oboje w tym tkwimy, Luke i ja - oznajmiła 
Bridget stanowczo. Odprowadziła Luke'a do 
drzwi.
- Zatelefonuję do ciebie z gospody, kiedy już 
bezpiecznie wydostanę się z jaskini tego lwa - 
powiedział Luke.
- Dobrze.
- Kochanie, nie denerwuj się! Nawet 
najdoskonalsi mordercy muszą mieć czas na 
gruntowne przemyślenie swoich planów! 
Wydaje mi się, że przez parę dni nic nam nie 
grozi. Dzisiaj przyjeżdża z Londynu inspektor 
Battle. Kiedy tylko tutaj się zjawi, Whitfield 
będzie pod obserwacją.
- Zatem skoro wszystko jest pod kontrolą, 
możemy zakończyć ten melodramat.
- Bridget, kochanie, proszę cię, nie rób żadnych 
nierozważnych kroków! - powiedział Luke 
poważnie, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- Ciebie też to dotyczy, mój drogi.
Uścisnął jej ramię, a potem wskoczył do 

background image

samochodu i odjechał. Bridget wróciła do 
salonu.
- Moja droga, twój pokój nie jest jeszcze całkiem 
gotowy - rzekła panna Waynflete z typowym dla 
starych panien zdenerwowaniem takim 
drobiazgiem. - Emily właśnie sprawdza, czy 
czegoś nie brakuje. Wiesz co? Przygotuję ci 
filiżankę pysznej herbaty! Dobrze ci zrobi po 
tych burzliwych wydarzeniach.
- To bardzo uprzejme z pani strony, panno 
Waynflete, ale dziękuję.
Bridget miała ochotę na mocny koktajl z dużą 
ilością ginu, ale doszła do słusznego wniosku, że 
nie należy liczyć na ten rodzaj pokrzepiającego 
napoju. Nie znosiła herbaty, ponieważ 
zazwyczaj cierpiała po niej na niestrawność. 
Jednakże panna Waynflete zdecydowała, że 
herbata jest właśnie tym, czego najbardziej 
potrzebuje jej młody gość. Wybiegła do kuchni, 
a po pięciu minutach wróciła z tacą, na której 
stały dwie delikatnie zdobione filiżanki z 
drezdeńskiej porcelany, wypełnione 
aromatycznym, parującym napojem.
- Oryginalny Lapsang Souchong - oznajmiła z 
dumą.
Bridget, która nie lubiła chińskiej herbaty 
jeszcze bardziej niż indyjskiej, uśmiechnęła się 
blado.
W tym momencie w drzwiach pojawiła się 
Emily, niewyrośnięta i niezdarna pokojówka 
panny Waynflete.

background image

- Proszę pani - powiedziała - czy miała pani na 
myśli te poszewki z falbankami?
Panna Waynflete pospiesznie wyszła z pokoju, a 
Bridget skorzystała z okazji i wylała swoją 
herbatę za okno. Omal nie poparzyła przy tym 
wrzątkiem kocura, który wylegiwał się na 
grządce.
Puszek, przyjąwszy łaskawie jej przeprosiny, 
wskoczył na parapet, a potem wdrapał się jej na 
ramiona i zaczął czule mruczeć.
- Jesteś bardzo piękny! - powiedziała Bridget, 
głaszcząc go po grzbiecie.
Puszek wygiął grzbiet w łuk, mrucząc ze 
zdwojoną energią.
- Dobry kotek - szepnęła Bridget, drapiąc go za 
uszami.
- Mój Boże - zawołała panna Waynflete, 
wchodząc do pokoju. - Puszek najwyraźniej cię 
polubił. Z reguły zachowuje się z rezerwą! Tylko 
uważaj na jego uszko. Ostatnio bardzo go bolało 
i nadal mu dokucza.
Ale było już za późno. Bridget pociągnęła go 
niechcący za chore ucho. Kocur prychnął na nią 
i odszedł majestatycznym krokiem, jakby 
demonstrując swą urażoną godność.
- Och, mój Boże, czy cię podrapał? - zawołała 
panna Waynflete.
- To nic poważnego - odparła Bridget, ssąc 
ukośne zadraśnięcie na grzbiecie dłoni.
- Może przemyć ci rankę jodyną?
- Och, nie trzeba, wszystko w porządku. Nie 

background image

warto zawracać sobie tym głowy.
Panna Waynflete wydawała się zawiedziona. 
Bridget, czując, że zachowała się niezbyt 
uprzejmie, spytała pospiesznie:
- Ciekawe, jak długo Luke tam będzie?
- Nie martw się, kochanie. Jestem pewna, że pan 
Fitzwilliam potrafi o siebie zadbać.
- Och, Luke jest bardzo twardym mężczyzną!
W tym momencie zadzwonił telefon. Bridget 
szybko do niego podeszła. Usłyszała w słuchawce 
głos Luke'a.
- Halo? To ty, Bridget? Jestem już w gospodzie. 
Czy mogę przywieźć twoje rzeczy po lunchu? 
Pojawił się tu Battle... wiesz, o kim mówię...?
- Ten inspektor ze Scotland Yardu?
- Tak. Chce natychmiast ze mną porozmawiać.
- W porządku. Kiedy przywieziesz moje bagaże, 
opowiesz mi, co on o tym wszystkim sądzi.
- Dobrze. Tymczasem, kochanie.
- Do zobaczenia.
Bridget odłożyła słuchawkę i powtórzyła pannie 
Waynflete treść rozmowy. Potem szeroko 
ziewnęła. Po pełnym wyczerpujących emocji 
poranku ogarnęło ją nagłe znużenie.
Panna Waynflete zwróciła na to uwagę.
- Widzę, że jesteś zmęczona, moja droga! Może 
się położysz... nie, lepiej nie robić tego tuż przed 
lunchem. Wybieram się teraz do pewnej 
kobiety, by zanieść jej trochę starych ubrań. 
Mieszka w chatce niedaleko stąd... to bardzo 
przyjemny spacer przez pola. Czy miałabyś 

background image

ochotę dotrzymać mi towarzystwa? Zdążymy 
wrócić na lunch.
Bridget chętnie się zgodziła.
Wyszły z domu tylnymi drzwiami. Panna 
Waynflete miała na głowie słomkowy kapelusz i, 
ku rozbawieniu Bridget, włożyła rękawiczki.
Można by pomyśleć, że wybieramy się na Bond 
Street! - myślała.
Po drodze panna Waynflete gawędziła wesoło o 
rozmaitych sprawach związanych z życiem w 
małym, prowincjonalnym miasteczku. Przeszły 
przez pola, przecięły wyboisty gościniec, a 
potem skręciły na ścieżkę wiodącą przez 
zapuszczony zagajnik. Dzień był dość upalny, 
więc spacer w cieniu drzew sprawił Bridget 
przyjemność.
Panna Waynflete zaproponowała, żeby usiadły i 
chwilę odpoczęły.
- Ten dzisiejszy upał jest naprawdę uciążliwy, 
nie sądzisz? Chyba nadciąga burza!
Bridget sennym głosem przyznała jej słuszność. 
Leżała na plecach z na wpół przymkniętymi 
oczami, a po jej głowie błąkały się słowa 
wiersza.

Och, dlaczego spacerujesz po polach w 
rękawiczkach,
Och, gruba blond kobieto, której nikt nie 
kocha?

To do niej nie pasuje! Przecież panna Waynflete 

background image

wcale nie jest gruba - pomyślała Bridget, a 
potem wniosła do wiersza odpowiednie 
poprawki.

Och, dlaczego spacerujesz po polach w 
rękawiczkach,
Och, chuda, siwa kobieto, której nikt nie kocha?

- Jesteś bardzo senna, kochanie, prawda? - 
spytała panna Waynflete, przerywając jej 
rozmyślania.
Wypowiedziała te słowa swoim zwykłym, 
łagodnym tonem, ale było w nim coś, co 
sprawiło, że Bridget nagle otworzyła oczy. 
Panna Waynflete pochylała się nad nią.
- Jesteś bardzo senna, prawda? - spytała znowu, 
oblizując wargi i patrząc na nią przejmującym 
wzrokiem.
Tym razem Bridget pojęła znaczenie jej słów. 
Kiedy nagle dotarło to do jej świadomości, 
poczuła głęboką pogardę dla własnej tępoty!
Podejrzewała prawdę, ale było to tylko mgliste 
podejrzenie. Zamierzała sprawdzić jego 
słuszność spokojnie i dyskretnie. Ani przez 
moment nie przeczuwała, że może grozić jej 
jakieś niebezpieczeństwo. Wydawało jej się, że 
doskonale maskuje swe podejrzenia. Nie 
przyszło jej nawet do głowy, że atak może 
nastąpić tak szybko. Zrozumiała, że zachowała 
się jak skończona idiotka!
- Herbata... - pomyślała. - Na pewno coś w niej 

background image

było. Ona nie wie, że jej nie wypiłam. To moja 
jedyna szansa! Muszę udawać! Ciekawe, co to 
było za paskudztwo. Trucizna? Czy tylko środek 
nasenny? Ona myśli, że jestem śpiąca... to 
oczywiste.
Ponownie zamknęła oczy.
- Tak... okropnie... - odparła, mając nadzieję, że 
jej głos zabrzmi naprawdę sennie. - To dziwne! 
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek była taka 
śpiąca.
Panna Waynflete lekko kiwnęła głową.
Bridget obserwowała ją spod przymrużonych 
powiek.
Tak czy owak - pomyślała - nie może się ze mną 
mierzyć! Jestem silną młodą kobietą, a ona tylko 
chudą słabą staruszką. Ale muszę nakłonić ją do 
mówienia... sprowokować do zwierzeń!
Twarz panny Waynflete wykrzywił chytry, 
niemal nieludzki uśmiech.
Ona przypomina kozę - pomyślała Bridget. O 
Boże! Jakże ona jest podobna do kozy! To 
zwierzę zawsze było symbolem zła! Teraz już 
rozumiem, dlaczego! Miałam rację... moje 
fantastyczne podejrzenia okazały się słuszne! 
Nawet w piekle nie ma większego zła niż we 
wzgardzonej kobiecie... Od tego się wszystko 
zaczęło...
- Nie wiem, co się ze mną dzieje... - powiedziała 
cicho. Tym razem w jej głosie zabrzmiała 
wyraźna nutka lęku. - Czuję się bardzo 
dziwnie... Okropnie kręci mi się w głowie!

background image

Panna Waynflete rozejrzała się nerwowo. 
Znajdowały się na zupełnym odludziu. 
Miasteczko leżało zbyt daleko, by ktoś mógł 
usłyszeć krzyki. W pobliżu nie było żadnych 
domów ani willi. Zaczęła grzebać w swojej 
paczce, która rzekomo zawierała starą odzież. 
Kiedy rozdarła papier, Bridget dostrzegła 
kątem oka jakąś wełnianą część garderoby. 
Panna Waynflete znów sięgnęła do zawiniątka 
dłońmi w rękawiczkach.

Och, dlaczego spacerujesz po polach w 
rękawiczkach?

No właśnie... dlaczego? - pomyślała Bridget. 
Dlaczego w rękawiczkach? Ależ to jasne jak 
słońce! Wszystko świetnie zaplanowała!
Panna Waynflete ostrożnie wyciągnęła z 
zawiniątka nóż, uważając, by nie zetrzeć z niego 
śladów, które zostawił lord Whitfield, kiedy tego 
ranka bawił się nim w swym salonie w Ashe 
Manor.
Mauretański nóż ze spiczastym ostrzem.
Bridget poczuła, że robi jej się słabo. 
Postanowiła grać na zwłokę... zmusić tę kobietę 
do zwierzeń... chudą, siwą kobietę, której nikt 
nie kochał. Doszła do wniosku, że nie powinno to 
być zbyt trudne, ponieważ panna Waynflete z 
pewnością odczuwa nieprzepartą potrzebę 
mówienia, a jedyną osobą, z którą może 
porozmawiać, jest ktoś taki jak Bridget... ktoś, 

background image

kto ma niebawem na zawsze zamilknąć.
- Co to za... nóż? - spytała omdlewającym 
głosem.
Panna Waynflete wybuchnęła przerażającym, 
stłumionym, niemal nieludzkim śmiechem.
- Jest przeznaczony dla ciebie, Bridget - 
powiedziała. - Dla ciebie! Od dawna cię 
nienawidziłam.
- Dlatego że miałam wyjść za Gordona 
Whitfielda? - spytała Bridget.
Panna Waynflete kiwnęła głową.
- Jesteś bardzo bystra! Twoja śmierć będzie 
koronnym dowodem przeciwko niemu. Znajdą 
twoje zwłoki z poderżniętym gardłem i nóż z 
odciskami jego palców! Dlatego właśnie 
poprosiłam dziś rano, żeby mi go pokazał! 
Kiedy byliście na górze, zawinęłam nóż w 
chusteczkę do nosa i schowałam do torebki. To 
takie proste! Prawdę mówiąc, wszystko poszło 
mi gładko. Wprost nie mogłam w to uwierzyć.
- To dlatego że... jest pani... tak bardzo 
przebiegła... - wyjąkała Bridget stłumionym 
głosem osoby oszołomionej środkiem nasennym.
Panna Waynflete znów wybuchnęła 
przerażającym śmiechem.
- Tak, już w młodości odznaczałam się 
nieprzeciętną inteligencją! -oświadczyła z 
zatrważającą dumą w głosie. - Ale nie 
pozwalano mi nic robić... Musiałam bezczynnie 
siedzieć w domu. Potem pojawił się w moim 
życiu Gordon, syn prostego szewca, ale 

background image

wiedziałam, że to chłopak z aspiracjami. Nie 
miałam wątpliwości, że daleko zajdzie. A on 
mnie porzucił... mnie! Wszystko przez tę 
idiotyczną historię z kanarkiem.
Wykonała w powietrzu dziwny, gwałtowny 
ruch. Bridget znów poczuła, że robi jej się 
niedobrze.
- Gordon Ragg ośmielił się porzucić mnie, córkę 
pułkownika Waynflete'a! Poprzysięgłam mu 
zemstę! Myślałam o tym co noc... Potem mojej 
rodzinie zaczęło się powodzić coraz gorzej. 
Trzeba było sprzedać dom. A on go kupił! 
Poniżył mnie, proponując posadę w moim 
dawnym rodzinnym domu. Jakże ja go wtedy 
nienawidziłam! Ale nigdy nie okazywałam 
swoich uczuć. Nauczono nas tego w młodości... 
to niezwykle cenna umiejętność. Uważam, że 
dobre wychowanie robi swoje.
Milczała przez dłuższą chwilę. Bridget uważnie 
na nią patrzyła, bojąc się oddychać, żeby nie 
przerwać potoku jej słów.
- Przez cały czas rozmyślałam... - ciągnęła panna 
Waynflete. - Początkowo chciałam go po prostu 
zabić. Znalazłam w bibliotece książki z zakresu 
kryminologii. Ta lektura później nieraz mi się 
przydała. Na przykład, drzwi do pokoju Amy 
Gibbs... kiedy już zamieniłam buteleczki przy 
jej łóżku, przekręciłam klucz w zamku od 
zewnątrz za pomocą obcążków. Jakże ta 
dziewczyna obrzydliwie chrapała!... Zaraz, 
zaraz... na czym skończyłam? - powiedziała po 

background image

chwili przerwy.
Bridget miała pewien niezwykły dar, który tak 
oczarował lorda Whitfielda; była bardzo 
wdzięcznym słuchaczem. Honoria Waynflete 
jest nie tylko maniakalną morderczynią, lecz 
również osobą pragnącą mówić o sobie. A ona 
potrafiła sobie radzić z tego rodzaju ludźmi. 
Powiedziała więc zachęcająco:
- Że początkowo chciała pani go zabić...
- Tak, ale ta koncepcja mnie nie zadowalała... 
była zbyt prostacka... chciałam wymyślić coś 
lepszego niż zwykłe morderstwo. I wtedy 
wpadłam na ten pomysł. Po prostu przyszedł mi 
on niespodziewanie do głowy. Uznałam, że 
Gordon musi ponieść konsekwencje wielu 
zbrodni, których nie popełni. Że oskarżą go, a 
potem powieszą za moje morderstwa! Ale 
byłoby jeszcze lepiej, gdyby uznano go za 
szaleńca i zamknięto w zakładzie dla 
obłąkanych na całe życie...
Zaczęła przeraźliwie chichotać. Miała 
nienaturalnie rozszerzone źrenice.
- Jak ci mówiłam, przeczytałam wiele książek z 
zakresu kryminologii. Starannie wybierałam 
swoje ofiary. Początkowo moje morderstwa nie 
wzbudzały niczyich podejrzeń. Wiesz - zniżyła 
głos - zabijanie sprawiało mi przyjemność... Ta 
niesympatyczna kobieta, Lydia Horton, 
lekceważyła mnie... pewnego razu powiedziała o 
mnie: "Ta stara panna". Ucieszyła mnie 
wiadomość, że Gordon się z nią pokłócił. 

background image

Pomyślałam, że mogę upiec dwie pieczenie przy 
jednym ogniu! Zabawnie było siedzieć przy 
łóżku chorej i ukradkiem wsypywać arszenik do 
jej herbaty, a potem, po wyjściu z pokoju, 
mówić pielęgniarce, że pani Horton narzekała 
na gorzki smak winogron, które dostała od 
lorda Whitfielda! Wielka szkoda, że ta głupia 
kobieta nigdy nikomu tego nie powtórzyła. 
Potem przyszła kolej na innych! Kiedy tylko 
usłyszałam, że Gordon żywi do kogoś urazę, 
natychmiast aranżowałam jakiś nieszczęśliwy 
wypadek! Cóż z niego za niewiarygodny głupiec! 
Wmówiłam mu, że ma w sobie coś wyjątkowego! 
Że każdy, kto wystąpi przeciwko niemu, ponosi 
zasłużoną karę. Z łatwością w to uwierzył. 
Biedny, kochany Gordon, uwierzyłby we 
wszystko. Jest taki naiwny!
Bridget przypomniała sobie swoje własne pełne 
ironii słowa, które wypowiedziała w obecności 
Luke'a: "Gordon! On uwierzyłby we wszystko!"
Czuła, że musi nakłonić pannę Waynflete do 
dalszych zwierzeń. A to nie było trudne! Będąc 
przez wiele lat sekretarką, łagodnie zachęcała 
swoich pracodawców do osobistych wynurzeń. A 
ta kobieta odczuwała nieprzepartą potrzebę 
mówienia o sobie i chełpienia się swoją 
inteligencją.
- Ale jak to się pani udało? - spytała półgłosem. - 
Nie potrafię tego zrozumieć.
- Och, to było bardzo proste! To sprawa 
organizacji! Kiedy Amy została odprawiona z 

background image

rezydencji, natychmiast zatrudniłam ją u siebie. 
Pomysł z farbą do kapeluszy uważam za 
niezwykle sprytny, a drzwi zamknięte na klucz 
od wewnątrz zapewniły mi bezpieczeństwo. 
Oczywiście, niczego nie ryzykowałam, bo nie 
miałam żadnego motywu, a bez tego nie można 
nikogo podejrzewać o morderstwo. Z Carterem 
też poszło łatwo... zataczał się we mgle, a ja 
dogoniłam go na kładce i mocno popchnęłam. 
Jestem bardzo silna.
Przerwała i znów przerażająco zachichotała.
- Cala ta historia była świetną zabawą! Nigdy 
nie zapomnę wyrazu twarzy Tommy'ego w 
chwili, gdy spychałam go z parapetu. Nie miał 
najmniejszego pojęcia, że... - Pochyliła się nad 
Bridget i powiedziała cicho, jakby powierzając 
jej swoją największą tajemnicę: -Wiesz, ludzie 
są naprawdę strasznie głupi. Nigdy przedtem nie 
zdawałam sobie z tego sprawy.
- Za to pani jest... wyjątkowo inteligentną 
kobietą - oznajmiła Bridget bardzo słabym 
głosem.
- Tak, istotnie... chyba masz rację.
- A doktor Humbleby... Jego przypadek musiał 
być znacznie trudniejszy, prawda?
- Owszem. To cud, że mi się udało. Oczywiście, 
mogło się nie udać. Ale Gordon trąbił na lewo i 
prawo o swojej wizycie w Instytucie 
Wellermana Kreutza, więc postanowiłam 
doprowadzić do tego, żeby ludzie nie zapomnieli 
o tej wizycie, a potem skojarzyli ją ze śmiercią 

background image

doktora Humbleby'ego. Z chorego ucha Puszka 
wydzielała się ropa. Skaleczyłam doktora w rękę 
czubkiem nożyczek. Potem, udając, że jestem 
tym strasznie przejęta, zaczęłam uporczywie 
nalegać, żeby pozwolił mi przemyć i opatrzyć 
ranę. Doktor nie zdawał sobie sprawy, że 
opatrunek został wcześniej zainfekowany 
wydzieliną z ucha kota. Oczywiście, mogło nic z 
tego nie wyjść... to było niepewne 
przedsięwzięcie. Kiedy bakterie zrobiły swoje, 
bardzo się ucieszyłam... zwłaszcza że Puszek 
należał przedtem do Lavinii Pinkerton. - 
Zasępiła się nagle. - Lavinia Pinkerton! Ona 
jedna się domyślała... To ona znalazła wtedy 
Tommy'ego. A potem, kiedy doszło do sprzeczki 
między Gordonem a doktorem Humblebym, 
zobaczyła, jak patrzę na doktora. Dałam się 
zaskoczyć. Zastanawiałam się, jak mam to 
zrobić... A ona zrozumiała! Gdy odwróciłam 
głowę, zauważyłam, że bacznie mnie obserwuje 
i... zdradziłam się. Zdałam sobie sprawę, że ona 
wie. Oczywiście, nie mogła mi niczego 
udowodnić. Byłam tego pewna. Ale mimo 
wszystko obawiałam się, że ktoś może jej 
uwierzyć. Bałam się, że mogą jej uwierzyć w 
Scotland Yardzie. Byłam przekonana, że właśnie 
tam się wybiera, więc wsiadłam do tego samego 
pociągu, a potem zaczęłam ją śledzić. To było 
bardzo łatwe. Kiedy przechodziła przez 
Whitehall, musiała się zatrzymać na wysepce dla 
pieszych. Stanęłam tuż za nią, ale mnie nie 

background image

widziała. Gdy nadjeżdżał jakiś duży samochód, 
mocno ją popchnęłam. A jestem bardzo silna! 
Wpadła wprost pod koła. Powiedziałam stojącej 
obok mnie kobiecie, że zauważyłam numer 
rejestracyjny tego samochodu, i podałam jej 
numer rollsa Gordona. Miałam nadzieję, że 
przekaże te dane policji. Szczęśliwym trafem 
samochód się nie zatrzymał. Pewnie szofer 
wybrał się na przejażdżkę bez wiedzy swego 
pracodawcy. Tak, miałam szczęście. Zawsze je 
mam. A ta awantura z Riversem, do której 
doszło przed paru dniami w obecności Luke'a 
Fitzwilliama... Nieźle się ubawiłam, 
naprowadzając go na fałszywy trop! Dziwiło 
mnie tylko, że tak trudno było skierować jego 
podejrzenia na Gordona. Ale po śmierci Riversa 
musiało do tego dojść. Musiało to do niego w 
końcu dotrzeć! A teraz... no cóż, to będzie 
wspaniałe zakończenie całej sprawy. Wstała i 
podeszła do Bridget.
- Gordon mnie porzucił! - powiedziała cicho. - 
Zamierzał ożenić się z tobą. Spotkało mnie 
rozczarowanie, które odbiło się na całym moim 
życiu. Nie miałam nic... zupełnie nic...

Och, chuda, siwa kobieto, której nikt nie 
kocha...

Z obłąkańczym uśmiechem pochyliła się nad 
Bridget... Błysnął nóż...
Bridget zerwała się na równe nogi. Jak tygrys 

background image

rzuciła się na przeciwniczkę. Pchnęła ją do tyłu i 
mocno zacisnęła dłoń na jej prawym 
nadgarstku.
Zaskoczona Honoria Waynflete upadła na plecy, 
zanim zdążyła zadać cios. Ale po chwili zaczęła 
zażarcie walczyć. Zasób ich sił był 
nieporównywalny. Młoda, zdrowa i 
wysportowana Bridget miała mocne mięśnie, a 
Honoria Waynflete była kobietą szczupłą i 
wątłą.
Bridget nie wzięła jednak pod uwagę jednej 
okoliczności. Honoria Waynflete była obłąkana. 
I właśnie szaleństwo dodawało jej sił. Walczyła 
jak lew. Potrafiła wykrzesać z siebie więcej 
energii niż Bridget ze swych mięśni. Bridget 
usiłowała wyrwać jej nóż z ręki, ale ona 
trzymała go kurczowo.
Potem, stopniowo, obłąkana kobieta zaczęła 
zyskiwać przewagę.
- Luke!... Ratunku!... Pomocy! - rozpaczliwie 
wołała Bridget.
Nie miała jednak nadziei, że ktoś przyjdzie jej z 
pomocą. Były same. Same na odludziu. Z 
najwyższym wysiłkiem wykręciła przeciwniczce 
rękę i w końcu usłyszała odgłos upadającego na 
ziemię noża.
Honoria Waynflete chwyciła Bridget oburącz za 
gardło i zaczęła ją dusić, wyciskając z niej życie. 
Bridget wydała z siebie ostatni, zdławiony 
okrzyk...

background image

XXII
ROZMOWA Z PANIĄ HUMBLEBY

Inspektor Battle zrobił na Luke'u korzystne 
wrażenie. Był poważny i spokojny. Miał szeroką, 
rumianą twarz i sumiaste wąsy. Na pierwszy 
rzut oka nie wydawał się szczególnie bystry, ale 
baczny obserwator, widząc jego przenikliwe 
spojrzenie, nie dałby się zwieść pozorom.
Luke był bacznym obserwatorem. Miał już 
wcześniej do czynienia z ludźmi tego rodzaju. 
Wiedział, że można im zaufać i że zawsze 
osiągają wyznaczony cel. Był bardzo 
zadowolony, że prowadzenie tej sprawy 
powierzono właśnie temu człowiekowi.
- Dziwię się, że przysłano tu kogoś na tak 
wysokim stanowisku -powiedział, kiedy zostali 
sami.
Inspektor Battle uśmiechnął się szeroko.
- Ta sprawa może okazać się bardzo poważna, 
panie Fitzwilliam. - Kiedy w grę wchodzi ktoś 
taki jak lord Whitfield, nie chcielibyśmy 
popełnić błędu.
- Rozumiem. Czy przyjechał pan sam?
- Nie. Towarzyszy mi detektyw w stopniu 
sierżanta. Teraz jest w barze Siedem Gwiazd. 
Jego zadanie polega na śledzeniu jego 
lordowskiej mości.
- Rozumiem.
- Czy pana zdaniem nie ma najmniejszej 
wątpliwości? Jest pan pewien, że to właśnie on? 

background image

- spytał Battle.
- Fakty wyraźnie dowodzą, że nie ma innej 
możliwości. Czy mam je panu przedstawić?
- Dziękuję, przekazał mi je sir William.
- Co pan o tym sądzi? Chyba wydaje się panu 
absolutnie nieprawdopodobne, że człowiek o tak 
wysokiej pozycji społecznej jak lord Whitfield 
może być maniakalnym mordercą?
- Niewiele jest rzeczy, które wydają mi się 
nieprawdopodobne -odparł inspektor Battle. - 
Tam gdzie mamy do czynienia ze zbrodnią, 
wszystko jest możliwe. Zawsze to powtarzam. 
Gdyby powiedział mi pan, że jakaś miła stara 
panna, arcybiskup czy uczennica jest 
niebezpiecznym przestępcą, nie wykluczyłbym 
tego przed dokładnym zbadaniem sprawy.
- Skoro sir William przekazał panu 
najważniejsze fakty, opowiem panu tylko o tym, 
co wydarzyło się dziś rano - zaproponował 
Luke.
Zrelacjonował pokrótce przebieg swej rozmowy 
z lordem Whitfieldem. Inspektor Battle słuchał 
go z dużym zainteresowaniem.
- Mówi pan, że bawił się nożem - powiedział. - 
Czy zrobił coś szczególnego, panie Fitzwilliam? 
Czy nim groził?
- Otwarcie nie. Tylko w dość nieprzyjemny 
sposób badał palcami jego ostrze, z jakąś, 
rzekłbym, estetyczną rozkoszą, a to mi się nie 
podobało. Myślę, że panna Waynflete miała 
takie samo odczucie.

background image

- Czy to ta pani, która zna lorda Whitfielda od 
dziecka i miała za niego wyjść?
- Zgadza się.
- Sądzę, że może pan się nie martwić o tę młodą 
damę, panie Fitzwilliam - powiedział inspektor 
Battle. - Dam jej kogoś do ochrony. A w 
dodatku Jackson śledzi jego lordowską mość, 
więc nie powinno jej grozić żadne 
niebezpieczeństwo.
- Uspokoił mnie pan - odetchnął Luke. Inspektor 
ze zrozumieniem pokiwał głową.
- Wiem, że jest pan w trudnej sytuacji, panie 
Fitzwilliam. Że niepokoi się pan o pannę 
Conway... Szczerze mówiąc, nie spodziewam się, 
że będzie to łatwa sprawa. Lord Whitfield 
niewątpliwie jest niezwykle przebiegłym 
człowiekiem. Najprawdopodobniej powstrzyma 
się na jakiś czas od dalszych kroków. Chyba że 
osiągnął już ostatnie stadium.
- Co pan nazywa "ostatnim stadium"?
- Stan, w którym pod wpływem wybujałego 
egotyzmu przestępca zaczyna sądzić, że nic mu 
nie grozi! Uważa siebie za geniusza, a 
wszystkich innych za kompletnych durniów! 
Wtedy, oczywiście, mamy go już w garści!
Luke pokiwał głową i wstał.
- No cóż - powiedział. - Życzę powodzenia. 
Proszę dać mi znać, gdybym mógł w czymś 
pomóc.
- Oczywiście.
- Czy nic panu nie przychodzi do głowy?

background image

Battle zastanawiał się chwilę.
- Nie, na razie nic. Chcę się trochę rozejrzeć po 
okolicy. Może zamienimy parę słów wieczorem, 
dobrze?
- Zgoda.
- Wtedy będę lepiej wiedział, na czym stoimy.
Luke czuł się podniesiony na duchu i 
uspokojony. Wiele osób odnosiło takie samo 
wrażenie po spotkaniu z inspektorem Battle.
Zerknął na zegarek. Zaczął się zastanawiać, czy 
nie powinien pojechać do Bridget jeszcze przed 
lunchem.
Doszedł jednak do wniosku, że lepiej będzie, 
jeśli tego nie zrobi. Panna Waynflete mogłaby 
uważać zaproszenie go na posiłek za swój 
obowiązek, a to wprowadziłoby zamieszanie w 
jej gospodarstwie. Wiedział z własnego 
doświadczenia z ciotkami, że kobiety w średnim 
wieku są przeczulone na punkcie drobiazgów, 
związanych z prowadzeniem domu.
Ciekawe, czy panna Waynflete jest czyjąś 
ciotką? - pomyślał. Być może.
Wyszedł z gospody. Jakaś kobieta w czerni 
przystanęła gwałtownie na jego widok.
- Dzień dobry, panie Fitzwilliam.
- Dzień dobry, pani Humbleby - odparł, 
ściskając jej wyciągniętą dłoń.
- Myślałam, że już pan wyjechał.
- Nie, tylko się przeprowadziłem. Mieszkam 
teraz w tej gospodzie.
- A Bridget? Słyszałam, że opuściła Ashe Manor.

background image

- Owszem, to prawda.
Pani Humbleby głęboko westchnęła.
- Bardzo się cieszę, że tak szybko wyjechała z 
Wychwood.
- Och, ona nadal jest tutaj. Ściśle rzecz biorąc, 
zatrzymała się u panny Waynflete.
Pani Humbleby zrobiła krok do tyłu. Luke'a 
zaskoczyło malujące się na jej twarzy 
przerażenie.
- U Honorii Waynflete? Och, ale dlaczego?
- Panna Waynflete bardzo uprzejmie zaprosiła 
ją do siebie na kilka dni.
Panią Humbleby wstrząsnął lekki dreszcz. 
Podeszła bliżej i położyła Luke'owi dłoń na 
ramieniu.
- Panie Fitzwilliam, wiem, że nie mam prawa nic 
mówić. Przeżyłam ostatnio wiele bolesnych i 
ciężkich chwil, więc... być może... straciłam 
zdrowy rozsądek! Moje odczucia mogą być po 
prostu tylko urojeniami.
- Jakie odczucia? - spytał Luke łagodnie.
- Przeświadczenie o istnieniu zła!
Spojrzała na niego nieśmiało. Widząc jednak, że 
z powagą skinął głową i nie zamierza 
kwestionować jej wypowiedzi, dodała:
- Tyle nikczemności... ta myśl mnie 
prześladuje... tyle niegodziwości w Wychwood. 
A wszystko to za sprawą tej kobiety. Jestem tego 
pewna!
- Jakiej kobiety? - spytał Luke, nie rozumiejąc, 
o kogo jej chodzi.

background image

- Jestem przekonana, że Honoria Waynflete jest 
bardzo złą kobietą! - wyjaśniła pani Humbleby. 
- Och, widzę, że pan mi nie wierzy! Lavinii 
Pinkerton też nikt nie uwierzył. Ale obie 
miałyśmy takie odczucia. Przypuszczam, że ona 
wiedziała więcej niż ja... Proszę pamiętać, panie 
Fitzwilliam, że nieszczęśliwa kobieta jest zdolna 
do strasznych czynów.
- Może i tak - przyznał Luke cicho.
- Pan mi nie wierzy? - spytała pospiesznie pani 
Humbleby. - No cóż, dlaczego miałby pan 
wierzyć? Ale nie jestem w stanie zapomnieć tego 
dnia, kiedy John wrócił od niej z 
zabandażowaną ręką. Zbagatelizował całą 
sprawę, mówiąc, że to tylko zadraśnięcie. - 
Odwróciła się, zamierzając odejść. - Do 
widzenia. Proszę zapomnieć, co panu mówiłam. 
Ostatnio nie najlepiej się czuję.
Luke zaczął się zastanawiać, dlaczego pani 
Humbleby nazwała Honorię Waynflete złą 
kobietą. Czyżby doktor Humbleby przyjaźnił się 
z Honorią Waynflete, a jego żona była o nią 
zazdrosna?
Co ona powiedziała? Że "Lavinii Pinkerton też 
nikt nie uwierzył". Zatem Lavinia Pinkerton 
musiała zwierzyć się pani Humbleby ze swoich 
podejrzeń.
Nagle przypomniał sobie wagon kolejowy i 
zaniepokojoną twarz miłej starszej pani. Znów 
usłyszał jej poważny głos: "Ten szczególny błysk 
w oczach..." Kiedy to mówiła, zmienił się wyraz 

background image

jej własnej twarzy... jakby bardzo wyraźnie coś 
zobaczyła. Przez chwilę wyglądała zupełnie 
inaczej... rozchyliła usta, obnażając zęby, i 
patrzyła na niego jakimś dziwnym, niemal 
nieludzkim wzrokiem.
Widziałem u kogoś dokładnie takie samo 
spojrzenie... ten sam błysk w oczach... Całkiem 
niedawno... ale kiedy? - pomyślał. Dziś rano! 
Ależ oczywiście! Przecież panna Waynflete tak 
właśnie patrzyła na Bridget w salonie lorda 
Whitfielda.
Nagle przypomniał sobie, że kiedy przed wielu 
laty ciotka Mildred powiedziała: "Wiesz, mój 
drogi, ona wygląda jak idiotka!", jej 
inteligentna, miła twarz przybrała wyraz 
bezdennej tępoty...
Lavinia Pinkerton wspominała o błysku w 
oczach jakiegoś mężczyzny... nie, jakiejś osoby - 
pomyślał. Czy to możliwe, że na ułamek sekundy 
jej żywa wyobraźnia odtworzyła ten obraz... 
spojrzenie mordercy patrzącego na swoją 
następną ofiarę...?
Pod wpływem nagłego impulsu ruszył szybkim 
krokiem w kierunku domu panny Waynflete.
W głowie kłębiły mu się uporczywe myśli:
Nie mężczyzna... przecież nie wspomniała ani 
słowem o mężczyźnie... to ty założyłeś, że to jest 
mężczyzna, bo wydawało ci się to oczywiste, ale 
ona tego nie powiedziała... O Boże, czyja 
kompletnie zwariowałem? Moje podejrzenia są 
nieprawdopodobne... z całą pewnością to 

background image

niemożliwe... absurdalne... Ale muszę dotrzeć do 
Bridget i sprawdzić, czy nic jej się nie stało... Te 
dziwne, jasnobursztynowe oczy. Och, jestem 
obłąkany! Musiałem oszaleć! Przecież to 
Whitfield jest przestępcą! Z całą pewnością. Na 
dobrą sprawę sam się do tego przyznał!
Pamięć uparcie podsuwała mu obraz twarzy 
panny Pinkerton, odgrywającej rolę okropnej, 
na wpół obłąkanej kobiety.
Drzwi otworzyła mu służąca.
- Panna Conway gdzieś wyszła - wyjaśniła, 
zaskoczona jego gwałtownym wtargnięciem. - 
Tak mi powiedziała panna Waynflete. 
Sprawdzę, czy pani jest w domu.
Luke przecisnął się obok niej i wpadł do salonu. 
Emily pobiegła na górę. Po chwili wróciła, 
ciężko dysząc.
- Mojej pani też nie ma w domu. Luke chwycił 
ją za ramię.
- Dokąd poszły? Którędy?
Emily patrzyła na niego z szeroko otwartymi 
ustami.
- Musiały wyjść tylnymi drzwiami, bo gdyby 
wyszły frontowymi, zobaczyłabym je przez 
kuchenne okno.
Luke przebiegł przez niewielki ogród i wypadł 
na drogę. Natknął się tam na jakiegoś 
mężczyznę, przycinającego żywopłot. Podszedł i 
zagadnął go, z trudem powstrzymując drżenie 
głosu.
- Dwie kobiety? - odparł nieznajomy bez 

background image

pośpiechu. - Owszem. Kilka minut temu. Jadłem 
właśnie obiad w cieniu żywopłotu. Chyba mnie 
nie zauważyły.
- W którą stronę poszły?
Choć starał się rozpaczliwie, żeby jego głos 
brzmiał normalnie, nieznajomy spojrzał na 
niego ze zdziwieniem i odparł:
- Przez pola... W tym kierunku. Ale nie mam 
pojęcia, dokąd poszły dalej.
Luke podziękował mu i puścił się biegiem. 
Coraz silniej czuł, że musi się spieszyć.
Muszę je koniecznie dogonić! - pomyślał. Chyba 
kompletnie oszalałem. Najprawdopodobniej 
wybrały się na miły, przyjacielski spacer. Coś 
jednak każe mi je ścigać. Przebiegł przez pola i 
przystanął na wiejskiej ścieżce, nie wiedząc, co 
robić dalej.
I wtedy usłyszał z daleka słabe, lecz wyraźne 
wołanie.
- Luke! Ratunku! - I jeszcze raz: - Luke...
Bez chwili namysłu wbiegł do lasu i pognał w 
kierunku, z którego dobiegł krzyk. Teraz 
dotarły do niego inne dźwięki... odgłosy 
szamotaniny, szybkie oddechy, a potem jakiś 
cichy, zduszony jęk.
Zdążył w samą porę. Oderwał dłonie obłąkanej 
kobiety od gardła ofiary. Choć panna Waynflete 
z pianą na ustach szamotała się i przeklinała, 
trzymał ją mocno. W końcu kobietą wstrząsnął 
konwulsyjny dreszcz i zesztywniała w jego 
uścisku.

background image

XXIII
NOWY POCZĄTEK

- Ja tego nie rozumiem - rzekł lord Whitfield. - 
Po prostu nie rozumiem.
Starał się zachować godność, ale pod pozorami 
pompatyczności można było dostrzec żałosne 
zakłopotanie. Nie mógł uwierzyć w sensacyjne 
nowiny, które właśnie mu przekazywano.
- Sprawa wygląda tak, lordzie Whitfield - 
tłumaczył cierpliwie Battle. - Zacznijmy od tego, 
że w tej rodzinie zdarzały się przypadki obłędu. 
Odkryliśmy to dopiero teraz. Często tak się 
dzieje w tych starych rodach. Ona ma do tego 
skłonności dziedziczne. Poza tym jest bardzo 
ambitną kobietą, którą spotkały niepowodzenia. 
Najpierw runęła w gruzy jej kariera zawodowa, 
a potem przeżyła zawód miłosny. - 
Odchrząknął. - Domyślam się, że to pan ją 
porzucił?
- Nie lubię określenia "porzucił" - oświadczył 
lord Whitfield kategorycznie.
- Czy to pan zerwał zaręczyny? - poprawił się 
inspektor Battle.
- No cóż... owszem.
- Powiedz nam dlaczego, Gordon - poprosiła 
Bridget.
Lord Whitfield lekko się zaczerwienił.
- No dobrze, skoro muszę. Honoria miała 
kanarka, którego uwielbiała. Miał zwyczaj brać 

background image

cukier z jej ust. Pewnego dnia mocno ją 
dziobnął. Honoria rozzłościła się, złapała go i... 
skręciła mu kark! Po tym incydencie moje 
uczucia do niej nagle osłabły. Powiedziałem jej, 
że uważam nasz związek za pomyłkę popełnioną 
przez obie strony.
- Od tego wszystko się zaczęło! - orzekł Battle, 
kiwając głową. - Tak jak powiedziała pannie 
Conway, skupiła całą swą uwagę i bezsporną 
inteligencję na jednym celu.
- Chciała, żeby uznano mnie za mordercę? - 
zawołał lord Whitfield z niedowierzaniem. - To 
niewiarygodne.
- Ale to prawda - powiedziała Bridget. - Przecież 
sam się dziwiłeś, że każdy, kto zrobił ci 
przykrość, natychmiast ginął w jakichś 
tajemniczych okolicznościach.
- Istniały po temu powody.
- Powodem była Honoria Waynflete - oznajmiła 
Bridget. - Wbij sobie wreszcie do głowy, że to 
nie ręka Opatrzności wypchnęła Tommy'ego 
Pierce'a z okna i wykończyła wszystkich 
pozostałych. Zrobiła to Honoria.
- Wydaje mi się to wprost niewiarygodne - 
powtórzył lord Whitfield, potrząsając głową.
- Twierdzi pan, że dziś rano przekazano panu 
telefonicznie jakąś wiadomość, czy tak? - spytał 
Battle.
- Owszem, około dwunastej. Poproszono mnie, 
bym natychmiast udał się do pobliskiego lasku 
Shaw Wood, ponieważ ty, Bridget, chcesz mi coś 

background image

powiedzieć. Miałem nie brać samochodu, tylko 
pójść piechotą.
Battle pokiwał głową.
- No właśnie. To byłby koniec. Znaleziono by; 
pannę Conway z poderżniętym gardłem, a obok 
niej należący do pana nóż z odciskami pańskich 
palców! Potem ktoś zaświadczyłby, że widział 
pana wtedy w pobliżu miejsca zbrodni! A pan 
nie miałby żadnego wytłumaczenia. Każdy sąd 
przysięgłych na świecie uznałby pana za 
winnego.
- Mnie? - zawołał lord Whitfield z zaskoczeniem 
i niepokojem. - Kto by uwierzył, że ja mogłem 
zrobić coś podobnego?
- Ja nie uwierzyłam - powiedziała cicho Bridget.
Lord Whitfield spojrzał na nią chłodno, a potem 
kategorycznie oświadczył:
- Biorąc pod uwagę moją reputację i pozycję 
społeczną w hrabstwie jestem przekonany, że 
nikt, ani przez ułamek sekundy, nie uwierzyłby 
w tak absurdalny zarzut.
Wyszedł z godnością, zamykając za sobą drzwi.
- Nigdy nie zrozumie, że naprawdę groziło mu 
niebezpieczeństwo! - rzekł Luke, a potem spytał: 
- Bridget, jak to się stało, że zaczęłaś 
podejrzewać pannę Waynflete?
- Kiedy powiedziałeś mi, że Gordon jest 
mordercą, nie mogłam w to uwierzyć! Znam go 
bardzo dobrze. Przez dwa lata byłam jego 
sekretarką! Poznałam go na wylot! Zdaję sobie 
sprawę, że jest napuszonym, małostkowym 

background image

egotykiem, ale wiem też, że jest życzliwym 
człowiekiem o gołębim sercu. Nie zabiłby nawet 
osy. Ta historia z kanarkiem panny Waynflete 
była zwykłym kłamstwem. Gordon nie mógł go 
zabić. Kiedyś powiedział mi, że to on ją porzucił. 
Ty uporczywie twierdziłeś, że było odwrotnie. 
No cóż, mogło tak się zdarzyć! Być może duma 
nie pozwoliła mu się przyznać, że to ona z nim 
zerwała. Ale ta historia z kanarkiem... to 
bzdura! Gordon tego nie zrobił! On nawet nie 
poluje, ponieważ widok krwi przyprawia go o 
mdłości. Więc doszłam do wniosku, że ta część 
historii jest nieprawdziwa. A skoro tak, to 
panna Waynflete musiała skłamać. Kiedy się o 
tym pomyśli, było to niezwykle zadziwiające 
kłamstwo! Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy 
nie kłamała również w innych sprawach. 
Nietrudno zauważyć, że jest bardzo ambitną 
kobietą, więc porzucenie jej przez narzeczonego 
musiało strasznie zranić jej dumę. To ją 
najprawdopodobniej rozwścieczyło i obudziło w 
niej nienawiść do Gordona. Uczucie to 
spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy wrócił tu 
po latach jako bogaty człowiek sukcesu. 
Powiedziałam sobie: "Tak", ona zapewne 
chętnie obciążyłaby go odpowiedzialnością za 
jakąś zbrodnię". Wtedy zaczęły mi się kłębić w 
głowie różne dziwne koncepcje. Wychodząc z 
założenia, że wszystko, co ona mówi, jest 
kłamstwem, nagle zrozumiałam, że taka kobieta 
z łatwością mogła zrobić z mężczyzny głupca! 

background image

Ten pomysł wydał mi się dość dziwaczny, więc 
pomyślałam: "To niewiarygodne, ale 
przypuśćmy, iż to ona zamordowała tych ludzi, 
a potem wmówiła Gordonowi, że spotkała ich 
kara boska!" Wiedziałam, że mogłaby mu to 
wmówić bez żadnych trudności. Jak wam 
mówiłam, Gordon uwierzyłby we wszystko! 
Potem zadałam sobie pytanie: "Czy ona mogła 
popełnić te zbrodnie?" Odpowiedź była 
twierdząca. Doszłam do wniosku, że mogła 
zrzucić pijanego mężczyznę z kładki i wypchnąć 
chłopca z okna, a Amy Gibbs umarła w jej 
domu. Co do pani Horton... kiedy chorowała, 
Honoria Waynflete często ją odwiedzała. 
Przypadek doktora Humbleby'ego sprawił mi 
więcej trudności. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, 
że Puszek cierpi na wirusowe zapalenie ucha ani 
że panna Waynflete założyła doktorowi na rękę 
opatrunek, który wcześniej zainfekowała 
wydzieliną z ucha kota. Przypadek panny 
Pinkerton był jeszcze trudniejszy, ponieważ nie 
mogłam sobie wyobrazić panny Waynflete 
przebranej w uniform szofera i prowadzącej 
rollsa. Potem nagle doznałam olśnienia... 
przypadek panny Pinkerton był najprostszy ze 
wszystkich! Panna Waynflete po prostu pchnęła 
ją z tyłu, co w tłumie ludzi zapewne nie sprawiło 
jej większych trudności. Samochód nie 
zatrzymał się, więc wykorzystała okazję i 
powiedziała jakiejś kobiecie, że zauważyła jego 
numer rejestracyjny, a potem podała jej numer 

background image

rollsa lorda Whitfielda. Miałam w głowie 
kompletny chaos. Ale skoro byłam absolutnie 
pewna, że Gordon nie popełnił tych morderstw, 
to kto tego dokonał? Odpowiedź wydawała się 
zupełnie oczywista. Ktoś, kto nienawidzi 
Gordona! A kto go nienawidzi? Honoria 
Waynflete. Wtedy przypomniałam sobie, że 
panna Pinkerton, mówiąc o mordercy, wyraźnie 
sugerowała, że to mężczyzna. To obaliło moją 
wspaniałą teorię, bo gdyby panna Pinkerton 
miała rację, nie zostałaby zabita... Więc 
poprosiłam cię, byś dokładnie przytoczył słowa 
panny Pinkerton, i stwierdziłam, że ani razu nie 
użyła słowa mężczyzna. Wtedy doszłam do 
wniosku, że jestem na właściwym tropie! 
Postanowiłam przyjąć zaproszenie panny 
Waynflete i podjąć próbę odkrycia prawdy.
- Nic mi o tym nie mówiąc? - spytał Luke z 
gniewem.
- Kochanie, byłeś tak bardzo przekonany o 
słuszności swoich podejrzeń... a moja koncepcja 
była mglista i budziła wątpliwości! Nie przyszło 
mi nawet do głowy, że grozi mi jakieś 
niebezpieczeństwo. Sądziłam, że mam mnóstwo 
czasu... - Wstrząsnął nią dreszcz przerażenia. - 
Och, Luke, to było straszne... Jej oczy... I ten 
przeraźliwy, nieludzki śmiech...
- Zdążyłem w ostatniej chwili - powiedział Luke 
drżącym głosem. - Odwrócił się do inspektora 
Battle. - Jak ona się teraz czuje?
- Dostała kompletnego pomieszania zmysłów - 

background image

odparł Battle. - Tak już z nimi jest. Tacy ludzie 
nie mogą znieść szoku, jakim jest dla nich 
świadomość, że okazali się mniej sprytni, niż 
sądzili.
- No cóż, kiepski ze mnie policjant! - przyznał 
Luke ponuro. - Ani przez chwilę nie 
podejrzewałem Honorii Waynflete. Był pan 
lepszy, Battle.
- Może tak, a może nie. Pamięta pan zapewne, 
jak powiedziałem, że kiedy mamy do czynienia 
ze zbrodnią, wszystko jest możliwe. Wydaje mi 
się, że jako przykład podałem wtedy starą 
pannę.
- Wymienił pan również arcybiskupa i 
uczennicę! Czy mam rozumieć, że uważał pan 
ich wszystkich za potencjalnych morderców?
Battle uśmiechnął się szeroko.
- Chodziło mi o to, że każdy może być 
przestępcą.
- Z wyjątkiem Gordona - zauważyła Bridget. - 
Luke, chodźmy go poszukać!
Lord Whitfield siedział w swoim gabinecie, 
zaabsorbowany robieniem notatek.
- Gordon - zaczęła Bridget łagodnym, cichym 
głosem. - Czy teraz, kiedy wiesz już o wszystkim, 
zechcesz nam wybaczyć?
Lord Whitfield spojrzał na nią życzliwie.
- Ależ naturalnie, moja droga. Zdaję sobie 
sprawę, że będąc zapracowanym człowiekiem, 
bardzo cię zaniedbywałem. Rzecz w tym, że... 
jak mądrze napisał to Kipling: "Ten podróżuje 

background image

najszybciej, kto podróżuje sam. Moja droga 
życiowa jest drogą samotnika". - Rozprostował 
ramiona. - Dźwigam na swych barkach ogromny 
ciężar odpowiedzialności. I muszę dźwigać go 
sam. Nie mam nikogo do towarzystwa, nikt nie 
może mi w tym ulżyć. Muszę iść przez życie w 
samotności... aż do końca drogi.
- Jesteś wspaniałomyślny, mój drogi! - zawołała 
Bridget.
Lord Whitfield zmarszczył czoło.
- To nie jest kwestia wspaniałomyślności. 
Zapomnijmy o tych głupstwach. Jestem 
człowiekiem bardzo zajętym.
- Wiem o tym.
- Zabieram się natychmiast do przygotowania 
serii artykułów "Zbrodnie popełnione przez 
kobiety na przestrzeni stuleci".
Bridget spojrzała na niego z podziwem.
- Gordon, to świetny pomysł.
Lord Whitfield dumnie wypiął pierś.
- Proszę wiec teraz zostawić mnie samego. Nie 
wolno mi przeszkadzać. Mam mnóstwo pracy.
Luke i Bridget wyszli na palcach z pokoju.
- On jest rzeczywiście wspaniałomyślny - 
powiedziała Bridget.
- Bridget, coś mi się zdaje, że ty naprawdę 
kochałaś tego człowieka!
- Wiesz, Luke, chyba tak.
Luke wyjrzał przez okno.
- Cieszę się, że stąd wyjeżdżamy. Nie lubię tego 
miejsca. Jest tu dużo nikczemności, jak 

background image

powiedziałaby pani Humbleby. Nie podoba mi 
się ta wisząca nad miasteczkiem góra.
- Skoro wspomniałeś o Ashe Ridge, co z panem 
Ellsworthym? Luke roześmiał się z lekkim 
zażenowaniem.
- Chodzi ci o tę krew na jego rękach?
- Owszem.
- Podobno składali w ofierze jakiegoś białego 
koguta!
- To obrzydliwe!
- Myślę, że pana Ellsworthy'ego spotka coś 
przykrego. Battle zamierza sprawić mu małą 
niespodziankę.
- Poczciwy major Horton nawet nie próbował 
zabić swojej żony, pan Abbot, jak sądzę, 
otrzymał kompromitujący list od jakiejś 
kobiety, a doktor Thomas jest po prostu miłym, 
skromnym, młodym lekarzem - oznajmiła 
Bridget.
- Jest zarozumiałym osłem!
- Mówisz tak, bo zazdrościsz mu, że żeni się z 
Rose Humbleby.
- Ona jest dla niego o wiele za dobra.
- Mam wrażenie, że wolałbyś ją ode mnie!
- Kochanie, czy ty przypadkiem nie mówisz od 
rzeczy?
- Nie, bynajmniej. - Milczała przez chwilę, a 
potem spytała: - Luke, czy ty mnie lubisz?
Zrobił krok w jej kierunku, ale ona 
powstrzymała go gestem.
- Użyłam słowa lubisz, Luke, a nie kochasz.

background image

- Och, rozumiem... Tak, lubię cię, Bridget, ale 
również cię kocham.
- Ja ciebie też lubię, Luke... - wyznała Bridget.
Wymienili nieśmiałe uśmiechy jak dzieci, które 
zaprzyjaźniły się na zabawie.
- Lubić to coś znacznie więcej niż kochać - 
powiedziała Bridget. - To uczucie wytrzymuje 
próbę czasu. Chciałabym, żeby to, co jest 
między nami, trwało wiecznie, Luke. Nie chcę, 
żebyśmy pobrali się wyłącznie z miłości, a potem 
mieli siebie nawzajem dosyć i pragnęli poślubić 
kogoś innego.
- Och, najdroższa, wiem, czego chcesz. Ja 
również. Nasze uczucia nigdy nie wygasną, 
ponieważ są oparte na realnych podstawach.
- Czy tak jest istotnie, Luke?
- Oczywiście, kochanie. Myślę, że właśnie 
dlatego bałem się w tobie zakochać.
- Ja również się tego bałam.
- A teraz?
- Już nie.
- Dość długo ocieraliśmy się o śmierć. Ale już po 
wszystkim! Teraz zaczniemy żyć...
* Postać krwawego pirata z "Wyspy skarbów" 
R. L. Stevensona (przyp. red.).