background image

 

 

LEANNE BANKS 

 

Niegrzeczna narzeczona 

background image

PROLOG 

Dziewięcioletnia  Maddie  Palmer  opuściła  igłę  na  płytę  i  szybko 

wdrapała się na wysoki, barowy stołek. 

-  Raz,  dwa,  trzy,  cztery!  -  wykrzyknęła,  wtórując  śpiewającemu 

zespołowi. 

Jej  przyjaciółki,  Emily  i  Jenna  Jean,  też  wskoczyły  na  stołki  i 

śpiewały  razem  z  nią.  Ponieważ  tego  dnia  padało,  Maddie  uprosiła 

nianię, by pozwoliła im się bawić w suterenie. 

Było  cudownie,  mogły  bowiem  puszczać  muzykę  na  cały 

regulator.  Maddie  nałożyła  na  głowę  tiarę  Emily,  złapała  rakietkę  do 

kometki  i  udawała,  że  gra  na  gitarze.  Kiedy  melodia  się  skończyła, 

Maddie zeskoczyła ze stołka i podbiegła do adapteru. 

-  Spróbujmy  jeszcze  raz!  -  krzyknęła,  przytrzymując  tiarę.  -  Jak 

będziemy  dobre,  zagramy  na  prawdziwej  scenie  i  ludzie  będą  nam 

płacić. 

Wystrojona  w  różowy  fartuszek  Emily  z  powątpiewaniem 

spojrzała na swoją rakietkę. 

-  No,  nie  wiem,  Maddie.  Chyba  nie  jestem  najlepszą  gwiazdą 

rocka. 

Jenna Jean uderzyła pięścią w swoją rakietę. 

-  Wątpię,  by  ktokolwiek  chciał  nam  zapłacić  choćby  centa.  No  i 

być może będziemy musiały nakarmić tych, którzy jednak przyjdą. A 

te wstrętne chłopaki na pewno będą się z nas nabijać. Zresztą rakiety 

bardziej  przypominają  banjo  niż  elektryczne  gitary  -  dodała, 

spoglądając na Maddie. 

background image

-  Dobrze,  możemy  dać  im  mus  owocowy  i  herbatniki  -  zgodziła 

się Maddie. Komentarz o rakietach zignorowała, bo w tej sprawie nie 

potrafiła wymyślić niczego sensownego. 

Bardziej  martwiła  się  swoim  głosem.  Panicznie  się  bała,  że  w 

uszach innych zabrzmi on tak samo źle, jak w jej własnych. Nie miała 

jednak  odwagi  pytać  się  przyjaciółek  o  zdanie,  więc  by  zagłuszyć 

wszelkie wątpliwości, śpiewała tak głośno, jak tylko umiała. 

-  Naprawdę  chcesz  zostać  gwiazdą  rocka?  Moja  mama  twierdzi, 

że oni się w ogóle nie myją. - Emily na samą myśl aż zadrżała. 

- Davey Rogers się myje. Wiem, co mówię, bo jestem członkiem 

jego  fan  klubu  -  oznajmiła  z  dumą  Maddie.  Uważała  Emily  za 

dzieciucha,  ale  lubiła  ją.  Była  bardzo  sympatyczna,  a  poza  tym 

pozwalała  jej  nosić  swoją  tiarę.  -  Zresztą  wcale  nie  muszę  być 

gwiazdą  rocka.  Po  prostu  chcę  być  bogata  i  zwiedzać  ciekawe 

miejsca.  Mieć  mnóstwo  przygód  -  przyznała  i  nagle  przypomniała 

sobie swoje największe marzenie. - I żeby już nikt nigdy nie zamykał 

mnie za karę w domu. 

-  Gdyby  moja  mama  była  taka  sama  jak  twoja,  chyba  bym 

zwariowała  -  powiedziała  Jenna  Jean.  -  Co  kilka  dni  masz  karę  i  nie 

wolno  ci  wychodzić  z  ogródka.  Ale  ty  chyba  rzeczywiście  na  to 

zasługujesz. 

Maddie zmarszczyła brwi. Czasami zastanawiała się, co z nią jest 

nie tak. Żadna z jej przyjaciółek nie była tak często karana. 

- Przecież ja nic takiego strasznego nie robię - pożaliła się, patrząc 

na  podskakującą  na  stołku  Jennę  Jean.  Choć  wiedziała,  że  mama  nie 

background image

pochwalała  takich  zabaw,  nie  ośmieliła  się  zwrócić  przyjaciółce 

uwagi. 

- Masz rację, ale wiesz, na czym polega twój problem? 

- No? 

- Że zawsze dajesz się złapać. 

No, tak. Jenna Jean, starsza od niej o rok, była bardzo sprytna. Z 

matematyki  dostawała  same  piątki,  podczas  gdy  Maddie  z  trudem 

zdobywała nędzne trójczyny. 

- Chyba o to chodzi - przyznała. - A może ja po prostu jestem zła? 

Miała  już  dość  tej  rozmowy.  Wsparła  się  pod  boki  i 

zaproponowała dalszą zabawę. 

-  Wiecie  co?  Dopóki  jesteśmy  same,  poćwiczmy  tę  piosenkę 

jeszcze raz. Udawajmy, że występujemy w najlepszej sali koncertowej 

w mieście. 

Znów włączyła płytę i wskoczyła na stołek. Chwyciła rakietę i już 

otwierała  usta,  żeby  zacząć  śpiewać,  kiedy  w  drzwiach  stanęła  jej 

mama. Maddie zesztywniała. 

Kątem oka zauważyła, jak Jenna Jean i Emily szybko zsuwają się 

ze stołków. Ona jednak nie była w stanie się poruszyć. Znów  została 

przyłapana. 

-  Moja  droga  -  zwróciła  się  do  niej  matka,  a  ten  wstęp  zawsze 

zwiastował  znienawidzoną  karę.  -  Co  ty  robisz  na  tym  stołku? 

Mówiłam  ci  setki  razy,  żebyś  na  niego  nie  wchodziła.  A  co  by  było, 

gdyby  tobie  albo  twoim  przyjaciółkom  coś  się  stało?  -  Pani  Palmer 

pogroziła córce palcem i dalej ciągnęła swoją przemowę. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Maddie  wyglądała  przez  okno  swego  auta.  Ze  wszystkich  stron 

rozciągał się ten sam widok. Samochody. Stojące samochody.  

Stała w korku na autostradzie numer 81. Znowu została złapana. 

Takie rzeczy w Roanoke w stanie Wirginia nigdy się nie zdarzały. 

Okolica  była  zbyt  słabo  zaludniona.  Jednak  tym  razem,  jak  mówiły 

radiowe komunikaty, gdzieś na środkowym pasie autostrady pojawiła 

się  dziura  i  stąd  te  zatory.  Opóźnienia  mogą  sięgać  nawet  dwóch 

godzin.  

Wszystko  byłoby  w  porządku,  gdyby  poruszała  się  prawym 

pasem,  bo  wtedy  mogłaby  zjechać  gdzieś  w  bok.  Ona  jednak  była 

właśnie na pasie środkowym. Nie, nie spieszyła się do swojej pracy w 

biurze  podróży.  Wzięła  wolny  dzień.  Nie  była  też  umówiona  na 

kolację. Od prawie dziewięciu miesięcy z nikim się nie umawiała.  

Jej  problemem  były  rytmiczne  skurcze  w  krzyżu  i  dole  brzucha. 

Jeszcze  nie  ból, ale  niewiele  brakowało.  Co pięć  minut.  I  nie  było  to 

coś, co mogło za chwilę minąć. Maddie po prostu zaczynała rodzić. W 

środku  jedynego  korka  w  historii  Roanoke.  W  deszczu.  Bez  telefonu 

komórkowego. 

W brzuchu jej burczało, więc po raz setny pożałowała, że nie ma 

przy  sobie  choćby  herbatników.  Kiedy  poczuła  kolejny  skurcz, 

zastosowała  odpowiednie  oddychanie.  Wyobraziła  sobie  Hawaje, 

cudowną  wodę,  palmy,  tęcze.  Gdyby  była  na  Hawajach,  na  pewno 

sączyłaby jakiegoś drinka. Ależ by jej to dobrze zrobiło. 

background image

Zaczynał  ją  ogarniać  strach.  Wcale  nie  miała  ochoty  urodzić 

swego  dziecka  na  środku  autostrady.  Włączyła  wycieraczki  i 

wypatrywała  policyjnego  radiowozu.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  widok 

policjanta szczerze by ją ucieszył. Nic z tego! 

Powoli  wpadała  w  rozpacz.  Może  powinna  wysiąść  i  pójść 

piechotą.  Przypomniała  sobie  jednak,  że  instruktorka  ze  szkoły 

rodzenia mówiła, iż chodzenie przyspiesza poród. Co będzie, jeśli nie 

znajdzie nikogo, kto mógłby ją podwieźć do szpitala? 

Przez  zalaną  deszczem  szybę  dojrzała  furgonetkę  z  przykrytym 

folią motocyklem na skrzyni. Natychmiast wpadł jej do głowy szalony 

pomysł.  Ale  czy  naprawdę  bardziej  szalony  niż  samotny  poród  we 

własnym aucie? 

Z trudem wysiadła z samochodu i w strugach deszczu, prawie po 

omacku,  dotarła  do  okna  furgonetki.  Zapukała  w  zamgloną  szybę. 

Siedzący  za  kierownicą  mężczyzna  spojrzał  w  jej  stronę.  Maddie 

uśmiechnęła się. Nie odwzajemnił jej uśmiechu. 

Maddie westchnęła i gestem poprosiła, by opuścił szybę. 

- Tak? - spytał głosem, który przyprawił ją o drżenie.  

Jego radio grało heavy metal. Wydawało jej się, że mężczyzna nie 

jest  sam,  ale  w  ciemnościach  nie  była  tego  pewna.  Choć  siedział, 

widać  było,  że  jest  potężny  i  groźny.  Jego  oczy  były  stalowoszare, 

twarz kwadratowa, o ostrych rysach.  

Jenna Jean, jej najbliższa przyjaciółka, zawsze mówiła, że Maddie 

zbyt  pochopnie  wyrabia  sobie  opinię  o  ludziach,  ale  ten  akurat 

mężczyzna naprawdę nie wyglądał na łagodnego. I chyba nie miał też 

background image

poczucia humoru. W innej sytuacji na pewno obróciłaby się na pięcie i 

wróciła  do  swego  auta.  Teraz  jednak,  bardziej  niż  poczucie  humoru 

tego człowieka, potrzebny jej był jego motocykl. 

-  Chcia...  Oj!  -  Kiedy  poczuła  kolejny  skurcz,  zamilkła  na 

moment. - Chwileczkę - szepnęła. 

Wdech. Wydech. Wdech. 

- Co się, do... - Mężczyzna był wyraźnie zaniepokojony. 

Maddie udało się jakoś zebrać w garść. 

- Czy ten motor, który ma pan na skrzyni, jest na chodzie? 

- Tak, ale... 

-  Wiem,  że  to  głupia  prośba.  -  Mówiła  najszybciej,  jak  mogła, 

czuła  bowiem  zbliżający  się  kolejny  i  skurcz.  -  Ale  właśnie  rodzę  i 

muszę dostać się do szpitala, zanim... 

Poczuła  spływające  po  nogach  ciepło.  Zerknęła  na  swoje 

zmoczone tenisówki. 

- O cholera! 

- Co cholera? 

- Wody mi odeszły - powiedziała i spojrzała nieznajomemu prosto 

w oczy. 

Właściwie nie  wyglądał tak źle. Kiedy indziej, bez tego brzucha, 

mogłaby się nim zainteresować. Nie! Co za myśli! W takiej sytuacji? 

- Czy mogłabym pożyczyć pana motor? 

Ktoś siedzący wewnątrz furgonetki ściszył radio. 

-  Tato,  kto  to?  No  tak,  ta  pani  jest  w  ciąży  -  skomentował  też 

męski, choć zdecydowanie młodszy głos. 

background image

Nie reagując na pytania syna, mężczyzna błyskawicznie wysiadł z 

auta i groźnie spojrzał na Maddie. 

-  Czy  na  pewno  dobrze  panią  zrozumiałem?  Chce  pani,  żebym 

zawiózł panią na motorze do szpitala? 

Maddie skinęła głową i obronnym gestem zasłoniła brzuch. 

- Raczej nie mam wyboru. Nie chcę urodzić na środku autostrady. 

Przestraszyła się, kiedy mężczyzna nie od razu zareagował na jej 

słowa. Co będzie, jeśli on nie zechce jej pomóc? 

- Niech pan posłucha. Nie mam wiele, ale oddam panu wszystko. 

Mężczyzna pokręcił głową. 

-  Pracuję  w  biurze  podróży  -  ciągnęła  zdesperowana  Maddie.  - 

Mogłabym  panu  załatwić  darmową  wycieczkę.  Umiem  też  gotować. 

Będę panu przez rok raz w tygodniu gotować kolację, jeśli tylko... 

Kolejny  skurcz  kazał  jej  przerwać  tyradę.  Zgięła  się  wpół  i 

usłyszała,  że  mężczyzna  wydaje  synowi  jakieś  polecenia.  Kiedy  ból 

minął, motor stał już na jezdni, a za kierownicą półciężarówki siedział 

chłopak. 

- Proszę pani - zaczął niepewnym głosem mężczyzna. 

- Jestem Maddie Palmer. Proszę mi mówić Maddie. 

Wyciągnęła  ku  niemu  rękę,  która  natychmiast  utonęła  w  jego 

ogromnej dłoni. 

- Joshua Blackwell. Po prostu Joshua. Dasz radę wsiąść? - spytał z 

wyraźną troską. 

- Tak, oczywiście. Dziękuję. 

background image

- Dziękować będziesz dopiero w szpitalu - mruknął, włożył jej na 

głowę kask i wsiadł na motor. 

Maddie  z  niepokojem  spojrzała  na  motocykl.  Ten,  kto  go 

projektował,  na  pewno  nie  myślał  o  ciężarnych  kobietach.  Jakoś 

jednak udało jej się wsiąść. I nawet objąć Joshuę w pasie. 

- Siedzisz? 

- Tak - szepnęła, walcząc z kolejnym skurczem. 

- Co ile masz te bóle? 

- Niecałe cztery minuty - wyjąkała. 

-  Kapitalnie!  Najważniejsze,  żebyś  mocno  się  mnie  trzymała. 

Będę  jechał  najszybciej,  jak  się  da.  Kiedy  znów  poczujesz  skurcz, 

ściśnij mnie, kopnij albo krzyknij. W każdym razie jakoś daj mi znać. 

Jej  opinia  o  tym  mężczyźnie  była  coraz  lepsza.  Był  silny. 

Praktyczny. A przede wszystkim chciał jej pomóc. 

- Dobra. 

- No to ruszamy. 

Do  szpitala  dojechali  w  siedemnaście  minut  i  trzydzieści  dwie 

sekundy. Joshua przez cały czas liczył czas. Dla Maddie było to chyba 

najgorsze siedemnaście minut życia. Blada i spocona, kilka razy omal 

nie spadła z motoru. Sanitariusze z izby przyjęć natychmiast posadzili 

ją na wózku i szybko zawieźli na porodówkę.  

Joshui  kazali  iść  za  sobą.  Zazwyczaj  nie  dawał  sobą  dyrygować, 

tym razem jednak posłusznie pomaszerował za nimi. Umył się, włożył 

sterylny fartuch i wszedł do sali porodowej. 

background image

-  Cześć  -  powitała  go  z  ulgą  Maddie.  -  Okazało  się,  że  mój 

położnik nie zdąży na czas. 

-A twój mąż? 

- Nie mam męża - odparła i spuściła wzrok.  

Joshua  spojrzał  na  nią  uważnie.  Blada,  w  brzydkiej,  szpitalnej 

koszuli, wyglądała bardzo młodo. Nawet z tym ogromnym brzuchem 

była  drobna  i  delikatna.  Miała  spory  biust  i  zgrabne  nogi.  Ze 

zdziwieniem poczuł, że powinien, że chce się nią opiekować. 

- Nie musisz ze mną zostawać - powiedziała. 

Kiedy  kolejny  skurcz  wykrzywił  bólem  jej  twarz,  Joshua  zaklął 

pod nosem. Maddie zamknęła oczy oddychała głęboko. 

-  Muszę  przeć.  Biegnij  po  sio...  Nie!  -  Powstrzymała  go  w 

ostatniej chwili. - Zostań. 

Joshua mocno uścisnął wyciągniętą ku niemu rękę. 

-  Oddychaj  -  poradził,  przypominając  sobie  narodziny  swojego 

syna. Choć od tamtej pory minęło szesnaście lat, coś jeszcze pamiętał. 

- Oddychaj. 

I, o dziwo, Maddie kilka razy głęboko odetchnęła. Gdy ból minął, 

próbował puścić jej dłoń, ale Maddie mu na to nie pozwoliła. Patrzyła 

na niego  rozszerzonymi  ze  strachu  oczami.  Joshua  miał  wrażenie,  że 

jego serce zalewa fala dziwnego, dawno zapomnianego ciepła. 

- Za moment wracam. Naprawdę. 

Dostrzegł  w  spojrzeniu  Maddie,  że  mu  uwierzyła.  I  zaufała.  Nie 

chciał teraz się nad tym zastanawiać. W tej chwili najważniejsze było 

dziecko. 

background image

Tak  jak  obiecał,  za  chwilę  był  znów  przy  niej.  Zjawiła  się  też 

pielęgniarka.  Zbadała  Maddie,  a  potem  wszystko  potoczyło  się 

błyskawicznie. 

-  Niech  pani  teraz  nie  prze,  bo  dziecko  rozerwie  pani  krocze. 

Poszukam lekarza. 

- Czemu go tu jeszcze nie ma? - oburzyła się Maddie. - Założę się, 

że  pije  kawę  i  zajada  się  pączkami.  Na  mężczyzn  nigdy  nie  można 

liczyć. 

Mówiła bardziej do siebie niż do kogokolwiek. Kiedy chwycił ją 

kolejny skurcz, skrzywiła się i zaczęła przeklinać całą ludzkość. 

-  Kto  by  pomyślał,  że  jedna  mała  dziurka  w  prezerwatywie...  - 

Zamilkła na moment i pociągnęła nosem. - Że będzie z tego tyle bólu - 

dokończyła szybko. Nie, nie wolno o tym myśleć. Wyobraź sobie coś 

przyjemnego. Morze, słońce, plaża. Gdzie jest ten cholerny lekarz?! 

Joshua  ujął  ją  za  rękę  i  nie  puścił  nawet  wtedy,  kiedy  Maddie 

wbiła  się  paznokciami  w  jego  dłoń.  Wreszcie  zjawił  się  lekarz  i  po 

dwudziestu  trzech  minutach  na  świat  przyszedł  duży,  zdrowy 

chłopiec. Pielęgniarka od razu położyła go na piersi Maddie. 

-  Jesteś  piękny  -  wyjąkała  młoda  mama.  -  Piękny.  Ale  się 

spieszyłeś. 

Chwila  była  tak  intymna,  że  Joshua  uznał,  iż  powinien  wyjść. 

Maddie od razu to wyczuła. 

- Piękny, prawda? - szepnęła i uśmiechnęła się do niego przez łzy. 

Joshua spojrzał na dziecko i też spróbował się uśmiechnąć. 

- Rzeczywiście jest interesujący - przyznał. 

background image

- Chcesz go potrzymać? 

Zaskoczony Joshua wahał się. 

- Nie bój się. - Maddie wyciągnęła w jego stronę zawiniątko. 

Ostrożnie  wziął  niemowlę  w  ramiona.  Było  takie  maleńkie  i 

kruche,  a  równocześnie  tak  pełne  życia.  Patrzył  na  tę  wymachującą 

piąstkami ludzką istotkę i myślał o Patricku. Bardzo starał się zastąpić 

mu  nieobecną  matkę,  ale  przez  te  długie  lata  coś  w  nim  umarło. 

Wiedział,  że  syn  potrzebuje  od  niego  czegoś,  czego  on  nie  jest  w 

stanie mu dać. Uczucie, jakie go teraz ogarnęło, było tak zaskakujące, 

że nie bardzo wiedział, co zrobić. 

Nagle do sali weszła pielęgniarka. 

-  Pani  Palmer,  osoby,  które  kazała  pani  zawiadomić,  właśnie 

przyszły i bardzo chcą panią zobaczyć. Pan Benjamin Palmer... 

- Mój brat - dokończyła Maddie. - A ta druga osoba to na pewno 

Jenna Jean. 

- Pani Jenna Anderson - potwierdziła pielęgniarka. 

- Proszę im powiedzieć, że przyjmę ich za kilka minut i . . . - W 

oczach Maddie pojawiły się  figlarne  iskierki. - Niech im pani powie, 

że urodziłam pięcioraczki. 

Siostra  ze  zdumieniem  spojrzała  na  niemowlę  w  ramionach 

Joshui. 

- Słucham? 

-  Tak  tylko  żartowałam  -  odparła  Maddie.  -  Zgodzili  się  zostać 

chrzestnymi. - Młoda matka parsknęła śmiechem i czule popatrzyła na 

Joshuę i maleństwo. 

background image

-  Założę  się,  że  wstając  dziś  rano,  nie  miałeś  pojęcia,  że 

wyciągniesz  jakąś  ciężarną  ze  środka  korka  i  w  dodatku  będziesz 

towarzyszył przy narodzinach nowego obywatela. 

- Rzeczywiście - odparł Joshua.  

Miał wrażenie, że w małym palcu Maddie jest więcej życia niż w 

całym jego ciele. Poczuł lekkie ukłucie zazdrości i ... coś jeszcze. Coś 

nowego i niepokojącego. 

- Proszę - mruknął i oddał jej synka. 

Gestem  dłoni  kazała  mu  się  nachylić.  Kiedy  to  zrobił, 

najzwyczajniej w świecie pocałowała go prawie w same usta. 

- Dziękuję. Zachowałeś się jak prawdziwy bohater. 

Zaskoczony  Joshua  przez  chwilę  patrzył  w  jej  oczy,  potem 

gwałtownie zamrugał powiekami i odchrząknął. 

-  Nie  ma  sprawy  -  bąknął.  - Muszę  już  iść.  Uważaj  na  małego.  I 

na siebie też. 

Czuł, że tymi słowami żegna Maddie Palmer na zawsze. 

 

Joshui od lat nic się nie śniło, więc nie przypuszczał, by tej nocy 

miało  być  inaczej.  Leżąc  w  łóżku,  wsłuchiwał  się  w  ciszę  swego 

domu. Myślał  o  czekających  go  nazajutrz  obowiązkach.  I  o  Patricku, 

od którego z każdym dniem coraz bardziej się oddalał. 

Nie, nie marzył o niczym. Po prostu od śmierci Gail żył z dnia na 

dzień.  W  życiu  samotnego  ojca  jest  miejsce  wyłącznie  na  pracę  i 

obowiązki. 

 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Wczesnym  wieczorem  w  domu  Blackwella  na  ranczu  panowała 

cisza.  Słychać  było  tylko  szelest  gazety  przerzucanej  przez  Joshuę, 

skrzypienie  pióra  odrabiającego  lekcje  Patricka  i  głośny  oddech 

leżącego przy drzwiach owczarka niemieckiego, Majora. 

Joshua  przywykł  do  ciszy.  Gdyby  pozwolił  sobie  na  chwilę 

zastanowienia, uczucie, jakie się z nią wiązało, nazwałby pustką. Ale 

był  człowiekiem  bardzo  zajętym,  miał  liczne  obowiązki  związane  z 

zarządzaniem stadniną i opieką nad nastoletnim synem. Nie starczało 

mu czasu na rozmyślania o tym, co powinien zmienić w swoim życiu. 

W  zamyśleniu  podniósł  oczy  znad  gazety  i  spojrzał  na  Patricka. 

Był  pewien,  że  syn  uważa  go  za  mężczyznę  surowego,  bez  poczucia 

humoru,  zimnego.  Czyżby  rzeczywiście  taki  był?  Ze  wzruszeniem 

ramion  odrzucił  te  bezproduktywne  myśli  i  wrócił  do  czytania. 

Zlekceważył powiększający się między nim a synem dystans. Jednak 

cisza, wszechobecna i dręcząca, pozostała. 

Leżący przy drzwiach Major warknął zaniepokojony. 

- Leżeć - nakazał psu Joshua. 

Pies posłuchał go, ale tylko na kilka sekund. Potem podniósł się i 

znów warknął. Patrick przerwał pisanie. 

- O co mu chodzi? 

Joshua wzruszył ramionami i wstał, by wypuścić psa. Kiedy tylko 

otworzył  drzwi,  usłyszał  stłumiony  odgłos  silnika.  W  ciemnościach 

dojrzał  zbliżający  się  ku  domowi  samochód,  który  wydał  mu  się 

znajomy. 

background image

Kiedy auto zaparkowało na podjeździe, ktoś otworzył drzwiczki i 

do wściekłego jazgotu Majora dołączył się niemowlęcy płacz. 

-  Co...?  -  zaczął  Patrick,  który  też  wyszedł  sprawdzić,  co  się 

dzieje. 

Obaj  Blackwellowie  patrzyli  ze  zdumieniem,  jak  Maddie  Palmer 

wsadza  synka  do  nosidełka,  bierze  w  ręce  dwa  koszyki  i  omijając 

Majora, wchodzi po schodkach. 

- Cześć - powitała ich wesoło. - Pamiętasz mnie? - zwróciła się do 

Joshui.  -  Sześć  tygodni  temu  podwiozłeś  mnie  do  szpitala  i 

asystowałeś przy porodzie mojego synka. Obiecałam, że przez rok raz 

w  tygodniu  będę  cię  karmić,  staram  się  więc  dotrzymać  obietnicy. 

Właśnie przywiozłam pierwszy posiłek. 

- Co takiego? - Joshua wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. 

Jak mogła myśleć, że o niej zapomniał? Nie co dzień podwoził do 

szpitala rodzące kobiety. 

-  Jedzenie  -  rzekł  wyraźnie  uradowany  Patrick.  -  Przywiozła  ci 

jedzenie, tato. 

- Wcale nie musiała. 

- Ale przywiozłam. - Maddie wzruszyła ramionami. 

Kiedy mały zaczął płakać, Joshua i Patrick wzięli koszyki. 

- Naprawdę nie musiałaś... - zaczął znów Joshua. 

- O kurczę, jest nawet pasztet! - wrzasnął Patrick, jakby od lat nic 

nie jadł. 

-  Wejdź  -  rzekł  pospiesznie  Joshua,  bo  dziecko  płakało  coraz 

głośniej. 

background image

-  Nie  miałam  pojęcia,  że  tak  długo  będę  musiała  cię  szukać  - 

mówiła Maddie, idąc za Joshua w stronę kanapy. - Potem jeszcze się 

zgubiłam i musiałam spytać jednego z twoich sąsiadów o drogę. Pana 

Crocketta. Niezbyt sympatyczny, prawda? 

-  Podjechałaś  do  domu  Otisa  Crocketta?  -  Patrick  z  trudem 

oderwał się od jedzenia. - Przywitał cię strzelbą? 

- Nie wycelował jej we mnie - odparła Maddie, wyjmując synka z 

nosidełka.  -  Ale  przez  cały  czas  miał  ją  na  ramieniu.  I  nie  był 

szczególnie  uprzejmy.  Powiedziałam  mu,  że  nie  podoba  mi  się  jego 

zachowanie. 

- Nigdy więcej tego nie rób. - Joshua był szczerze zaniepokojony. 

- Crockett był już w więzieniu za...  

Zamilkł, bo zauważył, że Maddie wyciąga koszulę ze spodni. Ją z 

kolei powstrzymała jego mina. 

-  Zajączek  już  dawno  powinien  być  nakarmiony  wyjaśniła.  - 

Jesteś dorosły, więc to dla ciebie na pewno nic nowego, ale... 

- Do kuchni, Patrick! - rozkazał Joshua. 

-  Tato,  przecież  to  coś  zupełnie  normalnego  -  próbował 

protestować chłopak. 

- Mnie nie nabierzesz. Ja też kiedyś miałem szesnaście lat. 

Joshua zaklął pod nosem i kazał synowi usiąść tyłem do karmiącej 

Maddie. Zaczynał rozumieć, czemu większości huraganów nadaje się 

żeńskie imiona. Maddie zaledwie przed dwiema minutami zjawiła się 

w jego domu, a już przewróciła go do góry nogami. 

background image

Wyjął  z  koszyków  naczynia  i  podał  synowi  jedzenie.  W  pokoju 

panowała  cisza,  co  oznaczało,  że  Zajączek  je,  a  piersi  Maddie  są 

nagie. No i co z tego! Przecież, jak zauważył Patrick, to coś zupełnie 

naturalnego. 

Tyle  tylko,  że  już  tak  dawno  w  jego  domu  nie  było  kobiety,  w 

dodatku  z  obnażonym  biustem.  Joshua  odsunął  od  siebie  obraz 

półnagiej Maddie i skoncentrował się na jedzeniu. Było zdecydowanie 

lepsze niż jajecznica, którą zaplanował na kolację. 

-  Pycha!  -  mruknął  Patrick,  sięgając  po  kolejny  kawałek 

pieczonego kurczaka. 

-  To  się  ciesz.  Nieprędko  znów  zjesz  coś  takiego  -  zauważył 

chłodno Joshua. 

- Za tydzień - odezwała się za jego plecami Maddie. 

Joshua  odwrócił  się  i  uniósł  brwi.  Zdążył  jeszcze  zauważyć,  że 

piersi Maddie są znów zasłonięte. 

- Za tydzień? 

-  Tak  -  uśmiechnęła  się  Maddie.  Delikatnie  poklepywała  plecki 

trzymanego  w  objęciach  synka.  -  Obiecałam  ci  jeden  posiłek 

tygodniowo. Przez rok. 

- Nie ma mowy - oburzył się Joshua. - To bardzo miło, że dziś nas 

nakarmiłaś, ale powiedzmy, że w ten sposób już wyrównaliśmy nasze 

rachunki - rzekł, ignorując protesty Patricka. - To bez sensu, żebyś co 

tydzień przywoziła nam jedzenie. 

Maddie uśmiechnęła się jeszcze szerzej. 

background image

- To, że zawiozłeś motorem ciężarną kobietę do szpitala i zostałeś 

z nią do końca porodu, też było bez sensu, prawda? 

- Ja... 

- Racja - wtrącił się Patrick. 

- Wcale... 

- Muszę już iść - przerwała mu Maddie, zbierając koszyki i puste 

naczynia.  -  Hej,  Zajączku,  przecież  prosiłam,  żebyś  nie  zasypiał.  - 

Mały ani drgnął. - Ach, ci mężczyźni! 

- Czy on naprawdę nazywa się Zajączek? - poważnie zaniepokoił 

się Patrick. 

-  Nie,  ależ  skąd!  Ma  na imię  Dawid.  Zwyczajne,  normalne  imię, 

które  ma  wynagrodzić  mu  fakt,  że  wychowuje  go  niezbyt  normalna 

matka.  I  w  dodatku  samotna  -  dodała  ze  smutkiem,  bo  przecież 

zdawała sobie sprawę, że nie będzie jej łatwo. 

Sprawiała  wrażenie  osoby  swobodnej,  wesołej  i  beztroskiej, 

takiej,  którą  każdy  mężczyzna  chętnie  widziałby  w  swoim  łóżku.  Z 

szopą  płomiennorudych  włosów  i  brązowymi  oczami,  wyraźnie 

pogodzona  własną  seksualnością,  zupełnie  nie  pasowała  do  cichego, 

uporządkowanego świata Joshui. 

-  No  to  idę!  Czy,  oprócz  wątróbki,  jest  coś,  czego  nie  lubicie?  - 

spytała już przy drzwiach. 

- Przecież... - jeszcze raz próbował protestować Joshua. 

-  A  więc  do  zobaczenia  za  tydzień.  Dzięki,  Patrick  -  dodała,  już 

stojąc na ganku. 

- Dziękuję pani. 

background image

- Mów do mnie Maddie. Tak jest dużo prościej. 

Joshua czuł, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli. 

- Daj mi to - rzekł, wziął od niej koszyk i sam zaniósł go do auta. 

Padał  lekki  deszcz,  więc  Maddie  szybko  umieściła  małego  w 

foteliku. 

-  Maddie  -  zaczął  Joshua.  -  To  bardzo  miło  z  twojej  strony,  że 

przywiozłaś nam kolację, ale... 

- To ty byłeś bardzo miły. 

Nie  przyzwyczajony,  by  ktokolwiek  mu  przerywał,  a  już 

zwłaszcza tak atrakcyjna kobieta, Joshua na moment zgubił wątek. Na 

szczęście szybko wziął się w garść. 

-  Naprawdę  nie  musisz  nas  karmić  co  tydzień.  To  niepotrzebne, 

niepraktyczne i nierozsądne. 

Kiedy  Maddie  parsknęła  śmiechem,  jakiś  dziwny  dreszcz 

przeszedł mu po plecach. 

-  Niepraktyczne,  nierozsądne  -  powtórzyła.  -  Na  szczęście  jest 

jeszcze w życiu miejsce na rzeczy nierozsądne i niepraktyczne. A jeśli 

chodzi o to, czy niepotrzebne, to pozwolisz, że zachowam moje zdanie 

na ten temat. 

Maddie potrząsnęła głową i nachyliła się ku niemu. Na pewno nie 

było to zaproszenie. Wiedział, że tak po prostu się zachowuje, jednak 

tak bardzo zapragnął jej dotknąć, że tylko całą siłą woli udało mu się 

nad tym zapanować. 

-  Nieczęsto  ratuje  mi  życie  poważny,  odpowiedzialny  i 

konserwatywny  farmer.  Właściwie  to  nikt  jeszcze  nigdy  mnie  nie 

background image

ratował.  Chcę  ci  jakoś  podziękować.  Więc  bądź  tak  miły  i  jedz  z 

apetytem. Dobrze? 

Joshua zdobył się tylko na głębokie westchnienie. 

- Potraktuję to jako wyrażenie zgody - uśmiechnęła się Maddie. - 

Dobranoc. 

- Dobranoc. 

Silnik  jej  auta  pracował  tak  głośno,  że  Joshua  nie  słyszał 

własnych  myśli.  Major  znów  szczekał,  z  oddali  słychać  było  rżenie 

koni,  ptaki  świergotały  z  oburzeniem.  Nawet  zwierzęta  zareagowały 

na  jej  obecność.  Tak,  wobec  Maddie  Palmer  nikt  nie  mógł  pozostać 

obojętny. 

 

W  połowie  wąskiej,  krętej  i  błotnistej  drogi  auto  Maddie 

niebezpiecznie  przechyliło  się  na  bok.  Ani  przez  moment  nie  miała 

wątpliwości,  co  się  stało.  Złapała  gumę.  I  to  w  nasilającym  się 

deszczu.  Na  szczęście  miała  zapasowe  koło,  a  mały  spał  spokojnie. 

Poprzednio,  kiedy  przedziurawiła  oponę,  zablokowała  drogę 

konduktowi pogrzebowemu, a Dawid wrzeszczał jak opętany. 

Otworzyła drzwi i wdepnęła wprost w kałużę. 

-  Traktuj  to  jak  jeszcze  jedną  przygodę.  Pamiętaj,  że  cierpienie 

uszlachetnia - wyrecytowała pod nosem. 

Przez  ostatnie  dziesięć  lat  swego  życia  wielokrotnie  powtarzała 

sobie  te  słowa  z  nadzieją,  że  któregoś  dnia naprawdę  w  nie  uwierzy. 

W  strugach  deszczu  i  w  ciemnościach  obeszła  auto  i  wpadła  na... 

Joshuę. 

background image

- Założę się, iż myślałeś, że już masz mnie z głowy - powiedziała 

z  nieśmiałym  uśmiechem.  -  Słyszałeś  chyba  o  rzepie  i  psim  ogonie. 

Jak się już przyczepi, to trudno się go pozbyć. Ale możesz spokojnie 

wracać do domu. Jestem specjalistką od zmieniania kół. 

Maddie otworzyła bagażnik, ale to Joshua wyjął z niego zapasowe 

koło i lewarek. 

-  Posłuchaj!  -  zdenerwowała  się  Maddie.  -  Pada  deszcz,  jest 

późno, nie chcę, żebyś... 

- Lepiej wsiądź do środka, bo całkiem przemokniesz - przerwał jej 

Joshua. - Za minutę będzie gotowe - dodał, kucając przy kole. 

Maddie, nie przyzwyczajona, by ktoś tak się o nią troszczył, była 

wyraźnie zakłopotana. 

- Jesteś naprawdę bardzo uprzejmy, ale sama mogę to zrobić. Nie 

musisz. 

Joshua uniósł głowę i spojrzał na nią z rozbawieniem. 

- Mówisz zupełnie tak samo, jak ja parę minut temu. 

Maddie  zamilkła.  Spokojni,  cisi  mężczyźni  nigdy  się  jej  nie 

podobali. Wolała rozmownych, bo nie musiała zastanawiać się, co tak 

naprawdę chodzi im po głowie. 

A Joshua? Konkretny, zdecydowany, milczący. Przydałby mu się 

ktoś,  przy  kim  mógłby  się  trochę  odprężyć.  Ciekawe,  jak  wygląda 

jego życie seksualne? Kiedy ostatnio ktoś go całował? 

Podekscytowana  tą  myślą,  natychmiast  jednak  usłyszała  w  swej 

głowie ostrzegawczy dzwonek. W dotychczasowym życiu zbyt często 

dawała się ponieść podobnym emocjom. 

background image

Spojrzała na mocującego się z kołem Joshuę i pożałowała, że nie 

ma  parasola.  Wilgotna  od  deszczu  koszula  podkreślała  kształty  jego 

szerokich  ramion.  Musiałaby  być  ślepa,  żeby  nie  zauważyć  siły  jego 

ciała. Ale pociągał ją nie tylko fizycznie. W tym mężczyźnie, którego 

życie  z  pewnością  nie  głaskało  po  głowie,  było  coś  bardzo 

uwodzicielskiego. 

Czuła,  że  to  ktoś,  na  kim  można  polegać.  Zaskoczyły  ją  te 

rozmyślania,  bo  chyba  po  raz  pierwszy  uznała  tę  cechę  za  szalenie 

pociągającą. Przypisała to swoim hormonom, które po prostu jeszcze 

nie wróciły po ciąży do równowagi. 

- Twój syn to fajny chłopak - powiedziała, żeby przerwać ciszę i 

odpędzić od siebie niepokojące myśli.- Musisz być z niego dumny. 

- Owszem - mruknął pochłonięty pracą Joshua. 

- Lata już za dziewczynami? 

- Jeśli nawet, to bardzo się z tym kryje. 

Jego  głos  był  niski,  głęboki  i  bardzo  męski.  Aż  chciało  się  go 

słuchać. Bez względu na treść wypowiadanych słów. 

- Woli książki, tak? 

- Może. Nie zastanawiałem się nad tym. 

- Wykapany tatuś, co? 

- Powinnaś zostać w aucie. Jesteś cała przemoczona. 

Maddie spojrzała na swoją mokrą koszulę. 

- Ty też. 

Joshua schował koło i lewarek do bagażnika. 

- Myślałem, że kobiety nie lubią moknąć. 

background image

- To  zależy od okoliczności. W basenie albo pod prysznicem nie 

jest tak źle. Stanie w deszczu w kolejce po bilety na koncert też można 

wytrzymać. 

Kiedy na nią spojrzał, gotowa była przysiąc, że w kąciku jego ust 

dostrzegła nikły uśmiech. 

- A z powodu przebitej opony? 

Widząc  jego  mokre  włosy,  myślała  tylko  o  tym,  że  Joshua  tak 

samo musi wyglądać po porannym prysznicu. 

-  Z  powodu  przebitej  opony?  -  powtórzyła.  -  To  zależy,  czy 

wyniknie z tego jakaś przygoda. 

- Przygoda na środku polnej drogi? 

- Czasami, kiedy los nie zsyła żadnych przygód, trzeba mu trochę 

pomóc  -  westchnęła.  -  Zastanawiam  się,  jak  mogłabym  ci  się 

odwdzięczyć. Co powiesz na częstsze kolacje? 

Widząc przerażenie w jego oczach, wybuchnęła śmiechem. 

- Boisz się rzepa? Może wolisz nałożyć to koło z przebitą oponą z 

powrotem? 

- Nie - odparł szybko. 

- Ale pomyślałeś o tym, co? 

- A nie wystarczy zwyczajne „dziękuję"? 

Ten  facet  naprawdę  wygląda  na  kogoś,  komu  pocałunek  dobrze 

by  zrobił.  Maddie  skinęła  głową,  stanęła  na  palcach  i  ...  pocałowała 

Joshuę Blackwella prosto w usta. 

- Dziękuję. 

background image

Tak, Joshua naprawdę tego potrzebował. Jego wargi nie pozostały 

obojętne na dotyk jej ust. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Joshua  jeszcze  długo  stał  w  deszczu,  po  ciemku  i  w  błocie.  Już 

nawet  nie  słyszał  warkotu  silnika  samochodu  Maddie.  Stał  tak  jak 

idiota. 

W końcu zaklął pod nosem i powlókł się z powrotem do domu. Ze 

sposobu,  w  jaki  zareagował,  można  by  wnioskować,  że  nigdy  nie 

dotykał kobiety i jeszcze nigdy się nie całował. 

Choć  może  rzeczywiście  nie  był  w  tych  sprawach  szczególnie 

doświadczony,  to  instynkt  miał  bez  wątpienia  rozwinięty  zupełnie 

prawidłowo. Dlatego wiedział, że Maddie Palmer oznacza kłopoty. 

Swobodna,  otwarta,  szczera,  była  jednak  w  pewien  sposób 

podobna  do  niego.  Przede  wszystkim  -  odpowiedzialna.  Choć 

nadrabiała  miną,  Joshua  wiedział,  że  perspektywa  samotnego 

wychowywania  dziecka  przeraża  ją  tak  samo,  jak  kiedyś  jego.  Jest 

ładna,  przyjemnie  pachnie,  ale  stanowi  zagrożenie  dla  jego 

uporządkowanego, monotonnego życia. 

 

Kiedy  Maddie  zajechała  przed  dom,  dochodziła  dziesiąta.  W 

brzuchu  jej  burczało,  a  Dawid  też  już  nie  spał.  Szybko  weszła  do 

kuchni,  włożyła  małego  do  kojca  i  ledwo  zdążyła  posmarować 

musztardą dwie kromki chleba, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Mały 

od razu zaczął płakać. 

background image

- Gdzie byłaś? - spytał od progu Ben i wyjął jej z ręki kanapkę. - 

Zaglądałem już dwa razy. Zaczynałem się niepokoić, czy coś ci się nie 

stało. - Kiedy ugryzł kawałek chleba, skrzywił się. - Co to jest? 

Maddie wciąż nie mogła się przyzwyczaić, że jej młodszy brat co 

wieczór sprawdza, czy wszystko u niej w porządku. 

- Na razie to zaledwie chleb z musztardą. Gdybyś poczekał, stałby 

się  kanapką  z  szynką.  Zresztą  i  tak  przeznaczona  była  dla  mnie  - 

dodała,  wyjmując  bratu  chleb  z  rąk.  -  Mógłbyś  chwilę  potrzymać 

Dawida? Ja za chwilę skończę. 

-  Dobra  -  uśmiechnął  się  Ben.  -  Ale  jak  tylko  znów  zacznie  mi 

ssać palec, oddaję ci go natychmiast. 

- Wiesz, braciszku, życie to bardzo ulotna rzecz. - Maddie starała 

się  nadać  swemu  głosowi  jak  najpoważniejsze  brzmienie.  -  Jesteś 

chrzestnym ojcem Dawida, więc gdyby coś mi się stało, miałbyś przez 

cały  czas  do  czynienia  z  jego  ssaniem,  pluciem,  wymiotowaniem  i 

podobnymi przyjemnościami. 

Ben, równie poważny, wzniósł oczy do nieba. 

-  Wiem.  To  właśnie  dlatego  tak  się  troszczę,  czy  wszystko  u 

ciebie jest w porządku. 

-  Naprawdę?  A  już  myślałam,  że  to  dlatego,  że  mnie  kochasz  i 

uwielbiasz - zaśmiała się Maddie pocałowała brata w policzek. 

-  Wiesz,  lepiej  mi daj  małego.  Z  nim  łatwiej  sobie poradzę  niż  z 

tobą. 

Maddie zabrała się do robienia kanapki, a Ben usiadł z Dawidem 

na kanapie i opowiadał mu o kometach. Ten silny, bezkompromisowy 

background image

mężczyzna,  i  włosami  do  ramion  i  kolczykiem  w  uchu,  poruszający 

się wyłącznie warczącym harleyem, był znakomitą nianią. 

Z gotową kanapką i szklanką mleka Maddie w końcu też usiadła 

na kanapie. Miała zamiar jeść równocześnie karmić małego. 

- Daj mi go. 

-  Jedz  i  nie  przeszkadzaj  nam.  Odbywamy  właśnie  męską 

rozmowę. 

- Dobra, dzięki. 

- Nie powiedziałaś mi jeszcze, czemu tak późno dziś wróciłaś? 

Kiedy  mały  zaczął  płakać,  Ben  wstał  i  zaczął  spacerować  po 

pokoju. 

- Dziesiąta to późno? 

-  Dla  ciebie  tak.  Odkąd pojawił  się  na  tym  świecie  nasz  maluch, 

nigdy  nie  wracałaś  do  domu  później  niż  o  ósmej.  O,  nie,  mowy  nie 

ma!  -  rzekł,  kiedy  Dawid  wpił  się  ustami  w  jego  ramię.  -  Bierz  go 

sobie. - Szybko podał siostrze małego. 

Maddie  parsknęła  śmiechem  i  dyskretnie  odpięła  bluzkę,  gotowa 

do karmienia. 

- Zawiozłam jedzenie Joshui Blackwellowi i jego synowi. 

Ben spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

- Pojechałaś aż za miasto? Tym twoim wrakiem? 

- To bardzo porządne auto! - oburzyła się Maddie. 

- I nie zabłądziłaś? 

-  Tego  nie  powiedziałam.  Zgubiłam  się,  ale  w  końcu  jakoś 

znalazłam ich dom. Poczekałam, aż zjedzą, i wróciłam. Tylko jeszcze 

background image

Joshua  musiał  mi  zmienić  koło.  -  A  ja  go  pocałowałam,  dodała  w 

duchu. Brat nie musiał wiedzieć o takim drobiazgu, zwłaszcza że był 

to jednorazowy incydent. 

-  Chyba  nie  zamierzasz  tam  jeździć  co  tydzień,  prawda?  To 

nawet, jak dla ciebie, byłaby przesada. 

- Wcale nie. Ten człowiek mi pomógł w bardzo trudnej sytuacji... 

Chcę mu się jakoś odwdzięczyć. 

Nawet  jeśli  doprowadza  to  biednego  Joshuę  do  szaleństwa? 

Maddie  wyobraziła  sobie  jego  minę.  Ciekawe,  czy  w  duchu  szeptał 

jakieś zaklęcia, mające ochronić go przed nią? 

Nigdy w życiu nie spotkałem większego uparciucha - rzekł Ben. 

-  Tobie  też  nic  nie  brakuje.  -  Maddie  spojrzała  znacząco  na 

przedstawiający  pytona  tatuaż  na  ramieniu  brata.  Odstraszył  już 

niejednego potencjalnego pracodawcę. 

- Owszem, ale to nie to samo - mruknął Ben. 

Maddie czule uśmiechnęła się do brata. Kiedy wyrośnie już z tego 

okresu buntu, będzie z niego świetny facet. 

- Dzięki, że do mnie zajrzałeś. 

- Nie ma sprawy. Dzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. 

- Rozmawiałeś ostatnio z mamą? - spytała z nadzieją. 

- Kilka dni temu. U niej nic nowego. 

Maddie posmutniała. Aż za dobrze zrozumiała słowa brata. Matka 

wciąż  nie  mogła  jej  wybaczyć  nieślubnego  dziecka.  Czy  kiedyś 

zmieni zdanie? 

- Połóż się już, siostrzyczko. 

background image

- Dobrze. Dobranoc. 

Po  wyjściu  brata  Maddie  jeszcze  długo  w  pełnej  niepokoju 

zadumie  przyglądała  się  Dawidowi.  Był  dla  niej  najdroższą  istotą  na 

świecie,  a  ona  była  całkowicie  za  niego  odpowiedzialna  -  za  jego 

zdrowie, bezpieczeństwo i przyszłość.  

Powstrzymując  łzy,  delikatnie  głaskała  główkę  synka.  Czy  na 

pewno  da  sobie  radę?  Oczywiście,  nie  ma  przecież  wyboru.  Gotowa 

była  walczyć  na  śmierć  i  życie  z  każdym,  kto  próbowałby  jej  go 

odebrać. 

Dla  niego  nauczy  się  grać  w  kosza,  a  tylko  jeden  Bóg  wie,  ile 

będzie ją to kosztowało. Będą razem jeździć na łyżwach i zapisze syna 

na  lekcje  tańca.  A  przede  wszystkim  uczyni  wszystko,  by  wyrósł  na 

szczęśliwego i zdrowego człowieka. Wierzącego w siebie, umiejącego 

dawać i brać, zdolnego do miłości i marzeń. 

Jej  myśli  powędrowały  mimo  woli  ku  Joshui  Blackwellowi.  Z 

początku  sądziła,  że  wszystko  o  nim  wie.  Uważała,  że  albo  tłumi 

swoje pragnienia, albo w ogóle ich nie ma. 

No,  tak,  Jenna  Jean  zawsze  zarzucała  jej  zbyt  pochopne 

wyciąganie  wniosków.  Tym  razem  chyba  jednak  należałoby  jej 

przyznać  rację.  Joshua  był  stuprocentowym  mężczyzną.  Trwało  to 

kilka  sekund,  ale  w  końcu  zareagował  na  jej  pocałunek.  Jego  język 

stoczył walkę z jej językiem. 

Jego  pierś,  silna  i  twarda,  przywarła  do  jej  biustu.  Na  udach 

poczuła  jego  uda.  I  twardą,  pulsującą  męskość.  Zaniepokoiła  ją 

background image

reakcja Joshui, ale jeszcze bardziej jej własna. Nie spodziewała się, że 

zabraknie jej tchu, a serce zgubi rytm.  

Dostała nauczkę i potrafi wyciągnąć z niej wnioski. Ten z pozoru 

spokojny,  opanowany  mężczyzna  jest  bardzo  niebezpieczny.  Nie 

doceniała go, ale to się więcej nie powtórzy. 

 

By  się  rozgrzać  po  wieczornej  przygodzie  w  deszczu,  Joshua 

wziął  gorący  prysznic.  Zazwyczaj  po  położeniu  się  do  łóżka  przez 

chwilę  podsumowywał  miniony  dzień,  a  potem  natychmiast  twardo 

zasypiał. Tego wieczora jednak sen nie nadchodził. 

Kiedy  zamknął  oczy,  stał  się  jak  nigdy  dotąd  świadom  swego 

ciała.  Swojej  skóry,  bicia  serca,  oddechu.  W  pewnej  chwili  nawet 

wstał  i  strzelił  sobie  podwójną  whisky.  Trochę  pomogło,  ale  obraz 

Maddie  wciąż  go  nie  odstępował.  Przeczuwał,  że  ta  kobieta 

zniszczyłaby jego spokój, ale była taka ciepła, taka realna, taka... 

Joshua ciężko westchnął. 

Kiedy w końcu zasnął, po raz pierwszy od dłuższego czasu śnił. 

 

-  Lubicie  stroganowa?  -  spytała  z  uśmiechem  Maddie,  kiedy 

Patrick otworzył jej drzwi. 

-  Tak  -  rozpromienił  się  chłopak.  -  Wejdź,  Maddie.  A  gdzie  jest 

Daw? 

Maddie weszła do kuchni, postawiła na stole koszyki i rozchyliła 

poły  płaszcza.  Pod  nim,  w  nosidełku,  spał  sobie  smacznie  mały 

Dawid. 

background image

-  Nie  chciałam,  żeby  zmókł.  -  Maddie  rozejrzała  się  dokoła.  -  A 

gdzie twój tata? Może przyszłam nie w porę? 

- Nie, nie! Tata zaraz wróci. Ma trochę kłopotów z jedną z klaczy. 

Maddie  wiedziała,  że  powinna  skorzystać  z  okazji  i  natychmiast 

odjechać.  Przecież  wcale  nie  miała  ochoty  na  spotkanie  z  Joshuą. 

Szczególnie  po  tym  pocałunku,  który  miał  być  tylko  uprzejmym 

podziękowaniem, a wywołał w niej taką burzę. 

- Właściwie nie muszę na niego czekać. Naczynia mogę przecież 

odebrać za tydzień. 

- Chyba nie chcesz już iść? - Patrick był szczerze zdumiony. 

Maddie zawahała się. 

-  Chciałam  tylko  przywieźć  wam  jedzenie.  W  zeszłym  tygodniu 

dość już tu namieszałam. 

- Tata na pewno będzie chciał podziękować ci osobiście. 

- I przekonać, bym więcej tego nie robiła - mruknęła pod nosem. 

- Owszem, ale nie musisz go słuchać - parsknął śmiechem Patrick. 

Już chciała mu odpowiedzieć, kiedy drzwi do domu otworzyły się 

z impetem i do środka wszedł Joshua, klnąc jak szewc. Przemoczony 

do  suchej  nitki,  ściągnął  szarą  pelerynę  i  chyba  wyczuł  na  sobie 

spojrzenie  Maddie,  bo  podniósł  wzrok.  Niestety,  nie  wyglądał  na 

zachwyconego jej obecnością. 

„Co ty tu robisz?" Nie powiedział tego na głos, ale dostrzegła to w 

jego oczach. 

background image

-  Cześć.  -  Maddie  zdobyła  się  na  słaby  uśmiech.  -  Przywiozłam 

wam  jedzenie.  Mam  nadzieję,  że  będzie  wam  smakowało.  Właśnie 

wychodziłam. 

Podeszła do drzwi, ale Joshua zagrodził jej drogę. 

- Nie musisz się tak spieszyć - rzekł spokojnym, zdecydowanym, 

pewnym  głosem,  od  którego  aż  ciarki  przeszły  jej  po  plecach.  - 

Strasznie leje. 

- Mam dobre wycieraczki - oznajmiła, próbując go wyminąć.  

Niestety Dawid zajmował więcej miejsca, niż przypuszczała, więc 

wpadła na Joshuę. Odskoczyła od niego jak oparzona. 

- Lepiej będzie, jak trochę zaczekasz. Jadłaś już? 

Poczuła się jak w pułapce. 

- Nie, ale miałam zamiar. 

- Wystarczy dla trojga? 

- Wątpię - odparła. 

- Da się zrobić - rzucił Patrick. 

A więc nawet na jego pomoc nie mogła liczyć. 

- Mam wrażenie, że nie jesteś w tej chwili w najlepszym nastroju. 

Joshua uniósł brwi i westchnął głęboko. 

-  Możliwe.  Omal  nie  zastrzeliłem  klaczy  medalistki,  bo  kręci 

nosem na mojego ogiera. 

- Nadal się opiera? - spytał Patrick. - Jesteś pewien, że potrzebuje 

ogiera? 

Joshua skarcił syna wzrokiem. 

background image

-  Oczywiście!  Tylko  zachowuje  się  jak  kapryśna  baba.  Może 

spodziewa się specjalnych zalotów. 

- Przepraszam was, ale niezbyt się znam na prowadzeniu stadniny. 

Wydawało  mi  się,  że  po  prostu  trenuje  się  tam  konie  i  uczy 

jeździectwa. 

Patrick parsknął śmiechem. Joshua prawie się uśmiechnął. 

-  To  stadnina  hodowlana  dla  koni  wyścigowych.  Mam 

rozpłodowego  ogiera,  wielokrotnego  medalistę.  Nie  jest  młody,  ale 

nieźle sobie radzi. Właściciele przyprowadzają do mnie swoje klacze, 

a ja nadzoruję łączenie. 

- Łączenie? - powtórzyła Maddie. 

- Krycie. Zapłodnienie - dodał, widząc jej zdziwienie. 

- Aha. To znaczy, że jesteś specjalistą od seksu. 

Patrick roześmiał się. Joshua przez chwilę zastanawiał się nad tym 

stwierdzeniem. 

- Nigdy o tym w ten sposób nie myślałem, ale chyba rzeczywiście 

to prawda. 

Jego  wzrok  przesunął  się  po  całej  postaci  Maddie  -  od  stóp  po 

czubek  głowy.  Było  w  nim  zaciekawienie,  ale  i  coś  jeszcze.  Coś,  co 

wprawiło Maddie w zakłopotanie. 

- Zdejmij płaszcz i zostań jeszcze trochę. 

- Czy on zawsze tak rozkazuje? - Maddie zwróciła się do Patricka. 

- Owszem. I w dodatku wszyscy go słuchają. 

Maddie  postanowiła  sobie  to  zapamiętać.  Choć  pewni  siebie 

mężczyźni zawsze ją bawili, nigdy żaden jej nie pociągał. 

background image

Obaj  Blackwellowie  w  czasie  kolacji  byli  bardzo  rozmowni. 

Patrick  chyba  równie  pragnął  damskiego  towarzystwa  jak  dobrego, 

domowego  jedzenia.  Był  interesującym  chłopcem,  pochłoniętym 

nauką,  ale  i  nie  stroniącym  od  muzyki.  Joshua  mówił  mniej,  ale 

Maddie  cały  czas  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie.  Bardzo  ją  to 

rozpraszało. 

Zostawili  ją  na  chwilę  samą,  żeby  mogła  nakarmić  Dawida,  a 

potem Joshua pomógł jej odnieść naczynia do auta. 

-  Już  prawie  nie  pada  -  rzeki.  -  Jedź  ostrożnie.  Droga  może  być 

śliska. 

Maddie  posadziła  małego  w  foteliku  i  włożyła  do  buzi  synka 

smoczek. Kiedy się wyprostowała, Joshua stał tuż przy niej. 

-  Tak  się  właśnie  zastanawiam...  Czy  całujesz  każdego 

mężczyznę, który zmienia koło w twoim aucie? 

Maddie zesztywniała. 

- Szczerze mówiąc, jeszcze żaden mężczyzna nie zmieniał koła w 

moim  aucie.  Sama  to  robię  -  odparła,  żałując,  że  odległość  między 

nimi jest tak niewielka. - Ale to prawda, że jestem bardzo uczuciową, 

otwartą  osobą.  Lubię  ludzi  przytulać,  całować  w  policzek.  Wiem,  że 

nie wszyscy to akceptują. Ale nie martw się! Zauważyłam, że to nie w 

twoim guście, więc więcej nie będę cię dręczyć... całowaniem. 

-  Owszem,  to  było  dręczące  -  przyznał,  nie  spuszczając  z  niej 

oczu. 

Joshua milczał przez długą chwilę. Gdyby  zrobił jakiś ruch w jej 

stronę, Maddie zamierzała schronić się we wnętrzu auta. 

background image

- A dla ciebie? 

Nie mogła skłamać, bo z doświadczenia wiedziała, że kiepsko jej 

to wychodzi. 

-  Trochę.  Ale  wcale  tego  nie  chciałam.  To  miało  być  tylko 

podziękowanie.  A  poza  tym  wydawało  mi  się,  że  dawno  nikt  cię  nie 

całował. 

Joshua przez chwilę przyglądał jej się z lekkim uśmiechem. 

- A więc zrobiłaś to z litości? 

Maddie  poczuła,  że  się  rumieni.  Błogosławiła  więc  ciemność  i 

zaklęła w duchu. 

- Nie. Żeby ci podziękować. 

- Z litości - obstawał przy swoim Joshua. 

- To się już nigdy nie powtórzy. 

- Dlaczego? 

- Bo nie wydaje mi się, byś miał ochotę na takie podziękowania. - 

Udało jej się jakoś chwycić za klamkę. 

-  To  znaczy,  że  biedny  Joshua  nigdy  już  nie  dostanie  buzi  z 

litości? 

- Nie. 

- Szkoda. Maddie? 

- Tak? 

- Dzięki za jedzenie. 

Wystarczył  jeden  jego  krok,  by  dystans  między  nimi  przestał 

istnieć.  Usta  Joshui  spoczęły  na  wargach  Maddie.  I  nie  było  w  tym 

pocałunku ani odrobiny litości. 

background image

Jej  mózg  protestował,  ale  ciało  wiedziało  swoje.  Przywarła  do 

niego,  jej  ręce  spoczęły  na  jego  ramionach.  Nie  był  wcale  brutalny. 

Czuła  jednak  jego  zmysłową  ciekawość  i  determinację.  Siłę 

złagodzoną  delikatnością.  Ta  pełna  mocy  kombinacja  przedarła  się 

przez  wszystkie  bariery  i  pozbawiła  Maddie  tchu.  Zawładnęła  jej 

sercem.  

Nie!  To  niemożliwe!  Nie  może  otworzyć  swego  serca  przed 

Joshuą.  Jej  świat,  wewnętrzny  i  zewnętrzny,  musi  pozostać 

bezpieczny. Dla dobra jej samej i dla dobra dziecka. A to oznacza, że 

nie ma w nim miejsca dla żadnego mężczyzny. 

Odsunęła się od Joshui dopiero po długiej, nieskończenie długiej 

chwili. Koniec. 

-  Dość...  -  wyjąkała,  kiedy  odzyskała  oddech.  -  Żadnych 

dziękczynnych  pocałunków!  Współczujących  też  nie.  Koniec  - 

powtórzyła i z trudem przełknęła ślinę. Była bardzo z siebie dumna. - 

Do zobaczenia za tydzień. Dobranoc. 

Nie  czekając  na  reakcję  Joshui,  szybko  wsiadła  do  auta  i 

natychmiast odjechała, powtarzając sobie w myślach: Nigdy więcej. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Joshua stał w deszczu i ciemnościach, wsłuchując się w milczący 

warkot silnika auta Maddie. Znów to samo! 

Czuł się jak idiota. 

Znowu. 

background image

Po  chwili  zaklął  pod  nosem  i  przysiągł  sobie,  że  nie  będzie  się 

więcej przejmował Maddie Palmer. To nieprawda, że pierwszy od lat 

sen nawiedził go tydzień temu z jej powodu. Przyczyną było jedzenie. 

To  oczywiste,  po  prostu jego  żołądek nie był  przyzwyczajony  do  tak 

solidnych posiłków. 

Było  to  bardzo  logiczne  wyjaśnienie,  od  tamtej  pory  bowiem 

więcej już nic mu się nie śniło, a i wtedy nie śnił przecież o Maddie, 

lecz o chabrach, o łące pełnej chabrów. 

Nie, dość tego! 

Ruszył  wolno  w  stronę  domu.  Tuż  przy  schodach  wiodących  na 

ganek  dostrzegł  jakiś  niewielki  przedmiot.  Zmrużył  oczy  i  znów 

zaklął. Wieczór się jeszcze nie skończył. 

 

Tuląc  w  ramionach  Dawida,  Maddie  po  raz  trzeci  przemierzyła 

drogę od drzwi do auta. Po powrocie do domu znów nakarmiła synka, 

a  potem  chciała  położyć  go  spać.  Zabrakło  jednak  pewnego  bardzo 

ważnego elementu tego rytuału. 

Za  każdym  razem,  kiedy  wydawało  jej  się,  że  mały  jest  już 

uśpiony i chciała włożyć go do łóżeczka, Dawid zaczynał popłakiwać. 

Po  chwili  krzyczał  głośno.  Maddie  czuła,  że  i  ona  wkrótce  do  niego 

dołączy.  Wracając  po  raz  trzeci  do  domu,  miała  łzy  w  oczach. 

Wiedziała, że powinna mieć zapasowy. 

- Śpij, słoneczko - mruczała. - Śpij. Od razu poczujesz się lepiej. 

A dzięki tobie i ja - dodała z pełnym goryczy uśmiechem. 

background image

Zaskoczyło ją pukanie do drzwi. Była pewna, że to Ben. W progu 

stał  jednak  Joshua  Blackwell.  W  wytartych  dżinsach  i  skórzanej 

kurtce  pilota,  z  lekko  zmierzwionymi  włosami,  przyprawił  ją  o 

szybsze bicie serca. 

- Tak? 

- Pomyślałem, że możesz tego jeszcze dziś bardzo potrzebować. 

Wyciągnął rękę i podał jej zagubiony smoczek. 

- Wielkie nieba! - krzyknęła  z taką radością, jakby ktoś oznajmił 

jej  wygraną  w  toto-lotka.  -  Dzięki!  -  Chwyciła  odzyskany  smoczek  i 

choć nie wiedziała, co powiedzieć, paplała jak najęta. - Dawid musiał 

go  wypluć,  a  potem  smoczek  wypadł  z  auta.  Nawet  nie  wiesz,  jak 

jestem ci wdzięczna. Mały nie chciał zasnąć i już zaczynałam wątpić, 

czy uda nam się obojgu choć na chwilę zmrużyć oko. 

Joshua  patrzył  na  nią  w  milczeniu.  Maddie  poczuła  nagle  jakiś 

dziwny skurcz w żołądku. 

- Może wejdziesz i... 

- Nie. Po co? - Joshua potrząsnął głową. 

- Jechałeś taki kawał, żeby przywieźć smoczek. Pozwól, że zanim 

wyruszysz  z  powrotem,  poczęstuję  cię  filiżanką  kawy  albo  kakao  - 

namawiała nie zniechęcona. 

Kiedy  Joshua  znów  potrząsnął  głową,  Maddie  straciła 

cierpliwość. 

- Czy naprawdę musimy się kłócić o jakąś głupią filiżankę kawy? 

- Chyba nie - przyznał. 

background image

Czując  za  plecami  jego  obecność,  weszła  do  kuchni  i  włączyła 

ekspres.  Przełożyła  Dawida  na  drugie  ramię,  żeby  móc  umyć 

smoczek. 

- Chcesz, żebym go potrzymał? - zapytał Joshua. 

- Mówisz poważnie? 

- Jasne. Nie wygląda na ciężkiego. 

Maddie  ostrożnie  podała  mu  małego.  Była  tak  zmęczona,  że 

zrobiła  to  z  wyraźną  ulgą,  ale  i  z  obawą.  Wiedziała,  że  dzień  jej 

powrotu  do  pracy  jest  coraz  bliższy.  Ze  wkrótce  będzie  musiała 

pomyśleć o jakiejś stałej opiece dla Dawida. 

Joshua  trzymał  małego  zupełnie  swobodnie.  Pewnie,  ale  nie  za 

mocno.  Jest  silny  i  delikatny,  pomyślała.  Przypomniała  sobie,  jak  te 

same  ręce  czuła  niedawno  na  swojej  skórze.  Od  dawna  jedynym 

mężczyzną, jaki bywał w jej domu, był Ben. Dopiero obecność Joshui 

przypomniała Maddie, że jest nie tylko matką, ale i kobietą. 

-  Zdaje  się,  że  masz  w  tym  trochę  wprawy  -  zauważyła,  by 

odsunąć od siebie niebezpieczne myśli. 

- To jak jazda na rowerze. Takich rzeczy się nie zapomina. Patrz, 

mały już zasnął. 

Maddie umyła smoczek i wzniosła oczy ku niebu. 

- Na tym polega problem. Budzi się, jak tylko próbuję go położyć 

do łóżeczka. 

- A smoczek pomaga? 

-  Nawet  nie  uwierzysz,  jak  bardzo.  Gdyby  wszystkie  problemy 

związane  z  wychowywaniem  dziecka  udawało  się  rozwiązać  tak 

background image

łatwo,  świat  byłby  o  wiele  piękniejszy.  Masz  problem?  Idziesz  do 

sklepu,  znajdujesz  coś  czarodziejskiego  za  niecałe  dwa  dolary  i  po 

kłopocie. 

- Boisz się? - spytał Joshua. 

- Jestem przerażona - odparła. - Bardzo to widać? 

- Nie, ani trochę. 

Maddie wzięła od Joshui Dawida i czule go przytuliła. 

- A jednak - szepnęła. - Biedaczek. Trafiła mu się matka, która nie 

uprawia żadnego sportu. 

- Umiesz krzyczeć? 

-  Krzyczeć?  -  powtórzyła  ze  zdziwieniem.  -  Owszem,  umiem. 

Chyba nawet nieźle. 

- To będziesz dobrym kibicem. 

Maddie uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. 

- Tak, to niezły pomysł. Nie jestem jednak wolna od kilku innych, 

poważnych... hmm... niedoskonałości - dodała, niosąc małego na górę 

do sypialni. 

- Na przykład? - zainteresował się idący za nią Joshua. 

Maddie ułożyła małego w łóżeczku i zacisnęła kciuki. 

- No, udało się - szepnęła po chwili. 

Kiedy zeszli na dół, ciągnęła dalej: 

- Moja przyjaciółka Jenna Jean, która jest prawnikiem, określiła to 

tak: przyciągam ludzi władzy w najmniej odpowiednich momentach. 

- Ludzi władzy? 

background image

-  Policjantów  z  drogówki,  strażników  miejskich  i,  ostatnio, 

inspektora  podatkowego.  Z  początku  myślałam,  że  to  po  prostu  brak 

szczęścia. Potem uznałam, że wszystkiemu winien jest czas. Gdybym 

przejechała wcześniej, to mandat dostałby facet jadący za mną.  

Maddie nalała kawę i podała Joshui kubek. Chciała nalać i sobie, 

ale uznała, że karmiąc piersią, powinna unikać kofeiny.  

- Wychodzi na to, że jest we mnie coś, co przyciąga nieszczęścia. 

- I boisz się, że mały to odziedziczył? 

Maddie  spuściła  wzrok.  Tak,  tego  właśnie  się  bała,  ale  wolała  o 

tym nie myśleć. 

- A może próbujesz mnie ostrzec? 

- Co takiego? 

-  Czy  próbujesz  dać  mi  do  zrozumienia,  że  znajomość  z  tobą 

może okazać się dla mnie niebezpieczna? 

Wcale  nie  było  to  jej  intencją.  W  każdym  razie  tak  jej  się 

przynajmniej wydawało. 

-  Dlaczego  miałabym  to  robić?  -  spytała  Maddie,  wdychając 

zapach  kawy,  skóry  i  .  .  .  mężczyzny.  -  Zresztą  pomyśl  tylko! 

Musiałeś  w  deszczu  zawieźć  obcą,  ciężarną  kobietę  do  szpitala.  Na 

motorze.  Musiałeś  w  deszczu  zmienić  koło.  A  teraz  jechałeś  taki 

kawał z powodu głupiego smoczka. Też w deszczu. 

-  A  jednak  chcesz  mnie  odstraszyć.  -  Joshua  uśmiechnął  się. 

Bardzo seksownie i bardzo po męsku. 

-  Jesteś  dużym  chłopcem.  Nie  przypuszczam,  by  trzeba  cię  było 

prowadzić za rączkę. 

background image

Kiedy  Joshua  ponownie  omiótł  ją  wzrokiem,  Maddie  ostatecznie 

upewniła się w przekonaniu, że nie jest wyłącznie matką. 

- Racja. Ja też nie będę cię przed niczym ostrzegał. 

Odstawiając  kubek  na  blat,  musnął  Maddie  ramieniem. 

Wstrzymała  oddech.  Dopiero  kiedy  się  odsunął  na  bezpieczną 

odległość, była w stanie normalnie oddychać. 

-  Dzięki  za  kawę  -  powiedział  i  od  razu  pełen  seksualnego 

napięcia nastrój prysł jak mydlana bańka. 

- Do zobaczenia w przyszłym tygodniu. 

Odprowadziła go do drzwi. 

-  Dziękuję  za  to,  że  przywiozłeś  smoczek  -  udało  jej  się  jakoś 

wyjąkać. - Nareszcie będę mogła spokojnie zasnąć. 

-  Jesteś  mi  wdzięczna?  -  spytał  Joshua,  zabawnie  przechylając 

głowę. - Jak bardzo? 

Nie, Maddie nie da się na to nabrać. 

- Za tydzień przywiozę deser. 

Znów ogarnął ją długim, gorącym jak pieszczota spojrzeniem. 

- Będę czekał. 

 

Niezłomne  spojrzenie  błękitnych  oczu  zastępcy  prokuratora 

okręgowego,  Jenny  Jean  Anderson,  wywoływało  u  ludzi  strach, 

skrępowanie,  czasem  wrogość,  ale  ostatecznie  zawsze  pomagało  jej 

poznać  prawdę.  Nie  korzystała  z  niego  wyłącznie  na  sali  sądowej. 

Było częścią jej osobowości i to od wczesnego dzieciństwa. 

background image

-  Będziesz  mówił  prawdę,  całą  prawdę  i  tylko  prawdę  - 

powiedziała  łagodnym  głosem,  tak  nie  pasującym  do  jej  silnej 

osobowości. - Ale jeśli nie smakuje ci to wstrętne mleko, które daje ci 

mamusia,  bądź  łaskaw  wypluć  je  na  nią,  a  nie  na  swoją  matkę 

chrzestną. 

Jenna  nachyliła  się  i  pocałowała  w  brzuszek  małego  Dawida. 

Chłopczyk śmiał się radośnie. 

-  Lepiej  ostrzeż  sąsiadów,  by  dobrze  pilnowali  swoich  córek. 

Będzie z niego niezły podrywacz. 

- Jest naprawdę słodki - dodała Emily St. Clair Ramsey, w której 

domu  rodzinnym  trzy  przyjaciółki  umówiły  się  na  spotkanie.  -  Ma 

twoje oczy i usta. 

- Jeśli powiesz jeszcze, że ma moje ciało, wyleję ci to na głowę - 

ostrzegła ją Maddie, unosząc do góry kieliszek z szampanem i sokiem 

pomarańczowym. 

- Nie wygłupiaj się. Jesteś szczuplejsza niż przed ciążą. 

-  Szczuplejsza,  ale  nie  jędrniejsza  -  stwierdziła  ponuro  Maddie  i 

westchnęła. - Zresztą to bez znaczenia, bo dopóki Dawid nie skończy 

osiemnastu lat, nie mam zamiaru z nikim się spotykać. 

- Jasne, a ja jestem chińską cesarzową - prychnęła Jenna. 

Maddie zapatrzyła się w trzymany kieliszek. 

- Nie, naprawdę! Długo nad tym myślałam. Nie chcę być taka jak 

te  matki,  które  co  chwila  każą  się  swoim  dzieciom  zaprzyjaźniać  z 

kolejnym wujkiem. 

Zauważyła pełne troski spojrzenia przyjaciółek, ale ciągnęła dalej: 

background image

-  Mój  związek  z  Clyde'em  był  trochę  nietypowy.  Potrafiłam 

zaakceptować  to,  że  żył  na  walizkach.  Jednego  dnia  był  w  Nowym 

Jorku,  a  już  następnego  w  Kalifornii.  Przyzwyczaiłam  się,  że  często 

go  nie  ma,  nawet  wtedy,  kiedy  naprawdę  go  potrzebowałam.  Zresztą 

zawsze  pozostawał  mi  telefon.  Jak  było  bardzo  źle,  mogłam 

zadzwonić  do  niego  albo  do  którejś  z  was.  Ale  teraz  już  nie 

potrafiłabym  tak  żyć.  Muszę  myśleć  nie  tylko  o  sobie.  -  Maddie 

przygryzła wargę. Nie chcę wikłać się w żadne związki. 

Emily spojrzała na nią czule. 

-  Maddie,  nie  bądź  dla  siebie  taka  surowa.  Wszystko  jakoś  się 

ułoży.  Jestem  pewna,  że  znajdziesz  mężczyznę,  który  pokocha  i 

ciebie, i Dawida. 

- Łatwo tak mówić kobiecie, która niedawno wyszła za mąż i ma 

jak najlepszą opinię o rodzaju męskim - powiedziała Maddie gorzko, 

ale zdobyła się na uśmiech. 

-  Nie  mogę  się  z  tym  nie  zgodzić  -  dodała  Jenna  Jean.  -  Ale  nie 

wydaje  mi  się,  by  tak  zdecydowana  rezygnacja  ze  znajomości  z 

mężczyznami była naprawdę konieczna. 

Zarówno  Emily,  jak  i  Maddie  spojrzały  na  Jennę  z 

niedowierzaniem. 

-  Na  ilu  randkach  ostatnio  byłaś?  -  spytała  Emily.  -  Jestem 

strasznie zajęta. Mam mnóstwo rozpraw. 

- Mówiłaś to samo w zeszłym roku. 

- I dwa lata temu. 

Jenna Jean szybko zamknęła usta. 

background image

-  Nie  rozmawiamy  o  mnie  -  mruknęła  tonem,  którym  zawsze 

kwitowała  niemiłe  tematy.  -  Chodzi  o  to,  żebyś  z  powodu  depresji 

poporodowej  nie  odrzuciła  jakiegoś  porządnego  mężczyzny,  jeśli 

takowy pojawi się w twoim życiu. 

Przez głowę Maddie przemknął obraz Joshui Blackwella. 

- Kogo pognałaś? - spytała Jenna ze zmrużonymi oczami. 

Czyżby  z  mojej  twarzy  można  było  wszystko  wyczytać? 

zaniepokoiła  się  Maddie.  A  może  Jenna  jest  po  prostu  obdarzona 

niezwykłą intuicją? Pewnie jedno i drugie. 

- Właściwie nikogo specjalnego. 

-  Aha!  -  uśmiechnęła  się  Emily.  -  No  to  opowiedz  nam  o  tym 

„nikim specjalnym". 

Maddie  znów  pomyślała  o  Joshui  i  poczuła  dziwny  skurcz  w 

żołądku. Dla uspokojenia wypiła łyk koktajlu. 

-  Ostatnio  nie  spotykałam  wielu  nieznanych  ludzi.  Takim 

człowiekiem był tylko ten facet, który pomógł mi urodzić Dawidka. 

- A, rzeczywiście! Jakiś ranczer. Jak on się nazywał? Jakoś tak na 

J... 

- Joshua Blackwell. Ma stadninę. Coś w rodzaju farmy ogierów. 

-  Farma  ogierów?  -  powtórzyła  zdziwiona  Jenna.  -  Musi  tam 

unosić się w powietrzu testosteron. 

Maddie nie mogła się z nią nie zgodzić. 

-  Raz  w  tygodniu  zawożę  mu  kolację.  Obiecałam,  że  będę  to 

robić,  jeśli  dostarczy  mnie  do  szpitala  w  jednym  kawałku.  Na 

motorze. 

background image

- Wciąż nie wierzę, że się na to zdecydowałaś. 

- Wolałam to niż poród na środku autostrady. 

- Jaki jest ten Joshua? 

-  Ma  kilkunastoletniego  syna.  Jest  bardzo  odpowiedzialny. 

Rzadko  się  uśmiecha.  Poważny.  Sól  ziemi,  można  powiedzieć  - 

dodała Maddie szybko, sama nie bardzo w to wierząc. 

-  Czyli  raczej  nie  w  twoim  typie  -  podsumowała  wyraźnie 

rozczarowana Emily. 

-  Rzeczywiście  -  zgodziła  się  Maddie  i  szybko  uciszyła  swój 

wewnętrzny głos, nieśmiało protestujący przeciwko tej opinii. 

- Założę się, że ma wspaniałe ciało - rozmarzyła się Jenna. 

- Tak - przyznała znów Maddie. - I pachnie... - Przerwała, bo nie 

mogła znaleźć właściwego słowa. 

- Brzydko? - spytała Emily, marszcząc zabawnie nos. 

-  Nie,  wprost  przeciwnie  -  potrząsnęła  głową  Maddie.  -  Pachnie 

jak skóra i świeże siano, i . . . 

- Konie? 

-  Nie,  to  nie  to.  Sama  nie  wiem,  co  to  jest.  W  każdym  razie  nie 

zasypka dla niemowląt - zaśmiała się Maddie. 

-  Już  wiem.  Testosteron  -  stwierdziła  Jenna  nie  noszącym 

sprzeciwu tonem. 

 

- Wszystko polega na zapachu - tłumaczył Johua. 

Siedzieli  przy  kolacji,  na  którą  tym  razem  Maddie  przywiozła 

klopsiki i spaghetti. Patrick pochłonął swoją porcję i poszedł do siebie 

background image

oglądać  MTV,  a  Dawid  spał  smacznie  na  kocyku.  Joshua  mógł  więc 

bez przeszkód skupić na sobie całą uwagę Maddie. 

Podobał mu się sposób, w jaki przechylała głowę i wpatrywała się 

w  niego  swymi  brązowymi  oczami.  Aż  swędziały  go  palce,  by 

pogładzić  jej  kasztanowe,  połyskujące  w  świetle  włosy.  By  dotknąć 

jej delikatnych jak srebrna pajęczyna i roztańczonych kolczyków. 

- Ogier wyłapuje zapach klaczy i jest gotów do działania - mówił 

dalej.  On  sam  czuł  w  tej  chwili  kobiecy,  świeży  zapach  Maddie  i 

marzył, by się do niej przysunąć. 

- Chcesz powiedzieć, że wystarczy, by poczuł jej zapach i już? 

Joshua wiedział, że kobiecie żyjącej w latach dziewięćdziesiątych 

dwudziestego wieku niełatwo jest to zrozumieć. 

-  Nie  zawsze.  Czasami  klacz  potrzebuje  trochę  czasu,  żeby  się 

przyzwyczaić do partnera, więc na dzień czy dwa umieszczamy konie 

obok  siebie.  Cały  czas  jednak  trzeba  bacznie  im  się  przyglądać,  bo 

ogier, próbując przedostać się do klaczy, może sobie zrobić krzywdę. 

Maddie spojrzała na niego zdziwiona i wypiła łyk herbaty. 

- Krzywdę? 

Joshua spuścił głowę, by ukryć uśmiech. 

-  To  instynkt.  Czysty,  zwierzęcy  instynkt.  Kiedy  w  pobliżu  jest 

klacz, ogierowi tylko jedno w głowie. 

- Mężczyźni też czasem tak się zachowują - zauważyła Maddie. 

Nie,  ona  rzeczywiście  niczego  nie  zrozumie,  pomyślał  Joshua. 

Czyżby to właśnie on musiał jej wszystko wytłumaczyć? 

background image

-  Ale  nigdy  aż  tak  jak  ogiery.  Te  walą  kopytami  o  ziemię.  Rżą. 

Widziałem takiego, który przedarł się przez płot. Inny rozwalił ścianę 

stajni.  To  dlatego  trzymamy  je  na  długiej  lince  i  obserwujemy,  jak 

robią swoje. 

- Obserwujecie? - Oczy Maddie były wielkie jak spodki. 

-  Oczywiście.  Płacą  mi  za  zapładnianie  klaczy  i  moim 

obowiązkiem  jest  dopilnowanie,  by  nic  im  się  nie  stało.  Także 

mojemu ogierowi. Klacz przywiązujemy, ale i tak może kopać i gryźć. 

- Przywiązujecie klacz - powtórzyła Maddie jak echo. - Zupełnie 

inaczej to sobie wyobrażałam. 

Joshua  miał  wrażenie,  że  też  widzi  pojawiające  się  w  umyśle 

Maddie  obrazy.  Nie  wyglądała  na  przerażoną,  raczej  na 

zaintrygowaną.  Wzrok  Joshui  powędrował  na  jej  rysujące  się  pod 

pomarańczową  bluzką  krągłe  piersi.  Z  tej  odległości  widział  nawet 

drobniutkie  piegi  na  jej  dekolcie.  Był  tak  blisko,  że  mógłby  jej 

dotknąć.  Ciekawe,  czy  w  łóżku  bywa  równie  ciekawska,  pomyślał  i 

natychmiast odsunął od siebie te myśli. 

-  Robimy  to  najlepiej,  jak  umiemy.  Zdajemy  sobie  sprawę,  że 

pomagamy  w  przyjściu  na  świat  przyszłych  medalistów,  więc  zależy 

nam, żeby wszystko odbyło się możliwie najbezpieczniej. 

-  Tak, postępujecie  rozsądnie  -  przyznała Maddie.  -  Zupełnie nie 

wyglądasz na ryzykanta. 

-  Z  tym  akurat  różnie  bywało  -  stwierdził  Joshua,  myśląc  o  tych 

trzech  przypadkach,  kiedy  zachował  się  wbrew  zdrowemu 

rozsądkowi. - Czasem i mnie zdarzały się chwile zapomnienia. 

background image

- Naprawdę? Opowiedz mi o tym. 

Jeszcze nigdy nikomu o tym nie mówił. Ona miała być pierwsza. 

Rozparł się wygodnie na krześle i przygarbił się. 

-  Na  przykład  Patrick. Można powiedzieć,  że  jest  owocem  takiej 

chwili. Został poczęty w chevrolecie mojego ojca. 

- Żałujesz tego? 

- Nie, oczywiście, że nie. Ale dla Gail skończyło się to tragicznie. 

Straciła sporo krwi i przy transfuzji zarazili ją żółtaczką. Zachorowała 

i po czterech latach umarła. 

- Strasznie mi przykro. - Maddie położyła mu rękę na ramieniu.- 

Na pewno nie było ci łatwo. 

Joshua  pozwolił  sobie  na  krótką  refleksję  nad  swoim  ciężkim 

życiem. 

- Nie było - westchnął. - Ale były jeszcze i inne sytuacje. 

- Tak? 

- Mojego ogiera wygrałem w pokera. 

- Ty?! 

Jej niedowierzanie, nie wiedzieć dlaczego, nieco go zirytowało. 

-  Tak.  Było  późno.  Trochę  za  dużo  wypiliśmy  i  pewien  facet 

bardzo  chciał  wygrać.  Nie  zależało  mu  na  pieniądzach.  Chciał  tylko 

wygrać.  Lubił  wysokie  stawki,  więc  przed  ostatnim  rozdaniem 

dorzucił  do  puli  swojego  ogiera.  Wszyscy  przekonywali  go,  że  nie 

powinien  tak  ryzykować.  Karty  mi  sprzyjały  i  tak  zaczęła  się  moja 

kariera hodowcy. A po raz trzeci zachowałem się niemądrze, kupując 

background image

tę  farmę.  Była  w  ruinie  i  włożyłem  w  nią  kupę  pieniędzy  i  roboty. 

Zresztą wciąż jeszcze pozostało dużo do zrobienia. 

-  Nie  wiem,  co  powiedzieć  -  uśmiechnęła  się  Maddie.  -  Mnie 

wydajesz się bardzo poważny i odpowiedzialny. 

Joshua skinął głową i wyciągnął rękę. 

-  Powróżysz  mi,  Cyganeczko?  Wiesz,  że  przypominasz  mi 

Cygankę? 

- Ja? No, dobrze. Tym razem zrobię to za darmo. 

Zadrżał, kiedy ujęła jego dłoń. 

-  Jesteś  ostrożny.  Zdecydowany.  Lubisz  sam  rozwiązywać  swoje 

problemy. 

Mówiła dalej, a on wyobrażał sobie jej ręce na całym swoim ciele, 

nie  tylko  na  dłoni.  Kiedy  ostatnio  jakaś  kobieta  dotykała  go  w  ten 

sposób?  Ciekawe,  jaka  jest  w  dotyku  skóra  Maddie?  Jak 

zareagowałoby na pieszczoty jej ciało? 

- Nie marzysz. 

Joshua szybko zabrał rękę i schował ją za plecami. 

- Znowu strzał w dziesiątkę - rzekł. - Nie jestem marzycielem. To 

się zgadza. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Maddie była zaskoczona reakcją Joshui. 

-  Nie  twierdzę,  że  w  ogóle  nie  marzysz.  Aż  tak  źle  nie  jest  - 

powiedziała. 

- Nie jestem pewien - mruknął. 

background image

- Może powinnam ci dziś na noc zostawić mój kolczyk. 

- Kolczyk? 

-  To  taki  miniaturowy  łapacz  snów  i  marzeń.  Dobre  sny 

przechodzą przez środek, złe zatrzymują się w tej pajęczynie, a potem 

znikają. 

- Zwyczajny kolczyk ma taką moc? 

Maddie zdjęła kolczyk i pomachała mu nim przed nosem. 

- Chcesz pomocy w zasypianiu? 

- Nie. 

Jego  reakcja  była  odrobinę  za  szybka.  Czyżby  ten  silny 

mężczyzna  miał  czułe  miejsce?  Przyglądała  mu  się  uważnie.  Jego 

twarz nie była piękna, miał mocno zarysowaną szczękę i wąskie usta, 

często  też  mrużył  oczy.  Przypomniała  sobie  jednak  szybko,  że  jego 

oschłość  jest  tylko  pozorna.  Z  początku  myślała,  że  Joshua  jest 

właśnie taki, twardy i nieprzystępny. W środku i na zewnątrz. Powoli 

jednak Maddie zaczynała rozumieć, że Blackwell jest o wiele bardziej 

skomplikowany. 

-  Jaki  byłeś  jako  dziecko?  -  spytała  szybko,  bo  kierunek,  w 

którym powędrowały jej myśli, wcale jej się nie spodobał. 

- Taki jak większość dzieciaków - odparł i wzruszył ramionami. 

-  To  bardzo  wyczerpująca  odpowiedź  –  westchnęła  Maddie.  - 

Proszę jednak o więcej szczegółów. Kim chciałeś być, jak dorośniesz? 

Jakie były twoje ulubione słodycze? Zabawki? 

-  Chciałem  grać  zawodowo  w  baseball  -  odparł  po  chwili 

namysłu. - Grałem przez całą szkołę średnią i grałbym w college'u, ale 

background image

urodził  się  Patrick  i  poszedłem  inną  drogą.  Ze  słodyczy  najbardziej 

lubiłem sezamki - rozmarzył się. -  A zabawki? Pamiętam, że miałem 

plastikową Godzillę, która ryczała. 

A  więc  jednak  kiedyś  miał  marzenia,  ucieszyła  się  Maddie  w 

duchu. Postanowiła „zapomnieć" na stole swój kolczyk. 

-  A  więc  jako  dzieci  nigdy  byśmy  się  nie  zaprzyjaźnili  - 

stwierdziła.  -  Nie  znosiłam  baseballu.  Chciałam  być  gwiazdą  rocka. 

Horrory  przeczekiwałam  w  szafie,  a  po  sezamkach  robiło  mi  się 

niedobrze. 

- Czy już w dzieciństwie sprawiałaś kłopoty? 

-  Nie.  -  Maddie  zrobiła  bardzo  poważną  minę.  -  Po  prostu  nigdy 

nie układały mi się dobrze stosunki z ludźmi, którzy mieli władzę. Jak 

tylko coś przeskrobałam, zawsze wpadałam. 

 

Tego  wieczoru  Joshua  nie  patrzył  za  odjeżdżającą  Maddie,  więc 

udało  mu  się  nie  zmoknąć.  Gdyby  był  przesądny,  pomyślałby,  że  to 

ona  przynosi  ze  sobą  deszcz.  Nie  zmieniał  też  nikomu  koła  ani  nie 

odwoził żadnego smoczka. Nie dostał także buziaka. Ale to akurat mu 

nie  przeszkadzało.  Przeżył  trzydzieści  trzy  lata  bez  pocałunków  i  też 

jakoś dawał sobie radę.  

Bardzo  był  z  siebie  zadowolony.  Dopóki  nie  zauważył  leżącego 

na stole kolczyka. Przez chwilę tylko mu się przyglądał, potem jednak 

wziął błyskotkę do ręki. 

Maddie uważała go za starego pryka, zupełnie nieczułego na uroki 

kobiet.  Obojętnego  wobec  seksu.  Właściwie  nie  powinno  mu  to 

background image

przeszkadzać, ale było inaczej. Sam nie rozumiał, dlaczego. Tylko on 

wiedział,  z  jakim  trudem  musiał  się  powstrzymywać,  by  jej  nie 

dotknąć i nie całować... Przy niej czuł się jak przebudzony z długiego 

snu.  

A  nazajutrz  rano  stwierdził,  że  nic  mu  się  nie  śniło.  I  poczuł  się 

oszukany. 

 

-  Co  zrobiłaś?  -  prawie  krzyknął  Joshua.  Ta  kobieta  naprawdę 

posunęła się za daleko.  

Maddie szeroko otworzyła oczy i wzięła Dawida z rąk Patricka. 

-  Zgłosiłam  cię  na  ochotnika  jako  porządkowego  na  zabawie  w 

domu kultury. 

- Co ci, do jasnej cholery... 

Maddie  zasłoniła  uszy  Dawidowi  i  spojrzała  na  Joshuę  z 

oburzeniem. 

- Czy mógłbyś mi trochę pomóc w kuchni? 

- Nie widzę powodu... - warknął, ściągając pelerynę. 

- Bardzo cię proszę. 

- No, dobrze, dobrze - mruknął, ale najpierw dla uspokojenia kilka 

razy  głęboko  odetchnął.  -  Ale  jeśli  uważasz,  że  mój  język  nie  jest 

przeznaczony  dla  delikatnych  uszu  Dawida,  to  może  dasz  małego 

Patrickowi? 

Maddie spojrzała na Patricka. 

- Mógłbyś? 

- Jasne. - Chłopak wyraźnie wolał zejść ojcu z oczu. 

background image

Joshua wszedł do kuchni, zignorował apetyczny  zapach duszonej 

wołowiny i oparł się o blat. 

- No więc? 

-  Kiedy  byłeś  na  dworze,  zajrzała  tu  pani  Quackenbush  z  córką. 

Sprzedawały bilety na tańce w domu kultury. - Maddie zniżyła głos. - 

Widziałeś  Amy,  córkę  pani  Quackenbush?  Bardzo  rezolutna  młoda 

osóbka. Gapiła się na Patricka i on też nie spuszczał z niej wzroku, ale 

za bardzo się wstydził, żeby coś powiedzieć, więc... 

- Więc? 

-  Więc  kiedy  pani  Quackenbush  powiedziała,  że  potrzebują 

jeszcze  paru  dorosłych  do  pilnowania,  pomyślałam  sobie,  że  gdybyś 

poszedł, wziąłbyś Patricka i... 

- To idiotyczny pomysł. 

Maddie wyglądała na obrażoną. 

- Wcale nie. Zresztą to tylko kilka godzin. 

- A skąd wiesz, że tego dnia nie będę zajęty? 

- Pytałam Patricka. 

- Przecież ja co wieczór mam coś do roboty. 

-  Tak?  Jasne,  siedzisz  w  domu,  czytasz  gazetę  i  patrzysz,  jak 

trawa  rośnie.  Raz  możesz  się  poświęcić.  Zapewniam  cię,  że  od  tego 

nie umrzesz. 

- To wcale nie jest takie pewne. 

- Wiesz co? Zaczynam myśleć, że po prostu się boisz. 

Maddie  wyglądała  tak  słodko,  że  Joshua  z  trudem  powstrzymał 

się, by nie zamknąć jej ust pocałunkiem. 

background image

- Nie lubię, kiedy ktoś układa mi plany - mruknął. 

Maddie zamilkła na moment i nałożyła mu pełen talerz gulaszu. 

- Zresztą nie będziesz musiał iść sam - powiedziała w końcu. 

- Naprawdę? 

-  Tak.  Powiedziałam  pani  Quackenbush,  że  przyjdę  z  tobą  - 

oznajmiła, patrząc mu prosto w oczy. 

 

Maddie  uważała  się  za  osobę  tolerancyjną.  Owszem,  miała  duży 

temperament,  ale  starała  się  żyć  zgodnie  z  ideą,  że  na  świecie  jest 

miejsce  dla  wszystkich  i  wszystkiego.  Dla  wszystkiego,  oprócz 

muzyki  country  granej  przez  facetów,  którzy  nawet  nie  wiedzą,  ile 

strun ma, banjo. 

Kiedy godziła się wraz z Joshuą pilnować porządku na zabawie w 

domu kultury, nie miała pojęcia, że ona, miłośniczka dobrego, starego 

rocka  przez  tyle  godzin  będzie  musiała  słuchać  tej  beznadziejnej 

muzyki i patrzeć na ludowe tance. Przez pierwsze pół godziny nawet 

ją to bawiło. Później miała wszystkiego szczerze dość. 

Podpierając ścianę, słuchała kolejnej smętnej melodii i marzyła o 

jakiejś piosence Bruce'a Springsteena. 

-  Znów  tupiesz  nogą  -  szepnął  jej  w  pewnej  chwili  do  ucha 

Joshua. 

-  Wcale  nie  tupię.  To  naturalna  reakcja  mojego  ciała  na  zbyt 

powolny rytm. 

- Od początku mówiłem, że to kiepski pomysł. 

- Na szczęście połowa balu już za nami. 

background image

- Zaledwie jedna trzecia - uściślił Joshua. - Takie imprezy trwają 

co najmniej trzy godziny. 

Tym razem Maddie naprawdę tupnęła. 

- Czy ten zespół nigdy nie robi sobie przerw? 

- Może komuś urwie się struna. 

- Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku. 

- Czasem człowieka może ocalić tylko dobry humor. 

-  Wiesz  co?  Wyglądasz  dziś  super,  ale  jesteś  wyjątkowo 

zgryźliwy. 

- Mówiłem ci, że nie lubię, kiedy ktoś układa mi plan dnia. 

-  Nikt  ci  niczego  nie  układał.  Może  tylko  trochę  pomógł  w 

ostatecznym podjęciu decyzji. 

Joshua milczał przez chwilę, potem spojrzał na parkiet. 

- Super, powiedziałaś? 

Dopiero po chwili zrozumiała, o co mu chodzi. 

- No - przyznała z uśmiechem. 

Westernowa, biała koszula kontrastowała z jego ciemną karnacją i 

przyciągała  wzrok,  szczególnie  damski,  do  szerokich  ramion.  Na 

dodatek  czarne,  obcisłe  dżinsy  podkreślały  jego  wzrost  i  bardzo 

interesującą pupę. 

-  Jest  tu  parę  pań,  które  nie  mogą  oderwać  od  ciebie  wzroku. 

Może byś z którąś zatańczył? 

-  Nie  uważasz  czasem,  że  dość  mam  już  tortur  jak  na  jeden 

wieczór? 

background image

-  Ciekawe,  od  jak  dawna  jesteś  taki...  ze  wszystkiego 

niezadowolony i skwaszony. 

-  Od  mniej  więcej  godziny  i  piętnastu  minut  -  odparł  Joshua, 

spojrzawszy na zegarek. 

-  Nie,  nie.  -  Maddie  potrząsnęła  głową.  -  Myślałam  raczej  o 

latach.  I  zastanawiam  się,  czy  ma  to  związek  z  jakimś  problemem... 

zdrowotnym.  No,  wiesz,  na  przykład  kobiety  cierpią  na  syndrom 

napięcia przedmiesiączkowego. 

- Czyś ty zwariowała? - prawie krzyknął Joshua. - Jakie napięcie 

przedmiesiączkowe? 

-  Słyszałam,  że  mężczyźni  miewają  coś  podobnego,  z  tym,  że  u 

nich  niekoniecznie  musi  to  być  sprawa  comiesięczna.  Są  wtedy 

marudni i poirytowani. Problemy z prostatą - dodała szeptem. 

- I myślisz, że tak jest ze mną? 

-  Posłuchaj  mnie  spokojnie,  Joshua.  -  Maddie  naprawdę  nie 

chciała go obrazić. - Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale jesteś 

trochę  zdziwaczały.  Kiedy  pani  Quackenbush  przyniosła  te  bilety, 

wydawało  mi  się,  że  tobie  i  Patrickowi  przyda  się  jakaś  rozrywka. 

Tobie,  bo  choć  trochę  pobędziesz  w  towarzystwie  ludzi,  a  nie  tylko 

koni.  A  Patrick  jest  już  w  takim  wieku,  że  powinien  spotykać  się  z 

dziewczętami nie tylko w szkole. 

Joshua  spochmurniał.  Jej  koncepcja  wyraźnie  nie  przypadła  mu 

do gustu. Maddie przestraszyła się, że może trochę przeholowała. 

- Ale ta sprawa z prostatą to tylko jedna z teorii i może w twoim 

przypadku... 

background image

-  Przepraszam.  Nazywam  się  Henry  Krause.  Czy  zechce  pani  ze 

mną zatańczyć? 

Wybawcą Maddie był nieco starszy od niej mężczyzna, specjalista 

od stepowania. 

-  Chętnie.  -  Uśmiechnęła  się  do  nieznajomego  ulgą  i 

wdzięcznością. - Zaraz wracam - rzuciła w stronę Joshui i ruszyła na 

parkiet. 

Joshua  gapił  się  na  tę  rudowłosą  wariatkę,  która  wraz  z  Henrym 

Krause'em podrygiwała w takt kolejnej idiotycznej melodii.  

Prostata! Dobre sobie! 

Aż  zaklął  pod  nosem.  Faktem  jednak  było,  że  ostatnio  coraz 

częściej myślał o Maddie. W stajni, przy stole, w łóżku, wszędzie miał 

ją  przed  oczami.  Nadal  mu  się  nic  nie  śniło,  ale  wielokrotnie 

wyobrażał sobie, jak Maddie ramionami oplata jego ciało, jest naga i 

chętna,  jej  usta  są  wilgotne,  nabrzmiałe  i  .  .  .  niecierpliwe.  Te  myśli 

rozpalały jego pożądanie. Nawet w tej chwili poczuł, jak pulsuje jego 

naprężona męskość. 

Próbował przekonać sam siebie, że Maddie Palmer wcale nie jest 

piękna.  Ani  szczególnie  uwodzicielska.  Dobrze,  może  to  i  prawda. 

Ale  jest  najbardziej  interesującą,  pełną  życia  i  naturalnego  seksu 

kobietą, jaką Joshua kiedykolwiek spotkał. 

Pragnął jej, chociaż wiedział, że nie powinien. 

Nie powinien. 

Nadal sobie to powtarzał, kiedy z przerażeniem zauważył, że jego 

syn prosi ją do tańca. Orkiestra w końcu zrobiła sobie przerwę i ktoś 

background image

przytomny  szybko  puścił  płytę  z  rock  and  rollem.  Maddie  była  w 

swoim  żywiole.  Jej  sukienka  furkotała,  włosy  tańczyły,  piersi 

falowały. 

Kiedy muzyka ucichła, Joshua spodziewał się, że Maddie zaraz do 

niego  wróci.  Porywali  ją  jednak  do  tańca  wciąż  nowi  partnerzy,  a 

Joshua robił się coraz bardziej zły. Po trzech kolejnych nagraniach nie 

wytrzymał.  Kiedy  w  sali  rozległ  się  śpiew  Tracy  Chapman,  oderwał 

się od ściany i przedarł się w stronę Maddie. 

- Moja kolej - oznajmił. - Zatańczysz ze mną? 

Nie czekając na odpowiedź, ujął jej dłoń i przyciągnął Maddie do 

siebie. 

-  Nie  wiedziałam,  że  potrafisz  tańczyć.  Myślałam,  że  wszelka 

zabawa jest sprzeczna z twoimi zasadami. 

Joshua  z  rozkoszą  wdychał  jej  słodki,  korzenny  zapach.  Włosy 

Maddie muskały mu brodę. 

- Może potrzebuję tylko trochę pomocy. 

- W zabawie? 

Joshua  ledwo  powstrzymał  się  od  śmiechu.  Swego  podniecenia 

nie był jednak w stanie ukryć. 

- Od tego można by zacząć. 

- Zacząć? - Spojrzała na niego pytająco. 

W  tej  samej  chwili  ktoś  ich  potrącił  i  ciała  obojga  znalazły  się 

niebezpiecznie blisko siebie. 

Joshua jęknął. 

background image

A Maddie nagle pojęła, o jakim rodzaju zabawy mówił. Po kilku 

tańcach  z  nastolatkami  dobrze  było  znaleźć  się  w  ramionach 

mężczyzny. Prawdziwego mężczyzny.  I czuć, jak bardzo jej pożądał. 

Obejmowana jego silnymi ramionami, poczuła się jak w pułapce. 

-  Czy  wiesz,  że  patrzysz  na  mnie  jak  James  Bond  na  swoje 

dziewczyny? 

Joshua uśmiechnął się i przyciągnął Maddie mocno do siebie. 

- Bo cię pragnę - szepnął i musnął wargami jej usta. 

-  Nie  mnie  -  szepnęła  zdesperowana  Maddie,  traktując  ten 

argument  jako  ostatnią  deskę  ratunku.  -  Żyjesz  tak  długo  z  dala  od 

świata, że każda kobieta tak by na ciebie... wpłynęła. 

- Myślisz, że tak samo zareagowałbym na panią Quackenbush? 

Choć  było  to  pytanie  raczej  impertynenckie,  Maddie  zwróciła 

uwagę  nie  tyle  na  treść,  co  na  brzmienie  głosu  Joshui.  A  usłyszała 

przede  wszystkim  głęboką,  obezwładniającą  zmysłowość.  Nogi  same 

zaczęły  jej  odmawiać  posłuszeństwa.  Pani  Quackenbush  była  dwa 

razy starsza od Joshui i ważyła mniej więcej tyle samo, co on. 

- No, dobrze, może nie każda, ale... 

-  Masz  rację.  -  Teraz  pieścił  ją  nie  tylko  głos,  ale  i  spojrzenie 

Joshui. - Nie na każdą. Na ciebie. 

Serce  Maddie  na  chwilę  przestało  bić.  Pomyliła  krok  i  chyba  po 

raz pierwszy w życiu nie potrafiła wymyślić żadnej ciętej odpowiedzi. 

Przestraszyła się, że Joshua ją zaraz pocałuje, ale on tylko trzymał ją 

w objęciach i patrzył jej uporczywie w oczy. 

background image

Melodia  się  skończyła  i  Maddie  znów  poprosił  do  tańca  jakiś 

nastolatek. Instynktownie przywarła mocniej do Joshui. 

- Dziękuję - szepnęła i zawstydzona wysunęła się jego objęć. 

Nie  przywykła  do  tego  rodzaju  traktowania.  Jej  długoletni  niby-

narzeczony swoje pożądanie wobec niej traktował jak coś naturalnego. 

W jego zachowaniu nie było nawet śladu namiętności. Tak naprawdę 

pasjonował  się  muzyką  i  choć  często  wyjeżdżał  i  zostawiał  Maddie 

samą, jakoś do tego przywykła. Nie raz przekonywała samą siebie, że 

można zupełnie dobrze żyć bez wzbudzania w kimkolwiek potężnych 

namiętności. Że ważniejsza jest przyjaźń, zrozumienie i szacunek.  

I  tak  właśnie  było  z  Clyde'em.  Kiedy  ostatnio  wyjeżdżał  do  Los 

Angeles,  obiecał  Maddie,  że  następnym  razem  podaruje  jej 

pierścionek.  Zawsze  był  jakiś  „następny  raz".  Clyde'a  nie  było  przy 

niej  nawet  wtedy,  kiedy  Maddie  najbardziej  go  potrzebowała. 

Tęskniła za nim, ale nauczyła się radzić sobie sama. 

Joshua  nie  wyglądał  na  takiego  mężczyznę,  który  zostawiłby 

kobietę  w  potrzebie.  Świadomość,  że  jej  pragnie,  i  to  wyłącznie  jej, 

dotarła  aż  do  najgłębszych  zakamarków  serca  Maddie  i  obudziła  w 

niej kilka dawnych, tajemnych marzeń. 

Dwie godziny później Maddie i Joshua wychodzili z imprezy. 

- Gdzie jest Patrick? - spytała, kiedy podeszli do auta. 

- Wróci dziś późno. Umówił się na pizzę z kolegami. A ponieważ 

twój brat pilnuje Dawida, oboje jesteśmy wolni. 

- Rzeczywiście - mruknęła. 

background image

Musieli  pojechać  do  domu  Joshui,  bo  tam  został  samochód 

Maddie.  Chociaż  na  dworze  było  chłodno,  gdy  tylko  ruszyli, 

otworzyła okno, by stworzyć złudzenie większej przestrzeni. 

- Za gorąco? - spytał. 

- Nie, ale lubię taki powiew. 

Kiedy na moment zapadła cisza, Maddie szybko ją przerwała. 

-  Jak  w  skali  od  jednego  do  dziesięciu  oceniłbyś  tortury,  jakie 

musiałeś znieść dzisiejszego wieczoru? 

Joshua obrzucił ją długim, znaczącym spojrzeniem. 

- Wieczór się jeszcze nie skończył. 

Maddie miała wrażenie, że jej żołądek wykonał właśnie szaleńcze 

salto. 

- A co powiesz o samej imprezie? 

-  Skoro  dziesięć  oznacza  rzecz  najgorszą,  dałbym  jej  cztery 

punkty. Nie musiałem tańczyć z panią Quackenbush, a Patrick dobrze 

bawił się z Amy. 

-  Trochę  to  potrwało,  zanim  zaprosił  ją  na  parkiet,  ale  kiedy  już 

się na to zdobył, poszło mu zupełnie nieźle. 

- Myślałaś, że skoro jego ojciec jest odludkiem... 

- Nie nazwałam cię odludkiem - zaprotestowała Maddie. 

-  I  wyrzutkiem  społeczeństwa  -  ciągnął  dalej  Joshua.  - 

Współczesnym mnichem... 

- Niczego takiego nie powiedziałam. 

- To prawda. Ale tak właśnie myślałaś. 

background image

Maddie  otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  po  chwili 

zmieniła zdanie. 

-  Może  jestem  odludkiem  i  wyrzutkiem  społeczeństwa,  ale  na 

pewno nie mnichem - powiedział z naciskiem. 

-  Nigdy  tego  nie  mówiłam  -  powtórzyła.  -  A  jeśli  mam  być 

szczera, nawet tak nie pomyślałam. 

- No, dobrze. To jakich słów użyłaś? 

Mając  nadzieję,  że  uda  jej  się  łatwo  wykpić,  Maddie  wymieniła 

tylko same zalety: 

- Poważny, odpowiedzialny, spolegliwy. 

- I? 

- Dziwak. 

- Czy właśnie temu zawdzięczam tamten pocałunek z litości? 

- Wydawało mi się, że już to sobie wyjaśniliśmy. 

- Dokąd jedziesz? - zaniepokoiła się, widząc, że mijają jego dom. 

- Na szczyt tej górki. Spodoba ci się tam. Noc jest pogodna, więc 

widać będzie gwiazdy.  

Na  górze  Joshua  zaparkował  na  skraju  drogi,  wysiadł  z  auta, 

otworzył drzwi i pomógł Maddie wysiąść. 

- Cóż za kultura - mruknęła. - Skąd u ciebie tak dobre maniery? 

-  To  spontaniczna  reakcja.  Mój  ojciec  nie  jest  może  specjalnie 

wykształcony, ale od swoich dzieci wymagał szacunku i uprzejmości. 

- Często go widujesz? 

-  Nie.  Byłem  najstarszy  i  kiedy  zaproponowano  mi  w  college'u 

sportowe  stypendium,  staruszkowie  byli  bardzo  dumni  ze  swego 

background image

pierworodnego  syna.  Wkrótce  potem  na  świecie  pojawił  się  Patrick i 

musiałem  zrezygnować  z  kariery.  Rodzice  niechętnie  się  z  tym 

pogodzili. Rozczarowało ich również to, że wyjechałem z Kentucky. 

-  Ciężko  z  tym  żyć,  prawda?  -  westchnęła  Maddie  ze 

współczuciem. 

-  Tak.  Ale  byłem  zawsze  zbyt  zajęty,  by  się  tym  zamartwiać.  W 

pewnej  zresztą  chwili  uświadomiłem  sobie,  że  zawiedliśmy  się 

wzajemnie. Ja nie zrobiłem tego, czego chcieli rodzice, a ich nie było 

przy mnie, kiedy ich najbardziej potrzebowałem. 

-  Mnie  też  nie  jest  łatwo.  Matka  w  ogóle  ze  mną  nie  rozmawia. 

Uważa, że powinnam oddać Dawida do adopcji. 

Maddie  westchnęła  i  spojrzała  na  gwiazdy.  Wyglądały  jak 

miliony brylancików rozrzuconych na granatowym kocu. 

- Widziała go choć raz? 

- Tylko na zdjęciach. Dostała je od Bena. 

- Jej strata. 

- W takiej sytuacji tracą wszyscy - pokręciła głową Maddie. 

- Owszem, ale ona najwięcej. Nie tylko nie wie, co to znaczy mieć 

wnuka, ale straciła też córkę. 

- Nigdy o tym w ten sposób nie myślałam. 

- Bo przede wszystkim czujesz wstyd. 

- Jak na pozbawionego poczucia humoru wyrzutka społeczeństwa 

niezły z ciebie psycholog. 

- O, a więc jeszcze pozbawiony jestem poczucia humoru. 

Maddie dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała. 

background image

Pardon. 

- Widzę, że jest ci zimno. Wracajmy do auta. 

-  Gdybym  mieszkała  w  pobliżu,  codziennie  przychodziłabym  tu 

patrzeć na gwiazdy - powiedziała Maddie, siedząc już w samochodzie. 

- Ale chyba nie wtedy, kiedy pada. 

-  Na  pewno  zimą  jest  tu  bardzo  pięknie.  Tak  cicho  i  spokojnie, 

wszędzie śnieg... 

- Owszem. 

Maddie ułożyła głowę na oparciu fotela. 

- Dziękuję, że mnie tu przywiozłeś. 

Joshua nachylił się ku niej i spojrzał jej w oczy. 

- Wołałbym, żebyś mi podziękowała tak jak wtedy. 

- Masz na myśli pocałunek? 

- Mhm... 

Było  to  najbardziej  zmysłowe  „mhm",  jakie  w  życiu  słyszała. 

Maddie  uśmiechnęła  się, bo  wiedziała,  że  nic  się  nie  stanie. Ba,  była 

nawet tego pewna. 

-  Nie  wyglądasz  mi  na  takiego,  który  całuje  kobiety  w 

samochodzie. 

- Naprawdę? - Joshua wsunął palce w jej włosy. 

-  Tak,  naprawdę  -  odparła,  czując,  że  z  każdą  chwilą,  z  każdym 

jego  słowem,  traci  pewność  siebie.  -  Jesteś  praktyczny,  bardzo 

spolegliwy i . . . 

- I pragnę cię.  

background image

-  Chyba  za  dużo  wypiłeś,  mój  drogi.  -  Próbowała  się  jeszcze 

bronić. 

- To nie whisky przeze mnie przemawia. To ja sam. I powiem ci 

jeszcze,  że jesteś  w dużym błędzie. Ja wprost uwielbiam całować się 

w samochodzie. 

Maddie  nie  zdążyła  nic  odpowiedzieć,  bo  Joshua  po  prostu 

zamknął jej usta. Pocałunkiem. Potem przywarli do siebie, pieścili się 

i dotykali. Oboje robili to z równym zapamiętaniem. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

-  Butelka?  A  co  się  stało  z...  -  Wzrok  Joshui  bezwiednie 

powędrował na piersi Maddie. 

- Zaczęłam karmić nią Dawida, kiedy  wróciłam do pracy. Chyba 

ci  to  nie  przeszkadza,  Zajączku,  co?  -  Synek  uśmiechnął  się,  więc 

uśmiechnęła  się  i  mama.  -  Jest  taki  wspaniały.  Założę  się,  że  będzie 

się musiał kijem oganiać od dziewczyn. 

- A może to raczej ty będziesz je od niego odganiała, co? 

- Jeśli będą miłe, to nie. 

Patrick poklepał Majora, potem podszedł do Joshui i stanął obok 

niego z rękami złożonymi na piersi. 

- Jak na dzieciaka nie jest taki zły. Nie wrzeszczy dużo i w ogóle. 

Maddie  parsknęła  śmiechem.  Wiedziała,  że  w  ustach  Patricka  to 

ogromny komplement. 

background image

-  Dzięki.  Chętnie  bym  sobie  przypisała  jego  dobry  charakter,  ale 

przypuszczam,  że  zawdzięczamy  go  prawidłowemu  funkcjonowaniu 

układu pokarmowego. 

- To znaczy? 

-  Że  po  każdym  karmieniu  ładnie  beka.  Wypuszcza  powietrze, 

którego się nałykał, i dzięki temu nie boli go brzuszek. 

Patrick zawsze po kolacji szedł do siebie, tym razem jednak został 

z nimi. 

- Chciałbyś go nakarmić? - spytała Maddie. 

- Ja? No... może. 

- Nie musisz. Pomyślałam, że może  chciałbyś potrzymać takiego 

malucha. 

Patrick znów wzruszył ramionami. Wyraźnie był to jego ulubiony 

gest. 

- Dobra. 

-  To  usiądź  obok  mnie  -  zaproponowała  Maddie  i  podała  mu 

Dawida.  -  Nie  bój  się,  to  nie  potrwa  długo.  Nasz  Zajączek  to  istny 

odkurzacz.  Wyglądasz,  jakbyś  robił  to  od  lat  -  uśmiechnęła  się  do 

Patricka. 

- Czasami zdarza mu się karmić źrebaki - wyjaśnił Joshua. 

- Tak, to pewnie dlatego. 

Maddie wyczuła, że Patrick chciałby jej coś powiedzieć. Parę razy 

nawet  już  otwierał  usta.  Szybko  domyśliła  się,  o  co  chodzi,  i 

postanowiła mu pomóc. 

- Rozmawiałeś już z Amy po tamtej zabawie? 

background image

Chłopak skinął głową. 

- Czasem w szkole odzywa się do mnie. 

- A ty odpowiadasz? 

- Jak mi coś wpadnie do głowy. 

- Czujesz się przy niej niepewnie? 

-  Trochę  -  przyznał.  -  A  jak  wobec  ciebie  zachowywali  się 

chłopcy w szkole? - spytał po chwili. 

Maddie  wiedziała,  ile  kosztowało  go  to  pytanie.  Uświadomiła 

sobie, że pewnego dnia o to samo może ją zapytać Dawid. 

- Na przykład do mnie dzwonili. Odprowadzali mnie do szkoły i 

jedli razem ze mną obiad w szkolnej stołówce. Pytali o różne rzeczy. 

- O co? 

-  Jaką  muzykę  lubię,  jakie  filmy  widziałam,  co  oglądam  w 

telewizji. 

- Chyba już się najadł - przerwał jej Patrick. Butelka była pusta, a 

Dawid drzemał. 

-  Zgadza  się.  -  Maddie  wzięła  synka  na  ręce  i  delikatnie 

pomasowała mu plecki. 

- I działało? 

- Co działało? - Nie zrozumiała, o co mu chodzi. 

- To zadawanie pytań i dzwonienie. Umawiałaś się wtedy z nimi? 

- Czasami. Zależy, jaki był to facet. 

- A kwiaty pomagały? 

background image

-  Kwiaty  zawsze  pomagają.  I  wcale  nie  muszą  to  być  róże  - 

dodała.  Nie  ujawniła  jednak  faktu,  że  ona  sama  nigdy  jeszcze  nie 

dostała kwiatów od mężczyzny. - Mogą też być drobne prezenciki. 

- Drobne? - Patrick był wyraźnie zainteresowany. 

- Bardzo drobne - uspokoiła go. - Kaseta z nagraniem ulubionego 

zespołu.  Breloczek  do  kluczy  z  moim  inicjałem.  -  Wymieniała 

prezenty,  których  nigdy  nie  dostała,  ale  o  których  marzyła. 

Przypomniała  sobie,  że  Clyde  był  zawsze  bez  grosza,  i  uśmiechnęła 

się.  -  Najważniejsze  jednak  jest  to,  żebyś  jej  słuchał.  Jeśli  uważnie 

będziesz słuchać, dowiesz się, co lubi. 

- Kobiety rzadko są tak otwarte - wtrącił się Joshua. 

- A większość mężczyzn nie umie słuchać - odparowała.  

-  Powiedz  jej,  że  jest  piękna.  Powiedz,  że  podobają  ci  się  jej 

włosy i uśmiech. - Teraz Joshua przejął rolę nauczyciela. 

- W twoim przypadku to działało? 

- Jak czary. 

-  Ale  jeśli  to  jest  tylko  czcze  gadanie,  to  dziewczyna  na  pewno 

szybko  się  zorientuje  i  cię  rzuci  -  oświadczyła  Maddie.  Nie  była 

pewna,  którego  z  Blackwellów  instruuje.  -  To  musi  być  prawda.  Na 

przykład powiedz jej, jak się przy niej czujesz. 

Jakbym zaraz miał zwymiotować - przyznał Patrick. 

Joshua parsknął śmiechem i spojrzał z ukosa na Maddie. Sama się 

o to prosiłaś, mówiło jego spojrzenie. 

background image

-  Chodziło  mi  o  pozytywne  uczucie.  Ale  to  dopiero  później.  Jak 

lepiej  ją  poznasz,  możesz  zmienić  zdanie.  Może  w  ogóle  ta 

dziewczyna przestanie ci się podobać. Po to właśnie są randki. 

- No dobrze, ale dokąd mam ją zabrać? 

- Pierwszy raz najlepiej na lody - wtrącił się znów Joshua. - Tanio 

i szybko. I nie może się nie udać. 

Maddie spojrzała na niego z rozbawieniem. 

- Aż tak daleko sięga twoja pamięć? 

Spojrzenie, jakim ją obrzucił, było gorące i wyzywające. 

- To jak jazda na rowerze. Takich rzeczy się nie zapomina. 

Maddie  posmutniała.  Joshua przypominał  jej niedźwiedzia,  który 

zapadł  w  sen  zimowy  i  teraz  powoli  zaczynał  się  budzić.  I  bez 

wątpienia jej  pragnął.  Postanowiła  skupić  się  teraz  tylko  na  Patricku. 

Było to zdecydowanie bardziej bezpieczne. 

-  Może  to  zabrzmi  jak  banał,  ale  nie  masz  pojęcia,  ile  może 

zdziałać dbałość o drugą osobę, uprzejmość i dobre maniery. 

Patrick, jak dobry komputer, zapisywał te wszystkie informacje w 

swojej pamięci. 

- Ilu facetów rzuciłaś? 

-  Kilku  -  przyznała  z  niechęcią.  -  Jakoś  wtedy  przyciągałam  do 

siebie  wyjątkowych  palantów.  A  z  paroma  i  tak  za  długo  się 

cackałam. 

- Dzięki - rzekł, wstając, Patrick. 

Już miał wyjść z pokoju, ale zatrzymała go jeszcze jedna myśl. 

- A jaki był najlepszy prezent, jaki dostałaś od faceta? - spytał. 

background image

-  Oprócz  Dawida?  -  Maddie  przytuliła  synka  mocno  do  siebie. 

Usłyszała  głębokie  westchnienie  Joshui  i  domyśliła  się,  o  czym 

pomyślał.  -  Ale  musisz  pamiętać,  że  ja  mam  lat  dwadzieścia  siedem 

lat  i  dawno  już  skończyłam  szkołę.  Dla  mnie  najlepszym  prezentem 

byłaby możliwość dzielenia z kimś odpowiedzialności za wychowanie 

dziecka. 

- Nie bój się. Wiem o prezerwatywach. 

-  One  czasem  pękają  -  mruknęła  pod  nosem  Maddie.  -  Zawsze 

lepiej  stosować  jakieś  dwie  metody  zapobiegania  ciąży,  ale  to  na 

pewno  wiesz.  I  na  pewno  rozumiesz,  że  seks  to  nie  tylko  połączenie 

dwóch ciał, więc czasami warto poczekać. 

Spod oka spojrzała na Joshuę i wyczuła jego aprobatę. 

- A moim ulubionym prezentem od faceta była piosenka, którą dla 

mnie napisał - uśmiechnęła się do Patricka. - Gitarzyści zawsze mnie 

bardzo pociągali. 

Kilka minut później Joshua odprowadzał Maddie do auta. Deszcz 

już nie padał. Powietrze było czyste i chłodne. Kiedy tylko posadziła 

Dawida  w  foteliku  i  zatrzasnęła  drzwi,  Joshua  zablokował  jej  drogę. 

Czuła całe jego ciało - silną, falującą pierś, mocne uda i... naprężoną 

męskość. 

- Widzę, że niełatwo mi będzie odjechać - mruknęła. 

-  A  spieszysz  się?  -  spytał  Joshua,  muskając  wargami  koniuszek 

jej ucha. 

- Nie, ale nie chcę nadużywać waszej gościnności. 

- Nie ma obawy. - Teraz jego wargi sunęły po jej szyi. 

background image

Bez powodzenia próbowała stłumić jęk. 

-  Uwielbiam  te  twoje  odgłosy.  Od  razu  się  wtedy  zastanawiam, 

jak by brzmiały w łóżku. 

-  Nie  wiem,  czy  to  znaczy,  że  mam  się  zamknąć,  czy  wprost 

przeciwnie - próbowała żartować. 

-  Nie,  broń  Boże,  nie  powstrzymuj  ich!  Mówiłem  ci  już,  jaka 

jesteś piękna? 

Choć Maddie wiedziała, że to nieprawda, wokół jej serca rozlało 

się  bardzo  przyjemne  ciepło.  Kiedy  wsunął  palce  w  jej  włosy, 

zadrżała. 

-  I  podobają  mi  się  twoje  włosy,  ich  kolor,  puszystość,  to,  jak 

tańczą wraz z tobą. 

Maddie zamknęła oczy. Czuła się cudownie. 

- Och, Joshua! 

Znów wtulił się w jej szyję. 

- Uwielbiam twój zapach. 

- To talk dla dzieci. 

- Na tobie pachnie podniecająco. 

Maddie otworzyła oczy i parsknęła śmiechem. 

- Ty chyba zwariowałeś. 

-  Możliwe.  -  Teraz  palcem  obrysowywał  kontur  jej  ust.  -  Lubię 

twój uśmiech. 

Nie  wiedząc,  czy  śmiać  się,  czy  płakać,  Maddie  potrząsnęła 

głową. 

- Bardzo dobrze, Joshua. Bardzo dobrze. 

background image

Odepchnęła  go  zdecydowanie  i  podeszła  do  drzwi  od  strony 

kierowcy. 

-  Co  takiego?  -  Oczywiście  Joshua  podążył  w  ślad  za  nią.  -  O 

czym ty mówisz? 

-  Dobry  tekst.  Znakomity  z  ciebie  aktor.  Tę  rolę  wykułeś  na 

blachę. Prawie się na to dałam nabrać. 

-  Do  jasnej  Anielki,  Maddie,  przecież  wiesz,  że  mówiłem 

szczerze. 

- Ja też znam swoją rolę. Jak cię słucham, to robi mi się niedobrze 

- rzuciła, siadając za kierownicą. 

Joshua znów wyjrzał przez okno i zmarszczył brwi. 

 

- Nie widać jej? 

- Nie. 

Była to pierwsza środa od wielu, wielu tygodni, kiedy Maddie nie 

przywiozła  im  kolacji.  Choć  Joshui  bardzo  smakowało  jej  jedzenie, 

dużo bardziej zależało mu na niej samej. 

-  Myślisz,  że  powinniśmy  do  niej  zadzwonić?  -  spytał  Patrick, 

ujawniając tym samym, że i on przyzwyczaił się do tych odwiedzin. 

- Poczekajmy jeszcze parę minut. 

Instynkt  podpowiadał  mu,  by  jej  szukać.  A  jeśli  znów  zgubiła 

drogę i sąsiad tym razem zrobił użytek ze strzelby? 

Kiedy  usłyszał  w  oddali  warkot  silnika,  odetchnął  z  ulgą.  Poznał 

tłumik jej auta. Obaj z synem od razu wyszli na ganek. 

background image

Owszem,  był  to  samochód  Maddie,  ale  wysiadł  z  niego  jakiś 

mężczyzna.  W  ręku  trzymał  pudło  z  pizzą.  Miał  długie  włosy,  złoty 

kolczyk w uchu, ubrany był w dżinsy i T-shirt. 

-  Hej,  jestem  Ben,  brat  Maddie.  Nie  może  dziś  sama  do  was 

przyjechać.  Jej  mały  zachorował,  więc  poprosiła,  żebym  przywiózł 

wam coś do jedzenia. Ty jesteś Joshua, zgadza się? 

Joshua skinął głową. Nie widział w Benie żadnego podobieństwa 

do  Maddie.  Dopóki  nie  spojrzał  mu  w  oczy.  Tak  samo  brązowe,  tak 

samo błyszczące i pełne życia. 

- Nie stój na tym deszczu. Wejdź do środka. 

Ben wahał się przez chwilę, ale  w końcu spojrzał przez ramię na 

auto, pokazał mu język i wzruszył ramionami. 

-  Dzięki,  chętnie.  Mam  dwa  rodzaje  pizzy.  Maddie  kazała  mi 

wybrać, więc jedna jest supreme, a druga pepperoni. 

-  Dobry  wybór  -  pochwalił  go  Joshua  w  drodze  do  kuchni.  - 

Patrick chyba zje nawet pudełko. 

- Tato. 

- Dziś zjemy po kawalersku - rzekł do syna Joshua, a ten od razu 

go zrozumiał. 

- Myślałem, że zawsze tak jadacie - zażartował Ben. 

Patrick  wyjął  z  szafki  papierowe  talerze  i  serwetki,  a  potem 

wprawnie rozłożył je na stole. 

- Co jest Dawidowi? 

-  Jakaś  infekcja  ucha.  Maddie  była  z  nim  u  lekarza  i  dostała 

lekarstwa, ale dziś w nocy Zajączek pewnie znów będzie marudził. 

background image

- Znów? - zaniepokoił się Joshua. 

-  Mhm.  Nie  spali  całą  poprzednią  noc.  Chętnie  bym  zastąpił 

siostrę,  ale  pracuję  na  nocną  zmianę  w  barze  Tony'ego.  -  Ben  ugryzł 

kawałek pizzy i popił colą. - Maddie wygląda jak zmora. 

Joshua  nie  potrafił  przejść  nad  tym  faktem  do  porządku 

dziennego.  Tylko  dla  zachowania  pozorów  skierował  rozmowę  na 

inne tory. 

-  Niewiele  o  tobie  wiem.  Chyba  tylko  tyle,  że  jesteś  ojcem 

chrzestnym  Dawida  i  w  szpitalu  powiedziano  ci,  że  twoja  siostra 

urodziła pięcioraczki. 

Ben wybuchnął śmiechem. 

- To cała Maddie! A ja o tobie słyszałem całkiem sporo - zwrócił 

się do Joshui, ale już całkiem poważnie. 

Joshua z trudem przełknął kęs pizzy. 

- Naprawdę? 

-  Owszem.  Maddie  dużo  mi  opowiadała  o  tobie  i  o  twoim  synu. 

Twierdzi, że Patrick jest bardzo zdolny. 

- Naprawdę? - Patrick z dumy aż się wyprostował. - Naprawdę tak 

powiedziała? 

-  Tak.  I  że  choćby  dużo  ją  to  miało  kosztować,  dotrzyma  słowa, 

jeśli chodzi o te cotygodniowe kolacje. 

-  Próbowałem  jej  to  wyperswadować  -  przyznał  z  wyrzutami 

sumienia Joshua. - To naprawdę niepotrzebne. 

- Daj sobie spokój! Moja siostra zawsze dotrzymuje słowa. Mówi, 

że pomogłeś jej, kiedy tego najbardziej potrzebowała, i że nigdy o tym 

background image

nie zapomni. To dla niej zupełnie nowe doświadczenie, bo do tej pory 

nie mogła zbytnio polegać na mężczyznach. Kiedy byliśmy mali, nasz 

ojciec dużo podróżował, więc rzadko go widywaliśmy. A Clyde - Ben 

aż  skrzywił  się  z  niesmakiem  -  jego  właściwie  też  nigdy  nie  było. 

Utalentowany,  ale  nie  zasługiwał  na  taką  wspaniałą  dziewczynę  jak 

Maddie. 

Tym  razem  Ben  spojrzał  na  Joshuę  bardzo  uważnie.  I 

ostrzegawczo.  Jak  brat,  który  nie  pozwoli  nikomu  skrzywdzić 

ukochanej siostry. I chyba rzeczywiście miał powody do obaw. 

Wieczorem  Joshua  był  rozkojarzony  i  nie  mógł  zasnąć.  Snuł  się 

po  kuchni  i  salonie,  wypił  szklankę  mleka  i  zjadł  herbatnika.  Nawet 

on zauważył stęchły i dosyć niezwykły smak ciastka. Joshua nigdy nie 

miał problemów z zachowaniem linii.  

Nie  umiał  gotować,  a  i  buszowanie  wśród  sklepowych  półek  nie 

było  jego  pasją.  Kupował  rzeczy  pierwsze  z  brzegu  i  już.  Gdyby 

Maddie  żywiła  go  bardziej  regularnie  wkrótce  bałby  się  stanąć  na 

wadze. 

Tak,  przyzwyczaił  się  do  jej  cotygodniowych  wizyt.  Czekał  na 

nie, czasami bardzo niecierpliwie. I już dawno przestał się oszukiwać, 

że  chodzi  mu  wyłącznie  o  domowe  jedzenie.  Chętnie  skwitowałby 

wszystko  stwierdzeniem,  że  to  wyłącznie  sprawa  seksu, ale  wiedział, 

że ta szalona Maddie zalazła mu głęboko za skórę i znalazła drogę do 

jego serca. 

Ciekaw  był,  czy  właśnie  teraz  spaceruje  po  swoim  mieszkaniu  z 

Dawidem w objęciach. Pamiętał dobrze, jak bolesna jest świadomość, 

background image

że jest się jedyną osobą odpowiedzialną za takie maleństwo. A czekała 

ją kolejna, ciężka noc.  

Nagle  drgnął  gwałtownie.  Wróciła  do  niego  ta  sama  myśl,  która 

tak zaskoczyła go przy kolacji. 

-  Co  za  idiotyczny  pomysł  -  mruknął,  spoglądając  na  kuchenny 

zegar. Była jedenasta trzydzieści. - Absolutnie idiotyczny. 

Wciąż  mamrocząc,  że  pomysł  jest  bez  sensu,  włożył  dżinsy, 

koszulę,  skarpetki  i  buty.  Obudził  Patricka,  żeby  powiedzieć  mu, 

dokąd się wybiera, i już go nie było. 

W  środku  nocy  ulice  były  prawie  puste,  więc  droga  do  domu 

Maddie  zabrała  Joshui  zaledwie  trzydzieści  pięć  minut.  Chciał  tylko 

sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku. Jeśli nie zobaczy światła 

w  jej  oknach,  zawróci,  nie  próbując  nawet  z  nią  porozmawiać. 

Niestety, okna były oświetlone. 

Otworzyła  mu  dopiero  po  kilku  minutach.  Tuliła  w  ramionach 

Dawida  i  wyglądała  na  nieprzytomną  ze  zmęczenia.  Jeszcze  żadna 

kobieta nie budziła w nim tylu ciepłych uczuć. 

- Słyszałem, że masz dziś ciężką noc. 

- I zapragnąłeś się do nas przyłączyć? 

Maddie zdobyła się na słaby uśmiech. 

-  Nie  miałem  nic  lepszego  do  roboty.  -  Joshua  wzruszył 

ramionami. 

- A nie pomyślałeś o spaniu? 

Próbowałem i nic z tego nie wyszło, odparł, ale tylko w duchu. 

- A może jednak mnie wpuścisz? 

background image

-  Och, przepraszam. Chcesz  może  kawy,  mleka,  albo...  - Maddie 

już szła do kuchni. 

- Chcę, żebyś usiadła. 

To wydało mu się w tej chwili najważniejsze. Bał się, że Maddie 

za chwilę zemdleje. 

- Nie ma mowy. Zajączka strasznie boli ucho i tylko noszenie go 

przynosi mu jakąś ulgę. Nie mogę słuchać, jak płacze. 

- A lekarstwo? 

-  Jasne.  -  Maddie  nie  przerywała  chodzenia.  -  Zacznie  działać 

dopiero za jakieś dwadzieścia cztery do czterdziestu ośmiu godzin. 

- Nie zapytałaś, czemu przyjechałem. 

- Rzeczywiście! Chyba jestem mało przytomna. 

- Ben powiedział, że poprzednią noc też miałaś bardzo ciężką. 

Maddie  skinęła  głową  i  skupiła  się  na  studiowaniu  wzorków  na 

dywanie. 

-  Pamiętam  takie  bezsenne  noce  z  dzieciństwa  Patricka. 

Wydawały się nie mieć końca. 

Znów tylko kiwnęła głową. 

- Więc pomyślałem sobie, że cię trochę zastąpię. 

Maddie  znów  pokiwała  głową.  Ani  na  moment  nie  przerwała 

swojej wędrówki. Zaniepokoił go taki zupełny brak reakcji. 

- Maddie, słyszałaś, co mówię? 

Spojrzała na niego nie widzącym wzrokiem i zamrugała oczami. 

- Boże - jęknęła - żeby ten pokój przestał wreszcie tak wirować. 

- Natychmiast daj mi małego i kładź się do łóżka. 

background image

- Nie, nie, ja tylko... - próbowała protestować. 

- Daj go - powtórzył Joshua zdecydowanie i wyciągnął ręce. 

Odniósł  wrażenie,  że  Maddie  dopiero  w  tej  chwili  uświadomiła 

sobie jego obecność. Patrzyła na niego z ufnością i ulgą. A pod tymi 

uczuciami, pod ogromnym zmęczeniem, kryło się coś jeszcze. 

-  Tylko  na  godzinę  -  zgodziła  się  w  końcu  i  podała  mu  synka. 

Potem wspięła się na palce i leciutko pocałowała Joshuę w policzek. - 

Jesteś  cudowny.  Godzina  mi  zupełnie  wystarczy.  Potem  mnie  obudź. 

Dobrze? 

- Jasne. 

Kiedy się w końcu obudziła, na dworze już zaczynało świtać. Od 

razu pomyślała o Joshui. Musi być wykończony. Nie zmrużył przecież 

oka. Cichutko, na palcach, zeszła na dół. 

Joshua  siedział  w  bujanym  fotelu  i  tulił  do  siebie  Dawida.  W 

pokoju panowała absolutna cisza. Obaj smacznie spali. 

Ten widok aż ścisnął ją za serce. Jednego tylko nie będzie mogła 

nigdy dać swemu synowi. Nie będzie w stanie zastąpić mu ojca. 

A...  gdyby...  Maddie  pozwoliła  sobie  na  chwilę  marzeń.  Gdyby 

tak  Joshua  pokochał  ją  oraz  jej  dziecko  i  zechciał  z  nimi  zostać  na 

zawsze. Gdyby... 

Nie, nie, nawet nie powinna o czymś takim myśleć. Nachyliła się i 

leciutko  dotknęła  czoła  Dawida.  Ani śladu  gorączki.  Potem  spojrzała 

na Joshuę. Jeszcze nigdy nie widziała tak pięknego mężczyzny. 

Kiedy  nagle  otworzył  oczy  i  ich  spojrzenia  się  spotkały,  Maddie 

zrozumiała, że wpadła na amen. Znowu to samo! 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Maddie  pamiętała,  że  w  takiej  sytuacji  najlepiej  jest  mówić. 

Cokolwiek. Byle szybko i dużo. 

- Nie obudziłeś mnie po godzinie - skarciła Joshuę. - Bardzo miło 

z twojej strony, że pozwoliłeś mi odpocząć, ale to miała naprawdę być 

tylko  godzina.  Przecież  ty  całą  noc  przesiedziałeś  na  krześle.  Daj  mi 

Zajączka,  przewinę  go  i  nakarmię.  -  Wzięła  dziecko  i  weszła  do 

kuchni. - Zaczekaj chwilę, zaraz zrobię kawę. 

- Maddie? - zdecydowany głos Joshui przerwał ten monolog. 

- Tak? 

- Daruj sobie tę kawę. Za minutę znikam. 

Słowa Joshui znów pobudziły ją do działania. 

- Nie ma mowy. 

Nie  zważając  na  ssącego  jej  ramię  Dawida,  szybko  wyjęła  z 

lodówki  butelkę  z  mieszanką  i  wstawiła  ją  do  podgrzewacza. 

Posadziła  synka  w  jego  foteliku  i  wyjęła  z  szafki  buteleczkę  z 

antybiotykiem. 

-  Pozwól  mi  przynajmniej  poczęstować  cię  kawą.  Jeśli  trochę 

poczekasz, zrobię śniadanie i... 

-  Hej.  -  Joshua  stanął  tuż  za  nią.  -  Czemu  jesteś  taka 

zdenerwowana? 

Serce Maddie waliło jak szalone. W jej głowie kłębiły się tysiące 

myśli. Jakoś jednak udało jej się odmierzyć porcję lekarstwa łyżeczką. 

- Zawsze gdy potrzebowałam pomocy, nikogo przy mnie nie było. 

No, może Emily i Jenna Jean, i czasami Ben. 

background image

Podała  małemu  lekarstwo,  a  potem  zaczęła  go  karmić.  Dopiero 

wtedy spojrzała na Joshuę. 

- Czuję się niezręcznie. To, co  wczoraj zrobiłeś, bardzo dużo dla 

mnie znaczy. 

- To naprawdę nic takiego. - Joshua wzruszył ramionami. 

- Wręcz przeciwnie - upierała się Maddie. - Dla mnie to naprawdę 

coś wielkiego i nawet nie wiem, jak ci podziękować. 

Spojrzenie Joshui było tak pełne namiętności, że Maddie poczuła 

się zakłopotana. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że za koszulę nocną służył 

jej stary T-shirt, który niewiele zasłaniał. 

- Jesteś mi wdzięczna? 

- Tak. 

- Bardzo? - spytał Joshua i przysunął się niebezpiecznie blisko. 

Maddie  najpierw  odetchnęła  głęboko,  a  potem  parsknęła 

śmiechem. Czy ten facet nigdy nie rezygnuje? 

- Mam w tej chwili na sobie powyciągany T-shirt, który służy mi 

za  koszulę,  karmię  moje  dziecko  i  choć  od  wieków  nie  patrzyłam  w 

lustro,  założę  się,  że  wyglądam  jak  potwór.  Nie  możesz  mnie  w  tej 

chwili  pragnąć.  -  Choć  tak  bardzo  starała  się  go  zniechęcić,  wciąż 

widziała w jego oczach pożądanie. - Chyba że jesteś ślepy. 

- Okulista nazwał mój wzrok sokolim. 

No, tak, mogła się tego spodziewać. 

- Albo zwariowałeś. 

- To rzeczywiście możliwe - zaśmiał się Joshua i musnął wargami 

jej szyję. 

background image

Maddie przymknęła oczy. 

- Nie możesz mnie pragnąć. Nie. To niemo... 

-  Mogę.  -  Wsunął  rękę  pod  jej  koszulę  i  pieścił  nagie  uda.  -  I 

pragnę. 

-  Nie,  Joshua,  nie  -  szepnęła,  choć  jej  ciało  mówiło  co  innego.  - 

Jestem wykończona. 

-  Przecież  to  ja  siedziałem  z  Dawidem  całą  noc.  Jesteś  mi  coś 

winna. 

Maddie  aż  zesztywniała.  To  niemożliwe...  to  niemożliwe,  by 

chciał,  żeby  odwdzięczyła  mu  się  seksem.  A  jednak  jakiś  cichutki 

głosik w jej  wnętrzu szeptał, że byłoby to najsłodsze podziękowanie, 

jakie w życiu złożyła. 

- Lody - powiedział Joshua. 

- Lody? - powtórzyła oszołomiona. 

-  W  piątek  wieczorem.  To  musi  się udać  - dodał  z  szelmowskim 

uśmiechem. Pokonał Maddie jej własną bronią. 

 

Ponieważ  Joshua  miał  mnóstwo  roboty  z  końmi,  w  piątek  mogli 

się  wybrać  na  lody  dopiero  późnym  wieczorem.  W  lodziarni  był 

okropny  tłok,  kupili  więc  kilka  pudełek  na  wynos  i  pojechali  do 

Maddie.  Joshua  był  w  idiotycznym  nastroju.  Nie  czuł  się  tak  lat. 

Wiedział,  że  zwariuje,  jeśli  nie  zdobędzie  Maddie  Palmer.  Choćby 

miał ją posiąść na tym kuchennym stole. 

-  Kto  się  dziś  zajmuje  Dawidem?  -  spytał,  kiedy  wyjmowała  z 

szafki syrop czekoladowy. 

background image

-  Moja przyjaciółka,  Jenna  Jean. Miała  do  mnie  pretensje,  że  nie 

zadzwoniłam do niej po pomoc, kiedy mały był chory, ale nawet mi to 

nie  przyszło  do  głowy.  Ona  jest  zastępcą  prokuratora  okręgowego  i 

nikt  jej  nie  przegada,  więc  obiecałam,  że  przy  najbliższej  okazji 

pozwolę  jej  się  zająć  Dawidem.  -  Maddie  wyjęła  z  lodówki  bitą 

śmietanę i uśmiechnęła się szeroko. - To właśnie dziś jest ta okazja. 

-  Czy  do  tych  wszystkich  specjałów  dodajesz  czasami  trochę 

lodów? 

-  Nie  wiedziałam,  że  jesteś  taki  zasadniczy,  owszem,  dodaję,  ale 

niewiele. 

W  obecności  tej  kobiety  Joshua  bynajmniej  nie  czuł  się  zbytnio 

zasadniczy.  Miał  wrażenie,  że  jego  mózg  zmienił  miejsce  pobytu  i 

przeprowadził się poniżej pasa. 

-  Bita  śmietana?  -  Maddie  włożyła  palec  do  puszki,  a  potem  go 

oblizała. - Pycha. Chcesz trochę? 

- Jasne. 

Znów  zanurzyła  palec  i  podała  mu,  by  spróbował  śmietany. 

Jednak  Joshua  niespodziewanie  chwycił  Maddie  za  nadgarstek  i 

wsunął  sobie  do  ust...  cały  jej  palec.  Oczywiście  chodziło  mu 

wyłącznie  o  śmietanę.  Maddie  natychmiast  wyrwała  mu  rękę  i 

spojrzała na niego z oburzeniem. Jak najbardziej udawanym. 

- Jak mogłeś? 

- Gdybyś okazała mi choć trochę litości - to ostatnie słowo Joshua 

wymówił  ze  szczególnym  naciskiem  -  nie  musiałbym  się  uciekać  do 

takich metod. 

background image

Patrzyła na niego przez trzy długie sekundy, a na jej twarz powoli 

wpełzał rumieniec. 

- Litości? 

-  Tak.  -  Joshua  przysunął  sobie  miseczkę  i  nabrał  łyżką  dużą 

porcję  lodów.  Miał  nadzieję,  że  w  ten  sposób  chociaż  trochę 

zmniejszy płonący w nim żar. - Całujesz mnie, a kiedy tracę nad sobą 

panowanie  przerywasz.  Jesteś  blisko  mnie  i  nagle  się  odsuwasz. 

Niezła z ciebie flirciara, Maddie. 

-  Flirciara!  -  Dla  podkreślenia  swego  oburzenia,  nie  tak  całkiem 

już  udawanego,  Maddie  potrząsnęła  puszką  śmietany  i  skierowała  na 

Joshuę potężny strumień białej piany. 

Śmietaną  pokryta  była  nie  tylko  jego  ręka  i  twarz,  ale  i  koszula. 

Odrobina jej spadła też na dżinsy. 

-  Przepraszam.  -  Maddie  uśmiechnęła  się  niepewnie  i  odstawiła 

puszkę. - Nie chciałam poplamić ci koszuli. 

- Masz jakąś serwetkę? 

- Oczywiście. 

Szybko wyjęła z szuflady niebieską serwetkę i dokładnie wytarła 

mu  koszulę.  Potem  spojrzała  na  plamę  na  jego  dżinsach.  Jej  już  nie 

ośmieliła  się  wytrzeć.  Kiedy  zarumieniona  podniosła  wzrok, 

dostrzegła w oczach Joshui rozbawienie i podniecenie. 

Miała  na  sobie  brzoskwiniową,  cieniutką sukienkę  bez  rękawów. 

Wieczór  był  bardzo  ciepły,  nie  włożyła  więc  rajstop.  Tylko  złoty 

łańcuszek z serduszkami na kostce i lekkie sandałki. 

background image

Joshua  wreszcie  zrobił  to,  o  czym  marzył  przez  cały  wieczór. 

Wsunął rękę pod jej sukienkę. Maddie znieruchomiała. 

Joshua był tego  wieczoru jakiś inny. Nie  wiedziała, czy powinna 

się  z  tego  cieszyć,  czy  raczej  bać.  Wiedziała  tylko,  że  podoba jej  się 

sposób, w jaki on na nią patrzy - jakby była lodami, a on zabierał się 

właśnie  do  jedzenia.  I  podobała  jej  się  jego  ręka  w  jej  gorącym, 

intymnym miejscu. 

- Lody topnieją - wykrztusiła z trudem przez ściśnięte gardło. 

-  Maddie,  och,  Maddie!  Jak  możesz  teraz  myśleć  o  lodach...  - 

szepnął jej do ucha. 

- Joshua, przecież tobie na mnie wcale nie zależy. 

- Nawet ty w to nie wierzysz. 

Kiedy przyciągnął ją mocno do siebie, gdy poczuła jego twardość, 

jeszcze próbowała się bronić. 

- Naprawdę? 

Wsunął nogę między jej uda. 

- Tak. Oboje o tym świetnie wiemy. Chodź tu, maleńka. 

Maddie  poczuła,  że  tonie.  W  spojrzeniu  Joshui,  w  słodyczy  jego 

pocałunków.  Chociaż  po  chwili  leżeli  już  na  kanapie,  a  ona  oplatała 

go  nogami  i  całowała  jego  szyję,  jeszcze  raz  postanowiła  dać  mu 

ostatnią szansę. 

-  Ty  potrzebujesz  zupełnie  kogoś  innego  -  szeptała.  -  Kobiety, 

której  nie  musisz  pomagać przy  zmianie  koła  ani  przywozić  po  nocy 

jakiegoś  idiotycznego  smoczka.  -  Nie  przestała  mówić  nawet  wtedy, 

background image

kiedy  Joshua  podniósł  jej  sukienkę  i  wsunął  rękę  między  uda.  - 

Kobiety, która zna się na klaczach, ogierach i... 

- Maddie, ja chcę ciebie. 

- Ale pamiętaj, że cię ostrzegałam... 

Joshua wsunął palec do jej gorącego, wilgotnego wnętrza. Maddie 

instynktownie zacisnęła mięśnie. 

- Chyba nie zdążymy do sypialni, prawda? 

Joshua  jednym  szybkim  ruchem  ściągnął  jej  mikroskopijne 

majteczki. 

- Tym razem chyba jeszcze nie. Och, Maddie, gdzie byłaś przez te 

wszystkie lata... Gdzie... 

Maddie odpięła mu dżinsy i ujęła w dłoń jego męskość. 

- O, tak, Maddie, tak. 

Joshua  na  moment  uniósł  się  na  łokciu  i  wyjął  z  kieszeni  małą, 

foliową  paczuszkę.  I  w  tym  jej  nie  zawiódł.  Znów  wykazał  się 

odpowiedzialnością. 

Potem  przenieśli  się  na  górę,  do  sypialni.  Wzięli  ze  sobą  tylko 

puszkę z bitą śmietaną. Półtorej godziny później oboje leżeli zmęczeni 

na jej ogromnym łóżku. Puszka była pusta. 

Joshua jeszcze nigdy nie kochał się z kobietą, która by mu się tak 

bez  reszty,  całkowicie  oddawała.  Z  taką  ufnością,  bez  wstydu,  bez 

zahamowań. Tak naturalnie i po prostu. 

- Chciałbym ci zadać jedno niedyskretne pytanie - rzekł, kiedy ich 

spojrzenia się spotkały. 

- Pytaj. 

background image

- Ten facet, z którym byłaś tak długo... 

- Clyde. 

-  Często  wyjeżdżał,  tak?  Czy  z  nim  też  się  tak  kochałaś  jak  ze 

mną? 

- To rzeczywiście bardzo niedyskretne pytanie. Chcesz  wiedzieć, 

czy też robiliśmy to z bitą śmietaną? 

-  Nie.  Raczej  to,  czy...  -  Przez  moment  Joshua  nie  mógł  znaleźć 

właściwego słowa. - Czy z taką samą siłą i namiętnością? 

- Czemu pytasz? 

- Bo jeśli tak, to już rozumiem, czemu facet tak często wyjeżdżał. 

Bał się, że zejdzie na atak serca. 

Maddie wybuchnęła śmiechem. 

-  Nie,  nie  przypuszczam.  -  Zaraz  jednak  spoważniała.  -  A  jeśli 

chodzi o twoje pytanie, to odpowiedź brzmi: nie. Tak nie było nigdy. 

Z nikim. 

Kiedy  ją  pocałował,  poczuł,  że  Maddie  robi  się  wilgotna.  Znów 

jej zapragnął. 

-  Przecież  przed  chwilą  się  kochaliśmy  -  potrzasnął  głową  z 

niedowierzaniem. 

-  Wiem -  westchnęła Maddie. -  Ale  musimy przerwać - dodała z 

wyraźnym  żalem.  -  Muszę  odebrać Dawida.  Nie  chcę, by  Jenna  Jean 

już za pierwszym razem zniechęciła się do opieki nad chrześniakiem. 

- Pozwól chociaż, że cię odwiozę. 

Ta  nieoczekiwana  propozycja  sprawiła  Maddi  ogromną 

przyjemność. 

background image

- Bardzo ci dziękuję. Chętnie skorzystam. 

 

Na  pierwszy  rzut  oka  Jenna  Jean  stanowiła  absolutne 

przeciwieństwo  Maddie.  Zdawała  się  chłodna  i  opanowana.  Bardzo 

ciemne włosy wiązała w porządny węzeł na karku i nawet w dżinsach 

i zwyczajnej bluzce wyglądała schludnie i elegancko. 

Joshua  nie  mógł  jej  sobie  wyobrazić  noszącej  czarodziejskie 

kolczyki  Maddie  ani  karmiącej  piersią  niemowlę.  Maddie  była 

wrażliwa  i  szalona,  Jenna  Jean  rozsądna  i  spokojna.  Trudno  mu  było 

zrozumieć,  co  też  może  łączyć  te  dwie  tak  różne  kobiety.  Dopiero 

dzięki słowom Maddie wszystko się wyjaśniło. 

-  Jenna  Jean  i  ja  poznałyśmy  się,  kiedy  ja  miałam  sześć,  a  ona 

siedem lat. 

Jenna Jean uniosła brwi. 

-  Już  od  dawna  wszyscy  mówią  do  mnie  Jenna  -  zwróciła  się  do 

Joshui,  a  potem  do  Maddie.  -  A  ty  nie  musisz  mi  ciągle  wypominać 

wieku. 

- Jakoś się muszę przed tobą bronić - zaśmiała się Maddie. - Jak 

się sprawował Dawid? 

-  Był  cudowny.  Omawialiśmy  moją  ostatnią  sprawę  i  zgodził  się 

ze  mną,  że  powinnam  zażądać  najwyższego  wymiaru  kary.  Ten 

dzieciak ma talent. Wcale nie żartuję. Miał taką minę, jakby rozumiał 

każde moje słowo. Uśmiechał się i czasem nawet mi przytakiwał. 

- Doradził ci coś istotnego? 

- Nie, ale ziewał, kiedy opowiadałam mu o moim szefie. 

background image

-  Każdy  ziewa,  kiedy  opowiadasz  o  swoim  szefie  -  stwierdziła 

Maddie. - Rozumiem, że teraz śpi? 

-  Tak,  w  mojej  sypialni,  w  tej  przenośnej  kołysce,  którą 

przywiozłaś. 

- Dobra. Biorę go i wracam do domu. 

Kiedy  zostali  sami,  Jenna  otwarcie  obrzuciła  Joshuę  taksującym 

spojrzeniem. 

- A więc to ty byłeś z nią przy porodzie Dawida? 

- Tak, ja. 

-  Maddie  wspominała,  że  masz  stadninę  ogierów  rozpłodowych. 

To dosyć ryzykowny interes, prawda? 

- To zależy, jak do niego podchodzić - odparł Joshua. Jeszcze nie 

rozumiał, o co jej chodzi. 

Jenna  zupełnie  zwyczajnym  gestem  wskazała  mu  miejsce  obok 

siebie, ale Joshua miał świadomość, że bacznie obserwuje każdy jego 

ruch. 

- A jak ty do tego podchodzisz? 

- Chcesz wiedzieć, czy jestem wypłacalny, tak? - spytał wprost. 

-  Nie,  właściwie  to  nie.  -  Jenna  nawet  się  nie  zająknęła.  -  Ale  to 

rzeczywiście  mnie  ciekawi,  więc  gdybyś  zechciał  odpowiedzieć  na 

moje pytanie... 

Dopiero teraz Joshua skorzystał z jej zaproszenia i usiadł. 

- Owszem, jestem wypłacalny. 

Jenna z poważną miną skinęła głową. 

background image

-  Maddie  mówiła  też,  że  masz  kilkunastoletniego  syna.  Lubisz 

dzieci? 

- Dzieci, to dzieci. Jedne lubię bardziej, inne trochę mniej. 

-  Tak,  to  szczera  odpowiedź...  -  Jenna  przez  chwilę  milczała,  a 

potem ciągnęła dalej. - Maddie zawsze miała talent do... 

-  Nieprzyjemnych  doświadczeń  z  przedstawicielami  władzy  - 

dokończył za nią Joshua. 

- Ale nie jest rozrabiarą. Ma tylko pecha, bo zawsze wpada. Lecz 

jej  bliscy  jakoś  się  z  tym  pogodzili.  A  ty?  Czy  jesteś  wystarczająco 

elastyczny? 

-  Owszem.  Do  pewnego  stopnia.  Moja  tolerancyjność  ma jednak 

pewne granice. Ale czy nie uważasz, że do takiej rozmowy przydaliby 

się nam świadkowie i egzemplarz Biblii? 

Trafiła  kosa  na  kamień.  Jenna  zawsze  lubiła  panować  nad 

sytuacją. Stwierdziła z żalem, że z Joshuą nie będzie to takie łatwe. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  jesteś  taki  jak  Clyde.  On  nie  umiał  jej 

docenić. A Maddie się zmieniła i nie zadowoli się teraz byle czym. 

Wejście  Maddie  nie  pozwoliło  Joshui  poprosić  Jenny  o 

wyjaśnienie ostatnich słów. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

-  Czemu  ty  tak  ciągle  wzdychasz?  -  Jenna  Jean  spytała  Maddie, 

kiedy wraz  z Emily siedziały przy basenie jej matki. - Trudno z tobą 

wytrzymać. 

background image

-  Wiem  -  przyznała  Maddie  z  pełnym  zadowolenia  uśmiechem. 

Nic  nie  było  w  stanie  zepsuć  jej  wspaniałego  humoru.  -  Tobie  też 

takie  wzdychanie  dobrze  by  zrobiło,  Jenno  Jean.  -  Maddie  znów 

teatralnie westchnęła i ściszyła radio. - Zresztą dobrze wiesz, że mam 

do tego powód, bo go poznałaś. 

-  Wiedziałam,  że  coś  z  nią  jest nie  tak. Mogę  tylko  przyznać,  że 

ten jej nowy facet jest lepszy od Clyde'a - stwierdziła Jenna Jean. 

- A kiedy ja go poznam? - zainteresowała się Emily. 

- Nie wiem. Joshua na weekend wyjeżdża na jakiś zjazd koniarzy. 

A ponieważ ty i Beau rzadko bywacie w mieście... 

Emily wypiła łyk lemoniady. 

-  Wobec  tego  musimy  coś  zaplanować.  Ponieważ  Beau  też 

interesuje się końmi, obaj panowie na pewno będą sobie mieli dużo do 

powiedzenia. 

Jenna Jean parsknęła śmiechem. 

- Kto by pomyślał, że nasza Emily wyjdzie za kowboja. 

- No, cóż, skoro sama nie mogłam zostać kowbojem, pozostało mi 

tylko  poślubienie  kogoś,  kto  nim  jest.  A  jeśli  chodzi  o  Maddie,  to 

pamiętam,  że  zawsze  marzyła  o  tym,  by  zostać  fanką  jakiejś  grupy 

rockowej. 

Maddie skrzywiła się z niesmakiem. 

- Nigdy nie chciałam być jedną z wielu. Może dlatego Joshua tak 

bardzo  zawrócił  mi  w  głowie.  Jest  taki  inny.  Nie  traktuje  mnie  jak 

tymczasowej znajomej. To nie leży w jego charakterze. On naprawdę 

mnie pragnie. 

background image

Już  sama  rozmowa  na  ten  temat  wytrąciła  Maddie  z  równowagi. 

Wstała i zaczęła spacerować wzdłuż basenu. 

-  Jest  tak  cudowny,  że  aż  trudno  w  to  uwierzyć.  Ja  ciągle 

wyszukuję jakieś powody, dla których miałoby się nam nie udać, a on 

je  wszystkie  eliminuje.  Bez  przerwy  do  mnie  dzwoni  -  dodała 

zachwycona,  bo  było  to  dla  niej  czymś  zupełnie  nowym.  Wciąż 

jednak  nie  opuszczał  jej  strach.  -  Bardzo  mi  zależy,  by  tym  razem 

niczego nie zepsuć. 

-  Nie  bój  się,  niczego  nie  zepsujesz  -  próbowała  ją  pocieszyć 

Jenna  Jean.  -  Jesteś  pewna  swoich  uczuć,  a  Joshua  Blackwell  na 

pewno wie, że drugiej takiej nie znajdzie. 

-  Najważniejsze,  że  jesteś  z  nim  szczęśliwa  -  dodała  Emily.  -  A 

jeśli cię skrzywdzi, będzie miał z nami do czynienia. 

 

-  Te  gwiazdy  naprawdę  wyglądają  jak  brylanty  -  stwierdziła 

Maddie,  leżąc  wraz  z  Joshuą  na  kocu.  Wieczór  był  ciepły,  więc  po 

kolacji znów wybrali się na swój ulubiony pagórek. 

- Dostałaś już kiedyś brylanty? 

-  Nie  -  parsknęła  śmiechem  Maddie.  -  Tylko  cyrkonie  i  górskie 

kryształy. 

- Żałowałaś, że to nie brylanty? - Joshua ujął ją za rękę. 

- Tak i nie. 

Maddie wsparła się na łokciu. 

background image

-  Oczywiście  wiem,  że  nieważna  jest  cena  podarunku,  ale  z 

drugiej  strony  miło  wiedzieć,  że  komuś  na  tobie  bardzo  zależy... 

Rozumiesz, o co mi chodzi? 

- Chyba tak. A jakie prezenty dawał ci Clyde? 

- Pytasz, czy w ogóle coś mi dał, tak? 

Joshua zmrużył oczy. 

Przez  dłuższą  chwilę  Maddie  musiała  się  zastanowić.  Clyde  był 

taki zapominalski. 

-  Dał  mi  sporo  płyt  z  nagraniami,  które  on  lubił,  kilka  taśm  z 

własnymi kompozycjami, parę srebrnych kolczyków z Meksyku. Raz 

przyniósł  mi  masło  orzechowe,  ale  zapomniał,  że  nie  znoszę 

orzechów,  więc sam je zjadł. - Maddie spojrzała na Joshuę. - Widzę, 

że coś chodzi ci po głowie. Wyrzuć to z siebie. 

- Ten Clyde to był egoistyczny drań - stwierdził Joshua po prostu. 

- Tak, chyba masz rację. 

- To dlaczego tak długo z nim byłaś? 

Maddie westchnęła, usiadła i podciągnęła kolana pod brodę. 

-  Nie  wiem.  Prościej  było  z  nim  być,  niż  się  rozstać.  Chyba 

byliśmy  ze  sobą  z  przyzwyczajenia.  Ludzie  przyzwyczajają  się 

czasem do zupełnie idiotycznych rzeczy. Ty przecież też - dodała, by 

zmienić temat rozmowy. 

- Ja? 

- A tak. Dlaczego przez tyle lat nie związałeś się z żadną kobietą? 

- Byłem zajęty. 

- Kiepski argument. 

background image

Joshua chwycił ją za nadgarstek i jednym ruchem przyciągnął do 

siebie. 

- Nie wierzysz mi? - szepnął. - Naprawdę byłem zajęty. 

Kiedy  jego  ręce  spoczęły  na  jej  piersiach,  bardzo  trudno  było  jej 

się skoncentrować. 

-  Raczej  miałeś  na  oczach  klapki.  Kobiety  przestały  dla  ciebie 

istnieć. 

-  A  może  nie  spotkałem  jeszcze  takiej,  która  by  na  mnie 

podziałała. 

Czując  na  swoim  udzie  jego  twardą  męskość,  Maddie  z  trudem 

przełknęła ślinę. 

- A, to o to ci chodzi? 

- Właśnie. I co z tym zrobimy? 

-  Nigdy  nie  podejrzewałam,  że  lubisz  tego  rodzaju  zabawy  na 

świeżym powietrzu. 

Kiedy jego usta musnęły jej szyję, jęknęła i zadrżała. 

-  A co? Myślisz, że  wolę zaciągnięte zasłony, zgaszone światło i 

wygodne łóżko? 

-  Myślałam  -  poprawiła  go  Maddie.  -  Co  ty  robisz  z  moimi 

szortami? 

- Chcę ci pokazać, jaki naprawdę jestem - szepnął. 

- Wydawało mi się, że już to zrobiłeś. 

- O, nie, słonko, to był dopiero początek lekcji. 

Mimo  że  Maddie  zamknęła  oczy,  pod  powiekami  nadal  widziała 

gwiazdy. 

background image

Kiedy wieczorem Joshua odwiózł Maddie do domu, wiedziała, że 

wpadła po uszy. Przerażała ją świadomość, że dla niego była gotowa 

na  wszystko.  Czuła  jednak,  że  to  człowiek,  który  jej  nie  skrzywdzi  i 

któremu naprawdę można zaufać. Zawsze bardzo pragnęła związku z 

kimś takim. 

Joshua wszedł do środka i zamienił kilka słów z Benem, a Maddie 

zajrzała do śpiącego Dawida. Brat podjął się opieki nad siostrzeńcem, 

twierdząc,  że  małemu  potrzebny  jest  regularny  kontakt  z  jakimś 

mężczyzną, bo inaczej wyrośnie z niego baba. 

W  innej  sytuacji  Maddie  wdałaby  się  z  nim  w  dyskusję,  tego 

jednak wieczoru myślała o zupełnie innych rzeczach. Kiedy zeszła na 

dół, Bena już nie było. 

- Spieszył się do pracy - wyjaśnił Joshua. 

- Do tego wstrętnego baru... Za to tutaj nieźle się spisał. Pieluszkę 

potrafi zmienić zupełnie bezbłędnie. 

Joshua uśmiechnął się i przyciągnął ją do siebie. 

-  Jesteś  niesamowita,  Maddie.  Nigdy  w  życiu  kogoś  takiego  nie 

spotkałem. 

- To dobrze czy źle? 

- Dobrze. Bardzo dobrze. 

Maddie uznała, że to właśnie jest ten właściwy moment. 

- Ja też tak myślę o tobie. Jeszcze nigdy przy żadnym mężczyźnie 

tak się nie czułam. 

I z nikim nie wiązałam tylu nadziei, dodała w duchu. 

background image

-  Jesteś  taka  szczera  i  wielkoduszna.  -  Joshua  potrzasnął  głową, 

jakby  nie  mógł  uwierzyć  w  istnienie  tak  wspaniałej  istoty.  - 

Większość  kobiet  zawsze  chce  czegoś  w  zamian.  Małżeństwa  albo 

pieniędzy.  Chcą  prawa  własności.  Ale  ty...Ty  rozumiesz.  Wiesz,  że 

nie musisz trzymać faceta na smyczy, aby wiedzieć, że jest twój. 

Maddie poczuła się tak, jakby ktoś walnął ją pięścią w żołądek. 

- Na smyczy? - powtórzyła. 

- Tak. Jesteś kobietą wyjątkową, bo nie zależy ci na małżeństwie. 

Ależ tak, zależy mi, zaprotestowała w duchu. Myślałam, że o tym 

wiesz.  Miała  wrażenie,  że  jedzie  windą,  która  nagle  gwałtownie 

zaczęła  spadać.  Joshua  coś  mówił,  ale  Maddie  nie  słyszała  już  ani 

słowa. 

Znowu ją nabrano. A może po prostu oszukiwała samą siebie? Jak 

mogła  być  tak  głupia?  Dlaczego  myślała,  że  Joshua  potraktuje  ją 

inaczej  niż  pozostali  mężczyźni,  z  którymi  miała  dotychczas  do 

czynienia?  Tylko  dlatego,  że  jest  poważny  i  odpowiedzialny?  Bo 

pomógł  jej  przy  porodzie,  zmienił  przebitą  oponę  i  przywiózł 

smoczek? 

Czuła się upokorzona i zraniona. Jeszcze żaden mężczyzna jej tak 

nie oszukał. Clyde'owi nigdy nie ufała na tyle, by wiązać z nim swoją 

przyszłość.  A  z  Joshuą?  Z  nim  była  na  tyle  nieostrożna,  że  przestała 

się  mieć  na  baczności  i  pozwoliła  sobie  na  snucie  mrzonek.  A  on 

okazał  się  taki  sam  jak  wszyscy  mężczyźni.  Ten  sam  towar,  tylko  w 

nieco innym opakowaniu. 

background image

Joshua  nadal  trzymał  ją  w  objęciach,  ale  Maddie  nawet  tego  nie 

czuła. Kiedy próbował ją pocałować, odsunęła się. 

- Dobrze się czujesz? - spytał zaskoczony. 

- Tak, oczywiście - skłamała. 

- Do zobaczenia w środę - rzekł i lekko pocałował ją w usta.  

Maddie chciała powiedzieć, że nie chce już go widywać, ale nagle 

przypomniała 

sobie 

swoją 

obietnicę. 

Jak 

załatwić 

sprawę 

cotygodniowych kolacji? 

- Żegnaj, Joshua - szepnęła, kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi.  

Była tak zła, że zapragnęła coś stłuc.  

-  Nie,  nie  będę  płakać  -  wyszeptała  drżącym  głosem  i  powlokła 

się do kuchni. 

Otworzyła  szafkę,  wyjęła  z  niej  salaterkę  i  z  całej  siły  rzuciła  ją 

do zlewu. 

- Nie będę płakać - powtórzyła. - On nie jest tego wart. 

Patrząc  na  roztrzaskaną  salaterkę, Maddie  doszła  do  wniosku,  że 

jej marzenia okazały się równie kruche. 

- Nie będę płakać - powtórzyła jeszcze raz, czując spływające po 

policzkach łzy. 

Kłamstwo. 

Kolejne kłamstwo. 

 

Joshua  spojrzał  na  kurczaka  zapiekanego  pod  beszamelem  i 

zmarszczył brwi. Owszem, jedzenie było pyszne, ale on od trzech dni 

nie widział Maddie. Zaczynał podejrzewać, że go unika. 

background image

-  Kiedy  ona  to  przywiozła?  -  po  raz  kolejny  zadał  Patrickowi  to 

samo pytanie. 

- Akurat wróciłem ze szkoły. Mówiła, że bardzo się spieszy. 

- Tylko tyle? 

Patrick przez chwilę nad czymś się zastanawiał. 

- A, tak, jeszcze coś. 

Joshua spojrzał na niego z nadzieją. Na pewno Maddie zostawiła 

dla niego jakąś wiadomość. Jakieś wyjaśnienie. Obietnicę. 

- Powiedziała, żebym wstawił galaretkę do lodówki. 

Przez kilka najbliższych dni Joshua dzwonił do Maddie dwa razy 

dziennie. Gdyby nie pracował od świtu do nocy, pewnie by po prostu 

do niej pojechał. 

Od  dnia,  kiedy  się  po  raz  pierwszy  kochali,  co  noc  coś  mu  się 

śniło.  Nie  potrafił  tego  racjonalnie  wytłumaczyć,  więc  przypisał 

wszystko  rozszalałym  hormonom.  Brak  czasu  i  energii  nie 

przeszkodził mu jednak w zastanawianiu się, co dzieje się z Maddie.  

W  środę  postanowił  całe  popołudnie  i  wieczór  poświęcić  na 

ślęczenie  nad  papierami.  Siedział  więc  w  domu,  pracował  i...  czekał 

na nią. Już z oddali usłyszał warkot silnika jej samochodu. 

Kiedy  wyszedł  przed  dom,  ona  już  wchodziła  po  schodkach.  Jej 

włosy  tańczyły  w  rytm  energicznych  kroków.  Spódnica  furkotała 

wokół  nóg.  Żywiołowość  tej  kobiety  była  wprost  zaraźliwa.  Jednak 

spojrzenie  Maddie  powiedziało  mu, że  ona  bynajmniej  nie  cieszy  się  

jego widokiem. 

background image

- Cześć! Ładny dzień, prawda? - rzuciła, mijając Joshuę w progu. 

-  Przywiozłam  mięso  z  ziemniakami  i  sosem  oraz  zieloną  fasolkę. 

Mam  nadzieję,  że  będzie  wam  smakowało.  A,  właśnie,  gdzie  się 

podziewa Patrick? 

Joshua, ze zmarszczonymi brwiami, wszedł za nią do kuchni. 

- Został po lekcjach na zajęciach z informatyki. Gdzie ty... 

- A, komputer - przerwała mu Maddie ze sztucznym ożywieniem. 

- To znakomity pomysł. 

- Owszem, ale... 

-  Deser  wstawię  do  lodówki.  Przepraszam,  że  wpadłam  jak  po 

ogień, ale muszę odebrać Dawida rzuciła, ruszając ku drzwiom. - Miło 

było cię... 

Nie zdążyła chwycić za klamkę, bo Joshua zastąpił drogę. 

- O co chodzi? 

Maddie  na ułamek  sekundy  spojrzała  mu  w  oczy,  szybko  jednak 

spuściła wzrok i wzruszyła ramionami. 

-  Miałam  niezwykle  męczący  dzień.  A  teraz  muszę  szybko 

odebrać małego od opiekunki. 

- Odsłuchałaś wiadomości, które zostawiałem ci sekretarce? 

Maddie  złożyła  ręce  na  piersi  i  z  zainteresowaniem  studiowała 

czubek swego buta. 

- Tak. 

Tak  zazwyczaj  rozmowna,  teraz  wyraźnie  zapomniała  języka  w 

gębie, stwierdził Joshua nie bez pewnej satysfakcji. 

- Nie wpadło ci do głowy, żeby oddzwonić? 

background image

- Może. 

- A był jakiś konkretny powód, dla którego tego nie zrobiłaś? 

- Tak. 

Przez  chwilę  czekał  na  bardziej  wyczerpującą  odpowiedź.  Po 

chwili jednak poddał się i aż zgrzytnął zębami. 

- A mogłabyś mi go wyjawić? 

Kiedy wciąż milczała, zaklął pod nosem i przyciągnął ją do siebie. 

Ledwo się powstrzymał, by jej nie pocałować. 

- Przestań udawać idiotkę, Maddie. Mów, o co chodzi! Pamiętasz, 

jak byliśmy blisko? Pamiętasz, jak się kochaliśmy? 

Dopiero wtedy odważyła się spojrzeć mu w oczy. 

-  Wszystko  wyszło  nie  tak  -  stwierdziła  najbardziej  obojętnym 

tonem, na jaki było ją stać. - Myślałam, że oboje chcemy tego samego. 

Myliłam się. Nie mogę być z tobą. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Joshua  był  przekonany,  że  szybciej  doszedłby  do  siebie  po 

kopnięciu w żołądek. Ból, który teraz odczuwał, był dużo silniejszy. I 

trudniejszy do zniesienia. 

- O czym ty mówisz? 

-  Chyba  powiedziałam  wyraźnie  -  odparła  Maddie,  próbując  się 

wyswobodzić. 

Joshua  instynktownie  jeszcze  mocniej  zacisnął  ręce  na  jej 

ramionach. 

- Co to za bzdura, że chcemy czegoś innego? 

background image

- To  wcale nie bzdura. Ja chcę stałego związku. Myślałam, że ty 

też. Pomyliłam się. Moja wina. 

Mówiła coraz szybciej. Jakby bała się, że za chwilę zabraknie jej 

odwagi.  

-  Nie  zamierzam  cię  w  nic  wrabiać  ani  zmieniać  twoich 

przyzwyczajeń,  ale  chcę  czegoś  więcej  niż  to,  co  miałam  w 

przeszłości. Teraz muszę myśleć nie tylko o sobie. Mam Dawida. 

Próbowała się uśmiechnąć. Bezskutecznie. 

- Możesz mnie nazwać idiotką, ale może kiedyś znajdę kogoś, dla 

kogo nie będę tylko zabawką. 

- Nikt nie mógłby cię tak traktować. 

Maddie uniosła rękę i potrząsnęła głową. 

-  Nie  wysilaj  się,  Joshua.  Wiem,  że  próbujesz  być  uprzejmy,  ale 

nie  potrzebuję  twoich  kłamstw.  Za  nic  cię  nie  winię.  Rozumiem, 

czego  ode  mnie  oczekujesz.  Ja  po  prostu  nie  mogę  ci  tego  dać  i  w 

ogóle ta cała sytuacja jest dosyć krępująca, więc chciałabym już pójść. 

Proszę - dodała po kilku sekundach, kiedy Joshua nie zareagował. 

Nie mógł pozwolić jej odejść. Jego ręce, jego ciało jego dusza nie 

chciały  się  z  tym  pogodzić.  Joshua  potrząsnął  głową,  jakby  chciał 

odrzucić to wszystko co powiedziała Maddie. 

- Nie. Ja... 

Ktoś gwałtownie otworzył drzwi, odpychając Maddie. 

- Już jestem! - zawołał wesoło Patrick. 

Maddie wykorzystała ten moment i wyrwała się z uścisku Joshui. 

Zdobyła się nawet na uśmiech. 

background image

-  Cześć,  Patrick!  Właśnie  wychodziłam.  Do  zobaczenia  za 

tydzień. Pa! 

Obróciła  się  na  pięcie  i  już  jej  nie  było.  Joshua  całą  siłą  woli 

zmusił  się,  by  za  nią  nie  pobiec.  Chociaż  wiedział,  że  traci  właśnie 

najlepszą rzecz, jaka mu się w życiu przytrafiła. 

-  Tato?  Hej,  tato?  -  zaniepokoił  się  Patrick.  -  Co  zaszło  między 

wami? Myślałem, że wy... 

- Ja też tak myślałem - westchnął Joshua i zamknął drzwi. 

- Więc co się stało? Zerwałeś z nią czy co? 

-  Nie  -  mruknął  Joshua,  wchodząc  do  kuchni.  -  Ona  zerwała  ze 

mną. 

- Niemożliwe! - Oczy Patricka były wielkie jak spodki. 

- Możliwe. Naprawdę mnie rzuciła. 

- Jezu, tato, co ty takiego zrobiłeś?! Maddie jest świetna. Musiała 

być naprawdę wkurzona, skoro dała ci kopa. 

Dla  Joshui  prawda  była  boleśnie  jasna.  Maddie  otworzyła  przed 

nim  swoje  serce.  Była  serdeczna,  dobra,  wrażliwa  -  jak  nigdy  nikt 

przedtem. To nie ona wszystko popsuła. To on! 

I nie pozostanie to bez wpływu na całą resztę jego życia. 

- Wszystko popsułem, synu. Wszystko! 

 

Joshua znów przestał śnić. Jego noce stały się puste i ciemne. Jak 

zima,  która  nie  ma  końca.  Z  niechęcią  kładł  się  spać  i  z  niechęcią 

wstawał.  Próbował  sobie  wmówić,  że  cieszy  się  z  powrotu  dawnej 

ciszy i spokoju.  

background image

Nie  musi  już  w  deszczu  zmieniać  żadnych  opon.  Nie  odwozi  w 

środku  nocy  smoczków  samotnym  matkom.  Nie  tuli  niemowlęcia, 

cierpiącego  na  ból  ucha.  Ptaki  na  drzewach  nie  ożywiają  się,  słysząc 

warkot silnika Maddie. Major nie szczeka na jej powitanie.  

Było  mu  z  tym  dobrze.  Przecież  cenił  spokój  i  ciszę.  A  jednak 

czuł się jak uschnięty liść. Maddie przynosiła ze sobą deszcz, ale także 

słońce. Przywracała go do życia. Sprawiła, że znów zaczął marzyć. 

Tego środowego wieczoru Joshua usłyszał podjeżdżającego przed 

dom  harleya.  Wiedział,  że  takim  motocyklem  jeździ  Benjamin 

Palmer. Patrick zerwał się od stołu i pobiegł otworzyć drzwi. 

- Ciekawe, co nam tym razem przysłała - rzucił. 

- Skąd mogę wiedzieć - mruknął Joshua i podążył za synem. 

Ben  obrzucił  Joshuę  gniewnym  spojrzeniem,  a  potem  wesoło 

powitał Patricka. 

- Cześć, stary, jak leci? 

- W porządku. Wkrótce koniec roku szkolnego. Już nie mogę się 

doczekać. 

Joshua  z  ponurą  miną  przyglądał  się  rozmawiającym  młodym 

ludziom.  Był  pewien,  że  tylko  z  powodu  Patricka  Ben  nie  dosypał 

arszeniku do przywiezionych potraw. 

-  Dostaliście  kurczaka  z  ryżem.  Pewnie  trzeba  go  będzie 

podgrzać. 

-  Ty  to  masz  szczęście.  Jadasz  jedzenie  Maddie,  kiedy  tylko 

zechcesz - rozmarzył się Patrick. 

background image

-  Dzięki  za  przywiezienie  nam  kolacji  -  zwrócił  się  do  Bena 

Joshua.  -  Byłbym  ci  wdzięczny,  gdybyś  przekazał  Maddie  moje 

podziękowania. 

Ben spojrzał na niego z pogardą. 

-  To  i  tak  nie  pomoże.  Spieprzyłeś  wszystko  i  nie  ma  o  czym 

mówić. 

- Owszem - przyznał szczerze Joshua. 

Ben  był  wyraźnie  zdziwiony,  ale  szybko  wrócił  do  rozmowy  z 

Patrickiem.  Kiedy  miał  już  wychodzić,  Joshua  nie  mógł  się 

powstrzymać od zapytania go o Maddie. 

- Jak ona się miewa? 

-  W  porządku.  Jest  bardzo  zapracowana,  ale  w  trudnych 

sytuacjach  zawsze  szukała  ucieczki  w  pracy.  Tym  razem  walczy  z 

kontrolą podatkową.  

No,  tak,  rozliczenia  podatkowe  na  pewno  nie  były  jej  mocną 

stroną. 

- Ma jakiegoś dobrego doradcę? 

-  Chyba  nie.  Zresztą,  co  cię  to  obchodzi.  Chciałeś  się  przecież 

tylko trochę zaba... 

Ben  nie  zdążył  dokończyć,  kiedy  Joshua  nagle  chwycił  go  za 

ramiona i rzucił nim o ścianę. 

- Mówiłem ci już, iż doskonale wiem, że to ja wszystko popsułem 

-  warknął,  patrząc  Benowi  prosto  oczy.  -  Płacę  za  to  wysoką  cenę. 

Maddie odeszła, ale ja nie mogę przestać o niej myśleć. 

Ben wzruszył ramionami. 

background image

-  Skoro  tak  to  przeżywasz  i  jesteś  pewny,  że  więcej  już  jej  nie 

skrzywdzisz, to czemu czegoś z tym nie zrobisz? 

 

-  Biuro  podróży  -  powiedziała  do  słuchawki  Maddie.  -  Mówi 

Maddie Palmer. Czym mogę służyć? 

Po przerwie obiadowej spędzonej na dyskusji z przedstawicielem 

izby skarbowej była pewna, że w żyłach tego biurokraty zamiast krwi 

płynie  lodowata  woda.  I  że  kontrolerom  podatkowym  zależy 

wyłącznie  na  tym,  by  udowodnić  porządnemu  obywatelowi  niecne 

oszustwo. Chwilowo odsunęła na bok te myśli i próbowała skupić się 

na rozmowie z klientem. 

- Jaką kartą kredyto... 

Przerwała,  kiedy  na  jej  biurku  ktoś  postawił  pudełko  lodów  i 

plastikową łyżeczkę. 

Powoli  podniosła  wzrok  i  zobaczyła  silne,  muskularne  uda  w 

dżinsach,  skórzany  pas  i  złotą  klamrę,  płaski  brzuch,  dobrze 

rozwiniętą klatkę piersiową i szerokie ramiona. A nad tym wszystkim 

oczy Joshui, wpatrujące się w nią uważnie. 

Jej  serce  natychmiast  zgubiło  rytm.  Klient  w  słuchawce  podawał 

jej jakieś dane, ale nie była w stanie ich zapisać. 

- Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć? 

Szybko  wklepała  do  komputera  podane  informacje  i  rozłączyła 

się. Znów spojrzała na Joshuę. Musiała sprawdzić, czy nie był to tylko 

wytwór jej wyobraźni. Niestety nie. 

background image

-  Cześć  -  rzucił  obojętnie  Joshua,  a  żołądek  Maddie  zamienił  się 

natychmiast w jakąś wielką, twardą kulę. 

Szybko spuściła wzrok. Tak czuła się bezpieczniej. 

- Cześć. Co cię tu sprowadza? 

Joshua wskazał lody. 

-  Podczas  naszego  ostatniego  wieczoru  niewiele  udało  ci  się  ich 

zjeść. 

Tamtego  wieczoru,  kiedy  się  kochali.  Tak,  Maddie  świetnie 

pamiętała każdą jego sekundę. 

- Co za miła niespodzianka - mruknęła i zdjęła pokrywkę. 

Bita śmietana. Wtedy też była bita śmietana. 

- Pod spodem są lody - zapewnił ją Joshua. 

Jak  miała  je  zjeść?  Jak  mogłaby  zapomnieć  o  tamtej  nocy? 

Świadoma  jego  bacznego  spojrzenia,  Maddie  z  trudem  przełknęła 

pierwszą łyżeczkę deseru. 

- Pyszne. 

- Cieszę się - powiedział Joshua i przysiadł na skraju jej biurka. - 

Pomyślałem sobie, że może wybrałabyś się ze mną w piątek na lody. 

Przez minione dni Maddie często zastanawiała się, czy Joshua się 

jeszcze  kiedykolwiek  pojawi.  Chciała  tego  i  bała  się.  Nawet 

przekupiła Bena, by zamiast niej woził Joshui i Patrickowi jedzenie.  

Tchórzostwo?  Być  może.  Ona  wolała  nazwać  to  roztropnością, 

której  dotąd  tak  bardzo  w  jej  życiu  brakowało.  A  tym  razem  miała 

bardzo  dużo  do  stracenia.  Pokusa  była  jednak  taka  silna...  I  nie 

chodziło o lody, tylko o spotkanie z mężczyzną z krwi i kości. 

background image

- To chyba nie najlepszy pomysł - wyjąkała. 

- Dlaczego? - Joshua nachylił się ku niej. 

Maddie  odchyliła  się  najdalej,  jak  tylko  mogła.  W  jego  pytaniu 

było coś tak intymnego, w jego spojrzeniu tyle pożądania... Tak łatwo 

byłoby dać mu się przekonać... 

- Bo przy tobie lody topnieją - odparowała. 

Nie tylko lody. Oj, nie! 

 

W  sobotni  poranek  Maddie  nastawiła  odtwarzacz  na  cały 

regulator.  Miała  nadzieję,  że  piosenki  U2  pomogą  jej  w  ponownym 

wypełnieniu zeznania podatkowego.  Dawida posadziła obok siebie w 

foteliku i od czasu do czasu łaskotała go w stopy. 

Grzebała  właśnie  w  stosie  rachunków,  kiedy  ktoś  energicznie 

zastukał  do  drzwi.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  otworzyć.  W 

ciągu  ostatniej  godziny  odwiedziło  ją  już  dwóch  świadków  Jehowy  i 

przedstawicielki Armii Zbawienia. 

Wstała  jednak  i  podeszła  do  drzwi.  Na  ganku  stał  Joshua  i  jakiś 

poważnie wyglądający mężczyzna. Co on tu robi? Odrzuciła przecież 

jego zaproszenie na lody i w ogóle na cokolwiek innego, miała zatem 

nadzieję,  że  Joshua  już  na  dobre  zniknie  z  jej  życia.  Przecież  mógł 

mieć tyle kobiet, ile tylko zapragnął. 

Tylko obecność towarzyszącego Joshui mężczyzny powstrzymała 

Maddie od zatrzaśnięcia mu drzwi przed nosem. 

background image

-  Dowiedziałem  się,  że  masz  jakieś  problemy  z  zeznaniem 

podatkowym.  -  Joshua  starał  się  przekrzyczeć  muzykę.  -  To  Roger 

Hensley. Mój księgowy. 

Zakłopotana i zawstydzona Maddie spojrzała najpierw na Joshuę, 

potem na Rogera. 

- Dziękuję. Miło mi pana poznać. 

Zupełnie nie wiedziała, jak się zachować. To było coś więcej niż 

zaproszenie na lody. To był dowód troski Joshui. Niewiele brakowało, 

by  uwierzyła,  że  naprawdę  mu  na  niej  zależy.  Minęło  jednak  już 

trochę  czasu  i  Maddie  wiele  o  tym  wszystkim  myślała.  Na  pewno 

drugi raz nie da się już nabrać. 

Dwie  godziny  później  jej  kwestionariusz  był  wypełniony.  Roger 

nie przyjął żadnej zapłaty i szybko się pożegnał. 

- Jestem ci, oczywiście, bardzo wdzięczna - powiedziała Maddie, 

kiedy została sama z Joshua. - Ale powiedz, dlaczego to zrobiłeś? 

-  Dowiedziałem  się,  że  potrzebujesz  pomocy.  Okazało  się,  że 

wybawienie cię z kłopotów to bardzo prosta sprawa. 

-  Prosta?  -  powtórzyła.  -  Ściągnięcie  księgowego  na  prywatną 

konsultację w sobotni poranek? 

-  Przyjaźnimy  się.  -  Joshua  wzruszył  ramionami.  -  To  bardzo 

sympatyczny człowiek. 

-  Ile  mu  zapłaciłeś?  Tylko  nie  kłam  -  dodała,  widząc,  że  Joshua 

chce zaprzeczyć. 

- Udzieliłem mu rabatu na usługi mojego ogiera. 

background image

Dlaczego?  Dlaczego  on  to  robi?  To  wszystko  nie  ma  sensu. 

Joshua  szczerze  przyznał,  że  chce  się  po  prostu  trochę  zabawić. 

Maddie  dała  mu  przecież  do  zrozumienia,  że  tym  razem  oczekuje 

czegoś więcej. Po co więc to wszystko? 

-  Za  pomoc  twojego  przyjaciela  jestem  ci  oczywiście  bardzo 

wdzięczna.  Ale  nie  rozumiem,  czemu  byłeś  u  mnie  wczoraj.  I 

dlaczego przyszedłeś dzisiaj?  

Joshua zrobił krok w jej stronę. 

- Tęskniłem za tobą. 

Znów ten nieszczęsny żołądek! 

- Czyżby? 

Zdziwiło  ją  brzmienie  własnego  głosu.  Był  taki  drżący  i 

niepewny. Jakby należał do kogoś innego. 

- Tak. A ty? 

I to jak, przyznała w duchu. Z trudem przełknęła ślinę. 

- Ja... uważam, że lepiej będzie, jeśli przestaniemy się widywać. 

- Ja jestem odmiennego zdania. - Joshua podszedł jeszcze bliżej. 

-  To  bez  znaczenia.  Każde  z  nas  pragnie  czego  innego.  A  są  to 

rzeczy,  których  nie  da  się  pogodzić.  Ty  chcesz  się  bawić,  a  ja 

potrzebuję...  Och!  -  Cofając  się,  Maddie  zahaczyła  obcasem  o 

boazerię. 

- Miałem wrażenie, że mnie ponaglasz - szepnął niepewnie. 

- Ja? 

-  Ledwo  coś  się  między  nami  zaczęło,  a  ty  już  uznałaś,  że  to 

koniec. 

background image

-  Myślałam,  że  tak  będzie  najlepiej.  -  Mimo  bliskości  Joshui 

Maddie wciąż jeszcze była w stanie racjonalnie myśleć. 

- Dla kogo? - Joshua muskał teraz palcami jej nagie ramię. 

- Dla nas obojga. 

- Nie dla mnie. - Próbował ją pocałować, ale odsunęła głowę.  

Nie nalegał. Pocałował jej włosy. 

- Tęskniłem za tobą - szepnął. - Chcę wiedzieć, że ty też. 

Nie, nie mogła mu tego powiedzieć. 

- To naprawdę bez znaczenia. Zbyt wiele nas różni. 

- Zjedz ze mną kolację. - Jego usta spoczęły teraz na jej szyi. 

- Nie. 

- Powiedz, że za mną tęskniłaś. 

- Nie. 

Szybkim,  krótkim,  namiętnym  pocałunkiem  Joshua  zakończył  tę 

rozmowę. 

-  Nawet  nie  wiesz,  jak  szybko  zmienisz  zdanie.  Już  moja  w  tym 

głowa! - rzucił jeszcze w progu i zniknął. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Zanim Joshua zdążył wyjść ze stajni, auto Maddi z ogłuszającym 

warkotem silnika odjeżdżało już sprzed jego domu. 

Nawet  w  deszczu  dostrzegł  chmurę  spalin,  wydobywającą  się  z 

rury  wydechowej  jej  samochodu.  Zaklął  siarczyście  i  rzucił  o  ziemię 

grabiami. Jak mógł przepuścić taką okazję! 

background image

Nagle  dostrzegł  na  podjeździe  jakiś  przedmiot.  Podszedł  bliżej  i 

uśmiechnął się. Wieczór się jeszcze nie skończył. 

 

Wjeżdżając  na  szosę,  Maddie  aż  się  skrzywiła.  Silnik  jej  auta 

pracował  tak  głośno,  że  nawet  nie  słyszała  radia.  Nie  słyszała  też 

własnych myśli. Za to Dawid spał jak suseł. 

Ktoś  mógłby  powiedzieć,  że  wpadając  do  domu  Joshui  jak  po 

ogień,  zachowała  się  tchórzliwie.  Ona  jednak  uważała  to  za  przejaw 

zdrowego rozsądku. 

- Wykazałam się niebywałym rozsądkiem - powtórzyła na głos. 

Nie  usłyszała  tych  słów,  za  to  poprzez  warkot  dotarł  do  niej 

odgłos policyjnej syreny. Spojrzała we wsteczne lusterko, a potem na 

licznik. Nie, nie przekroczyła szybkości. O co więc chodzi? 

Posłusznie  jednak  zjechała  na  pobocze  i  czekała  z  niepokojem. 

Przypomniały jej się wszystkie złe doświadczenia z przedstawicielami 

władzy. 

-  Czy  wie  pani,  że  nie  można  jeździć  bez  tłumika?  -  Policjant 

zasalutował i zajrzał przez okno. 

- Ależ ja mam tłumik. Na pewno. 

- Nie, proszę pani. - Policjant się uśmiechnął. - Nie ma pani i będę 

musiał ukarać panią mandatem. 

- Ale... 

Nagle  przy  jej  aucie  zatrzymała  się  półciężarówka.  Samochód 

Joshui.  Maddie  nie  była  pewna,  czy  ten  widok  ucieszył  ją,  czy 

background image

przestraszył. Joshua wysiadł z auta i wyciągnął ze skrzyni jakiś długi i 

zardzewiały przedmiot. 

- Czy tego szukasz? - zwrócił się do niej z chytrym uśmieszkiem. 

- Cześć, Abel - przywitał policjanta. 

- Widzę, że z nudów zatrzymujesz już samotne matki z dziećmi. 

-  To  matka?  Kurczę,  nie  zauważyłem  żadnego  dzieciaka.  - 

Policjant  zawstydził  się  i  szybko  schował  do  kieszeni  bloczek  z 

mandatami.- To tłumik tej pani? 

- Owszem, zgubiła go na moim podjeździe. 

- Dobra, Josh. Dopilnuj, żeby go założyła. Jak ją złapię następnym 

razem,  dostanie  mandat.  Do  widzenia  pani.  -  Abel  zasalutował  i 

wrócił do radiowozu. 

-  Męski  szowinista  -  mruknęła  pod  nosem  Maddie.  -  Czy  mogę 

prosić o mój tłumik? - zwróciła się do Joshui. 

- Oczywiście - odparł i położył go na tylnym siedzeniu jej auta. - 

Ale następny policjant na pewno wlepi ci mandat. 

- To jak mam dojechać do warsztatu? 

Z udawanym namysłem Joshua oparł się o auto. 

- Znam tu niedaleko pewnego faceta, który mógłby naprawić ci to 

jeszcze dzisiaj. 

- I policzyć mi jak za nowe auto, co? 

- Nie więcej, niż musiałabyś zapłacić jutro w mieście. 

- Prowadź. 

W  oczekiwaniu  na koniec  naprawy  Maddie  dała  się  namówić  na 

wspólne  zjedzenie  kolacji.  Później,  kiedy  Patrick  poszedł  już  do 

background image

siebie,  a  Dawid  zasnął  na  kocyku,  Joshua  zaproponował,  by 

posiedzieli trochę na ganku. 

Zgodziła  się.  Była  zbyt  zmęczona,  by  z  nim  dyskutować,  zresztą 

spodziewała  się,  że  wkrótce  będzie  mogła  odjechać.  Spojrzała  na 

granatowe niebo i westchnęła głęboko. 

- Ależ tu jest pięknie! Nie potrzeba żadnych latarni. 

Joshua  stanął  tuż  za  nią.  Poczuła,  że  gładzi  jej  włosy. 

Zesztywniała, ale nie odsunęła się. 

- Żadnej kobiety nie pragnąłem tak bardzo, jak ciebie - szepnął. 

- Tylko dlatego, że miałeś długą przerwę - odparła Maddie, choć 

wypowiedzenie tych słów nie przyszło jej łatwo. 

- O ileż wszystko byłoby prostsze, gdyby to była prawda - zaśmiał 

się gorzko Joshua. Objął Maddie w pasie i przyciągnął ją do siebie. - 

Czy uwierzysz, ze przez całe lata nic mi się nie śniło? 

- To niemożliwe - odrzekła i potrząsnęła głową. - Trudno mi w to 

uwierzyć. Człowiek się kładzie, zasypia i śni. 

- Nie ja. Mnie przez całe lata nic się nie śniło. 

- A teraz jest inaczej? 

- Tak. - Joshua nadal gładził jej włosy. Było to bardzo kojące i... 

zmysłowe. Zaraz każe mu przestać. Minutę. 

- I kiedy znów coś ci się śniło? 

- Pierwszy raz? 

Maddie  skinęła  głową.  Jego  palce  pieściły  teraz  jej  szyję.  Jak 

łatwo  i  jak  trudno  zarazem  było  znaleźć  się  znów  w  jego  objęciach. 

Łatwo, bo było jej z tym dobrze. Trudno, bo wiedziała, że źle robi. 

background image

-  Pierwszy  raz  coś  mi  się  śniło  po  tym,  jak  mi  podziękowałaś  za 

wymianę koła. 

- Co? 

- Śniłem tej nocy, kiedy mnie pierwszy raz pocałowałaś. 

- Co ci się śniło? 

- Chabry - skrzywił się Joshua. 

Maddie nie mogła powstrzymać śmiechu. 

- I jak się czułeś? 

- Spodobało mi się to, ale potem znów była przerwa. Do twojego 

następnego pocałunku. 

- To ciekawe. 

-  Wcale  nie  żartuję.  Z  początku  myślałem,  że  to  przypadek,  ale 

okazało się, że nie. Dziwne. 

Kiedy  wsunął  ręce  pod  jej  bluzkę,  Maddie  wiedziała,  że 

natychmiast  powinna  zaprotestować.  Zamiast tego  jej  usta  z  radością 

powitały wargi Joshui. 

- Och, Maddie, czy ty wiesz, co ze mną robisz? Pragnę cię. Chcę, 

żebyś  do  mnie  wróciła  -  szeptał  teraz  gorączkowo.  -  Sprawiłaś,  że 

zacząłem znów śnić, a potem mnie tego pozbawiłaś. 

-  Ja  cię  pozbawiłam?  -  powtórzyła  zdumiona  Maddie,  czując,  że 

opuszczają ją resztki zdrowego rozsądku. 

-  Tak,  ty.  Po  pierwszym  naszym  razie  śniłem  całą  noc.  Kiedy 

mnie rzuciłaś, sny się nie pojawiają.  

Maddie  cofnęła  się  i  spojrzała  Joshui  w  oczy.  Świat  wokół  niej 

wirował w szaleńczym rytmie. Czuła się jak na huśtawce i kręciło się 

background image

jej  w  głowie.  Nie,  wiedziała,  co  robić.  Wierzyć  mu  czy  nie.  Głos 

Joshui brzmiał tak szczerze... Ale już raz dała się nabrać. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  od  dnia,  kiedy  się  ostatnio  kochaliśmy, 

nic ci się nie śniło? 

- Tylko jakieś ulotne obrazy, ale to nie były prawdziwe sny. 

Maddie nie mogła uwierzyć, że miała taki wpływ na mężczyznę, 

szczególnie pokroju Joshui. 

- Widzę, że mi nie wierzysz. 

- Bo wiesz, jak to brzmi? Jakbyś znów chciał mnie zaciągnąć do 

łóżka. 

 

- No, no, kogo ja widzę! - Jenna Jean Anderson spojrzała na niego 

z niesmakiem. 

- Potrzebuję twojej pomocy - rzekł bez zbędnych wstępów Joshua.  

Miał tylko jedno w głowie. Musiał odzyskać Maddie. I gotów był 

znieść wiele, by to ciągnąć. 

-  Pomocy?  Dlaczego  miałabym  ci  pomóc?  Skrzywdziłeś  moją 

przyjaciółkę. Wszystko... 

- Popsułem. Wiem. Chcę ją odzyskać. Jest dla mnie najważniejsza 

na świecie. Podejrzewam, że i jej na mnie trochę zależy. Mogę wejść? 

Po chwili wahania Jenna Jean wpuściła go do środka. 

-  Ale  jeśli  okaże  się,  że  choć  przez  moment  będę  tego  żałować, 

skutecznie zatruję ci resztę życia. 

- Nie wątpię. 

background image

-  Usiądź.  Od  paru  dni  z  nią  nie  rozmawiałam.  Jakie  kroki  już 

poczyniłeś? 

Joshua nie miał zamiaru usiąść. Nerwowo spacerował po pokoju. 

-  Przyniosłem  jej  lody  do  pracy,  znalazłem  księgowego,  który 

pomógł jej wypełnić formularz podatkowy, i wybawiłem od mandatu, 

kiedy urwał jej się tłumik. 

- No, no. 

- Nie podziałało. 

-  A kiedy przeprosiłeś... -  zaczęła Jenna, lecz,  widząc jego minę, 

zreflektowała się. - O, nie, nie przeprosiłeś. 

Joshua rozłożył ręce. 

-  A  za  co  miałem  przepraszać?  Przecież  powiedziałem  tylko,  że 

jest  niesamowitą  kobietą,  bo  nie  zależy  jej  na  małżeństwie.  Skąd 

mogłem wiedzieć, że pragnie trwałego związku? 

Jenna westchnęła. 

- Muszę napić się wina. Ty też? 

- Nie. Próbowałem już whisky, ale mi nie pomaga.  

Po chwili Jenna wróciła z kieliszkiem i usiadła w fotelu. 

- Może wreszcie usiądziesz. 

Tym razem Joshua posłuchał. 

-  A  więc  zacznijmy  wszystko  po  kolei.  Najpierw  przeprosiny. 

Nawet jeśli uważasz, że nie zrobiłeś niczego złego, przeproś Maddie, 

bo  zraniłeś  jej  uczucia.  Potem  zastanów  się,  co  sądzisz  o  stałym 

związku. 

- Chcę Maddie. 

background image

- Na jak długo? 

- O tym będę musiał z nią porozmawiać. 

Jenna uniosła brwi i przez chwilę przyglądała mu się w zadumie. 

- Powiem ci coś o Maddie. Nigdy żaden mężczyzna się o nią nie 

troszczył.  Nie  przyznałaby  się  do  tego,  ale  w  głębi  duszy  marzy  o 

opiekuńczym facecie.  

Joshua  od  razu  przypomniał  sobie  liczne  niewinne  aluzje,  które 

Maddie przemycała do ich rozmów. Szczególnie jedną. 

- O co chodzi? 

-  Nie  umiem  grać  nawet  na  flecie,  a  co  dopiero  na  gitarze  - 

mruknął zatroskany. 

 

Maddie śpiewała do wtóru z Bryanem White'em i karmiła Dawida 

płatkami. Większość jedzenia lądowała na jego rączkach i buzi. Spora 

część  w  jej  włosach.  Na  szczęście  była  niedziela  rano  i  nie 

spodziewała się gości. Miała na sobie obcięte dżinsy i stary T-shirt, a 

włosy byle jak związane w kok. 

Bardzo  cieszyła  się  tym  spokojnym  porankiem  z  Dawidem.  Jej 

synek  był  cudownym  dzieckiem,  mądrym  i  ciekawym  świata,  choć 

może  trochę  upartym.  Za  mało  sypiał,  ale  to  pewnie  dlatego,  że 

szkoda mu było na to czasu. 

Uwielbiała  słuchać  jego  gaworzenia.  Była  pewna,  że  drzemią  w 

nim  zdolności  muzyczne.  No,  za  to  akurat  powinna  być  Clyde'owi 

wdzięczna. Tak, Dawid był radością jej życia. 

background image

Kiedy ktoś zadzwonił do drzwi, była pewna, że to Ben wpadł na 

śniadanie.  Szybko  włożyła  małego  do  kojca  i  otworzyła  drzwi... 

Joshui.  Już  sam  jego  widok  zaskoczył  ją,  a  co  dopiero  kwiaty. 

Ogromny bukiet róż. 

Maddie  wiedziała,  że  wspaniała  wiązanka  nie  mogła  być 

przeznaczona  dla  niej,  ale  jakoś  żadne  inne  logiczne  wyjaśnienie  nie 

przychodziło jej do głowy. 

- Co ty masz we włosach? - skrzywił się Joshua. 

- Płatki - odparła bez zająknięcia. 

- Dobrze robią na włosy? 

- Nie kpij ze mnie. Po co przyszedłeś? 

- Żeby cię zobaczyć. 

I znów ten żołądek. 

- Żeby mnie zobaczyć? Z płatkami owsianymi we włosach... 

- Widywałem cię już całą w innych produktach spożywczych. Raz 

nawet miałaś na sobie tylko... 

Bitą  śmietanę,  dokończyła  za  niego  w  duchu.  Choćby  nie  wiem 

jak bardzo się starała, wiedziała, że nigdy tego nie zapomni. 

- Proszę, to dla ciebie. 

Wzięła od niego bukiet i zanurzyła  weń twarz. To były pierwsze 

w  życiu  kwiaty,  jakie  dostała  od  mężczyzny.  Kwiaty  od  Joshui.  Nie 

wiedziała, jak zareagować.  

-  Są  piękne  -  szepnęła.  -  Zrobiłeś  mi  prawdziwą  niespodziankę. 

Co ci przyszło do głowy? 

- To wyraz moich uczuć - odparł Joshua z powagą. 

background image

Maddie poczuła, jak niezwykłe ciepło rozlewa jej wokół serca. 

- Dziękuję. Zaraz wstawię je do wody. 

Szybko weszła do kuchni. Joshua ruszył za nią. 

- Muszę cię przeprosić - rzekł nagle. 

Omal  nie  upuściła  wazonu.  Nie  zwracając  uwagi  na  lecącą  z 

kranu wodę, odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy. 

- Słucham? 

- Pragnę cię przeprosić. Sprawiłem ci ból. Nie chciałem. 

Te proste, boleśnie szczere słowa dotarły do głębi jej duszy. 

- Nigdy nie podejrzewałam, że zrobiłeś to umyślnie. Po prostu się 

nie zrozumieliśmy. 

-  Naprawdę  tak  myślisz?  Naprawdę  sądzisz,  że  nie  chcemy  tego 

samego? 

- Tak, naprawdę tak myślę. Ja chcę czegoś stałego. Ty nie. 

- Wydaje mi się, że się mylisz. 

- Nie, nie mylę się - zaprzeczyła Maddie szybko.  

-  Myślę,  że  nadszedł  czas,  by  wyjaśnić,  czego  tak  naprawdę  od 

siebie  oczekujemy.  -  Joshua  podszedł  do  Maddie  i  ujął  w  dłonie  jej 

twarz. - Myślę, że nadal chcesz ze mną być. 

Maddie zamknęła oczy i jęknęła. 

- Przestań, błagam. 

Przyciągnął  ją do  siebie  i  poczuła  jego  męską  siłę  i  podniecenie. 

Dlaczego  tak  dobrze  było  jej  w  jego  ramionach?  Dlaczego  jej  serce 

tak uparcie walczyło z resztkami zdrowego rozsądku? 

- Nie przestanę, dopóki nie będziesz moja. 

background image

-  Ale  ja  tak  nie  mogę!  Kiedy  jestem  z  tobą,  przestaję  nad  sobą 

panować. Ale  wiem, że to mnie niszczy. Nie chcę  wierzyć  w coś, co 

nigdy się nie uda. 

- Skąd ta pewność? Na to jest tylko jedna rada. Musisz się o tym 

przekonać na własnej skórze. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Kilka  wieczorów  później  Joshua  siedział  na  pagórku  Maddie. 

Owszem,  to  on  był  legalnym  właścicielem  tej  górki,  ale  w  duchu 

przyznawał  prawa  do  niego  właśnie  jej.  Rozmyślał  nad  swoim 

życiem, swymi uczuciami i zastanawiał się, czy przypadkiem Maddie 

nie objęła w posiadanie czegoś więcej niż tylko ten pagórek. 

Przez  minione  dwanaście  lat  niewiele  rozmyślał  nad  tym, 

dlaczego  umarła  matka  Patricka.  Zbyt  zajęty  był  interesami  i 

wychowaniem syna, by analizować stan swojej duszy. 

Ostatnio  jednak  bardzo  często  oddawał  się  refleksji,  a  niektóre 

wnioski, do których dochodził, wcale nie były dla niego miłe. Czy  w 

jakimś  stopniu  nie  był  winien  śmierci  Gail?  To  przecież  on  namówił 

ją,  by  poszli  na  całość.  To  on  zapomniał  o  antykoncepcji.  A  ona 

musiała za to zapłacić najwyższą cenę. 

Dlaczego  życie  okazało  się  tak  niesprawiedliwe?  Dlaczego  Gail 

musiała umrzeć? Czemu Patrick musiał dorastać bez matki? Sprawa ta 

ciążyła  Joshui  od  lat,  ale  nigdy  nie  zdobył  się  na  to,  by  dogłębnie 

ocenić swoją przeszłość. 

background image

Dopiero  teraz  zrozumiał  wiele  rzeczy.  Dzięki  Maddie.  Za  jej 

sprawą  pozbył  się  poczucia  winy.  To  ona  dała  mu  nadzieję.  Dzięki 

niej zauważył słońce i deszcz. Potrzebował jej obecności.  

I przerażało go to. 

Od  tak dawna był  sam,  od  tak  dawna  jego  serce  było  zamknięte, 

że  wydawało  mu  się,  iż  tak  już  będzie  zawsze.  Dopiero  Maddie 

pokazała mu inny świat. 

Nagle  dostrzegł  idącego  w  jego  stronę  Patricka.  Wydał  mu  się 

bardzo wysoki i dorosły. Jak na swój wiek był wyjątkowo rozsądny i 

odpowiedzialny.  Można  mu  było  we  wszystkim  zaufać.  Może  więc 

Joshua nie był takim złym ojcem? 

- Dzwoniła do ciebie jakaś pani Randolph. Mówi, że jej klacz jest 

gotowa - rzekł Patrick, stając obok Joshui. 

- Trochę za wcześnie, ale jakoś damy sobie radę. 

Chłopak wsunął ręce do kieszeni. 

- Czemu tu tak sam siedzisz? 

Joshua  spuścił  wzrok.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jego  zachowanie 

jest co najmniej dziwne. 

- Wsłuchuję się w ciszę i obserwuję gwiazdy. 

- Aha! Czy ma to może coś wspólnego z Maddie? 

Bystry chłopak z tego Patricka, pomyślał Joshua. 

- Owszem. Ostatnio dużo o niej myślę. 

- Masz zamiar się z nią ożenić? 

- Jeszcze nie wiem. 

- Kochasz ją? 

background image

- Tak, chyba tak. 

Przyznał  się  do  tego  pierwszy  raz  w  życiu.  Nie  przyszło  mu  to 

łatwo. 

- A ona ciebie? 

- Chyba też. Ale czasami miłość to za mało - mruknął Joshua. 

- Ja chętnie bym ją widział w naszym domu. 

- Tak? A co z Dawidem? Takie maluchy bywają nieznośne. 

- Mały jest w porządku. Nie wrzeszczy i rzadko wymiotuje. 

-  To  prawda,  ale  Maddie  jest  kobietą  i  na  pewno  wiele  zechce  u 

nas zmienić. 

- Na przykład? - zaniepokoił się Patrick. 

Joshua zastanawiał się przez chwilę. 

-  No,  wiesz,  w  łazience  będą  wszędzie  jej  rzeczy,  perfumy  i 

kremy. Po całym domu na pewno porozstawia różne bibeloty. Zacznie 

się złościć, jak będziesz wszędzie zostawiał brudne skarpetki. Każe ci 

regularnie sprzątać twój pokój. 

Teraz Patrick przez chwilę się zastanawiał. 

-  Ponieważ  będzie  korzystać  z  twojej  łazienki,  to  tam  postawi 

swoje smarowidła. Bibeloty niech sobie będą, a jeśli chodzi o pokój... 

to może uda mi się coś wynegocjować. 

- Widzę, że pogadałeś sobie z Benem - zaśmiał się Joshua. 

-  Ben  jest  w  porządku.  Pozwolił  mi...  pojeździć  na  swoim 

motorze. 

Patrick wiedział, że ojciec na pewno nie będzie tym zachwycony. 

- Naprawdę? 

background image

-  Tak.  Ale  byłem  bardzo  ostrożny  -  wyjaśnił  szybko  chłopak.  - 

Włożyłem kask i jechałem powoli. Wiesz, jutro po szkole mam znów 

zajęcia  komputerowe  i  pomyślałem  sobie,  że  mógłbym  na  nie 

pojechać motocyklem. 

Joshua  odruchowo  chciał  powiedzieć  „wykluczone",  syn  jednak 

patrzył na niego z taką nadzieją, że nie miał serca mu odmówić. 

- No dobrze, ale tylko ten jeden raz. 

-  Hurrra!  -  wrzasnął  Patrick.  -  Tato,  zobaczysz  że  nic  mi  się  nie 

stanie. Będę naprawdę ostrożny. 

- Mam nadzieję. I nie zapomnij o kasku. 

- Oczywiście. 

- I pamiętaj, że motocykl jest słabiej widoczny niż samochód. 

- Wiem. 

- Zachowuj bezpieczną odległość i nie popisuj się. 

- Jasne. 

Joshua  wszedł  do  domu,  kiedy  Maddie  właśnie  wychodziła  z 

kuchni. 

- Widzę, że znów chciałaś przede mną uciec. 

- Nie, po prostu nie chciałam ci przeszkadzać. 

- Mam pewien pomysł. Bardzo się spieszysz? 

- Nie bardzo. 

- Chciałabyś przejechać się konno? 

- Na twoim ogierze? 

-  Nie  -  odparł  szybko  i  zdecydowanie  Joshua.  -  Jest  złośliwy  i 

nieposłuszny  i  nadaje  się  tylko  do  pie...  -  przerwał  i  użył  bardziej 

background image

stosownego słowa zapładniania. Mam na myśli którąś z klaczy. I co ty 

na to? 

-  Właśnie  się  zastanawiam.  -  Maddie  stanęła  bliżej  Joshui.  Tak 

blisko, że mógłby jej dotknąć.  

I dotknął. Przyciągnął mocno do siebie i pocałował. 

-  Chyba  dzwoni  telefon  -  wyjąkała  Maddie  i  z  trudem  wysunęła 

się z objęć Joshui. 

Joshua  zaklął  pod  nosem.  Czekał  na  ważny  telefon  w  sprawie 

ogiera,  którego  zamierzał  kupić,  i  tylko  dlatego  postanowił  podnieść 

słuchawkę. 

- Zaraz wracam - mruknął. - Nie odchodź. 

Pobiegł  do  kuchni  i  zauważył  tam  stół  nakryty  na  trzy  osoby. 

Może więc jednak Maddie nie chciała przed nim uciec. 

- Tu Blackwell - rzucił do słuchawki. 

-  Czy  jest  pan  ojcem  Patricka  Blackwella?  -  spytał  jakiś  żeński 

głos. 

- Tak - odparł trochę zdziwiony, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło się, 

by ktokolwiek dzwonił do niego w sprawie syna. Dotychczas nie było 

takiej potrzeby. 

-  Dzwonię  ze  szpitala  miejskiego  w  Roanoke.  Pański  syn  miał 

poważny  wypadek.  Jest  w  izbie  przyjęć.  Czy  wyraża  pan  zgodę  na 

jego leczenie? 

Joshua oblał się zimnym potem. 

- Patricka? 

- Tak, proszę pana. Czy wyraża pan zgodę na leczenie syna? 

background image

- To coś poważnego? 

-  Jeszcze  nie  wiemy.  Na  razie  robimy  badania.  Czy  wyraża  pan 

zgodę? 

- Co mu się stało? - Joshua jakby nie słyszał pytania. 

-  Przykro  mi,  ale  tego  jeszcze  nie  wiemy.  Są  przy  nim  lekarze. 

Czy  zgadza  się  pan,  żebyśmy  go  prześwietlili  i  zrobili  potrzebne 

analizy? 

-  Tak.  -  Joshua  poddał  się,  rozumiejąc,  że  niczego  więcej  się  nie 

dowie. - Proszę mu powiedzieć, że już jadę. 

Blady z przerażenia odłożył słuchawkę. 

- Co się stało? - spytała Maddie. 

- To ten cholerny motocykl! - Joshua potrząsnął głową i ruszył ku 

drzwiom.  -  Wiedziałem,  że  nie  powinienem  Patrickowi  pozwolić 

wsiadać  na  tę  maszynę.  Powinienem  się  pozbyć  tego  złomu.  To  była 

zbyt wielka pokusa dla chłopaka w jego wieku. 

- Joshua, co się stało? - Maddie położyła mu rękę na ramieniu. 

- Chodzi o Patricka. Jest w szpitalu. Muszę jechać. 

- O Boże - jęknęła. - Jadę z tobą. 

Joshua potrząsnął głową. 

-  Nie  wiem,  jak  długo  to  wszystko  potrwa.  Nie  mam  pojęcia,  w 

jakim  on  jest  stanie.  Ta  kobieta  mówiła  coś  o  prześwietleniu.  Może 

coś sobie złamał. Wypadki motocyklowe bywają straszne... 

Maddie już trzymała w ręku torebkę. 

- Jadę z tobą. 

- A Dawid? 

background image

- Zadzwonię ze szpitala do Jenny Jean albo Bena. Chcesz, żebym 

ja prowadziła? 

- Nie, nie mamy czasu na dyskusje z policją. - Joshua zdobył się 

na lekki uśmiech. 

- Racja. 

-  Wstrząs  mózgu  -  oznajmił  lekarz.  -  Noga  złamana  w  dwóch 

miejscach. Trzeba będzie założyć kilka szwów. Policjant stwierdził, że 

to nie była jego wina. 

- Jest przytomny? 

-  Trochę  oszołomiony.  Wciąż  powtarza,  że  próbował  zjechać  na 

pobocze. 

- To taki dobry chłopak - westchnęła Maddie. 

- Owszem - mruknął Joshua. - Chcę go zobaczyć. 

- Jeszcze go nie umyliśmy - odrzekł lekarz. 

-  Chcę  go  zobaczyć  -  powtórzył  Joshua  i  spojrzał  na  Maddie.  - 

Jeśli musisz wracać do domu... 

- Zaczekam. Dasz mi znać, jak on się czuje? 

- Jasne. 

Joshua  zdawał  sobie  sprawę,  jak  bolesny  musi  być  dla  rodzica 

widok  własnego  dziecka  na  stole  operacyjnym,  cierpiącego  i 

zakrwawionego.  Kiedy  jednak  ujrzał  syna,  serce  omal  nie  wyrwało 

mu się z piersi. 

Patrick spojrzał na niego wzrokiem pełnym skruchy. 

- Tato, przysięgam ci, że to nie była moja wina. Próbowałem... 

background image

-  Nie  gniewam  się  -  uspokoił  go  ojciec.  -  Wiem,  że  zrobiłeś,  co 

mogłeś. Teraz najważniejsze jest twoje zdrowie. 

Został  przy  synu  podczas  szycia  i  zakładania  gipsu.  Poprosił 

pielęgniarkę, żeby poinformowała Maddie o sytuacji. Sam wyszedł na 

korytarz  dopiero  po  paru  godzinach,  kiedy  śpiącego  Patricka 

odwieziono na ogólną salę. Tam zaskoczył go widok wciąż czekającej 

na niego Maddie. 

- Mów - zażądała bez wstępu. 

-  Wyjdzie  z  tego.  Najgorsze  jest  to  złamanie,  ale  lekarze  już 

złożyli kości. 

Maddie wyczuła, że Joshua zaczyna powoli się uspokajać. 

-  Czy  mogę  coś  dla  ciebie  zrobić?  Może  przywieźć  coś  z  domu? 

Może przyniosę ci coś do jedzenia... 

- Nie, nic - potrząsnął głową. - Na farmę już dzwoniłem. Wracaj 

do domu. 

-  Przecież  widzę,  że  padasz  z  nóg  -  szepnęła,  przytulając  się  do 

niego. 

- To nie jest moja pierwsza nie przespana noc - odrzekł i wzruszył 

ramionami.  

Wiem, odpowiedziała mu w duchu. Ale tym razem nie byłeś sam. 

- Jesteś pewien, że nic nie mogę dla ciebie zrobić? 

- Odwiozę cię do domu. 

Maddie pokręciła głową. 

-  Nie  trzeba.  Ben  zajmuje  się  Dawidem.  Dzwonił  kilka  razy, 

pytając o Patricka, i obiecał, że po mnie przyjedzie. 

background image

Powolnym gestem Joshua przeczesał ręką włosy. 

- Jesteś pewna? 

- Całkowicie. -  Kiedy się do niego przytuliła, poczuła, że Joshua 

jest  bardzo  spięty  i  jakby  nieobecny.  Nie  bój  się.  Odrobina  czułości 

jeszcze nikomu nie zaszkodziła.  

Joshua  uścisnął  lekko  Maddie,  potem  szybko  się  odsunął  i  przez 

moment patrzył na nią nie widzącym wzrokiem. 

- Odezwę się później - powiedziała. 

Joshua tylko pokiwał głową i odszedł w głąb korytarza. 

Maddie zadzwoniła do Bena, który wkrótce po nią przyjechał. Po 

drodze  krótko  opowiedziała  mu  o  stanie  zdrowia  Patricka,  a  potem 

pogrążyła się we własnych myślach. 

-  Mad,  zaczynam  się  niepokoić  -  nie  wytrzymał  wreszcie  Ben.  - 

Ostatnim razem byłaś taka milcząca, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś 

w ciąży. Czyżby znowu chodziło o to samo? 

- Nie, nie jestem w ciąży. Zastanawiam się nad Joshuą. Zrobił się 

taki obcy. Wiem, że martwi się o Patricka, ale nie podoba mi się to, że 

tak zamyka się w sobie. 

-  Joshua  to  samotnik.  Nauczył  się  radzić  sobie  sam  z  własnymi 

problemami. 

-  Zgadzam  się  z  tobą,  ale  nie  do  końca.  Od  kilku  lat  nie  było  w 

jego życiu żadnej kobiety, ale miał przecież Patricka. 

- No tak, ale Patrick to jego syn, nie ktoś dorosły, kto mógłby go 

zrozumieć. 

A Maddie? 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Joshua  zamknął  za  sobą  drzwi  i  oparł  się  o  framugę.  Nawet  nie 

zapalił światła. Lekarz chciał zatrzymać jego syna na obserwacji przez 

jeszcze jedną noc. Wszyscy, łącznie z Patrickiem, kazali Joshui iść do 

domu. A więc poszedł i stał teraz w ogłuszającej ciszy. 

W szpitalu wciąż coś się działo. Mierzenie temperatury, kontrola 

szwów,  badanie  ciśnienia,  obiad.  Joshua  nie  miał  czasu  na  to,  by 

pogrążyć  się  w  myślach.  By  obciążać  się  winą  za  wypadek  syna.  By 

oddać  się  wspomnieniom  o  Gail,  która  w  nieludzkich  cierpieniach 

umierała w tym samym szpitalu, w obecności bezradnego Joshui. Nie 

potrafił nawet tęsknić za Maddie.  

A  teraz  nie  działo  się  nic.  Mógł  tylko  czekać  w  rozpaczliwej 

samotności. 

- Kolejny ciężki dzień - w ciemnościach rozległ się cichy, kobiecy 

głos. 

Joshua szeroko otworzył oczy. Maddie. 

- Gdzie jesteś? 

- Idę w twoją stronę. - Po chwili była już przy nim. Rozpoznał jej 

zapach.  Poczuł,  że  wkłada  mu  do  ręki  kieliszek.  -  Napij  się.  Co  z 

Patrickiem? 

Joshua  machinalnie  wypił  łyk  wina.  Było  chłodne  i  miało 

szlachetny smak. 

- Wszystko będzie dobrze. Na szczęście motor nadaje się już tylko 

do kasacji. Pokusa zniknęła. 

- Zobaczymy. Jadłeś kolację? 

background image

-  Nie  pamiętam...  A,  tak,  jakieś  hamburgery.  -  Joshua  jednym 

haustem opróżnił kieliszek. - A co ty tu robisz? 

- Sprawdzam, czy u ciebie wszystko w porządku. Doleję ci wina - 

powiedziała i wzięła od niego kieliszek. 

- Zapalę światło. 

-  Nie  -  zaprotestowała  natychmiast.  -  Usiądź  na  kanapie  i 

odpoczywaj. 

Po chwili przyniosła następnego drinka i dołączyła do niego. 

-  Jak  w  skali  od  jednego  do  dziesięciu  oceniłbyś  swój  strach  po 

telefonie ze szpitala? - spytała Maddie. 

- Dwadzieścia - mruknął. 

- A kiedy Joshua Blackwell ma kłopoty, to rozwiązuje je zawsze 

sam. 

Spojrzał jej prosto w oczy. 

- Inaczej nie potrafię. 

-  Żadnych  czułości,  żadnych  zwierzeń  i  rozmów  z  bliskimi  - 

mówiła Maddie dalej, przysuwając się do niego. 

- Nie, nigdy. 

- To może pora to zmienić - szepnęła. 

Po  chwili  Joshua poczuł  na  policzku  jej  wargi,  a  pod koszulą  jej 

rękę. 

- Co robisz? 

- To niespodzianka. 

Nie pytał dalej, bo to co robiła, było naprawdę bardzo przyjemne. 

Po prostu poddał się jej pieszczotom. 

background image

-  Jest  wiele  sposobów  radzenia  sobie  z  trudnościami  -  szepnęła 

potem  Maddie,  wtulając  się  w  nagie  ciało  Joshui.  -  Ty  znałeś  do  tej 

pory  tylko  jeden.  Chciałam  pokazać  ci,  że  można  inaczej.  Czasami 

warto dzielić swój smutek z kimś, kogo się kocha. 

Joshua poczuł  rozlewające  się  w  okolicy  serca  mile,  wzruszające 

ciepło. Przytulił Maddie do siebie i pocałował. 

- Kocham cię. Chcę, żebyś to wiedział. A kiedy kocham, daję całą 

siebie.  I  żądam  wzajemności.  Okruchy  mnie  nie  interesują.  Przemyśl 

to sobie. Kocham cię - powtórzyła, wstając. 

Oszołomiony Joshua nie był w stanie się ruszyć. Patrzył tylko, jak 

Maddie idzie ku drzwiom. O, nie. Nie pozwoli jej odejść. Nigdy! 

- A ty dokąd? - krzyknął, przytrzymując ją w progu. 

- Do domu. Powinieneś odpocząć. 

- Po tym, jak mnie wykończyłaś? 

- Skarżysz się? 

- Tak... bo wychodzisz. 

- Zazwyczaj to mężczyźni odchodzą, co? 

- Nie znam się na tym. Wiem tylko, że chcę, abyś została. 

- Przecież wiesz, nie załatwiłam nikogo do opieki nad Dawidem... 

Jakby nie słysząc jej słów, Joshua przyciągnął ją do siebie. 

- Chcę, żebyś została - powtórzył. - Na zawsze. 

- Na zawsze? 

-  Tak.  Pragnę  włożyć  ci  na  palec  obrączkę,  chcę  obiecać  ci 

wszystko,  co  mogę  dać  swojej  żonie.  Kocham  cię  i  będę  kochać  do 

końca życia. 

background image

Wtedy  Maddie  zaczęła  płakać.  A  Joshua  wiedział  tylko  jedno. 

Żadnych więcej nocy bez snów - i bez ukochanej kobiety. 

 

Pobrali  się  dwa  miesiące  później.  Oczywiście  na  pagórku,  który 

był już ich pagórkiem. Z początku trochę padało, ale potem zza chmur 

wyjrzało słońce. Zupełnie jak w życiu Maddie. 

Dzień  był  naprawdę  wyjątkowy.  Były  przy  niej  jej  dwie 

przyjaciółki.  Obok  Joshui  stał  Ben  i  Patrick,  który  szybko  dochodził 

do  siebie.  Do  ołtarza  poprowadził  ją  ojciec,  który  wraz  z  matką 

przyjechał na uroczystość.  

Wzruszona  pani  Palmer  patrzyła  załzawionymi  oczyma  na 

szczęśliwą  córkę  i  zięcia,  którego  zdążyła  już  polubić.  Trzymała  w 

ramionach  Dawida  i  tuliła  go  mocno  do  serca.  Pokochała  swojego 

wnuka  gorącą  miłością  i  nie  mogła  sobie  wybaczyć,  że  straciła  tak 

wiele czasu. 

Joshua  odwiedził  w  tajemnicy  przyszłych  teściów  i  bez  trudu 

pokonał ich upór. Teraz Dawid miał nareszcie dziadków.  

A Maddie? Maddie szalała z miłości i dumy. Już nigdy nie będzie 

sama.  I  była  z  tego  powodu  bardzo  szczęśliwa.  Po  ślubie  wraz  z 

gośćmi pojechali do uroczej małej gospody na wesele. 

-  Przeszkadzał  ci  deszcz?  -  szepnęła  Maddie  do  ucha  swemu 

świeżo poślubionemu mężowi. 

-  Nie.  -  Joshua  z  uśmiechem  pokręcił  głową.  -  Chyba  już  się  do 

niego przyzwyczaiłem. 

background image

-  Zniszczył  mi  fryzurę.  A  w  dodatku,  wysiadając  z  auta, 

naderwałam sobie falbanę sukni - poskarżyła się Maddie. 

Joshua pocałował ją w czubek nosa. 

-  Jesteś  najpiękniejszą  panną  młodą  na  całym  Środkowym 

Wschodzie. 

- A ty najlepszym mężem na świecie. 

-  Pora  kroić  tort  -  przerwał  im  te  przekomarzanki  Ben.  - 

Poromansujecie  sobie  później.  Przestańcie  gorszyć  porządnych 

obywateli.  

- No tak, mogłam się tego spodziewać. Nawet w takim dniu mój 

brat myśli tylko o swoim żołądku. 

- Dlatego łatwo mnie przekupić. 

- Co racja, to racja - zaśmiał się Joshua i poprowadził Maddie do 

ogromnego, trzypiętrowego tortu. 

Ukroiła  pierwsze  dwa  kawałki  i  uśmiechnęła  się  do  obiektywu. 

Potem,  zgodnie  z  tradycją,  Joshua  ręką  podał  jej  odrobinę  bitej 

śmietany. Oblizała mu palce do czysta. 

Potem i ona chciała go w ten sposób nakarmić, ale ktoś odwrócił 

jej uwagę i pokaźny kawał ciasta wylądował na śnieżnobiałej koszuli 

Joshui. 

0,pardon! - parsknęła śmiechem Maddie. - Ale przynajmniej nie 

jesteś już taki doskonały. 

-  Myślałem,  że  zaczekasz  z  oblizywaniem  mnie,  aż  zostaniemy 

sami - szepnął jej do ucha. 

- Ależ ty masz kosmate myśli! 

background image

- Bo miałem dobrą nauczycielkę. 

Kiedy  ją  pocałował,  zapomniała  o  wszystkim.  O  ślubie,  o 

gościach i o torcie. 

Wieczorem,  kiedy  wszyscy  już  poszli,  Maddi  włożyła  elegancką 

nocną  koszulę  i  spojrzała  w  lustro.  Zobaczyła  w  nim  bardzo,  bardzo 

szczęśliwą kobietę. Jako taka chciała pokazać się swemu mężowi. 

Ostrożnie  otworzyła  drzwi  od  łazienki  i  weszła  do  ciemnej 

sypialni,  gdzie  czekał  na nią  Joshua. Siedział  na  łóżku, nagi.  W  ręku 

miał gitarę. 

- O rany! - zawołała. 

-  Kiedyś  mówiłaś,  że  zawsze  pociągali  cię  faceci  grający  na 

gitarze. 

- I dlatego ją kupiłeś? 

- Musiałem. I nauczyłem się piosenki. 

- Naprawdę? - W oczach Maddie pojawiły się łzy. - Nauczyłeś się 

piosenki specjalnie dla mnie? 

- Ale tylko jednej. I bardzo łatwej. 

- No to graj! 

Kiedy  w  pokoju  rozległy  się  pierwsze  takty  „Love  me  do" 

Beatlesów, Maddie rzuciła mu się w ramiona. 

Resztę zagrał jej później.