background image

LEANNE BANKS

Niezależna narzeczona

Tytuł oryginału

The You - Can't - Make - Me Bride

background image

PROLOG

- Jak  to  jest,  kiedy  ma  się  dwanaście  lat?  Jenna  Jean  Anderson 

przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. W milczeniu patrzyła 
na oświetlone światłem latarki twarze Emily i Maddie.

- Nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami. - W każdym razie to 

więcej niż jedenaście.

- I nie jest się już dzieckiem - dodała Maddie.
- Moja  mama  mówi,  że  jak  skończę  dwanaście  lat,  będę  mogła 

malować  usta - pochwaliła  się  dziesięcioletnia  Emily,  ubrana  w 
szlafroczek z falbankami.

- Ja  pewnie  będę  musiała  poczekać  z  tym  do  osiemnastki -

mruknęła ponuro Maddie.

Jennie Jean na szmince specjalnie nie zależało. Właśnie skończyła 

dwanaście lat i na razie oznaczało to tylko to, że przez całe lato będzie 
się musiała opiekować pięcioma młodszymi braćmi.

Na  szczęście  mama  zgodziła  się,  by  tę  noc  spędziła  razem  z 

koleżankami  w  przydomowym  ogródku.  Choć  na  jakiś  czas  mogła 
zapomnieć  o  braciach.  Już  po  południu  zawiesiła  na  sznurze  do 
bielizny starą kapę, na ziemi ułożyła koc i wyposażyła swój namiot w 
dwie latarki, radio tranzystorowe, oranżadę i herbatniki.

- Mam  zamiar  nie  kłaść  się  aż  do  drugiej - oznajmiła 

przyjaciółkom, spoglądając na zegarek.

- Moja mama twierdzi, że jak się w nocy nie śpi, to ma się wory 

pod oczami - powiedziała Emily.

- Tylko starzy ludzie mają wory - wtrąciła się Maddie.
- No właśnie. Jenna Jean jest już stara. Ona może mieć wory.

Maddie oświetliła latarką twarz Jenny.

- Na razie żadnych worów nie widzę. Jenna Jean odsunęła się od 

światła.

- Wszystko  mi  jedno,  czy  będę  miała  wory,  czy  nie.  Nie  mam 

ochoty spać. Co chcecie robić? Zagramy w dwadzieścia pytań?

Maddie wyciągnęła papierową torbę.

- Przyniosłam karty do flirtu i kości do gry.
- A ja moją tiarę. - Emily uśmiechnęła się i ostrożnie włożyła to 

osobliwe  nakrycie  na  głowę  Jenny  Jean. - Dziś  są  twoje  urodziny, 
więc ty powinnaś ją nosić.

Jennie  Jean  było  trochę  głupio  mieć  taką  ozdobę  na  głowie,  ale 

doceniła gest przyjaciółki.

- Dzięki. Włączę...
- Jenno Jean - odezwał się jakiś głos tuż obok namiotu.

Jenna  Jean  jęknęła.  Był  to  głos  prześladujący  ją  w 

najkoszmarniejszych snach.

- To Stanley Michaels - szepnęła Maddie.

background image

- Jenna Jean, Jenna Jean, płaska jak drewniany klin.

Jenna  Jean,  zawstydzona,  zerwała się  na  równe  nogi.  Wiedziała, 

że jest wysoka, chuda i że ma rzadkie włosy w mysim kolorze, ale do 
niedawna zupełnie jej to nie przeszkadzało.

- Zabiję go! Rozwalę mu tę wstrętną gębę.
- A może on się w tobie kocha - mruknęła Emily. To był właśnie 

ten  najgorszy  koszmar.  Stanley  był najwstrętniejszym  chłopakiem  w 
okolicy.

- Odkąd urósł dziesięć centymetrów i pokonał mnie w rzutach do 

kosza,  stał  się  nie  do  wytrzymania.  Kiedy  był  niższy  i  mama kazała 
mu chodzić na lekcje stepowania, był dużo sympatyczniejszy.

- Chętnie chodziłabym na takie lekcje - rozmarzyła się Maddie.
- Co z tobą, Jenno Jean? Boisz się? - odezwał się znów Stanley. 

Na moment wsunął głowę pod kapę, a potem uciekł co sił w nogach.

Czerwona ze złości Jenna Jean wyskoczyła z namiotu i pobiegła 

za nim. Żałowała, że już nie jest od niego wyższa. Postanowiła dać mu 
nauczkę. Musi go... W tej chwili o coś się potknęła i runęła jak długa. 
Stanley  natychmiast  przygwoździł  ją  do  ziemi.  Przyglądał  się  jej  z 
pełnym zadowolenia uśmiechem. Na próżno próbowała wyrwać się z 
jego uścisku.

- Puść mnie, ty kretynie!
- Albo mi dasz swoje herbatniki, albo napluję ci w twarz.

Jenna  Jean  zdecydowanie  potrząsnęła  głową.  Tylko  to  jej 

pozostało.

- Jesteś najwstrętniejszym chłopakiem na świecie. Zobaczysz, że

skończysz w więzieniu!

- Dawaj te ciastka i to już! Jenna poczuła, że łzy napływają jej do 

oczu. Nie, tylko nie to. Pozostało jej jedno wyjście. Tak postąpiłby jej 
młodszy brat. Odwróciła głowę i... ugryzła Stanleya w rękę.

Stanley wrzasnął, ale Jenna Jean puściła go dopiero wtedy, kiedy 

zaczął ją o to błagać. Klnąc pod nosem, prawie płacząc, chłopak co sił 
w nogach pobiegł do domu.

Z namiotu wypełzły Maddie i Emily. Pomogły Jen - nie wstać.

- Ależ  ty  jesteś  odważna.  Już  miałam  go  walnąć  latarką -

powiedziała Maddie.

Emily pokiwała głową.

- Nieźle go  musiałaś ugryźć. Masz krew na brodzie. Jenna  Jean 

otarła brodę i spojrzała na swoją rękę.

- O,  nie!  Mam  na  ustach  krew  Stanleya  Michaelsa! - Szybko 

splunęła na trawę. - Zaraz zwymiotuję!

- Napij się oranżady. - Emily podała jej papierowy kubek.

Jenna Jean w świetle latarki znalazła leżącą w trawie tiarę.

- Mam  nadzieję,  że  Stanley  będzie  musiał  pójść  z  tą  ręką  do 

lekarza. Założą mu szwy i zrobią zastrzyk.

background image

- Może dostanie wścieklizny - rozmarzyła się Maddie.
- Przecież  tylko  zwierzęta  mają  wściekliznę - rozczarowała  ją 

Jenna.

- Trudno. - Maddie  wzruszyła  ramionami,  a  Emily  z  powrotem 

włożyła tiarę na głowę Jenny Jean.

- No i znów jesteś urodzinową księżniczką - powiedziała.
- Nie chcę być księżniczką - obruszyła się Jenna, wciąż myśląc o 

tym wstrętnym Stanleyu. - Chcę być królową.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Została królową.
Prawie królową. Ważną osobą.
Od  zaledwie  dwóch  lat  była  jednym  z  zastępców  prokuratora 

okręgowego,  ale  zdążyła  już  zgromadzić  na  swym  koncie  wiele 
sukcesów. Oprócz rzadkich spotkań z Maddie i Emily, przyjaciółkami 
z dzieciństwa, nie prowadziła w ogóle życia towarzyskiego. Cały swój 
czas poświęcała pracy.

Jenna  wiedziała,  że  jest  młoda,  ale  czuła,  że  cel,  jaki  sobie  w 

życiu postawiła, jest już blisko.

Niestety,  jej  współpracownicy  także  o  tym  wiedzieli.  Nie chcąc, 

by  myśleli,  że  zadziera  nosa,  od  czasu  do  czasu  grywała  z  nimi  w 
koszykówkę.  Uważała  to  po  prostu  za  jeszcze  jeden  służbowy 
obowiązek.

- Ręce  przy  sobie,  Winnie - ostrzegła  Edwarda  Winthorpa, 

prawnika  zajmującego  się  oskarżeniami  o  błędy  w  sztuce  lekarskiej, 
który miał paskudny zwyczaj podszczypywania jej w czasie gry.

- Przy tobie nie jest to łatwe - roześmiał się nie zrażony Winnie.

Jenna  zgrabnie  go  wyminęła,  rzuciła  piłkę  najbliższemu 

zawodnikowi  ze  swojej  drużyny,  niedawno  zatrudnionemu 
prawnikowi, i podbiegła bliżej kosza.

Kiedy  przeciwnicy  zablokowali  młodego  prawnika,  ten  odrzucił 

piłkę  z  powrotem  do  Jenny.  Jenna  zauważyła  lukę  w  obronie 
przeciwnej  drużyny,  wsunęła  się  w  nią  i  odbijając  się  mocno  od 
podłogi,  skoczyła  i  wrzuciła  piłkę  do  kosza.  Potem  nagle  wpadła  na 
Winnie'ego i natychmiast poczuła rwący ból w kostce.

- Dwa punkty dla nas! - uradował się prawnik. Leżąca na ziemi 

Jenna próbowała wstać, ale ból nie pozwolił jej nawet na najmniejszy 
ruch.

- O  Jezu! - jęknęła.  Zamknęła  oczy  i  już  tylko  słyszała,  że 

koledzy przerwali mecz i skupili się wokół niej.

- Jen, co się sta... - mówiący zamilkł i zaklął cicho.
- O  cholera,  ona  krwawi - powiedział  ktoś  drugi.  Tylko  nie  to! 

Jenna zagryzła wargę. Nie znosiła widoku krwi, szczególnie własnej.

- Patrzcie, to chyba kość. Tak, przebiła skórę. W tej chwili Jenna 

wybrała najłatwiejsze wyjście.

Coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie zrobiła. Zemdlała.
Odzyskała  przytomność  dopiero  w  izbie  przyjęć,  po  zrobionym 

prześwietleniu. Wciąż jednak była oszołomiona bólem.

- Witam,  doktorze - usłyszała  głos  wiozącej  ją  pielęgniarki. -

Nasza  pacjentka  ma  szczęście,  że  to pan  ma  dziś  dyżur.  Otwarte 
złamanie, z przemieszczeniami.

background image

- Dziękuję,  Riley - odpowiedział  jakiś  mężczyzna, najwyraźniej 

lekarz. - Sprawdź,  czy  sala  operacyjna  jest  wolna.  Jeśli  tak,  to  zaraz 
weźmiemy  się  do  roboty.  Kiedy  pacjentka  się  obudzi,  będzie  bardzo 
cierpiała.

- Już  się  obudziła - oznajmiła  Jenna  głosem,  który  nawet  w  jej 

uszach brzmiał obco. Na otwarcie oczu jednak się nie odważyła.

Usłyszała szelest papierów, a potem ciche, stłumione parsknięcie.

- Dzień  dobry  pani.  Nazywam  się  Michaels.  Jestem  lekarzem  i 

będę  się  panią  opiekował.  Jeśli  nam  się  uda,  to  jeszcze  dziś  panią 
poskładam, zszyję i założę gips.

Jenna odetchnęła z ulgą. Zawsze oceniała  mężczyzn po głosie, a 

ten  bardzo  jej  się  spodobał.  Nie  był  rozlazły  ani  ostry,  jak  głosy 
niektórych  jej  kolegów.  Łagodny  i  słodki  jak  miód,  był  niski  i 
uspokajający.  Ten  lekarz  zdawał  się  mówić:  „Zaufaj  mi,  kochanie". 
Pewnie  kobiety  lecą  do  niego  właśnie  jak  muchy  do  miodu.  Choć 
oszołomiona,  dosłyszała  podniecenie  w  głosie  pielęgniarki.  Próbując 
unieść  ciężkie  powieki,  Jenna  poczuła  na  sobie  delikatne,  ciepłe 
dłonie. Lekarz sprawdzał odruchy jej ciała.

- Pielęgniarka  mówi,  że  to  kontuzja  odniesiona  na  meczu 

koszykówki. Starcie jeden na jednego?

- Nie - udało  się  jej  wyjąkać.  Zamglonym  z  powodu  środków 

przeciwbólowych  wzrokiem  próbowała  przyjrzeć  się  twarzy  lekarza. 
Wydawała jej się dziwnie znajoma.

- Au! - jęknęła  i  drgnęła  gwałtownie,  kiedy  dotknął  chorego 

miejsca.

- Spokojnie. - Lekarz  delikatnie,  lecz  zdecydowanie  ujął  ją  za 

ramiona i ułożył z powrotem.

Zauważyła jego rękę - dużą i silną, z niewielką, białawą blizną.
Teraz przyglądała mu się spod rzęs. Miał ciemnobrązowe, czujne 

oczy,  mocno  zarysowaną  szczękę,  pełne  usta  i  dołeczek  w  brodzie. 
Dołeczek  w  brodzie.  ..  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  ma  przed  sobą 
dorosłą,  bardziej  atrakcyjną  wersję...  Jeszcze  raz  z  przerażeniem 
spojrzała na jego rękę.

- Stanley Michaels! - krzyknęła.
- Niech ci nie wpadnie do głowy pomysł, by znów mnie ugryźć. 

A poza tym proszę mówić do mnie: doktorze Stanleyu Michaels.

- Jesteś lekarzem? - Naprawdę nie mogła w to uwierzyć.
- Jestem. Możesz sprawdzić na wydziale medycyny Uniwersytetu 

Stanu Wirginia. Wyglądasz na zdziwioną, Jenno Jean.

- Jenno - poprawiła go. - Owszem, jestem zdziwiona.

Stanley wziął do ręki jej kartę.

- Jesteś na coś uczulona?
- Na poziomki. - Kiedy minął już szok i zaskoczenie, wrócił ból.

- Możemy zająć się moją nogą? Zaczynam mieć mdłości.

background image

- Za  chwilę  wróci  pielęgniarka. - Stanley  zauważył,  że  Jenna 

cierpi,  i  pogładził  ją  po  ramieniu. - No,  to  czego  się  po  mnie 
spodziewałaś?

- Że  skończysz  w  więzieniu - odparła  szczerze,  choć  czuła,  że 

dawny kolega stara się tylko odwrócić jej uwagę od bólu.

- W  szkolnych  czasach  chyba  rzeczywiście  na  to  się  zanosiło -

odparł z uśmiechem doktor Stanley Michaels.

- Sala operacyjna jest wolna - oznajmiła, wchodząc, pielęgniarka.
- Znakomicie. Dzięki, Riley.
- Po zmianie wybieramy się na drinka. Może po operacji i pan się 

do nas przyłączy?

Jenna  nie  tylko  miała  za  chwilę  być  operowana  przez  chłopaka, 

który  w  czasach  szkolnych  podglądał  ją  w  szatni  przed  lekcjami 
gimnastyki, ale w dodatku zmuszona była słuchać, jak umizga się do 
niego ta kobieta. Tego było już dla niej za dużo.

- Stanley  Michaels  będzie  mnie  operował! - krzyknęła,  czując 

dziwną suchość w gardle.

Stanley wzruszył tylko ramionami.

- Jeśli chcesz zaczekać do jutra, to znajdziemy ci innego lekarza.
- Do  jutra? - powtórzyła  jak  echo  Jenna  i  aż  jęknęła.  Nie  była 

pewna,  czy  przeżyje  najbliższe  piętnaście  minut. - Jesteś  pewien,  że 
się na tym znasz?

- Tak. Jenna zamknęła oczy i pomodliła się w duchu.
- Dobrze. Zgadzam się. Stan poklepał ją po ręce.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Za chwilę nic nie będziesz 

czuła.

Człowiek  nic  nie  czuje,  kiedy  jest  martwy,  pomyślała  z 

przerażeniem Jenna.

- Doktor Michaels jest znakomitym lekarzem - oznajmiła pełnym 

uwielbienia tonem Riley.

Jenna wcale nie poczuła się lepiej.

- Możesz  już  podłączyć  kroplówkę.  Niestety,  nie  mogę  pójść  z 

wami na drinka - dodał i spojrzał na Jennę. - Śpij dobrze.

- Tu masz receptę na środki przeciwbólowe - rzekł Stan.

Jenna  wciąż  nie  mogła  uwierzyć,  że  operował  ją  Stanley 

Michaels. Trudno  jej było zapomnieć, że był on prowodyrem prawie 
wszystkich  szkolnych  rozrób,  mniej  lub  bardziej  śmiesznych,  i  że 
chodził z dwiema trzecimi dziewczyn z jej klasy. Spojrzała na świeży 
gips na nodze i zmarszczyła brwi.

- Jesteś pewien, że dobrze mnie poskładałeś? Nie będę kuleć?
- Na pewno nie. Możesz mi zaufać.
- Zaufać? Tobie?

background image

-

Zmieniłem  się,  Jenno  Jean.  Jestem  już  dorosłym, 

zrównoważonym człowiekiem. A ty? Nadal gryziesz tych, którzy m a 
j ą ochotę na twoje herbatniki?

Jenna z przykrością poczuła, że się czerwieni.

- Teraz  już  nieczęsto  muszę  uciekać  się  do  samoobrony. 

Mężczyźni,  którzy  chcą  moich  ciasteczek,  stosują  bardziej  finezyjne 
metody.

- Widzę, że obrażalska pozostałaś - zauważył Stanley, ale szybko 

wrócił do spraw bieżących. Znów był tylko lekarzem. - Tym razem ja 
tu rządzę, Jenno Jean. A ty masz robić, co ci każę. Zostawiłem szparę 
w  gipsie  na  wypadek  opuchlizny,  ale  powinnaś  raczej  układać  nogę 
wysoko. Przez osiem do dwunastu tygodni powinnaś nie obciążać tej 
kostki.  A  to  znaczy,  że  będą  ci  potrzebne  kule.  Dopiero  wtedy 
zobaczysz, jakim diabelskim wynalazkiem są schody. Twoje auto ma 
automatyczną przekładnię?

- Nie. W tej chwili Jenna uświadomiła sobie, jak wiele czeka ją 

ograniczeń.

- A  więc  nie  możesz  prowadzić.  Masz  męża? - Stan  znów 

spojrzał w jej kartę.

- Nie - odparła prawie równocześnie z nim.
- A przyjaciela? Kogoś, z kim razem mieszkasz? Kochanka?

Jenna  leżała  nieruchomo.  Już  w  dzieciństwie  nauczyła  się  nie 

okazywać emocji.

- Dam  sobie  radę - powiedziała  z  przekonaniem,  choć  na  razie 

jedynym  rozwiązaniem,  jakie  przychodziło  jej  do  głowy,  były 
taksówki.

- W nagłym wypadku zawiadomić... Maddie Pal - mer Blackwell.

- Stan  zamilkł  i  pokiwał  głową. - A  więc  wciąż  przyjaźnisz  się  z 
Maddie. Ta dziewczyna była niezłą rozrabiaką.

- To moja najlepsza przyjaciółka.
- Takie  przyjaźnie  to  rzadkość.  Szczęściara  z  ciebie.  Takiego 

komentarza, świadczącego o wrażliwości tego, który go wygłosił, nie 
spodziewała się po Stanleyu Michaelsie. Nawet po dorosłym Stanleyu.

- Chcesz, żebym jeszcze raz powtórzył ci, co masz robić, Jenno 

Jean?

- Jenno - poprawiła go odruchowo i pokręciła głową. - Wszystko 

pamiętam. Mam układać nogę wysoko.

- Większość  moich  pacjentów  bierze  zwolnienie  na  całe  te  trzy 

miesiące.

- Nie należę do większości twoich pacjentów. Stanley spojrzał na 

nią z ukosa i skinął głową.

- Nie będę się z tobą spierał. Widzę, że nadal jesteś uparta.
- Po prostu zdecydowana.

background image

Stanley przesunął rękę po prawie już suchym gipsie. Choć Jenna 

wiedziała,  że  jest  to  gest  czysto  zawodowy,  poczuła  się  dziwnie. 
Wytrąciło ją to z równowagi.

- Założę się, że na sali sądowej jesteś diabłem w spódnicy.
- Powiedzmy raczej, że... nieźle sobie radzę.
- O, nie wątpię! A jak nazywają cię za plecami? Czy ma to coś 

wspólnego  z  zębami? - spytał  głosem  tak  słodkim,  że  żadna  kobieta 
nie pozostałaby nań obojętna. Żadna oprócz niej.

- Nie - odparła spokojnie. - Mówią o mnie Nóż.
- Ostry i szybki. Założę się, że szczególnie interesuje cię aorta.
- Tylko kiedy jest na wierzchu.
- No  cóż,  przez  jakiś  czas  Nóż  będzie  musiał  po - leżeć  w 

szufladzie. Przez najbliższe kilka tygodni żadnego chodzenia.

- Jeśli chodzi tylko o ból... - zaczęła Jenna.
- O  ból  i  gojenie - zaznaczył  Stan  i  wstał. - Noga  potrzebuje 

czasu, by się zagoić.

Jenna westchnęła.

- Nie  mogę  porzucić  pracy.  W  moim  harmonogramie  nie  ma 

czasu na obiad, a co dopiero na złamaną nogę.

- Tym razem będziesz musiała go znaleźć.
- Ja... Stan uciszył ją palcem położonym na jej wargach.

Serce Jenny natychmiast zaczęło bić nierównym rytmem.

- Jenno Jean, w tej sprawie możesz mi zaufać. Ja też mam kilka 

przezwisk. Jedno z nich to Święty Stan.

- Święty? - Jenna nie mogła powstrzymać śmiechu. - Dlaczego?
- Bo  mój  dotyk  ma  niesamowite  zdolności  gojące - odparł  z 

dumą Stan. - Bo jestem prawy i uczciwy. W dodatku mam anielskie...

- Dobrze, dobrze, wystarczy. Jakieś inne?
- Owszem. Doktor SM, ale to z powodu moich inicjałów.

Stan  trzymał  w  ręku  butelkę  z  piwem  i  obserwował  przez  okno 

swojego  mieszkania  kilkunastoletniego  chłopaka,  który  samotnie 
wrzucał  piłkę  do  kosza.  Dzieciak  pojawiał  się  tam  co  wieczór. 
Ciekawe, co na to jego rodzice.

Stan westchnął i w zamyśleniu bębnił palcami w parapet. Minione 

dwa  dni  były  bardzo  interesujące.  Kto  by  przypuszczał,  że  będzie 
leczył Jennę Jean Anderson? Nóż. Zawsze była ostra i nie wątpił, że 
potrafi pociąć każdego oskarżonego na kawałki.

Zawsze  też  była  intrygująco  kobieca.  Zbyt  silna  i  zbyt 

inteligentna  dla  większości  chłopaków  w  ich  klasie,  więc  zamiast 
zajmować się miłostkami, skupiła się na nauce i garstce najbliższych 
przyjaciół. I nigdy nie odstępowała od swoich zasad.

I  tu  trafiła  kosa  na  kamień.  Stan  zawsze  wolał  sam  ustanawiać 

zasady i tylko im się podporządkowywać.

background image

Jenna Jean osiągnęła jednak coś, co jemu się nie udało. Kultywuje 

dawne przyjaźnie i zdołała znaleźć swoje miejsce na ziemi.

Zazdrościł jej tego, bo sam czuł się pozbawiony korzeni. Po stażu 

na  Zachodnim  Wybrzeżu  i  specjalizacji  na  Florydzie  wrócił  do 
Roanoke  w  poszukiwaniu  stabilizacji.  Od  lat  nie  był  w  rodzinnym 
mieście i nawet nie przypuszczał, że tak bardzo będzie za nim tęsknił.

Kiedy  wyjeżdżał,  myślał,  że  nigdy  już  tu  nie  wróci.  Zawsze 

uważał  Roanoke  za  senną  mieścinę.  Z  początku  więc  zachwycał  się 
tempem  życia  większych  miast,  różnorodnością  ludzi  i  miejsc.  W 
końcu jednak i Los Angeles, i Miami okazały się zbyt ruchliwe. Kiedy 
przed dziewięcioma miesiącami zmarł jego przyjaciel, szok wywołany 
tą  śmiercią  zmusił  Stana  do  refleksji  nad  minionymi  dziesięcioma 
latami swego życia.

Czy oprócz sukcesów zawodowych było coś, z czego mógłby być 

dumny? Nikogo ze znajomych nie nazwałby przyjacielem, a kobiety... 
Przychodziły i odchodziły, a on nawet nie pamiętał ich imion.

Chciał  czegoś  więcej.  Tego,  co  do  tej  pory  uważał  za 

niepotrzebne  i  przyziemne.  Domu,  prawdziwych  przyjaciół,  jakiegoś 
celu, może kogoś, kto by na niego liczył. Nie bardzo wiedział, jak to 
osiągnąć, ale czuł, że zmiany są konieczne.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tydzień  później  Jenna  z przerażeniem patrzyła,  jak  Stan  rozcina 

jej gips. Noga okazała się spuchnięta i sinożółta. Żałowała, że nie ma 
czym jej przykryć.

- Dlaczego zmieniasz gips tak szybko?
- Żeby  zdjąć  szwy  i  obejrzeć  ranę - odparł  Stan,  odkładając  na 

bok  kawały  białego  gipsu. - Wygląda  nieźle.  Bierzesz  antybiotyk, 
prawda?

Jenna kiwnęła głową.

- To zupełnie nie wygląda jak moja noga.
- Jest tylko trochę spuchnięta. To normalne. Teraz zdejmę szwy i 

założymy nowy gips.

Mary,  asystentka  Stana,  delikatnie  umyła  nogę  Jenny.  Kojący 

dotyk jej rąk pomógł Jennie trochę się zrelaksować. Od chwili kiedy 
do gabinetu wszedł Stan, była bardzo spięta.

Oczywiście był kompetentny i dokładny, ale Jenna wciąż widziała 

w  nim  chłopaka  z  dawnych  lat.  Chłopaka,  który  zdążył  stać  się 
mężczyzną. Próbowała skupić się na fakcie, że jest przede wszystkim 
lekarzem.

- Czy ten nowy gips będę już nosiła do końca kuracji?
- Nie.  Będziemy  go  zmieniać  co  trzy  tygodnie.  I  prześwietlać 

nogę, żeby zobaczyć, czy wszystko dobrze się goi.

Jenna  skrzywiła  się  i  z  niesmakiem  spojrzała  na  porośniętą 

włoskami łydkę.

- Czy  jest  jakaś  możliwość,  żebym  skorzystała  z  maszynki  do 

golenia? - szepnęła do Mary.

- Chyba  tak,  ale...  Nagle  zadzwonił  interkom  i  Stan  nacisnął 

guzik.

- Mam tu u siebie pewnego trzylatka. Chciałbym, żeby Mary go 

prześwietliła - rzekł  jakiś  męski  głos.  W  tle  słychać  było  dziecięcy 
płacz.

- W tej chwili jest bardzo zajęta, Abernathy - odparł Stan.
- Pacjent,  którego  miał  pan  przyjąć  o  drugiej,  odwołał  wizytę -

poinformowała go Mary.

- Dobrze, w takim razie idź, ale wracaj szybko. Musisz mi pomóc 

z tym gipsem.

- Mamy  kłopoty  z personelem,  bo  jedna  z naszych  pielęgniarek 

walczy  z  porannymi  mdłościami - zwrócił  się  do  Jenny  Stan,  kiedy 
Mary wyszła.

Jenna odruchowo kiwnęła głową. Najważniejsza w tej chwili była 

jej noga. Musiała zapomnieć o wstydzie.

- Czy mogłabym skorzystać z maszynki do golenia? - spytała.
- Przeszkadza ci te kilka włosków? - uśmiechnął się Stan.

background image

Dla niej nie było to wcale kilka włosów, lecz gęstwina.

- Naprawdę muszę je ogolić - nie ustępowała Jenna.
- Zazwyczaj  nie  golimy  nóg  w naszym  gabinecie - odparł  Stan, 

zajęty przygotowaniem gipsu. - Radzę moim pacjentkom, żeby przez 
te trzy miesiące udawały, że pochodzą z jakiegoś egzotycznego kraju.

Jenna  miała  ochotę  go  zamordować.  Zamiast  tego  policzyła  w 

duchu do dziesięciu.

- A nie moglibyśmy zrobić wyjątku?
- Naprawdę tak ci to przeszkadza?
- Gotowa  jestem  błagać  na  klęczkach,  ale  niestety,  jak  widzisz, 

nie mogę nawet zgiąć nogi.

Stan patrzył jej w oczy i stukał długopisem w udo. Choć miał na 

sobie biały fartuch i swobodnie posługiwał się medycznym żargonem, 
wcale  nie  wyglądał  na  lekarza.  Jego  włosy  były  lekko  potargane, 
ramiona  miał  szerokie  jak  atleta  i  bardzo,  za  bardzo  męskie  rysy 
twarzy.

Był najseksowniejszym mężczyzną, jakiego w życiu widziała.
Jenna aż się skrzywiła na tę myśl. Skąd jej to przyszło do głowy?

- No,  dobrze. - Stan  wzruszył  ramionami. - Mam  akurat  trochę 

wolnego czasu.

Wyjął  z  szuflady  jednorazową  maszynkę  i  szybko  namydlił  jej 

nogę.

- Sama to zrobię! - Jenna powstrzymała jego rękę.
- Akurat - roześmiał się Stan. - Zatniesz się, dostaniesz zakażenia 

i pozwiesz mnie do sądu.

- Nie, na pewno tego nie zrobię. Stan pokręcił głową.
- Wybór masz raczej ograniczony, Jenno Jean. Albo ja cię ogolę, 

albo nikt.

- Dobra, gol! - odparła po chwili namysłu. Uznała, że Stan patrzy 

na jej nogę jak mechanik na śrubki. W ogóle nie kojarzy mu się ona z 
seksem.

Stan skinął głową i uśmiechnął się.

- Z czego się śmiejesz? - spytała Jenna.
- Zastanawiam  się,  co  by  powiedzieli  chłopcy  z  Cherry  Lane, 

gdyby zobaczyli mnie golącego nogę Jenny Jean Anderson.

- Masz  na  myśli  kumpli  z  twojego  gangu?  Tych  chuliganów, 

którzy terroryzowali całą okolicę?

- Owszem.  Byliśmy  bardzo  z  siebie  dumni. - Stan  wolno 

przesuwał  maszynkę  od  jej  kostki  do  kolana. - Nawet  się 
wytatuowaliśmy.

- Poważnie?
- Mam ci pokazać? - zażartował Stan.
- Nie wierzę ci.

background image

- Udało  nam  się  tylko  zdobyć  niezmywalne  flamastry,  które, 

niestety, okazały się jak najbardziej zmywalne.

Był tak blisko niej, że czuła zapach jego wody po goleniu i mogła 

dokładnie  policzyć  jego  rzęsy.  Długie,  pewne  posunięcia  maszynki 
były tak zmysłowe, że Jenna wstrzymała oddech.

- Byliśmy  z  sobą  tak  blisko  jak  bracia - mruknął  z  wyraźną 

tęsknotą w głosie Stan.

- Dlaczego nie spróbujesz któregoś z nich odnaleźć?
- Sam nie wiem. - Stan wzruszył ramionami. - Dzieci nie zawsze 

wyrastają  na  takich  ludzi,  na  jakich  się  zapowiadali.  Oprócz  ciebie. 
Wszyscy wiedzieliśmy, że Jenna Jean będzie kimś.

Był to bardzo miły komplement.

- Dzięki, ale i mnie nie było łatwo.
- Ale teraz nie masz się czego wstydzić. - Stan popatrzył na nią 

uważnie.

Jennie z trudem udało się nie zarumienić. Mimo że nie wyglądała 

najlepiej, przy nim czuła się atrakcyjna, a nawet seksowna. Ciekawe, 
czy złamana noga ma jakiś wpływ na jej umysł?

- Dobrze  sobie  radzisz  z  tą  maszynką - zauważyła.  Jednym 

długim  pociągnięciem  Stan  zakończył  golenie  i  zaczął  spłukiwać 
mydło z ostrza.

- Lubię swoją pracę - odpadł Stan i puścił do niej oko.
- Co w niej takiego przyjemnego?
- Lubię reperować ludzi. Czuła, jak rośnie jej szacunek dla niego. 

Rosła także jej ciekawość.

- Dużo nóg golisz?
- Do operacji? Jenna pokręciła głową.
- Aha,  chodzi  ci  o  kobiety  ze  złamanymi  nogami,  które  źle  się 

czują nie ogolone? Ani jednej. Ty zostałaś potraktowana wyjątkowo.

- Dlaczego?  Bo  jestem  prawniczką  czy  też  dlatego,  że  kiedyś 

pokonałam cię w rzutach jeden na jednego?

- Ani jedno, ani drugie. Po prostu zawsze podobały mi się twoje 

nogi.

Przez  następne  dwa  tygodnie  Jenna  była  całkowicie  zależna  od 

pomocy  braci  i  Maddie.  Nienawidziła  gipsu  i  miała  już  dość  bólu  i 
ogólnej słabości.

Doktor  Stan  Michaels  wciąż  ją  zaskakiwał.  Przy  każdym  ich 

spotkaniu  był  zarówno  bardzo  rzeczowy,  jak  i  pełen  współczucia. 
Działał na jej rozdrażnione nieróbstwem nerwy bardzo kojąco.

Jenna, zazwyczaj tak aktywna, teraz miała czasu aż za dużo.
Za dużo czasu na myślenie.
Na myślenie o tym, jak niewielu ludziom pozwoliła się do siebie 

zbliżyć.  Pragnęła  jak  najszybciej  wrócić  do  pracy,  a  jednocześnie 
chciała  czegoś  więcej.  Może  jej  rozterki  wynikały  z  nadmiaru 

background image

przeczytanych  pism  kobiecych,  ale  po  raz  pierwszy  od  lat  Jenna 
myślała o tym, z czego zrezygnowała dla kariery.

Nieustępliwość,  którą  sobie  narzuciła,  tak  niezbędna  w pracy,  w 

samotne  wieczory  uwierała  jak  źle  dopasowane  ubranie.  Tęskniła  za 
kimś, kto by ją przytulił i kogo ona mogłaby przytulić.

Zastanawiała się, jak by to było mieć przy sobie mężczyznę. Nie 

męża,  niekoniecznie  namiętnego  kochanka,  na  pewno  nie  kogoś 
wymyślonego,  ale  prawdziwego,  sympatycznego  mężczyznę,  na 
którym by jej zależało i któremu zależałoby na niej. Kogoś naprawdę 
bliskiego. Myśli te nie opuściły jej nawet po powrocie do pracy.

Czuła,  że  musi  się  jakoś  od  nich  uwolnić.  Od  razu  pierwszego 

dnia  skorzystała  z  okazji,  by  porozmawiać  z  szefem  o  swoim 
marzeniu - chciała  mianowicie  zostać  sędzią.  Jego  reakcja  nie  była 
jednak taka, jakiej się spodziewała.

- Po  prostu  się  roześmiał - powiedziała  wieczorem  swoim 

przyjaciółkom, Emily Ramsey i Maddie Blackwell.

Emily  przyjechała  na  parę  dni  z  Północnej  Karoliny  i  trzy 

przyjaciółki mogły spędzić razem trochę czasu. Niestety, Jenna miała 
za sobą jeden z najgorszych dni w życiu. W dodatku bolała ją noga.

- Kiedy  powiedziałam  mu,  że  chciałabym  zostać  sędzią, 

prokurator okręgowy po prostu się roześmiał.

Emily wzniosła oczy ku niebu. Maddie jęknęła.

- Mam  nadzieję,  że  dałaś  mu  kopa? - spytała  i  natychmiast 

ugryzła się w język.

- Kopniak  chwilowo  nie  wchodzi  w  rachubę - odparła  Jenna, 

spoglądając na swój gips.

- Może ja to zrobię za ciebie? - zaproponowała Maddie.

Jenna  uśmiechnęła  się.  Sama  nieraz  proponowała  coś  takiego 

przyjaciółkom.

- Jest adwokatem. Natychmiast znalazłabyś się przed sądem.

Emily tylko westchnęła.

- I w ogóle nic nie powiedział? Niczego nie tłumaczył?
- Powiedział,  że  jestem  urodzoną  oskarżycielką  i  że  mam  tak 

rozwinięte poczucie fair play, że nawet nie potrafiłabym być sędzią. A 
to, między innymi, on rekomenduje prawników na sędziów.

- Przecież bijesz ich wszystkich na głowę.
- Nie wszystkich - sprostowała Jenna.
- Wszystko  we  właściwym  czasie - próbowała  ją  pocieszyć 

Maddie. - Może  musisz  jeszcze  trochę  poczekać.  A  tymczasem... -
zaczęła.

Jenna  wiedziała,  co  ją  czeka.  Maddie  od  roku  była  mężatką  i 

uważała, że teraz przyszła kolej na nią.

- ...możesz poświęcić czas innym dziedzinom swego życia.

background image

- Koszykówka  chwilowo  jest  wykluczona. - mruknęła  Jenna  i 

wypiła  kolejny  łyk  alkoholu.  Zastanawiała  się,  czemu  Emily  przez 
cały czas je krakersy.

Maddie obdarzyła ją słodkim uśmiechem.

- Chciałam  sformułować  to  jakoś  ładnie,  ale  zmusiłaś  mnie  do 

mówienia wprost. Musisz mieć jakieś życie towarzyskie. Osobiste.

- Mężczyznę - dodała  zazwyczaj  bardzo  nieśmiała Emily,  czym 

bardzo zaskoczyła Jennę.

Jenna chwyciła kule i wstała z kanapy. Zazwyczaj udawało jej się 

w  porę  powstrzymywać  takie  dyskusje,  tym  razem  jednak,  po 
nieprzyjemnym dniu i dwóch drinkach, wyraźnie straciła czujność.

- Nie jestem dobra w towarzyskich kontaktach z mężczyznami -

przyznała. - Moja  matka  twierdzi,  że  to  dlatego,  bo  się  wywyższam. 
Uważa,  że  powinnam  być  skromniejsza.  Chyba  chciałaby,  żebym 
ukrywała swoją inteligencję.

Emily schrupała kolejnego krakersa i potrząsnęła głową.

- Kobieta może ukryć zwiotczałe uda, ale nie inteligencję.
- Po  prostu  jeszcze  nie  spotkałaś  odpowiedniego  mężczyzny -

powiedziała Maddie. - Takiego, który pokocha twoją inteligencję i w 
ogóle całą ciebie. I pogodzi się z faktem, że cenisz sobie niezależność.

- Chyba za wiele naczytałaś się ostatnio bajek - mruknęła Jenna.
- Mówię to z doświadczenia.
- Ja też - dodała Emily.
- Poznałyście  jedynych  dwóch  wyjątkowych  mężczyzn  na 

świecie i dla mnie nic już nie zostało.

Niestety,  oszołomiona  nieco  alkoholem,  Jenna  nie  zauważyła 

złośliwych błysków w oczach Maddie i nie obroniła się w porę.

- Uważam,  że  powinnaś  poznać  jednego  z  moich  klientów -

powiedziała przyjaciółka, a Jenna w tej samej chwili jęknęła. Maddie 
pracowała  w  biurze  podróży  i  miała  czasem  kontakty  z  bardzo 
dziwnymi ludźmi.

- Jest dobrze wykształcony, przystojny i samotny.
- Czemu nie zaproponowałaś mu, żeby sprawił sobie kotka?
- Jenno Jean! - skarciła ją Maddie.
- Jenno - poprawiła  Jenna  i  znów  westchnęła.  Pomyślała,  jak 

wiele czasu od lat poświęca pracy.

Towarzyskie  stosunki  z  mężczyznami  niezbyt  jej  wychodzą.  Do 

tej pory skutecznie udawało jej się unikać randek. W ciągu minionych 
dwóch  tygodni  miała  jednak  dużo  czasu  na  myślenie.  I  dojście  do 
wniosku, że pora na zmiany w jej życiu.

- Wykształcony i przystojny - powtórzyła i od razu pomyślała o 

Stanie Michaelsie i jego ekscytującym głosie. I to nie po raz pierwszy 
w ciągu tych dwóch tygodni. - A jaki ma głos?

Maddie spojrzała na nią z ukosa i wzruszyła ramionami.

background image

- Pavarotti to on nie jest, ale ujdzie.

Ujdzie? Jenna nie miała ochoty na kogoś, kto ostatecznie ujdzie. 

Pragnęła  mężczyzny  ze  wspaniałym  głosem,  inteligencją  i  dobrym 
sercem.

- Obiecałam,  że  w  przyszłym  tygodniu  wezmę  udział  w  loterii 

dobroczynnej...

- Dam mu twój numer telefonu - oznajmiła Maddie. A Jenna, nie 

wiadomo czemu, poczuła się, jakby kładła głowę pod gilotynę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Owszem, był wykształcony. Był też przystojny.
Nie do przyjęcia był jednak jego głos - ten mężczyzna mówił jak 

żaba Kermit z Muppet Show.

Ocalił ją jego pager. A może to jemu się udało? Zależy od punktu 

widzenia.  Musiał  wyjść  w  połowie  imprezy.  Mężczyźni  kończyli  z 
Jenną znajomość pod wieloma różnymi pretekstami, ale ten okazał się 
wyjątkowy.  Facet,  z  którym  się  teraz  umówiła,  był  naukowcem  i 
dostał wiadomość, że jego hodowla mrówek się rozbiegła.

- Chyba za długo stałaś - odezwał się tuż za nią znajomy męski 

głos.

Jenna  odwróciła  się  na  pięcie,  ale  nie  najlepiej  jej  to  wyszło. 

Miała teraz przed  sobą wszystkowidzące spojrzenie doktora Stanleya 
Michaelsa.

- Nie, wcale nie - zaprzeczyła.
- Kiedy  zaczęłaś  czuć  ból?  Jenna  otworzyła  usta,  żeby  znów 

zaprzeczyć, ale zrezygnowała i tylko wzruszyła ramionami.

- Jakieś pięć minut temu.

Stan objął ją w pasie i wskazał głową stojące pod ścianą krzesło.
Jenna posłusznie pozwoliła mu się posadzić.

- Co tu robisz? - spytał.
- Działam w Lidze  Młodzieżowej  i  już dawno  zaproszono  mnie 

na tę imprezę - odparła, patrząc, jak Stanley opiera o ścianę jej kule.

Miał  na  sobie  ciemne  ubranie  i  najwyraźniej  czuł  się  w  nim 

zupełnie  swobodnie.  Podejrzewała  zresztą,  że  we  wszystkim  czułby 
się tak samo. Nago też.

Na  miłość  boską,  skąd  jej  to  wpadło  do  głowy?  Z  nadmiaru 

testosteronu?  Stan  Michaels  wręcz  promieniował  seksem.  Jak  na  jej 
gust było to zbyt prymitywne. A jednak...

- A ty? - spytała z czystej uprzejmości.
- Chcę włączyć się w życie dzielnicy.
- Co takiego?
- Nie udawaj, Jenno Jean. Przecież słyszałaś.

Jennie trudno było zapomnieć o Stanleyu Michael - sie, koledze z 

czasów szkolnych. Czuła jednak, że mężczyzna, jakim Stanley się stał, 
jest kimś innym, że coś go gnębi, czegoś szuka.

- Myślisz o wsparciu finansowym czy też chciałbyś coś robić?
- Jedno i drugie - odparł bez wahania.
- Liga  raz  w  tygodniu  organizuje  mecze  koszykówki  dla 

śródmiejskiej młodzieży. Wiem, że stale brak im mężczyzn.

- Będę  o  tym  pamiętał - rzekł,  a  po  chwili  w  jego  oczach 

pojawiły się figlarne, a równocześnie bardzo podniecające ogniki. - A 

background image

tobie?  Zauważyłem,  że  facet,  który  wcześniej  się  przy  tobie  kręcił, 
zniknął. Czy brak ci mężczyzny?

- Tylko  wtedy,  jeśli  jest  kierowcą  taksówki - mruknęła. - A 

faceta, o którym mówisz, wezwano przez pager.

- To twój narzeczony?
- Znajomy. - Nie  miała  zamiaru  przyznawać  się,  że  było  to 

spotkanie zaaranżowane przez przyjaciółkę.

- Randka w ciemno? Jenna stłumiła przekleństwo i wstała.
- Kostka już mnie nie boli. Chętnie się czegoś napiję.

Chwyciła  kule  i  szybko  ruszyła  w  stronę  baru.  Szła  tak 

zamaszystym krokiem, że jedna z kul zaczepiła o stół z przekąskami i 
Jenna byłaby runęła jak długa, gdyby nie podtrzymało jej silne ramię 
Stanleya Michaelsa.

- Przecież bym ci coś przyniósł, gdybym wiedział, że tak bardzo 

chce ci się pić - szepnął jej prawie w samo ucho.

Ciało  Jenny  przeszył  dziwny,  nie  chciany,  niepotrzebny, 

niezrozumiały dreszcz.

- Próbowałam  się  ciebie  pozbyć - odparła.  Stan  parsknął 

śmiechem.

- Nie powinnaś się tak denerwować, Jenno Jean.

Mogłaś upaść i, co gorsza, znów uszkodzić sobie kostkę.

- Jenno - poprawiła  go  i  mimo  że  serce  biło  jej  jak  oszalałe, 

szybko odzyskała pewność siebie. - Dziękuję ci. Czy mógłbyś podać 
mi kule?

- Oczywiście:

Stan schylił się i wprawnym, pewnym ruchem podniósł z podłogi 

jej  kule.  Czuła  woń  jego  wody  po  goleniu  połączoną  z  męskim 
zapachem  ciała.  Kiedy  Stan  spojrzał  jej  w  oczy,  poczuła  skurcz  w 
żołądku.

- Dziękuję - wyjąkała  i  uświadomiła  sobie,  że  stoją  zbyt  blisko 

siebie. Szybko spróbowała zrobić krok do tyłu.

Stan od razu wyciągnął ręce, by ją powstrzymać.

- Uwaga!  Tuż  za  tobą  stoją  dwie  starsze  panie  z  kieliszkami  w 

rękach.

- Ojej! - Jenna wolałaby, żeby jednak trzymał ręce przy sobie. -

Dziękuję.

Stan patrzył na nią z powagą.

- Naprawdę nie powinnaś tak obciążać tej nogi. Złamana kostka 

jeszcze dobrze się nie zrosła.

- Postaram  się - obiecała  i  poruszyła  się,  by  dać  Stanowi  do 

zrozumienia, że chce, by ją puścił. Zrozumiał, a ona odetchnęła z ulgą.

- Słyszałem,  że  w  zeszłym  tygodniu  byłaś  u  mojego asystenta -

rzekł.

- Owszem. Powiedziano mi, że masz akurat operację.

background image

- Tęskniłaś  za  mną? - zażartował,  znów  z  tym  zniewalającym 

błyskiem w oku.

Jenna  nawet  nie  mrugnęła  powieką.  Doktor  Michaels  był 

zdecydowanie zbyt uroczy, sympatyczny i pewny siebie.

- Nie - odparła.  Kiedy wybuchnął śmiechem, powstrzymała się, 

by nie walnąć go kulą. Była bardzo z siebie dumna.

- Stan! - Głos  z  przeszłości  przerwał  jego  obserwację

odchodzącej  szybkim  krokiem  Jenny  Jean.  No,  w  każdym  razie 
próbowała kuśtykać szybko. Złamana noga bardzo jej to utrudniała.

Stan odwrócił się i zauważył dawnego kumpla.

- Eddie  Ridenhour?  Wieki  cię  nie  widziałem!  Eddie  wyciągnął 

ku niemu rękę.

- Racja. Słyszałem, że jesteś lekarzem. W życiu bym się tego nie 

spodziewał.

Stan parsknął śmiechem.

- Nawet nie spytam, czemu. Znamy się przecież jak łyse konie. A 

co u ciebie?

- Jestem  dilerem  samochodowym. - Eddie  wyjął  z  kieszeni 

wizytówkę. - Jak będziesz potrzebował porządnego auta, zgłoś się do 
mnie.  Dobroczynność  to  hobby  mojej  żony.  Ja  bywam  na  takich 
imprezach  ze  względu  na  żarcie  za  darmo  i  możliwość  znalezienia 
nowych  klientów.  Od  czasu  do  czasu  udostępniam też  Lidze  środki 
transportu. A ty dlaczego się tu znalazłeś? Szukasz kobitki?

- Nie,  żarcia  za  darmo.  Masz  dzieci?  Eddie  przybrał  bolesny 

wyraz twarzy.

- Czy  mam  dzieci? - Tym  razem  wyjął  portfel,  a  z  niego  plik 

zdjęć. - Wyobraź sobie, że sześcioro.

Przez  najbliższe  kilka  minut  Stan  wysłuchiwał  utyskiwań  na 

niedole  ojcostwa  i  przyglądał  się  Jennie  Jean.  Stała w  drugim  końcu 
sali, oparta o ścianę jak o mężczyznę. Była piękniejsza i twardsza niż 
za  dawnych  czas  ó  w  ,  a  przecież  już  w  dzieciństwie  nie  była 
mięczakiem.

Wzrok Eddiego powędrował za jego spojrzeniem.

- O, więc już zauważyłeś pannę Jennę Nóż. Mówią, że straszna z 

niej żyleta.

- Żyleta?
- No. Podobno potrafi załatwić każdego oskarżonego.
- Przecież  chyba  na  tym  polega  jej  praca. - Stan  wzruszył 

ramionami.

- Tak,  rzeczywiście.  Tyle  że  chyba  za  bardzo  przestrzega 

przepisów.

- A jaka jest prywatnie?

background image

- Nie wiem. Może moja żona coś ci o tym powie. Podejrzewam, 

że  praca  to  całe  jej  życie.  Podobno  finansuje  college  trzem  swoim 
braciom.

- No to musi być bardzo zajęta - zauważył Stan.
- Niezły tyłeczek - mruknął Eddie i potrząsnął głową. - Ale to jej

przezwisko...  Przypomina  mi  Lorenę  Bobbit,  no  wiesz,  tę  kobietę, 
która obcięła swojemu mężowi...

Stan parsknął śmiechem.

- Nie myślę, by ona z kimś się spotykała.
- Pewnie nie. A co, interesuje cię? Stan patrzył, jak Jenna miesza 

palcem drinka w kieliszku i wypija łyk. Ten zmysłowy gest zupełnie 
nie pasował do jej zwykłego zachowania. Ciekawe, co kryje się pod tą 
maską?

- Hej, Stan! Pytałem, czy Jenna cię interesuje?
- Raczej zaciekawia.
- Wiesz co? Moja żona przyjaźni się z pewną superblondyną, no i 

cały  wieczór  męczy  mnie,  bym  ją  z  tobą  poznał.  Masz  coś  przeciw 
temu?

Stan westchnął i spojrzał w stronę Jenny.

- Nie, nie mam.
- Podwieźć cię? - spytał Stan, kiedy Jenna  podnosiła słuchawkę 

telefonu w hotelowej recepcji.

Jenna zawahała się.

- Właśnie miałam zamiar wezwać taksówkę.
- Ja jestem tańszy - rzekł i wyjrzał przez szklane drzwi na ulicę. -

Poza tym pada.

- Deszcz  mi  zazwyczaj  nie  przeszkadza,  ale  nie  powinnam 

moczyć gipsu - odparła z uśmiechem Jen - na. - Dzięki za propozycję.

Stan  podał  kluczyki  parkingowemu,  który  miał  przyprowadzić 

jego auto.

- Udany wieczór? - spytał.
- Mniej  więcej - odparła  Jenna.  Oparła  się  o  ścianę  hotelu  i 

przymknęła oczy.

Stan  wiedział,  jak  bardzo  jest  z  natury  aktywna,  więc  domyślał 

się, że obecny stan musi jej bardzo doskwierać.

Wykorzystał  tę  chwilę,  by  dokładnie  jej  się  przyjrzeć.  Miała 

ciemne,  jedwabiste  włosy,  elegancko  obcięte  na  pazia.  Tylko  bardzo 
zdeterminowanemu  mężczyźnie  udałoby  się  naruszyć  ich  idealną 
linię.  Stan  poczuł,  że  swędzą  go  palce,  i  szybko  włożył  ręce  do 
kieszeni.  Ubrana  była  w  czarny  kostium,  odpowiedni  zarówno  do 
sądu, jak i na przyjęcie. Jego skromny krój bynajmniej nie ukrywał jej 
bardzo kobiecych kształtów. Jedyną biżuterią, jaką miała na sobie, był 
maleńki złoty zegarek i kolczyki z perełkami.

background image

Wydawała  się  daleka  i  niedostępna,  więc  Stan  natychmiast 

zapragnął  rozpiąć  ten  opancerzający  ją żakiet  i  stwierdzić,  co  też  się 
pod nim kryje.

Kiedy  znów  spojrzał  na  jej  twarz,  dostrzegł  w  niej  zmęczenie. 

Miał wrażenie, że Jenna zaraz zaśnie.

- Czemu mniej? - spytał. Jenna westchnęła.
- Bo nie wyszłam z tego całkiem bez szwanku. Wciągnięto mnie 

w przygotowania kolejnej imprezy.

- W weekend po Czwartym Lipca? Jenna otworzyła oczy.
- Tak.
- Mitzi cię prosiła?
- Skąd wiesz? - zaniepokoiła się Jenna.
- Bo mnie też w to wrobiła.
- No, no, widzę, że wpadłeś na całego. Parkingowy podprowadził 

lexusa Stana i otworzył drzwiczki.

- Ładne  auto - zauważyła  Jenna,  wsiadając. - Zdziwiłam  się, 

widząc, że wychodzisz sam.

- Czemu?
- Miałam  wrażenie,  że  ta  blondynka  przylepiła  się  do  ciebie  na 

dobre.

Stan  uśmiechnął  się.  Jenna  nie  wydawała  się  zazdrosna,  raczej 

zaciekawiona. Podobnie jak on.

- A,  mówisz  o  Tinie.  Eddie  mi  ją  przedstawił.  To  przyjaciółka 

jego żony. Nie mój typ. Więc dokąd jedziemy?

- Na południowy zachód. W stronę Crystal Creek.
- Tak daleko od Cherry Lane?
- Nie  tak  bardzo - odparła  Jenna,  czując  na  sobie  spojrzenie 

Stanleya. - To  cicha,  spokojna  dzielnica,  ale  i  tam  są  dzieciaki.  Na 
pewno  są  wśród  nich  dziewczynki,  które  u  d  a  j  ą  księżniczki  i 
chłopcy,  którzy  kradną  ciasteczka.  A  ty  dlaczego  tu  wróciłeś? -
spytała po chwili.

- Tam,  gdzie  bywałem,  nie  znalazłem  tego,  czego  szukałem -

przyznał. - Mam nadzieję znaleźć to tutaj. Ty też po studiach wróciłaś 
w rodzinne strony. Dlaczego?

Kątem oka zauważył, że Jenna wzrusza ramionami.

- To  moje  miasto  i  chciałam  dla  niego  coś  zrobić.  Moi  bracia 

zawsze  doprowadzali  mnie  do  szału,  ale  uważałam,  że  powinnam 
jakoś  im  pomóc.  To  mój  osobisty  wkład  w  zmniejszenie  liczby 
młodocianych przestępców na ulicach - dodała z uśmiechem.

- A dlaczego nie wybrałaś praktyki prywatnej?
- Bo mam jedną straszną wadę - westchnęła Jenna.

Ton,  jakim  to  powiedziała,  wywarł  na  Stanleyu  ogromne 

wrażenie.

- Jaką?

background image

- Nadmiernie  rozwinięte  poczucie  sprawiedliwości - odparła  z 

niesmakiem.

- No tak, dla prawnika to prawdziwy problem.
- Nie żartuj sobie z mojego zawodu. To naprawdę jest problem. 

Przez to pewnie nie osiągnę wymarzonego celu.

Myślał, że Jenna żartuje, ale kiedy na nią spojrzał, zrozumiał, że 

jest śmiertelnie poważna.

- Uczciwość i sprawiedliwość to wspaniałe cechy.
- Świadczą raczej o niedojrzałości.
- Prędzej o godnym podziwu charakterze.
- O idealizmie.
- O wierze w ideały, które czynią człowieka lepszym, niż mu się 

wydaje.

- Wiesz,  ty  mnie  wciąż  zadziwiasz.  Już  mi  się  wydaje,  że 

wszystko o tobie wiem, a tu nagle...

- Co takiego? - Stan uśmiechnął się do niej.
- Zmieniasz  się.  Kiedy  byliśmy  młodsi,  nie  myślałam,  że 

charakter czy sprawiedliwość są dla ciebie ważne.

- Bo nie były.
- Lubiłeś kawały i dobrą zabawę.
- Zgadza się.
- Kiedy więc się zmieniłeś? Stan nie bardzo chciał o tym mówić. 

Zresztą  nie był  pewien,  czy  naprawdę  to  Jennę  interesuje.  Po  chwili 
uznał jednak, że prościej będzie jej to wyjaśnić.

- Żył  sobie  kiedyś  pewien  facet,  który  został  lekarzem.  Był 

wesoły i lubiany. Dobrze się bawił. Może nie był genialnym lekarzem, 
ale dobrym na pewno.

- Tak jak ty?
- Czy w ten delikatny sposób chcesz mi dać do zrozumienia, że 

nie uważasz mnie za geniusza?

- Przypuszczam, że wiesz, iż geniusz nie jest najważniejszy.
- Czy to doświadczenie przez ciebie przemawia?
- Tego nie powiedziałam. Stan tylko się roześmiał.
- Mów dalej. To najciekawsza rozmowa, jaką dziś miałam okazję 

prowadzić.

- Nie zapomniałem tej uwagi o genialności.
- Był bardzo dobrym lekarzem...
- Tak. Oddanym zawodowi i zabawie.
- Nieżonaty.
- Zgadza się.
- Bezdzietny. Stan skinął głową.
- I nie notowany - dodał ze śmiechem.
- Dobrze,  oświeć  mnie  w  końcu.  Co  to  ma wspólnego  z  twoim 

powrotem do Roanoke?

background image

- A  więc  ten  facet  zachorował  i  w  ciągu  roku  umarł.  Na  jego 

pogrzeb  przyszły  trzy  osoby.  Był  w  moim  wieku  i  nic  po  sobie  nie 
zostawił. Zupełnie jakby w ogóle nie istniał.

Po  tych słowach  zapadła pełna  zadumy cisza.  Ale, jak  zauważył 

Stan, nie była to cisza niezręczna.

- Sądzę,  że  trochę  się  mylisz - powiedziała  po  chwili  Jenna. -

Zostawił po sobie co najmniej trzy osoby,  którym na nim  zależało. I 
najwyraźniej zrobił na tobie wrażenie.

Stan  zahamował  na  światłach.  Słowa  Jenny  przyniosły  mu  ulgę. 

Patrzyła  na  niego  badawczo,  a  zarazem  z  sympatią  i  współczuciem. 
Kombinacja ta podziałała na niego oszałamiająco. Panna Nóż, oprócz 
ostrego języka, miała też serce.

W  świetle  latarni  mógł  przyjrzeć  się  uważniej  jej  twarzy.  Choć 

atrakcyjna,  nie  była  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  spotkał  w  życiu. 
Jednak  jej  błękitnym  oczom  żaden  mężczyzna  nie  potrafiłby  się 
oprzeć. Jeszcze przed  paroma  miesiącami uznałby, że Jenna  ma zbyt 
twardy charakter i jest nadmiernie spięta.

Właściwie nadal tak myślał i wiedział, że nie powinien się do niej 

zbliżać.  Ostatni  raz,  kiedy  sobie  na  to  pozwolił,  gorzko  tego 
pożałował. Omal nie odgryzła mu ręki.

Wbrew sobie uniósł jednak dłoń i pogładził ją po policzku. Przy 

okazji lekko musnął jej wargi.

Zauważył, jak szeroko otworzyła oczy.

- Jesteś  bardzo  dobra - rzekł. - Zastanawiam  się,  czy  nadal 

gryziesz.

Ona też przez chwilę się nad tym zastanawiała. Oczy jej rozbłysły 

i już chciała powiedzieć coś, co by go zirytowało, ale zmieniła zdanie.

- Masz  ochotę  na  małą  solówkę? - spytała  tylko. - Ja  się  nie 

piszę.

Stan zaśmiał się i nacisnął pedał gazu.

- Za  szybko  jedziesz - zauważyła,  kiedy  wjechali  na  ulice  jej 

dzielnicy.

- Nie ma problemu, bo towarzyszy mi doświadczony prawnik.
- Tym  bardziej.  Skręć  teraz  w  lewo.  Mój  dom  będzie  trzeci  po 

prawej. A przepisy są po to, żeby ich przestrzegać.

- Moim  zdaniem  po  to,  by  niektóre  z  nich  łamać.  Zresztą 

podejrzewam,  że  nasze  poglądy  bardzo  się  różnią.  Na  przykład  w 
sprawach całowania - dodał, zatrzymując się przed jej domem.

- Być może. Nie, chyba masz rację. Ja z zasady nie całuję kogoś,

kogo  nie  lubię.  Przedkładam  jakość  nad  ilość.  A  ty,  o  ile  pamiętam, 
zawsze wolałeś ilość.

- Owszem.  Ale  jeśli  chodzi  o  całowanie,  to  nie  koniec  moich 

zasad - rzekł,  nachylając  się  ku  niej. - Nigdy  nie  całuję  krócej  niż 
przez trzydzieści sekund.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Powinna mu powiedzieć.
Powinna ostrzec Stana, żeby nie tracił czasu. Już nieraz słyszała, 

że kiepsko całuje. Powinna, ale z jakiegoś nie znanego jej powodu nie 
chciała mu o tym wspominać.

Stan popatrzył na jej usta, a potem z wyzwaniem prosto w oczy.
Serce  omal  nie  wyrwało  się  Jenny  z  piersi.  Czuła  się  jak 

zamroczona.

W  ostatniej  chwili  udało  jej  się  nad  sobą  zapanować.  Szybko 

wtuliła się w drzwiczki samochodu.

- Zwariowałeś! - mruknęła.
- Nigdy  nie  twierdziłem  inaczej - odparł  i  przysunął  się  ku  niej 

jeszcze bliżej.

- Postradałeś zmysły! - szepnęła, patrząc mu w oczy.
- Być  może.  Był  o  wiele  za  blisko.  Prawie  jej  dotykał.  Jenna

czuła jego oddech na swojej twarzy, czuła jego zapach. W uszach jej 
szumiało.

- Nie  przejmuj  się,  Jenno  Jean,  to  tylko  trzydzieści sekund -

mówił Stan, a jego usta niemal muskały jej wargi.

- Ja... - Podziwiała  wykrój  jego  ust.  Ciekawa  była,  jak  całuje 

Święty Stan. Bardzo, coraz bardziej ciekawa. - Ja... - powtórzyła.

- Jeśli masz zamiar powiedzieć „nie", zrób to teraz. - Widoczne 

w jego spojrzeniu podniecenie pozbawiło ją tchu.

- Ja... Nie powiedziała tego wystarczająco szybko. Usta

Stana spoczęły na jej wargach. Jenna szeroko otworzyła oczy. Co 

ona wyrabia? Całuje się ze Stanleyem Michaelsem?

Nie dotykał jej ani nie wziął w ramiona. Pieścił tylko jej usta.
A ona wyszła mu na spotkanie. Ich języki tańczyły jeden wspólny 

taniec.

Przed oczami stanął jej bardzo erotyczny obraz. Oboje byli nadzy 

i spleceni w uścisku, a Stan wsuwał w nią swoją męskość.

Jenna jęknęła i chwyciła go za ramiona.
A on, kiedy tylko poczuł na sobie jej ręce, odsunął się.
Oszołomiona  Jenna  oparła  się  o  drzwiczki  i  ciężko  dysząc, 

próbowała się uspokoić. Gorączkowo też szukała słów odpowiednich 
na tę chwilę.

- Muszę  stąd  wyjść - wyjąkała  w  końcu.  I  to  jak  najdalej  od 

ciebie,  pomyślała.  Chyba  ktoś  powinien zoperować  mi  mózg. 
Całowałam się przecież ze Stanleyem Michaelsem i w dodatku bardzo 
mi się to spodobało.

Sięgnęła do klamki i otworzyła drzwi.

- Zaczekaj minutę - próbował powstrzymać ją Stan.

background image

- Minutę?  Nie  ma  mowy.  Zobacz,  jak  wyglądam  po  upływie 

zaledwie trzydziestu sekund - powiedziała.

Obróciła się na fotelu i postawiła nogi na ziemi. Jedyną rzeczą, o 

jakiej teraz myślała, były frontowe drzwi jej domu. Próbowała wziąć z 
tylnego  siedzenia  swoje  kule,  ale  Stan  był  szybszy.  Zaklął  cicho  i 
szybko obszedł auto, by stanąć po stronie pasażera.

- Jesteś najbardziej niezależną i stanowczą kobietą, jaką w życiu 

spotkałem. Czy ty kiedykolwiek prosisz o pomoc?

- Z zasady nie - odparła, już kuśtykając w stronę ganku.
- Będziemy  musieli  coś  zrobić  z  twoimi  zasadami.  Jenna  aż 

zadrżała na samą myśl o tym.

- Moje  zasady  bardzo  mi  w  życiu  pomagają.  Nie  ma  po... -

przerwała, bo Stan położył na ziemi jej kule.

- Co ty robisz? - spytała całkiem bez sensu, kiedy wziął ją na ręce 

i wniósł na schody. Ostatnim mężczyzną, który nosił ją na rękach, był 
ojciec, a działo się to przed dwudziestu laty.

- Zrobiło  się  późno - odparł. - A  tak  jest  szybciej  i  wygodniej. 

Gdzie masz klucz?

Instynkt nakazywał jej sprzeciw, wiedziała jednak, że to by tylko 

opóźniło odejście Stana. Wyciągnęła klucz z torebki, a on pochylił się, 
by mogła wsunąć go do zamka i przekręcić. Ramieniem pchnął drzwi, 
wszedł do środka i położył ją na kanapie. Sam na chwilę wyszedł po 
kule i zaraz wrócił. Usiadł obok Jenny i popatrzył jej głęboko w oczy. 
W  jego  spojrzeniu  było  tyle  różnych  emocji,  że  Jenna  nie  wszystkie 
była w stanie odcyfrować.

- Chyba nie masz zamiaru znów mnie całować - zaniepokoiła się.
- Dziś nie - przyznał. - Ale przy tobie będę chyba musiał zmienić 

swoje zasady. Trzydzieści sekund to o wiele za mało.

- Zgoda - powiedziała  Maddie,  popijając  herbatę  w  eleganckim 

salonie  matki  Emily. - Robimy  listę.  Wspaniały  głos,  bystry  umysł, 
nie onieśmielają go inteligentne kobiety.

Jenna wiedziała już, że kiedy poda się Maddie jeden palec, zaraz 

chwyci całą rękę.

- Nie  jestem  pewna,  czy  to  dobry  pomysł - stwierdziła,  choć 

wiedziała,  że  przyjaciółka  na  pewno  nie  zechce  jej  słuchać. -
Powiedziałam  tylko,  że  mam  zamiar  zacząć  spotykać  się  z 
mężczyznami i ożywić trochę swoje życie towarzyskie.

- To  znakomity  pomysł.  Zrobię  kopię  tej  listy  dla  Emily  i  jej 

mamy,  żeby  i  one  mogły  się  rozejrzeć  za  jakimiś  interesującymi 
mężczyznami.

- To brzmi jak ogłoszenie, w którym poszukuje  się chętnych do 

marynarki - mruknęła  Jenna.  Zauważyła,  że  Emily  znów  pochłania 
krakersy.

background image

Swędziała ją noga  pod  gipsem i  żałowała,  że nie wzięła ze sobą 

małych,  plastikowych  grabek.  Polecił  je  jej  Stan,  zakazując 
równocześnie używania drutu. Od tamtego zatykającego dech w piersi 
pocałunku widziała go tylko raz i było to czysto zawodowe spotkanie 
lekarza z pacjentką.

Pewnie  już  zapomniał  o  tych  oszałamiających  trzydziestu 

sekundach.  Może  to  i  lepiej.  Z  drugiej  jednak  strony  była  odrobinę 
rozczarowana. Ucierpiała na tym jej kobieca duma. Wolałaby, by i on 
przeżył je tak samo jak ona.

- Jenno  Jean,  pytam  cię  po  raz  trzeci:  czego  jeszcze  oczekujesz 

od mężczyzny?

- Jenno - poprawiła  przyjaciółkę  i  wzruszyła  ramionami. - Nie 

wiem. To takie ogólne pytanie. Chciałabym, żeby był... czysty.

Emily parsknęła śmiechem. Maddie wzniosła oczy do góry.

- Jesteś  mi  bardzo  pomocna.  Jak,  na  przykład,  ma  wyglądać? 

Wysoki, średniego wzroku? Czy twarz jest ważniejsza niż ciało? Jaka 
osobowość? Co...

- Powinien być wyższy ode mnie - odparła Jenna.
- Ciało  mieć  przeciętnie  ukształtowane.  Nie  chcę  kogoś,  kto 

startuje w konkursie na Mistera Ameryki. Nie za graby, nie za chudy. 
Dobrze, gdyby miał ładną twarz. Brązowe tęczówki - dodała, myśląc o 
Stanie.

- Lubię,  kiedy  mężczyzna  patrzy  mi  prosto  w  oczy  i... - Kiedy 

dotarło do niej to, że opisuje Stana, natychmiast zamilkła.

- No, to już coś. A więc brązowe oczy...
- Nie, nie muszą być brązowe - zaprotestowała Jenna.
- Przecież mówiłaś...
- Wiem - przyznała  Jenna  i  wstała. - Ale  tak  tylko  mi  się 

powiedziało. Po prostu musi mieć oczy...

- Masz  to  jak  w  banku.  Może  jakoś  uda  nam  się  znaleźć 

mężczyznę bez pustych oczodołów.

Uświadomiwszy sobie, jak dużo myśli o Stanie, Jenna bardzo się 

speszyła. I rozzłościła. To nie jest mężczyzna odpowiedni dla niej. Po 
prostu się nią bawi. I... No nie, dość. Musi przestać o nim myśleć.

- Bardziej  mi  zależy  na  osobowości.  Musi  to  być  człowiek 

rozsądny, taki, który nie będzie się spodziewał, że zjawię się na każde
jego zawołanie. Nie będzie się domagał, bym za niego wyszła i rodziła 
mu  dzieci.  Nie  będzie  przemądrzały,  skłonny  do  flirtów - wyliczała 
dalsze cechy swojego ideału i znów były to cechy Stana.

Maddie i Emily popatrzyły na siebie, a potem na Jennę.

- Jesteś pewna, że chcesz poznać jakiegoś mężczyznę? - spytała 

Emily. - Z niektórymi z nich więcej jest kłopotu niż ze szczeniakami.

- Emily - zaczęła ostrzegawczo Maddie.

background image

- Mówię  poważnie.  Małżeństwo  nie  jest  dla  każdego.  Może 

Jenna będzie szczęśliwsza, hodując psa.

Jenna spojrzała na Emily.

- Masz jakieś kłopoty z Beau?
- Właściwie nie, ale...
- Właściwie nie! - powtórzyła zaniepokojona Maddie.

Emily westchnęła.

- Nie zwracajcie na mnie uwagi. Jestem w kiepskim nastroju.

Jenna patrzyła, jak Emily z ponurą miną żuje kolejnego krakersa. 

Nagle coś wpadło jej do głowy.

- Powiedziałaś  mu  już,  że  jesteś  w  ciąży?  Emily  szeroko 

otworzyła oczy. Maddie pisnęła.

Potem  Emily  wybuchnęła  płaczem,  a  Jenna  szybko  przytuliła  ją 

do siebie.

- Uważał,  że  powinniśmy  poczekać  jeszcze  rok,  ale  musiałam 

przerwać branie pigułki i pewnego wieczora zapomnieliśmy o tym i... 
było już za...

- Późna - dokończyła  za  nią  Jenna,  czując,  jak  jej  samej  łzy 

napływają do oczu.

- Martwi się pieniędzmi, bo moi rodzice mają dużo, a on nie, ale

mnie nie zależy na... - Głos jej się załamał i głośno pociągnęła nosem.
- Tak się boję!

Maddie także otoczyła przyjaciółkę ramionami.

- O, Emily, Emily! Musisz mu wszystko powiedzieć.
- Maddie  ma  rację - dodała  Jenna. - Nie  możesz  tego  ukrywać. 

Myślisz, że on zaakceptuje twoją ciążę?

- Sama nie wiem. Byliśmy tacy szczęśliwi i bardzo się cieszę na 

myśl o dziecku, ale nie wiem, jak Beau zareaguje na tę nowinę.

- Gdzie w tej chwili przebywa twój mąż? - spytała Jenna.
- Teraz  nie  mogę  powiedzieć  mu  o  ciąży.  Gra  w  golfa  z  moim 

ojczymem. Mama i ja spotkamy się z nimi na kolacji w klubie.

- Im dłużej będziesz zwlekać... - zaczęła Jenna.
- Tym  bardziej  będzie  wściekły - dokończyła  Maddie. - Joshua 

urwałby  mi  łeb,  gdybym  choć  na  krótko  zataiła  przed  nim  taką 
wiadomość.

- Coraz trudniej mi ukrywać poranne mdłości - przyznała Emily.

- A  Beau  nie  rozumie,  czemu  nie  chcę  jeździć  ani  konno,  ani  na 
nowym motorze, o który tak go błagałam.

- Na motorze? - powtórzyła Jenna, ale szybko potrząsnęła głową.

- Niczego  mu nie  tłumacz. Przede  wszystkim  potrzebny  jest  plan... -
mówiła dalej, zadowolona, że przyjaciółki przestały zajmować się jej 
sprawami. - Zamiast  jeść  kolację  z  twoimi  rodzicami,  powinnaś 
spotkać się z Beau sama...

Wkrótce plan był gotów, a Emily nieco spokojniejsza.

background image

- A więc  postanowione - oznajmiła  Maddie. - A teraz  wracamy 

do ciebie i twojej listy, Jenno Jean. Nie myśl, że o tym zapomniałam.

- No,  dobrze - zgodziła  się  Jenna  i  wypiła  łyk  herbaty. - Chcę 

spotkać się z mężczyzną, który będzie mnie adorował, wielbił ziemię, 
po której stąpam, i całował aż do utraty tchu.

Znów przed oczyma stanął jej Stanley Michaels. Jenna dostrzegła 

zdziwioną minę Maddie i mówiła dalej:

- Musi lubić wodę, a nie jadać z mojego talerza i podkradać  mi 

ciasteczka.  Pragnę  mężczyzny  o  dobrym  sercu  i  niezbyt  bujnej 
wyobraźni, który podda się mojej woli.

Emily przełknęła krakersa i pokręciła głową.

- Moim zdaniem powinnyśmy sprawić jej psa.

Stan wsunął się na jedną z tylnych ławek sali sądowej. Jenna Jean 

była  ostatnio  bardzo  zajęta.  Tak  bardzo,  że  choć  zostawiał  jej 
wiadomości,  przez  minione  dwa  dni  nie  miała  czasu  do  niego 
oddzwonić.  Chciał  z  nią  porozmawiać  o  planowanej  przez  Ligę 
imprezie nad jeziorem. Tylko o tym.

Jenna Jean nie była w jego typie.
Bardzo go zainteresowała. Ubierała się jak jego matka, a całowała 

z  niespotykaną  pasją  i  namiętnością.  To,  oczywiście,  bynajmniej  nie 
zmieniało faktu, że naprawdę nie była w jego typie.

Stan  patrzył,  jak  wsparta  na  kulach  podchodzi  do  ławy.  Gotów 

był  się  założyć,  że  z  każdym  krokiem  przeklina  krępujący  ją  gips. 
Zawsze była taka szybka i ruchliwa. Pamiętał, ile razy się z nią ścigał. 
I ile razy przegrał. Ilekroć miał z nią do czynienia, musiał bardzo się 
starać, żeby jej sprostać: biegać szybciej, pracować ciężej.

Dziś  miała  na  sobie  granatowy  kostium  z  czerwoną,  jedwabną 

chusteczką  w  kieszonce  i  białą  bluzkę.  Włosy  związała  w  węzeł  na 
karku.

Czysty  profesjonalizm.  I  mimo  to  stuprocentowa  kobiecość. 

Najpierw  cicho  szepnęła  coś  sędziemu,  a  potem  zwróciła  się  do 
świadka.

Była  miła, spokojna  i  uprzejma.  Nie  uśmiechała  się,  ale  jej  głos 

był ciepły. Czuło się, że można jej zaufać.

Czemu  więc  wydawała  mu  się  taka  seksowna?  Czemu  w 

wyobraźni  zdzierał  z  niej  ten  kostium?  Czemu  pod  jej  chłodem 
dopatrywał się namiętności?

Wygodnie  rozparty  przyglądał  się,  jak  najpierw  mozolnie 

zdobywa zaufanie  oskarżonego,  a potem w jednej chwili  rozrywa go 
na  strzępy. Facet już  po raz trzeci został  przyłapany  na  prowadzeniu 
samochodu po alkoholu. I nieprędko znów usiądzie za kierownicą.

Sędzia stuknął młotkiem, rozprawę zakończono. Jenna pożegnała 

się z kolegami prawnikami, przerzuciła torbę przez ramię i ruszyła do 
wyjścia.

background image

Kiedy  zauważyła  Stana,  szeroko  otworzyła  oczy.  Była  wyraźnie 

zaskoczona i zmieszana.

- Nie  zauważyłam  twojego  nazwiska  na  wokandzie -

powiedziała. - Przejechałeś  skrzyżowanie  na  czerwonym  świetle, 
przekroczyłeś dozwoloną prędkość czy...

Stan parsknął śmiechem.

- Nie, Jenno. Nie jestem o nic oskarżony.
- Nie? To skąd się tu wziąłeś? Stan wzruszył ramionami.
- Chciałem  się  z  tobą  zobaczyć.  W  sprawie  tej  imprezy  nad 

jeziorem - dodał, widząc jej podejrzliwą minę.

- Czemu?
- Musimy parę rzeczy zaplanować. Myślałem o nartach wodnych. 

Mam pewien pomysł i chciałbym go z tobą omówić. Zjedzmy razem 
obiad.

- Nie mam cza...
- Przecież i tak musisz coś zjeść. Będziemy się spieszyć.
- Mam mnóstwo...
- Tuż  za  rogiem  jest  bardzo  przyjemny  barek.  Ja  stawiam. 

Pozwól... - Po krótkiej walce udało mu się wziąć od Jenny torbę. - Czy 
w słowniku obok hasła „uparta" jest może twoje nazwisko?

- Nie, widnieje ono obok „zdecydowana i stanowcza". A twoje? 

Chyba obok „natrętny", co?

- Znajdziesz  je  nawet  w  kilku  miejscach.  Przy  haśle  „uroczy", 

„przystojny", „genialny"...

- „Zadufany".
- „Pewny  siebie" - poprawił  ją.  Wyszli  już  na  ulicę;  dzień  był 

słoneczny  i  ciepły,  a  barek  niedaleko. - A  więc  miałem  okazję 
obejrzeć  pannę  Nóż  w  akcji.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  się  ten  facet 
spodziewał, był taki surowy wyrok.

- To  dziwne.  Ostrzegałam  jego  adwokata.  Ajatollah  jest 

bezwzględny wobec pijących kierowców.

- Ajatollah?
- Tak nazywamy prokuratora okręgowego.
- Chciałby,  żeby  w  naszym  stanie  recydywiści  mieli  specjalne 

tablice rejestracyjne?

Jenna skinęła głową.

- I może jeszcze tatuaż na czole, ale to już mój pomysł.

Stan uśmiechnął się, ale nie mógł się z nią nie zgodzić.

- To tu - rzekł, wskazując jej drzwi do barku.
- Jedyną  dobrą  stroną  używania  tych  kul  jest  to,  że  wszyscy 

ustępują mi miejsca - poinformowała go Jenna.

I tym razem też miała rację. Choć lokal był zatłoczony, właściciel 

natychmiast znalazł dla nich stolik i od razu podał coś do picia.

- Widzę, że nie znosisz tego gipsu - zauważył Stan.

background image

Jenna  pomieszała  palcem  napój  w  szklance  i  nachyliła  się  do 

Stana, jakby chciała podzielić się z nim jakąś tajemnicą.

- Marzę o pile tarczowej - mruknęła. Widząc, jak oblizuje palec, 

Stan poczuł znajomy mu już skurcz żołądka. Nagle wydało mu się, że 
zbyt ciasno zawiązał krawat.

- Wcale  mnie  to  nie  dziwi - odparł  przez  ściśnięte  gardło. -

Smaczny napój?

Jenna spojrzała na szklankę, a potem na swój palec.

- Mam  taki  głupi  zwyczaj,  że  zawsze  wkładam  palce  do  swojej 

szklanki - przyznała  zawstydzona. - Na  oficjalnych  przyjęciach  to 
prawdziwy problem. Przepraszam - mruknęła i sięgnęła po serwetkę.

- Nie  przejmuj  się.  W  tym  lokalu  możesz  zachowywać  się 

swobodnie - zapewnił  ją  Stan,  szczęśliwy,  że  choć  na  moment  się 
rozluźniła.

Niestety tylko na moment.

- O czym chciałeś ze mną porozmawiać?
- Jeden  z  moich  przyjaciół  gotów  jest  nam  wypożyczyć  łódkę  i 

narty wodne.  Myślisz,  że będziemy  musieli  prosić  rodziców  naszych 
podopiecznych o wyrażenie zgody?

- Tak.  Poproszę  Mitzi,  żeby  przygotowała  odpowiednie 

formularze.  Niestety,  nie  będzie  to  łatwe - dodała  ze  smutkiem. -
Niektóre dzieciaki tak rzadko widują swoich rodziców...

- Naprawdę to taki problem? - spytał Stan. Pamiętał,  jak bardzo 

opiekowali się nim jego rodzice.

- Bywa.  To  smutne,  ale  mamy  wiele  spraw  o  zaniedbywanie 

obowiązków  rodzicielskich,  a  nawet  o  maltretowanie.  A  sprawy 
rodzinne  nigdy  nie  są  łatwe.  Większość  prawników  unika  ich  jak 
ognia.

- Ale nie ty...
- Ja nie. Tak  mi żal tych dzieciaków.  Przynajmniej to  mogę dla 

nich zrobić. I jest jeszcze Liga.

Znów dojrzał w jej oczach gorącą pasję. Ciekawe, czy znalazłby 

się mężczyzna, który też by ją tak rozbudził.

- Święta Jenna Jean.
- Jenna - poprawiła  go  natychmiast. - Ale  to  podobno  ty  jesteś 

święty.

- A ty mi nie wierzysz, prawda? A przecież w Ameryce człowiek 

tak  długo  jest  niewinny,  dopóki  nie  udowodni  mu  się  winy.  W 
niedzielę zabieram cię na przejażdżkę.

- Słucham?
- Na  łódkę.  Upieczemy  dwie  pieczenie  przy  jednym  ogniu. 

Sprawdzimy  jacht  mego  przyjaciela  i  przy  okazji  pokażę  ci,  jaki 
porządny ze mnie facet.

background image

- Dlaczego  mielibyśmy  sprawdzać  ten  jacht?  Zresztą  z  tym 

gipsem niezbyt nadaję się na członka załogi. I...

Stan podniósł rękę Jenny do ust i delikatnie  zacisnął zęby na jej 

palcu. Z uśmiechem obserwował, jak szeroko otwiera oczy.

- Spokojnie, Jenno, nie jesteś w sądzie. Nie musisz mnie brać w 

krzyżowy  ogień  pytań.  Zabiorę  ze sobą  coś  dobrego  do  picia. 
Popływasz sobie, a potem powiesz, co sądzisz o jachcie.

Wyglądała  tak  cudownie,  słodko  zmieszana,  że  zapragnął  ją 

pocałować.  Ale  przecież  postanowił  sobie,  że  następnym  razem  nie 
zadowoli się trzydziestoma sekundami.

- O jachcie?
- Tak, o jachcie i o mnie. Jenna szybko cofnęła rękę.
- No, nie wiem, Święty Stanie. Porządni chłopcy nie gryzą.

Stan z uśmiechem pokazał jej niewielką bliznę na swojej dłoni.

- Czy  porządne  dziewczynki  też  tego  nie  robią?  Jenna  przez 

chwilę patrzyła mu w oczy. Potem delikatnie pogładziła go po dłoni.

- Dlaczego  miałabym  się  dokądkolwiek  z  tobą  wybierać? -

spytała.

- Bo  jesteś  przynajmniej  w  połowie  tak  ciekawa  mnie,  jak  ja 

ciebie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Jenna Jean zdecydowanie go spławiła.
Najpierw jednak musiała się opanować.
Choć  stało  się  to  błyskawicznie,  Stan  zdążył  dostrzec  w  jej 

oczach, że miał rację. Że zaskoczył ją odczytaniem jej myśli.

Ani myślał rezygnować z bliższego poznania tej kobiety.
Kiedy  zajechał  przed  swój  dom,  znów  zobaczył  znajomego  mu 

już  chłopaka,  jak  zwykle  samotnie  ćwiczącego  rzuty  do  kosza.  Stan 
wynajmował  mieszkanie  w  tym  budynku  tylko  tymczasowo;  później 
planował  kupić  jakiś  dom.  Większość  mieszkańców  kamienicy 
stanowili młodzi, bardzo zajęci ludzie. Tylko kilkoro z nich miało już 
dzieci, ale bardzo jeszcze małe.

Chłopiec  w  żaden  sposób  nie  pasował  do  tego  otoczenia. 

Wyglądał  na  trzynaście  lat,  miał  długie  włosy,  ubrany  był  w  sprany 
podkoszulek  i  znoszone,  dżinsowe  szorty.  Bardzo  przypominał 
Stanowi kolegów z dzieciństwa.

Tego  dnia,  przechodząc  obok  chłopaka,  Stan  chwycił  rzucaną 

przez niego piłkę.

- Miałbyś ochotę trochę porzucać ze starszym? - spytał. Chłopak 

spojrzał na niego podejrzliwie i wzruszył ramionami.

- Dobra.
- Stan.
- Jordan.
- Mam trzydziestkę.
- A ja tyle, co trzeba - mruknął Jordan. - Grajmy, póki widno.

Stan, zajęty rozmową, chwycił piłkę, podskoczył i... nie trafił do 

kosza.

- Ile to jest tyle, co trzeba?
- Prawie  czternaście.  Nie  wymagam  już  opieki - dorzucił 

chłopiec i wprawnie umieścił piłkę w koszu.

- Dobry  jesteś. - Stan  uśmiechnął  się. - Często  cię  tu  widzę.  W 

którym domu mieszkacie?

- Moi  rodzice  nie  żyją - stwierdził  obojętnym  tonem  Jordan. -

Mieszkam z bratem.

- Tak? A ile brat ma lat?
- Tyle,  co  trzeba.  Przez  następne  kilka  dni  Stan  wieczorami 

grywał trochę z chłopakiem w piłkę, a potem dzielił się z nim swoją 
kawalerską  kolacją.  Jedzenie  rozwiązało  nieco  dzieciakowi  język  i 
Stan wiedział już, że w przypadku jego brata „tyle, co trzeba" oznacza 
dwadzieścia  dwa  lata.  Dowiedział  się  też,  że  Jordan  mieszka  parę
przecznic  dalej,  w  okolicy  niezbyt  spokojnej,  gdzie  awantury  i  bójki 
są na porządku dziennym. Przyjeżdża tu więc co wieczór na rowerze, 
by pobyć trochę w ciszy i samotności.

background image

Kiedy  Stan  spytał  Jordana,  czym  zajmuje  się  jego  brat,  chłopak 

wzruszył ramionami i odparł: „To zależy, w którym tygodniu".

Właściwie nie powinno go to obchodzić. Przecież Jordan był mu 

osobą zupełnie obcą. A jednak... Te smutne, dorosłe oczy bardzo mu 
kogoś przypominały.

W niedzielne popołudnie Stan wybrał się na polowanie na Jennę 

Jean Anderson. Zajeżdżając przed jej dom, był pewien, że przyłapie ją 
na  nicnierobieniu.  I  może też  nie  całkiem  ubraną.  Aż  mu  się  gorąco 
zrobiło na samą myśl o tym.

Kiedy Jenna otworzyła drzwi, na jej twarzy na moment pojawiło 

się zmieszanie.

- Cześć. - Stan  uśmiechnął  się  do  niej. - Pomyślałem  sobie,  że 

zajrzę, by sprawdzić, czy jesteś zajęta. Wygląda na to, że nie, więc...

- Jestem - powiedziała szybko Jenna. - Jestem bardzo zajęta.

Stan uniósł brwi.

- Tak? A czym?
- Pie... piekę ciasteczka.
- Cudownie! - Stan zdecydowanym krokiem wszedł do środka. -

Jakie?

Nie, nie, i jeszcze raz nie! Jenna wcale nie chciała się cieszyć jego 

widokiem.  Pragnęła  wyrzucić  go  za  drzwi.  Był  tak  pełen  życia  i 
entuzjazmu...  Taki  przystojny,  opalony,  dobrze  umięśniony.  No  i  nie 
miał na nodze gipsu.

Gotowa była go znienawidzić.

- Jakie? - powtórzył.
- Na pewno nie będą ci smakowały - zastrzegła, bo wiedziała, że 

mężczyźni z zasady nie znoszą rodzynek. - Owsiane z rodzynkami.

Ku jej zdziwieniu Stan rozpromienił się.

- Z brązowym cukrem i cynamonem?
- Tak, ale...
- Będziesz potrzebowała kogoś, kto by ich spróbował.
- Mam. Siebie.

Stan  nie  zwracał  już  na  nią  uwagi.  Kierowany  zapachem, 

maszerował do kuchni.

- Przyda ci się obiektywna opinia.
- Twoja? - dopytywała się Jenna, kuśtykając za nim.

Stan  chwycił  rękawice  i  otworzył  drzwiczki  piekarnika. 

Wyciągnął  gorącą  blachę  i  aż  jęknął  z  zachwytu.  Było  to  tak 
zmysłowe, że Jenna zadrżała.

Kiedy  postawił  blachę  na  blacie,  odwrócił  się  ku  Jennie  z 

uśmiechem.

- Musisz zrozumieć, Jenno Jean... - zaczął.
- Jenno - poprawiła go odruchowo. Bardzo chciała zapomnieć o 

swoim drugim imieniu.

background image

- Jenno.  Mogę  cię  nazywać  królową  Anglii,  panią  prezydent, 

waszą wysokością...

- Aż tak bardzo masz ochotę na te ciasteczka?
- Muszę ci się przyznać, że zdarza mi się jadać filet mignon, pijać 

szampana i nawet  czasem delektować się  musem czekoladowym, ale 
już  nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  miałem  okazję  spróbować 
domowych  ciasteczek.  Takie  jest  to  moje  kawalerskie  życie.  No, 
Jenno Je... Przepraszam. Jenno, nie odmawiaj biednemu człowiekowi.

Nawet  zwyczajna  niby  prośba  miała  w  jego  ustach  szczególne 

brzmienie. A przynajmniej ona tak ją odebrała.

- Oj,  umiesz  ty  prosić, Święty  Stanie.  Zdejmę  je  tylko  z blachy 

i...

- Ja to zrobię - rzekł Stan i posadził Jennę na krześle. - Ty siedź. 

Najważniejszą rzecz już zrobiłaś.

A  więc  siedziała  i  patrzyła,  jak  Stan  bierze  do  ręki  gorące 

ciasteczko i zaczyna je jeść. Oblizując się, nie marnując ani okruszka, 
pomrukując z rozkoszy. Jennę oblał pot i jednocześnie zrobiło się jej 
gorąco. O Boże, skoro Stan z taką uwagą traktuje zwyczajne ciastko, 
to jak odnosi się do kobiety?

Kolejne dwa ciastka Stan potraktował z taką samą namiętnością. 

Ale Jenna już nie odważyła się patrzeć na niego tak otwarcie.

- Wspaniałe - oznajmił z zachwytem.
- Cieszę się, że ci smakowały.
- Teraz ja chciałbym zrobić  ci przyjemność - rzekł i pomógł jej 

wstać.

- To naprawdę nie jest konieczne.
- Ależ  tak!  Obiecałem  ci  przejażdżkę,  urozmaiconą  twoim 

ulubionym drinkiem, i mam zamiar dotrzymać obietnicy.

- Ale przecież mówiłam ci, że jestem dziś zajęta.
- Nie ma sprawy. Twoje plany uległy zmianie.
- Nieprawda. Ja...
- Jenno. - Stan  przyciągnął  ją  tak  blisko  do  siebie,  że  mogła 

obserwować  dołeczek  w  jego  brodzie,  wilgotne  usta  i  błyszczące 
rzęsy. - Jeśli  nie  wybierzesz  się  ze  mną na  tę  wyprawę,  pomyślę,  że 
się mnie boisz.

Dobre sobie! Jenna aż zmrużyła oczy.

- Nie jestem dzieckiem, doktorze.
- Fakt jest faktem, szanowna pani.

Czuła  zapach  wody  po  goleniu  Stana  i  woń  cynamonu  w  jego 

oddechu.  Patrzył  jej  prosto  w  oczy.  Widać  było,  że  nie  znosi 
sprzeciwu.  I  skoro  postanowił  ją  mieć,  zrobi  wszystko,  by  dopiąć 
swego.

A więc będzie musiała udowodnić mu, że tak naprawdę wcale jej 

nie chce.

background image

- Dobrze - westchnęła. - Może być szampan.
- Ładna łódka - powiedziała Jenna i wyciągnęła się wygodnie na 

ławeczce.

Było  późne  popołudnie  i  jezioro  niemal  się  wyludniło.  Nic  nie 

zakłócało piękna i spokoju tej okolicy.

- Jacht - poprawił  ją  delikatnie  Stan.  Wyłączył  silnik  i  rzucił 

kotwicę. - Myślisz, że spodoba się dzieciakom z Ligi?

Jenna  rozejrzała  się  po  dobrze  utrzymanym  pokładzie  i 

uśmiechnęła się z aprobatą.

- Na pewno.
- Chcesz szampana?
- Tak. Dopiero w trzecim sklepie udało mu się kupić jej

ulubioną markę.

- Nie przypuszczałem, że jesteś miłośniczką szampana.
- Nie? A co przypuszczałeś?
- Nie  wiem.  Bardziej  pasuje  do  ciebie  białe  wino  lub  rum. 

Dlaczego akurat szampan?

Bo chciałam ci zrobić na złość, odparła duchu.

- Po  prostu  lubię  bąbelki.  Nawet  kiedyś  zastanawiałam  się,  jak 

wyglądałaby kąpiel w szampanie.

- Kiedy  postanowisz  się  o  tym  przekonać,  daj  mi  znać.  Kupię 

całą skrzynkę, żeby tylko móc to zobaczyć.

Serce Jenny znów zaczęło bić nierównym rytmem. Dlaczego ten 

mężczyzna tak na nią działa?

- Czasem wystarczą marzenia.
- W  innych  sprawach  też?  Podejrzewała,  że  Stan  ma  na  myśli 

seks, i nie miała zamiaru mu odpowiadać.

- W niektórych - odparła wymijająco. - Na przykład teraz myślę 

sobie,  jaka  wspaniała  byłaby  kąpiel  w  tej  wodzie.  No,  ale  z  tym 
gipsem pewnie od razu poszłabym na dno.

- Nie  bój  się.  Wszystko  dobrze  zaplanowałem.  Na  imprezie 

będziesz już bez gipsu.

- Ależ ty jesteś mądry.
- Przesadzasz. Jestem zwyczajnym chłopakiem z Cherry Lane.
- Z  Cherry  Lane,  zgoda.  Ale  na  pewno  nie  zwyczajnym.  Nigdy 

nie byłeś zwyczajny.

- Nie?
- Nie. Umiałeś przecież stepować. Stan spojrzał na nią znacząco.
- Uważaj - rzekł ostrzegawczym tonem.
- Gdybyście  czasem  wpuścili  nas,  dziewczyny,  do  waszego 

domku na drzewie, na pewno nie darzyłybyśmy was taką nienawiścią.

- Przecież  udawałyście  księżniczki.  My  byliśmy  piratami, 

pilotami i...

- Czasami w nocy tam się zakradałam.

background image

- Naprawdę? - Stan omal nie zakrztusił się piwem.
- Aha.  W  ciemnościach  było  tam  wspaniale.  Liście  szeleściły, 

konary  się  chwiały.  Czułam  się  jak  na  statku  albo  w  samolocie -
dodała z uśmiechem.

- Tak - zgodził  się  z  nią  Stan. - Mój  ojciec  musiał  być  albo 

wariatem, albo superfacetem, że zgodził się na ten domek.

- Może  jedno  i  drugie.  Zwariowany  na  punkcie  swojego  syna 

superfacet.

Stan  skinął  głową.  Jenna  zauważyła  smutek  w  jego  oczach. 

Przypomniała sobie go takim, jakim był w dzieciństwie. I to, że kiedyś 
byli przyjaciółmi.

- Przykro mi, że nie żyje - powiedziała i wbrew swoim chęciom 

położyła Stanowi rękę na ramieniu.

A on bez słowa przykrył ją swoją dłonią.  Zarówno jego smutek, 

jak i jego samotność stały się jej smutkiem i samotnością.

Zawstydzona  i  zmieszana  odkrytą  nagle  bliskością,  szybko 

cofnęła rękę.

- Dzięki - mruknął Stan i z trudem przełknął ślinę. - Słyszałaś coś 

o osiedlu Króla Artura?

Jenna z wdzięcznością powitała tę zmianę tematu.

- Paskudne miejsce. Policjanci mają tam co robić. Narkotyki, za 

dużo  alkoholu,  zaniedbane  dzieciaki.  Czemu  pytasz?  Chyba  nie 
chcesz tam zamieszkać?

- Nie - odrzekł  Stan. - Zanim  kupię  gdzieś  dom,  wynająłem 

tymczasowo  mieszkanie  blisko  szpitala.  I  poznałem  pewnego 
chłopaka.  Przyjeżdża  co  wieczór  na  boisko  przy  moim  domu,  żeby 
powrzucać piłkę do kosza. Przypomina mi Joeya Caruthersa.

- Pamiętam Joeya. Nie mieszkał w naszej dzielnicy, ale często się 

z wami bawił. Był takim samym rozrabiaką jak wy. Zgadza się?

Stan kiwnął głową i zatarł ręce. Wciąż czuł na sobie dłoń Jenny. I 

jakieś dziwne gorąco w środku.

- Potem się wyprowadził. Nie znałem go zbyt dobrze, ale zawsze 

czułem, że u niego w domu nie jest najlepiej.

- I  myślisz,  że  tak  samo  jest  z  tym  chłopakiem?  Stan  zmrużył 

oczy i patrzył na jezioro.

- Tego  nie  jestem  pewien.  Podobno  opiekuje  się  nim  brat,  bo 

rodzice  nie  żyją.  Może  to  głupio  zabrzmi,  ale  ten  chłopiec  ma 
spojrzenie starego, doświadczonego przez życie człowieka.

- Podejrzewasz,  że  ktoś  go  seksualnie  wykorzystuje? - spytała 

cicho Jenna.

- Nie - odparł po chwili zastanowienia Stan.
- Zaniedbuje?
- Czy  ja  rozmawiam  z  Jenną,  czy  z  zastępcą  prokuratora 

okręgowego?

background image

- Jakoś ciągle nie umiem się w tym wszystkim odnaleźć. Często 

chcę  pomóc,  ale  system  i  ludzkie  uczucia  nie  zawsze  mi  na  to 
pozwalają.  Więc  powiedzmy,  że  jestem  Jenną  Anderson,  która  przy 
okazji zna się trochę na prawie. Może tak być?

- Owszem.  Nie  wiem,  czy  akurat  jest  zaniedbywany,  ale  na 

pewno przebywa w takim środowisku, że wymaga lepszej opieki.

- Chcesz powiedzieć, że jest zagrożony.
- Tak.
- No, cóż. Jest parę możliwości. Możesz zgłosić jego przypadek 

specjalnym  służbom  zajmującym  się  zaniedbaną  wychowawczo 
młodzieżą. To będzie proces długi i bolesny. Możesz wciągnąć go do 
Ligi  i  w  ten  sposób  mieć  na  niego  oko.  Jest  też  organizacja  Starszy 
Brat.

- On  ma  starszego  brata,  ale  ten  zajęty  jest  zupełnie  innymi 

sprawami. - Stan dolał jej szampana i wstał. - Sam nie wiem. Muszę 
się nad tym zastanowić.

- Wygląda na to, że już wpadłeś. A to nie są proste sprawy.
- Zycie w ogóle nie jest prostą sprawą - rzekł Stan i zrobił krok w 

jej stronę. - Nie można wszystkiego przewidzieć.

- Ale można próbować - odparła ostrożnie.
- Tylko że wtedy nie jest już tak zabawnie.
- Zależy,  czego  się  szuka.  No  tak,  wiecznie  opanowana  Jenna 

Jean  Anderson zawsze  musi  mieć  wszystko  pod  kontrolą.  Nie  da  się 
ponieść  emocjom.  Nawet  teraz - na  łódce,  w  szortach  i  bluzce  bez 
rękawów,  wyglądała  na  osobę  doskonale  panującą  nad  wszelkimi 
emocjami.  Ale  czy  naprawdę  taka  była?  Patrząc  jej  w  oczy,  Stan 
głęboko w to wątpił.

- Czy  nigdy  nie  myślałaś,  jak  by  to  było,  gdybyś  po  prostu 

zaczęła żyć na luzie?

- Owszem,  czasami - odparła  ledwo  słyszalnym  szeptem. - Ale 

zawsze uważałam, że najlepsze są marzenia nie spełnione.

Stan  stał  teraz  tuż  przy  niej.  Delikatnie  gładził  jej  jedwabiste 

włosy.

- Jaka ty naprawdę jesteś, Jenno? - spytał, a jego usta musnęły jej 

policzek.

- Stan. Stan ujął jej dłoń i położył sobie na piersi.
- Czujesz moje serce. Jenna z trudem przełknęła ślinę.
- Tttak.
- Widzisz,  co  ze  mną  wyrabiasz?  Jak  się  przy  tobie  czuję?  Jak 

trudno mi nad sobą panować?

- Naprawdę?
- A  co  z  tobą,  Jenno?  Czy  całkowicie  kontrolujesz  swoje 

uczucia? - spytał, kładąc dłoń na jej piersi.

Jenna zamknęła oczy.

background image

Skinęła głową, ale nie odepchnęła jego ręki.

- Pragnę  cię.  Chcę  zdjąć  ci  tę  bluzkę  i  całować.  Najpierw  tu,  a 

potem wszędzie.

Dopiero  wówczas,  kiedy  Stan  odpiął  drugi  guziczek  jej  bluzki, 

Jenna otworzyła oczy i chwyciła go za nadgarstek.

- Nie pasuję do ciebie, Stan.
- Dlaczego?
- Bo  jestem  poważna.  Czasami  zbyt  poważna.  Lubię  nad 

wszystkim panować. Nie jestem dziewczyną do zabawy.

- A skąd wiesz, że takiej chcę?
- Wiem. Zmieniasz kobiety jak rękawiczki.
- Zmieniałem - poprawił ją.
- Poza  tym  jesteś  moim lekarzem.  Zaś  etyka  twego  zawodu  nie 

pozwala  na  intymne  kontakty  z  pacjentami.  A  z  pacjentkami 
szczególnie.

Stan odsunął się od niej. Panna Nóż,  jak zwykle, trafiła  w samo 

sedno.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jenna nie widziała Stana od ponad tygodnia. I powinna się z tego 

cieszyć. Powinna być zachwycona.

Powinna, ale nie była.
Choć kilka razy rozmawiała przez telefon z Emily i wysłuchiwała 

opowieści przyjaciółki o tym, jaki wspaniały jest jej mąż, Beau, i jak 
bardzo cieszy się z jej ciąży, kładąc się spać i wstając, Jenna myślała o 
Stanie.  Myślała  o  nim  podczas  lunchu.  Ku  własnemu  przerażeniu, 
myślała o nim także w sądzie.

Gdyby miała przed  oczami dawny obraz Stana, uganiającego  się 

za kobietami egoisty, pewnie zdołałaby o nim zapomnieć. Nie mogła, 
bo  dał  jej  poznać  swoje  drugie  ja.  I  pokazał,  jak  bardzo  mu  na  niej 
zależy.

A  kiedy  zarzuciła  mu  nieprofesjonalne  zachowanie,  grzecznie 

odwiózł ją do domu.

Od  tamtej  pory  dwukrotnie  umówiła  się  na  randkę,  ale  obie 

okazały  się  pomyłką.  Pierwszy  facet  zanudził  ją  na  śmierć.  Drugi 
proponował,  by  zrezygnować  z  kolacji  i  od  razu  sprawdzić,  czy  jest 
równie  dobra  w  łóżku,  jak  na  sali  sądowej.  Choć  raz  przydał  jej  się 
gips - mogła kopnąć tego Romea w kostkę.

Klnąc  pod  nosem,  otworzyła  drzwi  do  poczekalni  przed 

gabinetem  Stana.  Przyszła  tu  na  zwykłą,  rutynową  wizytę  i  nie  było 
najmniejszego powodu, by tak bardzo pociły jej się dłonie.

Doktor Michaels przyjął ją natychmiast, ale nie w tym pokoju, co 

zwykle.

- Cześć, jak się masz? Serce Jenny na jego widok od razu zaczęło 

szybciej bić.

- W  porządku.  Czy  coś  się  stało?  Myślałam,  że  to  będzie 

rutynowe  badanie,  po  którym  powiesz  mi,  że  za  dwa  tygodnie  na 
pewno  zdejmiesz  mi  gips  i  nie  będę  już  musiała  pożyczać  piły  od 
sąsiadów i robić tego sama.

Stan uśmiechnął się lekko, ale jego oczy pozostały poważne.

- Nie  będziesz  musiała  pożyczać  piły.  I  nic  się  nie  stało.  Tylko 

zaszła  drobna  zmiana.  Pomyślałem  sobie,  że  lepiej  będzie,  jeśli  od 
dziś opiekę nad tobą przejmie doktor Abernathy.

- Ale...
- Przedstawiłem mu bardzo dokładnie t w o j ą historię - przerwał 

Jennie Stan, wskazując jej kartę. - To znakomity lekarz. Dużo bardziej 
ode mnie doświadczony. I...

Przerwało  mu  wejście  doktora  Abernathy'ego,  brązowookiego 

mężczyzny w średnim wieku.

- Przepraszam za spóźnienie. Czy to jest moja nowa pacjentka? -

zwrócił się do Stana.

background image

- Tak.  To  Jenna  Jean  Anderson.  Ponieważ  jestem  nią  osobiście 

zainteresowany, uznałem, że będzie lepiej, jeśli ty przejmiesz nad nią 
opiekę. - Stan  stłumił  parsknięcie. - Dopilnuj,  by  jak  najszybciej 
mogła się pozbyć tego gipsu.

- Myśli  pani  o  jakiejś  pile? - Doktor  Abernathy  zwrócił  się  do 

Jenny.

- Bez przerwy. Doktor Abernathy wybuchnął śmiechem.
- Wie  pani  co?  Zobaczymy,  co  da  się  zrobić.  Porozmawiamy  o 

tym w gabinecie. Muszę pilnie zadzwonić i zaraz do pani wracam.

Kiedy  zostali  sami,  Jenna  bała  się  spojrzeć  na  Sta - na.  Jego 

zdecydowanie  i  decyzja  wzbudziły  jej  uznanie.  Równocześnie 
zastanawiała się, co będzie dalej.

- Myślisz,  że  dobrze  ci  się  będzie  współpracować  z  doktorem 

Abernathym? - spytał Stan.

Tak  bardzo  troszczył  się  o  jej  dobre  samopoczucie.  Poczuła  do 

niego jeszcze większą sympatię.

- Tak - odparła,  patrząc  mu  w  oczy. - Jestem  tylko  trochę 

zaskoczona.

- Od jak dawna nie czułaś się tak, jak tamtego dnia na jachcie? -

spytał.

Jenna  poczuła  nagły  skurcz  w  żołądku.  Stan  patrzył  na  nią 

uważnie. Domagał się szczerej odpowiedzi.

- Sama nie wiem. Może nigdy. Stan kiwnął głową.
- Nigdy. Przerażam cię, prawda? - Uniósł rękę i uśmiechnął się. -

Nie  odpowiadaj.  Widzę  to  na  twojej  twarzy.  Może  teraz  będzie 
łatwiej.  Jestem  już  tylko  Stanem  Michaelsem,  który  przepada  za 
twymi ciasteczkami.

- Wychodzisz - zauważyła Maddie.
- Tylko na lody. To nie jest randka - odparła Jenna.

Przyjaciółka wraz z mężem, Joshuą, i synkiem Daveyem wpadła 

do niej bez uprzedzenia. Jenna była jej nawet za to wdzięczna. Wciąż 
nie mogła zrozumieć, co jej wpadło do głowy, by przyjąć propozycję 
Stana. Nawet jeśli było to coś tak niewinnego, jak wyprawa na lody.

- Rozmawiałaś z Emily?
- Tak - uśmiechnęła  się  Maddie. - Beau  zupełnie  ją 

ubezwłasnowolnił. Nawet nie pozwala jej jeździć na motorze. Trzęsie 
się nad nią bardziej niż jej matka.

- A  ona  jest  tym  zachwycona. - Jenna  pogładziła  po  głowie 

Daveya,  próbującego  wyrwać  się  z  ramion  ojca. - Jest  tak  samo 
ruchliwy jak Maddie w jego wieku - dodała, patrząc, jak jej chrześniak 
pędzi w stronę kuchni. Dokładnie pamiętał, gdzie ciotka przechowuje 
ciasteczka.

- Owszem, ale ostatnio dowiedziałam się o nim strasznej rzeczy -

powiedziała  Maddie,  starając  się nadać  swemu  głosowi  jak 

background image

najpoważniejsze brzmienie. - Uwielbia muzykę country. Rocka wprost 
nie znosi i to jest wina Joshuy - dodała, patrząc czule na męża.

- Chłopak ma znakomity gust - rozpromienił się dumny Joshua.

Widok  ich  miłości  obudził  w  Jennie  jakąś  dziwną  tęsknotę. 

Zaskoczyło  ją  to  uczucie,  postarała  się  więc  jak  najszybciej  o  nim 
zapomnieć. Szybko weszła do kuchni.

- Założę się, że już znalazł...
- Ciastecka! - zapiszczał Davey.
- Brawo! - zawołał  Joshua.  Mały  siedział  na  podłodze  i  jadł 

ciasteczka. Dwa naraz.

- Davey, dwa to za dużo - oburzyła się Maddie.
- Moje. - Mały szybko schował ręce za plecy.
- Mnie to nie przeszkadza, ale ja jestem tylko matką chrzestną -

stwierdziła Jenna.

- Davey, oddaj mi jedno.
- Nie.
- Przeżywa taki okres. Wciąż się buntuje - westchnęła Maddie.

Jenna usłyszała trzask drzwi wejściowych i po chwili stanął obok 

niej Stan.

- Znam to, znam. Na dźwięk jego głosu Jennie zrobiło się bardzo,

bardzo gorąco.

- Ty  też  powinnaś,  Jenno  Jean,  bo  nigdy  tak  naprawdę  nie 

wyrosłaś z tego okresu.

Maddie i Joshua spojrzeli na Stana.

- Ja cię skądś znam - powiedziała Maddie. - No, tak! O Boże, to 

Stanley Michaels!

Jenna aż się skuliła. Odkładała na później powiedzenie Maddie o 

tym, że spotyka się ze Stanem. Sama nie wiedziała, czemu.

- Miło  cię  widzieć,  Maddie. - Stan  uśmiechnął  się  do  dawnej 

koleżanki.

- Ale... Joshua zmrużył oczy, mimo to wyciągnął rękę.
- Joshua Blackwell - rzekł. - Jesteś przyjacielem Jenny?
- Kimś  w  tym  rodzaju.  A  ty  musisz  być  mężem  Maddie,  a  ten 

maluch  to  wasz  synek.  Ma  włosy  i  oczy  Maddie  i  twój  podbródek. 
Zgadza się?

Jenna  zauważyła,  jak  Joshua  bierze  głęboki  wdech.  Zauważyła 

też,  z  jaką  miłością  i  Maddie,  i  on  patrzą  na  synka.  Wiedziała,  że 
Joshua adoptował Daveya, ale kochał go jak własne dziecko.

- Owszem, to mój chłopak - odparł Joshua, a Maddie ścisnęła go 

za ramię. - Hej, stary, podzielisz się ze mną jednym? - zwrócił się do 
Daveya.

Chłopczyk, który już zdążył wepchnąć  sobie  prawie całe ciastko 

do ust, spojrzał na drugie, też porządnie nadgryzione, uśmiechnął się i 
wyciągnął je w stronę ojca.

background image

- Mój bohater - rozmarzyła się Maddie. - Umie dać sobie radę z 

każdym maluchem - dodała, ale zaraz znów spojrzała na przyjaciółkę.
- Wychodzisz ze Stanleyem Michaelsem?

- Ze  Stanem - poprawił  ją  Michaels  i  przysunął  się  do  Jenny. -

Owszem, wychodzi ze mną.

- Tak naprawdę to żadne wyjście - próbowała wyjaśnić sytuację 

Jenna.

- To  znaczy,  że  nie  wychodzisz? - Maddie  niczego  już  nie 

rozumiała. - Zostajesz w domu?

- Nie! - Jenna poczuła rękę Stana na swoim ramieniu i z trudem 

przełknęła ślinę. - Wychodzę, ale idziemy niedaleko.

- Kiedy  odnowiliście  waszą  znajomość? - dopytywała  się. 

Maddie.

Jenna  przestąpiła  z  nogi  na  nogę.  Kostka  wciąż  ją  bolała,  ale 

łydka była ogolona i wolna od gipsu.

- Operowałem ją - poinformował Stan. Maddie aż zatkało.
- Jesteś lekarzem?
- Chyba  tylko  lekarz  może  operować,  zwłaszcza  jeśli  pacjentka 

jest prawnikiem.

Maddie kiwnęła głową i znów spojrzała na Jennę.

- Jenno Jean, mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz.
- Wcale nie. Po prostu zapomniałam ci o tym powiedzieć.
- Akurat!
- No  to  już  po  ciasteczkach - oznajmił  Joshua  i  wziął  synka  za 

rękę. - Powiedz Jennie „dziękuję".

Jenna nachyliła się, a chłopczyk cmoknął ją w policzek.

- Dzięki.
- Bardzo proszę. - Jenna pocałowała malca w czoło.

Stan przez cały czas obserwował ją bardzo uważnie.

- No to bawcie się dobrze - powiedziała z niewinnym uśmiechem 

Maddie.

- Dziękujemy - odparł Stan.
- Idziemy  tylko  na  lody - podkreśliła  znów  Jenna,  czując,  jak 

krew zaczyna coraz szybciej płynąć w jej żyłach.

Maddie i Joshua wymienili porozumiewawcze uśmiechy, Maddie 

wzięła małego na ręce i cała trójka ruszyła do wyjścia.

- Widzę, że rzeczywiście wciąż nie wyrosłaś z mówienia „nie" -

zauważył z rozbawieniem Stan, kiedy zostali sami.

- Właśnie,  że  wyrosłam - oznajmiła  Jenna,  dumnie  unosząc 

głowę.

Twarz Stana była teraz zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy.

- Udowodnij to. Nogi ugięły się pod Jenną, a w płucach zabrakło

jej tchu. Z ogromnym wysiłkiem zrobiła krok do tyłu.

background image

- Obiecałeś mi lody - wyjąkała. Gdyby ją teraz pocałował, dałaby 

mu nauczkę. Na pewno by zdecydowanie zareagowała. Na pew...

Kiedy  Stan  wziął  ją  za  rękę,  jej  serce  na  ułamek  sekundy 

przestało bić.

- Chodźmy - rzekł. Mały barek, dobrze jej znany z dzieciństwa, 

był rzeczywiście blisko, tuż za rogiem.

- Usiądź, a ja wszystko przyniosę. Musisz oszczędzać nogę.
- Nie jesteś już moim lekarzem - zauważyła Jenna.

W odpowiedzi Stan pocałował ją w czubek nosa.

- Czekoladowe czy waniliowe?
- Cz...czekoladowe.
- Pycha - mruknęła po chwili, zlizując z łyżeczki pierwszą porcję 

smakołyku.

- Lepiej bez tych paru kilogramów, co? - spytał, spoglądając  na 

jej nogę.

- Pewnie. Właśnie zastanawiałam się nad tą imprezą na jeziorze. 

Planowałeś narty wodne...

- Nie dla ciebie.
- A slalom? Na jednej narcie?
- Mowy nie ma! Stan zamilkł i przez chwilę przyglądał się jej z 

uśmiechem.

- O czym myślisz? - spytała zaniepokojona Jenna.
- Że jesteś najbardziej upartą kobietą, jaką znam. Jak księżniczka 

Jenna chce, tak ma być.

- Nie żadna księżniczka - poprawiła go.
- Nie? A kto?
- Królowa. Przecież wiesz, że lubię nad wszystkim panować.

Stan omal nie zakrztusił się lodami.

- I jak zamierzasz to zrealizować?
- Chcę być sędzią, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie. Ale to już 

inna historia.

- Hej, chwileczkę. A dlaczegóż to?
- No,  wiesz,  polityka  i  te  rzeczy - mruknęła  i  szybko  zmieniła

temat. Ten był  zbyt bolesny. - Wiesz,  zrobiłeś dziś coś  wspaniałego. 
Powiedziałeś, że Davey wygląda na syna Joshuy i Maddie. A Joshua 
tylko go adoptował po ślubie z Maddie. Kocha tego malca i na pewno 
sprawiłeś mu ogromną przyjemność swoim stwierdzeniem.

- Nigdy bym się nie domyślił, że to nie jego rodzony syn.
- Joshua  ma  fioła  na  punkcie  Maddie  i  Daveya.  Bardzo  ich 

kocha. Oboje.

W głosie Jenny brzmiała wyraźna tęsknota.

- A  ty?  Czy  tobie  coś  się  takiego  zdarzyło?  Czy  ktoś  tak  cię 

kochał?

Jenna przez chwilę zwlekała z odpowiedzią.

background image

- Nie, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo. A ciebie?
- Z zasady  staram  się nikogo  do  tego nie  zachęcać - odparł. To 

była jedna z rzeczy, które właśnie zamierzał w swoim życiu zmienić.

- Tak,  bo  to  się  wiąże  z  utratą  kontroli  nad  sytuacją.  Kochasz 

kogoś, potem go tracisz i cierpisz.

- Ale  jeśli  spotka  się  kogoś  wyjątkowego,  jedynego,  tego 

wymarzonego, to może warto zaryzykować.

- Teraz  z  kolei  Stan  zmienił  temat. - Twoje  lody  zaraz  się 

rozpuszczą - zauważył.

Kiedy  wyszli  na  ulicę,  spostrzegł,  że  Jenna  wyraźnie  oszczędza 

prawą nogę.

- Pora na zmianę środka transportu - rzekł.
- Słucham?
- Oferuję  ci  coś  godnego  prawdziwej  królowej.  Wezmę  cię  na 

barana.

- Nie, nie. Nie trzeba.
- Wolisz  kuleć?  Zresztą  nie  odpowiadaj.  Albo  wezmę  cię  na 

barana, albo po prostu przerzucę przez ramię. Wybieraj.

Jenna dumnie uniosła głowę.

- Nie trzeba. Naprawdę.
- Trzeba.
- Znowu próbujesz mną rządzić.
- A ty jesteś uparta.

Przez  chwilę  stali  naprzeciwko  siebie  i  patrzyli  sobie  w  oczy. 

Żadne nie miało zamiaru ustąpić.

- Pamiętasz, jaka byłaś zła, kiedy podrosłem i mogłem już z tobą 

wygrać w rzutach jeden na jednego?

- Tak - przyznała niechętnie Jenna.
- Fakt, że jestem silny, ma też dobrą stronę. Mogę cię unieść.
- Nie  chcę,  żebyś  mnie  nosił - mruknęła  Jenna  i  ruszyła  przed 

siebie.

Stan natychmiast objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.

- Bardzo cię lubię - szepnął jej do ucha. - Nie chcę, żeby bolała 

cię noga.

Jenna westchnęła z rezygnacją.

- Chwilami  jesteś  taki  miły,  że  i  ja  nie  mogę  cię  nie  lubić -

przyznała.

- A to takie straszne?
- Tak.  Więc  musisz  przestać  być  sympatyczny.  Jej  oczy  były 

rozmarzone. Włosy jedwabiste. Głos głęboki i czuły.

Kiedy  Stan  nachylił  się  ku  niej,  poczuł  jej  delikatny,  kobiecy 

zapach.

- Chyba nie zamierzasz mnie pocałować, co?

background image

Owszem,  chciał  ją  pocałować.  I  jeszcze  więcej.  Pragnął  poczuć 

smak  jej  ust,  wsunąć  rękę  pod  jej  bluzkę,  pogładzić  skórę,  dotknąć 
napiętych sutek, potem...

Stan zdecydowanie potrząsnął głową.

- Nie,  to  ty  mnie  pocałujesz - rzekł  i  lekko  się  pochylił. -

Wskakuj.

- Dlaczego miałabym cię pocałować?
- Bo  będziesz  mi  wdzięczna,  że  oszczędziłem  ci  cierpień. 

Wskakuj - powtórzył.

Jenna  skrzywiła  się,  ale  wspięła  mu  się  na  plecy  i  objęła  go  za 

szyję. Stan przytrzymał ją za nogi i ruszył w drogę.

- Od wielu lat nikt nie nosił mnie na barana - mruknęła.

Stan pozwolił jej zejść na ziemię dopiero przed jej domem.

- Jesteś pewien, że nie wolałbyś ciasteczek? - spytała niepewnie.
- Jestem pewien - odparł z uśmiechem.
- A jeśli nie zechcę cię pocałować?
- Nie chcesz? Jesteś tego pewna? — Stan nie dał się nabrać.

Jenna westchnęła z rezygnacją.

- Ja nie mam żadnej trzydziestosekundowej zasady - ostrzegła go.
- Nie szkodzi.

Znów spojrzała mu w oczy. Dojrzał w jej spojrzeniu niepewność, 

ale i pragnienie.

- Chyba  zwariowałam - szepnęła.  Nachyliła  się  ku  niemu  i  jej 

usta  dotknęły  jego warg.  Stan  nawet  nie  próbował  stłumić  jęku 
rozkoszy.

- Och, Jenno.

Ich  ciała  przywarły  do  siebie.  Jenna  czuła,  jak  bardzo  Stan  jest 

podniecony.  Kiedy  wsunął  ręce  pod  jej  szorty  i  objął  pośladki, 
zadrżała.

- Wejdźmy do środka - szepnął jej do ucha.

Jenna zesztywniała i szybko wysunęła się z jego objęć.

- Nie, nie. To nie ma sensu.
- O czym ty, do cholery, mówisz?
- Nie  pasuję  do  ciebie.  Spotykasz  się  z  miłymi,  uległymi 

kobietami,  które  mówią  ci,  jaki  jesteś  wspaniały,  są  pełne  życia  i 
radości i nie traktują wszystkiego zbyt serio.

Stan zmrużył oczy.

- Owszem, spotykałem się i z takimi kobietami. I co z tego?
- Ja  nie  jestem  do  nich  podobna.  Już  ci  to  próbowałam 

wytłumaczyć.  Do  życia  podchodzę  poważnie.  Zresztą...  nawet...  nie 
jestem szczególnie doświadczona.

- Nie?  To  dotknij  mnie.  Poczuj,  co  ze  mną  robisz.  Chcę  cię! 

Pragnę cię! Całej. I czuję, że ty też mnie pragniesz.

Widział, jak Jenna ze sobą walczy.

background image

- Już nie wiem, co z tobą robić - mruknęła.
- Mógłbym parę rzeczy zaproponować - zaśmiał się Stan.
- Dla  ciebie  to  wszystko  jest  takie  proste.  Zawsze  znajdziesz 

odpowiednie słowo, odpowiedni gest. A dla mnie taka intymność... to 
coś  więcej. - Jenna  westchnęła  i  odsunęła  się  od  Stana. - Lepiej 
będzie, jeśli sobie pójdę. Dobranoc i dziękuję za lody.

Jeszcze nie odeszła, a Stana już ogarnęła pustka i tęsknota.

- Dobranoc,  królowo  Jenno  Jean.  Jenna  zdobyła  się  na  lekki 

uśmiech.

- Jenno  wystarczy,  Stanleyu.  Kiedy  zniknęła  za  drzwiami,  Stan 

uśmiechnął się sam do siebie.

- Możesz sobie biec, maleńka, ale na pewno mi nie uciekniesz.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W  drugi  weekend  lipca  nad  jeziorem  zjawiło  się  ponad 

czterdzieścioro dzieci. Mitzi, obecna przewodnicząca Ligi, spisała się 
znakomicie. Na każdych dwoje dzieci przypadał jeden opiekun. Jenna 
miała  kierować  ruchem  i  nadzorować  poranną  lekcję  pływania. 
Ponieważ nie wszystkie dzieci umiały pływać, Liga załatwiła im kilka 
godzin nauki, połączonej z zabawą.

Jenna  nie  widziała  wśród  tłumu  Stana.  I  postanowiła,  że  nie 

będzie się za nim rozglądać. Była na siebie zła, że w ciągu minionych 
dwóch  dni  nie  udało  jej  się  opanować.  Nachodziły  ją  niecne  myśli, 
dręczyły nierealne marzenia. Idiotyczne.

- Witaj, moja piękna.

Jenna usłyszała te słowa, ale nie zareagowała. Jeszcze nikt nigdy 

nie nazwał jej piękną.

Odwróciła  się  dopiero  wtedy,  kiedy  ktoś  lekko  pociągnął  ją  za 

włosy. Za nią stał Stan.

- Do  ciebie  mówię,  królowo  Jenno - rzekł.  Miał  na  sobie 

kąpielówki  i  koszulkę,  podkreślające jego  sportową  sylwetkę -
szerokie ramiona, dobrze rozwiniętą klatkę piersiową i bicepsy, płaski 
brzuch i silne uda. Jenna tylko zaklęła w duchu.

- Nie jestem piękna - odparła. - I nie jestem królową. Na razie.

Jego spojrzenie było jak płynny miód.

- To kwestia gustu. Twoja noga wygląda nieźle. Nie powinnaś jej 

jednak  forsować - ostrzegł,  a  kiedy  Jenna  otworzyła  usta,  żeby 
zaprotestować, kontynuował: - Widzę, że masz inne zdanie. Skoro tak, 
jestem pewien, że zignorujesz moją radę i po południu będziesz wyła 
z bólu. - Stan wyciągnął rękę i odgarnął z jej czoła kosmyk włosów. -
Wtedy przyjdź do mnie, to znajdę ci jakieś zaciszne miejsce w cieniu i 
podam coś do picia.

Jak  on  to  robi?  zastanawiała  się  Jenna.  W  jednej  chwili  jej 

rozkazuje, a zaraz potem łagodzi to jakimś czułym słowem. Mogłaby 
się  do  tego  przyzwyczaić,  ale  wiedziała,  że,  dla  własnego  dobra,  nie 
powinna.

- Mówiłam  ci,  żebyś  nie  był  taki  miły.  Odpowiedział  jej  takim 

seksownym uśmiechem, że aż zadrżała.

- To jedna z twoich zasad?
- Tak.
- A zasady są po to, żeby je łamać. - Stan spojrzał na zmierzającą 

w stronę wody grupę dzieci. - Ja mam kierować zajęciami na jachcie. 
A ty?

- Jestem odpowiedzialna za bezpieczeństwo.

background image

- Rozumiem. - Stan  kiwnął  głową  w  stronę  zbliżającego  się  ku 

nim chłopca. - Chciałbym, żebyś kogoś poznała. To Jordan Goff , a to 
Jenna Anderson.

Nazwisko  było  dziwnie  znajome.  Jego  spojrzenie  też  coś  Jennie 

przypominało.

- Miło cię poznać, Jordanie.
- Wzajemnie. Jenna zmrużyła oczy.
- Czy ty czasem nie masz starszego brata? Zaraz, zaraz, jego imię 

zaczyna się na literę T.

- Tim - odparł ostrożnie Jordan. - Tak ma na imię mój brat.

Jenna  kiwnęła  głową,  ale  nic  nie  powiedziała.  Podejrzewała,  że 

dla Jordana oskarżony o kilka przestępstw Tim to niewygodny temat.

- Jeździłeś  już  kiedyś  na  nartach  wodnych? - spytała.  Wciąż 

jeszcze czujny Jordan wzruszył ramionami.

- Nie, ale doktor Stan twierdzi, że ze slalomem powinienem sobie 

poradzić.

- Zazdroszczę ci - mruknęła Jenna.
- Pani nie będzie pływać?
- Podobno  moja  kostka  by  tego  nie  wytrzymała. - Jenna  z 

wyrzutem spojrzała na Stana. - Złamałam ją, grając w kosza.

- Pani  gra  w  kosza? - Chłopak  spojrzał  na  nią  z  wyraźnym 

podziwem.

- Owszem - wtrącił się Stan. - Kiedyś nawet ze mną wygrywała.
- Dopóki nie urósł.
- Super. Teraz ja go ogrywam.
- Przestań się chwalić i idź do wody. Jordan posłusznie ruszył do 

jeziora, a Jenna poczuła na sobie wzrok Stana.

- Co wiesz o Timie?
- Nic dobrego. Szkoda gadać! Stan zmarszczył brwi.
- Zastanawiam się, czy trudno by mi było adoptować Jordana.
- Chyba  żartujesz.  To  nie  to  samo  co  przygarnąć  psa.  Jeśli 

adoptujesz  chłopca, będzie twoim synem nie tylko  formalnie. Przede 
wszystkim emocjonalnie. I to na długo.

Stan zesztywniał.

- Czyżbyś uważała, że nie nadaję się na ojca? Jenna natychmiast 

pożałowała swoich słów. Wcale nie chciała zranić Stanleya.

- Nie, ja tylko... Zamilkła, bo zmroził ją jego wzrok.
- Nie doceniasz mnie, Jenno.
- Przepraszam.
- Naprawdę?
- Tak.  Nie  powinnam  cię  tak  atakować.  Stan  przez  chwilę 

uważnie ją obserwował.

- Jesteś najbardziej szczerą i uczciwą kobietą, jaką znam - rzekł i 

wsunął palce w jej włosy.

background image

Bardzo jej się to spodobało. Podobał jej się także ton jego głosu -

szczery, czuły i serdeczny.

- Dziękuję.
- I najbardziej tchórzliwą. Jenna aż odskoczyła.
- Co takiego?
- Jesteś  tchórzem - odparł  z  uśmiechem  Stan. - Chcesz  być  ze 

mną, ale się boisz.

- Wcale nie! Pierwszy raz w życiu widzę takiego zarozumialca.
- Strachliwy dudek - odparował Stan.
- Szkoda, że nie mam już na nodze tego gipsu. Kopnęłabym cię z 

rozkoszą!

- Prawda w oczy kole, co? Tym ją zaskoczył. Znów miała przed 

sobą  Stana z  dawnych  czasów.  Przyjaciela.  Nie  mogła  już  dłużej 
kłamać.

Spojrzała mu w oczy, choć nie było to łatwe.

- Owszem, boję się. I co na to poradzisz?

Jenna aż do obiadu pilnowała ładu i porządku. Kiedy dzieci zajęły 

się hamburgerami, hot dogami i frytkami, mogła wreszcie usiąść pod 
drzewem i odpocząć. Po chwili dołączył do niej Stan z Jordanem.

- Można się przysiąść? Przyniosłem ci ciastko - rzekł Stan i nie 

czekając na odpowiedź, usiadł obok niej. - Wszyscy są mokrzy oprócz 
ciebie - zauważył.

- Skoro nie wolno mi pojeździć na nartach wodnych, to nie będę 

się bez sensu moczyć.

- Dąsamy się? - zaśmiał się Stan.
- Nie. Tak.
- Mam na to sposób...
- Nawet nie próbuj!

Uratował  ją  warkot  nadjeżdżającego  motocykla.  Stan  i  Jordan  z 

podziwem patrzyli na potężnego harleya.

- Czy to któryś z waszych podopiecznych? - spytał Stan.
- Nie - odparła  Jenna,  a  kiedy  jeździec  wyłączył  silnik  i  zdjął 

kask, uśmiechnęła się. - Mogłam się domyślić, że to Ben.

- Ben... No tak, to Ben Palmer! Brat Maddie - zaśmiał się Stan. -

Wieki go nie widziałem.

Kiedy  Ben  wydał  dziki  okrzyk  i  biegiem  ruszył  w  ich  stronę, 

Jenna skrzywiła się z niesmakiem.

- O, nie! Nie patrz na nich - zakazała Jordanowi.
- Stan, stary druhu!
- Ben! Mężczyźni padli sobie w ramiona, mocno uścisnęli dłonie, 

a potem zgodnie splunęli na ziemię.

- Co oni robią? - zdziwił się Jordan.
- Kiedyś  byli  w  jednej  paczce.  To  taki  ich  stary  zwyczaj.  Bądź 

tak miły i zapomnij, że to widziałeś.

background image

- Jenno  Jean,  jak  się  masz? - Ben  w  końcu  i  na  nią  zwrócił 

uwagę. - Słyszałem  o  twojej  nodze.  Mnie  tam  się  ona  podoba. 
Podobno Stan się tobą zajął.

- Stan zajął się nie mną, ale moją nogą. I to w szpitalu - dodała i 

szybko  zmieniła  temat. - Czym  to  się  w  tym  tygodniu  zajmujemy? 
Ostatnio byłeś bramkarzem w jakimś klubie.

- Teraz  pracuję  w  warsztacie  samochodowym.  Na  pierwszej 

zmianie. Dlatego mogłem tu do was zajrzeć.

- Czyli sporządniałeś? Ben przybrał niewinny wyraz twarzy.
- Zawsze byłem porządny. Prawda? - zwrócił się do Jordana.

Jordan,  który  pierwszy  raz  widział  Bena  na  oczy,  ale  uwielbiał 

motory, nie mógł się z nim nie zgodzić.

- Prawda. Stan z zaciekawieniem spojrzał na Bena i Jennę.
- Widzę,  że  wy  z  kolei  ani  na  chwilę  nie  straciliście  ze  sobą 

kontaktu.

- Owszem. - Ben  uśmiechnął  się  i  objął  Jennę. - Łączy  nas  coś 

ważnego.

- Tak?
- Tak. I to na całe życie. Stan był już bardzo zaniepokojony.
- Co takiego? Jenna dała Benowi mocnego kuksańca pod żebro.
- Jesteśmy  chrzestnymi  rodzicami  syna  Maddie.  Co  noc  modlę 

się, by moja przyjaciółka dożyła co najmniej setki. Nie dlatego, że nie 
lubię  Daveya.  Uwielbiam  go  i  wzięłabym  go  do  siebie  w  każdej 
chwili. Po prostu nie zniosłabym kłótni, jakie wiodłabym z Benem na 
temat przyszłości chłopca.

- Ty byś go wychowała na maminsynka - stwierdził Ben.
- A ty na chuligana - odgryzła się Jenna. Stan stanął między nimi 

i podniósł ręce do góry.

- Spokój!
- Ona i tak wie, że jestem świetnym facetem - powiedział Ben do 

Stana. - Wiesz  co,  wezmę  sobie  hamburgera  i  potem  pogadamy, 
doktorku.

- Dobrze. Kiedy zostali tylko we dwoje, Stan pogładził Jennę po 

ramieniu.

- A więc naprawdę wiesz, że fajny z niego facet? Niezbyt pewna 

własnych nóg, Jenna wolała usiąść.

- Zgrywa idiotę, ale to naprawdę dobry człowiek. Kiedyś bałam 

się,  że  warsztat,  w  którym  pracuje,  zajmuje  się  kradzionymi  autami, 
ale tak nie było. On tylko wciąż nie wyrósł z okresu buntu. Niektórzy 
nigdy z niego nie wyrastają - dodała, spoglądając znacząco na Stana.

- To  wcale  nie  takie  złe - odparł  Stan,  siadając  obok  niej. -

Podobno buntownicy są znakomitymi kochankami.

Jenna omal się nie zakrztusiła coca - colą.

background image

- Przede  wszystkim  szybkimi.  Dziś  tu,  jutro  tam - wyjąkała  w 

końcu.

- Jest  tylko  jeden  sposób,  żeby  się  przekonać - szepnął  jej  do 

ucha. - Czyżbym cię niepokoił?

Choć  instynkt  kazał  jej  zaprzeczyć,  zaprzeczyć  i  jeszcze  raz 

zaprzeczyć, odparła twierdząco.

- Mógłbym  ci  jakoś  pomóc. - Stan  spojrzał  na  nią  znacząco  i 

uniósł do góry ciastko. - Chcesz spróbować?

Jakiś  czas  później,  odpoczywając  pod  drzewem,  Jenna 

podsłuchała rozmowę dwóch kobiet, tak jak ona wolontariuszek.

- Widziałaś tego faceta na łódce? - spytała jedna.
- Na jachcie - poprawiła ją druga.
- Jest świetny i w dodatku samotny.
- To ortopeda, który cieszy się opinią pożeracza damskich serc.
- A  więc  oprócz  znakomitego  ciała  ma  także  rozum.  Chętnie 

oddałabym mu pod opiekę wszystkie moje kości.

- Chcesz,  żebym  mu  cię  przedstawiła?  Kobiety  odeszły,  a  ich 

słowa wciąż dźwięczały w uszach Jenny. Miała wrażenie, że balansuje 
na  skraju  przepaści.  A  tymczasem  ktoś  inny  może  przykuć  uwagę 
Stana. Choć właściwie nie powinno jej to obchodzić, na samą myśl o 
tym poczuła niemiłe ukłucie w sercu. Zazdrość?

Zbliżała  się  pora  zakończenia  pikniku,  kiedy  przyszedł  do  niej 

Jordan  i  powiedział,  że  Stanowi  potrzebne  są  plastry.  Posłusznie 
wzięła apteczkę i zaniosła ją na jacht, stojący na końcu pomostu.

- Jenno, czy nie uważasz, że te dzieciaki powinny znaleźć jakieś 

ujście  dla  nadmiaru  swojej  energii? - spytał  Stan,  kiedy  do  niego 
podeszła.

Spojrzała na niego podejrzliwie, ale kiwnęła głową.

- Tak, właśnie taki jest cel działania naszej Ligi.
- Moim  zdaniem,  czasami  nawet  koszykówka,  narty  wodne  i 

pływanie to za mało.

Słowa  Stana  wzmogły  jeszcze  obawy  Jenny,  ale  otaczająca  ją 

grupa dzieciaków uniemożliwiała jej ucieczkę.

- Aż się boję zapytać, co tak naprawdę mogłoby im pomóc.

Stan ujął ją za ramiona.

- Myślę, że trzeba by na nich podziałać bardziej radykalnie.
- To znaczy? Stan wzmocnił uścisk i podniósł Jennę do góry.
- Na  przykład  wrzucając  do  wody  prokuratora  okręgowego -

odparł, a dzieciaki zawtórowały mu oklaskami.

Jenna  oblizała  wargi.  Bardziej  niż  wody  bała  się  tego  błysku  w 

oczach Stana.

- Nie jestem prokuratorem — sprostowała.
- Wiem, wiem, tylko zastępcą - roześmiał się Stan i wrzucił ją do 

jeziora.

background image

Wskoczył  zaraz  za  nią  i  wbrew  jej  protestom,  wyciągnął  ją  na 

brzeg. Ta pomoc rozzłościła ją dużo bardziej niż wrzucenie do wody. 
Bardzo się musiał potem namęczyć, by pozwoliła mu się odwieźć do 
domu.

W  aucie  oczywiście  panowało  złowrogie  milczenie.  Najpierw 

podwieźli Jordana.

- Wcale  nie  jestem  zachwycony,  że  muszę  go  tu  zostawić -

mruknął  Stan,  widząc,  że  wszyscy  sąsiedzi  chłopaka  szykują  się  do 
sobotniej balangi.

- Rozumiem cię, ale cóż możesz zrobić.
- Wiem. Chłopiec ma numer mojego telefonu i pagera. Myślę, że 

w razie czego zadzwoni.

- Szczęściarz z niego. Jest mnóstwo dzieciaków w jego sytuacji, 

które nie mają do kogo zadzwonić.

Stan  wzruszył  ramionami,  ale  widać  było,  że  słowa  Jenny 

sprawiły mu przyjemność.

- Wydawało  mi  się  to  po  prostu  naturalne.  Żaden  problem.  W 

odróżnieniu od ciebie - dodał, patrząc na nią spod oka.

- Nie rozumiem? Stan skręcił w stronę domu Jenny.
- Naturalne  byłoby,  gdybyśmy  byli  razem.  A  ty  stwarzasz 

problemy.

- Ja? - powtórzyła Jenna. - To nie ja ponaglam cię i przypieram 

do  muru,  nie  ja  wrzucam  cię  do  wody,  robiąc  z  ciebie  pośmiewisko 
dzieciaków z Ligi.

- Wcale nie chodziło mi o zrobienie z ciebie pośmiewiska, tylko 

o rozładowanie napięcia.

- Dlaczego zatem nie pozwoliłeś, by wrzucili ciebie?
- To proste. Ty jesteś dla nich autorytetem. Zresztą ja byłem już 

mokry.  A  ty  miałaś  ochotę  na  kąpiel.  Boczyłaś  się,  bo  doktor 
Abernathy  nie  pozwolił  ci  pojeździć  na  nartach.  Zrobiłem  to  dla 
twojego dobra.

- I jeszcze pewnie powinnam ci za to podziękować?

Stanowi bardzo spodobał się ten pomysł.

- Tak. Powinnaś! Możesz to zrobić, kiedy już pomogę ci zdjąć to 

mokre ubranie.

- Ty chyba już dawno nie odwiedzałeś psychiatry, mój drogi.

Stan parsknął śmiechem i ujął ją za rękę.

- Gdybyś  naprawdę  była  na  mnie  zła,  nie  pozwoliłabyś  mi  się 

odwieźć do domu - stwierdził bardzo rzeczowym tonem.

- Ja się po prostu nie obrażam z powodu żartów.
- Dopóki nie poczujesz się dotknięta.
- Rozzłościłeś  mnie  dopiero  wtedy,  kiedy  później  chciałeś  mi 

pomóc.

background image

- No tak, jesteś niezależna - zaśmiał  się Stan, zajeżdżając  przed 

jej dom.

- I tylko dlatego pozwoliłam ci się odwieźć do domu, że dało mi 

to okazję zmoczyć siedzenie w tym twoim ukochanym auteczku.

Stan zgasił silnik i przyciągnął ją do siebie.

- I tu się mylisz - szepnął.
- Tak? Stan delikatnie musnął wargami jej policzek.
- Bo  założę  się,  że  pozwalasz  się  podwozić  tylko  wtedy,  kiedy 

sama tego chcesz.

Spojrzenie Jenny było czujne, ale i uwodzicielskie. Stan czekał na 

jej  reakcję,  ale  nie  powiedziała  ani  słowa.  Muskał  teraz  jej  wargi  i 
patrzył, jak jej oczy ciemnieją coraz bardziej.

- Pozwoliłaś  mi się odwieźć, bo lubisz ze mną być. Jenno  Jean, 

kiedy wpuścisz mnie do środka?

Jenna cichutko westchnęła.

- Dziś nie mogę. Mam w domu straszny bałagan. I ja też...

Stan przerwał jej pocałunkiem. Trzydziestosekundowym.

- Nie  zrozumiałaś  mnie.  Nie  miałem  na  myśli  twojego  domu. -

Mówiłem o tym - szepnął i dotknął palcem jej czoła. - I o tym. - Teraz 
położył  palec  w  miejscu,  gdzie  biło  jej  serce. - Chcę  być  w  tobie. 
Wszędzie.

Jenna zamknęła oczy.

- Och,  Stan,  co  ty  ze  mną  robisz.  Kiedy  jesteś  tak  blisko,  nie 

potrafię logicznie myśleć.

Stan odsunął się od niej, ale nie więcej niż o pięć centymetrów.

- Tyle wystarczy?
- Nie. - Jenna  otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  niego 

nieprzytomnym wzrokiem. - Sto kroków. Albo cała przecznica... Albo 
inne miasto...

Stan zaśmiał się i wziął ją w ramiona.

- Po prostu musisz się do mnie przyzwyczaić. Powinnaś spędzać 

ze mną więcej czasu. Dziś mógłby być dobry początek.

- Dziś?
- Tak. Przez całą noc. - Stan musnął wargami jej czoło.
- Nie. Nie całą noc.
- Nie całą noc - powtórzył.
- Nie  dziś - powiedziała  Jenna,  uniosła  głowę  i  spojrzała  mu  w 

oczy.

Stan  dostrzegł  w  jej  oczach  obietnicę,  usłyszał  ją  w  jej  głosie. 

Gotów był czekać.

- Możemy zobaczyć się jutro?
- Tak.  Nie.  Nie  mogę.  To  wszystko  nie  ma  sensu. - Jenna 

potrząsnęła głową.

- Co? Co takiego nie ma sensu?

background image

- Nie mogę, bo mam randkę. Stan oniemiał.
- Randkę? Nie odważyła się na niego spojrzeć.
- Tak. Z pewnym adwokatem, którego  poznałam na służbowym 

obiedzie  w  zeszłym  tygodniu.  Poprosił  mnie  o  spotkanie,  a  ja 
postanowiłam, że... że będę częściej wychodzić i...

- Więc spotkaj się ze mną.
- Już próbowałam. A potem pomyślałam sobie, że jeśli spotkam 

się z kimś innym, to jakoś mi to pomoże.

- Pomoże?
- T...ttak. - Jenna przygryzła wargę. - Że odzyskam perspektywę, 

że obronię się przed...

Przed  zakochaniem  się  w  tobie,  pomyślała.  Ale  nie  powiedziała 

tego głośno.

Stanowi  udało  się  jakoś  opanować.  Starał  się  być  konkretny  i 

spokojny.

- Posłuchaj.  Rozumiem,  że  spotkanie  z  tym  facetem  ma  cię 

obronić przed tym, co mogłabyś poczuć do mnie.

- Taką mam nadzieję. Stan potrząsnął głową.
- Nic z tego nie będzie, Jenno. Ten biedak zanudzi cię na śmierć. 

Zapragnie cię dotknąć, a tobie zrobi się niedobrze. Wieczór będzie się 
ciągnął  w  nieskończoność.  A  kiedy  już  spróbuje  cię  pocałować, 
pożałujesz, że on to nie ja.

Miał  na  imię  Ned.  Był  dobrze  wychowany,  przystojny  i 

inteligentny.  Zaprosił  ją  na  kolację  do  najlepszej  restauracji  w 
Roanoke.

I było dokładnie tak, jak przepowiedział Stan.
Wymawiając  się  bólem  głowy,  Jenna  pożegnała  się  z  nim  zaraz 

po deserze.

A w domu usiadła na kanapie i wpatrywała się w telefon.
Wiedziała, że nie może, że nie powinna dzwonić do Stana.
Wiedziała, że musi to zrobić.
Już po pierwszym sygnale chciała odłożyć słuchawkę.

- Halo? Jego głos był jak wytęskniona pieszczota.
- Halo? - powtórzył. Jenna z trudem przełknęła ślinę.
- Stan - wyjąkała.
- Jenna? Co...
- A niech cię diabli! Miałeś rację. Dlaczego cię tu nie ma?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

- Już jadę. Słowa Stana bez przerwy dźwięczały w uszach

Jenny. Wciąż siedziała w tym samym miejscu, wciąż wpatrywała 

się w telefon.

Za chwilę Stan zapuka do jej drzwi.
Ogarnęła  ją  panika.  Powinna  odwołać  spotkanie.  Powinna 

powiedzieć  mu, że nic się nie stało. Że spotka  się z nim jutro, kiedy 
będzie  przy  zdrowych  zmysłach.  A  jeśli  jeszcze  nie  będzie,  to  we 
wtorek.

Już podnosiła słuchawkę, kiedy zadzwonił dzwonek. Serce Jenny 

zaczęło bić jak szalone. Za późno.

Bardzo  wolno  szła  ku  drzwiom,  starając  się  po  drodze  coś 

wymyślić. Na próżno.

Kiedy  wpuściła  Stana  do  środka,  hol  natychmiast  wypełnił  się 

promieniującą od niego zmysłową energią.

- Już zaczynałem  się zastanawiać, jak długo to jeszcze potrwa -

rzekł.

- Co takiego?
- Kiedy wreszcie zrozumiesz, że jesteś moja.

Przytulił  ją  do  siebie,  poczuła,  jak  bardzo  jej  pragnie  i  wtedy 

strach ustąpił miejsca pożądaniu. Jenna zadrżała.

- Czemu wydaje mi się, że pragnę cię od dnia narodzin? - jęknął 

Stan.

- Cco trzymasz w ręce? - spytała, czując na plecach dotyk czegoś 

twardego.

- Ciebie.
- Nie, w tej drugiej.
- A,  w  drugiej...  Jak  się  nazywał  ten  facet,  z  którym  się  dziś 

spotkałaś?

- A co to ma do rzeczy?
- Nie jesteśmy w sądzie. Odpowiedz.
- Ned Thompson.
- A więc mam prezent dla pana Thompsona. - Stan uśmiechał się, 

ale  jego  spojrzenie  było  bardzo  poważne. - Kiedy  następnym  razem 
się  z  nim  spotkasz,  daj  mu  tę  paczkę  chusteczek.  Będzie  ich 
potrzebował, żeby otrzeć łzy, ponieważ mu powiesz, że więcej cię nie 
zobaczy.

Zaskoczyła ją zaborczość Stana.

- Nie jesteś przypadkiem zbyt pewny siebie?
- Nie.  Stan  rzucił  pudełko  z  chusteczkami  na  podłogę i  wsunął 

ręce pod spódnicę Jenny.

- Chyba nie będziemy... robić... tego tutaj... - szepnęła.
- Najdroższa - odparł,  wsuwając  dłoń  pod  jej  majteczki -

możemy to zrobić, gdzie tylko chcesz.

background image

Pieścił  ją  w  tym  najintymniejszym  miejscu,  a  jego  wargi  nie 

odrywały się od jej ust.

- Jesteś tak  cudownie  mokra - szepnął.  Kiedy posiadł  ją tam,  w 

holu, zrozumiała, że wziął dużo więcej niż tylko jej ciało.

Potem zaniósł ją na górę, do łóżka, i znów się z nią kochał.  Był 

także trzeci raz i czwarty.

Wiedział, że nigdy nie będzie miał jej dość. Pragnął mieć ją całą i 

na zawsze.

Jenna  obudziła  się,  czując  na  sobie  coś  ciężkiego  i  ciepłego. 

Otworzyła ostrożnie oczy... Leżała w objęciach Stana. Patrzył na nią. 
Szybko odwróciła głowę.

- Chyba się nie wstydzisz.
- Trochę  mi  może  głupio.  Próbowała  wysunąć  się  z  jego  objęć. 

Powstrzymał ją pocałunkiem.

- Wkrótce będzie lepiej. Kiedy tylko się do tego przyzwyczaisz, 

na pewno ci się spodoba.

- Kiedy się przyzwyczaję - powtórzyła słabym głosem.
- Tak,  do  budzenia  się  razem  ze  mną - rzekł.  Starając  się  nie 

dostrzegać namiętności w jego oczach, Jenna pokręciła głową.

- Nie,  nie  rób  tego.  Nie  udawaj,  że  chciałbyś  czegoś  stałego, 

skoro...

- A  może  bym  chciał,  Jenno?  Przez  chwilę  z  ogromną  mocą 

patrzył jej w oczy, a potem ją pocałował.

- Zobaczysz,  że  się  przyzwyczaisz.  Przez  całe  przedpołudnie 

Jenna  nie  mogła się  na niczym  skupić. Myślała  tylko  o  Stanie.  Koło 
dwunastej  na  chwilę  udało  jej  się  ukryć  w  swoim  gabinecie. 
Odetchnęła z ulgą. Musiała uporządkować myśli i uczucia.

Prawie natychmiast zadzwonił telefon.  Zrezygnowana,  podniosła 

słuchawkę.

- Halo - odezwała  się.  Nagle  rozległo  się  pukanie  do  drzwi. -

Proszę chwilę zaczekać.

Położyła słuchawkę na biurku i otworzyła drzwi.

- Dla mnie? - zdziwiła się, widząc stojącego w progu posłańca z 

ogromnym bukietem.

Już zapomniała, kiedy ostatnio dostała kwiaty. Te były od Stana.

- Dziękuję - powiedziała posłańcowi i wróciła do telefonu.
- Halo, już jestem.
- Witam piękną panią sędzinę.
- Witam. - Jenna uśmiechnęła się i zanurzyła twarz w kwiatach.
- W  czwartek  wieczorem  muszę  pokazać  się  na  koktajlu  dla 

nowych lekarzy. Wybierz się ze mną.

- A więc te kwiaty miały być łapówką!
- Kwiaty?

background image

- Tak,  są  piękne.  Dziękuję,  Stan.  Już  tak  dawno... - Znów  ktoś 

zapukał  do  drzwi. - Przykro  mi,  znów  cię  muszę  przeprosić.  Ktoś 
puka.

Tym  razem  posłaniec  dostarczył  dwa  kartony  szampana.  Jenna 

podpisała pokwitowanie i wróciła do telefonu.

- Przysłałeś mi szampana?
- Tak - odparł  Stan. - Akurat  tyle,  żeby  wypełnić  wannę.  Ale 

chcę wiedzieć, kto przysłał ci kwiaty.

Mówił spokojnie, ale Jenna wyczuła w jego głosie niepokój. I coś 

jeszcze. Czyżby zazdrość?

Szybko spojrzała na dołączoną do bukietu karteczkę.

- To od Neda. Co za niespodzianka!
- Nie wątpię - mruknął Stan. - Co napisał?
- Właściwie nic. Nic ważnego.
- Co  napisał? - powtórzył  Stan.  Powinna  mu  powiedzieć,  że  to 

nie jego sprawa, ale nie mogła.

- Zgoda.  Skoro  tak  ci  zależy,  to  słuchaj:  „Droga  Jenno,  mam 

nadzieję,  że  głowa  już  cię  nie  boli.  Niech  te  kwiaty  umilą  ci  dzień. 
Musimy  niedługo  znów  się  spotkać.  Pozdrowienia.  Ned".  Widzisz, 
mówiłam ci, że to nic ważnego.

- Bolała cię głowa? Przecież widzieliśmy się w niedzielę i nic mi 

o tym nie wspominałaś.

- Bo mi przeszło.
- Dobry ze mnie lekarz, co?
- Chyba tak - uśmiechnęła się.
- A jak teraz się czujesz?
- Nieźle.  Jestem  tylko  trochę  zmieszana - dodała,  słysząc  za 

drzwiami czyjeś kroki. - Za chwilę zleci się tu całe biuro, wypytując, 
skąd ten szampan. Będę musiała wymyślić coś wiarygodnego.

- Powiedz im, że lekarz, z którym się wczoraj kochałaś, chciał ci 

podziękować czymś więcej niż banalnymi kwiatami.

- To chyba nie najlepszy pomysł.
- Idziesz ze mną na ten koktajl - oświadczył Stan.
- Nie słyszałam, byś mnie o to prosił.
- Nie  chciałem  usłyszeć  odmowy.  Jego  głos  i  słowa  całkiem  ją 

rozbroiły.

- Dobrze, pójdę.
- Świetnie.  I  pozwolisz  mi  patrzeć,  jak  kąpiesz  się  w  tym 

szampanie - rzekł, a ona natychmiast zapragnęła kochać się z nim.

- Najpierw  musiałabym  chyba  opróżnić  co  najmniej  tuzin 

butelek.  Muszę  już  kończyć.  Koledzy  się  niecierpliwią.  Dziękuję  za 
szampana.

- Jenno...
- Słucham?

background image

- Znów cię pragnę. Jenna głośno westchnęła.
- Przestań - szepnęła błagalnie.
- Przecież  jeszcze  nawet  nie  zacząłem - zaśmiał  się  ochryple 

Stan. - I  nie  martw  się,  że  nie  starczy  ci  szampana.  Wieczorem 
przyniosę jeszcze jeden karton.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

W  poniedziałek  wieczorem  Stan  nie  był  w  nastroju  na  picie 

szampana. Kiedy dowiedział się, że brata Jordana od trzech dni nie ma 
w  domu,  zrobiło  mu  się  słabo.  Zadzwonił  do  Jenny,  żeby  odwołać 
spotkanie,  a  ona  natychmiast  wszystko  z  niego  wyciągnęła  i 
powiedziała, że natychmiast przyjeżdża.

Nie  czekając  na  nią,  Stan  wyszedł  pogadać  z  Jordanem.  Jak 

zwykle zastał go na boisku.

- Dlaczego  do  mnie  nie  zadzwoniłeś? - spytał,  przejmując  od 

niego piłkę.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Po co? Przecież nic się nie stało. Zresztą to nie pierwszy raz.
- Nie bałeś się?
- Nie.  Choć  za  odgłosami  strzałów  specjalnie  nie  przepadam -

mruknął Jordan.

Stan był przerażony.

- Nie chciałbyś zamieszkać gdzieś indziej?
- Gdzie? Brata na nic lepszego nie stać. Prowadząc tę rozmowę, 

obaj  na  przemian  wrzucali piłkę  do  kosza.  Mimo  napięcia  żaden  nie 
spudłował. Stanowi od dawna chodziła po głowie pewna myśl.

Jordan  był  dobrym  dzieciakiem  i  Stan  miałby  ochotę  się  nim 

zaopiekować.  Chciał  jednak  najpierw  porozmawiać  o  tym  z  Jenną. 
Wmawiał sobie, że tylko dlatego, iż Jenna jest prawniczką, ale w głębi 
duszy zdawał sobie sprawę, że są i inne powody.

- Chcesz  zostać  u  mnie  na  noc? - zapytał.  Na  twarzy  chłopaka 

pojawiła się wyraźna ulga. Nie zamierzał jednak się do tego przyznać. 
Wzruszył więc ramionami.

- Jak chcesz, to mogę. Akurat przed dom podjechało auto Jenny.
- Zadzwonimy  do  kogoś  z  twoich  sąsiadów  i  poprosimy,  żeby 

zostawił kartkę dla Tima. Jest i Jenna. Chodźmy do domu.

- Tak jest, mamusiu. - Jordan uśmiechnął się szelmowsko.
- Uważaj, mądralo. - Stan klepnął chłopaka w plecy.
- Jestem  pewna,  że  dopóki  Jordan  cię  nie  poznał,  był  miłym, 

dobrze  wychowanym  chłopcem - powiedziała  Jenna,  podchodząc  do 
nich.

Nawet  w  zwyczajnych  szortach  i  bluzce  wyglądała  schludnie  i 

elegancko. Prawniczka w każdym calu.

Nie  tylko  Stan  spoglądał  na  nią  z  zachwytem.  Widać  było,  że  i 

Jordanowi się podoba.

- Ty też nie bądź taka mądra - zaśmiał się Stan. - Co tam masz w 

tej torbie?

Jenna dumnie uniosła głowę.

- Zaczekaj na swoją kolej.

background image

- Jeśli  o  ciebie  chodzi,  zawsze  jest  moja  i  tylko  moja  kolej -

odparł Stan, obejmując ją w pasie.

Jenna  otworzyła  torbę,  wyjęła  z  niej  dwa  ciastka  i  podała  je 

Jordanowi.

- A ja? A ja? - dopominał się Stan. Kiedy nie reagowała, chwycił 

ją  za  ręce  i  próbował  dobrać  się  do  torby. - Widzisz,  mały,  tak  się 
zdobywa ciastka.

- Ciastko, ty neandertalczyku - zaśmiała się Jen - na. - Jest tylko 

jedno.

- Tylko on dostał dwa?!
- I już oba zjadł. - Jordan oblizał resztkę okruszków z warg.
- Zdolne  dziecko - pochwaliła  go  Jenna,  wyrywając  się  z  objęć 

Stan. - Zjadł dowody rzeczowe. Puszczaj mnie, kretynie.

- Dopiero wtedy, kiedy dostanę moje ciastko. Jenna westchnęła z 

rezygnacją i wręczyła mu torebkę.

- Masz.  Niektórzy  chłopcy  nigdy  nie  dorastają.  Stan  od  razu 

przypomniał  sobie  o  bracie  Jordana i  odechciało  mu  się  zabawy. 
Postawił Jennę na ziemi.

- Właśnie  o  tym  muszę  z  tobą  porozmawiać.  O  chłopakach, 

którzy bardzo długo dorastają.

Od razu wyczuła zmianę jego nastroju.

- Widzę,  że  jesteś  zły - zauważyła,  wchodząc  za  nim  do 

mieszkania.

- Chcę wystąpić o prawo do opieki nad Jordanem.
- To może być długi i trudny proces.
- Wszystko  mi  jedno - warknął  Stan. - Mamy  tu  dzieciaka, 

którym  nikt  się  nie  opiekuje.  Nadrabia  miną,  ale  widać,  że  jest 
zagubiony  i  przerażony! - Przerwał,  bo  nagle  zdał  sobie  sprawę,  że 
krzyczy. - Przepraszam, nie chciałem podnosić głosu.

- Wiem,  że  nie  krzyczysz  na  mnie. - Jenna  pogładziła  go  po 

ramieniu. - Krzyczysz, bo ci na tym chłopaku zależy.

Stan spojrzał jej prosto w oczy.

- Potrafię się nim zaopiekować.
- Wiem - szepnęła. - Nasz urząd nie zajmuje się adopcjami, ale z 

pewnością  można  to  załatwić  jakoś  inaczej.  Czy  Jordan  ma  jakichś 
krewnych?

- Nikt się nim nie interesuje.
- Znasz jego brata?
- Nie. - Stan  poczuł,  że  ogarnia  go  coraz  większa  wściekłość. 

Chwycił stojącą na stoliku pustą puszkę po coli i zgniótł ją w dłoni. -
Kiedy odprowadzałem Jordana, Tima nigdy nie było w domu.

Jenna zastanawiała się przez chwilę.

- Kiedyś  na  jakiejś  rozprawie  ktoś  wspomniał,  że  prawo  do 

opieki można załatwić bez problemów, jeśli zgadza się na to opiekun 

background image

dziecka.  Może  gdybyś  porozmawiał  z  Timem  i  przekonał  go,  że 
będzie  lepiej  i  dla  niego,  i  dla  Jordana,  jeśli  chłopak  zamieszka  z 
tobą... - Kątem oka spojrzała na zgniecioną puszkę. - Będziesz musiał 
jednak  zrobić  to  bardzo  ostrożnie.  A  najpierw  pogadaj  z  Jordanem. 
Zorientuj się, co on o tym myśli. Choć Tim niezbyt się nim zajmuje, 
jest jego bratem. Kiedyś, kiedy obaj będą dorośli, te więzy mogą być 
dla  nich  bardzo  ważne.  Jeśli  obaj  zgodzą  się  na  twoją  opiekę  nad 
Jordanem, wszystkim wam będzie łatwiej.

Stan wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie.

- Kiedy ty się stałaś taka mądra?
- Zawsze taka byłam.
- Pewnie  myślisz,  że  zwariowałem.  Jenna  zawahała  się  i 

potrząsnęła głową.

- Nie. Podziwiam cię. Stan, wzruszony, pogładził ją po włosach.
- Kiedy już porozmawiam z Jordanem, jak uda mi się przekonać 

jego brata, że on jest kiepskim opiekunem, a ja będę znakomitym?

Jenna uśmiechnęła się.

- Przede wszystkim spróbuj jakoś inaczej to ująć, no i zaproś ich 

obu na kolację.

- Mogłabyś wybrać się z nami - szepnął Stan, tuląc ją do siebie.
- To nie najlepszy pomysł. Wątpię, czy Tim dobrze by się czuł w 

towarzystwie prawnika.

Stan  wsunął  ręce  pod  jej  bluzkę,  zachwycił  się  delikatną,  ciepłą 

skórą.

- Chcę się z tobą kochać, Jenno.
- Nie możemy - odparła z żalem. - Masz przecież gościa. Wziąłeś 

pod uwagę, jak jego obecność utrudni ci życie osobiste? - uśmiechnęła 
się. Stan odsunął się odrobinę i spojrzał jej w oczy.

- I stosunki z tobą?
- Nie, ale na pewno trzeba to będzie jakoś zorganizować.
- Jordan  przywykł  do  swobody.  Zresztą  zawsze  będzie  mógł 

zadzwonić do mnie na pager.

- Ale  o  całonocnych  igraszkach  chyba  będziemy  musieli 

zapomnieć - zauważyła Jenna.

- Chyba że znajdę kogoś odpowiedzialnego, kto czasem przyjmie 

go na noc.

- Widzę, że wszystko sobie zaplanowałeś.
- Owszem,  Jenno,  owszem.  Chcę  cię  zdobyć,  dodał  w  duchu.  I 

zatrzymać na zawsze.

- Nie mogę uwierzyć, że zakochałaś się w Stanleyu Michaelsie. -

Maddie  potrząsnęła  głową.  Kiedy  w  zasięgu  jej  wzroku  pojawił  się 
kelner, poprosiła, by dolał jej piwa. - Pamiętam, że go nie znosiłaś.

Zmieszana Jenna wypiła łyk wody mineralnej. Żałowała, że to nie 

whisky. Wcale nie było jej łatwo przyznać się, że czuje coś do Stana.

background image

- Nie powiedziałabym, że jestem zakochana - mruknęła.
- A  więc  ciekawa  jestem,  jak  to  nazwiesz?  Pozwalasz  mu 

zostawać na noc, udzielasz rad...

- Przedstawiam możliwe rozwiązania. - Jenna była coraz bardziej 

zdenerwowana.

- I wcale nie zniechęca cię fakt, że ten facet będzie miał u siebie 

nastolatka.  Kiedyś  przysięgałaś,  że  nigdy  nie  zwiążesz  się  z 
mężczyzną z dziećmi.

- Jordan to bardzo miły chłopiec. Zasługuje na lepsze życie.
- Jasne, jasne! No i w dodatku odkąd tu przyszłyśmy, przez cały 

czas mówisz o Stanleyu.

Jenna zagryzła wargę.

- Mogę  mówić  także  o  innych  rzeczach.  Jak  się  mają  Joshua  i 

Davey?

- Dobrze,  tylko  Davey  ząbkuje  i  czasem  jest  marudny.  W 

porządku, Jenno. - Maddie uśmiechnęła  się do przyjaciółki. - Kiedyś 
musiałaś się zakochać. Zdziwiłam się tylko, że akurat w Stanleyu.

Ja też, pomyślała Jenna.

- To na pewno długo nie potrwa - mruknęła. - Niezbyt do siebie 

pasujemy.

- Nie jestem taka pewna. Prawnik i lekarz...
- Wstrętna jesteś!
- A mimo to mnie kochasz.
- Owszem, kocham - westchnęła Jenna.
- A Stana też? Jenny poczuła nagły ucisk w żołądku.
- Nie potrafię - odparła, lecz bez przekonania.
- Dlaczego?
- Jest zbyt...
- Zbyt przystojny? Z tym mogę się zgodzić. Jenny przypomniała 

sobie nagiego Stana. Szybko wypiła łyk wody i potrząsnęła głową.

- Jest zbyt...
- Inteligentny.  Owszem,  skończył  studia,  został  lekarzem.  Taki 

wspaniały facet przynajmniej w łóżku powinien być kiepski.

Jenna tylko jęknęła.

- Aż tak źle? - zdziwiła się Maddie. - To znaczy aż tak dobrze?

Jenna kiwnęła głową. Na więcej nie była w stanie się zdobyć.

- Zadzwonił następnego dnia.
- Przysłał kwiaty? Jenna parsknęła śmiechem.
- Szampana. Dwa kartony szampana.
- No, no, cóż za elegancja. Elegancja i seks. Naprawdę się cieszę. 

Już  zaczynałam  się  bać,  że  będziesz  pierwszą  kobietą  w  historii 
medycyny, która odzyskała dziewictwo.

- Sama już nie wiem. Tyle kobiet kręci się wokół niego.

background image

- No tak, boisz się, że do końca życia będziesz  musiała uganiać 

się za nim z dubeltówką - zaśmiała się Maddie.

- Zawsze  myślałam,  że  zwiążę  się  z  jakimś  spokojnym, 

zrównoważonym  mężczyzną...  na  którego  kobiety  w  ogóle  nie 
zwracają uwagi.

- Jeśli  jest  w  tobie  zakochany,  to  nie  zwróci  uwagi  na  żadną 

kobietę, nawet wówczas, jeśli wszystkie będą się za nim uganiały.

- Może.

Kelner przyniósł im jedzenie, więc na chwilę przerwały rozmowę.

- Może? - powtórzyła  Maddie,  kiedy  zostały  znów  same. -

Przecież ty też nigdy nie mogłaś narzekać na brak adoratorów. Jesteś 
ładna, szalenie inteligentna, odnosisz sukcesy zawodowe...

Choć  Jenna  wpatrywała  się  w  swój  talerz,  czuła  na  sobie 

badawcze  spojrzenie  Maddie.  Nie  wiedząc  czemu,  nagle  wydało  jej 
się,  że  znów  ma  dwanaście  lat,  jest  chudzielcem  ze  zbyt  długimi 
nogami i rękami, aparatem na zębach i potarganymi włosami.

- Jenno,  jesteś  najbardziej  pewną  swojej  wartości  kobietą,  jaką 

znam.

- Tak,  jestem  pewna  wielu  rzeczy:  mojej  pracy,  zdolności  do 

radzenia sobie z życiem codziennym, dobrych stosunków z kolegami 
w pracy.

- Ale nie z mężczyznami - wtrąciła Maddie. - Zawsze myślałam, 

że  rzadko  spotykasz  się  z  nimi,  bo  wydaje  ci  się,  że  masz  za  mało 
czasu lub nie udało ci się znaleźć nikogo wartego zachodu.

- To też. - Jenna zdecydowanym ruchem odłożyła widelec. - Ale 

przede wszystkim zawsze wątpiłam, czy uda mi się kogokolwiek przy 
sobie utrzymać. Czy naprawdę musimy o tym rozmawiać?

- Tak - odparła  z  przekonaniem  Maddie. - Przede  wszystkim 

zawsze wątpiłaś w swoją kobiecość. Pomyśl, moja droga, może to już 
ostatnia szansa.

Nazajutrz na koktajlu Stan, na oczach tłumu lekarzy, przywitał ją 

pocałunkiem.

- Znakomicie  wyglądasz.  Przepraszam,  że  po  ciebie  nie 

przyjechałem,  ale  miałem  niespodziewanego  pacjenta.  Dziękuję,  że 
dotarłaś tu sama.

- Nie  ma  o  czym  mówić - odparła  Jenna  i  musnęła  dłonią  jego 

wilgotne włosy. - Prosto spod prysznica?

- Tak - uśmiechnął  się  znacząco. - Szkoda,  że  cię  ze  mną  nie 

było.

- Ciekawe,  co  by  powiedział  na  to  twój  personel?  Gdzie  jest 

Jordan?

- U  swojego  brata.  Rozmawiałem  z  nim  i  oznajmił  mi,  że  musi 

się zastanowić.

background image

- Nie dziwię się. To poważna decyzja. Zresztą wie, że w każdej 

chwili może do ciebie zadzwonić.

- Tak. Chodź, weźmiemy coś do picia i przedstawię cię kolegom.

Większość  znajomych  Stana  witała  ją  bardzo  serdecznie,  ale 

Jenna czuła, że niektórzy przyglądają jej się podejrzliwie.

Na moment zostawiła Stana, żeby odstawić talerz na stół, i wtedy 

podeszła do niej jedna z lekarek.

- Kiedy  usłyszałam,  że  Stan  przyjdzie  dziś  z  kobietą,  nie 

spodziewałam się kogoś takiego jak pani - powiedziała.

Jenna  zesztywniała,  ale  zauważyła,  że  kobieta  uśmiecha  się 

przyjaźnie.

- Naprawdę?
- No,  wie  pani,  Stan  zawsze  miał  skłonności  do  kobiet 

puszystych...

- Puszystych? - powtórzyła Jenna, choć zaczynała już rozumieć, 

co jej rozmówczyni ma na myśli.

- Tak. Puch na głowie, puch w głowie. Pani jest inna.
- Dziękuję.  Lekarka  ta  nie  była  jedyną  osobą,  która  wyraziła

swoje  zdziwienie  osobą  Jenny.  Najbardziej  jednak  zabolał  ją  jeden 
komentarz, wypowiedziany zresztą za jej plecami:

- To długo nie potrwa. Ona nie jest w jego typie.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Pora na kąpiel - rzekł z figlarnym uśmiechem Stan i uniósł do 

góry dwie butelki szampana. - Mamy szczęście. Zdążył się schłodzić.

Jenna, oparta o framugę drzwi wejściowych, spojrzała na butelki i 

pokręciła głową.

- Nic z tego nie będzie.
- Co  za  negatywny  stosunek  do  życia. - Stan  minął  ją 

zdecydowanym krokiem i wszedł do środka. - To musiało się stać po 
drodze.  Jeszcze  kiedy  wychodziliśmy  z  przyjęcia,  uśmiechałaś  się 
promiennie.

- Bo wtedy byłeś ze mną - mruknęła i zamknęła drzwi.
- Teraz też jestem. - Stan spojrzał na nią uważnie i przysunął się 

bliżej.

- Upiekłam  ciasteczka.  Chcesz  jedno?  Jenna  ruszyła  w  stronę 

kuchni, ale Stan chwycił ją za ramię i przyciągnął do ciebie.

- Chwileczkę,  królowo  Jenno  Jean.  Co  się  roi  w  tej  pięknej 

główce?

- Nic - odparła słabym głosem. Bała się, że za chwilę zemdleje.
- Nie  kłam.  Twój  mózg  ani  na  chwilę  nie  przestaje  pracować. 

Powiedz mi prawdę.

- Całą  prawdę  i  tylko  prawdę - oznajmiła  z udawaną  powagą. -

Wolałabym dać ci ciastko.

- Porozmawiaj ze mną. - Stan nie dawał się zbyć żartami.

Jenna westchnęła i spuściła głowę.

- To nic takiego. Po prostu podsłuchałam coś podczas koktajlu.
- Co takiego?
- Ale nie pójdziesz sobie? Stan zdecydowanie zaprzeczył.
- Mów.
- Naprawdę to nic ważnego. Większość ludzi, których poznałam, 

była bardzo miła. Tylko paru zauważyło, że nie jestem w twoim typie.

- Tak powiedzieli? - Stan aż zazgrzytał zębami.
- Coś  w  tym  sensie - odparła  Jenna  i  spojrzała  mu  w  oczy. -

Jeden  z  twoich znajomych stwierdził,  że to  długo nie potrwa,  bo  nie 
jestem w twoim typie.

- No i co z tego?
- To  mi przypomniało  o  wszystkim,  co  nas  różni.  Zaczęłam  się 

zastanawiać.

Stan miał ochotę rozbić o ścianę obie trzymane w ręku butelki.

- Nad  czym?  Jenna  wahała  się  przez  chwilę.  Widać  było,  jak

trudno jej o tym mówić.

- Na przykład nad tym, kiedy się mną znudzisz. Stan aż otworzył 

usta ze zdziwienia.

- Chyba żartujesz.

background image

- Wcale  nie. - Kiedy  chciał  zaprotestować,  powstrzymała  go 

ruchem  dłoni. - Pomyśl  o  tym,  Stan.  Jestem  zupełnie  niepodobna  do 
kobiet, z którymi zazwyczaj się spotykasz.

- O  tym  już  rozmawialiśmy.  To  dobrze,  że  nie  jesteś  taka,  jak 

kobiety,  z  którymi  się  spotykałem - stwierdził  Stan  i  korzystając  z 
tego,  że  Jenna  jest  zbyt  rozkojarzona,  wziął  ją  na  ręce,  zaniósł  do 
salonu i posadził na kanapie.

Nie dał jej dojść do słowa, natychmiast zaczął ją całować.

- Nigdy się tobą nie znudzę - szepnął w końcu.
- Skąd możesz o tym wiedzieć? - wyjąkała oszołomiona Jenna.

Wątpliwości Jenny nie zniknęły. A on chciał zdobyć nie tylko ją, 

ale i jej zaufanie.

- Znam  siebie  lepiej  niż  kiedykolwiek  dotąd.  Wiem,  co  lubię  i 

czego  nie  znoszę.  Wiem,  czego  chcę - rzekł. - Pragnę  ciebie. - Na 
chwilę zamilkł. - Nie ruszaj się, powiedz mi tylko, gdzie są kieliszki -
poprosił. - W której szafce stoją?

Jenna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Zaskoczyła ją 

ta nagła zmiana tematu i nastroju.

- W drugiej po lewej, ale... Próbowała wstać, jednak Stan jej na 

to nie pozwolił.

- Przecież miałaś siedzieć. Po chwili wrócił z szampanem.
- Chyba nie chcesz mnie upić? - spytała podejrzliwie.
- Ja? - oburzył się Stan, robiąc minę niewiniątka.
- Przecież to ty trzymasz szampana. Stan uśmiechnął się i podał 

jej do połowy napełniony kieliszek.

- Już nie. - Usiadł  obok  Jenny i  zaczął się  bawić  jej  włosami. -

Nie chcę cię upić. Pragnę tylko, żebyś się odprężyła.

- Nie  mam  zamiaru  wchodzić  do  wanny  pełnej  szampana.  Nie 

zmusisz  mnie  do  tego - poinformowała  go  Jenna,  wypijając  łyk 
alkoholu.  W  tonie  jej  głosu  brzmiał  bunt,  ale  zdradziła  się,  wtulając 
głowę w jego dłoń.

Stan stłumił uśmiech.

- Opowiedz mi, kogo dziś załatwiłaś w sądzie.
- Nie chcę zanudzić cię na śmierć. Stan zdjął marynarkę i krawat, 

a potem posadził

sobie Jennę na kolanach/Zrobiło mu się bardzo przyjemnie. Czuł 

jej piersi i zastanawiał się, jaki włożyła stanik i jak szybko uda mu się 
go zdjąć.

- Zawsze lubiłem bajeczki na dobranoc - mruknął.
- Dobrze, ale pamiętaj, że sam o to prosiłeś. Dawno, dawno temu 

miejska  policja  Roanoke  zorganizowała  obserwację  kierowców 
przekraczających prędkość...

- Nazwałbym to raczej pułapką - skrzywił się Stan.

background image

- Rolą  policji  jest  pilnowanie,  by  prawo  było  przestrzegane. 

Zresztą  ograniczenie  szybkości  jest  istotne  dla  ogólnego 
bezpieczeństwa.

- A mandaty są ważnym źródłem dochodów.
- Czy ty na pewno chcesz wiedzieć, co dziś robiłam?
- Oczywiście. Jenna sceptycznie uniosła brew.
- Tak więc policji udało się przyłapać na tym wykroczeniu wiele 

osób. Niektóre z nich postanowiły się odwoływać.

- I  ty  musiałaś  wysłuchać  ich  wykrętów,  tak?  Jenna  skinęła 

głową.

- Pewna kobieta spieszyła się, żeby odebrać dzieci z przedszkola. 

Jakiś facet bał się, że nie zdąży na wizytę do dentysty. Inny twierdził, 
że  policyjny  radar  był  zepsuty.  Wszystkich  jednak  pobił  ten,  który 
mówił, że wraz z żoną starali się, aby ona zaszła w ciążę. Akurat tego 
dnia  okazało  się,  że  jej  temperatura  wzrosła,  więc  trzeba  było... -
Jenna  przez  moment  szukała  odpowiedniego  określenia - podjąć 
odpowiednie działania i dlatego spieszył się do domu.

Stan  uśmiechnął  się.  Był  zachwycony.  Zachwycony  tym,  że 

trzyma ją na kolanach i słucha, jak opowiada mu o swojej pracy. Czuł, 
że  łatwo  mógłby  się  do  tego  przyzwyczaić.  Jeszcze  bardziej  by  się 
cieszył, gdyby mógł zdjąć z niej tę sukienkę.

- I co zrobił sędzia?
- Udzielił mu upomnienia.
- Protestowałaś?
- Nie. Teraz ty mi opowiedz, co robiłeś. Ile kobiet uwiodłeś?

Ignorując  jej  pytanie,  Stan  po  prostu  ją  pocałował.  Nagle, 

niespodziewanie i trwało to bardzo długo.

- Czyżbyś chciał, żebym zapomniała o moim pytaniu? - spytała, 

kiedy w końcu doszła do siebie.

- Podziałało?
- Prawie. - Kiedy znów próbował ją pocałować, zaprotestowała. -

No, no. Ile kobiet uwiodłeś?

Już  chciał  się  tłumaczyć,  kiedy  przypomniał  sobie  mały  zabieg, 

który wykonał tego ranka.

- Tylko  jedną.  Miała  długie  blond  włosy,  niebieskie  oczy. 

Poprosiła mnie o coś bardzo nieprzyzwoitego.

Jenna  na  próżno  starała  się  udawać  obojętność.  W  jej  oczach 

zazdrość była aż nadto wyraźna.

- Jak  to  było? - spytała  najspokojniej,  jak  tylko  potrafiła.  Na 

wszelki wypadek wypiła łyk szampana.

- Nic  dziwnego,  że  w  sądzie  tak  dobrze  ci  idzie. - Stan  z 

podziwem  skomentował  jej  reakcję. - Kiedy  trzeba,  potrafisz 
pozbawić swój głos wszelkich emocji.

- Nie rozumiem?

background image

- Przecież wiem, że jesteś zazdrosna.
- Nie - zaprzeczyła gniewnie Jenna. - Ani trochę.
- A właśnie, że tak. - Stan musnął palcem jej górną wargę.
- Nie.
- Więc nie przeszkadza ci, że moja niebieskooka blond pacjentka 

zrobiła mi dziś nieprzyzwoitą propozycję?

Jenna najpierw musiała odchrząknąć.

- Może trochę, ale od tego jeszcze daleko do zazdrości.

Na chwilę w pokoju zapanowało milczenie.

- No to skończ tę historię - nie wytrzymała w końcu Jenna. - Co 

ci zaproponowała?

Stan stuknął swoim kieliszkiem w kieliszek Jenny i zaczął gładzić 

jej nogę.

- Miała złamany palec i chciała, żebym go pocałował.
- Żebyś go pocałował?! Ile miała lat ta pacjentka?
- Cztery, ale...
- No, nie, to był cios poniżej pasa!
- Może  być  jeszcze  niżej - mruknął  Stan,  a  jego  ręka 

powędrowała w górę jej uda.

Nagle  poczuł,  jak  coś  zimnego  płynie  mu  po  plecach.  Jenna 

zeskoczyła z jego kolan.

- Oblałaś  mnie  szampanem! - zawołał.  Jenna  była  równie 

zdziwiona  tym  jak  on.  Z  niedowierzaniem  patrzyła  na  swój  pusty 
kieliszek.

- Dlaczego  ty  mi  wciąż  to  robisz?  Stan  skorzystał  z  okazji  i 

pozbył  się  koszuli.  Jenna oczywiście  zauważyła  jego  nagą  pierś,  ale 
szybko odwróciła wzrok.

- Co takiego?
- Sprawiasz,  że  robię  różne  głupie,  irracjonalne  rzeczy.  Kiedy 

byliśmy  dziećmi,  ugryzłam  cię  tak  mocno,  że  trzeba  cię  było  szyć. 
Kochałam  się  z  tobą  w  holu  mojego  domu.  A  teraz  oblałam  cię 
szampanem.

Wyglądała  na  tak  ogromnie  strapioną,  że  Stan  zapragnął  ją 

pocieszyć. Wziął ją znów w ramiona i próbował rozbawić.

- To straszne, prawda?
- Owszem - odparła. - Chwileczkę,  co  ty  wyprawiasz? -

przeraziła się, czując, że Stan rozpina jej sukienkę.

- Pomagam  ci  się  rozebrać.  Sukienka  po  chwili  leżała  na 

podłodze. A Jenna stała przed Stanem tylko w majteczkach i staniku. 
Objął jej pośladki i przyciągnął ją do siebie.

- Jesteś  taka  piękna.  To  grzech,  że  chowasz  się  pod  ubraniem -

szepnął jej do ucha.

- Chciałbyś, żebym stale chodziła nago?
- Tak.

background image

- W sądzie  chyba  byłoby  mi trudno - mruknęła. Jej  ręce  sunęły 

coraz  niżej  po  jego  piersi. - Ale  nie  dokończyłeś  mi  swojej  historii. 
Pocałowałeś tę niebieskooką blondynkę?

Stan, zbyt zajęty pieszczeniem jej ciała, skinął tylko głową.

- Wiesz, jeśli chcesz, to potrafisz być bardzo miły. Stan znów ją 

pocałował.

- Wyglądasz na zdumioną - rzekł.
- Bo jestem. Ciągle mnie zaskakujesz.
- Lubię  cię  zaskakiwać.  Jesteś  wtedy  taka  słodko  zdziwiona,  że 

chciałbym cię zjeść.

Tego już było za dużo. Jenna nie mogła dłużej poradzić sobie ze 

wszystkimi  ogarniającymi  ją  uczuciami.  Z  rozkoszą,  strachem, 
radością, niedowierzaniem.

- Nie rób tego. Proszę, nie rób! Stan odsunął się i spojrzał jej w 

oczy, ale nie wypuścił Jenny z objęć.

- Nie podoba ci się to?
- Nie. To znaczy tak... Ale nie zwódź mnie, proszę. Nie mów tak, 

bym  się  czuła  jak  najwspanialsza  kobieta  na  świecie,  skoro  nią  nie 
jestem.

- A jeśli jesteś?
- Oj, bo ci uwierzę! Stan ujął jej dłoń i pocałował.
- Może na to właśnie liczę, Jenno Jean.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Jenna,  naga  i  zadowolona,  leżała  wtulona  w  Stana.  Była  tak 

szczęśliwa, że mogła tylko westchnąć.

- Znów to zrobiłaś - rzekł Stan.
- Co  takiego? - Jenna  uniosła  się  na  łokciu,  by  spojrzeć  na 

kochanka. Pieściła dołeczek w jego brodzie.

- Westchnęłaś. Nudzisz się ze mną?
- Wyraźnie czujesz się niedowartościowany. - Jenna uśmiechnęła 

się. - Wzdycham, bo czuję się całkowicie usatysfakcjonowana. Jesteś 
zadowolony?

- Tak... - Stan  skradł  jej  pocałunek,  a  potem  spojrzał  na  nią 

uważnie. - Widzę jednak, że coś jeszcze roi się w twojej główce.

- Zastanawiałam się...
- O nie, znowu.
- Nie bój się, tym razem to nic złego.
- No to mów, królowo.
- Pomyślałam sobie, że spełniłeś jedno z moich marzeń.
- Tylko jedno? Jenna roześmiała się i potrząsnęła głową.
- Znów domagasz się pochwał? Mam na myśli szampana.
- To jeszcze nie koniec. Obiecywałem ci przecież kąpiel.
- Dobrze, dobrze, doktorze, domyślam się, że jeśli chodzi o twoje 

marzenia  seksualne,  to  wszystkie  już  spełniłeś.  A  czy  w  innych 
dziedzinach też masz jakieś sekretne pragnienia?

Stan milczał przez chwilę i patrzył w sufit.

- Ostatnie  tego  rodzaju  pytanie  zadano  mi  w  dzieciństwie. 

Rodzice pytali, co chciałbym dostać na gwiazdkę czy na urodziny.

Jennę wzruszył smutek widoczny w jego oczach.

- A teraz? Powiedz mi, o czym marzysz.
- To  chyba  bierze  się  z  faktu,  że  byłem  jedynakiem.  Chcę  do 

kogoś  należeć.  Być  czyjś.  Chcę  być  dla  kogoś  nieodzowny  i  pragnę 
mieć kogoś, kto byłby nieodzowny dla mnie.

Stan zamilkł, milczała też Jenna.

- Nic nie mówisz - zauważył w końcu. - Znów cię uśpiłem?

Jenna pokręciła głową.

- Zastanawiam się nad twoim marzeniem.
- No i co ci przyszło do głowy?
- Mówisz  tak,  jakbyś  się  bał  potrzebować  kogoś  i  być  komuś 

potrzebny.

- Bo  to  prawda.  Boje  się.  Ale  gdyby  spotkali  się  właściwa 

kobieta z właściwym mężczyzną, byłaby to tak naturalna potrzeba, że 
nie  można  by  jej  zlekceważyć.  To  by  przypominało  zjazd  z  jakiejś 
wielkiej góry. Tyle tylko, że robiłoby się to we dwoje. Wtedy nic nie 

background image

jest straszne. - Zamilkł na chwilę. - A to mi przypomina moje drugie 
marzenie. Dotyczy ono Górskiej Gwiazdy.

Jenna  otworzyła  szeroko  oczy.  Górska  Gwiazda  była 

ponadtrzydziestometrowym neonem, zbudowanym na przedmieściach
Roanoke  około  czterdziestu  lat  temu.  Była  to  jedna  z  największych 
sztucznych  gwiazd  i  od  niej  miasto  wzięło  swoją  drugą  nazwę -
Gwiezdne Miasto Południa.

- Chciałbyś na nią wejść, tak?
- Tak.  Ale  tylko  z  tobą.  Dopiero  wtedy  moje  marzenie  będzie 

spełnione.

- Mowy nie ma!
- Tchórz. - Stan ujął w dłonie jej piersi.
- Wcale nie. Kiedy ją pocałował, na długo zapomniała, o co się

kłócili.

W  ciągu  następnych  paru  tygodni  Jenna  uświadamiała  sobie,  że 

coraz  bardziej  uzależnia  się  od  Stana.  Widywała  go  prawie 
codziennie, często rozmawiali przez telefon. Jej kostka całkowicie się 
już zrosła, mogła więc grywać w kosza ze Stanem i Jordanem.

Choć  było  to  wbrew  jego  naturze,  Stan  nie  naciskał na  Jordana, 

wiedząc, że stoi on przed trudną decyzją. Kilka razy zaprosił obu braci 
na kolację, aby wszyscy trzej mogli się lepiej poznać.

Stan  i  Jenna  wiele  razy  rozmawiali  o  sytuacji  Jor - dana. 

Wiedzieli, że jeśli chłopak zdecyduje się zamieszkać ze Stanem, to na 
pewno  nie  podejmie  tej  decyzji  w  ciągu  paru  dni  i  nawet  wtedy  nie 
zerwie kontaktów z bratem.

Pomysł adopcji niósł z sobą ryzyko, ale warto było je podjąć.
Podobnie jak warto było pokochać Stana.
Miłość zmieniła spojrzenie Jenny na świat. Śmiała się teraz dużo 

częściej.  Zdarzało  jej  się  zauważyć  błękit  nieba.  Chłonęła  świat 
wszystkimi zmysłami i chciała, żeby tak było zawsze.

Zbliżały  się  urodziny  Stana.  Pamiętając  o  jego  marzeniu, 

zapragnęła  je  spełnić.  W  głębokiej  tajemnicy.  Najpierw  jednak 
musiała odnaleźć chłopaków z jego dawnej paczki. Nie było to łatwe, 
bo rozpierzchli się po świecie, ale czuła,  że  musi to zrobić.  Całe dni 
spędzała  przy  telefonie,  udając  przed  Stanem,  że  załatwia  sprawy 
służbowe.

- Co chcesz mi dać na urodziny? - spytał pewnego dnia.

Jenna udała zdziwioną.

- Na urodziny? A to już niedługo?
- Nie  nabierzesz  mnie,  królowo.  Wiem,  że  masz  znakomitą 

pamięć i dobrze wiesz, że obchodzę je jutro. A jeśli chodzi o prezent, 
mógłbym ci coś podpowiedzieć.

- Jakie to typowe dla jedynaka - zaśmiała się Jen - na. - No, mów.
- Mam już dość mieszkania w tej mojej norze.

background image

- Przecież szukasz jakiegoś domu.
- Już wiem, gdzie chciałbym mieszkać.
- Gdzie?
- Tutaj. Jenna zaniemówiła z wrażenia.
- Chciałbym w moje urodziny wprowadzić się do ciebie - mówił 

dalej Stan. - Co ty na to?

Jenna z trudem przełknęła ślinę, musiała nawet odchrząknąć.

- Wiesz, ja, co prawda, nie o tym myślałam.
- Pozwól  mi  się  do  ciebie  wprowadzić.  Chcę  być  z  tobą  przez 

cały czas - błagał Stan, szepcząc jej do ucha.

Jenna  poczuła  ciepło  w  okolicy  serca.  Odsunęła  się  od  Stana -

delikatnie, lecz zdecydowanie.

- Będę  musiała  się  nad  tym  zastanowić.  Ty  też  powinieneś  to 

zrobić.

- Rozumiem. Dasz mi odpowiedź jutro podczas kolacji.

Zdziwiona i przerażona, spojrzała na niego bezradnie.

- Przecież to za niecałe dwadzieścia cztery godziny.
- Zobaczysz, że nie pożałujesz. Powinnaś się zgodzić. Spodoba ci 

się mieć mężczyznę w domu.

Jenna uznała, że dopóki może, lepiej obracać wszystko w żart.

- Już sobie to wyobrażam! Skarpetki  i bielizna porozrzucane po 

całym domu.

- Ja? - oburzył  się  z  udawaną  niewinnością  Stan. - Ja  miałbym 

rozrzucać moje rzeczy po podłodze?

- Poza tym będziesz się szarogęsił i wyjadał moje ciasteczka.
- Nie,  tylko  sprawdzałbym  ich  jakość,  żebyś  się  nie 

skompromitowała, podając je gościom.

Jenna jęknęła i oparła głowę o jego pierś.

- Chcę być z tobą! Zawsze i wszędzie. Wstrząsnęła nią pewność i 

determinacja, z jaką to powiedział. Podniosła głowę i spojrzała mu w 
oczy. One też mówiły to samo.

- Kocham...

Nie pozwoliła Stanowi skończyć. Położyła mu palec na ustach.

- Nie mów tego, dopóki nie będziesz naprawdę o tym przekonany

- szepnęła.  To  była  ostatnia  bariera.  Jenna  wiedziała,  że  jeśli i  ona 
runie,  wtedy  będzie  już  całkowicie  należała  do  Stana  i  nigdy  nie 
będzie wolna.

- Kocham  cię,  Jenno  Jean - szepnął  Stan,  nie  zważając  na 

spoczywające  na  jego  ustach  jej  palce. - I  zrobię  wszystko,  byś  i  ty 
mnie pokochała.

Jenna zamknęła oczy, by ukryć napływające do nich łzy. Stan już 

nie musiał niczego robić. Jej serce i ona cała należały do niego.

Mimo że następnego dnia teoretycznie nie miała ani chwili czasu 

na  rozmyślania,  jej  myśli  ciągle  wracały  do  propozycji  Stana. 

background image

Zadziwiająco  łatwo  potrafiła  sobie  wyobrazić  to  ich  wspólne 
mieszkanie.

Wychodząc z pracy, była bardzo podekscytowana. Do przyjęcia -

niespodzianki  dla  Stana  pozostało  już  tylko  kilka  godzin.  Nie 
wiedział, o której uda mu się wyrwać ze szpitala, więc dał jej klucze 
do swojego  mieszkania, by mogła tam na niego czekać. Jenna zatem 
tam  zaprosiła  wszystkich  gości.  Kazała  im,  oczywiście,  zaparkować 
samochody  przecznicę  dalej.  Miała  nadzieję,  że  wszyscy  zdążą  na 
czas przed przybyciem jubilata.

Po  drodze  musiała  jeszcze załatwić  parę  rzeczy, więc  i  ona  była 

trochę spóźniona. Podjechała po Jor - dana i kiedy zajechali pod dom 
Stana,  goście  już czekali.  Cała  paczka.  Widząc, jak  się  witają, Jenna 
poprosiła, by oszczędzili sobie rytualnego spluwania.

W mieszkaniu, przy pomocy Jordana, szybko nakryła stół i podała 

gościom drinki.

- Miałaś  świetny  pomysł  z  tym  zgromadzeniem  nas  wszystkich 

na  urodziny  Stana - rzekł  Max  Derenger,  jeden  z  kolegów  z  dawnej 
paczki. - Jak ci się udało nas odnaleźć? Nie widzieliśmy się od lat.

Jenna  naprawdę  była  z  siebie  dumna.  Wiedziała,  jak  bardzo 

Stanowi  zależy  na  poczuciu  przynależności  do  jakiejś  grupy,  miała 
więc nadzieję, że pomoże mu się odnaleźć.

- Rzeczywiście  nie  było  to  łatwe - przyznała  z  uśmiechem. -

Miałam mało czasu, a wy przecież rozjechaliście się po całym kraju. 
Kevin  Saunders  jest  w  marynarce  i  w  tej  chwili  stacjonuje  w 
Kalifornii. Joey Caruthers mieszka w Kolorado. Zrobił duże pieniądze 
i obecnie kieruje jakąś fundacją pomocy dzieciom..

- Wygląda  na  to,  że  odwaliłaś  kawał  roboty - stwierdził  Max  i 

przez  chwilę  przyglądał  jej  się  uważnie. - Ty  i  Stan  musicie  być 
bardzo zaprzyjaźnieni.

Jenna poczuła ucisk w sercu i na moment zawahała się.

- Chyba można tak powiedzieć - odparła cicho i szybko zmieniła 

temat. - Opowiedz, co u ciebie.

- Skończyłem politechnikę z dyplomem inżyniera, ale gdzieś po 

drodze  zainteresowałem  się  karate.  Uczę  teraz  tej  sztuki  walki  we 
własnej szkole.

- Stan będzie tym zachwycony - roześmiała się Jenna. - On...
- Idzie! Idzie! - krzyknął Jordan. - Właśnie wysiada z auta!

Jenna  była  bardzo  podekscytowana.  Całe  towarzystwo  uciszało 

się nawzajem i czekało na wejście Stana.

Zamiast tego usłyszeli jakieś kroki w przedpokoju, prowadzącym 

z sypialni.

- Co się tu dzieje? - spytał jakiś damski głos. W drzwiach stanęła 

bardzo przystojna blondynka w jedwabnym peniuarze.

background image

- Jenno Jean, czyżby to był twój specjalny prezent? - zażartował 

któryś z mężczyzn. - Zapowiada się wspaniałe przyjęcie.

- Przyjęcie? - powtórzyła  zaspanym  głosem  kobieta.  Wyraźnie 

dopiero przed chwilą się obudziła.

- Kim ona jest? - spytał Max.
- Nie mam pojęcia - mruknęła Jenna. Pierwszy oprzytomniał Ben 

Palmer. Podszedł do nieznajomej kobiety i wyciągnął rękę.

- Świętujemy  urodziny  Stana.  Przyszykowaliśmy  mu  małą 

niespodziankę. Ja jestem Ben. A ty?

- Brandi - odparła  niepewnie  kobieta. - Kiedyś  na  Florydzie 

zaprzyjaźniłam  się  ze  Stanem.  Też  pomyślałam,  że  zrobię  mu 
niespodziankę.

Jej  strój  wskazywał  jednoznacznie,  jakiego  rodzaju  miała to  być 

niespodzianka.  Jenna  poczuła  się  tak,  jakby  właśnie  zainkasowała 
potężny cios w żołądek. Nie, chyba jeszcze gorzej.

Otwarcie się drzwi frontowych odwróciło uwagę zgromadzonych 

od Brandi. Jenna stała nieruchomo i tylko jej mózg rejestrował to, co 
się wokół niej działo.

Miała  wrażenie,  że  opuściła  swoje  ciało  i  patrzy  na wszystko  z 

góry. Widziała zaskoczenie i zachwyt na twarzy Stana, kiedy otoczyli 
go  przyjaciele  z  dzieciństwa.  Słyszała  śmiechy  i  wesołe  okrzyki. 
Nagle poczuła na ramieniu czyjąś rękę.

- Dobrze się czujesz? - spytał zaniepokojony Jordan.

Jenna zmusiła się do uśmiechu.

- Oczywiście.
- Ale nie wyglądasz dobrze.
- Zaraz się pozbieram - mruknęła przez zęby.
- Mam  jej  powiedzieć,  żeby  sobie  poszła?  Łzy  wzruszenia 

napłynęły  Jennie  do  oczu.  Westchnęła  głęboko  i  próbowała  się 
uśmiechnąć.

- Wiesz,  to  chyba  nie  nasza  sprawa.  Zaraz  zapalę  świeczki  i 

sprawdzę, czy wszyscy mają co pić.

- Jesteś na niego zła? Jenna musiała chwilę się zastanowić.
- Nie - odparła. I  rzeczywiście, ostatnią  rzeczą, jaką  czuła,  była

złość. Ból, owszem. Upokorzenie. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się 
tak  zraniona.  Brandi  twierdziła,  że  chciała  zrobić  Stanowi 
niespodziankę, ale jasne było, że coś ich łączy.

Miałaś rację, przypominał jej jakiś wewnętrzny głos. On nie jest 

dla ciebie. Nie utrzymasz go przy sobie.

Jenna  zacisnęła  zęby  i  próbując  o  niczym  nie  myśleć,  zapaliła 

świeczki na torcie.

Kiedy  się  wyprostowała,  zauważyła,  jak  Brandi  całuje  Stana.  I 

coś się w niej załamało.

background image

- Pora na tort - oznajmiła najweselszym tonem, na jaki umiała się 

zdobyć. - Podaj go Stanowi, dobrze? - zwróciła się do Jordana.

Goście  zaczęli  śpiewać  „sto  lat",  a  Ben  polecił  Stanowi,  żeby 

przed  zdmuchnięciem  świeczek  pomyślał  sobie  jakieś  życzenie.  Stan 
posłuchał go, ale zaraz potem ruszył w stronę Jenny.

Kiedy objął ją, zesztywniała.

- Musimy porozmawiać - rzekł. Jenna skinęła głową.
- Wiem,  ale  to  nie  najlepszy  moment.  Mamy  gości  i  muszę 

pokroić tort.

- Zaskoczyła  cię  obecność  Brandi.  To  wcale  nie  jest  tak,  jak 

myślisz.

- Pozory mogą mylić - zgodziła się Jenna.
- Nie wyglądasz na przekonaną.
- Kiedy widzę jej szminkę na twoich wargach, nie jest mi łatwo.

Stan zaklął pod nosem i wierzchem dłoni otarł usta.

- Jenno...
- Nie przy gościach. - Potrząsnęła  głową. - Zresztą  w tej chwili 

myślę tylko o torcie.

Odeszła od niego najszybciej, jak mogła. W roli dobrej gospodyni 

wytrzymała niecałe dwadzieścia minut. Potem pod jakimś pretekstem 
wymknęła się do kuchni, a stamtąd na dwór.

Westchnęła  z  ulgą,  oparła  się  ó  mur  i  patrzyła  w  ciemniejące 

niebo.  Nie  była  w  stanie  wrócić  na  przyjęcie.  Chciała  uciec  stąd  jak 
najdalej.

Torebkę,  co  prawda,  zostawiła  na  górze,  ale  w  kieszeni 

pobrzękiwały  jej  klucze  do  samochodu.  Uradowana  pobiegła  na 
parking i już wsiadała do auta, kiedy usłyszała za sobą czyjś głos.

- Jenno. Obok jej samochodu stał Jordan.
- Cześć - wyjąkała.
- Dlaczego  odjeżdżasz? - spytał. - Przyjęcie  jeszcze  się  nie 

skończyło.

- Dla mnie tak.
- Chodzi o tę Brandi, mam rację? Jenna nie potrafiła mu wyjaśnić 

czegoś, czego sama jeszcze nie rozumiała.

- Muszę już jechać.
- Dobra. - Jordan  wepchnął  ręce  do  kieszeni. - Myślisz,  że  się 

jeszcze kiedyś zobaczymy?

Jenna czuła, że za chwilę się rozpłacze.

- Och,  Jordanie - westchnęła  i  wbrew  jego  oporom,  przytuliła 

chłopca do siebie. - Oczywiście, że tak. Ja po prostu... To był bardzo 
męczący dzień. Rozumiesz?

- Rozumiem. Mogę powiedzieć Stanowi, że odjeżdżasz.

Wolała nie stawiać chłopca w trudnej sytuacji.

- Nie chcę mu psuć przyjęcia.

background image

- Powiem  mu,  jak  się  skończy.  Jedziesz  do  domu?  W  innej 

sytuacji jego ojcowski ton tylko by Jennę rozbawił.

- Jeszcze  nie  wiem - odparła. - Ale  nie  martw  się - dodała  ze 

smutnym uśmiechem. - Pojadę gdzieś, gdzie będę bezpieczna.

Stan odprowadził Brandi na bok i poinformował ją, że jest z kimś 

innym związany, a potem oddał ją pod opiekę Bena. Sam natychmiast 
rozejrzał się za Jenną.

Sprawdził  wszystkie  pokoje,  łącznie  z  garderobą  i  spiżarnią. 

Kiedy  wrócił  do  swojego  gabinetu,  zastał  tam  Jordana.  Chłopak 
pochłaniał trzeci kawałek tortu i oglądał telewizję.

- Szukam Jenny.
- Już poszła - wymamrotał z pełną buzią Jordan.
- Poszła? - zdziwił  się  Stan.  Owszem,  zauważył,  że  jest  zła. 

Widać  to  było  po wyrazie  jej  twarzy.  Chciał  jej  wszystko  wyjaśnić. 
Zapewnić o swoim uczuciu. Tak trzeba było zrobić. Skoro jednak od 
razu  nie  opuściła  przyjęcia,  uznał,  że  wszystko  jest  w  porządku. 
Tymczasem  ona  przy  pierwszej  okazji  uciekła  stąd.  Stan  oblał  się 
zimnym potem.

- Dokąd poszła? Jordan wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Wyglądała tak, jakby jej się chciało płakać. Mówiła, 

że  pojedzie  gdzieś,  gdzie...  Ojej!  Miałem  ci  powiedzieć  dopiero  po 
przyjęciu. Nie chciała go zepsuć.

Stan  zaklął  pod  nosem.  Nie  wyobrażał  sobie,  że  mógłby  stracić 

Jennę. I to przez taki głupi incydent.

Wrócił  do  salonu  i  od  razu  zwrócił  się  do  garstki  pozostałych 

jeszcze gości.

- Dziękuję,  chłopaki,  że  przyszliście,  by  przypomnieć  mi,  jaki 

jestem  stary  i  jaki  kiedyś  byłem  głupi.  Ale  teraz  muszę  was 
przeprosić. Mam coś pilnego do załatwienia.

- Sprawa osobista czy zawodowa? - zainteresował się Max.
- Osobista.
- Wciąż próbujesz złapać Jennę Jean?
- Teraz nie tylko ją złapię, ale także zatrzymam na zawsze.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY
Jenna  pojechała do domu Maddie.  Kiedy przyjaciółka  otworzyła 

jej drzwi, przez chwilę wpatrywały się w siebie w milczeniu.

Pierwsza odzyskała głos Maddie.

- Myślałam, że dzisiaj jest to przyjęcie z okazji urodzin Stana.
- Owszem - wyjąkała Jenna.
- To  czemu  ciebie  tam  nie  ma?  Obraz  Brandi,  tak  pewnej 

zainteresowania ze strony Stana, wciąż ją prześladował.

- Nastąpiła  mała  zmiana  planów.  Wiem,  że  nie  zadzwoniłam 

wcześniej, ale czy mogę trochę u ciebie pobyć?

- Oczywiście. Chcesz zostać na noc?
- Albo i na tydzień - mruknęła Jenna, wchodząc do środka.

Maddie przystanęła i spojrzała na przyjaciółkę.

- Powiesz mi wreszcie, co się stało?
- Nie  mogę,  bo  się  rozpłaczę.  Maddie  chwilę  się  zastanawiała, 

potem zawołała męża.

- Joshua, kochanie, Jenna i ja idziemy na spacer.
- O tej porze? - Joshua pojawił się w drzwiach salonu. - Dokąd?
- Na moje wzgórze - odparła Maddie i szybko pocałowała męża 

w policzek.

- Na twoje wzgórze? - spytała Jenna, idąc za przyjaciółka polną 

dróżką.

- To wspaniałe miejsce. Bardzo zaciszne. Po dotarciu na miejsce, 

gdzie  rzeczywiście  było pięknie  i  cicho,  Maddie  rozłożyła  koc  na 
trawie.

- Siadaj i opowiadaj po kolei. Nie widziałam cię w takim stanie 

od  dnia,  kiedy  ugryzłaś  Stanleya  Michaelsa  w  rękę  i  trzeba  mu było 
założyć szwy.

- Tym  razem  to  ja  się tak  czuję,  jakbym  potrzebowała  szwów -

szepnęła z bólem Jenna.

- Wciąż nie mówisz mi, dlaczego.
- No  więc  już  wszyscy  mieliśmy  go  powitać  niespodziewanym 

„Sto lat", kiedy pojawiła się ta blondynka i...

Łamiącym  się  głosem,  z  licznymi  przerwami,  Jenna 

zrelacjonowała przyjaciółce wydarzenia wieczoru.

Maddie jej nie przerywała. Milczała, dopóki Jenna nie skończyła 

mówić.

- Och,  Jenno - wyszeptała  potem. - Przecież  ty  w  tym  Stanie 

jesteś zakochana po uszy.

- To  prawda. - Teraz  Jenna  już  nie  próbowała  powstrzymywać 

łez. - Nie wiem, co robić. Nie wiem...

Maddie przytuliła ją do siebie i podała jej chusteczkę.

- Czy naprawdę myślisz, że jest coś poważnego między tą Brandi 

i Stanem?

background image

- Nie  wiem.  Wyglądał  na  bardzo  zaskoczonego  jej  widokiem. 

Ale,  Maddie,  ona  jest  taka  piękna.  Wszyscy  gapili  się  na  nią  z 
otwartymi ustami.

- Może dlatego, że była tak... skąpo odziana - zauważyła Maddie.
- Może.  Ale  widać  było  wyraźnie,  że  łączyły  ich  intymne 

stosunki.

Jenna aż zamknęła oczy.

- I jak się z tym czujesz?
- Jakbym miała zwymiotować.
- Jenno, przecież wiesz, że Stan nie był święty.
- Wiem.  Częściowo  nawet  to  akceptuję.  Ale  kiedy  stanęłam 

twarzą w twarz z jego przeszłością....

- Zależy ci na nim? Jenna wyjęła kolejną chusteczkę i otarła łzy.
- Nie wiem. Ale czuję się strasznie.
- To dlatego,  że bardzo  ci na nim zależy. Jak się czujesz, kiedy 

jesteś z nim?

- Najszczęśliwsza  na  świecie - przyznała,  czując  jakiś  dziwny 

ucisk w sercu.

- Musisz się zdecydować, czy potrafisz się pogodzić z faktem, że 

nie jesteś pierwszą kobietą w jego życiu.

- Wcale nie chcę być pierwsza - prychnęła Jenna. - Nie o to...
- Wiem,  wiem.  Pomyśl  tylko!  Nieważne,  czy  jesteś  pierwszą 

kobietą w jego życiu. Najważniejsze, żebyś była ostatnią.

Po dwóch dniach bezowocnych prób nawiązania kontaktu z Jenną 

Stan odchodził od zmysłów.

Po przyjęciu czekał w samochodzie przed jej domem aż do świtu. 

Poprzedniego dnia kilkanaście razy dzwonił do niej do pracy, ale nie 
chciała z nim rozmawiać ani nie oddzwoniła. Teraz była sobota i Stan 
po  raz  kolejny  przejeżdżał  obok  jej  domu.  Widząc  znajome  auto  na 
podjeździe, poczuł napływ adrenaliny.

Jenna była w domu.
Szybko  zaparkował  swój  samochód  i  po  chwili  stał  już w progu 

drzwi prowadzących do mieszkania Jenny.

Kiedy otworzyła mu, omal nie zemdlał.

- Dzwoniłem do ciebie - wyjąkał.
- Wiem.  Przepraszam.  Ja...  ja... - Jenna  westchnęła  i  zamilkła, 

zrezygnowana. - Nie wiem, co powiedzieć.

- Wpuść mnie do środka, to może jakoś ci pomogę.
- Dobrze - odparła  po  chwili  wahania.  Przeszli  przez  hol,  w 

którym kiedyś się kochali.

Wtedy Stan wiedział, że należą do siebie.

- Upiekłam ciasteczka. Chcesz trochę?
- Nie teraz.

W salonie wskazała Stanowi kanapę. Sama wybrała krzesło.

background image

Stan od razu przeszedł do rzeczy.

- Od dawna nie miałem z Brandi nic wspólnego - oświadczył. -

Odkąd tu wróciłem, nawet do niej nie zadzwoniłem. Ona telefonowała 
do mnie kilka razy, ale zawsze mówiłem jej, że jestem zajęty. Nikt nie 
był bardziej zdziwiony jej pojawieniem się niż ja.

- A ja? Przecież nawet nie wiedziałam o jej istnieniu? Jest bardzo 

piękna - dodała po chwili Jenna.

Stan zmrużył oczy.

- Nie  wiem,  co  sobie  o  mnie  myślisz,  ale  odkąd  wróciłem  do 

Roanoke, nie byłem związany z nikim oprócz ciebie.

Jenna skinęła głową, ale nie spojrzała mu w oczy.

- Nie wierzysz mi - rzekł z bólem Stan.
- Tego  nie  powiedziałam - oburzyła  się  Jenna. - Po  prostu  się 

zastanawiam.

- Nie widzę powodów do zastanawiania się. Przyjechała i już! Ja 

jej  nie  zapraszałem.  Wyjaśniłem,  że  jestem  związany  z  kimś  innym. 
Koniec opowieści.

Jenna przygryzła wargę.

- Może tak powinno być, ale...
- Ale mi nie wierzysz.
- Tego nie powiedziałam. Po prostu to wszystko nie jest dla mnie 

łatwe. Przypomniało mi znów, jak bardzo się różnię od tych kobiet, z 
którymi się do tej pory spotykałeś i...

- I bardzo dobrze.
- Wyobraź  sobie  sytuację  odwrotną.  Ty  mi  przygotowujesz 

urodziny i nagle z mojej sypialni wychodzi półnagi mężczyzna.

Stan zaklął na samą myśl o podobnej sytuacji.

- No, dobrze, więc co będzie dalej? Myślisz, że potrafisz  o tym 

zapomnieć?

- Tak, chyba tak. Z czasem.
- Do  jasnej  cholery,  Jenno.  Chcę,  żebyś  mi  uwierzyła.  Pragnę, 

żebyś do mnie wróciła.

Uzgodnili,  że  Jenna  dostanie  dwa  tygodnie  na  uporanie  się  ze 

swoimi  uczuciami,  ale  z  każdym  mijającym  dniem  Stan  był  coraz 
bardziej przygnębiony.

Teraz  siedział  na  trawie  na  boisku  i  bezmyślnie  gapił  się  na 

Jordana ćwiczącego rzuty do kosza.

- Zagrasz? - spytał chłopak.
- Dzisiaj raczej nie.

Jordan  wzruszył  ramionami  i  przez  chwilę  w  milczeniu  odbijał 

piłkę.

- Kiedy znów zobaczysz się z Jenną?
- Nie wiem - westchnął Stan. - Minęły już cztery dni. Naprawdę 

nie wiem.

background image

- Posłałeś jej kwiaty albo coś z tych rzeczy?
- Nie. Twierdzi, że się pogubiła. Jordan przerwał odbijanie piłki.
- Czy kwiaty sprawią, że pogubi się jeszcze bardziej?
- Nie,  chyba  nie. - Stan  w  zamyśleniu  przesunął  palcami  po 

włosach. - Ale nie jestem pewien, czy w czymkolwiek pomogą - dodał
i szybko zmienił temat. - Jak ci się układają sprawy z bratem?

- W porządku. Ostatnio wieczorami częściej bywa w domu.
- To dobrze.
- Rozmawialiśmy o tym pomyśle, żebym zamieszkał u ciebie.
- No i do czego doszliście? - spytał ostrożnie Stan.
- Spytał, czy chciałbym u ciebie mieszkać.
- I?
- Powiedziałem, że nie chcę stracić brata, ale czasem dobrze mieć 

przy  sobie  kogoś  dorosłego.  A  on  na  to,  że  zawsze  będzie  moim 
bratem. Że mógłbym zamieszkać z tobą, ale czasami nocować u niego.

Jordan zamilkł i spojrzał na Stana.

- Ostatnio  nie  mówiłeś  nic  o  moim  przeniesieniu  się  do  ciebie. 

Czyżbyś zmienił zdanie?

Stan,  bardzo  wzruszony,  podszedł  do  chłopca  i  położył  mu  rękę 

na ramieniu.

- Nie chciałem na ciebie naciskać - rzekł cicho. - Czy nie jesteś 

już za duży, by cię przytulić?

Jordan  wzruszył  ramionami,  ale  kiedy  Stan  go  objął,  wypuścił 

piłkę z rąk i odwzajemnił uścisk.

- Muszę  poważnie  zabrać  się  do  szukania  domu  dla  nas.  Nie 

masz  nic  przeciwko  tymczasowemu  zamieszkaniu  w  tej  mojej 
dziurze?

Jordan pokręcił głową.

- Nie, ale myślę, że może udałoby się namówić Jennę, żebyśmy 

obaj zamieszkali u niej.

- No, nie wiem, Jordanie - westchnął Stan. - Wątpię, czy się na to 

zgodzi.

- To  może  powinieneś  jej  przypomnieć,  że  jest  twoją 

dziewczyną. Ludzie czasami mają słabą pamięć.

Piątego  dnia od ostatniego  spotkania  ze Stanem Jenna  wciąż nie 

wiedziała, co robić. Tęskniła za nim. Stał się istotną częścią jej życia. 
Czy naprawdę chce żyć bez niego?

Pytania te nie opuszczały jej ani na chwilę. Wiedziała jednak, że 

musi  najpierw  upewnić  się  co  do  swoich  uczuć,  zanim  do  niego 
zadzwoni.

Przesyłkę  dostarczono  jej  do  gabinetu,  kiedy  była  w  sądzie.  Z 

mieszanymi  uczuciami  zamknęła  drzwi  i  otworzyła  kopertę.  Było  w 
niej  zdjęcie  jej  i  Stana  z  pikniku  Ligi.  Mokra,  ale  uśmiechnięta, 
obejmowana przez Stana, wyglądała na taką szczęśliwą.

background image

Płakała  potem  tak  długo,  że  kiedy  nazajutrz  przyszła  kolejna 

przesyłka, niemal bała się ją otworzyć.

Znalazła w niej tiarę, prawdziwą koronę dla prawdziwej królowej.
Tiara  ta  przypomniała  jej  dzieciństwo  i  Stana.  On  też  był  jego 

częścią.

I nagle wszystko okazało się jasne i proste.
Zrozumiała, że Stan ją kocha. Chce, by spełniły się jej marzenia. 

A ona kocha jego i nadszedł najwyższy czas, by zadbała o spełnienie 
choć części jego marzeń.

background image

EPILOG
Cztery miesiące później Jenna Jean Anderson i Stanley Michaels 

pobrali się w małej kapliczce na Mill Mountain. Przyjęcie, na którym 
obecna była cała śmietanka Roanoke, wydali w najelegantszym hotelu 
miasta.

Maddie  i  Joshua  głównie  pilnowali,  by  Davey  nie  objadł  się  za 

bardzo  słodyczami.  Jordan,  który  od  pewnego  czasu  mieszkał  ze 
Stanem,  oraz  syn  Joshuy,  Patrick,  wymieniali  opinie  na  temat 
koszykarzy.  Rodzina  Jenny  przyjęła  matkę  Stana  niezwykle 
serdecznie.

Emily,  obecnie  w  siódmym  miesiącu  ciąży,  przez  cały  czas

siedziała, pilnowana na zmianę przez swego męża, Beau, i matkę.

Rozrabiali tylko, jak zwykle, członkowie starej paczki Stana.

- Kocham cię nad życie - powiedziała w pewnej chwili Jenna do 

Stana - ale  jeśli  zaczniecie  to  wasze  powitanie  z rytualnym  pluciem, 
wychodzę bez ciebie.

- Nie martw się - zaśmiał się Stan i pocałował ją w czubek nosa.

Ich  szczęściem  cieszyli  się  wszyscy  goście.  Jennie  i  trudno było 

uwierzyć, jak wspaniałe stało się jej życie.

Cieszyły się też Maddie i Emily.

- Jak to jest być dorosłą księżniczką? - spytała Emily.
- Królową, moja droga, królową. Maddie parsknęła śmiechem.
- Ciekawe,  jak  Stanley  tłumaczy  ludziom  tę  bliznę  na  swojej 

ręce.

- Podobno nie może się doczekać, kiedy będzie mógł powiedzieć, 

że  zawdzięcza  ją  żonie - odparła  Jenna.  Kątem  oka  zauważyła,  że 
wokół  Stana  zgromadzili  się  jego  przyjaciele.  Ben  właśnie  wzniósł 
toast.

- Wypijmy za zdrowie Stana. Poświęciłeś na to dwadzieścia lat, 

ale w końcu udało ci się zdobyć Jennę Jean Anderson.

- I zatrzymam ją na zawsze.
- Brawo,  brawo! - krzyknęli  koledzy  i  wymienili  ten  swój 

sekretny uścisk.

Jenna wiedziała, co nastąpi za chwilę.

- Ostrzegałam go - powiedziała.
- Przed czym? - zaniepokoiła się Maddie. Jenna chwyciła bukiet i 

ruszyła ku drzwiom. Zdezorientowane przyjaciółki podążyły za nią.

background image

- Powiedziałam,  że  jeśli  zaczną  swoje  powitanie,  to  wyjdę  bez 

niego.

- Naprawdę chcesz wyjść?
- Stan musi zrozumieć, że zawsze dotrzymuję słowa.
- Masz rację - zgodziła się Maddie.
- Hej, a ty dokąd? - zawołał Stan.
- Do baru - odparta Jenna. - Skoro macie ochotę, możecie sobie 

pluć.

- Chyba nie wyjdziesz beze mnie. - Stan był już tuż przy niej.
- A właśnie, że tak. Nie zmusisz mnie, żebym została. Nie zmu...

Stan  jednym  szybkim  ruchem  przerzucił  ją  sobie  przez  ramię  i 

odwrócił się w stronę gości.

- To  idiotyczne - próbowała  protestować  Jenna,  ale  na  widok 

zaskoczonych twarzy weselnych gości musiała się roześmiać.

- Może  idiotyczne,  ale  widać  z  tobą  inaczej  nie  można  inaczej 

postępować.  A  teraz  rzucaj  już  ten  bukiet,  żebyśmy  mogli  wyjść. 
Dobranoc wszystkim. Dzięki, że przyszliście na nasz ślub.

Odpowiedziały mu radosne oklaski.

- Znów mi rozkazujesz - zauważyła Jenna.
- Kochanie,  w  naszym  apartamencie  czeka  wanna  pełna 

szampana. Wiążę z tym pewne plany. Rzucaj ten cholerny bukiet.

I Jenna posłusznie rzuciła bukiet za siebie.