background image

AGATHA CHRISTIE 
 
 
 
MORDERSTWO TO NIC TRUDNEGO 
 
PRZEŁOŻYŁA GRAŻYNA WOYDA 
TYTUŁ ORYGINAŁU: "MURDER IS EASY" 
 
Rosalind i Susan, 
pierwszym recenzentkom tej książki 
 

TOWARZYSZ PODRÓŻY 
 
Anglia! 
Anglia po tylu latach! 
Ale jak będę się w niej czuł? 
Luke Fitzwilliam zadawał sobie to pytanie, schodząc 
po trapie ze statku. Kołatało się ono w jego umyśle, 
gdy czekał na odprawę celną. A kiedy w końcu 
wsiadł do pociągu, wypłynęło nagle na pierwszy 
plan. 
Czuł się zupełnie inaczej, przyjeżdżając do kraju na 
urlopy. Miał mnóstwo pieniędzy (przynajmniej na 
początku), więc ochoczo je wydawał, odwiedzał 
starych przyjaciół, spotykał się z kolegami, którzy 
też przyjechali tu na wypoczynek po pobycie w 
koloniach. Mówił sobie: To nie potrwa długo. 

background image

Wkrótce wracam do pracy. Dlaczego nie miałbym się 
zabawić! 
Ale teraz nie zamierzał nigdzie wracać. Pożegnał już 
na dobre upalne noce, oślepiające słońce, piękną 
tropikalną roślinność i samotne wieczory, spędzane 
na lekturze starych numerów "Timesa". 
Wrócił do Anglii po zakończeniu zaszczytnej służby 
dla kraju. Poza tym posiadał niewielki kapitał, mógł 
się więc uważać za człowieka niezależnego 
materialnie. Ale nie miał pojęcia, jak spędzić resztę 
życia. 
Anglia! Anglia w czerwcu. Szare niebo i silny, 
przenikliwy wiatr. W taki dzień nie wydawała się 
gościnnym krajem! A ci ludzie! Boże, co za ludzie! 
Wszyscy mieli szare, zatroskane twarze... szare jak 
niebo. I te okropne małe domki, wyrastające 
wszędzie jak grzyby po deszczu, jak kurniki, 
zaśmiecające cały krajobraz! 
Luke Fitzwilliam z trudem oderwał wzrok od 
migającego za oknem wagonu krajobrazu i zajął się 
gazetami. "Times", "Daily Clarion" I "Punch". 
Zaczął od "Daily Clarion", który poświęcony był w 
całości wyścigom konnym w Epsom. Szkoda, że nie 
przyjechałem wczoraj - pomyślał. Ostatni raz 
widziałem gonitwę Derby, kiedy miałem 
dziewiętnaście lat. 
Obstawił wysoko pewnego konia i teraz chciał 
sprawdzić, jak typuje jego szansę "Clarion". Znalazł 
tylko lakoniczną notatkę: Mało prawdopodobne, by 
wygrał któryś z koni takich jak Jujube II, Mark's 

background image

Mile, Santony czy Jerry Boy. Na zwycięstwo nie ma 
chyba szans... 
Ale Luke'a nie interesował koń, który miał 
najprawdopodobniej przegrać gonitwę. Rzucił okiem 
na typowania. Na Jujube II stawiano zaledwie 40 do 
l. 
Luke zerknął na zegarek. Była za kwadrans czwarta. 
No cóż - pomyślał. Już po wszystkim! Szkoda? że nie 
postawiłem na Clarigolda, którego typowano jako 
drugiego faworyta. 
Potem rozłożył "Timesa" i zatopił się w lekturze 
poważniejszych artykułów. 
Nie trwało to jednak długo, ponieważ groźnie 
wyglądający pułkownik, który siedział w 
przeciwległym kącie przedziału, był tak zirytowany 
tym, co właśnie przeczytał, że musiał się podzielić 
swym oburzeniem z towarzyszem podróży. Dopiero 
po półgodzinie znużyło go rozprawianie o "tej 
cholernej komunistycznej propagandzie". 
Wyczerpawszy temat pułkownik zasnął z otwartymi 
ustami. Niebawem pociąg zwolnił, a potem się 
zatrzymał. Luke wyjrzał przez okno i dostrzegł dużą, 
opustoszałą stację z wieloma peronami. Zauważył 
kiosk, na którym wisiał afisz z napisem: WYNIKI 
GONITWY DERBY. Otworzył drzwi, wyskoczył na 
peron i pobiegł w kierunku kiosku. Po chwili 
wpatrywał się z szerokim uśmiechem w krótką 
wiadomość z ostatniej chwili. 
 
Wyniki Gonitwy Derby 

background image

JUJUBE II 
MAZEPPA 
CLARIGOLD 
 
Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Sto funtów do 
roztrwonienia! Dobry, kochany Jujube II, którego 
wszyscy znawcy wyścigów tak nonszalancko 
zlekceważyli. 
Złożył gazetę, odwrócił się i zobaczył pustkę. Podczas 
gdy on upajał się zwycięstwem Jujube II, jego pociąg 
niepostrzeżenie zniknął ze stacji. 
- Kiedy, do licha, ten pociąg odjechał? - zagadnął 
jakiegoś bagażowego. 
- Jaki pociąg? - spytał bagażowy ze zdziwieniem. - 
Od piętnastej czternaście na tej stacji nie zatrzymał 
się żaden pociąg. 
- Przecież stał tu przed chwilą. Właśnie z niego 
wysiadłem. To ekspres mający bezpośrednie 
połączenie z portem. 
- Ten ekspres nie zatrzymuje się nigdzie w drodze do 
Londynu - wyjaśnił bagażowy obcesowo. 
- Ale zatrzymał się - zapewnił go Luke. - Przecież z 
niego wysiadłem. 
- Aż do Londynu nigdzie się nie zatrzymuje - 
powtórzył bagażowy obojętnym tonem. 
- Mówię panu, że się zatrzymał dokładnie przy tym 
peronie, a ja z niego wysiadłem. 
W obliczu tych faktów bagażowy zmienił front. 
- Nie powinien był pan tego robić - powiedział z 
wyrzutem. - On się tu nie zatrzymuje. 

background image

- Ale zatrzymał się. 
- Stanął pod semaforem, a nie "zatrzymał się na 
stacji", jak pan to określił. 
- Nie znam się na tych subtelnych różnicach tak 
dobrze jak pan - oznajmił Luke. - Chodzi mi o to, co 
mam teraz zrobić. 
- Nie powinien był pan wysiadać - powtórzył z 
uporem bagażowy, który nie był człowiekiem 
przesadnie rozgarniętym. 
- To prawda - przyznał Luke. - Ale co się stało, to się 
stało. Chodzi mi tylko o to, co pan jako 
doświadczony pracownik kolei radzi mi teraz zrobić. 
- Pyta mnie pan, co najlepiej zrobić? 
- Tak - odparł Luke - o to właśnie mi chodzi. Chyba 
istnieją pociągi, które zatrzymują się tu zgodnie z 
rozkładem? 
- Niech pomyślę - powiedział bagażowy. - Najlepiej 
niech pan wsiądzie do tego o szesnastej dwadzieścia 
pięć. 
- Jeśli ten o szesnastej dwadzieścia pięć jedzie do 
Londynu - postanowił Luke - to właśnie do niego 
wsiądę. 
Uspokojony tą wiadomością zaczął się przechadzać 
tam i z powrotem po peronie. Na dużej tablicy 
informacyjnej przeczytał, że znajduje się w Fenny 
Clayton, stacji węzłowej Wychwood-under-Ashe. 
Wkrótce mały staroświecki parowóz powoli 
wepchnął na stację pociąg składający się z jednego 
wagonu i ciężko sapiąc ustawił go na bocznym torze. 
Wysiadło z niego sześcioro czy siedmioro pasażerów, 

background image

którzy przeszli po mostku na peron Luke'a. Ponury 
bagażowy ożywił się nagle i zaczął popychać duży 
wózek pełen paczek i koszy. Przyłączył się do niego 
inny bagażowy, który przewoził pobrzękujące bańki 
z mlekiem. Fenny Clayton ożyło. 
W końcu na stację wtoczył się wyniośle pociąg do 
Londynu. Wagony trzeciej klasy były zatłoczone, ale 
w trzech wagonach klasy pierwszej siedziało niewiele 
osób. Luke zaczął zaglądać do przedziałów. W 
pierwszym, przeznaczonym dla palących, siedział z 
cygarem w ustach jakiś mężczyzna o wyglądzie 
wojskowego. Luke doszedł do wniosku, że ma już na 
dziś dosyć angielskich pułkowników z Indii. 
Następny przedział zajmowała elegancka młoda 
kobieta o zmęczonej twarzy, najprawdopodobniej 
guwernantka, z ruchliwym, mniej więcej trzyletnim 
chłopcem. Luke szybko poszedł dalej. Drzwi 
kolejnego przedziału były otwarte. Podróżowała w 
nim tylko jakaś starsza pani. Przypomniała 
Luke'owi jego ciotkę Mildred, która pozwoliła mu 
hodować zaskrońca, kiedy miał dziesięć lat. Była 
zdecydowanie dobrą ciotką. Luke wszedł do środka i 
usiadł. 
Po jakichś pięciu minutach ożywionego ruchu 
furgonetek przewożących bańki z mlekiem, wózków 
bagażowych i nerwowej krzątaniny pociąg powoli 
wytoczył się ze stacji. Luke rozłożył gazetę i zajął się 
lekturą wiadomości, mogących zainteresować 
człowieka, który przeczytał już poranną prasę. 

background image

Nie liczył na to, że uda mu się czytać długo. Miał 
wiele ciotek, więc domyślał się, że towarzyszka 
podróży nie będzie milczeć aż do Londynu. 
Miał rację. Starsza pani przymknęła okno, zrzucając 
swoją parasolkę, i zaczęła się rozwodzić nad zaletami 
pociągu, którym właśnie jechali. 
- Zaledwie godzina i dziesięć minut. To bardzo dobry 
pociąg. Znacznie lepszy niż ten poranny, który jedzie 
godzinę i czterdzieści minut. Oczywiście - ciągnęła - 
niemal każdy podróżuje tym porannym. Kiedy bilety 
są tańsze, to znaczy w weekendy i dni świąteczne, 
tylko człowiek nierozsądny jedzie po południu. 
Zamierzałam wyruszyć dziś rano, ale Puszek... mój 
perski kot, gdzieś przepadł... jest bardzo piękny, a 
ostatnio bolało go uszko... no i, oczywiście, nie 
mogłam wyjść z domu, dopóki go nie znalazłam! 
- Naturalnie - bąknął Luke, ostentacyjnie 
opuszczając wzrok na gazetę. Ale na nic się to nie 
zdało. Potok słów nie ustawał. 
- Więc po prostu zrobiłam dobrą minę do złej gry i 
wsiadłam do pociągu popołudniowego. No i okazało 
się to błogosławieństwem, bo nie ma w nim takiego 
okropnego tłoku... oczywiście to bez znaczenia, kiedy 
podróżuje się pierwszą klasą. Ale zazwyczaj tego nie 
robię. Uważam to za ekstrawagancję, zwłaszcza w 
dzisiejszych czasach, kiedy podatki rosną, 
dywidendy spadają, a służba ciągle domaga się 
podwyżek... ale naprawdę byłam bardzo 
zdenerwowana, bo, widzi pan, jadę w pewnej 
niezwykle ważnej sprawie i po prostu chciałam w 

background image

spokoju dokładnie przemyśleć, co mam powiedzieć... 
- Luke z trudem stłumił uśmiech. - A kiedy w 
przedziale jest pełno ludzi, ktoś może się okazać 
nieuprzejmy... więc pomyślałam, że tym razem mogę 
sobie pozwolić na taki wydatek... choć uważam, że 
dzisiaj wszyscy trwonią pieniądze, a nikt nie myśli o 
przyszłości. Szkoda, że zlikwidowano drugą klasę... 
to było mimo wszystko trochę taniej. Rozumiem, 
oczywiście - ciągnęła, przyglądając się opalonej 
twarzy Luke'a - że wojskowi jadący na urlop muszą 
podróżować pierwszą klasą. Zwłaszcza jeśli są 
oficerami... 
Luke wytrzymał przez chwilę badawcze spojrzenie 
jej jasnych, błyszczących oczu. Ale od razu 
skapitulował. Wiedział, że w końcu do tego dojdzie. 
- Nie jestem wojskowym - wyjaśnił. 
- Och, przepraszam. Nie zamierzałam... po prostu 
przyszło mi do głowy... pan jest taki opalony... być 
może jedzie pan ze Wschodu, by spędzić urlop w 
kraju. 
- Owszem, wracam do domu ze Wschodu - 
powiedział Luke. - Ale nie na urlop. Jestem 
policjantem - oznajmił krótko, chcąc zapobiec 
dalszym dociekaniom. 
- Pracuje pan w policji? To naprawdę niezwykle 
interesujące. Syn mojej serdecznej przyjaciółki 
wstąpił właśnie do palestyńskiej policji. 
- Służyłem nad Zatoką Mayang - ponownie uciął 
krótko Luke. 

background image

- Och, mój Boże... bardzo ciekawe. To prawdziwy 
zbieg okoliczności... chodzi mi o to, że pan wsiadł 
akurat do tego przedziału. Bo, widzi pan, ta sprawa, 
w związku z którą wybrałam się do Londynu... no 
cóż, w istocie jadę do Scotland Yardu. 
- Naprawdę? - spytał Luke. 
Zastanawiał się, czy starsza pani zatrzyma się jak nie 
nakręcony zegar, czy też będzie mówiła przez całą 
drogę do Londynu. Ale w istocie niezbyt mu to 
przeszkadzało, ponieważ uwielbiał swoją ciotkę 
Mildred i pamiętał, że kiedyś dała mu pięć funtów. 
Poza tym takie stare damy jak jego towarzyszka 
podróży i ciotka Mildred miały w sobie coś 
niezwykle miłego i typowo angielskiego. W Mayang 
Straits nie spotykał takich kobiet. Kojarzyły mu się 
ze śliwkowym puddingiem na Boże Narodzenie, 
krykietem na wsi i płonącym kominkiem. Były 
czymś, co człowiek docenia dopiero wtedy, gdy jest 
na drugim końcu świata. Mogły też na dłuższą metę 
być śmiertelnie nudne, ale Luke stanął na angielskiej 
ziemi zaledwie przed trzema czy czterema 
godzinami. 
- Tak, zamierzałam wyruszyć dziś rano - szczebiotała 
pogodnie starsza pani - ale potem, jak już panu 
mówiłam, zaczęłam się okropnie niepokoić o Puszka. 
Czy myśli pan, że zdążę na. czas? Scotland Yard nie 
ma chyba sztywnych godzin urzędowania. 
- Nie sądzę, żeby zamykali o czwartej - powiedział 
Luke. 

background image

- Oczywiście, że nie. Przecież w każdej chwili ktoś 
może ich zawiadomić o jakimś poważnym 
przestępstwie, prawda? 
- No właśnie - przytaknął Luke. 
Starsza pani przez chwilę siedziała w milczeniu. Była 
wyraźnie zaniepokojona. 
- Zawsze uważałam, że najlepiej od razu zaczynać od 
najwyższego szczebla - powiedziała w końcu. - John 
Reed, nasz posterunkowy w Wychwood, to bardzo 
miły i niezwykle przyzwoity człowiek... ale mam 
wrażenie, że... niezbyt się nadaje do prowadzenia 
poważnych spraw. Zazwyczaj ma do czynienia z 
ludźmi, którzy nadużyli alkoholu, przekroczyli 
dozwoloną prędkość jazdy albo nie zapłacili podatku 
za swojego psa... a być może nawet z 
włamywaczami... Ale wydaje mi się... jestem niemal 
pewna... że nie poradziłby sobie z morderstwem! 
- Morderstwem? - powtórzył Luke, marszcząc brwi. 
- Tak, morderstwem - potwierdziła starsza pani, 
energicznie kiwając głową. - Widzę, że jest pan 
zaskoczony. Początkowo też byłam zaskoczona. Po 
prostu nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że 
fantazjuję. 
- Czy jest pani przekonana, że tak nie było? - spytał 
Luke łagodnie. 
- Och, tak. - Stanowczo kiwnęła głową. - Mogło tak 
się zdarzyć za pierwszym razem, ale nie za drugim, 
trzecim czy czwartym. Potem już się wie. 
- Chce pani powiedzieć, że popełniono... hmm... kilka 
morderstw? - spytał Luke. 

background image

- Niestety tak - odparła spokojnym, łagodnym 
głosem. - Dlatego właśnie doszłam do wniosku, że 
najlepiej będzie pojechać wprost do Scotland Yardu. 
Czy nie sądzi pan, że to najwłaściwsze rozwiązanie? 
- No cóż, chyba tak - powiedział Luke, patrząc na nią 
z zadumą. 
- Uważam, że podjęła pani słuszną decyzję. 
Tam będą wiedzieli, co z nią zrobić - pomyślał. 
Pewnie co tydzień nachodzi ich kilka starszych pań, 
które donoszą im o morderstwach popełnionych w 
ich spokojnym miasteczku! Być może istnieje 
specjalny wydział, zajmujący się takimi 
przypadkami. 
Oczami wyobraźni zobaczył podtatusiałego 
nadinspektora policji albo przystojnego młodego 
śledczego, który mówi uprzejmym, cichym głosem: 
Dziękuję pani, jesteśmy pani wielce zobowiązani. A 
teraz proszę wracać do domu, zostawić wszystko w 
naszych rękach i więcej się już tym nie martwić. 
Ten obraz wywołał uśmiech na jego twarzy. 
Ciekawe skąd przychodzą im do głowy takie 
pomysły? - rozmyślał. Pewnie prowadzą śmiertelnie 
nudny tryb życia i skrycie tęsknią za prawdziwym 
dramatem. Podobno niektóre starsze panie widzą w 
każdym potencjalnego truciciela. 
Z tych rozmyślań wyrwał go miły, łagodny głos. 
- Wie pan, pamiętam, że kiedyś czytałam o... tak, to 
chyba był proces Abercrombiego... zanim padło na 
niego podejrzenie, zdążył otruć wiele osób... o czym 
to ja mówiłam? Aha, tak, podobno miał dziwny 

background image

błysk w oczach... osoba, na którą spojrzał w pewien 
szczególny sposób, niebawem podupadała na 
zdrowiu. Kiedy o tym czytałam, nie wierzyłam... ale 
to prawda! 
- Co takiego? 
- Ten szczególny błysk w oczach... 
Luke popatrzył na nią i zauważył, że lekko drży, a 
jej rumiane policzki nieco pobladły. 
- Po raz pierwszy zwróciłam na to uwagę w 
przypadku Amy Gibbs... i ona umarła. Potem 
Carter. I Tommy Pierce. A teraz... wczoraj... 
spotkało to doktora Humbleby'ego, który jest takim 
dobrym i poczciwym człowiekiem... Carter był 
pijakiem, a Tommy Pierce nieznośnym 
szczeniakiem, który znęcał się nad słabszymi 
chłopcami, wykręcał im ręce i szczypał. Niezbyt 
przejęłam się ich śmiercią, ale doktor Humbleby to 
co innego. Trzeba go ratować. Ale gdybym 
opowiedziała mu o wszystkim, z pewnością by mi nie 
uwierzył! Wybuchnąłby śmiechem. John Reed też by 
mi nie uwierzył. Ale w Scotland Yardzie będzie 
inaczej. Bądź co bądź, dla nich zbrodnia to chleb 
powszedni!... O Boże, lada chwila będziemy na 
miejscu! - zawołała, wyglądając przez okno. Zaczęła 
krzątać się nerwowo po przedziale, zbierając swoje 
rzeczy. - Dziękuję... stokrotnie dziękuję - powiedziała 
do Luke'a, który po raz drugi podniósł z podłogi jej 
parasolkę. - Rozmowa z panem dodała mi otuchy... 
Tak się cieszę, że pochwala pan moją decyzję. 

background image

- Z pewnością w Scotland Yardzie udzielą pani 
dobrej rady - oznajmił Luke łagodnie. 
- Jestem panu naprawdę bardzo wdzięczna. - 
Zaczęła szperać w torebce. - Moja wizytówka... o 
Boże, mam tylko jedną... przecież muszę ją 
zatrzymać dla Scotland Yardu... 
- Ależ naturalnie... 
- Nazywam się Pinkerton. 
- Bardzo odpowiednie nazwisko - stwierdził Luke z 
uśmiechem i widząc jej zdziwione spojrzenie, dodał 
pospiesznie: - Ja nazywam się Luke Fitzwilliam. Czy 
sprowadzić pani taksówkę? - spytał, kiedy pociąg 
wjechał na stację. 
- Och, nie, dziękuję. - Panna Pinkerton wydawała się 
zaszokowana tym pomysłem. - Pojadę kolejką 
podziemną. Dowiezie mnie do Trafalgar Square, a 
dalej pójdę pieszo przez Whitehall. 
- Życzę pani powodzenia - powiedział Luke. Panna 
Pinkerton serdecznie uścisnęła jego dłoń. 
- Był pan dla mnie bardzo miły. Wie pan, 
początkowo myślałam, że pan mi nie uwierzy. 
- No cóż - powiedział Luke, rumieniąc się. - Tyle 
morderstw! Chyba trudno popełnić bezkarnie tak 
wiele zbrodni, prawda? 
Panna Pinkerton potrząsnęła głową. 
- Ależ nie, mój drogi, tu pan się myli - oznajmiła z 
przekonaniem. - Bardzo łatwo jest zabić człowieka... 
pod warunkiem, że nikt pana o to nie podejrzewa. A 
ten morderca jest ostatnią osobą, którą ktokolwiek 
mógłby podejrzewać! 

background image

- Tak czy owak, życzę powodzenia - powiedział Luke. 
Panna Pinkerton zniknęła w tłumie, a Luke wyruszył 
na poszukiwanie swego bagażu. 
- Chyba jest trochę zbzikowana - rozmyślał. - 
Chociaż nie, nie sądzę. Po prostu ma bujną 
wyobraźnię. Mam nadzieję, że potraktują ją 
uprzejmie. To taka miła staruszka. 
 
II 
NEKROLOG 
 
Jimmy Lorrimer był jednym z najstarszych 
przyjaciół Luke'a. Jak zwykle podczas pobytu w 
Londynie, Luke zatrzymał się u niego. Jeszcze tego 
samego dnia wieczorem wyruszyli razem do miasta 
w poszukiwaniu rozrywek. Nazajutrz rano Luke'a 
bolała głowa. Jimmy podał mu kawę i zadał pytanie, 
na które przyjaciel nie odpowiedział, ponieważ po 
raz drugi czytał niewielką, pozornie nieistotną 
notatkę w porannej gazecie. 
- Przepraszam, Jimmy - bąknął, wracając 
gwałtownie do rzeczywistości. 
- Co cię tak zaabsorbowało... czyżby sytuacja 
polityczna? Luke uśmiechnął się szeroko. 
- Nigdy w życiu! To dość dziwne... wiesz, ta urocza 
staruszka, z którą wczoraj jechałem pociągiem, 
wpadła pod samochód. 
- Pewnie na przejściu dla pieszych - powiedział 
Jimmy. - Skąd wiesz, że to ona? 

background image

- Oczywiście mogę się mylić. Ale miała takie samo 
nazwisko... Pinkerton. Przechodząc przez Whitehall 
zginęła pod kołami jakiegoś samochodu, który w 
ogóle się nie zatrzymał. 
- Przykra sprawa - oznajmił Jimmy. 
- Tak, biedna staruszka. Okropnie mi jej żal. 
Przypomniała mi moją ciotkę Mildred. 
- Kierowca tego samochodu będzie miał za swoje. Z 
pewnością oskarżą go o zabójstwo. W dzisiejszych 
czasach aż strach siadać za kierownicą. 
- Czym teraz jeździsz? 
- Fordem V 8. Mówię ci, stary... 
Rozmowa zeszła na tematy wybitnie techniczne. 
- Co ty, u licha, nucisz pod nosem? - spytał Jimmy, 
zmieniając nagle temat. 
- Fiddle de dee, fiddle de dee, the fly has married the 
bumble bee - zanucił Luke. - To jakaś rymowanka, 
którą pamiętam z dzieciństwa. Nie wiem, skąd mi 
przyszła do głowy - powiedział przepraszająco. 
 
W jakiś tydzień później Luke rzucił okiem na 
pierwszą stronę "Timesa" i wydał okrzyk 
zdziwienia. 
- Niech mnie diabli! - zawołał. 
- Co się stało? - spytał Jimmy Lorrimer, spoglądając 
na niego badawczo. 
Luke nie odpowiedział. Wpatrywał się w jakieś 
wydrukowane w gazecie nazwisko. 
Jimmy powtórzył pytanie. 

background image

Luke podniósł głowę i spojrzał na swego przyjaciela. 
Dziwny wyraz jego twarzy zaniepokoił Jimmy'ego. 
- O co chodzi, Luke? Wyglądasz, jakbyś ujrzał 
ducha. 
Luke milczał przez parę minut. Wypuścił gazetę z 
rąk i podszedł do okna, a potem wrócił na miejsce. 
Jimmy obserwował go z rosnącym zdziwieniem. 
Luke opadł na krzesło i pochylił się do przodu. 
- Jimmy, przyjacielu, czy pamiętasz tę starszą panią, 
z którą jechałem pociągiem do Londynu... w dniu 
mojego przyjazdu do Anglii? 
- Tę, która przypominała ci twoją ciotkę Mildred? A 
potem wpadła pod samochód? 
- Tak, o nią mi właśnie chodzi. Posłuchaj, Jimmy. Ta 
staruszka dość chaotycznie mówiła o tym, że jedzie 
do Scotland Yardu, by donieść im o licznych 
zbrodniach. Twierdziła, że w jej miasteczku grasuje 
jakiś morderca. W każdym razie tyle z tego 
zrozumiałem. Podobno uśmiercił kilka osób. 
- Nie mówiłeś mi, że była zbzikowana - powiedział 
Jimmy. 
- Bo nie uważałem jej za wariatkę. 
- Och, posłuchaj, stary, seryjne morderstwo... 
- Nie uważałem jej za wariatkę - powtórzył Luke 
niecierpliwie. - Myślałem, że tak jak niektóre starsze 
panie, dała się po prostu ponieść wyobraźni. 
- No cóż, pewnie tak właśnie było. Ale myślę, że to 
jakiś szaleńczy pomysł. 
- Mniejsza o to, co sądzisz na ten temat, Jimmy. 
Teraz ja mówię, rozumiesz? 

background image

- Och, dobrze, już dobrze... jedź dalej. 
- W swojej chaotycznej opowieści wymieniła kilka 
nazwisk i była przerażona, bo twierdziła, że wie, kto 
będzie następną ofiarą. - No i co? - spytał Jimmy 
zachęcającym tonem. 
- Czasami, z takiego czy innego błahego powodu, nie 
możesz wyrzucić z pamięci jakiegoś nazwiska. Jedno 
takie nazwisko utkwiło mi w głowie, ponieważ 
skojarzyłem je z rymowanką, którą śpiewano mi w 
dzieciństwie. Fiddle de dee, fiddle de dee, the fly has 
married the bumble bee. 
- Z pewnością jest niezwykle błyskotliwa, ale 
właściwie jaki ma z tym wszystkim związek? 
- Chodzi mi o to, że ten jegomość nazywał się 
Humbleby... doktor Humbleby. Ta starsza pani 
powiedziała, że doktor Humbleby będzie następną 
ofiarą. Strasznie ją to niepokoiło, ponieważ uważała 
go za "bardzo dobrego człowieka". To nazwisko 
utkwiło mi w pamięci z powodu wspomnianej 
rymowanki. 
- No i co? - spytał Jimmy. 
- Popatrz na to. 
Luke podał mu gazetę, wskazując palcem notatkę w 
rubryce nekrologów. 
 
HUMBLEBY. 13 czerwca zmarł nagle w swym domu 
w Sandgate, Wychwood-under-Ashe, dr med. JOHN 
EDWARD HUMBLEBY, ukochany mąż JESSIE 
ROSE HUMBLEBY. Pogrzeb odbędzie się w piątek. 
Prosimy o nieskladanie kondolencji. 

background image

 
- Teraz rozumiesz, Jimmy? Wszystko się zgadza: 
nazwisko, miejscowość, zawód. Co o tym myślisz? 
Jimmy zastanawiał się przez chwilę. 
- Przypuszczam, że to niezwykły zbieg okoliczności - 
odparł w końcu poważnie, lecz niezbyt 
zdecydowanie. 
- Naprawdę, Jimmy? Tylko zbieg okoliczności? - 
Luke znów zaczął krążyć po pokoju. 
- A cóż innego? - spytał Jimmy. 
Luke gwałtownie się odwrócił. 
- Przypuśćmy, że wszystko, co powiedziała ta urocza 
staruszka, było prawdą! Przypuśćmy, że ta 
fantastyczna historia jest prawdziwa! 
- Och, daj spokój! To już lekka przesada! Takie 
rzeczy się nie zdarzają. 
- A co powiesz o przypadku Abercrombiego? Czyż 
nie był podejrzany o wyprawienie na tamten świat 
sporej gromadki ludzi? 
- Większej, niż kiedykolwiek ujawniono - odparł 
Jimmy. - Mój kolega miał kuzyna, który był 
tamtejszym koronerem. Dzięki niemu poznałem 
pewne szczegóły tej sprawy. Abercrombiego 
przyłapano na tym, że nafaszerował miejscowego 
weterynarza arszenikiem. Potem odkopano zwłoki 
jego własnej żony i stwierdzono, że również ona 
została otruta tym paskudztwem. Nie ma też 
wątpliwości, że jego szwagier zszedł z tego świata w 
ten sam sposób, a to bynajmniej nie wyczerpuje 
długiej listy jego ofiar. Ten mój kolega powiedział 

background image

mi, że według nieoficjalnych danych Abercrombie 
wykończył co najmniej piętnaście osób. Piętnaście! 
- No właśnie. Więc sam widzisz, że takie rzeczy 
jednak się zdarzają! 
- Owszem, ale niezbyt często. 
- Skąd ta pewność? Mogą się zdarzać o wiele 
częściej, niż przypuszczasz. 
- Oto głos policjanta! Czy nie możesz zapomnieć, że 
odszedłeś już ze służby i jesteś teraz prywatnym 
człowiekiem na emeryturze? 
- Policjant zawsze pozostaje policjantem - powiedział 
Luke. - Posłuchaj, Jimmy, przypuśćmy, że zanim 
Abercrombie zaczął bestialsko mordować, jakaś 
miła, gadatliwa stara panna przejrzała jego zamiary 
i natychmiast pobiegła donieść o tym odpowiednim 
władzom. Czy sądzisz, że zostałaby wysłuchana? 
Jimmy uśmiechnął się szeroko. 
- Nigdy w życiu! 
- No właśnie. Policjanci orzekliby z pewnością, że 
brak jej piątej klepki. Dokładnie tak, jak ty to 
określiłeś! Albo powiedzieliby, że ma zbyt bujną 
wyobraźnię. Tak jak ja to uczyniłem! I obaj 
popełnilibyśmy błąd. 
- Jak więc twoim zdaniem wygląda sytuacja? - spytał 
Lorrimer po chwili namysłu. 
- Sprawa przedstawia się następująco. Usłyszałem 
pewną niewiarygodną, lecz nie niemożliwą historię. 
Śmierć doktora Humbleby'ego jest dowodem 
potwierdzającym jej prawdziwość. Istnieje jeszcze 
jedna ważna okoliczność. Panna Pinkerton jechała 

background image

do Scotland Yardu, by zrelacjonować im swoją 
wersję wydarzeń. Ale tam nie dotarła. Zginęła pod 
kołami samochodu, który się nie zatrzymał. 
- Przecież nie masz pewności, że tam nie dotarła - 
zaoponował Jimmy. - Równie dobrze mogła zostać 
przejechana po wizycie w Scotland Yardzie. 
- Owszem, to możliwe... ale sądzę, że było inaczej. 
- To tylko przypuszczenia. Rzecz sprowadza się do 
tego, że ty wierzysz w tę melodramatyczną 
historyjkę. 
- Tego nie powiedziałem - mruknął Luke, energicznie 
potrząsając głową. - Uważam tylko, że należałoby 
przeprowadzić w tej sprawie dochodzenie. 
- Innymi słowy, wybierasz się do Scotland Yardu. 
- Nie, na to jest jeszcze za wcześnie. Jak sam 
twierdzisz, śmierć tego doktora Humbleby'ego mogła 
być tylko zwykłym zbiegiem okoliczności. 
- Zatem co zamierzasz zrobić? 
- Pojechać do tego miasteczka i trochę się tam 
rozejrzeć. 
- Czy mówisz poważnie, Luke? - spytał Jimmy, 
bacznie mu się przyglądając. 
- Najzupełniej. 
- A jeśli to wszystko jest tylko urojeniem? 
- Tak byłoby najlepiej. 
- Oczywiście... - Jimmy zmarszczył czoło. - Ale ty 
najwyraźniej 
jesteś innego zdania, prawda? 
- Drogi przyjacielu, nie mam jeszcze na ten temat 
wyrobionej 

background image

opinii. 
- Czy opracowałeś już jakiś plan? - spytał Jimmy po 
chwili namysłu. - Przecież nie możesz zjawić się 
niespodziewanie w tym miasteczku bez żadnego 
pretekstu. 
- No, chyba masz rację. 
- Nie ma żadnego "chyba". Czy zdajesz sobie 
sprawę, jakie są prowincjonalne angielskie 
miasteczka? Każdy obcy człowiek od razu rzuca się 
w oczy! 
- Będę musiał wymyślić jakiś kamuflaż - powiedział 
Luke, uśmiechając się szeroko. - Co proponujesz? 
Artysta? Chyba nie... nie potrafię rysować, nie 
wspominając już o malowaniu. 
- Możesz być artystą awangardowym - zasugerował 
Jimmy. - Wtedy twoje umiejętności nie miałyby 
większego znaczenia. 
Ale Luke rozważał już dalsze możliwości. 
- Pisarz? Czy literaci zatrzymują się w 
prowincjonalnych zajazdach, by tam pisać? Chyba 
tak. Może rybak... ale musiałbym się dowiedzieć, czy 
jest tam w pobliżu jakaś rzeka. A może schorowany 
człowiek, któremu zalecono wiejskie powietrze? Nie 
wyglądam na takiego, a poza tym w dzisiejszych 
czasach wszyscy rekonwalescenci jeżdżą do 
sanatoriów. Mógłbym też szukać w okolicy jakiegoś 
domu na sprzedaż. Nie, to nie jest zbyt dobry 
pomysł. Do licha, Jimmy, trzeba wymyślić jakiś 
wiarygodny pretekst. Po co zdrowy mężczyzna 
pojawia się nagle w małym angielskim miasteczku? 

background image

- Zaraz, zaraz... - powiedział Jimmy. - Podaj mi tę 
gazetę. Tak właśnie myślałem! - zawołał triumfalnie, 
zerknąwszy na pierwszą stronę. - Luke, przyjacielu, 
wszystko ci załatwię. To drobiazg! 
- O czym ty mówisz? 
- Wychwood-under-Ashe... Wiedziałem, że z czymś 
mi się ta nazwa kojarzy! - powiedział Jimmy z nie 
skrywaną dumą. - Oczywiście! To właśnie ta 
miejscowość! 
- Czy masz przypadkiem jakiegoś kolegę, który zna 
tamtejszego koronera? 
- Tym razem nie. Ale mam coś lepszego, mój drogi. 
Jak wiesz, natura szczodrze mnie obdarzyła licznymi 
ciotkami i kuzynami, jako że mój ojciec miał 
dwanaścioro rodzeństwa. A teraz posłuchaj: Jedna z 
moich kuzynek mieszka w Wychwood-under-Ashe. 
- Jimmy, jesteś nieoceniony. 
- Czyż to nie szczęśliwy splot okoliczności? - spytał 
skromnie Jimmy. 
- Opowiedz mi o niej. 
- Nazywa się Bridget Conway. Od dwóch lat jest 
sekretarką lorda Whitfielda. 
- Właściciela tych paskudnych sensacyjnych 
tygodników? 
- Zgadza się. Zresztą on sam też jest dość 
paskudnym, nadętym bufonem! Urodził się w 
Wychwood-under-Ashe, a ponieważ cechuje go ten 
rodzaj snobizmu, który każe mu opowiadać na lewo i 
prawo o swym niskim pochodzeniu i chwalić się, że 
doszedł do wszystkiego o własnych siłach, wrócił do 

background image

swojego miasteczka, kupił jedyny okazały dom w 
okolicy (należący zresztą dawniej do rodziny 
Bridget) i przerabia go na "prawdziwą rezydencję". 
- I twoja kuzynka jest jego sekretarką? 
- Była - odparł Jimmy posępnym tonem. - Teraz 
awansowała! Została jego narzeczoną! 
- Och! - zawołał Luke ze zdumieniem. 
- On jest naprawdę dobrą partią - powiedział 
Jimmy. - Siedzi na pieniądzach. Bridget przeżyła 
kiedyś zawód miłosny i od tej pory nie wierzy w 
prawdziwe uczucia. Mam nadzieję, że tym razem 
wszystko dobrze się ułoży. Będzie go zapewne 
traktować bardzo stanowczo, a on całkowicie jej się 
podporządkuje. 
- Ale jaki to ma związek ze mną? 
- Pojedziesz tam i zamieszkasz u nich w domu jako 
kuzyn Bridget - wyjaśnił szybko Jimmy. - Ona ma 
ich tak wielu, że jeden więcej czy mniej nie zrobi 
żadnej różnicy. Wszystko dokładnie z nią ustalę. 
Zawsze byliśmy w dobrych stosunkach. Wracając do 
celu twojej wizyty... będziesz badaczem czarnej 
magii. 
- Czarnej magii? 
- Folklor, miejscowe przesądy i tym podobne rzeczy. 
Wychwood-under-Ashe jest z tego dość znane. To 
jedno z ostatnich miejsc, w którym odbył się sabat 
czarownic. Palono je tam na stosie jeszcze w 
ubiegłym stuleciu. A ty będziesz pisał książkę, 
rozumiesz? Chcesz porównać obyczaje, panujące w 
Mayang Straits, z dawnym angielskim folklorem... 

background image

szukasz analogii i tak dalej... Znasz się na tego 
rodzaju sprawach. Kręć się po okolicy z notatnikiem 
w ręku i wypytuj najstarszych mieszkańców o 
miejscowe przesądy i obyczaje. Oni są do tego 
przyzwyczajeni. Kiedy się dowiedzą, że mieszkasz w 
Ashe Manor, nabiorą do ciebie zaufania. 
- Jak na to zareaguje lord Whitfield? 
- Nie będzie stawiał przeszkód. Jest niezbyt 
wykształcony i bardzo łatwowierny... wierzy nawet w 
to, co czyta w swych własnych gazetach. Tak czy 
owak, Bridget go przekona. Ona jest w porządku. 
Mogę za nią ręczyć. 
Luke wziął głęboki oddech. 
- Jimmy, wszystko wydaje się takie proste. Jesteś 
wspaniały. Jeśli naprawdę możesz to załatwić ze 
swoją kuzynką... 
- Ależ oczywiście. Zostaw to mnie. 
- Jestem ci bezgranicznie wdzięczny. 
- O jedno cię tylko proszę - powiedział Jimmy. - Jeśli 
wytropisz tego maniakalnego mordercę, chciałbym 
być świadkiem jego śmierci!... O co chodzi? - spytał 
nagle. 
- Przypomniałem sobie coś - odparł powoli Luke - co 
powiedziała mi ta starsza pani z pociągu. Kiedy 
napomknąłem, że trudno jest bezkarnie popełnić tyle 
morderstw, odparła, że się mylę... że zabić człowieka 
jest bardzo łatwo... - Wahał się przez chwilę, a potem 
dodał: - Zastanawiam się, Jimmy, czy to prawda. 
Zastanawiam się, czy... 
- Czy co? 

background image

- Czy naprawdę morderstwo to nic trudnego? 
 
III 
CZAROWNICA BEZ MIOTŁY 
 
Luke wjechał na zalany słońcem szczyt wzgórza, u 
którego stóp leżało małe prowincjonalne miasteczko 
Wychwood-under-Ashe. Zatrzymał swój niedawno 
kupiony używany samochód standard swallow i 
wyłączył silnik. 
Był ciepły, słoneczny, letni dzień. W dole rozciągało 
się miasteczko nie zeszpecone przez nowoczesną 
architekturę. Dziewicze i spokojne, składało się 
głównie z długiej, dość rzadko zabudowanej ulicy, 
która biegła pod sterczącym nad nią szczytem Ashe 
Ridge. 
Wydawało się jakieś odległe, wyizolowane i 
zaskakująco spokojne. - Chyba postradałem zmysły - 
mruknął Luke do siebie. - Cała ta historia jest 
absurdalna. 
Czy naprawdę przyjechał tu jedynie po to, by ścigać 
mordercę, opierając się tylko na chaotycznej 
opowieści jakiejś starszej pani i przypadkowym 
nekrologu? 
Takie rzeczy z pewnością się nie zdarzają - pomyślał, 
potrząsając głową. A może jednak tak? Luke, mój 
stary, wkrótce się przekonasz, czy jesteś skończonym 
osłem, czy też twój policyjny węch prowadzi cię na 
właściwy trop. 

background image

Uruchomił silnik, wrzucił bieg i ostrożnie zjechał 
krętą drogą do miasteczka. 
Wychwood składało się przede wszystkim z jednej 
głównej ulicy, przy której stały sklepy, niewielkie, 
lecz wytworne domki z czasów króla Jerzego, z 
pobielonymi schodkami i lśniącymi kołatkami, oraz 
malownicze wille otoczone ogrodami. Nieco dalej 
znajdowała się gospoda Pod Błazeńską Czapką. Za 
nią Luke dostrzegł wiejskie błonia i staw, a nad 
wszystkim dominował wyniosły budynek, który Luke 
wziął początkowo za Ashe Manor, cel swej podróży. 
Kiedy jednak podjechał bliżej, zauważył dużą tablicę 
informującą, że mieści się tu muzeum oraz 
biblioteka. Jeszcze dalej wznosiła się wielka, biała, 
nowoczesna budowla, zupełnie nie pasująca 
charakterem do otoczenia. Luke domyślił się, że jest 
to szkoła i klub sportowy dla chłopców. 
Zatrzymał się i spytał o drogę do Ashe Manor. 
Poinformowano go, że do celu podróży ma jeszcze 
jakieś pół mili i że z pewnością zauważy po prawej 
stronie bramę wjazdową. 
Luke ruszył w dalszą drogę. Bez trudu znalazł 
bramę z kutego żelaza ozdobioną wyszukanymi, 
nowoczesnymi wzorami. Wjeżdżając na teren 
posiadłości, dostrzegł między drzewami czerwone 
cegły. Kiedy skręcił na podjazd, jego zdumionym 
oczom ukazała się przerażająco absurdalna 
budowla. 
Gdy przyglądał się temu niesamowitemu budynkowi, 
słońce zaszło za chmurę, a on zdał sobie nagle 

background image

sprawę, jak groźnie wygląda wzgórze Ashe Ridge. 
Gwałtowny podmuch wiatru poruszył gałęziami 
drzew. W tym momencie zza węgła domu wyszła 
jakaś dziewczyna. 
Kiedy silny powiew wiatru rozwiał jej ciemne włosy, 
Luke przypomniał sobie obraz Nevinsona, 
zatytułowany "Czarownica". Taka sama blada i 
delikatna twarz, takie same rozwiane czarne włosy. 
Wyobraził sobie tę dziewczynę lecącą na miotle w 
kierunku księżyca... 
- Zapewne pan Luke Fitzwilliam - powiedziała, 
podchodząc do niego. - Nazywam się Bridget 
Conway. 
Luke uścisnął wyciągniętą dłoń młodej kobiety. 
Teraz mógł jej się dokładniej przyjrzeć. Była 
wysoką, szczupłą brunetką o ciemnych oczach. Miała 
pociągłą twarz, subtelne rysy i ledwie widoczne dołki 
w policzkach. Lekko ściągnięte brwi nadawały jej 
ciemnym oczom ironiczny wyraz. Luke pomyślał, że 
wygląda jak delikatna, ujmująco piękna kobieta ze 
starej akwaforty. 
W drodze do kraju myślał o angielskich kobietach i 
oczami wyobraźni widział opalone, zarumienione 
dziewczęta, głaszczące konia po szyi, pochylone nad 
zachwaszczoną grządką, siedzące w fotelach z 
rękami wyciągniętymi w kierunku płonących w 
kominku drewnianych polan. To były miłe i 
krzepiące wizje... 

background image

Nie wiedział jeszcze, czy polubi Bridget Conway, ale 
zdawał sobie sprawę, że te tajemnicze obrazy nagle 
zamgliły się i rozpłynęły... straciły znaczenie i sens... 
- Dzień dobry - powiedział. - Przepraszam, że się 
państwu narzucam. Jimmy twierdził, że nie będziecie 
mieli państwo nic przeciwko temu. 
- Jest nam bardzo miło. - Uśmiechnęła się szeroko. - 
Jimmy i ja zawsze byliśmy wobec siebie solidarni. A 
skoro pisze pan książkę o folklorze, to te okolice 
doskonale się do tego nadają. Usłyszy pan tu wiele 
legend i pozna sporo malowniczych miejsc. 
- Wspaniale - powiedział Luke. 
Ruszyli w stronę domu. Luke raz jeszcze rzucił na 
niego okiem. Miał przed sobą rezydencję w stylu 
królowej Anny, ozdobioną przesadnie krzykliwymi 
motywami dekoracyjnymi. Przypomniał sobie słowa 
Jimmy'ego, który wspominał, że dom ten należał 
niegdyś do rodziny Bridget. Pomyślał ze smutkiem, 
że w tamtych czasach z pewnością nie miał tylu 
bogatych ozdób. Zerknął ukradkiem na profil 
Bridget, a potem na jej piękne, wąskie dłonie. 
Doszedł do wniosku, że może mieć około dwudziestu 
ośmiu lub dwudziestu dziewięciu lat i że sprawia 
wrażenie osoby rozsądnej. Należała do kobiet, o 
których wiedziało się tylko tyle, ile same postanowiły 
ujawnić... 
Dom był urządzony wygodnie i gustownie. Czuło się 
w nim rękę pierwszorzędnego dekoratora wnętrz. 
Bridget Conway zaprowadziła Luke'a do pokoju, w 

background image

którym stało dużo półek z książkami i głębokie 
fotele. Przy stoliku pod oknem siedziały dwie osoby. 
- Gordonie - zaczęła Bridget - to jest Luke, mój 
daleki kuzyn. Lord Whitfield był niski i łysiejący. 
Miał okrągłą, prostoduszną twarz, wydęte usta i 
wodniste, zielonkawe oczy. Niedbały wiejski strój 
uwydatniał jego spory brzuch. 
- Bardzo miło mi pana poznać - powitał uprzejmie 
gościa. - Słyszałem, że wrócił pan niedawno ze 
Wschodu. Interesująca część świata. Bridget mówiła 
mi, że pisze pan książkę. Powiadają, że obecnie pisze 
się zbyt dużo książek. Nie zgadzam się z tym... 
uważam, że zawsze znajdzie się miejsce na dobrą 
książkę. 
- Moja ciotka, pani Anstruther - powiedziała 
Bridget, a Luke uścisnął dłoń kobiety w średnim 
wieku, która uśmiechnęła się do niego dość 
bezmyślnie. 
Luke zorientował się niebawem, że pani Anstruther 
jest oddana duszą i ciałem ogrodnictwu. Nie mówiła 
o niczym innym, a jej myśli nieustannie zaprzątały 
rozważania o tym, czy miejsce, w którym zamierza 
posadzić jakąś rzadko spotykaną roślinę, będzie dla 
niej odpowiednie. 
- Wiesz, Gordon - zaczęła pani Anstruther, kiedy 
prezentacja dobiegła końca - doskonałe miejsce na 
ogród skalny będzie tuż za ogrodem różanym, a tam, 
gdzie strumyk przecina tę skarpę, możesz zrobić 
cudowne oczko wodne. 

background image

- Ustal to z Bridget - powiedział bez większego 
zainteresowania lord Whitfield, rozpierając się 
wygodnie w fotelu. - Ja uważam, że rośliny skalne są 
bardzo drobne... ale to nie ma znaczenia. 
- Być może nie są wystarczająco okazałe dla ciebie, 
Gordon - oznajmiła Bridget, napełniając filiżankę 
Luke'a herbatą. 
- To prawda - przyznał łagodnie lord Whitfield. - Dla 
mnie nie są warte pieniędzy, które się za nie płaci. 
Kwiatki są tak drobne, że prawie ich nie widać... Ja 
lubię pełne kwiatów oranżerie albo rabaty 
okazałych, szkarłatnych pelargonii. 
Pani Anstruther miała wyjątkowy dar trwania przy 
swoim temacie bez względu na to, co mówili jej 
rozmówcy. 
- Jestem pewna, że te nowe skalne róże doskonale się 
przyjmą w naszym klimacie - oznajmiła i skupiła 
uwagę na przeglądanym katalogu. 
Lord Whitfield rozparł się jeszcze wygodniej w 
swym fotelu i popijając herbatę, taksował Luke'a 
spojrzeniem. 
- Więc pisze pan książki - mruknął. 
Luke zamierzał udzielić gospodarzowi bliższych 
wyjaśnień, ale zdał sobie sprawę, że on bynajmniej 
tego od niego nie oczekuje. 
- Często myślałem o tym - oznajmił lord Whitfield 
wyniosłym tonem - żeby napisać książkę. 
- Doprawdy? - spytał Luke. 
- Zapewniam pana, że potrafiłbym to zrobić - odparł 
lord Whitfield. - I byłaby to bardzo interesująca 

background image

książka. Poznałem w życiu wielu ciekawych ludzi. 
Problem polega na tym, że brak mi na to czasu. 
Jestem niezwykle zapracowanym człowiekiem. 
- Oczywiście. Mogę się tego domyślić. 
- Nie uwierzyłby pan, ile mam na głowie - powiedział 
lord Whitfield. - Osobiście angażuję się w każdy 
numer mojego tygodnika. Uważam, że jestem 
odpowiedzialny za kształtowanie opinii publicznej. 
W przyszłym tygodniu miliony czytelników będą 
myślały i odczuwały dokładnie to, co chciałem im 
podsunąć. To bardzo poważna sprawa i wielka 
odpowiedzialność. No cóż, nie mam nic przeciwko 
odpowiedzialności. Nie boję się jej. Potrafię 
postępować w sposób odpowiedzialny. - Wyprężył 
pierś, próbując wciągnąć brzuch, a potem spojrzał 
przyjaźnie na Luke'a. 
- Jesteś wielkim człowiekiem, Gordon - powiedziała 
Bridget Conway. - Napij się jeszcze herbaty. 
- Tak, to prawda - potwierdził lord Whitfield. - Nie, 
nie chcę już herbaty. 
Potem, zstąpiwszy ze szczytu swego Olimpu na 
poziom zwykłych śmiertelników, spytał uprzejmie 
swego gościa: 
- Czy zna pan kogoś w tych stronach? 
Luke potrząsnął głową. 
- Obiecałem, że odszukam tu kogoś... to przyjaciel 
moich przyjaciół - powiedział Luke pod wpływem 
nagłego impulsu, czując, że im szybciej przystąpi do 
działania, tym lepiej. - Nazywa się Humbleby. Jest 
lekarzem. 

background image

- Och! - Lord Whitfield z trudem wyprostował się w 
fotelu. - Doktor Humbleby? To fatalny zbieg 
okoliczności. 
- Dlaczego? 
- Umarł jakiś tydzień temu - wyjaśnił lord Whitfield. 
- O mój Boże - westchnął Luke. - Bardzo mi przykro. 
- Nie sądzę, żeby pan go polubił - powiedział lord 
Whitfield. - Był upartym, nieznośnym, starym 
durniem. 
- Co oznacza - wtrąciła Bridget - że nie podzielał 
poglądów Gordona. 
- Chodziło o naszą instalację wodną - oznajmił lord 
Whitfield. - Zapewniam pana, panie Fitzwilliam, że 
jestem zapalonym społecznikiem. Dobro tego 
miasteczka leży mi na sercu. Tu się urodziłem. Tak, 
urodziłem się właśnie w tym miasteczku... 
Luke ze smutkiem zauważył, że porzucili temat 
doktora Humble- by'ego i powrócili do spraw 
dotyczących osoby lorda Whitfielda. 
- Nie wstydzę się tego i wszystko mi jedno, czy ktoś o 
tym wie - ciągnął lord. - Nie korzystałem w młodości 
z żadnych przywilejów. Mój ojciec prowadził sklep z 
butami... tak, zwykły sklep z butami. Kiedy byłem 
chłopcem, pomagałem mu w tym sklepie. 
Osiągnąłem wszystko o własnych siłach... 
postanowiłem wydobyć się z dna... i osiągnąłem cel! 
Wytrwałością, ciężką pracą i z Bożą pomocą...! 
Dzięki temu jestem dzisiaj tym, kim jestem. 

background image

Wyczerpująco przedstawiwszy Luke'owi szczegóły 
swej drogi życiowej, lord Whitfield mówił dalej z 
triumfem: 
- Odniosłem sukces i przed nikim nie taję, jak do 
tego doszedłem! Nie wstydzę się swych początków... 
nie, sir... Wróciłem do miejsca swego urodzenia. Czy 
wie pan, co stoi teraz na miejscu sklepu mojego ojca? 
Wznosi się tam wspaniały budynek, który ja 
ufundowałem... Szkoła, klub dla chłopców, wszystko 
pierwszorzędnie wykończone i nowoczesne. 
Zatrudniłem najlepszego architekta w kraju! Muszę 
przyznać, że ten gmach przypomina mi raczej dom 
poprawczy albo więzienie... ale wszyscy mówią, że 
jest w porządku, więc chyba tak jest. 
- Głowa do góry - powiedziała Bridget. - Ten dom 
kazałeś odrestaurować według własnego gustu! 
Lord Whitfield zachichotał z zadowoleniem. 
- Tak, próbowali postawić na swoim! Chcieli 
zachować pierwotny charakter tego budynku. Ale 
nie zgodziłem się. Powiedziałem im, że to ja będę 
mieszkał w tym domu, i chcę, by było widać 
pieniądze, które w niego zainwestowałem. Kiedy 
jeden architekt odmawiał wykonania tego, co mu 
kazałem, zwalniałem go i brałem innego. Ostatni 
doskonale zrozumiał moją koncepcję. 
- Pomagał ci zaspokajać najgorsze wybryki twojej 
wyobraźni - wtrąciła Bridget. 
- Ona wolałaby, żeby wszystko zostało po staremu - 
powiedział lord Whitfield, klepiąc ją po ramieniu. - 
Nie warto żyć przeszłością, kochanie. Ci dawni 

background image

budowniczowie z epoki króla Jerzego byli dość 
ograniczeni. Nie chciałem mieszkać w pozbawionym 
ozdób ceglanym domu. Zawsze marzyłem o zamku... 
i teraz go mam! Wiem, że nie grzeszę zbyt 
wyrafinowanym gustem, więc dałem carte blanche 
dobrej firmie, zajmującej się dekoracją wnętrz. 
Muszę przyznać, że zrobili to całkiem nieźle... choć 
niektóre pomieszczenia są trochę bezbarwne. 
- No cóż - zaczął Luke, nie znajdując odpowiednich 
słów - to wspaniale wiedzieć, czego się chce. 
- A ja zazwyczaj to osiągam - oznajmił lord, 
chichocząc. 
- Omal nie przegrałeś batalii o instalację wodną - 
przypomniała mu Bridget. 
- Och, o to ci chodzi! - zawołał lord Whitfield. - 
Humbleby był głupcem. Ci starzejący się durnie są 
uparci jak osły. Nie słuchają żadnych argumentów. 
- Doktor Humbleby musiał być człowiekiem, który 
nie ukrywał tego, co myśli, prawda? - spytał Luke. - 
Przypuszczani, że narobił sobie przez to wielu 
wrogów. 
- Nie, tego bym nie powiedział - zaoponował lord 
Whitfield, drapiąc się po nosie. - A co ty sądzisz, 
Bridget? 
- Zawsze miałam wrażenie, że doktor Humbleby 
cieszy się ogólną sympatią - odparła Bridget. - 
Widziałam go tylko raz, kiedy zwichnęłam sobie 
kostkę, ale wydał mi się bardzo miłym człowiekiem. 

background image

- Owszem, na ogół był dość lubiany - przyznał lord 
Whitfield. - Choć znam jedną czy dwie osoby, które 
miały z nim na pieńku. Zwykła głupota. 
- Czy te osoby mieszkają w Wychwood? Lord 
Whitfield kiwnął głową. 
- W takich miasteczkach jak nasze dochodzi do wielu 
konfliktów i sporów - powiedział. 
- I ja tak sądzę - oznajmił Luke. Zastanawiał się 
przez chwilę nad następnym krokiem, a potem 
spytał: - Jakiego rodzaju ludzie zamieszkują te 
okolice? 
Pytanie było dość ogólnikowe, ale nie musiał długo 
czekać na odpowiedź. 
- Głównie relikty przeszłości - wyjaśniła Bridget. - 
Córki pastorów, ich siostry i żony. Tak samo 
wyglądają rodziny lekarzy. Na jednego mężczyznę 
przypada tu około sześciu kobiet. 
- Ale chyba są tu jacyś mężczyźni? 
- Och, owszem, jest pan Abbot, radca prawny, młody 
doktor Thomas, współpracownik doktora 
Humbleby'ego, pan Wake, proboszcz i... kto jeszcze, 
Gordon? Och! Pan Ellsworthy, który prowadzi sklep 
z antykami i, moim zdaniem, jest trochę zbyt 
uprzejmy, oraz major Horton ze swoimi buldogami. 
- Moi przyjaciele wspominali, że mieszka tu też 
pewna niezwykle czarująca, ale bardzo gadatliwa 
staruszka - oznajmił Luke. 
- To można by powiedzieć o połowie mieszkańców 
naszego miasteczka! - zawołała Bridget ze śmiechem. 
- Jakże ona się nazywa? O, już wiem, Pinkerton. 

background image

- Naprawdę, nie ma pan szczęścia! - powiedział lord 
Whitfield, chichocząc ochryple. - Ona również nie 
żyje. Parę dni temu wpadła w Londynie pod 
samochód. Zginęła na miejscu. 
- Wygląda na to, że macie tu sporo zgonów - 
zauważył Luke. Lord Whitfield natychmiast 
spoważniał. 
- Ależ skądże!... - zawołał nieco urażonym tonem. - 
To jedno z najzdrowszych miejsc w Anglii. Nie licząc 
nieszczęśliwych wypadków. W końcu mogą każdemu 
się przytrafić. 
- Prawdę mówiąc, Gordon - powiedziała Bridget 
Conway po chwili namysłu - w ubiegłym roku 
mieliśmy tu wiele zgonów. Bez przerwy były jakieś 
pogrzeby. 
- Nic podobnego, kochanie. 
- Czy doktor Humbleby również zginął w wypadku? 
- spytał Luke. 
- Och, nie - odparł lord Whitfield, potrząsając głową. 
- Humbleby zmarł na zakażenie krwi. Jak to lekarz. 
Skaleczył się w palec zardzewiałym gwoździem, czy 
coś takiego... nie zwrócił na to uwagi i dostał 
zakażenia. Po trzech dniach już nie żył. 
- Bywają tacy lekarze - oznajmiła Bridget. - I 
oczywiście, jeśli o siebie nie dbają, często narażeni są 
na różne infekcje. To było okropne. Jego żona 
zupełnie się załamała. 
- Nie ma sensu buntować się przeciwko woli 
Opatrzności - powiedział lord Whitfield beztrosko. 

background image

Ale czy rzeczywiście była to wola Opatrzności? - 
spytał sam siebie Luke, przebierając się wieczorem w 
smoking. Zakażenie krwi? Być może. Tak czy owak 
była to bardzo niespodziewana śmierć. 
W tym momencie przypomniały mu się słowa 
Bridget Conway: 
W ubiegłym roku mieliśmy tu wiele zgonów. 
 
IV 
LUKE PRZYSTĘPUJE DO DZIAŁANIA 
 
Luke przemyślał uważnie plan swej kampanii. 
Schodząc nazajutrz rano na śniadanie, był już gotów 
przystąpić do jego realizacji. 
Ciotka-ogrodniczka była nieobecna. Lord Whitfield 
jadł nereczki i pił kawę, a Bridget Conway, która 
skończyła już posiłek, wyglądała przez okno. 
Luke, powitawszy gospodarzy, usiadł przy stole i 
nałożył sobie na talerz sporą porcję jajek na bekonie. 
- Muszę zabrać się do pracy - oznajmił. - Niełatwo 
jest nakłonić ludzi do mówienia. Wie pan, co mam 
na myśli... nie chodzi mi o ludzi takich jak pan czy... 
eee... Bridget. - W samą porę przypomniał sobie, że 
nie powinien zwracać się do niej "panno Conway". - 
Powiedzielibyście mi wszystko, co wiecie... ale 
problem polega na tym, że nie znacie się na 
sprawach, które mnie interesują, to znaczy na 
miejscowych przesądach. Nie uwierzyłby pan chyba, 
jak wiele zabobonów nadal jeszcze pokutuje w 
odległych zakątkach świata. Znam małe miasteczko 

background image

w hrabstwie Devon. Tamtejszy proboszcz musiał 
usunąć z terenów przykościelnych kilka starych 
granitowych menhirów. Gdy tylko umarł któryś z 
mieszkańców, pozostali obchodzili je wkoło w jakiejś 
starodawnej rytualnej procesji. To zadziwiające, że 
pogańskie obrządki są tak trwałe. 
- Zapewne ma pan rację - powiedział lord Whitfield. 
- Ludziom brakuje wykształcenia. Czy wspominałem 
już panu, że ufundowałem tu wspaniałą bibliotekę? 
Przedtem był tam stary dwór... kupiłem go za 
bezcen, a teraz mieści się w nim jedna z najlepszych 
bibliotek... 
Luke, widząc, że lord Whitfield zamierza nadal 
koncentrować się wyłącznie na swych osiągnięciach, 
postanowił zmienić temat. 
- Znakomicie - powiedział serdecznie. - Dobra 
robota. Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, jak 
głęboko zakorzeniona jest ludzka ignorancja. A ja 
właśnie tego szukam. Interesują mnie dawne 
obyczaje, opowieści starych kobiet, ślady pogańskich 
obrządków, takich jak... - Tu zacytował niemal 
dosłownie stronicę z pewnej rozprawy naukowej, 
którą przeczytał przed przyjazdem do Wychwood. - 
Największą nadzieję pokładam w rytuałach 
związanych ze śmiercią - zakończył. - Najtrwalsze są 
obrządki i zwyczaje pogrzebowe. Poza tym, z takiego 
czy innego powodu, wieśniacy lubią rozmawiać o 
śmierci. 
- I uwielbiają pogrzeby - wtrąciła Bridget. 

background image

- Chyba od tego właśnie zacznę - kontynuował Luke. 
- Gdybym zdobył listę ostatnio zmarłych w tej 
parafii osób, a następnie porozmawiał z ich 
krewnymi, z pewnością natrafiłbym niebawem na 
ślady tego, czego szukam. Od kogo mógłbym uzyskać 
takie dane... od proboszcza? 
- Dla pana Wake'a niewątpliwie byłoby to bardzo 
interesujące - powiedziała Bridget. - Jest miłym 
staruszkiem i po trosze zbieraczem starożytności. 
Sądzę, że mógłby ci dostarczyć wielu informacji. 
Luke odczuł przelotny niepokój, ale pomyślał z 
nadzieją, że pastor nie okaże się na tyle biegłym 
znawcą starożytności, by go rozszyfrować. 
- To świetnie. Czy wiecie, kto zmarł tu w ubiegłym 
roku? - spytał. 
- Niech pomyślę - mruknęła Bridget. - Oczywiście, 
Carter. Był właścicielem Siedmiu Gwiazd, 
obskurnego małego baru nad rzeką. 
- Zapijaczony prostak - stwierdził lord Whitfield. - 
Jeden z tych gburowatych socjalistów. Niewielka 
strata. 
- I pani Rose, praczka - ciągnęła Bridget. - I mały 
Tommy Pierce... muszę przyznać, że był wstrętnym 
chłopcem. Och, i ta dziewczyna, Amy Jak-jej-tam. 
Kiedy wymawiała to imię, ton jej głosu nieznacznie 
się zmienił. 
- Amy? - spytał Luke. 
- Amy Gibbs. Pracowała u nas jako pokojówka, a 
potem przeniosła się do panny Waynflete. W sprawie 
jej śmierci policja prowadziła dochodzenie. 

background image

- Dlaczego? 
- Bo ta głupia dziewczyna pomyliła po ciemku 
buteleczki - oznajmił lord Whitfield. 
- Wypiła farbę do kapeluszy sądząc, że to syrop na 
kaszel - wyjaśniła Bridget. 
- Cóż za tragiczna pomyłka - powiedział Luke, 
marszcząc czoło. 
- Podejrzewano, że zrobiła to umyślnie - oznajmiła 
Bridget. - Pokłóciła się z jakimś młodzieńcem. 
Nastała chwila milczenia. Luke wyczuł 
instynktownie nagłe napięcie, które zapanowało w 
pokoju. 
Amy Gibbs? - pomyślał. Tak, to było jedno z 
nazwisk, które wymieniła panna Pinkerton. 
Pamiętał, że wspomniała również o małym chłopcu 
imieniem Tommy, o którym, podobnie jak Bridget, 
miała wyraźnie niepochlebną opinię. Był niemal 
przekonany, że słyszał też od niej nazwisko Carter. 
- Takie rozmowy budzą we mnie pewien niesmak... 
czuję się tak, jakbym przeszukiwał cmentarze - 
powiedział, wstając od stołu. - Obrzędy ślubne 
bywają równie interesujące, ale znacznie trudniej 
wpleść je do konwersacji. 
- Mogę to sobie wyobrazić - oznajmiła Bridget, 
wykrzywiając usta w lekkim grymasie. 
- Zaklęcia i rzucanie uroków to kolejna ciekawa 
kwestia - ciągnął Luke, udając nagłe 
zainteresowanie. - Można się z nimi często zetknąć 
wśród ludzi starej daty. Czy krążą tu jakieś pogłoski 
na ten temat? 

background image

Lord Whitfield pokręcił głową. 
- Jeśli nawet krążą, to do nas nie docierają... - 
wyjaśniła Bridget Conway. 
- To oczywiste - wtrącił natychmiast Luke. - Będę 
musiał porozmawiać o tym z przedstawicielami 
niższych sfer. Zacznę od wizyty na plebanii i 
zobaczę, czego się tam dowiem. Potem odwiedzę 
Siedem Gwiazd, czy tak brzmi nazwa tego baru? A 
ten nieznośny? Czy pozostawił jakichś pogrążonych 
w smutku krewnych? 
- Pani Pierce prowadzi sklepik z tytoniem i gazetami 
na High Street. 
- To szczęśliwy zbieg okoliczności. No cóż, na mnie 
już czas. 
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pójdę z tobą - 
oznajmiła Bridget, odchodząc od okna. 
- Ależ... bardzo proszę. 
Powiedział to możliwie jak najserdeczniej, ale nie był 
pewien, czy nie dostrzegła jego wahania. 
Łatwiej byłoby mu rozmawiać ze starym, 
rozmiłowanym w starożytnościach proboszczem bez 
inteligentnego i bystrego świadka. 
Trudno - pomyślał. Muszę grać swoją rolę w sposób 
przekonujący. 
- Czy możesz chwilę poczekać, Luke? - poprosiła 
Bridget. - Zmienię tylko buty. 
Luke, słysząc, z jaką łatwością wymówiła jego imię, 
poczuł przypływ sympatii. W końcu jak miała go 
nazywać? Skoro przystała na plan Jimmy'ego i 
zgodziła się grać rolę jego kuzynki, nie mogła mówić 

background image

do niego "panie Fitzwilliam". Nagle przyszła mu do 
głowy niepokojąca myśl: Co ona o tym wszystkim 
sądzi? 
Sam był zdziwiony, że wcześniej nie wzbudziło to 
jego niepokoju. Kuzynka Jimmy'ego była dla niego 
tylko postacią abstrakcyjną. W ogóle o niej nie 
myślał. Przyjął po prostu za dobrą monetę 
zapewnienia swego przyjaciela, że "Bridget jest w 
porządku". 
Wyobrażał ją sobie jako drobną, jasnowłosą 
sekretarkę, na tyle przebiegłą, by usidlić bogatego 
mężczyznę. 
Tymczasem Bridget okazała się bystrą kobietą o 
przenikliwej inteligencji i silnej osobowości. A on nie 
miał pojęcia, co ona o nim sądzi. Doszedł do 
wniosku, że jest osobą, którą niełatwo wywieść w 
pole. 
- Już jestem gotowa. 
Podeszła do niego tak cicho, że nie usłyszał jej 
kroków. Nie miała ani kapelusza, ani woalki. Kiedy 
wyszli z domu, nagły podmuch wiatru rozwiał jej 
długie ciemne włosy. 
- Muszę ci wskazać drogę - powiedziała z 
uśmiechem. 
- To miło z twojej strony - odparł uprzejmie, 
zastanawiając się, czy w jej uśmiechu nie dostrzegł 
przypadkiem przebłysku lekkiej ironii. 
- Cóż za okropieństwo! - zawołał z żalem, patrząc na 
okazałą rezydencję. - Czy nikt nie potrafił go 
powstrzymać? 

background image

- Dom Anglika jest jego twierdzą - odparła Bridget. - 
Gordon traktuje to powiedzenie dosłownie! Jest 
zachwycony swoim zanikiem! 
Luke zdał sobie sprawę, że jego uwaga była niezbyt 
fortunna, ale nie był już w stanie jej cofnąć, więc 
dodał: 
- To twój rodzinny dom, prawda? Czy ty również 
jesteś "zachwycona" jego obecnym wyglądem? 
Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem. 
- Przykro mi, że muszę zniszczyć twoją dramatyczną 
wizję - mruknęła - ale prawdę mówiąc, wyjechałam 
stąd mając dwa i pół roku, więc trudno ode mnie 
wymagać, bym traktowała ten budynek jako 
rodzinne gniazdo. Nawet nie pamiętam, jak dawniej 
wyglądał. 
- Masz rację - przyznał Luke. - Przepraszam, że 
przemawiam do ciebie jak bohater filmowy. 
Bridget roześmiała się głośno. 
- Prawda rzadko bywa romantyczna. 
Usłyszał w jej głosie ton goryczy, który zbił go z 
tropu. Zaczerwienił się z zażenowania, a potem zdał 
sobie sprawę, że gorycz nie była skierowana pod jego 
adresem, lecz stanowiła cząstkę osobowości tej 
kobiety. Doszedł do wniosku, że postąpi 
najrozsądniej, zachowując milczenie. Bridget 
Conway wydawała mu się osobą zagadkową... 
Po pięciu minutach dotarli do kościoła i sąsiadującej 
z nim plebanii. Zastali pastora w jego gabinecie. 
Alfred Wake był niskim, przygarbionym 
staruszkiem o łagodnych niebieskich oczach. Powitał 

background image

ich bardzo uprzejmie, choć widać było, że jest trochę 
zaskoczony ich wizytą. 
- Pan Fitzwilliam zatrzymał się u nas w Ashe Manor 
- powiedziała Bridget - i chciałby zasięgnąć rady ojca 
w związku z książką, którą pisze. 
Pastor spojrzał pytająco na Luke'a, który 
natychmiast przystąpił do wyjaśnień. 
Był bardzo zdenerwowany. Po pierwsze dlatego, że 
wiedza pastora na temat folkloru, zabobonów, 
obrzędów i obyczajów z pewnością znacznie 
przewyższała jego wiadomości nabyte w czasie 
pobieżnej lektury przypadkowego zestawu książek. 
Po drugie zaś dlatego, że stojąca obok niego Bridget 
Conway przysłuchiwała się jego wypowiedziom. 
Luke odkrył z ulgą, że pastor szczególnie interesuje 
się zabytkami starorzymskimi. Sam przyznał, że wie 
bardzo niewiele na temat średniowiecznego folkloru i 
czarnej magii. Wspomniał o istnieniu pewnych 
obiektów związanych z historią Wychwood. 
Zaproponował Luke'owi wspólną wyprawę na 
wzgórze, na którym podobno odbywały się niegdyś 
sabaty czarownic, ale przeprosił, że sam nie jest w 
stanie służyć mu bliższymi szczegółami. 
Luke odczuł ulgę, ale udał lekkie rozczarowanie, a 
potem zaczął wypytywać o przesądy związane z 
łożem śmierci. 
- Jestem chyba ostatnią osobą, która wiedziałaby 
cokolwiek na ten temat - odparł pastor, potrząsając 
głową. - Moi parafianie dbają o to, by nie docierały 

background image

do mnie żadne wieści związane z pogańskimi 
tradycjami. 
- To zrozumiałe. 
- Ale niewątpliwie pokutują u nas jeszcze liczne 
zabobony. Społeczność wiejska jest bardzo zacofana. 
- Poprosiłem pannę Conway o wykaz niedawno 
zmarłych osób. Sądziłem, że w ten sposób do czegoś 
dojdę. Może zechciałby ojciec uzupełnić ten wykaz, 
abym mógł się doszukać pewnych prawidłowości. 
- Tak, oczywiście, to da się zrobić. Mógłby panu w 
tym pomóc nasz kościelny, Giles. To poczciwy 
człowiek, ale niestety zupełnie głuchy. Niech 
pomyślę. Było sporo... tak, wiele... poprzedziła je 
zdradliwa wiosna i doszło do nich po surowej zimie, 
a potem nastąpiły liczne wypadki... prawdziwe 
pasmo nieszczęść. 
- Niekiedy - powiedział Luke - seria nieszczęśliwych 
wypadków wiąże się z obecnością jakiejś określonej 
osoby. 
- Tak, tak. Weźmy na przykład przypadek Jonasza. 
Ale nie sądzę, by przebywali tu jacyś obcy ludzie... 
nikt, że tak powiem, kto w jakiś sposób by się 
wyróżniał, a ja z całą pewnością nie słyszałem 
żadnych pogłosek na ten temat... ale jak 
wspomniałem, być może nie dotarły one do mnie z 
wiadomych względów. Niech się zastanowię... 
całkiem niedawno umarł doktor Humbleby i biedna 
Lavinia Pinkerton... Doktor Humbleby był 
wspaniałym człowiekiem... 

background image

- Pan Fitzwilliam zna jego przyjaciół - wtrąciła 
Bridget. 
- Naprawdę? To bardzo smutna historia. Wszyscy 
boleśnie odczują jego stratę. Miał wielu przyjaciół. 
- Ale zapewne miał też wrogów - powiedział Luke. - 
Powtarzam tylko to, co usłyszałem od moich 
znajomych - dodał pospiesznie. 
Pan Wake westchnął. 
- Był człowiekiem, który mówił, co myśli... i 
powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze wyrażał się 
zbyt taktownie... - Potrząsnął głową. - To działa 
ludziom na nerwy. Ale ubodzy bardzo go kochali. 
- Jeden z najbardziej przykrych aspektów śmierci 
polega moim zdaniem na tym - zaczął Luke 
obojętnym tonem - że zawsze przynosi ona komuś 
korzyść... mam na myśli nie tylko spadek. 
- Tak, rozumiem, o co panu chodzi - przyznał pastor, 
kiwając głową z zadumą. - Czytamy w nekrologach 
wyrazy ubolewania z powodu czyjejś śmierci, ale 
niestety bardzo rzadko bywają one szczere. Nie 
można zaprzeczyć, że śmierć doktora Humbleby'ego 
znacznie umocniła pozycję jego wspólnika, doktora 
Thomasa. 
- W jaki sposób? 
- Thomas z pewnością jest bardzo zdolnym 
lekarzem... Humbleby niejednokrotnie o tym mówił, 
ale Thomasowi niezbyt dobrze się tu wiodło. Myślę, 
że pozostawał w cieniu doktora Humbleby, który był 
człowiekiem o wyraźnym magnetyzmie. W 
zestawieniu z nim Thomas wydawał się postacią dość 

background image

bezbarwną. Nie wywierał żadnego wrażenia na 
swych pacjentach. Sądzę, że go to niepokoiło... stawał 
się coraz bardziej nerwowy i zamknięty w sobie. 
Prawdę mówiąc, już teraz zauważyłem zadziwiającą 
zmianę. Jest spokojniejszy i bardziej opanowany. 
Chyba odzyskał pewność siebie. O ile mi wiadomo, 
nie zawsze zgadzali się z doktorem Humblebym. 
Thomas był gorącym zwolennikiem nowoczesnych 
metod leczenia, a Humbleby upierał się przy 
tradycyjnej medycynie. Nieraz dochodziło między 
nimi do konfliktów dotyczących zarówno tego 
tematu, jak i spraw rodzinnych... ale jeśli o to chodzi, 
nie powinienem plotkować... 
- Myślę, że pan Fitzwilliam chętnie posłuchałby tych 
plotek! - wtrąciła Bridget. 
Luke rzucił jej przelotne, pełne niepokoju 
spojrzenie. Pan Wake z powątpiewaniem pokręcił 
głową, a potem zaczął mówić, uśmiechając się z 
lekką dezaprobatą: 
- Niestety, nauczyliśmy się za bardzo interesować 
sprawami naszych bliźnich. Rose Humbleby jest 
bardzo ładną dziewczyną. Nic więc dziwnego, że 
Geoffrey Thomas stracił dla niej głowę. A punkt 
widzenia doktora Humbleby'ego był również 
zrozumiały. Uważał, że jego córka jest jeszcze młoda, 
a mieszkając tu, na prowincji, nie ma wielu szans, by 
poznać innych mężczyzn. 
- Był przeciwny temu związkowi? - spytał Luke. 
- Zdecydowanie. Uważał, że oboje są jeszcze za 
młodzi. A młodych ludzi, oczywiście, oburzają takie 

background image

stwierdzenia! Stosunki między Thomasem a 
doktorem Humblebym wyraźnie się ochłodziły. 
Muszę jednak przyznać, że doktor Thomas był 
głęboko wstrząśnięty niespodziewaną śmiercią swego 
wspólnika. 
- Lord Whitfield powiedział mi, że to było zakażenie 
krwi. 
- Tak... po prostu małe zadraśnięcie, w które wdała 
się śmiertelna infekcja. Lekarze w trakcie 
wykonywania swego zawodu narażeni są na poważne 
ryzyko, panie Fitzwilliam. 
- To prawda - przyznał Luke. 
- Ale zbyt daleko odbiegłem od tematu - powiedział 
pastor. - Zdaje się, że jestem starym plotkarzem. 
Rozmawialiśmy o reliktach pogańskich obyczajów 
związanych ze śmiercią i o niedawno zmarłych 
ludziach. Znalazła się wśród nich Lavinia Pinkerton, 
która była jedną z naszych najbardziej gorliwych 
parafianek. I ta nieszczęsna dziewczyna, Amy 
Gibbs... jej przypadek może dostarczyć panu 
pewnych elementów z dziedziny pańskich 
zainteresowań, panie Fitzwilliam. Podejrzewano, jak 
zapewne pan już wie, że mogło to być samobójstwo, 
a z tym rodzajem śmierci wiążą się dość niesamowite 
rytuały. Mieszka tu ciotka tej dziewczyny. Nie 
uważam jej za kobietę zbyt szacowną i wiem, że nie 
była przesadnie przywiązana do swej siostrzenicy, 
ale jest osobą niezwykle gadatliwą. 
- To cenna informacja - powiedział Luke. 

background image

- I jeszcze Tommy Pierce... kiedyś należał do chóru 
kościelnego... śpiewał wspaniałym, niemal anielskim 
falsetem... ale nie miał zbyt anielskiego charakteru. 
W końcu musieliśmy go wykluczyć, ponieważ miał 
zły wpływ na swych kolegów. Biedny chłopak... 
Przypuszczam, że mało kto go lubił. Zwolniono go z 
poczty, gdzie załatwiliśmy mu posadę posłańca. 
Później przez jakiś czas zatrudniony był w kancelarii 
pana Abbota, ale bardzo szybko go stamtąd 
wyrzucono... podobno szperał w jakichś poufnych 
dokumentach. Potem krótko pracował w Ashe 
Manor jako pomocnik ogrodnika, ale lord Whitfield 
odprawił go za impertynenckie zachowanie. Było mi 
przykro ze względu na jego matkę... to porządna, 
ciężko pracująca kobieta. Panna Waynflete bardzo 
życzliwie załatwiła mu dorywcze zajęcie przy myciu 
okien. Lord Whitfield początkowo protestował, ale 
potem nieoczekiwanie się zgodził... w gruncie rzeczy 
jego decyzja okazała się niefortunna. 
- Dlaczego? 
- Ponieważ chłopiec zginął właśnie przy tej pracy. 
Mył górne okna w bibliotece, mieszczącej się w 
starym dworze i zaczął błaznować... tańczyć na 
parapecie czy coś w tym rodzaju... stracił równowagę 
albo też zakręciło mu się w głowie i spadł. Przykra 
sprawa! Zmarł w kilka godzin po przewiezieniu do 
szpitala, nie odzyskawszy przytomności. 
- Czy ktoś widział jego upadek? - spytał Luke z 
ciekawością. 

background image

- Nie. Mył okna od strony ogrodu, nie od frontu. 
Podobno leżał tam przez jakieś pół godziny, zanim 
go znaleziono. 
- Kto go znalazł? 
- Panna Pinkerton. To ta kobieta, która jak przed 
chwilą wspominałem, przed paru dniami zginęła 
tragicznie w wypadku drogowym. Biedactwo, była 
do głębi wstrząśnięta. To przykre przeżycie! 
Pozwolono jej wziąć z ogrodu jakieś sadzonki i 
znalazła tam nieprzytomnego chłopca. 
- To musiał być dla niej straszny wstrząs - 
powiedział Luke z zadumą. I dodał w duchu: O wiele 
większy, niż się ojcu wydaje. 
- Śmierć młodego człowieka zawsze jest bardzo 
smutna - stwierdził starzec, potrząsając głową. - 
Wady Tommy'ego mogły przede wszystkim wynikać 
z jego popędliwego charakteru. 
- Był wstrętnym małym brutalem - powiedziała 
Bridget. - I ojciec dobrze o tym wie. Ciągle znęcał się 
nad kotami, zabłąkanymi szczeniętami i dokuczał 
innym chłopcom. 
- Wiem... wiem. - Pan Wake ze smutkiem pokręcił 
głową. - Ale, droga panno Conway, okrucieństwo 
często nie jest cechą wrodzoną, lecz skutkiem 
powolnego rozwoju wyobraźni. Mając do czynienia z 
dorosłym człowiekiem o mentalności dziecka, 
dochodzimy nieraz do wniosku, iż człowiek ten nie 
zdaje sobie sprawy z własnej przebiegłości i 
szaleńczej brutalności. Jestem przekonany, że w 
dzisiejszych czasach większość przypadków 

background image

bezsensownej brutalności i okrucieństwa bierze się z 
braku dojrzałości. Trzeba się wyzbyć dziecinnych 
odruchów... - Pastor potrząsnął głową i rozłożył ręce. 
- Tak, to prawda - przyznała Bridget ochrypłym 
głosem. - Wiem, co ojciec ma na myśli. Człowiek 
zachowujący się jak dziecko jest najbardziej 
przerażającym zjawiskiem na świecie... 
Luke spojrzał na nią z ciekawością. Był przekonany, 
że Bridget ma na myśli jakąś konkretną osobę. Choć 
jednak lord Whitfield pod pewnymi względami 
przypominał dziecko, nie wydawało mu się, by 
mówiła właśnie o nim. Lord Whitfield bywał trochę 
śmieszny, ale z pewnością nie był przerażający. 
Luke Fitzwilliam bardzo chciał wiedzieć, kogo miała 
na myśli Bridget. 
 

WIZYTA U PANNY WAYNFLETE 
 
- Niech się zastanowię... - mruknął pan Wake, a po 
chwili wymienił cicho kilka kolejnych nazwisk: - 
Biedna pani Rose, stary Bell, dziecko państwa Elkin i 
Harry Carter, ale oni nie należeli do mojej parafii. 
Pani Rose i Carter byli protestantami. W czasie tych 
marcowych mrozów odszedł od nas biedny stary Ben 
Stanbury... miał dziewięćdziesiąt dwa lata. 
- A Amy Gibbs umarła w kwietniu - powiedziała 
Bridget. 
- Tak, biedactwo... to straszna pomyłka. 

background image

Luke zerknął na Bridget, ale ona, widząc jego 
spojrzenie, szybko spuściła wzrok. 
Jest tu coś, czego nie rozumiem - pomyślał z lekkim 
niepokojem. Coś, co ma związek z tą Amy Gibbs. 
- Kim była Amy Gibbs? - spytał Bridget, kiedy 
wyszli już z ple- banii. 
- Amy była jedną z najbardziej nieudolnych 
pokojówek, jakie kiedykolwiek widziałam - odparła 
po dłuższej chwili, a Luke wyczuł w jej głosie nutkę 
zażenowania. 
- Za to właśnie została zwolniona z pracy? 
- Nie. Wałęsała się gdzieś z jakimś młodym 
mężczyzną i bardzo późno wracała do domu. Gordon 
ma niezwykle staroświeckie poglądy na moralność. 
Uważa, że grzech popełnia się dopiero po godzinie 
jedenastej, ale wówczas jest to rozpasanie. Więc 
wypowiedział jej pracę, a ona w dodatku zachowała 
się wobec niego arogancko! 
- Czy była ładna? - spytał Luke. 
- Bardzo ładna. 
- To ta, która przez pomyłkę wypiła farbę do 
kapeluszy zamiast syropu na kaszel? 
- Owszem. 
- Głupia sprawa, prawda? 
- Bardzo głupia. 
- A czy ona była głupia? 
- Nie, była dość bystrą dziewczyną. 
Luke zerknął ukradkien na Bridget. Był zupełnie 
zdezorientowany. Odpowiadała na jego pytania 
obojętnie, nie okazując najmniejszego 

background image

zainteresowania. Ale Luke czuł, że coś przed nim 
ukrywa. 
W tym momencie Bridget zatrzymała się, by 
porozmawiać z jakimś wysokim panem, który 
uchylił przed nią kapelusza w serdecznym geście 
powitania. 
- To jest mój kuzyn, pan Fitzwilliam, który 
zatrzymał się u nas w Ashe Manor - przedstawiła 
Luke'a po krótkiej wymianie zdań z nieznajomym. - 
Przyjechał tu pisać książkę. A to pan Abbot. 
Luke spojrzał na pana Abbota z pewnym 
zaciekawieniem. Wiedział, że jest on radcą 
prawnym, u którego pracował Tommy Pierce. 
Luke miał nieuzasadnione uprzedzenie do 
prawników, chyba dlatego, że z ich szeregów 
wywodziło się tak wielu polityków. Irytowała go 
również ich zawodowa powściągliwość. Jednakże 
pan Abbot nie przypominał typowego 
przedstawiciela palestry. Nie był ani chudy, ani 
skromny, ani małomówny. Był zażywnym, 
rumianym mężczyzną o serdecznym sposobie bycia. 
W kącikach jego oczu rysowały się drobne 
zmarszczki. Miał bardzo przenikliwy wzrok. 
- Pisze pan książkę, tak? Powieść? 
- Pan Fitzwilliam interesuje się folklorem - wyjaśniła 
Bridget. 
- Trafił pan we właściwe miejsce - oznajmił prawnik. 
- To niezwykle ciekawe okolice. 
- Już mnie o tym przekonywano - powiedział Luke. - 
Przypuszczam, że mógłby pan mi pomóc. Z 

background image

pewnością natknął się pan na jakieś stare 
dokumenty... lub słyszał pan o interesujących 
obyczajach, które przetrwały do dnia dzisiejszego. 
- No cóż, nie mam o tym pojęcia, ale może... być 
może... 
- Czy wielu mieszkańców wierzy w duchy? - spytał 
Luke. 
- Na ten temat nie mogę nic powiedzieć... naprawdę 
nic. 
- Nie ma tu domów, w których straszy? 
- Nie... przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. 
- Istnieje pewien przesąd dotyczący dzieci - oznajmił 
Luke. - Jeśli mały chłopiec umrze nagłą śmiercią, to 
jego duch straszy po nocach. Ciekawe, że ten 
zabobon nie dotyczy małych dziewczynek... 
- Bardzo ciekawe - przyznał pan Abbot. - Nigdy 
przedtem o tym nie słyszałem. 
Słowa prawnika bynajmniej Luke'a nie zdziwiły, 
ponieważ wymyślił tę historyjkę na poczekaniu. 
- Zdaje się, że ten chłopiec... Tommy Jakiś-tam 
pracował kiedyś w pańskiej kancelarii. Podobno 
niektórzy ludzie podejrzewają, że jego duch może 
straszyć po nocach. 
Czerwona twarz pana Abbota przybrała barwę 
purpury. 
- Tommy Pierce? Leniwy, wścibski i bezczelny 
smarkacz. 
- Podobno duchy są złośliwe. Ludzie uczciwi, 
postępujący zgodnie z prawem, rzadko nawiedzają 
świat, z którego odeszli. 

background image

- Kto go widział... cóż to za historia? 
- Takie rzeczy są trudno uchwytne - oznajmił Luke. - 
Ludzi niełatwo nakłonić do mówienia na ten temat. 
- Tak, chyba tak. 
Luke zręcznie zmienił temat. 
- Właściwą osobą jest z pewnością miejscowy lekarz. 
Może dużo wiedzieć o reliktach tutejszych 
obrządków. Różnego rodzaju przesądy i czary... 
napój miłosny i Bóg wie, co tam jeszcze. 
- Powinien pan poznać Thomasa. To porządny, 
postępowy człowiek. Zupełnie niepodobny do 
biednego starego doktora Humbleby'ego. 
- Który podobno był reakcjonistą, prawda? 
- Uparty jak osioł... zagorzały konserwatysta 
najgorszego gatunku. 
- Doszło między panami do ostrej sprzeczki na temat 
systemu wodociągów, prawda? - spytała Bridget. 
Twarz Abbota znów pokrył jaskrawoczerwony 
rumieniec. 
- Humbleby był śmiertelnym wrogiem postępu - 
wybuchnął. - Występował przeciwko naszemu 
planowi! Wypowiadał się w sposób niezwykle 
grubiański. Nie liczył się ze słowami. Za pewne 
rzeczy, które mi powiedział, mógłbym wytoczyć mu 
oficjalny proces. 
- Ale prawnicy nigdy nie wstępują na drogę sądową, 
prawda? - mruknęła Bridget. - Są na to za mądrzy. 
Abbot wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Fala 
jego gniewu odpłynęła równie szybko, jak 
przypłynęła. 

background image

- Trafnie to pani ujęła, panno Bridget! Jest pani 
bliska prawdy. Pracując w tym zawodzie za dużo 
wiemy o prawie, cha, cha, cha. No cóż, muszę już iść. 
Jeśli dojdzie pan do wniosku, że mogę panu w czymś 
pomóc, proszę do mnie zatelefonować, panie... eee... 
- Fitzwilliam - powiedział Luke. - Dziękuję, 
zadzwonię. 
- Już wiem, na czym polega twoja metoda działania - 
oznajmiła Bridget, kiedy ruszyli w dalszą drogę. - 
Wygłaszasz własne zdanie i prowokujesz rozmówcę 
do reakcji. 
- Moje metody - zaczął Luke - są nieco podstępne. 
- Zauważyłam to. 
Luke poczuł się trochę nieswojo i nie bardzo 
wiedział, co powiedzieć. 
- Jeśli chcesz usłyszeć coś więcej na temat Amy 
Gibbs - oznajmiła Bridget, wybawiając go z opresji - 
mogę cię zaprowadzić do kogoś kompetentnego. 
- To znaczy? 
- Do panny Waynflete. Amy pracowała u niej po 
odejściu z Ashe Manor. Tam umarła. 
- Och, rozumiem! - zawołał zaskoczony. - No cóż... 
bardzo dziękuję. 
- Ona mieszka niedaleko stąd. Ruszyli przez wiejskie 
błonia. 
- To jest Wych Hall - wyjaśniła Bridget, wskazując 
ruchem głowy okazały budynek w stylu króla 
Jerzego, na który Luke zwrócił uwagę już 
poprzedniego dnia. - Teraz mieści się tam biblioteka. 

background image

Z rezydencją sąsiadował mały dworek, który 
rozmiarami przypominał raczej domek dla lalek. 
Jego schodki były pedantycznie czyste, kołatka 
lśniąca, a zasłony w oknach oślepiająco białe. 
Bridget pchnęła furtkę i ruszyła w kierunku 
schodów. 
W tym momencie otworzyły się drzwi frontowe i 
stanęła w nich szczupła starsza pani. 
Luke pomyślał, że wygląda na typową 
prowincjonalną starą pannę. Miała na sobie prosty 
tweedowy kostium i popielatą jedwabną bluzkę, do 
której przypięta była broszka z górskiego kryształu. 
Jej kształtną głowę zdobił skromny filcowy kapelusz. 
Twarz nieznajomej budziła sympatię, a w jej oczach, 
ukrytych za pince-nez, malowała się inteligencja. 
Luke odniósł wrażenie, że ta kobieta przygląda się 
światu z życzliwym zainteresowaniem. 
- Dzień dobry, panno Waynflete - powiedziała 
Bridget. - To jest pan Fitzwilliam. - Luke ukłonił się. 
- Pisze książkę... na temat wiejskich obrządków 
pogrzebowych i innych makabrycznych obyczajów. 
- Och, mój Boże - westchnęła panna Waynflete. - To 
bardzo interesujące. - Uśmiechnęła się do niego 
promiennie. 
Przypominała mu pannę Pinkerton. 
- Myślę - zaczęła Bridget, a Luke znowu wyczuł w jej 
głosie dziwny, pełen rezerwy ton - że mogłaby pani 
opowiedzieć mu coś o Amy. 
- Och - szepnęła panna Waynflete. - O Amy? Ach, 
tak. O Amy Gibbs. 

background image

Na jej twarzy odbiło się zaskoczenie. Przez chwilę 
patrzyła badawczo na Luke'a, a potem, jakby 
podjąwszy decyzję, cofnęła się do przedpokoju. 
- Proszę wejść - powiedziała. - Pójdę do miasta 
później. Ależ nie, nie - zawołała, kiedy Luke 
zaprotestował. - Nie mam nic pilnego do załatwienia. 
Po prostu wybierałam się na małe zakupy. 
W niewielkim, przytulnym salonie unosił się lekki 
zapach suszonej lawendy. Na obudowie kominka 
stało kilka porcelanowych figurek pasterzy i 
pasterek. Na ścianie wisiały oprawne akwarele, dwa 
sztychy i trzy gobeliny. Spośród licznych fotografii 
niektóre z pewnością przedstawiały siostrzeńców i 
siostrzenice pani domu. Pokój wypełniały stylowe 
meble: biurko w stylu chippendale, kilka stolików z 
drewna atłasowego oraz brzydka i dość niewygodna 
wiktoriańska kanapa. 
- Sama nie palę - oznajmiła panna Waynflete, 
wskazując gościom krzesła - więc nie mam w domu 
papierosów, ale jeśli chcecie państwo zapalić, proszę 
się nie krępować. 
Luke nie skorzystał z propozycji, natomiast Bridget 
natychmiast na nią przystała. 
Panna Waynflete, siedząc sztywno w fotelu z 
rzeźbionymi poręczami, przez chwilę przyglądała się 
badawczo swemu gościowi, a potem nagle spuściła 
wzrok. Luke najwyraźniej wzbudził jej zaufanie. 
- Chciałby pan dowiedzieć się czegoś o tej 
nieszczęsnej dziewczynie? - spytała. - Cała ta sprawa 

background image

była okropnie smutna i przysporzyła mi wielu 
zmartwień. To była tragiczna pomyłka. 
- Czy nie wchodziło w grę... samobójstwo? - spytał 
Luke. 
- Nie, nie - zaprzeczyła panna Waynflete, potrząsając 
głową. - Ani przez chwilę w to nie wierzyłam. Amy 
absolutnie nie była tego typu dziewczyną. 
- A jaka była? - spytał Luke. - Chciałbym poznać 
pani zdanie na jej temat. 
- No cóż, nie była bynajmniej dobrą służącą. Ale w 
dzisiejszych czasach człowiek dziękuje Bogu, jeśli w 
ogóle zdobędzie jakąś pomoc domową. Bardzo 
niedbale wykonywała swoją pracę i ciągłe chciała 
mieć wychodne. To zrozumiałe, bo była młoda, a 
obecnie dziewczęta takie właśnie są. Chyba nie zdają 
sobie sprawy, że za ich czas płaci pracodawca. 
Luke ze zrozumieniem pokiwał głową, a panna 
Waynflete mówiła dalej. 
- Była dość pewna siebie, a ja niezbyt lubię 
dziewczęta tego rodzaju, ale skoro już nie żyje, nie 
zamierzam więcej o tym mówić. To byłoby nie po 
chrześcijańsku... choć w istocie nie uważam tego za 
logiczny powód do przemilczania prawdy. 
Luke ponownie kiwnął głową. Zdał sobie sprawę, że 
panna Waynflete rozumuje bardziej logicznie i 
precyzyjnie niż panna Pinkerton. 
- Uwielbiała być podziwiana - ciągnęła panna 
Waynflete - i poświęcała sobie wiele uwagi. Pan 
Ellsworthy, właściciel niedawno otwartego sklepu z 
antykami, to prawdziwy dżentelmen. Jest z 

background image

zamiłowania akwarelistą i naszkicował parę jej 
portretów... ale obawiam się, że to jej przewróciło w 
głowie. Często kłóciła się ze swoim narzeczonym, 
Jimem Harveyem, który pracuje w warsztacie 
samochodowym jako mechanik. Był w niej bardzo 
zakochany. - Panna Waynflete zawahała się, a potem 
mówiła dalej. - Nigdy nie zapomnę tej przerażającej 
nocy. Amy niedobrze się czuła. Dokuczał jej przykry 
kaszel i jakieś inne dolegliwości. Ale dziewczęta 
chodzą teraz w tych tandetnych, jedwabnych 
pończochach i w pantoflach na tekturowych 
podeszwach, więc muszą się przeziębiać. Amy po 
południu poszła do lekarza. 
- Do doktora Humbleby'ego czy doktora Thomasa? - 
spytał szybko Luke. 
- Do doktora Thomasa. Przyniosła do domu 
buteleczkę syropu na kaszel, którą jej dał. Był to 
chyba jakiś nieszkodliwy wywar z ziół. Położyła się 
do łóżka dość wcześnie. Mniej więcej o pierwszej w 
nocy usłyszałam hałas... niesamowity, jakby 
zduszony krzyk. Wstałam i podeszłam do drzwi jej 
pokoju, ale były zamknięte od wewnątrz na klucz. 
Zaczęłam wołać, ale nie odpowiadała. Przybiegła 
kucharka i obie byłyśmy okropnie zaniepokojone. 
Później zeszłyśmy do drzwi frontowych i na szczęście 
zauważyłyśmy naszego posterunkowego, Reeda, 
który właśnie odbywał nocny obchód, więc 
wezwałyśmy go na pomoc. Okrążył dom, a potem 
wdrapał się na dach przybudówki. Okno w pokoju 
Amy było uchylone, więc bez większego trudu dostał 

background image

się do środka i otworzył drzwi. Biedaczka... to było 
straszne. Nie można było już nic dla niej zrobić, a w 
kilka godzin później umarła w szpitalu. 
- I co to było... farba do kapeluszy? 
- Tak. Powiedzieli, że to kwas szczawiowy, trucizna. 
Obie butelki były mniej więcej tej samej wielkości. 
Syrop stał na umywalce, a farba do kapeluszy obok 
łóżka Amy. Musiała w ciemności wziąć niewłaściwą 
buteleczkę i położyć ją w zasięgu ręki na wypadek, 
gdyby gorzej się poczuła. Taką teorię wysunięto w 
czasie dochodzenia. 
Panna Waynflete zamilkła. Obrzuciła Luke'a 
inteligentnym spojrzeniem, a on miał wrażenie, że 
dostrzega w jej oczach jakiś szczególny wyraz. Czuł 
instynktownie, że panna Waynflete pominęła pewne 
fakty, ale z jakiegoś powodu chce, by on się tego 
domyślił. 
Zapadło długie, dość kłopotliwe milczenie. Luke czuł 
się jak aktor, który zapomniał swoją kwestię. 
- Więc myśli pani, że to nie było samobójstwo? - 
spytał niepewnie. 
- Oczywiście, że nie - odparła bezzwłocznie panna 
Waynflete. - Gdyby postanowiła ze sobą skończyć, 
kupiłaby jakąś lepszą truciznę. Tę starą buteleczkę 
farby musiała mieć od dawna. Tak czy owak, jak już 
panu mówiłam, nie była tego typu dziewczyną. 
- Więc co pani o tym sądzi? - spytał Luke. 
- Uważam, że był to nieszczęśliwy wypadek - 
oznajmiła panna Waynflete. 
Zacisnęła usta i spojrzała na niego z powagą. 

background image

Luke zastanawiał się gorączkowo, co ma powiedzieć, 
ale w tym momencie ich uwagę przyciągnęło 
drapanie w drzwi, któremu towarzyszyło żałosne 
miauczenie. 
Panna Waynflete zerwała się z miejsca, by otworzyć 
drzwi. Do pokoju wszedł wspaniały perski kot. 
Zatrzymał się, popatrzył z dezaprobatą na gości, a 
potem wskoczył na poręcz fotela, w którym siedziała 
panna Waynflete. 
- Och, Puszku! - przemówiła do niego pieszczotliwie 
panna Waynflete. - Gdzie mój kotek był przez cały 
ranek? 
Luke przypomniał sobie, że słyszał niedawno o 
perskim kocie imieniem Puszek. 
- Jest bardzo piękny - stwierdził. - Czy ma go pani od 
dawna? 
- Och, nie - powiedziała panna Waynflete, 
potrząsając głową. - Należał do mojej serdecznej 
przyjaciółki, panny Pinkerton, która zginęła pod 
kołami jednego z tych okropnych samochodów. Nie 
mogłam dopuścić do tego, żeby Puszek trafił do 
obcych ludzi. Lavinia byłaby niepocieszona. Ona go 
wprost uwielbiała... jest cudowny, prawda? 
Luke patrzył z zachwytem na kota. 
- Proszę tylko uważać na jego uszy - powiedziała 
panna Waynflete. - Ostatnio trochę go bolą. 
Luke ostrożnie pogłaskał zwierzątko. 
- Musimy już iść - oznajmiła Bridget, wstając z 
krzesła. 

background image

- Myślę - powiedziała panna Waynflete, ściskając 
dłoń Luke'a - że niebawem znów się zobaczymy. 
- Mam nadzieję... jestem tego pewny - odparł Luke 
pogodnie. Wydawało mu się, że panna Waynflete jest 
zakłopotana i nieco zawiedziona. Zerknęła pytająco 
na Bridget. Luke wyczuł, że między tymi kobietami 
istnieje jakaś nić porozumienia, do którego on nie 
został dopuszczony. Lekko go to zirytowało, ale 
przyrzekł sobie, że niebawem dotrze do sedna tej 
sprawy. 
Panna Waynflete wyszła razem z nimi. Luke stał 
przez minutę na schodach, patrząc z przyjemnością 
na dziewicze wiejskie błonia i staw. 
- Widzę, że te okolice nie zostały zeszpecone 
nowoczesną zabudową - oświadczył. 
Panna Waynflete rozpromieniła się. 
- Tak, to prawda - przyznała z zapałem. - Wszystko 
wygląda dokładnie tak samo jak w czasach mojego 
dzieciństwa. Mieszkaliśmy wtedy we dworze. Ale 
posiadłość przeszła w ręce mojego brata, który nie 
chciał tu pozostać. Prawdę mówiąc, nie było go na to 
stać, więc dwór wystawiono na sprzedaż. Jakiś 
budowniczy złożył ofertę i, jak sądzę, zamierzał go 
zmodernizować. Na szczęście wmieszał się do tego 
lord Whitfield, kupił posiadłość i w ten sposób ją 
ocalił. Przekształcił dom w bibliotekę i muzeum, 
praktycznie nic w nim nie zmieniając. Dwa razy w 
tygodniu pełnię tam funkcję bibliotekarki... 
oczywiście nieodpłatnie... Muszę przyznać, że z 
wielką przyjemnością bywam w tym starym domu i 

background image

cieszę się, że nie popadnie w ruinę. To naprawdę 
wspaniałe miejsce na muzeum. Któregoś dnia 
powinien pan je zwiedzić, panie Fitzwilliam. Jest w 
nim sporo ciekawych regionalnych eksponatów. 
- Chętnie skorzystam z zaproszenia, panno 
Waynflete. 
- Lord Whitfield zrobił wiele dobrego dla Wychwood 
- oznajmiła panna Waynflete. - Niestety są tu ludzie, 
którzy nie potrafią tego docenić. 
Zacisnęła mocno usta. Luke dyskretnie o nic już nie 
pytał, tylko jeszcze raz się pożegnał. 
- Czy chcesz kontynuować swe poszukiwania, czy też 
wrócimy do domu brzegiem rzeki? - spytała Bridget, 
kiedy znaleźli się już za furtką. - To bardzo 
przyjemny spacer. 
Luke nie namyślał się ani chwili. Nie miał ochoty na 
dalsze badania w towarzystwie Bridget Conway. 
- Proszę bardzo, chodźmy drogą nad rzeką - 
powiedział. Skręcili w główną ulicę. Na jednym z 
ostatnich domów wisiał szyld z wytłaczanym złotymi, 
ozdobnymi literami napisem: "Starożytności". Luke 
zatrzymał się i zajrzał przez okno do przytulnego 
wnętrza. 
- Widzę tam ładny stary półmisek - zauważył. - W 
sam raz dla mojej ciotki. Ciekawe, ile kosztuje. 
- Czy chcesz, żebyśmy weszli i zapytali? 
- Nie masz nic przeciwko temu? Lubię szperać w 
sklepach z antykami. Czasem można trafić na jakąś 
dobrą okazję. 

background image

- Nie sądzę, by tutaj ci się to udało - oznajmiła 
Bridget. - Muszę przyznać, że Ellsworthy doskonale 
zna wartość swoich rzeczy. 
Drzwi sklepu były otwarte. Przedsionek, zastawiony 
krzesłami, kanapami oraz kredensami, na których 
umieszczono porcelanowe i cynowe naczynia, 
prowadził do dwóch pokoi wypełnionych po brzegi 
antycznymi przedmiotami. 
Luke wszedł do jednego z nich i wziął do rąk 
półmisek. W tym momencie z głębi pomieszczenia 
wynurzył się jakiś mężczyzna, który siedział 
poprzednio przy biurku z drewna orzechowego w 
stylu epoki królowej Anny. 
- Ach, nasza droga panna Conway... Jak miło panią 
widzieć. 
- Dzień dobry, panie Ellsworthy. 
Pan Ellsworthy był afektowanym młodym dandysem 
o pociągłej, bladej twarzy, wąskich ustach i 
czarnych, długich włosach artysty. Miał na sobie 
ubranie w odcieniach rdzawego brązu i poruszał się 
tanecznym krokiem. 
Kiedy Luke został mu przedstawiony, pan 
Ellsworthy natychmiast poświęcił mu całą uwagę. 
- Autentyczny staroangielski półmisek. Wspaniały, 
prawda? Uwielbiam swoje drobiazgi i nie znoszę ich 
sprzedawać. Zawsze marzyłem, żeby mieszkać na 
wsi i prowadzić mały sklep. Wychwood to cudowne 
miejsce... ma szczególną atmosferę, jeśli wie pan, co 
mam na myśli. 
- Dusza artysty - mruknęła Bridget. 

background image

Ellsworthy odwrócił się do niej, machając swymi 
długimi, bladymi dłońmi. 
- Niech pani nie używa tego okropnego określenia, 
panno Conway. Nie... nie, błagam. Proszę mi nie 
mówić, że pozuję na artystę... nie mógłbym tego 
znieść. Przecież pani wie, że nie handluję ręcznie 
tkanym tweedem ani kutymi cynowymi dzbanami. 
Jestem tylko kupcem, po prostu kupcem. 
- Ale w istocie jest pan artystą, czyż nie? - spytał 
Luke. - Chodzi mi o to, że maluje pan akwarele, 
prawda? 
- Kto panu o tym powiedział? - zawołał pan 
Ellsworthy, splatając dłonie. - Wie pan, to 
miasteczko jest naprawdę zdumiewające... nie można 
tu niczego utrzymać w tajemnicy! To właśnie w nim 
lubię... tak bardzo nie przystaje do tego nieludzkiego 
zwyczaju: "Nie wtrącaj się do moich spraw, a ja nie 
będę wtrącał się do twoich", który obowiązuje w 
Londynie! Plotki, złośliwości i skandale są 
zachwycające, o ile zachowuje się do nich właściwy 
dystans! 
Luke poprzestał na odpowiedzi na pytanie pana 
Ellsworthy'ego, nie komentując dalszej części jego 
wypowiedzi. 
- Panna Waynflete powiedziała nam, że naszkicował 
pan kilka portretów pewnej dziewczyny... Amy 
Gibbs. 
- Och, Amy - powtórzył pan Ellsworthy. Zrobił krok 
do tyłu i zaczął bawić się kuflem do piwa. Potem 

background image

ostrożnie go odstawił i powiedział: - Doprawdy? Ach 
tak, to możliwe. 
Wydawał się lekko wytrącony z równowagi. 
- Była ładną dziewczyną - stwierdziła Bridget. 
- Och, tak pani sądzi? - spytał pan Ellsworthy, 
odzyskawszy pewność siebie. - Uważam, że miała 
bardzo pospolitą urodę. Skoro interesuje pana stara 
porcelana, to mam parę przepięknych ptaszków... 
urocze bibeloty. 
Luke nie okazał większego zainteresowania 
ptaszkami i spytał o cenę półmiska. 
Ellsworthy wymienił sumę. 
- Dziękuję - powiedział Luke - ale mimo wszystko 
chyba go pana nie pozbawię. 
- Ilekroć czegoś nie sprzedam - zaczął Ellsworthy - 
robi mi się lżej na sercu. To nierozsądne z mojej 
strony, prawda? Proszę posłuchać, opuszczę panu 
gwineę. Widzę, że się panu spodobał, a to zmienia 
sytuację. A poza tym przecież to jest w końcu sklep! 
- Nie, dziękuję - powiedział Luke. 
Pan Ellsworthy odprowadził ich do drzwi i pomachał 
im na pożegnanie. Luke'owi nie podobały się jego 
dłonie. Miał wrażenie, że są nie tylko blade, lecz 
lekko zielonkawe. 
- To paskudny człowiek - zauważył, kiedy znaleźli się 
poza zasięgiem słuchu pana Ellsworthy. 
- Paskudna mentalność i paskudny sposób bycia - 
przytaknęła Bridget. 
- Po co właściwie tu przyjechał? 

background image

- Chyba interesuje się czarną magią. Nie mam na 
myśli czarnych mszy, ale inne tego rodzaju sprawy. 
Nasze strony przyciągają takich ludzi. 
- Mój Boże! - zawołał nagle Luke. - Chyba takiego 
właśnie człowieka potrzebuję. Powinienem był z nim 
o tym porozmawiać. 
- Tak sądzisz? - spytała Bridget. - On sporo na ten 
temat wie. 
- Odwiedzę go kiedy indziej. 
Bridget nie odpowiedziała. Byli już za miastem. 
Skręcili w ścieżkę, która doprowadziła ich nad brzeg 
rzeki. 
Dostrzegli tam jakiegoś niskiego mężczyznę o krótko 
przystrzyżonych wąsach i wyłupiastych oczach. 
Obok niego biegły trzy buldogi, na które 
pokrzykiwał ochrypłym głosem: 
- Nero, do nogi! Nelly, zostaw to! Mówię ci, zostaw 
to! Augustus... AUGUSTUS, powiedziałem... 
Urwał i uchylił kapelusza przed Bridget. Spojrzał na 
Luke'a z wyraźną ciekawością, a potem poszedł dalej 
i znów zaczął karcić swoje psy. 
- Major Horton i jego buldogi - zacytował Luke. 
- Zgadza się. 
- Czyżbyśmy dzisiejszego ranka spotkali prawie 
wszystkich godnych uwagi mieszkańców 
Wychwood? 
- Niemal wszystkich. 
- Czuję się jak intruz - powiedział Luke. - Myślę, że 
każdy obcy człowiek w angielskim prowincjonalnym 
miasteczku musi od razu rzucać się w oczy - dodał 

background image

posępnie, przypominając sobie słowa Jimmy'ego 
Lorrimera. 
- Major Horton nie potrafi dobrze ukryć swojej 
ciekawości - powiedziała Bridget. - Prawdę mówiąc, 
bezczelnie się na ciebie gapił. 
- Jest typem mężczyzny, po którym od razu widać, że 
był majorem - oznajmił Luke z przekąsem. 
- Czy moglibyśmy posiedzieć chwilę nad rzeką? - 
spytała nagle Bridget. - Mamy dużo czasu. 
Usiedli na zwalonym drzewie. 
- Owszem, major Horton jest typowym oficerem i 
ma koszarowe maniery. Nie uwierzyłbyś, że jeszcze 
przed rokiem był największym pantoflarzem w 
okolicy! 
- Jak to, ten człowiek? 
- Owszem. Jego żona była najwstrętniejszą kobietą, 
jaką kiedykolwiek znałam. Miała pieniądze i 
nieustannie podkreślała ten fakt publicznie. 
- Biedaczysko... mam na myśli Hortona. 
- Traktował ją bardzo dobrze... jak oficer i 
dżentelmen. Osobiście dziwię się, że nie chwycił za 
siekierę. 
- Rozumiem, że nie cieszyła się sympatią. 
- Nikt jej nie lubił. Obrażała Gordona, a mnie 
traktowała protekcjonalnie. Gdziekolwiek się 
pojawiła, budziła ogólną niechęć. 
- Ale, jak się domyślam, w końcu zabrała ją 
miłosierna Opatrzność. 
- Tak, mniej więcej przed rokiem. Ostry nieżyt 
żołądka. Zamieniła życie swego męża, doktora 

background image

Thomsona i dwóch pielęgniarek w istne piekło, ale w 
końcu umarła. Buldogi od razu odzyskały chęć do 
życia. 
- Mądre zwierzęta! 
Zapadło milczenie. Bridget bezmyślnie zrywała 
długie źdźbła trawy, a Luke, mrużąc oczy, patrzył 
niewidzącym wzrokiem na przeciwległy brzeg rzeki. 
Znów ogarnęły go wątpliwości. Zastanawiał się, czy 
nie padł ofiarą własnej wyobraźni. Czy nie popełnia 
błędu, krążąc po okolicy i widząc w każdej 
napotkanej osobie potencjalnego mordercę? To 
przecież podłe i nieetyczne. 
Niech to wszystko diabli porwą - pomyślał. Zbyt 
długo byłem policjantem! 
Z zamyślenia wyrwał go gwałtownie wyraźny, 
chłodny głos Bridget. 
- Panie Fitzwilliam, po co właściwie pan tu 
przyjechał? 
 
VI 
FARBA DO KAPELUSZY 
 
Luke zapalał właśnie papierosa. Niespodziewane 
pytanie Bridget na chwilę go sparaliżowało. W końcu 
zapałka wypaliła się i sparzyła go w palce. 
- Psiakrew! - zaklął, upuszczając zapałkę i 
energicznie potrząsając dłonią. - Przepraszam. 
Zaskoczyłaś mnie w dość niemiły sposób. - 
Uśmiechnął się posępnie. 
- Doprawdy? 

background image

- Owszem - westchnął. - No cóż, myślę, że każdy 
naprawdę inteligentny człowiek musiał mnie 
przejrzeć na wylot! Ani przez chwilę nie wierzyłaś 
chyba w tę historyjkę o książce na temat folkloru, 
prawda? 
- Przestałam w nią wierzyć, kiedy cię poznałam. 
- A więc wierzyłaś w nią przedtem? 
- Owszem. 
- Tak czy owak nie był to zbyt dobry kamuflaż - 
stwierdził Luke krytycznie. - Chodzi mi o to, że 
każdy może pisać książkę, ale mój przyjazd i 
udawanie twojego kuzyna... to chyba musiało ci się 
wydać podejrzane. 
Bridget potrząsnęła głową. 
- Nie. Miałam pewne wytłumaczenie... to znaczy, 
przypuszczałam, że je mam. Sądziłam, że jesteś w 
trudnej sytuacji materialnej, podobnie jak wielu 
przyjaciół Jimmy'ego i moich. Pomyślałam więc, że 
Jimmy wpadł na ten pomysł z kuzynem, żeby ocalić 
twoją dumę. 
- Ale kiedy przyjechałem, natychmiast dostrzegłaś 
oznaki mojego bogactwa, więc odrzuciłaś to 
wytłumaczenie, prawda? 
- Och, nie - zaprotestowała Bridget z lekkim 
uśmiechem. - To nie było to. Po prostu nie pasowałeś 
do tej roli. 
- Nie wydawałem ci się na tyle rozgarnięty, by pisać 
książkę? Nie oszczędzaj moich uczuć. Wolałbym 
znać prawdę. 

background image

- Mógłbyś pisać książkę, ale nie taką książkę. Dawne 
przesądy... grzebanie w przeszłości... to do ciebie nie 
pasuje! Nie jesteś człowiekiem, dla którego 
przeszłość ma duże znaczenie... ani, być może, nawet 
przyszłość... liczy się tylko chwila obecna. 
- Hmm, rozumiem. - Luke skrzywił się. - Niech to 
wszystko diabli wezmą! Od samego początku budzisz 
we mnie niepokój! Robisz wrażenie kobiety 
piekielnie inteligentnej. 
- Bardzo mi przykro - powiedziała Bridget. - A czego 
się spodziewałeś? 
- No cóż, prawdę mówiąc w ogóle się nad tym nie 
zastanawiałem. 
- Myślałeś, że jestem niezbyt mądrą kobietą, ale na 
tyle rozsądną, by wykorzystać okazję i wyjść za 
swojego szefa? 
Luke odchrząknął, zażenowany. Bridget spojrzała 
na niego z chłodnym rozbawieniem. 
- Dokładnie rozumiem. Wszystko w porządku. Nie 
mam ci tego za złe. 
Luke postanowił rozmawiać z nią szczerze. 
- No cóż, być może mój obraz niezbyt odbiegał od 
tego wizerunku. Ale nie zastanawiałem się na tym. 
- Tak, to w twoim stylu - powiedziała Bridget z 
namysłem. - Jesteś człowiekiem, który wyciąga 
wnioski dopiero wtedy, gdy pozna już sytuację. 
Luke stracił pewność siebie. 
- Och, bez wątpienia kiepsko odegrałem swoją rolę! 
Czy lord Whitfield również mnie rozszyfrował? 

background image

- Ależ skąd. Gdybyś mu powiedział, że przyjechałeś 
tu badać obyczaje owadów wodnych, bo chcesz 
napisać o nich rozprawę naukową, Gordon nie 
miałby żadnych wątpliwości. Jest zachwycająco 
łatwowierny. 
- Mimo wszystko nie byłem zbyt przekonujący! Nie 
grałem swojej roli konsekwentnie. 
- Bo ja ci w tym przeszkadzałam - stwierdziła 
Bridget. - Zauważyłam to. Byłam tym dość 
rozbawiona. 
- Och, z pewnością! Inteligentne kobiety zazwyczaj 
są bezlitośnie okrutne. 
- Trzeba czerpać z życia doczesnego tyle 
przyjemności, ile tylko się da - bąknęła Bridget. - 
Jaki jest prawdziwy cel pańskiej wizyty w 
Wychwood, panie Fitzwilliam? - spytała po chwili 
milczenia. 
Zatoczywszy pełne koło, powrócili do pierwotnego 
pytania. Luke dobrze wiedział, że musi do tego dojść. 
W ciągu kilku ostatnich sekund próbował podjąć 
decyzję. Podniósł głowę i napotkał przenikliwie 
badawczy wzrok Bridget, która patrzyła na niego ze 
spokojem i opanowaniem. Dostrzegł w jej oczach 
wyraz powagi, której nie spodziewał się ujrzeć. 
- Chyba lepiej zrobię - zaczął z namysłem - jeśli 
przestanę cię okłamywać. 
- Znacznie lepiej. 
- Ale prawda jest skomplikowana... Posłuchaj, czy 
wyrobiłaś sobie jakieś zdanie... chodzi mi o to, czy 

background image

zastanawiałaś się nad prawdziwą przyczyną mojego 
przyjazdu? 
Bridget przytaknęła ruchem głowy. 
- I co ci przyszło na myśl? Chciałbym to wiedzieć. To 
może mi ułatwić zadanie. 
- Podejrzewałam, że przyjechałeś tu w związku ze 
śmiercią Amy Gibbs - odparła cicho. 
- No właśnie! Zauważyłem to... wyczułem... ilekroć 
padało jej nazwisko! Wiedziałem, że coś się za tym 
kryje. Więc uważasz, że zjawiłem się tu w związku z 
tą sprawą? 
- A czy tak nie jest? 
- Owszem... w pewnym sensie. 
Zamilkł, marszcząc brwi. Bridget siedziała 
nieruchomo obok niego, nie odzywając się ani 
słowem. Nie chciała zakłócać toku jego myśli. Luke 
podjął w końcu decyzję. 
- Pewnie przyjechałem tu niepotrzebnie. Ale skłoniło 
mnie do tego dość absurdalnie melodramatyczne 
podejrzenie. Amy Gibbs jest częścią tej sprawy. 
Chciałem odkryć prawdziwą przyczynę jej śmierci. 
- Tak właśnie przypuszczałam. 
- Ale, do diabła... dlaczego tak przypuszczałaś? Czy 
w jej śmierci było coś, co wzbudziło twoje 
zainteresowanie? 
- Od samego początku uważałam, że coś jest nie w 
porządku - odparła Bridget. - Dlatego właśnie 
zaprowadziłam cię do panny Waynflete. 
- Dlaczego? 
- Ponieważ ona podziela moje zdanie. 

background image

- Och. - Luke przypomniał sobie tę wizytę. Teraz 
dopiero zrozumiał niejasne sugestie, które 
przekazywała mu inteligentna stara panna. - 
Podziela twoje zdanie... że jest w tym coś... 
dziwnego? 
Bridget kiwnęła głową. 
- Ale właściwie co? 
- Przede wszystkim farba do kapeluszy. 
- Co masz na myśli? 
- No cóż, kapelusze farbowano mniej więcej przed 
dwudziestu laty... przez jakiś czas kobieta nosiła 
różowy słomkowy kapelusz, potem kupowała 
buteleczkę farby i zmieniała jego kolor na 
ciemnoniebieski, a następnie wylewała na niego 
zawartość innej buteleczki i kapelusz stawał się 
czarny! Ale teraz kapelusze są tanie, więc kiedy 
wychodzą z mody, po prostu się je wyrzuca. 
- I robią to nawet dziewczęta wywodzące się ze sfery 
Amy Gibbs? 
- Prędzej ja ufarbowałabym kapelusz niż ona! 
Ludzie przestali oszczędzać. Ale jest jeszcze jedna 
sprawa. To była czerwona farba. 
- I co z tego? 
- A Amy Gibbs miała rude włosy... po prostu ryże 
jak marchewka! 
- Chcesz powiedzieć, że to do siebie nie pasuje? 
Bridget kiwnęła potakująco głową. 
- Rudowłosa kobieta nie włożyłaby purpurowego 
kapelusza. To są rzeczy, których żaden mężczyzna 
nie rozumie, ale... 

background image

- To prawda... żaden mężczyzna tego nie rozumie - 
przerwał jej Luke. - To się zgadza... wszystko się 
zgadza. 
- Jimmy ma kilku przyjaciół w Scotland Yardzie - 
oznajmiła Bridget. - Nie jesteś chyba... 
- Nie, nie jestem etatowym inspektorem policji - 
wyjaśnił pospiesznie - ani sławnym prywatnym 
detektywem, mieszkającym na Baker Street i tak 
dalej. Tak jak powiedział ci Jimmy, jestem 
emerytowanym policjantem, który wrócił ze służby 
na Wschodzie. Zająłem się tą sprawą w wyniku 
pewnego niezwykłego spotkania, do którego doszło w 
pociągu do Londynu. 
Zrelacjonował jej pokrótce treść swojej rozmowy z 
panną Pinkerton i późniejsze wydarzenia, które 
sprowadziły go do Wychwood. 
- Teraz sama rozumiesz - zakończył. - To czysta 
fantazja! Szukam tu tajemniczego mordercy... 
najprawdopodobniej jakiegoś znanego i 
szanowanego obywatela Wychwood. Jeśli panna 
Pinkerton, ty i panna Jak-jej-tam macie rację, 
właśnie ten człowiek zabił Amy Gibbs. 
- Rozumiem - powiedziała Bridget. 
- Morderca mógł chyba w jakiś sposób dostać się do 
domu, prawda? 
- Tak sądzę - odparła z namysłem Bridget. - Reed, 
nasz posterunkowy, dotarł do otwartego okna jej 
pokoju, wdrapując się na dach przybudówki. Nie 
było to łatwe, ale sprawny mężczyzna nie miałby z 
tym większych trudności. 

background image

- A co twoim zdaniem zrobił, kiedy znalazł się już w 
pokoju? 
- Zamienił buteleczkę z syropem na tę z farbą do 
kapeluszy. 
- Spodziewając się, że Amy zrobi dokładnie to, co 
zrobiła... obudzi się, wypije truciznę, a potem 
wszyscy zgodnie stwierdzą, że pomyliła butelki lub 
popełniła samobójstwo? 
- Tak. 
- Czy w czasie dochodzenia nie dostrzeżono żadnych 
podejrzanych okoliczności? 
- Nie. 
- Pewnie prowadzili je mężczyźni. Nie zwrócili uwagi 
na kolor farby? 
- Nie. 
- Ale tobie przyszło to do głowy? 
- Owszem. 
- I pannie Waynflete również? Czy rozmawiałyście 
na ten temat? 
- Och, nie... nie w tym sensie, jaki ty masz na myśli. 
To znaczy nie omawiałyśmy tego szczegółowo. Nie 
mam pojęcia, do czego doszła ta staruszka, ale 
wydawała mi się coraz bardziej zaniepokojona. Jak 
wiesz, jest kobietą inteligentną i wykształconą. W 
przeciwieństwie do większości tutejszych 
mieszkańców potrafi logicznie myśleć. 
- Odniosłem wrażenie, że panna Pinkerton była dość 
ograniczona - powiedział Luke. - Dlatego właśnie jej 
opowieść wydawała mi się od początku 
nieprawdopodobna. 

background image

- Zawsze uważałam ją za dość bystrą - oznajmiła 
Bridget. - Te chaotycznie paplające staruszki są na 
ogół bardzo spostrzegawcze. Mówiłeś, że wymieniła 
jeszcze inne osoby. 
- Owszem - odparł Luke, kiwając głową. - Tommy 
Pierce... od razu zapamiętałem nazwisko tego 
chłopca. Jestem pewien, że wspomniała również o 
Carterze. 
- Carter, Tommy Pierce, Amy Gibbs, doktor 
Humbleby - wyliczyła z zadumą Bridget. - Jak sam 
mówisz, to aż zbyt fantastyczne, żeby mogło być 
prawdą! Kto, u licha, pragnąłby śmierci tych ludzi? 
Byli tak różni! 
- Nie domyślasz się, z jakiego powodu ktoś chciałby 
się pozbyć Amy Gibbs? - spytał Luke. 
Bridget potrząsnęła głową. 
- Nie mam pojęcia. 
- A co z tym Carterem? Jak umarł? 
- Wpadł do rzeki i utonął. Pewnej mglistej nocy 
wracał pijany do domu. Przyjęto za rzecz oczywistą, 
że stracił równowagę, kiedy przechodził przez 
kładkę, która ma poręcz tylko z jednej strony. 
- Ale ktoś mógł go popchnąć? 
- Owszem. 
- A ktoś inny mógł zepchnąć tego nieznośnego 
Tommy'ego z parapetu, kiedy mył okno? 
- I tym razem się zgadzam. 
- Więc cała sprawa sprowadza się do tego, że nie jest 
zbyt trudno wysłać na tamten świat trzy osoby, nie 
wzbudzając niczyich podejrzeń. 

background image

- Panna Pinkerton miała pewne podejrzenia - 
zauważyła z naciskiem Bridget. 
- To prawda, niech ją Bóg błogosławi. Nie przyszło 
jej do głowy, że podchodzi do tej sprawy zbyt 
melodramatycznie lub ma zbyt bujną wyobraźnię. 
- Często mówiła mi, że na świecie roi się od 
nikczemnych ludzi. 
- A ty zapewne uśmiechałaś się pobłażliwie? - Iz 
wyższością! 
- Dobry policjant musi czasem wierzyć w to, co 
wydaje mu się niemożliwe. 
Bridget kiwnęła głową. 
- Chyba nie ma sensu pytać cię, czy kogoś 
podejrzewasz? Czy nie znasz w Wychwood osoby, 
która przyprawia cię o gęsią skórkę, albo ma 
niesamowicie jasne oczy... lub wybucha chichotem 
szaleńca? 
- Wszyscy, których tu poznałam, wydają mi się 
ludźmi rozsądnymi, uczciwymi i zupełnie zwykłymi. 
- Tego się obawiałem - oznajmił Luke. 
- Czy myślisz, że ten człowiek jest zdecydowanie 
obłąkany? - spytała Bridget. 
- Och, chyba tak. Ale to bardzo przebiegły szaleniec. 
Ostatnia osoba, jaka przyszłaby ci do głowy... 
najprawdopodobniej filar społeczeństwa... na 
przykład jak dyrektor banku. 
- Pan Jones? Nie wyobrażam sobie, by mógł popełnić 
te wszystkie morderstwa. 
- Zatem jest zapewne człowiekiem, którego szukamy. 

background image

- To może być każdy - powiedziała Bridget. - 
Rzeźnik, piekarz, właściciel sklepu spożywczego, 
jakiś farmer, robotnik drogowy czy roznosiciel 
mleka. 
- Tak, to prawda, ale sądzę, że wybór jest nieco 
bardziej ograniczony. 
- Dlaczego? 
- Panna Pinkerton opowiadała mi o błysku w jego 
oczach, kiedy mierzył wzrokiem swą kolejną ofiarę. 
Na podstawie jej relacji odniosłem wrażenie... 
zaznaczam, jedynie wrażenie... że ten człowiek 
wywodzi się co najmniej z jej klasy społecznej. 
Oczywiście mogę się mylić. 
- Zapewne masz rację! Takie niuanse są trudno 
uchwytne, ale mogą mieć wielkie znaczenie. 
- Wiesz - zaczął Luke - cieszę się, że wyznałem ci całą 
prawdę. 
- To ci ułatwi odgrywanie swojej roli. A ja chyba 
mogę ci pomóc. 
- Twoja pomoc będzie bezcenna. Czy naprawdę 
zamierzasz rozwikłać tę zagadkę? 
- Oczywiście. 
- A co z lordem Whitfieldem? - spytał Luke z 
zakłopotaniem. - Czy sądzisz, że...? 
- Ależ nic mu o tym nie powiemy! - zawołała Bridget. 
- Myślisz, że nie uwierzyłby w tę historię? 
- Och, uwierzyłby! Gordon uwierzyłby we wszystko! 
Byłby tak podniecony, że wezwałby tu z pół tuzina 
swych najbystrzejszych młodych pracowników i 

background image

kazał im wszcząć energiczne śledztwo! Po prostu 
byłby zachwycony! 
- To wyklucza jego udział - przyznał Luke. 
- Tak, niestety musimy pozbawić go tej 
przyjemności. 
Luke spojrzał na nią. Chciał coś powiedzieć, ale 
zmienił zdanie. 
Zerknął na zegarek. 
- Tak - zaczęła Bridget - powinniśmy wracać do 
domu. 
Wstała. Nagle oboje poczuli się skrępowani, jakby 
nie wypowiedziane przez Luke'a słowa zawisły 
ciężko w powietrzu. 
Wracali do domu w milczeniu. 
 
VII 
LISTA PODEJRZANYCH 
 
Luke siedział w swojej sypialni. Podczas lunchu pani 
Anstruther wypytywała go o kwiaty, które hodował 
w swoim ogrodzie w Mayang Straits. Następnie 
poinformowała go, jakie ich gatunki dobrze się tam 
rozwijają. Wysłuchał też kolejnej tyrady lorda 
Whitfielda pod tytułem: "Pogadanki o Samym 
Sobie, Skierowane do Młodych Mężczyzn". Teraz, 
dzięki Bogu, był już sam. 
Wziął kartkę papieru i wypisał na niej listę nazwisk. 
Wyglądała ona następująco: 
 
Dr Thomas 

background image

Pan Abbot 
Major Norton 
Pan Ellsworthy 
Pan Wake 
Pan Jones 
Narzeczony Amy 
Rzeźnik, piekarz, wytwórca lichtarzy, itd. 
 
Potem wziął drugą kartkę i zatytułował ją: OFIARY. 
Pod spodem napisał: 
 
Amy Gibbs: Otruta 
Tommy Pierce: Wypchnięty przez okno 
Harry Carter: Zrzucony z kładki (pijany? Odurzony 
jakimiś środkami?) 
Dr Humbleby: Zakażenie krwi 
Panna Pinkerton: Przejechana przez samochód 
 
Potem dopisał: 
 
Pani Rose? 
Stary Ben? 
 
Po chwili wahania zanotował jeszcze jedno 
nazwisko: 
 
Pani Horton? 
 
Przejrzał uważnie swoje notatki, wypalił papierosa, a 
potem znów chwycił za ołówek. 

background image

 
Dr Thomas: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
W przypadku doktora Humbleby istnieje wyraźny 
motyw. Przyczyną jego śmierci było fachowe 
zakażenie bakteriami. Amy Gibbs odwiedziła 
doktora Thomasa po południu w dniu swej śmierci. 
(Czy coś ich łączyło? Szantaż?) Tommy Pierce? Nic 
nie wiadomo o jakichś związkach. (Czy Tommy 
wiedział o znajomości doktora Thomasa z Amy 
Gibbs?) Harry Carter? Nic nie wiadomo o jakichś 
związkach. Czy doktor Thomas opuszczał 
Wychwood w dniu wyjazdu panny Pinkerton do 
Londynu? 
 
Westchnął i rozpoczął nowy akapit: 
 
Pan Abbot: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
(Uważam tego prawnika za zdecydowanie 
podejrzanego. Może to uprzedzenie.) Jego 
osobowość, jowialność, wylewny sposób bycia, itd. 
budziłyby podejrzenia czytelnika powieści 
kryminalnych - podejrzenia zawsze padają na ludzi 
prostodusznych i towarzyskich. Sprzeciw: to nie jest 
powieść, lecz realne życie. Motyw: w przypadku 
doktora Hum bleby'ego. Ich stosunki cechowała 
wyraźna wrogość. H. lekceważył Abbota. 
Wystarczający motyw dla szaleńca. Panna Pinkerton 
mogła dostrzec antagonizm między nimi. Tommy 
Pierce? Grzebał w dokumentach Abbota. Czy 
znalazł coś, o czym nie powinien był wiedzieć? Harry 

background image

Carter? Brak wyraźnych związków. Amy Gibbs? 
Nic nie wiadomo o jakichś związkach. Farba do 
kapeluszy pasuje do staroświeckiej mentalności 
Abbota. Czy Abbot przebywał poza miasteczkiem w 
dniu śmierci panny Pinkerton? 
Major Horton: Poszlaki świadczące przeciwko 
niemu. Nic nie wiadomo o jego związkach z Amy 
Gibbs, Tommym Pierce'em ani Car terem. Co w 
sprawie pani Horton? Wydaje się, że przyczyną jej 
śmierci mogło być otrucie arszenikiem. Jeśli tak 
bylo, to pozostałe morderstwa mogly być tego 
skutkiem - szantaż? Notabene - Thomas był jej 
lekarzem. (Znów podejrzenie pada na Thomasa.) 
Pan Ellsworthy: Poszlaki świadczące przeciwko 
niemu. 
Wstrętny typ - zajmuje się czarną magią. Może mieć 
usposobienie żądnego krwi mordercy. Związki z 
Amy Gibbs. Czy łączyło go coś z Tommym 
Pierce'em? Z Car terem? Nie wiadomo. A 
Humbleby? Mógł rozszyfrować stan psychiki 
Ellsworthy'ego. Panna Pinkerton? Czy Ellsworthy 
wyjeżdżał z Wychwood w dniu jej śmierci? 
Pan Wake: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
Mało prawdopodobne. Może mania religijna? 
Poczucie posłannictwa, skłaniające do zabijania? 
Świątobliwi starzy duchowni mogą być podejrzani w 
książkach, ale (jak poprzednio) to jest realne życie. 
Uwaga. Carter, Tommy i Amy mieli zdecydowanie 
wstrętne charaktery. Może uważał, że należy usunąć 
ich z tego świata w Imię Boże? 

background image

Pan Jones. Brak danych. 
Narzeczony Amy. 
Zapewne miał motyw, by zamordować Amy, ale 
wydaje się to nieprawdopodobne z zasadniczych 
powodów. 
Inni? 
Chyba nie wchodzą w rachubę. 
 
Luke przeczytał swoje zapiski. Potem potrząsnął 
głową. 
- To absurdalne! - mruknął. - Euklides znacznie 
lepiej formułował swoje teorie. 
Podarł notatki i spalił je. 
To nie będzie łatwe zadanie - powiedział do siebie. 
 
VIII 
DOKTOR THOMAS 
 
Doktor Thomas, siedząc wygodnie w fotelu, 
przesunął długą, delikatną dłonią po swych gęstych 
jasnych włosach. Był młodym mężczyzną o 
zwodniczej powierzchowności. Choć już po 
trzydziestce, sprawiał wrażenie dwudziesto-, a może 
nawet nastolatka. Bujne, dość niesforne włosy, lekko 
zdziwiony wyraz twarzy i różowobiała cera 
nadawały mu nieodparcie chłopięcy wygląd. Choć 
pozornie wydawał się niedojrzały, postawiona przez 
niego diagnoza, dotycząca reumatyzmu w kolanie 
Luke'a, była zgodna z rozpoznaniem wybitnego 
specjalisty z Harley Street. 

background image

- Dziękuję - powiedział Luke. - Cóż, skoro uważa 
pan, że pomogą mi diatermie, kamień spadł mi z 
serca. Nie chciałbym zostać w moim wieku kaleką. 
- Och, nie sądzę, żeby to panu groziło, panie 
Fitzwilliam - oznajmił doktor Thomas z chłopięcym 
uśmiechem. 
- Rozwiał pan moje obawy - powiedział Luke. - 
Myślałem o wizycie u jakiegoś specjalisty... ale teraz 
z pewnością nie ma już takiej potrzeby. 
- Jeśli miałoby to pana uspokoić... - odparł doktor 
Thomas, ponownie się uśmiechając. - Bądź co bądź 
dobrze jest znać opinię specjalisty. 
- Nie, nie, mam do pana pełne zaufanie. 
- Szczerze mówiąc, to dość prosty przypadek. Jeśli 
zastosuje się pan do moich zaleceń, to z całą 
pewnością dolegliwości w kolanie ustaną. 
- Ogromnie podniósł mnie pan na duchu, doktorze. 
Wyobrażałem sobie, że dostanę artretyzmu, który 
niebawem całkowicie mnie pokręci i unieruchomi. 
Doktor Thomas potrząsnął głową i uśmiechnął się 
pobłażliwie. 
- Ludzie bardzo boją się takich rzeczy - dodał 
pospiesznie Luke. 
- Chyba pan to zauważył? Często myślę, że lekarz 
musi czuć się jak "cudowny uzdrowiciel"... jak ktoś 
w rodzaju czarodzieja. 
- Przyczynia się do tego w dużym stopniu zaufanie 
pacjentów. 
- Wiem. Uwaga "tak powiedział doktor", zawsze 
wygłaszana jest jakby z pewną czcią. 

background image

- Gdyby tylko nasi pacjenci wiedzieli! - zażartował 
doktor Thomas, wzruszając ramionami, a po chwili 
spytał: - Pisze pan książkę na temat czarnej magii, 
prawda, panie Fitzwilliam? 
- Skąd pan o tym wie? - zawołał Luke z nieco 
przesadnym zdziwieniem. 
Doktor Thomas wyglądał na rozbawionego. 
- Och, drogi panie, w takim prowincjonalnym 
miasteczku jak to wiadomości rozchodzą się 
błyskawicznie. Niewiele mamy tu tematów do 
rozmowy. 
- Te wiadomości są zapewne po drodze 
wyolbrzymiane. Może nagle dowie się pan, że 
wywołuję miejscowe duchy i rywalizuję z Wróżką z 
Endor. 
- Dziwne, że pan to mówi. 
- Dlaczego? 
- No cóż, krążą pogłoski, że wywołał pan ducha 
Tommy'ego Pierce'a. 
- Pierce? Pierce? Czy to ten chłopiec, który wypadł z 
okna? 
- Tak. 
- Ciekaw jestem, jak... ależ oczywiście... 
rozmawiałem z tutejszym radcą prawnym... jak on 
się nazywa... Abbot. 
- Tak, cała historia zaczęła się właśnie od niego. 
- Nie twierdzi pan chyba, że nawróciłem tego 
nieugiętego radcę prawnego na wiarę w duchy? 
- Więc wierzy pan w duchy? 

background image

- Pański ton, doktorze, sugeruje, że pan w nie nie 
wierzy. Nie, nie powiedziałbym, że faktycznie 
"wierzę w duchy "...ujmując to z grubsza. Poznałem 
jednak niezwykłe zjawiska związane z 
niespodziewaną lub nagłą śmiercią. Ale bardziej 
interesują mnie rozmaite przesądy dotyczące 
gwałtownych zgonów... na przykład taki, że 
zamordowany człowiek nie może spokojnie spocząć 
w swym grobie. Albo ten, że jeśli zabójca dotknie 
zamordowanej przez siebie ofiary, to tryska z niej 
krew. Zastanawiam się, jakie są ich źródła. 
- Tak, to bardzo ciekawe - przyznał Thomas. - Ale 
nie sądzę, żeby obecnie wiele osób to pamiętało. 
- Więcej, niż mógłby pan się spodziewać. Oczywiście 
nie przypuszczam, żeby popełniono tu wiele 
morderstw... trudno więc to ocenić. 
Luke uśmiechnął się i spojrzał z pozorną 
obojętnością na swego rozmówcę. Doktor Thomas 
nie wydawał się jednak zaniepokojony i odwzajemnił 
jego uśmiech. 
- Myślę, że nie popełniono tu morderstwa od... och, 
od wielu lat... z pewnością nie było to za moich 
czasów. 
- Tak, to spokojne miejsce. Nie sprzyja zbrodni. 
Chyba że ktoś wypchnął małego Tommy'ego przez 
okno. - Luke zachichotał, a doktor Thomas znów 
uśmiechnął się z chłopięcym rozbawieniem. 
- Wiele osób miało ochotę skręcić mu kark - 
powiedział. - Ale nie sądzę, żeby ktoś posunął się do 
tego, by wypchnąć go przez okno. 

background image

- Podobno był wstrętnym chłopcem. Ktoś mógł 
uważać pozbycie się go za swój obywatelski 
obowiązek. 
- Szkoda, że nie można częściej stosować tej teorii w 
praktyce. 
- Zawsze uważałem, że morderstwo mogłoby być 
dobrodziejstwem dla społeczności - oznajmił Luke. - 
Na przykład klubowego nudziarza powinno się 
wykończyć zatrutym koniakiem. Istnieją stare 
panny, wyrzucające z siebie potok oszczerstw i 
roznoszące na językach swoje najlepsze przyjaciółki. 
Albo przeciwni postępowi zatwardziali 
konserwatyści. Gdyby zostali bezboleśnie usunięci z 
tego świata, mogłoby to mieć zbawienny wpływ na 
życie społeczeństwa! 
Doktor Thomas uśmiechnął się szeroko. 
- Czy istotnie jest pan zwolennikiem zbrodni na dużą 
skalę? 
- Raczej rozsądnej eliminacji - odparł Luke. - Chyba 
przyzna pan, że byłoby to zbawienne? 
- Och, niewątpliwie. 
- Ach, ale nie mówi pan tego poważnie - zauważył 
Luke. - A ja tak. Nie szanuję ludzkiego życia tak jak 
przeciętny Anglik. Każdy, kto stoi na drodze 
postępu, powinien zostać wyeliminowany... taki 
właśnie jest mój punkt widzenia! 
- No dobrze, ale kto miałby wydawać sąd o ludzkiej 
przydatności czy nieprzydatności? - spytał doktor 
Thomas, przesuwając dłonią po swych krótkich 
jasnych włosach. 

background image

- W tym cała trudność. 
- Katolicy uznaliby komunistycznego agitatora za 
człowieka nie zasługującego na to, aby żyć... 
komunistyczny agitator skazałby na karę śmierci 
duchownego jako rzecznika przesądów, lekarz 
pozbawiłby życia chorego pacjenta, pacyfista 
potępiłby żołnierza i tak dalej. 
- Sędzią musiałby zostać jakiś uczony człowiek - 
oznajmił Luke. - Ktoś bezstronny, ale posiadający 
niezwykle wyrafinowany umysł... na przykład jakiś 
lekarz. A propos, sądzę, że byłby pan wspaniałym 
sędzią, doktorze. 
- Decydującym o przydatności do życia? 
- Owszem. 
Doktor Thomas potrząsnął głową. 
- Moja praca polega na uzdrawianiu chorych. 
Przyznaję, że w większości przypadków jest to 
żmudne zajęcie. 
- Spróbujmy rozważyć... - zaczął Luke. - No, weźmy 
na przykład przypadek niedawno zmarłego 
Harry'ego Cartera... 
- Cartera? - powtórzył doktor Thomas. - Chodzi 
panu o właściciela baru Siedem Gwiazd? 
- Tak, o niego. Nigdy go osobiście nie poznałem, ale 
moja kuzynka, panna Conway, opowiadała mi o nim. 
Zdaje się, że był to naprawdę skończony łajdak. 
- No cóż - zaczął doktor Thomas - lubił wypić. 
Maltretował żonę, znęcał się nad córką. Ten 
grubiański awanturnik był skłócony z większością 
tutejszych mieszkańców. 

background image

- Czy w istocie świat stał się bez niego lepszy? 
- Przyznaję, że można by tak to ująć. 
- Przypuśćmy, że nie wpadł do rzeki z własnej winy, 
lecz ktoś go zepchnął z kładki... Czyż ta osoba nie 
działałaby w imię dobra publicznego? 
- Czy metody, których jest pan zwolennikiem... 
stosował pan w praktyce, będąc w... Mayang Straits? 
- spytał doktor Thomas. 
Luke roześmiał się. 
- Och, nie, w moim przypadku to tylko teoria, nie 
praktyka. 
- Nie sądzę, żeby był pan ulepiony z tej samej gliny 
co mordercy. 
- Dlaczego nie? - spytał Luke. - Wystarczająco 
szczerze przedstawiłem panu swoje poglądy. 
- No właśnie. Zbyt szczerze. 
- Czy chodzi panu o to, że gdybym istotnie należał do 
ludzi, którzy wymierzają sprawiedliwość z 
pominięciem sądu, nie ujawniałbym tak otwarcie 
swych poglądów? 
- Tak, to miałem na myśli. 
- Nawet gdybym był fanatykiem, pragnącym głosić 
swoje przekonania! 
- Nawet w takim wypadku powstrzymałby pana od 
tego instynkt samozachowawczy. 
- Bo tak naprawdę, szukając mordercy, należy się 
rozglądać za sympatycznym, łagodnym człowiekiem, 
który nie skrzywdziłby nawet muchy? 

background image

- Być może w tym stwierdzeniu jest nieco przesady - 
oznajmił doktor Thomas - ale niezbyt odbiega ono od 
prawdy. 
- Proszę mi powiedzieć... - zaczął nagle Luke. - Czy 
kiedykolwiek spotkał pan człowieka, którego 
podejrzewałby pan o mordercze instynkty? 
- Cóż za niezwykłe pytanie - odparł doktor Thomas 
ostrym tonem. 
- Naprawdę? Przecież każdy lekarz musi mieć do 
czynienia z różnymi dziwakami. Potrafi chyba 
rozpoznać objawy... na przykład... morderczej 
obsesji... we wczesnym stadium, zanim stanie się ona 
naprawdę widoczna. 
- Widzę, że wyobraża pan sobie obsesyjnego 
mordercę w taki sam sposób jak większość 
dyletantów - mruknął doktor z rozdrażnieniem. - 
Jako człowieka, który wpada w szał i biega z pianą 
na ustach i z nożem w ręku. Zapewniani pana, że 
stwierdzenie u pacjenta tego rodzaju obsesji bywa 
najtrudniejszą rzeczą na świecie. Pozornie może on 
wyglądać jak każdy z nas, jak ktoś, kogo łatwo 
zastraszyć... ktoś, kto będzie panu opowiadał, że ma 
wrogów. Nic więcej. Spokojny, nieszkodliwy typ. 
- Naprawdę? 
- Oczywiście. Obsesyjnemu mordercy wydaje się 
często, że zabija w samoobronie. Ale naturalnie 
wielu zabójców to przeciętni, zdrowi psychicznie 
ludzie, tacy jak pan czy ja. 

background image

- Doktorze, pan mnie przeraża! A co będzie, jeśli 
dowie się pan, że mam na swym koncie pięć lub sześć 
nie wykrytych morderstw? 
Doktor Thomas uśmiechnął się. 
- Nie wydaje mi się to prawdopodobne, panie 
Fitzwilliam. 
- Naprawdę? Więc zrewanżuję się panu tym samym. 
Ja również nie wierzę, by miał pan na swym koncie 
pięć czy sześć morderstw. 
- Nie bierze pan pod uwagę moich zawodowych 
pomyłek - powiedział doktor Thomas pogodnie. 
Obaj wybuchnęli śmiechem. Luke wstał i zaczął się 
żegnać. 
- Przepraszam, że zająłem panu tyle czasu - 
powiedział. 
- Och, nie mam zbyt wiele pracy. Wychwood to 
bardzo zdrowa miejscowość. To prawdziwa 
przyjemność porozmawiać z kimś z wielkiego świata. 
- Zastanawiałem się... - zaczął Luke i urwał. 
- Słucham? 
- Panna Conway, wysyłając mnie do pana, 
powiedziała mi, że jest pan bardzo... no cóż... 
wspaniałym fachowcem. Czy nie wydaje się panu, że 
nie ma tu perspektyw dla zdolnego lekarza? 
- Och, praktyka ogólna to dobry początek. Zdobywa 
się cenne doświadczenie. 
- Ale nie zamierza pan przez całe życie stać na 
bocznym torze? Pański zmarły wspólnik, doktor 
Humbleby, który podobno nie miał większych 

background image

ambicji... był zadowolony ze swej praktyki w 
Wychwood. Mieszkał tu chyba od wielu lat, prawda? 
- Właściwie przez całe życie. 
- Słyszałem, że był mądrym człowiekiem, ale miał 
nieco staroświeckie poglądy. 
- Niekiedy bywał trudny... - odparł doktor Thomas. - 
Z wielką nieufnością odnosił się do wszelkich 
innowacji, ale był dobrym przykładem lekarza starej 
szkoły. 
- Podobno osierocił bardzo ładną córkę - powiedział 
Luke i spostrzegł, że jego podchwytliwa uwaga 
wywołała rumieniec na bladoróżowej twarzy 
doktora. 
- Och... eee... owszem - wyjąkał Thomas. 
Luke spojrzał na niego życzliwie. Cieszyła go 
perspektywa wykreślenia nazwiska doktora 
Thomasa z listy podejrzanych. 
- Skoro rozmawiamy o przestępstwach, a pana to 
interesuje, mogę panu pożyczyć niezłą książkę na ten 
temat - zaproponował Thomas. - Przekład z 
niemieckiego. "Kompleks niższości a zbrodnia" 
Kreuzhammera. 
- Dziękuję - powiedział Luke. 
Doktor Thomas przesunął palcem po grzbietach 
książek i wyciągnął wspomniane dzieło. 
- Proszę. Niektóre koncepcje autora są dość 
zaskakujące... ale, rzecz jasna, to tylko teoria. 
Niezwykle ciekawy jest na przykład rozdział 
poświęcony młodości Menzhelda, którego nazywano 
Rzeźnikiem z Frankfurtu. Albo ustęp opisujący 

background image

morderstwa popełnione przez młodą niańkę, Annę 
Hełm. 
- Zanim władze wpadły na jej trop, zamordowała 
chyba z tuzin swych podopiecznych - wtrącił Luke. 
Doktor Thomas kiwnął głową. 
- Tak. Miała niezwykle ujmującą osobowość... 
bardzo lubiła dzieci i najwyraźniej autentycznie 
przeżywała śmierć każdego z nich. Ludzka psychika 
jest zdumiewająca. 
- Zdumiewające jest to, że tym ludziom tak długo 
udawało się mordować bezkarnie - powiedział Luke, 
stojąc już w drzwiach. 
- Właściwie... niezbyt zdumiewające - oznajmił 
doktor Thomas, podążając za wychodzącym. - To 
jest dosyć proste. 
- Co? 
- Bezkarne morderstwo - odparł Thomas z 
ujmującym, chłopięcym uśmiechem. - Trzeba tylko 
zachować ostrożność! A przebiegły człowiek szalenie 
uważa, żeby nie zrobić fałszywego kroku. Wszystko 
sprowadza się do tego. - Uśmiechnął się i wszedł do 
domu. 
Luke stał, wpatrując się w schody. 
W uśmiechu doktora Thomasa dostrzegł cień 
wyniosłej pobłażliwości. Podczas ich dyskusji miał 
wrażenie, że on, w pełni dojrzały mężczyzna, 
rozmawia z naiwnym młodym człowiekiem. 
Teraz poczuł, że role się odwróciły. Doktor Thomas 
uśmiechnął się jak dorosły mężczyzna, rozbawiony 
bystrością dziecka. 

background image

 
IX 
ROZMOWA Z PANIĄ PIERCE 
 
W małym sklepie na High Street Luke kupił pudełko 
papierosów i ostatni numer tygodnika "Good 
Cheer", który przynosił lordowi Whitfieldowi sporą 
część jego pokaźnych dochodów. Przejrzał tabelę 
wyników rozgrywek piłkarskich i mruknął z 
niezadowoleniem, widząc, jak niewiele brakowało, 
by wygrał sto dwadzieścia funtów. Pani Pierce 
natychmiast zaczęła go pocieszać, wspominając o 
podobnych niepowodzeniach swojego męża. 
Nawiązawszy w ten sposób życzliwy kontakt, mógł 
bez przeszkód kontynuować rozmowę. 
- Mój mąż bardzo się interesuje piłką nożną - 
oznajmiła pani Pierce. - Zawsze przegląda 
wiadomości sportowe jako pierwsze. I, jak mówię, 
przeżył wiele rozczarowań, ale przecież nie każdy 
może wygrywać. Stale mu to powtarzam i tłumaczę, 
że nie da się pokonać pecha. 
Luke skwapliwie przyznał jej słuszność, a potem 
wygłosił głęboką myśl, że kłopoty zawsze chodzą 
parami. 
- Ach, tak, to prawda, sir, dobrze o tym wiem - 
westchnęła pani Pierce. - A kiedy kobieta ma męża i 
siedmioro dzieci... z których dwoje pochowała... to 
można powiedzieć, że dobrze wie, co to kłopot. 
- Chyba tak... niewątpliwie - przyznał Luke. - Więc 
pochowała pani dwoje dzieci? 

background image

- Jedno nie dalej niż miesiąc temu - wyjaśniła pani 
Pierce z czymś w rodzaju melancholijnej satysfakcji. 
- Mój Boże, to bardzo smutne. 
- Nie tylko smutne. To był po prostu wstrząs... tak 
właśnie, prawdziwy wstrząs! Kiedy mnie o tym 
zawiadomili, zrobiło mi się słabo. Nie przyszło mi 
nawet do głowy, że coś takiego może przytrafić się 
Tommy'emu, bo nawet jeśli chłopak przysparza 
człowiekowi kłopotów, wcale nie myśli się o jego 
śmierci. I moja mała Emma Jane, która była takim 
słodkim dzieckiem. "Nie uchowa się". Tak mówiono. 
"Jest za dobra, żeby żyć". I to była prawda, sir. Pan 
Bóg wie swoje. 
Luke przyznał jej rację i próbował przeskoczyć z 
tematu świętej Emmy Jane na mniej świętego 
Tommy'ego. 
- Więc pani syn zmarł niedawno? - spytał. - Czy to 
był wypadek? 
- Tak, sir. Mył szyby w starym dworze, w którym 
mieści się teraz biblioteka, musiał stracić równowagę 
i wypadł z okna. 
Pani Pierce zaczęła rozwodzić się nad szczegółami 
tego nieszczęśliwego wypadku. 
- Czy nie mówiono, że ktoś widział - zaczął Luke 
obojętnie - jak pani syn tańczył na parapecie? 
Pani Pierce stwierdziła, że chłopcy muszą psocić i że 
major, który jest nerwowym człowiekiem, omal nie 
zemdlał. 
- Major Horton? 

background image

- Owszem, sir, ten dżentelmen z buldogami. Po tym 
wypadku wspomniał, że widział, jak nasz Tommy 
zachowywał się bardzo nierozważnie... to, oczywiście, 
dowodzi, że jeśli nagle coś go przestraszyło, mógł 
wypaść z okna. Roznosiła go energia i to było jego 
nieszczęście. Muszę przyznać, że był dla mnie 
wielkim utrapieniem - zakończyła - ale to właśnie ta 
jego żywiołowość... nic innego... W gruncie rzeczy nie 
był złym chłopcem. 
- Nie, z pewnością nie, ale czasami, rozumie pani, 
pani Pierce, poważni ludzie w średnim wieku nie 
pamiętają, że kiedyś sami byli młodzi. 
Pani Pierce westchnęła. 
- Mówi pan szczerą prawdę, sir. Mam nadzieję, że 
pewni ludzie, dżentelmeni, których nazwiska 
mogłabym wymienić, ale tego nie zrobię, zrozumieją, 
że zbyt surowo osądzali tego chłopca... wszystko 
tylko dlatego, że był taki żywiołowy. 
- Czy płatał figle swym pracodawcom? - spytał Luke 
z pobłażliwym uśmiechem. 
- Robił to tylko dla żartu, sir - odparła natychmiast 
pani Pierce. - Tommy świetnie małpował innych. 
Zrywaliśmy boki ze śmiechu, kiedy chodził 
drobnymi kroczkami, udając pana Ellsworthy'ego ze 
sklepu z antykami albo przedrzeźniał pana Hobbsa z 
komitetu parafialnego. Kiedy naśladował jego 
lordowską mość na terenie jego rezydencji, a dwaj 
pomocnicy ogrodnika pękali ze śmiechu, nagle cicho 
nadszedł lord Whitfield i z miejsca Tommy'ego 
wyrzucił. No, oczywiście, można się było tego 

background image

spodziewać, i postąpił słusznie. Ale potem nie żywił 
już urazy do Tommy'ego i pomógł mu znaleźć inną 
posadę. 
- Ale nie wszyscy byli tak wspaniałomyślni jak on, 
prawda? - spytał Luke. 
- Nie, sir. Nie wymienię nazwisk. Nikomu nie 
przyszedłby do głowy pan Abbot, który jest taki 
miły, dla każdego ma dobre słowo i bardzo lubi 
żartować. 
- Czy Tommy czymś mu się naraził? 
- Jestem pewna, że chłopak nie zamierzał zrobić nic 
złego... A poza tym uważam, że jeśli ktoś nie chce, by 
zaglądano do jego prywatnych papierów, nie 
powinien zostawiać ich na wierzchu. 
- Racja - przyznał Luke. - Prywatne dokumenty w 
kancelarii prawniczej powinny leżeć w sejfie. 
- To prawda, sir. Tak właśnie uważam, a pan Pierce 
przyznaje mi słuszność. Tommy niewiele z nich 
wyczytał. 
- Co to było... testament? - spytał Luke. 
Obawiał się nie bez racji, że bezpośrednie pytanie 
dotyczące tego dokumentu może zahamować potok 
wymowy pani Pierce. Ale kobieta odpowiedziała bez 
chwili namysłu: 
- Och, nie, sir, nic podobnego. To nie było nic 
ważnego. Po prostu prywatny list od jakiejś pani, ale 
Tommy nawet nie zauważył jej podpisu. Wiele 
hałasu o nic. 
- Pan Abbot musi być bardzo drażliwy - powiedział 
Luke. 

background image

- No cóż, na to wygląda, sir. Chociaż, jak mówię, 
miło się z nim rozmawia... zawsze zażartuje albo 
powie coś wesołego. Ale to prawda. Słyszałam, że jest 
trudnym człowiekiem, zwłaszcza jeśli ktoś się z nim 
nie zgadza. On i doktor Humbleby byli ze sobą na 
noże. Okropnie się pokłócili tuż przed śmiercią 
biednego doktora. Potem pan Abbot miał chyba 
wyrzuty sumienia. Bądź co bądź padły przykre 
słowa, a on nie mógł już ich cofnąć. 
- Tak, to prawda - mruknął Luke, z powagą kiwając 
głową. - Dziwny zbieg okoliczności. Pokłócił się z 
doktorem Humbleby i doktor Humbleby nie żyje... 
wyrzucił pani syna z pracy i chłopiec umarł! Sądzę, 
że dwa takie zdarzenia skłonią pana Abbota do 
powściągnięcia w przyszłości swego języka. 
- To samo było z Harrym Carterem, właścicielem 
baru Siedem Gwiazd - powiedziała pani Pierce. - 
Doszło między nimi do ostrej sprzeczki, a w tydzień 
później Carter utonął. Ale nie można o to oskarżać 
Abbota. Cała wina leży po stronie Cartera. Poszedł 
pijany do domu pana Abbota i na całe gardło 
wykrzykiwał ordynarne słowa. Biedna pani Carter 
miała z nim krzyż pański i trzeba przyznać, że 
śmierć męża jest dla niej prawdziwym 
błogosławieństwem. 
- Zostawił córkę, prawda? 
- Ach - westchnęła pani Pierce. - Nie lubię plotkować. 
To oświadczenie było niespodziewane, ale 
obiecujące. Luke wytężył słuch i czekał. 

background image

- To tylko zwykłe gadanie. Lucy Carter jest ładną 
dziewczyną i gdyby nie różnica pochodzenia, chyba 
nikt by na to nie zwrócił uwagi. Ale tak było i 
wszyscy o tym plotkowali... zwłaszcza po tym, jak 
Carter poszedł prosto do jego domu, wrzeszcząc i 
przeklinając. 
Ta chaotyczna wypowiedź skierowała Luke'a na 
nowy trop. 
- Pan Abbot wygląda na mężczyznę, który potrafi 
docenić dziewczęcą urodę - zauważył. 
- Tacy już są mężczyźni - stwierdziła pani Pierce. - 
Nic takiego nie mają na myśli... po prostu 
mimochodem rzucą jakieś słówko, ale ludzie to tylko 
ludzie i w rezultacie zwraca się na to uwagę. To 
normalne w takim spokojnym miasteczku jak nasze. 
- To zachwycająca okolica - powiedział Luke. - Tak 
świetnie zachowana. 
- Tak właśnie mówią artyści, ale osobiście uważam, 
że jesteśmy trochę zacofani. Nic się tu nie buduje. A 
na przykład w Ashevale postawili sporo nowych 
domów... niektóre mają zielone dachy, a w oknach 
witraże. 
Luke lekko się wzdrygnął. 
- Macie tu wspaniałą nową szkołę - pochwalił. 
- Mówią, że to piękny budynek - powiedziała pani 
Pierce bez większego entuzjazmu. - Oczywiście jego 
lordowska mość wiele zrobił dla naszego miasteczka. 
Wszyscy doskonale wiemy, że ma dobre zamiary. 

background image

- Czyżby pani nie sądziła, że jego wysiłki zostały 
uwieńczone powodzeniem? - spytał Luke z 
rozbawieniem. 
- No cóż, sir, on nie pochodzi z prawdziwej szlachty 
tak jak panna Waynflete czy panna Conway. Ojciec 
lorda Whitfielda prowadził sklep z butami zaledwie 
o kilka domów stąd. Moja matka doskonale pamięta, 
że Gordon Ragg był sprzedawcą w tym sklepie. 
Teraz jest lordem i bardzo bogatym człowiekiem, ale 
to nie to samo, prawda, sir? 
- Chyba nie - przyznał Luke. 
- Proszę mi wybaczyć, że o tym wspomniałam, sir - 
powiedziała pani Pierce. - Naturalnie wiem, że 
zatrzymał się pan w rezydencji lorda i pisze pan 
książkę. Ale jest pan kuzynem panny Bridget, a to 
całkiem inna sprawa. Cieszymy się, że znów będzie 
panią na Ashe Manor. 
- Jestem tego pewien - oznajmił Luke. 
Z nagłym pośpiechem zapłacił za papierosy i gazetę, 
a potem wyszedł ze sklepu. 
Do diabła, nie powinienem się w to osobiście 
angażować! - pomyślał ze złością. Jestem tu po to, by 
wytropić przestępcę. Co mnie obchodzi, za kogo 
wyjdzie ta czarnowłosa czarownica? Przecież ona nie 
ma z tą sprawą nic wspólnego... 
Szedł wolno ulicą. Z trudem odsunął od siebie myśli 
o Bridget. 
"A zatem - powiedział do siebie. - Abbot. - Poszlaki 
świadczące przeciwko niemu. Wykryłem jego 
powiązania z trzema ofiarami. Pokłócił się z 

background image

doktorem Humblebym, z Carterem i z Tommym 
Pierce'em... i wszyscy trzej nie żyją. Co go łączyło z 
Amy Gibbs? Jaki prywatny list widział ten piekielny 
chłopak? Czy znał nazwisko nadawcy? Mógł się do 
tego nie przyznać swojej matce. Ale przyjmijmy, że 
to zrobił. Przypuśćmy, iż Abbot uważał, że trzeba 
zaniknąć mu usta. To możliwe! Tak to można 
określić. Możliwe! Ale to za mało!" 
Przyspieszył kroku, rozglądając się wokół z nagłym 
rozdrażnieniem. 
To przeklęte miasteczko działa mi na nerwy - 
pomyślał. Jest takie pogodne, spokojne i dziewicze, a 
przez cały czas ciąży nad nim piętno obłąkańczych 
morderstw. A może to ja zwariowałem? Czy Lavinia 
Pinkerton była szalona? Ostatecznie wszystko to 
mogło być zwykłym zbiegiem okoliczności... tak, 
śmierć doktora Humbleby'ego i cała reszta... 
Obejrzał się i nagle ogarnęło go silne poczucie 
nierzeczywistości. 
- Takie rzeczy się nie zdarzają... - mruknął. 
Kiedy spojrzał na długą, pofałdowaną linię wzgórza 
Ashe Ridge, to poczucie nierealności natychmiast 
zniknęło. Ashe Ridge istniało naprawdę... było 
świadkiem wielu niesamowitych rzeczy: czarów, 
okrucieństwa, krwawych zbrodni i grzesznych 
obrzędów... 
Nagle zobaczył dwie osoby spacerujące po zboczu 
wzgórza. Bez trudu rozpoznał w nich Bridget i 
Ellsworthy'ego. Młody mężczyzna, pochylając się 
lekko w stronę Bridget, gestykulował swymi 

background image

dziwnymi rękami. Wyglądali jak dwie postacie ze 
snu. Luke miał wrażenie, że miękkimi, kocimi 
susami bezgłośnie przeskakują z jednej kępy darni 
na drugą. Wiatr rozwiewał czarne włosy Bridget. 
Luke znów poczuł, że przyciąga go do niej jakaś 
magiczna siła. 
- Jestem po prostu zaczarowany - powiedział do 
siebie. Stał nieruchomo, czując dziwne odrętwienie. 
Kto zdejmie ze mnie ten urok? - pomyślał ze 
smutkiem. Chyba nikt. 
 

ROSE HUMBLEBY 
 
Słysząc za plecami cichy szmer gwałtownie się 
odwrócił i ujrzał niezwykle piękną dziewczynę o 
bujnych kasztanowych lokach i dość nieśmiałym 
spojrzeniu ciemnoniebieskich oczu. 
- Pan Fitzwilliam, prawda? - spytała, rumieniąc się z 
zażenowania. 
- Owszem. Ja... 
- Nazywam się Rose Humbleby. Bridget mówiła mi, 
że... ma pan przyjaciół, którzy znali mojego ojca. 
Opalona twarz Luke'a nieco poczerwieniała. 
- To było dawno temu - powiedział niepewnie. - 
Oni... eee... znali go jeszcze jako młodego człowieka... 
zanim się ożenił. 
- Och, rozumiem. 
Rose Humbleby wydawała się rozczarowana. 
- Pisze pan książkę, prawda? - spytała po chwili. 

background image

- Owszem. To znaczy zbieram do niej materiały. O 
tutejszych przesądach. 
- Rozumiem. To brzmi niezwykle interesująco. 
- Najprawdopodobniej okaże się okropnie nudna - 
powiedział Luke. 
- Och, nie, z pewnością będzie ciekawa. Luke 
uśmiechnął się do niej. Szczęściarz z tego Thomasa! - 
pomyślał. 
- Istnieją ludzie, którzy potrafią najbardziej 
pasjonujący temat ująć w sposób nieznośnie nudny. 
Obawiam się, że do nich należę. 
- Och, ale dlaczego? 
- Nie mam pojęcia. Ale coraz bardziej jestem o tym 
przekonany. 
- A może jest pan jednym z tych, którzy nudne 
tematy opisują w sposób niezwykle pasjonujący! - 
pocieszyła go Rose Humbleby. 
- To miły komplement - powiedział Luke. - Dziękuję 
pani. 
- Czy wierzy pan w... przesądy i tego rodzaju rzeczy! 
- spytała dziewczyna z uśmiechem. 
- To trudne pytanie. Jedno nie pociąga za sobą 
drugiego. Można interesować się rzeczami, w które 
się nie wierzy. 
- Tak, chyba tak - przyznała dziewczyna z 
powątpiewaniem. 
- Czy pani jest przesądna? 
- Nnnie... raczej nie. Ale uważam, że wszystko 
przychodzi falami. 
- Falami? 

background image

- Są fale szczęścia i nieszczęścia. To znaczy, mam 
wrażenie, że Wychwood ostatnio prześladuje... zły 
los. Umiera mój ojciec, pannę Pinkerton przejeżdża 
samochód, a ten chłopiec wypada przez okno. Ja... 
zaczynam nienawidzić tego miasteczka... czuję, że 
muszę stąd wyjechać! - wykrztusiła. 
- Więc takie są pani odczucia? - spytał Luke, patrząc 
na nią z zadumą. 
- Och! Wiem, że to niemądre. To chyba przez tę 
nagłą śmierć mojego biednego taty... to stało się tak 
niespodziewanie. - Zadrżała. - Potem panna 
Pinkerton. Mówiła, że... - Zawahała się. 
- Co mówiła? Uważam, że była czarującą starszą 
panią... bardzo podobną do mojej kochanej ciotki. 
- Och, więc pan ją znał? - Twarz Rose rozjaśnił 
uśmiech. - Bardzo ją lubiłam, a ona była niezwykle 
oddana mojemu ojcu. Ale czasami zastanawiałam 
się, czy nie jest przypadkiem... jakby to określić... 
nawiedzona. 
- Dlaczego? 
- Bo... to takie niesamowite... ona się naprawdę bała, 
że mojego ojca spotka coś złego. Nawet mnie 
ostrzegała. Zwłaszcza przed nieszczęśliwymi 
wypadkami. A tego dnia... tuż przed wyjazdem do , 
Londynu... zachowywała się bardzo dziwnie... była 
zupełnie roztrzęsiona. Wydaje mi się, panie 
Fitzwilliam, że należała do osób posiadających dar 
jasnowidzenia. Wiedziała, że spotka ją coś złego. 
Musiała też wiedzieć, że coś przytrafi się mojemu 
ojcu. Takie rzeczy są wręcz przerażające! 

background image

Zrobiła krok w jego kierunku. 
- Niekiedy człowiek potrafi przewidzieć przyszłość - 
powiedział Luke. - Nie ma w tym nic 
nadprzyrodzonego. 
- Tak, myślę, że to istotnie rzecz całkiem naturalna... 
po prostu dar, którego większość ludzi nie posiada. 
Ale mimo wszystko to... mnie niepokoi... 
- Nie powinna się pani niepokoić - powiedział Luke 
łagodnie. - Proszę pamiętać, że ma to pani już za 
sobą. Nie wolno cofać się w przeszłość. Trzeba żyć 
przyszłością. 
- Wiem. Ale jest jeszcze coś... - Rose zawahała się. - 
Coś... co ma związek z pańską kuzynką. 
- Moją kuzynką? Bridget? 
- Tak. Panna Pinkerton niepokoiła się o nią. Ciągle 
mnie wypytywała... Przypuszczam, że o nią również 
się bała. 
Luke odwrócił się gwałtownie i spojrzał na zbocze 
wzgórza. Ogarnął go niezrozumiały lęk. Bridget była 
sama z tym mężczyzną, którego dłonie miały 
chorobliwie zielonkawy odcień rozkładającego się 
ciała! Wyobraźnia - pomyślał. To tylko wyobraźnia! 
Przecież Ellsworthy jest jedynie nieszkodliwym 
dyletantem, który bawi się w sklepikarza. 
- Czy pan lubi pana Ellsworthy'ego? - spytała Rose, 
jakby czytając w jego myślach. 
- Zdecydowanie nie. 
- Wie pan, Geoffrey, to znaczy doktor Thomas też za 
nim nie przepada. 
- A pani? 

background image

- Och... uważam, że jest okropny. - Podeszła jeszcze 
bliżej. - W miasteczku dużo się o nim mówi. Podobno 
uczestniczył w jakichś dziwnych obrzędach na Łące 
Czarownic. Z tej okazji przyjechało tu z Londynu 
wielu jego znajomych... Wyglądali bardzo osobliwie. 
A Tommy Pierce pełnił rolę kogoś w rodzaju akolity. 
- Tommy Pierce? - zawołał Luke. 
- Tak. Miał na sobie komżę i czerwoną sutannę. 
- Kiedy to się odbyło? 
- Och, jakiś czas temu... chyba w marcu. 
- Tommy Pierce był najwyraźniej zamieszany we 
wszystko, co kiedykolwiek działo się w tym 
miasteczku. 
- Był okropnie wścibski - powiedziała Rose. - Zawsze 
musiał o wszystkim wiedzieć. 
- I w końcu pewnie wiedział już za dużo - 
podsumował Luke posępnie. 
Rose przyjęła te słowa za dobrą monetę. 
- Był dość wstrętnym chłopcem. Lubił zabijać osy i 
dokuczać psom. 
- Trudno opłakiwać śmierć takiego nieznośnego 
dzieciaka! 
- No, chyba tak. Jednak dla jego matki był to 
okropny wstrząs. 
- Zostało jej na pociechę jeszcze pięcioro dzieci. Ta 
kobieta ma prawdziwy dar wymowy. 
- Jest bardzo gadatliwa, prawda? 
- Wystarczyło, że kupiłem u niej papierosy, a już 
miałem wrażenie, że dokładnie znam przeszłość 
wszystkich mieszkańców Wychwood! 

background image

- To jest właśnie najgorsze w takich miasteczkach. 
Wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. 
- Och, nie - zaprotestował Luke. Rose spojrzała na 
niego pytająco. 
- Nikt nie zna całej prawdy o drugim człowieku - 
oświadczył Luke z naciskiem. 
Rose spoważniała. Wstrząsnął nią mimowolny 
dreszcz. 
- Tak - powiedziała z namysłem. - Myślę, że to 
prawda. 
- Nawet ci najbliżsi i najbardziej ukochani - dodał 
Luke. 
- Nawet... - Przerwała. - Och, chyba ma pan rację, 
ale proszę nie mówić takich przerażających rzeczy, 
panie Fitzwilliam. 
- To naprawdę panią przeraża? 
Wolno pokiwała głową. Potem gwałtownie się 
odwróciła. 
- Muszę już iść. Jeśli... nie będzie pan miał nic 
lepszego do roboty, to znaczy, jeśli będzie pan mógł, 
proszę nas odwiedzić. Mama chciałaby się z panem 
zobaczyć, ponieważ zna pan przyjaciół taty sprzed 
lat. 
Oddaliła się wolnym krokiem. Głowę miała lekko 
pochyloną, jakby pod ciężarem niepokoju lub 
zakłopotania. 
Luke stał nieruchomo, patrząc za nią. Poczuł nagle, 
że powinien otoczyć tę dziewczynę opieką i chronić 
ją. 

background image

Przed czym? Zadając sobie to pytanie, potrząsnął 
głową. Był zły sam na siebie. To prawda, że Rose 
Humbleby niedawno straciła ojca, ale przecież ma 
matkę i jest zaręczona z niezwykle atrakcyjnym 
młodym mężczyzną, który wspaniale nadaje się na 
jej opiekuna. Dlaczego więc ja, Luke Fitzwilliam, 
miałbym się o nią martwić? 
Znów ten mój sentymentalizm - pomyślał. Mit 
opiekuńczego mężczyzny, który rozkwitł w epoce 
wiktoriańskiej, rozwijał się w czasach króla 
Edwarda i nadal w nas pokutuje na przekór temu, co 
drogi lord Whitfield nazwałby pośpiechem i stylem 
współczesnego życia! 
Tak czy owak - powiedział do siebie, idąc w kierunku 
majaczącego w oddali wzgórza Ashe Ridge - lubię tę 
dziewczynę. Jest o wiele za dobra dla Thomasa... 
powściągliwego pyszałka. 
Przypomniał sobie wyniośle pobłażliwy uśmiech, 
jakim obdarzył go doktor, kiedy żegnali się na progu 
jego domu. 
Z tych nieco irytujących medytacji wyrwał go odgłos 
kroków. Podniósł głowę i zobaczył przed sobą pana 
Ellsworthy'ego, który właśnie schodził ścieżką ze 
wzgórza. Patrzył uważnie pod nogi i uśmiechał się do 
siebie. Wyraz jego twarzy zrobił na Luke'u 
nieprzyjemne wrażenie. Ellsworthy nie szedł, lecz 
pląsał - jak człowiek, który tańczy w rytm 
rozbrzmiewającej w jego umyśle jakiejś satanicznej, 
skocznej melodii. Jego usta wykrzywiał niesamowity, 
tajemniczy grymas. 

background image

Luke przystanął. Ellsworthy, który był już tuż przed 
nim, podniósł wzrok. Zanim rozpoznał Luke'a, 
patrzył na niego przez chwilę swymi złośliwymi, 
rozbieganymi oczami. Potem jego zachowanie 
gwałtownie się zmieniło. Jeszcze przed minutą 
przypominał tańczącego satyra, a teraz przeobraził 
się w nieco zniewieściałego małomiasteczkowego 
eleganta. 
- Och, pan Fitzwilliam, dzień dobry. 
- Dzień dobry - odparł Luke. - Podziwiał pan uroki 
przyrody? 
Pan Ellsworthy uniósł swą wąską, bladą dłoń w 
geście odżegnywania się. 
- Ależ skąd... och, na miły Bóg, nie. Nie cierpię 
przyrody. Przypomina mi pospolitą, pozbawioną 
wyobraźni ulicznicę. Zawsze uważałem, że nie można 
korzystać z życia, dopóki nie zepchnie się przyrody 
na dalszy plan. 
- A jak zamierza pan to zrobić? 
- Są na to różne sposoby! - oznajmił pan Ellsworthy. 
- W takim uroczym, prowincjonalnym miasteczku 
jak Wychwood można znaleźć wiele rozkosznych 
rozrywek, o ile posiada się odrobinę fantazji. Ja 
rozkoszuję się życiem, panie Fitzwilliam. 
- Ja również - powiedział Luke. 
- Mens sana in corpore sano - zacytował pan 
Ellsworthy lekko ironicznym tonem. - Jestem 
pewien, że to powiedzenie do pana pasuje. 
- Bywają gorsze rzeczy - stwierdził Luke. 

background image

- Drogi panie! Zdrowie jest niewiarygodnym 
nudziarstwem. Tylko człowiek szalony, cudownie 
zwariowany, zdemoralizowany i lekko pomylony 
dostrzega nowe, wspaniałe aspekty życia. 
- W krzywym zwierciadle - mruknął Luke. 
- Ach, bardzo dobre... świetne... całkiem dowcipne 
porównanie! Ale wie pan, w tym coś jest. To 
interesujący punkt widzenia. Nie powinienem jednak 
pana zatrzymywać. Zażywa pan ruchu... trzeba 
zażywać ruchu... to zgodne z duchem czasu! 
- Istotnie - przyznał Luke i, lekko skinąwszy głową, 
ruszył w swoją stronę. 
Zaczynam mieć cholernie wybujałą wyobraźnię - 
pomyślał. Ten jegomość jest po prostu skończonym 
osłem. 
Ale pod wpływem jakiegoś nieokreślonego niepokoju 
przyspieszył kroku. Zastanawiał się, czy triumfalny 
uśmiech Ellsworthy'ego był tylko wytworem jego 
własnej wyobraźni. Dlaczego na jego widok wyraz 
twarzy tego człowieka tak bardzo się zmienił? 
Bridget! - pomyślał z nagłym niepokojem. Czy nic jej 
się nie stało? Przecież razem poszli na wzgórze, a 
teraz on wracał sam. 
Przyspieszył kroku. Kiedy rozmawiał z Rose 
Humbleby, wyszło właśnie słońce. Teraz znów się 
schowało. Niebo pokryły groźne chmury, którym 
towarzyszyły gwałtowne, nieregularne podmuchy 
wiatru. Luke miał wrażenie, że przeniósł się z 
normalnego, codziennego życia do jakiegoś 

background image

dziwnego, zaczarowanego świata, którego istnienie 
wyczuwał od chwili przyjazdu do Wychwood. 
Skręcił i znalazł się na skraju łąki, zwanej Łąką 
Czarownic. Według tradycji właśnie tutaj w noc 
Walpurgi i w dniu Hallowe'en zbierały się 
czarownice. 
Nagle poczuł ulgę. Na zboczu wzgórza dostrzegł 
Bridget; siedziała oparta plecami o skałę, 
zakrywając twarz dłońmi. 
Ruszył szybko w jej kierunku, zwinnie przeskakując 
kępę soczystej, zielonej darni. 
- Bridget! - zawołał. 
Powoli uniosła głowę. Zaniepokoił go wyraz jej 
twarzy. Wyglądała tak, jakby właśnie wróciła z 
jakiegoś odległego świata i z trudem 
przystosowywała się do rzeczywistości. 
- Posłuchaj... czy... wszystko w porządku? - wyjąkał 
Luke. Minęła minuta lub dwie, zanim odpowiedziała 
- jakby jeszcze niezupełnie powróciła z tego 
odległego świata. Luke miał wrażenie, że jego słowa 
musiały przebyć długą drogę, by do niej dotrzeć. 
- Oczywiście - odparła. - Dlaczego miałoby być 
inaczej? - Jej głos zabrzmiał ostro, niemal wrogo. 
Luke uśmiechnął się szeroko. 
- Czy ja wiem? Nagle zacząłem się o ciebie niepokoić. 
- Dlaczego? 
- Głównie, jak sądzę, z powodu melodramatycznej 
atmosfery, która mnie tutaj otacza. Ona sprawia, że 
widzę wszystko w zupełnie innych proporcjach. 
Kiedy tylko tracę cię z oczu na parę godzin, 

background image

podejrzewam, że znajdę twoje zakrwawione ciało w 
jakimś przydrożnym rowie. Tak napisano by w 
sztuce lub w książce. 
- Autorzy nigdy nie uśmiercają swych bohaterek - 
zaoponowała Bridget. 
- Tak, ale... - W samą porę przerwał. 
- Co chciałeś powiedzieć? 
- Nic ważnego. 
Dziękował Bogu, że nie dokończył zdania. Nie można 
przecież powiedzieć atrakcyjnej młodej kobiecie: 
"Ale ty nie jesteś bohaterką". 
- Bohaterki są porywane - ciągnęła Bridget - 
wtrącane do więzienia, zatruwane gazem albo 
zatapiane w piwnicach. Zawsze grozi im 
niebezpieczeństwo, ale nigdy nie giną. 
- Ani nie znikają - dodał Luke. - Więc to jest Łąka 
Czarownic? - spytał po chwili. 
- Tak. 
- Brakuje ci tylko miotły - szepnął, spoglądając na 
nią. 
- Dziękuję. Pan Ellsworthy powiedział dokładnie to 
samo. 
- Przed chwilą go spotkałem - oznajmił Luke. 
- Rozmawiałeś z nim? 
- Owszem. Myślę, że usiłował mnie zirytować. 
- Czy mu się to udało? 
- Stosował dość dziecinne metody. - Luke zawahał 
się, a potem nagle dodał: - To dziwny typ. Czasem 
można by pomyśleć, że brak mu piątej klepki... 

background image

później człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie 
kryje się za tym coś więcej. 
Bridget spojrzała na niego. 
- Ty też to wyczułeś? 
- Więc podzielasz moje zdanie? 
- Owszem. 
Luke czekał w milczeniu. 
- Jest w nim coś... dziwnego - powiedziała w końcu 
Bridget. - Zastanawiałam się... Ostatniej nocy 
leżałam w łóżku, rozmyślając. O całej tej sprawie. 
Przyszło mi do głowy, że jeśli mordercą jest któryś z 
mieszkańców Wychwood, powinnam wiedzieć, kim 
on jest! Przecież mieszkam tu od wielu lat. Myślałam 
i myślałam, aż w końcu doszłam do wniosku, że ten 
morderca, o ile w ogóle istnieje, musi być 
człowiekiem obłąkanym. 
 - Czy nie sądzisz, że morderca może być równie 
zdrowy psychicznie jak ty czy ja? - spytał Luke, 
przypominając sobie słowa doktora Thomasa. 
- Nie morderca tego rodzaju. Moim zdaniem ten 
morderca musi być szaleńcem. I ten wniosek 
zaprowadził mnie prosto do Ellsworthy'ego. Ze 
wszystkich mieszkańców naszego miasteczka tylko 
on jeden jest zdecydowanym dziwakiem. Nie możesz 
temu zaprzeczyć! 
- Istnieje wiele osób jego pokroju: dyletanci, pozerzy, 
którzy zazwyczaj są zupełnie nieszkodliwi - 
powiedział Luke bez przekonania. 
- Owszem, ale w jego przypadku jest jeszcze coś 
więcej. Ma takie odrażające dłonie... 

background image

- Zauważyłaś to? Ja również! 
- Nie są białe, lecz... zielonkawe. 
- Istotnie sprawiają takie wrażenie. Ale mimo 
wszystko nie można oskarżać człowieka o 
morderstwo na podstawie koloru jego skóry. 
- Och, oczywiście. Potrzebujemy dowodów. 
- Dowody! - mruknął Luke. - Tego nam właśnie 
brakuje. Ten człowiek jest zbyt ostrożny. Ostrożny 
morderca! Ostrożny szaleniec! 
- Starałam się pomóc - powiedziała Bridget. 
- Chodzi ci o Ellsworthy'ego? 
- Tak. Sądziłam, że prędzej uda się dobrać do niego 
mnie niż tobie. Zrobiłam już pierwszy krok. 
- Opowiadaj. 
- No cóż, zdaje się, że należy do czegoś w rodzaju 
kliki... nielicznej grupy złożonej z jego wstrętnych 
przyjaciół. Od czasu do czasu przyjeżdżają tu i 
urządzają jakieś obrzędy.     , 
- Masz na myśli jakieś ohydne orgie? 
- Nie mam pojęcia czy ohydne, ale są to z pewnością 
orgie. W istocie wszystko to wydaje się bardzo 
niemądre i dziecinne. 
- Pewnie oddają cześć szatanowi i odbywają 
obsceniczne tańce. 
- Coś w tym rodzaju. Najwyraźniej to ich podnieca. 
- Mogę coś wnieść do tej sprawy - oznajmił Luke. - 
Tommy Pierce uczestniczył w jednym z tych 
obrzędów. Grał rolę akolity. Miał na sobie czerwoną 
sutannę. 
- Więc wiedział o tym? 

background image

- Owszem. I to może tłumaczyć przyczynę jego 
śmierci. 
- Myślisz, że się wygadał? 
- Tak. Mógł też próbować szantażu. 
- Wiem, że to wszystko brzmi fantastycznie, ale w 
przypadku Ellsworthy'ego nie można niczego 
wykluczyć. 
- Tak, zgadzam się. Tam gdzie on wchodzi w grę, 
wszystko jest możliwe. 
- Wiemy, że miał powiązania z dwiema ofiarami - 
powiedziała Bridget. - Z Tommym Pierce'em i Amy 
Gibbs. 
- A co z właścicielem baru i doktorem Humblebym? 
- Na razie nic. 
- Zgadzam się co do Cartera, ale potrafię sobie 
wyobrazić motyw zabójstwa doktora Humbleby. 
Będąc lekarzem mógł zauważyć, że Ellsworthy jest 
psychicznie niezrównoważony. 
- Tak, to możliwe. Bridget roześmiała się. 
- Dziś rano nieźle wykonałam swoje zadanie. Jestem 
chyba niezłym psychologiem. Kiedy mu 
opowiedziałam, że moją praprababkę oskarżono o 
uprawianie czarnej magii i omal nie spalono jej na 
stosie, moje akcje poszły w górę. Mam wrażenie, że 
podczas następnego zjazdu Wyznawców Szatana 
zostanę zaproszona do wzięcia udziału w orgiach. 
- Bridget, na litość boską, bądź ostrożna! - zawołał 
Luke. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
- Przed chwilą spotkałem córkę doktora 
Humbleby'ego. Rozmawialiśmy o pannie Pinkerton. 

background image

Ta dziewczyna powiedziała mi, że panna Pinkerton 
bardzo się o ciebie niepokoiła. 
Bridget, która właśnie podnosiła się z ziemi, nagle 
znieruchomiała. 
- O czym ty mówisz? Panna Pinkerton... niepokoiła 
się... o mnie? 
- Tak twierdzi Rose Humbleby. 
- I ona ci to powiedziała? 
- Owszem. 
- Co jeszcze mówiła? 
- Nic więcej. 
- Jesteś tego pewien? 
- Absolutnie. 
- Rozumiem - powiedziała Bridget po chwili. 
- Panna Pinkerton niepokoiła się o doktora 
Humbleby'ego i doktor umarł. Teraz słyszę, że 
martwiła się również o ciebie... 
Bridget wybuchnęła śmiechem. Wyprostowała się i 
tak energicznie potrząsnęła głową, że jej długie 
czarne włosy zawirowały w powietrzu. 
- Nie martw się - powiedziała. - Szatan dba o 
podopiecznych. 
 
XI 
ŻYCIE RODZINNE MAJORA HORTONA 
 
Luke usiadł wygodniej w fotelu naprzeciw dyrektora 
banku. 
- No cóż, to wygląda zadowalająco - powiedział. - 
Przepraszam, że zająłem panu czas. 

background image

Pan Jones machnął lekceważąco ręką. Na jego 
ogorzałej, pulchnej twarzy malowała się radość. 
- Ależ skąd, panie Fitzwilliam. Jak pan wie, to 
bardzo spokojna miejscowość. Okazja do rozmowy z 
przybyszem z wielkiego świata zawsze sprawia nam 
przyjemność. 
- To urzekająca okolica - powiedział Luke. - Aż roi 
się tu od przesądów. 
Pan Jones westchnął, a potem stwierdził, że upłynie 
dużo czasu, zanim wiedza wykorzeni zabobony. 
Luke wyraził opinię, że w dzisiejszych czasach 
przecenia się oświatę, co lekko oburzyło pana 
Jonesa. 
- Lord Whitfield - powiedział bankier - jest naszym 
hojnym dobroczyńcą. Zdaje sobie sprawę, że będąc 
chłopcem nie miał możliwości zdobycia 
wykształcenia, i postanowił stworzyć dzisiejszej 
młodzieży lepsze warunki do nauki. 
- Brak wykształcenia nie przeszk6dził mu jednak w 
zdobyciu wielkiej fortuny - oświadczył Luke. 
- Nie. Musiał mieć do tego ogromny talent. 
- Albo szczęście - dodał Luke. Pan Jones wydawał się 
wstrząśnięty. 
- Jedynie szczęście się liczy - powiedział Luke. - 
Weźmy na przykład takiego mordercę. Dlaczego 
udaje mu się ujść bezkarnie? Czy decyduje o tym 
jego intelekt? Czy też po prostu zwykłe szczęście? 
Pan Jones zgodził się, że raczej jest to sprawa 
szczęścia. 

background image

- A taki Carter - ciągnął Luke - właściciel tutejszego 
baru. Najprawdopodobniej upijał się sześć razy w 
tygodniu, ale pewnej nocy spadł z kładki do rzeki. 
Tu z kolei można mówić o braku szczęścia. 
- Ale dla niektórych to szczęście - powiedział 
dyrektor banku. 
- Kogo ma pan na myśli? 
- Jego żonę i córkę. 
- Ach, tak, oczywiście. 
Zapukano do drzwi i do gabinetu wszedł urzędnik 
bankowy z jakimiś dokumentami. Luke złożył dwa 
wzory podpisów i otrzymał książeczkę czekową. 
- Cieszę się, że wszystko zostało pomyślnie 
załatwione - powiedział, wstając z fotela. - 
Poszczęściło mi się w tegorocznych derbach. A panu? 
Pan Jones odparł z uśmiechem, że nie gra na 
wyścigach. Dodał, że jego żona ma na ten temat 
zdecydowane poglądy. 
- Więc zapewne nie pojechał pan do Epsom? 
- Oczywiście, że nie. 
- Czy któryś z mieszkańców Wychwood tam był? 
- Owszem, major Horton. Jest wielkim amatorem 
wyścigów konnych. Również pan Abbot zazwyczaj 
tego dnia robi sobie wolne. Ale i tak nie postawił na 
zwycięzcę. 
- Chyba niewiele osób to zrobiło - powiedział Luke, a 
potem pożegnał się i opuścił gabinet. 
Wyszedł z banku i zapalił papierosa. Poza koncepcją 
o "najmniej prawdopodobnym człowieku" nie 
widział powodów do pozostawienia nazwiska pana 

background image

Jonesa na swojej liście podejrzanych. Jego sondujące 
pytania nie wywołały u dyrektora banku żadnej 
interesującej reakcji. Trudno było go sobie 
wyobrazić w roli mordercy. Poza tym w dniu 
wyścigów nie opuszczał miasteczka. Jednakże wizyta 
u niego nie była stratą czasu, ponieważ Luke uzyskał 
dwie istotne informacje. Zarówno major Horton, jak 
i radca prawny Abbot przebywali poza Wychwood w 
dniu wyścigów w Epsom. Zatem któryś z nich mógł 
być w Londynie, kiedy pannę Pinkerton przejechał 
samochód. 
Choć Luke nie podejrzewał już Thomasa, chciał 
mieć pewność, że tego właśnie dnia doktor wypełniał 
swoje zawodowe obowiązki i nie opuszczał 
Wychwood. Postanowił to sprawdzić. 
Teraz pan Ellsworthy. Czy w dniu derbów 
przebywał w Wychwood? Jeśli tak, to jego udział w 
morderstwach wydawał się mniej prawdopodobny. 
Choć skądinąd śmierć panny Pinkerton, tak jak 
przypuszczano, mogła być po prostu nieszczęśliwym 
wypadkiem. 
Ale Luke odrzucił tę koncepcję. Ta śmierć zbyt 
pasowała do całej układanki. 
Wsiadł do samochodu, który zaparkował przed 
bankiem, i pojechał do warsztatu Pipwella, 
położonego na drugim końcu High Street. 
Chciał zasięgnąć rady w sprawie kilku drobnych 
usterek w silniku. Przystojny młody, piegowaty 
mechanik wysłuchał go ze zrozumieniem. Podnieśli 

background image

maskę samochodu i zagłębili się w szczegółach 
technicznych. 
- Jim, chodź tu natychmiast! - zawołał jakiś głos. 
Piegowaty mechanik wykonał polecenie. 
- Więc to jest Jim Harvey - pomyślał Luke. - No tak. 
Jim Harvey, narzeczony Amy Gibbs. 
Mechanik wrócił niebawem, przeprosił Luke'a i obaj 
powrócili do rozmowy o silniku. Luke zgodził się 
zostawić samochód w warsztacie. 
- Czy powiodło się panu w tegorocznych derbach? - 
spytał zdawkowo, żegnając się z Harveyem. 
- Nie, sir. Postawiłem na Clarigolda. 
- Niewiele osób obstawiło Jujubę II, prawda? 
- Tak, istotnie, sir. Chyba żadna gazeta go nie 
typowała. Luke pokiwał głową. 
- Gra na wyścigach jest ryzykowną zabawą. Czy 
widział pan kiedyś gonitwę derby na własne oczy? 
- Nie, sir, i bardzo tego żałuję. W tym roku 
poprosiłem o wolny dzień. Mogłem kupić ulgowy 
bilet do Epsom, ale szef nie chciał nawet o tym 
słyszeć. Faktem jest, że brak nam rąk do pracy, a 
tego dnia mieliśmy sporo roboty. 
Luke kiwnął głową i wyszedł z warsztatu. 
Jim Harvey został wykreślony z jego listy. Luke 
doszedł do wniosku, że ten sympatyczny chłopak nie 
był tajemniczym mordercą ani nie przejechał Lavinii 
Pinkerton. 
Ruszył brzegiem rzeki w kierunku domu. Tak jak 
poprzednio, spotkał tu majora Hortona z psami. 
Major jak zwykle histerycznie pokrzykiwał: 

background image

- Augustus... Nelly... NELLY, do nogi! Nero... Nero... 
NERO! - Spojrzał na Luke'a swymi wyłupiastymi 
oczami i zagadnął: - Przepraszam. Pan Fitzwilliam, 
prawda? 
- Tak. 
- Nazywam się Horton... major Horton. Pewnie 
spotkamy się jutro w rezydencji lorda Whitfielda. 
Rozgrywki tenisowe. Panna Conway była uprzejma 
mnie zaprosić. Jest pańską kuzynką, prawda? 
- Owszem. 
- Tak myślałem. Wie pan, miło widzieć tu jakąś 
nową twarz. Ich rozmowę przerwała nagła szarża 
trzech buldogów na jakiegoś białego kundla. 
- Augustus... Nero! Chodźcie tu... słyszycie, do nogi! 
Kiedy w końcu psy niechętnie wykonały rozkaz, 
major Horton powrócił do przerwanej rozmowy. 
Luke poklepywał Nelly, która spoglądała na niego 
czule. 
- Miła suczka, prawda? - powiedział major. - Lubię 
buldogi. Zawsze takie miałem. Wolę tę rasę niż 
jakąkolwiek inną. Mieszkam niedaleko stąd, więc 
może wstąpi pan na drinka. 
Luke przyjął zaproszenie i wyruszyli razem w 
kierunku domu majora. Po drodze major rozprawiał 
na temat psów oraz przewagi jego ulubionych 
buldogów nad wszystkimi innymi rasami. 
Opowiedział o zdobytych przez Nelly nagrodach, o 
haniebnym zachowaniu sędziego, który przyznał 
Augustusowi ocenę zaledwie bardzo dobrą, i o 
sukcesach Nera na wystawie psów. 

background image

Kiedy skończył, mijali właśnie bramę. Major 
otworzył drzwi frontowe, które nie były zamknięte 
na klucz, i obaj weszli do domu. Gospodarz 
wprowadził Luke'a do niewielkiego, przesiąkniętego 
zapachem psów pokoju, który wypełniały rzędy 
półek z książkami, a potem zajął się 
przygotowywaniem drinków. Luke rozejrzał się 
dookoła. Dostrzegł fotografie psów, egzemplarze 
"Field" oraz "Country Life" i parę wytartych foteli. 
Na szafkach z książkami ustawione były srebrne 
puchary. Nad kominkiem wisiał jeden olejny obraz. 
- Moja żona - powiedział major, podnosząc wzrok 
znad syfonu i podążając za spojrzeniem Luke'a. - 
Była wspaniałą kobietą. Z jej twarzy emanuje silna 
osobowość, prawda? 
- Tak, istotnie - przyznał Luke, patrząc na portret 
zmarłej pani Horton. 
Miała na sobie różową atłasową suknię, a w ręku 
trzymała bukiecik konwalii. Jej ciemne włosy 
rozdzielał pośrodku głowy równy przedziałek, a 
mocno zaciśnięte usta dowodziły silnego charakteru. 
W zimnych szarych oczach czaił się gniew. 
- Była wspaniałą kobietą - powtórzył major, podając 
swemu gościowi szklankę. - Zmarła przed rokiem. 
Od tej pory nie jestem już tym samym człowiekiem. 
- Naprawdę? - spytał Luke, nie bardzo wiedząc, co 
powiedzieć. 
- Proszę usiąść. - Major wskazał jeden ze skórzanych 
foteli. 

background image

Sam zasiadł w drugim i sącząc whisky z wodą 
sodową, mówił dalej: 
- Tak, od tej pory nie jestem już tym samym 
człowiekiem. 
- Musi jej panu brakować - powiedział Luke. 
- Mężczyźnie potrzebna jest żona, która trzymałaby 
go w ryzach - oznajmił major, potrząsając posępnie 
głową. - W przeciwnym razie staje się leniwy... Traci 
poczucie dyscypliny. 
- Ale przecież... 
- Drogi chłopcze, wiem, o czym mówię. Nie twierdzę, 
że początki małżeństwa nie są dla mężczyzny trudne. 
Są bardzo trudne. Człowiek ma wszystkiego dość i 
czuje się ubezwłasnowolniony. Ale potem się 
przyzwyczaja. To sprawa dyscypliny. 
Luke pomyślał, że życie małżeńskie majora Hortona 
musiało bardziej przypominać kampanię wojenną 
niż błogą rodzinną sielankę. 
- Kobiety - monologował major - to dziwne istoty. 
Niekiedy wydaje się, że trudno im dogodzić. Ale na 
Jowisza, prowadzą mężczyznę do celu. 
Luke zachował pełne szacunku milczenie. 
- Jest pan żonaty? - spytał major. 
- Nie. 
- No cóż, dojrzeje pan do tego. I proszę zapamiętać, 
drogi chłopcze, że nie ma to jak małżeństwo. 
- Pochlebna opinia o stanie małżeńskim zawsze 
dodaje otuchy - oznajmił Luke. - Zwłaszcza że w 
dzisiejszych czasach rozwody są na porządku 
dziennym. 

background image

- Phi! - parsknął major. - Młodzi ludzie 
przyprawiają mnie o mdłości. Brak im wytrwałości i 
odporności. Łatwo się poddają. Żadnego hartu 
ducha! 
Luke miał wielką ochotę spytać majora, do czego 
potrzebny jest ten wyjątkowy hart ducha, ale w 
ostatniej chwili się powstrzymał. 
- Proszę mi wierzyć - ciągnął major - że Lydia była 
kobietą jedną na tysiąc... na tysiąc! Cieszyła się tu 
powszechnym szacunkiem i poważaniem. 
- Tak? 
- Nie znosiła niedorzecznej gadaniny. Potrafiła 
wzrokiem sparaliżować człowieka. Niektóre z tych 
niedoświadczonych dziewcząt, uważających się za 
służące, wyobrażają sobie, że będziemy cierpliwie 
tolerować ich bezczelność. Lydia szybko się z nimi 
rozprawiała! Czy wie pan, że w ciągu roku 
przewinęło się przez nasz dom piętnaście kucharek i 
pokojówek. Piętnaście! 
Luke nie uważał, by świadczyło to dobrze o pani 
domu, ale ponieważ jego gospodarz najwyraźniej był 
odmiennego zdania, wymamrotał tylko jakąś 
zdawkową uwagę. 
- Jeśli się nie nadawały, wyrzucała je na zbitą twarz. 
- Czy było to regułą? - spytał Luke. 
- No cóż, oczywiście niektóre odchodziły z własnej 
woli. Mała strata, jak zwykła mawiać Lydia w takich 
przypadkach! 
- Wspaniałe podejście - powiedział Luke - ale czy nie 
wynikały z tego niekiedy kłopoty? 

background image

- Och! Nie miałem nic przeciwko temu, żeby zakasać 
rękawy i zabrać się do roboty - oznajmił major 
Horton. - Nieźle gotuję i potrafię rozpalić pod 
kuchnią jedną zapałką. Nigdy nie lubiłem zmywać, 
ale naczynia musiały być czyste... tego nie da się 
uniknąć. 
Luke przyznał majorowi słuszność, a potem spytał 
go, czy pani Horton była dobrą gospodynią. 
- Nie należę do mężczyzn, którzy pozwalają swym 
żonom się obsługiwać - powiedział major Horton. - 
Ale tak czy owak Lydia była zbyt delikatną kobietą, 
by wykonywać jakiekolwiek prace domowe. 
- Więc nie dopisywało jej zdrowie? Major Horton 
potrząsnął głową. 
- Miała wspaniały charakter. Nie poddawała się. Ileż 
ta kobieta wycierpiała! I do tego żadnego 
współczucia ze strony lekarzy. To gruboskórni 
brutale. Znają się jedynie na zwykłym fizycznym 
cierpieniu. Kiedy mają do czynienia z jakimś 
niecodziennym przypadkiem, przeważnie tracą 
głowę. Na przykład taki Humbleby. Wszyscy uważali 
go za dobrego lekarza. 
- Pan się z tym nie zgadza? 
- Ten człowiek był kompletnym ignorantem. Nic nie 
wiedział na temat odkryć współczesnej medycyny. 
Wątpię, by kiedykolwiek słyszał o nerwicy! Umiał 
rozpoznać odrę, świnkę i złożyć złamane kości. I nic 
więcej. W końcu doszło między nami do sprzeczki. 
W przypadku Lydii nie potrafił postawić właściwej 
diagnozy. Wygarnąłem mu wszystko prosto z mostu, 

background image

a to mu się nie spodobało. Uważał, że go obraziłem, i 
od razu się wycofał. Powiedział, że mogę znaleźć 
sobie innego lekarza. Wtedy wybrałem doktora 
Thomasa. 
- Czy bardziej państwu odpowiadał? 
- Jest znacznie inteligentniejszy. Gdyby istniała 
jakakolwiek szansa wyciągnięcia Lydii z tej ostatniej 
choroby, doktor Thomas bez wątpienia by to zrobił. 
Faktem jest, że czuła się już lepiej, ale jej stan nagle 
się pogorszył. 
- Czy to była bolesna dolegliwość? 
- Hmm, tak. To był nieżyt żołądka. Ostre bóle, 
mdłości i Bóg wie, co tam jeszcze. Jakże ta biedaczka 
cierpiała! Była po prostu męczennicą. A po domu 
kręciły się dwie pielęgniarki, które nie okazywały jej 
cienia współczucia! "Pacjentka to" albo "pacjentka 
tamto". - Major potrząsnął głową i opróżnił swoją 
szklankę. - Nie znoszę pielęgniarek! Są takie pewne 
siebie. Lydia twierdziła, że ją trują. To oczywiście 
nie była prawda... po prostu wytwór wyobraźni 
chorej osoby. Doktor Thomas powiedział, że zdarza 
się to bardzo często. Ale te pielęgniarki wyraźnie jej 
nie lubiły. To jest właśnie najgorsze w kobietach, że 
nienawidzą przedstawicielek własnej płci. 
- Pani Horton - zaczął Luke, czując, że wyraża się 
niezfęcznie, ale nie wiedząc, jak ująć to lepiej - miała 
chyba w Wychwood wielu oddanych przyjaciół? 
- Mieszkańcy naszego miasteczka zachowywali się 
bardzo życzliwie - przyznał major z nutką niechęci w 
głosie. - Whitfield przysyłał winogrona i brzoskwinie 

background image

z własnej oranżerii. A te stare pleciugi, Honoria 
Waynflete i Lavinia Pinkerton, przychodziły, by 
dotrzymać jej towarzystwa. 
- Czy panna Pinkerton często odwiedzała chorą? 
- Owszem. To typowa stara panna, ale życzliwa 
istota! Bardzo niepokoiła się o Lydię. Stale 
wypytywała, co jada i jakie zażywa leki. Miała dobre 
intencje, ale, jak ja to określam, robiła dużo 
zamieszania. 
Luke kiwnął głową ze zrozumieniem. 
- Nie znoszę zamieszania - powiedział njajor. - Za 
dużo tu kobiet. Trudno znaleźć partnera do golfa. 
- A ten młody człowiek ze sklepu z antykami? - 
spytał Luke. 
- Nie gra w golfa - parsknął major. - Jest zbyt 
zniewieściały. 
- Od dawna mieszka w Wychwood? 
- Mniej więcej od dwóch lat. Wstrętny jegomość. Nie 
cierpię tych długowłosych wymoczków. Dziwne, ale 
Lydia nawet dość go lubiła. W sprawach 
dotyczących mężczyzn nie można polegać na zdaniu 
kobiet. Mają słabość do dziwnych typów. Lydia 
uparła się nawet, żeby zażywać jakąś miksturę, 
którą jej przyniósł. Jakieś paskudztwo w 
szkarłatnym szklanym słoju, ozdobionym znakami 
Zodiaku! Rzekomo były to zioła, które zebrano przy 
pełni księżyca. Istne błazeństwo, ale kobiety naiwnie 
wierzą w takie brednie... Cha! cha! cha! 
- A jakim człowiekiem jest miejscowy radca prawny, 
pan Abbot? - spytał Luke, zdając sobie sprawę, że 

background image

dość niespodziewanie zmienia temat, i licząc na to, że 
major Horton tego nie zauważy. - Czy jest dobrym 
prawnikiem? Muszę zasięgnąć porady w pewnej 
sprawie, więc pomyślałem, że mógłbym pójść z tym 
do niego. 
- Podobno jest bystry - powiedział major Horton. - 
Nie wiem. Prawdę mówiąc, doszło między nami do 
sprzeczki. Tuż przed śmiercią Lydii przyszedł do 
nas, żeby sporządzić jej testament, i od tej pory go 
nie widziałem. Moim zdaniem to skończony łajdak. 
Ale oczywiście - dodał - to nie umniejsza jego 
zdolności jako prawnika. 
- Oczywiście - przyznał Luke. - Wygląda na to, że 
jest dość kłótliwy. Słyszałem, że poróżnił się z 
wieloma osobami. 
- Kłopot w tym, że jest piekielnie drażliwy - 
powiedział major Horton. - Uważa się za Boga 
Wszechmogącego i sądzi, że każdy, kto jest 
odmiennego zdania niż on, dopuszcza się obrazy 
majestatu. Słyszał pan o jego sprzeczce z doktorem 
Humblebym? 
- Więc między nimi też doszło do kłótni? 
- Do ostrej wymiany zdań. Mnie to wcale nie 
zaskoczyło. Humbleby był uparty jak osioł! 
- Jego śmierć była smutnym wydarzeniem. 
- Doktora Humbleby? Owszem, chyba tak. Typowe 
niedbalstwo. Zakażenie krwi jest piekielnie 
niebezpieczne. Każdą ranę należy przemyć jodyną... 
przynajmniej ja tak robię! Zwykła przezorność. 

background image

Humbleby, który w końcu był lekarzem, zlekceważył 
swoje skaleczenie. To najlepszy dowód. 
Luke nie bardzo wiedział, czego to ma dowodzić, ale 
pominął tę uwagę milczeniem. Zerknął na zegarek i 
wstał z fotela. 
- Czyżby zbliżała się pora lunchu? - spytał major 
Horton. - Rzeczywiście. No cóż, miło się z panem 
rozmawiało. Dobrze mi zrobiło spotkanie z 
człowiekiem, który widział kawał świata. Musimy 
jeszcze kiedyś sobie pogawędzić. Gdzie pan odbywał 
służbę? Mayang Straits? Nigdy tam nie byłem. 
Doszły mnie słuchy, że pisze pan książkę. O 
przesądach i tak dalej. 
- Owszem... ja... 
Ale major Horton nie dał sobie przerwać. 
- Mogę panu opowiedzieć wiele niezwykle ciekawych 
historii. Kiedy byłem w Indiach, drogi chłopcze... 
Przez jakieś dziesięć minut Luke musiał cierpliwie 
wysłuchiwać banalnych opowieści majora o 
sztuczkach fakirów. 
Kiedy w końcu wyszedł na świeże powietrze i 
usłyszał za sobą głos majora przywołującego swoje 
buldogi, zaczął się zastanawiać nad zagadkami życia 
małżeńskiego. Major Horton zdawał się szczerze 
boleć nad stratą żony, która, jak wynikało ze 
wszystkich opowieści (nie wyłączając jego własnej 
relacji), musiała przypominać tygrysa ludojada. 
Nagle zadał sobie pytanie, czy nie był to po prostu 
niezwykle zręczny bluff. 
 

background image

XII 
POTYCZKA 
 
Popołudniowym rozgrywkom tenisowym na 
szczęście towarzyszyła piękna pogoda. Lord 
Whitfield, któremu dopisywał niezwykle dobry 
humor, grał rolę gospodarza z wielką radością. 
Często odwoływał się do swego skromnego 
pochodzenia. Zawodników było ośmioro: lord 
Whitfield, Bridget, Luke, Rose Humbleby, pan 
Abbot, doktor Thomas, major Horton i 
rozchichotana córka dyrektora banku, Hetty Jones. 
W drugim z kolei secie Luke wystąpił w parze z 
Bridget przeciwko lordowi Whitfieldowi i Rose 
Humbleby. Rose była dobrą tenisistką. Miała silny 
forhend i brała udział w okręgowych zawodach 
hrabstwa. Choć próbowała nadrobić nieudane akcje 
lorda Whitfielda, Bridget i Luke, choć żadne z nich 
nie było szczególnie dobrym graczem, okazali się 
godnymi przeciwnikami. Przy równowadze trzy do 
trzech w gemach, olśniewające smecze Luke'a 
przyniosły im przewagę pięć do trzech. 
Wtedy Luke zauważył, że lord Whitfield traci 
panowanie nad sobą. Zakwestionował linię, 
twierdząc, mimo sprzeciwu Rose, że serwis był 
autowy, a potem zademonstrował cały wachlarz 
zachowań rozwścieczonego dziecka. Gdy doszło do 
piłki setowej, Bridget trafiła w siatkę, a później 
zrobiła podwójny błąd serwisowy. Równowaga. 
Następna piłka, po returnie przeciwników, uderzyła 

background image

w środkową linię kortu, a Luke, przygotowując się 
do jej odebrania, wpadł na swoją partnerkę. Potem 
Bridget znów popełniła podwójny błąd serwisowy i 
przegrali gema. 
- Przepraszam, straciłam formę - usprawiedliwiła się 
Bridget. Wydawało się to zgodne z prawdą. Zagrania 
Bridget były nieprecyzyjne, jakby nie potrafiła 
dobrze rozegrać piłki. Set zakończył się wynikiem 
osiem do sześciu dla lorda Whitfielda i jego 
partnerki. 
Przez chwilę omawiano skład następnego seta. 
Ostatecznie ustalono, że Rose zagra z panem 
Abbotem przeciwko doktorowi Thomasowi i pannie 
Jones. 
Lord Whitfield usiadł wygodnie i otarł pot z czoła, 
błogo się uśmiechając. Odzyskał już dobry humor. 
Zaczął opowiadać majorowi Hortonowi o serii 
artykułów na temat kultury fizycznej w Wielkiej 
Brytanii, zamieszczonych w jednym z jego 
tygodników. 
- Pokaż mi ogród warzywny - poprosił Luke, 
zwracając się do Bridget. 
- Dlaczego właśnie ogród warzywny? 
- Uwielbiam kapustę. 
- Nie wystarczy zielony groszek? 
- Może być. 
Opuścili kort tenisowy i weszli do otoczonego murem 
warzywnika, który zdawał się leniwie wygrzewać w 
promieniach słońca. Tego sobotniego popołudnia nie 
było w nim ogrodników. 

background image

- Oto twój groszek - oznajmiła Bridget. 
- Dlaczego, u diabła, oddałaś im tego seta? - spytał 
Luke, nie zwracając uwagi na cel przechadzki. 
Bridget uniosła ze zdziwieniem brwi. 
- Przepraszam. Straciłam formę. Gram nierówno. 
- Ale nie do tego stopnia! Na te twoje podwójne błędy 
serwisowe nie nabrałoby się nawet dziecko! I te 
nieprecyzyjne zagrania... pół mili za linią autową! 
- To wina moich kiepskich umiejętności - wyjaśniła 
spokojnie. - Gdybym grała trochę lepiej, może moje 
podania byłyby celniejsze! Ale i tak, ilekroć 
próbowałam posłać piłkę na aut, zawsze trafiałam w 
linię i cały mój wysiłek szedł na marne. 
- Och, więc się przyznajesz? 
- Oczywiście, mój drogi Watsonie. 
- A motyw? 
- Chyba równie oczywisty. Gordon nie lubi 
przegrywać. 
- A co ze mną? Przypuśćmy, że lubię wygrywać. 
- Ależ, mój drogi, to nie jest aż tak ważne. 
- Czy nie mogłabyś wyrazić się nieco jaśniej? 
- Bardzo proszę. Nie wolno się narażać pracodawcy. 
A moim pracodawcą jest Gordon, a nie ty. 
Luke wziął głęboki oddech, a potem wybuchnął: 
- Co chcesz osiągnąć, wychodząc za tego 
niedorzecznego, małostkowego człowieczka? 
Dlaczego to robisz? 
- Ponieważ jako jego sekretarka zarabiam sześć 
funtów tygodniowo, a jako jego żona dostanę sto 
tysięcy tytułem dożywotniej renty, kasetkę pełną 

background image

pereł i brylantów, pokaźne kieszonkowe oraz 
rozmaite dodatkowe dochody, wynikające ze stanu 
małżeńskiego! 
- Ale będziesz miała nieco inne obowiązki! 
- Czy wszystko w życiu musimy traktować w sposób 
melodramatyczny? - spytała chłodno. - Jeśli 
wyobrażasz sobie, że Gordon będzie pantoflarzem, 
możesz od razu o tym zapomnieć! Gordon, jak chyba 
zauważyłeś, zachowuje się jak mały, niedojrzały 
chłopiec. Niepotrzebna mu żona, lecz matka. 
Niestety, jego matka umarła, kiedy miał cztery lata. 
Chce mieć pod ręką kogoś bliskiego, przed kim 
mógłby się chełpić swoimi osiągnięciami... kogoś, kto 
przywracałby mu wiarę w siebie i cierpliwie 
wysłuchiwał nie kończących się Opowieści Lorda 
Whitfielda o Sobie Samym! 
- Co za gorzki realizm! 
- Nie wierzę w bajki, jeśli to masz na myśli! - odcięła 
się Bridget. - Jestem młodą, dość inteligentną i 
przystojną kobietą, ale nie mam pieniędzy. Chcę 
uczciwie zarabiać na życie. Moje obowiązki jako 
żony Gordona niewiele będą odbiegać od moich 
obowiązków jako jego sekretarki. Myślę, że po roku 
nie będzie nawet pamiętał, żeby pocałować mnie na 
dobranoc. Jedyna różnica polega na wynagrodzeniu. 
Spojrzeli na siebie. Oboje byli bladzi z wściekłości. 
- No, mów coś - syknęła Bridget. - Ma pan dość 
staroświeckie poglądy, prawda, panie Fitzwilliam? 
Lepiej wyciągnij z zanadrza te stare, wyświechtane 

background image

frazesy i powiedz, że sprzedaję się za pieniądze... To 
zawsze dobrze brzmi! 
- Jesteś wyrachowaną małą diablicą! - wybuchnął 
Luke. 
- To lepsze niż być niepoczytalną idiotką! 
- Doprawdy? 
- Owszem. Wiem coś o tym. 
- O czym wiesz? - spytał Luke drwiącym tonem. 
- Wiem, co to znaczy kochać mężczyznę! Czy znasz 
Johnniego Cornisha? Przez trzy lata spotykałam się 
z tym czarującym człowiekiem. Byłam w nim bez 
pamięci zakochana... uwielbiałam go aż do bólu! A 
on porzucił mnie i ożenił się z pulchną wdową, która 
miała prowincjonalny akcent, trzy podbródki i 
trzydzieści tysięcy funtów rocznego dochodu! Nie 
sądzisz, że tego rodzaju przeżycie może wyleczyć z 
romantycznych uczuć? 
Luke odwrócił głowę i westchnął. 
- Może - przyznał. 
- Tak też się stało... 
Oboje zamilkli. 
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że nie miałeś 
najmniejszego prawa tak się do mnie odzywać - 
powiedziała niepewnie Bridget, przerywając w 
końcu kłopotliwą ciszę. - Mieszkasz w domu 
Gordona i to było w cholernie złym guście! 
- Czy nie jest to przypadkiem również jakiś frazes? - 
spytał uprzejmie Luke, odzyskawszy panowanie nad 
sobą. 

background image

- Tak czy owak, to prawda! - odparła Bridge, 
rumieniąc się. 
- Nie. Miałem wszelkie prawo, by... 
- Nic podobnego! 
Luke spojrzał na nią. Twarz miał tak bladą, jakby 
odczuwał jakiś fizyczny ból. 
- Mam prawo. Mam prawo troszczyć się o ciebie. Co 
to przed chwilą powiedziałaś? Mam prawo uwielbiać 
cię aż do bólu! 
- Ty... - zaczęła Bridget, robiąc krok do tyłu. 
- Owszem. Dziwne, prawda? To powinno cię szczerze 
rozbawić! Przyjechałem tu, by załatwić pewną 
sprawę, a ty wyszłaś nagle zza rogu tego domu i... nie 
wiem jak to określić... rzuciłaś na mnie urok! Tak 
właśnie się czuję. Wspomniałaś przed chwilą o 
bajkach. Zostałem uwikłany w bajeczną historię! 
Oczarowałaś mnie. Mam wrażenie, że gdybyś 
wskazała mnie palcem i powiedziała: "Zamień się w 
żabę", podskakiwałbym z wybałuszonymi oczami. - 
Podszedł do niej bliżej. - Kocham cię do szaleństwa, 
Bridget Conway. A skoro tak bardzo cię kocham, nie 
możesz oczekiwać, że ucieszy mnie twoje małżeństwo 
z jakimś brzuchatym, nadętym lordem, który traci 
panowanie nad sobą, kiedy nie wygrywa w tenisa. 
- Więc co twoim zdaniem powinnam zrobić? 
- Wyjść za mnie! Ale niewątpliwie ta propozycja 
wywoła tylko wybuch śmiechu. 
- Śmiech jest zbyt hałaśliwy. 

background image

- Właśnie. No cóż, wszystko jasne. Wracamy na 
kort? Może tym razem znajdziesz mi partnera, który 
potrafi walczyć! 
- Ty naprawdę... - powiedziała Bridget słodkim 
głosem - przejmujesz się przegraną nie mniej niż 
Gordon! 
Luke chwycił ją nagle za ramię. 
- Masz piekielnie ostry język, Bridget. 
- Niezależnie od tego, jak silnym uczuciem mnie 
darzysz, Luke, obawiam się, że niezbyt mnie lubisz! 
- Chyba wcale cię nie lubię. 
- Po powrocie do domu zamierzałeś się ożenić i 
ustabilizować, prawda? - spytała Bridget, patrząc na 
niego uważnie. 
- Owszem. 
- Ale nie z kimś takim jak ja? 
- Ktoś taki jak ty nawet nie przyszedł mi do głowy. 
- Tak... z pewnością. Wiem, jaki typ kobiet ci się 
podoba. Dokładnie wiem. 
- Jesteś bardzo inteligentna, moja droga. 
- Ładna dziewczyna... typowa Angielka... miłująca 
ojczyznę i dobra dla psów... Najprawdopodobniej 
wyobrażałeś ją sobie w tweedowej spódnicy, 
przysuwającą polano do kominka noskiem 
pantofelka. 
- Ten wizerunek wydaje mi się niezwykle 
pociągający. 
- Jestem tego pewna. Wracamy na kort? Możesz 
zagrać w parze z Rose Humbleby. Jest tak dobrą 

background image

tenisistką, że wasze zwycięstwo jest niemal 
przesądzone. 
- Jako człowiek staroświecki pozwalam ci mieć 
ostatnie słowo. Znów nastała chwila milczenia. Luke 
powoli zdjął ręce z jej ramion. Stali naprzeciw siebie 
czując, że nie wszystko zostało do końca 
powiedziane. 
Potem Bridget gwałtownie się odwróciła i ruszyła w 
kierunku kortu. Kolejny set właśnie dobiegł końca. 
Rose nie chciała uczestniczyć w następnym deblu. 
- Przecież brałam udział w dwóch kolejnych setach. 
- Jestem zmęczona. Nie chcę już grać. Ty z panem 
Fitzwilliamem wystąpcie przeciwko pannie Jones i 
majorowi Hortonowi - nalegała Bridget. 
Ale Rose nie ustąpiła i ostatecznie ustalono męski 
skład obu drużyn. Potem podano podwieczorek. 
Lord Whitfield rozmawiał z doktorem Thomasem, 
opisując mu szczegółowo i z dużą dozą 
zarozumialstwa swoją niedawną wizytę w 
laboratorium doświadczalnym Wellermana Kreitza. 
- Chciałem się dowiedzieć, w jakim kierunku 
zmierzają najnowsze odkrycia naukowe - wyjaśniał z 
przejęciem. - Odpowiadam za to, co drukuje się w 
moich gazetach. Budzi to mój wielki entuzjazm. To 
era nauki. Szerokie rzesze społeczeństwa powinny 
mieć łatwy dostęp do wiedzy. 
- Niezbyt gruntowna wiedza może się okazać bardzo 
niebezpieczna - oświadczył doktor Thomas, lekko 
wzruszając ramionami. 

background image

- Naszym celem jest właśnie gruntowna wiedza - 
powiedział lord Whitfield. - Nauka nastawiona na... 
- Wiedzę z probówki - dokończyła Bridget 
poważnym tonem. 
- Ta wizyta zrobiła na mnie ogromne wrażenie - 
oznajmił lord Whitfield. - Oczywiście oprowadzał 
mnie sam Wellerman. Błagałem go, żeby zajął się 
tym jakiś jego podwładny, ale on nie ustąpił. 
- To oczywiste - wtrącił Luke. 
Lordowi Whitfieldowi najwyraźniej sprawiło to 
przyjemność. 
- Wyjaśnił mi wszystko w sposób klarowny: zasady 
hodowli bakterii, wytwarzania surowicy i tak dalej. 
Zgodził się sam napisać pierwszy artykuł z tego 
cyklu. 
- Podobno eksperymentują na świnkach morskich - 
mruknęła pani Anstruther. - To takie okrutne, choć 
oczywiście nie tak okropne jak doświadczenia na 
psach czy kotach. 
- Ludzi, którzy wykorzystują psy, powinno się 
rozstrzelać - warknął major Horton ochrypłym 
głosem. 
- Naprawdę przypuszczam, Horton - powiedział pan 
Abbot - że wyżej cenisz życie psa niż człowieka. 
- Bezwarunkowo! - odparł major. - Psy nie napadają 
na człowieka tak jak ludzie. Nigdy nie spotka cię z 
ich strony nic przykrego. 
- Najwyżej przykre ukąszenie w nogę - powiedział 
Abbot. - Co, Horton? 

background image

- Psy doskonale się znają na ludzkim charakterze - 
stwierdził major Horton. 
- W ubiegłym tygodniu jeden z twoich bydlaków 
omal mnie nie ugryzł w łydkę. Co na to powiesz, 
Horton? 
- To samo, co powiedziałem przed chwilą! 
- Może zagralibyśmy jeszcze w tenisa? - przerwała 
im taktownie Bridget. 
Rozegrano parę setów. Potem Rose Humbleby 
zaczęła się żegnać. 
- Odprowadzę panią do domu - zaproponował Luke. 
- I poniosę pani rzeczy. Nie przyjechała pani 
samochodem, prawda? 
- Nie, ale to bardzo blisko. 
- Z przyjemnością się przejdę. 
Nie powiedział nic więcej, tylko wziął od niej rakietę 
i tenisówki. Szli dróżką, nie odzywając się do siebie. 
Potem Rose poruszyła parę błahych tematów. Luke 
udzielił jej dość lakonicznych odpowiedzi, ale 
dziewczyna zdawała się nie zwracać na to uwagi. 
Kiedy skręcili w bramę jej domu, Luke się 
rozchmurzył. 
- Teraz poczułem się lepiej - oznajmił. 
- A przedtem czuł się pan źle? 
- Proszę nie udawać, że pani tego nie zauważyła. 
Rozproszyła pani mój posępny nastrój. Odnoszę 
dziwne wrażenie, jakbym wyszedł z ponurej 
ciemności na światło słoneczne. 
- Bo to prawda. Kiedy wyruszaliśmy z rezydencji, 
chmura zasłoniła słońce, a teraz się przesunęła. 

background image

- Więc zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i 
metaforycznym. No, no, mimo wszystko świat jest 
miłym miejscem. 
- Oczywiście. 
- Panno Humbleby, czy mogę być bezczelny? 
- Z pewnością to się panu nie uda. 
- Och, nie byłbym tego taki pewien. Chciałem 
powiedzieć, że uważam doktora Thomasa za 
wielkiego szczęściarza. 
Rose zarumieniła się lekko. 
- Więc słyszał pan? - spytała z uśmiechem. 
- Czyżby miało to być tajemnicą? W takim razie 
przepraszam. 
- Och! W tym miasteczku niczego nie da się 
zachować w tajemnicy - powiedziała Rose ze 
smutkiem. 
- Zatem to prawda, że jesteście zaręczeni? 
Rose kiwnęła głową. 
- Tylko nie ogłosiliśmy tego jeszcze oficjalnie. Wie 
pan, ojciec był przeciwny naszemu związkowi i 
wydaje mi się... no cóż... niezbyt stosowne, by tuż po 
jego śmierci rozgłaszać to na wszystkie strony. 
- Więc pani ojciec nie aprobował waszego związku? 
- Może to zbyt mocne słowo, ale chyba do tego się to 
sprowadzało. 
- Uważał, że jest pani zbyt młoda? - spytał Luke 
łagodnym tonem. 
- Tak właśnie twierdził. 
- Ale pani zdaniem był jeszcze jakiś inny powód, 
prawda? - spytał Luke dociekliwie. 

background image

Rose pochyliła głowę. 
- Tak... niestety, w gruncie rzeczy ojciec nie lubił 
Geoffreya. 
- Czy byli do siebie wrogo nastawieni? 
- Czasami takie miałam wrażenie... Mój kochany 
ojciec niezbyt łatwo nawiązywał przyjazne kontakty. 
- A ja myślę, że bardzo panią kochał i nie chciał pani 
stracić. 
Rose przyznała mu rację. 
- Czy był jakiś poważniejszy powód? - spytał Luke. - 
Czy stanowczo nie chciał, żeby wyszła pani za 
Thomasa? 
- Tak. Widzi pan, tata był zupełnie inny niż 
Geoffrey. W pewnych sprawach dochodziło między 
nimi do konfliktów, które Geoffrey naprawdę 
cierpliwie znosił i łagodził. Ale czując jego niechęć 
stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie i 
nieśmiały, więc tata nie mógł go lepiej poznać. 
- Niełatwo zwalczyć uprzedzenia - powiedział Luke. 
- To było zupełnie bezsensowne! 
- Pani ojciec nie wyjawił żadnych przyczyn takiego 
stanu rzeczy? 
- Och, nie. Nie mógł! To znaczy, nie mógł nic 
powiedzieć przeciwko Geoffrey'owi poza tym, że go 
nie lubi. 
- Nie lubię pana, ale nie mogę wyjawić powodu. 
- No właśnie. 
- Niczego nie można mu zarzucić? Chodzi mi o to, 
czy pani narzeczony pije albo gra na wyścigach? 

background image

- Och, nie. Geoffrey chyba nawet nie wie, jaki koń 
wygrał derby. 
- To dziwne - powiedział Luke. - Mógłbym przysiąc, 
że widziałem doktora Thomasa w Epsom w dniu 
wyścigów. 
Przez moment zastanawiał się z niepokojem, czy 
wcześniej nie wspomniał, iż właśnie tego dnia 
przyjechał do Anglii. Ale Rose niczego nie 
podejrzewając, natychmiast odpowiedziała: 
- Wydawało się panu, że widział pan Geoffreya na 
derbach? Och, nie. Nie mógł wtedy wyjechać z 
jednego prostego powodu. Niemal cały dzień spędził 
w Ashewold, odbierając bardzo skomplikowany 
poród. 
- Cóż za pamięć! 
Rose roześmiała się. 
- Zapamiętałam to, bo powiedział mi, że nadali 
dziecku przydomek Jujube! 
Luke pokiwał głową z roztargnieniem. 
- Tak czy owak - ciągnęła Rose - Geoffrey nigdy nie 
chodzi na wyścigi konne. Umarłby tam z nudów. 
Czy... wstąpi pan do nas? - spytała innym tonem. - 
Myślę, że moja matka chciałaby pana poznać. 
- Jeśli jest pani tego pewna... 
Rose wprowadziła gościa do pokoju, który w 
zapadającym zmroku wyglądał dość ponuro. Luke 
dostrzegł w fotelu skuloną sylwetkę kobiety. 
- Mamo, to jest pan Fitzwilliam. 
Pani Humbleby zerwała się z fotela i podała gościowi 
rękę. Rose cicho wyszła z pokoju. 

background image

- Miło mi pana poznać, panie Fitzwilliam. Rose 
mówiła mi, że ma pan przyjaciół, którzy znali przed 
laty mojego męża. 
- Tak, proszę pani. - Nie miał ochoty okłamywać tej 
niedawno owdowiałej kobiety, ale nie widział innego 
wyjścia. 
- Szkoda, że go pan nie poznał - powiedziała pani 
Humbleby. - Był wspaniałym człowiekiem i 
świetnym lekarzem. Wielu pacjentów, których 
przypadki uznano za beznadziejne, wyleczył dzięki 
sile swego charakteru. 
- Sporo o nim słyszałem - oznajmił Luke łagodnie. - 
Wiem, że ludzie mają o nim bardzo pochlebne 
zdanie. 
Niezbyt wyraźnie widział twarz pani Humbleby. 
Mówiła monotonnym głosem, ale ta pozorna apatia 
uwypuklała chyba jeszcze bardziej jej tłumione 
uczucia. 
- Świat jest okropnie nikczemny, panie Fitzwilliam - 
powiedziała niespodziewanie. - Czy wie pan o tym? 
Luke był lekko zaskoczony. 
- Tak... być może. 
- Ale czy zdaje pan sobie z tego sprawę? - nalegała. - 
To bardzo ważne. Otacza nas podłość... Trzeba być 
przygotowanym, by z nią walczyć! John był gotów 
na wszystko. On wiedział. Stał po stronie 
sprawiedliwości! 
- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - 
powiedział Luke łagodnie. 

background image

- Wiedział, że w naszym miasteczku nie brak 
podłości - oznajmiła pani Humbleby. - Wiedział, że... 
- Nagle wybuchnęła płaczem. 
- Tak mi przykro... - wymamrotał Luke. 
Pani Humbleby odzyskała panowanie nad sobą 
równie szybko, jak przedtem je straciła. 
- Niech pan mi wybaczy - powiedziała. Podała mu 
rękę na pożegnanie. - Proszę nas odwiedzać. Rose 
sprawi to dużą przyjemność. Bardzo pana polubiła. 
- Ja ją również. Dawno nie widziałem tak ładnej 
dziewczyny jak pani córka. 
- Jest dla mnie bardzo dobra. 
- Doktor Thomas to wielki szczęściarz. 
- Owszem. - Pani Humbleby opuściła rękę. Jej głos 
znów stał się monotonny. - Sama nie wiem... to 
wszystko jest takie trudne. 
Kiedy Luke wychodził, pani Humbleby stała w 
półmroku, nerwowo splatając i rozplatając palce. 
Idąc w kierunku domu roztrząsał w myślach 
szczegóły ostatnich rozmów. 
Doktora Thomasa nie było w Wychwood przez 
większą część dnia, w którym odbyły się wyścigi. 
Wyjechał samochodem. Wychwood było oddalone od 
Londynu o trzydzieści pięć mil. Rzekomo odbierał 
jakiś skomplikowany poród. Czy można mu wierzyć 
na słowo? Przypuszczalnie da się to sprawdzić... 
Potem powrócił myślami do pani Humbleby. 
Zastanawiał się, co miała na myśli, mówiąc z takim 
naciskiem: "Otacza nas podłość..."? 

background image

Czy była po prostu zdenerwowana i wstrząśnięta 
śmiercią swego męża? Czy też miała jakiś inny 
powód? 
Może o czymś wiedziała? O czymś, o czym wiedział 
przed śmiercią doktor Humbleby? 
Muszę to zbadać - postanowił. Koniecznie. 
Stanowczo odsunął od siebie myśli o potyczce 
słownej, do której doszło między nim a Bridget. 
 
XIII 
ROZMOWA Z PANNĄ WAYNFLETE 
 
Następnego ranka Luke podjął decyzję. Doszedł do 
wniosku, że nie dowie się niczego więcej prowadząc 
śledztwo dotychczasową metodą. Uznał, że prędzej 
czy później będzie zmuszony zagrać w otwarte karty. 
Czuł, że nadszedł czas, by odrzucić kamuflaż, 
przestać grać rolę pisarza i przyznać się, że 
przyjechał do Wychwood w określonym celu. 
Zgodnie z tym planem postanowił odwiedzić Honorię 
Waynflete. Nie tylko dlatego, że dyskrecja oraz 
pewna przenikliwość sądów starszej pani wywarły 
na nim korzystne wrażenie, lecz również dlatego, że 
podejrzewał, iż może ona posiadać jakieś potrzebne 
mu informacje. Wierzył, że powiedziała mu 
wszystko, co wie. Teraz chciał ją nakłonić do 
wyjawienia mu tego, czego się domyśla. Sądził, że 
domysły panny Waynflete mogą być bliskie prawdy. 
Poszedł do niej zaraz po nabożeństwie. 

background image

Panna Waynflete przyjęła go uprzejmie, nie 
okazując zdziwienia jego wizytą. Kiedy usiadła obok 
niego, splatając wypielęgnowane, smukłe dłonie i 
spoglądając na niego uważnie bystrymi oczami, 
niełatwo mu było wyjawić cel swojej wizyty. 
- Pewnie pani odgadła, panno Waynflete - powiedział 
wreszcie - że powodem mojego przyjazdu do 
Wychwood nie jest w gruncie rzeczy pisanie książki 
o tutejszych obyczajach? 
Panna Waynflete skinęła głową i słuchała dalej. 
Luke nie zamierzał opowiadać jej całej historii. 
Panna Waynflete była zapewne osobą dyskretną, 
takie przynajmniej odniósł wrażenie, ale 
podejrzewał, że jak każda stara panna, ulegnie w 
końcu pokusie i przekaże te pasjonujące nowiny 
paru zaufanym przyjaciółkom. W związku z tym 
postanowił obrać drogę pośrednią. 
- Przyjechałem tu, żeby zbadać okoliczności śmierci 
tej biednej dziewczyny, Amy Gibbs. 
- To znaczy, że przysłała pana policja? - spytała 
panna Waynflete. 
- Ależ skąd, nie jestem policjantem w cywilu - 
powiedział, a potem dodał żartobliwie: - Jestem 
prywatnym detektywem, postacią znaną z wielu 
powieści kryminalnych. 
- Rozumiem. A zatem sprowadziła tu pana Bridget 
Conway? 
Luke wahał się przez chwilę. Potem postanowił 
puścić to pytanie mimo uszu. Trudno byłoby mu 
wytłumaczyć swoją obecność w Wychwood, nie 

background image

opowiadając szczegółowo całej historii związanej z 
panną Pinkerton. 
- Bridget jest bardzo przedsiębiorczą kobietą! - 
ciągnęła panna Waynflete z nutką podziwu w głosie. 
- Gdyby pozostawiono to w moich rękach, nie 
zaufałabym chyba własnemu osądowi... chodzi mi o 
to, że jeśli człowiek nie jest absolutnie czegoś pewien, 
niezwykle mu trudno wybrać odpowiednią linię 
postępowania. 
- Ale przecież pani jest pewna, prawda? 
- Bynajmniej, panie Fitzwilliam - odparła panna 
Waynflete poważnie. - W takich sprawach nigdy nie 
ma się absolutnej pewności! Przecież to wszystko 
może być wytworem fantazji. Kiedy ktoś mieszka 
sam i nie ma się kogo poradzić ani z kim 
porozmawiać, może z łatwością popaść w nastrój 
melodramatyczny i wyobrazić sobie coś, co nie jest 
oparte na faktach. 
Luke chętnie zgodził się z jej zdaniem, przyznając, że 
jest ono bezspornie słuszne. 
- Ale w głębi duszy jest pani pewna? - spytał cicho. 
Panna Waynflete nadal nie była zdecydowana. 
- Mam nadzieję, że nie chce mnie pan pociągnąć za 
język? - spytała podejrzliwie. 
- Chciałaby pani, żebym wyraził się w sposób 
bardziej zrozumiały? - spytał z uśmiechem. - Dobrze. 
Czy nie sądzi pani, że Amy Gibbs została 
zamordowana? 
Honoria Waynflete wzdrygnęła się na to brutalne 
określenie. 

background image

- Nie podoba mi się jej śmierć. Wcale mi się nie 
podoba. Moim zdaniem wersja oficjalna jest 
zupełnie nieprzekonująca. 
- Więc nie uważa pani jej śmierci za naturalną? - 
wypytywał Luke cierpliwie. 
- Nie. 
- Nie wierzy pani, że to był nieszczęśliwy wypadek? 
- Wydaje mi się to zupełnie nieprawdopodobne. 
Istnieje tyle... 
- Czy mogła popełnić samobójstwo? - przerwał jej 
Luke. 
- Wykluczone. 
- Więc jednak - powiedział Luke łagodnie - uważa 
pani, że to było morderstwo? 
Panna Waynflete zawahała się, a potem 
odchrząknęła i najwyraźniej podjęła śmiałą decyzję. 
- Tak - oznajmiła. - Tak uważam! 
- W porządku. Teraz możemy przejść do szczegółów. 
- Nie mam jednak żadnego dowodu, na którym 
mogłabym oprzeć to przekonanie - wyjaśniła panna 
Waynflete z niepokojem. - To jest jedynie domysł! 
- No właśnie. Ale to poufna rozmowa. Rozważamy 
więc nasze opinie i domysły. Oboje podejrzewamy, 
że Amy Gibbs została zamordowana. Kto naszym 
zdaniem mógł to zrobić? 
Panna Waynflete potrząsnęła głową. Wydawała się 
bardzo zaniepokojona. 
- Kto miał powody, żeby ją zabić? - spytał Luke, 
patrząc na nią uważnie. 

background image

- O ile wiem, posprzeczała się ze swoim narzeczonym 
z warsztatu samochodowego, Jimem Harveyem... To 
niezwykle solidny i poważny młody człowiek - 
powiedziała powoli. - Czyta się w gazetach o 
młodych mężczyznach, którzy zabijają swoje 
ukochane, i o innych podobnych okropnościach, ale 
nie wierzę, by Jim mógł zrobić coś takiego. 
Luke kiwnął głową. 
- Poza tym - ciągnęła - nie wierzę, że zrobiłby to w 
taki sposób: wdrapał się na dach, wszedł przez okno 
do jej pokoju i zamienił buteleczki. Chcę powiedzieć, 
że nie wygląda to na... 
Panna Waynflete zawahała się, ale Luke przyszedł 
jej z pomocą. 
- ...zemstę rozgniewanego kochanka? Zgadzam się. 
Moim zdaniem, Jima Harveya należy od razu 
wykreślić z listy podejrzanych. Oboje jesteśmy 
zgodni co do tego, że Amy została zamordowana. 
Zabił ją ktoś, kto chciał jej się pozbyć i zaplanował tę 
zbrodnię starannie, tak by wyglądała na 
nieszczęśliwy wypadek. Czy domyśla się pani, kto to 
mógł być? 
- Nie, nie mam najmniejszego pojęcia! - odparła 
panna Waynflete. 
- Na pewno? 
- Tak, z całą pewnością. 
Luke spojrzał na nią z zadumą. Miał wrażenie, że to 
kategoryczne zaprzeczenie nie było całkiem szczere. 
- Nie wie pani, kto mógł mieć motyw? - spytał. 
- Nie. 

background image

Ta odpowiedź zabrzmiała bardziej stanowczo. 
- Czy Amy pracowała w wielu domach w 
Wychwood? 
- Zanim przeniosła się do lorda Whitfielda, przez rok 
służyła u państwa Hortonów. 
Luke szybko podsumował wyniki rozmowy. 
- A więc sytuacja wygląda następująco: Ktoś chciał 
się pozbyć tej dziewczyny. Na podstawie ustalonych 
faktów można założyć, że - po pierwsze - mordercą 
był mężczyzna, i to mężczyzna o dość staroświeckich 
poglądach, czego dowodzi farba do kapeluszy, a - po 
drugie - musiał być na tyle sprawny, by wdrapać się 
na dach przybudówki. Czy zgadza się pani z tymi 
argumentami? 
- Bezwzględnie - odparła panna Waynflete. 
- Pozwoli pani, że sam podejmę taką próbę? 
- Ależ naturalnie. Uważam, że to świetny pomysł. 
Wyprowadziła go bocznymi drzwiami na podwórze. 
Luke bez większych trudności wdrapał się na dach 
przybudówki. Następnie z łatwością uchylił okno i 
wślizgnął się do sypialni dziewczyny. W kilka minut 
później stał już z powrotem na ścieżce, obok panny 
Waynflete, wycierając dłonie chusteczką do nosa. 
- W rzeczywistości to łatwiejsze, niż się wydaje - 
powiedział. - Wystarczy trochę siły. Czy nie 
znaleziono żadnych śladów na parapecie lub na 
zewnątrz budynku? 
Panna Waynflete potrząsnęła głową. 
- Chyba nie. Ale posterunkowy wszedł na górę tą 
samą drogą. 

background image

- Zatem, jeśli policjanci znaleźli jakieś ślady, mogli 
uznać, że to on je zostawił. Ależ oni działają na 
korzyść przestępcy! 
Panna Waynflete wprowadziła go z powrotem do 
domu. 
- Czy Amy Gibbs miała twardy sen? - spytał. 
- Szalenie trudno było ją rano obudzić - odparła 
kwaśno panna Waynflete. - Czasami musiałam długo 
wołać i pukać do jej drzwi, zanim się odezwała. Ale z 
drugiej strony, panie Fitzwilliam, istnieje 
powiedzenie, że nikt nie jest tak głuchy jak ten, który 
nie chce słyszeć! 
- To prawda - przyznał Luke. - No dobrze, panno 
Waynflete, doszliśmy do kwestii motywu. Zacznijmy 
od najbardziej oczywistego: czy sądzi pani, że coś 
łączyło Ellsworthy'ego z tą dziewczyną? - I dodał 
pospiesznie: - Chodzi mi tylko o pani zdanie. 
Wyłącznie o pani opinię. 
- Skoro pyta pan o moją opinię, odpowiadam 
twierdząco. 
Luke kiwnął głową. 
- Czy pani zdaniem Amy mogła posunąć się do 
szantażu? 
- Jeśli ponownie mam wyrazić swoją opinię, to 
powiem, że to całkiem możliwe. 
- Może przypadkiem wie pani, czy Amy tuż przed 
śmiercią miała większą sumę pieniędzy? 
Panna Waynflete zastanawiała się przez chwilę. 
- Nie sądzę. Gdyby zgromadziła jakąś większą sumę, 
zapewne bym o tym wiedziała. 

background image

- A czy w ostatnim okresie życia nie była nadmiernie 
rozrzutna? 
- Chyba nie. 
- To przemawia przeciwko koncepcji szantażu. 
Ofiara szantażu zazwyczaj przynajmniej raz płaci 
okup, zanim posunie się do ostateczności. Ale istnieje 
inna teoria. Dziewczyna mogła coś wiedzieć. 
- Co takiego? 
- Mogła mieć jakieś informacje, zagrażające 
reputacji któregoś z mieszkańców Wychwood. 
Rozważmy pewien czysto hipotetyczny przypadek. 
Amy pracowała w wielu tutejszych domach. 
Przypuśćmy, że odkryła coś, co mogło zniszczyć 
karierę zawodową komuś takiemu jak na przykład... 
pan Abbot. 
- Pan Abbot? 
- Albo może zauważyła jakieś zaniedbanie ze strony 
doktora Thomasa - dodał Luke pospiesznie. 
- Ale przecież... - zaczęła panna Waynflete i nagle 
przerwała. 
- Wspominała pani, że kiedy pani Horton umarła, 
Amy Gibbs pracowała tam jako pokojówka - 
powiedział Luke. 
- Czy mógłby pan mi wyjaśnić, panie Fitzwilliam, 
dlaczego miesza pan do tej sprawy Hortonów? - 
spytała panna Waynflete po chwili milczenia. - Pani 
Horton zmarła ponad rok temu. 
- Zgadza się, a Amy w tym czasie tam pracowała. 
- Rozumiem. Ale co Hortonowie mają z tym 
wspólnego? 

background image

- Nie wiem. Po prostu głośno się zastanawiam. 
Przyczyną zgonu pani Horton był ostry nieżyt 
żołądka, prawda? 
- Tak. 
- Czy jej śmierć była dużym zaskoczeniem? 
- Dla mnie tak - odparła powoli panna Waynflete. - 
Jej stan znacznie się poprawił i wyglądało na to, że 
jest na najlepszej drodze do całkowitego 
wyzdrowienia. Potem nastąpił nagły nawrót choroby 
i umarła. 
- Czy doktor Thomas był zaskoczony tym faktem? 
- Nie wiem. Chyba tak. 
- A jak zareagowały na to pielęgniarki? 
- Z własnego doświadczenia wiem - powiedziała 
panna Waynflete - że pielęgniarek nigdy nie dziwi 
pogorszenie stanu pacjenta! Dziwi je jedynie jego 
powrót do zdrowia. 
- Ale panią jej śmierć zaskoczyła? 
- Tak. Odwiedziłam ją zaledwie dzień wcześniej. 
Wyglądała znacznie lepiej. Wesoło gawędziła i 
wydawała się pełna otuchy. 
- Co sądziła o swojej chorobie? 
- Skarżyła się, że pielęgniarki ją trują. Odprawiła 
jedną, ale jej zdaniem te dwie, które zostały, nie były 
lepsze! 
- Przypuszczam, że pani nie przywiązywała do jej 
słów większej wagi? 
- Nie, myślałam, że wynika to z choroby. Pani 
Horton była bardzo podejrzliwą kobietą i... może to 
zabrzmi niezbyt życzliwie... zawsze chciała być 

background image

ośrodkiem zainteresowania. Uważała, że żaden 
lekarz nigdy nie potrafi rozpoznać jej przypadku. 
Zawsze twierdziła, że cierpi na jakąś skomplikowaną 
dolegliwość... albo że ktoś "usiłuje wyprawić ją na 
tamten świat". 
- Nie podejrzewała o to swego męża? - spytał Luke, 
siląc się na obojętny ton. 
- Och, nie, nawet jej to nie przyszło do głowy! - 
Panna Waynflete wahała się przez chwilę, a potem 
spytała cicho: - A pan uważa to za możliwe? 
- Znane są przypadki, w których mężowie popełniali 
takie czyny i uchodziło im to płazem - powiedział 
Luke powoli. - Z tego, co słyszałem, wynika, że pani 
Horton była kobietą, której chętnie pozbyłby się 
niejeden mężczyzna! Domyślam się, że major 
odziedziczył po niej sporo pieniędzy. 
- Owszem. 
- Co pani o tym sądzi, panno Waynflete? 
- Chodzi panu o moją opinię? 
- Tak, tylko o pani opinię. 
- Moim zdaniem, major Horton był bardzo 
przywiązany do swej żony i nigdy by się do tego nie 
posunął - powiedziała panna Waynflete spokojnie. 
Luke zerknął na nią i dostrzegł w jej łagodnych 
bursztynowych oczach wyraz stanowczości. 
- No cóż - powiedział. - Chyba ma pani rację. Gdyby 
było inaczej, najprawdopodobniej wiedziałaby pani 
o tym. 
Panna Waynflete zdobyła się na uśmiech. 

background image

- Nie sądzi pan, że my, kobiety, jesteśmy bardzo 
spostrzegawcze? 
- Niezwykle. Czy myśli pani, że panna Pinkerton 
podzieliłaby pani zdanie? 
- Chyba nigdy nie słyszałam, by Lavinia wygłaszała 
jakieś opinie. 
- Co sądziła o Amy Gibbs? 
Panna Waynflete lekko zmarszczyła czoło, jakby nad 
czymś głęboko się zastanawiając. 
- Trudno powiedzieć. Lavinia miała bardzo osobliwą 
koncepcję. 
- Jaką? 
- Uważała, że w Wychwood dzieje się coś dziwnego. 
- Czy podejrzewała na przykład, że ktoś wypchnął 
Tommy'ego Pierce'a z okna? 
Panna Waynflete spojrzała na niego ze zdumieniem. 
- Skąd pan to wie, panie Fitzwilliam? 
- Od niej. Nie ujęła tego tak dokładnie, ale nakreśliła 
mi ogólny obraz sytuacji. 
Panna Waynflete wychyliła się do przodu, a jej 
twarz poróżowiała z podniecenia. 
- Kiedy to było, panie Fitzwilliam? 
- W dniu jej śmierci - odparł Luke spokojnie. - 
Jechaliśmy razem do Londynu. 
- Co właściwie panu powiedziała? 
- Że w Wychwood umarło zbyt wiele osób. 
Wymieniła Amy Gibbs, Tommy'ego Pierce'a i 
Cartera. Wspomniała też, że następną ofiarą będzie 
doktor Humbleby. 
Panna Waynflete powoli pokiwała głową. 

background image

- Czy powiedziała panu, kto ponosi za to 
odpowiedzialność? 
- Jakiś mężczyzna z dziwnym błyskiem w oczach - 
wyjaśnił Luke posępnie. - Według niej, takiego 
spojrzenia nie można zapomnieć. Dostrzegła ten 
błysk, kiedy rozmawiał z doktorem Humblebym. 
Dlatego właśnie uważała, że to doktor będzie 
następną jego ofiarą. 
- I był - wyszeptała panna Waynflete. - Mój Boże. 
Mój Boże. Opadła na oparcie fotela. W jej oczach 
malował się smutek. 
- Kim jest ten mężczyzna? - spytał Luke. - Panno 
Waynflete, pani to wie, pani musi wiedzieć! 
- Nie. Nie powiedziała mi. 
- Ale może się pani domyślać - nalegał Luke. - Z 
pewnością pani wie, kogo podejrzewała. 
Panna Waynflete niechętnie przytaknęła. 
- Więc proszę mi powiedzieć. 
- Nigdy w życiu! - zaprotestowała, energicznie 
potrząsając głową. - Żąda pan ode mnie rzeczy 
wielce niestosownej! Prosi pan, żebym odgadła, kogo 
mogła... niech pan zauważy - mogła... mieć na myśli 
moja nieżyjąca przyjaciółka. Nie wolno mi na tej 
podstawie nikogo oskarżać! 
- Nie chodzi o oskarżenie, tylko o przypuszczenie. 
Ale panna Waynflete okazała się nieoczekiwanie 
stanowcza. 
- Nie mam nic do powiedzenia... - oznajmiła. - 
Lavinia nic mi nie mówiła. Przypuszczam, że coś 
podejrzewała, ale przecież mogę się mylić. 

background image

Wprowadziłabym pana w błąd, z czego mogłyby 
wyniknąć poważne konsekwencje. Postąpiłabym 
bardzo nikczemnie i nieodpowiedzialnie, 
wymieniając jakieś nazwisko. Przecież mogę się 
mylić! Zresztą, najprawdopodobniej tak właśnie 
jest! 
Zacisnęła mocno usta i spojrzała na Luke'a z 
nieugiętą determinacją. 
Luke potrafił pogodzić się z porażką. 
Zdawał sobie sprawę, że nie pokona oporów panny 
Waynflete, mających swe źródło w jej 
bezkompromisowej uczciwości. 
Pogodziwszy się więc z niepowodzeniem, wstał, by się 
pożegnać. Zamierzał powrócić jeszcze do tego 
tematu, ale nie chciał jej o tym uprzedzać. 
- Powinna pani postępować zgodnie ze swym 
sumieniem - powiedział. - Dziękuję za pomoc. 
Kiedy panna Waynflete odprowadzała go do drzwi, 
wydawała się nieco mniej pewna siebie. 
- Chyba nie sądzi pan, że... - zaczęła, ale potem 
zmieniła zdanie. 
- Gdybym mogła panu jeszcze w czymś pomóc, 
proszę dać mi znać. 
- Dobrze. Nie powtórzy pani treści naszej rozmowy, 
prawda? 
- Oczywiście, że nie. Nikomu nie pisnę ani słowa. 
Luke miał nadzieję, że mówi prawdę. 
- Proszę pozdrowić ode mnie Bridget - dodała panna 
Waynflete. 

background image

- To bardzo ładna dziewczyna, prawda? I 
inteligentna. Mam nadzieję, że będzie szczęśliwa. - 
Mam na myśli jej małżeństwo z lordem Whitfieldem. 
Między nimi jest taka duża różnica wieku. 
- Tak, to prawda. 
Panna Waynflete westchnęła. 
- Czy wie pan, że kiedyś byłam z nim zaręczona? - 
spytała niespodziewanie. 
Luke popatrzył na nią ze zdziwieniem. Panna 
Waynflete pokiwała głową i uśmiechnęła się ponuro. 
- Dawno temu. Był niezwykle obiecującym chłopcem. 
Pomogłam mu zdobyć wykształcenie. Byłam bardzo 
dumna z jego postępów. Podziwiałam upór, z którym 
dążył do sukcesu. - Znowu westchnęła. - Oczywiście, 
moja rodzina była zbulwersowana. W tamtych 
czasach podziały klasowe były bardzo wyraźne. - 
Zawahała się, a później dodała: - Śledziłam jego 
karierę z wielkim zainteresowaniem. Uważam, że 
moja rodzina nie miała racji. 
Uśmiechnęła się, a potem skinęła Luke'owi głową na 
pożegnanie i weszła do domu. 
Luke próbował zebrać myśli. Uważał dotąd pannę 
Waynflete za zdecydowanie "starą" kobietę. Teraz 
zdał sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie ma 
jeszcze sześćdziesięciu lat. Lord Whitfield musiał 
mieć dobrze po pięćdziesiątce. Mogła więc być od 
niego starsza najwyżej o rok lub dwa. 
A teraz lord zamierzał ożenić się z Bridget. 
Dwudziestoośmioletnią Bridget. Z Bridget, która jest 
młoda i pełna życia... 

background image

- Och, niech to diabli wezmą! - zaklął pod nosem. - 
Nie wolno mi o tym myśleć. Praca. Muszę się zabrać 
do roboty. 
 
XIV 
MEDYTACJE LUKE'A 
 
Ciotka Amy Gibbs, pani Church, była zdecydowanie 
niesympatyczna. Jej spiczasty nos, rozbiegane oczy i 
przesadna gadatliwość napawały Luke'a wstrętem. 
Zachowywał się wobec niej dość obcesowo, co dało w 
efekcie nadspodziewanie pomyślne rezultaty. 
- Ma pani - zaczął - odpowiadać na moje pytania 
najlepiej, jak pani potrafi. Jeśli cokolwiek pani zatai 
lub zafałszuje, konsekwencje mogą okazać się dla 
pani nadzwyczaj poważne. 
- Dobrze, sir. Rozumiem. Proszę mi wierzyć, że 
najchętniej powiem panu wszystko, co wiem. Nigdy 
nie miałam do czynienia z policją... 
- I nie chciałaby pani tego, prawda? - dokończył 
Luke. - No cóż, jeśli postąpi pani tak, jak 
powiedziałem, na pewno do tego nie dojdzie. Chcę się 
dowiedzieć wszystkiego o pani zmarłej siostrzenicy: 
jakich miała przyjaciół, ile pieniędzy, czy mówiła 
coś, co pani wydało się niezwykłe. Zaczniemy od jej 
znajomych. Kim byli? 
Pani Church łypnęła na niego przebiegle. 
- Chodzi panu o mężczyzn, sir? 
- Czy miała jakieś przyjaciółki? 

background image

- No cóż, chyba nie. Nie ma o czym mówić, sir. 
Oczywiście, pracowała z jakimiś dziewczynami, ale 
nie utrzymywała z nimi bliższych kontaktów. 
Rozumie pan... 
- Wolała mężczyzn. Proszę mówić dalej. Niech mi 
pani o nich opowie. 
- Spotykała się z Jimem Harveyem, mechanikiem z 
warsztatu samochodowego, sir. To miły, 
ustatkowany chłopak. Często jej powtarzałam, że nie 
mogła lepiej trafić. 
- A inni? - przerwał jej Luke. Znów spojrzała na 
niego przebiegle. 
- Pewnie chodzi panu o tego dżentelmena, który 
prowadzi sklep z osobliwościami? Szczerze panu 
powiem, że to mi się nie podobało! Jestem uczciwą 
kobietą i nie pochwalam flirtów! Ale z tymi 
dzisiejszymi dziewczętami nie warto nawet gadać. 
Chodzą własnymi ścieżkami. A potem często tego 
żałują. 
- Czy Amy żałowała? - spytał krótko Luke. 
- Nie, sir, nie sądzę. 
- W dniu swojej śmierci poszła po poradę do doktora 
Thomasa. Czy to przypadkiem nie było tego 
powodem? 
- Nie, sir, jestem tego prawie pewna. Och! 
Przysięgam! Amy poczuła się niedobrze, ale miała po 
prostu dokuczliwy kaszel i katar. Jestem pewna, że 
to nie było to, co pan sugeruje, sir. 
- Wierzę pani na słowo. Jak daleko zaszły sprawy 
między nią a panem Ellsworthym? 

background image

Pani Church zerknęła na niego z ukosa. 
- Nie jestem w stanie powiedzieć tego dokładnie, sir. 
Amy nigdy mi się nie zwierzała. 
- Ale zaszły dość daleko? - spytał Luke szorstko. 
- Ten dżentelmen nie cieszy się tu dobrą opinią, sir - 
oznajmiła pani Church słodkim głosem. - Takie tam 
sprawy. Ci jego przyjaciele, którzy przyjeżdżają tu z 
Londynu, i wiele dziwnych wydarzeń. Chodzą na 
Łąkę Czarownic w samym środku nocy. 
- Czy Amy brała w tym udział? 
- Poszła chyba tylko jeden raz, sir. Nie wróciła na 
noc do domu, a jego lordowska mość, u którego 
wtedy pracowała, dowiedział się o tym i ostro zwrócił 
jej uwagę. Ona nie pozostała mu dłużna, więc 
wypowiedział jej posadę, czego zresztą należało się 
spodziewać. 
- Czy opowiadała pani o tym, co dzieje się w 
miejscach, w których pracuje? 
Pani Church potrząsnęła głową. 
- Niewiele, sir. Bardziej interesowała się własnymi 
sprawami. 
- Przez jakiś czas była u państwa Hortonów, 
prawda? 
- Prawie przez rok, sir. 
- Dlaczego od nich odeszła? 
- Po prostu dla pieniędzy. Zwolniło się miejsce w 
rezydencji lorda Whitfielda, a zarobki były tam 
wyższe. 
Luke pokiwał głową. 

background image

- Czy pracowała u Hortonów wtedy, gdy umarła 
pani Horton? -  spytał. 
- Owszem, sir. Okropnie narzekała, że w domu są 
dwie pielęgniarki, przez które ma mnóstwo 
dodatkowej pracy... musi nosić tace i tak dalej. 
- Nigdy nie pracowała u pana Abbota, tego 
prawnika? 
- Nie, sir. Pan Abbot ma na swoje usługi lokaja i 
żonę. Kiedyś Amy poszła do jego biura, ale nie wiem 
po co. 
Luke zachował w pamięci ten drobny szczegół 
uważając, że może on okazać się istotny. Uznał, że 
pani Church najwyraźniej nie wie już nic więcej o tej 
sprawie, więc zmienił temat. 
- Czy przyjaźniła się z jakimiś innymi 
dżentelmenami z miasteczka? 
- Z nikim, o kim warto by wspominać. 
- Proszę posłuchać, pani Church. Niech pani nie 
zapomina, że chcę znać całą prawdę. 
- To nie był żaden dżentelmen, sir, daleko mu do 
tego. Poniżała się i wygarnęłam jej to prosto w oczy. 
- Czy może pani wyrażać się jaśniej, pani Church? 
- Słyszał pan o barze Siedem Gwiazd, sir? To marna 
gospoda, a jej właściciel, Harry Carter, ten wulgarny 
prostak, był prawie przez cały czas podpity. 
- Amy była jego przyjaciółką? 
- Raz czy dwa poszła z nim na spacer. Nie sądzę, 
żeby łączyło ich coś więcej. Naprawdę, sir. 
Luke w zadumie pokiwał głową, a potem ponownie 
zmienił temat. 

background image

- Czy znała pani Tommy'ego Pierce'a? 
- Co? Syna pani Pierce? Oczywiście. Stale psocił. 
- Często widywał Amy? 
- Och, nie, sir. Gdyby chciał wypróbować na niej 
jakąś swoją sztuczkę, zaraz dałaby mu po nosie. 
- Czy była zadowolona z pracy u panny Waynflete? 
- Trochę się tam nudziła, sir, a pensja nie była 
wysoka. Ale po tym, jak ją odprawiono z Ashe 
Manor, trudno było znaleźć jakieś dobre miejsce. 
- Przecież chyba mogła stąd wyjechać, prawda? 
- Do Londynu? 
- Albo jakiejś innej części kraju. Pani Church 
potrząsnęła głową. 
- Amy nie chciała opuszczać Wychwood... - 
powiedziała, cedząc słowa - nie w tych 
okolicznościach. 
- Jakie okoliczności ma pani na myśli? 
- Chodziło o Jima i tego dżentelmena ze sklepu z 
antykami. 
Luke pokiwał głową z zadumą. 
- Panna Waynflete jest bardzo miłą kobietą - 
ciągnęła pani Church - ale przywiązuje za dużą wagę 
do swoich sreber i mosiądzu. Wymaga, żeby 
wszystko było odkurzone, a materace odwrócone. 
Amy nie zniosłaby tego zawracania głowy, gdyby nie 
zabawiała się dobrze w inny sposób. 
- Mogę to sobie wyobrazić - powiedział Luke zimno. 
Doszedł do wniosku, że nie ma już więcej pytań. Był 
przekonany, że wyciągnął z pani Church wszystko, 
co wiedziała. Postanowił przypuścić ostatni atak. 

background image

- Chyba domyśla się pani, jaki jest powód tych 
wszystkich pytań. Okoliczności śmierci Amy wydają 
się dość tajemnicze. Nie jesteśmy całkiem pewni, czy 
był to nieszczęśliwy wypadek. A w takim razie zdaje 
sobie pani sprawę, co to musiało być. 
- Morderstwo! - zawołała pani Church z nagłym 
podnieceniem. 
- No właśnie. Przypuśćmy, że pani siostrzenica 
została zamordowana. Kto, pani zdaniem, może być 
odpowiedzialny za jej śmierć? 
Pani Church wytarła ręce w fartuch. 
- Czy osoba, która naprowadzi policję na właściwy 
trop, dostanie jakąś nagrodę? - spytała dociekliwie. 
- To możliwe - odparł Luke. 
- Nie chciałabym mówić niczego z całą pewnością - 
powiedziała pani Church, oblizując się na myśl o 
pieniądzach - ale ten dżentelmen ze sklepu z 
antykami wygląda podejrzanie. Chyba pamięta pan 
sprawę Castora, sir... jak odkryli kawałki ciała tej 
biedaczki poprzybijane do ścian w jego nadmorskim 
domku, a potem znaleźli zwłoki pięciu czy sześciu 
innych dziewcząt, które zabił w taki sam sposób. 
Może ten pan Ellsworthy jest człowiekiem tego 
rodzaju? 
- Taka jest pani sugestia? 
- No cóż, mogło tak być, sir, prawda? 
Luke przyznał jej rację, a potem spytał: 
- Czy Ellsworthy wyjeżdżał z miasteczka po 
południu w dniu derbów? To niezwykle istotny 
szczegół. 

background image

Pani Church wytrzeszczyła oczy. 
- W dniu wyścigów derby? 
- Tak. W środę, przed dwoma tygodniami. 
Potrząsnęła głową. 
- Tego nie wiem. Zazwyczaj w środy bywa poza 
domem. Przeważnie jeździ do Londynu. W środy 
sklepy zamyka się w południe. 
- Aha - mruknął Luke. - W południe. 
Pożegnał się z panią Church, ignorując jej aluzje na 
temat pieniężnej rekompensaty za stracony przez nią 
cenny czas. Czuł do niej głęboką niechęć. Choć 
rozmowa z nią w zasadzie niczego nie wyjaśniła do 
końca, dostarczyła mu kilku drobnych, lecz 
sugestywnych szczegółów. 
Zaczął dokładnie przetrząsać w myślach wszystko, 
czego się już dowiedział. 
Sprawa nadal sprowadzała się do tych czterech osób. 
Thomas, Abbot, Horton i Ellsworthy. Stanowisko 
panny Waynflete zdawało się to potwierdzać. 
Nie chciała ujawnić nazwiska domniemanego 
mordercy. To z pewnością oznaczało, musiało 
oznaczać, że tą osobą był ktoś cieszący się w 
Wychwood poważaniem, ktoś, komu przypadkowa 
insynuacja mogłaby zdecydowanie zaszkodzić. 
Tłumaczyło to również determinację, z jaką panna 
Pinkerton postanowiła przekazać swoje podejrzenia 
Scotland Yardowi. Lokalna policja wyśmiałaby jej 
domysły. 
Nie chodziło o rzeźnika, piekarza czy wytwórcę 
lichtarzy. Nie chodziło również o zwykłego 

background image

mechanika samochodowego. Tą osobą był ktoś, kto 
wydawał się niezdolny do morderstwa, więc 
oskarżenie go byłoby niezwykle poważną sprawą. 
Luke miał czterech potencjalnych kandydatów. 
Musiał jeszcze raz rozważyć poszlaki przeciw 
każdemu z nich i wyciągnąć wnioski. 
Zastanawiały go opory panny Waynflete. Wydawała 
mu się osobą sumienną i skrupulatną. Sądziła, że 
wie, kogo podejrzewała panna Pinkerton, ale 
podkreśliła z naciskiem, że są to tylko jej domysły i 
że może się mylić. 
Kogo panna Waynflete miała na myśli? 
Bała się, że jej oskarżenie mogłoby skrzywdzić 
niewinnego człowieka. Zatem obiektem jej podejrzeń 
musiał być mężczyzna na wysokim stanowisku, 
cieszący się sympatią i szacunkiem mieszkańców 
miasteczka. 
Luke doszedł do wniosku, że to automatycznie 
wyklucza Ellsworthy'ego. Na dobrą sprawę był w 
Wychwood człowiekiem obcym i miał złą opinię. 
Luke sądził, że gdyby panna Waynflete 
podejrzewała Ellsworthy'ego, bez wahania 
wymieniłaby jego nazwisko. 
Zatem, rozpatrując sprawę z punktu widzenia panny 
Waynflete, należy wykreślić Ellsworthy'ego z listy 
podejrzanych. 
Luke zabrał się do pozostałych. Uważał, że może 
również wyeliminować majora Hortona. Panna 
Waynflete stanowczo odrzuciła sugestię, że Horton 
mógł otruć swoją żonę. Gdyby podejrzewała go o 

background image

dalsze zbrodnie, chyba nie byłaby tak bardzo 
przekonana o jego niewinności w sprawie śmierci 
pani Horton. 
Pozostali więc doktor Thomas oraz pan Abbot. Obaj 
spełniali niezbędne wymagania. Mieli wysoką 
pozycję zawodową i nigdy nie dali powodu do plotek. 
Cieszyli się ogólną sympatią i byli znani ze swej 
uczciwości oraz rzetelności. 
Luke zaczął rozważać tę sprawę z innego punktu 
widzenia. Zastanawiał się, czy on sam wykluczyłby 
Ellsworthy'ego i Hortona. Natychmiast przecząco 
pokręcił głową. To nie było takie proste. Panna 
Pinkerton dobrze wiedziała, kim jest ten człowiek. 
Dowiodła tego, po pierwsze - jej śmierć, a po drugie - 
śmierć doktora Humbleby. Ale nie zdradziła jego 
nazwiska pannie Waynflete. Zatem, choć panna 
Waynflete przypuszcza, że wie, kto to jest, może się 
mylić. Często jesteśmy przekonani, że wiemy, co 
myślą inni ludzie, ale niekiedy okazuje się, że po 
prostu nie mieliśmy racji i popełniliśmy potworny 
błąd! 
W dalszym ciągu miał więc czterech kandydatów. 
Panna Pinkerton nie żyła, więc nie mogła już mu 
pomóc. Musiał sam ocenić poszlaki i rozważyć 
wszystkie możliwości. 
Zaczął od Ellsworthy'ego, ponieważ na pierwszy rzut 
oka właśnie on wydawał się najbardziej 
odpowiednim kandydatem. Był niezbyt 
zrównoważony psychicznie i mógł mieć spaczoną 
osobowość psychopatycznego zabójcy. 

background image

Zabierzmy się do tego w ten sposób - powiedział 
Luke do siebie. Potraktujmy każdego z nich po kolei 
jako podejrzanego. Na przykład Ellsworthy. 
Załóżmy, że jest mordercą! Na razie przyjmijmy, że 
wiem to z całą pewnością. Teraz rozważmy ofiary w 
porządku chronologicznym. Po pierwsze, pani 
Horton. Trudno powiedzieć, jaki motyw mógł go 
skłonić do wyprawienia jej na tamten świat. Ale miał 
sposobność. Horton wspominał, że jego żona 
zażywała jakąś miksturę, którą dostała od 
Ellsworthy'ego. W ten sposób mógł przemycić na 
przykład arszenik. Pytanie brzmi: po co? 
Z kolei Amy Gibbs. Dlaczego Ellsworthy 
zamordował Amy Gibbs? Powód jest oczywisty - 
była niewygodna! Może groziła mu procesem o 
niedotrzymanie obietnicy małżeństwa? Albo 
uczestniczyła w orgii o północy? Czy odgrażała się, 
że o tym rozpowie? Lord Whitfieid ma w Wychwood 
spore wpływy, a zdaniem Bridget jest człowiekiem o 
nieugiętych zasadach moralnych. Mógł wystąpić 
przeciwko Ellsworthy'emu, gdyby ten dopuścił się 
jakichś nieprzyzwoitych wybryków. A więc... żegnaj 
Amy. Ale sadystyczny morderca wybrałby chyba 
inną metodę. 
Kto następny... Carter? Dlaczego Carter? Mało 
prawdopodobne, żeby wiedział o nocnych orgiach. 
Chyba że powiedziała mu Amy? Czy jego ładna 
córka była w to zamieszana? Czy Ellsworthy zaczął 
się do niej zalecać? Muszę się przyjrzeć Lucy Carter. 
Może jej ojciec po prostu obraził Ellsworthy'ego, a 

background image

on, jako człowiek zniewieściały i nadpobudliwy, 
poczuł się urażony. Jeśli popełnił już jedną czy dwie 
zbrodnie, mógł stać się na tyle nieczuły, by 
zaplanować morderstwo z bardzo błahego powodu. 
Tommy Pierce. Dlaczego Ellsworthy zabił 
Tommy'ego Pierce'a? To proste. Tommy brał udział 
w jakimś nocnym obrządku. Zagroził, że o tym 
rozpowie. Może się wygadał. Trzeba było zamknąć 
mu usta. 
Doktor Humbleby. Dlaczego Ellsworthy zamordował 
doktora Humbleby'ego? To najłatwiejsze pytanie ze 
wszystkich! Humbleby, będąc lekarzem, zauważył, 
że Ellsworthy jest niezbyt zrównoważony 
psychicznie. Najprawdopodobniej zamierzał 
przedsięwziąć w tej sprawie jakieś kroki. Więc jego 
los został przesądzony. Istnieje jednak pewien 
szkopuł. W jaki sposób Ellsworthy mógł 
doprowadzić do tego, że Humbleby umarł na 
zakażenie krwi? A może przyczyną jego śmierci było 
coś innego? Czy zainfekowany palec to zbieg 
okoliczności? 
W końcu panna Pinkerton. W środę sklep został 
zamknięty w południe. Tego dnia Ellsworthy mógł 
pojechać do Londynu. Ciekaw jestem, czy ma 
samochód. Nie widziałem go za kierownicą, ale to 
niczego nie dowodzi. Zdawał sobie sprawę, że panna 
Pinkerton go podejrzewa, więc postanowił 
udaremnić jej złożenie zeznań w Scotland Yardzie. 
Poza tym może jest już tam notowany. 

background image

Oto poszlaki świadczące przeciwko Ellsworthy'emu! 
A co przemawia na jego korzyść? No cóż, po 
pierwsze, z pewnością nie jest on człowiekiem, 
którego - według odczucia panny Wanflete - 
podejrzewała panna Pinkerton. Po drugie, kiedy o 
tym mówiła, w mojej wyobraźni powstał niewyraźny 
obraz mężczyzny, ale zupełnie nie pasował on do 
Ellsworthy'ego. Na podstawie jej słów odniosłem 
wrażenie, że jest to człowiek zupełnie normalny, 
którego nikt nie mógłby nawet podejrzewać. A 
Ellsworthy należy do ludzi, budzących podejrzenia. 
Nie, do mojego wizerunku bardziej pasuje człowiek 
taki jak... doktor Thomas. 
No właśnie, Thomas. Co z Thomasem? Po rozmowie 
z nim wykreśliłem go z listy podejrzanych. To miły, 
skromny człowiek. Ale rzecz w tym, że ten morderca 
- o ile całe moje rozumowanie nie jest błędne - jest 
właśnie człowiekiem miłym i skromnym. Ostatnią 
osobą, którą można by podejrzewać o popełnienie 
zbrodni! A tak właśnie jest w przypadku Thomasa. 
Raz jeszcze wszystko rozważmy. Dlaczego doktor 
Thomas zamordował Amy Gibbs? W istocie wydaje 
się to wielce nieprawdopodobne! Ale właśnie tego 
dnia Amy poszła do niego, a on dał jej tę buteleczkę 
syropu na kaszel. Przypuśćmy, że zawierała ona 
kwas szczawiowy. To byłoby bardzo proste i 
pomysłowe posunięcie! Ciekaw jestem, którego z 
nich wezwano, kiedy stwierdzono, że Amy została 
otruta - doktora Humbleby'ego czy Thomasa? Jeśli 
Thomasa, to mógł on przynieść ze sobą jakąś starą 

background image

buteleczkę z farbą do kapeluszy, postawić ją 
niepostrzeżenie na stoliku, a potem bezczelnie zabrać 
obie buteleczki do analizy! Coś w tym stylu. Trzeba 
było tylko zachować zimną krew! 
Tommy Pierce? Nie widzę motywu. Motyw - na tym 
właśnie polega kłopot z doktorem Thomasem. Nie 
przychodzi mi na myśl żaden, nawet żaden szaleńczy 
motyw! Podobnie w przypadku Cartera. Dlaczego 
doktor Thomas chciałby pozbyć się Cartera? Można 
tylko zakładać, że Amy, Tommy i oberżysta wiedzieli 
o doktorze Thoma- sie coś, co niebezpiecznie było 
wiedzieć. Ach! Przyjmijmy, że wiązało się to ze 
śmiercią pani Horton. Doktor Thomas był jej 
lekarzem. Jej stan nagle się pogorszył i umarła. Z 
łatwością mógł to zaaranżować. Należy pamiętać, że 
Amy Gibbs pracowała tam w tym czasie. Mogła coś 
zobaczyć albo usłyszeć. To tłumaczyłoby jej śmierć. 
Tommy Pierce - jak wiadomo z miarodajnego źródła 
- był wyjątkowo wścibskim chłopcem. Mógł się 
czegoś dowiedzieć. A co z Carterem? Amy Gibbs 
mogła go w coś wtajemniczyć. On wygadał się po 
pijanemu, więc Thomas postanowił jego również 
uciszyć. Oczywiście, to tylko czyste domysły. Ale co 
innego można zrobić? 
Kolej na doktora Humbleby'ego. Ach! Nareszcie 
mamy do czynienia z morderstwem, które z 
łatwością można uzasadnić. Wystarczający motyw i 
doskonała sposobność! Nikt poza doktorem 
Thomasem nie byłby w stanie wywołać u doktora 
Humbleby'ego zakażenia krwi! Mógł infekować 

background image

skaleczone miejsce za każdym razem, kiedy zmieniał 
mu opatrunek! Żałuję, że nie można powiązać go w 
równie łatwy sposób z pozostałymi ofiarami. 
Panna Pinkerton? Jej przypadek jest trudniejszy, ale 
istnieje jeden niezbity fakt. Przez większą część dnia 
doktor Thomas przebywał poza Wychwood. 
Utrzymuje, że odbierał poród. Możliwe. Ale prawdą 
jest, że wyjechał z Wychwood samochodem. 
Czy coś pominąłem? Tak, jest jeszcze jedna sprawa. 
Uśmiech, jakim mnie obdarzył, kiedy przed paroma 
dniami wychodziłem z jego domu. Był to pełen 
wyższości, pobłażliwy uśmiech człowieka, który 
właśnie wyprowadził mnie w pole i zdaje sobie z tego 
sprawę. 
Luke westchnął, a potem potrząsnął głową i powrócił 
do swych rozważań. 
Abbot? To także odpowiedni kandydat. Normalny, 
dobrze sytuowany i szanowany, po prostu ostatni 
człowiek, którego i tak dalej, i tak dalej. Jest również 
próżny i pewny siebie. Mordercy zazwyczaj tacy 
właśnie są! Cechuje ich arogancja i zarozumialstwo! 
Zawsze uważają, że uda im się uniknąć kary. Amy 
Gibbs poszła kiedyś do jego kancelarii. Po co? 
Dlaczego chciała się z nim widzieć? Żeby zasięgnąć 
porady prawnej? Dlaczego? A może chodziło o 
sprawę osobistą? Należy pamiętać o "liście od jakiejś 
pani", który zauważył Tommy. Czy nadawczynią 
była Amy Gibbs? Czy też jego autorką była pani 
Horton, a Amy Gibbs go przechwyciła? Jaka inna 
kobieta mogła napisać do pana Abbota o sprawach 

background image

na tyle osobistych, że stracił on panowanie nad sobą, 
kiedy Tommy przypadkiem zobaczył ten list? Co 
jeszcze należy rozważyć w związku z Amy Gibbs? 
Farba do kapeluszy? Tak, jest w staroświeckim 
stylu. Kiedy w grę wchodzą kobiety, mężczyźni 
pokroju Abbota zachowują się zwykle dość 
staroświecko. Grają rolę podstarzałych donżuanów! 
Tommy Pierce? To jasne, że zginął z powodu tego 
listu. Ale to znaczy również, że ten list musiał być 
niezwykle obciążający! Carter? Abbot zalecał się do 
córki Cartera i nie chciał dopuścić do skandalu. A 
podły, głupkowaty łotr Carter miał czelność mu 
grozić! Jemu, któremu uszły już bezkarnie dwa 
przebiegłe morderstwa! A więc, trzeba wykończyć 
pana Cartera! Ciemna noc i mocne pchnięcie. Ta 
zbrodnia wydaje się aż nazbyt prosta. 
Czy poznałem mentalność Abbota? Chyba tak. Ta 
staruszka mówiąc o nim miała nieprzyjemny błysk w 
oczach. Mogła go o niejedno podejrzewać... Poza tym 
sprzeczka z doktorem Humblebym. Humbleby 
ośmielił się przeciwstawić Abbotowi, inteligentnemu 
radcy prawnemu i mordercy. Stary osioł... nie miał 
najmniejszego pojęcia, co go czeka! "Zasługuje na 
śmierć! Odważył się potraktować mnie w sposób 
obcesowy!" 
A potem... co było potem? Odwrócił się i napotkał 
wzrok Lavinii Pinkerton. Jego niepewne spojrzenie 
dowodziło poczucia winy. On, który szczycił się 
nieposzlakowaną uczciwością, najwyraźniej 
wzbudził jej podejrzania. Panna Pinkerton odkryła 

background image

jego tajemnicę... Wiedziała, co zrobił... Tak, ale nie 
miała dowodów. Przypuśćmy jednak, że zamierzała 
je zdobyć... Przypuśćmy, że zaczęła mówić... 
Przypuśćmy, że... Abbot jest dość przenikliwym 
znawcą ludzkich charakterów. Domyślił się, jaki 
będzie jej następny ruch. Jeśli pojedzie do Scotland 
Yardu i zrelacjonuje im swoją wersję wydarzeń, 
mogą jej uwierzyć i wszcząć dochodzenie. Trzeba się 
więc zdecydować na desperacki krok. Czy Abbot ma 
własny samochód, czy też wynajął jakiś pojazd w 
Londynie? W każdym razie nie było go w Wychwood 
w dniu derbów... 
Luke znowu się zawahał. Tak bardzo zagłębił się w 
szczegóły tej sprawy, że trudno mu było przejść do 
rozważań na temat kolejnego podejrzanego. Musiał 
odczekać chwilę, by móc wyobrazić sobie majora 
Hortona w roli potencjalnego mordercy. 
Zacznijmy od tego, że Horton zamordował swoją 
żonę! Miał wystarczający powód i sporo zyskał na jej 
śmierci. Żeby osiągnąć cel, musiał udawać niezwykle 
oddanego męża. Udaje go nadal. Ale czy czasami 
trochę nie przesadza? 
No dobrze, jedno morderstwo załatwione. Kto 
następny? Amy Gibbs. Tak, to całkiem wiarygodne. 
Amy tam pracowała. Mogła coś zauważyć. Mogła 
widzieć, jak major podaje żonie kubek 
wzmacniającego bulionu albo kleik, a dopiero 
później zdać sobie sprawę ze znaczenia tego faktu. 
Farba do kapeluszy mogła przyjść majorowi do 
głowy w sposób zupełnie naturalny, ponieważ jest 

background image

stuprocentowym mężczyzną, który nie zna się na 
damskich kaprysach. 
Przypadek Amy Gibbs wyjaśniony. 
Pijany Carter? Takie same motywy jak poprzednio. 
Amy coś mu powiedziała. Kolejne łatwe morderstwo. 
Tommy Pierce. Trzeba wziąć pod uwagę jego 
wścibską naturę. Czyżby ten list w kancelarii Abbota 
napisała pani Horton, skarżąc się, że mąż próbuje ją 
otruć? To szalony pomysł, ale przecież mogło tak 
być. Tak czy owak, major zdawał sobie sprawę z 
zagrożenia, jakie stwarza Tommy, więc chłopiec 
podzielił los Amy i Cartera. Wszystko proste i jasne. 
Czy łatwo jest zabić człowieka? Mój Boże, bardzo 
łatwo. 
Teraz doszliśmy do sprawy trudniejszej. Humbleby! 
Motyw? Bardzo niejasny. Początkowo to on leczył 
panią Horton. Czyżby odkrył przyczynę choroby, a 
Horton przekonał swoją żonę, że należy zmienić go 
na młodszego, mniej podejrzliwego lekarza? A jeśli 
tak, to co sprawiło, że Humbleby był niebezpieczny 
po upływie tak długiego czasu? To trudne pytanie. 
Niełatwo też powiązać z Hortonem przyczynę jego 
zgonu... Zakażenie krwi... 
Panna Pinkerton? Całkiem prawdopodobne. Horton 
ma samochód, który widziałem na własne oczy. Tego 
dnia nie było go w Wychwood... podobno pojechał na 
derby. Owszem, to możliwe. Czy Horton jest 
wyrachowanym mordercą? Chciałbym to wiedzieć... 
Luke spojrzał przed siebie i w zamyśleniu 
zmarszczył brwi. 

background image

To jeden z nich... Nie sądzę, by zrobił to Ellsworthy, 
ale tego nie wykluczam! On jest najlepszym 
kandydatem! Thomas nie wchodziłby w rachubę, 
gdyby nie przyczyna zgonu doktora Humbleby. To 
zakażenie krwi wyraźnie wskazuje na mordercę, 
znającego się na medycynie! Może Abbot? Poszlaki 
przeciwko niemu nie są przekonujące, ale jestem w 
stanie wyobrazić go sobie w tej roli... Tak, pasuje do 
niej bardziej niż inni. A może Horton? Latami 
tyranizowany przez swoją żonę, cierpiał na 
kompleks niższości... tak, to możliwe! Ale panna 
Waynflete tak nie uważa, a jest osobą rozsądną i 
dobrze zna zarówno to miasteczko, jak i jego 
mieszkańców... 
Kogo podejrzewa? Abbota czy Thomasa? To musi 
być któryś z nich... Jeśli przyprę ją do muru, pytając 
wprost: "Który z nich jest mordercą?", może uda mi 
się z niej to wyciągnąć. 
Ale ona może się mylić. Nie ma sposobu 
sprawdzenia, czy ma rację... tak jak było w 
przypadku panny Pinkerton. Potrzebuję dowodów. 
Gdyby doszło do jeszcze jednego wypadku... tylko 
jednego, wiedziałbym... 
Urwał z dreszczem przerażenia. 
- Mój Boże - wyszeptał. - Przecież domagam się 
jeszcze jednego morderstwa... 
 
XV 
NIESTOSOWNE ZACHOWANIE SZOFERA 
 

background image

Luke, pijąc piwo w barze Siedem Gwiazd, czuł się 
nieco skrępowany. Każdy jego nawet najmniejszy 
ruch śledziło sześć par zamglonych oczu, a gdy tylko 
wszedł, ucichły wszelkie rozmowy. Wygłosił kilka 
ogólnikowych uwag, dotyczących plonów, pogody 
czy zakładów piłkarskich, ale na żadną nikt z 
obecnych nie zareagował. 
Pozostało md odgrywanie roli szarmanckiego 
mężczyzny. Trafnie ocenił, że ładną, rumianą, 
ciemnowłosą barmanką jest panna Lucy Carter. 
Jego komplementy spotkały się z życzliwym 
przyjęciem. Panna Carter, chichocząc, zawołała: 
- Niech pan przestanie! Z pewnością pan tak nie 
myśli! To tylko gadanie! - i dorzuciła jeszcze kilka 
tego rodzaju wykrzykników. Ale robiła to 
najwyraźniej odruchowo. 
Widząc, że dalszy pobyt w barze nie przyniesie mu 
żadnych korzyści, Luke dopił piwo i wyszedł. Ruszył 
ścieżką w kierunku miejsca, w którym przez rzekę 
przerzucono kładkę. Kiedy stał, patrząc na nią, 
usłyszał za plecami drżący męski głos: 
- To tu, proszę pana, tu właśnie wpadł Harry. 
Luke odwrócił głowę i zobaczył jednego z 
niedawnych gości baru, który w sposób wyjątkowo 
obojętny odniósł się do kwestii plonów, pogody i 
zakładów piłkarskich. Teraz najwyraźniej zamierzał 
wprowadzić Luke'a w szczegóły tego makabrycznego 
wypadku. 
- Wpadł w muł - wyjaśnił stary wieśniak. - Prosto w 
błoto i ugrzązł w nim głową w dół. 

background image

- To dziwne, że spadł właśnie w tym miejscu - 
powiedział Luke. 
- Był pijany - wyjaśnił stary ze zrozumieniem. 
- Tak, ale przecież musiał wielokrotnie tędy 
przechodzić po pijanemu. 
- Prawie co wieczór. Harry zawsze był podpity. 
- Może ktoś go popchnął - zasugerował Luke 
obojętnie. 
- Mogło tak być - przyznał wieśniak. - Ale nie mam 
pojęcia, kto by to zrobił. 
- Chyba miał paru wrogów. Podobno kiedy był 
pijany, zachowywał się ordynarnie, prawda? 
- Aż przyjemnie było słuchać, jak przeklinał! Nie 
przebierał w słowach. Ale przecież nikt nie 
popchnąłby pijanego. 
Luke nie oponował. Z pewnością wykorzystanie 
przewagi nad odurzonym alkoholem człowiekiem 
uchodziło za niezwykle niehonorowy postępek. 
Wieśniak wydawał się dość zgorszony takim 
pomysłem. 
- No cóż - powiedział Luke wymijająco - to smutna 
historia. 
- Nie dla jego żony - oświadczył nieznajomy. - Myślę, 
że ona i Lucy nie mają powodu do smutku. 
- Może są ludzie, których jego śmierć ucieszyła?" 
Staruszek nie miał na ten temat sprecyzowanego 
zdania. 
- Być może - powiedział. - Ale Harry nikomu nie 
szkodził. Tym epitafium ku czci świętej pamięci pana 
Cartera zakończyli rozmowę i rozstali się. 

background image

Luke ruszył w kierunku starego dworu. Biura 
biblioteki zajmowały dwa pokoje od frontu. Poszedł 
na tył budynku, gdzie mieściło się muzeum. 
Przesuwał się od gablotki do gablotki, oglądając 
niezbyt fascynujące eksponaty. Trochę wyrobów 
garncarskich i monet z epoki rzymskiej. Kilka 
ciekawostek z Południowego Pacyfiku, malajskie 
nakrycia głowy. Rozmaite posążki hinduskich 
bożków, które podarował major Horton, statuetka 
grubego Buddy o złośliwym wyrazie twarzy i 
wątpliwej autentyczności egipskie paciorki. 
Luke wrócił do hallu. Nie było tu żywej duszy. 
Wszedł cicho po schodach. Na górze mieścił się skład 
czasopism i gazet oraz pokój wypełniony książkami 
historycznymi. 
Wszedł na następne piętro. Tu znajdowały się - jak 
to określił w myślach - rupieciarnie. Wypchane, 
pogryzione przez mole ptaki, sterty podartych 
czasopism, przestarzałe powieści i książki dla dzieci. 
Luke zbliżył się do okna. Doszedł do wniosku, że 
właśnie tu musiał siedzieć Tommy Pierce. Zapewne 
pogwizdywał sobie wesoło, a od czasu do czasu, kiedy 
usłyszał czyjeś zbliżające się kroki, przecierał 
energicznie szyby. 
Ktoś musiał wejść do pokoju. Tommy wychylił się do 
połowy na zewnątrz i, chcąc zademonstrować swą 
gorliwość, z zapałem polerował szybę. Wtedy ten 
ktoś zbliżył się do chłopca i, coś do niego mówiąc, 
mocno go popchnął. 

background image

Luke odwrócił się. Zbiegł na dół i przez parę minut 
stał w hallu. Nikt nie zauważył jego obecności w 
budynku. Nikt nie widział, jak wchodził na górę. 
- Każdy mógł to zrobić! - powiedział do siebie. - To 
najłatwiejsza rzecz na świecie! 
Usłyszał odgłos kroków zbliżających się od strony 
biblioteki. Ponieważ nie miał nic na sumieniu, nie 
widział powodu, by się ukrywać. W przeciwnym 
razie z łatwością mógłby po prostu cofnąć się w głąb 
sali muzealnej! 
Z biblioteki wyszła panna Waynflete z kilkoma 
książkami pod pachą. Wkładała rękawiczki. 
Wydawała się pełna radości i energii. Kiedy go 
dostrzegła, rozpromieniła się i zawołała: 
- Och, pan Fitzwilliam, czyżby zwiedzał pan nasze 
muzeum? Niestety nie ma tam zbyt wielu ciekawych 
rzeczy. Lord Whitfield obiecuje, że zdobędzie dla nas 
kilka interesujących eksponatów. 
- Naprawdę? 
- Owszem, jakieś współczesne wynalazki. Takie, 
jakie mają w Muzeum Techniki w Londynie. 
Proponuje modele samolotu i parowozu oraz jakieś 
preparaty chemiczne. 
- Być może dodadzą blasku waszym salom 
wystawowym. 
- Tak, moim zdaniem muzeum nie powinno 
zajmować się wyłącznie przeszłością. 
- Chyba nie. 
- Obiecał również jakieś eksponaty związane z 
żywieniem, kaloriami i witaminami... wszelkie tego 

background image

rodzaju rzeczy. Lord Whitfield jest zapalonym 
entuzjastą Kampanii na Rzecz Zdrowia. 
- Wspominał o tym któregoś wieczora. 
- To obecnie bardzo modny temat, prawda? Kiedy 
lord Whitfield opowiadał mi o swojej wizycie w 
Instytucie Wellermana, gdzie pokazano mu hodowle 
zarazków i bakterii, po prostu przeszył mnie dreszcz. 
Mówił też o komarach, śpiączce afrykańskiej i o 
jakimś pasożycie wątroby, ale to było dla mnie zbyt 
trudne. 
- Zapewne było też zbyt trudne dla lorda Whitfielda 
- powiedział Luke pogodnie. - Założę się, że wszystko 
pokręcił! Pani ma o wiele bardziej przenikliwy 
umysł niż on, panno Waynflete. 
- To uprzejme z pana strony, panie Fitzwilliam, ale 
obawiam się, że kobiety nie potrafią myśleć tak 
wnikliwie jak mężczyźni - odparta spokojnie panna 
Waynflete. 
Luke stłumił chęć skrytykowania sposobu myślenia 
lorda Whitfielda. 
- Zajrzałem do muzeum - zaczął, zmieniając temat - 
a potem poszedłem na górę, żeby obejrzeć to okno. 
- To, z którego Tommy... - Panna Waynflete 
zadrżała. - To naprawdę przerażające. 
- Owszem, istotnie bardzo nieprzyjemna sprawa. 
Spędziłem mniej więcej godzinę w towarzystwie 
ciotki Amy, pani Church... niezbyt sympatyczna 
kobieta! 
- O, tak! 

background image

- W rozmowie z nią musiałem być dość stanowczy - 
powiedział Luke. - Ona chyba uważa mnie za kogoś 
w rodzaju superpolicjanta. 
Zamilkł, widząc nagłą zmianę w wyrazie twarzy 
panny Waynflete. 
- Och, panie Fitzwilliam, czy sądzi pan, że to było 
rozsądne? 
- Sam nie wiem - odparł Luke. - Myślę, że to było po 
prostu nieuniknione. Mój kamuflaż stawał się coraz 
bardziej przejrzysty. Nie mogę dalej się nim 
posługiwać. Musiałem zadawać pytania, zmierzające 
do sedna sprawy. 
Panna Waynflete potrząsnęła głową. Na jej twarzy 
nadal malował się niepokój. 
- Widzi pan, w takim miasteczku jak to wiadomości 
rozchodzą się błyskawicznie. 
- To znaczy, że kiedy będę szedł ulicą, wszyscy 
zawołają: "O, idzie ten detektyw"? Nie sądzę, żeby 
to miało teraz naprawdę istotne znaczenie. Zresztą, 
w ten sposób mogę więcej osiągnąć. 
- Nie to miałam na myśli. - Pannie Waynflete 
zabrakło tchu. - Chodzi mi o to, że on się dowie. I 
zda sobie sprawę, że jest pan na jego tropie. 
- Chyba tak - przyznał Luke z namysłem. 
- Czy pan nie rozumie, że to jest okropnie 
niebezpieczne? Potwornie! 
- Myśli pani, że... - Luke pojął w końcu, o co jej 
chodzi - morderca dobierze się do mnie? 
- Tak. 

background image

- Dziwne - mruknął Luke. - Nie przyszło mi to do 
głowy! Chyba jednak ma pani rację. No cóż, to 
byłaby najlepsza rzecz, jaka może się wydarzyć. 
- Pan nie zdaje sobie sprawy - powiedziała panna 
Waynflete z przejęciem - że to niezwykle przebiegły 
mężczyzna. A w dodatku bardzo ostrożny! Proszę 
pamiętać, że ma spore doświadczenie... być może 
nawet większe, niż nam się wydaje. 
- Tak, oczywiście - odparł Luke z zadumą. - To 
całkiem prawdopodobne. 
- Och, to wszystko mi się nie podoba! - zawołała 
panna Waynflete. - Jestem naprawdę zaniepokojona! 
- Proszę się nie martwić - powiedział Luke łagodnie. - 
Zapewniam panią, że będę miał się na baczności. 
Ograniczyłem listę podejrzanych. W każdym razie 
wydaje mi się, że wiem, kto może być mordercą... 
Panna Waynflete spojrzała na niego przenikliwym 
wzrokiem. Luke podszedł do niej bliżej i zniżył głos 
do szeptu. 
- Panno Waynflete, co by pani odpowiedziała, 
gdybym spytał, którego z dwóch mężczyzn uważa 
pani za bardziej odpowiedniego kandydata: doktora 
Thomasa czy pana Abbota? 
- Och... - jęknęła panna Waynflete, cofając się i 
kładąc dłoń na piersi. Kiedy podniosła wzrok, Luke 
dostrzegł w jej oczach intrygujący wyraz: 
zniecierpliwienia i czegoś jeszcze, czego nie był w 
stanie określić. - Nic nie powiem... - oznajmiła. 
Odwróciła się gwałtownie, wydając jakiś dziwny 
dźwięk, jakby westchnienie połączone z łkaniem. 

background image

- Idzie pani do domu? - spytał Luke z rezygnacją w 
głosie. 
- Nie, chcę zanieść te książki pani Humbleby. 
Mieszka po drodze do rezydencji. Możemy kawałek 
pójść razem. 
- Z przyjemnością - powiedział Luke. 
Zeszli po schodach i skręcili w ścieżkę biegnącą 
skrajem wiejskich błoni. 
Luke obejrzał się, by rzucić okiem na zarys 
majestatycznego budynku, z którego przed chwilą 
wyszli. 
- Za czasów pani ojca musiał to być wspaniały dom - 
zauważył. Panna Waynflete westchnęła. 
- Tak, byliśmy tu bardzo szczęśliwi. Dziękuję Bogu, 
że nie został zdewastowany. Zrujnowano już bardzo 
dużo starych domów. 
- Wiem. To smutne. 
- A nowe nie są bynajmniej tak solidnie budowane. 
- Wątpię, by wytrzymały próbę czasu. 
- No, oczywiście, te nowe - powiedziała panna 
Waynflete - sprawiają znacznie mniej kłopotu. Nie 
trzeba wkładać w nie tak dużo pracy ani szorować 
tych wielkich, przestronnych korytarzy. 
Luke przyznał jej rację. 
Kiedy dotarli do furtki domu doktora 
Humbleby'ego, panna Waynflete zawahała się, a 
potem powiedziała: 
- Jest taki piękny wieczór. Jeśli nie ma pan nic 
przeciwko temu, pójdę z panem jeszcze kawałek. 
Uwielbiam świeże powietrze. 

background image

Luke, choć był nieco zaskoczony, odparł uprzejmie, 
że jej towarzystwo sprawi mu prawdziwą 
przyjemność. Ten wieczór nie wydawał mu się 
bynajmniej piękny. Silny wiatr szarpał ze złością 
liście drzew. Luke miał wrażenie, że lada chwila 
nadciągnie burza. 
Jednakże panna Waynflete, która podążała obok 
niego, przytrzymując ręką kapelusz, i mówiła z 
trudem łapiąc oddech, wydawała się bardzo 
zadowolona ze spaceru. 
Szli boczną ścieżką, ponieważ była to najkrótsza 
droga wiodąca od domu doktora Humbleby'ego do 
jednej z tylnych bram rezydencji, która różniła się 
od pozostałych, kutych w żelazie bram. Jej piękne 
kolumny wieńczyły dwa ogromne, różowe, rzeźbione 
ananasy. Luke nie mógł zrozumieć, dlaczego 
wybrano właśnie te ozdoby! Domyślał się jednak, że 
dla lorda Whitfielda ananasy były symbolem 
elegancji i dobrego smaku. 
Kiedy zbliżali się do bramy, dotarły do nich 
podniesione, gniewne głosy. W chwilę później ujrzeli 
lorda Whitfielda, stojącego twarzą w twarz z jakimś 
młodym mężczyzną w uniformie szofera. 
- Wyrzucam cię z pracy! - wrzeszczał lord Whitfield. 
- Słyszysz? Jesteś zwolniony! 
- Niech pan mi daruje, milordzie... tylko ten jeden 
raz. 
- Nie, nie daruję! Wziąłeś mój samochód. Mój 
samochód, a w dodatku piłeś... tak, piłeś, nie 
zaprzeczaj! Powiedziałem wyraźnie, że są trzy 

background image

rzeczy, których nie będę tolerował na terenie mojej 
posiadłości: pijaństwa, rozpusty i zuchwalstwa. 
Szofer nie był pijany, ale alkohol osłabił widocznie 
jego panowanie nad sobą, gdyż nagle zmienił ton. 
- Nie będziesz tolerował tego, nie będziesz tolerował 
tamtego, ty stary draniu! Twoja posiadłość! Wszyscy 
dobrze wiedzą, że twój ojciec prowadził tu sklep z 
butami! Konamy ze śmiechu widząc, jak kroczysz 
dumnie niby napuszony paw! Kim ty właściwie 
jesteś? Nie jesteś lepszy niż ja... ot, czym jesteś. 
Lord Whitfield posiniał ze złości. 
- Jak śmiesz odzywać się do mnie w taki sposób? 
Jakim prawem? 
Młody mężczyzna podszedł do niego bliżej. 
- Gdybyś nie był taką wstrętną, nadętą, małą świnią, 
zdzieliłbym cię w szczękę... tak, walnąłbym cię. 
Lord Whitfield zrobił pospiesznie krok do tyłu, 
potknął się o korzeń i usiadł na ziemi. 
- Wynoś się stąd - powiedział szorstko Luke, 
podchodząc do szofera. 
Młody mężczyzna odzyskał panowanie nad sobą. 
Wydawał się przerażony. 
- Przepraszam, sir. Nie wiem, co mnie opętało. 
- Moim zdaniem wypiłeś o kilka kieliszków za dużo - 
powiedział Luke, podnosząc lorda Whitfielda. 
- Ja... przepraszam pana, milordzie - wyjąkał szofer. 
- Pożałujesz tego, Rivers - warknął lord Whitfield, 
drżącym z gniewu głosem. 
Mężczyzna wahał się przez chwilę, a potem powoli 
odszedł, powłócząc nogami. 

background image

- Cóż za bezczelność! - wybuchnął lord Whitfield. - 
Odzywać się do mnie w taki sposób. Do mnie! Temu 
człowiekowi przytrafi się coś bardzo złego! Żadnego 
szacunku... nie zna swojego miejsca. Kiedy pomyślę, 
co robię dla tych ludzi... zapewniam im dobre 
zarobki, wszelkie wygody i emerytury. I spotyka 
mnie taka niewdzięczność... podła niewdzięczność... 
Zachłysnął się z podniecenia, a potem zauważył 
pannę Waynflete, która stała w pobliżu, nie 
odzywając się ani słowem. 
- To ty, Honorio? Jest mi niezmiernie przykro, że 
byłaś świadkiem tej haniebnej sceny. Język tego 
człowieka... 
- Niestety, zupełnie nie był sobą - powiedziała panna 
Waynflete, wyraźnie zgorszona zajściem. 
- Bo był pijany... po prostu pijany! 
- Tylko lekko podchmielony - wtrącił Luke. 
- Czy wiecie, co zrobił? - Lord Whitfield wodził 
wzrokiem po ich twarzach. - Wziął mój samochód... 
mój samochód! Nie przypuszczał, że wrócę tak 
prędko. Bridget zawiozła mnie do Lyne swoim 
sportowym wozem. A ten typ miał czelność zabrać 
jakąś dziewczynę... chyba Lucy Carter, na 
przejażdżkę moim samochodem! 
- Postąpił nadzwyczaj niestosownie - powiedziała 
panna Waynflete. 
Lord Whitfield wydawał się trochę pocieszony. 
- No właśnie, prawda? 
- Z pewnością będzie tego żałował. 
- Moja w tym głowa! 

background image

- Został zwolniony z pracy - zauważyła panna 
Waynflete. 
- On źle skończy - oznajmił lord Whitfield, 
potrząsając głową i wypinając dumnie pierś. - Wstąp 
do nas na kieliszek sherry, Honorio. 
- Dziękuję, ale muszę zanieść te książki pani 
Humbleby. Dobranoc, panie Fitzwilliam. Teraz już 
nic panu nie grozi! 
Skinęła głową z uśmiechem i oddaliła się żwawym 
krokiem. Tak bardzo przypominała niańkę, 
odprowadzającą dziecko na zabawę, że Luke'owi 
przyszła nagle do głowy myśl, która zaparła mu dech 
w piersiach. Zastanawiał się, czy to możliwe, że 
panna Waynflete towarzyszyła mu wyłącznie po to, 
by go chronić? Ten pomysł wydawał mu się 
absurdalny, ale... 
Z tych rozważań wyrwał go głos lorda Whitfielda. 
- Honoria Waynflete jest niezwykle utalentowaną 
kobietą. 
- Na to wygląda. 
Lord Whitfield skierował się w stronę domu. 
Poruszał się dość sztywno, delikatnie rozcierając 
dłonią pośladki. Nagle zachichotał. 
- Kiedyś, przed laty byłem zaręczony z Honoria. Była 
ładna i nie taka chuda jak teraz. Dziś myśl o tym 
wydaje mi się zabawna. Jej rodzina należała do 
miejscowej arystokracji. 
- Tak? 
Lord Whitfield zamyślił się. 

background image

- Pułkownik Waynflete rządził całym miasteczkiem. 
Wszyscy musieli mu się nisko kłaniać. Był 
człowiekiem starej daty, dumnym jak wszyscy diabli. 
- Znów zachichotał. - Kiedy Honoria oznajmiła, że 
zamierza za mnie wyjść, doszło do okropnej 
awantury! Uważała się za osobę postępową. 
Opowiadała się za zniesieniem różnic klasowych. 
Była bardzo rozgarniętą dziewczyną. 
- A rodzice kazali jej z panem zerwać? Lord 
Whitfield podrapał się po nosie. 
- No cóż... niezupełnie. Prawdę mówiąc, doszło 
między nami do drobnej sprzeczki. Chodziło ojej 
przeklętego ptaszka... przeraźliwie ćwierkającego 
kanarka. Nie znosiłem go. Przykra sprawa... 
skręciłem mu kark. Ale nie warto dłużej rozwodzić 
się na ten temat. Zapomnijmy o tym. - Otrząsnął się 
jak człowiek, który wyrzuca z pamięci nieprzyjemne 
wspomnienia. - Niech pan nie sądzi, że ona 
kiedykolwiek mi wybaczyła - powiedział łamiącym 
się głosem. - No cóż, być może nie ma w tym nic 
dziwnego... 
- Przypuszczam, że jednak panu wybaczyła - 
pocieszył go Luke. 
Lord Whitfield wyraźnie się rozpromienił. 
- Naprawdę? Cieszy mnie to. Wie pan, darzę 
Honorię dużym szacunkiem. Jest utalentowaną 
kobietą i w dodatku prawdziwą damą! To się liczy, 
nawet w dzisiejszych czasach. Wspaniale prowadzi 
naszą bibliotekę. - Podniósł wzrok i ton jego głosu 
nagle się zmienił. - Witaj! - zawołał. - Witaj, Bridget. 

background image

 
XVI 
ANANAS 
 
Kiedy Bridget zbliżała się do nich, Luke poczuł 
wewnętrzne napięcie. 
Od dnia rozgrywek tenisowych nie zamienił z nią ani 
słowa na osobności. Zgodnie unikali się nawzajem. 
Luke zerknął na nią ukradkiem. 
Wydawała się irytująco spokojna, opanowana i 
obojętna. 
- Zaczęłam się już zastanawiać, dlaczego tak długo 
nie wracasz, Gordon - powiedziała beztrosko. 
- Musiałem zrobić małe porządki! - odburknął lord 
Whitfield. - Ten typ, Rivers, ośmielił się wziąć rollsa 
dzisiaj po południu. 
- Cóż za straszna obraza majestatu - mruknęła 
Bridget. 
- Nie powinnaś sobie z tego żartować, Bridget. 
Sprawa jest poważna. On zabrał na przejażdżkę 
jakąś dziewczynę. 
- Nie sądzę, by samotna przejażdżka sprawiła mu 
przyjemność! 
Lord Whitfield wyprostował się. 
- Na terenie mojej posiadłości ja ustalam zasady 
moralne. 
- Zabranie dziewczyny na przejażdżkę nie jest 
przecież czynem niemoralnym. 
- Owszem, jest, jeśli w grę wchodzi mój samochód. 

background image

- To, oczywiście, coś gorszego niż niemoralność! 
Graniczy wręcz ze świętokradztwem. Ale nie możesz 
całkowicie wyeliminować spraw seksu, Gordon. 
Mamy dziś pełnię księżyca i noc świętojańską. 
- Na Jowisza, naprawdę? - zawołał Luke. 
- Zdaje się, że to cię zainteresowało - powiedziała 
Bridget, patrząc na niego. 
- Owszem. 
Bridget odwróciła się z powrotem do lorda 
Whitfielda. 
- Do gospody Pod Błazeńską Czapką przyjechały 
trzy niezwykłe osoby. Numer jeden - mężczyzna w 
okularach, szortach i rozkosznej jedwabnej koszuli 
koloru suszonej śliwki! Numer dwa - kobieta z 
kompletnie wyskubanymi brwiami, w sandałach i 
kusej sukience z falbankami, obwieszona sznurami 
sztucznych egipskich paciorków. Numer trzy - 
grubas w ubraniu koloru lawendy i takich samych 
butach. Podejrzewam, że są przyjaciółmi naszego 
pana Ellsworthy'ego! Autor kroniki towarzyskiej 
doniósłby: "Krąży pogłoska, że dzisiejszej nocy 
odbędzie się rozpustna zabawa na Łące Czarownic". 
- Nie dopuszczę do tego! - zawołał lord Whitfield, 
siniejąc ze złości. 
- Nie możesz temu zapobiec, kochanie. Łąka 
Czarownic jest własnością publiczną. 
- Nie życzę sobie, żeby odbywały się tu te bezbożne 
rytuały! Skomentuję to w "Scandals". - Milczał 
przez chwilę, a potem dodał: - Przypomnij mi, 

background image

żebym to zanotował i nakłonił Siddely'ego do 
napisania artykułu. Muszę jutro pojechać do miasta. 
- Kampania lorda Whitfielda przeciwko czarnej 
magii - powiedziała Bridget ironicznie. - W małym 
prowincjonalnym miasteczku nadal pokutują relikty 
średniowiecznych zabobonów. 
Lord Whitfield spojrzał na nią ze zdumieniem, a 
potem odwrócił się i wszedł do domu. 
- Powinnaś lepiej wypełniać swoje obowiązki, 
Bridget! - zażartował Luke. 
- Co masz na myśli? 
- Szkoda byłoby, żebyś straciła swoją posadę! Nie 
masz jeszcze w ręku tych stu tysięcy. Dotyczy to 
również brylantów i pereł. Na twoim miejscu 
darowałbym sobie te sarkastyczne uwagi aż do 
wesela. 
Spojrzała na niego chłodno. 
- Jesteś taki troskliwy, Luke. To miło z twojej strony, 
że tak bardzo przejmujesz się moją przyszłością! 
- Życzliwość i rozwaga zawsze były moją mocną 
stroną. 
- Nie zauważyłam tego. 
- Nie? Zaskakujesz mnie. 
- Co dzisiaj robiłeś? - spytała Bridget, zrywając liść z 
jakiegoś krzaka. 
- Wykonywałem zwykłe obowiązki detektywa. 
- Czy do czegoś doszedłeś? 
- Tak i nie, jak mawiają politycy. Á propos, czy masz 
w domu jakieś narzędzia? 
- Chyba tak. Jakiego rodzaju? 

background image

- Och, jakieś małe i poręczne. Czy mógłbym je 
zobaczyć? 
Po dziesięciu minutach Luke miał już w kieszeni 
wybrane przez siebie narzędzia. 
- To mi wystarczy - powiedział. 
- Czy zamierzasz włamać się do czyjegoś domu? 
- Być może. 
- Jesteś strasznie tajemniczy. 
- No cóż, przecież sytuacja aż jeży się od trudności. 
Znalazłem się w okropnym położeniu. Sądzę, że po 
naszej drobnej utarczce w sobotę powinienem się 
stąd wynieść. 
- Owszem, gdybyś chciał zachować się jak 
dżentelmeni 
- Jednakże przeświadczenie, że trafiłem na świeży 
trop maniakalnego mordercy, zmusza mnie do 
pozostania. Jeśli przyszedł ci do głowy jakiś 
przekonujący powód, dla którego miałbym opuścić 
wasz dom i zamieszkać w gospodzie Pod Błazeńską 
Czapką, to na litość boską, wyrzuć to z siebie. 
Bridget potrząsnęła głową. 
- To niemożliwe. Przecież jesteś moim kuzynem i tak 
dalej. Poza tym w gospodzie są tylko trzy gościnne 
pokoje, które zajmują obecnie przyjaciele pana 
Ellsworthy'ego. 
- Zatem jestem zmuszony zostać tutaj, nawet jeśli 
sprawi ci to przykrość. 
Bridget uśmiechnęła się do niego słodko. 
- Bynajmniej. Lubię towarzystwo adorujących mnie 
mężczyzn. 

background image

- To był... - zaczął Luke - cios poniżej pasa. 
Uwielbiam w tobie to, Bridget, że nie masz w sobie 
cienia życzliwości. No, dobrze. Odrzucony adorator 
pójdzie teraz przebrać się do kolacji. 
Wieczór upłynął w spokoju. Luke zaskarbił sobie 
jeszcze większe uznanie lorda Whitfielda, słuchając z 
pozornym zainteresowaniem jego powtarzających się 
co dzień tyrad. 
- Długo was nie było - powiedziała Bridget, kiedy 
weszli do salonu. 
- Lord Whitfield mówił tak ciekawie, że czas upłynął 
nam błyskawicznie - wyjaśnił Luke. - Opowiadał mi 
o początkach swojej pierwszej gazety. 
- Te małe drzewka owocowe w doniczkach są po 
prostu cudowne - oznajmiła pani Anstruther. - 
Powinieneś posadzić je wzdłuż tarasu, Gordon. 
Od tego momentu rozmowa potoczyła się zwykłym 
torem. Luke opuścił towarzystwo dość wcześnie. Nie 
położył się jednak do łóżka. Miał inne plany. Kiedy 
wybiła dwunasta, zszedł bezszelestnie po schodach, 
minął bibliotekę i przez okno wydostał się na 
zewnątrz. 
Nadal wiał porywisty wiatr, a jego gwałtowne 
podmuchy przeplatały się z krótkimi okresami ciszy. 
Pędzące po niebie chmury co chwila przesłaniały 
księżyc, więc ziemia na przemian tonęła w ciemności 
lub w jasnej poświacie. 
Luke szedł do mieszkania pana Ellsworthy'ego 
okrężną drogą. Widział szansę przeprowadzenia 
drobnego dochodzenia. Był pewny, że ten szczególny 

background image

wieczór Ellsworthy spędza poza domem w 
towarzystwie swych przyjaciół. Z pewnością 
postanowili uczcić noc świętojańską jakąś uroczystą 
ceremonią. Miał więc okazję, by przeszukać jego 
mieszkanie. 
Przeskoczył przez dwa murowane ogrodzenia, dotarł 
na tyły budynku i wyjął z kieszeni odpowiednie 
narzędzia. Znalazł okno kuchenne, które udało mu 
się wyważyć. W kilka minut później odsunął 
zapadkę, otworzył okno i wślizgnął się do środka. 
Miał w kieszeni latarkę. Zapalał ją na sekundę tylko 
wtedy, kiedy musiał oświetlić sobie drogę, by nie 
wpaść na jakiś mebel. 
Po piętnastu minutach przekonał się, że dom jest 
pusty. Z uśmiechem zadowolenia przystąpił do 
realizacji swego przedsięwzięcia. 
Przeszukał dokładnie wszystkie dostępne zakątki 
mieszkania. W zamkniętej na klucz szufladzie 
natrafił na ukryte pod kilkoma niewinnymi 
akwarelami artystyczne szkice, na których widok 
uniósł brwi i gwizdnął. Korespondencja pana 
Ellsworthy'ego nie wniosła do sprawy nic nowego. 
Dokonał jednak ciekawego odkrycia na półce z 
książkami. 
Znalazł trzy drobne, lecz interesujące przedmioty. 
Pierwszym z nich był notesik, w którym na dwa dni 
przed śmiercią chłopca ktoś nabazgrał ołówkiem: 
"Załatwić sprawę z Tommym Pierce'em". Drugim - 
naszkicowany pastelami portret Amy Gibbs, na 
której twarzy widniał wściekle czerwony krzyż. 

background image

Trzecim - buteleczka syropu na kaszel. Żaden z nich 
nie był rozstrzygającym dowodem, ale wszystkie 
razem wydawały się interesujące. 
Odkładając przedmioty na miejsce, Luke nagle 
zesztywniał i zgasił latarkę. 
Usłyszał zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. 
Podszedł do uchylonych drzwi pokoju i wyjrzał na 
korytarz. Miał nadzieję, że Ellsworthy pójdzie prosto 
na górę. 
Boczne drzwi otworzyły się i do domu wszedł 
Ellsworthy, zapalając po drodze światło w 
korytarzu. 
Kiedy Luke dostrzegł jego twarz, wstrzymał 
gwałtownie oddech. 
Ellsworthy zmienił się nie do poznania. Z pianą na 
ustach i dziwnym wyrazem obłędnej radości na 
twarzy przemierzał korytarz drobnymi, tanecznymi 
kroczkami. 
Luke'a najbardziej zaszokował widok jego rąk, 
pokrytych ciemnoczerwonymi plamami, 
przypominającymi barwą zaschniętą krew... 
Ellsworthy zniknął na schodach. Zaraz potem na 
korytarzu zgasło światło. 
Luke odczekał chwilę, a potem ostrożnie wymknął 
się do kuchni i wyślizgnął przez okno na zewnątrz. 
Spojrzał na dom, który tonął w ciemności i ciszy. 
- Mój Boże - szepnął, biorąc głęboki oddech - ten 
człowiek jest kompletnie obłąkany! Ciekawe, co 
robił? Przysiągłbym, że miał krew na rękach! 

background image

Obszedł miasteczko i ruszył w kierunku Ashe 
Manor. Kiedy skręcał w boczną ścieżkę, usłyszał 
nagle szelest liści i gwałtownie się odwrócił. 
- Kto tam? 
Zza drzewa wynurzyła się jakaś wysoka postać 
otulona ciemnym płaszczem. Wyglądała tak 
niesamowicie, że Luke'owi z przerażenia zamarło 
serce. Po chwili rozpoznał osłoniętą kapturem 
pociągłą, bladą twarz. 
- Bridget? Ale mnie przestraszyłaś! 
- Gdzie byłeś? - spytała ostro. - Widziałam, jak 
wychodziłeś z domu. 
- I śledziłaś mnie? 
- Nie. Byłeś zbyt daleko. Czekałam, aż będziesz 
wracał. 
- Postąpiłaś cholernie nierozsądnie - burknął Luke. 
- Gdzie byłeś? - powtórzyła z irytacją. 
- Zrobiłem nalot na dom pana Ellsworthy'ego! - 
wyjaśnił wesoło. Bridget wstrzymała oddech. 
- Czy... coś znalazłeś? 
- Sam nie wiem. Dowiedziałem się nieco więcej o tym 
świntuchu, o jego zamiłowaniu do pornografii i tak 
dalej. Poza tym wpadły mi w ręce trzy przedmioty, 
które mogą być interesujące. 
Bridget z uwagą wysłuchała szczegółowej opowieści 
Luke'a o wynikach jego poszukiwań. 
- Mimo wszystko to nie są zbyt przekonujące dowody 
- zakończył. - Posłuchaj, Bridget, kiedy zamierzałem 
już wyjść, wrócił Ellsworthy. Zapewniam cię, że ten 
człowiek jest kompletnie obłąkany! 

background image

- Naprawdę tak uważasz? 
- Widziałem jego twarz... tego nie da się opisać! Bóg 
jeden wie, co on robił! Był w stanie obłędnego, 
delirycznego podniecenia. I miał poplamione ręce. 
Przysiągłbym, że to była krew. 
Bridget zadrżała. 
- To przerażające... - wyszeptała. 
- Nie powinnaś była sama wychodzić z domu - 
powiedział Luke z gniewem. - To czyste szaleństwo. 
Przecież ktoś mógł roztrzaskać ci głowę. 
Bridget roześmiała się niepewnie. 
- Ciebie to również dotyczy, mój drogi. 
- Ja potrafię o siebie zadbać. 
- Ja też jestem w tym dobra. Niełatwo zrobić mi 
krzywdę. Zerwał się silny, porywisty wiatr. 
- Zdejmij ten kaptur - zażądał nagle Luke. 
- Po co? 
Luke gwałtownym ruchem zdarł z niej płaszcz. 
Wiatr rozwiał jej włosy. Patrzyła na niego, z trudem 
łapiąc oddech. 
- Bezwzględnie brak ci miotły, Bridget - powiedział. - 
Takie właśnie odniosłem wrażenie, kiedy ujrzałem 
cię po raz pierwszy. - Przyglądał jej się przez chwilę, 
a potem dodał: - Jesteś okrutną diablicą. 
Z głębokim westchnieniem zniecierpliwienia rzucił 
płaszcz w jej kierunku. 
- Włóż go. Wracamy do domu. 
- Zaczekaj... 
- Dlaczego? Podeszła do niego bliżej. 

background image

- Ponieważ mam ci coś do powiedzenia - zaczęła 
urywanym szeptem. - Dlatego właśnie czekałam na 
ciebie tutaj... a nie w rezydencji. Chciałam ci to 
powiedzieć teraz... zanim wejdziemy do środka... na 
teren posiadłości Gordona... 
- Słucham? 
Wydała z siebie krótki, szyderczy śmiech. 
- Och, to całkiem proste. Wygrałeś, Luke. To 
wszystko! 
- Co masz na myśli? - spytał ostro. 
- Nie zamierzam już zostać lady Whitfield. 
- Naprawdę? - spytał, podchodząc do niej bliżej. 
- Owszem, Luke. 
- Wyjdziesz za mnie? 
- Tak. 
- Ciekaw jestem, dlaczego? 
- Sama nie wiem. Mówisz mi takie okropne rzeczy... 
a ja chyba to lubię... 
Wziął ją w ramiona i pocałował. 
- Ten świat jest kompletnie zwariowany! 
- Czy jesteś szczęśliwy, Luke? 
- Nieszczególnie. 
- Czy sądzisz, że kiedykolwiek będziesz ze mną 
szczęśliwy? 
- Nie mam pojęcia. Ale zaryzykuję. 
- Tak... czuję to samo... Luke wziął ją pod rękę. 
- Zachowujemy się dość dziwnie, kochanie. Chodź. 
Może rano odzyskamy rozum. 

background image

- Tak... niezbadane są koleje losu... - Spojrzała pod 
nogi i zatrzymała się gwałtownie. - Luke... Luke... co 
to jest...? 
Księżyc właśnie wyłonił się zza chmury. Luke dojrzał 
obok drżącej stopy Bridget jakiś niewyraźny kształt. 
Z okrzykiem zdumienia wysunął rękę spod ramienia 
Bridget i przyklęknął. Potem spojrzał na kolumnę 
bramy. Ananas zniknął. 
Podniósł się szybko. Bridget stała nieruchomo, 
przyciskając dłonie do ust. 
- To szofer... Rivers - powiedział Luke. - Nie żyje... 
- Ta okropna, kamienna rzeźba była od pewnego 
czasu obluzowana. .. pewnie wiatr zwalił ją na niego. 
Luke potrząsnął głową. 
- To nie wiatr... Och! To miało wyglądać na kolejny 
nieszczęśliwy wypadek! Ale to tylko pozory. To znów 
ten morderca... 
- Nie... nie, Luke. 
- Zapewniam cię, że to on. W lepkiej papce na jego 
potylicy wyczułem ziarenka piasku. A przecież tu w 
pobliżu nie ma piasku. Mówię ci, Bridget... ktoś 
zaczaił się na niego obok tej bramy i zdzielił w głowę, 
kiedy koło niego przechodził w drodze do swojego 
domku. Potem położył ciało na ziemi i zepchnął na 
nie tego kamiennego ananasa. 
- Luke... masz krew na rękach... - wyjąkała Bridget 
słabym głosem. 
- Ktoś inny też miał krew na rękach - powiedział 
Luke posępnie. - Wiesz, co dziś po południu przyszło 
mi do głowy... że gdyby popełniono jeszcze jedną 

background image

zbrodnię, z pewnością wiedzielibyśmy, kto jest 
mordercą. I wiemy! Ellsworthy! Cały wieczór spędził 
poza domem, a kiedy wrócił, pląsał i podrygiwał jak 
opętany.... miał ręce poplamione krwią... i wyraz 
twarzy maniakalnego mordercy... 
Bridget opuściła wzrok i zadrżała. 
- Biedny Rivers... - wyszeptała. 
- Tak, biedny - przytaknął Luke ze współczuciem. - 
Miał cholernego pecha. Ale na tym koniec, Bridget! 
Teraz wszystko już wiemy i dopadniemy go! 
Zauważył, że Bridget nagle się zachwiała, więc 
podbiegł do niej, by ją podtrzymać. 
- Luke, jestem przerażona... - wyjąkała dziecinnym 
głosem. 
- Już po wszystkim, kochanie - uspokajał ją Luke. - 
Już po wszystkim... 
- Bądź dla mnie dobry... proszę. Tyle razy mnie w 
życiu zraniono. 
- Raniliśmy się nawzajem, ale to się już nigdy nie 
powtórzy. 
 
XVII 
ROZMOWA Z LORDEM WHITFIELDEM 
 
- To niezwykłe - powiedział doktor Thomas, 
spoglądając na Luke'a, który siedział po drugiej 
stronie biurka w jego gabinecie lekarskim. - 
Naprawdę niezwykłe! Mówi pan poważnie, panie 
Fitzwilliam? 

background image

- Najzupełniej. Z całym przekonaniem twierdzę, że 
Ellsworthy jest niebezpiecznym szaleńcem. 
- Nie zwracałem szczególnej uwagi na tego 
człowieka. Muszę jednak przyznać, że nie jest on 
chyba całkiem zdrowy psychicznie. 
- Osobiście określiłbym to znacznie dosadniej - 
oświadczył Luke ponuro. 
- Naprawdę wierzy pan, że ten Rivers został 
zamordowany? 
- Tak. Czy zauważył pan w ranie ziarenka piasku? 
Doktor Thomas kiwnął potakująco głową. 
- Kiedy powiedział mi pan o swoim spostrzeżeniu, 
obejrzałem ją bardzo dokładnie. Muszę przyznać, że 
miał pan rację. 
- To wyraźnie dowodzi, że wypadek został 
upozorowany, a ten człowiek zginął od uderzenia 
woreczkiem z piaskiem... albo przynajmniej został 
nim ogłuszony. 
- Niekoniecznie. 
- Co pan chce przez to powiedzieć? 
Doktor Thomas usiadł wygodniej i splótł dłonie. 
- Przypuśćmy, że w ciągu dnia Rivers leżał na jakimś 
piaszczystym skrawku ziemi, których jest sporo w 
tych stronach. To by tłumaczyło obecność ziarenek 
piasku w jego włosach. 
- Człowieku, zapewniam pana, że został 
zamordowany! 
- Pańskie zapewnienia jeszcze niczego nie dowodzą - 
odparł doktor Thomas oschle. 

background image

- Pan chyba nie wierzy w ani jedno moje słowo - 
powiedział Luke, z trudem opanowując 
rozdrażnienie. 
- Musi pan przyznać, panie Fitzwilliam, że to dość 
nieprawdopodobna historia - odparł doktor Thomas 
z pobłażliwym uśmiechem. - Utrzymuje pan, że 
Ellsworthy zamordował pokojówkę, małego chłopca, 
pijanego oberżystę, mojego wspólnika, a teraz tego 
Riversa. 
- A pan w to nie wierzy? 
Doktor Thomas wzruszył ramionami. 
- Wiem co nieco na temat przypadku doktora 
Humbleby'ego. Moim zdaniem to absolutnie 
wykluczone, żeby Ellsworthy mógł spowodować jego 
śmierć, a pan nie ma żadnych przekonujących 
dowodów, że to zrobił. 
- Nie mam pojęcia, jak zdołał tego dokonać - 
przyznał Luke - ale to wszystko pasuje do relacji 
panny Pinkerton. 
- Twierdzi pan również, że Ellsworthy podążył za nią 
do Londynu i przejechał ją samochodem. I tym 
razem nie ma pan na to ani cienia dowodu! No cóż, 
cała ta sprawa wydaje się po prostu fantazją! 
- Skoro już wiem, jak wygląda sytuacja, muszę 
zdobyć dowody - powiedział Luke ostro. - Jutro jadę 
do Londynu na spotkanie z moim starym 
przyjacielem. Dwa dni temu przeczytałem w gazecie, 
że został mianowany zastępcą komisarza policji. 
Dobrze mnie zna, więc wysłucha uważnie tego, co 

background image

mam mu do powiedzenia. Jestem pewny, że zarządzi 
w tej sprawie drobiazgowe śledztwo. 
Doktor Thomas z zadumą pogładził się po brodzie. 
- No, dobrze... to niewątpliwie wiele wyjaśni. Jeśli się 
okaże, że popełnił pan błąd... 
- Więc pan stanowczo nie wierzy w ani jedno moje 
słowo? 
- W seryjne morderstwa? - Doktor Thomas uniósł 
brwi. - Szczerze mówiąc, panie Fitzwilliam, nie 
wierzę. Cała ta sprawa jest zbyt fantastyczna. 
- Fantastyczna? Być może. Ale musi pan przyznać, 
że trzyma się kupy. O ile się przyjmie, że wersja 
panny Pinkerton jest zgodna z prawdą. 
Doktor Thomas potrząsnął głową i znów lekko się 
uśmiechnął. 
- Gdyby pan znał te stare panny tak dobrze jak ja... - 
mruknął. Luke wstał, starając się zapanować nad 
irytacją. 
- Tak czy owak, pańskie nazwisko pasuje do pana - 
powiedział. - Jest pan niewątpliwie niewiernym 
Tomaszem! 
- Niech pan mi dostarczy kilku dowodów, przyjacielu 
- odparł Thomas z rozbawieniem. - To wszystko, o co 
proszę. Nie akceptuję rozwlekłej, melodramatycznej 
historyjki, opartej na domysłach jakiejś starszej 
pani. 
- Domysły starszych pań niejednokrotnie się 
sprawdzały. Moja ciotka Mildred była wprost 
niesamowita! Czy ma pan jakieś ciotki, doktorze? 
- Nie. 

background image

- To wielki błąd! - powiedział Luke. - Każdy człowiek 
powinien mieć ciotki. Są przykładem triumfu sfery 
domysłów nad logiką. Ciotki często wiedzą, że pan A. 
jest oszustem, ponieważ przypomina im pewnego 
nieuczciwego lokaja, który kiedyś u nich służył. Inni, 
rozsądni ludzie twierdzą, że taki zacny człowiek jak 
pan A. nie może być oszustem. Ale te starsze panie 
zawsze mają rację. 
Doktor Thomas znów uśmiechnął się pobłażliwie. 
- Czy nie rozumie pan, że jestem policjantem, a nie 
kompletnym amatorem? - spytał Luke z rosnącym 
rozdrażnieniem. 
- W Mayang Straits! - mruknął doktor Thomas z 
uśmiechem. 
- Zbrodnia jest zbrodnią, nawet w Mayang Straits. 
- Ależ oczywiście. 
Luke opuścił gabinet doktora Thomasa, z trudem 
tłumiąc gniew. 
- No, jak ci poszło? - spytała Bridget, kiedy do niej 
podszedł. 
- Nie uwierzył mi - odparł Luke. - Ale po namyśle 
dochodzę do wniosku, że nie jest to bynajmniej 
zaskakujące. To fantastyczna historia bez żadnych 
dowodów. Doktor Thomas zdecydowanie nie jest 
typem człowieka, który wierzy w nieprawdopodobne 
historie! 
- Czy ktokolwiek inny ci uwierzy? 
- Pewnie nie, ale kiedy jutro spotkam się ze starym 
Billym Bonesem, sprawa ruszy z miejsca. Sprawdzą 

background image

naszego długowłosego przyjaciela Ellsworthy'ego i w 
końcu do czegoś dojdą. 
- Czy nie przedwcześnie odkrywamy nasze karty? - 
spytała Bridget z zadumą. 
- Zostaliśmy do tego zmuszeni. Nie możemy... po 
prostu nie wolno nam dopuścić do kolejnych 
morderstw. 
Bridget zadrżała. 
- Na miłość boską, Luke, bądź ostrożny. 
- Przez cały czas zachowuję ostrożność. Nie 
spaceruję w pobliżu bram ozdobionych kamiennymi 
ananasami, unikam po zmroku samotnych spacerów 
po lesie, uważam, co jem i co piję. Znam się na tym. 
- Okropna jest świadomość, że ktoś zamierza cię 
zabić. 
- Byleby tylko nie zamierzał zabić ciebie, kochanie. 
- Być może zagraża to również mnie. 
- Nie sądzę. Ale nie chcę ryzykować! Czuwam nad 
tobą jak staroświecki anioł stróż. 
- Czy nie powinniśmy zawiadomić tutejszej policji? 
Luke zastanawiał się przez chwilę. 
- Nie. Myślę, że lepiej zwrócić się wprost do Scotland 
Yardu. 
- Tak właśnie uważała panna Pinkerton - mruknęła 
Bridget. 
- Owszem, ale ja będę się miał na baczności. 
- Wiem, co jutro zrobię - oznajmiła Bridget. - 
Zmuszę Gordona, żeby poszedł coś kupić w sklepie 
tej kanalii. 

background image

- Żeby się w ten sposób upewnić, że nasz kochany 
pan Ellsworthy nie czatuje na mnie na schodach 
Whitehall? 
- O to mi właśnie chodzi. 
- A w sprawie Whitfielda... - zaczął Luke z 
zakłopotaniem. 
- Odłóżmy to do twojego powrotu z Londynu - 
odparła pospiesznie Bridget. - Wtedy wszystko 
załatwimy. 
- Czy myślisz, że bardzo się przejmie? 
- No cóż... - Bridget przez chwilę rozważała w 
myślach tę kwestię. - Będzie rozdrażniony. 
- Rozdrażniony? Na Boga! Czy to nie jest zbyt 
łagodne określenie? 
- Nie. Widzisz, Gordon nie lubi być rozdrażniony. To 
wyprowadza go z równowagi! 
- Czuję się w całej tej sprawie dość niezręcznie - 
wyznał Luke. 
To uczucie dominowało w jego umyśle, kiedy tego 
wieczora przygotowywał się do wysłuchania po raz 
dwudziesty opowieści lorda Whitfielda o samym 
sobie. Musiał przyznać, że ukradzenie narzeczonej 
człowiekowi, który gości go w swym domu, jest 
łajdactwem. Nadal jednak uważał, że taki 
pompatyczny, napuszony błazen jak lord Whitfield 
nie powinien nawet marzyć o Bridget! 
Tak bardzo jednak dręczyły go wyrzuty sumienia, że 
słuchał wynurzeń lorda Whitfielda ze szczególną 
uwagą i w rezultacie zrobił na swym gospodarzu 
niezwykle korzystne wrażenie. 

background image

Lord Whitfield był tego wieczora w wyśmienitym 
nastroju. Śmierć byłego szofera wcale go nie 
przygnębiła, a nawet poprawiła mu humor. 
- Mówiłem, że ten człowiek źle skończy - oznajmił 
triumfalnie, unosząc kieliszek porto do światła i 
patrząc przez szkło przymrużonymi oczami. - Czy 
nie powiedziałem tak wczoraj wieczorem? 
- Owszem, istotnie, sir. 
- I miałem rację! To zdumiewające, jak często mam 
rację! 
- To musi być dla pana wspaniałe uczucie - 
powiedział Luke. 
- Miałem naprawdę cudowne życie... tak cudowne! 
Moja droga była usłana różami. Zawsze głęboko 
wierzyłem w Opatrzność. Na tym polega cała 
tajemnica, Fitzwilliam. 
- Tak? 
- Jestem człowiekiem religijnym. Wierzę w dobro, 
zło i w wiekuistą sprawiedliwość. Nie ma 
najmniejszej wątpliwości, Fitzwilliam, że istnieje coś 
takiego jak sprawiedliwość boska! 
- Ja również wierzę w sprawiedliwość - powiedział 
Luke. 
Lord Whitfield, jak zwykle, nie był zainteresowany 
tym, w co wierzą inni. 
- Postępuj uczciwie wobec swego Stwórcy, a Stwórca 
będzie postępował uczciwie wobec ciebie! Zawsze 
byłem przyzwoitym człowiekiem. Dawałem 
pieniądze na cele dobroczynne i uczciwie dorobiłem 
się swego majątku. Wszystko osiągnąłem własnymi 

background image

siłami! Zapewne pamięta pan, że kiedy biblijni 
patriarchowie zaczynali dobrze prosperować, ich 
trzody się powiększały, a ich wrogów dosięgała kara! 
- Tak, istotnie - przyznał Luke z trudem tłumiąc 
ziewnięcie. 
- To nadzwyczajne... i godne uwagi - powiedział lord 
Whitfield - że wrogów przyzwoitego człowieka 
dosięga zły los! Na przykład wczoraj. Ten typ mi 
ubliża... nawet posuwa się tak daleko, by podnieść na 
mnie rękę. I co się dzieje? Gdzie jest dzisiaj? - 
Przerwał na chwilę swoją tyradę, a potem 
uroczystym tonem sam odpowiedział na swoje 
pytanie: - Nie żyje! Dosięgną! go gniew boży! 
- To chyba niewspółmiernie wysoka kara za kilka 
nierozważnych słów, które wypowiedział wypiwszy o 
jedną szklankę za dużo - powiedział Luke, z trudem 
unosząc powieki. 
Lord Whitfield potrząsnął głową. 
- Zawsze tak się dzieje! Kara jest szybka i okrutna. 
Moje twierdzenie oparte jest na źródłach. Jak pan 
zapewne pamięta, niedźwiedzie pożarły dzieci, które 
wyśmiewały się z proroka Elizeusza. Taki jest 
naturalny porządek rzeczy. 
- Zawsze uważałem, że i ta kara była 
niewspółmiernie wysoka. 
- Nie, nie. Patrzy pan na to ze złego punktu widzenia. 
Elizeusz był wielkim i świętym człowiekiem. Nikt nie 
miał prawa z niego drwić i żyć dalej! Ja to 
rozumiem, bo znam to z własnego doświadczenia! 
Luke spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

background image

- Początkowo nie mogłem w to uwierzyć - powiedział 
lord Whitfield półgłosem. - Ale działo się tak za 
każdym razem! Moi wrogowie i oszczercy zostali 
pognębieni i wytępieni. 
- Wytępieni? 
Lord Whitfield kiwnął głową i wypił łyk porto. 
- Jeden po drugim. Weźmy na przykład tego 
chłopca. Natknąłem się na niego w moim ogrodzie... 
wówczas u mnie pracował. Czy wie pan, co on robił? 
Przedrzeźniał mnie... MNIE! Wyśmiewał się ze 
mnie! Kroczył dumnie jak paw tam i z powrotem na 
oczach zgromadzonych gapiów. Kpił ze mnie na 
terenie mojej własnej posiadłości! Wie pan, co mu się 
przydarzyło? W niecałe dziesięć dni później wypadł 
z okna i zginął na miejscu! Potem ten łotr, Carter... 
pijak i oszczerca. Przyszedł tu kiedyś i zaczął mnie 
lżyć. Co się z nim stało? W tydzień później już nie 
żył. Utonął w rzecznym mule. Później ta 
pokojówka... Odszczekiwała mi się podniesionym 
głosem. Wkrótce spotkała ją zasłużona kara. Przez 
pomyłkę wypiła truciznę! Mógłbym przytoczyć panu 
znacznie więcej takich przykładów. Humbleby 
ośmielił mi się sprzeciwić w sprawie systemu 
nawadniania. Umarł na zakażenie krwi. Och, to 
ciągnie się od wielu lat... na przykład pani Horton 
zachowywała się wobec mnie obraźliwie i niebawem 
zeszła z tego świata. - Przerwał i wychyliwszy się do 
przodu, podał swemu gościowi karafkę z porto. - Tak 
- mruknął. - Wszyscy nie żyją. To zdumiewające, 
prawda? 

background image

Luke spojrzał na niego uważnie. Nagle przyszło mu 
do głowy potworne, niewiarygodne podejrzenie! 
Ujrzał w zupełnie nowym świetle tego niskiego, 
tłustego mężczyznę, który siedział u szczytu stołu i 
patrzył na niego z triumfalnym uśmiechem. 
Przez umysł Luke'a przemknęły chaotyczne 
wspomnienia. Przypomniał sobie słowa majora 
Hortona: "Lord Whitfield zachował się bardzo 
życzliwie. Przysłał winogrona i brzoskwinie z 
własnej oranżerii". To właśnie miłosierny lord 
Whitfield zlitował się nad Tommym Pierce'em i 
pozwolił go zatrudnić przy myciu okien w bibliotece. 
To lord Whitfield, na krótko przed śmiercią doktora 
Humbleby'ego, odwiedził Instytut Wellermana 
Kreutza, zajmujący się wytwarzaniem surowicy i 
hodowlą bakterii. Wszystko wskazuje na jednego 
człowieka, którego on jak skończony głupiec nawet 
nie podejrzewał... 
Na twarzy lorda Whitfielda nadal malował się 
radosny, niczym nie zmącony uśmiech. 
- Oni wszyscy umierają - oznajmił, kiwając znacząco 
głową. 
 
XVIII 
KONFERENCJA W LONDYNIE 
 
Sir William Ossington, którego serdeczni koledzy z 
dawnych lat nazywali Billy Bones*, spojrzał z 
niedowierzaniem na swojego przyjaciela. 

background image

- Czy nie dość miałeś zbrodni w Mayang? - spytał z 
niedowierzaniem. - Czy wróciłeś do domu, żeby 
wykonywać za nas robotę? 
- W Mayang nie zdarzały się seryjne zbrodnie - 
oznajmił Luke. - Teraz mam do czynienia z 
człowiekiem, który popełnił co najmniej sześć 
morderstw, a nikt go nawet nie podejrzewa! 
Sir William westchnął. 
- To się zdarza. Czy mordował swoje żony? 
- Nie, nie jest tego typu człowiekiem. Nie uważa się 
jeszcze za Boga, ale niebawem to nastąpi. 
- Szaleniec? 
- Och, bezsprzecznie. 
- Ach! Ale zapewne nie został oficjalnie uznany za 
człowieka obłąkanego. A to, jak wiesz, stanowi 
różnicę. 
- Jestem pewien, że zdaje sobie sprawę z charakteru 
swoich czynów i z możliwych konsekwencji - 
oznajmił Luke. 
- No właśnie - przyznał Billy Bones. 
- No cóż, nie zagłębiajmy się w zawiłości 
proceduralne. Nie doszliśmy jeszcze do tego etapu. I 
być może nigdy nam się to nie uda. Chcę od ciebie, 
przyjacielu, tylko kilku faktów. W dniu derbów, 
między piątą a szóstą po południu doszło do 
ulicznego wypadku. Samochód przejechał na 
Whitehall pewną starszą panią i nie zatrzymał się. 
Nazywała się Lavinia Pinkerton. Chcę, żebyś 
wygrzebał wszystkie możliwe szczegóły dotyczące tej 
sprawy. 

background image

- Mogę je dla ciebie zaraz zdobyć - obiecał sir 
William z westchnieniem. - Dwadzieścia minut 
powinno mi na to wystarczyć. 
Dotrzymał słowa. W niespełna dwadzieścia minut 
później Luke rozmawiał z oficerem policji 
prowadzącym tę sprawę. 
- Owszem, sir, pamiętam szczegóły. Większość z nich 
spisałem na tej kartce. - Luke uważnie przeczytał 
jego notatki. - Wszczęto dochodzenie. Koronerem 
był pan Satcherverell. Wina kierowcy samochodu 
nie ulega wątpliwości. 
- Czy udało wam się go znaleźć? 
- Nie, sir. 
- Jakiej marki był ten samochód? 
- Prawie na pewno duży rolls, którego prowadził 
szofer. Wszyscy świadkowie zajścia są co do tego 
jednomyślni. Większość ludzi wie, jak wygląda rolls. 
- Nie macie numerów rejestracyjnych? 
- Nie, niestety nikt nie zwrócił na nie uwagi. Ktoś 
nam podał numer FZX 4498, ale to nie był właściwy 
numer. Jakaś kobieta zauważyła go i wspomniała o 
tym innej kobiecie, która z kolei przekazała go mnie. 
Nie wiem, czy ta druga kobieta błędnie go zapisała, 
ale tak czy owak nie był to właściwy numer. 
- Skąd pan o tym wie? - spytał Luke ostro. 
Młody oficer uśmiechnął się szeroko. 
- FZX 4498 to numer samochodu lorda Whitfielda. 
W owym czasie stał zaparkowany przed Boomington 
House, a szofer jadł podwieczorek. Ma doskonałe 
alibi. Co do niego nie mamy żadnych wątpliwości, a 

background image

samochód odjechał sprzed budynku dopiero o 6.30, 
kiedy jego lordowska mość stamtąd wyszedł. 
- Rozumiem - powiedział Luke. 
- Niestety, stało się to, co zwykle, sir - rzekł oficer z 
westchnieniem. - Połowa świadków zniknęła, zanim 
komisarz zdążył dotrzeć na miejsce wypadku i 
zebrać szczegółowe informacje. 
Sir William kiwnął potakująco głową. 
- Przypuszczamy, że musiał to być podobny numer i 
że zaczynał się prawdopodobnie od dwóch czwórek. 
Robiliśmy, co w naszej mocy, ale nie trafiliśmy na 
trop żadnego samochodu. Wszyscy właściciele 
samochodów o podobnych numerach mieli 
przekonujące alibi. 
Sir William spojrzał na Luke'a pytającym 
wzrokiem. Luke potrząsnął głową. 
- Dziękuję, Bonner, to wszystko - powiedział sir 
William. Kiedy oficer wyszedł z pokoju, Billy Bones 
znów spojrzał pytająco na Luke'a. 
- O co tu chodzi, Fitz? 
Luke westchnął. 
- Wszystko się zgadza. Lavinia Pinkerton 
przyjechała do Londynu, żeby opowiedzieć bystrym 
pracownikom Scotland Yardu o perfidnym 
mordercy. Nie wiem, czybyście jej wysłuchali... 
pewnie nie... 
- Moglibyśmy to zrobić - odparł sir William. - Wiele 
informacji dociera do nas w taki właśnie sposób. 
Nigdy nie lekceważymy pogłosek ani plotek. 

background image

- Tak też zapewne rozumował morderca. Nie chciał 
ryzykować, więc zabił Lavinię Pinkerton. I choć 
jakaś kobieta była na tyle spostrzegawcza, by 
zapamiętać numer jego samochodu, nikt jej nie 
uwierzył. 
Billy Bones podskoczył na swym krześle. 
- Nie myślisz chyba... 
- Owszem, myślę. Założę się, o co zechcesz, że to lord 
Whitfield ją przejechał. Nie mam pojęcia, jak tego 
dokonał. Szofer jadł podwieczorek. Lord musiał więc 
wymknąć się z budynku, zabierając ze sobą jego 
czapkę. Ale zrobił to, Billy! 
- Niemożliwe! 
- Owszem, możliwe. O ile mi wiadomo, lord 
Whitfield popełnił co najmniej siedem morderstw, a 
może znacznie więcej. 
- Niemożliwe - powtórzył sir William. 
- Mój drogi, on niemal chełpił się tym przede mną 
wczoraj wieczorem! 
- Więc jest szalony? 
- Owszem, ale to przebiegły typ. Musicie zachować 
ostrożność. Nie może się dowiedzieć, że go 
podejrzewamy. 
- Nie do wiary... - mruknął Billy Bones. 
- Ale to prawda! - zawołał Luke, kładąc dłoń na 
ramieniu przyjaciela. - Posłuchaj, Billy, stary druhu, 
musimy wreszcie się do tego zabrać. Oto fakty. 
Odbyli długą i wyczerpującą rozmowę. 
Nazajutrz wczesnym rankiem Luke wrócił do 
Wychwood. Mógł przyjechać poprzedniego 

background image

wieczora, ale w zaistniałych okolicznościach nie 
chciał spędzać nocy pod dachem lorda Whitfielda i 
korzystać z jego gościnności. 
Jadąc przez Wychwood zatrzymał się przed domem 
panny Waynflete. Pokojówka, która otworzyła mu 
drzwi, spojrzała na niego ze zdumieniem. Potem 
wprowadziła go do małej jadalni, w której panna 
Waynflete siedziała przy śniadaniu. 
Lekko zdziwiona, wstała od stołu, by go powitać. 
- Przepraszam, że przeszkadzam o tej porze - 
powiedział Luke, nie tracąc czasu. 
Obejrzał się za siebie. Pokojówka wyszła z pokoju, 
zamykając za sobą drzwi. 
- Chciałbym o coś panią spytać, panno Waynflete. To 
sprawa dość osobista, ale myślę, że wybaczy mi pani. 
- Proszę pytać, o co pan tylko zechce. Z pewnością 
ma pan ku temu powody. 
- Dziękuję... - Zawahał się. - Chciałbym wiedzieć, 
dlaczego przed laty zerwała pani zaręczyny z lordem 
Whitfieldem? 
Panna Waynflete nie spodziewała się takiego 
pytania. Zaczerwieniła się i przyłożyła dłoń do piersi. 
- Czy on coś panu mówił? 
- Wspominał o jakimś ptaku - odparł Luke - 
któremu skręcono kark... 
- Tak powiedział? - spytała ze zdumieniem. - Więc 
przyznał się? To nadzwyczajne! 
- Niech mi pani o tym opowie. 
- Dobrze. Ale proszę, żeby pan nigdy nie rozmawiał o 
tym z nim... z Gordonem. To należy już do 

background image

przeszłości... wszystko przeminęło i poszło w 
niepamięć... nie chciałabym tego odgrzebywać - 
spojrzała na niego błagalnie. 
Luke kiwnął potakująco głową. 
- Chcę tylko zaspokoić własną ciekawość - 
powiedział. - Nikomu nie powtórzę naszej rozmowy. 
- Dziękuję. - Panna Waynflete odzyskała panowanie 
nad sobą, a jej głos nabrał pewności. - To było tak. 
Miałam małego kanarka, którego uwielbiałam i... po 
prostu byłam zwariowana na jego punkcie, tak jak 
bywają dziewczęta na punkcie swoich ukochanych 
zwierzątek. Teraz zdaję sobie sprawę, że musiało to 
być irytujące dla młodego mężczyzny. 
- Owszem - przytaknął Luke, kiedy panna Waynflete 
na chwilę przerwała. 
- Gordon był zazdrosny o tego kanarka. Któregoś 
dnia powiedział rozdrażniony: "Wydaje mi się, że 
wolisz tego ptaka ode mnie". A ja, dość nierozsądnie, 
ale takie były dziewczęta w tamtych czasach, 
roześmiałam się i trzymając kanarka na palcu, 
odparłam mniej więcej tak: "Oczywiście, mały 
ptaszku, że kocham cię bardziej niż tego dużego 
głuptasa! Naturalnie, że tak!" Wtedy... och, to było 
przerażające... Gordon wyrwał mi kanarka z ręki i 
skręcił mu kark! Przeżyłam straszny szok i nigdy 
tego nie zapomnę! 
Panna Waynflete wyraźnie pobladła. 
- I dlatego zerwała pani zaręczyny? - spytał Luke. 
- Tak. Straciłam do niego serce. Widzi pan, panie 
Fitzwilliam... - Zawahała się. - Nie chodziło o sam 

background image

uczynek... mógł to zrobić w ataku zazdrości i gniewu, 
ale odniosłam wtedy wrażenie, że sprawiło mu to 
przyjemność... i to mnie tak okropnie przeraziło! 
- Już wtedy... - mruknął Luke. - Już w tamtych 
czasach... 
Panna Waynflete położyła dłoń na jego ramieniu. 
- Panie Fitzwilliam... 
Dostrzegł w jej oczach przerażenie i powagę. 
- To lord Whitfield popełnił te wszystkie 
morderstwa! - powiedział. - Pani od początku o tym 
wiedziała, prawda?. 
Potrząsnęła energicznie głową. 
- Nie miałam o tym pojęcia! Gdybym była pewna, 
to... powiedziałabym o tym otwarcie... nie, to były 
obawy... 
- A mimo to nie skierowała mnie pani na właściwy 
trop. 
Splotła dłonie w geście wyrażającym bezradność. 
- Jak mogłam? Jak? Przecież kiedyś go kochałam... 
- Tak - powiedział Luke łagodnie. - Rozumiem. 
Odwróciła się, poszperała w swojej torebce i wyjęła z 
niej małą, obrębioną koronką chusteczkę do nosa, 
którą przycisnęła do oczu. Po chwili spojrzała na 
niego dumnym, opanowanym wzrokiem. 
- Bardzo się cieszę - zaczęła - że Bridget zerwała 
zaręczyny. Zamierza wyjść za pana, prawda? 
- Owszem. 
- To znacznie lepszy wybór - powiedziała panna 
Waynflete z pewną emfazą. 

background image

Luke nie był w stanie powstrzymać się od uśmiechu. 
Na twarzy starszej pani pojawił się wyraz powagi i 
niepokoju. Pochyliła się do przodu i znów położyła 
mu dłoń na ramieniu. 
- Bądźcie ostrożni - poprosiła. - Obydwoje musicie 
zachować ostrożność. 
- Chodzi pani o... lorda Whitfielda? 
- Tak. Lepiej byłoby mu o niczym nie wspominać. 
Luke zmarszczył czoło. 
- Nie sądzę, by któreś z nas chciało zachować to 
przed nim w tajemnicy. 
- Och! Jakie to ma znaczenie? Czy pan nie zdaje 
sobie sprawy, że on jest obłąkany... szalony. Nie 
pogodzi się z tym... ani na chwilę! Gdyby coś jej się 
stało... 
- Nic jej się nie stanie! 
- Tak, wiem, ale proszę pamiętać, że pan nie jest dla 
niego godnym przeciwnikiem! On jest przerażająco 
przebiegły! Niech pan ją stąd natychmiast zabiera... 
w tym jedyna nadzieja. Niech pan zmusi ją do 
wyjazdu za granicę! Najlepiej wyjedźcie oboje! 
- Wystarczy, jeśli ona wyjedzie - rzekł Luke wolno. - 
Ja muszę tu zostać. 
- Obawiałam się, że pan to powie. Ale w każdym 
razie niech pan ją zmusi do wyjazdu. Natychmiast! 
- Myślę, że ma pani rację. 
- Wiem, że mam rację! Niech pan ją stąd zabiera... 
zanim będzie za późno. 
 
XIX 

background image

ZERWANE ZARĘCZYNY 
 
Bridget usłyszała, jak Luke zajeżdża pod dom. 
Wyszła na schody, by go powitać. 
- Powiedziałam mu - oznajmiła bez żadnych 
wstępów. 
- Co? - spytał Luke zaskoczony. 
Jego konsternacja była tak wyraźna, że Bridget od 
razu ją dostrzegła. 
- Luke... o co chodzi? Wydajesz się przygnębiony. 
- Przecież postanowiliśmy zaczekać z tym do mojego 
powrotu - powiedział, cedząc słowa. 
- Wiem, ale doszłam do wniosku, że lepiej to mieć za 
sobą. On robił plany, związane z naszym ślubem... z 
miodowym miesiącem i tak dalej! Po prostu 
musiałam mu to powiedzieć! - Po chwili dodała z 
lekkim wyrzutem w głosie: - Tego wymagała zwykła 
przyzwoitość. 
- Z twojego punktu widzenia, owszem - przyznał 
Luke. - Och, tak, rozumiem to. 
- Myślę, że z każdego punktu widzenia! 
- Niekiedy trudno jest pozwolić sobie na uczciwość! - 
rzekł powoli. 
- Luke, o co ci chodzi? 
- Nie mogę ci tego powiedzieć tu i teraz. - Machnął 
ręką ze zniecierpliwieniem. - Jak przyjął to 
Whitfield? 
- Nadzwyczaj dobrze - odparła Bridget. - Naprawdę 
wspaniale. Czułam się zawstydzona. Myślę, Luke, że 
nie doceniałam Gordona... tylko dlatego, że jest dość 

background image

napuszony i niekiedy próżny. Sądzę, że jest... no 
cóż... wielkim małym człowiekiem! 
- Owszem, możliwe, że jest wielkim człowiekiem - 
przyznał Luke, kiwając głową - ale jego wielkość ma 
inny wymiar, niż przypuszczaliśmy. Posłuchaj, 
Bridget, musisz się stąd jak najszybciej wynieść. 
- Naturalnie, spakuję swoje rzeczy i jeszcze dzisiaj 
opuszczę ten dom. Odwieź mnie do Londynu. Myślę, 
że nie możemy się oboje zatrzymać w gospodzie Pod 
Błazeńską Czapką, nawet jeśli goście Ellsworthy'ego 
już wyjechali. 
- Lepiej jedź do Londynu - powiedział Luke, 
potrząsając głową. - Niebawem wszystko ci wyjaśnię. 
Tymczasem ja zobaczę się z Whitfieldem. 
- To dobry pomysł. Cała ta sprawa wydaje się dość 
przykra, prawda? Czuję się jak cyniczna łowczyni 
posagów. 
Luke uśmiechnął się do niej. 
- To był uczciwy interes. Postąpiłaś wobec niego 
lojalnie. Tak czy owak, nie ma co biadać nad 
rozlanym mlekiem! Teraz pójdę się zobaczyć z 
Whitfieldem. 
Lord Whitfield przechadzał się tam i z powrotem po 
salonie. Był pozornie spokojny, a nawet lekko się 
uśmiechał. Ale Luke zauważył na jego skroni 
pulsującą żyłkę. 
- Och! To pan, panie Fitzwilliam. 
- Skłamałbym mówiąc, że żałuję tego, co zrobiłem - 
oświadczył Luke. - Byłaby to zwykła hipokryzja. 
Przyznaję, że z pańskiego punktu widzenia 

background image

zachowałem się niewłaściwie i niewiele mam na 
swoją obronę. Takie rzeczy się zdarzają. 
Lord Whitfield znów zaczął krążyć po pokoju. 
- No właśnie... właśnie! - Machnął ręką. 
- Oboje z Bridget potraktowaliśmy pana w sposób 
haniebny. Ale tak to już jest! Pokochaliśmy się i nic 
na to nie można poradzić. Możemy jedynie wyjawić 
panu prawdę i zniknąć. 
Lord Whitfield przystanął. Patrzył na Luke'a swymi 
wyblakłymi, wyłupiastymi oczami. 
- Tak - przyznał - nie możecie na to już nic poradzić! 
W jego głosie pobrzmiewał jakiś dziwny ton. 
Spoglądał na Luke'a i potrząsał głową jakby ze 
współczuciem. 
- Co pan ma na myśli? - spytał ostro Luke. 
- Nie możecie już nic zrobić! - powtórzył lord 
Whitfield. - Już za późno! 
Luke zrobił krok w jego kierunku. 
- Proszę mi powiedzieć, o co panu chodzi. 
- Niech pan o to spyta Honorię Waynflete - rzekł 
niespodziewanie lord Whitfield. - Ona to rozumie. 
Wie, co się dzieje. Kiedyś mi o tym powiedziała! 
- Co ona rozumie? 
- Że zło nie uchodzi bezkarnie - wyjaśnił lord 
Whitfield. - Musi istnieć sprawiedliwość! Żal mi 
Bridget, ponieważ bardzo ją lubię. W pewien sposób 
żal mi was obojga! 
- Czy pan nam grozi? - spytał Luke. Whitfield 
wydawał się autentycznie wstrząśnięty. 

background image

- Nie, nie, drogi chłopcze. W tej sprawie nie czuję do 
was urazy! Kiedy uczyniłem Bridget zaszczyt, 
wybierając ją na swoją żonę, przyjęła na siebie 
pewne zobowiązania. Teraz je odrzuca, ale w życiu 
nie można niczego cofnąć. Jeśli łamie się prawo, 
trzeba ponieść karę... 
- Chce pan powiedzieć, że coś jej grozi? - spytał 
Luke, zaciskając pięści. - Niech pan mnie dobrze 
zrozumie, Whitfield, nic jej się nie stanie... ani mnie! 
Jeśli spróbuje pan nam coś zrobić, jest pan 
skończony. Radzę panu uważać! Wiem o panu 
wystarczająco dużo! 
- To nie ma nic wspólnego ze mną - odparł lord 
Whitfield. - Ja jestem tylko narzędziem w rękach 
Siły Wyższej. Wszystko dzieje się z Jej wyroku! 
- Widzę, że pan w to wierzy - powiedział Luke. 
- Bo to prawda! Każdy, kto zwróci się przeciwko 
mnie, ponosi karę. Nie wyłączając pana i Bridget. 
- Myli się pan - zaoponował Luke. - Szczęśliwa passa, 
choćby trwała najdłużej, kiedyś się kończy. A pańska 
skończy się już niebawem. 
- Drogi młody człowieku - zaczął lord Whitfield 
łagodnie - nie zdaje pan sobie sprawy, do kogo pan 
mówi. Mnie nie może spotkać nic złego! 
- Doprawdy? Zobaczymy. Radzę panu uważać, 
Whitfield. Mięśnie twarzy lorda Whitfielda lekko 
zadrgały, a ton jego głosu się zmienił. 
- Byłem bardzo cierpliwy - powiedział. - Niech pan 
nie przeciąga struny. Proszę stąd wyjść. 

background image

- Już idę - warknął Luke. - Możliwie jak najszybciej. 
Ale niech pan pamięta, że pana ostrzegałem. 
Odwrócił się na pięcie i pospiesznie wyszedł z salonu. 
Pobiegł na górę do pokoju Bridget, która wraz z 
pokojówką pakowała swoje rzeczy. 
- Kiedy będziesz gotowa? 
- Za dziesięć minut. 
Spojrzała na Luke'a, a on dostrzegł w jej wzroku 
pytanie, którego nie mogła wyrazić słowami ze 
względu na obecność pokojówki. Kiwnął nieznacznie 
głową. 
Poszedł do swojego pokoju i szybko się spakował. 
Kiedy wrócił po dziesięciu minutach, Bridget była 
gotowa do wyjścia. 
- Możemy już jechać? 
- Oczywiście. 
Na schodach spotkali idącego na górę lokaja. 
- Przyszła panna Waynflete, żeby się z panią 
zobaczyć. 
- Panna Waynflete? Gdzie ona jest? 
- W salonie z jego lordowską mością. 
Bridget poszła wprost do salonu, a Luke podążył tuż 
za nią. Lord Whitfield stał przy oknie i rozmawiał z 
panną Waynflete. Trzymał w ręku nóż z długim, 
cienkim ostrzem. 
- Perfekcyjna robota - mówił. - Jeden z moich 
młodych pracowników przywiózł mi go z Maroka, 
dokąd został wysłany jako specjalny korespondent. 
To nóż mauretański. - Z uwielbieniem przesunął 
palcem po ostrzu. - Cóż za wspaniałe wykonanie! 

background image

- Na miłość boską, Gordon, odłóż go! - zawołała 
panna Waynflete. Lord Whitfield uśmiechnął się i 
umieścił nóż wśród leżącej na stoliku kolekcji broni. 
- Lubię go dotykać - rzekł łagodnie. 
Panna Waynflete straciła swe zwykłe opanowanie. 
Była blada i zdenerwowana. 
- Ach, jesteś, moja droga - powitała Bridget. 
Lord Whitfield zachichotał. 
- Tak, oto i Bridget. Naciesz się nią, Honorio. Nie 
zabawi tu długo. 
- Co to znaczy? - spytała ostro panna Waynflete. 
- To znaczy, że wyjeżdża do Londynu. - Spojrzał po 
kolei na wszystkich obecnych. - Mam dla ciebie 
pewną wiadomość, Honorio - powiedział. - Bridget 
postanowiła nie wychodzić za mnie. Woli 
Fitzwilliama. Życie jest dziwne. No cóż, zostawiam 
was, żebyście mogli sobie porozmawiać. 
Wyszedł z pokoju, pobrzękując bilonem w 
kieszeniach. 
- Mój Boże... - wyszeptała panna Waynflete. - Mój 
Boże... Rozpacz w jej głosie była tak wy raźna,-że 
Bridget poczuła się zaskoczona. 
- Przepraszam. Naprawdę okropnie mi przykro - 
powiedziała z niepokojem. 
- On jest rozwścieczony... mój Boże, to straszne. Co 
my teraz zrobimy? 
Bridget spojrzała na nią ze zdziwieniem. 
- Zrobimy? Co ma pani na myśli? 

background image

- Nie powinniście byli mu o tym mówić! - jęknęła 
panna Waynflete, obrzucając oboje pełnym wyrzutu 
spojrzeniem. 
- Nonsens! - zawołała Bridget. - A cóż innego 
mogliśmy zrobić? 
- Nie powinniście byli mówić mu o tym teraz. Trzeba 
było zaczekać, aż znajdziecie się daleko stąd. 
- To kwestia zapatrywań - odparła sucho Bridget. - 
Osobiście uważam, że niemiłe sprawy należy mieć 
jak najszybciej za sobą. 
- Och, moja droga, gdyby tylko o to chodziło... 
Zawahała się. Potem spojrzała pytająco na Luke'a. 
Luke potrząsnął głową i powiedział bezgłośnie: 
,,Jeszcze nie teraz". 
- Rozumiem - bąknęła panna Waynflete. 
- Czy chciała się pani ze mną zobaczyć w jakiejś 
szczególnej sprawie, panno Waynflete? - spytała 
Bridget z lekkim rozdrażnieniem. 
- No... owszem. W istocie przyszłam ci zaproponować 
krótki pobyt w moim domu. Pomyślałam, że... eee... 
pozostanie tutaj byłoby dla ciebie krępujące i że, być 
może, potrzeba ci kilku dni na... eee... gruntowne 
rozważenie twoich planów. 
- Dziękuję, panno Waynflete, to bardzo uprzejme z 
pani strony. 
- U mnie byłabyś zupełnie bezpieczna i... 
- Bezpieczna? - przerwała jej Bridget. 
- Spokojna... - wyjaśniła pospiesznie panna 
Waynflete lekko podnieconym głosem - to miałam na 
myśli... całkiem spokojna. Nie mam oczywiście 

background image

takich luksusów jak tutaj, ale gorąca woda jest 
naprawdę gorąca, a moja służąca Emily zupełnie 
dobrze gotuje. 
- Och, jestem pewna, że wszystko byłoby wspaniale, 
panno Waynflete - odparła Bridget machinalnie. 
- Ale oczywiście wyjazd do Londynu to o wiele lepszy 
pomysł... 
- Trochę niefortunnie się składa, że moja ciotka 
wyruszyła dzisiaj wcześnie rano na wystawę 
kwiatów. Nie miałam jeszcze okazji powiedzieć jej, 
co się wydarzyło. Zostawię jej list z wiadomością, że 
pojechałam do mieszkania. 
- Wybierasz się do mieszkania twojej ciotki w 
Londynie? 
- Tak. Nikogo w nim nie ma. A posiłki mogę jadać w 
mieście. 
- Będziesz sama w tym mieszkaniu? O Boże, nie 
powinnaś tego robić. Nie zostawaj tam sama. 
- Przecież nikt mnie nie zje - powiedziała Bridget z 
irytacją. - Poza tym moja ciotka jutro wraca. 
Panna Waynflete z niepokojem potrząsnęła głową. 
- Lepiej zatrzymaj się w jakimś hotelu - zasugerował 
Luke. 
- Dlaczego? - spytała Bridget, gwałtownie 
odwracając się do niego. - Co się z wami dzieje? 
Dlaczego traktujecie mnie jak niedorozwinięte 
dziecko? 
- Ależ skąd, kochanie - zaprotestowała panna 
Waynflete. - Po prostu chcemy, żebyś była ostrożna! 

background image

- Ale dlaczego? Dlaczego? O co w tym wszystkim 
chodzi? 
- Posłuchaj, Bridget - zaczął Luke. - Chciałbym z 
tobą porozmawiać. Ale nie tutaj. Pojedźmy w jakieś 
ustronne miejsce. - Spojrzał na pannę Waynflete. - 
Czy możemy wpaść do pani za jakąś godzinę? Jest 
wiele spraw, o których chciałbym pani powiedzieć. 
- Bardzo proszę. Będę tam na was czekała. 
Luke położył dłoń na ramieniu Bridget. Skinieniem 
głowy podziękował pannie Waynflete. 
- Bagaże zabierzemy później. Chodź. 
Poprowadził ją przez hali do wyjścia. Otworzył 
drzwi samochodu. Bridget wsiadła. Luke uruchomił 
silnik i ruszył gwałtownie podjazdem. Kiedy minęli 
żelazną bramę, odetchnął z ulgą. 
- Dzięki Bogu bezpiecznie cię stąd wywiozłem - 
powiedział. 
- Czy ty zupełnie oszalałeś, Luke? Co znaczą te 
wszystkie tajemnice? 
- No cóż, trudno jest zdemaskować mordercę, kiedy 
przebywa się pod jego dachem! - oznajmił Luke 
posępnie. 
 
XX 
TKWIMY W TYM OBOJE 
 
Bridget przez chwilę siedziała nieruchomo obok 
niego. 
- Gordon? - spytała. 
Luke kiwnął potakująco głową. 

background image

- Gordon? Gordon... mordercą? Mordercą? W życiu 
nie słyszałam czegoś równie absurdalnego. 
- Tak uważasz? 
- Owszem. Przecież Gordon nie skrzywdziłby nawet 
muchy. 
- Może to i prawda - przyznał Luke ponuro. - Sam 
nie wiem. Ale z całą pewnością zabił kanarka, a ja 
jestem prawie pewien, że zamordował również kilka 
osób. 
- Mój drogi, ja po prostu nie mogę w to uwierzyć! 
- Wiem - powiedział Luke. - To istotnie wydaje się 
niewiarygodne. Zacząłem go podejrzewać dopiero 
przedwczoraj wieczorem. 
- Ależ ja go doskonale znam! - zaprotestowała 
Bridget. - Wiem, jaki on jest! W gruncie rzeczy to 
bardzo łagodny człowiek... napuszony, zgoda, ale w 
sumie raczej śmieszny. 
Luke potrząsnął głową. 
- Będziesz musiała zmienić zdanie na jego temat, 
Bridget. 
- Nic z tego, Luke. Ja po prostu w to nie wierzę! Skąd 
przyszedł ci do głowy tak absurdalny pomysł? 
Przecież jeszcze przed dwoma dniami byłeś zupełnie 
pewny, że to Ellsworthy. 
Luke lekko się skrzywił. 
- Wiem. Wiem. Pewnie sądzisz, że jutro zacznę 
podejrzewać Thomasa, a pojutrze będę przekonany, 
że to sprawka Hortona! Nie zmieniani zdania aż tak 
często. Rozumiem, że ta wiadomość tobą 
wstrząsnęła. Jeśli jednak przyjrzysz się temu nieco 

background image

bliżej, zobaczysz, że wszystkie elementy świetnie do 
siebie pasują. Nic dziwnego, że panna Pinkerton bała 
się pójść do lokalnych władz. Wiedziała, że zrobiłaby 
z siebie pośmiewisko! Pokładała nadzieję jedynie w 
Scotland Yardzie. 
- Ale jakie motywy mógłby mieć Gordon? Och, to 
takie idiotyczne! 
- Wiem. Ale czy nie zdajesz sobie sprawy, że Gordon 
Whitfield jest okropnym megalomanem? 
- On chce uchodzić za wspaniałego i ważnego 
człowieka. To wynika ze zwykłego kompleksu 
niższości! 
- Możliwe, że właśnie to jest źródłem całego 
nieszczęścia. Sam już nie wiem. Ale zastanów się 
tylko przez chwilę, Bridget. Pamiętasz, jakich 
szyderczych zwrotów sama wobec niego używałaś... 
obraza majestatu i tak dalej. Czy nie rozumiesz, że 
jego egocentryzm przekracza wszelkie granice? A w 
dodatku to maniak religijny! Moja droga, on jest 
kompletnie obłąkany! 
Bridget zastanawiała się przez chwilę. 
- Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Jakie masz na to 
dowody, Luke? 
- No cóż, świadczą o tym jego własne słowa. 
Przedwczoraj wieczorem oświadczył mi jasno i 
wyraźnie, że każdy, kto mu się w jakikolwiek sposób 
sprzeciwi, zawsze umiera. 
- Mów dalej. 
- Nie potrafię ci tego dokładnie wyjaśnić, ale chodzi 
mi o sposób, w jaki o tym mówił. Był spokojny, 

background image

zadowolony z siebie i... jakby to ująć... uważał to za 
zupełnie normalne! Siedział w fotelu i uśmiechał się 
do siebie... To było niesamowite i dość przerażające, 
Bridget! 
- Mów dalej. 
- No cóż, potem zaczął wyliczać osoby, które zeszły z 
tego świata, ponieważ ściągnęły na siebie jego gniew! 
Posłuchaj, Bridget, on wymienił panią Horton, Amy 
Gibbs, Tommy'ego Pierce'a, Harry'ego Cartera, 
doktora Humbleby'ego i tego szofera, Riversa. 
Bridget pobladła, najwyraźniej wstrząśnięta jego 
słowami. 
- Czy wymienił właśnie te osoby? 
- Tak. Właśnie te osoby! Czy teraz mi wierzysz? 
- Mój Boże, chyba mnie przekonałeś... Jakie miał 
motywy? 
- Bardzo trywialne... i to właśnie jest takie 
przerażające. Pani Horton zrobiła mu afront, 
Tommy Pierce naśladował go na oczach 
rozbawionych ogrodników, Harry Carter obrzucił 
obelgami, Amy Gibbs zachowała się wobec niego 
arogancko, Humbleby miał czelność publicznie 
zakwestionować jego zdanie, Rivers groził mu w 
mojej obecności, a panna Waynflete... 
Bridget ukryła twarz w dłoniach. 
- To straszne... Okropne... -wymamrotała. 
- Wiem. Istnieją jeszcze pewne dodatkowe dowody. 
Samochodem, który przejechał w Londynie pannę 
Pinkerton, był rolls royce o takich samych numerach 

background image

rejestracyjnych, jakie ma samochód lorda 
Whitfielda. 
- To zdecydowanie przesądza sprawę - powiedziała 
Bridget powoli. 
- Tak. W Scotland Yardzie uważają, że kobieta, 
która przekazała im ten numer, popełniła błąd. Ale 
ona się nie pomyliła! 
- Mogę to zrozumieć - przyznała Bridget. - Kiedy w 
grę wchodzi taki zamożny i wpływowy człowiek jak 
lord Whitfield, muszą, oczywiście, uwierzyć w jego 
wersję wydarzeń! 
- Owszem. Relację panny Pinkerton uznaliby za 
niewiarygodną. 
- Parę razy powiedziała mi dość dziwne rzeczy - 
powiedziała Bridget w zamyśleniu. - Jakby mnie 
przed czymś ostrzegała... Wtedy nie rozumiałam, do 
czego ona zmierza... Teraz już wiem! 
- Wszystko się zgadza - stwierdził Luke. - Tak 
zawsze bywa. Początkowo mówi się, tak jak ty 
powiedziałaś: "Niemożliwe!", a potem, kiedy już 
pogodzisz się z tą myślą, wszystko zaczyna do siebie 
pasować! Winogrona, które lord Whitfield posłał 
pani Horton, a ona podejrzewała, że trują ją 
pielęgniarki! Wizyta w Instytucie Wellermana 
Kreutza... musiał zdobyć jakieś bakterie, którymi 
zainfekował ranę doktora Humbleby'ego. 
- Nie rozumiem, jak zdołał tego dokonać. 
- Ja również, ale istnieje związek między tymi 
wydarzeniami. Nie da się temu zaprzeczyć. 

background image

- Nie... Jak twierdzisz, te elementy do siebie pasują. 
Oczywiście, mógł robić rzeczy, na które nie 
odważyliby się inni ludzie! Chodzi mi o to, że był 
poza wszelkimi podejrzeniami! 
- Myślę, że podejrzewała go panna Waynflete. 
Wspomniała o jego wizycie w instytucie. 
Napomknęła o tym mimochodem, mając 
najprawdopodobniej nadzieję, że wyciągnę z tego 
właściwy wniosek. 
- Więc wiedziała o tym od samego początku? 
- Żywiła bardzo silne podejrzenia. Powstrzymywało 
ją chyba to, że była w nim kiedyś zakochana. 
Bridget kiwnęła głową. 
- Tak, to wiele tłumaczy. Gordon mówił mi, że kiedyś 
byli zaręczeni. 
- Po prostu nie chciała uwierzyć, że to może być on. 
Ale coraz bardziej utwierdzała się w tym 
przekonaniu. Próbowała dawać mi to do 
zrozumienia, ale nie mogła wystąpić przeciwko 
niemu otwarcie! Kobiety to dziwne istoty! Myślę, że 
w jakiś sposób nadal jej na nim zależy... 
- Mimo że ją porzucił? 
- To ona porzuciła jego. To dość nieprzyjemna 
historia. Opowiem ci ją. 
Luke zrelacjonował jej ten przykry epizod. Bridget 
patrzyła na niego zdumiona. 
- Powiedziała ci, że Gordon tak postąpił? 
- Owszem. Już wtedy nie mógł być całkiem 
normalny! 

background image

- Już wtedy... - wyjąkała Bridget, drżąc na całym 
ciele. - Tyle lat temu... 
- Może nigdy nie dowiemy się o innych jego ofiarach! 
Dopiero ta seria zgonów, do których doszło w 
krótkich odstępach czasu, ściągnęła na niego uwagę! 
Może był tak upojony powodzeniem, że stał się 
nieostrożny! 
Bridget pokiwała głową. Przez parę minut 
rozmyślała w milczeniu, a potem spytała 
niespodziewanie: 
- Powtórz mi dokładnie słowa panny Pinkerton... co 
mówiła wtedy w pociągu? Od czego zaczęła? 
Luke cofnął się myślami do tej rozmowy. 
- Powiedziała, że jedzie do Scotland Yardu, 
wspominała o waszym posterunkowym, którego 
uważała za miłego człowieka, ale nie nadającego się 
do prowadzenia śledztwa w sprawie o morderstwo. 
- Czy wtedy użyła tego słowa po raz pierwszy? 
- Tak. 
- Mów dalej. 
- Następnie powiedziała: "Widzę, że jest pan 
zaskoczony. Początkowo też byłam zaskoczona. Po 
prostu nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że 
fantazjuję". 
- Co mówiła potem? 
- Spytałem, czy jest absolutnie przekonana, że 
istotnie nie fantazjuje, a ona odparła spokojnie: 
"Och, nie! Mogło tak się zdarzyć za pierwszym 
razem, ale nie za drugim, trzecim czy czwartym. 
Potem już się wie". 

background image

- Zdumiewające - skomentowała Bridget. 
- Pocieszyłem ją mówiąc, że podjęła słuszną decyzję, 
ale jej nie uwierzyłem! 
- Rozumiem. Łatwo być mądrym po fakcie! Ja też 
traktowałam tę biedaczkę ze współczuciem i 
wyższością! Jak dalej potoczyła się wasza rozmowa? 
- Niech pomyślę... aha! wspomniała o sprawie 
Abercrombiego... wiesz, tego truciciela z Walii. Nie 
wierzyła, że patrzył na swoje przyszłe ofiary w jakiś 
szczególny sposób. Ale dodała, że teraz już wierzy, 
bo widziała coś takiego na własne oczy. 
- Powtórz mi dokładnie jej słowa. Luke zastanawiał 
się, marszcząc brwi. 
- Powiedziała tym swoim miłym głosem: "Kiedy o 
tym czytałam, nie wierzyłam... ale to prawda!" 
Wtedy spytałem: "Co takiego?" A ona odparła: 
"Ten szczególny błysk w oczach..." Na Boga, 
Bridget, sposób, w jaki to powiedziała, absolutnie 
mną wstrząsnął! Jej spokojny głos i wyraz twarzy... 
wyglądała jak ktoś, kto naprawdę widział coś zbyt 
przerażającego, by to wyrazić słowami! 
- Mów dalej, Luke. Opowiedz mi wszystko. 
- Potem wyliczyła ofiary... Amy Gibbs, Cartera i 
Tommy'ego Pierce'a. Wspomniała, że Tommy był 
nieznośnym szczeniakiem, a Carter pijakiem. 
Później dodała: "A teraz... wczoraj... spotkało to 
doktora Humbleby'ego, który jest takim dobrym i 
poczciwym człowiekiem". Następnie stwierdziła, że 
gdyby powiedziała o tym doktorowi Humbleby'emu, 
to z pewnością by jej nie uwierzył i wyśmiałby ją. 

background image

Bridget głęboko westchnęła. 
- Rozumiem - mruknęła. - Teraz to do mnie dotarło. 
- Co, Bridget? - spytał Luke, przyglądając jej się 
uważnie. - O czym myślisz? 
- O czymś, co kiedyś powiedziała mi pani Humbleby. 
Zastanawiałam się... och, mniejsza o to, mów dalej. 
Jak zakończyła się ta rozmowa? 
Luke przytoczył dokładnie słowa panny Pinkerton, 
które wywarły na nim tak duże wrażenie, że nie mógł 
ich zapomnieć. 
- Na mój argument, że chyba trudno jest popełnić 
bezkarnie tak wiele zbrodni, odparła: "Ależ nie, mój 
drogi, tu pan się myli. Bardzo łatwo jest zabić 
człowieka... pod warunkiem, że nikt pana o to nie 
podejrzewa. A ten morderca jest ostatnią osobą, 
którą ktokolwiek mógłby podejrzewać!" 
Zamilkł. 
- Łatwo jest zabić człowieka? - powtórzyła Bridget 
drżącym głosem. - Przerażająco łatwo... to prawda! 
Nic dziwnego, że te słowa zapadły ci tak głęboko w 
pamięć, Luke. Ja będę je pamiętać do końca życia! 
Człowiek taki jak Gordon Whitfield... och! 
Oczywiście, że to łatwe. 
- Ale nie tak łatwo będzie mu to udowodnić - 
zauważył Luke. 
- Tak sądzisz? Wydaje mi się, że mogę w tym pomóc. 
- Bridget, zabraniam ci... 
- Nie możesz. Nie wolno siedzieć z założonymi 
rękami i grać na zwłokę. Jestem w to zamieszana, 

background image

Luke. Przyznaję, że to trochę niebezpieczne zadanie, 
ale muszę do końca odegrać swoją rolę. 
- Bridget... 
- Wplątałam się w tę historię, Luke! Przyjmę więc 
zaproszenie panny Waynflete i zostanę w 
Wychwood. 
- Kochanie, błagam cię... 
- Doskonale zdaję sobie sprawę, że to jest 
niebezpieczne dla nas obojga. Ale tkwimy w tym, 
Luke... tkwimy w tym oboje! 
 
XXI 
OCH, DLACZEGO SPACERUJESZ PO POLACH 
W RĘKAWICZKACH? 
 
Zaciszne wnętrze domu panny Waynflete podziałało 
na nich kojąco po chwilach napięcia, które przeżyli 
w samochodzie. 
Panna Waynflete była trochę zdziwiona, że Bridget 
chce mimo wszystko u niej zostać, ale szybko 
zapewniła, że w pełni podtrzymuje zaproszenie. 
- Skoro jest pani tak uprzejma, panno Waynflete - 
powiedział Luke - uważam to rozwiązanie za 
najlepsze. - Ja zatrzymałem się w gospodzie Pod 
Błazeńską Czapką, będę więc miał ją na oku. Bądź 
co bądź, nie należy zapominać o tym, co się 
wydarzyło w Londynie. 
- Ma pan na myśli Lavinię Pinkerton? - spytała 
panna Waynflete. 

background image

- Tak. Można by przypuszczać, że w centrum 
wielkiego miasta człowiek jest zupełnie bezpieczny. 
- Chodzi panu o to - zaczęła panna Waynflete - że 
bezpieczeństwo człowieka zależy przede wszystkim 
od tego, czy ktoś nie dybie na jego życie? 
- No, właśnie. Dożyliśmy takich czasów. 
Panna Waynflete z zadumą pokiwała głową. 
- Od jak dawna pani wie, że Gordon jest mordercą, 
panno Waynflete? - spytała Bridget. 
Panna Waynflete westchnęła. 
- To trudne pytanie, moja droga. Myślę, że w głębi 
duszy byłam zupełnie pewna już od dłuższego 
czasu... Ale robiłam, co mogłam, żeby o tym nie 
myśleć! Nie chciałam w to uwierzyć, więc udawałam 
sama przed sobą, że moje podejrzenia są nikczemne i 
absurdalne. 
- Czy nigdy nie obawiała się pani o... własne życie? - 
spytał Luke. 
Panna Waynflete przez chwilę rozważała w myślach 
jego pytanie. 
- Czy chodzi panu o to, że gdyby Gordon wyczuł, iż 
zaczęłam coś podejrzewać, znalazłby jakiś sposób, by 
się mnie pozbyć? 
- Tak. 
- Oczywiście, brałam pod uwagę taką ewentualność... 
- wyznała panna Waynflete spokojnie. - Starałam się 
zachować ostrożność. Nie sądzę jednak, żeby Gordon 
mógł dostrzec we mnie prawdziwe zagrożenie. 
- Dlaczego? 
Panna Waynflete lekko się zarumieniła. 

background image

- Nie przypuszczam, by Gordonowi przyszło 
kiedykolwiek na myśl, że mogłabym... ściągnąć na 
niego jakiekolwiek niebezpieczeństwo. 
- Czy posunęła się pani do tego, żeby go ostrzec? - 
spytał Luke szorstko. 
- Owszem. To znaczy, dałam mu do zrozumienia, iż 
dziwi mnie to, że każdy, kto mu się narazi, niebawem 
ginie w jakimś nieszczęśliwym wypadku. 
- Jak na to zareagował? - spytała Bridget. 
Na twarzy panny Waynflete pojawił się wyraz troski. 
- Nie tak, jak się spodziewałam. Wydawał mi się... to 
naprawdę zadziwiające!... zadowolony... Spytał: 
"Więc zwróciłaś na to uwagę?" I... napuszył się 
dumnie jak paw. 
- To jasne, że jest obłąkany! - zawołał Luke. 
- Tak, istotnie - przyznała skwapliwie panna 
Waynflete. - Po prostu nie ma innego 
wytłumaczenia. Nie odpowiada za swoje czyny. - 
Położyła dłoń na ramieniu Luke'a. - Nie powieszą go, 
prawda, panie Fitzwilliam? 
- Nie, nie. Przypuszczam, że poślą go do zakładu dla 
umysłowo chorych w Broadmoor. 
Panna Waynflete westchnęła z ulgą i wygodniej 
usiadła w fotelu. 
- Bardzo mnie to cieszy. - Jej wzrok spoczął na 
Bridget, która wpatrywała się w dywan, z zadumą 
marszcząc brwi. 
- Ale mamy przed sobą jeszcze długą drogę - 
powiedział Luke. -Zawiadomiłem już odpowiednie 
władze i mogę powiedzieć tylko tyle, że Scotland 

background image

Yard potraktuje tę sprawę poważnie. Musicie sobie 
jednak uprzytomnić, że nie mamy wystarczających 
dowodów. 
- Zdobędziemy je - oznajmiła Bridget. 
Panna Waynflete podniosła na nią wzrok. Luke 
dostrzegł w jej oczach błysk, który przypominał mu 
kogoś lub coś, co niedawno widział. Wytężył pamięć, 
ale nie udało mu się tego z niczym skojarzyć. 
- Jesteś bardzo pewna siebie, moja droga - 
powiedziała panna Waynflete z powątpiewaniem. - 
No cóż, być może masz rację. 
- Posłuchaj, Bridget, pojadę teraz do rezydencji po 
twoje rzeczy - rzekł Luke. 
- Jadę z tobą - odparła spiesznie Bridget. 
- Wolałbym, żebyś została tutaj. 
- Ale ja wolę pojechać. 
- Przestań odgrywać wobec mnie rolę troskliwej 
matki, Bridget! - warknął Luke ze złością. - Nie 
życzę sobie, żebyś mnie ochraniała. 
- Uważam, Bridget, że wszystko będzie dobrze... 
przecież pojedzie samochodem, a w dodatku jest 
biały dzień - powiedziała półgłosem panna 
Waynflete. 
- Czuję się jak idiotka. Ta historia działa mi na 
nerwy - wyszeptała Bridget, uśmiechając się z 
zażenowaniem. 
- Któregoś wieczora panna Waynflete odprowadziła 
mnie aż do samego domu - przypomniał sobie Luke. 
- No, panno Waynflete, niech się pani przyzna, że 
chciała pani mnie chronić! Tak było, prawda? 

background image

Panna Waynflete potwierdziła jego sugestię 
uśmiechem. 
- No cóż, panie Fitzwilliam, pan jeszcze niczego nie 
podejrzewał! Groziło panu niebezpieczeństwo, 
ponieważ Gordon mógł już się zorientować, że 
przyjechał pan tutaj jedynie po to, by zbadać tę 
sprawę. A na tej odludnej dróżce mogło się panu coś 
przytrafić! 
- No dobrze, ale teraz zdaję już sobie sprawę z 
niebezpieczeństwa - oświadczył Luke posępnie. - 
Zapewniam panią, że nie dam się zaskoczyć. 
- Niech pan nie zapomina, że on jest niezwykle 
przebiegły. - Znacznie sprytniejszy, niż się panu 
zdaje! To bardzo pomysłowy człowiek. 
- Dziękuję, że mnie pani ostrzegła. 
- Mężczyźni są odważni - westchnęła panna 
Waynflete - ale znacznie łatwiej ich oszukać niż 
kobiety. 
- To prawda - przyznała Bridget. 
- Panno Waynflete, czy istotnie uważa pani, że coś mi 
zagraża? Czy sądzi pani, że lord Whitfield naprawdę 
dybie na moje życie? 
- Myślę - odparła panna Waynflete po chwili 
wahania - że niebezpieczeństwo grozi przede 
wszystkim Bridget. To ona zerwała zaręczyny, a to 
jest dla niego największą zniewagą! Przypuszczam, 
że dopiero kiedy rozprawi się z Bridget, skieruje 
uwagę na pana. Ale bez wątpienia do niej zabierze 
się w pierwszej kolejności. 

background image

- Bardzo bym chciał, Bridget, żebyś wyjechała za 
granicę... i to teraz... natychmiast. 
Bridget mocno zacisnęła usta. 
- Nie pojadę. 
Panna Waynflete westchnęła. 
- Jesteś odważną kobietą, Bridget. Podziwiam cię. 
- Na moim miejscu postąpiłaby pani tak samo. 
- No cóż, niewykluczone. 
- Oboje w tym tkwimy, Luke i ja - oznajmiła Bridget 
stanowczo. Odprowadziła Luke'a do drzwi. 
- Zatelefonuję do ciebie z gospody, kiedy już 
bezpiecznie wydostanę się z jaskini tego lwa - 
powiedział Luke. 
- Dobrze. 
- Kochanie, nie denerwuj się! Nawet najdoskonalsi 
mordercy muszą mieć czas na gruntowne 
przemyślenie swoich planów! Wydaje mi się, że 
przez parę dni nic nam nie grozi. Dzisiaj przyjeżdża 
z Londynu inspektor Battle. Kiedy tylko tutaj się 
zjawi, Whitfield będzie pod obserwacją. 
- Zatem skoro wszystko jest pod kontrolą, możemy 
zakończyć ten melodramat. 
- Bridget, kochanie, proszę cię, nie rób żadnych 
nierozważnych kroków! - powiedział Luke poważnie, 
kładąc jej dłoń na ramieniu. 
- Ciebie też to dotyczy, mój drogi. 
Uścisnął jej ramię, a potem wskoczył do samochodu i 
odjechał. Bridget wróciła do salonu. 
- Moja droga, twój pokój nie jest jeszcze całkiem 
gotowy - rzekła panna Waynflete z typowym dla 

background image

starych panien zdenerwowaniem takim drobiazgiem. 
- Emily właśnie sprawdza, czy czegoś nie brakuje. 
Wiesz co? Przygotuję ci filiżankę pysznej herbaty! 
Dobrze ci zrobi po tych burzliwych wydarzeniach. 
- To bardzo uprzejme z pani strony, panno 
Waynflete, ale dziękuję. 
Bridget miała ochotę na mocny koktajl z dużą ilością 
ginu, ale doszła do słusznego wniosku, że nie należy 
liczyć na ten rodzaj pokrzepiającego napoju. Nie 
znosiła herbaty, ponieważ zazwyczaj cierpiała po 
niej na niestrawność. Jednakże panna Waynflete 
zdecydowała, że herbata jest właśnie tym, czego 
najbardziej potrzebuje jej młody gość. Wybiegła do 
kuchni, a po pięciu minutach wróciła z tacą, na 
której stały dwie delikatnie zdobione filiżanki z 
drezdeńskiej porcelany, wypełnione aromatycznym, 
parującym napojem. 
- Oryginalny Lapsang Souchong - oznajmiła z dumą. 
Bridget, która nie lubiła chińskiej herbaty jeszcze 
bardziej niż indyjskiej, uśmiechnęła się blado. 
W tym momencie w drzwiach pojawiła się Emily, 
niewyrośnięta i niezdarna pokojówka panny 
Waynflete. 
- Proszę pani - powiedziała - czy miała pani na myśli 
te poszewki z falbankami? 
Panna Waynflete pospiesznie wyszła z pokoju, a 
Bridget skorzystała z okazji i wylała swoją herbatę 
za okno. Omal nie poparzyła przy tym wrzątkiem 
kocura, który wylegiwał się na grządce. 

background image

Puszek, przyjąwszy łaskawie jej przeprosiny, 
wskoczył na parapet, a potem wdrapał się jej na 
ramiona i zaczął czule mruczeć. 
- Jesteś bardzo piękny! - powiedziała Bridget, 
głaszcząc go po grzbiecie. 
Puszek wygiął grzbiet w łuk, mrucząc ze zdwojoną 
energią. 
- Dobry kotek - szepnęła Bridget, drapiąc go za 
uszami. 
- Mój Boże - zawołała panna Waynflete, wchodząc 
do pokoju. - Puszek najwyraźniej cię polubił. Z 
reguły zachowuje się z rezerwą! Tylko uważaj na 
jego uszko. Ostatnio bardzo go bolało i nadal mu 
dokucza. 
Ale było już za późno. Bridget pociągnęła go 
niechcący za chore ucho. Kocur prychnął na nią i 
odszedł majestatycznym krokiem, jakby 
demonstrując swą urażoną godność. 
- Och, mój Boże, czy cię podrapał? - zawołała panna 
Waynflete. 
- To nic poważnego - odparła Bridget, ssąc ukośne 
zadraśnięcie na grzbiecie dłoni. 
- Może przemyć ci rankę jodyną? 
- Och, nie trzeba, wszystko w porządku. Nie warto 
zawracać sobie tym głowy. 
Panna Waynflete wydawała się zawiedziona. 
Bridget, czując, że zachowała się niezbyt uprzejmie, 
spytała pospiesznie: 
- Ciekawe, jak długo Luke tam będzie? 

background image

- Nie martw się, kochanie. Jestem pewna, że pan 
Fitzwilliam potrafi o siebie zadbać. 
- Och, Luke jest bardzo twardym mężczyzną! 
W tym momencie zadzwonił telefon. Bridget szybko 
do niego podeszła. Usłyszała w słuchawce głos 
Luke'a. 
- Halo? To ty, Bridget? Jestem już w gospodzie. Czy 
mogę przywieźć twoje rzeczy po lunchu? Pojawił się 
tu Battle... wiesz, o kim mówię...? 
- Ten inspektor ze Scotland Yardu? 
- Tak. Chce natychmiast ze mną porozmawiać. 
- W porządku. Kiedy przywieziesz moje bagaże, 
opowiesz mi, co on o tym wszystkim sądzi. 
- Dobrze. Tymczasem, kochanie. 
- Do zobaczenia. 
Bridget odłożyła słuchawkę i powtórzyła pannie 
Waynflete treść rozmowy. Potem szeroko ziewnęła. 
Po pełnym wyczerpujących emocji poranku ogarnęło 
ją nagłe znużenie. 
Panna Waynflete zwróciła na to uwagę. 
- Widzę, że jesteś zmęczona, moja droga! Może się 
położysz... nie, lepiej nie robić tego tuż przed 
lunchem. Wybieram się teraz do pewnej kobiety, by 
zanieść jej trochę starych ubrań. Mieszka w chatce 
niedaleko stąd... to bardzo przyjemny spacer przez 
pola. Czy miałabyś ochotę dotrzymać mi 
towarzystwa? Zdążymy wrócić na lunch. 
Bridget chętnie się zgodziła. 

background image

Wyszły z domu tylnymi drzwiami. Panna Waynflete 
miała na głowie słomkowy kapelusz i, ku 
rozbawieniu Bridget, włożyła rękawiczki. 
Można by pomyśleć, że wybieramy się na Bond 
Street! - myślała. 
Po drodze panna Waynflete gawędziła wesoło o 
rozmaitych sprawach związanych z życiem w 
małym, prowincjonalnym miasteczku. Przeszły przez 
pola, przecięły wyboisty gościniec, a potem skręciły 
na ścieżkę wiodącą przez zapuszczony zagajnik. 
Dzień był dość upalny, więc spacer w cieniu drzew 
sprawił Bridget przyjemność. 
Panna Waynflete zaproponowała, żeby usiadły i 
chwilę odpoczęły. 
- Ten dzisiejszy upał jest naprawdę uciążliwy, nie 
sądzisz? Chyba nadciąga burza! 
Bridget sennym głosem przyznała jej słuszność. 
Leżała na plecach z na wpół przymkniętymi oczami, 
a po jej głowie błąkały się słowa wiersza. 
 
Och, dlaczego spacerujesz po polach w 
rękawiczkach, 
Och, gruba blond kobieto, której nikt nie kocha? 
 
To do niej nie pasuje! Przecież panna Waynflete 
wcale nie jest gruba - pomyślała Bridget, a potem 
wniosła do wiersza odpowiednie poprawki. 
 
Och, dlaczego spacerujesz po polach w 
rękawiczkach, 

background image

Och, chuda, siwa kobieto, której nikt nie kocha? 
 
- Jesteś bardzo senna, kochanie, prawda? - spytała 
panna Waynflete, przerywając jej rozmyślania. 
Wypowiedziała te słowa swoim zwykłym, łagodnym 
tonem, ale było w nim coś, co sprawiło, że Bridget 
nagle otworzyła oczy. Panna Waynflete pochylała się 
nad nią. 
- Jesteś bardzo senna, prawda? - spytała znowu, 
oblizując wargi i patrząc na nią przejmującym 
wzrokiem. 
Tym razem Bridget pojęła znaczenie jej słów. Kiedy 
nagle dotarło to do jej świadomości, poczuła głęboką 
pogardę dla własnej tępoty! 
Podejrzewała prawdę, ale było to tylko mgliste 
podejrzenie. Zamierzała sprawdzić jego słuszność 
spokojnie i dyskretnie. Ani przez moment nie 
przeczuwała, że może grozić jej jakieś 
niebezpieczeństwo. Wydawało jej się, że doskonale 
maskuje swe podejrzenia. Nie przyszło jej nawet do 
głowy, że atak może nastąpić tak szybko. 
Zrozumiała, że zachowała się jak skończona idiotka! 
- Herbata... - pomyślała. - Na pewno coś w niej było. 
Ona nie wie, że jej nie wypiłam. To moja jedyna 
szansa! Muszę udawać! Ciekawe, co to było za 
paskudztwo. Trucizna? Czy tylko środek nasenny? 
Ona myśli, że jestem śpiąca... to oczywiste. 
Ponownie zamknęła oczy. 

background image

- Tak... okropnie... - odparła, mając nadzieję, że jej 
głos zabrzmi naprawdę sennie. - To dziwne! Nie 
pamiętam, żebym kiedykolwiek była taka śpiąca. 
Panna Waynflete lekko kiwnęła głową. 
Bridget obserwowała ją spod przymrużonych 
powiek. 
Tak czy owak - pomyślała - nie może się ze mną 
mierzyć! Jestem silną młodą kobietą, a ona tylko 
chudą słabą staruszką. Ale muszę nakłonić ją do 
mówienia... sprowokować do zwierzeń! 
Twarz panny Waynflete wykrzywił chytry, niemal 
nieludzki uśmiech. 
Ona przypomina kozę - pomyślała Bridget. O Boże! 
Jakże ona jest podobna do kozy! To zwierzę zawsze 
było symbolem zła! Teraz już rozumiem, dlaczego! 
Miałam rację... moje fantastyczne podejrzenia 
okazały się słuszne! Nawet w piekle nie ma większego 
zła niż we wzgardzonej kobiecie... Od tego się 
wszystko zaczęło... 
- Nie wiem, co się ze mną dzieje... - powiedziała 
cicho. Tym razem w jej głosie zabrzmiała wyraźna 
nutka lęku. - Czuję się bardzo dziwnie... Okropnie 
kręci mi się w głowie! 
Panna Waynflete rozejrzała się nerwowo. 
Znajdowały się na zupełnym odludziu. Miasteczko 
leżało zbyt daleko, by ktoś mógł usłyszeć krzyki. W 
pobliżu nie było żadnych domów ani willi. Zaczęła 
grzebać w swojej paczce, która rzekomo zawierała 
starą odzież. Kiedy rozdarła papier, Bridget 
dostrzegła kątem oka jakąś wełnianą część 

background image

garderoby. Panna Waynflete znów sięgnęła do 
zawiniątka dłońmi w rękawiczkach. 
 
Och, dlaczego spacerujesz po polach w 
rękawiczkach? 
 
No właśnie... dlaczego? - pomyślała Bridget. 
Dlaczego w rękawiczkach? Ależ to jasne jak słońce! 
Wszystko świetnie zaplanowała! 
Panna Waynflete ostrożnie wyciągnęła z zawiniątka 
nóż, uważając, by nie zetrzeć z niego śladów, które 
zostawił lord Whitfield, kiedy tego ranka bawił się 
nim w swym salonie w Ashe Manor. 
Mauretański nóż ze spiczastym ostrzem. 
Bridget poczuła, że robi jej się słabo. Postanowiła 
grać na zwłokę... zmusić tę kobietę do zwierzeń... 
chudą, siwą kobietę, której nikt nie kochał. Doszła 
do wniosku, że nie powinno to być zbyt trudne, 
ponieważ panna Waynflete z pewnością odczuwa 
nieprzepartą potrzebę mówienia, a jedyną osobą, z 
którą może porozmawiać, jest ktoś taki jak Bridget... 
ktoś, kto ma niebawem na zawsze zamilknąć. 
- Co to za... nóż? - spytała omdlewającym głosem. 
Panna Waynflete wybuchnęła przerażającym, 
stłumionym, niemal nieludzkim śmiechem. 
- Jest przeznaczony dla ciebie, Bridget - powiedziała. 
- Dla ciebie! Od dawna cię nienawidziłam. 
- Dlatego że miałam wyjść za Gordona Whitfielda? - 
spytała Bridget. 
Panna Waynflete kiwnęła głową. 

background image

- Jesteś bardzo bystra! Twoja śmierć będzie 
koronnym dowodem przeciwko niemu. Znajdą twoje 
zwłoki z poderżniętym gardłem i nóż z odciskami 
jego palców! Dlatego właśnie poprosiłam dziś rano, 
żeby mi go pokazał! Kiedy byliście na górze, 
zawinęłam nóż w chusteczkę do nosa i schowałam do 
torebki. To takie proste! Prawdę mówiąc, wszystko 
poszło mi gładko. Wprost nie mogłam w to uwierzyć. 
- To dlatego że... jest pani... tak bardzo przebiegła... - 
wyjąkała Bridget stłumionym głosem osoby 
oszołomionej środkiem nasennym. 
Panna Waynflete znów wybuchnęła przerażającym 
śmiechem. 
- Tak, już w młodości odznaczałam się nieprzeciętną 
inteligencją! -oświadczyła z zatrważającą dumą w 
głosie. - Ale nie pozwalano mi nic robić... Musiałam 
bezczynnie siedzieć w domu. Potem pojawił się w 
moim życiu Gordon, syn prostego szewca, ale 
wiedziałam, że to chłopak z aspiracjami. Nie miałam 
wątpliwości, że daleko zajdzie. A on mnie porzucił... 
mnie! Wszystko przez tę idiotyczną historię z 
kanarkiem. 
Wykonała w powietrzu dziwny, gwałtowny ruch. 
Bridget znów poczuła, że robi jej się niedobrze. 
- Gordon Ragg ośmielił się porzucić mnie, córkę 
pułkownika Waynflete'a! Poprzysięgłam mu zemstę! 
Myślałam o tym co noc... Potem mojej rodzinie 
zaczęło się powodzić coraz gorzej. Trzeba było 
sprzedać dom. A on go kupił! Poniżył mnie, 
proponując posadę w moim dawnym rodzinnym 

background image

domu. Jakże ja go wtedy nienawidziłam! Ale nigdy 
nie okazywałam swoich uczuć. Nauczono nas tego w 
młodości... to niezwykle cenna umiejętność. Uważam, 
że dobre wychowanie robi swoje. 
Milczała przez dłuższą chwilę. Bridget uważnie na 
nią patrzyła, bojąc się oddychać, żeby nie przerwać 
potoku jej słów. 
- Przez cały czas rozmyślałam... - ciągnęła panna 
Waynflete. - Początkowo chciałam go po prostu 
zabić. Znalazłam w bibliotece książki z zakresu 
kryminologii. Ta lektura później nieraz mi się 
przydała. Na przykład, drzwi do pokoju Amy 
Gibbs... kiedy już zamieniłam buteleczki przy jej 
łóżku, przekręciłam klucz w zamku od zewnątrz za 
pomocą obcążków. Jakże ta dziewczyna obrzydliwie 
chrapała!... Zaraz, zaraz... na czym skończyłam? - 
powiedziała po chwili przerwy. 
Bridget miała pewien niezwykły dar, który tak 
oczarował lorda Whitfielda; była bardzo 
wdzięcznym słuchaczem. Honoria Waynflete jest nie 
tylko maniakalną morderczynią, lecz również osobą 
pragnącą mówić o sobie. A ona potrafiła sobie radzić 
z tego rodzaju ludźmi. Powiedziała więc 
zachęcająco: 
- Że początkowo chciała pani go zabić... 
- Tak, ale ta koncepcja mnie nie zadowalała... była 
zbyt prostacka... chciałam wymyślić coś lepszego niż 
zwykłe morderstwo. I wtedy wpadłam na ten 
pomysł. Po prostu przyszedł mi on niespodziewanie 
do głowy. Uznałam, że Gordon musi ponieść 

background image

konsekwencje wielu zbrodni, których nie popełni. Że 
oskarżą go, a potem powieszą za moje morderstwa! 
Ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby uznano go za 
szaleńca i zamknięto w zakładzie dla obłąkanych na 
całe życie... 
Zaczęła przeraźliwie chichotać. Miała nienaturalnie 
rozszerzone źrenice. 
- Jak ci mówiłam, przeczytałam wiele książek z 
zakresu kryminologii. Starannie wybierałam swoje 
ofiary. Początkowo moje morderstwa nie wzbudzały 
niczyich podejrzeń. Wiesz - zniżyła głos - zabijanie 
sprawiało mi przyjemność... Ta niesympatyczna 
kobieta, Lydia Horton, lekceważyła mnie... pewnego 
razu powiedziała o mnie: "Ta stara panna". 
Ucieszyła mnie wiadomość, że Gordon się z nią 
pokłócił. Pomyślałam, że mogę upiec dwie pieczenie 
przy jednym ogniu! Zabawnie było siedzieć przy 
łóżku chorej i ukradkiem wsypywać arszenik do jej 
herbaty, a potem, po wyjściu z pokoju, mówić 
pielęgniarce, że pani Horton narzekała na gorzki 
smak winogron, które dostała od lorda Whitfielda! 
Wielka szkoda, że ta głupia kobieta nigdy nikomu 
tego nie powtórzyła. Potem przyszła kolej na innych! 
Kiedy tylko usłyszałam, że Gordon żywi do kogoś 
urazę, natychmiast aranżowałam jakiś nieszczęśliwy 
wypadek! Cóż z niego za niewiarygodny głupiec! 
Wmówiłam mu, że ma w sobie coś wyjątkowego! Że 
każdy, kto wystąpi przeciwko niemu, ponosi 
zasłużoną karę. Z łatwością w to uwierzył. Biedny, 

background image

kochany Gordon, uwierzyłby we wszystko. Jest taki 
naiwny! 
Bridget przypomniała sobie swoje własne pełne 
ironii słowa, które wypowiedziała w obecności 
Luke'a: "Gordon! On uwierzyłby we wszystko!" 
Czuła, że musi nakłonić pannę Waynflete do 
dalszych zwierzeń. A to nie było trudne! Będąc przez 
wiele lat sekretarką, łagodnie zachęcała swoich 
pracodawców do osobistych wynurzeń. A ta kobieta 
odczuwała nieprzepartą potrzebę mówienia o sobie i 
chełpienia się swoją inteligencją. 
- Ale jak to się pani udało? - spytała półgłosem. - Nie 
potrafię tego zrozumieć. 
- Och, to było bardzo proste! To sprawa organizacji! 
Kiedy Amy została odprawiona z rezydencji, 
natychmiast zatrudniłam ją u siebie. Pomysł z farbą 
do kapeluszy uważam za niezwykle sprytny, a drzwi 
zamknięte na klucz od wewnątrz zapewniły mi 
bezpieczeństwo. Oczywiście, niczego nie 
ryzykowałam, bo nie miałam żadnego motywu, a bez 
tego nie można nikogo podejrzewać o morderstwo. Z 
Carterem też poszło łatwo... zataczał się we mgle, a 
ja dogoniłam go na kładce i mocno popchnęłam. 
Jestem bardzo silna. 
Przerwała i znów przerażająco zachichotała. 
- Cala ta historia była świetną zabawą! Nigdy nie 
zapomnę wyrazu twarzy Tommy'ego w chwili, gdy 
spychałam go z parapetu. Nie miał najmniejszego 
pojęcia, że... - Pochyliła się nad Bridget i powiedziała 
cicho, jakby powierzając jej swoją największą 

background image

tajemnicę: -Wiesz, ludzie są naprawdę strasznie 
głupi. Nigdy przedtem nie zdawałam sobie z tego 
sprawy. 
- Za to pani jest... wyjątkowo inteligentną kobietą - 
oznajmiła Bridget bardzo słabym głosem. 
- Tak, istotnie... chyba masz rację. 
- A doktor Humbleby... Jego przypadek musiał być 
znacznie trudniejszy, prawda? 
- Owszem. To cud, że mi się udało. Oczywiście, 
mogło się nie udać. Ale Gordon trąbił na lewo i 
prawo o swojej wizycie w Instytucie Wellermana 
Kreutza, więc postanowiłam doprowadzić do tego, 
żeby ludzie nie zapomnieli o tej wizycie, a potem 
skojarzyli ją ze śmiercią doktora Humbleby'ego. Z 
chorego ucha Puszka wydzielała się ropa. 
Skaleczyłam doktora w rękę czubkiem nożyczek. 
Potem, udając, że jestem tym strasznie przejęta, 
zaczęłam uporczywie nalegać, żeby pozwolił mi 
przemyć i opatrzyć ranę. Doktor nie zdawał sobie 
sprawy, że opatrunek został wcześniej zainfekowany 
wydzieliną z ucha kota. Oczywiście, mogło nic z tego 
nie wyjść... to było niepewne przedsięwzięcie. Kiedy 
bakterie zrobiły swoje, bardzo się ucieszyłam... 
zwłaszcza że Puszek należał przedtem do Lavinii 
Pinkerton. - Zasępiła się nagle. - Lavinia Pinkerton! 
Ona jedna się domyślała... To ona znalazła wtedy 
Tommy'ego. A potem, kiedy doszło do sprzeczki 
między Gordonem a doktorem Humblebym, 
zobaczyła, jak patrzę na doktora. Dałam się 
zaskoczyć. Zastanawiałam się, jak mam to zrobić... A 

background image

ona zrozumiała! Gdy odwróciłam głowę, 
zauważyłam, że bacznie mnie obserwuje i... 
zdradziłam się. Zdałam sobie sprawę, że ona wie. 
Oczywiście, nie mogła mi niczego udowodnić. Byłam 
tego pewna. Ale mimo wszystko obawiałam się, że 
ktoś może jej uwierzyć. Bałam się, że mogą jej 
uwierzyć w Scotland Yardzie. Byłam przekonana, że 
właśnie tam się wybiera, więc wsiadłam do tego 
samego pociągu, a potem zaczęłam ją śledzić. To 
było bardzo łatwe. Kiedy przechodziła przez 
Whitehall, musiała się zatrzymać na wysepce dla 
pieszych. Stanęłam tuż za nią, ale mnie nie widziała. 
Gdy nadjeżdżał jakiś duży samochód, mocno ją 
popchnęłam. A jestem bardzo silna! Wpadła wprost 
pod koła. Powiedziałam stojącej obok mnie kobiecie, 
że zauważyłam numer rejestracyjny tego 
samochodu, i podałam jej numer rollsa Gordona. 
Miałam nadzieję, że przekaże te dane policji. 
Szczęśliwym trafem samochód się nie zatrzymał. 
Pewnie szofer wybrał się na przejażdżkę bez wiedzy 
swego pracodawcy. Tak, miałam szczęście. Zawsze je 
mam. A ta awantura z Riversem, do której doszło 
przed paru dniami w obecności Luke'a 
Fitzwilliama... Nieźle się ubawiłam, naprowadzając 
go na fałszywy trop! Dziwiło mnie tylko, że tak 
trudno było skierować jego podejrzenia na Gordona. 
Ale po śmierci Riversa musiało do tego dojść. 
Musiało to do niego w końcu dotrzeć! A teraz... no 
cóż, to będzie wspaniałe zakończenie całej sprawy. 
Wstała i podeszła do Bridget. 

background image

- Gordon mnie porzucił! - powiedziała cicho. - 
Zamierzał ożenić się z tobą. Spotkało mnie 
rozczarowanie, które odbiło się na całym moim 
życiu. Nie miałam nic... zupełnie nic... 
 
Och, chuda, siwa kobieto, której nikt nie kocha... 
 
Z obłąkańczym uśmiechem pochyliła się nad 
Bridget... Błysnął nóż... 
Bridget zerwała się na równe nogi. Jak tygrys rzuciła 
się na przeciwniczkę. Pchnęła ją do tyłu i mocno 
zacisnęła dłoń na jej prawym nadgarstku. 
Zaskoczona Honoria Waynflete upadła na plecy, 
zanim zdążyła zadać cios. Ale po chwili zaczęła 
zażarcie walczyć. Zasób ich sił był nieporównywalny. 
Młoda, zdrowa i wysportowana Bridget miała mocne 
mięśnie, a Honoria Waynflete była kobietą szczupłą i 
wątłą. 
Bridget nie wzięła jednak pod uwagę jednej 
okoliczności. Honoria Waynflete była obłąkana. I 
właśnie szaleństwo dodawało jej sił. Walczyła jak 
lew. Potrafiła wykrzesać z siebie więcej energii niż 
Bridget ze swych mięśni. Bridget usiłowała wyrwać 
jej nóż z ręki, ale ona trzymała go kurczowo. 
Potem, stopniowo, obłąkana kobieta zaczęła 
zyskiwać przewagę. 
- Luke!... Ratunku!... Pomocy! - rozpaczliwie wołała 
Bridget. 
Nie miała jednak nadziei, że ktoś przyjdzie jej z 
pomocą. Były same. Same na odludziu. Z 

background image

najwyższym wysiłkiem wykręciła przeciwniczce rękę 
i w końcu usłyszała odgłos upadającego na ziemię 
noża. 
Honoria Waynflete chwyciła Bridget oburącz za 
gardło i zaczęła ją dusić, wyciskając z niej życie. 
Bridget wydała z siebie ostatni, zdławiony okrzyk... 
 
XXII 
ROZMOWA Z PANIĄ HUMBLEBY 
 
Inspektor Battle zrobił na Luke'u korzystne 
wrażenie. Był poważny i spokojny. Miał szeroką, 
rumianą twarz i sumiaste wąsy. Na pierwszy rzut 
oka nie wydawał się szczególnie bystry, ale baczny 
obserwator, widząc jego przenikliwe spojrzenie, nie 
dałby się zwieść pozorom. 
Luke był bacznym obserwatorem. Miał już wcześniej 
do czynienia z ludźmi tego rodzaju. Wiedział, że 
można im zaufać i że zawsze osiągają wyznaczony 
cel. Był bardzo zadowolony, że prowadzenie tej 
sprawy powierzono właśnie temu człowiekowi. 
- Dziwię się, że przysłano tu kogoś na tak wysokim 
stanowisku -powiedział, kiedy zostali sami. 
Inspektor Battle uśmiechnął się szeroko. 
- Ta sprawa może okazać się bardzo poważna, panie 
Fitzwilliam. - Kiedy w grę wchodzi ktoś taki jak lord 
Whitfield, nie chcielibyśmy popełnić błędu. 
- Rozumiem. Czy przyjechał pan sam? 

background image

- Nie. Towarzyszy mi detektyw w stopniu sierżanta. 
Teraz jest w barze Siedem Gwiazd. Jego zadanie 
polega na śledzeniu jego lordowskiej mości. 
- Rozumiem. 
- Czy pana zdaniem nie ma najmniejszej 
wątpliwości? Jest pan pewien, że to właśnie on? - 
spytał Battle. 
- Fakty wyraźnie dowodzą, że nie ma innej 
możliwości. Czy mam je panu przedstawić? 
- Dziękuję, przekazał mi je sir William. 
- Co pan o tym sądzi? Chyba wydaje się panu 
absolutnie nieprawdopodobne, że człowiek o tak 
wysokiej pozycji społecznej jak lord Whitfield może 
być maniakalnym mordercą? 
- Niewiele jest rzeczy, które wydają mi się 
nieprawdopodobne -odparł inspektor Battle. - Tam 
gdzie mamy do czynienia ze zbrodnią, wszystko jest 
możliwe. Zawsze to powtarzam. Gdyby powiedział 
mi pan, że jakaś miła stara panna, arcybiskup czy 
uczennica jest niebezpiecznym przestępcą, nie 
wykluczyłbym tego przed dokładnym zbadaniem 
sprawy. 
- Skoro sir William przekazał panu najważniejsze 
fakty, opowiem panu tylko o tym, co wydarzyło się 
dziś rano - zaproponował Luke. 
Zrelacjonował pokrótce przebieg swej rozmowy z 
lordem Whitfieldem. Inspektor Battle słuchał go z 
dużym zainteresowaniem. 

background image

- Mówi pan, że bawił się nożem - powiedział. - Czy 
zrobił coś szczególnego, panie Fitzwilliam? Czy nim 
groził? 
- Otwarcie nie. Tylko w dość nieprzyjemny sposób 
badał palcami jego ostrze, z jakąś, rzekłbym, 
estetyczną rozkoszą, a to mi się nie podobało. Myślę, 
że panna Waynflete miała takie samo odczucie. 
- Czy to ta pani, która zna lorda Whitfielda od 
dziecka i miała za niego wyjść? 
- Zgadza się. 
- Sądzę, że może pan się nie martwić o tę młodą 
damę, panie Fitzwilliam - powiedział inspektor 
Battle. - Dam jej kogoś do ochrony. A w dodatku 
Jackson śledzi jego lordowską mość, więc nie 
powinno jej grozić żadne niebezpieczeństwo. 
- Uspokoił mnie pan - odetchnął Luke. Inspektor ze 
zrozumieniem pokiwał głową. 
- Wiem, że jest pan w trudnej sytuacji, panie 
Fitzwilliam. Że niepokoi się pan o pannę Conway... 
Szczerze mówiąc, nie spodziewam się, że będzie to 
łatwa sprawa. Lord Whitfield niewątpliwie jest 
niezwykle przebiegłym człowiekiem. 
Najprawdopodobniej powstrzyma się na jakiś czas 
od dalszych kroków. Chyba że osiągnął już ostatnie 
stadium. 
- Co pan nazywa "ostatnim stadium"? 
- Stan, w którym pod wpływem wybujałego 
egotyzmu przestępca zaczyna sądzić, że nic mu nie 
grozi! Uważa siebie za geniusza, a wszystkich innych 

background image

za kompletnych durniów! Wtedy, oczywiście, mamy 
go już w garści! 
Luke pokiwał głową i wstał. 
- No cóż - powiedział. - Życzę powodzenia. Proszę 
dać mi znać, gdybym mógł w czymś pomóc. 
- Oczywiście. 
- Czy nic panu nie przychodzi do głowy? 
Battle zastanawiał się chwilę. 
- Nie, na razie nic. Chcę się trochę rozejrzeć po 
okolicy. Może zamienimy parę słów wieczorem, 
dobrze? 
- Zgoda. 
- Wtedy będę lepiej wiedział, na czym stoimy. 
Luke czuł się podniesiony na duchu i uspokojony. 
Wiele osób odnosiło takie samo wrażenie po 
spotkaniu z inspektorem Battle. 
Zerknął na zegarek. Zaczął się zastanawiać, czy nie 
powinien pojechać do Bridget jeszcze przed 
lunchem. 
Doszedł jednak do wniosku, że lepiej będzie, jeśli 
tego nie zrobi. Panna Waynflete mogłaby uważać 
zaproszenie go na posiłek za swój obowiązek, a to 
wprowadziłoby zamieszanie w jej gospodarstwie. 
Wiedział z własnego doświadczenia z ciotkami, że 
kobiety w średnim wieku są przeczulone na punkcie 
drobiazgów, związanych z prowadzeniem domu. 
Ciekawe, czy panna Waynflete jest czyjąś ciotką? - 
pomyślał. Być może. 
Wyszedł z gospody. Jakaś kobieta w czerni 
przystanęła gwałtownie na jego widok. 

background image

- Dzień dobry, panie Fitzwilliam. 
- Dzień dobry, pani Humbleby - odparł, ściskając jej 
wyciągniętą dłoń. 
- Myślałam, że już pan wyjechał. 
- Nie, tylko się przeprowadziłem. Mieszkam teraz w 
tej gospodzie. 
- A Bridget? Słyszałam, że opuściła Ashe Manor. 
- Owszem, to prawda. 
Pani Humbleby głęboko westchnęła. 
- Bardzo się cieszę, że tak szybko wyjechała z 
Wychwood. 
- Och, ona nadal jest tutaj. Ściśle rzecz biorąc, 
zatrzymała się u panny Waynflete. 
Pani Humbleby zrobiła krok do tyłu. Luke'a 
zaskoczyło malujące się na jej twarzy przerażenie. 
- U Honorii Waynflete? Och, ale dlaczego? 
- Panna Waynflete bardzo uprzejmie zaprosiła ją do 
siebie na kilka dni. 
Panią Humbleby wstrząsnął lekki dreszcz. Podeszła 
bliżej i położyła Luke'owi dłoń na ramieniu. 
- Panie Fitzwilliam, wiem, że nie mam prawa nic 
mówić. Przeżyłam ostatnio wiele bolesnych i ciężkich 
chwil, więc... być może... straciłam zdrowy rozsądek! 
Moje odczucia mogą być po prostu tylko urojeniami. 
- Jakie odczucia? - spytał Luke łagodnie. 
- Przeświadczenie o istnieniu zła! 
Spojrzała na niego nieśmiało. Widząc jednak, że z 
powagą skinął głową i nie zamierza kwestionować jej 
wypowiedzi, dodała: 

background image

- Tyle nikczemności... ta myśl mnie prześladuje... tyle 
niegodziwości w Wychwood. A wszystko to za 
sprawą tej kobiety. Jestem tego pewna! 
- Jakiej kobiety? - spytał Luke, nie rozumiejąc, o 
kogo jej chodzi. 
- Jestem przekonana, że Honoria Waynflete jest 
bardzo złą kobietą! - wyjaśniła pani Humbleby. - 
Och, widzę, że pan mi nie wierzy! Lavinii Pinkerton 
też nikt nie uwierzył. Ale obie miałyśmy takie 
odczucia. Przypuszczam, że ona wiedziała więcej niż 
ja... Proszę pamiętać, panie Fitzwilliam, że 
nieszczęśliwa kobieta jest zdolna do strasznych 
czynów. 
- Może i tak - przyznał Luke cicho. 
- Pan mi nie wierzy? - spytała pospiesznie pani 
Humbleby. - No cóż, dlaczego miałby pan wierzyć? 
Ale nie jestem w stanie zapomnieć tego dnia, kiedy 
John wrócił od niej z zabandażowaną ręką. 
Zbagatelizował całą sprawę, mówiąc, że to tylko 
zadraśnięcie. - Odwróciła się, zamierzając odejść. - 
Do widzenia. Proszę zapomnieć, co panu mówiłam. 
Ostatnio nie najlepiej się czuję. 
Luke zaczął się zastanawiać, dlaczego pani 
Humbleby nazwała Honorię Waynflete złą kobietą. 
Czyżby doktor Humbleby przyjaźnił się z Honorią 
Waynflete, a jego żona była o nią zazdrosna? 
Co ona powiedziała? Że "Lavinii Pinkerton też nikt 
nie uwierzył". Zatem Lavinia Pinkerton musiała 
zwierzyć się pani Humbleby ze swoich podejrzeń. 

background image

Nagle przypomniał sobie wagon kolejowy i 
zaniepokojoną twarz miłej starszej pani. Znów 
usłyszał jej poważny głos: "Ten szczególny błysk w 
oczach..." Kiedy to mówiła, zmienił się wyraz jej 
własnej twarzy... jakby bardzo wyraźnie coś 
zobaczyła. Przez chwilę wyglądała zupełnie inaczej... 
rozchyliła usta, obnażając zęby, i patrzyła na niego 
jakimś dziwnym, niemal nieludzkim wzrokiem. 
Widziałem u kogoś dokładnie takie samo 
spojrzenie... ten sam błysk w oczach... Całkiem 
niedawno... ale kiedy? - pomyślał. Dziś rano! Ależ 
oczywiście! Przecież panna Waynflete tak właśnie 
patrzyła na Bridget w salonie lorda Whitfielda. 
Nagle przypomniał sobie, że kiedy przed wielu laty 
ciotka Mildred powiedziała: "Wiesz, mój drogi, ona 
wygląda jak idiotka!", jej inteligentna, miła twarz 
przybrała wyraz bezdennej tępoty... 
Lavinia Pinkerton wspominała o błysku w oczach 
jakiegoś mężczyzny... nie, jakiejś osoby - pomyślał. 
Czy to możliwe, że na ułamek sekundy jej żywa 
wyobraźnia odtworzyła ten obraz... spojrzenie 
mordercy patrzącego na swoją następną ofiarę...? 
Pod wpływem nagłego impulsu ruszył szybkim 
krokiem w kierunku domu panny Waynflete. 
W głowie kłębiły mu się uporczywe myśli: 
Nie mężczyzna... przecież nie wspomniała ani 
słowem o mężczyźnie... to ty założyłeś, że to jest 
mężczyzna, bo wydawało ci się to oczywiste, ale ona 
tego nie powiedziała... O Boże, czyja kompletnie 
zwariowałem? Moje podejrzenia są 

background image

nieprawdopodobne... z całą pewnością to 
niemożliwe... absurdalne... Ale muszę dotrzeć do 
Bridget i sprawdzić, czy nic jej się nie stało... Te 
dziwne, jasnobursztynowe oczy. Och, jestem 
obłąkany! Musiałem oszaleć! Przecież to Whitfield 
jest przestępcą! Z całą pewnością. Na dobrą sprawę 
sam się do tego przyznał! 
Pamięć uparcie podsuwała mu obraz twarzy panny 
Pinkerton, odgrywającej rolę okropnej, na wpół 
obłąkanej kobiety. 
Drzwi otworzyła mu służąca. 
- Panna Conway gdzieś wyszła - wyjaśniła, 
zaskoczona jego gwałtownym wtargnięciem. - Tak 
mi powiedziała panna Waynflete. Sprawdzę, czy 
pani jest w domu. 
Luke przecisnął się obok niej i wpadł do salonu. 
Emily pobiegła na górę. Po chwili wróciła, ciężko 
dysząc. 
- Mojej pani też nie ma w domu. Luke chwycił ją za 
ramię. 
- Dokąd poszły? Którędy? 
Emily patrzyła na niego z szeroko otwartymi ustami. 
- Musiały wyjść tylnymi drzwiami, bo gdyby wyszły 
frontowymi, zobaczyłabym je przez kuchenne okno. 
Luke przebiegł przez niewielki ogród i wypadł na 
drogę. Natknął się tam na jakiegoś mężczyznę, 
przycinającego żywopłot. Podszedł i zagadnął go, z 
trudem powstrzymując drżenie głosu. 

background image

- Dwie kobiety? - odparł nieznajomy bez pośpiechu. - 
Owszem. Kilka minut temu. Jadłem właśnie obiad w 
cieniu żywopłotu. Chyba mnie nie zauważyły. 
- W którą stronę poszły? 
Choć starał się rozpaczliwie, żeby jego głos brzmiał 
normalnie, nieznajomy spojrzał na niego ze 
zdziwieniem i odparł: 
- Przez pola... W tym kierunku. Ale nie mam pojęcia, 
dokąd poszły dalej. 
Luke podziękował mu i puścił się biegiem. Coraz 
silniej czuł, że musi się spieszyć. 
Muszę je koniecznie dogonić! - pomyślał. Chyba 
kompletnie oszalałem. Najprawdopodobniej wybrały 
się na miły, przyjacielski spacer. Coś jednak każe mi 
je ścigać. Przebiegł przez pola i przystanął na 
wiejskiej ścieżce, nie wiedząc, co robić dalej. 
I wtedy usłyszał z daleka słabe, lecz wyraźne 
wołanie. 
- Luke! Ratunku! - I jeszcze raz: - Luke... 
Bez chwili namysłu wbiegł do lasu i pognał w 
kierunku, z którego dobiegł krzyk. Teraz dotarły do 
niego inne dźwięki... odgłosy szamotaniny, szybkie 
oddechy, a potem jakiś cichy, zduszony jęk. 
Zdążył w samą porę. Oderwał dłonie obłąkanej 
kobiety od gardła ofiary. Choć panna Waynflete z 
pianą na ustach szamotała się i przeklinała, trzymał 
ją mocno. W końcu kobietą wstrząsnął konwulsyjny 
dreszcz i zesztywniała w jego uścisku. 
 
XXIII 

background image

NOWY POCZĄTEK 
 
- Ja tego nie rozumiem - rzekł lord Whitfield. - Po 
prostu nie rozumiem. 
Starał się zachować godność, ale pod pozorami 
pompatyczności można było dostrzec żałosne 
zakłopotanie. Nie mógł uwierzyć w sensacyjne 
nowiny, które właśnie mu przekazywano. 
- Sprawa wygląda tak, lordzie Whitfield - tłumaczył 
cierpliwie Battle. - Zacznijmy od tego, że w tej 
rodzinie zdarzały się przypadki obłędu. Odkryliśmy 
to dopiero teraz. Często tak się dzieje w tych starych 
rodach. Ona ma do tego skłonności dziedziczne. Poza 
tym jest bardzo ambitną kobietą, którą spotkały 
niepowodzenia. Najpierw runęła w gruzy jej kariera 
zawodowa, a potem przeżyła zawód miłosny. - 
Odchrząknął. - Domyślam się, że to pan ją porzucił? 
- Nie lubię określenia "porzucił" - oświadczył lord 
Whitfield kategorycznie. 
- Czy to pan zerwał zaręczyny? - poprawił się 
inspektor Battle. 
- No cóż... owszem. 
- Powiedz nam dlaczego, Gordon - poprosiła Bridget. 
Lord Whitfield lekko się zaczerwienił. 
- No dobrze, skoro muszę. Honoria miała kanarka, 
którego uwielbiała. Miał zwyczaj brać cukier z jej 
ust. Pewnego dnia mocno ją dziobnął. Honoria 
rozzłościła się, złapała go i... skręciła mu kark! Po 
tym incydencie moje uczucia do niej nagle osłabły. 

background image

Powiedziałem jej, że uważam nasz związek za 
pomyłkę popełnioną przez obie strony. 
- Od tego wszystko się zaczęło! - orzekł Battle, 
kiwając głową. - Tak jak powiedziała pannie 
Conway, skupiła całą swą uwagę i bezsporną 
inteligencję na jednym celu. 
- Chciała, żeby uznano mnie za mordercę? - zawołał 
lord Whitfield z niedowierzaniem. - To 
niewiarygodne. 
- Ale to prawda - powiedziała Bridget. - Przecież sam 
się dziwiłeś, że każdy, kto zrobił ci przykrość, 
natychmiast ginął w jakichś tajemniczych 
okolicznościach. 
- Istniały po temu powody. 
- Powodem była Honoria Waynflete - oznajmiła 
Bridget. - Wbij sobie wreszcie do głowy, że to nie 
ręka Opatrzności wypchnęła Tommy'ego Pierce'a z 
okna i wykończyła wszystkich pozostałych. Zrobiła 
to Honoria. 
- Wydaje mi się to wprost niewiarygodne - powtórzył 
lord Whitfield, potrząsając głową. 
- Twierdzi pan, że dziś rano przekazano panu 
telefonicznie jakąś wiadomość, czy tak? - spytał 
Battle. 
- Owszem, około dwunastej. Poproszono mnie, bym 
natychmiast udał się do pobliskiego lasku Shaw 
Wood, ponieważ ty, Bridget, chcesz mi coś 
powiedzieć. Miałem nie brać samochodu, tylko pójść 
piechotą. 
Battle pokiwał głową. 

background image

- No właśnie. To byłby koniec. Znaleziono by; pannę 
Conway z poderżniętym gardłem, a obok niej 
należący do pana nóż z odciskami pańskich palców! 
Potem ktoś zaświadczyłby, że widział pana wtedy w 
pobliżu miejsca zbrodni! A pan nie miałby żadnego 
wytłumaczenia. Każdy sąd przysięgłych na świecie 
uznałby pana za winnego. 
- Mnie? - zawołał lord Whitfield z zaskoczeniem i 
niepokojem. - Kto by uwierzył, że ja mogłem zrobić 
coś podobnego? 
- Ja nie uwierzyłam - powiedziała cicho Bridget. 
Lord Whitfield spojrzał na nią chłodno, a potem 
kategorycznie oświadczył: 
- Biorąc pod uwagę moją reputację i pozycję 
społeczną w hrabstwie jestem przekonany, że nikt, 
ani przez ułamek sekundy, nie uwierzyłby w tak 
absurdalny zarzut. 
Wyszedł z godnością, zamykając za sobą drzwi. 
- Nigdy nie zrozumie, że naprawdę groziło mu 
niebezpieczeństwo! - rzekł Luke, a potem spytał: - 
Bridget, jak to się stało, że zaczęłaś podejrzewać 
pannę Waynflete? 
- Kiedy powiedziałeś mi, że Gordon jest mordercą, 
nie mogłam w to uwierzyć! Znam go bardzo dobrze. 
Przez dwa lata byłam jego sekretarką! Poznałam go 
na wylot! Zdaję sobie sprawę, że jest napuszonym, 
małostkowym egotykiem, ale wiem też, że jest 
życzliwym człowiekiem o gołębim sercu. Nie zabiłby 
nawet osy. Ta historia z kanarkiem panny Waynflete 
była zwykłym kłamstwem. Gordon nie mógł go 

background image

zabić. Kiedyś powiedział mi, że to on ją porzucił. Ty 
uporczywie twierdziłeś, że było odwrotnie. No cóż, 
mogło tak się zdarzyć! Być może duma nie pozwoliła 
mu się przyznać, że to ona z nim zerwała. Ale ta 
historia z kanarkiem... to bzdura! Gordon tego nie 
zrobił! On nawet nie poluje, ponieważ widok krwi 
przyprawia go o mdłości. Więc doszłam do wniosku, 
że ta część historii jest nieprawdziwa. A skoro tak, to 
panna Waynflete musiała skłamać. Kiedy się o tym 
pomyśli, było to niezwykle zadziwiające kłamstwo! 
Nagle zaczęłam się zastanawiać, czy nie kłamała 
również w innych sprawach. Nietrudno zauważyć, że 
jest bardzo ambitną kobietą, więc porzucenie jej 
przez narzeczonego musiało strasznie zranić jej 
dumę. To ją najprawdopodobniej rozwścieczyło i 
obudziło w niej nienawiść do Gordona. Uczucie to 
spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy wrócił tu po 
latach jako bogaty człowiek sukcesu. Powiedziałam 
sobie: "Tak", ona zapewne chętnie obciążyłaby go 
odpowiedzialnością za jakąś zbrodnię". Wtedy 
zaczęły mi się kłębić w głowie różne dziwne 
koncepcje. Wychodząc z założenia, że wszystko, co 
ona mówi, jest kłamstwem, nagle zrozumiałam, że 
taka kobieta z łatwością mogła zrobić z mężczyzny 
głupca! Ten pomysł wydał mi się dość dziwaczny, 
więc pomyślałam: "To niewiarygodne, ale 
przypuśćmy, iż to ona zamordowała tych ludzi, a 
potem wmówiła Gordonowi, że spotkała ich kara 
boska!" Wiedziałam, że mogłaby mu to wmówić bez 
żadnych trudności. Jak wam mówiłam, Gordon 

background image

uwierzyłby we wszystko! Potem zadałam sobie 
pytanie: "Czy ona mogła popełnić te zbrodnie?" 
Odpowiedź była twierdząca. Doszłam do wniosku, że 
mogła zrzucić pijanego mężczyznę z kładki i 
wypchnąć chłopca z okna, a Amy Gibbs umarła w jej 
domu. Co do pani Horton... kiedy chorowała, 
Honoria Waynflete często ją odwiedzała. Przypadek 
doktora Humbleby'ego sprawił mi więcej trudności. 
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Puszek cierpi na 
wirusowe zapalenie ucha ani że panna Waynflete 
założyła doktorowi na rękę opatrunek, który 
wcześniej zainfekowała wydzieliną z ucha kota. 
Przypadek panny Pinkerton był jeszcze trudniejszy, 
ponieważ nie mogłam sobie wyobrazić panny 
Waynflete przebranej w uniform szofera i 
prowadzącej rollsa. Potem nagle doznałam 
olśnienia... przypadek panny Pinkerton był 
najprostszy ze wszystkich! Panna Waynflete po 
prostu pchnęła ją z tyłu, co w tłumie ludzi zapewne 
nie sprawiło jej większych trudności. Samochód nie 
zatrzymał się, więc wykorzystała okazję i 
powiedziała jakiejś kobiecie, że zauważyła jego 
numer rejestracyjny, a potem podała jej numer 
rollsa lorda Whitfielda. Miałam w głowie kompletny 
chaos. Ale skoro byłam absolutnie pewna, że Gordon 
nie popełnił tych morderstw, to kto tego dokonał? 
Odpowiedź wydawała się zupełnie oczywista. Ktoś, 
kto nienawidzi Gordona! A kto go nienawidzi? 
Honoria Waynflete. Wtedy przypomniałam sobie, że 
panna Pinkerton, mówiąc o mordercy, wyraźnie 

background image

sugerowała, że to mężczyzna. To obaliło moją 
wspaniałą teorię, bo gdyby panna Pinkerton miała 
rację, nie zostałaby zabita... Więc poprosiłam cię, byś 
dokładnie przytoczył słowa panny Pinkerton, i 
stwierdziłam, że ani razu nie użyła słowa mężczyzna. 
Wtedy doszłam do wniosku, że jestem na właściwym 
tropie! Postanowiłam przyjąć zaproszenie panny 
Waynflete i podjąć próbę odkrycia prawdy. 
- Nic mi o tym nie mówiąc? - spytał Luke z gniewem. 
- Kochanie, byłeś tak bardzo przekonany o 
słuszności swoich podejrzeń... a moja koncepcja była 
mglista i budziła wątpliwości! Nie przyszło mi nawet 
do głowy, że grozi mi jakieś niebezpieczeństwo. 
Sądziłam, że mam mnóstwo czasu... - Wstrząsnął nią 
dreszcz przerażenia. - Och, Luke, to było straszne... 
Jej oczy... I ten przeraźliwy, nieludzki śmiech... 
- Zdążyłem w ostatniej chwili - powiedział Luke 
drżącym głosem. - Odwrócił się do inspektora Battle. 
- Jak ona się teraz czuje? 
- Dostała kompletnego pomieszania zmysłów - odparł 
Battle. - Tak już z nimi jest. Tacy ludzie nie mogą 
znieść szoku, jakim jest dla nich świadomość, że 
okazali się mniej sprytni, niż sądzili. 
- No cóż, kiepski ze mnie policjant! - przyznał Luke 
ponuro. - Ani przez chwilę nie podejrzewałem 
Honorii Waynflete. Był pan lepszy, Battle. 
- Może tak, a może nie. Pamięta pan zapewne, jak 
powiedziałem, że kiedy mamy do czynienia ze 
zbrodnią, wszystko jest możliwe. Wydaje mi się, że 
jako przykład podałem wtedy starą pannę. 

background image

- Wymienił pan również arcybiskupa i uczennicę! 
Czy mam rozumieć, że uważał pan ich wszystkich za 
potencjalnych morderców? 
Battle uśmiechnął się szeroko. 
- Chodziło mi o to, że każdy może być przestępcą. 
- Z wyjątkiem Gordona - zauważyła Bridget. - Luke, 
chodźmy go poszukać! 
Lord Whitfield siedział w swoim gabinecie, 
zaabsorbowany robieniem notatek. 
- Gordon - zaczęła Bridget łagodnym, cichym 
głosem. - Czy teraz, kiedy wiesz już o wszystkim, 
zechcesz nam wybaczyć? 
Lord Whitfield spojrzał na nią życzliwie. 
- Ależ naturalnie, moja droga. Zdaję sobie sprawę, 
że będąc zapracowanym człowiekiem, bardzo cię 
zaniedbywałem. Rzecz w tym, że... jak mądrze 
napisał to Kipling: "Ten podróżuje najszybciej, kto 
podróżuje sam. Moja droga życiowa jest drogą 
samotnika". - Rozprostował ramiona. - Dźwigam na 
swych barkach ogromny ciężar odpowiedzialności. I 
muszę dźwigać go sam. Nie mam nikogo do 
towarzystwa, nikt nie może mi w tym ulżyć. Muszę 
iść przez życie w samotności... aż do końca drogi. 
- Jesteś wspaniałomyślny, mój drogi! - zawołała 
Bridget. 
Lord Whitfield zmarszczył czoło. 
- To nie jest kwestia wspaniałomyślności. 
Zapomnijmy o tych głupstwach. Jestem człowiekiem 
bardzo zajętym. 
- Wiem o tym. 

background image

- Zabieram się natychmiast do przygotowania serii 
artykułów "Zbrodnie popełnione przez kobiety na 
przestrzeni stuleci". 
Bridget spojrzała na niego z podziwem. 
- Gordon, to świetny pomysł. 
Lord Whitfield dumnie wypiął pierś. 
- Proszę wiec teraz zostawić mnie samego. Nie wolno 
mi przeszkadzać. Mam mnóstwo pracy. 
Luke i Bridget wyszli na palcach z pokoju. 
- On jest rzeczywiście wspaniałomyślny - powiedziała 
Bridget. 
- Bridget, coś mi się zdaje, że ty naprawdę kochałaś 
tego człowieka! 
- Wiesz, Luke, chyba tak. 
Luke wyjrzał przez okno. 
- Cieszę się, że stąd wyjeżdżamy. Nie lubię tego 
miejsca. Jest tu dużo nikczemności, jak 
powiedziałaby pani Humbleby. Nie podoba mi się ta 
wisząca nad miasteczkiem góra. 
- Skoro wspomniałeś o Ashe Ridge, co z panem 
Ellsworthym? Luke roześmiał się z lekkim 
zażenowaniem. 
- Chodzi ci o tę krew na jego rękach? 
- Owszem. 
- Podobno składali w ofierze jakiegoś białego koguta! 
- To obrzydliwe! 
- Myślę, że pana Ellsworthy'ego spotka coś 
przykrego. Battle zamierza sprawić mu małą 
niespodziankę. 

background image

- Poczciwy major Horton nawet nie próbował zabić 
swojej żony, pan Abbot, jak sądzę, otrzymał 
kompromitujący list od jakiejś kobiety, a doktor 
Thomas jest po prostu miłym, skromnym, młodym 
lekarzem - oznajmiła Bridget. 
- Jest zarozumiałym osłem! 
- Mówisz tak, bo zazdrościsz mu, że żeni się z Rose 
Humbleby. 
- Ona jest dla niego o wiele za dobra. 
- Mam wrażenie, że wolałbyś ją ode mnie! 
- Kochanie, czy ty przypadkiem nie mówisz od 
rzeczy? 
- Nie, bynajmniej. - Milczała przez chwilę, a potem 
spytała: - Luke, czy ty mnie lubisz? 
Zrobił krok w jej kierunku, ale ona powstrzymała go 
gestem. 
- Użyłam słowa lubisz, Luke, a nie kochasz. 
- Och, rozumiem... Tak, lubię cię, Bridget, ale 
również cię kocham. 
- Ja ciebie też lubię, Luke... - wyznała Bridget. 
Wymienili nieśmiałe uśmiechy jak dzieci, które 
zaprzyjaźniły się na zabawie. 
- Lubić to coś znacznie więcej niż kochać - 
powiedziała Bridget. - To uczucie wytrzymuje próbę 
czasu. Chciałabym, żeby to, co jest między nami, 
trwało wiecznie, Luke. Nie chcę, żebyśmy pobrali się 
wyłącznie z miłości, a potem mieli siebie nawzajem 
dosyć i pragnęli poślubić kogoś innego. 

background image

- Och, najdroższa, wiem, czego chcesz. Ja również. 
Nasze uczucia nigdy nie wygasną, ponieważ są 
oparte na realnych podstawach. 
- Czy tak jest istotnie, Luke? 
- Oczywiście, kochanie. Myślę, że właśnie dlatego 
bałem się w tobie zakochać. 
- Ja również się tego bałam. 
- A teraz? 
- Już nie. 
- Dość długo ocieraliśmy się o śmierć. Ale już po 
wszystkim! Teraz zaczniemy żyć... 
* Postać krwawego pirata z "Wyspy skarbów" R. L. 
Stevensona (przyp. red.).