background image

 

AGATHA CHRISTIE 

 
 
 

MORDERSTWO  

TO NIC TRUDNEGO 

 

background image

 

Rosalind i Susan, 

pierwszym recenzentkom tej ksiąŜki 

 
 

TOWARZYSZ PODRÓśY 
 
Anglia! 
Anglia po tylu latach! 
Ale jak będę się w niej czuł? 
Luke Fitzwilliam zadawał sobie to pytanie, schodząc po 
trapie ze statku. Kołatało się ono w jego umyśle, gdy 
czekał na odprawę celną. A kiedy w końcu wsiadł do 
pociągu, wypłynęło nagle na pierwszy plan. 
Czuł się zupełnie inaczej, przyjeŜdŜając do kraju na 
urlopy. Miał mnóstwo pieniędzy (przynajmniej na 
początku), więc ochoczo je wydawał, odwiedzał starych 
przyjaciół, spotykał się z kolegami, którzy teŜ 
przyjechali tu na wypoczynek po pobycie w koloniach. 
Mówił sobie: To nie potrwa długo. Wkrótce wracam do 
pracy. Dlaczego nie miałbym się zabawić! 
Ale teraz nie zamierzał nigdzie wracać. PoŜegnał juŜ na 
dobre upalne noce, oślepiające słońce, piękną tropikalną 
roślinność i samotne wieczory, spędzane na lekturze 
starych numerów "Timesa". 
Wrócił do Anglii po zakończeniu zaszczytnej słuŜby dla 
kraju. Poza tym posiadał niewielki kapitał, mógł się 
więc uwaŜać za człowieka niezaleŜnego materialnie. 
Ale nie miał pojęcia, jak spędzić resztę Ŝycia. 

background image

Anglia! Anglia w czerwcu. Szare niebo i silny, 
przenikliwy wiatr. W taki dzień nie wydawała się 
gościnnym krajem! A ci ludzie! BoŜe, co za ludzie! 
Wszyscy mieli szare, zatroskane twarze... szare jak 
niebo. I te okropne małe domki, wyrastające wszędzie 
jak grzyby po deszczu, jak kurniki, zaśmiecające cały 
krajobraz! 
Luke Fitzwilliam z trudem oderwał wzrok od 
migającego za oknem wagonu krajobrazu i zajął się 
gazetami. "Times", "Daily Clarion" I "Punch". 
Zaczął od "Daily Clarion", który poświęcony był w 
całości wyścigom konnym w Epsom. Szkoda, Ŝe nie 
przyjechałem wczoraj - pomyślał. Ostatni raz widziałem 
gonitwę Derby, kiedy miałem dziewiętnaście lat. 
Obstawił wysoko pewnego konia i teraz chciał 
sprawdzić, jak typuje jego szansę "Clarion". Znalazł 
tylko lakoniczną notatkę: Mało prawdopodobne, by 
wygrał któryś z koni takich jak Jujube II, Mark's Mile, 
Santony czy Jerry Boy. Na zwycięstwo nie ma chyba 
szans... 
Ale Luke'a nie interesował koń, który miał 
najprawdopodobniej przegrać gonitwę. Rzucił okiem na 
typowania. Na Jujube II stawiano zaledwie 40 do l. 
Luke zerknął na zegarek. Była za kwadrans czwarta. 
No cóŜ - pomyślał. JuŜ po wszystkim! Szkoda? Ŝe nie 
postawiłem na Clarigolda, którego typowano jako 
drugiego faworyta. 
Potem rozłoŜył "Timesa" i zatopił się w lekturze 
powaŜniejszych artykułów. 

background image

Nie trwało to jednak długo, poniewaŜ groźnie 
wyglądający pułkownik, który siedział w przeciwległym 
kącie przedziału, był tak zirytowany tym, co właśnie 
przeczytał, Ŝe musiał się podzielić swym oburzeniem z 
towarzyszem podróŜy. Dopiero po półgodzinie znuŜyło 
go rozprawianie o "tej cholernej komunistycznej 
propagandzie". 
Wyczerpawszy temat pułkownik zasnął z otwartymi 
ustami. Niebawem pociąg zwolnił, a potem się 
zatrzymał. Luke wyjrzał przez okno i dostrzegł duŜą, 
opustoszałą stację z wieloma peronami. ZauwaŜył 
kiosk, na którym wisiał afisz z napisem: WYNIKI 
GONITWY DERBY. Otworzył drzwi, wyskoczył na 
peron i pobiegł w kierunku kiosku. Po chwili wpatrywał 
się z szerokim uśmiechem w krótką wiadomość z 
ostatniej chwili. 
 
Wyniki Gonitwy Derby 
JUJUBE II 
MAZEPPA 
CLARIGOLD 
 
Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Sto funtów do 
roztrwonienia! Dobry, kochany Jujube II, którego 
wszyscy znawcy wyścigów tak nonszalancko 
zlekcewaŜyli. 
ZłoŜył gazetę, odwrócił się i zobaczył pustkę. Podczas 
gdy on upajał się zwycięstwem Jujube II, jego pociąg 
niepostrzeŜenie zniknął ze stacji. 

background image

- Kiedy, do licha, ten pociąg odjechał? - zagadnął 
jakiegoś bagaŜowego. 
- Jaki pociąg? - spytał bagaŜowy ze zdziwieniem. - Od 
piętnastej czternaście na tej stacji nie zatrzymał się 
Ŝ

aden pociąg. 

- PrzecieŜ stał tu przed chwilą. Właśnie z niego 
wysiadłem. To ekspres mający bezpośrednie połączenie 
z portem. 
- Ten ekspres nie zatrzymuje się nigdzie w drodze do 
Londynu - wyjaśnił bagaŜowy obcesowo. 
- Ale zatrzymał się - zapewnił go Luke. - PrzecieŜ z 
niego wysiadłem. 
- AŜ do Londynu nigdzie się nie zatrzymuje - powtórzył 
bagaŜowy obojętnym tonem. 
- Mówię panu, Ŝe się zatrzymał dokładnie przy tym 
peronie, a ja z niego wysiadłem. 
W obliczu tych faktów bagaŜowy zmienił front. 
- Nie powinien był pan tego robić - powiedział z 
wyrzutem. - On się tu nie zatrzymuje. 
- Ale zatrzymał się. 
- Stanął pod semaforem, a nie "zatrzymał się na stacji", 
jak pan to określił. 
- Nie znam się na tych subtelnych róŜnicach tak dobrze 
jak pan - oznajmił Luke. - Chodzi mi o to, co mam teraz 
zrobić. 
- Nie powinien był pan wysiadać - powtórzył z uporem 
bagaŜowy, który nie był człowiekiem przesadnie 
rozgarniętym. 

background image

- To prawda - przyznał Luke. - Ale co się stało, to się 
stało. Chodzi mi tylko o to, co pan jako doświadczony 
pracownik kolei radzi mi teraz zrobić. 
- Pyta mnie pan, co najlepiej zrobić? 
- Tak - odparł Luke - o to właśnie mi chodzi. Chyba 
istnieją pociągi, które zatrzymują się tu zgodnie z 
rozkładem? 
- Niech pomyślę - powiedział bagaŜowy. - Najlepiej 
niech pan wsiądzie do tego o szesnastej dwadzieścia 
pięć. 
- Jeśli ten o szesnastej dwadzieścia pięć jedzie do 
Londynu - postanowił Luke - to właśnie do niego 
wsiądę. 
Uspokojony tą wiadomością zaczął się przechadzać tam 
i z powrotem po peronie. Na duŜej tablicy 
informacyjnej przeczytał, Ŝe znajduje się w Fenny 
Clayton, stacji węzłowej Wychwood-under-Ashe. 
Wkrótce mały staroświecki parowóz powoli wepchnął 
na stację pociąg składający się z jednego wagonu i 
cięŜko sapiąc ustawił go na bocznym torze. Wysiadło z 
niego sześcioro czy siedmioro pasaŜerów, którzy 
przeszli po mostku na peron Luke'a. Ponury bagaŜowy 
oŜywił się nagle i zaczął popychać duŜy wózek pełen 
paczek i koszy. Przyłączył się do niego inny bagaŜowy, 
który przewoził pobrzękujące bańki z mlekiem. Fenny 
Clayton oŜyło. 
W końcu na stację wtoczył się wyniośle pociąg do 
Londynu. Wagony trzeciej klasy były zatłoczone, ale w 
trzech wagonach klasy pierwszej siedziało niewiele 
osób. Luke zaczął zaglądać do przedziałów. W 

background image

pierwszym, przeznaczonym dla palących, siedział z 
cygarem w ustach jakiś męŜczyzna o wyglądzie 
wojskowego. Luke doszedł do wniosku, Ŝe ma juŜ na 
dziś dosyć angielskich pułkowników z Indii. Następny 
przedział zajmowała elegancka młoda kobieta o 
zmęczonej twarzy, najprawdopodobniej guwernantka, z 
ruchliwym, mniej więcej trzyletnim chłopcem. Luke 
szybko poszedł dalej. Drzwi kolejnego przedziału były 
otwarte. PodróŜowała w nim tylko jakaś starsza pani. 
Przypomniała Luke'owi jego ciotkę Mildred, która 
pozwoliła mu hodować zaskrońca, kiedy miał dziesięć 
lat. Była zdecydowanie dobrą ciotką. Luke wszedł do 
ś

rodka i usiadł. 

Po jakichś pięciu minutach oŜywionego ruchu 
furgonetek przewoŜących bańki z mlekiem, wózków 
bagaŜowych i nerwowej krzątaniny pociąg powoli 
wytoczył się ze stacji. Luke rozłoŜył gazetę i zajął się 
lekturą wiadomości, mogących zainteresować 
człowieka, który przeczytał juŜ poranną prasę. 
Nie liczył na to, Ŝe uda mu się czytać długo. Miał wiele 
ciotek, więc domyślał się, Ŝe towarzyszka podróŜy nie 
będzie milczeć aŜ do Londynu. 
Miał rację. Starsza pani przymknęła okno, zrzucając 
swoją parasolkę, i zaczęła się rozwodzić nad zaletami 
pociągu, którym właśnie jechali. 
- Zaledwie godzina i dziesięć minut. To bardzo dobry 
pociąg. Znacznie lepszy niŜ ten poranny, który jedzie 
godzinę i czterdzieści minut. Oczywiście - ciągnęła - 
niemal kaŜdy podróŜuje tym porannym. Kiedy bilety są 
tańsze, to znaczy w weekendy i dni świąteczne, tylko 

background image

człowiek nierozsądny jedzie po południu. Zamierzałam 
wyruszyć dziś rano, ale Puszek... mój perski kot, gdzieś 
przepadł... jest bardzo piękny, a ostatnio bolało go 
uszko... no i, oczywiście, nie mogłam wyjść z domu, 
dopóki go nie znalazłam! 
- Naturalnie - bąknął Luke, ostentacyjnie opuszczając 
wzrok na gazetę. Ale na nic się to nie zdało. Potok słów 
nie ustawał. 
- Więc po prostu zrobiłam dobrą minę do złej gry i 
wsiadłam do pociągu popołudniowego. No i okazało się 
to błogosławieństwem, bo nie ma w nim takiego 
okropnego tłoku... oczywiście to bez znaczenia, kiedy 
podróŜuje się pierwszą klasą. Ale zazwyczaj tego nie 
robię. UwaŜam to za ekstrawagancję, zwłaszcza w 
dzisiejszych czasach, kiedy podatki rosną, dywidendy 
spadają, a słuŜba ciągle domaga się podwyŜek... ale 
naprawdę byłam bardzo zdenerwowana, bo, widzi pan, 
jadę w pewnej niezwykle waŜnej sprawie i po prostu 
chciałam w spokoju dokładnie przemyśleć, co mam 
powiedzieć... - Luke z trudem stłumił uśmiech. - A 
kiedy w przedziale jest pełno ludzi, ktoś moŜe się 
okazać nieuprzejmy... więc pomyślałam, Ŝe tym razem 
mogę sobie pozwolić na taki wydatek... choć uwaŜam, 
Ŝ

e dzisiaj wszyscy trwonią pieniądze, a nikt nie myśli o 

przyszłości. Szkoda, Ŝe zlikwidowano drugą klasę... to 
było mimo wszystko trochę taniej. Rozumiem, 
oczywiście - ciągnęła, przyglądając się opalonej twarzy 
Luke'a - Ŝe wojskowi jadący na urlop muszą 
podróŜować pierwszą klasą. Zwłaszcza jeśli są 
oficerami... 

background image

Luke wytrzymał przez chwilę badawcze spojrzenie jej 
jasnych, błyszczących oczu. Ale od razu skapitulował. 
Wiedział, Ŝe w końcu do tego dojdzie. 
- Nie jestem wojskowym - wyjaśnił. 
- Och, przepraszam. Nie zamierzałam... po prostu 
przyszło mi do głowy... pan jest taki opalony... być 
moŜe jedzie pan ze Wschodu, by spędzić urlop w kraju. 
- Owszem, wracam do domu ze Wschodu - powiedział 
Luke. - Ale nie na urlop. Jestem policjantem - oznajmił 
krótko, chcąc zapobiec dalszym dociekaniom. 
- Pracuje pan w policji? To naprawdę niezwykle 
interesujące. Syn mojej serdecznej przyjaciółki wstąpił 
właśnie do palestyńskiej policji. 
- SłuŜyłem nad Zatoką Mayang - ponownie uciął krótko 
Luke. 
- Och, mój BoŜe... bardzo ciekawe. To prawdziwy zbieg 
okoliczności... chodzi mi o to, Ŝe pan wsiadł akurat do 
tego przedziału. Bo, widzi pan, ta sprawa, w związku z 
którą wybrałam się do Londynu... no cóŜ, w istocie jadę 
do Scotland Yardu. 
- Naprawdę? - spytał Luke. 
Zastanawiał się, czy starsza pani zatrzyma się jak nie 
nakręcony zegar, czy teŜ będzie mówiła przez całą 
drogę do Londynu. Ale w istocie niezbyt mu to 
przeszkadzało, poniewaŜ uwielbiał swoją ciotkę 
Mildred i pamiętał, Ŝe kiedyś dała mu pięć funtów. Poza 
tym takie stare damy jak jego towarzyszka podróŜy i 
ciotka Mildred miały w sobie coś niezwykle miłego i 
typowo angielskiego. W Mayang Straits nie spotykał 
takich kobiet. Kojarzyły mu się ze śliwkowym 

background image

puddingiem na BoŜe Narodzenie, krykietem na wsi i 
płonącym kominkiem. Były czymś, co człowiek docenia 
dopiero wtedy, gdy jest na drugim końcu świata. Mogły 
teŜ na dłuŜszą metę być śmiertelnie nudne, ale Luke 
stanął na angielskiej ziemi zaledwie przed trzema czy 
czterema godzinami. 
- Tak, zamierzałam wyruszyć dziś rano - szczebiotała 
pogodnie starsza pani - ale potem, jak juŜ panu 
mówiłam, zaczęłam się okropnie niepokoić o Puszka. 
Czy myśli pan, Ŝe zdąŜę na. czas? Scotland Yard nie ma 
chyba sztywnych godzin urzędowania. 
- Nie sądzę, Ŝeby zamykali o czwartej - powiedział 
Luke. 
- Oczywiście, Ŝe nie. PrzecieŜ w kaŜdej chwili ktoś 
moŜe ich zawiadomić o jakimś powaŜnym 
przestępstwie, prawda? 
- No właśnie - przytaknął Luke. 
Starsza pani przez chwilę siedziała w milczeniu. Była 
wyraźnie zaniepokojona. 
- Zawsze uwaŜałam, Ŝe najlepiej od razu zaczynać od 
najwyŜszego szczebla - powiedziała w końcu. - John 
Reed, nasz posterunkowy w Wychwood, to bardzo miły 
i niezwykle przyzwoity człowiek... ale mam wraŜenie, 
Ŝ

e... niezbyt się nadaje do prowadzenia powaŜnych 

spraw. Zazwyczaj ma do czynienia z ludźmi, którzy 
naduŜyli alkoholu, przekroczyli dozwoloną prędkość 
jazdy albo nie zapłacili podatku za swojego psa... a być 
moŜe nawet z włamywaczami... Ale wydaje mi się... 
jestem niemal pewna... Ŝe nie poradziłby sobie z 
morderstwem! 

background image

- Morderstwem? - powtórzył Luke, marszcząc brwi. 
- Tak, morderstwem - potwierdziła starsza pani, 
energicznie kiwając głową. - Widzę, Ŝe jest pan 
zaskoczony. Początkowo teŜ byłam zaskoczona. Po 
prostu nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, Ŝe 
fantazjuję. 
- Czy jest pani przekonana, Ŝe tak nie było? - spytał 
Luke łagodnie. 
- Och, tak. - Stanowczo kiwnęła głową. - Mogło tak się 
zdarzyć za pierwszym razem, ale nie za drugim, trzecim 
czy czwartym. Potem juŜ się wie. 
- Chce pani powiedzieć, Ŝe popełniono... hmm... kilka 
morderstw? - spytał Luke. 
- Niestety tak - odparła spokojnym, łagodnym głosem. - 
Dlatego właśnie doszłam do wniosku, Ŝe najlepiej 
będzie pojechać wprost do Scotland Yardu. Czy nie 
sądzi pan, Ŝe to najwłaściwsze rozwiązanie? 
- No cóŜ, chyba tak - powiedział Luke, patrząc na nią z 
zadumą. 
- UwaŜam, Ŝe podjęła pani słuszną decyzję. 
Tam będą wiedzieli, co z nią zrobić - pomyślał. Pewnie 
co tydzień nachodzi ich kilka starszych pań, które 
donoszą im o morderstwach popełnionych w ich 
spokojnym miasteczku! Być moŜe istnieje specjalny 
wydział, zajmujący się takimi przypadkami. 
Oczami wyobraźni zobaczył podtatusiałego 
nadinspektora policji albo przystojnego młodego 
ś

ledczego, który mówi uprzejmym, cichym głosem: 

Dziękuję pani, jesteśmy pani wielce zobowiązani. A 

background image

teraz proszę wracać do domu, zostawić wszystko w 
naszych rękach i więcej się juŜ tym nie martwić. 
Ten obraz wywołał uśmiech na jego twarzy. 
Ciekawe skąd przychodzą im do głowy takie pomysły? - 
rozmyślał. Pewnie prowadzą śmiertelnie nudny tryb 
Ŝ

ycia i skrycie tęsknią za prawdziwym dramatem. 

Podobno niektóre starsze panie widzą w kaŜdym 
potencjalnego truciciela. 
Z tych rozmyślań wyrwał go miły, łagodny głos. 
- Wie pan, pamiętam, Ŝe kiedyś czytałam o... tak, to 
chyba był proces Abercrombiego... zanim padło na 
niego podejrzenie, zdąŜył otruć wiele osób... o czym to 
ja mówiłam? Aha, tak, podobno miał dziwny błysk w 
oczach... osoba, na którą spojrzał w pewien szczególny 
sposób, niebawem podupadała na zdrowiu. Kiedy o tym 
czytałam, nie wierzyłam... ale to prawda! 
- Co takiego? 
- Ten szczególny błysk w oczach... 
Luke popatrzył na nią i zauwaŜył, Ŝe lekko drŜy, a jej 
rumiane policzki nieco pobladły. 
- Po raz pierwszy zwróciłam na to uwagę w przypadku 
Amy Gibbs... i ona umarła. Potem Carter. I Tommy 
Pierce. A teraz... wczoraj... spotkało to doktora 
Humbleby'ego, który jest takim dobrym i poczciwym 
człowiekiem... Carter był pijakiem, a Tommy Pierce 
nieznośnym szczeniakiem, który znęcał się nad 
słabszymi chłopcami, wykręcał im ręce i szczypał. 
Niezbyt przejęłam się ich śmiercią, ale doktor 
Humbleby to co innego. Trzeba go ratować. Ale 
gdybym opowiedziała mu o wszystkim, z pewnością by 

background image

mi nie uwierzył! Wybuchnąłby śmiechem. John Reed 
teŜ by mi nie uwierzył. Ale w Scotland Yardzie będzie 
inaczej. Bądź co bądź, dla nich zbrodnia to chleb 
powszedni!... O BoŜe, lada chwila będziemy na 
miejscu! - zawołała, wyglądając przez okno. Zaczęła 
krzątać się nerwowo po przedziale, zbierając swoje 
rzeczy. - Dziękuję... stokrotnie dziękuję - powiedziała 
do Luke'a, który po raz drugi podniósł z podłogi jej 
parasolkę. - Rozmowa z panem dodała mi otuchy... Tak 
się cieszę, Ŝe pochwala pan moją decyzję. 
- Z pewnością w Scotland Yardzie udzielą pani dobrej 
rady - oznajmił Luke łagodnie. 
- Jestem panu naprawdę bardzo wdzięczna. - Zaczęła 
szperać w torebce. - Moja wizytówka... o BoŜe, mam 
tylko jedną... przecieŜ muszę ją zatrzymać dla Scotland 
Yardu... 
- AleŜ naturalnie... 
- Nazywam się Pinkerton. 
- Bardzo odpowiednie nazwisko - stwierdził Luke z 
uśmiechem i widząc jej zdziwione spojrzenie, dodał 
pospiesznie: - Ja nazywam się Luke Fitzwilliam. Czy 
sprowadzić pani taksówkę? - spytał, kiedy pociąg 
wjechał na stację. 
- Och, nie, dziękuję. - Panna Pinkerton wydawała się 
zaszokowana tym pomysłem. - Pojadę kolejką 
podziemną. Dowiezie mnie do Trafalgar Square, a dalej 
pójdę pieszo przez Whitehall. 
- śyczę pani powodzenia - powiedział Luke. Panna 
Pinkerton serdecznie uścisnęła jego dłoń. 

background image

- Był pan dla mnie bardzo miły. Wie pan, początkowo 
myślałam, Ŝe pan mi nie uwierzy. 
- No cóŜ - powiedział Luke, rumieniąc się. - Tyle 
morderstw! Chyba trudno popełnić bezkarnie tak wiele 
zbrodni, prawda? 
Panna Pinkerton potrząsnęła głową. 
- AleŜ nie, mój drogi, tu pan się myli - oznajmiła z 
przekonaniem. - Bardzo łatwo jest zabić człowieka... 
pod warunkiem, Ŝe nikt pana o to nie podejrzewa. A ten 
morderca jest ostatnią osobą, którą ktokolwiek mógłby 
podejrzewać! 
- Tak czy owak, Ŝyczę powodzenia - powiedział Luke. 
Panna Pinkerton zniknęła w tłumie, a Luke wyruszył na 
poszukiwanie swego bagaŜu. 
- Chyba jest trochę zbzikowana - rozmyślał. - ChociaŜ 
nie, nie sądzę. Po prostu ma bujną wyobraźnię. Mam 
nadzieję, Ŝe potraktują ją uprzejmie. To taka miła 
staruszka. 
 
II 
NEKROLOG 
 
Jimmy Lorrimer był jednym z najstarszych przyjaciół 
Luke'a. Jak zwykle podczas pobytu w Londynie, Luke 
zatrzymał się u niego. Jeszcze tego samego dnia 
wieczorem wyruszyli razem do miasta w poszukiwaniu 
rozrywek. Nazajutrz rano Luke'a bolała głowa. Jimmy 
podał mu kawę i zadał pytanie, na które przyjaciel nie 
odpowiedział, poniewaŜ po raz drugi czytał niewielką, 
pozornie nieistotną notatkę w porannej gazecie. 

background image

- Przepraszam, Jimmy - bąknął, wracając gwałtownie do 
rzeczywistości. 
- Co cię tak zaabsorbowało... czyŜby sytuacja 
polityczna? Luke uśmiechnął się szeroko. 
- Nigdy w Ŝyciu! To dość dziwne... wiesz, ta urocza 
staruszka, z którą wczoraj jechałem pociągiem, wpadła 
pod samochód. 
- Pewnie na przejściu dla pieszych - powiedział Jimmy. 
- Skąd wiesz, Ŝe to ona? 
- Oczywiście mogę się mylić. Ale miała takie samo 
nazwisko... Pinkerton. Przechodząc przez Whitehall 
zginęła pod kołami jakiegoś samochodu, który w ogóle 
się nie zatrzymał. 
- Przykra sprawa - oznajmił Jimmy. 
- Tak, biedna staruszka. Okropnie mi jej Ŝal. 
Przypomniała mi moją ciotkę Mildred. 
- Kierowca tego samochodu będzie miał za swoje. Z 
pewnością oskarŜą go o zabójstwo. W dzisiejszych 
czasach aŜ strach siadać za kierownicą. 
- Czym teraz jeździsz? 
- Fordem V 8. Mówię ci, stary... 
Rozmowa zeszła na tematy wybitnie techniczne. 
- Co ty, u licha, nucisz pod nosem? - spytał Jimmy, 
zmieniając nagle temat. 
- Fiddle de dee, fiddle de dee, the fly has married the 
bumble bee - zanucił Luke. - To jakaś rymowanka, 
którą pamiętam z dzieciństwa. Nie wiem, skąd mi 
przyszła do głowy - powiedział przepraszająco. 
 

background image

W jakiś tydzień później Luke rzucił okiem na pierwszą 
stronę "Timesa" i wydał okrzyk zdziwienia. 
- Niech mnie diabli! - zawołał. 
- Co się stało? - spytał Jimmy Lorrimer, spoglądając na 
niego badawczo. 
Luke nie odpowiedział. Wpatrywał się w jakieś 
wydrukowane w gazecie nazwisko. 
Jimmy powtórzył pytanie. 
Luke podniósł głowę i spojrzał na swego przyjaciela. 
Dziwny wyraz jego twarzy zaniepokoił Jimmy'ego. 
- O co chodzi, Luke? Wyglądasz, jakbyś ujrzał ducha. 
Luke milczał przez parę minut. Wypuścił gazetę z rąk i 
podszedł do okna, a potem wrócił na miejsce. Jimmy 
obserwował go z rosnącym zdziwieniem. 
Luke opadł na krzesło i pochylił się do przodu. 
- Jimmy, przyjacielu, czy pamiętasz tę starszą panią, z 
którą jechałem pociągiem do Londynu... w dniu mojego 
przyjazdu do Anglii? 
- Tę, która przypominała ci twoją ciotkę Mildred? A 
potem wpadła pod samochód? 
- Tak, o nią mi właśnie chodzi. Posłuchaj, Jimmy. Ta 
staruszka dość chaotycznie mówiła o tym, Ŝe jedzie do 
Scotland Yardu, by donieść im o licznych zbrodniach. 
Twierdziła, Ŝe w jej miasteczku grasuje jakiś morderca. 
W kaŜdym razie tyle z tego zrozumiałem. Podobno 
uśmiercił kilka osób. 
- Nie mówiłeś mi, Ŝe była zbzikowana - powiedział 
Jimmy. 
- Bo nie uwaŜałem jej za wariatkę. 
- Och, posłuchaj, stary, seryjne morderstwo... 

background image

- Nie uwaŜałem jej za wariatkę - powtórzył Luke 
niecierpliwie. - Myślałem, Ŝe tak jak niektóre starsze 
panie, dała się po prostu ponieść wyobraźni. 
- No cóŜ, pewnie tak właśnie było. Ale myślę, Ŝe to 
jakiś szaleńczy pomysł. 
- Mniejsza o to, co sądzisz na ten temat, Jimmy. Teraz 
ja mówię, rozumiesz? 
- Och, dobrze, juŜ dobrze... jedź dalej. 
- W swojej chaotycznej opowieści wymieniła kilka 
nazwisk i była przeraŜona, bo twierdziła, Ŝe wie, kto 
będzie następną ofiarą. - No i co? - spytał Jimmy 
zachęcającym tonem. 
- Czasami, z takiego czy innego błahego powodu, nie 
moŜesz wyrzucić z pamięci jakiegoś nazwiska. Jedno 
takie nazwisko utkwiło mi w głowie, poniewaŜ 
skojarzyłem je z rymowanką, którą śpiewano mi w 
dzieciństwie. Fiddle de dee, fiddle de dee, the fly has 
married the bumble bee. 
- Z pewnością jest niezwykle błyskotliwa, ale właściwie 
jaki ma z tym wszystkim związek? 
- Chodzi mi o to, Ŝe ten jegomość nazywał się 
Humbleby... doktor Humbleby. Ta starsza pani 
powiedziała, Ŝe doktor Humbleby będzie następną 
ofiarą. Strasznie ją to niepokoiło, poniewaŜ uwaŜała go 
za "bardzo dobrego człowieka". To nazwisko utkwiło 
mi w pamięci z powodu wspomnianej rymowanki. 
- No i co? - spytał Jimmy. 
- Popatrz na to. 
Luke podał mu gazetę, wskazując palcem notatkę w 
rubryce nekrologów. 

background image

 
HUMBLEBY. 13 czerwca zmarł nagle w swym domu 
w Sandgate, Wychwood-under-Ashe, dr med. JOHN 
EDWARD HUMBLEBY, ukochany mąŜ JESSIE ROSE 
HUMBLEBY. Pogrzeb odbędzie się w piątek. Prosimy 
o nieskladanie kondolencji. 
 
- Teraz rozumiesz, Jimmy? Wszystko się zgadza: 
nazwisko, miejscowość, zawód. Co o tym myślisz? 
Jimmy zastanawiał się przez chwilę. 
- Przypuszczam, Ŝe to niezwykły zbieg okoliczności - 
odparł w końcu powaŜnie, lecz niezbyt zdecydowanie. 
- Naprawdę, Jimmy? Tylko zbieg okoliczności? - Luke 
znów zaczął krąŜyć po pokoju. 
- A cóŜ innego? - spytał Jimmy. 
Luke gwałtownie się odwrócił. 
- Przypuśćmy, Ŝe wszystko, co powiedziała ta urocza 
staruszka, było prawdą! Przypuśćmy, Ŝe ta fantastyczna 
historia jest prawdziwa! 
- Och, daj spokój! To juŜ lekka przesada! Takie rzeczy 
się nie zdarzają. 
- A co powiesz o przypadku Abercrombiego? CzyŜ nie 
był podejrzany o wyprawienie na tamten świat sporej 
gromadki ludzi? 
- Większej, niŜ kiedykolwiek ujawniono - odparł 
Jimmy. - Mój kolega miał kuzyna, który był tamtejszym 
koronerem. Dzięki niemu poznałem pewne szczegóły 
tej sprawy. Abercrombiego przyłapano na tym, Ŝe 
nafaszerował miejscowego weterynarza arszenikiem. 
Potem odkopano zwłoki jego własnej Ŝony i 

background image

stwierdzono, Ŝe równieŜ ona została otruta tym 
paskudztwem. Nie ma teŜ wątpliwości, Ŝe jego szwagier 
zszedł z tego świata w ten sam sposób, a to bynajmniej 
nie wyczerpuje długiej listy jego ofiar. Ten mój kolega 
powiedział mi, Ŝe według nieoficjalnych danych 
Abercrombie wykończył co najmniej piętnaście osób. 
Piętnaście! 
- No właśnie. Więc sam widzisz, Ŝe takie rzeczy jednak 
się zdarzają! 
- Owszem, ale niezbyt często. 
- Skąd ta pewność? Mogą się zdarzać o wiele częściej, 
niŜ przypuszczasz. 
- Oto głos policjanta! Czy nie moŜesz zapomnieć, Ŝe 
odszedłeś juŜ ze słuŜby i jesteś teraz prywatnym 
człowiekiem na emeryturze? 
- Policjant zawsze pozostaje policjantem - powiedział 
Luke. - Posłuchaj, Jimmy, przypuśćmy, Ŝe zanim 
Abercrombie zaczął bestialsko mordować, jakaś miła, 
gadatliwa stara panna przejrzała jego zamiary i 
natychmiast pobiegła donieść o tym odpowiednim 
władzom. Czy sądzisz, Ŝe zostałaby wysłuchana? 
Jimmy uśmiechnął się szeroko. 
- Nigdy w Ŝyciu! 
- No właśnie. Policjanci orzekliby z pewnością, Ŝe brak 
jej piątej klepki. Dokładnie tak, jak ty to określiłeś! 
Albo powiedzieliby, Ŝe ma zbyt bujną wyobraźnię. Tak 
jak ja to uczyniłem! I obaj popełnilibyśmy błąd. 
- Jak więc twoim zdaniem wygląda sytuacja? - spytał 
Lorrimer po chwili namysłu. 

background image

- Sprawa przedstawia się następująco. Usłyszałem 
pewną niewiarygodną, lecz nie niemoŜliwą historię. 
Ś

mierć doktora Humbleby'ego jest dowodem 

potwierdzającym jej prawdziwość. Istnieje jeszcze jedna 
waŜna okoliczność. Panna Pinkerton jechała do 
Scotland Yardu, by zrelacjonować im swoją wersję 
wydarzeń. Ale tam nie dotarła. Zginęła pod kołami 
samochodu, który się nie zatrzymał. 
- PrzecieŜ nie masz pewności, Ŝe tam nie dotarła - 
zaoponował Jimmy. - Równie dobrze mogła zostać 
przejechana po wizycie w Scotland Yardzie. 
- Owszem, to moŜliwe... ale sądzę, Ŝe było inaczej. 
- To tylko przypuszczenia. Rzecz sprowadza się do 
tego, Ŝe ty wierzysz w tę melodramatyczną historyjkę. 
- Tego nie powiedziałem - mruknął Luke, energicznie 
potrząsając głową. - UwaŜam tylko, Ŝe naleŜałoby 
przeprowadzić w tej sprawie dochodzenie. 
- Innymi słowy, wybierasz się do Scotland Yardu. 
- Nie, na to jest jeszcze za wcześnie. Jak sam twierdzisz, 
ś

mierć tego doktora Humbleby'ego mogła być tylko 

zwykłym zbiegiem okoliczności. 
- Zatem co zamierzasz zrobić? 
- Pojechać do tego miasteczka i trochę się tam rozejrzeć. 
- Czy mówisz powaŜnie, Luke? - spytał Jimmy, bacznie 
mu się przyglądając. 
- Najzupełniej. 
- A jeśli to wszystko jest tylko urojeniem? 
- Tak byłoby najlepiej. 
- Oczywiście... - Jimmy zmarszczył czoło. - Ale ty 
najwyraźniej 

background image

jesteś innego zdania, prawda? 
- Drogi przyjacielu, nie mam jeszcze na ten temat 
wyrobionej 
opinii. 
- Czy opracowałeś juŜ jakiś plan? - spytał Jimmy po 
chwili namysłu. - PrzecieŜ nie moŜesz zjawić się 
niespodziewanie w tym miasteczku bez Ŝadnego 
pretekstu. 
- No, chyba masz rację. 
- Nie ma Ŝadnego "chyba". Czy zdajesz sobie sprawę, 
jakie są prowincjonalne angielskie miasteczka? KaŜdy 
obcy człowiek od razu rzuca się w oczy! 
- Będę musiał wymyślić jakiś kamuflaŜ - powiedział 
Luke, uśmiechając się szeroko. - Co proponujesz? 
Artysta? Chyba nie... nie potrafię rysować, nie 
wspominając juŜ o malowaniu. 
- MoŜesz być artystą awangardowym - zasugerował 
Jimmy. - Wtedy twoje umiejętności nie miałyby 
większego znaczenia. 
Ale Luke rozwaŜał juŜ dalsze moŜliwości. 
- Pisarz? Czy literaci zatrzymują się w 
prowincjonalnych zajazdach, by tam pisać? Chyba tak. 
MoŜe rybak... ale musiałbym się dowiedzieć, czy jest 
tam w pobliŜu jakaś rzeka. A moŜe schorowany 
człowiek, któremu zalecono wiejskie powietrze? Nie 
wyglądam na takiego, a poza tym w dzisiejszych 
czasach wszyscy rekonwalescenci jeŜdŜą do sanatoriów. 
Mógłbym teŜ szukać w okolicy jakiegoś domu na 
sprzedaŜ. Nie, to nie jest zbyt dobry pomysł. Do licha, 
Jimmy, trzeba wymyślić jakiś wiarygodny pretekst. Po 

background image

co zdrowy męŜczyzna pojawia się nagle w małym 
angielskim miasteczku? 
- Zaraz, zaraz... - powiedział Jimmy. - Podaj mi tę 
gazetę. Tak właśnie myślałem! - zawołał triumfalnie, 
zerknąwszy na pierwszą stronę. - Luke, przyjacielu, 
wszystko ci załatwię. To drobiazg! 
- O czym ty mówisz? 
- Wychwood-under-Ashe... Wiedziałem, Ŝe z czymś mi 
się ta nazwa kojarzy! - powiedział Jimmy z nie 
skrywaną dumą. - Oczywiście! To właśnie ta 
miejscowość! 
- Czy masz przypadkiem jakiegoś kolegę, który zna 
tamtejszego koronera? 
- Tym razem nie. Ale mam coś lepszego, mój drogi. Jak 
wiesz, natura szczodrze mnie obdarzyła licznymi 
ciotkami i kuzynami, jako Ŝe mój ojciec miał 
dwanaścioro rodzeństwa. A teraz posłuchaj: Jedna z 
moich kuzynek mieszka w Wychwood-under-Ashe. 
- Jimmy, jesteś nieoceniony. 
- CzyŜ to nie szczęśliwy splot okoliczności? - spytał 
skromnie Jimmy. 
- Opowiedz mi o niej. 
- Nazywa się Bridget Conway. Od dwóch lat jest 
sekretarką lorda Whitfielda. 
- Właściciela tych paskudnych sensacyjnych 
tygodników? 
- Zgadza się. Zresztą on sam teŜ jest dość paskudnym, 
nadętym bufonem! Urodził się w Wychwood-under-
Ashe, a poniewaŜ cechuje go ten rodzaj snobizmu, który 
kaŜe mu opowiadać na lewo i prawo o swym niskim 

background image

pochodzeniu i chwalić się, Ŝe doszedł do wszystkiego o 
własnych siłach, wrócił do swojego miasteczka, kupił 
jedyny okazały dom w okolicy (naleŜący zresztą 
dawniej do rodziny Bridget) i przerabia go na 
"prawdziwą rezydencję". 
- I twoja kuzynka jest jego sekretarką? 
- Była - odparł Jimmy posępnym tonem. - Teraz 
awansowała! Została jego narzeczoną! 
- Och! - zawołał Luke ze zdumieniem. 
- On jest naprawdę dobrą partią - powiedział Jimmy. - 
Siedzi na pieniądzach. Bridget przeŜyła kiedyś zawód 
miłosny i od tej pory nie wierzy w prawdziwe uczucia. 
Mam nadzieję, Ŝe tym razem wszystko dobrze się ułoŜy. 
Będzie go zapewne traktować bardzo stanowczo, a on 
całkowicie jej się podporządkuje. 
- Ale jaki to ma związek ze mną? 
- Pojedziesz tam i zamieszkasz u nich w domu jako 
kuzyn Bridget - wyjaśnił szybko Jimmy. - Ona ma ich 
tak wielu, Ŝe jeden więcej czy mniej nie zrobi Ŝadnej 
róŜnicy. Wszystko dokładnie z nią ustalę. Zawsze 
byliśmy w dobrych stosunkach. Wracając do celu twojej 
wizyty... będziesz badaczem czarnej magii. 
- Czarnej magii? 
- Folklor, miejscowe przesądy i tym podobne rzeczy. 
Wychwood-under-Ashe jest z tego dość znane. To jedno 
z ostatnich miejsc, w którym odbył się sabat czarownic. 
Palono je tam na stosie jeszcze w ubiegłym stuleciu. A 
ty będziesz pisał ksiąŜkę, rozumiesz? Chcesz porównać 
obyczaje, panujące w Mayang Straits, z dawnym 
angielskim folklorem... szukasz analogii i tak dalej... 

background image

Znasz się na tego rodzaju sprawach. Kręć się po okolicy 
z notatnikiem w ręku i wypytuj najstarszych 
mieszkańców o miejscowe przesądy i obyczaje. Oni są 
do tego przyzwyczajeni. Kiedy się dowiedzą, Ŝe 
mieszkasz w Ashe Manor, nabiorą do ciebie zaufania. 
- Jak na to zareaguje lord Whitfield? 
- Nie będzie stawiał przeszkód. Jest niezbyt 
wykształcony i bardzo łatwowierny... wierzy nawet w 
to, co czyta w swych własnych gazetach. Tak czy owak, 
Bridget go przekona. Ona jest w porządku. Mogę za nią 
ręczyć. 
Luke wziął głęboki oddech. 
- Jimmy, wszystko wydaje się takie proste. Jesteś 
wspaniały. Jeśli naprawdę moŜesz to załatwić ze swoją 
kuzynką... 
- AleŜ oczywiście. Zostaw to mnie. 
- Jestem ci bezgranicznie wdzięczny. 
- O jedno cię tylko proszę - powiedział Jimmy. - Jeśli 
wytropisz tego maniakalnego mordercę, chciałbym być 
ś

wiadkiem jego śmierci!... O co chodzi? - spytał nagle. 

- Przypomniałem sobie coś - odparł powoli Luke - co 
powiedziała mi ta starsza pani z pociągu. Kiedy 
napomknąłem, Ŝe trudno jest bezkarnie popełnić tyle 
morderstw, odparła, Ŝe się mylę... Ŝe zabić człowieka 
jest bardzo łatwo... - Wahał się przez chwilę, a potem 
dodał: - Zastanawiam się, Jimmy, czy to prawda. 
Zastanawiam się, czy... 
- Czy co? 
- Czy naprawdę morderstwo to nic trudnego? 
 

background image

III 
CZAROWNICA BEZ MIOTŁY 
 
Luke wjechał na zalany słońcem szczyt wzgórza, u 
którego stóp leŜało małe prowincjonalne miasteczko 
Wychwood-under-Ashe. Zatrzymał swój niedawno 
kupiony uŜywany samochód standard swallow i 
wyłączył silnik. 
Był ciepły, słoneczny, letni dzień. W dole rozciągało się 
miasteczko nie zeszpecone przez nowoczesną 
architekturę. Dziewicze i spokojne, składało się głównie 
z długiej, dość rzadko zabudowanej ulicy, która biegła 
pod sterczącym nad nią szczytem Ashe Ridge. 
Wydawało się jakieś odległe, wyizolowane i 
zaskakująco spokojne. - Chyba postradałem zmysły - 
mruknął Luke do siebie. - Cała ta historia jest 
absurdalna. 
Czy naprawdę przyjechał tu jedynie po to, by ścigać 
mordercę, opierając się tylko na chaotycznej opowieści 
jakiejś starszej pani i przypadkowym nekrologu? 
Takie rzeczy z pewnością się nie zdarzają - pomyślał, 
potrząsając głową. A moŜe jednak tak? Luke, mój stary, 
wkrótce się przekonasz, czy jesteś skończonym osłem, 
czy teŜ twój policyjny węch prowadzi cię na właściwy 
trop. 
Uruchomił silnik, wrzucił bieg i ostroŜnie zjechał krętą 
drogą do miasteczka. 
Wychwood składało się przede wszystkim z jednej 
głównej ulicy, przy której stały sklepy, niewielkie, lecz 
wytworne domki z czasów króla Jerzego, z pobielonymi 

background image

schodkami i lśniącymi kołatkami, oraz malownicze 
wille otoczone ogrodami. Nieco dalej znajdowała się 
gospoda Pod Błazeńską Czapką. Za nią Luke dostrzegł 
wiejskie błonia i staw, a nad wszystkim dominował 
wyniosły budynek, który Luke wziął początkowo za 
Ashe Manor, cel swej podróŜy. Kiedy jednak podjechał 
bliŜej, zauwaŜył duŜą tablicę informującą, Ŝe mieści się 
tu muzeum oraz biblioteka. Jeszcze dalej wznosiła się 
wielka, biała, nowoczesna budowla, zupełnie nie 
pasująca charakterem do otoczenia. Luke domyślił się, 
Ŝ

e jest to szkoła i klub sportowy dla chłopców. 

Zatrzymał się i spytał o drogę do Ashe Manor. 
Poinformowano go, Ŝe do celu podróŜy ma jeszcze 
jakieś pół mili i Ŝe z pewnością zauwaŜy po prawej 
stronie bramę wjazdową. 
Luke ruszył w dalszą drogę. Bez trudu znalazł bramę z 
kutego Ŝelaza ozdobioną wyszukanymi, nowoczesnymi 
wzorami. WjeŜdŜając na teren posiadłości, dostrzegł 
między drzewami czerwone cegły. Kiedy skręcił na 
podjazd, jego zdumionym oczom ukazała się 
przeraŜająco absurdalna budowla. 
Gdy przyglądał się temu niesamowitemu budynkowi, 
słońce zaszło za chmurę, a on zdał sobie nagle sprawę, 
jak groźnie wygląda wzgórze Ashe Ridge. Gwałtowny 
podmuch wiatru poruszył gałęziami drzew. W tym 
momencie zza węgła domu wyszła jakaś dziewczyna. 
Kiedy silny powiew wiatru rozwiał jej ciemne włosy, 
Luke przypomniał sobie obraz Nevinsona, zatytułowany 
"Czarownica". Taka sama blada i delikatna twarz, takie 

background image

same rozwiane czarne włosy. Wyobraził sobie tę 
dziewczynę lecącą na miotle w kierunku księŜyca... 
- Zapewne pan Luke Fitzwilliam - powiedziała, 
podchodząc do niego. - Nazywam się Bridget Conway. 
Luke uścisnął wyciągniętą dłoń młodej kobiety. Teraz 
mógł jej się dokładniej przyjrzeć. Była wysoką, 
szczupłą brunetką o ciemnych oczach. Miała pociągłą 
twarz, subtelne rysy i ledwie widoczne dołki w 
policzkach. Lekko ściągnięte brwi nadawały jej 
ciemnym oczom ironiczny wyraz. Luke pomyślał, Ŝe 
wygląda jak delikatna, ujmująco piękna kobieta ze starej 
akwaforty. 
W drodze do kraju myślał o angielskich kobietach i 
oczami wyobraźni widział opalone, zarumienione 
dziewczęta, głaszczące konia po szyi, pochylone nad 
zachwaszczoną grządką, siedzące w fotelach z rękami 
wyciągniętymi w kierunku płonących w kominku 
drewnianych polan. To były miłe i krzepiące wizje... 
Nie wiedział jeszcze, czy polubi Bridget Conway, ale 
zdawał sobie sprawę, Ŝe te tajemnicze obrazy nagle 
zamgliły się i rozpłynęły... straciły znaczenie i sens... 
- Dzień dobry - powiedział. - Przepraszam, Ŝe się 
państwu narzucam. Jimmy twierdził, Ŝe nie będziecie 
mieli państwo nic przeciwko temu. 
- Jest nam bardzo miło. - Uśmiechnęła się szeroko. - 
Jimmy i ja zawsze byliśmy wobec siebie solidarni. A 
skoro pisze pan ksiąŜkę o folklorze, to te okolice 
doskonale się do tego nadają. Usłyszy pan tu wiele 
legend i pozna sporo malowniczych miejsc. 
- Wspaniale - powiedział Luke. 

background image

Ruszyli w stronę domu. Luke raz jeszcze rzucił na niego 
okiem. Miał przed sobą rezydencję w stylu królowej 
Anny, ozdobioną przesadnie krzykliwymi motywami 
dekoracyjnymi. Przypomniał sobie słowa Jimmy'ego, 
który wspominał, Ŝe dom ten naleŜał niegdyś do rodziny 
Bridget. Pomyślał ze smutkiem, Ŝe w tamtych czasach z 
pewnością nie miał tylu bogatych ozdób. Zerknął 
ukradkiem na profil Bridget, a potem na jej piękne, 
wąskie dłonie. 
Doszedł do wniosku, Ŝe moŜe mieć około dwudziestu 
ośmiu lub dwudziestu dziewięciu lat i Ŝe sprawia 
wraŜenie osoby rozsądnej. NaleŜała do kobiet, o których 
wiedziało się tylko tyle, ile same postanowiły ujawnić... 
Dom był urządzony wygodnie i gustownie. Czuło się w 
nim rękę pierwszorzędnego dekoratora wnętrz. Bridget 
Conway zaprowadziła Luke'a do pokoju, w którym stało 
duŜo półek z ksiąŜkami i głębokie fotele. Przy stoliku 
pod oknem siedziały dwie osoby. 
- Gordonie - zaczęła Bridget - to jest Luke, mój daleki 
kuzyn. Lord Whitfield był niski i łysiejący. Miał 
okrągłą, prostoduszną twarz, wydęte usta i wodniste, 
zielonkawe oczy. Niedbały wiejski strój uwydatniał 
jego spory brzuch. 
- Bardzo miło mi pana poznać - powitał uprzejmie 
gościa. - Słyszałem, Ŝe wrócił pan niedawno ze 
Wschodu. Interesująca część świata. Bridget mówiła mi, 
Ŝ

e pisze pan ksiąŜkę. Powiadają, Ŝe obecnie pisze się 

zbyt duŜo ksiąŜek. Nie zgadzam się z tym... uwaŜam, Ŝe 
zawsze znajdzie się miejsce na dobrą ksiąŜkę. 

background image

- Moja ciotka, pani Anstruther - powiedziała Bridget, a 
Luke uścisnął dłoń kobiety w średnim wieku, która 
uśmiechnęła się do niego dość bezmyślnie. 
Luke zorientował się niebawem, Ŝe pani Anstruther jest 
oddana duszą i ciałem ogrodnictwu. Nie mówiła o 
niczym innym, a jej myśli nieustannie zaprzątały 
rozwaŜania o tym, czy miejsce, w którym zamierza 
posadzić jakąś rzadko spotykaną roślinę, będzie dla niej 
odpowiednie. 
- Wiesz, Gordon - zaczęła pani Anstruther, kiedy 
prezentacja dobiegła końca - doskonałe miejsce na 
ogród skalny będzie tuŜ za ogrodem róŜanym, a tam, 
gdzie strumyk przecina tę skarpę, moŜesz zrobić 
cudowne oczko wodne. 
- Ustal to z Bridget - powiedział bez większego 
zainteresowania lord Whitfield, rozpierając się 
wygodnie w fotelu. - Ja uwaŜam, Ŝe rośliny skalne są 
bardzo drobne... ale to nie ma znaczenia. 
- Być moŜe nie są wystarczająco okazałe dla ciebie, 
Gordon - oznajmiła Bridget, napełniając filiŜankę 
Luke'a herbatą. 
- To prawda - przyznał łagodnie lord Whitfield. - Dla 
mnie nie są warte pieniędzy, które się za nie płaci. 
Kwiatki są tak drobne, Ŝe prawie ich nie widać... Ja 
lubię pełne kwiatów oranŜerie albo rabaty okazałych, 
szkarłatnych pelargonii. 
Pani Anstruther miała wyjątkowy dar trwania przy 
swoim temacie bez względu na to, co mówili jej 
rozmówcy. 

background image

- Jestem pewna, Ŝe te nowe skalne róŜe doskonale się 
przyjmą w naszym klimacie - oznajmiła i skupiła uwagę 
na przeglądanym katalogu. 
Lord Whitfield rozparł się jeszcze wygodniej w swym 
fotelu i popijając herbatę, taksował Luke'a spojrzeniem. 
- Więc pisze pan ksiąŜki - mruknął. 
Luke zamierzał udzielić gospodarzowi bliŜszych 
wyjaśnień, ale zdał sobie sprawę, Ŝe on bynajmniej tego 
od niego nie oczekuje. 
- Często myślałem o tym - oznajmił lord Whitfield 
wyniosłym tonem - Ŝeby napisać ksiąŜkę. 
- Doprawdy? - spytał Luke. 
- Zapewniam pana, Ŝe potrafiłbym to zrobić - odparł 
lord Whitfield. - I byłaby to bardzo interesująca ksiąŜka. 
Poznałem w Ŝyciu wielu ciekawych ludzi. Problem 
polega na tym, Ŝe brak mi na to czasu. Jestem niezwykle 
zapracowanym człowiekiem. 
- Oczywiście. Mogę się tego domyślić. 
- Nie uwierzyłby pan, ile mam na głowie - powiedział 
lord Whitfield. - Osobiście angaŜuję się w kaŜdy numer 
mojego tygodnika. UwaŜam, Ŝe jestem odpowiedzialny 
za kształtowanie opinii publicznej. W przyszłym 
tygodniu miliony czytelników będą myślały i 
odczuwały dokładnie to, co chciałem im podsunąć. To 
bardzo powaŜna sprawa i wielka odpowiedzialność. No 
cóŜ, nie mam nic przeciwko odpowiedzialności. Nie 
boję się jej. Potrafię postępować w sposób 
odpowiedzialny. - WypręŜył pierś, próbując wciągnąć 
brzuch, a potem spojrzał przyjaźnie na Luke'a. 

background image

- Jesteś wielkim człowiekiem, Gordon - powiedziała 
Bridget Conway. - Napij się jeszcze herbaty. 
- Tak, to prawda - potwierdził lord Whitfield. - Nie, nie 
chcę juŜ herbaty. 
Potem, zstąpiwszy ze szczytu swego Olimpu na poziom 
zwykłych śmiertelników, spytał uprzejmie swego 
gościa: 
- Czy zna pan kogoś w tych stronach? 
Luke potrząsnął głową. 
- Obiecałem, Ŝe odszukam tu kogoś... to przyjaciel 
moich przyjaciół - powiedział Luke pod wpływem 
nagłego impulsu, czując, Ŝe im szybciej przystąpi do 
działania, tym lepiej. - Nazywa się Humbleby. Jest 
lekarzem. 
- Och! - Lord Whitfield z trudem wyprostował się w 
fotelu. - Doktor Humbleby? To fatalny zbieg 
okoliczności. 
- Dlaczego? 
- Umarł jakiś tydzień temu - wyjaśnił lord Whitfield. 
- O mój BoŜe - westchnął Luke. - Bardzo mi przykro. 
- Nie sądzę, Ŝeby pan go polubił - powiedział lord 
Whitfield. - Był upartym, nieznośnym, starym durniem. 
- Co oznacza - wtrąciła Bridget - Ŝe nie podzielał 
poglądów Gordona. 
- Chodziło o naszą instalację wodną - oznajmił lord 
Whitfield. - Zapewniam pana, panie Fitzwilliam, Ŝe 
jestem zapalonym społecznikiem. Dobro tego 
miasteczka leŜy mi na sercu. Tu się urodziłem. Tak, 
urodziłem się właśnie w tym miasteczku... 

background image

Luke ze smutkiem zauwaŜył, Ŝe porzucili temat doktora 
Humble- by'ego i powrócili do spraw dotyczących 
osoby lorda Whitfielda. 
- Nie wstydzę się tego i wszystko mi jedno, czy ktoś o 
tym wie - ciągnął lord. - Nie korzystałem w młodości z 
Ŝ

adnych przywilejów. Mój ojciec prowadził sklep z 

butami... tak, zwykły sklep z butami. Kiedy byłem 
chłopcem, pomagałem mu w tym sklepie. Osiągnąłem 
wszystko o własnych siłach... postanowiłem wydobyć 
się z dna... i osiągnąłem cel! Wytrwałością, cięŜką pracą 
i z BoŜą pomocą...! Dzięki temu jestem dzisiaj tym, kim 
jestem. 
Wyczerpująco przedstawiwszy Luke'owi szczegóły swej 
drogi Ŝyciowej, lord Whitfield mówił dalej z triumfem: 
- Odniosłem sukces i przed nikim nie taję, jak do tego 
doszedłem! Nie wstydzę się swych początków... nie, 
sir... Wróciłem do miejsca swego urodzenia. Czy wie 
pan, co stoi teraz na miejscu sklepu mojego ojca? 
Wznosi się tam wspaniały budynek, który ja 
ufundowałem... Szkoła, klub dla chłopców, wszystko 
pierwszorzędnie wykończone i nowoczesne. 
Zatrudniłem najlepszego architekta w kraju! Muszę 
przyznać, Ŝe ten gmach przypomina mi raczej dom 
poprawczy albo więzienie... ale wszyscy mówią, Ŝe jest 
w porządku, więc chyba tak jest. 
- Głowa do góry - powiedziała Bridget. - Ten dom 
kazałeś odrestaurować według własnego gustu! 
Lord Whitfield zachichotał z zadowoleniem. 
- Tak, próbowali postawić na swoim! Chcieli zachować 
pierwotny charakter tego budynku. Ale nie zgodziłem 

background image

się. Powiedziałem im, Ŝe to ja będę mieszkał w tym 
domu, i chcę, by było widać pieniądze, które w niego 
zainwestowałem. Kiedy jeden architekt odmawiał 
wykonania tego, co mu kazałem, zwalniałem go i 
brałem innego. Ostatni doskonale zrozumiał moją 
koncepcję. 
- Pomagał ci zaspokajać najgorsze wybryki twojej 
wyobraźni - wtrąciła Bridget. 
- Ona wolałaby, Ŝeby wszystko zostało po staremu - 
powiedział lord Whitfield, klepiąc ją po ramieniu. - Nie 
warto Ŝyć przeszłością, kochanie. Ci dawni 
budowniczowie z epoki króla Jerzego byli dość 
ograniczeni. Nie chciałem mieszkać w pozbawionym 
ozdób ceglanym domu. Zawsze marzyłem o zamku... i 
teraz go mam! Wiem, Ŝe nie grzeszę zbyt 
wyrafinowanym gustem, więc dałem carte blanche 
dobrej firmie, zajmującej się dekoracją wnętrz. Muszę 
przyznać, Ŝe zrobili to całkiem nieźle... choć niektóre 
pomieszczenia są trochę bezbarwne. 
- No cóŜ - zaczął Luke, nie znajdując odpowiednich 
słów - to wspaniale wiedzieć, czego się chce. 
- A ja zazwyczaj to osiągam - oznajmił lord, 
chichocząc. 
- Omal nie przegrałeś batalii o instalację wodną - 
przypomniała mu Bridget. 
- Och, o to ci chodzi! - zawołał lord Whitfield. - 
Humbleby był głupcem. Ci starzejący się durnie są 
uparci jak osły. Nie słuchają Ŝadnych argumentów. 

background image

- Doktor Humbleby musiał być człowiekiem, który nie 
ukrywał tego, co myśli, prawda? - spytał Luke. - 
Przypuszczani, Ŝe narobił sobie przez to wielu wrogów. 
- Nie, tego bym nie powiedział - zaoponował lord 
Whitfield, drapiąc się po nosie. - A co ty sądzisz, 
Bridget? 
- Zawsze miałam wraŜenie, Ŝe doktor Humbleby cieszy 
się ogólną sympatią - odparła Bridget. - Widziałam go 
tylko raz, kiedy zwichnęłam sobie kostkę, ale wydał mi 
się bardzo miłym człowiekiem. 
- Owszem, na ogół był dość lubiany - przyznał lord 
Whitfield. - Choć znam jedną czy dwie osoby, które 
miały z nim na pieńku. Zwykła głupota. 
- Czy te osoby mieszkają w Wychwood? Lord Whitfield 
kiwnął głową. 
- W takich miasteczkach jak nasze dochodzi do wielu 
konfliktów i sporów - powiedział. 
- I ja tak sądzę - oznajmił Luke. Zastanawiał się przez 
chwilę nad następnym krokiem, a potem spytał: - 
Jakiego rodzaju ludzie zamieszkują te okolice? 
Pytanie było dość ogólnikowe, ale nie musiał długo 
czekać na odpowiedź. 
- Głównie relikty przeszłości - wyjaśniła Bridget. - 
Córki pastorów, ich siostry i Ŝony. Tak samo wyglądają 
rodziny lekarzy. Na jednego męŜczyznę przypada tu 
około sześciu kobiet. 
- Ale chyba są tu jacyś męŜczyźni? 
- Och, owszem, jest pan Abbot, radca prawny, młody 
doktor Thomas, współpracownik doktora 
Humbleby'ego, pan Wake, proboszcz i... kto jeszcze, 

background image

Gordon? Och! Pan Ellsworthy, który prowadzi sklep z 
antykami i, moim zdaniem, jest trochę zbyt uprzejmy, 
oraz major Horton ze swoimi buldogami. 
- Moi przyjaciele wspominali, Ŝe mieszka tu teŜ pewna 
niezwykle czarująca, ale bardzo gadatliwa staruszka - 
oznajmił Luke. 
- To moŜna by powiedzieć o połowie mieszkańców 
naszego miasteczka! - zawołała Bridget ze śmiechem. 
- JakŜe ona się nazywa? O, juŜ wiem, Pinkerton. 
- Naprawdę, nie ma pan szczęścia! - powiedział lord 
Whitfield, chichocząc ochryple. - Ona równieŜ nie Ŝyje. 
Parę dni temu wpadła w Londynie pod samochód. 
Zginęła na miejscu. 
- Wygląda na to, Ŝe macie tu sporo zgonów - zauwaŜył 
Luke. Lord Whitfield natychmiast spowaŜniał. 
- AleŜ skądŜe!... - zawołał nieco uraŜonym tonem. - To 
jedno z najzdrowszych miejsc w Anglii. Nie licząc 
nieszczęśliwych wypadków. W końcu mogą kaŜdemu 
się przytrafić. 
- Prawdę mówiąc, Gordon - powiedziała Bridget 
Conway po chwili namysłu - w ubiegłym roku mieliśmy 
tu wiele zgonów. Bez przerwy były jakieś pogrzeby. 
- Nic podobnego, kochanie. 
- Czy doktor Humbleby równieŜ zginął w wypadku? - 
spytał Luke. 
- Och, nie - odparł lord Whitfield, potrząsając głową. - 
Humbleby zmarł na zakaŜenie krwi. Jak to lekarz. 
Skaleczył się w palec zardzewiałym gwoździem, czy 
coś takiego... nie zwrócił na to uwagi i dostał zakaŜenia. 
Po trzech dniach juŜ nie Ŝył. 

background image

- Bywają tacy lekarze - oznajmiła Bridget. - I 
oczywiście, jeśli o siebie nie dbają, często naraŜeni są 
na róŜne infekcje. To było okropne. Jego Ŝona zupełnie 
się załamała. 
- Nie ma sensu buntować się przeciwko woli 
Opatrzności - powiedział lord Whitfield beztrosko. 
Ale czy rzeczywiście była to wola Opatrzności? - spytał 
sam siebie Luke, przebierając się wieczorem w 
smoking. ZakaŜenie krwi? Być moŜe. Tak czy owak 
była to bardzo niespodziewana śmierć. 
W tym momencie przypomniały mu się słowa Bridget 
Conway: 
W ubiegłym roku mieliśmy tu wiele zgonów. 
 
IV 
LUKE PRZYSTĘPUJE DO DZIAŁANIA 
 
Luke przemyślał uwaŜnie plan swej kampanii. Schodząc 
nazajutrz rano na śniadanie, był juŜ gotów przystąpić do 
jego realizacji. 
Ciotka-ogrodniczka była nieobecna. Lord Whitfield jadł 
nereczki i pił kawę, a Bridget Conway, która skończyła 
juŜ posiłek, wyglądała przez okno. 
Luke, powitawszy gospodarzy, usiadł przy stole i 
nałoŜył sobie na talerz sporą porcję jajek na bekonie. 
- Muszę zabrać się do pracy - oznajmił. - Niełatwo jest 
nakłonić ludzi do mówienia. Wie pan, co mam na 
myśli... nie chodzi mi o ludzi takich jak pan czy... eee... 
Bridget. - W samą porę przypomniał sobie, Ŝe nie 
powinien zwracać się do niej "panno Conway". - 

background image

Powiedzielibyście mi wszystko, co wiecie... ale problem 
polega na tym, Ŝe nie znacie się na sprawach, które 
mnie interesują, to znaczy na miejscowych przesądach. 
Nie uwierzyłby pan chyba, jak wiele zabobonów nadal 
jeszcze pokutuje w odległych zakątkach świata. Znam 
małe miasteczko w hrabstwie Devon. Tamtejszy 
proboszcz musiał usunąć z terenów przykościelnych 
kilka starych granitowych menhirów. Gdy tylko umarł 
któryś z mieszkańców, pozostali obchodzili je wkoło w 
jakiejś starodawnej rytualnej procesji. To zadziwiające, 
Ŝ

e pogańskie obrządki są tak trwałe. 

- Zapewne ma pan rację - powiedział lord Whitfield. - 
Ludziom brakuje wykształcenia. Czy wspominałem juŜ 
panu, Ŝe ufundowałem tu wspaniałą bibliotekę? 
Przedtem był tam stary dwór... kupiłem go za bezcen, a 
teraz mieści się w nim jedna z najlepszych bibliotek... 
Luke, widząc, Ŝe lord Whitfield zamierza nadal 
koncentrować się wyłącznie na swych osiągnięciach, 
postanowił zmienić temat. 
- Znakomicie - powiedział serdecznie. - Dobra robota. Z 
pewnością zdaje pan sobie sprawę, jak głęboko 
zakorzeniona jest ludzka ignorancja. A ja właśnie tego 
szukam. Interesują mnie dawne obyczaje, opowieści 
starych kobiet, ślady pogańskich obrządków, takich 
jak... - Tu zacytował niemal dosłownie stronicę z 
pewnej rozprawy naukowej, którą przeczytał przed 
przyjazdem do Wychwood. - Największą nadzieję 
pokładam w rytuałach związanych ze śmiercią - 
zakończył. - Najtrwalsze są obrządki i zwyczaje 

background image

pogrzebowe. Poza tym, z takiego czy innego powodu, 
wieśniacy lubią rozmawiać o śmierci. 
- I uwielbiają pogrzeby - wtrąciła Bridget. 
- Chyba od tego właśnie zacznę - kontynuował Luke. - 
Gdybym zdobył listę ostatnio zmarłych w tej parafii 
osób, a następnie porozmawiał z ich krewnymi, z 
pewnością natrafiłbym niebawem na ślady tego, czego 
szukam. Od kogo mógłbym uzyskać takie dane... od 
proboszcza? 
- Dla pana Wake'a niewątpliwie byłoby to bardzo 
interesujące - powiedziała Bridget. - Jest miłym 
staruszkiem i po trosze zbieraczem staroŜytności. Sądzę, 
Ŝ

e mógłby ci dostarczyć wielu informacji. 

Luke odczuł przelotny niepokój, ale pomyślał z 
nadzieją, Ŝe pastor nie okaŜe się na tyle biegłym znawcą 
staroŜytności, by go rozszyfrować. 
- To świetnie. Czy wiecie, kto zmarł tu w ubiegłym 
roku? - spytał. 
- Niech pomyślę - mruknęła Bridget. - Oczywiście, 
Carter. Był właścicielem Siedmiu Gwiazd, obskurnego 
małego baru nad rzeką. 
- Zapijaczony prostak - stwierdził lord Whitfield. - 
Jeden z tych gburowatych socjalistów. Niewielka strata. 
- I pani Rose, praczka - ciągnęła Bridget. - I mały 
Tommy Pierce... muszę przyznać, Ŝe był wstrętnym 
chłopcem. Och, i ta dziewczyna, Amy Jak-jej-tam. 
Kiedy wymawiała to imię, ton jej głosu nieznacznie się 
zmienił. 
- Amy? - spytał Luke. 

background image

- Amy Gibbs. Pracowała u nas jako pokojówka, a potem 
przeniosła się do panny Waynflete. W sprawie jej 
ś

mierci policja prowadziła dochodzenie. 

- Dlaczego? 
- Bo ta głupia dziewczyna pomyliła po ciemku 
buteleczki - oznajmił lord Whitfield. 
- Wypiła farbę do kapeluszy sądząc, Ŝe to syrop na 
kaszel - wyjaśniła Bridget. 
- CóŜ za tragiczna pomyłka - powiedział Luke, 
marszcząc czoło. 
- Podejrzewano, Ŝe zrobiła to umyślnie - oznajmiła 
Bridget. - Pokłóciła się z jakimś młodzieńcem. 
Nastała chwila milczenia. Luke wyczuł instynktownie 
nagłe napięcie, które zapanowało w pokoju. 
Amy Gibbs? - pomyślał. Tak, to było jedno z nazwisk, 
które wymieniła panna Pinkerton. 
Pamiętał, Ŝe wspomniała równieŜ o małym chłopcu 
imieniem Tommy, o którym, podobnie jak Bridget, 
miała wyraźnie niepochlebną opinię. Był niemal 
przekonany, Ŝe słyszał teŜ od niej nazwisko Carter. 
- Takie rozmowy budzą we mnie pewien niesmak... 
czuję się tak, jakbym przeszukiwał cmentarze - 
powiedział, wstając od stołu. - Obrzędy ślubne bywają 
równie interesujące, ale znacznie trudniej wpleść je do 
konwersacji. 
- Mogę to sobie wyobrazić - oznajmiła Bridget, 
wykrzywiając usta w lekkim grymasie. 
- Zaklęcia i rzucanie uroków to kolejna ciekawa kwestia 
- ciągnął Luke, udając nagłe zainteresowanie. - MoŜna 

background image

się z nimi często zetknąć wśród ludzi starej daty. Czy 
krąŜą tu jakieś pogłoski na ten temat? 
Lord Whitfield pokręcił głową. 
- Jeśli nawet krąŜą, to do nas nie docierają... - wyjaśniła 
Bridget Conway. 
- To oczywiste - wtrącił natychmiast Luke. - Będę 
musiał porozmawiać o tym z przedstawicielami 
niŜszych sfer. Zacznę od wizyty na plebanii i zobaczę, 
czego się tam dowiem. Potem odwiedzę Siedem 
Gwiazd, czy tak brzmi nazwa tego baru? A ten 
nieznośny? Czy pozostawił jakichś pogrąŜonych w 
smutku krewnych? 
- Pani Pierce prowadzi sklepik z tytoniem i gazetami na 
High Street. 
- To szczęśliwy zbieg okoliczności. No cóŜ, na mnie juŜ 
czas. 
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pójdę z tobą - 
oznajmiła Bridget, odchodząc od okna. 
- AleŜ... bardzo proszę. 
Powiedział to moŜliwie jak najserdeczniej, ale nie był 
pewien, czy nie dostrzegła jego wahania. 
Łatwiej byłoby mu rozmawiać ze starym, 
rozmiłowanym w staroŜytnościach proboszczem bez 
inteligentnego i bystrego świadka. 
Trudno - pomyślał. Muszę grać swoją rolę w sposób 
przekonujący. 
- Czy moŜesz chwilę poczekać, Luke? - poprosiła 
Bridget. - Zmienię tylko buty. 
Luke, słysząc, z jaką łatwością wymówiła jego imię, 
poczuł przypływ sympatii. W końcu jak miała go 

background image

nazywać? Skoro przystała na plan Jimmy'ego i zgodziła 
się grać rolę jego kuzynki, nie mogła mówić do niego 
"panie Fitzwilliam". Nagle przyszła mu do głowy 
niepokojąca myśl: Co ona o tym wszystkim sądzi? 
Sam był zdziwiony, Ŝe wcześniej nie wzbudziło to jego 
niepokoju. Kuzynka Jimmy'ego była dla niego tylko 
postacią abstrakcyjną. W ogóle o niej nie myślał. 
Przyjął po prostu za dobrą monetę zapewnienia swego 
przyjaciela, Ŝe "Bridget jest w porządku". 
WyobraŜał ją sobie jako drobną, jasnowłosą sekretarkę, 
na tyle przebiegłą, by usidlić bogatego męŜczyznę. 
Tymczasem Bridget okazała się bystrą kobietą o 
przenikliwej inteligencji i silnej osobowości. A on nie 
miał pojęcia, co ona o nim sądzi. Doszedł do wniosku, 
Ŝ

e jest osobą, którą niełatwo wywieść w pole. 

- JuŜ jestem gotowa. 
Podeszła do niego tak cicho, Ŝe nie usłyszał jej kroków. 
Nie miała ani kapelusza, ani woalki. Kiedy wyszli z 
domu, nagły podmuch wiatru rozwiał jej długie ciemne 
włosy. 
- Muszę ci wskazać drogę - powiedziała z uśmiechem. 
- To miło z twojej strony - odparł uprzejmie, 
zastanawiając się, czy w jej uśmiechu nie dostrzegł 
przypadkiem przebłysku lekkiej ironii. 
- CóŜ za okropieństwo! - zawołał z Ŝalem, patrząc na 
okazałą rezydencję. - Czy nikt nie potrafił go 
powstrzymać? 
- Dom Anglika jest jego twierdzą - odparła Bridget. - 
Gordon traktuje to powiedzenie dosłownie! Jest 
zachwycony swoim zanikiem! 

background image

Luke zdał sobie sprawę, Ŝe jego uwaga była niezbyt 
fortunna, ale nie był juŜ w stanie jej cofnąć, więc dodał: 
- To twój rodzinny dom, prawda? Czy ty równieŜ jesteś 
"zachwycona" jego obecnym wyglądem? 
Spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem. 
- Przykro mi, Ŝe muszę zniszczyć twoją dramatyczną 
wizję - mruknęła - ale prawdę mówiąc, wyjechałam stąd 
mając dwa i pół roku, więc trudno ode mnie wymagać, 
bym traktowała ten budynek jako rodzinne gniazdo. 
Nawet nie pamiętam, jak dawniej wyglądał. 
- Masz rację - przyznał Luke. - Przepraszam, Ŝe 
przemawiam do ciebie jak bohater filmowy. 
Bridget roześmiała się głośno. 
- Prawda rzadko bywa romantyczna. 
Usłyszał w jej głosie ton goryczy, który zbił go z tropu. 
Zaczerwienił się z zaŜenowania, a potem zdał sobie 
sprawę, Ŝe gorycz nie była skierowana pod jego 
adresem, lecz stanowiła cząstkę osobowości tej kobiety. 
Doszedł do wniosku, Ŝe postąpi najrozsądniej, 
zachowując milczenie. Bridget Conway wydawała mu 
się osobą zagadkową... 
Po pięciu minutach dotarli do kościoła i sąsiadującej z 
nim plebanii. Zastali pastora w jego gabinecie. 
Alfred Wake był niskim, przygarbionym staruszkiem o 
łagodnych niebieskich oczach. Powitał ich bardzo 
uprzejmie, choć widać było, Ŝe jest trochę zaskoczony 
ich wizytą. 
- Pan Fitzwilliam zatrzymał się u nas w Ashe Manor - 
powiedziała Bridget - i chciałby zasięgnąć rady ojca w 
związku z ksiąŜką, którą pisze. 

background image

Pastor spojrzał pytająco na Luke'a, który natychmiast 
przystąpił do wyjaśnień. 
Był bardzo zdenerwowany. Po pierwsze dlatego, Ŝe 
wiedza pastora na temat folkloru, zabobonów, obrzędów 
i obyczajów z pewnością znacznie przewyŜszała jego 
wiadomości nabyte w czasie pobieŜnej lektury 
przypadkowego zestawu ksiąŜek. Po drugie zaś dlatego, 
Ŝ

e stojąca obok niego Bridget Conway przysłuchiwała 

się jego wypowiedziom. 
Luke odkrył z ulgą, Ŝe pastor szczególnie interesuje się 
zabytkami starorzymskimi. Sam przyznał, Ŝe wie bardzo 
niewiele na temat średniowiecznego folkloru i czarnej 
magii. Wspomniał o istnieniu pewnych obiektów 
związanych z historią Wychwood. Zaproponował 
Luke'owi wspólną wyprawę na wzgórze, na którym 
podobno odbywały się niegdyś sabaty czarownic, ale 
przeprosił, Ŝe sam nie jest w stanie słuŜyć mu bliŜszymi 
szczegółami. 
Luke odczuł ulgę, ale udał lekkie rozczarowanie, a 
potem zaczął wypytywać o przesądy związane z łoŜem 
ś

mierci. 

- Jestem chyba ostatnią osobą, która wiedziałaby 
cokolwiek na ten temat - odparł pastor, potrząsając 
głową. - Moi parafianie dbają o to, by nie docierały do 
mnie Ŝadne wieści związane z pogańskimi tradycjami. 
- To zrozumiałe. 
- Ale niewątpliwie pokutują u nas jeszcze liczne 
zabobony. Społeczność wiejska jest bardzo zacofana. 
- Poprosiłem pannę Conway o wykaz niedawno 
zmarłych osób. Sądziłem, Ŝe w ten sposób do czegoś 

background image

dojdę. MoŜe zechciałby ojciec uzupełnić ten wykaz, 
abym mógł się doszukać pewnych prawidłowości. 
- Tak, oczywiście, to da się zrobić. Mógłby panu w tym 
pomóc nasz kościelny, Giles. To poczciwy człowiek, ale 
niestety zupełnie głuchy. Niech pomyślę. Było sporo... 
tak, wiele... poprzedziła je zdradliwa wiosna i doszło do 
nich po surowej zimie, a potem nastąpiły liczne 
wypadki... prawdziwe pasmo nieszczęść. 
- Niekiedy - powiedział Luke - seria nieszczęśliwych 
wypadków wiąŜe się z obecnością jakiejś określonej 
osoby. 
- Tak, tak. Weźmy na przykład przypadek Jonasza. Ale 
nie sądzę, by przebywali tu jacyś obcy ludzie... nikt, Ŝe 
tak powiem, kto w jakiś sposób by się wyróŜniał, a ja z 
całą pewnością nie słyszałem Ŝadnych pogłosek na ten 
temat... ale jak wspomniałem, być moŜe nie dotarły one 
do mnie z wiadomych względów. Niech się 
zastanowię... całkiem niedawno umarł doktor Humbleby 
i biedna Lavinia Pinkerton... Doktor Humbleby był 
wspaniałym człowiekiem... 
- Pan Fitzwilliam zna jego przyjaciół - wtrąciła Bridget. 
- Naprawdę? To bardzo smutna historia. Wszyscy 
boleśnie odczują jego stratę. Miał wielu przyjaciół. 
- Ale zapewne miał teŜ wrogów - powiedział Luke. - 
Powtarzam tylko to, co usłyszałem od moich znajomych 
- dodał pospiesznie. 
Pan Wake westchnął. 
- Był człowiekiem, który mówił, co myśli... i 
powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze wyraŜał się zbyt 

background image

taktownie... - Potrząsnął głową. - To działa ludziom na 
nerwy. Ale ubodzy bardzo go kochali. 
- Jeden z najbardziej przykrych aspektów śmierci 
polega moim zdaniem na tym - zaczął Luke obojętnym 
tonem - Ŝe zawsze przynosi ona komuś korzyść... mam 
na myśli nie tylko spadek. 
- Tak, rozumiem, o co panu chodzi - przyznał pastor, 
kiwając głową z zadumą. - Czytamy w nekrologach 
wyrazy ubolewania z powodu czyjejś śmierci, ale 
niestety bardzo rzadko bywają one szczere. Nie moŜna 
zaprzeczyć, Ŝe śmierć doktora Humbleby'ego znacznie 
umocniła pozycję jego wspólnika, doktora Thomasa. 
- W jaki sposób? 
- Thomas z pewnością jest bardzo zdolnym lekarzem... 
Humbleby niejednokrotnie o tym mówił, ale 
Thomasowi niezbyt dobrze się tu wiodło. Myślę, Ŝe 
pozostawał w cieniu doktora Humbleby, który był 
człowiekiem o wyraźnym magnetyzmie. W zestawieniu 
z nim Thomas wydawał się postacią dość bezbarwną. 
Nie wywierał Ŝadnego wraŜenia na swych pacjentach. 
Sądzę, Ŝe go to niepokoiło... stawał się coraz bardziej 
nerwowy i zamknięty w sobie. Prawdę mówiąc, juŜ 
teraz zauwaŜyłem zadziwiającą zmianę. Jest 
spokojniejszy i bardziej opanowany. Chyba odzyskał 
pewność siebie. O ile mi wiadomo, nie zawsze zgadzali 
się z doktorem Humblebym. Thomas był gorącym 
zwolennikiem nowoczesnych metod leczenia, a 
Humbleby upierał się przy tradycyjnej medycynie. 
Nieraz dochodziło między nimi do konfliktów 
dotyczących zarówno tego tematu, jak i spraw 

background image

rodzinnych... ale jeśli o to chodzi, nie powinienem 
plotkować... 
- Myślę, Ŝe pan Fitzwilliam chętnie posłuchałby tych 
plotek! - wtrąciła Bridget. 
Luke rzucił jej przelotne, pełne niepokoju spojrzenie. 
Pan Wake z powątpiewaniem pokręcił głową, a potem 
zaczął mówić, uśmiechając się z lekką dezaprobatą: 
- Niestety, nauczyliśmy się za bardzo interesować 
sprawami naszych bliźnich. Rose Humbleby jest bardzo 
ładną dziewczyną. Nic więc dziwnego, Ŝe Geoffrey 
Thomas stracił dla niej głowę. A punkt widzenia 
doktora Humbleby'ego był równieŜ zrozumiały. 
UwaŜał, Ŝe jego córka jest jeszcze młoda, a mieszkając 
tu, na prowincji, nie ma wielu szans, by poznać innych 
męŜczyzn. 
- Był przeciwny temu związkowi? - spytał Luke. 
- Zdecydowanie. UwaŜał, Ŝe oboje są jeszcze za młodzi. 
A młodych ludzi, oczywiście, oburzają takie 
stwierdzenia! Stosunki między Thomasem a doktorem 
Humblebym wyraźnie się ochłodziły. Muszę jednak 
przyznać, Ŝe doktor Thomas był głęboko wstrząśnięty 
niespodziewaną śmiercią swego wspólnika. 
- Lord Whitfield powiedział mi, Ŝe to było zakaŜenie 
krwi. 
- Tak... po prostu małe zadraśnięcie, w które wdała się 
ś

miertelna infekcja. Lekarze w trakcie wykonywania 

swego zawodu naraŜeni są na powaŜne ryzyko, panie 
Fitzwilliam. 
- To prawda - przyznał Luke. 

background image

- Ale zbyt daleko odbiegłem od tematu - powiedział 
pastor. - Zdaje się, Ŝe jestem starym plotkarzem. 
Rozmawialiśmy o reliktach pogańskich obyczajów 
związanych ze śmiercią i o niedawno zmarłych 
ludziach. Znalazła się wśród nich Lavinia Pinkerton, 
która była jedną z naszych najbardziej gorliwych 
parafianek. I ta nieszczęsna dziewczyna, Amy Gibbs... 
jej przypadek moŜe dostarczyć panu pewnych 
elementów z dziedziny pańskich zainteresowań, panie 
Fitzwilliam. Podejrzewano, jak zapewne pan juŜ wie, Ŝe 
mogło to być samobójstwo, a z tym rodzajem śmierci 
wiąŜą się dość niesamowite rytuały. Mieszka tu ciotka 
tej dziewczyny. Nie uwaŜam jej za kobietę zbyt 
szacowną i wiem, Ŝe nie była przesadnie przywiązana 
do swej siostrzenicy, ale jest osobą niezwykle 
gadatliwą. 
- To cenna informacja - powiedział Luke. 
- I jeszcze Tommy Pierce... kiedyś naleŜał do chóru 
kościelnego... śpiewał wspaniałym, niemal anielskim 
falsetem... ale nie miał zbyt anielskiego charakteru. W 
końcu musieliśmy go wykluczyć, poniewaŜ miał zły 
wpływ na swych kolegów. Biedny chłopak... 
Przypuszczam, Ŝe mało kto go lubił. Zwolniono go z 
poczty, gdzie załatwiliśmy mu posadę posłańca. Później 
przez jakiś czas zatrudniony był w kancelarii pana 
Abbota, ale bardzo szybko go stamtąd wyrzucono... 
podobno szperał w jakichś poufnych dokumentach. 
Potem krótko pracował w Ashe Manor jako pomocnik 
ogrodnika, ale lord Whitfield odprawił go za 
impertynenckie zachowanie. Było mi przykro ze 

background image

względu na jego matkę... to porządna, cięŜko pracująca 
kobieta. Panna Waynflete bardzo Ŝyczliwie załatwiła 
mu dorywcze zajęcie przy myciu okien. Lord Whitfield 
początkowo protestował, ale potem nieoczekiwanie się 
zgodził... w gruncie rzeczy jego decyzja okazała się 
niefortunna. 
- Dlaczego? 
- PoniewaŜ chłopiec zginął właśnie przy tej pracy. Mył 
górne okna w bibliotece, mieszczącej się w starym 
dworze i zaczął błaznować... tańczyć na parapecie czy 
coś w tym rodzaju... stracił równowagę albo teŜ 
zakręciło mu się w głowie i spadł. Przykra sprawa! 
Zmarł w kilka godzin po przewiezieniu do szpitala, nie 
odzyskawszy przytomności. 
- Czy ktoś widział jego upadek? - spytał Luke z 
ciekawością. 
- Nie. Mył okna od strony ogrodu, nie od frontu. 
Podobno leŜał tam przez jakieś pół godziny, zanim go 
znaleziono. 
- Kto go znalazł? 
- Panna Pinkerton. To ta kobieta, która jak przed chwilą 
wspominałem, przed paru dniami zginęła tragicznie w 
wypadku drogowym. Biedactwo, była do głębi 
wstrząśnięta. To przykre przeŜycie! Pozwolono jej 
wziąć z ogrodu jakieś sadzonki i znalazła tam 
nieprzytomnego chłopca. 
- To musiał być dla niej straszny wstrząs - powiedział 
Luke z zadumą. I dodał w duchu: O wiele większy, niŜ 
się ojcu wydaje. 

background image

- Śmierć młodego człowieka zawsze jest bardzo smutna 
- stwierdził starzec, potrząsając głową. - Wady 
Tommy'ego mogły przede wszystkim wynikać z jego 
popędliwego charakteru. 
- Był wstrętnym małym brutalem - powiedziała Bridget. 
- I ojciec dobrze o tym wie. Ciągle znęcał się nad 
kotami, zabłąkanymi szczeniętami i dokuczał innym 
chłopcom. 
- Wiem... wiem. - Pan Wake ze smutkiem pokręcił 
głową. - Ale, droga panno Conway, okrucieństwo często 
nie jest cechą wrodzoną, lecz skutkiem powolnego 
rozwoju wyobraźni. Mając do czynienia z dorosłym 
człowiekiem o mentalności dziecka, dochodzimy nieraz 
do wniosku, iŜ człowiek ten nie zdaje sobie sprawy z 
własnej przebiegłości i szaleńczej brutalności. Jestem 
przekonany, Ŝe w dzisiejszych czasach większość 
przypadków bezsensownej brutalności i okrucieństwa 
bierze się z braku dojrzałości. Trzeba się wyzbyć 
dziecinnych odruchów... - Pastor potrząsnął głową i 
rozłoŜył ręce. 
- Tak, to prawda - przyznała Bridget ochrypłym głosem. 
- Wiem, co ojciec ma na myśli. Człowiek zachowujący 
się jak dziecko jest najbardziej przeraŜającym 
zjawiskiem na świecie... 
Luke spojrzał na nią z ciekawością. Był przekonany, Ŝe 
Bridget ma na myśli jakąś konkretną osobę. Choć 
jednak lord Whitfield pod pewnymi względami 
przypominał dziecko, nie wydawało mu się, by mówiła 
właśnie o nim. Lord Whitfield bywał trochę śmieszny, 
ale z pewnością nie był przeraŜający. 

background image

Luke Fitzwilliam bardzo chciał wiedzieć, kogo miała na 
myśli Bridget. 
 

WIZYTA U PANNY WAYNFLETE 
 
- Niech się zastanowię... - mruknął pan Wake, a po 
chwili wymienił cicho kilka kolejnych nazwisk: - 
Biedna pani Rose, stary Bell, dziecko państwa Elkin i 
Harry Carter, ale oni nie naleŜeli do mojej parafii. Pani 
Rose i Carter byli protestantami. W czasie tych 
marcowych mrozów odszedł od nas biedny stary Ben 
Stanbury... miał dziewięćdziesiąt dwa lata. 
- A Amy Gibbs umarła w kwietniu - powiedziała 
Bridget. 
- Tak, biedactwo... to straszna pomyłka. 
Luke zerknął na Bridget, ale ona, widząc jego 
spojrzenie, szybko spuściła wzrok. 
Jest tu coś, czego nie rozumiem - pomyślał z lekkim 
niepokojem. Coś, co ma związek z tą Amy Gibbs. 
- Kim była Amy Gibbs? - spytał Bridget, kiedy wyszli 
juŜ z ple- banii. 
- Amy była jedną z najbardziej nieudolnych pokojówek, 
jakie kiedykolwiek widziałam - odparła po dłuŜszej 
chwili, a Luke wyczuł w jej głosie nutkę zaŜenowania. 
- Za to właśnie została zwolniona z pracy? 
- Nie. Wałęsała się gdzieś z jakimś młodym męŜczyzną 
i bardzo późno wracała do domu. Gordon ma niezwykle 
staroświeckie poglądy na moralność. UwaŜa, Ŝe grzech 
popełnia się dopiero po godzinie jedenastej, ale 

background image

wówczas jest to rozpasanie. Więc wypowiedział jej 
pracę, a ona w dodatku zachowała się wobec niego 
arogancko! 
- Czy była ładna? - spytał Luke. 
- Bardzo ładna. 
- To ta, która przez pomyłkę wypiła farbę do kapeluszy 
zamiast syropu na kaszel? 
- Owszem. 
- Głupia sprawa, prawda? 
- Bardzo głupia. 
- A czy ona była głupia? 
- Nie, była dość bystrą dziewczyną. 
Luke zerknął ukradkien na Bridget. Był zupełnie 
zdezorientowany. Odpowiadała na jego pytania 
obojętnie, nie okazując najmniejszego zainteresowania. 
Ale Luke czuł, Ŝe coś przed nim ukrywa. 
W tym momencie Bridget zatrzymała się, by 
porozmawiać z jakimś wysokim panem, który uchylił 
przed nią kapelusza w serdecznym geście powitania. 
- To jest mój kuzyn, pan Fitzwilliam, który zatrzymał 
się u nas w Ashe Manor - przedstawiła Luke'a po 
krótkiej wymianie zdań z nieznajomym. - Przyjechał tu 
pisać ksiąŜkę. A to pan Abbot. 
Luke spojrzał na pana Abbota z pewnym 
zaciekawieniem. Wiedział, Ŝe jest on radcą prawnym, u 
którego pracował Tommy Pierce. 
Luke miał nieuzasadnione uprzedzenie do prawników, 
chyba dlatego, Ŝe z ich szeregów wywodziło się tak 
wielu polityków. Irytowała go równieŜ ich zawodowa 
powściągliwość. JednakŜe pan Abbot nie przypominał 

background image

typowego przedstawiciela palestry. Nie był ani chudy, 
ani skromny, ani małomówny. Był zaŜywnym, 
rumianym męŜczyzną o serdecznym sposobie bycia. W 
kącikach jego oczu rysowały się drobne zmarszczki. 
Miał bardzo przenikliwy wzrok. 
- Pisze pan ksiąŜkę, tak? Powieść? 
- Pan Fitzwilliam interesuje się folklorem - wyjaśniła 
Bridget. 
- Trafił pan we właściwe miejsce - oznajmił prawnik. - 
To niezwykle ciekawe okolice. 
- JuŜ mnie o tym przekonywano - powiedział Luke. - 
Przypuszczam, Ŝe mógłby pan mi pomóc. Z pewnością 
natknął się pan na jakieś stare dokumenty... lub słyszał 
pan o interesujących obyczajach, które przetrwały do 
dnia dzisiejszego. 
- No cóŜ, nie mam o tym pojęcia, ale moŜe... być 
moŜe... 
- Czy wielu mieszkańców wierzy w duchy? - spytał 
Luke. 
- Na ten temat nie mogę nic powiedzieć... naprawdę nic. 
- Nie ma tu domów, w których straszy? 
- Nie... przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. 
- Istnieje pewien przesąd dotyczący dzieci - oznajmił 
Luke. - Jeśli mały chłopiec umrze nagłą śmiercią, to 
jego duch straszy po nocach. Ciekawe, Ŝe ten zabobon 
nie dotyczy małych dziewczynek... 
- Bardzo ciekawe - przyznał pan Abbot. - Nigdy 
przedtem o tym nie słyszałem. 
Słowa prawnika bynajmniej Luke'a nie zdziwiły, 
poniewaŜ wymyślił tę historyjkę na poczekaniu. 

background image

- Zdaje się, Ŝe ten chłopiec... Tommy Jakiś-tam 
pracował kiedyś w pańskiej kancelarii. Podobno 
niektórzy ludzie podejrzewają, Ŝe jego duch moŜe 
straszyć po nocach. 
Czerwona twarz pana Abbota przybrała barwę purpury. 
- Tommy Pierce? Leniwy, wścibski i bezczelny 
smarkacz. 
- Podobno duchy są złośliwe. Ludzie uczciwi, 
postępujący zgodnie z prawem, rzadko nawiedzają 
ś

wiat, z którego odeszli. 

- Kto go widział... cóŜ to za historia? 
- Takie rzeczy są trudno uchwytne - oznajmił Luke. - 
Ludzi niełatwo nakłonić do mówienia na ten temat. 
- Tak, chyba tak. 
Luke zręcznie zmienił temat. 
- Właściwą osobą jest z pewnością miejscowy lekarz. 
MoŜe duŜo wiedzieć o reliktach tutejszych obrządków. 
RóŜnego rodzaju przesądy i czary... napój miłosny i 
Bóg wie, co tam jeszcze. 
- Powinien pan poznać Thomasa. To porządny, 
postępowy człowiek. Zupełnie niepodobny do biednego 
starego doktora Humbleby'ego. 
- Który podobno był reakcjonistą, prawda? 
- Uparty jak osioł... zagorzały konserwatysta 
najgorszego gatunku. 
- Doszło między panami do ostrej sprzeczki na temat 
systemu wodociągów, prawda? - spytała Bridget. 
Twarz Abbota znów pokrył jaskrawoczerwony 
rumieniec. 

background image

- Humbleby był śmiertelnym wrogiem postępu - 
wybuchnął. - Występował przeciwko naszemu planowi! 
Wypowiadał się w sposób niezwykle grubiański. Nie 
liczył się ze słowami. Za pewne rzeczy, które mi 
powiedział, mógłbym wytoczyć mu oficjalny proces. 
- Ale prawnicy nigdy nie wstępują na drogę sądową, 
prawda? - mruknęła Bridget. - Są na to za mądrzy. 
Abbot wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Fala 
jego gniewu odpłynęła równie szybko, jak przypłynęła. 
- Trafnie to pani ujęła, panno Bridget! Jest pani bliska 
prawdy. Pracując w tym zawodzie za duŜo wiemy o 
prawie, cha, cha, cha. No cóŜ, muszę juŜ iść. Jeśli 
dojdzie pan do wniosku, Ŝe mogę panu w czymś pomóc, 
proszę do mnie zatelefonować, panie... eee... 
- Fitzwilliam - powiedział Luke. - Dziękuję, zadzwonię. 
- JuŜ wiem, na czym polega twoja metoda działania - 
oznajmiła Bridget, kiedy ruszyli w dalszą drogę. - 
Wygłaszasz własne zdanie i prowokujesz rozmówcę do 
reakcji. 
- Moje metody - zaczął Luke - są nieco podstępne. 
- ZauwaŜyłam to. 
Luke poczuł się trochę nieswojo i nie bardzo wiedział, 
co powiedzieć. 
- Jeśli chcesz usłyszeć coś więcej na temat Amy Gibbs - 
oznajmiła Bridget, wybawiając go z opresji - mogę cię 
zaprowadzić do kogoś kompetentnego. 
- To znaczy? 
- Do panny Waynflete. Amy pracowała u niej po 
odejściu z Ashe Manor. Tam umarła. 

background image

- Och, rozumiem! - zawołał zaskoczony. - No cóŜ... 
bardzo dziękuję. 
- Ona mieszka niedaleko stąd. Ruszyli przez wiejskie 
błonia. 
- To jest Wych Hall - wyjaśniła Bridget, wskazując 
ruchem głowy okazały budynek w stylu króla Jerzego, 
na który Luke zwrócił uwagę juŜ poprzedniego dnia. - 
Teraz mieści się tam biblioteka. 
Z rezydencją sąsiadował mały dworek, który 
rozmiarami przypominał raczej domek dla lalek. Jego 
schodki były pedantycznie czyste, kołatka lśniąca, a 
zasłony w oknach oślepiająco białe. 
Bridget pchnęła furtkę i ruszyła w kierunku schodów. 
W tym momencie otworzyły się drzwi frontowe i 
stanęła w nich szczupła starsza pani. 
Luke pomyślał, Ŝe wygląda na typową prowincjonalną 
starą pannę. Miała na sobie prosty tweedowy kostium i 
popielatą jedwabną bluzkę, do której przypięta była 
broszka z górskiego kryształu. Jej kształtną głowę 
zdobił skromny filcowy kapelusz. Twarz nieznajomej 
budziła sympatię, a w jej oczach, ukrytych za pince-nez, 
malowała się inteligencja. Luke odniósł wraŜenie, Ŝe ta 
kobieta przygląda się światu z Ŝyczliwym 
zainteresowaniem. 
- Dzień dobry, panno Waynflete - powiedziała Bridget. - 
To jest pan Fitzwilliam. - Luke ukłonił się. - Pisze 
ksiąŜkę... na temat wiejskich obrządków pogrzebowych 
i innych makabrycznych obyczajów. 

background image

- Och, mój BoŜe - westchnęła panna Waynflete. - To 
bardzo interesujące. - Uśmiechnęła się do niego 
promiennie. 
Przypominała mu pannę Pinkerton. 
- Myślę - zaczęła Bridget, a Luke znowu wyczuł w jej 
głosie dziwny, pełen rezerwy ton - Ŝe mogłaby pani 
opowiedzieć mu coś o Amy. 
- Och - szepnęła panna Waynflete. - O Amy? Ach, tak. 
O Amy Gibbs. 
Na jej twarzy odbiło się zaskoczenie. Przez chwilę 
patrzyła badawczo na Luke'a, a potem, jakby podjąwszy 
decyzję, cofnęła się do przedpokoju. 
- Proszę wejść - powiedziała. - Pójdę do miasta później. 
AleŜ nie, nie - zawołała, kiedy Luke zaprotestował. - 
Nie mam nic pilnego do załatwienia. Po prostu 
wybierałam się na małe zakupy. 
W niewielkim, przytulnym salonie unosił się lekki 
zapach suszonej lawendy. Na obudowie kominka stało 
kilka porcelanowych figurek pasterzy i pasterek. Na 
ś

cianie wisiały oprawne akwarele, dwa sztychy i trzy 

gobeliny. Spośród licznych fotografii niektóre z 
pewnością przedstawiały siostrzeńców i siostrzenice 
pani domu. Pokój wypełniały stylowe meble: biurko w 
stylu chippendale, kilka stolików z drewna atłasowego 
oraz brzydka i dość niewygodna wiktoriańska kanapa. 
- Sama nie palę - oznajmiła panna Waynflete, 
wskazując gościom krzesła - więc nie mam w domu 
papierosów, ale jeśli chcecie państwo zapalić, proszę się 
nie krępować. 

background image

Luke nie skorzystał z propozycji, natomiast Bridget 
natychmiast na nią przystała. 
Panna Waynflete, siedząc sztywno w fotelu z 
rzeźbionymi poręczami, przez chwilę przyglądała się 
badawczo swemu gościowi, a potem nagle spuściła 
wzrok. Luke najwyraźniej wzbudził jej zaufanie. 
- Chciałby pan dowiedzieć się czegoś o tej nieszczęsnej 
dziewczynie? - spytała. - Cała ta sprawa była okropnie 
smutna i przysporzyła mi wielu zmartwień. To była 
tragiczna pomyłka. 
- Czy nie wchodziło w grę... samobójstwo? - spytał 
Luke. 
- Nie, nie - zaprzeczyła panna Waynflete, potrząsając 
głową. - Ani przez chwilę w to nie wierzyłam. Amy 
absolutnie nie była tego typu dziewczyną. 
- A jaka była? - spytał Luke. - Chciałbym poznać pani 
zdanie na jej temat. 
- No cóŜ, nie była bynajmniej dobrą słuŜącą. Ale w 
dzisiejszych czasach człowiek dziękuje Bogu, jeśli w 
ogóle zdobędzie jakąś pomoc domową. Bardzo niedbale 
wykonywała swoją pracę i ciągłe chciała mieć 
wychodne. To zrozumiałe, bo była młoda, a obecnie 
dziewczęta takie właśnie są. Chyba nie zdają sobie 
sprawy, Ŝe za ich czas płaci pracodawca. 
Luke ze zrozumieniem pokiwał głową, a panna 
Waynflete mówiła dalej. 
- Była dość pewna siebie, a ja niezbyt lubię dziewczęta 
tego rodzaju, ale skoro juŜ nie Ŝyje, nie zamierzam 
więcej o tym mówić. To byłoby nie po chrześcijańsku... 

background image

choć w istocie nie uwaŜam tego za logiczny powód do 
przemilczania prawdy. 
Luke ponownie kiwnął głową. Zdał sobie sprawę, Ŝe 
panna Waynflete rozumuje bardziej logicznie i 
precyzyjnie niŜ panna Pinkerton. 
- Uwielbiała być podziwiana - ciągnęła panna 
Waynflete - i poświęcała sobie wiele uwagi. Pan 
Ellsworthy, właściciel niedawno otwartego sklepu z 
antykami, to prawdziwy dŜentelmen. Jest z zamiłowania 
akwarelistą i naszkicował parę jej portretów... ale 
obawiam się, Ŝe to jej przewróciło w głowie. Często 
kłóciła się ze swoim narzeczonym, Jimem Harveyem, 
który pracuje w warsztacie samochodowym jako 
mechanik. Był w niej bardzo zakochany. - Panna 
Waynflete zawahała się, a potem mówiła dalej. - Nigdy 
nie zapomnę tej przeraŜającej nocy. Amy niedobrze się 
czuła. Dokuczał jej przykry kaszel i jakieś inne 
dolegliwości. Ale dziewczęta chodzą teraz w tych 
tandetnych, jedwabnych pończochach i w pantoflach na 
tekturowych podeszwach, więc muszą się przeziębiać. 
Amy po południu poszła do lekarza. 
- Do doktora Humbleby'ego czy doktora Thomasa? - 
spytał szybko Luke. 
- Do doktora Thomasa. Przyniosła do domu buteleczkę 
syropu na kaszel, którą jej dał. Był to chyba jakiś 
nieszkodliwy wywar z ziół. PołoŜyła się do łóŜka dość 
wcześnie. Mniej więcej o pierwszej w nocy usłyszałam 
hałas... niesamowity, jakby zduszony krzyk. Wstałam i 
podeszłam do drzwi jej pokoju, ale były zamknięte od 
wewnątrz na klucz. Zaczęłam wołać, ale nie 

background image

odpowiadała. Przybiegła kucharka i obie byłyśmy 
okropnie zaniepokojone. Później zeszłyśmy do drzwi 
frontowych i na szczęście zauwaŜyłyśmy naszego 
posterunkowego, Reeda, który właśnie odbywał nocny 
obchód, więc wezwałyśmy go na pomoc. OkrąŜył dom, 
a potem wdrapał się na dach przybudówki. Okno w 
pokoju Amy było uchylone, więc bez większego trudu 
dostał się do środka i otworzył drzwi. Biedaczka... to 
było straszne. Nie moŜna było juŜ nic dla niej zrobić, a 
w kilka godzin później umarła w szpitalu. 
- I co to było... farba do kapeluszy? 
- Tak. Powiedzieli, Ŝe to kwas szczawiowy, trucizna. 
Obie butelki były mniej więcej tej samej wielkości. 
Syrop stał na umywalce, a farba do kapeluszy obok 
łóŜka Amy. Musiała w ciemności wziąć niewłaściwą 
buteleczkę i połoŜyć ją w zasięgu ręki na wypadek, 
gdyby gorzej się poczuła. Taką teorię wysunięto w 
czasie dochodzenia. 
Panna Waynflete zamilkła. Obrzuciła Luke'a 
inteligentnym spojrzeniem, a on miał wraŜenie, Ŝe 
dostrzega w jej oczach jakiś szczególny wyraz. Czuł 
instynktownie, Ŝe panna Waynflete pominęła pewne 
fakty, ale z jakiegoś powodu chce, by on się tego 
domyślił. 
Zapadło długie, dość kłopotliwe milczenie. Luke czuł 
się jak aktor, który zapomniał swoją kwestię. 
- Więc myśli pani, Ŝe to nie było samobójstwo? - spytał 
niepewnie. 
- Oczywiście, Ŝe nie - odparła bezzwłocznie panna 
Waynflete. - Gdyby postanowiła ze sobą skończyć, 

background image

kupiłaby jakąś lepszą truciznę. Tę starą buteleczkę farby 
musiała mieć od dawna. Tak czy owak, jak juŜ panu 
mówiłam, nie była tego typu dziewczyną. 
- Więc co pani o tym sądzi? - spytał Luke. 
- UwaŜam, Ŝe był to nieszczęśliwy wypadek - oznajmiła 
panna Waynflete. 
Zacisnęła usta i spojrzała na niego z powagą. 
Luke zastanawiał się gorączkowo, co ma powiedzieć, 
ale w tym momencie ich uwagę przyciągnęło drapanie 
w drzwi, któremu towarzyszyło Ŝałosne miauczenie. 
Panna Waynflete zerwała się z miejsca, by otworzyć 
drzwi. Do pokoju wszedł wspaniały perski kot. 
Zatrzymał się, popatrzył z dezaprobatą na gości, a 
potem wskoczył na poręcz fotela, w którym siedziała 
panna Waynflete. 
- Och, Puszku! - przemówiła do niego pieszczotliwie 
panna Waynflete. - Gdzie mój kotek był przez cały 
ranek? 
Luke przypomniał sobie, Ŝe słyszał niedawno o perskim 
kocie imieniem Puszek. 
- Jest bardzo piękny - stwierdził. - Czy ma go pani od 
dawna? 
- Och, nie - powiedziała panna Waynflete, potrząsając 
głową. - NaleŜał do mojej serdecznej przyjaciółki, 
panny Pinkerton, która zginęła pod kołami jednego z 
tych okropnych samochodów. Nie mogłam dopuścić do 
tego, Ŝeby Puszek trafił do obcych ludzi. Lavinia byłaby 
niepocieszona. Ona go wprost uwielbiała... jest 
cudowny, prawda? 
Luke patrzył z zachwytem na kota. 

background image

- Proszę tylko uwaŜać na jego uszy - powiedziała panna 
Waynflete. - Ostatnio trochę go bolą. 
Luke ostroŜnie pogłaskał zwierzątko. 
- Musimy juŜ iść - oznajmiła Bridget, wstając z krzesła. 
- Myślę - powiedziała panna Waynflete, ściskając dłoń 
Luke'a - Ŝe niebawem znów się zobaczymy. 
- Mam nadzieję... jestem tego pewny - odparł Luke 
pogodnie. Wydawało mu się, Ŝe panna Waynflete jest 
zakłopotana i nieco zawiedziona. Zerknęła pytająco na 
Bridget. Luke wyczuł, Ŝe między tymi kobietami 
istnieje jakaś nić porozumienia, do którego on nie został 
dopuszczony. Lekko go to zirytowało, ale przyrzekł 
sobie, Ŝe niebawem dotrze do sedna tej sprawy. 
Panna Waynflete wyszła razem z nimi. Luke stał przez 
minutę na schodach, patrząc z przyjemnością na 
dziewicze wiejskie błonia i staw. 
- Widzę, Ŝe te okolice nie zostały zeszpecone 
nowoczesną zabudową - oświadczył. 
Panna Waynflete rozpromieniła się. 
- Tak, to prawda - przyznała z zapałem. - Wszystko 
wygląda dokładnie tak samo jak w czasach mojego 
dzieciństwa. Mieszkaliśmy wtedy we dworze. Ale 
posiadłość przeszła w ręce mojego brata, który nie 
chciał tu pozostać. Prawdę mówiąc, nie było go na to 
stać, więc dwór wystawiono na sprzedaŜ. Jakiś 
budowniczy złoŜył ofertę i, jak sądzę, zamierzał go 
zmodernizować. Na szczęście wmieszał się do tego lord 
Whitfield, kupił posiadłość i w ten sposób ją ocalił. 
Przekształcił dom w bibliotekę i muzeum, praktycznie 
nic w nim nie zmieniając. Dwa razy w tygodniu pełnię 

background image

tam funkcję bibliotekarki... oczywiście nieodpłatnie... 
Muszę przyznać, Ŝe z wielką przyjemnością bywam w 
tym starym domu i cieszę się, Ŝe nie popadnie w ruinę. 
To naprawdę wspaniałe miejsce na muzeum. Któregoś 
dnia powinien pan je zwiedzić, panie Fitzwilliam. Jest w 
nim sporo ciekawych regionalnych eksponatów. 
- Chętnie skorzystam z zaproszenia, panno Waynflete. 
- Lord Whitfield zrobił wiele dobrego dla Wychwood - 
oznajmiła panna Waynflete. - Niestety są tu ludzie, 
którzy nie potrafią tego docenić. 
Zacisnęła mocno usta. Luke dyskretnie o nic juŜ nie 
pytał, tylko jeszcze raz się poŜegnał. 
- Czy chcesz kontynuować swe poszukiwania, czy teŜ 
wrócimy do domu brzegiem rzeki? - spytała Bridget, 
kiedy znaleźli się juŜ za furtką. - To bardzo przyjemny 
spacer. 
Luke nie namyślał się ani chwili. Nie miał ochoty na 
dalsze badania w towarzystwie Bridget Conway. 
- Proszę bardzo, chodźmy drogą nad rzeką - powiedział. 
Skręcili w główną ulicę. Na jednym z ostatnich domów 
wisiał szyld z wytłaczanym złotymi, ozdobnymi 
literami napisem: "StaroŜytności". Luke zatrzymał się i 
zajrzał przez okno do przytulnego wnętrza. 
- Widzę tam ładny stary półmisek - zauwaŜył. - W sam 
raz dla mojej ciotki. Ciekawe, ile kosztuje. 
- Czy chcesz, Ŝebyśmy weszli i zapytali? 
- Nie masz nic przeciwko temu? Lubię szperać w 
sklepach z antykami. Czasem moŜna trafić na jakąś 
dobrą okazję. 

background image

- Nie sądzę, by tutaj ci się to udało - oznajmiła Bridget. 
- Muszę przyznać, Ŝe Ellsworthy doskonale zna wartość 
swoich rzeczy. 
Drzwi sklepu były otwarte. Przedsionek, zastawiony 
krzesłami, kanapami oraz kredensami, na których 
umieszczono porcelanowe i cynowe naczynia, 
prowadził do dwóch pokoi wypełnionych po brzegi 
antycznymi przedmiotami. 
Luke wszedł do jednego z nich i wziął do rąk półmisek. 
W tym momencie z głębi pomieszczenia wynurzył się 
jakiś męŜczyzna, który siedział poprzednio przy biurku 
z drewna orzechowego w stylu epoki królowej Anny. 
- Ach, nasza droga panna Conway... Jak miło panią 
widzieć. 
- Dzień dobry, panie Ellsworthy. 
Pan Ellsworthy był afektowanym młodym dandysem o 
pociągłej, bladej twarzy, wąskich ustach i czarnych, 
długich włosach artysty. Miał na sobie ubranie w 
odcieniach rdzawego brązu i poruszał się tanecznym 
krokiem. 
Kiedy Luke został mu przedstawiony, pan Ellsworthy 
natychmiast poświęcił mu całą uwagę. 
- Autentyczny staroangielski półmisek. Wspaniały, 
prawda? Uwielbiam swoje drobiazgi i nie znoszę ich 
sprzedawać. Zawsze marzyłem, Ŝeby mieszkać na wsi i 
prowadzić mały sklep. Wychwood to cudowne 
miejsce... ma szczególną atmosferę, jeśli wie pan, co 
mam na myśli. 
- Dusza artysty - mruknęła Bridget. 

background image

Ellsworthy odwrócił się do niej, machając swymi 
długimi, bladymi dłońmi. 
- Niech pani nie uŜywa tego okropnego określenia, 
panno Conway. Nie... nie, błagam. Proszę mi nie 
mówić, Ŝe pozuję na artystę... nie mógłbym tego znieść. 
PrzecieŜ pani wie, Ŝe nie handluję ręcznie tkanym 
tweedem ani kutymi cynowymi dzbanami. Jestem tylko 
kupcem, po prostu kupcem. 
- Ale w istocie jest pan artystą, czyŜ nie? - spytał Luke. 
- Chodzi mi o to, Ŝe maluje pan akwarele, prawda? 
- Kto panu o tym powiedział? - zawołał pan Ellsworthy, 
splatając dłonie. - Wie pan, to miasteczko jest naprawdę 
zdumiewające... nie moŜna tu niczego utrzymać w 
tajemnicy! To właśnie w nim lubię... tak bardzo nie 
przystaje do tego nieludzkiego zwyczaju: "Nie wtrącaj 
się do moich spraw, a ja nie będę wtrącał się do 
twoich", który obowiązuje w Londynie! Plotki, 
złośliwości i skandale są zachwycające, o ile zachowuje 
się do nich właściwy dystans! 
Luke poprzestał na odpowiedzi na pytanie pana 
Ellsworthy'ego, nie komentując dalszej części jego 
wypowiedzi. 
- Panna Waynflete powiedziała nam, Ŝe naszkicował 
pan kilka portretów pewnej dziewczyny... Amy Gibbs. 
- Och, Amy - powtórzył pan Ellsworthy. Zrobił krok do 
tyłu i zaczął bawić się kuflem do piwa. Potem ostroŜnie 
go odstawił i powiedział: - Doprawdy? Ach tak, to 
moŜliwe. 
Wydawał się lekko wytrącony z równowagi. 
- Była ładną dziewczyną - stwierdziła Bridget. 

background image

- Och, tak pani sądzi? - spytał pan Ellsworthy, 
odzyskawszy pewność siebie. - UwaŜam, Ŝe miała 
bardzo pospolitą urodę. Skoro interesuje pana stara 
porcelana, to mam parę przepięknych ptaszków... 
urocze bibeloty. 
Luke nie okazał większego zainteresowania ptaszkami i 
spytał o cenę półmiska. 
Ellsworthy wymienił sumę. 
- Dziękuję - powiedział Luke - ale mimo wszystko 
chyba go pana nie pozbawię. 
- Ilekroć czegoś nie sprzedam - zaczął Ellsworthy - robi 
mi się lŜej na sercu. To nierozsądne z mojej strony, 
prawda? Proszę posłuchać, opuszczę panu gwineę. 
Widzę, Ŝe się panu spodobał, a to zmienia sytuację. A 
poza tym przecieŜ to jest w końcu sklep! 
- Nie, dziękuję - powiedział Luke. 
Pan Ellsworthy odprowadził ich do drzwi i pomachał im 
na poŜegnanie. Luke'owi nie podobały się jego dłonie. 
Miał wraŜenie, Ŝe są nie tylko blade, lecz lekko 
zielonkawe. 
- To paskudny człowiek - zauwaŜył, kiedy znaleźli się 
poza zasięgiem słuchu pana Ellsworthy. 
- Paskudna mentalność i paskudny sposób bycia - 
przytaknęła Bridget. 
- Po co właściwie tu przyjechał? 
- Chyba interesuje się czarną magią. Nie mam na myśli 
czarnych mszy, ale inne tego rodzaju sprawy. Nasze 
strony przyciągają takich ludzi. 

background image

- Mój BoŜe! - zawołał nagle Luke. - Chyba takiego 
właśnie człowieka potrzebuję. Powinienem był z nim o 
tym porozmawiać. 
- Tak sądzisz? - spytała Bridget. - On sporo na ten temat 
wie. 
- Odwiedzę go kiedy indziej. 
Bridget nie odpowiedziała. Byli juŜ za miastem. Skręcili 
w ścieŜkę, która doprowadziła ich nad brzeg rzeki. 
Dostrzegli tam jakiegoś niskiego męŜczyznę o krótko 
przystrzyŜonych wąsach i wyłupiastych oczach. Obok 
niego biegły trzy buldogi, na które pokrzykiwał 
ochrypłym głosem: 
- Nero, do nogi! Nelly, zostaw to! Mówię ci, zostaw to! 
Augustus... AUGUSTUS, powiedziałem... 
Urwał i uchylił kapelusza przed Bridget. Spojrzał na 
Luke'a z wyraźną ciekawością, a potem poszedł dalej i 
znów zaczął karcić swoje psy. 
- Major Horton i jego buldogi - zacytował Luke. 
- Zgadza się. 
- CzyŜbyśmy dzisiejszego ranka spotkali prawie 
wszystkich godnych uwagi mieszkańców Wychwood? 
- Niemal wszystkich. 
- Czuję się jak intruz - powiedział Luke. - Myślę, Ŝe 
kaŜdy obcy człowiek w angielskim prowincjonalnym 
miasteczku musi od razu rzucać się w oczy - dodał 
posępnie, przypominając sobie słowa Jimmy'ego 
Lorrimera. 
- Major Horton nie potrafi dobrze ukryć swojej 
ciekawości - powiedziała Bridget. - Prawdę mówiąc, 
bezczelnie się na ciebie gapił. 

background image

- Jest typem męŜczyzny, po którym od razu widać, Ŝe 
był majorem - oznajmił Luke z przekąsem. 
- Czy moglibyśmy posiedzieć chwilę nad rzeką? - 
spytała nagle Bridget. - Mamy duŜo czasu. 
Usiedli na zwalonym drzewie. 
- Owszem, major Horton jest typowym oficerem i ma 
koszarowe maniery. Nie uwierzyłbyś, Ŝe jeszcze przed 
rokiem był największym pantoflarzem w okolicy! 
- Jak to, ten człowiek? 
- Owszem. Jego Ŝona była najwstrętniejszą kobietą, jaką 
kiedykolwiek znałam. Miała pieniądze i nieustannie 
podkreślała ten fakt publicznie. 
- Biedaczysko... mam na myśli Hortona. 
- Traktował ją bardzo dobrze... jak oficer i dŜentelmen. 
Osobiście dziwię się, Ŝe nie chwycił za siekierę. 
- Rozumiem, Ŝe nie cieszyła się sympatią. 
- Nikt jej nie lubił. ObraŜała Gordona, a mnie 
traktowała protekcjonalnie. Gdziekolwiek się pojawiła, 
budziła ogólną niechęć. 
- Ale, jak się domyślam, w końcu zabrała ją miłosierna 
Opatrzność. 
- Tak, mniej więcej przed rokiem. Ostry nieŜyt Ŝołądka. 
Zamieniła Ŝycie swego męŜa, doktora Thomsona i 
dwóch pielęgniarek w istne piekło, ale w końcu umarła. 
Buldogi od razu odzyskały chęć do Ŝycia. 
- Mądre zwierzęta! 
Zapadło milczenie. Bridget bezmyślnie zrywała długie 
ź

dźbła trawy, a Luke, mruŜąc oczy, patrzył 

niewidzącym wzrokiem na przeciwległy brzeg rzeki. 
Znów ogarnęły go wątpliwości. Zastanawiał się, czy nie 

background image

padł ofiarą własnej wyobraźni. Czy nie popełnia błędu, 
krąŜąc po okolicy i widząc w kaŜdej napotkanej osobie 
potencjalnego mordercę? To przecieŜ podłe i 
nieetyczne. 
Niech to wszystko diabli porwą - pomyślał. Zbyt długo 
byłem policjantem! 
Z zamyślenia wyrwał go gwałtownie wyraźny, chłodny 
głos Bridget. 
- Panie Fitzwilliam, po co właściwie pan tu przyjechał? 
 
VI 
FARBA DO KAPELUSZY 
 
Luke zapalał właśnie papierosa. Niespodziewane 
pytanie Bridget na chwilę go sparaliŜowało. W końcu 
zapałka wypaliła się i sparzyła go w palce. 
- Psiakrew! - zaklął, upuszczając zapałkę i energicznie 
potrząsając dłonią. - Przepraszam. Zaskoczyłaś mnie w 
dość niemiły sposób. - Uśmiechnął się posępnie. 
- Doprawdy? 
- Owszem - westchnął. - No cóŜ, myślę, Ŝe kaŜdy 
naprawdę inteligentny człowiek musiał mnie przejrzeć 
na wylot! Ani przez chwilę nie wierzyłaś chyba w tę 
historyjkę o ksiąŜce na temat folkloru, prawda? 
- Przestałam w nią wierzyć, kiedy cię poznałam. 
- A więc wierzyłaś w nią przedtem? 
- Owszem. 
- Tak czy owak nie był to zbyt dobry kamuflaŜ - 
stwierdził Luke krytycznie. - Chodzi mi o to, Ŝe kaŜdy 
moŜe pisać ksiąŜkę, ale mój przyjazd i udawanie 

background image

twojego kuzyna... to chyba musiało ci się wydać 
podejrzane. 
Bridget potrząsnęła głową. 
- Nie. Miałam pewne wytłumaczenie... to znaczy, 
przypuszczałam, Ŝe je mam. Sądziłam, Ŝe jesteś w 
trudnej sytuacji materialnej, podobnie jak wielu 
przyjaciół Jimmy'ego i moich. Pomyślałam więc, Ŝe 
Jimmy wpadł na ten pomysł z kuzynem, Ŝeby ocalić 
twoją dumę. 
- Ale kiedy przyjechałem, natychmiast dostrzegłaś 
oznaki mojego bogactwa, więc odrzuciłaś to 
wytłumaczenie, prawda? 
- Och, nie - zaprotestowała Bridget z lekkim 
uśmiechem. - To nie było to. Po prostu nie pasowałeś do 
tej roli. 
- Nie wydawałem ci się na tyle rozgarnięty, by pisać 
ksiąŜkę? Nie oszczędzaj moich uczuć. Wolałbym znać 
prawdę. 
- Mógłbyś pisać ksiąŜkę, ale nie taką ksiąŜkę. Dawne 
przesądy... grzebanie w przeszłości... to do ciebie nie 
pasuje! Nie jesteś człowiekiem, dla którego przeszłość 
ma duŜe znaczenie... ani, być moŜe, nawet przyszłość... 
liczy się tylko chwila obecna. 
- Hmm, rozumiem. - Luke skrzywił się. - Niech to 
wszystko diabli wezmą! Od samego początku budzisz 
we mnie niepokój! Robisz wraŜenie kobiety piekielnie 
inteligentnej. 
- Bardzo mi przykro - powiedziała Bridget. - A czego 
się spodziewałeś? 

background image

- No cóŜ, prawdę mówiąc w ogóle się nad tym nie 
zastanawiałem. 
- Myślałeś, Ŝe jestem niezbyt mądrą kobietą, ale na tyle 
rozsądną, by wykorzystać okazję i wyjść za swojego 
szefa? 
Luke odchrząknął, zaŜenowany. Bridget spojrzała na 
niego z chłodnym rozbawieniem. 
- Dokładnie rozumiem. Wszystko w porządku. Nie mam 
ci tego za złe. 
Luke postanowił rozmawiać z nią szczerze. 
- No cóŜ, być moŜe mój obraz niezbyt odbiegał od tego 
wizerunku. Ale nie zastanawiałem się na tym. 
- Tak, to w twoim stylu - powiedziała Bridget z 
namysłem. - Jesteś człowiekiem, który wyciąga wnioski 
dopiero wtedy, gdy pozna juŜ sytuację. 
Luke stracił pewność siebie. 
- Och, bez wątpienia kiepsko odegrałem swoją rolę! 
Czy lord Whitfield równieŜ mnie rozszyfrował? 
- AleŜ skąd. Gdybyś mu powiedział, Ŝe przyjechałeś tu 
badać obyczaje owadów wodnych, bo chcesz napisać o 
nich rozprawę naukową, Gordon nie miałby Ŝadnych 
wątpliwości. Jest zachwycająco łatwowierny. 
- Mimo wszystko nie byłem zbyt przekonujący! Nie 
grałem swojej roli konsekwentnie. 
- Bo ja ci w tym przeszkadzałam - stwierdziła Bridget. - 
ZauwaŜyłam to. Byłam tym dość rozbawiona. 
- Och, z pewnością! Inteligentne kobiety zazwyczaj są 
bezlitośnie okrutne. 
- Trzeba czerpać z Ŝycia doczesnego tyle przyjemności, 
ile tylko się da - bąknęła Bridget. - Jaki jest prawdziwy 

background image

cel pańskiej wizyty w Wychwood, panie Fitzwilliam? - 
spytała po chwili milczenia. 
Zatoczywszy pełne koło, powrócili do pierwotnego 
pytania. Luke dobrze wiedział, Ŝe musi do tego dojść. 
W ciągu kilku ostatnich sekund próbował podjąć 
decyzję. Podniósł głowę i napotkał przenikliwie 
badawczy wzrok Bridget, która patrzyła na niego ze 
spokojem i opanowaniem. Dostrzegł w jej oczach wyraz 
powagi, której nie spodziewał się ujrzeć. 
- Chyba lepiej zrobię - zaczął z namysłem - jeśli 
przestanę cię okłamywać. 
- Znacznie lepiej. 
- Ale prawda jest skomplikowana... Posłuchaj, czy 
wyrobiłaś sobie jakieś zdanie... chodzi mi o to, czy 
zastanawiałaś się nad prawdziwą przyczyną mojego 
przyjazdu? 
Bridget przytaknęła ruchem głowy. 
- I co ci przyszło na myśl? Chciałbym to wiedzieć. To 
moŜe mi ułatwić zadanie. 
- Podejrzewałam, Ŝe przyjechałeś tu w związku ze 
ś

miercią Amy Gibbs - odparła cicho. 

- No właśnie! ZauwaŜyłem to... wyczułem... ilekroć 
padało jej nazwisko! Wiedziałem, Ŝe coś się za tym 
kryje. Więc uwaŜasz, Ŝe zjawiłem się tu w związku z tą 
sprawą? 
- A czy tak nie jest? 
- Owszem... w pewnym sensie. 
Zamilkł, marszcząc brwi. Bridget siedziała nieruchomo 
obok niego, nie odzywając się ani słowem. Nie chciała 
zakłócać toku jego myśli. Luke podjął w końcu decyzję. 

background image

- Pewnie przyjechałem tu niepotrzebnie. Ale skłoniło 
mnie do tego dość absurdalnie melodramatyczne 
podejrzenie. Amy Gibbs jest częścią tej sprawy. 
Chciałem odkryć prawdziwą przyczynę jej śmierci. 
- Tak właśnie przypuszczałam. 
- Ale, do diabła... dlaczego tak przypuszczałaś? Czy w 
jej śmierci było coś, co wzbudziło twoje 
zainteresowanie? 
- Od samego początku uwaŜałam, Ŝe coś jest nie w 
porządku - odparła Bridget. - Dlatego właśnie 
zaprowadziłam cię do panny Waynflete. 
- Dlaczego? 
- PoniewaŜ ona podziela moje zdanie. 
- Och. - Luke przypomniał sobie tę wizytę. Teraz 
dopiero zrozumiał niejasne sugestie, które przekazywała 
mu inteligentna stara panna. - Podziela twoje zdanie... 
Ŝ

e jest w tym coś... dziwnego? 

Bridget kiwnęła głową. 
- Ale właściwie co? 
- Przede wszystkim farba do kapeluszy. 
- Co masz na myśli? 
- No cóŜ, kapelusze farbowano mniej więcej przed 
dwudziestu laty... przez jakiś czas kobieta nosiła róŜowy 
słomkowy kapelusz, potem kupowała buteleczkę farby i 
zmieniała jego kolor na ciemnoniebieski, a następnie 
wylewała na niego zawartość innej buteleczki i kapelusz 
stawał się czarny! Ale teraz kapelusze są tanie, więc 
kiedy wychodzą z mody, po prostu się je wyrzuca. 
- I robią to nawet dziewczęta wywodzące się ze sfery 
Amy Gibbs? 

background image

- Prędzej ja ufarbowałabym kapelusz niŜ ona! Ludzie 
przestali oszczędzać. Ale jest jeszcze jedna sprawa. To 
była czerwona farba. 
- I co z tego? 
- A Amy Gibbs miała rude włosy... po prostu ryŜe jak 
marchewka! 
- Chcesz powiedzieć, Ŝe to do siebie nie pasuje? Bridget 
kiwnęła potakująco głową. 
- Rudowłosa kobieta nie włoŜyłaby purpurowego 
kapelusza. To są rzeczy, których Ŝaden męŜczyzna nie 
rozumie, ale... 
- To prawda... Ŝaden męŜczyzna tego nie rozumie - 
przerwał jej Luke. - To się zgadza... wszystko się 
zgadza. 
- Jimmy ma kilku przyjaciół w Scotland Yardzie - 
oznajmiła Bridget. - Nie jesteś chyba... 
- Nie, nie jestem etatowym inspektorem policji - 
wyjaśnił pospiesznie - ani sławnym prywatnym 
detektywem, mieszkającym na Baker Street i tak dalej. 
Tak jak powiedział ci Jimmy, jestem emerytowanym 
policjantem, który wrócił ze słuŜby na Wschodzie. 
Zająłem się tą sprawą w wyniku pewnego niezwykłego 
spotkania, do którego doszło w pociągu do Londynu. 
Zrelacjonował jej pokrótce treść swojej rozmowy z 
panną Pinkerton i późniejsze wydarzenia, które 
sprowadziły go do Wychwood. 
- Teraz sama rozumiesz - zakończył. - To czysta 
fantazja! Szukam tu tajemniczego mordercy... 
najprawdopodobniej jakiegoś znanego i szanowanego 
obywatela Wychwood. Jeśli panna Pinkerton, ty i panna 

background image

Jak-jej-tam macie rację, właśnie ten człowiek zabił Amy 
Gibbs. 
- Rozumiem - powiedziała Bridget. 
- Morderca mógł chyba w jakiś sposób dostać się do 
domu, prawda? 
- Tak sądzę - odparła z namysłem Bridget. - Reed, nasz 
posterunkowy, dotarł do otwartego okna jej pokoju, 
wdrapując się na dach przybudówki. Nie było to łatwe, 
ale sprawny męŜczyzna nie miałby z tym większych 
trudności. 
- A co twoim zdaniem zrobił, kiedy znalazł się juŜ w 
pokoju? 
- Zamienił buteleczkę z syropem na tę z farbą do 
kapeluszy. 
- Spodziewając się, Ŝe Amy zrobi dokładnie to, co 
zrobiła... obudzi się, wypije truciznę, a potem wszyscy 
zgodnie stwierdzą, Ŝe pomyliła butelki lub popełniła 
samobójstwo? 
- Tak. 
- Czy w czasie dochodzenia nie dostrzeŜono Ŝadnych 
podejrzanych okoliczności? 
- Nie. 
- Pewnie prowadzili je męŜczyźni. Nie zwrócili uwagi 
na kolor farby? 
- Nie. 
- Ale tobie przyszło to do głowy? 
- Owszem. 
- I pannie Waynflete równieŜ? Czy rozmawiałyście na 
ten temat? 

background image

- Och, nie... nie w tym sensie, jaki ty masz na myśli. To 
znaczy nie omawiałyśmy tego szczegółowo. Nie mam 
pojęcia, do czego doszła ta staruszka, ale wydawała mi 
się coraz bardziej zaniepokojona. Jak wiesz, jest kobietą 
inteligentną i wykształconą. W przeciwieństwie do 
większości tutejszych mieszkańców potrafi logicznie 
myśleć. 
- Odniosłem wraŜenie, Ŝe panna Pinkerton była dość 
ograniczona - powiedział Luke. - Dlatego właśnie jej 
opowieść wydawała mi się od początku 
nieprawdopodobna. 
- Zawsze uwaŜałam ją za dość bystrą - oznajmiła 
Bridget. - Te chaotycznie paplające staruszki są na ogół 
bardzo spostrzegawcze. Mówiłeś, Ŝe wymieniła jeszcze 
inne osoby. 
- Owszem - odparł Luke, kiwając głową. - Tommy 
Pierce... od razu zapamiętałem nazwisko tego chłopca. 
Jestem pewien, Ŝe wspomniała równieŜ o Carterze. 
- Carter, Tommy Pierce, Amy Gibbs, doktor Humbleby 
- wyliczyła z zadumą Bridget. - Jak sam mówisz, to aŜ 
zbyt fantastyczne, Ŝeby mogło być prawdą! Kto, u licha, 
pragnąłby śmierci tych ludzi? Byli tak róŜni! 
- Nie domyślasz się, z jakiego powodu ktoś chciałby się 
pozbyć Amy Gibbs? - spytał Luke. 
Bridget potrząsnęła głową. 
- Nie mam pojęcia. 
- A co z tym Carterem? Jak umarł? 
- Wpadł do rzeki i utonął. Pewnej mglistej nocy wracał 
pijany do domu. Przyjęto za rzecz oczywistą, Ŝe stracił 

background image

równowagę, kiedy przechodził przez kładkę, która ma 
poręcz tylko z jednej strony. 
- Ale ktoś mógł go popchnąć? 
- Owszem. 
- A ktoś inny mógł zepchnąć tego nieznośnego 
Tommy'ego z parapetu, kiedy mył okno? 
- I tym razem się zgadzam. 
- Więc cała sprawa sprowadza się do tego, Ŝe nie jest 
zbyt trudno wysłać na tamten świat trzy osoby, nie 
wzbudzając niczyich podejrzeń. 
- Panna Pinkerton miała pewne podejrzenia - zauwaŜyła 
z naciskiem Bridget. 
- To prawda, niech ją Bóg błogosławi. Nie przyszło jej 
do głowy, Ŝe podchodzi do tej sprawy zbyt 
melodramatycznie lub ma zbyt bujną wyobraźnię. 
- Często mówiła mi, Ŝe na świecie roi się od 
nikczemnych ludzi. 
- A ty zapewne uśmiechałaś się pobłaŜliwie? - Iz 
wyŜszością! 
- Dobry policjant musi czasem wierzyć w to, co wydaje 
mu się niemoŜliwe. 
Bridget kiwnęła głową. 
- Chyba nie ma sensu pytać cię, czy kogoś 
podejrzewasz? Czy nie znasz w Wychwood osoby, 
która przyprawia cię o gęsią skórkę, albo ma 
niesamowicie jasne oczy... lub wybucha chichotem 
szaleńca? 
- Wszyscy, których tu poznałam, wydają mi się ludźmi 
rozsądnymi, uczciwymi i zupełnie zwykłymi. 
- Tego się obawiałem - oznajmił Luke. 

background image

- Czy myślisz, Ŝe ten człowiek jest zdecydowanie 
obłąkany? - spytała Bridget. 
- Och, chyba tak. Ale to bardzo przebiegły szaleniec. 
Ostatnia osoba, jaka przyszłaby ci do głowy... 
najprawdopodobniej filar społeczeństwa... na przykład 
jak dyrektor banku. 
- Pan Jones? Nie wyobraŜam sobie, by mógł popełnić te 
wszystkie morderstwa. 
- Zatem jest zapewne człowiekiem, którego szukamy. 
- To moŜe być kaŜdy - powiedziała Bridget. - Rzeźnik, 
piekarz, właściciel sklepu spoŜywczego, jakiś farmer, 
robotnik drogowy czy roznosiciel mleka. 
- Tak, to prawda, ale sądzę, Ŝe wybór jest nieco bardziej 
ograniczony. 
- Dlaczego? 
- Panna Pinkerton opowiadała mi o błysku w jego 
oczach, kiedy mierzył wzrokiem swą kolejną ofiarę. Na 
podstawie jej relacji odniosłem wraŜenie... zaznaczam, 
jedynie wraŜenie... Ŝe ten człowiek wywodzi się co 
najmniej z jej klasy społecznej. Oczywiście mogę się 
mylić. 
- Zapewne masz rację! Takie niuanse są trudno 
uchwytne, ale mogą mieć wielkie znaczenie. 
- Wiesz - zaczął Luke - cieszę się, Ŝe wyznałem ci całą 
prawdę. 
- To ci ułatwi odgrywanie swojej roli. A ja chyba mogę 
ci pomóc. 
- Twoja pomoc będzie bezcenna. Czy naprawdę 
zamierzasz rozwikłać tę zagadkę? 
- Oczywiście. 

background image

- A co z lordem Whitfieldem? - spytał Luke z 
zakłopotaniem. - Czy sądzisz, Ŝe...? 
- AleŜ nic mu o tym nie powiemy! - zawołała Bridget. 
- Myślisz, Ŝe nie uwierzyłby w tę historię? 
- Och, uwierzyłby! Gordon uwierzyłby we wszystko! 
Byłby tak podniecony, Ŝe wezwałby tu z pół tuzina 
swych najbystrzejszych młodych pracowników i kazał 
im wszcząć energiczne śledztwo! Po prostu byłby 
zachwycony! 
- To wyklucza jego udział - przyznał Luke. 
- Tak, niestety musimy pozbawić go tej przyjemności. 
Luke spojrzał na nią. Chciał coś powiedzieć, ale zmienił 
zdanie. 
Zerknął na zegarek. 
- Tak - zaczęła Bridget - powinniśmy wracać do domu. 
Wstała. Nagle oboje poczuli się skrępowani, jakby nie 
wypowiedziane przez Luke'a słowa zawisły cięŜko w 
powietrzu. 
Wracali do domu w milczeniu. 
 
VII 
LISTA PODEJRZANYCH 
 
Luke siedział w swojej sypialni. Podczas lunchu pani 
Anstruther wypytywała go o kwiaty, które hodował w 
swoim ogrodzie w Mayang Straits. Następnie 
poinformowała go, jakie ich gatunki dobrze się tam 
rozwijają. Wysłuchał teŜ kolejnej tyrady lorda 
Whitfielda pod tytułem: "Pogadanki o Samym Sobie, 

background image

Skierowane do Młodych MęŜczyzn". Teraz, dzięki 
Bogu, był juŜ sam. 
Wziął kartkę papieru i wypisał na niej listę nazwisk. 
Wyglądała ona następująco: 
 
Dr Thomas 
Pan Abbot 
Major Norton 
Pan Ellsworthy 
Pan Wake 
Pan Jones 
Narzeczony Amy 
Rzeźnik, piekarz, wytwórca lichtarzy, itd. 
 
Potem wziął drugą kartkę i zatytułował ją: OFIARY. 
Pod spodem napisał: 
 
Amy Gibbs: Otruta 
Tommy Pierce: Wypchnięty przez okno 
Harry Carter: Zrzucony z kładki (pijany? Odurzony 
jakimiś środkami?) 
Dr Humbleby: ZakaŜenie krwi 
Panna Pinkerton: Przejechana przez samochód 
 
Potem dopisał: 
 
Pani Rose? 
Stary Ben? 
 
Po chwili wahania zanotował jeszcze jedno nazwisko: 

background image

 
Pani Horton? 
 
Przejrzał uwaŜnie swoje notatki, wypalił papierosa, a 
potem znów chwycił za ołówek. 
 
Dr Thomas: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
W przypadku doktora Humbleby istnieje wyraźny 
motyw. Przyczyną jego śmierci było fachowe zakaŜenie 
bakteriami. Amy Gibbs odwiedziła doktora Thomasa po 
południu w dniu swej śmierci. (Czy coś ich łączyło? 
SzantaŜ?) Tommy Pierce? Nic nie wiadomo o jakichś 
związkach. (Czy Tommy wiedział o znajomości doktora 
Thomasa z Amy Gibbs?) Harry Carter? Nic nie 
wiadomo o jakichś związkach. Czy doktor Thomas 
opuszczał Wychwood w dniu wyjazdu panny Pinkerton 
do Londynu? 
 
Westchnął i rozpoczął nowy akapit: 
 
Pan Abbot: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
(UwaŜam tego prawnika za zdecydowanie 
podejrzanego. MoŜe to uprzedzenie.) Jego osobowość, 
jowialność, wylewny sposób bycia, itd. budziłyby 
podejrzenia czytelnika powieści kryminalnych - 
podejrzenia zawsze padają na ludzi prostodusznych i 
towarzyskich. Sprzeciw: to nie jest powieść, lecz realne 
Ŝ

ycie. Motyw: w przypadku doktora Hum bleby'ego. Ich 

stosunki cechowała wyraźna wrogość. H. lekcewaŜył 
Abbota. Wystarczający motyw dla szaleńca. Panna 

background image

Pinkerton mogła dostrzec antagonizm między nimi. 
Tommy Pierce? Grzebał w dokumentach Abbota. Czy 
znalazł coś, o czym nie powinien był wiedzieć? Harry 
Carter? Brak wyraźnych związków. Amy Gibbs? Nic 
nie wiadomo o jakichś związkach. Farba do kapeluszy 
pasuje do staroświeckiej mentalności Abbota. Czy 
Abbot przebywał poza miasteczkiem w dniu śmierci 
panny Pinkerton? 
Major Horton: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
Nic nie wiadomo o jego związkach z Amy Gibbs, 
Tommym Pierce'em ani Car terem. Co w sprawie pani 
Horton? Wydaje się, Ŝe przyczyną jej śmierci mogło 
być otrucie arszenikiem. Jeśli tak bylo, to pozostałe 
morderstwa mogly być tego skutkiem - szantaŜ? 
Notabene - Thomas był jej lekarzem. (Znów podejrzenie 
pada na Thomasa.) 
Pan Ellsworthy: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
Wstrętny typ - zajmuje się czarną magią. MoŜe mieć 
usposobienie Ŝądnego krwi mordercy. Związki z Amy 
Gibbs. Czy łączyło go coś z Tommym Pierce'em? Z Car 
terem? Nie wiadomo. A Humbleby? Mógł rozszyfrować 
stan psychiki Ellsworthy'ego. Panna Pinkerton? Czy 
Ellsworthy wyjeŜdŜał z Wychwood w dniu jej śmierci? 
Pan Wake: Poszlaki świadczące przeciwko niemu. 
Mało prawdopodobne. MoŜe mania religijna? Poczucie 
posłannictwa, skłaniające do zabijania? Świątobliwi 
starzy duchowni mogą być podejrzani w ksiąŜkach, ale 
(jak poprzednio) to jest realne Ŝycie. Uwaga. Carter, 
Tommy i Amy mieli zdecydowanie wstrętne charaktery. 

background image

MoŜe uwaŜał, Ŝe naleŜy usunąć ich z tego świata w Imię 
BoŜe? 
Pan Jones. Brak danych. 
Narzeczony Amy. 
Zapewne miał motyw, by zamordować Amy, ale wydaje 
się to nieprawdopodobne z zasadniczych powodów. 
Inni? 
Chyba nie wchodzą w rachubę. 
 
Luke przeczytał swoje zapiski. Potem potrząsnął głową. 
- To absurdalne! - mruknął. - Euklides znacznie lepiej 
formułował swoje teorie. 
Podarł notatki i spalił je. 
To nie będzie łatwe zadanie - powiedział do siebie. 
 
VIII 
DOKTOR THOMAS 
 
Doktor Thomas, siedząc wygodnie w fotelu, przesunął 
długą, delikatną dłonią po swych gęstych jasnych 
włosach. Był młodym męŜczyzną o zwodniczej 
powierzchowności. Choć juŜ po trzydziestce, sprawiał 
wraŜenie dwudziesto-, a moŜe nawet nastolatka. Bujne, 
dość niesforne włosy, lekko zdziwiony wyraz twarzy i 
róŜowobiała cera nadawały mu nieodparcie chłopięcy 
wygląd. Choć pozornie wydawał się niedojrzały, 
postawiona przez niego diagnoza, dotycząca 
reumatyzmu w kolanie Luke'a, była zgodna z 
rozpoznaniem wybitnego specjalisty z Harley Street. 

background image

- Dziękuję - powiedział Luke. - CóŜ, skoro uwaŜa pan, 
Ŝ

e pomogą mi diatermie, kamień spadł mi z serca. Nie 

chciałbym zostać w moim wieku kaleką. 
- Och, nie sądzę, Ŝeby to panu groziło, panie Fitzwilliam 
- oznajmił doktor Thomas z chłopięcym uśmiechem. 
- Rozwiał pan moje obawy - powiedział Luke. - 
Myślałem o wizycie u jakiegoś specjalisty... ale teraz z 
pewnością nie ma juŜ takiej potrzeby. 
- Jeśli miałoby to pana uspokoić... - odparł doktor 
Thomas, ponownie się uśmiechając. - Bądź co bądź 
dobrze jest znać opinię specjalisty. 
- Nie, nie, mam do pana pełne zaufanie. 
- Szczerze mówiąc, to dość prosty przypadek. Jeśli 
zastosuje się pan do moich zaleceń, to z całą pewnością 
dolegliwości w kolanie ustaną. 
- Ogromnie podniósł mnie pan na duchu, doktorze. 
WyobraŜałem sobie, Ŝe dostanę artretyzmu, który 
niebawem całkowicie mnie pokręci i unieruchomi. 
Doktor Thomas potrząsnął głową i uśmiechnął się 
pobłaŜliwie. 
- Ludzie bardzo boją się takich rzeczy - dodał 
pospiesznie Luke. 
- Chyba pan to zauwaŜył? Często myślę, Ŝe lekarz musi 
czuć się jak "cudowny uzdrowiciel"... jak ktoś w 
rodzaju czarodzieja. 
- Przyczynia się do tego w duŜym stopniu zaufanie 
pacjentów. 
- Wiem. Uwaga "tak powiedział doktor", zawsze 
wygłaszana jest jakby z pewną czcią. 

background image

- Gdyby tylko nasi pacjenci wiedzieli! - zaŜartował 
doktor Thomas, wzruszając ramionami, a po chwili 
spytał: - Pisze pan ksiąŜkę na temat czarnej magii, 
prawda, panie Fitzwilliam? 
- Skąd pan o tym wie? - zawołał Luke z nieco 
przesadnym zdziwieniem. 
Doktor Thomas wyglądał na rozbawionego. 
- Och, drogi panie, w takim prowincjonalnym 
miasteczku jak to wiadomości rozchodzą się 
błyskawicznie. Niewiele mamy tu tematów do 
rozmowy. 
- Te wiadomości są zapewne po drodze wyolbrzymiane. 
MoŜe nagle dowie się pan, Ŝe wywołuję miejscowe 
duchy i rywalizuję z WróŜką z Endor. 
- Dziwne, Ŝe pan to mówi. 
- Dlaczego? 
- No cóŜ, krąŜą pogłoski, Ŝe wywołał pan ducha 
Tommy'ego Pierce'a. 
- Pierce? Pierce? Czy to ten chłopiec, który wypadł z 
okna? 
- Tak. 
- Ciekaw jestem, jak... aleŜ oczywiście... rozmawiałem z 
tutejszym radcą prawnym... jak on się nazywa... Abbot. 
- Tak, cała historia zaczęła się właśnie od niego. 
- Nie twierdzi pan chyba, Ŝe nawróciłem tego 
nieugiętego radcę prawnego na wiarę w duchy? 
- Więc wierzy pan w duchy? 
- Pański ton, doktorze, sugeruje, Ŝe pan w nie nie 
wierzy. Nie, nie powiedziałbym, Ŝe faktycznie "wierzę 
w duchy "...ujmując to z grubsza. Poznałem jednak 

background image

niezwykłe zjawiska związane z niespodziewaną lub 
nagłą śmiercią. Ale bardziej interesują mnie rozmaite 
przesądy dotyczące gwałtownych zgonów... na przykład 
taki, Ŝe zamordowany człowiek nie moŜe spokojnie 
spocząć w swym grobie. Albo ten, Ŝe jeśli zabójca 
dotknie zamordowanej przez siebie ofiary, to tryska z 
niej krew. Zastanawiam się, jakie są ich źródła. 
- Tak, to bardzo ciekawe - przyznał Thomas. - Ale nie 
sądzę, Ŝeby obecnie wiele osób to pamiętało. 
- Więcej, niŜ mógłby pan się spodziewać. Oczywiście 
nie przypuszczam, Ŝeby popełniono tu wiele 
morderstw... trudno więc to ocenić. 
Luke uśmiechnął się i spojrzał z pozorną obojętnością 
na swego rozmówcę. Doktor Thomas nie wydawał się 
jednak zaniepokojony i odwzajemnił jego uśmiech. 
- Myślę, Ŝe nie popełniono tu morderstwa od... och, od 
wielu lat... z pewnością nie było to za moich czasów. 
- Tak, to spokojne miejsce. Nie sprzyja zbrodni. Chyba 
Ŝ

e ktoś wypchnął małego Tommy'ego przez okno. - 

Luke zachichotał, a doktor Thomas znów uśmiechnął 
się z chłopięcym rozbawieniem. 
- Wiele osób miało ochotę skręcić mu kark - powiedział. 
- Ale nie sądzę, Ŝeby ktoś posunął się do tego, by 
wypchnąć go przez okno. 
- Podobno był wstrętnym chłopcem. Ktoś mógł uwaŜać 
pozbycie się go za swój obywatelski obowiązek. 
- Szkoda, Ŝe nie moŜna częściej stosować tej teorii w 
praktyce. 
- Zawsze uwaŜałem, Ŝe morderstwo mogłoby być 
dobrodziejstwem dla społeczności - oznajmił Luke. - Na 

background image

przykład klubowego nudziarza powinno się wykończyć 
zatrutym koniakiem. Istnieją stare panny, wyrzucające z 
siebie potok oszczerstw i roznoszące na językach swoje 
najlepsze przyjaciółki. Albo przeciwni postępowi 
zatwardziali konserwatyści. Gdyby zostali bezboleśnie 
usunięci z tego świata, mogłoby to mieć zbawienny 
wpływ na Ŝycie społeczeństwa! 
Doktor Thomas uśmiechnął się szeroko. 
- Czy istotnie jest pan zwolennikiem zbrodni na duŜą 
skalę? 
- Raczej rozsądnej eliminacji - odparł Luke. - Chyba 
przyzna pan, Ŝe byłoby to zbawienne? 
- Och, niewątpliwie. 
- Ach, ale nie mówi pan tego powaŜnie - zauwaŜył 
Luke. - A ja tak. Nie szanuję ludzkiego Ŝycia tak jak 
przeciętny Anglik. KaŜdy, kto stoi na drodze postępu, 
powinien zostać wyeliminowany... taki właśnie jest mój 
punkt widzenia! 
- No dobrze, ale kto miałby wydawać sąd o ludzkiej 
przydatności czy nieprzydatności? - spytał doktor 
Thomas, przesuwając dłonią po swych krótkich jasnych 
włosach. 
- W tym cała trudność. 
- Katolicy uznaliby komunistycznego agitatora za 
człowieka nie zasługującego na to, aby Ŝyć... 
komunistyczny agitator skazałby na karę śmierci 
duchownego jako rzecznika przesądów, lekarz 
pozbawiłby Ŝycia chorego pacjenta, pacyfista potępiłby 
Ŝ

ołnierza i tak dalej. 

background image

- Sędzią musiałby zostać jakiś uczony człowiek - 
oznajmił Luke. - Ktoś bezstronny, ale posiadający 
niezwykle wyrafinowany umysł... na przykład jakiś 
lekarz. A propos, sądzę, Ŝe byłby pan wspaniałym 
sędzią, doktorze. 
- Decydującym o przydatności do Ŝycia? 
- Owszem. 
Doktor Thomas potrząsnął głową. 
- Moja praca polega na uzdrawianiu chorych. Przyznaję, 
Ŝ

e w większości przypadków jest to Ŝmudne zajęcie. 

- Spróbujmy rozwaŜyć... - zaczął Luke. - No, weźmy na 
przykład przypadek niedawno zmarłego Harry'ego 
Cartera... 
- Cartera? - powtórzył doktor Thomas. - Chodzi panu o 
właściciela baru Siedem Gwiazd? 
- Tak, o niego. Nigdy go osobiście nie poznałem, ale 
moja kuzynka, panna Conway, opowiadała mi o nim. 
Zdaje się, Ŝe był to naprawdę skończony łajdak. 
- No cóŜ - zaczął doktor Thomas - lubił wypić. 
Maltretował Ŝonę, znęcał się nad córką. Ten grubiański 
awanturnik był skłócony z większością tutejszych 
mieszkańców. 
- Czy w istocie świat stał się bez niego lepszy? 
- Przyznaję, Ŝe moŜna by tak to ująć. 
- Przypuśćmy, Ŝe nie wpadł do rzeki z własnej winy, 
lecz ktoś go zepchnął z kładki... CzyŜ ta osoba nie 
działałaby w imię dobra publicznego? 
- Czy metody, których jest pan zwolennikiem... 
stosował pan w praktyce, będąc w... Mayang Straits? - 
spytał doktor Thomas. 

background image

Luke roześmiał się. 
- Och, nie, w moim przypadku to tylko teoria, nie 
praktyka. 
- Nie sądzę, Ŝeby był pan ulepiony z tej samej gliny co 
mordercy. 
- Dlaczego nie? - spytał Luke. - Wystarczająco szczerze 
przedstawiłem panu swoje poglądy. 
- No właśnie. Zbyt szczerze. 
- Czy chodzi panu o to, Ŝe gdybym istotnie naleŜał do 
ludzi, którzy wymierzają sprawiedliwość z pominięciem 
sądu, nie ujawniałbym tak otwarcie swych poglądów? 
- Tak, to miałem na myśli. 
- Nawet gdybym był fanatykiem, pragnącym głosić 
swoje przekonania! 
- Nawet w takim wypadku powstrzymałby pana od tego 
instynkt samozachowawczy. 
- Bo tak naprawdę, szukając mordercy, naleŜy się 
rozglądać za sympatycznym, łagodnym człowiekiem, 
który nie skrzywdziłby nawet muchy? 
- Być moŜe w tym stwierdzeniu jest nieco przesady - 
oznajmił doktor Thomas - ale niezbyt odbiega ono od 
prawdy. 
- Proszę mi powiedzieć... - zaczął nagle Luke. - Czy 
kiedykolwiek spotkał pan człowieka, którego 
podejrzewałby pan o mordercze instynkty? 
- CóŜ za niezwykłe pytanie - odparł doktor Thomas 
ostrym tonem. 
- Naprawdę? PrzecieŜ kaŜdy lekarz musi mieć do 
czynienia z róŜnymi dziwakami. Potrafi chyba 
rozpoznać objawy... na przykład... morderczej obsesji... 

background image

we wczesnym stadium, zanim stanie się ona naprawdę 
widoczna. 
- Widzę, Ŝe wyobraŜa pan sobie obsesyjnego mordercę 
w taki sam sposób jak większość dyletantów - mruknął 
doktor z rozdraŜnieniem. - Jako człowieka, który wpada 
w szał i biega z pianą na ustach i z noŜem w ręku. 
Zapewniani pana, Ŝe stwierdzenie u pacjenta tego 
rodzaju obsesji bywa najtrudniejszą rzeczą na świecie. 
Pozornie moŜe on wyglądać jak kaŜdy z nas, jak ktoś, 
kogo łatwo zastraszyć... ktoś, kto będzie panu 
opowiadał, Ŝe ma wrogów. Nic więcej. Spokojny, 
nieszkodliwy typ. 
- Naprawdę? 
- Oczywiście. Obsesyjnemu mordercy wydaje się 
często, Ŝe zabija w samoobronie. Ale naturalnie wielu 
zabójców to przeciętni, zdrowi psychicznie ludzie, tacy 
jak pan czy ja. 
- Doktorze, pan mnie przeraŜa! A co będzie, jeśli dowie 
się pan, Ŝe mam na swym koncie pięć lub sześć nie 
wykrytych morderstw? 
Doktor Thomas uśmiechnął się. 
- Nie wydaje mi się to prawdopodobne, panie 
Fitzwilliam. 
- Naprawdę? Więc zrewanŜuję się panu tym samym. Ja 
równieŜ nie wierzę, by miał pan na swym koncie pięć 
czy sześć morderstw. 
- Nie bierze pan pod uwagę moich zawodowych 
pomyłek - powiedział doktor Thomas pogodnie. 
Obaj wybuchnęli śmiechem. Luke wstał i zaczął się 
Ŝ

egnać. 

background image

- Przepraszam, Ŝe zająłem panu tyle czasu - powiedział. 
- Och, nie mam zbyt wiele pracy. Wychwood to bardzo 
zdrowa miejscowość. To prawdziwa przyjemność 
porozmawiać z kimś z wielkiego świata. 
- Zastanawiałem się... - zaczął Luke i urwał. 
- Słucham? 
- Panna Conway, wysyłając mnie do pana, powiedziała 
mi, Ŝe jest pan bardzo... no cóŜ... wspaniałym 
fachowcem. Czy nie wydaje się panu, Ŝe nie ma tu 
perspektyw dla zdolnego lekarza? 
- Och, praktyka ogólna to dobry początek. Zdobywa się 
cenne doświadczenie. 
- Ale nie zamierza pan przez całe Ŝycie stać na bocznym 
torze? Pański zmarły wspólnik, doktor Humbleby, który 
podobno nie miał większych ambicji... był zadowolony 
ze swej praktyki w Wychwood. Mieszkał tu chyba od 
wielu lat, prawda? 
- Właściwie przez całe Ŝycie. 
- Słyszałem, Ŝe był mądrym człowiekiem, ale miał nieco 
staroświeckie poglądy. 
- Niekiedy bywał trudny... - odparł doktor Thomas. - Z 
wielką nieufnością odnosił się do wszelkich innowacji, 
ale był dobrym przykładem lekarza starej szkoły. 
- Podobno osierocił bardzo ładną córkę - powiedział 
Luke i spostrzegł, Ŝe jego podchwytliwa uwaga 
wywołała rumieniec na bladoróŜowej twarzy doktora. 
- Och... eee... owszem - wyjąkał Thomas. 
Luke spojrzał na niego Ŝyczliwie. Cieszyła go 
perspektywa wykreślenia nazwiska doktora Thomasa z 
listy podejrzanych. 

background image

- Skoro rozmawiamy o przestępstwach, a pana to 
interesuje, mogę panu poŜyczyć niezłą ksiąŜkę na ten 
temat - zaproponował Thomas. - Przekład z 
niemieckiego. "Kompleks niŜszości a zbrodnia" 
Kreuzhammera. 
- Dziękuję - powiedział Luke. 
Doktor Thomas przesunął palcem po grzbietach ksiąŜek 
i wyciągnął wspomniane dzieło. 
- Proszę. Niektóre koncepcje autora są dość 
zaskakujące... ale, rzecz jasna, to tylko teoria. 
Niezwykle ciekawy jest na przykład rozdział 
poświęcony młodości Menzhelda, którego nazywano 
Rzeźnikiem z Frankfurtu. Albo ustęp opisujący 
morderstwa popełnione przez młodą niańkę, Annę 
Hełm. 
- Zanim władze wpadły na jej trop, zamordowała chyba 
z tuzin swych podopiecznych - wtrącił Luke. 
Doktor Thomas kiwnął głową. 
- Tak. Miała niezwykle ujmującą osobowość... bardzo 
lubiła dzieci i najwyraźniej autentycznie przeŜywała 
ś

mierć kaŜdego z nich. Ludzka psychika jest 

zdumiewająca. 
- Zdumiewające jest to, Ŝe tym ludziom tak długo 
udawało się mordować bezkarnie - powiedział Luke, 
stojąc juŜ w drzwiach. 
- Właściwie... niezbyt zdumiewające - oznajmił doktor 
Thomas, podąŜając za wychodzącym. - To jest dosyć 
proste. 
- Co? 

background image

- Bezkarne morderstwo - odparł Thomas z ujmującym, 
chłopięcym uśmiechem. - Trzeba tylko zachować 
ostroŜność! A przebiegły człowiek szalenie uwaŜa, Ŝeby 
nie zrobić fałszywego kroku. Wszystko sprowadza się 
do tego. - Uśmiechnął się i wszedł do domu. 
Luke stał, wpatrując się w schody. 
W uśmiechu doktora Thomasa dostrzegł cień wyniosłej 
pobłaŜliwości. Podczas ich dyskusji miał wraŜenie, Ŝe 
on, w pełni dojrzały męŜczyzna, rozmawia z naiwnym 
młodym człowiekiem. 
Teraz poczuł, Ŝe role się odwróciły. Doktor Thomas 
uśmiechnął się jak dorosły męŜczyzna, rozbawiony 
bystrością dziecka. 
 
IX 
ROZMOWA Z PANIĄ PIERCE 
 
W małym sklepie na High Street Luke kupił pudełko 
papierosów i ostatni numer tygodnika "Good Cheer", 
który przynosił lordowi Whitfieldowi sporą część jego 
pokaźnych dochodów. Przejrzał tabelę wyników 
rozgrywek piłkarskich i mruknął z niezadowoleniem, 
widząc, jak niewiele brakowało, by wygrał sto 
dwadzieścia funtów. Pani Pierce natychmiast zaczęła go 
pocieszać, wspominając o podobnych niepowodzeniach 
swojego męŜa. Nawiązawszy w ten sposób Ŝyczliwy 
kontakt, mógł bez przeszkód kontynuować rozmowę. 
- Mój mąŜ bardzo się interesuje piłką noŜną - oznajmiła 
pani Pierce. - Zawsze przegląda wiadomości sportowe 
jako pierwsze. I, jak mówię, przeŜył wiele rozczarowań, 

background image

ale przecieŜ nie kaŜdy moŜe wygrywać. Stale mu to 
powtarzam i tłumaczę, Ŝe nie da się pokonać pecha. 
Luke skwapliwie przyznał jej słuszność, a potem 
wygłosił głęboką myśl, Ŝe kłopoty zawsze chodzą 
parami. 
- Ach, tak, to prawda, sir, dobrze o tym wiem - 
westchnęła pani Pierce. - A kiedy kobieta ma męŜa i 
siedmioro dzieci... z których dwoje pochowała... to 
moŜna powiedzieć, Ŝe dobrze wie, co to kłopot. 
- Chyba tak... niewątpliwie - przyznał Luke. - Więc 
pochowała pani dwoje dzieci? 
- Jedno nie dalej niŜ miesiąc temu - wyjaśniła pani 
Pierce z czymś w rodzaju melancholijnej satysfakcji. 
- Mój BoŜe, to bardzo smutne. 
- Nie tylko smutne. To był po prostu wstrząs... tak 
właśnie, prawdziwy wstrząs! Kiedy mnie o tym 
zawiadomili, zrobiło mi się słabo. Nie przyszło mi 
nawet do głowy, Ŝe coś takiego moŜe przytrafić się 
Tommy'emu, bo nawet jeśli chłopak przysparza 
człowiekowi kłopotów, wcale nie myśli się o jego 
ś

mierci. I moja mała Emma Jane, która była takim 

słodkim dzieckiem. "Nie uchowa się". Tak mówiono. 
"Jest za dobra, Ŝeby Ŝyć". I to była prawda, sir. Pan Bóg 
wie swoje. 
Luke przyznał jej rację i próbował przeskoczyć z tematu 
ś

więtej Emmy Jane na mniej świętego Tommy'ego. 

- Więc pani syn zmarł niedawno? - spytał. - Czy to był 
wypadek? 

background image

- Tak, sir. Mył szyby w starym dworze, w którym 
mieści się teraz biblioteka, musiał stracić równowagę i 
wypadł z okna. 
Pani Pierce zaczęła rozwodzić się nad szczegółami tego 
nieszczęśliwego wypadku. 
- Czy nie mówiono, Ŝe ktoś widział - zaczął Luke 
obojętnie - jak pani syn tańczył na parapecie? 
Pani Pierce stwierdziła, Ŝe chłopcy muszą psocić i Ŝe 
major, który jest nerwowym człowiekiem, omal nie 
zemdlał. 
- Major Horton? 
- Owszem, sir, ten dŜentelmen z buldogami. Po tym 
wypadku wspomniał, Ŝe widział, jak nasz Tommy 
zachowywał się bardzo nierozwaŜnie... to, oczywiście, 
dowodzi, Ŝe jeśli nagle coś go przestraszyło, mógł 
wypaść z okna. Roznosiła go energia i to było jego 
nieszczęście. Muszę przyznać, Ŝe był dla mnie wielkim 
utrapieniem - zakończyła - ale to właśnie ta jego 
Ŝ

ywiołowość... nic innego... W gruncie rzeczy nie był 

złym chłopcem. 
- Nie, z pewnością nie, ale czasami, rozumie pani, pani 
Pierce, powaŜni ludzie w średnim wieku nie pamiętają, 
Ŝ

e kiedyś sami byli młodzi. 

Pani Pierce westchnęła. 
- Mówi pan szczerą prawdę, sir. Mam nadzieję, Ŝe 
pewni ludzie, dŜentelmeni, których nazwiska mogłabym 
wymienić, ale tego nie zrobię, zrozumieją, Ŝe zbyt 
surowo osądzali tego chłopca... wszystko tylko dlatego, 
Ŝ

e był taki Ŝywiołowy. 

background image

- Czy płatał figle swym pracodawcom? - spytał Luke z 
pobłaŜliwym uśmiechem. 
- Robił to tylko dla Ŝartu, sir - odparła natychmiast pani 
Pierce. - Tommy świetnie małpował innych. 
Zrywaliśmy boki ze śmiechu, kiedy chodził drobnymi 
kroczkami, udając pana Ellsworthy'ego ze sklepu z 
antykami albo przedrzeźniał pana Hobbsa z komitetu 
parafialnego. Kiedy naśladował jego lordowską mość na 
terenie jego rezydencji, a dwaj pomocnicy ogrodnika 
pękali ze śmiechu, nagle cicho nadszedł lord Whitfield i 
z miejsca Tommy'ego wyrzucił. No, oczywiście, moŜna 
się było tego spodziewać, i postąpił słusznie. Ale potem 
nie Ŝywił juŜ urazy do Tommy'ego i pomógł mu znaleźć 
inną posadę. 
- Ale nie wszyscy byli tak wspaniałomyślni jak on, 
prawda? - spytał Luke. 
- Nie, sir. Nie wymienię nazwisk. Nikomu nie 
przyszedłby do głowy pan Abbot, który jest taki miły, 
dla kaŜdego ma dobre słowo i bardzo lubi Ŝartować. 
- Czy Tommy czymś mu się naraził? 
- Jestem pewna, Ŝe chłopak nie zamierzał zrobić nic 
złego... A poza tym uwaŜam, Ŝe jeśli ktoś nie chce, by 
zaglądano do jego prywatnych papierów, nie powinien 
zostawiać ich na wierzchu. 
- Racja - przyznał Luke. - Prywatne dokumenty w 
kancelarii prawniczej powinny leŜeć w sejfie. 
- To prawda, sir. Tak właśnie uwaŜam, a pan Pierce 
przyznaje mi słuszność. Tommy niewiele z nich 
wyczytał. 
- Co to było... testament? - spytał Luke. 

background image

Obawiał się nie bez racji, Ŝe bezpośrednie pytanie 
dotyczące tego dokumentu moŜe zahamować potok 
wymowy pani Pierce. Ale kobieta odpowiedziała bez 
chwili namysłu: 
- Och, nie, sir, nic podobnego. To nie było nic waŜnego. 
Po prostu prywatny list od jakiejś pani, ale Tommy 
nawet nie zauwaŜył jej podpisu. Wiele hałasu o nic. 
- Pan Abbot musi być bardzo draŜliwy - powiedział 
Luke. 
- No cóŜ, na to wygląda, sir. ChociaŜ, jak mówię, miło 
się z nim rozmawia... zawsze zaŜartuje albo powie coś 
wesołego. Ale to prawda. Słyszałam, Ŝe jest trudnym 
człowiekiem, zwłaszcza jeśli ktoś się z nim nie zgadza. 
On i doktor Humbleby byli ze sobą na noŜe. Okropnie 
się pokłócili tuŜ przed śmiercią biednego doktora. 
Potem pan Abbot miał chyba wyrzuty sumienia. Bądź 
co bądź padły przykre słowa, a on nie mógł juŜ ich 
cofnąć. 
- Tak, to prawda - mruknął Luke, z powagą kiwając 
głową. - Dziwny zbieg okoliczności. Pokłócił się z 
doktorem Humbleby i doktor Humbleby nie Ŝyje... 
wyrzucił pani syna z pracy i chłopiec umarł! Sądzę, Ŝe 
dwa takie zdarzenia skłonią pana Abbota do 
powściągnięcia w przyszłości swego języka. 
- To samo było z Harrym Carterem, właścicielem baru 
Siedem Gwiazd - powiedziała pani Pierce. - Doszło 
między nimi do ostrej sprzeczki, a w tydzień później 
Carter utonął. Ale nie moŜna o to oskarŜać Abbota. Cała 
wina leŜy po stronie Cartera. Poszedł pijany do domu 
pana Abbota i na całe gardło wykrzykiwał ordynarne 

background image

słowa. Biedna pani Carter miała z nim krzyŜ pański i 
trzeba przyznać, Ŝe śmierć męŜa jest dla niej 
prawdziwym błogosławieństwem. 
- Zostawił córkę, prawda? 
- Ach - westchnęła pani Pierce. - Nie lubię plotkować. 
To oświadczenie było niespodziewane, ale obiecujące. 
Luke wytęŜył słuch i czekał. 
- To tylko zwykłe gadanie. Lucy Carter jest ładną 
dziewczyną i gdyby nie róŜnica pochodzenia, chyba nikt 
by na to nie zwrócił uwagi. Ale tak było i wszyscy o 
tym plotkowali... zwłaszcza po tym, jak Carter poszedł 
prosto do jego domu, wrzeszcząc i przeklinając. 
Ta chaotyczna wypowiedź skierowała Luke'a na nowy 
trop. 
- Pan Abbot wygląda na męŜczyznę, który potrafi 
docenić dziewczęcą urodę - zauwaŜył. 
- Tacy juŜ są męŜczyźni - stwierdziła pani Pierce. - Nic 
takiego nie mają na myśli... po prostu mimochodem 
rzucą jakieś słówko, ale ludzie to tylko ludzie i w 
rezultacie zwraca się na to uwagę. To normalne w takim 
spokojnym miasteczku jak nasze. 
- To zachwycająca okolica - powiedział Luke. - Tak 
ś

wietnie zachowana. 

- Tak właśnie mówią artyści, ale osobiście uwaŜam, Ŝe 
jesteśmy trochę zacofani. Nic się tu nie buduje. A na 
przykład w Ashevale postawili sporo nowych domów... 
niektóre mają zielone dachy, a w oknach witraŜe. 
Luke lekko się wzdrygnął. 
- Macie tu wspaniałą nową szkołę - pochwalił. 

background image

- Mówią, Ŝe to piękny budynek - powiedziała pani 
Pierce bez większego entuzjazmu. - Oczywiście jego 
lordowska mość wiele zrobił dla naszego miasteczka. 
Wszyscy doskonale wiemy, Ŝe ma dobre zamiary. 
- CzyŜby pani nie sądziła, Ŝe jego wysiłki zostały 
uwieńczone powodzeniem? - spytał Luke z 
rozbawieniem. 
- No cóŜ, sir, on nie pochodzi z prawdziwej szlachty tak 
jak panna Waynflete czy panna Conway. Ojciec lorda 
Whitfielda prowadził sklep z butami zaledwie o kilka 
domów stąd. Moja matka doskonale pamięta, Ŝe Gordon 
Ragg był sprzedawcą w tym sklepie. Teraz jest lordem i 
bardzo bogatym człowiekiem, ale to nie to samo, 
prawda, sir? 
- Chyba nie - przyznał Luke. 
- Proszę mi wybaczyć, Ŝe o tym wspomniałam, sir - 
powiedziała pani Pierce. - Naturalnie wiem, Ŝe 
zatrzymał się pan w rezydencji lorda i pisze pan 
ksiąŜkę. Ale jest pan kuzynem panny Bridget, a to 
całkiem inna sprawa. Cieszymy się, Ŝe znów będzie 
panią na Ashe Manor. 
- Jestem tego pewien - oznajmił Luke. 
Z nagłym pośpiechem zapłacił za papierosy i gazetę, a 
potem wyszedł ze sklepu. 
Do diabła, nie powinienem się w to osobiście 
angaŜować! - pomyślał ze złością. Jestem tu po to, by 
wytropić przestępcę. Co mnie obchodzi, za kogo 
wyjdzie ta czarnowłosa czarownica? PrzecieŜ ona nie 
ma z tą sprawą nic wspólnego... 

background image

Szedł wolno ulicą. Z trudem odsunął od siebie myśli o 
Bridget. 
"A zatem - powiedział do siebie. - Abbot. - Poszlaki 
ś

wiadczące przeciwko niemu. Wykryłem jego 

powiązania z trzema ofiarami. Pokłócił się z doktorem 
Humblebym, z Carterem i z Tommym Pierce'em... i 
wszyscy trzej nie Ŝyją. Co go łączyło z Amy Gibbs? 
Jaki prywatny list widział ten piekielny chłopak? Czy 
znał nazwisko nadawcy? Mógł się do tego nie przyznać 
swojej matce. Ale przyjmijmy, Ŝe to zrobił. 
Przypuśćmy, iŜ Abbot uwaŜał, Ŝe trzeba zaniknąć mu 
usta. To moŜliwe! Tak to moŜna określić. MoŜliwe! Ale 
to za mało!" 
Przyspieszył kroku, rozglądając się wokół z nagłym 
rozdraŜnieniem. 
To przeklęte miasteczko działa mi na nerwy - pomyślał. 
Jest takie pogodne, spokojne i dziewicze, a przez cały 
czas ciąŜy nad nim piętno obłąkańczych morderstw. A 
moŜe to ja zwariowałem? Czy Lavinia Pinkerton była 
szalona? Ostatecznie wszystko to mogło być zwykłym 
zbiegiem okoliczności... tak, śmierć doktora 
Humbleby'ego i cała reszta... 
Obejrzał się i nagle ogarnęło go silne poczucie 
nierzeczywistości. 
- Takie rzeczy się nie zdarzają... - mruknął. 
Kiedy spojrzał na długą, pofałdowaną linię wzgórza 
Ashe Ridge, to poczucie nierealności natychmiast 
zniknęło. Ashe Ridge istniało naprawdę... było 
ś

wiadkiem wielu niesamowitych rzeczy: czarów, 

background image

okrucieństwa, krwawych zbrodni i grzesznych 
obrzędów... 
Nagle zobaczył dwie osoby spacerujące po zboczu 
wzgórza. Bez trudu rozpoznał w nich Bridget i 
Ellsworthy'ego. Młody męŜczyzna, pochylając się lekko 
w stronę Bridget, gestykulował swymi dziwnymi 
rękami. Wyglądali jak dwie postacie ze snu. Luke miał 
wraŜenie, Ŝe miękkimi, kocimi susami bezgłośnie 
przeskakują z jednej kępy darni na drugą. Wiatr 
rozwiewał czarne włosy Bridget. Luke znów poczuł, Ŝe 
przyciąga go do niej jakaś magiczna siła. 
- Jestem po prostu zaczarowany - powiedział do siebie. 
Stał nieruchomo, czując dziwne odrętwienie. 
Kto zdejmie ze mnie ten urok? - pomyślał ze smutkiem. 
Chyba nikt. 
 

ROSE HUMBLEBY 
 
Słysząc za plecami cichy szmer gwałtownie się 
odwrócił i ujrzał niezwykle piękną dziewczynę o 
bujnych kasztanowych lokach i dość nieśmiałym 
spojrzeniu ciemnoniebieskich oczu. 
- Pan Fitzwilliam, prawda? - spytała, rumieniąc się z 
zaŜenowania. 
- Owszem. Ja... 
- Nazywam się Rose Humbleby. Bridget mówiła mi, 
Ŝ

e... ma pan przyjaciół, którzy znali mojego ojca. 

Opalona twarz Luke'a nieco poczerwieniała. 

background image

- To było dawno temu - powiedział niepewnie. - Oni... 
eee... znali go jeszcze jako młodego człowieka... zanim 
się oŜenił. 
- Och, rozumiem. 
Rose Humbleby wydawała się rozczarowana. 
- Pisze pan ksiąŜkę, prawda? - spytała po chwili. 
- Owszem. To znaczy zbieram do niej materiały. O 
tutejszych przesądach. 
- Rozumiem. To brzmi niezwykle interesująco. 
- Najprawdopodobniej okaŜe się okropnie nudna - 
powiedział Luke. 
- Och, nie, z pewnością będzie ciekawa. Luke 
uśmiechnął się do niej. Szczęściarz z tego Thomasa! - 
pomyślał. 
- Istnieją ludzie, którzy potrafią najbardziej pasjonujący 
temat ująć w sposób nieznośnie nudny. Obawiam się, Ŝe 
do nich naleŜę. 
- Och, ale dlaczego? 
- Nie mam pojęcia. Ale coraz bardziej jestem o tym 
przekonany. 
- A moŜe jest pan jednym z tych, którzy nudne tematy 
opisują w sposób niezwykle pasjonujący! - pocieszyła 
go Rose Humbleby. 
- To miły komplement - powiedział Luke. - Dziękuję 
pani. 
- Czy wierzy pan w... przesądy i tego rodzaju rzeczy! - 
spytała dziewczyna z uśmiechem. 
- To trudne pytanie. Jedno nie pociąga za sobą drugiego. 
MoŜna interesować się rzeczami, w które się nie wierzy. 

background image

- Tak, chyba tak - przyznała dziewczyna z 
powątpiewaniem. 
- Czy pani jest przesądna? 
- Nnnie... raczej nie. Ale uwaŜam, Ŝe wszystko 
przychodzi falami. 
- Falami? 
- Są fale szczęścia i nieszczęścia. To znaczy, mam 
wraŜenie, Ŝe Wychwood ostatnio prześladuje... zły los. 
Umiera mój ojciec, pannę Pinkerton przejeŜdŜa 
samochód, a ten chłopiec wypada przez okno. Ja... 
zaczynam nienawidzić tego miasteczka... czuję, Ŝe 
muszę stąd wyjechać! - wykrztusiła. 
- Więc takie są pani odczucia? - spytał Luke, patrząc na 
nią z zadumą. 
- Och! Wiem, Ŝe to niemądre. To chyba przez tę nagłą 
ś

mierć mojego biednego taty... to stało się tak 

niespodziewanie. - ZadrŜała. - Potem panna Pinkerton. 
Mówiła, Ŝe... - Zawahała się. 
- Co mówiła? UwaŜam, Ŝe była czarującą starszą 
panią... bardzo podobną do mojej kochanej ciotki. 
- Och, więc pan ją znał? - Twarz Rose rozjaśnił 
uśmiech. - Bardzo ją lubiłam, a ona była niezwykle 
oddana mojemu ojcu. Ale czasami zastanawiałam się, 
czy nie jest przypadkiem... jakby to określić... 
nawiedzona. 
- Dlaczego? 
- Bo... to takie niesamowite... ona się naprawdę bała, Ŝe 
mojego ojca spotka coś złego. Nawet mnie ostrzegała. 
Zwłaszcza przed nieszczęśliwymi wypadkami. A tego 
dnia... tuŜ przed wyjazdem do , Londynu... 

background image

zachowywała się bardzo dziwnie... była zupełnie 
roztrzęsiona. Wydaje mi się, panie Fitzwilliam, Ŝe 
naleŜała do osób posiadających dar jasnowidzenia. 
Wiedziała, Ŝe spotka ją coś złego. Musiała teŜ wiedzieć, 
Ŝ

e coś przytrafi się mojemu ojcu. Takie rzeczy są wręcz 

przeraŜające! 
Zrobiła krok w jego kierunku. 
- Niekiedy człowiek potrafi przewidzieć przyszłość - 
powiedział Luke. - Nie ma w tym nic 
nadprzyrodzonego. 
- Tak, myślę, Ŝe to istotnie rzecz całkiem naturalna... po 
prostu dar, którego większość ludzi nie posiada. Ale 
mimo wszystko to... mnie niepokoi... 
- Nie powinna się pani niepokoić - powiedział Luke 
łagodnie. - Proszę pamiętać, Ŝe ma to pani juŜ za sobą. 
Nie wolno cofać się w przeszłość. Trzeba Ŝyć 
przyszłością. 
- Wiem. Ale jest jeszcze coś... - Rose zawahała się. - 
Coś... co ma związek z pańską kuzynką. 
- Moją kuzynką? Bridget? 
- Tak. Panna Pinkerton niepokoiła się o nią. Ciągle mnie 
wypytywała... Przypuszczam, Ŝe o nią równieŜ się bała. 
Luke odwrócił się gwałtownie i spojrzał na zbocze 
wzgórza. Ogarnął go niezrozumiały lęk. Bridget była 
sama z tym męŜczyzną, którego dłonie miały 
chorobliwie zielonkawy odcień rozkładającego się 
ciała! Wyobraźnia - pomyślał. To tylko wyobraźnia! 
PrzecieŜ Ellsworthy jest jedynie nieszkodliwym 
dyletantem, który bawi się w sklepikarza. 

background image

- Czy pan lubi pana Ellsworthy'ego? - spytała Rose, 
jakby czytając w jego myślach. 
- Zdecydowanie nie. 
- Wie pan, Geoffrey, to znaczy doktor Thomas teŜ za 
nim nie przepada. 
- A pani? 
- Och... uwaŜam, Ŝe jest okropny. - Podeszła jeszcze 
bliŜej. - W miasteczku duŜo się o nim mówi. Podobno 
uczestniczył w jakichś dziwnych obrzędach na Łące 
Czarownic. Z tej okazji przyjechało tu z Londynu wielu 
jego znajomych... Wyglądali bardzo osobliwie. A 
Tommy Pierce pełnił rolę kogoś w rodzaju akolity. 
- Tommy Pierce? - zawołał Luke. 
- Tak. Miał na sobie komŜę i czerwoną sutannę. 
- Kiedy to się odbyło? 
- Och, jakiś czas temu... chyba w marcu. 
- Tommy Pierce był najwyraźniej zamieszany we 
wszystko, co kiedykolwiek działo się w tym 
miasteczku. 
- Był okropnie wścibski - powiedziała Rose. - Zawsze 
musiał o wszystkim wiedzieć. 
- I w końcu pewnie wiedział juŜ za duŜo - podsumował 
Luke posępnie. 
Rose przyjęła te słowa za dobrą monetę. 
- Był dość wstrętnym chłopcem. Lubił zabijać osy i 
dokuczać psom. 
- Trudno opłakiwać śmierć takiego nieznośnego 
dzieciaka! 
- No, chyba tak. Jednak dla jego matki był to okropny 
wstrząs. 

background image

- Zostało jej na pociechę jeszcze pięcioro dzieci. Ta 
kobieta ma prawdziwy dar wymowy. 
- Jest bardzo gadatliwa, prawda? 
- Wystarczyło, Ŝe kupiłem u niej papierosy, a juŜ 
miałem wraŜenie, Ŝe dokładnie znam przeszłość 
wszystkich mieszkańców Wychwood! 
- To jest właśnie najgorsze w takich miasteczkach. 
Wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. 
- Och, nie - zaprotestował Luke. Rose spojrzała na 
niego pytająco. 
- Nikt nie zna całej prawdy o drugim człowieku - 
oświadczył Luke z naciskiem. 
Rose spowaŜniała. Wstrząsnął nią mimowolny dreszcz. 
- Tak - powiedziała z namysłem. - Myślę, Ŝe to prawda. 
- Nawet ci najbliŜsi i najbardziej ukochani - dodał Luke. 
- Nawet... - Przerwała. - Och, chyba ma pan rację, ale 
proszę nie mówić takich przeraŜających rzeczy, panie 
Fitzwilliam. 
- To naprawdę panią przeraŜa? 
Wolno pokiwała głową. Potem gwałtownie się 
odwróciła. 
- Muszę juŜ iść. Jeśli... nie będzie pan miał nic lepszego 
do roboty, to znaczy, jeśli będzie pan mógł, proszę nas 
odwiedzić. Mama chciałaby się z panem zobaczyć, 
poniewaŜ zna pan przyjaciół taty sprzed lat. 
Oddaliła się wolnym krokiem. Głowę miała lekko 
pochyloną, jakby pod cięŜarem niepokoju lub 
zakłopotania. 
Luke stał nieruchomo, patrząc za nią. Poczuł nagle, Ŝe 
powinien otoczyć tę dziewczynę opieką i chronić ją. 

background image

Przed czym? Zadając sobie to pytanie, potrząsnął 
głową. Był zły sam na siebie. To prawda, Ŝe Rose 
Humbleby niedawno straciła ojca, ale przecieŜ ma 
matkę i jest zaręczona z niezwykle atrakcyjnym 
młodym męŜczyzną, który wspaniale nadaje się na jej 
opiekuna. Dlaczego więc ja, Luke Fitzwilliam, miałbym 
się o nią martwić? 
Znów ten mój sentymentalizm - pomyślał. Mit 
opiekuńczego męŜczyzny, który rozkwitł w epoce 
wiktoriańskiej, rozwijał się w czasach króla Edwarda i 
nadal w nas pokutuje na przekór temu, co drogi lord 
Whitfield nazwałby pośpiechem i stylem 
współczesnego Ŝycia! 
Tak czy owak - powiedział do siebie, idąc w kierunku 
majaczącego w oddali wzgórza Ashe Ridge - lubię tę 
dziewczynę. Jest o wiele za dobra dla Thomasa... 
powściągliwego pyszałka. 
Przypomniał sobie wyniośle pobłaŜliwy uśmiech, jakim 
obdarzył go doktor, kiedy Ŝegnali się na progu jego 
domu. 
Z tych nieco irytujących medytacji wyrwał go odgłos 
kroków. Podniósł głowę i zobaczył przed sobą pana 
Ellsworthy'ego, który właśnie schodził ścieŜką ze 
wzgórza. Patrzył uwaŜnie pod nogi i uśmiechał się do 
siebie. Wyraz jego twarzy zrobił na Luke'u 
nieprzyjemne wraŜenie. Ellsworthy nie szedł, lecz pląsał 
- jak człowiek, który tańczy w rytm rozbrzmiewającej w 
jego umyśle jakiejś satanicznej, skocznej melodii. Jego 
usta wykrzywiał niesamowity, tajemniczy grymas. 

background image

Luke przystanął. Ellsworthy, który był juŜ tuŜ przed 
nim, podniósł wzrok. Zanim rozpoznał Luke'a, patrzył 
na niego przez chwilę swymi złośliwymi, rozbieganymi 
oczami. Potem jego zachowanie gwałtownie się 
zmieniło. Jeszcze przed minutą przypominał tańczącego 
satyra, a teraz przeobraził się w nieco zniewieściałego 
małomiasteczkowego eleganta. 
- Och, pan Fitzwilliam, dzień dobry. 
- Dzień dobry - odparł Luke. - Podziwiał pan uroki 
przyrody? 
Pan Ellsworthy uniósł swą wąską, bladą dłoń w geście 
odŜegnywania się. 
- AleŜ skąd... och, na miły Bóg, nie. Nie cierpię 
przyrody. Przypomina mi pospolitą, pozbawioną 
wyobraźni ulicznicę. Zawsze uwaŜałem, Ŝe nie moŜna 
korzystać z Ŝycia, dopóki nie zepchnie się przyrody na 
dalszy plan. 
- A jak zamierza pan to zrobić? 
- Są na to róŜne sposoby! - oznajmił pan Ellsworthy. - 
W takim uroczym, prowincjonalnym miasteczku jak 
Wychwood moŜna znaleźć wiele rozkosznych 
rozrywek, o ile posiada się odrobinę fantazji. Ja 
rozkoszuję się Ŝyciem, panie Fitzwilliam. 
- Ja równieŜ - powiedział Luke. 
- Mens sana in corpore sano - zacytował pan Ellsworthy 
lekko ironicznym tonem. - Jestem pewien, Ŝe to 
powiedzenie do pana pasuje. 
- Bywają gorsze rzeczy - stwierdził Luke. 
- Drogi panie! Zdrowie jest niewiarygodnym 
nudziarstwem. Tylko człowiek szalony, cudownie 

background image

zwariowany, zdemoralizowany i lekko pomylony 
dostrzega nowe, wspaniałe aspekty Ŝycia. 
- W krzywym zwierciadle - mruknął Luke. 
- Ach, bardzo dobre... świetne... całkiem dowcipne 
porównanie! Ale wie pan, w tym coś jest. To 
interesujący punkt widzenia. Nie powinienem jednak 
pana zatrzymywać. ZaŜywa pan ruchu... trzeba zaŜywać 
ruchu... to zgodne z duchem czasu! 
- Istotnie - przyznał Luke i, lekko skinąwszy głową, 
ruszył w swoją stronę. 
Zaczynam mieć cholernie wybujałą wyobraźnię - 
pomyślał. Ten jegomość jest po prostu skończonym 
osłem. 
Ale pod wpływem jakiegoś nieokreślonego niepokoju 
przyspieszył kroku. Zastanawiał się, czy triumfalny 
uśmiech Ellsworthy'ego był tylko wytworem jego 
własnej wyobraźni. Dlaczego na jego widok wyraz 
twarzy tego człowieka tak bardzo się zmienił? 
Bridget! - pomyślał z nagłym niepokojem. Czy nic jej 
się nie stało? PrzecieŜ razem poszli na wzgórze, a teraz 
on wracał sam. 
Przyspieszył kroku. Kiedy rozmawiał z Rose 
Humbleby, wyszło właśnie słońce. Teraz znów się 
schowało. Niebo pokryły groźne chmury, którym 
towarzyszyły gwałtowne, nieregularne podmuchy 
wiatru. Luke miał wraŜenie, Ŝe przeniósł się z 
normalnego, codziennego Ŝycia do jakiegoś dziwnego, 
zaczarowanego świata, którego istnienie wyczuwał od 
chwili przyjazdu do Wychwood. 

background image

Skręcił i znalazł się na skraju łąki, zwanej Łąką 
Czarownic. Według tradycji właśnie tutaj w noc 
Walpurgi i w dniu Hallowe'en zbierały się czarownice. 
Nagle poczuł ulgę. Na zboczu wzgórza dostrzegł 
Bridget; siedziała oparta plecami o skałę, zakrywając 
twarz dłońmi. 
Ruszył szybko w jej kierunku, zwinnie przeskakując 
kępę soczystej, zielonej darni. 
- Bridget! - zawołał. 
Powoli uniosła głowę. Zaniepokoił go wyraz jej twarzy. 
Wyglądała tak, jakby właśnie wróciła z jakiegoś 
odległego świata i z trudem przystosowywała się do 
rzeczywistości. 
- Posłuchaj... czy... wszystko w porządku? - wyjąkał 
Luke. Minęła minuta lub dwie, zanim odpowiedziała - 
jakby jeszcze niezupełnie powróciła z tego odległego 
ś

wiata. Luke miał wraŜenie, Ŝe jego słowa musiały 

przebyć długą drogę, by do niej dotrzeć. 
- Oczywiście - odparła. - Dlaczego miałoby być 
inaczej? - Jej głos zabrzmiał ostro, niemal wrogo. 
Luke uśmiechnął się szeroko. 
- Czy ja wiem? Nagle zacząłem się o ciebie niepokoić. 
- Dlaczego? 
- Głównie, jak sądzę, z powodu melodramatycznej 
atmosfery, która mnie tutaj otacza. Ona sprawia, Ŝe 
widzę wszystko w zupełnie innych proporcjach. Kiedy 
tylko tracę cię z oczu na parę godzin, podejrzewam, Ŝe 
znajdę twoje zakrwawione ciało w jakimś przydroŜnym 
rowie. Tak napisano by w sztuce lub w ksiąŜce. 

background image

- Autorzy nigdy nie uśmiercają swych bohaterek - 
zaoponowała Bridget. 
- Tak, ale... - W samą porę przerwał. 
- Co chciałeś powiedzieć? 
- Nic waŜnego. 
Dziękował Bogu, Ŝe nie dokończył zdania. Nie moŜna 
przecieŜ powiedzieć atrakcyjnej młodej kobiecie: "Ale 
ty nie jesteś bohaterką". 
- Bohaterki są porywane - ciągnęła Bridget - wtrącane 
do więzienia, zatruwane gazem albo zatapiane w 
piwnicach. Zawsze grozi im niebezpieczeństwo, ale 
nigdy nie giną. 
- Ani nie znikają - dodał Luke. - Więc to jest Łąka 
Czarownic? - spytał po chwili. 
- Tak. 
- Brakuje ci tylko miotły - szepnął, spoglądając na nią. 
- Dziękuję. Pan Ellsworthy powiedział dokładnie to 
samo. 
- Przed chwilą go spotkałem - oznajmił Luke. 
- Rozmawiałeś z nim? 
- Owszem. Myślę, Ŝe usiłował mnie zirytować. 
- Czy mu się to udało? 
- Stosował dość dziecinne metody. - Luke zawahał się, a 
potem nagle dodał: - To dziwny typ. Czasem moŜna by 
pomyśleć, Ŝe brak mu piątej klepki... później człowiek 
zaczyna się zastanawiać, czy nie kryje się za tym coś 
więcej. 
Bridget spojrzała na niego. 
- Ty teŜ to wyczułeś? 
- Więc podzielasz moje zdanie? 

background image

- Owszem. 
Luke czekał w milczeniu. 
- Jest w nim coś... dziwnego - powiedziała w końcu 
Bridget. - Zastanawiałam się... Ostatniej nocy leŜałam w 
łóŜku, rozmyślając. O całej tej sprawie. Przyszło mi do 
głowy, Ŝe jeśli mordercą jest któryś z mieszkańców 
Wychwood, powinnam wiedzieć, kim on jest! PrzecieŜ 
mieszkam tu od wielu lat. Myślałam i myślałam, aŜ w 
końcu doszłam do wniosku, Ŝe ten morderca, o ile w 
ogóle istnieje, musi być człowiekiem obłąkanym. 
 - Czy nie sądzisz, Ŝe morderca moŜe być równie 
zdrowy psychicznie jak ty czy ja? - spytał Luke, 
przypominając sobie słowa doktora Thomasa. 
- Nie morderca tego rodzaju. Moim zdaniem ten 
morderca musi być szaleńcem. I ten wniosek 
zaprowadził mnie prosto do Ellsworthy'ego. Ze 
wszystkich mieszkańców naszego miasteczka tylko on 
jeden jest zdecydowanym dziwakiem. Nie moŜesz temu 
zaprzeczyć! 
- Istnieje wiele osób jego pokroju: dyletanci, pozerzy, 
którzy zazwyczaj są zupełnie nieszkodliwi - powiedział 
Luke bez przekonania. 
- Owszem, ale w jego przypadku jest jeszcze coś więcej. 
Ma takie odraŜające dłonie... 
- ZauwaŜyłaś to? Ja równieŜ! 
- Nie są białe, lecz... zielonkawe. 
- Istotnie sprawiają takie wraŜenie. Ale mimo wszystko 
nie moŜna oskarŜać człowieka o morderstwo na 
podstawie koloru jego skóry. 
- Och, oczywiście. Potrzebujemy dowodów. 

background image

- Dowody! - mruknął Luke. - Tego nam właśnie 
brakuje. Ten człowiek jest zbyt ostroŜny. OstroŜny 
morderca! OstroŜny szaleniec! 
- Starałam się pomóc - powiedziała Bridget. 
- Chodzi ci o Ellsworthy'ego? 
- Tak. Sądziłam, Ŝe prędzej uda się dobrać do niego 
mnie niŜ tobie. Zrobiłam juŜ pierwszy krok. 
- Opowiadaj. 
- No cóŜ, zdaje się, Ŝe naleŜy do czegoś w rodzaju 
kliki... nielicznej grupy złoŜonej z jego wstrętnych 
przyjaciół. Od czasu do czasu przyjeŜdŜają tu i 
urządzają jakieś obrzędy.     , 
- Masz na myśli jakieś ohydne orgie? 
- Nie mam pojęcia czy ohydne, ale są to z pewnością 
orgie. W istocie wszystko to wydaje się bardzo 
niemądre i dziecinne. 
- Pewnie oddają cześć szatanowi i odbywają 
obsceniczne tańce. 
- Coś w tym rodzaju. Najwyraźniej to ich podnieca. 
- Mogę coś wnieść do tej sprawy - oznajmił Luke. - 
Tommy Pierce uczestniczył w jednym z tych obrzędów. 
Grał rolę akolity. Miał na sobie czerwoną sutannę. 
- Więc wiedział o tym? 
- Owszem. I to moŜe tłumaczyć przyczynę jego śmierci. 
- Myślisz, Ŝe się wygadał? 
- Tak. Mógł teŜ próbować szantaŜu. 
- Wiem, Ŝe to wszystko brzmi fantastycznie, ale w 
przypadku Ellsworthy'ego nie moŜna niczego 
wykluczyć. 

background image

- Tak, zgadzam się. Tam gdzie on wchodzi w grę, 
wszystko jest moŜliwe. 
- Wiemy, Ŝe miał powiązania z dwiema ofiarami - 
powiedziała Bridget. - Z Tommym Pierce'em i Amy 
Gibbs. 
- A co z właścicielem baru i doktorem Humblebym? 
- Na razie nic. 
- Zgadzam się co do Cartera, ale potrafię sobie 
wyobrazić motyw zabójstwa doktora Humbleby. Będąc 
lekarzem mógł zauwaŜyć, Ŝe Ellsworthy jest 
psychicznie niezrównowaŜony. 
- Tak, to moŜliwe. Bridget roześmiała się. 
- Dziś rano nieźle wykonałam swoje zadanie. Jestem 
chyba niezłym psychologiem. Kiedy mu 
opowiedziałam, Ŝe moją praprababkę oskarŜono o 
uprawianie czarnej magii i omal nie spalono jej na 
stosie, moje akcje poszły w górę. Mam wraŜenie, Ŝe 
podczas następnego zjazdu Wyznawców Szatana 
zostanę zaproszona do wzięcia udziału w orgiach. 
- Bridget, na litość boską, bądź ostroŜna! - zawołał 
Luke. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
- Przed chwilą spotkałem córkę doktora Humbleby'ego. 
Rozmawialiśmy o pannie Pinkerton. Ta dziewczyna 
powiedziała mi, Ŝe panna Pinkerton bardzo się o ciebie 
niepokoiła. 
Bridget, która właśnie podnosiła się z ziemi, nagle 
znieruchomiała. 
- O czym ty mówisz? Panna Pinkerton... niepokoiła 
się... o mnie? 
- Tak twierdzi Rose Humbleby. 

background image

- I ona ci to powiedziała? 
- Owszem. 
- Co jeszcze mówiła? 
- Nic więcej. 
- Jesteś tego pewien? 
- Absolutnie. 
- Rozumiem - powiedziała Bridget po chwili. 
- Panna Pinkerton niepokoiła się o doktora 
Humbleby'ego i doktor umarł. Teraz słyszę, Ŝe martwiła 
się równieŜ o ciebie... 
Bridget wybuchnęła śmiechem. Wyprostowała się i tak 
energicznie potrząsnęła głową, Ŝe jej długie czarne 
włosy zawirowały w powietrzu. 
- Nie martw się - powiedziała. - Szatan dba o 
podopiecznych. 
 
XI 
ś

YCIE RODZINNE MAJORA HORTONA 

 
Luke usiadł wygodniej w fotelu naprzeciw dyrektora 
banku. 
- No cóŜ, to wygląda zadowalająco - powiedział. - 
Przepraszam, Ŝe zająłem panu czas. 
Pan Jones machnął lekcewaŜąco ręką. Na jego 
ogorzałej, pulchnej twarzy malowała się radość. 
- AleŜ skąd, panie Fitzwilliam. Jak pan wie, to bardzo 
spokojna miejscowość. Okazja do rozmowy z 
przybyszem z wielkiego świata zawsze sprawia nam 
przyjemność. 

background image

- To urzekająca okolica - powiedział Luke. - AŜ roi się 
tu od przesądów. 
Pan Jones westchnął, a potem stwierdził, Ŝe upłynie 
duŜo czasu, zanim wiedza wykorzeni zabobony. Luke 
wyraził opinię, Ŝe w dzisiejszych czasach przecenia się 
oświatę, co lekko oburzyło pana Jonesa. 
- Lord Whitfield - powiedział bankier - jest naszym 
hojnym dobroczyńcą. Zdaje sobie sprawę, Ŝe będąc 
chłopcem nie miał moŜliwości zdobycia wykształcenia, 
i postanowił stworzyć dzisiejszej młodzieŜy lepsze 
warunki do nauki. 
- Brak wykształcenia nie przeszk6dził mu jednak w 
zdobyciu wielkiej fortuny - oświadczył Luke. 
- Nie. Musiał mieć do tego ogromny talent. 
- Albo szczęście - dodał Luke. Pan Jones wydawał się 
wstrząśnięty. 
- Jedynie szczęście się liczy - powiedział Luke. - 
Weźmy na przykład takiego mordercę. Dlaczego udaje 
mu się ujść bezkarnie? Czy decyduje o tym jego 
intelekt? Czy teŜ po prostu zwykłe szczęście? 
Pan Jones zgodził się, Ŝe raczej jest to sprawa szczęścia. 
- A taki Carter - ciągnął Luke - właściciel tutejszego 
baru. Najprawdopodobniej upijał się sześć razy w 
tygodniu, ale pewnej nocy spadł z kładki do rzeki. Tu z 
kolei moŜna mówić o braku szczęścia. 
- Ale dla niektórych to szczęście - powiedział dyrektor 
banku. 
- Kogo ma pan na myśli? 
- Jego Ŝonę i córkę. 
- Ach, tak, oczywiście. 

background image

Zapukano do drzwi i do gabinetu wszedł urzędnik 
bankowy z jakimiś dokumentami. Luke złoŜył dwa 
wzory podpisów i otrzymał ksiąŜeczkę czekową. 
- Cieszę się, Ŝe wszystko zostało pomyślnie załatwione - 
powiedział, wstając z fotela. - Poszczęściło mi się w 
tegorocznych derbach. A panu? 
Pan Jones odparł z uśmiechem, Ŝe nie gra na wyścigach. 
Dodał, Ŝe jego Ŝona ma na ten temat zdecydowane 
poglądy. 
- Więc zapewne nie pojechał pan do Epsom? 
- Oczywiście, Ŝe nie. 
- Czy któryś z mieszkańców Wychwood tam był? 
- Owszem, major Horton. Jest wielkim amatorem 
wyścigów konnych. RównieŜ pan Abbot zazwyczaj tego 
dnia robi sobie wolne. Ale i tak nie postawił na 
zwycięzcę. 
- Chyba niewiele osób to zrobiło - powiedział Luke, a 
potem poŜegnał się i opuścił gabinet. 
Wyszedł z banku i zapalił papierosa. Poza koncepcją o 
"najmniej prawdopodobnym człowieku" nie widział 
powodów do pozostawienia nazwiska pana Jonesa na 
swojej liście podejrzanych. Jego sondujące pytania nie 
wywołały u dyrektora banku Ŝadnej interesującej 
reakcji. Trudno było go sobie wyobrazić w roli 
mordercy. Poza tym w dniu wyścigów nie opuszczał 
miasteczka. JednakŜe wizyta u niego nie była stratą 
czasu, poniewaŜ Luke uzyskał dwie istotne informacje. 
Zarówno major Horton, jak i radca prawny Abbot 
przebywali poza Wychwood w dniu wyścigów w 

background image

Epsom. Zatem któryś z nich mógł być w Londynie, 
kiedy pannę Pinkerton przejechał samochód. 
Choć Luke nie podejrzewał juŜ Thomasa, chciał mieć 
pewność, Ŝe tego właśnie dnia doktor wypełniał swoje 
zawodowe obowiązki i nie opuszczał Wychwood. 
Postanowił to sprawdzić. 
Teraz pan Ellsworthy. Czy w dniu derbów przebywał w 
Wychwood? Jeśli tak, to jego udział w morderstwach 
wydawał się mniej prawdopodobny. Choć skądinąd 
ś

mierć panny Pinkerton, tak jak przypuszczano, mogła 

być po prostu nieszczęśliwym wypadkiem. 
Ale Luke odrzucił tę koncepcję. Ta śmierć zbyt 
pasowała do całej układanki. 
Wsiadł do samochodu, który zaparkował przed 
bankiem, i pojechał do warsztatu Pipwella, połoŜonego 
na drugim końcu High Street. 
Chciał zasięgnąć rady w sprawie kilku drobnych usterek 
w silniku. Przystojny młody, piegowaty mechanik 
wysłuchał go ze zrozumieniem. Podnieśli maskę 
samochodu i zagłębili się w szczegółach technicznych. 
- Jim, chodź tu natychmiast! - zawołał jakiś głos. 
Piegowaty mechanik wykonał polecenie. 
- Więc to jest Jim Harvey - pomyślał Luke. - No tak. 
Jim Harvey, narzeczony Amy Gibbs. 
Mechanik wrócił niebawem, przeprosił Luke'a i obaj 
powrócili do rozmowy o silniku. Luke zgodził się 
zostawić samochód w warsztacie. 
- Czy powiodło się panu w tegorocznych derbach? - 
spytał zdawkowo, Ŝegnając się z Harveyem. 
- Nie, sir. Postawiłem na Clarigolda. 

background image

- Niewiele osób obstawiło Jujubę II, prawda? 
- Tak, istotnie, sir. Chyba Ŝadna gazeta go nie typowała. 
Luke pokiwał głową. 
- Gra na wyścigach jest ryzykowną zabawą. Czy widział 
pan kiedyś gonitwę derby na własne oczy? 
- Nie, sir, i bardzo tego Ŝałuję. W tym roku poprosiłem 
o wolny dzień. Mogłem kupić ulgowy bilet do Epsom, 
ale szef nie chciał nawet o tym słyszeć. Faktem jest, Ŝe 
brak nam rąk do pracy, a tego dnia mieliśmy sporo 
roboty. 
Luke kiwnął głową i wyszedł z warsztatu. 
Jim Harvey został wykreślony z jego listy. Luke doszedł 
do wniosku, Ŝe ten sympatyczny chłopak nie był 
tajemniczym mordercą ani nie przejechał Lavinii 
Pinkerton. 
Ruszył brzegiem rzeki w kierunku domu. Tak jak 
poprzednio, spotkał tu majora Hortona z psami. Major 
jak zwykle histerycznie pokrzykiwał: 
- Augustus... Nelly... NELLY, do nogi! Nero... Nero... 
NERO! - Spojrzał na Luke'a swymi wyłupiastymi 
oczami i zagadnął: - Przepraszam. Pan Fitzwilliam, 
prawda? 
- Tak. 
- Nazywam się Horton... major Horton. Pewnie 
spotkamy się jutro w rezydencji lorda Whitfielda. 
Rozgrywki tenisowe. Panna Conway była uprzejma 
mnie zaprosić. Jest pańską kuzynką, prawda? 
- Owszem. 

background image

- Tak myślałem. Wie pan, miło widzieć tu jakąś nową 
twarz. Ich rozmowę przerwała nagła szarŜa trzech 
buldogów na jakiegoś białego kundla. 
- Augustus... Nero! Chodźcie tu... słyszycie, do nogi! 
Kiedy w końcu psy niechętnie wykonały rozkaz, major 
Horton powrócił do przerwanej rozmowy. Luke 
poklepywał Nelly, która spoglądała na niego czule. 
- Miła suczka, prawda? - powiedział major. - Lubię 
buldogi. Zawsze takie miałem. Wolę tę rasę niŜ 
jakąkolwiek inną. Mieszkam niedaleko stąd, więc moŜe 
wstąpi pan na drinka. 
Luke przyjął zaproszenie i wyruszyli razem w kierunku 
domu majora. Po drodze major rozprawiał na temat 
psów oraz przewagi jego ulubionych buldogów nad 
wszystkimi innymi rasami. 
Opowiedział o zdobytych przez Nelly nagrodach, o 
haniebnym zachowaniu sędziego, który przyznał 
Augustusowi ocenę zaledwie bardzo dobrą, i o 
sukcesach Nera na wystawie psów. 
Kiedy skończył, mijali właśnie bramę. Major otworzył 
drzwi frontowe, które nie były zamknięte na klucz, i 
obaj weszli do domu. Gospodarz wprowadził Luke'a do 
niewielkiego, przesiąkniętego zapachem psów pokoju, 
który wypełniały rzędy półek z ksiąŜkami, a potem zajął 
się przygotowywaniem drinków. Luke rozejrzał się 
dookoła. Dostrzegł fotografie psów, egzemplarze 
"Field" oraz "Country Life" i parę wytartych foteli. Na 
szafkach z ksiąŜkami ustawione były srebrne puchary. 
Nad kominkiem wisiał jeden olejny obraz. 

background image

- Moja Ŝona - powiedział major, podnosząc wzrok znad 
syfonu i podąŜając za spojrzeniem Luke'a. - Była 
wspaniałą kobietą. Z jej twarzy emanuje silna 
osobowość, prawda? 
- Tak, istotnie - przyznał Luke, patrząc na portret 
zmarłej pani Horton. 
Miała na sobie róŜową atłasową suknię, a w ręku 
trzymała bukiecik konwalii. Jej ciemne włosy rozdzielał 
pośrodku głowy równy przedziałek, a mocno zaciśnięte 
usta dowodziły silnego charakteru. W zimnych szarych 
oczach czaił się gniew. 
- Była wspaniałą kobietą - powtórzył major, podając 
swemu gościowi szklankę. - Zmarła przed rokiem. Od 
tej pory nie jestem juŜ tym samym człowiekiem. 
- Naprawdę? - spytał Luke, nie bardzo wiedząc, co 
powiedzieć. 
- Proszę usiąść. - Major wskazał jeden ze skórzanych 
foteli. 
Sam zasiadł w drugim i sącząc whisky z wodą sodową, 
mówił dalej: 
- Tak, od tej pory nie jestem juŜ tym samym 
człowiekiem. 
- Musi jej panu brakować - powiedział Luke. 
- MęŜczyźnie potrzebna jest Ŝona, która trzymałaby go 
w ryzach - oznajmił major, potrząsając posępnie głową. 
- W przeciwnym razie staje się leniwy... Traci poczucie 
dyscypliny. 
- Ale przecieŜ... 
- Drogi chłopcze, wiem, o czym mówię. Nie twierdzę, 
Ŝ

e początki małŜeństwa nie są dla męŜczyzny trudne. Są 

background image

bardzo trudne. Człowiek ma wszystkiego dość i czuje 
się ubezwłasnowolniony. Ale potem się przyzwyczaja. 
To sprawa dyscypliny. 
Luke pomyślał, Ŝe Ŝycie małŜeńskie majora Hortona 
musiało bardziej przypominać kampanię wojenną niŜ 
błogą rodzinną sielankę. 
- Kobiety - monologował major - to dziwne istoty. 
Niekiedy wydaje się, Ŝe trudno im dogodzić. Ale na 
Jowisza, prowadzą męŜczyznę do celu. 
Luke zachował pełne szacunku milczenie. 
- Jest pan Ŝonaty? - spytał major. 
- Nie. 
- No cóŜ, dojrzeje pan do tego. I proszę zapamiętać, 
drogi chłopcze, Ŝe nie ma to jak małŜeństwo. 
- Pochlebna opinia o stanie małŜeńskim zawsze dodaje 
otuchy - oznajmił Luke. - Zwłaszcza Ŝe w dzisiejszych 
czasach rozwody są na porządku dziennym. 
- Phi! - parsknął major. - Młodzi ludzie przyprawiają 
mnie o mdłości. Brak im wytrwałości i odporności. 
Łatwo się poddają. śadnego hartu ducha! 
Luke miał wielką ochotę spytać majora, do czego 
potrzebny jest ten wyjątkowy hart ducha, ale w ostatniej 
chwili się powstrzymał. 
- Proszę mi wierzyć - ciągnął major - Ŝe Lydia była 
kobietą jedną na tysiąc... na tysiąc! Cieszyła się tu 
powszechnym szacunkiem i powaŜaniem. 
- Tak? 
- Nie znosiła niedorzecznej gadaniny. Potrafiła 
wzrokiem sparaliŜować człowieka. Niektóre z tych 
niedoświadczonych dziewcząt, uwaŜających się za 

background image

słuŜące, wyobraŜają sobie, Ŝe będziemy cierpliwie 
tolerować ich bezczelność. Lydia szybko się z nimi 
rozprawiała! Czy wie pan, Ŝe w ciągu roku przewinęło 
się przez nasz dom piętnaście kucharek i pokojówek. 
Piętnaście! 
Luke nie uwaŜał, by świadczyło to dobrze o pani domu, 
ale poniewaŜ jego gospodarz najwyraźniej był 
odmiennego zdania, wymamrotał tylko jakąś zdawkową 
uwagę. 
- Jeśli się nie nadawały, wyrzucała je na zbitą twarz. 
- Czy było to regułą? - spytał Luke. 
- No cóŜ, oczywiście niektóre odchodziły z własnej 
woli. Mała strata, jak zwykła mawiać Lydia w takich 
przypadkach! 
- Wspaniałe podejście - powiedział Luke - ale czy nie 
wynikały z tego niekiedy kłopoty? 
- Och! Nie miałem nic przeciwko temu, Ŝeby zakasać 
rękawy i zabrać się do roboty - oznajmił major Horton. - 
Nieźle gotuję i potrafię rozpalić pod kuchnią jedną 
zapałką. Nigdy nie lubiłem zmywać, ale naczynia 
musiały być czyste... tego nie da się uniknąć. 
Luke przyznał majorowi słuszność, a potem spytał go, 
czy pani Horton była dobrą gospodynią. 
- Nie naleŜę do męŜczyzn, którzy pozwalają swym 
Ŝ

onom się obsługiwać - powiedział major Horton. - Ale 

tak czy owak Lydia była zbyt delikatną kobietą, by 
wykonywać jakiekolwiek prace domowe. 
- Więc nie dopisywało jej zdrowie? Major Horton 
potrząsnął głową. 

background image

- Miała wspaniały charakter. Nie poddawała się. IleŜ ta 
kobieta wycierpiała! I do tego Ŝadnego współczucia ze 
strony lekarzy. To gruboskórni brutale. Znają się 
jedynie na zwykłym fizycznym cierpieniu. Kiedy mają 
do czynienia z jakimś niecodziennym przypadkiem, 
przewaŜnie tracą głowę. Na przykład taki Humbleby. 
Wszyscy uwaŜali go za dobrego lekarza. 
- Pan się z tym nie zgadza? 
- Ten człowiek był kompletnym ignorantem. Nic nie 
wiedział na temat odkryć współczesnej medycyny. 
Wątpię, by kiedykolwiek słyszał o nerwicy! Umiał 
rozpoznać odrę, świnkę i złoŜyć złamane kości. I nic 
więcej. W końcu doszło między nami do sprzeczki. W 
przypadku Lydii nie potrafił postawić właściwej 
diagnozy. Wygarnąłem mu wszystko prosto z mostu, a 
to mu się nie spodobało. UwaŜał, Ŝe go obraziłem, i od 
razu się wycofał. Powiedział, Ŝe mogę znaleźć sobie 
innego lekarza. Wtedy wybrałem doktora Thomasa. 
- Czy bardziej państwu odpowiadał? 
- Jest znacznie inteligentniejszy. Gdyby istniała 
jakakolwiek szansa wyciągnięcia Lydii z tej ostatniej 
choroby, doktor Thomas bez wątpienia by to zrobił. 
Faktem jest, Ŝe czuła się juŜ lepiej, ale jej stan nagle się 
pogorszył. 
- Czy to była bolesna dolegliwość? 
- Hmm, tak. To był nieŜyt Ŝołądka. Ostre bóle, mdłości i 
Bóg wie, co tam jeszcze. JakŜe ta biedaczka cierpiała! 
Była po prostu męczennicą. A po domu kręciły się dwie 
pielęgniarki, które nie okazywały jej cienia 
współczucia! "Pacjentka to" albo "pacjentka tamto". - 

background image

Major potrząsnął głową i opróŜnił swoją szklankę. - Nie 
znoszę pielęgniarek! Są takie pewne siebie. Lydia 
twierdziła, Ŝe ją trują. To oczywiście nie była prawda... 
po prostu wytwór wyobraźni chorej osoby. Doktor 
Thomas powiedział, Ŝe zdarza się to bardzo często. Ale 
te pielęgniarki wyraźnie jej nie lubiły. To jest właśnie 
najgorsze w kobietach, Ŝe nienawidzą przedstawicielek 
własnej płci. 
- Pani Horton - zaczął Luke, czując, Ŝe wyraŜa się 
niezfęcznie, ale nie wiedząc, jak ująć to lepiej - miała 
chyba w Wychwood wielu oddanych przyjaciół? 
- Mieszkańcy naszego miasteczka zachowywali się 
bardzo Ŝyczliwie - przyznał major z nutką niechęci w 
głosie. - Whitfield przysyłał winogrona i brzoskwinie z 
własnej oranŜerii. A te stare pleciugi, Honoria 
Waynflete i Lavinia Pinkerton, przychodziły, by 
dotrzymać jej towarzystwa. 
- Czy panna Pinkerton często odwiedzała chorą? 
- Owszem. To typowa stara panna, ale Ŝyczliwa istota! 
Bardzo niepokoiła się o Lydię. Stale wypytywała, co 
jada i jakie zaŜywa leki. Miała dobre intencje, ale, jak ja 
to określam, robiła duŜo zamieszania. 
Luke kiwnął głową ze zrozumieniem. 
- Nie znoszę zamieszania - powiedział njajor. - Za duŜo 
tu kobiet. Trudno znaleźć partnera do golfa. 
- A ten młody człowiek ze sklepu z antykami? - spytał 
Luke. 
- Nie gra w golfa - parsknął major. - Jest zbyt 
zniewieściały. 
- Od dawna mieszka w Wychwood? 

background image

- Mniej więcej od dwóch lat. Wstrętny jegomość. Nie 
cierpię tych długowłosych wymoczków. Dziwne, ale 
Lydia nawet dość go lubiła. W sprawach dotyczących 
męŜczyzn nie moŜna polegać na zdaniu kobiet. Mają 
słabość do dziwnych typów. Lydia uparła się nawet, 
Ŝ

eby zaŜywać jakąś miksturę, którą jej przyniósł. Jakieś 

paskudztwo w szkarłatnym szklanym słoju, ozdobionym 
znakami Zodiaku! Rzekomo były to zioła, które zebrano 
przy pełni księŜyca. Istne błazeństwo, ale kobiety 
naiwnie wierzą w takie brednie... Cha! cha! cha! 
- A jakim człowiekiem jest miejscowy radca prawny, 
pan Abbot? - spytał Luke, zdając sobie sprawę, Ŝe dość 
niespodziewanie zmienia temat, i licząc na to, Ŝe major 
Horton tego nie zauwaŜy. - Czy jest dobrym 
prawnikiem? Muszę zasięgnąć porady w pewnej 
sprawie, więc pomyślałem, Ŝe mógłbym pójść z tym do 
niego. 
- Podobno jest bystry - powiedział major Horton. - Nie 
wiem. Prawdę mówiąc, doszło między nami do 
sprzeczki. TuŜ przed śmiercią Lydii przyszedł do nas, 
Ŝ

eby sporządzić jej testament, i od tej pory go nie 

widziałem. Moim zdaniem to skończony łajdak. Ale 
oczywiście - dodał - to nie umniejsza jego zdolności 
jako prawnika. 
- Oczywiście - przyznał Luke. - Wygląda na to, Ŝe jest 
dość kłótliwy. Słyszałem, Ŝe poróŜnił się z wieloma 
osobami. 
- Kłopot w tym, Ŝe jest piekielnie draŜliwy - powiedział 
major Horton. - UwaŜa się za Boga Wszechmogącego i 
sądzi, Ŝe kaŜdy, kto jest odmiennego zdania niŜ on, 

background image

dopuszcza się obrazy majestatu. Słyszał pan o jego 
sprzeczce z doktorem Humblebym? 
- Więc między nimi teŜ doszło do kłótni? 
- Do ostrej wymiany zdań. Mnie to wcale nie 
zaskoczyło. Humbleby był uparty jak osioł! 
- Jego śmierć była smutnym wydarzeniem. 
- Doktora Humbleby? Owszem, chyba tak. Typowe 
niedbalstwo. ZakaŜenie krwi jest piekielnie 
niebezpieczne. KaŜdą ranę naleŜy przemyć jodyną... 
przynajmniej ja tak robię! Zwykła przezorność. 
Humbleby, który w końcu był lekarzem, zlekcewaŜył 
swoje skaleczenie. To najlepszy dowód. 
Luke nie bardzo wiedział, czego to ma dowodzić, ale 
pominął tę uwagę milczeniem. Zerknął na zegarek i 
wstał z fotela. 
- CzyŜby zbliŜała się pora lunchu? - spytał major 
Horton. - Rzeczywiście. No cóŜ, miło się z panem 
rozmawiało. Dobrze mi zrobiło spotkanie z 
człowiekiem, który widział kawał świata. Musimy 
jeszcze kiedyś sobie pogawędzić. Gdzie pan odbywał 
słuŜbę? Mayang Straits? Nigdy tam nie byłem. Doszły 
mnie słuchy, Ŝe pisze pan ksiąŜkę. O przesądach i tak 
dalej. 
- Owszem... ja... 
Ale major Horton nie dał sobie przerwać. 
- Mogę panu opowiedzieć wiele niezwykle ciekawych 
historii. Kiedy byłem w Indiach, drogi chłopcze... 
Przez jakieś dziesięć minut Luke musiał cierpliwie 
wysłuchiwać banalnych opowieści majora o sztuczkach 
fakirów. 

background image

Kiedy w końcu wyszedł na świeŜe powietrze i usłyszał 
za sobą głos majora przywołującego swoje buldogi, 
zaczął się zastanawiać nad zagadkami Ŝycia 
małŜeńskiego. Major Horton zdawał się szczerze boleć 
nad stratą Ŝony, która, jak wynikało ze wszystkich 
opowieści (nie wyłączając jego własnej relacji), musiała 
przypominać tygrysa ludojada. 
Nagle zadał sobie pytanie, czy nie był to po prostu 
niezwykle zręczny bluff. 
 
XII 
POTYCZKA 
 
Popołudniowym rozgrywkom tenisowym na szczęście 
towarzyszyła piękna pogoda. Lord Whitfield, któremu 
dopisywał niezwykle dobry humor, grał rolę gospodarza 
z wielką radością. Często odwoływał się do swego 
skromnego pochodzenia. Zawodników było ośmioro: 
lord Whitfield, Bridget, Luke, Rose Humbleby, pan 
Abbot, doktor Thomas, major Horton i rozchichotana 
córka dyrektora banku, Hetty Jones. 
W drugim z kolei secie Luke wystąpił w parze z Bridget 
przeciwko lordowi Whitfieldowi i Rose Humbleby. 
Rose była dobrą tenisistką. Miała silny forhend i brała 
udział w okręgowych zawodach hrabstwa. Choć 
próbowała nadrobić nieudane akcje lorda Whitfielda, 
Bridget i Luke, choć Ŝadne z nich nie było szczególnie 
dobrym graczem, okazali się godnymi przeciwnikami. 
Przy równowadze trzy do trzech w gemach, 

background image

olśniewające smecze Luke'a przyniosły im przewagę 
pięć do trzech. 
Wtedy Luke zauwaŜył, Ŝe lord Whitfield traci 
panowanie nad sobą. Zakwestionował linię, twierdząc, 
mimo sprzeciwu Rose, Ŝe serwis był autowy, a potem 
zademonstrował cały wachlarz zachowań 
rozwścieczonego dziecka. Gdy doszło do piłki setowej, 
Bridget trafiła w siatkę, a później zrobiła podwójny błąd 
serwisowy. Równowaga. Następna piłka, po returnie 
przeciwników, uderzyła w środkową linię kortu, a Luke, 
przygotowując się do jej odebrania, wpadł na swoją 
partnerkę. Potem Bridget znów popełniła podwójny 
błąd serwisowy i przegrali gema. 
- Przepraszam, straciłam formę - usprawiedliwiła się 
Bridget. Wydawało się to zgodne z prawdą. Zagrania 
Bridget były nieprecyzyjne, jakby nie potrafiła dobrze 
rozegrać piłki. Set zakończył się wynikiem osiem do 
sześciu dla lorda Whitfielda i jego partnerki. 
Przez chwilę omawiano skład następnego seta. 
Ostatecznie ustalono, Ŝe Rose zagra z panem Abbotem 
przeciwko doktorowi Thomasowi i pannie Jones. 
Lord Whitfield usiadł wygodnie i otarł pot z czoła, 
błogo się uśmiechając. Odzyskał juŜ dobry humor. 
Zaczął opowiadać majorowi Hortonowi o serii 
artykułów na temat kultury fizycznej w Wielkiej 
Brytanii, zamieszczonych w jednym z jego tygodników. 
- PokaŜ mi ogród warzywny - poprosił Luke, zwracając 
się do Bridget. 
- Dlaczego właśnie ogród warzywny? 
- Uwielbiam kapustę. 

background image

- Nie wystarczy zielony groszek? 
- MoŜe być. 
Opuścili kort tenisowy i weszli do otoczonego murem 
warzywnika, który zdawał się leniwie wygrzewać w 
promieniach słońca. Tego sobotniego popołudnia nie 
było w nim ogrodników. 
- Oto twój groszek - oznajmiła Bridget. 
- Dlaczego, u diabła, oddałaś im tego seta? - spytał 
Luke, nie zwracając uwagi na cel przechadzki. 
Bridget uniosła ze zdziwieniem brwi. 
- Przepraszam. Straciłam formę. Gram nierówno. 
- Ale nie do tego stopnia! Na te twoje podwójne błędy 
serwisowe nie nabrałoby się nawet dziecko! I te 
nieprecyzyjne zagrania... pół mili za linią autową! 
- To wina moich kiepskich umiejętności - wyjaśniła 
spokojnie. - Gdybym grała trochę lepiej, moŜe moje 
podania byłyby celniejsze! Ale i tak, ilekroć 
próbowałam posłać piłkę na aut, zawsze trafiałam w 
linię i cały mój wysiłek szedł na marne. 
- Och, więc się przyznajesz? 
- Oczywiście, mój drogi Watsonie. 
- A motyw? 
- Chyba równie oczywisty. Gordon nie lubi przegrywać. 
- A co ze mną? Przypuśćmy, Ŝe lubię wygrywać. 
- AleŜ, mój drogi, to nie jest aŜ tak waŜne. 
- Czy nie mogłabyś wyrazić się nieco jaśniej? 
- Bardzo proszę. Nie wolno się naraŜać pracodawcy. A 
moim pracodawcą jest Gordon, a nie ty. 
Luke wziął głęboki oddech, a potem wybuchnął: 

background image

- Co chcesz osiągnąć, wychodząc za tego 
niedorzecznego, małostkowego człowieczka? Dlaczego 
to robisz? 
- PoniewaŜ jako jego sekretarka zarabiam sześć funtów 
tygodniowo, a jako jego Ŝona dostanę sto tysięcy 
tytułem doŜywotniej renty, kasetkę pełną pereł i 
brylantów, pokaźne kieszonkowe oraz rozmaite 
dodatkowe dochody, wynikające ze stanu 
małŜeńskiego! 
- Ale będziesz miała nieco inne obowiązki! 
- Czy wszystko w Ŝyciu musimy traktować w sposób 
melodramatyczny? - spytała chłodno. - Jeśli wyobraŜasz 
sobie, Ŝe Gordon będzie pantoflarzem, moŜesz od razu o 
tym zapomnieć! Gordon, jak chyba zauwaŜyłeś, 
zachowuje się jak mały, niedojrzały chłopiec. 
Niepotrzebna mu Ŝona, lecz matka. Niestety, jego matka 
umarła, kiedy miał cztery lata. Chce mieć pod ręką 
kogoś bliskiego, przed kim mógłby się chełpić swoimi 
osiągnięciami... kogoś, kto przywracałby mu wiarę w 
siebie i cierpliwie wysłuchiwał nie kończących się 
Opowieści Lorda Whitfielda o Sobie Samym! 
- Co za gorzki realizm! 
- Nie wierzę w bajki, jeśli to masz na myśli! - odcięła 
się Bridget. - Jestem młodą, dość inteligentną i 
przystojną kobietą, ale nie mam pieniędzy. Chcę 
uczciwie zarabiać na Ŝycie. Moje obowiązki jako Ŝony 
Gordona niewiele będą odbiegać od moich obowiązków 
jako jego sekretarki. Myślę, Ŝe po roku nie będzie nawet 
pamiętał, Ŝeby pocałować mnie na dobranoc. Jedyna 
róŜnica polega na wynagrodzeniu. 

background image

Spojrzeli na siebie. Oboje byli bladzi z wściekłości. 
- No, mów coś - syknęła Bridget. - Ma pan dość 
staroświeckie poglądy, prawda, panie Fitzwilliam? 
Lepiej wyciągnij z zanadrza te stare, wyświechtane 
frazesy i powiedz, Ŝe sprzedaję się za pieniądze... To 
zawsze dobrze brzmi! 
- Jesteś wyrachowaną małą diablicą! - wybuchnął Luke. 
- To lepsze niŜ być niepoczytalną idiotką! 
- Doprawdy? 
- Owszem. Wiem coś o tym. 
- O czym wiesz? - spytał Luke drwiącym tonem. 
- Wiem, co to znaczy kochać męŜczyznę! Czy znasz 
Johnniego Cornisha? Przez trzy lata spotykałam się z 
tym czarującym człowiekiem. Byłam w nim bez 
pamięci zakochana... uwielbiałam go aŜ do bólu! A on 
porzucił mnie i oŜenił się z pulchną wdową, która miała 
prowincjonalny akcent, trzy podbródki i trzydzieści 
tysięcy funtów rocznego dochodu! Nie sądzisz, Ŝe tego 
rodzaju przeŜycie moŜe wyleczyć z romantycznych 
uczuć? 
Luke odwrócił głowę i westchnął. 
- MoŜe - przyznał. 
- Tak teŜ się stało... 
Oboje zamilkli. 
- Chyba zdajesz sobie sprawę, Ŝe nie miałeś 
najmniejszego prawa tak się do mnie odzywać - 
powiedziała niepewnie Bridget, przerywając w końcu 
kłopotliwą ciszę. - Mieszkasz w domu Gordona i to było 
w cholernie złym guście! 

background image

- Czy nie jest to przypadkiem równieŜ jakiś frazes? - 
spytał uprzejmie Luke, odzyskawszy panowanie nad 
sobą. 
- Tak czy owak, to prawda! - odparła Bridge, rumieniąc 
się. 
- Nie. Miałem wszelkie prawo, by... 
- Nic podobnego! 
Luke spojrzał na nią. Twarz miał tak bladą, jakby 
odczuwał jakiś fizyczny ból. 
- Mam prawo. Mam prawo troszczyć się o ciebie. Co to 
przed chwilą powiedziałaś? Mam prawo uwielbiać cię 
aŜ do bólu! 
- Ty... - zaczęła Bridget, robiąc krok do tyłu. 
- Owszem. Dziwne, prawda? To powinno cię szczerze 
rozbawić! Przyjechałem tu, by załatwić pewną sprawę, 
a ty wyszłaś nagle zza rogu tego domu i... nie wiem jak 
to określić... rzuciłaś na mnie urok! Tak właśnie się 
czuję. Wspomniałaś przed chwilą o bajkach. Zostałem 
uwikłany w bajeczną historię! Oczarowałaś mnie. Mam 
wraŜenie, Ŝe gdybyś wskazała mnie palcem i 
powiedziała: "Zamień się w Ŝabę", podskakiwałbym z 
wybałuszonymi oczami. - Podszedł do niej bliŜej. - 
Kocham cię do szaleństwa, Bridget Conway. A skoro 
tak bardzo cię kocham, nie moŜesz oczekiwać, Ŝe 
ucieszy mnie twoje małŜeństwo z jakimś brzuchatym, 
nadętym lordem, który traci panowanie nad sobą, kiedy 
nie wygrywa w tenisa. 
- Więc co twoim zdaniem powinnam zrobić? 
- Wyjść za mnie! Ale niewątpliwie ta propozycja 
wywoła tylko wybuch śmiechu. 

background image

- Śmiech jest zbyt hałaśliwy. 
- Właśnie. No cóŜ, wszystko jasne. Wracamy na kort? 
MoŜe tym razem znajdziesz mi partnera, który potrafi 
walczyć! 
- Ty naprawdę... - powiedziała Bridget słodkim głosem 
- przejmujesz się przegraną nie mniej niŜ Gordon! 
Luke chwycił ją nagle za ramię. 
- Masz piekielnie ostry język, Bridget. 
- NiezaleŜnie od tego, jak silnym uczuciem mnie 
darzysz, Luke, obawiam się, Ŝe niezbyt mnie lubisz! 
- Chyba wcale cię nie lubię. 
- Po powrocie do domu zamierzałeś się oŜenić i 
ustabilizować, prawda? - spytała Bridget, patrząc na 
niego uwaŜnie. 
- Owszem. 
- Ale nie z kimś takim jak ja? 
- Ktoś taki jak ty nawet nie przyszedł mi do głowy. 
- Tak... z pewnością. Wiem, jaki typ kobiet ci się 
podoba. Dokładnie wiem. 
- Jesteś bardzo inteligentna, moja droga. 
- Ładna dziewczyna... typowa Angielka... miłująca 
ojczyznę i dobra dla psów... Najprawdopodobniej 
wyobraŜałeś ją sobie w tweedowej spódnicy, 
przysuwającą polano do kominka noskiem pantofelka. 
- Ten wizerunek wydaje mi się niezwykle pociągający. 
- Jestem tego pewna. Wracamy na kort? MoŜesz zagrać 
w parze z Rose Humbleby. Jest tak dobrą tenisistką, Ŝe 
wasze zwycięstwo jest niemal przesądzone. 
- Jako człowiek staroświecki pozwalam ci mieć ostatnie 
słowo. Znów nastała chwila milczenia. Luke powoli 

background image

zdjął ręce z jej ramion. Stali naprzeciw siebie czując, Ŝe 
nie wszystko zostało do końca powiedziane. 
Potem Bridget gwałtownie się odwróciła i ruszyła w 
kierunku kortu. Kolejny set właśnie dobiegł końca. 
Rose nie chciała uczestniczyć w następnym deblu. 
- PrzecieŜ brałam udział w dwóch kolejnych setach. 
- Jestem zmęczona. Nie chcę juŜ grać. Ty z panem 
Fitzwilliamem wystąpcie przeciwko pannie Jones i 
majorowi Hortonowi - nalegała Bridget. 
Ale Rose nie ustąpiła i ostatecznie ustalono męski skład 
obu druŜyn. Potem podano podwieczorek. 
Lord Whitfield rozmawiał z doktorem Thomasem, 
opisując mu szczegółowo i z duŜą dozą zarozumialstwa 
swoją niedawną wizytę w laboratorium 
doświadczalnym Wellermana Kreitza. 
- Chciałem się dowiedzieć, w jakim kierunku zmierzają 
najnowsze odkrycia naukowe - wyjaśniał z przejęciem. - 
Odpowiadam za to, co drukuje się w moich gazetach. 
Budzi to mój wielki entuzjazm. To era nauki. Szerokie 
rzesze społeczeństwa powinny mieć łatwy dostęp do 
wiedzy. 
- Niezbyt gruntowna wiedza moŜe się okazać bardzo 
niebezpieczna - oświadczył doktor Thomas, lekko 
wzruszając ramionami. 
- Naszym celem jest właśnie gruntowna wiedza - 
powiedział lord Whitfield. - Nauka nastawiona na... 
- Wiedzę z probówki - dokończyła Bridget powaŜnym 
tonem. 
- Ta wizyta zrobiła na mnie ogromne wraŜenie - 
oznajmił lord Whitfield. - Oczywiście oprowadzał mnie 

background image

sam Wellerman. Błagałem go, Ŝeby zajął się tym jakiś 
jego podwładny, ale on nie ustąpił. 
- To oczywiste - wtrącił Luke. 
Lordowi Whitfieldowi najwyraźniej sprawiło to 
przyjemność. 
- Wyjaśnił mi wszystko w sposób klarowny: zasady 
hodowli bakterii, wytwarzania surowicy i tak dalej. 
Zgodził się sam napisać pierwszy artykuł z tego cyklu. 
- Podobno eksperymentują na świnkach morskich - 
mruknęła pani Anstruther. - To takie okrutne, choć 
oczywiście nie tak okropne jak doświadczenia na psach 
czy kotach. 
- Ludzi, którzy wykorzystują psy, powinno się 
rozstrzelać - warknął major Horton ochrypłym głosem. 
- Naprawdę przypuszczam, Horton - powiedział pan 
Abbot - Ŝe wyŜej cenisz Ŝycie psa niŜ człowieka. 
- Bezwarunkowo! - odparł major. - Psy nie napadają na 
człowieka tak jak ludzie. Nigdy nie spotka cię z ich 
strony nic przykrego. 
- NajwyŜej przykre ukąszenie w nogę - powiedział 
Abbot. - Co, Horton? 
- Psy doskonale się znają na ludzkim charakterze - 
stwierdził major Horton. 
- W ubiegłym tygodniu jeden z twoich bydlaków omal 
mnie nie ugryzł w łydkę. Co na to powiesz, Horton? 
- To samo, co powiedziałem przed chwilą! 
- MoŜe zagralibyśmy jeszcze w tenisa? - przerwała im 
taktownie Bridget. 
Rozegrano parę setów. Potem Rose Humbleby zaczęła 
się Ŝegnać. 

background image

- Odprowadzę panią do domu - zaproponował Luke. - I 
poniosę pani rzeczy. Nie przyjechała pani samochodem, 
prawda? 
- Nie, ale to bardzo blisko. 
- Z przyjemnością się przejdę. 
Nie powiedział nic więcej, tylko wziął od niej rakietę i 
tenisówki. Szli dróŜką, nie odzywając się do siebie. 
Potem Rose poruszyła parę błahych tematów. Luke 
udzielił jej dość lakonicznych odpowiedzi, ale 
dziewczyna zdawała się nie zwracać na to uwagi. 
Kiedy skręcili w bramę jej domu, Luke się rozchmurzył. 
- Teraz poczułem się lepiej - oznajmił. 
- A przedtem czuł się pan źle? 
- Proszę nie udawać, Ŝe pani tego nie zauwaŜyła. 
Rozproszyła pani mój posępny nastrój. Odnoszę dziwne 
wraŜenie, jakbym wyszedł z ponurej ciemności na 
ś

wiatło słoneczne. 

- Bo to prawda. Kiedy wyruszaliśmy z rezydencji, 
chmura zasłoniła słońce, a teraz się przesunęła. 
- Więc zarówno w znaczeniu dosłownym, jak i 
metaforycznym. No, no, mimo wszystko świat jest 
miłym miejscem. 
- Oczywiście. 
- Panno Humbleby, czy mogę być bezczelny? 
- Z pewnością to się panu nie uda. 
- Och, nie byłbym tego taki pewien. Chciałem 
powiedzieć, Ŝe uwaŜam doktora Thomasa za wielkiego 
szczęściarza. 
Rose zarumieniła się lekko. 
- Więc słyszał pan? - spytała z uśmiechem. 

background image

- CzyŜby miało to być tajemnicą? W takim razie 
przepraszam. 
- Och! W tym miasteczku niczego nie da się zachować 
w tajemnicy - powiedziała Rose ze smutkiem. 
- Zatem to prawda, Ŝe jesteście zaręczeni? 
Rose kiwnęła głową. 
- Tylko nie ogłosiliśmy tego jeszcze oficjalnie. Wie pan, 
ojciec był przeciwny naszemu związkowi i wydaje mi 
się... no cóŜ... niezbyt stosowne, by tuŜ po jego śmierci 
rozgłaszać to na wszystkie strony. 
- Więc pani ojciec nie aprobował waszego związku? 
- MoŜe to zbyt mocne słowo, ale chyba do tego się to 
sprowadzało. 
- UwaŜał, Ŝe jest pani zbyt młoda? - spytał Luke 
łagodnym tonem. 
- Tak właśnie twierdził. 
- Ale pani zdaniem był jeszcze jakiś inny powód, 
prawda? - spytał Luke dociekliwie. 
Rose pochyliła głowę. 
- Tak... niestety, w gruncie rzeczy ojciec nie lubił 
Geoffreya. 
- Czy byli do siebie wrogo nastawieni? 
- Czasami takie miałam wraŜenie... Mój kochany ojciec 
niezbyt łatwo nawiązywał przyjazne kontakty. 
- A ja myślę, Ŝe bardzo panią kochał i nie chciał pani 
stracić. 
Rose przyznała mu rację. 
- Czy był jakiś powaŜniejszy powód? - spytał Luke. - 
Czy stanowczo nie chciał, Ŝeby wyszła pani za 
Thomasa? 

background image

- Tak. Widzi pan, tata był zupełnie inny niŜ Geoffrey. 
W pewnych sprawach dochodziło między nimi do 
konfliktów, które Geoffrey naprawdę cierpliwie znosił i 
łagodził. Ale czując jego niechęć stał się jeszcze 
bardziej zamknięty w sobie i nieśmiały, więc tata nie 
mógł go lepiej poznać. 
- Niełatwo zwalczyć uprzedzenia - powiedział Luke. 
- To było zupełnie bezsensowne! 
- Pani ojciec nie wyjawił Ŝadnych przyczyn takiego 
stanu rzeczy? 
- Och, nie. Nie mógł! To znaczy, nie mógł nic 
powiedzieć przeciwko Geoffrey'owi poza tym, Ŝe go nie 
lubi. 
- Nie lubię pana, ale nie mogę wyjawić powodu. 
- No właśnie. 
- Niczego nie moŜna mu zarzucić? Chodzi mi o to, czy 
pani narzeczony pije albo gra na wyścigach? 
- Och, nie. Geoffrey chyba nawet nie wie, jaki koń 
wygrał derby. 
- To dziwne - powiedział Luke. - Mógłbym przysiąc, Ŝe 
widziałem doktora Thomasa w Epsom w dniu 
wyścigów. 
Przez moment zastanawiał się z niepokojem, czy 
wcześniej nie wspomniał, iŜ właśnie tego dnia 
przyjechał do Anglii. Ale Rose niczego nie 
podejrzewając, natychmiast odpowiedziała: 
- Wydawało się panu, Ŝe widział pan Geoffreya na 
derbach? Och, nie. Nie mógł wtedy wyjechać z jednego 
prostego powodu. Niemal cały dzień spędził w 
Ashewold, odbierając bardzo skomplikowany poród. 

background image

- CóŜ za pamięć! 
Rose roześmiała się. 
- Zapamiętałam to, bo powiedział mi, Ŝe nadali dziecku 
przydomek Jujube! 
Luke pokiwał głową z roztargnieniem. 
- Tak czy owak - ciągnęła Rose - Geoffrey nigdy nie 
chodzi na wyścigi konne. Umarłby tam z nudów. Czy... 
wstąpi pan do nas? - spytała innym tonem. - Myślę, Ŝe 
moja matka chciałaby pana poznać. 
- Jeśli jest pani tego pewna... 
Rose wprowadziła gościa do pokoju, który w 
zapadającym zmroku wyglądał dość ponuro. Luke 
dostrzegł w fotelu skuloną sylwetkę kobiety. 
- Mamo, to jest pan Fitzwilliam. 
Pani Humbleby zerwała się z fotela i podała gościowi 
rękę. Rose cicho wyszła z pokoju. 
- Miło mi pana poznać, panie Fitzwilliam. Rose mówiła 
mi, Ŝe ma pan przyjaciół, którzy znali przed laty mojego 
męŜa. 
- Tak, proszę pani. - Nie miał ochoty okłamywać tej 
niedawno owdowiałej kobiety, ale nie widział innego 
wyjścia. 
- Szkoda, Ŝe go pan nie poznał - powiedziała pani 
Humbleby. - Był wspaniałym człowiekiem i świetnym 
lekarzem. Wielu pacjentów, których przypadki uznano 
za beznadziejne, wyleczył dzięki sile swego charakteru. 
- Sporo o nim słyszałem - oznajmił Luke łagodnie. - 
Wiem, Ŝe ludzie mają o nim bardzo pochlebne zdanie. 

background image

Niezbyt wyraźnie widział twarz pani Humbleby. 
Mówiła monotonnym głosem, ale ta pozorna apatia 
uwypuklała chyba jeszcze bardziej jej tłumione uczucia. 
- Świat jest okropnie nikczemny, panie Fitzwilliam - 
powiedziała niespodziewanie. - Czy wie pan o tym? 
Luke był lekko zaskoczony. 
- Tak... być moŜe. 
- Ale czy zdaje pan sobie z tego sprawę? - nalegała. - To 
bardzo waŜne. Otacza nas podłość... Trzeba być 
przygotowanym, by z nią walczyć! John był gotów na 
wszystko. On wiedział. Stał po stronie sprawiedliwości! 
- Nie mam co do tego Ŝadnych wątpliwości - powiedział 
Luke łagodnie. 
- Wiedział, Ŝe w naszym miasteczku nie brak podłości - 
oznajmiła pani Humbleby. - Wiedział, Ŝe... - Nagle 
wybuchnęła płaczem. 
- Tak mi przykro... - wymamrotał Luke. 
Pani Humbleby odzyskała panowanie nad sobą równie 
szybko, jak przedtem je straciła. 
- Niech pan mi wybaczy - powiedziała. Podała mu rękę 
na poŜegnanie. - Proszę nas odwiedzać. Rose sprawi to 
duŜą przyjemność. Bardzo pana polubiła. 
- Ja ją równieŜ. Dawno nie widziałem tak ładnej 
dziewczyny jak pani córka. 
- Jest dla mnie bardzo dobra. 
- Doktor Thomas to wielki szczęściarz. 
- Owszem. - Pani Humbleby opuściła rękę. Jej głos 
znów stał się monotonny. - Sama nie wiem... to 
wszystko jest takie trudne. 

background image

Kiedy Luke wychodził, pani Humbleby stała w 
półmroku, nerwowo splatając i rozplatając palce. 
Idąc w kierunku domu roztrząsał w myślach szczegóły 
ostatnich rozmów. 
Doktora Thomasa nie było w Wychwood przez większą 
część dnia, w którym odbyły się wyścigi. Wyjechał 
samochodem. Wychwood było oddalone od Londynu o 
trzydzieści pięć mil. Rzekomo odbierał jakiś 
skomplikowany poród. Czy moŜna mu wierzyć na 
słowo? Przypuszczalnie da się to sprawdzić... 
Potem powrócił myślami do pani Humbleby. 
Zastanawiał się, co miała na myśli, mówiąc z takim 
naciskiem: "Otacza nas podłość..."? 
Czy była po prostu zdenerwowana i wstrząśnięta 
ś

miercią swego męŜa? Czy teŜ miała jakiś inny powód? 

MoŜe o czymś wiedziała? O czymś, o czym wiedział 
przed śmiercią doktor Humbleby? 
Muszę to zbadać - postanowił. Koniecznie. 
Stanowczo odsunął od siebie myśli o potyczce słownej, 
do której doszło między nim a Bridget. 
 
XIII 
ROZMOWA Z PANNĄ WAYNFLETE 
 
Następnego ranka Luke podjął decyzję. Doszedł do 
wniosku, Ŝe nie dowie się niczego więcej prowadząc 
ś

ledztwo dotychczasową metodą. Uznał, Ŝe prędzej czy 

później będzie zmuszony zagrać w otwarte karty. Czuł, 
Ŝ

e nadszedł czas, by odrzucić kamuflaŜ, przestać grać 

background image

rolę pisarza i przyznać się, Ŝe przyjechał do Wychwood 
w określonym celu. 
Zgodnie z tym planem postanowił odwiedzić Honorię 
Waynflete. Nie tylko dlatego, Ŝe dyskrecja oraz pewna 
przenikliwość sądów starszej pani wywarły na nim 
korzystne wraŜenie, lecz równieŜ dlatego, Ŝe 
podejrzewał, iŜ moŜe ona posiadać jakieś potrzebne mu 
informacje. Wierzył, Ŝe powiedziała mu wszystko, co 
wie. Teraz chciał ją nakłonić do wyjawienia mu tego, 
czego się domyśla. Sądził, Ŝe domysły panny Waynflete 
mogą być bliskie prawdy. Poszedł do niej zaraz po 
naboŜeństwie. 
Panna Waynflete przyjęła go uprzejmie, nie okazując 
zdziwienia jego wizytą. Kiedy usiadła obok niego, 
splatając wypielęgnowane, smukłe dłonie i spoglądając 
na niego uwaŜnie bystrymi oczami, niełatwo mu było 
wyjawić cel swojej wizyty. 
- Pewnie pani odgadła, panno Waynflete - powiedział 
wreszcie - Ŝe powodem mojego przyjazdu do 
Wychwood nie jest w gruncie rzeczy pisanie ksiąŜki o 
tutejszych obyczajach? 
Panna Waynflete skinęła głową i słuchała dalej. Luke 
nie zamierzał opowiadać jej całej historii. Panna 
Waynflete była zapewne osobą dyskretną, takie 
przynajmniej odniósł wraŜenie, ale podejrzewał, Ŝe jak 
kaŜda stara panna, ulegnie w końcu pokusie i przekaŜe 
te pasjonujące nowiny paru zaufanym przyjaciółkom. W 
związku z tym postanowił obrać drogę pośrednią. 
- Przyjechałem tu, Ŝeby zbadać okoliczności śmierci tej 
biednej dziewczyny, Amy Gibbs. 

background image

- To znaczy, Ŝe przysłała pana policja? - spytała panna 
Waynflete. 
- AleŜ skąd, nie jestem policjantem w cywilu - 
powiedział, a potem dodał Ŝartobliwie: - Jestem 
prywatnym detektywem, postacią znaną z wielu 
powieści kryminalnych. 
- Rozumiem. A zatem sprowadziła tu pana Bridget 
Conway? 
Luke wahał się przez chwilę. Potem postanowił puścić 
to pytanie mimo uszu. Trudno byłoby mu wytłumaczyć 
swoją obecność w Wychwood, nie opowiadając 
szczegółowo całej historii związanej z panną Pinkerton. 
- Bridget jest bardzo przedsiębiorczą kobietą! - ciągnęła 
panna Waynflete z nutką podziwu w głosie. - Gdyby 
pozostawiono to w moich rękach, nie zaufałabym chyba 
własnemu osądowi... chodzi mi o to, Ŝe jeśli człowiek 
nie jest absolutnie czegoś pewien, niezwykle mu trudno 
wybrać odpowiednią linię postępowania. 
- Ale przecieŜ pani jest pewna, prawda? 
- Bynajmniej, panie Fitzwilliam - odparła panna 
Waynflete powaŜnie. - W takich sprawach nigdy nie ma 
się absolutnej pewności! PrzecieŜ to wszystko moŜe być 
wytworem fantazji. Kiedy ktoś mieszka sam i nie ma się 
kogo poradzić ani z kim porozmawiać, moŜe z 
łatwością popaść w nastrój melodramatyczny i 
wyobrazić sobie coś, co nie jest oparte na faktach. 
Luke chętnie zgodził się z jej zdaniem, przyznając, Ŝe 
jest ono bezspornie słuszne. 
- Ale w głębi duszy jest pani pewna? - spytał cicho. 
Panna Waynflete nadal nie była zdecydowana. 

background image

- Mam nadzieję, Ŝe nie chce mnie pan pociągnąć za 
język? - spytała podejrzliwie. 
- Chciałaby pani, Ŝebym wyraził się w sposób bardziej 
zrozumiały? - spytał z uśmiechem. - Dobrze. Czy nie 
sądzi pani, Ŝe Amy Gibbs została zamordowana? 
Honoria Waynflete wzdrygnęła się na to brutalne 
określenie. 
- Nie podoba mi się jej śmierć. Wcale mi się nie 
podoba. Moim zdaniem wersja oficjalna jest zupełnie 
nieprzekonująca. 
- Więc nie uwaŜa pani jej śmierci za naturalną? - 
wypytywał Luke cierpliwie. 
- Nie. 
- Nie wierzy pani, Ŝe to był nieszczęśliwy wypadek? 
- Wydaje mi się to zupełnie nieprawdopodobne. Istnieje 
tyle... 
- Czy mogła popełnić samobójstwo? - przerwał jej 
Luke. 
- Wykluczone. 
- Więc jednak - powiedział Luke łagodnie - uwaŜa pani, 
Ŝ

e to było morderstwo? 

Panna Waynflete zawahała się, a potem odchrząknęła i 
najwyraźniej podjęła śmiałą decyzję. 
- Tak - oznajmiła. - Tak uwaŜam! 
- W porządku. Teraz moŜemy przejść do szczegółów. 
- Nie mam jednak Ŝadnego dowodu, na którym 
mogłabym oprzeć to przekonanie - wyjaśniła panna 
Waynflete z niepokojem. - To jest jedynie domysł! 
- No właśnie. Ale to poufna rozmowa. RozwaŜamy więc 
nasze opinie i domysły. Oboje podejrzewamy, Ŝe Amy 

background image

Gibbs została zamordowana. Kto naszym zdaniem mógł 
to zrobić? 
Panna Waynflete potrząsnęła głową. Wydawała się 
bardzo zaniepokojona. 
- Kto miał powody, Ŝeby ją zabić? - spytał Luke, patrząc 
na nią uwaŜnie. 
- O ile wiem, posprzeczała się ze swoim narzeczonym z 
warsztatu samochodowego, Jimem Harveyem... To 
niezwykle solidny i powaŜny młody człowiek - 
powiedziała powoli. - Czyta się w gazetach o młodych 
męŜczyznach, którzy zabijają swoje ukochane, i o 
innych podobnych okropnościach, ale nie wierzę, by 
Jim mógł zrobić coś takiego. 
Luke kiwnął głową. 
- Poza tym - ciągnęła - nie wierzę, Ŝe zrobiłby to w taki 
sposób: wdrapał się na dach, wszedł przez okno do jej 
pokoju i zamienił buteleczki. Chcę powiedzieć, Ŝe nie 
wygląda to na... 
Panna Waynflete zawahała się, ale Luke przyszedł jej z 
pomocą. 
- ...zemstę rozgniewanego kochanka? Zgadzam się. 
Moim zdaniem, Jima Harveya naleŜy od razu wykreślić 
z listy podejrzanych. Oboje jesteśmy zgodni co do tego, 
Ŝ

e Amy została zamordowana. Zabił ją ktoś, kto chciał 

jej się pozbyć i zaplanował tę zbrodnię starannie, tak by 
wyglądała na nieszczęśliwy wypadek. Czy domyśla się 
pani, kto to mógł być? 
- Nie, nie mam najmniejszego pojęcia! - odparła panna 
Waynflete. 
- Na pewno? 

background image

- Tak, z całą pewnością. 
Luke spojrzał na nią z zadumą. Miał wraŜenie, Ŝe to 
kategoryczne zaprzeczenie nie było całkiem szczere. 
- Nie wie pani, kto mógł mieć motyw? - spytał. 
- Nie. 
Ta odpowiedź zabrzmiała bardziej stanowczo. 
- Czy Amy pracowała w wielu domach w Wychwood? 
- Zanim przeniosła się do lorda Whitfielda, przez rok 
słuŜyła u państwa Hortonów. 
Luke szybko podsumował wyniki rozmowy. 
- A więc sytuacja wygląda następująco: Ktoś chciał się 
pozbyć tej dziewczyny. Na podstawie ustalonych 
faktów moŜna załoŜyć, Ŝe - po pierwsze - mordercą był 
męŜczyzna, i to męŜczyzna o dość staroświeckich 
poglądach, czego dowodzi farba do kapeluszy, a - po 
drugie - musiał być na tyle sprawny, by wdrapać się na 
dach przybudówki. Czy zgadza się pani z tymi 
argumentami? 
- Bezwzględnie - odparła panna Waynflete. 
- Pozwoli pani, Ŝe sam podejmę taką próbę? 
- AleŜ naturalnie. UwaŜam, Ŝe to świetny pomysł. 
Wyprowadziła go bocznymi drzwiami na podwórze. 
Luke bez większych trudności wdrapał się na dach 
przybudówki. Następnie z łatwością uchylił okno i 
wślizgnął się do sypialni dziewczyny. W kilka minut 
później stał juŜ z powrotem na ścieŜce, obok panny 
Waynflete, wycierając dłonie chusteczką do nosa. 
- W rzeczywistości to łatwiejsze, niŜ się wydaje - 
powiedział. - Wystarczy trochę siły. Czy nie znaleziono 
Ŝ

adnych śladów na parapecie lub na zewnątrz budynku? 

background image

Panna Waynflete potrząsnęła głową. 
- Chyba nie. Ale posterunkowy wszedł na górę tą samą 
drogą. 
- Zatem, jeśli policjanci znaleźli jakieś ślady, mogli 
uznać, Ŝe to on je zostawił. AleŜ oni działają na korzyść 
przestępcy! 
Panna Waynflete wprowadziła go z powrotem do domu. 
- Czy Amy Gibbs miała twardy sen? - spytał. 
- Szalenie trudno było ją rano obudzić - odparła kwaśno 
panna Waynflete. - Czasami musiałam długo wołać i 
pukać do jej drzwi, zanim się odezwała. Ale z drugiej 
strony, panie Fitzwilliam, istnieje powiedzenie, Ŝe nikt 
nie jest tak głuchy jak ten, który nie chce słyszeć! 
- To prawda - przyznał Luke. - No dobrze, panno 
Waynflete, doszliśmy do kwestii motywu. Zacznijmy od 
najbardziej oczywistego: czy sądzi pani, Ŝe coś łączyło 
Ellsworthy'ego z tą dziewczyną? - I dodał pospiesznie: - 
Chodzi mi tylko o pani zdanie. Wyłącznie o pani opinię. 
- Skoro pyta pan o moją opinię, odpowiadam 
twierdząco. 
Luke kiwnął głową. 
- Czy pani zdaniem Amy mogła posunąć się do 
szantaŜu? 
- Jeśli ponownie mam wyrazić swoją opinię, to powiem, 
Ŝ

e to całkiem moŜliwe. 

- MoŜe przypadkiem wie pani, czy Amy tuŜ przed 
ś

miercią miała większą sumę pieniędzy? 

Panna Waynflete zastanawiała się przez chwilę. 
- Nie sądzę. Gdyby zgromadziła jakąś większą sumę, 
zapewne bym o tym wiedziała. 

background image

- A czy w ostatnim okresie Ŝycia nie była nadmiernie 
rozrzutna? 
- Chyba nie. 
- To przemawia przeciwko koncepcji szantaŜu. Ofiara 
szantaŜu zazwyczaj przynajmniej raz płaci okup, zanim 
posunie się do ostateczności. Ale istnieje inna teoria. 
Dziewczyna mogła coś wiedzieć. 
- Co takiego? 
- Mogła mieć jakieś informacje, zagraŜające reputacji 
któregoś z mieszkańców Wychwood. RozwaŜmy 
pewien czysto hipotetyczny przypadek. Amy pracowała 
w wielu tutejszych domach. Przypuśćmy, Ŝe odkryła 
coś, co mogło zniszczyć karierę zawodową komuś 
takiemu jak na przykład... pan Abbot. 
- Pan Abbot? 
- Albo moŜe zauwaŜyła jakieś zaniedbanie ze strony 
doktora Thomasa - dodał Luke pospiesznie. 
- Ale przecieŜ... - zaczęła panna Waynflete i nagle 
przerwała. 
- Wspominała pani, Ŝe kiedy pani Horton umarła, Amy 
Gibbs pracowała tam jako pokojówka - powiedział 
Luke. 
- Czy mógłby pan mi wyjaśnić, panie Fitzwilliam, 
dlaczego miesza pan do tej sprawy Hortonów? - spytała 
panna Waynflete po chwili milczenia. - Pani Horton 
zmarła ponad rok temu. 
- Zgadza się, a Amy w tym czasie tam pracowała. 
- Rozumiem. Ale co Hortonowie mają z tym 
wspólnego? 

background image

- Nie wiem. Po prostu głośno się zastanawiam. 
Przyczyną zgonu pani Horton był ostry nieŜyt Ŝołądka, 
prawda? 
- Tak. 
- Czy jej śmierć była duŜym zaskoczeniem? 
- Dla mnie tak - odparła powoli panna Waynflete. - Jej 
stan znacznie się poprawił i wyglądało na to, Ŝe jest na 
najlepszej drodze do całkowitego wyzdrowienia. Potem 
nastąpił nagły nawrót choroby i umarła. 
- Czy doktor Thomas był zaskoczony tym faktem? 
- Nie wiem. Chyba tak. 
- A jak zareagowały na to pielęgniarki? 
- Z własnego doświadczenia wiem - powiedziała panna 
Waynflete - Ŝe pielęgniarek nigdy nie dziwi pogorszenie 
stanu pacjenta! Dziwi je jedynie jego powrót do 
zdrowia. 
- Ale panią jej śmierć zaskoczyła? 
- Tak. Odwiedziłam ją zaledwie dzień wcześniej. 
Wyglądała znacznie lepiej. Wesoło gawędziła i 
wydawała się pełna otuchy. 
- Co sądziła o swojej chorobie? 
- SkarŜyła się, Ŝe pielęgniarki ją trują. Odprawiła jedną, 
ale jej zdaniem te dwie, które zostały, nie były lepsze! 
- Przypuszczam, Ŝe pani nie przywiązywała do jej słów 
większej wagi? 
- Nie, myślałam, Ŝe wynika to z choroby. Pani Horton 
była bardzo podejrzliwą kobietą i... moŜe to zabrzmi 
niezbyt Ŝyczliwie... zawsze chciała być ośrodkiem 
zainteresowania. UwaŜała, Ŝe Ŝaden lekarz nigdy nie 
potrafi rozpoznać jej przypadku. Zawsze twierdziła, Ŝe 

background image

cierpi na jakąś skomplikowaną dolegliwość... albo Ŝe 
ktoś "usiłuje wyprawić ją na tamten świat". 
- Nie podejrzewała o to swego męŜa? - spytał Luke, 
siląc się na obojętny ton. 
- Och, nie, nawet jej to nie przyszło do głowy! - Panna 
Waynflete wahała się przez chwilę, a potem spytała 
cicho: - A pan uwaŜa to za moŜliwe? 
- Znane są przypadki, w których męŜowie popełniali 
takie czyny i uchodziło im to płazem - powiedział Luke 
powoli. - Z tego, co słyszałem, wynika, Ŝe pani Horton 
była kobietą, której chętnie pozbyłby się niejeden 
męŜczyzna! Domyślam się, Ŝe major odziedziczył po 
niej sporo pieniędzy. 
- Owszem. 
- Co pani o tym sądzi, panno Waynflete? 
- Chodzi panu o moją opinię? 
- Tak, tylko o pani opinię. 
- Moim zdaniem, major Horton był bardzo przywiązany 
do swej Ŝony i nigdy by się do tego nie posunął - 
powiedziała panna Waynflete spokojnie. 
Luke zerknął na nią i dostrzegł w jej łagodnych 
bursztynowych oczach wyraz stanowczości. 
- No cóŜ - powiedział. - Chyba ma pani rację. Gdyby 
było inaczej, najprawdopodobniej wiedziałaby pani o 
tym. 
Panna Waynflete zdobyła się na uśmiech. 
- Nie sądzi pan, Ŝe my, kobiety, jesteśmy bardzo 
spostrzegawcze? 
- Niezwykle. Czy myśli pani, Ŝe panna Pinkerton 
podzieliłaby pani zdanie? 

background image

- Chyba nigdy nie słyszałam, by Lavinia wygłaszała 
jakieś opinie. 
- Co sądziła o Amy Gibbs? 
Panna Waynflete lekko zmarszczyła czoło, jakby nad 
czymś głęboko się zastanawiając. 
- Trudno powiedzieć. Lavinia miała bardzo osobliwą 
koncepcję. 
- Jaką? 
- UwaŜała, Ŝe w Wychwood dzieje się coś dziwnego. 
- Czy podejrzewała na przykład, Ŝe ktoś wypchnął 
Tommy'ego Pierce'a z okna? 
Panna Waynflete spojrzała na niego ze zdumieniem. 
- Skąd pan to wie, panie Fitzwilliam? 
- Od niej. Nie ujęła tego tak dokładnie, ale nakreśliła mi 
ogólny obraz sytuacji. 
Panna Waynflete wychyliła się do przodu, a jej twarz 
poróŜowiała z podniecenia. 
- Kiedy to było, panie Fitzwilliam? 
- W dniu jej śmierci - odparł Luke spokojnie. - 
Jechaliśmy razem do Londynu. 
- Co właściwie panu powiedziała? 
- śe w Wychwood umarło zbyt wiele osób. Wymieniła 
Amy Gibbs, Tommy'ego Pierce'a i Cartera. Wspomniała 
teŜ, Ŝe następną ofiarą będzie doktor Humbleby. 
Panna Waynflete powoli pokiwała głową. 
- Czy powiedziała panu, kto ponosi za to 
odpowiedzialność? 
- Jakiś męŜczyzna z dziwnym błyskiem w oczach - 
wyjaśnił Luke posępnie. - Według niej, takiego 
spojrzenia nie moŜna zapomnieć. Dostrzegła ten błysk, 

background image

kiedy rozmawiał z doktorem Humblebym. Dlatego 
właśnie uwaŜała, Ŝe to doktor będzie następną jego 
ofiarą. 
- I był - wyszeptała panna Waynflete. - Mój BoŜe. Mój 
BoŜe. Opadła na oparcie fotela. W jej oczach malował 
się smutek. 
- Kim jest ten męŜczyzna? - spytał Luke. - Panno 
Waynflete, pani to wie, pani musi wiedzieć! 
- Nie. Nie powiedziała mi. 
- Ale moŜe się pani domyślać - nalegał Luke. - Z 
pewnością pani wie, kogo podejrzewała. 
Panna Waynflete niechętnie przytaknęła. 
- Więc proszę mi powiedzieć. 
- Nigdy w Ŝyciu! - zaprotestowała, energicznie 
potrząsając głową. - śąda pan ode mnie rzeczy wielce 
niestosownej! Prosi pan, Ŝebym odgadła, kogo mogła... 
niech pan zauwaŜy - mogła... mieć na myśli moja 
nieŜyjąca przyjaciółka. Nie wolno mi na tej podstawie 
nikogo oskarŜać! 
- Nie chodzi o oskarŜenie, tylko o przypuszczenie. 
Ale panna Waynflete okazała się nieoczekiwanie 
stanowcza. 
- Nie mam nic do powiedzenia... - oznajmiła. - Lavinia 
nic mi nie mówiła. Przypuszczam, Ŝe coś podejrzewała, 
ale przecieŜ mogę się mylić. Wprowadziłabym pana w 
błąd, z czego mogłyby wyniknąć powaŜne 
konsekwencje. Postąpiłabym bardzo nikczemnie i 
nieodpowiedzialnie, wymieniając jakieś nazwisko. 
PrzecieŜ mogę się mylić! Zresztą, najprawdopodobniej 
tak właśnie jest! 

background image

Zacisnęła mocno usta i spojrzała na Luke'a z nieugiętą 
determinacją. 
Luke potrafił pogodzić się z poraŜką. 
Zdawał sobie sprawę, Ŝe nie pokona oporów panny 
Waynflete, mających swe źródło w jej 
bezkompromisowej uczciwości. 
Pogodziwszy się więc z niepowodzeniem, wstał, by się 
poŜegnać. Zamierzał powrócić jeszcze do tego tematu, 
ale nie chciał jej o tym uprzedzać. 
- Powinna pani postępować zgodnie ze swym 
sumieniem - powiedział. - Dziękuję za pomoc. 
Kiedy panna Waynflete odprowadzała go do drzwi, 
wydawała się nieco mniej pewna siebie. 
- Chyba nie sądzi pan, Ŝe... - zaczęła, ale potem 
zmieniła zdanie. 
- Gdybym mogła panu jeszcze w czymś pomóc, proszę 
dać mi znać. 
- Dobrze. Nie powtórzy pani treści naszej rozmowy, 
prawda? 
- Oczywiście, Ŝe nie. Nikomu nie pisnę ani słowa. Luke 
miał nadzieję, Ŝe mówi prawdę. 
- Proszę pozdrowić ode mnie Bridget - dodała panna 
Waynflete. 
- To bardzo ładna dziewczyna, prawda? I inteligentna. 
Mam nadzieję, Ŝe będzie szczęśliwa. - Mam na myśli jej 
małŜeństwo z lordem Whitfieldem. Między nimi jest 
taka duŜa róŜnica wieku. 
- Tak, to prawda. 
Panna Waynflete westchnęła. 

background image

- Czy wie pan, Ŝe kiedyś byłam z nim zaręczona? - 
spytała niespodziewanie. 
Luke popatrzył na nią ze zdziwieniem. Panna Waynflete 
pokiwała głową i uśmiechnęła się ponuro. 
- Dawno temu. Był niezwykle obiecującym chłopcem. 
Pomogłam mu zdobyć wykształcenie. Byłam bardzo 
dumna z jego postępów. Podziwiałam upór, z którym 
dąŜył do sukcesu. - Znowu westchnęła. - Oczywiście, 
moja rodzina była zbulwersowana. W tamtych czasach 
podziały klasowe były bardzo wyraźne. - Zawahała się, 
a później dodała: - Śledziłam jego karierę z wielkim 
zainteresowaniem. UwaŜam, Ŝe moja rodzina nie miała 
racji. 
Uśmiechnęła się, a potem skinęła Luke'owi głową na 
poŜegnanie i weszła do domu. 
Luke próbował zebrać myśli. UwaŜał dotąd pannę 
Waynflete za zdecydowanie "starą" kobietę. Teraz zdał 
sobie sprawę, Ŝe najprawdopodobniej nie ma jeszcze 
sześćdziesięciu lat. Lord Whitfield musiał mieć dobrze 
po pięćdziesiątce. Mogła więc być od niego starsza 
najwyŜej o rok lub dwa. 
A teraz lord zamierzał oŜenić się z Bridget. 
Dwudziestoośmioletnią Bridget. Z Bridget, która jest 
młoda i pełna Ŝycia... 
- Och, niech to diabli wezmą! - zaklął pod nosem. - Nie 
wolno mi o tym myśleć. Praca. Muszę się zabrać do 
roboty. 
 
XIV 
MEDYTACJE LUKE'A 

background image

 
Ciotka Amy Gibbs, pani Church, była zdecydowanie 
niesympatyczna. Jej spiczasty nos, rozbiegane oczy i 
przesadna gadatliwość napawały Luke'a wstrętem. 
Zachowywał się wobec niej dość obcesowo, co dało w 
efekcie nadspodziewanie pomyślne rezultaty. 
- Ma pani - zaczął - odpowiadać na moje pytania 
najlepiej, jak pani potrafi. Jeśli cokolwiek pani zatai lub 
zafałszuje, konsekwencje mogą okazać się dla pani 
nadzwyczaj powaŜne. 
- Dobrze, sir. Rozumiem. Proszę mi wierzyć, Ŝe 
najchętniej powiem panu wszystko, co wiem. Nigdy nie 
miałam do czynienia z policją... 
- I nie chciałaby pani tego, prawda? - dokończył Luke. - 
No cóŜ, jeśli postąpi pani tak, jak powiedziałem, na 
pewno do tego nie dojdzie. Chcę się dowiedzieć 
wszystkiego o pani zmarłej siostrzenicy: jakich miała 
przyjaciół, ile pieniędzy, czy mówiła coś, co pani 
wydało się niezwykłe. Zaczniemy od jej znajomych. 
Kim byli? 
Pani Church łypnęła na niego przebiegle. 
- Chodzi panu o męŜczyzn, sir? 
- Czy miała jakieś przyjaciółki? 
- No cóŜ, chyba nie. Nie ma o czym mówić, sir. 
Oczywiście, pracowała z jakimiś dziewczynami, ale nie 
utrzymywała z nimi bliŜszych kontaktów. Rozumie 
pan... 
- Wolała męŜczyzn. Proszę mówić dalej. Niech mi pani 
o nich opowie. 

background image

- Spotykała się z Jimem Harveyem, mechanikiem z 
warsztatu samochodowego, sir. To miły, ustatkowany 
chłopak. Często jej powtarzałam, Ŝe nie mogła lepiej 
trafić. 
- A inni? - przerwał jej Luke. Znów spojrzała na niego 
przebiegle. 
- Pewnie chodzi panu o tego dŜentelmena, który 
prowadzi sklep z osobliwościami? Szczerze panu 
powiem, Ŝe to mi się nie podobało! Jestem uczciwą 
kobietą i nie pochwalam flirtów! Ale z tymi 
dzisiejszymi dziewczętami nie warto nawet gadać. 
Chodzą własnymi ścieŜkami. A potem często tego 
Ŝ

ałują. 

- Czy Amy Ŝałowała? - spytał krótko Luke. 
- Nie, sir, nie sądzę. 
- W dniu swojej śmierci poszła po poradę do doktora 
Thomasa. Czy to przypadkiem nie było tego powodem? 
- Nie, sir, jestem tego prawie pewna. Och! Przysięgam! 
Amy poczuła się niedobrze, ale miała po prostu 
dokuczliwy kaszel i katar. Jestem pewna, Ŝe to nie było 
to, co pan sugeruje, sir. 
- Wierzę pani na słowo. Jak daleko zaszły sprawy 
między nią a panem Ellsworthym? 
Pani Church zerknęła na niego z ukosa. 
- Nie jestem w stanie powiedzieć tego dokładnie, sir. 
Amy nigdy mi się nie zwierzała. 
- Ale zaszły dość daleko? - spytał Luke szorstko. 
- Ten dŜentelmen nie cieszy się tu dobrą opinią, sir - 
oznajmiła pani Church słodkim głosem. - Takie tam 
sprawy. Ci jego przyjaciele, którzy przyjeŜdŜają tu z 

background image

Londynu, i wiele dziwnych wydarzeń. Chodzą na Łąkę 
Czarownic w samym środku nocy. 
- Czy Amy brała w tym udział? 
- Poszła chyba tylko jeden raz, sir. Nie wróciła na noc 
do domu, a jego lordowska mość, u którego wtedy 
pracowała, dowiedział się o tym i ostro zwrócił jej 
uwagę. Ona nie pozostała mu dłuŜna, więc 
wypowiedział jej posadę, czego zresztą naleŜało się 
spodziewać. 
- Czy opowiadała pani o tym, co dzieje się w miejscach, 
w których pracuje? 
Pani Church potrząsnęła głową. 
- Niewiele, sir. Bardziej interesowała się własnymi 
sprawami. 
- Przez jakiś czas była u państwa Hortonów, prawda? 
- Prawie przez rok, sir. 
- Dlaczego od nich odeszła? 
- Po prostu dla pieniędzy. Zwolniło się miejsce w 
rezydencji lorda Whitfielda, a zarobki były tam wyŜsze. 
Luke pokiwał głową. 
- Czy pracowała u Hortonów wtedy, gdy umarła pani 
Horton? -  spytał. 
- Owszem, sir. Okropnie narzekała, Ŝe w domu są dwie 
pielęgniarki, przez które ma mnóstwo dodatkowej 
pracy... musi nosić tace i tak dalej. 
- Nigdy nie pracowała u pana Abbota, tego prawnika? 
- Nie, sir. Pan Abbot ma na swoje usługi lokaja i Ŝonę. 
Kiedyś Amy poszła do jego biura, ale nie wiem po co. 
Luke zachował w pamięci ten drobny szczegół 
uwaŜając, Ŝe moŜe on okazać się istotny. Uznał, Ŝe pani 

background image

Church najwyraźniej nie wie juŜ nic więcej o tej 
sprawie, więc zmienił temat. 
- Czy przyjaźniła się z jakimiś innymi dŜentelmenami z 
miasteczka? 
- Z nikim, o kim warto by wspominać. 
- Proszę posłuchać, pani Church. Niech pani nie 
zapomina, Ŝe chcę znać całą prawdę. 
- To nie był Ŝaden dŜentelmen, sir, daleko mu do tego. 
PoniŜała się i wygarnęłam jej to prosto w oczy. 
- Czy moŜe pani wyraŜać się jaśniej, pani Church? 
- Słyszał pan o barze Siedem Gwiazd, sir? To marna 
gospoda, a jej właściciel, Harry Carter, ten wulgarny 
prostak, był prawie przez cały czas podpity. 
- Amy była jego przyjaciółką? 
- Raz czy dwa poszła z nim na spacer. Nie sądzę, Ŝeby 
łączyło ich coś więcej. Naprawdę, sir. 
Luke w zadumie pokiwał głową, a potem ponownie 
zmienił temat. 
- Czy znała pani Tommy'ego Pierce'a? 
- Co? Syna pani Pierce? Oczywiście. Stale psocił. 
- Często widywał Amy? 
- Och, nie, sir. Gdyby chciał wypróbować na niej jakąś 
swoją sztuczkę, zaraz dałaby mu po nosie. 
- Czy była zadowolona z pracy u panny Waynflete? 
- Trochę się tam nudziła, sir, a pensja nie była wysoka. 
Ale po tym, jak ją odprawiono z Ashe Manor, trudno 
było znaleźć jakieś dobre miejsce. 
- PrzecieŜ chyba mogła stąd wyjechać, prawda? 
- Do Londynu? 

background image

- Albo jakiejś innej części kraju. Pani Church 
potrząsnęła głową. 
- Amy nie chciała opuszczać Wychwood... - 
powiedziała, cedząc słowa - nie w tych okolicznościach. 
- Jakie okoliczności ma pani na myśli? 
- Chodziło o Jima i tego dŜentelmena ze sklepu z 
antykami. 
Luke pokiwał głową z zadumą. 
- Panna Waynflete jest bardzo miłą kobietą - ciągnęła 
pani Church - ale przywiązuje za duŜą wagę do swoich 
sreber i mosiądzu. Wymaga, Ŝeby wszystko było 
odkurzone, a materace odwrócone. Amy nie zniosłaby 
tego zawracania głowy, gdyby nie zabawiała się dobrze 
w inny sposób. 
- Mogę to sobie wyobrazić - powiedział Luke zimno. 
Doszedł do wniosku, Ŝe nie ma juŜ więcej pytań. Był 
przekonany, Ŝe wyciągnął z pani Church wszystko, co 
wiedziała. Postanowił przypuścić ostatni atak. 
- Chyba domyśla się pani, jaki jest powód tych 
wszystkich pytań. Okoliczności śmierci Amy wydają się 
dość tajemnicze. Nie jesteśmy całkiem pewni, czy był to 
nieszczęśliwy wypadek. A w takim razie zdaje sobie 
pani sprawę, co to musiało być. 
- Morderstwo! - zawołała pani Church z nagłym 
podnieceniem. 
- No właśnie. Przypuśćmy, Ŝe pani siostrzenica została 
zamordowana. Kto, pani zdaniem, moŜe być 
odpowiedzialny za jej śmierć? 
Pani Church wytarła ręce w fartuch. 

background image

- Czy osoba, która naprowadzi policję na właściwy trop, 
dostanie jakąś nagrodę? - spytała dociekliwie. 
- To moŜliwe - odparł Luke. 
- Nie chciałabym mówić niczego z całą pewnością - 
powiedziała pani Church, oblizując się na myśl o 
pieniądzach - ale ten dŜentelmen ze sklepu z antykami 
wygląda podejrzanie. Chyba pamięta pan sprawę 
Castora, sir... jak odkryli kawałki ciała tej biedaczki 
poprzybijane do ścian w jego nadmorskim domku, a 
potem znaleźli zwłoki pięciu czy sześciu innych 
dziewcząt, które zabił w taki sam sposób. MoŜe ten pan 
Ellsworthy jest człowiekiem tego rodzaju? 
- Taka jest pani sugestia? 
- No cóŜ, mogło tak być, sir, prawda? 
Luke przyznał jej rację, a potem spytał: 
- Czy Ellsworthy wyjeŜdŜał z miasteczka po południu w 
dniu derbów? To niezwykle istotny szczegół. 
Pani Church wytrzeszczyła oczy. 
- W dniu wyścigów derby? 
- Tak. W środę, przed dwoma tygodniami. Potrząsnęła 
głową. 
- Tego nie wiem. Zazwyczaj w środy bywa poza 
domem. PrzewaŜnie jeździ do Londynu. W środy sklepy 
zamyka się w południe. 
- Aha - mruknął Luke. - W południe. 
PoŜegnał się z panią Church, ignorując jej aluzje na 
temat pienięŜnej rekompensaty za stracony przez nią 
cenny czas. Czuł do niej głęboką niechęć. Choć 
rozmowa z nią w zasadzie niczego nie wyjaśniła do 

background image

końca, dostarczyła mu kilku drobnych, lecz 
sugestywnych szczegółów. 
Zaczął dokładnie przetrząsać w myślach wszystko, 
czego się juŜ dowiedział. 
Sprawa nadal sprowadzała się do tych czterech osób. 
Thomas, Abbot, Horton i Ellsworthy. Stanowisko panny 
Waynflete zdawało się to potwierdzać. 
Nie chciała ujawnić nazwiska domniemanego mordercy. 
To z pewnością oznaczało, musiało oznaczać, Ŝe tą 
osobą był ktoś cieszący się w Wychwood powaŜaniem, 
ktoś, komu przypadkowa insynuacja mogłaby 
zdecydowanie zaszkodzić. Tłumaczyło to równieŜ 
determinację, z jaką panna Pinkerton postanowiła 
przekazać swoje podejrzenia Scotland Yardowi. 
Lokalna policja wyśmiałaby jej domysły. 
Nie chodziło o rzeźnika, piekarza czy wytwórcę 
lichtarzy. Nie chodziło równieŜ o zwykłego mechanika 
samochodowego. Tą osobą był ktoś, kto wydawał się 
niezdolny do morderstwa, więc oskarŜenie go byłoby 
niezwykle powaŜną sprawą. 
Luke miał czterech potencjalnych kandydatów. Musiał 
jeszcze raz rozwaŜyć poszlaki przeciw kaŜdemu z nich i 
wyciągnąć wnioski. 
Zastanawiały go opory panny Waynflete. Wydawała mu 
się osobą sumienną i skrupulatną. Sądziła, Ŝe wie, kogo 
podejrzewała panna Pinkerton, ale podkreśliła z 
naciskiem, Ŝe są to tylko jej domysły i Ŝe moŜe się 
mylić. 
Kogo panna Waynflete miała na myśli? 

background image

Bała się, Ŝe jej oskarŜenie mogłoby skrzywdzić 
niewinnego człowieka. Zatem obiektem jej podejrzeń 
musiał być męŜczyzna na wysokim stanowisku, 
cieszący się sympatią i szacunkiem mieszkańców 
miasteczka. 
Luke doszedł do wniosku, Ŝe to automatycznie 
wyklucza Ellsworthy'ego. Na dobrą sprawę był w 
Wychwood człowiekiem obcym i miał złą opinię. Luke 
sądził, Ŝe gdyby panna Waynflete podejrzewała 
Ellsworthy'ego, bez wahania wymieniłaby jego 
nazwisko. 
Zatem, rozpatrując sprawę z punktu widzenia panny 
Waynflete, naleŜy wykreślić Ellsworthy'ego z listy 
podejrzanych. 
Luke zabrał się do pozostałych. UwaŜał, Ŝe moŜe 
równieŜ wyeliminować majora Hortona. Panna 
Waynflete stanowczo odrzuciła sugestię, Ŝe Horton 
mógł otruć swoją Ŝonę. Gdyby podejrzewała go o dalsze 
zbrodnie, chyba nie byłaby tak bardzo przekonana o 
jego niewinności w sprawie śmierci pani Horton. 
Pozostali więc doktor Thomas oraz pan Abbot. Obaj 
spełniali niezbędne wymagania. Mieli wysoką pozycję 
zawodową i nigdy nie dali powodu do plotek. Cieszyli 
się ogólną sympatią i byli znani ze swej uczciwości oraz 
rzetelności. 
Luke zaczął rozwaŜać tę sprawę z innego punktu 
widzenia. Zastanawiał się, czy on sam wykluczyłby 
Ellsworthy'ego i Hortona. Natychmiast przecząco 
pokręcił głową. To nie było takie proste. Panna 
Pinkerton dobrze wiedziała, kim jest ten człowiek. 

background image

Dowiodła tego, po pierwsze - jej śmierć, a po drugie - 
ś

mierć doktora Humbleby. Ale nie zdradziła jego 

nazwiska pannie Waynflete. Zatem, choć panna 
Waynflete przypuszcza, Ŝe wie, kto to jest, moŜe się 
mylić. Często jesteśmy przekonani, Ŝe wiemy, co myślą 
inni ludzie, ale niekiedy okazuje się, Ŝe po prostu nie 
mieliśmy racji i popełniliśmy potworny błąd! 
W dalszym ciągu miał więc czterech kandydatów. 
Panna Pinkerton nie Ŝyła, więc nie mogła juŜ mu 
pomóc. Musiał sam ocenić poszlaki i rozwaŜyć 
wszystkie moŜliwości. 
Zaczął od Ellsworthy'ego, poniewaŜ na pierwszy rzut 
oka właśnie on wydawał się najbardziej odpowiednim 
kandydatem. Był niezbyt zrównowaŜony psychicznie i 
mógł mieć spaczoną osobowość psychopatycznego 
zabójcy. 
Zabierzmy się do tego w ten sposób - powiedział Luke 
do siebie. Potraktujmy kaŜdego z nich po kolei jako 
podejrzanego. Na przykład Ellsworthy. ZałóŜmy, Ŝe jest 
mordercą! Na razie przyjmijmy, Ŝe wiem to z całą 
pewnością. Teraz rozwaŜmy ofiary w porządku 
chronologicznym. Po pierwsze, pani Horton. Trudno 
powiedzieć, jaki motyw mógł go skłonić do 
wyprawienia jej na tamten świat. Ale miał sposobność. 
Horton wspominał, Ŝe jego Ŝona zaŜywała jakąś 
miksturę, którą dostała od Ellsworthy'ego. W ten sposób 
mógł przemycić na przykład arszenik. Pytanie brzmi: po 
co? 
Z kolei Amy Gibbs. Dlaczego Ellsworthy zamordował 
Amy Gibbs? Powód jest oczywisty - była niewygodna! 

background image

MoŜe groziła mu procesem o niedotrzymanie obietnicy 
małŜeństwa? Albo uczestniczyła w orgii o północy? 
Czy odgraŜała się, Ŝe o tym rozpowie? Lord Whitfieid 
ma w Wychwood spore wpływy, a zdaniem Bridget jest 
człowiekiem o nieugiętych zasadach moralnych. Mógł 
wystąpić przeciwko Ellsworthy'emu, gdyby ten dopuścił 
się jakichś nieprzyzwoitych wybryków. A więc... Ŝegnaj 
Amy. Ale sadystyczny morderca wybrałby chyba inną 
metodę. 
Kto następny... Carter? Dlaczego Carter? Mało 
prawdopodobne, Ŝeby wiedział o nocnych orgiach. 
Chyba Ŝe powiedziała mu Amy? Czy jego ładna córka 
była w to zamieszana? Czy Ellsworthy zaczął się do niej 
zalecać? Muszę się przyjrzeć Lucy Carter. MoŜe jej 
ojciec po prostu obraził Ellsworthy'ego, a on, jako 
człowiek zniewieściały i nadpobudliwy, poczuł się 
uraŜony. Jeśli popełnił juŜ jedną czy dwie zbrodnie, 
mógł stać się na tyle nieczuły, by zaplanować 
morderstwo z bardzo błahego powodu. 
Tommy Pierce. Dlaczego Ellsworthy zabił Tommy'ego 
Pierce'a? To proste. Tommy brał udział w jakimś 
nocnym obrządku. Zagroził, Ŝe o tym rozpowie. MoŜe 
się wygadał. Trzeba było zamknąć mu usta. 
Doktor Humbleby. Dlaczego Ellsworthy zamordował 
doktora Humbleby'ego? To najłatwiejsze pytanie ze 
wszystkich! Humbleby, będąc lekarzem, zauwaŜył, Ŝe 
Ellsworthy jest niezbyt zrównowaŜony psychicznie. 
Najprawdopodobniej zamierzał przedsięwziąć w tej 
sprawie jakieś kroki. Więc jego los został przesądzony. 
Istnieje jednak pewien szkopuł. W jaki sposób 

background image

Ellsworthy mógł doprowadzić do tego, Ŝe Humbleby 
umarł na zakaŜenie krwi? A moŜe przyczyną jego 
ś

mierci było coś innego? Czy zainfekowany palec to 

zbieg okoliczności? 
W końcu panna Pinkerton. W środę sklep został 
zamknięty w południe. Tego dnia Ellsworthy mógł 
pojechać do Londynu. Ciekaw jestem, czy ma 
samochód. Nie widziałem go za kierownicą, ale to 
niczego nie dowodzi. Zdawał sobie sprawę, Ŝe panna 
Pinkerton go podejrzewa, więc postanowił udaremnić 
jej złoŜenie zeznań w Scotland Yardzie. Poza tym moŜe 
jest juŜ tam notowany. 
Oto poszlaki świadczące przeciwko Ellsworthy'emu! A 
co przemawia na jego korzyść? No cóŜ, po pierwsze, z 
pewnością nie jest on człowiekiem, którego - według 
odczucia panny Wanflete - podejrzewała panna 
Pinkerton. Po drugie, kiedy o tym mówiła, w mojej 
wyobraźni powstał niewyraźny obraz męŜczyzny, ale 
zupełnie nie pasował on do Ellsworthy'ego. Na 
podstawie jej słów odniosłem wraŜenie, Ŝe jest to 
człowiek zupełnie normalny, którego nikt nie mógłby 
nawet podejrzewać. A Ellsworthy naleŜy do ludzi, 
budzących podejrzenia. Nie, do mojego wizerunku 
bardziej pasuje człowiek taki jak... doktor Thomas. 
No właśnie, Thomas. Co z Thomasem? Po rozmowie z 
nim wykreśliłem go z listy podejrzanych. To miły, 
skromny człowiek. Ale rzecz w tym, Ŝe ten morderca - o 
ile całe moje rozumowanie nie jest błędne - jest właśnie 
człowiekiem miłym i skromnym. Ostatnią osobą, którą 

background image

moŜna by podejrzewać o popełnienie zbrodni! A tak 
właśnie jest w przypadku Thomasa. 
Raz jeszcze wszystko rozwaŜmy. Dlaczego doktor 
Thomas zamordował Amy Gibbs? W istocie wydaje się 
to wielce nieprawdopodobne! Ale właśnie tego dnia 
Amy poszła do niego, a on dał jej tę buteleczkę syropu 
na kaszel. Przypuśćmy, Ŝe zawierała ona kwas 
szczawiowy. To byłoby bardzo proste i pomysłowe 
posunięcie! Ciekaw jestem, którego z nich wezwano, 
kiedy stwierdzono, Ŝe Amy została otruta - doktora 
Humbleby'ego czy Thomasa? Jeśli Thomasa, to mógł on 
przynieść ze sobą jakąś starą buteleczkę z farbą do 
kapeluszy, postawić ją niepostrzeŜenie na stoliku, a 
potem bezczelnie zabrać obie buteleczki do analizy! 
Coś w tym stylu. Trzeba było tylko zachować zimną 
krew! 
Tommy Pierce? Nie widzę motywu. Motyw - na tym 
właśnie polega kłopot z doktorem Thomasem. Nie 
przychodzi mi na myśl Ŝaden, nawet Ŝaden szaleńczy 
motyw! Podobnie w przypadku Cartera. Dlaczego 
doktor Thomas chciałby pozbyć się Cartera? MoŜna 
tylko zakładać, Ŝe Amy, Tommy i oberŜysta wiedzieli o 
doktorze Thoma- sie coś, co niebezpiecznie było 
wiedzieć. Ach! Przyjmijmy, Ŝe wiązało się to ze 
ś

miercią pani Horton. Doktor Thomas był jej lekarzem. 

Jej stan nagle się pogorszył i umarła. Z łatwością mógł 
to zaaranŜować. NaleŜy pamiętać, Ŝe Amy Gibbs 
pracowała tam w tym czasie. Mogła coś zobaczyć albo 
usłyszeć. To tłumaczyłoby jej śmierć. Tommy Pierce - 
jak wiadomo z miarodajnego źródła - był wyjątkowo 

background image

wścibskim chłopcem. Mógł się czegoś dowiedzieć. A co 
z Carterem? Amy Gibbs mogła go w coś wtajemniczyć. 
On wygadał się po pijanemu, więc Thomas postanowił 
jego równieŜ uciszyć. Oczywiście, to tylko czyste 
domysły. Ale co innego moŜna zrobić? 
Kolej na doktora Humbleby'ego. Ach! Nareszcie mamy 
do czynienia z morderstwem, które z łatwością moŜna 
uzasadnić. Wystarczający motyw i doskonała 
sposobność! Nikt poza doktorem Thomasem nie byłby 
w stanie wywołać u doktora Humbleby'ego zakaŜenia 
krwi! Mógł infekować skaleczone miejsce za kaŜdym 
razem, kiedy zmieniał mu opatrunek! śałuję, Ŝe nie 
moŜna powiązać go w równie łatwy sposób z 
pozostałymi ofiarami. 
Panna Pinkerton? Jej przypadek jest trudniejszy, ale 
istnieje jeden niezbity fakt. Przez większą część dnia 
doktor Thomas przebywał poza Wychwood. Utrzymuje, 
Ŝ

e odbierał poród. MoŜliwe. Ale prawdą jest, Ŝe 

wyjechał z Wychwood samochodem. 
Czy coś pominąłem? Tak, jest jeszcze jedna sprawa. 
Uśmiech, jakim mnie obdarzył, kiedy przed paroma 
dniami wychodziłem z jego domu. Był to pełen 
wyŜszości, pobłaŜliwy uśmiech człowieka, który 
właśnie wyprowadził mnie w pole i zdaje sobie z tego 
sprawę. 
Luke westchnął, a potem potrząsnął głową i powrócił do 
swych rozwaŜań. 
Abbot? To takŜe odpowiedni kandydat. Normalny, 
dobrze sytuowany i szanowany, po prostu ostatni 
człowiek, którego i tak dalej, i tak dalej. Jest równieŜ 

background image

próŜny i pewny siebie. Mordercy zazwyczaj tacy 
właśnie są! Cechuje ich arogancja i zarozumialstwo! 
Zawsze uwaŜają, Ŝe uda im się uniknąć kary. Amy 
Gibbs poszła kiedyś do jego kancelarii. Po co? 
Dlaczego chciała się z nim widzieć? śeby zasięgnąć 
porady prawnej? Dlaczego? A moŜe chodziło o sprawę 
osobistą? NaleŜy pamiętać o "liście od jakiejś pani", 
który zauwaŜył Tommy. Czy nadawczynią była Amy 
Gibbs? Czy teŜ jego autorką była pani Horton, a Amy 
Gibbs go przechwyciła? Jaka inna kobieta mogła 
napisać do pana Abbota o sprawach na tyle osobistych, 
Ŝ

e stracił on panowanie nad sobą, kiedy Tommy 

przypadkiem zobaczył ten list? Co jeszcze naleŜy 
rozwaŜyć w związku z Amy Gibbs? Farba do 
kapeluszy? Tak, jest w staroświeckim stylu. Kiedy w 
grę wchodzą kobiety, męŜczyźni pokroju Abbota 
zachowują się zwykle dość staroświecko. Grają rolę 
podstarzałych donŜuanów! Tommy Pierce? To jasne, Ŝe 
zginął z powodu tego listu. Ale to znaczy równieŜ, Ŝe 
ten list musiał być niezwykle obciąŜający! Carter? 
Abbot zalecał się do córki Cartera i nie chciał dopuścić 
do skandalu. A podły, głupkowaty łotr Carter miał 
czelność mu grozić! Jemu, któremu uszły juŜ bezkarnie 
dwa przebiegłe morderstwa! A więc, trzeba wykończyć 
pana Cartera! Ciemna noc i mocne pchnięcie. Ta 
zbrodnia wydaje się aŜ nazbyt prosta. 
Czy poznałem mentalność Abbota? Chyba tak. Ta 
staruszka mówiąc o nim miała nieprzyjemny błysk w 
oczach. Mogła go o niejedno podejrzewać... Poza tym 
sprzeczka z doktorem Humblebym. Humbleby ośmielił 

background image

się przeciwstawić Abbotowi, inteligentnemu radcy 
prawnemu i mordercy. Stary osioł... nie miał 
najmniejszego pojęcia, co go czeka! "Zasługuje na 
ś

mierć! OdwaŜył się potraktować mnie w sposób 

obcesowy!" 
A potem... co było potem? Odwrócił się i napotkał 
wzrok Lavinii Pinkerton. Jego niepewne spojrzenie 
dowodziło poczucia winy. On, który szczycił się 
nieposzlakowaną uczciwością, najwyraźniej wzbudził 
jej podejrzania. Panna Pinkerton odkryła jego 
tajemnicę... Wiedziała, co zrobił... Tak, ale nie miała 
dowodów. Przypuśćmy jednak, Ŝe zamierzała je 
zdobyć... Przypuśćmy, Ŝe zaczęła mówić... Przypuśćmy, 
Ŝ

e... Abbot jest dość przenikliwym znawcą ludzkich 

charakterów. Domyślił się, jaki będzie jej następny 
ruch. Jeśli pojedzie do Scotland Yardu i zrelacjonuje im 
swoją wersję wydarzeń, mogą jej uwierzyć i wszcząć 
dochodzenie. Trzeba się więc zdecydować na 
desperacki krok. Czy Abbot ma własny samochód, czy 
teŜ wynajął jakiś pojazd w Londynie? W kaŜdym razie 
nie było go w Wychwood w dniu derbów... 
Luke znowu się zawahał. Tak bardzo zagłębił się w 
szczegóły tej sprawy, Ŝe trudno mu było przejść do 
rozwaŜań na temat kolejnego podejrzanego. Musiał 
odczekać chwilę, by móc wyobrazić sobie majora 
Hortona w roli potencjalnego mordercy. 
Zacznijmy od tego, Ŝe Horton zamordował swoją Ŝonę! 
Miał wystarczający powód i sporo zyskał na jej śmierci. 
ś

eby osiągnąć cel, musiał udawać niezwykle oddanego 

background image

męŜa. Udaje go nadal. Ale czy czasami trochę nie 
przesadza? 
No dobrze, jedno morderstwo załatwione. Kto 
następny? Amy Gibbs. Tak, to całkiem wiarygodne. 
Amy tam pracowała. Mogła coś zauwaŜyć. Mogła 
widzieć, jak major podaje Ŝonie kubek wzmacniającego 
bulionu albo kleik, a dopiero później zdać sobie sprawę 
ze znaczenia tego faktu. Farba do kapeluszy mogła 
przyjść majorowi do głowy w sposób zupełnie 
naturalny, poniewaŜ jest stuprocentowym męŜczyzną, 
który nie zna się na damskich kaprysach. 
Przypadek Amy Gibbs wyjaśniony. 
Pijany Carter? Takie same motywy jak poprzednio. 
Amy coś mu powiedziała. Kolejne łatwe morderstwo. 
Tommy Pierce. Trzeba wziąć pod uwagę jego wścibską 
naturę. CzyŜby ten list w kancelarii Abbota napisała 
pani Horton, skarŜąc się, Ŝe mąŜ próbuje ją otruć? To 
szalony pomysł, ale przecieŜ mogło tak być. Tak czy 
owak, major zdawał sobie sprawę z zagroŜenia, jakie 
stwarza Tommy, więc chłopiec podzielił los Amy i 
Cartera. Wszystko proste i jasne. Czy łatwo jest zabić 
człowieka? Mój BoŜe, bardzo łatwo. 
Teraz doszliśmy do sprawy trudniejszej. Humbleby! 
Motyw? Bardzo niejasny. Początkowo to on leczył 
panią Horton. CzyŜby odkrył przyczynę choroby, a 
Horton przekonał swoją Ŝonę, Ŝe naleŜy zmienić go na 
młodszego, mniej podejrzliwego lekarza? A jeśli tak, to 
co sprawiło, Ŝe Humbleby był niebezpieczny po 
upływie tak długiego czasu? To trudne pytanie. 

background image

Niełatwo teŜ powiązać z Hortonem przyczynę jego 
zgonu... ZakaŜenie krwi... 
Panna Pinkerton? Całkiem prawdopodobne. Horton ma 
samochód, który widziałem na własne oczy. Tego dnia 
nie było go w Wychwood... podobno pojechał na derby. 
Owszem, to moŜliwe. Czy Horton jest wyrachowanym 
mordercą? Chciałbym to wiedzieć... 
Luke spojrzał przed siebie i w zamyśleniu zmarszczył 
brwi. 
To jeden z nich... Nie sądzę, by zrobił to Ellsworthy, ale 
tego nie wykluczam! On jest najlepszym kandydatem! 
Thomas nie wchodziłby w rachubę, gdyby nie 
przyczyna zgonu doktora Humbleby. To zakaŜenie krwi 
wyraźnie wskazuje na mordercę, znającego się na 
medycynie! MoŜe Abbot? Poszlaki przeciwko niemu 
nie są przekonujące, ale jestem w stanie wyobrazić go 
sobie w tej roli... Tak, pasuje do niej bardziej niŜ inni. A 
moŜe Horton? Latami tyranizowany przez swoją Ŝonę, 
cierpiał na kompleks niŜszości... tak, to moŜliwe! Ale 
panna Waynflete tak nie uwaŜa, a jest osobą rozsądną i 
dobrze zna zarówno to miasteczko, jak i jego 
mieszkańców... 
Kogo podejrzewa? Abbota czy Thomasa? To musi być 
któryś z nich... Jeśli przyprę ją do muru, pytając wprost: 
"Który z nich jest mordercą?", moŜe uda mi się z niej to 
wyciągnąć. 
Ale ona moŜe się mylić. Nie ma sposobu sprawdzenia, 
czy ma rację... tak jak było w przypadku panny 
Pinkerton. Potrzebuję dowodów. Gdyby doszło do 

background image

jeszcze jednego wypadku... tylko jednego, 
wiedziałbym... 
Urwał z dreszczem przeraŜenia. 
- Mój BoŜe - wyszeptał. - PrzecieŜ domagam się jeszcze 
jednego morderstwa... 
 
XV 
NIESTOSOWNE ZACHOWANIE SZOFERA 
 
Luke, pijąc piwo w barze Siedem Gwiazd, czuł się 
nieco skrępowany. KaŜdy jego nawet najmniejszy ruch 
ś

ledziło sześć par zamglonych oczu, a gdy tylko wszedł, 

ucichły wszelkie rozmowy. Wygłosił kilka 
ogólnikowych uwag, dotyczących plonów, pogody czy 
zakładów piłkarskich, ale na Ŝadną nikt z obecnych nie 
zareagował. 
Pozostało md odgrywanie roli szarmanckiego 
męŜczyzny. Trafnie ocenił, Ŝe ładną, rumianą, 
ciemnowłosą barmanką jest panna Lucy Carter. 
Jego komplementy spotkały się z Ŝyczliwym 
przyjęciem. Panna Carter, chichocząc, zawołała: 
- Niech pan przestanie! Z pewnością pan tak nie myśli! 
To tylko gadanie! - i dorzuciła jeszcze kilka tego 
rodzaju wykrzykników. Ale robiła to najwyraźniej 
odruchowo. 
Widząc, Ŝe dalszy pobyt w barze nie przyniesie mu 
Ŝ

adnych korzyści, Luke dopił piwo i wyszedł. Ruszył 

ś

cieŜką w kierunku miejsca, w którym przez rzekę 

przerzucono kładkę. Kiedy stał, patrząc na nią, usłyszał 
za plecami drŜący męski głos: 

background image

- To tu, proszę pana, tu właśnie wpadł Harry. 
Luke odwrócił głowę i zobaczył jednego z niedawnych 
gości baru, który w sposób wyjątkowo obojętny odniósł 
się do kwestii plonów, pogody i zakładów piłkarskich. 
Teraz najwyraźniej zamierzał wprowadzić Luke'a w 
szczegóły tego makabrycznego wypadku. 
- Wpadł w muł - wyjaśnił stary wieśniak. - Prosto w 
błoto i ugrzązł w nim głową w dół. 
- To dziwne, Ŝe spadł właśnie w tym miejscu - 
powiedział Luke. 
- Był pijany - wyjaśnił stary ze zrozumieniem. 
- Tak, ale przecieŜ musiał wielokrotnie tędy przechodzić 
po pijanemu. 
- Prawie co wieczór. Harry zawsze był podpity. 
- MoŜe ktoś go popchnął - zasugerował Luke obojętnie. 
- Mogło tak być - przyznał wieśniak. - Ale nie mam 
pojęcia, kto by to zrobił. 
- Chyba miał paru wrogów. Podobno kiedy był pijany, 
zachowywał się ordynarnie, prawda? 
- AŜ przyjemnie było słuchać, jak przeklinał! Nie 
przebierał w słowach. Ale przecieŜ nikt nie popchnąłby 
pijanego. 
Luke nie oponował. Z pewnością wykorzystanie 
przewagi nad odurzonym alkoholem człowiekiem 
uchodziło za niezwykle niehonorowy postępek. 
Wieśniak wydawał się dość zgorszony takim pomysłem. 
- No cóŜ - powiedział Luke wymijająco - to smutna 
historia. 
- Nie dla jego Ŝony - oświadczył nieznajomy. - Myślę, 
Ŝ

e ona i Lucy nie mają powodu do smutku. 

background image

- MoŜe są ludzie, których jego śmierć ucieszyła?" 
Staruszek nie miał na ten temat sprecyzowanego zdania. 
- Być moŜe - powiedział. - Ale Harry nikomu nie 
szkodził. Tym epitafium ku czci świętej pamięci pana 
Cartera zakończyli rozmowę i rozstali się. 
Luke ruszył w kierunku starego dworu. Biura biblioteki 
zajmowały dwa pokoje od frontu. Poszedł na tył 
budynku, gdzie mieściło się muzeum. Przesuwał się od 
gablotki do gablotki, oglądając niezbyt fascynujące 
eksponaty. Trochę wyrobów garncarskich i monet z 
epoki rzymskiej. Kilka ciekawostek z Południowego 
Pacyfiku, malajskie nakrycia głowy. Rozmaite posąŜki 
hinduskich boŜków, które podarował major Horton, 
statuetka grubego Buddy o złośliwym wyrazie twarzy i 
wątpliwej autentyczności egipskie paciorki. 
Luke wrócił do hallu. Nie było tu Ŝywej duszy. Wszedł 
cicho po schodach. Na górze mieścił się skład 
czasopism i gazet oraz pokój wypełniony ksiąŜkami 
historycznymi. 
Wszedł na następne piętro. Tu znajdowały się - jak to 
określił w myślach - rupieciarnie. Wypchane, 
pogryzione przez mole ptaki, sterty podartych 
czasopism, przestarzałe powieści i ksiąŜki dla dzieci. 
Luke zbliŜył się do okna. Doszedł do wniosku, Ŝe 
właśnie tu musiał siedzieć Tommy Pierce. Zapewne 
pogwizdywał sobie wesoło, a od czasu do czasu, kiedy 
usłyszał czyjeś zbliŜające się kroki, przecierał 
energicznie szyby. 
Ktoś musiał wejść do pokoju. Tommy wychylił się do 
połowy na zewnątrz i, chcąc zademonstrować swą 

background image

gorliwość, z zapałem polerował szybę. Wtedy ten ktoś 
zbliŜył się do chłopca i, coś do niego mówiąc, mocno go 
popchnął. 
Luke odwrócił się. Zbiegł na dół i przez parę minut stał 
w hallu. Nikt nie zauwaŜył jego obecności w budynku. 
Nikt nie widział, jak wchodził na górę. 
- KaŜdy mógł to zrobić! - powiedział do siebie. - To 
najłatwiejsza rzecz na świecie! 
Usłyszał odgłos kroków zbliŜających się od strony 
biblioteki. PoniewaŜ nie miał nic na sumieniu, nie 
widział powodu, by się ukrywać. W przeciwnym razie z 
łatwością mógłby po prostu cofnąć się w głąb sali 
muzealnej! 
Z biblioteki wyszła panna Waynflete z kilkoma 
ksiąŜkami pod pachą. Wkładała rękawiczki. Wydawała 
się pełna radości i energii. Kiedy go dostrzegła, 
rozpromieniła się i zawołała: 
- Och, pan Fitzwilliam, czyŜby zwiedzał pan nasze 
muzeum? Niestety nie ma tam zbyt wielu ciekawych 
rzeczy. Lord Whitfield obiecuje, Ŝe zdobędzie dla nas 
kilka interesujących eksponatów. 
- Naprawdę? 
- Owszem, jakieś współczesne wynalazki. Takie, jakie 
mają w Muzeum Techniki w Londynie. Proponuje 
modele samolotu i parowozu oraz jakieś preparaty 
chemiczne. 
- Być moŜe dodadzą blasku waszym salom 
wystawowym. 
- Tak, moim zdaniem muzeum nie powinno zajmować 
się wyłącznie przeszłością. 

background image

- Chyba nie. 
- Obiecał równieŜ jakieś eksponaty związane z 
Ŝ

ywieniem, kaloriami i witaminami... wszelkie tego 

rodzaju rzeczy. Lord Whitfield jest zapalonym 
entuzjastą Kampanii na Rzecz Zdrowia. 
- Wspominał o tym któregoś wieczora. 
- To obecnie bardzo modny temat, prawda? Kiedy lord 
Whitfield opowiadał mi o swojej wizycie w Instytucie 
Wellermana, gdzie pokazano mu hodowle zarazków i 
bakterii, po prostu przeszył mnie dreszcz. Mówił teŜ o 
komarach, śpiączce afrykańskiej i o jakimś pasoŜycie 
wątroby, ale to było dla mnie zbyt trudne. 
- Zapewne było teŜ zbyt trudne dla lorda Whitfielda - 
powiedział Luke pogodnie. - ZałoŜę się, Ŝe wszystko 
pokręcił! Pani ma o wiele bardziej przenikliwy umysł 
niŜ on, panno Waynflete. 
- To uprzejme z pana strony, panie Fitzwilliam, ale 
obawiam się, Ŝe kobiety nie potrafią myśleć tak 
wnikliwie jak męŜczyźni - odparta spokojnie panna 
Waynflete. 
Luke stłumił chęć skrytykowania sposobu myślenia 
lorda Whitfielda. 
- Zajrzałem do muzeum - zaczął, zmieniając temat - a 
potem poszedłem na górę, Ŝeby obejrzeć to okno. 
- To, z którego Tommy... - Panna Waynflete zadrŜała. - 
To naprawdę przeraŜające. 
- Owszem, istotnie bardzo nieprzyjemna sprawa. 
Spędziłem mniej więcej godzinę w towarzystwie ciotki 
Amy, pani Church... niezbyt sympatyczna kobieta! 
- O, tak! 

background image

- W rozmowie z nią musiałem być dość stanowczy - 
powiedział Luke. - Ona chyba uwaŜa mnie za kogoś w 
rodzaju superpolicjanta. 
Zamilkł, widząc nagłą zmianę w wyrazie twarzy panny 
Waynflete. 
- Och, panie Fitzwilliam, czy sądzi pan, Ŝe to było 
rozsądne? 
- Sam nie wiem - odparł Luke. - Myślę, Ŝe to było po 
prostu nieuniknione. Mój kamuflaŜ stawał się coraz 
bardziej przejrzysty. Nie mogę dalej się nim 
posługiwać. Musiałem zadawać pytania, zmierzające do 
sedna sprawy. 
Panna Waynflete potrząsnęła głową. Na jej twarzy nadal 
malował się niepokój. 
- Widzi pan, w takim miasteczku jak to wiadomości 
rozchodzą się błyskawicznie. 
- To znaczy, Ŝe kiedy będę szedł ulicą, wszyscy 
zawołają: "O, idzie ten detektyw"? Nie sądzę, Ŝeby to 
miało teraz naprawdę istotne znaczenie. Zresztą, w ten 
sposób mogę więcej osiągnąć. 
- Nie to miałam na myśli. - Pannie Waynflete zabrakło 
tchu. - Chodzi mi o to, Ŝe on się dowie. I zda sobie 
sprawę, Ŝe jest pan na jego tropie. 
- Chyba tak - przyznał Luke z namysłem. 
- Czy pan nie rozumie, Ŝe to jest okropnie 
niebezpieczne? Potwornie! 
- Myśli pani, Ŝe... - Luke pojął w końcu, o co jej chodzi 
- morderca dobierze się do mnie? 
- Tak. 

background image

- Dziwne - mruknął Luke. - Nie przyszło mi to do 
głowy! Chyba jednak ma pani rację. No cóŜ, to byłaby 
najlepsza rzecz, jaka moŜe się wydarzyć. 
- Pan nie zdaje sobie sprawy - powiedziała panna 
Waynflete z przejęciem - Ŝe to niezwykle przebiegły 
męŜczyzna. A w dodatku bardzo ostroŜny! Proszę 
pamiętać, Ŝe ma spore doświadczenie... być moŜe nawet 
większe, niŜ nam się wydaje. 
- Tak, oczywiście - odparł Luke z zadumą. - To całkiem 
prawdopodobne. 
- Och, to wszystko mi się nie podoba! - zawołała panna 
Waynflete. - Jestem naprawdę zaniepokojona! 
- Proszę się nie martwić - powiedział Luke łagodnie. - 
Zapewniam panią, Ŝe będę miał się na baczności. 
Ograniczyłem listę podejrzanych. W kaŜdym razie 
wydaje mi się, Ŝe wiem, kto moŜe być mordercą... 
Panna Waynflete spojrzała na niego przenikliwym 
wzrokiem. Luke podszedł do niej bliŜej i zniŜył głos do 
szeptu. 
- Panno Waynflete, co by pani odpowiedziała, gdybym 
spytał, którego z dwóch męŜczyzn uwaŜa pani za 
bardziej odpowiedniego kandydata: doktora Thomasa 
czy pana Abbota? 
- Och... - jęknęła panna Waynflete, cofając się i kładąc 
dłoń na piersi. Kiedy podniosła wzrok, Luke dostrzegł 
w jej oczach intrygujący wyraz: zniecierpliwienia i 
czegoś jeszcze, czego nie był w stanie określić. - Nic nie 
powiem... - oznajmiła. 
Odwróciła się gwałtownie, wydając jakiś dziwny 
dźwięk, jakby westchnienie połączone z łkaniem. 

background image

- Idzie pani do domu? - spytał Luke z rezygnacją w 
głosie. 
- Nie, chcę zanieść te ksiąŜki pani Humbleby. Mieszka 
po drodze do rezydencji. MoŜemy kawałek pójść razem. 
- Z przyjemnością - powiedział Luke. 
Zeszli po schodach i skręcili w ścieŜkę biegnącą 
skrajem wiejskich błoni. 
Luke obejrzał się, by rzucić okiem na zarys 
majestatycznego budynku, z którego przed chwilą 
wyszli. 
- Za czasów pani ojca musiał to być wspaniały dom - 
zauwaŜył. Panna Waynflete westchnęła. 
- Tak, byliśmy tu bardzo szczęśliwi. Dziękuję Bogu, Ŝe 
nie został zdewastowany. Zrujnowano juŜ bardzo duŜo 
starych domów. 
- Wiem. To smutne. 
- A nowe nie są bynajmniej tak solidnie budowane. 
- Wątpię, by wytrzymały próbę czasu. 
- No, oczywiście, te nowe - powiedziała panna 
Waynflete - sprawiają znacznie mniej kłopotu. Nie 
trzeba wkładać w nie tak duŜo pracy ani szorować tych 
wielkich, przestronnych korytarzy. 
Luke przyznał jej rację. 
Kiedy dotarli do furtki domu doktora Humbleby'ego, 
panna Waynflete zawahała się, a potem powiedziała: 
- Jest taki piękny wieczór. Jeśli nie ma pan nic 
przeciwko temu, pójdę z panem jeszcze kawałek. 
Uwielbiam świeŜe powietrze. 
Luke, choć był nieco zaskoczony, odparł uprzejmie, Ŝe 
jej towarzystwo sprawi mu prawdziwą przyjemność. 

background image

Ten wieczór nie wydawał mu się bynajmniej piękny. 
Silny wiatr szarpał ze złością liście drzew. Luke miał 
wraŜenie, Ŝe lada chwila nadciągnie burza. 
JednakŜe panna Waynflete, która podąŜała obok niego, 
przytrzymując ręką kapelusz, i mówiła z trudem łapiąc 
oddech, wydawała się bardzo zadowolona ze spaceru. 
Szli boczną ścieŜką, poniewaŜ była to najkrótsza droga 
wiodąca od domu doktora Humbleby'ego do jednej z 
tylnych bram rezydencji, która róŜniła się od 
pozostałych, kutych w Ŝelazie bram. Jej piękne kolumny 
wieńczyły dwa ogromne, róŜowe, rzeźbione ananasy. 
Luke nie mógł zrozumieć, dlaczego wybrano właśnie te 
ozdoby! Domyślał się jednak, Ŝe dla lorda Whitfielda 
ananasy były symbolem elegancji i dobrego smaku. 
Kiedy zbliŜali się do bramy, dotarły do nich 
podniesione, gniewne głosy. W chwilę później ujrzeli 
lorda Whitfielda, stojącego twarzą w twarz z jakimś 
młodym męŜczyzną w uniformie szofera. 
- Wyrzucam cię z pracy! - wrzeszczał lord Whitfield. - 
Słyszysz? Jesteś zwolniony! 
- Niech pan mi daruje, milordzie... tylko ten jeden raz. 
- Nie, nie daruję! Wziąłeś mój samochód. Mój 
samochód, a w dodatku piłeś... tak, piłeś, nie 
zaprzeczaj! Powiedziałem wyraźnie, Ŝe są trzy rzeczy, 
których nie będę tolerował na terenie mojej posiadłości: 
pijaństwa, rozpusty i zuchwalstwa. 
Szofer nie był pijany, ale alkohol osłabił widocznie jego 
panowanie nad sobą, gdyŜ nagle zmienił ton. 
- Nie będziesz tolerował tego, nie będziesz tolerował 
tamtego, ty stary draniu! Twoja posiadłość! Wszyscy 

background image

dobrze wiedzą, Ŝe twój ojciec prowadził tu sklep z 
butami! Konamy ze śmiechu widząc, jak kroczysz 
dumnie niby napuszony paw! Kim ty właściwie jesteś? 
Nie jesteś lepszy niŜ ja... ot, czym jesteś. 
Lord Whitfield posiniał ze złości. 
- Jak śmiesz odzywać się do mnie w taki sposób? Jakim 
prawem? 
Młody męŜczyzna podszedł do niego bliŜej. 
- Gdybyś nie był taką wstrętną, nadętą, małą świnią, 
zdzieliłbym cię w szczękę... tak, walnąłbym cię. 
Lord Whitfield zrobił pospiesznie krok do tyłu, potknął 
się o korzeń i usiadł na ziemi. 
- Wynoś się stąd - powiedział szorstko Luke, 
podchodząc do szofera. 
Młody męŜczyzna odzyskał panowanie nad sobą. 
Wydawał się przeraŜony. 
- Przepraszam, sir. Nie wiem, co mnie opętało. 
- Moim zdaniem wypiłeś o kilka kieliszków za duŜo - 
powiedział Luke, podnosząc lorda Whitfielda. 
- Ja... przepraszam pana, milordzie - wyjąkał szofer. 
- PoŜałujesz tego, Rivers - warknął lord Whitfield, 
drŜącym z gniewu głosem. 
MęŜczyzna wahał się przez chwilę, a potem powoli 
odszedł, powłócząc nogami. 
- CóŜ za bezczelność! - wybuchnął lord Whitfield. - 
Odzywać się do mnie w taki sposób. Do mnie! Temu 
człowiekowi przytrafi się coś bardzo złego! śadnego 
szacunku... nie zna swojego miejsca. Kiedy pomyślę, co 
robię dla tych ludzi... zapewniam im dobre zarobki, 

background image

wszelkie wygody i emerytury. I spotyka mnie taka 
niewdzięczność... podła niewdzięczność... 
Zachłysnął się z podniecenia, a potem zauwaŜył pannę 
Waynflete, która stała w pobliŜu, nie odzywając się ani 
słowem. 
- To ty, Honorio? Jest mi niezmiernie przykro, Ŝe byłaś 
ś

wiadkiem tej haniebnej sceny. Język tego człowieka... 

- Niestety, zupełnie nie był sobą - powiedziała panna 
Waynflete, wyraźnie zgorszona zajściem. 
- Bo był pijany... po prostu pijany! 
- Tylko lekko podchmielony - wtrącił Luke. 
- Czy wiecie, co zrobił? - Lord Whitfield wodził 
wzrokiem po ich twarzach. - Wziął mój samochód... 
mój samochód! Nie przypuszczał, Ŝe wrócę tak prędko. 
Bridget zawiozła mnie do Lyne swoim sportowym 
wozem. A ten typ miał czelność zabrać jakąś 
dziewczynę... chyba Lucy Carter, na przejaŜdŜkę moim 
samochodem! 
- Postąpił nadzwyczaj niestosownie - powiedziała panna 
Waynflete. 
Lord Whitfield wydawał się trochę pocieszony. 
- No właśnie, prawda? 
- Z pewnością będzie tego Ŝałował. 
- Moja w tym głowa! 
- Został zwolniony z pracy - zauwaŜyła panna 
Waynflete. 
- On źle skończy - oznajmił lord Whitfield, potrząsając 
głową i wypinając dumnie pierś. - Wstąp do nas na 
kieliszek sherry, Honorio. 

background image

- Dziękuję, ale muszę zanieść te ksiąŜki pani Humbleby. 
Dobranoc, panie Fitzwilliam. Teraz juŜ nic panu nie 
grozi! 
Skinęła głową z uśmiechem i oddaliła się Ŝwawym 
krokiem. Tak bardzo przypominała niańkę, 
odprowadzającą dziecko na zabawę, Ŝe Luke'owi 
przyszła nagle do głowy myśl, która zaparła mu dech w 
piersiach. Zastanawiał się, czy to moŜliwe, Ŝe panna 
Waynflete towarzyszyła mu wyłącznie po to, by go 
chronić? Ten pomysł wydawał mu się absurdalny, ale... 
Z tych rozwaŜań wyrwał go głos lorda Whitfielda. 
- Honoria Waynflete jest niezwykle utalentowaną 
kobietą. 
- Na to wygląda. 
Lord Whitfield skierował się w stronę domu. Poruszał 
się dość sztywno, delikatnie rozcierając dłonią pośladki. 
Nagle zachichotał. 
- Kiedyś, przed laty byłem zaręczony z Honoria. Była 
ładna i nie taka chuda jak teraz. Dziś myśl o tym wydaje 
mi się zabawna. Jej rodzina naleŜała do miejscowej 
arystokracji. 
- Tak? 
Lord Whitfield zamyślił się. 
- Pułkownik Waynflete rządził całym miasteczkiem. 
Wszyscy musieli mu się nisko kłaniać. Był człowiekiem 
starej daty, dumnym jak wszyscy diabli. - Znów 
zachichotał. - Kiedy Honoria oznajmiła, Ŝe zamierza za 
mnie wyjść, doszło do okropnej awantury! UwaŜała się 
za osobę postępową. Opowiadała się za zniesieniem 
róŜnic klasowych. Była bardzo rozgarniętą dziewczyną. 

background image

- A rodzice kazali jej z panem zerwać? Lord Whitfield 
podrapał się po nosie. 
- No cóŜ... niezupełnie. Prawdę mówiąc, doszło między 
nami do drobnej sprzeczki. Chodziło ojej przeklętego 
ptaszka... przeraźliwie ćwierkającego kanarka. Nie 
znosiłem go. Przykra sprawa... skręciłem mu kark. Ale 
nie warto dłuŜej rozwodzić się na ten temat. 
Zapomnijmy o tym. - Otrząsnął się jak człowiek, który 
wyrzuca z pamięci nieprzyjemne wspomnienia. - Niech 
pan nie sądzi, Ŝe ona kiedykolwiek mi wybaczyła - 
powiedział łamiącym się głosem. - No cóŜ, być moŜe 
nie ma w tym nic dziwnego... 
- Przypuszczam, Ŝe jednak panu wybaczyła - pocieszył 
go Luke. 
Lord Whitfield wyraźnie się rozpromienił. 
- Naprawdę? Cieszy mnie to. Wie pan, darzę Honorię 
duŜym szacunkiem. Jest utalentowaną kobietą i w 
dodatku prawdziwą damą! To się liczy, nawet w 
dzisiejszych czasach. Wspaniale prowadzi naszą 
bibliotekę. - Podniósł wzrok i ton jego głosu nagle się 
zmienił. - Witaj! - zawołał. - Witaj, Bridget. 
 
XVI 
ANANAS 
 
Kiedy Bridget zbliŜała się do nich, Luke poczuł 
wewnętrzne napięcie. 
Od dnia rozgrywek tenisowych nie zamienił z nią ani 
słowa na osobności. Zgodnie unikali się nawzajem. 
Luke zerknął na nią ukradkiem. 

background image

Wydawała się irytująco spokojna, opanowana i 
obojętna. 
- Zaczęłam się juŜ zastanawiać, dlaczego tak długo nie 
wracasz, Gordon - powiedziała beztrosko. 
- Musiałem zrobić małe porządki! - odburknął lord 
Whitfield. - Ten typ, Rivers, ośmielił się wziąć rollsa 
dzisiaj po południu. 
- CóŜ za straszna obraza majestatu - mruknęła Bridget. 
- Nie powinnaś sobie z tego Ŝartować, Bridget. Sprawa 
jest powaŜna. On zabrał na przejaŜdŜkę jakąś 
dziewczynę. 
- Nie sądzę, by samotna przejaŜdŜka sprawiła mu 
przyjemność! 
Lord Whitfield wyprostował się. 
- Na terenie mojej posiadłości ja ustalam zasady 
moralne. 
- Zabranie dziewczyny na przejaŜdŜkę nie jest przecieŜ 
czynem niemoralnym. 
- Owszem, jest, jeśli w grę wchodzi mój samochód. 
- To, oczywiście, coś gorszego niŜ niemoralność! 
Graniczy wręcz ze świętokradztwem. Ale nie moŜesz 
całkowicie wyeliminować spraw seksu, Gordon. Mamy 
dziś pełnię księŜyca i noc świętojańską. 
- Na Jowisza, naprawdę? - zawołał Luke. 
- Zdaje się, Ŝe to cię zainteresowało - powiedziała 
Bridget, patrząc na niego. 
- Owszem. 
Bridget odwróciła się z powrotem do lorda Whitfielda. 
- Do gospody Pod Błazeńską Czapką przyjechały trzy 
niezwykłe osoby. Numer jeden - męŜczyzna w 

background image

okularach, szortach i rozkosznej jedwabnej koszuli 
koloru suszonej śliwki! Numer dwa - kobieta z 
kompletnie wyskubanymi brwiami, w sandałach i kusej 
sukience z falbankami, obwieszona sznurami 
sztucznych egipskich paciorków. Numer trzy - grubas w 
ubraniu koloru lawendy i takich samych butach. 
Podejrzewam, Ŝe są przyjaciółmi naszego pana 
Ellsworthy'ego! Autor kroniki towarzyskiej doniósłby: 
"KrąŜy pogłoska, Ŝe dzisiejszej nocy odbędzie się 
rozpustna zabawa na Łące Czarownic". 
- Nie dopuszczę do tego! - zawołał lord Whitfield, 
siniejąc ze złości. 
- Nie moŜesz temu zapobiec, kochanie. Łąka Czarownic 
jest własnością publiczną. 
- Nie Ŝyczę sobie, Ŝeby odbywały się tu te bezboŜne 
rytuały! Skomentuję to w "Scandals". - Milczał przez 
chwilę, a potem dodał: - Przypomnij mi, Ŝebym to 
zanotował i nakłonił Siddely'ego do napisania artykułu. 
Muszę jutro pojechać do miasta. 
- Kampania lorda Whitfielda przeciwko czarnej magii - 
powiedziała Bridget ironicznie. - W małym 
prowincjonalnym miasteczku nadal pokutują relikty 
ś

redniowiecznych zabobonów. 

Lord Whitfield spojrzał na nią ze zdumieniem, a potem 
odwrócił się i wszedł do domu. 
- Powinnaś lepiej wypełniać swoje obowiązki, Bridget! 
- zaŜartował Luke. 
- Co masz na myśli? 
- Szkoda byłoby, Ŝebyś straciła swoją posadę! Nie masz 
jeszcze w ręku tych stu tysięcy. Dotyczy to równieŜ 

background image

brylantów i pereł. Na twoim miejscu darowałbym sobie 
te sarkastyczne uwagi aŜ do wesela. 
Spojrzała na niego chłodno. 
- Jesteś taki troskliwy, Luke. To miło z twojej strony, Ŝe 
tak bardzo przejmujesz się moją przyszłością! 
- śyczliwość i rozwaga zawsze były moją mocną stroną. 
- Nie zauwaŜyłam tego. 
- Nie? Zaskakujesz mnie. 
- Co dzisiaj robiłeś? - spytała Bridget, zrywając liść z 
jakiegoś krzaka. 
- Wykonywałem zwykłe obowiązki detektywa. 
- Czy do czegoś doszedłeś? 
- Tak i nie, jak mawiają politycy. Á propos, czy masz w 
domu jakieś narzędzia? 
- Chyba tak. Jakiego rodzaju? 
- Och, jakieś małe i poręczne. Czy mógłbym je 
zobaczyć? 
Po dziesięciu minutach Luke miał juŜ w kieszeni 
wybrane przez siebie narzędzia. 
- To mi wystarczy - powiedział. 
- Czy zamierzasz włamać się do czyjegoś domu? 
- Być moŜe. 
- Jesteś strasznie tajemniczy. 
- No cóŜ, przecieŜ sytuacja aŜ jeŜy się od trudności. 
Znalazłem się w okropnym połoŜeniu. Sądzę, Ŝe po 
naszej drobnej utarczce w sobotę powinienem się stąd 
wynieść. 
- Owszem, gdybyś chciał zachować się jak dŜentelmeni 
- JednakŜe przeświadczenie, Ŝe trafiłem na świeŜy trop 
maniakalnego mordercy, zmusza mnie do pozostania. 

background image

Jeśli przyszedł ci do głowy jakiś przekonujący powód, 
dla którego miałbym opuścić wasz dom i zamieszkać w 
gospodzie Pod Błazeńską Czapką, to na litość boską, 
wyrzuć to z siebie. 
Bridget potrząsnęła głową. 
- To niemoŜliwe. PrzecieŜ jesteś moim kuzynem i tak 
dalej. Poza tym w gospodzie są tylko trzy gościnne 
pokoje, które zajmują obecnie przyjaciele pana 
Ellsworthy'ego. 
- Zatem jestem zmuszony zostać tutaj, nawet jeśli 
sprawi ci to przykrość. 
Bridget uśmiechnęła się do niego słodko. 
- Bynajmniej. Lubię towarzystwo adorujących mnie 
męŜczyzn. 
- To był... - zaczął Luke - cios poniŜej pasa. Uwielbiam 
w tobie to, Bridget, Ŝe nie masz w sobie cienia 
Ŝ

yczliwości. No, dobrze. Odrzucony adorator pójdzie 

teraz przebrać się do kolacji. 
Wieczór upłynął w spokoju. Luke zaskarbił sobie 
jeszcze większe uznanie lorda Whitfielda, słuchając z 
pozornym zainteresowaniem jego powtarzających się co 
dzień tyrad. 
- Długo was nie było - powiedziała Bridget, kiedy 
weszli do salonu. 
- Lord Whitfield mówił tak ciekawie, Ŝe czas upłynął 
nam błyskawicznie - wyjaśnił Luke. - Opowiadał mi o 
początkach swojej pierwszej gazety. 
- Te małe drzewka owocowe w doniczkach są po prostu 
cudowne - oznajmiła pani Anstruther. - Powinieneś 
posadzić je wzdłuŜ tarasu, Gordon. 

background image

Od tego momentu rozmowa potoczyła się zwykłym 
torem. Luke opuścił towarzystwo dość wcześnie. Nie 
połoŜył się jednak do łóŜka. Miał inne plany. Kiedy 
wybiła dwunasta, zszedł bezszelestnie po schodach, 
minął bibliotekę i przez okno wydostał się na zewnątrz. 
Nadal wiał porywisty wiatr, a jego gwałtowne 
podmuchy przeplatały się z krótkimi okresami ciszy. 
Pędzące po niebie chmury co chwila przesłaniały 
księŜyc, więc ziemia na przemian tonęła w ciemności 
lub w jasnej poświacie. 
Luke szedł do mieszkania pana Ellsworthy'ego okręŜną 
drogą. Widział szansę przeprowadzenia drobnego 
dochodzenia. Był pewny, Ŝe ten szczególny wieczór 
Ellsworthy spędza poza domem w towarzystwie swych 
przyjaciół. Z pewnością postanowili uczcić noc 
ś

więtojańską jakąś uroczystą ceremonią. Miał więc 

okazję, by przeszukać jego mieszkanie. 
Przeskoczył przez dwa murowane ogrodzenia, dotarł na 
tyły budynku i wyjął z kieszeni odpowiednie narzędzia. 
Znalazł okno kuchenne, które udało mu się wywaŜyć. 
W kilka minut później odsunął zapadkę, otworzył okno 
i wślizgnął się do środka. 
Miał w kieszeni latarkę. Zapalał ją na sekundę tylko 
wtedy, kiedy musiał oświetlić sobie drogę, by nie wpaść 
na jakiś mebel. 
Po piętnastu minutach przekonał się, Ŝe dom jest pusty. 
Z uśmiechem zadowolenia przystąpił do realizacji 
swego przedsięwzięcia. 
Przeszukał dokładnie wszystkie dostępne zakątki 
mieszkania. W zamkniętej na klucz szufladzie natrafił 

background image

na ukryte pod kilkoma niewinnymi akwarelami 
artystyczne szkice, na których widok uniósł brwi i 
gwizdnął. Korespondencja pana Ellsworthy'ego nie 
wniosła do sprawy nic nowego. Dokonał jednak 
ciekawego odkrycia na półce z ksiąŜkami. 
Znalazł trzy drobne, lecz interesujące przedmioty. 
Pierwszym z nich był notesik, w którym na dwa dni 
przed śmiercią chłopca ktoś nabazgrał ołówkiem: 
"Załatwić sprawę z Tommym Pierce'em". Drugim - 
naszkicowany pastelami portret Amy Gibbs, na której 
twarzy widniał wściekle czerwony krzyŜ. Trzecim - 
buteleczka syropu na kaszel. śaden z nich nie był 
rozstrzygającym dowodem, ale wszystkie razem 
wydawały się interesujące. 
Odkładając przedmioty na miejsce, Luke nagle 
zesztywniał i zgasił latarkę. 
Usłyszał zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. 
Podszedł do uchylonych drzwi pokoju i wyjrzał na 
korytarz. Miał nadzieję, Ŝe Ellsworthy pójdzie prosto na 
górę. 
Boczne drzwi otworzyły się i do domu wszedł 
Ellsworthy, zapalając po drodze światło w korytarzu. 
Kiedy Luke dostrzegł jego twarz, wstrzymał 
gwałtownie oddech. 
Ellsworthy zmienił się nie do poznania. Z pianą na 
ustach i dziwnym wyrazem obłędnej radości na twarzy 
przemierzał korytarz drobnymi, tanecznymi kroczkami. 
Luke'a najbardziej zaszokował widok jego rąk, 
pokrytych ciemnoczerwonymi plamami, 
przypominającymi barwą zaschniętą krew... 

background image

Ellsworthy zniknął na schodach. Zaraz potem na 
korytarzu zgasło światło. 
Luke odczekał chwilę, a potem ostroŜnie wymknął się 
do kuchni i wyślizgnął przez okno na zewnątrz. Spojrzał 
na dom, który tonął w ciemności i ciszy. 
- Mój BoŜe - szepnął, biorąc głęboki oddech - ten 
człowiek jest kompletnie obłąkany! Ciekawe, co robił? 
Przysiągłbym, Ŝe miał krew na rękach! 
Obszedł miasteczko i ruszył w kierunku Ashe Manor. 
Kiedy skręcał w boczną ścieŜkę, usłyszał nagle szelest 
liści i gwałtownie się odwrócił. 
- Kto tam? 
Zza drzewa wynurzyła się jakaś wysoka postać otulona 
ciemnym płaszczem. Wyglądała tak niesamowicie, Ŝe 
Luke'owi z przeraŜenia zamarło serce. Po chwili 
rozpoznał osłoniętą kapturem pociągłą, bladą twarz. 
- Bridget? Ale mnie przestraszyłaś! 
- Gdzie byłeś? - spytała ostro. - Widziałam, jak 
wychodziłeś z domu. 
- I śledziłaś mnie? 
- Nie. Byłeś zbyt daleko. Czekałam, aŜ będziesz wracał. 
- Postąpiłaś cholernie nierozsądnie - burknął Luke. 
- Gdzie byłeś? - powtórzyła z irytacją. 
- Zrobiłem nalot na dom pana Ellsworthy'ego! - 
wyjaśnił wesoło. Bridget wstrzymała oddech. 
- Czy... coś znalazłeś? 
- Sam nie wiem. Dowiedziałem się nieco więcej o tym 
ś

wintuchu, o jego zamiłowaniu do pornografii i tak 

dalej. Poza tym wpadły mi w ręce trzy przedmioty, 
które mogą być interesujące. 

background image

Bridget z uwagą wysłuchała szczegółowej opowieści 
Luke'a o wynikach jego poszukiwań. 
- Mimo wszystko to nie są zbyt przekonujące dowody - 
zakończył. - Posłuchaj, Bridget, kiedy zamierzałem juŜ 
wyjść, wrócił Ellsworthy. Zapewniam cię, Ŝe ten 
człowiek jest kompletnie obłąkany! 
- Naprawdę tak uwaŜasz? 
- Widziałem jego twarz... tego nie da się opisać! Bóg 
jeden wie, co on robił! Był w stanie obłędnego, 
delirycznego podniecenia. I miał poplamione ręce. 
Przysiągłbym, Ŝe to była krew. 
Bridget zadrŜała. 
- To przeraŜające... - wyszeptała. 
- Nie powinnaś była sama wychodzić z domu - 
powiedział Luke z gniewem. - To czyste szaleństwo. 
PrzecieŜ ktoś mógł roztrzaskać ci głowę. 
Bridget roześmiała się niepewnie. 
- Ciebie to równieŜ dotyczy, mój drogi. 
- Ja potrafię o siebie zadbać. 
- Ja teŜ jestem w tym dobra. Niełatwo zrobić mi 
krzywdę. Zerwał się silny, porywisty wiatr. 
- Zdejmij ten kaptur - zaŜądał nagle Luke. 
- Po co? 
Luke gwałtownym ruchem zdarł z niej płaszcz. Wiatr 
rozwiał jej włosy. Patrzyła na niego, z trudem łapiąc 
oddech. 
- Bezwzględnie brak ci miotły, Bridget - powiedział. - 
Takie właśnie odniosłem wraŜenie, kiedy ujrzałem cię 
po raz pierwszy. - Przyglądał jej się przez chwilę, a 
potem dodał: - Jesteś okrutną diablicą. 

background image

Z głębokim westchnieniem zniecierpliwienia rzucił 
płaszcz w jej kierunku. 
- WłóŜ go. Wracamy do domu. 
- Zaczekaj... 
- Dlaczego? Podeszła do niego bliŜej. 
- PoniewaŜ mam ci coś do powiedzenia - zaczęła 
urywanym szeptem. - Dlatego właśnie czekałam na 
ciebie tutaj... a nie w rezydencji. Chciałam ci to 
powiedzieć teraz... zanim wejdziemy do środka... na 
teren posiadłości Gordona... 
- Słucham? 
Wydała z siebie krótki, szyderczy śmiech. 
- Och, to całkiem proste. Wygrałeś, Luke. To wszystko! 
- Co masz na myśli? - spytał ostro. 
- Nie zamierzam juŜ zostać lady Whitfield. 
- Naprawdę? - spytał, podchodząc do niej bliŜej. 
- Owszem, Luke. 
- Wyjdziesz za mnie? 
- Tak. 
- Ciekaw jestem, dlaczego? 
- Sama nie wiem. Mówisz mi takie okropne rzeczy... a 
ja chyba to lubię... 
Wziął ją w ramiona i pocałował. 
- Ten świat jest kompletnie zwariowany! 
- Czy jesteś szczęśliwy, Luke? 
- Nieszczególnie. 
- Czy sądzisz, Ŝe kiedykolwiek będziesz ze mną 
szczęśliwy? 
- Nie mam pojęcia. Ale zaryzykuję. 
- Tak... czuję to samo... Luke wziął ją pod rękę. 

background image

- Zachowujemy się dość dziwnie, kochanie. Chodź. 
MoŜe rano odzyskamy rozum. 
- Tak... niezbadane są koleje losu... - Spojrzała pod nogi 
i zatrzymała się gwałtownie. - Luke... Luke... co to 
jest...? 
KsięŜyc właśnie wyłonił się zza chmury. Luke dojrzał 
obok drŜącej stopy Bridget jakiś niewyraźny kształt. 
Z okrzykiem zdumienia wysunął rękę spod ramienia 
Bridget i przyklęknął. Potem spojrzał na kolumnę 
bramy. Ananas zniknął. 
Podniósł się szybko. Bridget stała nieruchomo, 
przyciskając dłonie do ust. 
- To szofer... Rivers - powiedział Luke. - Nie Ŝyje... 
- Ta okropna, kamienna rzeźba była od pewnego czasu 
obluzowana. .. pewnie wiatr zwalił ją na niego. 
Luke potrząsnął głową. 
- To nie wiatr... Och! To miało wyglądać na kolejny 
nieszczęśliwy wypadek! Ale to tylko pozory. To znów 
ten morderca... 
- Nie... nie, Luke. 
- Zapewniam cię, Ŝe to on. W lepkiej papce na jego 
potylicy wyczułem ziarenka piasku. A przecieŜ tu w 
pobliŜu nie ma piasku. Mówię ci, Bridget... ktoś zaczaił 
się na niego obok tej bramy i zdzielił w głowę, kiedy 
koło niego przechodził w drodze do swojego domku. 
Potem połoŜył ciało na ziemi i zepchnął na nie tego 
kamiennego ananasa. 
- Luke... masz krew na rękach... - wyjąkała Bridget 
słabym głosem. 

background image

- Ktoś inny teŜ miał krew na rękach - powiedział Luke 
posępnie. - Wiesz, co dziś po południu przyszło mi do 
głowy... Ŝe gdyby popełniono jeszcze jedną zbrodnię, z 
pewnością wiedzielibyśmy, kto jest mordercą. I wiemy! 
Ellsworthy! Cały wieczór spędził poza domem, a kiedy 
wrócił, pląsał i podrygiwał jak opętany.... miał ręce 
poplamione krwią... i wyraz twarzy maniakalnego 
mordercy... 
Bridget opuściła wzrok i zadrŜała. 
- Biedny Rivers... - wyszeptała. 
- Tak, biedny - przytaknął Luke ze współczuciem. - 
Miał cholernego pecha. Ale na tym koniec, Bridget! 
Teraz wszystko juŜ wiemy i dopadniemy go! 
ZauwaŜył, Ŝe Bridget nagle się zachwiała, więc 
podbiegł do niej, by ją podtrzymać. 
- Luke, jestem przeraŜona... - wyjąkała dziecinnym 
głosem. 
- JuŜ po wszystkim, kochanie - uspokajał ją Luke. - JuŜ 
po wszystkim... 
- Bądź dla mnie dobry... proszę. Tyle razy mnie w Ŝyciu 
zraniono. 
- Raniliśmy się nawzajem, ale to się juŜ nigdy nie 
powtórzy. 
 
XVII 
ROZMOWA Z LORDEM WHITFIELDEM 
 
- To niezwykłe - powiedział doktor Thomas, 
spoglądając na Luke'a, który siedział po drugiej stronie 

background image

biurka w jego gabinecie lekarskim. - Naprawdę 
niezwykłe! Mówi pan powaŜnie, panie Fitzwilliam? 
- Najzupełniej. Z całym przekonaniem twierdzę, Ŝe 
Ellsworthy jest niebezpiecznym szaleńcem. 
- Nie zwracałem szczególnej uwagi na tego człowieka. 
Muszę jednak przyznać, Ŝe nie jest on chyba całkiem 
zdrowy psychicznie. 
- Osobiście określiłbym to znacznie dosadniej - 
oświadczył Luke ponuro. 
- Naprawdę wierzy pan, Ŝe ten Rivers został 
zamordowany? 
- Tak. Czy zauwaŜył pan w ranie ziarenka piasku? 
Doktor Thomas kiwnął potakująco głową. 
- Kiedy powiedział mi pan o swoim spostrzeŜeniu, 
obejrzałem ją bardzo dokładnie. Muszę przyznać, Ŝe 
miał pan rację. 
- To wyraźnie dowodzi, Ŝe wypadek został 
upozorowany, a ten człowiek zginął od uderzenia 
woreczkiem z piaskiem... albo przynajmniej został nim 
ogłuszony. 
- Niekoniecznie. 
- Co pan chce przez to powiedzieć? 
Doktor Thomas usiadł wygodniej i splótł dłonie. 
- Przypuśćmy, Ŝe w ciągu dnia Rivers leŜał na jakimś 
piaszczystym skrawku ziemi, których jest sporo w tych 
stronach. To by tłumaczyło obecność ziarenek piasku w 
jego włosach. 
- Człowieku, zapewniam pana, Ŝe został zamordowany! 
- Pańskie zapewnienia jeszcze niczego nie dowodzą - 
odparł doktor Thomas oschle. 

background image

- Pan chyba nie wierzy w ani jedno moje słowo - 
powiedział Luke, z trudem opanowując rozdraŜnienie. 
- Musi pan przyznać, panie Fitzwilliam, Ŝe to dość 
nieprawdopodobna historia - odparł doktor Thomas z 
pobłaŜliwym uśmiechem. - Utrzymuje pan, Ŝe 
Ellsworthy zamordował pokojówkę, małego chłopca, 
pijanego oberŜystę, mojego wspólnika, a teraz tego 
Riversa. 
- A pan w to nie wierzy? 
Doktor Thomas wzruszył ramionami. 
- Wiem co nieco na temat przypadku doktora 
Humbleby'ego. Moim zdaniem to absolutnie 
wykluczone, Ŝeby Ellsworthy mógł spowodować jego 
ś

mierć, a pan nie ma Ŝadnych przekonujących 

dowodów, Ŝe to zrobił. 
- Nie mam pojęcia, jak zdołał tego dokonać - przyznał 
Luke - ale to wszystko pasuje do relacji panny 
Pinkerton. 
- Twierdzi pan równieŜ, Ŝe Ellsworthy podąŜył za nią do 
Londynu i przejechał ją samochodem. I tym razem nie 
ma pan na to ani cienia dowodu! No cóŜ, cała ta sprawa 
wydaje się po prostu fantazją! 
- Skoro juŜ wiem, jak wygląda sytuacja, muszę zdobyć 
dowody - powiedział Luke ostro. - Jutro jadę do 
Londynu na spotkanie z moim starym przyjacielem. 
Dwa dni temu przeczytałem w gazecie, Ŝe został 
mianowany zastępcą komisarza policji. Dobrze mnie 
zna, więc wysłucha uwaŜnie tego, co mam mu do 
powiedzenia. Jestem pewny, Ŝe zarządzi w tej sprawie 
drobiazgowe śledztwo. 

background image

Doktor Thomas z zadumą pogładził się po brodzie. 
- No, dobrze... to niewątpliwie wiele wyjaśni. Jeśli się 
okaŜe, Ŝe popełnił pan błąd... 
- Więc pan stanowczo nie wierzy w ani jedno moje 
słowo? 
- W seryjne morderstwa? - Doktor Thomas uniósł brwi. 
- Szczerze mówiąc, panie Fitzwilliam, nie wierzę. Cała 
ta sprawa jest zbyt fantastyczna. 
- Fantastyczna? Być moŜe. Ale musi pan przyznać, Ŝe 
trzyma się kupy. O ile się przyjmie, Ŝe wersja panny 
Pinkerton jest zgodna z prawdą. 
Doktor Thomas potrząsnął głową i znów lekko się 
uśmiechnął. 
- Gdyby pan znał te stare panny tak dobrze jak ja... - 
mruknął. Luke wstał, starając się zapanować nad 
irytacją. 
- Tak czy owak, pańskie nazwisko pasuje do pana - 
powiedział. - Jest pan niewątpliwie niewiernym 
Tomaszem! 
- Niech pan mi dostarczy kilku dowodów, przyjacielu - 
odparł Thomas z rozbawieniem. - To wszystko, o co 
proszę. Nie akceptuję rozwlekłej, melodramatycznej 
historyjki, opartej na domysłach jakiejś starszej pani. 
- Domysły starszych pań niejednokrotnie się 
sprawdzały. Moja ciotka Mildred była wprost 
niesamowita! Czy ma pan jakieś ciotki, doktorze? 
- Nie. 
- To wielki błąd! - powiedział Luke. - KaŜdy człowiek 
powinien mieć ciotki. Są przykładem triumfu sfery 
domysłów nad logiką. Ciotki często wiedzą, Ŝe pan A. 

background image

jest oszustem, poniewaŜ przypomina im pewnego 
nieuczciwego lokaja, który kiedyś u nich słuŜył. Inni, 
rozsądni ludzie twierdzą, Ŝe taki zacny człowiek jak pan 
A. nie moŜe być oszustem. Ale te starsze panie zawsze 
mają rację. 
Doktor Thomas znów uśmiechnął się pobłaŜliwie. 
- Czy nie rozumie pan, Ŝe jestem policjantem, a nie 
kompletnym amatorem? - spytał Luke z rosnącym 
rozdraŜnieniem. 
- W Mayang Straits! - mruknął doktor Thomas z 
uśmiechem. 
- Zbrodnia jest zbrodnią, nawet w Mayang Straits. 
- AleŜ oczywiście. 
Luke opuścił gabinet doktora Thomasa, z trudem 
tłumiąc gniew. 
- No, jak ci poszło? - spytała Bridget, kiedy do niej 
podszedł. 
- Nie uwierzył mi - odparł Luke. - Ale po namyśle 
dochodzę do wniosku, Ŝe nie jest to bynajmniej 
zaskakujące. To fantastyczna historia bez Ŝadnych 
dowodów. Doktor Thomas zdecydowanie nie jest typem 
człowieka, który wierzy w nieprawdopodobne historie! 
- Czy ktokolwiek inny ci uwierzy? 
- Pewnie nie, ale kiedy jutro spotkam się ze starym 
Billym Bonesem, sprawa ruszy z miejsca. Sprawdzą 
naszego długowłosego przyjaciela Ellsworthy'ego i w 
końcu do czegoś dojdą. 
- Czy nie przedwcześnie odkrywamy nasze karty? - 
spytała Bridget z zadumą. 

background image

- Zostaliśmy do tego zmuszeni. Nie moŜemy... po prostu 
nie wolno nam dopuścić do kolejnych morderstw. 
Bridget zadrŜała. 
- Na miłość boską, Luke, bądź ostroŜny. 
- Przez cały czas zachowuję ostroŜność. Nie spaceruję 
w pobliŜu bram ozdobionych kamiennymi ananasami, 
unikam po zmroku samotnych spacerów po lesie, 
uwaŜam, co jem i co piję. Znam się na tym. 
- Okropna jest świadomość, Ŝe ktoś zamierza cię zabić. 
- Byleby tylko nie zamierzał zabić ciebie, kochanie. 
- Być moŜe zagraŜa to równieŜ mnie. 
- Nie sądzę. Ale nie chcę ryzykować! Czuwam nad tobą 
jak staroświecki anioł stróŜ. 
- Czy nie powinniśmy zawiadomić tutejszej policji? 
Luke zastanawiał się przez chwilę. 
- Nie. Myślę, Ŝe lepiej zwrócić się wprost do Scotland 
Yardu. 
- Tak właśnie uwaŜała panna Pinkerton - mruknęła 
Bridget. 
- Owszem, ale ja będę się miał na baczności. 
- Wiem, co jutro zrobię - oznajmiła Bridget. - Zmuszę 
Gordona, Ŝeby poszedł coś kupić w sklepie tej kanalii. 
- śeby się w ten sposób upewnić, Ŝe nasz kochany pan 
Ellsworthy nie czatuje na mnie na schodach Whitehall? 
- O to mi właśnie chodzi. 
- A w sprawie Whitfielda... - zaczął Luke z 
zakłopotaniem. 
- OdłóŜmy to do twojego powrotu z Londynu - odparła 
pospiesznie Bridget. - Wtedy wszystko załatwimy. 
- Czy myślisz, Ŝe bardzo się przejmie? 

background image

- No cóŜ... - Bridget przez chwilę rozwaŜała w myślach 
tę kwestię. - Będzie rozdraŜniony. 
- RozdraŜniony? Na Boga! Czy to nie jest zbyt łagodne 
określenie? 
- Nie. Widzisz, Gordon nie lubi być rozdraŜniony. To 
wyprowadza go z równowagi! 
- Czuję się w całej tej sprawie dość niezręcznie - wyznał 
Luke. 
To uczucie dominowało w jego umyśle, kiedy tego 
wieczora przygotowywał się do wysłuchania po raz 
dwudziesty opowieści lorda Whitfielda o samym sobie. 
Musiał przyznać, Ŝe ukradzenie narzeczonej 
człowiekowi, który gości go w swym domu, jest 
łajdactwem. Nadal jednak uwaŜał, Ŝe taki pompatyczny, 
napuszony błazen jak lord Whitfield nie powinien nawet 
marzyć o Bridget! 
Tak bardzo jednak dręczyły go wyrzuty sumienia, Ŝe 
słuchał wynurzeń lorda Whitfielda ze szczególną uwagą 
i w rezultacie zrobił na swym gospodarzu niezwykle 
korzystne wraŜenie. 
Lord Whitfield był tego wieczora w wyśmienitym 
nastroju. Śmierć byłego szofera wcale go nie 
przygnębiła, a nawet poprawiła mu humor. 
- Mówiłem, Ŝe ten człowiek źle skończy - oznajmił 
triumfalnie, unosząc kieliszek porto do światła i patrząc 
przez szkło przymruŜonymi oczami. - Czy nie 
powiedziałem tak wczoraj wieczorem? 
- Owszem, istotnie, sir. 
- I miałem rację! To zdumiewające, jak często mam 
rację! 

background image

- To musi być dla pana wspaniałe uczucie - powiedział 
Luke. 
- Miałem naprawdę cudowne Ŝycie... tak cudowne! 
Moja droga była usłana róŜami. Zawsze głęboko 
wierzyłem w Opatrzność. Na tym polega cała tajemnica, 
Fitzwilliam. 
- Tak? 
- Jestem człowiekiem religijnym. Wierzę w dobro, zło i 
w wiekuistą sprawiedliwość. Nie ma najmniejszej 
wątpliwości, Fitzwilliam, Ŝe istnieje coś takiego jak 
sprawiedliwość boska! 
- Ja równieŜ wierzę w sprawiedliwość - powiedział 
Luke. 
Lord Whitfield, jak zwykle, nie był zainteresowany tym, 
w co wierzą inni. 
- Postępuj uczciwie wobec swego Stwórcy, a Stwórca 
będzie postępował uczciwie wobec ciebie! Zawsze 
byłem przyzwoitym człowiekiem. Dawałem pieniądze 
na cele dobroczynne i uczciwie dorobiłem się swego 
majątku. Wszystko osiągnąłem własnymi siłami! 
Zapewne pamięta pan, Ŝe kiedy biblijni patriarchowie 
zaczynali dobrze prosperować, ich trzody się 
powiększały, a ich wrogów dosięgała kara! 
- Tak, istotnie - przyznał Luke z trudem tłumiąc 
ziewnięcie. 
- To nadzwyczajne... i godne uwagi - powiedział lord 
Whitfield - Ŝe wrogów przyzwoitego człowieka dosięga 
zły los! Na przykład wczoraj. Ten typ mi ubliŜa... nawet 
posuwa się tak daleko, by podnieść na mnie rękę. I co 
się dzieje? Gdzie jest dzisiaj? - Przerwał na chwilę 

background image

swoją tyradę, a potem uroczystym tonem sam 
odpowiedział na swoje pytanie: - Nie Ŝyje! Dosięgną! 
go gniew boŜy! 
- To chyba niewspółmiernie wysoka kara za kilka 
nierozwaŜnych słów, które wypowiedział wypiwszy o 
jedną szklankę za duŜo - powiedział Luke, z trudem 
unosząc powieki. 
Lord Whitfield potrząsnął głową. 
- Zawsze tak się dzieje! Kara jest szybka i okrutna. 
Moje twierdzenie oparte jest na źródłach. Jak pan 
zapewne pamięta, niedźwiedzie poŜarły dzieci, które 
wyśmiewały się z proroka Elizeusza. Taki jest naturalny 
porządek rzeczy. 
- Zawsze uwaŜałem, Ŝe i ta kara była niewspółmiernie 
wysoka. 
- Nie, nie. Patrzy pan na to ze złego punktu widzenia. 
Elizeusz był wielkim i świętym człowiekiem. Nikt nie 
miał prawa z niego drwić i Ŝyć dalej! Ja to rozumiem, 
bo znam to z własnego doświadczenia! 
Luke spojrzał na niego ze zdziwieniem. 
- Początkowo nie mogłem w to uwierzyć - powiedział 
lord Whitfield półgłosem. - Ale działo się tak za 
kaŜdym razem! Moi wrogowie i oszczercy zostali 
pognębieni i wytępieni. 
- Wytępieni? 
Lord Whitfield kiwnął głową i wypił łyk porto. 
- Jeden po drugim. Weźmy na przykład tego chłopca. 
Natknąłem się na niego w moim ogrodzie... wówczas u 
mnie pracował. Czy wie pan, co on robił? Przedrzeźniał 
mnie... MNIE! Wyśmiewał się ze mnie! Kroczył 

background image

dumnie jak paw tam i z powrotem na oczach 
zgromadzonych gapiów. Kpił ze mnie na terenie mojej 
własnej posiadłości! Wie pan, co mu się przydarzyło? 
W niecałe dziesięć dni później wypadł z okna i zginął 
na miejscu! Potem ten łotr, Carter... pijak i oszczerca. 
Przyszedł tu kiedyś i zaczął mnie lŜyć. Co się z nim 
stało? W tydzień później juŜ nie Ŝył. Utonął w rzecznym 
mule. Później ta pokojówka... Odszczekiwała mi się 
podniesionym głosem. Wkrótce spotkała ją zasłuŜona 
kara. Przez pomyłkę wypiła truciznę! Mógłbym 
przytoczyć panu znacznie więcej takich przykładów. 
Humbleby ośmielił mi się sprzeciwić w sprawie 
systemu nawadniania. Umarł na zakaŜenie krwi. Och, to 
ciągnie się od wielu lat... na przykład pani Horton 
zachowywała się wobec mnie obraźliwie i niebawem 
zeszła z tego świata. - Przerwał i wychyliwszy się do 
przodu, podał swemu gościowi karafkę z porto. - Tak - 
mruknął. - Wszyscy nie Ŝyją. To zdumiewające, 
prawda? 
Luke spojrzał na niego uwaŜnie. Nagle przyszło mu do 
głowy potworne, niewiarygodne podejrzenie! Ujrzał w 
zupełnie nowym świetle tego niskiego, tłustego 
męŜczyznę, który siedział u szczytu stołu i patrzył na 
niego z triumfalnym uśmiechem. 
Przez umysł Luke'a przemknęły chaotyczne 
wspomnienia. Przypomniał sobie słowa majora 
Hortona: "Lord Whitfield zachował się bardzo 
Ŝ

yczliwie. Przysłał winogrona i brzoskwinie z własnej 

oranŜerii". To właśnie miłosierny lord Whitfield 
zlitował się nad Tommym Pierce'em i pozwolił go 

background image

zatrudnić przy myciu okien w bibliotece. To lord 
Whitfield, na krótko przed śmiercią doktora 
Humbleby'ego, odwiedził Instytut Wellermana Kreutza, 
zajmujący się wytwarzaniem surowicy i hodowlą 
bakterii. Wszystko wskazuje na jednego człowieka, 
którego on jak skończony głupiec nawet nie 
podejrzewał... 
Na twarzy lorda Whitfielda nadal malował się radosny, 
niczym nie zmącony uśmiech. 
- Oni wszyscy umierają - oznajmił, kiwając znacząco 
głową. 
 
XVIII 
KONFERENCJA W LONDYNIE 
 
Sir William Ossington, którego serdeczni koledzy z 
dawnych lat nazywali Billy Bones*, spojrzał z 
niedowierzaniem na swojego przyjaciela. 
- Czy nie dość miałeś zbrodni w Mayang? - spytał z 
niedowierzaniem. - Czy wróciłeś do domu, Ŝeby 
wykonywać za nas robotę? 
- W Mayang nie zdarzały się seryjne zbrodnie - 
oznajmił Luke. - Teraz mam do czynienia z 
człowiekiem, który popełnił co najmniej sześć 
morderstw, a nikt go nawet nie podejrzewa! 
Sir William westchnął. 
- To się zdarza. Czy mordował swoje Ŝony? 
- Nie, nie jest tego typu człowiekiem. Nie uwaŜa się 
jeszcze za Boga, ale niebawem to nastąpi. 
- Szaleniec? 

background image

- Och, bezsprzecznie. 
- Ach! Ale zapewne nie został oficjalnie uznany za 
człowieka obłąkanego. A to, jak wiesz, stanowi róŜnicę. 
- Jestem pewien, Ŝe zdaje sobie sprawę z charakteru 
swoich czynów i z moŜliwych konsekwencji - oznajmił 
Luke. 
- No właśnie - przyznał Billy Bones. 
- No cóŜ, nie zagłębiajmy się w zawiłości proceduralne. 
Nie doszliśmy jeszcze do tego etapu. I być moŜe nigdy 
nam się to nie uda. Chcę od ciebie, przyjacielu, tylko 
kilku faktów. W dniu derbów, między piątą a szóstą po 
południu doszło do ulicznego wypadku. Samochód 
przejechał na Whitehall pewną starszą panią i nie 
zatrzymał się. Nazywała się Lavinia Pinkerton. Chcę, 
Ŝ

ebyś wygrzebał wszystkie moŜliwe szczegóły 

dotyczące tej sprawy. 
- Mogę je dla ciebie zaraz zdobyć - obiecał sir William 
z westchnieniem. - Dwadzieścia minut powinno mi na 
to wystarczyć. 
Dotrzymał słowa. W niespełna dwadzieścia minut 
później Luke rozmawiał z oficerem policji 
prowadzącym tę sprawę. 
- Owszem, sir, pamiętam szczegóły. Większość z nich 
spisałem na tej kartce. - Luke uwaŜnie przeczytał jego 
notatki. - Wszczęto dochodzenie. Koronerem był pan 
Satcherverell. Wina kierowcy samochodu nie ulega 
wątpliwości. 
- Czy udało wam się go znaleźć? 
- Nie, sir. 
- Jakiej marki był ten samochód? 

background image

- Prawie na pewno duŜy rolls, którego prowadził szofer. 
Wszyscy świadkowie zajścia są co do tego jednomyślni. 
Większość ludzi wie, jak wygląda rolls. 
- Nie macie numerów rejestracyjnych? 
- Nie, niestety nikt nie zwrócił na nie uwagi. Ktoś nam 
podał numer FZX 4498, ale to nie był właściwy numer. 
Jakaś kobieta zauwaŜyła go i wspomniała o tym innej 
kobiecie, która z kolei przekazała go mnie. Nie wiem, 
czy ta druga kobieta błędnie go zapisała, ale tak czy 
owak nie był to właściwy numer. 
- Skąd pan o tym wie? - spytał Luke ostro. 
Młody oficer uśmiechnął się szeroko. 
- FZX 4498 to numer samochodu lorda Whitfielda. W 
owym czasie stał zaparkowany przed Boomington 
House, a szofer jadł podwieczorek. Ma doskonałe alibi. 
Co do niego nie mamy Ŝadnych wątpliwości, a 
samochód odjechał sprzed budynku dopiero o 6.30, 
kiedy jego lordowska mość stamtąd wyszedł. 
- Rozumiem - powiedział Luke. 
- Niestety, stało się to, co zwykle, sir - rzekł oficer z 
westchnieniem. - Połowa świadków zniknęła, zanim 
komisarz zdąŜył dotrzeć na miejsce wypadku i zebrać 
szczegółowe informacje. 
Sir William kiwnął potakująco głową. 
- Przypuszczamy, Ŝe musiał to być podobny numer i Ŝe 
zaczynał się prawdopodobnie od dwóch czwórek. 
Robiliśmy, co w naszej mocy, ale nie trafiliśmy na trop 
Ŝ

adnego samochodu. Wszyscy właściciele samochodów 

o podobnych numerach mieli przekonujące alibi. 

background image

Sir William spojrzał na Luke'a pytającym wzrokiem. 
Luke potrząsnął głową. 
- Dziękuję, Bonner, to wszystko - powiedział sir 
William. Kiedy oficer wyszedł z pokoju, Billy Bones 
znów spojrzał pytająco na Luke'a. 
- O co tu chodzi, Fitz? 
Luke westchnął. 
- Wszystko się zgadza. Lavinia Pinkerton przyjechała 
do Londynu, Ŝeby opowiedzieć bystrym pracownikom 
Scotland Yardu o perfidnym mordercy. Nie wiem, 
czybyście jej wysłuchali... pewnie nie... 
- Moglibyśmy to zrobić - odparł sir William. - Wiele 
informacji dociera do nas w taki właśnie sposób. Nigdy 
nie lekcewaŜymy pogłosek ani plotek. 
- Tak teŜ zapewne rozumował morderca. Nie chciał 
ryzykować, więc zabił Lavinię Pinkerton. I choć jakaś 
kobieta była na tyle spostrzegawcza, by zapamiętać 
numer jego samochodu, nikt jej nie uwierzył. 
Billy Bones podskoczył na swym krześle. 
- Nie myślisz chyba... 
- Owszem, myślę. ZałoŜę się, o co zechcesz, Ŝe to lord 
Whitfield ją przejechał. Nie mam pojęcia, jak tego 
dokonał. Szofer jadł podwieczorek. Lord musiał więc 
wymknąć się z budynku, zabierając ze sobą jego 
czapkę. Ale zrobił to, Billy! 
- NiemoŜliwe! 
- Owszem, moŜliwe. O ile mi wiadomo, lord Whitfield 
popełnił co najmniej siedem morderstw, a moŜe 
znacznie więcej. 
- NiemoŜliwe - powtórzył sir William. 

background image

- Mój drogi, on niemal chełpił się tym przede mną 
wczoraj wieczorem! 
- Więc jest szalony? 
- Owszem, ale to przebiegły typ. Musicie zachować 
ostroŜność. Nie moŜe się dowiedzieć, Ŝe go 
podejrzewamy. 
- Nie do wiary... - mruknął Billy Bones. 
- Ale to prawda! - zawołał Luke, kładąc dłoń na 
ramieniu przyjaciela. - Posłuchaj, Billy, stary druhu, 
musimy wreszcie się do tego zabrać. Oto fakty. 
Odbyli długą i wyczerpującą rozmowę. 
Nazajutrz wczesnym rankiem Luke wrócił do 
Wychwood. Mógł przyjechać poprzedniego wieczora, 
ale w zaistniałych okolicznościach nie chciał spędzać 
nocy pod dachem lorda Whitfielda i korzystać z jego 
gościnności. 
Jadąc przez Wychwood zatrzymał się przed domem 
panny Waynflete. Pokojówka, która otworzyła mu 
drzwi, spojrzała na niego ze zdumieniem. Potem 
wprowadziła go do małej jadalni, w której panna 
Waynflete siedziała przy śniadaniu. 
Lekko zdziwiona, wstała od stołu, by go powitać. 
- Przepraszam, Ŝe przeszkadzam o tej porze - 
powiedział Luke, nie tracąc czasu. 
Obejrzał się za siebie. Pokojówka wyszła z pokoju, 
zamykając za sobą drzwi. 
- Chciałbym o coś panią spytać, panno Waynflete. To 
sprawa dość osobista, ale myślę, Ŝe wybaczy mi pani. 
- Proszę pytać, o co pan tylko zechce. Z pewnością ma 
pan ku temu powody. 

background image

- Dziękuję... - Zawahał się. - Chciałbym wiedzieć, 
dlaczego przed laty zerwała pani zaręczyny z lordem 
Whitfieldem? 
Panna Waynflete nie spodziewała się takiego pytania. 
Zaczerwieniła się i przyłoŜyła dłoń do piersi. 
- Czy on coś panu mówił? 
- Wspominał o jakimś ptaku - odparł Luke - któremu 
skręcono kark... 
- Tak powiedział? - spytała ze zdumieniem. - Więc 
przyznał się? To nadzwyczajne! 
- Niech mi pani o tym opowie. 
- Dobrze. Ale proszę, Ŝeby pan nigdy nie rozmawiał o 
tym z nim... z Gordonem. To naleŜy juŜ do przeszłości... 
wszystko przeminęło i poszło w niepamięć... nie 
chciałabym tego odgrzebywać - spojrzała na niego 
błagalnie. 
Luke kiwnął potakująco głową. 
- Chcę tylko zaspokoić własną ciekawość - powiedział. 
- Nikomu nie powtórzę naszej rozmowy. 
- Dziękuję. - Panna Waynflete odzyskała panowanie nad 
sobą, a jej głos nabrał pewności. - To było tak. Miałam 
małego kanarka, którego uwielbiałam i... po prostu 
byłam zwariowana na jego punkcie, tak jak bywają 
dziewczęta na punkcie swoich ukochanych zwierzątek. 
Teraz zdaję sobie sprawę, Ŝe musiało to być irytujące 
dla młodego męŜczyzny. 
- Owszem - przytaknął Luke, kiedy panna Waynflete na 
chwilę przerwała. 
- Gordon był zazdrosny o tego kanarka. Któregoś dnia 
powiedział rozdraŜniony: "Wydaje mi się, Ŝe wolisz 

background image

tego ptaka ode mnie". A ja, dość nierozsądnie, ale takie 
były dziewczęta w tamtych czasach, roześmiałam się i 
trzymając kanarka na palcu, odparłam mniej więcej tak: 
"Oczywiście, mały ptaszku, Ŝe kocham cię bardziej niŜ 
tego duŜego głuptasa! Naturalnie, Ŝe tak!" Wtedy... och, 
to było przeraŜające... Gordon wyrwał mi kanarka z ręki 
i skręcił mu kark! PrzeŜyłam straszny szok i nigdy tego 
nie zapomnę! 
Panna Waynflete wyraźnie pobladła. 
- I dlatego zerwała pani zaręczyny? - spytał Luke. 
- Tak. Straciłam do niego serce. Widzi pan, panie 
Fitzwilliam... - Zawahała się. - Nie chodziło o sam 
uczynek... mógł to zrobić w ataku zazdrości i gniewu, 
ale odniosłam wtedy wraŜenie, Ŝe sprawiło mu to 
przyjemność... i to mnie tak okropnie przeraziło! 
- JuŜ wtedy... - mruknął Luke. - JuŜ w tamtych 
czasach... 
Panna Waynflete połoŜyła dłoń na jego ramieniu. 
- Panie Fitzwilliam... 
Dostrzegł w jej oczach przeraŜenie i powagę. 
- To lord Whitfield popełnił te wszystkie morderstwa! - 
powiedział. - Pani od początku o tym wiedziała, 
prawda?. 
Potrząsnęła energicznie głową. 
- Nie miałam o tym pojęcia! Gdybym była pewna, to... 
powiedziałabym o tym otwarcie... nie, to były obawy... 
- A mimo to nie skierowała mnie pani na właściwy trop. 
Splotła dłonie w geście wyraŜającym bezradność. 
- Jak mogłam? Jak? PrzecieŜ kiedyś go kochałam... 
- Tak - powiedział Luke łagodnie. - Rozumiem. 

background image

Odwróciła się, poszperała w swojej torebce i wyjęła z 
niej małą, obrębioną koronką chusteczkę do nosa, którą 
przycisnęła do oczu. Po chwili spojrzała na niego 
dumnym, opanowanym wzrokiem. 
- Bardzo się cieszę - zaczęła - Ŝe Bridget zerwała 
zaręczyny. Zamierza wyjść za pana, prawda? 
- Owszem. 
- To znacznie lepszy wybór - powiedziała panna 
Waynflete z pewną emfazą. 
Luke nie był w stanie powstrzymać się od uśmiechu. Na 
twarzy starszej pani pojawił się wyraz powagi i 
niepokoju. Pochyliła się do przodu i znów połoŜyła mu 
dłoń na ramieniu. 
- Bądźcie ostroŜni - poprosiła. - Obydwoje musicie 
zachować ostroŜność. 
- Chodzi pani o... lorda Whitfielda? 
- Tak. Lepiej byłoby mu o niczym nie wspominać. 
Luke zmarszczył czoło. 
- Nie sądzę, by któreś z nas chciało zachować to przed 
nim w tajemnicy. 
- Och! Jakie to ma znaczenie? Czy pan nie zdaje sobie 
sprawy, Ŝe on jest obłąkany... szalony. Nie pogodzi się z 
tym... ani na chwilę! Gdyby coś jej się stało... 
- Nic jej się nie stanie! 
- Tak, wiem, ale proszę pamiętać, Ŝe pan nie jest dla 
niego godnym przeciwnikiem! On jest przeraŜająco 
przebiegły! Niech pan ją stąd natychmiast zabiera... w 
tym jedyna nadzieja. Niech pan zmusi ją do wyjazdu za 
granicę! Najlepiej wyjedźcie oboje! 

background image

- Wystarczy, jeśli ona wyjedzie - rzekł Luke wolno. - Ja 
muszę tu zostać. 
- Obawiałam się, Ŝe pan to powie. Ale w kaŜdym razie 
niech pan ją zmusi do wyjazdu. Natychmiast! 
- Myślę, Ŝe ma pani rację. 
- Wiem, Ŝe mam rację! Niech pan ją stąd zabiera... 
zanim będzie za późno. 
 
XIX 
ZERWANE ZARĘCZYNY 
 
Bridget usłyszała, jak Luke zajeŜdŜa pod dom. Wyszła 
na schody, by go powitać. 
- Powiedziałam mu - oznajmiła bez Ŝadnych wstępów. 
- Co? - spytał Luke zaskoczony. 
Jego konsternacja była tak wyraźna, Ŝe Bridget od razu 
ją dostrzegła. 
- Luke... o co chodzi? Wydajesz się przygnębiony. 
- PrzecieŜ postanowiliśmy zaczekać z tym do mojego 
powrotu - powiedział, cedząc słowa. 
- Wiem, ale doszłam do wniosku, Ŝe lepiej to mieć za 
sobą. On robił plany, związane z naszym ślubem... z 
miodowym miesiącem i tak dalej! Po prostu musiałam 
mu to powiedzieć! - Po chwili dodała z lekkim 
wyrzutem w głosie: - Tego wymagała zwykła 
przyzwoitość. 
- Z twojego punktu widzenia, owszem - przyznał Luke. 
- Och, tak, rozumiem to. 
- Myślę, Ŝe z kaŜdego punktu widzenia! 

background image

- Niekiedy trudno jest pozwolić sobie na uczciwość! - 
rzekł powoli. 
- Luke, o co ci chodzi? 
- Nie mogę ci tego powiedzieć tu i teraz. - Machnął ręką 
ze zniecierpliwieniem. - Jak przyjął to Whitfield? 
- Nadzwyczaj dobrze - odparła Bridget. - Naprawdę 
wspaniale. Czułam się zawstydzona. Myślę, Luke, Ŝe 
nie doceniałam Gordona... tylko dlatego, Ŝe jest dość 
napuszony i niekiedy próŜny. Sądzę, Ŝe jest... no cóŜ... 
wielkim małym człowiekiem! 
- Owszem, moŜliwe, Ŝe jest wielkim człowiekiem - 
przyznał Luke, kiwając głową - ale jego wielkość ma 
inny wymiar, niŜ przypuszczaliśmy. Posłuchaj, Bridget, 
musisz się stąd jak najszybciej wynieść. 
- Naturalnie, spakuję swoje rzeczy i jeszcze dzisiaj 
opuszczę ten dom. Odwieź mnie do Londynu. Myślę, Ŝe 
nie moŜemy się oboje zatrzymać w gospodzie Pod 
Błazeńską Czapką, nawet jeśli goście Ellsworthy'ego 
juŜ wyjechali. 
- Lepiej jedź do Londynu - powiedział Luke, 
potrząsając głową. - Niebawem wszystko ci wyjaśnię. 
Tymczasem ja zobaczę się z Whitfieldem. 
- To dobry pomysł. Cała ta sprawa wydaje się dość 
przykra, prawda? Czuję się jak cyniczna łowczyni 
posagów. 
Luke uśmiechnął się do niej. 
- To był uczciwy interes. Postąpiłaś wobec niego 
lojalnie. Tak czy owak, nie ma co biadać nad rozlanym 
mlekiem! Teraz pójdę się zobaczyć z Whitfieldem. 

background image

Lord Whitfield przechadzał się tam i z powrotem po 
salonie. Był pozornie spokojny, a nawet lekko się 
uśmiechał. Ale Luke zauwaŜył na jego skroni pulsującą 
Ŝ

yłkę. 

- Och! To pan, panie Fitzwilliam. 
- Skłamałbym mówiąc, Ŝe Ŝałuję tego, co zrobiłem - 
oświadczył Luke. - Byłaby to zwykła hipokryzja. 
Przyznaję, Ŝe z pańskiego punktu widzenia zachowałem 
się niewłaściwie i niewiele mam na swoją obronę. Takie 
rzeczy się zdarzają. 
Lord Whitfield znów zaczął krąŜyć po pokoju. 
- No właśnie... właśnie! - Machnął ręką. 
- Oboje z Bridget potraktowaliśmy pana w sposób 
haniebny. Ale tak to juŜ jest! Pokochaliśmy się i nic na 
to nie moŜna poradzić. MoŜemy jedynie wyjawić panu 
prawdę i zniknąć. 
Lord Whitfield przystanął. Patrzył na Luke'a swymi 
wyblakłymi, wyłupiastymi oczami. 
- Tak - przyznał - nie moŜecie na to juŜ nic poradzić! 
W jego głosie pobrzmiewał jakiś dziwny ton. Spoglądał 
na Luke'a i potrząsał głową jakby ze współczuciem. 
- Co pan ma na myśli? - spytał ostro Luke. 
- Nie moŜecie juŜ nic zrobić! - powtórzył lord 
Whitfield. - JuŜ za późno! 
Luke zrobił krok w jego kierunku. 
- Proszę mi powiedzieć, o co panu chodzi. 
- Niech pan o to spyta Honorię Waynflete - rzekł 
niespodziewanie lord Whitfield. - Ona to rozumie. Wie, 
co się dzieje. Kiedyś mi o tym powiedziała! 
- Co ona rozumie? 

background image

- śe zło nie uchodzi bezkarnie - wyjaśnił lord Whitfield. 
- Musi istnieć sprawiedliwość! śal mi Bridget, 
poniewaŜ bardzo ją lubię. W pewien sposób Ŝal mi was 
obojga! 
- Czy pan nam grozi? - spytał Luke. Whitfield wydawał 
się autentycznie wstrząśnięty. 
- Nie, nie, drogi chłopcze. W tej sprawie nie czuję do 
was urazy! Kiedy uczyniłem Bridget zaszczyt, 
wybierając ją na swoją Ŝonę, przyjęła na siebie pewne 
zobowiązania. Teraz je odrzuca, ale w Ŝyciu nie moŜna 
niczego cofnąć. Jeśli łamie się prawo, trzeba ponieść 
karę... 
- Chce pan powiedzieć, Ŝe coś jej grozi? - spytał Luke, 
zaciskając pięści. - Niech pan mnie dobrze zrozumie, 
Whitfield, nic jej się nie stanie... ani mnie! Jeśli 
spróbuje pan nam coś zrobić, jest pan skończony. Radzę 
panu uwaŜać! Wiem o panu wystarczająco duŜo! 
- To nie ma nic wspólnego ze mną - odparł lord 
Whitfield. - Ja jestem tylko narzędziem w rękach Siły 
WyŜszej. Wszystko dzieje się z Jej wyroku! 
- Widzę, Ŝe pan w to wierzy - powiedział Luke. 
- Bo to prawda! KaŜdy, kto zwróci się przeciwko mnie, 
ponosi karę. Nie wyłączając pana i Bridget. 
- Myli się pan - zaoponował Luke. - Szczęśliwa passa, 
choćby trwała najdłuŜej, kiedyś się kończy. A pańska 
skończy się juŜ niebawem. 
- Drogi młody człowieku - zaczął lord Whitfield 
łagodnie - nie zdaje pan sobie sprawy, do kogo pan 
mówi. Mnie nie moŜe spotkać nic złego! 

background image

- Doprawdy? Zobaczymy. Radzę panu uwaŜać, 
Whitfield. Mięśnie twarzy lorda Whitfielda lekko 
zadrgały, a ton jego głosu się zmienił. 
- Byłem bardzo cierpliwy - powiedział. - Niech pan nie 
przeciąga struny. Proszę stąd wyjść. 
- JuŜ idę - warknął Luke. - MoŜliwie jak najszybciej. 
Ale niech pan pamięta, Ŝe pana ostrzegałem. 
Odwrócił się na pięcie i pospiesznie wyszedł z salonu. 
Pobiegł na górę do pokoju Bridget, która wraz z 
pokojówką pakowała swoje rzeczy. 
- Kiedy będziesz gotowa? 
- Za dziesięć minut. 
Spojrzała na Luke'a, a on dostrzegł w jej wzroku 
pytanie, którego nie mogła wyrazić słowami ze względu 
na obecność pokojówki. Kiwnął nieznacznie głową. 
Poszedł do swojego pokoju i szybko się spakował. 
Kiedy wrócił po dziesięciu minutach, Bridget była 
gotowa do wyjścia. 
- MoŜemy juŜ jechać? 
- Oczywiście. 
Na schodach spotkali idącego na górę lokaja. 
- Przyszła panna Waynflete, Ŝeby się z panią zobaczyć. 
- Panna Waynflete? Gdzie ona jest? 
- W salonie z jego lordowską mością. 
Bridget poszła wprost do salonu, a Luke podąŜył tuŜ za 
nią. Lord Whitfield stał przy oknie i rozmawiał z panną 
Waynflete. Trzymał w ręku nóŜ z długim, cienkim 
ostrzem. 
- Perfekcyjna robota - mówił. - Jeden z moich młodych 
pracowników przywiózł mi go z Maroka, dokąd został 

background image

wysłany jako specjalny korespondent. To nóŜ 
mauretański. - Z uwielbieniem przesunął palcem po 
ostrzu. - CóŜ za wspaniałe wykonanie! 
- Na miłość boską, Gordon, odłóŜ go! - zawołała panna 
Waynflete. Lord Whitfield uśmiechnął się i umieścił 
nóŜ wśród leŜącej na stoliku kolekcji broni. 
- Lubię go dotykać - rzekł łagodnie. 
Panna Waynflete straciła swe zwykłe opanowanie. Była 
blada i zdenerwowana. 
- Ach, jesteś, moja droga - powitała Bridget. 
Lord Whitfield zachichotał. 
- Tak, oto i Bridget. Naciesz się nią, Honorio. Nie 
zabawi tu długo. 
- Co to znaczy? - spytała ostro panna Waynflete. 
- To znaczy, Ŝe wyjeŜdŜa do Londynu. - Spojrzał po 
kolei na wszystkich obecnych. - Mam dla ciebie pewną 
wiadomość, Honorio - powiedział. - Bridget 
postanowiła nie wychodzić za mnie. Woli Fitzwilliama. 
ś

ycie jest dziwne. No cóŜ, zostawiam was, Ŝebyście 

mogli sobie porozmawiać. 
Wyszedł z pokoju, pobrzękując bilonem w kieszeniach. 
- Mój BoŜe... - wyszeptała panna Waynflete. - Mój 
BoŜe... Rozpacz w jej głosie była tak wy raźna,-Ŝe 
Bridget poczuła się zaskoczona. 
- Przepraszam. Naprawdę okropnie mi przykro - 
powiedziała z niepokojem. 
- On jest rozwścieczony... mój BoŜe, to straszne. Co my 
teraz zrobimy? 
Bridget spojrzała na nią ze zdziwieniem. 
- Zrobimy? Co ma pani na myśli? 

background image

- Nie powinniście byli mu o tym mówić! - jęknęła panna 
Waynflete, obrzucając oboje pełnym wyrzutu 
spojrzeniem. 
- Nonsens! - zawołała Bridget. - A cóŜ innego mogliśmy 
zrobić? 
- Nie powinniście byli mówić mu o tym teraz. Trzeba 
było zaczekać, aŜ znajdziecie się daleko stąd. 
- To kwestia zapatrywań - odparła sucho Bridget. - 
Osobiście uwaŜam, Ŝe niemiłe sprawy naleŜy mieć jak 
najszybciej za sobą. 
- Och, moja droga, gdyby tylko o to chodziło... 
Zawahała się. Potem spojrzała pytająco na Luke'a. 
Luke potrząsnął głową i powiedział bezgłośnie: 
,,Jeszcze nie teraz". 
- Rozumiem - bąknęła panna Waynflete. 
- Czy chciała się pani ze mną zobaczyć w jakiejś 
szczególnej sprawie, panno Waynflete? - spytała 
Bridget z lekkim rozdraŜnieniem. 
- No... owszem. W istocie przyszłam ci zaproponować 
krótki pobyt w moim domu. Pomyślałam, Ŝe... eee... 
pozostanie tutaj byłoby dla ciebie krępujące i Ŝe, być 
moŜe, potrzeba ci kilku dni na... eee... gruntowne 
rozwaŜenie twoich planów. 
- Dziękuję, panno Waynflete, to bardzo uprzejme z pani 
strony. 
- U mnie byłabyś zupełnie bezpieczna i... 
- Bezpieczna? - przerwała jej Bridget. 
- Spokojna... - wyjaśniła pospiesznie panna Waynflete 
lekko podnieconym głosem - to miałam na myśli... 
całkiem spokojna. Nie mam oczywiście takich luksusów 

background image

jak tutaj, ale gorąca woda jest naprawdę gorąca, a moja 
słuŜąca Emily zupełnie dobrze gotuje. 
- Och, jestem pewna, Ŝe wszystko byłoby wspaniale, 
panno Waynflete - odparła Bridget machinalnie. 
- Ale oczywiście wyjazd do Londynu to o wiele lepszy 
pomysł... 
- Trochę niefortunnie się składa, Ŝe moja ciotka 
wyruszyła dzisiaj wcześnie rano na wystawę kwiatów. 
Nie miałam jeszcze okazji powiedzieć jej, co się 
wydarzyło. Zostawię jej list z wiadomością, Ŝe 
pojechałam do mieszkania. 
- Wybierasz się do mieszkania twojej ciotki w 
Londynie? 
- Tak. Nikogo w nim nie ma. A posiłki mogę jadać w 
mieście. 
- Będziesz sama w tym mieszkaniu? O BoŜe, nie 
powinnaś tego robić. Nie zostawaj tam sama. 
- PrzecieŜ nikt mnie nie zje - powiedziała Bridget z 
irytacją. - Poza tym moja ciotka jutro wraca. 
Panna Waynflete z niepokojem potrząsnęła głową. 
- Lepiej zatrzymaj się w jakimś hotelu - zasugerował 
Luke. 
- Dlaczego? - spytała Bridget, gwałtownie odwracając 
się do niego. - Co się z wami dzieje? Dlaczego 
traktujecie mnie jak niedorozwinięte dziecko? 
- AleŜ skąd, kochanie - zaprotestowała panna 
Waynflete. - Po prostu chcemy, Ŝebyś była ostroŜna! 
- Ale dlaczego? Dlaczego? O co w tym wszystkim 
chodzi? 

background image

- Posłuchaj, Bridget - zaczął Luke. - Chciałbym z tobą 
porozmawiać. Ale nie tutaj. Pojedźmy w jakieś ustronne 
miejsce. - Spojrzał na pannę Waynflete. - Czy moŜemy 
wpaść do pani za jakąś godzinę? Jest wiele spraw, o 
których chciałbym pani powiedzieć. 
- Bardzo proszę. Będę tam na was czekała. 
Luke połoŜył dłoń na ramieniu Bridget. Skinieniem 
głowy podziękował pannie Waynflete. 
- BagaŜe zabierzemy później. Chodź. 
Poprowadził ją przez hali do wyjścia. Otworzył drzwi 
samochodu. Bridget wsiadła. Luke uruchomił silnik i 
ruszył gwałtownie podjazdem. Kiedy minęli Ŝelazną 
bramę, odetchnął z ulgą. 
- Dzięki Bogu bezpiecznie cię stąd wywiozłem - 
powiedział. 
- Czy ty zupełnie oszalałeś, Luke? Co znaczą te 
wszystkie tajemnice? 
- No cóŜ, trudno jest zdemaskować mordercę, kiedy 
przebywa się pod jego dachem! - oznajmił Luke 
posępnie. 
 
XX 
TKWIMY W TYM OBOJE 
 
Bridget przez chwilę siedziała nieruchomo obok niego. 
- Gordon? - spytała. 
Luke kiwnął potakująco głową. 
- Gordon? Gordon... mordercą? Mordercą? W Ŝyciu nie 
słyszałam czegoś równie absurdalnego. 
- Tak uwaŜasz? 

background image

- Owszem. PrzecieŜ Gordon nie skrzywdziłby nawet 
muchy. 
- MoŜe to i prawda - przyznał Luke ponuro. - Sam nie 
wiem. Ale z całą pewnością zabił kanarka, a ja jestem 
prawie pewien, Ŝe zamordował równieŜ kilka osób. 
- Mój drogi, ja po prostu nie mogę w to uwierzyć! 
- Wiem - powiedział Luke. - To istotnie wydaje się 
niewiarygodne. Zacząłem go podejrzewać dopiero 
przedwczoraj wieczorem. 
- AleŜ ja go doskonale znam! - zaprotestowała Bridget. - 
Wiem, jaki on jest! W gruncie rzeczy to bardzo łagodny 
człowiek... napuszony, zgoda, ale w sumie raczej 
ś

mieszny. 

Luke potrząsnął głową. 
- Będziesz musiała zmienić zdanie na jego temat, 
Bridget. 
- Nic z tego, Luke. Ja po prostu w to nie wierzę! Skąd 
przyszedł ci do głowy tak absurdalny pomysł? PrzecieŜ 
jeszcze przed dwoma dniami byłeś zupełnie pewny, Ŝe 
to Ellsworthy. 
Luke lekko się skrzywił. 
- Wiem. Wiem. Pewnie sądzisz, Ŝe jutro zacznę 
podejrzewać Thomasa, a pojutrze będę przekonany, Ŝe 
to sprawka Hortona! Nie zmieniani zdania aŜ tak często. 
Rozumiem, Ŝe ta wiadomość tobą wstrząsnęła. Jeśli 
jednak przyjrzysz się temu nieco bliŜej, zobaczysz, Ŝe 
wszystkie elementy świetnie do siebie pasują. Nic 
dziwnego, Ŝe panna Pinkerton bała się pójść do 
lokalnych władz. Wiedziała, Ŝe zrobiłaby z siebie 

background image

pośmiewisko! Pokładała nadzieję jedynie w Scotland 
Yardzie. 
- Ale jakie motywy mógłby mieć Gordon? Och, to takie 
idiotyczne! 
- Wiem. Ale czy nie zdajesz sobie sprawy, Ŝe Gordon 
Whitfield jest okropnym megalomanem? 
- On chce uchodzić za wspaniałego i waŜnego 
człowieka. To wynika ze zwykłego kompleksu 
niŜszości! 
- MoŜliwe, Ŝe właśnie to jest źródłem całego 
nieszczęścia. Sam juŜ nie wiem. Ale zastanów się tylko 
przez chwilę, Bridget. Pamiętasz, jakich szyderczych 
zwrotów sama wobec niego uŜywałaś... obraza 
majestatu i tak dalej. Czy nie rozumiesz, Ŝe jego 
egocentryzm przekracza wszelkie granice? A w dodatku 
to maniak religijny! Moja droga, on jest kompletnie 
obłąkany! 
Bridget zastanawiała się przez chwilę. 
- WciąŜ nie mogę w to uwierzyć. Jakie masz na to 
dowody, Luke? 
- No cóŜ, świadczą o tym jego własne słowa. 
Przedwczoraj wieczorem oświadczył mi jasno i 
wyraźnie, Ŝe kaŜdy, kto mu się w jakikolwiek sposób 
sprzeciwi, zawsze umiera. 
- Mów dalej. 
- Nie potrafię ci tego dokładnie wyjaśnić, ale chodzi mi 
o sposób, w jaki o tym mówił. Był spokojny, 
zadowolony z siebie i... jakby to ująć... uwaŜał to za 
zupełnie normalne! Siedział w fotelu i uśmiechał się do 

background image

siebie... To było niesamowite i dość przeraŜające, 
Bridget! 
- Mów dalej. 
- No cóŜ, potem zaczął wyliczać osoby, które zeszły z 
tego świata, poniewaŜ ściągnęły na siebie jego gniew! 
Posłuchaj, Bridget, on wymienił panią Horton, Amy 
Gibbs, Tommy'ego Pierce'a, Harry'ego Cartera, doktora 
Humbleby'ego i tego szofera, Riversa. 
Bridget pobladła, najwyraźniej wstrząśnięta jego 
słowami. 
- Czy wymienił właśnie te osoby? 
- Tak. Właśnie te osoby! Czy teraz mi wierzysz? 
- Mój BoŜe, chyba mnie przekonałeś... Jakie miał 
motywy? 
- Bardzo trywialne... i to właśnie jest takie przeraŜające. 
Pani Horton zrobiła mu afront, Tommy Pierce 
naśladował go na oczach rozbawionych ogrodników, 
Harry Carter obrzucił obelgami, Amy Gibbs zachowała 
się wobec niego arogancko, Humbleby miał czelność 
publicznie zakwestionować jego zdanie, Rivers groził 
mu w mojej obecności, a panna Waynflete... 
Bridget ukryła twarz w dłoniach. 
- To straszne... Okropne... -wymamrotała. 
- Wiem. Istnieją jeszcze pewne dodatkowe dowody. 
Samochodem, który przejechał w Londynie pannę 
Pinkerton, był rolls royce o takich samych numerach 
rejestracyjnych, jakie ma samochód lorda Whitfielda. 
- To zdecydowanie przesądza sprawę - powiedziała 
Bridget powoli. 

background image

- Tak. W Scotland Yardzie uwaŜają, Ŝe kobieta, która 
przekazała im ten numer, popełniła błąd. Ale ona się nie 
pomyliła! 
- Mogę to zrozumieć - przyznała Bridget. - Kiedy w grę 
wchodzi taki zamoŜny i wpływowy człowiek jak lord 
Whitfield, muszą, oczywiście, uwierzyć w jego wersję 
wydarzeń! 
- Owszem. Relację panny Pinkerton uznaliby za 
niewiarygodną. 
- Parę razy powiedziała mi dość dziwne rzeczy - 
powiedziała Bridget w zamyśleniu. - Jakby mnie przed 
czymś ostrzegała... Wtedy nie rozumiałam, do czego 
ona zmierza... Teraz juŜ wiem! 
- Wszystko się zgadza - stwierdził Luke. - Tak zawsze 
bywa. Początkowo mówi się, tak jak ty powiedziałaś: 
"NiemoŜliwe!", a potem, kiedy juŜ pogodzisz się z tą 
myślą, wszystko zaczyna do siebie pasować! 
Winogrona, które lord Whitfield posłał pani Horton, a 
ona podejrzewała, Ŝe trują ją pielęgniarki! Wizyta w 
Instytucie Wellermana Kreutza... musiał zdobyć jakieś 
bakterie, którymi zainfekował ranę doktora 
Humbleby'ego. 
- Nie rozumiem, jak zdołał tego dokonać. 
- Ja równieŜ, ale istnieje związek między tymi 
wydarzeniami. Nie da się temu zaprzeczyć. 
- Nie... Jak twierdzisz, te elementy do siebie pasują. 
Oczywiście, mógł robić rzeczy, na które nie odwaŜyliby 
się inni ludzie! Chodzi mi o to, Ŝe był poza wszelkimi 
podejrzeniami! 

background image

- Myślę, Ŝe podejrzewała go panna Waynflete. 
Wspomniała o jego wizycie w instytucie. Napomknęła o 
tym mimochodem, mając najprawdopodobniej nadzieję, 
Ŝ

e wyciągnę z tego właściwy wniosek. 

- Więc wiedziała o tym od samego początku? 
- śywiła bardzo silne podejrzenia. Powstrzymywało ją 
chyba to, Ŝe była w nim kiedyś zakochana. 
Bridget kiwnęła głową. 
- Tak, to wiele tłumaczy. Gordon mówił mi, Ŝe kiedyś 
byli zaręczeni. 
- Po prostu nie chciała uwierzyć, Ŝe to moŜe być on. Ale 
coraz bardziej utwierdzała się w tym przekonaniu. 
Próbowała dawać mi to do zrozumienia, ale nie mogła 
wystąpić przeciwko niemu otwarcie! Kobiety to dziwne 
istoty! Myślę, Ŝe w jakiś sposób nadal jej na nim 
zaleŜy... 
- Mimo Ŝe ją porzucił? 
- To ona porzuciła jego. To dość nieprzyjemna historia. 
Opowiem ci ją. 
Luke zrelacjonował jej ten przykry epizod. Bridget 
patrzyła na niego zdumiona. 
- Powiedziała ci, Ŝe Gordon tak postąpił? 
- Owszem. JuŜ wtedy nie mógł być całkiem normalny! 
- JuŜ wtedy... - wyjąkała Bridget, drŜąc na całym ciele. - 
Tyle lat temu... 
- MoŜe nigdy nie dowiemy się o innych jego ofiarach! 
Dopiero ta seria zgonów, do których doszło w krótkich 
odstępach czasu, ściągnęła na niego uwagę! MoŜe był 
tak upojony powodzeniem, Ŝe stał się nieostroŜny! 

background image

Bridget pokiwała głową. Przez parę minut rozmyślała w 
milczeniu, a potem spytała niespodziewanie: 
- Powtórz mi dokładnie słowa panny Pinkerton... co 
mówiła wtedy w pociągu? Od czego zaczęła? 
Luke cofnął się myślami do tej rozmowy. 
- Powiedziała, Ŝe jedzie do Scotland Yardu, wspominała 
o waszym posterunkowym, którego uwaŜała za miłego 
człowieka, ale nie nadającego się do prowadzenia 
ś

ledztwa w sprawie o morderstwo. 

- Czy wtedy uŜyła tego słowa po raz pierwszy? 
- Tak. 
- Mów dalej. 
- Następnie powiedziała: "Widzę, Ŝe jest pan 
zaskoczony. Początkowo teŜ byłam zaskoczona. Po 
prostu nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, Ŝe 
fantazjuję". 
- Co mówiła potem? 
- Spytałem, czy jest absolutnie przekonana, Ŝe istotnie 
nie fantazjuje, a ona odparła spokojnie: "Och, nie! 
Mogło tak się zdarzyć za pierwszym razem, ale nie za 
drugim, trzecim czy czwartym. Potem juŜ się wie". 
- Zdumiewające - skomentowała Bridget. 
- Pocieszyłem ją mówiąc, Ŝe podjęła słuszną decyzję, 
ale jej nie uwierzyłem! 
- Rozumiem. Łatwo być mądrym po fakcie! Ja teŜ 
traktowałam tę biedaczkę ze współczuciem i 
wyŜszością! Jak dalej potoczyła się wasza rozmowa? 
- Niech pomyślę... aha! wspomniała o sprawie 
Abercrombiego... wiesz, tego truciciela z Walii. Nie 
wierzyła, Ŝe patrzył na swoje przyszłe ofiary w jakiś 

background image

szczególny sposób. Ale dodała, Ŝe teraz juŜ wierzy, bo 
widziała coś takiego na własne oczy. 
- Powtórz mi dokładnie jej słowa. Luke zastanawiał się, 
marszcząc brwi. 
- Powiedziała tym swoim miłym głosem: "Kiedy o tym 
czytałam, nie wierzyłam... ale to prawda!" Wtedy 
spytałem: "Co takiego?" A ona odparła: "Ten 
szczególny błysk w oczach..." Na Boga, Bridget, 
sposób, w jaki to powiedziała, absolutnie mną 
wstrząsnął! Jej spokojny głos i wyraz twarzy... 
wyglądała jak ktoś, kto naprawdę widział coś zbyt 
przeraŜającego, by to wyrazić słowami! 
- Mów dalej, Luke. Opowiedz mi wszystko. 
- Potem wyliczyła ofiary... Amy Gibbs, Cartera i 
Tommy'ego Pierce'a. Wspomniała, Ŝe Tommy był 
nieznośnym szczeniakiem, a Carter pijakiem. Później 
dodała: "A teraz... wczoraj... spotkało to doktora 
Humbleby'ego, który jest takim dobrym i poczciwym 
człowiekiem". Następnie stwierdziła, Ŝe gdyby 
powiedziała o tym doktorowi Humbleby'emu, to z 
pewnością by jej nie uwierzył i wyśmiałby ją. 
Bridget głęboko westchnęła. 
- Rozumiem - mruknęła. - Teraz to do mnie dotarło. 
- Co, Bridget? - spytał Luke, przyglądając jej się 
uwaŜnie. - O czym myślisz? 
- O czymś, co kiedyś powiedziała mi pani Humbleby. 
Zastanawiałam się... och, mniejsza o to, mów dalej. Jak 
zakończyła się ta rozmowa? 

background image

Luke przytoczył dokładnie słowa panny Pinkerton, 
które wywarły na nim tak duŜe wraŜenie, Ŝe nie mógł 
ich zapomnieć. 
- Na mój argument, Ŝe chyba trudno jest popełnić 
bezkarnie tak wiele zbrodni, odparła: "AleŜ nie, mój 
drogi, tu pan się myli. Bardzo łatwo jest zabić 
człowieka... pod warunkiem, Ŝe nikt pana o to nie 
podejrzewa. A ten morderca jest ostatnią osobą, którą 
ktokolwiek mógłby podejrzewać!" 
Zamilkł. 
- Łatwo jest zabić człowieka? - powtórzyła Bridget 
drŜącym głosem. - PrzeraŜająco łatwo... to prawda! Nic 
dziwnego, Ŝe te słowa zapadły ci tak głęboko w pamięć, 
Luke. Ja będę je pamiętać do końca Ŝycia! Człowiek 
taki jak Gordon Whitfield... och! Oczywiście, Ŝe to 
łatwe. 
- Ale nie tak łatwo będzie mu to udowodnić - zauwaŜył 
Luke. 
- Tak sądzisz? Wydaje mi się, Ŝe mogę w tym pomóc. 
- Bridget, zabraniam ci... 
- Nie moŜesz. Nie wolno siedzieć z załoŜonymi rękami i 
grać na zwłokę. Jestem w to zamieszana, Luke. 
Przyznaję, Ŝe to trochę niebezpieczne zadanie, ale 
muszę do końca odegrać swoją rolę. 
- Bridget... 
- Wplątałam się w tę historię, Luke! Przyjmę więc 
zaproszenie panny Waynflete i zostanę w Wychwood. 
- Kochanie, błagam cię... 

background image

- Doskonale zdaję sobie sprawę, Ŝe to jest niebezpieczne 
dla nas obojga. Ale tkwimy w tym, Luke... tkwimy w 
tym oboje! 
 
XXI 
OCH, DLACZEGO SPACERUJESZ PO POLACH W 
RĘKAWICZKACH? 
 
Zaciszne wnętrze domu panny Waynflete podziałało na 
nich kojąco po chwilach napięcia, które przeŜyli w 
samochodzie. 
Panna Waynflete była trochę zdziwiona, Ŝe Bridget chce 
mimo wszystko u niej zostać, ale szybko zapewniła, Ŝe 
w pełni podtrzymuje zaproszenie. 
- Skoro jest pani tak uprzejma, panno Waynflete - 
powiedział Luke - uwaŜam to rozwiązanie za najlepsze. 
- Ja zatrzymałem się w gospodzie Pod Błazeńską 
Czapką, będę więc miał ją na oku. Bądź co bądź, nie 
naleŜy zapominać o tym, co się wydarzyło w Londynie. 
- Ma pan na myśli Lavinię Pinkerton? - spytała panna 
Waynflete. 
- Tak. MoŜna by przypuszczać, Ŝe w centrum wielkiego 
miasta człowiek jest zupełnie bezpieczny. 
- Chodzi panu o to - zaczęła panna Waynflete - Ŝe 
bezpieczeństwo człowieka zaleŜy przede wszystkim od 
tego, czy ktoś nie dybie na jego Ŝycie? 
- No, właśnie. DoŜyliśmy takich czasów. 
Panna Waynflete z zadumą pokiwała głową. 
- Od jak dawna pani wie, Ŝe Gordon jest mordercą, 
panno Waynflete? - spytała Bridget. 

background image

Panna Waynflete westchnęła. 
- To trudne pytanie, moja droga. Myślę, Ŝe w głębi 
duszy byłam zupełnie pewna juŜ od dłuŜszego czasu... 
Ale robiłam, co mogłam, Ŝeby o tym nie myśleć! Nie 
chciałam w to uwierzyć, więc udawałam sama przed 
sobą, Ŝe moje podejrzenia są nikczemne i absurdalne. 
- Czy nigdy nie obawiała się pani o... własne Ŝycie? - 
spytał Luke. 
Panna Waynflete przez chwilę rozwaŜała w myślach 
jego pytanie. 
- Czy chodzi panu o to, Ŝe gdyby Gordon wyczuł, iŜ 
zaczęłam coś podejrzewać, znalazłby jakiś sposób, by 
się mnie pozbyć? 
- Tak. 
- Oczywiście, brałam pod uwagę taką ewentualność... - 
wyznała panna Waynflete spokojnie. - Starałam się 
zachować ostroŜność. Nie sądzę jednak, Ŝeby Gordon 
mógł dostrzec we mnie prawdziwe zagroŜenie. 
- Dlaczego? 
Panna Waynflete lekko się zarumieniła. 
- Nie przypuszczam, by Gordonowi przyszło 
kiedykolwiek na myśl, Ŝe mogłabym... ściągnąć na 
niego jakiekolwiek niebezpieczeństwo. 
- Czy posunęła się pani do tego, Ŝeby go ostrzec? - 
spytał Luke szorstko. 
- Owszem. To znaczy, dałam mu do zrozumienia, iŜ 
dziwi mnie to, Ŝe kaŜdy, kto mu się narazi, niebawem 
ginie w jakimś nieszczęśliwym wypadku. 
- Jak na to zareagował? - spytała Bridget. 
Na twarzy panny Waynflete pojawił się wyraz troski. 

background image

- Nie tak, jak się spodziewałam. Wydawał mi się... to 
naprawdę zadziwiające!... zadowolony... Spytał: "Więc 
zwróciłaś na to uwagę?" I... napuszył się dumnie jak 
paw. 
- To jasne, Ŝe jest obłąkany! - zawołał Luke. 
- Tak, istotnie - przyznała skwapliwie panna Waynflete. 
- Po prostu nie ma innego wytłumaczenia. Nie 
odpowiada za swoje czyny. - PołoŜyła dłoń na ramieniu 
Luke'a. - Nie powieszą go, prawda, panie Fitzwilliam? 
- Nie, nie. Przypuszczam, Ŝe poślą go do zakładu dla 
umysłowo chorych w Broadmoor. 
Panna Waynflete westchnęła z ulgą i wygodniej usiadła 
w fotelu. 
- Bardzo mnie to cieszy. - Jej wzrok spoczął na Bridget, 
która wpatrywała się w dywan, z zadumą marszcząc 
brwi. 
- Ale mamy przed sobą jeszcze długą drogę - 
powiedział Luke. -Zawiadomiłem juŜ odpowiednie 
władze i mogę powiedzieć tylko tyle, Ŝe Scotland Yard 
potraktuje tę sprawę powaŜnie. Musicie sobie jednak 
uprzytomnić, Ŝe nie mamy wystarczających dowodów. 
- Zdobędziemy je - oznajmiła Bridget. 
Panna Waynflete podniosła na nią wzrok. Luke 
dostrzegł w jej oczach błysk, który przypominał mu 
kogoś lub coś, co niedawno widział. WytęŜył pamięć, 
ale nie udało mu się tego z niczym skojarzyć. 
- Jesteś bardzo pewna siebie, moja droga - powiedziała 
panna Waynflete z powątpiewaniem. - No cóŜ, być 
moŜe masz rację. 

background image

- Posłuchaj, Bridget, pojadę teraz do rezydencji po 
twoje rzeczy - rzekł Luke. 
- Jadę z tobą - odparła spiesznie Bridget. 
- Wolałbym, Ŝebyś została tutaj. 
- Ale ja wolę pojechać. 
- Przestań odgrywać wobec mnie rolę troskliwej matki, 
Bridget! - warknął Luke ze złością. - Nie Ŝyczę sobie, 
Ŝ

ebyś mnie ochraniała. 

- UwaŜam, Bridget, Ŝe wszystko będzie dobrze... 
przecieŜ pojedzie samochodem, a w dodatku jest biały 
dzień - powiedziała półgłosem panna Waynflete. 
- Czuję się jak idiotka. Ta historia działa mi na nerwy - 
wyszeptała Bridget, uśmiechając się z zaŜenowaniem. 
- Któregoś wieczora panna Waynflete odprowadziła 
mnie aŜ do samego domu - przypomniał sobie Luke. - 
No, panno Waynflete, niech się pani przyzna, Ŝe chciała 
pani mnie chronić! Tak było, prawda? 
Panna Waynflete potwierdziła jego sugestię uśmiechem. 
- No cóŜ, panie Fitzwilliam, pan jeszcze niczego nie 
podejrzewał! Groziło panu niebezpieczeństwo, 
poniewaŜ Gordon mógł juŜ się zorientować, Ŝe 
przyjechał pan tutaj jedynie po to, by zbadać tę sprawę. 
A na tej odludnej dróŜce mogło się panu coś przytrafić! 
- No dobrze, ale teraz zdaję juŜ sobie sprawę z 
niebezpieczeństwa - oświadczył Luke posępnie. - 
Zapewniam panią, Ŝe nie dam się zaskoczyć. 
- Niech pan nie zapomina, Ŝe on jest niezwykle 
przebiegły. - Znacznie sprytniejszy, niŜ się panu zdaje! 
To bardzo pomysłowy człowiek. 
- Dziękuję, Ŝe mnie pani ostrzegła. 

background image

- MęŜczyźni są odwaŜni - westchnęła panna Waynflete - 
ale znacznie łatwiej ich oszukać niŜ kobiety. 
- To prawda - przyznała Bridget. 
- Panno Waynflete, czy istotnie uwaŜa pani, Ŝe coś mi 
zagraŜa? Czy sądzi pani, Ŝe lord Whitfield naprawdę 
dybie na moje Ŝycie? 
- Myślę - odparła panna Waynflete po chwili wahania - 
Ŝ

e niebezpieczeństwo grozi przede wszystkim Bridget. 

To ona zerwała zaręczyny, a to jest dla niego 
największą zniewagą! Przypuszczam, Ŝe dopiero kiedy 
rozprawi się z Bridget, skieruje uwagę na pana. Ale bez 
wątpienia do niej zabierze się w pierwszej kolejności. 
- Bardzo bym chciał, Bridget, Ŝebyś wyjechała za 
granicę... i to teraz... natychmiast. 
Bridget mocno zacisnęła usta. 
- Nie pojadę. 
Panna Waynflete westchnęła. 
- Jesteś odwaŜną kobietą, Bridget. Podziwiam cię. 
- Na moim miejscu postąpiłaby pani tak samo. 
- No cóŜ, niewykluczone. 
- Oboje w tym tkwimy, Luke i ja - oznajmiła Bridget 
stanowczo. Odprowadziła Luke'a do drzwi. 
- Zatelefonuję do ciebie z gospody, kiedy juŜ 
bezpiecznie wydostanę się z jaskini tego lwa - 
powiedział Luke. 
- Dobrze. 
- Kochanie, nie denerwuj się! Nawet najdoskonalsi 
mordercy muszą mieć czas na gruntowne przemyślenie 
swoich planów! Wydaje mi się, Ŝe przez parę dni nic 
nam nie grozi. Dzisiaj przyjeŜdŜa z Londynu inspektor 

background image

Battle. Kiedy tylko tutaj się zjawi, Whitfield będzie pod 
obserwacją. 
- Zatem skoro wszystko jest pod kontrolą, moŜemy 
zakończyć ten melodramat. 
- Bridget, kochanie, proszę cię, nie rób Ŝadnych 
nierozwaŜnych kroków! - powiedział Luke powaŜnie, 
kładąc jej dłoń na ramieniu. 
- Ciebie teŜ to dotyczy, mój drogi. 
Uścisnął jej ramię, a potem wskoczył do samochodu i 
odjechał. Bridget wróciła do salonu. 
- Moja droga, twój pokój nie jest jeszcze całkiem 
gotowy - rzekła panna Waynflete z typowym dla starych 
panien zdenerwowaniem takim drobiazgiem. - Emily 
właśnie sprawdza, czy czegoś nie brakuje. Wiesz co? 
Przygotuję ci filiŜankę pysznej herbaty! Dobrze ci zrobi 
po tych burzliwych wydarzeniach. 
- To bardzo uprzejme z pani strony, panno Waynflete, 
ale dziękuję. 
Bridget miała ochotę na mocny koktajl z duŜą ilością 
ginu, ale doszła do słusznego wniosku, Ŝe nie naleŜy 
liczyć na ten rodzaj pokrzepiającego napoju. Nie znosiła 
herbaty, poniewaŜ zazwyczaj cierpiała po niej na 
niestrawność. JednakŜe panna Waynflete zdecydowała, 
Ŝ

e herbata jest właśnie tym, czego najbardziej 

potrzebuje jej młody gość. Wybiegła do kuchni, a po 
pięciu minutach wróciła z tacą, na której stały dwie 
delikatnie zdobione filiŜanki z drezdeńskiej porcelany, 
wypełnione aromatycznym, parującym napojem. 
- Oryginalny Lapsang Souchong - oznajmiła z dumą. 

background image

Bridget, która nie lubiła chińskiej herbaty jeszcze 
bardziej niŜ indyjskiej, uśmiechnęła się blado. 
W tym momencie w drzwiach pojawiła się Emily, 
niewyrośnięta i niezdarna pokojówka panny Waynflete. 
- Proszę pani - powiedziała - czy miała pani na myśli te 
poszewki z falbankami? 
Panna Waynflete pospiesznie wyszła z pokoju, a 
Bridget skorzystała z okazji i wylała swoją herbatę za 
okno. Omal nie poparzyła przy tym wrzątkiem kocura, 
który wylegiwał się na grządce. 
Puszek, przyjąwszy łaskawie jej przeprosiny, wskoczył 
na parapet, a potem wdrapał się jej na ramiona i zaczął 
czule mruczeć. 
- Jesteś bardzo piękny! - powiedziała Bridget, głaszcząc 
go po grzbiecie. 
Puszek wygiął grzbiet w łuk, mrucząc ze zdwojoną 
energią. 
- Dobry kotek - szepnęła Bridget, drapiąc go za uszami. 
- Mój BoŜe - zawołała panna Waynflete, wchodząc do 
pokoju. - Puszek najwyraźniej cię polubił. Z reguły 
zachowuje się z rezerwą! Tylko uwaŜaj na jego uszko. 
Ostatnio bardzo go bolało i nadal mu dokucza. 
Ale było juŜ za późno. Bridget pociągnęła go niechcący 
za chore ucho. Kocur prychnął na nią i odszedł 
majestatycznym krokiem, jakby demonstrując swą 
uraŜoną godność. 
- Och, mój BoŜe, czy cię podrapał? - zawołała panna 
Waynflete. 
- To nic powaŜnego - odparła Bridget, ssąc ukośne 
zadraśnięcie na grzbiecie dłoni. 

background image

- MoŜe przemyć ci rankę jodyną? 
- Och, nie trzeba, wszystko w porządku. Nie warto 
zawracać sobie tym głowy. 
Panna Waynflete wydawała się zawiedziona. Bridget, 
czując, Ŝe zachowała się niezbyt uprzejmie, spytała 
pospiesznie: 
- Ciekawe, jak długo Luke tam będzie? 
- Nie martw się, kochanie. Jestem pewna, Ŝe pan 
Fitzwilliam potrafi o siebie zadbać. 
- Och, Luke jest bardzo twardym męŜczyzną! 
W tym momencie zadzwonił telefon. Bridget szybko do 
niego podeszła. Usłyszała w słuchawce głos Luke'a. 
- Halo? To ty, Bridget? Jestem juŜ w gospodzie. Czy 
mogę przywieźć twoje rzeczy po lunchu? Pojawił się tu 
Battle... wiesz, o kim mówię...? 
- Ten inspektor ze Scotland Yardu? 
- Tak. Chce natychmiast ze mną porozmawiać. 
- W porządku. Kiedy przywieziesz moje bagaŜe, 
opowiesz mi, co on o tym wszystkim sądzi. 
- Dobrze. Tymczasem, kochanie. 
- Do zobaczenia. 
Bridget odłoŜyła słuchawkę i powtórzyła pannie 
Waynflete treść rozmowy. Potem szeroko ziewnęła. Po 
pełnym wyczerpujących emocji poranku ogarnęło ją 
nagłe znuŜenie. 
Panna Waynflete zwróciła na to uwagę. 
- Widzę, Ŝe jesteś zmęczona, moja droga! MoŜe się 
połoŜysz... nie, lepiej nie robić tego tuŜ przed lunchem. 
Wybieram się teraz do pewnej kobiety, by zanieść jej 
trochę starych ubrań. Mieszka w chatce niedaleko stąd... 

background image

to bardzo przyjemny spacer przez pola. Czy miałabyś 
ochotę dotrzymać mi towarzystwa? ZdąŜymy wrócić na 
lunch. 
Bridget chętnie się zgodziła. 
Wyszły z domu tylnymi drzwiami. Panna Waynflete 
miała na głowie słomkowy kapelusz i, ku rozbawieniu 
Bridget, włoŜyła rękawiczki. 
MoŜna by pomyśleć, Ŝe wybieramy się na Bond Street! 
- myślała. 
Po drodze panna Waynflete gawędziła wesoło o 
rozmaitych sprawach związanych z Ŝyciem w małym, 
prowincjonalnym miasteczku. Przeszły przez pola, 
przecięły wyboisty gościniec, a potem skręciły na 
ś

cieŜkę wiodącą przez zapuszczony zagajnik. Dzień był 

dość upalny, więc spacer w cieniu drzew sprawił 
Bridget przyjemność. 
Panna Waynflete zaproponowała, Ŝeby usiadły i chwilę 
odpoczęły. 
- Ten dzisiejszy upał jest naprawdę uciąŜliwy, nie 
sądzisz? Chyba nadciąga burza! 
Bridget sennym głosem przyznała jej słuszność. LeŜała 
na plecach z na wpół przymkniętymi oczami, a po jej 
głowie błąkały się słowa wiersza. 
 
Och, dlaczego spacerujesz po polach w rękawiczkach, 
Och, gruba blond kobieto, której nikt nie kocha? 
 
To do niej nie pasuje! PrzecieŜ panna Waynflete wcale 
nie jest gruba - pomyślała Bridget, a potem wniosła do 
wiersza odpowiednie poprawki. 

background image

 
Och, dlaczego spacerujesz po polach w rękawiczkach, 
Och, chuda, siwa kobieto, której nikt nie kocha? 
 
- Jesteś bardzo senna, kochanie, prawda? - spytała 
panna Waynflete, przerywając jej rozmyślania. 
Wypowiedziała te słowa swoim zwykłym, łagodnym 
tonem, ale było w nim coś, co sprawiło, Ŝe Bridget 
nagle otworzyła oczy. Panna Waynflete pochylała się 
nad nią. 
- Jesteś bardzo senna, prawda? - spytała znowu, 
oblizując wargi i patrząc na nią przejmującym 
wzrokiem. 
Tym razem Bridget pojęła znaczenie jej słów. Kiedy 
nagle dotarło to do jej świadomości, poczuła głęboką 
pogardę dla własnej tępoty! 
Podejrzewała prawdę, ale było to tylko mgliste 
podejrzenie. Zamierzała sprawdzić jego słuszność 
spokojnie i dyskretnie. Ani przez moment nie 
przeczuwała, Ŝe moŜe grozić jej jakieś 
niebezpieczeństwo. Wydawało jej się, Ŝe doskonale 
maskuje swe podejrzenia. Nie przyszło jej nawet do 
głowy, Ŝe atak moŜe nastąpić tak szybko. Zrozumiała, 
Ŝ

e zachowała się jak skończona idiotka! 

- Herbata... - pomyślała. - Na pewno coś w niej było. 
Ona nie wie, Ŝe jej nie wypiłam. To moja jedyna szansa! 
Muszę udawać! Ciekawe, co to było za paskudztwo. 
Trucizna? Czy tylko środek nasenny? Ona myśli, Ŝe 
jestem śpiąca... to oczywiste. 
Ponownie zamknęła oczy. 

background image

- Tak... okropnie... - odparła, mając nadzieję, Ŝe jej głos 
zabrzmi naprawdę sennie. - To dziwne! Nie pamiętam, 
Ŝ

ebym kiedykolwiek była taka śpiąca. 

Panna Waynflete lekko kiwnęła głową. 
Bridget obserwowała ją spod przymruŜonych powiek. 
Tak czy owak - pomyślała - nie moŜe się ze mną 
mierzyć! Jestem silną młodą kobietą, a ona tylko chudą 
słabą staruszką. Ale muszę nakłonić ją do mówienia... 
sprowokować do zwierzeń! 
Twarz panny Waynflete wykrzywił chytry, niemal 
nieludzki uśmiech. 
Ona przypomina kozę - pomyślała Bridget. O BoŜe! 
JakŜe ona jest podobna do kozy! To zwierzę zawsze 
było symbolem zła! Teraz juŜ rozumiem, dlaczego! 
Miałam rację... moje fantastyczne podejrzenia okazały 
się słuszne! Nawet w piekle nie ma większego zła niŜ 
we wzgardzonej kobiecie... Od tego się wszystko 
zaczęło... 
- Nie wiem, co się ze mną dzieje... - powiedziała cicho. 
Tym razem w jej głosie zabrzmiała wyraźna nutka lęku. 
- Czuję się bardzo dziwnie... Okropnie kręci mi się w 
głowie! 
Panna Waynflete rozejrzała się nerwowo. Znajdowały 
się na zupełnym odludziu. Miasteczko leŜało zbyt 
daleko, by ktoś mógł usłyszeć krzyki. W pobliŜu nie 
było Ŝadnych domów ani willi. Zaczęła grzebać w 
swojej paczce, która rzekomo zawierała starą odzieŜ. 
Kiedy rozdarła papier, Bridget dostrzegła kątem oka 
jakąś wełnianą część garderoby. Panna Waynflete znów 
sięgnęła do zawiniątka dłońmi w rękawiczkach. 

background image

 
Och, dlaczego spacerujesz po polach w rękawiczkach? 
 
No właśnie... dlaczego? - pomyślała Bridget. Dlaczego 
w rękawiczkach? AleŜ to jasne jak słońce! Wszystko 
ś

wietnie zaplanowała! 

Panna Waynflete ostroŜnie wyciągnęła z zawiniątka 
nóŜ, uwaŜając, by nie zetrzeć z niego śladów, które 
zostawił lord Whitfield, kiedy tego ranka bawił się nim 
w swym salonie w Ashe Manor. 
Mauretański nóŜ ze spiczastym ostrzem. 
Bridget poczuła, Ŝe robi jej się słabo. Postanowiła grać 
na zwłokę... zmusić tę kobietę do zwierzeń... chudą, 
siwą kobietę, której nikt nie kochał. Doszła do wniosku, 
Ŝ

e nie powinno to być zbyt trudne, poniewaŜ panna 

Waynflete z pewnością odczuwa nieprzepartą potrzebę 
mówienia, a jedyną osobą, z którą moŜe porozmawiać, 
jest ktoś taki jak Bridget... ktoś, kto ma niebawem na 
zawsze zamilknąć. 
- Co to za... nóŜ? - spytała omdlewającym głosem. 
Panna Waynflete wybuchnęła przeraŜającym, 
stłumionym, niemal nieludzkim śmiechem. 
- Jest przeznaczony dla ciebie, Bridget - powiedziała. - 
Dla ciebie! Od dawna cię nienawidziłam. 
- Dlatego Ŝe miałam wyjść za Gordona Whitfielda? - 
spytała Bridget. 
Panna Waynflete kiwnęła głową. 
- Jesteś bardzo bystra! Twoja śmierć będzie koronnym 
dowodem przeciwko niemu. Znajdą twoje zwłoki z 
poderŜniętym gardłem i nóŜ z odciskami jego palców! 

background image

Dlatego właśnie poprosiłam dziś rano, Ŝeby mi go 
pokazał! Kiedy byliście na górze, zawinęłam nóŜ w 
chusteczkę do nosa i schowałam do torebki. To takie 
proste! Prawdę mówiąc, wszystko poszło mi gładko. 
Wprost nie mogłam w to uwierzyć. 
- To dlatego Ŝe... jest pani... tak bardzo przebiegła... - 
wyjąkała Bridget stłumionym głosem osoby 
oszołomionej środkiem nasennym. 
Panna Waynflete znów wybuchnęła przeraŜającym 
ś

miechem. 

- Tak, juŜ w młodości odznaczałam się nieprzeciętną 
inteligencją! -oświadczyła z zatrwaŜającą dumą w 
głosie. - Ale nie pozwalano mi nic robić... Musiałam 
bezczynnie siedzieć w domu. Potem pojawił się w 
moim Ŝyciu Gordon, syn prostego szewca, ale 
wiedziałam, Ŝe to chłopak z aspiracjami. Nie miałam 
wątpliwości, Ŝe daleko zajdzie. A on mnie porzucił... 
mnie! Wszystko przez tę idiotyczną historię z 
kanarkiem. 
Wykonała w powietrzu dziwny, gwałtowny ruch. 
Bridget znów poczuła, Ŝe robi jej się niedobrze. 
- Gordon Ragg ośmielił się porzucić mnie, córkę 
pułkownika Waynflete'a! Poprzysięgłam mu zemstę! 
Myślałam o tym co noc... Potem mojej rodzinie zaczęło 
się powodzić coraz gorzej. Trzeba było sprzedać dom. 
A on go kupił! PoniŜył mnie, proponując posadę w 
moim dawnym rodzinnym domu. JakŜe ja go wtedy 
nienawidziłam! Ale nigdy nie okazywałam swoich 
uczuć. Nauczono nas tego w młodości... to niezwykle 

background image

cenna umiejętność. UwaŜam, Ŝe dobre wychowanie robi 
swoje. 
Milczała przez dłuŜszą chwilę. Bridget uwaŜnie na nią 
patrzyła, bojąc się oddychać, Ŝeby nie przerwać potoku 
jej słów. 
- Przez cały czas rozmyślałam... - ciągnęła panna 
Waynflete. - Początkowo chciałam go po prostu zabić. 
Znalazłam w bibliotece ksiąŜki z zakresu kryminologii. 
Ta lektura później nieraz mi się przydała. Na przykład, 
drzwi do pokoju Amy Gibbs... kiedy juŜ zamieniłam 
buteleczki przy jej łóŜku, przekręciłam klucz w zamku 
od zewnątrz za pomocą obcąŜków. JakŜe ta dziewczyna 
obrzydliwie chrapała!... Zaraz, zaraz... na czym 
skończyłam? - powiedziała po chwili przerwy. 
Bridget miała pewien niezwykły dar, który tak 
oczarował lorda Whitfielda; była bardzo wdzięcznym 
słuchaczem. Honoria Waynflete jest nie tylko 
maniakalną morderczynią, lecz równieŜ osobą pragnącą 
mówić o sobie. A ona potrafiła sobie radzić z tego 
rodzaju ludźmi. Powiedziała więc zachęcająco: 
- śe początkowo chciała pani go zabić... 
- Tak, ale ta koncepcja mnie nie zadowalała... była zbyt 
prostacka... chciałam wymyślić coś lepszego niŜ zwykłe 
morderstwo. I wtedy wpadłam na ten pomysł. Po prostu 
przyszedł mi on niespodziewanie do głowy. Uznałam, 
Ŝ

e Gordon musi ponieść konsekwencje wielu zbrodni, 

których nie popełni. śe oskarŜą go, a potem powieszą 
za moje morderstwa! Ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby 
uznano go za szaleńca i zamknięto w zakładzie dla 
obłąkanych na całe Ŝycie... 

background image

Zaczęła przeraźliwie chichotać. Miała nienaturalnie 
rozszerzone źrenice. 
- Jak ci mówiłam, przeczytałam wiele ksiąŜek z zakresu 
kryminologii. Starannie wybierałam swoje ofiary. 
Początkowo moje morderstwa nie wzbudzały niczyich 
podejrzeń. Wiesz - zniŜyła głos - zabijanie sprawiało mi 
przyjemność... Ta niesympatyczna kobieta, Lydia 
Horton, lekcewaŜyła mnie... pewnego razu powiedziała 
o mnie: "Ta stara panna". Ucieszyła mnie wiadomość, 
Ŝ

e Gordon się z nią pokłócił. Pomyślałam, Ŝe mogę 

upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu! Zabawnie 
było siedzieć przy łóŜku chorej i ukradkiem wsypywać 
arszenik do jej herbaty, a potem, po wyjściu z pokoju, 
mówić pielęgniarce, Ŝe pani Horton narzekała na gorzki 
smak winogron, które dostała od lorda Whitfielda! 
Wielka szkoda, Ŝe ta głupia kobieta nigdy nikomu tego 
nie powtórzyła. Potem przyszła kolej na innych! Kiedy 
tylko usłyszałam, Ŝe Gordon Ŝywi do kogoś urazę, 
natychmiast aranŜowałam jakiś nieszczęśliwy wypadek! 
CóŜ z niego za niewiarygodny głupiec! Wmówiłam mu, 
Ŝ

e ma w sobie coś wyjątkowego! śe kaŜdy, kto wystąpi 

przeciwko niemu, ponosi zasłuŜoną karę. Z łatwością w 
to uwierzył. Biedny, kochany Gordon, uwierzyłby we 
wszystko. Jest taki naiwny! 
Bridget przypomniała sobie swoje własne pełne ironii 
słowa, które wypowiedziała w obecności Luke'a: 
"Gordon! On uwierzyłby we wszystko!" 
Czuła, Ŝe musi nakłonić pannę Waynflete do dalszych 
zwierzeń. A to nie było trudne! Będąc przez wiele lat 
sekretarką, łagodnie zachęcała swoich pracodawców do 

background image

osobistych wynurzeń. A ta kobieta odczuwała 
nieprzepartą potrzebę mówienia o sobie i chełpienia się 
swoją inteligencją. 
- Ale jak to się pani udało? - spytała półgłosem. - Nie 
potrafię tego zrozumieć. 
- Och, to było bardzo proste! To sprawa organizacji! 
Kiedy Amy została odprawiona z rezydencji, 
natychmiast zatrudniłam ją u siebie. Pomysł z farbą do 
kapeluszy uwaŜam za niezwykle sprytny, a drzwi 
zamknięte na klucz od wewnątrz zapewniły mi 
bezpieczeństwo. Oczywiście, niczego nie ryzykowałam, 
bo nie miałam Ŝadnego motywu, a bez tego nie moŜna 
nikogo podejrzewać o morderstwo. Z Carterem teŜ 
poszło łatwo... zataczał się we mgle, a ja dogoniłam go 
na kładce i mocno popchnęłam. Jestem bardzo silna. 
Przerwała i znów przeraŜająco zachichotała. 
- Cala ta historia była świetną zabawą! Nigdy nie 
zapomnę wyrazu twarzy Tommy'ego w chwili, gdy 
spychałam go z parapetu. Nie miał najmniejszego 
pojęcia, Ŝe... - Pochyliła się nad Bridget i powiedziała 
cicho, jakby powierzając jej swoją największą 
tajemnicę: -Wiesz, ludzie są naprawdę strasznie głupi. 
Nigdy przedtem nie zdawałam sobie z tego sprawy. 
- Za to pani jest... wyjątkowo inteligentną kobietą - 
oznajmiła Bridget bardzo słabym głosem. 
- Tak, istotnie... chyba masz rację. 
- A doktor Humbleby... Jego przypadek musiał być 
znacznie trudniejszy, prawda? 
- Owszem. To cud, Ŝe mi się udało. Oczywiście, mogło 
się nie udać. Ale Gordon trąbił na lewo i prawo o swojej 

background image

wizycie w Instytucie Wellermana Kreutza, więc 
postanowiłam doprowadzić do tego, Ŝeby ludzie nie 
zapomnieli o tej wizycie, a potem skojarzyli ją ze 
ś

miercią doktora Humbleby'ego. Z chorego ucha Puszka 

wydzielała się ropa. Skaleczyłam doktora w rękę 
czubkiem noŜyczek. Potem, udając, Ŝe jestem tym 
strasznie przejęta, zaczęłam uporczywie nalegać, Ŝeby 
pozwolił mi przemyć i opatrzyć ranę. Doktor nie zdawał 
sobie sprawy, Ŝe opatrunek został wcześniej 
zainfekowany wydzieliną z ucha kota. Oczywiście, 
mogło nic z tego nie wyjść... to było niepewne 
przedsięwzięcie. Kiedy bakterie zrobiły swoje, bardzo 
się ucieszyłam... zwłaszcza Ŝe Puszek naleŜał przedtem 
do Lavinii Pinkerton. - Zasępiła się nagle. - Lavinia 
Pinkerton! Ona jedna się domyślała... To ona znalazła 
wtedy Tommy'ego. A potem, kiedy doszło do sprzeczki 
między Gordonem a doktorem Humblebym, zobaczyła, 
jak patrzę na doktora. Dałam się zaskoczyć. 
Zastanawiałam się, jak mam to zrobić... A ona 
zrozumiała! Gdy odwróciłam głowę, zauwaŜyłam, Ŝe 
bacznie mnie obserwuje i... zdradziłam się. Zdałam 
sobie sprawę, Ŝe ona wie. Oczywiście, nie mogła mi 
niczego udowodnić. Byłam tego pewna. Ale mimo 
wszystko obawiałam się, Ŝe ktoś moŜe jej uwierzyć. 
Bałam się, Ŝe mogą jej uwierzyć w Scotland Yardzie. 
Byłam przekonana, Ŝe właśnie tam się wybiera, więc 
wsiadłam do tego samego pociągu, a potem zaczęłam ją 
ś

ledzić. To było bardzo łatwe. Kiedy przechodziła przez 

Whitehall, musiała się zatrzymać na wysepce dla 
pieszych. Stanęłam tuŜ za nią, ale mnie nie widziała. 

background image

Gdy nadjeŜdŜał jakiś duŜy samochód, mocno ją 
popchnęłam. A jestem bardzo silna! Wpadła wprost pod 
koła. Powiedziałam stojącej obok mnie kobiecie, Ŝe 
zauwaŜyłam numer rejestracyjny tego samochodu, i 
podałam jej numer rollsa Gordona. Miałam nadzieję, Ŝe 
przekaŜe te dane policji. Szczęśliwym trafem samochód 
się nie zatrzymał. Pewnie szofer wybrał się na 
przejaŜdŜkę bez wiedzy swego pracodawcy. Tak, 
miałam szczęście. Zawsze je mam. A ta awantura z 
Riversem, do której doszło przed paru dniami w 
obecności Luke'a Fitzwilliama... Nieźle się ubawiłam, 
naprowadzając go na fałszywy trop! Dziwiło mnie 
tylko, Ŝe tak trudno było skierować jego podejrzenia na 
Gordona. Ale po śmierci Riversa musiało do tego dojść. 
Musiało to do niego w końcu dotrzeć! A teraz... no cóŜ, 
to będzie wspaniałe zakończenie całej sprawy. Wstała i 
podeszła do Bridget. 
- Gordon mnie porzucił! - powiedziała cicho. - 
Zamierzał oŜenić się z tobą. Spotkało mnie 
rozczarowanie, które odbiło się na całym moim Ŝyciu. 
Nie miałam nic... zupełnie nic... 
 
Och, chuda, siwa kobieto, której nikt nie kocha... 
 
Z obłąkańczym uśmiechem pochyliła się nad Bridget... 
Błysnął nóŜ... 
Bridget zerwała się na równe nogi. Jak tygrys rzuciła się 
na przeciwniczkę. Pchnęła ją do tyłu i mocno zacisnęła 
dłoń na jej prawym nadgarstku. 

background image

Zaskoczona Honoria Waynflete upadła na plecy, zanim 
zdąŜyła zadać cios. Ale po chwili zaczęła zaŜarcie 
walczyć. Zasób ich sił był nieporównywalny. Młoda, 
zdrowa i wysportowana Bridget miała mocne mięśnie, a 
Honoria Waynflete była kobietą szczupłą i wątłą. 
Bridget nie wzięła jednak pod uwagę jednej 
okoliczności. Honoria Waynflete była obłąkana. I 
właśnie szaleństwo dodawało jej sił. Walczyła jak lew. 
Potrafiła wykrzesać z siebie więcej energii niŜ Bridget 
ze swych mięśni. Bridget usiłowała wyrwać jej nóŜ z 
ręki, ale ona trzymała go kurczowo. 
Potem, stopniowo, obłąkana kobieta zaczęła zyskiwać 
przewagę. 
- Luke!... Ratunku!... Pomocy! - rozpaczliwie wołała 
Bridget. 
Nie miała jednak nadziei, Ŝe ktoś przyjdzie jej z 
pomocą. Były same. Same na odludziu. Z najwyŜszym 
wysiłkiem wykręciła przeciwniczce rękę i w końcu 
usłyszała odgłos upadającego na ziemię noŜa. 
Honoria Waynflete chwyciła Bridget oburącz za gardło 
i zaczęła ją dusić, wyciskając z niej Ŝycie. Bridget 
wydała z siebie ostatni, zdławiony okrzyk... 
 
XXII 
ROZMOWA Z PANIĄ HUMBLEBY 
 
Inspektor Battle zrobił na Luke'u korzystne wraŜenie. 
Był powaŜny i spokojny. Miał szeroką, rumianą twarz i 
sumiaste wąsy. Na pierwszy rzut oka nie wydawał się 

background image

szczególnie bystry, ale baczny obserwator, widząc jego 
przenikliwe spojrzenie, nie dałby się zwieść pozorom. 
Luke był bacznym obserwatorem. Miał juŜ wcześniej do 
czynienia z ludźmi tego rodzaju. Wiedział, Ŝe moŜna im 
zaufać i Ŝe zawsze osiągają wyznaczony cel. Był bardzo 
zadowolony, Ŝe prowadzenie tej sprawy powierzono 
właśnie temu człowiekowi. 
- Dziwię się, Ŝe przysłano tu kogoś na tak wysokim 
stanowisku -powiedział, kiedy zostali sami. 
Inspektor Battle uśmiechnął się szeroko. 
- Ta sprawa moŜe okazać się bardzo powaŜna, panie 
Fitzwilliam. - Kiedy w grę wchodzi ktoś taki jak lord 
Whitfield, nie chcielibyśmy popełnić błędu. 
- Rozumiem. Czy przyjechał pan sam? 
- Nie. Towarzyszy mi detektyw w stopniu sierŜanta. 
Teraz jest w barze Siedem Gwiazd. Jego zadanie polega 
na śledzeniu jego lordowskiej mości. 
- Rozumiem. 
- Czy pana zdaniem nie ma najmniejszej wątpliwości? 
Jest pan pewien, Ŝe to właśnie on? - spytał Battle. 
- Fakty wyraźnie dowodzą, Ŝe nie ma innej moŜliwości. 
Czy mam je panu przedstawić? 
- Dziękuję, przekazał mi je sir William. 
- Co pan o tym sądzi? Chyba wydaje się panu absolutnie 
nieprawdopodobne, Ŝe człowiek o tak wysokiej pozycji 
społecznej jak lord Whitfield moŜe być maniakalnym 
mordercą? 
- Niewiele jest rzeczy, które wydają mi się 
nieprawdopodobne -odparł inspektor Battle. - Tam 
gdzie mamy do czynienia ze zbrodnią, wszystko jest 

background image

moŜliwe. Zawsze to powtarzam. Gdyby powiedział mi 
pan, Ŝe jakaś miła stara panna, arcybiskup czy 
uczennica jest niebezpiecznym przestępcą, nie 
wykluczyłbym tego przed dokładnym zbadaniem 
sprawy. 
- Skoro sir William przekazał panu najwaŜniejsze fakty, 
opowiem panu tylko o tym, co wydarzyło się dziś rano - 
zaproponował Luke. 
Zrelacjonował pokrótce przebieg swej rozmowy z 
lordem Whitfieldem. Inspektor Battle słuchał go z 
duŜym zainteresowaniem. 
- Mówi pan, Ŝe bawił się noŜem - powiedział. - Czy 
zrobił coś szczególnego, panie Fitzwilliam? Czy nim 
groził? 
- Otwarcie nie. Tylko w dość nieprzyjemny sposób 
badał palcami jego ostrze, z jakąś, rzekłbym, estetyczną 
rozkoszą, a to mi się nie podobało. Myślę, Ŝe panna 
Waynflete miała takie samo odczucie. 
- Czy to ta pani, która zna lorda Whitfielda od dziecka i 
miała za niego wyjść? 
- Zgadza się. 
- Sądzę, Ŝe moŜe pan się nie martwić o tę młodą damę, 
panie Fitzwilliam - powiedział inspektor Battle. - Dam 
jej kogoś do ochrony. A w dodatku Jackson śledzi jego 
lordowską mość, więc nie powinno jej grozić Ŝadne 
niebezpieczeństwo. 
- Uspokoił mnie pan - odetchnął Luke. Inspektor ze 
zrozumieniem pokiwał głową. 
- Wiem, Ŝe jest pan w trudnej sytuacji, panie 
Fitzwilliam. śe niepokoi się pan o pannę Conway... 

background image

Szczerze mówiąc, nie spodziewam się, Ŝe będzie to 
łatwa sprawa. Lord Whitfield niewątpliwie jest 
niezwykle przebiegłym człowiekiem. 
Najprawdopodobniej powstrzyma się na jakiś czas od 
dalszych kroków. Chyba Ŝe osiągnął juŜ ostatnie 
stadium. 
- Co pan nazywa "ostatnim stadium"? 
- Stan, w którym pod wpływem wybujałego egotyzmu 
przestępca zaczyna sądzić, Ŝe nic mu nie grozi! UwaŜa 
siebie za geniusza, a wszystkich innych za kompletnych 
durniów! Wtedy, oczywiście, mamy go juŜ w garści! 
Luke pokiwał głową i wstał. 
- No cóŜ - powiedział. - śyczę powodzenia. Proszę dać 
mi znać, gdybym mógł w czymś pomóc. 
- Oczywiście. 
- Czy nic panu nie przychodzi do głowy? 
Battle zastanawiał się chwilę. 
- Nie, na razie nic. Chcę się trochę rozejrzeć po okolicy. 
MoŜe zamienimy parę słów wieczorem, dobrze? 
- Zgoda. 
- Wtedy będę lepiej wiedział, na czym stoimy. 
Luke czuł się podniesiony na duchu i uspokojony. 
Wiele osób odnosiło takie samo wraŜenie po spotkaniu 
z inspektorem Battle. 
Zerknął na zegarek. Zaczął się zastanawiać, czy nie 
powinien pojechać do Bridget jeszcze przed lunchem. 
Doszedł jednak do wniosku, Ŝe lepiej będzie, jeśli tego 
nie zrobi. Panna Waynflete mogłaby uwaŜać 
zaproszenie go na posiłek za swój obowiązek, a to 
wprowadziłoby zamieszanie w jej gospodarstwie. 

background image

Wiedział z własnego doświadczenia z ciotkami, Ŝe 
kobiety w średnim wieku są przeczulone na punkcie 
drobiazgów, związanych z prowadzeniem domu. 
Ciekawe, czy panna Waynflete jest czyjąś ciotką? - 
pomyślał. Być moŜe. 
Wyszedł z gospody. Jakaś kobieta w czerni przystanęła 
gwałtownie na jego widok. 
- Dzień dobry, panie Fitzwilliam. 
- Dzień dobry, pani Humbleby - odparł, ściskając jej 
wyciągniętą dłoń. 
- Myślałam, Ŝe juŜ pan wyjechał. 
- Nie, tylko się przeprowadziłem. Mieszkam teraz w tej 
gospodzie. 
- A Bridget? Słyszałam, Ŝe opuściła Ashe Manor. 
- Owszem, to prawda. 
Pani Humbleby głęboko westchnęła. 
- Bardzo się cieszę, Ŝe tak szybko wyjechała z 
Wychwood. 
- Och, ona nadal jest tutaj. Ściśle rzecz biorąc, 
zatrzymała się u panny Waynflete. 
Pani Humbleby zrobiła krok do tyłu. Luke'a zaskoczyło 
malujące się na jej twarzy przeraŜenie. 
- U Honorii Waynflete? Och, ale dlaczego? 
- Panna Waynflete bardzo uprzejmie zaprosiła ją do 
siebie na kilka dni. 
Panią Humbleby wstrząsnął lekki dreszcz. Podeszła 
bliŜej i połoŜyła Luke'owi dłoń na ramieniu. 
- Panie Fitzwilliam, wiem, Ŝe nie mam prawa nic 
mówić. PrzeŜyłam ostatnio wiele bolesnych i cięŜkich 

background image

chwil, więc... być moŜe... straciłam zdrowy rozsądek! 
Moje odczucia mogą być po prostu tylko urojeniami. 
- Jakie odczucia? - spytał Luke łagodnie. 
- Przeświadczenie o istnieniu zła! 
Spojrzała na niego nieśmiało. Widząc jednak, Ŝe z 
powagą skinął głową i nie zamierza kwestionować jej 
wypowiedzi, dodała: 
- Tyle nikczemności... ta myśl mnie prześladuje... tyle 
niegodziwości w Wychwood. A wszystko to za sprawą 
tej kobiety. Jestem tego pewna! 
- Jakiej kobiety? - spytał Luke, nie rozumiejąc, o kogo 
jej chodzi. 
- Jestem przekonana, Ŝe Honoria Waynflete jest bardzo 
złą kobietą! - wyjaśniła pani Humbleby. - Och, widzę, 
Ŝ

e pan mi nie wierzy! Lavinii Pinkerton teŜ nikt nie 

uwierzył. Ale obie miałyśmy takie odczucia. 
Przypuszczam, Ŝe ona wiedziała więcej niŜ ja... Proszę 
pamiętać, panie Fitzwilliam, Ŝe nieszczęśliwa kobieta 
jest zdolna do strasznych czynów. 
- MoŜe i tak - przyznał Luke cicho. 
- Pan mi nie wierzy? - spytała pospiesznie pani 
Humbleby. - No cóŜ, dlaczego miałby pan wierzyć? Ale 
nie jestem w stanie zapomnieć tego dnia, kiedy John 
wrócił od niej z zabandaŜowaną ręką. Zbagatelizował 
całą sprawę, mówiąc, Ŝe to tylko zadraśnięcie. - 
Odwróciła się, zamierzając odejść. - Do widzenia. 
Proszę zapomnieć, co panu mówiłam. Ostatnio nie 
najlepiej się czuję. 
Luke zaczął się zastanawiać, dlaczego pani Humbleby 
nazwała Honorię Waynflete złą kobietą. CzyŜby doktor 

background image

Humbleby przyjaźnił się z Honorią Waynflete, a jego 
Ŝ

ona była o nią zazdrosna? 

Co ona powiedziała? śe "Lavinii Pinkerton teŜ nikt nie 
uwierzył". Zatem Lavinia Pinkerton musiała zwierzyć 
się pani Humbleby ze swoich podejrzeń. 
Nagle przypomniał sobie wagon kolejowy i 
zaniepokojoną twarz miłej starszej pani. Znów usłyszał 
jej powaŜny głos: "Ten szczególny błysk w oczach..." 
Kiedy to mówiła, zmienił się wyraz jej własnej twarzy... 
jakby bardzo wyraźnie coś zobaczyła. Przez chwilę 
wyglądała zupełnie inaczej... rozchyliła usta, obnaŜając 
zęby, i patrzyła na niego jakimś dziwnym, niemal 
nieludzkim wzrokiem. 
Widziałem u kogoś dokładnie takie samo spojrzenie... 
ten sam błysk w oczach... Całkiem niedawno... ale 
kiedy? - pomyślał. Dziś rano! AleŜ oczywiście! PrzecieŜ 
panna Waynflete tak właśnie patrzyła na Bridget w 
salonie lorda Whitfielda. 
Nagle przypomniał sobie, Ŝe kiedy przed wielu laty 
ciotka Mildred powiedziała: "Wiesz, mój drogi, ona 
wygląda jak idiotka!", jej inteligentna, miła twarz 
przybrała wyraz bezdennej tępoty... 
Lavinia Pinkerton wspominała o błysku w oczach 
jakiegoś męŜczyzny... nie, jakiejś osoby - pomyślał. Czy 
to moŜliwe, Ŝe na ułamek sekundy jej Ŝywa wyobraźnia 
odtworzyła ten obraz... spojrzenie mordercy patrzącego 
na swoją następną ofiarę...? 
Pod wpływem nagłego impulsu ruszył szybkim krokiem 
w kierunku domu panny Waynflete. 
W głowie kłębiły mu się uporczywe myśli: 

background image

Nie męŜczyzna... przecieŜ nie wspomniała ani słowem o 
męŜczyźnie... to ty załoŜyłeś, Ŝe to jest męŜczyzna, bo 
wydawało ci się to oczywiste, ale ona tego nie 
powiedziała... O BoŜe, czyja kompletnie zwariowałem? 
Moje podejrzenia są nieprawdopodobne... z całą 
pewnością to niemoŜliwe... absurdalne... Ale muszę 
dotrzeć do Bridget i sprawdzić, czy nic jej się nie stało... 
Te dziwne, jasnobursztynowe oczy. Och, jestem 
obłąkany! Musiałem oszaleć! PrzecieŜ to Whitfield jest 
przestępcą! Z całą pewnością. Na dobrą sprawę sam się 
do tego przyznał! 
Pamięć uparcie podsuwała mu obraz twarzy panny 
Pinkerton, odgrywającej rolę okropnej, na wpół 
obłąkanej kobiety. 
Drzwi otworzyła mu słuŜąca. 
- Panna Conway gdzieś wyszła - wyjaśniła, zaskoczona 
jego gwałtownym wtargnięciem. - Tak mi powiedziała 
panna Waynflete. Sprawdzę, czy pani jest w domu. 
Luke przecisnął się obok niej i wpadł do salonu. Emily 
pobiegła na górę. Po chwili wróciła, cięŜko dysząc. 
- Mojej pani teŜ nie ma w domu. Luke chwycił ją za 
ramię. 
- Dokąd poszły? Którędy? 
Emily patrzyła na niego z szeroko otwartymi ustami. 
- Musiały wyjść tylnymi drzwiami, bo gdyby wyszły 
frontowymi, zobaczyłabym je przez kuchenne okno. 
Luke przebiegł przez niewielki ogród i wypadł na 
drogę. Natknął się tam na jakiegoś męŜczyznę, 
przycinającego Ŝywopłot. Podszedł i zagadnął go, z 
trudem powstrzymując drŜenie głosu. 

background image

- Dwie kobiety? - odparł nieznajomy bez pośpiechu. - 
Owszem. Kilka minut temu. Jadłem właśnie obiad w 
cieniu Ŝywopłotu. Chyba mnie nie zauwaŜyły. 
- W którą stronę poszły? 
Choć starał się rozpaczliwie, Ŝeby jego głos brzmiał 
normalnie, nieznajomy spojrzał na niego ze 
zdziwieniem i odparł: 
- Przez pola... W tym kierunku. Ale nie mam pojęcia, 
dokąd poszły dalej. 
Luke podziękował mu i puścił się biegiem. Coraz silniej 
czuł, Ŝe musi się spieszyć. 
Muszę je koniecznie dogonić! - pomyślał. Chyba 
kompletnie oszalałem. Najprawdopodobniej wybrały się 
na miły, przyjacielski spacer. Coś jednak kaŜe mi je 
ś

cigać. Przebiegł przez pola i przystanął na wiejskiej 

ś

cieŜce, nie wiedząc, co robić dalej. 

I wtedy usłyszał z daleka słabe, lecz wyraźne wołanie. 
- Luke! Ratunku! - I jeszcze raz: - Luke... 
Bez chwili namysłu wbiegł do lasu i pognał w kierunku, 
z którego dobiegł krzyk. Teraz dotarły do niego inne 
dźwięki... odgłosy szamotaniny, szybkie oddechy, a 
potem jakiś cichy, zduszony jęk. 
ZdąŜył w samą porę. Oderwał dłonie obłąkanej kobiety 
od gardła ofiary. Choć panna Waynflete z pianą na 
ustach szamotała się i przeklinała, trzymał ją mocno. W 
końcu kobietą wstrząsnął konwulsyjny dreszcz i 
zesztywniała w jego uścisku. 
 
XXIII 
NOWY POCZĄTEK 

background image

 
- Ja tego nie rozumiem - rzekł lord Whitfield. - Po 
prostu nie rozumiem. 
Starał się zachować godność, ale pod pozorami 
pompatyczności moŜna było dostrzec Ŝałosne 
zakłopotanie. Nie mógł uwierzyć w sensacyjne nowiny, 
które właśnie mu przekazywano. 
- Sprawa wygląda tak, lordzie Whitfield - tłumaczył 
cierpliwie Battle. - Zacznijmy od tego, Ŝe w tej rodzinie 
zdarzały się przypadki obłędu. Odkryliśmy to dopiero 
teraz. Często tak się dzieje w tych starych rodach. Ona 
ma do tego skłonności dziedziczne. Poza tym jest 
bardzo ambitną kobietą, którą spotkały niepowodzenia. 
Najpierw runęła w gruzy jej kariera zawodowa, a potem 
przeŜyła zawód miłosny. - Odchrząknął. - Domyślam 
się, Ŝe to pan ją porzucił? 
- Nie lubię określenia "porzucił" - oświadczył lord 
Whitfield kategorycznie. 
- Czy to pan zerwał zaręczyny? - poprawił się inspektor 
Battle. 
- No cóŜ... owszem. 
- Powiedz nam dlaczego, Gordon - poprosiła Bridget. 
Lord Whitfield lekko się zaczerwienił. 
- No dobrze, skoro muszę. Honoria miała kanarka, 
którego uwielbiała. Miał zwyczaj brać cukier z jej ust. 
Pewnego dnia mocno ją dziobnął. Honoria rozzłościła 
się, złapała go i... skręciła mu kark! Po tym incydencie 
moje uczucia do niej nagle osłabły. Powiedziałem jej, Ŝe 
uwaŜam nasz związek za pomyłkę popełnioną przez 
obie strony. 

background image

- Od tego wszystko się zaczęło! - orzekł Battle, kiwając 
głową. - Tak jak powiedziała pannie Conway, skupiła 
całą swą uwagę i bezsporną inteligencję na jednym celu. 
- Chciała, Ŝeby uznano mnie za mordercę? - zawołał 
lord Whitfield z niedowierzaniem. - To niewiarygodne. 
- Ale to prawda - powiedziała Bridget. - PrzecieŜ sam 
się dziwiłeś, Ŝe kaŜdy, kto zrobił ci przykrość, 
natychmiast ginął w jakichś tajemniczych 
okolicznościach. 
- Istniały po temu powody. 
- Powodem była Honoria Waynflete - oznajmiła 
Bridget. - Wbij sobie wreszcie do głowy, Ŝe to nie ręka 
Opatrzności wypchnęła Tommy'ego Pierce'a z okna i 
wykończyła wszystkich pozostałych. Zrobiła to 
Honoria. 
- Wydaje mi się to wprost niewiarygodne - powtórzył 
lord Whitfield, potrząsając głową. 
- Twierdzi pan, Ŝe dziś rano przekazano panu 
telefonicznie jakąś wiadomość, czy tak? - spytał Battle. 
- Owszem, około dwunastej. Poproszono mnie, bym 
natychmiast udał się do pobliskiego lasku Shaw Wood, 
poniewaŜ ty, Bridget, chcesz mi coś powiedzieć. 
Miałem nie brać samochodu, tylko pójść piechotą. 
Battle pokiwał głową. 
- No właśnie. To byłby koniec. Znaleziono by; pannę 
Conway z poderŜniętym gardłem, a obok niej naleŜący 
do pana nóŜ z odciskami pańskich palców! Potem ktoś 
zaświadczyłby, Ŝe widział pana wtedy w pobliŜu 
miejsca zbrodni! A pan nie miałby Ŝadnego 

background image

wytłumaczenia. KaŜdy sąd przysięgłych na świecie 
uznałby pana za winnego. 
- Mnie? - zawołał lord Whitfield z zaskoczeniem i 
niepokojem. - Kto by uwierzył, Ŝe ja mogłem zrobić coś 
podobnego? 
- Ja nie uwierzyłam - powiedziała cicho Bridget. 
Lord Whitfield spojrzał na nią chłodno, a potem 
kategorycznie oświadczył: 
- Biorąc pod uwagę moją reputację i pozycję społeczną 
w hrabstwie jestem przekonany, Ŝe nikt, ani przez 
ułamek sekundy, nie uwierzyłby w tak absurdalny 
zarzut. 
Wyszedł z godnością, zamykając za sobą drzwi. 
- Nigdy nie zrozumie, Ŝe naprawdę groziło mu 
niebezpieczeństwo! - rzekł Luke, a potem spytał: - 
Bridget, jak to się stało, Ŝe zaczęłaś podejrzewać pannę 
Waynflete? 
- Kiedy powiedziałeś mi, Ŝe Gordon jest mordercą, nie 
mogłam w to uwierzyć! Znam go bardzo dobrze. Przez 
dwa lata byłam jego sekretarką! Poznałam go na wylot! 
Zdaję sobie sprawę, Ŝe jest napuszonym, małostkowym 
egotykiem, ale wiem teŜ, Ŝe jest Ŝyczliwym 
człowiekiem o gołębim sercu. Nie zabiłby nawet osy. 
Ta historia z kanarkiem panny Waynflete była zwykłym 
kłamstwem. Gordon nie mógł go zabić. Kiedyś 
powiedział mi, Ŝe to on ją porzucił. Ty uporczywie 
twierdziłeś, Ŝe było odwrotnie. No cóŜ, mogło tak się 
zdarzyć! Być moŜe duma nie pozwoliła mu się 
przyznać, Ŝe to ona z nim zerwała. Ale ta historia z 
kanarkiem... to bzdura! Gordon tego nie zrobił! On 

background image

nawet nie poluje, poniewaŜ widok krwi przyprawia go o 
mdłości. Więc doszłam do wniosku, Ŝe ta część historii 
jest nieprawdziwa. A skoro tak, to panna Waynflete 
musiała skłamać. Kiedy się o tym pomyśli, było to 
niezwykle zadziwiające kłamstwo! Nagle zaczęłam się 
zastanawiać, czy nie kłamała równieŜ w innych 
sprawach. Nietrudno zauwaŜyć, Ŝe jest bardzo ambitną 
kobietą, więc porzucenie jej przez narzeczonego 
musiało strasznie zranić jej dumę. To ją 
najprawdopodobniej rozwścieczyło i obudziło w niej 
nienawiść do Gordona. Uczucie to spotęgowało się 
jeszcze bardziej, kiedy wrócił tu po latach jako bogaty 
człowiek sukcesu. Powiedziałam sobie: "Tak", ona 
zapewne chętnie obciąŜyłaby go odpowiedzialnością za 
jakąś zbrodnię". Wtedy zaczęły mi się kłębić w głowie 
róŜne dziwne koncepcje. Wychodząc z załoŜenia, Ŝe 
wszystko, co ona mówi, jest kłamstwem, nagle 
zrozumiałam, Ŝe taka kobieta z łatwością mogła zrobić z 
męŜczyzny głupca! Ten pomysł wydał mi się dość 
dziwaczny, więc pomyślałam: "To niewiarygodne, ale 
przypuśćmy, iŜ to ona zamordowała tych ludzi, a potem 
wmówiła Gordonowi, Ŝe spotkała ich kara boska!" 
Wiedziałam, Ŝe mogłaby mu to wmówić bez Ŝadnych 
trudności. Jak wam mówiłam, Gordon uwierzyłby we 
wszystko! Potem zadałam sobie pytanie: "Czy ona 
mogła popełnić te zbrodnie?" Odpowiedź była 
twierdząca. Doszłam do wniosku, Ŝe mogła zrzucić 
pijanego męŜczyznę z kładki i wypchnąć chłopca z 
okna, a Amy Gibbs umarła w jej domu. Co do pani 
Horton... kiedy chorowała, Honoria Waynflete często ją 

background image

odwiedzała. Przypadek doktora Humbleby'ego sprawił 
mi więcej trudności. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, Ŝe 
Puszek cierpi na wirusowe zapalenie ucha ani Ŝe panna 
Waynflete załoŜyła doktorowi na rękę opatrunek, który 
wcześniej zainfekowała wydzieliną z ucha kota. 
Przypadek panny Pinkerton był jeszcze trudniejszy, 
poniewaŜ nie mogłam sobie wyobrazić panny 
Waynflete przebranej w uniform szofera i prowadzącej 
rollsa. Potem nagle doznałam olśnienia... przypadek 
panny Pinkerton był najprostszy ze wszystkich! Panna 
Waynflete po prostu pchnęła ją z tyłu, co w tłumie ludzi 
zapewne nie sprawiło jej większych trudności. 
Samochód nie zatrzymał się, więc wykorzystała okazję i 
powiedziała jakiejś kobiecie, Ŝe zauwaŜyła jego numer 
rejestracyjny, a potem podała jej numer rollsa lorda 
Whitfielda. Miałam w głowie kompletny chaos. Ale 
skoro byłam absolutnie pewna, Ŝe Gordon nie popełnił 
tych morderstw, to kto tego dokonał? Odpowiedź 
wydawała się zupełnie oczywista. Ktoś, kto nienawidzi 
Gordona! A kto go nienawidzi? Honoria Waynflete. 
Wtedy przypomniałam sobie, Ŝe panna Pinkerton, 
mówiąc o mordercy, wyraźnie sugerowała, Ŝe to 
męŜczyzna. To obaliło moją wspaniałą teorię, bo gdyby 
panna Pinkerton miała rację, nie zostałaby zabita... 
Więc poprosiłam cię, byś dokładnie przytoczył słowa 
panny Pinkerton, i stwierdziłam, Ŝe ani razu nie uŜyła 
słowa męŜczyzna. Wtedy doszłam do wniosku, Ŝe 
jestem na właściwym tropie! Postanowiłam przyjąć 
zaproszenie panny Waynflete i podjąć próbę odkrycia 
prawdy. 

background image

- Nic mi o tym nie mówiąc? - spytał Luke z gniewem. 
- Kochanie, byłeś tak bardzo przekonany o słuszności 
swoich podejrzeń... a moja koncepcja była mglista i 
budziła wątpliwości! Nie przyszło mi nawet do głowy, 
Ŝ

e grozi mi jakieś niebezpieczeństwo. Sądziłam, Ŝe 

mam mnóstwo czasu... - Wstrząsnął nią dreszcz 
przeraŜenia. - Och, Luke, to było straszne... Jej oczy... I 
ten przeraźliwy, nieludzki śmiech... 
- ZdąŜyłem w ostatniej chwili - powiedział Luke 
drŜącym głosem. - Odwrócił się do inspektora Battle. - 
Jak ona się teraz czuje? 
- Dostała kompletnego pomieszania zmysłów - odparł 
Battle. - Tak juŜ z nimi jest. Tacy ludzie nie mogą 
znieść szoku, jakim jest dla nich świadomość, Ŝe okazali 
się mniej sprytni, niŜ sądzili. 
- No cóŜ, kiepski ze mnie policjant! - przyznał Luke 
ponuro. - Ani przez chwilę nie podejrzewałem Honorii 
Waynflete. Był pan lepszy, Battle. 
- MoŜe tak, a moŜe nie. Pamięta pan zapewne, jak 
powiedziałem, Ŝe kiedy mamy do czynienia ze 
zbrodnią, wszystko jest moŜliwe. Wydaje mi się, Ŝe 
jako przykład podałem wtedy starą pannę. 
- Wymienił pan równieŜ arcybiskupa i uczennicę! Czy 
mam rozumieć, Ŝe uwaŜał pan ich wszystkich za 
potencjalnych morderców? 
Battle uśmiechnął się szeroko. 
- Chodziło mi o to, Ŝe kaŜdy moŜe być przestępcą. 
- Z wyjątkiem Gordona - zauwaŜyła Bridget. - Luke, 
chodźmy go poszukać! 

background image

Lord Whitfield siedział w swoim gabinecie, 
zaabsorbowany robieniem notatek. 
- Gordon - zaczęła Bridget łagodnym, cichym głosem. - 
Czy teraz, kiedy wiesz juŜ o wszystkim, zechcesz nam 
wybaczyć? 
Lord Whitfield spojrzał na nią Ŝyczliwie. 
- AleŜ naturalnie, moja droga. Zdaję sobie sprawę, Ŝe 
będąc zapracowanym człowiekiem, bardzo cię 
zaniedbywałem. Rzecz w tym, Ŝe... jak mądrze napisał 
to Kipling: "Ten podróŜuje najszybciej, kto podróŜuje 
sam. Moja droga Ŝyciowa jest drogą samotnika". - 
Rozprostował ramiona. - Dźwigam na swych barkach 
ogromny cięŜar odpowiedzialności. I muszę dźwigać go 
sam. Nie mam nikogo do towarzystwa, nikt nie moŜe mi 
w tym ulŜyć. Muszę iść przez Ŝycie w samotności... aŜ 
do końca drogi. 
- Jesteś wspaniałomyślny, mój drogi! - zawołała 
Bridget. 
Lord Whitfield zmarszczył czoło. 
- To nie jest kwestia wspaniałomyślności. Zapomnijmy 
o tych głupstwach. Jestem człowiekiem bardzo zajętym. 
- Wiem o tym. 
- Zabieram się natychmiast do przygotowania serii 
artykułów "Zbrodnie popełnione przez kobiety na 
przestrzeni stuleci". 
Bridget spojrzała na niego z podziwem. 
- Gordon, to świetny pomysł. 
Lord Whitfield dumnie wypiął pierś. 
- Proszę wiec teraz zostawić mnie samego. Nie wolno 
mi przeszkadzać. Mam mnóstwo pracy. 

background image

Luke i Bridget wyszli na palcach z pokoju. 
- On jest rzeczywiście wspaniałomyślny - powiedziała 
Bridget. 
- Bridget, coś mi się zdaje, Ŝe ty naprawdę kochałaś 
tego człowieka! 
- Wiesz, Luke, chyba tak. 
Luke wyjrzał przez okno. 
- Cieszę się, Ŝe stąd wyjeŜdŜamy. Nie lubię tego 
miejsca. Jest tu duŜo nikczemności, jak powiedziałaby 
pani Humbleby. Nie podoba mi się ta wisząca nad 
miasteczkiem góra. 
- Skoro wspomniałeś o Ashe Ridge, co z panem 
Ellsworthym? Luke roześmiał się z lekkim 
zaŜenowaniem. 
- Chodzi ci o tę krew na jego rękach? 
- Owszem. 
- Podobno składali w ofierze jakiegoś białego koguta! 
- To obrzydliwe! 
- Myślę, Ŝe pana Ellsworthy'ego spotka coś przykrego. 
Battle zamierza sprawić mu małą niespodziankę. 
- Poczciwy major Horton nawet nie próbował zabić 
swojej Ŝony, pan Abbot, jak sądzę, otrzymał 
kompromitujący list od jakiejś kobiety, a doktor 
Thomas jest po prostu miłym, skromnym, młodym 
lekarzem - oznajmiła Bridget. 
- Jest zarozumiałym osłem! 
- Mówisz tak, bo zazdrościsz mu, Ŝe Ŝeni się z Rose 
Humbleby. 
- Ona jest dla niego o wiele za dobra. 
- Mam wraŜenie, Ŝe wolałbyś ją ode mnie! 

background image

- Kochanie, czy ty przypadkiem nie mówisz od rzeczy? 
- Nie, bynajmniej. - Milczała przez chwilę, a potem 
spytała: - Luke, czy ty mnie lubisz? 
Zrobił krok w jej kierunku, ale ona powstrzymała go 
gestem. 
- UŜyłam słowa lubisz, Luke, a nie kochasz. 
- Och, rozumiem... Tak, lubię cię, Bridget, ale równieŜ 
cię kocham. 
- Ja ciebie teŜ lubię, Luke... - wyznała Bridget. 
Wymienili nieśmiałe uśmiechy jak dzieci, które 
zaprzyjaźniły się na zabawie. 
- Lubić to coś znacznie więcej niŜ kochać - powiedziała 
Bridget. - To uczucie wytrzymuje próbę czasu. 
Chciałabym, Ŝeby to, co jest między nami, trwało 
wiecznie, Luke. Nie chcę, Ŝebyśmy pobrali się 
wyłącznie z miłości, a potem mieli siebie nawzajem 
dosyć i pragnęli poślubić kogoś innego. 
- Och, najdroŜsza, wiem, czego chcesz. Ja równieŜ. 
Nasze uczucia nigdy nie wygasną, poniewaŜ są oparte 
na realnych podstawach. 
- Czy tak jest istotnie, Luke? 
- Oczywiście, kochanie. Myślę, Ŝe właśnie dlatego 
bałem się w tobie zakochać. 
- Ja równieŜ się tego bałam. 
- A teraz? 
- JuŜ nie. 
- Dość długo ocieraliśmy się o śmierć. Ale juŜ po 
wszystkim! Teraz zaczniemy Ŝyć... 
* Postać krwawego pirata z "Wyspy skarbów" R. L. 
Stevensona (przyp. red.).