background image

LEMONY SNICKET 

GABINET GADÓW 

Seria niefortunnych zdarzeń 

KSIĘGA DRUGA

 

Tytuł serii: A Series of Unfortunate Events 

Tytuł oryginału: The Reptile Room 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Beatrycze 

Moja miłość dla Ciebie wciąż żyje. 

Ty - już nie.

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Ten  kawałek  drogi,  którym  wyjeżdża  się  z  miasta,  aby  minąć  Zamgloną  Zatokę  i 

wjechać  do  miejscowości  Nuda  Wielka,  jest  chyba  najbrzydszym  kawałkiem  drogi  na 

świecie. Nazywa się Parszywa Promenada. 

Parszywa  Promenada  biegnie  przez  chorobliwie  szare  pola,  z  rzadka  porośnięte 

rachitycznymi  jabłonkami,  które  rodzą  owoce  tak  kwaśne,  że  można  się  pochorować  od 

samego  ich  widoku.  Parszywa  Promenada  przecina  rzekę  Ponurkę,  którą  w  dziewięciu 

dziesiątych  wypełnia  muł  i  w  której  żyją  wyjątkowo  nieapetyczne  ryby,  po  czym  okrąża 

fabrykę chrzanu, od której cała okolica zalatuje kwaśną goryczą. 

Z  przykrością  zawiadamiam  was,  że  nasza  nowa  opowieść  o  sierotach  Baudelaire 

zaczyna się od ich podróży tą właśnie wyjątkowo nieprzyjemną drogą i że od tej pory będzie 

już  tylko  gorzej.  Ze  wszystkich  nieszczęśników  na  świecie  -  a  tych,  jak  wam  pewnie 

wiadomo,  nie  brakuje  -  młodzi  Baudelaire'owie  zdecydowanie  zasługują  na  palmę 

pierwszeństwa;  zwrot  len  znaczy  tutaj,  że  przydarzyło  im  się  znacznie  więcej  okropnych 

rzeczy niż innym ludziom. Wszystko zaczęło się od straszliwego pożaru, który pochłonął ich 

dom i kochających rodziców - taka dawka przykrości wystarczyłaby każdemu do końca życia, 

ale dla trojga młodych Baudelaire'ów był to dopiero początek nieszczęść. Po pożarze oddano 

ich  pod  opiekę  dalekiemu  krewnemu  nazwiskiem  Hrabia  Olaf  -  osobnikowi  podłemu  i 

chciwemu. Baudelairo'owie - rodzice pozostawili ogromny majątek, który po dojściu Wioletki 

do pełnoletności miał przejść w ręce dzieci, lecz Hrabia Olaf, opętany żądzą przechwycenia 

fortuny w swoje brudne łapy, wymyślił szatański plan, który do dzisiaj śni mi się po nocach. 

Zdemaskowany  w  ostatniej  chwili,  zbiegi,  odgrażając  się,  że  kiedyś  jeszcze  dorwie  się  do 

majątku Baudelaire'ów. Tymczasem Wioletkę, Klausa i Słoneczko prześladowały koszmarne 

sny  o  dziko  błyszczącym  wzroku  Hrabiego  Olafa,  o  jego  pojedynczej  krzaczastej  brwi,  a 

przede wszystkim o oku, które miał wytatuowane nad kostką lewej nogi. Sierotom Baudelaire 

zdawało się, że to upiorne oko śledzi ich na każdym kroku. 

Muszę was uprzedzić, że jeśli otworzyliście tę książkę z nadzieją wyczytania w niej, 

że w końcu jednak dzieci żyły długo i szczęśliwie, to lepiej zaraz zamknijcie ją z powrotem i 

poczytajcie  sobie  coś  innego.  Gdyż  Wioletka,  Klaus  i  Słoneczko,  ściśnięci  w  samochodzie, 

gapiąc się na Parszywą Promenadę, zmierzali właśnie ku jeszcze większym nieszczęściom i 

smutkom.  Rzeka  Ponurka  i  fabryka  chrzanu  były  zaledwie  preludium  serii  tragicznych  a 

niemiłych epizodów, których wspomnienie chmurzy moje czoło, a oczy napełnia łzami. 

background image

Kierowcą samochodu był pan Poe, przyjaciel rodziny, który pracował w banku i stale 

miał  kaszel.  Jako  osoba nadzorująca  sprawy  sierot  Baudelaire,  to  właśnie  on,  po  przykrych 

zajściach z Hrabią Olafem, zadecydował o umieszczeniu dzieci na wsi, pod opieką dalekiego 

krewnego. 

- Przepraszam, jeśli jest wam niewygodnie - odezwał się pan Poe, pokasłując w białą 

chusteczkę - ale mój nowy samochód nie jest przeznaczony dla tak wielu pasażerów. Nawet 

wasze walizki się nie zmieściły. Podjadę jeszcze raz za tydzień, albo coś koło tego, i podrzucę 

wam rzeczy. 

- Dziękujemy - odparta machinalnie Wioletka, lat czternaście, najstarsza z rodzeństwa 

Baudelaire'ów.  Każdy,  kto  znał  Wioletkę,  domyśliłby  się  zaraz,  że  wcale  nie  słuchała  pana 

Poe, gdyż związała swoje długie włosy wstążką, aby nie wpadały jej do oczu. Wioletka była 

wynalazczynią i zawsze kiedy obmyślała nowy  wynalazek, wiązała włosy w ten sposób. W 

ten sposób lepiej jej się myślało o rozmaitych trybikach, kablach i sznurkach, niezbędnych do 

skonstruowania większości urządzeń. 

- Po tylu latach spędzonych w mieście - ciągnął pan Poe - życie na wsi będzie dla was, 

jak sądzę, przyjemną odmianą. O, widzę nasz zakręt. Jesteśmy prawie na miejscu. 

- Całe  szczęście  -  mruknął  cicho  Klaus.  Klaus,  jak  wiele  osób,  strasznie  się  nudził 

podczas  jazdy  samochodem  i  bardzo  żałował,  że  nie  wziął  nic  do  czytania.  Klaus  uwielbiał 

czytać.  Mając  około  dwunastu  lat,  zdążył  przeczytać  więcej  książek  niż  niejeden  człowiek 

przez cale życie. Czasami czytał do późna w nocy i rankiem znajdowano go nieraz śpiącego z 

książką w ręku i w okularach na nosie. 

- Sądzę też, że spodoba wam się Doktor Montgomery - mówił dalej pan Poe. - Bardzo 

wiele podróżował i ma mnóstwo ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Podobno jego dom jest 

pełen pamiątek, które poprzywoził z podróży. 

Baks!  -  pisnęło  Słoneczko.  Najmłodsza  z  sierot  Baudelaire  często  wydawała  takie 

dźwięki,  jak  to  niemowlęta.  Prawdę  mówiąc  -  oprócz  gryzienia  wszystkiego,  co  popadło, 

czterema  bardzo  ostrymi  ząbkami  -  wygłaszanie  strzępków  słów  było  głównym  zajęciem 

Słoneczka.  Często  trudno  było  odgadnąć,  co  Słoneczko  ma  na  myśli.  W  tym  konkretnym 

przypadku  mogło  chodzić  o  coś  w  rodzaju:  „Denerwuję  się  przed  spotkaniem  z  nowym 

krewnym”. Denerwowała się zresztą cała trójka. 

- Jak właściwie jest z nami spokrewniony Doktor Montgomery? - spytał Klaus. 

- Doktor  Montgomery  jest...  zaraz,  zaraz...  bratem  żony  kuzyna  waszego  zmarłego 

ojca. Chyba tak. To naukowiec. Otrzymuje bardzo dużo pieniędzy od rządu. Jako bankier, pan 

Poe interesował się głównie pieniędzmi. 

background image

- Jak mamy się do niego zwracać? - pytał dalej Klaus. 

- Najlepiej  „Doktorze  Montgomery”  -  odparł  pan  Poe.  -  O  ile  sam  nie  każe  się 

nazywać po imieniu, albo po nazwisku. Montgomery to jego imię i nazwisko, więc i tak nie 

ma różnicy. 

- Nazywa się Montgomery Montgomery? 

- No właśnie. I na pewno jest bardzo drażliwy na tym punkcie, więc nie ważcie się z 

niego szydzić - ostrzegł pan Poe i znów rozkaszlał się w chusteczkę. - „Szydzić” - dodał - to 

znaczy „wyśmiewać się”. 

Klaus westchnął ciężko. 

- Ja wiem, co znaczy „szydzić”. 

Nie dodał, że oczywiście wie również, jak to niegrzecznie wyśmiewać się z czyjegoś 

nazwiska. Niektórym najwyraźniej zdawało się, że skoro sieroty są nieszczęśliwe, to muszą 

być również niedorozwinięte umysłowo. 

Wioletka  też  westchnęła  -  i  rozwiązała  wstążkę.  Jeszcze  przed  chwilą  próbowała 

wymyślić urządzenie, które zapobiegałoby przedostawaniu się zapachu chrzanu do nosa, ale 

trema przed spotkaniem z Doktorem Montgomerym nie pozwoliła jej się skupić. 

- A  w  jakiej  dziedzinie  naukowej  specjalizuje  się  Doktor  Montgomery?  -  spytała, 

licząc na to, że ma on laboratorium, z którego będzie mogła korzystać. 

- Niestety,  nie  wiem  -  odparł  pan  Poe.  -  Tyle  miałem  załatwiania  w  związku  z 

waszymi sprawami, że nie starczyło mi czasu na pogaduszki. O, to ten podjazd. Jesteśmy na 

miejscu. 

Stromą  żwirowaną  drogą  samochód  pana  Poe  doturlał  się  pod  ogromny,  murowany 

dom. Dom miał ganek podparty kilkoma kolumnami i kwadratowe wrota z ciemnego drewna. 

Po obu stronach wrót wisiały latarnie w kształcie pochodni, jasno świecące, chociaż był już 

dzień. Nad gankiem ciągnęły się liczne szeregi kwadratowych okien, w większości otwartych 

na poranny wietrzyk. Najniezwyklejsze było jednak to, co widniało przed domem: ogromny, 

starannie  utrzymany  trawnik,  obsadzony  długimi  żywopłotami  z  krzewów  o  osobliwych 

kształtach.  Kiedy  samochód  pana  Poe  się  zatrzymał,  sieroty  Baudelaire  rozpoznały  w  tych 

kształtach żmije. Każdy krzew był inną żmiją: krótszą albo dłuższą, z językiem na wierzchu 

albo z rozwartą paszczą, odsłaniającą straszliwe, zielone zęby. Wyglądały dość niesamowicie, 

więc Wioletka, Klaus i Słoneczko przestraszyli się trochę, że muszą je minąć, aby dojść do 

domu. 

Pan  Poe,  który  szedł  przodem,  chyba  wcale  nie  zauważył  żmijokrzewów,  pewnie 

dlatego, że zajęty był instruowaniem dzieci, jak się mają zachować. 

background image

- Pamiętaj, Klaus, żebyś nie zadawał na początek zbyt wielu pytań. A ty, Wioletko... 

co się stało z twoją wstążką? Moim  zdaniem wyglądałaś z nią bardzo wytwornie.  I błagam 

was, pilnujcie, żeby Słoneczko nie ugryzło Doktora Montgomery'ego. To by całkiem popsuło 

pierwsze wrażenie. 

Pan  Poe  ruszył  do  drzwi  i  nacisnął  dzwonek  -  jeden  z  najgłośniejszych,  jakie  dzieci 

kiedykolwiek  słyszały.  Po  chwili  dały  się  słyszeć  coraz  bliższe  kroki.  Wioletka,  Klaus  i 

Słoneczko spojrzeli po sobie. Nie wiedzieli, oczywiście, że w ich pechowej rodzinie zdarzy 

się  wkrótce  kolejne  nieszczęście  -  a  jednak  czuli  się  jakoś  niewyraźnie.  Najgorsza  była  ta 

niepewność.  Czy  Doktor  Montgomery  okaże  się  sympatyczny?  Czy  będzie  przynajmniej 

trochę lepszy od Hrabiego Olafa? A czy można być gorszym od Hrabiego Olafa? 

Drzwi  skrzypnęły  i  otworzyły  się  powoli,  a  sieroty  Baudelaire  wstrzymały  oddech  i 

zerknęły  w  mroczny  przedsionek.  Zobaczyły  ciemnowiśniowy  chodnik  na  podłodze  i 

witrażowy  żyrandol  u  sufitu.  Zobaczyły  też  malowidło  na  ścianie,  przedstawiające  dwie 

splecione żmije. Ale gdzie był Doktor Montgomery? 

- Hop, hop! - zawołał pan Poe. - Hop, hop! 

- Witam, witam, witam! - zadudnił z bliska tubalny głos i spoza drzwi wychynął niski, 

tęgi  pan  z  okrągłą  rumianą  twarzą.  -  Jestem  wasz  Wujcio  Monty.  Co  za  idealne  wyczucie 

czasu! Właśnie skończyłem dekorować tort kokosowy! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Czy Słoneczko nie lubi kokosa? - zmartwił się Wujcio Monty. 

Wujcio  Monty,  pan  Poe  i  sieroty  Baudelaire  siedzieli  przy  jaskrawozielonym  stole. 

Każdy  dostał  porcje  ciepłego  jeszcze  tortu.  W  całej  kuchni  też  było  jeszcze  ciepło  od 

pieczenia.  Tort  okazał  się  rewelacyjny:  miał  mnóstwo  kremu,  a  kokosa  dokładnie  tyle,  ile 

trzeba. Wioletka, Klaus i Wujcio Monty kończyli już swoje porcje, ale pan Poe i Słoneczko 

skubnęli ledwie po kawałeczku. 

- Prawdę  mówiąc  -  wyjaśniła  Wioletka  -  Słoneczko  nie  lubi  jeść  niczego  miękkiego. 

Woli chrupać coś twardego. 

- To  bardzo  nietypowe  dla  niemowlęcia  -  zauważył  Wujcio  Monty  -  chociaż  jak 

najbardziej typowe dla  wielu  żmij.  Taka na przykład  Żwaczka  Barbaryjska musi stale mieć 

coś  w  otworze  gębowym,  inaczej  zaczyna  zżerać  własną  paszczę.  Bardzo  trudna  do 

utrzymania w niewoli. Więc może Słoneczko woli surową marchewkę? Mamy jej tu w bród. 

- Surowa marchewka byłaby idealna, Doktorze Montgomery - odparł Klaus. 

Nowy  prawny  opiekun  dzieci  już  szedł  do  lodówki,  ale  odwrócił  się  i  pogroził 

Klausowi palcem. 

- Nie  życzę  sobie  żadnych  „Doktorów  Montgomerych”  -  oznajmił.  -  Nie  znoszę 

sztywniactwa.  Mówcie  mi  Wujcio  Monty!  Nawet  wśród  kolegów  herpetologów  nikt  nie 

tytułuje mnie Doktorem Montgomery. 

- Kto to jest herpetolog? - spytała Wioletka. 

- A jak Wujcia tytułują? - spytał Klaus. 

- Dzieci, dzieci! - skarcił ich surowym tonem pan Poe. - Nie zadawajcie tylu pytań. 

Wujcio Monty uśmiechnął się do sierot. 

- Nic nie szkodzi. Pytania dowodzą dociekliwego umysłu. „Dociekliwy” to znaczy... 

- Wiemy, co to znaczy - przerwał mu Klaus. - Pełen pytań. 

- Skoro  wiesz,  co  znaczy  „dociekliwy”  -  stwierdził  Wujcio  Monty,  wręczając 

Słoneczku  znacznych  rozmiarów  marchewkę  -  to  powinieneś  również  wiedzieć,  co  to  jest 

herpetologia. 

- Na pewno nauka, która coś bada - powiedział Klaus. - Każde słowo kończące się na 

„logia” oznacza naukę, która coś bada. 

- Żmije!  -  krzyknął  z  entuzjazmem  Wujcio  Monty.  -  Żmije,  żmije,  żmije!  Tym  się 

właśnie  zajmuję!  Kocham  żmije,  wszelkiego  gatunku,  i  dlatego  jeżdżę  po  całym  świecie, 

background image

wyszukując  najrozmaitsze  okazy,  by  je  badać  tu,  w  swoim  laboratorium.  Czyż  to  nie 

pasjonujące, moje drogie dzieci? 

- To  jest  pasjonujące  -  przyznała  Wioletka.  -  Nawet  bardzo  pasjonujące.  Ale  czy  nie 

zanadto niebezpieczne? 

- Nie dla kogoś, kto dysponuje odpowiednią wiedzą - odparł Wujcio Monty. - Czy pan 

Poe też życzy sobie surową marchewkę? Ledwie skosztował tonu. 

Pan Poe poczerwieniał i przez dłuższy czas kaszlał w chusteczkę, zanim wykrztusił: 

- Nie, dziękuję, Doktorze Montgomery. Wujcio Monty mrugnął do dzieci. 

- Pan też może mówić do mnie Wujciu Monty, jeśli ma pan chęć. 

- Nie,  dziękuję,  Wujciu  Monty  -  wyrecytował  sztywno  pan  Poe.  -  A  teraz  ja  mam 

pytanie, jeśli łaska. Wspomniał pan, że podróżuje po całym świecie. Kto wobec tego będzie 

zajmował się dziećmi podczas pańskich wypraw po nowe okazy? 

- Jesteśmy już tak duzi, że możemy zostać sami - zapewniła go pospiesznie Wioletka, 

chociaż w głębi duszy wcale nie była tego taka pewna. 

Wprawdzie  to,  co  Wujcio  Monty  mówił  o  swojej  pracy,  brzmiało  interesująco,  ale 

zostać tylko z rodzeństwem w domu pełnym żmij - to już byłoby mniej ciekawe. 

- Nawet  nie  chcę  o  tym  słyszeć  -  oburzył  się  Wujcio  Monty.  -  Cała  trójka  będzie 

podróżować ze mną. Za dziesięć dni wyruszamy do Peru; musicie mi koniecznie towarzyszyć 

w dżungli. 

- Naprawdę? - Oczy Klausa rozbłysły z emocji za okularami. - Naprawdę zabierze nas 

Wujcio do dżungli? 

- Bardzo  mi  się  przydacie  jako  pomocnicy  -  odparł  Wujcio  Monty,  sięgając 

widelczykiem  po  kęs  porcji  Słoneczka.  -  Mój  główny  asystent  Gustaw  zupełnie 

nieoczekiwanie  zostawił  mi  wczoraj  pisemne  wymówienie.  Zatrudniłem  już  kogoś  na  jego 

miejsce, nazywa się Stefano, ale przyjedzie nie wcześniej niż za tydzień, więc przygotowania 

do  ekspedycji  bardzo  się  opóźniają.  Trzeba  sprawdzić,  czy  wszystkie  pułapki  na  żmije 

działają  prawidłowo  i  nie  grożą  zranieniem  schwytanego  okazu.  Trzeba  przestudiować  opis 

terenu,  abyśmy  mogli  bez  kłopotu  poruszać  się  po  peruwiańskiej  dżungli.  Trzeba  pociąć 

bardzo długą linę na małe, poręczne odcinki. 

- Interesuję  się  mechaniką  -  powiedziała  Wioletka,  oblizując  widelczyk  -  więc  z 

największą przyjemnością poznam tajniki pułapek na żmije. 

- Mnie fascynują przewodniki turystyczne - rzekł Klaus, ocierając usta serwetką - więc 

bardzo chętnie przestudiuję opis terytorium Peru. 

background image

- Eodzip! - pisnęło  Słoneczko, odgryzając kęs marchewki. Prawdopodobnie miało  na 

myśli coś w rodzaju: „Z rozkoszą poprzegryzam tę długą linę na małe, poręczne odcinki!”. 

- Wspaniale!  -  uradował  się  Wujcio  Monty.  -  Cieszę  się,  że  macie  tyle  entuzjazmu. 

Dzięki temu łatwiej damy sobie radę bez Gustawa. Swoją drogą, bardzo dziwne było to jego 

nagłe odejście. Dla mnie to spory cios. 

Wujcio Monty zasępił się, co tu oznacza: „zrobił zmartwioną minę na myśl o ciosie, 

który  go  spotkał”  -  chociaż  gdyby  mógł  przewidzieć  cios,  który  go  czeka,  nie  marnowałby 

czasu na myślenie o Gustawie. Bardzo żałuję - tak samo jak i wy z pewnością żałujecie - że 

nie  można  cofnąć  się  w  czasie  i  ostrzec  Wujcia  Monty'ego,  ale  nie  można,  i  już.  Wujcio 

Monty też widocznie pomyślał sobie, że jak nie można, to nie można, i już, bo otrząsnął się z 

przykrych myśli i znów spojrzał na dzieci z uśmiechem. 

- W takim razie bierzmy się zaraz do roboty. Zrób dziś, co jutro zrobić masz - zawsze 

to sobie powtarzam. Więc odprowadźcie pana Poe do samochodu, a potem ja was oprowadzę 

po Gabinecie Gadów. 

Trójka  młodych  Baudelaire'ów,  która  za  pierwszym  razem  tak  się  bała  przejść  obok 

krzewów  w  kształcie  żmij,  teraz  przebiegła  między  nimi  mi  zupełnie  bez  lęku,  eskortując 

pana Poe do automobilu. 

Słuchajcie,  dzieci  -  rzekł  pan  Poe,  pokasłując  w  chusteczkę,  -  Za  jakiś  tydzień 

przyjadę  podrzucić  wam  bagaże  i  sprawdzić,  czy  wszystko  w  porządku.  Rozumiem,  że 

Doktor  Montgomery  może  was  początkowo  trochę  onieśmielać,  ale  na  pewno  z  czasem 

przywykniecie... 

- Wcale nas nie onieśmiela! - przerwał mu Klaus. - Wydaje się bardzo sympatyczny. 

- Nie  mogę  się  doczekać  zwiedzania  Gabinetu  Gadów  -  wyznała  z  przejęciem 

Wioletka. 

- Mika! - oznajmiło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Do widzenia panu, panie 

Poe. Dziękujemy za podwiezienie”. 

- No  to  do  widzenia  -  powiedział  pan  Poe.  -  Pamiętajcie,  że  macie  stąd  blisko  do 

miasta, więc gdyby wynikły jakiekolwiek kłopoty, skontaktujcie się zaraz ze mną lub innym 

pracownikiem Mecenatu Mnożenia Mamony. 

Pan  Poe  machnął  niezdarnie  białą  chusteczką,  wpakował  się  do  ciasnego  autka  i 

zawrócił w dół stromym żwirowanym podjazdem na Parszywą Promenadę. Wioletka, Klaus i 

Słoneczko  długo  machali  mu  na  pożegnanie.  Mieli  nadzieję,  że  pan  Poe  będzie  pamiętał  o 

zamknięciu okien samochodu, aby smród chrzanu nie za bardzo dal mu się we znaki. 

- Bambini! - zawołał tymczasem z ganku Wujcio Monty. - Chodźcie już, bambini! 

background image

Sieroty Baudelaire popędziły miedzy żmijokrzewami do swojego nowego opiekuna. 

- Wioletka,  Wujciu  Monty  -  przedstawiła  się  Wioletka.  -  Nazywam  się  Wioletka,  to 

jest  mój  brat  Klaus,  a  to  Słoneczko,  nasza  mała  siostrzyczka.  Żadne  z  nas  nie  ma  na  imię 

Bambini. 

- Bambini to po włosku znaczy „dzieci” - wyjaśnił Wujcio Monty. - Zachciało mi się 

nagle  pogadać  po  włosku.  To  jeszcze  nie  najgorzej,  bo  tak  się  z  was  cieszę,  że  mógłbym 

bełkotać ze szczęścia. 

- Nie miał Wujcio nigdy własnych dzieci? - spytała Wioletka. 

- Niestety nie. Wiele razy chciałem poszukać sobie żony i założyć rodzinę, ale zawsze 

mi to jakoś wylatywało z głowy. Chcecie teraz obejrzeć Gabinet Gadów? 

- Jeszcze  jak!  -  powiedział  Klaus.  Minęli  wiszące  w  przedsionku  malowidło  ze 

żmijami  i  wkroczyli  za  Wujciem  Montym  do  wielkiego,  bardzo,  bardzo  wysokiego  hallu  z 

paradnymi schodami. 

- Wasze  pokoje  są  na  górze  -  oznajmił  Wujcio Monty,  wskazując  schody.  -  Możecie 

zamieszkać, w którym kto chce, i poprzestawiać meble według swego gustu. Zrozumiałem, że 

pan  Poe  dowiezie  wasze  bagaże  swoim  minipojazdem  w  późniejszym  terminie,  więc 

sporządźcie,  proszę,  listę  niezbędnych  rzeczy,  to  pojedziemy  jutro  do  miasta  i  wszystko 

kupimy; nie możecie przecież chodzić przez parę dni w jednej bieliźnie. 

- Naprawdę każde z nas dostanie własny pokój? - upewniła się Wioletka. 

- Oczywiście - powiedział Wujcio Monty. - Nie sądziliście chyba, że mając taki wielki 

dom, upchnę was wszystkich w jednym pokoju? Któż mógłby tak postąpić? 

- Hrabia Olaf - odparł Klaus. 

- A, rzeczywiście, pan Poe coś mi o nim wspominał. - Wujcio Monty skrzywił się tak, 

jakby skosztował  czegoś bardzo niesmacznego.  - Zdaje się, że ten Hrabia Olaf to paskudny 

typek. Mam nadzieję, że kiedyś dzikie bestie rozerwą go na strzępy. Miałby za swoje, co? A 

oto i Gabinet Gadów. 

Stanęli  przed  bardzo  wysokimi  drzwiami  z  wielką  klamką  dokładnie  pośrodku. 

Klamka była umieszczona tak wysoko, że Wujcio Monty musiał wspiąć się na palce, aby ją 

nacisnąć.  Drzwi  otworzyły  się  ze  skrzypem  zawiasów,  a  sieroty  Baudelaire  wstrzymały 

oddech ze zdumienia i zachwytu, kiedy ujrzały wnętrze. 

Gabinet  Gadów  był  cały  ze  szkła:  miał  jasne,  przejrzyste  szklane  ściany  i  wysoko 

umieszczony  szklany  sufit,  który  zwężał  się  w  szpic,  jak  w  katedrze.  Za  przezroczystymi 

ścianami ciągnęły się soczystozielone łąki pełne traw i krzewów, a wszystko było tak świetnie 

background image

widać, że człowiek stojący w Gabinecie Gadów czuł się tak, jakby przebywał w domu i na 

dworze jednocześnie. 

Ale  jeszcze  bardziej  niezwykłe  niż  sama  sala  było  to,  co  się  w  niej  mieściło.  Czyli, 

rzecz jasna, gady. Metalowe klatki z gadami stały jedna przy drugiej na drewnianych stołach, 

w  czterech  równiutkich  rzędach  ciągnących  się  przez  całą  długość  pokoju.  W  klatkach 

siedziały,  oczywiście,  najrozmaitsze  żmije,  ale  nie  tylko  -  również  jaszczurki,  żaby  i  sporo 

stworzeń, jakich dzieci nigdy jeszcze nie widziały, nawet na obrazku ani w zoo. Była tam, na 

przykład, bardzo gruba żaba, której z grzbietu wyrastała para skrzydeł, i dwugłowa jaszczurka 

z brzuszkiem w jaskrawożółte prążki. Była taka żmija, która miała trzy otwory gębowe, jeden 

nad drugim, i  taka, która nie miała chyba ani  jednego.  Była jaszczurka, która wyglądała jak 

sowa: siedziała na kłodzie jak na grzędzie i wybałuszała ślepia, i była żaba, która wyglądała 

zupełnie jak kościół: nawet oczy miała jak witraże. Tylko jedną klatkę okrywała biała płachta, 

więc  nie  było  wiadomo,  co  tam  siedzi.  Dzieci  przechodziły  wzdłuż  rzędów  i  w  niemym 

zachwycie  zaglądały  do  wszystkich  klatek  po  kolei.  Jedne  stworzenia  wyglądały 

sympatycznie, inne dość groźnie, ale wszystkie prezentowały się fascynująco. 

wiec  sieroty  Baudelaire  każdej  klatce  poświęciły  dobrą  chwile,  a  Klaus  za  każdym 

razem podnosił Słoneczko, aby i ono mogło sobie popatrzeć. 

Dzieci tak się zaciekawiły zawartością klatek, że nie zauważyły nawet, co mieści się w 

samym  końcu  Gabinetu  Gadów  -  dopiero  gdy  doszły  do  końca  ostatniego  rzędu  klatek, 

stanęły jak wryte ze zdumienia i zachwytu. Tam gdzie kończyły się rzędy klatek, zaczynały 

się rzędy regałów, jeden za drugim, każdy wypakowany książkami wszelkich rozmiarów, a w 

kącie oświetlonym lampami do czytania stały stoliki i fotele. Pamiętacie na pewno, że rodzice 

młodych  Baudelaire'ów  posiadali  olbrzymi  księgozbiór,  który  sieroty  wspominały  z 

rozrzewnieniem i wielką tęsknotą - dlatego, odkąd zdarzył się ten straszny pożar, największą 

przyjemnością  było  dla  nich  spotkać  kogoś,  kto  też  uwielbiał  książki.  Wioletka,  Klaus  i 

Słoneczko  przyglądali  się  książkom  z  taką  samą  uwagą,  jak  gadom  w  klatkach  i  zaraz 

zauważyli,  że  są  to  w  większości  lektury  o  żmijach  i  innych  gadach.  Wyglądało  na  to,  że 

znajduje  się  tu  wszystko,  co  dotychczas  napisano  na  ten  temat,  od  Wprowadzenia  do 

jaszczurów  po  Hodowlę  i  żywienie  kobry  androgynicznej  -  toteż  cała  trójka  dzieci,  a 

zwłaszcza Klaus, nie mogła się wprost doczekać pouczających lektur w Gabinecie Gadów. 

- To nadzwyczajne miejsce - powiedziała w końcu Wioletka, przerywając długą ciszę. 

- Dziękuję  - uśmiechnął  się skromnie Wujcio Monty.  -  Gromadziłem  ten księgozbiór 

przez całe życie. 

- Naprawdę wolno nam tu wchodzić? - upewnił się Klaus. 

background image

- Czy  wolno?  -  powtórzył  Wujcio  Monty.  -  Oczywiście,  że  nie.  Ja  was  błagam, 

żebyście tu przychodzili. Począwszy od jutra rana, wszyscy troje macie siedzieć tu codziennie 

i przygotowywać wyprawę do Peru. Opróżnię jeden stół dla ciebie, Wioletko, abyś mogła na 

nim  sprawdzać  pułapki.  Ciebie,  Klausie,  zobowiązuję  do  przeczytania  wszystkich 

znajdujących się w bibliotece książek o Peru i poczynienia starannych notatek. A Słoneczko 

może  siedzieć  na  podłodze  i  przegryzać  linę.  Będziemy  pracowali  do  kolacji,  a  po  kolacji 

codziennie wyskoczymy sobie do kina. Czy są jakieś zastrzeżenia? 

Wioletka, Klaus i  Słoneczko popatrzyli po sobie i  uśmiechnęli się od ucha do ucha. 

Zastrzeżenia? Przecież jeszcze do niedawna mieszkali u Hrabiego Olafa, który kazał im rąbać 

drewno i sprzątać po swoich pijanych gościach, a do tego cały czas knuł, jak by tu zagarnąć 

ich  majątek.  Wujcio  Monty  proponował  im  cudowny  sposób  spędzania  czasu,  więc 

odpowiedzieli  mu  uśmiechami  pełnymi  entuzjazmu.  Oczywiście,  że  nie  było  żadnych 

zastrzeżeń. Wioletka, Klaus Słoneczko rozglądali się po Gabinecie Gadów, wyobrażając sobie 

beztroskie  życie  pod  opieką  Wujcia  Monty'ego.  Co  do  beztroski  to,  oczywiście,  grubo  się 

mylili, ale na razie cała trójka była pełna

 

nadziei, zapału i radości. 

Nie,  nie,  nie!  -  zawołało  Słoneczko,  najwyraźniej  w  odpowiedzi  na  pytanie  Wujcia 

Monty'ego. 

- Świetnie,  świetnie,  świetnie  -  uśmiechnął  się  Wujcio  Monty.  -  A  teraz  chodźmy 

zobaczyć, kto zamieszka w którym pokoju. 

- Wujciu Monty? - odezwał się nieśmiało Klaus. - Mam pytanie. 

- Słucham. 

- Co jest w tej przykrytej klatce? 

Wujcio  Monty  popatrzył  na  zakrytą  klatkę,  a  potem  na  dzieci.  Jego  oblicze 

rozpromieniło się uśmiechem najczystszej radości. 

- To,  moi  kochani,  jest  nieznana  żmija,  którą  przywiozłem  z  ostatniej  wyprawy.  Na 

razie  widziały  ją  tylko  dwie  osoby:  Gustaw  i  ja.  W  przyszłym  miesiącu  zamierzam 

zademonstrować ją jako swoje odkrycie Towarzystwu Herpetologicznemu, ale wam pozwolę 

zerknąć już teraz. Chodźcie no bliżej. 

Sieroty  Baudelaire  skupiły  się  przed  zakrytą  klatką,  a  Wujcio  Monty  zamaszyście  - 

słowo  „zamaszyście”  znaczy  tu:  „szerokim,  teatralnym  gestem”  -  ściągnął  zasłonę  z  klatki. 

Duża, czarna żmija -  czarna jak węgiel i  gruba jak rura kanalizacyjna  - spojrzała wprost na 

dzieci  lśniącymi,  zielonymi  oczami.  Zaraz  po  odsłonięciu  zaczęła  się  wić  i  pełzać  po  całej 

klatce. 

background image

- Ponieważ  to  ja  ją  odkryłem  -  rzekł  Wujcio  Monty  -  ja  również  musiałem  nadać  jej 

nazwę. 

- A jak się nazywa? - spytała Wioletka. 

- Niewiarygodnie Jadowita Żmija - odparł Wujcio Monty. 

W tej samej chwili zdarzyło się coś, co z pewnością was zainteresuje. Żmija jednym 

zamachem  ogona  otworzyła  klatkę,  wyślizgnęła  się  na  Mol  i  zanim  ktokolwiek  zdążył  coś 

powiedzieć, rozwarła paszczę i ukąsiła Słoneczko w samą bródkę. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Bardzo, bardzo przepraszam, że tak długo trzymałem was w niepewności, ale pisałem 

sobie spokojnie historię sierot Baudelaire - a tu patrzę na zegarek i widzę, że zaraz spóźnię się 

na  proszoną  kolację  do  Madame  diLustro.  Madame  diLustro  jest  moją  dobrą  znajomą  i 

wyśmienitym detektywem, a w dodatku świetnie gotuje, ale wpada w szał, jeśli gość zjawi się 

choćby  pięć  mimu  po  godzinie  wyznaczonej  w  jej  zaproszeniu,  więc  sami  rozumiecie,  że 

musiałem  gnać.  Na  pewno

 

przeczytawszy  koniec  poprzedniego  rozdziału,  nabraliście 

pewności,  że  Słoneczko  nie  żyje  i  że  to  jest  właśnie  to  straszne  nieszczęście,  spotkało 

młodych  Baudelaire'ów  w  domu  Wujcia  Monty'ego,  więc  spieszę  was  zapewnić,  że 

Słoneczko wyszło z tej opresji bez szwanku. Umrze, niestety, Wujcio Monty, choć nie zaraz. 

Gdy  zęby  Niewiarygodnie  Jadowitej  Żmii  zacisnęły  się  na  bródce  Słoneczka,  Wioletka  z 

Klausem  ujrzeli  ze  zgrozą,  że  oczka  siostrzyczki  zamykają  się,  a  jej  buzia  zastyga  w 

bezruchu.  Lecz  po  chwili  Słoneczko  z  promiennym  uśmiechem  pochyliło  głowę  równie 

gwałtownie,  jak  atakujący  przed  chwilą  gad,  rozwarło  buzię  i  ugryzło  Niewiarygodnie 

Jadowitą  Żmiję  prosto  w  maciupeńki,  pokryty  łuską  nos.  Żmija  natychmiast  puściła  bródkę 

dziecka,  pozostawiając  na  niej  ledwo  widoczny  ślad.  Dwójka  starszych  Baudelaire'ów 

spojrzała  pytająco  na  Wujcia  Monty'ego,  a  on  popatrzył  na  nich  i  roześmiał  się.  Tubalny 

śmiech jeszcze przez chwilę odbijał się echem od szklanych ścian Gabinetu Gadów. 

- Co robić, Wujciu Monty? - krzyknął zrozpaczony Klaus. 

- Strasznie was przepraszam, kochani - rzekł Wujcio Monty, ocierając dłońmi oczy. - 

Na  pewno  najedliście  się  strachu.  A  tymczasem  Niewiarygodnie  Jadowita  Żmija  należy  do 

najmniej  niebezpiecznych  i  najbardziej  przyjaznych  stworzeń  w  całym  królestwie  zwierząt. 

Słoneczko nie ma się czego obawiać, i wy też nie. 

Słoneczko, które Klaus cały czas trzymał na rękach, radośnie uściskało grube cielsko 

Niewiarygodnie Jadowitej Żmii. To przekonało Klausa, że Wujcio Monty mówi prawdę. 

- Ale dlaczego w takim razie nazywa się ona Niewiarygodnie Jadowita Żmija? 

- Dla niepoznaki - roześmiał się ponownie Wujcio Monty. - Mówiłem wam przecież, 

że skoro ja ją odkryłem, to i ja muszę nadać jej nazwę. Tylko nie zdradźcie nikomu sekretu 

Niewiarygodnie  Jadowitej  Żmii,  bo  w  czasie  prezentacji  chciałbym  dobrze  nastraszyć 

Towarzystwo Herpetologiczne, zanim wyjawię, że jest to gad całkowicie nieszkodliwy! Bóg 

jeden wie, ile się nasłuchałem kpin ze swojego imienia i nazwiska. „Dzień dobry dzień dobry, 

Montgomery  Montgomery”,  „Jak  zdrowie  jak  zdrowie,  Montgomery  Montgomery?”  -  tak 

background image

sobie  ze  mnie  żartują.  Ale  na  tegorocznej  konferencji  sam  odpłacę  im  żarcikiem.  -  Wujcio 

Monty  wyprężył  się  dumnie  i  przybrał  sztuczny,  napuszony  ton  naukowca.  -  „Szanowni 

koledzy, chciałbym  przedstawić wam  okaz nowego  gatunku  - oto  Niewiarygodnie Jadowita 

Żmija.  Znalazłem  ją  w  południowo  -  zachodnich  lasach,.,  o  mój  Boże!  Wymknęła  się!”.  A 

gdy  już  wszyscy  moi  koledzy  herpetolodzy  powskakują  na  krzesła  i  stoły,  wrzeszcząc  ze 

strachu,  wyjaśnię  im  spokojnie,  że  moja  żmija  nie  skrzywdziłaby  nawet  muchy!  Przedni 

kawał, co? 

Wioletka z Klausem wymienili spojrzenia i oboje parsknęli śmiechem - częściowo z 

ulgi,  że  siostrzyczce  nic  się  nie  stało,  a  częściowo  z  rozbawienia,  gdyż  kawał  Wujcia 

Monty'ego wydał im się naprawdę niezły. 

Klaus posadził Słoneczko na podłodze, a Niewiarygodnie Jadowita Żmija zaraz czule 

oplotła je ogonem, tak jak obejmujemy ramieniem kogoś, kogo lubimy. 

- Ale czy są w tej sali prawdziwie niebezpieczne żmije? - spytała Wioletka. 

- Oczywiście - odparł Wujcio Monty. - Nie można badać żmij przez czterdzieści lat i 

nie natknąć się na niebezpieczne okazy. Mam całą szafkę próbek jadu wszystkich poznanych 

dotąd  jadowitych  żmij:  badając  je,  zgłębiam  różne  mechanizmy  niebezpiecznych  ukąszeń. 

Pewna żmija w tej sali ma jad tak zabójczy, że serce ofiary przestaje bić, zanim poczuje ona 

ukąszenie. Inna potrafi tak szeroko rozdziawić paszczę, że połknęłaby nas wszystkich czworo 

na jeden kęs. Mam też parkę żmij, które umieją prowadzić samochód, ale tylko po piracku: 

przejechałyby człowieka na ulicy i nawet nie zatrzymałyby się, by powiedzieć „przepraszam”. 

Wszystkie  te  okazy  siedzą  w  solidnie  zabezpieczonych  klatkach,  lecz  z  każdym  można 

zadawać  się  bezpiecznie,  gdy  się  je  odpowiednio  dobrze  pozna.  Obiecuję  wam,  że  jeśli  nie 

pożałujecie czasu na naukę, włos wam z głowy nie spadnie w Gabinecie Gadów. 

Są w życiu takie sytuacje, z którymi spotykamy się o wiele za często i nazywamy je 

ogólnie  „ironią  losu”.  Jedna  z  nich  zdarzy  się  za  chwilę  sierotom  Baudelaire.  Mówiąc 

najprościej, ironia losu  ujawnia się wtedy,  gdy ktoś wygłasza niewinną uwagę, a ktoś  inny, 

kto tę uwagę słyszy, wie coś, przez co nabiera ona całkiem odmiennego i zwykle niemiłego 

znaczenia. Gdybyś na przykład, jedząc obiad  w restauracji, powiedziała  głośno:  „Nie mogę 

się doczekać, kiedy mi przyniosą zamówioną potrawkę cielęcą”, a dookoła siedzieliby ludzie, 

którzy wiedzieliby, że potrawka cielęca jest zatruta i ledwie jej skosztujesz, padniesz trupem 

na miejscu - byłby to przykład ironii losu. Ironia losu jest okrutna i prawie zawsze tragiczna w 

skutkach,  dlatego  przykro  mi,  że  zakradła  się  do  naszej  opowieści,  ale  niestety,  Wioletka, 

Klaus  i  Słoneczko  są  takimi  pechowcami,  że  zjawienie  się  w  ich  życiu  potwora  ironii  losu 

było tylko kwestią czasu. 

background image

Słuchając,  jak  Wujcio Monty  obiecuje  sierotom  Baudelaire,  że  włos  im  z  głowy  nie 

spadnie  w  Gabinecie  Gadów,  wy  i  ja  powinniśmy  doświadczyć  osobliwego  uczucia,  które 

zawsze poprzedza ironię losu. Uczucie to przypomina nagły ucisk w żołądku, który przydarza 

nam  się,  gdy winda, do  której  wsiedliśmy,  rusza gwałtownie w dół  albo, gdy leżymy sobie 

pod kołderką, drzwi szafy otwierają się ze skrzypnięciem, odsłaniając ukrytą w środku osobę. 

Żeby nie wiem jak bezpieczne i szczęśliwe czuły się chwilowo sieroty Baudelaire i żeby nie 

wiem  jak  kojąco  brzmiały  słowa  Wujcia  Monty'ego,  my  przecież  wiemy,  że  już  niedługo 

Wujcio Monty padnie trupem, a dzieci znów będą bardzo nieszczęśliwe. 

Przez  tydzień  wiodły  jednak  w  nowym  domu  cudowne  życie.  Co  rano  budziły  się  i 

ubierały  w  zaciszu  własnych  pokoi,  które  sobie  wybrały  i  urządziły  wedle  gustu.  Wioletka 

wybrała  pokój  z  wielkim  oknem,  wychodzącym  na  trawnik  przed  domem  i  rosnące  na  nim 

żmijowate  krzewy.  Miała  nadzieję,  że  ten  widok  będzie  dla  niej  natchnieniem  przy 

obmyślaniu wynalazków. 

Wujcio  Monty  pozwolił  Wioletce  poprzyczepiać  pinezkami  do  ścian  duże  arkusze 

białego papieru, aby mogła na gorąco szkicować swoje pomysły, nawet w środku nocy. Klaus 

zamieszkał w pokoju z przytulną alkową - słowo „alkowa” oznacza tu: „mały, zaciszny kącik, 

idealny  jako  miejsce  do  czytania”.  Za  pozwoleniem  Wujcia  Monty'ego  wtaszczył  na  górę 

duży  wyściełany  fotel  z  salonu,  który  akurat  zmieścił  się  w  alkowie,  pod  ciężką,  mosiężną 

lampą. Co noc, zamiast czytać w łóżku, Klaus kulił się w fotelu z kolejną książką z biblioteki 

Wujcia Monty'ego i  siedział tam nieraz do rana.  Słoneczko wybrało  sobie środkowy pokój, 

między  Wioletką  a  Klausem,  i  zapełniło  go  twardymi  przedmiotami  uzbieranymi  po  całym 

domu, aby mieć co gryźć, gdy tylko przyjdzie mu na to chęć. W pokoju Słoneczka znalazł się 

także zestaw zabawek dla Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, aby Żmija i Słoneczko mogły się 

razem bawić - oczywiście w granicach rozsądku. 

Ale  ulubionym  miejscem  sierot  Baudelaire  pozostał  Gabinet  Gadów.  Co  rano  po 

śniadaniu  biegły  tam,  aby  towarzyszyć  Wujciowi  Monty'emu,  który  już  od  świtu  pracował 

nad  przygotowaniami  do  wyprawy.  Wioletka  zasiadała  przy  stole  z  mnóstwem  linek, 

trybików i  klatek, z których zbudowane były pułapki  na żmije: poznawała zasady działania 

pułapek,  naprawiała,  co  trzeba,  a  od  czasu  do  czasu  wprowadzała  jakieś  Ulepszenie,  aby 

żmije  miały  większą  wygodę  podczas  długiej  podróży  z  Peru  do  domu  Wujcia  Monty'ego. 

Przy sąsiednim stole Klaus czytał po kolei wszystkie książki o Peru i w specjalnym bloczku 

sporządzał notatki, które mogły się przydać w podróży. A Słoneczko siedziało na podłodze i z 

wielkim entuzjazmem przegryzało długą linę na krótkie kawałki. Najwspanialsze dla młodych 

Baudelaire'ów było jednak to, czego w czasie pracy dowiadywali się od Wujcia Monty'ego o 

background image

gadach. Wujcio Monty pokazał im na przykład jaszczurkę zwaną Krową Alaski  - podłużne, 

zielone stworzenie, które daje pyszne mleko. Poznały też Ropuchę Dysonansową, chropawym 

głosem naśladującą ludzką mowę. 

Nauczyły się, jak brać w rękę Atramentową Kijankę, żeby nie poplamić sobie całych 

palców czarnym barwnikiem, i po czym poznać, kiedy Pyton Drażliwy jest w złym humorze i 

lepiej go nie ruszać. Wujcio Monty poinstruował dzieci, że Zielona Ropuszka Koktajlowa nie 

powinna dostawać za dużo wody, a Wilkowęża Wirgińskiego nie wolno nigdy, pod żadnym 

pozorem, dopuszczać do maszyny do pisania. 

Przedstawiając  rozmaite  okazy  gadów,  Wujcio  Monty  często  wekslował  -  czyli 

„zbaczał  z  tematu”  -  na  wspomnienia  z  własnych  podróży  i  opowieści  o  mężczyznach, 

wężach,  kobietach,  ropuchach,  dzieciach  i  jaszczurkach,  z  którymi  zetknął  się  na  szlaku. 

Wkrótce sieroty Baudelaire też zaczęły opowiadać Wujciowi Monty'emu o swoim życiu, a w 

końcu nawet o rodzicach i o tym, jak bardzo za nimi tęsknią. Wujcio Monty słuchał dzieci z 

nie mniejszym zaciekawieniem niż one jego: parę razy tak się zagadali, że ledwo zdążyli zjeść 

późny obiad, zanim wciśnięci do minidżipa pognali do kina. 

Lecz  przyszedł  dzień,  w  którym  dzieci  weszły  po  śniadaniu  do  Gabinetu  Gadów  i 

zamiast Wujcia Monty'ego zastały tam tylko podpisany przez niego liścik tej oto treści: 

* 

Kochane Bambini, 

Jadę  do  miasta  po  kilka  ostatnich  zakupów  niezbędnych  w  naszej  ekspedycji.  Kupię 

środek  przeciwko  komarom  peruwiańskim,  szczoteczki  do  zębów,  brzoskwinie  w  puszce  i 

ognioodporny  kajak.  Poszukiwanie  brzoskwiń  na  pewno  trochę  potrwa,  więc  nie 

spodziewajcie się mnie przed obiadem. 

Stefano, następca Gustawa, przyjedzie dzisiaj taksówką. Przyjmijcie go gościnnie. Jak 

wiecie, do wyprawy zostały tylko dwa dni, więc popracujcie dziś solidnie. 

Wasz oszołomiony 

Wujcio Monty 

- Co znaczy „oszołomiony”? - spytała Wioletka, gdy doczytali list do końca. 

- ”Nieprzytomny z emocji” - wyjaśnił Klaus, który kilka lat wcześniej natknął się na to 

słowo w tomie poezji. - Na pewno emocjonuje się wyprawą do Peru. A może tym, że będzie 

miał nowego asystenta. 

- Albo tym, że ma nas - dorzuciła Wioletka. 

- Kindal! - pisnęło Słoneczko, co pewnie miało znaczyć: „Albo wszystkim naraz”. 

background image

- Ja sam czuję się lekko oszołomiony - wyznał Klaus. - Fajnie się mieszka z Wujciem 

Montym. 

- Zgadzam  się  -  potwierdziła  Wioletka.  -  Po  pożarze  myślałam,  że  już  nigdy  nie 

będziemy szczęśliwi. Ale tu jest nam cudownie. 

- Mimo  wszystko  brakuje  mi  rodziców  -  powiedział  Klaus.  -  Wujcio  Monty  jest 

bardzo miły, ale jednak wolałbym mieszkać z powrotem we własnym domu. 

- Ja też. - przyznała szybko Wioletka. A po chwili, powoli i głośno, powiedziała coś, 

co  nie  dawało  jej  spokoju  od  paru  dni:  -  Myślę,  że  nigdy  nie  przestaniemy  tęsknić  za 

rodzicami. Ale tęskniąc za nimi, nie musimy chyba być stale nieszczęśliwi. Przecież oni na 

pewno nie chcieliby, żebyśmy byli nieszczęśliwi. 

- Pamiętasz  -  ożywił  się  Klaus  -  jak  kiedyś  po  południu  padał  deszcz  i  z  nudów 

pomalowaliśmy sobie wszyscy paznokcie u nóg na wściekle czerwono? 

- Jasne - uśmiechnęła się Wioletka. - A mnie się

 

trochę lakieru wylało na żółty fotel. 

- Arcio! - wtrąciło cicho Słoneczko, mając zapewne na myśli coś w rodzaju: „I plama 

nigdy  całkiem  nie  zeszła”.  Sieroty  Baudelaire  uśmiechnęły  się  do  siebie  i  już  bez  dalszego 

gadania wzięły się do roboty. W milczeniu pracowały solidnie całe rano, wiedząc już, że ich 

zadowolenie  z  pobytu  w  domu  Wujcia  Monty'ego  ani  trochę  nie  unieważnia  śmierci 

rodziców, ale przynajmniej pozwala poczuć się lepiej po długim okresie smutku. 

To oczywiście bardzo przykre, że opisana chwila spokojnego szczęścia była dla dzieci 

ostatnią  dobrą  chwilą  na  dłuższy  czas  -  ale  nic  nie  można  na  to  poradzić.  Młodzi 

Baudelaire'owie  zaczynali  właśnie  myśleć  o  obiedzie,  gdy  przed  dom  zajechał  samochód  i 

rozległ  się  klakson.  Był  to  dla  dzieci  sygnał,  że  przybył  Stefano.  Dla  nas  powinien  to  być 

sygnał początku dalszych nieszczęść. 

- Pewnie  przyjechał  nowy  asystent  -  zgadł  Klaus,  podnosząc  oczy  znad  Wielkiej 

peruwiańskiej księgi małych peruwiańskich żmij. - Mam nadzieję, że okaże się tak samo miły 

jak Wujcio Monty. 

- Ja też mam taką nadzieję - powiedziała Wioletka, otwierając i zamykając pułapkę na 

ropuchy,  aby  sprawdzić,  czy  gładko  działa.  -  Nic  byłoby  przyjemnie  podróżować  po  Peru  z 

kimś, kto jest nudny albo złośliwy. 

- Gerdzia!  -  pisnęło  Słoneczko,  mając  zapewne  na  myśli  coś  w  rodzaju:  „No  to 

chodźmy zobaczyć, jaki jest ten Stefano!”. 

Sieroty  Baudelaire  opuściły  Gabinet  Gadów  i  wyszły  na  ganek.  Przy  żmijokrzewach 

stała tak sówka. Z tylnego siedzenia wygramolił się bardzo wysoki, bardzo chudy osobnik z 

długą brodą i całkiem bez brwi; w ręku trzymał walizę z błyszczącą srebrną kłódką. 

background image

- Napiwku  nie  będzie  -  oświadczył  taksówkarzowi  -  bo  za  dużo  pan  gadał.  Nie 

każdego,  wie  pan,  interesuje,  że  urodził  się  panu  nowy  dzieciak.  O,  cześć,  dzieciaki! 

Nazywam  się  Stefano,  jestem  nowym  asystentem  Doktora  Montgomery'ego.  Miło  was 

poznać. 

- Nam  również  -  powiedziała  Wioletka,  podchodząc  do  nieznajomego,  którego 

świszczący głos

 

zabrzmiał jej jakoś dziwnie znajomo. 

- Bardzo  mi  miło  -  przywitał  się  grzecznie  Klaus,  chociaż  gdy  spojrzał  Stefanowi  w 

oczy, dostrzegł w nich dziwnie znajomy błysk. 

- Hudda!  -  pisnęło  Słoneczko.  Stefano  był  bez  skarpetek,  a  Słoneczko,  raczkując  po 

ziemi,  widziało  dobrze  kawałek  jego  gołej  nogi  między  mankietem  spodni  a  butem.  Nad 

kostką tej nogi widniało coś aż nadto znajomego. 

Sieroty  Baudelaire  w  jednej  chwili  pojęły  straszną  prawdę  i  cofnęły  się  przed 

przybyszem  jak  przed  złym  psem.  To  nie  był  żaden  Stefano,  chociaż  tak  się  przedstawił. 

Dzieci obejrzały nowego asystenta Wujcia Monty'ego od stóp do głów i upewniły się, że jest 

to nie kto inny, jak Hrabia Olaf. Cóż z tego, że zgolił pojedynczą gęstą brew i zapuścił brodę 

na kostropatym podbródku, skoro nie umiał ukryć oka wytatuowanego nad kostką u nogi. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Jedną z najgorszych rzeczy w życiu jest żałowanie. Coś się wydarza, ty robisz nie to, 

co trzeba, a potem latami żałujeszże nie zrobiłeś czegoś całkiem innego. Na przykład ja, gdy 

spaceruję  brzegiem  morza  albo  odwiedzam  grób  przyjaciółki,  zawsze  myślę  o  tym  dniu, 

dawno, dawno temu, gdy nie zabrałem latarki w miejsce, gdzie koniecznie trzeba było zabrać 

latarkę,  i  skutki  tego  były  tragiczne.  Dlaczego  ja  nie  wziąłem  latarki?  -  wyrzucam  sobie, 

chociaż już nic nie można na to poradzić. - Trzeba było wziąć latarkę. 

Przez  wiele  lat  po  opisanych  zdarzeniach  Klaus  wspominał  tę  chwilę,  w  której 

wszyscy  troje  poznali,  że  Stefano  to  w  rzeczywistości  Hrabia  Olaf  -  i  za  każdym  razem 

żałował, że nie zawołał do taksówkarza, który właśnie zawracał w dół na szosę: „Stać! Proszę 

zabrać z powrotem tego człowieka!”. Oczywiście, jest całkiem zrozumiałe, że zaskoczenie nie 

pozwoliło Klausowi i jego siostrom działać dość szybko - a jednak Klaus jeszcze po latach nie 

mógł zasnąć w nocy, bo myślał sobie, że gdyby wtedy się nie zagapił, może uratowałby życie 

Wujciowi Monty'emu. 

Ale nie uratował. W czasie gdy dzieci stały jak wryte i gapiły się na Hrabiego Olafa, 

taksówka  odjechała,  a  one  pozostały  sam  na  sam  ze  swoim  fatum  -  słowo  „fatum”  znaczy 

tutaj: „najgorszym wrogiem, jakiego można sobie wyobrazić”. Olaf uśmiechnął się do dzieci 

dokładnie  tak,  jak  Podłożmij  Mongolski  Wujcia  Monty'ego  uśmiechał  się  codziennie  na 

widok białej myszki, którą wkładano mu do klatki na obiad. 

- Może  ktoś  z  was  zaniesie  moją  walizkę  do  pokoju?  -  zaświszczał  Hrabia  Olaf.  - 

Jazda tą śmierdzącą droga była nudna i nieprzyjemna. Bardzo się zmęczyłem. 

- Jeśli ktokolwiek zasługuje na to, żeby jeździć Parszywą Promenadą, to właśnie pan, 

Hrabio  Olafie  -  powiedziała  Wioletka,  piorunując  go  wzrokiem.  -  Nie  pomożemy  panu 

wnieść bagaży, bo w ogóle nie zamierzamy wpuścić pana do domu. 

Olaf spojrzał groźnie na sieroty, ale zaraz rozejrzał się tu i tam, jakby podejrzewał, że 

ktoś chowa się za żmijokrzewami. 

- Kto to jest Hrabia Olaf? - spytał zdumiony. - Ja nazywam się Stefano. Przyjechałem, 

aby asystować doktorowi Montgomery'emu Montgomery'emu w ekspedycji do Peru. Jak się 

domyślam, wy troje jesteście karłami zatrudnionymi u doktora Montgomery'ego jako służba. 

- Nie jesteśmy żadnymi karłami - rozzłościł się Klaus. - Jesteśmy dziećmi. A pan nie 

jest żadnym Stefanem, tylko Hrabią Olałem. Mógł pan sobie zapuścić brodę i zgolić brwi, ale 

wciąż jest pan tym samym obrzydliwym typem i dlatego nie wpuścimy pana do domu. 

background image

- Futa! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Właśnie!”. 

Hrabia Olaf popatrzył  po kolei na sieroty Baudelaire, a oczy tak mu  zabłysły, jakby 

miał zaraz opowiedzieć świetny dowcip. 

- Nie  wiem,  o  czym  mówicie  -  oświadczył  -  ale  nawet  gdybym  wiedział  i  nawet 

gdybym był tym waszym Hrabią Olafem, pomyślałbym sobie, że jesteście bardzo niegrzeczni. 

A  gdybym  sobie  pomyślał,  że  jesteście  bardzo  niegrzeczni,  mógłbym  się  rozgniewać.  A 

gdybym się rozgniewał, to kto wic, do czego mógłbym się posunąć. 

Wzniósł ręce i groźnie wystawił straszne szpony. Nie trzeba wam chyba przypominać, 

jaki  brutalny  potrafił  być  Hrabia  Olaf  -  a  już  na  pewno  nie  trzeba  było  przypominać  tego 

młodym  Baudelaire'om.  Klaus wciąż miał podpuchnięte oko, podbite przez Hrabiego Olafa, 

kiedy  jeszcze  mieszkali  u  niego  w  domu.  Słoneczko  było  jeszcze  obolałe  od  siedzenia  w 

ptasiej klatce, którą Olaf wywiesił z okna wieży, kiedy knuł swoje szatańskie plany. Wioletka 

nie  padła,  co  prawda,  ofiarą  przemocy  fizycznej  ze  strony  tego  strasznego  człowieka,  ale 

została prawie zmuszona do poślubienia go - to wystarczyło, aby wzięła teraz jego walizkę i z 

ociąganiem powlokła ją w stronę domu. 

- Wyżej!  -  zażądał  Olaf.  -  Podnieś  wyżej.  Nie  pozwalam  szorować  moją  walizką  po 

ziemi! 

Klaus  i  Słoneczko  podskoczyli  na  pomoc  Wioletce,  ale  nawet  we  trójkę  chwiali  się 

pod ciężarem  walizy. Ponowne pojawienie się w ich życiu  Hrabiego Olafa  - i  to  właśnie w 

chwili,  gdy  zaczynało  im  być  tak  dobrze  i  bezpiecznie  u  Wujcia  Monty'ego  -  było  samo  w 

sobie wielkim nieszczęściem. Ale to, że muszą w dodatku pomagać temu okropnemu typowi 

wtargnąć  do  domu,  lwio  wprost  nieznośne.  Olaf  szedł  tuż  za  nimi  i  cały  czas  czuli  jego 

nieświeży oddech. Wreszcie wnieśli walizę do środka i postawili na dywanie pod malowidłem 

przedstawiającym dwie splecione żmije. 

- Dziękuję  wam,  sieroty  -  powiedział  Olaf,  zamykając  za  sobą  drzwi  wejściowe.  - 

Doktor Montgomery obiecał, że na górze będzie czekał na mnie pokój.  Stąd już chyba sam 

doniosę  walizkę.  A  wy  teraz  zmykajcie.  Będziemy  mieli  jeszcze  mnóstwo  czasu,  żeby  się 

bliżej poznać. 

- My pana znamy aż za dobrze, Hrabio Olafie - rzekła Wioletka. - Widać, że nic a nic 

się pan nie zmienił. 

- Ty też nie - odpalił Olaf. - Widać, że jesteś ciągle tak samo uparta, Wioletko. A ty, 

Klaus,  dalej  nosisz  te  idiotyczne  okulary,  bo  za  dużo  czytasz.  No  a  Słoneczko,  jak  widzę, 

wciąż ma dziewięć paluszków u nóżek zamiast dziesięciu. 

- Fijut! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Wcale nie!”. 

background image

- Co pan gada? - zirytował się Klaus. - Ma dziesięć palców, jak każdy. 

- Czyżby? - zdumiał się Olaf. - To ciekawe. Pamiętam przecież, że straciła jeden palec 

w przykrym wypadku. - Oczy zabłysły mu jeszcze mocniej, jakby opowiadał świetny kawał, 

po czym sięgnął do kieszeni zszarganego płaszcza i wyciągnął długi nóż, taki jak do krojenia 

chleba. - Pamiętam przecież, że pewien dżentelmen, zakłopotany tym, że stale przekręca się 

jego imię, niechcący upuścił nóż prosto na jej małą stopkę i pozbawił ją jednego paluszka. 

Wioletka  z  Klausem  spojrzeli  na  Hrabiego  Olała,  a  potem  na  bosą  stopkę  swojej 

siostrzyczki. 

- To niemożliwe! Pan się nie waży! - oburzył się Klaus. 

- Oszczędźmy sobie dyskusji o tym, na co ja się ważę, a na co nie - powiedział Olaf. - 

Podyskutujmy  lepiej  o  tym,  jak  się  należy  do  mnie  zwracać,  póki  mieszkamy  tu  razem  pod 

jednym dachem. 

- Będziemy  mówić  do  pana  Stefano,  ponieważ  nam  pan  grozi  -  odparła  Wioletka.  - 

Ale nie pomieszkamy tu długo razem. 

Stefano  otworzył  usta,  jakby  chciał  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  Wioletka  nie  była 

zainteresowana  dalszą  rozmową.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  przez  wielkie  drzwi  przeszła 

dumnie do Gabinetu Gadów, a za nią jej rodzeństwo. Gdybyśmy przy tym byli, moglibyśmy 

przysiąc,  że  sieroty  Baudelaire  nie  bały  się  nic  a  nic,  skoro  tak  śmiało  rozmawiały  ze 

Stefanem, a potem po prostu sobie poszły, ale kiedy znalazły się w zaciszu Gabinetu Gadów, 

po  ich  minach  można  było  poznać,  co  czuły  naprawdę.  Dzieci  byty  przerażone.  Wioletka 

zakryła twarz dłońmi i oparta się o najbliższą klatkę. Klaus zapadł się w miękki fotel, dygocąc 

tak,  że  bębnił  obcasami  po  marmurowej  posadzce.  A  Słoneczko  skuliło  się  na  podłodze  i 

zrobiło się takie malutkie, że ktoś, kto wszedłby nagle do Gabinetu Gadów, pewnie by go nie 

zauważył.  Przez dłuższą chwilę żadne z dzieci  się nie odzywało: nasłuchiwały  stłumionych 

kroków  Stefana,  wchodzącego  po  schodach  na  górę,  i  własnego  tętna,  które  dudniło  im  w 

uszach. 

- Nic  nie  rozumiem.  Jak  on  nas  znalazł?  -  szepnął  Klaus  schrypniętym  głosem.  -  W 

jaki sposób został asystentem Wujcia Monty'ego? Co on tu robi? 

- Groził  przecież,  że  położy  łapę  na  fortunie  Baudelaire'ów  -  powiedziała  Wioletka, 

odsłaniając twarz i biorąc na ręce Słoneczko, które całe się trzęsło. - To były ostatnie słowa, 

jakie  powiedział  do  mnie,  zanim  uciekł.  Zapowiedział,  że  dorwie  się  do  naszego  majątku, 

choćby to miał być ostatni wyczyn w jego życiu. 

Wioletka zadrżała, ale nie powtórzyła, co poza tym zapowiedział Hrabia Olaf: że gdy 

tylko  zdobędzie  majątek,  wykończy  całą  trójkę  młodych  Baudelaire'ów.  Nie  musiała  tego 

background image

powtarzać. Wszyscy troje świetnie przecież wiedzieli, że jeśli Olaf wykombinuje sposób na 

zagarnięcie ich fortuny, poderżnięcie im gardeł będzie dla niego laką samą drobnostką, jak dla 

nas zjedzenie ciastka z kremem. 

- Co robić? - spytał Klaus. - Wujcio Monty Wróci najwcześniej za parę godzin. 

- Może zadzwonimy do pana Poe? - zaproponowała Wioletka. - Przeszkodzimy mu w 

godzinach pracy, ale chyba w nagłych wypadkach wolno mu opuszczać bank? 

- Nie uwierzy nam  -  pokręcił głową Klaus.  - Pamiętasz, jak pierwszy raz mówiliśmy 

mu o Hrabim Olafie? Tak długo przekonywał się do prawdy, że omal nie zrobiło się za późno. 

Moim zdaniem powinniśmy stąd wiać. Jeśli zrobimy to zaraz, mamy szanse zdążyć na pociąg, 

który odjeżdża z miasteczka. 

Wioletka wyobraziła sobie, jak we troje, całkiem sami, wędrują Parszywą Promenadą 

pod zdziczałymi jabłoniami, wdychając gryzący smród chrzanu. 

- A dokąd pójdziemy? - spytała. 

- Wszystko  jedno  -  odparł  Klaus.  -  Byle  jak  najdalej  stąd.  Pójdziemy  gdzieś,  gdzie 

Hrabia Olaf nas nie znajdzie, i zmienimy imiona, żeby nikt nie dowiedział się, kim jesteśmy. 

- Przecież nie mamy pieniędzy - zauważyła Wioletka. - Z czego będziemy żyć? 

- Pójdziemy do pracy - odparł Klaus. - Ja mogę pracować w bibliotece, a ty w fabryce 

urządzeń mechanicznych. Słoneczka na razie nikt chyba nie zatrudni ze względu na wiek, ale 

za parę lat już tak. 

Sieroty  zamilkły.  Spróbowały  wyobrazić  sobie,  że  uciekają  od  Wujcia  Monty'ego  i 

żyją  samodzielnie,  szukając  pracy  i  opiekując  się  sobą  nawzajem.  Była  to  wizja  wielkiego 

osamotnienia. Dzieci przez dobrą chwilę siedziały w milczeniu i każde myślało o tym samym: 

jaka to straszna szkoda, że stracili rodziców w pożarze, a ich własne życie stanęło na głowie. 

Gdyby  rodzice  żyli,  Wioletka,  Klaus  i  Słoneczko  nigdy  nawet  nie  usłyszeliby  o  Hrabim 

Olafie,  a  co  dopiero  o  tym,  że  miałby  się  wprowadzić  do  ich  domu  i  knuć  lam  swoje 

diabelskie plany. 

- Ucieczka nic nie da - powiedziała w końcu Wioletka. - Hrabia Olaf znalazł nas tym 

razem i na pewno znajdzie nas zawsze, żebyśmy nie wiem jak daleko się przenieśli. A poza 

tym, kto wie, gdzie się teraz podziewają pomocnicy Hrabiego Olafa? Może właśnie otoczyli 

dom i pilnują, żebyśmy go nie przechytrzyli? 

Klaus zadrżał. Zapomniał o pomocnikach Olafa. A przecież Olaf, poza tym, że dybał 

na  majątek  Baudelaire'ów,  był  też  szefem  podejrzanej  trupy  teatralnej:  miał  kompanów  - 

aktorów,  zawsze  skorych  do  pomocy.  Ponura  to  była  szajka,  złożona  z  samych  strasznych 

typów. Należał do niej łysy z długim nosem, który zawsze paradował w czarnej szacie. I dwie 

background image

kobiety, które pudrowały sobie twarze na trupio blado. I tłusta postać z twarzą lak kompletnie 

pozbawioną wyrazu, że nie wiadomo było, czy to mężczyzna, czy kobieta. I chudzielec, który 

zamiast dłoni miał dwa haki. Wioletka miała rację. Ludzie Olafa mogli czaić się wokół domu 

Wujcia Monty'ego, aby złapać dzieci, gdyby tylko próbowały uciec. 

- Najlepiej poczekajmy, aż wróci Wujcio Monty - podsumowała Wioletka. - Powiemy 

mu, co się stało. On nam uwierzy. A przynajmniej, kiedy usłyszy o tatuażu, zażąda wyjaśnień 

od „Stefana”. 

Słowo  „Stefana”  Wioletka  wypowiedziała  tonem  wyrażającym  skrajną  pogardę  dla 

kiepskiego przebrania Olafa. 

- Jesteś tego pewna? - zwątpił Klaus. - Przecież Wujcio Monty sam zatrudnił Stefana. 

-  Ton,  jakim  Klaus  wymówił  stówo  „Stefana”,  świadczył  o  tym,  że  w  pełni  podziela  on 

uczucia siostry. - Kto wie, czy Wujcio Monty ze Stefanem nie knują czegoś razem. 

- Minda!  -  pisnęło  Słoneczko,  co  prawdopodobnie  miało  znaczyć:  „Nic  bądź 

śmieszny, Klaus!”. 

Wioletka pokręciła głową. 

- Słoneczko ma rację. Nic wierzę, że Wujcio Monty jest w zmowie z Olafem. Był dla 

nas  taki  dobry  i  mity,  a  poza  tym,  gdyby  działali  razem  -  po  co  Olaf  miałby  używać 

fałszywego imienia? 

- To prawda - zastanowił się Klaus. - Poczekajmy w takim razie na Wujcia Monty'ego. 

- Poczekajmy - zgodziła się Wioletka. 

- Todzio! - oznajmiło z powagą Słoneczko i cała trójka smętnie spojrzała po sobie. 

Czekanie  to  jedna  z  najprzykrzejszych  rzeczy  w  życiu.  Bardzo  trudno  jest  doczekać 

się  tortu  czekoladowego  z  kremem,  mając  wciąż  na  talerzu  przypaloną  pieczeń  wolową. 

Jeszcze trudniej jest doczekać się Gwiazdki, kiedy przed nami dopiero nudny wrzesień. Ale 

czekać na powrót do domu przybranego wujka, gdy piętro wyżej panoszy się chciwy brutal, 

było  dla  młodych  Baudelaire'ów  jednym  z  najgorszych  życiowych  doświadczeń.  Aby  nie 

myśleć  o  czekaniu,  dzieci  próbowały  zająć  się  pracą,  ale  za  bardzo  się  denerwowały,  żeby 

cokolwiek  osiągnąć.  Wioletka  chciała  naprawić  obluzowaną  klapę  pułapki,  lecz  całą  jej 

uwagę pochłaniał supeł strachu w żołądku. Klaus próbował przeczytać o sposobach ochrony 

przed  ciernistymi  roślinami  w  Peru,  ale  myśl  o  Stefanie  nie  pozwalała  mu  się  skupić. 

Słoneczko zaczęło gryźć swoją linę, ale zaraz przestało, gdyż z każdym ugryzieniem czuto w 

ząbkach zimny prąd lęku. Nawet nie chciało mu się bawić z Niewiarygodnie Jadowitą Żmiją, 

Ostatecznie  więc  trójka  Baudelaire'ów  w  bezczynnym  milczeniu  przesiedziała  całe 

popołudnie  w  Gabinecie  Gadów,  wyglądając  przez  okno,  czy  nie  nadjeżdża  dżip  Wujcia 

background image

Monty'ego,  i  nasłuchując  dobiegających  co  jakiś  czas  z  góry  hałasów.  Dzieci  wolały  nie 

wyobrażać sobie, co takiego rozpakowuje tam Stefano. 

Wreszcie,  gdy  o  zachodzie  słońca  żmijokrzewy  zaczęły  rzucać  na  trawnik  długie, 

chude  cienie,  rozległ  się  warkot  silnika  i  wyczekiwany  dżip  zajechał  przed  dom.  Do  dachu 

przytroczony  miał  spory  kajak,  a  na  tylnym  siedzeniu  piętrzyły  się  zakupy.  Wujcio  Monty 

wysiadł,  zataczając  się  pod  ciężarem  kilku  wypchanych  toreb,  a  dostrzegłszy  dzieci  przez 

szybę  Gabinetu  Gadów,  uśmiechnął  się  do  nich  wesoło.  Odpowiedziały  mu  uśmiechami  -  i 

właśnie  tej  chwili  gorzko  potem  żałowały.  Bo  gdyby,  zamiast  uśmiechać  się  przez  szybę  i 

tracić  cenny  czas,  wybiegły  zaraz  powitać  Monty'ego  przy  samochodzie,  zdążyłyby  może 

szepnąć  mu  słówko  na  osobności.  A  tak,  zanim  wybiegły  do  hallu,  Wujcio  Monty  już 

rozmawiał ze Stefanem. 

- Nie  wiedziałem,  jakiej  życzy  pan  sobie  szczoteczki  do zębów  -  usprawiedliwiał  się 

Wujcio  Monty  -  wiec  kupiłem  supertwardą,  bo  sam  takiej  używam.  Peruwiańskie  jedzenie 

jest dość kleiste, dlatego dobrze jest tam zabrać przynajmniej jedną zapasową szczoteczkę. 

- Supertwardą to coś w sam raz dla mnie  - odpowiedział mu Stefano, ale mówiąc to, 

wpatrywał  się  w  sieroty  bardzo,  bardzo  błyszczącymi  oczami.  -  Czy  mam  wnieść  kajak  do 

domu? 

- Bardzo  proszę,  ale  niech  pan,  broń  Boże,  nie  dźwiga  sam!  Klaus,  proszę,  pomóż 

panu Stefanowi, dobrze? 

- Wujciu  Monty  -  odezwała  się  Wioletka.  -  Mamy  wujciowi  coś  bardzo  ważnego  do 

powiedzenia. 

- Cały  zamieniam  się  w  słuch...  Tylko  chwileczkę:  pozwólcie,  że  pokażę  wam,  jaki 

kupiłem środek na komary. Świetnie się złożyło, że Klaus przestudiował temat peruwiańskich 

owadów:  okazuje  się,  że  wszystkie  preparaty  poza  tym  jednym  byłyby  nieskuteczne.  Tylko 

ten jeden... - Wujcio Monty grzebał gorączkowo w jednej z toreb zawieszonych na ramieniu, 

a dzieci czekały niecierpliwie, aż skończy zdanie - ... zawiera związek chemiczny o nazwie... 

- Wujciu  Monty  -  przerwał  mu  Klaus  -  to,  co  mamy  do  powiedzenia,  jest  sprawą 

niecierpiącą zwłoki. 

- Klaus!  -  skarcił  go  Wujcio  Monty,  ze  zdumienia  unosząc  brwi.  -  To  niegrzecznie 

przerywać wujowi, Proszę cię, pomóż Stefanowi wnieść kajak, a za chwilę porozmawiamy, o 

czym tylko zechcesz. 

Klaus  westchnął,  ale  wyszedł  za  Stefanem  do  dżipa.  Drzwi  zostały  otwarte,  więc 

Wioletka śledziła ich wzrokiem, dopóki Wujcio Monty nie postawił toreb na ziemi i nie stanął 

tuż przed nią, zasłaniając widok. 

background image

- Nie  pamiętam  -  oświadczył,  trochę  zły  -  co  Chciałem  powiedzieć  o  tym  środku  na 

komary. Nienawidzę tracić wątku. 

- Ale my musimy wujciowi powiedzieć... - Wioletka nie dokończyła, bo ujrzała nagle 

coś  strasznego.  Wujcio  Monty,  który  stał  plecami  do  drzwi,  nie  mógł  widzieć,  co  robi 

Stefano, ale Wioletka widziała doskonałe: Stefano zatrzymał się przy żmijokrzewach, sięgnął 

do kieszeni płaszcza i wyciągnął swój długi nóż. Ostrze odbito blask zachodzącego słońca i 

zalśniło  jak  latarnia  morska.  Jak  wam  zapewne  wiadomo,  latarnie  morskie  wysyłają  do 

statków  sygnały  ostrzegawcze:  pokazują  im,  gdzie  jest  brzeg,  aby  nie  rozbiły  się  o 

przybrzeżne skały. Błyszczący nóż też wysyłał sygnał ostrzegawczy. 

Klaus spojrzał na nóż, potem na Stefana, a w końcu na Wioletkę. Wioletka spojrzała 

na Klausa, potem na Stefana, a w końcu na Monty'ego. Słoneczko popatrzyło na wszystkich 

po  kolei.  Jedynie  Wujcio  Monty  nie  zauważył,  co  się  dzieje,  zajęty  wyłącznie 

przypominaniem sobie, co też chciał rzec o środkach na komary. 

- Musimy wujciowi powiedzieć... - zaczęła jeszcze raz Wioletka, ale głos uwiązł jej w 

gardle. Stefano nie odezwał się ani słowem. Nie musiał. Wioletka i tak wiedziała, że jeśli ona 

piśnie  chociaż  stówko,  Stefano  bez  wahania  ugodzi  nożem  Klausa,  tam  gdzie  stoją,  pod 

zmijokrzewami. Fatum sierot Baudelaire bez słowa przesłało im wyraźne ostrzeżenie. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Była  to  chyba  najdłuższa  i  najstraszniejsza  noc,  jaką  przeżyty  sieroty  Baudelaire,  a 

przeżyty  wiele  strasznych  nocy.  Wkrótce  po  narodzinach  Słoneczka  złapali  wszyscy  troje 

koszmarną grypę i przez całą noc miotali się w gorączce, a tata zmieniał im co chwila zimne 

kompresy  na  spoconych  czołach.  Pierwszą  noc  po  tragicznej  śmierci  rodziców  spędzili 

bezsennie w domu pana Poe: było im tak okropnie smutno i dziwnie, że nawet nie próbowali 

zasnąć.  Pamiętali  też  wiele  długich  i  strasznych  nocy  z  czasów,  gdy  mieszkali  u  Hrabiego 

Olafa. 

Ale  ta  noc  zdawała  się  jeszcze  gorsza.  Od  chwili  powrotu  Wujcia  Monty'ego  aż  do 

pójścia spać Stefano utrzymywał dzieci pod stalą kuratelą, co tu oznacza: „obserwował je bez 

przerwy, aby nie mogły porozmawiać z Wujciem Montym na osobności i powiadomić go, że 

Stefano to Hrabia Olaf” - a Wujcio Monty był zbyt zaaferowany, żeby zauważyć, że coś jest 

nie tak. Gdy przenosili do domu resztę zakupów, Stefano dźwigał torby tylko jedną ręką, bo 

drugą  trzymał  cały  czas  w  kieszeni,  na  rękojeści  noża  -  ale  Wujcio  Monty,  zachwycony 

nowymi  nabytkami,  wcale  się  tym  nie  zdziwił.  W  kuchni,  gdy  szykowali  kolację  i  Stefano 

kroił pieczarki w cienkie plasterki, uśmiechając się krwiożerczo do dzieci, Wujcio Monty byt 

tak  pochłonięty  pilnowaniem,  żeby  sos  nie  wykipiał,  że  nie  spostrzegł  nawet,  iż  Stefano 

posługuje się swoim morderczym nożem. Przy kolacji Stefano opowiadał śmieszne dykteryjki 

i wychwalał osiągnięcia naukowe Wujcia Monty'ego - a zachwycony Wujcio Monty nawet się 

nie domyślał, że Stefano przez cały czas trzyma pod stołem nóż i co chwila przesuwa bokiem 

ostrza po kolanie Wioletki. Gdy wreszcie  Wujcio Monty oznajmił, że przez resztę wieczoru 

będzie  oprowadzał  nowego  asystenta  po  Gabinecie  Gadów,  z  nadmiaru  entuzjazmu  nie 

zauważył nawet, że dzieci poszły spać bez pożegnania. 

Po  raz  pierwszy  pożałowały,  że  mają  oddzielne  sypialnie,  które  dotąd  wydawały  im 

się  luksusem:  pojedynczo  każde  z  nich  czuło  się  jeszcze  bardziej  opuszczone  i  bezradne. 

Wioletka  gapiła  się  na  arkusz  papieru  przyczepiony  pinezkami  do  ściany  i  próbowała 

wyobrazić sobie, co knuje Stefano. Klaus usiadł w swoim miękkim, głębokim fotelu, zapalił 

mosiężną  lampę  do  czytania,  ale  ze  zmartwienia  nawet  nie  otworzył  książki.  Słoneczko 

spoglądało na swoją kolekcję twardych przedmiotów, ale żadnego nie miało chęci ugryźć. 

Cała  trójka  myślała  tylko  o  tym,  aby  przemknąć  się  korytarzem  do  sypialni  Wujcia 

Monty'ego,  obudzić  go  i  powiedzieć,  co  się  dzieje.  Ale  po  drodze  musieliby  minąć  pokój 

Stefana,  a  Stefano  przez  całą  noc  trzymał  tam  straż,  siedząc  na  krześle  przed  otwartymi 

background image

drzwiami.  Gdy  dzieci  uchylały  drzwi  i  wyglądały  na  korytarz,  widziały  bladą,  wygoloną 

głowę Stefana, która w  ciemności  wyglądała, jakby wisiała w powietrzu. Widziały też nóż: 

Stefano  bujał  nim  miarowo,  jak  wahadłem  szafkowego  zegara.  Buj  -  buj,  w  tył  -  w  przód: 

ostrze  noża  błyskało  w  mroku  tak  przerażająco,  że  sieroty  Baudelaire  nie  ośmieliły  się 

wychynąć z pokoi. 

W  końcu  dom  rozjaśnił  się  siwoniebieskim  światłem  świtu,  a  dzieci  zeszły  po 

schodach na śniadanie, półprzytomne i obolałe po nieprzespanej nocy. Zasiadły do stołu, przy 

którym pierwszego ranka w tym domu jadły tort, i bez apetytu dziobały w talerzach. Po raz 

pierwszy, odkąd zamieszkały u Wujcia Monty'ego, nie spieszyło im się do Gabinetu Gadów i 

do przerwanej pracy. 

- Chodźmy tam, najwyższy czas - powiedziała wreszcie Wioletka, odkładając na talerz 

ledwo nadgryzioną grzankę. - Wujcio Monty na pewno już zaczął pracę i czeka na nas. 

- Stefano też na pewno już tam jest - burknął Klaus, gapiąc się w miskę pełną płatków 

na mleku. - Nigdy nie zdemaskujemy go przed Wujciem Montym. Nie da nam szans. 

- Inga - przytaknęło smutno Słoneczko, rzucając nietkniętą marchewkę na podłogę. 

- Gdyby  lak  Wujcio  Monty  wiedział  to,  co  my  wiemy...  -  westchnęła  Wioletka.  -  I 

gdyby Stefano wiedział, że Wujcio Monty wie to, co my wiemy. Ale Wujcio Monty nie wie, a 

Stefano wie, że on nie wie. 

- Wiem - powiedział Klaus. 

- Wiem, że wiesz - powiedziała Wioletka. - Za to nikt z nas nie wie, co knuje Hrabia 

Olaf,  chciałam  powiedzieć  -  Stefano.  Jasne,  że  dybie  tu  nasz  majątek,  ale  jakim  sposobem 

chce go dostać? Przecież jesteśmy teraz pod opieką Wujcia Monty'ego. 

- Może  postanowił  poczekać,  aż  będziesz  pełnoletnia,  i  wtedy  ci  go  ukraść?  -  spytał 

Klaus. 

- Cztery lata to bardzo długie czekanie - zauważyła Wioletka. 

Sieroty  zamilkły:  każde  z  trójki  przypomniało  sobie,  co  się  z  nim  działo  przed 

czterema laty. Wioletka miała wtedy dziesięć lat i bardzo krótkie włosy. Pamiętała, że gdzieś 

około  dziesiątych  urodzin  wynalazła  nowy  typ  temperówki.  Klaus  miał  prawie  osiem  lat: 

interesował  się  bardzo  kometami  i  czytał  wszystkie  książki  o  astronomii  z  biblioteki 

rodziców.  Słoneczka,  oczywiście,  przed  czterema  laty  nie  było  jeszcze  na  świecie,  więc 

usiłowało  sobie  przypomnieć  życie  w  niebycie  -  okropnie  ciemno  i  nie  ma  co  gryźć.  Całej 

trójce zdawało się, że cztery lata to strasznie długo. 

- Prędzej,  prędzej!  Ruszacie  się  dzisiaj  jak  muchy  w  smole!  -  ponaglił  ich  Wujcio 

Monty, wpadając do jadalni. Twarz jaśniała mu jeszcze bardziej niż zwykle, a w ręce trzymał 

background image

zwinięty rulonik. - Stefano pracuje u mnie dopiero od wczoraj, a już jest w Gabinecie Gadów. 

Był tam nawet wcześniej ode mnie - zderzyłem się z nim, zbiegając ze schodów. Pracowity 

jak mrówka, A wy co? Ruszacie się jak Węgierska Żmija Gnuśna, której rekordowa prędkość 

wynosi  pół  cala  na  godzinę!  Przed  nami  mnóstwo  pracy,  a  chciałbym  zdążyć  na  szóstą  do 

kina, bo pokazują dzisiaj Śnieżne zombi - więc pospieszmy się, z życiem, z życiem! 

Wioletka  spojrzała  na  Wujcia  Monty'ego  i  zrozumiała,  że  nadarza  się  być  może 

ostatnia  sposobność  porozmawiania  z  nim  na  osobności,  bez  Stefana  -  żeby  tylko  w  całym 

swoim zapamiętaniu chciał ich wysłuchać. 

- Skoro  mowa  o  Stefanie  -  zaczęła  cicho  -  chcielibyśmy  z  Wujciem  chwilę  o  nim 

porozmawiać. 

Wujcio  Monty  przymrużył  oczy  i  rozejrzał  się  dookoła,  jakby  w  obawie  przed 

szpiegami, po czym nachylił się i szepnął do dzieci: 

- Ja też chciałbym porozmawiać. Mam pewne podejrzenia co do Stefana i chętnie je z 

wami przedyskutuję. 

Sieroty Baudelaire spojrzały po sobie z ulgą. 

- Ma Wujcio podejrzenia? - upewnił się Klaus. 

- Tak jest - potwierdził Wujcio Monty. - Już wczoraj wieczorem nabrałem poważnych 

wątpliwości  co  do  mojego  nowego  asystenta.  Jest  w  nim  coś  niesamowitego  i  właśnie...  - 

Wujcio  Monty  rozejrzał  się  ponownie  i  jeszcze  bardziej  ściszył  głos,  tak  że  dzieci  musiały 

wstrzymać  oddech,  aby  go  słyszeć.  -  Lepiej  przenieśmy  się  z  tą  rozmową  na  zewnątrz, 

dobrze? 

Dzieci  pokiwały  głowami  i  wstały  od  stołu.  Zostawiły  po  sobie  brudne  talerze  -  co 

normalnie  jest  bardzo  nieładne,  ale  w  sytuacji  wyjątkowej  całkiem  usprawiedliwione  -  i  w 

ślad za Wujciem Montym wyszły z domu, mijając malowidło przedstawiające dwie splecione 

żmije. Od ganku skierowały się wprost  do żmijokrzewów, jakby chciały  pogadać właśnie z 

nimi, a nie ze sobą nawzajem. 

- Nie  chcę  się  chełpić  -  zaczął  Wujcio  Monty,  używając  tu  słowa,  które  znaczy 

„przechwalać się” - ale naprawdę zaliczam się do najbardziej szanowanych herpetologów na 

świecie. 

Klaus  zamrugał  gwałtownie.  Nie  spodziewał  się  takiego  początku  rozmowy,  więc 

bąknął: 

- To wiadomo, ale... 

- I  właśnie  dlatego  -  ciągnął  Wujcio  Monty,  jakby  go  wcale  nie  usłyszał  -  z 

przykrością stwierdzam, że wiele osób mi zazdrości. 

background image

- Bardzo możliwe - przytaknęła zaskoczona Wioletka. 

- A  kiedy  ludzie  komuś  zazdroszczą  -  kontynuował  Wujcio  Monty,  kręcąc  głową  - 

gotowi  są  na  wszystko.  Na  najbardziej  szalone  posunięcia.  Gdy  robiłem  doktorat  z 

herpetologii,  mój  współ  -  lokator  z  pokoju  był  tak  zazdrosny  o  żabę,  którą  odkryłem,  że 

wykradł  i  połknął mój jedyny  egzemplarz. Musiałem mu  zrobić rentgen  brzucha i  posłużyć 

się  podczas  prezentacji  zdjęciem  rentgenowskim  zamiast  żabą.  A  teraz  coś  mi  mówi,  że 

mamy do czynienia z podobną sytuacją. 

Co ten Wujcio Monty wygaduje? 

- Przepraszam,  chyba  się  pogubiłem  -  przerwał  mu  Klaus,  w  grzeczny  sposób 

wyrażając pytanie: „Co ty, Wujciu Monty, wygadujesz?”. 

- Wczoraj  wieczorem,  gdy  już  poszliście  spać,  Stefano  podejrzanie  szczegółowo 

wypytywał mnie o rozmaite żmije i o plany naszej ekspedycji. A wiecie, dlaczego? 

- Ja chyba wiem... - powiedziała Wioletka, ale Wujcio Monty nie dał jej skończyć. 

- Dlatego,  że  ten  osobnik,  który  przedstawia  się  jako  Stefano,  jest  w  gruncie  rzeczy 

członkiem Towarzystwa Herpetologicznego, który przybył tu, aby wytropić Niewiarygodnie 

Jadowitą Żmiję i udaremnić moją prezentację. Czy znacie słowo „udaremnić”? 

- Nie - odpowiedziała Wioletka - ale... 

- Chodzi o to, że, moim zdaniem, Stefano chce mi wykraść żmiję i zaprezentować ją 

Towarzystwu  Herpetologicznemu  jako  swoje  własne  odkrycie.  Ponieważ  jest  to  gatunek 

nieznany,  nie  ma  sposobu,  abym  udowodnił,  że  to  ja  ją  odkryłem.  Zanim  się  obejrzymy, 

Niewiarygodnie  Jadowita  Żmija  objawi  się  światu  jako  Żmija  Stefana,  albo  coś  równie 

niestosownego.  Jeżeli  on  to  rzeczywiście  planuje,  to  pomyślcie  tylko,  jak  będzie  wyglądała 

nasza  peruwiańska  ekspedycja:  każda  próbka  jadu,  którą  umieścimy  w  probówce,  każde 

nagranie  syku  żmii  -  każdy  najmniejszy  owoc  naszej  pracy  -  wpadnie  w  łapy  tego  szpiega 

Towarzystwa Herpetologicznego. 

- 'To  nie  jest  szpieg  Towarzystwa  Herpetologicznego  -  zniecierpliwił  się  Klaus.  -  To 

jest Hrabia Olaf! 

- Rozumiem,  co  masz  na  myśli  -  pokiwał  smutno  głową  Wujcio  Monty.  -  Jego 

postawa istotnie godna jest tamtego łotra. Dlatego właśnie zaraz coś zrobię. - Wujcio Monty 

pomachał  w  górze rulonikiem.  - Jak wiecie., jutro wyruszamy do Peru.  Oto nasze bilety na 

rejs  „Prosperem”,  luksusowym  statkiem,  który  zawiezie  nas  do  Ameryki  Południowej. 

Odpływamy  o  piątej.  Mam  tu  bilet  dla  siebie,  dla  Wioletki,  dla  Klausa  i  dla  Stefana. 

Słoneczko popłynie bez biletu - dla oszczędności przemycimy je w walizce. 

- Dipo! 

background image

- Żartuję,  żartuję.  Ale  teraz  nie  żartuję...  uwaga!  -  Wujcio  Monty,  zarumieniony  z 

emocji, wyjął z ruloniku jeden bilet i zaczął go drzeć na malutkie kawałki. - To bilet Stefana. 

Nie zabieramy Stefana do Peru. Jutro rano powiadomię go, że ma zostać w domu i pilnować 

moich okazów. Dzięki temu przeprowadzimy spokojnie udaną ekspedycję. 

- Ale, Wujciu Monty... - odezwał się Klaus. 

- Ile  razy  mam  ci  powtarzać,  że  niegrzecznie  jest  przerywać,  gdy  ktoś  mówi?  - 

przerwał  mu  niezadowolony  Wujcio  Monty,  kręcąc  głową.  -  Przecież  ja  wiem,  co  cię 

niepokoi.  Martwisz  się,  co  będzie  z  Niesamowicie  Jadowitą  Żmiją,  gdy  zostawimy  z  nią 

Stefana sam  na sam.  Ale nie martw się.  Żmija  pojedzie z nami w klatce podróżnej.  Czemu 

masz  taką  ponurą  minę,  Słoneczko?  Myślałem,  że  ucieszysz  się  z  towarzystwa  Żmii.  Nic 

smućcie się, bambini. Jak widzicie, Wujcio Monty panuje nad sytuacją. 

Kiedy  ktoś  myli  się  troszeczkę  -  na  przykład  kelner  w  kawiarni,  który  leje  nam  do 

kawy  całkowicie  odtłuszczone  mleko  zamiast  chudego  -  można  mu  na  ogół  łatwo 

wytłumaczyć,  gdzie popełnił  błąd.  Lecz gdy ktoś myli się  gruntownie  -  na przykład kelner, 

który gryzie nas w nos, zamiast przyjąć zamówienie - z zaskoczenia najczęściej nie jesteśmy 

w  stanie  nic  powiedzieć.  Sparaliżowani  pomyłką  kelnera  rozdziawilibyśmy  najwyżej  lekko 

usta  i  zamrugali  gwałtownie  oczami,  ale  nie  wykrztusilibyśmy  ani  słowa.  Tak  właśnie  się 

stało z sierotami Baudelaire. Wujcio Monty tak gruntownie mylił się co do Stefana, uważając 

go za szpiega Towarzystwa Herpetologicznego, a nie za Hrabiego Olafa, że dzieci zupełnie 

nie wiedziały, jak mu o tym powiedzieć. 

- Do roboty, kochaneczki - zarządził Wujcio Monty. - Dość już czasu zmarnowaliśmy 

na gadanie. Musimy... au! 

Z głośnym okrzykiem zdumienia i bólu Wujcio Monty padł nagle na ziemię. 

- Wujciu Monty! - krzyknął Klaus. 

Na Wujciu Montym wylądował jakiś spory, błyszczący przedmiot. Dopiero po chwili 

młodzi Baudelaire'owie poznali, że jest to ciężka mosiężna lampa do czytania, która zwykle 

stała przy głębokim wyściełanym fotelu w pokoju Klausa. 

- Au! - powtórzył Wujcio Monty, zdejmując z siebie lampę. - Co za ból. Kto wie, czy 

nie pękł mi obojczyk. Całe szczęście, że nie dostałem w głowę; mógłbym doznać poważnych 

obrażeń. 

- Ale skąd tu się wzięła lampa? - zdziwiła się Wioletka. 

- Musiała spaść z tamtego okna - oświadczył Wujcio Monty, wskazując okno Klausa. - 

Czyj to pokój? Zdaje się, że Klausa. Musisz uważać, chłopcze. Kto to widział wystawiać za 

okno takie ciężkie przedmioty? Widziałeś, czym to grozi. 

background image

- Przecież ta lampa nie stała nawet w pobliżu okna - oburzył się Klaus. - Trzymam ją 

we wnęce, przy wielkim fotelu do czytania. 

- Doprawdy,  Klausie  -  rzekł  Wujcio  Monty,  wstając  z  ziemi  i  podając  Klausowi 

lampę. Czyżbyś chciał mi wmówić, że lampa sama przetańcowała z wnęki do okna i skoczyła 

na  mnie?  Zanieś  ją,  proszę,  do  pokoju,  ustaw  w  bezpiecznym  miejscu  i  nie  mówmy  o  tym 

więcej. 

- Ale... - Klaus próbował się dalej bronić, lecz przeszkodziła mu starsza siostra. 

- Pomogę ci, Klaus. Razem znajdziemy najbezpieczniejsze miejsce. 

- Tylko zaraz wracajcie - zaznaczył Wujcio Monty, masując ramię. - Spotkamy się w 

Gabinecie Gadów. Chodź, Słoneczko. 

Weszli wszyscy razem do domu i rozstali się w hallu przy schodach: Wujcio Monty ze 

Słoneczkiem  zniknęli  za  ogromnymi  drzwiami  Gabinetu  Gadów,  a  Wioletka  z  Klausem 

zanieśli lampę na górę, do pokoju Klausa. 

- Wiesz doskonale - syknął po drodze brat do siostry - że nie postępowałem z tą lampą 

nieostrożnie. 

- jasne,  ze  wiem  -  odszepnęła  Wioletka.  -  Ale  nie  ma  sensu  przekonywać  o  tym 

Wujcia Monty'ego. Dla niego Stefano to szpieg herpetologów. A my oboje wiemy przecież, 

że ta cała heca z lampą to sprawka Stefana. 

- Co  za  bystre  dzieci!  -  odezwał  się  nagle  głos  z  góry.  Wioletka  z  Klausem  ze 

zdumienia omal nie upuścili  lampy. Nad nimi  stal Stefano, albo,  jak kto woli,  Hrabia Olaf. 

Krótko  mówiąc:  czarny  charakter.  -  Zawsze  wiedziałem,  że  jesteście  inteligentni  -  mówił 

dalej. - Ciut za inteligentni jak na mój gust. Ale nie pożyjecie już długo, więc nie ma się czym 

martwić. 

- Za  to  pan  nie  wykazał  się  inteligencją  -  burknął  gniewnie  Klaus.  -  Ta  ciężka 

mosiężna lampa omal nie trafiła w nas, a wiadomo przecież, że jeśli mojej siostrze albo mnie 

stanie się krzywda, nigdy nie położy pan łapy na majątku Baudelaire'ów. 

- Coś  takiego,  coś  takiego!  -  wyszczerzył  się  Stefano,  odsłaniając  popsute  zęby.  - 

Gdybym  chciał  wyrządzić  krzywdę  tobie,  sieroto,  to  twoja  krew  już  spływałaby  tu  po 

schodach  jak  wodospad.  Zapewniam  was,  że  żadnemu  z  Baudelaire'ów  włos  z  głowy  nie 

spadnie - przynajmniej nie w tym domu. Nie musicie się mnie obawiać, maleństwa - do czasu, 

aż znajdziemy się tam, gdzie zbrodnie są o wiele trudniejsze do wytropienia. 

- Czyli  gdzie?  -  odezwała  się  Wioletka.  -  My  nie  mamy  zamiaru  się  stąd 

przeprowadzać, aż dorośniemy. 

background image

- Czyżby? - spytał podstępnie Stefano. - A mnie się zdawało, że jutro wszyscy razem 

wyjeżdżamy za granicę. 

- Wujcio Monty podarł pana bilet - oświadczył triumfalnie Klaus. - Nabrał co do pana 

podejrzeń, więc zmienił plany i pan już z nami nie jedzie. 

Uśmieszek Stefana zmienił się w okropny grymas, a popsute zębiska zrobiły się jakby 

jeszcze większe. Oczy Stefana błyszczały tak okropnie, że ich spojrzenie aż bolało. 

- Nie  byłbym  tego  Laki  pewien  -  przemówił  Stefano  strasznym,  strasznym  głosem.  - 

Nawet najlepsze plany mogą ulec zmianie w razie nagłego wypadku. - Długim, szponiastym 

paluchem wskazał mosiężną lampę. - A nagłe wypadki zdarzają się na każdym kroku. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Przykre  okoliczności  potrafią  popsuć  każdą  przyjemność.  Tak  właśnie  stało  się  z 

sierotami  Baudelaire  i  z  filmem  Śnieżne  zombi.  Przez  całe  popołudnie  trójka  dzieci 

zamartwiała  się  w  Gabinecie  Gadów  pod  drwiącym  okiem  Stefana,  przy  akompaniamencie 

niefrasobliwej  -  słowo  „niefrasobliwej”  znaczy  tutaj:  „wynikającej  z  nieświadomości,  że 

Stefano to naprawdę Hrabia Olaf i płynącego stąd zagrożenia” - paplaniny Wujcia Monty'ego. 

Zanim  nadszedł  wieczór,  dzieci  całkiem  straciły  ochotę  na  kino.  Ponieważ  dżip  Wujcia 

Monty'ego byt stanowczo za ciasny aby pomieścić właściciela, Stefana i trójkę Baudelaire'ów, 

Klaus  z  Wioletką  musieli  ścisnąć  się  na  jednym  miejscu,  a  Słoneczko  jechało  na  okrytych 

wyświnionym  płaszczem  kolanach Stefana. Sieroty były jednak tak przygnębione, że nawet 

nie zauważyły niewygody. 

W kinie Stefano usiadł pośrodku, między Wujciem Montym a dziećmi, i sam obżerał 

się popcornem. Ale dzieciom i tak nie chciało się nic jeść ze zmartwienia, a ponieważ cały 

czas  głowiły  się,  co  knuje  Stefano,  nie  mogły  nawet  z  uwagą  śledzić  filmu  Śnieżne  zombi, 

który  był  naprawdę  niezłym  horrorem.  Gdy  zombi  pierwszy  raz  wychynęły  zza  pagórków 

okalających  małą  wioskę  rybacką  w  Alpach,  Wioletka  usiłowała  właśnie  wyobrazić  sobie, 

jakim  sposobem  Stefano  może  dostać  się  bez  biletu  na  pokład  „Prospera”  i  towarzyszyć 

wyprawie do Peru. Gdy wioskowa starszyzna wznosiła solidną dębową barykadę, którą zombi 

bez trudu sforsowały, Klaus zastanawiał się, co dokładnie miał na myśli Stefano, mówiąc o 

wypadkach.  A  kiedy  mała  mleczareczka  Gerta  zaprzyjaźniła  się  z  żywymi  potworami  i 

poprosiła  je,  aby  uprzejmie  przestały  zjadać  mieszkańców  wioski,  Słoneczko,  które,  rzecz 

jasna, było za młode, aby rozumieć całą grozę sytuacji rodzeństwa Baudelaire'ów, próbowało 

wymyślić sposób pokrzyżowania planów Stefana, wszystko jedno jakich. W końcowej scenie 

filmu  zombi  i  wieśniacy  wspólnie  obchodzili  majowe  święto,  ale  sierotom  Baudelaire  było 

już  wtedy  tak  smutno  i  straszno,  że  wcale  nie  mogły  się  cieszyć.  W  drodze  powrotnej  do 

domu  Wujcio  Monty  zagadywał  milczące,  przygnębione  dzieci,  ale  ponieważ  ledwo  mu 

odpowiadały, w końcu i on zamilkł. 

Gdy dżip zatrzymał się przy żmijokrzewach, sieroty Baudelaire wyskoczyły i pognały 

prosto do domu, nie życząc nawet dobrej nocy zdumionemu opiekunowi. Z ciężkim sercem 

wdrapały się po schodach na górę, ale gdy już stanęły przed drzwiami swoich pokoi, trudno 

im było się rozstać. 

background image

- Czy  nie  moglibyśmy  spać  dzisiaj  w  jednym  pokoju?  -  spytał  nieśmiało  Klaus.  - 

Wczoraj w nocy czułem się jak więzień w celi, sam na sam ze zmartwieniami. 

- Ja też - wyznała Wioletka. - Skoro i tak żadne z nas nie zaśnie, możemy pójść spać 

razem. 

- Tikko - zgodziło się Słoneczko i podreptało za rodzeństwem do pokoju Wioletki. 

Wioletka  popatrzyła  wkoło  i  przypomniała  sobie,  z  jaką  radością  jeszcze  niedawno 

wprowadzała się do tego pokoju. A teraz - wielkie okno z widokiem na żmijokrzewy zamiast 

natchnienia  budziło  przygnębienie,  a  czyste  arkusze  po  -  przyczepiane  pinezkami  do  ścian, 

zamiast usłużnie zachęcać do twórczości, przypominały jej tylko o tym, jaka jest niespokojna. 

- Widzę, że nie za bardzo posunęłaś się w wynalazkach - zauważył cicho Klaus. - Ja w 

ogóle nie mogę czytać. Bliska obecność Hrabiego Olafa zawsze paraliżuje wyobraźnię. 

- Nie  zawsze  -  zaprzeczyła  Wioletka.  -  Kiedy  mieszkaliśmy  u  Olafa,  wykryłeś 

przecież jego plan dzięki temu, że przeczytałeś wszystko co trzeba o prawie matrymonialnym, 

a ja, żeby ten plan udaremnić, wynalazłam linę z kotwiczką. 

- No  tak,  ale  teraz  sytuacja  jest  inna  -  rzekł  ponuro  Klaus  -  bo  nie  wiemy  nawet,  co 

Hrabia Olaf knuje. Jak możemy układać swój plan działania, nie znając jego planów? 

- Więc spróbujmy je wydedukować - zaproponowała Wioletka, używając słowa, które 

tu  znaczy:  „rozmawiać  o  czymś  tak  długo,  aż  się  to  w  końcu  zrozumie”.  -  Hrabia  Olaf, 

podając się za Stefana, przybył do tego domu w przebraniu niewątpliwie po to, aby zagarnąć 

majątek Baudelaire'ów. 

- A gdy położy na nim łapę - dodał Klaus - wykończy nas. Taki ma plan. 

- Tadu  -  mruknęło  poważnie  Słoneczko,  mając  zapewne  na  myśli  coś  w  rodzaju: 

„Znaleźliśmy się w doprawdy opłakanej sytuacji”. 

- Wiadomo  jednak  -  ciągnęła  Wioletka  -  że  jeśli  nas  zabije,  nie  dorwie  się  do 

pieniędzy. Dlatego przecież chciał się ze mną ożenić poprzednim razem. 

- Dzięki Bogu, że nic z tego nie wyszło - rzekł Klaus i zadygotał. - Inaczej Hrabia Olaf 

byłby teraz moim szwagrem. Tym razem jednak nie chce się z tobą żenić. Za to mówił coś o 

wypadkach. 

- I o miejscu, gdzie zbrodnie są trudniejsze do wytropienia - przypomniała Wioletka. - 

Na pewno miał na myśli Peru. Ale przecież Stefano nie jedzie do Peru. Wujcio Monty podarł 

jego bilet. 

- Dug!  -  Słoneczko  wydało  nieartykułowany  odgłos  rozpaczy  i  rąbnęło  piąstką  w 

podłogę.  „Nieartykułowany  odgłos”  znaczy  tutaj:  „taki  odgłos,  który  człowiek  wydaje,  gdy 

brak  mu  słów”.  Słoneczko  nie  było  w  tym  przypadku  odosobnione:  Wioletka  i  Klaus  też 

background image

chętnie  zawołaliby  „Dug!”,  gdyby  nie  byli  tacy  duzi.  Żałowali,  że  nie  mogą  wydedukować 

planów Hrabiego Olafa. Żałowali, że ich sytuacja jest aż tak zawiła i beznadziejna. Żałowali 

też,  że  są  za  duzi,  aby  pisnąć  „Dug!”  i  walnąć  pięścią  w  podłogę.  A  przede  wszystkim 

żałowali, że nie mają już rodziców i nie żyją, bezpiecznie w domu, w którym się urodzili. 

Tak gorzko jak sieroty Baudelaire żałowały, że nie mogą zmienić swojego życia, tak i 

ja żałuję, że nie mogę zmienić dla was tej opowieści. Chociaż siedzę tu sobie bezpiecznie i 

daleko  od  Hrabiego  Olafa,  przeraża  mnie  myśl  o  napisaniu  choćby  słowa  więcej.  Chyba 

najlepiej  by  było,  gdybyście  w  tym  momencie  zamknęli  książkę  i  nigdy  nie  przeczytali 

dalszego  ciągu  tej  mrożącej  krew  w  żyłach  opowieści.  Wówczas,  jeśli  zechcecie,  możecie 

wyobrazić sobie, że w ciągu najbliższej godziny sieroty Baudelaire rozgryzły nagle, co knuje 

Stefano, i zdołały uratować życie Wujciowi Monty'emu. Możecie wyobrazić sobie, jak przed 

dom z głośnym wyciem syreny zajeżdża policja na sygnale, aby zabrać Stefana do więzienia 

na całą resztę życia. Możecie wmówić sobie - chociaż to nieprawda - że sieroty Baudelaire po 

dziś  dzień  żyją  szczęśliwie  u  Wujcia  Monty'ego.  Albo  możecie  wmówić  sobie  coś  jeszcze 

lepszego: że rodzice młodych Baudelaire'ów wcale nie zginęli, a straszny pożar, Hrabia Olaf, 

Wujcio  Monty  i  wszystkie  inne  pechowe  zdarzenia,  to  był  tylko  sen  -  kapryśny  wytwór 

wyobraźni. 

Niestety,  nasza  historia  nie  należy  do  szczęśliwych.  Ja  też  nie  jestem  szczęśliwy, 

mówiąc wam, że otępiałe sieroty Baudelaire przesiedziały całą noc w pokoju Wioletki. Słowo 

„ostępiale” znaczy w tym  wypadku, że siedziały w milczeniu,  nie zaś, że ogłupiały. Gdyby 

ktoś o wschodzie słońca zajrzał tam przez okno, ujrzałby trójkę dzieci, które siedzą na łóżku 

przytulone do siebie, a oczy mają szeroko otwarte i pociemniałe ze zmartwienia. Ale nikt nie 

zajrzał  przez  okno.  Ktoś  zapukał  za  to  do  drzwi,  cztery  razy,  krótko  i  głośno,  jakby  zabił 

wyjście czterema gwoździami. 

Dzieci zamrugały gwałtownie i spojrzały po sobie. 

- Kto tam? - głos Klausa zabrzmiał skrzekliwie po długim milczeniu. 

Zamiast odpowiedzi ten ktoś, kto pukał, nacisnął klamkę i drzwi uchyliły się powoli. 

W  progu  stal  Stefano:  ubranie  miał  całe  wymięte,  a  oczy  błyszczały  mu  tak  mocno,  jak 

jeszcze nigdy. 

- Dzień dobry - powiedział. - Pora się zbierać do Peru. W dżipie starczy miejsca tylko 

dla mnie i trzech sierot, więc ruszajcie się. 

- Przecież  mówiliśmy  panu  wczoraj,  że  pan  nie  jedzie  -  przypomniała  mu  Wioletka. 

Miała nadzieję, że jej głos zabrzmiał dzielniej, niż ona sama się czuła. 

background image

- Osobą, która nie jedzie, jest wasz Wujcio Monty - oznajmił Stefano, unosząc tę część 

czoła, na której powinna się znajdować jego gruba brew. 

- Niech  pan  nie  opowiada  głupstw  -  powiedział  Klaus.  -  Wujcio  Monty  nie 

zrezygnowałby z tej ekspedycji za skarby świata. 

- Zapytajcie  go  sami  -  odparł  Stefano,  robiąc  minę,  którą  sieroty  Baudelaire  poznały 

natychmiast. Prawie nie poruszył ustami, ale oczy tak mu zalśniły, jakby opowiedział przed 

chwilą świetny dowcip. - No, czemu nie biegniecie spytać? Jest na dole, w Gabinecie Gadów. 

- Naturalnie, że go spytamy - powiedziała Wioletka. - Wujcio Monty na pewno nie ma 

zamiaru wysiać nas samych z panem do Peru. - Dziewczynka zeskoczyła z łóżka, wzięła brata 

i  siostrę  za  ręce,  i  we  trójkę  szybko  minęli  Stefana,  który  stał  w  drzwiach  z  szyderczym 

uśmieszkiem. - Naturalnie, że go spytamy - powtórzyła Wioletka, a Stefano skłonił się lekko 

wychodzącym dzieciom. 

Hall był dziwnie cichy i pusty, jak oczodoły czaszki. 

- Wujciu Monty? - zawołała z góry Wioletka. Nikt nie odpowiedział. 

Parę  razy  skrzypnęły  tylko  schody,  ale  poza  tym  cisza  była  tak  niesamowita,  jakby 

dom stał opuszczony od wielu lat. 

- Wujciu Monty?! - zawołał Klaus, już z dołu. Brak odpowiedzi. 

Wioletka  podeszła  na  palcach  do  olbrzymich  drzwi  Gabinetu  Gadów  i  otworzyła  je: 

przez  chwilę  dzieci  stały  jak  zahipnotyzowane  dziwnym,  niebieskawym  blaskiem  słońca, 

które  przeświecało  przez  szklany  sufit  i  ściany.  W  niewyraźnej  poświacie  widać  było  tylko 

sylwetki  rozlicznych  gadów,  które  wiły  się  w  swoich  klatkach  albo  spały,  zwinięte  w 

bezkształtne, ciemne supły. 

Kiedy dzieci ruszyły wreszcie od progu w głąb Gabinetu Gadów, gdzie czekała na nie 

jak zawsze biblioteka Wujcia Monty'ego, ich kroki odbijały się echem od połyskliwych ścian. 

Półmroczne  pomieszczenie  wydawało  się  tajemnicze  i  obce,  ale  tajemnica  jego  była 

przyjazna,  a  obcość  bezpieczna.  Dzieci  pamiętały  przecież  obietnicę  Wujcia  Monty'ego,  że 

jeśli nie pożałują czasu na naukę, włos im z głowy nie spadnie w Gabinecie Gadów. Wy i ja 

pamiętamy  jednak,  że  w  obietnicy  Wujcia  Monty'ego  czaiła  się  ironia  losu  -  i  oto  teraz,  o 

ponurym,  szarym  brzasku  w  Gabinecie  Gadów,  owa  ironia  losu  miała  zaowocować,  co 

znaczy, że dzieci Baudelaire miały ją wreszcie poznać. Zbliżając się do biblioteki, dostrzegły 

w kącie pokaźny, ciemny, nieforemny obiekt. Klaus nerwowym ruchem zapalił jedną z lamp 

do czytania, aby lepiej przyjrzeć się temu czemuś. Ciemnym, nieforemnym obiektem okazał 

się Wujcio Monty. Usta miał lekko rozchylone, jakby ze zdziwienia, a oczy szeroko otwarte - 

patrzył na dzieci, ale ich nie widział. Jego oblicze, zwykle tak rumiane, było bardzo, bardzo 

background image

blade,  a  pod  lewym  okiem  widniały  dwie  dziureczki,  równiuteńko  obok  siebie  -  podwójny 

ślad, jaki zostawiają zęby żmii. 

- Diwo  sum?  -  zagadnęło  Słoneczko,  szarpiąc  Wujcia  Monty'ego  za  nogawkę.  Ani 

drgnął. Tak jak obiecał dzieciom - włos im z głowy nie spadł w Gabinecie Gadów. Czego nie 

można było powiedzieć o samym Wujciu Montym. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Ajajajajaj - odezwał się głos za ich plecami. 

Sieroty  Baudelaire  odwróciły  się  i  ujrzały  Stefana,  z  czarną,  zamykaną  na  srebrną 

kłódkę  walizą  w  dłoni  i  wyrazem  faryzeuszowskiego  zdumienia  na  twarzy. 

„Faryzeuszowskie”  jest  tak  rzadkim  odpowiednikiem  „fałszywego”,  że  nawet  Klaus  nie 

wiedział, co to słowo znaczy. Mimo to nie trzeba było tłumaczyć dzieciom, że Stefano tylko 

udaje zdziwienie. 

- Cóż to za straszny wypadek! Ukąszenie przez żmiję. Na pewno bardzo się zmartwią, 

kiedy go tu znajdą - powiedział Stefano. 

- Jak pan... - wykrztusiła Wioletka, ale glos uwiązł jej w gardle, jakby wieść o śmierci 

Wujcia Monty'ego była kęsem nie do przełknięcia. 

Stefano ją zlekceważył. 

- Oczywiście,  gdy stwierdzą, że doktor Montgomery nie żyje, zadadzą sobie pytanie, 

gdzie się podziały te nieznośne sieroty, które do niedawna pętały się po domu. A sierot nie 

będzie.  Skoro  już  o  tym  mowa,  to  czas  jechać.  „Prospero”  o  godzinie  piątej  wypływa  z 

Mglistej  Zatoki,  a  ja  chciałbym  być  pierwszym  pasażerem,  który  wsiądzie  na  pokład,  gdyż 

mam chęć wypić tam buteleczkę wina przed obiadem. 

- Jak  pan  śmiał...  -  szepnął  chrypliwie  Klaus.  Nie  mógł  oderwać  wzroku  od  bladej, 

bladej twarzy Wujcia Monty'ego. - Jak pan śmiał to zrobić? Jak pan śmiał go zamordować? 

- Doprawdy,  Klausie,  dziwię  ci  się  -  odpad  Stefano,  podchodząc  do  nieboszczyka.  – 

Taki mały mądrala jak ty powinien natychmiast poznać, że jego zażywny wujaszek zmarł od 

ukąszenia  żmii,  a  nie  z  powodu  morderstwa.  Spójrz  tylko  na  te  ślady  zębów.  Spójrz  na  tę 

bladą, bladą twarz. Spójrz na te wytrzeszczone oczy. 

- Niech pan przestanie! - krzyknęła Wioletka. - Nie wolno panu tak mówić! 

- Masz  rację  -  zgodził  się  Stefano.  -  Szkoda  czasu  na  pogaduszki.  Trzeba  pędzić  na 

siatek! W drogę! 

- Nigdzie  z  panem  nie  jedziemy  -  oświadczył  Klaus,  który  z  największym  trudem 

starał się myśleć przytomnie o tragicznej sytuacji i nie wpadać w panikę, - Zostaniemy tu do 

przybycia policji. 

- A skąd, twoim zdaniem, policja ma wpaść na pomysł, żeby tu przyjechać? - zdziwił 

się Stefano. 

background image

- Wezwiemy  ją  telefonicznie  -  odparł  Klaus,  mając  nadzieję,  że  jego  głos  zabrzmiał 

zdecydowanie. I ruszył do drzwi. 

Stefano upuścił walizę na marmur posadzki, aż szczęknęła błyszcząca, srebrna kłódka. 

Zrobił parę kroków i zastąpił Klausowi drogę, wytrzeszczając na niego wielkie, przekrwione 

oczy. 

- Bardzo  mnie  męczy  -  wycedził  przez  zęby  -  konieczność  wyjaśniania  ci  każdego 

głupstwa. Podobno jesteś nadzwyczajnie inteligentny, a jakoś wcale z tego nie korzystasz!  - 

Stefano sięgnął do kieszeni i wyciągną) swój ząbkowany nóż. - Widzisz ten nóż? Jest bardzo 

ostry  i  łatwo  może  wyrządzić  ci  krzywdę  -  prawie  tak  łatwo  jak  ja.  Jeśli  nie  będziesz 

posłuszny narazisz się na obrażenia cielesne. Czy wyrażam się dość jasno? A teraz marsz do 

cholernego dżipa! 

Jak  wam  wiadomo,  bardzo  niegrzecznie  i  na  ogół  zbytecznie  jest  używać  brzydkich 

słów,  lecz  sieroty  Baudelaire  były  zbyt  przerażone,  aby  przypomnieć  o  tym  Stefanowi. 

Spojrzawszy  po  raz  ostatni  na  swego  nieszczęsnego  wujcia,  trójka  dzieci  podreptała  za 

Stefanem: wyszli z Gabinetu Gadów i skierowali się do cholernego dżipa, Na domiar złego - 

zwrot  ten  oznacza  tutaj:  „aby  sprawić  dodatkową  przykrość  komuś,  komu  i  tak  jest  już 

przykro”  -  Stefano  kazał  Wioletce  nieść  swoją  walizę.  Wioletka  była  jednak  zbyt  zajęta 

własnymi  myślami,  aby  się  tym  przejąć.  Próbowała  przypomnieć  sobie  ostatnią  rozmowę, 

którą odbyli z Wujciem Montym, i z nagłym wstydem uświadomiła sobie, że tej rozmowy nie 

było.  Pamiętacie, oczywiście, że w drodze powrotnej z kina, gdzie obejrzeli  Śnieżne zombi, 

młodzi  Baudelaire'owie  tak  się  martwili  z  powodu  Stefana,  że  nie  odezwali  się  do  Wujcia 

Monty'ego ani słowem. A kiedy dżip zajechał przed dom, popędzili jak najszybciej na górę, 

by  dedukować,  nie  życząc  nawet  dobrej  nocy  człowiekowi,  który  teraz  leżał  martwy  pod 

prześcieradłem  w  Gabinecie  Gadów.  Młodsze  rodzeństwo  dochodziło  już  do  dżipa,  a 

Wioletka  bardzo  chciała  przypomnieć  sobie,  czy  przynajmniej  podziękowali  Wujciowi 

Monty'emu  za  to,  że  ich  zabrał  do  kina,  ale  wspomnienie  ubiegłej  nocy  całkiem  jej  się 

zamazało.  Miała  wrażenie,  że  razem  z  Klausem  i  Słoneczkiem  powiedzieli  „dziękujemy, 

Wujciu Monty”, kiedy stali razem w kolejce po bilety, ale wcale nie była tego pewna. Stefano 

otworzył  drzwiczki  dżipa i  gestem noża wskazał Klausowi i  Słoneczku miejsca na ciasnym 

tylnym siedzeniu, a Wioletce, która miała wieźć na kolanach jego ciężką czarną walizę - fotel 

z przodu, koło kierowcy. Ostatnią nadzieją sierot było, że samochód nie zapali, gdy Stefano 

przekręci  kluczyk  w  stacyjce  -  lecz  niestety,  nadzieja  ta  okazała  się  płonna.  Wujcio  Monty 

dobrze dbał o swojego dżipa - silnik zawarczał od razu. 

background image

Samochód  wolno  mijał  żmijokrzewy,  a  Wioletka,  Klaus  i  Słoneczko  oglądali  się  na 

dom. Na widok Gabinetu Gadów, który Wujcio Monty z takim staraniem zapełnił okazami, a 

teraz  sam  byt  w  nim  jednym  z  okazów,  ciężar  rozpaczy  tak  przygniótł  młodych 

Baudelaire'ów, że zaczęli cichutko płakać. Śmierć kochanej osoby to dziwna rzecz. Wszyscy 

wiemy, że nasz czas na tym świecie jest ograniczony i w końcu każdy skończy pod tym czy 

owym białym prześcieradłem, żeby się więcej nie obudzić. A jednak, gdy spotyka to kogoś, 

kogo znamy, zawsze jesteśmy zaskoczeni. To tak, jakby się szło po ciemku po schodach do 

sypialni i miało pewność, że powinien być jeszcze jeden stopień - a nie ma go. Stopa natrafia 

na powietrze i spada ciężko, a człowieka ogarnia mdlące, mroczne zdumienie, że trzeba odtąd 

myśleć  o  wszystkim  całkiem  inaczej.  Sieroty  Baudelaire  opłakiwały  nie  tylko  Wujcia 

Monty'ego,  ale  i  swoich  rodziców;  płakały  zgnębione  przez  to  mroczne,  dziwne  uczucie 

zapadania się w siebie, które zawsze towarzyszy wielkiej stracie. 

Co z nimi będzie? Stefano z zimną krwią zakatrupił człowieka, który miał opiekować 

się  młodymi  Baudelaire'ami,  i  zostali  całkiem  sami.  Co  teraz  zrobi  z  nimi  Stefano?  Mieli 

zostawić go, wyjeżdżając do Peru, a oto za chwilę wraz z nim wsiądą na pokład „Prospera”. 

Co strasznego może przydarzyć im się w Peru? I czy znajdzie się tam ktoś, kto ich wyratuje? 

Czy Stefano położy w końcu łapę na ich spadku? A jeśli tak, to co zrobi wtedy z dziećmi? 

Były  to  przerażające  pytania:  myślenie  o  takich  sprawach  całkowicie  pochłania  uwagę 

człowieka, więc nic dziwnego, że zagłębione w rozmyślaniach sieroty nie zauważyły nawet, 

że Stefano pędzi prosto na inny samochód - przekonały się o tym dopiero w chwili zderzenia. 

Z przeraźliwym zgrzytem blach i szczękiem tłuczonego szkła czarne auto wbiło się w 

maskę dżipa Wujcia Monty'ego, rozległo się tępe ŁUP! i dzieci wylądowały gwałtownie na 

podłodze, z uczuciem, że ich żołądki zostały na górze. Czarna waliza odbiła się od ramienia 

Wioletki  i  rąbnęła  w  szybę,  która  rozpękła  się  promieniście  na  kilkanaście  części,  tak  że 

przypominała  pajęczynę.  Stefano  krzyknął  ze  zdziwienia  i  zaczął  gwałtownie  kręcić 

kierownicą  w  tę  i  z  powrotem,  ale  osiągnął  tylko  tyle,  że  mocno  sczepione  pojazdy  z 

kolejnym ŁUP! obsunęły się z jezdni na muliste pobocze. Rzadko się zdarza, aby można było 

nazwać wypadek drogowy uśmiechem losu, lecz w tym przypadku z całą pewnością tak było. 

Jazda do Mglistej Zatoki zakończyła się dla młodych Baudelaire'ów w miejscu, skąd widzieli 

jeszcze znajome żmijokrzewy. 

Stefano wydal kolejny okrzyk, tym razem wściekłości. 

- Diabli nadali! - wrzasnął. 

Wioletka masowała ramię, sprawdzając, czy nie doznała poważnego obrażenia. Klaus 

i  Słoneczko  wygramolili  się  z  podłogi  dżipa  i  wyjrzeli  przez  popękaną  przednią  szybę. 

background image

Zdawało im się, że w drugim samochodzie siedzi tylko jedna osoba, ale pewności nie mieli, 

gdyż  tamten  wóz  ucierpiał  w  wypadku  znacznie  bardziej  niż  dżip  Wujcia  Monty'ego.  Cały 

przód  miał  sprasowany  w  harmonijkę,  a  jedna  z  osłon  na  koła  wirowała  hałaśliwie  po 

chodniku  Parszywej  Promenady,  zataczając  pijane  kręgi,  jakby  była  gigantyczną  monetą, 

którą  ktoś  niechcący  upuścił.  Kierowca  w  szarym  garniturze,  wydając  rytmiczne  gardłowe 

odgłosy, odemknął zgniecione drzwiczki i chwiejnie wygramolił się na zewnątrz. Tam znów 

wydał  z  siebie  serię  rytmicznych  gardłowych  odgłosów,  po  czym  sięgnął  do  kieszeni 

garnituru i wyciągnął białą chusteczkę. 

- To pan Poe! - krzyknął Klaus. 

To był rzeczywiście pan Poe, jak zwykle kaszlący. Jego widok tak uszczęśliwił dzieci, 

że rozpromieniły się, nie bacząc na dramatyczne okoliczności. 

- Pan  Poe!  Pan  Poe!  -  cieszyła  się  Wioletka,  sięgając  poprzez  walizę  Stefana  do 

klamki drzwi. 

Stefano błyskawicznie złapał ją za bolące ramię i powoli odwrócił się do dzieci, tak 

aby każde mogło przyjrzeć się dobrze jego błyszczącym oczom. 

- To niczego nie zmienia! - syknął. - Mieliście trochę szczęścia, ale to już były tylko 

smętne resztki. Zdążymy dojechać do Mglistej Zatoki przed odpłynięciem „Prospera”, to wam 

na bank obiecuję. 

- Jeszcze zobaczymy - powiedziała Wioletka, otwierając drzwi i wyślizgując się spod 

walizy. Klaus też wysiadł przez swoje drzwi, wynosząc Słoneczko na rękach. - Proszę pana! 

Panie Poe! 

- Wioletka? - zdziwił się pan Poe. - Wioletka Baudelaire? Czy to ty? 

- To  ja,  proszę  pana  -  potwierdziła  Wioletka.  -  Jesteśmy  tu  wszyscy.  Dziękujemy 

bardzo, że się pan z nami zderzył. 

- No, niezupełnie - skrzywił się pan Poe. - To była oczywista wina waszego kierowcy. 

To wy wpadliście na mnie. 

- Jak  pan  śmie!  -  krzyknął  Stefano  i  wysiadł  z  dżipa,  marszcząc  nos  od  zapachu 

chrzanu, który unosił się w całej okolicy. 

Ruszył zamaszyście w kierunku pana Poe, lecz gdy był w połowie drogi, dzieci ujrzały 

na jego twarzy nagłą przemianę: z czystej wściekłości w faryzeuszowski wyraz zmieszania i 

żalu. 

- Przepraszam  -  przemówił  cienkim,  płochliwym  głosem.  -  To  wszystko  moja  wina. 

Tak  się  przejąłem  tym,  co  się  stało,  że  zapomniałem  o  przepisach  ruchu  drogowego.  Mam 

nadzieję, że nie jest pan ranny, panie Foe? 

background image

- Poe - poprawił pan Poe. - Nazywam się Poe. Kanny nie jestem. Na szczęście chyba 

nikomu z nas nic się nie stało. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o swoim samochodzie. 

Ale kim pan właściwie jest i co pan tu robi z rodzeństwem Baudelaire'ów? 

- Ja powiem - zaoferował się Klaus. - To jest... 

- Klausie!  -  skarcił  go  pan  Poe  tonem  surowej  reprymendy,  co  tu  oznacza:  „zwrócił 

mu uwagę, chociaż Klaus miał powody, aby wyrwać się z odpowiedzią”.  - To niegrzecznie 

komuś przerywać. 

- Nazywam  się  Stefano  -  rzekł  Stefano  i  podał  rękę  panu  Poe.  -  Jestem...  chciałem 

powiedzieć, byłem... asystentem doktora Montgomery'ego. 

- Co znaczy „byłem”? - zainteresował się pan Poe. - Został pan wyrzucony z pracy? 

- Nie.  Za  to  Doktor  Montgomery...  przepraszam...  -  Stefano  odwrócił  się  i  udał,  że 

ociera oczy, jakby żałoba nie pozwalała mu dalej mówić. Korzystając z tego, że pan Poe nie 

widzi  je  go  miny,  puścił  oko  do  dzieci.  Po  chwili  kontynuował:  -  Z  przykrością  muszę 

donieść panu, panie Doe, że miał miejsce tragiczny wypadek Doktor Montgomery nie żyje. 

- Poe - poprawił pan Poe. - Nie żyje? To straszne. Co się stało? 

- Nie  wiem  -  odparł  Stefano.  -  Mnie  to  wygląda  na  ukąszenie  żmii,  ale  nie  znam  się 

ani  w  ząb  na  żmijach.  Dlatego  właśnie  jechałem  do  miasta,  po  lekarza.  A  dzieciaki  tak  się 

wystraszyły, że batem się zostawić je same w domu. 

- On nas nie wiózł do żadnego lekarza! - krzyknął Klaus. - On nas wiózł do Peru! 

- Sam  pan  widzi  -  zwrócił  się  Stefano  do  pana  Poe,  głaszcząc  Klausa  po  głowie.  - 

Dzieciaki strasznie to przeżyły. Doktor Montgomery miał je dzisiaj zabrać do Peru. 

- Tak,  wiem  o  tym  -  potwierdził  pan  Poe.  -  Właśnie  dlatego  tak  się  tu  spieszyłem  z 

samego  rana,  żeby  wreszcie  podrzucić  im  bagaże.  Klausie,  wiem,  że  jesteś  wstrząśnięty  i 

przygnębiony  wypadkiem,  ale  proszę  cię,  spróbuj  zrozumieć,  że  jeśli  Doktor  Montgomery 

naprawdę nie żyje, wyprawa jest odwołana. 

- Ale proszę pana... - upierał się Klaus. 

- To  ja  ciebie  proszę  -  uciszył  go  pan  Poe.  -  O  takich  sprawach  decydują  dorośli.  Z 

całą pewnością należy wezwać lekarza. 

- Właśnie - wpadł mu w słowo Stefano. - Więc niech pan jedzie na górę do domu, a ja 

z dzieciakami skoczę poszukać lekarza. 

- Dżoze! - pisnęło Słoneczko, co zapewne miało znaczyć: „Nie ma mowy!”. 

- A czemu nie wrócimy wszyscy do domu i nie zadzwonimy po lekarza? - spytał pan 

Poe. 

background image

Stefano zamrugał kilkakrotnie i przez chwilę znów miał wściekłą minę, zanim zdołał 

się opanować i udzielić gładkiej odpowiedzi: 

- Oczywiście! Ze leż sam na to nie wpadłem. Pan, jak widzę, rozumuje logicznie, nie 

to co ja. No, dzieciaki, wskakujcie z powrotem do dżipa, a pan Poe pojedzie za nami. 

- My nie wsiądziemy z panem do jednego auta - oświadczył kategorycznie Klaus. 

- Proszę  cię,  Klaus  -  rzeki  pan  Poe.  -  Zrozum.  Zdarzył  się  poważny  wypadek. 

Wszelkie  inne  dyskusje  trzeba  odłożyć  na  później.  Martwię  się  tylko,  czy  uruchomię 

samochód. Jest mocno uszkodzony. 

- Niech pan włączy zapłon - poradził Stefano. 

Pan  Poe  kiwnął  głową  i  udał  się  do  samochodu.  Usiadł  na  miejscu  kierowcy  i 

przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik kaszlnął chrypliwie, wilgotno - bardzo podobnie do pana 

Poe - ale zaraz zgasi. 

- Niestety, koniec z silnikiem! - zawołał zrozpaczony pan Poe. 

- A niedługo i z tobą - mruknął Stefano do dzieci. 

- Przepraszam? - spytał uprzejmie pan Poe. - Nie dosłyszałem. 

Stefano uśmiechnął się. 

- Przykra sprawa. Zróbmy więc tak: ja z dzieciakami pojadę do domu, a pan pójdzie za 

nami piechotą. Bo wszyscy się do auta nie wciśniemy. 

Pan Poe zmarszczył brwi. 

- Mam  przecież  w  samochodzie  walizki  dzieci.  Nie  chcę  ich  tak  zostawiać  bez 

nadzoru. Mam pomysł: niech pan weźmie walizki do auta, a ja z dziećmi podejdę pieszo. 

Stefano zmarszczył brwi. 

- Niech chociaż jedno z dzieci pojedzie ze mną, żebym się nie zgubił. 

- Przecież  dom  widać  nawet  stąd  -  uśmiechnął  się  pan  Poe.  -  Na  pewno  się  pan  nie 

zgubi. 

- Stefano  nie  chce  nas  z  panem  zostawiać  sam  na  sam  -  odezwała  się  wreszcie 

Wioletka.  Czekała  na  taką  właśnie  stosowną  chwilę.  -  Boi  się,  że  powiemy  panu,  kim 

naprawdę jest i co naprawdę zamierza. 

- O czym ona mówi? - zwrócił się pan Poe do Stefana. 

- Nie  mam  pojęcia,  panie  Toe  -  odparł  Stefano,  kręcąc  głową  i  piorunując  Wioletkę 

wzrokiem. 

Wioletka zaczerpnęła głęboko powietrza. 

- Ten  człowiek  -  wskazała  palcem  -  to  nie  żaden  Stefano.  To  Hrabia  Olaf,  który 

przyjechał tu, aby nas porwać. 

background image

- Że niby kim ja jestem? - zdziwił się Stefano. - I co tu robię? 

Pan Poe zmierzył Stefana wzrokiem od stóp do głów i pokręcił głową. 

- Proszę  darować  dzieciom  -  powiedział.  -  To  na  pewno  z  szoku.  Hrabia  Olaf  to 

wyjątkowo podły osobnik, który próbował zagarnąć ich majątek. Dzieci bardzo się go boją. 

- Czy ja wyglądam jak ten, jak mu tam, Hrabia Olaf? - błysnął oczami Stefano. 

- Ależ skąd - zapewnił go pan Poe. - Hrabia Olaf miał długą, zrośniętą brew i golił się 

gładko. A pan ma brodę i, proszę się nie gniewać, ani śladu brwi. 

- Bo zgolił brwi - wyjaśniła Wioletka. - I zapuścił brodę. Ale nikogo nie nabierze. 

- I  ma  tatuaż!  -  krzyknął  Klaus.  -  Ma  wytatuowane  oko  na  kostce  u  nogi!  Niech 

pokaże tatuaż! 

Pan Poe spojrzał na Stefana i przepraszająco wzruszył ramionami. 

- Pan  wybaczy,  że  o  to  proszę,  ale  skoro  dzieci  są  aż  tak  wytrącone  z  równowagi, 

chciałbym je uspokoić, zanim przejdziemy do dalszych spraw. Czy byłby pan łaskaw odsłonić 

kostkę u nogi? 

- Z największą przyjemnością - odparł Stefano, szczerząc zęby do dzieci. - Prawą czy 

lewą? 

Klaus przymknął oczy i przypominał sobie przez chwilę. 

- Lewą! – zażądał. 

Stefano  oparł  lewą  nogę  na  zderzaku  aula  Wujcia  Monty'ego.  Nie  odrywając 

lśniących,  lśniących  oczu  od  sierot  Baudelaire,  podciągał  powolutku  nogawkę  brudnych 

spodni w prążki. Wioletka, Klaus, Słoneczko i pan Poe wpatrywali się z napięciem w kostkę 

jego nogi. 

Nogawka  podjechała  w  górę,  jak  kurtyna  teatralna  przed  spektaklem.  Lecz  na 

odsłoniętej kostce nie było ani śladu tatuażu. Sieroty Baudelaire z niedowierzaniem gapiły się 

na gładką skórę, bladą jak papier albo jak nieszczęsna twarz Wujcia Monty'ego. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Dżip pomknął przodem, pykając z rury wydechowej, a z tyłu wlokły się noga za nogą 

sieroty  Baudelaire,  z  wonią  chrzanu  w  nozdrzach  i  poczuciem  klęski  w  sercach.  To  bardzo 

nieprzyjemne, gdy ktoś nam udowodni, że się mylimy - zwłaszcza gdy mamy rację, a osobą, 

która naprawdę się myli, jest właśnie ten, kto udowodnił nam, że się mylimy, a więc i sobie 

udowodnił, że się myli. Zgadza się? 

- Nie  wiem,  jakim  cudem  pozbył  się  tatuażu  -  przekonywał  Klaus  pana  Poe,  który 

kaszlał w chusteczkę - ale to jest z całą pewnością Hrabia Olaf. 

- Klausie  -  powiedział  pan  Poe,  gdy  wreszcie  się  wyka  szlak  -  Powtarzanie  w  kółko 

tego  samego  staje  się  bardzo  męczące.  Wszyscy  widzieliśmy  przed  chwilą  nieskazitelną 

kostkę Stefana. „Nieskazitelną” to znaczy... 

- My wiemy, co znaczy „nieskazitelna” - przerwał mu Klaus, obserwując z daleka, jak 

Stefano  wysiada  z  dżipa  Wujcia  Monty'ego  i  pospiesznie  wchodzi  do  domu.  -  Ale  to  jest 

Hrabia Olaf, chociaż bez tatuaży. Czy pan tego nie widzi? 

- Widzę  jedynie  to,  co  mam  przed  sobą  -  odparł  pan  Poe.  -  Mężczyznę  bez  brwi,  z 

brodą i bez tatuaży, a tak nie wygląda Hrabia Olaf. W każdym razie, nawet jeśli ten Stefano z 

jakichś powodów chce wam wyrządzić krzywdę, to nie musicie się martwić. Śmierć Doktora 

Montgomery'ego to dla nas wielki szok, ale nikt nie zamierza tak po prostu przekazać was i 

waszego  majątku  w  ręce  jego  asystenta.  Przecież  ten  człowiek  nie  umie  nawet  zapamiętać 

mojego nazwiska! 

Klaus spojrzał na swoje siostry i westchnął. Zrozumiał, że łatwiej byłoby dogadać się 

ze żmijokrzewem niż z panem Poe, gdy uczepi  się jakiejś opinii. Wioletka chciała mimo to 

raz  jeszcze  spróbować  perswazji,  gdy  nagle  za  ich  plecami  zatrąbił  samochód.  Młodzi 

Baudelaire'owie  i  pan  Poe  ustąpili  z  drogi,  przepuszczając  szary  samochodzik,  prowadzony 

przez niesamowicie chudego kierowcę. Samochodzik zatrzymał się przed domem i chudzielec 

wysiadł. Miał na sobie biały kitel. 

- Pan  kogoś  szuka?  -  zawołał  do  niego  pan  Poe,  który  właśnie  nadchodził  wraz  z 

dziećmi. 

- Jestem  doktor  Lucafont  -  przedstawił  się  chudzielec,  stukając  się  w  pierś  palcem 

potężnej łapy. - Otrzymałem wezwanie do ofiary tragicznego wypadku z udziałem żmii. 

- I  już  pan  zdążył  przyjechać?  -  zdziwił  się  pan  Poe.  -  Przecież  Stefano  ledwo  miał 

czas zadzwonić, więc skąd tak szybko? 

background image

- Mniemam, iż szybkość działania to podstawowa zasada w nagłych wypadkach, pan 

lak nie sądzi? - odparł doktor Lucafont. - Jeśli wskazana jest sekcja zwłok, należy dokonać jej 

bezzwłocznie. 

- Naturalnie,  naturalnie  -  zgodził  się  potulnie  pan  Poe.  -  Zaskoczył  mnie  pan,  to 

wszystko. 

- Gdzie zwłoki? - spytał doktor Lucafont, kierując się do wejścia. 

- Stefano panu pokaże - rzekł pan Poe, otwierając mu drzwi. W przedsionku czekał już 

Stefano, z imbrykiem do kawy w dłoni. 

- Robię kawę - obwieścił. - Kto się napije? 

- Ja chętnie - zgłosił się doktor Lucafont. - Nie ma to jak filiżanka dobrej kawy przed 

rozpoczęciem pracy. 

Pan Poe zmarszczył brwi. 

- Nie powinien pan najpierw spojrzeć na Doktora Montgomery'ego? 

- Właśnie, doktorze Lucafont - poparł go Stefano. - Szybkość działania to podstawowa 

zasada w nagłych wypadkach, pan tak nie sądzi? 

- Tak, tak, oczywiście ma pan rację - przyznał doktor Lucafont. 

- Biedny  Doktor  Montgomery  leży  w  Gabinecie  Gadów.  -  Stefano  wskazał  kierunek 

do  miejsca  spoczynku  opiekuna  sierot  Baudelaire.  -  Proszę  dokonać  starannych  oględzin,  a 

potem może się pan napić kawy. 

- Jasne,  szefie  -  powiedział  doktor  Lucafont,  otwierając  drzwi  Gabinetu  Gadów 

dziwnie sztywną dłonią. 

Stefano zaprowadził pana Poe do kuchni, a dzieci z ponurymi minami poszły za nimi. 

Gdy człowiek czuje się bezużyteczny i bezradny, może powiedzieć o sobie, że jest jak piąte 

koło u wozu, gdyż rzecz, która ma cztery koła, na przykład wóz konny albo samochód, nie 

potrzebuje  piątego.  Kiedy  Stefano  parzył  kawę  dla  dorosłych,  Wioletka,  Klaus  i  Słoneczko 

siedzieli  przy  tym  samym  stole,  przy  którym  jakże  niedawno  zajadali  swój  pierwszy 

kokosowy  tort  z  Wujciem  Montym,  i  czuli  się  jak  piąte,  szóste  i  siódme  kolt)  u  wozu, 

jadącego w dodatku w złą stronę - do Mglistej Zatoki, skąd niebawem miał odpłynąć siatek 

„Prospero”. 

- Rozmawiając  przez  telefon  z  doktorem  Lucafontem  -  powiedział  Stefano  - 

wspomniałem  mu  o  naszym  zderzeniu  i  o  pańskim  uszkodzonym  samochodzie.  Obiecał,  że 

gdy  skończy  obdukcje,  podwiezie  pana  do  miasta,  do  mechanika.  A  ja  poczekam  tutaj  z 

sierotami. 

background image

- Nie  ma  mowy  -  zaprotestował  Klaus.  -  Nic  zostaniemy  z  nim  sam  na  sam  ani  na 

chwilę. 

Pan Poe uśmiechnął się do Stefana, który właśnie nalewał mu kawy, po czym spojrzał 

surowo na Klausa. 

- Klausie,  rozumiem  twoje  rozdrażnienie,  ale  tak  ordynarne  zachowanie  wobec 

Stefana jest niewybaczalne. Proszę go natychmiast przeprosić. 

- Nic! - wrzasnął Klaus. 

- Nic się nie stało, panie Yoe - rzekł słodko Stefano. - Dzieciaki strasznie przejęty się 

morderstwem, więc nie wymagam od nich wzorowego zachowania. 

- Morderstwem?  -  podchwyciła  Wioletka  Obróciła  się  do  Stefana  z  miną  osoby 

uprzejmie  zainteresowanej,  wcale  nie  wścieklej.  -  Czemu  powiedział  pan  „morderstwem”, 

panie  Stefano?  Stefano  nachmurzył  się  i  zacisnął  pięści.  Widać  było,  że  jego  największym 

marzeniem jest w tej chwili wydłubać Wioletce oczy. 

- Przejęzyczyłem się - powiedział wreszcie. 

- Każdemu wolno się przejęzyczyć - wtrącił pan Poe, siorbiąc kawę z filiżanki.  - Ale 

skoro dzieci tak się denerwują, to niech jadą z doktorem Lucafontem i ze mną. 

- Nie  wiem,  czy  się  zmieszczą  -  rzekł  Stefano,  błyskając  oczami.  -  To  bardzo  mały 

samochód. Ale skoro sieroty uparły się jechać do mechanika, niech jadą dżipem ze mną: pan z 

doktorem Lucafontem pojedziecie przodem, a my za wami. 

Sieroty spojrzały po sobie, próbując ocenić sytuację. Przypominała ona grę, z tym że 

stawki  w  tej  grze  były  zawrotnie  wysokie.  Celem  gry  było  nie  wylądować  sam  na  sam  ze 

Stefanem, gdyż to groziło porwaniem na pokład „Prospera”. A o tym, co ich może spotkać, 

gdy  znajdą  się  na  odludziu  peruwiańskiej  dżungli  z  tym  chciwym  i  podłym  osobnikiem, 

woleli  nawet  nie  myśleć.  Myśleli  tylko  o  tym,  jak  do  tego  nie  dopuścić.  Trudno  było 

uwierzyć, że o ich życiu lub śmierci ma przesądzić rozmowa o jeździe w dwa samochody do 

mechanika, ale tak to już w życiu bywa, że o wszystkim decydują drobne szczegóły. 

- To  może  my  pojedziemy  z  doktorem  Lucafontem,  a  pan  Poe  ze  Stefanem?  - 

zaproponowała ostrożnie Wioletka. 

- A to dlaczego? - zdziwił się pan Poe. 

- Zawsze  bardzo  chciałam  zobaczyć,  jak  wygląda  od  środka  samochód  lekarza  - 

powiedziała Wioletka, wiedząc, że jest to bardzo kiepskie wytłumaczenie. 

- Właśnie, ja też! - poparł ją Klaus. - Czy możemy pojechać z doktorem Lucafontem? 

Bardzo prosimy! 

background image

- Obawiam się, że nie - odezwał się od drzwi doktor Lucafont, zaskakując wszystkich 

swoim  przybyciem.  -  A  już  na  pewno  nie  wszyscy  troje.  Z  tyłu  umieściłem  ciało  doktora 

Montgomery'ego, więc zostało miejsca tylko dla dwóch pasażerów. 

- Już pan zakończył obdukcję? - spytał zaciekawiony pan Poe. 

- Owszem,  wstępnie  -  odparł  doktor  Lucafont,  -  Zabieram  ciało  do  dalszych  badań, 

lecz sekcja zwłok wykazała, że doktor Montgomery zmarł  wskutek ukąszenia żmii.  Zostało 

dla mnie trochę kawy? 

- Naturalnie - odrzekł Stefano, nalewając mu kawy do filiżanki. 

- Skąd ta pewność? - spytała doktora Wioletka. 

- Jak to skąd? - zdziwił się doktor Lucafont. - Chyba mogę mieć pewność, że zostało 

dla mnie kawy, skoro ją widzę przed sobą. 

- Wioletka chciała chyba spytać, skąd pewność, że doktor Montgomery zmarł wskutek 

ukąszenia żmii - uściślił pan Poe. 

- W jego żyłach znalazłem jad żmii z gatunku Mamba Zła, jednej z najjadowitszych na 

świecie. 

- Czy to znaczy, że po domu grasuje jadowita żmija? - zaniepokoił się pan Poe. 

- Ależ  nie!  -  zapewnił  go  doktor  Lucafont.  -  Mamba  Zła  siedzi  sobie  bezpiecznie 

zamknięta w klatce. Widocznie jakoś się stamtąd wydostała, ukąsiła doktora Montgomery'ego 

i zamknęła się z powrotem. 

- Co takiego? - oburzyła się Wioletka. - Co za bzdurna teoria! Żmija nie jest w stanie 

sama otworzyć zamka klatki. 

- Może  pomogły  jej  inne  żmije  -  rzekł  spokojnie  doktor  Lucafont,  popijając  kawę.  - 

Nie ma tu czegoś do zjedzenia? Wyjechałem w pośpiechu, bez śniadania. 

- Dziwnie  brzmi  la  pańska  historia  -  zauważył  pan  Poe,  spoglądając  pytająco  na 

doktora Lucafonta, który właśnie badał zawartość kredensu. 

- Doświadczenie nauczyło mnie, że tragiczne wypadki często przebiegają w dziwnych 

okolicznościach - odparł doktor. 

- To  nie  mógł  być  wypadek  -  powiedziała  Wioletka.  -  Wujcio  Monty...  -  Umilkła  na 

chwilę. - Wujcio Monty był  przecież jednym  z najwybitniejszych herpetologów na świecie. 

Nigdy nie trzymałby jadowitej żmii w klatce, którą żmija może sama otworzyć. 

- Jeżeli to nie byt wypadek - myślał głośno doktor Lucafont - to ktoś musiał to zrobić 

celowo. Żadne z was trojga nie wchodzi, oczywiście, w rachubę, a jedyną osobą w domu poza 

wami był Stefano. 

background image

- Tylko  że  ja  -  wtrącił  natychmiast  Stefano  -  ani  w  ząb  nie  znam  się  na  żmijach. 

Pracuję tu dopiero od dwóch dni, nie miałem czasu w niczym się zorientować. 

- Więc wszystko  wskazuje na wypadek  - podsumował  pan Poe.  - Przykro mi, dzieci. 

Zdawało mi się, że doktor Montgomery będzie dla was odpowiednim opiekunem. 

- Był dla nas kimś znacznie więcej niż odpowiednim opiekunem - szepnęła Wioletka. 

- To  jest  prowiant  Wujcia  Monty'ego!  -  wrzasnął  nagle  Klaus  z  okropnie  wściekłą 

miną.  Wskazywał  przy  tym  palcem  na  doktora  Lucafonta,  który  właśnie  wyjął  z  kredensu 

puszkę konserw. - Nie wolno wyżerać jego prowiantu! 

- Chciałem się tylko poczęstować brzoskwiniami. - Doktor Lucafont uniósł w dziwnie 

masywnej  dłoni  puszkę  brzoskwiń,  zakupioną  zaledwie  dzień  wcześniej  przez  Wujcia 

Monty'ego. 

- Proszę  pana  -  zwrócił  się  do  niego  łagodnie  pan  Poe.  -  Dzieci  są  bardzo 

rozdrażnione.  Sam  pan  to  z  pewnością  rozumie.  Wioletko,  Klausie  i  Słoneczko,  czy  nie 

zechcielibyście  opuścić  nas  na  chwilę?  Mamy  sporo  do  omówienia,  a  wam  nerwy  nie 

pozwalają spokojnie uczestniczyć w dyskusji. Panie doktorze, ustalmy wreszcie plan. Pan ma 

miejsce na troje pasażerów, wliczając ciało doktora Montgomery'ego. Pan, Stefano, również 

ma trzy miejsca dla pasażerów. 

- I dlatego sprawa jest prosta - wtrącił się Stefano. - Pan i trup pojedziecie z doktorem 

Lucafontem, a ja z dziećmi za wami. 

- Nie - sprzeciwił się twardo Klaus. 

- Baudelaire'owie - rzekł równie twardo pan Poe - proszę w tej chwili wyjść za drzwi. 

- Afup! - pisnęło Słoneczko, co zapewne znaczyło: „Nie!”. 

- Proszę  bardzo  -  powiedziała  Wioletka,  zerkając  znacząco  na  Klausa  i  Słoneczko. 

Wzięła ich za ręce i, na wpół ciągnąc, wyprowadziła z kuchni. Klaus i Słoneczko zauważyli w 

siostrze  jakąś  zmianę.  Minę  miała  bardziej  zdecydowaną  niż  smutną  i  szła  bardzo  szybko, 

jakby nie chciała się spóźnić. 

Na pewno pamiętacie, że Klaus jeszcze po wielu lalach nie będzie mógł zasnąć z żalu, 

że  nie  zatrzymał  okrzykiem  kierowcy  taksówki,  który  przywiózł  Stefana  ponownie  do  ich 

życia.  Pod  tym  względem  Wioletka  miała  więcej  szczęścia  niż  brat.  W  przeciwieństwie  do 

Klausa,  który  tak  się  zdumiał,  gdy  rozpoznał  Stefana,  że  przegapił  okazję  do  działania, 

Wioletka,  słuchając  nudnej  rozmowy  dorosłych,  zorientowała  się  natychmiast,  że  jeśli 

działać,  to  właśnie  teraz.  Nie  powiem,  żeby  Wioletka  po  latach  spała  spokojnie,  gdy 

wspominała  dawne  czasy  -  zbyt  przykre  to  były  czasy,  aby  którekolwiek  z  Baudelaire'ów 

background image

mogło spać spokojnie - ale zawsze była troszkę dumna z tego, że w porę pojęła, iż może wraz 

z rodzeństwem wydostać się z kuchni i przenieść w bardziej przyjazne miejsce. 

- Co my robimy? Gdzie my idziemy? - dopytywał się Klaus. 

Słoneczko też patrzyło pytająco na siostrę, ale Wioletka w odpowiedzi tylko pokręciła 

głową i przyspieszyła kroku, kierując się do Gabinetu Gadów. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Gdy Wioletka otworzyła wielkie drzwi Gabinetu Gadów, żmije wciąż tkwiły w swoich 

klatkach,  książki  wciąż  stały  na  półkach,  a  poranne  słońce  wciąż  wpadało  do  środka  przez 

szklane  ściany  -  a  jednak  nie  było  to  już  to  samo  miejsce,  co  dawniej.  Mimo  że  doktor 

Lucafont zabrał ciało Wujcia Monty'ego, Gabinet Gadów utracił swoją gościnną atmosferę, i 

to chyba na zawsze. To, co się stało, potrafi splamić nasz sentyment do miejsca, tak jak tusz 

plami białe płótno. Można potem prać i prać, ale i tak nie da się nigdy zapomnieć o tym, co 

zaszło - czyli „zdarzyło się i wszystkich zasmuciło”. 

- Nie chcę tam wchodzić - cofnął się Klaus. - Tam umarł Wujcio Monty. 

- Ja też nie chcę - powiedziała Wioletka - ale musimy wykonać zadanie. 

- Zadanie? - zdziwił się Klaus. - Jakie zadanie? Wioletka zacisnęła zęby. 

- Zadanie,  które  powinien  wykonać  pan  Poe,  ale  on,  jak  zwykle,  ma  tylko  dobre 

intencje,  które  nie  zdają  się  na  nic.  -  Klaus  i  Słoneczko  westchnęli  głęboko,  słysząc  to,  co 

wszyscy troje często sobie myśleli po cichu, odkąd pan Poe wziął ich sprawy w swoje ręce. - 

Pan Poe nie wierzy, że Stefano i Hrabia Olaf to jedna osoba. Za to wierzy, że śmierć Wujcia 

Monty'ego była nieszczęśliwym wypadkiem. Musimy udowodnić mu, że w obu sprawach się 

myli. 

- Przecież  Stefano  nie  ma  tatuażu  na  nodze  zauważył  Klaus.  -  A  doktor  Lucafont 

stwierdził obecność jadu Mamby Złej w żyłach Wujcia. 

- Wiem,  wiem  -  zniecierpliwiła  się  Wioletka.  -  My  troje  znamy  prawdę,  ale  żeby 

przekonać dorosłych, musimy znaleźć dowody potwierdzające plan Stefana. 

- Szkoda, że nie znaleźliśmy dowodów na samym początku - mruknął z żalem Klaus. - 

Może uratowalibyśmy życie Wujciowi Monty'emu. 

- Tego  się  nigdy  nie  dowiemy  -  szepnęła  Wioletka  i  rozejrzała  się  po  sali,  w  której 

Wujcio Monty pracował całe swoje życic. - Ale jeżeli uda nam się posiać Stefana za kratki za 

morderstwo, uniemożliwimy mu przynajmniej krzywdzenie innych ludzi. 

- Na przykład nas - dodał Klaus. 

- Na  przykład  nas  -  przytaknęła  Wioletka.  -  Więc  do  roboty,  Klaus:  wyszukaj 

wszystkie książki Wujcia Monty'ego, które mogą zawierać informacje o Mambie Złej. Daj mi 

znać, jak tylko coś znajdziesz. 

- Przecież  to  robota  na  kilka  dni  -  stropił  się  Klaus,  ogarniając  wzrokiem  solidną 

bibliotekę Monty'ego. 

background image

- Nie  mamy  kilku  dni  -  rzekła  twardo  Wioletka.  -  Nie  mamy  nawet  kilku  godzin.  O 

piątej po południu „Prospera” odpływa z Mglistej Zatoki, a Stefano zrobi wszystko, żebyśmy 

się znaleźli na pokładzie, a potem w Peru, sam na sam z nim, i wtedy... 

- Dosyć, dosyć - przerwał jej Klaus. - Bierzmy się do roboty. Szukaj w tej książce. 

- Nie  będę  szukać  w  żadnej  książce  -  powiedziała  Wioletka.  -  Ty  szukaj,  a  ja 

tymczasem pójdę na górę do pokoju Stefana, może znajdę tam jakiś ślad. 

- Sama? Do jego pokoju? - przeraził się Klaus. 

- Nic mi się nie stanie  -  oświadczyła Wioletka, chociaż wcale nie była tego pewna.  - 

Łap się za książki, Klaus. A ty, Słoneczko, pilnuj drzwi i gryź każdego, kto spróbuje wejść. 

- Akkroid! - powiedziało Słoneczko, mając zapewne na myśli: „Tak jest!”. 

Wioletka  wyszła  z  Gabinetu  Gadów,  a  Słoneczko,  wierne  swojej  obietnicy,  zaczaiło 

się  przy  drzwiach  z  wyszczerzonymi  zębami.  Klaus  udał  się  na  sam  koniec  sali,  do  części 

bibliotecznej,  skwapliwie  omijając  przejście  między  klatkami  mieszczącymi  jadowite  żmije. 

Nie  chciał  patrzeć  na  Mambę  Złą  ani  żadnego  innego  śmiercionośnego  gada.  Chociaż 

wiedział, że winę za śmierć Wujcia Monty'ego ponosi Stefano, a nie sama żmija, nie mógłby 

znieść  widoku  gada,  który  położył  kres  szczęśliwym  czasom  rodzeństwa  Baudelaire.  Klaus 

westchnął, otworzył książkę i jak zwykle, gdy nie chciał myśleć o przykrych okolicznościach, 

zaczął czytać. 

Muszę w tym miejscu użyć dość wyświechtanej frazy „tymczasem na ranczo”. Słowo 

„wyświechtanej” znaczy tu: „używanej tak często i przez tylu innych pisarzy, zanim użył jej 

Lemony Snicket, że zmieniła się w nudny slogan”. Fraza „tymczasem na ranczo” łączy to, co 

zdarzyło  się  we  wcześniejszej  części  opowieści,  z  tym,  co  zdarzy  się  w  dalszej  części 

opowieści,  która  oczywiście  nie  musi  mieć  nic  wspólnego  z  krowami,  końmi  i  ludźmi 

pracującymi  na  wsi,  ani  nawet  z  wiejskim  sosem,  który  jest  gęsty  jak  śmietana  i  służy  do 

polewania  sałatek.  W  naszej  historii  fraza  „tymczasem  na  ranczo”  odnosi  się  do  tego,  co 

robiła  Wioletka  w  czasie,  gdy  Klaus  i  Słoneczko  siedzieli  w  Gabinecie  Gadów.  Bo  kiedy 

Klaus  szperał  w  bibliotece  Wujcia  Monty'ego,  a  Słoneczko  z  wyszczerzonymi  zębami 

pilnowało drzwi, Wioletka robiła coś, co was na pewno zainteresuje. 

Tymczasem  na  ranczo...  Wioletka  podkradła  się  pod  kuchenne  drzwi,  chcąc 

podsłuchać, o czym rozmawiają dorośli. Jak pewnie wiecie, sukces podsłuchiwania polega na 

tym,  aby  nie  dać  się  przyłapać,  więc  Wioletka  poruszała  się  najciszej,  jak  mogła,  i  bardzo 

uważała,  żeby  przypadkiem  nie  nastąpić  na  skrzypiącą  klepkę.  Stanąwszy  pod  drzwiami 

kuchni,  wyjęła  z  kieszeni  wstążkę  do  włosów  i  upuściła  ją  na  podłogę:  gdyby  ktoś  nagle 

otworzył drzwi, zamierzała mu  powiedzieć, że przyklękła właśnie, aby podnieść wstążkę,  a 

background image

wcale  nie  po  to,  żeby  podsłuchiwać.  Sztuczkę  tę  opanowała,  gdy  była  jeszcze  malutka  i 

podsłuchiwała  pod  drzwiami  rodziców,  żeby  dowiedzieć  się,  jaki  prezent  szykują  jej  na 

urodziny. Takie dobre sztuczki nigdy się nie starzeją. 

- Ależ panie Poe - perswadował doktor Lucafont - jeśli Stefano pojedzie ze mną moim 

samochodem,  a  pan  poprowadzi  dżipa  Doktora  Monty'ego,  to  skąd  pan  będzie  wiedział, 

którędy jechać? 

- Ma pan rację - przyznał pan Poe. - A jednak nie sądzę, aby Słoneczko chciało jechać 

na  kolanach  Doktora  Montgomery'ego,  skoro  jest  martwy.  Trzeba  wymyślić  jakiś  inny 

sposób. 

- Mam! - powiedział Stefano. - Ja pojadę z dziećmi samochodem doktora Lucafonta, a 

doktor  Lucafont  z  panem  i  Doktorem  Montgomerym  pojedzie  dżipem  Doktora 

Montgomery'ego. 

- Obawiam się, że nic z tego - wtrącił ponuro doktor Lucafont. - Przepisy miejskie nie 

zezwalają, aby ktokolwiek oprócz mnie prowadził mój samochód. 

- A poza tym jest jeszcze kwestia bagaży dzieci - przypomniał sobie pan Poe. 

Wioletka wstała z kolan: usłyszała dość, aby upewnić się, że zdąży zajrzeć do pokoju 

Stefana. Cicho, cichuteńko weszła po schodach i prze - kradła się korytarzem do jego drzwi - 

tych, w których przesiedział z nożem całą straszną minioną noc. To zdumiewające, pomyślała 

Wioletka,  jakie  straszne  jest  wszystko,  co  ma  związek  z  Hrabią  Olafem.  Był  to  tak 

przerażający osobnik, że na sam widok drzwi do jego pokoju serce Wioletki zaczęło walić jak 

młotem.  Wioletka  przyłapała  się  na  tym,  że  chciałaby  nawet,  żeby  Stefano  wbiegł  nagle  z 

tupotem po schodach i zagrodził jej drogę - nie musiałaby wtedy otwierać drzwi i wchodzić 

do  jego  sypialni.  Zaraz  jednak  pomyślała  o  bezpieczeństwie  własnym  i  rodzeństwa.  Gdy 

bezpieczeństwo  jest  zagrożone,  człowiek  często  znajduje  w  sobie  odwagę,  jakiej  się  nie 

spodziewał.  Najstarsza  z  sierot  Baudelaire  stwierdziła  właśnie,  że  ma  dość  odwagi,  aby 

otworzyć  drzwi  pokoju  Hrabiego  Olafa.  Ramię  stłuczone  w  wypadku  samochodowym 

zabolało ją, gdy przekręcała mosiężną gałkę drzwi. Weszła do środka. 

Tak jak się spodziewała, w pokoju panował brud i nieład. Na nieposłanym łóżku pełno 

było  okruchów i  włosów. Na podłodze piętrzyły  się niechlujnie  gazety  i  katalogi  sprzedaży 

wysyłkowej, Na toaletce stała kolekcja niedopitych butelek wina. Przez otwarte drzwi szafy 

widać  było  pordzewiałe  druciane  wieszaki  na  ubrania,  które  podzwaniały  w  nieustannym 

przeciągu. Na wymiętych zasłonach okiennych widniały jakieś wstrętne, zaschnięte plamy: z 

bliska Wioletka poznała z obrzydzeniem, że Stefano wycierał w zasłony nos. 

background image

Zaschnięte  smarki  były,  co  prawda,  obrzydliwe,  ale  nie  stanowiły  dowodu 

rzeczowego, po który przyszła tu  Wioletka. Najstarsza z sierot  Baudelaire stanęła pośrodku 

pokoju  i  rozejrzała  się  po  tym  całym,  lepkim  od  brudu  bałaganie.  Wszystko  wyglądało 

wstrętnie i beznadziejnie. Masując bolące ramię, Wioletka przypomniała sobie, jak wszyscy 

troje - gdy mieszkali jeszcze u Hrabiego Olafa - zostali uwięzieni w jego komnacie na wieży. 

Okropnie  było  tkwić  w  pułapce  samotni  Olafa  -  słowo  „samotnia”  oznacza  tu:  „obskurne 

pomieszczenie., w którym knuje się podłe plany” - a jednak nawet z tego dzieci miały jakiś 

pożytek,  gdyż  zdążyły  przeczytać  co  trzeba  o  prawie  małżeńskim  i  obmyślić  sposób 

wydostania się z opresji. Tym razem jednak, w samotni, którą Stefano urządził sobie w domu 

Wujcia Monty'ego, Wioletka znalazła tylko ślady niechlujstwa. Czuła, że gdzieś tu musi kryć 

się  dowód  przeciwko  Stefanowi,  którym  dałoby  się  przekonać  pana  Poe  -  ale  gdzie? 

Załamana - i  przestraszona, że za długo już bawi w pokoju  Stefana  - Wioletka po cichutku 

zeszła na dół. 

- Nie,  nie,  nie!  -  protestował  właśnie  pan  Poe,  kiedy  znów  nadstawiła  ucha  pod 

kuchennymi  drzwiami.  -  Doktor  Montgomery  nie  może  po  prowadzić  samochodu.  Jest 

nieżywy. Musi istnieć jakieś inne rozwiązanie. 

- Ile  razy  mam  panu  powtarzać  -  odezwał  się  Stefano,  a  Wioletka  poznała  po  jego 

głosie, że zaczyna być zły - że najrozsądniej będzie, jeżeli ja zawiozę dzieci do miasta, a pan 

pojedzie za mną, z doktorem Lucafontem i trupem. 

- Może  i  racja  -  westchnął  pan  Poe.  Słysząc  to,  Wioletka  puściła  się  biegiem  do 

Gabinetu Gadów. 

- Klaus,  Klaus!  -  wołała  od  progu.  -  Błagam,  powiedz,  że  coś  znalazłeś.  Byłam  w 

pokoju  Stefana,  ale  tam  nie  ma  nic,  co  mogłoby  nam  pomóc.  A  wygląda  na  to,  że  jednak 

pojedziemy ze Stefanem. 

Klaus uśmiechnął się tylko i odczytał fragment książki, którą właśnie trzymał w ręku: 

- ”Mamba  Zła  jest  jedną  z  najgroźniejszych  żmij  na  naszej  półkuli.  Atakuje  przez 

strangulację,  która  w  koniunkcji  z  jadem  nadaje  ciału  ofiary  charakterystyczny  czarnosiny 

tonus i upiorny wygląd”. - Strangulację? W koniunkcji? Tonus? - powtórzyła Wioletka. - Co 

to  ma  znaczyć?  -  Sam  nie  wiedziałem  -  rzekł  Klaus  -  ale  sprawdziłem  w  słowniku: 

„strangulacja” to „duszenie”, „w koniunkcji” znaczy „razem z”, a „tonus” to „odcień”. Czyli 

Mamba Zła dusi i kąsa jednocześnie, a ciała jej ofiar są ciemnofioletowe od siniaków. 

- Przestań! Przestań! - krzyknęła Wioletka. - Nie chcę już słuchać o tym, co spotkało 

Wujcia Monty'ego! 

background image

- Nic nie rozumiesz - uśmiechnął się Klaus. - Przecież właśnie to nie spotkało Wujcia 

Monty'ego. 

- Jak to? Doktor Lucafont mówił, że wykrył w jego krwi jad Mamby Złej. 

- Bardzo  możliwe  -  przytaknął  Klaus  -  ale  żmija  go  tam  osobiście  nie  pozostawiła. 

Gdyby  to  zrobiła,  Wujcio  Monty  byłby  cały  czarnosiny.  A  pamiętasz  przecież  tak  samo 

dobrze jak ja, że był blady jak ściana. 

Wioletka  chciała  coś  powiedzieć,  lecz  przeszkodziło  jej  wspomnienie  niesamowicie 

bladej twarzy Wujcia Monty'ego w chwili, gdy go znaleźli. 

- Rzeczywiście - szepnęła w końcu. - Ale kto go w takim razie otruł, i jak? 

- Pamiętasz,  jak  Wujcio  Monty  mówił  nam,  że  trzyma  trujące  jady  żmij  w 

probówkach,  do  celów  badawczych?  -  przypomniał  jej  Klaus.  -  Moim  zdaniem,  Sterano 

wykradł taką probówkę i wstrzyknął jej zawartość Wujciowi Monty'emu. 

:

 - Tak myślisz? To straszne. 

- Okipi! - pisnęło Słoneczko, najwyraźniej zgadzając się z siostrą. 

- Kiedy powiemy o tym panu Poe  - rzekł z przekonaniem Klaus  - Stefana aresztują i 

wsadzą  do  więzienia.  Nie  będzie  nas  już  więcej  porywał  do  Peru,  straszył  nożem, 

terroryzował dźwiganiem walizki i w ogóle. 

Wioletka spojrzała na brata i zrobiła wielkie oczy. 

- Walizka! - krzyknęła. - Jego walizka! 

- Co  ty  wygadujesz?  -  zdumiał  się  Klaus,  ale  zanim  Wioletka  zdążyła  mu 

odpowiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi. 

- Proszę!  -  zawołała  Wioletka,  dając  Słoneczku  znak,  aby  nie  gryzło  pana  Poe,  gdy 

wejdzie do środka. 

- Mam nadzieję, że uspokoiliście się trochę - rzeki pan Poe, przyglądając się dzieciom 

po kolei - i nie utrzymujecie już, że Stefano to Hrabia Olaf. 

Pan  Poe  użył  słowa  „utrzymujecie”  w  znaczeniu  „myślicie”,  a  nie  w  sensie 

dosłownym. 

- Nawet  jeżeli  Stefano  to  nie  Hrabia  Olaf  -  oświadczył  spokojnie  Klaus  -  to  i  tak 

uważamy, że mógł być sprawcą śmierci Wujcia Monty'ego. 

- Bzdura!  -  wykrzyknął  pan  Poe,  a  Wioletka  zerknęła  na  brata  i  pokręciła  głową.  - 

Śmierć Wujcia Monty'ego była nieszczęśliwym wypadkiem i niczym więcej. 

Klaus podniósł do góry książkę, którą przed chwilą czytał. 

- Gdy panowie byli w kuchni, my tutaj poczytaliśmy sobie o żmijach i... 

background image

- Czytaliście  o  żmijach?  -  oburzył  się  pan  Poe.  -  Myślałem,  że  po  tym,  co  spotkało 

doktora Montgomery'ego, zechcecie czytać o wszystkim, tylko nie o żmijach! 

- A jednak wyczytałem coś, co... 

- Nie  interesuje  mnie,  co  wyczytałeś  na  temat  żmij  -  rzekł  pan  Poe,  wyciągając 

chusteczkę.  Dzieci  odczekały,  aż  się  wykaszle  i  schowa  chustkę  z  powrotem  do  kieszeni.  - 

Nie interesuje mnie - powtórzył - co wyczytałeś na temat żmij. Stefano nie zna się na żmijach 

ani w ząb. Sam to powiedział. 

- Ale... - Klaus urwał, gdy zobaczył, że Wioletka znów daje mu znak, kręcąc leciutko 

głową. Miał nie mówić nic więcej do pana Poe. Spojrzał więc raz jeszcze na siostrę, potem na 

pana Poe, i zamknął buzię. 

Pan Poe zakaszlał dyskretnie w chusteczkę i zerknął na zegarek. 

- Skoro  doszliśmy  w  końcu  do  porozumienia  -  powiedział  -  pozostaje  tylko  sprawa 

jazdy samochodem. Wiem, że wszyscy troje mieliście wielką chęć obejrzeć od środka pojazd 

lekarza, ale przedyskutowaliśmy tę sprawę na wszystkie strony i stwierdziliśmy, że to się nie 

da zorganizować - Pojedziecie do miasta ze Stefanem, a ja zabiorę się z doktorem Lucafontem 

i  waszym  Wujciem  Montym.  Stefano  i  doktor  Lucafont  przenoszą  właśnie  bagaże.  Za  parę 

minut wyruszamy. A teraz wybaczcie, muszę zadzwonić do Towarzystwa Herpetologicznego 

i przekazać im smutną wiadomość. 

Pan Poe kaszlnął jeszcze raz w chusteczkę i opuścił Gabinet Gadów. 

- Dlaczego nie pozwoliłaś mi powiedzieć panu Poe, co wyczytałem? - spytał Wioletkę 

rozżalony  Klaus,  gdy  był  już  pewien,  że  pan  Poe  nie  może  go  słyszeć.  Wioletka  nie 

odpowiedziała.  Patrzyła  przez  szklaną  ścianę  Gabinetu  Gadów,  jak  doktor  Lucafont  ze 

Stefanem  maszerują  wzdłuż  żmijokrzewów  do  dżipa  Wujcia  Monty'ego.  Stefano  otworzył 

drzwi wozu, a doktor Lucafont zaczął dziwnie sztywnymi rękami wyciągać walizki z tylnego 

siedzenia. - Wioletko? Dlaczego nie pozwoliłaś mi powiedzieć panu Poe, co wyczytałem? 

- Kiedy  po  nas  przyjdą  -  powiedziała  Wioletka,  jakby  nie  słyszała  pytania  brata  - 

zatrzymaj ich w Gabinecie Gadów aż do mojego powrotu. 

- Jak mam to zrobić? 

- Odwróć czymś ich uwagę - odparła niecierpliwie Wioletka, nie odrywając wzroku od 

doktora Lucafonta, który ustawiał walizki w piramidkę. 

- Ale czym? - denerwował się Klaus. - Ale czym? 

- O rany, Klaus - ofuknęła go Wioletka. - Przeczytałeś setki książek. Na pewno było w 

nich coś o odwracaniu uwagi otoczenia. 

Klaus zamyślił się, a po chwili rzekł: 

background image

- Aby  wygrać  wojnę  trojańską,  starożytni  Grecy  ukryli  swoich  wojowników  w 

wielkim  drewnianym  koniu.  Odwrócili  w  ten  sposób  uwagę  Trojan.  Ale  ja  nie  zdążę 

zbudować drewnianego konia. 

- No  to  wymyśl  coś  innego  -  powiedziała  Wioletka  i  nie  przestając  wyglądać  przez 

szklaną ścianę, ruszyła w stronę drzwi. 

Klaus i Słoneczko przez chwilę patrzyli na siostrę, a potem spojrzeli tam gdzie ona, do 

ogrodu. Ciekawe, że różni ludzie, patrząc na to samo, mają różne myśli. Klaus i Słoneczko na 

widok sterty waliz pomyśleli tylko, że jeśli zaraz czegoś nie zrobią, wylądują sam na sam ze 

Stefanem  w  dżipie  Wujcia  Monty'ego.  Za  to  Wioletka,  sądząc  z  miny,  z  jaką  opuszczała 

Gabinet Gadów: myślała o czymś całkiem innym. O czym - tego Klaus i Słoneczko nie umieli 

odgadnąć, ale czuli, że ich siostra wyciągnęła inny niż oni wniosek z widoku swojej własnej 

brązowej  walizki,  a  może  tej  beżowej,  w  której  były  rzeczy  Klausa,  lub  małej  szarej,  która 

należała do Słoneczka, albo tej wielkiej, czarnej, ze srebrną kłódką - walizki Stefana. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Kiedy byliście mali,  być może ktoś  wam  czytał  banalną bajeczkę  - słowo „banalną” 

znaczy tutaj: „niewartą czytania” - o chłopczyku, który wywoływał wilka z lasu. Bohaterem 

tej bajeczki jest mały męczydusza, który krzyczy: „Wilk! Wilk!”, chociaż wilka wcale nie ma 

w pobliżu, i za każdym razem łatwowierni wieśniacy pędzą mu na pomoc, aby przekonać się, 

że to był tylko żart. Ale raz chłopczyk krzyknął: „Wilk! Wilk!” wcale nie dla żartu - tylko że 

nikt mu już nie przybiegł na pomoc. Wilk zjadł dowcipnisia, i na tym, Bogu dzięki, bajeczka 

się kończy. 

Morał z niej płynie oczywisty: „Nie osiedlaj się tam, gdzie wilki hasają na wolności” - 

chociaż ten, kto wam czytał tę bajeczkę, na pewno twierdził, że jej morał brzmi: nie kłam, bo 

pożałujesz.  Byłby  to  strasznie  głupi  morał,  ponieważ  wszyscy  wiemy,  że  kłamstwo  bywa 

czasem nie tylko pożyteczne, ale i wskazane. Jak najbardziej wskazane było, aby po wyjściu 

Wioletki Słoneczko podczołgało  się do klatki,  w której  mieszkała Niewiarygodnie Jadowita 

Żmija, otworzyło drzwiczki i zaczęło wydawać dzikie wrzaski, chociaż nic złego mu się nie 

stało. 

Jest  i  druga  bajeczka  o  wilku,  równie  niedorzeczna,  którą  mogli  wam  czytać  w 

dzieciństwie.  Mam  na  myśli  Czerwonego  Kapturka.  Tytułową  bohaterką  jest  wyjątkowo 

niesympatyczna dziewczynka, która - tak samo jak chłopczyk, który wywoływał wilka z lasu 

-  uparcie  pętała  się  po  terytoriach  dzikich  zwierząt.  Pamiętacie  zapewne,  że  wilk,  bardzo 

niegrzecznie potraktowany przez Czerwonego Kapturka, pożarł babcię dziewczynki i przebrał 

się  za  nią  dla  niepoznaki.  To  jest  właśnie  w  tej  bajce  najgłupsze,  bo  przecież  wiadomo,  że 

nawet  tak  mało  inteligentna  dziewczynka  jak  Czerwony  Kapturek  powinna  bez  trudu 

zauważyć różnicę między rodzoną babcią a wilkiem przebranym w nocną koszulę i papucie z 

pomponami. Gdy zna się kogoś  tak dobrze jak własną babcię albo  własną siostrę, naprawdę 

nie  można  się  nabrać.  Dlatego  właśnie  Wioletka  i  Klaus,  słysząc  wrzaski  Słoneczka,  zaraz 

poznali, że to fałszywy alarm. 

„Ten  wrzask  to  fałszywy  alarm”  -  powiedział  sobie  Klaus,  chociaż  był  w  drugim 

końcu Gabinetu (jadów. 

„Ten  wrzask  to  fałszywy  alarm”  -  powiedziała  sobie  Wioletka,  chociaż  była  na 

schodach. 

„O Boże! Coś się stało!” - powiedział sobie pan Poe, który był w kuchni i rozmawiał 

przez telefon. 

background image

- Do widzenia panu - rzucił pospiesznie, odłożył słuchawkę i wypadł pędem z kuchni, 

aby  sprawdzić,  co  się  dzieje.  -  Co  się  dzieje?  -  spytał  Stefana  i  doktora  Lucafonta,  którzy 

właśnie skończyli wypakowywać bagaże i wchodzili z powrotem do domu.  - Słychać jakieś 

straszne wrzaski z Gabinetu Gadów. 

- To na pewno nic takiego - uspokoił go Stefano. 

- Wic pan, jakie są dzieci - dodał doktor Lucafont. 

- Nic daj Boże, żeby miało dojść do nowej tragedii! - przeraził się pan Poe i pognał w 

stronę Gabinetu Gadów, nawołując: - Dzieci! Dzieci! 

- Tu jesteśmy! - odkrzyknął Klaus. - Szybko! Szybko, proszę pana! 

Ktoś, kto nie znając Klausa, usłyszałby jego gruby, schrypnięty głos, pomyślałby, że 

chłopiec umiera ze strachu. Ale każdy, kto znał Klausa, wiedział doskonale, że kiedy Klaus 

się  boi,  mówi  cienko  i  cicho  -  tak  jak  wtedy,  gdy  znalazł  trupa  Wujcia  Monty'ego.  Jeśli 

chrypiał  grubym  głosem,  to  znaczyło,  że  powstrzymuje  się  od  śmiechu.  Cale  szczęście,  że 

Klaus powstrzymał się od śmiechu, gdy pan Poe ze Stefanem i doktorem Lucafontem wpadli 

do Gabinetu Gadów. Bo inaczej wszystko by popsuł. 

Słoneczko  wito  się  po  marmurowej  posadzce,  machając  dziko  rączkami  i  nóżkami, 

jakby  uczyło  się  pływać.  Minę  miało  taką,  że  Klaus  znów  omal  nie  parsknął:  rozdziawiło 

buzię,  wystawiając  na  pokaz  wszystkie  cztery  ostre  ząbki,  i  gwałtownie  mrugało  oczkami. 

Pokazywało w ten sposób, że strasznie się boi, i ten, kto nie znał Słoneczka, byłby pewien, że 

tak  właśnie  jest.  Klaus  jednak  znał  Słoneczko  i  wiedział,  że  gdy  jego  siostrzyczka  się  boi, 

sztywnieje  i  ani  piśnie,  tak  jak  wtedy,  gdy  Stefano  groził,  że  obetnie  jej  nożem  paluszek  u 

nogi. Wszyscy oprócz Klausa uwierzyli jednak, że Słoneczko potwornie się boi, szczególnie 

gdy ujrzeli, w jakim jest towarzystwie. Ciałko Słoneczka oplecione było bowiem czarnym jak 

węgiel i  grubym  jak rura kanalizacyjna  cielskiem  żmii.  Żmija wpatrywała się w maleństwo 

błyszczącymi, zielonymi oczami i rozdziawiała paszczę, jakby je miała zaraz ugryźć. 

- To Niewiarygodnie Jadowita Żmija! - wrzasnął Klaus. - Zaraz ją ugryzie! 

Na  ten  okrzyk  Słoneczko  jeszcze  szerzej  rozwarło  buzię  i  oczka,  aby  pokazać,  że 

umiera ze strachu. Doktor Lucafont także otworzył usta: Klausowi zdawało się, że chce coś 

powiedzieć,  ale  nie  znajduje  słów.  Nawet  Stefano,  który  oczywiście  bimbał  sobie  na  życie 

Słoneczka, miał jednak lekko zdziwioną minę. Za to pan Poe wpadł w absolutną panikę. 

Są  dwa  typy  panikarzy  -  albo  stojący  milczek,  albo  rozbiegany  gaduła.  Ten  drugi 

biega w kółko i paple byle co. Pan Poe zaliczał się do rozbieganych gadułów. Ani Klaus, ani 

Słoneczko  nigdy  jeszcze  nie  widzieli,  aby  -  ich  znajomy  bankier  poruszał  się  tak 

błyskawicznie i przemawiał tak piskliwie. 

background image

- Rany  boskie!  Cholera!  Wielki  Boże!  Błogosławiony  Allahu!  Zeusie  i  Hero!  Jezus 

Maria  Józefie  święty!  Nie  ruszajcie  dziecka!  Ratujcie  dziecko!  Chodźcie  tu!  Idźcie  stąd! 

Zabijcie  tę  żmiję!  Zostawcie  tę  żmiję!  Dajcie  jej  coś  do  zjedzenia!  Róbcie  coś!  Trzeba  ją 

zwabić na bok! Cip, cip, żmijko! Na, na, żmijko, cip, cip, cip! 

Niewiarygodnie  Jadowita  Żmija  wysłuchała  cierpliwie  odezwy  pana  Poe,  po  czym, 

gdy  przerwał,  aby  wykaszleć  się  w  chusteczkę,  spuściła  łeb  i  ukąsiła  Słoneczko  w  samą 

bródkę - dokładnie tam, gdzie ugryzła je po przyjacielsku przy pierwszym spotkaniu. Klaus z 

trudem  powstrzymał  uśmiech,  doktor  Lucafont  zrobił  „och!”,  Stefano  wytrzeszczył  oczy,  a 

pan Poe znów zaczął biegać i paplać: 

- Ugryzła  dziecko!  Ugryźliła  dziecko!  Gryzie  dziecko!  Tylko  spokojnie!  Szybciej! 

Dzwońcie  po  karetkę!  Dzwońcie  po  policję!  Dzwońcie  po  moją  żonę!  To  straszne!  To 

potworne! To upiorne! To niedopuszczalne! To,.. 

- To nie powód, żeby się tak gorączkować - wpadł mu w słowo Stefano. 

- Jak to, nie powód, żeby się gorączkować? - powtórzył z niedowierzaniem pan Poe. - 

Słoneczko zostało właśnie ukąszone przez... jak się ta żmija nazywa, Klaus? 

- Niewiarygodnie Jadowita Żmija - odparł skwapliwie Klaus. 

- ...  przez  Niewiarygodnie  Jadowitą  Żmiję!  -  dokończył  pan  Poe,  wskazując  palcem 

żmiję, która wciąż wpijała się zębami w bródkę Słoneczka, a Słoneczko wydało jeszcze jeden 

okrzyk grozy. - A pan mówi, że nie ma się czym gorączkować? 

- Nie ma, bo Niewiarygodnie Jadowita Żmija jest kompletnie nieszkodliwa  - objaśnił 

mu Stefano. - Niech się pan uspokoi, panie Poe. Nazwa tego gada celowo wprowadza w błąd: 

Doktor Montgomery wymyślił ją dla żartu. 

- Jest pan pewien? - upewnił się pan Poe, już nieco mniej piskliwym głosem. Zwolnił 

też kroku. Wyraźnie się uspokajał. 

- Jestem najzupełniej pewien - odrzekł Stefano, z miną znaną Klausowi z czasów, gdy 

mieszkał  u  Hrabiego  Olafa.  Była  to  mina  skrajnego  pyszałka,  co  tu  oznacza:  „Hrabia  Olaf 

uważał się za najwspanialszego człowieka, jaki kiedykolwiek żył na świecie”. Pozostając pod 

opieką Hrabiego Olafa, dzieci oglądały tę minę bardzo często. 

gdyż  Hrabia  Olaf  uwielbiał  się  popisywać,  czy  to  na  scenie  w  towarzystwie  swojej 

odrażającej  trupy  teatralnej,  czy  w  komnacie  na  wieży,  gdzie  knuł  swe  niecne  plany. 

Zachwycony, że może się popisać, Stefano uśmiechnął się i dalej tłumaczył panu Poe:  - Ta 

żmija  jest  całkowicie  niegroźna,  można  nawet  rzec,  że  przyjaźnie  usposobiona  do  ludzi. 

Czytałem o niej, oraz o wielu innych żmijach, w książkach ze zbiorów, znajdujących się w 

Gabinecie Gadów, oraz w prywatnych papierach Doktora Montgomery'ego. 

background image

- Ale szefie... - Doktor Lucafont odchrząknął głośno. 

- Proszę mi nie przerywać, doktorze Lucafont - skarcił go Stefano. - Przestudiowałem 

podręczniki  o  najważniejszych  gatunkach,  zwracając  baczną  uwagę  na  ilustracje  i  wykresy. 

Poczyniłem  staranne  notatki,  do  których  zaglądałem  codziennie  przed  snem.  W  tej  chwili 

uważam się właściwie za eksperta w dziedzinie żmij. 

- Aha!  -  pisnęło  Słoneczko,  wyłuskując  się  ze  splotów  Niewiarygodnie  Jadowitej 

Żmii. 

- Słoneczko! Nic ci nie jest! - uradował się pan Poe. 

- Aha!  -  pisnęło  po  raz  drugi  Słoneczko,  wskazując  paluszkiem  Stefana. 

Niewiarygodnie Jadowita Żmija triumfalnie mrugnęła zielonymi oczami. 

Skonsternowany pan Poe spojrzał na Klausa. 

- Co twoja siostra rozumie przez „aha”? Klaus westchnął. Zdawało mu się, że połowę 

życia strawił na tłumaczeniu podstawowych rzeczy panu Poe. 

- Przez „aha” moja siostra rozumie:  „Chwileczkę! Stefano dopiero co zapewniał  nas, 

że ani w ząb nie zna się na żmijach, a teraz podaje się za eksperta!”. Przez „aha” moja siostra 

rozumie: „Stefano kłamie”. Przez „aha” moja siostra rozumie: „Sam pan wreszcie widzi, że 

Stefano to nieuczciwy człowiek”. Przez „Aha!” moja siostra rozumie „Aha!”. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Tymczasem na ranczo, czyli piętro wyżej, Wioletka rozglądała się uważnie po swoim 

pokoju. Wzięła głęboki oddech i związała włosy wstążką, aby nie wpadały jej do oczu. Jak 

już wiemy, i jak wie każdy, kto zna Wioletkę, związuje ona włosy wstążką tylko wtedy, gdy 

musi obmyślić jakiś wynalazek. A w tej chwili musiała go wymyślić jak najprędzej. 

W  chwili  gdy  jej  brat  wspomniał  o  obowiązku  przeniesienia  walizek  do  domu  na 

rozkaz Stefana, Wioletka nabrała pewności, że poszukiwany dowód przestępstwa znajduje się 

w  walizie  Stefana.  Wiedziała  też,  że  dopóki  jej  rodzeństwo  odwraca  uwagę  dorosłych  w 

Gabinecie Gadów, ona ma jedyną okazję, aby tę walizę otworzyć i wydobyć dowód podłości 

Stefana na światło dzienne. Bolące ramię przypominało jej jednak, że tak po prostu otworzyć 

walizy się nie da, gdyż jest ona zamknięta na lśniącą kłódkę - tak lśniącą, jak podstępne oczy 

Stefana,  Przyznam  się  wam,  że  gdybym  nie  byt  w  tej  chwili  na  pokładzie  jachtu  mej 

przyjaciółki  Beli,  gdzie piszę te słowa, lecz na  miejscu Wioletki, i  gdybym miał  tylko  parę 

minut  na  otwarcie  zatrzaśniętej  walizki,  zapewne  poddałbym  się,  widząc  beznadziejność 

sytuacji. Osunąłbym się na podłogę i bębnił pięściami w dywan, zadając sobie pytanie, czemu 

życie jest tak strasznie niesprawiedliwe i pełne kłopotów. 

Na  szczęście  dla  całej  trójki  Baudelaire'ów  Wioletka  była  dzielniejsza  ode  mnie  i 

rozglądała się dalej po pokoju za czymś, co pomogłoby jej wykonać zadanie. Niewiele tam 

było materiału do wynalazków. Wioletka zatęskniła za porządną pracownią, pełną sznurków, 

kółek  zębatych  i  wszelkich  narzędzi  umożliwiających  konstrukcję  wynalazków  wysokiej 

klasy. Wujcio Monty miał w domu sporo takich rzeczy, ale wszystkie - przypomniała sobie z 

rozpaczą  Wioletka  -  trzymał  w  Gabinecie  Gadów.  Wioletka  patrzyła  na  poprzyczepiane 

pinezkami  do  ściany  arkusze,  na  których  miała  nadzieję  szkicować  wynalazki,  żyjąc  sobie 

spokojnie  u  Wujcia  Monty'ego.  Niestety,  kłopoty  zaczęty  się  tak  szybko,  że  na  arkuszach 

widniało  raptem  parę  projektów,  naszkicowanych  w  świetle  stojącej  lampy  podczas 

pierwszego  wieczoru,  który  Wioletka  spędziła  w  tym  pokoju.  Wspominając  ów  wieczór, 

przeniosła wzrok na stojącą lampę - i nagle, na widok wtyczki, olśnił ją pewien pomysł. 

Wszyscy  wiemy,  naturalnie,  że  nie  wolno  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

background image

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy,  nigdy, 

nigdy, nigdy. 

nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy, nigdy nigdy, nigdy majstrować przy urządzeniach 

elektrycznych. Nigdy. Z dwóch powodów. Po pierwsze, można doznać porażenia prądem, co 

jest nie tylko śmiertelne, ale i bardzo nieprzyjemne, a po drugie - nikt z nas nie jest Wioletka 

Baudelaire,  jedną  z  niewielu  osób  na  świecie,  które  umieją  obchodzić  się  z  urządzeniami 

elektrycznymi. A nawet Wioletka była bardzo ostrożna i zdenerwowana, gdy wyłączała lampę 

z kontaktu i przyglądała się uważnie samej wtyczce. Mogło się udać. 

Mając  nadzieję,  że  Klaus  i  Słoneczko  jeszcze  przez  chwilę  zatrzymają  dorosłych, 

Wioletka zaczęła wyginać oba płaskie wtyki,  kręcąc nimi  we wszystkie  strony, aż w końcu 

wyskoczyły z plastikowej osłonki. W ten sposób uzyskała dwa małe paski metalu. Następnie 

wyciągnęła ze ściany jedną pinezkę, co sprawiło, że przymocowany nią arkusz zwinął  się i 

zwiądł, jakby ode - chciało mu się wisieć prosto. Ostrym końcem pinezki dźgała i naginała 

jeden  metalowy  pasek  tak  długo,  aż  owinął  się  wokół  drugiego,  po  czym  oba  przekłuła 

pinezką,  tak  że  ostry  czubek  sterczał  na  zewnątrz.  Powstał  w  ten  sposób  metalowy 

drobiażdżek,  który  przegapiłoby  się,  gdyby  leżał  na  ulicy,  a  który  dla  Wioletki  byt 

prymitywnym - czyli „wykonanym z byle czego i naprędce” - wytrychem, Wytrych, jak wam 

zapewne  wiadomo,  jest  to  urządzenie  działające  jak  regularny  klucz  i  używane  zazwyczaj 

przez  złych  ludzi  -  włamywaczy  albo  bandytów  uciekających  z  więzienia.  W  tym 

wyjątkowym  przypadku  wytrychem  miał  posłużyć  się  dobry  człowiek,  czyli  Wioletka 

Baudelaire. 

Wioletka zbiegła po schodach, w jednej garści chowając wytrych, a drugą zaciskając 

kciuk  na  szczęście.  Na  palcach  minęła  drzwi  Gabinetu  Gadów,  mając  nadzieję,  że  nikt  nie 

zauważył  jej  nieobecności  -  i  wymknęła  się  na  dwór.  Starannie  omijając  wzrokiem  auto 

doktora  Lucafonta,  aby  nawet  przypadkiem  nie  spojrzeć  na  zwłoki  Wujcia  Monty'ego, 

background image

najstarsza z sierot Baudelaire zbliżyła się do sterty bagaży. Najpierw wzrok jej padł na trzy 

sfatygowane  walizki,  należące  do  Baudelaire'ów.  Zawierały  one,  jak  pamiętała,  spore  ilości 

wstrętnych, drapiących ubrań, które wkrótce po śmierci rodziców kupiła dzieciom pani Poe. 

Przez  kilka  sekund  Wioletka  wpatrywała  się  w  te  trzy  walizki:  przypomniało  jej  się,  jakie 

proste  było  jej  życie,  zanim  zaczęły  się  kłopoty,  i  nie  mogła  zrozumieć,  jak  to  się  stało,  że 

znalazła  się  nagle  w  tak  przykrej  sytuacji.  Nas  to  może  nie  dziwi,  gdyż  śledzimy  z  boku 

tragiczne  dzieje  rodzeństwa  Baudelaire'ów,  ale  Wioletki  jej  osobiste  nieszczęście  nie 

przestawało dziwić, dlatego dobrą chwilę trwało, zanim odpędziła czarne myśli i zmusiła się 

do koncentracji na tym, co było do wykonania. 

Przyklękła  obok  walizy  Stefana,  uniosła  lśniącą  srebrzystą  kłódkę,  wzięła  głęboki 

oddech  -  i  wetknęła  wytrych  do  zamka.  Wszedł,  ale  nie  chciał  się  obrócić,  ledwo  drgnął  i 

leciutko  zachrobotał  o  coś  w  środku.  Trzeba  było  go  czymś  nasmarować,  żeby  zadziałał. 

Wioletka  wyciągnęła  więc  wytrych  i  polizała  końcówkę,  krzywiąc  się  od  nieprzyjemnego, 

metalicznego  smaku.  Jeszcze  raz  spróbowała  obrócić  wytrych  w  zamku.  Przekręcił  się 

nieznacznie, ale zaraz utknął. 

Wioletka znów wyjęła go z zamka, myśląc bardzo, bardzo intensywnie i poprawiając 

wstążkę na włosach. W chwili gdy odgarniała z oczu niesforne kosmyki, przeszedł ją dziwny 

dreszczyk. Niemiły i znajomy. Poczuła, że ktoś ją obserwuje. Obejrzała się szybko za siebie, 

ale ujrzała tylko żmijokrzewy na trawniku. Spojrzała w bok, ale tam była tylko droga wiodąca 

do  Parszywej  Alei.  Więc  popatrzyła  na  wprost  -  przez  szklaną  ścianę  do  wnętrza  Gabinetu 

Gadów. 

Nigdy  nie  przypuszczała,  że z zewnątrz  widać  przez  szklane  ściany,  co  się  dzieje  w 

Gabinecie Gadów, lak samo dobrze, jak z Gabinetu Gadów widać, co się dzieje na zewnątrz - 

tymczasem gdy podniosła wzrok, ujrzała jak na dłoni rzędy klatek z gadami, a między nimi 

pana Poe, skaczącego w kółko z wielkim podnieceniem. Wy i ja wiemy oczywiście, że pan 

Poe panikował z powodu Słoneczka i Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, ale dla Wioletki był to 

tylko  sygnał,  że  podstęp  wymyślony  przez  jej  rodzeństwo  wciąż  działa.  To  jednak  nie 

wyjaśniało  dziwnego  dreszczyku,  który  poczuła.  Dopiero  gdy  wytężyła  wzrok,  dostrzegła 

obok pana Poe, nieco z prawej, postać Stefana, który patrzył wprost na nią. 

Wioletka  otworzyła  usta  ze  zdziwienia  i  grozy.  Była  pewna,  że  Stefano  lada  chwila 

znajdzie pretekst, aby wyjść z Gabinetu Gadów i dopaść ją, a ona nawet nie zdążyła otworzyć 

walizki.  Szybko,  szybko,  szybko,  trzeba  natychmiast  coś  zrobić,  żeby  wytrych  zadziałał. 

Spojrzała  na  wilgotny  żwir  podjazdu  i  zamglone,  żółtawe  zachodzące  słońce.  Spojrzała  na 

background image

swoje  ręce,  brudne  od  mocowania  się  z  wtyczką  -  i  w  tej  samej  chwili  wpadła  na  pewien 

pomysł. 

Zerwawszy się na równe nogi, pognała sprintem do domu, całkiem jakby Stefano już 

deptał jej po piętach, a tam skierowała się prosto do kuchni. Przewróciła z rozpędu krzesło i 

złapała kawałek mydła, który leżał na zlewie z kapiącym kranem. Natarła nim starannie swój 

wynalazek, aż cały pokrył się śliską warstewką. Serce waliło jej jak młotem, gdy wybiegła z 

domu,  zerkając  przelotnie  przez  szklaną  ścianę  do  Gabinetu  Gadów,  Stefano  mówił  coś 

właśnie do pana Poe - przechwalał się swoją znajomością żmij, ale Wioletka nie mogła tego 

wiedzieć - więc skorzystała z okazji, przyklękła i wetknęła wytrych do zamka kłódki. Obrócił 

się  gładko  -  po  czym  rozpadł  się  na  dwie  części  w  ręku  Wioletki.  Jedna  część  z  brzękiem 

wylądowała w trawie, a druga sterczała z zamka jak nadkruszony ząb. I po wytrychu. 

Zrozpaczona Wioletka na chwilę przymknęli oczy, ale zaraz wstała, opierając się dla 

równowagi o walizę. W chwili gdy się oparła, kłódka nagle odskoczyła, a waliza rozwarła się, 

wysypując  cala  swoją  zawartość  na  ziemię.  Wioletka  aż  usiadła  ze  zdumienia.  Widocznie 

wytrych, zanim się rozleciał, jednak otworzył zamek. Jak widać, nawet w najgorszej opresji 

ma się czasem szczęście. 

Niezmiernie  trudno  jest,  jak  pouczają  nas  eksperci,  znaleźć  igłę  w  stogu  siana  - 

dlatego „igła w stogu siana” stała się mocno oklepaną frazą, która oznacza: „coś, co trudno 

znaleźć”. Powodem, dla którego tak trudno jest znaleźć igłę w stogu siana, jest oczywiście to, 

że  igła  jest  maleńkim  drobiazgiem  pośród  mnóstwa  rzeczy  znajdujących  się  w  stogu  siana. 

Gdybyśmy  jednak  szukali  w  stogu  siana  czegokolwiek,  nasze  zadanie  wcale  nie  byłoby 

trudne, ponieważ w stogu siana zawsze się coś znajdzie - głównie siano, rzecz jasna, ale także 

ziemia z pola, robaki, a czasem nawet zbiegły więzień, który się tam ukrył. Wioletka grzebała 

w  rzeczach  Stefana  raczej  tak,  jakby  szukała  w  stogu  siana  czegokolwiek  -  ponieważ  nie 

wiedziała,  czego  może  się  spodziewać.  Dlatego  dość  łatwo  wypatrzyła  cenne  dowody: 

szklaną  fiolkę  zatykaną  gumowym  korkiem,  jaką  zobaczyć  można  w  każdym  laboratorium; 

strzykawkę  z  cienką  igłą,  jaką  i  wam,  gdy  trzeba,  robią  zastrzyki;  zwinięty  plik  papierów; 

ofoliowaną legitymację, puszek do pudru i małe ręczne lusterko. 

Chociaż  Wioletka  wiedziała,  że  zostało  jej  dosłownie  parę  chwil,  wyłowiła 

wymienione  przedmioty  spośród  cuchnących  ubrań,  które  wraz  z  butelką  wina  stanowiły 

główną  zawartość  walizki  Stefana,  i  przyjrzała  się  bardzo  uważnie  swoim  dowodom 

rzeczowym,  jak  drobnym  elementom,  z  których  miała  zbudować  potężną  machinę.  Bo  w 

pewnym  sensie  właśnie  do  tego  miały  posłużyć.  Zadaniem  Wioletki  Baudelaire  było  teraz 

połączyć te luźne dowody tak, aby szatański plan Stefana został udaremniony i aby w życiu 

background image

sierot Baudelaire - po raz pierwszy, odkąd rodzice ich zginęli w strasznym pożarze - zagościła 

sprawiedliwość i spokój, Wioletka z wielkim namysłem obejrzała wszystkie dowody po kolei 

i  już  po  chwili  rozpromieniła  się,  jak  zawsze  wtedy,  gdy  stwierdzała,  że  wszystkie  części 

pasują do siebie i cala maszyna działa bez zarzutu. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Przysięgam wam, że po raz ostatni używam zwrotu „tymczasem na ranczo” - niestety, 

nie  znam  innego  sposobu,  aby  cofnąć  się  do  tej  chwili,  w  której  Klaus  skończył  tłumaczyć 

panu Poe, co Słoneczko rozumie przez „aha!”, i nagle wszyscy obecni w Gabinecie Gadów 

spojrzeli na Stefana. Słoneczko z miną triumfalną, Klaus z miną wyzywającą. Pan Poe z miną 

wściekłą.  A  doktor  Lucafont  z  miną  zafrasowaną.  Trudno  powiedzieć  coś  o  minie 

Niewiarygodnie Jadowitej Żmii, ponieważ miny żmij nie bywają zbyt wymowne. 

Stefano  uważnie  patrzył  na  wszystkich  po  kolei  i  wyraźnie  się  wahał,  czy  ma 

zadośćuczynić faktom, czyli „przyznać się, że jest Hrabią Olafem i knuje niecne plany”, czy 

też kontynuować mistyfikację, czyli „kłamać, kłamać i jeszcze raz kłamać”. 

- Panie  Stefano  -  przemówił  pan  Poe  i  zakaszlał  w  chusteczkę.  Klaus  i  Słoneczko 

czekali  w  napięciu,  co  powie  dalej.  -  Panie  Stefano,  zechce  się  pan  wytłumaczyć.  Przed 

chwilą oznajmił nam pan, że jest znawcą żmij. Wcześniej jednak utrzymywał pan, że nie zna 

się  na  żmijach  ani  w  ząb,  a  zatem  nie  może  mieć  nic  wspólnego  ze  śmiercią  Doktora 

Montgomery'ego. Czym pan to wytłumaczy? 

- Skromnością. Przez skromność powiedziałem, że nie znam się na żmijach ani w ząb 

- odrzekł Stefano. - A teraz, państwo wybaczą, muszę wyjść na chwilę, bo... 

- Pan  wcale  nie  jest  skromny!  -  krzyknął  Klaus.  -  Pan  jest  kłamcą!  Teraz  też  pan 

kłamie! Kłamca i morderca! 

Stefano zrobił wielkie oczy i nachmurzył się. 

- Nie macic na to żadnych dowodów. 

- Owszem, mamy - odezwał się głos od drzwi. 

Wszyscy odwrócili się i zobaczyli uśmiechniętą Wioletkę z dowodami rzeczowymi w 

rękach.  Wioletka  triumfalnie  przemaszerowała  w  drugi  koniec  Gabinetu  Gadów,  tam  gdzie 

wciąż  piętrzyła  się  sterta  książek  o  Mambie  Złej,  które  niedawno  wertował  Klaus.  Całe 

towarzystwo  poszło  za  nią  między  rzędami  klatek.  Wioletka  bez  słowa  ułożyła  dowody 

rzeczowe  na  stole,  jeden  przy  drugim:  szklaną  fiolkę  z  gumowym  korkiem,  strzykawkę  z 

cienką igłą, zwinięty plik papierów, ofoliowaną legitymację i małe ręczne lusterko. 

- Co to jest? - spytał pan Poe, wskazując gestem dziwny zestaw. 

- To są dowody rzeczowe, które znalazłam w walizce Stefana. 

- Moja walizka - wtrącił Stefano - to moja prywatna własność i nikomu nie wolno jej 

ruszać. Zachowałaś się bardzo nieładnie. A poza tym, walizka była zamknięta na kłódkę. 

background image

- Z  powodu  wyjątkowej  sytuacji  musiałam  użyć  wytrycha  -  wyjaśniła  spokojnie 

Wioletka. 

- Skąd wiesz, jak używać wytrycha?  - zgorszył się pan Poe. - Grzeczna dziewczynka 

nie ma prawa wiedzieć takich rzeczy. 

- Moja  siostra  jest  grzeczną  dziewczynką,  a  mimo  to  wie  mnóstwo  różnych  rzeczy  - 

powiedział Klaus. 

- Rufik! - potwierdziło Słoneczko. 

- Pogadamy o tym później - skapitulował pan Poe. - Na razie mów dalej. 

- Kiedy okazało się, że Wujcio Monty nie żyje - zaczęła Wioletka - moje rodzeństwo i 

ja bardzo się zasmuciliśmy, ale od razu mieliśmy poważne podejrzenia. 

- Jakie  podejrzenia!  -  przerwał  jej  Klaus.  Podejrzenia  ma  się,  kiedy  nie  jest  się 

pewnym! A my byliśmy pewni, że to Stefano go zabił! 

- Bzdura!  -  zaprotestował  doktor  Lucafont.  -  Tłumaczyłem  wam  przecież,  że  Doktor 

Montgomery  Montgomery  zmarł  w  wyniku  nieszczęśliwego  wypadku.  Ukąsiła  go  Mamba 

Zła, która wydostała się z klatki - i to wszystko! 

- Pan  wybaczy  -  powiedziała  Wioletka  -  ale  to  na  pewno  nie  jest  wszystko.  Klaus 

sprawdził  w  książkach  informacje  o  Mambie  Złej  i  może  nam  powiedzieć,  w  jaki  sposób 

zabija ona swoje ofiary. 

Klaus  podszedł  do  sterty  książek  i  otworzył  pierwszą  z  góry.  Ważne  miejsce  miał 

zaznaczone karteczką, więc znalazł je od razu. 

- ”Mamba  Zła  jest  jedną  z  najgroźniejszych  żmij  na  naszej  półkuli.  Atakuje  przez 

strangulację,  która  w  koniunkcji  z  jadem  nadaje  ciału  ofiary  charakterystyczny  czarnosiny 

tonus i upiorny wygląd”. 

Klaus odłożył książkę, po czym zwrócił się do pana Poe: 

- ”Strangulacja” to znaczy... 

- Każdy wie, co to znaczy! - krzyknął Stefano. 

- W takim razie wie pan również, że to nie Mamba Zła uśmierciła Wujcia Monty'ego - 

rzeki do niego Klaus. - Jego skóra nie miała ciemnosinego tonusu. Była blada jak papier. 

- To  prawda  -  przyznał  pan  Poe  -  ale  to  jeszcze  nie  znaczy,  że  Doktor  Montgomery 

został zamordowany. 

- No właśnie - zawtórował mu doktor Lucafont. - Może wyjątkowo tym razem żmija 

nie miała nastroju do duszenia ofiary. 

- Znacznie  bardziej  prawdopodobne  jest  jednak  to,  że  ktoś  zamordował  Wujcia 

Monty'ego, używając tych oto przedmiotów - oświadczyła Wioletka. Podniosła do góry fiolkę 

background image

z  gumowym  korkiem.  -  Ta  fiolka  ma  nalepkę  z  napisem  „Jad  Mamby  Złej”  i  z  pewnością 

pochodzi  z  szafy  trujących  próbek  w  laboratorium  Wujcia  Monty'ego.  -  Wioletka  odłożyła 

fiolkę  i  podniosła  strzykawkę  z  cienką  igłą.  -  Tą  strzykawką  Stefano...  a  raczej  Olaf... 

wstrzyknął  jad  w  ciało  Wujcia  Monty'ego.  Potem  igłą  zrobił  drugie  ukłucie  obok,  aby 

podrobić ślad ukąszenia żmii. 

- Ależ  ja  szczerze  kochałem  Doktora  Montgomery'ego  -  oburzył  się  Stefano.  -  Cóż 

zresztą mógłbym zyskać na jego śmierci? 

Czasem ktoś palnie takie niedorzeczne kłamstwo, że najlepiej puścić je mimo uszu. 

- Gdy  skończę  osiemnaście  lat  -  ciągnęła  Wioletka,  puszczając  uwagę  Stefana  mimo 

uszu - odziedziczę majątek Baudelaire'ów. Stefano chciałby go jednak zagarnąć dla siebie. A 

przyszłoby mu to łatwiej, gdyby znalazł się z nami w jakimś bardziej odludnym miejscu, na 

przykład w Peru. - Wioletka podniosła w górę zwitek papierów. - To są nasze bilety na statek 

„Prospero”, który dziś o godzinie piątej po południu odpływa z Mglistej Zatoki. Właśnie tam 

wiózł nas Stefano, kiedy zderzyliśmy się z panem, panie Poe. 

- Przecież  Wujcio  Monty  podarł  bilet  Stefana  do  Peru  -  odezwał  się  skonfundowany 

Klaus, - Widziałem na własne oczy. 

- To  prawda  -  przyznała  Wioletka.  -  I  właśnie  dlatego  Stefano  musiał  pozbyć  się 

Wujcia Monty'ego. Zamordował go... - Wioletka zadrżała i umilkła na chwilę. - Zamordował 

Wujcia  Monty'ego  i  ukradł  jego  zafoliowaną  legitymacje  członka  Towarzystwa 

Herpetologicznego.  Chciał,  podając  się  za  Wujcia  Monty'ego,  wsiąść  na  „Prospera”  i 

uprowadzić nas do Peru. 

- Nic nie rozumiem - powiedział pan Poe. - Skąd Stefano wiedział o waszym majątku? 

- Stąd,  że  to  nie  żaden  Stefano,  tylko  Hrabia  Olaf  -  odparła  Wioletka, 

zniecierpliwiona, że musi tłumaczyć panu Poe to, co i ona sama, i jej rodzeństwo, i wy, i ja 

wiedzieliśmy  od  chwili  pojawienia  się  Stefana  przed  domem.  -  Mógł  zgolić  sobie  włosy  i 

brwi, ale tatuażu na nodze nie mógł się pozbyć: musiał go zamaskować, korzystając z pudru i 

ręcznego  lusterka.  Zapudrował  oko  nad  lewą  kostką;  założę  się,  że  wystarczy  potrzeć 

szmatką, a ukaże się tatuaż. 

- To absurd! - oburzył się Stefano. 

- Zaraz zobaczymy - rzekł pan Poe. - Kto ma kawałek szmatki? 

- Ja nie mam - powiedział Klaus. 

- Ja też nie - powiedziała Wioletka. 

- Guwil! - powiedziało Słoneczko. 

background image

- Skoro  nikt  nie  ma  szmatki,  to  lepiej  dajmy  sobie  spokój  -  zaproponował  doktor 

Lucafont,  ale  pan  Poe  uniesionym  palcem  dał  mu  znak,  żeby  chwileczkę  poczekał.  Ku 

wielkiej uldze sierot Baudelaire sięgnął do kieszeni i wyciągnął chusteczkę do nosa. 

- Pan pozwoli lewą nogę - zwrócił się surowo do Stefana. 

- A fe! Pan w to kaszlał cały dzień! Tam jest pełno zarazków! - bronił się Stefano. 

- Jeżeli  jest  pan  tym,  za  kogo  uważają  pana  dzieci,  to  zarazki  są  w  tej  chwili  pana 

najmniejszym problemem - rzekł pan Poe. - Lewą nogę proszę! 

Stefano - w tym miejscu po raz ostatni nazywamy go przybranym imieniem - warknął 

gniewnie,  ale  podciągnął  lewą  nogawkę,  odsłaniając  kostkę  nogi.  Pan  Poe  przyklęknął  i 

zaczął  trzeć podejrzane  miejsce chusteczką.  Z początku  nic nie było  widać, ale po  chwili  – 

niczym słonko wychodzące zza chmur po strasznej burzy z piorunami - spod spodu zaczął się 

wyłaniać niewyraźny kontur oka. Oko było coraz wyraźniejsze, aż w końcu wyglądało tak jak 

w  dniu,  w  którym  sieroty  ujrzały  je  po  raz  pierwszy,  wprowadzając  się  do  domu  Hrabiego 

Olafa. 

Wioletka,  Klaus  i  Słoneczko  spojrzeli  w  oko,  które  spoglądało  na  nich  -  i  po  raz 

pierwszy w życiu ucieszyli się na jego widok. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Gdyby to była rozrywkowa książeczka dla małych dzieci, sami odgadlibyście, co teraz 

nastąpi.  Po  zdemaskowaniu  łotra  i  jego  niecnych  planów  na  miejsce  przyjechałaby  policja, 

zabraliby drania do więzienia, gdzie siedziałby po kres swoich dni, a dzielna dziatwa poszłaby 

na pizzę i żyła dalej długo i szczęśliwie. Ale to jest książka o sierotach Baudelaire, a jak nam 

wiadomo, szansa na to, aby ta trójka małych pechowców żyła dalej długo i szczęśliwie, jest 

mniej  więcej  taka  sama,  jak  szansa  powrotu  Wujcia  Monty'ego  do  życia.  A  jednak,  kiedy 

tatuaż z okiem wyszedł na jaw, sieroty Baudelaire poczuły się tak, jakby chociaż kawałeczek 

Wujcia Monty'ego ożył  z powrotem. Dowiodły  przecież raz na zawsze,  że Hrabia Olaf jest 

złoczyńcą. 

- Oko jak byk! - oznajmił pan Poe i przestał trzeć nogę Hrabiego Olafa. - Jest pan bez 

wątpienia Hrabią Olafem i jest pan bez wątpienia aresztowany. 

- A ja jestem bez wątpienia zaszokowany - wpadł mu w słowo doktor Lucafont, łapiąc 

się za głowę obiema dziwnie masywnymi rękami. 

- Ja  również  -  rzeki  pan  Poe  i  przytrzymał  Hrabiego  Olafa  za  rękaw,  żeby  mu  nie 

uciekł.  Wioletko,  Klausie,  Słoneczko,  wybaczcie,  że  od  razu  wam  nie  uwierzyłem.  Wydało 

mi się niedorzeczne, że ten osobnik wytropił was aż tutaj, przebrał się za asystenta doktora i 

uknuł tak misterny plan, aby zagarnąć wasz majątek. 

- Ciekawe,  co  się  stało  z  Gustawem,  prawdziwym  asystentem  Wujcia  Monty'ego  - 

zamyślił się głośno Klaus. - Przecież gdyby Gustaw nie rzucił pracy, Wujcio Monty nigdy nie 

zatrudniłby Hrabiego Olafa. 

Hrabia  Olaf  milczał  od  chwili  ujawnienia  tatuażu.  Jego  rozbiegane,  błyszczące  oczy 

śledziły  bacznie  wszystkich  obecnych,  jak  oczy  lwa,  który  obserwuje  stado  antylop  i 

kombinuje, którą by tu najlepiej porwać i pożreć. Jednak na dźwięk imienia Gustawa przerwał 

milczenie. 

- Gustaw  wcale  nie  rzucił  pracy  -  oznajmił  świszczącym  głosem.  -  Gustaw  nie  żyje! 

Utopiłem go w Burym Bagnie, kiedy zbierał na łące okazy botaniczne. A potem podrzuciłem 

w jego imieniu fałszywy liścik z wymówieniem. - Hrabia Olaf patrzył na dzieci tak, jakby się 

miał za chwilę na nie rzucić i wszystkie podusić, a jednocześnie stał sztywno jak posąg, co w 

pewnym  sensie  było  jeszcze  gorsze.  -  Ale  to  jeszcze  nic  w  porównaniu  z  tym,  co  zrobię  z 

wami,  sieroty.  Tę  rundę  gry  wygrałyście,  ale  ja  jeszcze  wrócę  po  waszą  forsę  i  dobiorę  się 

wam do skóry! 

background image

- To  nie  jest  gra,  podły  człowieku  -  oburzył  się  pan  Poe.  -  Domino  to  jest  gra.  Piłka 

wodna to jest gra. A morderstwo to jest zbrodnia, za którą pójdziesz do więzienia. Osobiście 

odwiozę cię zaraz na posterunek policji. O, psiakość, nie odwiozę. Mam rozwalone auto. Już 

wiem,  zawiozę  cię  dżipem  doktora  Montgomery'ego,  a  wy,  dzieci,  pojedziecie  za  nami  z 

doktorem  Lucafontem.  W  ten  sposób  obejrzycie  sobie,  lak  jak  chciałyście,  wnętrze  pojazdu 

lekarza. 

- Rozsądniej będzie - rzeki doktor Lucafont - wziąć Stefana do mojego samochodu, a 

dzieci niech jadą z tylu. Proszę pamiętać, że u mnie siedzi już nieboszczyk Montgomery, więc 

i tak nie ma miejsca dla trojga. 

- A  jednak  -  upierał  się  pan  Poe  -  nie  chciałbym  sprawić  dzieciom  zawodu  po  tym 

wszystkim, co już wycierpiały. Przenieśmy może ciało doktora Montgomery'ego do dżipa, a... 

- Mamy  w  nosie  pojazd  lekarza  -  przerwała  mu  zniecierpliwiona  Wioletka.  -  To  był 

tylko wykręt, bo nie chcieliśmy zostać z Hrabią Olafem. 

- Bardzo brzydko jest kłamać, sieroty - po wiedział Hrabia Olaf. 

- Nic  jest  pan  chyba  najwłaściwszą  osobą  do  udzielania  dzieciom  nauk 

umoralniających - zgromił go pan Poe. - W porządku, doktorze Lucafont, niech pan go bierze. 

Doktor  Lucafont  dziwnie  sztywną  łapą  chwycił  Hrabiego  Olafa  za  ramię  i 

wyprowadził go z Gabinetu Gadów i dalej, do wyjścia. W progu przystanął i odwrócił się do 

pana Poe i dzieci z chytrym uśmieszkiem. 

- Niech pan powie sierotkom do widzenia, Hrabio Olafie. 

- Do widzenia - powiedział Hrabia Olaf. 

- Do widzenia - powiedziała Wioletka. 

- Do widzenia - powiedział Klaus. 

Pan Poe, kaszląc w chusteczkę, machnął tylko od niechcenia ręka w stronę Hrabiego 

Olafa, co też miało znaczyć „do widzenia”. Tylko Słoneczko nie powiedziało nic. Wioletka z 

Klausem spojrzeli na nie, zdziwieni, że nie wydało okrzyku „Iiit!” ani „Libo!”, ani żadnego 

innego  ze  swoich  licznych  pisków  na  „do  widzenia”.  Słoneczko  jednak  z  desperacką  miną 

wpatrywało się w doktora Lucafonta. Nagle wyskoczyło jak z procy i ugryzło go w rękę. 

- Słoneczko!  -  zgorszyła  się  Wioletka  i  już  miała  przeprosić  doktora  Lucafonta  za 

zachowanie siostrzyczki, gdy wtem jego ugryziona dłoń odpadła od ramienia i wylądowała na 

podłodze. Słoneczko jeszcze mocniej wpiło w nią swoje cztery ostre ząbki i rozległ się trzask 

- trzask pękającego drewna albo plastiku, ale nie kości. A z ręki doktora Lucafonta, z której 

odpadła dłoń, wcale nie kapała krew, i nie było tam żadnej rany, tylko sterczał metalowy hak. 

Wioletka pierwsza to dostrzegła. Doktor Lucafont też spojrzał na hak, a potem na Wioletkę - i 

background image

wyszczerzył  się  szyderczo.  Równie  szyderczo  wyszczerzył  się  Hrabia  Olaf.  Po  czym  obaj 

odwrócili się błyskawicznie i dali nogę. 

- Hakoręki!  -  krzyknęła  Wioletka.  -  To  nie  żaden  doktor!  To  jeden  z  ludzi  Hrabiego 

Olafa! 

Wioletka  odruchowo  pochwyciła  puste  miejsce  po  doktorze  Lucafoncie  i  Olafie, 

których  tam  już  oczywiście  nie  było.  Otworzyła  szeroko  drzwi  i  ujrzała  obu  gnających 

sprintem wzdłuż żmijo - krzewów. 

- Łapać ich! - wrzasnął Klaus i cała trójka Baudelaire'ów podskoczyła do wyjścia. 

Pan Poe wyprzedził ich jednak i zagrodził drogę, krzycząc: 

- Nie! 

- Przecież to hakoręki! - zawołała Wioletka. - Ucieknie razem z Olafem! 

- Zabraniam wam ścigać dwóch niebezpiecznych przestępców - oświadczył pan Poe. - 

Odpowiadam za wasze bezpieczeństwo i nie pozwolę, aby spotkała was jakaś krzywda. 

- To niech pan sam ich goni! - krzyknął Klaus. - Tylko szybko! 

Pan  Poe  dał  krok  za  drzwi,  ale  zatrzymał  się,  słysząc  warkot  uruchamianego 

samochodu.  Dwaj  obwiesie  -  słowo  to  znaczy  tutaj:  „wstrętni  osobnicy”  -  dopadli  już 

widocznie auta doktora Lucafonta i odjeżdżali w siną dal. 

- Do dżipa! - rzuciła hasło Wioletka. - Za nimi! 

- Poważny  człowiek  -  oświadczył  surowo  pan  Poe  -  nie  bawi  się  w  pościgi 

samochodowe. To zadanie dla policji. Zaraz tam zadzwonię, może zdążą zablokować drogi. 

Widząc,  jak  pan  Poe  zamyka  z  powrotem  drzwi  i  biegnie  do  telefonu,  sieroty 

Baudelaire  upadły  na  duchu.  Zrozumiały,  że  wszystko  na  nic.  Zanim  pan  Poe  wytłumaczy 

policji całą sytuację, Hrabia Olaf z hakorękim będą już daleko. Wioletka, Klaus i Słoneczko 

poczuli się nagle okropnie zmęczeni: przeszli przez hall i usiedli na dolnym stopniu wielkich 

schodów,  skąd  słychać  było  niewyraźny  głos  pana  Poe,  rozmawiającego  przez  telefon. 

Wiedzieli,  że  polowanie  na  Hrabiego  Olafa  i  hakorękiego,  szczególnie  po  ciemku,  będzie 

szukaniem igły w stogu siana. 

Chociaż tak się zdenerwowali ucieczką Hrabiego Olafa, musieli jednak zdrzemnąć się 

na parę godzin, gdyż ocknąwszy się, stwierdzili, że jest już noc, a oni siedzą dalej na dolnym 

stopniu  schodów.  Ktoś  okrył  ich  we  śnie  kocem.  Prostując  obolałe  kości,  ujrzeli  trzech 

mężczyzn w kombinezonach, którzy wychodzili właśnie z Gabinetu Gadów, wynosząc klatki 

z gadami. Za tymi trzema kroczył pyzaty pan w garniturze w jaskrawą kratę. Zatrzymał się, 

gdy zobaczył, że dzieci już nie śpią. 

background image

- Cześć,  dzieciaki!  -  huknął  tubalnym  głosem.  -  Przepraszam,  że  was  budzimy,  ale 

moja ekipa musi działać szybko. 

- Kim panowie są? - spytała Wioletka. Kiedy człowiek zaśnie w dzień, a obudzi się w 

nocy, czuje się całkiem skołowany. 

- Co  panowie  chcą  zrobić  z  gadami  Wujcia  Monty'ego?  -  zainteresował  się  Klaus. 

Kiedy  człowiek  obudzi  się  na  schodach,  zamiast  w  łóżku  albo  w  śpiworze,  też  czuje  się 

całkiem skołowany. 

- Diksnik?  -  zagadnęło  Słoneczko.  Kiedy  człowiek  zobaczy  pana  w  kraciastym 

garniturze, czuje się skołowany, nawet jeśli wcale nie spał. 

- Moje  nazwisko  Bruce  -  przedstawił  się  Bruce.  -  Jestem  szefem  marketingu 

'towarzystwa  Herpetologicznego.  Wasz  znajomy,  pan  Poe,  zadzwonił  do  mnie,  abym 

zarekwirował żmije po Doktorze Montgomerym. „Zarekwirował” to znaczy „zabrał”. 

- My wiemy, co znaczy „zarekwirował” - powiedział Klaus - ale dokąd je pan zabiera? 

Gdzie będą mieszkać? 

- Wy  na  pewno  jesteście  tymi  trzema  sierotami,  prawda?  Przeniesiecie  się  teraz  do 

jakiegoś  innego  krewnego,  który  na  pewno  tak  zaraz  wam  nie  umrze,  jak  Doktor 

Montgomery.  A  żmijami  trzeba  się  zająć,  więc  rozdzielimy  je  -  trochę  damy  innym 

naukowcom,  trochę  do  zoo,  a  resztę  do  domów  starców.  Te,  dla  których  nie  znajdziemy 

opiekunów, będą musiały zostać uśpione. 

- Przecież one stanowią kolekcję Wujcia Monty'ego! - oburzył się Klaus. - Gromadził 

je latami! Nie wolno ich rozdawać, jak popadnie! 

- Nie może być inaczej - rzucił krótko Bruce. Wciąż mówił bardzo głośno, chociaż nie 

wiadomo, dlaczego. 

- Miija! - pisnęło Słoneczko i puściło się na czworakach do Gabinetu Gadów. 

- Moja  siostra  -  wyjaśniła  Wioletka  -  zaprzyjaźniła  się  tu  z  pewną  żmiją.  Czy 

przynajmniej tę jedną moglibyśmy z sobą zabrać? Chodzi o Niewiarygodnie Jadowitą Żmije. 

- Nic  ma  mowy  -  rzekł  twardo  Bruce.  -  Ten  gość,  Poe,  mówił,  że  wszystkie  żmije 

należą w tej chwili do nas. A po drugie, nigdy w życiu nie pozwolę, aby małe dzieci zadawały 

się z Niewiarygodnie Jadowitą Żmiją. 

- Ale  Niewiarygodnie  Jadowita  Żmija  jest  całkiem  nieszkodliwa  -  powiedziała 

Wioletka. - Jej nazwa celowo wprowadza w błąd. 

Bruce poskrobał się po głowie. 

- Znaczy się jak? 

background image

- Znaczy  się,  jest  odwrotnie,  niż  wynika  z  nazwy  -  wyjaśnił  Klaus.  -  Wujcio  Monty 

sam odkrył tę żmiję, więc sam nadal jej nazwę. 

- A mówiono, że to błyskotliwy naukowiec  - skrzywił się Bruce. Sięgnął do kieszeni 

kraciastej marynarki i wyciągnął cygaro. - To ma być taki błyskotliwy pomysł, nazwać żmiję 

na odwrót? Dla mnie to jest pomysł idiotyczny. 

No, ale czego można się spodziewać po facecie, który sam się nazywał Montgomery 

Montgomery? 

- Brzydko się tak naigrawać z czyjegoś nazwiska - zauważył Klaus. 

- Ty  mnie  tu  nie  pouczaj,  nie  mam  czasu  -  burknął  Bruce.  -  A  dzieciak,  jak  chce 

powiedzieć  pa  -  pa  Niewiarygodnie  Jadowitej  Żmii,  to  niech  się  pospieszy,  bo  tę  żmiję  już 

wynieśli. 

Słoneczko  ruszyło  na  czworakach  do  wyjścia,  ale  Klaus  nie  uważał  rozmowy  za 

skończoną. 

- Nasz Wujcio Monty był błyskotliwy - oświadczył dumnie. 

- Był błyskotliwy - potwierdziła Wioletka - i takim go na zawsze zapamiętamy. 

- Błyskotliwy!  -  pisnęło  Słoneczko,  nie  przerywając  raczkowania,  a  rodzeństwo 

Słoneczka  uśmiechnęło  się  do  niego,  zdumione,  że  Słoneczko  wymówiło  słowo  dla 

wszystkich zrozumiałe. 

Bruce zapalił cygaro, dmuchnął w górę kłębem dymu i wzruszył ramionami. 

- To  miło  z  waszej  strony,  że  tak  o  nim  mówicie  dzieciaki.  Życzę  wam  szczęścia, 

gdziekolwiek  teraz  traficie.  -  Spojrzał  na  wysadzany  brylantami  zegarek  i  zwrócił  się  do 

mężczyzn  w  kombinezonach:  -  Zbieramy  się.  Za  pięć  minut  musimy  być  na  tej  drodze,  co 

zalatuje imbirem. 

- Chrzanem - poprawiła go Wioletka, ale Bruce zdążył już wyjść. Wioletka z Klausem 

popatrzyli  po  sobie,  a  potem  ruszyli  za  Słoneczkiem,  aby  pożegnać  się  z  zaprzyjaźnionymi 

gadami. Zanim jednak doszli do drzwi, zjawił się nagle pan Poe i znów zastąpił im drogę. 

- Widzę, że już nie śpicie  - powiedział. - W takim razie biegnijcie na górę i kładźcie 

się do łóżek. Musimy wstać wcześnie rano. 

- Chcieliśmy  się  tylko  pożegnać  z  gadami  -  rzekł  Klaus,  ale  pan  Poe  pokręcił 

odmownie głową. 

- Nie pętajcie się Bruce'owi pod nogami. Dziwię się zresztą, że nie macie dość widoku 

żmij do końca życia. 

Sieroty  Baudelaire  wymieniły  spojrzenia  i  westchnęły.  Cały  świat  składał  się  z 

błędów.  Błędem  była  śmierć  Wujcia  Monty'ego.  Błędem  była  ucieczka  Hrabiego  Olafa  i 

background image

hakorękiego.  Błędem  była  opinia  Bruce'a,  że  Monty  to  ktoś,  kto  głupio  się  nazywa,  a  nie 

genialny naukowiec. Błędem było. też przypuszczenie, że dzieci mają dość widoku żmij do 

końca  życia.  Żmije,  i  w  ogóle  cały  Gabinet  Gadów,  były  dla  Baudelaire'ów  ostatnimi 

pamiątkami  szczęśliwych  dni  spędzonych  w  tym  domu  -  tych  kilku  zaledwie  szczęśliwych 

dni, które dzieci przeżyty od śmierci rodziców. Rozumiały doskonale, że pan Poe nie pozwoli 

im mieszkać w tym domu dalej, sam na sam z gadami, ale uważały za straszny błąd, że nie 

pozwolił im nawet spojrzeć na żmije po raz ostatni i powiedzieć im do widzenia. 

Lekceważąc więc zakaz pana Poe, Wioletka, Klaus i Słoneczko wybiegli na zewnątrz, 

gdzie  panowie  w  kombinezonach  lądowali  właśnie  klatki  do  ciężarówki,  która  miała  z  tyłu 

napis  „Towarzystwo  Herpetologiczne”.  Świecił  księżyc  w  pełni  i  w  jego  blasku  szklane 

ściany  Gabinetu  Gadów  lśniły  niczym  wielki  klejnot,  jasno,  bardzo  jasno  -  można  by  rzec: 

błyskotliwie. Bruce. 

mówiąc o Wujciu Montym, użył słowa „błyskotliwy” w znaczeniu: „znany z mądrości 

i  inteligencji”.  Ale  dzieci  rozumiały  je  wtedy  inaczej  -  i  teraz  też,  patrząc  na  błyszczały  w 

świetle  księżyca  Gabinet  Gadów,  czuły,  że  to  słowo  znaczy  o  wiele  więcej.  Znaczyło,  że 

chociaż sytuacja znów jest niewesoła i chociaż wiele jeszcze niefortunnych zdarzeń spotka je 

w życiu, wspomnienie Wujcia Monty'ego i jego dobroci będzie błyszczeć w ich pamięci jak 

cenny klejnot. Bo Wujcio Monty byt błyskotliwy i błyskotliwy był czas, który razem z nim 

spędzili.  Bruce  i  jego  ludzie  mogli  rozproszyć  kolekcję  gadów  Wujcia  Monty'ego,  ale  nikł 

nigdy nie zdoła rozproszyć wspomnień o Wujciu Montym w pamięci Baudelaire'ów. 

- Do widzenia, do widzenia! - zawołały chórem sieroty Baudelaire, gdy ładowano do 

ciężarówki Niewiarygodnie Jadowitą Żmiję. - Do widzenia, do widzenia! - wołały, i chociaż 

Żmija  była  właściwie  przyjaciółką  Słoneczka,  Wioletka  i  Klaus  też  płakali,  razem  z 

siostrzyczką. A  gdy  Niewiarygodnie Jadowita  Żmija wyciągnęła do góry łeb, żeby spojrzeć 

na  dzieci,  zobaczyły,  że  i  ona  płacze  -  z  jej  zielonych  oczu  kapały  małe,  błyszczące  łezki. 

Żmija też była błyskotliwa. Dzieci popatrzyły po sobie - ich łzy błyszczały tak samo jak łzy 

żmii. 

- Jesteś błyskotliwy - mruknęła Wioletka do Klausa. - Znalazłeś informacje o Mambie 

Złej. 

- Jesteś błyskotliwa - odmruknął Klaus. - Wydobyłaś dowody z walizki Stefana. 

- Błyskotliwa!  -  powtórzyło  Słoneczko,  a  Wioletka  i  Klaus  uściskali  swoją  małą 

siostrzyczkę.  Nawet  najmłodsza  z  Baudelaire'ów  była  błyskotliwa,  bo  potrafiła  z  pomocą 

Niewiarygodnie Jadowitej Żmii odwrócić uwagę dorosłych. 

- Do  widzenia,  do  widzenia!  -  wołali  błyskotliwi  Baudelaire'owie,  machając  na 

background image

pożegnanie  gadom  Wujcia  Monty'ego.  Stali  tak  w  blasku  księżyca  i  machali  dalej,  chociaż 

Bruce zatrzasnął już drzwi ciężarówki i wóz ruszył wzdłuż żmijokrzewów, a potem zjechał na 

Parszywą Promenadę, minął zakręt i zniknął w ciemności. 

background image

LEMONY SNICKET 

urodził  się  w  małym  miasteczku,  którego  mieszkańcy  są  podejrzliwi  i  skłonni  do 

zwady.  Obecnie  mieszka  w  wielkim  mieście.  W  wolnych  chwilach  gromadzi  dowody 

przestępstw i wśród najwyższych autorytetów cieszy się opinią swoistego eksperta. 

BRETT HELQUIST 

urodził  się  w  Gonado  w  stanie  Arizona,  dorastał  w  Orem  w  stanie  Utah,  a  teraz 

mieszka  w  Nowym  Jorku.  Wiele  jego  rysunków  ukazuje  się  w  prasie,  między  innymi  w 

piśmie „Cricket” i w dzienniku „New York Times”. 

background image

Szanowny Wydawco, 

Piszę do Pana znad Jeziora Łzawego, gdzie badam szczątki domu Ciotki Józefiny, aby 

dokładnie zrozumieć wszystko, co się tam zdarzyło podczas pobytu sierot Baudelaire. 

Proszę  w  najbliższą  środę  o  czwartej  po  południu  udać  się  do  kawiarni  Kafka  i 

zamówić  herbatę  jaśminową  u  najwyższego  kelnera  z  drugiej  zmiany.  O  ile  moi  wrogowie 

mnie  nie  ubiegli,  przyniesie  on  Panu  zamiast  herbaty  dużą  kopertę.  W  kopercie  tej  znajdzie 

Pan moje sprawozdanie z przebiegu tragedii zatytułowanej OGROMNE OKNO, a także plan 

Skisłej Groty, woreczek tłuczonego szkła i kartę dań z restauracji Smutny Klaun. Będzie tam 

również probówka zawierająca Pijawkę Łzawą (1 szt.) - to dla p. Helquisia, aby mógł wiernie 

sportretować okaz. Nie należy POD ŻADNYM POZOREM otwierać probówki. 

Proszę  pamiętać,  że  jest  Pan  moją  ostatnią  nadzieją  na  to,  że  losy  sierot  Baudelaire 

zostaną wreszcie ujawnione światu. 

Z całym należnym szacunkiem 

Lemony Snicket 

background image

Drogi Czytelniku! 

Jeśli sięgnąłeś po tę książkę, aby poczytać sobie coś łatwego i wesołego, to obawiam 

się,  że  wybrałeś  jak  najgorzej.  Z  początku,  gdy  rodzeństwa  Baudelaire  obraca  się  w 

towarzystwie  interesujących  gadów  i  roztargnionego  wuja,  historia  ta  może  ci  się  wydać 

wesoła, ale nie daj się nabrać. Jeżeli wiesz już cokolwiek o pechowych sierotach Baudelaire, 

nie będziesz miał wątpliwości, że nawet miłe zdarzenia prowadzą w ich życiu do zguby. 

Mówiąc  konkretnie,  w  książce,  którą  w  tej  chwili  trzymasz  w  ręku,  dzieci  będą 

musiały  znieść:  wypadek  samochodowy,  straszny  smród,  jadowitą  żmiję,  długi  nóż,  ciężką, 

mosiężną lampę biblioteczna oraz ponowne pojawienie się osoby, której miały nadzieję nigdy 

więcej nie oglądać. 

Moim  przykrym  obowiązkiem  jest  spisanie  tragicznych  przypadków  rodzeństwa 

Baaudelaire, ale Tobie, Czytelniku, nic nie przeszkadza odłożyć tę książkę i poczytać sobie 

raczej coś wesołego, o ile wolisz wesołe lektury. 

Z poważaniem 

Lemony Snicket