background image

MELINDA METZ

AKINO

Roswell w Kręgu Tajemnic

część 5

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Max Evans przejrzał się w lustrze w łazience.

- Kiepsko wyglądasz, bracie - powiedział do swojego odbicia. Zapadnięte policzki. 

Okropne worki pod oczami. Szara cera. Zauważył też parę wyprysków  na szyi.  To było 

nawet... pocieszające. Poczuł się młodszy.

Stanął na wadze. Od wczoraj schudł prawie półtora kilo. Ogarnął go lęk. Zakręciło mu 

się w głowie i zsunął się z wagi. W ostatniej chwili udało mu się usiąść na klapie sedesu. 

Ukrył twarz w dłoniach. Czy w wieku siedemnastu lat może wystąpić zanik sił życiowych? - 

zadał sobie pytanie. Dlaczego jestem taki słaby?

Na parterze nagle rozległ się wybuch śmiechu. Och, Boże, przecież muszę iść do 

pracy, pomyślał.

- Wychodzę!  - zawołał i ruszył  schodami w dół, głośno stukając butami. - Muszę 

przejść przez salon - ostrzegał. - Już jestem blisko.

Otworzył drzwi i wszedł. Och, litości. Jego siostra Isabel i jej chłopak, Alex Manes, 

nie skorzystali z ostrzeżenia i nie odsunęli się od siebie. Max starał się na nich nie patrzeć. 

Przeszedł szybko przez salon, ale i tak zobaczył więcej, niż miałby na to ochotę. Złączone 

wargi. Porozpinane guziki. Wszędzie pełno rąk.

To nie była sytuacja, w której ma się ochotę oglądać własną siostrę. Młodszą siostrę. 

Co z tego, że już była w gimnazjum.

Zatrzasnął   za   sobą   drzwi   i,   zadowolony,   że   znalazł   się   wreszcie   poza   domem, 

podszedł do jeepa. Usiadł za kierownicą, zapalił silnik i wyjechał na ulicę.

Skręcił w lewo, kierując się do centrum Roswell. Po chwili włączył radio i włożył 

ciemne okulary. Było późne popołudnie, ale słońce świeciło jeszcze jasno. Lekkie podmuchy 

wiatru rozwiewały Maxowi włosy. Poczuł się nagle jak facet z reklam jeepa: młody blondyn 

w słonecznych okularach. Za kierownicą mojego jeepa czuję się tak, jakby należał do mnie 

cały świat.

Od bardzo dawna nie był w tak dobrym nastroju. Wszystko układało się po jego myśli. 

Siostra była z chłopakiem, którego lubił i który traktował ją, jak należy. Co prawda, Max 

wołałby, żeby znaleźli sobie bardziej odosobnione miejsce na te swoje maratony czułości, ale 

całkowicie aprobował ten układ: Isabel - Alex.

Uśmiechnął się. Siostra byłaby wściekła, gdyby mogła teraz poznać jego myśli. Na 

pewno powiedziałaby, że wprawdzie jest jej bratem, ale to nie upoważnia go do wyrażania 

opinii o chłopakach, z którymi ona chodzi. Niech sobie nie wyobraża, że ta sprawa wymaga 

background image

jego przyzwolenia. Stwierdziłaby, że to w ogóle nie powinno go interesować.

A   jednak   interesowało   go,   tak   jak   wszystko,   co   dotyczyło   każdego   z   ich   grupy. 

Łączyła go z nimi niezwykła więź, a oni byli równie silnie związani z nim. Cała szóstka była 

niesłychanie zintegrowana. Czasami, kiedy przebywali razem, ich aury wirowały, tworząc 

ogromny kolorowy krąg. Nawet wtedy, gdy byli rozdzieleni, Max miał poczucie jedności. Nie 

sądził, że mógłby być teraz w tak dobrym nastroju, gdyby komuś z nich działa się krzywda.

Isabel i Alex na pewno byli szczęśliwi. Może trochę zbyt szczęśliwi, jak na jego gust. 

Nawet bał się myśleć, co mogłoby się stać, gdyby mieli ochotę na jeszcze więcej szczęścia. 

Nie musiał się jednak o nich martwić.

Z Marią DeLuca też wszystko było w porządku, nawet bardzo, biorąc pod uwagę fakt, 

że w zeszłym tygodniu była o krok od śmierci. Znalazła pierścień z jednym z Kamieni Nocy, 

który wyzwolił w niej zdolności parapsychiczne. Mogła śledzić działania osób, o których w 

danym momencie pomyślała. Nie wiedziała, że Kamień był skradziony i poszukują go łowcy 

głów pochodzący z rodzinnej planety Maxa. Próbowali ją zabić i gdyby nie nadeszła pomoc, 

pewno udałoby im się to.

Michael Guerin, najlepszy przyjaciel Maxa, stawił czoło łowcom i uratował jej życie. 

Teraz największą przeszkodą, jaką chłopak miał do pokonania, było przystosowanie się do 

kolejnej   rodziny  zastępczej.  Jego  nowi  przybrani   rodzice,  państwo  Pascalowie,   wymagali 

przestrzegania licznych reguł, ale chyba naprawdę troszczyli się o mieszkające z nimi dzieci. 

A to już było coś.

A   jeśli   chodzi   o   Liz...   Przyznaj   się,   że   to   jest   główny   powód   twojego   dobrego 

samopoczucia, powiedział sobie w duchu Max. Liz Ortecho przestała się na niego gniewać. A 

dał   jego   dość   powodów,   by   mogła   być   na   niego   wściekła.   Pocałował   ją,   a   za   chwilę 

powiedział, że muszą pozostać tylko przyjaciółmi. Potem znowu ją całował i znowu mówił, 

że muszą być tylko przyjaciółmi. A kiedy wreszcie postanowiła pójść na dyskotekę z innym 

chłopakiem,   zaczął   się   bawić   w   podchody   i   śledzić   ją   jak   jakiś   zwariowany   harcerzyk. 

Prawdziwy przyjaciel tak nie postępuje.

Liz miała już tego dość; nie mogła na niego patrzeć. Sytuacja zmieniła się, kiedy 

Maria znalazła się w niebezpieczeństwie i wszyscy ruszyli  jej na ratunek. Potem musieli 

podjąć walkę o życie Michaela, który przejął Kamień, żeby odciągnąć od Marii łowców głów. 

Po tym wszystkim Liz puściła w niepamięć dotychczasowe chimeryczne zachowanie Maxa i 

udało im się ponownie zostać przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi, ale jednak przyjaciółmi.

W radiu rozległy się tony kolejnej piosenki. Jakieś durnowate zawodzenie o bólu, jaki 

sprawia miłość. Max nie miał zamiaru tego słuchać - szczególnie teraz, kiedy był wreszcie w 

background image

dobrym  nastroju - szybko więc zmienił stację.  Załomotał  bęben. Bardzo głośno. O wiele 

głośniej, niż gdyby Max siedział na koncercie, tuż przy ogromnym wzmacniaczu. Szybko 

przesunął w lewo regulację głośności, ale bębny robiły jeszcze więcej hałasu. Wydawało mu 

się, że uderzające w nie pałeczki wbijają mu się w mózg.

Podjechał do krawężnika, zatrzymał samochód i wyłączył radio. Bębnienie wprawdzie 

ustało, lecz słychać  było  wiele innych  dźwięków. Gdy zatrąbił przejeżdżający samochód, 

chłopak odrzucił głowę do tyłu i zacisnął zęby, bo klakson przewiercał mu bębenki w uszach.

Zasłonił uszy rękami, z trudem powstrzymując krzyk. Nie mógł znieść tego natężenia 

hałasu.

Zacisnął   powieki   i   oparł   głowę   na   kierownicy.   Przyciśnięte   do   uszu   dłonie 

niewystarczająco tłumiły dźwięki: szum opon samochodowych na jezdni, świergot ptaka na 

drzewie, chichot dwóch dziewczyn. Max słyszał przepływ prądu w linii wysokiego napięcia i 

ocierające się o siebie liście drzew, a nawet własną krew, pulsującą w żyłach. Nie mógł tego 

wytrzymać.

Nagle wszystko ucichło, jak gdyby jakaś gigantyczna ręka wyregulowała tę kosmiczną 

głośność.   Przyciśnięte   do   uszu   dłonie   przepuszczały   tylko   odległe,   stłumione   dźwięki. 

Otworzył oczy i zobaczył przejeżdżający samochód; prawie go nie słyszał.

Odsunął dłonie od głowy, trzymając je w pogotowiu, żeby w razie potrzeby móc je 

znowu przycisnąć do uszu. Ale to, co teraz słyszał, było po prostu zwyczajnym szumem ulicy. 

Niektóre dźwięki były głośniejsze od innych, ale żaden nie zbliżał się nawet natężeniem do 

tego, co tak boleśnie odczuwał przed chwilą.

Co to było? - zastanawiał się, rozglądając się. Jakaś kobieta pracowała w ogródku, 

całkowicie   zaabsorbowana   swoim   zajęciem   -   na   pewno   nie   doświadczyła   tego   co   on. 

Oczywiście,   że   nie.   A   może   coś   się   popsuło   w   stacji   radiowej,   tak   że   zaczęli   nadawać 

muzykę, od której mogły popękać bębenki w uszach. Ale jak wtedy wytłumaczyć natężenie 

dźwięków wydawanych przez samochody, ptaki i linie wysokiego napięcia. Cokolwiek to 

było, dotyczyło tylko Maxa. Pochodziło z jego wnętrza.

Zrobił głęboki wydech i opuścił dłonie na kierownicę. Odczekał jeszcze kilka minut, 

aby upewnić się, że nie dopadnie go już żaden ogłuszający hałas, i włączył się do ruchu.

Podczas jazdy czuł, że jest cały spięty; miał sztywny kark, ramiona i ręce. Zbyt mocno 

zaciskał palce na kierownicy. Odpręż się, nakazał sobie. Zaczerpnij powietrza i się odpręż. 

Jednak ciało nie było posłuszne - w napięciu oczekiwało kolejnego ataku.

Na   szczęście   atak   już   się   nie   powtórzył.   Max   dojechał   do   muzeum   UFO,   nie 

doświadczywszy niczego, co dałoby się porównać z wybuchem tych potwornych dźwięków. 

background image

Postawił jeepa na parkingu. Może powinienem spytać Raya, co to mogło być? - zastanawiał 

się. Może pozaziemskie istoty czasem doznają takich wrażeń?

Ale Ray Iburg nie lubił, kiedy się go pytało o sprawy związane z sytuacją kosmitów. 

Powiedział Maxowi, Isabel i Michaelowi, że chociaż pochodzą z jego rodzinnej planety, ich 

domem jest teraz Ziemia. Nie chciał, żeby marnowali życie, pogrążając się w marzeniach, 

które się nigdy nie spełnią.

Max podejrzewał jednak, że jego dużo starszy przyjaciel spędza mnóstwo czasu na 

rozmyślaniach o domu - ich prawdziwym domu. Kiedy chłopiec dowiedział się, że Ray też 

jest kosmitą, w jego umyśle zarysował się pewien idealny obraz. Nikomu się do tego nie 

przyznawał, ale wyobrażał sobie, że ich stosunki ułożą się tak jak w „Gwiezdnych wojnach” 

pomiędzy Lukiem Skywalkerem a Yodą. Ray stanie się jego mistrzem, przekaże mu całą 

swoją mądrość, opowie o jego rodzicach i nauczy go bardziej wyrafinowanych sposobów 

korzystania z mocy. Może to było głupie, ale tak właśnie myślał.

Wszystko jednak odbyło się zupełnie inaczej. Ray opowiedział jemu i Michaelowi o 

śmierci ich rodziców. Pokazał im hologram statku kosmicznego, który rozbił się na pustyni w 

pobliżu   Roswell   w   1947   roku.   Opowiedział   też   o   tym,   jak   przenosił   ich   inkubatory   ze 

zniszczonego statku do jaskini, gdzie mieli zagwarantowane bezpieczeństwo na długie lata, 

dopóki   nie   osiągną   odpowiedniego   stadium   dojrzałości.   Pokazał   im   nawet   kilka   nowych 

sposobów wykorzystania posiadanej przez nich mocy, dzięki którym łatwiej im byłoby się 

ukryć   przed   szeryfem   Valentim.   Kiedy   łowcy   głów   zaczęli   prześladować   Marię,   Ray 

natychmiast przyszedł jej z pomocą.

I   to   wszystko.   Był   bardzo   zadowolony,   że   Max   pracuje   u   niego   w   muzeum,   ale 

zachowywał się tak, jakby obaj byli zwykłymi ludźmi. I tego samego wymagał od Maxa.

To   jednak   zdecydowanie   nie   wystarczało   siedemnastoletniemu   chłopcu.   Chciałby 

nauczyć   się   od   Raya   historii   ich   planety,   poznać   jej   kulturę,   dowiedzieć   się   o   niej 

wszystkiego. Tylko starszy doświadczony kosmita mógł mu powiedzieć, czy te potwornie 

głośne dźwięki mogły mieć jakiś związek z jego pochodzeniem. Ale prawdopodobnie Ray 

zamknąłby się w sobie i nie odpowiedział na to pytanie.

Max,   wysiadłszy   z   jeepa,   ruszył   wolnym   krokiem   przez   parking.   Zdjął   okulary 

słoneczne i zaczepił je na wycięciu podkoszulka.

- Odkryłem   wspaniały   obraz  foo   fighters,  wojowników   fu   -   pospieszył   Ray   z 

informacją, ledwie chłopak przekroczył próg. - Chodź zobaczyć - powiedział i nie czekając na 

odpowiedź, ruszył na tyły muzeum.

- Nie wiedziałem, że Foo Fighters mają jakieś powiązania z UFO - zauważył Max, 

background image

idąc za nim.

- Nie tak głośno - ostrzegł go szef, rozglądając się szybko dokoła. Po drugiej stronie 

sali kilku turystów oglądało podkoszulki. - Ludzie płacą niemałe pieniądze, by móc tu przyjść 

i napawać się faktem, że znajdują u nas potwierdzenie swoich zwariowanych teorii. Uważam, 

że jest to wielkomiejska wersja legendy, nawiązująca do drugiej wojny światowej.

- Ja mówię o zespole rockowym! A ty o czym?

Za   rogiem   wisiał   ogromny   obraz   olejny,   który   przedstawiał   przestarzałego   typu 

samolot myśliwski, ścigany przez pomarańczowe i zielone ogniste kule.

- Zespół wziął swoją nazwę od wojowników fu. Tak określano te niesłychanie szybkie 

błyszczące kule i srebrzyste dyski, które, rzekomo, podążały podczas wojny za samolotami i 

statkami w Europie i na Pacyfiku. Ufologowie uznali je za UFO - tłumaczył Ray. - A jeśli 

ktoś cię o nie zapyta, to też w to wierzysz. Rozumiesz? - dodał, patrząc na Maxa.

- Moją misją życiową jest zwodzenie publiczności - odpowiedział chłopak. Teraz był 

dobry moment, by spytać o to, co się wydarzyło w samochodzie.

- Wydaje mi się, że ten obraz jest przekrzywiony - rzekł jego szef, przechylając głowę 

na bok. - Dobrze, że jeszcze nie zabrałem drabiny.

- Zaraz to poprawię. - Max wszedł na drabinę i opuścił z lekka jeden róg obrazu. - 

Teraz dobrze? - Sam stał zbyt blisko, żeby móc to ocenić. Malowidło było tak wielkie, że 

zajmowało całe jego pole widzenia. Wpatrywał się w nie jak urzeczony. Wydawało mu się, że 

pomarańczowe  i zielone wibrujące kule lecą wprost na niego. Bił od nich taki blask, że 

jarzyły się przed jego oczami. - Ray? Czy teraz jest prosto? - powtórzył. Czuł, że porusza 

ustami, chcąc wypowiedzieć te słowa, ale nie słyszał żadnego dźwięku. Zdał sobie nagle 

sprawę, że w muzeum panuje absolutna cisza. - Ray! - krzyknął. Czuł pracę mięśni krtani, ale 

nie mógł wydobyć z siebie głosu.

Chciał odwrócić głowę, żeby spojrzeć na szefa, lecz jego wzrok przykuwały barwy 

obrazu. Były teraz jaśniejsze. Tak oślepiające, że zaczęły go piec oczy.

Odwróć   się!   I   to   już!   -   nakazał   sobie.   Ale   kolory   były   tak   piękne,   tak   żywe, 

hipnotyzujące. Jakby patrzył w słońce. Nie potrafił oderwać od nich wzroku.

Oczy   go   paliły.   Zielone   i   pomarańczowe   kule   wybuchały   tuż   przed   jego   twarzą 

jarzącymi się odpryskami barw.

Max nagle poczuł, że robi mu się ciemno przed oczami. Już nie czuł drabiny pod 

stopami. Spadał.

Wiedział, że jest nie wyżej niż metr nad podłogą. Powinien więc już upaść. Nadal 

jednak wirował w tej czarnej, pustej przestrzeni, obracając się, przekręcając, koziołkując. I 

background image

wciąż spadał.

Wreszcie się to skończyło. Poczuł pod plecami ceramiczne płytki podłogi muzeum. 

Słyszał głos Raya, wymawiający jego imię.

Max uniósł trochę powieki i zobaczył jakieś kolorowe plamy, ale nie zrobiły na nim 

żadnego wrażenia. Nie miały nic wspólnego z zielonymi i pomarańczowymi kulami z obrazu. 

Otworzywszy szeroko oczy, usiadł na podłodze.

- Nic ci nie jest? Co się stało? - spytał szef.

- Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz - wymamrotał chłopiec, przecierając twarz.

- Nic mu nie jest - Ray zwrócił się do grupki turystów, którzy stanęli koło nich. - 

Proszę kontynuować zwiedzanie. Niech państwo zwrócą uwagę na wystawę zagadkowych 

kręgów, które pozaziemskie istoty zakreśliły na polach naszych farmerów. - Pomógł Maxowi 

wstać. - Chodź. Musisz się czegoś napić.

Zaprowadził chłopaka do małej kawiarni na tyłach muzeum.

- Chcesz wody, Lime Warp czy czegoś innego?

Max   potrząsnął   głową.   Chciał   tylko   jak   najszybciej   otrzymać   potrzebną   mu 

informację.

- Nie, nie chcę niczego. Musisz mi tylko pomóc zrozumieć, co się ze mną dzieje. 

Stałem na drabinie i wszystko było w porządku. Po chwili zielone i pomarańczowe kule na 

obrazie rozjaśniły się i zaczęły palić mi oczy.  Potem całkowicie oślepłem. I ogłuchłem... 

właściwie to najpierw ogłuchłem. Później zacząłem spadać. Wydawało mi się, że spadam z 

drapacza   chmur.   To   trwało   wieki,   zanim   wylądowałem   na   podłodze.   -   Wypowiedział   to 

głośno... i poczuł się głupio. Może miał po prostu gorączkę albo coś takiego.

- Czy to ci się zdarzyło po raz pierwszy? - Ray wpatrywał się w chłopca badawczym 

wzrokiem.

- Kiedy tu jechałem, również przytrafiło mi się coś dziwnego. Wszystkie dźwięki stały 

się potwornie głośne. Myślałem, że popękają mi bębenki w uszach. Później wszystko ustało, 

wróciło do normalnego stanu. Pomyślałem, że kosmici doznają pewnie podobnych sensacji - 

dodał ściszonym głosem. - Ale może to jest...

- Dobrze myślałeś  - przerwał mu Ray.  - A bywało, że czułeś się nagle potwornie 

wyczerpany?

- Tak. To mi się przydarzyło  chyba dwa razy - przyznał Max, wracając myślą  do 

ostatnich tygodni. Nic sobie zresztą nie robił z tych nagłych ataków zmęczenia.

Ray skinął głową. Jego twarz miała poważny wyraz.

- Właśnie mi opisałeś pierwsze stadium akino.

background image

- A co to takiego? - spytał oszołomiony chłopak. Usiłował zachować spokój i myśleć 

rozsądnie, chociaż w tonie przyjaciela było coś szczególnego, co wzbudziło jego niepokój. 

Poza tym w aurze Raya pojawiły się alarmujące, jadowicie żółte pasma, przesłaniając łagodną 

zieleń i błękit, które zwykle ocieplały jego połyskliwie białą otoczkę.

- Nasza rasa... ma świadomość zbiorową - zaczął. - To taki ponadzmysłowy Internet. 

Cała   wiedza,   wszystkie   doświadczenia   życiowe,   wszystkie   nasze   emocje   znajdują   swoje 

miejsce w zbiorowej pamięci. Kiedy młoda osoba osiąga dojrzałość, może po raz pierwszy 

nawiązać łączność ze świadomością zbiorową. Ten rytuał nosi nazwę akino. Objawy, które 

opisałeś, nadwrażliwość na dźwięki, wyczerpanie, są oznaką, że już nadszedł dla ciebie czas 

na nawiązanie łączności.

Max odetchnął z ulgą.

- Więc to jest dobry sygnał, prawda? - To było  więcej niż dobre, było wspaniałe. 

Świadomość zbiorowa udzieli mu odpowiedzi na każde pytanie  dotyczące  jego  rodzinnej 

planety i jej mieszkańców.

Trochę się odprężył. Okazało się, że nie ma żadnej ohydnej choroby, na którą zapadają 

wyłącznie kosmici. Ray, który wiedział wszystko, bezpiecznie go przeprowadzi przez to całe 

akino.

- W innej sytuacji byłby to powód do świętowania - przyznał Ray. - Tak jak u ludzi 

uzyskanie pełnoletniości czy też ślub. Ale...

- Tak, wiem. Ja żyję na Ziemi. Tu jest mój dom. Nie powinienem tracić czasu na 

rozmyślania o miejscu, którego nigdy nie zobaczę - przerwał mu Max.

- Nie o tym chciałem mówić. Nie ulega wątpliwości, że musisz nawiązać łączność ze 

świadomością zbiorową, i to wkrótce. Chodzi o to, że mieszkamy zbyt daleko. Potrzebne ci 

będą kryształy integracyjne, a one są na statku.

- Statek? Przecież on gdzieś zniknął, zaraz po katastrofie. Nie wiemy, gdzie jest - 

zaprotestował Max. - Od lat szukamy go z Michaelem.

Ray   wziął   go   za   rękę,   co   było   dość   dziwne   w   przypadku   faceta,   który   unika 

fizycznego kontaktu. Chłopakowi ponownie napięły się mięśnie, a po chwili odczuwał już ból 

w całym ciele.

- Jeśli nie nawiążesz łączności ze świadomością zbiorową, to umrzesz. - Ray mówił 

wolno i wyraźnie.

Umrzesz...   To   słowo   pozbawiło   Maxa   tchu.   Nie.   To   niemożliwe.   Kilka   napadów 

słabości nie mogło oznaczać śmiertelnej choroby.

- Zaczekaj - rzekł. - Całe życie mieszkam na Ziemi. Nie możesz wiedzieć, jaki to 

background image

mogło wywrzeć wpływ na moje ciało. Skąd pewność, że moje reakcje będą podobne do tych, 

jakie miałbym na rodzinnej planecie. - Chłopiec chciał wyrwać dłoń z uścisku przyjaciela, ale 

ten przytrzymał ją mocniej.

- Masz rację. Nie wiem, w jaki sposób fakt, że wzrastałeś na tej planecie, mógł na 

ciebie wpłynąć. Ale wiem jedno - oświadczył Ray. - Wiem, że objawy, które mi opisałeś, 

bolesna   nadwrażliwość   na   dźwięki   i   jaskrawe   kolory,   to   dokładnie   to,   przez   co   sam 

przechodziłem, kiedy nadszedł czas mojego akino.

- To nic nie znaczy. A ja cię zawsze brałem za naukowca. Nie uważasz, że twoja 

hipoteza nie ma solidnych podstaw? - spytał Max. Znowu spróbował wyrwać rękę; tym razem 

Ray puścił jego dłoń.

Chłopiec skrzyżował ręce na piersi, przykrywając dłoń, którą przed chwilą trzymał 

Ray. Nadal czuł, że mu drży.

- Może masz rację - powiedział łagodnie Ray. wycierając rękawem plamę kawy z 

małej twarzyczki kosmity, namalowanego na stole. - Ale w przypadku, gdybyś jej nie miał, 

ja...

Chłopak czuł, że traci grunt pod nogami. Miał ściśnięte gardło i mokre oczy. Nie 

ośmielił się zamrugać, by nie popłynęły łzy.

Zerwał się tak gwałtownie, że omal nie przewrócił krzesła, chwycił je, ustawił na 

miejscu i odetchnął głęboko.

- Co mam teraz robić? - spytał. - Wiem, że płacisz mi nie tylko za to, że rosną mi 

włosy na głowie.

Ray uśmiechnął się - może dlatego, że chłopiec użył jego ulubionego powiedzonka, a 

może dlatego, że Max tak szybko potrafił zmienić temat rozmowy.

- Mógłbyś pójść do magazynu i poszukać czegoś na temat wojowników fu na naszą 

wystawę.

- Już idę. - Chłopak cofnął się o trzy kroki i ponownie wrócił do stolika. - Ray, jeśli to 

ty masz rację i będę musiał nawiązać łączność ze świadomością zbiorową, to ile czasu mi 

zostało?

- Trudno przewidzieć. Może kilka miesięcy. A może kilka dni.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Może   już   czas  zamykać?   -  jęknęła  Maria  DeLuca.  -  Och,  żeby  już  można  było 

zamknąć   kawiarnię.   -   Zsunęła   z   lewej   stopy   nowy   pantofel   i   zaczęła   oglądać   ogromny 

pęcherz na pięcie.

- Za   pięć   minut   -   odezwała   się   jej   najlepsza   przyjaciółka,   Liz   Ortecho.   -   Nie 

rozumiem, dlaczego włożyłaś te buty do pracy.

- Ponieważ jestem w nich prawie wysoka - wyjaśniła jej Maria. - Nie rozumiesz, co to 

znaczy   być   niską.   Wszyscy   zachowują   się   tak,   jakbym   była   jakimś   mutantem,   trochę 

dziewczyną, a trochę szczeniaczkiem. Obcy ludzie głaszczą mnie po głowie.

To   była   prawda,   chociaż   nie   całkowita.   Maria   rzeczywiście   chciała   być   wyższa. 

Jednak,   szczerze   mówiąc,   wybrała   te   pantofle   niezupełnie   z   powodu   wzrostu.   Chciała 

wyeksponować nogi, a te buty nadawały łydkom zabójczy wygląd.

Ojciec Liz załamał się wreszcie i kupił kelnerkom pracującym w kawiarni Latający 

Talerz nowe mundurki w stylu wzorowanym na „Facetach w czerni”. Maria wybrała czarną 

spódniczkę zamiast czarnych spodni. W nowej spódniczce i w nowych butach nie stała się od 

razu tak piękna jak Liz, ale to połączenie dodało jej wdzięku.

Niestety, Michael Guerin nie pokazał się dziś w kawiarni. A Maria tak bardzo chciała, 

żeby to właśnie on oglądał jej nowe wcielenie. Zwykle spędzał tu mnóstwo czasu, choć, 

oczywiście, nie miał zwyczaju uprzedzać jej, kiedy wpadnie, co byłoby dla niej ogromnym 

ułatwieniem. Również dla jej stóp.

- Ludzie nie głaszczą cię po głowie dlatego, że jesteś niska, tylko dlatego, że masz 

takie sprężyste loczki - wytłumaczyła jej Liz. - Dotykają ich, żeby zobaczyć, czy nie zaczną 

się rozkręcać z metalicznym trzaskiem.

- Dziękuję za wyjaśnienie. - Maria zachichotała.

- Ja pozbieram  cukierniczki,   a ty możesz  wsypywać  do  nich  cukier  -  powiedziała 

przyjaciółka. - W ten sposób będziesz stała za ladą... i nikt nie zauważy, że jesteś bez butów.

Zmaltretowana elegantka natychmiast zrzuciła z nóg te narzędzia tortur, które udawały 

pantofle. Aaach! Z radością poruszyła palcami i uklękła, żeby wyjąć cukier. Kiedy miała już 

karton w ręku, rozległy się początkowe dźwięki „Close Encounters”.

Dzwoneczki przy drzwiach. Ktoś wchodził. Maria chwyciła lewy pantofel i wbiła w 

niego stopę. Poczuła, że ma mokrą piętę - pęcherz pękł. Nie zważając na ból, trzymając się 

lady, włożyła prawy but. Wyprostowała się, starając się zachować obojętny wyraz twarzy, 

który miał mówić: nie słyszałam żadnych dzwoneczków.

background image

Rutynowy uśmiech zamarł jej na ustach, kiedy zobaczyła Elsevana DuPrisa, stojącego 

tuż obok kasy. Na widok tego faceta dostawała gęsiej skórki, co wcale nie znaczyło, że nie 

zachowywał   się   po   przyjacielsku.   Był   nawet   trochę   zbyt   przyjacielski.   Jego   południowy 

akcent   też   wydawał   się   trochę   zbyt   południowy;   brzmiał   fałszywie.   Człowiek   od   razu 

zastanawiał się dlaczego. Dlaczego ktoś kręci się po mieście w białym garniturze i białych 

butach,   obracając   laseczkę   w   dłoni   i   posługując   się   wyraźnie   fałszywym   akcentem   z 

Południa?

DuPris   był   wydawcą   „Drogi   do   Gwiazd”,   pisma   zajmującego   się   wyłącznie 

kosmitami, lokalnego brukowca. Można się więc było spodziewać, że taki facet będzie nieco 

ekstrawagancki, ale wszystko ma swoje granice.

- Właśnie robię ankietę dla mojej gazety, może zechciałaby mi pani w tym pomóc - 

zaczął   DuPris,   przeciągając   samogłoski.   -   Uważam,   że   istnieje   związek   pomiędzy 

umiejętnością zwijania języka  w trąbkę a obecnością kosmity w drzewie genealogicznym 

danej osoby. Sądzę, że byłoby ciekawe dowiedzieć się, ze zrozumiałych powodów, czy w 

naszym pięknym mieście jest wiele takich osób.

Liz   szybko   podeszła   do   lady   i   postawiła   na   niej   kilka   cukierniczek   w   kształcie 

latających talerzy.

- To   rzeczywiście   interesujące.   Z   przyjemnością   zapoznałabym   się   kiedyś   z   tymi 

danymi, ale teraz już zamykamy lokal, więc...

- Więc powiem wam, młode damy, dobranoc. Na pewno dostarczę paniom... wstępne 

wyniki mojej ankiety - powiedział DuPris. Uchylił ronda białej panamy i ruszył do drzwi.

Liz poszła za nim i kiedy tylko znalazł się za progiem, przekręciła klucz w zamku.

Maria   uśmiechnęła   się,   zrzucając   buty  z   nóg.   Jej   przyjaciółka,   kiedy   było   trzeba, 

potrafiła dać nauczkę takim typom. Gdyby jej nie było, ona prawdopodobnie zwinęłaby dla 

DuPrisa język w trąbkę, wiedząc, że robi z siebie idiotkę. Potem dałaby się wciągnąć w długą 

rozmowę, dając mu delikatnie do zrozumienia, że musi wracać do pracy, ale nie umiejąc 

uwolnić się od jego towarzystwa.

Liz wróciła z butelkami ketchupu. Na jej widok Maria zwinęła język w trąbkę.

- Więc jesteś po części kosmitką - zażartowała z niej przyjaciółka. - Co jeszcze masz 

do ukrycia?

- Chyba już nic. Wiesz przecież, że tak naprawdę jestem mężczyzną - odpowiedziała 

Maria, biorąc się za napełnianie cukierniczek.

- To tylko mały sprawdzian - poinformowała ją Liz. - Utrzymywanie sekretów przede 

mną jest poważnym pogwałceniem prawa. Nie chciałabym zostać zmuszona do postawienia 

background image

cię przed sądem dyscyplinarnym za łamanie zasad, których najlepsze przyjaciółki powinny 

przestrzegać. - Weszła za ladę, kierując się do kuchni.

Maria   spojrzała   w   tamtym   kierunku.   Żarty   Liz   zawierały   trochę   prawdy. 

Rzeczywiście, ostatnio nie była z nią całkowicie szczera.

Liz wróciła, niosąc ogromny plastikowy dzbanek ketchupu i lejek.

- Okay,   okay.   Włożyłam   te   pantofle,   bo   miałam   nadzieję,   że   przyjdzie   Michael   - 

wyrzuciła z siebie Maria. - Tak. Jestem w nim beznadziejnie, żałośnie zadurzona.

- O tym to już wiedziałam. - Jej przyjaciółka roześmiała się. - Miałam na myśli sprawę 

twoich zdolności parapsychicznych. Jak mogłaś nie powiedzieć mi o czymś tak poważnym? - 

Odkręciła butelkę ketchupu i włożyła do niej lejek.

Maria czuła, że się czerwieni. Za chwilę cała jej twarz stanie w ogniu.

- Do tej pory czuję się jak idiotka. Nie mogę uwierzyć, jak mogłam pomyśleć, że mam 

zdolności   parapsychiczne.   Żebyś   mnie   wtedy   widziała!   Byłam   niesamowicie 

podekscytowana, że jestem obdarzona tak niezwykłą mocą. To było niesamowite! Trzymasz 

coś,   co   należy   do   jakiejś   osoby,   i   dokładnie   widzisz,   co   ona   w   danej   chwili   robi.   A 

uzdrowienie Sassy? To było niesłychane.

- Nie powinnaś czuć się jak idiotka. Skąd mogłaś wiedzieć, że w pierścieniu, który 

znalazłaś w centrum handlowym, jest kamień mocy kosmitów?

Liz odsunęła butelki ketchupu i obróciła się do Marii.

- Chcę   wiedzieć,   dlaczego   nic   mi   o   tym   wszystkim   nie   powiedziałaś.   -   Patrzyła 

wyczekująco, a jej ciemnobrązowe oczy miały wyraz powagi.

Sprawiłam jej wielką przykrość, uświadomiła  sobie Maria. Mnie byłoby tak samo 

przykro, gdybym się dowiedziała, że ona ukrywa przede mną coś ważnego.

- Nie miałam zamiaru od niczego cię odsuwać - tłumaczyła. - Chodziło mi tylko o to, 

że sama nie byłaś w najlepszej formie, w związku z tą sprawą z Maxem. To nie był dobry 

moment, żeby cię w to wciągać.

- Mario, bez względu na to, co się dzieje ze mną, zawsze chcę wiedzieć, co się dzieje z 

tobą - oświadczyła Liz. - Gdybyś mi powiedziała, może mogłabym...

- Przestań. Ty i Max zachowujecie się tak, jakbyście byli odpowiedzialni za problemy 

każdego z nas. A to nie jest tak. - Maria westchnęła głęboko. - Wiesz co? Gdybym ci się 

wtedy ze wszystkiego zwierzyła, mogłabyś chcieć mnie powstrzymać, zanim...

- Zanim omal nie postradałaś życia - dokończyła za nią przyjaciółka.

- Tak.   Właśnie   dlatego   niczego   ci   nie   powiedziałam.   Nie   chciałam,   żebyś   mnie 

powstrzymała.   Mówiłam,   że   nie   wprowadzałam   cię   w   tę   całą   sprawę,   ponieważ   byłaś 

background image

zrozpaczona z powodu Maxa. Ale to nie jest cała prawda. W głębi serca wiedziałam, że wdaję 

się w coś niebezpiecznego. Traciłam przytomność, leciała mi krew z nosa. - Usłyszała, jak 

Liz gwałtownie wciąga powietrze, ale nie przestawała mówić. Musiała to z siebie wyrzucić. - 

Nie chciałam zrezygnować z korzystania z mocy ani być powstrzymaną przez ciebie, dopóki 

nie odnajdę miejsca, w którym ukryto statek rodziców Michaela.

- Więc w tym wszystkim chodziło tylko o Michaela.

- Miałam taki niemądry pomysł. Myślałam, że jeśli mogłabym to dla niego zrobić... - 

Maria potrząsnęła głową. - Zapomnij o tym. To jest zbyt głupie, żeby mogło być wyrażone 

słowami.

- To  nie  jest  głupie  -  uspokajała  ją  przyjaciółka.   - No   dobrze,  może  i  głupie,  ale 

potrafię to zrozumieć.

- To mnie podnosi na duchu - mruknęła Maria, a po chwili popatrzyła przyjaciółce w 

oczy. - Dobrze się teraz czuję, kiedy już ci wyznałam całą prawdę.

- Więc doszłyśmy do porozumienia. Nigdy więcej sekretów - oświadczyła Liz.

- Nigdy więcej sekretów - obiecała Maria. Pchnęła drzwiczki w ladzie i przeszła na 

drugą stronę, by ustawić cukiernice na stolikach.

- Mario! - zawołała jej przyjaciółka.

Maria obróciła się w jej stronę. Wiedziała, że nie obejdzie się bez kazania na temat 

narażania życia.

- Dlaczego nie powiesz Michaelowi o swoich uczuciach? - spytała Liz.

- Dlaczego?  - Maria oblała się rumieńcem.  - Bo mógłby się tylko  roześmiać  albo 

zacząć się dziwnie zachowywać, albo mógłby mnie unikać - wyliczała drżącym głosem. - 

Mógłby przestać wchodzić do mnie w nocy przez okno... a ja nie wiem, czybym to przeżyła.

- A   wiesz,   co  by  się   jeszcze   mogło   wydarzyć?   -  Liz   zadała  to   pytanie   łagodnym 

tonem. - Mógłby ci powiedzieć, że odwzajemnia twoje uczucia.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

- Postanowiłem w tym tygodniu umieścić na swojej liście tych Billów, którymi sam 

chciałbym być. Numer jeden: Bill Gates. Numer dwa: Billy Baldwin. Numer trzy: Pan Bill. 

Co o tym myślicie? Może to głupie?

To samo miejsce na dziedzińcu, gdzie jedli wczoraj lunch. Ci sami ludzie. Prawie 

identyczna rozmowa, dotycząca kolejnych pomysłów Alexa, jakie listy ma umieścić na swojej 

stronie internetowej, uświadomiła sobie Liz. Uśmiechnęła się. Właśnie tak było dobrze, nie 

chciałaby, żeby to się zmieniło.

- A jak ci się podoba pomysł, żeby wprowadzić jakieś określenia na facetów, którzy 

zbyt wiele czasu poświęcają swojej stronie w Internecie? - zaproponował Michael. - Numer 

jeden: chłopiec WuWuWu.

- Wiesz, ile mam tam hitów? A każda lista ma swój ciąg dalszy. To jest już sprawa 

kultowa - zaprotestował Alex.

- Numer dwa: sztuczna inteligencja - poddała Maria. Liz zauważyła, że Isabel nie staje 

w obronie swojego chłopaka. Nie wiedziała, co myśleć o układzie Alex - Isabel. To wcale nie 

znaczyło, że nie lubi tej dziewczyny. Bardzo się ostatnio zbliżyły. Jednak Isabel i Alex... nie 

stanowili prawdziwej pary. Coś między nimi nie grało.

Isabel   była   dziewczyną   na   szczycie   szkolnej   listy   przebojów,   wzbudzając   ogólne 

zainteresowanie,   zazdrość,   pożądanie,   niechęć   i   różne   kombinacje   tych   emocji   prawie   w 

każdym.

A Alex był...

- A   może   dodać   tam   jeszcze   nieciekawego   typa?   -   Maria   przerwała   bieg   myśli 

przyjaciółki, snując dalsze rozważania o stronach www.

Nie, Alex na pewno nie był nieciekawym typem. Po prostu nie wyróżniał się z tłumu, 

jak   Isabel.   Trzeba   było   go   dobrze   poznać,   żeby   się   zorientować,   jakim   jest   fajnym 

chłopakiem. Miał wspaniałe, odlotowe poczucie humoru i silne przekonanie o własnej racji - 

jeśli w coś wierzył, to nic nie mogło go zmusić do zmiany zdania. Poza tym miał zabójczo 

zielone oczy, kasztanoworudawe włosy i szczupłe muskularne ciało.

Liz nie widziała w tym nic dziwnego, że jakaś dziewczyna ma ochotę być z Alexem. 

Na   pewno   dotyczyło   to   wielu   dziewczyn.   Ale   Isabel?   Potrząsnęła   głową.   No,   ale   jeśli 

wszystko się między nimi dobrze układa... A wyglądało na to, że tak właśnie jest.

- Liz, Max, wymyślcie coś! - zawołał Alex. - Ja wszystko zniosę - dodał, uderzając się 

pięścią w pierś.

background image

- Hm, cybercymbał? - zaproponowała Liz.

- Może ktoś chce dokończyć moją kanapkę? - spytał Max.

- Ja - odezwali się jednocześnie Alex i Michael.

Liz obrzuciła Maxa uważnym spojrzeniem. W zeszłym tygodniu zemdlał nagle. Od 

tamtej pory wielokrotnie pytała go, czy dobrze się czuje, a on niezmiennie odpowiadał, że tak. 

Ale dla niej liczyły się fakty - fakt, że stale był osowiały; fakt, że niewiele jadł; fakt, że jego 

skóra   nabrała   szarawej   barwy.   Te   fakty   sprawiały,   że   wątpiła   w   jego   zapewnienia.   Nie 

chciała, by powtórzyło  się to, co niedawno spotkało Marię. Jeśli Maxowi coś dolega, to 

powinna o tym wiedzieć.

Usłyszeli  dzwonek. Isabel  i Maria  poszły wolnym  krokiem na  zajęcia  z  literatury 

angielskiej, a Michael i Alex udali się w przeciwnym kierunku. Liz została sama z Maxem.

- Jesteś gotowa na kolejną przygodę w cudownym świecie nauk ścisłych? - spytał, 

podnosząc się na nogi. Jego głos brzmiał normalnie, tyle tylko, że chłopak był trochę zbyt 

wesoły, jakby starał się odnaleźć swój właściwy ton i przeszarżował.

- Jak zawsze - odpowiedziała Liz. W swoim głosie też słyszała fałszywe nuty.

To śmieszne, pomyślała. Kochała Maxa i wiedziała, że on odwzajemnia to uczucie. 

No tak, zgodzili się - co prawda, to on się przy tym upierał, ale Liz zaakceptowała tę sytuację 

- że pozostaną tylko przyjaciółmi. Czy musieli jednak zachowywać się aż tak nienaturalnie? 

Dlaczego   nie   mógł   wyznać   jej   prawdy,   jakakolwiek   była,   i   dlaczego   ona   nie   mogła   mu 

powiedzieć, żeby przestał udawać i przyznał się, co mu dolega?

Może   dlatego,   że   wciąż   jesteśmy   bardzo   ostrożni   we   wzajemnych   stosunkach, 

pomyślała, kiedy zmierzali w stronę głównego budynku. Udało się nam zasłonić te wszystkie 

skomplikowane   relacje   fasadą   przyjaźni,   która   jeszcze   nie   jest   zbyt   trwała.   Może   oboje 

podejrzewamy, że łatwo byłoby ją zniszczyć.

Weszli do budynku i w milczeniu szli po schodach. Słyszała ciężki oddech Maxa. 

Kolejny fakt świadczący o tym, że nie był w dobrej formie. Kilkanaście stopni nie powinno 

powodować zadyszki.

Kiedy przechodzili przez hol, Liz zwolniła kroku, żeby pozwolić mu złapać oddech.

- Czytałam   o   tym   doświadczeniu,   które   mamy   dzisiaj   robić.   Wydało   mi   się   dość 

interesujące   -   powiedziała,   gdy   weszli   do   laboratorium   i   skierowali   się   do   wspólnego 

stanowiska.

Max nie odezwał się.

Liz Ortecho, królowa bezsensownej paplaniny, pomyślała.

- Mamy dzisiaj przed sobą kolejne długie doświadczenie - oznajmiła pani Hardy. - 

background image

Możecie   już   zaczynać.   Powoli   dotrę   do   wszystkich   stanowisk,   ale   jeśli   będziecie   mieć 

pytania, to zwracajcie się do mnie od razu.

- Przygotuję palnik - powiedział Max.

- A ja zważę próbki - zaofiarowała się Liz.

Teraz   przynajmniej   nie   musieli   niczego   udawać.   Oboje   traktowali   pracę   w 

laboratorium bardzo poważnie. Stanowili zgraną drużynę.

Wyciągnęła wagę z szafki. Była brudna, więc Liz podeszła do zlewu, odkręciła wodę, 

namoczyła w niej długi kawał brązowego papierowego ręcznika i zaczęła myć wagę. Czy ci 

naukowcy amatorzy nie wiedzą o tym, że brudna waga może zmienić wszystkie wyniki? - 

pomyślała.

- Max! - usłyszała głos pani Hardy, dobiegający od stanowiska na przodzie sali. - Ten 

płomień jest o wiele za wysoki.

Liz   spojrzała   w   kierunku   chłopca.   Pani   Hardy   miała   rację;   płomień   palnika 

bunsenowskiego był o kilka centymetrów wyższy, niż powinien być, a czubek palca Maxa 

znajdował się w środku płomienia!

Uderzył ją zapach palonej skóry, poczuła nagły ucisk w gardle. Co on wyprawia? Nie 

czuje, że przypala sobie palec? Szybko wyciągnęła rękę i zakręciła palnik. Płomień zgasł.

- Nic ci nie jest? - spytała. - Pokaż palec.

- Wszystko w porządku - rzucił chłopiec, nie pokazując jej ręki.

- Nie może być w porządku - odparowała. - Trzymałeś palec w ogniu. A twoja skóra... 

Max, twoja skóra przypiekała się.

Muszę iść przebrać się przed próbą - powiedziała Isabel, nie odsuwając się jednak od 

Alexa. Zbyt dobrze się czuła w jego objęciach. Tyle tylko, że napierał na nią zbyt mocno; 

krawędź metalowej ławki stadionu wbijała jej się w plecy.

- Mógłbym   ci   pomóc   -   szepnął   jej   do   ucha.   Jego   gorący   oddech   przenikał   ją 

dreszczem. Wyciągnął rękę i zaczął rozpinać jej bluzkę.

Isabel odsunęła się od niego.

- Dziękuję ci, sama dam sobie radę. - Siedzieli plecami do stadionu, więc nikt chyba 

tego nie widział. Mimo to...

Alex zaczął powoli zapinać guziki. Potem wygładził jej kołnierzyk i odgarnął włosy z 

czoła Isabel. Potrafił być niezwykle czuły. Zawsze ją to wzruszało.

- I - s - a - b - e - l! - w hali sportowej rozległ się przenikliwy, afektowany głos Stacey 

Scheinin. - Rusz się. Ty na pewno nie możesz sobie pozwolić na to, żeby choć trochę spóźnić 

się na próbę. Najpierw obejrzymy wideo z naszego ostatniego pokazu. Zrozumiesz wtedy, o 

background image

czym mówię.

- Chcesz, żebym ją zabił? - spytał Alex.

- Może   na   moje   urodziny   -  zaproponowała   Isabel.   Szybko   musnęła   go  wargami   i 

odskoczyła, zanim zdążył porwać ją w objęcia.

- Pamiętaj, że dziś wieczorem jesteś zaproszona do nas na kolację - powiedział.

- Jakbym mogła o tym zapomnieć. - No właśnie, jak? Przez cały tydzień obmyślała 

preteksty, które pozwoliłyby jej się od tego wymigać. Raz, co prawda, spotkała jego matkę i 

ta wydała się dość miła, ale ojciec musiał być okropny. A do tego jeszcze dwóch braci. Alex 

prawie nigdy o nich nie mówił, więc nie wiedziała, czego może się spodziewać.

- Do zobaczenia za parę godzin. - Isabel skierowała się wolnym krokiem do szatni, 

celowo nie okazując pośpiechu.

Stacey   przytrzymała   jej   drzwi,   marszcząc   gniewnie   czoło.   Isabel   uśmiechnęła   się 

promiennie, aby pokazać, że nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.

- Słuchajcie, dziewczyny. Isabel potrzebuje naszej pomocy! - zawołała Stacey, idąc za 

nią wzdłuż rzędów szafek na ubranie. - Ma nowego chłopaka, któremu koniecznie należałoby 

zmienić  wygląd.  Widziałyście   go  przecież.  Macie   jakiś  pomysł?  Ja  wymyśliłam  tatuaż   z 

napisem: „Moje serce należy do Isabel”.

Isabel chciała powiedzieć, że z jej strony jest to tylko akt miłosierdzia w stosunku do 

Alexa. Przecież on by tego nie usłyszał i nigdy się nie dowiedział. Ale wtedy poczułaby się 

podle, uznała więc, że nie warto.

- Tak. Tatuaż to wspaniały pomysł. Isabel mogłaby też mieć taki! - zawołała jakaś 

dziewczyna z sąsiedniego rzędu szafek. Była to jedna z fanek Stacey. Wszystkie usiłowały 

naśladować afektowany głos swej idolki. Żałosne gęsi!

- Nie wygląda na to, żeby miał dużo pieniędzy, przynajmniej sądząc po jego ubraniu - 

zauważyła   kolejna.   -   Powinien   mieć   coś   taniego.   Na   przykład   ładną   torbę   papierową   na 

głowę.

Tak,   gdyby   chodziła   z   nim   Stacey,   powiedziałabyś,   że   jest   wspaniały,   pomyślała 

Isabel. Usiadła na drewnianej ławeczce przed swoją szafką i wystukała szyfr. Nic z tego. 

Spróbowała ponownie. Dalej nic. Dopiero wtedy zorientowała się, że jej szafka jest obok.

- Co jeszcze?! - zawołała Stacey, podskakując. - Jeden tatuaż i jedna papierowa torba 

to o wiele za mało. No, dalej. Nasza koleżanka potrzebuje pomocy.

Tish Okabe usiadła obok Isabel.

- Uważam, że Alex jest uroczy - odezwała się głośno.

- Ty uważasz, że każdy jest uroczy! - wrzasnęły trzy dziewczyny naraz.

background image

Isabel uporała się z zamkiem i otworzyła metalowe drzwiczki szafki. To miłe, że Tish 

broni Alexa, pomyślała, wiedząc, że sama powinna to zrobić. Ale nic nie przychodziło jej do 

głowy. Cokolwiek by powiedziała, Stacey i tak zaraz by to przekręciła. Chyba lepiej nie 

zwracać na nią w ogóle uwagi. A może powinnam wykształcić sobie moralny kręgosłup, jak 

by powiedział Alex.

- Wcale   ci   się   nie   dziwię,   Stacey,   że   nie   możesz   zrozumieć,   co   takiego   widzę   w 

Aleksie  - odezwała  się Isabel  chłodnym  tonem. - Są ludzie,  którzy wolą hamburgera  od 

kawioru. Ich podniebienia nie są na tyle wrażliwe, żeby mogli wyczuć różnicę.

- Jakie to rozkoszne. Ona staje w obronie swojego chłopaka - zagruchała Stacey.

Isabel miała ochotę walnąć nią o ścianę.

- Wiesz, kogo, według mnie, można porównać do kawioru? - zwróciła się do niej 

Corinne Williams. - Twojego brata. W piątek będzie u mnie impreza. Powiedz mu, żeby 

przyszedł. I niech przyprowadzi tego faceta, który jest zawsze z wami, Michaela Guerina.

- Tak   -   szybko   wtrąciła   Stacey.   -   Jeśli   uda   ci   się   z   tymi   dwoma,   to   możesz   też 

przyprowadzić Alexa. - Pośliniła palec i nakreśliła w powietrz znak: jeden punkt dla mnie.

Możesz sobie liczyć punkty, księżniczko z przedmieścia, ponieważ nie masz cienia 

szansy ani u Maxa, ani u Michaela, pomyślała Isabel. Poczuła jednak ukłucie wstydliwego 

niezadowolenia, że ma chłopaka, który nie zalicza się do szkolnej elity.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Wcale nie mam ochoty być jakimś głowonogiem. Chyba że taką mątwą jak Squidly 

Diddly - rzekł Alex, kiedy wraz z bratem nakrywał do stołu. - A może on był ośmiornicą? 

Nie. Na pewno był mątwą.

Jesse rzucił mu takie spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: Co ty pleciesz?

- To kreskówka. Z Cartoon Network - wyjaśniał mu Alex. - Puszczają też „Speed 

Racer”, „Scooby Doo”. Całą klasykę.

- Po   pierwsze,   piechota   morska   to   nie   są   mątwy   ani   ośmiornice,   tak   przezywają 

marynarkę   wojenną.   Marines   nazywają   morskimi   niedźwiedziami.   Oczywiście   nie   tacy 

smarkacze jak ty. Dostałbyś niezłe lanie, gdybyś tylko spróbował - ostrzegł go Jesse. - A po 

drugie, czy puszczają tam kreskówki „Josie” i „Pussycats”? Te kociaki są całkiem niezłe.

Alex roześmiał się. Jesse był najfajniejszy z jego braci. Co prawda wygłosił mu już 

kazanie pod hasłem „musisz zostać wojskowym”, ale od czasu do czasu myślał o innych 

sprawach,   a   nawet   potrafił   o   nich   mówić.   W   przeciwieństwie   do   ojca   i   drugiego   brata, 

Harry'ego, który też przyjechał do domu w odwiedziny.

Szczęśliwie dla Alexa nie było Roberta, trzeciego starszego brata, który tym razem nie 

mógł   przyjechać.   Alex   nie   poradziłby   sobie   z   frontalnym   atakiem   czterech   oficerów, 

tłumaczących mu, dlaczego natychmiast po skończeniu szkoły powinien iść do wojska. Miał 

już dość, kiedy Jesse, Harry i ojciec przypuścili na niego szturm. Podejrzewał zresztą, że nie 

był to koniec walki.

- Służba w marines całkowicie zmienia twoje życie - powiedział Jesse.

No właśnie, to nie był koniec.

- Jakbyś miał nową rodzinę - ciągnął brat. - Albo jakbyś miał większą rodzinę.

Większa rodzina... to rzeczywiście szalenie pociągające. Do jadalni wszedł Harry i 

usiadł na krześle.

- Wy, dziewczęta, umiecie tak ładnie nakrywać do stołu - zaszczebiotał.

- Dziękujemy. Postawiliśmy dla ciebie piękną czerwoną miskę na podłodze w kuchni - 

odparował Jesse. - Uznaliśmy, że tam będziesz się czuł swobodniej, ponieważ mamy gościa, a 

ty nie nauczyłeś się jeszcze posługiwać sztućcami.

- Gościa?   A,   już   wiem,   mamy   poznać   panienkę   Alexa.   Panienkę   Alexa!   Harry 

najwyraźniej spodziewał się jakiejś słodkiej idiotki. Alex nie mógł się już doczekać chwili, 

kiedy brat będzie mógł ocenić cały urok Isabel. Zobaczymy,  jaką zrobi wtedy minę. No 

dobra,   może   to   brzmi   trochę   uwłaczająco.   Alex   szybko   przeprosił   w   myślach   boginię 

background image

kobiecości czy kogo tam trzeba. Ale mimo wszystko to prawdziwa przyjemność móc pokazać 

Harry'emu i Jessemu - a nawet ojcu - że najmłodszy brat gra w pierwszej lidze.

Harry wychylił się tak głęboko, że jego krzesło balansowało na dwóch nogach.

- Właśnie skończyłem rozmowę telefoniczną z Alice Shaffer - zwrócił się do Alexa.

- Z kim? - spytał chłopak, kładąc na stole ostatni widelec.

- Z twoją dyrektorką. Powiedziała mi, że nie dostała od ciebie żadnych formularzy 

zgłoszeń do Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy. - Harry nadal kiwał się na krześle, które 

już zaczynało głośno trzeszczeć. - Mówiła też, że nigdy jej nawet nie wspomniałeś o KSOR - 

ze. Koniec, kropka.

Alex miał ochotę wykopać spod niego krzesło. Fakt, że ojciec miał obsesję na punkcie 

włączenia szkolenia wojskowego do programu liceum, nie oznaczał jeszcze, że Harry musiał 

się w to tak bardzo angażować.

- My trzej mamy się z nią spotkać jutro o czwartej - ciągnął Harry. - Ojciec chce, 

żebyś też tam był - zwrócił się do Jessego. - Sądzi, że my dwaj stanowimy najlepszy dowód 

na korzyści płynące z programu KSOR - u. Tylko lepiej się nie odzywaj, żebyś wszystkiego 

nie zepsuł.

- Zgubiłem te formularze, które dostałem od ojca - poinformował braci Alex. - Nowe 

mają mi przysłać pocztą. Bez tych materiałów nie ma sensu urządzać spotkania. - Nie było to 

zbyt oryginalne tłumaczenie. Trochę lepsze, niż gdyby powiedział, że te blankiety zjadł pies, 

którego zresztą nie mieli.

- Nie ma sprawy - odpowiedział Harry. - Ojciec prosił, żebym przywiózł jeden na 

wzór.

No to ekstra.

- Nie myślałeś chyba, że uda ci się z tego wykręcić, prawda? - Jesse popatrzył na 

Alexa, a jego wzrok wyrażał nawet trochę współczucia.

- Chyba nie - przyznał Alex. Robił wszystko, co było w jego mocy, by storpedować 

ten plan. Traktował te poczynania jak ćwiczenia przed walną bitwą, kiedy to powie majorowi, 

że nie ma zamiaru robić kariery wojskowej.

Jeśli człowiek jest zmuszony do działania przy wprowadzaniu do szkoły programu 

KSOR - u i nie udaje mu się uniknąć uczestnictwa w tym programie, to jeszcze nie musi 

oznaczać, że skończy w wojsku, pocieszał się Alex.

Chciałby w to wierzyć.

- Musimy dobrze obmyśleć, co powiemy na tym spotkaniu - Harry zwrócił się teraz do 

Jessego. - Dyrektorka Alexa nie była entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu.

background image

- Ja mam się nie odzywać, pamiętasz? - odpowiedział Jesse.

- W porządku - zgodził się Harry. - Alex, chciałbym dostać od ciebie listę wszystkich 

klubów i organizacji, jakie macie w szkole. W ten sposób... - Przerwał mu dzwonek.

- Już idę. - Najmłodszy z braci wybiegł  z jadalni, zanim Harry zdążył dokończyć 

zdanie. Kiedy otworzył  drzwi, na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech. Chyba jeszcze 

nigdy widok Isabel nie sprawił mu tak wielkiej przyjemności.

- Pięknie wyglądasz - powiedział ściszonym głosem. Harry i Jesse pokładaliby się ze 

śmiechu, gdyby to usłyszeli.

Isabel   rzeczywiście   pięknie   wyglądała...   jak   zwykle.   Ale   dziś   wieczorem   była   w 

dodatku bardzo ładnie ubrana. Miała na sobie błyszczącą obcisłą sukienkę z wyhaftowanymi 

na dole różyczkami. Jej blond włosy opadały luźno na ramiona.

- Dziękuję - odpowiedziała. - Może mnie przedstawisz? Alex obrócił się i zobaczył, że 

bracia też stoją w holu, a ojciec jest już w połowie schodów. Na jego widok poczuł skurcz 

żołądka; często mu się to zdarzało.

- To jest mój brat Jesse. To Harry. A to mój tato.

- Jestem   Isabel   Evans.   -   Dziewczyna   podała   rękę   zgromadzonym   wokół   niej 

mężczyznom.

No ładnie. Zapomniał ją przedstawić! Ale Isabel natychmiast to skorygowała. Potrafiła 

robić dobre wrażenie  na ludziach i wytwarzać  swobodną atmosferę. Przynajmniej  wtedy, 

kiedy jej się chciało.

- Dlaczego stoicie w holu?! - zawołała matka. - Chodźcie do salonu!

Wszyscy posłusznie skierowali się do salonu. Alex i Isabel usiedli na dwuosobowej 

kanapce.   Nie   objął   jej,   jak   by   to   zrobił   w   innych   okolicznościach;   obecność   rodziny 

krępowała go.

- A więc, Isabel.... - odezwał się Harry. - Alex pomaga mi obmyślić plan, jak uzyskać 

zgodę   dyrektorki   na   wprowadzenie   programu   KSOR   -   u   do   waszej   szkoły.   Masz   jakiś 

pomysł?

Ale się podlizuje. Alex był pewien, że brat chce tylko pokazać ojcu, że wziął tę sprawę 

w   swoje   ręce.   Harry   miał   dwadzieścia   dwa   lata   i   nadal   robił   wszystko,   aby   sprawić 

przyjemność tatusiowi.

- Może powinniście jej powiedzieć, że ten program niezbyt się różni od tego, co robią 

cheerleaderki - oświadczyła Isabel. - Stacey Scheinin, nasza główna cheerleaderka, bardzo 

przypomina   sierżanta,   który   przeprowadza   musztrę,   z   tą   tylko   różnicą,   że   ma   głosik   jak 

Minnie Mouse.

background image

Alex   spodziewał   się,   że   zaraz   nastąpi   wybuch,   bo   ojcu   nie   spodoba   się   to 

porównywanie.   Ale   jego   tata   roześmiał   się.   Śmiał   się   przez   cały   czas,   kiedy   Isabel 

naśladowała Stacey i inne cheerleaderki.

Mama i bracia też się śmiali, a sądząc po spojrzeniach, jakimi Harry i Jesse obrzucali 

Isabel, najwyraźniej uważali ją za wspaniałą dziewczynę.

A   Isabel   była   jego   dziewczyną.   Alex   był   zadowolony,   że   bracia   mają   mu   czego 

zazdrościć choć raz w jego krótkim życiu.

Max   obracał   w   rękach   zapalniczkę.   Przez   zielony   plastik   wyraźnie   było   widać 

przelewający się w niej płyn.

Zapalił ją po chwili i uważnie obserwował płomień, przypominając sobie incydent w 

laboratorium. Tam tak intensywnie wpatrywał się w blask palnika bunsenowskiego, że miał 

przed oczami tylko migocącą pomarańczowożółtą ścianę. Wszystko zniknęło, łącznie z Liz. 

Piękny groźny ogień otaczał Maxa ze wszystkich stron, jego jaskrawe barwy paliły mu oczy. 

Liz mówiła, że trzymał palec w ogniu, ale on tego nie czuł. Wydawało mu się tylko, że za 

chwilę ten płomień wchłonie jego oczy.

Odłożył   zapalniczkę,   otworzył   laptopa   i   kliknął   na   plik   zatytułowany   „Nawozy”. 

Nazwał go tak, bo z jego komputera korzystali też czasem matka, ojciec i Isabel, a plik pod 

nazwą „Akino” na pewno by ich zainteresował. Jak również „Śmierć”. A żadne z nich nie 

zwróci uwagi na „Nawozy”. Ta nazwa wydała mu się odpowiednia. Sam stanie się nawozem, 

czymś, co pomaga rosnąć kwiatom. Pokarmem dla robaków. Czy to nie jest makabryczne? - 

pomyślał. Wpisał datę i streścił pokrótce swoje przeżycia w laboratorium. Kiedy będzie miał 

wystarczającą ilość danych, zacznie je porządkować. Ile razy doznał intensyfikacji dźwięków, 

ile   razy   miał   spotęgowane   widzenie,   ile   razy...   Pojawią   się   pewnie   jakieś   nowe   objawy. 

Chciał się zorientować, w jakim tempie rozwija się akino.

Naukowe podejście do tego problemu pozwalało mu się w jakiś sposób zdystansować. 

Traktować tę sprawę w kategoriach przypadku klinicznego, bezosobowo. W swoich notatkach 

nazwał się pacjentem X. Pacjent X doznał chwilowej utraty wzroku. Pacjent X miał odczucie, 

jak to określił, jakby pałeczki, którymi  grano na bębnach, wybijały rytm  na jego mózgu. 

Wydaje się, że myśli pacjenta X obracają się wokół makabrycznych wydarzeń. Skóra pacjenta 

X   po   zetknięciu   z   płomieniem   zaczęła,   jak   mówiono,   „bulgotać”.   Tak   powiedziała   Liz. 

Szybko poprawił tekst: według naocznego świadka, skóra pacjenta X zaczęła bulgotać.

Znowu  wziął   do  ręki  zapalniczkę.  Warto  byłoby   mieć  relację  z   pierwszej  ręki.   Z 

pierwszej ręki. Ha! Niezła gra słów! Pacjent X nie zatracił jeszcze poczucia humoru. Zapalił 

zapalniczkę, zawahał się chwilę, po czym włożył w płomień wskazujący palec.

background image

Czuł ciepło, ale nie ból. Nawet wtedy, kiedy zapachniało przypalonym hot dogiem, 

nadal nie odczuwał bólu. Relacja świadka była bezbłędna. Jego skóra rzeczywiście bulgotała.

Max wyjął palce z płomienia i zgasił zapalniczkę. Bąble, które miał na palcu, zaczęły 

się szybko zmniejszać, a po chwili skóra była już zupełnie gładka, bez śladu zaczerwienienia, 

bez pęcherzy. Przesunął palcem po biurku. Zero bólu.

Fascynujące. Przypadek pacjenta X był naprawdę fascynujący.

Gdy usłyszał stukanie do drzwi, szybko zaciemnił ekran. Do pokoju wpadła Isabel i 

rzuciła się na jego łóżko.

- Zdobyłam dzisiaj mnóstwo punktów - obwieściła z pełnym zadowolenia uśmiechem. 

- Cała rodzina Alexa kocha Isabel. Mama i bracia, nawet ojciec.

- Hm, to dobrze - powiedział Max. Trudno mu było wydobyć z siebie nawet te trzy 

słowa. Pacjent X ma problemy na poziomie najprostszego porozumiewania się z otoczeniem. 

Trzeba pamiętać, żeby to zapisać.

Isabel pociągnęła nosem.

- Robiłeś tu jakieś doświadczenia chemiczne? Strasznie śmierdzi. Wiesz przecież, że 

takie rzeczy masz robić w garażu.

- Tak. Zapomniałem o tym - mruknął.

Teraz nadszedł czas, aby jej o wszystkim powiedzieć. Miał zamiar zrobić to wczoraj 

wieczorem. Zawiadomić siostrę, Michaela i resztę przyjaciół o istnieniu akino. Przełożył to na 

dzisiaj, na porę lunchu, jednak nie mógł tego zrobić.

Mówiłby do nich jako on, Max, a nie pacjent X, który niedługo umrze. Dotyczyłoby to 

także jego siostry i najlepszego przyjaciela, którzy w swoim czasie również umrą z powodu 

akino. Nie mówiłby wtedy o dwóch kolejnych przypadkach klinicznych.

Nie potrafił sobie z tym poradzić.

Może nie będzie musiał tego robić. Może uda mu się odnaleźć kryształy, zanim będzie 

za późno. Może znajdzie się jakieś cudowne lekarstwo dla pacjenta X. Może.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Dlaczego nie powiesz Michaelowi o swoim uczuciu?

W   ustach   Liz   te   słowa   brzmiały   zupełnie   naturalnie,   jakby   mówiła:   dlaczego   nie 

powiesz Michaelowi, że lubisz koty? Albo dlaczego mu nie powiesz, że uwielbiasz horrory? 

Albo dlaczego mu nie powiesz, że bardzo lubisz biały serek z rodzynkami?

Sama myśl o tym, że miałaby powiadomić Michaela o swoich uczuciach, wykańczała 

Marię nerwowo. Uniosła się na łóżku i zaczęła szukać na nocnej szafce fiolki z olejkiem 

eukaliptusowym. Tego właśnie potrzebowała. Będzie mogła sobie wyobrazić, że przechadza 

się wśród drzew, i zapomnieć o Liz, Michaelu i wszystkim innym.

Rozpyliła   trochę   olejku   na   poduszkę   i   natychmiast   poczuła   zapach   eukaliptusa. 

Eukaliptus... To, oczywiście, jak wszystko inne, przywiodło jej na myśl Michaela.

Liz powiedziałaby pewnie, że rozpylenie właśnie tego olejku ma podtekst freudowski, 

że   jest   to   sygnał   z   podświadomości,   nakazujący   Marii   podnieść   się   z   łóżka   i   jechać   do 

Michaela,   aby   mu   wyjawić   swoje   uczucia.   Ale   Liz   dawała   kiepskie   rady.   Na   przykład: 

dlaczego nie powiesz Michaelowi o swoim uczuciu?

Maria   chwyciła   telefon   i   nacisnęła   szybkie   wybieranie   numeru   -   jedynkę.   Liz 

odezwała się po drugim dzwonku.

- Nienawidzę cię - wybuchnęła Maria, nie powiedziawszy nawet cześć.

- Maria? - wymamrotała zaspanym głosem jej przyjaciółka.

Maria dopiero teraz spojrzała na zegar. Dochodziło wpół do drugiej.

- Przepraszam, nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak późno.

- Ale musiałaś zadzwonić, żeby powiedzieć, że mnie nienawidzisz. - Liz była równie 

zdziwiona, co rozbawiona.

- Tak. Nie cierpię cię. Naprawdę. Jak mogłaś mnie namawiać do tego, żebym odkryła 

przed Michaelem swoje uczucia?

- Więc...   więc   on   ich   nie   odwzajemnia?   Jak   zareagował?   Musisz   mi   wszystko 

opowiedzieć - zażądała Liz.

- Nic nie powiedział - oświadczyła Maria.

- Jak to? Tylko na ciebie patrzył?

- Nie. Nic nie powiedział, ponieważ ja też niczego mu nie powiedziałam - wyjaśniła 

Maria. - Nie wiem, czy potrafię.

- Oczywiście, że potrafisz - nalegała Liz.

- Właśnie dlatego cię nienawidzę. Jesteś kiepską przyjaciółką. Dobra wysłuchiwałaby 

background image

codziennie moich zwierzeń na temat Michaela i nigdy by nie mówiła, że powinnam coś z tym 

zrobić.

- Mów wolniej - poprosiła Liz. - Robię notatki. Dobra przyjaciółka to, według ciebie, 

marionetka, która mówi to, co pragniesz usłyszeć.

Maria ciężko westchnęła.

- Przepraszam cię. Zachowuję się jak wariatka. Spij.

- Zaczekaj.   Powiedz   mi   tylko   jedno.   Jaka   jest   najgorsza   rzecz,   która   może   się 

wydarzyć, jeśli powiesz o tym Michaelowi?

Maria wahała się, przesuwając palcem po pomarszczonym prześcieradle.

- Czasem pali się we mnie jakieś wewnętrzne światełko. To miejsce wypełnione jest... 

tym, co czuję do Michaela.

- Chcesz powiedzieć miłością - przerwała jej Liz.

- No   dobrze.   Powiem   to.   Miiiłooością.   Jednak   kiedy   wydobędę   to   światełko   na 

powierzchnię, ono może już nie być tak pociągające. Myślę o tych rybach, które żyją na dnie 

oceanu. Gdyby je nagle wyciągnąć z wody, trach! Wszędzie rozpryskane wnętrzności. One po 

prostu wybuchają.

- Mogłabyś więc wybuchnąć, chociaż z punktu widzenia fizjologii jest to bardzo mało 

prawdopodobne, albo też, co muszę znowu powtórzyć, chociaż ryzykuję, że zostanę bardzo 

niedobrą   przyjaciółką,   Michael   mógłby   powiedzieć,   że   odwzajemnia   twoje   uczucia   - 

oświadczyła Liz.

Te słowa nasunęły Marii nowe myśli. Widziała oczami wyobraźni, jak jej światełko 

unosi   się   i   rozpryskuje   w   setki   gwiazd.   A   na   niebie,   wśród   gwiazd   Marii,   są   gwiazdy 

Michaela, utworzone z jego wewnętrznego światełka.

- Co prawda dwa razy mnie pocałował. To już jeden wskaźnik, że może podzielać 

moje uczucia. A właściwie dwa - stwierdziła Maria.

- Poproszę o dokładny opis - zażądała Liz, ziewając.

- To były pocałunki w usta - odpowiedziała Maria. - Oba były bardzo szybkie. Jeden 

zawierał pewną dawkę wdzięczności, ponieważ pomagałam mu w poszukiwaniach statku jego 

rodziców. Drugi zawierał pewną dawkę strachu, bo myślał, że już nie żyję. Więc trudno mi 

powiedzieć, czy miały jakiekolwiek znaczenie. - Maria głęboko zaczerpnęła przesyconego 

zapachem eukaliptusa powietrza i szybko mówiła dalej: - Okay, może te pocałunki oznaczają, 

że przestał mnie traktować jak młodszą siostrę. Na pewno jednak nie oznaczają tego, że 

oczekuje ode mnie miłosnych wyznań.

- Nie bierzesz pod. uwagę jednego, bardzo ważnego, faktu. Michael omal nie stracił 

background image

życia, starając się ciebie ratować - przypomniała jej Liz.

- Myślę,   że   zrobiłby   to   samo   dla   każdego   z   naszej   grupy.   Poza   tym,   jeśli   on 

rzeczywiście odwzajemnia moje uczucia, to dlaczego go tu teraz nie ma? Dlaczego mnie nie 

całuje? Mam na myśli prawdziwy pocałunek, a nie taki, który trwa zaledwie dwie sekundy.

- Jest tylko jeden sposób, żeby się tego dowiedzieć - powiedziała Liz.

- Masz rację. Muszę się wydobyć z tego nieszczęsnego stanu - zgodziła się Maria. - 

Zrobię to. I to zaraz, bo inaczej mogę się rozmyślić. - Rozłączyła się, zanim przyjaciółka 

zdążyła jej powiedzieć do widzenia. Ale zaraz złapała telefon i wcisnęła guzik powtórnego 

połączenia. Liz odezwała się natychmiast.

- Chciałam tylko powiedzieć, że tak naprawdę to wcale cię nie nienawidzę - oznajmiła 

Maria i szybko się rozłączyła.

Wstała z łóżka i podeszła do szafy. Musiała działać szybko, bo inaczej stchórzyłaby. 

Miała jednak poważny problem.

- Co mam włożyć? - szepnęła. - Nie wiem, czy mam odpowiedni strój, który będzie 

pasował do moich rozpryskanych wnętrzności.

Ciężko   westchnęła.   Włożyła   swoje   ulubione   dżinsy,   ciemnozielony   sweter   i   na 

palcach wyszła z domu.

Żałowała, że nie może wziąć samochodu, ale bała się zbudzić matkę. Wyciągnąwszy 

rower z garażu, przez chwilę stała na podjeździe, jeszcze się wahając. Może lepiej byłoby 

wrócić do domu i uderzyć się czymś ciężkim w głowę, żeby przez kilka godzin nie być w 

stanie myśleć o czymkolwiek.

Ale nie, zaszła już za daleko. Kiedy wsiadła na rower i zaczęła pedałować, doszła do 

wniosku, że dobrze się stało, iż nie mogła wziąć samochodu. Jazda na rowerze pozwalała jej 

rozładować   napięcie.   Może   zupełnie   się   go   pozbędzie,   zanim   dotrze   do   domu   Michaela. 

Mocno pedałowała, mknąc ciemnymi ulicami.

W ten sposób szybko dojechała do domu państwa Pascalów. Zostawiła rower przy 

okalającym   podjazd,   niskim   żywopłocie,   przez   boczną   furtkę   dostała   się   na   tyły   domu   i 

podeszła pod okno Michaela; było uchylone. Wystarczyło je lekko przesunąć do góry i wejść 

do środka.

Pozostawał tylko jeden drobiazg - powiedzieć Michaelowi, że go kocha.

Maria   spojrzała   na   niebo.   Może   gwiazdy   podsuną   jej   jakiś   pomysł   albo   dodadzą 

odwagi. Potrzebowała czegoś, co pozwoliłoby jej pokonać ostatnie metry, które dzieliły ją od 

Michaela.  Ale niebo było  zachmurzone;  nie widać  było  ani  jednej  gwiazdy.  Dziewczyna 

zaczęła krążyć w kółko. Potrzebowała jednej gwiazdy, zanim się na to zdecyduje, choćby 

background image

jednej cholernej gwiazdeczki.

Nagle okno podniosło się z lekkim trzaskiem.

- Wchodzisz czy nie? - rozległ się cichy głos.

Maria pisnęła cicho; nie zdołała powstrzymać tego głupiego pisku. Spojrzała w stronę 

okna i zobaczyła uśmiechniętego Michaela.

- Wchodzę - rzuciła. - To znaczy, jeśli można. Chłopiec podał jej rękę, pomagając 

wdrapać się do środka.

- Dylan śpi, więc...

- Nie, nie śpię. - Dylan,  trzynastoletni  przybrany brat Michaela, usiadł  w łóżku. - 

Cześć, Mario.

- Cześć - szepnęła. Poczuła się nagle jak idiotka. Nic z tego nie wyjdzie. Jak mogła 

wygłosić   swoje   romantyczne   przemówienie,   kiedy   ten   mały   leżał   w   sąsiednim   łóżku,   a 

przybrani rodzice Michaela spali dwa pokoje dalej?

- Dylan,   w   kuchni   został   jeszcze   kawałek   placka.   Może   pójdziesz   i   go   sobie 

weźmiesz? - zaproponował Michael.

- Wiesz,   że   nasze   reguły   zabraniają   jedzenia   pomiędzy   posiłkami   -   powiedział   z 

oburzeniem Dylan, uśmiechnął się i wyszedł z pokoju.

Gdy Michael usiadł na łóżku, Maria zawahała się. Nie wiedziała, czy powinna usiąść 

koło niego, czy raczej na łóżku Dylana. Nie rób z siebie idiotki, pomyślała i usiadła obok 

Michaela.

- Hm, jak w szkole? - spytała, nie patrząc na niego.

- Jak w szkole?

- Hm, tak, to znaczy, czy masz teraz trudniejsze zajęcia? Powinnam się tym martwić? 

- dodała.

Och, Boże, co ja plotę? - pomyślała. Rzuciła okiem na Michaela, sprawdzając, czy nie 

robi już dla niej kaftana bezpieczeństwa ze swojego prześcieradła.

Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie tylko podkoszulek i bokserki, co wcale nie 

pomogło jej uporządkować myśli. Ten facet prezentował się nadzwyczajnie.

- Pomyślałam też, że mógłbyś mi doradzić, jakie dodatkowe zajęcia mam wybrać w 

przyszłym roku - paplała dalej. - Ty już uczestniczyłeś w niektórych z nich.

- Przyszłaś po radę, czy w przyszłym roku masz wybrać rzeźbienie w drewnie, czy 

chór? - spytał Michael.

- Tak.   Nie.   Sama   nie   wiem.   -   Żałowała,   że   nie   ma   przy   sobie   fiolki   z   olejkiem 

cedrowym. Potrzebowała czegoś na uspokojenie, i to bardzo. Odetchnęła głęboko i obróciła 

background image

się   do   chłopca.  Nie   będzie  już   dłużej  mówić   do   ściany.   -  Nie.   Nie   dlatego  przyszłam   - 

oznajmiła zdecydowanym tonem, wpatrując się w ramię Michaela, tak by nie widzieć wyrazu 

jego twarzy. Dopiero po chwili zmusiła się, aby mu spojrzeć w oczy. - Przyszłam, bo jeszcze 

ci nie podziękowałam za to, że ocaliłeś mi życie. Dziękuję. - Nie o to jej chodziło, ale po tym 

głupim gadaniu o szkole i tak był to duży krok do przodu.

- Myślałem,   że   umrzesz   -   powiedział   Michael   zduszonym   głosem.   -   Byłem 

przerażony.

I  pocałował   ją,  nie  tak   sobie,   po  przyjacielsku.   Był   to  głęboki  gorący  pocałunek, 

jakiego   Maria   jeszcze   nigdy   nie   doświadczyła.   Czuła,   jak   jej   wewnętrzne   światełko 

ogromnieje, przepełniając ją ciepłem i światłem. Gorejącym ogniem. Oślepiającym blaskiem. 

Szaleńczo. Nieprzytomnie.

Pocałunek skończył się tak samo niespodziewanie, jak się zaczął. Michael odsunął się, 

patrząc na nią takim wzrokiem, jakby nie mógł uwierzyć, że to w ogóle miało miejsce.

- Ja też się bałam, że umrzesz - powiedziała Maria, zarzucając mu ręce na szyję i 

ukrywając głowę na jego ramieniu. Była ciekawa, czy chłopiec czuje jej drżenie, czy wie, że 

ona drży, ponieważ ten pocałunek wywrócił cały jej świat do góry nogami. - To byłaby moja 

wina - dodała.

- Nie, nie myśl tak - szepnął Michael.

- Ale to prawda - upierała się. - Powinnam była się domyślić, że dzieje się coś bardzo 

złego. Nie powinnam używać tego pierścienia. Ale tak bardzo chciałam ci pomóc.

- Co?   -   Michael   złapał   ją   za   ramiona   i   odsunął   od   siebie.   -   Przez   cały   czas 

utrzymywałaś   mnie   w   przekonaniu,   że   to,   co   robisz,   jest   całkowicie   bezpieczne.   Stale 

powtarzałaś, żebym się tym nie martwił!

- Wiem, ale myślałam... myślałam, że uda mi się odnaleźć statek twoich rodziców. 

Wiem, jakie to dla ciebie ważne, a ja... ja...

- Omal nie umarłaś! Mario, dlaczego to robiłaś?

- Właśnie chcę ci to powiedzieć! - zawołała. - Robiłam to, ponieważ...

- Nie   ma   wystarczająco   ważnego   powodu,   żeby   wystawiać   się   na   takie 

niebezpieczeństwo.   To   najgłupsza   rzecz,   jaką   kiedykolwiek   zrobiłaś.   -   Michaela   dławił 

gniew.

Nie była na to przygotowana. Co się stało z jej planem - wejść przez okno, odkryć 

swoje karty i zobaczyć, co z tego wyniknie? Teraz pogrążyła się w otchłani winy, szukając 

dla siebie usprawiedliwienia. Nie mogła sobie poradzić z tą sytuacją.

- Ja... ja muszę już iść - wyjąkała. Odsunęła się od chłopca i rzuciła do okna.

background image

Michael nie odezwał się ani słowem, ani kiedy wdrapywała się na parapet, ani kiedy 

ciężko upadła na ziemię.

Podniosła się szybko, pobiegła po rower i wskoczywszy na siodełko, pognała ulicą. 

Wiatr osuszał łzy, które gorącym strumieniem spływały jej po policzkach.

Nie miała nawet okazji poinformować Michaela, dlaczego tak bardzo jej zależało na 

odnalezieniu statku. A chciała tylko powiedzieć, że robiła to, ponieważ go kocha.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

- Ty prowadzisz, okay? - odezwał się Max, rzucając przyjacielowi kluczyki.

Michael obszedł samochód dokoła i usiadł za kierownicą. Chyba jeszcze nigdy Max 

nie dał mu prowadzić jeepa, kiedy sam mógł to robić.

- Dobrze się czujesz? - spytał.

- Tak. Jestem tylko trochę zmęczony.

Michael spojrzał na niego z powątpiewaniem. Zapalił silnik i wyjechał na ulicę.

- Chcesz szukać w jakimś szczególnym miejscu? - spytał.

Nastąpiło dziwne odwrócenie ról. Zwykle Max pomagał w poszukiwaniach statku ich 

rodziców przede wszystkim po to, żeby dotrzymywać  towarzystwa  przyjacielowi.  Ale tej 

nocy   to   właśnie   on   wpadł   na   pomysł,   żeby   jechać   na   pustynię.   To   nie   był   nawet   ich 

zwyczajowy dzień poszukiwań.

- Nie wiem. Pomyślałem, że moglibyśmy poszukać tej skały, którą widziała Maria, 

kiedy   śledziła   Valentiego,   korzystając   z   Kamienia.   Mówiła,   że   ma   kształt   kurczaka   - 

powiedział Max.

Maria.   Michaela   znowu   ogarnęła   wściekłość   na   samą   myśl   o   tym,   co   zrobiła. 

Wiedziała,   że   używanie   Kamienia,   żeby   móc   zobaczyć   szeryfa   Valentiego,   jest 

niebezpieczne, ale nie przestała wykorzystywać jego mocy. Nie, to byłoby zbyt rozsądne. Nie 

zaczekała nawet na niego, żeby był przy niej i pilnował, aby nie stała jej się krzywda. Ta 

dziewczyna powinna mieć opiekuna.

- Valenti był w domu, kiedy Maria po raz pierwszy skorzystała z mocy Kamienia, 

żeby go „zobaczyć” - poinformował Maxa. - Potem, po niecałej godzinie, spróbowała znowu. 

Widziała wtedy, jak przejeżdżał koło tej skały. Powinniśmy więc obrać jakiś kierunek i jechać 

przez pustynię około czterdziestu pięciu minut. Potem możemy prowadzić poszukiwania w 

obrębie dużego koła wokół miasta.

- Wszystko wydaje się łatwe, kiedy o tym mówisz - zauważył Max i roześmiał się 

dziwnym świszczącym śmiechem.

- Wybrałeś jakiś specjalny kierunek? - spytał go przyjaciel.

- Nie.

Michael jechał przed siebie. Prędzej czy później dotrą do pustyni. Długa jazda miała 

tylko jedną wadę - zostawiała mu zbyt wiele czasu na rozmyślania. Wciąż wracał myślą do 

wczorajszych nocnych odwiedzin Marii. Ta wizyta oszołomiła go, zaniepokoiła i w dziwny 

sposób poruszyła.

background image

- Nie uwierzyłbyś, czego się dowiedziałem - rzekł. - Maria miała pełną świadomość, 

że naraża się na niebezpieczeństwo, kiedy korzystała z pierścienia, żeby śledzić Valentiego. 

Kłamała w żywe oczy. Mówiła, żebym się o nią nie martwił, zachowywała się tak, jakbym 

był nadopiekuńczy.

- Hmmm - mruknął Max.

- Tylko tyle? Hmmm? - Michael potrząsnął głową. - Ona nie jest typem kłamczuchy. 

Rozumiem, że zafascynowana swoją mocą mogła zapomnieć o środkach ostrożności, ale żeby 

tak kłamać... - Znowu potrząsnął głową.

- Tak. Jeśli kłamała, to na pewno miała jakiś ważny powód - zgodził się Max.

- Chyba tak - prychnął Michael. - Ona jest zupełnie inna niż Isabel. Izzy kłamie dla 

zabawy. Przypomina mi syjamskiego kota, całkowicie skoncentrowana na sobie, o wiele za 

ładna, o wiele za dobrze zdaje sobie z tego sprawę i za bardzo wykorzystuje ten fakt dla 

swoich celów.

- Jeśli Isabel ma być kotem, to czym jest Maria? - spytał Max.

- Chyba   jakimś   szczeniaczkiem.   Może   malutki   golden   retriever.   Jasny   i   puchaty. 

Słodki. Miły dla wszystkich.

- Dam   ci   radę.   Nie   musisz   mówić   Marii,   że   przypomina   ci   szczeniaka   golden 

retrievera. - Max powrócił do przeszukiwania pustyni. Widać było, że nic się nie ukryje przed 

jego bacznym wzrokiem.

Dobrze, że chociaż jeden z nich był czujny, ponieważ myśli Michaela zwróciły się 

ponownie ku Marii.

- Chciałbym wiedzieć, dlaczego to zrobiła - wybuchnął. - To doprowadza mnie do 

wściekłości.

Po chwili uświadomił sobie, że wie dlaczego. Zdawała sobie sprawę, że jeśli powie 

mu prawdę, on nie dopuści do tego, żeby nadal korzystała ze swojej mocy. A tak bardzo 

chciała odnaleźć statek. Tak właśnie mówiła.... Nie, powiedziała: „tak bardzo chciałam ci 

pomóc”. Chciała to zrobić dla niego.

Miał   ochotę   spytać   przyjaciela,   czy   to   może   oznaczać,   że   Maria   jest...   w   nim 

zakochana albo coś w tym rodzaju. Czy też tylko dlatego szukała statku, że byli przyjaciółmi i 

chciała mu pomóc jak przyjacielowi. Nie, to byłoby zbyt naiwne.

- Czy tam coś jest?! - zawołał podniecony Max, wskazując skałę po lewej.

Michael zwolnił, by ją dokładnie obejrzeć.

- Chyba nie - orzekł. - To wygląda na zwykłą skałę. Nie ma jakiegoś szczególnego 

kształtu.

background image

- To wszystko jest zbyt fantastyczne.

- Może i tak - przyznał Michael. - Ale przynajmniej dzięki temu, co widziała Maria, 

wiemy,  że statek jest w pierwotnym stanie. Wiemy też, że był, albo nadal jest, gdzieś w 

pobliżu. Nigdy jeszcze koniec naszych poszukiwań nie był tak bliski.

- Tak,   teraz   znalezienie   go   zajmie   nam   najwyżej   dziesięć   albo   dwadzieścia   lat   - 

mruknął Max.

Och,   chyba   znowu   źle   się   działo   pomiędzy   nim   a   Liz.   Max   najwyraźniej   zaczął 

poważnie myśleć o ucieczce. Michael doskonale znał to uczucie. Kiedy był mały, a nawet 

wiele lat później, całymi godzinami marzył o odnalezieniu statku. Miał nadzieję, że wskoczy 

do niego i odleci do domu - oczywiście razem z Maxem i Isabel.

Chociaż ostatnio... ostatnio te marzenia straciły wiele ze swojego uroku. Częściowo 

dlatego, że zyskał pewność, iż na rodzinnej planecie nie ma rodziny, że nikt tam na niego nie 

czeka. Ale to nie wszystko. Chodziło jeszcze o to, że teraz musiałby opuścić Liz i Alexa. Oraz 

Marię.

Maria. Co miał z nią począć? Już zbyt długo krążył wokół tej myśli; zastanawiał się, 

czy rozpoczęcie z nią jakiejś romantycznej historii nie jest całkowicie odjechanym pomysłem.

Romantycznej! Akurat! Jego zainteresowanie Marią bynajmniej nie było platoniczne. 

Początkowo, kiedy zaczął częściej z nią przebywać, myślał o niej jak o młodszej siostrzyczce. 

Chociaż ona i Isabel były rówieśniczkami, Maria wydawała mu się o wiele młodsza. Nie 

mógł   sobie   wyobrazić   Isabel,   krzyczącej   ze   strachu   podczas   oglądania   jakiegoś   horroru, 

wbijającej mu paznokcie w rękę, zakrywającej oczy, błagającej, żeby jej powiedział, kiedy 

nastąpi koniec tego przerażającego epizodu. A Maria zawsze się tak zachowywała.

Nawet mu się to podobało. Jak bardziej doświadczonemu, starszemu bratu. Ciekaw 

był, co będzie następnym razem, kiedy będą oglądać film o potworach. Gdy Maria przytuli się 

do niego, czy przyjdzie mu wtedy na myśl ten pocałunek?

Przyspieszył trochę, pędząc po ciemnej, pustej szosie. Nie wiedział, co ma myśleć o 

tym pocałunku. Wiedział tylko, że już nigdy nie będzie traktował Marii jak młodszej siostry.

Napisz,   że   po   przeczytaniu   jego   listu   nieprzytomnie   się   w   nim   zakochałaś   - 

zaproponowała   Maria,   nachylając   się   nad   Isabel,   która   stukała   w   klawiaturę.   -   Podpisz 

Victorianna, Pani Ciemności.

Maria była bardzo zadowolona, że Isabel zaprosiła ją i Liz do siebie. Potrzebowała 

jakiejś odmiany. Nie mogła przestać myśleć o tym, co się wydarzyło ostatniej nocy w pokoju 

Michaela.   Jednak   trzy   procent   jej   umysłu   mogło   się   teraz   zająć   wysyłaną   do   Alexa 

wiadomością, podczas gdy pozostałe dziewięćdziesiąt siedem skupiało się na przypominaniu 

background image

sobie wyrazu twarzy chłopca i jego wściekłego tonu, kiedy mówił o jej głupim postępowaniu.

- Czy   Alex   nie   pozna   twojego   internetowego   pseudonimu?   -   zwróciła   się   Liz   do 

Isabel.

- Używam pseudonimu mojej mamy.

- A jeśli on odpisze? - Maria się roześmiała.  - Jeśli będzie chciał wciągnąć twoją 

mamę w jakiś cyberseks?

- Tak, to jest ryzyko - przyznała Isabel. - Ale nie martwię się tym. Alex jest we mnie 

zbyt zadurzony, żeby nawet pomyśleć o kimś innym.

- Pamiętaj, że Victorianna miała wspomnieć, że nosi stanik w rozmiarze XXL i ma 

kolekcję bielizny osobistej ozdobionej wizerunkiem lampartów - zażartowała Liz, zwijając 

swoje długie czarne włosy w węzeł. - Dalej jesteś tak bardzo pewna siebie, Isabel?

- Faceci rzeczywiście lubią duże... kolekcje staników i majtek z wizerunkami dzikich 

zwierząt - dodała Maria.

Isabel zakończyła wreszcie całą operację wysyłania e - maila do swojego chłopaka.

- Alex jest beznadziejnie zaplątany w jedwabne sidła mojej kobiecości - oświadczyła z 

zadowoleniem.

Maria i Liz popatrzyły na siebie i wybuchnęły śmiechem.

- W co? - spytała Liz.

- Słyszałyście, co powiedziałam.

To byłoby wspaniałe: móc przeistoczyć się w Isabel, pomyślała Maria. Tak zabójczo 

piękna dziewczyna może traktować świat jak dom handlowy pełen facetów. Wybrać sobie 

najpierw blondyna, a w innym stoisku rudego. Musi się tylko zastanowić, którego ona chce, a 

nie myśleć o tym, czy oni ją zechcą.

- Wejdź na stronę Lucindy Baker - zaproponowała Liz.  - Chcę zobaczyć,  czy ma 

jakieś nowe wpisy.

- Jak to zrobić? - spytała Isabel.

- Nigdy nie próbowałaś? - Liz sięgnęła do klawiatury i wpisała adres. - To niezła 

zabawa. Ona robi ranking technik pocałunków każdego chłopaka ze szkoły.

Michaela też? - pomyślała Maria. Nie miała ochoty czytać opisu jego pocałunków. A 

gdyby się okazało, że on całuje każdą dziewczynę tak jak ją wczorajszej nocy? Nie mogła 

pogodzić się z pomysłem, że ich pocałunek nie był czymś szczególnym, czymś, co mogło się 

wydarzyć jedynie między nimi.

Myśl  o tym  pocałunku  była  jedyną  rzeczą,  która podtrzymywała  ją na duchu.  To 

prawda, że Michael był na nią oburzony, wściekły, ale skoro ją tak całował, to mógł żywić dla 

background image

niej jakieś uczucie. Na przykład miłość.

- Okay, już jest. Musisz tylko kliknąć na nazwisko faceta i znajdziesz opinię Lucindy.

Maria spojrzała natychmiast na spis nazwisk pod literą G.

Michaela nie było na tej liście. Przynajmniej to zostało jej oszczędzone.

Isabel zrobiła szybki przegląd rejestru Lucindy. Rick Surmacz. Interesujące.

- Tak.   Sądziłam,   że   on   jest   beznadziejnie   zaplątany   w   jedwabne   sidła   kobiecości 

Maggie MacMahon - zażartowała Maria. - W innym wypadku nie byłoby chyba możliwe, 

żeby ubierał się pod jej dyktando i codziennie dopasowywał swoje ubranie do jej strojów?

Isabel kliknęła na nazwisko Ricka.

- Nazywam Ricka wiertniczym - przeczytała na głos. - On uważa, że dobry pocałunek 

polega   na   wkładaniu   ci   języka   do   gardła.   Żadnej   finezji.   Żadnej   delikatności.   Knebluje. 

Dosłownie.

- Uuuu - skomentowała Maria. - Myślicie, że Maggie to widziała?

- Wykluczone  - rzuciła Liz. - Gdyby  tak było,  to następnym  strojem  Ricka byłby 

gustowny czarny worek na zwłoki.

- Zobaczmy   teraz   Craiga   Cachopo   -   odezwała   się   Maria,   z   nadzieją,   że   teraz 

przynajmniej cztery procent jej umysłu zdoła się oderwać od Michaela. - W szóstej klasie 

obie z Liz byłyśmy  w nim nieprzytomnie  zakochane. To zadurzenie omal nie zniszczyło 

naszej przyjaźni.

Isabel sprawdziła początek listy.

- Nie ma go tu - rzekła.

- Ale Max jest! - zawołała Liz. Chwyciła mysz i kliknęła.

- Nie powinnam mieć na liście Maxa, ponieważ  nigdy się z nim nie całowałam - 

czytała Liz już spokojniejszym głosem. - Ale dziewczyna może sobie pomarzyć, prawda? 

Wydaje mi się, że pocałunek Maxa byłby właśnie pocałunkiem z twoich marzeń. Te spokojne 

typy mogą nieźle zaskoczyć. Mam nadzieję, że wkrótce będę już mogła podać wam fakty.

- Marz sobie dalej - powiedziała Isabel, uśmiechając się do Liz. - Bo widzisz, chociaż 

Max nadal cię od siebie odsuwa, to jego zainteresowanie innymi dziewczynami jest równe 

zeru.

Liz skinęła głową.

- Tak, wiem - szepnęła. - Ale dziękuję, że mi o tym przypominasz.

Maria poczuła ukłucie zazdrości. Isabel i Liz miały chłopaków, którzy byli w nich 

bardzo zakochani. To prawda, że Max twierdził, iż może być tylko przyjacielem Liz, niczym 

więcej. Ta wiedziała jednak, że chłopak odwzajemnia jej uczucie.

background image

- Czy Max nie wydał się wam ostatnio jakiś dziwny? - spytała Liz.

- Jest trochę nieprzytomny, jeśli o to ci chodzi - odpowiedziała Isabel.

Maria   zmarszczyła   czoło,   starając   się   przypomnieć   sobie,   jak   w   ostatnim   czasie 

zachowywał się Max. Skoncentrowana wyłącznie na Michaelu, nie zwracała na to zbytniej 

uwagi.

- Był   bardziej   spokojny   niż   zazwyczaj   -   odezwała   się   wreszcie.   -   Jakby   czymś 

zaabsorbowany.

- A nie wydał się wam chory? - nalegała Liz.

- Ja uważam, że tu chodzi tylko o ciebie. Sądzę, że on za tobą tęskni - powiedziała 

Isabel. - Może to nie jest właściwe słowo, bo przecież widujecie się codziennie, ale...

- Ale to jest co innego - dokończyła za nią Liz.

- Jeśli   rzeczywiście   chcecie   wiedzieć,   jak   całuje   Craig,   to   zaraz   wam   powiem   - 

obwieściła Isabel, szybko zmieniając temat. Uznała widocznie, że rozmowa o Maksie nie robi 

dobrze  Liz.  - Trochę  zbyt  mokro. Głośno  oddycha  przez nos.  Ale, ogólnie  rzecz  biorąc, 

całkiem nieźle.

- Coś takiego! - zapiszczała Maria. - Nie wiedziałam, że ty z nim chodziłaś.

- Nie chodziłam. Ale pewnej nocy złożyłam małą wizytę w jego snach. Kiedy, hm, 

prowadziłam kampanię, aby zostać królową balu - przyznała.

- Przenikałaś do snów facetów i całowałaś ich, żeby na ciebie głosowali? - spytała Liz.

- Tylko  tych  atrakcyjnych.  Ale Michael  Alex wszystko  mi  zepsuli. Pamiętacie,  że 

przegrałam z Liz - dodała, pokazując język rywalce.

Ta roześmiała się i rzuciła w nią poduszą.

Maria nie odzywała się. Była  zadowolona, że Isabel przegrała. Prowadzenie takiej 

kampanii przedwyborczej nie było w porządku. Poza tym Liz zasługiwała na to, żeby wygrać. 

Była równie ładna, jak Isabel, chociaż w całkiem innym typie. I miała nie gorsze powodzenie.

- Jak to jest, kiedy się przenika do cudzych snów? - spytała. - Czy poznajesz wtedy 

wszystkie tajemnice?

- Mogłabym wam to zademonstrować - zaproponowała Isabel. - Przynajmniej tak mi 

się wydaje. Gdybyśmy we trzy nawiązały łączność, to wtedy pewnie razem przeniknęłybyśmy 

do snów.

- Ale to jest naruszenie cudzej prywatności - zaprotestowała Liz.

- Tak, masz rację - przyznała Isabel. - Z drugiej jednak strony to świetna zabawa.

- Musimy to zrobić - wtrąciła Maria. Wiedziała, że Liz ma rację, mówiąc o naruszaniu 

prywatności, lecz istniała szansa, że Isabel wprowadzi ją w sen Michaela. Może dzięki temu 

background image

pozna jego uczucia.

- Od kogo zaczynamy? - spytała Isabel.

- Pani Hardy? - zaproponowała Liz.

- Nauczycielka? - zdziwiła się Maria. - Może powinnyśmy wybrać kogoś, kogo lepiej 

znamy.

Nie chciała wymienić Michaela. Wolała zaczekać, żeby móc to zrobić mimochodem. 

Opowiedziała już Liz o wydarzeniach ostatniej nocy, mimo to wolała nie pokazywać, że jest 

aż tak zaangażowana.

- Już wiem, co zrobimy. Wejdziemy w zasięg snów i każda z was wybierze sobie 

orbitę. To będzie prawdziwa niespodzianka - oświadczyła Isabel. Usiadła na podłodze i dała 

dziewczynom znak, żeby usiadły obok niej. - Rozluźnijcie się. Oddychajcie głęboko. Ja zajmę 

się resztą - dodała, biorąc obie za rękę.

Otoczyła je feeria barw, nasycony fiolet aury Isabel wtapiał się w ciepły bursztyn aury 

Liz i kobaltowy błękit Marii. Po chwili powietrze zostało nasycone mieszaniną zapachów. 

Maria   nazwała   je   w   myśli   aurami   woni.   Głęboko   wciągnęła   powietrze,   napawając   się 

zapachem ilang - ilang Liz, cynamonu Isabel i własnym, różanym. Te wonie przenikały się 

wzajemnie, tworząc swoisty aromat.

- Teraz zamknijcie oczy - szepnęła Isabel.

Maria przymknęła powieki i została natychmiast otoczona wirującymi sferami snów, 

które mieniły się tęczowym blaskiem. Uśmiechnęła się, kiedy jedna z orbit otarła się o jej 

twarz. Była miękka jak bańka mydlana, wydawała wysoki, piękny dźwięk.

- Witajcie   w   zasięgu   snów   -   powiedziała   Isabel.   -   Orbita   powstaje,   kiedy   śpiący 

zaczyna śnić. Wybierzcie sobie którąś z nich, a ja was do niej wprowadzę.

Maria  wsłuchiwała  się  w  muzykę  sfer,  usiłując  wyłapać   ton, który odezwałby  się 

echem w jej sercu.

Było   wiele   pięknych   dźwięków,   ale   żaden   nie   był  tym,   którego   szukała.   Michael 

jeszcze nie śpi, uświadomiła sobie nagle. Nie znajdę teraz jego orbity.

- Wybieraj pierwsza - zwróciła się do Liz.

- Ta - powiedziała jej przyjaciółka, wskazując wirującą jasnozieloną sferę snu.

- To przedziwne. Wydaje mi się, że wybrałaś orbitę swojej matki - zauważyła Isabel. - 

Tyle razy to robiłam, że umiem już rozpoznawać mnóstwo sfer ludzkich snów i jestem prawie 

pewna, że to właśnie ta orbita. Może chcesz wybrać inną?

Liz zawahała się, po czym potrząsnęła głową.

- Ta będzie dobra.

background image

Isabel wyciągnęła ręce i zaczęła nucić. Po chwili zielona sfera snu znalazła się w jej 

dłoniach. Dziewczyna nie przestawała nucić, a orbita ogromniała, aż stała się tak wysoka, jak 

zgromadzone przy niej dziewczyny.

- Jeśli nie chcesz, żeby cię zobaczyła w swoim śnie, to możemy pozostać na zewnątrz. 

Możemy też przeniknąć do środka.

- Zostańmy na zewnątrz - zdecydowała Liz. Przysunęła się bliżej i zajrzała do orbity. 

Maria zrobiła to samo.

Pani Ortecho spacerowała nad brzegiem jeziora. Kiedy przechodziła pod drzewem, 

spadło z niego jajko i rozbiło się u jej stóp. Z jajka zaczęła wypływać krew.

Liz z trudem złapała oddech.

- Nie musimy dalej patrzeć - odezwała się Maria.

- Chcę to zobaczyć - powiedziała Liz.

Nadal wpatrywały się w orbitę. Sceneria zmieniła się szybko, jak to bywa w snach; 

teraz   pani   Ortecho   stała   w   kuchni.   Otworzyła   lodówkę   i   wyjęła   jajko   z   kartonowego 

pojemnika. Trzymała je przez chwilę w dłoniach, jakby chciała je ogrzać.

Nagle znalazła  się znowu nad  jeziorem. Wspinała  się  na drzewo w  poszukiwaniu 

gniazda, trzymając jajko w dłoni. Jedna z gałęzi, która służyła jej za oparcie, złamała się. Pani 

Ortecho zachwiała się, jajko wysunęło się z jej dłoni i wpadło do jeziora.

Z wody w jeziorze, która stała się czerwona i zaczęła bulgotać, wyłoniła się zalana 

krwią dziewczyna. Poszybowała w kierunku pani Ortecho, zaciskając szponiaste dłonie.

Pani Ortecho krzyknęła, a Liz odsunęła się gwałtownie od jej sfery snu.

- Już dość! - zawołała.

Isabel wyciągnęła rękę i lekko dotknęła orbity. Nie przestawała nucić, dopóki orbita 

nie powróciła do swojego pierwotnego kształtu.

- Dobrze się czujesz? - zwróciła się Maria do przyjaciółki. - To był jakiś okropny 

koszmar senny.

- Myślę, że tą dziewczyną była Rosa - wyjaśniła Liz. Miała nienaturalnie błyszczące 

oczy.

- Nie   możesz   być   tego   pewna.   Nie   było   widać   jej   twarzy   przez   tę...   -   Maria 

powstrzymała się przed wypowiedzeniem słowa „krew”.

Liz potrząsnęła głową.

- To była ona - upierała się. - Rosa umarła pięć lat temu, a mama jeszcze miewa takie 

koszmary.

- Pewnie tylko czasami - wtrąciła Isabel. - A to wcale nie musi być złe. Sny pomagają 

background image

ludziom przetwarzać wydarzenia.

- Pewnie tak - wymamrotała Liz. Maria rzuciła jej wymowne spojrzenie.

- Zróbmy sobie przerwę.

Isabel zamknęła oczy i skoncentrowała się. Zniknął zasięg snów; dziewczęta siedziały 

po prostu na podłodze w jej sypialni.

- Przykro mi, że nie doczekałaś się swojej kolejki - zwróciła się Liz do Marii.

- Nic   nie   szkodzi.   Orbity,   do   której   chciałam   przeniknąć,   tam   nie   było.   -   Maria 

opuściła głowę i cicho westchnęła. - Muszę wam coś wyznać, moje siostry - sisters. Chciałam 

przeniknąć do orbity snów Michaela.

- Wstrząsające! - wykrzyknęła Isabel z udawanym zdumieniem.

Maria spojrzała na Liz.

- Powiedziałaś Isabel? - spytała.

- Nic mi nie mówiła. Ale przecież mam oczy i widziałam, jak patrzysz na Michaela - 

tłumaczyła   jej   Isabel,  zerkając   na  zegar.   -  Michael,   Max  i  ja   potrzebujemy  tylko   dwóch 

godzin snu. On jeszcze nieprędko wejdzie do krainy marzeń sennych. Powinnyście tu zostać, 

a   kiedy   zrobi   się   już   wystarczająco   późno,   to   was   tam   wprowadzę.   Mam   tu   piżamy   i 

wszystko, czego możecie potrzebować.

- Chyba mogłybyśmy jutro wcześniej wstać, pójść do domu i przebrać się do szkoły - 

powiedziała Liz. - Muszę jednak zadzwonić do ojca - dodała i kiedy Isabel podała jej telefon, 

szybko wystukała numer.

Maria usiłowała nie słuchać tej rozmowy. Nie lubiła słuchać, jak przyjaciółka prosi o 

pozwolenie, żeby móc gdzieś dłużej zostać albo wyjechać za miasto. Pan Ortecho zadawał 

wtedy milion pytań, zupełnie jakby jej nie ufał. To nie było w porządku.

Liz była nienaturalnie doskonałą córką. Zawsze miała najlepsze stopnie, bezbłędnie 

wywiązywała się ze swoich obowiązków w kawiarni, pomagała w domu, nie piła, nie paliła. 

Nie robiła żadnych rzeczy, których nie aprobują rodzice.

Jej ojciec był w porządku. Maria lubiła u niego pracować. Powinien jednak dać córce 

trochę luzu. Fakt, że Rosa przedawkowała, nie oznaczał, że to samo spotka jej siostrę. Sam 

powinien o tym wiedzieć.

Liz skończyła rozmowę i przekazała telefon Marii, której matka natychmiast zgodziła 

się, żeby została u Evansów. Marii wcale to nie zdziwiło, bo wiedziała, że adorator matki jest 

u nich w domu i że oboje są zadowoleni z takiego obrotu rzeczy.

- Może chcecie obejrzeć jakiś film, zanim będziemy mogły wejść w zasięg snów? - 

zaproponowała Isabel.

background image

- Dobrze - odpowiedziała Liz, a Isabel zaczęła wymieniać wszystkie możliwości.

To miłe, że tak bardzo stara się być dobrą gospodynią, pomyślała Maria. Izzy nie 

miała wielu przyjaciółek i takie spotkanie jak dzisiaj było dla niej ważne.

- Zgadzasz się na to, Mario? - spytała Isabel.

Ta   nie   słuchała.   Było   jej   wszystko   jedno,   który   film   wybiorą.   To   był   tylko   czas 

oczekiwania na możliwość przeniknięcia do orbity snu Michaela.

Kiedy   program   już   się   zakończył,   Maria   miała   uczucie,   jakby   w   jej   żołądku 

zagnieździło się całe stado motyli, które gwałtownie machały skrzydełkami. Wzięła Isabel za 

rękę i znalazła się w krainie błyszczących rozśpiewanych sfer snu.

Pewnie ma jakieś głupie sny, pomyślała. Może śni o tańczących hot dogach. O czymś, 

co nie ma najmniejszego związku ze mną. Chyba że wierzy się w to, co podają niektóre 

senniki.

Usłyszała głęboki dźwięk sfery snu Michaela. Motyle w jej żołądku rozmnożyły się 

nagle, kiedy Isabel przywoływała jego orbitę i rozszerzała ją.

Pragnąc wreszcie rozwiać wątpliwości, Maria przekroczyła miękką wilgotną powłokę 

orbity, a Isabel i Liz poszły w jej ślady.

Poczuła nagły ucisk serca. Michael nie śnił o tańczących hot dogach. Śnił, że trzyma 

w ramionach Isabel!

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Pomóc ci przy obiedzie, mamo? - spytał Max, wchodząc do kuchni. Powinien udać 

się na poszukiwanie statku, ale był zbyt wyczerpany, żeby znowu jeździć po pustyni i wrócić 

z niczym.

- Możesz  otworzyć drzwi,  kiedy pojawi  się  facet   z Flying  Pepperoni.  Zamówiłam 

pizzę - powiedziała pani Evans. - Pracujemy z ojcem nad bardzo poważną sprawą i musimy 

dobrze się do niej przygotować. W rozkładzie zajęć nie ma takiej pozycji  jak gotowanie. 

Masz szczęście.

- Za to tato nie ma szczęścia. Wiesz, że on zawsze mówi... - zaczął Max.

- Że wolałby zjeść opakowanie - dokończyli wspólnie. Dziwne, ile informacji można 

zebrać   na   temat   swoich   rodziców,   i   to   zupełnie   bezwiednie.   Takich   całkowicie 

bezużytecznych wiadomości. Tato mówi, że kartonowe pudełko ma lepszy smak niż pizza; 

próbuje   po   kolei   wszystkiego,   co   ma   na   talerzu,  i   kończy  się   na   tym,   że   zjada   tylko   te 

pojedyncze   kęsy   potraw;   wsypuje   do   kawy   trzy   czubate   łyżki   stołowe   cukru   i   nie   lubi 

żadnych  komentarzy na ten temat. A to tylko fragmentaryczne  informacje, zebrane przez 

Maxa w teczce „tato”, pod nagłówkiem „jedzenie”. W jego umyśle nagromadziły się setki 

takich   teczek.   Na   przykład   teczka   „dzieciństwo   mamy”.   Matka   miała   wyimaginowaną 

najlepszą przyjaciółkę, która nazywała się Solly; prawdziwą najlepszą przyjaciółkę o imieniu 

Annabel i lalkę, taką samą, jaką miała bohaterka jej ulubionego serialu.

Dla Maxa było ważne, że znał te wszystkie drobne zabawne epizody z życia rodziców. 

Chciał, żeby przynajmniej ktoś je znał, ktoś je zapamiętał, kiedy oni... odejdą.

Dni   mijały   -   do  tej   pory  już   trzy  -   a   on  czuł   zmiany   w   swoim   ciele.   Szanse  na 

znalezienie statku nie przedstawiały się dobrze dla pacjenta X.

Co zwykle mówią lekarze? Powinieneś pomyśleć o uporządkowaniu swoich spraw. 

Tak, właśnie o to chodzi. Max czuł, że pacjent X powinien już zacząć porządkować swoje 

sprawy.

A to oznaczało konieczność rozmowy z Michaelem i Isabel, i z resztą. Będzie musiał 

to zrobić. Nie mógł już dłużej czekać.

Jedyną korzystną prognozą dla pacjenta X był fakt, że odczuwał teraz mniej strachu, 

mniej gniewu, mniej wszystkiego. Pacjent X został otoczony warstwą ochronną. Od chwili, 

kiedy dowiedział się od Raya o akino, Max poczuł się tak, jakby dokoła niego wytworzyła się 

cienka   warstwa   plastiku.   Z   dnia   na   dzień   stawała   się   coraz   grubsza,   odgradzając   go   od 

wszystkich i wszystkiego, nawet od własnych uczuć.

background image

Może tlen znajdujący się we wnętrzu tego plastikowego pęcherza zmieszany był z 

jakimś środkiem znieczulającym, bo Maxowi, czy też pacjentowi X, nie przeszkadzał pobyt w 

tym sztucznym pęcherzu. Nie przejmował się tym, że rozmawia z matką przez plastikową 

ścianę. Właściwie to nic go nie obchodziło.

Jednak,   o   dziwo,   troszczył   się   o   te   pamięciowe   teczki   zawierające   informacje   o 

rodzicach. Chciałby, żeby ktoś zapamiętał, że jego matka potrafiła wyrecytować z pamięci 

całe ustępy z „Przeminęło z wiatrem”. To mu się wydawało ważne.

Obszedł   stół   dokoła,   usiadł   i   natychmiast   wstał,   co   nie   było   łatwe,   ponieważ 

wydawało mu się, że waży trzykrotnie więcej niż zwykle.

- Może zrobić sałatę? - zaproponował. Nie miał wprawdzie ochoty na sałatę, ale chciał 

zostać w kuchni, więc przy okazji mógłby się na coś przydać. Otworzył lodówkę i zajrzał do 

pojemnika z jarzynami. Była tam tylko jedna nieświeża główka sałaty i dwie powiędnięte 

marchewki.

- Zamówiłam również sałatki - powiedziała matka. - Masz więc czas, żeby spokojnie 

usiąść i powiedzieć mi, co ci dolega.

- Nic mi nie jest. Chciałem tylko zrobić sałatę. Popchnął nogą pojemnik z jarzynami i 

zamknął lodówkę.

- Nie interesuje mnie sałata, tylko worki, które masz pod oczami. Wyglądasz, jakbyś 

potrzebował co najmniej dwóch tygodni odpoczynku. Jeszcze nigdy nie widziałam cię w 

takim stanie. - Matka siadła przy stole i wskazała mu krzesło obok siebie.

Max usiadł z ociąganiem. Wiedział jednak, że nie uda mu się od tego wykręcić. Mama 

była   niezwykle   stanowcza,   kiedy   uważała,   że   powinni   przeprowadzić   rozmowę.   Takie 

rozmowy bywały często bardzo pomocne, co nie oznaczało wcale, że dyktowała mu, jak ma 

postąpić. Po prostu, kiedy zaczynał mówić o swoich problemach, sam wpadał na pomysł, jak 

je rozwiązać.

Jednak tym razem nie było to możliwe. Dawno temu przyrzekli sobie z Isabel, że 

nigdy nie wyjawią rodzicom prawdy o swoim pochodzeniu.

Chciał   dotrzymać   tej   obietnicy.   Gdyby   im   wszystko   powiedział,   naraziłby   ich   na 

niebezpieczeństwo.   Tak   jak   naraził   Liz   i   resztę   przyjaciół.   Dopóki   agenci   Planu 

Wyczyszczenia Bazy Danych będą polować na kosmitów, każdej osobie związanej z Maxem, 

Isabel i Michaelem groziło niebezpieczeństwo.

Pacjent   X   umrze.   No   i   dobrze.   Może   niedobrze,   ale   było   to   prawdopodobnie 

nieuniknione. Isabel umrze. Michael umrze. To też pewnie będzie nieuniknione.

Ale rodzice nie musieli umierać; mieli jeszcze przed sobą długie lata. Max nie miał 

background image

zamiaru skracać im życia, zwierzając się ze swojej tajemnicy i tym samym narażając ich na 

niebezpieczeństwo.

- Czy mam cię wziąć w krzyżowy ogień pytań? - odezwała się matka. - A może sam 

mi powiesz, co się dzieje?

Musiał coś wymyślić. Rzucił na nią okiem i zauważył jeden siwy włos na jej skroni. 

Wyrwał go i pokazał mamie.

- Ooo! Nie śmiej się z tego. Ciebie też to kiedyś czeka - powiedziała.

Nie, mamo, mnie to nie czeka, pomyślał, wsuwając siwy włos do kieszeni.

- Widzę jeszcze jeden - rzekł, wyciągając rękę. Matka odsunęła jego dłoń.

- Przestań zwlekać - rzuciła.

- Okay,   jest   taka   sprawa...   -   zaczął.   Żadne   przekonywające   kłamstwo   jakoś   nie 

przychodziło mu do głowy. - Hm, jest w szkole jedna dziewczyna, bardzo inteligentna, piękna 

i w ogóle. Ale problem polega na tym, że ona stale mi powtarza, że powinniśmy być tylko 

przyjaciółmi.

W rzeczywistości to on wciąż mówił Liz, że nie mogą być niczym więcej, jak tylko 

przyjaciółmi. W efekcie, jak się okazało, miało to swoje dobre strony. Kiedy umrze, Liz straci 

tylko przyjaciela, a nie ukochanego.

- To mnie bardziej postarza niż siwe włosy - odezwała się matka. - Mój syn ma już 

dorosłe problemy.

Gdy usłyszeli dzwonek, Max wstał od stołu.

- Otworzę.

- Poproś ojca o pieniądze. Możesz go też spytać  - przymrużyła  oko - ile razy mu 

mówiłam, że najlepiej będzie, jak pozostaniemy tylko przyjaciółmi, zanim zaczęłam z nim 

chodzić.

Max, chcąc przekonać matkę, że już się lepiej czuje, zdobył się na uśmiech i poszedł 

do frontowych drzwi.

- Tato, potrzebuję pieniędzy na pizzę! - krzyknął.

- Już idę, idę - rozległ się głos z salonu. - Nie mogliśmy zamówić czegoś innego 

zamiast pizzy? Wolałbym zjeść opakowanie.

Może ostatni raz słyszę, jak to mówi, uświadomił sobie chłopiec.

Michael wszedł do salonu, niosąc kawałek zimnej pizzy i szklankę mleka.

Isabel poczuła nagłe łomotanie serca. Podskoczyła, rozpryskując na bluzkę gazowany 

napój, po czym chwyciła serwetkę, żeby wytrzeć plamy.

- Przestraszyłem cię? - spytał Michael, siadając obok niej.

background image

- Nie słyszałam, jak wchodzisz - odpowiedziała. Nigdy nie dzwonił. Rodzice Isabel 

nazywali go swoim trzecim dzieckiem, więc traktował ich dom jak własny.

To prawda, że nie słyszała jego kroków, jednak to nie dlatego jej serce omal nie 

połamało   żeber.   Kiedy   zobaczyła   Michaela,   przypomniała   jej   się   orbita   jego   snu.   Serce 

zareagowało na ten obraz.

Michael oparł nogi na niskim stoliku, złożył pizzę na pół i ugryzł potężny kęs. Nie 

zachowywał się jak chłopak, który śnił o tym, że trzyma ją w ramionach. Za chwilę zacznie 

bekać albo drapać się po siedzeniu.

Isabel odczuła ulgę. Byłoby dziwnie, gdyby Michael, traktujący ją jak młodszą siostrę, 

żywił wobec niej jakieś romantyczne uczucia. Miała tę świadomość, tylko ciało jak gdyby o 

tym zapomniało. Uniosła brwi.

- Masz już wszystko, czego ci potrzeba? - spytała z udaną słodyczą w głosie. - Może 

chcesz, żebym pobiegła na górę i przyniosła kilka poduszek?

- Jak to miło z twojej strony - odpowiedział Michael równie przesłodzonym tonem. - 

Ale jest mi zupełnie dobrze. Chyba że chciałabyś zdjąć mi buty i pomasować stopy.

- Jasne.   Marzę   o   tym,   żeby   móc   dotknąć   twoich   wielkich   śmierdzących   stóp.   - 

Niegdyś   zrobiłaby   to   z   przyjemnością,   kiedy   miała   dwanaście   lat.   Była   wtedy   totalnie 

zadurzona   w   Michaelu.   Cały   zeszyt   zapełniła   informacjami   o   jego   ulubionych   zespołach 

muzycznych i ulubionych potrawach. Zeszyt trafił wreszcie do kosza na śmieci, kartka po 

kartce, kiedy skończyła trzynaście lat i zaczęła się tego wstydzić.

- Gdzie reszta rodziny? - spytał chłopiec.

- Rodzice wrócili do biura. Mają jakąś trudną sprawę do opracowania. A Max jest w 

swoim pokoju. A może to ten jego nieużyty bliźniak. Ten, którego nazywamy Niemym.

- Co się z nim dzieje? - Michael przeczesał palcami sterczącą czuprynę. - Czy to ta 

sprawa z Liz?

- Chyba nic się pomiędzy nimi nie zmieniło - powiedziała Isabel. - Może to tylko 

kwestia frustracji seksualnej, której nie jest już w stanie znieść.

- Nie znam tego uczucia. - Michael uśmiechnął się. - Jestem zbyt przystojny, żeby 

mieć takie problemy.

- Rzeczywiście. Stale o tym zapominam. Pewnie dlatego, że sama tego nie zauważam 

- odparowała.

Isabel   musiała  jednak   przyznać,   że   Michael   zajmuje   wysokie   miejsce  w   rankingu 

atrakcyjnych chłopaków. Traktowała go nie tylko jak brata, na którego wygląd nie zwraca się 

uwagi. A było na co patrzeć - czarne włosy, szare oczy, szerokie ramiona...

background image

Nie będzie więcej o tym myśleć, to nielojalne w stosunku do Alexa. Jej chłopak też 

był atrakcyjny. Tyle tylko, że był szczupły, a Michael muskularny. Czasem miło popatrzeć na 

dobrze umięśnionego chłopaka.

- Aha, skoro już mówimy o twoim słynnym sex appealu, to Corinne Williams chce cię 

zaprosić na imprezę, którą urządza w piątek wieczorem - oświadczyła Isabel.

- Czy ty i Alex idziecie? - spytał, wkładając ostatni kawałek pizzy do ust i wycierając 

ręce o dżinsy.

- Nie wiem jeszcze. - Mogła się spodziewać, że czeka ją kolejna nagonka na parę Alex 

-  Isabel   ze  strony fanek   Stacey.  To,  co  przeżyła   w  szatni,  nie   było   miłe,  a  na   imprezie 

mogłoby być tylko gorzej.

Michael zerknął na ekran telewizora.

- Czy to jest ten serial, w którym ona koniecznie chce mieć dziecko?

Wyciągnął rękę wzdłuż oparcia kanapy, dotykając lekko jej ramion. Isabel przeniknął 

dreszcz. Tak nie powinno być. To się nigdy przedtem nie wydarzyło - przynajmniej od czasu, 

kiedy miała dwanaście lat. Wtedy wprost kipiała z radości, gdy Michael był w pobliżu.

- To było w starych programach - powiedziała, prostując plecy, żeby odsunąć się od 

ręki chłopca. - W tym jest samotną matką bliźniaków, którzy starają się wydać ją za mąż.

- Aha, już wiem. Oni mają jakąś czarodziejską moc czy coś w tym rodzaju. Nie chce 

mi się wierzyć, że to oglądasz.

- To nie ten serial. Mówisz o jeszcze innym. A ja tego wcale nie oglądam. Czekam 

tylko na to, co po tym pokażą.

- A ten facet to dyrektor ich szkoły, prawda? Isabel potrząsnęła głową.

- Teraz jest trenerem piłki nożnej.

- Okay, widzę, że powinienem zająć się pilotem - oświadczył  Michael. Wyciągnął 

rękę, ale Isabel była szybsza i schowała go za plecami.

- Wiadomość  z  ostatniej  chwili.   Nie jestem  Alexem.  Nie  stosuję   się  do kaprysów 

księżniczki Isabel - powiedział.

Wyciągnął jeszcze rękę, lecz dziewczyna przechyliła się do tyłu, przyciskając pilota 

własnym ciałem.

Michael   popatrzył   na   nią   zwężonymi   oczami.   Przez   ciało   Isabel   znowu   przebiegł 

dreszcz, zagłuszony poczuciem winy. Jak zareagowałaby Maria, gdyby mogła zobaczyć te 

przekomarzanki?

- Możemy to zrobić w łagodny sposób albo mniej łagodnie - rzekł chłopiec.

- W ogóle tego nie zrobimy. To mój dom. Ja kontroluję pilota - upierała się Isabel.

background image

- Okay, niech tak będzie. - Michael usiadł jej na nogach i zaczął ją łaskotać. Dobrze 

wiedział gdzie; znał te miejsca od lat.

Zapiszczała, kiedy poczuła pod żebrami jego palce. Nie mogła tego znieść. Złapała go 

za ramiona i odepchnęła, przynajmniej próbowała to zrobić, bo zdołała odsunąć go może o 

centymetr.

Miała jednak inne metody, by wyjść zwycięsko z tej walki. Wbiła mu paznokcie w 

plecy.

- To nie w porządku. Ja nie mam szponów - zaprotestował Michael, nie przestając jej 

łaskotać.

- Ale ważysz dwa razy tyle co ja! - zawołała Isabel. - I leżysz na mnie.

Spojrzeli   sobie   w   oczy   i   znieruchomieli   oboje.   Michael   miał   urywany   oddech. 

Zadyszał się od tego łaskotania?

Dziewczyna  była  pewna, że serce jej  łomocze  tylko  dlatego, że tak się zmęczyła, 

walcząc  o pilota. To nie miało nic wspólnego ze świadomością, że Michael przyciska ją 

swoim ciałem, absolutnie nic.

Wyjęła pilota zza pleców i podała mu go.

- Oglądaj, co chcesz. Ja... ja muszę odrobić lekcje.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Liz  zerknęła na zegarek. Jeśli się pospieszy,  to przed swoim dyżurem w kawiarni 

Latający Talerz zdąży jeszcze wstąpić do muzeum UFO. Musiała się zobaczyć z Maxem, 

żeby się upewnić, że jest z nim wszystko w porządku.

W   głębi   serca   czuła   jednak,   że   wcale   tak   nie   jest.   Kiedy   spotykali   się   w   szkole, 

widziała, że z dnia na dzień chłopak wygląda coraz gorzej. I jeszcze ta dziwna sprawa z 

palnikiem   bunsenowskim.  Max starał   się  jej  wmówić,  że  jego  przypalony  palec  to  tylko 

złudzenie   optyczne,   lecz   zapach   palącego   się   ciała   był   zbyt   wyraźny,   żeby   mogła   w   to 

uwierzyć.

- Podwieźć cię, Liz? - usłyszała za plecami jakiś głos. Nie musiała się oglądać, by 

wiedzieć, że to Max.

- Wspaniale - powiedziała, obróciła się szybko i wsiadła do jeepa. Przyglądała mu się 

uważnie, kiedy wyjeżdżał na ulicę. Wygląda, jakby był chory na raka, stwierdziła.

- Przypatrujesz mi się - odezwał się Max.

Liz zdecydowała się na jasne postawienie sprawy.

- Martwię się o ciebie - przyznała. - Stale mi powtarzasz, że nic ci nie jest, ale ja już 

tego nie kupuję.

- Jestem trochę zmęczony. Nie byłem... - Nie dokończył zdania. Oczy uciekły mu w 

tył głowy, widoczne były tylko białka.

- Max!

Rozległ się głośny, przeciągły klakson. Liz popatrzyła przed siebie i zorientowała się, 

że furgonetka dostawcza Lime Warp jest tuż przed jeepem, może w odległości metra.

Przechyliła się, chwyciła kierownicę i szarpnęła nią w lewo tak gwałtownie, że rozległ 

się pisk opon. Zepchnęła nogę Maxa z pedału gazu, po czym nacisnęła hamulec, z trudem 

panując nad chęcią gwałtownego przyciśnięcia go do dechy.

- Okay, okay. Teraz zaparkuj - mruknęła do siebie. Zjechała pod krawężnik, zgasiła 

silnik i szybko obróciła się do Maxa.

- Słyszysz mnie?! - krzyknęła, spoglądając mu w oczy; w nieruchome białe kulki.

Z trudem przełknęła ślinę. Musi się opanować, jeśli ma pomóc Maxowi. Zastanawiała 

się gorączkowo, co zrobić? Mogła pobiec do najbliższego domu i zadzwonić po karetkę. Nie 

chciała jednak zostawiać go samego. Ani na chwilę.

- Max, odezwij się! - wołała zdławionym głosem. - Słyszysz mnie? To ja, Liz.

Gdy   zadrgały   mu   powieki,   ujęła   w   obie   ręce   jego   dłoń,   która   nadal   leżała   na 

background image

kierownicy, i zaczęła ją masować. Dłoń chłopca była bezwładna, pozbawiona życia.

Pod jego powiekami ukazał się skrawek błękitu, a po chwili oczy wróciły na właściwe 

miejsce. Ręce mu zadrgały. Zaczynał dochodzić do siebie. Och, dzięki ci, Boże.

Max potrząsnął głową.

- Chyba zasnąłem nad kierownicą. Rzeczywiście nie jestem ostatnio w dobrej formie. 

Może ty powinnaś teraz prowadzić. Podwieziesz mnie do muzeum, a ja później odbiorę od 

ciebie jeepa.

Liz wpatrywała się w niego bez słowa. Był w szoku, na pewno.

- Max, miałeś jakiś atak - powiedziała łagodnym tonem. - Zawiozę cię do szpitala na 

ostry dyżur.

- Na   oddział   dla   kosmitów?   -   spytał.   Wyswobodził   dłoń   z   jej   rąk   i   oparł   ją   na 

kierownicy. - Liz, przecież wiesz, że nie mogę jechać na ostry dyżur. Proszę cię, zawieź mnie 

do domu. Zadzwonię do pracy, że jestem chory, i odpocznę. Właśnie tego potrzebuję, trochę 

odpoczynku.

- I to ma mnie uspokoić? - Adrenalina jeszcze buzowała w żyłach Liz, która miała 

nerwy tak napięte, jakby ktoś ją podłączył do prądu. A on się spodziewał, że odwiezie go do 

domu i wesoło pomacha na pożegnanie.

Uświadomiła sobie jednak, że nie widział tego co ona; nie widział, jak oczy uciekają 

mu w tył głowy i...

- Max, uwierz  mi.  Teraz  już  nie możesz  udawać, że  nic się  nie stało.  Musisz się 

dokładnie przebadać.

- Już rozmawiałem o tym z Rayem - mruknął. - To nie jest zwykła ludzka choroba. To 

nie jest sprawa dla lekarzy.

Liz poczuła, jak skręca się jej żołądek.

- Więc co to jest? Powiedz mi.

Chłopak zaczął przesuwać palcem po kierownicy.

- Muszę jechać do pracy. A przynajmniej tam zadzwonić. Liz ujęła jego twarz w obie 

dłonie i zmusiła go, aby się do niej obrócił. Nie spojrzał jej jednak w oczy.

- Nigdzie nie pojedziesz, dopóki mi nie powiesz - oświadczyła.

- Ja umieram.

Palce dziewczyny zacisnęły się na jego policzkach.

- Co?

- Umieram.

Michael zaparkował stare kombi państwa Pascalów przy volskwagenie Alexa. Trudno 

background image

mu było uwierzyć, że wzywają go na zebranie grupy. Cała szóstka spotykała się codziennie w 

szkole. O czym tak nagle muszą porozmawiać? Czy nie mogli zrobić tego wczoraj podczas 

przerwy na lunch?

Wysiadł z samochodu i zatrzasnął drzwi. Miał nadzieję, że wezwano go z jakiegoś 

fajnego powodu, bo przez to spotkanie nie będzie mógł obejrzeć meczu w telewizji. Założył 

się z Dylanem i jeśli wszystko potoczy się tak, jak przewidywał, to przyrodni brat będzie 

musiał przez bardzo długi czas myć toaletę i szorować wannę w ich wspólnej łazience.

Michael poszedł szybkim krokiem w kierunku domu Evansów i sam otworzył sobie 

drzwi.

- Mam nadzieję, że nie ściągnęliście mnie tutaj tylko po to, żeby mi powiedzieć, że 

powinniśmy mieć mundurki w kolorach aury każdego z nas czy coś w tym rodzaju - rzekł 

wchodząc do salonu. - Bo jeśli  tak... - Spojrzał na Maxa i słowa uwięzły mu w  gardle. 

Musiało się stać coś bardzo złego. Usiadł na najbliższym krześle i spytał cichym głosem: - Co 

jest?

Max się nie odezwał. Michael przeniósł wzrok na Liz, która miała zaczerwienione 

oczy i ślady łez na policzkach.

- Niech się ktoś wreszcie odezwie. Czy chodzi o szeryfa Valentiego? - dopytywał się 

Michael. - Natrafił na nasz ślad?

- Jeszcze niczego nam nie powiedzieli - odezwała się j Maria. - Czekali na ciebie. - 

Wyglądała na przerażoną, tak samo jak Alex i Isabel.

- Już tu jestem - powiedział Michael, patrząc na przyjaciela.

- Ja... my - Max odchrząknął, odgarnął włosy z czoła, a Michael zauważył, że drżą mu 

dłonie. - Jest coś takiego, co nazywa się akino. To jest....

- Akino to stan, przez który musi przejść każdy mieszkaniec waszej planety. Kiedy 

nadejdzie czas nawiązania łączności z tym, co nazywa się świadomością zbiorową - wyjaśniła 

Liz, przenosząc kolejno wzrok z Michaela na Isabel. - Ray mówił, że zawiera ona całą wiedzę 

waszej   cywilizacji,   jak   również   stany   emocjonalne.   Sprowadza   się   do   tego,   że   możecie 

odczuwać wszystkie emocje mieszkańców waszej planety, może nawet tych, którzy już nie 

żyją, ale tego nie jestem pewna. - Opuściła wzrok.

Michael, widząc, że łzy napływają jej do oczu, miał ochotę zerwać się z miejsca i 

potrząsnąć nią, żeby dokończyła to, co miała do powiedzenia. Zacisnął dłonie na poręczy 

krzesła, żeby móc usiedzieć na miejscu.

- Mów dalej, Liz - poprosiła Isabel błagalnym  tonem. Liz westchnęła  głęboko, po 

czym zaczęła mówić tak szybko, że chwilami trudno ją było zrozumieć.

background image

- Max przechodzi właśnie przez akino, co oznacza, że musi nawiązać  łączność  ze 

świadomością   zbiorową.   Jeśli   tego   nie   zrobi,   umrze.   Będąc   na   Ziemi,   nie   może   jednak 

nawiązać tej łączności bez kryształów integracyjnych ze statku waszych rodziców.

To chyba był żart. Niedawno Michael dowiedział się od Raya, że jego rodzice nie żyją 

i że nie ma żadnych krewnych na swojej rodzinnej planecie. A teraz... teraz jego najbliższy 

przyjaciel był umierający. To musiał być jakiś niedorzeczny żart.

Usłyszał   ciche   łkanie   Isabel.   Ten   dźwięk   rozdzierał   mu   serce.   Taki   szloch   nie 

powinien nigdy wydobywać się z jej ust - jakby była zwierzątkiem złapanym w pułapkę, 

pozbawionym wszelkiej nadziei, umierającym.

Umierającym. To czeka ich wszystkich. Ona też wkrótce umrze. A wtedy jego i Maxa 

już pewnie nie będzie. Umrą, a Izzy będzie musiała przejść przez to sama.

- Jak długo? - spytał, przerywając upiorną ciszę.

- Ray mówi... - zaczęła Liz.

- Miesiące,   tygodnie   albo   dni   -   wtrącił   Max   takim   głosem,   jakby   miał   jakąś 

przeszkodę w gardle. - Nie wiem jak długo, dopóki ty albo ja... Nie wiem, kiedy to się 

zacznie. Myślę, że każdy ma jakiś swój indywidualny czas. To mogą być całe lata. - Spojrzał 

przyjacielowi w oczy i natychmiast odwrócił wzrok.

To może być jutro, pomyślał Michael, uzupełniając jego słowa.

- Musimy opracować plan poszukiwania statku - zasugerował Alex.

Maria też zaczęła coś pleść o notatkach, mapach, wykresach i innych głupotach.

Co się z nimi dzieje? - pomyślał Michael. Przecież szukał tego statku przez całe życie, 

więc jakie są szanse, żeby go odnaleźć w ciągu najbliższych dni? Chyba że... Przypomniał 

sobie, jak Ray mówił, że ukrył Kamień Nocy w jaskini. Hmmm...

Wyprostował się i zauważył, że Liz na niego patrzy, a na jej ustach błąka się słaby 

uśmiech.

- Mam pomysł - powiedziała. Alex i Maria wciąż paplali.

- Niech teraz mówi Liz - zarządził Michael.

- Mam   pomysł   -   powtórzyła.   -   Siedziałam   tu,   patrzyłam   na   Michaela   i   nagle 

przypomniałam sobie, jak uratowaliśmy go przed łowcami głów.

- Wszyscy nawiązaliśmy łączność! - wykrzyknęła Maria. - Wytworzona przez nas siła 

pozwoliła   mu   umknąć   śmierci.   Dlaczego   o   tym   nie   pomyślałam.   Kiedy   nasza   szóstka 

nawiązuje łączność, to jest... nawet nie potrafię tego opisać.

- Może   dzięki   wytworzonej   w   ten   sposób   sile   uda   ci   się   przejść   przez   akino   bez 

kryształów - zwróciła się Liz do Maxa. - Co o tym myślisz?

background image

Michael był zdania, że jest to lepszy pomysł niż próba poszukiwania statku. A jeśli nie 

zadziała, to pójdzie do jaskini i sam rozwiąże ten problem.

Siła grupowej łączności ocaliła mu życie. Dlaczego nie miałaby ocalić również Maxa?

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Max zamknął krąg, ujmując dłoń Liz z lewej strony, a Isabel z prawej. Cała szóstka 

natychmiast nawiązała łączność.

Tym razem ich aury przypominały promienie laserowe; świetliste strzały przecinające 

z sykiem powietrze w salonie Evansów, sypiące iskrami w miejscu, gdzie się ze sobą stykały. 

Właśnie   tam,   w   centralnym   punkcie   przecięcia,   sześć   różnych   kolorów   tworzyło   białą 

świetlną kulę. Szmaragdowozielona aura Maxa, złotoruda Michaela, kobaltowy błękit Marii, 

ciepły bursztyn Liz, nasycony fiolet Isabel i cynobrowa barwa aury Alexa składały się na tę, 

oślepiającą swoim blaskiem, kulę.

Max dostał na rękach gęsiej skórki, kiedy przeniknęła go płynąca od przyjaciół moc, 

elektryzując jego krwiobieg. Każdy z nich przekazywał mu coś z siebie. Roześmiał się, gdy 

Alex   przekazał   mu   zabawną   scenę   z   kreskówki.   Gwałtownie   złapał   oddech   na   widok 

egzotycznych papug, jednocześnie zrywających się do lotu, które pokazała mu Liz. Obrazy 

przesuwały się z coraz większą szybkością. Zobaczył Isabel, która zamierza się na niego 

łopatką - wspomnienie z ich lat dziecinnych. Rekin, z zębami ostrymi jak brzytwa, prujący 

wzburzone fale - to był obraz od Michaela; kwiat rozwijający się z pączka - od Marii.

Po   chwili   zabrzmiała   muzyka.   Od   każdego   jeden   ton,   o   innej   częstotliwości, 

przekazujący swoje wibracje jego naelektryzowanemu ciału.

Czuł, że jest niezwyciężony. Chłonął ten przekaz każdym zmysłem. Barwy ich aury, 

dźwięki muzyki, przekazywane mu obrazy oraz zapachy... Wciągał je głęboko do płuc - różę, 

cedr, eukaliptus, ilang - ilang, cynamon i migdały.

Teraz, pomyślał. Teraz!

Wytężył umysł w poszukiwaniu jakiegoś przebłysku, cichego szeptu, czegokolwiek, 

co   mogłoby   stanowić   wskazówkę.   Zacisnął   powieki,   starając   się   wysłać   cząstkę   siebie, 

cząstkę ich wszystkich, w kosmos. Poza Galaktykę. W odległą milczącą przestrzeń.

Czuł,   jak   jego   ciało   staje   się   nieważkie,   tak   lekkie,   jakby   składało   się   jedynie   z 

ładunków elektrycznych, przemykających obok bezimiennych planet. Wydawało mu się, że 

widzi, jak obok niego przelatują.

Gdzieś tam w dali kryło się skomasowane życie duchowe tych wszystkich, którzy 

kiedykolwiek mieszkali na jego rodzinnej planecie. Gdzieś tam w dali znajdował się wiecznie 

żywy rejestr każdej myśli, każdego uczucia, każdego marzenia. A on musi tam dotrzeć.

Jestem tu. Chcę się z wami połączyć. Chcę nawiązać łączność. Starał się wyrzucić z 

siebie to przesłanie, wysłać je w tę niezgłębioną próżnię.

background image

Nagle wydało mu się, że słyszy odpowiedź. Była tak delikatna jak muśnięcie włosa po 

twarzy, ale odczuł dotknięcie innego umysłu, jednostkowego czy zbiorowego, tego nie mógł 

wiedzieć. Jednak odczuł dotknięcie czegoś, co nie było nim. Czegoś spoza ich grupy.

Tak!   -   wykrzyknął   w   duchu.   Tak!   Chcę   się   z   wami   połączyć.   Muszę   nawiązać 

łączność. Przyszedł czas na moje akino.

Usłyszał   natychmiast   miliony   głosów,   mówiących   jednocześnie,   domagających   się 

jego uwagi, przekrzykujących się wzajemnie.

Ostre   tony   muzyki,   pozbawionej   jakiegokolwiek   rytmu,   zaczęły   zagłuszać   głosy, 

rozdzierając mu uszy.

Przesuwały   się   przed   nim   obrazy:   twarze,   zwierzęta,   rośliny.   Obrazy   narodzin   i 

śmierci. Wojen, głodu, uroczystości. Wzory, wykresy, równania.

Max czuł gwałtowny przepływ krwi w żyłach i arteriach mózgu, kiedy starał się to 

wszystko wchłonąć. Czuł, jak jego naczynia krwionośne rozszerzają się pod naporem krwi. 

Pękają.

Czuł wyraźnie wyładowania elektryczne na synapsach, coraz częstsze, żeby mogły 

wchłonąć taką masę informacji, elektryzujące jego mózg.

Otworzył usta i zaczął krzyczeć.

Wydawało mu się, że inni też krzyczeli - Liz, Michael, Isabel, Alex i Maria. Krzyczeli, 

aby to wszystko powstrzymać.

Potem zapadł w ciemność.

Następną rzeczą, jaką usłyszał, był głos.

- Musicie zaprzestać takich spotkań.

Otworzył oczy i zobaczył pochylonego nad sobą Raya Iburga, który przyciskał mu 

dłonie do czoła.

- Lepiej ci? - spytał Ray.

Max szybko przebadał się w myślach. Właściwie czuł się świetnie, równie dobrze jak 

kiedyś, zanim wszedł w stadium akino.

- Tak, dziękuję. Jak mogłeś się domyślić, że będziesz tu potrzebny?

- Ten okrzyk bólu, który usłyszałem, wcale nie był cichy. - Ray podszedł do Liz i 

położył dłonie na jej czole.

Max rozejrzał się po kręgu przyjaciół. Wszyscy byli nieprzytomni.

- Pomogę ci - powiedział do starszego przyjaciela, przesuwając się w stronę Isabel.

- Daj spokój - nakazał mu Ray. - Bo będę musiał ponownie cię uzdrawiać. Czego 

właściwie chcieliście dokonać?

background image

- Staraliśmy się pomóc Maxowi podłączyć do świadomości zbiorowej - wymamrotała 

Liz, siadając na podłodze.

Max widział, że jej twarz zaczyna nabierać naturalnego koloru. Jego starszy przyjaciel 

dobrze się spisał.

- Cieszę się, że nie zastałem tu tylko grządki pełnej warzyw - oznajmił Ray, kładąc 

dłonie na czole Michaela. - Jeszcze kilka sekund, a wasze IQ byłoby o jeden punkt wyższe od 

brukwi. Nie wiem, czy zdołałbym was wtedy przywrócić do normalnego stanu.

- To byłby interesujący temat mowy, którą masz wygłosić na pożegnanie szkoły. Jak 

myślisz,   Liz?   -   odezwał   się   Michael.   -   Przemyślenia   brukwi   na   temat   działalności   po 

ukończeniu szkoły.

- Tak. To otwiera wiele wspaniałych możliwości. Sałaty, zupy - mruknęła dziewczyna. 

- Pokarm dla królików.

Alex usiadł i zamrugał.

- Chyba powinniśmy zacząć układać plan odnalezienia statku.

Max wybuchnął sarkastycznym śmiechem.

- Może powinniśmy zaczekać, dopóki Isabel i Maria nie odzyskają przytomności - 

powiedział.

- Chyba tak - przyznał Alex. ~ Chodzi mi tylko o to, że ty... że my... już nie mamy 

dużo czasu.

Michael przyciskał do czoła chłodną puszkę Lime Warp i udawał, że słucha pomysłów 

poszukiwania statku dzisiejszej nocy. Poza udawaniem zainteresowania nie musiał robić nic 

więcej, ponieważ doszedł do wniosku, że te takie wyprawy nie mają żadnego sensu. Musieli 

posłużyć się Kamieniem Nocy.

Drobna poprawka. On musiał się posłużyć Kamieniem. Użyje go, żeby śledzić szeryfa 

Valentiego   i   odnaleźć   statek.   Jeśli   korzystanie   z   Kamienia   sprowadzi   ponownie   łowców 

głów... no cóż, jaka to różnica, czy umrze dziś, czy wkrótce. Jeśli tylko najpierw zlokalizuje 

statek. Jeśli tylko będzie mógł uratować Maxa i Isabel.

Z ich trójki on najbardziej się nadawał do poniesienia tej ofiary. Max i Izzy mieli 

rodzinę. Ich rodzice byliby załamani, gdyby coś się stało któremuś z nich.

Sytuacja Michaela była zupełnie inna. Państwu Pascalom aż tak bardzo na nim nie 

zależało. No a grupa... będzie go im brakować. Ale będą mieli siebie nawzajem. Izzy będzie 

nadal miała Maxa. Nie zostanie sama.

- Co o tym sądzisz, Michael? - spytał go Alex.

- Trzy zespoły po dwie osoby. Plus Ray w pojedynkę. W porządku - odpowiedział. 

background image

Był prawie pewien, że taki plan uzgodnili. Chciał tylko, żeby to zebranie jak najprędzej się 

skończyło,  żeby mógł pojechać do jaskini. Tam był ukryty  Kamień oraz też pióro, które 

ściągnął z biurka Valentiego.

- Dziś wieczorem zaczynamy? - spytała Maria.

- Tak. Spotkajmy się na szkolnym parkingu o siódmej - zaproponowała Isabel.

Nikt nie wyrażał sprzeciwu, więc Michael szybko zerwał się na nogi.

- Dołączę tam do was! - zawołał, wybiegając z pokoju. Kiedy tylko znalazł się za 

drzwiami, puścił się biegiem. Wskoczył do samochodu i ruszył, kierując się w stronę wyjazdu 

z   miasta,   uważając   przy   tym,   żeby   nie   przekroczyć   limitu   szybkości.   Valenti   uwielbiał 

zatrzymywać nastolatków, a Michaelowi zależało na czasie.

Skupił się na jednym celu - dotarciu do jaskini. Kiedy tylko przemknęła mu przez 

głowę   jakaś   myśl   o   Maksie,   natychmiast   odrzucał   ją   od   siebie.   Nie   musiał   myśleć   o 

przyjacielu, martwić się o niego, płakać nad nim. To już nie było potrzebne, ponieważ teraz 

on brał rozwiązanie tej sprawy na siebie.

Skręcił z szosy i zmusił stare kombi do jazdy przez pustynię. Zatrzymał się prawie o 

kilometr od jaskini, nie chcąc, żeby ktokolwiek - na przykład ktoś z Planu Wyczyszczenia 

Bazy Danych - zainteresował się zaparkowanym samochodem i zaczął węszyć dokoła.

Wyskoczył z samochodu i pobiegł w kierunku jaskini. Biorę to na siebie, biorę to na 

siebie, biorę to na siebie. Te słowa przebiegały mu przez głowę w rytmie uderzeń stóp.

Kiedy dotarł do prowadzącej do jaskini szczeliny, jednym zręcznym ruchem opuścił 

się na dół i bez wahania podszedł do leżącego w rogu śpiwora, gdzie był ukryty pierścień z 

Kamieniem Nocy i pióro szeryfa Valentiego.

Michael wyciągnął pierścień, włożył go na palec i zacisnął dłoń wokół pióra.

- Okay, gdzie jest Valen...

- Nie rób tego, Michael!

Usłyszał jakiś chrobot, a po chwili Maria wsunęła się do jaskini w takim pośpiechu, że 

upadła. Szybko zerwała się na nogi i podbiegła do niego. Wytrąciła mu z ręki pióro, które 

poleciało na drugi koniec jaskini.

- Co tu, u diabła, robisz? - spytał.

- Śledziłam cię! - wykrzyknęła, a jej niebieskie oczy pałały. - Chociaż to nie było 

konieczne.   W  momencie   kiedy  wstałeś  z   krzesła,  wiedziałam  już,   gdzie   się  wybierasz.  - 

Chwyciła oddech i mówiła dalej: - Co cię napadło? Sam zadałeś mi takie pytanie, kiedy 

dowiedziałeś się, że korzystałam z mocy Kamienia, wiedząc, że jest to niebezpieczne. A teraz 

ty to robisz. Więc pytam: Co cię napadło?

background image

- To  nie   to  samo.  -  Michael  przeszedł  na   drugą  stronę  jaskini  i  podniósł   pióro.  - 

Używam Kamienia, żeby odnaleźć statek i uratować Maxowi życie. Właśnie to mnie napadło, 

Mario.

- To nie tak. Powiem ci, co będzie. Łowcy głów znowu cię dopadną... i tym razem na 

pewno zabiją! - krzyknęła.

- No to co? To oznacza dwoje żywych i jednego nieżywego. A nie troje nieżywych.

- Świetnie. Powinnam była sama o tym pomyśleć. Dwoje z trojga. Wspaniale - mówiła 

Maria przez łzy. - Teraz nie powinno mnie już martwić, że chcesz się zabić.

No  to   super.   Dziewczyna   płakała,  jej   ciałem   wstrząsało  łkanie.  Zrobił  krok  w   jej 

kierunku.

- Nie! - zawołała. - Nie podchodź do mnie. I nie próbuj mnie dotknąć. Nie chcę, żebyś 

mnie dotykał. Masz zamiar się zabić, kiedy tylko stąd wyjdę. Nie... - Zakryła twarz rękami.

Michael przestępował z nogi na nogę. Histeryczny szloch Marii był coraz głośniejszy.

Nie mógł już dłużej stać bezczynnie. Wahał się przez chwilę, po czym zrobił trzy 

długie kroki i stanął przy niej. Wyciągnął ręce do dziewczyny, ale szybko je opuścił, widząc 

wyraz jej twarzy.

- Mówię poważnie: nie dotykaj mnie - powiedziała, wycierając oczy rękawem. Potem 

wyjęła chusteczkę higieniczną z kieszeni i wytarła nos.

- Nic ci nie jest? Przepraszam, że krzyczałem na ciebie, ale... ale nie ma już wiele 

czasu.

- Myślisz, że jesteś bohaterem, prawda? - spytała Maria z lekka drżącym głosem. - Ale 

to nieprawda. Jesteś samolubny. Myślisz o sobie jako o wspaniałym facecie, który postanowił 

poświęcić życie dla przyjaciół. Nie przychodzi ci nawet do głowy, jak czuliby się Max i 

Isabel.

- Nie   obchodzi   mnie   to,   jak   by   się   czuli.   Przynajmniej   byliby   żywi   i   mogli   coś 

odczuwać - powiedział Michael ostrym tonem.

- Postaraj się wyobrazić sobie, jak ty byś się czuł, gdyby Max poświęcił dla ciebie 

życie - zaprotestowała Maria. - Albo Isabel. Pomyśl, jak byś się czuł, gdyby Isabel poświęciła 

życie, żeby ratować ciebie.

Michael nie potrafił na to odpowiedzieć. Nie mógł sobie tego nawet wyobrazić. W 

ogóle nie dopuszczał do siebie takiej myśli.

- Oni cię kochają - odezwała się cicho Maria. - Czują do ciebie dokładnie to samo co 

ty do nich. Wiem, co myślisz. Oni mają rodziców i siebie nawzajem, więc nie może im 

zależeć na tobie tak jak tobie na nich, ponieważ ty nie masz nikogo. Ale to nie jest prawda.

background image

Michael poczuł napływające do oczu łzy; szybko zacisnął powieki.

- Alex i Liz też cię kochają. Musisz się z tym liczyć - dodała. - Jeśli ty chcesz sobie 

zrobić krzywdę, to tak, jakbyś zrobił krzywdę nam. Jeśli pozwolisz, żeby zabili cię łowcy 

głów, to nas zabije to również. Zabije mnie. - Podniosła głowę i popatrzyła na niego. - Ja też 

cię kocham. Ja cię kocham, Michael.

Nie powiedziała, że kocha go jak przyjaciela. Powiedziała, że go kocha. Uuu... W 

ogóle nie wiedział, co z tym zrobić.

Gdy Maria wyciągnęła rękę i zdjęła mu pierścień z palca, nie protestował.

- Mogę cię teraz dotknąć? - spytał.

- Tylko mnie nie potargaj. Roześmiał się, biorąc ją w objęcia.

- Znajdziemy statek - powiedziała. - Razem. Wspólnymi siłami.

Michael nie odezwał się, przyciągnął ją tylko bliżej.

Nie możesz jechać szybciej? - spytała  Isabel. Była  pewna, że Michael postanowił 

posłużyć się Kamieniem. Nie powinna była wypuścić go z domu, ale właśnie wtedy w jej 

umyśle,   jak   na   filmowym   ekranie,   pojawił   się   obraz   Maxa   w   trumnie,   którą   właśnie 

opuszczano do grobu.

Zacisnęła powieki, lecz to jej nie pomogło - obraz pojawił się znowu. Niezależnie od 

tego, czy miała otwarte, czy też zamknięte oczy, ten film cały czas był w zasięgu jej wzroku. 

Z odoramą. Czuła wilgotny zapach ziemi.

- Jeśli nas zatrzymają, to stracimy jeszcze więcej czasu - powiedział Alex.

- Okay, masz rację. - Isabel odwróciła się w stronę okna, żeby patrzeć na pustynię, ale 

film z pogrzebu Maxa jeszcze się nie skończył. Po chwili kino w jej umyśle przeobraziło się 

w multiplex.  Na jednym  ekranie opuszczano trumnę Maxa do grobu, na drugim Michael 

korzystał z mocy Kamienia i padał nieprzytomny na ziemię. Trzeci ekran zarezerwowany był 

na klasykę i szeryf Valenti zabijał jej poprzedniego chłopaka, Nikolasa.

Był jeszcze jeden ekran. Stała tam samotna Isabel na ogromnej, pokrytej śniegiem 

równinie. Zupełnie sama, czekała, aż nadejdzie śmierć.

Rzuciła okiem na Alexa. Gdyby mu teraz powiedziała, jakie obrazy przesuwają się w 

jej umyśle, zapewniłby ją, że cokolwiek by się stało, nie będzie sama. On będzie przy niej, by 

ją pocieszyć i ogrzać.

Jednak to nie było to. Z Maxem i Michaelem, a nawet z Nikolasem, łączyła ją więź 

nieporównywalnie silniejsza od tego, co kiedykolwiek mogłoby ją łączyć z Alexem. Wspólne 

pochodzenie, fakt posiadania mocy, pamięć zbiorowa. Świadomość, że żyją w świecie, w 

którym są ścigani.

background image

Pozbawiona tych więzi, pozostałaby w tej pustej zaśnieżonej przestrzeni. Isabel na 

ekranie otworzyła usta i zaczęła krzyczeć. Odpowiedziało jej tylko echo.

Jeśli   się   okaże,   że   Max   ma   umrzeć,   to   Isabel   zajmie   się   wtedy   Valentim.   Nie 

potrzebowała Kamienia, żeby dowiedzieć się, czego chciała. Użyje mocy swojego umysłu i 

będzie   ściskać   nędzne   serce   szeryfa   dopóty,   dopóki   ten   nie   zacznie   błagać   o   litość   i 

wszystkiego jej nie powie.

Jeśli   Valenti   potem   umrze,   to   nic   wielkiego.   To   znacznie   lepsze,   niż   gdyby   miał 

umrzeć Max. Albo Micheal. Albo ona.

- Już   dojeżdżamy   -   odezwał   się   Alex,   wjeżdżając   na   pustynię.   Volkswagen 

podskakiwał na ubitym piasku. - Wygląda na to, że Maria nas ubiegła.

Miał rację. Samochód matki Marii, ten sam, którym przyjechała do Evansów, stał przy 

kombi Pascalów. Isabel odczuła ukłucie zazdrości, że Maria pierwsza znalazła Michaela, a po 

chwili ogarnął ją wstyd, że jest zazdrosna.

- Jak zgadła, gdzie on jest? - spytała.

- Pewnie tak samo jak ty - powiedział Alex. Zaparkował przy dwóch samochodach, 

wysiedli i ruszyli w kierunku jaskini.

Alex otoczył Isabel ramieniem, lecz ona wolałaby, żeby tego nie robił; ciążyła jej ta 

ręka, przygniatała ją, zamiast dodawać otuchy.

Wiedziała,   że   najprawdopodobniej   Maria   powstrzymała   Michaela   przed   użyciem 

Kamienia. Chciała się jednak upewnić.

- Pobiegnijmy.   -   Wyzwoliła   się   spod   ręki   Alexa   i   pognała   w   kierunku   jaskini. 

Wślizgnęła się do środka, szukając stopą oparcia na kamieniu.

Rozejrzała  się i zobaczyła,  że Michaelowi  nic  się nie  stało. Trzymał  w  objęciach 

Marię, kryjąc twarz w jej włosach.

Isabel pomyślała, że chciałaby być na jej miejscu, w ramionach Michaela.

Alex podbiegł do niej, objął ją w pasie i przygarnął do siebie.

- Widzisz? Wszystko w porządku. Przyjechaliśmy na czas.

Skinęła   głową,   nie   mogła   jednak   odżałować,   że   nie   przyjechali   trochę   wcześniej. 

Przynajmniej o kilka minut, zanim Michael i Maria zdążyli paść sobie w objęcia.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Max, ty i Liz zbadacie ten obszar. - Michael wskazał wycinek pustyni na swojej 

sfatygowanej mapie.

- Rozumiem - powiedział Max. Wolałby, żeby jego towarzyszką nie była Liz. Tylko 

ona potrafiła przedrzeć się przez jego plastikową otoczkę. Dzisiaj po południu, kiedy trzymała 

jego twarz w  dłoniach i nalegała, żeby powiedział jej  o akino, stracił  dużą część swojej 

warstwy ochronnej. Kiedy przebywał z Liz, był stuprocentowym Maxem, a nie anonimowym 

pacjentem X.

Był zadowolony, że powiedział jej prawdę, ale sprawiło mu to również trudny do 

zniesienia ból.

- Mam na imię Liz. Jestem dzisiaj twoim szoferem - powiedziała. Starała się, aby to 

zabrzmiało żartobliwie, choć ciągle miała w pamięci atak Maxa.

Kiedy podeszli do jeepa, rzucił jej kluczyki.

- Zawsze   marzyłem   o   tym,   żeby   mieć...   może   nie   kobietę   szofera,   ale   kobietę 

kamerdynera - powiedział. Jakoś obojgu nie udawały się dzisiaj żarty.

- Kogoś takiego, kto robi to wszystko, co Alfred robi dla Batmana, a jednocześnie jest 

młodą atrakcyjną dziewczyną?! - zawołał Alex. W jego głosie też wyczuwało się napięcie.

- Otóż to - odpowiedział Max. Wydźwignął się na fotel jeepa, udając, że robi to bez 

najmniejszego wysiłku, co nie było prawdą. Takie drobne rzeczy z każdym dniem sprawiały 

mu coraz większą trudność.

- Zapniesz pas? - spytała Liz.

- Po co? - spytał bez zastanowienia.

Usłyszał,   jak   dziewczyna   gwałtownie   wciąga   powietrze,   i   szybko   zapiął   pas. 

Utrzymywanie pozorów normalności okazało się trudniejsze, niż to sobie wyobrażał.

Liz włączyła silnik i ruszyła. Po dwunastu minutach byli już na szosie.

- Nawet o tym nie pomyślałam, że po ciemku trudno nam będzie znaleźć tę skałę w 

kształcie kurczaka, o której wspominała Maria - powiedziała.

- Michael, Isabel i ja lepiej widzimy w nocy niż w dzień - przypomniał jej Max. - 

Dobrze zostaliśmy podzieleni na drużyny.

Tylko  że   on  wolałby,  aby  towarzyszył   mu  Alex  albo   Maria.  Sama   obecność  Liz, 

szczególnie od kiedy znała prawdę, pozbawiała go warstwy ochronnej, dając dostęp uczuciom 

smutku, strachu, gniewu.

Maria wpatrywała się w pustynię, szukając czegoś, co mogłaby rozpoznać, czegoś, co 

background image

widziała,   kiedy   korzystała   z   mocy   Kamienia,   aby   śledzić   Valentiego.   Ale   pustynia 

wyglądała... jak pustynia.

Wolałaby,   żeby   towarzyszył   jej   teraz   Max,   a   nie   Michael.   Spociła   się   ze 

zdenerwowania,   a   nie   pamiętała   nawet,   czy   tego   ranka,   zanim   pobiegła   pospiesznie   do 

Evansów, użyła ziołowego dezodorantu. Tyle rzeczy wydarzyło się od rana.

Łącznie z tym, że powiedziała wreszcie Michaelowi, że go kocha. Zerknęła na niego, 

ale on siedział skupiony za kierownicą, przepatrując pustynię. Mogłaby siedzieć tu nago, a 

nawet tego by nie zauważył.

O czym myślał? Czy przestraszył się tego, co mu powiedziała? Przytulił ją co prawda, 

nie powiedział jednak: „ja też cię kocham”, choć może by to zrobił, gdyby nie pojawiła się 

Isabel z Alexem. Poza tym był zbyt zaabsorbowany myślą, że musi ocalić życie najlepszego 

przyjaciela, tłumaczyła sobie Maria.

Jakiś przeciągły, przenikliwy dźwięk przerwał tok jej myśli. Ktoś nerwowo naciskał 

klakson. Obejrzała się i zobaczyła zdezelowanego cadillaca, który siedział im na ogonie.

- Czy  nie  przyjdzie   mu do  głowy,  żeby nas  po prostu  wyprzedzić?   - odezwał  się 

Michael. - Ma chyba dosyć wolnej przestrzeni. Tu zresztą nie ma niczego innego poza wolną 

przestrzenią.

Facet   w   cadillacu   zatrąbił   znowu.   Maria   obróciła   się   i   dała   mu   znak,   żeby   ich 

wyprzedził, on jednak nie wyglądał na zadowolonego. Wyglądał...

Wyglądał znajomo. Widziała go w swoim transie, kiedy śledziła Valentiego. Starała 

się przywołać jego obraz, jak stoi z karabinem maszynowym przewieszonym przez pierś.

- Michael,   to   chyba   strażnik   z   bunkra,   w   którym   trzymają   statek   -   powiedziała 

drżącym z podniecenia głosem. - Możesz tak podjechać, żebym go zobaczyła z bliska?

Chłopiec zjechał na bok. Kiedy cadillac ich wyprzedził, dogonił go i jechał obok, aby 

Maria mogła dobrze przyjrzeć się kierowcy.

- Jeśli to on, to nie musimy się zajmować żadną skałą, która jest podobna do kurczaka. 

On nas zaprowadzi na miejsce - powiedział.

Facet w cadillacu opuścił okno.

- A teraz przyspieszacie. Świetnie! - wrzasnął. Maria poczuła się tak, jakby była w 

windzie, która zbyt szybko zjeżdża w dół. Omyliła się.

- Nie. Tamten strażnik był o wiele młodszy - rzekła. - Przykro mi.

Michael zwolnił, a cadillac popędził dalej.

- Myślę, że to byłoby trochę za łatwe - mruknął.

Maria miała ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć jego ramienia tylko po to, żeby wiedział, 

background image

że   nie   jest   z   tym   wszystkim   sam,   ale   nadal   trzymała   zaciśnięte   dłonie   na   kolanach, 

koncentrując się na pustyni.

Przycisnęła   czoło   do   chłodnej   szyby,   skupiając   całą   uwagę   na   poszukiwaniu, 

przyglądając się dokładnie sylwetce każdej skały, którą zobaczyła. To nie kurczak. To nie 

kurczak. To nie kurczak. Kiedy obejrzała już ze sto niekurczaków, Michael zatrzymał nagle 

samochód.

- Widziałeś coś?! - zawołała.

- Nie. Wyczułem coś. Paroksyzm strachu.

- Od Maxa czy Isabel? - spytała Maria, bo wiedziała, że kosmici potrafią wyczuwać 

swoje emocje.

Chłopiec potrząsnął głową.

- Więc   od   kogo?   Od   Raya.   Bardzo   silny?   Myślisz,   że   coś   mu   się   stało?   Może 

powinniśmy go odszukać?

- Zaczekaj. Daj mi się skupić.

Maria siedziała bez ruchu, słysząc tylko własny oddech.

- Nie wiem, kto to może być. - Michael był zdziwiony... i zaniepokojony.

- Jak możesz być pewien, że to, co czułeś, nie pochodzi od Raya, Maxa albo Isabel? - 

spytała. - Odbierasz tylko emocje, a nie myśli, prawda? Oni wszyscy na pewno są teraz pod 

wpływem silnych emocji. Może dlatego odczuwasz to inaczej.

- To jest... nie wiem, jak to opisać. To tak, jakby różni ludzie mieli różne brzmienie, a 

tego nie znam. Nie pochodzi od nikogo znajomego.

- Brzmienie? - powtórzyła dziewczyna.

- Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić - powiedział. - To nie jest coś, co można zrozumieć, 

jeśli się tego samemu nie doświadczyło.

Maria skinęła głową. Isabel zrozumiałaby to, pomyślała. Czy on chciałby mieć ją teraz 

przy sobie?

Zaczekaj. - Alex zatrzymał  volkswagena z piskiem opon. - Czy to przypomina  ci 

kurczaka? - spytał, wskazując skałę po lewej.

- To? - Isabel obrzuciła skałę szybkim spojrzeniem - Raczej żabę. Udka żabie mają 

podobno taki sam smak jak kurczaki.

- To,   co   ci   się   przydarzyło,   dało   mi   dużo   do   myślenia.   Na   temat   tego   tylko 

przyjacielskiego układu - powiedziała Liz, zatrzymując nagle samochód.

- Musimy już wracać - rzucił. Oderwał wzrok od nieba, ale nie spojrzał na Liz. Jeśli 

będzie chciała rozmawiać o jego uczuciach, to już po nim. Ochronna otoczka Maxa zostanie 

background image

natychmiast zerwana. Będzie całkowicie bezbronny.

- To jest ważne - nalegała, a w jej głosie brzmiał upór. - Powiedziałeś mi, że musimy 

pozostać tylko przyjaciółmi, ponieważ chodzi o moje bezpieczeństwo.

- Tak   było.   -   Chłopiec   nie   patrzył   na   nią.   -   Jeśli   będziesz   ze   mną   zbyt   blisko, 

zainteresuje się tobą szeryf Valenti. Wiesz o tym. Wiesz dobrze, do czego on jest zdolny. 

Przecież na oczach Isabel zabił Nikolasa.

- Wiem. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że trzymałeś się ode mnie z daleka, 

ponieważ bałeś się o moje bezpieczeństwo. Ale teraz... teraz tobie grozi niebezpieczeństwo, i 

to   nie   ze   strony  szeryfa   Valentiego.   Zagraża   ci   coś,   o   czego   istnieniu   nie   miałeś   nawet 

pojęcia.

- Ale co to ma... - zaczął protestować, odwracając  się wreszcie w stronę Liz. Jak 

zwykle uderzyła go jej uroda, te wspaniałe czarne włosy, pięknie wykrojone wargi, ciemne 

oczy.

- Postaram się wszystko wytłumaczyć. Posłuchaj mnie tylko - poprosiła.

Miał   tylko   posłuchać.   Jakby   jej   słowa   nie   miały   wielkiego   znaczenia,   jakby   nie 

rozdzierały mu serca.

- Nie   możemy   wiedzieć,   co   nas   spotka,   ciebie   czy   mnie   -   mówiła.   -   Może   cię 

przejechać  samochód,   zanim  twoje  akino   osiągnie...   swój  przełomowy  moment.   Ja  mogę 

zachorować na białaczkę czy na coś innego. Żadne z nas nie wie, ile pozostało mu czasu. 

Chcę  tylko  wiedzieć,  dlaczego  nie  pozwalasz,  żebyśmy  byli   razem  przez  ten  czas,  który 

jeszcze nam pozostał. Dlaczego, Max?

Podniósł   głowę   i   patrzył   na   gwiazdy.   Jak   miał   odpowiedzieć   na   to   pytanie?   Jak 

wytłumaczyć coś, czego już sam nie rozumiał?

- Ciekaw jestem, które tworzą pary. - Próbował zyskać na czasie.

- My jesteśmy parą - powiedziała łagodnie Liz. - Świecimy wspólnym światłem.

Opuścił głowę i popatrzył na nią.

- Masz rację - przyznał. - Ale gdyby...

- Szsz. - Odpięła pas i pochyliła się nad nim.

Jej wargi prawie dotykały jego ust. Czuł ciepło jej ciała. Musiał tylko wykonać drobny 

ruch. Jak mógłby się teraz od niej odwrócić? Zamknął dzielącą ich przestrzeń delikatnym 

pocałunkiem. Wydawało mu się, że została między nimi przerzucona krucha kładka, którą 

mógł zniszczyć jeden nieostrożny oddech.

Po   chwili   Liz   wcisnęła   się   na   jego   fotel,   zarzuciła   mu   ręce   na   szyję,   mocno   się 

przytulając. Uświadomił sobie, że nie miał racji. Tu nie było nic kruchego. Liz była silna, 

background image

ciepła i pełna życia.

Chciał być bliżej niej, jeszcze bliżej. Wsunął ręce pod bluzkę, głaszcząc jej gładkie 

plecy, a ona przysunęła się do niego, żeby ich ciał już nic nie dzieliło. Całowała go coraz 

namiętniej.

Max jęknął głucho. W pewnej chwili Liz wydała okrzyk bólu.

- Co się stało? - zapytał, przerywając pocałunek.

- Skaleczyłam się w rękę. O ten pręt pod dachem. Tam jest jakaś obluzowana śruba 

czy coś takiego.

- Pokaż. - Ujął jej dłoń, uważnie się jej przyglądając. - Głębokie rozcięcie. Pozwól, że 

ci to uzdrowię.

- To mi przypomina tamten dzień w kawiarni - powiedziała Liz.

Wtedy uzdrowił ją z rany postrzałowej i powierzył jej swoją tajemnicę. Najlepszy i 

najgorszy dzień w jego życiu. Aż do dziś. Teraz było gorzej, ale w pewnym sensie również 

lepiej.

Max odetchnął głęboko i skupił się, żeby nawiązać łączność konieczną dla uleczenia 

rany. Zamiast przepływu obrazów ze strony Liz, miał przed oczami tylko jeden widok - siebie 

samego z białkami zamiast źrenic.

Dlaczego to nie działa? Dlaczego nie mógł nawiązać łączności? Myśl o niej, nakazał 

sobie, ale stale widział ten sam okropny obraz.

Liz wyzwoliła dłoń z jego uścisku.

- W   porządku.   To   nic   wielkiego.   Masz   może   chusteczkę?   Moglibyśmy   to 

zabandażować.

Oderwał dół podkoszulka i delikatnie owinął jej rękę.

- Będziesz mogła prowadzić? - spytał.

- Tak. - Usiadła z powrotem za kierownicą i wjechała na szosę.

Teraz,  kiedy wiedział  już,  że  utracił  swoją   moc,  pustynia  wydała  mu  się  o wiele 

ciemniejsza i bardziej niebezpieczna.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Wygląda na to, że przyjechaliśmy ostatni - zauważył Alex, wjeżdżając na szkolny 

parking.

Isabel nie odezwała się, zresztą nie oczekiwał tego. Całą powrotną drogę siedziała w 

milczeniu, podobnie jak on. Za każdym razem, kiedy chciał coś powiedzieć, przypominał 

sobie   jej   słowa:   Nie   możesz   mnie   zrozumieć.   Więc   wszystkie   błyskotliwe   uwagi,   które 

przychodziły mu na myśl, wydawały się sztuczne i nienaturalne.

Zaparkował obok jeepa Maxa i oboje szybko podbiegli do reszty grupy.

- Znaleźliśmy skałę kurczaka - oznajmił. - Ale nie natrafiliśmy na żaden ślad bunkra - 

dodał szybko, żeby uprzedzić przedwczesny wybuch radości.

- Przynajmniej posunęliśmy się do przodu - powiedziała Maria, naciągając rękawy 

swetra na dłonie, jakby było jej zimno.

Alex nie zauważył, że jest aż tak chłodno.

- Jeśli chcesz wyznaczyć nam tereny poszukiwań wokół skały, jestem za tym, żeby 

natychmiast tam wrócić - zwrócił się do Michaela.

Liz rzuciła okiem na Maxa.

- Spotkajmy się raczej jutro rano - zaproponowała. Alex również spojrzał na niego, 

starając się nie robić tego zbyt ostentacyjnie. Rzeczywiście wyglądał tak, jakby za chwilę 

miał się przewrócić.

- Jutro rano bardzo mi odpowiada - powiedział.

- Moglibyśmy teraz iść na imprezę do Corinne Williams - zasugerował Michael. - Na 

pewno już się dobrze rozkręciła.

- Isabel,   chcesz   pójść?   -   spytał   Alex.   Uważał,   że   przyda   jej   się   trochę   rozrywki. 

Zastanawiał się, czy myśli o tym, co dla niej oznacza akino, czy teraz martwi się tylko o 

Maxa.

Sam   myślał   przede   wszystkim   o   Maksie.   Gdyby   zaczął   się   zastanawiać   nad 

Michaelem   i   Isabel...   gdyby   wyobraził   sobie,   jak   umierają,   szybko   skończyłby   w   domu 

wariatów.

Isabel też popatrzyła na brata.

- Chyba jednak pójdę do domu - oznajmiła.

- Idźcie na imprezę  - nalegał Max. - Myślicie,  że chcę, żebyście  wszyscy ze mną 

siedzieli i gapili się na mnie?

- Ja lubię się na ciebie gapić. Proszę cię, proszę, pozwól mi pojechać do ciebie i trochę 

background image

się pogapić - powiedziała żartobliwie Liz.

- Nie. Chcę, żebyś też poszła. Tam może być zabawnie. Ja muszę tylko pojechać do 

domu i się położyć.

- Okay, sprawa jest jasna. Zmieścimy się w moim samochodzie. Tam cała ulica będzie 

totalnie zastawiona - oświadczył Alex.

- Odwiozę   Maxa   i   dołączę   do   was   -   obiecała   Liz.   Stali   jeszcze   przez   chwilę   na 

parkingu, po czym Michael ruszył w stronę volkswagena, a reszta poszła w jego ślady. Alex 

usiadł za kierownicą i włączył głośno radio, żeby nie musieli na siłę rozmawiać.

Odczuł   ulgę,   parkując   samochód   na   końcu   ulicy,   przy   której   mieszkała   Corinne. 

Impreza   przeniosła   się   już   na   trawnik.   Widać   było,   że   właśnie   rozkręciła   się   na   dobre. 

Doskonale.

Alex   otoczył   ramieniem   Isabel,   kiedy   szli   w   stronę   domu   Corinne.   Poczuł,   jak 

dziewczyna lekko sztywnieje pod jego dotykiem.

- Nic ci nie jest? - szepnął.

Zaprzeczyła ruchem głowy i objęła go w pasie, zaciskając palce na szlufce jego paska. 

Koło domu Corinne ogarnęło go nagłe uczucie dumy: popatrzcie tylko na dziewczynę, z którą 

przyszedłem, powiedział sobie w duchu.

Zaobserwował, że wiele osób zwraca na nich uwagę. Musiał przyznać, że to miłe.

- Przyniosę coś do picia! - wrzasnął jej do ucha, starając się przekrzyczeć zgiełk. Nie 

było sensu razem przepychać się do kuchni.

Uśmiechnęła się do niego tak, jakby chciała powiedzieć: Bogini Isabel uśmiecha się 

tylko do ciebie. W takiej chwili Alex nie potrafił już myśleć o niczym poza nią. Po prostu o 

niczym.

Z głupim uśmiechem zadowolenia na twarzy przeciskał się w stronę kuchni.

- Może znalazłem się w alternatywnej rzeczywistości?! - krzyknął za jego plecami 

jakiś   chłopak.   -   Widziałem   przed   chwilą   Isabel   Evans   wchodzącą   tu   z   tym   Alexem. 

Myślałem, że ona zadaje się tylko z seksownymi studentami i gwiazdami koszykówki...

Michael stał oparty o pień wierzby w najdalszym kącie ogródka za domem Corinne. 

Kiedy proponował, żeby pójść na imprezę, nie pomyślał o jednym z aspektów tej sprawy - o 

Marii.

Nie mógł jeszcze dojść do siebie po tym, co mu powiedziała w jaskini.

To było zbyt niespodziewane, zbyt zaskakujące. Nie wiedział, co teraz robić. Jeśli 

wejdzie do środka, a ona do niego podejdzie, to czy powinien z nią zatańczyć? Już wspólna 

jazda   samochodem   była   wystarczająco   ciężkim   doświadczeniem,   a   co   dopiero   taniec, 

background image

dotykanie się. Jak można to robić po tym, jak dziewczyna oświadczyła, że cię kocha? Czy ona 

nie pomyśli, że wspólny taniec może coś oznaczać? Czy dziewczyny nie doszukują się we 

wszystkim jakichś podtekstów?

Chciał,   by   wszystko   było   tak   jak   dawniej,   żeby   mogli   nadal   przebywać   ze   sobą, 

dobrze się bawić, oglądać głupie filmy.

No, może tylko z dodatkiem całowania. Teraz, kiedy już przestał ją traktować jak 

młodszą siostrę, mogliby się od czasu do czasu pocałować.

Nie pragnął jednak wielkiej tragicznej miłości w stylu Maxa i Liz. A Maria, kiedy 

mówiła, że go kocha, patrzyła na niego takim wzrokiem, że się na to zanosiło.

Stacey powiedziała, że powinnaś przyprowadzić Michaela i Maxa, żeby zrównoważyć 

obecność Alexa - szepnęła Corinne do ucha Isabel.

Stacey powiedziała! Ciekawe, ile jeszcze jej fanek podejdzie do Isabel, żeby oznajmić, 

co powiedziała ich idolka. Pewnie wszystkie te piszczące, chichoczące panienki. To było 

jedyną treścią ich życia.

Dziś wieczorem Isabel mogłaby się śmiało bez tego obyć.

- A gdzie jest twój chłopak? - spytała, udając, że szuka go wzrokiem w tłumie. - Czy 

wypluwa wnętrzności w łazience? A może już stracił przytomność?

- Musiał wcześniej wyjść - powiedziała Corrine, szybko się oddalając.

Założę   się,   że   musiał,   kwiatuszku,   pomyślała   Isabel.   Zauważyła   wychodzącego   z 

kuchni Alexa i podeszła do niego. Wyjęła mu drinki z rąk i postawiła je na podłodze przy 

ścianie.

- Najpierw zatańczmy - powiedziała. Chwyciła go za rękę i pociągnęła za sobą na 

skrawek wolnego miejsca obok Douga Highsingera, który tańczył ze Stacey. Niech ta małpa 

widzi, że ona, Isabel, nie chowa się po kątach, jakby miała coś do ukrycia.

Alex objął ją w talii i zaczęli się kołysać w takt muzyki. Isabel odchyliła się do tyłu na 

tyle głęboko, aby jej włosy mogły musnąć nagie ramię Douga Highsingera. Kiedy spojrzał na 

nią, wdzięcznym ruchem powróciła w objęcia swojego partnera, przytulając się do niego.

Nie musiała się oglądać, by wiedzieć, że Doug nie spuszcza z niej wzroku. Spadaj, 

pomyślała.   Latał   za   nią   już   w   wyższych   klasach   podstawówki,   ale   nigdy   się   z   nim   nie 

zadawała.

Musiał zadowolić się Stacey.  Isabel z uśmiechem wsunęła palce we włosy Alexa. 

Zwykle lubiła to robić - były takie gęste i jedwabiste - teraz jednak zależało jej tylko na tym, 

żeby zrobić wrażenie na innych. Chciała, by każdy obecny tu chłopak marzył o tym, żeby być 

Alexem. I żeby każda dziewczyna wiedziała, że wszyscy faceci tego pragną.

background image

Kiedy muzyka ucichła, Isabel była pewna, że osiągnęła cel.

- Muszę wyjść na chwilę - powiedziała do Alexa.

Skinął tylko głową, a ona przecisnęła się do wyjścia prowadzącego na tyły domu. 

Głęboko   zaczerpnęła   rześkiego   powietrza.   Po   chwili   zauważyła   stojącego   pod   wierzbą 

Michaela.

Podeszła do niego. Po raz pierwszy od chwili, kiedy Max powiedział im o akino, 

znaleźli się sami. Nie miała ochoty teraz o tym rozmawiać.

Michael otoczył ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego. Mmm, tak, tego właśnie 

było jej potrzeba. Czuć, jak obejmują ją jego silne ramiona, i wiedzieć, że on rozumie jej 

odczucia, ponieważ czuł to samo.

Maria wypatrzyła  Alexa, siedzącego w połowie prowadzących  na piętro schodów. 

Podeszła bliżej i usiadła obok niego na włochatym wełnianym dywaniku. Zdziwiło ją to, że 

Corinne - największa snobka i najbardziej powierzchowna dziewczyna, jaką znała - toleruje 

wełniane dywaniki we własnym domu. Może wmówiła sobie, że są w stylu retro.

- Widziałaś   Isabel?   -   spytał   Alex.   -   Gdzieś   mi   zniknęła.   Widocznie   to   już   taka 

tendencja, pomyślała. Oczywiście Michael nie był jej chłopakiem, nie mogła więc oczekiwać, 

że będzie się z nią bawił na imprezie.

- Kiedy widziałam ją ostatni raz, tańczyła z tobą - powiedziała Maria. - To był niezły 

show. Dziewczyny omal nie zaczęły ci wciskać banknotów dolarowych do spodni.

- Fajnie - skwitował Alex, wydawał się jednak nieobecny myślami.

- Chcę cię o coś spytać - odezwała się Maria. - O coś z zakresu obowiązków chłopaka 

i najlepszego przyjaciela. Chcę, żebyś mi wytłumaczył, jak działa męski umysł.

- Hmm, okay - mruknął. Wyciągnął pasmo wełny z dywanika i obracał je w palcach. - 

Jak byś nazwała ten kolor?

- Brunatny  -  odparła  szybko.  -  A   więc  jeśli  dziewczyna  mówi   chłopakowi,   że  go 

kocha, czy on nie powinien dać jej na to odpowiedzi? Oczywiście słownej.

- Zaczekaj,   zaraz   wezmę   egzemplarz   książki   „Mężczyźni   są  z   Marsa,   a   kobiety  z 

Venus” - odpowiedział Alex, nie przestając błądzić wzrokiem po zebranych.

Maria   była   zadowolona,   że   słucha   jej   niezbyt   uważnie.   Gdyby,   jak   zwykle,   był 

całkowicie skoncentrowany na jej problemach, domyśliłby się, że mówi o sobie, i chciałby 

poznać wszystkie szczegóły.

- Jako reprezentant facetów muszę powiedzieć, że milczenie jest pewnym rodzajem 

odpowiedzi - rzekł Alex. - Może nie takiej, jaką chciałaby usłyszeć dziewczyna.

- Czy oznacza, że facet nie czuje tego samego? - nalegała Maria. Wzięła do ust pasmo 

background image

włosów i zaczęła je przygryzać. To okropne! Nie robiła już tego od czasu, kiedy skończyła 

dziewięć lat.

- Teoretycznie tak. Ale niektórym facetom trudno jest przyznać się do swoich uczuć. 

Duszą je w sobie.

- Muszę powiedzieć, że twoja pomoc na nic się nie zdała - poinformowała go Maria.

- Słuchaj, nie trzeba przywiązywać  zbyt wielkiej wagi do słów. Powinnaś poznać, 

jakie ktoś żywi do ciebie uczucia, po tym, jak cię traktuje. To jest najważniejsze. Teraz idę 

szukać Isabel, znikającej kobiety - powiedział, wstając.

Maria została sama.

Jak on mnie traktuje? - pomyślała. Chociaż właściwie to nie zbliża się do mnie na tyle, 

żeby mnie traktować w jakikolwiek sposób.

Liz   cicho   otworzyła   frontowe   drzwi,   chociaż   nie   było   potrzeby   tak   się   skradać. 

Rodzice zawsze chcieli wiedzieć, że wróciła do domu, nawet jeśli położyli się już spać.

Skierowała   się   prosto   do   drzwi   swojej   sypialni   i   dwa   razy   szybko   zastukała   we 

framugę, a potem trzy razy, w dłuższych odstępach. Nazywała ten rytuał „wróciłam żywa nie 

naćpana”, oczywiście, tylko w myślach.

- Dobranoc, mi hija! - zawołał ojciec.

- Dobranoc - odpowiedziała. Zastanawiała się, czy nie powinna zadzwonić do Corinne 

i powiedzieć Marii, że nie przyjdzie. Sami się tego domyślą, zdecydowała.

Zeszła do kuchni. Napije się mleka, może został też jakiś kawałek indyka. Tej nocy 

potrzebowała czegoś, żeby móc zasnąć.

Zobaczyła, że na drzwiach lodówki wisi jej nowa fotografia. To był żenujący widok, 

widzieć swoją twarz zawieszoną na lodówce.

Kiedy żyła Rosa, jej fotografie zajmowały połowę drzwi lodówki. Liz przypomniała 

sobie, że ma iść do sutereny i sprawdzić, czy uda jej się znaleźć te fotografie. Wszystkie 

zdjęcia siostry zniknęły w dzień po jej śmierci.

Liz nie potrzebowała fotografii, żeby o niej pamiętać. Codziennie o niej myślała. Tak 

samo myślałaby o Maksie.

Gdyby...

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

- Żałuję, że nie mogę z wami jechać dzisiaj wieczorem - powiedziała Maria, siedząc 

na poręczy krzesła Alexa. - Ale mój tato już dawno kupił bilety na ten koncert. Okropnie mu 

zależy na kontakcie ojca z córką, tylko ja i on, bez Kevina.

- W porządku. Idź i kontaktuj się - rzekł Max. - Jeśli ktoś z was ma coś do zrobienia, 

to powinien się tym zająć. Spędziliście przecież już cały dzień, pełzając po pustyni wokół 

skały kurczaka.

Właściwie nie miałby nic przeciwko temu, żeby wszyscy sobie poszli. A przynajmniej 

odeszli na chwilę. Był w centrum uwagi, obserwowany z niepokojem i troską, co sprawiało, 

że czuł się nieswojo.

Michael rozłożył mapę na stole Evansów. Cała grupa używała domu Maxa i Isabel 

jako bazy wypadowej, ponieważ ich rodzice spędzali ten weekend w swoim biurze w Clovis. 

Zostało im jeszcze mnóstwo pracy, która musiała być gotowa na poniedziałek, stwierdzili 

więc, że nie ma sensu wracać do Roswell tylko po to, żeby się przespać.

- Będziemy rozszerzać krąg poszukiwań wokół skały - oznajmił Michael. - Poza tym 

Ray będzie patrolował ten obszar non stop. Może zobaczy kogoś, kto kieruje się w stronę 

bunkra, i będzie mógł pojechać za nim.

Maria wstała z poręczy i chwyciła plecak. Podbiegła do Maxa, prawie się na niego 

rzucając, i pocałowała go w policzek.

- Okay,   idę   już.   Cześć.   -   Obróciła   się   szybko   i   wybiegła   z   pokoju,   zanim   zdołał 

wypowiedzieć choć słowo.

Miał nadzieję, że się myli, wydawało mu się jednak, że Maria mówiła przez łzy. Jeśli 

będzie płakać za każdym razem, kiedy na niego spojrzy, to on tego nie wytrzyma.

- Alex i Isabel, to będzie wasz obszar - mówił dalej Michael.  - A Liz  i Max... - 

Przerwało mu nagłe wtargnięcie Marii do pokoju.

- Mam pomysł. Trochę zwariowany, ale to może zadziałać - wyrzuciła  z siebie, z 

trudem łapiąc oddech. - Umiecie wykorzystywać swoją moc, żeby zmieniać wygląd, prawda?

Max skinął głową. Jeśli nie liczyć prób przeprowadzanych pod kontrolą Raya, zrobił 

to   tylko   raz   i   tylko   po   to,   żeby   szpiegować   Liz,   która   poszła   na   dyskotekę   z   innym 

chłopakiem. Spojrzał na nią i zobaczył, że się do niego uśmiecha. Wiedział, że też o tym 

myśli.

- Pomyślałam,  że moglibyście  chodzić po barach, wyglądając  tak jak ten strażnik, 

którego widziałam przy bunkrze, gdzie trzymają statek. Dokładnie pamiętam jego twarz - 

background image

ciągnęła.   -   Może   ktoś,   kto   zna   strażnika,   tego   prawdziwego,   podejdzie   i   zacznie   z   nim 

rozmowę. Jeśli to będzie ktoś, kogo on zna z pracy...

- Moglibyśmy   wtedy   dostać   najważniejsze   informacje   -   przerwał   jej   Michael.   - 

Uważam, że warto zaryzykować. - Zwrócił się do Maxa: - Chcesz spróbować?

- Czemu nie? - odpowiedział mu przyjaciel. Uświadomił sobie po chwili, że akino 

zniszczyło jego moc. Jak mógł o tym zapomnieć. - Ty i Isabel będziecie musieli to zrobić dla 

Liz, Alexa i dla mnie - przyznał. - Ja nie mogę... już niczego takiego dokonać.

- Powiedz nam tylko, jak to się robi - szybko wtrąciła Isabel.

To poczucie bezradności było okropne. Co będzie dalej? Czy ktoś będzie musiał go 

karmić? Prowadzić do łazienki?

I co jeszcze?

- To niewiele się różni od uzdrawiania - oznajmił. - Tyle tylko, że zamiast ściskać 

cząsteczki, by zamknąć ranę, ściskacie je i popychacie, żeby utworzyły inne kształty.

- Spróbuję na Liz - rzekł Michael.

Max   wstał   i   zamienił   się   z   nim   miejscami,   żeby   przyjaciel   znalazł   się   obok   Liz. 

Niezbyt   podobał   mu   się   pomysł,   żeby   to   on   nawiązywał   z   nią   łączność,   dotykając   jej. 

Wiedział jednak, że zachowuje się dziecinnie i musi zapomnieć o takich głupstwach.

Maria, energicznie gestykulując, zaczęła opisywać wygląd strażnika.

- To   facet   w   średnim   wieku   z   zaokrągloną   twarzą...   z   mimicznymi   bruzdami... 

płaskim, szerokim nosem.

Michael masował koniuszkami palców policzki Liz, ugniatając je jak ciasto. Rzeźbił 

jej twarz zgodnie ze wskazówkami Marii. Po chwili twarz dziewczyny zupełnie zmieniła 

wygląd. Liz stała się mężczyzną w średnim wieku. Odsunął ręce, żeby pokazać Marii rezultat 

swojej pracy.

- Nie,   nie,   nie.   Przykro   mi,   ale   on   wyglądał   zupełnie   inaczej.   Może   nawiążemy 

łączność, Michael, wtedy przekażę ci obraz z mojego umysłu?

- Możemy spróbować - odpowiedział.

Nawiązał   łączność   z  Marią   i  położył   dłonie   na  twarzy  Liz.  Ponownie  zaczęła  się 

zmieniać - jej oczy z niebieskich stały się brązowe, miała bardziej krzaczaste brwi i podwójny 

podbródek. - Właśnie tak, właśnie tak - zachęcała go Maria.

Dłonie Michaela przesunęły się na włosy Liz, które nabrały prawie pomarańczowej 

barwy. Po chwili rozjaśniły się na tyle, że dziewczyna  stała się białawą blondynką. Przy 

każdej zmianie koloru włosy robiły się również coraz krótsze. Końcowym rezultatem była 

fryzura trochę dłuższa niż włosy obcięte na jeża.

background image

- Doskonale. Zupełnie jak on - mruknęła Maria. Liz zerknęła na Maxa przez ramię.

- Jak   wyglądam   jako   blondynka?   To   znaczy   prawie   łysa   blondynka?   -   spytała, 

przeczesując palcami krótkie, sterczące włosy.

- Nie   wyrzuciłbym   cię   z   łóżka   -   odezwał   się   Michael,   zanim   Max   zdążył 

odpowiedzieć.

- Skończmy z tym szybciej - nalegała Isabel. - Chciałabym już stąd wyjść.

Po kilku minutach praca nad Liz została zakończona. Teraz Maria i Michael zajęli się 

Alexem. Isabel postanowiła przeistoczyć się sama.

- Pójdę zrobić sobie coś do picia - rzekł Max. Czuł się zupełnie bezużyteczny; Maria 

dawała instrukcje, Michael pracował nad Alexem i Liz, Isabel nad sobą, a on siedział tylko, 

kręcąc młynka palcami. Nieudacznik, przemknęło mu przez myśl.

Powlókł się do kuchni; wydawało mu się, że do nóg ma przyczepione bloki cementu. 

Usiadł na najbliższym krześle, opierając głowę na stole. Nie musiał już przed nikim udawać, 

że nie jest krańcowo wyczerpany, a nawet siedzenie i oddychanie było ciężką pracą.

- Max, twoja kolej! - zawołał Michael.

Max szybko podniósł głowę. Już skończyli? Spojrzał na zegar kuchenny i uświadomił 

sobie, że siedzi tu już od pół godziny. Chyba się zdrzemnął. Zwykle nie potrafił spać dłużej 

niż dwie godziny w nocy. Teraz stale zasypiał, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Z trudem podniósł się od stołu. Nogi się pod nim uginały. Odetchnął głęboko i całą 

siłą woli zmusił się do stawiania kroków. Żeby tylko dojść do salonu i nie wyglądać na 

przestraszonego.

- Ja zostanę w domu - oznajmił, osuwając się na kanapę.

- Zostanę z tobą - zaproponowała natychmiast Liz. Przynajmniej myślał, że to ona. Te 

słowa padły bowiem z ust barczystego blondyna w szarym mundurze ochroniarza. Głos tego 

faceta miał interesujące chropawe brzmienie. Jak widać, Michael nie zapomniał o strunach 

głosowych, kiedy dokonywał tego przeobrażenia.

- Nie potrzebuję niańki - powiedział, starając się nie zdradzać poirytowania. - Zebranie 

informacji na temat statku to najważniejsza rzecz, jaką możesz dla mnie zrobić - dodał, żeby 

ją pocieszyć.

Skinęła głową i obróciła się w stronę dwóch innych „strażników”, Isabel i Alexa.

- Każdy z nas powinien wybrać inną część miasta - zasugerowała. - Nie możemy się 

nigdzie pokazywać razem. - Wyszli z pokoju i zaczęli ustalać, które bary i kluby powinni 

odwiedzić.

- Bądźcie ostrożni!  - zawołał  za nimi Max. - Zadzwońcie... jeśli będziecie  czegoś 

background image

potrzebować. - Jakby mógł im w czymś pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba.

- Ty   będziesz   naszym   Charliem,   a   my   będziemy   twoimi   Aniołkami!   -  odkrzyknął 

Alex.  Przynajmniej  tak  się Maxowi wydawało.  Miał  głos taki  sam jak  Liz,  ale te  słowa 

pasowały do Alexa.

- Powinieneś ich dogonić i ustalić, jakie będzie twoje zadanie - zwrócił się Max do 

Michaela. - Liz ma rację. Niebezpiecznie byłoby pokazywać się razem. Nie jestem pewien, 

czy agenci Planu Wyczyszczenia Bazy Danych wiedzą, że potrafimy zmieniać wygląd. Ale 

jeśli tak jest i zobaczą dwóch strażników...

- Nigdzie nie idę - przerwał mu Michael.

- Nie musisz zostawać ze mną.

- Chcesz leżeć na kanapie czy pójść do łóżka? - spytał rzeczowym tonem Michael.

- Do łóżka - odparł zrezygnowany Max.

Jego przyjaciel podszedł do kanapy i wyciągnął rękę. Max chwycił ją, pozwalając 

podnieść się na nogi.

Wchodząc do Moego, Alex przeżywał lekki niepokój. Był to jeden z nielicznych lokali 

w Roswell, pozbawionych kosmicznego wystroju. Dopiero po chwili zorientował się, że w 

żaden sposób nie mógłby zostać rozpoznany. Wyglądał teraz na jakieś trzydzieści lat.

Podszedł   do   baru   i   zamówił   piwo   imbirowe.   Nie   chciał   robić   wrażenia   ostatniej 

niedojdy, a taki kolor mógł mieć również jakiś mocniejszy koktajl.

Szybko   rozejrzał   się   po   lokalu.   Ojca   nie   było.   Istniała   możliwość,   że   go   spotka, 

ponieważ u Moego było zawsze wielu emerytowanych wojskowych. Chłopiec nie wiedział na 

pewno, czy Plan Wyczyszczenia Bazy Danych ma jakieś powiązania z wojskiem, ale było to 

dość prawdopodobne. Uznał więc, że w tym lokalu jest szansa na spotkanie kogoś, kto znał 

strażnika.

Odrzucił na bok wyjątkowo cienką słomkę i popijał piwo, uważnie się rozglądając. 

Może ktoś skinie mu głową, wykona jakiś gest, świadczący o tym, że już go - jako strażnika - 

gdzieś spotkał.

Gdyby strażnik często się tu pojawiał, barman powinien go rozpoznać. Ale przy barze 

było mnóstwo ludzi, więc barman tylko postawił piwo przed Alexem i pognał na drugi koniec 

lady. Nie wiadomo, czy poznał strażnika, czy też nie.

Przy drugiej kolejce mógłbym udawać, że cierpię na amnezję, i spytać go, czy wie, 

kim jestem, pomyślał Alex. Rozbawiła go wizja własnej osoby, opartej o bar, ściskającej 

dłońmi skronie i mamroczącej: „Gdzie ja jestem? Kim ty jesteś? Kim ja jestem?”.

Może byłoby lepiej nadal przeszukiwać teren dokoła skały. Ale to mogli zrobić jutro. 

background image

Alex stale się zastanawiał, ile czasu im jeszcze zostało.

Max wyglądał bardzo źle. Akino nabierało tempa, a skutki widać już było  gołym 

okiem. W ciągu jednego dnia twarz chłopca tak wychudła, że kości prawie przebijały jego 

pergaminową skórę. Ile razy Alex spojrzał na niego, doznawał szoku.

- Szkocką. Z lodem - usłyszał głos.

Znajomy. Przecież spodziewałeś się tego, uspokajał się w duchu Alex. Zerknął w bok. 

Ojciec siadał przy barze tuż obok niego.

- Wojskowy? - spytał.

Naturalnie. Jego tata dzielił wszystkich na wojskowych i niewojskowych. Teraz też 

chciał wiedzieć, z kim ma do czynienia.

- Marynarka   wojenna   -   odpowiedział   Alex.   Zrobił   to   zupełnie   bezwiednie,   może 

dlatego,   że   Jesse   stale   mówił   na   ten   temat.   A   może   dlatego,   że   choć   raz   miał   okazję 

zaimponować ojcu.

- Mam jednego syna w marynarce wojennej, a jednego w marines.

Oczywiście, ja nie jestem wart wzmianki, pomyślał chłopiec.

- Nie ma pan więcej dzieci? - zainteresował się. Ciekaw był, czy tata będzie nadal 

zaprzeczał istnieniu najmłodszego syna, nawet po tak bezpośrednim pytaniu.

- Mam   jeszcze   jednego.   W   liceum.   Nie   ma   pojęcia,   co   zrobić   ze   swoim   życiem, 

najmniejszego.

- Hm - mruknął Alex. Uświadomił sobie nagle, że nadarzyła mu się wspaniała okazja. 

Teraz mógłby spróbować złapać ojca w jego własne sieci.

- Zupełnie jak mój brat, Willy - zauważył. - Ojciec zawsze bardzo się o niego martwił. 

Próbował go namówić, żeby w szkole zapisał się do Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy. 

Ale   Willy...   stale   się   od   tego   wymigiwał.   Albo   siedział   przy   komputerze,   albo   latał   za 

dziewczynami. Udało mu się skończyć szkołę, lecz nie osiągnął nawet jednego cholernego 

celu. - To ostatnie zdanie było prawie dosłownym cytatem z jego taty. Często to powtarzał, 

mówiąc o tym, co czeka Alexa.

- Otóż to. - Ojciec uderzył pięścią w bar. - Dokładnie jak mój syn. Nie zdaje sobie 

sprawy z tego, że te następne lata zadecydują o całym jego życiu.

Już złapałeś przynętę, pomyślał Alex, którego zaczęła bawić ta przypadkowa wyprawa 

na połów ryb.

- I jak skończyła się historia z pana bratem? - spytał ojciec.

- Nigdy by pan w to nie uwierzył. - Alex wolno pił piwo, napawając się myślą, że 

zaraz wyciągnie tatę z głębiny i pozostawi go na brzegu, pozbawionego możliwości złapania 

background image

oddechu. - Willy urządził się całkiem dobrze. Pewnie pan o nim słyszał. Teraz używa imienia 

Bill. Bill Gates.

Ojciec zakrztusił się kostką lodu.

Chłopiec uśmiechnął się szeroko. Tak, tato. Pomyśl  o tym,  kiedy znowu będziesz 

chciał mnie dręczyć tym swoim KSOR - em. Pomyśl, że mógłbym wyrosnąć na wielkiego 

twórcę programów komputerowych, do którego należy pół świata.

Isabel postawiła jeepa na parkingu Weather Balloon. Asfalt, od którego odbijał się 

wielki neon, mienił się kolorami tęczy.  Niebieski od balona, zielony od małego kosmity, 

który zza niego wyglądał, a czerwony od laserowego karabinu przybysza z kosmosu.

Wyskoczyła z jeepa i potknęła się. Jeszcze nie zdążyła przyzwyczaić się do swojego 

nowego ciała. Strażnik był dość potężnym, muskularnym mężczyzną.

Jakaś kobieta, około czterdziestki, w legginsach w małe zielone ludziki, uśmiechnęła 

się do Isabel, kiedy ta zbliżała się do drzwi. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. Uważała, że 

należy być miłym dla tych, z którymi los obszedł się niełaskawie. A na pewno osoba, która 

uważała się za wystarczająco atrakcyjną, żeby w takich legginsach wyjść na ulicę, należała do 

tej kategorii.

Kobieta uśmiechała się kokieteryjnie.

Ona   myśli,   że   chcę   ją   poderwać,   uświadomiła   sobie   Isabel.   Myśli,   że   jestem 

ufarbowanym na blond frajerem, który na nią poleci.

Z obojętnym wyrazem twarzy, szybko przeszła obok kobiety. No dobra, jestem teraz 

facetem,  ale  to nie  znaczy, że mam  przyciągać  niepożądaną uwagę. Umiała  sobie  z tym 

radzić.

Nie, chwileczkę, pomyślała. A może ta kobieta poznała mnie, czyli strażnika? Może 

odtrąciłam właśnie osobę, którą chciałam odnaleźć?

Zerknęła   na   kobietę   w   legginsach,   ale   ona   nie   obrzucała   strażnika   oburzonym 

spojrzeniem. A na pewno by tak było, gdyby ją znał i przeszedł obok bez słowa.

Udawanie kogoś innego było trudniejsze, niż sądziła. Isabel zauważyła wolny stolik, 

usiadła przy nim i założyła nogę na nogę.

To niemęskie, skarciła się w duchu. Wyprostowała nogi i zrobiła to, co zwykle robią 

faceci, zajmując możliwie jak najwięcej miejsca. Wyciągnęła rękę wzdłuż biegnącej przy 

ścianie   poręczy   i   szeroko   rozrzuciła   nogi.   Tak,   teraz   była   mężczyzną.   Potrzebowała 

przestrzeni.

Max   śmiałby   się   do   rozpuku,   gdyby   mógł   ją   teraz   zobaczyć.   Jego   młodsza 

siostrzyczka zachowująca się jak jakiś twardziel.

background image

Na myśl o nim przeszyło ją uczucie strachu. Rozpoczęła się już nowa faza akino; jego 

ciało zostało zaatakowane. A co ona robiła, żeby mu pomóc? Siedziała w barze, starając się 

pamiętać, żeby, jak dziewczyna, nie zakładać nogi na nogę.

Podeszła   do   niej   kelnerka,   ubrana   w   przyciasny   podkoszulek   z   napisem   Weather 

Balloon. Podwoje „oo” w Balloon było  wyjątkowo duże, wprost na jej piersiach. Biedna 

dziewczyna,   pomyślała   Isabel.   Musiała   wysłuchiwać   wielu   komentarzy   od   eleganckich 

facetów, którzy tu zwykle przychodzą.

- Napiję się piwa - powiedziała, patrząc kelnerce prosto w oczy. Pewnie była jedynym 

facetem, który przez całą noc nie wpatrywał się w „oo” kelnerki. Ta niewątpliwie doceniła ten 

fakt, ponieważ piwo pojawiło się natychmiast na stoliku.

Isabel udawała, że je pije. Zamówiła piwo, ponieważ uznała, że taki facet, jakim teraz 

jest, zamówiłby właśnie ten napój. Poza tym, gdyby zamówiła coś gazowanego, to kusiłoby 

ją, żeby wypić, i potem mogłoby się jej zachcieć siusiu. A siusianie nie było czynnością, którą 

miałaby ochotę wypróbowywać w swoim nowym wcieleniu.

Szkoda,   że   nie   wiem,   jakie   powinnam   mieć   imię,   pomyślała.   Ktoś   mógłby   mnie 

zawołać z drugiego końca sali, a ja nic bym o tym  nie wiedziała. Szybko się rozejrzała, 

przesuwając wzrok od jednej osoby do drugiej, starając się tylko nie prowokować kobiet.

Spojrzała na wiszący za barem zegar. Minęła już prawie godzina od czasu, kiedy 

widziała Maxa. Z trwogą myślała o powrocie do domu. Jakie zmiany mogły w nim zajść 

przez ten czas?

Ponownie   przesunęła   wzrokiem   po   tłumie   klientów.   Na   wszelki   wypadek,   gdyby 

przedtem kogoś przeoczyła. Nie zauważyła nawet śladu zainteresowania na żadnej twarzy. 

Plan Marii był wariactwem, nie da żadnych rezultatów. A poszukiwanie bunkra okazało się 

tylko   trochę   lepszym   pomysłem   od   przeliczania   ziarnek   piasku   na   pustyni.   Kolejnym 

niewypałem.

Od sąsiedniego stolika dobiegł jakiś pisk. Isabel odwróciła głowę w tamtym kierunku. 

Kelnerka patrzyła ze złością na chłopaka z college'u i jego dwóch złośliwie uśmiechniętych 

kumpli.

- Przykro mi - powiedział niezbyt szczerze chłopak. - Myślałem, że ogłaszają właśnie 

konkurs mokrego podkoszulka. Chciałaś wziąć w nim udział, jeśli się nie mylę.

- Mylisz się - odpowiedziała Isabel w imieniu kelnerki. Ten problem był możliwy do 

rozwiązania i miała ochotę to zrobić. - Przeproś - zwróciła się do chłopaka.

Student popatrzył na nią szklanym wzrokiem, potem obrócił się do kelnerki.

- Przepraszam - powiedział. - Pomogę ci się wytrzeć - dodał, mrugając do swoich 

background image

koleżków.

Isabel   doskoczyła   do   niego,   zanim   zdążył   dotknąć   dziewczyny.   Chwyciła   go   za 

koszulę i wyciągnęła zza stolika. Potem odchyliła swoją muskularną rękę, aby wymierzyć mu 

cios pięścią, prosto w nos. Uśmiechnęła się na widok krwi, która spływała mu po twarzy.

Dobrze mieć problemy, które tak łatwo się rozwiązuje.

Rozdział 13

Liz poczuła, że ktoś ją klepie w ramię. Wspaniale. Spędziła w UFONICS niecałe pół 

godziny, a już zaczepiał ją znajomy. Obróciła się i ogarnęło ją przerażenie.

Przed nią stał szeryf Valenti.

- Chodź ze mną - rozkazał i skierował się do wyjścia.

Bierze cię za strażnika, tłumaczyła sobie Liz, wychodząc za nim na parking. Myśli, że 

jesteś jednym z tych facetów, którzy pracują w bunkrze. Masz szansę na uzyskanie cennych 

informacji. Tylko nie panikuj.

Valenti szedł do wozu policyjnego. Stukot jego butów po asfalcie przyprawiał ją o 

dreszcze. Wsiadł do samochodu, oczekując, że ona bez zbędnych pytań zrobi to samo.

Liz   podeszła   do   drzwi   po   przeciwnej   stronie,   mając   nadzieję,   że   jej   ruchy   nie 

odbiegają   zbyt   wyraźnie   od   ruchów   strażnika.   Nigdy   zresztą   nie   miała   szczególnie 

dziewczyńskiego chodu, więc chyba wszystko było w porządku. Otworzyła drzwi, wsiadła do 

środka i zatrzasnęła je za sobą.

Zerknęła na Valentiego. Tym razem nie miał swoich odblaskowych okularów, ale i tak 

nie sposób było odczytać jego myśli. Jeśli oczy Valentiego były zwierciadłem jego duszy, to 

on jej nie miał, co zresztą i tak było oczywiste.

Szeryf, wyjechawszy z parkingu, zaczął się oddalać od centrum miasta.

- Musisz wziąć udział w pewnych testach na terenie ośrodka. Nerz jest chory, a nikt 

poza tobą nie ma odpowiedniego pozwolenia. Na szczęście łatwo jest przewidzieć, gdzie cię 

można znaleźć po godzinach pracy.

Uczucie, jakie ogarnęło Liz, można było porównać tylko do eksplozji sztucznych ogni. 

Może kiedy już się znajdzie na strzeżonym terenie, uda jej się dostać na pokład statku. Może 

dziś wieczorem zdobędzie kryształy! Nawet jeśli nie, to szanse na uratowanie życia Maxa 

jeszcze nigdy nie były tak duże.

- Coś cię rozbawiło, Towner? - spytał Valenti.

Liz uświadomiła  sobie, że uśmiecha  się ze szczęścia.  Przynajmniej  poznała swoje 

nazwisko, Towner.

- Przypomniał mi się kawał, który ktoś mi opowiedział - skłamała. Była pewna, że 

background image

Valentiego nie zainteresuje treść dowcipu, i miała rację.

Kiedy   przejeżdżali   koło   billboardu   izby   handlowej   na   przedmieściu,   spojrzała   na 

licznik kilometrów. Gdy zjadą z szosy, sprawdzi go ponownie. Trudno było uwierzyć, że 

szeryf sam wskazuje jej drogę do bunkra.

A jeśli... a jeśli prawdziwy strażnik już tam jest? - pomyślała. Co będzie, jeżeli Valenti 

dobrze  o tym  wie  i wiezie  mnie  tam,  myśląc,  że jestem kosmitą,  który potrafi  zmieniać 

wygląd? Może tylko dlatego pozwala mi poznać to miejsce, że wie, iż już nigdy z niego nie 

wyjdę?

Wydało jej się nagle, że w samochodzie zabrakło powietrza, a ta resztka, która w nim 

pozostała, jest przesiąknięta zapachem dymu i potu.

Nawet   jeśli   to   prawda,   to   nic   nie   można   teraz   zrobić,   tłumaczyła   sobie.   Miała 

wyskoczyć z pędzącego samochodu i uciekać przez pustynię? Valenti pewnie by ją wtedy 

zastrzelił.

Takie   myśli   nie   uśmierzały   niepokoju.   Liz   patrzyła   na   pustą   szosę,   starając   się 

policzyć kreski przerywanej linii na jezdni. Musiała na czymś skoncentrować uwagę, lecz 

szeryf jechał zbyt szybko.

Wykonał gwałtowny skręt w lewo i wjechał na pustynię, w kierunku skały kurczaka. 

Maria dobrze opisała tę część drogi.

Po przejechaniu trzech kilometrów i czterystu dwudziestu jeden metrów minęli skałę. 

Samochód podskakiwał na nierównym podłożu.

Liz stale zerkała na licznik. Cztery kilometry, osiemset dwadzieścia siedem metrów. 

Jedenaście kilometrów, dwieście sześćdziesiąt trzy metry. Siedemnaście kilometrów, sześćset 

dziewięćdziesiąt dziewięć metrów. Dwadzieścia dwa kilometry,  pięćset dwadzieścia sześć 

metrów. Zbliżali się do dużej formacji skalnej.

- Otwórz wejście - powiedział Valenti.

Serce podskoczyło Liz do gardła. To było coś, z czym powinna umieć się obchodzić. 

Coś do zdalnego sterowania. Przynajmniej miała taką nadzieję.

Otworzyła schowek. Papiery. Okulary słoneczne. Race.

- Ile dzisiaj wypiłeś? - spytał Valenti.

- Nie wiedziałem, że będę wezwany do pracy. Szeryf parsknął tylko z obrzydzeniem, 

po   czym   wyjął   ze   schowka   coś,   co   wyglądało   jak   najzwyklejszy   przyrząd   do   zdalnego 

otwierania drzwi garażowych, tylko z kilkoma dodatkowymi przyciskami, i rzucił go Liz.

Naciśnij jakiś guzik, wszystko jedno jaki, przebiegały jej przez głowę oszalałe myśli. 

Nacisnęła ten, przy którym trzymała palec. Żadnego efektu. Rzuciła okiem na Valentiego? 

background image

Zauważył to?

Nie   myśl   o   tym,   spróbuj   nacisnąć   następny,   nakazała   sobie.   Wybrała   przycisk   w 

lewym górnym rogu. Nic. Przygniotła palcem następny i formacja skalna rozstąpiła się.

Nic dziwnego, że Max i Michael spędzili na poszukiwaniach całe lata i nie znaleźli 

tego miejsca, pomyślała. Gwałtownie złapała oddech, maskując ten niekontrolowany odruch 

atakiem kaszlu. Czy Valenti zauważył wszystkie jej potknięcia? Trudno było powiedzieć. 

Miał, jak zwykle, nieprzenikniony wyraz twarzy. Liz mogłaby przysiąc, że nawet nie mrugnął 

okiem, kiedy zastrzelił Nikolasa.

Nie myśl  o tym,  nakazała sobie. Nie powinna zastanawiać się nad tym,  że szeryf 

kogoś zabił; była już wystarczająco zdenerwowana.

Starała   się   nie   okazywać   zdumienia,   kiedy   Valenti   wjeżdżał   do   środka.   Chyba 

powinnam teraz zamknąć tę bramę, pomyślała. Nacisnęła ten sam przycisk i wrota zawarły się 

za nimi z niezwykłą szybkością, tłukąc jedno z tylnych świateł Valentiego.

- Przepraszam - wymamrotała.

- Nie ma problemu. Potrącę ci to z pensji.

Ciebie   też   przepraszam,   Towner,   pomyślała   Liz,   kiedy   samochód   zaczął   wolno 

zjeżdżać w dół.

Wjechali do ogromnej windy, która dowiozła ich do podziemnego parkingu. Valenti 

zatrzymał się w sekcji oznaczonej „Zarezerwowane”.

Wysiadł z samochodu, zakładając, że Liz pójdzie w jego ślady, a potem poprowadził 

ją długim betonowym korytarzem, podobnym do tego, który widziała Maria, kiedy śledziła 

go, korzystając z Kamienia.

Liz była już tak blisko. Statek mógł się znajdować tuż za rogiem.

Doszli   do   szerokich   metalowych   drzwi.   Valenti   otworzył   elektroniczny   zamek   za 

pomocą plastikowej karty. Weszli do ogromnego pomieszczenia, w którym znajdowały się 

dwa rzędy szklanych cel. W każdej stało łóżko, ale tylko jedno było posłane.

Liz przeszył dreszcz. Czy właśnie tu znaleźliby się Max, Michael i Isabel, gdyby 

szeryf poznał ich tajemnicę? Czy trzymano by ich tutaj jak zwierzęta doświadczalne, pod 

nieustannym monitoringiem?

Valenti przeszedł przez halę, nie zwracając najmniejszej uwagi na dwóch strażników, 

stojących   przed   celą,   która   najwyraźniej   była   ostatnio   zamieszkana.   Otworzył   niewielkie 

drzwi i przytrzymał je, aby przepuścić Liz.

- Instrukcje otrzymasz za chwilę - poinformował ją. Kiedy tylko weszła do środka, 

zamknął za nią drzwi. Pomieszczenie było puste, nie licząc metalowego stolika i składanego 

background image

krzesła. Liz usiadła i czekała. Przynajmniej tym razem otrzyma instrukcje. To dobrze. Nikt 

nie będzie oczekiwał, że sama wie, co robić.

- Towner, twoim zadaniem będzie opisanie wszystkiego, cokolwiek wydarzy się w 

tym pokoju - usłyszała głos przez interkom.

Poruszyła się niespokojnie na chłodnym metalowym krześle. Cokolwiek wydarzy się 

w   tym   pokoju.   To   nie   była   przyjemna   perspektywa.   Na   czym   właściwie   polegały   te 

doświadczenia? Musieli w jakiś sposób nawiązywać łączność z kosmitami. A może to była 

tylko jedna z dziedzin działalności Planu Wyczyszczenia Bazy Danych?

A   jeśli   testowali   efekty   jakiejś   nowej   broni   biologicznej?   Jakiegoś   inteligentnego 

wirusa?

Było   już   za   późno,   żeby   się   tym   martwić.   Nie   miała   wątpliwości,   że   drzwi   są 

zamknięte od zewnątrz. A nawet jeśli nie, to ona...

Zaraz. Coś się działo. Liz odchrząknęła szybko.

- Widzę jasną migotliwą plamę na poziomie wzroku. Wielkości piłki do koszykówki.

Uchwyciła się krawędzi stolika, czekając, co będzie dalej. Po chwili w kole ukazał się 

obraz.

- Widzę   obraz,   podobny   do   hologramu.   Jakiś   mężczyzna   siedzi   w   restauracji. 

Eleganckiej. Białe obrusy. Świece. Słyszę dźwięki skrzypiec. Ten facet jest podekscytowany. 

Nerwowy. Szczęśliwy.

Liz nie wiedziała, jak to się dzieje, ale odbierała emocje tego mężczyzny. To samo 

odczuwał   Max,   kiedy   Ray   pokazał   mu   hologram   katastrofy   statku   jego   rodziców, 

uświadomiła sobie.

A więc to tak. Może agenci Planu Wyczyszczenia Bazy Danych próbowali powielać 

technologię kosmitów czy coś w tym rodzaju. Rozluźniła dłonie ściskające brzeg stołu. To nie 

będzie straszne. Wszystko, co ma zrobić, to patrzeć tylko na płynące w powietrzu obrazy. A 

jeśli będzie miała szczęście, to kiedy będzie stąd wychodzić, uda jej się zobaczyć statek.

- Jeszcze coś? - usłyszała głos z interkomu. Liz przyjrzała się uważnie hologramowi.

- Wiem, że chce oświadczyć się swojej dziewczynie - odparła. - Nie mogę powiedzieć, 

skąd to wiem. Nie słyszę jego myśli ani nic w tym rodzaju. Po prostu... wiem.

Hologram zniknął. Nie dowiedziałam  się nawet, co mu odpowiedziała, pomyślała. 

Zaczęło się jej kręcić w głowie, jakby stała na wysokiej trampolinie.

Powietrze przed jej oczami zaczęło znowu migotać. To dobrze. Następna odsłona.

- A właśnie, powietrze znów zaczęło migotać - odezwała się Liz. Nie chciała wpędzać 

Townera w dodatkowe kłopoty, i tak wystarczająco mu zaszkodziła. - Ukazał się hologram - 

background image

mówiła dalej. - To już inna restauracja. Widziałem ją w naszym mieście. Kawiarnia Latający 

Talerz. Przy stoliku siedzi dwóch mężczyzn.

Serce podeszło jej do gardła - poznała ich. To był dzień, kiedy została postrzelona. 

Och, Boże, wtedy tych dwóch było w kawiarni. Kłócili się. To ten muskularny mężczyzna 

wyciągnął rewolwer. Celował do swojego potężnego towarzysza, który zdążył się na niego 

rzucić. Broń wypaliła. Liz została rzucona o ścianę, po brzuchu spływała jej krew.

- Dalej - usłyszała głos z interkomu.

- Ci mężczyźni kłócą się. O pieniądze. - Starała się sprawiać wrażenie bezstronnego 

obserwatora.

Widziała teraz na hologramie dalszy przebieg wypadków. Potężnie zbudowany facet 

wyciągał rewolwer. Ten drugi właśnie się na niego rzucał. Padał strzał.

- Muskularny mężczyzna postrzelił kelnerkę. Odczuwam jej ból - mówiła dalej.

Była to prawda. Ponownie przeżywała ten ból. Taki sam jak wtedy. Wszystko było 

takie samo.

Och, Boże. Oni przejmują od niej obrazy. Ten hologram to pamięciowy playback. Na 

tej   samej   zasadzie   Ray   pokazywał   Maxowi   statek.   Dlatego   czuł   się   tak   dziwnie   i   miała 

zawroty głowy. Ktoś wdzierał się do jej mózgu.

Za chwilę na hologramie ukaże się przeskakujący przez ladę Max, który uzdrowi Liz 

dotykiem dłoni.

Krzyknęła przeraźliwie.

- Zatrzymajcie to! - zawołała. - Czuję się tak, jakby jakiś świder przewiercał mi oczy. 

Zatrzymajcie.

Hologram zniknął. Do pokoju wpadł Valenti.

Liz siedziała skulona, przyciskając dłonie do oczu. Czy szeryf uwierzy, że ona cierpi 

katusze?   A   może   już   odkrył   tożsamość   fałszywego   strażnika   i   postanowił   ją   dodatkowo 

udręczyć?

- Co się stało, do cholery?! - spytał.

- To pan powinien mi powiedzieć - odparowała Liz. - Czułem, że za chwilę rozerwie 

mi czaszkę. Mój kontrakt nie przewiduje takich rzeczy.

- Odwiozą cię do domu - powiedział Valenti. - Uważaj, żeby się nie okazało, że to 

alkohol rozrywał ci czaszkę.

Patrzył   na   nią   uważnie,   kiedy   wychodziła   z   pokoju.   Widać   było,   że   zdaje   sobie 

sprawę, że coś nie jest w porządku, ale nie potrafi określić co.

Liz zastanawiała się, czy szeryf zdobędzie również ich obraz, kiedy tu wrócą, żeby 

background image

ukraść kryształy.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Maria czuła, że łzy napływają jej do oczu - znowu. Ładna mi z ciebie pocieszycielka, 

pomyślała. Za chwilę Max zabroni jej pokazywać się w swoim pokoju. Wiedziała, że płacz 

źle na niego wpływa.

To   zupełnie   zrozumiałe.   Mogłaby   równie   dobrze   trzymać   transparent   z   napisem: 

„Wiesz co, Max? Ty umierasz”.

Fatalnie wyglądał. Zapadał się w siebie. Wszyscy to zauważyli. Liz, Isabel i Michael 

rzucali mu trwożne spojrzenia; starali się to robić dyskretnie, ale byli wyraźnie wstrząśnięci 

jego wyglądem.

Maria ucieszyła się na widok Alexa, który gwałtownie wpadł do pokoju.

- Przepraszam za spóźnienie - powiedział. - Ojciec nie chciał wypuścić mnie z domu, 

dopóki nie pokażę mu swojej strony w Internecie. Nie do wiary.

- Obmyślamy, jak dostać się do bunkra - zwrócił się do niego Michael. - Masz jakiś 

pomysł?

Zanim Alex zdołał odpowiedzieć, usłyszeli dzwonek.

- Ja   otworzę   -   zaofiarowała   się   Maria,   wybiegając   z   pokoju.   Po   drodze   wyjęła   z 

kieszeni fiolkę z olejkiem cedrowym i zaczęła go nerwowo wdychać. Niewiele jej to ostatnio 

pomagało, ale było lepsze niż nic. Otworzyła drzwi i zobaczyła Raya Iburga. - Jesteśmy w 

pokoju Maxa - powiedziała, prowadząc go na górę.

- Pomyślałem, że przyda się wam dodatkowe źródło mocy, kiedy wybierzecie się do 

bunkra - rzekł, wchodząc do pokoju.

- Wspaniale.   Twoja   pomoc   może   się   bardzo   przydać,   tak   jak   wtedy,   kiedy 

unieruchomiłeś Valentiego w centrum handlowym - odezwał się Michael.

Ray potrząsnął głową.

- Teraz nie mógłbym tego zrobić. Zużyłem wtedy ogromną ilość mocy. Nie zdołałbym 

tego powtórzyć przed upływem co najmniej miesiąca - tłumaczył. - Ale zawsze mogę kogoś 

znokautować, jeśli zajdzie taka potrzeba.

- To też się może przydać - przyznał Michael. - Okay, więc podzielimy się na grupy. 

Ty będziesz ze mną i Isabel.

Zachowywał się jak głównodowodzący, skoncentrowany na opracowaniu strategii.

Tym razem Maria nie musiała się zastanawiać, czy Michael myśli o Isabel, czy o niej. 

Nie myślał o żadnej z nich.

- Zaczekaj. Ja... - zaprotestował Alex.

background image

- Nie dysponujesz mocą, która cię ochroni - przerwał mu Michael.

Alex skinął tylko głową. Maria też to rozumiała. Przypomniało jej to również, chyba 

po raz tysięczny, że Michael i Isabel są sobie bliscy w taki sposób, w jaki ona nigdy nie 

będzie   mu   bliska.   Tamtych   dwoje   łączyło   posiadanie   mocy   i   wspólne   pochodzenie,   a 

Michaela  i  Marię  upodobanie  do  horrorów.   Co z  tego  może   być  podstawą  prawdziwego 

związku?

- Może któreś z was zmieni wygląd, upodobni się do Valentiego? - spytała szybko Liz. 

- On tam rządzi. Jako on będziecie mieli wszędzie dostęp.

- Świetny pomysł. Ja to zrobię - rzekł Michael.

- My też powinniśmy zmienić wygląd - zwrócił się Ray do Isabel. - Kiedy zaczną nas 

szukać, znikniemy.

- Zanim  wyruszycie,  musimy  sprawdzić,   czy  Valentiego  tam  nie   ma   -  oświadczył 

Alex. - Zadzwonię do niego. Powiem, że zaszła nagła konieczność zmiany centrali rozmów 

międzymiastowych czy coś w tym rodzaju i że musi przy tym być. - Wybiegł z pokoju.

Max oddychał chrapliwie, tak jakby ta czynność sprawiała mu dotkliwy ból. Jak on 

może to wytrzymać? - pomyślała Maria.

A jeśli oni nie wrócą na czas? Starała  się o tym  nie myśleć.  Przeczesała palcami 

włosy, próbując wtłoczyć tę myśl jak najgłębiej.

Alex wpadł z powrotem do pokoju.

- Jest u siebie. Nie był zadowolony, że zawracam mu głowę w niedzielę rano.

- Powinieneś mieć jego dom pod obserwacją - powiedział Michael.

- Ja   też   pójdę   -   zaproponowała   Maria.   Nie   mogła   zostać   przy   Maksie;   jej   aura 

zdradzała zbyt wielki smutek.

- Co zrobicie, jeśli  on wybierze  się do bunkra?  - spytała  Liz.  - Nie uda się wam 

przecież ostrzec Michaela.

- Zatrzymam go - oświadczył z przekonaniem Alex. Maria uwierzyła mu. On też miał 

w sobie dużo cech przywódczych, chociaż nie chciał zostać wojskowym.

- Chodźmy - zwrócił się do Marii.

Posłusznie skierowała się do drzwi. Obróciła się jednak, żeby popatrzeć na Michaela. 

Mogła go widzieć po raz ostatni w życiu.

Liz przyglądała się Maxowi, który zapadł w niespokojny sen. Mogła mu się teraz 

dobrze przyjrzeć, zaobserwować zmiany, jakie w nim zaszły, nie wzbudzając jego niepokoju.

Uważnie   studiowała   każdy   szczegół,   jakby   znajdowała   się   w   laboratorium 

biologicznym. W ten sposób było jej trochę lżej. Łuszczyła mu się skóra, miał suche, spękane 

background image

wargi, z kroplami zaschniętej krwi, głęboko zapadnięte oczy i policzki. Jego nos...

Przestań, nakazała sobie. Przestań sprowadzać go do fragmentów uszkodzonego ciała. 

To jest Max. To nadal on, chłopak, którego kochasz.

Wzięła go za rękę. Ciekawa była, czy ten dotyk znajdzie odbicie w jego snach. Miała 

taką nadzieję.

Spojrzała na zegarek. Michael, Isabel i Ray już wkrótce dotrą do bunkra. Zastanawiała 

się,   jak   długo   będą   musieli   szukać   kryształów.   Obawiała   się,   że   nawet   jeśli   znajdą   je 

natychmiast, i tak może być za późno. Max tracił siły w przerażającym tempie.

Oddalał się od niej, a ona nie była w stanie go zatrzymać. Mocniej ścisnęła jego dłoń, 

splatając ich palce, ale to jej nie wystarczało. Musiała być jeszcze bliżej niego.

Zrzuciła buty i położywszy się obok Maxa, otoczyła go ramieniem.

- Nie pozwolę ci odejść - szepnęła.

Był taki zimny. Jakby jego ciało już w ogóle nie emitowało ciepła. Przylgnęła do 

niego, starając się ogrzać go własnym ciałem.

- Kocham cię, Max - powiedziała. - Zostań ze mną, okay? Musisz ze mną zostać.

Położyła rękę chłopca na swoich plecach, żeby byli jeszcze bliżej siebie, ale ta ręka 

była ciężka i bezwładna, bez życia, jak ręka umarłego.

Liz zerwała się z łóżka. Przyłożyła palce do jego wargi; na szczęcie poczuła lekki 

oddech.

- Przepraszam cię, Max - szepnęła. - Niepotrzebnie się wystraszyłam. - Wygładziła 

kołdrę i poprawiła poduszkę. Poczuła pod palcami coś chłodnego i twardego. Wyciągnęła ten 

przedmiot.

Jej srebrna bransoletka. Ta sama, którą Max zamienił w ciekłe srebro tego dnia, kiedy 

powiedział jej. że jest kosmitą.

Liz była wtedy potwornie przerażona. Bała się Maxa. Kiedy doprowadził bransoletkę 

do pierwotnego stanu i zrobił krok do przodu, by ją podać, uciekła.

A on zachował bransoletkę; trzymał ją pod poduszką.

Dziewczyna przesunęła palcami po srebrze i z jej oczu popłynęły łzy. To nie powinno 

się przedostać do snów Maxa. On nie potrzebował słabej, płaczącej Liz. Musi być silna, nie 

poddawać się, przekazywać mu wolę życia.

Pobiegła   na   dół   do   łazienki,   zamknęła   drzwi,   usiadła   na   brzegu   wanny   i   zaczęła 

spazmatycznie łkać. Po kilku minutach podeszła do umywalki. Ochlapała twarz zimną wodą i 

lekko wytarła. Spojrzała w lustro.

- Dość tego - powiedziała do swego odbicia. - Max chce cię mieć przy sobie.

background image

Kiedy weszła do pokoju, miał otwarte oczy. Odchrząknął z trudem.

- Czy to był sen... - Znowu odchrząknął. - Leżałaś ze mną w łóżku? - spytał.

Liz uśmiechnęła się do niego.

- To nie był sen.

- Nie tak... to sobie wyobrażałem.

Widać było, że mówienie sprawia mu wielki wysiłek. Krople potu zaczęły spływać mu 

po twarzy. Skrzywił się, kiedy zapiekła go popękana skóra.

- Będzie jeszcze inna okazja - obiecała mu Liz. Miała nadzieję, że mówi prawdę.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

- Liz   mówiła,   że   wrota   w   formacji   skalnej   otwiera   się   za   pomocą   urządzenia   do 

zdalnego sterowania. A my go nie mamy - powiedział Michael, kiedy jechali w kierunku 

strzeżonego obszaru w samochodzie wypożyczonym przez Raya.

Nie przyszło mu nawet do głowy, że agenci Planu Wyczyszczenia Bazy Danych mogą 

z równą łatwością uzyskać obraz samochodu, jak obraz ludzkiej twarzy, nawet łatwiej. Był 

zadowolony, że Ray wypożyczył  samochód pod jednym  ze swoich poprzednich  nazwisk. 

Kilkakrotnie zmieniał nazwiska i wygląd swojej twarzy od czasu, kiedy znalazł się na Ziemi.

- Jestem pewien, że mają tam kamery obserwacyjne - odezwał się Ray. - Pozwolimy 

im dobrze się przypatrzeć twojej gębie Valentiego i jestem pewien, że zaraz ktoś nas wpuści. 

Może jeszcze przeprosić, że nie zdążył zrobić tego szybciej.

To dawało Michaelowi przewagę. Kiedy jest się sklonowanym szeryfem Valentim, to 

ma   się   różne   przywileje.   Mimo   to   za   każdym   razem   przenikał   go   dreszcz,   kiedy   we 

wstecznym lusterku widział swoje szare oczy.

Oczy Michaela też były szare, więc ich kolor tak bardzo się nie zmienił. Teraz nie 

mógł jednak pozbyć się uczucia, że patrzy na niego szeryf Valenti. Człowiek, który chciałby 

go zamknąć w jednej z cel, jakie widziała Liz, i przeprowadzać na nim doświadczenia, dopóki 

Michael nie umrze z wyczerpania.

- Dobrze ci tam z tyłu, Iz? - spytał przez ramię.

- Tak - mruknęła.

Nie brzmiało to przekonywająco. Wiedział, że dziewczyna umiera ze strachu, siedząc 

w samochodzie z dokładną repliką szeryfa. Od dzieciństwa miała senne koszmary na temat 

Valentiego, który był dla niej uosobieniem własnych lęków odczuwanych na myśl, co się z 

nią stanie, jeśli ktoś odkryje prawdę.

- Nie pytasz, jak ja się czuję? - zażartował Ray.

- Mam   nadzieję,   że   dobrze,   bo   właśnie   dojechaliśmy   -   powiedział   Michael, 

zatrzymując samochód przed formacją skalną. Wysiadł i patrzył przed siebie, starając się 

przybrać z lekka niezadowolony wyraz twarzy. Po chwili ogromne drzwi się rozsunęły.

- Witajcie   w   jaskini   nietoperzy   -   mruknął,   siadając   z   powrotem   za   kierownicą. 

Podjechał do windy, o której mówiła Liz, a kiedy znaleźli się na parkingu, postawił samochód 

na zarezerwowanym miejscu. Był przecież Valentim, bardzo ważnym facetem.

Ledwie zdążyli wysiąść z samochodu, podbiegł do nich strażnik.

- Nie spodziewaliśmy się pana przed wieczorem - powiedział.

background image

- Dlatego tu jestem. Chcę zobaczyć, co się dzieje, kiedy nikt mnie nie oczekuje - rzekł 

Michael. Nie uznał za stosowne tłumaczyć strażnikowi, kim są Ray i Isabel. Był pewien, że 

Valenti nie bawiłby się w wyjaśnienia, mając przed sobą podwładnego.

Plan Liz dawał wspaniałe rezultaty. Michael mógł udawać, że przeprowadza inspekcję 

czy też oprowadza Raya i Isabel. W ten sposób będą mogli dokładnie wszystko przeszukać.

Ale dlaczego mieliby trudzić się przeszukiwaniem? Strażnik zrobi wszystko, czego 

będzie sobie życzył Valenti.

- Chcę pokazać moim współpracownikom statek - oświadczył.

Współpracownikom... Podobało mu się to kreślenie, trochę tajemnicze, jednocześnie 

zawierające   informację,   że   ty,   strażniku,   jesteś   zbyt   mało   ważny,   by   wiedzieć,   kim   oni 

naprawdę   są.   Może   powinien   zrobić   objazdowy   show.   Pokazywać   się   jako   wcielenie 

Valentiego.

Michael   był   strasznie   podniecony.   Zobaczy   statek.   Prawie   całe   życie   spędził   na 

poszukiwaniach, a on był tutaj.

Strażnik   skinął   głową   i   poprowadził   ich   przez   labirynt   betonowych   korytarzy, 

zatrzymując się od czasu do czasu, aby wstukać szyfr. Kiedy dotarli do wielkich metalowych 

drzwi, odsunął się. Było oczywiste, że Michael powinien wykonać teraz jakiś ruch, ale jaki?

- Proszę podejść do czerwonej linii i zdjąć okulary w celu zeskanowania siatkówki - 

poinstruował z taśmy kobiecy głos.

Michael przesunął się odruchowo na wyznaczone miejsce, chociaż wszystko skręcało 

się w nim ze strachu. Jego oczy rzeczywiście wyglądały jak oczy Valentiego, ale nie było 

żadnej szansy, żeby mieli identyczne siatkówki, to było niemożliwe.

Wiązka promieni laserowych przesunęła się po jego oczach.

- Osoba niezidentyfikowana - rozległ się głos. - Odmowa wstępu.

Strażnik   wyciągnął   krótkofalówkę   i   coś   do   niej   zamamrotał.   Więc   tak.   Byli 

ugotowani. Musieli natychmiast coś zrobić.

Ray, gotów do akcji, stanął za strażnikiem. Isabel wyglądała tak, jakby chciała się 

zmierzyć  ze wszystkimi,  którzy znajdowali  się na obszarze strzeżonym.  Zmrużyła  oczy i 

zacisnęła pięści. Czas zacząć, pomyślał Michael. I wtedy drzwi się rozsunęły.

- Sprowadzę kogoś, żeby sprawdził ten system - powiedział zażenowany strażnik.

Czy to naprawdę będzie aż tak łatwe? Michael nie miał powodów do narzekania.

- Zrób to - zwrócił się do strażnika, przechodząc przez drzwi. Ray i Isabel szli za nim.

Przed nimi był statek. Lśniący blok metalu, mniejszy, niż się spodziewał, ale sam jego 

widok zapierał mu dech w piersiach.

background image

Ten statek zbudowano na planecie należącej do galaktyki, której ludzie nawet jeszcze 

nie nazwali. Na nim przybyli tu jego rodzice. I stracili w nim życie, na początku powrotnej 

podróży.

Michael mógłby patrzeć na statek godzinami. Na jego niezwykłą budowę. Nie widział 

żadnych złączy, śrub. Niczego. Widok metalu przyprawiał o zawrót głowy. W niektórych 

miejscach sprawiał wrażenie płynnego, roztopionego, drgającego życiem.

Isabel trąciła go łokciem.

- Szeryfie, nasz harmonogram jest bardzo napięty.

- To prawda. - Michael podszedł do statku i się zawahał. Gdzie mogło być wejście? 

Nie widział żadnej klamki.

Ray wyciągnął rękę, dotknął niewielkiego kółka i wtedy ukazały się drzwi. Isabel, 

głęboko wciągnąwszy powietrze, przekroczyła próg.

Michael wszedł za nią. Już dawno przestał wierzyć, że to będzie możliwe, i oto stał na 

pokładzie statku. Wyciągnął rękę i przesunął palcami po ścianie.

Nagle przeszył go ból tak silny, że osunął się na kolana. To cierpienie pochodziło od 

Maxa i było najbardziej dotkliwe, jakie do tej pory odczuwał.

- Szeryfie Valenti, nic panu nie jest?! - zawołał strażnik. Michael usłyszał szybkie 

kroki, kiedy chwycił go nowy atak bólu. Poczuł, że jego twarz... się porusza. Wykrzywia. Nie 

był w stanie powstrzymać zmian, które w niej zachodziły. Strażnik złapał go za ramię - i 

zobaczył twarz. Jego twarz, nie Valentiego.

Coś się stało - powiedział Alex do Marii.

Valenti wybiegł z domu. Podszedł szybkim krokiem do samochodu. Jego twarz miała 

ponury wyraz. Nie wyglądał na człowieka, który wybiera się na zakupy.

- Co teraz zrobimy?! - zawołała przerażona Maria.

- Pojedziemy za nim - rzekł Alex.

Może się dowiedział, że dziewczyna go zdradza, pomyślał, czekając, aż samochód 

Valentiego minie ich kryjówkę. Albo że Kyle został wyrzucony ze szkoły za palenie skrętów.

Ale to było mało prawdopodobne. Byłby to zbyt wielki zbieg okoliczności, gdyby 

któraś z tych rzeczy wydarzyła się właśnie wtedy, kiedy Michael, Isabel i Ray włamywali się 

do bunkra.

- Jedź! - krzyknęła Maria. - Stracisz go z oczu.

- Zostaw to mnie - uciął Alex. - Nie chcę, żeby nas zauważył. - Odczekał jeszcze 

chwilę, żeby inny samochód oddzielił go od szeryfa, i dopiero wtedy wyjechał na ulicę.

Valenti jechał w kierunku szosy.

background image

- Wyjeżdża z miasta! Jedzie do bunkra! Mówiłeś, że go zatrzymasz! Dlaczego go nie 

zatrzymujesz?! – krzyczała Maria.

- Czekam, aż wjedziemy na pustynię. Tutaj jest zbyt niebezpiecznie. Nie chcę nikogo 

przejechać.

- Okay, okay. Okay, przepraszam cię - powiedziała. - Nie miałam zamiaru krzyczeć. 

Ja tylko...

- Rozumiem - odpowiedział Alex. - Ja też.

Nie spuszczał wzroku z Valentiego, kiedy dotarli do krańca miasta, co nie znaczyło, że 

nie wiedział, dokąd wybiera się szeryf.

- Okay. Zrównam się z nim. A ty krzycz... cokolwiek. Że było włamanie czy coś 

takiego. Jakaś sprawa dla szeryfa. Może to wystarczy, żeby go zawrócić. Plan Wyczyszczenia 

Bazy   Danych   jest   ścisłą   tajemnicą.   Valenti   musi   udawać,   że   jest   tylko   szeryfem.   Maria 

skinęła głową.

- Jestem gotowa.

Chłopiec przycisnął pedał gazu i zrównał się z samochodem szeryfa. Maria wychyliła 

się przez okno.

- Obrabowano 7 - Eleven! - krzyknęła. - Zastrzelono właściciela. Musi pan wracać. - 

Schowała głowę do środka. - Nawet się nie odwrócił. Musiał mnie widzieć, prawda?

- Tak - powiedział Alex. - Czas na plan B.

- To znaczy? - spytała.

- Jeszcze nie wiem. Ale na wszelki wypadek zamknij okno i zapnij pas.

Kiedy   dziewczyna   wykonała   polecenie,   Alex   szarpnął   kierownicą   w   prawo. 

Zagrzechotało, gdy volkswagen uderzył w wóz policyjny.

Dopiero teraz Valenti zwrócił na nich uwagę. I nie był w dobrym nastroju. Uderzył 

Alexa bokiem. Volkswagen stanął w poprzek drogi.

Chłopiec spodziewał się, że szeryf skorzysta z tej okazji i pomknie do przodu. Ale to 

nie było w jego stylu. Z piskiem opon zawrócił.

- Trzymaj się mocno, on chce nas staranować! - ostrzegł Marię.

Po chwili wóz Valentiego uderzył z całą siłą w tył ich samochodu, spychając go na 

pustynię. Szeryf cofnął się, przygotowując się do kolejnego uderzenia. Alex widział to, ale nie 

zdążyłby usunąć się z drogi. Nie miał też szansy obrócić się i zacząć taranować Valentiego.

Przed następnym atakiem zdołał tylko chwycić mocno kierownicę.

- Wąwóz! On nas spycha do wąwozu! - krzyczała Maria, kiedy szeryf znowu cofał 

swój samochód.

background image

Wąski kanion nie był bardzo głęboki. Mimo to wcale nie mieli ochoty się tam znaleźć. 

Poza tym straciliby wtedy możliwość zatrzymania Valentiego.

Alex zaklął, obracając kierownicę w lewo i naciskając gaz do dechy. Zbyt późno, bo 

otrzymali następne uderzenie i volkswagen przeleciał nad krawędzią wąwozu.

Ból,   który   odczuwała   Isabel,   ustąpił.   Co   to   mogło   znaczyć?   Czy   to,   że   przestała 

odczuwać cierpienie Maxa, znaczyło... że on nie żyje?

Weź kryształy, nakazała sobie. Masz teraz myśleć tylko o kryształach. Gdy biegła 

wąskim przejściem, jej buty cicho stukały po metalowej podłodze.

Ray mówił, że kryształy trzymano w jednym z wgłębień pod pulpitem sterowniczym. 

Ale gdzie był ten pulpit sterowniczy? Gdzie się podziewali Ray i Michael?

Nie mogła zawrócić, żeby ich odszukać. Jeśli była jedyną osobą, która dostała się do 

wnętrza statku, to znaczy, że tylko ona była dla Maxa jedyną nadzieją.

Żałowała, że nie ma planu wnętrza statku. Był o wiele większy, niż się to początkowo 

wydawało, jak gdyby bardziej obszerny w środku niż na zewnątrz. Przejścia krzyżowały się 

we  wszystkie  strony.  Nie  wiedziała  nawet,  czy  idzie w   dobrym  kierunku.   Mogła  równie 

dobrze   iść   w   odwrotnym.   Wybrała   to   przejście   tylko   dlatego,   że   było   trochę   szersze   od 

innych.

Robiło się coraz szersze. Wreszcie dziewczyna dotarła do dużego pomieszczenia z 

ogromnymi   oknami,   przez   które   jednak   nic   nie   było   widać.   Nie   wiedziała,   czy   to   jakiś 

specjalny   mechanizm   maskujący,   czy   też   coś   innego.   Ale   to   jej   nie   obchodziło.   Nie 

zauważyła pulpitu sterowniczego, więc niewątpliwie była w niewłaściwym miejscu.

Z   pomieszczenia   obserwacyjnego   odchodziły   jeszcze   dwa   korytarze.   Wyglądały 

jednakowo.   Isabel   wybrała   najbliższy,   więc   musiała   biec   z   pochyloną   głową.   Korytarz 

rozszerzał   się   coraz   bardziej,   aż   otworzył   się   na   pomieszczenie,   w   którym   zobaczyła 

urządzenia podobne do pulpitu sterowniczego. Dzięki Bogu.

Gdzie są te wgłębienia, o których mówił Ray? Nie widziała niczego, co mogłoby być 

nazwane wgłębieniem, otworem, szczeliną czy czymkolwiek takim. Wsunąwszy palce pod 

gładki metal, wyczuła małą wypukłość i nacisnęła. Schowek. Kryształów tam nie było.

Isabel usłyszała nagle jakieś kroki.

- No, nareszcie! - zawołała. - Potrzebna jest mi pomoc. - Otwierając kolejny schowek, 

złamała paznokieć.

Zaczęła szukać następnego wgłębienia. Uświadomiła sobie nagle, że odgłos kroków 

jest coraz bliższy, ale nikt nie odpowiedział na jej wołanie. Przeszył ją dreszcz przerażenia. 

To znaczy, że to nie był ani Ray, ani Michael.

background image

Bardzo jestem mądra, pomyślała. Dałam im znać, gdzie jestem. Wsunęła obie ręce pod 

chłodny   metal,   szukając   kolejnego   guziczka.   Znalazła.   Nacisnęła,   ale   tu   też   nie   było 

kryształów.

Kroki się zbliżały. Isabel szybko przesuwała dłonie, zostawiając na metalu ślady potu. 

Znalazła nową wypukłość i nacisnęła. Zobaczyła trzy kryształy, jaśniejące ciepłym blaskiem 

w przyćmionym świetle pomieszczenia. Chwyciła je i schowała do kieszeni.

- Zostań na miejscu. Ręce do góry - usłyszała rozkaz. Powoli uniosła ręce i obróciła 

się.   Strażnik,   z   karabinem   maszynowym,   przewieszonym   przez   pierś,   blokował   główne 

wyjście.

Jej wzrok powędrował do dwóch pozostałych korytarzy. Czy zdążyłaby uciec, gdyby 

pobiegła jednym z nich? Czy też był to najlepszy sposób na to, aby dostać kulę w plecy?

- Podejdź tu. Nie opuszczaj rąk, bo cię zastrzelę - rozkazał strażnik.

Dziewczyna  ruszyła  w jego stronę. Będzie musiała go znokautować, co oznaczało 

konieczność dotknięcia go, żeby mogła nawiązać łączność.

Czy miał dobry refleks? Czy zorientuje się, że jest w niebezpieczeństwie, zanim ona 

odnajdzie arterię w jego mózgu, aby ją ścisnąć?

Dobrze, że nie miała swojej własnej twarzy, i dobrze, że była ładna. Nie tak ładna, co 

prawda, jak w swoim prawdziwym wcieleniu, jednak nadal bardzo urodziwa. To dawało jej 

przewagę.   Facetom   nie   przychodzi   do   głowy,   że   piękne   dziewczyny   mogą   stanowić 

śmiertelne zagrożenie. Poza tym to ich dekoncentruje.

Jeszcze kilka kroków i będzie mogła go dotknąć. Dolna warga Isabel zaczęła lekko 

drżeć - tej sztuczki nauczyła się w czwartej klasie. Miała nadzieję, że strażnik uzna ją za 

wystraszoną, bezbronną dziewczynę.

Jeszcze jeden krok. I jeszcze jeden. Mam nadzieję, że to się uda, pomyślała. Bo jeśli 

nie, to jedno z nas opuści bunkier w czarnym worku do przewożenia zwłok.

Podeszła   jeszcze   o   krok,   udała,   że   się   potknęła,   i   zaczęła   padać   z   rozpostartymi 

ramionami. Strażnik wykonał ruch, żeby ją złapać. Kiedy jego ręka dotknęła jej dłoni, Isabel 

skoncentrowała się na nawiązywaniu łączności.

Rozpoczął się przepływ obrazów. Dziewczyna pozwalała im swobodnie przebiegać 

przed jej oczami. Usłyszała, że serce strażnika zaczyna bić rytmem jej serca, i zaczęła szybko 

badać jego ciało... ich ciało.

Znalazła naczynie krwionośne i siłą umysłu ścisnęła molekuły. Czuła ból i zdziwienie 

strażnika, ale nie przestawała, dopóki nie upadł na podłogę.

Isabel   przeskoczyła   przez   niego   i   pobiegła   przejściem,   które   prowadziło   do 

background image

pomieszczenia   obserwacyjnego.   Kiedy   się   tam   znalazła,   wybrała   najszerszy   korytarz   i 

pognała przed siebie.

Przy   drzwiach   wyjściowych   nagle   się   zatrzymała,   bo   usłyszała   odgłosy   walki. 

Podeszła bliżej i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Serce jej stanęło, a po chwili załomotało 

gwałtownie.

Michael i Ray walczyli z pięcioma strażnikami, którzy mieli paralizatory i używali 

ich,   żeby   do   siebie   nie   dopuścić   tych   dwóch.   Jeden   ze   strażników   leżał   bez   ruchu   na 

podłodze. Inni musieli się już zorientować, że dotyk Michaela i Raya stanowi zagrożenie, i 

nie pozwalali im się do siebie zbliżyć.

Isabel zawahała się. Czy powinna uciekać? Teraz miała ku temu najlepszą okazję. 

Jeśli przyjdzie z pomocą Michaelowi i Rayowi, może nie dotrzeć do Maxa na czas. A oni, we 

dwóch, powinni dać sobie radę.

Tak,   muszę   wyjść  stąd   sama,   postanowiła.   Zerknęła   na   wielkie   metalowe   drzwi  i 

rzuciła się w ich stronę.

Nie   wiedziała   nawet,   czy   strażnicy   ją   zauważyli,   w   każdym   razie   jej   nie   gonili. 

Skręciła za róg i zamarła z przerażenia.

Szeryf Valenti był już w połowie betonowego przedsionka, z bronią w ręku. Jego 

szare oczy przywarły do niej.

To była chwila, której Isabel obawiała się przez całe życie. Kiedy przyjdzie wilk i 

zaciągnie ją do swojej jaskini. Jedno było dla niej jasne - nie pozwoli wziąć się żywa.

- Nie chcę cię zastrzelić. Bądź rozsądna. Nie rób nic głupiego - powiedział Valenti.

Z całą pewnością nie chciał jej zastrzelić. Żywa była dla niego o wiele cenniejszą 

zdobyczą. Ale jeśli już musiał ją mieć, to tylko martwą.

Nie bądź szalona, prosił ją cichy, wewnętrzny głosik. Pozwól, żeby cię złapał. Michael 

i Ray cię uwolnią. Wiesz o tym. Michael nie pozwoli, aby Valenti cię tu więził.

Ale Michael może umrzeć, podobnie jak Ray, a ona zostanie na łasce szeryfa.

Ta myśl przeważyła. Isabel wydała okrzyk gniewu i przerażenia i rzuciła się w stronę 

Valentiego.

- Stój! - krzyknął. - Natychmiast!

- Stój - usłyszała inny głos. Ktoś złapał ją za koszulę na plecach.

Dziewczyna obróciła głowę i zobaczyła Raya.

- Nie strzelaj. Zatrzymujemy się w miejscu - powiedział do Valentiego.

Ray   pozwoli,   aby  Valenti   ją   schwytał,   przeprowadzał   na   niej   eksperymenty,   a  na 

końcu sekcję zwłok.

background image

Nie! Isabel wyrwała się i ruszyła w stronę szeryfa.

Ray   rzucił   się   do   przodu   i   ją   zasłonił.   Rozległ   się   odgłos   wystrzału,   upadł   i 

zielonobłękitne plamki jego aury natychmiast poczerniały.

Och, Boże. Och, nie. On nie żyje.

Isabel   nie   chciała   go   tak   zostawić.   Nie   chciała,   aby   Valenti   dostał   jego   biedne 

bezbronne ciało. Ale Ray już był martwy. A Max jeszcze żył.

Nie   zastanawiała   się   dłużej.   Przebiegła   obok   szeryfa   i   skręciła   za   następny   róg. 

Zobaczyła kolejne metalowe drzwi. Kiedy znalazła się za nimi, użyła mocy, aby zamknęły się 

za nią.

To nie wystarczy, pomyślała. Valenti, mając do pomocy strażników, nie będzie miał 

problemu ze sforsowaniem tych drzwi.

Pragnęła jak najszybciej stąd uciec - chodziło o życie Maxa i jej własne - zmusiła się 

jednak do pozostania w miejscu. Skoncentrowała się ponownie na molekułach, wprawiając je 

w coraz szybszy ruch. Gdy metalowe drzwi zaczęły się topić, spowolniła ruch cząsteczek. 

Ochłodzone skrzydła drzwi wtopiły się w siebie.

Michael potrafi je otworzyć, jeśli zdoła do nich dotrzeć, ale nikt inny tego nie dokona 

bez pomocy palnika acetylenowego.

Wreszcie zaczęłaś myśleć, powiedziała do siebie Isabel. Myśl dalej, bo musisz się stąd 

wydostać.

Po chwili oparła się o ścianę i przyłożyła dłonie do twarzy. Czuła, jak skóra i kości 

poruszają   się   pod   jej   palcami,   kiedy   zmieniała   swój   wygląd.   Przeobrażała   się   w 

znokautowanego przez siebie strażnika.

Dotarła do garażu, wsiadła do wynajętego samochodu i wjechała windą na górę. Nie 

minęło kilka minut, jak już gnała przez pustynię.

- Zaczekaj jeszcze chwilę, Max - szeptała. - Zaraz będę.

Max, musisz zaczekać! - wołała Liz. - Michael, Isabel i Ray za chwilę przywiozą 

kryształy.

- Tak, Max - wtrącił Alex. Tylko lekkie drżenie głosu zdradzało, w jak okropnym był 

w   stanie.   -   Nie   możesz   się   teraz   wypisać.   Należy   mi   się   od   ciebie   nowy   samochód.   Z 

poduszkami powietrznymi. Tylko dzięki nim ja i Maria teraz z tobą rozmawiamy.

Max rozchylił wargi, ale wydobył się z nich tylko jakiś ostry dźwięk.

Przez umysł Liz przemknęła paniczna myśl: Czy to się nazywa rzężenie konającego? 

Ale nie, on jeszcze oddychał. Krótkim, urywanym oddechem, którego ciężko było słuchać.

- Może powinniśmy pomóc mu usiąść? - spytała Maria. - Myślisz, że będzie mu wtedy 

background image

łatwiej oddychać?

Liz nie wiedziała, co robić. Może wezwać karetkę? Daliby mu tlen, ale na pewno 

zabraliby go do szpitala. A kiedy Michael, Isabel i Ray przywiozą kryształy, Maxa już tu nie 

będzie.

A bez kryształów umrze, czy w szpitalu, czy też w domu.

- Liz - zachrapał Max.

- Jestem tu - powiedziała. - Nie odzywaj się. Szanuj siły.

- Kocham... cię. - Powieki mu opadły.

- Nie! - krzyknęła, łapiąc go za ramiona i potrząsając nim. Głowa przechylała mu się 

w przód i w tył. - Nie, Max. Proszę cię, nie.

- Czy on...?! - krzyknęła Maria, odsuwając się od łóżka.

- Zbadaj mu puls - poradził Alex. - Może tylko stracił przytomność.

Miał rację. Liz nie słyszała już tego przerywanego, okropnego oddechu, ale może... 

Może.

Przycisnęła palce do jego szyi, ale ręka się jej trzęsła, a w uszach miała tylko odgłos 

łomotania własnego serca. Nie wiedziała.

- Max. Ocknij się. Nie pozwolę, żebyś mnie opuścił! - zawołała. Delikatnie uniosła mu 

powiekę. Wydało się jej, że źrenica zareagowała na światło. - On chyba... On chyba wciąż jest 

z nami! - zawołała.

- Max, nie odchodź do światłości - krzyknął Alex. Żartował, jak zwykle, lecz Liz 

słyszała rozpacz w jego głosie.

- Max,   potrzebujemy   ciebie   -   powiedziała   błagalnie   Maria.   -   Nie   możesz   jeszcze 

odejść.

Liz  usłyszała  pisk  opon przed  domem.   Po chwili   frontowe drzwi  otworzyły  się  z 

głośnym trzaskiem.

- Już tu są! Słyszysz? Wrócili! - zawołała i ponownie popatrzyła na jego źrenice. Tym 

razem nie było żadnej reakcji. Ogarnęła ją fala zimna.

- Mam je! - krzyknęła Isabel, wpadając do pokoju.

- Myślę... myślę, że może już być za późno. - Liz przycisnęła dłoń do klatki piersiowej 

Maxa. Nie wyczuwała bicia jego serca.

- Trzeba spróbować - zarządził Alex.

Isabel wyciągnęła kryształy z kieszeni i włożyła je do rąk brata. Zacisnęła mu na nich 

palce i przytrzymała.

- Musisz nawiązać łączność ze świadomością zbiorową, Max - powiedziała.

background image

- Proszę cię, Max - błagała Liz. - Nie możesz umrzeć, kiedy przyznałeś wreszcie, że 

nie musimy już być tylko przyjaciółmi.

Wszyscy skupili się teraz przy łóżku. Maria popatrzyła na Isabel; siostra Maxa była 

blada jak ściana.

- Nie martw się, Izzy. On z tego wyjdzie - szepnęła. - Przywiozłaś kryształy... on teraz 

wyzdrowieje.

Isabel spojrzała na Marię rozszerzonymi oczami.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz, bo Valenti ma Michaela - powiedziała.


Document Outline