background image

LEMONY SNICKET

GABINET GADÓW

Seria niefortunnych zdarzeń

KSIĘGA DRUGA

background image

Dla Beatrycze

Moja miłość dla Ciebie wciąż żyje.

Ty - już nie.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ten   kawałek   drogi,   którym   wyjeżdża   się   z   miasta,   aby   minąć   Zamgloną   Zatokę   i 

wjechać   do   miejscowości   Nuda   Wielka,   jest   chyba   najbrzydszym   kawałkiem   drogi   na 

świecie. Nazywa się Parszywa Promenada.

Parszywa   Promenada   biegnie   przez   chorobliwie   szare   pola,   z   rzadka   porośnięte 

rachitycznymi jabłonkami, które rodzą owoce tak kwaśne, że można się pochorować od 
samego ich  widoku.  Parszywa   Promenada  przecina  rzekę  Ponurkę,  którą  w dziewięciu 

dziesiątych wypełnia muł i w której żyją wyjątkowo nieapetyczne ryby, po czym okrąża 
fabrykę chrzanu, od której cała okolica zalatuje kwaśną goryczą.

Z   przykrością   zawiadamiam   was,   że   nasza   nowa   opowieść   o   sierotach   Baudelaire 

zaczyna  się od ich podróży tą właśnie wyjątkowo  nieprzyjemną drogą i że od tej pory 

będzie już tylko gorzej. Ze wszystkich nieszczęśników na świecie - a tych, jak wam pewnie 
wiadomo,   nie   brakuje   -   młodzi   Baudelaire'owie   zdecydowanie   zasługują   na   palmę 

pierwszeństwa; zwrot len znaczy tutaj, że przydarzyło im się znacznie więcej okropnych 
rzeczy niż innym ludziom. Wszystko zaczęło się od straszliwego pożaru, który pochłonął 

ich dom i kochających rodziców - taka dawka przykrości wystarczyłaby każdemu do końca 
życia, ale dla trojga młodych Baudelaire'ów był to dopiero początek nieszczęść. Po pożarze 

oddano   ich   pod   opiekę   dalekiemu   krewnemu   nazwiskiem   Hrabia   Olaf   -   osobnikowi 
podłemu i chciwemu. Baudelairo'owie - rodzice pozostawili ogromny majątek, który po 

dojściu Wioletki do pełnoletności miał przejść w ręce dzieci, lecz Hrabia Olaf, opętany 
żądzą   przechwycenia   fortuny   w  swoje   brudne   łapy,   wymyślił   szatański   plan,   który   do 

dzisiaj śni mi się po nocach. Zdemaskowany w ostatniej chwili, zbiegi, odgrażając się, że 
kiedyś   jeszcze   dorwie   się   do   majątku   Baudelaire'ów.   Tymczasem   Wioletkę,   Klausa   i 

Słoneczko prześladowały koszmarne sny o dziko błyszczącym wzroku Hrabiego Olafa, o 
jego pojedynczej krzaczastej brwi, a przede wszystkim o oku, które miał wytatuowane nad 

kostką   lewej   nogi.   Sierotom   Baudelaire   zdawało   się,   że   to   upiorne   oko   śledzi   ich   na 
każdym kroku.

Muszę was uprzedzić, że jeśli otworzyliście tę książkę z nadzieją wyczytania w niej, że 

w końcu jednak dzieci żyły długo i szczęśliwie, to lepiej zaraz zamknijcie ją z powrotem i 

poczytajcie sobie coś innego. Gdyż Wioletka, Klaus i Słoneczko, ściśnięci w samochodzie, 
gapiąc się na Parszywą Promenadę, zmierzali właśnie ku jeszcze większym nieszczęściom i 

smutkom. Rzeka Ponurka i fabryka chrzanu były zaledwie preludium serii tragicznych a 
niemiłych epizodów, których wspomnienie chmurzy moje czoło, a oczy napełnia łzami.

background image

Kierowcą samochodu był pan Poe, przyjaciel rodziny, który pracował w banku i stale 

miał kaszel. Jako osoba nadzorująca sprawy sierot Baudelaire, to właśnie on, po przykrych 
zajściach   z   Hrabią   Olafem,   zadecydował   o   umieszczeniu   dzieci   na   wsi,   pod   opieką 

dalekiego krewnego.

- Przepraszam, jeśli jest wam niewygodnie - odezwał się pan Poe, pokasłując w białą 

chusteczkę   -   ale   mój   nowy   samochód   nie   jest   przeznaczony   dla   tak   wielu   pasażerów. 
Nawet wasze walizki się nie zmieściły. Podjadę jeszcze raz za tydzień, albo coś koło tego, i 

podrzucę wam rzeczy.

- Dziękujemy - odparta machinalnie Wioletka, lat czternaście, najstarsza z rodzeństwa 

Baudelaire'ów. Każdy, kto znał Wioletkę, domyśliłby się zaraz, że wcale nie słuchała pana 
Poe, gdyż związała swoje długie włosy wstążką, aby nie wpadały jej do oczu. Wioletka była 

wynalazczynią i zawsze kiedy obmyślała nowy wynalazek, wiązała włosy w ten sposób. W 
ten sposób lepiej jej się myślało o rozmaitych trybikach, kablach i sznurkach, niezbędnych 

do skonstruowania większości urządzeń.

- Po tylu latach spędzonych w mieście - ciągnął pan Poe - życie na wsi będzie dla was, 

jak sądzę, przyjemną odmianą. O, widzę nasz zakręt. Jesteśmy prawie na miejscu.

- Całe   szczęście   -   mruknął   cicho   Klaus.   Klaus,   jak   wiele   osób,   strasznie   się   nudził 

podczas jazdy samochodem i bardzo żałował, że nie wziął nic do czytania. Klaus uwielbiał 
czytać. Mając około dwunastu lat, zdążył przeczytać więcej książek niż niejeden człowiek 

przez cale życie. Czasami czytał do późna w nocy i rankiem znajdowano go nieraz śpiącego 
z książką w ręku i w okularach na nosie.

- Sądzę też, że spodoba wam się Doktor Montgomery - mówił dalej pan Poe. - Bardzo 

wiele podróżował i ma mnóstwo ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Podobno jego dom 

jest pełen pamiątek, które poprzywoził z podróży.

Baks!   -   pisnęło   Słoneczko.   Najmłodsza   z   sierot   Baudelaire   często   wydawała   takie 

dźwięki, jak to niemowlęta. Prawdę mówiąc - oprócz gryzienia wszystkiego, co popadło, 
czterema bardzo ostrymi ząbkami - wygłaszanie strzępków słów było głównym zajęciem 

Słoneczka. Często trudno było odgadnąć, co Słoneczko ma na myśli. W tym konkretnym 
przypadku mogło chodzić o coś w rodzaju: „Denerwuję się przed spotkaniem z nowym 

krewnym”. Denerwowała się zresztą cała trójka.

- Jak właściwie jest z nami spokrewniony Doktor Montgomery? - spytał Klaus.

- Doktor Montgomery jest... zaraz, zaraz... bratem żony kuzyna waszego zmarłego ojca. 

Chyba tak. To naukowiec. Otrzymuje bardzo dużo pieniędzy od rządu. Jako bankier, pan 

Poe interesował się głównie pieniędzmi.

background image

- Jak mamy się do niego zwracać? - pytał dalej Klaus.

- Najlepiej „Doktorze Montgomery” - odparł pan Poe. - O ile sam nie każe się nazywać 

po imieniu, albo po nazwisku. Montgomery to jego imię i nazwisko, więc i tak nie ma 

różnicy.

- Nazywa się Montgomery Montgomery?

- No właśnie. I na pewno jest bardzo drażliwy na tym punkcie, więc nie ważcie się z 

niego szydzić - ostrzegł pan Poe i znów rozkaszlał się w chusteczkę. - „Szydzić” - dodał - to 

znaczy „wyśmiewać się”.

Klaus westchnął ciężko.

- Ja wiem, co znaczy „szydzić”.
Nie dodał, że oczywiście wie również, jak to niegrzecznie wyśmiewać się z czyjegoś 

nazwiska. Niektórym najwyraźniej zdawało się, że skoro sieroty są nieszczęśliwe, to muszą 
być również niedorozwinięte umysłowo.

Wioletka   też   westchnęła   -   i   rozwiązała   wstążkę.   Jeszcze   przed   chwilą   próbowała 

wymyślić urządzenie, które zapobiegałoby przedostawaniu się zapachu chrzanu do nosa, 

ale trema przed spotkaniem z Doktorem Montgomerym nie pozwoliła jej się skupić.

- A w jakiej dziedzinie naukowej specjalizuje się Doktor Montgomery? - spytała, licząc 

na to, że ma on laboratorium, z którego będzie mogła korzystać.

- Niestety, nie wiem - odparł pan Poe. - Tyle miałem załatwiania w związku z waszymi 

sprawami,   że   nie   starczyło   mi   czasu   na   pogaduszki.   O,   to   ten   podjazd.   Jesteśmy   na 
miejscu.

Stromą żwirowaną drogą samochód pana Poe doturlał się pod ogromny, murowany 

dom.   Dom   miał   ganek   podparty   kilkoma   kolumnami   i   kwadratowe   wrota   z   ciemnego 

drewna.   Po   obu   stronach   wrót   wisiały   latarnie   w   kształcie   pochodni,   jasno   świecące, 
chociaż był już dzień. Nad gankiem ciągnęły  się liczne szeregi kwadratowych okien, w 

większości otwartych na poranny wietrzyk. Najniezwyklejsze było jednak to, co widniało 
przed domem: ogromny, starannie utrzymany trawnik, obsadzony długimi żywopłotami z 

krzewów   o   osobliwych   kształtach.   Kiedy   samochód   pana   Poe   się   zatrzymał,   sieroty 
Baudelaire rozpoznały w tych kształtach żmije. Każdy krzew był inną żmiją: krótszą albo 

dłuższą, z językiem na wierzchu albo z rozwartą paszczą, odsłaniającą straszliwe, zielone 
zęby.  Wyglądały  dość niesamowicie,  więc Wioletka,  Klaus  i Słoneczko  przestraszyli  się 

trochę, że muszą je minąć, aby dojść do domu.

Pan   Poe,   który   szedł   przodem,   chyba   wcale   nie   zauważył   żmijokrzewów,   pewnie 

dlatego, że zajęty był instruowaniem dzieci, jak się mają zachować.

background image

- Pamiętaj, Klaus, żebyś nie zadawał na początek zbyt wielu pytań. A ty, Wioletko... co 

się stało z twoją wstążką? Moim zdaniem wyglądałaś z nią bardzo wytwornie. I błagam 
was,   pilnujcie,   żeby   Słoneczko   nie   ugryzło   Doktora   Montgomery'ego.   To   by   całkiem 

popsuło pierwsze wrażenie.

Pan Poe ruszył do drzwi i nacisnął dzwonek - jeden z najgłośniejszych, jakie dzieci 

kiedykolwiek   słyszały.   Po  chwili   dały   się   słyszeć  coraz   bliższe   kroki.   Wioletka,   Klaus   i 
Słoneczko spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, oczywiście, że w ich pechowej rodzinie zdarzy 

się wkrótce kolejne nieszczęście - a jednak czuli się jakoś niewyraźnie. Najgorsza była ta 
niepewność. Czy Doktor Montgomery okaże się sympatyczny? Czy będzie przynajmniej 

trochę lepszy od Hrabiego Olafa? A czy można być gorszym od Hrabiego Olafa?

Drzwi skrzypnęły i otworzyły  się powoli, a sieroty Baudelaire  wstrzymały  oddech i 

zerknęły   w   mroczny   przedsionek.   Zobaczyły   ciemnowiśniowy   chodnik   na   podłodze   i 
witrażowy żyrandol u sufitu. Zobaczyły też malowidło na ścianie, przedstawiające dwie 

splecione żmije. Ale gdzie był Doktor Montgomery?

- Hop, hop! - zawołał pan Poe. - Hop, hop!

- Witam, witam, witam! - zadudnił z bliska tubalny głos i spoza drzwi wychynął niski, 

tęgi pan z okrągłą rumianą twarzą. - Jestem wasz Wujcio Monty. Co za idealne wyczucie 

czasu! Właśnie skończyłem dekorować tort kokosowy!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Czy Słoneczko nie lubi kokosa? - zmartwił się Wujcio Monty.
Wujcio  Monty,   pan  Poe  i  sieroty   Baudelaire   siedzieli  przy  jaskrawozielonym   stole. 

Każdy   dostał   porcje   ciepłego   jeszcze   tortu.   W   całej   kuchni   też   było   jeszcze   ciepło   od 
pieczenia. Tort okazał się rewelacyjny: miał mnóstwo kremu, a kokosa dokładnie tyle, ile 

trzeba. Wioletka, Klaus i Wujcio Monty kończyli już swoje porcje, ale pan Poe i Słoneczko 
skubnęli ledwie po kawałeczku.

- Prawdę mówiąc - wyjaśniła Wioletka - Słoneczko nie lubi jeść niczego miękkiego. 

Woli chrupać coś twardego.

- To   bardzo   nietypowe   dla   niemowlęcia   -   zauważył   Wujcio   Monty   -   chociaż   jak 

najbardziej typowe dla wielu żmij. Taka na przykład Żwaczka Barbaryjska musi stale mieć 

coś   w   otworze   gębowym,   inaczej   zaczyna   zżerać   własną   paszczę.   Bardzo   trudna   do 
utrzymania w niewoli. Więc może Słoneczko woli surową marchewkę? Mamy jej tu w bród.

- Surowa marchewka byłaby idealna, Doktorze Montgomery - odparł Klaus.
Nowy prawny opiekun dzieci już szedł do lodówki, ale odwrócił się i pogroził Klausowi 

palcem.

- Nie   życzę   sobie   żadnych   „Doktorów   Montgomerych”   -   oznajmił.   -   Nie   znoszę 

sztywniactwa.  Mówcie mi Wujcio Monty! Nawet wśród kolegów herpetologów nikt nie 
tytułuje mnie Doktorem Montgomery.

- Kto to jest herpetolog? - spytała Wioletka.
- A jak Wujcia tytułują? - spytał Klaus.

- Dzieci, dzieci! - skarcił ich surowym tonem pan Poe. - Nie zadawajcie tylu pytań.
Wujcio Monty uśmiechnął się do sierot.

- Nic nie szkodzi. Pytania dowodzą dociekliwego umysłu. „Dociekliwy” to znaczy...
- Wiemy, co to znaczy - przerwał mu Klaus. - Pełen pytań.

- Skoro wiesz, co znaczy „dociekliwy” - stwierdził Wujcio Monty, wręczając Słoneczku 

znacznych   rozmiarów   marchewkę   -   to   powinieneś   również   wiedzieć,   co   to   jest 

herpetologia.

- Na pewno nauka, która coś bada - powiedział Klaus. - Każde słowo kończące się na 

„logia” oznacza naukę, która coś bada.

- Żmije!   -   krzyknął   z   entuzjazmem   Wujcio   Monty.   -   Żmije,   żmije,   żmije!   Tym   się 

właśnie zajmuję! Kocham żmije, wszelkiego gatunku, i dlatego jeżdżę po całym świecie, 
wyszukując   najrozmaitsze   okazy,   by   je   badać   tu,   w   swoim   laboratorium.   Czyż   to   nie 

background image

pasjonujące, moje drogie dzieci?

- To jest pasjonujące - przyznała Wioletka. - Nawet bardzo pasjonujące. Ale czy nie 

zanadto niebezpieczne?

- Nie dla kogoś, kto dysponuje odpowiednią wiedzą - odparł Wujcio Monty. - Czy pan 

Poe też życzy sobie surową marchewkę? Ledwie skosztował tonu.

Pan Poe poczerwieniał i przez dłuższy czas kaszlał w chusteczkę, zanim wykrztusił:
- Nie, dziękuję, Doktorze Montgomery. Wujcio Monty mrugnął do dzieci.

- Pan też może mówić do mnie Wujciu Monty, jeśli ma pan chęć.
- Nie,   dziękuję,   Wujciu   Monty   -   wyrecytował   sztywno   pan   Poe.   -   A   teraz   ja   mam 

pytanie, jeśli łaska. Wspomniał pan, że podróżuje po całym świecie. Kto wobec tego będzie 
zajmował się dziećmi podczas pańskich wypraw po nowe okazy?

- Jesteśmy już tak duzi, że możemy zostać sami - zapewniła go pospiesznie Wioletka, 

chociaż w głębi duszy wcale nie była tego taka pewna.

Wprawdzie   to,   co   Wujcio   Monty   mówił   o   swojej   pracy,   brzmiało   interesująco,   ale 

zostać tylko z rodzeństwem w domu pełnym żmij - to już byłoby mniej ciekawe.

- Nawet   nie   chcę   o   tym   słyszeć   -   oburzył   się   Wujcio   Monty.   -   Cała   trójka   będzie 

podróżować   ze   mną.   Za   dziesięć   dni   wyruszamy   do   Peru;   musicie   mi   koniecznie 

towarzyszyć w dżungli.

- Naprawdę? - Oczy Klausa rozbłysły z emocji za okularami. - Naprawdę zabierze nas 

Wujcio do dżungli?

- Bardzo   mi   się   przydacie   jako   pomocnicy   -   odparł   Wujcio   Monty,   sięgając 

widelczykiem   po   kęs   porcji   Słoneczka.   -   Mój   główny   asystent   Gustaw   zupełnie 
nieoczekiwanie zostawił mi wczoraj pisemne wymówienie. Zatrudniłem już kogoś na jego 

miejsce,   nazywa   się   Stefano,   ale   przyjedzie   nie   wcześniej   niż   za   tydzień,   więc 
przygotowania   do   ekspedycji   bardzo   się   opóźniają.   Trzeba   sprawdzić,   czy   wszystkie 

pułapki na żmije działają prawidłowo i nie grożą zranieniem schwytanego okazu. Trzeba 
przestudiować   opis   terenu,   abyśmy   mogli   bez   kłopotu   poruszać   się   po   peruwiańskiej 

dżungli. Trzeba pociąć bardzo długą linę na małe, poręczne odcinki.

- Interesuję   się   mechaniką   -   powiedziała   Wioletka,   oblizując   widelczyk   -   więc   z 

największą przyjemnością poznam tajniki pułapek na żmije.

- Mnie fascynują przewodniki turystyczne - rzekł Klaus, ocierając usta serwetką - więc 

bardzo chętnie przestudiuję opis terytorium Peru.

- Eodzip! - pisnęło Słoneczko, odgryzając kęs marchewki. Prawdopodobnie miało na 

myśli coś w rodzaju: „Z rozkoszą poprzegryzam tę długą linę na małe, poręczne odcinki!”.

background image

- Wspaniale! - uradował  się Wujcio Monty. - Cieszę się, że macie tyle entuzjazmu. 

Dzięki temu łatwiej damy sobie radę bez Gustawa. Swoją drogą, bardzo dziwne było to 
jego nagłe odejście. Dla mnie to spory cios.

Wujcio Monty zasępił się, co tu oznacza: „zrobił zmartwioną minę na myśl o ciosie, 

który go spotkał” - chociaż gdyby mógł przewidzieć cios, który go czeka, nie marnowałby 

czasu na myślenie o Gustawie. Bardzo żałuję - tak samo jak i wy z pewnością żałujecie - że 
nie można cofnąć się w czasie i ostrzec Wujcia Monty'ego, ale nie można, i już. Wujcio 

Monty też widocznie pomyślał sobie, że jak nie można, to nie można, i już, bo otrząsnął się 
z przykrych myśli i znów spojrzał na dzieci z uśmiechem.

- W takim razie bierzmy się zaraz do roboty. Zrób dziś, co jutro zrobić masz - zawsze to 

sobie powtarzam. Więc odprowadźcie pana Poe do samochodu, a potem ja was oprowadzę 

po Gabinecie Gadów.

Trójka młodych Baudelaire'ów, która za pierwszym razem tak się bała przejść obok 

krzewów w kształcie żmij, teraz przebiegła między nimi mi zupełnie bez lęku, eskortując 
pana Poe do automobilu.

Słuchajcie, dzieci - rzekł pan Poe, pokasłując w chusteczkę, - Za jakiś tydzień przyjadę 

podrzucić   wam   bagaże   i   sprawdzić,   czy   wszystko   w   porządku.   Rozumiem,   że   Doktor 

Montgomery   może   was   początkowo   trochę   onieśmielać,   ale   na   pewno   z   czasem 
przywykniecie...

- Wcale nas nie onieśmiela! - przerwał mu Klaus. - Wydaje się bardzo sympatyczny.
- Nie mogę się doczekać zwiedzania Gabinetu Gadów - wyznała z przejęciem Wioletka.

- Mika! - oznajmiło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Do widzenia panu, panie 

Poe. Dziękujemy za podwiezienie”.

- No  to  do   widzenia   -   powiedział   pan   Poe.   -   Pamiętajcie,   że  macie   stąd   blisko   do 

miasta, więc gdyby wynikły jakiekolwiek kłopoty, skontaktujcie się zaraz ze mną lub innym 

pracownikiem Mecenatu Mnożenia Mamony.

Pan   Poe   machnął   niezdarnie   białą   chusteczką,   wpakował   się   do   ciasnego   autka   i 

zawrócił   w   dół   stromym   żwirowanym   podjazdem   na   Parszywą   Promenadę.   Wioletka, 
Klaus i Słoneczko długo machali mu na pożegnanie. Mieli nadzieję, że pan Poe będzie 

pamiętał o zamknięciu okien samochodu, aby smród chrzanu nie za bardzo dal mu się we 
znaki.

- Bambini! - zawołał tymczasem z ganku Wujcio Monty. - Chodźcie już, bambini!
Sieroty Baudelaire popędziły miedzy żmijokrzewami do swojego nowego opiekuna.

- Wioletka, Wujciu Monty - przedstawiła się Wioletka. - Nazywam się Wioletka, to jest 

background image

mój brat Klaus,  a to Słoneczko,  nasza mała siostrzyczka. Żadne z nas nie ma na imię 

Bambini.

- Bambini to po włosku znaczy „dzieci” - wyjaśnił Wujcio Monty. - Zachciało mi się 

nagle pogadać po włosku. To jeszcze nie najgorzej, bo tak się z was cieszę, że mógłbym 
bełkotać ze szczęścia.

- Nie miał Wujcio nigdy własnych dzieci? - spytała Wioletka.
- Niestety nie. Wiele razy chciałem poszukać sobie żony i założyć rodzinę, ale zawsze 

mi to jakoś wylatywało z głowy. Chcecie teraz obejrzeć Gabinet Gadów?

- Jeszcze jak! - powiedział Klaus. Minęli wiszące w przedsionku malowidło ze żmijami 

i   wkroczyli   za   Wujciem   Montym   do   wielkiego,   bardzo,   bardzo   wysokiego   hallu   z 
paradnymi schodami.

- Wasze pokoje są na górze - oznajmił Wujcio Monty, wskazując schody. - Możecie 

zamieszkać, w którym kto chce, i poprzestawiać meble według swego gustu. Zrozumiałem, 

że pan Poe dowiezie wasze bagaże swoim minipojazdem w późniejszym terminie, więc 
sporządźcie, proszę, listę niezbędnych rzeczy, to pojedziemy jutro do miasta i wszystko 

kupimy; nie możecie przecież chodzić przez parę dni w jednej bieliźnie.

- Naprawdę każde z nas dostanie własny pokój? - upewniła się Wioletka.

- Oczywiście - powiedział Wujcio Monty. - Nie sądziliście chyba, że mając taki wielki 

dom, upchnę was wszystkich w jednym pokoju? Któż mógłby tak postąpić?

- Hrabia Olaf - odparł Klaus.
- A, rzeczywiście, pan Poe coś mi o nim wspominał. - Wujcio Monty skrzywił się tak, 

jakby skosztował czegoś bardzo niesmacznego. - Zdaje się, że ten Hrabia Olaf to paskudny 
typek. Mam nadzieję, że kiedyś dzikie bestie rozerwą go na strzępy. Miałby za swoje, co? A 

oto i Gabinet Gadów.

Stanęli przed bardzo wysokimi drzwiami z wielką klamką dokładnie pośrodku. Klamka 

była   umieszczona   tak   wysoko,   że   Wujcio   Monty   musiał   wspiąć   się   na   palce,   aby   ją 
nacisnąć.   Drzwi   otworzyły   się   ze  skrzypem   zawiasów,   a   sieroty   Baudelaire  wstrzymały 

oddech ze zdumienia i zachwytu, kiedy ujrzały wnętrze.

Gabinet   Gadów   był   cały   ze   szkła:   miał   jasne,   przejrzyste   szklane   ściany   i   wysoko 

umieszczony szklany sufit, który zwężał się w szpic, jak w katedrze. Za przezroczystymi 
ścianami   ciągnęły   się   soczystozielone   łąki   pełne   traw   i   krzewów,   a   wszystko   było   tak 

świetnie widać, że człowiek stojący w Gabinecie Gadów czuł się tak, jakby przebywał w 
domu i na dworze jednocześnie.

Ale jeszcze bardziej niezwykłe niż sama sala było to, co się w niej mieściło. Czyli, rzecz 

background image

jasna, gady. Metalowe klatki z gadami stały jedna przy drugiej na drewnianych stołach, w 

czterech   równiutkich   rzędach   ciągnących   się   przez   całą   długość   pokoju.   W   klatkach 
siedziały, oczywiście, najrozmaitsze żmije, ale nie tylko - również jaszczurki, żaby i sporo 

stworzeń, jakich dzieci nigdy jeszcze nie widziały, nawet na obrazku ani w zoo. Była tam, 
na przykład, bardzo gruba żaba, której z grzbietu wyrastała para skrzydeł, i dwugłowa 

jaszczurka z brzuszkiem w jaskrawożółte prążki. Była taka żmija, która miała trzy otwory 
gębowe, jeden nad drugim, i taka, która nie miała chyba ani jednego. Była jaszczurka, 

która wyglądała jak sowa: siedziała na kłodzie jak na grzędzie i wybałuszała ślepia, i była 
żaba,  która  wyglądała  zupełnie  jak   kościół:  nawet  oczy  miała  jak  witraże.  Tylko   jedną 

klatkę okrywała biała płachta, więc nie było wiadomo, co tam siedzi. Dzieci przechodziły 
wzdłuż   rzędów  i  w   niemym   zachwycie   zaglądały   do  wszystkich   klatek   po   kolei.   Jedne 

stworzenia   wyglądały   sympatycznie,   inne   dość   groźnie,   ale   wszystkie   prezentowały   się 
fascynująco.

wiec   sieroty   Baudelaire   każdej   klatce   poświęciły   dobrą   chwile,   a   Klaus   za   każdym 

razem podnosił Słoneczko, aby i ono mogło sobie popatrzeć.

Dzieci tak się zaciekawiły zawartością klatek, że nie zauważyły nawet, co mieści się w 

samym końcu Gabinetu Gadów - dopiero gdy doszły do końca ostatniego rzędu klatek, 

stanęły jak wryte ze zdumienia i zachwytu. Tam gdzie kończyły się rzędy klatek, zaczynały 
się rzędy regałów, jeden za drugim, każdy wypakowany książkami wszelkich rozmiarów, a 

w kącie oświetlonym lampami do czytania stały stoliki i fotele. Pamiętacie na pewno, że 
rodzice młodych Baudelaire'ów posiadali olbrzymi księgozbiór, który sieroty wspominały z 

rozrzewnieniem   i   wielką   tęsknotą   -   dlatego,   odkąd   zdarzył   się   ten   straszny   pożar, 
największą przyjemnością było dla nich spotkać kogoś, kto też uwielbiał książki. Wioletka, 

Klaus i Słoneczko przyglądali się książkom z taką samą uwagą, jak gadom w klatkach i 
zaraz zauważyli, że są to w większości lektury o żmijach i innych gadach. Wyglądało na to, 

że znajduje się tu wszystko, co dotychczas napisano na ten temat, od Wprowadzenia do 
jaszczurów  
po  Hodowlę  i żywienie  kobry   androgynicznej  - toteż  cała   trójka  dzieci,   a 

zwłaszcza Klaus, nie mogła się wprost doczekać pouczających lektur w Gabinecie Gadów.

- To nadzwyczajne miejsce - powiedziała w końcu Wioletka, przerywając długą ciszę.

- Dziękuję - uśmiechnął się skromnie Wujcio Monty. - Gromadziłem ten księgozbiór 

przez całe życie.

- Naprawdę wolno nam tu wchodzić? - upewnił się Klaus.
- Czy wolno? - powtórzył Wujcio Monty. - Oczywiście, że nie. Ja was błagam, żebyście 

tu  przychodzili.  Począwszy  od jutra  rana,   wszyscy  troje  macie  siedzieć tu  codziennie  i 

background image

przygotowywać wyprawę do Peru. Opróżnię jeden stół dla ciebie, Wioletko, abyś mogła na 

nim   sprawdzać   pułapki.   Ciebie,   Klausie,   zobowiązuję   do   przeczytania   wszystkich 
znajdujących   się   w   bibliotece   książek   o   Peru   i   poczynienia   starannych   notatek.   A 

Słoneczko może siedzieć na podłodze i przegryzać linę. Będziemy pracowali do kolacji, a 
po kolacji codziennie wyskoczymy sobie do kina. Czy są jakieś zastrzeżenia?

Wioletka, Klaus i Słoneczko popatrzyli po sobie i uśmiechnęli się od ucha do ucha. 

Zastrzeżenia? Przecież jeszcze do niedawna mieszkali u Hrabiego Olafa, który kazał im 

rąbać drewno i sprzątać po swoich pijanych gościach, a do tego cały czas knuł, jak by tu 
zagarnąć ich majątek. Wujcio Monty proponował im cudowny sposób spędzania czasu, 

więc odpowiedzieli mu uśmiechami pełnymi entuzjazmu. Oczywiście, że nie było żadnych 
zastrzeżeń.  Wioletka,  Klaus Słoneczko rozglądali  się po Gabinecie  Gadów, wyobrażając 

sobie beztroskie życie pod opieką Wujcia Monty'ego. Co do beztroski to, oczywiście, grubo 
się mylili, ale na razie cała trójka była pełna nadziei, zapału i radości.

Nie,   nie,   nie!   -  zawołało   Słoneczko,   najwyraźniej  w  odpowiedzi   na  pytanie   Wujcia 

Monty'ego.

- Świetnie,   świetnie,   świetnie   -   uśmiechnął   się   Wujcio   Monty.   -   A   teraz   chodźmy 

zobaczyć, kto zamieszka w którym pokoju.

- Wujciu Monty? - odezwał się nieśmiało Klaus. - Mam pytanie.
- Słucham.

- Co jest w tej przykrytej klatce?
Wujcio   Monty   popatrzył   na   zakrytą   klatkę,   a   potem   na   dzieci.   Jego   oblicze 

rozpromieniło się uśmiechem najczystszej radości.

- To, moi kochani, jest nieznana żmija, którą przywiozłem z ostatniej wyprawy. Na 

razie   widziały   ją   tylko   dwie   osoby:   Gustaw   i   ja.   W   przyszłym   miesiącu   zamierzam 
zademonstrować   ją   jako   swoje   odkrycie   Towarzystwu   Herpetologicznemu,   ale   wam 

pozwolę zerknąć już teraz. Chodźcie no bliżej.

Sieroty Baudelaire  skupiły się przed zakrytą  klatką, a Wujcio Monty zamaszyście  - 

słowo „zamaszyście” znaczy tu: „szerokim, teatralnym gestem” - ściągnął zasłonę z klatki. 
Duża, czarna żmija - czarna jak węgiel i gruba jak rura kanalizacyjna - spojrzała wprost na 

dzieci lśniącymi, zielonymi oczami. Zaraz po odsłonięciu zaczęła się wić i pełzać po całej 
klatce.

- Ponieważ to ja ją odkryłem - rzekł Wujcio Monty - ja również musiałem nadać jej 

nazwę.

- A jak się nazywa? - spytała Wioletka.

background image

- Niewiarygodnie Jadowita Żmija - odparł Wujcio Monty.

W tej samej chwili zdarzyło się coś, co z pewnością was zainteresuje. Żmija jednym 

zamachem ogona otworzyła klatkę, wyślizgnęła się na Mol i zanim ktokolwiek zdążył coś 

powiedzieć, rozwarła paszczę i ukąsiła Słoneczko w samą bródkę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Bardzo, bardzo przepraszam, że tak długo trzymałem was w niepewności, ale pisałem 

sobie spokojnie historię sierot Baudelaire - a tu patrzę na zegarek i widzę, że zaraz spóźnię 

się na proszoną kolację do Madame diLustro. Madame diLustro jest moją dobrą znajomą i 
wyśmienitym detektywem, a w dodatku świetnie gotuje, ale wpada w szał, jeśli gość zjawi 

się choćby pięć mimu po godzinie wyznaczonej w jej zaproszeniu, więc sami rozumiecie, że 
musiałem   gnać.   Na   pewno  przeczytawszy   koniec   poprzedniego   rozdziału,   nabraliście 

pewności,   że   Słoneczko   nie   żyje   i   że   to   jest  właśnie   to   straszne   nieszczęście,   spotkało 
młodych   Baudelaire'ów   w   domu   Wujcia   Monty'ego,   więc   spieszę   was   zapewnić,   że 

Słoneczko   wyszło   z   tej   opresji   bez   szwanku.   Umrze,   niestety,   Wujcio   Monty,   choć  nie 
zaraz.   Gdy   zęby   Niewiarygodnie   Jadowitej   Żmii   zacisnęły   się   na   bródce   Słoneczka, 

Wioletka z Klausem ujrzeli ze zgrozą, że oczka siostrzyczki zamykają się, a jej buzia zastyga 
w bezruchu. Lecz po chwili Słoneczko z promiennym uśmiechem pochyliło głowę równie 

gwałtownie,   jak   atakujący   przed   chwilą   gad,   rozwarło   buzię   i   ugryzło   Niewiarygodnie 
Jadowitą   Żmiję   prosto   w   maciupeńki,   pokryty   łuską   nos.   Żmija   natychmiast   puściła 

bródkę   dziecka,   pozostawiając   na   niej   ledwo   widoczny   ślad.   Dwójka   starszych 
Baudelaire'ów spojrzała pytająco na Wujcia Monty'ego, a on popatrzył na nich i roześmiał 

się. Tubalny śmiech jeszcze przez chwilę odbijał się echem od szklanych ścian Gabinetu 
Gadów.

- Co robić, Wujciu Monty? - krzyknął zrozpaczony Klaus.
- Strasznie was przepraszam, kochani - rzekł Wujcio Monty, ocierając dłońmi oczy. - 

Na pewno najedliście się strachu. A tymczasem Niewiarygodnie Jadowita Żmija należy do 
najmniej niebezpiecznych i najbardziej przyjaznych stworzeń w całym królestwie zwierząt. 

Słoneczko nie ma się czego obawiać, i wy też nie.

Słoneczko, które Klaus cały czas trzymał na rękach, radośnie uściskało grube cielsko 

Niewiarygodnie Jadowitej Żmii. To przekonało Klausa, że Wujcio Monty mówi prawdę.

- Ale dlaczego w takim razie nazywa się ona Niewiarygodnie Jadowita Żmija?

- Dla niepoznaki - roześmiał się ponownie Wujcio Monty. - Mówiłem wam przecież, że 

skoro ja ją odkryłem, to i ja muszę nadać jej nazwę. Tylko nie zdradźcie nikomu sekretu 

Niewiarygodnie   Jadowitej   Żmii,   bo   w   czasie   prezentacji   chciałbym   dobrze   nastraszyć 
Towarzystwo Herpetologiczne, zanim wyjawię, że jest to gad całkowicie nieszkodliwy! Bóg 

jeden wie, ile się nasłuchałem kpin ze swojego imienia i nazwiska. „Dzień dobry dzień 
dobry, Montgomery Montgomery”, „Jak zdrowie jak zdrowie, Montgomery Montgomery?” 

background image

- tak sobie ze mnie żartują. Ale na tegorocznej konferencji sam odpłacę im żarcikiem. - 

Wujcio   Monty   wyprężył   się   dumnie   i   przybrał   sztuczny,   napuszony   ton   naukowca.   - 
„Szanowni   koledzy,   chciałbym   przedstawić   wam   okaz   nowego   gatunku   -   oto 

Niewiarygodnie Jadowita Żmija. Znalazłem ją w południowo - zachodnich lasach,., o mój 
Boże! Wymknęła się!”. A gdy już wszyscy moi koledzy herpetolodzy powskakują na krzesła 

i stoły, wrzeszcząc ze strachu, wyjaśnię im spokojnie, że moja żmija nie skrzywdziłaby 
nawet muchy! Przedni kawał, co?

Wioletka z Klausem wymienili spojrzenia i oboje parsknęli śmiechem - częściowo z 

ulgi,   że   siostrzyczce   nic   się   nie   stało,   a   częściowo   z   rozbawienia,   gdyż   kawał   Wujcia 

Monty'ego wydał im się naprawdę niezły.

Klaus posadził Słoneczko na podłodze, a Niewiarygodnie Jadowita Żmija zaraz czule 

oplotła je ogonem, tak jak obejmujemy ramieniem kogoś, kogo lubimy.

- Ale czy są w tej sali prawdziwie niebezpieczne żmije? - spytała Wioletka.

- Oczywiście - odparł Wujcio Monty. - Nie można badać żmij przez czterdzieści lat i nie 

natknąć się na niebezpieczne okazy. Mam całą szafkę próbek jadu wszystkich poznanych 

dotąd jadowitych żmij: badając je, zgłębiam różne mechanizmy niebezpiecznych ukąszeń. 
Pewna żmija w tej sali ma jad tak zabójczy, że serce ofiary przestaje bić, zanim poczuje ona 

ukąszenie.   Inna   potrafi   tak   szeroko   rozdziawić   paszczę,   że   połknęłaby   nas   wszystkich 
czworo na jeden kęs. Mam też parkę żmij, które umieją prowadzić samochód, ale tylko po 

piracku:  przejechałyby   człowieka  na  ulicy   i nawet  nie  zatrzymałyby  się,  by  powiedzieć 
„przepraszam”.   Wszystkie   te   okazy   siedzą   w   solidnie   zabezpieczonych   klatkach,   lecz   z 

każdym można zadawać się bezpiecznie, gdy się je odpowiednio dobrze pozna. Obiecuję 
wam, że jeśli nie pożałujecie czasu na naukę, włos wam z głowy nie spadnie w Gabinecie 

Gadów.

Są w życiu takie sytuacje, z którymi spotykamy się o wiele za często i nazywamy je 

ogólnie   „ironią   losu”.   Jedna   z   nich   zdarzy   się   za   chwilę   sierotom   Baudelaire.   Mówiąc 
najprościej, ironia losu ujawnia się wtedy, gdy ktoś wygłasza niewinną uwagę, a ktoś inny, 

kto tę uwagę słyszy, wie coś, przez co nabiera ona całkiem odmiennego i zwykle niemiłego 
znaczenia. Gdybyś na przykład, jedząc obiad w restauracji, powiedziała głośno: „Nie mogę 

się   doczekać,   kiedy   mi   przyniosą   zamówioną   potrawkę   cielęcą”,   a   dookoła   siedzieliby 
ludzie, którzy wiedzieliby, że potrawka cielęca jest zatruta i ledwie jej skosztujesz, padniesz 

trupem na miejscu - byłby to przykład ironii losu. Ironia losu jest okrutna i prawie zawsze 
tragiczna w skutkach, dlatego przykro mi, że zakradła się do naszej opowieści, ale niestety, 

Wioletka, Klaus i Słoneczko są takimi pechowcami, że zjawienie się w ich życiu potwora 

background image

ironii losu było tylko kwestią czasu.

Słuchając, jak Wujcio Monty obiecuje sierotom Baudelaire, że włos im z głowy nie 

spadnie w Gabinecie Gadów, wy i ja powinniśmy doświadczyć osobliwego uczucia, które 

zawsze   poprzedza   ironię   losu.   Uczucie   to   przypomina   nagły   ucisk   w   żołądku,   który 
przydarza nam się, gdy winda, do której wsiedliśmy, rusza gwałtownie w dół albo, gdy 

leżymy sobie pod kołderką, drzwi szafy otwierają się ze skrzypnięciem, odsłaniając ukrytą 
w środku osobę. Żeby nie wiem jak bezpieczne i szczęśliwe  czuły się chwilowo sieroty 

Baudelaire  i  żeby  nie wiem  jak  kojąco  brzmiały   słowa  Wujcia   Monty'ego, my  przecież 
wiemy,   że   już   niedługo   Wujcio   Monty   padnie   trupem,   a   dzieci   znów   będą   bardzo 

nieszczęśliwe.

Przez tydzień wiodły jednak w nowym domu cudowne życie. Co rano budziły się i 

ubierały w zaciszu własnych pokoi, które sobie wybrały i urządziły wedle gustu. Wioletka 
wybrała pokój z wielkim oknem, wychodzącym na trawnik przed domem i rosnące na nim 

żmijowate   krzewy.   Miała   nadzieję,   że   ten   widok   będzie   dla   niej   natchnieniem   przy 
obmyślaniu wynalazków.

Wujcio   Monty   pozwolił   Wioletce   poprzyczepiać   pinezkami   do   ścian   duże   arkusze 

białego papieru, aby mogła na gorąco szkicować swoje pomysły, nawet w środku nocy. 

Klaus   zamieszkał   w   pokoju   z   przytulną   alkową   -   słowo   „alkowa”   oznacza   tu:   „mały, 
zaciszny   kącik,   idealny   jako   miejsce   do   czytania”.   Za   pozwoleniem   Wujcia   Monty'ego 

wtaszczył na górę duży wyściełany fotel z salonu, który akurat zmieścił się w alkowie, pod 
ciężką, mosiężną lampą. Co noc, zamiast czytać w łóżku, Klaus kulił się w fotelu z kolejną 

książką z biblioteki Wujcia Monty'ego i siedział tam nieraz do rana. Słoneczko wybrało 
sobie środkowy pokój, między Wioletką a Klausem, i zapełniło go twardymi przedmiotami 

uzbieranymi po całym domu, aby mieć co gryźć, gdy tylko przyjdzie mu na to chęć. W 
pokoju Słoneczka znalazł się także zestaw zabawek dla Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, 

aby Żmija i Słoneczko mogły się razem bawić - oczywiście w granicach rozsądku.

Ale   ulubionym   miejscem   sierot   Baudelaire   pozostał   Gabinet   Gadów.   Co   rano   po 

śniadaniu biegły tam, aby towarzyszyć Wujciowi Monty'emu, który już od świtu pracował 
nad   przygotowaniami   do   wyprawy.   Wioletka   zasiadała   przy   stole   z   mnóstwem   linek, 

trybików i klatek, z których zbudowane były pułapki na żmije: poznawała zasady działania 
pułapek, naprawiała, co trzeba, a od czasu do czasu wprowadzała jakieś Ulepszenie, aby 

żmije miały większą wygodę podczas długiej podróży z Peru do domu Wujcia Monty'ego. 
Przy sąsiednim stole Klaus czytał po kolei wszystkie książki o Peru i w specjalnym bloczku 

sporządzał notatki, które mogły się przydać w podróży. A Słoneczko siedziało na podłodze i 

background image

z  wielkim   entuzjazmem   przegryzało   długą   linę   na  krótkie   kawałki.   Najwspanialsze  dla 

młodych Baudelaire'ów było jednak to, czego w czasie pracy dowiadywali się od Wujcia 
Monty'ego   o   gadach.   Wujcio   Monty   pokazał   im   na   przykład   jaszczurkę   zwaną   Krową 

Alaski   -   podłużne,   zielone   stworzenie,   które   daje   pyszne   mleko.   Poznały   też   Ropuchę 
Dysonansową, chropawym głosem naśladującą ludzką mowę.

Nauczyły się, jak brać w rękę Atramentową Kijankę, żeby nie poplamić sobie całych 

palców czarnym barwnikiem, i po czym poznać, kiedy Pyton Drażliwy jest w złym humorze 

i lepiej go nie ruszać. Wujcio Monty poinstruował dzieci, że Zielona Ropuszka Koktajlowa 
nie powinna dostawać za dużo wody, a Wilkowęża Wirgińskiego nie wolno nigdy, pod 

żadnym pozorem, dopuszczać do maszyny do pisania.

Przedstawiając rozmaite okazy gadów, Wujcio Monty często wekslował - czyli „zbaczał 

z   tematu”   -   na   wspomnienia   z   własnych   podróży   i   opowieści   o   mężczyznach,   wężach, 
kobietach, ropuchach, dzieciach i jaszczurkach, z którymi zetknął się na szlaku. Wkrótce 

sieroty Baudelaire też zaczęły opowiadać Wujciowi Monty'emu o swoim życiu, a w końcu 
nawet o rodzicach i o tym, jak bardzo za nimi tęsknią. Wujcio Monty słuchał dzieci z nie 

mniejszym zaciekawieniem niż one jego: parę razy tak się zagadali, że ledwo zdążyli zjeść 
późny obiad, zanim wciśnięci do minidżipa pognali do kina.

Lecz   przyszedł   dzień,   w   którym   dzieci   weszły   po   śniadaniu   do   Gabinetu   Gadów   i 

zamiast Wujcia Monty'ego zastały tam tylko podpisany przez niego liścik tej oto treści:

*
Kochane Bambini,

Jadę do miasta po kilka ostatnich zakupów niezbędnych w naszej ekspedycji. Kupię 

środek przeciwko komarom peruwiańskim, szczoteczki do zębów, brzoskwinie w puszce i 

ognioodporny   kajak.   Poszukiwanie   brzoskwiń   na   pewno   trochę   potrwa,   więc   nie  
spodziewajcie się mnie przed obiadem.

Stefano, następca Gustawa, przyjedzie dzisiaj taksówką. Przyjmijcie go gościnnie. 

Jak wiecie, do wyprawy zostały tylko dwa dni, więc popracujcie dziś solidnie.

Wasz oszołomiony
Wujcio Monty

- Co znaczy „oszołomiony”? - spytała Wioletka, gdy doczytali list do końca.
- ”Nieprzytomny z emocji” - wyjaśnił Klaus, który kilka lat wcześniej natknął się na to 

słowo w tomie poezji. - Na pewno emocjonuje się wyprawą do Peru. A może tym, że będzie 
miał nowego asystenta.

- Albo tym, że ma nas - dorzuciła Wioletka.

background image

- Kindal! - pisnęło Słoneczko, co pewnie miało znaczyć: „Albo wszystkim naraz”.

- Ja sam czuję się lekko oszołomiony - wyznał Klaus. - Fajnie się mieszka z Wujciem 

Montym.

- Zgadzam   się   -   potwierdziła   Wioletka.   -   Po   pożarze   myślałam,   że   już   nigdy   nie 

będziemy szczęśliwi. Ale tu jest nam cudownie.

- Mimo wszystko brakuje mi rodziców - powiedział Klaus. - Wujcio Monty jest bardzo 

miły, ale jednak wolałbym mieszkać z powrotem we własnym domu.

- Ja też. - przyznała szybko Wioletka. A po chwili, powoli i głośno, powiedziała coś, co 

nie   dawało   jej   spokoju   od   paru   dni:   -   Myślę,   że   nigdy   nie   przestaniemy   tęsknić   za 

rodzicami. Ale tęskniąc za nimi, nie musimy chyba być stale nieszczęśliwi. Przecież oni na 
pewno nie chcieliby, żebyśmy byli nieszczęśliwi.

- Pamiętasz   -   ożywił   się   Klaus   -   jak   kiedyś   po   południu   padał   deszcz   i   z   nudów 

pomalowaliśmy sobie wszyscy paznokcie u nóg na wściekle czerwono?

- Jasne - uśmiechnęła się Wioletka. - A mnie się trochę lakieru wylało na żółty fotel.
- Arcio! - wtrąciło cicho Słoneczko, mając zapewne na myśli coś w rodzaju: „I plama 

nigdy całkiem nie zeszła”. Sieroty Baudelaire uśmiechnęły się do siebie i już bez dalszego 
gadania wzięły się do roboty. W milczeniu pracowały solidnie całe rano, wiedząc już, że ich 

zadowolenie   z   pobytu   w   domu   Wujcia   Monty'ego   ani   trochę   nie   unieważnia   śmierci 
rodziców, ale przynajmniej pozwala poczuć się lepiej po długim okresie smutku.

To oczywiście bardzo przykre, że opisana chwila spokojnego szczęścia była dla dzieci 

ostatnią   dobrą   chwilą   na   dłuższy   czas   -   ale   nic   nie   można   na   to   poradzić.   Młodzi 

Baudelaire'owie zaczynali właśnie myśleć o obiedzie, gdy przed dom zajechał samochód i 
rozległ się klakson. Był to dla dzieci sygnał, że przybył Stefano. Dla nas powinien to być 

sygnał początku dalszych nieszczęść.

- Pewnie   przyjechał   nowy   asystent   -   zgadł   Klaus,   podnosząc   oczy   znad  Wielkiej 

peruwiańskiej księgi małych peruwiańskich żmij. - Mam nadzieję, że okaże się tak samo 
miły jak Wujcio Monty.

- Ja też mam taką nadzieję - powiedziała Wioletka, otwierając i zamykając pułapkę na 

ropuchy, aby sprawdzić, czy gładko działa. - Nic byłoby przyjemnie podróżować po Peru z 

kimś, kto jest nudny albo złośliwy.

- Gerdzia! - pisnęło Słoneczko, mając zapewne na myśli coś w rodzaju: „No to chodźmy 

zobaczyć, jaki jest ten Stefano!”.

Sieroty Baudelaire opuściły Gabinet Gadów i wyszły na ganek. Przy żmijokrzewach 

stała tak sówka. Z tylnego siedzenia wygramolił się bardzo wysoki, bardzo chudy osobnik z 

background image

długą brodą i całkiem bez brwi; w ręku trzymał walizę z błyszczącą srebrną kłódką.

- Napiwku nie będzie - oświadczył taksówkarzowi - bo za dużo pan gadał. Nie każdego, 

wie pan, interesuje, że urodził się panu nowy dzieciak. O, cześć, dzieciaki! Nazywam się 

Stefano, jestem nowym asystentem Doktora Montgomery'ego. Miło was poznać.

- Nam   również   -   powiedziała   Wioletka,   podchodząc   do   nieznajomego,   którego 

świszczący głos zabrzmiał jej jakoś dziwnie znajomo.

- Bardzo mi miło - przywitał się grzecznie Klaus, chociaż gdy spojrzał Stefanowi w 

oczy, dostrzegł w nich dziwnie znajomy błysk.

- Hudda! - pisnęło Słoneczko. Stefano był bez skarpetek, a Słoneczko, raczkując po 

ziemi, widziało dobrze kawałek jego gołej nogi między mankietem spodni a butem. Nad 
kostką tej nogi widniało coś aż nadto znajomego.

Sieroty   Baudelaire   w   jednej   chwili   pojęły   straszną   prawdę   i   cofnęły   się   przed 

przybyszem jak przed złym psem. To nie był żaden Stefano, chociaż tak się przedstawił. 

Dzieci obejrzały nowego asystenta Wujcia Monty'ego od stóp do głów i upewniły się, że jest 
to nie kto inny, jak Hrabia Olaf. Cóż z tego, że zgolił pojedynczą gęstą brew i zapuścił 

brodę na kostropatym podbródku, skoro nie umiał ukryć oka wytatuowanego nad kostką u 
nogi.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Jedną z najgorszych rzeczy w życiu jest żałowanie. Coś się wydarza, ty robisz nie to, co 

trzeba, a potem latami żałujeszże nie zrobiłeś czegoś całkiem innego. Na przykład ja, gdy 

spaceruję brzegiem morza albo odwiedzam grób przyjaciółki, zawsze myślę o tym dniu, 
dawno, dawno temu, gdy nie zabrałem latarki w miejsce, gdzie koniecznie trzeba było 

zabrać latarkę, i skutki tego były tragiczne. Dlaczego ja nie wziąłem latarki? - wyrzucam 
sobie, chociaż już nic nie można na to poradzić. - Trzeba było wziąć latarkę.

Przez wiele lat po opisanych zdarzeniach Klaus wspominał tę chwilę, w której wszyscy 

troje poznali, że Stefano to w rzeczywistości Hrabia Olaf - i za każdym razem żałował, że 

nie zawołał do taksówkarza, który właśnie zawracał w dół na szosę: „Stać! Proszę zabrać z 
powrotem   tego   człowieka!”.   Oczywiście,   jest   całkiem   zrozumiałe,   że   zaskoczenie   nie 

pozwoliło Klausowi i jego siostrom działać dość szybko - a jednak Klaus jeszcze po latach 
nie mógł zasnąć w nocy, bo myślał sobie, że gdyby wtedy się nie zagapił, może uratowałby 

życie Wujciowi Monty'emu.

Ale nie uratował. W czasie gdy dzieci stały jak wryte i gapiły się na Hrabiego Olafa, 

taksówka odjechała, a one pozostały sam na sam ze swoim fatum - słowo „fatum” znaczy 
tutaj:   „najgorszym   wrogiem,   jakiego   można   sobie   wyobrazić”.   Olaf   uśmiechnął   się   do 

dzieci dokładnie tak, jak Podłożmij Mongolski Wujcia Monty'ego uśmiechał się codziennie 
na widok białej myszki, którą wkładano mu do klatki na obiad.

- Może ktoś z was zaniesie moją walizkę do pokoju? - zaświszczał Hrabia Olaf. - Jazda 

tą śmierdzącą droga była nudna i nieprzyjemna. Bardzo się zmęczyłem.

- Jeśli ktokolwiek zasługuje na to, żeby jeździć Parszywą Promenadą, to właśnie pan, 

Hrabio Olafie  - powiedziała  Wioletka,  piorunując go wzrokiem. - Nie pomożemy panu 

wnieść bagaży, bo w ogóle nie zamierzamy wpuścić pana do domu.

Olaf spojrzał groźnie na sieroty, ale zaraz rozejrzał się tu i tam, jakby podejrzewał, że 

ktoś chowa się za żmijokrzewami.

- Kto to jest Hrabia Olaf? - spytał zdumiony. - Ja nazywam się Stefano. Przyjechałem, 

aby asystować doktorowi Montgomery'emu Montgomery'emu w ekspedycji do Peru. Jak 
się domyślam, wy troje jesteście karłami zatrudnionymi u doktora Montgomery'ego jako 

służba.

- Nie jesteśmy żadnymi karłami - rozzłościł się Klaus. - Jesteśmy dziećmi. A pan nie 

jest żadnym Stefanem, tylko Hrabią Olałem. Mógł pan sobie zapuścić brodę i zgolić brwi, 
ale wciąż jest pan tym samym obrzydliwym typem i dlatego nie wpuścimy pana do domu.

background image

- Futa! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Właśnie!”.

Hrabia Olaf popatrzył po kolei na sieroty Baudelaire, a oczy tak mu zabłysły, jakby 

miał zaraz opowiedzieć świetny dowcip.

- Nie wiem, o czym mówicie - oświadczył - ale nawet gdybym wiedział i nawet gdybym 

był tym waszym Hrabią Olafem, pomyślałbym sobie, że jesteście bardzo niegrzeczni. A 

gdybym   sobie   pomyślał,   że   jesteście   bardzo   niegrzeczni,   mógłbym   się   rozgniewać.   A 
gdybym się rozgniewał, to kto wic, do czego mógłbym się posunąć.

Wzniósł ręce i groźnie wystawił straszne szpony. Nie trzeba wam chyba przypominać, 

jaki brutalny potrafił być Hrabia Olaf - a już na pewno nie trzeba było przypominać tego 

młodym   Baudelaire'om.   Klaus   wciąż   miał   podpuchnięte   oko,   podbite   przez   Hrabiego 
Olafa, kiedy jeszcze mieszkali u niego w domu. Słoneczko było jeszcze obolałe od siedzenia 

w ptasiej klatce,  którą  Olaf wywiesił  z okna wieży,  kiedy knuł swoje szatańskie  plany. 
Wioletka   nie   padła,   co   prawda,   ofiarą   przemocy   fizycznej   ze   strony   tego   strasznego 

człowieka, ale została prawie zmuszona do poślubienia go - to wystarczyło, aby wzięła teraz 
jego walizkę i z ociąganiem powlokła ją w stronę domu.

- Wyżej!  -  zażądał  Olaf.  - Podnieś wyżej. Nie pozwalam  szorować moją walizką  po 

ziemi!

Klaus i Słoneczko podskoczyli na pomoc Wioletce, ale nawet we trójkę chwiali się pod 

ciężarem  walizy.  Ponowne pojawienie się w ich życiu  Hrabiego Olafa  - i to właśnie  w 

chwili, gdy zaczynało im być tak dobrze i bezpiecznie u Wujcia Monty'ego - było samo w 
sobie   wielkim   nieszczęściem.   Ale   to,   że   muszą   w   dodatku   pomagać   temu   okropnemu 

typowi wtargnąć do domu, lwio wprost nieznośne. Olaf szedł tuż za nimi i cały czas czuli 
jego nieświeży  oddech.  Wreszcie  wnieśli  walizę   do  środka   i  postawili   na  dywanie  pod 

malowidłem przedstawiającym dwie splecione żmije.

- Dziękuję   wam,   sieroty   -   powiedział   Olaf,   zamykając   za   sobą   drzwi   wejściowe.   - 

Doktor Montgomery obiecał, że na górze będzie czekał na mnie pokój. Stąd już chyba sam 
doniosę walizkę. A wy teraz zmykajcie. Będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu, żeby się 

bliżej poznać.

- My pana znamy aż za dobrze, Hrabio Olafie - rzekła Wioletka. - Widać, że nic a nic 

się pan nie zmienił.

- Ty też nie - odpalił Olaf. - Widać, że jesteś ciągle tak samo uparta, Wioletko. A ty, 

Klaus, dalej nosisz te idiotyczne okulary, bo za dużo czytasz. No a Słoneczko, jak widzę, 
wciąż ma dziewięć paluszków u nóżek zamiast dziesięciu.

- Fijut! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Wcale nie!”.

background image

- Co pan gada? - zirytował się Klaus. - Ma dziesięć palców, jak każdy.

- Czyżby? - zdumiał się Olaf. - To ciekawe. Pamiętam przecież, że straciła jeden palec w 

przykrym wypadku. - Oczy zabłysły mu jeszcze mocniej, jakby opowiadał świetny kawał, 

po   czym   sięgnął   do   kieszeni   zszarganego   płaszcza   i   wyciągnął   długi   nóż,   taki   jak   do 
krojenia chleba. - Pamiętam przecież, że pewien dżentelmen, zakłopotany tym, że stale 

przekręca się jego imię, niechcący upuścił nóż prosto na jej małą stopkę i pozbawił ją 
jednego paluszka.

Wioletka   z   Klausem   spojrzeli   na   Hrabiego   Olała,   a   potem   na   bosą   stopkę   swojej 

siostrzyczki.

- To niemożliwe! Pan się nie waży! - oburzył się Klaus.
- Oszczędźmy sobie dyskusji o tym, na co ja się ważę, a na co nie - powiedział Olaf. - 

Podyskutujmy lepiej o tym, jak się należy do mnie zwracać, póki mieszkamy tu razem pod 
jednym dachem.

- Będziemy mówić do pana Stefano, ponieważ nam pan grozi - odparła Wioletka. - Ale 

nie pomieszkamy tu długo razem.

Stefano   otworzył   usta,   jakby   chciał   jeszcze   coś   powiedzieć,   ale   Wioletka   nie   była 

zainteresowana dalszą rozmową. Odwróciła się na pięcie i przez wielkie drzwi przeszła 

dumnie   do   Gabinetu   Gadów,   a   za   nią   jej   rodzeństwo.   Gdybyśmy   przy   tym   byli, 
moglibyśmy   przysiąc,   że   sieroty   Baudelaire   nie   bały   się   nic   a   nic,   skoro   tak   śmiało 

rozmawiały ze Stefanem, a potem po prostu sobie poszły, ale kiedy znalazły się w zaciszu 
Gabinetu   Gadów,   po   ich   minach   można   było   poznać,   co   czuły   naprawdę.   Dzieci   byty 

przerażone. Wioletka zakryła twarz dłońmi i oparta się o najbliższą klatkę. Klaus zapadł się 
w miękki fotel, dygocąc tak, że bębnił obcasami po marmurowej posadzce. A Słoneczko 

skuliło się na podłodze i zrobiło się takie malutkie, że ktoś, kto wszedłby nagle do Gabinetu 
Gadów, pewnie by go nie zauważył. Przez dłuższą chwilę żadne z dzieci się nie odzywało: 

nasłuchiwały stłumionych kroków Stefana, wchodzącego po schodach na górę, i własnego 
tętna, które dudniło im w uszach.

- Nic nie rozumiem. Jak on nas znalazł? - szepnął Klaus schrypniętym głosem. - W jaki 

sposób został asystentem Wujcia Monty'ego? Co on tu robi?

- Groził przecież,  że położy łapę na fortunie  Baudelaire'ów - powiedziała  Wioletka, 

odsłaniając twarz i biorąc na ręce Słoneczko, które całe się trzęsło. - To były ostatnie słowa, 

jakie powiedział do mnie, zanim uciekł. Zapowiedział, że dorwie się do naszego majątku, 
choćby to miał być ostatni wyczyn w jego życiu.

Wioletka zadrżała, ale nie powtórzyła, co poza tym zapowiedział Hrabia Olaf: że gdy 

background image

tylko zdobędzie majątek, wykończy całą trójkę młodych Baudelaire'ów. Nie musiała tego 

powtarzać. Wszyscy troje świetnie przecież wiedzieli, że jeśli Olaf wykombinuje sposób na 
zagarnięcie ich fortuny, poderżnięcie im gardeł będzie dla niego laką samą drobnostką, jak 

dla nas zjedzenie ciastka z kremem.

- Co robić? - spytał Klaus. - Wujcio Monty Wróci najwcześniej za parę godzin.

- Może zadzwonimy do pana Poe? - zaproponowała Wioletka. - Przeszkodzimy mu w 

godzinach pracy, ale chyba w nagłych wypadkach wolno mu opuszczać bank?

- Nie uwierzy nam - pokręcił głową Klaus. - Pamiętasz, jak pierwszy raz mówiliśmy mu 

o Hrabim Olafie? Tak długo przekonywał się do prawdy, że omal nie zrobiło się za późno. 

Moim zdaniem powinniśmy stąd wiać. Jeśli zrobimy to zaraz, mamy szanse zdążyć na 
pociąg, który odjeżdża z miasteczka.

Wioletka wyobraziła sobie, jak we troje, całkiem sami, wędrują Parszywą Promenadą 

pod zdziczałymi jabłoniami, wdychając gryzący smród chrzanu.

- A dokąd pójdziemy? - spytała.
- Wszystko  jedno  - odparł  Klaus.   -  Byle  jak  najdalej  stąd.  Pójdziemy  gdzieś,  gdzie 

Hrabia   Olaf   nas   nie   znajdzie,   i   zmienimy   imiona,   żeby   nikt   nie   dowiedział   się,   kim 
jesteśmy.

- Przecież nie mamy pieniędzy - zauważyła Wioletka. - Z czego będziemy żyć?
- Pójdziemy do pracy - odparł Klaus. - Ja mogę pracować w bibliotece, a ty w fabryce 

urządzeń mechanicznych. Słoneczka na razie nikt chyba nie zatrudni ze względu na wiek, 
ale za parę lat już tak.

Sieroty zamilkły. Spróbowały wyobrazić sobie, że uciekają od Wujcia Monty'ego i żyją 

samodzielnie,   szukając   pracy   i   opiekując   się   sobą   nawzajem.   Była   to   wizja   wielkiego 

osamotnienia.   Dzieci   przez   dobrą   chwilę   siedziały   w   milczeniu   i   każde   myślało   o   tym 
samym: jaka to straszna szkoda, że stracili rodziców w pożarze, a ich własne życie stanęło 

na głowie. Gdyby rodzice żyli, Wioletka, Klaus i Słoneczko nigdy nawet nie usłyszeliby o 
Hrabim Olafie, a co dopiero o tym, że miałby się wprowadzić do ich domu i knuć lam 

swoje diabelskie plany.

- Ucieczka nic nie da - powiedziała w końcu Wioletka. - Hrabia Olaf znalazł nas tym 

razem i na pewno znajdzie nas zawsze, żebyśmy nie wiem jak daleko się przenieśli. A poza 
tym, kto wie, gdzie się teraz podziewają pomocnicy Hrabiego Olafa? Może właśnie otoczyli 

dom i pilnują, żebyśmy go nie przechytrzyli?

Klaus zadrżał. Zapomniał o pomocnikach Olafa. A przecież Olaf, poza tym, że dybał na 

majątek   Baudelaire'ów,   był   też   szefem   podejrzanej   trupy   teatralnej:   miał   kompanów  - 

background image

aktorów, zawsze skorych do pomocy. Ponura to była szajka, złożona z samych strasznych 

typów. Należał do niej łysy z długim nosem, który zawsze paradował w czarnej szacie. I 
dwie kobiety, które pudrowały sobie twarze na trupio blado. I tłusta postać z twarzą lak 

kompletnie pozbawioną wyrazu, że nie wiadomo było, czy to mężczyzna, czy kobieta. I 
chudzielec, który zamiast dłoni miał dwa haki. Wioletka miała rację. Ludzie Olafa mogli 

czaić się wokół domu Wujcia Monty'ego, aby złapać dzieci, gdyby tylko próbowały uciec.

- Najlepiej poczekajmy, aż wróci Wujcio Monty - podsumowała Wioletka. - Powiemy 

mu,   co   się   stało.   On   nam   uwierzy.   A   przynajmniej,   kiedy   usłyszy   o   tatuażu,   zażąda 
wyjaśnień od „Stefana”.

Słowo   „Stefana”   Wioletka   wypowiedziała   tonem   wyrażającym   skrajną   pogardę   dla 

kiepskiego przebrania Olafa.

- Jesteś tego pewna? - zwątpił Klaus. - Przecież Wujcio Monty sam zatrudnił Stefana. - 

Ton,   jakim   Klaus   wymówił   stówo   „Stefana”,   świadczył   o   tym,   że   w   pełni   podziela   on 

uczucia siostry. - Kto wie, czy Wujcio Monty ze Stefanem nie knują czegoś razem.

- Minda! - pisnęło Słoneczko, co prawdopodobnie miało znaczyć: „Nic bądź śmieszny, 

Klaus!”.

Wioletka pokręciła głową.

- Słoneczko ma rację. Nic wierzę, że Wujcio Monty jest w zmowie z Olafem. Był dla nas 

taki dobry i mity, a poza tym, gdyby działali razem - po co Olaf miałby używać fałszywego 

imienia?

- To prawda - zastanowił się Klaus. - Poczekajmy w takim razie na Wujcia Monty'ego.

- Poczekajmy - zgodziła się Wioletka.
- Todzio! - oznajmiło z powagą Słoneczko i cała trójka smętnie spojrzała po sobie.

Czekanie to jedna z najprzykrzejszych rzeczy w życiu. Bardzo trudno jest doczekać się 

tortu   czekoladowego   z   kremem,   mając   wciąż   na   talerzu   przypaloną   pieczeń   wolową. 

Jeszcze trudniej jest doczekać się Gwiazdki, kiedy przed nami dopiero nudny wrzesień. Ale 
czekać na powrót do domu przybranego wujka, gdy piętro wyżej panoszy się chciwy brutal, 

było dla młodych Baudelaire'ów jednym z najgorszych życiowych doświadczeń. Aby nie 
myśleć o czekaniu, dzieci próbowały zająć się pracą, ale za bardzo się denerwowały, żeby 

cokolwiek  osiągnąć.  Wioletka  chciała  naprawić obluzowaną  klapę pułapki,  lecz  całą  jej 
uwagę   pochłaniał   supeł   strachu   w   żołądku.   Klaus   próbował   przeczytać   o   sposobach 

ochrony przed ciernistymi roślinami w Peru, ale myśl o Stefanie nie pozwalała mu się 
skupić. Słoneczko zaczęło gryźć swoją linę, ale zaraz przestało, gdyż z każdym ugryzieniem 

czuto   w   ząbkach   zimny   prąd   lęku.   Nawet   nie   chciało   mu   się   bawić   z   Niewiarygodnie 

background image

Jadowitą   Żmiją,   Ostatecznie   więc   trójka   Baudelaire'ów   w   bezczynnym   milczeniu 

przesiedziała   całe   popołudnie   w   Gabinecie   Gadów,   wyglądając   przez   okno,   czy   nie 
nadjeżdża   dżip   Wujcia   Monty'ego,   i   nasłuchując   dobiegających   co   jakiś   czas   z   góry 

hałasów. Dzieci wolały nie wyobrażać sobie, co takiego rozpakowuje tam Stefano.

Wreszcie, gdy o zachodzie słońca żmijokrzewy zaczęły rzucać na trawnik długie, chude 

cienie,   rozległ   się   warkot   silnika   i   wyczekiwany   dżip   zajechał   przed   dom.   Do   dachu 
przytroczony miał spory kajak, a na tylnym siedzeniu piętrzyły się zakupy. Wujcio Monty 

wysiadł, zataczając się pod ciężarem kilku wypchanych toreb, a dostrzegłszy dzieci przez 
szybę Gabinetu Gadów, uśmiechnął się do nich wesoło. Odpowiedziały mu uśmiechami - i 

właśnie tej chwili gorzko potem żałowały. Bo gdyby, zamiast uśmiechać się przez szybę i 
tracić cenny czas, wybiegły zaraz powitać Monty'ego przy samochodzie, zdążyłyby może 

szepnąć   mu   słówko   na   osobności.   A   tak,   zanim   wybiegły   do   hallu,   Wujcio   Monty   już 
rozmawiał ze Stefanem.

- Nie wiedziałem, jakiej życzy pan sobie szczoteczki do zębów - usprawiedliwiał się 

Wujcio Monty - wiec kupiłem supertwardą, bo sam takiej używam. Peruwiańskie jedzenie 

jest dość kleiste, dlatego dobrze jest tam zabrać przynajmniej jedną zapasową szczoteczkę.

- Supertwardą to coś w sam raz dla mnie - odpowiedział mu Stefano, ale mówiąc to, 

wpatrywał się w sieroty bardzo, bardzo błyszczącymi oczami. - Czy mam wnieść kajak do 
domu?

- Bardzo proszę, ale niech pan, broń Boże, nie dźwiga sam! Klaus, proszę, pomóż panu 

Stefanowi, dobrze?

- Wujciu Monty - odezwała się Wioletka. - Mamy wujciowi coś bardzo ważnego do 

powiedzenia.

- Cały   zamieniam   się   w   słuch...   Tylko   chwileczkę:   pozwólcie,   że   pokażę   wam,   jaki 

kupiłem   środek   na   komary.   Świetnie   się   złożyło,   że   Klaus   przestudiował   temat 

peruwiańskich   owadów:   okazuje   się,   że   wszystkie   preparaty   poza   tym   jednym   byłyby 
nieskuteczne.   Tylko   ten   jeden...   -   Wujcio   Monty   grzebał   gorączkowo   w  jednej   z   toreb 

zawieszonych na ramieniu, a dzieci czekały niecierpliwie, aż skończy zdanie - ... zawiera 
związek chemiczny o nazwie...

- Wujciu   Monty   -   przerwał   mu   Klaus   -   to,   co   mamy   do   powiedzenia,   jest   sprawą 

niecierpiącą zwłoki.

- Klaus!   -  skarcił  go   Wujcio  Monty,   ze  zdumienia   unosząc  brwi.   -  To   niegrzecznie 

przerywać wujowi, Proszę cię, pomóż Stefanowi wnieść kajak, a za chwilę porozmawiamy, 

o czym tylko zechcesz.

background image

Klaus   westchnął,   ale   wyszedł   za   Stefanem   do   dżipa.   Drzwi   zostały   otwarte,   więc 

Wioletka śledziła ich wzrokiem, dopóki Wujcio Monty nie postawił toreb na ziemi i nie 
stanął tuż przed nią, zasłaniając widok.

- Nie pamiętam - oświadczył, trochę zły - co Chciałem powiedzieć o tym środku na 

komary. Nienawidzę tracić wątku.

- Ale my musimy wujciowi powiedzieć... - Wioletka nie dokończyła, bo ujrzała nagle 

coś  strasznego.   Wujcio  Monty,   który  stał  plecami   do  drzwi,  nie  mógł  widzieć,   co  robi 

Stefano,   ale   Wioletka   widziała   doskonałe:   Stefano   zatrzymał   się   przy   żmijokrzewach, 
sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął swój długi nóż. Ostrze odbito blask zachodzącego 

słońca   i   zalśniło   jak   latarnia   morska.   Jak   wam   zapewne   wiadomo,   latarnie   morskie 
wysyłają do statków sygnały ostrzegawcze: pokazują im, gdzie jest brzeg, aby nie rozbiły 

się o przybrzeżne skały. Błyszczący nóż też wysyłał sygnał ostrzegawczy.

Klaus spojrzał na nóż, potem na Stefana, a w końcu na Wioletkę. Wioletka spojrzała na 

Klausa, potem na Stefana, a w końcu na Monty'ego. Słoneczko popatrzyło na wszystkich 
po   kolei.   Jedynie   Wujcio   Monty   nie   zauważył,   co   się   dzieje,   zajęty   wyłącznie 

przypominaniem sobie, co też chciał rzec o środkach na komary.

- Musimy wujciowi powiedzieć... - zaczęła jeszcze raz Wioletka, ale głos uwiązł jej w 

gardle. Stefano nie odezwał się ani słowem. Nie musiał. Wioletka i tak wiedziała, że jeśli 
ona piśnie chociaż stówko, Stefano bez wahania ugodzi nożem Klausa, tam gdzie stoją, 

pod zmijokrzewami. Fatum sierot Baudelaire bez słowa przesłało im wyraźne ostrzeżenie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Była to chyba najdłuższa  i najstraszniejsza  noc, jaką przeżyty sieroty Baudelaire, a 

przeżyty wiele strasznych nocy. Wkrótce po narodzinach Słoneczka złapali wszyscy troje 

koszmarną grypę i przez całą noc miotali się w gorączce, a tata zmieniał im co chwila 
zimne   kompresy   na   spoconych   czołach.   Pierwszą   noc   po   tragicznej   śmierci   rodziców 

spędzili bezsennie w domu pana Poe: było im tak okropnie smutno i dziwnie, że nawet nie 
próbowali zasnąć. Pamiętali też wiele długich i strasznych nocy z czasów, gdy mieszkali u 

Hrabiego Olafa.

Ale ta noc zdawała  się jeszcze gorsza.  Od chwili  powrotu Wujcia Monty'ego aż do 

pójścia spać Stefano utrzymywał dzieci pod stalą kuratelą, co tu oznacza: „obserwował je 
bez przerwy, aby nie mogły porozmawiać z Wujciem Montym na osobności i powiadomić 

go, że Stefano to Hrabia Olaf” - a Wujcio Monty był zbyt zaaferowany, żeby zauważyć, że 
coś jest nie tak. Gdy przenosili do domu resztę zakupów, Stefano dźwigał torby tylko jedną 

ręką,   bo   drugą   trzymał   cały   czas   w   kieszeni,   na   rękojeści   noża   -   ale   Wujcio   Monty, 
zachwycony   nowymi   nabytkami,   wcale   się   tym   nie   zdziwił.   W   kuchni,   gdy   szykowali 

kolację i Stefano kroił pieczarki w cienkie plasterki, uśmiechając się krwiożerczo do dzieci, 
Wujcio Monty byt tak pochłonięty pilnowaniem, żeby sos nie wykipiał, że nie spostrzegł 

nawet, iż Stefano posługuje się swoim morderczym nożem. Przy kolacji Stefano opowiadał 
śmieszne dykteryjki i wychwalał osiągnięcia naukowe Wujcia Monty'ego - a zachwycony 

Wujcio Monty nawet się nie domyślał, że Stefano przez cały czas trzyma pod stołem nóż i 
co   chwila   przesuwa   bokiem   ostrza   po   kolanie   Wioletki.   Gdy   wreszcie   Wujcio   Monty 

oznajmił,   że   przez   resztę   wieczoru   będzie   oprowadzał   nowego   asystenta   po   Gabinecie 
Gadów, z nadmiaru entuzjazmu nie zauważył nawet, że dzieci poszły spać bez pożegnania.

Po raz pierwszy pożałowały, że mają oddzielne sypialnie, które dotąd wydawały im się 

luksusem:   pojedynczo   każde   z   nich   czuło   się   jeszcze   bardziej   opuszczone   i   bezradne. 

Wioletka   gapiła   się   na   arkusz   papieru   przyczepiony   pinezkami   do   ściany   i   próbowała 
wyobrazić sobie, co knuje Stefano. Klaus usiadł w swoim miękkim, głębokim fotelu, zapalił 

mosiężną lampę do czytania, ale ze zmartwienia nawet nie otworzył książki. Słoneczko 
spoglądało na swoją kolekcję twardych przedmiotów, ale żadnego nie miało chęci ugryźć.

Cała trójka myślała tylko o tym, aby przemknąć się korytarzem do sypialni Wujcia 

Monty'ego, obudzić go i powiedzieć, co się dzieje. Ale po drodze musieliby minąć pokój 

Stefana, a Stefano przez całą noc trzymał tam straż, siedząc na krześle przed otwartymi 
drzwiami. Gdy dzieci uchylały drzwi i wyglądały na korytarz, widziały bladą, wygoloną 

background image

głowę Stefana, która w ciemności wyglądała, jakby wisiała w powietrzu. Widziały też nóż: 

Stefano bujał nim miarowo, jak wahadłem szafkowego zegara. Buj - buj, w tył - w przód: 
ostrze noża błyskało w mroku tak przerażająco,  że sieroty Baudelaire  nie ośmieliły się 

wychynąć z pokoi.

W końcu dom rozjaśnił się siwoniebieskim światłem świtu, a dzieci zeszły po schodach 

na   śniadanie,   półprzytomne   i   obolałe   po   nieprzespanej   nocy.   Zasiadły   do   stołu,   przy 
którym pierwszego ranka w tym domu jadły tort, i bez apetytu dziobały w talerzach. Po raz 

pierwszy, odkąd zamieszkały u Wujcia Monty'ego, nie spieszyło im się do Gabinetu Gadów 
i do przerwanej pracy.

- Chodźmy tam, najwyższy czas - powiedziała wreszcie Wioletka, odkładając na talerz 

ledwo nadgryzioną grzankę. - Wujcio Monty na pewno już zaczął pracę i czeka na nas.

- Stefano też na pewno już tam jest - burknął Klaus, gapiąc się w miskę pełną płatków 

na mleku. - Nigdy nie zdemaskujemy go przed Wujciem Montym. Nie da nam szans.

- Inga - przytaknęło smutno Słoneczko, rzucając nietkniętą marchewkę na podłogę.
- Gdyby lak Wujcio Monty wiedział to, co my wiemy... - westchnęła Wioletka. - I gdyby 

Stefano wiedział, że Wujcio Monty wie to, co my wiemy. Ale Wujcio Monty nie wie, a 
Stefano wie, że on nie wie.

- Wiem - powiedział Klaus.
- Wiem, że wiesz - powiedziała Wioletka. - Za to nikt z nas nie wie, co knuje Hrabia 

Olaf, chciałam powiedzieć - Stefano. Jasne, że dybie tu nasz majątek, ale jakim sposobem 
chce go dostać? Przecież jesteśmy teraz pod opieką Wujcia Monty'ego.

- Może postanowił poczekać, aż będziesz pełnoletnia, i wtedy ci go ukraść? - spytał 

Klaus.

- Cztery lata to bardzo długie czekanie - zauważyła Wioletka.
Sieroty zamilkły: każde z trójki przypomniało sobie, co się z nim działo przed czterema 

laty. Wioletka miała wtedy dziesięć lat i bardzo krótkie włosy. Pamiętała, że gdzieś około 
dziesiątych   urodzin   wynalazła   nowy   typ   temperówki.   Klaus   miał   prawie   osiem   lat: 

interesował   się   bardzo   kometami   i   czytał   wszystkie   książki   o   astronomii   z   biblioteki 
rodziców.   Słoneczka,   oczywiście,   przed  czterema  laty  nie  było  jeszcze  na   świecie,  więc 

usiłowało sobie przypomnieć życie w niebycie - okropnie ciemno i nie ma co gryźć. Całej 
trójce zdawało się, że cztery lata to strasznie długo.

- Prędzej,   prędzej!   Ruszacie   się   dzisiaj   jak   muchy   w   smole!   -   ponaglił   ich   Wujcio 

Monty,   wpadając   do   jadalni.   Twarz   jaśniała   mu   jeszcze   bardziej   niż   zwykle,   a   w   ręce 

trzymał   zwinięty   rulonik.   -   Stefano   pracuje   u   mnie   dopiero   od   wczoraj,   a   już   jest   w 

background image

Gabinecie Gadów. Był tam nawet wcześniej ode mnie - zderzyłem się z nim, zbiegając ze 

schodów.  Pracowity  jak mrówka,  A wy co? Ruszacie  się jak Węgierska  Żmija  Gnuśna, 
której rekordowa  prędkość wynosi pół cala  na godzinę! Przed nami mnóstwo pracy,  a 

chciałbym zdążyć na szóstą do kina, bo pokazują dzisiaj Śnieżne zombi - więc pospieszmy 
się, z życiem, z życiem!

Wioletka   spojrzała   na   Wujcia   Monty'ego   i   zrozumiała,   że   nadarza   się   być   może 

ostatnia sposobność porozmawiania z nim na osobności, bez Stefana - żeby tylko w całym 

swoim zapamiętaniu chciał ich wysłuchać.

- Skoro   mowa   o   Stefanie   -   zaczęła   cicho   -   chcielibyśmy   z   Wujciem   chwilę   o   nim 

porozmawiać.

Wujcio   Monty   przymrużył   oczy   i   rozejrzał   się   dookoła,   jakby   w   obawie   przed 

szpiegami, po czym nachylił się i szepnął do dzieci:

- Ja też chciałbym porozmawiać. Mam pewne podejrzenia co do Stefana i chętnie je z 

wami przedyskutuję.

Sieroty Baudelaire spojrzały po sobie z ulgą.

- Ma Wujcio podejrzenia? - upewnił się Klaus.
- Tak jest - potwierdził Wujcio Monty. - Już wczoraj wieczorem nabrałem poważnych 

wątpliwości co do mojego nowego asystenta. Jest w nim coś niesamowitego i właśnie... - 
Wujcio Monty rozejrzał się ponownie i jeszcze bardziej ściszył głos, tak że dzieci musiały 

wstrzymać oddech, aby go słyszeć. - Lepiej przenieśmy się z tą rozmową na zewnątrz, 
dobrze?

Dzieci pokiwały  głowami i wstały  od stołu. Zostawiły  po sobie brudne talerze  - co 

normalnie jest bardzo nieładne, ale w sytuacji wyjątkowej całkiem usprawiedliwione - i w 

ślad   za   Wujciem   Montym   wyszły   z   domu,   mijając   malowidło   przedstawiające   dwie 
splecione żmije. Od ganku skierowały się wprost do żmijokrzewów, jakby chciały pogadać 

właśnie z nimi, a nie ze sobą nawzajem.

- Nie   chcę   się   chełpić   -   zaczął   Wujcio   Monty,   używając   tu   słowa,   które   znaczy 

„przechwalać się” - ale naprawdę zaliczam się do najbardziej szanowanych herpetologów 
na świecie.

Klaus   zamrugał   gwałtownie.   Nie   spodziewał   się   takiego   początku   rozmowy,   więc 

bąknął:

- To wiadomo, ale...
- I właśnie dlatego - ciągnął Wujcio Monty, jakby go wcale nie usłyszał - z przykrością 

stwierdzam, że wiele osób mi zazdrości.

background image

- Bardzo możliwe - przytaknęła zaskoczona Wioletka.

- A   kiedy   ludzie   komuś   zazdroszczą   -   kontynuował   Wujcio   Monty,   kręcąc   głową   - 

gotowi   są   na   wszystko.   Na   najbardziej   szalone   posunięcia.   Gdy   robiłem   doktorat   z 

herpetologii, mój współ - lokator z pokoju był tak zazdrosny o żabę, którą odkryłem, że 
wykradł i połknął mój jedyny egzemplarz. Musiałem mu zrobić rentgen brzucha i posłużyć 

się podczas prezentacji zdjęciem rentgenowskim zamiast żabą. A teraz coś mi mówi, że 
mamy do czynienia z podobną sytuacją.

Co ten Wujcio Monty wygaduje?
- Przepraszam,   chyba   się   pogubiłem   -   przerwał   mu   Klaus,   w   grzeczny   sposób 

wyrażając pytanie: „Co ty, Wujciu Monty, wygadujesz?”.

- Wczoraj   wieczorem,   gdy   już   poszliście   spać,   Stefano   podejrzanie   szczegółowo 

wypytywał mnie o rozmaite żmije i o plany naszej ekspedycji. A wiecie, dlaczego?

- Ja chyba wiem... - powiedziała Wioletka, ale Wujcio Monty nie dał jej skończyć.

- Dlatego, że ten osobnik, który przedstawia się jako Stefano, jest w gruncie rzeczy 

członkiem   Towarzystwa   Herpetologicznego,   który   przybył   tu,   aby   wytropić 

Niewiarygodnie   Jadowitą   Żmiję   i   udaremnić   moją   prezentację.   Czy   znacie   słowo 
„udaremnić”?

- Nie - odpowiedziała Wioletka - ale...
- Chodzi o to, że, moim zdaniem, Stefano chce mi wykraść żmiję i zaprezentować ją 

Towarzystwu Herpetologicznemu jako swoje własne odkrycie. Ponieważ jest to gatunek 
nieznany, nie ma sposobu, abym udowodnił, że to ja ją odkryłem. Zanim się obejrzymy, 

Niewiarygodnie Jadowita Żmija objawi się światu jako Żmija Stefana, albo coś równie 
niestosownego. Jeżeli on to rzeczywiście planuje, to pomyślcie tylko, jak będzie wyglądała 

nasza peruwiańska ekspedycja: każda próbka jadu, którą umieścimy w probówce, każde 
nagranie syku żmii - każdy najmniejszy owoc naszej pracy - wpadnie w łapy tego szpiega 

Towarzystwa Herpetologicznego.

- 'To nie jest szpieg Towarzystwa Herpetologicznego - zniecierpliwił się Klaus. - To jest 

Hrabia Olaf!

- Rozumiem, co masz na myśli - pokiwał smutno głową Wujcio Monty. - Jego postawa 

istotnie   godna   jest   tamtego   łotra.   Dlatego   właśnie   zaraz   coś   zrobię.   -   Wujcio   Monty 
pomachał w górze rulonikiem. - Jak wiecie., jutro wyruszamy do Peru. Oto nasze bilety na 

rejs   „Prosperem”,   luksusowym   statkiem,   który   zawiezie   nas   do   Ameryki   Południowej. 
Odpływamy   o   piątej.   Mam   tu   bilet   dla   siebie,   dla   Wioletki,   dla   Klausa   i   dla   Stefana. 

Słoneczko popłynie bez biletu - dla oszczędności przemycimy je w walizce.

background image

- Dipo!

- Żartuję,   żartuję.   Ale   teraz   nie   żartuję...   uwaga!   -   Wujcio   Monty,   zarumieniony   z 

emocji,   wyjął   z   ruloniku   jeden   bilet   i   zaczął   go   drzeć   na   malutkie   kawałki.   -   To   bilet 

Stefana. Nie zabieramy Stefana do Peru. Jutro rano powiadomię go, że ma zostać w domu 
i pilnować moich okazów. Dzięki temu przeprowadzimy spokojnie udaną ekspedycję.

- Ale, Wujciu Monty... - odezwał się Klaus.
- Ile razy mam ci powtarzać, że niegrzecznie jest przerywać, gdy ktoś mówi? - przerwał 

mu   niezadowolony   Wujcio   Monty,   kręcąc   głową.   -   Przecież   ja   wiem,   co   cię   niepokoi. 
Martwisz się, co będzie z Niesamowicie Jadowitą Żmiją, gdy zostawimy z nią Stefana sam 

na sam. Ale nie martw się. Żmija pojedzie z nami w klatce podróżnej. Czemu masz taką 
ponurą minę, Słoneczko? Myślałem, że ucieszysz się z towarzystwa Żmii. Nic smućcie się, 

bambini. Jak widzicie, Wujcio Monty panuje nad sytuacją.

Kiedy ktoś myli się troszeczkę - na przykład kelner w kawiarni, który leje nam do kawy 

całkowicie odtłuszczone mleko zamiast chudego - można mu na ogół łatwo wytłumaczyć, 
gdzie popełnił błąd. Lecz gdy ktoś myli się gruntownie - na przykład kelner, który gryzie 

nas w nos, zamiast przyjąć zamówienie - z zaskoczenia najczęściej nie jesteśmy w stanie 
nic powiedzieć.  Sparaliżowani  pomyłką kelnera rozdziawilibyśmy najwyżej lekko usta i 

zamrugali gwałtownie oczami, ale nie wykrztusilibyśmy ani słowa. Tak właśnie się stało z 
sierotami Baudelaire. Wujcio Monty tak gruntownie mylił się co do Stefana, uważając go 

za szpiega Towarzystwa Herpetologicznego, a nie za Hrabiego Olafa, że dzieci zupełnie nie 
wiedziały, jak mu o tym powiedzieć.

- Do roboty, kochaneczki - zarządził Wujcio Monty. - Dość już czasu zmarnowaliśmy 

na gadanie. Musimy... au!

Z głośnym okrzykiem zdumienia i bólu Wujcio Monty padł nagle na ziemię.
- Wujciu Monty! - krzyknął Klaus.

Na Wujciu Montym wylądował jakiś spory, błyszczący przedmiot. Dopiero po chwili 

młodzi Baudelaire'owie poznali, że jest to ciężka mosiężna lampa do czytania, która zwykle 

stała przy głębokim wyściełanym fotelu w pokoju Klausa.

- Au! - powtórzył Wujcio Monty, zdejmując z siebie lampę. - Co za ból. Kto wie, czy nie 

pękł mi obojczyk. Całe szczęście, że nie dostałem w głowę; mógłbym doznać poważnych 
obrażeń.

- Ale skąd tu się wzięła lampa? - zdziwiła się Wioletka.
- Musiała spaść z tamtego okna - oświadczył Wujcio Monty, wskazując okno Klausa. - 

Czyj to pokój? Zdaje się, że Klausa. Musisz uważać, chłopcze. Kto to widział wystawiać za 

background image

okno takie ciężkie przedmioty? Widziałeś, czym to grozi.

- Przecież ta lampa nie stała nawet w pobliżu okna - oburzył się Klaus. - Trzymam ją 

we wnęce, przy wielkim fotelu do czytania.

- Doprawdy, Klausie - rzekł Wujcio Monty, wstając z ziemi i podając Klausowi lampę. 

Czyżbyś chciał mi wmówić, że lampa sama przetańcowała z wnęki do okna i skoczyła na 

mnie? Zanieś ją, proszę, do pokoju, ustaw w bezpiecznym miejscu i nie mówmy o tym 
więcej.

- Ale... - Klaus próbował się dalej bronić, lecz przeszkodziła mu starsza siostra.
- Pomogę ci, Klaus. Razem znajdziemy najbezpieczniejsze miejsce.

- Tylko zaraz wracajcie - zaznaczył Wujcio Monty, masując ramię. - Spotkamy się w 

Gabinecie Gadów. Chodź, Słoneczko.

Weszli wszyscy razem do domu i rozstali się w hallu przy schodach: Wujcio Monty ze 

Słoneczkiem zniknęli za ogromnymi drzwiami Gabinetu Gadów, a Wioletka z Klausem 

zanieśli lampę na górę, do pokoju Klausa.

- Wiesz doskonale - syknął po drodze brat do siostry - że nie postępowałem z tą lampą 

nieostrożnie.

- jasne, ze wiem - odszepnęła Wioletka. - Ale nie ma sensu przekonywać o tym Wujcia 

Monty'ego. Dla niego Stefano to szpieg herpetologów. A my oboje wiemy przecież, że ta 
cała heca z lampą to sprawka Stefana.

- Co za bystre dzieci! - odezwał się nagle głos z góry. Wioletka z Klausem ze zdumienia 

omal nie upuścili lampy. Nad nimi stal Stefano, albo, jak kto woli, Hrabia Olaf. Krótko 

mówiąc: czarny charakter. - Zawsze wiedziałem, że jesteście inteligentni - mówił dalej. - 
Ciut za inteligentni jak na mój gust. Ale nie pożyjecie już długo, więc nie ma się czym 

martwić.

- Za to pan nie wykazał się inteligencją - burknął gniewnie Klaus. - Ta ciężka mosiężna 

lampa omal nie trafiła w nas, a wiadomo przecież, że jeśli mojej siostrze albo mnie stanie 
się krzywda, nigdy nie położy pan łapy na majątku Baudelaire'ów.

- Coś   takiego,   coś   takiego!   -   wyszczerzył   się   Stefano,   odsłaniając   popsute   zęby.   - 

Gdybym   chciał   wyrządzić   krzywdę   tobie,   sieroto,   to   twoja   krew   już   spływałaby   tu   po 

schodach jak wodospad. Zapewniam was, że żadnemu z Baudelaire'ów włos z głowy nie 
spadnie - przynajmniej nie w tym domu. Nie musicie się mnie obawiać, maleństwa - do 

czasu, aż znajdziemy się tam, gdzie zbrodnie są o wiele trudniejsze do wytropienia.

- Czyli gdzie? - odezwała się Wioletka. - My nie mamy zamiaru się stąd przeprowadzać, 

aż dorośniemy.

background image

- Czyżby? - spytał podstępnie Stefano. - A mnie się zdawało, że jutro wszyscy razem 

wyjeżdżamy za granicę.

- Wujcio Monty podarł pana bilet - oświadczył triumfalnie Klaus. - Nabrał co do pana 

podejrzeń, więc zmienił plany i pan już z nami nie jedzie.

Uśmieszek Stefana zmienił się w okropny grymas, a popsute zębiska zrobiły się jakby 

jeszcze większe. Oczy Stefana błyszczały tak okropnie, że ich spojrzenie aż bolało.

- Nie byłbym tego Laki pewien - przemówił Stefano strasznym, strasznym głosem. - 

Nawet   najlepsze   plany   mogą   ulec   zmianie   w   razie   nagłego   wypadku.   -   Długim, 
szponiastym   paluchem   wskazał   mosiężną   lampę.   -   A   nagłe   wypadki   zdarzają   się   na 

każdym kroku.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Przykre   okoliczności   potrafią   popsuć   każdą   przyjemność.   Tak   właśnie   stało   się   z 

sierotami   Baudelaire   i   z   filmem  Śnieżne   zombi.  Przez   całe   popołudnie   trójka   dzieci 

zamartwiała się w Gabinecie Gadów pod drwiącym okiem Stefana, przy akompaniamencie 
niefrasobliwej  - słowo „niefrasobliwej”  znaczy  tutaj: „wynikającej  z nieświadomości,  że 

Stefano   to   naprawdę   Hrabia   Olaf   i   płynącego   stąd   zagrożenia”   -   paplaniny   Wujcia 
Monty'ego. Zanim nadszedł wieczór, dzieci całkiem straciły ochotę na kino. Ponieważ dżip 

Wujcia   Monty'ego   byt  stanowczo   za   ciasny   aby   pomieścić   właściciela,   Stefana   i   trójkę 
Baudelaire'ów,   Klaus   z   Wioletką   musieli   ścisnąć   się   na   jednym   miejscu,   a   Słoneczko 

jechało na okrytych wyświnionym płaszczem kolanach Stefana. Sieroty były jednak tak 
przygnębione, że nawet nie zauważyły niewygody.

W kinie Stefano usiadł pośrodku, między Wujciem Montym a dziećmi, i sam obżerał 

się popcornem. Ale dzieciom i tak nie chciało się nic jeść ze zmartwienia, a ponieważ cały 

czas głowiły się, co knuje Stefano, nie mogły nawet z uwagą śledzić filmu Śnieżne zombi, 
który był naprawdę niezłym horrorem. Gdy zombi pierwszy raz wychynęły zza pagórków 

okalających małą wioskę rybacką w Alpach, Wioletka usiłowała właśnie wyobrazić sobie, 
jakim sposobem Stefano może dostać się bez biletu na pokład „Prospera” i towarzyszyć 

wyprawie do Peru. Gdy wioskowa starszyzna wznosiła solidną dębową barykadę, którą 
zombi bez trudu sforsowały, Klaus zastanawiał się, co dokładnie miał na myśli Stefano, 

mówiąc   o   wypadkach.   A   kiedy   mała   mleczareczka   Gerta   zaprzyjaźniła   się   z   żywymi 
potworami i poprosiła je, aby uprzejmie przestały zjadać mieszkańców wioski, Słoneczko, 

które,   rzecz   jasna,   było   za   młode,   aby   rozumieć   całą   grozę   sytuacji   rodzeństwa 
Baudelaire'ów,   próbowało   wymyślić   sposób   pokrzyżowania   planów   Stefana,   wszystko 

jedno jakich.  W końcowej scenie filmu zombi i wieśniacy  wspólnie obchodzili majowe 
święto, ale sierotom Baudelaire było już wtedy tak smutno i straszno, że wcale nie mogły 

się   cieszyć.   W   drodze   powrotnej   do   domu   Wujcio   Monty   zagadywał   milczące, 
przygnębione dzieci, ale ponieważ ledwo mu odpowiadały, w końcu i on zamilkł.

Gdy dżip zatrzymał się przy żmijokrzewach, sieroty Baudelaire wyskoczyły i pognały 

prosto do domu, nie życząc nawet dobrej nocy zdumionemu opiekunowi. Z ciężkim sercem 

wdrapały   się   po   schodach   na   górę,   ale   gdy   już   stanęły   przed   drzwiami   swoich   pokoi, 
trudno im było się rozstać.

- Czy   nie   moglibyśmy   spać   dzisiaj   w   jednym   pokoju?   -   spytał   nieśmiało   Klaus.   - 

Wczoraj w nocy czułem się jak więzień w celi, sam na sam ze zmartwieniami.

background image

- Ja też - wyznała Wioletka. - Skoro i tak żadne z nas nie zaśnie, możemy pójść spać 

razem.

- Tikko - zgodziło się Słoneczko i podreptało za rodzeństwem do pokoju Wioletki.

Wioletka  popatrzyła  wkoło i przypomniała  sobie, z jaką radością  jeszcze niedawno 

wprowadzała   się   do   tego   pokoju.   A   teraz   -   wielkie   okno   z   widokiem   na   żmijokrzewy 

zamiast natchnienia budziło przygnębienie, a czyste arkusze po - przyczepiane pinezkami 
do ścian, zamiast usłużnie zachęcać do twórczości, przypominały jej tylko o tym, jaka jest 

niespokojna.

- Widzę, że nie za bardzo posunęłaś się w wynalazkach - zauważył cicho Klaus. - Ja w 

ogóle nie mogę czytać. Bliska obecność Hrabiego Olafa zawsze paraliżuje wyobraźnię.

- Nie zawsze - zaprzeczyła Wioletka. - Kiedy mieszkaliśmy u Olafa, wykryłeś przecież 

jego plan dzięki temu, że przeczytałeś wszystko co trzeba o prawie matrymonialnym, a ja, 
żeby ten plan udaremnić, wynalazłam linę z kotwiczką.

- No tak, ale teraz sytuacja jest inna - rzekł ponuro Klaus - bo nie wiemy nawet, co 

Hrabia Olaf knuje. Jak możemy układać swój plan działania, nie znając jego planów?

- Więc spróbujmy je wydedukować - zaproponowała Wioletka, używając słowa, które 

tu znaczy: „rozmawiać o czymś tak długo, aż się to w końcu zrozumie”. - Hrabia Olaf, 

podając   się   za   Stefana,   przybył   do   tego   domu   w   przebraniu   niewątpliwie   po   to,   aby 
zagarnąć majątek Baudelaire'ów.

- A gdy położy na nim łapę - dodał Klaus - wykończy nas. Taki ma plan.
- Tadu   -   mruknęło   poważnie   Słoneczko,   mając   zapewne   na   myśli   coś   w   rodzaju: 

„Znaleźliśmy się w doprawdy opłakanej sytuacji”.

- Wiadomo jednak - ciągnęła Wioletka - że jeśli nas zabije, nie dorwie się do pieniędzy. 

Dlatego przecież chciał się ze mną ożenić poprzednim razem.

- Dzięki Bogu, że nic z tego nie wyszło - rzekł Klaus i zadygotał. - Inaczej Hrabia Olaf 

byłby teraz moim szwagrem. Tym razem jednak nie chce się z tobą żenić. Za to mówił coś o 
wypadkach.

- I o miejscu, gdzie zbrodnie są trudniejsze do wytropienia - przypomniała Wioletka. - 

Na pewno miał na myśli Peru. Ale przecież Stefano nie jedzie do Peru. Wujcio Monty 

podarł jego bilet.

- Dug!   -   Słoneczko   wydało   nieartykułowany   odgłos   rozpaczy   i   rąbnęło   piąstką   w 

podłogę. „Nieartykułowany odgłos” znaczy tutaj: „taki odgłos, który człowiek wydaje, gdy 
brak mu słów”. Słoneczko nie było w tym przypadku odosobnione: Wioletka i Klaus też 

chętnie zawołaliby „Dug!”, gdyby nie byli tacy duzi. Żałowali, że nie mogą wydedukować 

background image

planów Hrabiego Olafa. Żałowali, że ich sytuacja jest aż tak zawiła i beznadziejna. Żałowali 

też, że są za duzi, aby pisnąć „Dug!” i walnąć pięścią  w podłogę. A przede wszystkim 
żałowali, że nie mają już rodziców i nie żyją, bezpiecznie w domu, w którym się urodzili.

Tak gorzko jak sieroty Baudelaire żałowały, że nie mogą zmienić swojego życia, tak i ja 

żałuję, że nie mogę zmienić dla was tej opowieści. Chociaż siedzę tu sobie bezpiecznie i 

daleko od Hrabiego Olafa, przeraża mnie myśl o napisaniu choćby słowa więcej. Chyba 
najlepiej by było, gdybyście  w tym momencie zamknęli  książkę i nigdy nie przeczytali 

dalszego ciągu tej mrożącej krew w żyłach opowieści. Wówczas, jeśli zechcecie, możecie 
wyobrazić sobie, że w ciągu najbliższej godziny sieroty Baudelaire rozgryzły nagle, co knuje 

Stefano, i zdołały uratować życie Wujciowi Monty'emu. Możecie wyobrazić sobie, jak przed 
dom z głośnym wyciem syreny zajeżdża policja na sygnale, aby zabrać Stefana do więzienia 

na całą resztę życia. Możecie wmówić sobie - chociaż to nieprawda - że sieroty Baudelaire 
po dziś dzień żyją szczęśliwie u Wujcia Monty'ego. Albo możecie wmówić sobie coś jeszcze 

lepszego: że rodzice młodych Baudelaire'ów wcale nie zginęli, a straszny pożar, Hrabia 
Olaf,   Wujcio   Monty   i   wszystkie   inne   pechowe   zdarzenia,   to   był   tylko   sen   -   kapryśny 

wytwór wyobraźni.

Niestety,   nasza   historia   nie   należy   do   szczęśliwych.   Ja   też   nie   jestem   szczęśliwy, 

mówiąc  wam,  że otępiałe  sieroty  Baudelaire  przesiedziały  całą  noc w pokoju Wioletki. 
Słowo „ostępiale” znaczy w tym wypadku, że siedziały w milczeniu, nie zaś, że ogłupiały. 

Gdyby ktoś o wschodzie słońca zajrzał tam przez okno, ujrzałby trójkę dzieci, które siedzą 
na łóżku przytulone do siebie, a oczy mają szeroko otwarte i pociemniałe ze zmartwienia. 

Ale nikt nie zajrzał przez okno. Ktoś zapukał za to do drzwi, cztery razy, krótko i głośno, 
jakby zabił wyjście czterema gwoździami.

Dzieci zamrugały gwałtownie i spojrzały po sobie.
- Kto tam? - głos Klausa zabrzmiał skrzekliwie po długim milczeniu.

Zamiast odpowiedzi ten ktoś, kto pukał, nacisnął klamkę i drzwi uchyliły się powoli. W 

progu stal Stefano: ubranie miał całe wymięte, a oczy błyszczały mu tak mocno, jak jeszcze 

nigdy.

- Dzień dobry - powiedział. - Pora się zbierać do Peru. W dżipie starczy miejsca tylko 

dla mnie i trzech sierot, więc ruszajcie się.

- Przecież mówiliśmy panu wczoraj, że pan nie jedzie - przypomniała mu Wioletka. 

Miała nadzieję, że jej głos zabrzmiał dzielniej, niż ona sama się czuła.

- Osobą, która nie jedzie, jest wasz Wujcio Monty - oznajmił Stefano, unosząc tę część 

czoła, na której powinna się znajdować jego gruba brew.

background image

- Niech   pan   nie   opowiada   głupstw   -   powiedział   Klaus.   -   Wujcio   Monty   nie 

zrezygnowałby z tej ekspedycji za skarby świata.

- Zapytajcie go sami - odparł Stefano, robiąc minę, którą sieroty Baudelaire poznały 

natychmiast. Prawie nie poruszył ustami, ale oczy tak mu zalśniły, jakby opowiedział przed 
chwilą   świetny   dowcip.   -   No,   czemu   nie   biegniecie   spytać?  Jest   na   dole,   w   Gabinecie 

Gadów.

- Naturalnie, że go spytamy - powiedziała Wioletka. - Wujcio Monty na pewno nie ma 

zamiaru wysiać nas samych z panem do Peru. - Dziewczynka zeskoczyła z łóżka, wzięła 
brata   i   siostrę   za   ręce,   i   we   trójkę   szybko   minęli   Stefana,   który   stał   w   drzwiach   z 

szyderczym uśmieszkiem. - Naturalnie, że go spytamy - powtórzyła Wioletka, a Stefano 
skłonił się lekko wychodzącym dzieciom.

Hall był dziwnie cichy i pusty, jak oczodoły czaszki.
- Wujciu Monty? - zawołała z góry Wioletka. Nikt nie odpowiedział.

Parę razy skrzypnęły tylko schody, ale poza tym cisza była tak niesamowita, jakby dom 

stał opuszczony od wielu lat.

- Wujciu Monty?! - zawołał Klaus, już z dołu. Brak odpowiedzi.
Wioletka podeszła na palcach do olbrzymich drzwi Gabinetu Gadów i otworzyła je: 

przez chwilę dzieci stały jak zahipnotyzowane dziwnym, niebieskawym blaskiem słońca, 
które przeświecało przez szklany sufit i ściany. W niewyraźnej poświacie widać było tylko 

sylwetki   rozlicznych   gadów,   które   wiły   się   w   swoich   klatkach   albo   spały,   zwinięte   w 
bezkształtne, ciemne supły.

Kiedy dzieci ruszyły wreszcie od progu w głąb Gabinetu Gadów, gdzie czekała na nie 

jak zawsze  biblioteka  Wujcia  Monty'ego, ich kroki odbijały się echem od połyskliwych 

ścian. Półmroczne pomieszczenie wydawało się tajemnicze i obce, ale tajemnica jego była 
przyjazna, a obcość bezpieczna. Dzieci pamiętały przecież obietnicę Wujcia Monty'ego, że 

jeśli nie pożałują czasu na naukę, włos im z głowy nie spadnie w Gabinecie Gadów. Wy i ja 
pamiętamy jednak, że w obietnicy Wujcia Monty'ego czaiła się ironia losu - i oto teraz, o 

ponurym, szarym brzasku w Gabinecie  Gadów, owa ironia losu miała  zaowocować,  co 
znaczy,   że   dzieci   Baudelaire   miały   ją   wreszcie   poznać.   Zbliżając   się   do   biblioteki, 

dostrzegły w kącie pokaźny, ciemny, nieforemny obiekt. Klaus nerwowym ruchem zapalił 
jedną z lamp do czytania, aby lepiej przyjrzeć się temu czemuś. Ciemnym, nieforemnym 

obiektem okazał się Wujcio Monty. Usta miał lekko rozchylone, jakby ze zdziwienia, a oczy 
szeroko otwarte - patrzył na dzieci, ale ich nie widział. Jego oblicze, zwykle tak rumiane, 

było bardzo, bardzo blade, a pod lewym okiem widniały  dwie dziureczki, równiuteńko 

background image

obok siebie - podwójny ślad, jaki zostawiają zęby żmii.

- Diwo   sum?   -   zagadnęło   Słoneczko,   szarpiąc   Wujcia   Monty'ego   za   nogawkę.   Ani 

drgnął. Tak jak obiecał dzieciom - włos im z głowy nie spadł w Gabinecie Gadów. Czego nie 

można było powiedzieć o samym Wujciu Montym.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Ajajajajaj - odezwał się głos za ich plecami.
Sieroty   Baudelaire   odwróciły   się   i   ujrzały   Stefana,   z   czarną,   zamykaną   na   srebrną 

kłódkę   walizą   w   dłoni   i   wyrazem   faryzeuszowskiego   zdumienia   na   twarzy. 
„Faryzeuszowskie”   jest   tak   rzadkim   odpowiednikiem   „fałszywego”,   że   nawet   Klaus   nie 

wiedział, co to słowo znaczy. Mimo to nie trzeba było tłumaczyć dzieciom, że Stefano tylko 
udaje zdziwienie.

- Cóż to za straszny wypadek! Ukąszenie przez żmiję. Na pewno bardzo się zmartwią, 

kiedy go tu znajdą - powiedział Stefano.

- Jak pan... - wykrztusiła Wioletka, ale glos uwiązł jej w gardle, jakby wieść o śmierci 

Wujcia Monty'ego była kęsem nie do przełknięcia.

Stefano ją zlekceważył.
- Oczywiście, gdy stwierdzą, że doktor Montgomery nie żyje, zadadzą sobie pytanie, 

gdzie się podziały te nieznośne sieroty, które do niedawna pętały się po domu. A sierot nie 
będzie. Skoro już o tym mowa, to czas jechać. „Prospero” o godzinie piątej wypływa z 

Mglistej Zatoki, a ja chciałbym być pierwszym pasażerem, który wsiądzie na pokład, gdyż 
mam chęć wypić tam buteleczkę wina przed obiadem.

- Jak pan śmiał... - szepnął chrypliwie Klaus. Nie mógł oderwać wzroku od bladej, 

bladej twarzy Wujcia Monty'ego. - Jak pan śmiał to zrobić? Jak pan śmiał go zamordować?

- Doprawdy, Klausie, dziwię ci się - odpad Stefano, podchodząc do nieboszczyka. – 

Taki mały mądrala jak ty powinien natychmiast poznać, że jego zażywny wujaszek zmarł 

od ukąszenia żmii, a nie z powodu morderstwa. Spójrz tylko na te ślady zębów. Spójrz na 
tę bladą, bladą twarz. Spójrz na te wytrzeszczone oczy.

- Niech pan przestanie! - krzyknęła Wioletka. - Nie wolno panu tak mówić!
- Masz rację - zgodził się Stefano. - Szkoda czasu na pogaduszki. Trzeba pędzić na 

siatek! W drogę!

- Nigdzie z panem nie jedziemy - oświadczył Klaus, który z największym trudem starał 

się myśleć przytomnie o tragicznej sytuacji i nie wpadać w panikę, - Zostaniemy tu do 
przybycia policji.

- A skąd, twoim zdaniem, policja ma wpaść na pomysł, żeby tu przyjechać? - zdziwił się 

Stefano.

- Wezwiemy ją telefonicznie - odparł Klaus, mając nadzieję, że jego głos zabrzmiał 

zdecydowanie. I ruszył do drzwi.

background image

Stefano upuścił walizę na marmur posadzki, aż szczęknęła błyszcząca, srebrna kłódka. 

Zrobił   parę   kroków   i   zastąpił   Klausowi   drogę,   wytrzeszczając   na   niego   wielkie, 
przekrwione oczy.

- Bardzo   mnie   męczy   -   wycedził   przez   zęby   -   konieczność   wyjaśniania   ci   każdego 

głupstwa. Podobno jesteś nadzwyczajnie inteligentny, a jakoś wcale z tego nie korzystasz! - 

Stefano   sięgnął   do   kieszeni   i   wyciągną)   swój  ząbkowany   nóż.   -   Widzisz   ten   nóż?   Jest 
bardzo ostry i łatwo może wyrządzić ci krzywdę - prawie tak łatwo jak ja. Jeśli nie będziesz 

posłuszny narazisz się na obrażenia cielesne. Czy wyrażam się dość jasno? A teraz marsz 
do cholernego dżipa!

Jak wam wiadomo, bardzo niegrzecznie i na ogół zbytecznie jest używać brzydkich 

słów,   lecz   sieroty   Baudelaire   były   zbyt  przerażone,   aby   przypomnieć  o  tym   Stefanowi. 

Spojrzawszy  po raz ostatni na swego nieszczęsnego wujcia,  trójka dzieci podreptała  za 
Stefanem: wyszli z Gabinetu Gadów i skierowali się do cholernego dżipa, Na domiar złego 

- zwrot ten oznacza tutaj: „aby sprawić dodatkową przykrość komuś, komu i tak jest już 
przykro” - Stefano kazał Wioletce nieść swoją walizę. Wioletka była jednak zbyt zajęta 

własnymi myślami, aby się tym przejąć. Próbowała przypomnieć sobie ostatnią rozmowę, 
którą odbyli z Wujciem Montym, i z nagłym wstydem uświadomiła sobie, że tej rozmowy 

nie było. Pamiętacie, oczywiście, że w drodze powrotnej z kina, gdzie obejrzeli  Śnieżne 
zombi, 
młodzi Baudelaire'owie tak się martwili z powodu Stefana, że nie odezwali się do 

Wujcia Monty'ego ani słowem. A kiedy dżip zajechał przed dom, popędzili jak najszybciej 
na   górę,   by   dedukować,   nie   życząc   nawet   dobrej   nocy   człowiekowi,   który   teraz   leżał 

martwy pod prześcieradłem w Gabinecie Gadów. Młodsze rodzeństwo dochodziło już do 
dżipa,   a   Wioletka   bardzo   chciała   przypomnieć   sobie,   czy   przynajmniej   podziękowali 

Wujciowi Monty'emu za to, że ich zabrał do kina, ale wspomnienie ubiegłej nocy całkiem 
jej   się   zamazało.   Miała   wrażenie,   że   razem   z   Klausem   i   Słoneczkiem   powiedzieli 

„dziękujemy, Wujciu Monty”, kiedy stali razem w kolejce po bilety, ale wcale nie była tego 
pewna.   Stefano   otworzył   drzwiczki   dżipa   i   gestem   noża   wskazał   Klausowi   i   Słoneczku 

miejsca  na  ciasnym tylnym  siedzeniu, a  Wioletce,  która  miała  wieźć na  kolanach  jego 
ciężką   czarną   walizę   -   fotel   z   przodu,   koło   kierowcy.   Ostatnią   nadzieją   sierot   było,   że 

samochód nie zapali, gdy Stefano przekręci kluczyk w stacyjce - lecz niestety, nadzieja ta 
okazała się płonna. Wujcio Monty dobrze dbał o swojego dżipa - silnik zawarczał od razu.

Samochód wolno mijał żmijokrzewy,  a Wioletka,  Klaus i Słoneczko oglądali  się na 

dom. Na widok Gabinetu Gadów, który Wujcio Monty z takim staraniem zapełnił okazami, 

a   teraz   sam   byt   w   nim   jednym   z   okazów,   ciężar   rozpaczy   tak   przygniótł   młodych 

background image

Baudelaire'ów, że zaczęli cichutko płakać. Śmierć kochanej osoby to dziwna rzecz. Wszyscy 

wiemy, że nasz czas na tym świecie jest ograniczony i w końcu każdy skończy pod tym czy 
owym białym prześcieradłem, żeby się więcej nie obudzić. A jednak, gdy spotyka to kogoś, 

kogo znamy, zawsze jesteśmy zaskoczeni. To tak, jakby się szło po ciemku po schodach do 
sypialni  i miało pewność, że powinien być jeszcze jeden stopień - a nie ma go. Stopa 

natrafia na powietrze i spada ciężko, a człowieka ogarnia mdlące, mroczne zdumienie, że 
trzeba odtąd myśleć o wszystkim całkiem inaczej. Sieroty Baudelaire opłakiwały nie tylko 

Wujcia Monty'ego, ale i swoich rodziców; płakały zgnębione przez to mroczne, dziwne 
uczucie zapadania się w siebie, które zawsze towarzyszy wielkiej stracie.

Co z nimi będzie? Stefano z zimną krwią zakatrupił człowieka, który miał opiekować 

się młodymi Baudelaire'ami, i zostali całkiem sami. Co teraz zrobi z nimi Stefano? Mieli 

zostawić go, wyjeżdżając do Peru, a oto za chwilę wraz z nim wsiądą na pokład „Prospera”. 
Co   strasznego   może   przydarzyć   im   się   w   Peru?   I   czy   znajdzie   się   tam   ktoś,   kto   ich 

wyratuje? Czy Stefano położy w końcu łapę na ich spadku? A jeśli tak, to co zrobi wtedy z 
dziećmi? Były to przerażające pytania: myślenie o takich sprawach całkowicie pochłania 

uwagę człowieka, więc nic dziwnego, że zagłębione w rozmyślaniach sieroty nie zauważyły 
nawet, że Stefano pędzi prosto na inny samochód - przekonały się o tym dopiero w chwili 

zderzenia.

Z przeraźliwym zgrzytem blach i szczękiem tłuczonego szkła czarne auto wbiło się w 

maskę dżipa Wujcia Monty'ego, rozległo się tępe ŁUP! i dzieci wylądowały gwałtownie na 
podłodze, z uczuciem, że ich żołądki zostały na górze. Czarna waliza odbiła się od ramienia 

Wioletki i rąbnęła w szybę, która rozpękła się promieniście na kilkanaście części, tak że 
przypominała   pajęczynę.   Stefano   krzyknął   ze   zdziwienia   i   zaczął   gwałtownie   kręcić 

kierownicą   w   tę   i   z   powrotem,   ale   osiągnął   tylko   tyle,   że   mocno   sczepione   pojazdy   z 
kolejnym ŁUP! obsunęły się z jezdni na muliste pobocze. Rzadko się zdarza, aby można 

było nazwać wypadek drogowy uśmiechem losu, lecz w tym przypadku z całą pewnością 
tak było. Jazda do Mglistej Zatoki zakończyła się dla młodych Baudelaire'ów w miejscu, 

skąd widzieli jeszcze znajome żmijokrzewy.

Stefano wydal kolejny okrzyk, tym razem wściekłości.

- Diabli nadali! - wrzasnął.
Wioletka masowała ramię, sprawdzając, czy nie doznała poważnego obrażenia. Klaus i 

Słoneczko   wygramolili   się   z   podłogi   dżipa   i   wyjrzeli   przez   popękaną   przednią   szybę. 
Zdawało im się, że w drugim samochodzie siedzi tylko jedna osoba, ale pewności nie mieli, 

gdyż tamten wóz ucierpiał w wypadku znacznie bardziej niż dżip Wujcia Monty'ego. Cały 

background image

przód miał sprasowany w harmonijkę, a jedna z osłon na koła wirowała hałaśliwie  po 

chodniku Parszywej Promenady, zataczając pijane kręgi, jakby była gigantyczną monetą, 
którą ktoś niechcący upuścił. Kierowca w szarym garniturze, wydając rytmiczne gardłowe 

odgłosy, odemknął zgniecione drzwiczki i chwiejnie wygramolił się na zewnątrz. Tam znów 
wydał   z   siebie   serię   rytmicznych   gardłowych   odgłosów,   po   czym   sięgnął   do   kieszeni 

garnituru i wyciągnął białą chusteczkę.

- To pan Poe! - krzyknął Klaus.

To był rzeczywiście pan Poe, jak zwykle kaszlący. Jego widok tak uszczęśliwił dzieci, że 

rozpromieniły się, nie bacząc na dramatyczne okoliczności.

- Pan Poe! Pan Poe! - cieszyła się Wioletka, sięgając poprzez walizę Stefana do klamki 

drzwi.

Stefano błyskawicznie złapał ją za bolące ramię i powoli odwrócił się do dzieci, tak aby 

każde mogło przyjrzeć się dobrze jego błyszczącym oczom.

- To niczego nie zmienia! - syknął. - Mieliście trochę szczęścia, ale to już były tylko 

smętne resztki. Zdążymy dojechać do Mglistej Zatoki przed odpłynięciem „Prospera”, to 

wam na bank obiecuję.

- Jeszcze zobaczymy - powiedziała Wioletka, otwierając drzwi i wyślizgując się spod 

walizy. Klaus też wysiadł przez swoje drzwi, wynosząc Słoneczko na rękach. - Proszę pana! 
Panie Poe!

- Wioletka? - zdziwił się pan Poe. - Wioletka Baudelaire? Czy to ty?
- To   ja,   proszę   pana   -   potwierdziła   Wioletka.   -   Jesteśmy   tu   wszyscy.   Dziękujemy 

bardzo, że się pan z nami zderzył.

- No, niezupełnie - skrzywił się pan Poe. - To była oczywista wina waszego kierowcy. 

To wy wpadliście na mnie.

- Jak   pan   śmie!   -   krzyknął   Stefano   i   wysiadł   z   dżipa,   marszcząc   nos   od   zapachu 

chrzanu, który unosił się w całej okolicy.

Ruszył zamaszyście w kierunku pana Poe, lecz gdy był w połowie drogi, dzieci ujrzały 

na jego twarzy nagłą przemianę: z czystej wściekłości w faryzeuszowski wyraz zmieszania i 
żalu.

- Przepraszam - przemówił cienkim, płochliwym głosem. - To wszystko moja wina. Tak 

się przejąłem  tym,  co  się stało,   że zapomniałem  o przepisach  ruchu  drogowego.  Mam 

nadzieję, że nie jest pan ranny, panie Foe?

- Poe - poprawił pan Poe. - Nazywam się Poe. Kanny nie jestem. Na szczęście chyba 

nikomu z nas nic się nie stało. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o swoim samochodzie. 

background image

Ale kim pan właściwie jest i co pan tu robi z rodzeństwem Baudelaire'ów?

- Ja powiem - zaoferował się Klaus. - To jest...
- Klausie! - skarcił go pan Poe tonem surowej reprymendy, co tu oznacza: „zwrócił mu 

uwagę,   chociaż  Klaus   miał  powody,  aby  wyrwać  się z  odpowiedzią”.  -  To niegrzecznie 
komuś przerywać.

- Nazywam się Stefano - rzekł Stefano i podał rękę panu Poe. - Jestem... chciałem 

powiedzieć, byłem... asystentem doktora Montgomery'ego.

- Co znaczy „byłem”? - zainteresował się pan Poe. - Został pan wyrzucony z pracy?
- Nie. Za to Doktor Montgomery... przepraszam...  - Stefano odwrócił  się i udał,  że 

ociera oczy, jakby żałoba nie pozwalała mu dalej mówić. Korzystając z tego, że pan Poe nie 
widzi je go miny, puścił oko do dzieci.  Po chwili  kontynuował: - Z przykrością  muszę 

donieść panu, panie Doe, że miał miejsce tragiczny wypadek Doktor Montgomery nie żyje.

- Poe - poprawił pan Poe. - Nie żyje? To straszne. Co się stało?

- Nie wiem - odparł Stefano. - Mnie to wygląda na ukąszenie żmii, ale nie znam się ani 

w ząb na żmijach. Dlatego właśnie jechałem do miasta, po lekarza. A dzieciaki tak się 

wystraszyły, że batem się zostawić je same w domu.

- On nas nie wiózł do żadnego lekarza! - krzyknął Klaus. - On nas wiózł do Peru!

- Sam   pan   widzi  -  zwrócił   się   Stefano  do   pana   Poe,  głaszcząc   Klausa   po   głowie.   - 

Dzieciaki strasznie to przeżyły. Doktor Montgomery miał je dzisiaj zabrać do Peru.

- Tak, wiem o tym - potwierdził pan Poe. - Właśnie dlatego tak się tu spieszyłem z 

samego rana, żeby wreszcie podrzucić im bagaże. Klausie, wiem, że jesteś wstrząśnięty i 

przygnębiony wypadkiem, ale proszę cię, spróbuj zrozumieć, że jeśli Doktor Montgomery 
naprawdę nie żyje, wyprawa jest odwołana.

- Ale proszę pana... - upierał się Klaus.
- To ja ciebie proszę - uciszył go pan Poe. - O takich sprawach decydują dorośli. Z całą 

pewnością należy wezwać lekarza.

- Właśnie - wpadł mu w słowo Stefano. - Więc niech pan jedzie na górę do domu, a ja z 

dzieciakami skoczę poszukać lekarza.

- Dżoze! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Nie ma mowy!”.

- A czemu nie wrócimy wszyscy do domu i nie zadzwonimy po lekarza? - spytał pan 

Poe.

Stefano zamrugał kilkakrotnie i przez chwilę znów miał wściekłą minę, zanim zdołał 

się opanować i udzielić gładkiej odpowiedzi:

- Oczywiście! Ze leż sam na to nie wpadłem. Pan, jak widzę, rozumuje logicznie, nie to 

background image

co ja. No, dzieciaki, wskakujcie z powrotem do dżipa, a pan Poe pojedzie za nami.

- My nie wsiądziemy z panem do jednego auta - oświadczył kategorycznie Klaus.
- Proszę cię, Klaus - rzeki pan Poe. - Zrozum. Zdarzył się poważny wypadek. Wszelkie 

inne dyskusje trzeba odłożyć na później. Martwię się tylko, czy uruchomię samochód. Jest 
mocno uszkodzony.

- Niech pan włączy zapłon - poradził Stefano.
Pan Poe kiwnął głową i udał się do samochodu. Usiadł na miejscu kierowcy i przekręcił 

kluczyk w stacyjce. Silnik kaszlnął chrypliwie, wilgotno - bardzo podobnie do pana Poe - 
ale zaraz zgasi.

- Niestety, koniec z silnikiem! - zawołał zrozpaczony pan Poe.
- A niedługo i z tobą - mruknął Stefano do dzieci.

- Przepraszam? - spytał uprzejmie pan Poe. - Nie dosłyszałem.
Stefano uśmiechnął się.

- Przykra sprawa. Zróbmy więc tak: ja z dzieciakami pojadę do domu, a pan pójdzie za 

nami piechotą. Bo wszyscy się do auta nie wciśniemy.

Pan Poe zmarszczył brwi.
- Mam przecież w samochodzie walizki dzieci. Nie chcę ich tak zostawiać bez nadzoru. 

Mam pomysł: niech pan weźmie walizki do auta, a ja z dziećmi podejdę pieszo.

Stefano zmarszczył brwi.

- Niech chociaż jedno z dzieci pojedzie ze mną, żebym się nie zgubił.
- Przecież dom widać nawet stąd - uśmiechnął się pan Poe. - Na pewno się pan nie 

zgubi.

- Stefano   nie   chce   nas   z   panem   zostawiać   sam   na   sam   -   odezwała   się   wreszcie 

Wioletka.   Czekała   na   taką   właśnie   stosowną   chwilę.   -   Boi   się,   że   powiemy   panu,   kim 
naprawdę jest i co naprawdę zamierza.

- O czym ona mówi? - zwrócił się pan Poe do Stefana.
- Nie mam pojęcia, panie Toe - odparł Stefano, kręcąc głową i piorunując Wioletkę 

wzrokiem.

Wioletka zaczerpnęła głęboko powietrza.

- Ten   człowiek   -   wskazała   palcem   -   to   nie   żaden   Stefano.   To   Hrabia   Olaf,   który 

przyjechał tu, aby nas porwać.

- Że niby kim ja jestem? - zdziwił się Stefano. - I co tu robię?
Pan Poe zmierzył Stefana wzrokiem od stóp do głów i pokręcił głową.

- Proszę   darować   dzieciom   -   powiedział.   -   To   na   pewno   z   szoku.   Hrabia   Olaf   to 

background image

wyjątkowo podły osobnik, który próbował zagarnąć ich majątek. Dzieci bardzo się go boją.

- Czy ja wyglądam jak ten, jak mu tam, Hrabia Olaf? - błysnął oczami Stefano.
- Ależ skąd - zapewnił go pan Poe. - Hrabia Olaf miał długą, zrośniętą brew i golił się 

gładko. A pan ma brodę i, proszę się nie gniewać, ani śladu brwi.

- Bo zgolił brwi - wyjaśniła Wioletka. - I zapuścił brodę. Ale nikogo nie nabierze.

- I ma tatuaż! - krzyknął Klaus. - Ma wytatuowane oko na kostce u nogi! Niech pokaże 

tatuaż!

Pan Poe spojrzał na Stefana i przepraszająco wzruszył ramionami.
- Pan   wybaczy,   że   o  to   proszę,   ale   skoro   dzieci   są   aż   tak   wytrącone   z   równowagi, 

chciałbym   je   uspokoić,   zanim   przejdziemy   do   dalszych   spraw.   Czy   byłby   pan   łaskaw 
odsłonić kostkę u nogi?

- Z największą przyjemnością - odparł Stefano, szczerząc zęby do dzieci. - Prawą czy 

lewą?

Klaus przymknął oczy i przypominał sobie przez chwilę.
- Lewą! – zażądał.

Stefano oparł lewą nogę na zderzaku aula Wujcia Monty'ego. Nie odrywając lśniących, 

lśniących oczu od sierot Baudelaire, podciągał powolutku nogawkę brudnych spodni w 

prążki. Wioletka, Klaus, Słoneczko i pan Poe wpatrywali się z napięciem w kostkę jego 
nogi.

Nogawka   podjechała   w   górę,   jak   kurtyna   teatralna   przed   spektaklem.   Lecz   na 

odsłoniętej kostce nie było ani śladu tatuażu. Sieroty Baudelaire z niedowierzaniem gapiły 

się na gładką skórę, bladą jak papier albo jak nieszczęsna twarz Wujcia Monty'ego.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dżip pomknął przodem, pykając z rury wydechowej, a z tyłu wlokły się noga za nogą 

sieroty Baudelaire, z wonią chrzanu w nozdrzach i poczuciem klęski w sercach. To bardzo 

nieprzyjemne,   gdy   ktoś   nam   udowodni,   że   się   mylimy   -   zwłaszcza   gdy   mamy   rację,   a 
osobą, która naprawdę się myli, jest właśnie ten, kto udowodnił nam, że się mylimy, a więc 

i sobie udowodnił, że się myli. Zgadza się?

- Nie wiem,   jakim  cudem pozbył  się tatuażu  -  przekonywał  Klaus   pana  Poe, który 

kaszlał w chusteczkę - ale to jest z całą pewnością Hrabia Olaf.

- Klausie - powiedział pan Poe, gdy wreszcie się wyka szlak - Powtarzanie w kółko tego 

samego staje się bardzo męczące. Wszyscy widzieliśmy przed chwilą nieskazitelną kostkę 
Stefana. „Nieskazitelną” to znaczy...

- My wiemy, co znaczy „nieskazitelna” - przerwał mu Klaus, obserwując z daleka, jak 

Stefano wysiada z dżipa Wujcia Monty'ego i pospiesznie wchodzi do domu. - Ale to jest 

Hrabia Olaf, chociaż bez tatuaży. Czy pan tego nie widzi?

- Widzę jedynie to, co mam przed sobą - odparł pan Poe. - Mężczyznę bez brwi, z 

brodą i bez tatuaży, a tak nie wygląda Hrabia Olaf. W każdym razie, nawet jeśli ten Stefano 
z   jakichś   powodów   chce   wam   wyrządzić   krzywdę,   to   nie   musicie   się   martwić.   Śmierć 

Doktora   Montgomery'ego   to   dla   nas   wielki   szok,   ale   nikt   nie   zamierza   tak   po   prostu 
przekazać was i waszego majątku w ręce jego asystenta. Przecież ten człowiek nie umie 

nawet zapamiętać mojego nazwiska!

Klaus spojrzał na swoje siostry i westchnął. Zrozumiał, że łatwiej byłoby dogadać się ze 

żmijokrzewem niż z panem Poe, gdy uczepi się jakiejś opinii. Wioletka chciała mimo to raz 
jeszcze   spróbować   perswazji,   gdy   nagle   za   ich   plecami   zatrąbił   samochód.   Młodzi 

Baudelaire'owie i pan Poe ustąpili z drogi, przepuszczając szary samochodzik, prowadzony 
przez   niesamowicie   chudego   kierowcę.   Samochodzik   zatrzymał   się   przed   domem   i 

chudzielec wysiadł. Miał na sobie biały kitel.

- Pan   kogoś   szuka?   -   zawołał   do   niego   pan   Poe,   który   właśnie   nadchodził   wraz   z 

dziećmi.

- Jestem doktor Lucafont - przedstawił  się chudzielec,  stukając się w pierś palcem 

potężnej łapy. - Otrzymałem wezwanie do ofiary tragicznego wypadku z udziałem żmii.

- I już pan zdążył przyjechać? - zdziwił się pan Poe. - Przecież Stefano ledwo miał czas 

zadzwonić, więc skąd tak szybko?

- Mniemam, iż szybkość działania to podstawowa zasada w nagłych wypadkach, pan 

background image

lak nie sądzi? - odparł doktor Lucafont. - Jeśli wskazana jest sekcja zwłok, należy dokonać 

jej bezzwłocznie.

- Naturalnie,   naturalnie   -   zgodził   się   potulnie   pan   Poe.   -   Zaskoczył   mnie   pan,   to 

wszystko.

- Gdzie zwłoki? - spytał doktor Lucafont, kierując się do wejścia.

- Stefano panu pokaże - rzekł pan Poe, otwierając mu drzwi. W przedsionku czekał już 

Stefano, z imbrykiem do kawy w dłoni.

- Robię kawę - obwieścił. - Kto się napije?
- Ja chętnie - zgłosił się doktor Lucafont. - Nie ma to jak filiżanka dobrej kawy przed 

rozpoczęciem pracy.

Pan Poe zmarszczył brwi.

- Nie powinien pan najpierw spojrzeć na Doktora Montgomery'ego?
- Właśnie, doktorze Lucafont - poparł go Stefano. - Szybkość działania to podstawowa 

zasada w nagłych wypadkach, pan tak nie sądzi?

- Tak, tak, oczywiście ma pan rację - przyznał doktor Lucafont.

- Biedny Doktor Montgomery leży w Gabinecie Gadów. - Stefano wskazał kierunek do 

miejsca spoczynku opiekuna sierot Baudelaire. - Proszę dokonać starannych oględzin, a 

potem może się pan napić kawy.

- Jasne,   szefie   -   powiedział   doktor   Lucafont,   otwierając   drzwi   Gabinetu   Gadów 

dziwnie sztywną dłonią.

Stefano zaprowadził pana Poe do kuchni, a dzieci z ponurymi minami poszły za nimi. 

Gdy człowiek czuje się bezużyteczny i bezradny, może powiedzieć o sobie, że jest jak piąte 
koło u wozu, gdyż rzecz, która ma cztery koła, na przykład wóz konny albo samochód, nie 

potrzebuje piątego. Kiedy Stefano parzył kawę dla dorosłych, Wioletka, Klaus i Słoneczko 
siedzieli   przy   tym   samym   stole,   przy   którym   jakże   niedawno   zajadali   swój   pierwszy 

kokosowy tort z Wujciem Montym, i czuli się jak piąte, szóste i siódme kolt) u wozu, 
jadącego w dodatku w złą stronę - do Mglistej Zatoki, skąd niebawem miał odpłynąć siatek 

„Prospero”.

- Rozmawiając   przez   telefon   z   doktorem   Lucafontem   -   powiedział   Stefano   - 

wspomniałem mu o naszym zderzeniu i o pańskim uszkodzonym samochodzie. Obiecał, że 
gdy skończy obdukcje, podwiezie pana do miasta, do mechanika. A ja poczekam tutaj z 

sierotami.

- Nie ma mowy - zaprotestował Klaus. - Nic zostaniemy z nim sam na sam ani na 

chwilę.

background image

Pan Poe uśmiechnął się do Stefana, który właśnie nalewał mu kawy, po czym spojrzał 

surowo na Klausa.

- Klausie, rozumiem twoje rozdrażnienie, ale tak ordynarne zachowanie wobec Stefana 

jest niewybaczalne. Proszę go natychmiast przeprosić.

- Nic! - wrzasnął Klaus.

- Nic się nie stało, panie Yoe - rzekł słodko Stefano. - Dzieciaki strasznie przejęty się 

morderstwem, więc nie wymagam od nich wzorowego zachowania.

- Morderstwem?   -   podchwyciła   Wioletka   Obróciła   się   do   Stefana   z   miną   osoby 

uprzejmie zainteresowanej, wcale nie wścieklej. - Czemu powiedział pan „morderstwem”, 

panie Stefano? Stefano nachmurzył się i zacisnął pięści. Widać było, że jego największym 
marzeniem jest w tej chwili wydłubać Wioletce oczy.

- Przejęzyczyłem się - powiedział wreszcie.
- Każdemu wolno się przejęzyczyć - wtrącił pan Poe, siorbiąc kawę z filiżanki. - Ale 

skoro dzieci tak się denerwują, to niech jadą z doktorem Lucafontem i ze mną.

- Nie wiem,   czy  się zmieszczą  - rzekł   Stefano,  błyskając  oczami.  -  To bardzo  mały 

samochód. Ale skoro sieroty uparły się jechać do mechanika, niech jadą dżipem ze mną: 
pan z doktorem Lucafontem pojedziecie przodem, a my za wami.

Sieroty spojrzały po sobie, próbując ocenić sytuację. Przypominała ona grę, z tym że 

stawki w tej grze były zawrotnie wysokie. Celem gry było nie wylądować sam na sam ze 

Stefanem, gdyż to groziło porwaniem na pokład „Prospera”. A o tym, co ich może spotkać, 
gdy znajdą się na odludziu peruwiańskiej dżungli z tym chciwym i podłym osobnikiem, 

woleli   nawet   nie   myśleć.   Myśleli   tylko   o   tym,   jak   do   tego   nie   dopuścić.   Trudno   było 
uwierzyć, że o ich życiu lub śmierci ma przesądzić rozmowa o jeździe w dwa samochody do 

mechanika, ale tak to już w życiu bywa, że o wszystkim decydują drobne szczegóły.

- To   może   my   pojedziemy   z   doktorem   Lucafontem,   a   pan   Poe   ze   Stefanem?   - 

zaproponowała ostrożnie Wioletka.

- A to dlaczego? - zdziwił się pan Poe.

- Zawsze   bardzo   chciałam   zobaczyć,   jak   wygląda   od   środka   samochód   lekarza   - 

powiedziała Wioletka, wiedząc, że jest to bardzo kiepskie wytłumaczenie.

- Właśnie, ja też! - poparł ją Klaus. - Czy możemy pojechać z doktorem Lucafontem? 

Bardzo prosimy!

- Obawiam się, że nie - odezwał się od drzwi doktor Lucafont, zaskakując wszystkich 

swoim przybyciem. - A już na pewno nie wszyscy troje. Z tyłu umieściłem ciało doktora 

Montgomery'ego, więc zostało miejsca tylko dla dwóch pasażerów.

background image

- Już pan zakończył obdukcję? - spytał zaciekawiony pan Poe.

- Owszem, wstępnie - odparł doktor Lucafont, - Zabieram ciało do dalszych badań, lecz 

sekcja zwłok wykazała, że doktor Montgomery zmarł wskutek ukąszenia żmii. Zostało dla 

mnie trochę kawy?

- Naturalnie - odrzekł Stefano, nalewając mu kawy do filiżanki.

- Skąd ta pewność? - spytała doktora Wioletka.
- Jak to skąd? - zdziwił się doktor Lucafont. - Chyba mogę mieć pewność, że zostało 

dla mnie kawy, skoro ją widzę przed sobą.

- Wioletka chciała chyba spytać, skąd pewność, że doktor Montgomery zmarł wskutek 

ukąszenia żmii - uściślił pan Poe.

- W jego żyłach znalazłem jad żmii z gatunku Mamba Zła, jednej z najjadowitszych na 

świecie.

- Czy to znaczy, że po domu grasuje jadowita żmija? - zaniepokoił się pan Poe.

- Ależ   nie!   -   zapewnił   go   doktor   Lucafont.   -   Mamba   Zła   siedzi   sobie   bezpiecznie 

zamknięta   w   klatce.   Widocznie   jakoś   się   stamtąd   wydostała,   ukąsiła   doktora 

Montgomery'ego i zamknęła się z powrotem.

- Co takiego? - oburzyła się Wioletka. - Co za bzdurna teoria! Żmija nie jest w stanie 

sama otworzyć zamka klatki.

- Może pomogły jej inne żmije - rzekł spokojnie doktor Lucafont, popijając kawę. - Nie 

ma tu czegoś do zjedzenia? Wyjechałem w pośpiechu, bez śniadania.

- Dziwnie   brzmi   la   pańska   historia   -   zauważył   pan   Poe,   spoglądając   pytająco   na 

doktora Lucafonta, który właśnie badał zawartość kredensu.

- Doświadczenie nauczyło mnie, że tragiczne wypadki często przebiegają w dziwnych 

okolicznościach - odparł doktor.

- To nie mógł być wypadek - powiedziała Wioletka. - Wujcio Monty... - Umilkła na 

chwilę. - Wujcio Monty był przecież jednym z najwybitniejszych herpetologów na świecie. 
Nigdy nie trzymałby jadowitej żmii w klatce, którą żmija może sama otworzyć.

- Jeżeli to nie byt wypadek - myślał głośno doktor Lucafont - to ktoś musiał to zrobić 

celowo. Żadne z was trojga nie wchodzi, oczywiście, w rachubę, a jedyną osobą w domu 

poza wami był Stefano.

- Tylko że ja - wtrącił natychmiast Stefano - ani w ząb nie znam się na żmijach. Pracuję 

tu dopiero od dwóch dni, nie miałem czasu w niczym się zorientować.

- Więc wszystko wskazuje na wypadek - podsumował pan Poe. - Przykro mi, dzieci. 

Zdawało mi się, że doktor Montgomery będzie dla was odpowiednim opiekunem.

background image

- Był dla nas kimś znacznie więcej niż odpowiednim opiekunem - szepnęła Wioletka.

- To jest prowiant Wujcia Monty'ego! - wrzasnął nagle Klaus z okropnie wściekłą miną. 

Wskazywał przy tym palcem na doktora Lucafonta, który właśnie wyjął z kredensu puszkę 

konserw. - Nie wolno wyżerać jego prowiantu!

- Chciałem się tylko poczęstować brzoskwiniami. - Doktor Lucafont uniósł w dziwnie 

masywnej   dłoni   puszkę   brzoskwiń,   zakupioną   zaledwie   dzień   wcześniej   przez   Wujcia 
Monty'ego.

- Proszę pana - zwrócił się do niego łagodnie pan Poe. - Dzieci są bardzo rozdrażnione. 

Sam pan to z pewnością rozumie. Wioletko, Klausie i Słoneczko, czy nie zechcielibyście 

opuścić nas na chwilę? Mamy sporo do omówienia, a wam nerwy nie pozwalają spokojnie 
uczestniczyć w dyskusji. Panie doktorze, ustalmy wreszcie plan. Pan ma miejsce na troje 

pasażerów,   wliczając   ciało   doktora   Montgomery'ego.   Pan,   Stefano,   również   ma   trzy 
miejsca dla pasażerów.

- I dlatego sprawa jest prosta - wtrącił się Stefano. - Pan i trup pojedziecie z doktorem 

Lucafontem, a ja z dziećmi za wami.

- Nie - sprzeciwił się twardo Klaus.
- Baudelaire'owie - rzekł równie twardo pan Poe - proszę w tej chwili wyjść za drzwi.

- Afup! - pisnęło Słoneczko, co zapewne znaczyło: „Nie!”.
- Proszę   bardzo   -   powiedziała   Wioletka,   zerkając   znacząco   na   Klausa   i   Słoneczko. 

Wzięła ich za ręce i, na wpół ciągnąc, wyprowadziła z kuchni. Klaus i Słoneczko zauważyli 
w   siostrze   jakąś   zmianę.   Minę   miała   bardziej   zdecydowaną   niż   smutną   i   szła   bardzo 

szybko, jakby nie chciała się spóźnić.

Na pewno pamiętacie, że Klaus jeszcze po wielu lalach nie będzie mógł zasnąć z żalu, 

że nie zatrzymał okrzykiem kierowcy taksówki, który przywiózł Stefana ponownie do ich 
życia. Pod tym względem Wioletka miała więcej szczęścia niż brat. W przeciwieństwie do 

Klausa, który tak się zdumiał, gdy rozpoznał Stefana, że przegapił okazję do działania, 
Wioletka,   słuchając   nudnej   rozmowy   dorosłych,   zorientowała   się   natychmiast,   że   jeśli 

działać,   to   właśnie   teraz.   Nie   powiem,   żeby   Wioletka   po   latach   spała   spokojnie,   gdy 
wspominała dawne czasy - zbyt przykre to były czasy, aby którekolwiek z Baudelaire'ów 

mogło spać spokojnie - ale zawsze była troszkę dumna z tego, że w porę pojęła, iż może 
wraz z rodzeństwem wydostać się z kuchni i przenieść w bardziej przyjazne miejsce.

- Co my robimy? Gdzie my idziemy? - dopytywał się Klaus.
Słoneczko też patrzyło pytająco na siostrę, ale Wioletka w odpowiedzi tylko pokręciła 

głową i przyspieszyła kroku, kierując się do Gabinetu Gadów.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Gdy Wioletka otworzyła wielkie drzwi Gabinetu Gadów, żmije wciąż tkwiły w swoich 

klatkach, książki wciąż stały na półkach, a poranne słońce wciąż wpadało do środka przez 

szklane ściany - a jednak nie było to już to samo miejsce, co dawniej. Mimo że doktor 
Lucafont zabrał ciało Wujcia Monty'ego, Gabinet Gadów utracił swoją gościnną atmosferę, 

i to chyba na zawsze. To, co się stało, potrafi splamić nasz sentyment do miejsca, tak jak 
tusz plami białe płótno. Można potem prać i prać, ale i tak nie da się nigdy zapomnieć o 

tym, co zaszło - czyli „zdarzyło się i wszystkich zasmuciło”.

- Nie chcę tam wchodzić - cofnął się Klaus. - Tam umarł Wujcio Monty.

- Ja też nie chcę - powiedziała Wioletka - ale musimy wykonać zadanie.
- Zadanie? - zdziwił się Klaus. - Jakie zadanie? Wioletka zacisnęła zęby.

- Zadanie,   które   powinien   wykonać   pan   Poe,   ale   on,   jak   zwykle,   ma   tylko   dobre 

intencje, które nie zdają się na nic. - Klaus i Słoneczko westchnęli głęboko, słysząc to, co 

wszyscy troje często sobie myśleli po cichu, odkąd pan Poe wziął ich sprawy w swoje ręce. - 
Pan Poe nie wierzy, że Stefano i Hrabia Olaf to jedna osoba. Za to wierzy, że śmierć Wujcia 

Monty'ego była nieszczęśliwym wypadkiem. Musimy udowodnić mu, że w obu sprawach 
się myli.

- Przecież   Stefano   nie   ma   tatuażu   na   nodze   zauważył   Klaus.   -   A   doktor   Lucafont 

stwierdził obecność jadu Mamby Złej w żyłach Wujcia.

- Wiem,   wiem   -   zniecierpliwiła   się   Wioletka.   -   My   troje   znamy   prawdę,   ale   żeby 

przekonać dorosłych, musimy znaleźć dowody potwierdzające plan Stefana.

- Szkoda, że nie znaleźliśmy dowodów na samym początku - mruknął z żalem Klaus. - 

Może uratowalibyśmy życie Wujciowi Monty'emu.

- Tego się nigdy nie dowiemy - szepnęła Wioletka i rozejrzała się po sali, w której 

Wujcio Monty pracował całe swoje życic. - Ale jeżeli uda nam się posiać Stefana za kratki 

za morderstwo, uniemożliwimy mu przynajmniej krzywdzenie innych ludzi.

- Na przykład nas - dodał Klaus.

- Na przykład nas - przytaknęła Wioletka. - Więc do roboty, Klaus: wyszukaj wszystkie 

książki Wujcia Monty'ego, które mogą zawierać informacje o Mambie Złej. Daj mi znać, 

jak tylko coś znajdziesz.

- Przecież   to   robota   na   kilka   dni   -   stropił   się   Klaus,   ogarniając   wzrokiem   solidną 

bibliotekę Monty'ego.

- Nie mamy kilku dni - rzekła twardo Wioletka. - Nie mamy nawet kilku godzin. O 

background image

piątej   po   południu   „Prospera”   odpływa   z   Mglistej   Zatoki,   a   Stefano   zrobi   wszystko, 

żebyśmy się znaleźli na pokładzie, a potem w Peru, sam na sam z nim, i wtedy...

- Dosyć, dosyć - przerwał jej Klaus. - Bierzmy się do roboty. Szukaj w tej książce.

- Nie będę szukać w żadnej książce - powiedziała Wioletka. - Ty szukaj, a ja tymczasem 

pójdę na górę do pokoju Stefana, może znajdę tam jakiś ślad.

- Sama? Do jego pokoju? - przeraził się Klaus.
- Nic mi się nie stanie - oświadczyła Wioletka, chociaż wcale nie była tego pewna. - Łap 

się za książki, Klaus. A ty, Słoneczko, pilnuj drzwi i gryź każdego, kto spróbuje wejść.

- Akkroid! - powiedziało Słoneczko, mając zapewne na myśli: „Tak jest!”.

Wioletka wyszła z Gabinetu Gadów, a Słoneczko, wierne swojej obietnicy, zaczaiło się 

przy drzwiach   z wyszczerzonymi  zębami.  Klaus   udał  się na  sam  koniec  sali,  do części 

bibliotecznej, skwapliwie omijając przejście między klatkami mieszczącymi jadowite żmije. 
Nie   chciał   patrzeć   na   Mambę   Złą   ani   żadnego   innego   śmiercionośnego   gada.   Chociaż 

wiedział,   że   winę   za   śmierć   Wujcia   Monty'ego   ponosi   Stefano,   a   nie   sama   żmija,   nie 
mógłby   znieść   widoku   gada,   który   położył   kres   szczęśliwym   czasom   rodzeństwa 

Baudelaire.   Klaus   westchnął,   otworzył   książkę   i   jak   zwykle,   gdy   nie   chciał   myśleć   o 
przykrych okolicznościach, zaczął czytać.

Muszę w tym miejscu użyć dość wyświechtanej frazy „tymczasem na ranczo”. Słowo 

„wyświechtanej” znaczy tu: „używanej tak często i przez tylu innych pisarzy, zanim użył jej 

Lemony Snicket, że zmieniła się w nudny slogan”. Fraza „tymczasem na ranczo” łączy to, 
co zdarzyło się we wcześniejszej części opowieści, z tym, co zdarzy się w dalszej części 

opowieści,   która   oczywiście   nie   musi   mieć   nic   wspólnego   z   krowami,   końmi   i   ludźmi 
pracującymi na wsi, ani nawet z wiejskim sosem, który jest gęsty jak śmietana i służy do 

polewania sałatek. W naszej historii fraza „tymczasem na ranczo” odnosi się do tego, co 
robiła Wioletka w czasie, gdy Klaus i Słoneczko siedzieli w Gabinecie Gadów. Bo kiedy 

Klaus   szperał   w   bibliotece   Wujcia   Monty'ego,   a   Słoneczko   z   wyszczerzonymi   zębami 
pilnowało drzwi, Wioletka robiła coś, co was na pewno zainteresuje.

Tymczasem   na   ranczo...   Wioletka   podkradła   się   pod   kuchenne   drzwi,   chcąc 

podsłuchać, o czym rozmawiają dorośli. Jak pewnie wiecie, sukces podsłuchiwania polega 

na  tym,   aby  nie  dać  się  przyłapać,   więc  Wioletka  poruszała   się  najciszej,  jak   mogła,  i 
bardzo   uważała,   żeby   przypadkiem   nie   nastąpić   na   skrzypiącą   klepkę.   Stanąwszy   pod 

drzwiami kuchni, wyjęła z kieszeni wstążkę do włosów i upuściła ją na podłogę: gdyby ktoś 
nagle   otworzył   drzwi,   zamierzała   mu   powiedzieć,   że   przyklękła   właśnie,   aby   podnieść 

wstążkę, a wcale nie po to, żeby podsłuchiwać. Sztuczkę tę opanowała, gdy była jeszcze 

background image

malutka i podsłuchiwała pod drzwiami rodziców, żeby dowiedzieć się, jaki prezent szykują 

jej na urodziny. Takie dobre sztuczki nigdy się nie starzeją.

- Ależ panie Poe - perswadował doktor Lucafont - jeśli Stefano pojedzie ze mną moim 

samochodem, a pan poprowadzi dżipa Doktora Monty'ego, to skąd pan będzie wiedział, 
którędy jechać?

- Ma pan rację - przyznał pan Poe. - A jednak nie sądzę, aby Słoneczko chciało jechać 

na  kolanach   Doktora  Montgomery'ego,  skoro  jest martwy.  Trzeba  wymyślić  jakiś  inny 

sposób.

- Mam! - powiedział Stefano. - Ja pojadę z dziećmi samochodem doktora Lucafonta, a 

doktor   Lucafont   z   panem   i   Doktorem   Montgomerym   pojedzie   dżipem   Doktora 
Montgomery'ego.

- Obawiam się, że nic z tego - wtrącił ponuro doktor Lucafont. - Przepisy miejskie nie 

zezwalają, aby ktokolwiek oprócz mnie prowadził mój samochód.

- A poza tym jest jeszcze kwestia bagaży dzieci - przypomniał sobie pan Poe.
Wioletka wstała z kolan: usłyszała dość, aby upewnić się, że zdąży zajrzeć do pokoju 

Stefana. Cicho, cichuteńko weszła po schodach i prze - kradła się korytarzem do jego drzwi 
-   tych,   w   których   przesiedział   z   nożem   całą   straszną   minioną   noc.   To   zdumiewające, 

pomyślała Wioletka, jakie straszne jest wszystko, co ma związek z Hrabią Olafem. Był to 
tak przerażający osobnik, że na sam widok drzwi do jego pokoju serce Wioletki zaczęło 

walić jak młotem. Wioletka przyłapała się na tym, że chciałaby nawet, żeby Stefano wbiegł 
nagle z tupotem po schodach i zagrodził jej drogę - nie musiałaby wtedy otwierać drzwi i 

wchodzić   do   jego   sypialni.   Zaraz   jednak   pomyślała   o   bezpieczeństwie   własnym   i 
rodzeństwa. Gdy bezpieczeństwo jest zagrożone, człowiek często znajduje w sobie odwagę, 

jakiej się nie spodziewał. Najstarsza z sierot Baudelaire stwierdziła właśnie, że ma dość 
odwagi,   aby   otworzyć   drzwi   pokoju   Hrabiego   Olafa.   Ramię   stłuczone   w   wypadku 

samochodowym zabolało ją, gdy przekręcała mosiężną gałkę drzwi. Weszła do środka.

Tak jak się spodziewała, w pokoju panował brud i nieład. Na nieposłanym łóżku pełno 

było okruchów i włosów. Na podłodze piętrzyły się niechlujnie gazety i katalogi sprzedaży 
wysyłkowej, Na toaletce stała kolekcja niedopitych butelek wina. Przez otwarte drzwi szafy 

widać było pordzewiałe druciane wieszaki na ubrania, które podzwaniały w nieustannym 
przeciągu. Na wymiętych zasłonach okiennych widniały jakieś wstrętne, zaschnięte plamy: 

z bliska Wioletka poznała z obrzydzeniem, że Stefano wycierał w zasłony nos.

Zaschnięte smarki były, co prawda, obrzydliwe, ale nie stanowiły dowodu rzeczowego, 

po który przyszła tu Wioletka. Najstarsza z sierot Baudelaire stanęła pośrodku pokoju i 

background image

rozejrzała się po tym całym, lepkim od brudu bałaganie. Wszystko wyglądało wstrętnie i 

beznadziejnie. Masując bolące ramię, Wioletka przypomniała sobie, jak wszyscy troje - gdy 
mieszkali jeszcze u Hrabiego Olafa - zostali uwięzieni w jego komnacie na wieży. Okropnie 

było   tkwić   w   pułapce   samotni   Olafa   -   słowo   „samotnia”   oznacza   tu:   „obskurne 
pomieszczenie., w którym knuje się podłe plany” - a jednak nawet z tego dzieci miały jakiś 

pożytek,   gdyż   zdążyły   przeczytać   co   trzeba   o   prawie   małżeńskim   i   obmyślić   sposób 
wydostania się z opresji. Tym razem jednak, w samotni, którą Stefano urządził sobie w 

domu Wujcia Monty'ego, Wioletka znalazła tylko ślady niechlujstwa. Czuła, że gdzieś tu 
musi kryć się dowód przeciwko Stefanowi, którym dałoby się przekonać pana Poe - ale 

gdzie? Załamana - i przestraszona, że za długo już bawi w pokoju Stefana - Wioletka po 
cichutku zeszła na dół.

- Nie,   nie,   nie!   -   protestował   właśnie   pan   Poe,   kiedy   znów   nadstawiła   ucha   pod 

kuchennymi drzwiami. - Doktor Montgomery nie może po prowadzić samochodu. Jest 

nieżywy. Musi istnieć jakieś inne rozwiązanie.

- Ile razy mam panu powtarzać - odezwał  się Stefano,  a Wioletka  poznała  po jego 

głosie, że zaczyna być zły - że najrozsądniej będzie, jeżeli ja zawiozę dzieci do miasta, a pan 
pojedzie za mną, z doktorem Lucafontem i trupem.

- Może   i   racja   -   westchnął   pan   Poe.   Słysząc   to,   Wioletka   puściła   się   biegiem   do 

Gabinetu Gadów.

- Klaus, Klaus! - wołała od progu. - Błagam, powiedz, że coś znalazłeś. Byłam w pokoju 

Stefana,   ale   tam   nie   ma   nic,   co   mogłoby   nam   pomóc.   A   wygląda   na   to,   że   jednak 

pojedziemy ze Stefanem.

Klaus uśmiechnął się tylko i odczytał fragment książki, którą właśnie trzymał w ręku:

- ”Mamba   Zła   jest   jedną   z   najgroźniejszych   żmij   na   naszej   półkuli.   Atakuje   przez 

strangulację, która w koniunkcji z jadem nadaje ciału ofiary charakterystyczny czarnosiny 

tonus i upiorny wygląd”. - Strangulację? W koniunkcji? Tonus? - powtórzyła Wioletka. - 
Co to ma znaczyć? - Sam nie wiedziałem - rzekł Klaus - ale sprawdziłem w słowniku: 

„strangulacja” to „duszenie”, „w koniunkcji” znaczy „razem z”, a „tonus” to „odcień”. Czyli 
Mamba Zła dusi i kąsa jednocześnie, a ciała jej ofiar są ciemnofioletowe od siniaków.

- Przestań! Przestań! - krzyknęła Wioletka. - Nie chcę już słuchać o tym, co spotkało 

Wujcia Monty'ego!

- Nic nie rozumiesz - uśmiechnął się Klaus. - Przecież właśnie to nie spotkało Wujcia 

Monty'ego.

- Jak to? Doktor Lucafont mówił, że wykrył w jego krwi jad Mamby Złej.

background image

- Bardzo możliwe - przytaknął  Klaus - ale żmija go tam osobiście  nie pozostawiła. 

Gdyby to zrobiła, Wujcio Monty byłby cały czarnosiny. A pamiętasz przecież tak samo 
dobrze jak ja, że był blady jak ściana.

Wioletka   chciała   coś   powiedzieć,   lecz   przeszkodziło   jej   wspomnienie   niesamowicie 

bladej twarzy Wujcia Monty'ego w chwili, gdy go znaleźli.

- Rzeczywiście - szepnęła w końcu. - Ale kto go w takim razie otruł, i jak?
- Pamiętasz, jak Wujcio Monty mówił nam, że trzyma trujące jady żmij w probówkach, 

do celów badawczych? - przypomniał jej Klaus. - Moim zdaniem, Sterano wykradł taką 
probówkę i wstrzyknął jej zawartość Wujciowi Monty'emu.

:

 - Tak myślisz? To straszne.

- Okipi! - pisnęło Słoneczko, najwyraźniej zgadzając się z siostrą.

- Kiedy powiemy o tym panu Poe - rzekł z przekonaniem Klaus - Stefana aresztują i 

wsadzą   do   więzienia.   Nie   będzie   nas   już   więcej   porywał   do   Peru,   straszył   nożem, 

terroryzował dźwiganiem walizki i w ogóle.

Wioletka spojrzała na brata i zrobiła wielkie oczy.

- Walizka! - krzyknęła. - Jego walizka!
- Co ty wygadujesz? - zdumiał się Klaus, ale zanim Wioletka zdążyła mu odpowiedzieć, 

rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołała  Wioletka,  dając Słoneczku  znak,  aby nie gryzło pana Poe, gdy 

wejdzie do środka.

- Mam nadzieję, że uspokoiliście się trochę - rzeki pan Poe, przyglądając się dzieciom 

po kolei - i nie utrzymujecie już, że Stefano to Hrabia Olaf.

Pan Poe użył słowa „utrzymujecie” w znaczeniu „myślicie”, a nie w sensie dosłownym.

- Nawet   jeżeli   Stefano   to   nie   Hrabia   Olaf   -   oświadczył   spokojnie   Klaus   -   to   i   tak 

uważamy, że mógł być sprawcą śmierci Wujcia Monty'ego.

- Bzdura! - wykrzyknął  pan Poe, a Wioletka  zerknęła na brata  i pokręciła  głową.  - 

Śmierć Wujcia Monty'ego była nieszczęśliwym wypadkiem i niczym więcej.

Klaus podniósł do góry książkę, którą przed chwilą czytał.
- Gdy panowie byli w kuchni, my tutaj poczytaliśmy sobie o żmijach i...

- Czytaliście o żmijach? - oburzył się pan Poe. - Myślałem, że po tym, co spotkało 

doktora Montgomery'ego, zechcecie czytać o wszystkim, tylko nie o żmijach!

- A jednak wyczytałem coś, co...
- Nie   interesuje   mnie,   co   wyczytałeś   na   temat   żmij   -   rzekł   pan   Poe,   wyciągając 

chusteczkę. Dzieci odczekały, aż się wykaszle i schowa chustkę z powrotem do kieszeni. - 

background image

Nie interesuje mnie - powtórzył - co wyczytałeś na temat żmij. Stefano nie zna się na 

żmijach ani w ząb. Sam to powiedział.

- Ale... - Klaus urwał, gdy zobaczył, że Wioletka znów daje mu znak, kręcąc leciutko 

głową. Miał nie mówić nic więcej do pana Poe. Spojrzał więc raz jeszcze na siostrę, potem 
na pana Poe, i zamknął buzię.

Pan Poe zakaszlał dyskretnie w chusteczkę i zerknął na zegarek.
- Skoro doszliśmy w końcu do porozumienia - powiedział  - pozostaje tylko sprawa 

jazdy   samochodem.   Wiem,   że   wszyscy   troje   mieliście   wielką   chęć   obejrzeć   od   środka 
pojazd lekarza, ale przedyskutowaliśmy tę sprawę na wszystkie strony i stwierdziliśmy, że 

to się nie da zorganizować - Pojedziecie do miasta ze Stefanem, a ja zabiorę się z doktorem 
Lucafontem i waszym Wujciem Montym. Stefano  i doktor Lucafont przenoszą właśnie 

bagaże. Za parę minut wyruszamy. A teraz wybaczcie, muszę zadzwonić do Towarzystwa 
Herpetologicznego i przekazać im smutną wiadomość.

Pan Poe kaszlnął jeszcze raz w chusteczkę i opuścił Gabinet Gadów.
- Dlaczego nie pozwoliłaś mi powiedzieć panu Poe, co wyczytałem? - spytał Wioletkę 

rozżalony   Klaus,   gdy   był   już   pewien,   że   pan   Poe   nie   może   go   słyszeć.   Wioletka   nie 
odpowiedziała.   Patrzyła   przez   szklaną   ścianę   Gabinetu   Gadów,  jak   doktor   Lucafont   ze 

Stefanem maszerują wzdłuż żmijokrzewów do dżipa Wujcia Monty'ego. Stefano otworzył 
drzwi   wozu,   a   doktor   Lucafont   zaczął   dziwnie   sztywnymi   rękami   wyciągać   walizki   z 

tylnego   siedzenia.   -   Wioletko?   Dlaczego   nie   pozwoliłaś   mi   powiedzieć   panu   Poe,   co 
wyczytałem?

- Kiedy   po   nas   przyjdą   -   powiedziała   Wioletka,   jakby   nie   słyszała   pytania   brata   - 

zatrzymaj ich w Gabinecie Gadów aż do mojego powrotu.

- Jak mam to zrobić?
- Odwróć czymś ich uwagę - odparła niecierpliwie Wioletka, nie odrywając wzroku od 

doktora Lucafonta, który ustawiał walizki w piramidkę.

- Ale czym? - denerwował się Klaus. - Ale czym?

- O rany, Klaus - ofuknęła go Wioletka. - Przeczytałeś setki książek. Na pewno było w 

nich coś o odwracaniu uwagi otoczenia.

Klaus zamyślił się, a po chwili rzekł:
- Aby wygrać wojnę trojańską, starożytni Grecy ukryli swoich wojowników w wielkim 

drewnianym koniu. Odwrócili  w ten sposób uwagę Trojan.  Ale ja nie zdążę  zbudować 
drewnianego konia.

- No to  wymyśl  coś innego - powiedziała  Wioletka  i nie przestając  wyglądać przez 

background image

szklaną ścianę, ruszyła w stronę drzwi.

Klaus i Słoneczko przez chwilę patrzyli na siostrę, a potem spojrzeli tam gdzie ona, do 

ogrodu. Ciekawe, że różni ludzie, patrząc na to samo, mają różne myśli. Klaus i Słoneczko 

na widok sterty waliz pomyśleli tylko, że jeśli zaraz czegoś nie zrobią, wylądują sam na sam 
ze Stefanem w dżipie Wujcia Monty'ego. Za to Wioletka, sądząc z miny, z jaką opuszczała 

Gabinet Gadów: myślała o czymś całkiem innym. O czym - tego Klaus i Słoneczko nie 
umieli odgadnąć, ale czuli, że ich siostra wyciągnęła inny niż oni wniosek z widoku swojej 

własnej brązowej walizki, a może tej beżowej, w której były rzeczy Klausa, lub małej szarej, 
która należała do Słoneczka, albo tej wielkiej, czarnej, ze srebrną kłódką - walizki Stefana.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Kiedy byliście mali, być może ktoś wam czytał banalną bajeczkę - słowo „banalną” 

znaczy tutaj: „niewartą czytania” - o chłopczyku, który wywoływał wilka z lasu. Bohaterem 

tej bajeczki jest mały męczydusza, który krzyczy: „Wilk! Wilk!”, chociaż wilka wcale nie ma 
w pobliżu, i za każdym razem łatwowierni wieśniacy pędzą mu na pomoc, aby przekonać 

się, że to był tylko żart. Ale raz chłopczyk krzyknął: „Wilk! Wilk!” wcale nie dla żartu - tylko 
że nikt mu już nie przybiegł na pomoc. Wilk zjadł dowcipnisia, i na tym, Bogu dzięki, 

bajeczka się kończy.

Morał z niej płynie oczywisty: „Nie osiedlaj się tam, gdzie wilki hasają na wolności” - 

chociaż ten, kto wam czytał tę bajeczkę, na pewno twierdził, że jej morał brzmi: nie kłam, 
bo pożałujesz. Byłby to strasznie głupi morał, ponieważ wszyscy wiemy, że kłamstwo bywa 

czasem   nie   tylko   pożyteczne,   ale   i   wskazane.   Jak   najbardziej   wskazane   było,   aby   po 
wyjściu Wioletki Słoneczko podczołgało się do klatki, w której mieszkała Niewiarygodnie 

Jadowita Żmija, otworzyło drzwiczki i zaczęło wydawać dzikie wrzaski, chociaż nic złego 
mu się nie stało.

Jest   i   druga   bajeczka   o   wilku,   równie   niedorzeczna,   którą   mogli   wam   czytać   w 

dzieciństwie. Mam na myśli  Czerwonego Kapturka.  Tytułową bohaterką jest wyjątkowo 

niesympatyczna dziewczynka, która - tak samo jak chłopczyk, który wywoływał wilka z 
lasu - uparcie  pętała  się po terytoriach  dzikich zwierząt.  Pamiętacie  zapewne, że wilk, 

bardzo niegrzecznie potraktowany przez Czerwonego Kapturka, pożarł babcię dziewczynki 
i przebrał się za nią dla niepoznaki. To jest właśnie w tej bajce najgłupsze, bo przecież 

wiadomo, że nawet tak mało inteligentna dziewczynka jak Czerwony Kapturek powinna 
bez   trudu   zauważyć   różnicę   między   rodzoną   babcią   a   wilkiem   przebranym   w   nocną 

koszulę i papucie z pomponami. Gdy zna się kogoś tak dobrze jak własną babcię albo 
własną siostrę, naprawdę nie można się nabrać. Dlatego właśnie Wioletka i Klaus, słysząc 

wrzaski Słoneczka, zaraz poznali, że to fałszywy alarm.

„Ten wrzask to fałszywy alarm” - powiedział sobie Klaus, chociaż był w drugim końcu 

Gabinetu (jadów.

„Ten   wrzask   to   fałszywy   alarm”   -   powiedziała   sobie   Wioletka,   chociaż   była   na 

schodach.

„O Boże! Coś się stało!” - powiedział sobie pan Poe, który był w kuchni i rozmawiał 

przez telefon.

- Do widzenia panu - rzucił pospiesznie, odłożył słuchawkę i wypadł pędem z kuchni, 

background image

aby sprawdzić, co się dzieje. - Co się dzieje? - spytał Stefana i doktora Lucafonta, którzy 

właśnie skończyli wypakowywać bagaże i wchodzili z powrotem do domu. - Słychać jakieś 
straszne wrzaski z Gabinetu Gadów.

- To na pewno nic takiego - uspokoił go Stefano.
- Wic pan, jakie są dzieci - dodał doktor Lucafont.

- Nic daj Boże, żeby miało dojść do nowej tragedii! - przeraził się pan Poe i pognał w 

stronę Gabinetu Gadów, nawołując: - Dzieci! Dzieci!

- Tu jesteśmy! - odkrzyknął Klaus. - Szybko! Szybko, proszę pana!
Ktoś, kto nie znając Klausa, usłyszałby jego gruby, schrypnięty głos, pomyślałby, że 

chłopiec umiera ze strachu. Ale każdy, kto znał Klausa, wiedział doskonale, że kiedy Klaus 
się boi, mówi cienko i cicho - tak jak wtedy, gdy znalazł trupa Wujcia Monty'ego. Jeśli 

chrypiał grubym głosem, to znaczyło, że powstrzymuje się od śmiechu. Cale szczęście, że 
Klaus  powstrzymał   się od śmiechu,  gdy pan  Poe ze  Stefanem  i doktorem  Lucafontem 

wpadli do Gabinetu Gadów. Bo inaczej wszystko by popsuł.

Słoneczko wito się po marmurowej posadzce,  machając dziko rączkami  i nóżkami, 

jakby uczyło się pływać. Minę miało taką, że Klaus znów omal nie parsknął: rozdziawiło 
buzię, wystawiając na pokaz wszystkie cztery ostre ząbki, i gwałtownie mrugało oczkami. 

Pokazywało w ten sposób, że strasznie się boi, i ten, kto nie znał Słoneczka, byłby pewien, 
że tak właśnie jest. Klaus jednak znał Słoneczko i wiedział, że gdy jego siostrzyczka się boi, 

sztywnieje i ani piśnie, tak jak wtedy, gdy Stefano groził, że obetnie jej nożem paluszek u 
nogi. Wszyscy oprócz Klausa uwierzyli jednak, że Słoneczko potwornie się boi, szczególnie 

gdy ujrzeli, w jakim jest towarzystwie. Ciałko Słoneczka oplecione było bowiem czarnym 
jak   węgiel   i   grubym   jak   rura   kanalizacyjna   cielskiem   żmii.   Żmija   wpatrywała   się   w 

maleństwo błyszczącymi, zielonymi oczami i rozdziawiała paszczę, jakby je miała zaraz 
ugryźć.

- To Niewiarygodnie Jadowita Żmija! - wrzasnął Klaus. - Zaraz ją ugryzie!
Na ten okrzyk Słoneczko jeszcze szerzej rozwarło buzię i oczka, aby pokazać, że umiera 

ze   strachu.   Doktor   Lucafont   także   otworzył   usta:   Klausowi   zdawało   się,   że   chce   coś 
powiedzieć, ale nie znajduje słów. Nawet Stefano, który oczywiście bimbał sobie na życie 

Słoneczka, miał jednak lekko zdziwioną minę. Za to pan Poe wpadł w absolutną panikę.

Są dwa typy panikarzy - albo stojący milczek, albo rozbiegany gaduła. Ten drugi biega 

w kółko i paple byle co. Pan Poe zaliczał się do rozbieganych gadułów. Ani Klaus, ani 
Słoneczko   nigdy   jeszcze   nie   widzieli,   aby   -   ich   znajomy   bankier   poruszał   się   tak 

błyskawicznie i przemawiał tak piskliwie.

background image

- Rany   boskie!   Cholera!   Wielki   Boże!   Błogosławiony   Allahu!   Zeusie   i   Hero!   Jezus 

Maria Józefie święty! Nie ruszajcie dziecka! Ratujcie dziecko! Chodźcie tu! Idźcie stąd! 
Zabijcie tę żmiję! Zostawcie tę żmiję! Dajcie jej coś do zjedzenia! Róbcie coś! Trzeba ją 

zwabić na bok! Cip, cip, żmijko! Na, na, żmijko, cip, cip, cip!

Niewiarygodnie Jadowita Żmija wysłuchała cierpliwie odezwy pana Poe, po czym, gdy 

przerwał, aby wykaszleć się w chusteczkę, spuściła łeb i ukąsiła Słoneczko w samą bródkę - 
dokładnie   tam,   gdzie   ugryzła   je   po   przyjacielsku   przy   pierwszym   spotkaniu.   Klaus   z 

trudem powstrzymał uśmiech, doktor Lucafont zrobił „och!”, Stefano wytrzeszczył oczy, a 
pan Poe znów zaczął biegać i paplać:

- Ugryzła   dziecko!   Ugryźliła   dziecko!   Gryzie   dziecko!   Tylko   spokojnie!   Szybciej! 

Dzwońcie   po   karetkę!   Dzwońcie   po   policję!   Dzwońcie   po   moją   żonę!   To   straszne!   To 

potworne! To upiorne! To niedopuszczalne! To,..

- To nie powód, żeby się tak gorączkować - wpadł mu w słowo Stefano.

- Jak to, nie powód, żeby się gorączkować? - powtórzył z niedowierzaniem pan Poe. - 

Słoneczko zostało właśnie ukąszone przez... jak się ta żmija nazywa, Klaus?

- Niewiarygodnie Jadowita Żmija - odparł skwapliwie Klaus.
- ... przez Niewiarygodnie Jadowitą  Żmiję! - dokończył pan Poe, wskazując palcem 

żmiję, która wciąż wpijała się zębami w bródkę Słoneczka, a Słoneczko wydało jeszcze 
jeden okrzyk grozy. - A pan mówi, że nie ma się czym gorączkować?

- Nie ma, bo Niewiarygodnie Jadowita Żmija jest kompletnie nieszkodliwa - objaśnił 

mu Stefano. - Niech się pan uspokoi, panie Poe. Nazwa tego gada celowo wprowadza w 

błąd: Doktor Montgomery wymyślił ją dla żartu.

- Jest pan pewien? - upewnił się pan Poe, już nieco mniej piskliwym głosem. Zwolnił 

też kroku. Wyraźnie się uspokajał.

- Jestem najzupełniej pewien - odrzekł Stefano, z miną znaną Klausowi z czasów, gdy 

mieszkał u Hrabiego Olafa. Była to mina skrajnego pyszałka, co tu oznacza: „Hrabia Olaf 
uważał się za najwspanialszego człowieka, jaki kiedykolwiek żył na świecie”. Pozostając 

pod opieką Hrabiego Olafa, dzieci oglądały tę minę bardzo często.

gdyż   Hrabia   Olaf   uwielbiał  się   popisywać,   czy   to   na   scenie  w   towarzystwie   swojej 

odrażającej   trupy   teatralnej,   czy   w   komnacie   na   wieży,   gdzie   knuł   swe   niecne   plany. 
Zachwycony, że może się popisać, Stefano uśmiechnął się i dalej tłumaczył panu Poe: - Ta 

żmija jest całkowicie niegroźna, można nawet rzec, że przyjaźnie usposobiona do ludzi. 
Czytałem o niej, oraz o wielu innych żmijach, w książkach ze zbiorów, znajdujących się w 

Gabinecie Gadów, oraz w prywatnych papierach Doktora Montgomery'ego.

background image

- Ale szefie... - Doktor Lucafont odchrząknął głośno.

- Proszę mi nie przerywać, doktorze Lucafont - skarcił go Stefano. - Przestudiowałem 

podręczniki o najważniejszych gatunkach, zwracając baczną uwagę na ilustracje i wykresy. 

Poczyniłem staranne notatki, do których zaglądałem codziennie przed snem. W tej chwili 
uważam się właściwie za eksperta w dziedzinie żmij.

- Aha! - pisnęło Słoneczko, wyłuskując się ze splotów Niewiarygodnie Jadowitej Żmii.
- Słoneczko! Nic ci nie jest! - uradował się pan Poe.

- Aha!   -   pisnęło   po   raz   drugi   Słoneczko,   wskazując   paluszkiem   Stefana. 

Niewiarygodnie Jadowita Żmija triumfalnie mrugnęła zielonymi oczami.

Skonsternowany pan Poe spojrzał na Klausa.
- Co twoja siostra rozumie przez „aha”? Klaus westchnął. Zdawało mu się, że połowę 

życia strawił na tłumaczeniu podstawowych rzeczy panu Poe.

- Przez „aha” moja siostra rozumie: „Chwileczkę! Stefano dopiero co zapewniał nas, że 

ani w ząb nie zna się na żmijach, a teraz podaje się za eksperta!”. Przez „aha” moja siostra 
rozumie: „Stefano kłamie”. Przez „aha” moja siostra rozumie: „Sam pan wreszcie widzi, że 

Stefano to nieuczciwy człowiek”. Przez „Aha!” moja siostra rozumie „Aha!”.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Tymczasem na ranczo, czyli piętro wyżej, Wioletka rozglądała się uważnie po swoim 

pokoju. Wzięła głęboki oddech i związała włosy wstążką, aby nie wpadały jej do oczu. Jak 

już wiemy, i jak wie każdy, kto zna Wioletkę, związuje ona włosy wstążką tylko wtedy, gdy 
musi obmyślić jakiś wynalazek. A w tej chwili musiała go wymyślić jak najprędzej.

W chwili gdy jej brat wspomniał o obowiązku przeniesienia walizek do domu na rozkaz 

Stefana, Wioletka nabrała pewności, że poszukiwany dowód przestępstwa znajduje się w 

walizie   Stefana.   Wiedziała   też,   że   dopóki   jej   rodzeństwo   odwraca   uwagę   dorosłych   w 
Gabinecie Gadów, ona ma jedyną okazję, aby tę walizę otworzyć i wydobyć dowód podłości 

Stefana   na   światło   dzienne.   Bolące   ramię   przypominało   jej   jednak,   że   tak   po   prostu 
otworzyć walizy się nie da, gdyż jest ona zamknięta na lśniącą kłódkę - tak lśniącą, jak 

podstępne oczy Stefana, Przyznam się wam, że gdybym nie byt w tej chwili na pokładzie 
jachtu mej przyjaciółki Beli, gdzie piszę te słowa, lecz na miejscu Wioletki, i gdybym miał 

tylko   parę   minut   na   otwarcie   zatrzaśniętej   walizki,   zapewne   poddałbym   się,   widząc 
beznadziejność sytuacji. Osunąłbym się na podłogę i bębnił pięściami w dywan, zadając 

sobie pytanie, czemu życie jest tak strasznie niesprawiedliwe i pełne kłopotów.

Na   szczęście   dla   całej   trójki   Baudelaire'ów   Wioletka   była   dzielniejsza   ode   mnie   i 

rozglądała się dalej po pokoju za czymś, co pomogłoby jej wykonać zadanie. Niewiele tam 
było   materiału   do   wynalazków.   Wioletka   zatęskniła   za   porządną   pracownią,   pełną 

sznurków, kółek zębatych i wszelkich narzędzi umożliwiających konstrukcję wynalazków 
wysokiej   klasy.   Wujcio   Monty   miał   w   domu   sporo   takich   rzeczy,   ale   wszystkie   - 

przypomniała sobie z rozpaczą Wioletka - trzymał w Gabinecie Gadów. Wioletka patrzyła 
na   poprzyczepiane   pinezkami   do   ściany   arkusze,   na   których   miała   nadzieję   szkicować 

wynalazki,  żyjąc sobie spokojnie u Wujcia Monty'ego. Niestety,  kłopoty zaczęty się tak 
szybko,   że   na   arkuszach   widniało   raptem   parę   projektów,   naszkicowanych   w   świetle 

stojącej   lampy   podczas   pierwszego   wieczoru,   który   Wioletka   spędziła   w   tym   pokoju. 
Wspominając ów wieczór, przeniosła wzrok na stojącą lampę - i nagle, na widok wtyczki, 

olśnił ją pewien pomysł.

Wszyscy wiemy,  naturalnie,  że nie wolno nigdy,  nigdy, nigdy,  nigdy, nigdy,  nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

background image

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, 
nigdy, nigdy.

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy nigdy, nigdy majstrować przy urządzeniach 

elektrycznych. Nigdy. Z dwóch powodów. Po pierwsze, można doznać porażenia prądem, 

co jest nie tylko śmiertelne, ale i bardzo nieprzyjemne, a po drugie - nikt z nas nie jest 
Wioletka   Baudelaire,   jedną   z   niewielu   osób   na   świecie,   które   umieją   obchodzić   się   z 

urządzeniami elektrycznymi. A nawet Wioletka była bardzo ostrożna i zdenerwowana, gdy 
wyłączała lampę z kontaktu i przyglądała się uważnie samej wtyczce. Mogło się udać.

Mając   nadzieję,   że   Klaus   i   Słoneczko   jeszcze   przez   chwilę   zatrzymają   dorosłych, 

Wioletka zaczęła wyginać oba płaskie wtyki, kręcąc nimi we wszystkie strony, aż w końcu 

wyskoczyły   z   plastikowej   osłonki.   W   ten   sposób   uzyskała   dwa   małe   paski   metalu. 
Następnie wyciągnęła ze ściany jedną pinezkę, co sprawiło, że przymocowany nią arkusz 

zwinął się i zwiądł, jakby ode - chciało mu się wisieć prosto. Ostrym końcem pinezki dźgała 
i naginała jeden metalowy pasek tak długo, aż owinął się wokół drugiego, po czym oba 

przekłuła   pinezką,   tak   że   ostry   czubek   sterczał   na   zewnątrz.   Powstał   w   ten   sposób 
metalowy drobiażdżek, który przegapiłoby się, gdyby leżał na ulicy, a który dla Wioletki 

byt prymitywnym - czyli „wykonanym z byle czego i naprędce” - wytrychem, Wytrych, jak 
wam   zapewne   wiadomo,   jest   to   urządzenie   działające   jak   regularny   klucz   i   używane 

zazwyczaj przez złych ludzi - włamywaczy albo bandytów uciekających z więzienia. W tym 
wyjątkowym   przypadku   wytrychem   miał   posłużyć   się   dobry   człowiek,   czyli   Wioletka 

Baudelaire.

Wioletka zbiegła po schodach, w jednej garści chowając wytrych, a drugą zaciskając 

kciuk na szczęście. Na palcach minęła drzwi Gabinetu Gadów, mając nadzieję, że nikt nie 
zauważył jej nieobecności - i wymknęła się na dwór. Starannie omijając wzrokiem auto 

doktora   Lucafonta,   aby   nawet   przypadkiem   nie   spojrzeć  na   zwłoki   Wujcia   Monty'ego, 

background image

najstarsza z sierot Baudelaire zbliżyła się do sterty bagaży. Najpierw wzrok jej padł na trzy 

sfatygowane walizki, należące do Baudelaire'ów. Zawierały one, jak pamiętała, spore ilości 
wstrętnych, drapiących ubrań, które wkrótce po śmierci rodziców kupiła dzieciom pani 

Poe. Przez kilka sekund Wioletka wpatrywała się w te trzy walizki: przypomniało jej się, 
jakie proste było jej życie, zanim zaczęły się kłopoty, i nie mogła zrozumieć, jak to się stało, 

że znalazła się nagle w tak przykrej sytuacji. Nas to może nie dziwi, gdyż śledzimy z boku 
tragiczne   dzieje   rodzeństwa   Baudelaire'ów,   ale   Wioletki   jej   osobiste   nieszczęście   nie 

przestawało dziwić, dlatego dobrą chwilę trwało, zanim odpędziła czarne myśli i zmusiła 
się do koncentracji na tym, co było do wykonania.

Przyklękła   obok   walizy   Stefana,   uniosła   lśniącą   srebrzystą   kłódkę,   wzięła   głęboki 

oddech - i wetknęła wytrych do zamka. Wszedł, ale nie chciał się obrócić, ledwo drgnął i 

leciutko zachrobotał o coś w środku. Trzeba było go czymś nasmarować, żeby zadziałał. 
Wioletka wyciągnęła więc wytrych i polizała końcówkę, krzywiąc się od nieprzyjemnego, 

metalicznego   smaku.   Jeszcze   raz   spróbowała   obrócić   wytrych   w   zamku.   Przekręcił   się 
nieznacznie, ale zaraz utknął.

Wioletka znów wyjęła go z zamka, myśląc bardzo, bardzo intensywnie i poprawiając 

wstążkę   na   włosach.   W   chwili   gdy   odgarniała   z   oczu   niesforne   kosmyki,   przeszedł   ją 

dziwny dreszczyk. Niemiły i znajomy. Poczuła, że ktoś ją obserwuje. Obejrzała się szybko 
za siebie, ale ujrzała tylko żmijokrzewy na trawniku. Spojrzała w bok, ale tam była tylko 

droga wiodąca do Parszywej Alei. Więc popatrzyła na wprost - przez szklaną ścianę do 
wnętrza Gabinetu Gadów.

Nigdy nie przypuszczała, że z zewnątrz widać przez szklane ściany, co się dzieje w 

Gabinecie Gadów, lak samo dobrze, jak z Gabinetu Gadów widać, co się dzieje na zewnątrz 

- tymczasem gdy podniosła wzrok, ujrzała jak na dłoni rzędy klatek z gadami, a między 
nimi pana Poe, skaczącego w kółko z wielkim podnieceniem. Wy i ja wiemy oczywiście, że 

pan Poe panikował z powodu Słoneczka i Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, ale dla Wioletki 
był to tylko sygnał, że podstęp wymyślony przez jej rodzeństwo wciąż działa. To jednak nie 

wyjaśniało dziwnego dreszczyku, który poczuła. Dopiero gdy wytężyła wzrok, dostrzegła 
obok pana Poe, nieco z prawej, postać Stefana, który patrzył wprost na nią.

Wioletka otworzyła usta ze zdziwienia i grozy. Była  pewna, że Stefano lada chwila 

znajdzie   pretekst,   aby   wyjść   z   Gabinetu   Gadów   i   dopaść   ją,   a   ona   nawet   nie   zdążyła 

otworzyć walizki.  Szybko,  szybko, szybko, trzeba  natychmiast coś zrobić,  żeby wytrych 
zadziałał.  Spojrzała  na  wilgotny  żwir  podjazdu  i  zamglone,  żółtawe  zachodzące  słońce. 

Spojrzała na swoje ręce, brudne od mocowania się z wtyczką - i w tej samej chwili wpadła 

background image

na pewien pomysł.

Zerwawszy się na równe nogi, pognała sprintem do domu, całkiem jakby Stefano już 

deptał jej po piętach, a tam skierowała się prosto do kuchni. Przewróciła z rozpędu krzesło 

i złapała kawałek mydła, który leżał na zlewie z kapiącym kranem. Natarła nim starannie 
swój   wynalazek,   aż   cały   pokrył   się   śliską   warstewką.   Serce   waliło   jej   jak   młotem,   gdy 

wybiegła z domu, zerkając przelotnie przez szklaną ścianę do Gabinetu Gadów, Stefano 
mówił coś właśnie do pana Poe - przechwalał się swoją znajomością żmij, ale Wioletka nie 

mogła tego wiedzieć - więc skorzystała z okazji, przyklękła i wetknęła wytrych do zamka 
kłódki. Obrócił się gładko - po czym rozpadł się na dwie części w ręku Wioletki. Jedna 

część z brzękiem wylądowała w trawie, a druga sterczała z zamka jak nadkruszony ząb. I 
po wytrychu.

Zrozpaczona Wioletka na chwilę przymknęli oczy, ale zaraz wstała, opierając się dla 

równowagi o walizę. W chwili gdy się oparła, kłódka nagle odskoczyła, a waliza rozwarła 

się,   wysypując   cala   swoją   zawartość   na   ziemię.   Wioletka   aż   usiadła   ze   zdumienia. 
Widocznie   wytrych,   zanim   się   rozleciał,   jednak   otworzył   zamek.   Jak   widać,   nawet   w 

najgorszej opresji ma się czasem szczęście.

Niezmiernie trudno jest, jak pouczają nas eksperci, znaleźć igłę w stogu siana - dlatego 

„igła   w   stogu   siana”   stała   się   mocno   oklepaną   frazą,   która   oznacza:   „coś,   co   trudno 
znaleźć”. Powodem, dla którego tak trudno jest znaleźć igłę w stogu siana, jest oczywiście 

to, że igła jest maleńkim drobiazgiem pośród mnóstwa rzeczy znajdujących się w stogu 
siana.   Gdybyśmy   jednak   szukali   w   stogu   siana   czegokolwiek,   nasze   zadanie   wcale   nie 

byłoby trudne, ponieważ w stogu siana zawsze się coś znajdzie - głównie siano, rzecz jasna, 
ale   także   ziemia   z   pola,   robaki,   a   czasem   nawet   zbiegły   więzień,   który   się   tam   ukrył. 

Wioletka grzebała w rzeczach Stefana raczej tak, jakby szukała w stogu siana czegokolwiek 
- ponieważ nie wiedziała, czego może się spodziewać. Dlatego dość łatwo wypatrzyła cenne 

dowody:   szklaną   fiolkę   zatykaną   gumowym   korkiem,   jaką   zobaczyć   można   w   każdym 
laboratorium; strzykawkę z cienką igłą, jaką i wam, gdy trzeba, robią zastrzyki; zwinięty 

plik papierów; ofoliowaną legitymację, puszek do pudru i małe ręczne lusterko.

Chociaż Wioletka wiedziała, że zostało jej dosłownie parę chwil, wyłowiła wymienione 

przedmioty   spośród   cuchnących   ubrań,   które   wraz   z   butelką   wina   stanowiły   główną 
zawartość walizki Stefana, i przyjrzała się bardzo uważnie swoim dowodom rzeczowym, 

jak   drobnym   elementom,   z   których   miała   zbudować   potężną   machinę.   Bo   w   pewnym 
sensie właśnie do tego miały posłużyć. Zadaniem Wioletki Baudelaire było teraz połączyć 

te luźne dowody tak, aby szatański plan Stefana został udaremniony i aby w życiu sierot 

background image

Baudelaire - po raz pierwszy, odkąd rodzice ich zginęli w strasznym pożarze - zagościła 

sprawiedliwość i spokój, Wioletka z wielkim namysłem obejrzała  wszystkie dowody po 
kolei i już po chwili rozpromieniła się, jak zawsze wtedy, gdy stwierdzała, że wszystkie 

części pasują do siebie i cala maszyna działa bez zarzutu.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Przysięgam wam, że po raz ostatni używam zwrotu „tymczasem na ranczo” - niestety, 

nie znam innego sposobu, aby cofnąć się do tej chwili, w której Klaus skończył tłumaczyć 

panu Poe, co Słoneczko rozumie przez „aha!”, i nagle wszyscy obecni w Gabinecie Gadów 
spojrzeli na Stefana. Słoneczko z miną triumfalną, Klaus z miną wyzywającą. Pan Poe z 

miną wściekłą. A doktor Lucafont z miną zafrasowaną. Trudno powiedzieć coś o minie 
Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, ponieważ miny żmij nie bywają zbyt wymowne.

Stefano   uważnie   patrzył   na   wszystkich   po   kolei   i   wyraźnie   się   wahał,   czy   ma 

zadośćuczynić faktom, czyli „przyznać się, że jest Hrabią Olafem i knuje niecne plany”, czy 

też kontynuować mistyfikację, czyli „kłamać, kłamać i jeszcze raz kłamać”.

- Panie   Stefano   -   przemówił   pan   Poe   i   zakaszlał   w   chusteczkę.   Klaus   i   Słoneczko 

czekali w napięciu, co powie dalej. - Panie Stefano, zechce się pan wytłumaczyć. Przed 
chwilą oznajmił nam pan, że jest znawcą żmij. Wcześniej jednak utrzymywał pan, że nie 

zna się na żmijach ani w ząb, a zatem nie może mieć nic wspólnego ze śmiercią Doktora 
Montgomery'ego. Czym pan to wytłumaczy?

- Skromnością. Przez skromność powiedziałem, że nie znam się na żmijach ani w ząb - 

odrzekł Stefano. - A teraz, państwo wybaczą, muszę wyjść na chwilę, bo...

- Pan   wcale   nie   jest   skromny!   -   krzyknął   Klaus.   -   Pan   jest   kłamcą!   Teraz   też   pan 

kłamie! Kłamca i morderca!

Stefano zrobił wielkie oczy i nachmurzył się.
- Nie macic na to żadnych dowodów.

- Owszem, mamy - odezwał się głos od drzwi.
Wszyscy odwrócili się i zobaczyli uśmiechniętą Wioletkę z dowodami rzeczowymi w 

rękach. Wioletka triumfalnie przemaszerowała w drugi koniec Gabinetu Gadów, tam gdzie 
wciąż piętrzyła się sterta książek o Mambie Złej, które niedawno wertował Klaus. Całe 

towarzystwo poszło za nią między rzędami klatek.  Wioletka  bez słowa  ułożyła  dowody 
rzeczowe na stole, jeden przy drugim: szklaną fiolkę z gumowym korkiem, strzykawkę z 

cienką igłą, zwinięty plik papierów, ofoliowaną legitymację i małe ręczne lusterko.

- Co to jest? - spytał pan Poe, wskazując gestem dziwny zestaw.

- To są dowody rzeczowe, które znalazłam w walizce Stefana.
- Moja walizka - wtrącił Stefano - to moja prywatna własność i nikomu nie wolno jej 

ruszać. Zachowałaś się bardzo nieładnie. A poza tym, walizka była zamknięta na kłódkę.

- Z   powodu   wyjątkowej   sytuacji   musiałam   użyć   wytrycha   -   wyjaśniła   spokojnie 

background image

Wioletka.

- Skąd wiesz, jak używać wytrycha? - zgorszył się pan Poe. - Grzeczna dziewczynka nie 

ma prawa wiedzieć takich rzeczy.

- Moja siostra jest grzeczną dziewczynką, a mimo to wie mnóstwo różnych rzeczy - 

powiedział Klaus.

- Rufik! - potwierdziło Słoneczko.
- Pogadamy o tym później - skapitulował pan Poe. - Na razie mów dalej.

- Kiedy okazało się, że Wujcio Monty nie żyje - zaczęła Wioletka - moje rodzeństwo i ja 

bardzo się zasmuciliśmy, ale od razu mieliśmy poważne podejrzenia.

- Jakie   podejrzenia!   -   przerwał   jej   Klaus.   Podejrzenia   ma   się,   kiedy   nie   jest   się 

pewnym! A my byliśmy pewni, że to Stefano go zabił!

- Bzdura! - zaprotestował doktor Lucafont. - Tłumaczyłem wam przecież, że Doktor 

Montgomery Montgomery zmarł w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Ukąsiła go Mamba 

Zła, która wydostała się z klatki - i to wszystko!

- Pan   wybaczy   -   powiedziała   Wioletka   -   ale   to   na   pewno   nie   jest   wszystko.   Klaus 

sprawdził w książkach informacje o Mambie Złej i może nam powiedzieć, w jaki sposób 
zabija ona swoje ofiary.

Klaus   podszedł   do   sterty   książek   i   otworzył   pierwszą   z   góry.   Ważne   miejsce   miał 

zaznaczone karteczką, więc znalazł je od razu.

- ”Mamba   Zła   jest   jedną   z   najgroźniejszych   żmij   na   naszej   półkuli.   Atakuje   przez 

strangulację, która w koniunkcji z jadem nadaje ciału ofiary charakterystyczny czarnosiny 

tonus i upiorny wygląd”.

Klaus odłożył książkę, po czym zwrócił się do pana Poe:

- ”Strangulacja” to znaczy...
- Każdy wie, co to znaczy! - krzyknął Stefano.

- W takim razie wie pan również, że to nie Mamba Zła uśmierciła Wujcia Monty'ego - 

rzeki do niego Klaus. - Jego skóra nie miała ciemnosinego tonusu. Była blada jak papier.

- To prawda - przyznał pan Poe  -  ale to jeszcze nie znaczy, że Doktor Montgomery 

został zamordowany.

- No właśnie - zawtórował mu doktor Lucafont. - Może wyjątkowo tym razem żmija nie 

miała nastroju do duszenia ofiary.

- Znacznie   bardziej   prawdopodobne   jest   jednak   to,   że   ktoś   zamordował   Wujcia 

Monty'ego, używając tych  oto przedmiotów - oświadczyła  Wioletka.  Podniosła do góry 

fiolkę   z   gumowym   korkiem.   -   Ta   fiolka   ma   nalepkę   z   napisem   „Jad   Mamby   Złej”   i   z 

background image

pewnością   pochodzi   z   szafy   trujących   próbek   w   laboratorium   Wujcia   Monty'ego.   - 

Wioletka odłożyła fiolkę i podniosła strzykawkę z cienką igłą. - Tą strzykawką Stefano... a 
raczej Olaf... wstrzyknął jad w ciało Wujcia Monty'ego. Potem igłą zrobił drugie ukłucie 

obok, aby podrobić ślad ukąszenia żmii.

- Ależ   ja   szczerze   kochałem   Doktora   Montgomery'ego   -   oburzył   się   Stefano.   -   Cóż 

zresztą mógłbym zyskać na jego śmierci?

Czasem ktoś palnie takie niedorzeczne kłamstwo, że najlepiej puścić je mimo uszu.

- Gdy skończę osiemnaście lat - ciągnęła Wioletka, puszczając uwagę Stefana mimo 

uszu - odziedziczę majątek Baudelaire'ów. Stefano chciałby go jednak zagarnąć dla siebie. 

A przyszłoby mu to łatwiej, gdyby znalazł się z nami w jakimś bardziej odludnym miejscu, 
na przykład w Peru. - Wioletka podniosła w górę zwitek papierów. - To są nasze bilety na 

statek  „Prospero”, który dziś o godzinie piątej  po południu odpływa  z Mglistej  Zatoki. 
Właśnie tam wiózł nas Stefano, kiedy zderzyliśmy się z panem, panie Poe.

- Przecież Wujcio Monty podarł bilet Stefana do Peru - odezwał się skonfundowany 

Klaus, - Widziałem na własne oczy.

- To prawda - przyznała Wioletka. - I właśnie dlatego Stefano musiał pozbyć się Wujcia 

Monty'ego.   Zamordował   go...   -   Wioletka   zadrżała   i   umilkła   na   chwilę.   -   Zamordował 

Wujcia   Monty'ego   i   ukradł   jego   zafoliowaną   legitymacje   członka   Towarzystwa 
Herpetologicznego.   Chciał,   podając   się   za   Wujcia   Monty'ego,   wsiąść   na   „Prospera”   i 

uprowadzić nas do Peru.

- Nic nie rozumiem - powiedział pan Poe. - Skąd Stefano wiedział o waszym majątku?

- Stąd, że to nie żaden Stefano, tylko Hrabia Olaf - odparła Wioletka, zniecierpliwiona, 

że musi tłumaczyć panu Poe to, co i ona sama, i jej rodzeństwo, i wy, i ja wiedzieliśmy od 

chwili pojawienia się Stefana przed domem. - Mógł zgolić sobie włosy i brwi, ale tatuażu 
na nodze nie mógł się pozbyć: musiał go zamaskować,  korzystając z pudru i ręcznego 

lusterka. Zapudrował oko nad lewą kostką; założę się, że wystarczy potrzeć szmatką, a 
ukaże się tatuaż.

- To absurd! - oburzył się Stefano.
- Zaraz zobaczymy - rzekł pan Poe. - Kto ma kawałek szmatki?

- Ja nie mam - powiedział Klaus.
- Ja też nie - powiedziała Wioletka.

- Guwil! - powiedziało Słoneczko.
- Skoro   nikt   nie   ma   szmatki,   to   lepiej   dajmy   sobie   spokój   -   zaproponował   doktor 

Lucafont,  ale  pan Poe uniesionym palcem  dał mu znak,  żeby  chwileczkę  poczekał.  Ku 

background image

wielkiej uldze sierot Baudelaire sięgnął do kieszeni i wyciągnął chusteczkę do nosa.

- Pan pozwoli lewą nogę - zwrócił się surowo do Stefana.
- A fe! Pan w to kaszlał cały dzień! Tam jest pełno zarazków! - bronił się Stefano.

- Jeżeli jest pan tym, za kogo uważają pana dzieci, to zarazki są w tej chwili pana 

najmniejszym problemem - rzekł pan Poe. - Lewą nogę proszę!

Stefano - w tym miejscu po raz ostatni nazywamy go przybranym imieniem - warknął 

gniewnie, ale podciągnął lewą nogawkę, odsłaniając kostkę nogi. Pan Poe przyklęknął i 

zaczął trzeć podejrzane miejsce chusteczką. Z początku nic nie było widać, ale po chwili – 
niczym słonko wychodzące zza chmur po strasznej burzy z piorunami - spod spodu zaczął 

się wyłaniać niewyraźny kontur oka. Oko było coraz wyraźniejsze, aż w końcu wyglądało 
tak jak w dniu, w którym sieroty ujrzały je po raz pierwszy, wprowadzając się do domu 

Hrabiego Olafa.

Wioletka,   Klaus   i   Słoneczko   spojrzeli   w   oko,   które   spoglądało   na   nich   -   i   po   raz 

pierwszy w życiu ucieszyli się na jego widok.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Gdyby to była rozrywkowa książeczka dla małych dzieci, sami odgadlibyście, co teraz 

nastąpi. Po zdemaskowaniu łotra i jego niecnych planów na miejsce przyjechałaby policja, 

zabraliby   drania   do   więzienia,   gdzie   siedziałby   po   kres   swoich   dni,   a   dzielna   dziatwa 
poszłaby na pizzę i żyła dalej długo i szczęśliwie. Ale to jest książka o sierotach Baudelaire, 

a jak nam wiadomo, szansa na to, aby ta trójka małych pechowców żyła dalej długo i 
szczęśliwie, jest mniej więcej taka sama, jak szansa powrotu Wujcia Monty'ego do życia. A 

jednak, kiedy tatuaż z okiem wyszedł na jaw, sieroty Baudelaire poczuły się tak, jakby 
chociaż kawałeczek Wujcia Monty'ego ożył z powrotem. Dowiodły przecież raz na zawsze, 

że Hrabia Olaf jest złoczyńcą.

- Oko jak byk! - oznajmił pan Poe i przestał trzeć nogę Hrabiego Olafa. - Jest pan bez 

wątpienia Hrabią Olafem i jest pan bez wątpienia aresztowany.

- A ja jestem bez wątpienia zaszokowany - wpadł mu w słowo doktor Lucafont, łapiąc 

się za głowę obiema dziwnie masywnymi rękami.

- Ja również  - rzeki  pan Poe i przytrzymał  Hrabiego Olafa  za rękaw,  żeby  mu nie 

uciekł. Wioletko, Klausie, Słoneczko, wybaczcie, że od razu wam nie uwierzyłem. Wydało 
mi się niedorzeczne, że ten osobnik wytropił was aż tutaj, przebrał się za asystenta doktora 

i uknuł tak misterny plan, aby zagarnąć wasz majątek.

- Ciekawe,   co   się   stało   z   Gustawem,   prawdziwym   asystentem   Wujcia   Monty'ego   - 

zamyślił się głośno Klaus. - Przecież gdyby Gustaw nie rzucił pracy, Wujcio Monty nigdy 
nie zatrudniłby Hrabiego Olafa.

Hrabia Olaf milczał od chwili ujawnienia tatuażu. Jego rozbiegane, błyszczące oczy 

śledziły   bacznie   wszystkich   obecnych,   jak   oczy   lwa,   który   obserwuje   stado   antylop   i 

kombinuje,  którą   by tu  najlepiej  porwać  i pożreć.  Jednak  na  dźwięk  imienia  Gustawa 
przerwał milczenie.

- Gustaw wcale nie rzucił pracy - oznajmił świszczącym głosem. - Gustaw nie żyje! 

Utopiłem   go   w   Burym   Bagnie,   kiedy   zbierał   na   łące   okazy   botaniczne.   A   potem 

podrzuciłem w jego imieniu fałszywy liścik z wymówieniem. - Hrabia Olaf patrzył na dzieci 
tak, jakby się miał za chwilę na nie rzucić i wszystkie podusić, a jednocześnie stał sztywno 

jak posąg, co w  pewnym sensie było jeszcze gorsze. - Ale to jeszcze nic w porównaniu z 
tym, co zrobię z wami, sieroty. Tę rundę gry wygrałyście, ale ja jeszcze wrócę po waszą 

forsę i dobiorę się wam do skóry!

- To nie jest gra, podły człowieku - oburzył się pan Poe. - Domino to jest gra. Piłka 

background image

wodna   to   jest   gra.   A   morderstwo   to   jest   zbrodnia,   za   którą   pójdziesz   do   więzienia. 

Osobiście   odwiozę   cię   zaraz   na   posterunek   policji.   O,   psiakość,   nie   odwiozę.   Mam 
rozwalone auto.  Już wiem, zawiozę  cię dżipem doktora Montgomery'ego, a wy,  dzieci, 

pojedziecie   za   nami   z   doktorem   Lucafontem.   W   ten   sposób   obejrzycie   sobie,   lak   jak 
chciałyście, wnętrze pojazdu lekarza.

- Rozsądniej będzie - rzeki doktor Lucafont - wziąć Stefana do mojego samochodu, a 

dzieci niech jadą z tylu. Proszę pamiętać, że u mnie siedzi już nieboszczyk Montgomery, 

więc i tak nie ma miejsca dla trojga.

- A jednak - upierał się pan Poe - nie chciałbym sprawić dzieciom zawodu po tym 

wszystkim, co już wycierpiały. Przenieśmy może ciało doktora Montgomery'ego do dżipa, 
a...

- Mamy w nosie pojazd lekarza - przerwała mu zniecierpliwiona Wioletka. - To był 

tylko wykręt, bo nie chcieliśmy zostać z Hrabią Olafem.

- Bardzo brzydko jest kłamać, sieroty - po wiedział Hrabia Olaf.
- Nic   jest   pan   chyba   najwłaściwszą   osobą   do   udzielania   dzieciom   nauk 

umoralniających - zgromił go pan Poe. - W porządku, doktorze Lucafont, niech pan go 
bierze.

Doktor Lucafont dziwnie sztywną łapą chwycił Hrabiego Olafa za ramię i wyprowadził 

go z Gabinetu Gadów i dalej, do wyjścia. W progu przystanął i odwrócił się do pana Poe i 

dzieci z chytrym uśmieszkiem.

- Niech pan powie sierotkom do widzenia, Hrabio Olafie.

- Do widzenia - powiedział Hrabia Olaf.
- Do widzenia - powiedziała Wioletka.

- Do widzenia - powiedział Klaus.
Pan Poe, kaszląc w chusteczkę, machnął tylko od niechcenia ręka w stronę Hrabiego 

Olafa, co też miało znaczyć „do widzenia”. Tylko Słoneczko nie powiedziało nic. Wioletka z 
Klausem spojrzeli na nie, zdziwieni, że nie wydało okrzyku „Iiit!” ani „Libo!”, ani żadnego 

innego ze swoich licznych pisków na „do widzenia”. Słoneczko jednak z desperacką miną 
wpatrywało się w doktora Lucafonta. Nagle wyskoczyło jak z procy i ugryzło go w rękę.

- Słoneczko!   -   zgorszyła   się   Wioletka   i   już   miała   przeprosić   doktora   Lucafonta   za 

zachowanie siostrzyczki, gdy wtem jego ugryziona dłoń odpadła od ramienia i wylądowała 

na podłodze. Słoneczko jeszcze mocniej wpiło w nią swoje cztery ostre ząbki i rozległ się 
trzask - trzask pękającego drewna albo plastiku, ale nie kości. A z ręki doktora Lucafonta, z 

której odpadła  dłoń, wcale  nie kapała  krew,  i nie było tam żadnej rany,  tylko  sterczał 

background image

metalowy hak. Wioletka pierwsza to dostrzegła. Doktor Lucafont też spojrzał na hak, a 

potem na Wioletkę - i wyszczerzył się szyderczo. Równie szyderczo wyszczerzył się Hrabia 
Olaf. Po czym obaj odwrócili się błyskawicznie i dali nogę.

- Hakoręki! - krzyknęła Wioletka. - To nie żaden doktor! To jeden z ludzi Hrabiego 

Olafa!

Wioletka   odruchowo   pochwyciła   puste   miejsce   po   doktorze   Lucafoncie   i   Olafie, 

których   tam  już  oczywiście   nie  było.  Otworzyła   szeroko  drzwi  i  ujrzała  obu  gnających 

sprintem wzdłuż żmijo - krzewów.

- Łapać ich! - wrzasnął Klaus i cała trójka Baudelaire'ów podskoczyła do wyjścia.

Pan Poe wyprzedził ich jednak i zagrodził drogę, krzycząc:
- Nie!

- Przecież to hakoręki! - zawołała Wioletka. - Ucieknie razem z Olafem!
- Zabraniam wam ścigać dwóch niebezpiecznych przestępców - oświadczył pan Poe. - 

Odpowiadam za wasze bezpieczeństwo i nie pozwolę, aby spotkała was jakaś krzywda.

- To niech pan sam ich goni! - krzyknął Klaus. - Tylko szybko!

Pan   Poe   dał   krok   za   drzwi,   ale   zatrzymał   się,   słysząc   warkot   uruchamianego 

samochodu.   Dwaj   obwiesie   -   słowo   to   znaczy   tutaj:   „wstrętni   osobnicy”   -   dopadli   już 

widocznie auta doktora Lucafonta i odjeżdżali w siną dal.

- Do dżipa! - rzuciła hasło Wioletka. - Za nimi!

- Poważny   człowiek   -   oświadczył   surowo   pan   Poe   -   nie   bawi   się   w   pościgi 

samochodowe. To zadanie dla policji. Zaraz tam zadzwonię, może zdążą zablokować drogi.

Widząc,   jak   pan   Poe   zamyka   z   powrotem   drzwi   i   biegnie   do   telefonu,   sieroty 

Baudelaire upadły na duchu. Zrozumiały, że wszystko na nic. Zanim pan Poe wytłumaczy 

policji całą sytuację, Hrabia Olaf z hakorękim będą już daleko. Wioletka, Klaus i Słoneczko 
poczuli   się   nagle   okropnie   zmęczeni:   przeszli   przez   hall   i   usiedli   na   dolnym   stopniu 

wielkich  schodów,   skąd  słychać  było niewyraźny  głos  pana Poe,  rozmawiającego   przez 
telefon. Wiedzieli, że polowanie na Hrabiego Olafa i hakorękiego, szczególnie po ciemku, 

będzie szukaniem igły w stogu siana.

Chociaż tak się zdenerwowali ucieczką Hrabiego Olafa, musieli jednak zdrzemnąć się 

na  parę godzin,  gdyż  ocknąwszy   się, stwierdzili,  że  jest już  noc,  a  oni  siedzą  dalej  na 
dolnym stopniu schodów. Ktoś okrył ich we śnie kocem. Prostując obolałe kości, ujrzeli 

trzech   mężczyzn   w   kombinezonach,   którzy   wychodzili   właśnie   z   Gabinetu   Gadów, 
wynosząc klatki z gadami. Za tymi trzema kroczył pyzaty pan w garniturze w jaskrawą 

kratę. Zatrzymał się, gdy zobaczył, że dzieci już nie śpią.

background image

- Cześć, dzieciaki! - huknął tubalnym głosem. - Przepraszam, że was budzimy, ale moja 

ekipa musi działać szybko.

- Kim panowie są? - spytała Wioletka. Kiedy człowiek zaśnie w dzień, a obudzi się w 

nocy, czuje się całkiem skołowany.

- Co panowie chcą zrobić z gadami Wujcia Monty'ego? - zainteresował się Klaus. Kiedy 

człowiek obudzi się na schodach, zamiast w łóżku albo w śpiworze, też czuje się całkiem 
skołowany.

- Diksnik?   -   zagadnęło   Słoneczko.   Kiedy   człowiek   zobaczy   pana   w   kraciastym 

garniturze, czuje się skołowany, nawet jeśli wcale nie spał.

- Moje   nazwisko   Bruce   -   przedstawił   się   Bruce.   -   Jestem   szefem   marketingu 

'towarzystwa   Herpetologicznego.   Wasz   znajomy,   pan   Poe,   zadzwonił   do   mnie,   abym 

zarekwirował żmije po Doktorze Montgomerym. „Zarekwirował” to znaczy „zabrał”.

- My wiemy, co znaczy „zarekwirował” - powiedział Klaus - ale dokąd je pan zabiera? 

Gdzie będą mieszkać?

- Wy na pewno jesteście tymi trzema sierotami, prawda? Przeniesiecie się teraz do 

jakiegoś   innego   krewnego,   który   na   pewno   tak   zaraz   wam   nie   umrze,   jak   Doktor 
Montgomery.   A   żmijami   trzeba   się   zająć,   więc   rozdzielimy   je   -   trochę   damy   innym 

naukowcom, trochę do zoo, a resztę do domów starców. Te, dla których nie znajdziemy 
opiekunów, będą musiały zostać uśpione.

- Przecież one stanowią kolekcję Wujcia Monty'ego! - oburzył się Klaus. - Gromadził je 

latami! Nie wolno ich rozdawać, jak popadnie!

- Nie może być inaczej - rzucił krótko Bruce. Wciąż mówił bardzo głośno, chociaż nie 

wiadomo, dlaczego.

- Miija! - pisnęło Słoneczko i puściło się na czworakach do Gabinetu Gadów.
- Moja   siostra   -   wyjaśniła   Wioletka   -   zaprzyjaźniła   się   tu   z   pewną   żmiją.   Czy 

przynajmniej   tę   jedną   moglibyśmy   z   sobą   zabrać?   Chodzi   o   Niewiarygodnie   Jadowitą 
Żmije.

- Nic ma mowy - rzekł twardo Bruce. - Ten gość, Poe, mówił, że wszystkie żmije należą 

w tej chwili do nas. A po drugie, nigdy w życiu nie pozwolę, aby małe dzieci zadawały się z 

Niewiarygodnie Jadowitą Żmiją.

- Ale   Niewiarygodnie   Jadowita   Żmija   jest   całkiem   nieszkodliwa   -   powiedziała 

Wioletka. - Jej nazwa celowo wprowadza w błąd.

Bruce poskrobał się po głowie.

- Znaczy się jak?

background image

- Znaczy się, jest odwrotnie, niż wynika z nazwy - wyjaśnił Klaus. - Wujcio Monty sam 

odkrył tę żmiję, więc sam nadal jej nazwę.

- A mówiono, że to błyskotliwy naukowiec - skrzywił się Bruce. Sięgnął do kieszeni 

kraciastej marynarki i wyciągnął  cygaro. - To ma być taki błyskotliwy  pomysł, nazwać 
żmiję na odwrót? Dla mnie to jest pomysł idiotyczny.

No, ale czego można się spodziewać po facecie, który sam się nazywał Montgomery 

Montgomery?

- Brzydko się tak naigrawać z czyjegoś nazwiska - zauważył Klaus.
- Ty   mnie   tu   nie   pouczaj,   nie   mam   czasu   -   burknął   Bruce.   -   A   dzieciak,   jak   chce 

powiedzieć pa - pa Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, to niech się pospieszy, bo tę żmiję już 
wynieśli.

Słoneczko   ruszyło   na   czworakach   do   wyjścia,   ale   Klaus   nie   uważał   rozmowy   za 

skończoną.

- Nasz Wujcio Monty był błyskotliwy - oświadczył dumnie.
- Był błyskotliwy - potwierdziła Wioletka - i takim go na zawsze zapamiętamy.

- Błyskotliwy!   -   pisnęło   Słoneczko,   nie   przerywając   raczkowania,   a   rodzeństwo 

Słoneczka   uśmiechnęło   się   do   niego,   zdumione,   że   Słoneczko   wymówiło   słowo   dla 

wszystkich zrozumiałe.

Bruce zapalił cygaro, dmuchnął w górę kłębem dymu i wzruszył ramionami.

- To   miło   z   waszej   strony,   że   tak   o   nim   mówicie  dzieciaki.   Życzę   wam   szczęścia, 

gdziekolwiek teraz traficie. - Spojrzał na wysadzany brylantami zegarek i zwrócił się do 

mężczyzn w kombinezonach: - Zbieramy się. Za pięć minut musimy być na tej drodze, co 
zalatuje imbirem.

- Chrzanem - poprawiła go Wioletka, ale Bruce zdążył już wyjść. Wioletka z Klausem 

popatrzyli po sobie, a potem ruszyli za Słoneczkiem, aby pożegnać się z zaprzyjaźnionymi 

gadami. Zanim jednak doszli do drzwi, zjawił się nagle pan Poe i znów zastąpił im drogę.

- Widzę, że już nie śpicie - powiedział. - W takim razie biegnijcie na górę i kładźcie się 

do łóżek. Musimy wstać wcześnie rano.

- Chcieliśmy się tylko pożegnać z gadami - rzekł Klaus, ale pan Poe pokręcił odmownie 

głową.

- Nie pętajcie się Bruce'owi pod nogami. Dziwię się zresztą, że nie macie dość widoku 

żmij do końca życia.

Sieroty Baudelaire wymieniły spojrzenia i westchnęły. Cały świat składał się z błędów. 

Błędem   była   śmierć   Wujcia   Monty'ego.   Błędem   była   ucieczka   Hrabiego   Olafa   i 

background image

hakorękiego. Błędem była opinia Bruce'a, że Monty to ktoś, kto głupio się nazywa, a nie 

genialny naukowiec. Błędem było. też przypuszczenie, że dzieci mają dość widoku żmij do 
końca   życia.   Żmije,   i   w   ogóle   cały   Gabinet   Gadów,   były   dla   Baudelaire'ów   ostatnimi 

pamiątkami szczęśliwych dni spędzonych w tym domu - tych kilku zaledwie szczęśliwych 
dni,   które   dzieci   przeżyty   od   śmierci   rodziców.   Rozumiały   doskonale,   że   pan   Poe   nie 

pozwoli im mieszkać w tym domu dalej, sam na sam z gadami, ale uważały za straszny 
błąd,   że   nie   pozwolił   im   nawet   spojrzeć   na   żmije   po   raz   ostatni   i   powiedzieć   im   do 

widzenia.

Lekceważąc więc zakaz pana Poe, Wioletka, Klaus i Słoneczko wybiegli na zewnątrz, 

gdzie panowie w kombinezonach lądowali właśnie klatki do ciężarówki, która miała z tyłu 
napis  „Towarzystwo   Herpetologiczne”.   Świecił   księżyc  w pełni  i  w  jego  blasku  szklane 

ściany Gabinetu Gadów lśniły niczym wielki klejnot, jasno, bardzo jasno - można by rzec: 
błyskotliwie. Bruce.

mówiąc o Wujciu Montym, użył słowa „błyskotliwy” w znaczeniu: „znany z mądrości i 

inteligencji”. Ale dzieci rozumiały je wtedy inaczej - i teraz też, patrząc na błyszczały w 

świetle księżyca Gabinet Gadów, czuły, że to słowo znaczy o wiele więcej. Znaczyło, że 
chociaż sytuacja znów jest niewesoła i chociaż wiele jeszcze niefortunnych zdarzeń spotka 

je w życiu, wspomnienie Wujcia Monty'ego i jego dobroci będzie błyszczeć w ich pamięci 
jak cenny klejnot. Bo Wujcio Monty byt błyskotliwy i błyskotliwy był czas, który razem z 

nim spędzili. Bruce i jego ludzie mogli rozproszyć kolekcję gadów Wujcia Monty'ego, ale 
nikł nigdy nie zdoła rozproszyć wspomnień o Wujciu Montym w pamięci Baudelaire'ów.

- Do widzenia, do widzenia! - zawołały chórem sieroty Baudelaire, gdy ładowano do 

ciężarówki Niewiarygodnie Jadowitą Żmiję. - Do widzenia, do widzenia! - wołały, i chociaż 

Żmija   była   właściwie   przyjaciółką   Słoneczka,   Wioletka   i   Klaus   też   płakali,   razem   z 
siostrzyczką. A gdy Niewiarygodnie Jadowita Żmija wyciągnęła do góry łeb, żeby spojrzeć 

na dzieci, zobaczyły, że i ona płacze - z jej zielonych oczu kapały małe, błyszczące łezki. 
Żmija też była błyskotliwa. Dzieci popatrzyły po sobie - ich łzy błyszczały tak samo jak łzy 

żmii.

- Jesteś błyskotliwy - mruknęła Wioletka do Klausa. - Znalazłeś informacje o Mambie 

Złej.

- Jesteś błyskotliwa - odmruknął Klaus. - Wydobyłaś dowody z walizki Stefana.

- Błyskotliwa!   -   powtórzyło   Słoneczko,   a   Wioletka   i   Klaus   uściskali   swoją   małą 

siostrzyczkę. Nawet najmłodsza z Baudelaire'ów była błyskotliwa, bo potrafiła z pomocą 

Niewiarygodnie Jadowitej Żmii odwrócić uwagę dorosłych.

background image

- Do   widzenia,   do   widzenia!   -   wołali   błyskotliwi   Baudelaire'owie,   machając   na 

pożegnanie gadom Wujcia Monty'ego. Stali tak w blasku księżyca i machali dalej, chociaż 
Bruce zatrzasnął już drzwi ciężarówki i wóz ruszył wzdłuż żmijokrzewów, a potem zjechał 

na Parszywą Promenadę, minął zakręt i zniknął w ciemności.

background image

LEMONY SNICKET

urodził   się   w   małym   miasteczku,   którego   mieszkańcy   są   podejrzliwi   i   skłonni   do 

zwady.   Obecnie   mieszka   w   wielkim   mieście.   W   wolnych   chwilach   gromadzi   dowody 

przestępstw i wśród najwyższych autorytetów cieszy się opinią swoistego eksperta.

BRETT HELQUIST

urodził   się   w   Gonado   w   stanie   Arizona,   dorastał   w   Orem   w   stanie   Utah,   a   teraz 

mieszka w Nowym Jorku. Wiele jego rysunków ukazuje się w prasie, między innymi w 

piśmie „Cricket” i w dzienniku „New York Times”.

background image

Szanowny Wydawco,

Piszę do Pana znad Jeziora Łzawego, gdzie badam szczątki domu Ciotki Józefiny, aby 

dokładnie zrozumieć wszystko, co się tam zdarzyło podczas pobytu sierot Baudelaire.

Proszę   w   najbliższą   środę   o   czwartej   po   południu   udać   się   do   kawiarni   Kafka   i 

zamówić herbatę jaśminową u najwyższego kelnera z drugiej zmiany. O ile moi wrogowie 

mnie   nie   ubiegli,   przyniesie   on   Panu   zamiast   herbaty   dużą   kopertę.   W   kopercie   tej 
znajdzie Pan moje sprawozdanie z przebiegu tragedii zatytułowanej OGROMNE OKNO, a 

także plan Skisłej Groty, woreczek tłuczonego szkła i kartę dań z restauracji Smutny Klaun. 
Będzie tam również probówka zawierająca Pijawkę Łzawą (1 szt.) - to dla p. Helquisia, aby 

mógł   wiernie   sportretować   okaz.   Nie   należy   POD   ŻADNYM   POZOREM   otwierać 
probówki.

Proszę pamiętać, że jest Pan moją ostatnią nadzieją na to, że losy sierot Baudelaire 

zostaną wreszcie ujawnione światu.

Z całym należnym szacunkiem
Lemony Snicket

background image

Drogi Czytelniku!

Jeśli sięgnąłeś po tę książkę, aby poczytać sobie coś łatwego i wesołego, to obawiam 

się,   że   wybrałeś   jak   najgorzej.   Z   początku,   gdy   rodzeństwa   Baudelaire   obraca   się   w 

towarzystwie interesujących gadów i roztargnionego wuja, historia ta może ci się wydać 
wesoła,   ale   nie   daj   się   nabrać.   Jeżeli   wiesz   już   cokolwiek   o   pechowych   sierotach 

Baudelaire, nie będziesz miał wątpliwości, że nawet miłe zdarzenia prowadzą w ich życiu 
do zguby.

Mówiąc konkretnie, w książce, którą w tej chwili trzymasz w ręku, dzieci będą musiały 

znieść:   wypadek   samochodowy,   straszny   smród,   jadowitą   żmiję,   długi   nóż,   ciężką, 

mosiężną lampę biblioteczna oraz ponowne pojawienie się osoby, której miały nadzieję 
nigdy więcej nie oglądać.

Moim   przykrym   obowiązkiem   jest   spisanie   tragicznych   przypadków   rodzeństwa 

Baaudelaire, ale Tobie, Czytelniku, nic nie przeszkadza odłożyć tę książkę i poczytać sobie 

raczej coś wesołego, o ile wolisz wesołe lektury.

Z poważaniem

Lemony Snicket