background image

MELINDA METZ

INTRUZ

(The intruder)

Roswell w Kręgu Tajemnic

przełożyła Zuzanna Maj

background image

Proszę cię, Max - usłyszał błagalny głos. - Nie opuszczaj mnie. Nie możesz umrzeć 

właśnie teraz, kiedy się nareszcie zgodziłeś, że będziesz dla mnie kimś więcej niż „tylko 

przyjacielem”.

Ten   głos   dochodził   z   bardzo   daleka,   jakby   z   końca   długiego   tunelu.   Max   Evans 

znalazł się w jakimś zaklętym kręgu. Nie był w stanie niczego zobaczyć poza otaczającym go 

połyskliwym białym światłem.

- Masz   w   ręku   kryształy   integracyjne   -   usłyszał.   -   Musisz   nawiązać   łączność   ze 

świadomością zbiorową. Zrób to jak najszybciej! Czas ucieka!

Brzmienie tego głosu nie było mu obce, świadomość zbiorowa również budziła jakieś 

odległe skojarzenia, ale nie potrafił ich z niczym powiązać.

Chłopak usiadł na łóżku, lecz po chwili znowu się położył. Otaczające go światło było 

niezwykle piękne. Miał wrażenie, że na białej płaszczyźnie układają się płatki śniegu. Pragnął 

tak leżeć bez końca i patrzeć na te roziskrzone płatki.

Rozległy   się   jakieś   inne   głosy.   Już   je   kiedyś   słyszał,   ale   to   było   bardzo   dawno. 

Błagano go, żeby nawiązał łączność ze świadomością zbiorową, błagano, żeby żył.

Max chciał, żeby te wszystkie dźwięki umilkły. Śnieżnobiałe płatki śniegu należało 

oglądać w całkowitej ciszy. Nie wiedział dlaczego, ale był tego całkowicie pewien.

- Max, nie! Nie umieraj! Nie możesz umrzeć. Musisz ze mną zostać, jeśli naprawdę 

mnie kochasz! - rozległ się pierwszy głos.

To   był   głos   Liz   Ortecho.   Jej   imię   pojawiło   się   teraz   w   jego   umyśle   z   pełną 

wyrazistością. Jak mógłby zapomnieć brzmienie głosu Liz, dziewczyny, którą kocha?

Powoli zaczął również rozpoznawać inne głosy. Mówiła do niego siostra, Isabel, oraz 

przyjaciele, Alex Manes i Maria DeLuca. Starał się przebić wzrokiem srebrzystą poświatę. 

Gdzie oni są?

A gdzie on jest?

- Nic nie widzę.... - szepnął, odrywając z trudem język od podniebienia. - Gdzie... 

gdzie jesteście?

- Jesteśmy przy tobie, Max. Wszyscy jesteśmy tu z tobą! - zawołała Liz. - Zostań z 

nami. Zostań ze mną.

Nagle się poderwał. Zrobił to bezwiednie i bez zastanowienia. Płynął w srebrzystej 

poświacie,   a   otaczające   go   płatki   śniegu   wirowały   tak   szybko,   że   widział   tylko   ich 

niewyraźne zarysy.

Światło zaczęło przygasać i chłopak zorientował się, że mknie długim tunelem. Gdzieś 

w oddali było  jego łóżko, tak małe jak pudełko zapałek. Jakieś drobne figurki stały nad 

background image

posłaniem. To Liz, Isabel, Alex i Maria, uświadomił sobie.

A to moje ciało, pomyślał. Jak to możliwe?

Zbliżał się coraz szybciej do leżącej na łóżku postaci. Po chwili ujrzał krople potu na 

jej czole i krew zaschniętą na wargach. Wdarł się w to ciało - które było jego ciałem - i wtopił 

się   w   nie.   Poczuł   prześcieradło   pod   plecami,   miękką   poduszkę   pod   głową;   słyszał   swój 

chrapliwy oddech, czuł dotyk Liz, która trzymała go za rękę.

- Skup   się   na   kryształach,   Max.   Nawiąż   łączność   ze   świadomością   zbiorową   - 

nalegała.

Tym   razem   świadomość   zbiorowa   nie   kojarzyła   mu   się   z   jakąś   odległą,   dawno 

zapomnianą sprawą. Te słowa przywołały cały szereg wspomnień. Wiedział już, że przeżywa 

akino,   inicjacyjny   rytuał   wtajemniczenia,   i   umrze,   jeśli   nie   zdoła   nawiązać   łączności   ze 

świadomością zbiorową swojej rodzinnej planety.

Był przygotowany na śmierć, nie miał bowiem kryształów integracyjnych, bez których 

nie docierał do niego żaden komunikat z kosmosu. Były one ukryte na statku jego rodziców, 

gdzieś na pustyni, i pilnie strzeżone przez strażników uzbrojonych w karabiny maszynowe.

Obrócił głowę i spojrzał na Isabel.

- Znalazłaś statek? - zapytał łamiącym się głosem. Ale już znał odpowiedź. Przecież 

trzymał w dłoni dowód - kryształy integracyjne.

- Gdzie Michael? - wychrypiał. - Ray?

Powinni tu być, obaj towarzyszyli Isabel w wyprawie na ściśle strzeżony teren, gdzie 

ukryto statek kosmiczny.

- Powiem ci później - wykrztusiła Isabel. - Musisz szybko nawiązać łączność, Max. 

Nie możesz tracić czasu!

Liz zacisnęła mu palce wokół kryształów. Zamknął oczy, a jego myśli rozpływały się 

w   przestrzeni.   Poczuł   nagle,   że   ktoś   się   do   niego   zbliża   i   staje   tak   blisko,   że   ich   aury 

zaczynają się przenikać. To nie była Liz, Isabel, Alex ani Maria. Max znał ich aury równie 

dobrze, jak własną, a ta promienna otoczka, która dotykała jego świetlnego obrzeża, nie była 

mu znana... ale w jakiś przedziwny sposób dodawała otuchy.

Poczuł znowu czyjąś obecność i kolejna aura wtopiła się w dwie poprzednie, tworząc 

wspólny krąg. Nie odczuwał bólu, który rozrywał mu czaszkę wtedy, kiedy bez pomocy 

kryształów próbował nawiązać łączność ze świadomością zbiorową. Obecne doświadczenie 

przypominało  raczej zanurzanie się w ciepłych  wodach tropikalnego oceanu, którego fale 

delikatnie kołysały jego pozbawione ciężaru ciało.

To był ocean promiennych otoczek, składający się z tysięcy aur, a właściwie z setek 

background image

tysięcy, może nawet milionów. Max usiłował przeniknąć je siłą swojego umysłu i nie mógł 

dotrzeć do końca.

Od dwóch najbliżej stojących istot dobiegło go pojedyncze słowo. Nie zostało ono 

wymówione po angielsku, a właściwie w ogóle nie zostało wymówione. To było tak, jakby 

mózg Maxa odebrał rzeczywisty sens tego słowa, które nie wymagało tłumaczenia. Tylko 

jedno słowo: synu.

Synu.   Obijało   się   wielokrotnym   echem   w   jego   umyśle,   przepełniając   go   zarówno 

radością, jak i smutkiem, dumą, tęsknotą i miłością.

Moi rodzice. Nie, to niemożliwe.

Tak, odpowiedzieli mu bez słów. Tak, synu.

Przecież jego rodzice... nie żyli. Zginęli, kiedy statek kosmiczny rozbił się na pustyni - 

to była słynna tajemnicza katastrofa w Roswell. Kiedy Max i Isabel wydostali się ze swojego 

inkubatora, minęło już przeszło pięćdziesiąt lat od śmierci ich rodziców.

Nawiązał łączność nie tylko z tymi wszystkimi, którzy żyli na jego rodzinnej planecie, 

ale również z duchami zmarłych.

Łzy napłynęły mu do oczu. Jego rodzice! To go ścięło z nóg. Nawiązał kontakt z 

rodzicami! Nigdy się tego nie spodziewał... nawet nie ośmielał się marzyć.

Po   chwili   ujrzał   dwie   pozaziemskie   istoty,   pochylające   się   nad   inkubatorem. 

Odczuwał radość i podniecenie rodziców, którzy tak bardzo pragnęli zobaczyć swoje dzieci.

Ale nigdy ich nie zobaczyli.

Smutek   rodziców   stawał   się   teraz   jego   smutkiem.   Po   chwili   usłyszał   ciche   tony 

muzyki,   przypominające   raczej   nucenie   melodii   bez   słów   niż   jakikolwiek   znany   mu 

instrument. To była kołysanka, którą jego babcia śpiewała swojej córce, a ta z kolei miała ją 

śpiewać swoim dzieciom. W jakiś sposób dowiedział się o tym, słuchając tej melodii.

Zjawił się nowy przybysz, a kiedy jego aura dotknęła otoczki Maxa, ten zobaczył dwa 

księżyce, na wpół przykryte granatowo - zielonymi chmurami. Po chwili pojawił się jeszcze 

ktoś, wtedy poczuł w ustach smak słodko - kwaśnego płynu. Żadne ziemskie jedzenie nie 

mogło  się  z  tym  równać.  Max zawsze  musiał  dolewać   płynu   do płukania  ust  do  napoju 

pomarańczowego albo kwasu z ogórków do mleka, żeby uzyskać właściwy smak. A to, co 

miał w ustach, było doskonałe.

Wraz z pojawieniem się kolejnego przybysza chłopak poczuł cytrynowo - pieprzowy 

zapach. Zaraz też otrzymał informację, że tak pachnie jagoda, której używa się do leczenia 

niedyspozycji żołądkowych.

Każdy z nich przekazuje mi jakąś informację o mojej planecie, powiedział sobie w 

background image

duchu. To wspaniałe.

Natychmiast rozpoznał aurę kolejnej postaci, która się zbliżyła. Ta otoczka należała do 

Raya Iburga, szefa Maxa w muzeum UFO, jedynego dorosłego, który przeżył katastrofę.

- Ray! - krzyknął chłopiec, nie wiedząc nawet, czy rzeczywiście wymawia jego imię, 

czy robi to bezgłośnie. - Ray, ocaliłeś mi życie. Ty, Michael i Isabel! Nie spodziewałem się, 

że tak szybko odnajdziecie kryształy integracyjne! Nie wiem nawet, co powiedzieć, jak ci 

dziękować. Wiem tylko, że musimy to uczcić.

Zrobimy wielką imprezę, może nawet jutro, po zamknięciu muzeum.

Przed   oczami   Maxa   ukazała   się   scena   z   muzeum   -   on   i   Ray,   poprzebierani   w 

cudaczne, naszywane kryształkami kostiumy Elvisa, śmiejący się na całe gardło.

Starszy   przyjaciel   pokazywał   mu,   jak   się   świetnie   bawili.   Jednak   emocje,   które 

chłopak   od   niego   odbierał,   nie   współgrały   z   tym   wesołym   obrazem   i   nie   pobudzały   do 

śmiechu. Od Raya emanowało uczucie ulgi oraz smutku, a wysyłane przez niego sygnały 

sugerowały pożegnanie.

Kolejny   przybysz   zbliżył   się   do   Maxa,   przerywając   łączność   z   Rayem.   Scenę   z 

muzeum zastąpił obraz pulpitu sterowniczego na statku kosmicznym, a umysł chłopaka zaczął 

chłonąć wiedzę o jego budowie. Zależało mu jednak na odzyskaniu utraconej łączności z 

szefem,   starał   się   więc   odsunąć   od   siebie   ten   natłok   informacji.   Co   się   stało   z   Rayem? 

Dlaczego emanował z niego taki smutek?

- Ray?! - zawołał. - Gdzie jesteś?

Znowu jakaś otoczka dotknęła jego aury i rozległ się terkoczący dźwięk, a wraz z nim 

informacja - w pobliżu jest jadowity owad.

To go zupełnie nie interesowało.

- Ray!   -   krzyknął,   lecz   nie   otrzymał   odpowiedzi.   Musiało   się   stać   coś   złego,   coś 

bardzo złego.

Chłopak rozprostował palce i kryształy integracyjne wypadły mu z dłoni, jednak nadal 

czuł wokół siebie obecność tych wszystkich istot. Ktoś dotknął jego ramienia, by pokazać mu 

kosmitę, który schodząc ze statku, zmienia swój wygląd.

- Przestańcie! Przestańcie! - krzyknął Max. Usiadł na łóżku i zwrócił się do siostry: - 

Isabel, powiedz mi, co się stało z Rayem?

- Jak się czujesz? - dopytywała się Liz, przykładając mu dłoń do czoła. - O wiele lepiej 

wyglądasz, ale czy...

Max nie spuszczał wzroku z siostry.

- Nic mi nie jest - uciął. - Muszę wiedzieć, co się stało z Rayem.

background image

Wyraz twarzy Isabel był wystarczającą odpowiedzią, on jednak chciał to usłyszeć.

- Ray nie żyje. Szeryf go zastrzelił - powiedziała Isabel. - Starał się mnie osłonić, a 

Valenti go zastrzelił. - Łzy przyćmiły jej niebieskie oczy, ale natychmiast wytarła je szybkim 

ruchem ręki.

Liz usiadła na łóżku i przyciągnęła Maxa do siebie. Jej przerywany oddech świadczył 

o tym, że z trudem powstrzymuje się od płaczu.

- Wiedziałem - szepnął Max, opierając policzek o jej ramię. - On się ze mną żegnał.

- Co z  Michaelem?  -  spytała  Maria.  Głos  jej   drżał.  Max  szybko  poderwał  głowę. 

Michael?

- Kiedy   widziałam   go   ostatni   raz,   walczył   ze   strażnikami   -   powiedziała   Isabel.   Z 

trudem panowała nad głosem. Michael Guerin był dla niej kimś bardzo ważnym, jak gdyby 

drugim bratem. Max też traktował go jak brata.

- I zostawiłaś go tam? - Maria była bliska ataku histerycznego.

- Tak.  Zostawiłam  go tam  - odparła   Isabel   twardym   tonem.  -  Wiedziałam,   że  ma 

jeszcze szansę. A mój brat nie miał żadnej szansy przeżycia.

Max   poczuł   ucisk   w   piersiach.   To   dla   niego   Isabel   poświęciła   Michaela.   Gdyby 

została i pomogła mu znokautować strażników, czy on...

- To nie musi oznaczać, że nie żyje - stwierdziła Liz. - Musimy tam zaraz pojechać. 

Musimy...

- Nie - przerwał jej Alex. - Oni będą na to przygotowani.  Nie dostaniemy  się do 

środka.

- Chcesz przez to powiedzieć, że powinniśmy go tam zostawić? - oburzył się Max. 

Takiej możliwości nie wolno było brać pod uwagę.

- Nie, nie zostawimy go tam. - Alex był głęboko dotknięty słowami przyjaciela. - 

Trzeba jednak przygotować jakiś plan, musi też upłynąć trochę czasu, żebyśmy mogli ich 

dopaść. Teraz na pewno na nas czekają, uzbrojeni po zęby.

- Nie   obchodzi   mnie   to,   co   zamierzacie   zrobić.   Ja   zaraz   jadę   do   bunkra.   -   Maria 

skierowała się do drzwi.

- Zaczekaj. Jadę z tobą - powiedział Max. Alex zablokował im drogę.

- Żadne z was nigdzie nie pojedzie. Mówiłaś - zwrócił się do Isabel - że Michael 

walczył z kilkoma strażnikami. To znaczy, że oni nie robili użytku ze swoich karabinów 

maszynowych, prawda?

Mają karabiny maszynowe, pomyślał Max. Czy od takiej broni zginął Ray? Nie chciał 

sobie nawet wyobrażać tej sceny, widzieć, jak kule przeszywają ciało jego szefa.

background image

- Używali... - Isabel z trudem przełknęła ślinę. - To wyglądało jak paralizatory. Coś, 

co wysyła impuls elektryczny.

- Okay, a więc chcą. go mieć żywego - ciągną} Alex. - Najbardziej optymistyczny 

scenariusz   jest   taki,   że   zdołał   im   uciec   i   już   jest   w   drodze.   Najbardziej   pesymistyczny 

scenariusz to taki, że jest ich więźniem. Musimy dać mu trochę czasu. Jeśli się tu nie pokaże, 

obmyślimy plan, jak go stamtąd wydostać.

- Alex   ma   rację   -   przyznała   Isabel.   -   Jeśli   teraz   tam   pojedziemy,   to   złapią   nas 

wszystkich. Będziemy mieć jakąś szansę tylko wtedy, kiedy nie będą się nas spodziewać.

- W porządku. Trudno mi jest pogodzić się z myślą, że zostawiamy Michaela w ich 

rękach, ale uważam, że musimy tak postąpić - oświadczyła Liz.

Alex przesuwał wzrokiem od Marii do Maxa.

- Musicie mi obiecać, że nie zrobicie żadnego głupstwa. Nikt z nas nie pojedzie do 

bunkra, dopóki nie opracujemy strategii, która pozwoli nam ujść z tej wyprawy z życiem.

- No dobrze. Ale musimy jak najszybciej opracować tę błyskotliwą strategię - odparł 

Max.

Maria wahała się przez chwilę.

- Zgadzam się z Maxem - rzuciła wreszcie i szybko wybiegła z pokoju.

- Możecie   zostawić   mnie   na   chwilę   samego?   Jestem   potwornie   wyczerpany   - 

oświadczył Max. To nie była prawda; łączność ze świadomością zbiorową dodała mu sił. Był 

teraz pełen życia, ale potrzebował czasu na przemyślenie tych wydarzeń.

To z jego winy zginął Ray, a Michael był w niewoli. Nie wchodziliby do bunkra, 

gdyby Max się nie rozchorował.

Rayowi nie dało się już pomóc, ale można było uratować Michaela. Max musiał się 

pogodzić z paroma dniami zwłoki, ale na pewno uwolni przyjaciela.

Bez względu na wszystko.

Michael Guerin krążył po celi, przyglądając się uważnie jej szklanym ścianom. Co 

prawda   ściany   wyglądały   tylko   tak,   jakby   były   zrobione   ze   szkła.   Niewątpliwie   użyto 

mocniejszego materiału, ale nie na tyle  mocnego, żeby nie potrafił się stąd wydostać. W 

końcu cząsteczki nie są niczym innym, jak tylko cząsteczkami, a on mógłby je pozgniatać i 

zrobić w ścianie otwór tak duży, że przeszedłby, nie schylając nawet głowy.

Był  tylko jeden problem. A właściwie dwa, czyli  dwóch strażników z karabinami 

maszynowymi   i   paralizatorami.   Przy   jednym   Michael   podjąłby   ryzyko   ucieczki.   Jeden 

człowiek,   nawet   z   karabinem   maszynowym   i   paralizatorem,   nie   stanowił   dla   niego 

zagrożenia. Dysponował przecież mocą, mógł wybrać sobie dowolne naczynie krwionośne w 

background image

mózgu strażnika i ścisnąć je siłą swojego umysłu, pozbawiając go przytomności.

Ale   pilnowało   go   dwóch   strażników,   którzy   nie   spuszczali   z   niego   wzroku.   Miał 

wrażenie, że nawet nie poruszają jednocześnie powiekami. Jeśli jednak nie będzie wykonywał 

żadnych gwałtownych ruchów przez, powiedzmy, pól roku czy też rok, ich czujność powinna 

osłabnąć.

Z westchnieniem opadł na łóżko. W celi nie było nawet telewizora. Jedyną rozrywkę 

stanowił widok na inne puste cele oraz na strażników.

Usiadł i zaczął przypatrywać się podłodze. Czy w celach więziennych nie powinno 

być myszki albo pająka? Jakiegoś stworzenia, z którym więzień mógłby się zaprzyjaźnić? 

Moje prawa aresztanta zostały pogwałcone, powiedział sobie w duchu. Powinienem zażądać 

rozmowy z naczelnikiem.

Przynajmniej Maxowi i Isabel nic już nie zagrażało i nie musiał się o nich martwić. 

Jakiś czas temu - trudno mu było kontrolować upływ czasu w tym szklanym pudełku - odczuł 

wybuch radości Isabel. To mogło oznaczać tylko jedno, że udało jej się wydostać z bunkra, a 

Max nawiązał łączność ze świadomością zbiorową i będzie żył.

Michael usłyszał jakiś cichy brzęk i poderwał głowę w tej samej chwili, kiedy strażnik 

otworzył drzwi.

- Chcą cię widzieć w laboratorium - powiedział obojętnym tonem.

Na dźwięk tego słowa chłopakowi zamarło serce. Nie wiedział co prawda, czego może 

się tam spodziewać człowiek podejrzany o to, że jest kosmitą, ale na pewno nie mogło to być 

nic dobrego. Z trudem podniósł się z łóżka, mając wrażenie, że zwiotczały mu wszystkie 

mięśnie,  ale  podszedł do drzwi swobodnym  krokiem. Nie mógł pozwolić,  żeby strażnicy 

zorientowali się, jak bardzo jest przerażony.

Klawisze wzięli go między siebie - jeden z przodu, drugi z tyłu - i poprowadzili przez 

ogromną halę. Doszli do grubych stalowych drzwi i pierwszy strażnik dyskretnie wystukał 

szyfr,   tak   żeby   chłopak   nie   zauważył   kolejności   cyfr.   Drzwi   rozsunęły   się   i   weszli   do 

długiego   korytarza.   Odgłos   ich   kroków   na   betonowej   podłodze   rozlegał   się   miarowym 

rytmem.

- Może   znacie   jakieś   piosenki,   które   się   śpiewa   podczas   defilady?   -   odezwał   się 

Michael, żeby trochę rozładować sytuację. - Na przykład „Maszerują chłopcy, maszerują” czy 

coś w tym rodzaju. Tego nam teraz potrzeba.

Nie zdziwił się, że żaden z nich nie zareagował.

Kiszki im marsza grają, dlatego nie śpiewają - te słowa przyszły mu nagle do głowy i 

rozśmieszyły   go.   To   wpływ   Alexa,   pomyślał.   Wraz   z   eskalacją   napięcia   dowcipy   Alexa 

background image

stawały się coraz głupsze.

Ta niemądra przyśpiewka powstrzymywała jednak krzyk przerażenia, który uwiązł mu 

w gardle. Nie zdołał tylko uspokoić łomotania serca o żebra, odczuwanego przy każdym 

kolejnym kroku.

O   suchej   gębie,   o   suchym   pysku   lizie   ten   strażnik...   hmmm...   jak   dalej...   po 

śmietnisku?

Pierwszy strażnik wystukał szyfr przy następnych stalowych drzwiach. Otworzyły się, 

a   Michael   natychmiast   poczuł   zapach   środków   dezynfekcyjnych,   leków   i 

niezidentyfikowanych   chemikaliów   -   typowy   zapach   laboratorium.   Kiedy   go   tam 

wprowadzono, od razu zauważył  stojącą w rogu leżankę i metalowy stolik z narzędziami 

chirurgicznymi.

Poczuł,   że   zbiera   mu   się   na   wymioty.   Jeszcze   chwila,   a   nie   będzie   w   stanie   się 

powstrzymać. Z trudem przełknął ślinę.

- Świetnie. Oto nasz honorowy gość. - Michael odwrócił się do drzwi, wiedząc, że 

zobaczy w nich szeryfa Valentiego. Bez mrugnięcia okiem wytrzymał jego wzrok.

- Możemy zaczynać? - spytał nieznany mu głos, przerywając wzrokowy pojedynek 

chłopca z szeryfem.

Obaj obrócili się do mężczyzny w białym fartuchu.

- Tak, na tej sesji mamy wiele do zrobienia - powiedział Valenti.

- Okay, usiądź przy stoliku - lekarz zwrócił się do Michaela.

Na szczęście nie kazano mu się położyć na leżance. To jest zwykły stolik kawiarniany, 

otoczony ławkami, tłumaczył sobie chłopak. Usiadł przy stoliku, a szeryf zajął miejsce po 

przeciwnej stronie.

Kątem  oka  dostrzegł  ruch  ręki  lekarza  i  poczuł  na  czole dotyk czegoś  zimnego  i 

śliskiego. Odrzucił głowę do tyłu i ujrzał z bliska jego twarz.

Michael roześmiał się głośno. Jestem okropnie nerwowy, pomyślał.

- Cieszę   się,   że   bawi   cię   mój   widok   -   powiedział   lekarz.   -   Jestem   doktor   Doyle. 

Nazywam się Brian Doyle.

Powinienem był powiedzieć ci to wcześniej.

- Czy możemy kontynuować? - spytał Valenti.

Królik doświadczalny nie musi znać nazwisk, prawda, szeryfie? - pomyślał Michael.

Doktor Doyle przyłożył mu do czoła małą plastikową przyssawkę, która natychmiast 

przylgnęła do nałożonego wcześniej żelu. Chłopak widział, że przewód łączy przyssawkę z 

monitorem. Chociaż nie był tak dobry w naukach ścisłych jak Max czy Liz, domyślił się, że 

background image

chcą zarejestrować prądy czynnościowe jego mózgu. Był tego prawie pewien.

Ale   kto   wie,   jakich   technologii   używają   ci   faceci   z   Planu   Wyczyszczenia   Bazy 

Danych - zastanowił się, kiedy lekarz przystawiał mu do czoła kolejne przyssawki. A może 

ten doktorek i szeryf chcą coś zrobić z moim mózgiem, żebym był posłusznym więźniem i nie 

wymyślał żadnych sztuczek, bo wtedy w ogóle nie będę w stanie myśleć? Może chcą mnie 

całkowicie odmóżdżyć?

- Gotowe - oświadczył doktor Doyle, siadając obok Michaela.

- Dobrze,   teraz   chciałbym,   żebyś   nam   pokazał,   w   jaki   sposób   zmieniłeś   wygląd   i 

upodobniłeś się do mnie - polecił mu Valenti. - Powiedziano mi, że w ten sposób zdołałeś się 

przedostać do bunkra, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Tak łatwo ci nie pójdzie, postanowił Michael w duchu. Im mniej szeryf będzie o nim 

wiedział, tym lepiej. Nie zdradzi się również z tym, że dysponuje mocą.

- To było proste. Poszedłem do sklepu dla przebierańców na North Main i kupiłem 

lateksową maskę. Mieli już ostatnią sztukę z pana podobizną. Sprzedawca powiedział mi, że 

w tym roku przebieranie się za pana jest największym hitem Halloween. Pobił pan na głowę 

Frankensteina i prawie całą obsadę Star Trek.

Dość   tego   -   uciął   Valenti.   -   Niech   jeden   z   was   przyprowadzi   Adama   -   polecił 

stojącym przy drzwiach strażnikom. Klawisz natychmiast wybiegł z laboratorium.

- Nie jestem pewny, czy to dobry pomysł - rzekł doktor Doyle. - Nie wiemy, jak...

- Ten chłopak nie chce mówić i odgrywa błazna - przerwał mu szeryf. - Otrzymam 

informacje w inny sposób.

Michael zrozumiał, że powinien się bać tego Adama. Kto to jest? Jakiś specjalista od 

tortur?

Stalowe drzwi rozsunęły się cicho i do laboratorium wszedł chłopak, który wyglądał 

na trochę młodszego od Michaela, a za nim strażnik.

Czyżby to był Adam? Facet, który miał go zmusić do wyznania prawdy? Wyglądał 

raczej   na  chłopaka,  który  nie   jadał  w   szkole  śniadań,   bo  zawsze  ktoś  zdążył  ukraść  mu 

pieniądze,   i   który   siedział   godzinami   przed   komputerem.   Chudy   i   blady,   z   dużymi 

jasnozielonymi oczami i kasztanowymi włosami, z idiotyczną, równo przyciętą grzywką na 

czole, mógł się pewnie podobać dziewczynom, ale na pewno nie potrafiłby nikogo zastraszyć.

Michael zerknął na Valentiego? O co tu chodziło?

- Witaj, Adamie. - Szeryf uśmiechnął się do chłopaka. - Mamy dzisiaj gościa. Ma na 

imię Michael. Chciałbym, żebyście razem wzięli udział w grze.

Adam   podbiegł   do  Michaela   i   zanim   ten   zdołał   zareagować,   chwycił   go  za   rękę. 

background image

Natychmiast nawiązali łączność, a przed oczami Michaela zaczęły przesuwać się obrazy - 

młodszy doktor Doyle  badający małego Adama za pomocą ultrasonografu; trochę starszy 

Adam   w   szklanej   celi,   grający   w   warcaby   z   nieumundurowanym   strażnikiem;   taca   z 

narzędziami   chirurgicznymi;   probówka   z   krwią;   kowbojska   piżama;   inkubator,   z   którego 

wydobywa się Adam.

Michael   wyrwał   rękę,   nie   spuszczając   wzroku   z   chłopaka.   On   niewątpliwie   był 

kosmitą. Ray mówił im przecież, że był jeszcze jeden inkubator, którego nie zdążył przenieść 

do jaskini. To musiał być inkubator Adama, zabrany przez agentów Planu Wyczyszczenia 

Bazy Danych.

- Michaelu, co zobaczyłeś, kiedy Adam cię dotknął? - spytał doktor Doyle, wyciągając 

z kieszeni fartucha notatnik i długopis.

- Kiedy jakiś facet trzyma mnie za rękę, to nie jest powód, żeby mi się zaraz przed 

oczami zapalały sztuczne ognie, jeśli o to panu chodzi - odpowiedział. Starał się to wszystko 

ogarnąć. Czy Adam spędził całe życie w bunkrze? Czy oni rzeczywiście, od jego wczesnego 

dzieciństwa, przetrzymywali go pod ziemią?

- Adamie,   a   ty   co   widziałeś?   -   spytał   Valenti   głosem   cierpiącej   na   dernencję 

przedszkolanki.

Michael myślał tylko o obrazach, które przekazał mu chłopak. Ale jeśli był kosmitą, to 

także dysponował mocą i mógł równie dobrze odbierać obrazy od niego.

- Widziałam mężczyznę w chirurgicznej masce - powiedział Adam cichym spokojnym 

głosem.   -   Widziałem   mapę   pustyni,   widziałem   również,   jak   ten   chłopak   wychodzi   z 

metalowego kokonu, takiego samego jak mój.

Zobaczył inkubator, więc mają już pewność, że jestem kosmitą, pomyślał Michael. 

Zresztą i tak o tym wiedzieli, nie uwierzyli przecież w moją opowieść o masce szeryfa na 

Halloween.

- Może jeszcze coś? - ponaglał łagodnie Valenti.

- Dziewczynę   z   długimi   blond   włosami   i   niebieskimi   oczami   -   poinformował   go 

Adam.

- Opowiedz nam o niej - zachęcał szeryf.

Celem tej gry jest znalezienie innych kosmitów w Roswell, powiedział sobie w duchu 

Michael.

- Miała na sobie krótką spódniczkę, zielono - czarną - oznajmił Adam.

To była Isabel w kostiumie cheerleaderki, pomyślał Michael. Dzięki Bogu, nie poznał 

jej imienia... na razie.

background image

Isabel wygładziła krótką zielono - czarną spódniczkę. Następnym razem powinno się 

już   udać.   Kiedy   krzykną   „owacja”,   miała   się   pochylić   na   „owa”,   żeby   na   „cja”   Stacey 

Scheinin mogła jej skoczyć na plecy w wielkim finale cheerleaderek. Nie było w tym nic 

trudnego. Robiła to już setki razy, ale dzisiaj jakoś nic jej nie wychodziło.

Chyba mam do tego wystarczające powody, powiedziała sobie w duchu. Mój brat 

omal wczoraj nie umarł, a Michael jest zamknięty w bunkrze.

Miała jednak pewność, że przyjaciel żyje. Tak silnie odczuwała jego strach i gniew, 

jakby   stał   obok   i   szeptał   jej   do   ucha.   Ich   trójka   potrafiła   przekazywać   sobie   wzajemnie 

odczuwane   emocje,   ale   Isabel   nigdy   to   nie   interesowało   i   wyciszała   ich   odbiór.   Teraz 

pragnęła odczuwać to wszystko, co czuje Michael, wiedzieć, co się z nim dzieje, poznać jego 

przeżycia.

- Okay, wiem, że każda z was się spieszy - rozległ się piskliwy głos Stacey. - Ale 

żadna   stąd   nie   wyjdzie,   dopóki   nie   dopracujemy   wszystkich   szczegółów.   Słyszysz   mnie, 

Isabel?  Wiem, że marzysz  o tym,  żeby dołączyć  do swojego  chłopaka, bo chyba  tak go 

nazywasz? - dodała, zerkając na siedzącego na ławce Alexa. - Chociaż nie wydaje mi się, 

żeby na to zasługiwał.

Część dziewczyn zareagowała na to oświadczenie głośnym chichotem. Fanki Stacey 

zawsze szły za jej przykładem, było więc oczywiste, że radośnie reagują na docinki, których 

ich bożyszcze nie szczędziło Isabel.

Fakt, że Isabel chodziła teraz z Alexem, dawał Stacey pole do popisu, chociaż był on 

całkiem atrakcyjnym chłopakiem. Ale jak dotąd Isabel zadawała się wyłącznie z chłopcami ze 

szkolnej elity, takimi, o jakich marzą wszystkie dziewczyny. Alex był miły i inteligentny, 

jednak poniżej poziomu jej poprzednich podbojów.

- Nic ci nie jest? - szepnęła Tish Okabe, dziewczyna, która zawsze stała po jej stronie.

- Dobrze się czuję - odparła Isabel.

Nagle uderzyła w nią płynąca od Michaela fala przerażenia. Skoncentrowała się, aby 

przesłać   mu   własne   uczucie...   miłości.   Tak,   zawsze   kochała   Michaela.   Początkowo   jak 

drugiego starszego brata, który dawał jej poczucie bezpieczeństwa; potem, kiedy była jeszcze 

małolatą, zadurzyła się w nim, a później... Kim dla niej jest? Więcej niż przyjacielem, ale 

również nie do końca bratem...

- Nie   przejmuj   się   -   powiedziała   Tish,   wyrywając   ją   z   zamyślenia.   -   Nie   musisz 

odpowiadać na zaczepki Stacey.

Isabel   postanowiła   jednak   zareagować.   Ta   dziewczyna   ostatnio   zbyt   wiele   sobie 

pozwalała.

background image

- Alex na pewno różni się od twoich chłopaków, Stacey! - zawołała. - Nie powłóczy 

nogami i nie wygląda na debila.

Nie była to może najlepsza riposta, ale była zadowolona, że się na nią zdobyła. Stacey, 

próby cheerleaderek czy też Alex to były sprawy, które ją teraz mało obchodziły. Całą uwagę 

skupiła na Michaelu.

- Gotowe! - zawołała Stacey.

Isabel   przyłączyła   się   do   entuzjastycznych   okrzyków   cheerleaderek,   starając   się 

jednocześnie   utrzymać   właściwą   postawę   i   uśmiech   na   twarzy,   nie   miała   bowiem 

najmniejszej ochoty powtarzać tej sceny.

Okay, dobrze ci idzie, zachęcała się w duchu. Trzymaj głowę wysoko i uśmiechaj się, 

a teraz ruchy ramion - w lewo, potem w prawo. Uśmiech i jeszcze raz uśmiech. Już niedługo 

się to skończy, zaraz przemaszerują Tish i Corrine. Teraz twoja kolej, doskonale, idź dalej, 

zatrzymaj się i pochyl do wielkiego finału.

Poraziła ją nagła błyskawica gniewu, wściekłości i nienawiści. Zachwiała się w tej 

samej chwili, kiedy Stacey wskoczyła jej na plecy i zaraz potem wylądowała na podłodze. 

Podniosła się na nogi, sina ze złości.

- Powtarzamy   -   oświadczyła.   -   Ciekawa   jestem,   czy   Isabel   potrafi   to   zrobić,   nie 

wyrządzając mi krzywdy.

Tak musi wyglądać piekło, pomyślała Isabel. Wznosić bez przerwy entuzjastyczne 

okrzyki, mieć uśmiech przyklejony do twarzy, wiedząc jednocześnie, jak bardzo cierpi osoba, 

którą się kocha.

- Za piętnaście minut muszę być w pracy - powiedziała Lucinda Baker. - A mój szef 

na pewno nie zaakceptuje usprawiedliwienia podpisanego przez główną cheerleaderkę.

- Ja też muszę iść - odezwała się Tish.

Dziękuję   wam,   pomyślała   w   duchu   Isabel.   Skupiła   się,   żeby   wysłać   Michaelowi 

następny ładunek emocjonalny. Nigdy dotąd nie próbowała przekazywać swoich uczuć ani 

bratu,   ani   przyjacielowi.   Miała   jednak   nadzieję,   że   ten   komunikat   dotrze   do   Michaela, 

pragnęła, żeby czuł, że jest przy nim, tam, w bunkrze.

- No dobrze. Idźcie!  - zawołała Stacey. - Ale macie tu być jutro o siódmej rano. 

Musimy być perfekcyjnie przygotowane - ciągnęła coraz bardziej piskliwym głosem.

Isabel   przyszło   na   myśl,   że   te   przenikliwe   dźwięki   pewnie   pobudziły   do   wycia 

wszystkie psy w mieście. Obróciła się na pięcie i pobiegła w stronę szatni.

- Muszę się przebrać - poinformowała po drodze Alexa.

Chłopak chwycił ją za rękę. - Nie chcę, żebyś się przebierała - powiedział. Chciała się 

background image

wyrwać, ale trzymał ją zbyt mocno.

- Wiem, chcesz powiedzieć, że zawsze ci się podobam - zażartowała.

- Nie. Chociaż teraz też bardzo mi się podobasz. Nie chcę, żebyś się przebierała, bo 

jeszcze nigdy nie całowałem cię, kiedy miałaś na sobie ten kostium. - Przyciągnął  ją do 

siebie, stała teraz pomiędzy jego kolanami.

- To cię kręci, prawda? - spytała.

Miała   ochotę   obejrzeć   się   i   zobaczyć,   czy   Stacey   ją   obserwuje,   ale   nie   chciała 

sprawiać jej takiej satysfakcji.

- Oczywiście. - Przesunął dłonią po jej nodze. - Szczególnie te zielone majtki. Czy to 

naprawdę majtki? Może nosisz pod nimi jeszcze jedną parę? - spytał, głaszcząc jej udo.

- Niektóre sprawy muszą pozostać tajemnicą - oświadczyła Isabel, odpychając jego 

rękę.

Alex roześmiał się tylko.

- Okay, masz rację. Nie powinno się wiedzieć, w jaki sposób magik wyciąga królika z 

kapelusza. Zabawniej jest nie wiedzieć - powiedział, sadzając ją obok siebie na ławce.

Nie obchodzi mnie to, czy Stacey się nam przygląda, pomyślała Isabel. Kiedy zacznie 

się całować z Alexem, zapomni o niej. To właśnie było wspaniałe - pocałunki Alexa były dla 

niej miniwakacjami od całego świata, a tego teraz potrzebowała.

Chłopiec przez chwilę przeczesywał palcami jej włosy, potem poczuła na ustach jego 

wargi. Czasami jego pocałunki były tak słodkie i delikatne.

Przesunął   ręce   na   plecy   Isabel,   całując   ją   coraz   bardziej   namiętnie.   Jakie   emocje 

odbiera   teraz   Michael?   -   przyszło   jej   nagle   do   głowy.   Czy   wie,   że   pozwalam   sobie   na 

pieszczoty, kiedy on...

- Nic ci nie jest? - Alex odsunął się od niej.

- Nie - powiedziała, wstając z ławki. - Wrócę za chwilę.

Poszła szybkim krokiem do szatni. Po raz pierwszy pocałunki Alexa nie przesłoniły jej 

całego świata.

Kłamiesz, skarciła się w duchu. Przestały na nią działać, odkąd przeniknęła do snu 

Michaela i zobaczyła siebie w jego ramionach.

- Chciałabym   być...   wiesz   kim   -   powiedziała   Maria   do   przyjaciółki,   rzucając 

nieprzyjęte zamówienie na wózek i popychając go w stronę kuchni. - Nie chcą sera na Mother 

Chip Burger! - zawołała.

- Nie mam pojęcia - odpowiedziała Liz. - Kim?

- No, wiesz przecież. - Maria rozejrzała się po kawiarni Latający Talerz.

background image

Tego dnia nie było tłoku. Nieliczni goście, którzy siedzieli przy stolikach ustawionych 

w kształcie Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, nie zwracali uwagi na rozmawiające 

kelnerki. Maria uznała jednak, że tajemnicze „wiesz kim” mogło wzbudzić podejrzenia.

- Możesz to jakoś sprecyzować? - poprosiła Liz. - Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

- No wiesz, jak Isabel, Max i Michael - szepnęła Maria.

- Naprawdę?   -   Zdumiona   Liz   poprawiła   spinkę,   przytrzymującą   jej   długie   czarne 

włosy.   -   Nawet   po   tym   wszystkim,   co   się   wydarzyło?   Ziemia   nie   jest   dla   nich   zbyt 

przyjaznym miejscem.

- Chodzi mi o to, że Isabel i Max potrafią odbierać emocje Michaela - tłumaczyła jej 

przyjaciółka. - Do pewnego stopnia zdają sobie sprawę z tego, co tam przeżywa. Wiedzą... - 

Urwała, jakby nie chcąc kusić losu swoimi myślami. - Wiedzą, że Michael jeszcze żyje. - 

Maria szalała z niepokoju. Nie mogła myśleć o niczym poza Michaelem. Co się z nim dzieje 

w tym bunkrze? Co z nim robi szeryf Valenti?

Isabel również nie znała odpowiedzi na wszystkie pytania, ale przynajmniej wiedziała, 

czy chłopak odczuwa ból, strach, czy jest wściekły, czy zrozpaczony. Była z nim powiązana, 

a Maria nie miała nic poza uczuciem pustki. Ta pustka stawała się z każdym dniem coraz 

bardziej przerażająca.

- On na pewno nie umrze - uspokajała ją Liz. - Zastanów się tylko. Valenti traktuje go 

jak ważną zdobycz. Michael posiada bezcenne dla niego informacje. Szeryf nigdy go nie 

zabije, dopóki nie znajdzie innego... no wiesz... - Odetchnęła głęboko. - Uwolnimy go, zanim 

to się stanie.

- Wiem, wiem. - Maria skinęła głową. - Jednak chciałabym...

Rozległy się pierwsze tony Close Encounters, więc Maria rzuciła okiem na drzwi, 

żeby zobaczyć, kto wchodzi. To był Alex. Ucieszyła się na jego widok; może przyjaciel zdoła 

odwrócić ich myśli od tego tematu.

- Co myślicie o majtkach na każdy miesiąc roku? - spytał Alex, siadając na stołku przy 

barze.

- Co takiego?! - wykrzyknęła Liz.

- To nowa lista na mojej stronie internetowej: Fatalne pomysły na robienie interesów.

- Kto zmienia bieliznę raz w miesiącu? - zdziwiła się Maria. - Gdyby wyprodukowali 

je tylko z rocznikiem, to miałyby szalone powodzenie. - Usiłowała zachować powagę, ale 

dostała ataku śmiechu.

- Czy ona mnie przedrzeźnia? - Alex zwrócił się do Liz. - Myślę, że właśnie to robi.

Maria śmiała  się nadal i nie mogła  przestać.  Łzy napływały jej do oczu, bolał  ją 

background image

brzuch, ale nie mogła przestać. Gdy przyjaciółka Liz podała jej szklankę wody, napiła się 

trochę i natychmiast się zakrztusiła. Rozkasłała się, prychała i dusiła.

Alex przechylił się przez ladę i zaczął ją walić po plecach. Zakasłała jeszcze raz i 

zdołała chwycić oddech. Wzięła z baru serwetkę, żeby wytrzeć oczy.

- Dobrze się czujesz? - spytała Liz.

- Tak. Tylko się wstydzę - odparła Maria. Znowu wytarła oczy, ale łzy leciały dalej. 

Boże, ja naprawdę wariuję, pomyślała. Szybko rozejrzała się po kawiarni. - Wszyscy na mnie 

patrzą.

- Zamówienie gotowe! - usłyszeli głos kucharza, Stana.

- Ja podam. - Liz chwyciła talerze, żeby je zanieść gościom.

- Na pewno nic ci nie jest? - Alex wyciągnął następną serwetkę i podał ją Marii.

- Nie. A ty skąd się tu wziąłeś? - zainteresowała się nagle. - Myślałam, że idziecie z 

Isabel do centrum handlowego, kiedy ona skończy próbę.

- Nie miała nastroju - wyjaśnił z ponurą miną. - Nie miała również nastroju, żeby tu 

przyjść. Ani też, żebym posiedział z nią w domu - dodał.

- Chyba nie myślisz, że to ma jakiś związek z tobą? Jestem pewna, że ona po prostu 

potrzebuje trochę samotności. Okropnie martwi się o Michaela.

- Tak - zgodził się Alex. - Tylko że...

- Tylko że co?

- Tylko   że   zanim   złapano   Michaela,   miałem   uczucie,   że   ona...   Sam   nie   wiem. 

Przypomnij sobie tę imprezę, na której byliśmy w zeszłym tygodniu. Odeszła ode mnie i nie 

było jej przez godzinę.

- Przez całą godzinę? - zażartowała Maria, chociaż coś ją ścisnęło za gardło.

Wiedziała, gdzie wtedy była Isabel. Była w ogrodzie, na tyłach domu, i stała bardzo 

blisko Michaela.

Czy to z powodu Isabel Michael nie zareagował, kiedy powiedziała, że go kocha?

Michael otworzył oczy. Usłyszał, że ktoś otwiera drzwi celi. Czego znowu chcą?

- Przyszło nam do głowy, że moglibyście pograć sobie w karty - powiedział jeden ze 

strażników. Wpuścił Adama do celi i szybko zamknął za nim drzwi.

Czy wyglądam na takiego idiotę? - pomyślał Michael. Że nie rozumiem, po co to 

robią? Szukają informacji. Liczą na to, że będę nieostrożny i naprowadzę ich na dalszy ślad. 

Albo też, że ich mały oswojony kosmita ponownie nawiąże ze mną łączność i tym razem uda 

mu się uzyskać więcej wiadomości.

Nawiązując z Michaelem kontakt w laboratorium, Adam co prawda zobaczył Isabel, 

background image

nie dowiedział jednak niczego, co by mogło dowodzić, że jest ona kimś innym niż panienką, 

której obraz utrwalił się chłopakowi w pamięci. Więc na razie nie powinno jej nic grozić. 

Jednak   w   kontaktach   z   Adamem   Michael   powinien   zachować   ostrożność.   Ten   pozornie 

nieszkodliwy dzieciak - aż trudno było uwierzyć, że są prawie w tym samym wieku - mógł 

stanowić poważne zagrożenie.

Obrzucił go dyskretnym spojrzeniem. Adam stał skulony pod drzwiami celi i miał taką 

minę, jakby chciał ją natychmiast opuścić. Ciekawe, co mu o mnie naopowiadali? - pomyślał 

Michael.  Czy on w ogóle  wie, że  pochodzi z  innej  planety? A  może  myśli,  że  wszyscy 

wychodzą z metalowych kokonów i dorastają w szklanych celach?

- Chcesz zagrać w karty? - spytał.

Chciał dodać mu otuchy, nie popadając jednocześnie w zdziecinniały bełkot, jakim w 

rozmowach  z tym  chłopakiem  posługiwał  się Valenti. Przesunął się na skraj łóżka,  żeby 

zrobić mu miejsce. Po chwili wahania Adam usiadł na brzegu.

- Znasz tę grę, w którą bawiliśmy się w laboratorium? - spytał Michael.

Adam natychmiast  wyciągnął  do niego rękę, żeby nawiązać  łączność, ale Michael 

szybko się odsunął.

- Nie lubię tej gry. Nigdy nie rób tego bez mojej zgody. Rozumiesz?

Adam skinął głową, patrząc na niego nieufnym wzrokiem.

- No dobrze - rzekł Michael. - W co chciałbyś zagrać?

- W   ósemki.   To   moja   ulubiona   gra.   -   Adam   wyjął   z   kieszeni   karty   i   zaczął   je 

rozdawać.

Ósemki. Michael starał się przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz w to grał. W każdym 

razie było to dawno i nie był pewien, czy pamięta reguły.

- To świetnie - powiedział. - Ja też bardzo lubię tę grę. Głupio mu było kłamać, ale 

chciał, żeby Adam nabrał do niego zaufania. Postanowił, że jeśli uda mu się stąd wyrwać, to 

zabierze tego nieszczęsnego chłopaka ze sobą. Nie zostawi go w tych kazamatach.

Adam wziął górną kartę z leżącego między nimi pliku. To była trójka kier. Potem 

szybko przejrzał swoje karty i dołożył waleta kier.

Dobrze, pomyślał Michael. Teraz trzeba dobrać do koloru albo dać tę samą wartość. 

Powoli przypominał sobie reguły gry. Przejrzał swoje karty i położył króla kier na karcie 

Adama, który dorzucił zaraz dwójkę kier. Michael chciał dołożyć dwójkę trefl.

- To nie tak! Dobierz dwie karty! Kiedy ja gram dwójką, ty musisz dobrać dwie karty! 

- Pokazując mu leżącą na kupce dwójkę kier, Adam roześmiał się na całe gardło.

Michael   nie   mógł   powstrzymać   uśmiechu,   kiedy   brał   dwie   karty   do   ręki.   Adam 

background image

rzeczywiście pasjonował się grą. Tak samo jak Isabel, kiedy była małą dziewczynką. Grała w 

Candy Land z takim zapamiętaniem, jakby chodziło o wygraną miliona dolarów. Lubiła też 

oszukiwać. Umiała sprowokować partnera, żeby wyjrzał przez okno albo zerknął na telewizję, 

a ona wtedy kładła na wierzch kartę, której właśnie potrzebowała.

Ale Izzy miała wtedy siedem lat, a Adam ma szesnaście albo siedemnaście. Michael 

czuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Przecież ten chłopiec był jednym z nich, a więc uczył się 

nieporównywalnie   szybciej   niż   zwykli   ludzie.   Gdyby   dano   mu   książki   albo   komputer, 

przyswoiłby sobie mnóstwo wiedzy, i to w bardzo krótkim czasie. A on entuzjazmował się 

grą w ósemki.

- Kto nauczył cię w to grać? - spytał. Nie mówiąc nic o sobie, mógł spróbować czegoś 

się od chłopaka dowiedzieć.

- Tato - odpowiedział Adam. Dorzucił dwójkę karo i roześmiał się, kiedy Michael 

musiał wziąć dwie dodatkowe karty do ręki.

- A kto jest twoim tatą?

- Pan Valenti.

Tata? Adam nazywał tatą człowieka, który trzymał go w podziemnym więzieniu! A 

Michael sądził, że tułanie się po licznych rodzinach zastępczych - tak jak on to robił - jest 

jedną z gorszych rzeczy, jakie mogą człowieka spotkać. Okazało się jednak, że może być 

jeszcze gorzej, o wiele gorzej.

- Czy, hmmm, tato - to słowo z trudem przeszło mu przez gardło - nauczył cię też grać 

w tę drugą grę?

- Sam wiedziałem, jak w nią grać - odpowiedział Adam, rzucając na kupkę kolejną 

kartę.

- A... tato Valenti. On też umie w to grać? - spytał. Michael chciał, żeby chłopak 

zrozumiał, że on i „tato”

są zupełnie różnymi osobnikami. Niebawem miał zamiar wyjawić mu całą prawdę o 

szeryfie. Wydobycie Adama z bunkra byłoby o wiele łatwiejszym zadaniem, gdyby on sam 

zapragnął się z niego wydostać. Michael był przekonany, że może to nastąpić tylko wtedy, 

kiedy Adam dowie się, że szeryf nie zasługuje na lojalność... a tym bardziej na miłość. Jak 

udało się Valentiemu tak zmanipulować chłopaka, że ten go pokochał? Michael wyczuwał to 

uczucie w jego głosie, kiedy Adam wymawiał nazwisko szeryfa.

Adam roześmiał się.

- To nie jest gra dla tatusiów - powiedział mentorskim tonem.

Michael powinien był sam się domyśleć, że Valenti znajdzie jakiś pretekst, aby nie 

background image

angażować się w tę grę. Obrazy, które Adam odebrałby od szeryfa, byłyby dowodem, że tato 

nie jest... zbyt miłym facetem.

- Twoja kolej - przypomniał mu Adam.

- Chwileczkę. Muszę się zastanowić.

Michael wyciągnął jedną kartę z ręki, ale nie wyłożył jej. Udając głębokie zamyślenie, 

zagryzał wargi, a po chwili wybrał następną kartę, której również nie wyłożył.

Jego przeciwnik  zanosił  się od śmiechu,  jakby to  była  najzabawniejsza  rzecz  pod 

słońcem. Jak widać, chłopak nie miał tu wielu rozrywek.

Dokładając swoją kartę do kupki, Michael zauważył kątem oka jakiś ruch. Podniósł 

wzrok i zobaczył Valentiego, dwóch strażników i dziewczynę.

- Kto to jest? - spytał Adama.

Chłopak obrócił się, a na jego twarzy ukazał się wyraz zdumienia.

- Nie wiem - szepnął.

Łatwo się było  zorientować, że nigdy jeszcze  nie widział  kobiety,  a przynajmniej 

młodej dziewczyny. Czekało go wiele niespodzianek, jeśli uda im się kiedykolwiek wydostać 

z tego podziemnego bunkra.

Co prawda ta dziewczyna przyciągałaby uwagę również na górze, gdzie była o wiele 

większa konkurencja. Wysoka i szczupła, z krótkimi rudymi włosami, jeszcze krótszymi niż 

włosy Michaela, a jednocześnie tak bardzo kobieca...

Skąd   się   tu   wzięła?   Widać   było,   że   nie   jest   zachwycona   tą   sytuacją.   Jeden   ze 

strażników otworzył drzwi sąsiedniej celi i gwałtownym ruchem wepchnął ją do środka. Nie 

obróciła się nawet. Stała nieruchomo, z wysoko podniesioną głową, patrząc przed siebie.

Michael nie życzyłby nikomu takiego losu. Ale jeśli już ktoś musiał zostać wepchnięty 

do tej dusznej celi, był zadowolony, że ten ktoś wygląda tak ładnie, jak ona.

Cameron Winger nie odwróciła się; nie chciała widzieć, jak zamykają za nią drzwi i 

zostaje odcięta od świata w tej szklanej klatce. Szeryf udzielił jej zbyt skąpych informacji i 

tak naprawdę nie wiedziała, co ją czeka. Mówił tylko o serii testów, które miały się rozpocząć 

już następnego dnia. Nic konkretnego. Mogli ją posadzić przy biurku i kazać zakreślać setki 

kwadracików, odpowiadać na pytania i wykonywać różne polecenia. Mogło to też oznaczać... 

ale   Cameron   nie   chciała   nawet   myśleć   o   tym,   co   to   mogłoby   również   oznaczać.   Te 

rozważania byłyby zresztą całkowicie bezproduktywne. Valenti na pewno dopilnuje, żeby się 

ze wszystkiego wywiązała.

Cameron znała się na ludziach i domyśliła się od razu, że szeryf nie jest człowiekiem, 

który potrafi odczuwać litość. Ten facet właściwie niczego nie potrafił odczuwać. Wątpiła, 

background image

czy zdobyłby się na jakąkolwiek emocjonalną reakcję nawet wtedy, gdyby od tego zależało 

jego życie. Kiedy postanowił coś zrobić, robił to bez względu na wszystko. Była przekonana, 

że gdyby teraz chciała wycofać się z testów, to mogłaby się zapłakać na śmierć, krzyczeć do 

upadłego,   rzucać   się   na   ziemię   i   kopać   nogami,   a   Valenti   nie   uniósłby   nawet   brwi   ze 

zdziwienia. I, oczywiście, nie wypuściłby jej stąd.

Obróciła się do drzwi, zobaczyła szeryfa i dwóch strażników, którzy nie spuszczali z 

niej wzroku. Miała ochotę przybliżyć twarz do szyby i zrobić grymas, udawać, że jest rybą. 

Jej cela to było przecież duże akwarium. A może przypominam bardziej homara niż rybę, 

powiedziała   sobie   w   duchu.   Homara,   który   pływa   w   zbiorniku   w   restauracji   i   wkrótce 

zostanie wrzucony do wrzącej wody i podany na stół.

Wytrzymała wzrok szeryfa, starając się nie utożsamiać z homarem. Valenti odszedł 

wreszcie.

Ciekawa   była,   za   co   dostali   się   tutaj   ci   chłopcy   z   przeciwległej   celi.   Ten   z 

jasnokasztanowymi  włosami wyglądał, jakby nadal potrzebował mamy,  chociaż był mniej 

więcej w jej wieku.

Natomiast ten drugi, ze sterczącą czupryną, to niewątpliwie niebezpieczny facet. Jego 

szare oczy, koloru oczu szeryfa, pałały intensywnym blaskiem. Najwyraźniej należał do tych 

duchowo udręczonych typów, którzy zawsze pociągali Cameron.

Złożyła palce na kształt szczypiec homara i zakłapała nimi w jego kierunku. Chłopak 

uśmiechnął się kącikiem ust, a ona poczuła się o wiele lepiej - przynajmniej przez chwilę.

Max odetchnął głęboko, po czym przekręcił klucz i otworzył drzwi do mieszkania 

Raya. Poczuł dziwny zapach, przypominający trochę proszek do pieczenia. Domyślił się, że 

jest to jakiś sygnał, przesyłany mu przez świadomość zbiorową, więc nie zwrócił na niego 

uwagi. Próbował już nawiązać łączność z Rayem poprzez kontakt ze świadomością, ale jego 

usiłowania nie odniosły skutku. Napływały do niego jedynie różnorodne obrazy, zapachy i 

emocje  - przekazy nowych  informacji. W innej sytuacji  Max byłby szczęśliwy, że może 

dowiedzieć się tylu rzeczy o swojej rodzinnej planecie, ale teraz, kiedy Ray stracił życie, a 

Michael był uwięziony, trudno mu się było na tym skupić.

Wszedł do mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Przeszedł przez hol i skierował się do 

sypialni. Uśmiechnął się na widok foteli - worków w salonie, które, według Raya, miały 

zastępować wykładzinę. Niezły był z niego oryginał.

Max poczuł, że coś go ściska za gardło. Trudno mu było pogodzić się z myślą, że już 

nigdy nie usłyszy dowcipów starszego przyjaciela i nie zobaczy go w przebraniu Elvisa. Poza 

tym bez względu na to, co się może jeszcze wydarzyć, Ray już nigdy nie pospieszy im na 

background image

ratunek.

- Będzie mi ciebie brakować - szepnął Max. - I nie tylko dlatego, że stale ratowałeś 

nas z opresji.

Ale teraz nie wolno mi się roztkliwiać, powiedział sobie w duchu. Trzeba szybko 

przejrzeć mieszkanie, żeby się upewnić, iż nie ma tu niczego, co mogłoby stanowić dowód, że 

na innych planetach również istnieje życie. Kiedy wszedł do sypialni, zauważył leżący na 

łóżku podkoszulek Raya z napisem „Ocalałem z katastrofy w Roswell”. Taki podkoszulek nie 

był żadnym dowodem, ponieważ nosiła je połowa miasta.

Max wziął podkoszulek i włożył go na siebie. Chciał mieć jakąś pamiątkę po Rayu, 

rzecz, która by go przypominała. Nie mógł znaleźć nic lepszego, w tym podkoszulku odbijała 

się   cała   osobowość   jego   szefa.   Chłopiec   był   również   pewien,   że   jego   ekscentryczny 

przełożony   sam   chętnie   przekazałby   tę   koszulkę   komuś,   kto,   podobnie   jak   on,   ocalał   z 

katastrofy.

Otworzył   drzwi   szafy  -  było   tam   jeszcze   dużo   podkoszulków,   kilka   par   dżinsów, 

bawełniane spodnie, trzy pary tenisówek i jeden z naszywanych kryształkami kombinezonów 

Elvisa. Obaj nosili te stroje w muzeum, kiedy Ray urządził wystawę na temat powiązań króla 

z kosmitami. I to było wszystko. Jak widać, jego szef nie starał się o tytuł najlepiej ubranego 

mężczyzny w mieście.

Max   zaczął   sprawdzać   zawartość   komody.   Potrząsnął,   wypełnionym   drobnymi 

monetami, dużym słojem po maśle z orzeszków ziemnych, poklepał po główkach czterech 

kosmitów z gitarami i szybko przejrzał kolejne szuflady. Znalazł tam tylko bieliznę, rzemyki, 

które mogły być używane zamiast krawata, i dużego pluszowego goryla, trzymającego w 

łapach maleńki Empire State Building. Jak do tej pory, wszystko było w porządku.

Rozejrzał się jeszcze po sypialni i przeszedł do łazienki. Zobaczył jedynie tubkę pasty 

do zębów i olejek do kąpieli. To pomieszczenie też było w porządku.

Był zadowolony, że została jeszcze tylko kuchnia, bo przeszukiwania zaczęły mu już 

działać na nerwy.

Szybko   wszedł   do   kuchni   i   otworzył   najbliższą   szafkę.   Było   tam   pełno   pudełek 

płatków śniadaniowych, z różnokolorowymi dodatkami. Jak widać, Ray lubił zaczynać dzień 

od sztucznie barwionych słodyczy.

W chwili kiedy Max otwierał drugą szafkę, poczuł mrowienie w karku. Ding - dong, 

to świadomość zbiorowa mnie wzywa, pomyślał. Może powinienem postarać się o wirtualną 

wywieszkę   -   „Proszę   nie   przeszkadzać”   -   zażartował   w   duchu.   Ne   miał   teraz   czasu   na 

nawiązywanie łączności z rodzinną planetą.

background image

Nagle usłyszał odgłos kroków w holu i zorientował się, że mrowienie w karku nie 

było  sygnałem  wysłanym  przez świadomość zbiorową, a zwiastowało  czyjąś obecność w 

mieszkaniu.

Max odwrócił się. W kuchni stał szeryf Valenti w odblaskowych okularach.

- Och, Boże! Przestraszył mnie pan. Valenti uśmiechnął się tylko.

- Myślę,   że   chciałby   pan   wiedzieć,   co   tu   robię   -   ciągnął   Max.   Co   za   wspaniały 

początek, skarcił się w myślach.

Szeryf skinął głową.

- Szukam swojego szefa, Raya Iburga - tłumaczył  chłopiec. - To jego mieszkanie. 

Kiedy przyszedłem do pracy, muzeum było zamknięte. Więc wszedłem na górę. Ray dał mi 

kiedyś klucz.

- Nie   wiesz,   gdzie   on   może   być?   -   spytał   Valenti.   -   Wczoraj   muzeum   też   było 

zamknięte. To mnie zaniepokoiło.

A nie niepokoi cię fakt, że go zastrzeliłeś? - pomyślał Max. Jaką grę prowadził szeryf? 

Może chciał  się zorientować, czy Max zna prawdziwy powód  zniknięcia  Raya? A  może 

torturami zmusił  Michaela do wyznania,  że Max i Isabel  są tymi  kosmitami,  których  od 

dawna poszukuje? Trudno było cokolwiek odczytać z pozbawionej wyrazu twarzy szeryfa.

- Ray   nie   wspominał   o   żadnych   planach   wyjazdu   -   powiedział   Max.   Zaczęła   go 

swędzić skóra na głowie, ale nie chciał się podrapać, żeby nie sprawiać wrażenia, że jest 

zdenerwowany. Odgarnął tylko włosy z czoła.

- Hm - mruknął Valenti. - Powiedz panu Iburgowi, żeby się ze mną skontaktował, 

kiedy wróci. A jeśli się czegoś dowiesz, zadzwoń do mnie.

Obrócił się i wyszedł z kuchni. Nie ulegało wątpliwości, że Max też powinien wyjść.

On wie o wiele więcej, niż mówi, pomyślał chłopak, idąc wolno za szeryfem. Ale o ile 

więcej?

A teraz chcę, żebyś nawiązał łączność z Billem i spróbował opisać, jak wygląda jego 

matka - polecił doktor Doyle.

- A   co   dostanę,   jak   mi   się   uda?   -   mruknął   Michael.   Tylko   Adam   wykonywał   z 

entuzjazmem wszystkie polecenia lekarza. Testy były dla niego zabawą, podobnie jak gra w 

ósemki. Nie było w tym nic dziwnego. To była jedyna znana mu rzeczywistość.

- Może jesteś zmęczony? Chciałbyś odpocząć? - Lekarz zwrócił się do Michaela.

- Nie.   Zaczynajmy   -   odpowiedział   chłopak.   Dotknął   ręki   Billa   i   zaczął   głęboko 

oddychać, starając się nawiązać łączność. No dalej, Bill, zróbmy to, zachęcał go w myślach. 

Po   chwili   jego   umysł   zaczął   odbierać   obrazy   -   stłuczona   szklanka   z   rozlanym   sokiem 

background image

pomarańczowym na posadzce, niezdarny nastolatek, przypinający dziewczynie bukiecik do 

sukni, trumna, którą opuszczano do grobu.

Sekwencje   obrazów   przesuwały   się   bardzo   szybko,   ale   doktor   Doyle   chciał,   żeby 

Michael skupił się na konkretnym zadaniu. To było trudne, nigdy przedtem nie próbował 

odczytywać  cudzych  wspomnień. Skoncentrował się na jednym z szybko przebiegających 

obrazów i udało mu się go zatrzymać.

To   był   samochód,   Plymouth   Barracuda.   Kiedy   Max   zaczął   go   uważnie   oglądać, 

otrzymał dodatkowe informacje. W jakiś sposób wiedział już, że to był samochód babki Billa. 

Chłopak   nazywał   ją   Honey,   ponieważ   starsza   pani   uważała,   że   słowo   „babka”   postarza. 

Honey i Bill wybrali się tym autem do Vegas, kiedy ten miał dziesięć lat i sześć miesięcy. 

Babka   wprowadziła   go   ukradkiem   do   kasyna,   gdzie,   po   wrzuceniu   pięciu   centów   do 

automatu, wygrał pięć dolarów.

Wzruszający obrazek, pomyślał Michael. Ale jego zadaniem było zdobycie informacji, 

jak wyglądała matka Billa. Przesunął klatkę tego wyimaginowanego filmu, żeby zobaczyć 

inne obrazy, lecz przed jego oczami ukazał się tylko wizerunek kota z oderwanym uchem, 

szeryf Valenti i stewardesa.

Pokaż się, mamo, gdzie się chowasz? - Michael ponaglał ją w duchu. Ale ktoś oderwał 

jego dłoń od ręki Billa i łączność została przerwana.

- Czy udało ci się zobaczyć jego matkę? - spytał doktor Doyle.

Chłopak potrząsnął głową.

- Nie potrafię kontrolować tego, co widzę - powiedział.

Chętnie prowadziłby dalej tę grę, dla własnych celów. Może udałoby mu się wtedy 

znaleźć sposób na uzyskanie konkretnej informacji zamiast bezładnego przepływu obrazów. 

Nie miał jednak zamiaru naprowadzać tych facetów z Planu Wyczyszczenia Bazy Danych na 

ślad takich możliwości. Wielki Brat chętnie wykorzystałby tę technikę dla własnych celów.

Doktor Doyle zanotował coś w notesie.

- Adam też nie jest w stanie dokonać selekcji przypływających do niego informacji - 

powiedział. - Chciałbym jednak powtórzyć ten test. Tym razem mógłbyś najpierw nawiązać 

łączność z Adamem, a potem włączyć w to Billa.

Adam rzucił Michaelowi pytające spojrzenie. Ten skinął głową, chociaż wiedział, że 

nie jest to dla niego bezpieczne. Nie miał jednak wyjścia. Gdyby odmówił, „tato Valenti” 

kazałby przywiązać go do stołu, żeby umożliwić „synowi” nawiązanie z nim łączności.

Gdy   Adam   dotknął   jego   nadgarstka,   do   Michaela   natychmiast   zaczęły   napływać 

obrazy.   Chwycił   za   rękę   Billa,   zmieniając   tym   samym   przepływ   informacji.   Teraz 

background image

otrzymywał przekaz tylko od Billa.

No   więc   szukajmy   matki   Billa,   pomyślał   Michael,   ale   ta   wyimaginowana   taśma 

filmowa przesuwała się tak szybko, że widział tylko zamglone kolory. Nagle ukazał mu się 

jeden wyraźny fragment, zajmując całe pole widzenia. Cześć, mamo, pozdrowił ją w duchu.

Szybko zaczęły też napływać informacje, ale doktor Doyle przerwał łączność, zanim 

zdołał je odebrać.

- Pachniała   cytrynami   -   oświadczył   Adam.   Doktor   Doyle   rzucił   Billowi   pytające 

spojrzenie.

- Tak. Lubiła cytrynowe szampony - przyznał chłopak.

Michael czuł, że rozpiera go energia. Wielokrotnie nawiązywał łączność z Maxem i 

Isabel. Jednak nigdy przedtem nie komunikował się z kosmitą w celu uzyskania konkretnej 

informacji. Odkrywał nowe, nieznane mu dotąd możliwości.

- Spróbujmy jeszcze  raz.  Tym  razem  chciałbym  się  dowiedzieć,  czy uda się wam 

zdobyć szyfr, który otwiera drzwi laboratorium. Jeśli tak, to zmienimy go. - Doktor Doyle 

roześmiał się cicho.

Powinieneś mieć własny program w telewizji, doktorku, pomyślał Michael. Widzowie 

pękaliby ze śmiechu.

Drzwi laboratorium otworzyły się w chwili, kiedy Adam wyciągał rękę, żeby dotknąć 

Michaela. Wszedł szeryf Valenti, a za nim dziewczyna, która zajmowała przeciwległą celę.

- To Cameron Winger, o której już panu mówiłem. - Szeryf zwrócił się z tą informacją 

do lekarza. - Chciałbym się dowiedzieć, jak można wykorzystać jej zdolności parapsychiczne 

w   połączeniu   z   ich   umiejętnościami.   -   Wskazał   ruchem   głowy   Michaela   i   Adama.   - 

Spodziewam się, że przygotował pan odpowiednie testy.

Zdolności parapsychiczne, czy to jest ESP, percepcja pozazmysłowa, czy jeszcze coś 

innego? - Michael zadał sobie w duchu pytanie.

- Naturalnie - szybko  odpowiedział doktor Doyle.  - Podejdź  tu i usiądź pomiędzy 

Michaelem i Adamem - zwrócił się do dziewczyny.

- Jaka jest ich rola? - spytała, zerkając na nich ciekawie.

- Nie powinnaś odzywać się niepytana - skarcił ją szeryf.

- Okay. Kiedy zapiszczę jeden raz, to będzie oznaczać „tak”, a na „nie” zrobię to 

dwukrotnie. W porządku? - Cameron usiadła obok Michaela. - Jak masz na imię? Mickey?

- Aha. A ty Minnie, prawda?

- Nie. Sztuczna inteligencja. Forum możnych tego świata o północy. W mojej celi - 

szepnęła, nachylając się do niego.

background image

Poczuł jakiś znajomy zapach. Co to mogło być? Po chwili zorientował się, że był to 

zapach plaży. Ona pachnie tak samo jak plaża, pomyślał.  Był nad morzem tylko  raz, na 

wakacjach   z   Evansami.   To   był   najpiękniejszy   tydzień   w   jego   życiu.   Głęboko   wciągnął 

powietrze, starając się jednak robić to dyskretnie. To był wspaniały zapach.

- Muszę was prosić, żebyście ze sobą nie rozmawiali. - Doktor Doyle rzucił szeryfowi 

niespokojne   spojrzenie.   -   Będziecie   wykonywać   teraz   ćwiczenia   z   zakresu   telepatii   i   nie 

powinniście nic o sobie wiedzieć, bo to może zafałszować wyniki.

- Spodziewam się, że jeszcze dzisiaj otrzymam od pana wyczerpujące sprawozdanie. - 

Valenti szykował się już do wyjścia.

- Tatusiu! - zawołał podniecony Adam. - Michael i ja nawiązaliśmy kontakt, a potem 

podłączyliśmy się do Billa. Po dwóch sekundach już widzieliśmy jego matkę.

- To bardzo dobrze - powiedział Valenti słodkim głosem przedszkolanki.

- Tak, bardzo dobrze, dziecino - sparodiował go Michael.

- Pilnuj się, Michael. Mamy tutaj odpowiednie kary za złe zachowanie - ostrzegł go 

szeryf. Popatrzył na niego chłodnym wzrokiem, po czym odciągnął lekarza na bok i szeptem 

wydawał mu jakieś polecenia.

Michael czuł, jak wzbiera w nim gniew. „Tatusiu!”, tego już było za wiele. Adam 

patrzył na tego złego człowieka z wyrazem uwielbienia na twarzy. Michael nie mógł tego 

znieść.   Chłopak   powinien   dowiedzieć   się   prawdy   o   „tatusiu   Valentim”.   Gdyby   Adam 

nawiązał łączność...

- Adamie - odezwał się łobuzerskim tonem. - Zagraj w tę grę z tatą Valentim. Wiem, 

że to nie jest zabawa dla tatusiów, ale jemu na pewno się spodoba.

Chłopak   uśmiechnął   się   szeroko   i   rzucił   w   stronę   szeryfa.   Zanim   Valenti   zdołał 

zareagować, chwycił go za rękę.

Michael wiedział, w którym momencie Adam nawiązał łączność, bo z gardła chłopaka 

wydobył się przeraźliwy, mrożący krew w żyłach krzyk.

Gdyby Michael wyjawił Valentiemu prawdę o Maksie i Isabel, już by ich tu nie było. - 

Alex popatrzył na przyjaciół, zgromadzonych w salonie Evansów. Najwyraźniej podzielali 

jego zdanie.

Zatrzymał   wzrok   na   Isabel.   Dlaczego   siedziała   w   fotelu?   Kiedy   tylko   weszli   do 

pokoju, rzuciła się tam prawie biegiem. Alex nie żądał, żeby się do niego bez przerwy tuliła, 

chociaż nie miałby nic przeciwko temu, ona jednak wyraźnie go unikała.

Zbyt  długo   przebywałem  w   towarzystwie   Liz  i   Marii,  powiedział   sobie  w   duchu. 

Zaczynam reagować jak dziewczyna. Faceci nie zajmują się takimi drobiazgami. Muszę się 

background image

pilnować, bo inaczej zacznę tęsknić za filmami z Meg Ryan, a potem...

- Nie rozumiem, po co w ogóle o tym rozmawiamy - odezwała się Isabel, przerywając 

bieg jego myśli.  - Michael nigdy by nie udzielił Valentiemu  żadnych  informacji na nasz 

temat.

- To jest troszkę... hm... naiwne rozumowanie. Nie uważasz? - spytał Alex. - Szeryf 

ma sposoby, żeby zmusić ludzi do mówienia. Jestem pewien, że sam zacząłbym śpiewać i 

powiedziałbym mu wszystko, co by tylko zechciał usłyszeć.

- Tak, ale ty nie jesteś Michaelem - rzuciła Isabel. Uuuuu. To był duży cios, nawet dla 

męskiego umysłu.

Jakby Michael był tak odporny, silny i odważny, że Alex nie mógłby nawet marzyć, 

aby się z nim równać.

To mogła być prawda, ale... Ale Isabel była jego dziewczyną i czy to nie powinno 

oznaczać, że...

- Kiedy ruszamy Michaelowi na ratunek? - spytała Maria i Alex skupił się ponownie 

na rozmowie. - Minęły już trzy dni.

- Nie wydaje mi się, żeby trzy dni były wystarczająco długim okresem. - Liz starała 

się ratować sytuację.

- Po ostatnich wydarzeniach na pewno będą przygotowani na próby ucieczki - dodał 

Max.

- Masz rację. Uważam, że jest jeszcze za wcześnie - przyznał Alex.

- Ty uważasz! - wybuchnęła Isabel. - Słyszymy ciągle tylko o tym, co ty uznajesz za 

stosowne. A nasze zdanie już się nie liczy?

To   tylko   chwilowy   atak   złości,   perswadował   sobie   Alex.   To   zresztą   zrozumiałe, 

przecież Michael jest dla niej kimś w rodzaju brata. Trzeba ją jakoś ugłaskać.

- Max, Liz i Maria już wyrazili swoją opinię - odezwał się beznamiętnym tonem. - A 

ty? Jak myślisz, co powinniśmy zrobić?

Isabel wahała się przez chwilę.

- Uważam, że powinniśmy zaczekać - odparła cichym głosem.

W salonie zapadło milczenie. Alex słyszał tykanie kuchennego zegara.

- Więc zaczekamy - stwierdził Max. - Przez ten czas będziemy obmyślać, jak dostać 

się do bunkra. Musimy być na wszystko przygotowani.

Maria wstała z krzesła.

- Muszę iść do domu. Mama wciąż wykorzystuje swoją sytuację rozwódki i biega na 

randki. Chcę sprawdzić, czy znowu nie dobrała się do moich rzeczy.

background image

- Może   popracujemy   teraz   nad   biologią?   -   Liz   spojrzała   na   Maxa   pytającym 

wzrokiem.

- Oczywiście - odpowiedział i natychmiast poszli do jego pokoju.

Alex i Isabel zostali sami. On wolałby jednak, żeby ktoś z nimi był, chociaż zwykle 

miał zupełnie odwrotne pragnienia.

Isabel nie zrobiła żadnego ruchu, żeby usiąść przy nim na kanapie, nawet na niego nie 

patrzyła. Wpadła w panikę, tłumaczył sobie w duchu. Myśli nie tylko o tym, co się dzieje z 

Michaelem, ale i o tym, co może się przydarzyć jej.

Podszedł   do   niej   i   usiadł   na   poręczy   fotela,   ale   dziewczyna   nie   podniosła   nawet 

wzroku. Delikatnie odgarnął jej włosy z czoła.

- Wiem, że się boisz...

Isabel zerwała się na nogi, gotowa do walki.

- Nie masz pojęcia, co czuję! - krzyknęła.

- Więc mi powiedz - poprosił.

Słyszał histeryczne nuty w jej głosie i chciał zażegnać wybuch.

- Dlaczego miałabym to zrobić? To, że parę razy gdzieś z tobą poszłam, nie daje ci 

prawa do poznania każdej mojej myśli!

Chyba nie powinniśmy tego słuchać - powiedział Max, zamykając drzwi pokoju.

- Na pewno nie - przyznała Liz. Cokolwiek się tam działo, to była sprawa pomiędzy 

Alexem i Isabel, którzy najwyraźniej nie potrzebowali słuchaczy. Usiadła na łóżku Maxa i 

wyciągnęła z plecaka podręcznik biologii. - Nie przeczytałam jeszcze żadnego rozdziału. A 

ty?

- Nie. Ja stale...

- ... myślę o Michaelu - dokończyła za niego. - Jak on się czuje? To znaczy, jakie 

odbierasz od niego sygnały?

- Gniew. Dużo złości i frustracji, ale żadnego bólu i niewiele strachu. Chyba dobrze go 

traktują - powiedział Max. - Jednak stale go tam widzę. To mnie doprowadza do szaleństwa. 

Ja powinienem być teraz w bunkrze. Ja potrzebowałem tych kryształów.

- Michael i Isabel też będą ich potrzebować - przypomniała mu Liz. - Tak się złożyło, 

że ty pierwszy musiałeś przejść przez akino.

- Wiem, wiem. Staram się to sobie powtarzać.

- Mam coś dla ciebie - oznajmiła Liz, grzebiąc w plecaku. Po chwili wyjęła z niego 

gumową opaskę. - Wypróbuj to.

- Co mam z tym zrobić? - Chłopiec był zdumiony.

background image

- Włóż opaskę na nadgarstek. Za każdym razem, kiedy zaczniesz myśleć, że wszystko 

stało się z twojej winy, pstryknij opaską, aby się od tego uwolnić. Tak robiła moja mama, 

kiedy chciała rzucić palenie.

Max wsunął opaskę na nadgarstek i pstryknął nią.

- To kłuje.

- Na tym to polega. Ma cię wytrącić z toku twoich myśli czy coś w tym rodzaju. Jest 

jeszcze jedna metoda,  którą powinieneś wypróbować  - dodała  Liz  poważnym  tonem, nie 

mogąc się jednak powstrzymać od uśmiechu. - Eksperymentalna.

- Mam nadzieję, że ta metoda nie ma nic wspólnego z placentą. Teraz każdy nowy 

sposób   leczenia   obraca   się   wokół   placenty.   Czy   słyszałaś,   jak   mówili   w   dzienniku 

telewizyjnym, że krew z łożyska może służyć jako substytut szpiku przy transplantacjach?

- To nie ma nic wspólnego z placentą - obiecała mu Liz. - Tu chodzi tylko o to, żebyś 

mnie pocałował za każdym razem, kiedy ogarnie cię poczucie winy.

- Hmmm... - Max zawahał się. - Chyba powinienem nabrać zaufania do tych nowych 

eksperymentalnych  kuracji - dodał, przesuwając dłonią po karku dziewczyny.  - Czuję, że 

zaczyna mnie ogarniać poczucie winy.

- Naprawdę?   -   Liz   zarzuciła   mu   ramiona   na   szyję.   -   Zobaczmy,   czy   metoda   Liz 

Ortecho daje dobre rezultaty.

Pocałowała go mocno w usta. Wciąż była zdumiona faktem, że może całować Maxa, 

kiedy tylko  zechce. To była  jedyna  pozytywna  rzecz,  wynikająca  z  jego choroby. Kiedy 

poważnie   zapadł   na   zdrowiu,   zrozumiał   wreszcie,   jak   bezsensowny   był   pomysł,   żeby 

pozostali „tylko przyjaciółmi”.

Liz odchyliła nieco głowę.

- Pomogło? - spytała, muskając go lekko wargami.

- Pomogło. Nawet bardzo. Ale czuję się winny z jeszcze jednego powodu. Wczoraj 

wieczorem zjadłem ostatnie kokosowe ciasteczko. A mój tata uwielbia kokosanki.

Zaczęli całować się znowu, a po chwili Max osunął się na łóżko, pociągając za sobą 

Liz. Jej długie włosy całkowicie zasłoniły ich twarze.

Kiedy całował ją w szyję, zapomniała o całym świecie. Istniał tylko Max, a wszystko 

inne nie miało żadnego znaczenia.

Usłyszała trzask frontowych drzwi i szybkie kroki w holu. Wydawało jej się, że słyszy 

też płacz Isabel.

- Może powinniśmy do niej pójść? - spytała.

- Za chwilę. Teraz pewnie chce być sama. Poza tym znów czuję się winny. To nie w 

background image

porządku, kiedy Isabel kłóci się ze swoim chłopakiem, a ja siedzę z tobą w sypialni.

- Tak - szepnęła Liz. - Ja też się czuję trochę winna.

Cameron weszła do celi Michaela swobodnym krokiem, nie zwracając najmniejszej 

uwagi na dwóch uzbrojonych w karabiny maszynowe strażników.

- To trochę jak z Planety małp - powiedziała, kiedy zamknęli za nią drzwi. - Pamiętasz 

scenę, kiedy zamykają w klatce kobietę razem z atronautą Taylorem? Robią mu taki prezent.

Planeta małp, przypomniał sobie Michael. Kilka tygodni temu oglądał ten film razem 

z Marią podczas jednego z ich nocnych maratonów filmowych. Wtedy ich stosunki układały 

się normalnie, Maria jeszcze nie powiedziała mu, że go kocha. Teraz nie mógł nawet o tym 

myśleć. To miejsce nie nadawało się do takich refleksji.

- Tak, wiem, o czym mówisz. - Michael uniósł brwi. - Czy mam cię teraz odpakować?

- Nie   radzę   -   prychnęła   Cameron,   siadając   na   jego   łóżku.   -   Chyba   że   nie   jesteś 

wrażliwy na ból. Gdzie się podział twój śmieszny młody przyjaciel?

- Adam?   Strażnicy   mówili,   że   przyprowadzą   go   później.   Lekarz   chciał   jeszcze 

przeprowadzić z nim kilka testów.

- Skąd on się tu wziął? Nie jest przypadkiem stuknięty?

Rozbudził się w nim nagle instynkt opiekuńczy. Znał Adama zaledwie od kilku dni, 

ale ten chłopak stał się jakby członkiem rodziny. Taki dzieciak niewątpliwie potrzebował 

opiekuna, a skoro nie było żadnych chętnych do tej roli, Michael postanowił sam się nim 

zająć.

- Adam się tutaj urodził - powiedział. - Wszyscy traktują go jak pięcioletnie dziecko, 

więc nie potrafi się inaczej zachowywać.

- A ty, Mickey? Co z tobą? - spytała.

- Po   prostu   znalazłem   się   tutaj.   Na   folderach,   które   oglądałem   w   biurze   podróży, 

warunki mieszkaniowe przedstawiały się bardziej zachęcająco - rzekł.

- To   prawda.   Zapewniali,   że   wanny  będą   z   różowego   marmuru.   Nie   wiem,   jak   u 

ciebie,   ale   ja   mam   tylko   białą   porcelanową   -   podchwyciła   Cameron,   naśladując   głos 

snobistycznej, bogatej dziewczyny. - To nie do przyjęcia.

Zaczęła   przesuwać   palcem   po   rozdartych   na   kolanie   dżinsach.   Michael   zauważył 

tatuaż na jej dłoni - jakiś śmieszny mały rysunek. Zawsze uważał, że tatuaże są kiczowate, ale 

ten był w porządku.

- Mówmy poważnie. Jak się tu dostałeś? - spytała. Michael zakładał, że wszyscy w 

bunkrze wiedzą, że on i Adam są kosmitami. Ale ona najwidoczniej nie miała o tym pojęcia. 

W jej oliwkowozielonej aurze były tylko żółte plamki strachu. Gdyby jednak Cameron znała 

background image

prawdę,   jej   aura   inaczej   by   wyglądała.   Trwoga,   którą   przeważnie   odczuwa   więzień,   to 

zupełnie coś innego niż przerażenie przy zetknięciu z nieznanym tajemniczym potworem.

- Najpierw ty - zaproponował.

Był pewien, że prędzej czy później Cameron i tak dowie się prawdy, chciał więc, żeby 

chociaż dzisiejszy wieczór upłynął w miłej atmosferze.

Dziewczyna otoczyła rękami kolana i splotła długie piękne palce.

- Uciekłam z domu, a nasz przyjaciel szeryf odnalazł mnie i zawarł z moimi rodzicami 

pewien układ. Jeśli pozwolą mi zamieszkać tutaj i brać udział w testach sprawdzających moje 

zdolności parapsychiczne, to on, jak się wyraził, weźmie mnie mocno w garść. To znaczy, że 

przypilnuje, żebym się uczyła i zdała maturę... Przypilnuje, żebym znowu nie uciekła no i w 

ogóle, żebym stała się grzeczną dziewczynką.

- A oni się zgodzili? - spytał Michael.

W aurze dziewczyny pojawiła się nagle szara obwódka.

- Oczywiście, że się zgodzili. Wydaje mi się nawet, że dał im trochę kasy, żeby łatwiej 

to   przełknęli.   -   Cameron   westchnęła   ciężko.   -   Ale   i   bez   tego   byliby   zachwyceni   jego 

propozycją. Nie chcą mieć córki wyrzutka społeczeństwa.

Na świecie jest całe mnóstwo nieszczęśliwych  dzieciaków, pomyślał  Michael. Ale 

ludzie, którzy sprzedają własną córkę... to się po prostu nie mieści w głowie.

- Ile miałaś lat, kiedy się zorientowałaś, że możesz... robić rzeczy, których nie potrafią 

inni?

Żółte   plamki   jej   aury   powiększyły   się,   szara   obwódka   pociemniała,   pojawiły   się 

również nierównomierne czerwone pasma. Ta rozmowa musiała ją wiele kosztować.

- Wiesz co? - powiedział szybko. - To nie ma znaczenia. Oboje jesteśmy wyrzutkami 

społeczeństwa i niczego więcej nie musimy o sobie wiedzieć. Mówmy o czymś innym.

- Na przykład, jak się stąd wydostać - zasugerowała cicho Cameron.

- Zaczekaj. Prowadzą tu Adama - ostrzegł ją Michael. Zamilkli i zwrócili wzrok na 

dwóch   strażników,   idących   z   Adamem   do   celi.   Michael   poczuł   ukłucie   w   sercu,   kiedy 

zobaczył jego bladą twarz i martwy wyraz oczu, z których zniknęły wszelkie oznaki życia.

- Co oni mu zrobili? - szepnęła Cameron.

- To ja mu to zrobiłem. Pamiętasz, jak zaczął krzyczeć, kiedy dotknął ręki Valentiego? 

Krzyczał, ponieważ zobaczył projekcję jego umysłu. Nie wiem, jakie ukazały mu się wtedy 

obrazy, ale jestem pewien, że widział szeryfa strzelającego do ludzi.

- Chwileczkę. Dlaczego mówisz, że ty to zrobiłeś?

- Powiedziałem mu, żeby dotknął Valentiego, mając świadomość, że to, co zobaczy, 

background image

będzie go prześladować do końca życia - tłumaczył Michael. - On myśli, że ten facet jest jego 

tatą. Przynajmniej tak było do tej pory.

Strażnik otworzył drzwi i Adam wszedł do celi. Chłopiec przygarbił się i skulił, jakby 

się bał, że ktoś go pobije albo zrobi mu jakąś inną krzywdę.

- Przykro mi - powiedział Michael, kiedy tylko za chłopakiem zamknęły się drzwi. - 

Przykro mi, że musiałem cię zmusić do tej gry z ta... z Valentim. Ale to było konieczne, żebyś 

dowiedział   się   prawdy.   On   jest   niebezpieczny.   To   miejsce   jest   niebezpieczne   dla   nas 

wszystkich.

Adam nie odezwał się. Wpatrywał się tylko w Michaela martwym wzrokiem.

- Czy możemy stąd wyjść? - spytał po chwili.

- Myślę, że to mogłoby się udać - odrzekł Michael. - Ale potrzebowalibyśmy twojej 

pomocy. Czy możesz nam pomóc?

Adam podszedł ciężkim krokiem do stołka i usiadł obok łóżka.

- Mogę - rzekł.

- Okay. Pamiętasz, jak nawiązaliśmy dzisiaj łączność z Billem i zobaczyliśmy,  jak 

wyglądała jego matka? - spytał Michael.

Adam skinął głową.

- Zrobimy to samo z jednym ze strażników. Nie będziemy szukać jego matki, tylko 

dzieci, okay? Spytaj strażników, czy mogą ci coś przynieść z twojej celi. Kiedy tam pójdą, 

nawiążesz ze mną łączność. Gdy strażnik wróci i otworzy drzwi, ty się podłączysz do niego i 

zdobędziemy obraz jego dzieci, okay?

- Okay. - Adam podszedł do drzwi, a Michael podniósł się z łóżka i stanął za jego 

plecami.

- Myślisz, że można mu zaufać? - spytała szeptem Cameron.

- Zobaczymy. - Starał się nie zwracać uwagi na bijący od niej zapach plaży, tylko się 

skupić na czekającym go zadaniu.

Adam postukał palcami w szkło i klawisz zaraz otworzył drzwi.

- Czy mógłbym dostać swoje karty? - spytał. - Zapomniałem ich wziąć.

- Czemu nie? - usłyszał w odpowiedzi.

Strażnik   dość   szybko   wrócił,   lecz   zanim   otworzył   drzwi,   sięgnął   po   paralizator. 

Michael   usiłował   zachowywać   się   swobodnie,   jednak   klawisz   nabrał   podejrzeń.   Chłopak 

cofnął się trochę, nie zdejmując palców z ramienia Adama.

Ten wyciągnął  rękę po karty. W chwili, kiedy jego palce dotknęły ręki strażnika, 

Michael   natychmiast  otrzymał  przekaz   informacji.  Dzieci,   myślał   intensywnie,  potrzebuję 

background image

dzieci.   Przesuwały   się   przed   nim   zamglone   obrazy,   wreszcie   ukazała   się   dziewczynka   z 

ciemnymi warkoczykami, której brakowało kilku przednich zębów. Przerwał łączność i usiadł 

na łóżku.

- Rozdaj karty. Zagramy w ósemki - zwrócił się do Adama. Chciał, żeby strażnicy 

widzieli, że w celi panuje normalna atmosfera.

- W ósemki? - spytała Cameron.

- A czy ty, wyrzutku społeczeństwa, możesz coś zrobić, żeby nam pomóc w ucieczce? 

- spytał Michael, patrząc, jak Adam rozkłada karty.

- Przykro   mi,   ale...   hmmm...   te   doświadczenia   okropnie   mnie   wyczerpały. 

Przeprowadzali   ze   mną   testy   już   wcześniej,   zanim   spotkałam   was   w   laboratorium   - 

powiedziała.

- Okay, oto mój plan - zaczął Michael. - Potrafię każdemu z was zmienić wygląd. 

Robiłeś to kiedyś, Adamie? - Adam potrząsnął głową, Cameron miała zdumioną minę. - 

Chciałbym przeobrazić Cameron w córkę strażnika. Zagrożę im, że ją zabiję, jeśli nie złożą 

broni i nie pozwolą zamknąć się w celi. Wtedy będziemy mieć szansę ucieczki.

- Co ty pleciesz? - rzuciła Cameron. - Strażnik wie, że jego córki nie ma w bunkrze.

- Tak, strażnik ma to zakodowane w głowie, ale co powie mu serce, kiedy zobaczy tu 

swoją małą córeczkę? Będzie chciał ją ocalić, to jasne.

- Może. Chyba że jest taki jak mój ojciec - powiedziała Cameron. - Poza tym po 

drodze są jeszcze inni strażnicy.

- Wiem   o   tym,   ale   będziemy   mieli   zakładniczkę.   A   ja   i   Adam   zawsze   możemy 

skorzystać z naszej mocy - oświadczył Michael. Rzucił okiem na chłopaka. Trudno było sobie 

wyobrazić,   że   mógłby   zrobić   komuś   krzywdę.   Michael   miał   nadzieję,   że   to   nie   będzie 

konieczne. - Może byłoby lepiej, gdybym zmienił jego wygląd.

Będąc  zakładnikiem,  Adam nie  musiałby  nikomu robić  krzywdy.  Michael  sam da 

sobie radę. Był w takim nastroju, że mogłoby mu to nawet sprawić przyjemność.

- Przesuń   się,   żeby   strażnicy   niczego   nie   zauważyli   -   zwrócił   się   do   dziewczyny, 

siadając naprzeciwko Adama.

Wykonała  polecenie.   - Jesteś  gotów?  -  spytał   chłopaka. Gdy  Adam  skinął  głową, 

Michael dotknął palcami jego twarzy. - Teraz wprawię cząsteczki w ruch, żeby ukształtować 

twoją skórę i kości. Będziesz wyglądał jak ta mała dziewczynka, którą obaj widzieliśmy. 

Możesz mi w tym pomóc, jeśli skupisz się na ruchu cząsteczek, będziesz je roztrącał albo 

ściskał.

Chłopak przeobrażał się w niezwykle szybkim tempie - jego włosy pociemniały i stały 

background image

się o wiele dłuższe, zmienił się układ kości policzkowych; brakowało mu kilku przednich 

zębów.

Natężenie mocy, którą wspólnie wytwarzamy, to nie tylko suma dwóch sił, ale jeszcze 

bardziej   zwielokrotniona   zdolność   działania,   uświadomił   sobie   Michael.   Przeistoczenie 

Adama zajęło kilka sekund; sam musiałby nad tym pracować co najmniej piętnaście minut. 

Wypróbują to razem z Maxem i Isabel. Gdyby ich trójka nawiązała łączność, żeby skorzystać 

ze zbiorowej mocy... mogliby dokonać niewyobrażalnych rzeczy.

- Ja naprawdę... - zaczęła Cameron drżącym głosem.

Michael spojrzał na nią niespokojnym wzrokiem.

- Nie masz chyba zamiaru zemdleć?

- Nie   musisz   się   o   mnie   martwić.   Ja   też   nie   zamierzam   spędzić   najlepszych   lat 

swojego życia w tych kazamatach. Rozwalmy ten cholerny pensjonat.

- Adamie, kiedy cię chwycę, musisz wydzierać się na całe gardło - polecił chłopcu 

Michael.

Stanął na środku celi, trzymając go przed sobą.

- Hej! - krzyknął. - Jeśli chcesz, żeby twoja córka została przy życiu, to rzucajcie 

karabiny i paralizatory... i to już!

Adam wydał, nie do końca udawany, okrzyk przerażenia.

- Stephanie! - zawołał strażnik, z którym uprzednio nawiązali łączność.

- Tak, mamy Stephanie! - krzyknęła Cameron. - Teraz odłóżcie broń i wejdźcie do 

celi, a jeśli nie, to ojciec może się pożegnać ze swoją córeczką.

Pierwszy strażnik rzucił karabin maszynowy i paralizator, szybko otworzył drzwi celi i 

wszedł do środka.

- A twój kolega? - spytał Michael.

- Zrób, co każą, Eatonie! - zawołał rozpaczliwie strażnik.

Eaton zawahał się.

- Potrafię zabić dotykiem! - wrzasnął Michael. - Chyba o tym wiecie.

- Eaton, oni zabiją moją dziewczynkę! - Ojciec Stephanie krzyczał  rozdzierającym 

głosem.

Jego kolega rzucił broń i paralizator i wszedł do celi.

- Usiądźcie   na   łóżku   -   rozkazał   im   Michael.   Kiedy   wykonali   polecenie,   zaczął 

wycofywać się z celi, trzymając przed sobą Adama. Gdy tylko Cameron przeszła przez drzwi, 

zamknął je szybko.

- Którędy?! - krzyknął.

background image

- W tę stronę - rzuciła dziewczyna, wskazując kierunek ucieczki. Schyliła się, żeby 

podnieść karabin. - Chodźcie!

Michael nie wahał się ani chwili. Pobiegł za nią, trzymając Adama za rękę. Cameron 

zatrzymała się przed wielkimi stalowymi drzwiami.

- Musimy przez nie przejść!

Michael nie tracił czasu na rozpracowywanie zamka, skupił się na molekułach drzwi, 

popychając je siłą umysłu. Po chwili rozległ się przeraźliwy zgrzyt i drzwi się rozsunęły.

Cameron pobiegła pierwsza, a za nią Adam i Michael.

Nagle do ich uszu wdarło się przenikliwe wycie alarmu.

- Zabiję dziewczynkę, jeśli mnie do tego zmusicie! - krzyknął Michael, nie wiedząc 

nawet, czy ktoś go słyszy.

Cameron skręciła w lewo, w długi ciemny tunel.

- To tutaj! - zawołała.

To się może udać, pomyślał Michael. Strażnicy nie interweniują, bo myślą, że mamy 

zakładniczkę. Ale odkryją prawdę, kiedy skontaktują się z Valentim.

- Te drzwi! - krzyknęła Cameron, uderzając pięścią w stalowe skrzydło.

Wystarczyła chwila koncentracji i Michael je otworzył.

- Adamie, biegnij tak szybko, jak tylko potrafisz. Gdybyśmy się rozdzielili, to idź tam 

- polecił mu Michael. Nawiązał z nim łączność, pokazując chłopakowi obrazy pustyni, miasta 

Roswell, ulicy, przy której mieszkali Evansowie, a wreszcie Isabel i Maxa.

- Uwaga! - krzyknęła Cameron.

W   tunelu   rozsunęły   się   boczne   drzwi.   Rozległ   się   odgłos   wystrzału.   Dziewczyna 

wydała  okrzyk bólu, karabin maszynowy wypadł  jej z ręki. Po chwili  doskoczył do niej 

strażnik.

- Uciekaj, Adamie! - wrzasnął Michael i ruszył na strażnika.

- Jeszcze jeden ruch, a ją zabiję - krzyknął strażnik.

Chłopak zamarł w bezruchu. Kątem oka zobaczył Adama, który nagle zatrzymał się 

przy wyjściu. Co on wyprawia? Dlaczego nie ucieka?

- Adamie, biegnij! - zawołała Cameron.

- Musisz nas zostawić. Biegnij, biegnij, biegnij! - krzyczał Michael.

Adam wahał się jeszcze. Patrzył na pogrążoną w ciemnościach nocy pustynię, na tę 

ogromną pustkę. Nie mógł tam iść, bał się, że ta przestrzeń go pochłonie, że zniknie w niej na 

zawsze.

- Teraz! - wrzasnął Michael.

background image

Stopy Adama oderwały się od ziemi i zaczęły się przesuwać do przodu. Chłopak 

patrzył tylko na swoje stopy. Wydawało mu się, że nogi niosą go same, że posłuchały rozkazu 

Michaela bez udziału woli.

Lewa, prawa. Lewa, prawa. Unosiły go w głąb pustyni. Oddalały od Michaela, od 

domu, od tego wszystkiego, co znał.

Podczas tego biegu ciało Adama zaczęło się przeobrażać, wydłużyły  mu się nogi, 

mógł się szybciej teraz poruszać. Lewa, prawa. Lewa, prawa. Coś zamajaczyło w mroku. To 

kaktus. Widział taką roślinę w książce, którą dostał od taty.

Ale on już nie miał taty. Teraz należy skręcić. Biec dalej. Nie podnosić głowy. W 

żadnym wypadku nie podnosić głowy.

Serce waliło mu w piersi, czuł jego łomot w uszach.

Zmusił się do szybszego biegu, dostosowując kroki do tego rytmu.

Adam nie odrywał oczu od swoich stóp; nie myślał o niczym, zawężając cały świat do 

przesuwającego się przed nim skrawka pustyni. Pojawia się skała, więc trzeba ją przeskoczyć. 

Lewa, prawa. Lewa, prawa. Nie podnosić głowy.

Krzew algarroby. Trzeba skręcić. Za późno. Lewa stopa Adama zahaczyła o krzew i 

upadł całym ciężarem, rozdrapując sobie policzek.

Leżał   bez   ruchu,   z   trudem   łapiąc   oddech.   Usiadł,   kiedy   jego   serce   zaczęło   bić 

zwolnionym rytmem, i zobaczył nad sobą bezkresne niebo. Gwiazdy były tak daleko, że jego 

umysł już tam nie sięgał.

Zadrżał; zrobiło mu się zimno. Jeszcze nigdy nie było mu zimno. Wiedział, co to 

chłód, bo zwykle mył  twarz i ręce zimną wodą. Ale powietrze w bunkrze miało zawsze 

jednakową temperaturę.

Skulił   się,   podciągając   kolana   pod   brodę.   Tak   było   cieplej,   poczuł   się   troszeczkę 

lepiej.

Ale ta przestrzeń dokoła była  zbyt  wielka, zbyt pusta. Zacisnął powieki, żeby nie 

widzieć nieba. Zamarł w bezruchu.

Maria otworzyło plastikowe pudełko z kasetą wideo. Była to dalsza część  Planety 

małp.  Jednak   zamknęła   je   po   chwili   i   rzuciła   na   stolik.   Zobaczyła   ten   film   na   półce   w 

wypożyczalni   i   natychmiast   postanowiła   go   wziąć.   Dopiero   teraz   uświadomiła   sobie,   że 

chciałaby oglądać go tylko wtedy, gdyby był przy niej Michael.

Ale   nawet   gdyby   wkrótce   wrócił   do   domu,   to   nie   wiadomo,   czy   nadal   chciałby 

wchodzić przez okno do jej pokoju i oglądać z nią filmy. Robił to chętnie w towarzystwie 

Marii, którą traktował jak kumpla, ale czy chciałby to robić teraz, kiedy wyznała mu, że go 

background image

kocha?

Chyba tak, pocieszała się w duchu.

A może jednak nie.

Może tak.

Może nie.

Może tak. Może nie.

Po głowie tłukły się jej sprzeczne myśli; chciało jej się krzyczeć z rozpaczy. Nagle 

usłyszała coś, co natychmiast przerwało te rozważania - odgłos odsuwanego okna. Michael!

Zerwała   się   z   łóżka   i   rozsunęła   zasłonę.   Zobaczyła   Alexa,   który   uśmiechał   się   z 

zażenowaniem.

- Rozbiłem tego krasnala, który stał przy tylnym wejściu - powiedział. - Lubiłaś go?

- To paskudztwo! Nie. Był okropnie brzydki - uspokoiła go Maria. Szybko zmieniła 

wyraz twarzy, żeby Alex nie myślał, że rozpacza po stracie krasnala. Grymas rozczarowania, 

jakim   go   powitała,   oznaczał   tylko,   że   spodziewała   się   zobaczyć   kogoś   innego.   Wzięła 

chłopaka za rękę i wciągnęła do pokoju. - Tę figurkę dał mamie jakiś facet, z którym chodziła 

na randki, ale po nim miała  już trzech innych.  Może powinienieś  zrobić  nową listę: Jak 

podpaść kobietom. Punkt pierwszy: Przynieść w prezencie gipsowego krasnala.

- A więc prezenty są ważne, prawda? - dopytywał się Alex. Zrzucił tenisówki i osunął 

się na łóżko przyjaciółki. - Uważasz, że to w porządku, że tak cię zaskoczyłem?

- Absolutnie. - Maria usiadła obok niego.

- A więc jeśli nie dałem odpowiedniego prezentu, a właściwie żadnego prezentu, to 

znaczyłoby...

- Nie, nie. Ja tylko mówiłam, że to absolutnie w porządku, że przyszedłeś - przerwała 

mu. - A nie, że prezenty są absolutnie najważniejsze, chociaż miło je dostawać.

- Kiedyś Isabel dała mi prezent - powiedział Alex. - Chcesz zobaczyć?

- Oczywiście. - Maria przysunęła się bliżej.

Fakt,   że   Isabel   dala   mu   prezent,   natychmiast   dodał   jej   otuchy.   Może   się   myliła, 

posądzając ją o zainteresowanie Michaelem.

Alex wyciągnął z portfela całą serię zdjęć z automatu fotograficznego i podał je Marii.

- Powiedziała, że przy każdym zdjęciu myślała tylko o mnie - oświadczył.

Kto by się spodziewał, że Isabel może być aż tak ckliwa i czułostkowa? - pomyślała 

Maria. Jak widać, źle  oceniła sytuację.  Może to nie z powodu Michaela Isabel przestała 

interesować się Alexem. A jej się wydawało, że po wkroczeniu do jego orbity snów Isabel 

zaczęła patrzeć na Michaela innym wzrokiem.

background image

Chwileczkę. Alex powiedział, że „kiedyś” Isabel dała mu prezent.

- Kiedy ci to dała? - spytała.

Niech to będzie już po tym śnie, pomyślała w duchu. Proszę, niech to będzie po śnie. 

Proszę.

- Niedługo po śmierci Nikolasa. A więc przed snem. Więc tak.

- A dzisiaj mnie rzuciła. Zupełnie nie potrafię tego wszystkiego zrozumieć.

- Zaczekaj. Rzuciła cię? Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?

- Właśnie to zrobiłem.

Faceci już tacy są, pomyślała  Maria. Jest tutaj już co najmniej  od trzech minut  i 

dopiero teraz mi to mówi?

A może powinna być wdzięczna za tę wiadomość? Teraz nie miała już wątpliwości, że 

Isabel rzuciła Alexa z powodu Michaela.

Maria uważnie oglądała fotografie. Boże, jaka ona jest piękna. Tak, obie miały blond 

włosy, niebieskie oczy i tak dalej, ale u Isabel to wszystko składało się na doskonałą całość. 

Maria nie miała przy niej szans.

Alex wyciągnął rękę i zabrał fotografie.

- Powiedz, co się stało - nalegała dziewczyna.

- Widziałaś,   jak   się   zachowywała   na   naszym   zebraniu,   prawda?   -   Alex   przesuwał 

nerwowo palcami po policzku. - Rzucała mi się do gardła, kiedy się tylko odezwałem. Potem 

powiedziałem, że doskonale rozumiem, jak bardzo martwi się o Michaela. Chyba dziewczyny 

lubią, kiedy starasz się je zrozumieć? - Spojrzał na Marię, szukając potwierdzenia.

- Tak, oczywiście - odpowiedziała.

- Ale nie Isabel. To ją doprowadziło do szału. Nie masz prawa znać moich myśli i tym 

podobne.

Biedny Alex. Był kompletnie oszołomiony, jak facet po wypadku samochodowym, 

chodzący po szosie i mówiący o mleku, które miał kupić po drodze do domu, choć nie wie, 

gdzie jest ani co się naprawdę stało.

- Chcesz   powąchać   cedru?   -   spytała,   przeglądając   swoją   kolekcję   fiolek   do 

aromaterapii. Nie potrafiła wymyślić niczego innego, żeby go pocieszyć. - Zaraz się lepiej 

poczujesz.

- Poczułbym się lepiej, gdybyś napełniła nim zbiornik, w którym mógłbym zanurzyć 

głowę i się utopić.

Znam to uczucie, pomyślała.

Chciałem uprażyć trochę popcornu, ale... hmmm... nie pamiętam, jak długo trzeba go 

background image

trzymać, czy... hm... w wysokiej temperaturze, czy jak - zaczął Max.

- Wciśnij ten przycisk, gdzie jest napisane popcorn - powiedziała Isabel. - A teraz ja 

chcę cię o coś spytać.

Max oparł się o framugę drzwi.

- Pytaj.

- O co ci chodzi?

Max zarumienił się lekko. Jesteś zbyt prostolinijny, mój bracie, pomyślała Isabel. Nie 

wiedziała, jak Max da sobie radę na tym dużym złym świecie, skoro nie stać go nawet na tak 

drobne kłamstwo jak to, że nie wie, jak zrobić popcorn.

- Słyszałem jakieś krzyki zanim... hmmm... kiedy wychodził Alex - wykrztusił.

Uuuu. Jakie to subtelne.

- Chodź. Zrobimy ten popcorn. - Isabel wstała i wyszła z pokoju. - Zachowałam się jak 

zołza - wyrzuciła z siebie, gdy szli w dół po schodach.

Max nie odezwał się.

- Teraz   powinieneś   powiedzieć,   że   nigdy   nie   zachowuję   się   jak   zołza.   -   Siostra 

zerknęła na niego przez ramię.

- Ale, Isabel, to niemożliwe, żebyś ty... - zaczął posłusznie.

- Zapomnij o tym - rzuciła, wchodząc do kuchni. - Oboje wiemy, jak jest. Gdybyś 

spytał kogokolwiek w szkole, jak mógłby mnie opisać za pomocą jednego słowa, to wiesz, 

jakie by ono było.

- To   nieprawda   -   zaprzeczył   Max.   -   Może   to   słowo   znalazłoby   się   w   pierwszej 

dziesiątce, ale na pewno nie byłoby numerem jeden.

Dziewczyna wyjęła torebkę popcornu z szafki, włożyła ją do kuchenki mikrofalowej i 

wcisnęła przycisk. Nie ruszyła się z miejsca, tylko wpatrywała w szybkę. Widok pęczniejącej 

torebki   nie   był   specjalnie   interesujący,   lecz   Isabel   nie   chciała   spojrzeć   bratu   w   oczy. 

Przyznawanie się do winy nie było jej mocną stroną, nie mówiąc już o tym, że mogłaby 

powiedzieć Maxowi, jak potraktowała Alexa, chłopaka, na którym przecież jej zależało.

- Zgadzam się. Może to słowo nie byłoby na pierwszym miejscu na wszystkich listach, 

ale na pewno jest u Alexa. - Przybliżyła twarz do szybki. Zapiekły ją oczy. Pewnie światło 

mikrofalówki jest zbyt jasne, stwierdziła.

Wmawiaj to sobie dalej, pomyślała w duchu. Uwierz, że to od światła, bo przecież nie 

płakałabyś za Alexem, z którym zerwałaś z własnej woli.

- On   wie,   że   jesteś   wyprowadzona   z   równowagi   sprawą   Michaela   -   rzekł   Max.   - 

Jestem pewien, że gdybyś zadzwoniła i powiedziała, że jest ci przykro z powodu tego, co 

background image

zaszło między wami, nie będzie dłużej miał do ciebie pretensji.

- Nawet jeśli z nim zerwałam?

- Zerwałaś z Alexem? - wykrztusił brat. Ziarna kukurydzy zaczęły już z trzaskiem 

pękać.

- Tak, i nie zrobiłam tego zbyt delikatnie - powiedziała Isabel do mikrofalówki.

- Dlaczego?   - spytał  Max.  - Wiesz  co?  -  dodał  szybko,  zanim  siostra  zdążyła   się 

odezwać. - To właściwie nie ma znaczenia. Chcesz, żeby do ciebie wrócił, prawda? Zadzwoń 

do niego i powiedz mu to.

Isabel zaczekała, aż ucichną odgłosy pękających ziaren, wyjęła torebkę z kuchenki i 

otworzyła   ją.   Gorąca   para   poparzyła   jej   palce,   zanim   zdążyła   zdjąć   z   lodówki   koszyk   i 

wsypać do niego popcorn.

- Problem polega na tym, że nie sądzę, żebym tego właśnie chciała. To znaczy, mieć 

go z powrotem - wyjaśniła.

Odwróciła   się   od   mikrofalówki   i   postawiła   przed   bratem   koszyk   z   popcornem. 

Włożyła sobie do ust całą garść prażonej kukurydzy, parząc się w język.

- Och - skomentował tylko Max, również biorąc do ust dużą porcję. Przez jakiś czas 

jedli w milczeniu.

Isabel wiedziała, o co teraz spyta ją brat. Dlaczego nie chce wrócić do Alexa? To 

dobre pytanie - przecież chłopak jest inteligentny, przystojny, zabawny. Co prawda nie należy 

do grupy tych najbardziej popularnych, lecz... Poza tym pomógł jej przetrwać ciężkie chwile.

Teraz jednak, kiedy Isabel była z nim, zawsze myślała o kimś innym.

Jak mogła powiedzieć bratu, że przeniknęła do snu Michaela i zobaczyła, jak on ją 

trzyma w ramionach?

Jak zdoła mu wytłumaczyć, że od tamtej pory wszystko się zmieniło?

Nie mogła powiedzieć Maxowi prawdy - że ostatnio, za każdym razem, kiedy Alex ją 

całował, myślała, jak by to było, gdyby na jego miejscu był Michael. Byli sobie z Maxem 

bliscy, ale byli również rodzeństwem. A o takich sprawach nie rozmawia się z bratem, tym 

bardziej że Michael był jego najbliższym przyjacielem, prawie członkiem rodziny. Sama myśl 

o siostrze w objęciach Michaela mogła przejąć go dreszczem.

- Słyszałaś coś? - Max zerwał się z krzesła i podbiegł do okna. - Ktoś tam jest.

- Nie słyszałam samochodu, więc to nie może być mama ani tato.

Michael   -   rozpaliła   się   w   niej   nagle   słaba   iskierka   nadziei.   Isabel   popędziła   do 

frontowych drzwi i wybiegła na zewnątrz, a brat za nią.

Zobaczyła jakąś bezwładną postać na trawniku.

background image

- Michael! - krzyknęła. Pomknęła do przodu i opadła przy nim na kolana.

Ale to nie był on. To był zupełnie obcy chłopak, mniej więcej w jej wieku. Miał 

smutne zielone oczy i był bardzo blady - ledwie oddychał.

Max pochylił się nad nim i potrząsnął go lekko za ramię.

- Nic ci nie jest? - spytał. - Co, u...

Isabel szybko podniosła głowę, kiedy brat nagle urwał rozpoczęte zdanie. Patrzył na 

nią rozszerzonymi oczami, a na jego twarzy malowało się przerażenie.

- O co chodzi, Max? - spytała.

Nie odezwał się.

- Co jest?! - krzyknęła, odsuwając jego rękę od leżącego chłopaka.

- Nie uwierzysz, ale myślę, że on jest jednym z nas. Nawiązałem z nim łączność, 

kiedy tylko go dotknąłem. Zobaczyłem inkubator, taki sam, jak nasz - ciągnął, przełykając z 

trudem   ślinę.   -   Widziałem   Valentiego   i   szklaną   celę.   Myślę...   myślę,   że   on   przyszedł   z 

bunkra.

Isabel czuła, że włosy stają jej dęba.

- Jak mu się udało przetrwać? - szepnęła. Nie potrafiła zrozumieć, jak ten chłopak 

mógł przeżyć to, czego ona zawsze najbardziej się bała: zostać więźniem na łasce szeryfa 

Valentiego.

Chłopak otworzył na chwilę oczy, ale zaraz ponownie zacisnął powieki.

- Za wielkie - jęknął. - Za wielkie.

- Weźmy go do środka - zaproponował Max. Wsunął mu rękę pod plecy i podniósł na 

nogi. Isabel podtrzymywała chłopca z drugiej strony. Czuła, że cały drży.

- Teraz jesteś z nami - powiedziała. - Nikomu nie pozwolimy cię skrzywdzić.

Max poprowadził  Adama  do narożnego stolika, stojącego za drewnianą  przesłoną. 

Umówił się z Liz i Isabel we Flying Pepperoni. Nie było dużego tłoku, jednak martwił go 

wyraz przerażenia na twarzy chłopaka.

Zupełnie się temu nie dziwił. Nie minęła jeszcze doba od czasu, kiedy Adam uciekł z 

bunkra, a miał tyle nowych doświadczeń co zwykli ludzie w ciągu całego roku. Nawet tak 

proste   urządzenie  jak   toster  budziło  jego   niepohamowaną  ciekawość.   Widywał   fotografie 

tosterów w książkach, lecz nigdy jeszcze sam z niego nie korzystał. Szalenie bawił go widok 

wyskakujących z lekkim stukiem grzanek. Zjedli z Maxem chyba całą paczkę pieczywa. Max 

zgodziłby się zjeść jeszcze więcej, żeby tylko patrzeć na jego radość.

- Usiądziemy   tu   i   zaczekamy   na   innych   -   powiedział.   Jego   nowy   przyjaciel   zajął 

miejsce po przeciwnej stronie. - Jak ci idzie? Masz pytania?

background image

- Chyba nie - odparł Adam. Zamknął oczy i przylgnął do drewnianej przesłony.

Za   chwilę   wpadnie   w   panikę,   zaniepokoił   się   Max.   Przydałaby   się   jakaś   pomoc. 

Rozejrzał się po restauracji i zobaczył zbliżającą się do nich Liz.

- Adamie - Max zaczekał, aż chłopak otworzy oczy - to jest Liz. Mówiłem ci o niej, 

pamiętasz?

- Cześć - powiedział Adam. Był wyraźnie zdenerwowany.

Liz usiadła obok Maxa. Adam spojrzał na nią i znowu zacisnął powieki.

Dziewczyna rzuciła Maxowi zatroskane spojrzenie, otworzyła torbę i wyjęła z niej 

słoneczne   okulary,   które   musiała   nosić   razem   z   wzorowanym   na  Facetach   w   czerni 

mundurkiem, kiedy pracowała jako kelnerka w kawiarni ojca. Włożyła je chłopakowi. Ten, 

zaskoczony, cofnął się gwałtownie.

- Otwórz teraz oczy. W tych okularach kolory nie będą już takie jaskrawe.

Adam rozejrzał się, a Max trochę się odprężył. Może pomysł, na który wpadła Liz, 

pozwoli temu chłopcu czuć się bezpieczniej w miejscach publicznych.

- Cześć, Adamie. Przez cały dzień myślałam o tobie - powiedziała Isabel, siadając 

obok niego. - Jak leci? Co robiliście z Maxem?

Max   zdążył   już   zauważyć,   że   w   kontaktach   z   Adamem   siostra   zrezygnowała   ze 

swojego kretyńskiego stylu księżniczki Isabel, którą wszyscy muszą wielbić. Traktowała go 

tak delikatnie i czule, że aż dziwnie było na to patrzeć.

- Robiliśmy tosty - powiedział Adam. - I Max nauczył mnie grać w pokera.

- Max, to wspaniałe. Tosty i poker. Cieszę się, że nauczyłeś go takich podstawowych 

czynności. Czułam, że sama powinnam była z nim zostać. Powiedziałeś Adamowi, żeby nie 

korzystał z mocy, prawda?

- Tak.   -   Na   wspomnienie   tej   rozmowy   Max   poczuł   ucisk   w   żołądku.   -   Adam... 

hmmm... nie wiedział, że pochodzi z innej planety. Nie zdawał sobie sprawy, że ludzie nie 

potrafią robić tego co on.

- A co on wie? - spytała Isabel.

Jej brat zaczął opowiadać, w jakie kwestie zdążył już wprowadzić nowego przyjaciela. 

Powiedział mu, że oni wszyscy, to znaczy Max, Isabel, Michael i Adam, pochodzą z tej samej 

planety i prawdopodobnie są jedynymi mieszkańcami Ziemi, którzy przeżyli słynną katastrofę 

w Roswell. Ostrzegł go, że nie wolno nikomu o tym mówić ani też korzystać z mocy. Przy 

okazji nauczył go wielu drobnych rzeczy - jak obsługiwać toster i grać w pokera.

Nie   poruszył   jednak   innych   ważnych   tematów.   Nie   powiedział,   że   gdyby   Adam 

wyjawił ludziom prawdę, to niektórzy znienawidziliby go, inni zaczęli się bać, a jeszcze inni 

background image

chcieliby go zabić. Wiedział, że w końcu będzie musiał mu to wszystko wyjaśnić. Teraz nie 

mógł się na to zdobyć; miał zbyt wiele problemów do rozwiązania.

- Idzie Alex z Marią - zauważyła Liz. Przysunęła się do Maxa, żeby zrobić im miejsce, 

a on objął ją ramieniem, jakby to był zupełnie naturalny gest. Nigdy nie przypuszczał, że 

może mieć dziewczynę - ziemską istotę, która zna prawdę o nim i nadal go kocha.

Muszę powiedzieć o tym Adamowi, pomyślał. Chłopak powinien wiedzieć, że chociaż 

jest inny, to nie znaczy, że nie może być szczęśliwy.

Maria chciała usiąść obok Liz, ale Alex chwycił ją za rękę.

- Usiądź tutaj - zaproponował, wskazując miejsce obok Isabel.

Zapanowała   niezręczna   cisza.   Zmieszana   Maria   popatrzyła   na   Alexa.   Niejasna 

sytuacja po rozstaniu, pomyślał Max, kiedy wreszcie usiedli.

- Adamie, to jest Alex, a to Maria - dokonał prezentacji. - Gdybyś czegoś potrzebował, 

możesz przyjść do każdego z nas. Możesz zadawać nam pytania. Możesz...

- Możesz nam ufać - przerwał mu Alex.

- Tak, właściwie wszystko się do tego sprowadza, że możesz mieć do nas zaufanie - 

przyznał Max.

Adam nie odzywał się; pewnie przytłaczał go nadmiar informacji.

- Musimy się zastanowić, co zrobić z Adamem - ciągnął Max. - Jak wytłumaczyć jego 

obecność, poza tym pomyśleć, gdzie będzie mieszkał, co będzie robił, żeby... - Zorientował 

się nagle, że mówi o nim tak, jakby ten chłopak nie siedział z nimi przy jednym stoliku. Nie 

wolno mu zapominać, że jest ich rówieśnikiem, chociaż zachowuje się jak małe dziecko. - 

Przepraszam cię, Adamie. Chciałbym, żebyś nie myślał, że podejmujemy decyzje za ciebie. 

Chodzi mi tylko o to, że znalazłeś się nagle w zupełnie nieznanym świecie.

- Oczywiście.  A  my  spędziliśmy   tu  całe  życie,  więc   możemy   służyć  ci   pomocą   - 

dodała   Maria.   -   Może   moglibyśmy   mówić,   że   on   przyjechał   tu   w   ramach   wymiany 

studenckiej? Wtedy mógłby po prostu zamieszkać z nami. Wymiana studentów - zwróciła się 

do Adama - polega na tym, że student, czy też uczeń, z innego kraju przyjeżdża na jakiś czas 

do zagranicznej szkoły.

- Jak w telewizji - powiedział Adam.

- W bunkrze nie było telewizji, więc uczyłem go, jak skakać po kanałach - wyjaśnił 

Max.

- Ale z ciebie pedagog. - Isabel uśmiechnęła się.

- Nie   wiem,   czy   wymiana   studencka   jest   dobrym   pomysłem.   Niby   skąd   miał   tu 

przyjechać? - zastanawiał się Max.

background image

- Z   Delaware   -   Alex   roześmiał   się.   Isabel   obrzuciła   go   gniewnym   spojrzeniem.   - 

Żartowałem. To był tylko żart.

- Możemy zabrać go do jaskini - zaproponował Max.

- Nie chcę, żeby był tak daleko. I do tego zupełnie sam - zaprotestowała gorąco Isabel.

- Za naszym domem jest mały budynek gospodarczy, w którym mógłby zamieszkać, 

dopóki czegoś nie wymyślimy - zasugerowała Liz. - Jest tam światło i wszystkie wygody, 

ponieważ mojemu ojcu przyszło kiedyś do głowy, że chciałby zajmować się stolarką, i kupił 

całe wyposażenie.

- Co o tym myślisz, Adamie? Zamieszkałbyś tam? - spytał Max. - Musiałbyś tylko 

uważać, żeby cię nie zobaczyli rodzice Liz.

Adam obrzucił ją uważnym spojrzeniem.

- Byłbym blisko ciebie?

- Bardzo blisko. Gdybyś mnie potrzebował, nie musiałbyś czekać ani chwili.

- To dobrze - powiedział chłopak. Na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech.

Na widok Liz Max też się zawsze uśmiechał. Starał się sobie wyobrazić, jak może 

czuć się szesnastolatek, który nigdy przedtem nie widział dziewczyny w swoim wieku i nagle 

zostaje nimi otoczony. Mogło go to napawać lękiem, ale był to niewątpliwie przyjemny lęk. 

Liz, Maria i Izzy powoli oswoją go z tą nową sytuacją.

- Konam z głodu. Czy ktoś tu pracuje, czy mamy sobie sami złożyć zamówienie i 

przygotować pizzę? - spytał Alex.

- Ten stolik obsługuje Lucinda Baker. Jeśli któryś z was zdejmie koszulę, to na pewno 

zaraz się pokaże - powiedziała Isabel.

Adam zaczął ściągać bluzę.

- Nie rób tego. Ja tylko żartowałam - pohamowała go Isabel. Wszyscy wybuchnęli 

śmiechem.

- Lucindo!   Jeśli   liczysz   na   napiwek,   to   chodź   do   nas!   -   zawołała.   To   podziałało. 

Lucinda błyskawicznie pojawiła się przy ich stoliku.

- Co będziemy jedli? - spytał Alex. - Co wybierasz, Adamie?

- Nie wiem - burknął chłopak, wyraźnie speszony.

- Nie wolno mu było wybierać sobie potraw. - Max poinformował Alexa. Natychmiast 

uświadomił sobie, że nie powinien był tego mówić.

- Dopiero co wyszedł z internatu o zaostrzonym rygorze - wtrąciła Liz.

- Uhuhuu! Musiałeś być nieznośnym chłopakiem - droczyła się z nim Lucinda. - Lubię 

niegrzecznych chłopców.

background image

Lucinda na pewno nie była odpowiednią dziewczyną do powolnego oswajania Adama 

z żeńską populacją tej planety. Miała swoją stronę w Internecie, na której opisywała, jak 

całują   chłopcy   ze   szkoły.   Jej   uwagi   świadczyły   o   tym,   że   ma   wysokie   wymagania. 

Niewątpliwie pożarłaby Adama żywcem.

Zanim Max zdążył zareagować na tę niespodziewaną sytuację, Lucinda dotykała już 

policzka Adama. Jej jaskrawo pomalowane paznokcie kontrastowały z bladą skórą chłopaka. 

Adam miał uszczęśliwioną minę, niewątpliwie nawiązał z nią łączność. Trzeba go od tego jak 

najszybciej odzwyczaić, pomyślał Max.

- Podoba   mi   się   to,   co   nosisz   pod   spodem   -   powiedział   Adam   do   Lucindy.   -   Te 

brązowe w białe, faliste paseczki. To mi przypomina babeczki z czekoladą.

Max zakrył twarz, a Isabel roześmiała się głośno.

- Hej, skąd ty wiesz, jaką bieliznę mam na sobie? - spytała Lucinda.

Wymyśl coś, nakazał sobie Max. Trzeba to jakoś wytłumaczyć.

- Ależ, Lucindo - odezwała się Isabel, zanim jej brat zdołał cokolwiek powiedzieć. - 

Nie powinnaś nawet o to pytać, przecież pokazywałaś swoją bieliznę całej masie facetów, a 

chłopcy lubią się przechwalać.

- Wiecie co? Może weźmiemy pizzę na wynos? - zaproponował Max.

Chcesz zagrać w szczerość i odwagę? Mówisz prawdę albo podejmujesz wyzwanie. - 

Cameron opierała się o szklaną ścianę celi Michaela.

- Nie jestem jakąś głupią małolatą, żeby się w to bawić - powiedział Michael, chociaż 

sam sobie po tej grze wiele obiecywał.

- Proszę cię - nalegała dziewczyna, uderzając głową o szklaną płytę. - Okropnie mi się 

nudzi.

- Rób tak dalej, a kiedy doznasz poważnego uszkodzenia mózgu, nie będziesz już 

nigdy odczuwać nudy - zauważył. Cameron rzuciła mu gniewne spojrzenie. - Okay, okay. 

Twoje najbardziej żenujące wspomnienie? - zaczął.

- Powinieneś   zainteresować   się,   czy   jestem   dziewicą.   Tak   zawsze   brzmi   pierwsze 

pytanie - zażartowała.

- A więc jesteś? - To będzie całkiem interesująca gra, pomyślał.

- Za   późno.   Już   przedtem   zadałeś   mi   pytanie.   Najbardziej   żenujące,   najbardziej 

żenujące... Muszę pomyśleć.

- Masz  ich  zbyt wiele,   co?   - Michael   położył  się  na  podłodze,  podpierając  głowę 

łokciem.

- Już wiem. To było na przyjęciu. Miałam wtedy chyba dwanaście lat. Nie wiem, kto 

background image

wpadł na taki pomysł, ale mieliśmy utworzyć pary i patrzeć sobie przez minutę w oczy, nie 

odzywając się do siebie - Cameron zaczerpnęła powietrza i szybko mówiła dalej: - Moim 

partnerem   był   Sean   Wentworth,   w   którym   byłam   nieprzytomnie   zadurzona.   Zaczęliśmy 

patrzeć na siebie i zupełnie nie wiem, jak to się stało, że nagle zaczęłam haftować, chyba ze 

zdenerwowania, i jemu też się dostało.

Michael roześmiał się serdecznie. Mógł to sobie doskonale wyobrazić.

- To   wcale   nie   było   śmieszne   -   oburzyła   się   dziewczyna.   -   Wymiotowałam   na 

przyjęciu kawałkami pizzy, skrzydełek kurczaka i innych rzeczy.

Roześmiał się jeszcze głośniej. To było opowiadanie w stylu Marii - ale nie Isabel. Nie 

było takiej możliwości, żeby Isabel zaczęła opowiadać, jak wymiotowała kawałkami pizzy.

- Gdybyś  mógł przestać się ze mnie śmiać, to teraz moja kolej - przypomniała mu 

Cameron.

- Strzelaj.

- A ty, jesteś dziewicą? Szczerość czy odwaga?

- Odwaga - odparł bez wahania.

- Sama potrafię odpowiedzieć na to pytanie - poinformowała go Cameron. - Każdy 

chłopak, który nie jest dziewicą, przechwalałby się tym do nieprzytomności.

Michael poczuł, że krew napływa mu do twarzy. Jeśli się czerwienię, to znaczy, że już 

wiem, jaki jest najbardziej żenujący moment mojego życia.

- Należę do tych wrażliwych chłopaków, którzy zbyt szanują kobiety, żeby posuwać 

się do prymitywnych przechwałek - odparł szybko. - Co nie znaczy, że nie miałbym się czym 

pochwalić.

- Hohoho. Założę się, że masz na składzie historyjki o szalonych  nocach, pełnych 

uwielbienia fankach i zwycięstwach w pierwszej lidze - ironizowała Cameron. - Mam rację, 

kowboju?

- Moja kolej. Jaka jest najgorsza rzecz, którą kiedykolwiek zrobiłaś? Szczerość czy 

odwaga? - spytał Michael.

Dziewczyna gwałtownie zaczerpnęła powietrza i nagle zesztywniała.

Nastąpiła   zmiana   nastroju,   uznał   Michael,   przeczesując   palcami   sterczące   czarne 

włosy.

- Wybieram odwagę - powiedziała Cameron.

To nie był właściwy moment, żeby ją prosić o pokazanie tatuaży, więc wpadł na inny 

pomysł.

- Dobrze. Musisz przez minutę patrzeć mi w oczy i nie wolno ci wymiotować - rzekł.

background image

- Lubisz   niebezpieczne   sytuacje,   prawda?   Michael   stwierdził   z   zadowoleniem,   że 

dziewczyna zaczyna się rozluźniać. Przysunął się do niej tak blisko, że prawie stykali się 

kolanami. Zaczęli patrzeć sobie w oczy.

Zawsze sądził, że najładniejsze są niebieskie oczy, takie jak Marii i Isabel. Teraz 

zafascynowały   go   jednak   brązowe   oczy   Cameron.   Przede   wszystkim   nie   były   po   prostu 

brązowe, a przynajmniej nie w jednolitym odcieniu brązu.

Pochylił się tak blisko, że czuł jej oddech na twarzy. Miała rzeczywiście niezwykłe 

oczy. Źrenica obrzeżona była cienkim paskiem ciemnego brązu, z nierównymi brzegami, a 

reszta oka jasnobrązowa z wąziutkim brunatnym paseczkiem dokoła.

- Minęła już minuta? - spytała.

Michael nie był tego pewien. Wiedział tylko, że jeśli nawet upłynęło o wiele więcej 

czasu, on chciałby nadal być blisko niej. Przysunął się jeszcze bliżej - jak najbliżej.

Cameron odsunęła się gwałtownie.

- Już   na   pewno   upłynęła   minuta.   -   Głos   jej   drżał.   -   Teraz   moja   kolej?   Czy 

kiedykolwiek żałowałeś, że jesteś kosmitą? Szczerość czy odwaga?

Wpatrywał się w nią bez słowa. Nie mógł uwierzyć, że poruszyła ten „zabroniony” 

temat.

- Wiem,   że   mieliśmy   nie   rozmawiać   o   naszej   sytuacji   wyrzutków   -   powiedziała 

pospiesznie. - Nie rozumiem, co mi przyszło do głowy. Zadam ci inne pytanie.

- Nie, za późno. Już zapytałaś.

Michael   nie   rozmawiał   z   ludźmi   o   swoim   pochodzeniu,   chociaż   ten   temat   nie 

szokował jego przyjaciół: Marii, Liz czy też Alexa. Po prostu nie miał ochoty o tym mówić.

Dlaczego jednak nie miałby odpowiedzieć na pytanie Cameron? Przecież oboje są 

wyrzutkami społeczeństwa, więc może jej wszystko powiedzieć.

Adam   wyłączył   telewizor.   To   była   tylko   namiastka   prawdziwego   życia,   a   on 

nienawidził   surogatów.   Całe   jego   żałosne   istnienie   było   taką   namiastką   -   począwszy   od 

mniemania, że słońce istnieje tylko na obrazkach, do przeświadczenia, że Valenti jest jego 

ojcem.

Spojrzał na zegarek, który dostał od Alexa. Lekcje skończą się dopiero za godzinę. 

Dopiero za godzinę będzie mu wolno wyjść i zobaczyć prawdziwy świat. Będzie mu wolno. 

Max,   Isabel   i   inni   nie   nosili   karabinów   maszynowych,   ale   też   uzurpowali   sobie   role 

strażników. Adamie, nie wychodź, dopóki nie będzie przy tobie kogoś z nas. Adamie, nie 

rozmawiaj z nikim poza nami.

Dali mu telewizor, odtwarzacz CD i prawdziwe książki, zamiast tych dziecinnych z 

background image

obrazkami, które kazał mu czytać Valenti. Myśleli, że te substytuty będą go fascynować? Że 

powinien   być   szczęśliwy   w   tym   małym   zamkniętym   światku,   trzymany   z   daleka   od 

wszystkiego co prawdziwe?

Pragnął czegoś rzeczywistego. Chciał zobaczyć dziewczynę - tak ładną jak Liz - z 

rozpostartymi   ramionami   i   rozpuszczonymi   włosami,   wirującą   na   trawie.   Chciał   stać   na 

trawie i dotykać jej policzka.

Z każdą chwilą stawał się coraz bardziej niespokojny. Po co czekać, skoro już teraz 

może poznać smak rzeczywistego świata? Wstał i podbiegł do drzwi. Chwycił za klamkę i 

znieruchomiał. Czy naprawdę mógłby wyjść?

Ta myśl wydała mu się szokująca, wprost buntownicza, a jednocześnie cudowna.

Otworzył   drzwi.   Zakręciło   mu   się   w   głowie   i   zachwiał   się   na   nogach   na   widok 

ogromnego jasnego nieba i słonecznego blasku. Miał ochotę włożyć okulary, żeby złagodzić 

ten   blask,   ale   tego   nie   zrobił.   To   było   autentyczne,   tego   właśnie   pragnął   -   niczym 

niezafałszowanej rzeczywistości.

Przeszedł   przez   trawnik   i   wymknął   się   na   ulicę  furtką   na  tyłach   domu.   Nie   miał 

sprecyzowanego planu, ale skręcił w lewo, bo zapamiętał, że jest to kierunek do centrum 

miasta.

Kiedy   szedł   chodnikiem,   ze   wszystkich   stron   nacierały   na   niego   jakieś   wrażenia. 

Każdym krok przynosił nową wiedzę o prawdziwym świecie. Widział miłorząb na obrazkach, 

lecz   teraz   odkrywał   ostry,   nieprzyjemny   zapach   rozkładających   się   na   ziemi   mięsistych, 

żółtych owoców i patrzył na wachlarzowate skórzaste liście. Widział samochody w telewizji, 

lecz po raz pierwszy poczuł wyziewy spalin z rury wydechowej i słaby podmuch powietrza, 

kiedy zbyt blisko przejeżdżały.

Miał uczucie, że jego mózg rozrasta się, a on, wraz z każdym odkrytym przez siebie 

zjawiskiem, staje się bardziej rzeczywisty.

Skręcił w North Main Street, gdzie natrafił na cały szereg barów szybkiej obsługi, 

których reklamy widział w telewizji. Mógłby jeść, co by tylko chciał i kiedy by chciał - pod 

warunkiem, że miałby pieniądze.

Zatrzymał się na rogu, wsłuchując się w cichy dźwięk przy zmianie świateł. Jeszcze 

jedna nowość. Kiedy ukazał się wizerunek pieszego, Adam przekroczył jezdnię. Chciało mu 

się śmiać, nie mógł uwierzyć, że rzeczywiście tu jest. Trudno mu się było zdecydować, czy 

oglądać wystawy, czy patrzeć na ludzi, czy na samochody, więc obracał głowę na wszystkie 

strony, starając się wchłonąć każdy drobiazg.

Na wystawie lombardu był napis, który przyciągnął jego uwagę: „Wejdź i zobacz 

background image

żywego kosmitę”. Co to miało znaczyć? Max mówił, że nie wolno mu zdradzać, iż pochodzi z 

innej planety. Powiedział, że właśnie z tego powodu Valenti przetrzymywał go w bunkrze.

Adam   wszedł   ostrożnie   do   sklepu,   rozglądając   się   uważnie   po   długim,   wąskim 

pomieszczeniu. Za ladą siedziała jakaś kobieta. Może ona była tym kosmitą? Czy wolno mu o 

to spytać?

- Mogę w czymś pomóc?! - zawołała. Z wolna podszedł do lady.

- Hmmm, widziałem ten napis na wystawie.

- I   chciałeś   zobaczyć   kosmitę?   -   Kobieta   uśmiechnęła   się.   -   Zaraz   wracam   - 

powiedziała i zniknęła za kotarą.

Wróciła po chwili z małpką na rękach. Zwierzątko miało wysmukłe, długie kończyny i 

bardzo długi ogon. Adam oglądał podobne małpki w książce o zwierzętach, którą miał w 

bunkrze.

- Nazywa się Scooter - oznajmiła kobieta.

- Jest kosmitą? - spytał Adam.

- Nie, to tylko  żart. Rozumiesz, żeby zachęcić ludzi do wejścia. Przecież wszyscy 

wiedzą, że kosmici wyglądają tak jak ten. - Poklepała po głowie stojącą obok kasy figurkę z 

zielonego plastiku.

Ta rzecz wyglądała okropnie, jak szkielet z oczami o migdałowym wykroju.

- Mam przyjaciółkę, którą kiedyś porwano - ciągnęła kobieta - i muszę go chować, 

kiedy ona ma przyjść. Mówi, że facet, który ją uprowadził, wyglądał identycznie. - Schyliła 

się i wyciągnęła strzelbę spod lady. - Mogę tylko powiedzieć, że gdyby chcieli spróbować 

tego ze mną, to będą mieli niezłe powitanie.

Adam cofnął się parę kroków, obrócił się na pięcie i dopadł drzwi. Kiedy znalazł się 

na ulicy, odetchnął głęboko i ruszył szybko przed siebie. Rzeczywistość przybrała bardzo 

dziwny obrót.

Więc ludzie tak sobie wyobrażali kosmitów? Jak pojawiające się znienacka potwory, 

które   chcą   ich   porwać?   o   których   można   strzelać   bez   ostrzeżenia?   Czy   to   prawda?   Czy 

istnieją tacy kosmici?

Te  pytania   nie  dawały  mu  spokoju.   Spojrzał   na  zegarek,  potem  podniósł  głowę   i 

zobaczył to miejsce, gdzie pracowała Liz. Powinna teraz tam być.

Szedł coraz szybciej, w końcu zaczął biec. Wiedział, że kiedy zobaczy Liz, od razu 

poczuje   się   lepiej.   Ona   mu   wytłumaczy,   jak   jest   naprawdę,   powie,   co   ludzie   myślą   o 

kosmitach.

Nie był to jednak jedyny powód, dla którego pragnął ją zobaczyć. To było coś innego, 

background image

czego nie potrafił nawet nazwać. Kiedy był przy niej, zaczynało w nim pulsować prawdziwe 

życie.

Widziałaś Adama? - spytał Max.

- Nie było go w pakamerze?! - wykrzyknęła Liz, wypuszczając z ręki gąbkę, którą 

przecierała kawiarnianą ladę.

- Czy pytałbym, gdyby... - Max pohamował się. - Nie, właśnie stamtąd wracam. Czy 

był w pakamerze, zanim poszłaś do szkoły? Kiedy widziałaś go ostatni raz?

- Rano zaniosłam mu śniadanie i powiedziałam, że przyjdziesz do niego tak szybko, 

jak tylko to będzie możliwe.

Jak   on   mógł   zostawić   Adama   samego?   Przecież   ten   chłopak   dopiero   dwa   dni 

wcześniej opuścił bunkier. No, może trzy, jeśli liczyć pierwszą noc. Ale dwie czy trzy doby 

nie   robiły   przecież   żadnej   różnicy.   Adam   zachowywał   się   jak   małe   dziecko,   a   Max   nie 

zostawiłby dziecka samego w domu.

- O czymkolwiek teraz myślisz, musisz natychmiast przestać - zażądała Liz ostrym 

tonem. - Nie możesz czuć się za wszystko odpowiedzialny. To szaleństwo.

Ta umiejętność odgadywania jego myśli czasem okropnie go drażniła.

- Co   się   stało?   -   Podbiegła   do   nich   Maria.   -   Nawet   z   końca   sali   poczułam,   że 

wydarzyło się coś złego. Powiedzcie, o co chodzi.

- Adama nie było w pakamerze - wyjaśniła Liz.  -  Mario, ten facet przy czwartym 

stoliku wymachuje pustą filiżanką.

- Udawaj,   że   go   nie   widzisz   -   powiedziała   jej   przyjaciółka.   -   Już   otrzymał 

wystarczającą dawkę kofeiny. Co zrobimy z Adamem?

- Jak się zachowywał? - dopytywał się Max. - Liz, myślisz, że postanowił uciec?

- Nie,   nie   sądzę.   Był   podniecony   i   rozpierała   go   ciekawość,   jakby   był   małym 

dzieckiem. Wczoraj rano zerwał kilka gardenii i spytał mnie, co to jest. Tłumaczyłam mu, że 

to są kwiaty, że one żyją i że musimy je włożyć do wody, zanim zginą. Był wstrząśnięty, to 

strasznie miłe. - Liz uśmiechnęła się na to wspomnienie.

- Sądzisz, że wyszedł z pakamery, żeby się przejść i wszystko sobie pooglądać? - 

spytała Maria.

- To możliwe. Zdarzyło się jednak coś dziwnego. Spytał, czy może dotknąć mojej 

twarzy, ponieważ nigdy jeszcze nie dotykał dziewczyny...

- Pozwoliłaś mu? - spytał Max.

- Tak. Nie było w tym nic złego, po prostu niewinna ciekawość. Powiedziałam mu 

potem, i to bardzo stanowczo, że nie wolno mu dotykać ludzi, kiedy tylko będzie miał chęć. 

background image

Dziwnie zareagował,  jakbym  go niesłusznie  skrzyczała.  Myślicie,  że mogłam zranić jego 

uczucia czy coś w tym rodzaju?

- Nie przypuszczam - rzekła Maria.

- Sama nie wiem... - zaczęła Liz. - On nie jest przyzwyczajony...

- Możesz sama go o to spytać, bo właśnie tu wchodzi - przerwała jej przyjaciółka. - Na 

dodatek w towarzystwie Elsevana DuPrisa.

- No to ekstra. Wprost wymarzona sytuacja - burknął Max. - Teraz DuPris będzie miał 

wspaniały materiał do swojej śmiesznej, kosmicznej gazetki. „Jadłem obiad z kosmitą”.

- To zbyt łagodny nagłówek. W „Drodze do gwiazd” ukazałoby się prawdopodobnie 

coś w rodzaju: „Kosmita pożarł na obiad mój mózg” - powiedziała Maria. Zreflektowała się 

zaraz i lekko zarumieniła. - Przepraszam. To tylko nerwy - dodała.

- Podejdę do nich i postaram się zorientować, czy Adam się z czymś nie wygadał - 

rzekła Liz.

- Czym to wytłumaczysz? To znaczy, tak sobie podejdziesz do nich? - zainteresowała 

się Maria.

- Chyba przebiorę się za kelnerkę - odrzekła Liz.

- Ooops. Jestem naprawdę zdenerwowana - przyznała jej przyjaciółka.

Max patrzył za oddalającą się Liz. Zauważył, że Adam nie odrywa od niej wzroku.

- Zadurzył   się   w   niej   -   stwierdziła   Maria.   -   Tak   jak   ty   w   pierwszej   klasie   w   tej 

dziewczynce, która miała na imię Raina.

Max obserwował Liz, która właśnie czarowała DuPrisa, prowokując go do mówienia. 

Jednocześnie patrzył na Adama, pożerającego wzrokiem jego dziewczynę. To nie jest teraz 

ważne, tłumaczył  sobie. Później porozmawiam z nim o Liz. Nie odrywał jednak oczu od 

Adama i odczuł wyraźną ulgę, kiedy Liz odeszła od stolika.

- Nie ma się czym martwić - stwierdziła, podchodząc do niego. - DuPris nurza się 

znowu w atmosferze Południa. Opowiada jedną z tych swoich rozkosznych historyjek, jak pili 

z dziadkiem koktajl miętowy. Nie rozmawiają o kosmitach.

- Mimo to musimy zabrać stąd Adama - powiedział Max. - Przecież tu może przyjść 

Valenti albo zdarzy się coś innego.

Liz wyciągnęła z kieszeni bloczek.

- Potrzebne jest mi tylko zamówienie na spaghetti z dodatkową porcją sosu.

- Dzisiaj jakoś niczego nie chwytam. Powiedz dlaczego? - spytała Maria.

- Przecież wiesz, jaka jestem niezręczna.

- Aha,   stary   numer   ze   spaghetti   na   kolanach   klienta.   Ekstremalna,   ale   bardzo 

background image

skuteczna taktyka. Już od dawna jej nie stosowałaś.

- Robiłaś to? - spytał Max.

- Tylko   wtedy,   kiedy   zbyt   przyjacielscy   faceci   usiłowali   mi   włożyć   napiwek   do 

kieszeni... od wewnątrz - odrzekła Liz. Chwyciła dzbanek z wodą i skierowała się do stolika, 

gdzie siedzieli Adam i DuPris.

Od wewnątrz. To znaczy...

- Powąchaj to. - Maria podsunęła Maxowi jedną ze swoich fiolek do aromaterapii. - 

Świetnie działa, kiedy chcesz się pozbyć zazdrości.

Max obracał fiolkę w palcach, obserwując Adama, który patrzył na Liz.

- Nie jestem pewien, czy to mi pomoże.

Jeszcze nieprędko tam dojedziemy, więc proponuję, żebyśmy wykorzystali czas na 

przerobienie kilku podstawowych rzeczy. Nie mówię o jakichś regułach, tylko o pewnych 

normach - odezwała się Liz.

Isabel zerknęła na Adama. Nie wyglądał na obrażonego. Ciekawa była, czy zrozumiał, 

o czym mówiła Liz. W żadnym wypadku nie można by go nazwać głupim, po prostu miał 

małe doświadczenie.

- Już   mam!   -   zawołała   Maria.   -   Kiedy   się   wysiusiasz,   musisz   zawsze   zostawiać 

podniesioną deskę sedesu. Będzie wyglądać podejrzanie, jeśli tego nie zrobisz.

- Nie mąć mu w głowie - zaprotestowała Isabel.

- Nie mam takiego zamiaru. Chcę mu tylko przekazać kilka uwag na temat typowego 

zachowania facetów.

- Co jeszcze? - spytał Adam. - To mi się przyda. Isabel uśmiechnęła się. Ich nowy 

przyjaciel coraz częściej się odzywał. Niewątpliwie czuł się bezpieczniej.

- Okay, Maria ma rację - przyznała. - Większość facetów zostawia deskę podniesioną. 

Ale jeśli chcesz być chłopakiem, który miałby ochotę, powiedzmy, wzbudzić zainteresowanie 

u dziewczyn, to powinieneś pohamować swoje naturalne męskie odruchy i opuszczać deskę.

- Co   jeszcze?   -   spytał   Alex,   nie   odwracając   głowy.   -   Ciekaw   jestem,   co   jeszcze 

powinien robić facet, żeby wzbudzić zainteresowanie dziewczyny.

Uuu, ktoś tu  potrzebuje plastra  na swoje  zranione  uczucia,  pomyślała  Isabel,  lecz 

natychmiast   zrobiło   jej   się   przykro.   Co   prawda   odczuła   ulgę,   kiedy   wczorajsza   kłótnia 

doprowadziła do zerwania, nie chciała jednak zbytnio ranić jego uczuć.

- Mów, Isabel. Naprawdę chciałbym to wiedzieć - nalegał Alex.

Obiecała sobie, że później coś mu powie - coś w rodzaju „to nie ty, tylko ja, i tak 

dalej” - spróbuje oczyścić atmosferę. Ale nie miała ochoty mówić tego przy wszystkich.

background image

- No dobrze. Jeśli chcesz być typowym facetem, to puszczaj bąki, kiedy tylko chcesz, 

a potem powiedz jakiś głupi żart w rodzaju: „Muszę przestać karmić swojego psa serem”. 

Jeśli  jednak chcesz  być innym  typem  faceta, takim, który potrafi  zdobyć  dziewczynę,  to 

wychodź z pokoju, kiedy musisz coś takiego zrobić.

Czy to zadowalająca odpowiedź? - pomyślała.

- Jesteśmy   na   miejscu   -   oznajmił   Max,   zatrzymując   jeepa.   -   Adamie,   ja   i   Alex 

powiemy ci później, kiedy nie będzie dziewczyn, jak się zachowują faceci.

Isabel wysiadła z samochodu i wyciągnęła plandekę spod tylnego siedzenia. Pomogła 

bratu przykryć jeepa, żeby nie zwracał niepożądanej uwagi.

- Chciałbym o coś spytać - odezwał się Adam, kiedy szli w kierunku jaskini.

- Pytaj, o co chcesz - powiedział Max.

- Co się stanie z Michaelem?

- Wydostaniemy   go   stamtąd   -   stwierdziła   Isabel.   i   Czekamy   tylko   na   odpowiedni 

moment.

- Chcę pomóc - oświadczył Adam.

- Będziemy na pewno potrzebować twojej pomocy - przyznał Alex. - Już teraz bardzo 

nam się przyda wszystko, co wiesz o tym bunkrze. Jeśli dokładnie poznamy jego budowę, 

łatwiej nam przyjdzie opracować plan.

- Czy będzie ci nieprzyjemnie o tym mówić? - spytała Maria, ubiegając Isabel, która 

również chciała go o to zapytać.

- Nie,   w   porządku.   -   Adam   poprawił   słoneczne   okulary.   -   Cela   Michaela   jest   w 

wielkiej hali, w której jest leż dużo innych cel.

Isabel domyślała się, że Michael jest przetrzymywany w jakiejś celi, klatce czy czymś 

w tym rodzaju. Mimo to zabrakło jej nagle tchu, kiedy to usłyszała.

- Czy inne cele też są zajęte? - spytał Alex.

- Tylko jedna. Jest tam ta dziewczyna, Cameron - odrzekł Adam.

- Dziewczyna? - powtórzyła Maria. - Kim ona jest? Dlaczego ją tam trzymają?

- Nie wiem. Wsadzili ją zaraz po Michaelu. Ta... Szeryf Valenti ją przyprowadził. 

Lekarz kazał jej robić z nami testy.

- Jakie testy? - dopytywała się Isabel.

Na przykład łamać przedmioty, nie dotykając ich - odparł Adam. - Albo mówić, jaką 

kartę lekarz trzyma w ręce.

Czy myślisz, że ona może być jedną z nas? To znaczy pochodzić z innej planety? - 

zainteresował się Max.

background image

- Nie wiem - powiedział, nagle zestresowany, Adam. - Niczego nie wiem.

- To nie twoja wina - uspokoił go Alex.

- Ta   szczelina   prowadzi   do   jaskini   -   zwrócił   się   Max   do   Adama.   -   Po   prostu 

opuszczasz się w dół. Na dole jest duży kamień, który łatwo wyczujesz stopą.

Adam z łatwością wślizgnął się do jaskini. Isabel poszła w jego ślady. Jaskinia bez 

Michaela zrobiła na niej dziwne wrażenie. To było jego miejsce. Spędzał tu noce, kiedy nie 

mógł wytrzymać ze swoją kolejną rodziną zastępczą.

- Co jeszcze możesz nam powiedzieć o bunkrze? - dopytywał się Max, kiedy wszyscy 

już byli na miejscu. - Ilu tam jest strażników?

- Przed celami jest zawsze dwóch. W laboratorium też zawsze są strażnicy. Oni nas 

wszędzie eskortowali, mnie, Michaela i Cameron. Nigdy nie byliśmy sami.

- Czy wiesz, ile jest wyjść z bunkra? - spytał Alex.

- Chyba mógłbym znaleźć to, którym się wydostałem, innych nie znam - odparł Adam.

- Możemy   spenetrować   okolice   bunkra   i   zobaczyć,   czy   się   uda   nam   znaleźć   inne 

wejścia - odezwała się Isabel.

- Może powinniśmy zacząć od domu Valentiego - podsunął Alex. - Może on ma coś w 

swoim   komputerze   albo   w   papierach,   z   czego   dowiemy   się,   w   jakich   godzinach   pracują 

poszczególni strażnicy, a może nawet poznamy plany bunkra.

- Muszę wyjść na chwilę, zanim rozpoczniemy naradę - obwieścił Max.

- Dopiero co przyszliśmy - zaprotestowała Isabel.

- Założę się, że musi nakarmić psa serem - zażartował Alex, wstając. - Ja też wyjdę. 

Muszę wykorzystać okazję, że tu nie ma desek toaletowych.

Maria wzniosła oczy w górę.

- Faceci - mruknęła.

Isabel, której rozmowa o bunkrze działała na nerwy, wstała i zaczęła krążyć po jaskini, 

żeby się trochę uspokoić. Zatrzymała się nagle, kiedy zauważyła kurtkę Michaela, leżącą na 

jego śpiworze.

Uklękła, podniosła kurtkę do twarzy i głęboko wciągnęła powietrze.  Poczuła jego 

zapach.   Włożyła   ją   na   siebie   i   skrzyżowała   ramiona.   Choćby   przez   chwilę   chciała   mieć 

wrażenie, że przyjaciel otacza ją ramieniem, dając poczucie bezpieczeństwa, jakiego nikt inny 

nie potrafił jej zapewnić.

Coś zaszurało za jej plecami. Isabel obróciła się i zobaczyła Marię.

- Ja... - dziewczyna  przestępowała  z nogi na nogę - słyszałam o tobie i Aleksie i 

chciałam tylko powiedzieć, że jest mi przykro. Wyglądaliście na dobraną parę.

background image

- Dzięki - mruknęła Isabel. Nie miała teraz ochoty na rozmowę. Pragnęła utrzymać 

iluzję, że Michael naprawdę jest przy niej.

- Czy to... - Maria zawahała się. - Czy myślisz, że to będzie można naprawić?

Isabel potrząsnęła głową. Włożyła ręce do kieszeni kurtki. Maria nie ruszyła się z 

miejsca.

Ona   myśli   o   tym   śnie   Michaela,   który   razem   oglądałyśmy,   uświadomiła   sobie 

wreszcie Isabel. Zastanawia się, czy dlatego zerwałam z Alexem, że chcę być z Michaelem.

Isabel nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do tego, że ma przyjaciółki. Wiedziała 

jednak, że jeśli jedna przyjaciółka jest zakochana - śmiertelnie zakochana, jak to było  w 

przypadku Marii - to ta druga nie powinna się interesować tym facetem.

Przyjaźń Marii była dla niej ważna. O wiele bardziej, niż mogłaby to sobie wyobrazić 

jeszcze   przed   kilkoma   miesiącami.   A   co   do   Michaela...   Isabel   musiała   przynajmniej   się 

dowiedzieć, jak to będzie, kiedy się pocałują. Przypuszczała, że ten pocałunek może zmienić 

jej życie. A jeśli ta zmiana oznaczałaby, że nie może już dłużej przyjaźnić się z Marią, no 

cóż...

Teraz   coś  narysuję  -  powiedział   doktor  Doyle  -  a   wy  postaracie   się  dokładnie  to 

odtworzyć.   -   Zaczął   tak   szybko   szkicować   w   swoim   bloku,   że   jego   magiczny   marker 

skrzypiał przy każdym ruchu ręki.

- Okay, tylko żadnej pornografii, doktorku - rzekł Michael.

Cameron zamknęła oczy i starała się przybrać wygląd osoby, która wprowadza się w 

trans;   osoby,   która   posiada   zdolności   percepcji   pozazmysłowej.   Z   ledwością   hamowała 

uśmiech. To nie było normalne, ale cieszył ją fakt, że została zamknięta w tym bunkrze.

Razem   z   Michaelem.   To   było   kluczowe   hasło,   wypisane   dużymi   literami   i 

podkreślone grubą kreską.

Usłyszała, że ktoś otwiera drzwi laboratorium. Wszedł strażnik. Liczba klawiszy w 

laboratorium wzrosła więc do trzech.

- Szeryf Valenti cię wzywa - zwrócił się do dziewczyny.

- Uuuu, ktoś będzie miał kłopoty. - Michael starał się ukryć zaniepokojenie.

- Uważaj   na   doktora   -   ostrzegła   go   bezgłośnym   ruchem   warg.   Wyszła   z   pokoju, 

eskortowana przez strażnika.

Długo szli korytarzem, zanim dotarli do biura Valentiego. Strażnik zastukał i usłyszeli 

krótkie: „Wejść”. Konwojent wpuścił ją do środka i zamknął za nią drzwi.

Cameron   usiadła   na   stojącym   przed   biurkiem   szeryfa   krześle,   nie   czekając   na 

zaproszenie.

background image

- Kamera   zarejestrowała,   że   miałaś   przy   sobie   karabin   maszynowy   -   powiedział 

Valenti.

Dziewczyna milczała.

- To prawda - przyznała wreszcie. - Pan żąda, żeby Michael nabrał do mnie zaufania. 

Czy mógłby zaufać komuś, kto nie udzieliłby mu pomocy przy próbie ucieczki?

- A więc karabin maszynowy służył jako rekwizyt - rzekł szeryf.

Cameron nie była jednak pewna, czy jej uwierzył.

- Michael nie uważa mnie za głupią - ciągnęła. - To wyglądałoby bardzo podejrzanie, 

gdybym zostawiła leżącą na podłodze broń, skoro mieliśmy siłą przebijać się do wyjścia.

- Zdaję sobie z tego sprawę - przyznał Valenti. - Ale również zdaję sobie sprawę, że 

zbyt się zaprzyjaźniłaś z naszym kolegą Michaelem. Widzę, jak na niego patrzysz. Trochę 

zbyt dobrze się bawisz. Nie ma w tym nic złego, ale już najwyższy czas, żebyś mi dostarczyła 

jakieś   informacje.   Oczekuję   też,   że   przekażesz   mi   wcześniej   wiadomość,   gdyby   Michael 

wymyślił nowy plan ucieczki. Musisz tylko udawać, że jesteś chora, a strażnik zaraz cię do 

mnie przyprowadzi.

- Nie ma sprawy - powiedziała Cameron. - To na tyle?

- Mniej   więcej  -  odrzekł  Valenti.   - Były  jakieś   problemy  z  historyjką  o  percepcji 

pozazmysłowej?

- Nie, wszystkie gierki odniosły zamierzony skutek.

- Pamiętaj, że jeśli on cię dotknie, to dowie się o tobie wielu rzeczy, łącznie z tym, że 

jesteś tu, aby go szpiegować.

- Tak, pamiętam - powiedziała dziewczyna, wstając i kierując się do drzwi.

- Nie wychodź jeszcze. Chcę ci coś pokazać. To cię powinno zainteresować - rzekł 

Valenti.

Cameron odwróciła się. Szeryf trzymał  kartkę papieru. Podeszła wolno do biurka, 

wzięła ją i obróciła. Ręka jej drżała.

Opanuj się, nakazała sobie w duchu, ale dłoń nadal drżała i kartka spadła na podłogę. 

Cameron   spojrzała   w   dół   i   zobaczyła   swoją   fotografię,   pod   którą   wydrukowano   dużymi 

literami słowa: „Czy ktoś widział tę dziewczynę?”

- Miło jest dowiedzieć się, że rodzice tak bardzo się o ciebie troszczą, prawda? - spytał 

szeryf. - Porozwieszali te plakaty w całym stanie.

- Nie wrócę do domu - oświadczyła. Głos też jej drżał.

- Jeśli nie chcesz wrócić, to wiesz, co masz zrobić. Poznać nazwiska innych kosmitów 

- oznajmił Valenti. - Pamiętaj też, że nie będę czekać w nieskończoność.

background image

Usiłowała zrobić obrażoną minę.

- On nawet nie przyznał, że jest kosmitą, dopóki nie powiedziałam...

- Jesteś wolna. Możesz odejść - uciął szeryf. Akurat... wolna, pomyślała.

Wyszła z biura i cicho zamknęła drzwi, lecz dłonie nadal jej drżały.

Strażnik   zaprowadził   ją   z   powrotem   do   laboratorium.   Dotarli   tam   zbyt   szybko; 

wchodząc do środka, Cameron głęboko wciągnęła powietrze w płuca. Michael uśmiechnął się 

do niej szeroko, a ją oblała fala gorąca.

Nie   zawsze   go   okłamywałam,   przekonywała   się   w   duchu.   Naprawdę   uciekłam   z 

domu, a Valenti mnie wytropił. A moi rodzice uważają mnie za wyrzutka społeczeństwa, 

chociaż z innego powodu, niż Michael może przypuszczać.

Jego przyjaciele, kimkolwiek są, dysponują mocą, podobnie jak on, wmawiała sobie, 

starając  się opanować ogarniające  ją  obrzydzenie.  Nawet gdybym  podała Valentiemu  ich 

nazwiska, to wcale nie oznacza, że uda mu się ich złapać. A nawet jeśli mu się uda, to 

przynajmniej będą mieć siebie nawzajem.

A ja nie mam nikogo.

Co tam pełza po ziemi? Jaszczurka? Nie, to ten wielkoduszny chłopak, Alex Manes.

Tak, to był on. Kto inny zgodziłby się na to, żeby razem z Isabel podjąć obserwację 

bunkra po tym, jak kilka dni wcześniej pokazała mu drzwi? Inni faceci przeklinaliby ją w 

żywy kamień, wydłubywali oczy z jej fotografii i w rozmowach z przyjaciółmi nazywali 

obrzydliwą   sekutnicą.   A   wielkoduszny   chłopak   przełknął   to   wszystko   i   powiedział,   że 

naturalnie,   jeśli   Isabel   chce,   żeby   spędził   z   nią   kilkanaście   godzin,   skulony   za   jakimiś 

kolczastymi krzakami w ciasnym wąwozie, to chętnie to zrobi. Z uśmiechem na twarzy.

Pociągnął łyk  wody z butelki. Bez względu na to, ile pił, czuł, że poci się coraz 

bardziej.

- Słuchaj, Alex, chciałam o czymś z tobą porozmawiać - odezwała się Isabel. - O tym, 

co ci ostatnio powiedziałam, że powinniśmy przestać się spotykać.

Skinął głową,  chociaż z tego,  co sobie przypominał,  to się odbyło  w trochę  inny 

sposób. Po pierwsze, Isabel nie mówiła, tylko wrzeszczała. A to, co wywrzeszczała, wcale nie 

miało tak eleganckiej formy.

- Chcę  tylko,   żebyś  wiedział,   że  tak   naprawdę  nie   chodziło  o  ciebie  -  ciągnęła.   - 

Miałeś rację, że jestem w okropnym stresie z powodu Michaela i całej reszty. A teraz jest 

jeszcze Adam, którym  trzeba  się zająć. Nie mogę sobie z tym  wszystkim poradzić  i nie 

potrafię teraz z nikim być. Nawet z kimś tak fajnym jak ty.

Wielkoduszny   chłopak   miał   teraz   swoją   szansę.   Zdobył   się   nawet   na   uśmiech, 

background image

mówiący: „wszystko wybaczone”, otworzył usta, żeby powiedzieć coś, co poprawiłoby jej 

samopoczucie po tym, jak go puściła kantem - ale nie wydobył głosu.

- Gdyby to był inny okres w moim życiu... - mówiła dalej.

Ale Alex nie mógł już tego słuchać.

Taka pociecha nie była mu potrzebna. To jasne - Isabel to piękna dziewczyna, której 

nie   potrafił   się   oprzeć.   Ale   była   również   potworną   egoistką,   zepsutą,   zarozumiałą, 

bezmyślną...  pohamował  się. Potrzebny mu będzie komputer,  żeby mógł zrobić dokładną 

listę.

- Wiesz co, Isabel? Nie powinnaś się tym martwić. Jeśli o mnie chodzi, to nie ma 

sprawy - powiedział. - W gruncie rzeczy świetnie się stało. Wybawiłaś mnie z kłopotu, sam 

się zastanawiałem, jak z tobą zerwać w delikatny sposób.

Mamy się tam włamać? - Maria wpatrywała się w dom szeryfa.

- Nie uważam, żeby włamanie było konieczne - powiedziała Liz. - Założę się, że od 

tyłu są otwarte drzwi, a przynajmniej okno. Tak jak w moim domu.

- Może   zaczekamy   na  Kyle'a,  żeby  nas  wpuścił   -  zaproponowała   Maria.  -  Będzie 

szczęśliwy, że do niego przyszłaś.

- Nie sądzisz, że mógłby uznać to za podejrzane po tym, jak mówiłam mu ze cztery 

tysiące razy, żeby się ode mnie odczepił? - spytała Liz. - Poza tym  on wie, że jestem z 

Maxem.

- Nie wydaje mi się, żeby Kyle potrafił myśleć mózgiem, kiedy jesteś w pobliżu. - 

Maria się uśmiechnęła.

- Masz zboczoną  wyobraźnię.  - Jej przyjaciółka  skrzywiła  się z odrazą. Po chwili 

głęboko zaczerpnęła powietrza. - Jesteś gotowa?

- Chyba tak. Mam tylko jeden problem. Nie mogę ruszyć się z miejsca - powiedziała 

Maria.

- Robimy to dla Michaela - przypomniała jej Liz.

- Och, teraz ty... to nie było fair.

- Ale poskutkowało. Zachowujmy się tak, jakbyśmy były zaproszone, i wchodźmy 

boczną furtką.

- Myślisz, że Isabel zacznie chodzić z Michaelem, teraz, kiedy zerwała z Alexem? - 

wyrzuciła z siebie Maria. To pytanie wyrwało się jej całkiem niespodziewanie. Co prawda już 

od dawna chciała porozmawiać na ten temat z przyjaciółką, tłumaczyła sobie jednak, że w 

ogóle nie powinna o tym  myśleć. Teraz najważniejszą sprawą było  uwolnienie Michaela. 

Zastanawianie  się nad  tym,  z  kim będzie chodził,  kiedy wróci do domu,  było  po prostu 

background image

nieprzyzwoite.

Nie   mogła   się   jednak   od   tego   powstrzymać.   Oczywiście,   pragnęła,   żeby   Michael 

zdrowy i cały wrócił do domu. To było najważniejsze - nawet gdyby miał się związać z 

Isabel.

Maria zwinęłaby się tylko w mały kłębuszek i umarła, gdyby tak się stało.

Liz   poprowadziła   ją  boczną  furtką   i  usiłowała   otworzyć  drzwi   z  tyłu   domu,  były 

jednak zamknięte.

- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie - nalegała Maria, kiedy obchodziły dom dokoła.

- Nie   odpowiedziałam,   bo   nie   wiem,   co   odpowiedzieć.   -   Liz   próbowała   otworzyć 

szklane drzwi, które prowadziły do pokoju stołowego. - Może się tak stać, ale trzeba zaczekać 

i   zobaczyć,   jak   się   sprawy   potoczą,   i   nie   myśleć   zbyt   wiele   naprzód.   Powiedziałaś 

Michaelowi   o   swoich   uczuciach,   więc   jeśli   nic   z   tego   nie   wyjdzie,   to   przynajmniej   nie 

będziesz się musiała zastanawiać, jak by się zachował, gdyby wiedział, że go kochasz.

Więc tak, jeśli wybierze Isabel, to będę pewna, że wiedział, iż go kocham, i totalnie to 

zignorował, pomyślała Maria.

Jej   przyjaciółka   mocowała   się   tymczasem   z   przesuwanymi   szklanymi   drzwiami 

salonu. Rozsunęły się po chwili.

- Jesteśmy w środku - oznajmiła.

Maria wytężała słuch, ale w domu panowała cisza. Były prawie pewne, że nikogo nie 

zastaną, i chyba miały rację.

- Wchodźmy już, bo za chwilę wrosnę w ziemię ze strachu - szepnęła.

- Jeśli Valenti ma tu swoje biuro, to pewnie po tamtej stronie holu - powiedziała Liz.

Jej  przyjaciółka  skinęła   tylko   głową  i  skręciła  w   prawo.  Dom   wygląda  jak   hotel, 

pomyślała,   zerknąwszy   przez   otwarte   drzwi   w   stronę   sypialni.   Całkowicie   bezosobowy. 

Właściwie gorszy niż hotel. W hotelach zwykle wiszą na ścianie jakieś kiczowate obrazy. Tu 

ściany były nagie.

Następne drzwi były zamknięte, lecz kiedy Maria nacisnęła klamkę, otworzyły się.

- Świetnie, biurko, komputer, szafka na akta - powiedziała.

- Segregatory czy komputer? - spytała Liz.

- Segregatory - postanowiła Maria. Podeszła do niskiej szafki z trzema szufladami i 

usiadła na podłodze. Wyciągnęła górną i cała szafka omal się na nią nie przewróciła. Podparła 

ją jedną ręką, a drugą wyciągnęła pierwszy segregator. Były tam papiery szkolne Kyle'a, 

świadectwa szczepień, nic ciekawego.

W drugim segregatorze również nie było niczego, co mogłoby być dla nich użyteczne. 

background image

Zawierał anulowane czeki i stare rachunki. W trzecim - zeznania podatkowe; w czwartym - 

świadectwo urodzenia Valentiego, umowa dzierżawy domu i kopia dowodu rejestracyjnego 

samochodu.

- On ma na drugie imię Elmer. Jak można się bać faceta, który ma na imię Elmer? - 

Zaczęła krztusić się ze śmiechu.

- Przestań - błagała ją przyjaciółka.

Maria   zacisnęła   zęby.   Usiłowała   się   opanować   i   pomyśleć   o   jakimś   smutnym 

wydarzeniu. Nagle usłyszała coś, co wywołało u niej kolejny atak śmiechu. Był to dźwięk 

otwieranych drzwi.

Liz zacisnęła dłoń na jej ustach. Maria zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać. Po 

chwili histeryczny chichot zamarł jej w gardle. Odsunęła rękę przyjaciółki.

- Ten  ktoś  poszedł   chyba  do  kuchni   -  szepnęła   Liz.   -  Jeśli  będziemy   trzymać   się 

prawej strony holu, prześlizgniemy się do salonu i wyjdziemy po cichu.

Maria   skinęła   głową.   Przeszła   do   holu   i   zaczęła   przesuwać   się   pod   ścianą,   nie 

odrywając oczu od podłogi.

Nagle Liz chwyciła ją za rękę. Maria podniosła głowę i zobaczyła Kyle'a Valentiego.

Serce podeszło jej do gardła i zatrzymało się tam. Czuła je wyraźnie. Przynajmniej 

uchroniło ją od napadu histerycznego śmiechu.

- Co tu, u diabła, robicie? - spytał chłopak.

- My...   hm...   dekorujemy   domy   wszystkich   piłkarzy.   Rozumiesz,   to   taka 

niespodzianka, żeby... zdopingować naszych chłopców przed następnym meczem. - Maria 

pokazała mu swoją wypchaną, szydełkową torbę. - Mam tu bibułkę i wszystko, co trzeba.

- Nie należę do drużyny piłkarskiej - poinformował ją Kyle, krzyżując ręce na piersi.

- Hm, hm, hm. - Z trudem przełykała ślinę, usiłując zepchnąć w dół serce, które nadal 

tkwiło jej w gardle.

- Naprawdę? To wszystko moja wina! - zawołała Liz. - Zawsze mi się wydaje, że 

należysz do drużyny piłkarskiej. Pewnie dlatego, że jesteś taki duży i silny. W takim razie 

chodźmy   poszukać   innego   domu.   -   Złapała   przyjaciółkę   za   ramię   i   pociągnęła   za   sobą. 

Wybiegły frontowymi drzwiami i zatrzymały się dopiero za rogiem.

- Patrzyłaś Kyle'owi w oczy, mówiąc: „jesteś taki duży i silny”? - wydyszała Maria.

- Trudno mi się było na to zdobyć. Ale przynajmniej udało się nam zobaczyć biuro 

szeryfa.

- Niestety, nic nie udało się nam znaleźć. - Maria westchnęła. - To znaczy, ja niczego 

nie znalazłam.

background image

- Ja też nie. Mam nadzieję, że nasi przyjaciele mieli więcej szczęścia.

Max zerknął na Adama. Czy można go nazwać czarującym chłopakiem? Ponownie 

obrzucił go wzrokiem. Nie musiał patrzeć stale na drogę. Szosa biegnąca przez pustynię była 

prawie pusta.

Jednak bez względu na to, ile razy na niego spoglądał, nie mógł się zdecydować. Czy 

Adam jest czarującym chłopakiem? Maxowi chodziło tylko o to, czy dziewczyny uznałyby go 

za czarującego. Ten problem był trudny do rozwiązania. Na przykład kociaki czy puchate 

kaczuszki...   Na   pewno   nie   odznaczają   się   inteligencją,   ale   są   zdecydowanie   urokliwe. 

Czarujące.

Max nie miał pojęcia, jakie kryteria mógłby zastosować do Adama, chociaż słyszał, 

jak   Maria   mówiła,   że   jego   oczy   mają   zadziwiający   zielony   odcień.   Dziewczyny   chyba 

zwracają uwagę na oczy.

Jeśli Maria uważa, że on jest czarujący, to wcale nie musi oznaczać, że Liz też tak 

myśli, przekonywał się w duchu. A nawet gdyby Liz uznała, że Adam jest czarujący, to też 

jeszcze niczego nie dowodzi. Ty też myślisz o innych dziewczynach, że są czarujące. Na 

przykład   Maria.   Musisz   uczciwie   przyznać,   że,   według   ciebie,   Maria   jest   czarującym 

zjawiskiem.

A jeśli chodzi o Liz... Liz jest tak piękna, że na jej widok doznawał zawrotu głowy. 

Jeszcze żadna dziewczyna nie wywarła na nim takiego wrażenia jak ona i żadna już jej nigdy 

nie dorówna. Pragnął, żeby ona też tak o nim myślała. Nie chciał, żeby Adam wzbudzał w 

niej   podobne   emocje.   To,   oczywiście,   nie   miało   miejsca.   A   przynajmniej   Max   był   tego 

pewien. Ale jeśli Adam rzeczywiście jest czarujący, to kto wie?

Czytał   gdzieś   o   tym,   że   kiedy   kobieta   patrzy   na   mężczyznę,   który   jest   dla   niej 

atrakcyjny, to rozszerzają się jej źrenice. Może w ten sposób mógłby się zorientować, czy...

Gdyby Michael albo Alex wiedzieli, o czym teraz myślisz, wyśmiewaliby się z ciebie 

do końca twoich dni, powiedział sobie w duchu.

- Jesteśmy już daleko od miasta. Tu będzie dobre miejsce na trening - powiedział, 

zjeżdżając z szosy na pustynię.

Adam   był   niezwykle   milczący.   Max   zaczął   się   zastanawiać,   o   czym   ten   chłopak 

myślał podczas jazdy. Może o Liz? Czy...

Otrząsnął się z zamyślenia i zatrzymał jeepa.

- Boli cię głowa? - spytał Adam. - Stale pocierasz czoło.

Max nie zdawał sobie nawet z tego sprawy. Nie bolała go głowa, lecz stale odczuwał 

jakiś   dziwny   ucisk   na   gałki   oczne.   Uznał,   że   to   skutek   odcięcia   się   od   świadomości 

background image

zbiorowej, bo ciągle blokował napływające stamtąd emocje i obrazy. Chętnie dowiedziałby 

się jeszcze czegoś o swojej rodzinnej planecie, ale nawiązywanie kontaktu ze świadomością 

zbiorową było zbyt absorbujące. Nie mógł sobie teraz na to pozwolić. Później, kiedy Michael 

będzie bezpieczny, Max będzie miał mnóstwo czasu, żeby się temu poświęcić.

- Nic mi nie jest. Masz jakiś pomysł, od czego zacząć? - spytał Adama. - Musimy 

znaleźć   sposób   na   spotęgowanie   mocy.   To   nam   się   przyda,   kiedy   będziemy   uwalniać 

Michaela. Nie użył słowa „jeśli”. W tej sytuacji nie było żadnego „jeśli”. Za dwa dni grupa 

wchodzi do bunkra i Michael wychodzi razem z nimi.

- Doktor Doyle, ten facet, który przeprowadzał te wszystkie testy, robił ze mną próby 

rozrywania przedmiotów na kawałki. Ale największą rzeczą, jaką udało mi się doprowadzić 

do eksplozji, było winogrono. Jednak we dwóch...

- Spróbujmy. A jak było z tym winogronem? Przemieszczałeś cząsteczki czy jak? - 

spytał Max.

- Ja... nie wiem - odrzekł Adam. - Nigdy nie myślę o tym, jak się coś robi. To jakoś 

samo wychodzi.

- No, no. Ja nie mam takich doświadczeń. - Max poczuł ukłucie zazdrości. - Może 

dlatego, że przez całe życie powstrzymywałem się od korzystania z mocy, jeśli to nie było 

absolutnie konieczne, a ciebie ukierunkowywano na najbardziej skuteczne jej wykorzystanie.

- Nie korzystałeś z mocy, bo bałeś się przestraszyć ludzi? - spytał Adam.

Już   się   domyślił,   że   nie   tylko   dlatego,   uświadomił   sobie   Max.   Nie   minął   jeszcze 

tydzień od czasu, kiedy ten chłopak wyszedł z bunkra, a już zdążył się zorientować, że ludzie, 

a przynajmniej niektórzy z nich, mogliby go zabić, gdyby poznali prawdę. Tę świadomość 

można było wyczuć w głosie Adama, który teraz czekał na odpowiedź.

- Nie   korzystamy   z   mocy   przy   ludziach   po   części   dlatego,   że   to   by   ich   mogło 

przestraszyć.  Również  dlatego, że kiedy wpadają  w panikę, to przestają się kontrolować. 

Niewątpliwie są tutaj ludzie, którzy mogliby zrobić ci krzywdę tylko dlatego, że jesteś inny.

Adam skinął głową. Jego twarz miała poważny wyraz. Wyglądał jak mały chłopiec. 

Jak   mogłem   doprowadzić   się   do   takiej   obsesji,   żeby   uwierzyć,   że   Liz   może   się   nim 

zainteresować? - pomyślał Max.

- Co spróbujemy  wysadzić  w  powietrze?  -  spytał.   O  ludziach  mogą  sobie  później 

porozmawiać, teraz trzeba rozpocząć trening.

- Kaktus? - Adam wskazał ruchem głowy oddaloną około półtora metra roślinę.

- Okay. - Max dotknął jego ręki i natychmiast nawiązali łączność. Ale obrazy, które 

chłopak   mu przekazywał,  całkowicie  przesłaniały  mu pole  widzenia.  Nie  widział  już   nic 

background image

innego.

Max   starał   się   zablokować   przepływ   obrazów,   podobnie   jak   to   robił,   kiedy 

świadomość zbiorowa usiłowała nawiązać z nim kontakt. Film, który miał przed oczami, 

przesuwał się coraz wolniej, aż wreszcie zanikł. Max skoncentrował się na kaktusie.

- Gotów? - usłyszał głos Adama.

- Za sekundę - odpowiedział. Nie był pewien, jak ma tego dokonać. Adam mówił, że 

po prostu to robił, ale Maxowi potrzebna była jakaś metoda.

A może wcale nie jest potrzebna, powiedział sobie w duchu. Za wiele myślisz.

- Na trzy - zdecydował. Czuł, jak między nimi rośnie napięcie, wytwarza się siła. - 

Jeden, dwa, trzy. - Uwolnił energię, starając się skierować ją na kaktus. Po chwili poczuł, że 

ma mokry policzek. Miał na twarzy odprysk rośliny. Kaktus eksplodował tak szybko, że Max 

nawet nie zauważył,  kiedy to się stało. Miał szczęście, że nie uderzył go jakiś kolczasty 

odłamek.

- Ale było fajnie! - zawołał Adam.

- Tak. To się może nam przydać, kiedy będziemy w bunkrze.

Szczęśliwy uśmiech Adama szybko zgasł.

- Spróbujmy czegoś innego - zaproponował Max.

- Kiedyś doktor Doyle chciał, żebym skorzystał z mocy i wywołał pożar. Moglibyśmy 

nad tym popracować. Nie potrafiłem tego zrobić, ale wiele rzeczy, których nie mogłem zrobić 

sam, udawało mi się z pomocą Michaela - oświadczył Adam. .

- Położę na ziemię papierową kulę. - Max chciał wysiąść z jeepa, ale jego towarzysz 

go powstrzymał.

- Moglibyśmy spróbować z tamtą skałą.

- Ze skałą? Skały się nie palą. Możemy jednak spróbować - zgodził się Max. Potem 

możemy sobie znaleźć coś łatwiejszego, pomyślał.

Adam chwycił go za nadgarstek, nawiązując łączność. Max czuł wzrastającą w nim 

siłę, która stale potężniała, domagając się ujścia.

- Okay, na trzy. Jeden, dwa, trzy. - Uwolnił energię, a po chwili skała zaczęła dymić. 

Skupił się, żeby wzbudzić w sobie siłę do następnego uderzenia.

Kątem oka zauważył małego brązowego królika, który kicał wśród kawałków kaktusa, 

próbując, czy nadają się do jedzenia. Po chwili zwierzątko zbliżyło się do skały.

- Uważaj, żeby nie trafić.. - Poczuł, że energia nagle została uwolniona. Królik wydał 

przeraźliwy pisk. Max oderwał rękę od dłoni Adama. - Stop! - krzyknął. - Za - bijesz go!

Tylne łapy królika drgały nerwowo, jakby zwierzę chciało uciekać, chociaż nie mogło.

background image

- Patrz, co zrobiłeś, Adamie! Musisz cofnąć energię! - Złapał chłopaka za ramiona, 

wypchnął z jeepa i przewrócił na ziemię. Gdy podniósł głowę, królik oddalił się. - Dlaczego, 

u diabła, to zrobiłeś? Myślałeś, że to śmieszne?

Myślałeś... ..

- Co?! - spytał Adam. Podniósł się na nogi i zaczął otrzepywać dżinsy.

- Co? - krzyknął Max. - To ty mnie jeszcze pytasz? Omal nie zabiłeś tego biednego 

króliczka...

- Naprawdę?   Ja   nie   chciałem,   nie   miałem   o   niczym   pojęcia.   Czułem...   że   tracę 

panowanie. - Chłopak patrzył na to miejsce, gdzie upadł królik.

Max musiał przyznać, że rzeczywiście jest zszokowany. Ale on widział jego twarz, 

kiedy królik wydał z siebie ten przeraźliwy pisk.

Adam się wtedy uśmiechał.

Liz związała włosy w kitkę na czubku głowy, a Adam śledził każdy jej ruch. Miała 

wrażenie, że czuje dotyk jego palców w miejscach, na które padał jego wzrok. Jakby palce 

chłopaka przesuwały się po jej szyi i upinały włosy. Nie wiedziała, jak zareagować. Z jednej 

strony pochlebiała jej jego wyraźna adoracja, a z drugiej strony bardzo ją to krępowało.

Usiadła na kanapie i przytuliła się do Maxa.

- Och, nie. Chyba nie macie zamiaru stać się parą tego typu - jęknęła Maria.

- Jakiego typu? - spytała Liz.

- Pozwól, że zadam ci kilka pytań - powiedziała jej przyjaciółka. - Czy dzieliłaś się już 

z Maxem gumą do żucia, taką, którą już przedtem miałaś w ustach? Czy używacie czasami 

pieszczotliwych dziecięcych wyrażeń? Czy często słyszycie okrzyki: „moglibyście pójść do 

hotelu”, kiedy jesteście razem w miejscach publicznych? Jeśli dasz twierdzącą odpowiedź 

choć na jedno pytanie, to może już być za późno. Możecie już być parą tego typu.

- Nie martw się. To nas nie dotyczy - odrzekła Liz. - Prawda, Maksiuniu - kotuniu, 

mój mały pieszczoszku?

- Gdzie są Alex i Isabel? - spytał Max. - Chciałbym już mieć to z głowy.

„To” odnosiło się do planu uwolnienia Michaela. Widać było, że Max jest kompletnie 

rozkojarzony.

- Mają dopiero kilka minut spóźnienia. Jestem pewna, że zaraz przyjdą - uspokoiła go 

Maria.

- Skąd ta pewność? - rzucił z irytacją.

- Isabel   chyba   ma   telefon   komórkowy?   -   wtrąciła   Liz.   -   Mogłabym   zadzwonić   i 

dowiedzieć się, gdzie są.

background image

- Ja to zrobię - oświadczył Max.

Nie zdążył jeszcze wstać z kanapy, kiedy usłyszeli, że ktoś otwiera frontowe drzwi. Po 

chwili Alex i Isabel weszli do pokoju. Isabel usiadła na kanapie, a Alex, chcąc zachować 

maksymalny dystans, przycupnął na brzeżku fotela Marii.

Było oczywiste, że wspólnie przeprowadzona akcja szpiegowska nie doprowadziła do 

pojednania. Liz sama nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Zawsze jej się wydawało, że 

Isabel i Alex to dwa przeciwległe bieguny, lecz czasami różne typy osobowości doskonale się 

uzupełniają.

- Niczego nie znaleźliśmy - oświadczył  Alex. Widać było, że chce jak najszybciej 

omówić sprawę i wyjść.

Max spojrzał na zegarek.

- Niedługo wrócą nasi rodzice. Nie chciałbym, żeby słyszeli tę rozmowę. Chyba każdy 

z nas powinien po kolei dyżurować przy oknie i patrzeć, czy nie nadjeżdżają. Adamie, czy 

mógłbyś objąć dyżur pierwszy? Z kuchni bardzo dobrze widać cały podjazd.

- Okay. -  Adam  wstał,  a  kiedy przechodził  koło  kanapy, Liz  poczuła,  że  leciutko 

dotyka jej ramienia.

Ten chłopak nie pojmuje aluzji, trzeba mu to będzie powiedzieć wprost, pomyślała.

Kiedy tylko wyszedł z salonu, Isabel natychmiast zwróciła się do brata:

- Co cię napadło? Dobrze wiemy, że mama i tato są w swoim biurze w Clovis i że 

nieprędko wrócą.

- Coś  się wydarzyło,  kiedy ćwiczyliśmy  z Adamem  kumulację mocy - powiedział 

Max.

Ton jego głosu wyrwał Liz z rozmyślań i przyciągnął całą jej uwagę. Chłopak był 

wyraźnie przestraszony i to nie miało nic wspólnego z planem uwolnienia Michaela. Musiało 

się stać coś bardzo złego.

- Staraliśmy się podpalić skałę i wtedy nawinął się królik - ciągnął Max. - Adam 

spaliłby tego biedaka żywcem, gdybym go w porę nie obezwładnił. Widziałem, jak królik 

kica, ruszając nosem, a za sekundkę przeraźliwie piszczał z bólu. Myślę, że Adam odsłonił 

wtedy jakąś ciemną stronę swojej osobowości.

Maria wydała cichy okrzyk rozpaczy.

- No to ładnie - mruknął Alex.

- Nie! - Ten zduszony okrzyk był reakcją Liz.

- To musiał być przypadek! - zawołała Isabel. - Przestał panować nad mocą albo coś w 

tym rodzaju.

background image

Max potrząsnął głową.

- Nie byłaś przy tym, więc nie możesz wiedzieć. Królik krzyczał z bólu prawie jak 

człowiek, a Adam uśmiechał się z zadowoleniem, jakby oglądał dobry program w telewizji.

- Nie mogę uwierzyć, żeby on mógł to zrobić - odezwała się Maria.

- Nie wiemy, do czego jest zdolny. - Max mówił beznamiętnym tonem. - Nie wiemy, 

co oni mu tam zrobili. Może przez te wszystkie lata starali się przekształcić go w maszynę do 

zabijania.

- Max ma rację - poparł go Alex. - Znamy Adama dopiero od kilku dni.

Przed oczami Liz przemknął obraz chłopca wirującego ze śmiechem na trawie w jej 

ogrodzie.

- On jest całkowitym przeciwieństwem maszyny do zabijania - powiedziała.

- A ty, oczywiście, go bronisz. - Max odsunął się od niej.

- Dlaczego jest to dla ciebie takie oczywiste? - spytała. - Dlatego że się we mnie 

trochę podkochuje? Naprawdę myślisz, że bronię go tylko z tego powodu?

- Tak myślę - przyznał otwarcie Max.

- To miłe, że masz o mnie tak wysokie mniemanie - odcięła się Liz.

- Adam się we mnie nie podkochuje, a ja zgadzam się z Liz - wtrąciła Isabel. - On jest 

łagodny i kochany.

- Myślisz, że może nam zagrażać? - Maria zwróciła się do Maxa.

- Musimy to dokładnie przemyśleć, zanim pójdziemy do bunkra - rzekł Alex. - Jak 

myślisz, Max? Czy on mógłby zwrócić się przeciwko nam?

Michael niespokojnie krążył po celi. Przeważnie wystarczały mu dwie godziny snu na 

dobę, ale w obecnej sytuacji przydałoby się nawet dwadzieścia.

No, może nie aż dwadzieścia. Spałby wtedy o wiele dłużej niż Cameron i straciłby 

okazję przebywania w jej towarzystwie. Zerknął na jej celę, ale zobaczył tylko czubek głowy, 

który   wystawał   spod   koca.   Lubił   patrzeć   na   jej   krótką   czuprynkę,   chociaż   zazwyczaj 

podobały mu się dziewczyny z długimi włosami.

Lubił także u dziewcząt okrągłe kształty tu i tam, a Cameron była wysoka i szczupła.

Nie   wolno   ci   posuwać   się   za   daleko,   nakazał   sobie   w   duchu.   Chłopcy,   którzy 

mieszkają w szklanych celach, nie powinni zbyt wiele myśleć o seksie.

Rzucił się na łóżko i przez szklany sufit celi patrzył  na betonowe sklepienie hali. 

Ciekaw był, jak głęboko jest pod ziemią. Czasem ta świadomość wywoływała panikę; czuł się 

żywcem pogrzebany.

Zerwał się z łóżka. Doznał nagle okropnego wrażenia, że leży w trumnie. Znowu 

background image

zerknął na Cameron. Chętnie popatrzyłby na nią dłużej, gdyby nie było strażników.

„Ten kosmita czuje pociąg do ziemskiej dziewczyny”, mówiliby potem wszystkim w 

bunkrze.

A czy to prawda? Czy pragnął Cameron? Och, tak.

Okay, a teraz trudniejsze pytanie, pomyślał Michael. Czy pragnąłbyś jej, gdyby nie 

była tu jedyną dziewczyną?

Odpowiedź była natychmiastowa - tak.

A teraz jeszcze trudniejsze pytanie. Czy pożądasz jej bardziej niż Marii czy Isabel?

Isabel,   uuuu...  Jak   ona  mogła   się   znaleźć   w   takim   pytaniu?   Uważał   ją   prawie   za 

siostrę. Nigdy o niej w ten sposób nie myślał.

Z jednym wyjątkiem. Pamiętasz ten dzień, kiedy walczyliście o pilota? - zadał sobie w 

duchu pytanie. Przemknęło mu wówczas przez myśl, że mógłby nie traktować jej jak siostry. 

I było to... bardzo emocjonujące, przenikające do głębi doświadczenie.

To   dlatego   pomyślał   o   Isabel.   Przeczesał   palcami   włosy.   A   Maria...   Od   kiedy 

przebywał się w bunkrze, starał się o niej nie myśleć. Miał zbyt wiele innych problemów, 

żeby się jeszcze zastanawiać nad tym, jak ma sobie poradzić z wyznaniem Marii, że jest w 

nim zakochana.

Słowo miłość wprawiało go w panikę. Było zbyt monumentalne. Ludzie, którzy mają 

rodziny,   prawdopodobnie   tak   tego   nie   odczuwają.   Max   i   Liz   stale   słyszeli   od   rodziców: 

„kocham cię”. Tych dwoje, w przeciwieństwie do niego, miało okazję przyzwyczaić się do 

dźwięku tego słowa.

Okay, kolejne pytanie, pomyślał. Czy kochasz którąś z nich?

Isabel. Niewątpliwie kochał Isabel, chociaż nigdy jej tego nie mówił.

Dość tego, nakazał sobie w duchu. Wiesz przecież, że tu już nie wchodzi w grę hasło 

„kocham cię jak siostrę”. Więc jaką dasz odpowiedź? Kochasz Marię, Cameron czy Isabel?

Liz   przewróciła   poduszkę   na   drugą   stronę   i   przytuliła   policzek   do   jej   chłodnej 

powierzchni. Dlaczego nie mogła spać? Sen był jej bardzo potrzebny.

Jutro ruszają do bunkra, więc nie powinna być półprzytomna z niewyspania.

Może tam stracić przytomność. A nawet życie.

Takie rozważania na pewno nie pozwolą jej zasnąć. Postanowiła skupić się na czymś 

innym.   Powtarzanie   w   myślach   tablicy   okresowego   układu   pierwiastków   zawsze   ją 

uspokajało. Najpierw przypomni sobie pierwiastki ziem rzadkich.

Itr,   symbol   Y,   liczba   atomowa   39,   masa   atomowa   88,   9059.   Przeważnie 

nieklasyfikowany   w   kategorii   pierwiastków   ziem   rzadkich.   Czasami   umieszczano   go   w 

background image

grupie pobocznej układu okresowego, w kategorii pierwiastków przejściowych...

Usłyszała jakiś cichy dźwięk na tyłach domu. Czy to Adam? Zerwała się z łóżka i 

podbiegła do okna - chłopak właśnie wchodził do pakamery.

Gdzie on był? Liz włożyła szlafrok i podeszła do bocznych drzwi, tłumacząc sobie, że 

pewnie wyszedł na chwilę z jakiegoś oczywistego powodu. Cicho wyślizgnęła się z domu i 

zastukała do drzwi pakamery. Adam powitał ją szerokim uśmiechem.

Po tych odwiedzinach w środku nocy pewnie zapomni, że jestem dziewczyną Maxa, 

co usiłowałam wbić mu do głowy, pomyślała.

- Cześć, słyszałam  jak wchodziłeś  - powiedziała. - Chciałam tylko  sprawdzić, czy 

wszystko w porządku. Może czegoś potrzebujesz? Nie jest ci zimno?

- Wszystko gra - odrzekł Adam. - Wejdziesz na chwilę? Mógłbym zrobić tosty.

Dziewczyna uśmiechnęła się. Opiekacz do grzanek, który mu podarowała, był czymś 

w   rodzaju   prezentu   na   nowe   mieszkanie.   Jakie   zagrożenie   może   stanowić   facet,   którego 

największą pasją życiową jest robienie tostów? - powiedziała sobie w duchu. Max na pewno 

niewłaściwie ocenił to wydarzenie na pustyni. To z tym królikiem, to musiał być wypadek.

- Lepiej nie. Moi rodzice wpadliby w panikę, gdyby zauważyli, że mnie nie ma w 

domu - powiedziała. Wahała się przez chwilę. - Gdzie byłeś? - spytała w końcu.

- Mmm? - usłyszała w odpowiedzi.

- Wychodziłeś. Chciałabym tylko wiedzieć, dokąd poszedłeś - nalegała Liz.

Adam uniósł brwi.

- Dokąd poszedłem? - powtórzył z cicha. - Nie wydaje mi się, żebym gdziekolwiek 

chodził.

- Wcale nie jestem na ciebie zła - uspokoiła go Liz. - Jednak powinieneś być ostrożny. 

Byłam tylko ciekawa, bo widziałam cię wracającego do domu.

Adam spochmurniał.

- Poszedłem tylko do nocnego sklepu, żeby kupić masło do tostów - wyjaśnił.

To było dobre wytłumaczenie. Jednak sposób, w jaki to mówił, świadczył o tym, że 

kłamie. Dlaczego? - zastanawiała się. Co takiego mógł robić w środku nocy, żeby musieć 

kłamać?

Chciała poprosić, żeby pokazał jej masło,  ale uznała to za zły pomysł.  Jeśli miał 

powód, żeby kłamać, to lepiej udawać, że mu wierzy. Lepiej i o wiele bezpieczniej.

- Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym ci zrobił kilka tostów? - spytał, obnażając dziąsła 

w uśmiechu.

Liz zadrżała i instynktownie cofnęła się o krok. Max i Alex mieli rację. Nie znała 

background image

dobrze Adama.

Adam wsiadł do jeepa z tostem w ręku i jadł go jeszcze, kiedy wyjeżdżali z miasta. 

Chleb był dokładnie przesiąknięty roztopionym masłem, a mimo to wydał mu się suchy i bez 

smaku.

Wracał do bunkra, do miejsca, gdzie nie ma słońca ani trawy, ani żadnego poczucia 

rzeczywistości. Mimo to odczuwał coś w rodzaju radosnego zadowolenia - formalnie rzecz 

biorąc, wracał do domu.

- Może powinniśmy teraz podsumować nasz plan? - spytał Alex.

- Och, proszę, nie - zaprotestowała Maria. - Im więcej o tym mówimy, tym wyraźniej 

widzę bezplanowość tego całego planu.

- Może jednak uda się nam jeszcze coś wymyślić - zasugerowała Liz.

- Wiadomo,   że   się   nie   uda   -   rzuciła   gwałtownie   Isabel.   -   Rozważaliśmy   każdą 

możliwość milion razy.

Adam   nie   odzywał   się.   Wszystkie   plany   były   mu   najzupełniej   obojętne.   Nie 

potrzebował ich - sam wiedział, co należy zrobić.

- Isabel   ma   rację   -   odezwał   się   Max.   -   Teraz   musimy   się   skoncentrować,   a   nie 

rozpraszać nowymi pomysłami.

Adam wychylił się do przodu; chciał dobrze zapamiętać każdy fragment miasta, przez 

które przejeżdżali. Gromadził wspomnienia z realnego świata, na wypadek gdyby sprawy 

przybrały zły obrót. Jak najwięcej wspomnień...

Uświadomił sobie nagle, że wcale nie potrzebuje mieć tylu wspomnień. Potrzebował 

tylko jednego. Gdyby ponownie zamknięto go w bunkrze, chciał zachować w pamięci każdy 

szczegół twarzy Liz. Obrócił się w jej stronę. Starał się utrwalić w umyśle wygięcie jej górnej 

wargi, wszystkie odcienie koloru oczu, dokładny zarys włosów, opadających jej na policzek. 

Wpatrywał się w nią dopóty, dopóki nie nabrał pewności, że nie zapomni nawet pojedynczej 

rzęsy, i dopiero wtedy przymknął oczy.

Max mówił, że powinni się skoncentrować, i miał rację. Adam postanowił wyobrazić 

sobie, że wchodzi do bunkra, nie odczuwając strachu.

Czy zobaczę... tatę? - uderzyła go niespodziewana myśl.

Szeryfa Valentiego, poprawił się w duchu. On nie jest twoim ojcem. Jest dla ciebie 

nikim. Nie możesz pozwolić, żeby powstrzymał cię przed tym, co musisz zrobić. Nie możesz 

pozwolić, aby cokolwiek mogło cię przed tym powstrzymać.

Chcesz dokończyć gry w szczerość i odwagę? - spytała Cameron.

Dzisiaj będzie ten dzień, przyrzekła  sobie w duchu. Dzisiaj  poznam nazwiska, na 

background image

których zależy Valentiemu, i wreszcie stąd wyjdę. Zbyt wiele kosztowało ją udawanie, że jest 

przyjaciółką Michaela, podczas gdy gotowa była go zdradzić. Najwyższy czas położyć temu 

kres.

- Skąd można wiedzieć, kiedy skończyło się grę? - spytał Michael. - Przecież nikt nie 

dostaje punktów i nikt nie wygrywa.

- Jednak   ktoś   przegrywa.   Ile   razy   grałam   w   szczerość   i   odwagę,   ktoś   się   zawsze 

załamywał i zaczynał płakać. A to oznaczało koniec gry.

- Bezlitosna gra - zauważył.

Nie wiesz nawet, o co tu chodzi, pomyślała.

- Okay,   to   moja   kolej   -   powiedziała.   -   Jak   się   dowiedziałeś,   że   jesteś   kosmitą? 

Szczerość czy odwaga?

To był dobry kierunek, chyba że Michael wybierze odwagę. Może ten cały pomysł z 

grą w szczerość i odwagę był błędem.

- Zacząłem sobie uświadamiać, że potrafię robić rzeczy, których inni ludzie nie są w 

stanie dokonać. Potem zobaczyłem fotografie kawałków metalu, które znaleziono w miejscu 

katastrofy. Zauważyłem, że są oznakowane w podobny sposób jak mój inkubator, i powoli 

zacząłem się domyślać prawdy.

- Więc tak zwana tajemnica Roswell była rzeczywistym wydarzeniem? - zaciekawiła 

się Cameron. - Zawsze myślałam, że to tylko taki chwyt, żeby sprzedać dużo podkoszulków i 

kosmicznych akcesoriów.

Nie mogę uwierzyć, że tak tu sobie siedzimy i rozmawiamy o tajemnicy Roswell, 

pomyślała. To chyba jakiś żart albo pokrętny test.

A   może   Michael   jest   aktorem,   a   Valenti   i   ten   lekarz   monitorują   jej   reakcje   i 

sprawdzają, czy potrafi uwierzyć w te nieprawdopodobne historie, które on jej opowiada.

Tak, to na pewno jest test. Dziewczyna rozluźniła się. Jeśli to jest tylko sprawdzian, to 

informacja, której dostarczy Valentiemu, nie ma istotnego znaczenia. Jeśli uda jej się uzyskać 

tę  wiadomość, to  inni aktorzy,  którzy są przyjaciółmi  Michaela, nie  zostaną  wtrąceni  do 

bunkra. Wymyślą zaraz nowe doświadczenie, Michael odegra w nim swoją rolę, a Valenti i 

lekarz będą spisywać rezultaty.

- Tak, to się na prawdę wydarzyło - powiedział Michael.

- A więc masz przeszło pięćdziesiąt lat - stwierdziła. Ciekawe, jaką znajdziesz na to 

odpowiedź, młody aktorze, pomyślała.

- Nie lubisz starszych panów? - spytał, przeczesując palcami sterczące czarne włosy. - 

Wydostałem się z inkubatora dopiero dziesięć lat temu. Wyglądałem wtedy na siedmioletnie 

background image

dziecko. Teraz ty powiedz, ile mam lat.

On nie kłamie, pomyślała Cameron.

Wmówiłaś sobie, że kłamie, bo sama tego chciałaś, powiedziała sobie w duchu. W ten 

sposób rozgrzeszasz się z własnych kłamstw.

- Twoja kolej - zwróciła się do Michaela. Chciała jak najszybciej zakończyć tę grę i 

uzyskać potrzebne informacje. Czuła, że musi się spieszyć, bo za chwilę nie będzie już w 

stanie zmusić się do tego.

- Kilka dni temu chciałem cię pocałować, a ty się ode mnie odsunęłaś. Dlaczego? 

Szczerość czy odwaga? - Szare oczy Michaela błyszczały.

- Szczerość - odpowiedziała Cameron. - Wiem, że kiedy kogoś dotkniesz, to możesz 

odczytać jego myśli, i nie chciałam, żebyś poznał moje.

- To   nie   myśli,   raczej   obrazy,   fragmenty   wspomnień   -   sprostował.   -   I   tak   nie 

zrobiłbym tego.

- To nie dzieje się automatycznie?

- Nie. A u ciebie?

- U   mnie?   -   Cameron   zapomniała   na   chwilę   o   swoich   rzekomych   zdolnościach 

telepatycznych. - Ja, hm, nie... ja muszę to dopiero w sobie wzbudzić.

- Czy tylko dlatego się odsunęłaś? - spytał Michael. Jeśli powiem tak, to on będzie 

chciał   mnie   pocałować,   pomyślała   Cameron.   Wtedy   wycofam   się   chyba   ze   swojej 

szpiegowskiej misji.

Powiedz, że nie, nakazała sobie w duchu. Powiedz, że odsunęłaś się z innego powodu. 

Powiedz, że masz chłopaka. Powiedz, że boli cię głowa. Powiedz cokolwiek.

- Tak - przyznała.

Michael pochylił się nad nią. Odsuń się od niego, ta myśl przebiegła jej nagle przez 

głowę.  Jeszcze  nie  jest  za  późno,  odsuń  się.  Jeśli  się z  nim  pocałujesz,  to  wpadniesz  w 

pułapkę.

Wyciągnęła  rękę, wsunęła palce w jego włosy i przyciągnęła  go do siebie. Kiedy 

wargi   Michaela   odnalazły   jej   usta,   Cameron   nie   pamiętała   już   o   niczym   poza   tym 

pocałunkiem.

Odsunęła się nagle. Nadszedł właściwy moment. Teraz Michael potrafi całkowicie się 

przed nią otworzyć. Czuła to.

- Nie   przypuszczałam,   że   ktoś,   kto   wie,   jaka   jestem   naprawdę,   chciałby   mnie 

pocałować - powiedziała. Nie miała zamiaru zadawać mu bezpośrednich pytań. Wiedziała, że 

wyzna jej wszystko z własnej woli.

background image

- Nie spotkałaś nikogo, kto... byłby do ciebie podobny? - spytał Michael.

- Nie - odrzekła. Skręcał się jej żołądek, ale zignorowała ból.

- Mnie było o wiele łatwiej niż tobie - zauważył. No, dalej, ponaglała go w myślach.

- Miałem  Maxa   i   Isabel.   Oni  są...   tacy  jak   ja   -   ciągnął.   -  Chociaż   ich   rodzice   są 

zwykłymi ludźmi. Evansowie są wspaniali. Mnie też uważają za syna.

Koniec   gry.   Właśnie   te   nazwiska   były   jej   potrzebne.   Poczuła   ponownie   ucisk   w 

żołądku.

- Nic ci nie jest? - spytał Michael.

- Nie... nie - odparła. - Właściwie jest mi trochę niedobrze - dodała. - Może strażnik 

będzie mógł mi przynieść jakieś lekarstwo.

Wolno podniosła się z łóżka i zastukała w drzwi celi.

- Źle się czuję - powiedziała do strażnika, który otworzył drzwi.

- Chodź ze mną - polecił.

- Dokończymy gry później, kiedy poczujesz się lepiej ! - zawołał za nią Michael.

- Okay - odrzekła, nie odwracając głowy.

Nie   pozwoliła   sobie   na   ostatnie   spojrzenie.   I   bez   tego   będzie   miała   czym   się 

zadręczać.   Nie   odrywała   więc   oczu   od   pleców   strażnika,   który   prowadził   ją   do   biura 

Valentiego.

- Chcę pięć tysięcy dolarów i chcę, żeby pan zawiadomił moich rodziców, że jadę do 

Nowego   Jorku   -   oświadczyła,   siadając   przed   biurkiem   szeryfa.   Chciała   to   załatwić 

natychmiast, zanim ogarną ją wątpliwości.

- A   ty   w   tym   czasie   będziesz   w   drodze   do   Kalifornii,   jak   przypuszczam   -   rzekł 

Valenti.

Nie odezwała się. Szeryf powinien pamiętać, że ostatnim razem to ona pokonała go 

milczeniem.

- Dam ci dwa i pół tysiąca dolarów. Więcej nie dostaniesz. Musisz mi tylko podać 

nazwiska.

- Pozostali kosmici to Max i Isabel Evansowie.

Max podał lornetkę Adamowi.

- Tu   jest   kamera   obserwacyjna   -   powiedział.   -   W   tej   szczelinie   poniżej   skalnego 

wierzchołka.

Adam   skinął   tylko   głową.   Odnosił   wrażenie,   że   lodowaty   chłód,   promieniujący   z 

wnętrza jego ciała, wzmaga się z każdą upływającą chwilą.

- Wystarczy tylko rozbić szkło - poinformował go Max.

background image

Chwycił   go   za   nadgarstek,   ale   Adam   nie   czuł   nawet   dotyku   jego   palców.   Jeśli 

wszystko się powiedzie, to za kilka minut znajdzie się ponownie w bunkrze.

Za niecałą godzinę znowu wyjdziesz na powierzchnię, tłumaczył sobie w duchu. Lecz 

ten upiorny chłód dosięgnął już jego serca. Wiedział, że ono nadal bije, ale wcale tego nie 

czuł.

- Na trzy wszyscy mają być gotowi do biegu - nakazał Max. - Na trzy - powtórzył, 

zwracając się do Adama.

Ten nie odrywał lornetki od oczu, koncentrując się maksymalnie na kamerze.

- Jeden, dwa, trzy.

Adam uwolnił całą energię, którą nagromadził od momentu nawiązania łączności z 

Maxem, i wyrzucił ją silnie na zewnątrz, jak najdalej, jak najdalej... Usłyszał lekki trzask i 

kamera rozpadła się na drobne kawałeczki szkła i metalu.

- Biegiem! - krzyknął Max.

- Ładny strzał! - zawołał Alex, który biegł za Adamem. Pędzili w stronę formacji 

skalnej, w której ukryte było wejście do bunkra. Uśmiechnął się. Przynajmniej tak mu się 

wydawało, ponieważ wargi miał całkowicie zdrętwiałe.

Adam   zatrzymał   się   raptownie   w   odległości   około   trzech   metrów   od   skały.   Jego 

towarzysze   przebiegli   obok   i   zajęli   z   góry   upatrzone   pozycje.   Jeśli   Max   miał   dobre 

rozeznanie, to za chwilę powinni ukazać się strażnicy, żeby sprawdzić, co uszkodziło kamerę.

Może już nigdy nie będę oglądać słońca, pomyślał Adam. Ale nawet tu, w Nowym 

Meksyku,   promienie   słoneczne   nie   były   już   wystarczająco   gorące,   by   ogrzać   jego   nagle 

zlodowaciałe ciało.

Chodźcie już po mnie, chodźcie, powtarzał w myślach. Najtrudniej mu było znieść to 

bierne   wyczekiwanie.   Fakt,   że   musiał   stać   i   czekać,   aż   go   na   powrót   zaprowadzą   do 

więzienia, był najtrudniejszym zadaniem, jakie miał do wykonania.

To nie powinno trwać zbyt długo. Zaledwie przed tygodniem Michaelowi i Isabel 

udało się wedrzeć do bunkra. Strażnicy na pewno są postawieni w stan pogotowia.

Adam usłyszał cichy szelest. Wejście do formacji skalnej już stało otworem. Zobaczył 

zbliżających się strażników i dopiero wtedy zaczął biec w ich stronę.

- Stój w miejscu! - krzyknął jeden z nich.

- Ja chcę tu wrócić! - wołał Adam. - Chcę zobaczyć mojego ojca!

- Idziemy po ciebie - usłyszał głos kobiety strażnika. Zauważył, że strażniczka trzyma 

rękę na paralizatorze.

- Okay. Ale szybko! Boję się! - Może przesadziłem, pomyślał, widząc ich wahanie.

background image

Wszystko  w porządku; jednak szli po niego. Idąc obok siebie, dwójka strażników 

przekroczyła jednocześnie skalną bramę. Nie byli świadomi zagrożenia. Kiedy Max i Isabel 

przypuścili atak, strażnicy upadli bez przytomności na ziemię.

Adam podbiegł do swoich towarzyszy.

- Pomóż mi ją wnieść do środka - poprosił Alex. Adam podniósł nogi strażniczki, Alex 

chwycił ją za ramiona. Zaciągnęli ją do ogromnej windy, tuż przy wejściu do bunkra.

Alex ukląkł i skrępował ręce i nogi kobiety plastikową taśmą. Potem zakneblował jej 

usta.

- Uwielbiam tę taśmę. Służy do wszystkiego - powiedział.

- Chyba mogą oddychać? - spytała Maria, przenosząc niespokojny wzrok z oklejonej 

taśmą strażniczki na mężczyznę, spętanego przez Maxa i Isabel.

- Nic im nie będzie - zapewnił ją Max. Przycisnął guzik windy i zaczęli zjeżdżać w 

dół.

Adam skrzyżował ręce na piersi, usiłując zatrzymać w sobie trochę ciepła. Jak głęboko 

się już opuścili? Trzy metry pod ziemię? A może więcej?

Winda   bezszelestnie   zsuwała   się   w   dół.   Zatrzymała   się   wreszcie,   a   jej   drzwi 

natychmiast się rozsunęły.

Adam usłyszał tupot. Rozejrzał się po małym parkingu i ujrzał uciekającego strażnika.

- Zobaczyli nas! - krzyknęła Maria. - On zaraz włączy alarm!

Już tu są; Michael wyraźnie czuł ich obecność. Isabel, Max i Adam przychodzą mu na 

ratunek.

Przecież to szaleństwo.

Zerwał się z łóżka i zaczął chodzić po celi. Coś się im nie powiodło i potrzebowali go. 

Odbierał napływające od całej trójki fale strachu.

Rzucił okiem na dwóch strażników, którzy pilnowali jego celi. Widać było, że nie 

mają pojęcia o tym, co się dzieje w bunkrze. Przynajmniej jeszcze nie. To dobrze.

Krążył coraz szybciej po ciasnej przestrzeni. Czekał niecierpliwie na powrót Cameron. 

Niepokoił się o nią. Co z tego, że jest pod eskortą strażnika, jeśli w każdej chwili może się 

znaleźć w środku strzelaniny.

A on, zamknięty w celi, nie będzie w stanie jej pomóc, tak samo jak nie potrafi pomóc 

Maxowi i reszcie grupy.

Przesuwał   wzrokiem   od   jednego   strażnika   do   drugiego.   Czy   byłby   w   stanie 

unieszkodliwić obu?

Już pierwszego dnia, kiedy się tu znalazłeś, doszedłeś do wniosku, że nie dasz rady 

background image

dwóm strażnikom jednocześnie, powiedział sobie w duchu. Nie rób żadnych głupich ruchów, 

bo twoim przyjaciołom pozostaną do ratowania tylko zwłoki.

Ja załatwię strażnika, a wy idźcie dalej! - zawołała Isabel i pognała w głąb parkingu. 

Usłyszała,   że   ktoś   za   nią   biegnie.   Obejrzała   się   i   zobaczyła   Alexa.   To   dobrze,   że   mam 

wsparcie, przemknęło jej przez myśl.

Strażnik na pewno słyszał tupot ich kroków, nie odwrócił się jednak, skręcił w jakiś 

długi korytarz i pędził przed siebie. Co on robi? Dlaczego nie próbuje ich zatrzymać?

Zrozumiała wreszcie, że strażnik biegnie do interkomu. Już tylko niecałe dwa metry...

Zmusiła się do szybszego biegu.

Za późno. Strażnik dopadł interkomu.

- Mam problem. Tutaj...

Alex przebiegł obok Isabel i rzucił się na niego. Obaj upadli na ziemię.

Dziewczyna doskoczyła do nich w momencie, kiedy strażnik sięgał po paralizator. 

Bez chwili wahania nadepnęła mu z całej siły na nadgarstek. Usłyszała trzask pękającej kości; 

paralizator wypadł mu z ręki.

Rozległ się jakiś stukot - to karabin maszynowy toczył się po korytarzu. Jak to dobrze, 

że Alex jest ze mną, pomyślała. Rzuciła się na kolana i przycisnęła palce do czoła leżącego 

mężczyzny. Nie był już uzbrojony, jednak mógł być niebezpieczny.

Zaczęła   głęboko   oddychać   i   wreszcie   udało   się   jej   nawiązać   łączność.   Przed   jej 

oczami przesuwały się obrazy: chłopiec prezentujący z dumą odznakę dyżurnego; papuga w 

ogromnej klatce; dziecko przerażone widokiem zbliżającego się klauna.

Czuła   uderzenia   jego   serca;   byli   zespoleni.   Wystarczy   tylko   znaleźć   odpowiednie 

naczynie krwionośne w jego mózgu i mocno je ścisnąć. Isabel wybrała naczynko obok pnia 

mózgu i maksymalnie się skoncentrowała. Miała wrażenie, że razem z nim odczuwa ból, 

który mu sprawiała. To było okropne, nie chciała zadawać bólu.

Łączność została zerwana, strażnik stracił przytomność. Alex podał jej rolkę taśmy i 

Isabel zaczęła go wiązać. Zamarła, kiedy usłyszała głos z interkomu:

- Jaki problem?

- Rób swoje. Ja się tym zajmę - powiedział Alex i wcisnął przycisk. - Mieliśmy tu 

skok napięcia - poinformował. - Jedna z kamer obserwacyjnych wyłączyła się na kilka minut, 

ale już pracuje. Napiszę raport.

- Szeryf Valenti na pewno zażąda kopii. Dostarcz ją jeszcze dzisiaj.

- Odbiór - powiedział Alex.

- Odbiór - powtórzyła Isabel, zaklejając taśmą usta strażnika. - Twój ojciec byłby z 

background image

ciebie dumny.

- Wszystko w porządku? - spytał chłopak.

- Tak - odrzekła. - Chodźmy. W tym korytarzu bardzo silnie odczuwam obecność 

Michaela.

- Adam wie, gdzie go trzymają - przypomniał jej Alex.

- Ale ja czuję, że to dobry kierunek. Może po ucieczce Adama przenieśli go w inne 

miejsce - upierała się Isabel.

- No to sprawdźmy.

- Dziękuję, że mi towarzyszysz - wyjąkała Isabel, nie patrząc na swego towarzysza. 

Szli korytarzem, a ona czuła się trochę dziwnie, mając znowu tego chłopaka przy sobie.

- Nie ma sprawy - odrzekł.

Isabel skupiła się na emocjach, które przesyłał jej Michael.

- Myślę, że on jest tu gdzieś po lewej stronie - stwierdziła.

Korytarz biegł dalej prosto, ale po jego lewej były drzwi. Nie sądziła, żeby Michael 

mógł być aż tak blisko, lecz gdyby przeszli przez to pomieszczenie, mogliby natrafić na inny 

korytarz.

Podbiegła do ciężkich stalowych drzwi. Znała ich budowę z poprzedniej bytności w 

bunkrze. Skoncentrowała się na cząsteczkach, popychając je siłą umysłu. Drzwi rozsunęły się 

po chwili.

- Wiem, że to brzmi staroświecko, ale lubię, jak ktoś otwiera mi drzwi - zauważył 

Alex, przekraczając próg.

Isabel weszła za nim. Widok pomieszczenia zaparł jej dech w piersiach. Znalazła się 

nagle w środku swoich sennych koszmarów. Po drugiej stronie są drzwi, powiedziała sobie w 

duchu. Musisz tylko do nich dojść. Nie patrz na nic. Idź.

Wbiła   wzrok   w   podłogę,   dostrzegała   jednak   kątem   oka   leżące   tam   przedmioty: 

skalpele, nożyczki, była tam nawet niewielka piła.

Jesteś już w połowie drogi, tłumaczyła sobie w duchu. Przecież te narzędzia nie rzucą 

się na ciebie i same nie zaczną cię krajać.

Jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Jeszcze jeden. Poradzisz sobie, dodawała sobie 

otuchy. Nagle wpadła na coś twardego i bardzo zimnego. Rzuciła okiem na ten przedmiot i 

natychmiast  tego pożałowała. Wysoki metalowy stół z rowkami po bokach. Do zbierania 

krwi, domyśliła się.

Wyciągnęła rękę i dotknęła pleców Alexa. Nie wczepiała się w niego z całej siły, nie 

była   aż   tak   żałosnym   tchórzem.   Chciała   tylko   dotykać   dwoma   palcami   jego   koszuli.   To 

background image

wszystko.

Wydała głębokie westchnienie ulgi, kiedy Alex dosięgnął klamki. Zanim jednak zdołał 

otworzyć drzwi, Isabel poczuła nagły ból w karku. Dotknęła tego miejsca i zorientowała się, 

że coś w nim tkwi. Jednym szarpnięciem wyciągnęła strzykawkę.

Odwróciła się i zobaczyła mężczyznę w białym fartuchu.

- Skąd...   -   Zadrżała   gwałtownie;   nogi   odmówiły   jej   posłuszeństwa.   Upadła   na 

wyłożoną kafelkami podłogę.

To są drzwi celi Michaela - szepnął Adam.

- Czy w środku są strażnicy? - spytał Max.

- Przeważnie stoją na zewnątrz.

Jeśli przeważnie stali na zewnątrz, to dlaczego Adam nie ostrzegł ich, kiedy szli tym 

korytarzem?

„Jak myślisz, czy on mógłby obrócić się przeciwko nam?” Pytanie, które wtedy zadał 

Alex, prześladowało Maxa przez cały dzień jak jakiś niemilknący diabelski akompaniament.

Nie potrafił na nie odpowiedzieć. Może powinni byli zostawić Adama w domu. Max 

uznał jednak, że przyda mu się dodatkowa moc.

Te myśli do niczego nie prowadzą, tłumaczył sobie w duchu. Adam był w bunkrze i 

nie mieli już odwrotu.

- Zostańcie tu - polecił dziewczynom. - Jeśli zobaczycie strażników, to zastukajcie do 

drzwi celi albo dajcie nam jakiś inny sygnał.

- Niech tylko się zbliżą, to dostaną kopa w tyłek - oznajmiła drżącym głosem Maria.

- Idźcie już - nalegała Liz.

- Nawiążmy teraz łączność. Chyba będziemy potrzebować zwiększonej mocy - rzekł 

Max.

Adam bez słowa zacisnął dłoń na jego nadgarstku.

„Ja myślisz, czy on mógłby obrócić się przeciwko nam?”

Podkradając  się  pod  drzwi celi,  Max już   nie  zaprzątał  sobie  tym   głowy.  Adam  z 

łatwością otworzył drzwi jedną ręką.

Chwileczkę. To coś nie tak. Czy te drzwi nie powinny być zamknięte?

Zanim   Max   zdołał   sobie   odpowiedzieć   na   to   pytanie,   Adam   wszedł   do   środka, 

pociągając go za sobą.

- Max Evans. Oszczędziłeś mi kłopotu, już nie muszę urządzać na ciebie obławy.

Max   podniósł   głowę   i   zobaczył   za   szerokim   biurkiem   szeryfa   Valentiego.   Jakaś 

dziewczyna z krótkimi rudymi włosami siedziała na krześle po przeciwnej stronie biurka. 

background image

Adam zaprowadził go wprost do biura szeryfa. Od początku miał ten zamiar. Ale dlaczego?

- Mam nadzieję, że twoja siostra też tu jest. Co prawda ściągnięcie jej z miasta nie 

sprawiłoby mi żadnej trudności - ciągnął Valenti. - Byłaby to nawet pewna przyjemność. 

Poszukiwanie was dwojga zajęło mi prawie pół życia. Ale już niedługo wszyscy moi kosmici 

będą leżeć grzecznie w swoich łóżeczkach.

Max nie mógł zdobyć się na odpowiedź. Wszystko się w nim skręcało. Valenti znał 

prawdę. Max chwycił Adama za rękę i ponownie nawiązał łączność.

- Będzie   bardzo   miło,   prawda,   Adamie?   -   spytał   szeryf   ohydnym   tonem 

przedszkolanki. - Zawsze chciałeś mieć większą rodzinę, nie tylko tatę.

Max czuł, jak wzbiera w nim moc, potężniejąc się z każdą chwilą. Adam szykuje się 

do ataku, uświadomił sobie.

Może moglibyśmy zrobić wokół szeryfa ognisty krąg i zatrzymać go w tej pułapce, 

pomyślał.   Albo,   skoro   dysponujemy   podwójną   mocą,   nawet   bez   dotykania   moglibyśmy 

zwalić go z nóg i pozbawić przytomności.

Spojrzał na Adama, chcąc przekazać mu sygnał, żeby...

Serce   mu   zamarło.   Adam   uśmiechał   się   do   szeryfa   takim   samym   uśmiechem   jak 

wtedy do królika na pustyni.

- Adamie, nie! - krzyknął Max, starając się bezskutecznie wyrwać mu rękę.

Ten obrócił się, uderzył go pięścią w bok i wyrwał dłoń.

- Nie jesteś mi do niczego potrzebny - mruknął.

Roziskrzone białe światło wypełniło cały pokój, oślepiając Maxa. Zdezorientowany, 

mrugał, usiłując coś dojrzeć. Wydawało mu się, że widzi szeryfa za biurkiem. Ale to było 

niemożliwe, Valenti nie byłby w stanie tego przeżyć.

Max przetarł rękawem załzawione oczy i zbliżył się do biurka. Szeryf rzeczywiście 

tam   siedział,   całkowicie   pokryty   popiołem,   spod   którego   nie   widać   było   nawet   skrawka 

skóry. Nie poruszał się. Co Adam mu zrobił?

Siedząca przed biurkiem dziewczyna łkała spazmatycznie. Wiedział, że powinien do 

niej podejść, ale nie mógł oderwać wzroku od szeryfa.

Po chwili stanął przy nim Adam. Wychylił się do przodu, wysunął wargi i dmuchnął. 

Valenti zamienił się w kupkę popiołu.

- Dlaczego   to   zrobiłeś?!   -   krzyknął   Max.   -   Mogliśmy   unieszkodliwić   go   w   inny 

sposób. Nigdy nie używamy mocy, żeby zabijać! Nigdy!

Adam milczał.

Max wyczuł powiew mocy, który wzmagał się z każdą sekundą.

background image

„Jak myślisz, czy on mógłby obrócić się przeciwko nam?”

Spojrzał na Adama. Chłopak uśmiechał się.

- Co jej zrobiłeś, do cholery? - krzyknął Alex do lekarza.

Ciałem Isabel wstrząsnął dreszcz; jej szeroko otwarte oczy miały nieprzytomny wyraz. 

Alex całym sobą odczuwał przenikający ją ból. Lekarz ukląkł przy niej.

- Nie   chciałem   jej   zrobić   krzywdy.   Dałem   jej   tylko   zastrzyk   uspokajający   o 

natychmiastowym działaniu. Nie powinien wywołać takiej reakcji. Chciałem was zatrzymać, 

dopóki nie przywołam szeryfa Valentiego czy któregoś ze strażników.

Chłopiec pochylił się nagle i pchnął lekarza na podłogę. Jedną rękę zacisnął mu na 

szyi, żeby nie mógł krzyczeć, a drugą przeszukiwał kieszenie jego białego fartucha. Wyjął z 

nich dwie strzykawki i cisnął je w kąt pokoju.

- Teraz   cię   puszczę   -   szepnął   mu   do   ucha.   -   Słuchaj   mnie   uważnie.   Masz   zrobić 

wszystko, co w twojej mocy, żeby ocalić jej życie. Jeśli umrze, potraktuję cię tak samo jak te 

drzwi. - Wskazał  palcem rozbite przez Isabel metalowe wrota. Z wściekłością odepchnął 

lekarza od siebie.

- Będę musiał pobrać trochę krwi, żeby sprawdzić, dlaczego tak zareagowała - wyjąkał 

przestraszony lekarz.

- Dobrze. Tylko nie schodź mi z oczu. A jeśli masz zamiar zrobić jakieś głupstwo, to 

popatrz na te drzwi i przemyśl to sobie - poradził mu Alex. Usiadł przy Isabel i wziął ją za 

rękę. Jej ciałem nie wstrząsały już dreszcze.

Delikatnie odgarnął włosy z jej czoła i poczuł wilgoć pod palcami. Może skaleczyła 

się przy upadku? Nachylił się nad nią i krzyknął do lekarza:

- Chodź tutaj i powiedz, co to może być!

Ten zbliżył się pospiesznie i przykucnął obok Alexa.

- To wygląda na jakiś rodzaj prymitywnych skrzeli.

- Skrzeli?! - wybuchnął Alex.

- To   przydarzyło   się   również   Adamowi,   kiedy   miał   wysoką   gorączkę   -   tłumaczył 

lekarz. - Nie wiem, na ile znasz swoją fizjologię, ale twoje ciało potrafi adaptować się do 

każdego środowiska.

Moją   fizjologię?   -   pomyślał   Alex.   Dopiero   po   chwili   uświadomił   sobie,   że   ten 

konował uważa go za kosmitę, ponieważ przypisał sobie zmiażdżenie drzwi.

- Zdarza   się   czasem,   że   te   mechanizmy   nie   działają   prawidłowo   i   bez   potrzeby 

uruchamiają zdolności adaptacyjne - ciągnął lekarz.

- Zobacz, skrzela już się zamykają.

background image

Alex spojrzał na Isabel; skóra na jej czole właśnie się wygładzała.

- Sądzę,   że   lepiej   w   nic   nie   ingerować.   Niedługo   wszystko   się   samo   wyrówna. 

Gdybym   mógł   przewidzieć,   że   środek   uspokajający   wywoła   taką   reakcję...   -   Lekarz   nie 

dokończył zdania.

- Wszystko będzie dobrze, Isabel - powiedział Alex. - Jestem przy tobie. Nigdzie nie 

odejdę.  -  Czuł,   jak  ręka   dziewczyny   porusza   się  w   jego  dłoni.  -  Widzisz,  jestem  tutaj   - 

powtórzył, ściskając lekko jej pałce. Były jakieś dziwne w dotyku. Otworzył dłoń, żeby je 

zobaczyć.

Isabel miała długie i szczupłe palce, ale teraz były podwójnie długie i cienkie jak 

ołówki. Patrzył z przerażeniem, jak jeden palec zaczyna wrastać w dłoń.

Z trudem łapał oddech. Musisz to wytrzymać, nakazał sobie w duchu. To jest Isabel. 

Ujął ponownie jej rękę i spojrzał na twarz.

Nie poznawał  jej.  To nie  była  Isabel,  którą znał.  Miała  ogromną  głowę i wielkie 

czarne oczy.

Wziął   na   ręce   sukuba   Isabel   i   pobiegł   w   tę   stronę,   gdzie   miał   nadzieję   znaleźć 

bezpieczne   wyjście.   Potem  - w  tak   błyskawicznym  tempie,  że  uznał  to  za  halucynację   - 

dziewczyna przekształciła się znowu w prawdziwą Isabel.

- Postaw mnie na ziemi, przestępco - odezwała się z uśmiechem na twarzy.

Alex puścił ją i powiedział poważnym tonem:

- Musimy się szybko stąd wydostać, Izzy. - O nic nie pytając, złapała go za rękę i 

ruszyli biegiem.

Michael postanowił wydostać się z celi. Wiedział, że Isabel potrzebuje jego pomocy. 

Poraziło go jej cierpienie, omal nie zwalając z nóg.

Pilnowało go jednak dwóch strażników. Siedzieli na krzesłach, zwróceni w stronę celi 

Cameron. Ze zrozumiałych względów częściej obserwowali ją niż jego; teraz też nie chciało 

im się przesunąć krzeseł.

Muszę znaleźć na to jakiś sposób, pomyślał Michael. Gdybym ich zaskoczył, to może 

udałoby   mi   się   obezwładnić   obu   naraz.   Ale   szklana   cela   nie   była   dobrym   miejscem   na 

przygotowywanie tego typu niespodzianek.

Trzeba było jednak spróbować, a miał tylko jedną możliwość. Podszedł do ściany, za 

którą siedzieli strażnicy, i oparł dłonie o szkło, trzymając je na wysokości bioder.

Jeden z mężczyzn obrócił się do niego.

- Tęsknisz za swoją dziewczyną?

Na   twarzy   Michaela   pojawił   się   szeroki   głupkowaty   uśmiech.   Popatrzył   smutnym 

background image

wzrokiem na puste celę Cameron. Kiedy tylko strażnik się odwrócił, chłopak skoncentrował 

się na cząsteczkach szkła pod swoimi dłońmi. Roztrącał je delikatnie, bez pośpiechu.

To może się udać, pomyślał, czując, jak szkło rozstępuje się pod jego rękami. Szkoda, 

że Cameron nie ma w celi. Wtedy strażnicy na pewno nie zwracaliby na niego uwagi.

Gdzie   ona   może   być?   Właściwie   wcale   nie   wyglądała   na   chorą.   Może   została 

pojmana, razem ze swoją eskortą, przez Maxa i resztę grupy? Dobrze, że Adam zna Cameron 

i może zaświadczyć, że ta dziewczyna jest po ich stronie.

Michael jeszcze trochę rozepchnął cząsteczki i otwory były gotowe. Wysunął ręce na 

zewnątrz, chwytając obu strażników za kark.

Teraz muszę nawiązać z nimi łączność, pomyślał, kiedy odwracali głowy. Zacisnął 

powieki, żeby się nie dekoncentrować, a jego umysł zaczął natychmiast przyjmować obrazy. 

Nie potrafił ich zróżnicować, ale to nie miało znaczenia. Po chwili dwa serca zaczęły bić tym 

samym rytmem co jego serce. Przyszedł czas na wybranie naczynia krwionośnego. Wybrał po 

jednym z każdej głowy i ścisnął je siłą swojego umysłu. Kiedy otworzył oczy, obaj strażnicy 

zsuwali się już z krzeseł.

- Wyglądają teraz jak prawdziwe aniołki - mruknął.

Zmiażdżył drzwi celi i wyszedł na zewnątrz. Musiał odnaleźć Isabel.

stąd - nakazał Max rudej dziewczynie. Nie trzeba jej było dwa razy tego powtarzać. 

Wybiegła z szybkością strzały.

W pokoju odczuwało się narastający powiew mocy. Nie było wątpliwości, że Adam 

przygotowuje się, żeby posłać Maxa do nieba, w ślad za szeryfem.

Ale ja nie jestem Valentim, pomyślał Max. Nie tylko Adam potrafi korzystać z mocy. 

Skoncentrował się na własnej mocy, żeby ją rozbudować.

Zbyt wolno się nasila, uświadomił sobie. Nie będę się mógł obronić, kiedy on mnie 

zaatakuje.

Mógł uciec, ale to na nic by się nie zdało. Adam pobiegłby za nim, a wtedy Liz, Maria 

i ta dziewczyna znalazłyby się na linii ognia.

Myśl logicznie, nakazał sobie w duchu. Nie potrzebujesz aż tak wielkiej mocy jak 

Adam. Potrzebujesz jej tylko tyle, żeby móc uniknąć skierowanego na ciebie uderzenia. A to, 

czym dysponujesz, wystarczy.

Był tego pewien. Musiał tylko dokładnie wyczuć moment, kiedy uwolnić moc. Jeśli 

zrobi to za szybko albo za późno, zamieni się w proch.

- No i co, Max? - odezwał się Adam. - Nie chcesz ocalić życia? Mógłbyś chociaż 

ukłuć mnie w palec tą odrobiną mocy, którą zdołałeś zgromadzić.

background image

- Mówiłem ci już, że nie korzystam z niej, żeby robić krzywdę - odrzekł Max. Miał 

szansę wyjść z tego cało, jeśli nie będzie uciekał i pozwoli przeciwnikowi przypuścić atak.

- Jak sobie chcesz. - Adam wzruszył ramionami.

Max czuł pulsowanie mocy. Jeszcze nie, pomyślał. Jeszcze nie. Po chwili podmuch 

gorącego powietrza sparzył mu twarz.

Teraz! Max wyzwolił moc, kierując ją przed siebie. Po sekundzie rozległ się wybuch i 

na ścianie za jego plecami pojawił się ogień.

- Idę już. Muszę szerzyć swoją miłość - powiedział Adam, obracając się do drzwi. 

Kiedy je otworzył, zaczęły dymić.

Zanim   Max   tam   doszedł,   oba   skrzydła   stały   już   w   płomieniach.   Wyskoczył   na 

korytarz i zobaczył Adama, który biegł, przesuwając ręką po ścianie. Jego palce zostawiały za 

sobą smugę ognia.

- On wszystko spali! - zawołała Maria.

- Musimy go powstrzymać. Chodźcie! - krzyknęła Liz.

Max złapał ją za rękę.

- Nie damy mu rady. Musimy znaleźć Michaela, Isabel i Alexa i wydostać się stąd, 

póki to jeszcze możliwe.

- Wiem, gdzie jest Michael - odezwała się ruda dziewczyna i pobiegła przed siebie 

płonącym korytarzem. Max, Liz i Maria poszli w jej ślady.

W miejscu, gdzie korytarz rozdzielał się na kilka innych, dziewczyna bez wahania 

skręciła w lewo. Chyba dobrze zna drogę, pomyślał Max.

Adam też skręcił w lewo. Musiał biec zygzakami, ponieważ ściany po obu stronach 

korytarza stały w ogniu. W niektórych miejscach płomienie stykały się na suficie, tworząc 

ogniste łuki. Wszędzie było pełno dymu. Nie mieli czym oddychać.

- Tymi drzwiami! - krzyknęła dziewczyna ochrypłym głosem i znowu skręciła w lewo. 

Natychmiast zrobiło się chłodniej. Tu pożar nie ogarnął jeszcze tak dużej przestrzeni.

Kiedy dotarli do stalowych drzwi, Max skoncentrował się na rozbijaniu cząsteczek. Z 

otwartych drzwi buchnęły płomienie. Cofnął się, gdy poczuł swąd; miał przypalone włosy.

- Gdzie jest cela Michaela?! - krzyknęła Maria.

- Było już ją stąd widać - powiedziała rudowłosa.

- Czy jest inne dojście? - spytał Max. - Tędy nie przejdziemy. Nawet z tej odległości 

temperatura była nie do wytrzymania. Miał uczucie, że zamiast powietrza wdycha rozgrzaną 

lawę, która spala mu gardło i płuca.

- Musielibyśmy wrócić i zatoczyć koło - rzekła ruda dziewczyna.

background image

- Nie mamy na to czasu! - zawołała Liz.

- Wchodzę - oświadczyła  Maria. Zdjęła kurtkę, owinęła nią głowę i rzuciła się do 

przodu... w ścianę ognia.

- Teraz albo nigdy - odezwał się Max. Przygarnął Liz do siebie i pocałował ją mocno 

w usta.

- Kocham cię - powiedział. Zanim zdumiona dziewczyna zdobyła się na odpowiedź, 

pobiegł przed siebie.

Liz   biegła   tak   blisko,   że   wpadła   na   niego,   kiedy   zatrzymał   się   przy   Marii.   Ruda 

dziewczyna dołączyła do nich.

- Nic wam się nie stało? - spytał Max, przesuwając wzrokiem po ich twarzach. Sam 

nie odczuwał bólu, dopóki nie zobaczył pęcherzy na policzkach Marii. Dopiero wtedy zaczęła 

go piec skóra na twarzy, jakby ktoś pryskał na nią gorącym olejem.

- Nie widzę Michaela! - krzyknęła Maria. - Wszystkie cele są puste.

- To jego cela. Trzecia z rzędu. Na pewno już go wyprowadzili - zasugerowała ruda.

- Michael! - zawołał Max. - Słyszysz mnie? To ja, Max.

Maria, Liz i obca dziewczyna też zaczęły wykrzykiwać jego imię.

Nie było odpowiedzi.

- Musimy uznać, że już się stąd wydostał. Tak samo Isabel i Alex - oświadczył Max.

Gdyby się mylił, oznaczałoby to, że nie próbuje ratować przed niechybną śmiercią 

własnej siostry i dwójki najlepszych przyjaciół. Ale jeśli jego rozumowanie było słuszne, a 

mimo wszystko będą nadal prowadzić poszukiwania, to on, Liz, Maria i ta dziewczyna zginą 

w płomieniach.

- Wyprowadzę was - odezwała się ruda.

- Nie możemy ich tu zostawić - zaprotestowała Maria.

- Zginiemy - wtrąciła Liz, odczytując, jak zwykle, myśli swojego chłopaka. - Oni też o 

tym wiedzą. Michael, Alex, Isabel i Adam...

- Zaczekaj. Słyszeliście? - przerwał jej Max. Przymknął oczy i wsłuchiwał się przez 

chwilę. To nie było złudzenie. Słyszał głos Michaela. Nie tylko jego, również Alexa.

- Tędy!   -   krzyknęła   ruda.   Przebiegła   wzdłuż   rzędu   szklanych   cel.   Jedna   z   nich 

wyleciała w powietrze, usłyszeli tylko brzęk szkła na betonowej podłodze.

Teraz   Max   usłyszał   również   ochrypły   od   dymu   glos   Isabel.   Zobaczył   ich   za 

przezroczystą ścianą celi. Ogarnęło go uczucie ogromnej ulgi.

- Naprzód! - krzyknął Michael, kiedy obie grupy połączyły się ze sobą. Wysunął się 

do przodu i skręcił w lewo.

background image

Max został z tyłu. Nie chciałby znaleźć się na zewnątrz ze świadomością, że ktoś z 

jego przyjaciół zemdlał po drodze i pozostał na zawsze w płonącym bunkrze.

- Już niedaleko! - zawołał Michael.

Max nie rozumiał, jak można określić odległość, kiedy wszędzie jest czarno od dymu. 

Coraz trudniej było mu oddychać i kręciło mu się w głowie. Nie czuł, że biegnie, jednak 

poruszał się. A może tylko tak mu się wydawało w tych ciemnościach?

Ktoś objął go ramieniem.

- Zostałeś z tyłu, żeby mieć pewność, że wszyscy bezpiecznie się stąd wydostaną, 

prawda? - usłyszał głos Liz. - Masz szczęście, że tobą też się ktoś opiekuje.

- Otworzyłem drzwi! - usłyszeli okrzyk Michaela, przerywany atakiem kaszlu.

Dym rozproszył się trochę i Max złapał oddech. Po chwili byli już na zewnątrz.

- Biegnijcie   dalej!   -   wołał   Alex.   -   Jesteśmy...   -   Zanim   zdążył   dokończyć   zdanie, 

potężny wybuch wyrzucił Maxa w powietrze.

Padając na plecy, zobaczył pomarańczową chmurę dymu, która wystrzeliła do góry 

wraz z oślepiającym błyskiem światła.

Podniósł się powoli, z trudem łapiąc powietrze. Kiedy spojrzał w kierunku bunkra, 

zabrakło   mu   tchu   -   palił   się   piasek.   Krótkie   niebieskie   płomienie   pokrywały   ziemię   w 

promieniu kilkudziesięciu metrów wokół bunkra.

Liz podbiegła do niego i delikatnie dotknęła jego zaczerwienionego od żaru policzka.

- Ja też cię kocham - powiedziała z uśmiechem. Przytulił ją do siebie. Przez chwilę 

nasłuchiwała  bicia jego serca,  potem  odwróciła  się i patrzyła  na języki  ognia  na piasku. 

Wszyscy obserwowali w milczeniu dogasające z wolna płomienie na czarnym teraz piasku.

- Valenti nie żyje - rzekł Max. - Adam go zabił. Koniec koszmarnych snów - zwrócił 

się do siostry.

Uśmiechnęła się do niego niewesołym uśmiechem.

- Patrzcie! - krzyknął Alex. - Patrzcie, kto jeszcze się uratował!

- Nikt nie mógł przeżyć - szepnęła Liz. - To niemożliwe...

Max   spojrzał   w   kierunku,   który   wskazywał   Alex.   Jakaś   postać   wynurzała   się   z 

płomieni. Liz uśmiechnęła się - nie miała racji, to jednak było możliwe.

To był Adam.


Document Outline