background image

LEMONY SNICKET

OGROMNE OKNO

Seria niefortunnych zdarzeń

KSIĘGA TRZECIA

Tytuł serii: A Series of Unfortunate Events

Tytuł oryginału: The Wide Window

Dla Beatrycze

Wolałbym, abyś żyła i miała się dobrze.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdybyście nie wiedzieli za wiele o sierotach Baudelaire i zobaczyli je siedzące na 

walizkach   w  Doku   Damoklesa,   pomyślelibyście  pewnie,   że  szykuje   im   się  emocjonująca 

przygoda. Przed chwilą zeszły przecież z pokładu Psotnego Promu, który je przewiózł na 

drugi brzeg Jeziora Łzawego, gdzie miały zamieszkać u Ciotki Józefiny - u taka sytuacja 

wróży na ogół fantastyczne życie. Oczywiście, myśląc tak, bylibyście w wielkim biedzie. Bo 

chociaż   Wioletka,   Klaus   i   Słoneczko   Baudelaire   rzeczywiście   mieli   przeżyć   zdarzenia 

emocjonujące i pamiętne, to nie byty to zdarzenia emocjonujące i pamiętne w tym sensie, w 

jakim emocjonująca i pamiętna bywa wizyta u wróżki albo udział w rodeo. Emocjonująca i 

pamiętna przygoda sierot Baudelaire przypominała raczej sytuację osoby, która, ścigana przez 

wilkołaka, gna o północy przez cierniste chaszcze na odludziu, gdzie nie ma żywej duszy do 

pomocy.   Jeśli   chcieliście   poczytać   sobie   historię,   której   bohaterowie   wiodą   fantastyczne 

życie,   to   z   całą   pewnością   wybraliście   niewłaściwą   książkę,   gdyż   sieroty   Baudelaire 

doświadczają w swoim ponurym i nieszczęśliwym życiu wyjątkowo niewielu fantastycznych 

chwil. Ich nieszczęścia to bardzo przykry temat, tak przykry, że podejmuję go z największym 

trudem. Więc jeżeli nie macie ochoty na opowieść tragiczną i smutną, daję wam ostatnią 

szansę: odłóżcie tę książkę, gdyż nieszczęścia sierot Baudelaire zaczną się już w następnym 

akapicie.

- Spójrzcie, co dla was mam! - Pan Poe, szczerząc się od ucha do ucha, podniósł do 

góry papierową torebeczkę. - Miętówki!

Pan Poe byt bankierem, wyznaczonym do nadzorowania spraw sierot Baudelaire po 

śmierci   ich   rodziców.   Miał   dobre   serce,   ale   na   tym   świecie   dobre   serce   nie   wystarczy, 

szczególnie   gdy   odpowiada   się   za   bezpieczeństwo   dzieci.   Pan   Poe   znał   trójkę   młodych 

Baudelaire'ów od urodzenia, a mimo to nigdy nie pamiętał, że wszyscy troje są uczuleni na 

miętówki.

- Dziękujemy panu - powiedziała Wioletka, przyjęta torebeczkę i zajrzała do środka. 

Jak większość czternastolatek Wioletka była zbyt dobrze wychowana, aby napomknąć, że 

zjedzenie miętówki wywołałoby u niej silną alergię, co tu oznacza: „w ciągu paru godzin 

dostałaby   swędzących   wyprysków   na   całym   ciele”.   Poza   tym   była   zanadto   pochłonięta 

obmyślaniem pewnego wynalazku, aby zwracać szczególną uwagę na pana Poe. Każdy, kto 

znał Wioletkę, wiedział doskonale gdy ma ona włosy związane wstążką, aby nie leciały do 

oczu - tak jak w tej chwili - to znak, że myśli wyłącznie o kółkach, trybikach, dźwigniach i 

innych  przyborach  niezbędnych  przy dokonywaniu  wynalazków.  Głowiła się właśnie nad 

background image

takim sposobem udoskonalenia silnika Psotnego Promu, żeby przestał buchać kłębami dymu 

w szare niebo.

- To bardzo uprzejme z pana strony - rzekł z uśmiechem Klaus, środkowy reprezentant 

trójki  Baudelaire'ów,  myśląc  jednocześnie,  że gdyby  chociaż raz  polizał miętówkę,  język 

spuchłby mu niemiłosiernie, i nie mógłby nic powiedzieć.

Klaus zdjął okulary, rozczarowany, że pan Poe zamiast miętówek nie kupił mu jakiejś 

książki albo chociaż gazety. Klaus byt zapalonym czytelnikiem: gdy na własnym przyjęciu z 

okazji   ósmych   urodzin   przekonał   się,   że   cierpi   na   alergię,   natychmiast   przestudiował 

wszystkie książki o alergiach z biblioteki rodziców. Jeszcze cztery lata później potrafił z 

pamięci recytować wzory chemiczne tych substancji, które sprawiły, że spuchł mu język.

- Toj! - pisnęło Słoneczko. Najmłodsze z Baudelaire'ów było jeszcze niemowlęciem i, 

jak   większość   niemowląt,   posługiwało   się   zagadkowymi   słowami.   „Toj!”   miało   zapewne 

znaczyć:   „Nigdy   nie   jadłam   miętówek,   gdyż   podejrzewam,   że,   podobnie   jak   moje 

rodzeństwo,   jestem   na   nie   uczulona”.   Ale   mogło   też   znaczyć:   „Chętnie   schrupałabym 

miętówkę, ponieważ lubię gryźć co popadnie moimi czterema ostrymi zębami, jednak wolę 

nie ryzykować reakcji alergicznej”.

- Możecie   je   sobie   zjeść   w   czasie   jazdy   taksówką   do   domu   pani   Anwhistle   - 

powiedział   pan   Poe,   pokasłując   w   białą   chusteczkę.   Pan   Poe   sprawiał   wrażenie   stale 

przeziębionego, więc sieroty Baudelaire przywykły już do otrzymywania od niego informacji 

przerywanych   napadami   kaszlu.   -   Pani   Anwhistle   przeprasza,   że   nie   oczekiwała   was   na 

przystani, ale boi się tego miejsca. - Dlaczego boi się przystani? - spytał Klaus, patrząc na 

drewniane pomosty i żaglówki.

- Boi się wszystkiego, co ma związek z Jeziorem Łzawym - odparł pan Poe - lecz nie 

mówiła mi, dlaczego. Być może ma to jakiś związek ze śmiercią jej męża. Wasza Ciotka 

Józefina   -   która,   oczywiście,   nie   jest   waszą   prawdziwą   ciotką,   tylko   szwagierką   waszej 

dalekiej kuzynki, ale prosiła, żebyście mówili na nią Ciotka Józefina - otóż wasza Ciotka 

Józefina niedawno straciła małżonka. Niewykluczone, że się utopił, może wypadł z łódki. 

Wydało mi się niestosowne wypytywać wdowę o szczegóły tak traumatycznego przeżycia. 

No a teraz poszukajmy taksówki.

- Co znaczy to słowo? - spytała Wioletka. Pan Poe uniósł brwi.

- Zdumiewasz   mnie,   Wioletko.   Dziewczynka   w   twoim   wieku   powinna   dawno 

wiedzieć,   że   taksówka   jest   to   samochód,   który   dowozi   pasażera   na   wybrane   miejsce   za 

ustaloną opłatą. No, bierzcie bagaże i ustawcie się przy krawężniku.

- „Traumatyczne”   -   szepnął   Klaus   do   Wioletki   -   to   mniej   więcej   to   samo   co 

background image

„wstrząsające”.

- Dzięki - odszepnęła Wioletka, jedną ręką podnosząc walizkę, a drugą Słoneczko. Pan 

Poe zamachał chusteczką, taksówka się zatrzymała, taksówkarz w mgnieniu oka wpakował 

wszystkie walizki Baudelaire'ów do bagażnika, a pan Poe w tym samym czasie wpakował 

dzieci na tylne siedzenie.

- Tu się pożegnamy - oznajmił. - W banku rozpoczęty się już godziny urzędowania, 

więc obawiam się, że nie nadążyłbym z robotą, gdybym  was odwiózł do Ciotki Józefiny. 

Pozdrówcie ją ode mnie serdecznie i przekażcie jej, że będę z wami w stałym kontakcie. - Pan 

Poe   pokaszlał   chwilę   w  chusteczkę,   zanim   podjął   przemowę.   -   Wasza   Ciotka   Józefina 

denerwuje się nieco, że w jej domu zamieszka ni stąd ni zowąd troje dzieci, ale zapewniłem 

ją, że jesteście wyjątkowo dobrze wychowani. Pamiętajcie sprawować się juk należy, no i jak 

zwykle możecie skontaktować się ze mną telefonicznie lub faksem, gdyby wynikły jakieś 

problemy. Chociaż nie przypuszczam, aby tym razem coś miało pójść nie tak.

Mówiąc: „tym razem”, pan Poe spojrzał na dzieci znacząco, jakby to była ich wina, że 

nieszczęsny Wujcio Monty pożegnał się z życiem, Dzieci były jednak zbyt zdenerwowane 

perspektywą poznania nowej opiekunki, aby wykrztusić pod adresem pana Poe coś więcej 

niż: „No to na razie”.

- No to na razie - powiedziała Wioletka, wkładając do kieszeni torebkę miętówek.

- No to na razie - powiedział Klaus, oglądając się po raz ostatni na Dok Damoklesa.

- Frul - mruknęło Słoneczko, które już żuło pas bezpieczeństwa.

- No to na razie - odpowiedział pan Poe. - I życzę wam wszystkim powodzenia. Będę 

często o was myślał.

Pan   Poe   wręczył   taksówkarzowi   odliczone   pieniądze   i   pomachał   dzieciom,   gdy 

taksówka wyjeżdżała z przystani na szarą, brukowaną kocimi łbami ulicę.

Minęli mały sklepik warzywny z wystawionymi  na chodnik skrzynkami limonek i 

buraków. Minęli sklep odzieżowy pod nazwą PATRZ! PASUJE!, który wyglądał, jakby był 

w remoncie. Minęli okropną restaurację Smutny Klaun, z neonami i balonami w witrynie. 

Minęli jeszcze wiele innych sklepów i sklepików, ale wszystkie były zamknięte, z kratami i 

sztabami na oknach i drzwiach.

- Zdaje się, że to niezbyt ludne miasteczko - zauważył Klaus. - A miałem nadzieję, że 

nawiążemy tu nowe znajomości.

- Jest   po   sezonie   -   wyjaśnił   krótko   taksówkarz,   chudzielec   z   cienkim   papierosem 

przyklejonym   do   ust,   popatrując   na   dzieci   we  wstecznym   lusterku.   -  Miasteczko   Jezioro 

Łzawe to miejscowość wypoczynkowa: gdy przychodzi ładna pogoda, szpilki tu nie można 

background image

wetknąć. Ale o tej porze roku tyle tu życia, co w tym kocie, co go przejechałem dziś z rana. 

Jeśli szukacie nowych znajomych, to musicie poczekać na trochę lepszą pogodę. A skoro już 

o pogodzie mowa, to za tydzień spodziewamy się tutaj huraganu Herman. Postarajcie się, 

żeby wam nie zabrakło zapasów jedzenia tam na górze.

- Huragan? Na jeziorze? - zdziwił się Klaus. - Myślałem, że huragany występują tylko 

w rejonach oceanów.

- Na tak wielkim zbiorniku wodnym jak Jezioro Łzawe zdarzyć się może wszystko - 

pouczył go taksówkarz, - Szczerze mówiąc, bałbym się trochę mieszkać na samym czubku 

tego   urwiska.   Jak   przyjdzie   sztorm,   bardzo   trudno   będzie   zjechać   taki   kawał   w   dół   do 

miasteczka.

Wioletka, Klaus i Słoneczko wyjrzeli przez okienka taksówki i zaraz zrozumieli, co 

kierowca miał na myśli, mówiąc „taki kawał w dół”. Pokonawszy ostatni zakręt, taksówka 

wjechała na wyboisty szczyt wysokiego, wysokiego urwiska, skąd dzieci ujrzały położone 

bardzo nisko w dole miasteczko: brukowana kocimi łbami ulica owijała się niczym mała szara 

żmijka wokół zbitych w gromadkę budynków, a po malutkim kwadraciku Doku Damoklesa 

poruszały się czarne kropki; to byli ludzie. Za przystanią rozciągał się kleks Jeziora Łzawego 

-   tak   wielki   i   czarny,   jakby   za   trójką   sierot   stał   gigantyczny   potwór   i   rzucał   tam   swój 

gigantyczny cień. Dzieci przez dłuższą chwilę gapiły się jak zahipnotyzowane w olbrzymią 

czarną plamę na krajobrazie.

- Co   za   ogromne   jezioro   -   przemówił   wreszcie   Klaus.   -   I   wygląda   na   strasznie 

głębokie. Już rozumiem, czemu Ciotka Józefina się go boi.

- Ta pani, co tu mieszka, boi się jeziora? - spytał taksówkarz.

- Tak nam mówiono - odparła Wioletka. Taksówkarz pokręcił głową ze zdumieniem i 

zatrzymał samochód.

- No to nie wiem, jak ona tu wytrzymuje.

- O co panu chodzi? - spytała Wioletka.

- To wyście jeszcze nigdy nie byli w tym domu? - zdziwił się taksówkarz.

- Nigdy - potwierdził Klaus. - Nie znamy nawet jeszcze Ciotki Józefiny.

- Hm, jeżeli la wasza Ciotka Józefina boi się wody, to słowo daję, nie rozumiem, jak 

może tu mieszkać.

- Ale o czym pan mówi? - zniecierpliwił się wreszcie Klaus.

- Zobaczcie sami - powiedział taksówkarz i wysiadł z wozu.

Baudelaire'owie wyjrzeli przez okienko. Z początku ujrzeli tylko nieduży klockowaty 

budyneczek z łuszczącymi się białymi drzwiami, na oko niewiele większy od taksówki, która 

background image

ich tu przywiozła. Jednak kiedy wygramolili się z taksówki i podeszli bliżej, stwierdzili, że 

ten maty klocek to tylko część domu, stercząca poza skraj urwiska. Reszta domu - cała sterta 

małych klocków, poustawianych jeden na drugim jak kostki cukru - zwisała nad przepaścią, 

przytwierdzona   do   zbocza   stalowymi   podporami,   przypominającymi   nogi   pająka.   Dzieci 

patrzyły osłupiałe na swój nowy dom, który wyglądał, jakby resztkami sil kurczowo czepiał 

się gruntu.

Taksówkarz wyjął z bagażnika walizki Baudelaire'ów, postawił je przed łuszczącymi 

się białymi drzwiami i odjechał z powrotem w dół, trąbiąc „tu - tut!” na pożegnanie. Białe 

drzwi cichutko skrzypnęły, otworzyły się i wyjrzała spoza nich blada kobieta z wysokim 

siwym kokiem.

- Dzień dobry - uśmiechnęła się niepewnie. - Jestem waszą Ciotką Józefiną.

- Dzień   dobry   -   odpowiedziała   Wioletka   i   bardzo   ostrożnie   dała   parę   kroków   do 

przodu, aby przywitać się z nową opiekunką. Klaus zbliżył się za siostrą, a na końcu, na 

czworakach, przyczołgało się Słoneczko. Wszyscy troje posuwali się bardzo ostrożnie, jakby 

w obawie, że dom pod ich ciężarem runie ze swojej grzędy.

Sieroty  Baudelaire  zupełnie   nie  rozumiały,   jak  ktoś,  kto   boi  się  panicznie   Jeziora 

Łzawego,   może   mieszkać   w   domu,   który   wygląda,   jakby  w   każdej  chwili   miał   runąć   w 

przepastna toń.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Jest   kaloryfer.   -   Ciotka   Józefina   cienkim,   bladym   palcem   wskazała   kaloryfer.   - 

Pamiętajcie,  żeby go nigdy nie dotykać. Możliwe, że będziecie czasem marzli  u mnie w 

domu.   Nigdy   nie   włączam   kaloryfera,   ponieważ   boję   się,   że   może   wybuchnąć   -   dlatego 

wieczorami często bywa u mnie chłodno.

Wioletka z Klausem wymienili przelotne spojrzenia, a Słoneczko spojrzało kolejno na 

siostrę i brata. Ciotka Józefina oprowadzała dzieci po ich nowym domu, w którym sama bala 

się chyba  wszystkiego:  od wycieraczki  - gdyż,  jak wyjaśniła,  można  się o nią potknąć i 

skręcić sobie kark - po kanapę w salonie, która, jej zdaniem, mogła się w każdej chwili 

przewrócić i zmiażdżyć człowieka na placek.

- To jest telefon. - Ciotka Józefina wskazała telefon. - Należy go używać tylko w 

nagłych wypadkach, gdyż istnieje niebezpieczeństwo porażenia prądem.

- Przepraszam   -   wtrącił   Klaus   -   ale   czytałem   trochę   o   elektryczności.   Zapewniam 

ciocię, że telefon jest pod tym względem całkiem bezpieczny.

Dłonie Ciotki Józefiny zatrzepotały wokół koka, jakby coś jej nagle wskoczyło na 

głowę.

- Nie wolno wierzyć we wszystko, co się czyta - zauważyła.

- A ja kiedyś własnoręcznie skonstruowałam telefon - powiedziała Wioletka. - Jeżeli 

ciocia chce, mogę rozebrać ten aparat i pokazać cioci, jak działa. To ciocię uspokoi.

- Nie sądzę - nachmurzyła się Ciotka Józefina.

- Delmo! - zaproponowało Słoneczko, co mogło znaczyć: „Z największą chęcią ugryzę 

telefon, żeby udowodnić, że jest nieszkodliwy”.

- Delmo? - powtórzyła Ciotka Józefina, podnosząc z wypłowiałego dywanu w kwiaty 

jakiś paproch. - A cóż to znaczy „delmo”? Uważam się za znawczynię języka angielskiego, 

ale nigdy nie zetknęłam się ze słowem „delmo”. Czy ona mówi jakimś obcym językiem?

- Słoneczko nie mówi jeszcze właściwie żadnym językiem - wyjaśnił Klaus, biorąc 

siostrzyczkę na ręce. - Tak sobie tylko gaworzy.

- Grim!   -   pisnęło   Słoneczko,   co   zapewne   miało   znaczyć:   „Protestuję   przeciwko 

nazywaniu mojej mowy gaworzeniem!”.

- Widzę, że muszę ją nauczyć porządnie się wysławiać - stwierdziła oschle Ciotka 

Józefina.   -   Na   pewno   wszystkim   wam   przyda   się   parę   lekcji   gramatyki.   Gramatyka   to 

największa radość życia, nieprawdaż?

Trójka   rodzeństwa   spojrzała   po   sobie.   Wioletka   Biała   chęć   odpowiedzieć,   że 

background image

największą radością życia jest tworzenie wynalazków, Klaus - że czytanie, a Słoneczku, jak 

wiadomo, nic nie sprawiało większej przyjemności niż gryzienie rozmaitych przedmiotów. O 

gramatyce  myśleli  jak o plackach bananowych:  jadalne, ale nie ma się czym  zachwycać. 

Uznali jednak, że niegrzecznie byłoby sprzeciwić się Ciotce Józefinie.

- Owszem - bąknęła w końcu Wioletka. - Zawsze przepadaliśmy za gramatyką.

Ciotka Józefina kiwnęła głową i uśmiechnęła się blado do rodzeństwa.

- Zaprowadzę   was   teraz   do   waszego   pokoju,   a   zwiedzanie   domu   zakończymy   po 

obiedzie. Kiedy chcecie otworzyć drzwi, trzeba je po prostu pchnąć. Pod żadnym pozorem nie 

naciskajcie   klamki.   Boję   się,   że   naciśnięta   klamka   rozpryśnie   się   na   milion   kawałków   i 

odłamek wpadnie mi do oka.

Baudelaire'owie   zaczynali   pomału   podejrzewać,   że   nie   będzie   im   wolno   dotykać 

niczego w całym domu - mimo to uśmiechnęli się do Ciotki Józefiny, pchnęli drzwi i oczom 

ich ukazał się duży, jasny pokój, z białymi ścianami i jednobarwnym niebieskim dywanem na 

podłodze.   W   pokoju   stały   dwa   słusznych   rozmiarów   łóżka   i   jedna   słusznych   rozmiarów 

kołyska - ta ostatnia niewątpliwie dla Słoneczka - wszystkie zastane niebieskimi kapami. Przy 

każdym posłaniu stał w nogach spory kufer do przechowywania rzeczy. W drugim końcu 

pokoju   widać   było   wielką   szafę   na   ubrania   dla   całej   trójki,   małe   okienko   oraz   średniej 

wielkości stertę puszek o niewiadomym przeznaczeniu.

- Przepraszam   was,   że   musicie   dzielić   pokój,   ale   dom   jest   niezbyt   duży   - 

usprawiedliwiła się Ciotka Józefina. - Starałam się wyposażyć to pomieszczenie we wszystko, 

co potrzebne, i mam nadzieję, że będzie wam tu wygodnie.

- Na   pewno   -   odparła   Wioletka,   wnosząc   swoją   walizkę   do   pokoju.   -   Bardzo 

dziękujemy.

- W każdym kufrze jest prezent - oznajmiła Ciotka Józefina.

Prezenty?   Baudelaire'owie   już   od   bardzo   dawna   nie   dostali   żadnych   prezentów. 

Uśmiechnięta Ciotka Józefina podeszła do pierwszego kufra i uniosła wieko.

- To   dla   Wioletki.   Śliczna   nowa   lalka   z   mnóstwem   ubranek   na   zmianę.   -   Ciotka 

Józefina sięgnęła w głąb kufra i wyciągnęła plastikową lalkę z buzią w ciup i wielkimi, 

wytrzeszczonymi oczami. - Prześliczna, prawda? Na imię ma Panna Penny.

- Och, dziękuję! - powiedziała Wioletka, która jako czternastolatka dawno już wyrosła 

z lalek, zresztą nigdy specjalnie się nimi nie bawiła. Z wymuszonym uśmiechem przyjęta od 

Ciotki Józefiny Pannę Penny i poklepała lalkę po plastikowej głowie.

- Dla Klausa - ciągnęła Ciotka Józefina - mamy tu elektryczną kolejkę. - Otworzyła 

drugi kufer i wyciągnęła malutki wagonik. - Tory możesz sobie rozłożyć w tamtym pustym 

background image

kącie.

- Strasznie się cieszę - odparł Klaus, siląc się na entuzjastyczną minę. Klaus nigdy nie 

przepadał za elektrycznymi kolejkami, ponieważ składanie ich wymagało mnóstwo roboty, a 

po złożeniu można było tylko patrzeć na pociąg, który bez końca jeździ w kółko.

- A teraz prezent dla Słoneczka. - Ciotka Józefina sięgnęła do najmniejszego kufra, 

ustawionego w nogach kołyski. - Grzechotka. Słyszysz, Słoneczko, jak ładnie grzechocze?

Słoneczko wyszczerzyło się do Ciotki Józefiny wszystkimi czterema ostrymi ząbkami, 

ale  siostra i brat Słoneczka  wiedzieli  doskonale, że gardzi ono grzechotkami  i nie cierpi 

denerwującego odgłosu, jaki wydaje grzechotka, gdy nią potrząsnąć. Słoneczko już raz w 

życiu   dostało   grzechotkę,   kiedy   było   całkiem   malutkie   -   i   tylko   jej   nie   żałowało,   gdy 

przepadła w strasznym pożarze, który strawił dom Baudelaire'ów.

- Okazała   ciocia   wielką   hojność,   ofiarowując   nam   tak   wspaniale   prezenty   - 

powiedziała Wioletka. Z grzeczności nie dodała, że nie były to prezenty wymarzone.

- Bo  ja   się   z   was   bardzo   cieszę!   -   oświadczyła   płotka   Józefina.   -   Nade  wszystko 

kocham gramatykę. I raduje mnie myśl, że będę mogła podzielić się miłością do gramatyki z 

tak uroczymi dziećmi, jak właśnie wy. Teraz zostawiam was na parę minut, rozgośćcie się, a 

potem razem zjemy obiad. Na razie pa.

- Ciociu Józefino - zatrzymał ją Klaus. - Do czego służą te puszki?

- Te puszki? To są, oczywiście, puszki anty - włamaniowe - odparła Ciotka Józefina, 

gładząc się po koku. - Na pewno boicie się włamywaczy tak samo jak ja. Więc codziennie 

wieczorem przesuńcie po prostu tę stertę puszek pod drzwi: gdy włamywacze wtargną do 

pokoju, potkną się o puszki, a wtedy wy się obudzicie.

- I co zrobimy, gdy obudzimy się oko w oko z uzbrojonym włamywaczem? - spytała 

Wioletka. - Ja już bym wolała przespać włamanie.

Oczy Ciotki Józefiny zrobiły się wielkie ze strachu.

- Uzbrojony   włamywacz?   -   powtórzyła.   -   Uzbrojony   włamywacz?   Dlaczego 

wspominasz   o   uzbrojonych   włamywaczach?   Czy   chcesz   nas   wszystkich   jeszcze   bardziej 

przestraszyć?

- Ależ   skąd   -   wykrztusiła   speszona   Wioletka,   nie   dodając,   że   to   przecież   Ciotka 

Józefina poruszyła temat włamywaczy. - Przepraszam. Nie chciałam cioci przestraszyć.

- Lepiej nie mówmy już o tym - powiedziała Ciotka Józefina, zerkając nerwowo na 

puszki,   jakby  właśnie   w   tej   chwili   potykał   się   o   nie   jakiś   włamywacz.   -   Za   parę   minut 

oczekuję was przy stole.

Gdy ich nowa opiekunka zamknęła drzwi, sieroty Baudelaire odczekały, aż umilknie 

background image

jej człapanie po schodach, i dopiero wtedy zaczęty rozmawiać.

- Możesz   sobie  wziąć   Pannę  Penny, Słoneczko   -  powiedziała   Wioletka,  wręczając 

lalkę siostrzyczce. - Zdaje się, że to twardy plastik, dobry do gryzienia.

- A   ty,   Wioletko,   weź   sobie   kolejkę   -   powiedział   Klaus.   -   Możesz   rozebrać 

lokomotywki i skonstruować jakiś wynalazek.

- No to dla ciebie została grzechotka - stwierdziła Wioletka. - To niesprawiedliwe.

- Szu! - dodało Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „W naszym życiu już od dawna 

nic nie dzieje się sprawiedliwie”.

Baudelaire'owie   wymienili   gorzkie   uśmiechy.   Słoneczko   miało   rację. 

Niesprawiedliwością było, że stracili rodziców. Niesprawiedliwością było, że zły i odrażający 

Hrabia   Olaf   wciąż   depcze   im   po   piętach,   bez   skrupułów   dybiąc   na   ich   majątek. 

Niesprawiedliwością było, że przenoszą się od krewnego do krewnego i w każdym kolejnym 

domu dochodzi do strasznych rzeczy - zupełnie jakby sieroty Baudelaire jechały upiornym 

autobusem,   zatrzymującym   się   wyłącznie   na   przystankach   „Niesprawiedliwość”   i 

„Nieszczęście”. Niesprawiedliwością było, rzecz jasna, również to, że jedyną zabawką Klausa 

w nowym domu stała się grzechotka.

- Widać,   że   Ciotka   Józefina   bardzo   się   starała,   urządzając   dla   nas   ten   pokój   - 

zauważyła smętnie Wioletka. - Zdaje się, że ma dobre serce. Nie powinniśmy na nią narzekać, 

nawet po cichu.

- Masz rację - przyznał Klaus, podnosząc grzechotkę i potrząsając nią od niechcenia. - 

Nie powinniśmy narzekać.

- Twi!   -   pisnęło   Słoneczko,   co   zapewne   miało   znaczyć:   „Oboje   macic   rację.   Nie 

powinniśmy narzekać”.

Klaus podszedł do okna i wyjrzał na przedwieczorny pejzaż. Za atramentową tonią 

Jeziora Łzawego zachodziło słońce i zrywał się zimny, nocny wiatr. Od okna już ciągnęło 

lekkim chłodem.

- Chyba jednak trochę ponarzekam - powiedział Klaus.

- Zupa na stole! - zawołała z kuchni Ciotka Józefina. - Proszę na obiad!

Wioletka położyła  rękę na ramieniu Klausa i uścisnęła je lekko dla dodania bratu 

otuchy a potem, już bez słowa, cała trójka ruszyła korytarzem z powrotem do jadalni. Ciotka 

Józefina nakryła stół na cztery osoby, Słoneczku podłożyła do siedzenia pękatą poduszkę, a w 

kącie przygotowała nową stertę puszek, na wypadek gdyby włamywacze chcieli ukraść im 

obiad.

- W języku  potocznym  - objaśniła Ciotka Józefina - „zupa na stole” to wyrażenie 

background image

idiomatyczne, które nie musi mieć nic wspólnego z zupą. Oznacza po prostu, że obiad jest 

gotowy. A jednak dzisiaj, wyjątkowo, przygotowałam zupę.

- To świetnie - ucieszyła się Wioletka. - Nie ma nic lepszego jak talerz gorącej zupy w 

chłodny wieczór.

- Tyle że moja zupa nie jest gorąca - powiedziała Ciotka Józefina. - Nigdy niczego nie 

gotuję, ponieważ boję się włączyć kuchenkę. Mogłaby przecież wybuchnąć. Mamy więc dziś 

na obiad chłodnik ogórkowy.

Młodzi   Baudelaire'owie   spojrzeli   po   sobie,   lecz   postarali   się   nie   okazać 

rozczarowania. Jak zapewne wiecie, chłodnik ogórkowy jest to specjał, który docenić można 

tylko  w  upalny dzień.  Osobiście  jadłem  go kiedyś  z wielkim smakiem  w Egipcie,  gdzie 

odwiedzałem   zaprzyjaźnionego   zaklinacza   węży.   Prawidłowo   przyrządzony   chłodnik 

ogórkowy ma rozkoszny, lekko miętowy smak, chłodny i orzeźwiający, jakby się coś piło i 

jadło zarazem. Ale w zimny dzień, gdy w pokoju panują przeciągi, chłodnik ogórkowy jest 

mniej więcej tak samo mile widziany, jak rój os podczas rodzinnej uroczystości. W grobowej 

ciszy dzieci siedziały przy stole z Ciotką Józefiną, zmuszając się do jedzenia zimnej, śliskiej 

zawiesiny. Jedyny odgłos wydawały cztery ząbki Słoneczka, podzwaniające o łyżkę z każdym 

kolejnym łykiem zimnego obiadu. Na pewno wiecie, że kiedy nie rozmawia się przy stole, 

posiłek zdaje się trwać godzinami - tak też zdawało się sierotom Baudelaire, gdy nagle Ciotka 

Józefina przerwała milczenie.

- Mój   drogi   małżonek   i   ja   nigdy   nie   mieliśmy   dzieci   -   oznajmiła.   -   Baliśmy   się. 

Chciałabym jednak, abyście wiedzieli, że bardzo się z was cieszę. Nieraz czułam się samotna 

w tym pustym domu na szczycie urwiska, i dlatego, gdy pan Poe napisał do mnie o waszych 

kłopotach,   postanowiłam   oszczędzić   wam   samotności,   jakiej   sama   zaznałam   po   stracie 

kochanego Ike'a.

- Ike to był cioci mąż? - upewniła się Wioletka.

Ciotka Józefina uśmiechnęła się, tęcz nie spojrzała na Wioletkę, tylko mówiła dalej, 

jakby bardziej do siebie niż do dzieci.

- Tak   -   rozmarzyła   się   -   Ike   był   nie   tylko   moim   mężem.   Był   moim   najlepszym 

przyjacielem, współmiłośnikiem gramatyki i jedyną znaną mi osobą, która umiała gwizdać z 

krakersem między zębami.

- Nasza   mama   też   tak   umiała   -   uśmiechnął   się   Klaus.   -   Jej   specjalnością   była 

czternasta symfonia Mozarta.

- A specjalnością Ike'a był czwarty kwartet Beethovena - powiedziała Ciotka Józefina. 

- To widocznie cecha rodzinna.

background image

- Szkoda, że nie mogliśmy go poznać - rzekła Wioletka, - Sądząc z opowieści, był 

wspaniałym człowiekiem.

- Był wspaniałym człowiekiem. - Ciotka Józefina zamieszała i podmuchała lodowatą 

zupę.   -   Jego   śmierć   bardzo   mnie   zasmuciła.   Czułam   się   tak,   jakbym   straciła   dwie 

najważniejsze rzeczy w życiu.

- Dwie? - zdziwiła się Wioletka. - Jak to dwie?

- Bo straciłam zarazem i Ike'a, i Jezioro Łzawe  - wyjaśniła Ciotka Józefina. - To 

znaczy, jeziora tak naprawdę nie straciłam. Nadal jest tam w dole. Ale ja wychowałam się nad 

tym jeziorem. Pływałam w nim codziennie. Wiedziałam, które plaże są piaszczyste, a które 

kamieniste. Znałam tu każdą wysepkę i każdą przybrzeżną grotę. Jezioro Łzawe było moim 

przyjacielem. A teraz, odkąd zabrało mi Ike'a, boję się do niego zbliżać. Przestałam pływać. 

Nie   chodzę   na   plażę.   Schowałam   nawet   wszystkie   książki   o   Jeziorze   Łzawym.   Mogę 

najwyżej patrzeć na nie przez Ogromne Okno w bibliotece.

- W bibliotece? - rozpromienił się Klaus. - Ma ciocia bibliotekę?

- Oczywiście. A gdzie trzymałabym wszystkie swoje książki o gramatyce? Skończcie 

jeść zupę, to pokażę wam bibliotekę.

- Ja już nie mogę ani łyżeczki - wyznała zgodnie z prawdą Wioletka.

- Irm! - poparło ją Słoneczko.

- Nie,   nie,   Słoneczko   -   zaprotestowała   Ciotka   Józefina.   -   „Irm”   to   jest   zwrot 

niepoprawny. Chciałaś powiedzieć: „Ja również skończyłam jeść obiad”.

- Irm - powtórzyło z uporem Słoneczko.

- Mój   Boże,   tobie   naprawdę   przydadzą   się   lekcje   gramatyki   -   westchnęła   Ciotka 

Józefina. - Tym bardziej powinniśmy zwiedzić bibliotekę. Chodźcie, dzieci.

Niedojedzona zupa została na stole, a młodzi Baudelaire'owie podążyli korytarzem za 

Ciotką Józefiną. Po drodze omijali starannie wszystkie klamki. Ciotka Józefina zatrzymała się 

w   samym   końcu   korytarza   i   otworzyła   zwyczajnie   wyglądające   drzwi   -   lecz   gdy   dzieci 

przekroczyły próg, znalazły się w pokoju, którego w żadnym razie nie można było nazwać 

zwyczajnym.

Biblioteka   nie   była   ani   kwadratowa,   ani   prostokątna,   jak   to   bywa   z   większością 

bibliotek,   lecz   miała   kształt   owalny.   Jedną   stronę   owalu   zajmowały   książki,   ustawione 

rzędami,   półka   nad   półką,   i   wszystkie   bez   wyjątku   dotyczące   gramatyki.   Encyklopedia 

rzeczowników zajmowała kilka zwykłych, drewnianych regałów, łukowato dopasowanych do 

ściany. Grube tomy historii czasowników wypełniały lśniąco wypolerowane regały metalowe. 

W   oszklonych   etażerkach   widniały   podręczniki   stosowania   przymiotników,   wystawione 

background image

zupełnie jak na sprzedaż w księgarni, a nie jak w prywatnym domu. Na samym środku stało 

kilka wygodnych foteli, każdy z własnym podnóżkiem, z którego czytelnik mógł skorzystać 

w czasie lektury.

Uwagę   dzieci   przykuła   jednak   przeciwległa   ściana   owalu.   Ściana   ta   była   jednym 

wielkim oknem - olbrzymią, łukowato wybrzuszoną szybą, za którą roztaczał się zapierający 

dech w piersiach widok na Jezioro Łzawe. Gdy dzieci zbliżyły się do okna, miały wrażenie, 

że fruną ponad ciemnym jeziorem, a nie tylko patrzą na nie przez okno.

- Tylko stąd mogę jakoś znieść widok jeziora - odezwała się cicho Ciotka Józefina. - 

Tylko z daleka. Kiedy podchodzę bliżej, zaraz przypominam sobie ostatni piknik na plaży z 

moim   kochanym   mężem.   Tłumaczyłam   mu,   żeby   odczekał   godzinę   po   jedzeniu,   zanim 

wejdzie do wody, ale on odczekał tylko czterdzieści pięć minut. Uznał, że to wystarczy.

- I skurcz go złapał? - spytał Klaus. - To się podobno zdarza, gdy człowiek po jedzeniu 

nie odczeka godziny przed kąpielą.

- Skurcz to jeden powód - potwierdziła Ciotka Józefina - ale w Jeziorze Łzawym jest i 

drugi powód. Jeżeli człowiek nie odczeka godziny przed kąpielą, Pijawki Łzawe natychmiast 

wyczuwają pokarm i atakują.

- Pijawki? - powtórzyła Wioletka.

- Pijawki - wyjaśnił Klaus - przypominają wyglądem robaki. Są ślepe, żyją w wodach 

stojących, a gdy chcą się pożywić, przyczepiają się do ciała ofiary i wysysają jej krew.

Wioletka zadrżała.

- To okropne.

- Słoch! - dodało Słoneczko, mając zapewne na myśli coś w rodzaju: „Po co w ogóle 

kąpać się w jeziorze pełnym pijawek?”.

- Pijawki   Łzawe   -   powiedziała   Ciotka   Józefina   -   różnią   się   znacznie   od   pijawek 

zwykłych.  Pijawka Łzawa ma sześć rzędów bardzo ostrych  zębów i nadzwyczajnie ostry 

węch - wyczuje z daleka nawet najmniejszą drobinę pokarmu. Pijawki Łzawe są na ogół 

nieszkodliwe, gdyż żywią się głównie małymi rybkami. Kiedy jednak wyczują najedzonego 

człowieka, gromadzą się wokół niego i... i... - Łzy zakręciły się w oczach Ciotki Józefiny; 

osuszyła je rogiem bladoróżowej chusteczki. - Przepraszam was, dzieci. Nie - gramatycznie 

jest kończyć zdanie słowem „i”, ale na wspomnienie o Ike'u zawsze bardzo się wzruszam. Nie 

mogę mówić o jego śmierci.

- Bardzo ciocię przepraszamy, że poruszyliśmy ten temat - wtrącił pospiesznie Klaus. - 

Nie chcieliśmy sprawić cioci przykrości.

- Nic   nie   szkodzi   -   odparła   Ciotka   Józefina,   wycierając   nos.   -   Wolę   po   prostu 

background image

wspominać Ike'a w innych sytuacjach. Zawsze kochał słońce, więc lubię sobie wyobrażać, że 

tam, gdzie teraz jest, gdziekolwiek to jest, zawsze świeci mu słońce. Oczywiście, nikt nie wie, 

co się dzieje z człowiekiem po śmierci, ale miło jest myśleć, że nasz mąż przebywa w jakimś 

bardzo, bardzo ciepłym kraju - prawda?

- Ja się zgadzam - powiedziała Wioletka. - Bardzo milo jest tak myśleć. - Przełknęła 

ślinę. Miała ochotę powiedzieć Ciotce Józefinie coś więcej, ale gdy zna się kogoś zaledwie od 

paru godzin, trudno odgadnąć, co ten ktoś chciałby usłyszeć, a czego nie. - Ciociu Józefino - 

zaczęła   nieśmiało   - czy nie  myślała   ciocia  o przeprowadzce?  Może  poczułaby się  ciocia 

lepiej, mieszkając z dala od Jeziora Łzawego.

- My się chętnie przeprowadzimy razem z ciocią - wtrącił Klaus.

- Och, nie, nie mogę sprzedać tego domu, nigdy! - oświadczyła Ciotka Józefina. - 

Panicznie boję się handlarzy nieruchomościami.

Baudelaire'owie   spojrzeli   po   sobie   dyskretnie,   czyli   tak,   żeby   Ciotka   Józefina   nie 

zauważyła.   Żadne   z   nich   nie   słyszało   jeszcze   nigdy   o   kimś,   kto   bałby   się   handlarzy 

nieruchomościami.

Istnieją   dwa   rodzaje   lęku:   racjonalny   i   irracjonalny   -   lub   też,   mówiąc   prościej: 

zrozumiały i niezrozumiały. Na przykład sieroty Baudelaire boją się Hrabiego Olafa i jest to 

lęk jak najbardziej zrozumiały, ponieważ Hrabia Olaf jest podłym człowiekiem, który dąży do 

ich zguby. Gdyby jednak sieroty Baudelaire bały się tortu beżowego z kremem cytrynowym, 

ich   lęk   byłby   irracjonalny,   gdyż   taki   tort   to   nadzwyczajny   przysmak,   który   nikomu   nie 

mógłby zaszkodzić. Bać się potwora, który czai się pod naszym łóżkiem - to lęk racjonalny, 

ponieważ w każdej chwili pod łóżkiem może czaić się potwór gotów pożreć nas do ostatniej 

kosteczki.   Ale   bać   się   handlarza   nieruchomościami   -   to   lęk   irracjonalny.   Handlarze 

nieruchomościami, jak wam zapewne wiadomo, to osoby pośredniczące w kupnie i sprzedaży 

domów. Poza tym,  że czasami noszą ohydne żółte płaszcze, największą przykrością, jaką 

mogą wyrządzić człowiekowi, jest propozycja  zakupu domu, który kupującemu wyda  się 

ohydny - więc lęk przed nimi jest kompletnie irracjonalny.

Kiedy Wioletka, Klaus i Słoneczko spoglądali na ciemne jezioro, myśląc o swoim 

nowym życiu u Ciotki Józefiny, ogarnął ich znienacka dziwny lęk - i nawet światowej klasy 

ekspert w dziedzinie lęku nie umiałby powiedzieć, czy był to lęk racjonalny, czy irracjonalny. 

Młodzi Baudelaire'owie poczuli, że niedługo przydarzy im się jakieś nieszczęście. Z jednej 

strony byt to lęk irracjonalny, ponieważ Ciotka Józefina wyglądała na osobę poczciwą, a 

Hrabia   Olaf   chwilowo   znikł   z   horyzontu.   Z   drugiej   jednak   strony   sieroty   Baudelaire 

doświadczyły już tylu strasznych rzeczy, że lęk przed kolejną katastrofą czyhającą o krok 

background image

wydawał się w ich przypadku całkiem racjonalny.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Istnieje   takie   podejście   do   życia,   które   nazywa   się   „spojrzeniem   z   odpowiedniej 

perspektywy”. Oznacza to z grubsza tyle, co „poprawiać sobie samopoczucie, porównując 

swoją obecną sytuację z własnymi przeżyciami z przeszłości albo z sytuacją innych ludzi”. 

Jeśli na przykład denerwuje was paskudny pryszcz, który wam wyskoczył na samym czubku 

nosa, możecie spojrzeć  na niego z odpowiedniej  perspektywy.  Wystarczy porównać swój 

pryszczowy problem z problemem człowieka pożartego przez niedźwiedzia, aby na widok 

pryszcza w lustrze powiedzieć sobie: „No tak, ale przynajmniej nie pożarł mnie niedźwiedź”.

Na pewno sami wiecie, dlaczego patrzenie na życie z odpowiedniej perspektywy tak 

rzadko się sprawdza: oczywiście dlatego, że niezmiernie trudno jest przejąć się tym, że ktoś 

inny został pożarty przez niedźwiedzia, kiedy samemu ma się pryszcz na nosie. Tak też było z 

sierotami   Baudelaire   przez   kilka   pierwszych   dni   pobytu   u   Ciotki   Józefiny.   Rano,   gdy 

zasiadały   z   Ciotką   Józefiną   do   śniadania,   na   które   znów   był   sok   pomarańczowy   i 

nieopieczone grzanki, Wioletka mówiła sobie: „No tak, ale przynajmniej nie musimy gotować 

dla odrażającej trupy teatralnej Hrabiego Olafa”. Po południu, gdy Ciotka Józefina prowadziła 

dzieci do biblioteki, aby je nauczać gramatyki, Klaus mówił sobie: „No tak, ale przynajmniej 

Hrabia Olaf nie uprowadzi nas do Peru”. A wieczorami, gdy zasiadały z Ciotką Józefiną do 

kolacji, na którą znów był sok pomarańczowy i nieopieczone grzanki, Słoneczko mówiło 

sobie: „Zaks!”, co znaczyło  mniej więcej: „No tak, ale przynajmniej  nie ma tu ani śladu 

Hrabiego Olafa”.

Lecz chociaż wszyscy troje bardzo się starali patrzeć na nowe życie z perspektywy 

nieszczęść, które dotknęły ich w przeszłości - to jakoś nie umieli ukryć rozczarowania swoją 

obecną   sytuacją.   Wioletka   w   wolnych   chwilach   wymontowywała   trybiki   i   przewody   z 

elektrycznej   kolejki,   w   nadziei   że   uda   jej   się   skonstruować   urządzenie   do   podgrzewania 

żywności, które nie przerażałoby Ciotki Józefiny - jednak nie opuszczała jej myśl, że Ciotka 

Józefina   mogłaby   przecież   zwyczajnie   włączyć   kuchenkę.   Klaus   przesiadywał   w 

bibliotecznym fotelu, z nogami na podnóżku, i do zmierzchu studiował księgi o gramatyce - 

ale ilekroć spojrzał na ponure jezioro za oknem, nie mógł opanować żalu, że nie mieszkają już 

z Wujciem Montym i jego gadami. A Słoneczko w przerwach między zajęciami podgryzało 

głowę Panny Penny, myśląc sobie, jak by to było dobrze, gdyby żyli rodzice i gdyby można 

było wraz z rodzeństwem znów mieszkać zdrowo i bezpiecznie w domu Baudelaire'ów.

Ciotka Józefina nie za bardzo lubiła wychodzić z domu, ponieważ poza domem było 

mnóstwo   rzeczy,   których   się   bała.   Jednak   pewnego   dnia   dzieci   powtórzyły   jej   słowa 

background image

taksówkarza o nadciągającym huraganie, więc zgodziła się na wyprawę do miasta po zapasy 

żywności. Ciotka Józefina nie jeździła samochodem, gdyż bała się, że drzwi mogą się zaciąć i 

uwięzić ją w środku - całą długą drogę z urwiska pokonali więc pieszo. Gdy doszli na rynek, 

ledwo powłóczyli nogami.

- Na   pewno   nie   chce   ciocia,   żebyśmy   my   zajęli   się   gotowaniem?   -   zagadnęła 

Wioletka,   gdy   Ciotka   Józefina   przystanęła   przy   straganie   z   limonami.   -   Mieszkając   u 

Hrabiego Olafa, nauczyliśmy się przyrządzać sos puttanesca. Bardzo łatwy i bezpieczny.

Ciotka Józefina pokręciła głową.

- Ciotowanie jest moim obowiązkiem jako waszej opiekunki. I mam akurat wielką 

chęć wypróbować przepis na zimny bigos z limonek.

A   Hrabia   Olaf   to   rzeczywiście   potwór!   Kazać   dzieciom   stać   przy   kuchni   -   coś 

podobnego!

- Tak, traktował nas bardzo okrutnie - przyznał Klaus, nie dodając, że konieczność 

gotowania była najmniejszym problemem życia pod jednym dachem z Hrabią Olafem. - To 

brutal. Do dziś śni mi się czasem ten okropny tatuaż na jego nodze. Zawsze mnie przerażał.

Ciotka Józefina zmarszczyła brwi i przygładziła kok.

- Z   przykrością   stwierdzam,   że   wyraziłeś   się   niegramatycznie,   Klausie   -   rzekła 

surowo. - Ze zdania: „Zawsze mnie przerażał” nie wynika, czy przerażał cię Hrabia Olaf, czy 

jego tatuaż. Należało powiedzieć: „Ten tatuaż zawsze mnie przerażał”. Zrozumiałeś?

- Tak, zrozumiałem - westchnął Klaus. - Dziękuję, że mnie ciocia poprawiła.

- Niku! - pisnęło Słoneczko,  co zapewne  miało  znaczyć:  „Niezbyt uprzejmie  było 

poprawiać błąd gramatyczny Klausa, kiedy mówił o swoich problemach”.

- Nie,   nie,   Słoneczko   -   zaprotestowała   kategorycznie   Ciotka   Józefina,   odrywając 

wzrok od listy zakupów. - „Niku” to nie jest słowo. Pamiętasz, co mówiłyśmy o posługiwaniu 

się   poprawnym   językiem?   A   ty,   Wioletko,   czy   mogłabyś   rozejrzeć   się   za   ogórkami? 

Pomyślałam sobie, że w przyszłym tygodniu znów przyrządzę chłodnik ogórkowy.

Wioletka   jęknęła   w   duchu,   co   znaczy:   „nie   powiedziała   nic,   ale   była   bardzo 

rozczarowana perspektywą kolejnego zimnego obiadu”. Uśmiechnęła się jednak do Ciotki 

Józefiny   i   ruszyła   wzdłuż   straganów   w   poszukiwaniu   ogórków,   łakomie   spoglądając   na 

piętrzące   się   na   ładach   pyszności,   których   przygotowanie   wymagało   jednak   włączenia 

kuchenki. Wioletka mimo wszystko miała nadzieję, że pewnego dnia poda Ciotce Józefinie i 

swemu rodzeństwu gorący obiad, ugotowany na wynalazku, nad którym właśnie pracowała - 

zmontowanym   z   elementów   lokomotywy   dziecinnej   kolejki.   Myśl   o   wynalazku   tak   ją 

zaabsorbowała, że przez kilka chwil Wioletka szła, nie patrząc wcale przed siebie - aż w 

background image

końcu na kogoś wpadła.

- Przepra... - Wioletka  podniosła wzrok i głos uwiązł jej w gardle.  Stał przed nią 

wysoki chudzielec w niebieskiej marynarskiej czapce, z czarną przepaską na lewym oku. 

Patrzył  z  góry na   Wioletkę  i   uśmiechał  się  tak  łakomie,   jakby właśnie   otrzymał  pięknie 

opakowany prezent urodzinowy i nie mógł się doczekać chwili rozerwania papieru. Palce 

miał długie, kościste i pochylał się lekko na bok, trochę jak zwisający z urwiska dom Ciotki 

Józefiny. Wioletka spojrzała niżej i zrozumiała przyczynę: zamiast lewej nogi nieznajomy 

miał gruby drewniany palik i, jak większość ludzi z drewnianą nogą, opierał się na dobrej 

nodze - dlatego stał krzywo. Wioletka nigdy jeszcze nie widziała nikogo z drewnianą nogą - 

lecz nie z tego powodu głos uwiązł jej w gardle. Przeciwnie. Zamilkła z powodu czegoś, co 

już kiedyś  widziała. Tym czymś był dziki błysk  w jedynym  odsłoniętym  oku kuternogi i 

pojedyncza gęsta brew na jego czole.

Gdy ktoś się przebiera, ale nieudolnie, można nazwać jego przebranie przezroczystym. 

Co wcale nie znaczy, że taka osoba ma na sobie strój z przezroczystej folii albo ze szklą. 

Znaczy   to   tylko   tyle,   że   taką   osobę   bardzo   łatwo   rozpoznać   pod   przebraniem,   więc   nie 

nabierze ona nikogo ani przez minutę. Wioletka nie dała się nabrać ani przez sekundę, gdy 

zobaczyła, na kogo niechcący wpadła. Zaraz poznała, że to Hrabia Olaf.

- Wioletko, co ty robisz przy tym straganie? - spytała Ciotka Józefina, stając za jej 

plecami. - W tym pasażu są tylko produkty wymagające gotowania, a wiesz przecież...

Na   widok   Hrabiego   Olafa   urwała   w   pół   zdania.   Wioletka   przez   sekundę   miała 

nadzieję, że Ciotka Józefina też poznała, kim jest kuternoga. Ale w tej samej chwili Ciotka 

Józefina uśmiechnęła się i nadzieja Wioletki legła w gruzach, czyli zniknęła.

- Dzień dobry pani - uśmiechnął się Hrabia Olaf. - Właśnie przepraszałem pani siostrę 

za to, że wpadłem na nią przez nieuwagę.

Twarz Ciotki Józefiny zrobiła się czerwona jak burak, a nawet jeszcze czerwieńsza w 

kontraście z siwymi włosami.

- Ach, nie! - zaprotestowała. W tej samej chwili dołączyli do nich Klaus i Słoneczko, 

ciekawi, co to za zamieszanie. - Wioletka nie jest moją siostrą, Jestem jej prawną opiekunką.

Hrabia Olaf przyłożył dłoń do policzka, zupełnie jakby Ciotka Józefina przedstawiła 

mu się jako dobra wróżka.

- Nie   wierzę   -   oświadczył.   -   Wygląda   pani   o   wiele   za   młodo   na   czyjąkolwiek 

opiekunkę.

Ciotka Józefina spąsowiała po raz drugi.

- Może to dlatego, że przez całe życie mieszkałam nad jeziorem. Już nieraz mówiono 

background image

mi, że dzięki temu zachowuję młodzieńczy' wygląd.

- To dla mnie zaszczyt poznać miejscową osobistość. - Hrabia Olaf zasalutował do 

czapki   marynarskiej,   posługując   się   słowem,   które   w   tym   przypadku   oznacza   po   prostu 

„osobę”. - Właśnie przyjechałem do waszego miasteczka, a ponieważ mam nadzieję rozkręcić 

tu własny interes, bardzo chętnie zawieram znajomości. Pani pozwoli, że się przedstawię.

- My z Klausem chętnie pana wyręczymy - wtrąciła się Wioletka. Przyznam się wam, 

że ja nie zdobyłbym  się na taką odwagę, gdybym  znów spotkał Hrabiego Olafa. - Ciociu 

Józefino, to jest Hrabia...

- Nie, nie, Wioletko - przerwała jej Ciotka Józefina. - Przestrzegaj zasad gramatyki. 

Należało   powiedzieć:   „Ja   i   Klaus   chętnie   pana   wyręczymy”.   „My  z   Klausem”   to   forma 

niepoprawna.

- Ale... - spróbowała protestować Wioletka.

- Niestety, Weroniko - rzekł  Hrabia Olaf, patrząc na nią z góry i błyskając dziko 

jedynym okiem. - Twoja opiekunka ma rację. Zanim popełnisz więcej błędów, przedstawię 

się lepiej sam. Nazywam się Kapitan Szlam i otworzyłem właśnie wypożyczalnię żaglówek w 

Doku Damoklesa. Jestem szczęśliwy, że mogę panią poznać, pani... ?

- Józefina   Anwhistle   -   powiedziała   Ciotka   Józefina.   -   A   to   Wioletka,   Klaus   i 

Słoneczko Baudelaire'owie.

- Słoneczko - powtórzył Kapitan Szłam takim tonem, jakby zjadał Słoneczko, a nie 

tylko wypowiadał jego imię. - Bardzo mi przyjemnie poznać was wszystkich. Może któregoś 

dnia dacie się zaprosić na przejażdżkę łódką po jeziorze?

- Ging! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Jeszcze czego!”.

- Nigdzie się z panem nie wybierzemy - oświadczył Klaus.

Ciotka Józefina spąsowiała po raz kolejny i spojrzała z wyrzutem na dzieci.

- Widzę, że dzieci  zapomniały  nie tylko  o gramatyce,  ale  i  o dobrych  manierach. 

Proszę natychmiast przeprosić pana Kapitana Szlama.

- To nie jest żaden Kapitan Szlam - zniecierpliwiła się Wioletka. - To Hrabia Olaf.

Ciotka Józefina zamarła ze zgrozy i przeniosła wzrok z niespokojnych twarzyczek 

Baudelaire'ów na spokojne oblicze Kapitana Szlama. Kapitan Szlam szczerzył się od ucha do 

ucha, choć z nieco mniejszym niż przed chwilą zadufaniem, co tu oznacza: „stracił trochę 

pewności siebie, czekając, czy Ciotka Józefina rozpozna w nim przebranego Hrabiego Olafa”.

Ciotka Józefina zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów i zmarszczyła brwi.

- Pan Poe polecił mi, abym uważała na Hrabiego Olafa - rzekła po chwili. - Ale mówił 

też, że wam, dzieciom, wciąż się zdaje, że widzicie go wszędzie.

background image

- Widzimy go wszędzie - potwierdził ze znużeniem Klaus - bo on jest wszędzie.

- A cóż to za osobnik, ten Hrabia Omar? - spytał Kapitan Szlam.

- Hrabia OLAF - poprawiła go Ciotka Józefina - to straszny człowiek, który...

- ... stoi właśnie tu przed nami - dokończyła Wioletka. - Wszystko mi jedno, jak się 

teraz nazywa. Ma te same błyszczące oczy, tę samą zrośniętą brew...

- Ależ takie cechy urody ma mnóstwo ludzi! - przerwała jej Ciotka Józefina. - Moja 

teściowa, na przykład, miała nie tylko jedną brew, ale i jedno ucho.

- Tatuaż! - wtrącił się Klaus. - Sprawdźmy tatuaż! Hrabia Olaf nosi na kostce lewej 

nogi wytatuowane oko.

Kapitan Szlam westchnął i z wielkim trudem uniósł drewnianą nogę, aby wszyscy 

mogli   jej   się   dobrze   przyjrzeć.   Sporządzona   z   ciemnego   drewna,   wypolerowana   tak,   że 

błyszczała jak oko Kapitana Szlama, trzymała się lewego kolana na łukowatym metalowym 

zawiasie.

- Przecież ja nawet nie mam kostki lewej nogi - wysapał Kapitan Szlam. - Zeżarły mi 

ją doszczętnie Pijawki Łzawe.

Oczy Ciotki Józefiny zwilgotniały Położyła dłoń na ramieniu Kapitana Szlama.

- Biedaku   -   powiedziała,   a   dzieci   zrozumiały,   że   to   już   koniec.   -   Słyszałyście   co 

powiedział Kapitan Szlam?

Wioletka uczyniła jeszcze jedną próbę, z góry wiedząc, że będzie to zapewne płonny 

trud, co tu znaczy: „szkoda zachodu”.

- To nie jest Kapitan Szlam - powtórzyła. - To jest...

- Nie sądzisz chyba, że oddal nogę na pożarcie Pijawkom Łzawym tylko po to, żeby 

się   z   wami   droczyć!   -   skarciła   ją   Ciotka   Józefina.   -   Proszę   nam   wszystko   opowiedzieć, 

Kapitanie. Jak to się stało?

- No   cóż,   płynąłem   sobie   łodzią   parę   tygodni   temu   -   wyjaśnił   Kapitan.   -   Jadłem 

makaron z sosem puttanesca i niechcący chlapnąłem sosem na nogę. Nim się obejrzałem, 

dopadły mnie pijawki.

- Dokładnie tak samo było z moim mężem - rozczuliła się Ciotka Józefina i przygryzła 

wargę. Cała trójka Baudelaire'ów zacisnęła pięści z bezsilności. Byli pewni, że opowieść o 

sosie puttanesca jest wyssana z palca, tak samo jak imię Kapitana Szlama - ale nie mogli tego 

udowodnić.

- Pani pozwoli - Kapitan Szlam wręczył Ciotce Józefinie wizytówkę, którą wyciągnął 

z kieszeni. - Oto mój bilet wizytowy; gdy znów będzie pani w miasteczku, zapraszam na 

filiżankę herbaty.

background image

- Z   największą   rozkoszą   -   podziękowała   Ciotka   Józefina,   studiując   wizytówkę.   - 

„Żaglówki Kapitana Szlama. Szukasz łódkę - już znalazłeś”. Och, kapitanie, popełnił pan 

poważny błąd gramatyczny.

- Jak to? - Kapitan Szlam w zdumieniu uniósł brew.

- Na wizytówce czytamy: „szukasz łódkę”. Czasownik „szukać” wymaga dopełnienia 

w   formie   dopełniaczowej:   „kogo?   czego?”.   Pan   natomiast   użył   biernika,   „kogo?   co?”, 

łączącego się prawidłowo z czasownikiem „znaleźć”. A zatem: „znaleźć łódkę”, ale: „szukać 

łódki”. To dość pospolity błąd, Kapitanie, ale bardzo poważny.

Kapitan Szlam spochmurniał i przez chwilę wyglądał tak, jakby miał zamiar z całej 

siły kopnąć Ciotkę Józefinę drewnianą nogą. Zaraz jednak uśmiechnął się pogodnie.

- Najmocniej dziękuję za pouczenie - rzekł w końcu.

- Nie   ma   za   co   -   odparta   Ciotka   Józefina.   -   Chodźcie,   dzieci,   trzeba   zapłacić   za 

zakupy.

Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkamy, Kapitanie.

Kapitan   Szlam   z   uśmiechem   pomachał   im   na   pożegnanie,   Baudelaire'owie 

obserwowali go jednak i zauważyli, że gdy tylko  Ciotka Józefina się odwróciła, uśmiech 

Kapitana Szlama zmienił się w szyderczy grymas. Udało mu się nabrać Ciotkę Józefinę, i 

dzieci nic nie mogły na to poradzić. Resztę popołudnia zajęło im gramolenie się na szczyt 

urwiska z torbami zakupów - ale ciężar ogórków i limonek był niczym  w porównaniu z 

ciężarem, który dzieci niosły w sercach. Przez całą drogę na szczyt Ciotka Józefina paplała o 

Kapitanie Szlamie - co to za miły człowiek, jak przyjemnie będzie znów się z nim spotkać - a 

przecież dzieci wiedziały, że jest to w rzeczywistości Hrabia Olaf, podły osobnik, którego 

miały nadzieję nie oglądać już nigdy w życiu.

Jest   pewne   wyrażenie,   które,   jak   stwierdzam   ze   smutkiem,   idealnie   pasuje   do   tej 

części naszej historii. Wyrażenie to brzmi: „połknąć haczyk”.

Pochodzi ono, naturalnie, z języka wędkarzy. Na haczyk nabija się przynętę służącą 

do przywabiania ryb z oceanu na pewną zgubę. Gdy mówimy o kimś, że połknął haczyk, to 

znaczy, że ten ktoś dał się nabrać, co może mieć dla niego zgubne skutki. Chociaż to Ciotka 

Józefina połknęła haczyk Kapitana Szlama, fatalnych skutków jej łatwowierności spodziewali 

się Wioletka, Klaus i Słoneczko. Wdrapując się w milczeniu na urwisko, dzieci spoglądały w 

dół,  na  Jezioro  Łzawe,  i  dreszcz  grozy  coraz  mocniej  przenikał  ich  serca.  Czuły się  tak 

zziębnięte i opuszczone, jakby nie oglądały jeziora z góry, tylko zostały nagle wrzucone w 

sam środek jego ciemnej toni.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Tego   wieczoru   sieroty   Baudelaire   siedziały   przy   stole   z   Ciotką   Józefiną   i   jadły 

kolację, czując zimny ucisk w żołądkach. Częściowo za sprawą limonowego gulaszu, który 

przyrządziła Ciotka Józefina. Lecz druga część - i to ta większa - pochodziła ze strasznej 

myśli, że Hrabia Olaf znów wkroczył w ich życie. - Kapitan Szlam to doprawdy uroczy 

człowiek  -  rzekła  Ciotka  Józefina,  biorąc   do  ust  skórkę  limony.   -  Musi   czuć  się   bardzo 

samotny w obcym mieście, i w dodatku bez nogi. Może zaprosimy go na obiad?

- Powtarzamy   cioci  od  początku  -  powiedziała   Wioletka,  rozgrzebując   potrawę  na 

talerzu, żeby sprawić wrażenie, że zjadła jej więcej niż w rzeczywistości - że to nie jest żaden 

Kapitan Szlam, tylko przebrany Hrabia Olaf.

- Dość tych bzdur - skarciła ją Ciotka Józefina. - Wiem od pana Poe, że Hrabia Olaf 

ma tatuaż na kostce lewej nogi oraz pojedynczą brew nad obojgiem oczu. Kapitan Szlam 

natomiast wcale nie ma lewej nogi i patrzy tylko jednym okiem. Nie wiem, jak możecie 

spierać się z kimś, kto ma problemy z oczami.

- Ja też mam problemy z oczami - powiedział Klaus, wskazując swoje okulary. - A 

jednak ciocia się ze mną spiera.

- A cóż to za impertynencja! - oburzyła się Ciotka Józefina, używając słowa, które tu 

oznacza: „irytujące udowadnianie mi, że się mylę”. - Wypraszam sobie. Przyjmijcie wreszcie 

do wiadomości, raz na zawsze, że Kapitan Szlam to nie jest Hrabia Olaf. - Sięgnęła do 

kieszeni i wyciągnęła wizytówkę. - Spójrzcie, co tu jest napisane. Hrabia Olaf? Nie. Kapitan 

Szlam. Wprawdzie tekst zawiera poważny błąd gramatyczny, ale i tak wizytówka dowodzi, że 

Kapitan Szlam jest tym, za kogo się podaje.

Ciotka Józefina położyła wizytówkę na stole, a Baudelaire'owie spojrzeli na bilecik z 

ciężkim   westchnieniem.   Wiadomo przecież,  że  wizytówka  to  żaden   dowód.   Każdy może 

sobie pójść do drukarni i zamówić wizytówkę z dowolnym napisem. Król duński może sobie 

wydrukować   na   wizytówce,   że   handluje   piłkami   golfowymi.   Twój   dentysta   może   na 

wizytówkach figurować jako twoja babcia. Ja sam, aby umożliwić sobie ucieczkę z wrogiego 

zamczyska, zamówiłem swego czasu wizytówki z tytułem admirała francuskiej marynarki. 

Fakt, że coś zostało wydrukowane - czy to na wizytówce, czy w gazecie, czy w książce - nie 

oznacza jeszcze, że to prawda. Sieroty Baudelaire doskonale o tym wiedziały, lecz nie znały 

sposobu   na   przekonanie   Ciotki   Józefiny.   Spoglądały   więc   tylko   na   nią   w   milczeniu, 

wzdychały ciężko i udawały, że jedzą gulasz. W jadalni panowała taka cisza, że wszyscy - 

Wioletka,   Klaus,   Słoneczko,   a   nawet   Ciotka   Józefina   -   podskoczyli   gwałtownie,   gdy 

background image

zadzwonił telefon.

- Wielkie nieba! - przeraziła się Ciotka Józefina. - Co robić?

- Minka!   -   pisnęło   Słoneczko,   co   zapewne   miało   znaczyć:   „Podnieść   słuchawkę., 

oczywiście!”.

Ciotka Józefina wstała z krzesła, ale nie ruszyła się od stołu ani na krok, nawet gdy 

telefon zadzwonił po raz drugi.

- To może  być  coś ważnego  - stwierdziła  wreszcie  - jednak nie  wiem,  czy warto 

ryzykować porażenie prądem.

- Może woli ciocia, żebym ja odebrała? - spytała Wioletka, ocierając usta serwetką. 

Chętnie to zrobię.

Wioletka wstała od stołu i podniosła słuchawkę, dokładnie w chwili, gdy rozległ się 

trzeci dzwonek.

- Halo?

- Czy to pani Anwhistle? - spytał nieprzyjemny, świszczący głos.

- Nie - odparła Wioletka. - Mówi Wioletka Baudelaire. Słucham pana.

- Dawaj   starą   do   telefonu,   sieroto   -   brzmiała   odpowiedź,   a   Wioletka   zmartwiała., 

poznając głos Kapitana Szlama. Zerknęła pospiesznie na Ciotkę Józefinę, która obserwowała 

ją z zaniepokojeniem.

- To pomyłka - powiedziała w słuchawkę. - Wykręcił pan zły numer.

- Ty sobie ze mnie nie żartuj, wstrętna smarkulo... - rozzłościł się Kapitan Szlam, ale 

Wioletka odłożyła słuchawkę i z mocno bijącym sercem odwróciła się do Ciotki Józefiny.

- Ktoś pytał o Szkołę Tańca Hopsiup - skłamała na poczekaniu. - Powiedziałam, że to 

pomyłka.

- Ależ   z   ciebie   odważna   dziewczynka   -   mruknęła   Ciotka   Józefina.   -   Tak   odebrać 

telefon jakby nigdy nic...

- To naprawdę całkiem bezpieczne - zapewniła ją Wioletka.

- Czy ciocia nigdy jeszcze nie odebrała telefonu?. - spytał Klaus.

- Ike   zawsze   odbierał   -   odparła   Ciotka   Józefina.   -   Używał   w   tym   celu   specjalnej 

rękawicy ochronnej. Ale gdy już widziałam, jak ty to robisz, Wioletko, może spróbuję sama 

przy następnej okazji.

Telefon znów zadzwonił, a Ciotka Józefina znów podskoczyła.

- O mój Boże! Nie sądziłam, że zadzwoni tak zaraz. Co za wieczór pełen przygód!

Wioletka wpatrywała się w telefon, pewna, że to Kapitan Szlam próbuje jeszcze raz.

- Czy chce ciocia, żebym znów odebrała?

background image

- Nie, nie - odparła Ciotka Józefina, zbliżając się do małego, brzęczącego urządzenia 

jak do ujadającego psa. - Powiedziałam, że spróbuję, więc spróbuję.

Wzięta głęboki wdech i drżącą ręką podniosła słuchawkę.

- Halo? lak, to ja. Ach, witam, Kapitanie Szlam. Jak miło pana słyszeć. - Słuchała 

chwilę, po czym bardzo się zaczerwieniła. - Jest pan bardzo uprzejmy, Kapitanie Szlam, ale... 

słuchani?   Owszem,   bardzo   chętnie.   Jesteś   bardzo   uprzejmy,   Julio.   Słucham?   Proszę? 

Cudowny pomysł! Ale poczekaj chwileczkę.

Ciotka Józefina przykryła dłonią mikrofon i odwróciła się do dzieci.

- Wioletkę, Klausie i Słoneczko, pójdźcie już, proszę, do swojego pokoju. Kapitan 

Szlam - chciałam powiedzieć, Julio, gdyż prosił mnie, abym mówiła mu po imieniu - planuje 

dla was niespodziankę i chce się ze mną w tej sprawie naradzić.

- Ale my nie lubimy niespodzianek - powiedział Klaus.

- Każdy lubi niespodzianki - stwierdziła Ciotka Józefina. - A teraz zmykajcie i dajcie 

mi porozmawiać. Tylko bez podsłuchiwania.

- My nigdy nie podsłuchujemy - zaprotestowała Wioletka - ale uważam, że byłoby 

lepiej, gdybyśmy tu zostali.

- Widzę, że znaczenie słowa „podsłuchiwać” nie jest dla ciebie całkiem jasne - rzekła 

Ciotka  Józefina. - „Podsłuchiwać” to znaczy „słuchać  z boku”. Gdybyście  tu zostali, nie 

moglibyście nie podsłuchiwać. Proszę iść do swojego pokoju.

- Wiemy,   co   znaczy   podsłuchiwać   -   burknął   Klaus,   zanim   w   ślad   za   siostrami 

podreptał korytarzem do pokoju Baudelaire'ów.

Wioletka   zgarnęła   ze   swojego   łóżka   części   wagonika   restauracyjnego,   aby   mogli 

położyć się razem całą trójką. Leżeli i patrzyli w sufit.

- A   ja   myślałam,   że   tu   będziemy   bezpieczni   -   odezwała   się   ponuro   Wioletka.   - 

Sądziłam, że ktoś, kto boi się handlarzy nieruchomościami,. nigdy w życiu nie okaże sympatii 

Hrabiemu Olafowi, nawet w najlepszym przebraniu.

- Myślisz, że on naprawdę oddał nogę pijawkom na pożarcie? - spytał Klaus, drżąc ze 

zgrozy. - Tylko po to, aby pozbyć się tatuażu?

- Koin! - pisnęło Słoneczko, co zapewne znaczyło: „Byłby to sposób dość drastyczny, 

nawet jak na Hrabiego Olafa”.

- Zgadzam się ze Słoneczkiem - przytaknęła Wioletka. - Moim zdaniem, wymyślił 

bajeczkę o pijawkach, aby wzbudzić litość Ciotki Józefiny.

- No i udało mu się - westchnął Klaus. - Dzięki tej łzawej historii Ciotka Józefina 

połknęła haczyk.

background image

- Dobrze chociaż, że nie jest aż tak ufna jak Wujcio Monty, który pozwolił Hrabiemu 

Olafowi wprowadzić się do domu - zauważyła Wioletka.

- Przynajmniej mogliśmy wtedy mieć na niego oko - powiedział Klaus.

- Ober!   -   dodało   Słoneczko,   co   mogło   znaczyć   mniej   więcej:   „Ale   i   tak   nie 

uratowaliśmy Wujcia Monty'ego”.

- Jak sądzicie, co on planuje tym razem? - spytała Wioletka. - Może chce nas wywieźć 

łodzią na jezioro i utopić?

- Albo zepchnąć cały dom z urwiska i zwalić winę na huragan?

- Haftu! - mruknęło ponuro Słoneczko, co mogło znaczyć: „A może nawkłada nam do 

łóżek Pijawek Łzawych?”.

- Może, może, może... Te wszystkie „moża” do niczego nie prowadzą - zniechęciła się 

Wioletka.

- No to zatelefonujmy do pana Poe i powiedzmy mu, że Hrabia Olaf jest w okolicy - 

zaproponował Klaus. - Może przyjedzie i zabierze nas stąd.

- To   jest   akurat   najmniej   możliwe   „może”   -   stwierdziła   Wioletka.   -   Pan   Poe   jak 

zwykle   nie   da   się   przekonać;   przecież   nawet   Ciotka   Józefina   nie   wierzy   nam,   chociaż 

widziała Hrabiego Olafa na własne oczy.

- Bo ona wcale nie uważa, że widziała Hrabiego Olafa - rzekł ze smutkiem Klaus. - 

Uważa, że widziała Kapitana Szlama.

Słoneczko, żując bez entuzjazmu głowę Panny Penny, mruknęło:

- Pok! - co zapewne miało znaczyć: „A raczej Julia”.

- W takim razie jedyne, co możemy zrobić, to trzymać oczy i uszy szeroko otwarte - 

podsumował Klaus.

- Dorna - przytaknęło Słoneczko.

- Zgadzam się z wami - powiedziała Wioletka. - Musimy być po prostu bardzo czujni.

Sieroty   Baudelaire   pokiwały   poważnie   głowami,   ale   zimny   ucisk,   który   czuły   w 

żołądkach, nie ustąpił. Rozumiały, że czujność to, w gruncie rzeczy żaden plan obrony przed 

Kapitanem Szlamem - i dlatego z godziny na godzinę martwiły się coraz bardziej. Wioletka 

związała   włosy   wstążką,   żeby   nie   wpadały   jej   do   oczu   -   tak   jak   to   robiła   zawsze,   gdy 

obmyślała wynalazek - ale tym razem, chociaż głowiła się godzinami, nie wymyśliła żadnego 

nowego planu. Klaus z największym skupieniem wpatrywał się w sufit, jakby czytał tam coś 

bardzo ciekawego, ale i jego nie olśniła żadna myśl, chociaż mijały godziny A Słoneczko 

obgryzało głowę Panny Penny i chociaż czyniło to z wielkim uporem, też nie wymyśliło nic, 

co ulżyłoby zmartwieniu młodych Baudelaire'ów.

background image

Mam przyjaciółkę, która nazywa się Gina - Sue i jest socjalistką, a Gina - Sue ma 

swoje ulubione powiedzonko: „Nie ma sensu zamykać stajni, skoro konie uciekły”. Znaczy to 

po prostu, że czasami najlepsze plany przychodzą nam do głowy dopiero wtedy, gdy jest już 

za późno. Przykro mi to mówić, ale tak właśnie było z sierotami Baudelaire i ich planem 

zachowania   czujności   wobec   Kapitana   Szlam   a.   Po   wielu   godzinach   bezowocnego 

zamartwiania się dzieci usłyszały nagle ogłuszający brzęk tłuczonego szkła i w mig pojęły, że 

ich plan zachowania czujności nie sprawdził się.

- Co to był za hałas? - Zaniepokojona Wioletka zerwała się z łóżka.

- Chyba  coś się stłukło - wyraził przypuszczenie Klaus i zdenerwowany ruszył ku 

drzwiom.

- Westu! - pisnęło Słoneczko, lecz tym  razem starsze rodzeństwo nie miało czasu 

zastanawiać się, co by to mogło znaczyć. Wszyscy troje biegiem wypadli na korytarz.

- Ciociu   Józefino!   Ciociu   Józefino!   -   wolała   Wioletka,   lecz   nikt   nie   odpowiadał. 

Wioletka  spojrzała  w jeden koniec korytarza,  potem w  drugi: nikogo, kompletna  cisza. - 

Ciociu Józefino! krzyknęła jeszcze raz.

Cała trójka, z Wioletka na czele, wpadła do jadalni - lecz i tam nie zastali swojej 

opiekunki. Tylko świece na stole wciąż się paliły, rzucając chwiejne cienie na wizytówkę i 

talerze z niedojedzonym gulaszem z limonek.

- Ciociu Józefino! - nawoływała dalej Wioletka, gdy wybiegli z powrotem na korytarz, 

kierując   się   do   biblioteki.   Wioletce   przypomniał   się   inny   poranek,   kiedy   we   trójkę 

nawoływali tak samo Wujcia Monty'ego, zanim odkryli, jak tragiczny spotkał go los. - Ciociu 

Józefino! Ciociu Józefino!! - Przypomniało jej się też, ile razy zrywała się w środku nocy, 

nawołując rodziców, gdyż znów przyśnił jej się straszliwy pożar, który odebrał im życie. - 

Ciociu Józefino - szepnęła cicho, gdy dotarli do drzwi biblioteki. Przestraszyła się nagle, że 

wykrzykuje imię Ciotki Józefiny, a ciotka nie może jej już słyszeć.

- Spójrz!  - rzeki Klaus, wskazując  drzwi, do których  przytwierdzona  była  pinezką 

złożona we czworo kartka papieru. Klaus odpiął ją i rozpostarł.

- Co   to   jest?   -   spytała   Wioletka,   a   Słoneczko   wyciągnęło   szyjkę,   żeby   też   coś 

zobaczyć.

- List - odparł Klaus i odczytał na głos:

Szczerze skruszona żegnam Was, Wioletka, Clausie i Słoneczko! Gdy otworzycie ten  

list, nie będzie mnie już na świecie. Serce mam zimne jak lód. Szukam ucieczkę od życia, które  

mi zbrzydło. Jesteście jeszcze mali, więc pętanie nie rozumiecie, że los wdowy to skaranie  

boskie. Buagam, nie miejcie mi. za złe, że decyduję się na len desperacki krok. Powieje prozą,  

background image

ale tak będzie dla mnie lepiej. Tym testamentem, który wyraża mą ostatnią wolę, powieszam  

opiekę   nad   Wami   sobie   dobrej   i   szlachetnej,   czyli   Kapinowi   Szlamowi.   Odchodzę.   Nie  

wspominajcie mnie źle, chociaż dopuściłam się tak strasznej rzeczy.

Wasza Ciotka Józefina

- No, nie! - powiedział cicho Klaus, gdy doczytał list do końca. Obracał go chwile w 

dłoniach, sprawdzając raz po raz, czy na pewno się nie pomylił, czy na pewno nie jest tam 

napisane coś innego. - No, nie... - powtórzył jeszcze ciszej, jakby bezwiednie.

Wioletka bez słowa otworzyła drzwi biblioteki, wszyscy troje dali krok do środka - i 

zadrżeli z zimna. W pokoju panował lodowaty chłód, którego przyczynę widać było gołym 

okiem. Ogromne Okno zostało wybite. Nie licząc paru odłamków sterczących z framugi, w 

miejscu wielkiej szyby ziała wielka dziura, a za nią czarna noc.

Do środka ciągnął lodowaty nocny podmuch, w którym klekotały regały. Rozdygotane 

dzieci zbiły się w gromadkę - jednak po chwili, nie bacząc na zimno, podeszły ostrożnie do 

wielkiej   dziury,   która   kiedyś   była   oknem,   i   wyjrzały   w   dół.   W   kompletnej   czerni   nocy 

zdawało   się,   że   za   oknem   nie   ma   nic   a   nic.   Po   chwili   Wioletce,   Klausowi   i   Słoneczku 

przypomniał się lęk, który ogarnął ich w tym samym dokładnie miejscu parę dni wcześniej. 

Zrozumieli,  że był  to jednak lęk całkiem uzasadniony.  Przytuleni  do siebie spoglądali w 

czarną dziurę, wiedząc, że spóźnili się ze swoim planem zachowania czujności. Zamknęli 

stajnię, ale biednej Ciotka Józefiny nie było już w środku.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Szczerze skruszona żegnam Was, Wioletko, Clausie i Słoneczko! Gdy otworzycie ten  

list, nie będzie mnie już na świecie. Serce mam zimne jak lód. Szukam ucieczkę od życia, które  

mi zbrzydło. Jesteście jeszcze mali, więc pewnie nie rozumiecie, że los wdowy to zkaranie  

boskie. Buagam, nie miejcie mi za złe, że decyduję się na ten desperacki krok. Powieje prozą,  

ale tak będzie dla mnie lepiej. Tym. testamentem, który wyraża mą ostatnią wolę, powieszam  

opiekę   nad   Wami   sobie   dobrej   i   szlachetnej,   czyli   Kapinowi   Szlamowi.   Odchodzę.   Nie  

wspominajcie mnie śle, chociaż dopuściłam się tak strasznej rzeczy.

Wasza Ciotka Józefina

- Przestań! - krzyknęła Wioletka. - Przestań to czytać aa glos, Klaus! Znamy to już.

- Nie mogę w to uwierzyć... - wymamrotał Klausa obracając list w dłoniach po raz 

nasty.

Sieroty  Baudelaire  siedziały  przy  stole  w  jadalnia,  z  widokiem  na  miski  zimnego 

gulaszu   z   limonek   i   z   przerażeniem   w   sercach.   Wioletka   zatelefonowała   do   pana   Poe   i 

powiedziała mu, co się stało, a potem - ponieważ i tak nie zasnęliby ze zdenerwowania - 

przesiedzieli we trójkę całą noc, czekając na pana Poe, który miał przypłynąć  pierwszym 

porannym  kursem Psotnego Promu. Świece na stole już się dopalały, więc Klaus  musiał 

nachylić się do światła, aby po raz kolejny odczytać list Ciotki Józefiny.

- To dosyć śmieszny list - powiedział po chwili.

- Jak możesz tak mówić? - oburzyła się Wioletka. - Ciotka Józefina rzuciła się z okna! 

W tym liście nie ma nic a nic śmiesznego.

- Nie śmieszny - zabawny, jak dowcip - uściślił Klaus - tylko śmieszny, czyli dziwny. 

Roi się od śmiesznych błędów. I to już w nagłówku: „Szczerze zkruszona żegnam Was... „.

- No właśnie, żegna nas. Co w tym śmiesznego? - zadrżała Wioletka.

- Nie o to chodzi - zniecierpliwił się Klaus. - Chodzi o to, że „zkruszona” jest napisane 

przez Z, zamiast przez S. A dwie linijki dalej czytamy: „szukam ucieczkę”. - Klaus podniósł 

leżącą na stole wizytówkę Kapitana Szlama. - Pamiętasz, co mówiła Ciotka Józefina, gdy 

zobaczyła   tę   wizytówkę   i   napis   „szukasz   łódkę”?   Że   to   pospolity,   ale   poważny   błąd 

gramatyczny.

- Kto by się przejmował gramatyką, gdy jego ciotka wyskakuje przez okno? - oburzyła 

się Wioletka.

- Ciotka Józefina, to jasne! - odparł Klaus. Niczym nie przejmowała się tak bardzo 

jak gramatyką. Zawsze powtarzała, że to jej największa radość w życiu, pamiętasz?

background image

- Może i największa, ale jednak za mała - zauważyła smutno Wioletka. - Chociaż tak 

lubiła gramatykę, to jednak uważała swój los za skaranie boskie.

- No   właśnie!   A   to   kolejny   błąd   w   liście   -   wpadł   jej   w   słowo   Klaus.   -   Zamiast 

„skaranie” przez S, napisała „zkaranie” przez Z.

- Sam jesteś skaranie przez S! - krzyknęła Wioletka.

- A ty jesteś głupia przez G! - zrewanżował jej się Klaus.

- Aget! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Nie kłóćcie się!”. Wioletka i 

Klaus   spojrzeli   na   siostrzyczkę,   a   potem   na   siebie   nawzajem.   Gdy   człowiek   jest 

nieszczęśliwy,  często ma chęć unieszczęśliwić innych  wokół siebie, chociaż to nigdy nie 

pomaga.

- Przepraszam cię, Klaus - rzekła potulnie Wioletka. - Ty wcale nie jesteś skaranie 

boskie. Nasza sytuacja to skaranie boskie.

- Wiem - przyznał smutno Klaus. - Ja też cię przepraszam, Wioletko. Wcale nie jesteś 

głupia. Jesteś bardzo mądra. Tak mądra, że, mam nadzieję, wydostaniesz nas jakoś z tych 

tarapatów. Skoro Ciotka Józefina wyskoczyła przez okno, powierzając nas opiece Kapitana 

Szlama, to ja naprawdę nie wiem, co możemy zrobić.

- Na szczęście pan Poe jest w drodze - przypomniała mu Wioletka. - Obiecał przez 

telefon, że przyjedzie tu zaraz z rana, żebyśmy nie musieli za długo czekać. Może on coś 

poradzi.

- Miejmy nadzieję - powiedział Klaus, ale gdy spojrzał siostrom w oczy, wszyscy troje 

westchnęli głęboko. Dobrze wiedzieli, że szansa na to, iż pan Poe coś poradzi, jest nader 

znikoma.   Kiedy   dzieci   mieszkały   jeszcze   u   Hrabiego   Olafa   i   doniosły   panu   Poe   o 

okrucieństwie   opiekuna   -   wcale   im   nie   pomógł.   Kiedy   mieszkały   u   Wujcia   Monty'ego   i 

powiadomiły pana Poe o podstępie Hrabiego Olafa - też wcale im nie pomógł. Wszystko 

wskazywało na to, że i w obecnej sytuacji nie ma co liczyć na pomoc pana Poe.

Ostatnia świeca dopaliła się cienką strużką dymu, a dzieci jeszcze niżej osunęły się w 

krzesłach. Słyszeliście zapewne o tropikalnej roślinie zwanej rosiczką albo muchołówką. jej 

górna część, ze sterczącymi jak zęby kolcami wzdłuż krawędzi, przypomina otwartą paszczę. 

Gdy tylko mucha, przywabiona zapachem kwiatu, siądzie na muchołówce, paszcza zamyka 

się   powoli   i   więzi   owada   w   środku.   Przerażona   mucha   lata   z   głośnym   bzyczeniem   po 

zatrzaśniętym   wnętrzu   paszczy,   ale   nie   może   się   wydostać,   a   roślina   powoli,   powoli 

rozpuszcza i trawi zdobycz, nie zostawiając ani śladu. Gdy ciemność domu zamknęła się 

wokół nich, młodzi Baudelaire'owie poczuli się dokładnie jak ta mucha: uwięzieni w pułapce. 

Nagle zrozumieli, że tragiczny pożar, który zabrał im rodziców, był wlotem do pułapki. Latali 

background image

teraz, bzyczą, z miejsca na miejsce - od domu Hrabiego Olafa w mieście, do domu Wujcia 

Monty'ego   na   wsi,   a   stamtąd   do   domu   Ciotki   Józefiny   nad   jeziorem   -   ale   nieszczęście 

osaczało ich coraz ciaśniej i Baudelaire'om zdawało się, że już niedługo pochłonie ich bez 

śladu.

- Możemy podrzeć ten list - odezwał się w końcu Klaus. - Wtedy pan Poe nie dowie 

się o życzeniu Ciotki Józefiny i nie odda nas pod opiekę Kapitana Szlama.

- Kiedy ja już mu powiedziałam, że Ciotka Józefina zostawiła list - rzekła Wioletka.

- Więc  ucieknijmy   się  do   fałszerstwa   -   zaproponował   Klaus,  używając   określenia, 

które  tu znaczy:  „napisać  coś  i  udawać, że  napisał  to ktoś inny”.  Przepiszemy  wszystko 

oprócz fragmentu o Kapitanie Szlamie.

- Aha! - pisnęło Słoneczko. Było to ulubione słowo Słoneczka i, w przeciwieństwie do 

większości   używanych   przez   nie   słów,   nie   wymagało   tłumaczenia.   Mówiąc   „Aha!”, 

Słoneczko sygnalizowało odkrycie.

- No   jasne!   -   wykrzyknęła   Wioletka.   -   Właśnie   tak   zrobił   Kapitan   Szłam!   To   on 

napisał ten list, a nie Ciotka Józefina!

Oczy Klausa błysnęły spoza okularów.

- To wyjaśnia „skruszoną” przez Z!

- To wyjaśnia „zkaranie boskie”! - dodała Wioletka.

- Lip! - pisnęło  Słoneczko,  co zapewne  miało  znaczyć:  „Kapitan  Szlam  wypchnął 

Ciotkę Józefinę przez okno, a potem napisał ten list dla zatarcia śladu swojej zbrodni”.

- Co za okrutny czyn!  - oburzył  się Klaus i zadrżał, gdyż  wyobraził sobie Ciotkę 

Józefinę wpadającą do jeziora, którego tak się bała.

- Pomyślcie tylko, jak okrutnie postąpi z nami, jeśli w porę nie ujawnimy jego zbrodni 

-   rzekła   Wioletka.   -   Nie   mogę   się   doczekać   przybycia   pana   Poe,   żeby   mu   wszystko 

opowiedzieć.

Jak na zawołanie rozległ się dzwonek u drzwi i cała trójka Baudelaire'ów rzuciła się 

otwierać.   Wioletka   pierwsza   biegła   korytarzem,   zerkając   smutno   na   kaloryfer,   gdyż 

przypomniała sobie, jak bardzo bała się go Ciotka Józefina. Tuż za Wioletka biegł Klaus, 

dotykając   lekko  wszystkich  drzwi   po  kolei,   na  pamiątkę   ostrzeżeń   Ciotki   Józefiny  przed 

rozpryskującymi   się   klamkami.   A   gdy   dotarli   do   głównych   drzwi,   Słoneczko   spojrzało 

smutno na wycieraczkę, na której, zdaniem Ciotki Józefiny, można było skręcić sobie kark. 

Biedna   Ciotka   Józefina,   tak   unikała   wszystkiego,   co   mogłoby   jej   wyrządzić   krzywdę,   a 

jednak krzywda i tak jej nie ominęła.

Wioletka otworzyła drzwi, za którymi, w smętnym blasku poranka, stał pan Poe.

background image

- To pan Poe! - ucieszyła się Wioletka. Chciała natychmiast przedstawić panu Poe 

teorię o fałszerstwie, ale gdy ujrzała go w progu z białą chusteczką w jednej ręce i czarną 

aktówką w drugiej, słowa uwięzły jej w gardle. Łzy to dziwna rzecz, gdyż, podobnie jak 

trzęsienia ziemi i teatrzyki kukiełkowe, mogą przydarzyć nam się wszędzie, bez ostrzeżenia i 

bez   powodu.   -   To   pan   Poe!   -   powtórzyła   Wioletka   i   nagle,   bez   ostrzeżenia,   cała   trójka 

Baudelaire'ów   wybuchnęła   płaczem.   Wioletka   łkała   tak,   że   dygotały   jej   ramiona,   Klaus 

chlipał tak, że okulary mu zjeżdżały z mokrego od łez nosa, a Słoneczko beczało z otwartą 

buzią, demonstrując wszystkie cztery zęby.

Pan Poe odstawił aktówkę i schował chusteczkę. Nie był mistrzem w pocieszaniu, ale 

przytulił dzieci, jak umiał, mamrocząc:

- No już dobrze, no już dobrze - tak jak zazwyczaj  mamrocze się na pocieszenie, 

chociaż wiadomo, że wcale nie jest dobrze.

Pan Poe nie znalazł, co prawda, innych słów pocieszenia dla sierot Baudelaire - ja 

jednak bardzo żałuję, że nie mogę przenieść się w przeszłość i porozmawiać z zapłakaną 

trójką. Gdybym  mógł, powiedziałbym Baudelaire'om, że - podobnie jak trzęsienia ziemi i 

teatrzyki kukiełkowe - łzy przydarzają się człowiekowi nie tylko bez ostrzeżenia, ale i bez 

powodu. Dzieci płakały,  ponieważ były przekonane, że Ciotka Józefina nie żyje. Dlatego 

bardzo chętnie cofnąłbym się w czasie i powiedział im, że się mylą. Lecz jest to, oczywiście, 

niemożliwe. Nie znajduję się o smętnym poranku na szczycie urwiska z widokiem na Jezioro 

Łzawe. Siedzę w swoim pokoju, jest środek nocy, spisuję tę opowieść i wyglądam przez okno 

na cmentarz za domem. Nie mogę zatem powiedzieć Baudelaire'om, że się mylą, ale - w 

chwili gdy sieroty Baudelaire szlochają w objęciach pana Poe - mogę powiedzieć to wam: 

Ciotka Józefina nie umarła. Jeszcze nie.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Pan Poe ze zmarszczonym czołem siadł przy stole i wyjął chusteczkę.

- Fałszerstwo? - powtórzył.

Przed chwilą sieroty Baudelaire pokazały mu wybite okno w bibliotece. Pokazały mu 

także list, który znalazły przypięty pinezką do drzwi. A na koniec pokazały mu wizytówkę z 

błędem ortograficznym.

- Fałszerstwo to bardzo poważne oskarżenie - rzeki pan Poe surowo, po czym wytarł 

nos.

- Nie tak  poważne  jak  morderstwo - zauważył Klaus. - A tego  przede  wszystkim 

dopuścił się Kapitan Szlam. Zamordował Ciotkę Józefinę i sfałszował list.

- Ale czemu ten cały Kapitan Szlam zadawałby sobie aż tyle trudu, żeby dostać was 

pod opiekę? - zdziwił się pan Poe.

- Przecież   już   panu   mówiliśmy   -   odparła   Wioletka,   hamując   zniecierpliwienie.   - 

Kapitan Szlam to naprawdę Hrabia Olaf w przebraniu.

- To są bardzo poważne oskarżenia - powtórzył pan Poe. - Wiem, że macie za sobą 

bardzo   przykre   doświadczenia,   ale   mam   nadzieję,   że   nie   folgujecie   zanadto   fantazji. 

Przypomnijcie sobie, jak mieszkając u Wujcia Monty'ego, wbiliście sobie do głów, że jego 

asystent Stefano to w rzeczywistości przebrany Hrabia Olaf.

- Przecież Stefano to naprawdę był przebrany Hrabia Olaf! - oburzył się Klaus.

- Nie   o   to   chodzi   -   powiedział   pan   Poe.   -   Chodzi   o   to,   że   nie   należy   wyciągać 

pochopnych   wniosków.   Skoro   więc   uważacie,   że   list   jest   sfałszowany,   to   dajmy   spokój 

przebraniom i rozpocznijmy śledztwo. Z całą pewnością w domu znajdzie się jakiś dokument 

napisany przez Ciotkę Józefinę, Porównajmy charakter pisma i sprawdźmy, czy się zgadza.

Sieroty Baudelaire spojrzały po sobie.

- Oczywiście!   -   rzekł   Klaus.   -   jeśli   charakter   pisma   z   listu,   który   znaleźliśmy   na 

drzwiach, nie będzie się zgadzał z pismem Ciotki Józefiny, stanie się jasne, że list napisał ktoś 

inny. Że też sami na to nie wpadliśmy.

Pan Poe uśmiechnął się.

- A widzicie? Bardzo inteligentne z was dzieci, ale nawet najinteligentniejsza osoba na 

świecie potrzebuje czasem pomocy bankiera. Powiedzcie mi teraz, gdzie szukać próbki pisma 

Ciotki Józefiny?

- W kuchni - odparła bez wahania Wioletka. - Gdy wróciliśmy z miasteczka, położyła 

w kuchni listę zakupów.

background image

- Ciuni!   -   pisnęło   Słoneczko,   co   zapewne   miało   znaczyć:   „Chodźmy   do   kuchni 

poszukać!”.

Tak też uczynili. W malutkiej kuchni Ciotki Józefiny piecyk i piekarnik przykryte 

były wielkim białym prześcieradłem - na wszelki wypadek, jak stwierdziła Ciotka Józefina, 

gdy oprowadzała dzieci po domu. Poza tym mieścił się tam blat kuchenny, na którym Ciotka 

Józefina szykowała posiłki, lodówka, w której przechowywała zapasy żywności, oraz zlew, w 

którym zmywała naczynia po ledwie tkniętym jedzeniu. Na końcu blatu leżał świstek papieru 

z listą zakupów, spisaną własnoręcznie przez Ciotkę Józefinę. Wioletka przeszła przez środek 

kuchni i przyniosła go. Wtedy pan Poe zapalił światło, a Wioletka przyłożyła listę zakupów 

do listu pożegnalnego, aby można było stwierdzić, czy charakter pisma się zgadza.

Są   na   świecie   eksperci   i   ekspertki   od   analizy   pisma   odręcznego.   Nazywamy   ich 

grafologami. Uczą się w szkołach grafologicznych, gdzie zdobywają dyplomy z grafologii. 

Myślicie pewnie, że w naszej historii bardzo przydałby się teraz grafolog, zdarzają się jednak 

sytuacje, w których opinia eksperta jest zbędna. Gdyby, na przykład, koleżanka przyszła do 

was ze swoim pieskiem, skarżąc się, że chyba coś z nim jest nie tak, bo nie składa jaj, nie 

musielibyście być weterynarzami, aby jej wyjaśnić, że psy z natury nie składają jaj, więc nie 

ma się czym martwić.

No właśnie. Zdarzają się też pytania tak proste, że każdy umie na nie odpowiedzieć - 

tak  jak w  tej  chwili  pan Poe i  sieroty Baudelaire  umieli  odpowiedzieć  na pytanie:  „Czy 

charakter pisma z listy zakupów zgadza się z charakterem pisma z listu pożegnalnego?”. 

Odpowiedź   brzmiała:   tak.   Na   liście   zakupów   w   słowie   „Winegret”,   czyli   ocet   winny, 

końcówki litery W zwijały się w małe spiralki, i w liście pożegnalnym takie same zakrętasy 

zdobiły końcówki litery W na początku słowa „Wioletko”. Na liście zakupów „Ogórki” miały 

„O” lekko zwichrowane, jak pogięte koło od roweru - takie samo pogięte koło stało w liście 

pożegnalnym na początku słowa „Odchodzę”. Na liście zakupów „i” w słowie „Limonki” 

miało kropkę raczej owalną niż okrągłą - tak samo jak „i” w słowach listu pożegnalnego: „nie 

będzie   mnie   już   na   świecie”.   Nie   było   wątpliwości,   że   to   Ciotka   Józefina   napisała 

własnoręcznie obie notatki, które badał pan Poe wraz z Baudelaire'ami.

- Nie ma chyba wątpliwości, że to Ciotka Józefina napisała własnoręcznie obie notatki 

- stwierdził pan Poe.

- Ale... - zaczęła Wioletka.

- Żadnego ale - przerwał jej pan Poe. - Spójrzcie na te zawijasy przy W. Spójrzcie na 

wykrzywione O. Spójrzcie na kropki nad I. Nie jestem grafologiem, ale głowę daję, że jedno i 

drugie pisała ta sama osoba.

background image

- Ma pan rację - przyznał smętnie Klaus. - Chociaż jestem pewien, że Kapitan Szlam 

maczał w tym palce, list napisała z pewnością Ciotka Józefina.

- A w takim razie jest to dokument, który ma moc prawną - oznajmił pan Poe.

- Czy to znaczy, że musimy się przenieść do Kapitana Szlama? - spytała ze ściśniętym 

sercem Wioletka.

- Obawiam   się,   że   tak   -   odparł   pan   Poe.   -   Testament   osoby   zmarłej   to   oficjalne 

potwierdzenie   jej   woli.   Pozostawaliście   pod   opieką   Ciotki   Józefiny,   więc   miała   prawo 

wyznaczyć   wam   nowego   opiekuna,   zanim   wyskoczyła   przez   okno.   Przyznaję,   że   to 

szokujące, ale najzupełniej zgodne z prawem.

- Nie przeniesiemy się do niego! - zbuntował się Klaus. - To najgorszy człowiek na 

świecie.

- Na pewno zrobi nam coś złego - dodała Wioletka. - On przecież dybie na majątek 

Baudelaire'ów.

- Gind! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Proszę nas nie odsyłać do 

tego okropnego człowieka!”.

- Rozumiem,   że   nie   przepadacie   za   tym,   jak   mu   tam,   Kapitanem   Szlamem   - 

powiedział pan Poe - ale niewiele mogę w tej sprawie poradzić. Niestety, prawo mówi, że 

musicie się do niego przenieść i koniec.

- Uciekniemy - zagroził Klaus.

- Ani mi się ważcie! - wykrzyknął pan Poe. - Wasi rodzice zobowiązali mnie, abym 

otoczył was należytą opieką. Chcecie chyba uszanować wolę rodziców, prawda?

- Tak, oczywiście - odparła Wioletka - ale...

- Więc proszę nie grymasić - uciął pan Poe. - Pomyślcie lepiej, co by powiedzieli 

wasza biedna matka i wasz biedny ojciec, gdyby się dowiedzieli, że grozicie ucieczką od 

prawnego opiekuna.

Rodzice sierot Baudelaire byliby, rzecz jasna, przerażeni, gdyby się dowiedzieli, że 

ich   dzieci   mają   zostać   oddane   pod   opiekę   Kapitanowi   Szlamowi,   zanim   jednak   sieroty 

Baudelaire zdążyły uświadomić to panu Poe, on zmienił temat.

- Sądzę - rzekł - że najprościej będzie spotkać się z Kapitanem Szlamem i omówić 

parę szczegółów. Gdzie jego wizytówka? Zaraz do niego zadzwonię.

- Na stole w jadalni - burknął ponuro Klaus.

Pan Poe wyszedł z kuchni, spiesząc do telefonu, a młodzi Baudelaire'owie jeszcze raz 

spojrzeli na listę zakupów i list pożegnalny Ciotki Józefiny.

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Wioletka. - Byłam pewna, że jesteśmy na 

background image

właściwym tropie, podejrzewając fałszerstwo.

- Ja też - przyznał Klaus. - Uważam, że Kapitan Szlam na pewno maczał w tym palce, 

tylko okazał się jeszcze sprytniejszy niż zwykle.

- Więc i my musimy się okazać sprytniejsi niż zwykle - podsumowała Wioletka - żeby 

jednak przekonać pana Poe, zanim będzie za późno.

- Pan Poe chciał omawiać jakieś szczegóły z Kapitanem Szlamem - powiedział Klaus. 

- Miejmy nadzieję, że zajmie mu to sporo czasu.

- No,   dodzwoniłem   się   do   Kapitana   Szlama   -   oznajmił   pan   Poe,   wkraczając   z 

powrotem   do   kuchni.   -   Był   wstrząśnięty   wiadomością   o   śmierci   Ciotki   Józefiny,   ale 

uszczęśliwiony, że dostaje was na wychowanie. Za pół godziny spotkamy się z nim wszyscy 

na lunchu w restauracji, a po jedzeniu omówimy szczegóły adopcji. Możliwe, że przeniesiecie 

się do niego już dziś wieczorem. Jestem pewien, że ucieszy was szybkie załatwienie sprawy.

Wioletka i Słoneczko, oniemiałe ze zgrozy, wytrzeszczyły oczy na pana Poe. Klaus 

także milczał, chociaż wpatrywał się w coś całkiem innego.

W list Ciotki Józefiny. Skupionym wzrokiem spoza okularów gapił się w niego i gapił, 

bez mrugnięcia okiem. Pan Poe wyjął z kieszeni białą chusteczkę i rozkaszlał się w nią. 

Kaszlał długo i z lubością, co tu znaczy:  „wydzielając znaczne ilości flegmy”.  A sieroty 

Baudelaire wciąż milczały.

- No - wykrztusił wreszcie pan Poe - to ja zadzwonię po taksówkę. Nie będziemy 

przecież schodzić pieszo z tej wielkiej góry. Uczeszcie się ładnie, dzieci, i włóżcie płaszczyki. 

Na dworze jest straszny wiatr i robi się zimno. Zdaje się, że nadciąga burza.

Pan Poe znów wyszedł do telefonu, a Baudelaire'owie powlekli się do swojego pokoju. 

Ale tam, zamiast czesać się i stroić, Wioletka i Słoneczko doskoczyły do Klausa.

- No i co? - spytała Wioletka.

- Co i co? - odpowiedział pytaniem Klaus.

- Nie żadne co i co, tylko mów. Przecież coś wymyśliłeś. Widziałam, że tak. Czytałeś 

po raz nie wiem który list Ciotki Józefiny i miałeś taką minę, jakbyś właśnie coś wymyślił, 

Więc mów, co.

- Nie jestem pewien... - mruknął Klaus, ponownie przebiegając list wzrokiem. - Coś 

tam zacząłem kombinować. Coś, co może nam pomóc. Ale potrzebuję więcej czasu.

- Kiedy my w ogóle nie mamy czasu! - zdenerwowała się Wioletka. - Idziemy na 

lunch z Kapitanem Szlamem, i to już!

- Musimy jakoś zyskać na czasie - oświadczył twardo Klaus.

- Dzieci, pospieszcie się! - zawołał z dołu pan Poe. - Za chwilę przyjedzie taksówka! 

background image

Ubierajcie się i wychodzimy!

Wioletka   westchnęła,   ale  podeszła  do  szały  i  wyjęła   z  niej   płaszczyki  wszystkich 

trojga. Podała Klausowi jego okrycie i zaczęła napinać płaszczyk Słoneczku.

- Jakim sposobem mamy zyskać na czasie? - spytała brata.

- Ty tu jesteś od wynalazków - odparł Klaus, zapinając się pod szyję.

- Ale  takiego czegoś  jak  czas  nie  da  się  wynaleźć  -  rzekła  Wioletka.   - Wynaleźć 

można  automobil albo automat do prażenia kukurydzy. Wynaleźć  można napędzane parą 

wodną wycieraczki do szyb. Ale nie da się wynaleźć dodatkowego czasu.

Wioletka była tak pewna niemożności wynalezienia dodatkowego czasu, że nawet nie 

związała   włosów   wstążką,   aby   nie   leciały   jej   do   oczu.   Z   wielkim   rozczarowaniem   i 

zdumieniem spojrzała tylko na Klausa, po czym też zaczęta zapinać płaszcz. I nagle, przy 

kolejnym guziku, uprzytomniła sobie, że nie musi nawet związywać  włosów wstążką, bo 

rozwiązanie problemu ma już przy sobie.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Witam,   jestem   kelnerem,   na   imię   mam   Larry   -   przedstawił   się   Larry,   kelner 

obsługujący   sieroty   Baudelaire.   Był   to   mały,   chudy   człowieczek,   ubrany   w   głupkowaty 

kostium klauna z przypiętą  do piersi plakietką: LARRY - Witajcie  w restauracji Smutny 

Klaun, gdzie każdy bawi się fantastycznie, czy tego chce, czy nie chce. Widzę, że państwo 

przyszli na lunch całą rodzinką, więc pozwolę sobie polecić Ekstra Przystawkę Kupa Śmiechu 

- Zestaw Familijny. To smażona mieszanka rozmaitości z sosem.

- Fantastyczny   pomysł   -   wyszczerzył   się   Kapitan   Szlam,   demonstrując   garnitur 

pożółkłych zębów. - Ekstra Przystawka Kupa Śmiechu - Zestaw Familijny to ekstra pomysł, 

w sam raz dla specjalnej familii - dla mojej familii.

- Ja dziękuję, poproszę tylko o wodę - powiedziała Wioletka.

- Dla  mnie  też  woda  - zawtórował  jej   Klaus. -  I szklanka   kostek  lodu  dla  naszej 

siostrzyczki.

- A ja poproszę kawę ze śmietanką w proszku - rzekł pan Poe.

- Wykluczone, panie Poe - zaprotestował Kapitan Szlam. - My dwaj zamówimy sobie 

na spółkę butelkę czerwonego wina.

- Dziękuję, Kapitanie Szlam. Nie pijam alkoholu w godzinach pracy.

- Ale dziś jest specjalna okazja! - wykrzyknął Kapitan Szlam. - Musimy wznieść toast 

za pomyślność moich nowych dzieci. Nie codziennie zostaje się ojcem.

- Za pozwoleniem, Kapitanie - przerwał pan Poe. - Serce rośnie, że z taką radością 

przystępuje pan do opieki nad dziećmi, ale proszę zrozumieć, że dzieci są mocno poruszone 

śmiercią Ciotki Józefiny.

Jest taka jaszczurka, nazywa się kameleon, która, jak wam zapewne wiadomo, potrafi 

na zawołanie zmienić kolor, dostosowując się do swego otoczenia. Kapitan Szlam - typ śliski 

i   zimnokrwisty   -   przypominał   właśnie   kameleona,   to   znaczy:   „umiał   wtopić   się 

niepostrzeżenie w każde otoczenie”. Od chwili gdy pan Poe z sierotami Baudelaire stawili się 

w restauracji Smutny Klaun, Kapitan Szlam nie umiał ukryć szalonego zadowolenia z tego, że 

ma już dzieci prawic w garści. Lecz gdy tylko pan Poe uświadomił mu, że okoliczności 

spotkania są w gruncie rzeczy bardzo smutne, natychmiast zmienił ton na żałobny.

- Ja także jestem poruszony - rzekł, ocierając zasłonięte przepaską oko. - Józefina była 

jedną z moich najstarszych i najdroższych przyjaciółek.

- Przecież   poznał   ją   pan   dopiero   wczoraj   -   zauważył   Klaus.   -   Przy   straganie   z 

warzywami.

background image

- I mnie zdaje się, że to było dopiero wczoraj.,. - westchnął Kapitan Szlam - ... chociaż 

w   istocie   poznaliśmy   się   wiele   lal   temu.   Uczęszczaliśmy   razem   do   szkoły   kucharskiej. 

Dzieliliśmy nawet wspólny piekarnik na Kursie Pieczenia dla Zaawansowanych.

- Nie   dzieliliście   żadnego   piekarnika!   -   oburzyła   się   Wioletka,   zdegustowana 

łgarstwami Kapitana Szlama. - Ciotka Józefina panicznie bała się używać piekarnika. Nigdy 

w życiu nie poszłaby do szkoły kucharskiej.

- Niebawem zostaliśmy przyjaciółmi - ciągnął jak gdyby nigdy nic Kapitan Szlam - i 

pewnego dnia Józefina powiedziała do mnie tak: „Jeśli kiedyś zaadoptuję sieroty i spotka 

mnie   nagła   śmierć,   obiecaj,   że   zajmiesz   się   w   moim   zastępstwie   wychowaniem   dzieci”. 

Obiecałem,   oczywiście,   nie   przypuszczając   nawet,   że   przyjdzie   mi   kiedyś   dotrzymać 

przyrzeczenia.

- Co za przykra historia - odezwał się Larry, a wszyscy odwrócili się i dopiero wtedy 

zauważyli, że kelner wciąż stoi za ich plecami. - Nie wiedziałem, że to taka smutna okazja. W 

takim razie pozwolą państwo, że polecę im Cheeseburgery Rozweselające. Mają na wierzchu 

uśmiechnięte buźki z marynat, musztardy i keczupu - gwarantuję, że każde z państwa też się 

zaraz uśmiechnie.

- To chyba niezły pomysł - stwierdził Kapitan Szlam. - Proszę podać Cheeseburgery 

Rozweselające dla wszystkich, Larry.

- Już się robi! - rzeki kelner i nareszcie się ulotnił.

- Tak, tak - powiedział pan Poe - a kiedy już zjemy, poproszę pana, Kapitanie Szlam, o 

podpisanie kilku bardzo ważnych dokumentów. Mam je tu w teczce, przejrzymy wszystko 

razem po obiedzie.

- I wtedy dzieci będą moje? - upewnił się Kapitan Szlam.

- Dostanie   je   pan   pod   opiekę,   owszem   -   uściślił   pan   Poe.   -   Jednak   majątek 

Baudelaire'ów   pozostanie   pod   moim   nadzorem   do   czasu   osiągnięcia   pełnoletności   przez 

Wioletkę.

- Jaki majątek? - zdziwił się Kapitan Szlam, a jego brew podjechała do góry. - Nic nie 

wiem o żadnym majątku.

- Duna! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Akurat! Nic nie wie!”.

- Państwo   Baudelaire   -   wyjaśnił   pan   Poe   -   zostawili   wielki   spadek,   który   dzieci 

odziedziczą z chwilą dojścia Wioletki do pełnoletności.

- Mnie ich majątek nie interesuje - oświadczył Kapitan Szlam. - Mam swoje żaglówki. 

A z tego spadku nie tknąłbym ani pensa.

- Tym lepiej - rzekł pan Poe - bo i tak nie wolno panu tknąć z niego ani pensa.

background image

- To się jeszcze okaże - burknął pod nosem Kapitan Szlam.

- Słucham? - spytał pan Poe.

- Oto Cheeseburgery Rozweselające dla państwa! - zaśpiewał Larry, stając przy stole z 

tacą, na której piętrzyły się ociekające tłuszczem, nie - apetyczne dania. - Życzę państwu 

smacznego.

Jak   większość   restauracji   udekorowanych   neonami   i   balonikami,   Smutny   Klaun 

karmił podle.

Ale jako że sieroty nie jadły nic od rana, a ciepłych potraw nie miały w ustach od 

wielu dni, więc chociaż były smutne i zdenerwowane, apetyty dopisywały im, że hej. Po kilku 

chwilach   milczenia   pan   Poe   zaczął   snuć   bardzo   nudną   opowieść   o   czymś,   co   ostatnio 

zdarzyło się w banku. Pan Poe tak byt pochłonięty swoim monologiem, Klaus i Słoneczko tak 

pilnie   udawali   zainteresowanych   opowieścią,   a   Kapitan   Szlam   Z   takim   zapamiętaniem 

pałaszował   swoją   porcję,   że   nikt   z   nich   nie   zauważył,   co   porabia   Wioletka.   Wkładając 

płaszczyk dla ochrony przed wiatrem, gdy wychodzili z domu, Wioletka odkryła w kieszeni 

twardy pakuneczek. Była to torebka miętówek, które w dniu przyjazdu nad Jezioro Łzawe 

ofiarował dzieciom pan Poe - i właśnie ona podsunęła Wioletce pewien pomysł. Korzystając z 

tego, że pan Poe ględzi i ględzi, Wioletka bardzo ostrożnie wyciągnęła torebeczkę miętówek z 

kieszeni płaszcza i otworzyła ją. Rozczarowała się nieco, ujrzawszy w środku miętówki w 

oddzielnych celofanowych papierkach. Zaraz jednak, ukrywając ręce pod stołem, rozwinęła 

trzy   cukierki,   pieczołowicie   -   „pieczołowicie”   znaczy   tu:   „bardzo   starannie”   -   unikając 

szeleszczenia papierkami, które tak nas zawsze denerwuje w kinie albo w teatrze. Udało się: 

na   serwetce   okrywającej   kolana   Wioletki   leżały   teraz   trzy   rozpakowane   miętówki.   Nie 

zwracając  na siebie  uwagi, Wioletka  położyła  po jednym  cukierku  na kolanach Klausa i 

Słoneczka. Gdy młodsi Baudelaire'owie  poczuli, że coś im spadło na kolana, i zobaczyli 

miętówki, pomyśleli z początku, że ich najstarsza siostra zbzikowała. Zaraz jednak połapali 

się, o co chodzi.

Gdy jest się na coś uczulonym, najlepiej nie brać tego czegoś do ust, zwłaszcza jeśli 

tym   czymś   jest   kot.   Ale   Wioletka,   Klaus   i   Słoneczko   wiedzieli,   że   są   w   sytuacji 

podbramkowej.   Musieli   jakoś   zyskać   na   czasie,   aby   przejrzeć   plan   Kapitana   Szlam   a   i 

spróbować mu zapobiec, więc chociaż wywołanie reakcji alergicznej jest dość drastyczną 

metodą zyskiwania na czasie, był to jedyny sposób, jaki wymyślili. Korzystając z nieuwagi 

dorosłych, cała trójka włożyła miętówki do ust i zastygła w oczekiwaniu.

Alergia,   na   którą   cierpieli   Baudelaire'owie,   znana   jest   z   tego,   że   objawia   się 

błyskawicznie, toteż sieroty nie musiały długo czekać. Po paru minutach Wioletka poczuła 

background image

pierwsze swędzenie czerwonej wysypki, Klausowi zaczął puchnąć język, a Słoneczko - które, 

oczywiście, nigdy przedtem nie próbowało miętówki - dostało i wysypki, i obrzęku języka.

Pan Poe skończył wreszcie opowiadać swoją historię i dopiero wtedy dostrzegł, w 

jakim stanie są dzieci.

- Ojej, dzieci! - zdumiał się. - Jak wy strasznie wyglądacie! Wioletko, jesteś cała w 

czerwonych wypryskach! Klausie, język nie mieści ci się w buzi! A ty, Słoneczko, masz i to, i 

to!

- Widocznie potrawa zawierała coś, na co jesteśmy uczuleni - stwierdziła Wioletka.

- Mój Boże - zmartwił się pan Poe, obserwując, jak wyprysk na ramieniu Wioletki 

osiąga wielkość i konsystencję gotowanego na twardo jaja.

- Bardzo źle się czuję - powiedziała Wioletka, a Słoneczko zaczęło wyć na całe gardło. 

- Zdaje mi się, że powinniśmy pojechać do domu i położyć się, proszę pana.

- Wystarczy, jak posiedzicie chwilę tutaj, zaraz wam przejdzie - oświadczył surowym 

tonem Kapitan Szlam. - Kto to widział, odchodzić od stołu w połowie obiadu?

- Dzieci są bardzo chore, Kapitanie Szlam - zaprotestował pan Poe. - Wioletka ma 

rację. Proszę mi pomóc: ureguluję rachunek i obaj odwieziemy dzieci do domu.

- Nie, nie, nie trzeba - zaprotestowała szybciutko Wioletka. - Złapiemy taksówkę. A 

panowie niech tu zostaną i spokojnie omówią wszystkie szczegóły.

Kapitan Szlam spojrzał przenikliwie na Wioletkę swym jedynym okiem.

- Samych was nie wypuszczę, nie ma mowy - rzeki ponuro.

- Faktycznie, mamy przed sobą sporo papierkowej roboty - zasępił się pan Poe. Patrzył 

przy tym łakomie na swój pełny talerz i widać było wyraźnie, że nie pali się do opuszczenia 

restauracji dla ratowania chorych dzieci. - Przecież nie zostawimy dzieci na długo.

- Nasze alergie mają dość łagodny przebieg - dodała, zgodnie z prawdą, Wioletka, 

drapiąc jeden z licznych wyprysków. Wstała od stołu i skierowała się ku wyjściu, a za nią brat 

i  siostra,  oboje   ze  spuchniętymi   językami.  -  Poleży  - my  godzinkę  lub  dwie,  a  panowie 

tymczasem zjedzą sobie spokojnie lunch. A kiedy pan Kapitan Szlam podpisze wszystkie 

dokumenty, może po prostu po nas przyjechać.

W   odkrytym   oku   Kapitana   Szlama   zalśnił   błysk,   jakiego   Wioletka   jeszcze   nie 

widziała.

- Nie omieszkam - zapewnił. - Przyjadę po was bez zwłoki.

- Do zobaczenia, dzieci - rzekł pan Poe. - Mam nadzieję, że zaraz poczujecie się lepiej. 

A wie pan, Kapitanie Szlam, że w banku też mamy osobę, która cierpi na ostrą alergię. 

Któregoś dnia, pamiętam...

background image

- Już wychodzicie? - zdziwił się Larry, widząc, że trójka dzieci dopina płaszczyki.

Na dworze wiało coraz mocniej i zaczynało mżyć r - znak, że huragan Herman zbliżał 

się do Jeziora Łzawego. Mimo to trójka dzieci z radością opuściła Smutnego Klauna, i to nie 

tylko dlatego, że ta wulgarna knajpa - „wulgarna” znaczy tutaj: „pełna balonów, neonów i 

nachalnych   kelnerów”   -   pełna   była   balonów,   neonów   i   nachalnych   kelnerów.   Młodzi 

Baudelaire'owie wiedzieli, że udało im się zdobyć odrobinę dodatkowego czasu i że muszą 

teraz wykorzystać każdą sekundę.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Trudno zwykle zrozumieć, co mówi ktoś, komu na skutek alergii spuchł język.

- Bla bla bla bla bla - mówił Klaus, gdy trójka dzieci wysiadła z taksówki i ruszyła ku 

oskrobanym białym drzwiom domu Ciotki Józefiny.

- Nie rozumiem, co mówisz - powiedziała Wioletka, drapiąc się po bąblu na szyi, 

który kształtem dokładnie przypominał mapę stanu Minnesota.

- Bla bla bla bla bla - powtórzył Klaus; możliwe zresztą, że powiedział coś innego, nie 

mam zielonego pojęcia.

- Nie szkodzi, nie szkodzi - uspokoiła go Wioletka, otwierając drzwi i wpuszczając 

rodzeństwo   do   środka.   -   Teraz   masz   czas   pokombinować   dalej   nad   tym,   co   sobie 

kombinowałeś.

- Bla bla bla - wybełkotał Klaus.

- Dalej nie rozumiem - stwierdziła Wioletka. Zdjęła płaszczyk Słoneczka, potem swój, 

i   oba   rzuciła   na   podłogę.   Na   ogół,   oczywiście,   wiesza   się   płaszcze   na   wieszaku   w 

przedpokoju   lub   w   szafie,   ale   swędzące   wysypki   bywają   tak   dokuczliwe,   że   człowiek 

przestaje dbać o podobne szczegóły. - Przypuszczam, Klaus, że zgadzasz się ze mną. A teraz, 

o   ile   mnie   chwilowo   nie   potrzebujesz,   przygotuję   Słoneczku   i   sobie   kąpiel   z   sodą 

oczyszczoną, żeby pozbyć się wysypki.

- Bla! - bełkolnęło Słoneczko. Chciało pisnąć „Gans!”, co znaczyłoby zapewne: „To 

świetnie, bo nie mogę już wytrzymać z tą wysypką!”.

- Bla! - potwierdził Klaus, energicznie kiwając głową, po czym pędem oddalił się 

korytarzem. Klaus nie zdjął płaszcza, ale wcale nie dlatego, że nie dokuczała mu swędząca 

wysypka, tylko dlatego, że wybierał się do zimnego pomieszczenia.

Gdy otworzył drzwi biblioteki, zdumiał się, jak wielkie zaszły tam zmiany. Wicher 

nadciągającego huraganu wymiótł z framugi resztki szyby, więc deszcz wsiąkał w wygodne 

fotele Ciotki Józefiny, znacząc na nich rozrastające się ciemne plamy Przeciąg porwał z pólek 

parę książek i cisnął pod okno, gdzie nasiąkały wodą. Niewiele jest smutniejszych widoków 

na świecie niż widok zniszczonej książki, ale Klaus nie miał czasu na smutki. Wiedział, że 

Kapitan Szlam postara się jak najprędzej przyjechać po niego i siostry, więc trzeba szybko 

siadać do roboty. Na początek Klaus wyjął z kieszeni list Ciotki Józefiny i rozpostarł go na 

stole, przyciskając książkami, aby wicher nie porwał kartki. Potem przeszedł szybko wzdłuż 

regałów, patrząc po grzbietach książek w poszukiwaniu odpowiednich tytułów; Wybrał trzy 

tomy:  Podstawowe   zasady   ortografii   i   interpunkcji,   Słownik   przysłów   i   porzekadeł  oraz 

background image

Słownik poprawnej pisowni wszystkich wyrazów, które kiedykolwiek istniały. Każda z książek 

była pękata jak melon i Klaus ugiął się pod ich ciężarem, dźwigając wszystkie trzy tomy 

naraz. Z donośnym PACH! opuścił je na stół.

- Bla bla bla, bla bla bla - mamrotał po nosem, aż znalazł wreszcie pióro i wziął się do 

roboty Biblioteka to na ogół świetne miejsce do pracy popołudniami, lecz nie wtedy gdy sala 

biblioteczna ma wybite okno, a od jeziora nadciąga huragan. W miarę jak wiatr się oziębiał, a 

deszcz nasilał, w pomieszczeniu robiło się coraz mniej przyjemnie. Klaus jednak wcale na to 

nie zważał. Wertował księgę po księdze, sporządzając obfite notatki, i tylko co pewien czas 

robił   przerwę,   aby   zakreślić   kółeczkiem   jakiś   fragment   listu   Ciotki   Józefiny   Na   dworze 

zaczęło grzmieć,  a z każdym  grzmotem  trząsł się cały dom, lecz Klaus nadal  przerzucał 

stronice   podręczników   i   notował.   Wreszcie,   gdy   niebo   rozdarły   pierwsze   błyskawice, 

zakończył pracę i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w list, marszcząc mocno brwi. A potem 

napisał pod tekstem Ciotki Józefiny dwa słowa. Był tak pochłonięty tym, co robi, że gdy 

Wioletka ze Słoneczkiem weszły do biblioteki i zawołały go po imieniu, omal nie spadł z 

krzesła.

- Bla ble ble, zaskoblełyście mnie! - krzyknął piskliwie. Serce waliło mu jak oszalałe, 

ale język byt trochę mniej spuchnięty.

- Przepraszamy - powiedziała Wioletka. - Nie chciałyśmy cię zaskoczyć.

- Bla ble ble, jak tam kąpiel z blodą? - spytał Klaus.

- Niestety - odparła Wioletka - nie mogłyśmy wziąć kąpieli z sodą, bo Ciotka Józefina 

nie miała w domu ani szczypty sody. Przecież nigdy nie używała piekarnika do pieczenia 

ciast. Wzięłyśmy zwyczajną kąpiel. Ale to nieważne, Klaus. Powiedz lepiej, co ty robiłeś 

tymczasem w tej lodowni? Co znaczą te kółeczka na liście Ciotki Józefiny?

- Bludiowałem gramatykę - odparł Klaus, wskazując książki.

- Bla?   -   pisnęło   z   oburzeniem   Słoneczko.   Chciało   chyba   powiedzieć:   „Gla?”,   co 

znaczyłoby pewnie: „Jak możesz tracie cenny czas na studiowanie gramatyki?”.

- Blo zblaje mi się, że Józefina zostawiła nam w tym liście jakąś bladomość - wyjaśnił 

Klaus.

- Owszem, że jest nieszczęśliwa i rzuca się z okna - powiedziała Wioletka, drżąc z 

zimna. - Jaka tu jeszcze może być wiadomość?

- Za dużo blandów - stwierdził Klaus. - Ciotka Józefina uwielbiała gramatykę i nigdy 

nie zrobiłaby tylu blandów bez blażnego powodu. No i tym się blaśnie zajmowałem: liczyłem 

blandy.

- Bla - odezwało się Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Proszę cię, mów dalej, 

background image

Klaus”.

Klaus starł parę kropli deszczu z okularów i zajrzał w swoje notatki.

- O   nieprawidłowym   użyciu   Z   zamiast   S   w   blagłówku   już   mówiliśmy.   To   biało 

pewnie ściągnąć naszą uwagę. Patrzcie dalej. „Claus” przez C.

- Tak się pisze w niektórych językach zauważyła Wioletka.

- Dalej jest „szukam ucieczkę”, o tym też już mówiliśmy - ciągnął Klaus.

- No dobrze, mamy więc „zkruszoną”, „Clausa” i „szukam ucieczkę”. Ale dla mnie na 

razie nic z tego nie wynika - stwierdziła Wioletka.

- Dla mnie na blazie też nie - kiwnął głową Klaus. - Ale idźmy dalej „Los wdowy to 

zkaranie boskie”. O „zkaraniu boskim” mówiliśmy aż za dużo. Potem mamy „buagam” - 

zblawdziłem w Słowniku poprawnej pisowni wszystkich wyrazów, które kiedykolwiek istniały,  

ale nie dopuszcza on takiej pisowni czasownika „błagam”.

- „Skruszona”, „Klaus”, „ucieczki”, „błagam”... - wyliczyła Wioletka. - To się i tak nie 

składa w żadną wiadomość.

- Blaj mi skończyć - powiedział Klaus. - Bo znalazłem jeszcze więcej blandów. W 

słowie „despercki” brakuje A: powinno być „desperacki”. Dalej: „powieje prozą” - niby do 

sensu,   a   bez   sensu.   Według  Słownika   przysłów   i   porzekadeł,  „proza   życia”   to   „nudna 

codzienność”. Czyżby Józefina zabliczała skok z okna do zachowań nudnych i codziennych? 

Na pewno chciała napisać: „powieje grozą”.

- Koik!   -   pisnęło   Słoneczko,   co   miało   znaczyć:   „W   głowie   mi   się   kręci   od   tego 

wszystkiego!”.

- Mnie   też,   Słoneczko   -   przyznała   Wioletka,   podnosząc   siostrzyczkę   z   podłogi   i 

sadzając na stole. - Ale dajmy Klausowi dokończyć.

- Jeszcze tylko bly - obiecał Klaus, podnosząc w górę trzy palce. - Jedno zablawne 

przejęzyczenie: „powieszam” zamiast „powierzam”, i brak niektórych liter w dwóch słowach: 

zamiast „sobie” powinno być „osobie”, a zamiast „Kapina” - „Kapitana”. Trzy blupie błędy w 

jednym zdaniu, jakby z pośpiechu.

- I co z tego? - zniecierpliwiła się Wioletka. - O czym miałyby świadczyć te wszystkie 

błędy?

Klaus uśmiechnął się i wskazał palcem dwa słowa, które wypisał pod listem.

- Skisła Grota - odczytał na głos.

- Skisła sio? - spytało Słoneczko, mając na myśli: „Skisła co?”.

- Skisła  Grota  -  powtórzył  Klaus.  -  Gdy   ustawimy  kolejno  wszystkie  litery,  które 

korygują błędy w liście, otrzymamy ten właśnie napis.

background image

Spójrzcie: „skruszona” - S, „Klausie” - K, „ucieczki” - I, „skaranie” - S, „błagam” - Ł, 

„desperacki”  - A, „grozą” - G, „powierzam” - R, „osobie” - O, „Kapitana” - TA. Czyli 

właśnie SKISŁA GROTA. Widzicie? Ciotka Józefina specjalnie narobiła błędów. Przekazała 

nam w ten sposób wiadomość, a wiadomość ta brzmi: Skisła...

Silny   podmuch,   który   wpadł   do   środka   przez   dziurę   po   oknie,   przerwał   wywód 

Klausowi i wstrząsnął całą biblioteką jak marakasem - marakasy to grzechoczące instrumenty 

perkusyjne,   używane   w   krajach   Ameryki   Południowej.   W   nagłym   porywie,   który  omiótł 

bibliotekę,  zadrżały dziko  wszystkie  sprzęty. Stołki i  podnóżki powywracały  się do góry 

nogami. Regały zadygotały tak gwałtownie, że co cięższe księgi ze zbiorów Ciotki Józefiny 

wystrzeliły z półek prosto w kałuże wody na podłodze. A sierotami Baudelaire wiatr cisnął 

bezceremonialnie o parkiet - dokładnie w chwili, gdy ciemniejące niebo przecięta błyskawica.

- Uciekajmy stąd! - Wioletka, przekrzykując burzę, chwyciła brata i siostrzyczkę za 

ręce.   Wiatr   w   bibliotece   dął   z   taką   siłą,   że   droga   do   drzwi   zdawała   się   Baudelaire'om 

wspinaczką na wysoką górę. Zdyszani, zamknęli wreszcie drzwi za sobą z drugiej strony. 

Stali w korytarzu i dygotali.

- Biedna Ciotka Józefina - powiedziała Wioletka. - Jej biblioteka jest zrujnowana.

- Ale ja muszę tam wrócić - rzekł Klaus, powiewając listem. - Na razie znamy tylko 

treść wiadomości: „Skisła Grota”, a co z niej wynika - tego możemy się dowiedzieć tylko w 

bibliotece.

- Ale nie w tej - zauważyła Wioletka. - W tej były przecież same książki o gramatyce. 

A my potrzebujemy książek o Jeziorze Łzawym.

- Dlaczego właśnie o nim?

- Bo założę się z tobą, o co chcesz, że Skisła Grota mieści się nad Jeziorem Łzawym - 

odparła Wioletka. - Pamiętasz, jak Ciotka Józefina mówiła nam, że zna każdą wysepkę na 

tym jeziorze i każdą jego przybrzeżną grotę? Na pewno musi tam być i Skisła Grota.

- Ale po co Ciotka Józefina pisałaby nam szyfrem o jakiejś grocie? - spytał Klaus.

- Tak się przejąłeś rozszyfrowywaniem listu, że przegapiłeś najważniejszy sygnał - 

powiedziała Wioletka. - Ciotka Józefina żyje! Tylko chce, żeby wszyscy myśleli, że umarła. 

A nam przesłała wiadomość, że się ukrywa. Musimy tylko znaleźć jej książki o Jeziorze 

Łzawym i dowiedzieć się z nich, gdzie leży Skisła Grota.

- Czyli   najpierw   trzeba   wytropić   książki   -   podsumował   Klaus.   -   Mówiła   nam,   że 

specjalnie je schowała, pamiętasz?

Słoneczko   piskiem   potwierdziło,   że   pamięta,   lecz   straszny   grzmot   zagłuszył   jego 

głosik.

background image

- Pomyślmy... - zastanowiła się Wioletka. - Gdzie można schować rzecz, na którą nie 

chce się patrzeć?

Sieroty Baudelaire umilkły i zaczęły sobie przypominać wszystkie miejsca, w których 

chowały różne rzeczy, aby nie patrzeć na nie, w czasach gdy jeszcze mieszkały w domu z 

rodzicami.   Wioletka   pomyślała   o   automatycznych   organkach,   które   sama   wynalazła: 

wydawały tak przeraźliwe dźwięki, że schowała nieszczęsny wynalazek, aby nie przypominał 

jej stale o porażce. Klaus pomyślał o książce opisującej wojnę francusko - - pruską: była tak 

trudna, że schował ją, aby mu stale nie przypominała, że nie dorósł jeszcze do takiej lektury. 

A   Słoneczko   pomyślało   o   kamyku,   któremu   nie   dało   rady   nawet   swoim   najostrzejszym 

zębem: szczęka tak je rozbolała od ponawianych prób, że w końcu schowało kamyk. Wszyscy 

troje świetnie pamiętali, gdzie ukryli niemile przedmioty.

- Pod łóżkiem - powiedziała Wioletka.

- Pod łóżkiem - potwierdził Klaus.

- Sika it - przytaknęło im Słoneczko.

A potem cała trójka bez słowa pognała korytarzem do pokoju Ciotki Józefiny Na ogół 

niegrzecznie jest wchodzić do cudzego pokoju bez pukania, lecz można zrobić wyjątek, gdy 

chodzi  o pokój osoby zmarłej  lub udającej  zmarłą.  Baudelaire'owie  weszli  tam więc  bez 

pukania. Pokój Ciotki Józefiny byt podobny do ich pokoju, z ciemnoniebieską kapą na łóżku i 

stertą   pustych   puszek   w   kącie.   Małe   okienko   wychodziło   na   zalewany   deszczem   szczyt 

urwiska, a przy łóżku piętrzyły się nowe książki gramatyczne, do których Ciotka Józefina 

jeszcze nie zdążyła zajrzeć i których, mówię wam to z żalem, nigdy już nie miała przeczytać. 

Ale dla dzieci jedynym interesującym fragmentem pokoju było miejsce pod łóżkiem, uklękły 

więc, aby tam zajrzeć.

Wyglądało na to, że Ciotka Józefina miała w domu mnóstwo rzeczy, na które nie 

chciała już  patrzeć. Pod łóżkiem stały garnki i patelnie, na które nie chciała patrzeć, bo 

przypominały   jej   o   kuchence   gazowej.   Obok   leżały   wyjątkowo   ohydne   skarpetki,   które 

dostała od kogoś w prezencie: rzeczywiście nie można było na nie patrzeć. Baudelaire'owie 

zauważyli też ze smutkiem oprawną w ramki fotografię poczciwego mężczyzny: trzymał w 

dłoni   garść   krakersów,   a   usta   miał   złożone   w   ryjek,   jakby   gwizdał.   Był   to   Ike. 

Baudelaire'owie domyślili się, że Ciotka Józefina schowała jego fotografię pod łóżkiem, gdyż 

widok zmarłego męża był dla niej zbyt smutny. A za jednym z największych garnków leżał 

stos książek, który sieroty błyskawicznie wyciągnęły spod łóżka.

Wioletka odczytała pierwszy tytuł z góry:

Przypływy Jeziora Łzawego. Tu chyba nic nie znajdziemy.

background image

Dno Jeziora Łzawego - odczytał następny tytuł Klaus. - Też na nic.

Pstrąg Łzawy - odczytała Wioletka.

Dzieje Doku Damoklesa i okolic - odczytał Klaus.

Iwan Łzawy badacz jeziora - odczytała Wioletka.

Skąd się bierze woda - odczytał Klaus.

Atlas Jeziora Łzawego - odczytała Wioletka.

- Atlas? Fantastycznie! - krzyknął Klaus. - Mamy zbiór map!

Za oknem przeleciała błyskawica i deszcz wzmógł się, bębniąc w dach, jakby ktoś 

obrzucał dom szklanymi  kulkami. Baudelaire'owie  bez dalszego gadania otworzyli  atlas i 

zaczęli wertować stronę po stronie. Studiowali kolejne mapy. ale na żadnej nie zauważyli 

Skisłej Groty.

- Ten   atlas   ma   aż   czterysta   siedemdziesiąt   osiem   stron!   -   przeraził   się   Klaus, 

sprawdzając numer ostatniej strony. - Będziemy szukać Skisłej Groty przez sto lat!

- Nie mamy tyle czasu - zauważyła trzeźwo Wioletka. - Kapitan Szlam na pewno już 

jest w drodze. Zajrzyj do indeksu na końcu atlasu. Sprawdź pod „Skisła”.

Klaus zajrzał więc do indeksu, który, jak wam zapewne wiadomo, jest alfabetycznym 

spisem   wszystkich   nazw   zawartych   w   książce,   z   podaniem   numerów   stron,   na   których 

występują.   Klaus   jechał   palcem   z   góry   na   dół   przez   wszystkie   słowa   na   S,   mamrocząc 

półgłosem:

- Salonowa Wyspa, Sforne Urwisko, Sielankowa Zatoka, Skisła Grota - jest! Skisła 

Grota,   strona   sto  cztery.   -  Klaus   błyskawicznie   odszukał   właściwą   stronę  i   zaczął   badać 

szczegółową mapę. - Skisła Grota, Skisła Grota, gdzie ona może być?

- Tutaj! - Wioletka wskazała palcem kropeczkę podpisaną Skisła Grota. - Dokładnie 

naprzeciwko Doku Damoklesa, nieco na zachód od Lawendowej Latarni. Pędźmy tam!

- Pędźmy? - powtórzył Klaus. - A jak dostaniemy się na drugą stronę jeziora?

- Psotnym Promem, oczywiście - odparła Wioletka, wskazując kropkowaną linię na 

mapie. - Spójrz: prom dopływa aż do Lawendowej Latarni. Musimy tylko dojść do Doku 

Damoklesa.

- Pieszo? Do Doku Damoklesa? W takim deszczu? - stropił się Klaus.

- Nie ma innej rady - odparła Wioletka. - Musimy udowodnić, że Ciotka Józefina 

jeszcze żyje, bo inaczej dopadnie nas Kapitan Szlam.

- Miejmy tylko nadzieję, że ona jeszcze... - Klaus zamilkł nagle i wskazał palcem 

przez okno. - Patrzcie!

Wioletka i Słoneczko spojrzały. Okno Ciotki Józefiny wychodziło na szczyt urwiska: 

background image

widać było przez nie jedną z pająkowatych metalowych podpór, które powstrzymywały dom 

Ciotki Józefiny przed upadkiem w jezioro. Sieroty zauważyły, że podpora znacznie ucierpiała 

wskutek   dzikiego   sztormu.   W   jednym   miejscu   widniał   wielki   czarny   ślad   spalenizny   - 

niewątpliwie po błyskawicy - a całość była koślawo wygięta przez wicher. Burza szalała w 

najlepsze, a sieroty patrzyły ze zgrozą, jak podpora coraz bardziej rozpaczliwie czepia się 

urwiska.

- Tafka! - pisnęło Słoneczko, co znaczyło: „Wiejmy stąd natychmiast!”.

- Słoneczko ma rację - przyznała Wioletka. - Bierz atlas i w nogi!

Klaus   złapał  Atlas   Jeziora   Łzawego.  Wolał   nie   myśleć,   do   czego   mogłoby   dojść, 

gdyby, pochłonięci studiowaniem mapy, nie spojrzeli nagle w okno. Właśnie w chwili gdy 

Baudelaire'owie wstali z podłogi, siła wiatru osiągnęła punkt kulminacyjny, co tu oznacza: 

„podmuch zatrząsł całym domem, ciskając trójkę dzieci z powrotem na ziemię”. Wioletka 

zatrzymała się na nodze łóżka, o którą stłukła sobie kolano. Klaus wpadł na zimny kaloryfer, 

uderzając się boleśnie w kostkę u nogi. A Słoneczko wylądowało na stercie puszek i cafe się 

potłukło. Gramoląc się z upadku, poczuli, że cały dom jakby lekko się przechyla.

- Szybciej! - krzyknęła Wioletka, porywając Słoneczko na ręce. Sieroty wybiegły na 

korytarz, w stronę wyjścia. W jednym miejscu sufitu zrobiła się dziura, przez którą deszcz 

chlustał   strumieniami   na   dywan:   ponieważ   dzieci   musiały   tamtędy   przebiec,   były   teraz 

przemoczone   od   stóp   do   głów.   Dom   drgnął   gwałtownie   po   raz   drugi,   a   dzieci   znów 

wylądowały na podłodze. Willa Ciotki Józefiny zaczynała zsuwać się z urwiska. - Szybciej! - 

krzyknęła   Wioletka   i   sieroty   pognały   dalej,   do   wyjścia,   przekrzywionym   na   bakier 

korytarzem, ślizgając się w kałużach i potykając o własne spanikowane nogi. Pierwszy dopadł 

drzwi Klaus, a w chwili gdy je szarpnął i otworzył, dom drgnął spazmatycznie po raz trzeci, 

po czym rozległ się straszliwy, straszliwy miażdżący trzask. - Szybciej! - krzyknęła Wioletka. 

Baudelaire'owie   wyczołgali   się   jakoś   przez   próg   i   stanęli   na   zewnątrz,   skuleni   razem   w 

lodowatym deszczu. Byli zziębnięci. Byli przerażeni. Ale zdołali uciec.

Wicie dziwnych rzeczy widziałem w swoim długim i niełatwym życiu. Widziałem 

korytarze zbudowane z samych ludzkich czaszek. Widziałem, jak wybucha wulkan i jęzor 

lawy pełznie nieubłaganie na pobliską wioskę. Widziałem,  jak wielki orzeł porywa  moją 

ukochaną i unosi ją do gniazda wysoko w górach. A jednak nie umiem sobie wyobrazić, jak 

czuł się ktoś, kto oglądał dom Ciotki Józefiny spadający z urwiska do Jeziora Łzawego. Z 

moich prywatnych ustaleń wynika, że na oczach oniemiałych dzieci oskrobane białe drzwi 

zatrzasnęły   się   i   zgniotły   powoli,   jak   zmięła   w   garści   kartka   papieru.   Podobno   dzieci 

przytuliły się do siebie jeszcze mocniej, kiedy zagrzmiał  dziki, ogłuszający rumor i dom 

background image

zerwał się z krawędzi urwiska. Ale jak to jest - patrzeć na dom, który leci, leci, leci w dół, aż 

pochłonie go czarna, wzburzona toń jeziora - tego nie umiem wam powiedzieć.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Poczta Stanów Zjednoczonych ma swoje motto. Brzmi ono: „Czy to deszcz, czy śnieg, 

czy grad, poczta zawsze jest na czas”. Innymi słowy, nawet w najbrzydszą pogodę, gdy o 

wiele   przyjemniej   byłoby   posiedzieć   pod   dachem   z  filiżanką   kakao,   twój   listonosz   lub 

listonoszka   musi   wyjść   na   dwór,   aby   doręczyć   ci   pocztę.   Zdaniem   Poczty   Stanów 

Zjednoczonych, marznąca mżawka nie przeszkadza w pełnienia obowiązków.

Sieroty   Baudelaire   przekonały   się,   niestety,   że   przedsiębiorstwo   Psotny   Prom   nie 

podziela tej opinii. Wioletka, Klaus i Słoneczko z największym trudem pokonali drogę w dół. 

Sztorm wciąż się nasilał, a dzieci z każdym krokiem nabierały pewności, że wichura i ulewa 

robią wszystko, aby je porwać i cisnąć we wzburzone wody Jeziora Łzawego. Wioletka i 

Słoneczko nie zdążyły podczas ucieczki zabrać z domu swoich płaszczyków, więc wymieniali 

się we trójkę płaszczem Klausa i potykając się, brnęli dalej zalaną szosą. Na widok każdego 

nadjeżdżającego   samochodu   dawali   nura   za   krzaki   na   błotnistym   poboczu   -   na   wypadek 

gdyby za kierownicą siedział jadący po nich Kapitan Szlam. Gdy w końcu doczłapali do 

Doku   Damoklesa,   dzwonili   zębami,   a   stóp   prawie   nie   czuli   z   zimna.   Widok   tabliczki 

ZAMKNIĘTE za szybą kasy Psotnego Promu dobił ich ostatecznie.

- Zamknięte! - krzyknął przeraźliwie Klaus, częściowo z rozpaczy, a częściowo aby 

zagłuszyć huragan Herman. - I jak się teraz dostaniemy do Skisłej Groty?

- Musimy poczekać, aż otworzą - zdecydowała Wioletka.

- Przecież otworzą dopiero wtedy, gdy minie sztorm - zwrócił jej uwagę Klaus - a do 

tego czasu Kapitan Szlam znajdzie nas i wywiezie gdzieś daleko. Musimy jak najszybciej 

dostać się do Ciotki Józefiny.

- Nie widzę sposobu - powiedziała Wioletka i zadrżała. - Według atlasu grota jest po 

drugiej stronie jeziora, a przecież nie przepłyniemy tam wpław przy tej pogodzie.

- Entro!   -   pisnęło   Słoneczko,   co   zapewne   znaczyło:   „Nie   mamy   także   czasu,   aby 

obejść jezioro”.

- Przecież   oprócz   promu   muszą   tu   być   jakieś   inne   łódki   -   powiedział   Klaus. 

Motorówki, łodzie rybackie albo...

Nie dokończył, bo nagle spojrzał siostrom w oczy. Wszyscy troje pomyśleli o tym 

samym.

- Albo żaglówki - dokończyła Wioletka. - Wypożyczalnia Żaglówek Kapitana Szlama. 

Mówił, że mieści się na terenie Doku Damoklesa.

Osłonięci daszkiem budki biletowej, Baudelaire'owie odwrócili się i spojrzeli w drugi 

background image

koniec   pustej   przystani,   gdzie   wznosiła   się   wysoka   brama,   najeżona   błyszczącymi 

szpikulcami. Na bramie wisiał szyld z napisem, którego nie dawało się odczytać z daleka, a 

obok bramy, ledwo widoczny w deszczu, stał baraczek: w okienku migotało słabe światło. 

Dzieci obserwowały je z lękiem. Wejść do Wypożyczalni Żaglówek Kapitana Szlama po to, 

by umożliwić sobie dotarcie do Ciotki Józefiny, znaczyło tyle, co wejść do jaskini lwów, aby 

uciec przed lwem.

- Nie możemy tam wejść - wzdrygnął się Klaus.

- Musimy - powiedziała Wioletka. - Na pewno nie zastaniemy w środku Kapitana 

Szlama,   bo   albo   jedzie   właśnie   po   nas   do   domu   Ciotki   Józefiny,   albo   siedzi   jeszcze   w 

Smutnym Klaunie.

- Ale ten ktoś, kto tam jest - Klaus wskazał palcem migotliwe światełko w oknie - na 

pewno nie wypożyczy nam żaglówki.

- Przecież nie będzie wiedział, że nazywamy się Baudelaire. Przedstawimy się jako 

rodzeństwo Jones i powiemy, że mamy chęć pożeglować.

- W środku huraganu? - skrzywił się Klaus. - Nie uwierzy nam.

- Musi uwierzyć - odparta Wioletka z udaną determinacją, co tu oznacza: „jakby sama 

wierzyła w to, co mówi, chociaż wcale nie była tego taka pewna”.

I poprowadziła rodzeństwo do baraku. Klaus przyciskał do piersi atlas, a Słoneczko 

otulało   się   ciasno   płaszczem   Klausa,   bo   akurat   wypadła   jego   kolejka   noszenia   okrycia. 

Niebawem   zziębnięci   Baudelaire'owie   dygotali   pod   szyldem   WYPOŻYCZALNIA 

ŻAGLÓWEK KAPITANA SZLAMA - SZUKASZ ŁÓDKĘ - JUŻ ZNALAZŁEŚ. Żelazna 

brama była zamknięta, lecz dzieci stały pod nią dalej, nie mając odwagi wejść do baraku.

- Zajrzyjmy   tam   -   szepnął   Klaus,   wskazując   okienko,   umieszczone   jednak   zbyt 

wysoko, aby on sam lub Słoneczko mogli go dosięgnąć. Wioletka wspięła się na palce i 

zerknęła do wnętrza: wystarczył  jeden rzut oka, aby zrozumiała, że nie ma co marzyć  o 

wynajęciu łódki.

Ciasny baraczek miał tylko jedno pomieszczenie z małym biureczkiem i pojedynczą 

żarówką, która migotała mizernym światłem. Ale w fotelu za biurkiem spała jakaś postać - 

tak potężna, że wyglądała w tej chatce jak wielki kopiec - spała i chrapała rozgłośnie, z 

butelką piwa w jednej ręce i pękiem kluczy w drugiej. Z każdym chrapnięciem butelka drżała, 

klucze pobrzękiwały, a drzwi baraku uchylały się o kolejny cal lub dwa - ale nie te odgłosy, 

chociaż były dość niesamowite, przeraziły Wioletkę. Przeraziło ją, że nie umie odgadnąć, czy 

postać   w   fotelu   to   mężczyzna,   czy   kobieta.   Niewiele   jest   takich   osób   na   świecie,   więc 

Wioletka   natychmiast   poznała,   z   kim   ma   do   czynienia.   Być   może   zapomnieliście   już   o 

background image

niecnych kompanach Hrabiego Olafa, ale sieroty Baudelaire, które poznały ich w naturalnej 

postaci   -   szczególnie   okazalej   w   przypadku   tego   osobnika   -   pamiętały   szajkę   Olafa   z 

wszelkimi ponurymi detalami. Ci nieokrzesani, podstępni osobnicy robili wszystko, co im 

nakazał   Hrabia   Olaf   -   obecnie   Kapitan   Szlam   -   a   przy   tym   zawsze   zjawiali   się 

niespodziewanie. I oto jeden z nich zjawił się w baraku na przystani - groźny, podstępny i 

chrapiący.

Mina Wioletki musiała zdradzać rozczarowanie, bo Klaus, gdy tylko siostra się do 

niego odwróciła, zapytał:

- Coś niedobrze? Poza tym, oczywiście, że szaleje huragan Herman, Ciotka Józefina 

udaje, że umarła, Kapitan Szlam depcze nam po piętach, i tak dalej?

- Tam w środku siedzi jeden z kompanów Hrabiego Olafa - odparła Wioletka.

- Który?

- Ten, po którym trudno poznać, czy jest mężczyzną, czy kobietą.

Klaus wzdrygnął się.

- Ten jest najgorszy.

- Nie zgadzam się - zaprotestowała Wioletka. - Najgorszy jest łysy.

- Wass! - syknęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Proponuję przedyskutować 

to innym razem”.

- Czy ta osoba cię widziała? - spytał Klaus.

- Nie.   Śpi.   Ale   trzyma   w   garści   klucze.   Założę   się,   że   te   właśnie,   których 

potrzebujemy, aby otworzyć bramę i dostać się do łódki.

- Jak to? Mamy ukraść żaglówkę? - oburzył się Klaus.

- Nie widzę innego wyjścia - odparła Wioletka. Kradzież to, oczywiście, przestępstwo 

i postępek bardzo niekulturalny.  Ale, jak wiele niekulturalnych  postępków, i ten staje się 

wybaczalny w szczególnych okolicznościach. Kradzież jest niewybaczalna, gdy, dajmy na to, 

będąc w muzeum, dochodzisz do wniosku, że ten czy ów obraz wyglądałby lepiej u ciebie w 

pokoju, więc ściągasz go ze ściany i zabierasz sobie do domu. Gdybyś jednak był bardzo, 

bardzo głodny i bez grosza przy duszy, należałoby ci wybaczyć, że ukradłeś obraz z muzeum, 

żeby wziąć go sobie do domu i zjeść. - Musimy jak najprędzej dostać się do Skisłej Groty - 

podsumowała Wioletka - a jedyny sposób to ukraść żaglówkę.

- Tak, wiem - poddał się Klaus. - Tylko jak zdobyć klucze?

- Pojęcia nie mam - przyznała Wioletka. - Drzwi baraku skrzypią, więc boję się, że 

otwierając je szerzej, obudzimy tę osobę.

- Może   spróbujesz   stanąć   mi   na   ramionach   i   wślizgnąć   się   przez   okno?   - 

background image

zaproponował Klaus. - A Słoneczko będzie uważać, czy ktoś nie idzie.

- Ale gdzie jest Słoneczko? - zaniepokoiła się Wioletka.

Oboje spojrzeli pod nogi: w postaci żałosnej kupki leżał tam pusty płaszcz Klausa. 

Rozejrzeli się po przystani, ale nie dostrzegli tam ani śladu Słoneczka, tylko budkę biletową 

Psotnego   Promu   i   spienione   wody   jeziora,   ciemniejące   w   smętnej   poświacie   późnego 

popołudnia.

- Uciekła!  -  krzyknął  zrozpaczony  Klaus, ale   Wioletka  położyła   palec na  ustach  i 

jeszcze  raz zajrzała  przez  okienko. Słoneczko  przeczołgiwało  się właśnie  przez  uchylone 

drzwi baraku, spłaszczając swoje małe ciałko, aby nie powiększać szczeliny.

- Jest w środku - wymamrotała Wioletka.

- W baraku? - przeraził się Klaus. - Och, nie! Musimy ją powstrzymać!

- Czołga się pomalutku do tej osoby - szepnęła Wioletka, bojąc się choćby mrugnąć.

- Obiecaliśmy   rodzicom,   że   będziemy   jej   pilnować   -   przypomniał   Klaus.   -   Nie 

możemy na to pozwolić.

- Sięga po klucze - relacjonowała bez tchu Wioletka. - Pomalutku wyjmuje je z ręki tej 

osoby.

- Przestań! - nie wytrzymał Klaus. W tej samej chwili niebo przecięła błyskawica. - 

Nie, nie, mów dalej. Co się dzieje?

- Ma już klucze. Bierze je do buzi, Teraz czołga się z powrotem do drzwi. Spłaszcza 

się i wyczołguje na zewnątrz.

- Udało jej się! - szepnął zaskoczony Klaus. Słoneczko, z kluczami w buzi, triumfalnie 

sunęło   na   czworakach   do   rodzeństwa.   -   Udało   jej   się,   Wioletkę!   -   potworzył   Klaus, 

przytulając Słoneczko. W tej samej chwili po niebie z gromkim echem przetoczył się grzmot - 

BRRRRUM!

Wioletka uśmiechnęła się do Słoneczka, ale uśmiech jej zgasł, gdy znów zerknęła do 

baraku.   Grzmot   obudził   kompana   Hrabiego   Olafa.   Wioletka   obserwowała   ze   zgrozą,   jak 

wielka postać spogląda na swoją rękę, w której przed chwilą trzymała klucze, a potem na 

podłogę,   gdzie   raczkujące   Słoneczko   zostawiło   za   sobą   mokry   szlak,   po   czym   wstaje, 

podchodzi do okna i zagląda jej, Wioletce, prosto w oczy.

- Obudziła się! - wrzasnęła Wioletka. - Obudził się! Obudziło się! Szybciej, Klaus, 

otwieraj bramę, a ja spróbuję to coś jakoś zatrzymać!

Klaus   bez   słowa   porwał   klucze   z   buzi   Słoneczka   i   popędził   do   wielkiej   żelaznej 

bramy. Kluczy było trzy: jeden cienki, drugi gruby, a trzeci zębaty - najeżony zupełnie lak 

samo jak błyszczące szpikulce na szczycie bramy. Klaus położył atlas na ziemi i wsunął do 

background image

zamka cienki klucz. W tej samej chwili z baraku wytoczył się ciężko kompan Hrabiego Olafa.

Wioletka, z sercem w gardle i z wymuszonym uśmiechem, zastąpiła drogę dziwnej 

kreaturze.

- Dobry wieczór... - powiedziała, nie wiedząc, czy ma dodać „panu”, czy „pani”. - 

Zdaje mi się, że zabłądziłam. Czy mogę prosić o wskazanie mi drogi do Psotnego Promu?

Kompan Hrabiego Olafa nie odpowiadał, tylko szurając nogami, zbliżał się do sierot 

Baudelaire, Cienia klucz wszedł gładko do zamka, ale nie dawał się przekręcić, więc Klaus 

spróbował grubego.

- Przepraszam? - ponowiła próbę Wioletka. - Nie dosłyszałam. Czy mogę prosić...

Człowiek - góra bez słowa chwycił Wioletkę za włosy i jednym ruchem zarzucił ją 

sobie na przepocone ramię, tak jak zarzuca się plecak. Gruby klucz nie dał się wepchnąć do 

zamka,   więc   Klaus  przymierzył   zębaty  -   uczynił   to   dokładnie   w   momencie,   gdy  dziwna 

postać wolną ręką złapała Słoneczko i podniosła je w górę, niczym lody w rożkowym waflu.

- Klaus! - wrzeszczała Wioletka. - Klaus!

Zębaty klucz też nie pasował. Zrozpaczony Klaus zaczął szarpać metalową bramę. 

Wioletka kopała kreaturę po plecach, a Słoneczko gryzło ją w nadgarstek, ale wielkolud był 

tak   gruboskórny,   że   w   minimalnym   stopniu   odczuwał   ból   zadawany   przez   dzieci,   co   tu 

oznacza: „wcale go nie bolało”. Trzymając w łapskach dwie sieroty Baudelaire, człapał prosto 

na Klausa. Klaus jeszcze raz spróbował cienkiego klucza - tym razem, ku jego zdumieniu i 

uldze, klucz przekręcił się, a wielka żelazna brama stanęła otworem. Parę metrów od bramy, 

na   końcu   pomostu,   cumowało   na   grubych   linach   sześć   żaglówek   -   każda   z   nich   mogła 

przewieźć dzieci do Ciotki Józefiny. Niestety, Klaus się spóźnił. Poczuł, że coś go chwyta za 

kołnierz   koszuli   i   unosi   w   powietrze.   Coś   lepkiego   pociekło   mu   po   plecach   i   Klaus 

uświadomił sobie z obrzydzeniem, że wielkolud trzyma go w zębach.

- Puszczaj mnie! - rozwrzeszczał się Klaus. - Puszczaj!

- Puszczaj mnie! - rozkrzyczała się Wioletka. - Puszczaj!

- Poda risz! - rozpiszczało się Słoneczko. - Poda risz!

Ale   wielkolud   miał   za   nic   życzenia   sierot   Baudelaire.   Obrócił   się   niezdarnie   na 

rozkraczonych nogach i poniósł dzieci w stronę baraku. Słychać było tylko miarowy chlupot 

wielkich stóp rozbryzgujących kałuże: klopf, klopf, klopf. Aż tu nagle zamiast klopf rozległo 

się flippo - flap: wielka postać nadepnęła na atlas Ciotki Józefiny i poślizgnęła się. Kompan 

Hrabiego Olafa zachwiał się i zamachał ramionami, wypuszczając z rąk Wioletkę i Słoneczko 

- ale i tak runął na ziemię, a wtedy z rozdziawionej ze zdumienia gęby wypadł mu Klaus. 

Sieroty były  w całkiem  niezłej kondycji,  więc zerwały się z ziemi znacznie szybciej  niż 

background image

pokraczny olbrzym i przez otwartą bramę popędziły do pierwszej z brzegu żaglówki. Wielka 

istota stanęła wreszcie na nogi i ruszyła w pogoń za dziećmi, lecz Słoneczko już zdążyło 

przegryźć linę mocującą łódkę do pomostu. Zanim wielkolud dotarł do najeżonej metalowej 

bramy, sieroty były już daleko na miotanych sztormem wodach Jeziora Łzawego. W słabym 

świetle późnego popołudnia Klaus otarł błotnisty

 

ślad wielkiej stopy z okładki atlasu i zaczął 

śledzić mapę. Atlas Ciotki Józefiny już raz uratował dzieci z opresji, wskazując im położenie 

Skisłej Groty. Przed chwilą uratował je po raz drugi.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Dobrzy ludzie, którzy są wydawcami tej książki, wyznali mi ostatnio, że dręczy ich 

pewien niepokój. Niepokoją się mianowicie, że czytelnicy - na przykład wy - po przeczytaniu 

mojej opowieści zechcą być może naśladować niektóre postępki sierot Baudelaire. Pragnę w 

tym miejscu uśmierzyć  niepokoje wydawców - to znaczy: „sprawić, żeby nie rwali sobie 

włosów z głów” - pozwólcie więc, że udzielę wam pewnej rady, chociaż przecież wcale was 

nie znam. Moja rada brzmi następująco: gdybyście kiedykolwiek musieli pilnie dostać się do 

Skisłej Groty, pod żadnym pozorem nie kradnijcie żaglówki i nie próbujcie przeprawić się 

przez   Jezioro   Łzawe   w   czasie   sztormu,   ponieważ   jest   to   szalenie   niebezpieczne,   a 

prawdopodobieństwo   przeżycia   wynosi   praktycznie   zero.   Nie   powinniście   robić   tego, 

zwłaszcza jeśli - tak jak sieroty Baudelaire - macic zaledwie mgliste pojęcie o żeglowaniu.

Stojący   na   pomoście   i   wymachujący   wielką   pięścią   kompan   Hrabiego   Olafa 

zmniejszał się i zmniejszał, w miarę jak wiatr pchał łódź coraz dalej od Doku Damoklesa. W 

szalejącym   dokoła   huraganie   Wioletka,   Klaus   i   Słoneczko   zapoznawali   się   ze   świeżo 

skradzioną   żaglówką.   Była   raczej   nieduża,   miała   drewniane   ławeczki   i   wściekle 

pomarańczowe kamizelki ratunkowe dla pięciu osób. Na szczycie masztu - czyli „wysokiego 

drewnianego pala umieszczanego  pośrodku łodzi żaglowych”  - tkwił brudny biały żagiel, 

który ustawiało się za pomocą systemu lin, a na pokładzie leżała para wioseł, na wypadek 

gdyby wiatr ustał. Z tyłu łodzi znajdował się drążek, którym można było poruszać w lewo i w 

prawo, a pod jednym z siedzeń stało lśniące metalowe wiadro do wybierania wody, gdyby 

łódź zaczęła przeciekać. Był tam jeszcze długi kij z siatką na końcu, krótka wędka z ostrym 

haczykiem i zardzewiała lunetka, czyli mały teleskop używany do nawigacji. Zanim trójka 

dzieci wcisnęła się w kamizelki ratunkowe, rozbujane fale Jeziora Łzawego uniosły żaglówkę 

daleko od brzegu.

- Czytałem kiedyś książkę o żeglowaniu! - oznajmił Klaus, przekrzykując huragan. - 

Musimy rozwinąć żagiel i złapać wiatr. On nas wtedy popchnie tam, gdzie chcemy.

- A   ten   drążek   nazywa   się   rumpel!   -   odkrzyknęła   Wioletka.   -   Pamiętam,   bo 

studiowałam   kiedyś   plany   konstrukcyjne   jednostek   pływających.   Rumpel   porusza   sterem, 

który znajduje się pod wodą, i nadaje statkowi kierunek. Słoneczko, siadaj z tyłu i trzymaj 

rumpel. Ty, Klaus, patrz w atlas, żebyśmy wiedzieli, gdzie jesteśmy. A ja spróbuję ustawić 

żagiel. Zdaje mi się, że powinnam ciągnąć za tę linę.

Klaus przewracał wilgotne karty atlasu, aż znalazł stronę numer 104.

- W   tamtą   stronę   -   wskazał   na   prawo.   -   Tam   zachodzi   słońce,   więc   musi   to   być 

background image

kierunek zachodni.

Słoneczko pomknęło na czworakach na rufę i zacisnęło łapki na rumplu - akurat w 

chwili, gdy o łódź rozprysnęła się potężna fala, bryzgając pianą.

- Karg   tem!   -   zawołało   przemoczone   Słoneczko,   co   znaczyło   mniej   więcej: 

„Przestawię rumpel w tę stronę, aby nadać lodzi kierunek zalecany przez Klausa”.

Deszcz chłostał bez litości, wiatr wył, nieduża fala wdarła się na pokład przez burtę - a 

jednak,   ku   zdziwieniu   sierot   Baudelaire,   żaglówka   popłynęła   w   pożądanym   kierunku. 

Gdybyście właśnie wtedy spotkali Baudelaire'ów, pomyślelibyście, że wiodą życie beztroskie 

i szczęśliwe, bo chociaż byli wycieńczeni, przemoczeni i poważnie zagrożeni - wszyscy troje 

zaczęli śmiać się triumfalnie. Poczuli taką ulgę, widząc, że coś im się nareszcie udało, że 

zaśmiewali się, jakby siedzieli w cyrku, a nie w samym środku jeziora, huraganu i kłopotów.

Burza słabła powoli, mącąc fale wokół żaglówki i miotając błyskawice po niebie, a 

Baudelaire'owie żeglowali matą łódeczką przez ogromne, ciemne jezioro. Wioletka ciągnęła 

liny to w tę, to w tamtą stronę, łowiąc wiatr, który - jak to wiatr - stale zmieniał kierunek. 

Klaus śledził mapę, pilnując, aby nie zboczyli z kursu i nie wpadli we Wredny Wir albo na 

Smętne Skałki. A Słoneczko trzymało łódź w równowadze, przestawiając rumpel na każdy 

sygnał Wioletki. Dokładnie w chwili, gdy wieczór przemienił się w noc i nie można już było 

czytać mapy, Baudelaire'owie dostrzegli migające bladofioletowe światełko. Zawsze uważali, 

że kolor lawendowy wygląda niezdrowo, ale tym razem, po raz pierwszy w życiu, powitali go 

z radością. Oznaczał bowiem, że łódka zbliżała się do Lawendowej Latarni, a stamtąd było 

już niedaleko do Skisłej Groty. Sztorm dał wreszcie za wygraną, co tu znaczy: „ustał”, i 

chmury   rozstąpiły   się,   odsłaniając   księżyc   prawie   w   pełni.   Dygocące   w   przemoczonych 

ubraniach   dzieci   patrzyły   na   coraz   spokojniejsze   fale   jeziora   i   wiry   jego   atramentowych 

głębin.

- Jezioro Łzawe jest właściwie bardzo ładne - zamyślił się Klaus. - Nigdy dotąd tego 

nie zauważyłem.

- Sind - zgodziło się z bratem Słoneczko, poprawiając lekko ster.

- Pewnie nie dostrzegaliśmy tego z powodu Ciotki Józefiny - powiedziała Wioletka. - 

Przyzwyczailiśmy   się   patrzeć   na   jezioro   jej   oczami.   -   Wioletka   sięgnęła   po   lunetę, 

przymrużyła oko i udało jej się dostrzec zarys brzegu. - Chyba widzę latarnię morską - o, tam. 

A obok latarni widać czarną dziurę w ścianie urwiska. To na pewno wejście do Skisłej Groty.

I rzeczywiście - gdy podpłynęli bliżej, wszyscy troje ujrzeli Lawendową Latarnię i 

wejście do pobliskiej groty, lecz w głębi nie było widać ani Ciotki Józefiny, ani niczego 

innego. Dno łódki zaszurało o skały, co oznaczało, że woda jest już płytka, więc Wioletka 

background image

zeskoczyła przez burtę i wyciągnęła żaglówkę na kamienisty brzeg. Klaus ze Słoneczkiem 

także wysiedli i zdjęli kamizelki ratunkowe. Potem wszyscy podeszli do wylotu Skisłej Groty, 

ale zatrzymali się przed wejściem. Stała tam tablica z informacją, że grota jest na sprzedaż. 

Sieroty zupełnie nie umiały wyobrazić sobie, kto mógłby chcieć kupić tak fantasmagoryczny 

obiekt   -   „fantasmagoryczny”   znaczy   tu   tyle   co:   „wszystkie   najniesamowitsze   i 

najstraszniejsze słowa razem wzięte”. Wylot groty, najeżony ostrymi skatami, przypominał 

zębatą paszczę rekina. A trochę głębiej widać było dziwnie rozlazłe, białe formacje skalne, 

stopione w gruby kożuch jak zsiadłe mleko. Spód groty pokrywał blady pyl podobny do 

kredy. Lecz nie ten widok zatrzymał dzieci przed wejściem. Speszył je odgłos dobiegający z 

głębi jaskini: cienki, drżący jęk beznadziejności i zagubienia - dziwny i niesamowity jak cała 

Skisła Grota.

- Co to za odgłos? - spytała nerwowo Wioletka.

- To pewnie tylko wiatr - odparł Klaus. - Czytałem gdzieś, że wiatr ciągnący przez 

ciasne wnętrza, na przykład przez jaskinię, potrafi wydawać przedziwne odgłosy. Nie ma się 

czego bać.

Mimo to nie ruszyli się ani o krok. A odgłos nie ustawał.

- Ja się jednak boję - powiedziała Wioletka.

- Ja też - przyznał Klaus.

- Geni - oznajmiło Słoneczko i ruszyło na czworakach ku otworowi groty. Zapewne 

miało na myśli coś w tym sensie: „Nie po to przeprawialiśmy się kradzioną żaglówką podczas 

huraganu przez Jezioro Łzawe, żeby teraz sterczeć przed grotą i drżeć ze strachu”. Starsze 

rodzeństwo,   przyznając   Słoneczku   rację,   podążyło   jego   śladem.   Coraz   głośniejsze   jęki 

odbijały się echem od ścian i narośli skalnych, a Baudelaire'owie byli już pewni, że to nie 

wiatr. Była to Ciotka Józefina: siedziała w kącie, trzymała się za głowę i szlochała w głos. Z 

rozpaczy nie zauważyła nawet, że sieroty Baudelaire weszły do groty.

- Ciociu Józefino - odezwał się niepewnie Klaus. - Jesteśmy tutaj.

Ciotka   Józefina   podniosła   wzrok,   ukazując   dzieciom   twarz   mokrą   od   fez   i 

kredowobiałą od pyłu zalegającego grotę.

- Domyśliliście   się   -   chlipnęła,   wstając   i   ocierając   oczy.   -   Wiedziałam,   że   się 

domyślicie - dodała i uściskała całą trójkę po kolei.

Spojrzała na Wioletkę, potem na Klausa, potem na Słoneczko, a oni patrzyli na nią i 

sami   mieli   łzy   w   oczach,   wzruszeni   odnalezieniem   opiekunki.   Widocznie   nie   do   końca 

wierzyli, że Ciotka Józefina nie umarła naprawdę, dopóki nie ujrzeli jej żywej.

- Wiedziałam, że bystre z was dzieci - powiedziała Ciotka Józefina. - Byłam pewna, że 

background image

odczytacie wiadomość.

- To Klaus ją odczytał - przyznała uczciwie Wioletka.

- Za to Wioletka wiedziała, jak manewrować żaglówką - dodał Klaus. - Bez Wioletki 

nigdy byśmy tu nie dotarli.

- A Słoneczko wykradło klucze - uzupełniła Wioletka - i stało przy sterze.

- Jestem bardzo rada, że wam się udało - rzekła Ciotka Józefina. - Jeszcze chwilę 

odetchnę i pomogę wam przenieść rzeczy.

Dzieci spojrzały po sobie pytająco.

- Jakie rzeczy? - spytała Wioletka.

- Jak to jakie? Wasze bagaże, oczywiście! Mam nadzieję, że przywieźliście też trochę 

żywności, bo z moich zapasów prawie nic nie zostało.

- Nie przywieźliśmy nic do jedzenia - odparł Klaus.

- Nic do jedzenia? - zdumiała się Ciotka Józefina. - Jak to? Chcecie zamieszkać ze 

mną w grocie, a nie przywieźliście nic do jedzenia?

- Nie   przypłynęliśmy   tu   po   to,   żeby   zamieszkać   z   ciocią   w   grocie   -   wyjaśniła 

Wioletka.

Ciotka Józefina nerwowo poprawiła kok.

- A po co? - spytała.

- Stim! - pisnęło Słoneczko, co znaczyło: „Bo martwiliśmy się o ciocię!”.

- „Stim!” to nie jest zdanie, Słoneczko - skarciła je surowo Ciotka Józefina. - Może 

któreś   z   twojego   starszego   rodzeństwa   wyjaśni   mi   poprawnym   językiem,   dlaczego   tu 

przybyliście.

- Bo Kapitan Szlam już nas prawie miał w garści! - krzyknęła Wioletka. - Wszyscy 

byli pewni, że ciocia nie żyje, a napisała ciocia w testamencie, że mamy zostać oddani pod 

opiekę Kapitana Szlama.

- Przecież on mnie do tego zmusił! - rozżaliła się Ciotka Józefina. - Wtedy wieczorem, 

gdy   zatelefonował,   przyznał   się,   że   jest   Hrabią   Olafem.   Powiedział   mi,   że   mam   spisać 

testament i powierzyć was, dzieci, jego opiece. Zagroził, że jeżeli nie napiszę, jak kazał, utopi 

mnie w jeziorze. Tak mnie przestraszył, że od razu się zgodziłam.

- Dlaczego ciocia nie zadzwoniła na policję? - spytała Wioletka. - Dlaczego ciocia nie 

zadzwoniła do pana Poe? Dlaczego ciocia nie wezwała kogokolwiek na pomoc?

- Dobrze   wiecie,   dlaczego   -   zirytowała   się   Ciotka   Józefina.   -   Ponieważ   boję   się 

korzystać z telefonu. Ledwo się nauczyłam podnosić słuchawkę, gdy ktoś dzwoni. Daleko mi 

jeszcze   do   naciskania   numerowanych   guziczków.   Zresztą,   nie   potrzebowałam   do   nikogo 

background image

dzwonić. Cisnęłam podnóżkiem w okno i wymknęłam się z domu. Zostawiłam wam tylko 

wiadomość,   żebyście   wiedzieli,   że   naprawdę   nie   umarłam,   ale   zaszyfrowałam   list,   aby 

Kapitan Szłam nie zorientował się, że mu uciekłam.

- Czemu nas ciocia z sobą nie zabrała? Dlaczego zostawiła nas ciocia całkiem samych 

bez opieki? Dlaczego nie obroniła nas ciocia przed Kapitanem Szlamem, to znaczy przed 

Hrabią Olafem? - spytał z wyrzutem Klaus.

- Wyraziłeś  się   niepoprawnie   -   zwróciła   mu   uwagę   Ciotka   Józefina.   -   Należało 

powiedzieć albo: „zostawiła nas ciocia całkiem samych”,  albo: „zostawiła nas ciocia bez 

opieki” - a nie jedno i drugie naraz. Zrozumiałeś?

Baudelaire'owie   spojrzeli   po   sobie   z   gniewnym   smutkiem.   Owszem,   zrozumieli. 

Zrozumieli, że Ciotkę Józefinę bardziej zajmują błędy gramatyczne niż ratowanie życia trojgu 

dzieciom. Zrozumieli, że pochłonięta własnym strachem nie pomyślała nawet o tym, co może 

grozić   sierotom.   Zrozumieli,   że   marna   z   niej   opiekunka,   skoro   opuściła   ich   w   wielkim 

niebezpieczeństwie.   Zrozumieli  wszystko,   i  dlatego  jak   nigdy  dotąd   zatęsknili  za   swoimi 

rodzicami, którzy na pewno nie uciekliby, zostawiając dzieci na pastwę losu - gdyby, rzecz 

jasna,   nie   zginęli   w   strasznym   pożarze,   od   którego   zaczęły   się   wszystkie   nieszczęścia 

młodych Baudelaire'ów.

- No, ale dość na dzisiaj gramatyki - stwierdziła Ciotka Józefina. - Cieszę się, że was 

widzę, i zapraszam do mojej groty. Jakoś się pomieścimy. A Kapitan Szłam nigdy nas tu nie 

znajdzie.

- Nie mamy zamiaru mieszkać w grocie - zniecierpliwiła się Wioletka. - Za chwilę 

odpływamy z powrotem do miasteczka i zabieramy ciocię z sobą.

- Mowy nie ma, mój Józieńku! - Powiedzonko Ciotki Józefiny znaczyło po prostu: 

„Mowy nie ma” i nie odnosiło się wyłącznie do Józieńka, kimkolwiek był. - Zanadto boję się 

spotkania z Kapitanem Szlamem. A po tym, co wam zrobił, sądziłam, że i wy zaczniecie się 

go bać.

- My się go bardzo boimy - odparł Klaus - ale kiedy zdołamy udowodnić, że jest to 

naprawdę Hrabia Olaf, wtedy wsadzą go do więzienia. Ciocia jest naszym dowodem. Opowie 

ciocia   panu   Poe,   co   się   stało,   Hrabia   Olaf   pójdzie   za   kratki,   a   my   wszyscy   będziemy 

bezpieczni.

- Sami mu opowiedzcie, jeśli chcecie - poradziła Ciotka Józefina. - Ja zostaję tutaj.

- Nie uwierzy nam, dopóki nie zobaczy cioci żywej. Musi ciocia z nami popłynąć - 

powiedziała Wioletka.

- Nie, nie, nie - zaprotestowała Ciotka Józefina. - Za bardzo się boję.

background image

Wioletka wzięła głęboki oddech i spojrzała w oczy przerażonej opiekunce.

- Wszyscy się boimy - rzekła twardo. - Baliśmy się, gdy spotkaliśmy Kapitana Szlama 

przed straganem warzywnym.  Baliśmy się, kiedy myśleliśmy,  że wyskoczyła  ciocia przez 

okno.

Baliśmy się, ryzykując atak alergii, baliśmy się ukraść żaglówkę i baliśmy się płynąć 

przez jezioro w czasie huraganu. Ale to nas nie powstrzymało od działania. Ciotce Józefinie 

łzy zakręciły się w oczach.

- Nic na to nie poradzę, że jesteście odważniejsi ode mnie - powiedziała. - Ja nie 

przepłynę żaglówką przez jezioro. Nie będę korzystać z telefonu. Zostanę tu, w tej grocie, do 

końca życia i choćbyście nie wiem co mówili, zdania nie zmienię.

Klaus wystąpił do przodu i wyciągnął asa z rękawa - co tu oznacza: „powiedział coś 

bardzo przekonującego, co zostawił sobie na sam koniec dyskusji”.

- Skisła Grota została wystawiona na sprzedaż.

- I co z tego? - spytała Ciotka Józefina.

- To - odparł Klaus - że niedługo zaczną się tu kręcić różni ludzie, którzy zechcą ją 

sobie obejrzeć. I na pewno znajdą się wśród nich... - tu Klaus dramatycznie zawiesił głos - ... 

handlarze nieruchomościami.

Ciotce Józefinie szczęka opadła z wrażenia i dzieci ujrzały, jak jej blade gardło z 

trudem przełyka ślinę.

- No dobrze - wykrztusiła  w końcu, rozglądając się niespokojnie  po grocie, jakby 

podejrzewała, że jakiś handlarz nieruchomościami już czai się w ciemnym kącie. - Płynę z 

wami.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Och, nie! - krzyknęła Ciotka Józefina.

Dzieci nie zwracały na nią uwagi. Huragan Herman znacznie stracił na sile., więc 

przeprawa żaglówką przez ciemne jezioro nie wydawała się specjalnie niebezpieczna. Wiatr 

przycichł   i   Wioletka   z   łatwością   operowała   żaglem.   Klaus,   oglądając   się   co   chwila   na 

lawendowe   światło   latarni   morskiej,   bez   wahania   wskazywał   kurs   powrotny   do   Doku 

Damoklesa. A Słoneczko tak sprawnie sterowało, jakby od urodzenia nie robiło nic innego. 

Bała się tylko Ciotka Józefina.

Założyła dwie kamizelki ratunkowe, jedną na drugą, i co parę sekund wykrzykiwała: 

„Och, nie!”, chociaż naprawdę nie działo się nic strasznego.

- Och, nie! - jęknęła Ciotka Józefina. - Tym razem naprawdę.

- Co się  stało,  Ciociu   Józefino?   - spytała   znudzonym   głosem  Wioletka.  Żaglówka 

właśnie dopływała do środka jeziora. Woda wciąż była względnie spokojna, a latarnia morska 

dawała o sobie znać punkcikiem bladofioletowego światła.

- Za chwilę wpłyniemy w strefę Pijawek Łzawych - oznajmiła Ciotka Józefina.

- I na pewno bezpiecznie ją miniemy - dokończył Klaus, sprawdzając przez lunetę, czy 

przypadkiem nie widać jeszcze Doku Damoklesa. - Sama nam ciocia mówiła, że te pijawki są 

nieszkodliwe, gdyż żywią się wyłącznie drobnymi rybkami.

- O ile nie wyczują kogoś, kto niedawno coś jadł - zaznaczyła Ciotka Józefina.

- My nie jedliśmy nic od wielu godzin - uspokoiła ją Wioletka. - Ostatnim naszym 

posiłkiem były miętówki w Smutnym Klaunie. To było po południu, a teraz mamy środek 

nocy.

Ciotka Józefina wyjrzała przez burtę i cofnęła się do środka łodzi.

- Ale ja zjadłam banana! - szepnęła. - Tuż przed waszym przybyciem.

- Och, nie! - jęknęła Wioletka. Słoneczko przestało kręcić rumplem i z niepokojem 

spojrzało w wodę.

- Na   pewno   nie   ma   się   czym   martwić   -   powiedział   Klaus.   -   Pijawki   to   małe 

stworzonka. Gdybyśmy przeprawiali się wpław, być może mielibyśmy się czego obawiać, ale 

nie sądzę, aby zaatakowały żaglówkę. A poza tym, huragan Herman mógł je wypłoszyć z tej 

strefy. Założę się, że nie zobaczymy ani jednej Pijawki Łzawej.

Klaus   chciał   zakończyć   na   tym   swoją   wypowiedź,   ale   natychmiast   musiał   dodać 

jeszcze pół zdania. Te pół zdania brzmiało: „O wilku mowa... „. Wyrażenia „o wilku mowa” 

używamy, gdy zdarza się coś, o czym właśnie przed chwilą mówiliśmy. Wyobraź sobie, na 

background image

przykład, że jesteś na pikniku i mówisz: „Mam nadzieję, że nie spadnie śnieg” - a w chwilę 

potem rozpętuje się zamieć. Zanim pozbierasz koc i jaja na twardo, aby odjechać na obiad do 

dobrej   restauracji,   mógłbyś   wtedy   powiedzieć:   „o   wilku   mowa”.   Jeśli   chodzi   o   sieroty 

Baudelaire, to na pewno domyślacie się, co skłoniło Klausa do użycia wyrażenia „o wilku 

mowa”.

- O wilku mowa - powiedział Klaus, patrząc w toń jeziora. Z pełnej wirów czerni 

wyłaniały się cienkie kształty, ledwo widoczne w blasku księżyca. Były niewiele większe od 

palca,   więc   w   pierwszej   chwili   wyglądało   to   tak,   jakby   ktoś   pływał   w   jeziorze,   bębniąc 

palcami po powierzchni wody. Jednak większość ludzi ma tylko dziesięć palców, a żaglówkę 

w ciągu paru chwil otoczyły  setki wijących  się, żarłocznych  stworzonek. Woda zmącona 

przez Pijawki Łzawe wydawała  cichy, szemrzący odgłos - jakby wokół sierot Baudelaire 

zebrał się tłum ludzi szepczących straszliwe sekrety. Dzieci w milczeniu obserwowały, jak 

ławica Pijawek Łzawych oblega żaglówkę, a każda pijawka stuka leciutko w burtę, po czym 

wydyma   gniewnie   otworek   gębowy,   rozczarowana,   że   nie   udało   jej   się   nadgryźć   łodzi. 

Pijawki   są   ślepe,   ale   nie   głupie.   Pijawki   Łzawe   natychmiast   zorientowały   się,   że   to,   co 

próbują jeść, nie jest bananem.

- No i widzicie? - odezwał się nerwowo Klaus, podczas gdy pyszczki pijawek nie 

przestawały stukać o burtę. - Jesteśmy całkowicie bezpieczni.

- Właśnie   -   przytaknęła   mu   Wioletka.   Wcale   nie   była   pewna,   czy   są   całkowicie 

bezpieczni, ale z uwagi na Ciotkę Józefinę lepiej było utrzymywać, że tak właśnie jest. - 

Jesteśmy całkowicie bezpieczni.

Stukot nie ustawał, a nawet zaczął się nasilać. Frustracja to ciekawy stan emocjonalny; 

gdyż   ujawnia   często   najgorsze   cechy   osoby   sfrustrowanej.   Sfrustrowane   niemowlę   pluje 

jedzeniem i rozmazuje je po stole. Sfrustrowani obywatele ścinają głowy królom i królowym, 

po czym wprowadzają demokrację. A sfrustrowane ćmy tłuką się o żarówki, zostawiając na 

nich pył ze skrzydeł.

Jednak, w przeciwieństwie do niemowląt, obywateli i ciem, pijawki są w ogóle raczej 

nieprzyjemne.   Dlatego   widząc,   że   Pijawki   Łzawe   ulegają   frustracji,   wszyscy   obecni   na 

pokładzie żaglówki z niecierpliwością  czekali, co to będzie, gdy frustracja  wydobędzie  z 

pijawek najgorsze cechy charakteru. Przez pewien czas stworzonka uporczywie próbowały 

nadgryźć burtę, ale nic nie wskórały małymi ząbkami; powodowały tylko niemiły stukot. I 

nagle,   jak   na   komendę,   wszystkie   pijawki   przestały   stukać   i,   wijąc   się,   odpłynęły   od 

żaglówki. Baudelaire'owie odprowadzili je wzrokiem.

- Zniechęciły się - stwierdził z nadzieją Klaus. Ale pijawki wcale się nie zniechęciły. 

background image

Odpłynęły tylko na dość znaczną odległość, a tam ich małe ciałka wykonały gwałtowny w tył 

zwrot   i   ruszyły   z   impetem   na   żaglówkę.   Z   głośnym   TRACH!   zaatakowały   niemal 

równocześnie, aż łódka zachybotała się niepokojąco, grożąc wyrzuceniem Ciotki Józefiny i 

Baudelaire'ów na pewną zgubę. Czwórka pasażerów rozbujanej żaglówki omal nie wyleciała 

za burtę, skąd pijawki właśnie znów się wycofywały, aby przypuścić następny atak.

- Jadek!   -   pisnęło   Słoneczko,   wskazując   paluszkiem   burtę   łodzi.   „Jadek”   nie   jest, 

oczywiście,   poprawnym   słowem,   ale   nawet   Ciotka   Józefina   zrozumiała,   że   najmłodsze   z 

Baudelaire'ów   oznajmia:   „Spójrzcie   na   tę   szczelinę   w   burcie,   którą   zrobiły   pijawki!”. 

Szczelina była  niewielka - długości mniej więcej ołówka, a grubości ludzkiego włosa - i 

wygięta w dół, jakby żaglówka gniewała się na dzieci. Ten gniewny grymas mógł się jednak 

powiększyć, gdyby pijawki dalej atakowały tę samą burtę.

- Musimy nabrać prędkości - powiedział Klaus - bo jeszcze trochę, a łódź rozpadnie 

się w drzazgi.

- Przecież żeglowanie zależy od wiatru - przypomniała mu Wioletka. - Nie możemy 

sprawić, żeby wiał szybciej.

- Ja się boję! - krzyknęła Ciotka Józefina. - Błagam, nie wyrzucajcie mnie za burtę!

- Nikt  nie  zamierza  wyrzucać  cioci  za  burtę!  -  zniecierpliwiła   się  Wioletka,  ale  z 

przykrością uprzedzam was, że tym razem nie miała racji. - Niech ciocia weźmie wiosło. Ty, 

Klaus, weź drugie. Z pomocą żagla, steru i wioseł powinniśmy popłynąć szybciej.

TRACH! Pijawki Łzawe znów zaatakowały burtę, poszerzając szczelinę, a żaglówka 

znów się zachybotała. Impet sprawił, że jedna z pijawek wpadła na pokład: wiła się tam, 

zgrzytając małymi  ząbkami - najwyraźniej szukała jedzenia. Klaus skrzywił się, podszedł 

ostrożnie i spróbował wykopać pijawkę za burtę - ona jednak przyssała mu się do buta, w 

który natychmiast zaczęła się wgryzać. Klaus krzyknął z obrzydzenia i wierzgnął nogą, a 

pijawka   znów   wylądowała   na   pokładzie.   Wyciągając   małą   szyjkę,   kłapała   wściekle 

otworkiem gębowym.  Wtedy Wioletka złapała podbierak  na długim kiju,  złowiła  do niej 

pijawkę i wyrzuciła za burtę.

TRACH!  Szczelina  tak   się  tym   razem   poszerzyła,   że  woda  zaczęła   przeciekać   na 

pokład.

- Słoneczko! Miej oko na tę kałużę - poleciła Wioletka. - Gdyby się powiększała, weź 

wiadro i wylewaj wodę z powrotem do jeziora.

- Mofi! - pisnęło Słoneczko, co oznaczało: „Tak jest!”. Znów rozległ się szemrzący 

odgłos pijawek podpływających do łódki. Klaus i Ciotka Józefina wiosłowali zawzięcie, a 

Wioletka trzymała żagiel, nie wypuszczając z ręki sieci na kiju, na wypadek gdyby więcej 

background image

pijawek dostało się na pokład.

TRACH! TRACH! Tym razem uderzenia były dwa: jedno w burtę, a drugie w dno 

łodzi, w którym  natychmiast pojawiła się nowa szczelina. Pijawki podzieliły się na dwie 

drużyny - co jest dobrą wiadomością o przeciwniku, gdy gramy w piłkę nożną, ale złą, gdy 

atakują nas bandyci. Ciotka Józefina wydała okrzyk grozy. Łódka przeciekała teraz w dwóch 

miejscach,   więc   Słoneczko   porzuciło   ster,   aby   zająć   się   wylewaniem   wody   Klaus   nagle 

przestał wiosłować i bez słowa uniósł wiosło do góry. W paru miejscach widniały na nim 

małe nadgryzienia - ślady po żarłocznych Pijawkach Łzawych.

- Koniec z wiosłowaniem - powiedział Klaus do Wioletki. - Jeszcze trochę, a zeżrą 

nam cale wiosła.

- Wiosłowanie i tak nic by nie dało - stwierdziła Wioletka, patrząc, jak Słoneczko 

gramoli się na czworakach z kubłem wody. - Łódka przecieka. Musimy wezwać pomoc.

Klaus rozejrzał się po ciemnym, spokojnym już jeziorze, na którym oprócz żaglówki i 

gromady pijawek nie było nic.

- Skąd weźmiemy pomoc na środku jeziora?

- Musimy   nadać   sygnał   -   rzekła   Wioletka   i   sięgnęła   do   kieszeni   po   wstążkę. 

Wręczywszy sieć na kiju Klausowi, związała sobie włosy, żeby nie leciały jej do oczu. Klaus 

i  Słoneczko  patrzyli  na  siostrę  z  nadzieją,  wiedząc,  że  związuje  włosy  tylko   wtedy,  gdy 

obmyśla wynalazek - a wynalazek był im pilnie potrzebny.

- Masz rację - pochwaliła Wioletkę Ciotka Józefina. - Zamknij oczy. Ja też tak zawsze 

robię, kiedy się boję: odcinam się od strachu i jest mi ciut lepiej.

- Ona się od niczego nie odcina - burknął Klaus. - Ona się koncentruje.

Klaus miał rację. Wioletka koncentrowała się usilnie na obmyślaniu urządzenia do 

nadania sygnału POMOCY. Myślała o alarmie pożarowym. Migające światło i głośna syrena 

to   doskonały   sposób   wzywania   pomocy.   I   nawet   jeśli   -   co   sieroty   Baudelaire,   niestety, 

doskonale wiedziały - straż pożarna przyjeżdża czasem za późno, aby uratować ludzkie życie, 

to   i   tak   alarm   pożarowy   jest   dobrym   wynalazkiem.   Dlatego   Wioletka   rozmyślała   nad 

sposobem   skonstruowania   alarmu   z   materiałów,   które   miała   pod   ręką.   Potrzebne   było 

urządzenie, które głośnym dźwiękiem przyciągnie czyjąś uwagę, a mocnym światłem wskaże 

ratownikowi, skąd dobiega dźwięk.

TRACH! TRACH! Dwie grupy pijawek ponownie rozhuśtały łódź i kolejna porcja 

wody chlusnęła do środka przez burtę. Słoneczko zaraz wzięło się do czerpania, ale Wioletka 

wyrwała mu wiadro z ręki.

- Bero? - pisnęło Słoneczko, co znaczyło: „Zwariowałaś?”.

background image

Wioletka nie miała jednak czasu na dłuższe wyjaśnienia.

- Nie - rzuciła krótko i z wiadrem w ręku zaczęła wspinać się na maszt.

Wspiąć się na maszt żaglówki to trudne zadanie, ale wspiąć się na maszt żaglówki 

rozbujanej   przez   bandę   wygłodzonych   pijawek   to   zadanie   trzy   razy   trudniejsze.   Dlatego 

informuję  was,  że  jest  to  jedna  z  tych  rzeczy,   których   nigdy,   pod żadnym  pozorem,  nie 

powinniście robić. Ale Wioletka Baudelaire zaliczała się do gatunku  wunderkind  - co po 

niemiecku znaczy „genialne dziecko”, a w tym przypadku: „ktoś, kto umie szybko wspinać 

się na maszty lodzi atakowanych przez pijawki” - więc bardzo szybko znalazła się na szczycie 

chwiejnego masztu żaglówki. Zawiesiła wiadro na samym czubku, tak że huśtało się w tę i z 

powrotem, jak dzwon na dzwonnicy.

- Nie   chcę   ci   przeszkadzać   -   zawołał   z   dołu   Klaus,   łowiąc   w   sieć   rozwścieczoną 

pijawkę i ciskając ją jak najdalej za burtę - ale łódka zaczyna tonąć! Pospiesz się!

Wioletka pospieszyła się. Złapała za róg żagla, wzięła głęboki oddech i zeskoczyła na 

pokład. Tak jak miała nadzieję - żagiel rozdarł się od góry do dołu, hamując upadek Wioletki 

i zostawiając jej w ręku kawał płótna. Na pokładzie zebrało się już naprawdę sporo wody. 

Wioletka przebrnęła do Ciotki Józefiny, omijając po drodze liczne pijawki, których Klaus nie 

nadążał wyrzucać siatką za burtę.

- Potrzebne mi cioci wiosło - oświadczyła, zwijając płótno w kulę. - I siatka na włosy.

- Wiosło mogę ci dać - zgodziła się Ciotka Józefina, oddając wiosło, - Ale siatka na 

włosy jest mi niezbędna. Bez niej kok mi się rozleci.

- Daj jej tę siatkę! - wrzasnął Klaus, wskakując na ławeczkę, gdyż pijawka chciała 

ugryźć go w kolano.

- Ale boję się, że włosy spadną mi na oczy! - jęknęła Ciotka Józefina, a w tej samej 

chwili łodzią zatrzęsło kolejne TRACH! TRACH!

- Nie ma teraz czasu na dyskusje! - krzyknęła Wioletka. - Próbuję nas ratować! Dawać 

siatkę, ale już!

- Wyraziłaś się niegramatycznie. Prawidłowa forma brzmi: „proszę o siatkę”, a nie: 

„dawać siatkę” - zauważyła Ciotka Józefina.

Tego było już Wioletce za wiele. Ostrożnie omijając wijące się pijawki, najstarsza z 

Baudelaire'ów   chlapnęła   jeszcze   krok   do   przodu   i   zdarła   siatkę   z   koka   Ciotki   Józefiny. 

Wcisnąwszy   do   siatki   zwinięty   w   kulę   kawał   żagla,   chwyciła   wędkę   i   zaczepiła   brudny 

tłumok na haczyku - zupełnie jakby wybierała się na połów ryb, których przysmakiem są 

akcesoria żeglarskie i fryzjerskie.

TRACH!  TRACH!  Żaglówka przechyliła  się najpierw  na jedną  burtę, a potem na 

background image

drugą.   Pijawki   omal   nie   przebiły   się   do   środka.   Wioletka   złapała   wiosło   i   zaczęła 

błyskawicznie, z całej siły, pocierać nim o krawędź burty.

- Co ty robisz? - zdziwił się Klaus, łowiąc w sieć trzy pijawki za jednym zamachem.

- Przez intensywne pocieranie o siebie dwóch kawałków drewna wywołam tarcie - 

wyjaśniła Wioletka. - Tarcie wywoła iskrę. A od iskry podpalę płótno w siatce i wykorzystam 

je jako sygnał świetlny.

- Chcesz   wzniecić   pożar?   -   krzyknął   Klaus.   -   Przecież   ogień   to   jeszcze   większe 

niebezpieczeństwo!

- Wcale nie, o ile będę go trzymać wysoko, na końcu kija - zapewniła brata Wioletka. 

- Tak właśnie zrobię, a jednocześnie będę bić w wiadro jak w dzwon. Mam nadzieję, że 

podwójny sygnał ściągnie jakąś pomoc.

Wioletka tarła i tarła wiosłem o skraj burty, ale iskra się nie pojawiała. Niestety, po 

huraganowej ulewie i lalach Jeziora Łzawego drewno było zbyt mokre, aby skrzesać iskrę, 

która wznieciłaby ogień. Pomysł był dobry, ale trąc i trąc wiosłem bez rezultatu, Wioletka 

zrozumiała,   że   w   tym   przypadku   dobry   pomysł   okazał   się   marny.   TRACH!   TRACH! 

Wioletka obejrzała się na Ciotkę Józefinę i na swoje przerażone rodzeństwo - i nagle poczuła, 

że nadzieja wycieka z jej serca równie prędko, jak woda przecieka do łódki.

- Nie   działa   -   zasmuciła   się   i   łzy   pociekły   jej   po   policzkach.   Przypomniała   sobie 

obietnicę, którą dała rodzicom na krótko przed ich śmiercią: że zawsze będzie się opiekowała 

młodszym   rodzeństwem.   Widząc   kłębowisko   pijawek   wokół   tonącej   łodzi,   Wioletka 

przestraszyła się, że nie dotrzyma obietnicy. - Nie działa - powtórzyła i z rozpaczą rzuciła 

wiosło na pokład. - Musimy zdobyć ogień, a ja nie umiem go skrzesać.

- Nie szkodzi - powiedział Klaus, chociaż wcale nie była  to prawda. - Na pewno 

wymyślimy coś innego.

- Tintet - pisnęło Słoneczko, co mogło znaczyć: „Nie płacz. Przecież starałaś się jak 

najlepiej”. Ale Wioletka i tak płakała. Łatwo powiedzieć, że najważniejsza rzecz to starać się 

jak najlepiej, lecz w wielkiej opresji nie jest ważne, kto i jak się stara, tylko kto się uratuje. 

Łódka bujała z boku na bok, woda napływała przez szczeliny, a Wioletka płakała, bo zdawało 

jej się, że nie ma już ratunku. Drżącym od szlochu ramieniem podniosła do oka lunetę, aby 

sprawdzić, czy przypadkiem nie ma w pobliżu jakiejś innej łodzi albo czy przypływ nie zniósł 

żaglówki bliżej brzegu - ale zobaczyła tylko odblask księżyca na zmarszczonej tafli jeziora. I 

cale szczęście. Bo na widok tego odblasku przypomniała sobie naukowe zasady konwergencji 

i rozszczepienia światła.

Naukowe zasady konwergencji i rozszczepienia światła są bardzo zawile. Ja, szczerze 

background image

mówiąc, nie rozumiem ich ani w ząb, nawet kiedy tłumaczy mi je mój przyjaciel, doktor 

Lorenz.  Ale  dla   Wioletki   zasady  te   były  oczywiste.   Natychmiast  przypomniała  sobie,  co 

opowiadał jej tata dawno temu, gdy dopiero zaczynała się interesować naukami ścisłymi. Tata 

Wioletki   miał   w   dzieciństwie   nieznośną   kuzynkę,   która   uwielbiała   smażyć   mrówki, 

podpalając mrowisko od słońca za pomocą szkła powiększającego. Smażenie mrówek to, 

oczywiście, bulwersujące hobby - słowo „bulwersujące” oznacza tutaj: „typowe dla Hrabiego 

Olafa, kiedy był w waszym wieku” - ale wspomnienie tej historii podsunęło Wioletce myśl, 

że i ona może za pomocą soczewki zogniskować światło księżyca i rozpalić ogień, Nie tracąc 

czasu,   wyłuskała   soczewkę   z   lunety   i   ustawiła   ją   względem   księżyca   pod   kątem,   który 

błyskawicznie obliczyła w głowie.

Księżycowy blask przeszył soczewkę, skupiając się w długą, cienką wiązkę światła, 

która jak rozżarzona nić wycelowała prosto w kulę żaglowego płótna, zamkniętą w siatce na 

włosy Ciotki Józefiny. Po chwili na końcu rozżarzonej nitki pojawił się płomyk.

- To cud! - zawołał Klaus, gdy płomyk rozrósł się w płomień.

- Nie do wiary! - krzyknęła Ciotka Józefina.

- Fonti! - pisnęło Słoneczko.

- Wszystko   zgodnie   z   naukową   zasadą   konwergencji   i   rozszczepienia   światła!   - 

uradowała się Wioletka i otarła zapłakane oczy. Ostrożnie, starając się omijać pijawki,  a 

jednocześnie nie ugasić płomienia, Wioletka przeszła bliżej dziobu łodzi. Jedną ręką chwyciła 

wiosło i zaczęła nim walić w wiadro, które głośnym brzękiem miało przywołać pomoc. Drugą 

ręką uniosła w górę wędkę z płonącą kulą, aby jasne światło pokazało ratownikowi, dokąd ma 

płynąć. Wioletka spojrzała w górę na urządzenie sygnalizacyjne własnej roboty, zapalone w 

końcu tylko  dzięki głupawej anegdotce, którą przed laty opowiedział jej  tata. Kuzynka  - 

specjalistka od smażenia mrówek była z pewnością bardzo niesympatyczna, ale gdyby w tej 

chwili zjawiła się na pokładzie żaglówki, Wioletka uściskałaby ją serdecznie.

Okazało się jednak, że skutek sygnalizacji był mieszany - to znaczy, „trochę dobry, a 

trochę zły”. Ktoś rzeczywiście dostrzegł sygnał, i to natychmiast - ktoś, kto już od pewnego 

czasu płynął po jeziorze, a teraz skierował się ku łodzi Baudelaire'ów. Wioletka, Klaus i 

Słoneczko - nawet Ciotka Józefina - uśmiechnęli się z radości na widok drugiej żaglówki. 

Ktoś spieszył im na ratunek - i to była dobra wiadomość. Ale miny im zrzedły, gdy łódź 

zbliżyła   się   i   zobaczyli,   kto   nią   płynie.   Poznali   drewnianą   nogę,   granatową   czapkę 

marynarską  i przepaskę  na oku. Był  to, oczywiście,  Kapitan Szlam - czyli  najgorsze,  co 

mogło im się przydarzyć.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

- Zapraszam na pokład - rzeki Kapitan Szlam, szczerząc paskudne zęby w jadowitym 

uśmiechu. - Bardzo się cieszę, że was widzę. Myślałem, że już po was, kiedy dom tej starej 

baby   spadł   z   urwiska,   ale   na   szczęście   mój   asystent   powiadomił   mnie,   że   uciekliście 

kradzioną żaglówką. A ty, Józefino? Sądziłem, że zachowałaś się rozsądnie i wyskoczyłaś 

przez okno.

- Zachowałam   się   rozsądnie   -   odpada   kwaśno   Ciotka   Józefina.   -   Tylko   dzieci 

niepotrzebnie po mnie przypłynęły.

Kapitan Szlam uśmiechnął się. Manewrując wprawnie żaglówką, ustawił ją burta w 

burtę z łodzią skradzioną przez sieroty, a Ciotka Józefina i Baudelaire'owie, przekroczywszy 

kłębowisko   pijawek,   przesiedli   się   na   suchy   pokład.   Zaraz   potem   ich   łódka   z   głośnym 

FLUSZSZ! nabrała wody do pełna i błyskawicznie poszła na dno jeziora. Pijawki Łzawe 

pływały w kółko nad tonącą żaglówką i zgrzytały ząbkami.

- A kto mi podziękuje, sieroty? - spytał Kapitan Szlam, wskazując palcem wielki wir 

w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowała się łódź. - Gdyby nie ja, siedzielibyście teraz w 

brzuchach tych pijawek, rozszarpani na kawałeczki.

- Gdyby nie pan - wypaliła ze złością Wioletka - to po pierwsze wcale by nas nie było 

na Jeziorze Łzawym.

- O   to   miejcie   pretensje   do   starej.   -   Kapitan   Szlam   wskazał   Ciotkę   Józefinę.   - 

Upozorować   własną   śmierć   to   było   nawet   sprytne,   ale   nie   dość   sprytne.   Majątek 

Baudelaire'ów - niestety, razem ze smarkaczami - należy teraz do mnie.

- Niech pan nie opowiada głupstw - oburzył się Klaus. - Nie należymy do pana i nigdy 

nie będziemy należeć. Gdy powiemy panu Poe, co się stało, pośle pana za kratki.

- Czyżby? - spytał Kapitan Szlam, zawracając żaglówkę w kierunku Doku Damoklesa. 

Odsłonięte oko błysnęło mu mocno, jakby opowiadał dowcip. - Pan Poe pośle mnie za kratki, 

tak   uważasz?   Więc   dowiedz   się,   że   pan   Poe   kończy   właśnie   przygotowywać   papiery 

adopcyjne. Za parę godzin, moje sieroty, będziecie się nazywać Wioletka, Klaus i Słoneczko 

Szlam.

- Nejhab! - pisnęło Słoneczko, co znaczyło: „Nazywam się Słoneczko Baudelaire i 

zawsze będę się nazywać Słoneczko Baudelaire, o ile sama nie postanowię legalnie zmienić 

nazwiska!”.

- Kiedy pan Poe dowie się od nas, że zmusił pan Ciotkę Józefinę do napisania tego 

listu, podrze dokumenty adopcyjne na tysiąc kawałków.

background image

- Pan Poe wam nie uwierzy - zachichotał Kapitan Szlam. - Dlaczego miałby wierzyć 

trójce smarkaczy, którzy uciekają z domu i kradną łodzie?

- Dlatego, że mówimy prawdę! - krzyknął Klaus.

- Prawda - śmawda! - prychnął pogardliwie Kapitan Szlam. Jedną z metod okazania 

lekceważenia jest nazwać jakąś rzecz po imieniu, a potem przekręcić to słowo, zamieniając 

pierwsze   litery   na   SM.   Ktoś,   kto   lekceważy   dentystów,   może   na   przykład   powiedzieć: 

„dentysta - śmentysta”, Ale lekceważyć prawdę mógł tylko osobnik tak podły jak Kapitan 

Szlam. - Prawda - śmawda! - powtórzył. - Przypuszczam, że pan Poe znacznie łatwiej uwierzy 

właścicielowi   szacownej   wypożyczalni   żaglówek,   który   podczas   huraganu   wypływa   na 

jezioro, aby ratować troje złodziei - niewdzięczników.

- Ukradliśmy łódź - powiedziała Wioletka bo musieliśmy wydostać Ciotkę Józefinę z 

kryjówki, aby ujawniła wszystkim pana podły plan.

- Przecież starej też nikt nie uwierzy - machnął ręką Kapitan Szlam. - Kto by wierzył 

martwej babie?

- Czy pan całkiem oślepi? - zniecierpliwił się Klaus. - Przecież Ciotka Józefina nie 

umarła!

Kapitan Szlam z dziwnym uśmieszkiem spojrzał na jezioro. O parę metrów dalej woda 

lekko się zmarszczyła: to gromada Pijawek Łzawych płynęła w stronę żaglówki Kapitana 

Szlama.   Przeszukawszy   dokładnie   wrak   łódki   Baudelaire'ów   i   nie   znalazłszy   tam   nic   do 

jedzenia, pijawki zrozumiały, że dały się nabrać, i ruszyły w dalszą pogoń za wonią banana, 

która wciąż snuła się za Ciotką Józefiną.

- Jeszcze nie umarła - rzekł strasznym głosem Kapitan Szlam, dając krok w stronę 

Ciotki Józefiny.

- Och, nie! - krzyknęła ciotka, robiąc wielkie oczy ze strachu. - Nie wyrzucaj mnie za 

burtę! Błagam!

- Nie   ujawnisz   mojego   planu   panu   Poe   -   mówił   Kapitan   Szlam,   zbliżając   się   o 

następny krok do przerażonej kobiety - bo za chwile przyłączysz się do swojego kochanego 

Ike'a na dnie jeziora.

- Na pewno nie! - zawołała Wioletka i chwyciła linę. - Zanim zdążysz jej coś zrobić, 

łobuzie, doprowadzę łódź do brzegu!

- Ja ci pomogę! - Klaus popędził na rufę t złapał za ster.

- Iga! - pisnęło Słoneczko, co prawdopodobnie znaczyło: „A ja będę pilnować Ciotki 

Józefiny”. Podczołgało się na czworakach, przycupnęło przed ciotką i wyszczerzyło groźnie 

zęby na Kapitana Szlama.

background image

- Przysięgam, że nic nie powiem panu Poe! - broniła się desperacko Ciotka Józefina. - 

Wyjadę gdzieś daleko, ukryję się, nikt mnie więcej nie zobaczy! Powiedz mu, że umarłam! 

Weź sobie majątek! Weź sobie dzieci! Tylko nie rzucaj mnie na pastwę pijawkom!

Baudelaire'owie spojrzeli na ciotkę ze zgrozą.

- Ciocia   miała   się   nami   opiekować   -   powiedziała   zdumiona   Wioletka   -   a   nie 

handlować naszym życiem!

Kapitan Szlam zawahał się, jakby rozważał ofertę Ciotki Józefiny.

- Może i masz rację - powiedział - Nie muszę cię właściwie zabijać. Wystarczy, żeby 

wszyscy myśleli, że nie żyjesz.

- Zmienię  nazwisko! - obiecała Ciotka  Józefina. - Ufarbuję  włosy! Założę barwne 

szkła kontaktowe! I wyjadę daleko, daleko! Słuch o mnie zaginie!

- A co z nami, Ciociu Józefino? - spytał ze zgrozą Klaus. - Co z nami?

- Cicho, sieroty! - warknął Kapitan Szlam. Pijawki Łzawe podpłynęły już do żaglówki 

i zaczęty postukiwać w burtę. - Nie wtrącać się, jak dorośli rozmawiają. Ja bym ci nawet 

chciał uwierzyć, staruszko. Ale póki co, nie okazałaś się osobą godną zaufania.

- Jak dotąd - - poprawiła go Ciotka Józefina, ocierając łzę z oka.

- Co takiego? - zdziwił się Kapitan Szlam.

- Wyraziłeś się niepoprawnie. Powiedziałeś: „Póki co, nie okazałaś się osobą godną 

zaufania”, a należało powiedzieć: „Jak dotąd, nie okazałaś się osobą godną zaufania”.

Błyszczące oko Kapitana Szlama mrugnęło, a jego usta wykrzywił straszliwy grymas.

- Dziękuję gorąco za wytknięcie mi błędu - rzekł Kapitan Szlam, dając ostatni krok w 

stronę Ciotki Józefiny. Słoneczko warknęło ostrzegawczo, ale Kapitan Szlam wierzgnął tylko 

drewnianą nogą i kopnął maleństwo, aż poleciało w drugi koniec łodzi. - Chciałbym jednak 

mieć pewność, że dobrze zrozumiałem lekcję gramatyki  - zwrócił się jakby nigdy nic do 

roztrzęsionej opiekunki Baudelaire'ów. - Więc gdybym powiedział: „Póki co nie wiadomo, 

kto   wypchnął   za   burtę   Józefinę   Anwhistle   na   pożarcie   pijawkom”   -   wyraziłbym   się 

niepoprawnie. Ale jeżeli powiem: „Jak dotąd nie wiadomo, kto wypchnął za burtę Józefinę 

Anwhistle na pożarcie pijawkom” - to, według ciebie, wszystko będzie w porządku, tak?

- Tak - potwierdziła Ciotka Józefina. - To znaczy, nie. To znaczy...

Niestety, nigdy nie miała dokończyć wyjaśnień. Kapitan Szłam stanął tuż przed Ciotką 

Józefiną i obiema rękami wypchnął ją za burtę łodzi. Z cichym piskiem i głośnym pluskiem 

wpadła do Jeziora Łzawego.

- Ciociu Józefino! - krzyknęła Wioletka. - Ciociu Józefino!

Klaus wychylił  się przez burtę i wyciągnął  rękę najdalej, jak mógł. Dzięki dwóm 

background image

kamizelkom ratunkowym Ciotka Józefina unosiła się na wodzie. Wymachiwała rozpaczliwie 

rękami, gdyż pijawki już płynęły w jej stronę. Ale Kapitan Szlam ściągnął nagle szot żagla i 

Klaus nie dosięgnął ciotki.

- Ty diable! - wrzasnął Klaus na Kapitana Szlama. - Ty złośliwy diable!

- Nieładnie tak mówić do tatusia - pouczył go spokojnie Kapitan Szlam.

Wioletka próbowała wyrwać linę z jego rak.

- Zawracaj! - krzyczała. - Natychmiast zawróć żaglówkę!

- Ani   mi   się   śni   -   odparł   niewzruszony.   -   Pomachajcie   staruszce,   bo   już   jej   nie 

zobaczycie.

Klaus wychylił się jak najdalej za burtę i krzyknął:

- Niech się ciocia nie martwi!

Ale słychać było, że sam bardzo się martwi. Łódź oddaliła się już znacznie od Ciotki 

Józefiny - sieroty widziały tylko białe ręce wymachujące nad ciemną wodą.

- Ma szanse - szepnęła Wioletka do Klausa. - Założyła dwie kamizelki ratunkowe i 

bardzo dobrze pływa.

- To prawda - przyznał Klaus głosem słabym i roztrzęsionym. - Całe życie mieszkała 

nad tym jeziorem. Może zna drogę na skróty.

- Legru - dodało cicho Słoneczko, co znaczyło: „Pozostaje nam tylko mieć nadzieję”.

Drżące   z   zimna   i   strachu   sieroty   zbiły   się   w   gromadkę,   a   Kapitan   Szlam   sam 

manewrował   żaglówką.   Dzieciom   pozostało   już   tylko   mieć   nadzieję.   Na   myśl   o   Ciotce 

Józefinie czuły mętlik w głowach. Właściwie nigdy nie było im u niej dobrze - nie dlatego, że 

fatalnie gotowała, nie dlatego, że ofiarowała im nieciekawe prezenty.

i nawet nie dlatego, że stale poprawiała ich błędy gramatyczne, ale dlatego, że tak 

strasznie się wszystkiego bała, a strach nie pozwala się niczym cieszyć. A co gorsza, strach 

czynił z Ciotki Józefiny złą opiekunkę. Opiekun powinien być przy dzieciach i czuwać nad 

ich   bezpieczeństwem,   a  Ciotka  Józefina   uciekła  na   pierwszy  sygnał   zagrożenia.   Opiekun 

powinien   pomagać   dzieciom   w   trudnych   chwilach,   a   Ciotkę   Józefinę,   gdy   okazała   się 

potrzebna, trzeba było niemal siłą wyciągać ze Skisłej Groty.  Opiekun powinien osłaniać 

dzieci przed niebezpieczeństwem, a Ciotka Józefina chciała je wydać Kapitanowi Szlamowi, 

aby ratować własną skórę.

Lecz mimo wszystkich wad Ciotki Józefiny dzieci wspominały ją życzliwie. Nauczyła 

je wielu rzeczy, chociaż na ogół nudnych. Zapewniła im dom, chociaż zimny i nieodporny na 

huragany. A poza tym, podobnie jak Baudelaire'owie, Ciotka Józefina miała za sobą straszne 

przeżycia. I dlatego, patrząc na znikającą w dali postać opiekunki i coraz bliższe światła Doku 

background image

Damoklesa, Wioletka, Klaus i Słoneczko nie myśleli sobie: „Józefina - Śmuzefina”, tylko: 

„Miejmy nadzieję, że Ciotce Józefinie nic się nie siato”.

Kapitan Szlam doprowadził żaglówkę do samego brzegu i wprawnie przycumował do 

pomostu.

- Wysiadka,   głupki!   -   zarządził,   po   czym   poprowadził   Baudelaire'ów   do   wysokiej 

metalowej bramy z błyszczącymi kolcami na czubku. W bramie stal pan Poe, z chusteczką w 

ręku i wyrazem ulgi na twarzy. Towarzyszące mu stworzenie niewiadomej płci gapiło się na 

dzieci z triumfalną miną.

- Nic się wam nie stało! - zawołał pan Poe. - Dzięki Bogu! A tak się martwiliśmy! 

Kiedy   stwierdziliśmy   z   Kapitanem   Szlamem,   że   dom   pani   Anwhistle   wpadł   do   morza, 

myśleliśmy, że już po was!

- Na szczęście mój współpracownik dał mi znać, że ukradli żaglówkę - poinformował 

go Kapitan Szlam. - Niewiele z niej zostało po ataku huraganu i stada pijawek. Uratowałem 

dzieci dosłownie w ostatniej chwili.

- To   nieprawda!   -   krzyknęła   Wioletka.   -   On   wrzucił   Ciotkę   Józefinę   do   jeziora! 

Musimy płynąć jej na pomoc!

- Dzieci są zmęczone  i zdenerwowane - błysnął  okiem Kapitan Szlam. - Jako ich 

ojciec, uważam, że powinny się dobrze wyspać.

- On nie jest naszym ojcem! - oburzył się Klaus. - To Hrabia Olaf, morderca! Proszę 

wezwać policję, panie Poe! Trzeba ratować Ciotkę Józefinę!

- Ajajaj! - powiedział pan Poe i rozkaszlał się w chusteczkę. - Widzę, że rzeczywiście 

się zdenerwowałeś, Klaus. Przecież Ciotka Józefina nie żyje, nie pamiętasz? Rzuciła się przez 

okno.

- Nie, nie - zaprotestowała Wioletka. - Jej pożegnalny list zawierał tajną wiadomość. 

Klaus   rozszyfrował   ją.   Wiadomość   brzmiała:   „Skisła   Grota”.   Błędy   w   liście   miały 

przyciągnąć naszą uwagę.

- Co ty pleciesz? - zdumiał się pan Poe. - Jaka grota? Jakie błędy?

- Klaus, pokaż ten list - poleciła bratu Wioletka.

- List może poczekać do rana - wtrącił fałszywie słodkim głosem Kapitan Szlam. - 

Teraz musicie się porządnie wyspać. Mój współpracownik zabierze was do apartamentu, a my 

z panem Poe dokończymy tu sobie formalności adopcyjnych.

- Ale... - zaczął Klaus.

- Ale nie ma o czym gadać! - uciął Kapitan Szlam. - Jesteś mocno rozkojarzony, to 

znaczy „mało przytomny”.

background image

- Wiem, co to znaczy - obruszył się Klaus.

- Proszę pana, niech nas pan wysłucha - zwróciła się błagalnie Wioletka do pana Poe. - 

To sprawa życia lub śmierci. Proszę, niech pan chociaż spojrzy na ten list.

- List może poczekać do rana! - powtórzył podniesionym głosem Kapitan Szlam. - 

Teraz proszę pójść z moim współpracownikiem do samochodu, pojechać do domu i udać się 

prosto do łóżka.

- Chwileczkę,   Kapitanie   Szlam   -   powstrzymał   go   pan   Poe.   -   Skoro   dzieciom   tak 

bardzo zależy, zerknę na ten list. To potrwa minutkę.

- Dziękujemy panu - rzeki z ulgą Klaus i sięgnął do kieszeni po list. W tej samej 

chwili jednak mina mu zrzedła, i na pewno domyślacie się, dlaczego. Jeśli ktoś trzyma w 

kieszeni kawałek papieru i chodzi z nim po dworze podczas ulewy, ten kawałek papieru, 

choćby nie wiem jak ważny, musi zmienić się w mokrą miazgę. Klaus wyciągnął z kieszeni 

rozmiękłą kulkę - wspomnienie po liście Ciotki Józefiny. Ledwo można było poznać, że to 

papier, nie mówiąc o odczytaniu zaszyfrowanej wiadomości.

- To byt ten list - powiedział Klaus, demonstrując morką kulkę panu Poe. - Musi nam 

pan uwierzyć na słowo, że Ciotka Józefina jeszcze wtedy nie umarła.

- I może nadał żyje! - zawołała Wioletka. - Proszę postać jej kogoś na ratunek!

- Ach, moje dzieci! - westchnął pan Poe. - Tak się biedactwa zdenerwowały. Ale nie 

martwcie się już. Zadbałem o was, tak jak zawsze obiecywałem: jestem pewien, że Kapitan 

Szlam doskonale się wami zaopiekuje. Ma własną solidną firmę i nie wygląda na kogoś, kto 

rzuca się przez okno. A przede wszystkim bardzo się o was troszczy - najlepszy dowód, że 

sam, w środku huraganu, popłynął wam na ratunek.

- On się troszczy tylko o jedno - rzeki gorzko Klaus. - O nasz majątek.

- Ależ to nieprawda! - zaprotestował Kapitan Szlam. - Nie chcę ani pensa z waszego 

majątku. Nie licząc, oczywiście, odszkodowania za skradzioną i rozbitą żaglówkę.

Pan Poe zmarszczył brwi i rozkaszlał się w chusteczkę.

- Zaskoczył mnie pan tym odszkodowaniem - powiedział - ale przypuszczam, że da się 

to jakoś załatwić. Proszę was, dzieci, jedźcie już do nowego domu, a my tu z Kapitanem 

Szlamem dopełnimy formalności. Może jutro rano, przed wyjazdem do miasta, zdążę zjeść z 

wami śniadanie.

- Błagamy pana, niech nas pan wysłucha! - zawołała Wioletka.

- Błagamy pana, niech nam pan uwierzy! - zawołał Klaus.

Słoneczko się nie odezwało. Słoneczko nie odzywało się już od pewnego czasu, a 

gdyby brat i siostra Słoneczka nie byli tak zajęci przekonywaniem pana Poe, zauważyliby, że 

background image

Słoneczko   nawet   nie   patrzy   na   rozmawiających.   Przez   cały   czas   patrzyło   uważnie   przed 

siebie, co w przypadku niemowlęcia oznacza: na nogi dorosłych. A konkretnie - na nogę 

Kapitana Szlama. Nie na tę prawą, która wyglądała całkiem normalnie, tylko na tę drewnianą. 

Słoneczko przyglądało się lśniącemu drewnianemu kołkowi, przytwierdzonemu do lewego 

kolana wygiętym metalowym zawiasem. Przyglądało mu się w wielkim skupieniu.

Zdziwi   was   może,   gdy   powiem,   że   w   tym   momencie   Słoneczko   przypominało 

sławnego   greckiego   wodza,   Aleksandra   Wielkiego.   Aleksander   Wielki   żyt   przeszło   dwa 

tysiące   lat   temu   i   wcale   nie   miał   na   nazwisko   „Wielki”.   Kazał   się   tylko   tak   nazywać 

wszystkim ludom, których kraje najeżdżał z kupą wojska i ogłaszał się ich królem. Poza tym, 

że podbił liczne ziemie i zmusił tubylców, aby go nazywali, tak jak chciał, Aleksander Wielki 

zasłynął w związku z tak zwanym węzłem gordyjskim. Węzeł gordyjski był to kawałek liny, 

fantazyjnie  spleciony  przez   króla  imieniem   Gordios.  Gordios   ogłosił,   że  jeśli  Aleksander 

rozwiąże węzeł, on, Gordios, odda mu rządy królestwa. Aleksander był jednak zbyt zajęty 

podbojami, żeby studiować sztukę rozsupływania węzłów, więc zwyczajnie wyciągnął miecz 

i przeciął węzeł gordyjski na pół. Było to, rzecz jasna, oszustwo, lecz Aleksander miał zbyt 

wielu żołnierzy, żeby Gordios miał się z nim kłócić, toteż wkrótce całe Gordion kłaniało się w 

pas Wiadomo - Komu Wielkiemu. I od tamtego czasu na trudny problem mówi się często 

„węzeł   gordyjski”,   a   jeśli   da   się   taki   problem   rozwiązać   sposobem   prostym   -   a   nawet 

prostackim - to mówi się, że węzeł gordyjski został przecięty.

Problem, przed którym stały sieroty Baudelaire, z całą pewnością zasługiwał na miano 

węzła gordyjskiego, gdyż wydawał się nie do rozwiązania. Problem tkwił w tym, że niecny 

plan Kapitana Szlama mógł się powieść, o ile dzieci nie zdołają przekonać pana Poe, jak 

wygląda prawda. A z Ciotką Józefiną wrzuconą do jeziora i listem rozmiękłym na miazgę 

Wioletka   i   Klaus   mieli   marne   szanse   na   przekonanie   pana   Poe   o   czymkolwiek.   Za   to 

Słoneczko, wpatrując się w drewnianą nogę Kapitana Szlama, obmyśliło rozwiązanie tyleż 

proste, co prostackie.

Korzystając z tego, że duzi ludzie nie zwracają na nie uwagi, Słoneczko podczołgało 

się jak najbliżej drewnianej nogi, rozdziawiło buzię i ugryzło z całej siły. Na szczęście dla 

Baudelaire'ów, ząbki Słoneczka były ostre jak miecz Aleksandra Wielkiego: drewniana noga 

Kapitana Szlama z głośnym trzaskiem rozłupała się na dwie części i wszyscy spojrzeli w dół.

Jak   już   pewnie   odgadliście,   proteza   była   fałszywa,   więc   gdy   pękła,   ukazała   się 

prawdziwa, blada i spocona noga Kapitana Szlama, od kolana po palce. Lecz nie kolano i nie 

palce   zaciekawiły   obecnych.   Zaciekawiła   ich   kostka.   Na   bladej   i   spoconej   skórze   kostki 

Kapitana Szlama widniało bowiem rozwiązanie problemu Baudelaire'ów.

background image

Przegryzając   drewnianą   nogę,   Słoneczko   przecięło   węzeł   gordyjski:   gdy   połówki 

fałszywej   protezy   rąbnęły   w   drewniany   pomost   Doku   Damoklesa,   wszyscy   spojrzeli   w 

wytatuowane oko.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Pan Poe spoglądał ze zdumieniem. Wioletka - z ulgą. Klaus - z miną asertywną, co 

znaczy   „uprzejmie   pewną   siebie”   (słowa   tego   nauczył   się   Z   artykułu   w   jakimś   piśmie). 

Słoneczko - z miną triumfalną. Osoba, po której trudno było poznać, czy jest mężczyzną, czy 

kobietą   -   z   miną   rozczarowaną.   A   Hrabia   Olaf   -   co   za   ulga   móc   go   nareszcie   nazwać 

prawdziwym imieniem! - miał w pierwszej chwili minę przestraszoną, ale w jednym błysku 

odsłoniętego oka przyoblekł taki sam wyraz zdumienia, jaki malował się na obliczu pana Poe.

- Moja   noga!   -   wykrzyknął   tonem   fałszywej   radości.   -   Noga   mi   odrosła!   To 

niezwykłe! To wspaniałe! To cud medyczny!

- Daj pan spokój - przerwał mu pan Poe, zakładając ręce. - To na nic. Nawet dziecko 

widzi, że proteza była fałszywa.

- Jedynie dziecko to widziało - szepnęła Wioletka do Klausa. - A raczej troje dzieci.

- No dobra, może i proteza była fałszywa - przyznał Hrabia Olaf i cofnął się o krok. - 

Ale tego tatuażu nigdy u siebie nie widziałem.

- Daj pan spokój - powtórzył pan Poe. - To też na nic. Chciał pan ukryć tatuaż w 

drewnianej nodze, ale teraz wszyscy widzimy, że jest pan w rzeczywistości Hrabią Olafem.

- No dobra, może to i mój tatuaż - przyznał Hrabia Olaf i dał następny krok do tyłu. - 

Ale nie jestem żadnym Hrabią Olafem. Nazywam się Kapitan Szlam, a oto moja wizytówka, 

która to potwierdza.

- Daj pan spokój - powtórzył po raz trzeci pan Poe. - To nic nie da. Każdy może sobie 

iść do zakładu drukarskiego i zamówić wizytówkę z dowolnym napisem.

- No  dobra,   może   nie  nazywam   się  Kapitan   Szlam   -  przyznał   Hrabia  Olaf.   -  Ale 

dzieciaki i tak należą do mnie. Józefina mi je zostawiła.

- Daj pan spokój - powtórzył pan Poe po raz czwarty. - To na nic. Ciotka Józefina 

zostawiła dzieci Kapitanowi Szlamowi, a nie Hrabiemu Olafowi. A pan jest Hrabią Olafem, 

nie Kapitanem Szlamem. Więc wyznaczenie opiekuna dla sierot Baudelaire. znów należy do 

mnie. Wyślę dzieci w nowe miejsce, a pana poślę za kratki. Po raz ostatni próbował pan 

swoich   niecnych   sztuczek,   Olafie.   Za   pierwszym   razem   chciał   pan   zgarnąć   fortunę 

Baudelaire'ów, poślubiając Wioletkę. Za drugim razem chciał pan ukraść majątek, mordując 

Wujcia Monty'ego.

- A  za  trzecim  razem  wymyśliłem   najlepszy plan!  -  ryknął   Hrabia   Olaf,  zrywając 

przepaskę   z   oka,   które,   oczywiście,   tak   samo   jak   noga,   było   całkiem   zdrowe.   Łypnął 

obojgiem błyszczących oczu na sieroty Baudelaire. - Nie lubię się przechwalać... a właściwie, 

background image

po co ja mam was, głupków, dalej okłamywać? Uwielbiam się przechwalać! Zmuszenie tej 

głupiej starej baby do napisania listu to było coś, czym można się pochwalić. Ależ ta Józefina 

była naiwna!

- Wcale nie była naiwna! - krzyknął Klaus. - Była dobra i słodka!

- Słodka!   -   powtórzył   z   diabelskim   uśmieszkiem   Hrabia   Olaf.   -   O   tym   zapewne 

przekonują się w tej chwili Pijawki Łzawe. Możliwe, że takiego słodkiego śniadanka jeszcze 

nie jadły.

Pan Poe zmarszczył brwi i rozkaszlał się w chusteczkę.

- Dość tych obrzydliwości, Olaf! - rzekł surowo. - Mamy cię wreszcie i już nam się nie 

wymkniesz.   Departament   Policji   Jeziora   Łzawego   z   przyjemnością   aresztuje   znanego 

przestępcę.

poszukiwanego za oszustwo, morderstwo i maltretowanie nieletnich.

- I podpalenie! - dorzucił Hrabia Olaf.

- Powiedziałem DOŚĆ! - warknął pan Poe. Hrabia Olaf, sieroty Baudelaire, a nawet 

wielka istota, zdumieli się, że pan Poe potrafi przemawiać tak srogo. - Po raz ostatni dybałeś 

na te dzieci. Dopilnuję, abyś trafił w ręce odpowiednich władz. Na nic przebrania. Na nic 

kłamstwa. Nic już nie może zmienić twojej sytuacji.

- Naprawdę? - Obleśny uśmieszek wykrzywił usta Hrabiego Olafa. - A jednak coś mi 

przyszło do głowy.

- Co takiego? - spytał pan Poe.

Hrabia Olaf spojrzał po kolei na sieroty Baudelaire, uśmiechając się do nich jak do 

trzech ulubionych czekoladek, które postanowił zachować na później. Potem uśmiechnął się 

do wielkiej istoty, a na koniec do pana Poe.

- To, że mogę uciec - powiedział. I uciekł. A za nim telepało się niezdarnie wielkie 

cielsko dziwnej osoby. Biegli w kierunku żelaznej bramy.

- Wracaj!   -   krzyknął   pan   Poe.   -   Wracaj,   w   imieniu   prawa!   Wracaj,   w   imieniu 

sprawiedliwości i praworządności! Wracaj, w imieniu Mecenatu Mnożenia Mamony!

- Krzyki nic nie pomogą! - zawołała Wioletka. - Szybciej! Trzeba ich gonić!

- Nie mogę pozwolić, aby dzieci goniły takiego bandytę - odpowiedział jej pan Poe i 

znów zaczął wrzeszczeć: - Stój! Słyszysz? Stój, powiadam!

- Nie dajmy im się wymknąć! - zawołał Klaus. - Gońmy ich, Wioletko! Gońmy ich, 

Słoneczko!

- Nie, nie, to nie jest zadanie dla dzieci - powstrzymał go pan Poe. - Poczekaj tutaj z 

siostrzyczkami, Klaus. Ja ich zatrzymam. Nie umkną panu Poe! Hej, wy tam! Stać!

background image

- Nie możemy stać tu i czekać! - zdenerwowała się Wioletka. - Musimy płynąć na 

pomoc Ciotce Józefinie! Może ona jeszcze żyje!

- Przypominam, że pozostajecie pod moją opieką - oświadczył twardo pan Poe. - Nie 

pozwolę małym dzieciom pływać żaglówką bez nadzoru dorosłych.

- Gdybyśmy nie wypłynęli żaglówką bez nadzoru dorosłych, Hrabia Olaf już miałby 

nas w garści - przypomniał mu Klaus.

- Nie o to chodzi - mruknął pan Poe i szybkim krokiem ruszył w stronę Hrabiego 

Olafa i wielkiej istoty. - Chodzi o to, że,..

Najważniejszych   słów   dzieci   nie   usłyszały,   bo   zagłuszył   je   donośny   BRZĘK! 

metalowej bramy. Wielka osoba zatrzasnęła ją tuż przed nosem pana Poe.

- Stać natychmiast!  - rozkazał zza prętów pan Poe. - Wracaj mi tu zaraz, wredny 

typku!   -   Spróbował   otworzyć   bramę,   ale   była   zatrzaśnięta.   -   Zatrzaśnięta!   -   krzyknął   do 

dzieci. - Gdzie klucz? Musimy znaleźć klucz!

Baudelaire'owie rzucili się do bramy, lecz zatrzymał ich odgłos pobrzękiwania.

- Klucz jest u mnie - zabrzmiał z drugiej strony bramy głos Hrabiego Olafa. - Ale nie 

martwcie się, sieroty. Niedługo znów się spotkamy.

- Otwórz natychmiast tę bramę! - zarządził pan Poe, oczywiście na próżno. Pan Poe 

szarpał pręty z całych sił, ale najeżona stalowymi kolcami brama ani drgnęła. Pognał więc do 

budki telefonicznej, aby wezwać policję. Dzieci wiedziały jednak, że zanim policja się zjawi, 

Hrabia   Olaf   będzie   już   daleko.   Skrajnie   wycieńczone   i   zrozpaczone   sieroty   Baudelaire 

przycupnęły na ziemi, dokładnie w tym  samym  miejscu, gdzie widzieliśmy je na samym 

początku tej opowieści.

Jak może pamiętacie, w pierwszym rozdziale dzieci siedziały na walizkach i liczyły na 

to, że ich życie może chociaż troszeczkę się poprawi. Chciałbym w tym miejscu, pod koniec 

książki, powiedzieć wam, że się nie przeliczyły. Chciałbym napisać, że Hrabia Olaf został 

złapany, zanim zdołał się wymknąć, a Ciotka Józefina dopłynęła wpław do Doku Damoklesa, 

wymknąwszy   się   jakimś   cudem   Pijawkom   Łzawym.   Lecz   niestety.   Gdy   młodzi 

Baudelaire'owie siedli na wilgotnej ziemi, Hrabia Olaf był już w połowie drogi przez jezioro, 

a niebawem, przebrany za rabina dla zmylenia policji, miał przesiąść się w pociąg - i już knuł 

kolejny plan zagarnięcia fortuny Baudelaire'ów, o czym informuję was z żalem. Nigdy nie 

dowiemy się, co dokładnie działo się z Ciotką Józefiną, gdy dzieci siedziały bezradnie na 

przystani; wiem jedynie, że jakiś czas później - mniej więcej wtedy, gdy dzieci zostały pod 

przymusem wystane do koszmarnej szkoły z internatem - dwaj rybacy wyłowili kapoki Ciotki 

Józefiny, które, całe w strzępach, dryfowały po mrocznych wodach Jeziora Łzawego.

background image

W większości bajek, jak wiecie, łotr zostaje pokonany, historia kończy się szczęśliwie 

i wszyscy wracają do domu z pouczającym morałem. Ale w historii Baudelaire'ów wszystko 

układało się na opak. Hrabia Olaf nie zrealizował, co prawda, swojego niecnego planu, ale też 

z całą pewnością nie został pokonany. Nie można tu w żadnym razie mówić o szczęśliwym 

zakończeniu. A Baudelaire'owie nie mogą wrócić do domu z pouczającym morałem, z tego 

choćby powodu, że nie mają domu, do którego mogliby wrócić. Dom Ciotki Józefiny spadł 

przecież do jeziora,  a z prawdziwego domu Baudelaire'ów - tego, w którym  mieszkali  z 

rodzicami - została kupka popiołów na pustej działce, więc nie mogli tam wrócić, choćby nie 

wiem jak chcieli.

Ale nawet gdyby mieli dokąd wracać, nie umiałbym wam powiedzieć, jaki jest morał 

tej historii. W niektórych opowieściach łatwo dostrzec morał. Na przykład z bajki o trzech 

niedźwiadkach wynika morał: „Nigdy nie włamuj się do cudzego domu”. Z bajki o Królewnie 

Śnieżce   wynika   morał: „Nigdy  nie  jedz   jabłek”. A   z pierwszej   wojny  światowej  wynika 

morał:   „Nigdy  nie   dokonuj   zamachu   na   arcyksięcia   Ferdynanda”.   Ale   Wioletka,   Klaus   i 

Słoneczko, którzy siedzieli na przystani, patrząc, jak nad Jeziorem Łzawym wstaje słońce, na 

próżno głowili się, jaki właściwie morał wynika z ich pobytu u Ciotki Józefiny.

Wyrażenie „zaświtało im”, którego za chwilę użyję, nie ma nic wspólnego z blaskiem 

wschodzącego słońca, który z wolna ogarniał Dok Damoklesa. „Zaświtało im” znaczy po 

prostu: „coś zrozumieli”. Patrząc, jak przystań powoli zapełnia się ludźmi i zaczyna się nowy 

pracowity dzień, sieroty Baudelaire zrozumiały coś bardzo dla siebie ważnego. Zaświtało im, 

że w przeciwieństwie do Ciotki Józefiny, która żyła w domu na urwisku smutna i samotna, 

oni troje mieli siebie nawzajem: mogli się pocieszać i wspierać w swoim nieszczęśliwym 

życiu.   I   chociaż   dzięki   tej   myśli   nie   poczuli   się   ani   całkiem   bezpieczni,   ani   całkiem 

szczęśliwi, to przynajmniej zaczęli się wzajemnie doceniać.

- Dzięki, Klaus, że rozszyfrowałeś list - powiedziała z szacunkiem Wioletka. - Dzięki, 

Słoneczko, że wykradłaś klucze do przystani. Gdyby nie wy, Hrabia Olaf już miałby nas w 

garści.

- Dzięki, Wioletko, że pomyślałaś o miętówkach, żebyśmy mogli zyskać na czasie - 

rzekł z szacunkiem Klaus. - Dzięki, Słoneczko, że w odpowiednim momencie przegryzłaś 

drewnianą nogę. Gdyby nie wy, byłoby już po nas.

- Pilums - pisnęło z szacunkiem Słoneczko, a brat i siostra Słoneczka natychmiast 

pojęli, że dziękuje ono Wioletce za wynalezienie urządzenia sygnalizacyjnego, a Klausowi za 

śledzenie mapy i pilotowanie żaglówki do Skisłej Groty.

Przytulili się do siebie z uznaniem i słabe uśmiechy rozjaśniły ich zmartwione buzie. 

background image

Mieli siebie nawzajem. Nie jestem pewien, czy „Baudelaire'owie mieli siebie nawzajem” jest 

morałem tej historii, ale im trojgu taki morał w zupełności wystarczał. Mieć siebie nawzajem 

w zamęcie nieszczęśliwego życia to było tak, jak mieć żaglówkę w zamęcie huraganu. Sieroty 

Baudelaire poczuły, że mają naprawdę wielkie szczęście.

background image

LEMONY SNICKET

urodził się wcześniej od was i zapewne wcześniej od was umrze. Jako uczony znawca 

analizy retorycznej, pan Snicket od siedmiu lat bada dzieje sierot Baudelaire. Jego odkrycia 

publikuje na bieżąco wydawnictwo Egmont.

Możecie go odwiedzić na stronie internetowej

http: //www. harperchildren. 

com

 lnicket/

lub wystać e - mail na adres:

lsnicket@harpercollins. com

BRETT HELQUIST

urodził się w Gandano w stanie Arizona, dorastał w Orem w stanie Utah, a obecnie 

mieszka w Nowym Jorku. Odkąd uzyskał dyplom licencjata sztuk pięknych Brigham Young 

University, ilustruje książki. Jego prace drukowane były w wielu pismach, między innymi w 

„Cricket” i „New York Times”.

background image

Do Szanownego Wydawcy,

Piszę do Pana z ratusza w Paltryville, gdzie udało mi się nakłonić burmistrza, aby 

mnie   wpuścił   do   urządzonego   w   kształcie.   oka   gabinetu   Doktor   Orwell   celem 

dokładniejszego zbadania, co działo się z sierotami Baudelaire, gdy mieszkały w tej okolicy.

W przyszły piątek w północno - zachodnim krańcu parkingu Obserwatorium Orion 

zaparkuje czarny dżip. Proszę się do niego włamać. W schowku na rękawiczki znajdzie Pan 

mój opis ostatniego przerażającego epizodu z życia sierot Baudelaire, zatytułowany TARTAK 

TORTUR,   a   ponadto   garść   informacji   a   hipnozie,   maskę   chirurgiczną   oraz   sześćdziesiąt 

osiem opakowań gumy do żucia. Dołączyłem też plan konstrukcyjny maszyny do szczypania, 

który może się przydać panu Helquistowi w sporządzeniu ilustracji.

Proszę pamiętać, że jest Pan moją ostatnią nadzieją na to, że losy sierot Baudelaire 

zostaną wreszcie ujawnione światu.

Z poważaniem

Lemony Snicket

background image

Drogi Czytelniku!

Jeżeli   nie   czytałeś   jeszcze   żadnej   książki   o   sierotach   Baudelaire,   to   przed 

przeczytaniem następnego zdania dowiedz się jednego: Wioletka, Klaus i Słoneczko to dzieci 

grzeczne i inteligentne, ale ich życiem - co stwierdzam z żalem - rządzi pech i nieszczęście. 

Wszystkie historie o trójce Baudelaire'ów są smutne i przygnębiające, ale ta, którą trzymasz w 

ręku. jest chyba najgorsza.

Jeżeli   nie   gustujesz   w   opowieściach,   w   których   występuje   huragan,   urządzenie 

sygnalizacyjne,  głodne  pijawki,  chłodnik  ogórkowy, brutalny łotr  i lalka imieniem  Panna 

fenny - to książka ta najprawdopodobniej w pędzi cię w czarną rozpacz.

Ja zamierzam dalej spisywać tragiczne dzieje sierot Baudelaire, gdyż takie jest moje 

zadanie. Ty jednak zdecyduj sam, czy potrafisz znieść tę ponurą historię.

Z poważaniem

Lemony Snicket