background image

 

LEANNE BANKS 

 

Niezależna narzeczona 

background image

PROLOG 

- Jak to jest, kiedy ma się dwanaście lat?  

Jenna  Jean  Anderson  przez  chwilę  zastanawiała  się  nad 

odpowiedzią.  W  milczeniu  patrzyła  na  oświetlone  światłem  latarki 

twarze Emily i Maddie. 

- Nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami. - W każdym razie to 

więcej niż jedenaście. 

- I nie jest się już dzieckiem - dodała Maddie. 

-  Moja  mama  mówi,  że  jak  skończę  dwanaście  lat,  będę  mogła 

malować  usta  -  pochwaliła  się  dziesięcioletnia  Emily,  ubrana  w 

szlafroczek z falbankami. 

-  Ja  pewnie  będę  musiała  poczekać  z  tym  do  osiemnastki  - 

mruknęła ponuro Maddie. 

Jennie Jean na szmince specjalnie nie zależało. Właśnie skończyła 

dwanaście lat i na razie oznaczało to tylko to, że przez całe lato będzie 

się musiała opiekować pięcioma młodszymi braćmi. 

Na  szczęście  mama  zgodziła  się,  by  tę  noc  spędziła  razem  z 

koleżankami  w  przydomowym  ogródku.  Choć  na  jakiś  czas  mogła 

zapomnieć  o  braciach.  Już  po  południu  zawiesiła  na  sznurze  do 

bielizny starą kapę, na ziemi ułożyła koc i wyposażyła swój namiot w 

dwie latarki, radio tranzystorowe, oranżadę i herbatniki. 

-  Mam  zamiar  nie  kłaść  się  aż  do  drugiej  -  oznajmiła 

przyjaciółkom, spoglądając na zegarek.  

- Moja mama twierdzi, że jak się w nocy nie śpi, to ma się wory 

pod oczami - powiedziała Emily. 

background image

- Tylko starzy ludzie mają wory - wtrąciła się Maddie. 

- No właśnie. Jenna Jean jest już stara. Ona może mieć wory. 

Maddie oświetliła latarką twarz Jenny. 

- Na razie żadnych worów nie widzę.  

Jenna Jean odsunęła się od światła. 

-  Wszystko  mi  jedno,  czy  będę  miała  wory,  czy  nie.  Nie  mam 

ochoty spać. Co chcecie robić? Zagramy w dwadzieścia pytań? 

Maddie wyciągnęła papierową torbę. 

- Przyniosłam karty do flirtu i kości do gry. 

-  A  ja  moją tiarę.  -  Emily  uśmiechnęła  się  i  ostrożnie  włożyła  to 

osobliwe  nakrycie  na  głowę  Jenny  Jean.  -  Dziś  są  twoje  urodziny, 

więc ty powinnaś ją nosić. 

Jennie  Jean  było  trochę  głupio  mieć  taką  ozdobę  na  głowie,  ale 

doceniła gest przyjaciółki. 

- Dzięki. Włączę... 

- Jenno Jean - odezwał się jakiś głos tuż obok namiotu. 

Jenna  Jean  jęknęła.  Był  to  głos  prześladujący  ją  w 

najkoszmarniejszych snach. 

- To Stanley Michaels - szepnęła Maddie. 

- Jenna Jean, Jenna Jean, płaska jak drewniany klin. 

Jenna  Jean,  zawstydzona,  zerwała  się  na  równe  nogi.  Wiedziała, 

że jest wysoka, chuda i że ma rzadkie włosy w mysim kolorze, ale do 

niedawna zupełnie jej to nie przeszkadzało. 

- Zabiję go! Rozwalę mu tę wstrętną gębę. 

- A może on się w tobie kocha - mruknęła Emily.  

background image

To 

był 

właśnie 

ten 

najgorszy 

koszmar. 

Stanley 

był 

najwstrętniejszym chłopakiem w okolicy. 

- Odkąd urósł dziesięć centymetrów i pokonał mnie w rzutach do 

kosza,  stał  się  nie  do  wytrzymania.  Kiedy  był  niższy  i  mama  kazała 

mu chodzić na lekcje stepowania, był dużo sympatyczniejszy. 

- Chętnie chodziłabym na takie lekcje - rozmarzyła się Maddie. 

- Co z tobą, Jenno Jean? Boisz się? - odezwał się znów Stanley. 

Na  moment  wsunął  głowę  pod  kapę,  a  potem  uciekł  co  sił  w 

nogach.  Czerwona  ze  złości  Jenna  Jean  wyskoczyła  z  namiotu  i 

pobiegła  za  nim.  Żałowała,  że  już  nie  jest  od  niego  wyższa. 

Postanowiła dać mu nauczkę. Musi go...  

W  tej  chwili  o  coś  się  potknęła  i  runęła  jak  długa.  Stanley 

natychmiast  przygwoździł  ją  do  ziemi.  Przyglądał  się  jej  z  pełnym 

zadowolenia  uśmiechem.  Na  próżno  próbowała  wyrwać  się  z  jego 

uścisku. 

- Puść mnie, ty kretynie! 

- Albo mi dasz swoje herbatniki, albo napluję ci w twarz. 

Jenna  Jean  zdecydowanie  potrząsnęła  głową.  Tylko  to  jej 

pozostało. 

-  Jesteś  najwstrętniejszym  chłopakiem  na  świecie.  Zobaczysz,  że 

skończysz w więzieniu! 

- Dawaj te ciastka i to już!  

Jenna  poczuła,  że  łzy  napływają  jej  do  oczu.  Nie,  tylko  nie  to. 

Pozostało  jej  jedno  wyjście.  Tak  postąpiłby  jej  młodszy  brat. 

Odwróciła głowę i... ugryzła Stanleya w rękę. 

background image

Stanley wrzasnął, ale Jenna Jean puściła go dopiero wtedy, kiedy 

zaczął ją o to błagać. Klnąc pod nosem, prawie płacząc, chłopak co sił 

w  nogach  pobiegł  do  domu.  Z  namiotu  wypełzły  Maddie  i  Emily. 

Pomogły Jennie wstać. 

-  Ależ  ty  jesteś  odważna.  Już  miałam  go  walnąć  latarką  - 

powiedziała Maddie. 

Emily pokiwała głową. 

- Nieźle go musiałaś ugryźć. Masz krew na brodzie.  

Jenna Jean otarła brodę i spojrzała na swoją rękę. 

-  O,  nie!  Mam  na  ustach  krew  Stanleya  Michaelsa!  -  Szybko 

splunęła na trawę. - Zaraz zwymiotuję! 

- Napij się oranżady. - Emily podała jej papierowy kubek. 

Jenna Jean w świetle latarki znalazła leżącą w trawie tiarę. 

-  Mam  nadzieję,  że  Stanley  będzie  musiał  pójść  z  tą  ręką  do 

lekarza. Założą mu szwy i zrobią zastrzyk. 

- Może dostanie wścieklizny - rozmarzyła się Maddie. 

-  Przecież  tylko  zwierzęta  mają  wściekliznę  -  rozczarowała  ją 

Jenna. 

-  Trudno.  -  Maddie  wzruszyła  ramionami,  a  Emily  z  powrotem 

włożyła tiarę na głowę Jenny Jean. 

- No i znów jesteś urodzinową księżniczką - powiedziała. 

- Nie chcę być księżniczką - obruszyła się Jenna, wciąż myśląc o 

tym wstrętnym Stanleyu. - Chcę być królową. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Została królową. 

Prawie królową. Ważną osobą. 

Od  zaledwie  dwóch  lat  była  jednym  z  zastępców  prokuratora 

okręgowego,  ale  zdążyła  już  zgromadzić  na  swym  koncie  wiele 

sukcesów. Oprócz rzadkich spotkań z Maddie i Emily, przyjaciółkami 

z dzieciństwa, nie prowadziła w ogóle życia towarzyskiego. Cały swój 

czas poświęcała pracy. 

Jenna  wiedziała,  że  jest  młoda,  ale  czuła,  że  cel,  jaki  sobie  w 

życiu postawiła, jest już blisko. Niestety, jej współpracownicy także o 

tym  wiedzieli.  Nie  chcąc,  by  myśleli,  że  zadziera  nosa,  od  czasu  do 

czasu grywała z nimi w koszykówkę. Uważała to po prostu za jeszcze 

jeden służbowy obowiązek. 

-  Ręce  przy  sobie,  Winnie  -  ostrzegła  Edwarda  Winthorpa, 

prawnika  zajmującego  się  oskarżeniami  o  błędy  w  sztuce  lekarskiej, 

który miał paskudny zwyczaj podszczypywania jej w czasie gry. 

- Przy tobie nie jest to łatwe - roześmiał się nie zrażony Winnie. 

Jenna  zgrabnie  go  wyminęła,  rzuciła  piłkę  najbliższemu 

zawodnikowi 

ze 

swojej 

drużyny, 

niedawno 

zatrudnionemu 

prawnikowi, i podbiegła bliżej kosza. 

Kiedy  przeciwnicy  zablokowali  młodego  prawnika,  ten  odrzucił 

piłkę  z  powrotem  do  Jenny.  Jenna  zauważyła  lukę  w  obronie 

przeciwnej  drużyny,  wsunęła  się  w  nią  i  odbijając  się  mocno  od 

podłogi,  skoczyła  i  wrzuciła  piłkę  do  kosza.  Potem  nagle  wpadła  na 

Winnie'ego i natychmiast poczuła rwący ból w kostce. 

background image

- Dwa punkty dla nas! - uradował się prawnik.  

Leżąca  na  ziemi  Jenna próbowała  wstać,  ale  ból  nie  pozwolił  jej 

nawet na najmniejszy ruch. 

- O Jezu! - jęknęła. Zamknęła oczy i już tylko słyszała, że koledzy 

przerwali mecz i skupili się wokół niej. 

- Jen, co się sta... - mówiący zamilkł i zaklął cicho. 

- O cholera, ona krwawi - powiedział ktoś drugi. Tylko nie to! 

Jenna  zagryzła  wargę.  Nie  znosiła  widoku  krwi,  szczególnie 

własnej. 

- Patrzcie, to chyba kość. Tak, przebiła skórę.  

W  tej  chwili  Jenna  wybrała  najłatwiejsze  wyjście.  Coś,  czego 

jeszcze nigdy w życiu nie zrobiła. Zemdlała. 

 

Odzyskała  przytomność  dopiero  w  izbie  przyjęć,  po  zrobionym 

prześwietleniu. Wciąż jednak była oszołomiona bólem. 

-  Witam,  doktorze  -  usłyszała  głos  wiozącej  ją  pielęgniarki.  - 

Nasza  pacjentka  ma  szczęście,  że  to  pan  ma  dziś  dyżur.  Otwarte 

złamanie, z przemieszczeniami. 

-  Dziękuję,  Riley  -  odpowiedział  jakiś  mężczyzna,  najwyraźniej 

lekarz.  -  Sprawdź,  czy  sala  operacyjna  jest  wolna.  Jeśli  tak,  to  zaraz 

weźmiemy  się  do  roboty.  Kiedy  pacjentka  się  obudzi,  będzie  bardzo 

cierpiała. 

-  Już  się  obudziła  -  oznajmiła  Jenna  głosem,  który  nawet  w  jej 

uszach brzmiał obco. Na otwarcie oczu jednak się nie odważyła. 

Usłyszała szelest papierów, a potem ciche, stłumione parsknięcie. 

background image

-  Dzień  dobry  pani.  Nazywam  się  Michaels.  Jestem  lekarzem  i 

będę  się  panią  opiekował.  Jeśli  nam  się  uda,  to  jeszcze  dziś  panią 

poskładam, zszyję i założę gips. 

Jenna  odetchnęła  z  ulgą.  Zawsze  oceniała  mężczyzn  po  głosie,  a 

ten  bardzo  jej  się  spodobał.  Nie  był  rozlazły  ani  ostry,  jak  głosy 

niektórych  jej  kolegów.  Łagodny  i  słodki  jak  miód,  był  niski  i 

uspokajający. Ten lekarz zdawał się mówić: „Zaufaj mi, kochanie". 

Pewnie kobiety lecą do niego właśnie jak muchy do miodu. Choć 

oszołomiona,  dosłyszała  podniecenie  w  głosie  pielęgniarki.  Próbując 

unieść  ciężkie  powieki,  Jenna  poczuła  na  sobie  delikatne,  ciepłe 

dłonie. Lekarz sprawdzał odruchy jej ciała. 

-  Pielęgniarka  mówi,  że  to  kontuzja  odniesiona  na  meczu 

koszykówki. Starcie jeden na jednego? 

-  Nie  -  udało  się  jej  wyjąkać.  Zamglonym  z  powodu  środków 

przeciwbólowych  wzrokiem  próbowała  przyjrzeć  się  twarzy  lekarza. 

Wydawała jej się dziwnie znajoma. 

-  Au!  -  jęknęła  i  drgnęła  gwałtownie,  kiedy  dotknął  chorego 

miejsca. 

-  Spokojnie.  -  Lekarz  delikatnie,  lecz  zdecydowanie  ujął  ją  za 

ramiona i ułożył z powrotem. 

Zauważyła  jego  rękę  -  dużą  i  silną,  z  niewielką,  białawą  blizną. 

Teraz  przyglądała  mu  się  spod  rzęs.  Miał  ciemnobrązowe,  czujne 

oczy,  mocno  zarysowaną  szczękę,  pełne  usta  i  dołeczek  w  brodzie. 

Dołeczek w brodzie...  

background image

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  ma  przed  sobą  dorosłą,  bardziej 

atrakcyjną wersję... Jeszcze raz z przerażeniem spojrzała na jego rękę. 

- Stanley Michaels! - krzyknęła. 

- Niech ci nie wpadnie do głowy pomysł, by znów mnie ugryźć. A 

poza tym proszę mówić do mnie: doktorze Stanleyu Michaels. 

- Jesteś lekarzem? - Naprawdę nie mogła w to uwierzyć. 

- Jestem. Możesz sprawdzić na wydziale medycyny Uniwersytetu 

Stanu Wirginia. Wyglądasz na zdziwioną, Jenno Jean. 

- Jenno - poprawiła go. - Owszem, jestem zdziwiona. 

Stanley wziął do ręki jej kartę. 

- Jesteś na coś uczulona? 

- Na poziomki. - Kiedy minął już szok i zaskoczenie, wrócił ból. - 

Możemy zająć się moją nogą? Zaczynam mieć mdłości. 

-  Za  chwilę  wróci  pielęgniarka.  -  Stanley  zauważył,  że  Jenna 

cierpi,  i  pogładził  ją  po  ramieniu.  -  No,  to  czego  się  po  mnie 

spodziewałaś? 

-  Że  skończysz  w  więzieniu  -  odparła  szczerze,  choć  czuła,  że 

dawny kolega stara się tylko odwrócić jej uwagę od bólu. 

-  W  szkolnych  czasach  chyba  rzeczywiście  na  to  się  zanosiło  - 

odparł z uśmiechem doktor Stanley Michaels. 

- Sala operacyjna jest wolna - oznajmiła, wchodząc, pielęgniarka. 

- Znakomicie. Dzięki, Riley. 

- Po zmianie wybieramy się na drinka. Może po operacji i pan się 

do nas przyłączy? 

background image

Jenna  nie  tylko  miała  za  chwilę  być  operowana  przez  chłopaka, 

który  w  czasach  szkolnych  podglądał  ją  w  szatni  przed  lekcjami 

gimnastyki, ale  w dodatku zmuszona była słuchać, jak umizga się do 

niego ta kobieta. Tego było już dla niej za dużo. 

-  Stanley  Michaels  będzie  mnie  operował!  -  krzyknęła,  czując 

dziwną suchość w gardle. 

Stanley wzruszył tylko ramionami. 

- Jeśli chcesz zaczekać do jutra, to znajdziemy ci innego lekarza. 

-  Do  jutra?  -  powtórzyła  jak  echo  Jenna  i  aż  jęknęła.  Nie  była 

pewna,  czy  przeżyje  najbliższe  piętnaście  minut.  -  Jesteś  pewien,  że 

się na tym znasz? 

- Tak.  

Jenna zamknęła oczy i pomodliła się w duchu. 

- Dobrze. Zgadzam się.  

Stan poklepał ją po ręce. 

- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Za chwilę nic nie będziesz 

czuła. 

Człowiek  nic  nie  czuje,  kiedy  jest  martwy,  pomyślała  z 

przerażeniem Jenna. 

- Doktor Michaels jest znakomitym lekarzem - oznajmiła pełnym 

uwielbienia tonem Riley. 

Jenna wcale nie poczuła się lepiej. 

-  Możesz  już  podłączyć  kroplówkę.  Niestety,  nie  mogę  pójść  z 

wami na drinka - dodał i spojrzał na Jennę. - Śpij dobrze. 

 

background image

- Tu masz receptę na środki przeciwbólowe - rzekł Stan. 

Jenna  wciąż  nie  mogła  uwierzyć,  że  operował  ją  Stanley 

Michaels.  Trudno  jej  było  zapomnieć,  że  był  on  prowodyrem  prawie 

wszystkich  szkolnych  rozrób,  mniej  lub  bardziej  śmiesznych,  i  że 

chodził z dwiema trzecimi dziewczyn z jej klasy. Spojrzała na świeży 

gips na nodze i zmarszczyła brwi. 

- Jesteś pewien, że dobrze mnie poskładałeś? Nie będę kuleć? 

- Na pewno nie. Możesz mi zaufać. 

- Zaufać? Tobie? 

Zmieniłem 

się, 

Jenno 

Jean. 

Jestem 

już 

dorosłym, 

zrównoważonym  człowiekiem.  A  ty?  Nadal  gryziesz  tych,  którzy 

mają ochotę na twoje herbatniki? 

Jenna z przykrością poczuła, że się czerwieni. 

-  Teraz  już  nieczęsto  muszę  uciekać  się  do  samoobrony. 

Mężczyźni,  którzy  chcą  moich  ciasteczek,  stosują  bardziej  finezyjne 

metody. 

- Widzę, że obrażalska pozostałaś - zauważył Stanley, ale szybko 

wrócił do spraw bieżących. Znów był tylko lekarzem. - Tym razem ja 

tu rządzę, Jenno Jean. A ty masz robić, co ci każę. Zostawiłem szparę 

w  gipsie  na  wypadek  opuchlizny,  ale  powinnaś  raczej  układać  nogę 

wysoko. Przez osiem do dwunastu tygodni powinnaś nie obciążać tej 

kostki.  A  to  znaczy,  że  będą  ci  potrzebne  kule.  Dopiero  wtedy 

zobaczysz, jakim diabelskim wynalazkiem są schody. Twoje auto ma 

automatyczną przekładnię? 

background image

-  Nie.  W  tej  chwili  Jenna  uświadomiła  sobie,  jak  wiele  czeka  ją 

ograniczeń. 

- A więc nie możesz prowadzić. Masz męża? - Stan znów spojrzał 

w jej kartę. 

- Nie - odparła prawie równocześnie z nim. 

- A przyjaciela? Kogoś, z kim razem mieszkasz? Kochanka? 

Jenna  leżała  nieruchomo.  Już  w  dzieciństwie  nauczyła  się  nie 

okazywać emocji. 

-  Dam  sobie  radę  -  powiedziała  z  przekonaniem,  choć  na  razie 

jedynym  rozwiązaniem,  jakie  przychodziło  jej  do  głowy,  były 

taksówki. 

- W nagłym  wypadku zawiadomić... Maddie Palmer Blackwell. - 

Stan  zamilkł  i  pokiwał  głową.  -  A  więc  wciąż  przyjaźnisz  się  z 

Maddie. Ta dziewczyna była niezłą rozrabiaką. 

- To moja najlepsza przyjaciółka. 

- Takie przyjaźnie to rzadkość. Szczęściara z ciebie.  

Takiego  komentarza,  świadczącego  o  wrażliwości  tego,  który  go 

wygłosił,  nie  spodziewała  się  po  Stanleyu  Michaelsie.  Nawet  po 

dorosłym Stanleyu. 

-  Chcesz,  żebym  jeszcze  raz  powtórzył  ci,  co  masz  robić,  Jenno 

Jean? 

- Jenno - poprawiła go odruchowo i pokręciła głową. - Wszystko 

pamiętam. Mam układać nogę wysoko. 

-  Większość  moich  pacjentów  bierze  zwolnienie  na  całe  te  trzy 

miesiące. 

background image

- Nie należę do większości twoich pacjentów.  

Stanley spojrzał na nią z ukosa i skinął głową. 

- Nie będę się z tobą spierał. Widzę, że nadal jesteś uparta. 

- Po prostu zdecydowana. 

Stanley przesunął rękę po prawie już suchym gipsie. Choć Jenna 

wiedziała,  że  jest  to  gest  czysto  zawodowy,  poczuła  się  dziwnie. 

Wytrąciło ją to z równowagi. 

- Założę się, że na sali sądowej jesteś diabłem w spódnicy. 

- Powiedzmy raczej, że... nieźle sobie radzę. 

-  O,  nie  wątpię!  A  jak  nazywają  cię  za  plecami?  Czy  ma  to  coś 

wspólnego  z  zębami?  -  spytał  głosem  tak  słodkim,  że  żadna  kobieta 

nie pozostałaby nań obojętna. Żadna oprócz niej. 

- Nie - odparła spokojnie. - Mówią o mnie Nóż. 

- Ostry i szybki. Założę się, że szczególnie interesuje cię aorta. 

- Tylko kiedy jest na wierzchu. 

-  No  cóż,  przez  jakiś  czas  Nóż  będzie  musiał  poleżeć  w 

szufladzie. Przez najbliższe kilka tygodni żadnego chodzenia. 

- Jeśli chodzi tylko o ból... - zaczęła Jenna. 

-  O  ból  i  gojenie  -  zaznaczył  Stan  i  wstał.  -  Noga  potrzebuje 

czasu, by się zagoić. 

Jenna westchnęła. 

-  Nie  mogę  porzucić  pracy.  W  moim  harmonogramie  nie  ma 

czasu na obiad, a co dopiero na złamaną nogę. 

- Tym razem będziesz musiała go znaleźć. 

- Ja... Stan uciszył ją palcem położonym na jej wargach. 

background image

Serce Jenny natychmiast zaczęło bić nierównym rytmem. 

-  Jenno  Jean,  w  tej  sprawie  możesz  mi  zaufać.  Ja  też  mam  kilka 

przezwisk. Jedno z nich to Święty Stan. 

- Święty? - Jenna nie mogła powstrzymać śmiechu. - Dlaczego? 

- Bo mój dotyk ma niesamowite zdolności gojące - odparł z dumą 

Stan. - Bo jestem prawy i uczciwy. W dodatku mam anielskie... 

- Dobrze, dobrze, wystarczy. Jakieś inne? 

- Owszem. Doktor SM, ale to z powodu moich inicjałów. 

 

Stan  trzymał  w  ręku  butelkę  z  piwem  i  obserwował  przez  okno 

swojego  mieszkania  kilkunastoletniego  chłopaka,  który  samotnie 

wrzucał  piłkę  do  kosza.  Dzieciak  pojawiał  się  tam  co  wieczór. 

Ciekawe, co na to jego rodzice. 

Stan westchnął i w zamyśleniu bębnił palcami w parapet. Minione 

dwa  dni  były  bardzo  interesujące.  Kto  by  przypuszczał,  że  będzie 

leczył  Jennę  Jean  Anderson?  Nóż.  Zawsze  była  ostra  i  nie  wątpił,  że 

potrafi pociąć każdego oskarżonego na kawałki. 

Zawsze też była intrygująco kobieca. Zbyt silna i zbyt inteligentna 

dla  większości  chłopaków  w  ich  klasie,  więc  zamiast  zajmować  się 

miłostkami,  skupiła  się  na  nauce  i  garstce  najbliższych  przyjaciół.  I 

nigdy  nie  odstępowała  od  swoich  zasad.  I  tu  trafiła  kosa  na  kamień. 

Stan  zawsze  wolał  sam  ustanawiać  zasady  i  tylko  im  się 

podporządkowywać. 

Jenna Jean osiągnęła jednak coś, co jemu się nie udało. Kultywuje 

dawne przyjaźnie i zdołała znaleźć swoje miejsce na ziemi. Zazdrościł 

background image

jej tego, bo sam czuł się pozbawiony korzeni. Po stażu na Zachodnim 

Wybrzeżu  i  specjalizacji  na  Florydzie  wrócił  do  Roanoke  w 

poszukiwaniu stabilizacji. Od lat nie był w rodzinnym mieście i nawet 

nie przypuszczał, że tak bardzo będzie za nim tęsknił. 

Kiedy  wyjeżdżał,  myślał,  że  nigdy  już  tu  nie  wróci.  Zawsze 

uważał  Roanoke  za  senną  mieścinę.  Z  początku  więc  zachwycał  się 

tempem  życia  większych  miast,  różnorodnością  ludzi  i  miejsc.  W 

końcu jednak i Los Angeles, i Miami okazały się zbyt ruchliwe. Kiedy 

przed dziewięcioma miesiącami zmarł jego przyjaciel, szok wywołany 

tą  śmiercią  zmusił  Stana  do  refleksji  nad  minionymi  dziesięcioma 

latami swego życia. 

Czy oprócz sukcesów zawodowych było coś, z czego mógłby być 

dumny? Nikogo ze znajomych nie nazwałby przyjacielem, a kobiety... 

Przychodziły i odchodziły, a on nawet nie pamiętał ich imion. 

Chciał czegoś więcej. Tego, co do tej pory uważał za niepotrzebne 

i  przyziemne.  Domu,  prawdziwych  przyjaciół,  jakiegoś  celu,  może 

kogoś, kto by na niego liczył. Nie bardzo wiedział, jak to osiągnąć, ale 

czuł, że zmiany są konieczne. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Tydzień  później  Jenna  z  przerażeniem  patrzyła,  jak  Stan  rozcina 

jej gips. Noga okazała się spuchnięta i sinożółta. Żałowała, że nie ma 

czym jej przykryć. 

- Dlaczego zmieniasz gips tak szybko? 

background image

- Żeby zdjąć szwy i obejrzeć ranę - odparł Stan, odkładając na bok 

kawały białego gipsu. - Wygląda nieźle. Bierzesz antybiotyk, prawda? 

Jenna kiwnęła głową. 

- To zupełnie nie wygląda jak moja noga. 

- Jest tylko trochę spuchnięta. To normalne. Teraz zdejmę szwy i 

założymy nowy gips. 

Mary,  asystentka  Stana,  delikatnie  umyła  nogę  Jenny.  Kojący 

dotyk  jej  rąk  pomógł  Jennie  trochę  się  zrelaksować.  Od  chwili  kiedy 

do gabinetu wszedł Stan, była bardzo spięta. 

Oczywiście był kompetentny i dokładny, ale Jenna wciąż widziała 

w  nim  chłopaka  z  dawnych  lat.  Chłopaka,  który  zdążył  stać  się 

mężczyzną. Próbowała skupić się na fakcie, że jest przede wszystkim 

lekarzem. 

- Czy ten nowy gips będę już nosiła do końca kuracji? 

-  Nie.  Będziemy  go  zmieniać  co  trzy  tygodnie.  I  prześwietlać 

nogę, żeby zobaczyć, czy wszystko dobrze się goi. 

Jenna  skrzywiła  się  i  z  niesmakiem  spojrzała  na  porośniętą 

włoskami łydkę. 

-  Czy  jest  jakaś  możliwość,  żebym  skorzystała  z  maszynki  do 

golenia? - szepnęła do Mary. 

- Chyba tak, ale...  

Nagle zadzwonił interkom i Stan nacisnął guzik. 

-  Mam  tu  u  siebie  pewnego  trzylatka.  Chciałbym,  żeby  Mary  go 

prześwietliła  -  rzekł  jakiś  męski  głos.  W  tle  słychać  było  dziecięcy 

płacz. 

background image

- W tej chwili jest bardzo zajęta, Abernathy - odparł Stan. 

-  Pacjent,  którego  miał  pan  przyjąć  o  drugiej,  odwołał  wizytę  - 

poinformowała go Mary. 

- Dobrze, w takim razie idź, ale wracaj szybko. Musisz mi pomóc 

z tym gipsem. 

-  Mamy  kłopoty  z  personelem,  bo  jedna  z  naszych  pielęgniarek 

walczy  z  porannymi  mdłościami  -  zwrócił  się  do  Jenny  Stan,  kiedy 

Mary wyszła. 

Jenna odruchowo kiwnęła głową. Najważniejsza w tej chwili była 

jej noga. Musiała zapomnieć o wstydzie. 

- Czy mogłabym skorzystać z maszynki do golenia? - spytała. 

- Przeszkadza ci te kilka włosków? - uśmiechnął się Stan. 

Dla niej nie było to wcale kilka włosów, lecz gęstwina. 

- Naprawdę muszę je ogolić - nie ustępowała Jenna. 

-  Zazwyczaj  nie  golimy  nóg  w  naszym  gabinecie  -  odparł  Stan, 

zajęty przygotowaniem gipsu. - Radzę moim pacjentkom, żeby przez 

te trzy miesiące udawały, że pochodzą z jakiegoś egzotycznego kraju.  

Jenna  miała  ochotę  go  zamordować.  Zamiast  tego  policzyła  w 

duchu do dziesięciu. 

- A nie moglibyśmy zrobić wyjątku? 

- Naprawdę tak ci to przeszkadza? 

-  Gotowa  jestem  błagać  na  klęczkach,  ale  niestety,  jak  widzisz, 

nie mogę nawet zgiąć nogi. 

Stan patrzył jej w oczy i stukał długopisem w udo. Choć miał na 

sobie biały fartuch i swobodnie posługiwał się medycznym żargonem, 

background image

wcale  nie  wyglądał  na  lekarza.  Jego  włosy  były  lekko  potargane, 

ramiona  miał  szerokie  jak  atleta  i  bardzo,  za  bardzo  męskie  rysy 

twarzy. Był najseksowniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała. 

Jenna aż się skrzywiła na tę myśl. Skąd jej to przyszło do głowy? 

-  No,  dobrze.  -  Stan  wzruszył  ramionami.  -  Mam  akurat  trochę 

wolnego czasu. 

Wyjął  z  szuflady  jednorazową  maszynkę  i  szybko  namydlił  jej 

nogę. 

- Sama to zrobię! - Jenna powstrzymała jego rękę. 

- Akurat - roześmiał się Stan. - Zatniesz się, dostaniesz zakażenia 

i pozwiesz mnie do sądu. 

- Nie, na pewno tego nie zrobię.  

Stan pokręcił głową. 

- Wybór masz raczej ograniczony, Jenno Jean. Albo ja cię ogolę, 

albo nikt. 

- Dobra, gol! - odparła po chwili namysłu. Uznała, że Stan patrzy 

na jej nogę jak mechanik na śrubki. W ogóle nie kojarzy mu się ona z 

seksem. 

Stan skinął głową i uśmiechnął się. 

- Z czego się śmiejesz? - spytała Jenna. 

-  Zastanawiam  się,  co  by  powiedzieli  chłopcy  z  Cherry  Lane, 

gdyby zobaczyli mnie golącego nogę Jenny Jean Anderson. 

-  Masz  na  myśli  kumpli  z  twojego  gangu?  Tych  chuliganów, 

którzy terroryzowali całą okolicę? 

background image

-  Owszem.  Byliśmy  bardzo  z  siebie  dumni.  -  Stan  wolno 

przesuwał  maszynkę  od  jej  kostki  do  kolana.  -  Nawet  się 

wytatuowaliśmy. 

- Poważnie? 

- Mam ci pokazać? - zażartował Stan. 

- Nie wierzę ci. 

-  Udało  nam  się  tylko  zdobyć  niezmywalne  flamastry,  które, 

niestety, okazały się jak najbardziej zmywalne. 

Był tak blisko niej, że czuła zapach jego wody po goleniu i mogła 

dokładnie  policzyć  jego  rzęsy.  Długie,  pewne  posunięcia  maszynki 

były tak zmysłowe, że Jenna wstrzymała oddech. 

-  Byliśmy  z  sobą  tak  blisko  jak  bracia  -  mruknął  z  wyraźną 

tęsknotą w głosie Stan. 

- Dlaczego nie spróbujesz któregoś z nich odnaleźć? 

- Sam nie wiem. - Stan wzruszył ramionami. - Dzieci nie zawsze 

wyrastają  na  takich  ludzi,  na  jakich  się  zapowiadali.  Oprócz  ciebie. 

Wszyscy wiedzieliśmy, że Jenna Jean będzie kimś. 

Był to bardzo miły komplement. 

- Dzięki, ale i mnie nie było łatwo. 

-  Ale  teraz  nie  masz  się  czego  wstydzić.  -  Stan  popatrzył  na  nią 

uważnie. 

Jennie z trudem udało się nie zarumienić. Mimo że nie wyglądała 

najlepiej, przy nim czuła się atrakcyjna, a nawet seksowna. Ciekawe, 

czy złamana noga ma jakiś wpływ na jej umysł? 

- Dobrze sobie radzisz z tą maszynką - zauważyła.  

background image

Jednym  długim  pociągnięciem  Stan  zakończył  golenie  i  zaczął 

spłukiwać mydło z ostrza. 

- Lubię swoją pracę - odpadł Stan i puścił do niej oko. 

- Co w niej takiego przyjemnego? 

- Lubię reperować ludzi.  

Czuła,  jak  rośnie  jej  szacunek  dla  niego.  Rosła  także  jej 

ciekawość. 

- Dużo nóg golisz? 

- Do operacji?  

Jenna pokręciła głową. 

-  Aha,  chodzi  ci  o  kobiety  ze  złamanymi  nogami,  które  źle  się 

czują nie ogolone? Ani jednej. Ty zostałaś potraktowana wyjątkowo. 

-  Dlaczego?  Bo  jestem  prawniczką  czy  też  dlatego,  że  kiedyś 

pokonałam cię w rzutach jeden na jednego? 

-  Ani  jedno, ani drugie.  Po prostu  zawsze  podobały  mi  się  twoje 

nogi. 

 

Przez  następne  dwa  tygodnie  Jenna  była  całkowicie  zależna  od 

pomocy  braci  i  Maddie.  Nienawidziła  gipsu  i  miała  już  dość  bólu  i 

ogólnej  słabości.  Doktor  Stan  Michaels  wciąż  ją  zaskakiwał.  Przy 

każdym  ich  spotkaniu  był  zarówno  bardzo  rzeczowy,  jak  i  pełen 

współczucia.  Działał  na  jej  rozdrażnione  nieróbstwem  nerwy  bardzo 

kojąco.  

Jenna,  zazwyczaj  tak  aktywna,  teraz  miała  czasu  aż  za  dużo.  Za 

dużo  czasu  na  myślenie.  Na  myślenie  o  tym,  jak  niewielu  ludziom 

background image

pozwoliła  się  do  siebie  zbliżyć.  Pragnęła  jak  najszybciej  wrócić  do 

pracy,  a  jednocześnie  chciała  czegoś  więcej.  Może  jej  rozterki 

wynikały  z  nadmiaru  przeczytanych  pism  kobiecych,  ale  po  raz 

pierwszy  od  lat  Jenna  myślała  o  tym,  z  czego  zrezygnowała  dla 

kariery. 

Nieustępliwość,  którą  sobie  narzuciła,  tak  niezbędna  w  pracy,  w 

samotne  wieczory  uwierała  jak  źle  dopasowane  ubranie.  Tęskniła  za 

kimś,  kto  by  ją  przytulił  i  kogo  ona  mogłaby  przytulić.  Zastanawiała 

się,  jak  by  to  było  mieć  przy  sobie  mężczyznę.  Nie  męża, 

niekoniecznie  namiętnego  kochanka,  na  pewno  nie  kogoś 

wymyślonego,  ale  prawdziwego,  sympatycznego  mężczyznę,  na 

którym by jej zależało i któremu zależałoby na niej. Kogoś naprawdę 

bliskiego.  

Myśli  te  nie  opuściły  jej  nawet  po  powrocie  do  pracy.  Czuła,  że 

musi się jakoś od nich uwolnić. Od razu pierwszego dnia skorzystała z 

okazji,  by  porozmawiać  z  szefem  o  swoim  marzeniu  -  chciała 

mianowicie zostać sędzią. Jego reakcja nie była jednak taka, jakiej się 

spodziewała. 

-  Po  prostu  się  roześmiał  -  powiedziała  wieczorem  swoim 

przyjaciółkom, Emily Ramsey i Maddie Blackwell. 

Emily  przyjechała  na  parę  dni  z  Północnej  Karoliny  i  trzy 

przyjaciółki mogły spędzić razem trochę czasu. Niestety, Jenna miała 

za sobą jeden z najgorszych dni w życiu. W dodatku bolała ją noga. 

-  Kiedy  powiedziałam  mu,  że  chciałabym  zostać  sędzią, 

prokurator okręgowy po prostu się roześmiał. 

background image

Emily wzniosła oczy ku niebu. Maddie jęknęła. 

- Mam nadzieję, że dałaś mu kopa? - spytała i natychmiast ugryzła 

się w język. 

-  Kopniak  chwilowo  nie  wchodzi  w  rachubę  -  odparła  Jenna, 

spoglądając na swój gips. 

- Może ja to zrobię za ciebie? - zaproponowała Maddie. 

Jenna  uśmiechnęła  się.  Sama  nieraz  proponowała  coś  takiego 

przyjaciółkom. 

- Jest adwokatem. Natychmiast znalazłabyś się przed sądem. 

Emily tylko westchnęła. 

- I w ogóle nic nie powiedział? Niczego nie tłumaczył? 

-  Powiedział,  że  jestem  urodzoną  oskarżycielką  i  że  mam  tak 

rozwinięte poczucie fair play, że nawet nie potrafiłabym być sędzią. A 

to, między innymi, on rekomenduje prawników na sędziów. 

- Przecież bijesz ich wszystkich na głowę. 

- Nie wszystkich - sprostowała Jenna. 

-  Wszystko  we  właściwym  czasie  -  próbowała  ją  pocieszyć 

Maddie.  -  Może  musisz  jeszcze  trochę  poczekać.  A  tymczasem...  - 

zaczęła. 

Jenna  wiedziała,  co  ją  czeka.  Maddie  od  roku  była  mężatką  i 

uważała, że teraz przyszła kolej na nią. 

- ...możesz poświęcić czas innym dziedzinom swego życia. 

-  Koszykówka  chwilowo  jest  wykluczona.  -  mruknęła  Jenna  i 

wypiła  kolejny  łyk  alkoholu.  Zastanawiała  się,  czemu  Emily  przez 

cały czas je krakersy. 

background image

Maddie obdarzyła ją słodkim uśmiechem. 

-  Chciałam  sformułować  to  jakoś  ładnie,  ale  zmusiłaś  mnie  do 

mówienia wprost. Musisz mieć jakieś życie towarzyskie. Osobiste. 

-  Mężczyznę  -  dodała  zazwyczaj  bardzo  nieśmiała  Emily,  czym 

bardzo zaskoczyła Jennę. 

Jenna chwyciła kule i wstała z kanapy. Zazwyczaj udawało jej się 

w  porę  powstrzymywać  takie  dyskusje,  tym  razem  jednak,  po 

nieprzyjemnym dniu i dwóch drinkach, wyraźnie straciła czujność. 

-  Nie  jestem  dobra  w  towarzyskich  kontaktach  z  mężczyznami  - 

przyznała.  -  Moja  matka  twierdzi,  że  to  dlatego,  bo  się  wywyższam. 

Uważa,  że  powinnam  być  skromniejsza.  Chyba  chciałaby,  żebym 

ukrywała swoją inteligencję. 

Emily schrupała kolejnego krakersa i potrząsnęła głową. 

- Kobieta może ukryć zwiotczałe uda, ale nie inteligencję. 

-  Po  prostu  jeszcze  nie  spotkałaś  odpowiedniego  mężczyzny  - 

powiedziała Maddie. - Takiego, który pokocha twoją inteligencję i w 

ogóle całą ciebie. I pogodzi się z faktem, że cenisz sobie niezależność. 

- Chyba za wiele naczytałaś się ostatnio bajek - mruknęła Jenna. 

- Mówię to z doświadczenia. 

- Ja też - dodała Emily. 

- Poznałyście jedynych dwóch wyjątkowych mężczyzn na świecie 

i dla mnie nic już nie zostało. 

Niestety,  oszołomiona  nieco  alkoholem,  Jenna  nie  zauważyła 

złośliwych błysków w oczach Maddie i nie obroniła się w porę. 

background image

-  Uważam,  że  powinnaś  poznać  jednego  z  moich  klientów  - 

powiedziała przyjaciółka, a Jenna w tej samej chwili jęknęła.  

Maddie  pracowała  w  biurze  podróży  i  miała  czasem  kontakty  z 

bardzo dziwnymi ludźmi.  

- Jest dobrze wykształcony, przystojny i samotny. 

- Czemu nie zaproponowałaś mu, żeby sprawił sobie kotka? 

- Jenno Jean! - skarciła ją Maddie. 

- Jenno - poprawiła Jenna i znów westchnęła.  

Pomyślała,  jak  wiele  czasu  od  lat  poświęca  pracy.  Towarzyskie 

stosunki z mężczyznami niezbyt jej wychodzą. Do tej pory skutecznie 

udawało  jej  się  unikać  randek.  W  ciągu  minionych  dwóch  tygodni 

miała jednak dużo czasu na myślenie. I dojście do wniosku, że pora na 

zmiany w jej życiu. 

-  Wykształcony  i  przystojny  -  powtórzyła  i  od  razu  pomyślała  o 

Stanie Michaelsie i jego ekscytującym głosie. I to nie po raz pierwszy 

w ciągu tych dwóch tygodni. - A jaki ma głos? 

Maddie spojrzała na nią z ukosa i wzruszyła ramionami. 

- Pavarotti to on nie jest, ale ujdzie. 

Ujdzie?  Jenna  nie  miała  ochoty  na  kogoś,  kto  ostatecznie  ujdzie. 

Pragnęła  mężczyzny  ze  wspaniałym  głosem,  inteligencją  i  dobrym 

sercem. 

-  Obiecałam,  że  w  przyszłym  tygodniu  wezmę  udział  w  loterii 

dobroczynnej... 

- Dam mu twój numer telefonu - oznajmiła Maddie. A Jenna, nie 

wiadomo czemu, poczuła się, jakby kładła głowę pod gilotynę. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Owszem, był  wykształcony. Był też  przystojny. Nie do przyjęcia 

był jednak jego głos - ten mężczyzna mówił jak żaba Kermit z Muppet 

Show.  Ocalił  ją  jego  pager.  A  może  to  jemu  się  udało?  Zależy  od 

punktu widzenia.  

Musiał  wyjść  w  połowie  imprezy.  Mężczyźni  kończyli  z  Jenną 

znajomość  pod  wieloma  różnymi  pretekstami,  ale  ten  okazał  się 

wyjątkowy.  Facet,  z  którym  się  teraz  umówiła,  był  naukowcem  i 

dostał wiadomość, że jego hodowla mrówek się rozbiegła. 

-  Chyba  za  długo  stałaś  -  odezwał  się  tuż  za  nią  znajomy  męski 

głos. 

Jenna  odwróciła  się  na  pięcie,  ale  nie  najlepiej  jej  to  wyszło. 

Miała  teraz  przed  sobą  wszystkowidzące  spojrzenie  doktora  Stanleya 

Michaelsa. 

- Nie, wcale nie - zaprzeczyła. 

- Kiedy zaczęłaś czuć ból?  

Jenna  otworzyła  usta,  żeby  znów  zaprzeczyć,  ale  zrezygnowała  i 

tylko wzruszyła ramionami. 

- Jakieś pięć minut temu. 

Stan objął ją w pasie i wskazał głową stojące pod ścianą krzesło. 

Jenna posłusznie pozwoliła mu się posadzić. 

- Co tu robisz? - spytał. 

- Działam w Lidze Młodzieżowej i już dawno zaproszono mnie na 

tę imprezę - odparła, patrząc, jak Stanley opiera o ścianę jej kule. 

background image

Miał  na  sobie  ciemne  ubranie  i  najwyraźniej  czuł  się  w  nim 

zupełnie  swobodnie.  Podejrzewała  zresztą,  że  we  wszystkim  czułby 

się tak samo. Nago też. 

Na  miłość  boską,  skąd  jej  to  wpadło  do  głowy?  Z  nadmiaru 

testosteronu?  Stan  Michaels  wręcz  promieniował  seksem.  Jak  na  jej 

gust było to zbyt prymitywne. A jednak... 

- A ty? - spytała z czystej uprzejmości. 

- Chcę włączyć się w życie dzielnicy. 

- Co takiego? 

- Nie udawaj, Jenno Jean. Przecież słyszałaś. 

Jennie  trudno  było  zapomnieć  o  Stanleyu  Michaelsie,  koledze  z 

czasów  szkolnych.  Czuła  jednak,  że  mężczyzna,  jakim  Stanley  się 

stał, jest kimś innym, że coś go gnębi, czegoś szuka. 

- Myślisz o wsparciu finansowym czy też chciałbyś coś robić? 

- Jedno i drugie - odparł bez wahania. 

-  Liga  raz  w  tygodniu  organizuje  mecze  koszykówki  dla 

śródmiejskiej młodzieży. Wiem, że stale brak im mężczyzn. 

- Będę o tym pamiętał - rzekł, a po chwili w jego oczach pojawiły 

się  figlarne,  a  równocześnie  bardzo  podniecające  ogniki.  -  A  tobie? 

Zauważyłem,  że  facet,  który  wcześniej  się  przy  tobie  kręcił,  zniknął. 

Czy brak ci mężczyzny? 

- Tylko wtedy, jeśli jest kierowcą taksówki - mruknęła. - A faceta, 

o którym mówisz, wezwano przez pager. 

- To twój narzeczony? 

background image

-  Znajomy.  -  Nie  miała  zamiaru  przyznawać  się,  że  było  to 

spotkanie zaaranżowane przez przyjaciółkę. 

- Randka w ciemno?  

Jenna stłumiła przekleństwo i wstała. 

- Kostka już mnie nie boli. Chętnie się czegoś napiję. 

Chwyciła  kule  i  szybko  ruszyła  w  stronę  baru.  Szła  tak 

zamaszystym krokiem, że jedna z kul zaczepiła o stół z przekąskami i 

Jenna byłaby runęła jak długa, gdyby nie podtrzymało jej silne ramię 

Stanleya Michaelsa. 

-  Przecież  bym  ci  coś  przyniósł,  gdybym  wiedział,  że  tak bardzo 

chce ci się pić - szepnął jej prawie w samo ucho. 

Ciało  Jenny  przeszył  dziwny,  nie  chciany,  niepotrzebny, 

niezrozumiały dreszcz. 

- Próbowałam się ciebie pozbyć - odparła.  

Stan parsknął śmiechem. 

- Nie powinnaś się tak denerwować, Jenno Jean. Mogłaś upaść i, 

co gorsza, znów uszkodzić sobie kostkę. 

-  Jenno  -  poprawiła  go  i  mimo  że  serce  biło  jej  jak  oszalałe, 

szybko  odzyskała  pewność  siebie.  - Dziękuję  ci. Czy  mógłbyś  podać 

mi kule? 

- Oczywiście. 

Stan schylił się i wprawnym, pewnym ruchem podniósł z podłogi 

jej  kule.  Czuła  woń  jego  wody  po  goleniu  połączoną  z  męskim 

zapachem  ciała.  Kiedy  Stan  spojrzał  jej  w  oczy,  poczuła  skurcz  w 

żołądku. 

background image

-  Dziękuję  -  wyjąkała  i  uświadomiła  sobie,  że  stoją  zbyt  blisko 

siebie. Szybko spróbowała zrobić krok do tyłu.  

Stan od razu wyciągnął ręce, by ją powstrzymać. 

-  Uwaga!  Tuż  za  tobą  stoją  dwie  starsze  panie  z  kieliszkami  w 

rękach. 

-  Ojej!  -  Jenna  wolałaby,  żeby  jednak  trzymał  ręce  przy  sobie.  - 

Dziękuję. 

Stan patrzył na nią z powagą. 

-  Naprawdę  nie  powinnaś  tak  obciążać  tej  nogi.  Złamana  kostka 

jeszcze dobrze się nie zrosła. 

-  Postaram  się  -  obiecała  i  poruszyła  się,  by  dać  Stanowi  do 

zrozumienia, że chce, by ją puścił. Zrozumiał, a ona odetchnęła z ulgą. 

- Słyszałem, że w zeszłym tygodniu byłaś u mojego asystenta - rzekł. 

- Owszem. Powiedziano mi, że masz akurat operację. 

-  Tęskniłaś  za  mną?  -  zażartował,  znów  z  tym  zniewalającym 

błyskiem w oku. 

Jenna  nawet  nie  mrugnęła  powieką.  Doktor  Michaels  był 

zdecydowanie zbyt uroczy, sympatyczny i pewny siebie. 

-  Nie  -  odparła.  Kiedy  wybuchnął  śmiechem,  powstrzymała  się, 

by nie walnąć go kulą. Była bardzo z siebie dumna. 

- Stan! - Głos z przeszłości przerwał jego obserwację odchodzącej 

szybkim  krokiem  Jenny  Jean.  No,  w  każdym  razie  próbowała 

kuśtykać szybko. Złamana noga bardzo jej to utrudniała.  

Stan odwrócił się i zauważył dawnego kumpla. 

- Eddie Ridenhour? Wieki cię nie widziałem!  

background image

Eddie wyciągnął ku niemu rękę. 

- Racja. Słyszałem, że jesteś lekarzem. W życiu bym się tego nie 

spodziewał. 

Stan parsknął śmiechem. 

- Nawet nie spytam, czemu. Znamy się przecież jak łyse konie. A 

co u ciebie? 

-  Jestem  dilerem  samochodowym.  -  Eddie  wyjął  z  kieszeni 

wizytówkę. - Jak będziesz potrzebował porządnego auta, zgłoś się do 

mnie.  Dobroczynność  to  hobby  mojej  żony.  Ja  bywam  na  takich 

imprezach  ze  względu  na  żarcie  za  darmo  i  możliwość  znalezienia 

nowych  klientów.  Od  czasu  do  czasu  udostępniam  też  Lidze  środki 

transportu. A ty dlaczego się tu znalazłeś? Szukasz kobitki? 

- Nie, żarcia za darmo. Masz dzieci?  

Eddie przybrał bolesny wyraz twarzy. 

-  Czy  mam  dzieci?  -  Tym  razem  wyjął  portfel,  a  z  niego  plik 

zdjęć. - Wyobraź sobie, że sześcioro. 

Przez  najbliższe  kilka  minut  Stan  wysłuchiwał  utyskiwań  na 

niedole  ojcostwa  i  przyglądał  się  Jennie  Jean.  Stała  w  drugim  końcu 

sali, oparta o ścianę jak o mężczyznę. Była piękniejsza i twardsza niż 

za  dawnych  czasów,  a  przecież  już  w  dzieciństwie  nie  była 

mięczakiem. 

Wzrok Eddiego powędrował za jego spojrzeniem. 

- O, więc już zauważyłeś pannę Jennę Nóż. Mówią, że straszna z 

niej żyleta. 

- Żyleta? 

background image

- No. Podobno potrafi załatwić każdego oskarżonego. 

-  Przecież  chyba  na  tym  polega  jej  praca.  -  Stan  wzruszył 

ramionami. 

-  Tak,  rzeczywiście.  Tyle  że  chyba  za  bardzo  przestrzega 

przepisów. 

- A jaka jest prywatnie? 

-  Nie  wiem.  Może  moja  żona  coś  ci o  tym  powie.  Podejrzewam, 

że  praca  to  całe  jej  życie.  Podobno  finansuje  college  trzem  swoim 

braciom. 

- No to musi być bardzo zajęta - zauważył Stan. 

- Niezły tyłeczek - mruknął Eddie i potrząsnął głową. - Ale to jej 

przezwisko...  Przypomina  mi  Lorenę  Bobbit,  no  wiesz,  tę  kobietę, 

która obcięła swojemu mężowi... 

Stan parsknął śmiechem. 

- Nie myślę, by ona z kimś się spotykała. 

- Pewnie nie. A co, interesuje cię?  

Stan patrzył, jak Jenna miesza palcem drinka w kieliszku i wypija 

łyk.  Ten  zmysłowy  gest  zupełnie  nie  pasował  do  jej  zwykłego 

zachowania. Ciekawe, co kryje się pod tą maską? 

- Hej, Stan! Pytałem, czy Jenna cię interesuje? 

- Raczej zaciekawia. 

- Wiesz co? Moja żona przyjaźni się z pewną superblondyną, no i 

cały  wieczór  męczy  mnie,  bym  ją  z  tobą  poznał.  Masz  coś  przeciw 

temu? 

Stan westchnął i spojrzał w stronę Jenny. 

background image

- Nie, nie mam. 

 

-  Podwieźć  cię?  -  spytał  Stan,  kiedy  Jenna  podnosiła  słuchawkę 

telefonu w hotelowej recepcji. 

Jenna zawahała się. 

- Właśnie miałam zamiar wezwać taksówkę. 

- Ja jestem tańszy - rzekł i wyjrzał przez szklane drzwi na ulicę. - 

Poza tym pada. 

-  Deszcz  mi  zazwyczaj  nie  przeszkadza,  ale  nie  powinnam 

moczyć gipsu - odparła z uśmiechem Jenna. - Dzięki za propozycję. 

Stan  podał  kluczyki  parkingowemu,  który  miał  przyprowadzić 

jego auto. 

- Udany wieczór? - spytał. 

-  Mniej  więcej  -  odparła  Jenna.  Oparła  się  o  ścianę  hotelu  i 

przymknęła oczy. 

Stan  wiedział,  jak  bardzo  jest  z  natury  aktywna,  więc  domyślał 

się,  że  obecny  stan  musi  jej  bardzo  doskwierać.  Wykorzystał  tę 

chwilę,  by  dokładnie  jej  się  przyjrzeć.  Miała  ciemne,  jedwabiste 

włosy,  elegancko  obcięte  na  pazia.  Tylko  bardzo  zdeterminowanemu 

mężczyźnie udałoby się naruszyć ich idealną linię.  

Stan poczuł, że swędzą go palce, i szybko włożył ręce do kieszeni. 

Ubrana była w czarny kostium, odpowiedni zarówno do sądu, jak i na 

przyjęcie.  Jego  skromny  krój  bynajmniej  nie  ukrywał  jej  bardzo 

kobiecych  kształtów.  Jedyną  biżuterią,  jaką  miała  na  sobie,  był 

maleńki złoty zegarek i kolczyki z perełkami. 

background image

Wydawała  się  daleka  i  niedostępna,  więc  Stan  natychmiast 

zapragnął  rozpiąć  ten  opancerzający  ją  żakiet  i  stwierdzić,  co  też  się 

pod  nim  kryje.  Kiedy  znów  spojrzał  na  jej  twarz,  dostrzegł  w  niej 

zmęczenie. Miał wrażenie, że Jenna zaraz zaśnie. 

- Czemu mniej? - spytał.  

Jenna westchnęła. 

- Bo nie wyszłam z tego całkiem bez szwanku. Wciągnięto mnie 

w przygotowania kolejnej imprezy. 

- W weekend po Czwartym Lipca?  

Jenna otworzyła oczy. 

- Tak. 

- Mitzi cię prosiła? 

- Skąd wiesz? - zaniepokoiła się Jenna. 

- Bo mnie też w to wrobiła. 

- No, no, widzę, że wpadłeś na całego.  

Parkingowy podprowadził lexusa Stana i otworzył drzwiczki. 

-  Ładne  auto  -  zauważyła  Jenna,  wsiadając.  -  Zdziwiłam  się, 

widząc, że wychodzisz sam. 

- Czemu? 

-  Miałam  wrażenie,  że  ta  blondynka  przylepiła  się  do  ciebie  na 

dobre. 

Stan  uśmiechnął  się.  Jenna  nie  wydawała  się  zazdrosna,  raczej 

zaciekawiona. Podobnie jak on. 

-  A,  mówisz  o  Tinie.  Eddie  mi  ją  przedstawił.  To  przyjaciółka 

jego żony. Nie mój typ. Więc dokąd jedziemy? 

background image

- Na południowy zachód. W stronę Crystal Creek. 

- Tak daleko od Cherry Lane? 

-  Nie  tak  bardzo  -  odparła  Jenna,  czując  na  sobie  spojrzenie 

Stanleya.  -  To  cicha,  spokojna  dzielnica,  ale  i  tam  są  dzieciaki.  Na 

pewno są wśród nich dziewczynki, które udają księżniczki i chłopcy, 

którzy  kradną  ciasteczka.  A  ty  dlaczego  tu  wróciłeś?  -  spytała  po 

chwili. 

-  Tam,  gdzie  bywałem,  nie  znalazłem  tego,  czego  szukałem  - 

przyznał. - Mam nadzieję znaleźć to tutaj. Ty też po studiach wróciłaś 

w rodzinne strony. Dlaczego? 

Kątem oka zauważył, że Jenna wzrusza ramionami. 

-  To  moje  miasto  i  chciałam  dla  niego  coś  zrobić.  Moi  bracia 

zawsze  doprowadzali  mnie  do  szału,  ale  uważałam,  że  powinnam 

jakoś  im  pomóc.  To  mój  osobisty  wkład  w  zmniejszenie  liczby 

młodocianych przestępców na ulicach - dodała z uśmiechem. 

- A dlaczego nie wybrałaś praktyki prywatnej? 

- Bo mam jedną straszną wadę - westchnęła Jenna. 

Ton,  jakim  to  powiedziała,  wywarł  na  Stanleyu  ogromne 

wrażenie. 

- Jaką? 

-  Nadmiernie  rozwinięte  poczucie  sprawiedliwości  -  odparła  z 

niesmakiem. 

- No tak, dla prawnika to prawdziwy problem. 

-  Nie  żartuj  sobie  z  mojego  zawodu.  To  naprawdę  jest  problem. 

Przez to pewnie nie osiągnę wymarzonego celu. 

background image

Myślał,  że  Jenna  żartuje,  ale  kiedy  na  nią  spojrzał,  zrozumiał,  że 

jest śmiertelnie poważna. 

- Uczciwość i sprawiedliwość to wspaniałe cechy. 

- Świadczą raczej o niedojrzałości. 

- Prędzej o godnym podziwu charakterze. 

- O idealizmie. 

- O wierze  w ideały, które czynią człowieka lepszym, niż mu się 

wydaje. 

-  Wiesz,  ty  mnie  wciąż  zadziwiasz.  Już  mi  się  wydaje,  że 

wszystko o tobie wiem, a tu nagle... 

- Co takiego? - Stan uśmiechnął się do niej. 

-  Zmieniasz  się.  Kiedy  byliśmy  młodsi,  nie  myślałam,  że 

charakter czy sprawiedliwość są dla ciebie ważne. 

- Bo nie były. 

- Lubiłeś kawały i dobrą zabawę. 

- Zgadza się. 

- Kiedy więc się zmieniłeś?  

Stan nie bardzo chciał o tym mówić. Zresztą nie był pewien, czy 

naprawdę  to  Jennę  interesuje.  Po  chwili  uznał  jednak,  że  prościej 

będzie jej to wyjaśnić. 

- Żył sobie kiedyś pewien facet, który został lekarzem. Był wesoły 

i  lubiany.  Dobrze  się  bawił.  Może  nie  był  genialnym  lekarzem,  ale 

dobrym na pewno. 

- Tak jak ty? 

background image

-  Czy  w  ten  delikatny  sposób  chcesz  mi  dać  do  zrozumienia,  że 

nie uważasz mnie za geniusza? 

- Przypuszczam, że wiesz, iż geniusz nie jest najważniejszy. 

- Czy to doświadczenie przez ciebie przemawia? 

- Tego nie powiedziałam.  

Stan tylko się roześmiał. 

- Mów dalej. To najciekawsza rozmowa, jaką dziś miałam okazję 

prowadzić. 

- Nie zapomniałem tej uwagi o genialności. 

- Był bardzo dobrym lekarzem... 

- Tak. Oddanym zawodowi i zabawie. 

- Nieżonaty. 

- Zgadza się. 

- Bezdzietny.  

Stan skinął głową. 

- I nie notowany - dodał ze śmiechem. 

-  Dobrze,  oświeć  mnie  w  końcu.  Co  to  ma  wspólnego  z  twoim 

powrotem do Roanoke? 

-  A  więc  ten  facet  zachorował  i  w  ciągu  roku  umarł.  Na  jego 

pogrzeb  przyszły  trzy  osoby.  Był  w  moim  wieku  i  nic  po  sobie  nie 

zostawił. Zupełnie jakby w ogóle nie istniał. 

Po  tych  słowach  zapadła  pełna  zadumy  cisza.  Ale,  jak  zauważył 

Stan, nie była to cisza niezręczna. 

background image

-  Sądzę,  że  trochę  się  mylisz  -  powiedziała  po  chwili  Jenna.  - 

Zostawił  po  sobie  co  najmniej  trzy  osoby,  którym  na  nim  zależało.  I 

najwyraźniej zrobił na tobie wrażenie. 

Stan  zahamował  na  światłach.  Słowa  Jenny  przyniosły  mu  ulgę. 

Patrzyła  na  niego  badawczo,  a  zarazem  z  sympatią  i  współczuciem. 

Kombinacja ta podziałała na niego oszałamiająco. Panna Nóż, oprócz 

ostrego języka, miała też serce. 

W  świetle  latarni  mógł  przyjrzeć  się  uważniej  jej  twarzy.  Choć 

atrakcyjna,  nie  była  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  spotkał  w  życiu. 

Jednak  jej  błękitnym  oczom  żaden  mężczyzna  nie  potrafiłby  się 

oprzeć.  Jeszcze  przed  paroma  miesiącami uznałby,  że  Jenna  ma  zbyt 

twardy charakter i jest nadmiernie spięta. 

Właściwie nadal tak myślał i wiedział, że nie powinien się do niej 

zbliżać.  Ostatni  raz,  kiedy  sobie  na  to  pozwolił,  gorzko  tego 

pożałował.  Omal  nie  odgryzła  mu  ręki.  Wbrew  sobie  uniósł  jednak 

dłoń  i  pogładził  ją  po  policzku.  Przy  okazji  lekko  musnął  jej  wargi. 

Zauważył, jak szeroko otworzyła oczy. 

-  Jesteś  bardzo  dobra  -  rzekł.  -  Zastanawiam  się,  czy  nadal 

gryziesz. 

Ona też przez chwilę się nad tym zastanawiała. Oczy jej rozbłysły 

i już chciała powiedzieć coś, co by go zirytowało, ale zmieniła zdanie. 

- Masz ochotę na małą solówkę? - spytała tylko. - Ja się nie piszę. 

Stan zaśmiał się i nacisnął pedał gazu. 

-  Za  szybko  jedziesz  -  zauważyła,  kiedy  wjechali  na  ulice  jej 

dzielnicy. 

background image

- Nie ma problemu, bo towarzyszy mi doświadczony prawnik. 

-  Tym  bardziej.  Skręć  teraz  w  lewo.  Mój  dom  będzie  trzeci  po 

prawej. A przepisy są po to, żeby ich przestrzegać. 

-  Moim  zdaniem  po  to,  by  niektóre  z  nich  łamać.  Zresztą 

podejrzewam,  że  nasze  poglądy  bardzo  się  różnią.  Na  przykład  w 

sprawach całowania - dodał, zatrzymując się przed jej domem. 

- Być może. Nie, chyba masz rację. Ja z zasady nie całuję kogoś, 

kogo  nie  lubię.  Przedkładam  jakość  nad  ilość.  A  ty,  o  ile  pamiętam, 

zawsze wolałeś ilość. 

-  Owszem.  Ale  jeśli  chodzi  o  całowanie,  to  nie  koniec  moich 

zasad  -  rzekł,  nachylając  się  ku  niej.  -  Nigdy  nie  całuję  krócej  niż 

przez trzydzieści sekund. 

 

ROZDZIAŁ  CZWARTY 

Powinna mu powiedzieć. 

Powinna ostrzec Stana, żeby nie tracił czasu. Już nieraz słyszała, 

że kiepsko całuje. Powinna, ale z jakiegoś nie znanego jej powodu nie 

chciała mu o tym wspominać. 

Stan popatrzył  na jej usta, a potem  z  wyzwaniem  prosto  w  oczy. 

Serce omal nie wyrwało się Jenny z piersi. Czuła się jak zamroczona. 

W  ostatniej chwili udało  jej  się  nad sobą  zapanować.  Szybko  wtuliła 

się w drzwiczki samochodu. 

- Zwariowałeś! - mruknęła. 

-  Nigdy  nie  twierdziłem  inaczej  -  odparł  i  przysunął  się  ku  niej 

jeszcze bliżej. 

background image

- Postradałeś zmysły! - szepnęła, patrząc mu w oczy. 

- Być może.  

Był o wiele za blisko. Prawie jej dotykał. Jenna czuła jego oddech 

na swojej twarzy, czuła jego zapach. W uszach jej szumiało. 

-  Nie  przejmuj  się,  Jenno  Jean,  to  tylko  trzydzieści  sekund  - 

mówił Stan, a jego usta niemal muskały jej wargi. 

-  Ja...  -  Podziwiała  wykrój  jego  ust.  Ciekawa  była,  jak  całuje 

Święty Stan. Bardzo, coraz bardziej ciekawa. - Ja... - powtórzyła. 

- Jeśli masz zamiar powiedzieć „nie", zrób to teraz. - Widoczne w 

jego spojrzeniu podniecenie pozbawiło ją tchu. 

- Ja...  

Nie  powiedziała  tego  wystarczająco szybko.  Usta  Stana  spoczęły 

na  jej  wargach.  Jenna  szeroko  otworzyła  oczy.  Co  ona  wyrabia? 

Całuje się ze Stanleyem Michaelsem? 

Nie  dotykał  jej  ani  nie  wziął  w  ramiona.  Pieścił tylko  jej  usta.  A 

ona wyszła mu na spotkanie. Ich języki tańczyły jeden wspólny taniec. 

Przed  oczami  stanął  jej  bardzo  erotyczny  obraz.  Oboje  byli  nadzy  i 

spleceni w uścisku, a Stan wsuwał w nią swoją męskość. 

Jenna jęknęła i chwyciła go za ramiona. A on, kiedy tylko poczuł 

na  sobie  jej  ręce,  odsunął  się.  Oszołomiona  Jenna  oparła  się  o 

drzwiczki  i  ciężko  dysząc,  próbowała  się  uspokoić.  Gorączkowo  też 

szukała słów odpowiednich na tę chwilę. 

- Muszę stąd wyjść - wyjąkała w końcu.  

I  to  jak  najdalej  od  ciebie,  pomyślała.  Chyba  ktoś  powinien 

zoperować  mi  mózg.  Całowałam  się  przecież  ze  Stanleyem 

background image

Michaelsem  i  w  dodatku  bardzo  mi  się  to  spodobało.  Sięgnęła  do 

klamki i otworzyła drzwi. 

- Zaczekaj minutę - próbował powstrzymać ją Stan. 

-  Minutę?  Nie  ma  mowy.  Zobacz,  jak  wyglądam  po  upływie 

zaledwie trzydziestu sekund - powiedziała. 

Obróciła się na fotelu i postawiła nogi na ziemi. Jedyną rzeczą, o 

jakiej teraz myślała, były frontowe drzwi jej domu. Próbowała wziąć z 

tylnego  siedzenia  swoje  kule,  ale  Stan  był  szybszy.  Zaklął  cicho  i 

szybko obszedł auto, by stanąć po stronie pasażera. 

-  Jesteś  najbardziej  niezależną  i  stanowczą  kobietą,  jaką  w  życiu 

spotkałem. Czy ty kiedykolwiek prosisz o pomoc? 

- Z zasady nie - odparła, już kuśtykając w stronę ganku. 

- Będziemy musieli coś zrobić z twoimi zasadami.  

Jenna aż zadrżała na samą myśl o tym. 

-  Moje  zasady  bardzo  mi  w  życiu  pomagają.  Nie  ma  po...  - 

przerwała, bo Stan położył na ziemi jej kule. 

- Co ty robisz? - spytała całkiem bez sensu, kiedy wziął ją na ręce 

i wniósł na schody. Ostatnim mężczyzną, który nosił ją na rękach, był 

ojciec, a działo się to przed dwudziestu laty. 

-  Zrobiło  się  późno  -  odparł.  -  A  tak  jest  szybciej  i  wygodniej. 

Gdzie masz klucz? 

Instynkt nakazywał jej sprzeciw, wiedziała jednak, że to by tylko 

opóźniło odejście Stana. Wyciągnęła klucz z torebki, a on pochylił się, 

by mogła wsunąć go do zamka i przekręcić. Ramieniem pchnął drzwi, 

wszedł do środka i położył ją na kanapie.  

background image

Sam na chwilę wyszedł po kule i zaraz wrócił. Usiadł obok Jenny 

i  popatrzył  jej  głęboko  w  oczy.  W  jego  spojrzeniu  było  tyle  różnych 

emocji, że Jenna nie wszystkie była w stanie odcyfrować. 

- Chyba nie masz zamiaru znów mnie całować - zaniepokoiła się. 

- Dziś nie - przyznał. - Ale przy tobie będę chyba musiał zmienić 

swoje zasady. Trzydzieści sekund to o wiele za mało. 

 

-  Zgoda  -  powiedziała  Maddie,  popijając  herbatę  w  eleganckim 

salonie  matki  Emily.  -  Robimy  listę.  Wspaniały  głos,  bystry  umysł, 

nie onieśmielają go inteligentne kobiety. 

Jenna wiedziała już, że kiedy poda się Maddie jeden palec, zaraz 

chwyci całą rękę. 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  to  dobry  pomysł  -  stwierdziła,  choć 

wiedziała,  że  przyjaciółka  na  pewno  nie  zechce  jej  słuchać.  - 

Powiedziałam  tylko,  że  mam  zamiar  zacząć  spotykać  się  z 

mężczyznami i ożywić trochę swoje życie towarzyskie. 

-  To  znakomity  pomysł.  Zrobię  kopię  tej  listy  dla  Emily  i  jej 

mamy,  żeby  i  one  mogły  się  rozejrzeć  za  jakimiś  interesującymi 

mężczyznami. 

-  To  brzmi  jak  ogłoszenie,  w  którym  poszukuje  się  chętnych  do 

marynarki  -  mruknęła  Jenna.  Zauważyła,  że  Emily  znów  pochłania 

krakersy. 

Swędziała  ją  noga  pod  gipsem  i  żałowała,  że  nie  wzięła  ze  sobą 

małych,  plastikowych  grabek.  Polecił  je  jej  Stan,  zakazując 

równocześnie używania drutu. Od tamtego zatykającego dech w piersi 

background image

pocałunku widziała go tylko raz i było to czysto zawodowe spotkanie 

lekarza z pacjentką. 

Pewnie  już  zapomniał  o  tych  oszałamiających  trzydziestu 

sekundach.  Może  to  i  lepiej.  Z  drugiej  jednak  strony  była  odrobinę 

rozczarowana. Ucierpiała na tym jej kobieca duma. Wolałaby, by i on 

przeżył je tak samo jak ona. 

- Jenno Jean, pytam cię po raz trzeci: czego jeszcze oczekujesz od 

mężczyzny? 

-  Jenno  -  poprawiła  przyjaciółkę  i  wzruszyła  ramionami.  -  Nie 

wiem. To takie ogólne pytanie. Chciałabym, żeby był... czysty. 

Emily parsknęła śmiechem. Maddie wzniosła oczy do góry. 

-  Jesteś  mi  bardzo  pomocna.  Jak,  na  przykład,  ma  wyglądać? 

Wysoki, średniego wzroku? Czy twarz jest ważniejsza niż ciało? Jaka 

osobowość? Co... 

-  Powinien  być  wyższy  ode  mnie  -  odparła  Jenna.  -  Ciało  mieć 

przeciętnie  ukształtowane.  Nie  chcę  kogoś,  kto  startuje  w  konkursie 

na Mistera Ameryki. Nie za gruby, nie za chudy. Dobrze, gdyby miał 

ładną  twarz.  Brązowe  tęczówki  -  dodała,  myśląc  o  Stanie.  -  Lubię, 

kiedy mężczyzna patrzy mi prosto w oczy i... - Kiedy dotarło do niej 

to, że opisuje Stana, natychmiast zamilkła. 

- No, to już coś. A więc brązowe oczy... 

- Nie, nie muszą być brązowe - zaprotestowała Jenna. 

- Przecież mówiłaś... 

-  Wiem  -  przyznała  Jenna  i  wstała.  -  Ale  tak  tylko  mi  się 

powiedziało. Po prostu musi mieć oczy... 

background image

-  Masz  to  jak  w  banku.  Może  jakoś  uda  nam  się  znaleźć 

mężczyznę bez pustych oczodołów. 

Uświadomiwszy sobie, jak dużo myśli o Stanie, Jenna bardzo się 

speszyła. I rozzłościła. To nie jest mężczyzna odpowiedni dla niej. Po 

prostu się nią bawi. I... No nie, dość. Musi przestać o nim myśleć. 

-  Bardziej  mi  zależy  na  osobowości.  Musi  to  być  człowiek 

rozsądny, taki, który nie będzie się spodziewał, że zjawię się na każde 

jego  zawołanie.  Nie  będzie  się  domagał,  bym  za  niego  wyszła  i 

rodziła  mu  dzieci.  Nie  będzie  przemądrzały,  skłonny  do  flirtów  - 

wyliczała dalsze cechy swojego ideału i znów były to cechy Stana. 

Maddie i Emily popatrzyły na siebie, a potem na Jennę. 

-  Jesteś  pewna,  że  chcesz  poznać  jakiegoś  mężczyznę?  -  spytała 

Emily. - Z niektórymi z nich więcej jest kłopotu niż ze szczeniakami. 

- Emily - zaczęła ostrzegawczo Maddie. 

- Mówię poważnie. Małżeństwo nie jest dla każdego. Może Jenna 

będzie szczęśliwsza, hodując psa. 

Jenna spojrzała na Emily. 

- Masz jakieś kłopoty z Beau? 

- Właściwie nie, ale... 

- Właściwie nie! - powtórzyła zaniepokojona Maddie. 

Emily westchnęła. 

- Nie zwracajcie na mnie uwagi. Jestem w kiepskim nastroju. 

Jenna patrzyła, jak Emily z ponurą miną żuje kolejnego krakersa. 

Nagle coś wpadło jej do głowy. 

- Powiedziałaś mu już, że jesteś w ciąży?  

background image

Emily  szeroko  otworzyła  oczy.  Maddie  pisnęła.  Potem  Emily 

wybuchnęła płaczem, a Jenna szybko przytuliła ją do siebie. 

-  Uważał,  że  powinniśmy  poczekać  jeszcze  rok,  ale  musiałam 

przerwać branie pigułki i pewnego wieczora zapomnieliśmy o tym i... 

było już za... 

-  Późno  -  dokończyła  za  nią  Jenna,  czując,  jak  jej  samej  łzy 

napływają do oczu. 

- Martwi się pieniędzmi, bo moi rodzice mają dużo, a on nie, ale 

mnie nie zależy na... - Głos jej się załamał i głośno pociągnęła nosem. 

- Tak się boję! 

Maddie także otoczyła przyjaciółkę ramionami. 

- O, Emily, Emily! Musisz mu wszystko powiedzieć. 

-  Maddie  ma  rację  -  dodała  Jenna.  -  Nie  możesz  tego  ukrywać. 

Myślisz, że on zaakceptuje twoją ciążę? 

-  Sama nie  wiem.  Byliśmy  tacy  szczęśliwi  i  bardzo  się  cieszę  na 

myśl o dziecku, ale nie wiem, jak Beau zareaguje na tę nowinę. 

- Gdzie w tej chwili przebywa twój mąż? - spytała Jenna. 

-  Teraz  nie  mogę  powiedzieć  mu  o  ciąży.  Gra  w  golfa  z  moim 

ojczymem. Mama i ja spotkamy się z nimi na kolacji w klubie. 

- Im dłużej będziesz zwlekać... - zaczęła Jenna. 

-  Tym  bardziej  będzie  wściekły  -  dokończyła  Maddie.  -  Joshua 

urwałby  mi  łeb,  gdybym  choć  na  krótko  zataiła  przed  nim  taką 

wiadomość. 

background image

- Coraz trudniej mi ukrywać poranne mdłości - przyznała Emily. - 

A Beau nie rozumie, czemu nie chcę jeździć ani konno, ani na nowym 

motorze, o który tak go błagałam. 

- Na motorze? - powtórzyła Jenna, ale szybko potrząsnęła głową. - 

Niczego  mu  nie  tłumacz.  Przede  wszystkim  potrzebny  jest  plan...  - 

mówiła dalej, zadowolona, że przyjaciółki przestały  zajmować się jej 

sprawami.  -  Zamiast  jeść  kolację  z  twoimi  rodzicami,  powinnaś 

spotkać się z Beau sama... 

Wkrótce plan był gotów, a Emily nieco spokojniejsza. 

- A więc postanowione - oznajmiła Maddie. - A teraz wracamy do 

ciebie i twojej listy, Jenno Jean. Nie myśl, że o tym zapomniałam. 

-  No,  dobrze  -  zgodziła  się  Jenna  i  wypiła  łyk  herbaty.  -  Chcę 

spotkać się z mężczyzną, który będzie mnie adorował, wielbił ziemię, 

po której stąpam, i całował aż do utraty tchu. 

Znów przed oczyma stanął jej Stanley Michaels. Jenna dostrzegła 

zdziwioną minę Maddie i mówiła dalej: 

-  Musi  lubić  wodę,  a  nie  jadać  z  mojego  talerza  i  podkradać  mi 

ciasteczka.  Pragnę  mężczyzny  o  dobrym  sercu  i  niezbyt  bujnej 

wyobraźni, który podda się mojej woli. 

Emily przełknęła krakersa i pokręciła głową. 

- Moim zdaniem powinnyśmy sprawić jej psa. 

 

Stan wsunął się na jedną z tylnych ławek sali sądowej. Jenna Jean 

była  ostatnio  bardzo  zajęta.  Tak  bardzo,  że  choć  zostawiał  jej 

wiadomości,  przez  minione  dwa  dni  nie  miała  czasu  do  niego 

background image

oddzwonić.  Chciał  z  nią  porozmawiać  o  planowanej  przez  Ligę 

imprezie nad jeziorem. Tylko o tym. Jenna Jean nie była w jego typie. 

Bardzo go zainteresowała. Ubierała się jak jego matka, a całowała 

z  niespotykaną  pasją  i  namiętnością.  To,  oczywiście,  bynajmniej  nie 

zmieniało faktu, że naprawdę nie była w jego typie. 

Stan patrzył, jak wsparta na kulach podchodzi do ławy. Gotów był 

się założyć, że z każdym krokiem przeklina krępujący ją gips. Zawsze 

była  taka  szybka  i  ruchliwa.  Pamiętał,  ile  razy  się  z  nią  ścigał.  I  ile 

razy  przegrał.  Ilekroć  miał  z  nią  do  czynienia,  musiał  bardzo  się 

starać, żeby jej sprostać: biegać szybciej, pracować ciężej. 

Dziś  miała  na  sobie  granatowy  kostium  z  czerwoną,  jedwabną 

chusteczką  w  kieszonce  i  białą  bluzkę.  Włosy  związała  w  węzeł  na 

karku. Czysty profesjonalizm. I mimo to stuprocentowa kobiecość.  

Najpierw  cicho  szepnęła  coś  sędziemu,  a  potem  zwróciła  się  do 

świadka.  Była  miła,  spokojna  i  uprzejma.  Nie  uśmiechała  się,  ale  jej 

głos był ciepły. Czuło się, że można jej zaufać. 

Czemu  więc  wydawała  mu  się  taka  seksowna?  Czemu  w 

wyobraźni  zdzierał  z  niej  ten  kostium?  Czemu  pod  jej  chłodem 

dopatrywał się namiętności? 

Wygodnie  rozparty  przyglądał  się,  jak  najpierw  mozolnie 

zdobywa  zaufanie  oskarżonego,  a  potem  w  jednej  chwili  rozrywa  go 

na  strzępy.  Facet  już  po  raz  trzeci  został  przyłapany  na  prowadzeniu 

samochodu po alkoholu. I nieprędko znów usiądzie za kierownicą. 

Sędzia stuknął młotkiem, rozprawę  zakończono. Jenna pożegnała 

się z kolegami prawnikami, przerzuciła torbę przez ramię i ruszyła do 

background image

wyjścia.  Kiedy  zauważyła  Stana,  szeroko  otworzyła  oczy.  Była 

wyraźnie zaskoczona i zmieszana. 

- Nie zauważyłam twojego nazwiska na wokandzie - powiedziała. 

-  Przejechałeś  skrzyżowanie  na  czerwonym  świetle,  przekroczyłeś 

dozwoloną prędkość czy... 

Stan parsknął śmiechem. 

- Nie, Jenno. Nie jestem o nic oskarżony. 

- Nie? To skąd się tu wziąłeś?  

Stan wzruszył ramionami. 

-  Chciałem  się  z  tobą  zobaczyć.  W  sprawie  tej  imprezy  nad 

jeziorem - dodał, widząc jej podejrzliwą minę. 

- Czemu? 

- Musimy parę rzeczy zaplanować. Myślałem o nartach wodnych. 

Mam pewien pomysł i chciałbym go z tobą omówić. Zjedzmy razem 

obiad. 

- Nie mam cza... 

- Przecież i tak musisz coś zjeść. Będziemy się spieszyć. 

- Mam mnóstwo... 

-  Tuż  za  rogiem  jest  bardzo  przyjemny  barek.  Ja  stawiam. 

Pozwól...  -  Po  krótkiej  walce  udało  mu  się  wziąć  od  Jenny  torbę.  - 

Czy w słowniku obok hasła „uparta" jest może twoje nazwisko? 

-  Nie,  widnieje  ono  obok  „zdecydowana  i  stanowcza".  A  twoje? 

Chyba obok „natrętny", co? 

-  Znajdziesz  je  nawet  w  kilku  miejscach.  Przy  haśle  „uroczy", 

„przystojny", „genialny"... 

background image

- „Zadufany". 

-  „Pewny  siebie"  -  poprawił  ją.  Wyszli  już  na  ulicę;  dzień  był 

słoneczny  i  ciepły,  a  barek  niedaleko.  -  A  więc  miałem  okazję 

obejrzeć  pannę  Nóż  w  akcji.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  się  ten  facet 

spodziewał, był taki surowy wyrok. 

-  To  dziwne.  Ostrzegałam  jego  adwokata.  Ajatollah  jest 

bezwzględny wobec pijących kierowców. 

- Ajatollah? 

- Tak nazywamy prokuratora okręgowego. 

-  Chciałby,  żeby  w  naszym  stanie  recydywiści  mieli  specjalne 

tablice rejestracyjne? 

Jenna skinęła głową. 

- I może jeszcze tatuaż na czole, ale to już mój pomysł. 

Stan uśmiechnął się, ale nie mógł się z nią nie zgodzić. 

- To tu - rzekł, wskazując jej drzwi do barku. 

-  Jedyną  dobrą  stroną  używania  tych  kul  jest  to,  że  wszyscy 

ustępują mi miejsca - poinformowała go Jenna. 

I tym razem też miała rację. Choć lokal był zatłoczony, właściciel 

natychmiast znalazł dla nich stolik i od razu podał coś do picia. 

- Widzę, że nie znosisz tego gipsu - zauważył Stan. 

Jenna  pomieszała  palcem  napój  w  szklance  i  nachyliła  się  do 

Stana, jakby chciała podzielić się z nim jakąś tajemnicą. 

- Marzę o pile tarczowej - mruknęła.  

Widząc,  jak  oblizuje  palec,  Stan  poczuł  znajomy  mu  już  skurcz 

żołądka. Nagle wydało mu się, że zbyt ciasno zawiązał krawat. 

background image

-  Wcale  mnie  to  nie  dziwi  -  odparł  przez  ściśnięte  gardło.  - 

Smaczny napój? 

Jenna spojrzała na szklankę, a potem na swój palec. 

-  Mam  taki  głupi  zwyczaj,  że  zawsze  wkładam  palce  do  swojej 

szklanki  -  przyznała  zawstydzona.  -  Na  oficjalnych  przyjęciach  to 

prawdziwy problem. Przepraszam - mruknęła i sięgnęła po serwetkę. 

-  Nie  przejmuj  się.  W  tym  lokalu  możesz  zachowywać  się 

swobodnie  -  zapewnił  ją  Stan,  szczęśliwy,  że  choć  na  moment  się 

rozluźniła. Niestety tylko na moment. 

- O czym chciałeś ze mną porozmawiać? 

-  Jeden  z  moich  przyjaciół  gotów  jest  nam  wypożyczyć  łódkę  i 

narty  wodne.  Myślisz,  że  będziemy  musieli  prosić  rodziców  naszych 

podopiecznych o wyrażenie zgody? 

-  Tak.  Poproszę  Mitzi,  żeby  przygotowała  odpowiednie 

formularze.  Niestety,  nie  będzie  to  łatwe  -  dodała  ze  smutkiem.  - 

Niektóre dzieciaki tak rzadko widują swoich rodziców... 

-  Naprawdę  to  taki  problem?  -  spytał  Stan.  Pamiętał,  jak  bardzo 

opiekowali się nim jego rodzice. 

-  Bywa.  To  smutne,  ale  mamy  wiele  spraw  o  zaniedbywanie 

obowiązków  rodzicielskich,  a  nawet  o  maltretowanie.  A  sprawy 

rodzinne  nigdy  nie  są  łatwe.  Większość  prawników  unika  ich  jak 

ognia. 

- Ale nie ty... 

-  Ja  nie.  Tak  mi  żal  tych  dzieciaków.  Przynajmniej  to  mogę  dla 

nich zrobić. I jest jeszcze Liga. 

background image

Znów  dojrzał  w  jej  oczach  gorącą  pasję.  Ciekawe,  czy  znalazłby 

się mężczyzna, który też by ją tak rozbudził. 

- Święta Jenna Jean. 

-  Jenna  -  poprawiła  go  natychmiast.  -  Ale  to  podobno  ty  jesteś 

święty. 

- A ty mi nie wierzysz, prawda? A przecież w Ameryce człowiek 

tak  długo  jest  niewinny,  dopóki  nie  udowodni  mu  się  winy.  W 

niedzielę zabieram cię na przejażdżkę. 

- Słucham? 

-  Na  łódkę.  Upieczemy  dwie  pieczenie  przy  jednym  ogniu. 

Sprawdzimy  jacht  mego  przyjaciela  i  przy  okazji  pokażę  ci,  jaki 

porządny ze mnie facet. 

-  Dlaczego  mielibyśmy  sprawdzać  ten  jacht?  Zresztą  z  tym 

gipsem niezbyt nadaję się na członka załogi. I... 

Stan  podniósł  rękę  Jenny  do  ust  i  delikatnie  zacisnął  zęby  na  jej 

palcu. Z uśmiechem obserwował, jak szeroko otwiera oczy. 

-  Spokojnie,  Jenno,  nie  jesteś  w  sądzie.  Nie  musisz  mnie  brać  w 

krzyżowy  ogień  pytań.  Zabiorę  ze  sobą  coś  dobrego  do  picia. 

Popływasz sobie, a potem powiesz, co sądzisz o jachcie. 

Wyglądała  tak  cudownie,  słodko  zmieszana,  że  zapragnął  ją 

pocałować.  Ale  przecież  postanowił  sobie,  że  następnym  razem  nie 

zadowoli się trzydziestoma sekundami. 

- O jachcie? 

- Tak, o jachcie i o mnie.  

Jenna szybko cofnęła rękę. 

background image

- No, nie wiem, Święty Stanie. Porządni chłopcy nie gryzą.  

Stan z uśmiechem pokazał jej niewielką bliznę na swojej dłoni. 

- Czy porządne dziewczynki też tego nie robią?  

Jenna  przez  chwilę  patrzyła  mu  w  oczy.  Potem  delikatnie 

pogładziła go po dłoni. 

-  Dlaczego  miałabym  się  dokądkolwiek  z  tobą  wybierać?  - 

spytała. 

-  Bo  jesteś  przynajmniej  w  połowie  tak  ciekawa  mnie,  jak  ja 

ciebie. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Jenna  Jean  zdecydowanie  go  spławiła.  Najpierw  jednak  musiała 

się opanować. Choć stało się to błyskawicznie, Stan zdążył dostrzec w 

jej oczach, że miał rację. Że zaskoczył ją odczytaniem jej myśli. Ani 

myślał rezygnować z bliższego poznania tej kobiety. 

Kiedy  zajechał  przed  swój  dom,  znów  zobaczył  znajomego  mu 

już  chłopaka,  jak  zwykle  samotnie  ćwiczącego  rzuty  do  kosza.  Stan 

wynajmował  mieszkanie  w  tym  budynku  tylko  tymczasowo;  później 

planował  kupić  jakiś  dom.  Większość  mieszkańców  kamienicy 

stanowili młodzi, bardzo zajęci ludzie. Tylko kilkoro z nich miało już 

dzieci, ale bardzo jeszcze małe. 

Chłopiec  w  żaden  sposób  nie  pasował  do  tego  otoczenia. 

Wyglądał  na  trzynaście  lat,  miał  długie  włosy,  ubrany  był  w  sprany 

podkoszulek  i  znoszone,  dżinsowe  szorty.  Bardzo  przypominał 

Stanowi kolegów z dzieciństwa. 

background image

Tego  dnia,  przechodząc  obok  chłopaka,  Stan  chwycił  rzucaną 

przez niego piłkę. 

- Miałbyś ochotę trochę porzucać ze starszym? - spytał.  

Chłopak spojrzał na niego podejrzliwie i wzruszył ramionami. 

- Dobra. 

- Stan. 

- Jordan. 

- Mam trzydziestkę. 

- A ja tyle, co trzeba - mruknął Jordan. - Grajmy, póki widno. 

Stan,  zajęty  rozmową,  chwycił  piłkę,  podskoczył  i...  nie  trafił  do 

kosza. 

- Ile to jest tyle, co trzeba? 

- Prawie czternaście. Nie wymagam już opieki - dorzucił chłopiec 

i wprawnie umieścił piłkę w koszu. 

-  Dobry  jesteś.  -  Stan  uśmiechnął  się.  -  Często  cię  tu  widzę.  W 

którym domu mieszkacie? 

-  Moi  rodzice  nie  żyją  -  stwierdził  obojętnym  tonem  Jordan.  - 

Mieszkam z bratem. 

- Tak? A ile brat ma lat? 

- Tyle, co trzeba.  

Przez  następne  kilka  dni  Stan  wieczorami  grywał  trochę  z 

chłopakiem  w  piłkę,  a  potem  dzielił  się  z  nim  swoją  kawalerską 

kolacją.  Jedzenie  rozwiązało  nieco  dzieciakowi  język  i  Stan  wiedział 

już, że w przypadku jego brata „tyle, co trzeba" oznacza dwadzieścia 

dwa lata. Dowiedział się też, że Jordan mieszka parę przecznic dalej, 

background image

w  okolicy  niezbyt  spokojnej,  gdzie  awantury  i  bójki  są  na  porządku 

dziennym. Przyjeżdża tu więc co wieczór na rowerze, by pobyć trochę 

w ciszy i samotności. 

Kiedy  Stan  spytał  Jordana,  czym  zajmuje  się  jego  brat,  chłopak 

wzruszył  ramionami  i  odparł:  „To  zależy,  w  którym  tygodniu". 

Właściwie  nie  powinno  go  to  obchodzić.  Przecież  Jordan  był  mu 

osobą zupełnie obcą. A jednak... Te  smutne, dorosłe oczy bardzo mu 

kogoś przypominały. 

W  niedzielne  popołudnie  Stan  wybrał  się  na  polowanie  na  Jennę 

Jean Anderson. Zajeżdżając przed jej dom, był pewien, że przyłapie ją 

na  nicnierobieniu.  I  może  też  nie  całkiem  ubraną.  Aż  mu  się  gorąco 

zrobiło  na  samą  myśl  o  tym.  Kiedy  Jenna  otworzyła  drzwi,  na  jej 

twarzy na moment pojawiło się zmieszanie.  

-  Cześć.  -  Stan  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Pomyślałem  sobie,  że 

zajrzę, by sprawdzić, czy jesteś zajęta. Wygląda na to, że nie, więc... 

- Jestem - powiedziała szybko Jenna. - Jestem bardzo zajęta. 

Stan uniósł brwi. 

- Tak? A czym? 

- Pie... piekę ciasteczka. 

-  Cudownie!  -  Stan  zdecydowanym  krokiem  wszedł  do  środka.  - 

Jakie? 

Nie, nie, i jeszcze raz nie! Jenna wcale nie chciała się cieszyć jego 

widokiem.  Pragnęła  wyrzucić  go  za  drzwi.  Był  tak  pełen  życia  i 

entuzjazmu...  Taki  przystojny,  opalony,  dobrze  umięśniony.  No  i  nie 

miał na nodze gipsu. Gotowa była go znienawidzić. 

background image

- Jakie? - powtórzył. 

- Na pewno nie będą ci smakowały - zastrzegła, bo wiedziała, że 

mężczyźni z zasady nie znoszą rodzynek. - Owsiane z rodzynkami.  

Ku jej zdziwieniu Stan rozpromienił się. 

- Z brązowym cukrem i cynamonem? 

- Tak, ale... 

- Będziesz potrzebowała kogoś, kto by ich spróbował. 

- Mam. Siebie. 

Stan  nie  zwracał  już  na  nią  uwagi.  Kierowany  zapachem, 

maszerował do kuchni. 

- Przyda ci się obiektywna opinia. 

- Twoja? - dopytywała się Jenna, kuśtykając za nim. 

Stan  chwycił  rękawice  i  otworzył  drzwiczki  piekarnika. 

Wyciągnął  gorącą  blachę  i  aż  jęknął  z  zachwytu.  Było  to  tak 

zmysłowe,  że  Jenna  zadrżała.  Kiedy  postawił  blachę  na  blacie, 

odwrócił się ku Jennie z uśmiechem. 

- Musisz zrozumieć, Jenno Jean... - zaczął. 

-  Jenno  -  poprawiła  go  odruchowo.  Bardzo  chciała  zapomnieć  o 

swoim drugim imieniu. 

-  Jenno.  Mogę  cię  nazywać  królową  Anglii,  panią  prezydent, 

waszą wysokością... 

- Aż tak bardzo masz ochotę na te ciasteczka? 

- Muszę ci się przyznać, że zdarza mi się jadać filet mignon, pijać 

szampana i  nawet  czasem  delektować  się  musem  czekoladowym,  ale 

już  nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  miałem  okazję  spróbować 

background image

domowych  ciasteczek.  Takie  jest  to  moje  kawalerskie  życie.  No, 

Jenno Je... Przepraszam. Jenno, nie odmawiaj biednemu człowiekowi. 

Nawet  zwyczajna  niby  prośba  miała  w  jego  ustach  szczególne 

brzmienie. A przynajmniej ona tak ją odebrała. 

- Oj, umiesz ty prosić, Święty Stanie. Zdejmę je tylko z blachy i... 

- Ja to zrobię - rzekł Stan i posadził Jennę na krześle. - Ty siedź. 

Najważniejszą rzecz już zrobiłaś. 

A  więc  siedziała  i  patrzyła,  jak  Stan  bierze  do  ręki  gorące 

ciasteczko i zaczyna je jeść. Oblizując się, nie marnując ani okruszka, 

pomrukując z rozkoszy. Jennę oblał  pot i jednocześnie zrobiło się jej 

gorąco. O Boże, skoro Stan z taką uwagą traktuje zwyczajne ciastko, 

to jak odnosi się do kobiety? 

Kolejne  dwa  ciastka  Stan  potraktował  z  taką  samą  namiętnością. 

Ale Jenna już nie odważyła się patrzeć na niego tak otwarcie. 

- Wspaniałe - oznajmił z zachwytem. 

- Cieszę się, że ci smakowały. 

-  Teraz  ja  chciałbym  zrobić  ci  przyjemność  -  rzekł  i  pomógł  jej 

wstać. 

- To naprawdę nie jest konieczne. 

-  Ależ  tak!  Obiecałem  ci  przejażdżkę,  urozmaiconą  twoim 

ulubionym drinkiem, i mam zamiar dotrzymać obietnicy. 

- Ale przecież mówiłam ci, że jestem dziś zajęta. 

- Nie ma sprawy. Twoje plany uległy zmianie. 

- Nieprawda. Ja... 

background image

-  Jenno.  -  Stan  przyciągnął  ją  tak  blisko  do  siebie,  że  mogła 

obserwować  dołeczek  w  jego  brodzie,  wilgotne  usta  i  błyszczące 

rzęsy.  -  Jeśli  nie  wybierzesz  się  ze  mną  na  tę  wyprawę,  pomyślę,  że 

się mnie boisz. 

Dobre sobie! Jenna aż zmrużyła oczy. 

- Nie jestem dzieckiem, doktorze. 

- Fakt jest faktem, szanowna pani. 

Czuła  zapach  wody  po  goleniu  Stana  i  woń  cynamonu  w  jego 

oddechu.  Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  Widać  było,  że  nie  znosi 

sprzeciwu.  I  skoro  postanowił  ją  mieć,  zrobi  wszystko,  by  dopiąć 

swego. A więc będzie musiała udowodnić mu, że tak naprawdę wcale 

jej nie chce. 

 

- Dobrze - westchnęła. - Może być szampan. 

- Ładna łódka - powiedziała Jenna i wyciągnęła się  wygodnie na 

ławeczce. 

Było  późne  popołudnie  i  jezioro  niemal  się  wyludniło.  Nic  nie 

zakłócało piękna i spokoju tej okolicy. 

-  Jacht  -  poprawił  ją  delikatnie  Stan.  Wyłączył  silnik  i  rzucił 

kotwicę. - Myślisz, że spodoba się dzieciakom z Ligi? 

Jenna  rozejrzała  się  po  dobrze  utrzymanym  pokładzie  i 

uśmiechnęła się z aprobatą. 

- Na pewno. 

- Chcesz szampana? 

background image

- Tak. Dopiero w trzecim sklepie udało mu się kupić jej ulubioną 

markę. 

- Nie przypuszczałem, że jesteś miłośniczką szampana. 

- Nie? A co przypuszczałeś? 

-  Nie  wiem.  Bardziej  pasuje  do  ciebie  białe  wino  lub  rum. 

Dlaczego akurat szampan? 

Bo chciałam ci zrobić na złość, odparła duchu. 

-  Po  prostu  lubię  bąbelki.  Nawet  kiedyś  zastanawiałam  się,  jak 

wyglądałaby kąpiel w szampanie. 

- Kiedy postanowisz się o tym przekonać, daj mi znać. Kupię całą 

skrzynkę, żeby tylko móc to zobaczyć. 

Serce  Jenny  znów  zaczęło  bić  nierównym  rytmem.  Dlaczego  ten 

mężczyzna tak na nią działa? 

- Czasem wystarczą marzenia. 

- W innych sprawach też?  

Podejrzewała,  że  Stan  ma  na  myśli  seks,  i nie  miała  zamiaru  mu 

odpowiadać. 

-  W  niektórych  -  odparła  wymijająco.  -  Na  przykład  teraz  myślę 

sobie,  jaka  wspaniała  byłaby  kąpiel  w  tej  wodzie.  No,  ale  z  tym 

gipsem pewnie od razu poszłabym na dno. 

-  Nie  bój  się.  Wszystko  dobrze  zaplanowałem.  Na  imprezie 

będziesz już bez gipsu. 

- Ależ ty jesteś mądry. 

- Przesadzasz. Jestem zwyczajnym chłopakiem z Cherry Lane. 

background image

- Z Cherry Lane, zgoda. Ale na pewno nie zwyczajnym. Nigdy nie 

byłeś zwyczajny. 

- Nie? 

- Nie. Umiałeś przecież stepować.  

Stan spojrzał na nią znacząco. 

- Uważaj - rzekł ostrzegawczym tonem. 

-  Gdybyście  czasem  wpuścili  nas,  dziewczyny,  do  waszego 

domku na drzewie, na pewno nie darzyłybyśmy was taką nienawiścią. 

-  Przecież  udawałyście  księżniczki.  My  byliśmy  piratami, 

pilotami i... 

- Czasami w nocy tam się zakradałam. 

- Naprawdę? - Stan omal nie zakrztusił się piwem. 

-  Aha.  W  ciemnościach  było  tam  wspaniale.  Liście  szeleściły, 

konary  się  chwiały.  Czułam  się  jak  na  statku  albo  w  samolocie  - 

dodała z uśmiechem. 

-  Tak  -  zgodził  się  z  nią  Stan.  -  Mój  ojciec  musiał  być  albo 

wariatem, albo superfacetem, że zgodził się na ten domek. 

-  Może  jedno  i  drugie.  Zwariowany  na  punkcie  swojego  syna 

superfacet. 

Stan  skinął  głową.  Jenna  zauważyła  smutek  w  jego  oczach. 

Przypomniała sobie go takim, jakim był w dzieciństwie. I to, że kiedyś 

byli przyjaciółmi. 

-  Przykro  mi,  że  nie  żyje  -  powiedziała  i  wbrew  swoim  chęciom 

położyła Stanowi rękę na ramieniu. 

background image

A  on  bez  słowa  przykrył  ją  swoją  dłonią.  Zarówno  jego  smutek, 

jak  i  jego  samotność  stały  się  jej  smutkiem  i  samotnością. 

Zawstydzona  i  zmieszana  odkrytą  nagle  bliskością,  szybko  cofnęła 

rękę. 

- Dzięki - mruknął Stan i z trudem przełknął ślinę. - Słyszałaś coś 

o osiedlu Króla Artura? 

Jenna z wdzięcznością powitała tę zmianę tematu. 

-  Paskudne  miejsce.  Policjanci  mają  tam  co  robić.  Narkotyki,  za 

dużo  alkoholu,  zaniedbane  dzieciaki.  Czemu  pytasz?  Chyba  nie 

chcesz tam zamieszkać? 

-  Nie  -  odrzekł  Stan.  -  Zanim  kupię  gdzieś  dom,  wynająłem 

tymczasowo  mieszkanie  blisko  szpitala.  I  poznałem  pewnego 

chłopaka.  Przyjeżdża  co  wieczór  na  boisko  przy  moim  domu,  żeby 

powrzucać piłkę do kosza. Przypomina mi Joeya Caruthersa. 

- Pamiętam Joeya. Nie mieszkał w naszej dzielnicy, ale często się 

z wami bawił. Był takim samym rozrabiaką jak wy. Zgadza się? 

Stan kiwnął głową i zatarł ręce. Wciąż czuł na sobie dłoń Jenny. I 

jakieś dziwne gorąco w środku. 

- Potem się wyprowadził. Nie znałem go zbyt dobrze, ale zawsze 

czułem, że u niego w domu nie jest najlepiej. 

- I myślisz, że tak samo jest z tym chłopakiem?  

Stan zmrużył oczy i patrzył na jezioro. 

-  Tego  nie  jestem  pewien.  Podobno  opiekuje  się  nim  brat,  bo 

rodzice  nie  żyją.  Może  to  głupio  zabrzmi,  ale  ten  chłopiec  ma 

spojrzenie starego, doświadczonego przez życie człowieka. 

background image

-  Podejrzewasz,  że  ktoś  go  seksualnie  wykorzystuje?  -  spytała 

cicho Jenna. 

- Nie - odparł po chwili zastanowienia Stan. 

- Zaniedbuje? 

-  Czy  ja  rozmawiam  z  Jenną,  czy  z  zastępcą  prokuratora 

okręgowego? 

-  Jakoś  ciągle  nie  umiem  się  w  tym  wszystkim  odnaleźć.  Często 

chcę  pomóc,  ale  system  i  ludzkie  uczucia  nie  zawsze  mi  na  to 

pozwalają.  Więc  powiedzmy,  że  jestem  Jenną  Anderson,  która  przy 

okazji zna się trochę na prawie. Może tak być? 

- Owszem. Nie wiem, czy akurat jest zaniedbywany, ale na pewno 

przebywa w takim środowisku, że wymaga lepszej opieki. 

- Chcesz powiedzieć, że jest zagrożony. 

- Tak. 

-  No,  cóż.  Jest  parę  możliwości.  Możesz  zgłosić  jego  przypadek 

specjalnym  służbom  zajmującym  się  zaniedbaną  wychowawczo 

młodzieżą. To będzie proces długi i bolesny. Możesz wciągnąć go do 

Ligi  i  w  ten  sposób  mieć  na  niego  oko.  Jest  też  organizacja  Starszy 

Brat. 

-  On  ma  starszego  brata,  ale  ten  zajęty  jest  zupełnie  innymi 

sprawami.  -  Stan dolał  jej  szampana i  wstał.  -  Sam nie  wiem.  Muszę 

się nad tym zastanowić. 

- Wygląda na to, że już wpadłeś. A to nie są proste sprawy. 

- Życie w ogóle nie jest prostą sprawą - rzekł Stan i zrobił krok w 

jej stronę. - Nie można wszystkiego przewidzieć. 

background image

- Ale można próbować - odparła ostrożnie.  

- Tylko że wtedy nie jest już tak zabawnie. 

- Zależy, czego się szuka.  

No  tak,  wiecznie  opanowana  Jenna  Jean  Anderson  zawsze  musi 

mieć wszystko pod kontrolą. Nie da się ponieść emocjom. Nawet teraz 

-  na  łódce,  w  szortach  i  bluzce  bez  rękawów,  wyglądała  na  osobę 

doskonale panującą nad wszelkimi emocjami. Ale czy naprawdę taka 

była? Patrząc jej w oczy, Stan głęboko w to wątpił. 

- Czy nigdy nie myślałaś, jak by to było, gdybyś po prostu zaczęła 

żyć na luzie? 

-  Owszem,  czasami  -  odparła  ledwo  słyszalnym  szeptem.  -  Ale 

zawsze uważałam, że najlepsze są marzenia nie spełnione. 

Stan  stał  teraz  tuż  przy  niej.  Delikatnie  gładził  jej  jedwabiste 

włosy. 

- Jaka ty naprawdę jesteś, Jenno? - spytał, a jego usta musnęły jej 

policzek. 

- Stan.  

Stan ujął jej dłoń i położył sobie na piersi. 

- Czujesz moje serce.  

Jenna z trudem przełknęła ślinę. 

- Tttak. 

-  Widzisz,  co  ze  mną  wyrabiasz?  Jak  się  przy  tobie  czuję?  Jak 

trudno mi nad sobą panować? 

- Naprawdę? 

background image

- A co z tobą, Jenno? Czy całkowicie kontrolujesz swoje uczucia? 

- spytał, kładąc dłoń na jej piersi. 

Jenna zamknęła oczy. Skinęła głową, ale nie odepchnęła jego ręki. 

-  Pragnę  cię.  Chcę  zdjąć  ci  tę  bluzkę  i  całować.  Najpierw  tu,  a 

potem wszędzie. 

Dopiero  wówczas,  kiedy  Stan  odpiął  drugi  guziczek  jej  bluzki, 

Jenna otworzyła oczy i chwyciła go za nadgarstek. 

- Nie pasuję do ciebie, Stan. 

- Dlaczego? 

-  Bo  jestem  poważna.  Czasami  zbyt  poważna.  Lubię  nad 

wszystkim panować. Nie jestem dziewczyną do zabawy. 

- A skąd wiesz, że takiej chcę? 

- Wiem. Zmieniasz kobiety jak rękawiczki. 

- Zmieniałem - poprawił ją. 

-  Poza  tym  jesteś  moim  lekarzem.  Zaś  etyka  twego  zawodu  nie 

pozwala  na  intymne  kontakty  z  pacjentami.  A  z  pacjentkami 

szczególnie. 

Stan  odsunął  się  od  niej.  Panna  Nóż,  jak  zwykle,  trafiła  w  samo 

sedno. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Jenna nie widziała Stana od ponad tygodnia. I powinna się z tego 

cieszyć. Powinna być zachwycona. 

Powinna, ale nie była. 

background image

Choć kilka razy rozmawiała przez telefon z Emily i wysłuchiwała 

opowieści przyjaciółki o tym, jaki wspaniały jest jej mąż, Beau, i jak 

bardzo cieszy się z jej ciąży, kładąc się spać i wstając, Jenna myślała o 

Stanie.  Myślała  o  nim  podczas  lunchu.  Ku  własnemu  przerażeniu, 

myślała o nim także w sądzie. 

Gdyby  miała  przed  oczami  dawny  obraz  Stana,  uganiającego  się 

za kobietami egoisty, pewnie zdołałaby o nim zapomnieć. Nie mogła, 

bo  dał  jej  poznać  swoje  drugie  ja.  I  pokazał,  jak  bardzo  mu  na  niej 

zależy. A kiedy zarzuciła mu nieprofesjonalne zachowanie, grzecznie 

odwiózł ją do domu. 

Od  tamtej  pory  dwukrotnie  umówiła  się  na  randkę,  ale  obie 

okazały  się  pomyłką.  Pierwszy  facet  zanudził  ją  na  śmierć.  Drugi 

proponował,  by  zrezygnować  z  kolacji  i  od  razu  sprawdzić,  czy  jest 

równie  dobra  w  łóżku,  jak  na  sali  sądowej.  Choć  raz  przydał  jej  się 

gips - mogła kopnąć tego Romea w kostkę. 

Klnąc  pod  nosem,  otworzyła  drzwi  do  poczekalni  przed 

gabinetem  Stana.  Przyszła  tu  na  zwykłą,  rutynową  wizytę  i  nie  było 

najmniejszego  powodu,  by  tak  bardzo  pociły  jej  się  dłonie.  Doktor 

Michaels przyjął ją natychmiast, ale nie w tym pokoju, co zwykle. 

- Cześć, jak się masz?  

Serce Jenny na jego widok od razu zaczęło szybciej bić. 

-  W  porządku.  Czy  coś  się  stało?  Myślałam,  że  to  będzie 

rutynowe  badanie,  po  którym  powiesz  mi,  że  za  dwa  tygodnie  na 

pewno  zdejmiesz  mi  gips  i  nie  będę  już  musiała  pożyczać  piły  od 

sąsiadów i robić tego sama. 

background image

Stan uśmiechnął się lekko, ale jego oczy pozostały poważne. 

-  Nie  będziesz  musiała  pożyczać  piły.  I  nic  się  nie  stało.  Tylko 

zaszła  drobna  zmiana.  Pomyślałem  sobie,  że  lepiej  będzie,  jeśli  od 

dziś opiekę nad tobą przejmie doktor Abernathy. 

- Ale... 

-  Przedstawiłem  mu  bardzo  dokładnie  twoją  historię  -  przerwał 

Jennie Stan, wskazując jej kartę. - To znakomity lekarz. Dużo bardziej 

ode mnie doświadczony. I... 

Przerwało  mu  wejście  doktora  Abernathy'ego,  brązowookiego 

mężczyzny w średnim wieku. 

- Przepraszam za spóźnienie. Czy to jest moja nowa pacjentka? - 

zwrócił się do Stana. 

-  Tak.  To  Jenna  Jean  Anderson.  Ponieważ  jestem  nią  osobiście 

zainteresowany, uznałem, że będzie lepiej, jeśli ty przejmiesz nad nią 

opiekę.  -  Stan  stłumił  parsknięcie.  -  Dopilnuj,  by  jak  najszybciej 

mogła się pozbyć tego gipsu. 

-  Myśli  pani  o  jakiejś  pile?  -  Doktor  Abernathy  zwrócił  się  do 

Jenny. 

- Bez przerwy.  

Doktor Abernathy wybuchnął śmiechem. 

-  Wie  pani  co?  Zobaczymy,  co  da  się  zrobić.  Porozmawiamy  o 

tym w gabinecie. Muszę pilnie zadzwonić i zaraz do pani wracam.  

Kiedy  zostali  sami,  Jenna  bała  się  spojrzeć  na  Stana.  Jego 

zdecydowanie  i  decyzja  wzbudziły  jej  uznanie.  Równocześnie 

zastanawiała się, co będzie dalej. 

background image

-  Myślisz,  że  dobrze  ci  się  będzie  współpracować  z  doktorem 

Abernathym? - spytał Stan. 

Tak  bardzo  troszczył  się  o  jej  dobre  samopoczucie.  Poczuła  do 

niego jeszcze większą sympatię. 

-  Tak  -  odparła,  patrząc  mu  w  oczy.  -  Jestem  tylko  trochę 

zaskoczona. 

- Od jak dawna nie czułaś się tak, jak tamtego dnia na jachcie?  - 

spytał. 

Jenna  poczuła  nagły  skurcz  w  żołądku.  Stan  patrzył  na  nią 

uważnie. Domagał się szczerej odpowiedzi. 

- Sama nie wiem. Może nigdy.  

Stan kiwnął głową. 

- Nigdy. Przerażam cię, prawda? - Uniósł rękę i uśmiechnął się. - 

Nie  odpowiadaj.  Widzę  to  na  twojej  twarzy.  Może  teraz  będzie 

łatwiej.  Jestem  już  tylko  Stanem  Michaelsem,  który  przepada  za 

twymi ciasteczkami. 

 

- Wychodzisz - zauważyła Maddie. 

- Tylko na lody. To nie jest randka - odparła Jenna. 

Przyjaciółka  wraz  z  mężem,  Joshuą, i  synkiem  Daveyem  wpadła 

do niej bez uprzedzenia. Jenna była jej nawet za to wdzięczna. Wciąż 

nie mogła zrozumieć, co jej wpadło do głowy, by przyjąć propozycję 

Stana. Nawet jeśli było to coś tak niewinnego, jak wyprawa na lody. 

- Rozmawiałaś z Emily? 

background image

-  Tak  -  uśmiechnęła  się  Maddie.  -  Beau  zupełnie  ją 

ubezwłasnowolnił. Nawet nie pozwala jej jeździć na motorze. Trzęsie 

się nad nią bardziej niż jej matka. 

-  A  ona  jest  tym  zachwycona.  -  Jenna  pogładziła  po  głowie 

Daveya,  próbującego  wyrwać  się  z  ramion  ojca.  -  Jest  tak  samo 

ruchliwy  jak  Maddie  w  jego  wieku  -  dodała,  patrząc,  jak  jej 

chrześniak  pędzi  w  stronę  kuchni.  Dokładnie  pamiętał,  gdzie  ciotka 

przechowuje ciasteczka. 

- Owszem, ale ostatnio dowiedziałam się o nim strasznej rzeczy - 

powiedziała  Maddie,  starając  się  nadać  swemu  głosowi  jak 

najpoważniejsze  brzmienie.  -  Uwielbia  muzykę  country.  Rocka 

wprost nie znosi i to jest wina Joshuy - dodała, patrząc czule na męża. 

- Chłopak ma znakomity gust - rozpromienił się dumny Joshua. 

Widok  ich  miłości  obudził  w  Jennie  jakąś  dziwną  tęsknotę. 

Zaskoczyło  ją  to  uczucie,  postarała  się  więc  jak  najszybciej  o  nim 

zapomnieć. Szybko weszła do kuchni. 

- Założę się, że już znalazł... 

- Ciastecka! - zapiszczał Davey. 

- Brawo! - zawołał Joshua.  

Mały siedział na podłodze i jadł ciasteczka. Dwa naraz. 

- Davey, dwa to za dużo - oburzyła się Maddie. 

- Moje. - Mały szybko schował ręce za plecy. 

-  Mnie  to  nie  przeszkadza,  ale  ja  jestem  tylko  matką  chrzestną  - 

stwierdziła Jenna. 

- Davey, oddaj mi jedno. 

background image

- Nie. 

- Przeżywa taki okres. Wciąż się buntuje - westchnęła Maddie. 

Jenna usłyszała trzask drzwi wejściowych i po chwili stanął obok 

niej Stan. 

- Znam to, znam.  

Na dźwięk jego głosu Jennie zrobiło się bardzo, bardzo gorąco. 

-  Ty  też  powinnaś,  Jenno  Jean,  bo  nigdy  tak  naprawdę  nie 

wyrosłaś z tego okresu. 

Maddie i Joshua spojrzeli na Stana. 

- Ja cię skądś znam - powiedziała Maddie. - No, tak! O Boże, to 

Stanley Michaels! 

Jenna aż się skuliła. Odkładała na później powiedzenie Maddie o 

tym, że spotyka się ze Stanem. Sama nie wiedziała, czemu. 

-  Miło  cię  widzieć,  Maddie.  -  Stan  uśmiechnął  się  do  dawnej 

koleżanki. 

- Ale...  

Joshua zmrużył oczy, mimo to wyciągnął rękę.  

- Joshua Blackwell - rzekł. - Jesteś przyjacielem Jenny? 

-  Kimś  w  tym  rodzaju.  A  ty  musisz  być  mężem  Maddie,  a  ten 

maluch  to  wasz  synek.  Ma  włosy  i  oczy  Maddie  i  twój  podbródek. 

Zgadza się? 

Jenna  zauważyła,  jak  Joshua  bierze  głęboki  wdech.  Zauważyła 

też,  z  jaką  miłością  i  Maddie,  i  on  patrzą  na  synka.  Wiedziała,  że 

Joshua adoptował Daveya, ale kochał go jak własne dziecko. 

background image

- Owszem, to mój chłopak - odparł Joshua, a Maddie ścisnęła go 

za ramię. - Hej, stary, podzielisz się ze mną jednym? - zwrócił się do 

Daveya. 

Chłopczyk,  który  już  zdążył  wepchnąć  sobie  prawie  całe  ciastko 

do ust, spojrzał na drugie, też porządnie nadgryzione, uśmiechnął się i 

wyciągnął je w stronę ojca. 

-  Mój  bohater  -  rozmarzyła  się  Maddie.  -  Umie  dać  sobie  radę  z 

każdym maluchem - dodała, ale zaraz znów spojrzała na przyjaciółkę. 

- Wychodzisz ze Stanleyem Michaelsem? 

-  Ze  Stanem  -  poprawił  ją  Michaels  i  przysunął  się  do  Jenny.  - 

Owszem, wychodzi ze mną. 

-  Tak  naprawdę  to  żadne  wyjście  -  próbowała  wyjaśnić  sytuację 

Jenna. 

-  To  znaczy,  że  nie  wychodzisz?  -  Maddie  niczego  już  nie 

rozumiała. - Zostajesz w domu? 

-  Nie!  -  Jenna  poczuła  rękę  Stana na  swoim  ramieniu  i  z  trudem 

przełknęła ślinę. - Wychodzę, ale idziemy niedaleko. 

- Kiedy odnowiliście waszą znajomość? - dopytywała się Maddie. 

Jenna  przestąpiła  z  nogi  na  nogę.  Kostka  wciąż  ją  bolała,  ale 

łydka była ogolona i wolna od gipsu. 

- Operowałem ją - poinformował Stan.  

Maddie aż zatkało. 

- Jesteś lekarzem? 

-  Chyba  tylko  lekarz  może  operować,  zwłaszcza  jeśli  pacjentka 

jest prawnikiem. 

background image

Maddie kiwnęła głową i znów spojrzała na Jennę. 

- Jenno Jean, mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz. 

- Wcale nie. Po prostu zapomniałam ci o tym powiedzieć. 

- Akurat! 

-  No  to  już  po  ciasteczkach  -  oznajmił  Joshua  i  wziął  synka  za 

rękę. - Powiedz Jennie „dziękuję". 

Jenna nachyliła się, a chłopczyk cmoknął ją w policzek. 

- Dzięki. 

- Bardzo proszę. - Jenna pocałowała malca w czoło. 

Stan przez cały czas obserwował ją bardzo uważnie. 

- No to bawcie się dobrze - powiedziała z niewinnym uśmiechem 

Maddie. 

- Dziękujemy - odparł Stan. 

- Idziemy tylko na lody - podkreśliła znów Jenna, czując, jak krew 

zaczyna coraz szybciej płynąć w jej żyłach. 

Maddie i Joshua wymienili porozumiewawcze uśmiechy, Maddie 

wzięła małego na ręce i cała trójka ruszyła do wyjścia. 

-  Widzę,  że  rzeczywiście  wciąż  nie  wyrosłaś  z  mówienia  „nie"  - 

zauważył z rozbawieniem Stan, kiedy zostali sami. 

- Właśnie, że wyrosłam - oznajmiła Jenna, dumnie unosząc głowę. 

Twarz Stana była teraz zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy. 

- Udowodnij to.  

Nogi  ugięły  się  pod  Jenną,  a  w  płucach  zabrakło  jej  tchu.  Z 

ogromnym wysiłkiem zrobiła krok do tyłu. 

- Obiecałeś mi lody - wyjąkała.  

background image

Gdyby  ją  teraz  pocałował,  dałaby  mu  nauczkę.  Na  pewno  by 

zdecydowanie zareagowała. Na pew... 

Kiedy Stan wziął ją za rękę, jej serce na ułamek sekundy przestało 

bić. 

- Chodźmy - rzekł.  

Mały  barek,  dobrze  jej  znany  z  dzieciństwa,  był  rzeczywiście 

blisko, tuż za rogiem. 

- Usiądź, a ja wszystko przyniosę. Musisz oszczędzać nogę. 

- Nie jesteś już moim lekarzem - zauważyła Jenna. 

W odpowiedzi Stan pocałował ją w czubek nosa. 

- Czekoladowe czy waniliowe? 

- Cz...czekoladowe. 

- Pycha - mruknęła po chwili, zlizując z łyżeczki pierwszą porcję 

smakołyku. 

- Lepiej bez tych paru kilogramów, co? - spytał, spoglądając na jej 

nogę. 

-  Pewnie.  Właśnie  zastanawiałam  się  nad  tą imprezą  na  jeziorze. 

Planowałeś narty wodne... 

- Nie dla ciebie. 

- A slalom? Na jednej narcie? 

- Mowy nie ma!  

Stan zamilkł i przez chwilę przyglądał się jej z uśmiechem. 

- O czym myślisz? - spytała zaniepokojona Jenna. 

- Że jesteś najbardziej upartą kobietą, jaką znam. Jak księżniczka 

Jenna chce, tak ma być. 

background image

- Nie żadna księżniczka - poprawiła go. 

- Nie? A kto? 

- Królowa. Przecież wiesz, że lubię nad wszystkim panować. 

Stan omal nie zakrztusił się lodami. 

- I jak zamierzasz to zrealizować? 

-  Chcę  być  sędzią,  ale  pewnie  nic  z  tego  nie  wyjdzie.  Ale  to  już 

inna historia. 

- Hej, chwileczkę. A dlaczegóż to? 

-  No,  wiesz,  polityka  i  te  rzeczy  -  mruknęła  i  szybko  zmieniła 

temat.  Ten  był  zbyt  bolesny.  -  Wiesz,  zrobiłeś  dziś  coś  wspaniałego. 

Powiedziałeś, że Davey  wygląda na syna Joshuy i Maddie. A Joshua 

tylko go adoptował po ślubie z Maddie. Kocha tego malca i na pewno 

sprawiłeś mu ogromną przyjemność swoim stwierdzeniem. 

- Nigdy bym się nie domyślił, że to nie jego rodzony syn. 

- Joshua ma fioła na punkcie Maddie i Daveya. Bardzo ich kocha. 

Oboje. 

W głosie Jenny brzmiała wyraźna tęsknota. 

-  A  ty?  Czy  tobie  coś  się  takiego  zdarzyło?  Czy  ktoś  tak  cię 

kochał? 

Jenna przez chwilę zwlekała z odpowiedzią. 

- Nie, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo. A ciebie? 

-  Z  zasady  staram  się  nikogo  do  tego  nie  zachęcać  -  odparł.  To 

była jedna z rzeczy, które właśnie zamierzał w swoim życiu zmienić. 

-  Tak,  bo  to  się  wiąże  z  utratą  kontroli  nad  sytuacją.  Kochasz 

kogoś, potem go tracisz i cierpisz. 

background image

-  Ale  jeśli  spotka  się  kogoś  wyjątkowego,  jedynego,  tego 

wymarzonego,  to  może  warto  zaryzykować.  -  Teraz  z  kolei  Stan 

zmienił temat. - Twoje lody zaraz się rozpuszczą - zauważył. 

Kiedy  wyszli  na  ulicę,  spostrzegł,  że  Jenna  wyraźnie  oszczędza 

prawą nogę. 

- Pora na zmianę środka transportu - rzekł. 

- Słucham? 

-  Oferuję  ci  coś  godnego  prawdziwej  królowej.  Wezmę  cię  na 

barana. 

- Nie, nie. Nie trzeba. 

-  Wolisz  kuleć?  Zresztą  nie  odpowiadaj.  Albo  wezmę  cię  na 

barana, albo po prostu przerzucę przez ramię. Wybieraj. 

Jenna dumnie uniosła głowę. 

- Nie trzeba. Naprawdę. 

- Trzeba. 

- Znowu próbujesz mną rządzić. 

- A ty jesteś uparta. 

Przez  chwilę  stali  naprzeciwko  siebie  i  patrzyli  sobie  w  oczy. 

Żadne nie miało zamiaru ustąpić. 

- Pamiętasz, jaka byłaś zła, kiedy podrosłem i mogłem już z tobą 

wygrać w rzutach jeden na jednego? 

- Tak - przyznała niechętnie Jenna. 

- Fakt, że jestem silny, ma też dobrą stronę. Mogę cię unieść. 

-  Nie  chcę,  żebyś  mnie  nosił  -  mruknęła  Jenna  i  ruszyła  przed 

siebie. 

background image

Stan natychmiast objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. 

-  Bardzo  cię  lubię  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Nie  chcę,  żeby  bolała 

cię noga. 

Jenna westchnęła z rezygnacją. 

-  Chwilami  jesteś  taki  miły,  że  i  ja  nie  mogę  cię  nie  lubić  - 

przyznała. 

- A to takie straszne? 

- Tak. Więc musisz przestać być sympatyczny.  

Jej  oczy  były  rozmarzone.  Włosy  jedwabiste.  Głos  głęboki  i 

czuły.  Kiedy  Stan  nachylił  się  ku  niej,  poczuł  jej  delikatny,  kobiecy 

zapach. 

- Chyba nie zamierzasz mnie pocałować, co? 

Owszem,  chciał  ją  pocałować.  I  jeszcze  więcej.  Pragnął  poczuć 

smak  jej  ust,  wsunąć  rękę  pod  jej  bluzkę,  pogładzić  skórę,  dotknąć 

napiętych sutek, potem...  

Stan zdecydowanie potrząsnął głową. 

- Nie, to ty mnie pocałujesz - rzekł i lekko się pochylił. - Wskakuj. 

- Dlaczego miałabym cię pocałować? 

-  Bo  będziesz  mi  wdzięczna,  że  oszczędziłem  ci  cierpień. 

Wskakuj - powtórzył. 

Jenna  skrzywiła  się,  ale  wspięła  mu  się  na  plecy  i  objęła  go  za 

szyję. Stan przytrzymał ją za nogi i ruszył w drogę. 

- Od wielu lat nikt nie nosił mnie na barana - mruknęła. 

Stan pozwolił jej zejść na ziemię dopiero przed jej domem. 

- Jesteś pewien, że nie wolałbyś ciasteczek? - spytała niepewnie. 

background image

- Jestem pewien - odparł z uśmiechem. 

- A jeśli nie zechcę cię pocałować? 

- Nie chcesz? Jesteś tego pewna? - Stan nie dał się nabrać. 

Jenna westchnęła z rezygnacją. 

- Ja nie mam żadnej trzydziestosekundowej zasady - ostrzegła go. 

- Nie szkodzi. 

Znów spojrzała mu w oczy. Dojrzał w jej spojrzeniu niepewność, 

ale i pragnienie. 

- Chyba zwariowałam - szepnęła.  

Nachyliła się ku niemu i jej usta dotknęły jego  warg. Stan nawet 

nie próbował stłumić jęku rozkoszy. 

- Och, Jenno. 

Ich  ciała  przywarły  do  siebie.  Jenna  czuła,  jak  bardzo  Stan  jest 

podniecony.  Kiedy  wsunął  ręce  pod  jej  szorty  i  objął  pośladki, 

zadrżała. 

- Wejdźmy do środka - szepnął jej do ucha. 

Jenna zesztywniała i szybko wysunęła się z jego objęć. 

- Nie, nie. To nie ma sensu. 

- O czym ty, do cholery, mówisz? 

-  Nie  pasuję  do  ciebie.  Spotykasz  się  z  miłymi,  uległymi 

kobietami,  które  mówią  ci,  jaki  jesteś  wspaniały,  są  pełne  życia  i 

radości i nie traktują wszystkiego zbyt serio. 

Stan zmrużył oczy. 

- Owszem, spotykałem się i z takimi kobietami. I co z tego? 

background image

-  Ja  nie  jestem  do  nich  podobna.  Już  ci  to  próbowałam 

wytłumaczyć.  Do  życia  podchodzę  poważnie.  Zresztą...  nawet...  nie 

jestem szczególnie doświadczona. 

-  Nie?  To  dotknij  mnie.  Poczuj,  co  ze  mną  robisz.  Chcę  cię! 

Pragnę cię! Całej. I czuję, że ty też mnie pragniesz. 

Widział, jak Jenna ze sobą walczy. 

- Już nie wiem, co z tobą robić - mruknęła. 

- Mógłbym parę rzeczy zaproponować - zaśmiał się Stan. 

-  Dla  ciebie  to  wszystko  jest  takie  proste.  Zawsze  znajdziesz 

odpowiednie słowo, odpowiedni gest. A dla mnie taka intymność... to 

coś  więcej.  -  Jenna  westchnęła  i  odsunęła  się  od  Stana.  -  Lepiej 

będzie, jeśli sobie pójdę. Dobranoc i dziękuję za lody. 

Jeszcze nie odeszła, a Stana już ogarnęła pustka i tęsknota. 

- Dobranoc, królowo Jenno Jean.  

Jenna zdobyła się na lekki uśmiech. 

- Jenno wystarczy, Stanleyu.  

Kiedy zniknęła za drzwiami, Stan uśmiechnął się sam do siebie. 

- Możesz sobie biec, maleńka, ale na pewno mi nie uciekniesz. 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

W  drugi  weekend  lipca  nad  jeziorem  zjawiło  się  ponad 

czterdzieścioro dzieci. Mitzi, obecna przewodnicząca Ligi, spisała się 

znakomicie. Na każdych dwoje dzieci przypadał jeden opiekun. Jenna 

miała  kierować  ruchem  i  nadzorować  poranną  lekcję  pływania. 

background image

Ponieważ nie wszystkie dzieci umiały pływać, Liga załatwiła im kilka 

godzin nauki, połączonej z zabawą. 

Jenna  nie  widziała  wśród  tłumu  Stana.  I  postanowiła,  że  nie 

będzie się za nim rozglądać. Była na siebie zła, że w ciągu minionych 

dwóch  dni  nie  udało  jej  się  opanować.  Nachodziły  ją  niecne  myśli, 

dręczyły nierealne marzenia. Idiotyczne. 

- Witaj, moja piękna. 

Jenna usłyszała te słowa, ale nie zareagowała. Jeszcze nikt nigdy 

nie nazwał jej piękną. Odwróciła się dopiero wtedy, kiedy ktoś lekko 

pociągnął ją za włosy. Za nią stał Stan. 

-  Do  ciebie  mówię,  królowo  Jenno  -  rzekł.  Miał  na  sobie 

kąpielówki  i  koszulkę,  podkreślające  jego  sportową  sylwetkę  - 

szerokie ramiona, dobrze rozwiniętą klatkę piersiową i bicepsy, płaski 

brzuch i silne uda.  

Jenna tylko zaklęła w duchu. 

- Nie jestem piękna - odparła. - I nie jestem królową. Na razie. 

Jego spojrzenie było jak płynny miód. 

- To kwestia gustu. Twoja noga wygląda nieźle. Nie powinnaś jej 

jednak  forsować  -  ostrzegł,  a  kiedy  Jenna  otworzyła  usta,  żeby 

zaprotestować, kontynuował: - Widzę, że masz inne zdanie. Skoro tak, 

jestem pewien, że zignorujesz moją radę i po południu będziesz wyła 

z bólu. - Stan wyciągnął rękę i odgarnął z jej czoła kosmyk włosów. -

Wtedy przyjdź do mnie, to znajdę ci jakieś zaciszne miejsce w cieniu i 

podam coś do picia. 

background image

Jak  on  to  robi?  zastanawiała  się  Jenna.  W  jednej  chwili  jej 

rozkazuje, a zaraz potem łagodzi to jakimś czułym słowem. Mogłaby 

się  do  tego  przyzwyczaić,  ale  wiedziała,  że,  dla  własnego  dobra,  nie 

powinna. 

- Mówiłam ci, żebyś nie był taki miły.  

Odpowiedział jej takim seksownym uśmiechem, że aż zadrżała. 

- To jedna z twoich zasad? 

- Tak. 

- A zasady są po to, żeby je łamać. - Stan spojrzał na zmierzającą 

w stronę wody grupę dzieci. - Ja mam kierować zajęciami na jachcie. 

A ty? 

- Jestem odpowiedzialna za bezpieczeństwo. 

-  Rozumiem.  -  Stan  kiwnął  głową  w  stronę  zbliżającego  się  ku 

nim chłopca. - Chciałbym, żebyś kogoś poznała. To Jordan Goff , a to 

Jenna Anderson. 

Nazwisko  było  dziwnie  znajome.  Jego  spojrzenie  też  coś  Jennie 

przypominało. 

- Miło cię poznać, Jordanie. 

- Wzajemnie.  

Jenna zmrużyła oczy. 

- Czy ty czasem nie masz starszego brata? Zaraz, zaraz, jego imię 

zaczyna się na literę T. 

- Tim - odparł ostrożnie Jordan. - Tak ma na imię mój brat. 

Jenna  kiwnęła  głową,  ale  nic  nie  powiedziała.  Podejrzewała,  że 

dla Jordana oskarżony o kilka przestępstw Tim to niewygodny temat. 

background image

- Jeździłeś już kiedyś na nartach wodnych? - spytała.  

Wciąż jeszcze czujny Jordan wzruszył ramionami. 

- Nie, ale doktor Stan twierdzi, że ze slalomem powinienem sobie 

poradzić. 

- Zazdroszczę ci - mruknęła Jenna. 

- Pani nie będzie pływać? 

-  Podobno  moja  kostka  by  tego  nie  wytrzymała.  -  Jenna  z 

wyrzutem spojrzała na Stana. - Złamałam ją, grając w kosza. 

-  Pani  gra  w  kosza?  -  Chłopak  spojrzał  na  nią  z  wyraźnym 

podziwem. 

- Owszem - wtrącił się Stan. - Kiedyś nawet ze mną wygrywała. 

- Dopóki nie urósł. 

- Super. Teraz ja go ogrywam. 

- Przestań się chwalić i idź do wody.  

Jordan  posłusznie  ruszył  do  jeziora,  a  Jenna  poczuła  na  sobie 

wzrok Stana. 

- Co wiesz o Timie? 

- Nic dobrego. Szkoda gadać!  

Stan zmarszczył brwi. 

- Zastanawiam się, czy trudno by mi było adoptować Jordana. 

-  Chyba  żartujesz.  To  nie  to  samo  co  przygarnąć  psa.  Jeśli 

adoptujesz  chłopca,  będzie  twoim  synem  nie  tylko  formalnie.  Przede 

wszystkim emocjonalnie. I to na długo. 

Stan zesztywniał. 

- Czyżbyś uważała, że nie nadaję się na ojca?  

background image

Jenna  natychmiast  pożałowała  swoich  słów.  Wcale  nie  chciała 

zranić Stanleya. 

- Nie, ja tylko...  

Zamilkła, bo zmroził ją jego wzrok. 

- Nie doceniasz mnie, Jenno. 

- Przepraszam. 

- Naprawdę? 

- Tak. Nie powinnam cię tak atakować.  

Stan przez chwilę uważnie ją obserwował. 

- Jesteś najbardziej szczerą i uczciwą kobietą, jaką znam - rzekł i 

wsunął palce w jej włosy.  

Bardzo jej się to spodobało. Podobał jej się także ton jego głosu - 

szczery, czuły i serdeczny. 

- Dziękuję. 

- I najbardziej tchórzliwą.  

Jenna aż odskoczyła. 

- Co takiego? 

-  Jesteś  tchórzem  -  odparł  z  uśmiechem  Stan.  -  Chcesz  być  ze 

mną, ale się boisz. 

- Wcale nie! Pierwszy raz w życiu widzę takiego zarozumialca. 

- Strachliwy dudek - odparował Stan. 

- Szkoda, że nie mam już na nodze tego gipsu. Kopnęłabym cię z 

rozkoszą! 

- Prawda w oczy kole, co?  

background image

Tym  ją  zaskoczył.  Znów  miała  przed  sobą  Stana  z  dawnych 

czasów. Przyjaciela. Nie mogła już dłużej kłamać.  

Spojrzała mu w oczy, choć nie było to łatwe. 

- Owszem, boję się. I co na to poradzisz? 

 

Jenna aż do obiadu pilnowała ładu i porządku. Kiedy dzieci zajęły 

się hamburgerami, hot dogami i frytkami, mogła wreszcie usiąść pod 

drzewem i odpocząć. Po chwili dołączył do niej Stan z Jordanem. 

-  Można  się  przysiąść?  Przyniosłem  ci  ciastko  -  rzekł  Stan  i  nie 

czekając na odpowiedź, usiadł obok niej. - Wszyscy są mokrzy oprócz 

ciebie - zauważył. 

- Skoro nie wolno mi pojeździć na nartach wodnych, to nie będę 

się bez sensu moczyć. 

- Dąsamy się? - zaśmiał się Stan. 

- Nie. Tak. 

- Mam na to sposób... 

- Nawet nie próbuj! 

Uratował  ją  warkot  nadjeżdżającego  motocykla.  Stan  i  Jordan  z 

podziwem patrzyli na potężnego harleya. 

- Czy to któryś z waszych podopiecznych? - spytał Stan. 

-  Nie  -  odparła  Jenna,  a  kiedy  jeździec  wyłączył  silnik  i  zdjął 

kask, uśmiechnęła się. - Mogłam się domyślić, że to Ben. 

- Ben... No tak, to Ben Palmer! Brat Maddie - zaśmiał się Stan. - 

Wieki go nie widziałem. 

background image

Kiedy  Ben  wydał  dziki  okrzyk  i  biegiem  ruszył  w  ich  stronę, 

Jenna skrzywiła się z niesmakiem. 

- O, nie! Nie patrz na nich - zakazała Jordanowi. 

- Stan, stary druhu! 

- Ben!  

Mężczyźni  padli  sobie  w  ramiona,  mocno  uścisnęli  dłonie,  a 

potem zgodnie splunęli na ziemię. 

- Co oni robią? - zdziwił się Jordan. 

- Kiedyś byli w jednej paczce. To taki ich stary zwyczaj. Bądź tak 

miły i zapomnij, że to widziałeś. 

- Jenno Jean, jak się masz? - Ben w końcu i na nią zwrócił uwagę. 

- Słyszałem o twojej nodze. Mnie tam się ona podoba. Podobno Stan 

się tobą zajął. 

- Stan zajął się nie mną, ale moją nogą. I to w szpitalu - dodała i 

szybko  zmieniła  temat.  -  Czym  to  się  w  tym  tygodniu  zajmujemy? 

Ostatnio byłeś bramkarzem w jakimś klubie. 

-  Teraz  pracuję  w  warsztacie  samochodowym.  Na  pierwszej 

zmianie. Dlatego mogłem tu do was zajrzeć. 

- Czyli sporządniałeś?  

Ben przybrał niewinny wyraz twarzy. 

- Zawsze byłem porządny. Prawda? - zwrócił się do Jordana. 

Jordan,  który  pierwszy  raz  widział  Bena  na  oczy,  ale  uwielbiał 

motory, nie mógł się z nim nie zgodzić. 

- Prawda.  

Stan z zaciekawieniem spojrzał na Bena i Jennę. 

background image

-  Widzę,  że  wy  z  kolei  ani  na  chwilę  nie  straciliście  ze  sobą 

kontaktu. 

-  Owszem.  -  Ben  uśmiechnął  się  i  objął  Jennę.  -  Łączy  nas  coś 

ważnego. 

- Tak? 

- Tak. I to na całe życie.  

Stan był już bardzo zaniepokojony. 

- Co takiego?  

Jenna dała Benowi mocnego kuksańca pod żebro. 

-  Jesteśmy  chrzestnymi  rodzicami  syna  Maddie.  Co  noc  modlę 

się, by moja przyjaciółka dożyła co najmniej setki. Nie dlatego, że nie 

lubię  Daveya.  Uwielbiam  go  i  wzięłabym  go  do  siebie  w  każdej 

chwili. Po prostu nie zniosłabym kłótni, jakie wiodłabym z Benem na 

temat przyszłości chłopca. 

- Ty byś go wychowała na maminsynka - stwierdził Ben. 

- A ty na chuligana - odgryzła się Jenna.  

Stan stanął między nimi i podniósł ręce do góry. 

- Spokój! 

- Ona i tak wie, że jestem świetnym facetem - powiedział Ben do 

Stana.  -  Wiesz  co,  wezmę  sobie  hamburgera  i  potem  pogadamy, 

doktorku. 

- Dobrze.  

Kiedy zostali tylko we dwoje, Stan pogładził Jennę po ramieniu. 

- A więc naprawdę wiesz, że fajny z niego facet?  

Niezbyt pewna własnych nóg, Jenna wolała usiąść. 

background image

-  Zgrywa  idiotę,  ale  to  naprawdę  dobry  człowiek.  Kiedyś  bałam 

się,  że  warsztat,  w  którym  pracuje,  zajmuje  się  kradzionymi  autami, 

ale tak nie było. On tylko wciąż nie wyrósł z okresu buntu. Niektórzy 

nigdy z niego nie wyrastają - dodała, spoglądając znacząco na Stana. 

-  To  wcale  nie  takie  złe  -  odparł  Stan,  siadając  obok  niej.  - 

Podobno buntownicy są znakomitymi kochankami. 

Jenna omal się nie zakrztusiła coca - colą. 

-  Przede  wszystkim  szybkimi.  Dziś  tu,  jutro  tam  -  wyjąkała  w 

końcu. 

- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać - szepnął jej do ucha. 

- Czyżbym cię niepokoił? 

Choć  instynkt  kazał  jej  zaprzeczyć,  zaprzeczyć  i  jeszcze  raz 

zaprzeczyć, odparła twierdząco. 

-  Mógłbym  ci  jakoś  pomóc.  -  Stan  spojrzał  na  nią  znacząco  i 

uniósł do góry ciastko. - Chcesz spróbować? 

Jakiś  czas  później,  odpoczywając  pod  drzewem,  Jenna 

podsłuchała rozmowę dwóch kobiet, tak jak ona wolontariuszek. 

- Widziałaś tego faceta na łódce? - spytała jedna. 

- Na jachcie - poprawiła ją druga. 

- Jest świetny i w dodatku samotny. 

- To ortopeda, który cieszy się opinią pożeracza damskich serc. 

-  A  więc  oprócz  znakomitego  ciała  ma  także  rozum.  Chętnie 

oddałabym mu pod opiekę wszystkie moje kości. 

- Chcesz, żebym mu cię przedstawiła?  

background image

Kobiety  odeszły,  a  ich  słowa  wciąż  dźwięczały  w  uszach  Jenny. 

Miała  wrażenie,  że  balansuje  na  skraju  przepaści.  A  tymczasem  ktoś 

inny  może  przykuć  uwagę  Stana.  Choć  właściwie  nie  powinno  jej  to 

obchodzić,  na  samą  myśl  o  tym  poczuła  niemiłe  ukłucie  w  sercu. 

Zazdrość? 

Zbliżała  się  pora  zakończenia  pikniku,  kiedy  przyszedł  do  niej 

Jordan  i  powiedział,  że  Stanowi  potrzebne  są  plastry.  Posłusznie 

wzięła apteczkę i zaniosła ją na jacht, stojący na końcu pomostu. 

-  Jenno,  czy  nie  uważasz,  że  te  dzieciaki powinny  znaleźć  jakieś 

ujście  dla  nadmiaru  swojej  energii?  -  spytał  Stan,  kiedy  do  niego 

podeszła. 

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale kiwnęła głową. 

- Tak, właśnie taki jest cel działania naszej Ligi. 

-  Moim  zdaniem,  czasami  nawet  koszykówka,  narty  wodne  i 

pływanie to za mało. 

Słowa  Stana  wzmogły  jeszcze  obawy  Jenny,  ale  otaczająca  ją 

grupa dzieciaków uniemożliwiała jej ucieczkę. 

- Aż się boję zapytać, co tak naprawdę mogłoby im pomóc. 

Stan ujął ją za ramiona. 

- Myślę, że trzeba by na nich podziałać bardziej radykalnie. 

- To znaczy?  

Stan wzmocnił uścisk i podniósł Jennę do góry. 

-  Na  przykład  wrzucając  do  wody  prokuratora  okręgowego  - 

odparł, a dzieciaki zawtórowały mu oklaskami. 

background image

Jenna  oblizała  wargi.  Bardziej  niż  wody  bała  się  tego  błysku  w 

oczach Stana. 

- Nie jestem prokuratorem - sprostowała. 

- Wiem, wiem, tylko zastępcą - roześmiał się Stan i wrzucił ją do 

jeziora. 

Wskoczył  zaraz  za  nią  i  wbrew  jej  protestom,  wyciągnął  ją  na 

brzeg. Ta pomoc rozzłościła ją dużo bardziej niż wrzucenie do wody. 

Bardzo się musiał potem namęczyć, by pozwoliła mu się odwieźć do 

domu. W aucie oczywiście panowało złowrogie milczenie.  

Najpierw podwieźli Jordana. 

-  Wcale  nie  jestem  zachwycony,  że  muszę  go  tu  zostawić  - 

mruknął  Stan,  widząc,  że  wszyscy  sąsiedzi  chłopaka  szykują  się  do 

sobotniej balangi. 

- Rozumiem cię, ale cóż możesz zrobić. 

- Wiem. Chłopiec ma numer mojego telefonu i pagera. Myślę, że 

w razie czego zadzwoni. 

-  Szczęściarz  z  niego.  Jest  mnóstwo  dzieciaków  w  jego  sytuacji, 

które nie mają do kogo zadzwonić. 

Stan  wzruszył  ramionami,  ale  widać  było,  że  słowa  Jenny 

sprawiły mu przyjemność. 

-  Wydawało  mi  się  to  po  prostu  naturalne.  Żaden  problem.  W 

odróżnieniu od ciebie - dodał, patrząc na nią spod oka. 

- Nie rozumiem?  

Stan skręcił w stronę domu Jenny. 

background image

-  Naturalne  byłoby,  gdybyśmy  byli  razem.  A  ty  stwarzasz 

problemy. 

- Ja? - powtórzyła Jenna. - To nie ja ponaglam cię i przypieram do 

muru,  nie  ja  wrzucam  cię  do  wody,  robiąc  z  ciebie  pośmiewisko 

dzieciaków z Ligi. 

- Wcale nie chodziło mi o zrobienie z ciebie pośmiewiska, tylko o 

rozładowanie napięcia. 

- Dlaczego zatem nie pozwoliłeś, by wrzucili ciebie? 

-  To  proste.  Ty  jesteś  dla  nich  autorytetem.  Zresztą  ja  byłem  już 

mokry.  A  ty  miałaś  ochotę  na  kąpiel.  Boczyłaś  się,  bo  doktor 

Abernathy  nie  pozwolił  ci  pojeździć  na  nartach.  Zrobiłem  to  dla 

twojego dobra. 

- I jeszcze pewnie powinnam ci za to podziękować? 

Stanowi bardzo spodobał się ten pomysł. 

- Tak. Powinnaś! Możesz to zrobić, kiedy już pomogę ci zdjąć to 

mokre ubranie. 

- Ty chyba już dawno nie odwiedzałeś psychiatry, mój drogi. 

Stan parsknął śmiechem i ujął ją za rękę. 

-  Gdybyś  naprawdę  była  na  mnie  zła,  nie  pozwoliłabyś  mi  się 

odwieźć do domu - stwierdził bardzo rzeczowym tonem. 

- Ja się po prostu nie obrażam z powodu żartów. 

- Dopóki nie poczujesz się dotknięta. 

-  Rozzłościłeś  mnie  dopiero  wtedy,  kiedy  później  chciałeś  mi 

pomóc. 

background image

- No tak, jesteś niezależna - zaśmiał się Stan, zajeżdżając przed jej 

dom. 

-  I tylko dlatego pozwoliłam ci się odwieźć do domu, że dało mi 

to okazję zmoczyć siedzenie w tym twoim ukochanym auteczku. 

Stan zgasił silnik i przyciągnął ją do siebie. 

- I tu się mylisz - szepnął. 

- Tak?  

Stan delikatnie musnął wargami jej policzek. 

-  Bo  założę  się,  że  pozwalasz  się  podwozić  tylko  wtedy,  kiedy 

sama tego chcesz. 

Spojrzenie Jenny było czujne, ale i uwodzicielskie. Stan czekał na 

jej  reakcję,  ale  nie  powiedziała  ani  słowa.  Muskał  teraz  jej  wargi  i 

patrzył, jak jej oczy ciemnieją coraz bardziej. 

-  Pozwoliłaś  mi  się  odwieźć,  bo  lubisz  ze  mną  być.  Jenno  Jean, 

kiedy wpuścisz mnie do środka? 

Jenna cichutko westchnęła. 

- Dziś nie mogę. Mam w domu straszny bałagan. I ja też... 

Stan przerwał jej pocałunkiem. Trzydziestosekundowym. 

-  Nie  zrozumiałaś  mnie.  Nie  miałem  na  myśli  twojego  domu.  - 

Mówiłem o tym - szepnął i dotknął palcem jej czoła. - I o tym. - Teraz 

położył  palec  w  miejscu,  gdzie  biło  jej  serce.  -  Chcę  być  w  tobie. 

Wszędzie. 

Jenna zamknęła oczy. 

-  Och,  Stan,  co  ty  ze  mną  robisz.  Kiedy  jesteś  tak  blisko,  nie 

potrafię logicznie myśleć. 

background image

Stan odsunął się od niej, ale nie więcej niż o pięć centymetrów. 

- Tyle wystarczy? 

- Nie. - Jenna otworzyła oczy i spojrzała na niego nieprzytomnym 

wzrokiem. - Sto kroków. Albo cała przecznica... Albo inne miasto... 

Stan zaśmiał się i wziął ją w ramiona. 

-  Po  prostu  musisz  się  do  mnie  przyzwyczaić.  Powinnaś spędzać 

ze mną więcej czasu. Dziś mógłby być dobry początek. 

- Dziś? 

- Tak. Przez całą noc. - Stan musnął wargami jej czoło. 

- Nie. Nie całą noc. 

- Nie całą noc - powtórzył. 

-  Nie  dziś  -  powiedziała  Jenna,  uniosła  głowę  i  spojrzała  mu  w 

oczy. 

Stan  dostrzegł  w  jej  oczach  obietnicę,  usłyszał  ją  w  jej  głosie. 

Gotów był czekać. 

- Możemy zobaczyć się jutro? 

-  Tak.  Nie.  Nie  mogę.  To  wszystko  nie  ma  sensu.  -  Jenna 

potrząsnęła głową. 

- Co? Co takiego nie ma sensu? 

- Nie mogę, bo mam randkę.  

Stan oniemiał. 

- Randkę?  

Nie odważyła się na niego spojrzeć. 

background image

-  Tak.  Z  pewnym  adwokatem,  którego  poznałam  na  służbowym 

obiedzie  w  zeszłym  tygodniu.  Poprosił  mnie  o  spotkanie,  a  ja 

postanowiłam, że... że będę częściej wychodzić i... 

- Więc spotkaj się ze mną. 

-  Już  próbowałam.  A  potem  pomyślałam  sobie,  że  jeśli  spotkam 

się z kimś innym, to jakoś mi to pomoże. 

- Pomoże? 

- T...ttak. - Jenna przygryzła wargę. - Że odzyskam perspektywę, 

że obronię się przed... 

Przed  zakochaniem  się  w  tobie,  pomyślała.  Ale  nie  powiedziała 

tego  głośno.  Stanowi  udało  się  jakoś  opanować.  Starał  się  być 

konkretny i spokojny. 

-  Posłuchaj.  Rozumiem,  że  spotkanie  z  tym  facetem  ma  cię 

obronić przed tym, co mogłabyś poczuć do mnie. 

- Taką mam nadzieję.  

Stan potrząsnął głową. 

- Nic z tego nie będzie, Jenno. Ten biedak zanudzi cię na śmierć. 

Zapragnie cię dotknąć, a tobie zrobi się niedobrze. Wieczór będzie się 

ciągnął  w  nieskończoność.  A  kiedy  już  spróbuje  cię  pocałować, 

pożałujesz, że on to nie ja. 

 

Miał  na  imię  Ned.  Był  dobrze  wychowany,  przystojny  i 

inteligentny.  Zaprosił  ją  na  kolację  do  najlepszej  restauracji  w 

Roanoke. I było dokładnie tak, jak przepowiedział Stan. 

background image

Wymawiając  się  bólem  głowy,  Jenna  pożegnała  się  z  nim  zaraz 

po deserze. A w domu usiadła na kanapie i wpatrywała się w telefon. 

Wiedziała, że nie może, że nie powinna dzwonić do Stana.  

Wiedziała,  że  musi  to  zrobić.  Już  po  pierwszym  sygnale  chciała 

odłożyć słuchawkę. 

-  Halo?  -  Jego  głos  był  jak  wytęskniona  pieszczota.  -  Halo?  - 

powtórzył.  

Jenna z trudem przełknęła ślinę. 

- Stan - wyjąkała. 

- Jenna? Co... 

- A niech cię diabli! Miałeś rację. Dlaczego cię tu nie ma? 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Już jadę.  

Słowa  Stana  bez  przerwy  dźwięczały  w  uszach  Jenny.  Wciąż 

siedziała w tym samym miejscu, wciąż wpatrywała się w telefon. 

Za chwilę Stan zapuka do jej drzwi. 

Ogarnęła  ją  panika.  Powinna  odwołać  spotkanie.  Powinna 

powiedzieć  mu,  że  nic  się  nie  stało. Że  spotka  się  z  nim  jutro,  kiedy 

będzie  przy  zdrowych  zmysłach.  A  jeśli  jeszcze  nie  będzie,  to  we 

wtorek.  Już  podnosiła  słuchawkę,  kiedy  zadzwonił  dzwonek.  Serce 

Jenny zaczęło bić jak szalone. Za późno.  

Bardzo  wolno  szła  ku  drzwiom,  starając  się  po  drodze  coś 

wymyślić.  Na  próżno.  Kiedy  wpuściła  Stana  do  środka,  hol 

natychmiast wypełnił się promieniującą od niego zmysłową energią. 

background image

-  Już  zaczynałem  się  zastanawiać,  jak  długo  to  jeszcze  potrwa  - 

rzekł. 

- Co takiego? 

- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że jesteś moja. 

Przytulił  ją  do  siebie,  poczuła,  jak  bardzo  jej  pragnie  i  wtedy 

strach ustąpił miejsca pożądaniu. Jenna zadrżała. 

- Czemu wydaje mi się, że pragnę cię od dnia narodzin? - jęknął 

Stan. 

- Cco trzymasz w ręce? - spytała, czując na plecach dotyk czegoś 

twardego. 

- Ciebie. 

- Nie, w tej drugiej. 

-  A,  w  drugiej...  Jak  się  nazywał  ten  facet,  z  którym  się  dziś 

spotkałaś? 

- A co to ma do rzeczy? 

- Nie jesteśmy w sądzie. Odpowiedz. 

- Ned Thompson. 

- A więc mam prezent dla pana Thompsona. - Stan uśmiechał się, 

ale  jego  spojrzenie  było  bardzo  poważne.  -  Kiedy  następnym  razem 

się  z  nim  spotkasz,  daj  mu  tę  paczkę  chusteczek.  Będzie  ich 

potrzebował, żeby otrzeć łzy, ponieważ mu powiesz, że więcej cię nie 

zobaczy. 

Zaskoczyła ją zaborczość Stana. 

- Nie jesteś przypadkiem zbyt pewny siebie? 

- Nie.  

background image

Stan rzucił pudełko z chusteczkami na podłogę i wsunął ręce pod 

spódnicę Jenny. 

- Chyba nie będziemy... robić... tego tutaj... - szepnęła. 

- Najdroższa - odparł, wsuwając dłoń pod jej majteczki - możemy 

to zrobić, gdzie tylko chcesz. 

Pieścił  ją  w  tym  najintymniejszym  miejscu,  a  jego  wargi  nie 

odrywały się od jej ust. 

- Jesteś tak cudownie mokra - szepnął.  

Kiedy  posiadł  ją  tam,  w  holu,  zrozumiała,  że  wziął  dużo  więcej 

niż tylko jej ciało. Potem zaniósł ją na górę, do łóżka, i znów się z nią 

kochał.  Był  także  trzeci  raz  i  czwarty.  Wiedział,  że  nigdy  nie  będzie 

miał jej dość. Pragnął mieć ją całą i na zawsze. 

 

Jenna  obudziła  się,  czując  na  sobie  coś  ciężkiego  i  ciepłego. 

Otworzyła ostrożnie oczy... Leżała w objęciach Stana. Patrzył na nią. 

Szybko odwróciła głowę. 

- Chyba się nie wstydzisz. 

- Trochę mi może głupio. - Próbowała wysunąć się z jego objęć.  

Powstrzymał ją pocałunkiem. 

-  Wkrótce  będzie  lepiej.  Kiedy  tylko  się  do  tego  przyzwyczaisz, 

na pewno ci się spodoba. 

- Kiedy się przyzwyczaję - powtórzyła słabym głosem. 

- Tak, do budzenia się razem ze mną - rzekł.  

Starając  się  nie  dostrzegać  namiętności  w  jego  oczach,  Jenna 

pokręciła głową. 

background image

-  Nie,  nie  rób  tego.  Nie  udawaj,  że  chciałbyś  czegoś  stałego, 

skoro... 

- A może bym chciał, Jenno?  

Przez  chwilę  z  ogromną  mocą  patrzył  jej  w  oczy,  a  potem  ją 

pocałował. 

- Zobaczysz, że się przyzwyczaisz.  

Przez  całe  przedpołudnie  Jenna  nie  mogła  się  na  niczym  skupić. 

Myślała tylko o Stanie. Koło dwunastej na chwilę udało jej się ukryć 

w swoim gabinecie. Odetchnęła z ulgą. Musiała uporządkować myśli i 

uczucia.  Prawie  natychmiast  zadzwonił  telefon.  Zrezygnowana, 

podniosła słuchawkę. 

-  Halo  -  odezwała  się.  Nagle  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  - 

Proszę chwilę zaczekać. 

Położyła słuchawkę na biurku i otworzyła drzwi. 

-  Dla  mnie?  -  zdziwiła  się,  widząc  stojącego  w  progu  posłańca  z 

ogromnym bukietem. 

Już zapomniała, kiedy ostatnio dostała kwiaty. Te były od Stana. 

- Dziękuję - powiedziała posłańcowi i wróciła do telefonu. 

- Halo, już jestem. 

- Witam piękną panią sędzinę. 

- Witam. - Jenna uśmiechnęła się i zanurzyła twarz w kwiatach.  

-  W  czwartek  wieczorem  muszę  pokazać  się  na  koktajlu  dla 

nowych lekarzy. Wybierz się ze mną. 

- A więc te kwiaty miały być łapówką! 

- Kwiaty? 

background image

-  Tak,  są  piękne.  Dziękuję,  Stan.  Już  tak  dawno...  -  Znów  ktoś 

zapukał  do  drzwi.  -  Przykro  mi,  znów  cię  muszę  przeprosić.  Ktoś 

puka. 

Tym  razem  posłaniec  dostarczył  dwa  kartony  szampana.  Jenna 

podpisała pokwitowanie i wróciła do telefonu. 

- Przysłałeś mi szampana? 

- Tak - odparł Stan. - Akurat tyle, żeby wypełnić wannę. Ale chcę 

wiedzieć, kto przysłał ci kwiaty. 

Mówił spokojnie, ale Jenna wyczuła w jego głosie niepokój. I coś 

jeszcze. Czyżby  zazdrość? Szybko spojrzała na dołączoną do bukietu 

karteczkę. 

- To od Neda. Co za niespodzianka! 

- Nie wątpię - mruknął Stan. - Co napisał? 

- Właściwie nic. Nic ważnego. 

- Co napisał? - powtórzył Stan.  

Powinna mu powiedzieć, że to nie jego sprawa, ale nie mogła. 

-  Zgoda.  Skoro  tak  ci  zależy,  to  słuchaj:  „Droga  Jenno,  mam 

nadzieję,  że  głowa  już  cię  nie  boli.  Niech  te  kwiaty  umilą  ci  dzień. 

Musimy  niedługo  znów  się  spotkać.  Pozdrowienia.  Ned".  Widzisz, 

mówiłam ci, że to nic ważnego. 

- Bolała cię głowa? Przecież widzieliśmy się w niedzielę i nic mi 

o tym nie wspominałaś. 

- Bo mi przeszło. 

- Dobry ze mnie lekarz, co? 

- Chyba tak - uśmiechnęła się. 

background image

- A jak teraz się czujesz? 

-  Nieźle.  Jestem  tylko  trochę  zmieszana  -  dodała,  słysząc  za 

drzwiami czyjeś kroki. - Za chwilę zleci się tu całe biuro, wypytując, 

skąd ten szampan. Będę musiała wymyślić coś wiarygodnego. 

- Powiedz im, że lekarz, z którym się wczoraj kochałaś, chciał ci 

podziękować czymś więcej niż banalnymi kwiatami. 

- To chyba nie najlepszy pomysł. 

- Idziesz ze mną na ten koktajl - oświadczył Stan. 

- Nie słyszałam, byś mnie o to prosił. 

- Nie chciałem usłyszeć odmowy.  

Jego głos i słowa całkiem ją rozbroiły. 

- Dobrze, pójdę. 

-  Świetnie.  I  pozwolisz  mi  patrzeć,  jak  kąpiesz  się  w  tym 

szampanie - rzekł, a ona natychmiast zapragnęła kochać się z nim. 

- Najpierw musiałabym chyba opróżnić co najmniej tuzin butelek. 

Muszę już kończyć. Koledzy się niecierpliwią. Dziękuję za szampana. 

- Jenno... 

- Słucham? 

- Znów cię pragnę.  

Jenna głośno westchnęła. 

- Przestań - szepnęła błagalnie. 

- Przecież jeszcze nawet nie zacząłem - zaśmiał się ochryple Stan. 

-  I  nie  martw  się,  że  nie  starczy  ci  szampana.  Wieczorem  przyniosę 

jeszcze jeden karton. 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

W  poniedziałek  wieczorem  Stan  nie  był  w  nastroju  na  picie 

szampana. Kiedy dowiedział się, że brata Jordana od trzech dni nie ma 

w  domu,  zrobiło  mu  się  słabo.  Zadzwonił  do  Jenny,  żeby  odwołać 

spotkanie,  a  ona  natychmiast  wszystko  z  niego  wyciągnęła  i 

powiedziała, że natychmiast przyjeżdża. 

Nie  czekając  na  nią,  Stan  wyszedł  pogadać  z  Jordanem.  Jak 

zwykle zastał go na boisku. 

-  Dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłeś?  -  spytał,  przejmując  od 

niego piłkę. 

Chłopak wzruszył ramionami. 

- Po co? Przecież nic się nie stało. Zresztą to nie pierwszy raz. 

- Nie bałeś się? 

-  Nie.  Choć  za  odgłosami  strzałów  specjalnie  nie  przepadam  - 

mruknął Jordan. 

Stan był przerażony. 

- Nie chciałbyś zamieszkać gdzieś indziej? 

- Gdzie? Brata na nic lepszego nie stać.  

Prowadząc  tę  rozmowę,  obaj  na  przemian  wrzucali  piłkę  do 

kosza.  Mimo  napięcia  żaden  nie  spudłował.  Stanowi  od  dawna 

chodziła po głowie pewna myśl. 

Jordan  był  dobrym  dzieciakiem  i  Stan  miałby  ochotę  się  nim 

zaopiekować.  Chciał  jednak  najpierw  porozmawiać  o  tym  z  Jenną. 

Wmawiał sobie, że tylko dlatego, iż Jenna jest prawniczką, ale w głębi 

duszy zdawał sobie sprawę, że są i inne powody. 

background image

- Chcesz zostać u mnie na noc? - zapytał.  

Na  twarzy  chłopaka  pojawiła  się  wyraźna  ulga.  Nie  zamierzał 

jednak się do tego przyznać. Wzruszył więc ramionami. 

- Jak chcesz, to mogę.  

Akurat przed dom podjechało auto Jenny. 

-  Zadzwonimy  do  kogoś  z  twoich  sąsiadów  i  poprosimy,  żeby 

zostawił kartkę dla Tima. Jest i Jenna. Chodźmy do domu. 

- Tak jest, mamusiu. - Jordan uśmiechnął się szelmowsko. 

- Uważaj, mądralo. - Stan klepnął chłopaka w plecy. 

-  Jestem  pewna,  że  dopóki  Jordan  cię  nie  poznał,  był  miłym, 

dobrze  wychowanym  chłopcem  -  powiedziała  Jenna,  podchodząc  do 

nich. 

Nawet  w  zwyczajnych  szortach  i  bluzce  wyglądała  schludnie  i 

elegancko.  Prawniczka  w  każdym  calu.  Nie  tylko  Stan  spoglądał  na 

nią z zachwytem. Widać było, że i Jordanowi się podoba. 

- Ty też nie bądź taka mądra - zaśmiał się Stan. - Co tam masz w 

tej torbie? 

Jenna dumnie uniosła głowę. 

- Zaczekaj na swoją kolej. 

- Jeśli o ciebie chodzi, zawsze jest moja i tylko moja kolej - odparł 

Stan, obejmując ją w pasie. 

Jenna  otworzyła  torbę,  wyjęła  z  niej  dwa  ciastka  i  podała  je 

Jordanowi. 

background image

- A ja? A ja? - dopominał się Stan. Kiedy nie reagowała, chwycił 

ją  za  ręce  i  próbował  dobrać  się  do  torby.  -  Widzisz,  mały,  tak  się 

zdobywa ciastka. 

-  Ciastko,  ty  neandertalczyku  -  zaśmiała  się  Jenna.  -  Jest  tylko 

jedno. 

- Tylko on dostał dwa?! 

- I już oba zjadł. - Jordan oblizał resztkę okruszków z warg. 

-  Zdolne  dziecko  -  pochwaliła  go  Jenna,  wyrywając  się  z  objęć 

Stana. - Zjadł dowody rzeczowe. Puszczaj mnie, kretynie. 

- Dopiero wtedy, kiedy dostanę moje ciastko.  

Jenna westchnęła z rezygnacją i wręczyła mu torebkę. 

- Masz. Niektórzy chłopcy nigdy nie dorastają.  

Stan od razu przypomniał sobie o bracie Jordana i odechciało mu 

się zabawy. Postawił Jennę na ziemi. 

- Właśnie o tym muszę z tobą porozmawiać. O chłopakach, którzy 

bardzo długo dorastają. 

Od razu wyczuła zmianę jego nastroju. 

-  Widzę,  że  jesteś  zły  -  zauważyła,  wchodząc  za  nim  do 

mieszkania. 

- Chcę wystąpić o prawo do opieki nad Jordanem. 

- To może być długi i trudny proces. 

- Wszystko mi jedno - warknął Stan. - Mamy tu dzieciaka, którym 

nikt  się  nie  opiekuje.  Nadrabia  miną,  ale  widać,  że  jest  zagubiony  i 

przerażony!  -  Przerwał,  bo  nagle  zdał  sobie  sprawę,  że  krzyczy.  - 

Przepraszam, nie chciałem podnosić głosu. 

background image

-  Wiem,  że  nie  krzyczysz  na  mnie.  -  Jenna  pogładziła  go  po 

ramieniu. - Krzyczysz, bo ci na tym chłopaku zależy. 

Stan spojrzał jej prosto w oczy. 

- Potrafię się nim zaopiekować. 

- Wiem - szepnęła. - Nasz urząd nie zajmuje się adopcjami, ale z 

pewnością  można  to  załatwić  jakoś  inaczej.  Czy  Jordan  ma  jakichś 

krewnych? 

- Nikt się nim nie interesuje. 

- Znasz jego brata? 

-  Nie.  -  Stan  poczuł,  że  ogarnia  go  coraz  większa  wściekłość. 

Chwycił stojącą na stoliku pustą puszkę po coli i zgniótł ją w dłoni. - 

Kiedy odprowadzałem Jordana, Tima nigdy nie było w domu. 

Jenna zastanawiała się przez chwilę. 

- Kiedyś na jakiejś rozprawie ktoś wspomniał, że prawo do opieki 

można  załatwić  bez  problemów,  jeśli  zgadza  się  na  to  opiekun 

dziecka.  Może  gdybyś  porozmawiał  z  Timem  i  przekonał  go,  że 

będzie  lepiej  i  dla  niego,  i  dla  Jordana,  jeśli  chłopak  zamieszka  z 

tobą...  

Kątem oka spojrzała na zgniecioną puszkę.  

-  Będziesz  musiał  jednak  zrobić  to  bardzo  ostrożnie.  A  najpierw 

pogadaj  z  Jordanem.  Zorientuj  się,  co  on  o  tym  myśli.  Choć  Tim 

niezbyt  się  nim  zajmuje,  jest  jego  bratem.  Kiedyś,  kiedy  obaj  będą 

dorośli,  te  więzy  mogą  być  dla nich bardzo  ważne.  Jeśli  obaj  zgodzą 

się na twoją opiekę nad Jordanem, wszystkim wam będzie łatwiej. 

Stan wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie. 

background image

- Kiedy ty się stałaś taka mądra? 

- Zawsze taka byłam. 

- Pewnie myślisz, że zwariowałem.  

Jenna zawahała się i potrząsnęła głową. 

- Nie. Podziwiam cię.  

Stan, wzruszony, pogładził ją po włosach. 

-  Kiedy  już  porozmawiam  z  Jordanem,  jak uda mi  się  przekonać 

jego brata, że on jest kiepskim opiekunem, a ja będę znakomitym? 

Jenna uśmiechnęła się. 

- Przede  wszystkim spróbuj jakoś inaczej to ująć, no i zaproś ich 

obu na kolację. 

- Mogłabyś wybrać się z nami - szepnął Stan, tuląc ją do siebie. 

- To nie najlepszy pomysł. Wątpię, czy Tim dobrze by się czuł w 

towarzystwie prawnika. 

Stan  wsunął  ręce  pod  jej  bluzkę,  zachwycił  się  delikatną,  ciepłą 

skórą. 

- Chcę się z tobą kochać, Jenno. 

- Nie możemy - odparła z żalem. - Masz przecież gościa. Wziąłeś 

pod uwagę, jak jego obecność utrudni ci życie osobiste? - uśmiechnęła 

się.  

Stan odsunął się odrobinę i spojrzał jej w oczy. 

- I stosunki z tobą? 

- Nie, ale na pewno trzeba to będzie jakoś zorganizować. 

-  Jordan  przywykł  do  swobody.  Zresztą  zawsze  będzie  mógł 

zadzwonić do mnie na pager. 

background image

-  Ale  o  całonocnych  igraszkach  chyba  będziemy  musieli 

zapomnieć - zauważyła Jenna. 

- Chyba że znajdę kogoś odpowiedzialnego, kto czasem przyjmie 

go na noc. 

- Widzę, że wszystko sobie zaplanowałeś. 

- Owszem, Jenno, owszem.  

Chcę cię zdobyć, dodał w duchu. I zatrzymać na zawsze. 

 

- Nie mogę uwierzyć, że zakochałaś się w Stanleyu Michaelsie. - 

Maddie  potrząsnęła  głową.  Kiedy  w  zasięgu  jej  wzroku  pojawił  się 

kelner, poprosiła, by dolał jej piwa. - Pamiętam, że go nie znosiłaś.  

Zmieszana Jenna wypiła łyk wody mineralnej. Żałowała, że to nie 

whisky. Wcale nie było jej łatwo przyznać się, że czuje coś do Stana.  

- Nie powiedziałabym, że jestem zakochana - mruknęła. 

-  A  więc  ciekawa  jestem,  jak  to  nazwiesz?  Pozwalasz  mu 

zostawać na noc, udzielasz rad... 

- Przedstawiam możliwe rozwiązania. - Jenna była coraz bardziej 

zdenerwowana. 

-  I  wcale nie zniechęca cię fakt, że ten facet będzie miał u siebie 

nastolatka.  Kiedyś  przysięgałaś,  że  nigdy  nie  zwiążesz  się  z 

mężczyzną z dziećmi. 

- Jordan to bardzo miły chłopiec. Zasługuje na lepsze życie. 

-  Jasne,  jasne!  No  i  w  dodatku  odkąd tu  przyszłyśmy,  przez  cały 

czas mówisz o Stanleyu. 

Jenna zagryzła wargę. 

background image

-  Mogę  mówić  także  o  innych  rzeczach.  Jak  się  mają  Joshua  i 

Davey? 

-  Dobrze,  tylko  Davey  ząbkuje  i  czasem  jest  marudny.  W 

porządku,  Jenno.  - Maddie  uśmiechnęła  się  do  przyjaciółki.  -  Kiedyś 

musiałaś się zakochać. Zdziwiłam się tylko, że akurat w Stanleyu. 

Ja też, pomyślała Jenna. 

-  To  na  pewno  długo  nie  potrwa  -  mruknęła.  -  Niezbyt  do  siebie 

pasujemy. 

- Nie jestem taka pewna. Prawnik i lekarz... 

- Wstrętna jesteś! 

- A mimo to mnie kochasz. 

- Owszem, kocham - westchnęła Jenna. 

- A Stana też?  

Jenny poczuła nagły ucisk w żołądku. 

- Nie potrafię - odparła, lecz bez przekonania. 

- Dlaczego? 

- Jest zbyt... 

- Zbyt przystojny? Z tym mogę się zgodzić.  

Jenny  przypomniała  sobie  nagiego  Stana.  Szybko  wypiła  łyk 

wody i potrząsnęła głową. 

- Jest zbyt... 

-  Inteligentny.  Owszem,  skończył  studia,  został  lekarzem.  Taki 

wspaniały facet przynajmniej w łóżku powinien być kiepski. 

Jenna tylko jęknęła. 

- Aż tak źle? - zdziwiła się Maddie. - To znaczy aż tak dobrze? 

background image

Jenna kiwnęła głową. Na więcej nie była w stanie się zdobyć. 

- Zadzwonił następnego dnia. 

- Przysłał kwiaty?  

Jenna parsknęła śmiechem. 

- Szampana. Dwa kartony szampana. 

- No, no, cóż za elegancja. Elegancja i seks. Naprawdę się cieszę. 

Już  zaczynałam  się  bać,  że  będziesz  pierwszą  kobietą  w  historii 

medycyny, która odzyskała dziewictwo. 

- Sama już nie wiem. Tyle kobiet kręci się wokół niego. 

- No tak, boisz się, że do końca życia będziesz musiała uganiać się 

za nim z dubeltówką - zaśmiała się Maddie. 

-  Zawsze  myślałam,  że  zwiążę  się  z  jakimś  spokojnym, 

zrównoważonym  mężczyzną...  na  którego  kobiety  w  ogóle  nie 

zwracają uwagi. 

-  Jeśli  jest  w  tobie  zakochany,  to  nie  zwróci  uwagi  na  żadną 

kobietę, nawet wówczas, jeśli wszystkie będą się za nim uganiały. 

- Może. 

Kelner przyniósł im jedzenie, więc na chwilę przerwały rozmowę. 

-  Może?  -  powtórzyła  Maddie,  kiedy  zostały  znów  same.  - 

Przecież ty też nigdy nie mogłaś narzekać na brak adoratorów. Jesteś 

ładna, szalenie inteligentna, odnosisz sukcesy zawodowe... 

Choć  Jenna  wpatrywała  się  w  swój  talerz,  czuła  na  sobie 

badawcze  spojrzenie  Maddie.  Nie  wiedząc  czemu,  nagle  wydało  jej 

się,  że  znów  ma  dwanaście  lat,  jest  chudzielcem  ze  zbyt  długimi 

nogami i rękami, aparatem na zębach i potarganymi włosami. 

background image

-  Jenno,  jesteś  najbardziej  pewną  swojej  wartości  kobietą,  jaką 

znam. 

-  Tak,  jestem  pewna  wielu  rzeczy:  mojej  pracy,  zdolności  do 

radzenia sobie z życiem codziennym, dobrych stosunków z kolegami 

w pracy. 

-  Ale nie z mężczyznami - wtrąciła Maddie. - Zawsze myślałam, 

że  rzadko  spotykasz  się  z  nimi,  bo  wydaje  ci  się,  że  masz  za  mało 

czasu lub nie udało ci się znaleźć nikogo wartego zachodu. 

- To też.  - Jenna zdecydowanym  ruchem odłożyła  widelec. -  Ale 

przede wszystkim zawsze wątpiłam, czy uda mi się kogokolwiek przy 

sobie utrzymać. Czy naprawdę musimy o tym rozmawiać? 

-  Tak  -  odparła  z  przekonaniem  Maddie.  -  Przede  wszystkim 

zawsze wątpiłaś w swoją kobiecość. Pomyśl, moja droga, może to już 

ostatnia szansa. 

 

Nazajutrz na koktajlu Stan, na oczach tłumu lekarzy, przywitał ją 

pocałunkiem. 

-  Znakomicie  wyglądasz.  Przepraszam,  że  po  ciebie  nie 

przyjechałem,  ale  miałem  niespodziewanego  pacjenta.  Dziękuję,  że 

dotarłaś tu sama. 

-  Nie  ma  o  czym  mówić  -  odparła  Jenna  i  musnęła  dłonią  jego 

wilgotne włosy. - Prosto spod prysznica? 

- Tak - uśmiechnął się znacząco. - Szkoda, że cię ze mną nie było. 

-  Ciekawe,  co  by  powiedział  na  to  twój  personel?  Gdzie  jest 

Jordan? 

background image

- U swojego brata. Rozmawiałem z nim i oznajmił mi, że musi się 

zastanowić. 

-  Nie  dziwię  się.  To  poważna  decyzja.  Zresztą  wie,  że  w  każdej 

chwili może do ciebie zadzwonić. 

- Tak. Chodź, weźmiemy coś do picia i przedstawię cię kolegom. 

Większość  znajomych  Stana  witała  ją  bardzo  serdecznie,  ale 

Jenna czuła, że niektórzy przyglądają jej się podejrzliwie. Na moment 

zostawiła Stana, żeby odstawić talerz na stół, i wtedy podeszła do niej 

jedna z lekarek. 

-  Kiedy  usłyszałam,  że  Stan  przyjdzie  dziś  z  kobietą,  nie 

spodziewałam się kogoś takiego jak pani - powiedziała.  

Jenna  zesztywniała,  ale  zauważyła,  że  kobieta  uśmiecha  się 

przyjaźnie. 

- Naprawdę? 

-  No,  wie  pani,  Stan  zawsze  miał  skłonności  do  kobiet 

puszystych... 

-  Puszystych?  -  powtórzyła  Jenna,  choć  zaczynała  już  rozumieć, 

co jej rozmówczyni ma na myśli. 

- Tak. Puch na głowie, puch w głowie. Pani jest inna. 

- Dziękuję.  

Lekarka ta nie była jedyną osobą, która wyraziła swoje zdziwienie 

osobą  Jenny.  Najbardziej  jednak  zabolał  ją  jeden  komentarz, 

wypowiedziany zresztą za jej plecami: 

- To długo nie potrwa. Ona nie jest w jego typie. 

 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Pora  na  kąpiel  -  rzekł  z  figlarnym  uśmiechem  Stan  i  uniósł  do 

góry dwie butelki szampana. - Mamy szczęście. Zdążył się schłodzić. 

Jenna, oparta o framugę drzwi wejściowych, spojrzała na butelki i 

pokręciła głową. 

- Nic z tego nie będzie. 

-  Co  za  negatywny  stosunek  do  życia.  -  Stan  minął  ją 

zdecydowanym krokiem i wszedł do środka. - To musiało się stać po 

drodze.  Jeszcze  kiedy  wychodziliśmy  z  przyjęcia,  uśmiechałaś  się 

promiennie. 

- Bo wtedy byłeś ze mną - mruknęła i zamknęła drzwi. 

- Teraz też jestem. - Stan spojrzał na nią uważnie i przysunął się 

bliżej. 

- Upiekłam ciasteczka. Chcesz jedno?  

Jenna  ruszyła  w  stronę  kuchni,  ale  Stan  chwycił  ją  za  ramię  i 

przyciągnął do ciebie. 

-  Chwileczkę,  królowo  Jenno  Jean.  Co  się  roi  w  tej  pięknej 

główce? 

- Nic - odparła słabym głosem. Bała się, że za chwilę zemdleje. 

-  Nie  kłam.  Twój  mózg  ani  na  chwilę  nie  przestaje  pracować. 

Powiedz mi prawdę. 

-  Całą  prawdę  i  tylko  prawdę  -  oznajmiła  z  udawaną  powagą.  - 

Wolałabym dać ci ciastko. 

- Porozmawiaj ze mną. - Stan nie dawał się zbyć żartami. 

Jenna westchnęła i spuściła głowę. 

background image

- To nic takiego. Po prostu podsłuchałam coś podczas koktajlu. 

- Co takiego? 

- Ale nie pójdziesz sobie?  

Stan zdecydowanie zaprzeczył. 

- Mów. 

- Naprawdę to nic ważnego.  Większość ludzi, których poznałam, 

była bardzo miła. Tylko paru zauważyło, że nie jestem w twoim typie. 

- Tak powiedzieli? - Stan aż zazgrzytał zębami. 

- Coś w tym sensie - odparła Jenna i spojrzała mu w oczy. - Jeden 

z twoich znajomych stwierdził, że to długo nie potrwa, bo nie jestem 

w twoim typie. 

- No i co z tego? 

-  To  mi  przypomniało  o  wszystkim,  co  nas  różni.  Zaczęłam  się 

zastanawiać. 

Stan miał ochotę rozbić o ścianę obie trzymane w ręku butelki. 

- Nad czym?  

Jenna  wahała  się  przez  chwilę.  Widać  było,  jak  trudno  jej  o  tym 

mówić. 

- Na przykład nad tym, kiedy się mną znudzisz.  

Stan aż otworzył usta ze zdziwienia. 

- Chyba żartujesz. 

-  Wcale  nie.  -  Kiedy  chciał  zaprotestować,  powstrzymała  go 

ruchem  dłoni.  -  Pomyśl  o  tym,  Stan.  Jestem  zupełnie  niepodobna  do 

kobiet, z którymi zazwyczaj się spotykasz. 

background image

-  O  tym  już  rozmawialiśmy.  To  dobrze,  że  nie  jesteś  taka,  jak 

kobiety,  z  którymi  się  spotykałem  -  stwierdził  Stan  i  korzystając  z 

tego,  że  Jenna  jest  zbyt  rozkojarzona,  wziął  ją  na  ręce,  zaniósł  do 

salonu i posadził na kanapie. 

Nie dał jej dojść do słowa, natychmiast zaczął ją całować. 

- Nigdy się tobą nie znudzę - szepnął w końcu. 

- Skąd możesz o tym wiedzieć? - wyjąkała oszołomiona Jenna. 

Wątpliwości Jenny nie zniknęły. A on chciał zdobyć nie tylko ją, 

ale i jej zaufanie. 

-  Znam  siebie  lepiej  niż  kiedykolwiek  dotąd.  Wiem,  co  lubię  i 

czego  nie  znoszę.  Wiem,  czego  chcę  -  rzekł.  -  Pragnę  ciebie.  -  Na 

chwilę zamilkł. - Nie ruszaj się, powiedz mi tylko, gdzie są kieliszki - 

poprosił. - W której szafce stoją? 

Jenna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Zaskoczyła ją 

ta nagła zmiana tematu i nastroju. 

- W drugiej po lewej, ale...  

Próbowała wstać, jednak Stan jej na to nie pozwolił. 

- Przecież miałaś siedzieć.  

Po chwili wrócił z szampanem. 

- Chyba nie chcesz mnie upić? - spytała podejrzliwie. 

- Ja? - oburzył się Stan, robiąc minę niewiniątka. 

- Przecież to ty trzymasz szampana.  

Stan uśmiechnął się i podał jej do połowy napełniony kieliszek. 

- Już nie. - Usiadł obok Jenny i zaczął się bawić jej włosami. - Nie 

chcę cię upić. Pragnę tylko, żebyś się odprężyła. 

background image

-  Nie  mam  zamiaru  wchodzić  do  wanny  pełnej  szampana.  Nie 

zmusisz  mnie  do  tego  -  poinformowała  go  Jenna,  wypijając  łyk 

alkoholu.  W  tonie  jej  głosu  brzmiał  bunt,  ale  zdradziła  się,  wtulając 

głowę w jego dłoń. 

Stan stłumił uśmiech. 

- Opowiedz mi, kogo dziś załatwiłaś w sądzie. 

- Nie chcę zanudzić cię na śmierć.  

Stan  zdjął  marynarkę  i  krawat,  a  potem  posadził  sobie  Jennę  na 

kolanach.  Zrobiło  mu  się  bardzo  przyjemnie.  Czuł  jej  piersi  i 

zastanawiał się, jaki włożyła stanik i jak szybko uda mu się go zdjąć. 

- Zawsze lubiłem bajeczki na dobranoc - mruknął. 

- Dobrze, ale pamiętaj, że sam o to prosiłeś. Dawno, dawno temu 

miejska  policja  Roanoke  zorganizowała  obserwację  kierowców 

przekraczających prędkość... 

- Nazwałbym to raczej pułapką - skrzywił się Stan. 

-  Rolą  policji  jest  pilnowanie,  by  prawo  było  przestrzegane. 

Zresztą 

ograniczenie 

szybkości 

jest 

istotne 

dla 

ogólnego 

bezpieczeństwa. 

- A mandaty są ważnym źródłem dochodów. 

- Czy ty na pewno chcesz wiedzieć, co dziś robiłam? 

- Oczywiście.  

Jenna sceptycznie uniosła brew. 

- Tak więc policji udało się przyłapać na tym wykroczeniu wiele 

osób. Niektóre z nich postanowiły się odwoływać. 

- I ty musiałaś wysłuchać ich wykrętów, tak?  

background image

Jenna skinęła głową. 

- Pewna kobieta spieszyła się, żeby odebrać dzieci z przedszkola. 

Jakiś facet bał się, że nie zdąży na wizytę do dentysty. Inny twierdził, 

że  policyjny  radar  był  zepsuty.  Wszystkich  jednak  pobił  ten,  który 

mówił, że wraz z żoną starali się, aby ona zaszła w ciążę. Akurat tego 

dnia  okazało  się,  że  jej  temperatura  wzrosła,  więc  trzeba  było...  - 

Jenna  przez  moment  szukała  odpowiedniego  określenia  -  podjąć 

odpowiednie działania i dlatego spieszył się do domu. 

Stan  uśmiechnął  się.  Był  zachwycony.  Zachwycony  tym,  że 

trzyma ją na kolanach i słucha, jak opowiada mu o swojej pracy. Czuł, 

że  łatwo  mógłby  się  do  tego  przyzwyczaić.  Jeszcze  bardziej  by  się 

cieszył, gdyby mógł zdjąć z niej tę sukienkę. 

- I co zrobił sędzia? 

- Udzielił mu upomnienia. 

- Protestowałaś? 

- Nie. Teraz ty mi opowiedz, co robiłeś. Ile kobiet uwiodłeś? 

Ignorując  jej  pytanie,  Stan  po  prostu  ją  pocałował.  Nagle, 

niespodziewanie i trwało to bardzo długo. 

-  Czyżbyś  chciał,  żebym  zapomniała  o  moim  pytaniu?  -  spytała, 

kiedy w końcu doszła do siebie. 

- Podziałało? 

- Prawie. - Kiedy znów próbował ją pocałować, zaprotestowała. - 

No, no. Ile kobiet uwiodłeś? 

Już  chciał  się  tłumaczyć,  kiedy  przypomniał  sobie  mały  zabieg, 

który wykonał tego ranka. 

background image

-  Tylko  jedną.  Miała  długie  blond  włosy,  niebieskie  oczy. 

Poprosiła mnie o coś bardzo nieprzyzwoitego. 

Jenna  na  próżno  starała  się  udawać  obojętność.  W  jej  oczach 

zazdrość była aż nadto wyraźna. 

-  Jak  to  było?  -  spytała  najspokojniej,  jak  tylko  potrafiła.  Na 

wszelki wypadek wypiła łyk szampana. 

-  Nic  dziwnego,  że  w  sądzie  tak  dobrze  ci  idzie.  -  Stan  z 

podziwem  skomentował  jej  reakcję.  -  Kiedy  trzeba,  potrafisz 

pozbawić swój głos wszelkich emocji. 

- Nie rozumiem? 

- Przecież wiem, że jesteś zazdrosna. 

- Nie - zaprzeczyła gniewnie Jenna. - Ani trochę. 

- A właśnie, że tak. - Stan musnął palcem jej górną wargę. 

- Nie. 

- Więc nie przeszkadza ci, że moja niebieskooka blond pacjentka 

zrobiła mi dziś nieprzyzwoitą propozycję? 

Jenna najpierw musiała odchrząknąć. 

- Może trochę, ale od tego jeszcze daleko do zazdrości. 

Na chwilę w pokoju zapanowało milczenie. 

- No to skończ tę historię - nie wytrzymała w końcu Jenna. - Co ci 

zaproponowała? 

Stan stuknął swoim kieliszkiem w kieliszek Jenny i zaczął gładzić 

jej nogę. 

- Miała złamany palec i chciała, żebym go pocałował. 

- Żebyś go pocałował?! Ile miała lat ta pacjentka? 

background image

- Cztery, ale... 

- No, nie, to był cios poniżej pasa! 

- Może być jeszcze niżej - mruknął Stan, a jego ręka powędrowała 

w górę jej uda. 

Nagle  poczuł,  jak  coś  zimnego  płynie  mu  po  plecach.  Jenna 

zeskoczyła z jego kolan. 

- Oblałaś mnie szampanem! - zawołał.  

Jenna  była  równie  zdziwiona  tym  jak  on.  Z  niedowierzaniem 

patrzyła na swój pusty kieliszek. 

- Dlaczego ty mi wciąż to robisz?  

Stan  skorzystał  z  okazji  i  pozbył  się  koszuli.  Jenna  oczywiście 

zauważyła jego nagą pierś, ale szybko odwróciła wzrok. 

- Co takiego? 

-  Sprawiasz,  że  robię  różne  głupie,  irracjonalne  rzeczy.  Kiedy 

byliśmy  dziećmi,  ugryzłam  cię  tak  mocno,  że  trzeba  cię  było  szyć. 

Kochałam  się  z  tobą  w  holu  mojego  domu.  A  teraz  oblałam  cię 

szampanem. 

Wyglądała  na  tak  ogromnie  strapioną,  że  Stan  zapragnął  ją 

pocieszyć. Wziął ją znów w ramiona i próbował rozbawić. 

- To straszne, prawda? 

- Owszem - odparła. - Chwileczkę, co ty wyprawiasz? - przeraziła 

się, czując, że Stan rozpina jej sukienkę. 

- Pomagam ci się rozebrać.  

Sukienka  po  chwili  leżała  na  podłodze.  A  Jenna  stała  przed 

Stanem tylko w majteczkach i staniku.  

background image

Objął jej pośladki i przyciągnął ją do siebie. 

-  Jesteś  taka  piękna.  To  grzech,  że  chowasz  się  pod  ubraniem  - 

szepnął jej do ucha. 

- Chciałbyś, żebym stale chodziła nago? 

- Tak. 

-  W  sądzie  chyba  byłoby  mi  trudno  -  mruknęła.  Jej  ręce  sunęły 

coraz  niżej  po  jego  piersi.  -  Ale  nie  dokończyłeś  mi  swojej  historii. 

Pocałowałeś tę niebieskooką blondynkę? 

Stan, zbyt zajęty pieszczeniem jej ciała, skinął tylko głową. 

- Wiesz, jeśli chcesz, to potrafisz być bardzo miły.  

Stan znów ją pocałował. 

- Wyglądasz na zdumioną - rzekł. 

- Bo jestem. Ciągle mnie zaskakujesz. 

-  Lubię  cię  zaskakiwać.  Jesteś  wtedy  taka  słodko  zdziwiona,  że 

chciałbym cię zjeść. 

Tego już było  za dużo. Jenna nie mogła dłużej poradzić sobie ze 

wszystkimi  ogarniającymi  ją  uczuciami.  Z  rozkoszą,  strachem, 

radością, niedowierzaniem. 

- Nie rób tego. Proszę, nie rób!  

Stan  odsunął  się  i  spojrzał  jej  w  oczy,  ale  nie  wypuścił  Jenny  z 

objęć. 

- Nie podoba ci się to? 

- Nie. To znaczy tak... Ale nie zwódź mnie, proszę. Nie mów tak, 

bym  się  czuła  jak  najwspanialsza  kobieta  na  świecie,  skoro  nią  nie 

jestem. 

background image

- A jeśli jesteś? 

- Oj, bo ci uwierzę!  

Stan ujął jej dłoń i pocałował. 

- Może na to właśnie liczę, Jenno Jean. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Jenna,  naga  i  zadowolona,  leżała  wtulona  w  Stana.  Była  tak 

szczęśliwa, że mogła tylko westchnąć. 

- Znów to zrobiłaś - rzekł Stan. 

-  Co  takiego?  -  Jenna  uniosła  się  na  łokciu,  by  spojrzeć  na 

kochanka. Pieściła dołeczek w jego brodzie. 

- Westchnęłaś. Nudzisz się ze mną? 

- Wyraźnie czujesz się niedowartościowany. - Jenna uśmiechnęła 

się. - Wzdycham, bo czuję się całkowicie usatysfakcjonowana. Jesteś 

zadowolony? 

-  Tak...  -  Stan  skradł  jej  pocałunek,  a  potem  spojrzał  na  nią 

uważnie. - Widzę jednak, że coś jeszcze roi się w twojej główce. 

- Zastanawiałam się... 

- O nie, znowu. 

- Nie bój się, tym razem to nic złego. 

- No to mów, królowo. 

- Pomyślałam sobie, że spełniłeś jedno z moich marzeń. 

- Tylko jedno?  

Jenna roześmiała się i potrząsnęła głową. 

- Znów domagasz się pochwał? Mam na myśli szampana. 

background image

- To jeszcze nie koniec. Obiecywałem ci przecież kąpiel. 

- Dobrze, dobrze, doktorze, domyślam się, że jeśli chodzi o twoje 

marzenia  seksualne,  to  wszystkie  już  spełniłeś.  A  czy  w  innych 

dziedzinach też masz jakieś sekretne pragnienia? 

Stan milczał przez chwilę i patrzył w sufit. 

-  Ostatnie  tego  rodzaju  pytanie  zadano  mi  w  dzieciństwie. 

Rodzice pytali, co chciałbym dostać na gwiazdkę czy na urodziny. 

Jennę wzruszył smutek widoczny w jego oczach. 

- A teraz? Powiedz mi, o czym marzysz. 

-  To  chyba  bierze  się  z  faktu,  że  byłem  jedynakiem.  Chcę  do 

kogoś  należeć.  Być  czyjś.  Chcę  być  dla  kogoś  nieodzowny  i  pragnę 

mieć kogoś, kto byłby nieodzowny dla mnie. 

Stan zamilkł, milczała też Jenna. 

- Nic nie mówisz - zauważył w końcu. - Znów cię uśpiłem? 

Jenna pokręciła głową. 

- Zastanawiam się nad twoim marzeniem. 

- No i co ci przyszło do głowy? 

-  Mówisz  tak,  jakbyś  się  bał  potrzebować  kogoś  i  być  komuś 

potrzebny. 

- Bo to prawda. Boje się. Ale gdyby spotkali się właściwa kobieta 

z  właściwym  mężczyzną,  byłaby  to  tak  naturalna  potrzeba,  że  nie 

można  by  jej  zlekceważyć.  To  by  przypominało  zjazd  z  jakiejś 

wielkiej góry. Tyle tylko, że robiłoby się to we dwoje. Wtedy nic nie 

jest straszne. - Zamilkł na chwilę. - A to mi przypomina moje drugie 

marzenie. Dotyczy ono Górskiej Gwiazdy. 

background image

Jenna  otworzyła  szeroko  oczy.  Górska  Gwiazda  była  ponad- 

trzydziestometrowym  neonem,  zbudowanym  na  przedmieściach 

Roanoke  około  czterdziestu  lat  temu.  Była  to  jedna  z  największych 

sztucznych  gwiazd  i  od  niej  miasto  wzięło  swoją  drugą  nazwę  - 

Gwiezdne Miasto Południa. 

- Chciałbyś na nią wejść, tak? 

-  Tak.  Ale  tylko  z  tobą.  Dopiero  wtedy  moje  marzenie  będzie 

spełnione. 

- Mowy nie ma! 

- Tchórz. - Stan ujął w dłonie jej piersi. 

- Wcale nie.  

Kiedy ją pocałował, na długo zapomniała, o co się kłócili. 

 

W  ciągu  następnych  paru  tygodni  Jenna  uświadamiała  sobie,  że 

coraz  bardziej  uzależnia  się  od  Stana.  Widywała  go  prawie 

codziennie, często rozmawiali przez telefon. Jej kostka całkowicie się 

już zrosła, mogła więc grywać w kosza ze Stanem i Jordanem. 

Choć  było  to  wbrew  jego  naturze,  Stan  nie  naciskał  na  Jordana, 

wiedząc, że stoi on przed trudną decyzją. Kilka razy zaprosił obu braci 

na  kolację,  aby  wszyscy  trzej  mogli  się  lepiej  poznać.  Stan  i  Jenna 

wiele razy rozmawiali o sytuacji Jordana.  

Wiedzieli,  że  jeśli  chłopak  zdecyduje  się  zamieszkać  ze  Stanem, 

to na pewno nie podejmie tej decyzji w ciągu paru dni i nawet wtedy 

nie  zerwie  kontaktów  z  bratem.  Pomysł  adopcji  niósł  z  sobą  ryzyko, 

ale warto było je podjąć. 

background image

Podobnie  jak  warto  było  pokochać  Stana.  Miłość  zmieniła 

spojrzenie Jenny na świat. Śmiała się teraz dużo częściej. Zdarzało jej 

się  zauważyć  błękit  nieba.  Chłonęła  świat  wszystkimi  zmysłami  i 

chciała, żeby tak było zawsze. 

Zbliżały  się  urodziny  Stana.  Pamiętając  o  jego  marzeniu, 

zapragnęła  je  spełnić.  W  głębokiej  tajemnicy.  Najpierw  jednak 

musiała odnaleźć chłopaków z jego dawnej paczki. Nie było to łatwe, 

bo  rozpierzchli  się  po  świecie,  ale  czuła,  że  musi  to  zrobić.  Całe  dni 

spędzała  przy  telefonie,  udając  przed  Stanem,  że  załatwia  sprawy 

służbowe. 

- Co chcesz mi dać na urodziny? - spytał pewnego dnia. 

Jenna udała zdziwioną. 

- Na urodziny? A to już niedługo? 

-  Nie  nabierzesz  mnie,  królowo.  Wiem,  że  masz  znakomitą 

pamięć i dobrze wiesz, że obchodzę je jutro. A jeśli chodzi o prezent, 

mógłbym ci coś podpowiedzieć. 

- Jakie to typowe dla jedynaka - zaśmiała się Jenna. - No, mów. 

- Mam już dość mieszkania w tej mojej norze. 

- Przecież szukasz jakiegoś domu. 

- Już wiem, gdzie chciałbym mieszkać. 

- Gdzie? 

- Tutaj.  

Jenna zaniemówiła z wrażenia. 

-  Chciałbym  w  moje  urodziny  wprowadzić  się do  ciebie  -  mówił 

dalej Stan. - Co ty na to? 

background image

Jenna z trudem przełknęła ślinę, musiała nawet odchrząknąć. 

- Wiesz, ja, co prawda, nie o tym myślałam. 

- Pozwól mi się do ciebie wprowadzić. Chcę być z tobą przez cały 

czas - błagał Stan, szepcząc jej do ucha. 

Jenna  poczuła  ciepło  w  okolicy  serca.  Odsunęła  się  od  Stana  - 

delikatnie, lecz zdecydowanie. 

-  Będę  musiała  się  nad  tym  zastanowić.  Ty  też  powinieneś  to 

zrobić. 

- Rozumiem. Dasz mi odpowiedź jutro podczas kolacji. 

Zdziwiona i przerażona, spojrzała na niego bezradnie. 

- Przecież to za niecałe dwadzieścia cztery godziny. 

- Zobaczysz, że nie pożałujesz. Powinnaś się zgodzić. Spodoba ci 

się mieć mężczyznę w domu. 

Jenna uznała, że dopóki może, lepiej obracać wszystko w żart. 

-  Już  sobie  to  wyobrażam!  Skarpetki  i  bielizna  porozrzucane  po 

całym domu. 

-  Ja?  -  oburzył  się  z  udawaną  niewinnością  Stan.  -  Ja  miałbym 

rozrzucać moje rzeczy po podłodze? 

- Poza tym będziesz się szarogęsił i wyjadał moje ciasteczka. 

-  Nie,  tylko  sprawdzałbym  ich  jakość,  żebyś  się  nie 

skompromitowała, podając je gościom. 

Jenna jęknęła i oparła głowę o jego pierś. 

- Chcę być z tobą! Zawsze i wszędzie.  

Wstrząsnęła  nią  pewność  i  determinacja,  z  jaką  to  powiedział. 

Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. One też mówiły to samo. 

background image

- Kocham... 

Nie pozwoliła Stanowi skończyć. Położyła mu palec na ustach. 

- Nie mów tego, dopóki nie będziesz naprawdę o tym przekonany 

- szepnęła.  

To  była  ostatnia  bariera.  Jenna  wiedziała,  że  jeśli  i  ona  runie, 

wtedy  będzie  już  całkowicie  należała  do  Stana  i  nigdy  nie  będzie 

wolna. 

-  Kocham  cię,  Jenno  Jean  -  szepnął  Stan,  nie  zważając  na 

spoczywające  na  jego  ustach  jej  palce.  -  I  zrobię  wszystko,  byś  i  ty 

mnie pokochała. 

Jenna zamknęła oczy, by ukryć napływające do nich łzy. Stan już 

nie musiał niczego robić. Jej serce i ona cała należały do niego.  

 

Mimo że następnego dnia teoretycznie nie miała ani chwili czasu 

na  rozmyślania,  jej  myśli  ciągle  wracały  do  propozycji  Stana. 

Zadziwiająco  łatwo  potrafiła  sobie  wyobrazić  to  ich  wspólne 

mieszkanie. 

Wychodząc z pracy, była bardzo podekscytowana. Do przyjęcia - 

niespodzianki  dla  Stana  pozostało  już  tylko  kilka  godzin.  Nie 

wiedział, o której uda mu się wyrwać ze szpitala, więc dał jej klucze 

do  swojego  mieszkania, by  mogła  tam  na niego  czekać.  Jenna  zatem 

tam  zaprosiła  wszystkich  gości.  Kazała  im,  oczywiście,  zaparkować 

samochody  przecznicę  dalej.  Miała  nadzieję,  że  wszyscy  zdążą  na 

czas przed przybyciem jubilata. 

background image

Po  drodze  musiała  jeszcze  załatwić  parę  rzeczy,  więc  i  ona  była 

trochę  spóźniona.  Podjechała  po  Jordana  i  kiedy  zajechali  pod  dom 

Stana,  goście  już  czekali.  Cała  paczka.  Widząc,  jak  się  witają,  Jenna 

poprosiła,  by  oszczędzili  sobie  rytualnego  spluwania.  W  mieszkaniu, 

przy pomocy Jordana, szybko nakryła stół i podała gościom drinki. 

- Miałaś świetny pomysł z tym zgromadzeniem nas wszystkich na 

urodziny  Stana  -  rzekł  Max  Derenger,  jeden  z  kolegów  z  dawnej 

paczki. - Jak ci się udało nas odnaleźć? Nie widzieliśmy się od lat. 

Jenna  naprawdę  była  z  siebie  dumna.  Wiedziała,  jak  bardzo 

Stanowi  zależy  na  poczuciu  przynależności  do  jakiejś  grupy,  miała 

więc nadzieję, że pomoże mu się odnaleźć. 

-  Rzeczywiście  nie  było  to  łatwe  -  przyznała  z  uśmiechem.  - 

Miałam  mało  czasu, a  wy  przecież  rozjechaliście  się  po  całym  kraju. 

Kevin  Saunders  jest  w  marynarce  i  w  tej  chwili  stacjonuje  w 

Kalifornii. Joey Caruthers mieszka w Kolorado. Zrobił duże pieniądze 

i obecnie kieruje jakąś fundacją pomocy dzieciom. 

-  Wygląda  na  to,  że  odwaliłaś  kawał  roboty  -  stwierdził  Max  i 

przez  chwilę  przyglądał  jej  się  uważnie.  -  Ty  i  Stan  musicie  być 

bardzo zaprzyjaźnieni. 

Jenna poczuła ucisk w sercu i na moment zawahała się. 

- Chyba można tak powiedzieć - odparła cicho i szybko zmieniła 

temat. - Opowiedz, co u ciebie. 

-  Skończyłem  politechnikę  z  dyplomem  inżyniera,  ale  gdzieś  po 

drodze  zainteresowałem  się  karate.  Uczę  teraz  tej  sztuki  walki  we 

własnej szkole. 

background image

- Stan będzie tym zachwycony - roześmiała się Jenna. - On... 

- Idzie! Idzie! - krzyknął Jordan. - Właśnie wysiada z auta! 

Jenna  była  bardzo  podekscytowana.  Całe  towarzystwo  uciszało 

się nawzajem i czekało na wejście Stana. Zamiast tego usłyszeli jakieś 

kroki w przedpokoju, prowadzącym z sypialni. 

- Co się tu dzieje? - spytał jakiś damski głos. W drzwiach stanęła 

bardzo przystojna blondynka w jedwabnym peniuarze. 

-  Jenno  Jean,  czyżby  to  był  twój  specjalny  prezent?  -  zażartował 

któryś z mężczyzn. - Zapowiada się wspaniałe przyjęcie. 

-  Przyjęcie?  -  powtórzyła  zaspanym  głosem  kobieta.  Wyraźnie 

dopiero przed chwilą się obudziła. 

- Kim ona jest? - spytał Max. 

- Nie mam pojęcia - mruknęła Jenna.  

Pierwszy  oprzytomniał  Ben  Palmer.  Podszedł  do  nieznajomej 

kobiety i wyciągnął rękę. 

-  Świętujemy  urodziny  Stana.  Przyszykowaliśmy  mu  małą 

niespodziankę. Ja jestem Ben. A ty? 

-  Brandi  -  odparła  niepewnie  kobieta.  -  Kiedyś  na  Florydzie 

zaprzyjaźniłam  się  ze  Stanem.  Też  pomyślałam,  że  zrobię  mu 

niespodziankę. 

Jej  strój  wskazywał  jednoznacznie,  jakiego  rodzaju  miała  to  być 

niespodzianka.  Jenna  poczuła  się  tak,  jakby  właśnie  zainkasowała 

potężny cios w żołądek. Nie, chyba jeszcze gorzej. 

Otwarcie się drzwi frontowych odwróciło uwagę zgromadzonych 

od Brandi. Jenna stała nieruchomo i tylko jej mózg rejestrował to, co 

background image

się wokół niej działo. Miała wrażenie, że opuściła swoje ciało i patrzy 

na wszystko z góry. Widziała zaskoczenie i zachwyt na twarzy Stana, 

kiedy otoczyli go przyjaciele z dzieciństwa. Słyszała śmiechy i wesołe 

okrzyki. Nagle poczuła na ramieniu czyjąś rękę. 

- Dobrze się czujesz? - spytał zaniepokojony Jordan. 

Jenna zmusiła się do uśmiechu. 

- Oczywiście. 

- Ale nie wyglądasz dobrze. 

- Zaraz się pozbieram - mruknęła przez zęby. 

- Mam jej powiedzieć, żeby sobie poszła?  

Łzy  wzruszenia  napłynęły  Jennie  do  oczu.  Westchnęła  głęboko  i 

próbowała się uśmiechnąć. 

-  Wiesz,  to  chyba  nie  nasza  sprawa.  Zaraz  zapalę  świeczki  i 

sprawdzę, czy wszyscy mają co pić. 

- Jesteś na niego zła?  

Jenna musiała chwilę się zastanowić. 

- Nie - odparła.  

I  rzeczywiście,  ostatnią  rzeczą,  jaką  czuła,  była  złość.  Ból, 

owszem.  Upokorzenie.  Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czuła  się  tak 

zraniona. Brandi twierdziła, że chciała zrobić Stanowi niespodziankę, 

ale  jasne  było,  że  coś  ich  łączy.  Miałaś  rację,  przypominał  jej  jakiś 

wewnętrzny głos. On nie jest dla ciebie. Nie utrzymasz go przy sobie. 

Jenna  zacisnęła  zęby  i  próbując  o  niczym  nie  myśleć,  zapaliła 

świeczki  na  torcie.  Kiedy  się  wyprostowała,  zauważyła,  jak  Brandi 

całuje Stana. I coś się w niej załamało. 

background image

- Pora na tort - oznajmiła najweselszym tonem, na jaki umiała się 

zdobyć. - Podaj go Stanowi, dobrze? - zwróciła się do Jordana. 

Goście  zaczęli  śpiewać  „sto  lat",  a  Ben  polecił  Stanowi,  żeby 

przed  zdmuchnięciem  świeczek  pomyślał  sobie  jakieś  życzenie.  Stan 

posłuchał  go,  ale  zaraz  potem  ruszył  w  stronę  Jenny.  Kiedy  objął  ją, 

zesztywniała. 

- Musimy porozmawiać - rzekł.  

Jenna skinęła głową. 

-  Wiem,  ale  to  nie  najlepszy  moment.  Mamy  gości  i  muszę 

pokroić tort. 

-  Zaskoczyła  cię  obecność  Brandi.  To  wcale  nie  jest  tak,  jak 

myślisz. 

- Pozory mogą mylić - zgodziła się Jenna. 

- Nie wyglądasz na przekonaną. 

- Kiedy widzę jej szminkę na twoich wargach, nie jest mi łatwo. 

Stan zaklął pod nosem i wierzchem dłoni otarł usta. 

- Jenno... 

-  Nie  przy  gościach.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Zresztą  w  tej  chwili 

myślę tylko o torcie. 

Odeszła od niego najszybciej, jak mogła. W roli dobrej gospodyni 

wytrzymała niecałe dwadzieścia minut. Potem pod jakimś pretekstem 

wymknęła się do kuchni, a stamtąd na dwór. 

Westchnęła  z  ulgą,  oparła  się  o  mur  i  patrzyła  w  ciemniejące 

niebo.  Nie  była  w  stanie  wrócić  na  przyjęcie.  Chciała  uciec  stąd  jak 

najdalej.  Torebkę,  co  prawda,  zostawiła  na  górze,  ale  w  kieszeni 

background image

pobrzękiwały  jej  klucze  do  samochodu.  Uradowana  pobiegła  na 

parking i już wsiadała do auta, kiedy usłyszała za sobą czyjś głos. 

- Jenno.  

Obok jej samochodu stał Jordan. 

- Cześć - wyjąkała. 

-  Dlaczego  odjeżdżasz?  -  spytał.  -  Przyjęcie  jeszcze  się  nie 

skończyło. 

- Dla mnie tak. 

- Chodzi o tę Brandi, mam rację?  

Jenna  nie  potrafiła  mu  wyjaśnić  czegoś,  czego  sama  jeszcze  nie 

rozumiała. 

- Muszę już jechać. 

-  Dobra.  -  Jordan  wepchnął  ręce  do  kieszeni.  -  Myślisz,  że  się 

jeszcze kiedyś zobaczymy? 

Jenna czuła, że za chwilę się rozpłacze. 

-  Och,  Jordanie  -  westchnęła  i  wbrew  jego  oporom,  przytuliła 

chłopca do siebie. - Oczywiście, że tak. Ja po prostu... To był bardzo 

męczący dzień. Rozumiesz? 

- Rozumiem. Mogę powiedzieć Stanowi, że odjeżdżasz. 

Wolała nie stawiać chłopca w trudnej sytuacji. 

- Nie chcę mu psuć przyjęcia. 

- Powiem mu, jak się skończy. Jedziesz do domu?  

W innej sytuacji jego ojcowski ton tylko by Jennę rozbawił. 

-  Jeszcze  nie  wiem  -  odparła.  -  Ale  nie  martw  się  -  dodała  ze 

smutnym uśmiechem. - Pojadę gdzieś, gdzie będę bezpieczna. 

background image

Stan odprowadził Brandi na bok i poinformował ją, że jest z kimś 

innym związany, a potem oddał ją pod opiekę Bena. Sam natychmiast 

rozejrzał się za Jenną. 

Sprawdził  wszystkie  pokoje,  łącznie  z  garderobą  i  spiżarnią. 

Kiedy  wrócił  do  swojego  gabinetu,  zastał  tam  Jordana.  Chłopak 

pochłaniał trzeci kawałek tortu i oglądał telewizję. 

- Szukam Jenny. 

- Już poszła - wymamrotał z pełną buzią Jordan. 

- Poszła? - zdziwił się Stan.  

Owszem,  zauważył,  że  jest  zła.  Widać  to  było  po  wyrazie  jej 

twarzy.  Chciał  jej  wszystko  wyjaśnić.  Zapewnić  o  swoim  uczuciu. 

Tak  trzeba  było  zrobić.  Skoro  jednak  od  razu  nie  opuściła  przyjęcia, 

uznał,  że  wszystko  jest  w  porządku.  Tymczasem  ona  przy  pierwszej 

okazji uciekła stąd. Stan oblał się zimnym potem. 

- Dokąd poszła?  

Jordan wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Wyglądała tak, jakby jej się chciało płakać. Mówiła, 

że  pojedzie  gdzieś,  gdzie...  Ojej!  Miałem  ci  powiedzieć  dopiero  po 

przyjęciu. Nie chciała go zepsuć. 

Stan  zaklął  pod  nosem.  Nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  stracić 

Jennę.  I  to  przez  taki  głupi  incydent.  Wrócił  do  salonu  i  od  razu 

zwrócił się do garstki pozostałych jeszcze gości. 

-  Dziękuję,  chłopaki,  że  przyszliście,  by  przypomnieć  mi,  jaki 

jestem  stary  i  jaki  kiedyś  byłem  głupi.  Ale  teraz  muszę  was 

przeprosić. Mam coś pilnego do załatwienia. 

background image

- Sprawa osobista czy zawodowa? - zainteresował się Max. 

- Osobista. 

- Wciąż próbujesz złapać Jennę Jean? 

- Teraz nie tylko ją złapię, ale także zatrzymam na zawsze. 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Jenna  pojechała  do  domu  Maddie.  Kiedy  przyjaciółka  otworzyła 

jej drzwi, przez chwilę wpatrywały się w siebie w milczeniu. Pierwsza 

odzyskała głos Maddie. 

- Myślałam, że dzisiaj jest to przyjęcie z okazji urodzin Stana. 

- Owszem - wyjąkała Jenna. 

- To czemu ciebie tam nie ma?  

Obraz Brandi, tak pewnej zainteresowania ze strony Stana, wciąż 

ją prześladował. 

-  Nastąpiła  mała  zmiana  planów.  Wiem,  że  nie  zadzwoniłam 

wcześniej, ale czy mogę trochę u ciebie pobyć? 

- Oczywiście. Chcesz zostać na noc? 

- Albo i na tydzień - mruknęła Jenna, wchodząc do środka. 

Maddie przystanęła i spojrzała na przyjaciółkę. 

- Powiesz mi wreszcie, co się stało? 

- Nie mogę, bo się rozpłaczę.  

Maddie chwilę się zastanawiała, potem zawołała męża. 

- Joshua, kochanie, Jenna i ja idziemy na spacer. 

- O tej porze? - Joshua pojawił się w drzwiach salonu. - Dokąd? 

background image

- Na moje wzgórze - odparła Maddie i szybko pocałowała męża w 

policzek. 

-  Na  twoje  wzgórze?  -  spytała  Jenna,  idąc  za  przyjaciółka  polną 

dróżką. 

- To wspaniałe miejsce. Bardzo zaciszne.  

Po  dotarciu  na  miejsce,  gdzie  rzeczywiście  było  pięknie  i  cicho, 

Maddie rozłożyła koc na trawie. 

- Siadaj i opowiadaj po kolei. Nie widziałam cię w takim stanie od 

dnia,  kiedy  ugryzłaś  Stanleya  Michaelsa  w  rękę  i  trzeba  mu  było 

założyć szwy. 

-  Tym  razem  to  ja  się  tak  czuję,  jakbym  potrzebowała  szwów  - 

szepnęła z bólem Jenna. 

- Wciąż nie mówisz mi, dlaczego. 

-  No  więc  już  wszyscy  mieliśmy  go  powitać  niespodziewanym 

„Sto lat", kiedy pojawiła się ta blondynka i... 

Łamiącym 

się 

głosem, 

licznymi 

przerwami, 

Jenna 

zrelacjonowała  przyjaciółce  wydarzenia  wieczoru.  Maddie  jej  nie 

przerywała. Milczała, dopóki Jenna nie skończyła mówić. 

- Och, Jenno - wyszeptała potem. - Przecież ty w tym Stanie jesteś 

zakochana po uszy. 

- To prawda. - Teraz Jenna już nie próbowała powstrzymywać łez. 

- Nie wiem, co robić. Nie wiem... 

Maddie przytuliła ją do siebie i podała jej chusteczkę. 

- Czy naprawdę myślisz, że jest coś poważnego między tą Brandi 

i Stanem? 

background image

- Nie wiem. Wyglądał na bardzo zaskoczonego jej widokiem. Ale, 

Maddie,  ona  jest  taka  piękna.  Wszyscy  gapili  się  na  nią  z  otwartymi 

ustami. 

- Może dlatego, że była tak... skąpo odziana - zauważyła Maddie. 

-  Może.  Ale  widać  było  wyraźnie,  że  łączyły  ich  intymne 

stosunki. 

Jenna aż zamknęła oczy. 

- I jak się z tym czujesz? 

- Jakbym miała zwymiotować. 

- Jenno, przecież wiesz, że Stan nie był święty. 

-  Wiem.  Częściowo  nawet  to  akceptuję.  Ale  kiedy  stanęłam 

twarzą w twarz z jego przeszłością.... 

- Zależy ci na nim?  

Jenna wyjęła kolejną chusteczkę i otarła łzy. 

- Nie wiem. Ale czuję się strasznie. 

-  To  dlatego,  że  bardzo  ci  na  nim  zależy.  Jak  się  czujesz,  kiedy 

jesteś z nim? 

-  Najszczęśliwsza  na  świecie  -  przyznała,  czując  jakiś  dziwny 

ucisk w sercu. 

- Musisz się zdecydować, czy potrafisz się pogodzić z faktem, że 

nie jesteś pierwszą kobietą w jego życiu. 

- Wcale nie chcę być pierwsza - prychnęła Jenna. - Nie o to... 

-  Wiem,  wiem.  Pomyśl  tylko!  Nieważne,  czy  jesteś  pierwszą 

kobietą w jego życiu. Najważniejsze, żebyś była ostatnią. 

 

background image

Po dwóch dniach bezowocnych prób nawiązania kontaktu z Jenną 

Stan odchodził od zmysłów. Po przyjęciu czekał w samochodzie przed 

jej  domem  aż  do  świtu.  Poprzedniego  dnia  kilkanaście  razy  dzwonił 

do niej do pracy, ale nie chciała z nim rozmawiać ani nie oddzwoniła. 

Teraz  była  sobota  i  Stan  po  raz  kolejny  przejeżdżał  obok  jej  domu. 

Widząc znajome auto na podjeździe, poczuł napływ adrenaliny. 

Jenna była w domu. 

Szybko  zaparkował  swój  samochód  i  po  chwili  stał  już  w  progu 

drzwi prowadzących do mieszkania Jenny. Kiedy otworzyła mu, omal 

nie zemdlał. 

- Dzwoniłem do ciebie - wyjąkał. 

-  Wiem.  Przepraszam.  Ja...  ja...  -  Jenna  westchnęła  i  zamilkła, 

zrezygnowana. - Nie wiem, co powiedzieć. 

- Wpuść mnie do środka, to może jakoś ci pomogę. 

- Dobrze - odparła po chwili wahania.  

Przeszli  przez  hol,  w  którym  kiedyś  się  kochali.  Wtedy  Stan 

wiedział, że należą do siebie. 

- Upiekłam ciasteczka. Chcesz trochę? 

- Nie teraz. 

W salonie wskazała Stanowi kanapę. Sama wybrała krzesło. Stan 

od razu przeszedł do rzeczy. 

-  Od  dawna  nie  miałem  z  Brandi  nic  wspólnego  -  oświadczył.  - 

Odkąd tu wróciłem, nawet do niej nie zadzwoniłem. Ona telefonowała 

do mnie kilka razy, ale zawsze mówiłem jej, że jestem zajęty. Nikt nie 

był bardziej zdziwiony jej pojawieniem się niż ja. 

background image

- A ja? Przecież nawet nie wiedziałam o jej istnieniu? Jest bardzo 

piękna - dodała po chwili Jenna. 

Stan zmrużył oczy. 

-  Nie  wiem,  co  sobie  o  mnie  myślisz,  ale  odkąd  wróciłem  do 

Roanoke, nie byłem związany z nikim oprócz ciebie. 

Jenna skinęła głową, ale nie spojrzała mu w oczy. 

- Nie wierzysz mi - rzekł z bólem Stan. 

-  Tego  nie  powiedziałam  -  oburzyła  się  Jenna.  -  Po  prostu  się 

zastanawiam. 

- Nie widzę powodów do zastanawiania się. Przyjechała i już! Ja 

jej  nie  zapraszałem.  Wyjaśniłem,  że  jestem  związany  z  kimś  innym. 

Koniec opowieści. 

Jenna przygryzła wargę. 

- Może tak powinno być, ale... 

- Ale mi nie wierzysz. 

- Tego nie powiedziałam. Po prostu to wszystko nie jest dla mnie 

łatwe. Przypomniało mi znów, jak bardzo się różnię od tych kobiet, z 

którymi się do tej pory spotykałeś i... 

- I bardzo dobrze. 

-  Wyobraź  sobie  sytuację  odwrotną.  Ty  mi  przygotowujesz 

urodziny i nagle z mojej sypialni wychodzi półnagi mężczyzna.  

Stan zaklął na samą myśl o podobnej sytuacji. 

-  No,  dobrze,  więc  co  będzie  dalej?  Myślisz,  że  potrafisz  o  tym 

zapomnieć? 

- Tak, chyba tak. Z czasem. 

background image

-  Do  jasnej  cholery,  Jenno.  Chcę,  żebyś  mi  uwierzyła.  Pragnę, 

żebyś do mnie wróciła. 

Uzgodnili,  że  Jenna  dostanie  dwa  tygodnie  na  uporanie  się  ze 

swoimi  uczuciami,  ale  z  każdym  mijającym  dniem  Stan  był  coraz 

bardziej  przygnębiony.  Teraz  siedział  na  trawie  na  boisku  i 

bezmyślnie gapił się na Jordana ćwiczącego rzuty do kosza. 

- Zagrasz? - spytał chłopak. 

- Dzisiaj raczej nie. 

Jordan  wzruszył  ramionami  i  przez  chwilę  w  milczeniu  odbijał 

piłkę. 

- Kiedy znów zobaczysz się z Jenną? 

-  Nie  wiem  -  westchnął  Stan.  - Minęły  już  cztery  dni.  Naprawdę 

nie wiem. 

- Posłałeś jej kwiaty albo coś z tych rzeczy? 

- Nie. Twierdzi, że się pogubiła.  

Jordan przerwał odbijanie piłki. 

- Czy kwiaty sprawią, że pogubi się jeszcze bardziej? 

-  Nie,  chyba  nie.  -  Stan  w  zamyśleniu  przesunął  palcami  po 

włosach. - Ale nie jestem pewien, czy w czymkolwiek pomogą - dodał 

i szybko zmienił temat. - Jak ci się układają sprawy z bratem? 

- W porządku. Ostatnio wieczorami częściej bywa w domu. 

- To dobrze. 

- Rozmawialiśmy o tym pomyśle, żebym zamieszkał u ciebie. 

- No i do czego doszliście? - spytał ostrożnie Stan. 

- Spytał, czy chciałbym u ciebie mieszkać. 

background image

- I? 

- Powiedziałem, że nie chcę stracić brata, ale czasem dobrze mieć 

przy  sobie  kogoś  dorosłego.  A  on  na  to,  że  zawsze  będzie  moim 

bratem. Że mógłbym zamieszkać z tobą, ale czasami nocować u niego. 

Jordan zamilkł i spojrzał na Stana. 

-  Ostatnio  nie  mówiłeś  nic  o  moim  przeniesieniu  się  do  ciebie. 

Czyżbyś zmienił zdanie? 

Stan,  bardzo  wzruszony,  podszedł  do  chłopca  i  położył  mu  rękę 

na ramieniu. 

-  Nie  chciałem  na  ciebie  naciskać  -  rzekł  cicho.  -  Czy  nie  jesteś 

już za duży, by cię przytulić? 

Jordan  wzruszył  ramionami,  ale  kiedy  Stan  go  objął,  wypuścił 

piłkę z rąk i odwzajemnił uścisk. 

- Muszę poważnie zabrać się do szukania domu dla nas. Nie masz  

nic przeciwko tymczasowemu zamieszkaniu w tej mojej dziurze? 

Jordan pokręcił głową. 

-  Nie,  ale  myślę,  że  może  udałoby  się  namówić  Jennę,  żebyśmy 

obaj zamieszkali u niej. 

- No, nie wiem, Jordanie - westchnął Stan. - Wątpię, czy się na to 

zgodzi. 

- To może powinieneś jej przypomnieć, że jest twoją dziewczyną. 

Ludzie czasami mają słabą pamięć. 

 

Piątego  dnia  od  ostatniego  spotkania  ze  Stanem  Jenna  wciąż  nie 

wiedziała, co robić. Tęskniła za nim. Stał się istotną częścią jej życia. 

background image

Czy naprawdę chce żyć bez niego? Pytania te nie opuszczały jej ani na 

chwilę. Wiedziała jednak, że musi najpierw upewnić się co do swoich 

uczuć, zanim do niego zadzwoni. 

Przesyłkę  dostarczono  jej  do  gabinetu,  kiedy  była  w  sądzie.  Z 

mieszanymi  uczuciami  zamknęła  drzwi  i  otworzyła  kopertę.  Było  w 

niej  zdjęcie  jej  i  Stana  z  pikniku  Ligi.  Mokra,  ale  uśmiechnięta, 

obejmowana  przez  Stana,  wyglądała  na  taką  szczęśliwą.  Płakała 

potem  tak  długo,  że  kiedy  nazajutrz  przyszła  kolejna  przesyłka, 

niemal bała się ją otworzyć. 

Znalazła w niej tiarę, prawdziwą koronę dla prawdziwej królowej. 

Tiara ta przypomniała jej dzieciństwo i Stana. On też był jego częścią. 

I  nagle  wszystko  okazało  się  jasne  i  proste.  Zrozumiała,  że  Stan  ją 

kocha. Chce, by spełniły się jej marzenia. A ona kocha jego i nadszedł 

najwyższy czas, by zadbała o spełnienie choć części jego marzeń. 

 

EPILOG 

Cztery miesiące później Jenna Jean Anderson i Stanley Michaels 

pobrali się w małej kapliczce na Mill Mountain. Przyjęcie, na którym 

obecna była cała śmietanka Roanoke, wydali w najelegantszym hotelu 

miasta. 

Maddie  i  Joshua  głównie  pilnowali,  by  Davey  nie  objadł  się  za 

bardzo  słodyczami.  Jordan,  który  od  pewnego  czasu  mieszkał  ze 

Stanem,  oraz  syn  Joshuy,  Patrick,  wymieniali  opinie  na  temat 

koszykarzy.  Rodzina  Jenny  przyjęła  matkę  Stana  niezwykle 

serdecznie. 

background image

Emily,  obecnie  w  siódmym  miesiącu  ciąży,  przez  cały  czas 

siedziała,  pilnowana  na  zmianę  przez  swego  męża,  Beau,  i  matkę. 

Rozrabiali tylko, jak zwykle, członkowie starej paczki Stana. 

-  Kocham cię nad życie - powiedziała w pewnej chwili Jenna do 

Stana  -  ale  jeśli  zaczniecie  to  wasze  powitanie  z  rytualnym  pluciem, 

wychodzę bez ciebie. 

- Nie martw się - zaśmiał się Stan i pocałował ją w czubek nosa. 

Ich  szczęściem  cieszyli  się  wszyscy  goście.  Jennie  i  trudno  było 

uwierzyć, jak wspaniałe stało się jej życie.  

Cieszyły się też Maddie i Emily. 

- Jak to jest być dorosłą księżniczką? - spytała Emily. 

- Królową, moja droga, królową.  

Maddie parsknęła śmiechem. 

- Ciekawe, jak Stanley tłumaczy ludziom tę bliznę na swojej ręce. 

- Podobno nie może się doczekać, kiedy będzie mógł powiedzieć, 

że zawdzięcza ją żonie - odparła Jenna.  

Kątem  oka  zauważyła,  że  wokół  Stana  zgromadzili  się  jego 

przyjaciele. Ben właśnie wzniósł toast. 

-  Wypijmy  za  zdrowie  Stana.  Poświęciłeś  na  to  dwadzieścia  lat, 

ale w końcu udało ci się zdobyć Jennę Jean Anderson. 

- I zatrzymam ją na zawsze. 

-  Brawo,  brawo!  -  krzyknęli  koledzy  i  wymienili  ten  swój 

sekretny uścisk. 

Jenna wiedziała, co nastąpi za chwilę. 

- Ostrzegałam go - powiedziała. 

background image

- Przed czym? - zaniepokoiła się Maddie.  

Jenna  chwyciła  bukiet  i  ruszyła  ku  drzwiom.  Zdezorientowane 

przyjaciółki podążyły za nią. 

-  Powiedziałam,  że  jeśli  zaczną  swoje  powitanie,  to  wyjdę  bez 

niego. 

- Naprawdę chcesz wyjść? 

- Stan musi zrozumieć, że zawsze dotrzymuję słowa. 

- Masz rację - zgodziła się Maddie. 

- Hej, a ty dokąd? - zawołał Stan. 

-  Do  baru  -  odparta  Jenna.  -  Skoro  macie  ochotę,  możecie  sobie 

pluć. 

- Chyba nie wyjdziesz beze mnie. - Stan był już tuż przy niej. 

- A właśnie, że tak. Nie zmusisz mnie, żebym została. Nie zmu... 

Stan  jednym  szybkim  ruchem  przerzucił  ją  sobie  przez  ramię  i 

odwrócił się w stronę gości. 

-  To  idiotyczne  -  próbowała  protestować  Jenna,  ale  na  widok 

zaskoczonych twarzy weselnych gości musiała się roześmiać. 

-  Może  idiotyczne,  ale  widać  z  tobą  inaczej  nie  można  inaczej 

postępować.  A  teraz  rzucaj  już  ten  bukiet,  żebyśmy  mogli  wyjść. 

Dobranoc wszystkim. Dzięki, że przyszliście na nasz ślub. 

Odpowiedziały mu radosne oklaski. 

- Znów mi rozkazujesz - zauważyła Jenna. 

-  Kochanie,  w  naszym  apartamencie  czeka  wanna  pełna 

szampana. Wiążę z tym pewne plany. Rzucaj ten cholerny bukiet. 

I Jenna posłusznie rzuciła bukiet za siebie.