background image

JUDITH ARNOLD

NADAL JESTEM 

TWOJĄ ŻONĄ

background image

Rozdział 1
Jane   znalazła   Cody'ego  Sinclaira   w   pokoju  bilardowym 

nowoorleańskiego   baru.   Prawdę   powiedziawszy,   nie   była 
wcale zdziwiona.

Chyba przez minutę stała w drzwiach, lustrując główną 

salę wypełnioną dość prymitywnie zbitymi stołami i prostymi 
krzesłami,   obudowaną   z   trzech   stron   „lożami"   z   niskich 
przepierzeń,   dającymi   niejakie   wrażenie   prywatności.   Całą 
długość czwartej ściany zajmował blat baru. Powietrze było 
gęste   od   dymu,   z   zawieszonego   pod   sufitem   telewizora 
dobiegał skrzek głosów, w nozdrza bił zapach skwaśniałego 
piwa   i   męskiego   potu.   Tkwiąc   w   tym   mało   przejrzystym 
półmroku zdała sobie sprawę, że jest tu jedyną kobietą.

Nie, nie jedyną! Dalsza obserwacja ujawniła, że potężnej 

budowy barman jest w rzeczywistości barmanką. Tak, barman 
to kobieta o wytatuowanych ramionach i potężnych łapskach, 
włosach przystrzyżonych na jeża i tubalnym głosie. Wydawała 
się być w doskonałym nastroju i z ożywieniem gwarzyła z 
dwoma   osobnikami   rozpartymi   na   wysokich,   barowych 
stołkach. Jane sądziła, że są to miejscowi dokerzy.

W   odróżnieniu   od   barmanki,   Jane   nie   była   w   dobrym 

humorze.   Powinna   była   załatwić   całą   sprawę 
korespondencyjnie   albo   -   jeszcze   lepiej   -   zlecić   komuś   jej 
załatwienie.

Ale mimo zdenerwowania, mimo wszystkich lęków, które 

powodowały,   że   wilgotniały   jej   dłonie,   była   aż   nadto 
świadoma,   że   z   Codym   trzeba   porozmawiać   osobiście,   by 
cokolwiek   osiągnąć.   Wbrew   paraliżującemu   strachowi   i 
wrodzonej niechęci do stawiania czoła trudnym problemom, 
zawsze  doskonale  wiedziała, co należy, a czego nie należy 
robić.   W   tym   przypadku   należało   spotkać   się   osobiście   z 
Codym. Nie mogła wysłać nikogo w zastępstwie, nie mogła 
skryć się za niczyimi plecami. Jeśli przed dwunastoma laty 

background image

pozwoliła   mu   wstrząsnąć   posadami   swego   życia,   to   chyba 
teraz nie zabraknie jej odwagi, by odbyć z nim cywilizowaną 
rozmowę.

Dwanaście lat! Czy go rozpozna? Jemu to się z pewnością 

nie   uda.   Te   dwanaście   lat   przemieniły   nieodpowiedzialną   i 
niemądrą   romantyczkę   w   spokojną   i   rozsądną,   stąpającą 
twardo   po   ziemi   kobietę.   Była   zawsze   dobrze   uczesana, 
doskonale   ubrana,   dłonie   miała   Zadbane.   Dzięki   Cody'emu 
zrozumiała, że słuchanie głosu serca jest niebezpieczne. Teraz 
wolała słuchać głosu rozsądku.

Raz jeszcze przyjrzała się wnętrzu mrocznego baru, potem 

odetchnęła głęboko i wstąpiła w opary dymu. W sali nie było 
tłoczno.   Kilka   osób   siedziało   przy   stolikach,   parunastu 
mężczyzn - na barowych stołkach. No ale dochodziła dopiero 
szósta.  O  tej  porze   amatorzy  alkoholowej   podniety   dopiero 
opuszczają   miejsca   pracy   albo   też   biorą   coś   na   ząb,   żeby 
pojawić się w knajpie z właściwym podkładem. Gdy szła w 
stronę baru, towarzyszyło jej kilka natrętnych spojrzeń. Miała 
nadzieję,   że   żadne   z   nich   nie   należy   do   Cody'ego,   gdyż 
właściwie mógłby nim być każdy z obecnych. Ciekawe, jak on 
teraz   wygląda?   Kobieta,   z   którą   rozmawiała   w   redakcji 
„Sentinela", była pewna, że Cody jest właśnie tu.

 - O tak, on zawsze chodzi o tej porze do Gussie. Pani wie, 

w Dzielnicy Francuskiej. Tam go pani na pewno znajdzie.

Który   to   jest?   -   zastanawiała   się,   patrząc   na   głowy   i 

twarze.   Ciekawość   walczyła   w   niej   z   lękiem.   Brzuchaty 
mężczyzna   koło   szafy   grającej?   Ciskający   złe   spojrzenia 
osobnik   z   jakby   szarpaną   blizną   na   policzku?   Jegomość   z 
motocyklowego gangu w czarnej skórzanej kurtce?

  -   Czym   mogę   pani   służyć?   -   spytała   barmanka   dość 

miłym, choć chrapliwym barytonem.

Jane otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. 

Odchrząknęła, zebrała się w sobie i wykrztusiła:

background image

  - Szukam Cody'ego Sinclaira. Powiedziano mi,  że tu go 

mogę znaleźć.

 - To pani przyjaciel?
Jane znalazłaby niemało słów, by określić, czym Cody i 

ona byli dla siebie przed dwunastoma laty, ale na liście tych 
słów nie znalazłoby się jednak określenie „przyjaciele".

 - Jestem... jego dawną znajomą - wybąkała.
 - Kto wie, może pan Sinclair tu jest - przyznała barmanka 

śpiewnym, południowym akcentem, przyglądając się Jane z 
dużym sceptycyzmem. - A po jakiemu to pani mówi? Co to za 
akcent?

  -   Jestem   z   Bostonu   -   odparła   Jane   i   wewnętrznie   się 

skuliła,   oczekując   złośliwego   uśmieszku   lub   uwagi,   często 
następujących po tym, kiedy przyznawało się do pochodzenia 
ze wschodnich stanów, mało popularnych w sercu głębokiego 
południa.

I rzeczywiście barmanka zaklęła, ale głos jej miał niemal 

przyjazną barwę.

  - A co się stało? Odłączyła się pani od wycieczkowej 

grupy?

Jane   pomyślała   sobie,   choć   tej   złośliwej   uwagi   nie 

wypowiedziała,   że   lokal   Gussie   nie   jest   wymieniony   w 
żadnym przewodniku jako miejsce, które koniecznie należy 
odwiedzić w Nowym Orleanie. Nie znajduje się także przy 
żadnej z eleganckich, uczęszczanych przez turystów ulic, nie 
cieszy   się   również   sławą   egzotycznego   przybytku.   A 
okalających   go   domów   tylko   przez   litość   nie   należało 
nazywać slumsami.

Jednakże   uśmiech,   jakim   barmanka   obdarzyła   Jane,   był 

uśmiechem   sekretnego   porozumienia   dwóch   kobiet, 
samotnych istot tej samej płci, które mogą utonąć, powalone 
przewalającą się falą męskiego testosteronu. Jane czuła także, 

background image

że żaden mężczyzna przy zdrowych zmysłach nie zadarłby z 
taką jak barmanka przedstawicielką płci słabej.

  - Więc  pani  powiada, że w dawnych dobrych czasach 

Cody panią znał?

Barmanka zapaliła papierosa i wypuściła kłąb dymu. Jane 

nie miała najmniejszej ochoty dyskutować na temat dawnych 
czasów i tego, czy były dobre, więc odparła pytaniem:

 - Czy on tu jest?
Barmanka przyglądała jej się jeszcze przez długą chwilę, 

nim przyznała:

 - Owszem.
Jane   ukradkiem   rozejrzała   się   po   sali,   po   czym, 

pochyliwszy się nad kontuarem, spytała:

 - Który to?
 - Nie poznaje pani dawnego znajomego?
Jane rozejrzała się ponownie. To nie ten. To nie może być 

tamten. To chyba nie on. Ani nie ten paskudny, ziejący złością 
typek w odległym rogu. Nie, nie, to na pewno nie on.

  - Od bardzo dawna go nie widziałam. Barmanka ni to 

beknęła, ni warknęła, a miał to być śmiech.

 - To żaden z tych życiowych przegrańców, moja droga.
Powiedziała to tak głośno, by „przegrańcy" usłyszeli. Jane 

przylgnęła do barowego blatu, jakby się szykowała do obrony 
przed   którymś   z   obrażonych   mężczyzn,   gdyby   się,   nie   daj 
Boże,   zerwał   z   wyciągniętym   nożem.   Właściwie   wszyscy 
obecni sprawiali wrażenie zdolnych do tego rodzaju czynów.

 - Cody jest tam!
Barmanka wskazała otwarte drzwi w głębi sali.
Jane odetchnęła nie tylko dlatego, że byłoby jej żal, gdyby 

Cody upadł tak nisko, ale także z radości, że może opuścić tę 
salę. Wyprostowała się i z udawaną pewnością siebie poszła 
zygzakiem   przejściem   między   stolikami,  unikając   kontaktu 
wzrokowego z przyglądającymi się jej mężczyznami. Z jakąż 

background image

łatwością  Cody, ten,  którego  znała  przed  dwunastoma  laty, 
mógł stać się jednym z tych opryszków i „przegrańców", jak 
ich   nazywała   Gussie.   A   może   i   teraz   w   tym   pokoju   na 
zapleczu wlewa w siebie jedną whisky za drugą i przypala 
papierosa od papierosa? Już w szkole średniej było widać, że 
wyrośnie na nicponia albo... na kogoś wspaniałego.

Jane miała obecnie trzydzieści lat i była znacznie mniej 

skłonna ulegać zarówno zachwytowi jak i strachowi, które to 
uczucia jednocześnie budził w niej Cody Sinclair.

Zawahała   się   w   progu   drzwi   na   zaplecze.   W   pierwszej 

chwili oślepiło ją jaskrawe światło, dotkliwie kontrastujące z 
półmrokiem baru. Zamknęła oczy i modliła się o siłę, jaka jej 
będzie potrzebna przy konfrontacji z mężczyzną, dla którego 
była   kiedyś   gotowa   poświęcić   wszystko,   którego   ślepo   i 
bezsensownie   kochała   z   lekkomyślnością   osiemnastoletniej 
idiotki.

Wyprostowała   się,   łokciem   pchnęła   tylko   częściowo 

otwarte   drzwi   i   weszła   do   pomieszczenia,   w   którym   stały 
bilardowe stoły. Zobaczyła go natychmiast.

Stał odwrócony do niej plecami, ale te plecy poznałaby 

wszędzie: szerokie, muskularne ramiona, szczupła sylwetka. 
No i długie nogi. Też wszędzie by je poznała.

W   bilardowej   sali   było   kilku   mężczyzn.   Jeden   z   nich 

siedział na pustym stole bilardowym, a dwóch innych kręciło 
się koło stołu, w który wpatrywał się Cody. W zamyśleniu 
bardzo długo pocierał kredą koniec trzymanego w ręku kija i 
najprawdopodobniej   analizował   położenie   bil   na   zielonym 
suknie. Jane zapatrzyła się w jego dłoń trzymającą kawałek 
kredy, w długie palce...

Jakże dobrze je pamiętała!
Boże, ależ w tym Nowym Orleanie jest gorąco! Czuła pot 

na   karku   i   między   piersiami.   Obracające   się   pod   sufitem 
skrzydła wentylatora nie dawały efektu.

background image

Cody obszedł stół, gotów przystąpić do akcji. Poruszał się 

lekko i zwinnie. Zobaczyła teraz jego profil.

Stłumiła jęk, który omal nie wyrwał jej się z gardła. Wcale 

nie życzyła sobie, by Cody zszedł na psy i stał się podobny do 
tych   typków   w   barze,   ale   dlaczego   musi   wyglądać   aż   tak 
wspaniale? Ten sam doskonały profil, a może nawet jeszcze 
doskonalszy.   Te   same   wydatne   kości   policzkowe,   te   same 
oczy,   które   najprawdopodobniej   rzucają   nadal   intensywne 
spojrzenia. Długie rzęsy i gęste brwi. I te czarne włosy, jak 
dawniej nie ujarzmione grzebieniem, opadające na uszy, na 
kołnierz koszuli...

W sali bilardowej zrobiło się chyba jeszcze goręcej.
Opanuj się, kobieto! Nie jesteś już nastolatką, która po raz 

pierwszy ujrzała  Cody'ego Sinclaira  w szkolnym korytarzu. 
Wymknął się wtedy z jakiejś lekcji, dobrze to pamiętała. Stał z 
kolegami   pod   rzędem   szafek.   Wszyscy   byli   w   dżinsach   i 
skórzanych kurtkach, oczy mieli półprzymknięte. Należeli do 
grona tak zwanych „luzaków" - chłopców, którzy usiłowali 
sprawiać wrażenie, że łatwo im wszystko przychodzi i mało 
czym się przejmują. A już na pewno nie nauką i dyscypliną.

Tamtego dnia serce skoczyło jej do gardła, gdy Cody na 

nią   spojrzał.   Miał   oczy   barwy   niebieskawego   topazu.   Ich 
wzrok się spotkał. I teraz, w bilardowej sali podrzędnego baru 
w   Dzielnicy   Francuskiej   Nowego   Orleanu,   historia   się 
powtórzyła. Znowu serce skoczyło jej do gardła, tylko że on 
na nią nie patrzył.

Patrzył na bilardowy stół.
  -   Trójka   w   prawy   róg   -   powiedział   cichym,   pewnym 

siebie głosem.

Pamiętała jego głos chyba jeszcze lepiej niż dłonie, plecy, 

nogi i oczy. Ten sam głęboki, melodyjny, nieprawdopodobnie 
zmysłowy głos, którym szeptał do niej przez telefon w wiele 

background image

godzin potem, kiedy to oficjalnie, w przekonaniu rodziców, 
poszła spać.

 - Leżysz już w łóżku, Jane? Wyobraź sobie, że jestem z 

tobą. Wyobraź sobie, że cię całuję, że cię pieszczę...

Cody   pochylił   się   nad   stołem,   wycelował,   uderzył   bilę. 

Trójka wpadła do wyznaczonej kieszeni.

 - Rety! Ten człowiek znów mnie załatwi - poskarżył się 

mężczyzna siedzący na sąsiednim stole.

 - Bo nie chcesz zmądrzeć, Darryl. - Cody błysnął białymi 

zębami. - To już chyba moje. - Ręką wskazał skraj stołu.

Jane dopiero teraz zauważyła stojącą tam butelkę po piwie 

i leżące pod nią dwa dziesięciodolarowe banknoty.

Być   może   Cody   czerpał   zyski   z   tego,   że   był   dobrym 

bilardzistą,   ale   nie   tę   profesję   wymieniał   na   zeznaniach 
podatkowych. Prywatny detektyw, którego Jane wynajęła, by 
odszukał   Cody'ego,   poinformował   ją,   że   Cody   Sinclair   jest 
etatowym fotografem w dzienniku „New Orleans Sentinel". 
Fotoreporterem.

Gdy patrzyła teraz na niego, łatwiej było jej uwierzyć, że 

należy do tej samej kategorii ludzi co zawodowi karciarze.

 - Piątka w boczną kieszeń - obwieścił Cody.
Tym   razem   w   jego   głosie   pojawiła   się   nuta   arogancji. 

Dobrze   natarł   czubek   kija,   ściągnął   wargi   i   zdmuchnął 
nadmiar kredy. Te wargi, te usta! Jakże doskonale je znała.

Jane pociła się teraz od stóp od głów.
Zgodnie   z   zapowiedzią,   piątka   wpadła   do   bocznej 

kieszeni.

  - Już teraz wiemy, po czyjej stronie jest Bóg - mruknął 

jeden z obserwatorów bilardowego pojedynku.

 - Bóg nie ma z tym nic wspólnego - odparł Cody z tym 

uśmieszkiem,   który   Jane   dobrze   pamiętała.   Dawniej   często 
lubił   się   nim   posługiwać.   -   To   jest   talent   i   umiejętność, 
Claude. Wielka umiejętność. Czysta jak łza, krystaliczna.

background image

 - Ja tam w tobie nie widzę nic czystego i krystalicznego - 

zażartował Claude.

 - Nie widzisz? No to zaraz zobaczysz. Dwójka do rogu.
  - Wygląda na to, że ten cholerny Jankes załatwi cię na 

szaro, Darryl - przepowiedział drugi z kibiców.

Cody złożył się do dwójki i patrząc przed siebie, nagle 

zesztywniał.   Podniósł   głowę,   potem   cały   korpus   i   tak 
jakowego   znamiennego   dnia   w   szkole   w   Brookline   Jane 
poczuła   zniewalające,   zimne   spojrzenie   intensywnie 
niebieskich oczu.

Lekko podniósł brwi. Nie uśmiechnął się, lecz po prostu 

wpatrywał   w   zjawę   z   przeszłości.   Jane   stała   jak 
sparaliżowana, niezdolna zrobić kroku, niezdolna ot tak, po 
prostu   wejść,   wyciągnąć   rękę   i   powiedzieć   z   pozorną 
obojętnością:   „Cześć,   to   ja!"Tkwiła   w   miejscu   jak   wryta, 
zastanawiając   się,   co   też   on   sobie   pomyślał,   widząc   ją   w 
drzwiach.

Pewno zastanawia się, kim jest ta kobieta. Może wydaje 

mu się dziwnie znajoma. A może ją poznał? Może za tym 
nieodgadnionym spojrzeniem rodzi się obawa, że oto ziścił się 
koszmarny   sen:   wróciła   Jane   Thayer,   największa   pomyłka 
jego życia.

Niech się nie boi. Koszmar szybko zniknie. Solennie mu 

to obieca. Przyjechała tylko po jeden podpis na dokumencie, 
po nic więcej. Nie miała najmniejszego zamiaru wtykać nosa 
w jego sprawy i... różne sprawki. A tych ostatnich miał pewno 
wiele na sumieniu.

 - No, Sinclair, jazda! - powiedział mężczyzna siedzący na 

stole. - Wyglądasz, jakbyś patrzył na ducha.

 - Wejdź, laluniu! - zawołał typ o imieniu Claude. - Przyda 

się tu nam cukiereczek.

Jane zaczerwieniła się.

background image

 - Wejdź, duszko, i usiądź mi na kolanach - dodał, klepiąc 

się po udzie.

Gdyby to wydarzyło się w Bostonie, odpowiedziałaby mu 

ostro,   co   ma   zrobić   ze   swymi   kolanami.   W   Bostonie   w 
publicznych   lokalach   mężczyźni   nie   zachowywali   się   tak 
obcesowo wobec kobiet, a jeśli już to czynili, to doskonale 
wiedzieli, co ich czeka, gdyż bostońskie kobiety były dumne i 
potrafiły się odciąć.

Niech to diabli! Jej brak reakcji na słowa mężczyzny nie 

ma nic wspólnego z tym, że to jest Nowy Orlean, bierze się 
natomiast z przeszywającego ją spojrzenia Cody'ego.

 - Zostaw ją, Claude - poradził drugi mężczyzna. - Czy nie 

widzisz, że ona ma slipki tylko dla cholernego Jankesa?

 - On może wziąć jej slipki, ja biorę resztę. Cody odwrócił 

głowę w stronę swych towarzyszy.

  - Zamknijcie się, chłopaki - rozkazał. - To nie jest byle 

jaka damulka. To moja żona.

Wyznanie to zostało powitane gwizdem, pokrzykiwaniem 

i kpinkami.

  - Twoja  żona? Cody Sinclair został schwytany w sieć! 

Ha, ha!

 - Od kiedy ty masz żonę, Sinclair? Co za pomysł!
  -   Cholera,   mamy   tu   prawdziwą   panią   Sinclair!   Co   za 

zaszczyt dla miasta.

 - Wypijmy za zdrowie dziewczynki!
  - Moja  żona nie jest dla was żadną dziewczynką. Jest 

kobietą - oznajmił ostro Cody.

Czyżby   powodowały   nim   resztki   rycerskości?   -   . 

zastanawiała się Jane. Zauważyła też, że Cody nabył lekkiego 
akcentu rdzennych mieszkańców Luizjany i że po bostońsku 
wybijane przez niego sylaby są nieco dłuższe i brzmią bardziej 
miękko.

background image

Sprawiło jej przyjemność, że ją rozpoznał, chociaż zajęło 

mu   to   kilkanaście   sekund.   Mniej   była   zadowolona   z 
przedstawienia jej jako żony. Zresztą jeszcze nie wiedział, że 
to jest prawda.

  - Cześć, Cody! - powiedziała wreszcie głosem bliskim 

szeptu.

Na   jego   twarzy   pojawił   się   nieco   ironiczny   uśmiech. 

Rzucił   kij   bilardowy   jednemu   z   koleżków   i   ruszył   w   jej 
kierunku. Zachował nawet ten sam krok, jaki charakteryzował 
go w szkole; długi i sprężysty, sprawiający wrażenie pewności 
siebie,   która   w   istocie   kryła   słabość.   Dopiero   po   bliższym 
poznaniu   Jane   odkryła   ułomność   jego   charakteru:   bojaźń 
przed światem.

Teraz nie było widać ani śladu po niej.
  -   Jesteś   w   połowie   gry.   Skończ,   ja   poczekam   - 

zaproponowała.

Szczerze mówiąc nie była pewna, czy po doznanym przed 

chwilą   szoku   będzie   zdolna   sprostać   temu   spotkaniu. 
Zwłaszcza w chwili, gdy ruszył ku niej i kiedy z każdym jego 
krokiem serce jej biło coraz mocniej.

 - Wygram to od nich kiedy indziej - rzucił lekceważąco, 

wskazując na banknoty pod butelką. - Oni źle grają dziś i nie 
będą lepiej grali jutro. - Zatrzymał się tuż przed nią. - Więc to 
naprawdę ty! - stwierdził nieco zdumionym tonem.

 - Tak, to naprawdę ja! - odparła. Była zaskoczona, kiedy 

ujął jej dłonie.

 - Wspaniale wyglądasz.
Zbyt dobrze go znała, by poważnie przyjąć komplement. 

Mówiąc, że wygląda wspaniale, pewno myślał, że wygląda jak 
prawdziwa   bostonska   braminka,   wzorcowa   przedstawicielka 
bostońskiej   elity.   I   miałby   rację:   reprezentowała   ród   starej 
arystokracji Nowej Anglii.

background image

  -   Dziękuję   -   odparła.   -   Ty   też   nieźle   wyglądasz. 

Wydawało się, że Cody zamierza dalej ją wypytywać,

ale   najwidoczniej   doszedł   do   wniosku,   że   lepiej   będzie 

porozmawiać   bez   świadków,   którzy   z   otwartymi   ustami 
wsłuchiwali się w każde słowo.

 - Idziemy na drinka - zaproponował.
 - Dobrze - zgodziła się.
Wprowadził ją z powrotem do mrocznego, zadymionego 

baru.   Może   wzmocniona   alkoholem   lepiej   da   sobie   radę, 
pomyślała. A przecież nie powinna czuć się tak niepewna. W 
każdym   razie   nie   przed  rozmową.   Jeszcze   mu   przecież   nie 
wyjawiła   niespodzianki,   która   może   go   porazić.   Kiedy   to 
zrobi, kiedy Gody zrozumie powody jej przyjazdu do Nowego 
Orleanu... wtedy dopiero sytuacja stanie się bardzo trudna i 
niepewna.

Zaprowadził   ją   do   rzędu   „lóż"   między   boazeryjnymi 

przepierzeniami   i   pomógł   zająć   miejsce   na   kanapce   z 
wytartym obiciem.

 - Czego się napijesz? - spytał.
 - Proszę kieliszek białego wina.
Nie wymieniła ani marki, ani rocznika. Lokal należał do 

rzędu   tych,   gdzie   wino   nalewa   się   z   galonowych, 
plastykowych pojemników.

 - Zaraz wrócę - zapowiedział i ruszył do baru. Jane była 

zła,  że  nie  potrafi   oderwać  od  niego oczu, że  przyciąga   ją 
każdy   jego   ruch,   gest,   spojrzenie.   Nie   wiadomo   dlaczego 
pomyślała   o   dwudziestu   dolarach,   z   których   przed   chwilą 
zrezygnował,   porzucając   stół   bilardowy.  Przed   dwunastoma 
laty dwadzieścia dolarów byłoby dla nich fortuną. Kto wie, 
czy ich małżeństwo nie ocalałoby, gdyby mieli trochę więcej 
pieniędzy.

Lecz brak pieniędzy nie był głównym powodem rozpadu 

tego   związku.   Pieniądze   nie   były   jedynym   spoiwem.   Ani 

background image

uczucie. A dopiero przed miesiącem Jane dowiedziała się z 
żalem,   że   istnieje   jeszcze   jedno   spoiwo,   które   nie   pozwala 
skończyć z tą małżeńską fikcją.

Jak ma mu to powiedzieć? W hotelowym pokoju ćwiczyła 

przed lustrem różne metody podejścia do sprawy. Teraz, kiedy 
siedziała  w tym ciemnym barze, wydawało się  to okropnie 
głupie. Bo i właściwie w czym leży problem? Przebierając się 
z   wygniecionego   kostiumu,   w   którym   przyleciała,   w   lekką 
jedwabną   sukienkę   odpowiednią   do   klimatu,   doszła   do 
wniosku,   że   właściwie   problemu   nie   ma.  Cody   i  ona   są 
dorośli,   znają   życie   i   mają   doświadczenie.   Zamierzała 
odwiedzić go w redakcji, przedstawić krótko sprawę i równie 
szybko osiągnąć porozumienie. Po co było uczyć się mówić 
przed lustrem?

Wtedy nie wiedziała, że nie zastanie Cody'ego w redakcji. 

Nie wiedziała, że kiedy go zobaczy, dozna szoku. W tej chwili 
wcale   nie   czuła   się   jak   osoba   dorosła.   Można   było   się 
spodziewać, że lada moment  Gussie każe jej okazać prawo 
jazdy, aby  się  upewnić,  że  skończyła  osiemnaście  lat  i  ma 
prawo przebywać w lokalu.

Cody   powrócił   do   stolika,   niosąc   butelkę   piwa,   kufel   i 

kieliszek  wina. Postawił  wszystko  na   stole  i   wsunął  się  na 
ławeczkę naprzeciwko Jane. W jej oczach stolik jakby nagle 
zmalał   i   zapragnęła   znaleźć   się   dalej   od   Cody'ego.   Co 
najmniej w odległości trzech metrów.

Uśmiechnął   się,   co   spowodowało,   że   zapragnęła,   by 

odległość między nimi zwiększyła się do dziesięciu metrów. 
Potem rozsiadł się wygodnie, jedną ręką obejmując  jeszcze 
zaparowaną, zimną butelkę. Nie napełniał kufla. Czekał.

 - Czy nie powinniśmy wznieść jakiegoś toastu? - zapytał.
  -   Z   jakiej   okazji?   -   odparła   pytaniem   i   przez   głowę 

przemknęły  jej  różne powody. Z okazji  rozwodu?  Z okazji 
rocznicy utraconych nadziei? Może radości, że wyzwolili się z 

background image

głupoty młodości i mieli wielkie szczęście spokojnie dorosnąć 
i o wszystkim zapomnieć?

  - Wypijmy za dawne, dobre czasy. - Stuknął butelką o 

brzeg jej kieliszka i zaczął pić, nie trudząc się przelewaniem 
piwa do kufla. Kiedy odstawił butelkę, miał twarz poważną, a 
wzrok nadal utkwiony w Jane.

 - Za dawne czasy - powtórzyła w nieco skróconej formie i 

upiła   łyczek   chardonnay,   usiłując   się   nie   skrzywić,   choć 
miałaby powody.

 - No więc słucham - powiedział ironicznie. - Nie sądzę, 

żeby nasze spotkanie było przypadkowe.

Tak, w jego słowach kryła się ironia, ale pozbawiona była 

złości,   sarkazmu   czy   niechęci.   Jednakże   nie   ulegało 
wątpliwości,   że   Cody   wcale   nie   jest   zachwycony   tym,   że 
ponownie wdarła się w jego życie. Nie dziwiło ją to. Rozeszli 
się raczej hałaśliwie.

Łagodne określenie! W rzeczywistości rozeszli się bardzo 

hałaśliwie,   ziejąc   do   siebie   nienawiścią,   oskarżając   się   o 
wszystkie   zbrodnie   świata,   obrzucając   się   inwektywami   i 
dosłownie skacząc sobie do oczu.

Minęły lata, nim Jane odzyskała równowagę psychiczną, a 

to, że Cody'emu udało się to wcześniej; nie oznaczało, iż nie 
zachował do niej pretensji i urazów.

A teraz ma prosić go o przysługę. O wielką przysługę! 

Miała nadzieję, że chętnie ją odda, kiedy pozna fakty, ale kto 
to wie...

Dlaczego,   do   diabła,   właśnie   on   musiał   stać   się   tak 

wspaniałym mężczyzną?

Dajże   spokój,   dziewczyno!   Co   ty   Wyrabiasz!   Chyba 

potrafisz   bez   konsekwencji   wypić   drinka   z   przystojnym 
facetem. Tak się składa, że Mark Dennison też jest bardzo 
przystojny i Jane miała zamiar poślubić go w sylwestra. Mark 
będzie   dobrym   mężem,   i   już   choćby   na   tym   polega   jego 

background image

przewaga   nad   Codym.   Mark   jest   ponadto   człowiekiem 
szlachetnym i poważnym, ambitnym, wysoce  kulturalnym... 
Reprezentuje   wszystko,   co   najlepsze.   Cody   nie.   Właśnie 
dlatego   podziwiała   Marka   i   właśnie   dlatego  zamierzała   za 
niego wyjść z chwilą, gdy rozwiąże problem. Problem łączący 
ją z Codym!

Wyprostowała się, upiła jeszcze jeden łyczek wodnistego 

wina i w odpowiedzi rzuciła Cody'emu takie samo ironiczne, 
zabarwione uśmieszkiem spojrzenie, jakim on obdarzał ją.

  -   Masz   rację,   to   nie   jest   przypadek.   Byłam   w   twojej 

redakcji i dowiedziałam się, że tu cię znajdę.

  -   A   skąd   wiesz,   że   tam   pracuję?   -   spytał,   wodząc 

kciukiem po konturach etykiety na butelce.

  -   Poszukiwałam   cię.   Dowiedziałam   się,   że   jesteś 

fotoreporterem...

 - Hej, hej, zagalopowałaś się, Jane. Wiesz dobrze, że nie 

mogę być kimś, kogo określa się słowem o tylu sylabach. Po 
prostu robię zdjęcia.

 - Dla gazety.
 - Święta prawda. - Podniósł głowę i znowu pociągnął parę 

łyków prosto z butelki. - A ty? Ile jest sylab w nazwie twojego 
zawodu?

Ten sam Cody co dawniej. Mądrala, którego zachowanie 

można akceptować tylko dlatego, że towarzyszy mu odrobina 
kpiny z samego siebie.

 - Trzy. Ad - wo - kat. Może to dla ciebie za dużo?
  - Oo? Pani mecenas! Zawsze wiedziałem, że jednemu z 

nas się powiedzie. I nigdy nie było najmniejszej wątpliwości 
komu.

 - Masz świetny zawód - powiedziała.
 - Możliwe, ale ja tylko robię zdjęcia.
Tak, ten sam Cody. Jeśli ktoś tylko napomknął, że Cody 

może być czy powinien być szanowany za to, co robi, Cody 

background image

gwałtownie   protestował.   Miał   uraz   do   postępowania 
określanego godnym. Godne było jego postępowanie, gdy brał 
z nią ślub, ale i to uczynił w paskudnej ślubnej kaplicy przy 
motelu   w   Las   Vegas,   przynosząc   najtańsze   z   możliwych 
obrączki.

 - Nie przyleciałam tu w celu odbywania sentymentalnych 

debat - odparła.

  -   A   w   jakim   celu   przyleciałaś?   Mów,   umieram   z 

ciekawości. - Łokcie położył na stole i dłonią podparł brodę. - 
Nie powiedziałaś, jak mnie odszukałaś.

 - Wynajęłam prywatnego detektywa.
Ta informacja nieco wytrąciła go z równowagi. Podniósł 

brwi, spojrzenie mu pociemniało.

 - To cię musiało nieźle kosztować.
 - Niezbyt dużo. Szybko cię znalazł. - A biorąc pod uwagę, 

ile   Jane   zarabiała   jako   wspólniczka   firmy   adwokackiej, 
wydatek na detektywa nie uczynił żadnego uszczerbku w jej 
budżecie.   -   Jest   bardzo   łatwo   znaleźć   każdego,   kto   się   nie 
ukrywa.   Masz   przecież   numer   ubezpieczenia   zdrowotnego, 
masz   prawo   jazdy.   Mój   detektyw   znalazł   cię   bez 
najmniejszego kłopotu.

 - Jakie szczęście, że nie jestem kryminalistą.
 - W istocie - odparła sucho.
Na   chwilę   nad   stołem   zawisła   cisza.   W   głębi   sali   ktoś 

wrzucił   kilka   sztuk   bilonu   do   szafy   grającej.   Pieniądze   z 
hałasem wpadły do metalowego brzuszyska maszyny. Zaczęli 
śpiewać Neville Brothers.

Jane   zasłuchała   się   w   tęskną   melodię,   wdzięczna   za 

chwilową   przerwę   w   trudnej   rozmowie.   Już   czuła   się 
wyczerpana,   a   przecież   jeszcze   nie   wymieniła   celu   swej 
wizyty.

 - Więc jesteś adwokatem - mruknął Cody.
 - Jestem adwokatem.

background image

 - Powinienem był odgadnąć.
  -   Zawsze   było   łatwo   mnie   przejrzeć   -   powiedziała   ze 

słabym uśmiechem. - I przewidzieć, co zrobię.

Tak,   ale   z   wyjątkiem   tej   jednej   chwili   cudownego 

szaleństwa, kiedy Cody Sinclair zaproponował, by uciekli do 
Las Vegas i pobrali się, a ona przystała na tę propozycję.

  -   Ja   bym   nigdy   nie   odgadła,   że   zostaniesz   foto..:   że 

będziesz robił zdjęcia.

  -   Myślałaś   raczej,   że   zostanę   przestępcą   -   zażartował 

Cody.

 - Nigdy.
 - Ale byłaś pewna, że nic ze mnie nie będzie. Przyglądał 

się jej bacznie. Smutna, urocza melodia

wypełniała całą przestrzeń mrocznego baru.
  -   Też   nie.   Zawsze   wiedziałam,   że   dobrze   wylądujesz. 

Przekrzywił głowę, jakby wątpił w szczerość jej słów.

Już miał coś powiedzieć, kiedy zmienił zamiar i pociągnął 

z butelki łyk piwa.

 - Nadal mieszkasz w Brookline? - spytał po chwili.
 - W Bostonie. Kupiłam mieszkanie w Back Bay.
 - Można się było tego spodziewać.
Nie podobał jej się ten cyniczny ton. I nie zamierzała się 

tłumaczyć   ani   usprawiedliwiać.   Stać   ją   było,   więc   kupiła. 
Mieszkanie było ładne, drogie i należało do niej.

 - Nie masz prawa mnie osądzać - odparła.
  - Rozluźnij się, Janey, nie  bądź taka spięta. Nie  mam 

zamiaru cię osądzać. - Oparł się o przepierzenie. - Po prostu 
przypomniałem sobie, że w Back Bay mieszkają wyłącznie 
zamożni ludzie.

Problemy   finansowe   i   pieniądze   zawsze   stanowiły   dla 

obojga   temat   niesłychanie   drażliwy   i   źródło   wielu 
nieporozumień.   Pieniądze   miała   rodzina   Jane,   a 
nieporozumieniem był, ich zdaniem, sam Cody. Nie było teraz 

background image

sensu o tym myśleć, zdecydowała. Nie przyleciała po to, aby 
wspominać przeszłość lub odgrzewać dawne kłótnie.

  -   Jak   ci   szło,   jak   ci   idzie?   -   spytała,   zdając   sobie 

natychmiast sprawę, że w tych okolicznościach pytanie jest 
kretyńskie.

Głośno   się   roześmiał.   Jane   po   raz   pierwszy   zauważyła 

pajęczynkę zmarszczek w kącikach jego oczu.

  -  Świetnie mi szło - odparł i to była też dość niemądra 

odpowiedź.

Postanowiła   zbliżyć   się   do   tematu   sprawy,   która   ją   tu 

przywiodła. Sądziła, że robi to chytrze;

 - Masz kogoś? - spytała. Po raz wtóry się roześmiał.
  - Opuściłaś mnie już dość dawno, droga pani. Czy nie 

sądzisz, że to absolutnie nie twoja sprawa, czy kogoś mam?

Jane była innego zdania.
  - Ot, spytałam z ciekawości. Ożeniłeś się? Patrzyła na 

palec, na którym nosiłby obrączkę, gdyby  był żonaty. Może 
nie chciał nosić obrączki?

 - Nie, nie ożeniłem się. A ty wyszłaś za mąż?
 - Nie.
Nie   miała   obrączki   ani   nic   innego.   Pierścionek 

zaręczynowy   z   dużym   diamentem   zostawiła   w   hotelu, 
uważając,   że   dwa   karaty   to   łakomy   kąsek   dla   ulicznych 
bandziorów w mieście takim jak Nowy Orlean.

 - Ale jestem zaręczona - dodała po chwili.
 - Moje gratulacje - odparł wylewnie.
Nie była pewna, czy mówi to szczerze, czy też podkpiwa z 

niej. Uśmiechnęła się więc obojętnie.

 - Szczerze ci gratuluję, Jane - powtórzył, widząc wyraz jej 

oczu. - Mam nadzieję, że tym razem dobrze trafisz.

 - Dziękuję - skwitowała jego życzenia i odetchnęła z ulgą. 

- Myślę, że on i ja pasujemy do siebie lepiej niż...

 - On musi być bogaty - stwierdził Cody.

background image

 - Jest bankierem, ja jestem adwokatem. Finansowo chyba 

damy sobie radę.

  -   Zdecydowanie   wspaniała   okazja,   by   wznieść   toast   - 

oświadczył   i   uniósł   butelkę.   -   Piję   za   pomyślność   twojego 
nowego związku małżeńskiego. - Gdy odstawił butelkę, nadal 
się   uśmiechał,   ale   był   to   uśmiech   sceptyczny.  -   Chyba   nie 
wynajęłaś detektywa tylko po to, żeby osobiście zaprosić mnie 
na ślub?

 - Nie.
 - Ponieważ nic już nas nie łączy, Jane. Wszystko dawno 

się   skończyło.   Żadne   z   nas   nie   jest   nic   drugiemu   winne. 
Kwita, rachunki wyrównane. Ja mam swoje życie, ty swoje i 
bez względu na to, jaką mi zafundujesz opowiastkę na temat 
powodów twojego przyjazdu...

  - Ja to wszystko wiem... - Słowa Cody'ego w pewnym 

sensie   ułatwiały   jej   dalszą   rozmowę.   Cody   wyraźnie 
stwierdził, że nic ich nie łączy, a więc nie powinien czynić 
żadnych trudności. Niemniej czuła się poważnie zakłopotana i 
zawstydzona, że oto musi przyznać, iż przed dwunastoma laty 
został   popełniony   błąd,   nastąpiło   przeoczenie.   Ów   błąd   i 
przeoczenie   mogły   ich   drogo   kosztować,   gdyby   przed 
miesiącem przypadkowo tego nie odkryła.

  -   Przypominasz   sobie,   Cody,   okoliczności   przed 

dwunastoma laty, kiedy odeszłam?

 - Jak przez mgłę.
 - Nie mówię o tej strasznej kłótni...
  - Co ty mówisz? Była jakaś kłótnia? - zapytał z miną 

niewiniątka.

Zaczerwieniła się, smagnięta jego sarkazmem. Cody nie 

powinien   żartować   z   ich   przeszłości,   choćby   bolesnej. 
Przecież żyli razem, dzielili radości i troski, razem cierpieli. 
Udało   im   się   z   tego   wyplątać,   niemniej   to   ich   własna 
przeszłość.

background image

 - Nie kpij i nie udawaj, że nie pamiętasz każdego ze słów, 

jakimi cię pożegnałam. I wiesz, że kłóciliśmy się stale.

 - Z wyjątkiem przerw na doskonały seks.
Dlaczego Cody o tym wspomina? Co go teraz obchodzi, 

czy   ich   pożycie   seksualne   było   wspaniałe,   czy   nie.   To   się 
skończyło   przed   wiekami.   Była   wściekła,   a   zarazem 
rozstrojona.

Weźże się w garść, dziewczyno, i nie pozwól na żadne 

dywagacje. Trzymaj się ściśle tematu.

  - Jeśli więc  sobie  przypominasz, to po moim  odejściu 

ojciec   zajął   się   unieważnieniem   naszego   małżeństwa. 
Unieważnieniem!

  - Tak, wiem. Unieważnienie, a nie rozwód. Więc co z 

tego?

 - I przysłał ci papiery do podpisu. Mnie też je dał, żebym 

podpisała. I potem dokumenty poszły do centralnego rejestru.

 - Tak, przypominam sobie. Po anulowaniu małżeństwa i 

po rozwodzie dokumenty idą do rejestru.

Zaczerpnęła   powietrza,   odczekała   chwilę   i   wyrzuciła   z 

siebie:

 - No więc nie poszły...
Cody lekko się obruszył, a może tylko jej się tak zdawało. 

Potem jednak wyprostował się, z ust zniknął mu uśmiech, a z 
oczu wyraz lekkiego znudzenia.

 - Co to znaczy: nie poszły?
 - W rejestrze nie ma śladu unieważnienia naszego ślubu.
 - Wyjaśnij mi, moja droga, co to znaczy, że nie ma śladu? 

O co tu chodzi?

 - Chodzi o to... - próbowała się uśmiechnąć, ale zupełnie 

jej to nie wyszło - chodzi o to, że prawnie jesteśmy  nadal 
małżeństwem.

background image

Rozdział 2
Cody   Sinclair   nie   był   kandydatem   na   świętego. 

Wielokrotnie   w   życiu   przekraczał   granice,   robił   rzeczy 
niedopuszczalne; grzeszył wyskokami, a  przed parunastoma 
laty prawie zniszczył życie dziewczynie tylko dlatego, że jako 
nadęty, zarozumiały i uparty jak osioł głuptas - po uszy się w 
niej zadurzył. W najmądrzejszej i najinteligentniejszej z całej 
klasy.

Nie wyobrażał sobie jednak, że wpadnie w takie tarapaty. 

Przez cały czas jest żonaty! Jezu!

Cody był normalnym, zdrowym chłopem i od czasu, kiedy 

owa   najinteligentniejsza   z   całej   klasy   dziewczyna 
wymaszerowała z jego życia, lejąc strumienie łez i wyrzucając 
mu   wszystkie   możliwe   grzechy,   miał   kilka   romansów. 
Powiedzmy,   że   tych   niewiast   było   więcej   niż   „kilka",   ale 
żadna   z   nich   nie   należała   do   najmądrzejszych   i 
najinteligentniejszych w klasie i w szkole. Były to dziewczyny 
chichotliwe, piersiaste i Szukające wyłącznie dobrej zabawy. 
Wszystkie   stanowiły   przeciwieństwo   Jane   Thayer.  W   ciągu 
tych dwunastu lat, od chwili, kiedy Cody podpisał dokumenty 
gwarantujące   rzekomo   uwolnienie   Jane   na   całe   życie   spod 
jego szatańskiego wpływu...

Cholera, cholera! A więc od dwunastu lat zdradzał żonę! 

Interesujące, co? Problem moralny? Chyba nie.

Niemniej wynika z tego, że przez cały czas miał żonę i ją 

zdradzał. Zdrada ta co prawda wynikała z faktu, że ojciec Jane 
-   którego   Cody   od   samego   początku   nie   lubił   -   zapomniał 
zarejestrować   głupi   papierek   w   sądowym   archiwum.   W 
rzeczywistości   nie   miało   to   wielkiego   znaczenia.   Przecież 
definitywnie się rozeszli.

A jednak...
Przyglądał się bacznie kobiecie, dla której stracił niegdyś 

głowę,   i   poczuł   się   bardzo   dziwnie   -   jakby   popełnił 

background image

przestępstwo. Całe pasmo przestępstw. Cody też miał swoje 
zasady.   Zgodnie   z   nimi   żonaci   mężczyźni   nie   powinni 
zabawiać się na boku.

Na szczęście to nie jest jeszcze koniec świata. W każdym 

razie żadna z kobiet, poznanych przez Cody'ego po odejściu 
Jane, nie mogła mieć pretensji, że ją oszukał.

Jednocześnie odczuwał satysfakcję, że to właśnie ojciec 

Jane jest wszystkiemu winien. Cody dobrze pamiętał starego 
Thayera. Nie tylko z powodu jego przykrych telefonów do 
Los Angeles, gdzie młodzi zamieszkali po ślubie, ale także z 
powodu jedynej niefortunnej wizyty, jaką Cody złożył Jane w 
jej rodzinnym domu.

Thayerowie mieszkali w wielkiej rezydencji z czerwonej 

cegły, w najbardziej ekskluzywnej części Brookline. Na swym 
harleyu   -   składaku   Cody   podjechał   półkolistą   alejką 
prowadzącą   od   bramy,   zsiadł   z   motocykla,   wszedł   po 
schodkach głównego wejścia i nacisnął wielki guz dzwonka. 
Wmawiał sobie, że nie robią na nim wrażenia wielkie, białe 
kolumny   ganku   ani   głęboki   ton   gongu,   który   słyszał   przez 
okienka po obu stronach drzwi. Starał się też nie czuć malutki 
w   tym   wspaniałym,   otaczającym   dom   parku   i   pod   ścianą 
budynku   większego   niż   kamienica,   w   której   wraz   z   matką 
zajmował mieszkanie na piętrze.

Drzwi otworzył  sam Thayer i  poraził  Cody'ego pełnym 

wściekłości spojrzeniem, jakby chciał pozbyć się karalucha. 
Kiedy Cody grzecznie powiedział: „Dzień dobry, czy zastałem 
Jane?", usłyszał w odpowiedzi: „Dla takich typków jak ty nie 
ma jej".

I zatrzaśnięto mu drzwi przed nosem.
Jakże Cody miał się teraz nie uśmiechnąć na wieść, że pan 

Thayer pogmatwał córce życie jeszcze bardziej, niż uczynił to 
Cody? Stary cap nie zarejestrował albo złożył w złym miejscu 

background image

jeden głupi papierek i w efekcie Jane Thayer jest nadal żoną 
takiego typka, którego nie wpuszcza się do domu.

Miał   ochotę   roześmiać   się   na   cały   głos,   tylko   że   tak 

naprawdę to wszystko nie było wcale śmieszne.

Obserwował   Jane   przez   niebieskawą   mgiełkę 

wypełniającego   salę   dymu.   Nie   kłamał   i   nie   silił   się   na 
komplement,   gdy   jej   powiedział,   że   wygląda   wspaniale. 
Cudownie! Zawsze wydawała mu się wspaniała i cudowna. W 
okresie, kiedy żaden z jego przyjaciół nie traciłby ani minuty 
na dziewczynę o niezbyt imponującym biuście, Cody uważał 
Jane za ideał kobiecej urody. Większość dziewcząt, z którymi 
on sam i jego koledzy prowadzali się w czasach szkolnych, 
należała do kategorii dam obnoszących się dumnie ze swoim 
stylem ubioru i zachowania: obcisłe dżinsy, obcisłe swetry, 
nie   pozostawiające   nic   wyobraźni,   tapirowane   fryzury, 
krzykliwość, nachalność...

Natomiast Jane...
Jane   pozostawiała   wszystko   wyobraźni.   I   wyobraźnia 

Cody'ego zaczęła pracować na najwyższych obrotach.

Jeszcze nim zamienili jedno słowo, Cody wiedział, kim 

ona jest. W tamtym okresie wszyscy uczniowie i nauczyciele 
w   Brookline   wiedzieli,   kim   jest   Jane   Thayer.   Była 
przewodniczącą Towarzystwa Honoru, Klubu Filozoficznego, 
Societe   Francaise,   redagowała   gazetkę   poetycką,   zdobyła 
nagrodę   matematyczną.   No   i   miała   tytuł   National   Merit 
Scholar, jednej z najlepszych uczennic w kraju.

Nie   należała   do   świata   Cody'ego.   Istniała   w   innej 

galaktyce.   Cody   należał   do   uczniów   celujących   w 
przedmiotach   technicznych,   ale   był   często   wzywany   na 
dywanik do dyrektora. Ich orbity nie powinny były nigdy się 
skrzyżować.

Ale któregoś dnia tak się właśnie stało. Któregoś dnia snuł 

z kolegami plany wieczornego spotkania w barze przy Bacon 

background image

Street, oczywiście jeśli uda się im zdobyć fałszywe dowody 
pełnoletności, kiedy nagle zobaczył idącą korytarzem Jane i 
ich spojrzenia się spotkały.

W   tej   pierwszej   chwili   właściwie   nie   dostrzegał   jej 

mlecznej cery, kasztanowych włosów, doskonale skrojonych 
dżinsów   i   ekskluzywnego   swetra.   Widział   tylko   te   oczy, 
ciemne i tajemnicze, kuszące i wabiące. Jego osiemnastoletni, 
pełen   marzeń   erotycznych   umysł   zrozumiał   owo   spojrzenie 
jako   pożądanie.   Zapragnął   nagle  zdobyć   dziewczynę,   którą 
wszyscy   bez   wyjątku   uznaliby   za   nieosiągalną   dla   kogoś 
takiego jak on.

Owszem, zdobył ją, lecz ona go zniewoliła.
Zaklął pod nosem. Od lat już o niej nie myślał. To było 

bardzo dawno temu, kiedy udała się jej sztuczka wymierzona 
przeciw jego pewności siebie. Jane napompowała jego ego do 
rozmiarów potężnego balonu, a potem balon przekłuła. Udało 
mu się coś niecoś uratować z siebie, ale trwało to długo. Teraz 
przestał ją nienawidzić, ale także jej nie kochał.

Jej   oczy   były   tak   samo   ciemne   i   spowite   tajemniczą 

mgiełką, która kierowała jego myśli ku nocy, gęstej mgle i 
fizycznemu   zespoleniu.   Jeszcze   nim   rozpoznał   przybyłą 
kobietę w bilardowej sali, już urzekły go jej oczy. Jane nadal 
potrafiła   wyzwolić   w   nim   pożądanie.   Skuteczniej   niż 
najlepsza z flirciar, jakie znał.

I   ta   kobieta   ze   zniewalającymi   oczami,   z   mistycznym 

uśmiechem   -   jest   jego   żoną.   Kobieta   bardzo   inteligentna, 
adwokatka, a jednocześnie istota... Przez chwilę zastanawiał 
się,   co   dominuje   w   jej   twarzy.   O   tak   -   czystość   i   jakaś 
przedziwna niewinność.

Jego żona!
W butelce pozostał najwyżej jeden łyk. Powinien pójść po 

następną, ale to oznaczało, że na parę minut oderwie wzrok od 
Jane. Tego za żadne skarby nie chciał zrobić. Patrzył na nią 

background image

jak   w   transie,   usiłując   jednocześnie   uspokoić   kłębiące   się 
myśli.

Długa była ta chwila ciszy. Wreszcie Cody zapytał:
  - Więc co chcesz zrobić? Co proponujesz? Nie możesz 

wyjść za tamtego faceta, póki nie załatwi się sprawy naszego 
rozwodu.

 - Właśnie.
Zaczerwieniła się jak pensjonarka, co go mocno zdziwiło. 

Przecież rozmowa o rozwodzie, który właściwie miał miejsce 
dwanaście lat temu, nie powinna być przyczyną rumieńców 
czy   wypieków.   A   w   ogóle   jak   mogła   czerwienić   się   w 
obecności męża, praktycznie rzecz biorąc byłego, ale jednak 
męża? Znał jej ciało. Kochał się z nią na wszystkie sposoby i 
nigdy tego nie zapomni. Ona pewno też nie.

Wówczas bardzo się czerwieniła. Parę razy zrobiła coś, co 

wywołało rumieniec i na jego twarzy, a przecież uważał się za 
kogoś, kto jest zbyt twardy, by się czerwienić. Ale Jane była 
taka   niedoświadczona,   tak   chętnie   zaspokajała   męskie 
pragnienia   i   ją   samą   tak   łatwo   było   zaspokoić...   Słodka, 
wstydliwa i gotowa eksperymentować. Buchała żarem, tuliła 
się,   nigdy   nie   odmawiała   i...   Tok   myśli   przerwały   mu   jej 
słowa:

  -   Potrzebuję   tylko   twojego   podpisu   poświadczonego 

przez notariusza. - Usiłował skoncentrować się na słowach, a 
nie na jej ustach, lecz przychodziło mu to z trudem. - Nie ma 
między nami problemów majątkowych, nic do podziału. To 
upraszcza   sprawę.   Mam   sędziego   w   Bostonie,   który   wyda 
dokument.   Nie   musisz   nic   robić.   Tylko   podpisz   i   sprawa 
załatwiona...

  -   Mówisz,   że   nie   ma   problemów   majątkowych?   Nie 

obchodziły go jej pieniądze, ale niby dlaczego

miałby ułatwiać jej sprawę? Jej ojciec, a jeśli dobrze się 

zastanowić,   to   i   ona,   potraktowali   go   jak   ostatniego   łap   - 

background image

serdaka.   Ona   go   porzuciła   tylko   dlatego,   że   nie   mógł 
ofiarować jej wszystkiego, czego pragnęła, tak jak może to 
zrobić   bogaty   tatuś   i   mamusia.   Thayerowie   zniszczyli  jego 
małżeństwo   z   aprobatą   córki.   Przy   okazji   zniszczyli   i   jego 
rozwód. Niech za wszystko zapłacą.

Nie powinien mieć w tym wypadku litości. Niech się Jane 

trochę   pomęczy,   nim   otrzyma   zielone   światło   na   drogę   do 
kolejnego małżeństwa.

 - Nie ma żadnego problemu majątkowego, bo nie ma nic 

do   podziału   -   odparła   sucho,   ale   przedtem   niepewnie 
odchrząknęła i poprawiła się na ławeczce.

 - No nie wiem. Ty jesteś zarabiającym krocie adwokatem, 

a ja tylko robię zdjęcia...

  -   Chcesz   czy   nie,   jesteś   fotoreporterem.   Z   pewnością 

„Sentinel" dobrze ci płaci.

  - To zasiłek dla bezrobotnych w porównaniu z tym, co 

zgarniasz ty i ten twój bankier.

Zaczęła bębnić palcami po stole. Miała owalne paznokcie 

tej samej barwy co policzki, gdy się czerwieniła.

 - Ojciec powiedział mi wtedy, przed laty, że ożeniłeś się 

ze mną dla pieniędzy - rzekła cichutko.

  -   Tak   powiedział?   Czyżby?   -   zapytał   sarkastycznie. 

Ojciec Jane! Wysoki, arystokratyczny, siwa strzecha

na   głowie,   a   na   twarzy   opalenizna,   jaką   obnoszą 

dżentelmeni grający w golfa. Cody'ego nadal bolał ów dzień, 
kiedy   Thayer   zatrzasnął   mu   drzwi   przed   nosem.   Wtedy 
właśnie pomyślał sobie, że posiadanie takiego ojca jest gorsze 
niż nieposiadanie go w ogóle. - Cody, przecież nie chodzi o 
pieniądze   -   powiedziała   Jane,   a   w   jej   głosie   zabrzmiało 
ostrzeżenie.

Może i nie chodzi o pieniądze, ale na pewno chodzi o 

rozbite małżeństwo, dwa rozbite serca i kosztowne w skutkach 
wtrącanie   się   starego   Thayera.   Ojciec   Jane   źle   ocenił 

background image

Cody'ego.   Gdyby   Cody   polował   na   pieniądze,   to  były 
łatwiejsze   sposoby   ich   zdobycia,   niż   porywanie 
osiemnastoletniej   dziewczyny   do   Las   Vegas.   Przecież   było 
jasne, że ż chwilą zawarcia ślubu Jane zostanie przez rodzinę 
potępiona i pozbawiona rodzinnego majątku. Cody poślubił 
Jane z wielu powodów i był na tyle uczciwy, by przyznać, że 
miłość   była   tylko   jednym   z   nich.   Ale   nigdy   nie   myślał   o 
pieniądzach.

Teraz sytuacja jest inna. Gdyby miał choć trochę oleju w 

głowie   i   przyzwoitości,   to   schowałby   głęboko   resztki 
zachowanych urazów i podpisałby dokument czy dokumenty, 
które   Jane   przywiozła   z   Bostonu.   Najwidoczniej   jednak 
zabrakło   mu   tego   oleju,   w   przyzwoitości   zaś   nigdy   nie 
celował.

  - Twój papa miał rację, mówiąc, że jestem nicponiem - 

zaczął.   -   Miał   rację   przewidując,   że   z   pięknej   rezydencji 
zabiorę cię do jakiejś nory, że nigdy nie będzie mnie stać na 
kupowanie   ci   kawioru.   Powiedział,   że   ściągnę   cię   w   moje 
niziny i że zaczniesz żałować tego, co zrobiłaś. On dobrze 
wszystko   przewidział,   tylko   że   był   tak   zajęty 
przewidywaniem,   że   zapomniał   o   zarejestrowaniu   jednego 
papierka.   -   Cody   powoli   wysączył   z   butelki   resztkę   piwa, 
jakby chciał zmyć z ust gorycz słów. - Tak, poluję na twoje 
pieniądze. Wreszcie to odkryłaś.

Przestała   przebierać   palcami   po   blacie   i   jakby 

zawstydzona ukryła dłoń pod stołem. Cody widział, że jest 
wytrącona z równowagi. Bardzo mu to odpowiadało.

 - Ile? - spytała zdenerwowana.
 - Ile czego?
 - Ile chcesz pieniędzy za podpis?
Uznał,   że   jest   nie   tylko   wytrącona   z   równowagi,   lecz 

wyraźnie zaniepokojona. Może nawet przestraszona, a także 
wietrzy pułapkę.

background image

Cholera!   Za   długo   się   z   nią   drażni.   Powinien   obrócić 

wszystko   w   żart   i   podpisać   -   lecz   w   podjęciu   tej   decyzji 
przeszkodziły mu jej oczy. Zaczęły oddziaływać na niego w 
identyczny sposób jak wówczas, w szkolnym korytarzu. Ich 
spojrzenie   zniewalało   i   nie   był   z   tego   zadowolony.   To 
niesprawiedliwe!   Jeśli   dotknie   ją   żądaniem   pieniędzy,   to 
świetnie.   Zemsta   bywa   słodka.   Zrobi   to   nie   dlatego,   by 
zamierzał przyjąć od niej cokolwiek, choćby mu ofiarowywała 
milion. Postraszy ją, żeby się choć troszkę odgryźć. I dlatego, 
że nie może znieść faktu, iż jej włosy, nieco teraz krótsze i 
inaczej uczesane, mają tę samą połyskliwą barwę kasztanu, tę 
samą   jedwabistość   jak   wówczas,   kiedy   przesypywał   "je 
między palcami. I że wszystko w niej pozostało takie samo: 
piękne   czoło,   wyraziste   kości   policzkowe,   mleczna   cera, 
delikatny   zarys   szyi.   Cała   sylwetka!   Pozostała   tą   samą 
dziewczyną, którą co wieczór przez kilka burzliwych miesięcy 
wspólnego   pożycia   brał   w   ramiona...   Te   same   usta,   które 
całował. No i te oczy, te oczy!

 - Jeszcze nie wiem - odparł. - Muszę się zastanowić.
 - Aż mi trudno w to uwierzyć. - Wysunęła się z ławeczki i 

wstała. - Dobrze, zastanawiaj się. Będę z tobą w kontakcie - 
powiedziała lodowatym, zmartwiałym głosem, jakby doznała 
szoku.

Widziała, że Cody ją lustruje, a potem wpija wzrok w jej 

twarz. Powinien był wstać, kiedy ona wstała. Wiedział, że to 
należy   do   podstawowych   zasad   dobrego   wychowania,   ale 
wstąpił w niego jakiś diabeł. Zapragnął dać jej nauczkę.

Niech   ta   zjawa   ze   snobistycznego  świata,   dama   w 

kosztownej   oprawie   od   najlepszych   krawców,   zarabiająca 
krocie   i   mająca   narzeczonego   z   jeszcze   większą   forsą, 
wreszcie zrozumie, jaką jest snobką. Upiera się na przykład, 
by   określać   jego   zawód   jako   fotoreporterstwo.   Nie   potrafi 
zaakceptować faktu, że mężczyzna, z którym niegdyś spędziła 

background image

kilka namiętnych miesięcy i z którym łączą ją formalne więzy 
małżeńskie,   może   zarabiać   na   życie   po   prostu   „robiąc 
zdjęcia".

Nie  ma   powodu,  by   ułatwiał   jej   rozwiązanie   problemu. 

Niech się pomęczy.

  -   Dobrze,   pani   Sinclair,   niech   pani   będzie   ze   mną   w 

kontakcie - odparł, przybierając południowy akcent.

Czyżby przez jej twarz przemknął niepokój, gdy usłyszała 

swoje małżeńskie nazwisko, do którego przez kilka miesięcy 
małżeństwa  nie   zdążyła  się  przyzwyczaić,  a   którego  potem 
dwanaście lat nie używała, gdyż była pewna, że już go nie 
nosi?

Nie powiedziała ani słowa. Obróciła się na pięcie i wyszła 

z   baru.   To   przypomniało   Cody'emu   jej   odejście   przed 
dwunastoma laty z ich malutkiego mieszkanka w Los Angeles. 
Bez   pożegnania,   bez   słowa,   za   to   dumnie.   Jane   Thayer 
potrafiła   jak   burza   wynosić   się   z   jego   życia.   Tyle   że   tym 
razem jak burza niespodziewanie do niego wtargnęła i to nim 
wstrząsnęło.

Clarissa Bonnert była przyzwyczajona do tego, że ludzie 

się  na  nią   gapią.  Jej  matka  była  Wietnamką,   ojciec   Afro  - 
Amerykaninem.   Była   uderzająco   piękna   i   ludzie   się   za   nią 
oglądali, zwłaszcza przedstawiciele płci brzydkiej.

Tak   ją   zmęczyły   natrętne   spojrzenia,   że   postanowiła 

maskować   swoją   urodę.   Widziała   dość   głupich   filmów,  by 
wiedzieć,   że   wystarczy   kupić   parę   okularów   w   olbrzymiej 
oprawie, związać włosy w kok, a wtedy ludzie - zwłaszcza 
mężczyźni - zaczną ją traktować inaczej.

Po tym, jak skończyła się jej kariera modelki, zapragnęła 

być nareszcie traktowana poważnie. Nadal od czasu do czasu 
otrzymywała   okazyjnie   kontrakty   z   agencji,   ale   zawsze 
drobne, gdyż nie spełniała podstawowego warunku, jakim jest 
odpowiedni wzrost. Miała zaledwie metr pięćdziesiąt pięć, i to 

background image

gdy   stanęła   na   palcach,   a   nadto   dla   większości 
zleceniodawców była zbyt „egzotyczna". Poza tym modelka 
nigdy   nie   może   liczyć   na   robotę   właśnie   wtedy,   kiedy 
potrzebne   jej   są   pieniądze.   Ostatnim   argumentem 
przemawiającym za porzuceniem tej kariery było to, że miała 
już dwadzieścia pięć lat, co w świecie modelek uważa się za 
wiek niemalże podeszły.

Mężczyźni, których dotychczas poznała, byli oczarowani 

wyłącznie   jej   urodą  i   nie   dostrzegali   innych zalet. Tacy  są 
mężczyźni.   Pragnęła   znaleźć   kogoś   mądrego,   człowieka 
ustatkowanego,   dżentelmena.   Kupiła   więc   sobie   ową   parę 
okularów i pudełko szpilek do włosów, po czym ukończyła 
kurs dla sekretarek.

Bardziej odpowiadała jej praca w kancelarii Baker, Dunn i 

Wspólnicy niż pozowanie w oślepiającym świetle reflektorów, 
tkwienie godzinami z pokładami szminki na twarzy i z głupim 
uśmiechem   na   ustach,   no   i   trzymanie   butelki   perfum   w 
drętwiejącej   dłoni.   Najbardziej   lubiła   pracować   dla   Jane 
Thayer, która była mądra, nigdy nie powierzchowna i przez 
wszystkich tak ceniona, jak cenioną chciałaby być Clarissa.

Siedziała teraz przy swoim biurku tuż przy drzwiach do 

gabinetu   Jane   i   przepisywała   dokumenty   zawartej  ugody   - 
ostatniego   sukcesu   jej   pracodawczyni.   Jane   miała   wkrótce 
awansować   na   pełnego   wspólnika.   W   każdym   razie   takie 
plotki   krążyły   po   biurze.   Jane   Thayer   ceniono   za   wiedzę, 
błyskotliwość i pracowitość. Sześćdziesięciogodzinny tydzień 
pracy był dla niej rzeczą normalną, siedemdziesięciogodzinny 
-   nierzadką.   Clarissa   lubiła   pracować   dla   kogoś   tak 
zakochanego   w   pracy,   ponieważ   wiedziała,   że   z   chwilą 
nominacji na pełnoprawnego wspólnika Jane pociągnie ją za 
sobą i awansuje na asystentkę. To, że Clarissa jest dwa razy 
mniej mądra od Jane i dwa razy od niej piękniejsza, jeszcze 
nie oznacza, że nie drąży jej ambicja.

background image

Sprawdzała właśnie tekst na ekranie monitora, kiedy za 

plecami   poczuła   czyjąś   obecność.   Odwróciła   się   wraz   z 
fotelem  i ujrzała Marka Dennisona, który był narzeczonym 
Jane i najwspanialszym mężczyzną, jakiego Clarissa poznała 
w życiu.

Właściwie prawie go nie znała. Wiedziała tylko, że jest 

bogatym bankierem, świetnie się ubiera i jest na tyle dobrze 
wychowany,   by   nie   osądzać   kobiet   na   podstawie   tak 
zwodniczej   jak   wygląd.   Tak   w   każdym   razie   Clarissa 
zakładała, nie należała bowiem w obecnym „przebraniu" do 
kobiet, na widok których mężczyźni są gotowi wyskoczyć ze 
skóry. Mark natomiast reprezentował urodę, dla której warto 
cierpieć, jeśli nie umrzeć. Można by oczywiście powiedzieć, 
że Clarissa jest dość prymitywna i powierzchowna, czyniąc z 
Marka idola najwyższej klasy, ale na podobną uwagę gotowa 
była odpowiedzieć, że noszenie wielkich okularów w grubej 
oprawie jeszcze nie oznacza, że oślepła.

Doskonale   widziała   Marka   Dennisona.   Jego   wzrost, 

szerokie bary i znamionujące siłę rysy twarzy o doskonałej 
symetrii. Pochodząc z rodziny wywodzącej się z etnicznego 
koktajlu,  zawsze   podziwiała   ludzi   takich  jak   Jane   Thayer  i 
Mark   Dennison   -   o   sprawdzalnych   wiele   pokoleń   wstecz 
rodowodach.

 - Czy wie pani, gdzie jest Jane? - spytał.
 - W tej chwili?
 - Nie, nie. Ogólnie. Czy gdzieś wyjechała?
 - Do Nowego Orleanu - odparła ze śmiechem, ale śmiech 

jej natychmiast zamarł, gdy zdała sobie sprawę, że Mark nic o 
tym nie wie, a może nie miał wiedzieć.

 - Do Nowego Orleanu?! - powtórzył zdumiony.
  - Wzięła kilka dni urlopu, by załatwić osobiste sprawy. 

Nic panu nie mówiła?

background image

Mark rozluźnił nieco krawat i odpiął guzik kołnierzyka. 

Może skończył już dziś pracę, pomyślała Clarissa. Nie znała 
godzin pracy bankierów, ale może ważni dyrektorzy przestają 
pracować wczesnym popołudniem. A może Mark Dennison 
zamierza   usiąść   na   skraju   jej   biurka   i   zacząć   gawędzić   na 
temat swej ukochanej?

Wpadła jej też do głowy zwariowana myśl, że Mark zaraz 

rozepnie całą koszulę, a potem zacznie robić strip-tiz. Clarissa 
często podobnie fantazjowała na temat różnych ludzi.

Zwłaszcza   że   w   firmie   adwokackiej   Baker,   Dunn   i   tak 

dalej działy się przedziwne rzeczy, chociaż Jane nigdy w nich 
nie uczestniczyła, podobnie jak trudno było o coś podobnego 
posądzić jej narzeczonego. Niemniej Clarissa nieco odwróciła 
fotel i zatrzepotała rzęsami. A skoro mowa o Jane: Clarissa 
ceniła ją między innymi za godne zachowanie i zakładała, że 
Jane za to samo ceni Marka.

Na   takich   ludziach   jak   Jane   i   Mark   można   polegać. 

Zawsze się wie, jak postąpią. Należą do ludzi rozsądnych.

Z drugiej strony Clarissa nie mogła oprzeć się myśli, że im 

więcej   guzików   koszuli   rozpiąłby   Mark,   tym   lepiej   by 
wyglądał.

Wstydziłabyś się, Clarisso!
  - Widziałem się z Jane podczas weekendu - oznajmił. - 

Byliśmy   na   wernisażu   w   Muzeum   Sztuki.   Była   tam   jedna 
rzeźba.

Clarissa czuła, że ta rozmowa - a raczej monolog Marka - 

staje się dla niej niezrozumiała, a kto wie, czy nie ryzykowna.

 - Rzeźba? - spytała.
  -   Nagiej   kobiety   wyłaniającej   się   ze   skały.   Skała 

przypominała trochę tort. Kiedy zrobiłem na ten temat uwagę, 
Jane   doszła   do   wniosku,   że   zamierzam   zorganizować 
kawalerski wieczór.

 - Rzeczywiście?

background image

 - Ani mi to w głowie. Ale ona wtedy nagle powiedziała, 

że   potrzebuje   kilku   wolnych   dni   i   zniknęła.   Do   Nowego 
Orleanu. - Tę ostatnią „informację" dodał chyba zapominając, 
że nic o Nowym Orleanie nie wiedział, póki mu Clarissa tego 
nie wyjawiła. Niemożliwe, żeby zapomniał. Po prostu chciał 
zamaskować   swą   niewiedzę   i   zbagatelizować   sprawę.   - 
Pomyślałem sobie, że Jane chce może coś zorganizować dla 
mnie.   Właśnie   kawalerski   wieczór.   Boże   drogi,   kawalerski 
wieczór z nagą dziewczyną w czekoladowym torcie!

  -   Miałaby   to   organizować   w   Nowym   Orleanie?   Ale 

dlaczego tam?

  -  Żeby mi zrobić niespodziankę. Bo gdyby to miało się 

odbyć w Bostonie, na pewno dowiedziałbym się wcześniej. 
Mam nieprawdopodobną liczbę przyjaciół i znajomych, którzy 
by mnie uprzedzili. Jane wie, że tu nie utrzyma przede mną 
żadnej tajemnicy. Nie ma zamiaru mieć przede mną sekretów, 
wiem, ale nawet gdyby zamierzała, to by jej się nie udało. 
Wszystko sobie zawsze mówimy.

Clarissa   nie   wiedziała,   co   powinna   odpowiedzieć,   więc 

tylko   patrzyła   na   Marka   przez   swe   okulary   o   szkłach 
zerowych.

 - Oczywiście z wyjątkiem takich sytuacji jak teraz, kiedy 

chodzi o niespodziankę - dodał.

Tu już Clarissa nie wytrzymała:
  - Widział pan rzeźbę nagiej kobiety wyłaniającej się ze 

skały i od razu wnioskuje pan, że Jane przygotowuje panu 
niespodziankę   w   postaci   kawalerskiego   wieczoru?   Zupełnie 
nie chwytam toku pańskiego rozumowania.

  - Wnioskuję to z jej słów. Z tego, co mi powiedziała w 

muzeum.   Widziała,   jak   wpatrywałem   się   w   tę   rzeźbę. 
Wyciągając wnioski, należy myśleć o kontekście. Kontekst to 
w życiu najważniejsza rzecz.

background image

Clarissa   milczała,   nie   wyobrażając   sobie,   jak   mogłaby 

dyskutować z Markiem na temat kontekstu, skoro nie miała 
pojęcia, o czym Mark mówi. Jane nic jej nie mówiła o żadnym 
wieczorze   kawalerskim.   Powiedziała,   że   musi   odwiedzić   w 
Nowym Orleanie kogoś, kogo dawno znała, i że nie wie, jak 
długo będzie nieobecna, ale zamierza codziennie dzwonić. I 
prosiła   Clarissę,   aby   nie   mówiła   nikomu   w   firmie,   dokąd 
wyjeżdża.

A więc to ma być sekret. Albo niespodzianka. Albo coś w 

tym sensie.

 - Problem polega na tym - Mark pochylił się nad Clarissą, 

częstując ją zapachem cytrusowego płynu po goleniu - że ja 
nie znoszę niespodzianek.

Ma trzy dołeczki, zauważyła Clarissa. Dwa na policzkach 

i   jeden   na   brodzie,   podobny   do   kropeczki   pod   znakiem 
zapytania. Jest bez wątpienia najprzystojniejszym mężczyzną 
ze   wszystkich,   których   znała.   Jej   opinia   wiele   znaczyła, 
niemało   bowiem   poznała   męskich   modeli   podczas   swej 
krótkiej   kariery   i   niemało   mężczyzn   -   mężczyzn,   a   nie 
dżentelmenów - ubiegało się o jej względy, nim postanowiła i 
nauczyła   się   ukrywać   swą   urodę.   Mark   sprawia   wrażenie 
kogoś,   kto   jest   wspaniale   wyciosany,   przypomina   rzeźbę 
mężczyzny   wyłaniającego   się   ze   skały...   Niestety,   nie 
wiedziała, w jakim go umieścić kontekście.. 

 - Problem polega na tym, Clarisso - ciągnął, po raz wtóry, 

pochylając   się   nad   nią   i   przemawiając   takim   tonem,   jakby 
zwierzał się zaufanej i bliskiej osobie - że ja nie znoszę nie 
wiedzieć,   co   mnie   czeka.   Jeśli   za   moimi   plecami   Jane 
przygotowuje   dla   mnie   wieczór,   podczas   którego   nagie 
niewiasty będą wyskakiwać z tortów - kształtne, namiętne i 
oblepione kremem - to chciałbym z góry o tym wiedzieć.

  - Jeśli Jane coś podobnego planuje, to ja nie mogę nic 

pomóc - odparła. - Nic nie wiem.

background image

 - Nie udawaj, nie udawaj! - Wszystkie trzy dołeczki były 

jakby w nią wycelowane. - Mnie możesz powiedzieć. Nikomu 
nie powtórzę.

  - Co mogę zrobić... - zaczęła, ale zamilkła. Gdyby Jane 

chciała, by Mark znał jej plany, to sama by mu powiedziała. 
Clarissa nie może być nielojalna wobec szefowej. A poza tym 
pomysł, by Jane planowała przyjęcie  z nagimi kobietami w 
tortach   jest   zupełnie   nieprawdopodobny.   I   niesłychanie 
ekscentryczny. Absolutnie nie pasuje do Jane. - Mogę zrobić 
jedno:   kiedy   Jane   zadzwoni   do   biura,   to   jej   powiem,   że 
narzeczony o nią pytał. - Długo się zastanawiał.

 - Nie chciałbym, żeby pomyślała, że ją kontroluję czy coś 

takiego...

  -   Przecież   bym   nie   powiedziała,   że   narzeczony   ją 

kontroluje   czy   coś   takiego   -   zaprotestowała.   -   Jane   jutro 
powinna zadzwonić, żeby sprawdzić, czy nie ma nic pilnego. 
Kiedy to zrobi, to powiem, że pytał pan o nią czy coś takiego, 
że brakuje jej panu i że chciałby pan usłyszeć jej głos. Mam to 
zrobić?

 - Bardzo bym chciał usłyszeć jej głos - potwierdził - ale 

najbardziej   chciałbym   wiedzieć,   co   ona   tam   robi.   Bądźmy 
rzeczowi,   Clarisso.   Znam   jej   głos,   nie   muszę   go   tak 
koniecznie słyszeć, natomiast nie znam powodów jej wyjazdu 
do Nowego Orleanu.

  - Ale przed chwilą powiedział pan, że bardzo by chciał 

usłyszeć jej głos. - Clarissa była nieco zagubiona.

  - W tym sensie,  że bardzo lubię jej głos. Uwielbiam jej 

głos. Jej głos budzi we mnie wszystkie zmysły i chętnie bym 
go usłyszał. - Wydawał się wyraźnie zniecierpliwiony.

 - Ale rozumiem, że nie teraz. Żeby nie budzić zmysłów. - 

Była już zupełnie zagubiona. Ilekroć Mark nachylał się nad 
nią   i   obdarzał   uroczym   uśmiechem   z   trzema   dołeczkami, 

background image

zapominała   o   potrzebie   skoncentrowania   się   i   zrozumienia 
tego, co mówił.

 - Nie chodzi o to, że nie chcę słyszeć głosu Jane, ale to by 

mi nie wystarczyło. Mogę go usłyszeć, jeśli będzie okazja, ale 
jej głos nie wpłynąłby na nic i nic by nie zmienił.

  -   Ale   przed   chwilą   pan   powiedział...   Jak   pan   to 

powiedział? Aha, że jej głos budzi wszystkie zmysły.

 - A ty powiedziałaś, że Jane jest w Nowym Orleanie. Jaki 

jest   sens  budzić  zmysły,  kiedy   ona   zabrała   z   sobą   głos  do 
Nowego Orleanu?

  - Nie mogła pojechać bez głosu, no nie? Dlaczego ten 

Mark tak komplikuje najprostsze sprawy?

  -   Mam   pomysł   -   powiedział.   -   Idź   do   jej   gabinetu   i 

porozglądaj   się.   Może   zostawiła   coś,   co   pozwoli   nam 
dowiedzieć się, co robi w Nowym Orleanie. Jakieś notatki, 
może   coś   w   kalendarzu,   jakiś   kwit   z   zakupu   na   kartę 
kredytową. Może zamówienie na tę nagą dziewczynę...

  - Nie przyszło panu do głowy, że ona może planować 

niespodziankę,   nawet   wieczór   kawalerski...   bez   nagiej 
dziewczyny?

Rozpromienił się.
  -   A   więc   przyznajesz,   że   Jane   planuje   wieczór 

kawalerski?

 - Nic takiego nie powiedziałam.
 - Przyznajesz w takim razie, że zwróciła się do agencji po 

nagą tancerkę?

 - Nie.
 - Wiesz co, pozwól mi na chwilę zajrzeć do jej gabinetu. 

Obiecuję, że ci powiem, jeśli coś takiego zrobiła.

  -   Nic   takiego   nie   zrobiła.   W   tym   roku   tylko   mnie 

wynajęła. A ja nie jestem naga.

 - Zauważyłem.

background image

Był   absolutnie   niemożliwy,   lecz   miał   rozbrajający 

uśmiech. I rozbroił ją. Niewielu mężczyzn zwracało na nią 
uwagę, gdy była w stroju biurowym.

 - Bardzo mi przykro, panie Dennison - powiedziała dość 

sztywno. - Nie mogę panu pozwolić wejść do gabinetu.

 - Nie wygłupiaj się! Mam zostać jej mężem. Jane zawsze 

wpuszcza mnie do gabinetu.

  -   Ona   może   wpuszczać,   ja   nie   -   odparła.   Westchnął 

melodramatycznie.

 - Jane ma szczęście, posiadając taką lwicę strzegącą bram. 

No i co ja mam, biedny, robić? Znajdę się w bardzo trudnej 
sytuacji,   jeśli   ona   tę   nagą   kobietę   wynajmie   i   zrobi   mi 
niespodziankę.

 - Chyba jednak nie mówi pan serio. Znam Jane. Nie ma 

osoby bardziej rozsądnej i pewniej stąpającej po ziemi. Jane i 
naga tancerka w torcie! - Clarissa parsknęła śmiechem.

  - Jane jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje na 

pierwszy rzut oka. Do wszystkiego jest zdolna. Ma listę gości 
zaproszonych na nasz ślub. Zna wszystkich moich przyjaciół. 
I oto w kilka dni po naszej rozmowie w muzeum nagle znika. 
To wzbudziłoby podejrzenia każdego. Nie mówię, że jestem 
podejrzliwy.   Stwierdzam   tylko,   że   Jane   coś   przede   mną 
ukrywa. I ty mi możesz pomóc odkryć co.

Clarissa niepewnie zachichotała. Zdawała sobie sprawę, że 

Mark ze swoimi dołeczkami zaczyna burzyć jej obronne mury.

  - Kiedy Jane jutro zadzwoni, to napomknę to i owo i 

może mi się uda coś dowiedzieć.

 - Jesteś pewna, że Jane jutro zadzwoni?
 - Powiedziała wyraźnie, że będzie codziennie dzwoniła.
 - Musimy się umówić na jutro, żebyś mi mogła wszystko 

powiedzieć o planach balu z tortem i dziewczyną. Może... - 
Wyciągnął z kieszeni oprawny w skórę kalendarzyk, otworzył 

background image

i długo wpatrywał się w notatki. - Hmm, jutro mam ciężki 
dzień. Może spotkamy się po pracy? O której kończysz?

  - O piątej. Piątej trzydzieści. - Nie sądziła, by podczas 

nieobecności Jane musiała zostać dłużej w biurze.

 - Świetnie. Piąta trzydzieści bardzo mi odpowiada. Mam 

po ciebie przyjść? Nie - odpowiedział sam sobie. - Nie wiemy, 
czy Jane nie jest w kontakcie jeszcze z kimś w firmie. Gdyby 
ktoś mnie tu zobaczył dwa razy z rzędu, mógłby wyciągnąć 
fałszywy wniosek, że inwigiluję Jane, i powiedzieć jej o tym, 
a to by zepsuło niespodziankę.

Clarissa w zamyśleniu przyglądała się Markowi. Cała ta 

wizyta i rozmowa wydawały się jej bardzo dziwne. Pomyślała 
jednocześnie,   że   Jane   w   Nowym   Orleanie   załatwią   coś,   co 
może wymagać pomocy jej kolegów adwokatów. A może ten 
ktoś, kogo niegdyś znała i z kim ma się spotkać, pomaga jej 
rzeczywiście   zorganizować   wielki   bal   kawalerski   na   statku 
wycieczkowym   pływającym   po   Missisipi?   Kto   wie,   może 
mają być występy kabaretowe, kasyno, dziewczęta, no i torty. 
Może Jane chce swemu narzeczonemu dać szansę hucznego 
pożegnania kawalerskiego stanu?

Jane Thayer nie wygląda na osobę, która by tego chciała i 

której podobny pomysł mógł wpaść do głowy, ale kto wie, co 
w kim siedzi. Może Jane jest tak podniecona małżeństwem, że 
wpadają jej do głowy nieuczesane myśli. Może wyzwoliły się 
zwykle uśpione cechy charakteru?

 - Jeśli nie chce pan tu przyjść, to możemy spotkać się w 

mieście - zaproponowała.

 - Może w hotelu Four Seasons? - spytał.
 - Dobrze.
Uśmiechnęła   się   zadowolona.   Chociaż   spotkanie   z 

Markiem po pracy nie miało żadnego ukrytego znaczenia, to 
jednak   cieszyła   ją   szansa   pokazania   się   z   przystojnym   i 
bogatym mężczyzną w barze eleganckiego hotelu. Jeśli Jane 

background image

może   coś   knuć   za   plecami   Marka,   Mark   i   Clarissa   mogą 
spiskować   za   plecami   Jane.   Dlaczego   nie?   Mogą   nawet 
zaplanować   jeszcze   większą   niespodziankę.   Nagich 
mężczyzn! Pizza, lody i nadzy mężczyźni! Ale byłaby heca!

  -   A   więc   Four   Seasons   -   potwierdził   Mark.   -   Piąta 

trzydzieści.

  -   Tak   jest,   panie   Dennison.   Jutro   o   piątej   trzydzieści. 

Zsunął się z jej biurka, uważnie otrzepał spodnie, poprawił 
marynarkę. Żegnając się powiedział:

  -   Myślę,   że   możesz   skończyć   z   tym   „panem 

Dennisonem".   W   pewnym   sensie   będziesz   moją 
przyszywaną... sekretarką. Bo jako mąż Jane... Mów do mnie 
Mark.

Uśmiechnął   się   czarująco.   Odpowiedziała   mu   równie 

czarującym uśmiechem i słowami:

 - Doskonale, Mark. Do jutra.
 - Do jutra! - odparł miękkim barytonem i wyszedł.

background image

Rozdział 3
Następnego   dnia   rano   Jane   w   piekielnym   humorze 

podjechała pod budynek dziennika „Sentinel". Wprost dyszała 
z   wściekłości.   Była   gotowa   zbić   kogoś   na   kwaśne   jabłko, 
rozkwasić mu nos, urwać łeb.

Tym kimś był Cody.
Przez trzy czwarte nocy przewracała się z boku na bok, 

nie mogąc zasnąć. Sama nie wiedziała, co bardziej wytrąciło 
ją z równowagi, rozstroiło i rozwścieczyło podczas rozmowy z 
Codym: czy próba wyłudzenia pieniędzy, czy głoszona przez 
niego opinia, że ojciec miał rację, uważając go za człowieka 
bezwartościowego, czy też fakt, że nawet teraz, kiedy była już 
dojrzałą, racjonalnie myślącą kobietą, a ponadto osobą mającą 
zawrzeć związek małżeński, Cody nadal ją pociągał. I to jak!

Czyż nie jest to paradoksalne i idiotyczne? Jak może ją 

pociągać podobny nędznik! Przyleciała do Nowego Orleanu w 
dobrej   wierze,   by   uzyskać   od   byłego   męża   podpis,   który 
obojgu   dałby   wolność.   Przecież   na   złożeniu   podpisu   Cody 
skorzysta nie mniej niż ona!

Jak on śmie żądać od niej pieniędzy!
Od kiedy go opuściła i uporządkowała swoje życie, starała 

się   panować   nad   uczuciami   i   być   zawsze   panią   swoich 
poczynań.   Przeszła   jak   burza   przez   Wellesley   College   i 
ukończyła   wydział   prawa   na   Harvardzie.   Zawsze 
zorganizowana,   zawsze   panująca   nad   sytuacją,   zawsze 
dowcipna i uzbrojona w masę wiedzy.

Jednakże   jej   książkowa   wiedza   była   bezużyteczna   w 

starciu z  Codym Sinclairem.  Prawne  normy  nie  wskażą  jej 
drogi   postępowania.   W   obecnej   sytuacji   będzie   musiała 
polegać   wyłącznie   na   swoim   sprycie.   A   jeśli   Cody   zażąda 
wysokiego okupu?

No i co będzie, jeśli przy następnym spotkaniu zareaguje 

na  niego tak samo  jak poprzedniego dnia  w barze  Gussie? 

background image

Jeśli poczuje niepokojące ciarki na karku, serce jej zacznie bić 
jak szalone i będą pocić się dłonie? Natychmiast gdy tylko go 
ujrzy!

Pocenie dłoni można zrzucić na parny klimat Luizjany. Na 

złą klimatyzację w hotelu. Na wszystko, byle nie przyznawać 
się do prawdy: że winę za bezsenność minionej nocy ponosi 
nie rozsadzająca ją złość, lecz wspomnienia. O pocałunkach 
Cody'ego   i   dotyku   jego   palców,   jego   pieszczotach. 
Wspomnienia   o   tym,   co   pozwolił   jej   przeżyć.   Nawet   nie 
podejrzewała, że tyle pamięta.

Z   szeroka   otwartymi   oczami   leżała   minionej   nocy   na 

szerokim łożu luksusowego pokoju hotelowego, wspominając 
inny   hotel,   przed   wielu,   wielu   laty,   i   innego   rodzaju 
rozpalające ją przeżycie, Był to przydrożny motel gdzieś  w 
pobliżu   Buffalo.   Jechali   dziewięć   godzin,   nim   do   niego 
dotarli.   Byli   zmęczeni   i   obolali.   Twarz   Jane   spierzchła   od 
ostrego  wiatru,  krew  jej   kipiała  z  podniecenia   i   strachu.  O 
świcie tego poranka, gdy rodzice jeszcze spali, zostawiła list 
na   stole   w   jadalni,   zarzuciła   na   ramiona   plecak   wypchany 
ubraniami i wymknęła się z domu. Cody czekał na nią przy 
bramie wjazdowej na posesję. Czekał tak, jak zapowiedział. 
Przytroczył   jej   plecak   do   tylnego   siodełka   motocykla   i 
wręczył kask.

I odjechali. Jane Thayer uczyniła coś, czego nikt by się nie 

spodziewał   po   rozsądnej   dziewczynie,   dobrym   dziecku 
patrycjuszowskiej rodziny, po jednej z najlepszych uczennic z 
paszportem na wyższe studia: uciekła z Codym Sinclairem, 
trójkowym uczniem, łachmytą... Ale za to uroczym łachmytą!

Byli   bardzo   wyczerpani,   kiedy   dotarli   na   przedmieścia 

Buffalo. W ciągu dnia wymienili z sobą zaledwie parę słów. 
W czasie jazdy na motocyklu we dwoje nie można prowadzić 
ożywionych rozmów. Jane bolały wszystkie kości, chyba do 
tego odparzyła sobie siedzenie. Ręce jej ścierpły od trzymania 

background image

się Cody'ego i poza tym czuła się dalej od rodzinnego domu, 
niż   da   się   określić   liczbą   kilometrów.   Uczyniła   rzecz 
niedopuszczalną i nie do pomyślenia. Poszła za głosem serca. 
Przyjęła   propozycję   Cody'ego   porzucenia   dawnego   życia   i 
rozpoczęcia nowego wraz z nim. Brakowało słów na opisanie 
jej przerażenia. Ale nie żałowała swojej decyzji.

Zmęczeni, zmaltretowani drogą, wynajęli w motelu pokój. 

Rzucili się na łóżko, pragnąc spać. Pragnęli jednak jeszcze 
czegoś.

 - Jeszcze nigdy tego nie robiłam - szepnęła do Cody'ego.
 - Wszystko będzie dobrze, kochanie - odparł.
 - Boję się.
 - Czego?
Że   mnie   porzucisz,   że   zostanę   z   pustką   w   sercu...   Tak 

chciałaby odpowiedzieć, ale tylko jęknęła.

 - Janey, Janey, kochanie! - Usiłował ją uspokoić, gładził 

jej włosy, odgarniał kasztanowe kosmyki z jej policzków. - 
Ożenię   się   z   tobą.   Obiecałem.   Pojedziemy   do   Nevady. 
Weźmiemy ślub i...

 - Ja nie tego się boję. - Boję się, że mogłam popełnić błąd, 

zakochując   się   w   tobie,   pomyślała.   Zrezygnowałam   ze 
wszystkiego i boję się tego, co mi przyniesie los. - Czy to 
będzie bolało? - spytała i jednocześnie poczuła żar ogarniający 
ją pod wpływem pieszczoty.

  -   Nie   -   zapewnił,   przesuwając   dłoń   wzdłuż   jej   ciała. 

Powoli i delikatnie. Ach, jakież to było cudowne. Wargami 
musnął jej wargi. - Nigdy nie zadam ci bólu...

Wtedy nie zadał jej bólu, przypominała sobie, czekając na 

windę, która miała zawieźć ją do redakcji. Zadał ból później. I 
robił to nadal, dwanaście lat później, usiłując ją szantażować. 
Szantażować! Usiłując wykorzystać zwykłe przeoczenie i na 
nim zarobić. Gotowa była rozszarpać go na kawałki.

background image

Winda   wreszcie   zjechała,   zapraszająco   rozsunęły   się 

drzwi.   Zaczerpnęła   głęboko   powietrza,   postanawiając 
opanować się, by móc racjonalnie stawić czoło czekającej ją 
batalii   z   Codym.   Do   windy   wsiadła   z   kobietą   w   średnim 
wieku,   rozsiewającą   duszny   zapach   perfum,   i   z   młodym 
mężczyzną, namiętnie obrabiającym miętową gumę do żucia. 
Ignorując owe gryzące się z sobą zapachy, zaczęła odliczać 
sekundy.   Raz,   dwa,   trzy...   To   ją   nieco   uspokoiło.   Musi, 
absolutnie musi być spokojna, by Cody znów nie górował nad 
nią.   Dziś   ona   będzie   decydowała   o   przebiegu   rozmowy. 
Postraszy go prawniczym żargonem, w którym znajduje się 
miejsce na zawoalowane groźby. Załatwi sprawę i wróci do 
swego miłego i spokojnego życia w Bostonie.

Na czwartym piętrze drzwi windy cichutko się rozsunęły. 

Wyszła zadowolona, że zostawia za sobą mdlące zapachy. Tuż 
za holem znajduje się tętniąca życiem sala redakcyjna, gdzie 
poprzedniego   dnia   uprzejma   redaktorka,   chyba   redaktorka, 
poinformowała Jane, gdzie o tej porze można zastać Cody'ego.

Ta sama osoba siedziała dziś rano za biurkiem tuż przy 

drzwiach.   Tym   razem   Jane   lepiej   się   jej   przyjrzała. 
Trzydzieści   parę   lat,   nieskazitelna   mahoniowa   cera,   włosy 
splecione   w   niezliczoną   ilość   małych   warkoczyków.   Jane 
przybrała   przyjazny   uśmiech   i   podeszła   do   kobiety,   która 
natychmiast ją poznała.

 - Jak się masz, skarbie? Czy znalazłaś wczoraj Cody'ego?
 - Tak. - Jane łakomie spojrzała na dymiący kubek kawy 

na biurku i zapragnęła nagle kilku łyków. Trzy kubki, jakie 
wypiła już w hotelu, to za mało na to, co ją czeka. Parę łyków 
też   za   mało.   Potrzebowałaby   paru   litrów,   żeby   umysł   jej 
zaczął właściwie funkcjonować.

  - A co mogę dla pani zrobić dziś? - spytała kobieta tak 

śpiewnie   i   tak   przeciągając   sylaby,   że   Jane   potrzebowała 
dobrych paru sekund, by przełożyć to na angielski.

background image

  -   Znowu   szukam   Cody'ego   -   przyznała,   zmieniając 

konwencjonalny uśmiech na lekko zakłopotany, by wzbudzić 
sympatię. - Czy już jest?

  - O tak. Zdaje się, że coś zmajstrował i ma kłopoty. - 

Kobieta się roześmiała.

A więc Bóg jednak czuwa i pokarał Cody'ego, pomyślała z 

satysfakcją Jane.

 - Co przeskrobał?
  -   Nie   wiem.   Przed   piętnastoma   minutami   wezwał   go 

naczelny. Jest tam też nasz radca prawny. To zawsze pachnie 
czymś niedobrym, kiedy z najwyższego piętra schodzi nasz 
radca prawny.

 - Może Cody złamał parę prawnych zakazów - podsunęła 

Jane z nadzieją w głosie.

 - Może, może. Mnie by to nawet nie zdziwiło. - Kobieta 

upiła   parę   łyków   kawy   i   odwróciła   głowę   w   kierunku 
oszklonego przepierzenia w głębi wielkiej i bardzo hałaśliwej 
sali. - O, oni są tam i mielą ozorkami. Ale nie widzę, żeby 
Cody miał już założone kajdanki.

Szkoda, że nie. Byłoby łatwiej z nim pogadać, gdyby miał 

na przegubach obrączki.

Skąd przychodzą jej do głowy takie myśli? Od kiedy stała 

się osobą żądną zemsty? Z natury jest przecież pacyfistką. Nie 
znosi przemocy, nigdy nikogo nie uderzyła. To Cody Sinclair 
wyzwala w niej najgorsze instynkty.

Rzuciła na kubek ostatnie tęskne spojrzenie i odeszła od 

biurka   ciemnoskórej   kobiety.   Obrzuciła   wzrokiem   salę 
redakcyjną,   oświetloną   jarzeniowymi   rurami.   W   ich   bieli 
kąpały   się   niezliczone   biurka   z   monitorami   i   klawiaturami 
oraz   telefonami.   Przed   każdym   stanowiskiem   stał   czarny, 
obrotowy   fotel.   Tylko   kilka   było   zajętych,   chociaż   między 
biurkami kręcił się spory tłumek, bliski chyba jakiegoś obłędu. 

background image

Jane przestała się nim interesować i skupiła wzrok na trzech 
mężczyznach w oszklonym kojcu.

Cody najwidoczniej nie uważał za potrzebne, by ubierać 

się  starannie. Miał  na  sobie  wypłowiałe  prawie  do białości 
dżinsy i ciemnowiśniową koszulkę. Jane była pewna, że na 
nogi   włożył   jakieś   zniszczone   adidasy.   I   nie   dbał   także   o 
uczesanie:   czarne,   gęste   włosy   sterczały   mu   niesfornie. 
Najciekawsze, że jego postawa wcale nie wskazywała na to, 
że   stoi   pod   pręgierzem.   Za   to   dwaj   pozostali   rozmówcy, 
ubrani   w   lekkie   letnie   garnitury,   wydawali   się   wyraźnie 
poruszeni i zdenerwowani.

Jane   nie   dała   się   jednak   nabrać   na   te   pozory   spokoju. 

Wiedziała, że Cody nie znosi, by beształ go ktokolwiek, w 
garniturze czy bez. Im bardziej wydawał się opanowany, tym 
bardziej gorzał wewnętrznie. Pamiętała, jak w szkole zamykał 
się w sobie, gdy tylko wpadał w kłopoty. Zawsze wyglądał 
tak,   jakby   nic   go   nie   obchodziło,   jakby   się   w   ogóle   nie 
przejmował, a w rzeczywistości tłumił rozsadzający go gniew 
czy   gorycz,   rejestrując   wszystko   w   pamięci,   by   móc   w 
przyszłości wyrównać rachunki. Cody nienawidził wszelkich 
przepisów   i   zasad   z   wyjątkiem   tych,   które   sam   sobie 
ustanowił.

Jane postanowiła zachować spokój bez względu na to, w 

jakim humorze Cody wyjdzie od naczelnego. I bez względu na 
to, co tam się teraz może dziać. Im będzie spokojniejsza, tym 
większa szansa, że uspokoi Cody'ego po tej awanturze i skłoni 
go do złożenia podpisu na dokumentach. Z pewnością jest tu 
gdzieś jakiś notariusz. Pójdą do niego, Cody podpisze i będzie 
po wszystkim. A jeśli rzeczywiście znalazł się w tarapatach, to 
nie będzie skłonny ich mnożyć, wdając się w kłótnię z Jane. 
Może nawet będzie chciał jak najszybciej się jej pozbyć.

Drzwi  oszklonego  przepierzenia   stanęły  otworem.   Cody 

jeszcze   coś   powiedział,   najwidoczniej   żegnał   się   lub 

background image

przepraszał,  i   wszedł  do  sali  redakcyjnej.  Zobaczył  Jane   w 
chwili, gdy zamykał za sobą drzwi. Nie zatrzasnął ich, co było 
dobrym   znakiem,   natomiast   zwarte   w   wąską   linijkę   usta 
świadczyły o czymś innym. Jego ostre spojrzenie trafiło prosto 
w jej oczy. Poczuła się jak cel dla rakiety, która za chwilę 
zostanie odpalona.

Zdecydowanie lepszy znak.
Odsunął kosmyki opadające mu na brwi i ruszył ku niej 

swoim typowym krokiem. Gdy znalazł się bliżej, zauważyła, 
że drga mu mięsień policzka. Zdenerwowanie? Podniecenie? 
Ale czym? Nie odwracając od niej oczu i nie odpowiadając na 
pozdrowienia paru pracowników, ominął zręcznie kilka biurek 
i kilka osób, by wreszcie stanąć przed nią twarzą w twarz. 
Dzieliło ich najwyżej dziesięć centymetrów.

 - Dzień dobry - powitała go uprzejmie.
  -   Chodźmy   stąd   -   odparł   ostro,   ujął   pod   ramię   i 

poprowadził szybkim krokiem do windy.

Zadziwiające, że nie zaczął jej karcić za przyjście Lnie 

obrzucił   sarkastycznymi   uwagami.   Jeszcze   bardziej   była 
zdziwiona sposobem, w jaki ją prowadził. Dotyk jego dłoni 
był delikatny, troskliwy. Co gorsze, wywołał w niej dreszcz, 
który   przeniknął   ciało,   łącznie   z   sercem,   do   którego   Cody 
dawno już utracił prawo.

Zagryzła wargi, by broń Boże nie poprosić o zabranie ręki, 

co byłoby krępujące dla obojga. Gdy zjawiła się winda, Cody 
Wprowadził   Jane   do   środka,   a   po   zamknięciu   drzwi 
natychmiast ją puścił.

Jane   nagle   jakby   straciła   wszystkie   siły.   Z   wielkim 

wysiłkiem   utrzymywała   równowagę.   Winda   błyskawicznie 
zwiozła ich na parter. Niedobór kofeiny i nadmiar obecności 
Cody'ego przedziwnie na nią wpływały - jazda windą, która 
nigdy nie robiła na niej wrażenia, tym razem wydawała się 
zjazdem do piekieł.

background image

W   holu   ponownie   ujął   ją   pod   rękę   i   zaprowadził   do 

kafeterii.   Pojawiła   się   nadzieja   na   kawę,   ale   nadziei 
towarzyszyła   nieprzyjemna   myśl,   że   Cody   pragnie   tego 
samego, co paradoksalnie podkreślało i przypominało, że coś 
ich jednak łączy, choćby to było tylko to drobne pragnienie. A 
jeśli okaże się, że łączy ich coś jeszcze?

Usiedli przy stoliku pod oknem. W zasadzie Jane powinna 

była od razu przystąpić do rzeczy, ale coś ją powstrzymywało. 
Wiedziała co: ciekawość, jaką to rozmowę odbył Cody przed 
chwilą z redaktorem naczelnym i radcą prawnym.

Oczy   Cody'ego   błysnęły   jak   dwa   bliźniacze   lusterka 

odbijające świat, ale nie pozwalające domyślać się, co kryje 
się poza nimi. Dłonie położył na stole. Silne szerokie dłonie o 
długich,   lecz   spracowanych   palcach.   Te   palce   pasowały 
bardziej   do   kierownicy   motocyklowej   niż   do   aparatu 
fotograficznego.

  - Jak to się stało, że zostałeś fotoreporterem? - spytała 

Jane.

Podeszła kelnerka, niosąc zdjęte z podgrzewacza naczynie 

z kawą.

  -   Cześć,   Cody!   -   mruknęła,   odpowiadając   na   jego 

skinienie głową, i napełniła kawą dwa grube kubki. - Coś do 
jedzenia?

Gody spojrzał pytająco na Jane.
 - Kawa, tylko kawa - odparła.
 - Wobec tego dziękuję - powiedział Cody. Kelnerka przed 

odejściem obdarzyła go uśmiechem.

 - Nienawidzę określenia fotoreporter - oznajmił.
 - Dlaczego?
 - Brzmi zbyt... - Zabrakło mu słowa.
 - Zbyt profesjonalnie - pospieszyła z pomocą.
Na ustach Cody'ego pojawił się na krótką chwilę uśmiech 

rozbawienia.

background image

 - Zbyt sztucznie, zbyt intelektualnie - poprawił.
 - A co w tym złego, że intelektualnie?
 - To nie w moim stylu. Powinnaś to wiedzieć.
Wiedziała, że Cody czerpie zadowolenie z wypierania się, 

że   jest   inteligentny,   a   nawet   błyskotliwy.   W   jego 
skrzywionym   rozumieniu   inteligencja   i   intelektualne 
zainteresowania sugerują snobizm, mola książkowego i nadętą 
postawę.   Dla   Jane   była   to   jedynie   chęć   wykorzystania 
posiadanych zdolności.

  - To, co robię, jest w zasadzie bardzo proste i bardzo 

zwykłe - zaczął jej wyjaśniać. - Mój szef krzyczy: „Sinclaire, 
leć na Esplanadę, leży tam nieboszczyk". Na to ja wtedy łapię 
sprzęt i pędzę obstrykać tego nieboszczyka. Jedno ze zdjęć 
ukazuje się następnego dnia w gazecie. I to wszystko.

  -   No   i   właśnie   opisałeś   pracę   fotoreportera   - 

skomentowała.

Po   raz   wtóry   przez   jego   twarz   przemknął   wyraz 

rozbawienia.

  -   Fotoreporter   dostrzega   wszystko   w   pewnej 

perspektywie.   W   kontekście.   Ma   swój   punkt   widzenia.   Ma 
jakąś sprawę. Coś do załatwienia. Ma nadzieję, że jego zdjęcia 
poruszą   sumieniami   ludzi   i   każą   im   coś   zrobić   w   sprawie 
wzrastającej   przestępczości   albo   coś   poradzić   na   to,   że 
człowiek patrzy na innego człowieka wilkiem, albo zająć się 
rozkładem moralnym. A ja po prostu operuję migawką i już.

 - Żadnego punktu widzenia? Żadnego zaangażowania?
  -   Najmniejszego!   -   Powiedział   to   z   dumą,   jakby   się 

chwalił.

 - Więc jak to się stało, że robisz zdjęcia prasowe? Nigdy 

bym   nie   pomyślała,   że   możesz   zarabiać   na   życie   aparatem 
fotograficznym.

 - Ot, stało się.

background image

 - Nikt nie zostaję fotografem ot tak. Byłeś mechanikiem 

samochodowym;

 - Zostałem mechanikiem, gdyż była to jedyna praca, jaką 

wtedy mogłem dostać - odparł sucho. - Miałem do wyboru 
garaż   albo   McDonalda.   W   garażu   lepiej   płacili.   Tobie   to 
oczywiście nie wystarczało, ale...

 - Mnie nie chodziło o pieniądze, Cody.
Jęknęła w duszy: po co znowu powraca do przeszłości! 

Zaraz zaczną się kłócić. Boże, będą się kłócić o pieniądze!

  -   Rzuciłaś   mnie,   ponieważ   nie   mogłem   zapewnić   ci 

zbytków - upierał się.

  -   Ja   nie   chciałam   żadnych   zbytków,   Cody.   Po   prostu 

chciałam   się   uczyć,  studiować. Wieczorami.   Byłam  gotowa 
cały   dzień   pracować.   Gdybym   tylko   mogła   chodzić 
wieczorami na wykłady...

 - To dużo kosztuje, a my nie mieliśmy pieniędzy. Ile nam 

pozostało,   kiedy   dobrnęliśmy   do   Los   Angeles?   Kilkaset 
dolarów. Na dwa miesiące czynszu za to okropne mieszkanie. 
I   księżniczka   z   Brookline   oświadcza   mi   wtedy,   że   chce 
zapisać się na uniwersytet.

  - Dla  ciebie  rzuciłam  Wellesley  College  -  odcięła   się. 

Była wściekła na Cody'ego, że wywołuje duchy przeszłości. 
Była wściekła na siebie, że mu na to pozwala.

 - No ale tatuś przysłał pieniądze, żebyś mogła wrócić do 

domu i zostać studentką upragnionego college'u.

 - Przestań! - Zazgrzytała zębami, a potem wypiła potężny 

łyk kawy i... poparzyła sobie język. Lepiej jednak poparzyć 
język niż powiedzieć coś, czego by potem żałowała.

Mogłaby   żyć   bez   Wellesley   College.   Mogłaby   żyć   bez 

pieniędzy. Nie mogła jednak żyć bez życiowych ambicji. Bez 
zaspokojenia choćby ich cząstki. Chodziło jej o kilka krótkich 
kursów,   by   nie   musiała   do   końca   życia   pracować   jako 

background image

sprzedawczyni w jakimś sklepie. Chciała zrobić tylko jeden 
mały kroczek w kierunku uniwersyteckiego dyplomu.

Cody   twierdził   wówczas,   tak   jak   i   teraz,   że   wszystko 

rozbijało się o pieniądze. Jane jednak zawsze podejrzewała, iż 
Cody boi się, by go nie przyćmiła, by nie znalazł się w jej 
cieniu. Nie obchodziło jej, czy on będzie nadal się uczył, czy 
nie.   Ona   pragnęła   się   uczyć   i   zdobyć   dyplom.   Było   to   jej 
marzeniem   i   celem   od   najmłodszych   lat.   Natomiast   Cody 
pragnął   być   i   pozostać   na   zawsze   celem   jej   życia.   Być 
jedynym celem jej istnienia. Był zazdrosny. Tak to w każdym 
razie postrzegała. Czy to wszystko jest teraz ważne? Przecież 
to już odległa przeszłość.

  -  Może   mi   jednak  wreszcie   powiesz,   jak  zostałeś  tym 

fotografem - powróciła do pierwotnego wątku.

Wzruszył ramionami,  jakby chciał podkreślić, że to był 

czysty przypadek.

 - Raz pomogłem jednemu facetowi na autostradzie. Było 

to w kilka miesięcy po twoim odejściu. Musiał być bogaty, bo 
miał  jaguara. Stał  na   poboczu,  a  spod  maski  buchała  para. 
Chciał lać zimną wodę do gorącej chłodnicy. Dopiero by się 
urządził.   Powstrzymałem   go,   powiedziałem   co   i   jak, 
pomogłem, dałem płynu i mógł jechać. Zamierzał mi zapłacić, 
ale   ja   nie   chciałem   pieniędzy.   Więc   ofiarował   mi   aparat 
fotograficzny.

  - Tak to się zaczęło? Naprawdę? - Może w istocie jego 

obecny zawód był rezultatem zwykłego przypadku?

  - To był nikon, drogi aparat, chociaż ja wtedy tego nie 

wiedziałem. Powiedział mi, że aparat należy do jego żony, z 
którą   się   właśnie   rozwodzi.   I   że   jest   to   paskudny   rozwód. 
Niech baba ma za swoje, skoro zostawia swoje rzeczy w jego 
samochodzie. Ponieważ w owym czasie mogłem zrozumieć, 
co on czuje, bo byłem w podobnym stanie, przyjąłem prezent.

background image

Jane   głośno   się   roześmiała.   Dziwna   historia,   ale   chyba 

prawdziwa.   Ludzie,   których   miała   okazję   poznać   podczas 
swego krótkiego pobytu w południowej Kalifornii, wydawali 
się emocjonalnie przewrażliwieni i lekko stuknięci. A Cody, 
którego   wówczas   znała,   w   żadnym   wypadku   nie   przyjąłby 
pieniędzy   od   obcego,   któremu   udzielił   pomocy   na 
autostradzie,   nic   natomiast   nie   stało   na   przeszkodzie,   by 
przyjął prezent od towarzysza niedoli.

 - Chodziłeś na kursy fotografii?
  -   Nie,   sam   wykombinowałem   co   i   jak.   W   ciągu   dnia 

pracowałem w garażu, a późnym popołudniem zabierałem się 
do fotografowania. Ludzi, wydarzeń, akcji. To jest bardziej 
interesujące   niż   robienie   widoczków.   I   wreszcie   zacząłem 
robić to dobrze. Miałem oko. Wynajął mnie lokalny tygodnik, 
gdzie płacono grosze, ale tam się nauczyłem pracy w ciemni. - 
Wzruszył znowu ramionami, sygnalizując, że życie jest wielką 
zagadką. - Znudziły mi się silniki samochodowe. Miałem dość 
obnoszenia   przez   cały   czas   smaru   pod   paznokciami,   więc 
zająłem   się   na   serio   fotografowaniem.   Przez   pewien   czas 
działałem jako wolny strzelec w Arizonie, w Phoenix, potem 
dostałem pracę w Denver, a teraz mam tę w Nowym Orleanie. 
Redaktorowi w „Sentinelu" podoba się mój styl robienia zdjęć 
z miejsc zbrodni. Ale ja nadał nie mam punktu widzenia.

 - Więc dlaczego masz prawny problem?
 - A skąd ty wiesz, że mam jakiś problem? - Spojrzał na 

nią spod przymrużonych powiek.

  - Widziałam, jak u redaktora naczelnego rozmawiałeś z 

radcą prawnym.

Otworzył usta, jakby chciał spytać, skąd ona wie, że to był 

radca prawny, ale zrezygnował. Zamiast tego upił trochę kawy 
i wygodnie usiadł.

  -   Jakiś   dureń   wytoczył   gazecie   sprawę,   a   przyczyną 

jestem ja.

background image

 - Dlaczego ty? Coś takiego zmalował?
Obrzucił ją badawczym spojrzeniem i ponownie zajął się 

kawą.   Nim   odstawił   kubek,   doszedł   najwidoczniej   do 
wniosku, że może jej się zwierzyć:

  -   Przed   paroma   tygodniami   kazano   mi   lecieć   na 

Esplanadę,   ponieważ   leży   tam   trup.   Poleciałem,   narobiłem 
masę   zdjęć,   wywołałem   je   i   gazeta   opublikowała   jedno, 
przedstawiające   gromadę   gapiów   wokół   sceny   zabójstwa. 
Wybrali to, ponieważ było najlepsze. Udało mi się wychwycić 
istotę wydarzenia. Krew, groza i gapie, rozumiesz?

 - Rozumiem.
  -  Jednym  z   gapiów  w  tle  był  dżentelmen   z   La  Place. 

Pastor baptystów, zupełnie miły facet. Znany jako miły. No i 
ten miły pastor stał w drzwiach domu, gapił się na trupa, na 
krew,   a   ramieniem   obejmował   miejscową   prostytutkę. 
Okazuje się, że paru parafian zobaczyło to zdjęcie. Jednym z 
nich, a raczej jedną z parafianek, była jego żona. Nim miły 
pastor   się   zorientował,   został   wyrzucony   na   zbity   pysk   z 
parafii, a  z domu przez  żonę. Zrobił to, co zrobiłby każdy 
Amerykanin   z   krwi   i   kości:   wytoczył   gazecie   proces, 
domagając się dużego odszkodowania.

  -   Absurdalny   pozew!   -   zawołała   Jane.   -   On   sam   jest 

winien, zadając się z prostytutką. Nie ma podstaw do żadnych 
roszczeń.

  -   On   twierdzi,  że   gazeta   opublikowała   to   zdjęcie 

świadomie, żeby go zniszczyć i upokorzyć.

  - Jak gazeta mogła  zrobić  to świadomie?  Przecież  nie 

miałeś pojęcia, kim on jest, kiedy oddawałeś zdjęcie do druku, 
prawda?

Milczał.   Po   chwili   spuścił   wzrok   i   zaczął   bawić   się 

łyżeczką do kawy. Na ustach pojawił mu się enigmatyczny 
uśmieszek.

 - Wiedziałeś, że to jest pastor?

background image

 - To było tak: w naszym niedzielnym dodatku był długi 

artykuł na temat udziału różnych parafii w życiu  miejscowej 
społeczności.   Jedną   z   szeroko   omówionych   parafii   była 
kongregacja baptystów w La Place...

 - Wiedziałeś, że to jest pastor? - powtórzyła cierpko. Tym 

razem Cody odważył się wytrzymać jej oburzone spojrzenie.

  - Tak. Wiedziałem też, że chce uchodzić za wzór cnót, 

być podporą całej społeczności, moralnym przywódcą i tym 
podobne dyrdymały, które opowiedział dziennikarzowi. No i 
kiedy robiłem te zdjęcia na Esplanadzie i nagle zobaczyłem w 
tle podporę całej społeczności z ręką na tyłku dziwki - to mi 
się   niedobrze   zrobiło.   Nie   miałem   najmniejszego   zamiaru 
obnażać faceta przed ludźmi, ale skoro on mi się obnaża sam i 
pakuje w kadr, to dlaczego nie mam nacisnąć spustu migawki? 
Stał   tam,   w   tłumie,'   pokazywał   się   publicznie   w   miejscu 
przestępstwa.   Materiał   opublikowany   przez   „Sentinela" 
zawierał dwa wątki. Tym lepiej.

Jane  zdołała  trochę   ochłonąć.  Jej   pierwszą   reakcją  jako 

prawnika było głębokie oburzenie, iż Cody w tak oczywisty i 
niecny sposób wykorzystał przypadkową obecność pastora w 
miejscu   publicznym.   Jednakże   kolejna   reakcja,   bardziej 
wyważona,   pochodziła   od   kobiety,   która   nienawidzi 
hipokryzji.

  -   A   więc   jesteś   jednak   fotoreporterem,   skoro   robisz 

zdjęcia, które zawierają głęboką treść i o czymś mówią.

 - Wykonałem tylko otrzymane zadanie.
  -   I   tego   dnia   wykonałeś   je   w   sposób,   który   pozwolił 

ludziom zdać sobie sprawę, jakim śliskim człowiekiem jest 
pastor. - To była opinia Jane, ale następne pytanie pochodziło 
już od prawniczki: - Czy twój redaktor, wybierając zdjęcie, 
wiedział, kto się na nim znajduje?

 - Tak. I też ma w związku z tym problem. W rozmowie z 

wydawcą udaje niewiniątko, twierdzi, że nie zauważył w tle 

background image

żadnej znajomej twarzy, ale ja wiem, że poznał pastora równie 
dobrze jak ja.

 - No cóż, zniszczyłeś pastorowi życie... - zaczęła Jane.
 - On sam je sobie zniszczył - poprawił Cody.
  -   Dobrze,   sam   zniszczył,   a   ty   dla   potomności 

zarejestrowałeś ten fakt na kliszy. Ile on żąda?

  - Pięć milionów dolarów, ale wiem, że weźmie tyle, ile 

uda mu się wycisnąć. Moi szefowie zaczynają na mnie patrzeć 
jak na kogoś, kto ich będzie kosztował cholerne pieniądze.

 - Gazeta nie ma zamiaru cię bronić?
  - Nie. Wydawca chce na boku dojść do porozumienia z 

facetem i pozbyć się problemu z podporą społeczności,

Jane   westchnęła.   Wiedziała   dobrze   o   korzyściach 

płynących   z   polubownego   załatwiania   podobnych   spraw 
nawet wtedy, gdy pozwy są tak absurdalne jak ten właśnie.

 - To jest tak zwany pozew nękający - powiedziała.
 - Oj tak, jegomość chce nas ponękać.
 - Bardzo źle, że „Sentinel" nie chce sprawy sądowej. Do 

wygrania śpiewająco.

 - Tak myślisz? - spytał z nadzieją w głosie.
 - Owszem, jeśli jest jeszcze jakaś sprawiedliwość na tym 

świecie. No ale procesu nie będzie, więc nie przekonamy się o 
tym. Tak często bywa z pozwami  nękającymi. Zbyt nękają 
pozwanych, żeby chcieli się w nie bawić.

 - Ale gdybyś ty była adwokatem w takiej sprawie i miała 

czas na powalczenie w sądzie, to byś wygrała, tak?

  - Zabawne byłoby spróbować. - Uśmiechnęła się. Cody 

głęboko się zamyślił, spoglądając przez cały czas na Jane. Nie 
mógł   oderwać   od   niej   wzroku.   Zastanawiał   się   też,   na   co 
właściwie patrzy i co widzi. Bardzo zdeprymował tym Jane, 
ukrytą   za   trzymanym   oburącz   kubkiem   kawy,   z   którego 
sączyła zimny już płyn. Skrzywiła się.

background image

 - Widzę, że nie lubisz kawy po luizjańsku - zauważył w 

końcu.

  -   Dobra,   ale   już   zimna   -   odparła.   -   Na   szczęście   jest 

mocna i pozwala mi jasno myśleć. A jest mi to teraz bardzo 
potrzebne.

  -   Wiesz   co,   Jane,   jesteś   najmądrzejszą   ze   wszystkich 

kobiet,   jakie   kiedykolwiek   poznałem.   A   ciebie   poznałem 
bardzo   dobrze.   Mężczyzny   mądrzejszego   od   ciebie   też   nie 
znam. Ty wiesz bardzo dobrze, że nasz szanowny pastor Bob, 
bo tak mu na imię, potrząsa, ile może, drzewkiem „Sentinela" 
w nadziei, że coś mu z tego drzewka spadnie.

 - Bob i co dalej?
 - Dalej? Wielebny Robert J. Stanhope.
Tym razem nie dała się wziąć na lep słodkiego uśmiechu i 

odwróciła głowę od jego oczu i silnych palców, obejmujących 
kubek   z   kawą.   Nie   była   pewna,   o   co   mu   chodzi.   Czy 
przypadkiem   nie...   Nie   dokończyła   własnej   myśli   i   szybko 
dodała:

 - Jestem pewna, że „Sentinel"...
  -   Zamierza   uciec   od   sprawy   -   dokończył   za   nią.   .   - 

„Sentinel" chce publikować sensacje, ale nie zamierza stać się 
jednym z sensacyjnych tematów i łakomym kąskiem dla ich 
łowców. „Sentinel" jest zdania, że proces z duchownym może 
obrócić się przeciwko pismu.

  - A ty pewno uważasz, że sądzenie się z duchownymi 

powinno być chlebem powszednim?

  - Wszystko się we mnie burzy na myśl, że uda mu się 

wycyganić pieniądze.

 - Czy może kazali ci uczestniczyć w składce na biedaka?
  -   Powiedzieli,  że   pokryją   wszystkie   koszty.   Natomiast 

mój naczelny trzęsie się ze strachu i każe bardziej uważać, 
kogo fotografuję. "Bardziej uważaj"! Ty wiesz, co to oznacza?

 - Oznacza, że chce być kryty.

background image

 - To oznacza cenzurę moich zdjęć.
Nie   dziwiła   się   rozgoryczeniu   Cody'ego,   mimo   że   to 

rozgoryczenie i okazywana przy tym złość przypominały do 
złudzenia właśnie zajęcie wyraźnego stanowiska, czego Cody 
tak się wypierał, mówiąc o swojej pracy. Ludzie robiący po 
prostu   zdjęcia   nie   burzą   się   przeciwko   cenzurze.   To   jest 
przywilej fotoreporterów.

Obserwację   tę   zachowała   jednak  dla   siebie.   Kapitulacja 

kierownictwa dziennika złościła ją nie mniej niż Cody'ego, ale 
cóż mogła na to poradzić. Poza tym ma własne kłopoty.

  -   No   cóż,   Cody.   Trudno.   Niech   się   układają   z   twoim 

wielebnym.   Za   kilka   miesięcy   wszyscy   o   tym   zapomną   i 
wtedy będziesz mógł przestać „bardziej uważać".

  -   Kiedy   ja   nie   potrafię   uważać   -   odparł   Cody 

niepocieszony.

To   prawda.   Jane   nie   mogła   sobie   przypomnieć   choćby 

jednego   przypadku,   kiedy   Cody   zachował   specjalną 
ostrożność. Z wyjątkiem oczywiście podstawowych czynności 
oraz   szczególnych   -   kiedy   na   przykład   oboje  jechali 
motocyklem.   Gdy   jednak   chodziło   o   takie   sprawy,   jak 
uganianie   się   za   dziewczyną   zupełnie   dla   niego 
nieodpowiednią, o porwanie jej z domu i rzucenie wyzwania 
całej rodzinie, to wtedy o ostrożnym postępowaniu nie mogło 
być mowy.

Dlatego trzeba teraz postępować z nim w rękawiczkach, 

łagodnie, spokojnie. Skoro jest na tyle nieodpowiedzialny, że 
chce się przeciwstawić opinii radcy prawnego i stracić pracę, 
to może okazać się równie beztroski w sprawach dotyczących 
Jane...

 - Cody, a jeśli chodzi o ten twój podpis...
 - Nie chcę pieniędzy - przerwał jej nagle. - Nigdy ich nie 

chciałem i nigdy nie wezmę. - Jesteś pewien? Bo wczoraj...

 - Wczoraj chciałem cię podrażnić, żebyś nie mogła spać.

background image

Westchnęła. Mógł ją podrażnić i rozdrażnić bez potrzeby 

przedstawienia siebie w tak złym świetle. Poza tym fakt, że w 
nocy myślała o nim, a nie o narzeczonym w Bostonie, był 
symptomem jeszcze czegoś, o czym teraz wolała nie myśleć.

 - Ale nie podpiszę dokumentów - dodał spokojnie, jakby 

informował, że zaczyna padać deszcz.

Jane   zdębiała,   pozbywając   się   czym   prędzej 

kwaśnosłodkich   uczuć   o   sentymentalnej   barwie,   które   nią 
zawładnęły.

 - Musisz podpisać - wydusiła. - To leży również w twoim 

interesie.

Na   twarzy   Cody'ego   pojawił   się   uśmiech   psotnego 

chłopca.

 - A dlaczego miałbym to podpisywać?
 - Możesz spotkać dziewczynę, z którą będziesz chciał się 

ożenić.

  -   Nie   zamierzam   tego   robić.   Pewno   zażądałaby 

wystawnego   ślubu   albo   czegoś   równie   kosztownego.   -   Nie 
mógł   się   oprzeć,   by   nie   wsadzić   jeszcze   jednej   szpileczki 
rodzinie Thayerów. - Spójrzmy rozsądnie na sytuację, Jane. 
Raz się ożeniłem i nie wyszło mi. Nie sądzę, żebym chciał 
powtarzać ten błąd.

Chciałaby   uwierzyć,   że   Cody   tylko   żartuje,   ale   nie 

należało tego zakładać. Z Codym nigdy nie było wiadomo, 
dlaczego coś robi czy mówi i do czego zmierza. Ona sama też 
często tego nie wiedziała. Ale jeżeli nie podpisze zgody na 
rozwód? Boże drogi!

 - Mówisz, że nie chcesz pieniędzy, ale ja jestem ci gotowa 

wynagrodzić wszystkie kłopoty - powiedziała, tłumiąc rosnący 
niepokój.   Niby   jakie   kłopoty?   Chodzi   o   zwykły   podpis. 
Poprzedniego dnia była gotowa udusić go gołymi rękami za 
to, że żąda pieniędzy, a teraz sama mu je ofiaruje, widząc w 
tym jedyne wyjście z sytuacji. - Ile jest warta twoja zgoda?

background image

 - A ile jest warta dla ciebie? - odwrócił pytanie.
On wie doskonale, ile to jest dla mnie warte i co znaczy, 

pomyślała. Nie mogła  wyjść  za  Marka bez rozwodu. Cody 
specjalnie ją gnębi. Bawi się tym. Wolałaby nie kupować jego 
zgody,   ale   skoro   nie   ma   innego   wyjścia...   Zaczęła 
podejrzewać, że pieniądze są najszybszą drogą do jego serca. 
Być może  jedyną. Teraz beztrosko się uśmiechał. Dołki na 
jego   policzkach   stały   się   bardziej   wyraziste,   oczy   nabrały 
większego blasku.

  -   Więc   tak   bardzo   chcesz   załatwić   ten   rozwód,   co?   - 

spytał.

 - Chciałabym. W chwili obecnej może myślisz, że jest ci 

to   niepotrzebne,   ale   któregoś   dnia,   jeśli   znajdziesz 
odpowiednią kobietę i zakochasz się...

 - Już raz mi się to przytrafiło.
Nie była pewna, czy to o niej mowa. I nie chciała tego 

wiedzieć.

 - Proszę cię! Bardzo cię proszę!
Jakże nisko upadłam, pomyślała. Jeszcze chwila, a zacznę 

czołgać się u jego stóp.

 - Skoro tak bardzo prosisz, to podpiszę ten twój cholerny 

papierek. Ale nie za pieniądze.

Ogarnął ją nowy niepokój. Nie za pieniądze, a za co? Cóż 

mogła mu ofiarować oprócz pieniędzy? Czego on może tak 
pragnąć, by od tego uzależnić zgodę? Chyba nie chodzi mu o 
kwieciste   podziękowanie.   A   jeśli   przyszło   mu   do   głowy, 
żeby...?

Zaczerwieniła   się.   Ona,   ceniony   adwokat   Jane   Thayer, 

profesjonalistka   w   swoim   zawodzie,   zaczerwieniła   się   jak 
jakaś smarkata panna. Jak Jane Thayer sprzed dwunastu lat. 
Miała wielką ochotę wstać i wyjść, i niech Cody sobie gnije w 
tym   upalnym,   wilgotnym,   dekadenckim   mieście,   gdzie 

background image

pastorzy bratają się z prostytutkami, a na Esplanadzie trupy 
leżą tak długo, aż ich Cody nie sfotografuje.

Ale   nie   może   odejść,   póki   Cody   nie   podpisze   tego 

przeklętego dokumentu.

 - Pomożesz mi z tym pozwem - oznajmił poważnie, choć 

z   uśmiechem   na   twarzy.   -   Pomożesz   mi   przekonać 
kierownictwo gazety, że ta pijawka, nasz szacowny pastor, nie 
zasługuje nawet na dziesięć centów. Pomożesz mi pozbyć się 
całej historii i wygrasz sprawę w sądzie. Wtedy podpiszę ci 
wszystko, co chcesz.

Ogarnęła   ją   panika.   Ofiarowanie   mu   pieniędzy   było 

głupstwem w porównaniu z tym, co proponował. Jakże ma mu 
pomóc w sprawie, której rozstrzygnięcia przez sąd redakcja 
nie chce, zamierzając iść na ugodę? Poza tym Jane nie miała 
prawa   występowania   przed   sądami   w   Luizjanie,   a   gdyby 
nawet miała, to pewno poszłaby tym samym torem, co radca 
prawny gazety, gdyż pozwy tego typu, wstrętne i rzeczywiście 
nękające, nie były warte zachodu i kosztów procesowych.

 - Nie mogę - odparła. - W tym stanie nie mam uprawnień 

adwokackich, a także...

 - Nie musisz występować przed sądem. Przekonaj pastora 

Boba, żeby wycofał pozew. Chyba to możesz zrobić?

  -   Nie.   Nie   mam   podstaw,  żeby   go   o   czymkolwiek 

przekonywać.

  -   Jesteś   adwokatem,   i   to   na   pewno   świetnym,   jeśli 

pracujesz   w   wielkiej   bostońskiej   firmie.   -   Cody   mówił   z 
zapałem   i   wiarą   w   głosie.   -   Jesteś   cholernie   mądra. 
Wykształcona. Potrafisz to zrobić.

Była gotowa protestować. Nie mogła dalej pakować się w 

mętną sprawę z jakimś pastorem i redakcją gazety. To nie jej 
problem. To problem Cody'ego. Poza tym może upłynąć wiele 
dni, nim uda się zorganizować spotkanie z tym pastorem, a 

background image

ona nie ma czasu. Musi wracać do domu, do pracy, do swego 
życia.

I raz na zawsze uwolnić się od Cody'ego. A nie uwolni się, 

jeśli on nie podpisze zgody... To ostatnie przeważyło.

  -   Dobrze   -   usłyszała   swój   głos.  -  Zobaczę,   co   można 

zrobić. Ale niczego nie obiecuję...

 - Niczego nie obiecujesz?
  -  Tylko   się   postaram.   To   wszystko,   co  mogę   obiecać. 

Sięgnął przez stolik i chwycił jej dłoń.

 - Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć - powiedział.
Miała podejrzenie, że przez cały czas manewrował nią z 

finezją mistrza.

Zawsze   umiał   przekonywać.   Być   może,   będąc   o 

dwanaście lat już starsza, Jane stała się znacznie mądrzejsza i 
ostrożniej sza, ale nadal nie wiedziała, jak się oprzeć takiemu 
człowiekowi jak Cody.

background image

Rozdział 4
Stary, hałaśliwy datsun ZX miał tak niskie zawieszenie, że 

podwozie niemal ocierało się o lekko wyboistą nawierzchnię 
drogi, a wyskakujące spod opon jak z procy drobne kamyki 
bębniły o blachę. Głębokie fotele były tak zbudowane, że Jane 
siedziała w pozycji półleżącej, niczym astronauta w pojeździe 
kosmicznym,   klimatyzacja   nie   działała,   więc   Cody   opuścił 
obie   szyby.   Gorące   powietrze,   jakby   nawiewane   prosto   z 
hutniczego pieca, smagało ich twarze.

Jane czuła się za stara na jazdę samochodem sportowym, 

zbyt poważna na uganianie się za grzesznym pastorem, by go 
przekonać, że czyni źle, składając w sądzie pozew. Była też 
zbyt   doświadczoną   i   dojrzałą   kobietą,   by   gapić   się   na 
prowadzącego wóz Cody'ego i wspominać, jak to było, kiedy 
oboje jechali na motocyklu. No i zbyt przyzwyczajona teraz 
do innego życia, by wspominać dawne dni.

  -   Co   się   stało   z   tamtym   motocyklem?   -   spytała   Jane 

sztucznie obojętnym tonem.

Rzucił jej krótkie, badawcze spojrzenie. Nie widziała jego 

oczu ukrytych za ciemnymi szkłami okularów.

 - Naprawdę chcesz wiedzieć?
Chwilę się zastanawiała, a potem potrząsnęła głową.
 - Właściwie to nie.
Bo po co wywoływać duchy przeszłości?
Przed dwudziestoma minutami opuścili budynek redakcji. 

Cody zabrał sprzęt fotograficzny i arkusze odbitek wszystkich 
zdjęć,   które   zrobił   na   Esplanadzie   owego   feralnego   dnia. 
Niektóre ze zdjęć były jeszcze bardziej kompromitujące niż to, 
które   opublikował   „Sentinel".   Jane   zastanawiała   się,   czy 
pokazanie wszystkich odbitek pastorowi i zwrócenie uwagi na 
to,   że   mogło   być   gorzej,   skłoni   wielebnego   do   wycofania 
pozwu.

background image

Przed wyjazdem Jane dokładnie obejrzała każde zdjęcie. 

Na   wielu   ciało   zabitego   było   ledwo   widoczne.   Mimo 
protestów   Cody'ego,   że   nie   jest   fotoreporterem,   wykonał 
świetną   robotę,   sporządzając   serię   zdjęć   przypadkowych   i 
nieprzypadkowych gapiów. Wychwycił ich przerażenie, szok i 
chorobliwą ciekawość, nie mówiąc już o, jakże znamiennym i 
widocznym, bezwstydnym pożądaniu pastora. Na przykład na 
jednym ze zdjęć pastor miętosił pierś prostytutki, na drugim 
łypał na nią pożądliwie, na trzecim trzymał za pośladki. W 
opinii   Jane   prawdziwym   grzechem   pastora   było   nie 
baraszkowanie z prostytutką, ale brak szacunku dla majestatu 
śmierci.   Bo   przecież   ofiara   zabójstwa   leżała   niespełna   dwa 
metry od miejsca, gdzie wielebny obmacywał dziewczynę.

Pastor już znalazł się pod pręgierzem i został publicznie 

upokorzony   -   stracił   parafię   oraz   żonę.   Może   rzeczywiście 
groźba jeszcze większego upokorzenia i przykrego rozgłosu 
skłoni go do wycofania pozwu? Jeśli będzie chciał coś ocalić 
ze   zdruzgotanego   życia,   to   chyba   jednak   nie   zaryzykuje 
publikacji pozostałych zdjęć.

Znajdowali się w połowie drogi do La Place. Cody nie 

wiedział,   gdzie   pastor   obecnie   mieszka.   Jego   adwokat 
odmówił   ujawnienia   adresu,   nie   chciał   bowiem,   by   gazeta 
kontaktowała się z pastorem za plecami doradcy prawnego. 
Cody był zdania, że adwokat się bał, iż autor zdjęć pojedzie do 
faceta i wypatroszy mu bebechy. Cody nie bawił się w dobór 
słów.

Jane wymogła na nim obietnicę, że jeśli odnajdą pastora, 

Cody   będzie   trzymał   ręce   przy   sobie.   Nie   miała   jednak 
wielkiej nadziei na odnalezienie rozpustnika, który ze wstydu 
skrył się na pewno pod ziemię. Jego dawny adres domowy 
znaleźli w książce telefonicznej La Place, ale ponieważ żona 
go wyrzuciła, prawdopodobieństwo, że go tam zastaną, było 

background image

nikłe. Z drugiej strony, jeśli kobieta jest mściwa, to może im 
powie, gdzie mają szukać jej zbłąkanego męża.

Cody miał również adres Baptyjskiego Kościoła Syjonu, 

gdzie   Stanhope   był   zatrudniony   jako  duszpasterz   do  chwili 
ukazania się w gazecie owego nieszczęsnego zdjęcia. Jechali 
więc teraz do kościoła. Jane sądziła bowiem, że łatwiej będzie 
wydobyć   jakąś   informację   od   ludzi,   z   którymi   Stanhope 
pracował, niż od wściekłej żony.

Powietrze nawiewane przez otwarte okna przesycone było 

koktajlem zapachów bagiennych. Wzdłuż szosy usadowiły się 
bary   szybkiej   obsługi   oraz   skupiska   małych   sklepików   i 
zakładów usługowych. Wistaria i magnoliowe drzewa czyniły 
tę handlową zabudowę znośną. W odróżnieniu od czerwonej 
cegły  królującej   w  Nowej  Anglii,  w  Luizjanie   dominowały 
pastelowe   barwy   tynków.   Jakże   tu   jest   inaczej,   pomyślała 
Jane.

 - Lubisz Nowy Orlean? - spytała Cody'ego.
  -   O   tak,   zwłaszcza   w   zimie.   Wcale   nie   tęsknię   za 

śnieżnymi zamieciami w Nowej Anglii.

 - Ale tu jest tak gorąco.
 - Można się przyzwyczaić.
Z   nie   znanych   sobie   powodów   była   niezadowolona,   że 

Cody przedkłada Nowy Orlean nad Boston.

  -   Jeden   z   twoich   kolegów   od   bilardu   nazywa   cię 

cholernym Jankesem.

Cody roześmiał się.
  -   Wolę   być   cholernym   Jankesem   niż   żabim   uchem   z 

Luizjany. A poza tym byli źli, że wygrywam. - Spoważniał. - 
Nic mnie już nie łączy z Bostonem. Nie mam powodu tam 
wracać.

 - A twoja matka?

background image

  -   Moja   matka   zrobiła   dla   mnie   tyle,   ile   potrafiła.   Ale 

nigdy   nie   była   bardzo   matczyna.   I   już   nie   mieszka   w 
Brookline.

Jane   zawsze   uważała,   że   matka   Cody'ego   jest... 

egzotyczna i raczej dziwna. Kilka razy się z nią spotkała i od 
samego początku pani Sinclair domagała się, by ją nazywać 
Debbie.   Wtedy   nie   miała   jeszcze   czterdziestki.   A   może 
dopiero   trzydzieści   pięć,   trzydzieści   sześć   lat.   Śmiesznie 
młoda   w   porównaniu   z   matką   Jane.   Cody   był   produktem 
szkolnej   miłości,   która   natychmiast   wyparowała,   gdy   Cody 
został   poczęty.   Nie   znał   ojca.   Właściwie   sam   się 
wychowywał,   podczas   gdy   matka   usiłowała,   zresztą   bez 
większego sukcesu, dorosnąć. W oczach Jane matka Cody'ego 
była   po   prostu   śmieszna,   krzykliwa   i   całkowicie 
nieodpowiedzialna.   Przez   wiele   lat   żyła   z   zapomogi 
społecznej, a w okresie romansu Jane i Cody'ego pracowała 
nocami jako kelnerka. Cody zapraszał Jane do siebie, kiedy 
matka była w pracy.

Jane nigdy nie korzystała z tych zaproszeń. Nie dlatego, 

by nie ufała Cody'emu. Należało przecież sądzić, że uzbrojony 
w   wiedzę   na   temat   „przygody"   swej   matki,   potrafiłby   się 
powstrzymać   przed   zgwałceniem   szkolnej   koleżanki.   Jane 
była po prostu porządną dziewczyną, a porządne dziewczyny 
nie chodziły do mieszkań kawalerów, jeśli nie było tam tak 
zwanej przyzwoitki.

  - A twoi rodzice? - spytał Cody. - Nadal mieszkają w 

Brookline?

  -   Nie.   Przed   paru   laty   ojciec   zaczął   mieć   problemy 

zdrowotne.   Głównie   artretyzm.   Teraz   czuje   się   dobrze,   ale 
musiał skończyć z pracą. Mieszka z matką na Hawajach. Tam 
ma lepszy klimat.

 - Ą rezydencja w Brookline?

background image

  - Masz na myśli mój  rodzinny dom? - Jane nigdy nie 

myślała o nim jako o rezydencji. To był po prostu wygodny, 
przestronny,   być   może   za   duży   na   trzyosobową   rodzinę, 
niemniej tylko dom. - Sprzedany.

  - Nie wyobrażam sobie twoich rodziców na Hawajach. 

Tacy zaprzysięgli i niemal typowi bostończycy.

  -   Rzeczywiście   brak   im   Bostonu.   Odwiedzają   go   co 

najmniej raz w roku. Ostatnio przylecieli na Wielkanoc i byli 
przez miesiąc, a teraz pojawią się na mój ślub.

 - Aa, na twój ślub! - Te kilka słów ociekało sarkazmem.
Jane była zła, że tak łatwo udaje mu się zepchnąć ją z 

ataku do obrony.

  - Chociaż ty uważasz, że już nigdy się nie ożenisz, nie 

masz   prawa   kpić   ze   ślubu   innych.   Tak   się   składa,   że 
zakochałam się w Marku i...

 - W Marku, powiadasz? Na imię ma Mark?
 - Mark. Masz coś przeciwko temu?
Gody   zerknął   na   Jane.   Na   jego   twarzy   malowało   się 

ogromne zadowolenie.

  - Absolutnie nic. Spytałem po prostu, czy ma na imię 

Mark.

 - Mark Dennison - uzupełniła, kipiąc ze złości.
  -   Mark   Dennison.   Bardzo   słusznie.   Tak   powinien 

nazywać się nadziany bankier.

 - Jesteś wulgarny - warknęła. Gdyby ktoś inny robił sobie 

podobne żarciki, potrafiłaby zachować godny podziwu spokój. 
Ale w przypadku Cody'ego było to niemożliwe. Zwłaszcza po 
tym,   jak   ją   zmusił   do   negocjowania   ze   Stanhopem.   Cody 
zawsze potrafił ją zmusić, skłonić, czy jak tam to nazwać, do 
nietypowego zachowania się i postępowania. Nietypowego dla 
niej. I dlatego teraz nietypowo kipiała.

  - Mark to bardzo porządny człowiek. Jest nam dobrze 

razem. Mark nie doprowadza mnie do szaleństwa i nie skłania 

background image

do nie przemyślanych kroków. Może jesteś zazdrosny? A bądź 
sobie.

 - Ja miałbym być zazdrosny? A niby dlaczego?
  - Dlatego  że on jest bogaty. Dlatego że jest bankierem. 

Dlatego że - zawiesiła głos - się ze mną żeni.

 - Nie ożeni się, jeśli nie podpiszę tego papierka.
 - Ale podpiszesz, Cody.
 - Skąd jesteś taka pewna?
  -   Bo   masz   dobre   serce.   -   Każdy   inny   byłby   mile 

połechtany   i   wziąłby   to   za   komplement,   ale   Jane 
podejrzewała,   że   Cody   uzna   tę   uwagę   za   obelgę.   I   bardzo 
chciała, żeby tak to zabrzmiało.

  -   Moje   serce   to   absolutnie   nie   twoja   sprawa,   Jane   - 

mruknął.

 - Ani moje nie jest twoją - odcięła się.
  - No i  świetnie. - Nacisnął gaz do deski. Malutki wóz 

skoczył,  jakby  mu   kto dał   klapsa.  Czyżby  Cody'emu   nagle 
zaczęło zależeć, żeby szybko załatwić sprawę i raz na zawsze 
pożegnać Jane? Takie sprawiał wrażenie.

Następne   kilka   minut   upłynęło   w   krępującym   oboje 

milczeniu. Cody skręcił z głównej szosy w drogę dojazdową 
do La Place, które było typowym miasteczkiem, jakie zwykle 
powstają na skrzyżowaniu kilku wielkich arterii przelotowych. 
W tym wypadku nad jeziorem. I wyglądało na miejsce, które 
właśnie powinno nazywać się po prostu Miejscem, czyli po 
francusku  La Place.  Jane nie zauważyła nic, co zwracałoby 
uwagę,   co   byłoby   inne,   ciekawe.   Zwykłe   ulice,   zwykłe 
budynki i najzwyklejsze samochody. No i ten tropikalny żar.

Cody jechał, jakby wiedział dokąd. Minął główną ulicę 

pełną   sklepów,   restauracji   i   kręglarni   i   skręcił   w   gęsto 
zabudowaną dzielnicę mieszkalną.

  -   Jest!   -   wykrzyknął,   kierując   samochód   ku   białemu 

drewnianemu   kościołowi   z   elewacją   z   desek.   Wjechał   na 

background image

przykościelny parking i zgasił silnik, po czym wyskoczył z 
auta, uwalniając się od gorącego fotela. Jane zrobiła to samo. 
Plecy miała mokre, pończochy mokre. Cody podniósł szyby i 
zamknął   samochód,   którego   siedzenia   będą  z   pewnością 
parzyły,   gdy   do   niego   wrócą.   W   co   ja   się   wpakowałam, 
pomyślała, oddychając z wysiłkiem. Miała wrażenie, że stąpa 
po gumie, tak zmiękł asfalt w tym prażącym słońcu.

Cody   upewnił   się   jeszcze,   czy   z   zewnątrz   nie   widać 

osłoniętego sprzętu fotograficznego, a potem spytał:

 - Które z nas kieruje rozmową? Ty czy ja?
 - Ja - odparła. Była nieco zdziwiona, że Cody zostawia jej 

wybór.   Oznacza   to,   że   nie   jest   zbyt   pewien,   jak   należy 
postępować   w   podobnej   sytuacji.   A   może   chce   dać   do 
zrozumienia,   że   ma   pełne   zaufanie   do   jej   prawniczych 
umiejętności.

Obdarzyła   go   uśmiechem,   który   miał   go   uspokoić   i 

zapewnić, że wszystko jest pod kontrolą. Zawsze okazywała 
taki uśmiech klientom przed oczekiwanym rozstrzygnięciem 
ważnej   sprawy.   Następnie   poprawiła   bluzkę,   wsuwając   w 
spódnicę jej skraj, który się wymknął w czasie jazdy, i ruszyła 
w   stronę   bocznych   drzwi   kościoła.   Wątpiła,   by   w   roboczy 
dzień za kwadrans dwunasta w świątyni cokolwiek się działo, 
ale na wszelki wypadek wolała nie wchodzić od frontu.

 - Czy mamy jakiś plan? - spytał Cody, idąc krok za nią.
  -   Moim   planem   jest   dowiedzieć   się,   gdzie   przebywa 

wielebny Stanhope i pilnować, żebyś nie otwierał buzi.

  -   Jesteś   osobą   obcą,   a   tutaj   są   sami   południowcy   - 

uświadomił   jej.   -   Może   się   okazać,   że   mówicie   zupełnie 
innymi językami.

  -   Przebywam   tu   od   dwudziestu   czterech   godzin   i 

zdołałam się o tym przekonać. Ile ci czasu zajęło, żebyś zaczął 
ich rozumieć?

background image

Nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął, jakby dziękował 

jej   za   dobre   chęci.   Grzecznie   uchylił   przed   nią   drzwi. 
Podziękowała mu także uśmiechem.

Wnętrze było klimatyzowane. Rozkoszując się chłodem, 

Jane   rozejrzała   się   po   jasno   oświetlonym   korytarzu 
wyłożonym linoleum. Na ścianie, na wielkiej tablicy, wisiały 
ogłoszenia i miesięczny program parafialnych imprez. Liczne 
drzwi prowadziły do pomieszczeń po obu stronach korytarza. 
Pierwsze stały otworem. Jane ruszyła w ich kierunku, Cody za 
nią.

Stanęła w progu i zajrzała do środka: przy długim stole 

siedziała otyła kobieta i wycinała duże litery z kolorowego 
papieru.   Na   widok   Jane   i   Cody'ego   odłożyła   nożyczki   i 
wyszczerzyła   w   uśmiechu   zęby.   Następnie   na   gruby   nos 
włożyła okulary, które dotąd wisiały na łańcuszku wokół szyi.

 - Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała śpiewnie.
 - Zajmiemy pani tylko chwilkę - obiecała Jane. - Widzę 

przecież,   że   jest   pani   bardzo   zajęta.   -   Wskazała   głową   na 
papier i litery.

  -  To   dla   przedszkola   -  wyjaśniła   kobieta,  pokazując   z 

dumą   kilka   liter..   -   W   przyszłym   tygodniu   rozpoczynamy 
letnią szkółkę i sala dla dzieciaków jeszcze nie jest gotowa. 
Niektóre z tych liter strasznie trudno jest wyciąć. Próbowała 
pani kiedy wyciąć literę B?

 - Nie, nigdy - przyznała Jane. Cody stał tuż za nią. Jego 

niepokój   i   zniecierpliwienie   były   niemal   wyczuwalne. 
Jednakże Jane wiedziała, że w takich sytuacjach nie należy się 
spieszyć.   Jeśli   kobieta   chce   porozmawiać   o   trudnościach   z 
wycinaniem papierowych liter, tym lepiej. Oswoi się i chętniej 
będzie mówiła o innych rzeczach. - Litera G też nie wydaje mi 
się łatwa - rzuciła na przynętę.

  - Nie tak jak B - zapewniła kobieta. - Bo widzi pani, te 

środki w B nie utrzymują się same. A G Wyszło mi zupełnie 

background image

dobrze. - Podniosła wysoko jaskrawożółtą literę. - Tak, trzeba 
umiejętnie wycinać na zakrętach i wyjdzie dobrze. Ale B jest 
niemożliwe. Zaraz potem jest O i Q... - Kobieta ułożyła litery 
w stosik, po czym całkowicie skoncentrowała się na Jane i 
Codym.   -   Czym   mogę   wam   służyć,   moje   kochaniątka? 
Jesteście   tu   nowi?   Chcecie   się   zapisać   do   naszej   parafii? 
Wiem,   że   większość   tutejszych   to   katolicy,   ale   my   z 
otwartymi ramionami przyjmujemy wszystkich, bez względu 
na   wyznanie.   Nazywam   się   Davis.   Jestem   nauczycielką   w 
przedszkolu.

 - Myśmy chcieli tylko zadać jedno pytanie, pani Davis. O 

tutejszego pastora.

Przez twarz pani Davis przemknął cień, ale natychmiast 

oblekła ją w czarujący uśmiech.

  -   Wielebny   Joe   Jeffrey   Hammond.   Uroczy   człowiek, 

wspaniały pastor. Na duszy tego człowieka nie ma ani jednej 
skazy.

  - Chodzi mi o poprzedniego pastora - wyjaśniła Jane. - 

Roberta J. Stanhope'a.

Pani  Davis prychnęła, policzki jej  pociemniały. Zaczęła 

tak   gwałtownie   potrząsać   głową,   że   jej   srebrne   loczki 
zatańczyły.

 - Nie lubię o nikim mówić źle, ale ten człowiek... - widać 

było, że chętnie zastąpiłaby to ostatnie słowo innym, bardziej 
dobitnym - już nas na szczęście opuścił.

I nikt go nie żałuje.
Jane   zauważyła,   że   Cody   z   trudem   się   opanowuje:   ma 

przyspieszony oddech, dłonie zacisnął w pięści i w napięciu 
czeka na ciąg dalszy. Na pewno język go świerzbi i pragnie 
włączyć   się   do   rozmowy,   by   móc   rzucić   kilka   obelg   pod 
adresem pastora. Jane wolała zastosować inną metodę:

 - Nie jesteśmy zwolennikami wielebnego...

background image

 - Niech go pani nie nazywa wielebnym - przerwała pani 

Davis. - Niech pani nie używa tego słowa. Nie ma w nim nic z 
wielebności. Ten, ten... człowiek zaprzedał  duszę  diabłu za 
popołudnie rozkoszy. Powinien spalić się ze wstydu.

 - Powinien, z pewnością powinien - zgodziła się Jane. No 

bo   rzeczywiście,   gdyby   Stanhope   choć   trochę   się   wstydził 
tego, co zrobił, to nie złożyłby pozwu przeciwko gazecie i 
Cody'emu. Ale gdyby nie złożył pozwu, to Cody żądałby za 
podpis pieniędzy... - Poszukujemy pana Stanhope'a. Czy może 
pani lub ktoś z parafian wie, gdzie go możemy zaleźć?

 - W piekle. Smaży się w piekielnym ogniu - oświadczyła 

pani Davis.

 - Czy był tu już przed nami ktoś, kto go szukał? - wtrącił 

się   Cody.   -   Bo   z   tego,   co   pani   mówi,   rozumiem,   że   jest 
załatwiony.

Jane   spojrzała   na   Cody'ego   zgorszona,   a   panią   Davis 

spytała:

 - Czyżby umarł?
  - Niestety, nie - usłyszała w odpowiedzi. - Ciało żyje. 

Dusza smaży się w piekle.

 - A gdzie moglibyśmy znaleźć... ciało? - spytała szybko 

Jane.

Pani   Davis   przeniosła   wzrok   z   Jane   na   Cody'ego   i   z 

powrotem.

  - Czy ten pan zamierza dokonać aktu gwałtu na osobie 

pana Stanhope'a? Bo chociaż go potępiam, jestem przeciwna 
wszelkim aktom przemocy. Karać powinien sam Bóg.

Jane   zgromiła   Cody'ego   ostrym   spojrzeniem.   Cody 

podniósł obie ręce w geście poddania.

 - Przysięgam, że Stanhope'owi nie spadnie włos z głowy - 

oświadczył. Według Jane zabrzmiało to bardzo nieszczerze. - 
Chcę z nim tylko porozmawiać,

 - O czym?

background image

Jane przez chwilę spoglądała na panią Davis i doszła do 

wniosku, że im mniej jej powie, tym lepiej.

 - To osobista sprawa.
 - A może ty jesteś, skarbie, jedną z tych damulek, co to...? 

O,   mój   Boże!   -   Policzki   pani   Davis   jeszcze   bardziej 
poczerwieniały, oczy zrobiły się okrąglejsze i niemal wyszły z 
orbit. - O, mój Boże! Ja rozmawiam z prostytutką!

  - Nie jestem prostytutką - odparła Jane sucho. - Jestem 

prawnikiem.

  - Czy to nie jest to samo? - szepnął Cody tak cicho, że 

tylko Jane mogła usłyszeć.

Stał tak blisko za nią, że mogłaby go porządnie kopnąć 

obcasem. Jednakże dla pani Davis zachowała uśmiech, choć 
paliły ją rozpłomienione nagle policzki.

 - Czy jest tu ktoś, kto mógłby mi powiedzieć, gdzie mogę 

znaleźć pana Stanhope'a? - spytała ponownie.

  -   Nikt   tu   nawet   nie   wymienia   jego   nazwiska   - 

poinformowała ją pani Davis.

 - Sądzi pani, że jego żona może wiedzieć?
 - Och, ta biedna kobieta. Co to za cios dla niej! Jak ona 

cierpi! Ludzie zachodzą w głowę, jak to się mogło stać, że on 
jej   to   zrobił.   Ale   ja   tam   wiem   swoje.   Perwersji   mu   się 
zachciało. Takich rzeczy, których dobrze wychowana kobieta 
nie   zrobi.   On   chciał   takich   rzeczy,   za   które   trzeba   płacić 
kobiecie   dużo   pieniędzy,   żeby   przystała.   Aż   trudno   sobie 
wyobrazić męki, przez jakie kochana Mary Stanhope przeszła, 
kiedy się dowiedziała, że jej mąż, ten potwór, wyjął pieniądze 
z ich wspólnego konta, żeby mieć na rozpustę. Kto wie, może 
to   były   pieniądze   na   kształcenie   dzieci?   A   on   je   brał   i 
wydawał   na   prostytutkę.   Wyobraża   sobie   pani,   co   ona 
przeszła, ta biedna Mary?

Jane   potakiwała   głową   i   nawet   parę   razy   cmoknęła   z 

sympatią.

background image

  -   Jestem   pewna,  że   ona   byłaby   gotowa   nam   pomóc   - 

mruknęła. - A my moglibyśmy jej pomóc z tymi pieniędzmi.

 - Naszym jedynym celem jest sprawdzenie, czy grzesznik 

odpokutuje   za   swoje   bezeceństwa   -   dodał   Cody   i   Jane 
powtórnie go kopnęła.

  - Pojedziemy do pani Stanhope. Może ona nam jednak 

pomoże - bąknęła.

  - A zróbcie to, zróbcie, moi mili. A jeśli chcecie wasze 

dzieci zapisać do naszego przedszkola, to wiedzcie, że mamy 
wspaniały program. I opłaty bardzo rozsądne. Nie musicie być 
wcale   baptystami.   Nasze   drzwi   stoją   otworem   przed 
wszystkimi. Ja już widzę, że wasze dzieci będą zadowolone. 
Bo mnie się wydaje, że wasze dzieci muszą być właśnie w 
wieku przedszkolnym. Bierzemy je od czwartego do szóstego 
roku   życia.   Od   razu   widzę,   że  nasz   program   byłby   dla 
waszych   dzieci   jak   ulał...   -   Kiedy   wreszcie   pani   Davis 
przerwała, aby zaczerpnąć powietrza, Jane i Cody powiedzieli 
„do zobaczenia" i szybko się ulotnili.

Południowy   żar   niemal   powalił   Jane,   gdy   opuściła 

klimatyzowany budynek.

  - Skąd tej babie przyszło do głowy, że mamy dzieci? - 

mruknęła  na  poły rozbawiona, na  poły jeszcze  wściekła  za 
wyrażone pod jej adresem niecne przypuszczenie.

 - Babie wyraźnie brak piątej klepki - odparł Cody.
Rozmowa   z   panią   Davis   i   ten   okropny   nagły   żar 

całkowicie   wyczerpały   Jane.   Idąc   przez   parking   do 
samochodu, poczuła pierwsze symptomy bólu głowy. Kiedy 
Cody otworzył drzwiczki i zajęła ostrożnie swe miejsce na 
rozpalonym winylu, była u kresu sił. Pod czaszką kłębiły się 
jej   różne   dziwne   myśli.   I   jednocześnie   rosła   złość   na 
Cody'ego, na siebie, na panią Davis za jej obcesowe pytanie, 
czy jest, no... taką damulką...

background image

Gdy Cody usiadł w fotelu i włożył kluczyki do stacyjki, 

chcąc czym prędzej odjechać, spytała:

 - Więc ty sądzisz, że wykonuję zawód prostytutki?
Nie obrócił kluczyka, ale za to sam zwrócił się w stronę 

Jane. W oczach tańczyły, mu wesołe iskierki, choć twarz miał 
poważną. Na czole perlił się pot.

 - To był tylko żart - powiedział.
 - Wcale nie śmieszny.
  -   Daj   spokój,   Janey,   chyba   jesteś   do   takich   rzeczy 

przyzwyczajona.   Adwokaci   są   nieustannym   obiektem 
podobnych żartów.

 - Mnie nie obchodzą adwokaci. Mnie obchodzę ja. A ty 

mnie obraziłeś.

 - Temat niewart kontynuowania.
Najgorsze,  że   Cody   ma   rację:   temat   nie   jest   wart 

kontynuowania, ale ona chce dalej o tym mówić. Czuła się 
głęboko urażona. Wiedziała dobrze, że o adwokaturze mówi 
się,   iż   jest   to   druga   najstarsza   profesja   świata,   i   że   sami 
adwokaci   takie   żarty   opowiadają,   ale   kiedy   przed   paroma 
minutami   powiedział   to   Cody,   zrobiło   się   jej   bardzo 
nieprzyjemnie.

Daj spokój, kobieto, nakazała sobie w duchu; Nie chodzi 

ci o to, co zostało powiedziane, ale kto to powiedział. Czy tak 
ci zależy na Codym? Co on cię właściwie obchodzi?

Cody   zauważył,   że   Jane   jest   strapiona   i   nieswoja. 

Spojrzenie mu złagodniało.

  -   Niech   będzie.   Wracajmy   do   miasta   i   zajmijmy   się 

naszymi papierkami.

  - Papierkami? - ,W pierwszej chwili nie wiedziała, o co 

mu chodzi. - Rozwodowymi?

 - Właśnie. - Patrzył tępo przed siebie, przygryzając wargę 

i bębniąc palcami po kierownicy. - Nie powinienem był cię o 
to prosić. To nam nie wychodzi.

background image

 - Nie wychodzi? Co nie wychodzi?
W zasadzie Cody ma rację: nie powinien jej wciągać w 

swe   osobiste   czy   też   zawodowe   sprawy.   Nie   powinien   był 
tego   zrobić,   ale   zrobił.   Lecz   sposób,   w   jaki   ją   od   tego 
uwalniał, daje podstawy do przypuszczenia, że jego zdaniem 
ona   nie   staje   na   wysokości   zadania,   co   jest   oczywistą 
nieprawdą.

 - Pytam cię po raz wtóry: co nie wychodzi? Co ma wyjść? 

Zmusiłeś mnie...

 - Właśnie, zmusiłem. I teraz, diabli wiedzą, chyba czuję 

się   winny.   W   przeszłości   nie   musiałem   cię   do   niczego 
zmuszać, Janey. Nie powinienem był tego robić i teraz. - Kilka 
razy głęboko odetchnął. - Jeśli chcesz sfinalizować rozwód, 
proszę bardzo. A sprawą ze Stanhopem sam się później zajmę.

 - Wpatrywała się w niego intensywnie, oczekując, że za 

chwilę spłynie na nią fala wielkiej ulgi, uspokoi, ochłodzi. W 
tym,   co   Cody   przed   chwilą   powiedział,   nie   było   śladu 
sarkazmu,   w   oczach   nie   czaił   się   żaden   chochlik 
zapowiadający   pułapkę.   Cody   mówił   poważnie.   Jest   gotów 
podpisać   zgodę   na   rozwód,   a   ona   będzie   mogła   wrócić   do 
Bostonu.   Będzie   mogła   wrócić   do   swego   gabinetu, 
kontynuować przygotowania do ślubu i żyć, mając pewność, 
że Cody Sinclair już nigdy nie zakłóci jej myśli i spokoju.

Tak, będzie wolna.
  -   Obiecałam,   że   ci   pomogę   -   usłyszała   swoje   własne 

słowa.

 - Tak naprawdę to nic nie obiecywałaś. Powiedziałaś, że 

nie   możesz   nic   obiecać.   Wracamy   do   miasta   i   załatwiamy 
naszą sprawę.

Może milczeć; Cody włączy silnik i pojadą. Niby dlaczego 

nie ma skorzystać z jego szlachetnej oferty?

Nie   była   przyzwyczajona   do   takiego   zachowania 

Cody'ego.   Niesłychanie   rzadko   i   niechętnie   wyrażał   z 

background image

jakiegokolwiek   powodu   skruchę.   Teraz   żałował   własnego 
postępku. Nie była pewna, czy może mu zaufać. Za jego nagłą 
zmianą decyzji musi się coś kryć. Jakiś nie znany jej powód. 
Może on chce od niej czegoś innego? Przyczaił się?

  -   Ile   ci   będę   musiała   zapłacić   za   podpis?   -   spytała 

szorstko.

  -   Jeśli   będzie   jakaś   opłata   notarialna,   to   płacimy   po 

połowie.

A więc on nie chce wyciągnąć żadnych pieniędzy? Jest 

gotów   jej   dać   dokładnie   to,   po   co   przyjechała?   Usiłowała 
wydobyć z siebie słowa: „No, to jedziemy!", ale utknęły jej w 
gardle.

Oderwała   wzrok   od   jego   twarzy.   Patrzyła   teraz   na 

ramiona, na koszulę, która rozchylona wyglądała... zmysłowo. 
Koszula   czy   widoczna   spod   niej   skóra?   Opuściła   wzrok 
jeszcze   niżej.   Widziała   jego   nogi   podkurczone   W   małym 
wozie,   dżinsy   wypłowiałe   do   białości   na   kolanach.   Mimo 
malutkich   rozmiarów   samochodu   wydawało   się,   że   Cody 
siedzi rozparty. Gdyby nie jego dłonie, pomyślałaby, że patrzy 
na   człowieka   beztroskiego   i   że   jego   zgoda   na   podpisanie 
dokumentów jest czymś oczywistym.

Tylko   dłonie   zadawały   temu   kłam.   Dłonie   były 

niespokojne,   zbyt   ruchliwe,   palce   bębniły   w   kierownicę. 
Dłonie powiedziały jej to, czego nie wyraziły słowa: że Cody 
jest zdenerwowany, podniecony i z niepokojem oczekuje jej 
decyzji.   Jane   była   także   zdenerwowana,   zagubiona   i 
niepewna.

  - Ułatwi ci sytuację, jeśli wyjadę? - spytała, podnosząc 

wzrok do wysokości jego szyi.

Zdjął   jedną   rękę   z   kierownicy   i   ujął   Jane   pod   brodę, 

unosząc głowę tak, że musiała spojrzeć mu w oczy. Dłoń jego 
była ciepła, ale nie gorąca, silna, ale nie zniewalająca. W tym 
dotyku nie było nic erotycznego, ale poruszył ją. Wstrzymała 

background image

oddech, serce zaczęło jej bić szybciej. W dwanaście lat po 
dramatycznym rozstaniu z Codym, w rok po poznaniu Marka 
Dennisona, w miesiąc po zaręczynach Jane nadal nie mogła 
wygasić   w   sobie   instynktownej   reakcji   na   bliskość   tego 
człowieka. Nienawidziła go za to.

 - Wolałbym, żebyś została - odparł.
Te   jego   niebieskie   oczy,   delikatne   palce   muskające   jej 

szyję. To, co przed chwilą powiedział, zawierało nie prośbę, 
ale wyrażało decyzję.

 - Zostanę - wyszeptała.
Pracownik   stacji   benzynowej   wyjaśnił   Cody'emu,   jak 

dojechać do domu Stanhope'ów. Może trzeba było wrócić do 
kościoła i spytać o to panią Davis, ale Cody miał już jej dość i 
nie chciał być po raz drugi namawiany do wysłania swoich 
dzieci do przedszkola baptystów.

Wszystko nieprawda. Nie dlatego nie poszedł pytać pani 

Davis, ale dlatego, że bał się, iż po jego powrocie Jane powie 
mu, że zmieniła zdanie i chce wracać do Bostonu.

Był   zaskoczony.   Odniósł   wrażenie,   że   Jane   chce   jak 

najszybciej zakończyć z nim sprawę i uwolnić się od niego, 
podobnie jak on chciał uwolnić się od niej. Nie potrzebował w 
swoim życiu księżniczki z Brookline. Dość miał z nią kłopotu, 
kiedy   pierwszy   raz   wdarła   się   w   jego   życie.   Gdy   owego 
okropnego poranka opuściła mieszkanie, zatrzaskując za sobą 
drzwi   po   obrzuceniu   Cody'ego   ostatnią   porcją   epitetów   i 
oskarżeń,   przysiągł   sobie,   że   nigdy   nie   przyjmie   jej   ż 
powrotem.   Nawet   gdyby   o   to   prosiła   na   kolanach,   gdyby 
błagała. Nawet gdyby czołgała się u jego stóp i skamlała o 
litość.

No   i   wróciła.   Nie   błaga,   nie   prosi,   nie   czołga   się,   ale 

ofiarowuje pomoc. Dlaczego to robi?

I   dlaczego   odczuł   taką   radość,   kiedy   powiedziała,   że 

zostanie? Dlaczego muskanie jej skóry palcami wywołuje w 

background image

nim   pragnienie,   by   chwycić   ją   w   ramiona,   przenieść   nad, 
drążkiem zmiany biegów i posadzić sobie na kolanach?

Zbyt   wiele   pytań   i   brak   czasu   na   udzielenie   sobie 

odpowiedzi,   gdyż   właśnie   podjechali   pod   dom   lubieżnego 
pastora.

Dom   był   skromny   -   ot,   dobrze   utrzymany   ranczerski 

budynek; ściany obłożone popielatym sidingiem, dach pokryty 
brunatnymi   dachówkami.   Trawnik   wokół   dopominał   się 
przystrzyżenia,   choć   właściwie   jeszcze   nieźle   wyglądał.   W 
oknach firanki, na krzewie przy wejściu trochę spóźnionych 
kwiatów.   Przy   drzwiach   do   garażu   leżał   przewrócony 
dziecięcy rowerek.

Cody długo się w niego wpatrywał. Oszukiwać żonę to 

jedno,   ale   zniszczyć   dziecku   jego   rodzinny   świat   to   inna 
sprawa. Mając w pamięci własne dzieciństwo, Cody nie miał 
litości dla rodziców, którzy za swoje winy skazywali dzieci na 
cierpienie. Rzucił okiem na Jane. Także patrzyła na rowerek. 
Może myślała to samo co on.

  -   Czy   chcesz,  żebym   i   tu   milczał?   -   spytał   niemal 

pokornie. Decyzja pozostania zmieniła jego stosunek do Jane. 
Był   jej   wdzięczny.   Z   natury   nie   lubił   być   nikomu   za   nic 
wdzięczny, a zwłaszcza nie Thayerom.

Może w tym wypadku słowo wdzięczność niezbyt było 

odpowiednie. Chyba raczej podziw. Cody zawsze podziwiał 
ludzi za odwagę. Rezygnacja Jane z wyjazdu dowodziła, że ta 
kobieta   ma   charakter.   I   prawie   tyle   odwagi   co   przed 
dwunastoma laty, kiedy z nim uciekła.

 - Chcę, żebyś tym razem całkowicie zasznurował buzię - 

odparła.

  -   I  żebym   nie   robił   żadnych   dowcipów   na   temat 

adwokatów?

  -  Żadnych dowcipów na jakikolwiek temat. Ta kobieta 

bardzo cierpi.

background image

 - Ta kobieta może być powodem, dla którego pastor Bob 

pocieszał się u prostytutki - mruknął.

Wysiedli. Cody nie zamknął samochodu. Byli przecież na 

podjeździe domu w przyjemnej, średnio zamożnej dzielnicy i 
należało wątpić, by ktoś chciał dobrać się do samochodu na 
terenie posesji duchownego, mimo że ten duchowny zawiódł 
swoich parafian. Aparat fotograficzny był owinięty w koc i 
umieszczony   z   tyłu,   by   nie   zwracać   uwagi   przygodnych 
złodziei.

 - Myślałem, że kongregacje zapewniają swoim pastorom 

mieszkania na terenach kościelnych - odezwała się Jane.

 - Jedne tak, inne dają im ryczałt mieszkaniowy. A może 

rada   kościelna   odebrała   mu   ten   dom,   jeśli   należy   on   do 
parafii?

  -   To   nie   byłoby   sprawiedliwe   wobec   rodziny.   Gdzie 

miałaby się wtedy podziać?

 - Bardzo ci żal tej kobiety - zauważył, wchodząc z Jane na 

ganek.

Spojrzała na niego wymownie. - Tak, bardzo mi jej żal. - 

Nacisnęła   dzwonek.   Nim   zdołał   cokolwiek   odpowiedzieć, 
otworzyły   się   wewnętrzne   drzwi   i   za   gęstą   siatką   drzwi 
zewnętrznych   ujrzeli   bladą   twarz   kobiety   z   pewnością   nie 
starszej od Cody'ego i Jane. Miała na sobie popielaty szlafrok 
o parę numerów za duży, tak że niemal w nim tonęła. Obrazu 
dopełniały maleńkie oczy i małe, wąskie usta, wykrzywione w 
grymasie niezadowolenia.

 - O co chodzi? - spytała podejrzliwie.
  -   Dzień   dobry!   -   rzekła   Jane.   -   Pani   Stanhope?   Cody 

dopiero teraz zauważył, jak wąską twarz ma ta  kobieta i jak 
bardzo szpiczastą brodę. Przypominała mu szczurka.

 - A kim pani jest?
 - Nazywam się Jane Thayer. Jestem adwokatem. A to jest 

mój klient, pan Cody Sinclair.

background image

Klient! Cody wywrócił oczy, ale nic nie powiedział, no bo 

klienci mają przecież robić to, co im każe adwokat.

  - Mnie  żaden adwokat nie jest potrzebny - oświadczyła 

pani Stanhope.

Cody   doszedł   do   wniosku,   że   kobieta   z   każdą   sekundą 

staje się - bardziej odpychająca.

 - Wiem, że nie potrzebuje pani adwokata, pani Stanhope. 

Przyjechaliśmy tu, ponieważ pan Sinclair ma prawny problem 
z pani... z pastorem Stanhopem.

  -   Ach,   ten   bydlak!   -   Pani   Stanhope   jakby   odżyła.   Jej 

policzki odzyskały barwę, a szczurze oczki zalśniły łzami. - 
Widzę, że wielu ma z nim prawne problemy: Weźcie sobie 
numerek i czekajcie w kolejce.

 - Chcemy się tylko dowiedzieć, gdzie pan Stanhope teraz 

przebywa. Bo już nie tu, prawda?

  -   Nie.   Niechby   tylko   wszedł,   to   zaraz   by   wyleciał, 

śpiewając sopranem.

Cody doszedł do wniosku, że jednak można polubić panią 

Stanhope.

 - Czy może pani zna jego nowy adres? - zapytała Jane.
  -  Nie   znam,   ale  zatańczyłabym  z   radości,  gdybym się 

dowiedziała, że mieszka pod jakimś murem w kartonowym 
pudle. Ten bydlak to wcielenie diabła.

 - Amen! - mruknął Cody.
Pani Stanhope po raz pierwszy zwróciła na niego uwagę.
  - Czy on też pana oszukał? Czy zadał panu cios, raniąc 

samą duszę?

Jane   rzuciła   Cody'emu   ostrzegawcze   spojrzenie,   ale 

ponieważ   pytanie   zadała   dama,   byłoby   niegrzecznie   nie 
odpowiedzieć.

 - Duszy mi jeszcze nie zranił, pani Stanhope, ale usiłuje. 

Moim   marzeniem   jest   uczestniczyć   w   operacji,   po   której 
będzie  śpiewał sopranem.  - Kątem oka dostrzegł  ruch nogi 

background image

Jane,   jakby   zamierzała   znów   go   kopnąć,   i   odsunął   się   na 
bezpieczną odległość. - Czy mogłaby  mi  pani pomóc,  pani 
Stanhope?

Kobieta westchnęła, wyraźnie poruszona.
  -   Gdybym   tylko   mogła!   Ale   ja   nie   rozmawiałam   z 

Robertem. Jego adwokat dzwoni do mojego adwokata, a mój 
adwokat   dzwoni   do   jego   adwokata.   Oj,   ile   mnie   to   będzie 
kosztowało, nim obaj adwokaci przestaną do siebie dzwonić. 
Ale warto zapłacić, żeby tego bydlaka nauczyć. Bardzo bym 
chciała pomóc, panie Sinclair. Każdy wróg Roberta jest moim 
przyjacielem.   Ale   ja   naprawdę   nie   wiem,   gdzie   on   się 
schował. Możecie państwo spytać jego adwokata.

  - Już pytaliśmy, ale  nie chciał  powiedzieć - przyznała 

Jane.

  -   Na   mój   rozum...   On   jest   tu   gdzieś   blisko.   -   Pani 

Stanhope zamyśliła się. - W jakimś motelu. Tanim. Jeśli Bóg 
dał,   to   z   pluskwami   i   innymi   takimi.   Kongregacja   daje   mi 
teraz   trochę   pieniędzy   na   przetrwanie,   ale   jemu   nie   da 
złamanego centa. A mój adwokat kazał mi zastrzec wszystkie 
konta, żeby Robert nie mógł tam wsadzić swoich brudnych łap 
i dalej z nich wyciągać. Tak, on mieszka gdzieś taniutko.

  - Bardzo pani dziękujemy, pani Stanhope - powiedziała 

Jane. - Nie będziemy pani zajmować więcej czasu.

Cody szykował się do wyrażenia jeszcze paru opinii na 

temat   wielebnego   pastora,   ale   skarcony   spojrzeniem   Jane 
wymamrotał   kilka   słów   pożegnania   i   jako   posłuszny   klient 
poszedł za nią do samochodu.

 - Jestem ciekawa, jak reaguje na to wszystko ich dziecko 

czy też dzieci - odezwała się Jane. - Nigdzie ich tu nie widać - 
zauważyła. - Południe, połowa tygodnia. Pewno są w szkole.

Zatrzymała się przy samochodzie. Cody otwierał właśnie 

przed nią drzwiczki.

background image

  - Dlaczego to robisz, Cody? - spytała. - Otworzyłeś mi 

drzwi. Dawniej nigdy tego nie robiłeś.

Wydawał   się   zaskoczony   pytaniem.   Długą   chwilę 

zastanawiał się nad odpowiedzią. Wtedy miał osiemnaście lat i 
mało   wiedział   o   dobrych   manierach.   Nie   wpajała   mu   ich 
matka, a koleżkowie ryczeliby ze śmiechu, gdyby okazywał 
rycerskość wobec dziewcząt.

Jednakże   dorósł   i   sam   się   wychował.   Miał   teraz   lat 

trzydzieści   i   wiele   się   nauczył.   Na   przykład   tego,   że   jeśli 
dobrze wychowana kobieta o słodkich oczach i o ustach barwy 
płatków   róży   staje   przed   drzwiami,   to   byłby   ostatnim 
głupcem, gdyby ich nie otworzył. A Cody nigdy głupcem nie 
był. Ani wtedy, ani teraz.

Tego nie mógł jednak jej powiedzieć. Nie mógł przyznać, 

jak   czarują   go   jej   oczy.   Nie   mógł   też   powiedzieć,   jak 
przyciągają go jej usta. Zrobiła mu przysługę, nie umykając, 
gdy   dał   jej   po   temu   szansę.   Nie   miał   pojęcia,   dlaczego 
postanowiła   zostać   aż   do   czasu   załatwienia   sprawy   z 
Stanhopem, ale została, i mówiąc jej o tym, co czuje, mógłby 
ją spłoszyć.

Jedynym wyjściem był teraz żarcik.
  - Jeśli sobie dobrze przypominasz, Jane, harley nie miał 

drzwi.

 - Pamiętam - odparła z dziwną tęsknotą w głosie. Boże, 

nawet w tym wilgotnym żarze ona pachnie

świeżością, pomyślał. Lawendą. Słońce przenika przez jej 

włosy, złoci je, wydobywa barwy. Jak kusi jej cudowna szyja. 
Kusi   jeszcze   bardziej   niż   niegdyś.   Gdyby   znaleźli   wolną 
chwilę,   to   zabrałby   ją   i   pokazał   starego   harleya.   A   potem 
swoje łóżko.

Na pamiątkę dawnych czasów. Spacer alejką wspomnień. 

Chociaż słowo „spacer" nie oddawało tego, co miał na myśli. 
Nie   przeszkadzało   mu,   że   była   zaręczona   z   bankierem, 

background image

któremu   było   na   imię   Mark.   Cody   nie   szukał   miłości, 
zapragnął   tylko   trochę   się   pokochać   z   kobietą,   która   w   tej 
chwili właściwie była jego żoną.

 - Wiec co teraz robimy? - spytał.
Wpatrywał się w nią gorącym spojrzeniem. Wytrzymała 

je. Jest odważna. Zdawał sobie sprawę, że jego oczy ślą liczne 
sygnały. Zdawał sobie sprawę, że stoi nieco za blisko Jane. 
Ale ona nie cofnęła się ani o milimetr.

  -   Muszę   zadzwonić   do   mojego   biura   w   Bostonie   - 

odparła. - A potem... Jestem bardzo głodna.

 - Ja też - powiedział, ale nie o jedzeniu myślał.
 - No to najpierw zjemy lunch, a potem zadzwonię.
 - A jeśli idzie o Stanhope'a?
 - Odwiedzimy tę prostytutkę.
Roześmiał   się.   Jane   tylko   lekko   się   uśmiechnęła.   Ale 

dobry z niej gracz: jej spojrzenie walczyło z jego wzrokiem. 
Pojedynek w gorące południe! Niższa od niego o kilkanaście 
centymetrów, musiała unieść głowę, by patrzeć mu prosto w 
oczy.   Palcami   przebierała   nerwowo   po   ramie   okiennej 
samochodu. Twarda sztuka, pomyślał.

W   rzadkich   chwilach,   kiedy   wspominał   ją   w   ciągu 

minionych   lat,   zastanawiał   się,   dlaczego   mu   się   zachciało 
wówczas żenić z Jane Thayer. I w tej właśnie chwili znalazł 
odpowiedź.

background image

Rozdział 5 
W opinii Marka zaletą stanu narzeczeństwa jest związany 

z tym pewnego rodzaju immunitet. A właściwie coś w rodzaju 
taryfy ulgowej. Mężczyzna zaręczony ma  prawo patrzeć na 
kobiety, przyjaźnić się z nimi, a nawet ich pragnąć i wcale się 
tego   nie   wstydzić.   Poza   tym   człowiek   zaręczony   nie   ma 
obowiązku   sprawiania   dobrego   wrażenia   na   kobiecie,   która 
mu   się   podoba.   Może   w   pełni   ocenić   jej   zalety,  nie   będąc 
zmuszony jej się przypodobać. Może popełniać głupstwa i nikt 
go nie zmusi do wysłuchiwania kobiecych wyrzekań na ten 
temat.

Mężczyzna   zaręczony   może   czuć   się   bezpieczny. 

Podejmuje   ryzyko   i   zawsze   uchodzi   cało.   Przypomina   to 
trochę   jazdę   kolejką   górską   w   lunaparku   -   przeżywa   się 
śmiertelne emocje bez obawy o życie.

Gdy tylko Clarissa Bonnert weszła do baru, Mark poczuł 

się jak w kolejce górskiej, wyruszającej w szaleńczą jazdę. 
Jakie   to   dziwne,   że   przed   zaręczynami   z   Jane   nie   zwrócił 
uwagi   na   Clarissę.   Była   dla   niego   malutką,   zahukaną 
sekretarką   ubraną   nad   wyraz   skromnie,   w   okularach 
przesłaniających   prawie   całą   twarz.   Właściwie   nigdy   nie 
dostrzegł w Clarissie... kobiety.

Wiedział tylko, że jest inna. Mówiąc oględnie, nie była 

biała.   Miała   gładką   cerę   o   beżowym   odcieniu   i   w 
odpowiednich   okolicznościach   każdy   dorosły   mężczyzna, 
patrząc   na   nią,   powinien   natychmiast   zacząć   łakomie 
przełykać ślinę.

A oczy za tymi śmiesznie wielkimi okularami były wielkie 

i intrygowały ciemną głębią. Bardzo intrygowały. Gdyby tylko 
zechciała zainwestować w szkła kontaktowe i nową fryzurę, to 
kto wie... Z pewnością zrobiłoby się wokół niej tłoczno.

Mark   nie   wstydził   się   tego,   że   w   swoim   czasie   młode 

sekretarki   stanowiły   lwią   część   jego   towarzyskiego   życia. 

background image

Kiedy jednak dobrnął do trzydziestych piątych urodzin, zdał 
sobie sprawę, że nadszedł czas, by się ustatkować.

Postanowił więc ustatkować się u boku Jane Thayer i nie 

żałował   tej   decyzji.   Przyznawał   jednak,   że   bardzo   go 
rozstroiło jej tajemnicze zniknięcie. I to gdzie poleciała! Do 
Nowego Orleanu, jakby nie mogła znaleźć lepszego miejsca. 
Być   może,   gdyby   wówczas   w   muzeum   nie   powiedział,   że 
rzeźba przypomina mu striptizerkę gramolącą się z wnętrza 
tortu...

Jane   nie   wydała   się   wtedy   urażona.   Tylko   nieco 

spoważniała i zamyśliła się. Coś rozważała. Długo wpatrywała 
się w dzieło sztuki. Stała zagubiona we własnych myślach, 
miała zaciśnięte usta.

Marka   bardzo   zdenerwowały   sekrety   Jane.   A   jeszcze 

bardziej   rozstroiło   go   to,   że   nagle   zapragnął   kawalerskiego 
wieczoru z kobietami wyskakującymi z tortów.

To było podobne do Jane, która wierzyła, że zawsze trzeba 

robić to, co wywołuje zadowolenie innych. Ale zupełnie nie 
pasował do niej ów tajemniczy wyjazd do Nowego Orleanu. 
Mark nie lubił stanu podniecenia w oczekiwaniu na coś. Teraz 
przekonał   się,  że   nie   lubi   oczekiwania   na   niespodziankę   w 
postaci pięknych kobiet nie będących jego narzeczonymi.

Clarissa   nie   należała   do   kobiet   o   tak   zwanych   pełnych 

kształtach,  ale   biorąc  pod  uwagę   jej   skromny   wzrost,  małe 
piersi   wyglądały   „na   niej"   obficie.   Teraz,   gdy   zobaczył 
Clarissę   rozmawiającą   z   kierownikiem   sali,   który   wskazał 
potem   jego   stolik,   Mark   zapragnął   idącej   ku   niemu 
dziewczyny.

Kolejka   górska   ruszyła.   Poczuł   podniecenie;   widząc   tę 

egzotyczną   osóbkę   w   czarnych,   satynowych   spodniach   i 
turkusowej   bluzce,   z   czarnymi,   kręconymi   włosami 
spływającymi   kaskadą   na   kark,   spryskanymi   lekko 
turkusowym pyłem.

background image

Wstał,   gdy   była   parę   kroków   od   stolika   z   palącą   się 

świecą. Wymagało wielkiej siły woli, by nie zerwać jej tych 
okropnych okularów i zobaczyć, jak poczwarka przekształca 
się nagle w barwnego motyla. Poczuł, jak wielkiej siły woli 
potrzeba, by nie ująć jej pod ramię, nie wyprowadzić z baru, 
nie pójść prosto do recepcji i nie spytać, czy są wolne pokoje. 
Ale przecież jest zaręczony i nie powinien ulegać zwykłemu 
popędowi.

  -   No,   no   -   mruknął,   pomagając   jej   usiąść   w   fotelu 

naprzeciwko siebie. - Widzę, że w firmie Baker i Dunn nie 
wymaga się skromnego stroju biurowego.

Uśmiechnęła się.
  - Nie przyszłam tu z pracy. Po ośmiu godzinach przy 

komputerze byłam tak wymiętoszona, że postanowiłam pójść 
najpierw   do   domu,   żeby   się   odświeżyć.   A   poza   tym   - 
pochyliła   się   z   konspiracyjną   miną   -  pomyślałam   sobie,   że 
strój sekretarki nie będzie pasował do takiego miejsca.

Mark   miał   na   sobie   niezbyt   stary   garnitur,   w   którym 

chodził do biura. Kupił go przed rokiem u Armaniego. Siedząc 
naprzeciwko   Clarissy   pomyślał,   że   oto   pojawia   się   jeszcze 
jedna korzyść stanu narzeczeństwa: gdy był z Jane, nigdy nie 
musiał   przepraszać   za   stary   garnitur.   Mówiąc   zupełnie 
szczerze,   z   Jane   chodziło   się   tak   dobrze   jak   w   starym 
garniturze.   Pasowała   idealnie.   Wygoda   -   oto   cały   sens 
małżeństwa.

Clarissa również nie wydawała się zawiedziona wyglądem 

Marka, a on sam czuł się znacznie swobodniej w dziennym 
garniturze.   Bardzo   potrzebował   ździebełka   swobody   w 
związku z pragnieniami, jakie rodziła w nim Clarissa. Poza 
tym do kolejki górskiej wsiada się w luźnym odzieniu, a nie w 
smokingu. Z pewną swobodą może teraz ulec pokusie flirtu, 
który   przecież   nic   nie   kosztuje   i   tak   mało   znaczy.   Może 
cieszyć   się   pędem,   nie   ryzykując   życiem.   Status   człowieka 

background image

zaręczonego jest jego pasem bezpieczeństwa. Nie ma zresztą 
obawy, że wózek wyskoczy z szyn.

Był mimo wszystko trochę spięty. Clarissa też; Być może 

jakiś komplement pomoże jej poczuć się swobodniej.

 - Wyglądasz cudownie.
  -   Och   nie,   nie   -   zaprzeczyła   gwałtownie,   poprawiając 

okulary na filigranowym nosku.

 - Powinnaś częściej nosić włosy tak jak teraz.
  - Och, moje  włosy to katastrofa. Za bardzo się  kręcą. 

Powinnam je obciąć.

  - Nie, nie! - zaprotestował, chociaż  jej dotychczasowe 

odpowiedzi   brzmiały   nieco   mechanicznie   i   stereotypowo.   - 
Nie Wolno ich obcinać. Obiecaj mi, że tego nie zrobisz!

Utkwiła w nim wzrok. Okulary w najmniejszym stopniu 

nie zniekształcały jej oczu. Dopiero teraz zorientował się, że w 
oprawie nie ma soczewek, tylko zwykłe szkło.

Czy powinien coś na ten temat powiedzieć? Postanowił 

chwilowo się wstrzymać. Bez wątpienia dziewczyna ma jakieś 
powody, by ukrywać się za okularami. Zresztą już same włosy 
czynią z niej istotę niemal zabójczo piękną. Bez szkieł wręcz 
by go poraziła, Uroda tej kobiety powala na kolana. Dlaczego 
dotąd tego nie dostrzegł? I co zrobi teraz?

Oczywiście   nic   nie   zrobi.   Jest   zaręczony.   Skończył   z 

sekretarkami. Jest dojrzały, ma stanowisko, narzeczoną.

  - Proszę o wódkę z tonikiem - powiedziała Clarissa do 

kelnera,   który   pojawił   się   przy   ich   stoliku.   Zauważył,   że 
kelner jest oszołomiony jej urodą.

Uśmiechnął się do siebie: on nie da się oszołomić. Może 

ją   podziwiać,   ale   na   oszołomienie   nie   pozwoli.   Natomiast, 
skoro Clarissa ma odwagę w towarzystwie męskim zamówić 
mocny alkohol, on też może popuścić wodze i radować się 
szaleńczą jazdą w górę i w dół.

 - Hennessy z lodem - powiedział.

background image

Kelner skinął głową i odszedł, przez cały czas patrząc na 

Clarissę, póki się nie potknął przy barze.

Na   przeciwległym   końcu   sali   pianista   wykonywał 

wiązankę melodii z musicalu „Duch w Operze". Mark rozsiadł 
się wygodnie w klubowym fotelu i patrzył na swą urodziwą 
towarzyszkę.   Paląca   się   na   stoliku   świeca   wydobywała 
migotliwe ogniki ze złotego łańcuszka na szyi Clarissy.

 - Jestem zdumiony, że nie masz dziś randki.
Uśmiechnęła się nieśmiało. W biurze nigdy nie okazywała 

nadmiernej   wstydliwości.   Jane   nie   zniosłaby   lękliwej 
sekretarki.

 - Rzadko miewam randki - odparła.
 - Czyżby? Gdybyś częściej rozpuszczała włosy i zdjęła te 

okulary, to wszystkie wieczory do końca roku miałabyś zajęte.

Wzruszyła ramionami.
 - Większość mężczyzn, których znam, tylko czyha, żeby 

się do mnie dobrać.

Ach, gdzież ta wstydliwość? Chrząknął rozbawiony.
 - Mężczyźni są ohydni, prawda?
Gdyby   to   obwieścił   Jane,   spotkałby   się   z 

natychmiastowym   potwierdzeniem,   Clarissa   zaś   tylko 
zachichotała.

Powrócił kelner z zamówionymi trunkami oraz talerzem 

pokrajanego   w   plastry   melona   i   winogronami.   Clarissa 
najpierw była tylko zdziwiona, potem okazała zadowolenie. 
Białymi paznokciami wydłubała z grona jeden owoc i włożyła 
do ust.

 - Dziękuję, że pan to zamówił. Świetne - powiedziała do 

Marka.

Nie wiedziała, że w eleganckich barach podają do drinków 

dodatki. Orzeszki, owoce. Być może Clarissa nie uczęszcza do 
eleganckich barów. Mając pensję sekretarki, nawet dobrą, nie 
można sobie na to pozwolić. Gdyby mężczyźni zdawali sobie 

background image

sprawę,   jak   ona   naprawdę   wygląda,   nie   byłoby   problemu. 
Byłaby zasypana zaproszeniami.

Tyle że po paru drinkach każdy z nich chciałby się do niej 

dobrać. I pewno tylko dlatego zgodziła się tu z nim spotkać, że 
chodzi o przekazanie informacji. No i Mark jest narzeczonym 
jej chlebodawczyni. Wiedziała dobrze, że nic jej z jego strony 
nie grozi.

Upił   mały   łyczek   swego   drogiego   trunku   i   ponownie 

poprawił się w fotelu. Bardzo mu się podobał widok Clarissy 
pojadającej winogrona. Zgrabnie brała je z talerza i niemal 
zmysłowo wkładała do ust,

  -   A   więc   -   zaczął   z   powagą   -   czy   moja   zagubiona 

narzeczona dzwoniła?

Z nie rozgryzionym winogronem w ustach Clarissa tylko 

skinęła   głową.   Dopiero   po   chwili   była   zdolną   uzupełnić 
wstępną informację:

  - Dziś po południu, Jest mi niezmiernie przykro, panie 

Dennison, ale nie udało mi się nic z niej wydobyć.

 - Mark - poprawił.
  -   No   więc,   Mark,   robiłam,   co   mogłam.   Zdołałam   się 

dowiedzieć   tylko   tyle,   że   Jane   nie   wie,   kiedy   wróci! 
Powiedziała, że załatwienie sprawy wymaga więcej czasu, niż 
przewidywała.

 - Sprawy?! - To brzmi podejrzanie. Słowo „sprawa" może 

oznaczać zamówienie wieczoru ze striptizerkami, ale może też 
oznaczać   znacznie   poważniejsze   przyjęcie   z   motywami 
nowoorleańskiego   karnawału:   wszyscy

 w   maskach, 

kostiumach, w groteskowej biżuterii, na stołach lokalne dania, 
gumbo i chitlin, czy co tam jeszcze jedzą w tej krainie bagien. 
- O jaką sprawę chodzi?

 - Nie mam pojęcia. Nie wypadało mi pytać.
Właściwie dlaczego nie? Jane z pewnością była gotowa 

zwierzyć   się   swojej   współpracownicy.   Żadna   kobieta 

background image

planująca niespodziankę dla narzeczonego nie oprze się, żeby 
nie podzielić się informacją z drugą kobietą. Przecież na tym 
właśnie   polega   sens   niespodzianek.   Szykuje   się   je   dlatego, 
żeby móc o tym poszeptać z zaufaną osobą.

 - Co jej powiedziałaś?
  -   Spytałam,   jak   jej   idzie,   a   ona   że   średnio.   Potem 

spytałam, kiedy można jej oczekiwać w firmie, a ona na to, że 
chyba na pewno w poniedziałek.

  - W poniedziałek? To dopiero za pięć dni! Co ona tam 

będzie robić przez pięć dni?

Clarissa wydawała się bliska płaczu, gdyż Mark niemal 

krzyczał.   Opanował   się,   wiedząc   dobrze,   że   nie   ma   sensu 
wyładowywać gniewu na bogu ducha winnej osobie. To nie 
wina Clarissy, że Jane, na której zawsze można polegać, nagle 
znika   w   jakimś   zupełnie   idiotycznym   celu,   by   zrealizować 
jakiś idiotyczny pomysł. Clarissa robiła przecież, co mogła, 
żeby się czegoś dowiedzieć.

 - Wiesz, co najbardziej kocham w Jane? - spytał. Clarissa 

się rozpromieniła.

 - Jane jest cudowna - stwierdziła. Do tego nie można było 

nic dodać, więc tylko potwierdził:

 - Jest w istocie cudowna.
 - Chciałam powiedzieć, że Jane jest tym wszystkim, czym 

ja chciałabym być. - Powiedziawszy to, łyknęła nieco wódki z 
tonikiem. Następnie dodała: - Jest taka mądra i ładna...

 - Ty też jesteś ładna - wtrącił Mark, potwierdzając rzecz 

oczywistą.

Clarissa podniosła oczy ku niebu.
  -   Jane   jest   taka   subtelna.   Zachwyca   niczym   jabłoń 

kwiatami. Ma urodę, od której człowiekowi robi się ciepło na 
duszy...

Mark nie oczekiwał ze strony Clarissy podobnego recitalu 

poetyckiego.   I   całkowicie   zgadzał   się   z   przedstawioną   mu 

background image

charakterystyką   Jane:   czysta,   zdrową   uroda.   Nic 
egzotycznego,   nic,   co   powodowałoby   zatory   na   ulicy. 
Reprezentowała   również   we   wszystkim   swego   rodzaju 
dziewiczą czystość. W odróżnieniu od urody Clarissy, uroda 
Jane działała uspokajająco.

 - Co najważniejsze - ciągnęła Clarissa - Jane jest mądra. 

Naprawdę mądra. Uczestniczyłam w jej konferencjach. Może 
nie   powinnam   o   tym   mówić...   -   Zafundowała   sobie 
parosekundowy chichot.

 - Nie bądź taka. Mnie możesz powiedzieć.
 - No dobrze. Tylko że... Więc na tych konferencjach jest 

zawsze pan Dunn albo któryś ze starszych wspólników, który 
powinien spełniać rolę tego Salomona z opowieści. Być taki 
mądry   jak   Salomon.   I   nie   wolno   mu   nic   opuścić   ani 
zapomnieć, kiedy przedstawia sprawę. I jeśli się zdarzy, że 
jednak   coś   opuści,   to   Jane   natychmiast   „wyjaśnia".   Nie 
uzupełnia,   nie   poprawia,   tylko   wyjaśnia.   Kiedy   któryś   ze 
wspólników popełni gafę, to Jane zaraz mówi: „Chciałabym tu 
wyjaśnić pewien drobiazg". Jest za dobrą dyplomatką, żeby 
powiedzieć: „Aleś się rąbnął, głupi capie". O nie. „Pozwólcie 
mi wyjaśnić...", i potem całą sprawę przedstawia po swojemu, 
tak jak powinno być. Jest niezawodna.

 - Dobra jest ta moja Jane! - zgodził się Mark. - W istocie 

niezawodna. I zdumiewająca...

 - Ona jest genialna - dodała Clarissa. - I zawsze ma rację. 

Co za umysł! Bardzo ją szanuję.

  -   Ja   też   -   oświadczył   i   głęboko   westchnął.   Czasami 

przemykała   mu   przez   głowę   zdradliwa   myśl,   że   człowiek 
potrzebuje   kobiety,   którą   można   nieco   mniej   szanować   niż 
Jane.   -   Ale   wiesz,   co   najbardziej   w   niej   lubię?   To,   że   jej 
zachowanie jest  takie  przewidywalne. Zawsze wiadomo,  co 
zrobi.

Clarissa zmarszczyła zgrabny nosek.

background image

 - Ojej, mam nadzieję, że jej nigdy tego nie powiedziałeś. 

Śmiertelnie by się obraziła.

  -   Dlaczego   miałaby   się   obrazić?   -   Był   autentycznie 

zdumiony.

 - Zachowanie przewidywalne to znaczy nudne. A Jane nie 

jest nudna.

  - Nie zgadzam się, że to musi oznaczać nudę. Ja lubię 

pewność   jako   element   bytu.   Powiedzmy,   że   idę   do...   na 
przykład do salonu Armaniego na Newbury. Jakość produkcji 
jest w pełni przewidywalna. Wiem, że cokolwiek tam kupię, 
będzie w doskonałym gatunku. I dlatego tam kupuję. Lubię 
wszystko, co jest przewidywalne i pewne.

  - Jane nie jest koszulą od Armaniego  - rzekła  głosem 

pełnym oburzenia. - Jane nie jest czymś, po co się idzie do 
sklepu i kupuje.

 - Dobrze wiesz, co miałem na myśli. Jeśli chodzi o Jane, 

to wiem, kim jest. Wiem, co nas łączy. I to właśnie  w niej 
uwielbiam.   Można   na   niej   polegać,   nie   zmienia 
niespodziewanie zdania, nie zaskakuje, jest w stu procentach 
solidna...   -   Na   chwilę   umilkł,   jakby   zaskoczony   czymś,   co 
mógł w ferworze wypowiedzieć. - I właśnie dlatego tak się 
niepokoję tym nagłym wyskokiem.

Właściwie   powinien   czuć   pewne   zakłopotanie.   Przecież 

zwierza   się   ze   swych   niepokojów   prawie   obcej   osobie.. 
Dopiero   poznał   Clarissę.   Przedtem   była   po   prostu   kimś 
siedzącym za biurkiem przy drzwiach do gabinetu Jane.

Jednakże nie czuł najmniejszego zakłopotania. Ta krytyka 

Jane i powierzanie swoich myśli Clarissie wydawało mu się 
rzeczą bardzo naturalną. Może właśnie dlatego, że go nic nie 
łączyło z Clarissą, nawet zwykła zażyłość. Po prostu traktował 
ją jako zaufaną sekretarkę, troszczącą się o swoją szefową. O, 
właśnie to ich łączyło: troska o Jane.

background image

  - Czy Jane nigdy cię niczym nie zaskoczyła? - spytała 

Clarissa. - Czy nie zrobiła czegoś, czego nie oczekiwałeś?

  -   Sama   sobie   odpowiedz.   Przecież   ją   znasz.   Clarissa 

wrzuciła do ust winogrono i gryząc je, zastanawiała się nad 
odpowiedzią, Gdy popiła owoc wódką z tonikiem, stwierdziła:

.   ..   -   Moim   zdaniem   Jane   jest   osobą...   nieco 

skomplikowaną.   Jest   takie   powiedzenie,   że   gładkie   lustro 
wody może zapowiadać toń. Moim zdaniem Jane jest zdolna 
popełnić nawet szaleństwo, jeśli ma na to ochotę.

  -   Nie   wydaje   mi   się.   Nie   należy   do   kategorii   ani 

zwariowanych, ani szalonych kobiet

Tajemniczy   uśmieszek   Clarissy   zaniepokoił   Marka  nie 

mniej niż wiadomość o dziwnej wyprawie Jane do Nowego 
Orleanu.

  -   Chyba   nie   masz   racji,   Mark   -   upierała   się,   a   jej 

uśmieszek jeszcze się pogłębił. - Myślę, że Jane jest zdolna do 
szalonego wyskoku. I myślę, że ty również jesteś do czegoś 
takiego   zdolny,   jeśli   nastąpią   odpowiednie   okoliczności. 
Myślę, że każdy jest w stanie zrobić coś nieprzewidywalnego.

 - Nonsens. Clarissa roześmiała się.
W zwykłych okolicznościach Mark bardzo nie lubił, kiedy 

ktoś się z niego śmiał. Ale kiedy śmiała się Clarissa, w jej 
migdałowych oczach tańczyły iskierki, a jej równe, bielutkie 
zęby tworzyły śliczne półkole na tle gładkiej, śniadej skóry. I 
nagle stwierdził, że zupełnie mu nie przeszkadza, że śmieje się 
z niego. Bo to robi Clarissa Bonnert.

 - Wymień coś szalonego, co twoim zdaniem ja mógłbym 

zrobić - rzucił wyzwanie. - Jedną jedyną rzecz, która miałaby 
sprawić mi przyjemność.

  - Myślę, myślę... - Patrzyła na niego swymi pięknymi 

oczami w równie pięknej twarzyczce. - Myślę, że sprawiłaby 
ci przyjemność przejażdżka na North End i spacer po ulicy z 
calzone w palcach.

background image

 - Nigdy nie kupuję nic do jedzenia na ulicy.
  -   Każdy   powinien   to   czasem   zrobić.   Musisz   choć   raz 

spróbować.

 - Co za niesamowity pomysł!
Nagle zaczął się śmiać. Jeśli Jane zdaniem Clarissy może 

być szalona, to dlaczego nie może i on? Jeśli Clarissa mogła 
rozpuścić włosy, to i on może się rozluźnić.

 - Calzone, powiadasz?
 - Wiesz, co to jest calzone?
 - Coś w rodzaju pizzy?
 - Taki złożony placek z ciasta, jakiego używa się na pizzę, 

faszerowany serem, sosem i innymi tam dodatkami. Jak się je, 
to oblepia palce, ale smakuje wspaniale, i jeśli w twoim ciele 
jest chociaż jedna żądna przygody kostka, to przespacerujesz 
się po ulicy w North End w tym swoim garniturze do pracy, 
jak go nazywasz, na mój gust aż za eleganckim na tę dzielnicę, 
i całe ubranie pochlapiesz sobie roztopionym serem.

  - Zrobię to, jeśli zdejmiesz okulary - rzucił. Zamrugała 

parę razy, a po chwili wyprostowała się i rzekła:

 - Zgoda.
Zdjęła   szkła.   Zakołysał   się,   jakby   doznał   szoku.   Boże 

drogi,   ta   kobieta   jest   przecudowna!   Jej   twarz   powinna   być 
zarejestrowana jako dzieło sztuki. Nic dziwnego, że musi to 
ukrywać,   nosić   takie   oprawki   i   wiązać   włosy   na   czubku 
głowy. Gdyby na co dzień chodziła tak jak teraz, to mężczyźni 
nie daliby jej spokoju. Clarissa schowała okulary do torebki i 
uśmiechnęła się.

 - A więc? - spytała.
 - Co „a więc"?
 - Jedziemy na calzone?
Pomyślał   sobie,   że   kiedy   stąd   wyjdą   i   będzie   mógł 

zaczerpnąć   świeżego   powietrza,   to   może   jakoś   wytrzyma 
towarzystwo tej czarodziejki. Tak, zaczarowała go, zniewoliła, 

background image

skłoniła do zrobienia czegoś, czego sam by nie wymyślił. Miał 
nadzieję, że kiedy zobaczy Clarissę z twarzą umorusaną serem 
i sosem pomidorowym, to czar pryśnie.

Poza   tym   czego   się   boi?   Jest   przecież   zaręczony   i 

pomiędzy   nim   a   Clarissą   nic   nie   nastąpi.   Ani   teraz,   ani 
później. Jest bezpieczny. Przecież to tylko kolejka górska.

 - Jedziemy na calzone! - zawołał entuzjastycznie.
 - Cześć, Jane! Czekam w holu. Czy jesteś gotowa jechać 

na poszukiwanie swojej panienki lekkich obyczajów? - spytał 
przez telefon.

  - Czy zawsze musisz stroić żarty? - odparła, okręcając 

wokół   palca   sznur   słuchawki   i   zerkając   na   nie   podpisane 
dokumenty rozwodowe, które po powrocie do hotelu wyjęła z 
torebki i położyła na nocnym stoliku. Papiery te jakby nabrały 
własnej osobowości. Kpiły z niej i przypominały, że w istocie 
chodzi tylko o uzyskanie podpisu i jak najszybszy powrót do 
Bostonu.

A oto tkwi teraz w tym pokoju hotelowym, patrzy przez 

okno   na   ruchliwą   ulicę   śródmieścia   Nowego   Orleanu   i 
przygotowuje   się   na   wędrówkę   uliczkami   Francuskiej 
Dzielnicy   w   poszukiwaniu   prostytutki,   której   klientem   był 
pastor Bob.

Minione   kilka   godzin spędziła   w pokoju  sama,  usiłując 

uporządkować rozbiegane myśli i wyciągnąć jakieś wnioski. 
Po powrocie z Codym z La Place wstąpili do redakcji, gdzie 
Cody  otrzymał  polecenie  zrobienia  serii  zdjęć  na  kampusie 
uniwersytetu Tulane. Trwała tam straszna awantura, ponieważ 
jedno   zwariowane   bractwo   studenckie   zamalowało   swymi 
greckimi  symbolami  budynek innego bractwa, które, czując 
się   znieważone,   zagroziło   odwetem.   Możliwość   wybuchu 
studenckich rozruchów stanowiła doskonały temat i redaktor 
naczelny chciał, by Cody na  miejscu  czatował  na  początek 
rozróby.

background image

Jane   przekonała   Cody'ego,   by   natychmiast   pojechał   na 

uniwersytet, bo przecież mogą wznowić poszukiwania pastora 
późnym   popołudniem.   Poza   tym   szanse   znalezienia 
towarzyszki igraszek pastora są znacznie większe wieczorem 
niż wczesnym popołudniem.

Wszystko to prawda, ale Jane chodziło głównie o to, by 

spędzić   trochę   czasu   bez   Cody'ego.   Chciała   wyjaśnić   sama 
sobie i zrozumieć, dlaczego, na miłość boską, nie zgodziła się, 
by podpisał dokumenty bez żadnych zobowiązań z jej strony. 
Bez   potrzeby   oddawania   przysług,   bez   pieniędzy,   bez 
jakichkolwiek   innych   warunków.   Gdyby   to   zaakceptowała, 
byłoby   już   po   wszystkim.   Pakowałaby   właśnie   walizkę, 
wyprowadzała się z hotelu i jechała na lotnisko.

A   ona   jak   ta   idiotka   zgodziła   się   pomóc   Cody'emu   i 

popołudnie   spędziła   na   braniu   prysznica,   jedzeniu   kanapek 
kosztujących   fortunę   i   wymyślaniu   sobie,   że   zaprzepaściła 
dobrą okazję pozbycia się raz na zawsze widoku Cody'ego.

Z  drugiej   strony   wypadałoby   mu   pomóc.   Winna  mu  to 

była   za   niedopatrzenie   popełnione   przez   ojca   przed 
dwunastoma laty. Za to, że go opuściła, chociaż zakończenie 
ich burzliwego związku leżało także w jego interesie.

Ale  dług, jaki  miała  wobec  Cody'ego, nie  był jedynym 

powodem   odmowy   przyjęcia   jego   szlachetnej   propozycji. 
Dług był jednym z powodów, może największym, ale tylko 
jednym.   Musiała   to   przyznać,   zawsze   bowiem   była   wobec 
siebie uczciwa, gdy chodziło o fakty.

A faktem było to, że jej związki  z  Codym nie przestały 

istnieć. Rozwód nie  rozwód, spotkanie  z  nim  było dla  niej 
objawieniem. Okazało się, że łączy ich coś więcej niż  tylko 
prawne niedopatrzenie i że podpisanie papierka nie wystarczy, 
by to, co ich łączy, nagle się rozpłynęło.

I   nic   nie   znaczy   inny   fakt:  że   jest   starsza   i   bardziej 

doświadczona.   Nic   nie   znaczy   fakt,   że   jest   zaręczona   z 

background image

Markiem   Dennisonem   ani   też,   że   kiedy   przed   dwunastoma 
laty młodzi i nieodpowiedzialni, Jane i Cody, wzięli ślub, to 
przeżyli   potem   razem   więcej   dni   złych   niż   dobrych.   Cody 
reprezentował ów etap jej życia, kiedy miała jeszcze otwarte 
opcje,   kiedy   była   na   tyle   młoda,   że   miała   prawo   być 
nieodpowiedzialna,   kiedy   podstawową   rolę   odgrywały 
uniesienia i gorące uczucia. Cody symbolizował coś, o co Jane 
nikt nigdy by nie podejrzewał: irracjonalność!

Był jej pierwszą miłością, psiakość!
Każda kobieta ma w swoim życiu jakiegoś Cody'ego. I bez 

względu   na   to,   jak   szybko   i   na   ile   dokładnie   się   z   tego 
odurzenia   otrząśnie,   ów   Cody   zawsze   pozostaje   jako 
wspomnienie,   płomyk,   który   nie   chce   zgasnąć.   Ów   Cody 
zawsze   przypomina   czas,   kiedy   ważne   było   tylko 
zaspokojenie   uczucia   wielkiej   miłości.   Wówczas,   przed 
dwunastoma   laty,   Cody   oznaczał   wolność.   Cody   oznaczał 
brak lęków. Cody oznaczał.

 - Głupotę! - oświadczyła głośno swemu odbiciu w lustrze.
Z eleganckiego, bardzo profesjonalnego stroju, jaki miała 

na sobie przed południem, przebrała się w jedwabną bluzkę i 
spodnie.   Chodzenie   po   uliczkach   Francuskiej   Dzielnicy   i 
przepytywanie   prostytutek   nie   wymaga   kostiumu   z   domu 
mody.

Westchnąwszy,   sięgnęła   po   torebkę   i   klucz   do   pokoju. 

Teraz już nie mogła się wycofać z danej Cody'emu obietnicy, 
ale   powinna   otrząsnąć   się   z   tych   niedojrzałych   i 
romantycznych wspominków i rozmyślań o pierwszej miłości. 
I powinna trzepnąć Cody'ego w dłoń, jeśli raz jeszcze spróbuje 
ująć   ją   pod   brodę.   Nie   powinna   mieć   problemów   z 
zachowaniem równowagi psychicznej tak długo, jak długo jej 
nie będzie dotykał, nie będzie obdarzał tym uśmieszkiem, nie 
będzie czarował oczami, a kiedy ona znajdzie się u kresu sił, 
nie będzie okazywał dobroci i zrozumienia.

background image

Powinna  jakoś przetrwać. Skończy sprawę, skończy i  z 

Codym. Na dobre, na zawsze.

Zjechała do holu i poszła prosto do rzędu telefonów przy 

recepcji, gdzie stał Cody, oparty niedbale o ścianę, w tych 
samych   co   rano   spłowiałych   dżinsach,   w   koszulce   i   w 
adidasach.   Nowością   była   tylko   zarzucona   na   ramiona 
marynarka   z   lekkiej   tkaniny.   Nie   pasował   do   tego 
eleganckiego hotelu, choć był nieświadomie fascynujący.

Podobnie jak poprzedniego dnia w sali bilardowej, tak i 

teraz   poczuła   przyspieszone,   nierówne   bicie   serca.   Zresztą 
rano   wydarzyło   się   to   samo,   gdy   poszła   do   redakcji 
„Sentinela"   i   zobaczyła   go   za   oszklonym   przepierzeniem. 
Wydarzyło   się   to   po   raz   wtóry,   gdy   ją   ujął   pod   brodę   i 
zaproponował, że podpisze zgodę.

Nie   było   jej   to   potrzebne.   Nie   chciała   tego.   Chciała... 

dojrzałości.   Odporności.   Jedności   myślenia.   Tego   jej   było 
najbardziej potrzeba, aby mogła sobie dać radę z sytuacją i z 
sobą.

  - Jedziemy - oznajmiła krótko, zarzucając pasek torebki 

na ramię. - Gdzie masz samochód?

Stopą uderzył w posadzkę.
  -   Pod   nami.   W   hotelowym   garażu.   Do   Dzielnicy 

Francuskiej możemy iść pieszo. Albo weźmiemy taksówkę, 
jeśli   jesteś   zmęczona.   Parkowanie   tam   jest   praktycznie 
niemożliwe.

 - Pójdziemy - zdecydowała. Spacer powinien ją uspokoić 

albo zmęczyć i nie będzie tak silnie reagowała na Cody'ego.

Wyszli   przed   hotel.   Cody   włożył   marynarkę,   a   ręce 

schował   do   kieszeni   dżinsów,   co   sygnalizowało,   że   nip 
zamierza brać jej pod ramię. Odetchnęła z ulgą, Bardzo się 
teraz bała bliskiego kontaktu.

Zauważyła, że od rana się nie golił i wyglądał niechlujnie. 

Miał   tak   zwany   popołudniowy   zarost   i   zmierzwione   przez 

background image

wiatr   włosy.   Poza   tym   ta   marynarka:   wygnieciona   do 
niemożliwości. Pewno ją zawsze trzymał na wszelki wypadek 
w redakcji albo samochodzie. Po co ją teraz wziął? Był upał. 
Po co mu marynarka do rozmowy z prostytutką?

A może wieczorami robi się chłodno? Ulice były pełne 

ludzi wracających z pracy, niebo już się zaróżowiło.

 - Jak sytuacja na uniwersytecie? - spytała. Prychnął.
 - Banda bogatych szczeniaków z wypryskami na mózgu. 

Nie mają lepszego zajęcia niż paskudzenie farbą budynków.

Zastanawiała   się,   czy   określenie   „banda   bogatych 

szczeniaków"   powinna   przyjąć   jako   złośliwość   pod   swoim 
adresem. Też była bogatą szczeniarą, kiedy ją poznał, ale nie 
rozpaskudzoną.   Studenci   na   uniwersytecie   Wellesley   nie 
niszczyli farbą porośniętych bluszczem, gotyckich budynków.

 - Czy myślałeś kiedyś o pójściu na studia? - spytała.
  -   A   po   cóż   miałbym   to   robić?   -   Spojrzał   na   nią 

sceptycznie.

  -  Żeby  pobudzić   szare  komórki  do  myślenia.  Parsknął 

śmiechem.

 - Aż nadto pobudzam szare komórki, czytając „Sentinela" 

i przemierzając ulice Nowego Orleanu.

Doszli do rogu i stanęli, czekając na zmianę świateł. Jane 

wpatrywała   się   w   budynki   za   skrzyżowaniem   -   z   ciemnej 
cegły, z ceramicznymi dachówkami i łukowato sklepionymi 
bramami.   Wzdłuż   wyższych   pięter   biegły   ozdobne,   żelazne 
balustrady wąskich balkonów. Ulica wyglądała jak dekoracja 
do filmu „Tramwaj zwany pożądaniem".

  -   Jak   tu   uroczo   -   powiedziała,   gdy   znaleźli   się   bliżej. 

Zerknął na nią i uśmiechnął się ciepło.

  - Jakie to inne od Quincy Market, prawda? - zauważył, 

mówiąc o bostońskim placu, otoczonym eleganckimi sklepami 
i restauracjami.

background image

 - Masz rację, ale jednocześnie coś łączy te dwa miejsca. 

Ludzie, sklepy, atmosfera. Właśnie, atmosfera. Quincy Market 
jest kwintesencją Nowej Anglii. To, co widzę, jest w moim 
pojęciu kwintesencją Nowego Orleanu. I z pewnością jest tu 
również pełno sklepów z bajońskimi cenami.

Partery   budynków   zajęte   były   przez   butiki   z   krzykliwą 

biżuterią,   drogimi   dziełami   sztuki,   ręcznie   malowanymi 
maskami   i   ekstrawaganckimi   ubiorami.   Jane   zatrzymają   się 
przed   jednym   z   butików   i   wskazując   namalowany   szal 
udrapowany w witrynie, wykrzyknęła:

 - Byłby doskonały dla Clarissy.
 - Kto to jest Clarissa?
  -   Moja   sekretarka.  Śliczna   dziewczyna.   Turkus   to   jej 

kolor.

 - Ty byś też w tym pięknie wyglądała - odparł i dał nura 

do sklepu.

Pogoniła za nim.
 - Cody, nie przyszliśmy tu po zakupy!
 - Zakupy, zakupy. To nie są żadne zakupy. Ściągnął szal z 

witryny i zaczął szukać metki z ceną.

Jane usiłowała mu go wyrwać, ale Cody podniósł wysoko 

rękę   z   szalem   i   zaniósł   do   lady,  zza   której   starsza   kobieta 
przyglądała się w milczeniu całej scenie.

  -   Biorę   -   oznajmił   sprzedawczyni.   -   Niech   pani   tylko 

odetnie   cenę.   I   nie   trzeba   pakować.   Ta   pani   zarzuci   to   na 
ramiona.

 - Cody! - Złościło ją jego zachowanie. - Nie wezmę tego. 

Nie będę tego nosić.

 - Weźmiesz i będziesz nosić.
 - To zbyt kosztowny prezent.
  - Od jakiej kwoty prezent jest zbyt kosztowny? - spytał 

ironicznie.

background image

Cokolwiek by jej kupił, byłoby dla niego zbyt wielkim 

wydatkiem.   Nie   chciała,   by   wydawał   na   nią   pieniądze.   Na 
pewno nie ma ich za wiele. Czyż zresztą jeszcze wczoraj nie 
polował na jej majątek?

Nie mogła ponownie zaprotestować, bo Cody już płacił 

kartą kredytową. Potem schował kartę, wziął szal i nałożył go 
jej na ramiona.

Mięsisty,   wspaniały   jedwab   był   chłodny,   jego   barwa 

olśniewała.

 - Ode mnie na pamiątkę - mruknął.
  - Nie wiem, co powiedzieć - odparła, chociaż  to było 

kłamstwo. Wiedziała dobrze: „Pamiątka po tobie? Nie chcę".

 - Wystarczy mi jedno słowo. Dziękuję.
 - Cody... - Miało to zabrzmieć ostro i sucho, ale dźwięk, 

jaki wydała, był przedziwnie zduszony, jękliwy.

Poprawił   szal   na   jej   ramionach.   Czynił   to   delikatnie, 

niemal czule. Jakim cudem ktoś, kogo właściwie wychowała 
ulica i życie, ciężko pracujący na utrzymanie, potrafi okazać 
taką   delikatność?   Zwłaszcza   kobiecie,   która   pragnęła   tylko 
jednego: ostatecznie się od niego uwolnić.

  - Teraz wygląda świetnie - oświadczył, przyglądając się 

jej z dziwnym wyrazem w oczach.

Opuściła   wzrok,   niezdolna   dłużej   wytrzymać   spojrzenia 

oczu o barwie nie mniej żywej niż barwa szala.

 - Dziękuję - bąknęła.
 - Nie ma za co - odparł.
Raz   jeszcze   dotknął   skraju   materii,   uśmiechnął   się 

enigmatycznie i wyszedł ze sklepu. Nie mając wyboru, poszła 
za   nim.   Dopadła   go   dopiero   kilka   sklepów   dalej.   Jej 
oszołomienie powoli zastępowała podejrzliwość.

 - Po coś to zrobił? - spytała. Znowu się uśmiechnął.

background image

 - A dlaczego nie? Czy ty nigdy nie zrobiłaś niczego, co 

pozornie   nie   miałoby   sensu,   tak   dla   uciechy?   Owszem, 
zrobiłaś - odpowiedział sam sobie. - Wyszłaś za mnie.

 - Zrobiłam to z większym rozmysłem niż ty, kupując ten 

szal.

  - Tak, tak, zrobiłaś to z  wielkim  rozmysłem.  Podjęłaś 

decyzję i dopiero wtedy za mnie wyszłaś. Dużo ci ten rozmysł 
pomógł.

Zwolnił, gdy zbliżyli się do następnego skrzyżowania. Na 

przeciwległym rogu samotny muzyk wygrywał na saksofonie 
tęskne melodie jazzowe, Jane wyciągnęła z torebki dolara i 
gdy przeszli przez jezdnię, wrzuciła go do leżącego na ziemi 
kapelusza. Skoro Cody mógł szastać pieniędzmi, może i ona. 
Poza tym jej gest ma więcej sensu niż jego. Wspiera przecież 
artystę, a postępek Cody'ego czyni ją tylko dłużniczką.

Na ulicy znajdowało się teraz mniej ludzi, Nie byli to już 

miejscowi   wracający   do   domów,   ale   turyści   ściągający   na 
wieczorny   spacer   po   historycznych   zaułkach   i   potencjalni 
klienci licznych lokali rozrywkowych. Jane zauważyła dużą 
liczbę   młodych   par,   trzymających   się   za   ręce.   Pojedynczy 
przechodnie przyglądali się sobie z zainteresowaniem. Kobieta 
o obfitych kształtach w minibluzce  z  cekinów i  w obcisłej 
minispódniczce kryła się w cieniu portalu, łypiąc dokoła w 
poszukiwaniu dobrej okazji.

 - To jest chyba prostytutka? - spytała Jane naiwnie.
 - Przecież nie królowa Anglii. - Cody skręcił w kierunku 

kobiety i Jane, chcąc nie chcąc, musiała pójść zanim.

Kobieta   stojąca   w   głębi   portalu   przyglądała   mu   się   z 

dużym zainteresowaniem, póki nie zdała sobie sprawy, że jest 
z   nim   Jane.   Wtedy   podniosła   wysoko   brwi,   potrząsnęła 
grzywą i wyprostowała ramiona. W głębokim dekolcie widać 
było pot perlący się między piersiami.

background image

  -   Czy   mogłaby   pani   nam   pomóc?   -   zaczął   Cody   bez 

wstępu.

Jane   była   zadowolona,   że   przejął   inicjatywę,   nie   miała 

bowiem najmniejszej ochoty rozmawiać z prostytutką.

Zresztą   Cody   zrobi   to   lepiej.   Kobieta   przeciągnęła 

koniuszkiem języka po wargach.

  -   Jestem   pewna,   kochanie,  że   mogę.   Wszystko   mogę, 

czego tylko sobie życzysz, milutki. - Miała nawet melodyjny 
głos.   -   Chociaż   tak   na   oko   nie   wyglądacie   oboje   na   tych, 
którym trzeba wiele pomagać, ale tego i owego mogę  was 
nauczyć. Na pewno wam się spodoba. Możemy sobie w trójkę 
zorganizować fajną zabawę.

Jane poczuła, że zaczynają jej płonąć policzki. Cody tylko 

się roześmiał.

 - My kogoś szukamy - wyjaśnił. - Szukamy jednej z pani 

koleżanek.

  -   I   znalazłeś   ją,   kochasiu,   znalazłeś.   Ja   jestem   swoją 

najlepszą koleżanką. Na całej ulicy nie ma lepszej. Chodźcie, 
znajdziemy sobie jakiś pokoik i zaczniemy się bawić.

Jane   miała   ochotę   czym   prędzej   umknąć,   ale   Cody 

roześmiał się jeszcze głośniej niż przed chwilą. Z wewnętrznej 
kieszeni marynarki wyjął fotografię pastora Stanhope'a i jego 
towarzyszki - powiększoną i przyciętą, aby widać było tylko 
ich twarze.

 - Szukam tej. Kobieta wydęła wargi.
 - Ona nie jest wcale specjalna. Co potrafi ona, ja potrafię 

lepiej.   Ślicznie   się   wami   zajmę.   -   Zlustrowała   Jane 
zaciekawionym   spojrzeniem.   -   Lubisz   słodycz,   gołąbeczko? 
Będziesz miała słodko. Mnie tam wszystko jedno, kobieta czy 
mężczyzna. Dla każdego mam coś miłego.

 - My nie szukamy erotycznej rozrywki - powiedział Cody 

i   stukając   palcem   w   fotografię,   wyjaśnił:   -   My   szukamy 

background image

konkretnej   osoby.   A   może   znasz   tego   mężczyznę? 
Przypadkiem go nie rozpoznałaś? .

Kobieta długo przyglądała się fotografii.
 - . Tego dudka nie znam. A ona... Tak, widziałam, jak tu 

się gdzieś pęta. Nie jesteś przypadkiem gliną?

  - Jestem najzupełniej prywatną osobą. Chcę tylko zadać 

kilka   pytań   temu   mężczyźnie,   ale   mam   trudności   z 
odnalezieniem go. Kim jest ta kobieta na fotografii? Znasz jej 
nazwisko?

 - Wołają na nią Suzie, ale ona ma tylko stałych klientów. 

Na ulicy jej nie znajdziecie.

 - A gdzie? W jakim lokalu ma metę?
  -   Spróbujcie   w   La   Luna,   tawernie   blisko   Esplanady. 

Widziałam ją tam parę razy.

 - Dzięki. - Cody schował fotografię do kieszeni.
  -   Obsłużyłabym   cię   lepiej,   chłoptysiu.   -   Kobieta   nie 

zrezygnowała z próby ubicia interesu.

  -   Może   kiedy   indziej   -   odparł   Cody.   -   Dziękuję   za 

informacje.

Obdarował   kobietę   jednym   ze   swych   zabójczych 

uśmiechów   i   ujął   rękę   Jane.   Dotyk   jego   dłoni   sprawił   jej 
przyjemność,   ale   obruszyła   się   na   zapowiedź   Cody'ego,   że 
kiedy indziej... Poza tym uwagę prostytutki, że obsłużyłaby go 
lepiej, wzięła do siebie.

Po   chwili   zapomniała   jednak   o   tych   drobiazgach,   gdyż 

dłoń   trzymająca   jej   rękę   była   rozkosznie   ciepła,   a   dotyk 
podniecający. Ciekawe, jak by to było teraz się z nim kochać? 
Natychmiast   odrzuciła   tę   myśl   jako   szaloną,   głupią, 
nierozsądną.   Ale   dlaczego   aż   tak   reaguje   na   dotyk   dłoni 
mężczyzny, który przecież jest od dwunastu lat jej obcy? I nie 
wolno tego ujawnić  i dać zbyt wiele do myślenia Cody'emu, 
zabierając zbyt nagle dłoń.

background image

Skręcili w boczną ulicę, gdzie inny muzyk wyłkiwał swe 

żale   na   elektrycznej   gitarze   rozsiewającej   dźwięki   przez 
gigantyczny głośnik. Ale Cody nie dał Jane czasu, by wyjęła 
kolejnego   dolara   i   wrzuciła   do   otwartego   futerału   gitary. 
Podążył szybko w kierunku budynku z neonem w kształcie 
księżyca   w   kwadrze,   na   którym   zapalały   się   i   gasły   litery 
ułożone w słowa La Luna.

Weszli do tawerny nieco wyższej klasy niż bar Gussie. 

Były   tam   ściany   z   czerwonej   cegły,   posadzka   z   terakoty, 
wypolerowane dębowe stoły i mosiężne kandelabry. Z szafy 
grającej w głębi lokalu dobywał się tęskny głos piosenkarki 
wyśpiewującej   bluesy.   Tu   nie   pachniało   piwem   i   dymem 
papierosowym, ale pieczonym na węglach mięsem.

 - Czyżby pastor Bob zaglądał tu w poszukiwaniu Boga? - 

spytał Cody, lustrując twarze klientów, w większości lepiej 
ubranych   niż   ci,   których   widziała   u   Gussie.   Dwaj 
uśmiechnięci   barmani   obsługiwali   gości   przy   barze   i 
wykonywali zamówienia kelnerek.

  -   Jeśli   pastor   Bob   tu   zagląda   lub   zaglądał,   to   nie   w 

poszukiwaniu Boga, lecz Suzie - odparła Jane.

 - Może dla niego to jedno i to samo. Bóg i seks. I jedno, i 

drugie to rzecz transcendentalna, nie sądzisz? - mruknął.

 - Mógłbyś przestać wplątywać w to religię?
  -   Możemy   zatem   porozmawiać   tylko   o   seksie   - 

zaproponował.

Jane   się   spłoniła.   Naprawdę   się   spłoniła!   Co   się   z   nią 

dzieje? Ciągle się czerwieni. W Bostonie nigdy się to jej nie 
zdarza.

 - Nie widzę tu nikogo podobnego do Suzie - rzekła.
 - Może zjawi się później. Czekając na nią, możemy sobie 

coś przegryźć.

 - Doskonale - zgodziła się.

background image

Cody   zaprowadził   ją   do   stolika,   z   którego   mogli 

obserwować   drzwi.   Podeszła   do   nich   kelnerka   z   czarną 
tablicą,   na   której   kredą   były   wypisane   rodzaje   kanapek   i 
zakąsek  oferowanych tego  dnia.  Cody  zamówił   zębacza   po 
luizjańsku   na   białej   bułce,   a   Jane   skusiła   się   na   porcję 
smażonych krewetek. I słysząc, że Cody życzy sobie piwo, 
także  o  nie  poprosiła.  Uznała,  że   w  takich  okolicznościach 
białe wino niezbyt by pasowało.

Kelnerka odeszła, dźwigając ciężką tablicę.
  -   Czy   to   nasza   pierwsza   randka?   -   spytał   Cody,   gdy 

zostali sami.

Jane zagryzła wargi, które zaczęły jej lekko drżeć. Była 

wściekła za to pytanie. Była wściekła, że przyjęła od niego 
szal, była wściekła, że prowadził ją za rękę. W ogóle była 
wściekła, że tak dobrze się czuje w jego towarzystwie.

  -   Nie   mogę   chodzić   na   randki.   Jestem   zaręczona   - 

odparła.

 - A oprócz tego jesteś mężatką.
Westchnęła, założyła nogę na nogę i opuściła dłonie na 

kolana.   Czy   on   nie   przestanie   nieustannie   wracać   do 
przeszłości?   Dlaczego   się   nie   zmienił,   nie   wyłysiał,   nie 
przybyło   mu   dwanaście   kilo?   A   skoro   już   zadaje   sobie   te 
wszystkie pytania, to przede wszystkim dlaczego nie zmądrzał 
i   nie   zrozumiał,   że   panny   wykształcone   na   ekskluzywnych 
uczelniach nie są dla niego?" Nawet kiedy przed dwunastoma 
laty   uciekła   z   Codym   z   rodzinnego  domu,   zadawała   sobie 
pytanie, co on w niej właściwie widzi oprócz pieniędzy.

 - Prawdę mówiąc, nigdy nie mieliśmy randki. - Nie.
 - Dlaczego? - Wydawał się zdumiony tym faktem.
  - Nie miałeś pieniędzy, a moi rodzice nigdy by mi nie 

pozwolili iść na randkę z tobą.

 - Mogłabyś się wymykać poza ich plecami.

background image

 - Zrobiłam to raz. Z fatalnym skutkiem. Jego uśmiech coś 

w niej rozpalił.

Cody i ona nie chodzili na randki, tak jak inni ich koledzy 

i   koleżanki.   Ich   uczucie   było   intensywniejsze   niż   pierwsza 
miłość innych nastolatków. W przerwie na lunch spotykali się 
w głębi szkolnego holu, gdzie wymieniali spojrzenia i dzielili 
się sekretami. Spotykali się też po lekcjach. Jej rodzice byli 
pewni, że córka przebywa u przyjaciółki, odrabiając domowe 
zadania, a ona tymczasem jechała z Codym motocyklem na 
Kasztanowe Wzgórza. Tam znajdowali ustronne miejsce na 
trawie, Cody rozwijał koc, który zawsze woził przytroczony 
do   siodełka,   siadali   i   oddawali   się   pieszczotom.   Pocałunki 
Cody'ego dosłownie ją porażały i upijały. Dygotała, jej ciało 
stawało   w   ogniu.   Głaskał   ją   i   czuła   wtedy   słodki   ból   w 
piersiach.   Zaciskała   mocniej   nogi,   a   gdy   usiłował   wsunąć 
między nie dłoń, wołała "Dość!" i przestawał.

 - Nie mogę, jeszcze nie mogę - szeptała. - Wiesz, że nie 

mogę. Nie powinniśmy tego robić.

 - Nie byłoby w tym nic złego, Janey - mówił, przesuwając 

dłonią po jej ciele. - Przecież się kochamy.

  - Jak ty mnie możesz kochać? Przecież każde z nas jest 

takie inne.

 - Właśnie dlatego tak bardzo cię kocham. Bo jesteś inna.
  -   Jest   tyle   dziewcząt,   które   chętnie   zgodzą   się   na 

wszystko. Dlaczego nie wybierzesz sobie którejś, Cody?

  - Wybrałem ciebie, Jane. Może zwariowałem, ale chcę 

być tylko z tobą.

Tak,   oboje   musieli   wtedy   zwariować.   Cody   chyba 

zwariował   myśląc,   że   ją   naprawdę   kocha.   Zwariował 
nalegając na ślub, aby mogli się kochać bez poczucia winy.

Powrót   kelnerki   przerwał   tok   wspomnień.   Jane 

zorientowała się, że gdy błądziła myślami w przeszłości, Cody 

background image

przez cały czas ją obserwował. Ukryła zmieszanie, podnosząc 
do ust przyniesiony przez kelnerkę kufel piwa.

  - Powiedz mi, jak to się stało, że twój ojciec nawalił z 

zarejestrowaniem tego orzeczenia?

Cody   zadał   to   pytanie   tak   obojętnym   tonem,   jakby 

wymieniał markę piwa. To pytanie ona sama zadawała sobie 
niezliczoną ilość razy od chwili, kiedy odkryła ten fakt przed 
miesiącem.

 - Szczerze mówiąc, nie wiem.
 - A może to takie freudowskie zaniechanie? Może on w 

duchu chciał, żebyśmy pozostali małżeństwem?

Jane się roześmiała. Ojciec nienawidził Cody'ego.
  - Naprawdę nie wiem, dlaczego tego nie zrobił, ale to 

chyba nie było tak, jak sugerujesz. Może cały ten hałas, chaos, 
wybuchowa atmosfera towarzysząca tej sprawie... I tyle złości 
i   wzajemnej   podejrzliwości...   Rodzice   nie   ufali   mi,   ja   nie 
ufałam im. Wiem, że chciałam jak najprędzej się spakować i 
wyjechać na uniwersytet, żeby z nimi dłużej nie mieszkać.

  - Mówisz o złości, a przecież twoi rodzice powinni być 

wniebowzięci, że wydostałaś się z moich szponów.

  -   Owszem,   czuli   z   tego   powodu   ulgę,   ale   byli   także 

bardzo źli. A ja byłam tylko zła na siebie. Na wszystkich, na 
cały świat, ale głównie na siebie. - Wzięła do ust krewetkę. 
Wspaniała!   Upieczona   czy   uduszona   w   aromatycznych 
przyprawach.   Pozwoliła   sobie   długo   rozkoszować   się   tym 
przysmakiem,   nim   powróciła   do   pytania   Cody'ego.   -   Mój 
ojciec   był   w   strasznym   stanie,   głównie   z   mojego   powodu. 
Czułam się za to odpowiedzialna. Matka kilkakrotnie woziła 
go   do   lekarza,   żeby   mu   dawał   środki   uspokajające.   Kiedy 
teraz   o   tym   myślę,   dochodzę   do   wniosku,   że   był   tak 
wyczerpany, że nie potrafił jasno myśleć.

 - Czy wtedy zaczął mieć problemy zdrowotne?

background image

  -   Myślę,   że   mniej   więcej   wtedy.   Miał   jakieś   skurcze 

mięśni   w   barku.   Stwierdzono   stan   zapalny   w   stawach 
biodrowych i zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa. Stan jego 
na tyle się pogorszył, że musi teraz chodzić o lasce i nie znosi 
zimna. Od razu czuje się wtedy gorzej.

Cody   mruknął   coś,   czego   nie   dosłyszała.   A   może 

powiedział, że mu go żal?

Wątpiłaby w szczerość tych słów.
 - Zawsze nienawidziłeś mojego ojca.
  - Nienawidziłem go dwanaście lat temu. Teraz już nie. 

Zabrał się do swojej kanapki. Usiadła wygodniej i wpatrzyła 
się w niego.

 - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
  -   Ojej,   tak   uważasz?   Że   jestem   miły?   Postaram   się 

przestać.

  - Mówię serio. Czego ty po mnie oczekujesz? Albo ode 

mnie. Już ci powiedziałam, że pomogę w sprawie Stanhope'a. 
Czego jeszcze chcesz?

 - Nie sądzisz, że mógłbym być miły, nie oczekując nic w 

zamian?

 - Nie - odparła krótko.
Popijał piwo, analizując jej oskarżenie. Wreszcie wzruszył 

ramionami, nie trudząc się zaprzeczaniem.

 - Może i masz rację, Janey. Może czegoś chcę - przyznał 

spokojnie. Pochylił się nad stolikiem, dotknął skraju jej szala i 
niemal uwodzicielsko przesunął palcami po gładkim jedwabiu. 
Nagle   wyobraziła   sobie   te   palce   muskające   jej   skórę.   Nim 
zdołała cofnąć się lub poddać pieszczocie, zabrał rękę i usiadł 
sztywno   w   poprzedniej   pozycji.   -   Czegoś   od   ciebie   chcę, 
Janey, tylko nie jestem pewien czego. Powiem ci, kiedy będę 
wiedział.   -   Wzrok   z   jej   twarzy   przeniósł   na   kufel   piwa.   - 
Sądzę, że to wkrótce nastąpi, ale jeszcze nie teraz. Wydaje mi 
się, że właśnie weszła nasza przyjaciółka, Suzie.

background image

Rozdział 6
I   w   bardzo   odpowiedniej   chwili,   pomyślał,   przełykając 

ostatni   kęs   kanapki   i   przyglądając   się   blondynce,   która 
tanecznym   krokiem   weszła   do   tawerny.   W   porównaniu   z 
prostytutką spotkaną na ulicy wyglądała niemal przyzwoicie: 
bluzka   z   dużym   dekoltem,   szeroka   spódnica   na   tyle 
przejrzysta, że widać było zarys nóg. Tak, nie wyglądała na 
prostytutkę, lecz po prostu na kobietę polującą na mężczyznę.

Bez względu na to, kim była i jak wyglądała, Cody odczuł 

ulgę, że może skoncentrować na niej uwagę. Wokół niego i 
Jane   powstawała   niebezpieczna   aura.   Wiedział,   że   igra   z 
ogniem,   co   dla   niego   nie   było   niczym   nowym,   ale 
zapowiadało kłopoty dla obojga.

Poza   tym   Jane   była   jedyną   osobą,   której   nie   chciał 

okłamać. A kiedy powiedział, że nie wie, czego od niej chce, 
to po prostu łgał. Doskonale wiedział, czego chce  -  długiej 
gorącej nocy po to, aby się przekonać, że seks z nią jest czymś 
nadzwyczajnym, jak to sobie wmówił i co nazbyt często teraz 
wspominał. Bądź żeby stwierdzić, że jest. Jedno lub drugie, 
byle sprawdzić.

Nie   powinien   kupować   jej   tego   szala.   Nie   miał 

najmniejszej pretensji o to, że go nie pocałowała w podzięce. 
Wystarczyło, że widział, jaka jest zmieszana i speszona. Ale 
oglądając Jane w tym szalu, zapragnął ją zobaczyć wyłącznie 
w szalu.

Go w niej jest takiego, że on zmienia się w tego samego 

chłopaka sprzed dwunastu lat? Jaką ona posługuje się magią? 
Dlaczego   nie   przyjęła   jego   propozycji,   że   bez   warunków 
podpiszę zgodę na rozwód? Zawsze była tą roztropniejszą i 
uzyskanie szybkiego rozwodu wydawałoby się właśnie bardzo 
roztropne.

Suzie   podeszła   do   stolika   blisko   baru.   Pogrążony   we 

własnych myślach Cody miał trudności ze skoncentrowaniem 

background image

na niej uwagi. Ale zauważył, że jest szeroka w biodrach, ma 
zaokrąglenia   w   odpowiednich   miejscach,   trochę   zbyt 
wyraziste usta i nadmiernie umalowane oczy.

Pójdzie   do   niej   sam,   postanowił,   i   dopiero   za   chwilę 

poprosi Jane.

  - Zaraz wrócę - powiedział i wolnym krokiem ruszył w 

kierunku Suzie.

Nie chciał jej wystraszyć. Gdy był już blisko i dziewczyna 

podniosła na niego wzrok, stwierdził, że nie jest z gatunku 
tych,  które  łatwo  wystraszyć. Z  twarzy   pod  grubą   warstwą 
szminki wyzierało zimne spojrzenie. Nosiła naszyjnik złożony 
z   wielu   sznurków   szklanych   koralików,   jakimi   zdobią   się 
ludzie podczas karnawału.

 - Suzie?
 - Kim pan jest?
 - Mam parę pytań...
 - Ja nic nie wiem. - Odwróciła głowę.
  - Nie  jestem  gliną  - zapewnił. - Czy  mógłbym  się  na 

chwilę   przysiąść?   -   Usiadł,   nim   zdążyła   odmówić.   Wtedy 
usłyszał, że ktoś za nim odsuwa krzesło, a gdy odwrócił się, 
zauważył, że Jane postanowiła do nich dołączyć.

Uważał, że lepiej dałby sobie radę bez niej. Zwłaszcza że 

zajęła   miejsce   tak   blisko   niego,   iż   świeży   aromat   jej 
ziołowego szamponu tłumił nawet zapachy kuchenne, a kiedy 
poruszyła ręką, jedwabny szal otarł się o jego dłoń. Tak, Jane 
usiadła   za   blisko,   tak   blisko,   jak   siadywała   wtedy,   kiedy 
jeździli motocyklem. Całym ciałem przytulała się wówczas do 
niego, obejmowała go mocno, by nie spaść... Nagle zdał sobie 
sprawę, że nie chce wozić nikogo innego, tylko Jane.

Resztkami woli oderwał się od tych myśli i wpił wzrok w 

Suzie.

 - Mam twoją fotografię, dziewczyno. Z jednym z twoich 

klientów.

background image

Sięgnął do kieszeni i wyciągnął zdjęcie. Suzie obejrzała je 

i prychnęła, po czym powiedziała:

 - Tak, to ja. Ale nie z właściwego profilu. Kto to zdjęcie 

zrobił? Ze złej strony?

 - Ja - wyznał Cody. - Ale ty nie masz złego profilu, Suzie. 

Z obu stron wyglądasz prześlicznie.

Spoglądała na niego podejrzliwie.
 - Ale kim pan jest?
 - Nazywam się Cody Sinclair. Pracuję w „Sentinelu".
 - W gazecie? - Zrobiło to na niej pewne wrażenie. Skinęła 

głową i spytała Jane: - Pani też z gazety?

 - Jestem z tym panem - odparła Jane dobitnie.
  -   Nie   bądź   taka   niespokojna,   kochana.   Nie   dotknę 

twojego   chłopaka.   -   Pociągnęła   nosem   i   powróciła   do 
rozmowy   z   Codym:   -   Jeśli   to   panu   nie   przeszkadza,   panie 
Cody Sinclair, to wkrótce będę miała pełne ręce roboty. Ręce i 
wszystko inne. - Zaśmiała  się. - Po  to tu przyszłam.  Więc 
gadaj   pan,   czego   pan   chcesz,   a   potem   oboje   państwo 
zabierajcie tyłki i zostawcie mnie w spokoju.

Gody zignorował jej wybucha
 - Nie jestem zainteresowany tobą, panienko, ale facetem, 

z którym jesteś na zdjęciu.

Ściągnęła   usta   i   założyła   ręce   na   piersiach   jak 

nauczycielka niezadowolona ze swoich uczniów.

  -   Z   obcymi   nie   rozmawiam   o   moich   przyjaciołach. 

Zwłaszcza z obcymi z „Sentinela".

 - Ja już nie jestem obcy. Powiedziałem ci, kim jestem. I 

nie przychodzę w imieniu gazety. Chodzi o to, że... Wydaje mi 
się, że ten mężczyzna to mój dawny znajomy i chciałbym go 
odnaleźć.

 - Po co?
Cody długo się nie zastanawiał.

background image

  -   On   niegdyś   ocalił   moją   duszę.   Człowiek   kościoła, 

modlił się za mnie i ocalił od wiecznego potępienia.

Nie   zmieniając   swej   nauczycielskiej   postawy,   z   którą 

bardzo kontrastowały blond włosy i obfite piersi, patrzyła na 
niego surowo.

 - Powiada pan, że ocalił panu duszę?
 - W stopniu, w jakim to wówczas było możliwe. I kiedy 

teraz zobaczyłem jego zdjęcie, to pomyślałem sobie: „Hola, 
hola, przecież to Stanhope!"

 - Stanley - poprawiła.
 - Stanley? - Nie ryzykował spojrzenia na Jane.
  - Stanley Roberts. Przecież powiedział pan, że pan go 

zna.

  - Powiedziałem, że ocalił moją  duszę. To było bardzo 

dawno temu. Tak, Stanley Roberts, oczywiście! Bardzo bym 
chciał móc z nim porozmawiać i podziękować za wszystko, co 
dla mnie przed laty zrobił. ..

Suzie zmarszczyła brwi, przechyliła głowę i spytała:
 - A skąd ja mam wiedzieć, że pan nie jest gliną?
  -   Gdybym   był,   to   już   dawno   zabrałbym   cię   do 

komisariatu, moja śliczna. A nie robię tego, prawda?

 - A ona? Co ona ma z tym wspólnego? - Suzie wskazała 

głową Jane.

 - Ja na pewno nie jestem policjantką - odparła Jane.
 - Nie wygląda pani na glinę, to prawda. Ale pan... Pan to 

wygląda na takiego glinę, który nie byłby od tego, żeby na 
boku ubić mały interes.

 - Nie przyszedłem tu, żeby ubijać interes. Poszukuję tylko 

Stanleya Robertsa. Nie wiesz, złotko, gdzie on mieszka?

  - A skąd miałabym to wiedzieć? Ja o moich klientach 

wiem tylko to, co najważniejsze.

 - I jakie ważne rzeczy wiesz o Stanleyu? - spytał Cody.

background image

Z lamowanej złotem torebki dziewczyna wyjęła papierosy 

i zapalniczkę. Gdy włożyła papierosa do ust, Cody eleganckim 
gestem podał jej ogień. Patrzyła na niego spod opuszczonych 
powiek.

 - No na przykład to, że on lubi po piesku, od tyłu. Bardzo 

jest dla mnie ważne wiedzieć takie rzeczy.

 - Wyobrażam sobie.
 - A ty, Cody Sinclair z „Sentinela"? Lubisz po piesku? Z 

Suzie nie chciałby próbować w żadnej pozycji.

Z Jane natomiast...
Kochali   się   w   najrozmaitsze   sposoby.   Siedząc,   stojąc, 

leżąc. Na podłodze, pod prysznicem, na plaży. Próbowali w 
górę, w bok, ale nigdy... Tego Cody sobie nie przypominał. 
Może to by się Jane nie podobało.

Ale Jane zawsze była gotowa eksperymentować. Gotowa 

podążać za nim aż na sam skraj. Gotowa nawet skoczyć w 
otchłań. Przez dwa miesiące małżeństwa z pasją się kłócili i z 
jeszcze większą pasją kochali,

Od tyłu, hm... ? Już nie pamiętał. Przez dwanaście lat nie 

myślał o Jane Thayer, teraz się z nią spotkał i - złościło go to 
bardzo   -   nie   mógł   sobie   przypomnieć   wszystkich   ich 
miłosnych pozycji.

 - A skąd pan wie, że Stan chciałby się z panem widzieć? - 

Suzie przerwała jego myśli.

  -   A   dlaczego   miałby   nie   chcieć?   -   odparował. 

Wskazującym palcem postukała w blat stołu. Paznokieć miała 
błyszczący, szkarłatnozłoty.

 - Mogłabym mu podać pana nazwisko i spytać, czy chce 

się z panem widzieć.

  -   Oo,   tego   proszę   nie   robić!   Chciałbym,   żeby   to   była 

niespodzianka. Może mi pani powiedzieć, gdzie on mieszka?

 - Nic z tego. Nie udzielam takich informacji.

background image

 - Niczego mi pani nie udziela, absolutnie niczego. Powie 

mi   pani   tylko   po   to,  żebym   mu   mógł   za   wszystko 
podziękować.

 - Nie i nie. Stan to mój stały klient. Nie chcę stracić jego 

zaufania.

Cody miał ochotę parsknąć śmiechem. Dziewczyna była 

gotowa   opowiadać,   jak   facet   lubi   i   tak   dalej,   ale   podanie 
adresu uważa za nieprzyzwoite, bo to podważa zaufanie.

  - Ile pani bierze od klienta? - spytała Jane. Słysząc to, 

Cody   niemal   spadł   z   krzesła.   Co   ona   kombinuje?   Chce 
wynająć Suzie na wieczorne igraszki?

Suzie niesłychanie się ożywiła.
 - Dużo, kochanie, bardzo dużo - odparła.
  -   Moim   zdaniem,   warta   jesteś   każdego   centa   - 

oświadczyła Jane tonem adwokata. Ale adwokata z Bostonu. - 
Pytam, bo chciałam wiedzieć, ile byś wzięła za podanie adresu 
Stanleya  Robertsa.   Jestem   pewna,  że   moglibyśmy   dojść   do 
porozumienia..,

 - Chce pani kupić informację?
 - Jeśli cena będzie rozsądna.
Cody patrzył na Jane z podziwem. Była mądra, ale teraz 

stała się w jego oczach jeszcze mądrzejsza. Chytra. Postawiła 
sprawę   po   adwokacku,   oświadczyła,   że   jest   gotowa 
negocjować. A jaka jest piękna w tym szalu! Jak odbija się 
światło   na   jej   kasztanowych   włosach.   Jaką   ma   wspaniałą, 
gładką skórę. Jej podbródek, szyja... Wspaniała dziewczyna, 
wspaniała kobieta...

Geniusz w turkusowym szalu! To świetna nazwa. Piękny 

geniusz - najniebezpieczniejszy rodzaj kobiet.

  - Powiem ci prawdę, słodziutka: nie znam jego adresu - 

wyznała   Suzie.   -   Ja   po   domach   klientów   nie   chodzę, 
domowych   wizyt   nie   składam.   Jak   on   się   chce   ze   mną 
widzieć, to mi  daje znak na pagerze, ja do niego dzwonię, 

background image

ustalamy  termin  i  on przychodzi  do mnie. Ja  do niego nie 
chodzę.

 - Teraz jesteś z nim umówiona? Może przy najbliższym 

spotkaniu   mogłabyś   wyciągnąć   od   niego   adres?   -   Widząc 
wahanie  dziewczyny, Jane  zaczęła  się   bawić   otwieraniem   i 
zamykaniem torebki. - Zapłacimy ci.

 - Ile?
 - A ile byś chciała?
 - Sto dolarów.
 - Dwadzieścia - wyszła Jane z kontrpropozycją.
 - Sto i nie ma targów. 
Cody podniósł oczy do nieba, Jane wypuściła, a potem 

wciągnęła powietrze, by zyskać parę sekund na rozważenie 
sytuacji.

 - Sto dolarów to za dużo, Suzie. Przecież nie prosimy cię 

o...

  -   O   igraszki   w  łóżeczku   -   dokończyła   Suzie,   a   Jane 

zrobiła   się,   czerwona   jak   burak.   -   Gdybyś   tego   chciała, 
kochanie, z chłoptysiem na dodatek, kosztowałoby cię to dużo 
więcej niż sto dolarów.

  - Ile bierzesz za takie przyjemności, to sprawa między 

tobą a twoimi klientami - odparła sucho Jane.

 - Nie wszyscy są klientami. Mam też klientki - obruszyła 

się Suzie.

Jane spojrzała na Cody'ego. Zobaczył w jej oczach wyraz 

bezradności. Chyba nie dlatego, że nie może  dobić targu z 
prostytutką. Musiał  być inny powód. Chyba ten, że  ilekroć 
rozmowa   dotykała   problemów   seksu,   Jane   całkowicie   się 
gubiła i robiła okropnie zmieszana.

Cody postanowił włączyć się do targu:
 - Dwadzieścia dolarów to ładny grosz za nic - powiedział.
Suzie długo myślała.
 - Może i tak... - odparła wreszcie.

background image

  -   Kiedy   będziesz   się   widziała   ze   Stanleyem?   -   spytał 

Cody.

 - Kiedy zadzwoni. Mam dużo wolnego czasu.
  -   Spotkamy   się   tu   jutro   -   zaproponował   Cody.   - 

Przyniesiemy pieniądze. Postaraj się dowiedzieć tego, czego 
chcemy. - Nie czekając na nic więcej wstał, ujął dłoń Jane i 
pociągnął ją za sobą. - Do jutra, Suzie! Jestem pewien, że dasz 
sobie radę.

Gdy wracali do swego stolika, Cody stwierdził, że dłoń 

Jane doskonale układa się w jego dłoni. Nie zatrzymali się tam 
długo,   nie   dokończyli   nawet   jedzenia.   Cody   zostawił 
pieniądze   za   to,   co   zamówili,   porwał   Jane   za   rękę   i 
wyprowadził z lokalu. Nie chciał, by Suzie zaczęła zbyt wiele 
myśleć i podeszła do nich, żądając dodatkowych pieniędzy za 
„koszty" albo coś w tym rodzaju. Poza tym Cody chciał wyjść 
na świeże powietrze, aby otrząsnąć się ze wspomnień i oprzeć 
fali   pożądania,   która   gwałtownie   opadła   go   w   tawernie. 
Pożądania tej Jane, o której w ogóle nie powinien myśleć.

Jane   jest   zaręczona.   Kocha   bostońskiego   bankiera 

imieniem   Mark.   Żyje   życiem,   do   którego   została 
przygotowana za młodu, życiem, jakiego zawsze pragnęła i 
jakiego   nigdy   nie   mogła   oczekiwać   u   boku   Cody'ego   -   w 
luksusie,   wśród   ludzi   doskonale   wychowanych,   o 
nieskazitelnych manierach. On byłby obcy w takim życiu. I 
takie życie jest obce jemu.

Gdy   wyszli   na   ulicę,   noc   obejmowała   miasto   w 

posiadanie. Niebo zrobiło się granatowe, a gitarzysta na rogu 
wygrywał   odpowiadające   jego   smętnej   barwie   bluesy.   Jane 
odwróciła się w stronę grajka, jednocześnie uwalniając palce z 
dłoni Cody'ego.

Zrozumiał   ten   gest   jako   znak,   że   jest   jej   teraz   mniej 

potrzebny niż owego dnia przed dwunastoma laty, kiedy go 
opuściła.   Bez   względu   na   powody,   które   ją   skłaniały   do 

background image

dłuższego pozostania w Nowym Orleanie, nie było wśród nich 
pragnienia,   by   odbyć   szybką   wycieczkę   w   przeszłość.   W 
dalszym   ciągu   jednak   było   dla   niego   zagadką,   dlaczego 
postanowiła zostać i pomóc mu.

  -   Myślisz,   że   Suzie   dowie   się   adresu   i   powie   nam?  - 

spytała go w pewnej chwili.

Cody spojrzał na dziewczynę z ukosa. Fioletowe światło 

neonu barwiło jej twarz na różowo, co przypominało mu, jak 
się płoniła podczas rozmowy z prostytutką w bramie domu.

  - Dowiemy się jutro - odparł. - Ale powiedz mi. Janey, 

dlaczego   mogłaś   bez   skrępowania   rozmawiać   z   Suzie, 
natomiast   podczas   spotkania   z   tą   damulką   w   portalu   na 
Bourbon Street byłaś czerwieńsza od rzodkiewki?

 - Bo Suzie tak nachalnie nie proponowała mi seksu.
  -   Tak,   sugerowała   to   tylko   delikatnie,   jeśli   o   ciebie 

chodzi, natomiast wobec mnie była bardziej odważna.

 - Jej główne zainteresowanie tobą wynikało z obawy, że 

jesteś gliną, i chciała wiedzieć, czy się wkupi numerkiem  - 
odparła Jane sucho, zła, że Cody porusza ten temat.

 - A prostytutka na Bourbon Street...
  -   Nie   podejrzewała,   że   jesteś   z   policji.   Odchrząknął 

rozbawiony.

 - Ta na Bourbon Street bardzo cię rozstroiła. Wiłaś się jak 

piskorz.

Tym razem czerwień policzków Jane nie była rezultatem 

oświetlenia.

 - Seks jest czymś intymnym, sekretem dwojga ludzi. Jej 

pomysły „trójkowe" bardzo mnie dotknęły.

 - To zależy od punktu widzenia - odparł Cody, chowając 

ręce do kieszeni, by nie ulec pokusie poprawienia szala Jane.

Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie.
 - Bo ty uważasz, że to jest dobrze... w trójkę?

background image

 - Wcale tego nie powiedziałem. Powiedziałem tylko, że to 

zależy od punktu widzenia. Niekoniecznie mojego.

 - Te rozmowy wcale mnie nie pociągają. Zmieńmy temat.
 - Dobrze.
Objął   ją   i   lekko   przytulił.   Nie   było   w   tym   nic 

uwodzicielskiego,   tylko   przyjazny   gest.   Tak   to   odebrała. 
Zresztą   natychmiast   ją   puścił.   Pomyślała   sobie,   że   mógłby 
potrzymać ją tak dłużej. Czuła się dobrze w jego objęciu.

Gitarzysta   wychodził   z   siebie,   by   wieczorowi   nadać 

romantyczny klimat. Cody wyjął portfel szybciej, nim Jane 
zdołała otworzyć torebkę, i rzucił drobny banknot do futerału.

 - Ależ ty jesteś dziś rozrzutny - zażartowała.
 - To ty zaproponowałaś Suzie forsę, nie ja - przypomniał.
 - Uznałam, że najwyższy czas, żeby któreś z nas zaczęło 

zachowywać się profesjonalnie.

  -   Tak   jak   Suzie.   Ona   podeszła   do   sprawy   bardzo 

profesjonalnie.

  -   Ale   ty   masz   pomysły!   Skąd   ci   przyszło   do   głowy 

powiedzieć jej, że pastor Bob ocalił twoją duszę... 

 - Nie miałem czasu na wymyślanie czegoś lepszego. Czy 

mu się tylko wydaje, czy rzeczywiście Jane do  niego lgnie? 
Na   próbę   objął   ją   ponownie.   Nie   odsunęła   się,   wręcz 
przeciwnie. I wyrównała z nim krok.

 - Niemal wybuchnęłam śmiechem, kiedy to powiedziałeś.
 - Jestem taki sobie śmieszny facet - odparł.
 - Zawsze uważałam cię za bardzo dowcipnego - szepnęła 

i zwróciła ku niemu uśmiechniętą twarz.

  -   Czyżby?   Bo   kiedy   ostatnio   byliśmy   razem,   miałem 

wrażenie, że potrafię cię tylko doprowadzić do płaczu.

Natychmiast   pożałował   tych   słów.   Nie   powinien 

wywoływać przykrych wspomnień ani czynić kąśliwych uwag 
w   czasie,   kiedy   Jane   zaczyna   czuć   się   swobodnie   w   jego 
towarzystwie.

background image

Jane, zamyślona, zapadła w milczenie, ale nie próbowała 

uwolnić się od jego ramienia.

 - No, tak bardzo to nie płakałam. Ja w ogóle mało płaczę - 

stwierdziła po dłuższym czasie.

 - Zawsze podziwiałem twój hart ducha.
 - Ale byłam bardzo nieszczęśliwa...
 - Ja też - przyznał.
Znów   się   roześmiała.   Jak   ona   cudownie   się   śmieje, 

pomyślał Cody. Jak melodyjnie,

  -   Co   nam   wtedy   przyszło   do   głowy?   Dlaczego 

uciekliśmy?

 - Pożądanie, pożądanie - odparł Cody.
 - Chyba tak - zgodziła się.
 - Nadmiar pożądania może sprowadzić na manowce. Ale 

wiesz, Jane? Ja wcale tego nie żałuję.

 - Co ty mówisz? - zdziwiła się, otwierając szeroko oczy. - 

Nawet po tym, jak...

  -   Nawet   po   tym,   jak   uciekłaś.   Nie   żałowałem   chwil 

spędzonych z tobą i nie żałuję.

Naprzeciwko   nich   szła   gromada   rozwrzeszczanych 

nastolatków. Cody mocniej objął Jane i zszedł z nią na skraj 
chodnika.   Czuł   jej   krągłe   ramiona,   właśnie   takie,   jakie 
powinna mieć wspaniale zbudowana kobieta. Ani za chuda, 
ani zbyt muskularna. W dwanaście lat po rozstaniu nadal był 
zachwycony proporcjami jej ciała.

 - Dlaczego? - spytała.
Zaskoczyła go. Chyba nie pyta, dlaczego jest zachwycony. 

Przecież on nic nie mówił, tylko myślał. Dlaczego nie żałuje 
wspólnych dni? Tak, chyba o to pyta.

 - Dlaczego nie żałuję naszej przeszłości? Nie wiem. Życie 

przynosi   wydarzenia.   Moją   dewizą   było   chwytać   każde 
przeżycie,   uczepić   się   go   niby   tratwy   na   rzece   i   płynąć   z 
nurtem. A w moim życiu, w moim środowisku nie mogłem 

background image

spodziewać się wielu emocjonujących wydarzeń. Moja matka 
piła.   Ludzie   wysoko   ustawieni   na   szczeblach   drabiny 
społecznej, tacy jak twoja rodzina, uważali, że jestem zero... 
Był najwyższy czas spróbować wielkiej przygody. Gdybyś nie 
ty   była   tą   przygodą,   to   szukałbym   jej   gdzieś   daleko   od 
miejsca, w którym żyłem.

 - Na przykład w Los Angeles?
 - Gdybym tam wylądował, to dlaczego nie. Chciałem być 

gdzieś,   gdzie   jest   ciepło,   gdzieś   daleko   od   Bostonu.   Los 
Angeles było daleko...

  -   Więc   ja   się   po   prostu   przytrafiłam?   Nie   tyle   była 

obrażona, co zadumana.

  -   Nie,   Jane,   ty   byłaś   przewodnią   myślą,   bo   istniałaś. 

Gdybyś zażądała pozostania w Bostonie, to zostałbym. Tyle 
że twój ojciec zapolowałby na mnie z dubeltówką.

 - Mój ojciec nigdy nie ucieka się do fizycznego gwałtu - 

zaprotestowała.

  - Niech będzie. To zacząłby polować z adwokatem i  z 

torbą   pieniędzy.   No   i   w   końcu   ruszyłby   z   groźbami. 
Dubeltówka czy pieniądze, żadna różnica. Osiągnął to, czego 
chciał.

 - Nie oskarżaj go o wszystko - poprosiła. - Gdybym sama 

nie   doszła   do   wniosku,   że   nasze   małżeństwo   to   pomyłka, 
nigdy   bym   nie   wyjechała   bez   względu   na   to,   iloma 
uniwersyteckimi   stypendiami   machałby   mi   przed   nosem. 
Wyjechałam,   ponieważ   z   naszego   małżeństwa   nic   nie 
wychodziło.

  - Seks nam wychodził wcale nieźle - zauważył. Zbliżali 

się   do   Canal   Street.   Fronton   hotelu   rozciągał  się   od 
skrzyżowania do skrzyżowania. Byli teraz o kilka kroków od 
obrotowych drzwi wejściowych. Jane na nie spojrzała, potem 
stanęła i odwróciła się do Cody'ego.

 - W małżeństwie sam seks nie wystarcza.

background image

  -   A   co   by   wystarczyło?   -   spytał,   znając   zresztą 

odpowiedź:   pieniądze,   wygodne   życie,   porządne 
wykształcenie. To by pewno wystarczyło.

  -   Dojrzałość   -   odparła.   -   Mądrość.   Wzajemne 

zrozumienie.

Zdumiała go jej odpowiedź. Jej inteligencja naprawdę mu 

imponuje. Teraz jeszcze bardziej niż niegdyś. Jej inteligencja 
plus te oczy, plus delikatny owal twarzy, plus ten szal i jej 
ciało   otulone   szalem   -   wszystko   to   razem   niesłychanie   go 
podnieca.

Nigdy nie byłby zdolny dać jej w małżeństwie tego, czego 

ona pragnie. Na szczęście nie chciał małżeństwa. Chciał tylko 
Jane. Nie cofnęła się, gdy zobaczyła, że jego usta zbliżają się 
do jej warg. Nie opierała się, gdy objął ją i wprost przydusił 
do   siebie.   Nie   wahała   się,   gdy   ich   usta   się   zetknęły   w 
gwałtownym, burzącym cały świat pocałunku...

To   było   zupełnie   inne   przeżycie   niż   tamto   przed   laty, 

podczas   na   chybcika   odbywanych   spotkań   na   wzgórzu.   To 
było zupełnie inne przeżycie niż owej pierwszej nocy, kiedy 
mu się oddała. To było zarazem mniej niż tamto i dużo więcej. 
Mniej doraźnej emocji, więcej świadomego wyboru. Nie byli 
już parą zwariowanych dzieciaków. Byli istotami dojrzałymi, 
z życiowym doświadczeniem i ponadto w tej cudownej chwili 
doskonale się rozumieli.

Poczuł   na   sobie   jej   dłonie,   wślizgujące   się   pod   kurtkę. 

Przez   bawełnę   koszuli   dotarło   do   niego   ich   ciepło   i   ruch 
palców zwierających się, jakby chciały coś z niego wyszarpać. 
Choć wydawało się to niemożliwe, przyciągnął ją do siebie 
jeszcze bliżej, niemal wtopił ją w siebie.

Dwanaście   lat   nauczyło   go   samokontroli.   Gdyby   teraz 

mógł się z nią kochać, byłby znacznie lepszy. Byłby zdolny 
wywoływać   w   niej   orgazm   po   orgazmie,   aż   zaczęłaby 
krzyczeć, że  więcej nie  zniesie. Potrafiłby spowodować, że 

background image

zapomniałaby   o   Marku   Bankierze,   o   wszystkich   innych 
ludziach, których znała, i skłoniłby ją do uznania, że jest jego 
żoną. Przynajmniej teraz.

Objął dłońmi jej biodra i znowu przyciągnął do siebie, aby 

wyczuła, że jest w stanie podniecenia.

  -   Pozwól   mi   wejść   -   szepnął,   przerywając   pocałunek. 

Miało to znaczyć, że prosi o zaproszenie do pokoju, ale jeśli 
ona zechce to inaczej zrozumieć, tym lepiej.

Jęknęła, odwróciła głowę i ukryła twarz na jego ramieniu. 

Dyszała ciężko, a każdy wdech powietrza wciskał jej piersi w 
jego klatkę piersiową. Gdyby nie stali na ulicy...

 - Cody, Cody, przestań! - szeptała. Uwolnił jedną dłoń i 

zaczął głaskać jej włosy.

 - Co mam przestać, kochanie?
 - Uwodzić mnie.
 - A ja myślałem, że to ty mnie uwodzisz.
 - Więc przestańmy oboje.
 - Mam lepszy pomysł: nie przestawajmy.
  - Nie po to przyjechałam do Nowego Orleanu. - Na jej 

twarzy malowały się sprzeczne uczucia.

 - Wiem. Przyjechałaś rozwieść się ze mną.
 - I zrobię to.
 - Nie sprzeciwiam się. Ale możemy pójść razem do łóżka, 

a potem się rozwieść.

 - To byłoby niemoralne.
Odzywa się księżniczka z Brookline. Jane zaczyna się bać 

samej siebie, pomyślał.

  - Co jest niemoralnego w tym,  że do łóżka idzie para 

małżonków? Jesteśmy małżonkami, no nie?

 - Przez przeoczenie.
 - No to popełnijmy jeszcze jedno przeoczenie i chodźmy 

się kochać - zaproponował.

background image

Rozsądek walczył w niej z nagłym pragnieniem. Rozsądek 

zwyciężył.

 - Byłeś łajdakiem i pozostałeś nim - prychnęła. - Różnica 

jest taka, że teraz łajdacy mnie nie pociągają.

Wyswobodziła   się   z   jego   objęć,   maskując   zmieszanie 

poprawianiem ubrania. Potem odwróciła się na pięcie i weszła 
w obrotowe drzwi hotelu.

Kłamczucha, pomyślał, patrząc za znikającą sylwetką. Nie 

zaprzeczał,   że   jest   w   pewnym   sensie   łajdakiem,   ,   ale   nie 
uwierzył   jej,   kiedy   powiedziała,   że   łajdacy   przestali   ją 
interesować.   Teraz   już   wiedział   doskonale,   że   pewien 
konkretny łajdak interesuje ją bardzo.

background image

Rozdział 7
Clarissa spojrzała na zegarek: godzina dziesiąta. Dziesiąta 

w Nowym Orleanie. Lada minuta powinna zadzwonić Jane. 
Zerknęła na stojący na biurku aparat telefoniczny i przeszedł 
ją dreszcz.

Boże, co ona teraz zrobi? Co powie Jane? Na przykład: 

„Dzień   dobry!   Mam   trzy   wiadomości.   Everett   Baker   chce 
ciebie   jako   drugiego   obrońcę   na   procesie   Gaylorda.   Tom 
Lewis   zaprasza   cię   na   lunch   w   przyszłym   tygodniu.   Mark 
Dennison chciałby wiedzieć, co u diabła robisz w Luizjanie. 
Oo... i przy okazji: chyba się w nim zakochałam".

Ciarki   przeszły   jej   po   plecach.   Jakże   mogła   do   tego 

dopuścić,   by   zakochać   się   w   Marku?   Przecież   to   jest,   do 
cholery, narzeczony Jane! Kocha Jane i Jane kocha jego. Jakże 
to   się   mogło   stać,   że   rozsądna   Clarissa   straciła   dla   Marka 
głowę?

Doskonale   wiedziała,   jak   to   się   stało.   To   ten   cholerny 

spacer po North Endzie. Kiedy patrzyła, jak Mark zmaga się z 
calzone, jak sos ścieka mu między palcami, a on śmieje się i 
wyrzuca jej, że go skłoniła do tak głupiej eskapady.... Kiedy 
patrzyła, jak mu miękną rysy, a potem w napadzie śmiechu 
zaczyna   się   wprost   zataczać...   Kiedy   widziała,   jak   on 
rozluźnia krawat, beztrosko go rozluźnia. .. Właśnie wtedy się 
w nim zakochała.

Wystarczyły   cztery   godziny.   Cztery   godziny,   które 

spędzili   razem.   Cztery   godziny   od   momentu   spotkania   w 
hotelowym barze do chwili, gdy odprowadził ją pod drzwi jej 
mieszkania   w   Fenway.   Taksówka   czekała   z   tykającym 
licznikiem, Mark poklepał ją po ramieniu - nic w tym nie było 
romantycznego - i zapowiedział kolejne spotkanie następnego 
dnia,   w   celu   odebrania   najświeższych   informacji   o   Jane. 
Następnie   zbiegł   ze   schodków   do   czekającej   taksówki   i 
wesoło pomachał. Cztery godziny w jego towarzystwie, potem 

background image

samotnych   dwanaście   godzin   w   mieszkaniu,   poświęconych 
prawie   całkowicie   przeżywaniu   tamtych   czterech   na   jawie, 
potem we śnie, raz po raz, i jeszcze raz, i jeszcze.

Mark pytał ją o nią samą. Były to prawdziwe, dociekliwe 

pytania,   wyrażające   rzeczywiste   zainteresowanie   -   jak   się 
poznali jej rodzice, kiedy ojciec, służąc w piechocie morskiej, 
stacjonował   w   Wietnamie.   Clarissa   opowiedziała   Markowi 
romantyczną   historię   miłości   ojca   i   matki:   o   tym,   jak   po 
powrocie   do   Stanów   ściągnął   z   Wietnamu   matkę,   która 
kochała go tak bardzo, że rzuciła rodzinę i rodzinny kraj i 
przejechała pół świata, by wyjść za amerykańskiego żołnierza. 
Clarissa   opowiedziała   też   o   wszystkich   trudnościach,   o 
powolnym procesie adaptacji i walce o przeżycie, jej samej i 
jej braci - pół Amerykanów, pół Azjatów. Wyjaśniła mu też, 
co dla niej oznacza odnieść w Ameryce sukces, jak to pojmuje 
i na jaki sukces liczy.

Mark   słuchał   z   pełnym   zainteresowaniem.   Parę   razy 

powtarzał,   jaki   jest   zadowolony,   że   się   wreszcie   dobrze 
poznali   prywatnie,   nie   krępowani   sztywną   atmosferą   biura. 
Wyznał   też,   że   jego   życie   upływa   w   zamkniętym   świecie 
bankowym,   czułym   na   przynależność   „kastową",   i   że   jest 
wdzięczny Clarissie za ujawnienie mu innych obszarów życia 
i   takich   przyjemności   jak   calzone   i   lody   w   kartonowym 
pudełku.

To  właśnie   lody  przypieczętowały  jej  los.  Po zjedzeniu 

paru gorących, lepiących się calzone Mark zaproponował coś 
zimnego i słodkiego, by „zmyć" gardło. Zauważyli ulicznego 
sprzedawcę lodów i Mark kupił dla niej owocowe, a dla siebie 
czekoladowe. Następnie nalegał, by Clarissa spróbowała jego 
lodów,   Clarissa   z   kolei   chciała,   by   on   poznał   smak   jej 
wiśniowych. Podniosła mu do ust plastykową łopatkę i on ją 
oblizał...

Wtedy przemknął przez nią ten dreszczyk...

background image

No   cóż,   będzie   musiała   porzucić   tę   posadę.   Nie   miała 

wyboru. Żadna sekretarka, która spędza noc, snując erotyczne 
fantazje   na   temat   koniuszka   języka   narzeczonego 
pracodawczyni, nie zasługuje na pozostanie w pracy.

Chociaż, chociaż... Może nie będzie musiała rezygnować, 

jeśli...   Tak,   jeśli   szybko   się   wyleczy   z   tego   głupiego 
zadurzenia, jeszcze przed wieczornym spotkaniem z Markiem. 
Przypomniała sobie jego instrukcję: „Kiedy Jane zadzwoni, to 
spróbuj z niej wycisnąć informację na temat terminu powrotu. 
Może   uda   ci   się   skłonić   ją,   żeby  określiła   datę   choćby   w 
przybliżeniu albo, jeśli to nie sprawi ci większej trudności, idź 
do jej gabinetu i zobacz, czy nie znajdziesz tam czegoś, co 
wyjaśniłoby tajemnicę jej wyjazdu".

Tak,   to   była   wyraźnie   instrukcja   mężczyzny   bardzo 

oddanego swej przyszłej żonie. Mark liczył W tym wypadku 
na pomoc Clarissy. I nie miało to nic wspólnego z tym, co ona 
do niego czuje. Istotne było to, że on chce, by Clarissa mu 
pomogła w zacieśnieniu więzów między nim a Jane.

Wzrok   Clarissy   powędrował   ku   zamkniętym   drzwiom 

gabinetu.   Może   tam   wejść   bez   trudności.   Może   wejść   i 
pomyszkować   na   prośbę   Marka....   co   stanowi   dodatkowy 
dowód, że  jest  w nim  zadurzona. Przecież  to jasne, że  dla 
nikogo innego by tego nie zrobiła.

Istnieje   jeszcze   jeden   poważny   aspekt   dotyczący 

ewentualnego przyjrzenia się biurku Jane: jeśli to zrobi, może 
znajdzie tam informację na temat tego, co Jane robi w Nowym 
Orleanie  i  kiedy wraca. I bez dzielenia  się  tą informacją  z 
Markiem pozna dokładną datę powrotu pracodawczyni. Taka 
informacja   pozwoli   jej   zaplanować   metodę   walki   z   tym 
niemądrym   zadurzeniem.   Ba,   stanie   się   instrumentem   tej 
walki. A dodatkowym instrumentem będzie wiedza o tym, że 
Jane   naprawdę   przygotowuje   niespodziankę.   I   jeśli   w   ten 

background image

sposób uda się wyjść ze stanu zadurzenia, to zniknie potrzeba 
porzucenia pracy.

Przekonana   tak   logicznymi   argumentami,   sięgnęła   po 

kluczyk   na   kółku   i   wstała.   A   jeśli   Jane   zadzwoni   podczas 
przeszukiwania gabinetu, to przecież może z nią rozmawiać 
przez aparat na jej biurku.

Teoretycznie powinna mieć poważne wyrzuty sumienia, 

decydując  się  na  podobny krok, ale  uspokajała  ją  myśl, że 
przecież często przebywa w tym gabinecie. Co prawda wtedy, 
gdy Jane jest na miejscu. Ale co to za różnica? Jakaś różnica 
musi jednak być, bo podchodząc do - było nie było - cudzego 
biurka,   poczuła   się   niemal   jak   włamywacz.   W   niewielkim 
gabinecie wszystko znajdowało się na swoim miejscu, wnętrze 
zdobiło   kilka   doniczek   z   roślinami   na   parapecie   okna   oraz 
martwa   natura   na   ścianie.   Główni   wspólnicy   firmy   mieli 
większe gabinety i lepsze meble. Jane wybrała standardowe 
biurko, półki oraz kilka fotelików i ustawiła je ze smakiem.

Jane ma dobry gust, Wszystko robi ze smakiem;
Na   biurku   nie   było   żadnych   papierów,   tylko   bibularz, 

pojemnik na pióra, aparat telefoniczny, kryształowy wazonik i 
biurkowy   kalendarz   otwarty   na   wtorku   -   dniu,   w   którym 
wyjechała.

Clarissa   niemal   bojaźliwie   przerzuciła   kartki   kalendarza 

na poprzedzającą wtorek sobotę. Znalazła tam odręczny wpis 
Jane   jej   zgrabnym   pismem:   „Muzeum   Sztuki,   zbiórka   na 
fundusz dobrocz. Godz. 20.00. Z Markiem".

No   i   właśnie   wtedy   Jane   zobaczyła   nagą   kobietę 

wynurzającą się ze skały, pomyślała Clarissa.

Odwróciła   stronę.   Niedziela.   Żadnego   wpisu.   W 

poniedziałek Jane odnotowała konferencję dotyczącą podziału 
czyjegoś majątku, na której miała spędzić cały dzień. I zapis: 
„Potwierdzić poranny wtorkowy Jot 09.30."

Dotychczas nic nowego.

background image

Poczuła   się   nieswojo,   otwierając   górną   szufladę   biurka. 

Nawet   w   szufladzie   wszystko   było   posegregowane   i 
uporządkowane:   papier   listowy   na   skraju,   pióra   skuwkami 
ułożone w jednym kierunku, dwie teczki. Clarissa je poznała. 
W   jednej   znajdowały   się   notatki   Jane   dotyczące   sprawy 
podziału   majątku,   o   czym   konferowała   w   poniedziałek,   w 
drugiej   zaś   materiały   dotyczące   procesu   Gaylorda,   którą   to 
sprawą Jane zajmowała się na polecenie Everetta Bakera. Do 
obu   teczek   dołączone   były   dyskietki,   na   które   Clarissa 
przeniosła wszystkie notatki i inne materiały.

Nic, co wyjaśniałoby sprawę Nowego Orleanu.
Jednakże pod teczkami leżała duża biało - zielona koperta, 

której Clarissa przedtem nie widziała. Wmawiając sobie, że 
musi to zrobić, aby zachować zdrowy rozsądek i pracę, wyjęła 
kopertę z szuflady. Była zaadresowana na domowy adres Jane, 
a adres zwrotny opiewał na inną firmę prawniczą.

Korespondencja   natury   osobistej.   Clarissa   nigdy   nie 

odważyłaby się przecież zajrzeć do koperty, mimo że była już 
otwarta. Jeśli jakiś inny adwokat pisał do Jane do domu, to 
znaczy, że nie miało to nic wspólnego z firmą Baker, Dunn i 
Wspólnicy.

Z   drugiej   strony   Jane   trzymała   kopertę   w   biurze,   co 

oznaczałoby, że jednak coś w tym jest.

Clarissa zagryzła wargi i zaczęła się zastanawiać, co robić. 

Jeśli zajrzy do środka, to naruszy prawa do prywatności Jane. 
Kto wie, dlaczego Jane koresponduje z prawnikiem z innej 
firmy?   Czy   planuje   kupno   nieruchomości?   Ale   przecież   jej 
własna firma w tym właśnie się specjalizuje. Podobnie gdyby 
chciała spisać testament. Może ktoś jej wytoczył sprawę, ale w 
tym przypadku poprosiłaby któregoś z kolegów w firmie, by 
zajął się obroną.

Jane zwróciłaby się do obcej firmy jedynie wtedy, gdyby 

robiła coś, o czym nie miał wiedzieć nikt w jej firmie.

background image

A   więc   nie   chciałaby   także,   by   wiedziała   o   tym   jej 

sekretarka.   Clarissa   wpakowała   kopertę   z   powrotem   pod 
teczki i zatrzasnęła szufladę. Ale otwarte skrzydełko koperty 
zawadziło o brzeg szuflady i wyzierało z niej niby języczek.

Clarissa uznała, że jest to znak bogów. Bogowie nakazują 

jej sprawdzić, co jest w kopercie.

Może coś złego na temat Marka? Może Jane prowadzi w 

związku z tym dochodzenie? A może informacje zawarte w 
kopercie zburzą wszystkie nocne fantazje i wyzwolą Clarissę z 
głupiego zadurzenia?

Ponownie wyjęła kopertę z szuflady i przygryzając wargi, 

wytrząsnęła z niej dokumenty.

Pierwszy   z   nich   był   czymś   w   rodzaju   wypełnionego 

kwestionariusza:   Sprawa   nr   3754.   Dotyczy   osoby:   Cody 
Sinclair, lat 30. Dalej następował numer kartoteki ubezpieczeń 
zdrowotnych i adres w Nowym Orleanie, stan Luizjana. W 
kolejnej   rubryce   kilka   wierszy   wpisanych   na   maszynie: 
Zatrudniony   jako   fotoreporter   w   nowoorleańskiej   gazecie 
„Sentinel".   Poprzedni   adres:   Denver,   stan   Colorado. 
Wykształcenie:   szkoła   średnia.   Nie   odbywał   służby 
wojskowej. Nie karany. Posiada samochód datsun 280 - XZ z 
1981 roku...

Clarissa zmarszczyła brwi i spojrzała na następną kartkę: 

rachunek z firmy detektywistycznej.

Może ten Cody Sinclair ma coś wspólnego z jakąś sprawą 

w toku? Chociaż gdyby tak było, to Clarissa coś by na ten 
temat   wiedziała.   Nigdy   przedtem   nie   słyszała   o   żadnym 
Codym Sinclairze. Nigdy nie słyszała o żadnej sprawie, którą 
by firma prowadziła w Nowym Orleanie.

Odłożyła   na   bok   raport   i   rachunek   firmy 

detektywistycznej.   Następny   dokument   był   listem   z   firmy 
prawniczej wymienionej na kopercie.

background image

„Szanowna Pani  - czytała  Clarissa. - W  odpowiedzi  na 

Pani żądanie wyszukania i sporządzenia odpisów dokumentów 
rozwodowych   informujemy,   że   nie   udało   nam   się   znaleźć 
żadnych   śladów   takowych.   Sprawdzenie   całego   rejestru 
sięgającego   dwanaście   lat   wstecz   dowodzi,   iż   rozwód   w 
sprawie panią interesującej nie został wpisany do akt..."

Clarissa   zaczęła   wszystko   rozumieć:   Jane   prowadzi   na 

boku   jakąś   sprawę.   Być   może   oddaje   przysługę 
zaprzyjaźnionej osobie albo służy ekspertyzą na czyjąś prośbę 
w firmie, która przysłała jej ten list. Pewno kogoś z kolegów 
ze studiów prawniczych na Harvardzie. Z tego, co Clarissa 
wiedziała, absolwenci Harvardu przez całe życie trzymają się 
blisko. Łączy ich jakby klanowa więź. Ktoś z grona przyjaciół 
Jane   prowadzi   sprawę   niejakiego   Cody'ego   Sinclaira. 
Zapewne chodzi o jakiś brudny czy trudny rozwód i adwokat 
w tej sprawie poprosił Jane o pomoc. Niemniej Clarissa była 
zdziwiona,   że   Jane   zgodziła   się   uczestniczyć   w   tak   mało 
wartej z punktu widzenia finansowego sprawie. Przecież nie 
potrzebowała pieniędzy.

Tak, to chyba chodzi o osobistą przysługę. Nie ma innego 

wyjaśnienia.

Odkładając na bok list Clarissa stwierdziła, że być może 

istnieje inne wyjaśnienie, ostatnim bowiem dokumentem było 
świadectwo   zawarcia   związku   małżeńskiego,   wydane   przed 
dwunastoma   laty   w   stanie   Nevada.   Henry   Latimer,   sędzia 
pokoju w Las Vegas oświadczał, że  zarejestrował zawarcie 
związku między Codym Sinclairem a... Jane Thayer.

Na telefonie Jane migotało światełko, zawiadamiające o 

pozostawionej   dla   niej   w   centrali   wiadomości.   Słyszała 
dzwonek, gdy brała prysznic, ale nie chciało jej się odbierać 
telefonu. Tylko jedna osoba może dzwonić do niej do hotelu i 
to   było   właśnie   powodem,   dla   którego   nie   podniosła 
słuchawki.

background image

Poprzedniego   wieczoru   też   wzięła   prysznic.   Długi   i 

gorący. Szorowała się bez końca, chcąc z siebie zmyć... Otóż 
to, ani wczorajszy prysznic, ani dzisiejszy nie potrafiły zmyć 
palących śladów pocałunków.

Może pomógłby raczej zimny prysznic.
Usiadła   na   łóżku,   skrzyżowała   nogi,   głowę   podparła 

dłońmi i patrzyła to na migające światełko na aparacie, to na 
turkusowy szal przerzucony przez oparcie fotela. W nocy śnił 
się jej ten szal.

Usta   miała   pełne   przekleństw,   które   tylko   czekały   na 

okazję. Sny o Codym Sinclairze były jej potrzebne jak dziura 
w moście. I to komu on śmie się śnić! Jej, kobiecie rozsądnej, 
zawsze   rozumującej   logicznie,   rzeczowej;   która   ma   ściśle 
wytyczoną   drogę   życia   wraz   z   określonymi   chwilami   na 
emocje.   Jednakże   żadna   z   tych   chwil   nie   przewidywała 
wtargnięcia Cody'ego Sinclaira. Nie ma tam dla niego miejsca. 
Skoro poważna pani adwokat jest taka rozsądna, to dlaczego 
siedzi   pośrodku   łóżka   ze   skrzyżowanymi   nogami   jak   jakaś 
indiańska squaw, owinięta hotelowym szlafrokiem, i jak sroka 
w kość wpatruje się w szal ofiarowany jej przez Cody'ego? 
Dlaczego zamiast tego nie tęskni za powrotem do domu i do 
"Marka?

Niech wszyscy diabli wezmą Cody'ego za ten pocałunek! 

Niech go wezmą wszyscy diabli za wywołanie wspomnień, 
których nie należało budzić. Niech go wszyscy diabli wezmą 
za to, że jest najseksowniejszym mężczyzną ze wszystkich, 
których znała. Jest nim nawet teraz, po dwunastu latach. Niech 
go wszyscy diabli za to, że zostawił dla niej wiadomość w 
hotelowej centrali telefonicznej...

No   cóż,   tak   czy   inaczej   wiadomość   trzeba   odebrać. 

Podniosła   słuchawkę   i   wykręciła   wewnętrzny   numer. 
Telefonistka poinformowała ją o tym, co Jane odgadła:

background image

  -   Dzwonił   pan   Cody   Sinclair   i   prosił,   żeby   pani 

powtórzyć, że jeśli jest pani wolna w porze lunchu, to proszę 
przyjść o dwunastej do redakcji „Sentinela".

 - A jeśli nie jestem wolna? - mruknęła na wpół do siebie.
  - Przykro mi, proszę pani. Widocznie pan Sinclair nie 

zakładał takiej ewentualności.

Jasne,  że   nie   zakładał.   Wiedział   dobrze,   że   jedynym 

powodem,   dla   którego   nie   poszłaby   do   redakcji,   byłaby 
niechęć, żeby się z nim spotkać. To, czy jest wolna, czy zajęta 
nie ma z tym nic wspólnego.

Po odłożeniu słuchawki spuściła nogi na dywan i wstała. 

W termosie przyniesionym jej przed godziną przez hotelową 
obsługę   była   jeszcze   kawa.   Prawie   cały   kubek   gorącego 
napoju,   znacznie   bardziej   aromatycznego   niż   to,   co   piła 
poprzedniego dnia rano z Codym. Tamto miało smak cykorii.

Wróciła z kawą do łóżka, usiadła i wykręciła numer swego 

gabinetu   w   Bostonie.   Może   porozmawianie   o   bieżących 
sprawach   prawniczych   jakoś   ją   ostudzi   z   emocjonalnego 
napięcia  i  pozwoli  jaśniej  myśleć. Bo nawet  pełne  dzbanki 
kawy i częste prysznice nie pomagają.

Telefon   zadzwonił   dwa   razy,   zanim   Jane   usłyszała 

zdyszane:

 - Halo?
Jane zmarszczyła brwi. Clarissa była doskonałą sekretarką 

i świetnie wiedziała, jak należy odbierać telefon. . - Clarissa?

  - Oo, Jane! Cześć! - Dziwny głos, jakby zmieszany. - 

Cześć, jak się czujesz?

  -   Raczej   ja   chciałabym   wiedzieć,   jak   ty   się   czujesz? 

Wszystko w porządku?

  -   Oczywiście,   naturalnie!   A   dlaczego   pytasz?   Clarissa 

nienaturalnie świergocze, pomyślała Jane.

 - Pytam, bo masz jakiś dziwny głos, a odebrałaś telefon, 

jakbyś...

background image

 - Właśnie miałam kichnąć - wyjaśniła Clarissa. Na twarz 

Jane pojawił się uśmiech.

 - No to kichnij sobie teraz - poradziła wesoło.
  - Kiedy już mi przeszło - odparła Clarissa; nadal jakby 

zdyszana.

 - Może cię łapie przeziębienie. Weź sobie wolny dzień - 

nalegała   Jane.   -   Nie   próbuj   przechodzić   choroby.   Bądź 
rozsądna, Clarisso!

 - Kiedy naprawdę nic mi nie jest. Słowo daję.
Jane nie była całkowicie przekonana, ale nie miało sensu 

dłużej nalegać. Clarissa jest dorosłą osobą i potrafi się sobą 
opiekować.

 - No dobrze, powiedz mi teraz, co w firmie? Masz coś dla 

mnie?

  - Tak, tak... Mam. Everett Baker chce,  żebyś wystąpiła 

jako drugi obrońca w sprawie Gaylorda. A Tom Levis chce 
zjeść z tobą lunch...

Jane pokiwała głową. Everett Baker starzeje się, ale jest 

bystry i wie, że podczas trudnego procesu dobrze jest mieć u 
boku   młodego,   błyskotliwego   adwokata.   A   Tom   Lewis 
zaprasza Jane na lunch w rocznicę wygrania przez nią procesu 
o zniesławienie, co jej się udało w pierwszym roku praktyki 
adwokackiej w firmie Baker, Dunn i Wspólnicy.

  -   Ustal   z   nim   datę,   Clarisso   -   poleciła.   -   Może   być 

dowolny   dzień   roboczy   przyszłego   tygodnia.   A   Everettowi 
powiedz, że wystąpię z nim.

 - Dobrze - odparła Clarissa i zamilkła.
Jane czekała chyba przez minutę. Clarissa milczała.
 - Masz jeszcze coś? - spytała wreszcie.
 - Aha... - Clarissa głośno zaczerpnęła powietrza. - Mark 

chce wiedzieć, co robisz?

  -   Mark?   -   Jane   ponownie   zmarszczyła   brwi.   Jeszcze 

bardziej niż poprzednio.

background image

 - Chciałam powiedzieć, pan Dennison.
Jane wypiła ostatni łyk wystygłej już kawy i skrzywiła się. 

Odstawiając   kubek,   skrzywiła   się   raz   jeszcze,   widząc 
serdeczny  palec   bez   pierścionka   zaręczynowego.  Wcale   nie 
dlatego, że było dziwne nie mieć go na palcu. Zaręczyła się z 
Markiem   dopiero   przed   miesiącem   i   do   pierścionka   nie 
zdążyła się na tyle przyzwyczaić, by czuć się bez niego obco.

Pierścionek   był   wspaniały,   a   lęk   przed   ulicznymi 

napastnikami   nie   był   dostatecznym   powodem,   by   go   w 
Nowym Orleanie nie nosić. W Bostonie też istnieją uliczni 
napastnicy, ale tam go nosiła.

Oderwała   wzrok   od   dłoni,   która   jakby   nagle 

wyswobodzona,   opadła   na   fałdy   turkusowego   szala.   Tym 
razem Clarissa przerwała milczenie:

 - Mark... pan Dennison jest bardzo...
  - Co jest bardzo? - ponaglała Jane, gdyż Clarissa jakby 

cedziła słowa.

 - ...zdziwiony, że wyjechałaś, nic mu nie mówiąc dokąd i 

po co. I że nie zadzwoniłaś do niego.

 - On ci tak powiedział?
Dlaczego,   na   Boga,   Mark   rozmawia   o   niej   z   Clarissą? 

Przysięgłaby,   że   Clarissa   przed   udzieleniem   odpowiedzi 
przełyka ślinę.

 - No tak, właśnie. Powiedział mi.
 - Rozumiem...
  -   Bo   on   bardzo   się   o   ciebie   martwi   -   szybko   dodała 

Clarissa.

  -   Wiec   jeśli   będziesz   miała   okazję   znów   z   nim 

rozmawiać, powiedz, żeby się nie martwił.

Jane sięgnęła po kubek, przypomniała sobie, że jest pusty i 

zaklęła pod nosem.

 - On chce wiedzieć, co ty tam robisz.

background image

  - Powiedz,  że odwiedzam dawnego przyjaciela. Clarissa 

przez chwilę milczała, a potem spytała:

 - Przyjaciela?
Jane   pomyślała,   że   tak   naprawdę   to   Cody   nie   jest 

przyjacielem. Przed pocałunkiem minionego wieczoru gotowa 
byłaby przyznać, że żywiła wobec niego przyjazne uczucia. 
Po   tym,   jak   w   dwójkę   negocjowali   z   Suzie,   jak   wspólnie 
działali   bez   uprzedniego   uzgadniania,   co   powiedzą,   jak 
podchodzili   do   problemu...   Odbywało   się   to   w   atmosferze 
pewnej   przyjaźni,   to   nie   ulega   wątpliwości.   A   potem   ten 
spacer,   obejmujące   ją   przyjaźnie   ramię   Cody'ego...   Para 
kumpli z dawnych czasów.

Nie,   nie   są   kumplami,   ale   Clarissie   łatwiej   było 

powiedzieć to, co powiedziała, niż wyjawić prawdę.

 - Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Mark nachodzi cię w 

moich sprawach. Ale skoro tak się stało, to mu powiedz to, co 
ode mnie usłyszałaś.

 - O nie, on mnie nie nachodzi. Był niesłychanie miły. On 

tylko się martwi, bo cię bardzo kocha.

Jane wyłowiła dziwny ton w głosie Clarissy. I dlaczego 

Clarissa niemal natrętnie jej przypomina, że Mark i Jane tak 
się kochają? A w każdym razie powinni.

Powinni?   No   cóż,   przecież   kocham   Marka,   pomyślała. 

Mimo   że   jego   pocałunki   są   niczym   w   porównaniu   z 
pocałunkiem   Cody'ego,   co   może   wydawać   się   dziwne   w 
sytuacji, gdy Cody jest bardziej przyjacielem - zgódźmy się 
już, że jest tym przyjacielem - niż mężem. I mimo że ostatnie 
dwa dni Jane spędziła marząc o Codym, zupełnie nie myśląc o 
Marku.   O   Marku   nigdy   nie   marzyła.   Ta   ostatnia   myśl   ją 
zbulwersowała.

 - Powiedz Markowi, że zadzwonię do niego natychmiast 

po powrocie do Bostonu.

 - Dlaczego nie teraz? - chciała wiedzieć Clarissa.

background image

 - Nie twoja sprawa - odparła szorstko Jane i poczuła się 

tchórzem.

Nie miała jednak zamiaru wyjaśniać Clarissie, że przed 

wieloma laty, kiedy była młoda i głupia, uciekła ze szkolnym 
kolegą, w którym się zadurzyła, i że przez ostatnie dwanaście 
lat   była   przekonana,   że   niefortunne   małżeństwo   zostało 
prawnie   unieważnione.   Nie   miała   też   zamiaru   opowiadać 
Markowi,   jaką   była   w   młodości  idiotką.   Nie   musiał   wcale 
wiedzieć, że kiedyś już raz wyszła za mąż za nieokrzesanego 
motocyklistę, któremu było na imię  Cody. Znała Marka na 
tyle,   by   podejrzewać,   że   taka   wiadomość   bardzo   by   nim 
wstrząsnęła. Dlaczego miałaby go dobrowolnie i niepotrzebnie 
wprowadzać w stan niezdrowego podniecenia?

Wystarczy, że szybko załatwi sprawy z Codym. Mark nie 

musi o niczym wiedzieć.

  -   Zadzwonię   do   ciebie   jutro   -   oznajmiła   sekretarce, 

dochodząc   natychmiast   do   wniosku,   że   miała   zły   pomysł, 
postanawiając   zadzwonić   do   Clarissy.   Nie   tylko   że   nie 
rozproszyło to jej skłębionych myśli i nie pozwoliło jaśniej 
spojrzeć na sprawy, ale uświadomiło, że owe myśli są bardziej 
zagmatwane, niż sądziła.

Pożegnała   się   i   odłożyła   słuchawkę.   Zrzuciła   szlafrok, 

włożyła   stanik   i   majteczki,   uważając,   że   im   szybciej   się 
ubierze,   tym   szybciej   będzie   mogła   zejść   do   hotelowej 
kafeterii i napić się jeszcze kawy.

Zawahała   się,   patrząc   na   swe   odbicie   w   lustrze   nad 

toaletką. Twarz, którą ujrzała, była mało urodziwa i blada. Jej 
biała bielizna - koronkowa, seksowna, choć z pozoru niewinna 
-   nie   potrafiła   ukryć   „niedoborów"   ciała.   Niemal   jęknęła   z 
zazdrości,   przypominając   sobie   pełne   i   zmysłowe   kształty 
Suzie.

Dlaczego wówczas Cody właśnie ją sobie upatrzył, mając 

do   wyboru   tyle   innych   dziewcząt   z   najstarszej   klasy? 

background image

Dlaczego teraz znów ją sobie upatrzył? Po dwunastu latach! 
Czasy się zmieniły, jest tyle kobiet - zgrabnych, o pełnych 
kształtach, rzucających się w oczy, o przecudownych rysach 
twarzy i pełnych piersiach. Już wtedy nie była przekonana, że 
jest w jego typie, a tym bardziej teraz.

Weszła do garderoby i uklękła przed umieszczonym tam 

dla   gości   hotelowych   sejfem.   Wystukała   zaprogramowany 
uprzednio   kod,   otworzyła   drzwiczki   i   wyjęła   wyłożone 
aksamitem   pudełeczko,   w   którym   trzymała   zaręczynowy 
pierścionek. Wsunęła go na palec. Pierścionek wydawał się 
wielki, ciężki i zimny.

Zamknąwszy   z   powrotem   sejf,   ściągnęła   z   wieszaka 

spódnicę   od   kostiumu,   a   z   drugiego   wieszaka   jedwabną 
bluzkę. Wzięła  z Bostonu mało rzeczy, gdyż sądziła, że w 
Nowym   Orleanie   spędzi   dzień,   najwyżej   dwa.   Teraz   musi 
wysilać   wyobraźnię,   łączyć   jedne   elementy   z   drugimi, 
wymieniać,   słowem,   robić   wszystko,   aby   nie   pojawiać   się 
ciągle w tym samym stroju.

Wróciła   do   sypialni   i   zatrzymała   się   przy   fotelu   z 

przerzuconym   przez   oparcie   szalem.   Jego   barwa   była 
ciemniejsza niż oczy Cody'ego, ale równie żywa i intensywna. 
Zarzuciła szal na ramiona. Jedwab delikatnie pieścił jej ciało. 
Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że to są dłonie Cody'ego. I 
nagle powtórnie przeżyła pocałunek z poprzedniego wieczoru. 
Oblała   ją   fala   gorąca.   Myślała   o   emanującej   z   Cody'ego 
zmysłowości,   o   rozbudzonym   w   nim   pożądaniu.   I   mniej 
widocznym, ale  równie silnym żarze, jaki ją samą  ogarnął. 
Nieważne,   że   jest   zbyt   chuda,   zbyt   mało   urodziwa,   że   jest 
zaręczona...

Pożądała Cody'ego. Nadal go pożąda!
Z   jej   ust   wyrwał   się   jęk,   w   równej   części   gniewu,   co 

obezwładniającego pragnienia zaspokojenia tęsknoty. Zdarła z 
siebie   szal,   ściągnęła   bieliznę,   wszystko   rzuciła   na   łóżko   i 

background image

pobiegła   do   łazienki   wziąć   jeszcze   jeden   prysznic.   Zimny. 
Może to jej pomoże ochłonąć.

Ujrzał   ją   w   momencie,   gdy   przestępowała   próg   sali 

redakcyjnej.   Serce   skoczyło   mu   w   niemądrej   nadziei.   Ale 
właściwie na co? Nie potrafiłby tego skonkretyzować. Gdyby 
nie   przyszła   na   lunch,   zrozumiałby,   że   jest   definitywnie 
odtrącony. Ale przyszła i podobnie jak ubiegłego wieczoru, 
kiedy jej ciało powiedziało „tak" w tej samej chwili, gdy usta 
mówiły  „nie", tak i teraz Cody wyczuwał, że Jane nie jest 
przeciwna   temu,   by   zakończyć   ich   małżeństwo   wielkim 
pokazem ogni sztucznych.

I   nagle   zobaczył   oślepiający   błysk   w   okolicy   jej   lewej 

dłoni.   Jane   zatrzymała   się   właśnie   przy   biurku   Sherry,   by 
chwilę porozmawiać, i gestykulowała dłonią. Cody uniósł się, 
by   lepiej   dojrzeć,   co   to   mogło   tak   rozbłysnąć   na   ułamek 
sekundy, ale nie zobaczył nic. Wziął więc z biurka aparat i 
posługując   się   zoomem   zbliżył   dłoń   Jane.   Pierścionek   z 
brylantem!

Zaklął.   To   nie   jest   zwykły   brylant.   To   chyba   jeden   z 

największych brylantów na świecie. I czy to jest pierścionek 
zaręczynowy   od   Marka   Bankiera,   czy   też   jakaś   chytra 
sztuczka Jane - sztuczny brylant w złoconej oprawie kupiony 
w   sklepie   ze   sztuczną   biżuterią   gdzieś   przy   Canal   Street   - 
Cody   dobrze   wiedział,   dlaczego   go   dziś   miała   na   palcu. 
Zamiast pierścionka mogła równie dobrze zawiesić sobie na 
szyi tabliczkę z napisem: NIE DOTYKAĆ.

Najdziwniejsze jest to, że mimo obwieszczenia, jakim był 

pierścionek,   Jane   nadal   okazuje   zainteresowanie   swym 
dawnym małżonkiem. Wskazywał na to sposób, w jaki oddała 
mu wczoraj pocałunek, jak przylgnęła do niego całym ciałem, 
jak   zarzuciła   mu   ręce   na   szyję...   Pragnęła   tego,   co   on   jej 
ofiarowywał, nie mniej od kota umizgującego się o miseczkę 
śmietanki.

background image

No tak, ale to było wczoraj. Wygląda na to, że dziś Jane 

wybiera   inną   grę.   Włożyła   pierścionek   zaręczynowy, 
natomiast nie zabrała turkusowego szala. Sygnał był widoczny 
i jasny.

Nieprawda. Nie jest ani jasny, ani wyraźny. Gdyby go nie 

chciała   widzieć,   to   by   nie   przyszła.   Dlaczego   przyszła   do 
redakcji? Dlaczego przyjęła zaproszenie na lunch?

Szybko   zasłonił   obiektyw   i   włożył   aparat   do   starej 

skórzanej torby, do której wrzucił jeszcze dwa inne obiektywy 
i parę rolek filmu. Przerzucił torbę przez ramię, wstał, obszedł 
biurko i ruszył w stronę Jane. Postanowił udawać, że nie widzi 
cholernego pierścionka.

Jane   nadal   stała   przy   biurku   Sherry.   Odwróciła   się   w 

kierunku Cody'ego, gdy był już blisko.

  - Już pani wie, gdzie go szukać - zaświergotała Sherry, 

odsłaniając   rząd   białych   zębów.   -   Dawniej   u   Gussie,   teraz 
coraz częściej tu. Staje się pani codziennym gościem...

 - Przyjechałam tylko na parę dni - odparła sucho Jane.
  -   Ale   będzie   tu   przychodziła,   póki   nie   otrzyma   tego, 

czego chce. - Ton, jakim to powiedział, wskazywał wyraźnie, 
że   chodzi   tu   o   coś   znacznie   bardziej   podniecającego   niż 
podpis na jakimś papierku.

Insynuacja się udała. Jane spurpurowiała, obróciła się na 

pięcie i bez słowa ruszyła ku windzie.

 - Teraz jest wściekła. Ale w rzeczywistości szaleje za mną 

- mruknął Cody do Sherry.

 - To widać. Odłóż ciągoty do szuflady. Ona ich nie kupi - 

skomentowała Sherry.

 - Stawiam dwadzieścia, że kupi.
  - Od zakładów są twoi koledzy od bilardowego stołu - 

odparła. - Ja się z tobą nie bawię, kochanie.

background image

Cody   pożegnał   Sherry   uśmiechem   i   popędził   za   Jane, 

która   stała   pod   windą   z   obiema   dłońmi   zaciśniętymi   na 
torebce, jakby się bała, że lada chwila ktoś ją wyrwie.

Dzwonek wreszcie brzęknął, winda zatrzymała się na ich 

piętrze, drzwi się rozsunęły. Jane bez słowa weszła do środka, 
za nią Cody.

Gdy zjeżdżali, przysunął się do Jane i odezwał:
 - Poddaję się. Dlaczego przyjęłaś moje zaproszenie?
 - Wiesz dobrze dlaczego.
 - Bo pożądasz mojego ciała.
 - Po prostu pożądam twojego podpisu. Westchnął.
 - Wczoraj wieczorem...
 - Już raz niemal zniszczyłeś mi życie, Cody. Nie pozwolę 

ci tego powtórzyć.

Zniszczył jej życie, tak? Jane wyciąga wielkie działa. Jest 

najwidoczniej   przerażona   tym,   co   czuje.   Wzrosły   w   nim 
nadzieje.

Gdyby   był   skłonny   myśleć   logicznie,   to   pierwszy   by 

przyznał,   że   pomysł   pójścia   z   nią   do   łóżka   jest   szalony. 
Zwłaszcza   w   tak   krytycznej   chwili   ich   życia.   Bez   trudu 
mógłby sobie znaleźć inną partnerkę. Przecież nie wabił Jane 
dlatego, że potrzebował jej miłości i oddania do końca życia. 
Po prostu ona była...

Ona   była   po   prostu   ową   Jane   Thayer.   Kimś 

nieosiągalnym.   Tak   jak   przed   dwunastoma   laty.   Była 
księżniczką. I raz kiedyś, w jakiejś mglistej przeszłości, stała 
się   jednak   jego.   Prawnie,   z   nazwiska,   w   oczach   boskich, 
ludzkich i w ogóle. Jak alkoholik, który przez dwanaście lat 
nie tknął ani kropli whisky, tak i on teraz umierał z pragnienia. 
Wszystko by oddał za jeden łyk, za jeden mały łyczek tego, 
czego nie powinien tknąć, jak sam to najlepiej wiedział.

background image

Jezu   drogi!   Alkohol   jest   trucizną   dla   alkoholika.   Czy 

zakosztowanie   Jane   także   zepchnie   go   w   otchłań 
samozniszczenia?

Rozsunęły   się   drzwi.   Hol   był   zatłoczony   pracownikami 

udającymi się na lunch. Gromadą ludzi oblegała windy. Tłum 
rozdzielił   na   chwilę   Jane   i   Cody'ego.   Dostrzegł   ją   jednak, 
przebił się przez ludzi, chwycił ją za rękę i w tym momencie 
doszedł   do   wniosku,   że   jeden   ostatni   haust   Jane   wart   jest 
ostatecznego potępienia.

Wyciągnął ją z tłumu i wyprowadził na ulicę.
  - Mam nadzieję, że ci się nie spieszy. Większość lokali 

jest teraz pełna.

  -   Ja   mam   dużo   czasu.   To   raczej   ty   powinieneś   się 

martwić, czy zdążysz wrócić do pracy o określonej godzinie.

  - Nie muszę wracać, robotę wziąłem  z sobą. Poklepał 

skórzaną torbę ze sprzętem fotograficznym.

Jednocześnie lustrował wielki brylant na jej palcu.
 - Masz dużo roboty? - spytała.
  -   Sporo.   Cały   ranek   miałem   zajęty.   Fotografowałem 

pewną damę i jej jaja.

Jane uniosła brwi.
  -   Dama   ta   mieszka   w   Garden   District   i   kolekcjonuje 

klejnoty.   Konkretnie   jaja   Faberge.   Reporter   z   gazety 
przeprowadzał z nią wywiad, a ja fotografowałem jego, ją i 
jaja ze wszystkich stron. Nudy na pudy... Chodź, wejdziemy 
tu - zaproponował, wskazując malutki lokal. - Nie wygląda na 
zbyt zapchany...

Nim zdołał otworzyć drzwi przed Jane, usłyszał pisk opon 

gwałtownie   hamowanego   auta.   Obejrzał   się,   błyskawicznie 
lustrując wzrokiem ulicę. Na skrzyżowaniu zobaczył białego 
jeepa   cherokee,   pełznącego   w   ich   kierunku.   Dosłownie 
pełznącego,   gdyż   jego   prędkość   nie   przekraczała 
pięćdziesięciu   kilometrów   na   godzinę.   Samochód   jechał 

background image

zygzakiem, ocierając się to o jeden, to o drugi krawężnik. Inne 
pojazdy albo stawały w miejscu, albo uciekały na chodnik, by 
uniknąć   zderzenia.   Kiedy   biały   pojazd   znalazł   się   po   ich 
stronie   ulicy,   Cody   wlepił   oczy   w   przednią   szybę.   W 
samochodzie nie było nikogo!

Ktoś   rozpaczliwie   krzyczał,   ludzie   w   panice   uciekali. 

Cherokee   uderzył   i   odbił   się   od   zaparkowanego  auta.  Ktoś 
drugi zaczął krzyczeć.

Jane zacisnęła palce na dłoni Cody'ego.
 - O mój Boże, o mój Boże! - powtarzała szeptem.
Cherokee odbił się od innego samochodu. Cudem umknęła 

mu   spod   kół   taksówka,   której   kierowca,   ostro   skręcając   i 
hamując, chyba przysmalił opony. Cody z fascynacją patrzył 
na zbliżający się ku niemu i Jane pojazd. Miał wrażenie, że 
ogląda groźną scenę z jakiegoś podłego filmu, puszczonego w 
zwolnionym tempie: wielkie grube opony na wszystkie pory 
roku, potężny zderzak, okrągłe reflektory niby ślepia potwora 
sunącego prosto na nich, potwora hipnotyzującego...

Poczuł wpijające mu się w dłoń paznokcie Jane. Otrząsnął 

się,   odepchnął   Jane   z   drogi   pijanego   pojazdu,   zasłonił   ją 
swoim ciałem, stając do niej tyłem, by móc  zareagować w 
wypadku zagrożenia. Na szyi czuł oddech Jane. Objęła go w 
pasie. Jej włosy muskały mu ucho. A jej piersi, przylegające 
mocno do jego pleców, prawie całkowicie go demobilizowały, 
odwracając uwagę od dramatu rozgrywającego się na ulicy w 
odległości   zaledwie   paru   metrów.   Samochód   bez   kierowcy 
uderzył w krawężnik, wjechał na chodnik i zderzakiem natarł 
na   pożarowy   hydrant.   Rozległ   się   huk   i   zaraz   potem,   niby 
gejzer, wytrysnęła ku niebu woda.

Krzyki   ludzi   zalanych   strumieniami   wody   osiągnęły 

apogeum. Jedni rzucili się do restauracji, inni chcieli z niej 
wyjść   i   zobaczyć,   co   się   dzieje.   Fontanna   biła   ku   niebu; 
naprawdę było na co patrzeć.

background image

Jane   przestała   obejmować   Cody'ego,   ale   jej   palce 

pozostały na jego koszuli. Spojrzał na nie zdziwiony. Gdyby 
nie przebiegający obok ludzie, to by własną dłonią przykrył jej 
dłoń i skierował niżej... Ale nie był to czas ani miejsce na 
takie   zabawy.   Poza   tym   Jane   dała   mu   do   zrozumienia,   że 
nigdy   taki   czas   nie   nadejdzie,   więc   Cody   zajął   się   czymś 
innym.

Wyciągnął   z   futerału   aparat   fotograficzny,   założył 

pięćdziesięciomilimetrowy   obiektyw   i   zaczął   robić   zdjęcia. 
Wokół   niego   ludzie   krzyczeli   i   biegali   bezradnie,   a   on 
spokojnie pracował...

background image

Rozdział 8
Cody robił zdjęcia podobnie, jak grał  w bilard: z totalną 

koncentracją i pewnością  siebie. Jane przyglądała mu się z 
zainteresowaniem i podziwem.

Ludzie   biegali   zupełnie   zagubieni,   chłopcy   brodzili   po 

zalanej   jezdni.   Ktoś   wyważył   drzwiczki   nieszczęsnego 
pojazdu i stwierdził, że nie jest on wcale pusty: za kierownicą 
siedział dzieciak i ryczał w duecie z syreną nadjeżdżającego 
samochodu policyjnego.

Niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
W   tym   całym   wielkim   chaosie   i   harmidrze   Cody   był 

jedyną wysepką spokoju. Histeria tłumu nie imała się go.

Jane   stała   oparta   o   mur   przy   wejściu   do   restauracji. 

Odczuwała wielką ulgę, że nikt nie doznał obrażeń. Między 
ludźmi przedzierała się kobieta, która rozpaczliwym głosem 
wykrzykiwała:

 - Moja dziecina, moją dziecina...!
Cody błyskawicznie się obrócił i zaczął utrwalać ten obraz 

na filmie.

Zamknąwszy   oczy,   Jane   myślała   o   Codym   sprzed 

dwunastu   lat.   Wałęsał   się,   był   buńczuczny   i   zaczepny, 
okazywał nadmierną pewność siebie i udawaną obojętność dla 
nauki. Ale kiedy czegoś naprawdę pragnął, niespodziewanie 
ujawniał się w nim upór w dążeniu do celu. Koncentrował się 
i robił to, czego tak bardzo chciał. Podobnie jak teraz, gdy 
fotografował.

W ten właśnie sposób wymierzył w Jane. I trafił ją w samo 

serce.

Teraz   polował   na   inną   zwierzynę.   Szybko   zmienił 

obiektyw. Stanął przed jeepem cherokee, niepomny na wodę z 
hydrantu, która zalewała mu stopy i dół nogawek dżinsów, i 
robił   zdjęcia   wozu,   dziecka   już   w   ramionach   matki, 
policjantów i rozhisteryzowanych gapiów.

background image

Jane poczuła na karku te same mrówki, które dały o sobie 

znać przed, dwoma dniami w barze u Gussie. Tyle że tym 
razem   mrówki   pojawiły   się   nie   dlatego,   że   wspominała 
dawnego Cody'ego, ale że myślała, jaki jest teraz.

Podszedł do niej policjant z piórem i notesem w ręku i 

odwrócił jej uwagę od Cody'ego, pytając:

 - Czy była pani świadkiem incydentu?
Skinęła głową i opisała, jak zobaczyła nagle białego jeepa 

jadącego   ulicą   zakosami   i   że   nie   było   widać   nikogo   za 
kierownicą. Wspominała o swym przerażeniu, gdy cherokee 
zaczął obijać się o zaparkowane na ulicy pojazdy, a ludzie 
rzucali się do ucieczki..

Z   kolei   policjant   poinformował   ją,   że   matka   zostawiła 

jeepa na wolnym biegu, wyskakując na chwilę do sklepu po 
mleko. W samochodzie zostało dziecko, które uwolniło się ze 
swego   fotelika,   zwolniło   ręczny   hamulec   i   wybrało   się   na 
samodzielną przejażdżkę.

W tej chwili nadjechał wóz pożarniczy; wysiedli z niego 

strażacy   i   zabrali   się   do   zabezpieczania   hydrantu.   Policjant 
pożegnał Jane i podszedł do innego świadka. Jane powróciła 
do obserwowania sceny ulicznej, szukając w tłumie Cody'ego. 
Nigdzie   go   nie   było.   Poczuła   się   bardzo   dziwnie:   jakby 
utraciła coś bliskiego i potrzebnego. Zaczęła się przedzierać 
przez   tłum,   mrucząc   niezliczone   ,przepraszam"   w   kierunku 
pleców, o które się ocierała. Wreszcie odetchnęła: Cody stał 
po drugiej stronie ulicy, fotografując gromadkę nastolatków, 
którzy zdjęli buty i tańczyli w rwącym potoku spływającym 
jezdnią.

Jane zatrzymała się i patrzyła zafascynowana. Cody stał 

spokojny,  z   wycelowanym   aparatem,   i   naciskał   spust.   Jego 
kruczoczarne   włosy   połyskiwały   w   południowym   słońcu, 
jakby były spryskane srebrem z odrobiną błękitu. Uniesione 
łokcie  uwypuklały zgrabną  sylwetkę  i  muskularny  tors pod 

background image

opinającą   go,   czarną   koszulką.   W   jego   dłoniach   aparat 
fotograficzny wydawał się malutki.

Chyba jęknęła, choć sama nie była tego pewna. Dlaczego 

on   jest   taki...   fascynujący?   Zbyt   fascynujący.   Gdyby   była 
nastolatką,   użyłaby   słowa   „seksowny".   Teraz   jest   bardziej 
fascynujący niż niegdyś, ponieważ zdobył fach. Patrzenie na 
niego, gdy robił zdjęcia, przypominało oglądanie spektaklu. 
Ale nie wolno mu tego powiedzieć, bo prychnąłby ze złości i 
wszystkiemu zaprzeczył. Nie chciał, aby brano go za artystę.

Po paru minutach skończył i opuścił aparat. Rozejrzał się 

wokół siebie, gwałtownie mrugając, jak człowiek obudzony 
nagle z drzemki. Zrobił kilka rozluźniających ruchów, aparat 
schował do torby, torbę przerzucił przez ramię i przeszedł na 
drugą stronę ulicy, gdzie stała Jane.

 - Jeszcze chwilę - powiedział, jakby chciał przeprosić ją 

za   zniecierpliwienie,   którego   wcale   nie   czuła.   Była   nadal 
zafascynowana.

Z   kieszeni   torby   wyjął   bloczek   papieru   i   ołówek   i 

podszedł do matki tulącej do piersi dziecko. Zapytał ją o coś, 
zrobił kilka notatek, zadał parę pytań innym osobom i też coś 
zapisał. Gdy skończył, schował bloczek i ołówek do torby i 
wrócił do Jane.

  -   Muszę   oddać   filmy   w   redakcji   -   powiedział.   - 

Przepraszam za nieudany lunch, ale jeśli zdjęcia mają się jutro 
ukazać...

 - Oczywiście, wszystko rozumiem. Chodźmy oddać filmy 

do wywołania. Przy okazji osuszysz się...

Spojrzał   na   nogawki   dżinsów,   zdumiony   widokiem 

przemokniętych butów i spodni. Zajęty pracą nie zauważył, że 
stoi w wodzie po kostki.

 - O co pytałeś matkę dziecka?
 - O nazwisko. - Szli w kierunki redakcji. - A w ogóle to 

mam dylemat. Nie wiem, jakie zdjęcia wykorzystają i czy w 

background image

ogóle   któreś   wykorzystają.   Teraz   wszystkiego   się   boją, 
zwłaszcza   moich   zdjęć.   A   nuż   ktoś   znowu   wytoczy   jakąś 
sprawę.   Spójrz   na   ten   tłum,   Jane...   -   Odwrócili   się.   Cody 
ruchem   ręki   wskazał   ludzi   tkwiących   pod   domami   i 
wpatrujących   się   w   białego   jeepa.   -   Mam   dobre   zdjęcia 
różnych ludzi, ale w redakcji wszystkie odrzucają, zakładając, 
że w jakiejś bramie czy drzwiach tkwi jakiś zdradzający żonę 
osobnik,   który   tylko   czyha,   żeby   wyciągnąć   pieniądze   od 
gazety....

 - Jestem pewna, że jeśli zdjęcia będą dobre...
  -   Redakcję   nic   nie   obchodzi   jakość   zdjęć.   Redakcję 

interesuje własny tyłek. Nie będą ryzykować po wpadce ze 
Stanhopem.

 - Kiedy tylko dopadniemy pastora Boba i skłonimy go do 

wycofania   pozwu,   radca   prawny   gazety   też   się   uspokoi   - 
zapewniała Jane.

Dostrzegła,   że   zerka   na   nią   lekko   zdziwiony   i   dopiero 

wtedy   uświadomiła   sobie,   co   powiedziała:   "Dopadniemy!" 
My, on i ona.

A więc mimo uzbrojenia się w zaręczynowy pierścionek 

Jane nie ma zamiaru umknąć z pola walki, pomyślał. Zamierza 
wraz z nim rozwiązać jego problemy.

Jane   przekonywała   siebie,   że   jej   udział   w   sprawie 

Cody'ego wynika po prostu z zakorzenionego w niej poczucia 
sprawiedliwości i z głębokiego oburzenia, że zdjęcia Cody'ego 
poddane są cenzurze. Świadoma była jednak nagiej prawdy: 
po dwóch nocach myślenia o Codym uległa jego charyzmie. 
Nie było na to rady. I ten pocałunek. .. Pozą tym żadna sprawa 
rozwodowa nie jest na tyle ważna, by nie można było pomóc 
człowiekowi w potrzebie. .. A więc pomoże!

Do budynku redakcyjnego „Sentinela" dotarli pogrążeni w 

myślach. To jedno słowo „dopadniemy" - my, my! - rozkwitło 
niby tęczowej barwy znak zapytania.

background image

W milczeniu wjechali na czwarte piętro, lękając się chwili, 

kiedy tęczowa bańka mydlana pęknie. Biurko przy wejściu do 
sali   redakcyjnej   było   puste.   Sherry   gdzieś   poszła,   Zresztą 
większość biurek była pusta - redaktorzy i reporterzy wyszli 
na lunch.

Cody   dużymi   susami   przemierzył   salę   i   wszedł   do 

oszklonego kojca - gabinetu. Ponieważ nie powiedział Jane, 
by na niego czekała przy wejściu, poszła za nim. Za wielkim 
biurkiem siedział łysiejący, czterdziestoparoletni mężczyzna. 
Właściwie   nie   siedział,   ale   półleżał   w   odchylonym   fotelu, 
obute stopy położył na biurku i czytał wydruk z komputera.

Cody bez wstępów obwieścił:
 - Mam zdjęcia z miejsca wypadku. Potrzebne czy mam je 

wyrzucić?

Redaktor uniósł głowę i spojrzał na Cody'ego znad oprawy 

okularów.

 - Z miejsca wypadku? Jakiego wypadku?
 - Dziecko za kierownicą. Rozbity hydrant, nikt nie doznał 

obrażeń.

 - Rozbity hydrant?
 - Na ulicy morze. No więc jak? Mam wyrzucić film?
Wpatrując   się   w   twarz   Cody'ego   redaktor   sprawiał 

wrażenie   niezdecydowanego.   Z   jednej   strony   wiedział,   że 
zdjęcia   będą   z   pewnością   świetne,   z   drugiej   wyraźnie   nie 
aprobował sarkastycznego tonu Cody'ego.

  - To ty mi powiedz, Sinclair, czy uważasz, że należy je 

wyrzucić.

 - Nie ma problemu, można wyrzucić. Nie ubiegam się o 

nagrodę Pulitzera.

Przez   długą   chwilę   redaktor   wytrzymywał   spojrzenie 

Cody'ego,   a   potem   potrząsnął   głową   i   wrócił   do   czytania 
wydruku. Po paru sekundach podniósł głowę i powiedział:

background image

 - Wywołaj film, pokaż mi odbitki kontaktowe, a wtedy ci 

powiem,   czy   zaczniemy   rozmawiać   o   Pulitzerze   czy   też   o 
kolejce po zapomogę dla bezrobotnych. Dla ciebie i dla mnie.

  -   Cholerne   dzięki   za   nic   -   odparł   Cody   i   wyszedł, 

zatrzaskując za sobą oszklone drzwi kojca.

Jane, która przez cały czas stała przed drzwiami, gdy były 

jeszcze   otwarte,   i   wysłuchała   całej   rozmowy,   zauważyła 
złośliwie:

 - Widzę, że łączą cię bliskie stosunki z naczelnym. Cody 

najwyraźniej nie pozbył się dawnego urazu do

ludzi, którzy reprezentowali jakiś autorytet. Zawsze miał 

do wszystkich uraz. Do nauczycieli, do jej ojca, do każdego, 
kto uważał, że ma prawo mu mówić, co powinien robić. Teraz 
wzruszył w odpowiedzi ramionami.

 - Zostawię tylko film do wywołania i pójdziemy wreszcie 

na ten lunch.

Skierowali   się   do   drzwi   z   napisem   Laboratorium 

fotograficzne.   Cody   wszedł   do   przedpokoju,   z   którego 
prowadziły dalsze drzwi do dwóch ciemni. Paliły się nad nimi 
czerwone lampki sygnalizujące, że trwa tam wywoływanie. W 
przedpokoju   za   biurkiem   siedziała   młoda   kobieta,   która 
rozpromieniła się na widok Cody'ego.

  -   Hej,   cześć!   Nie   mów,   że   wróciłeś   do   roboty!   Cody 

wywołał na twarz bardzo nieprzekonujący uśmiech i zabrał się 
do wyjmowania filmu z aparatu.

 - Mam coś, ale nie wiem, czy wykorzystają. Zajmiesz się 

tym?

  - Oczywiście. - Wypełniła karteczkę i przykleiła ją do 

wręczonej   przez   Cody'ego   kasety.   -   Mam   szukać   czegoś 
kompromitującego? - spytała.

  - Kto wie, kto wie. Jeśli dobrze pójdzie, to będę mógł 

rzucić tę pracę i zostać zawodowym szantażystą.

background image

 - I byłby z ciebie dobry fachowiec - zażartowała kobieta. - 

Ale nie martw się, Cody. Nie wyrzucą cię.

  -   Może   i   nie   wyrzucą,   ale   będą   trzymać   na   krótkiej 

smyczy. A dla mnie to tak, jakby mnie wyrzucili.

 - Wszystko traktujesz jako nagonkę na siebie. Odzywa się 

twoje jankesowskie pochodzenie. Za gorąca krew. Bierz życie 
mniej poważnie, odpręż się. 

  - Jak mam się odprężyć z tym cholernym pozwem na 

karku? Zajmij się zdjęciami. Wrócę za jakieś pół godziny.

Pożegnał kobietę przyjaznym gestem dłoni i wyprowadził 

Jane na korytarz. Oparł się o ścianę i zaczerpnął powietrza, 
jakby się dusił.

 - Jestem pewien, że ty i Mark chodzicie często razem na 

lunch - powiedział.. - Spokojnie, bez pośpiechu, nie tak jak 
my.

Jane się uśmiechnęła. Lunch z narzeczonym w eleganckiej 

restauracji   był   niczym   w   porównaniu   z   podniecającym 
uczuciem,   jakie   towarzyszyło   obserwowaniu   Cody'ego   przy 
pracy w bardzo niesprzyjających okolicznościach.

 - Lunch nie jest ważny - odparła. Chrząknął rozbawiony.
 - Może nie jest ważny dla ciebie, ale ja umieram z głodu. 

- Oderwał  się od ściany. - Mam  pomysł:  weźmiemy  coś z 
automatu   w   sali   rekreacyjnej.   W   każdej   restauracji 
czekalibyśmy teraz co najmniej godzinę na wolny stolik.

 - Świetny pomysł!
 - Tego jeszcze nie wiesz. W życiu nie jadłaś nic z takiej 

maszyny.

Wskazał jej drogę do windy. Skrzypiało mu obuwie, co 

przypomniało   Jane,   że   przemoczył   sobie   nogi   podczas 
wykonywania   zdjęć,   których   nikt   może   nie   zechcieć 
wykorzystać.

background image

 - Masz tu jakiś suche spodnie i buty? - spytała. Obejrzał 

jeszcze   wilgotne   nogawki   i   wzruszył   ramionami,   po   czym 
nacisnął guzik windy.

 - To tylko woda - stwierdził.
 - Mokre buty są bardzo niewygodne - zauważyła.
 - Jestem na wszystko odporny.
Obdarzył   ją   kpiącym   uśmiechem.   Kpiącym   z   niego 

samego.   Udało   im   się   wcisnąć   do   zatłoczonej   windy, 
pachnącej   hamburgerami   i   pizzami   przywożonymi   przez 
pracowników   z   okolicznych   barów   szybkiej   obsługi.   Gdy 
winda zatrzymała się piętro wyżej, Jane chętnie opuściła te 
wszystkie   zapachy.   Cody   poprowadził   ją   biurowym 
korytarzem do drzwi na samym końcu. Weszli do niewielkiej 
sali, w tym czasie na szczęście pustej. Oprócz dużej lodówki i 
mikrofalowej   kuchenki   stały   tam   pod   ścianami   automaty   z 
zimnymi   napojami,   kawą,   owiniętymi   w   folię   kanapkami, 
batonami   i,   co   najbardziej   ucieszyło   Jane   -   z   jogurtami   i 
owocami.

Wskazała na kubek jogurtu i jabłko.
 - Boże drogi, jeszcze jedna amatorka zdrowej żywności! - 

mruknął   Cody,  wrzucając   do   otworów   monety   i   naciskając 
odpowiednie, guziki. Sobie wziął coca - colę i parówkę, którą 
na dwie minuty włożył do kuchenki mikrofalowej.

Jane rozsiadła się wygodnie na pokrytym winylem fotelu, 

a   po   chwili   Cody   dołączył   do   niej,   usadawiając   się   na 
sąsiadującej z fotelem kanapie. Jedząc parówkę, powiedział:

 - Jak ci wiadomo, Nowy Orlean słynie ze swojej kuchni.
Jane tylko się uśmiechnęła, zajęta mieszaniem jogurtu, a 

przede   wszystkim   patrzeniem   na   nogi   Cody'ego   oraz 
podziwianiem - nie wiadomo, który to już raz - jego barczystej 
sylwetki.   Jak   zwykle   miękło   jej   serce   na   widok   czarnych 
kosmyków opadających mu na twarz. A te oczy - błyszczące 
jak brylant na jej palcu...

background image

  - Po co to dziś włożyłaś? - spytał Gody, odgadując jej 

myśli.

 - To? - Wpatrywała się w zaręczynowy pierścionek, jakby 

sama się dziwiła, po co go nosi. Obróciła pierścionek na palcu, 
chowając   brylant   po   wewnętrznej   stronie   dłoni.   Wyglądał 
teraz jak obrączka. Przywróciła mu poprzednie położenie. - 
Sama nie wiem - odparła.

 - Może po to, żeby nie zapomnieć się i pamiętać, że się 

zaręczyłaś - podsunął ironicznie.

 - Może - zgodziła się.
 - Ten twój Mark to chyba musiał obrabować własny bank, 

żeby kupić taki brylant.

  - To nie jest jego własny bank - poprawiła sucho. Nie 

była zła z powodu żartu, ale dlatego, że miał rację: włożyła 
pierścionek, żeby pamiętać. I żeby Cody pamiętał. - A jeśli 
chodzi o pierścionek, to go włożyłam, ponieważ wczorajszy 
wieczór był błędem.

 - Wielkim błędem - powtórzył poważnie.
 - Więc zgadzasz się ze mną? - Była zaskoczona.
  - Całkowicie. Popełniłaś błąd. Nie powinnaś była mnie 

odprawiać. Powinnaś zaprosić mnie do pokoju.

Miała   nadzieję,   że   łyżeczka   zimnego   jogurtu   szybko 

ochłodzi jej rozpłomienione policzki.

  -   Znaleźliśmy   się   oboje   w   trudnej   sytuacji,   Cody.   Ja 

przyleciałam tu wyłącznie po to, żeby się z niej wywikłać, a 
nie zabrnąć jeszcze głębiej.

 - Opowiedz mi o nim - odezwał się spokojnie, jakby nie 

słyszał   jej   poprzednich   słów.   -   Opowiedz   mi   o   facecie   z 
kieszeniami bez dna...

  -   On   jest...   -   Zawahała   się.   Nie   wiedziała,   co   ma 

powiedzieć. Że Mark to Mark? Że jest solidny i można na nim 
polegać? Że każdy jego krok i postępek jest przewidywalny? 
To właśnie bardzo w nim lubiła, ponieważ była taka sama. 

background image

Jeśli jednak tak opisze mężczyznę, którego miała poślubić, to 
Cody zacznie jeszcze bardziej z niej kpić. - Jest przystojny - 
oświadczyła z triumfem, znalazła bowiem dobre określenie.

 - To bardzo, bardzo ważne - zgodził się Cody.
 - Błyskotliwy.
  -   Aaa!   Jestem   pewien,  że   ma   całą   ścianę   zawieszoną 

dyplomami   w   ramkach.   To   najszybsza   droga   do   twojego 
serca.

 - Ma dwa dyplomy. Uniwersytecki i z harvardzkiej szkoły 

biznesu.

 - I pewno codziennie czyta „Wall Street Journal". Jeździ 

lincolnem i nosi, niech zgadnę, ubrania od Armaniego.

  - Trafiłeś. Ale co z tego? - Zaśmiała się nieszczerze. - 

Chyba ci to wystarczy? Mark jest w moim typie.

Cody   zamknął   oczy   i   wydał   odgłos   chrapania.   Jane 

zachichotała.

  - Jakiż on musi być nudny. Widzę, że nie pozostała ci 

nawet iskierka buntu. A myślałem, że choć trochę oduczyłem 
cię konwencjonalności.

Z twarzy Jane zniknął uśmiech. Cody ma rację. On ją tego 

oduczył,   ale   nie   dokończył   nauki.   Iskierka,   której   brak   jej 
zarzucił, nadal się w niej tliła. A nawet sporo tych iskierek się 
uzbierało. I teraz, kiedy patrzyła na Cody'ego, miała wielką 
ochotę   zbuntować   się   ostatecznie   przeciwko   życiu,   które 
prowadziła. Chciałaby uciec, wsiąść na motocykl i pojechać 
na skraj świata bez oglądania się na cokolwiek.

Ale nie mogła tego zrobić. Jest już za stara. Spoczywa na 

niej   ciężar   odpowiedzialności.   Za   karierę,   za   starych 
rodziców,   za   dług   hipoteczny,   za   klientów.   Teraz   jest   już 
dorosła.

  -   Rozumiem,  że   Markowi   nie   przeszkadza,   że   poślubi 

rozwódkę? - spytał niewinnie Cody.

background image

  - Mark nic o tym nie wie - przyznała się. Wyprostował 

się, unosząc wysoko brwi.

  -   Nie   powiedziałaś   Markowi   Bankierowi   o   naszym 

małżeństwie?

Przygryzła wargę i pokręciła przecząco głową.
 - To było dawno. I małżeństwo trwało tak krótko.
 - I uważałaś, że to jest takie głupstwo, że można o tym nie 

wspominać?

  - To nie było głupstwo. To było większe przeżycie, niż 

kiedykolwiek zrozumiesz.

Wyprostował się jeszcze bardziej. Nogi, które trzymał na 

kanapie,   opuścił   na   ziemię   i   wrzucił   do   stojącego   obok 
pojemnika   puszkę   po   coca   -   coli.   Następnie   się   pochylił, 
łokcie wsparł o kolana i wpatrując się w twarz Jane, oblaną 
białym światłem fluoryzującej lampy u sufitu, zapytał cicho: - 
Jakie to było przeżycie? Złe, dobre, wielkie?

 - Nie chcę o tym mówić - mruknęła wściekła na siebie, że 

cokolwiek na ten temat powiedziała.

 - Chcę wiedzieć, Jane! - upierał się.
 - Wiesz dobrze. Kochałam cię.
 - Jak bardzo? Odwróciła oczy.
  -  Tak  bardzo,  że  przestałam   jasno  myśleć.  A  przecież 

myślenie było zawsze tym, co umiałam najlepiej. Przeraziło 
mnie to. I przysięgłam sobie, że nigdy więcej... Nie mogę po 
raz drugi utracić zdolności jasnego myślenia.

  - Wcale ci się nie dziwię - odparł z nadmiarem, jak na 

niego, wyrozumiałości w głosie.

Zaryzykowała   krótkie   spojrzenie   na   Cody'ego.   Siedział 

pochylony tak blisko, że mógł bez trudu sięgnąć po jej rękę. I 
zrobił   to.   Głaskał   jej   palce,   a   potem   obrócił   dłoń   i   zaczął 
rysować kółka.

Wstrzymała oddech i poczuła, że robi jej się gorąco.
 - Przestań, Cody!

background image

 - Co mam przestać? Szukam tylko linii małżeństwa.
 - Linii czego? Małżeństwa? - spytała zduszonym szeptem.
  -   Jedna   z   moich   sąsiadek   jest   chiromantką.   Między 

innymi czyta z ręki. Czytała raz z mojej. Powiedziała, że mam 
długą i nieprzerwaną linię szczęśliwego małżeństwa.

 - Otóż to! Nasze małżeństwo było tak krótkie, że się nie 

liczy. - Palec, którym wodził po jej otwartej dłoni, porażał 
delikatną   skórę   niczym   prąd.   Powiedziała   więc   dobitniej:   - 
Nasze   małżeństwo   było   krótkie   i   głupie.   Twoja   wróżka 
musiała mówić o następnym, bo tamto się nie liczy.

 - Gdyby się nie liczyło, to byś nie przyleciała do Nowego 

Orleanu, żeby mnie prosić o podpis. A teraz spójrz. Twoja 
linia   też   jest   długa,   nieprzerwana.   Nie   widać   śladu   jakichś 
rozwodów.

 - Nie wierzę w takie bzdury.
W istocie nie wierzyła. I miała nadzieję, że przynajmniej 

w tej sprawie jej głos zabrzmiał pewnie.

  -   Oczywiście,   ze   nie   wierzysz.   Chodziłaś   przecież   do 

Wellesley   College.   Ale   czy   widzisz   tę   linię?   -   Przeciągnął 
delikatnie   po   załamaniu   skóry   dłoni.   Odbierała   to   jako 
pieszczotę,   która   poruszyła   ją   do   głębi.   -   Jedna   długa, 
nieprzerwana linia. Nic na to nie poradzisz.

Zaśmiała się nerwowo.
 - Przecież ty też chyba nie wierzysz w takie bajdy.
 - Może to są i bajdy - zgodził się - ale ta sąsiadka mówi, 

że nasz los jest w naszych rękach. A w to wierzę, Janey! - Z 
uśmiechem puścił jej dłoń i wyprostował się. - Powinienem 
sprawdzić, jak wyszedł film. Już pewno wywołany.

  -  Świetnie   -   zgodziła   się,   mając   nadzieję   na   chwilę 

samotności i możliwość zebrania myśli.

Zgarnął ze stołu śmieci po posiłku - serwetki, plastykową 

łyżeczkę i kubek po jogurcie - i wrzucił do kubełka. Gdy szli 
do windy, obuwie Cody'ego skrzypiało nieco mniej. Winda, 

background image

która zatrzymała się na sekundę na piętrze, była przepełniona i 
pojechała wyżej. Musieli czekać. Jane patrzyła na światełka 
oznaczające piętra, przez które przejeżdżała kabina. Cody się 
uśmiechał. Przeniosła wzrok na jego mokre dżinsy, a on ciągle 
się uśmiechał.

  - Po co tu stoimy? - spytał. - Przecież  to tylko jedno 

piętro. Zejdźmy.

Jane   skinęła   głową   i   poszła   za   Codym   do   metalowych 

drzwi, za którymi znajdowały się schody. Cody je otworzył i 
znaleźli się na jasno oświetlonej klatce schodowej.

 - O pewnych porach dnia windy są jak klatki w ogrodzie 

zoologicznym - zauważył Cody. - A poza tym trzeba długo 
czekać, żeby się wepchnąć do środka.

 - Jedno piętro nic nie znaczy - odparła Jane po to, by coś 

powiedzieć, i w tym momencie potknęła się.

Cody zdołał ją pochwycić.
 - Co się stało? - spytał. Czuła się jak idiotka.
  -   Nic,   nic   -   zapewniała.   -   Tylko   się   potknęłam.   Nie 

puszczał jej.

 - Nie skręciłaś sobie nogi? Zrobiłaś się blada.
 - Naprawdę nic mi nie jest.
Patrzył jej w oczy i trzymał ją mocno. Tak mocno, jak 

niedawno na ulicy trzymał kamerę  i robił zdjęcia, tylko że 
teraz jego celem była ona, a nie uliczny tłumek i biały jeep. Jej 
los był w jej rękach. I w jego rękach. A kiedy pochylił się, by 
ją pocałować, wiedziała, że to zrządzenie losu.

Miał ciepłe wargi, jeszcze słodkie po coca - coli. I te wargi 

wiedziały,   czego   chcą.   Dotykały   jej   ust   z   ową   pewnością, 
którą nie tylko zapamiętała z przeszłości, ale która stanowiła 
integralną część pocałunku, jeśli miał być pełny, znaczący i 
wskazywać drogę na przyszłość, jeśli się na to pozwoli. Jeśli 
ona pozwoli...

background image

Wmawiała sobie, że dygocze, ponieważ się potknęła, ale 

sama   w   to   nie   wierzyła.   Dygotała   z   pożądania.   Pragnęła 
pocałunku Cody'ego. Pożądała swego męża.

Podprowadził ją w kąt, wsunął palce w jej włosy i znów 

zaczął   ją   całować.   Traciła   oddech.   Usiłowała   sobie 
przypomnieć, czy jego pocałunki przed dwunastoma laty też 
oddziaływały na nią podobnie, ale wspomnienia przeszłości 
przysłoniła   teraźniejszość.   Jej   usta   witały   go  z   radością   z 
powodu ponownego spotkania. Objęła go w pasie i czuła, że 
zadrżał, gdy wpiła palce w jego żebra.

  -  Janey,  Janey!  -   wyszeptał,   całując   teraz   jej   policzki, 

skronie i czoło. Zadrżała, gdy pocałował ją w czułe miejsce za 
uchem.   Potem   powędrował   dłońmi   ku   ramionom,   a   potem 
jeszcze   niżej.   Jej   dłonie,   choć   nimi   nie   kierowała,   też 
wędrowały po jego ciele. Dwanaście lat nie przysporzyło mu 
ani grama tłuszczu. Był tak samo szczupły jak wtedy, kiedy go 
poznała.

Coś w nim jednak dojrzało. Ruchy już nie szczeniackie, 

nie   młodzieńcze!   Chyba   to!   Był   mężczyzną,   który   jakby 
smakował każdy kawałek jej ciała. Tak jak znawca smakuje 
whisky.   Jego   usta   i   dłonie   wędrowały,   zatrzymywały   się, 
cofały...

To jest mój mąż, pomyślała. To jest mój mąż. Mój los. 

Moje przeznaczenie.

Wsunął palce pod ramiączka jedwabnej bluzki i zsunął je 

w   dół   ramion.   Były   teraz   unieruchomione,   dociśnięte   do 
boków.   Nie   mogła   nawet   zdjąć   rąk   z   jego   bioder,   co 
najwidoczniej bardzo mu odpowiadało. Pocałował ją w usta, 
potem dotknął piersi. Poczuła słodki ból; poczuła też palące 
pragnienie, które wypełniało ją bez reszty - w sercu, w łonie - 
i niby magnetyczna siła przyciągało ją do Cody'ego.

Cody   stężał,   rozsadzało   go   pożądanie.   Był   gotów   na 

wszystko, pragnął wszystkiego. Jane też była gotowa kochać 

background image

się z nim, tu, na klatce schodowej, między piątym a czwartym 
piętrem budynku nowoorleańskiej gazety „Sentinel". Pragnęła 
Cody'ego   nie   mniej   niż   wówczas,   gdy   była   impulsywnym, 
nierozważnym   podlotkiem.   Pragnęła   go   bodaj   jeszcze 
bardziej, jeszcze namiętniej.

Cody wyjął jej bluzkę ze spódnicy i sięgnął pod stanik. Z 

jej   ust   wyrwał   się   krótki,   cichutki   okrzyk,   który   zawisł   w 
otaczającej ich przestrzeni. Ugięły się pod nią kolana. Boże, 
jak ona go pragnie! Dłużej nie może tego znieść. Jej serce nie 
wytrzyma i ona chyba zaraz umrze. Ale nim umrze, musi raz 
jeszcze, po raz ostatni zdobyć Cody'ego.

Gdzieś wysoko, chyba tysiące metrów nad sobą, usłyszała 

metaliczny   chrobot,   podobny   do   trzasku   towarzyszącego 
otwieraniu   żelaznych   wrót.   Dźwięk   rozpylony   w   tysiąc 
rezonujących drgań spłynął na nich niby kaskada lodowatej 
wody i ostudził.

Usłyszeli   nad   sobą   kroki.   Ktoś,   znudzony   widocznie 

czekaniem   na   windę,   postanowił   zejść   schodami.   Jane   nie 
miała pojęcia, jak blisko może znajdować się ten ktoś. I ile 
pięter zamierza pokonać. Wiedziała tylko, że Cody obejmuje 
dłońmi jej piersi i że ledwie może ustać na nogach.

Nadal ją zasłaniając, Cody nasunął ramiączka bluzki na 

miejsce.   Pochwycił   lekko   otępiałe   spojrzenie   Kate   i 
przekornie się uśmiechnął.

 - Cody, ja... - zaczęła.
 - Sza!
Przyłożył palec do ust i przechylił głowę, by posłuchać 

zbliżających się kroków. Po parunastu sekundach dotarło do 
nich skrzypnięcie, piśnięcie i metaliczny trzask zamykanych 
tym razem drzwi. Ten, kto przerwał im chwilę namiętności, 
już zakończył swoją wędrówkę po schodach.

background image

Jane   głęboko   odetchnęła.   Powinna   być   wdzięczna 

nieznanemu   piechurowi.   Powoli   przytomniała   i   zaczęła 
zdawać sobie sprawę z szaleństwa, jakiego była bliska.

 - Jak za dawnych, dobrych czasów w naszej starej budzie 

- zażartował Cody, poprawiając dżinsy.

Pamiętała   kradzione   pocałunki   na   schodach,   w   pobliżu 

kuchni,   szkolnej   stołówki   i   za   audytorium   -   wszędzie   tam, 
gdzie nikt ich nie mógł widzieć. I przypomniała sobie dzień, 
kiedy Cody chciał ukraść coś więcej niż tylko pocałunek i nie 
wiadomo, co by się stało, gdyby nie napatoczył się nauczyciel 
gimnastyki.

Ocalił  wówczas Jane  przed zakusami  Cody'ego, ale  nie 

ocalił przed późniejszym zamążpójściem. I chociaż ktoś teraz 
też ją ocalił przed popełnieniem szalonego głupstwa, nie ocalił 
przed tym, co przeżywała - od jej uczuć.

Trzęsącymi   się   dłońmi   zaczęła   nerwowo   poprawiać 

bluzkę. Brylant na palcu błyskał białym światłem.

Dlaczego   nie   wystarcza   jej  życie   u   boku   człowieka, 

któremu można w pełni zaufać, na którym można polegać, na 
którym można się w razie potrzeby oprzeć? Spoglądając jakby 
z zaskoczeniem na zaręczynowy pierścionek, miała uczucie, 
że coś istotnego wymyka się jej z rąk. Chciała Marka, chciała 
małżeństwa z nim i tego, co Mark może jej zapewnić. I była 
gotowa   dać   mu   Wszystko,   do   czego   była   zdolna.   Chciała 
wspólnego z nim życia.

Ale   w   miarę   odzyskiwania   zdolności   myślenia   coraz 

bliższa była prawdy: nade wszystko pragnęła Cody'ego.

background image

Rozdział 9 
Podobnie jak wszyscy na placu przed
Faneuil   Hall,   Mark   był   zafascynowany   żonglerami. 

Mężczyzna   i   kobieta,   oboje   w   identycznych   smokingach, 
rzucali żarcikami z tą samą zręcznością, z jaką wyrzucali w 
powietrze   i   przechwytywali   najróżniejsze   przedmioty. 
Jaskrawoczerwone   sześciany,   czarne   batuty,   srebrne   koła, 
zielone   szale   śmigały   z   tą   samą   celnością,   co   dowcipne 
puenty. Był to dobrze przygotowany numer popisowy, a żarty 
i   przerzucane   przedmioty  uzupełniały   się   w przewidzianym 
czasie. Mark nie należał do miłośników ulicznych występów, 
ale musiał przyznać, że ci żonglerzy byli doskonali.

Właściwie jeszcze nigdy nie był w śródmiejskiej dzielnicy 

Bostonu   znanej   jako   Quincy   Market.   W   jego   wyobrażeniu 
było to wyłącznie miejsce wycieczek turystów i promenada 
dla   poszukiwaczy   przygody   oraz   dla  głupców   gotowych 
stracić fortunę w niesłychanie drogich butikach i sklepach z 
pamiątkami. Oprócz sklepów znajdowało się tu sporo barów i 
kawiarni   na   otwartym   powietrzu,   gdzie   głównym   zajęciem 
klientów   było   natrętne   wpatrywanie   się   w   przedstawicielki 
płci odmiennej. Uliczni sprzedawcy oferowali bez liku tandety 
i różnych okropności: były tam kwiaty z plastyku, bawełniane 
koszulki z paskudnymi nadrukami, fosforyzujące naszyjniki i 
bransoletki. Co krok stał jakiś wózek z towarem, co krok jakiś 
kiosk   wabił   turystów,   a   między   kioskami   popisywali   się 
mimowie,   tancerze,   muzycy   jazzowi   lub   pary   takie   jak   ci 
żonglerzy.   Szczerze   mówiąc,   Mark   nie   potrafiłby   wskazać 
choćby jednego aspektu Quincy Market, który by odpowiadał 
jego smakowi i gustom, a mimo to cała ta wrzawa i zapachy 
wywoływały w nim uczucie niezwykłego podniecenia. Może 
więc jego smak nie był znowu tak wyrafinowany?

Denerwował   go   tylko   tłum.   Jakże   on   w   nim   odnajdzie 

Clarissę?

background image

To   ona   właśnie   kazała   mu   na   siebie   czekać   przed 

schodami   do   Faneuil   Hall   -   historycznej   budowli,   miejscu 
licznych   zebrań   kolonistów,   którzy   burzyli   się   przeciwko 
brytyjskiej   władzy.   Wśród   tych   kolonistów   było   wielu 
przodków   Marka.   Mark   wątpił,   czy   Clarissę,   z   jej   dość 
powikłanym   etnicznie   pochodzeniem,   obchodziła   cokolwiek 
pełna   chwały   przeszłość   Bostonu.   Wybrała   to   miejsce, 
ponieważ tu zbierali się młodzi profesjonaliści.

A   Mark   był   właśnie   młodym   profesjonalistą,   czyż   nie? 

Może z tym „młodym" lekko przesadził, ale przecież chyba 
ma jeszcze prawo śmiać się z dowcipów i gestów żonglerów 
oraz   pod   koniec   dnia   pracy   w   towarzystwie  innych 
bostończyków wdychać balsamiczne, czerwcowe powietrze?

Ale jak odnajdzie tu Clarissę?
Okazało   się   to   wcale   nietrudne.   Gdy   żonglerzy 

zaprezentowali   popis   z   ośmioma   piłeczkami   golfowymi, 
okraszony   dowcipami   golfiarzy,   trzy   czwarte   widzów 
odwróciło głowy, aby wtopić wzrok w postać zmierzającą w 
kierunku Marka. Mark pomachał jej dłonią, ona pomachała do 
niego,   a   gapie   wpatrzyli   się   w   szczęśliwca,   do   którego 
zmierzała zjawiskowo piękna kobieta.

Męska duma nie powinna tu w ogóle wchodzić w rachubę, 

stało się jednak przeciwnie. Co za wspaniałe uczucie widzieć, 
że aż tylu ludzi patrzy na niego z zazdrością! Miał ochotę 
krzyczeć   na   głos,   że   ta   najpiękniejsza   na   Quincy   Market 
kobieta jest z nim. Zieleniejcie sobie z zazdrości!

Natychmiast   jednak   zaczął   czynić   sobie   wyrzuty.  Jakże 

mogło mu wpaść do głowy, że owa dziewczyna może być dla 
niego   czymś   więcej   niż   po   prostu   znajomą   z   biura 
narzeczonej? Jest tylko jej sekretarką. Clarissa zgodziła się z 
nim spotkać wyłącznie dlatego, że ma dobre serce i troszczy 
się o Jane.

O jego narzeczoną!

background image

Usiłował wydobyć z pamięci obraz Jane, ale mu się nie 

udało. Widział tylko Clarissę, która przebijała się przez tłum, 
emanując   nieprawdopodobną   żywotnością.   Miała   na   sobie 
bluzkę   o   barwie   rdzy   i   białą   minispódniczkę.   Na   nogach, 
przezroczyste jak mgiełka pończochy i sandały na wysokich 
obcasach, które dodawały jej co najmniej pięć centymetrów 
wzrostu.   Gdy   była   już   blisko,   Mark   zauważył,   że   ma 
polakierowane paznokcie u stóp.

Podniósł   wzrok   na   jej   twarz.   Powieki   miała   posypane 

złotym   pudrem,   policzki   lekko   zaznaczone   różem,   a 
egzotyczne,   ciemne   oczy   były   jeszcze   ciemniejsze   dzięki 
szmince.

Jane nigdy nie stosowała podobnego makijażu. Cenił jej 

zdrową,   świeżą,   wolną   od   kosmetyków   cerę.   Natomiast 
Clarissa   -   ta   grzeczna,   skromna   i   jakże   zawsze   „biurowa" 
Clarissa - wyglądała jak kobieta... wyzwolona! Co tu ukrywać 
- jak kokota!

Ku wielkiemu zdumieniu Mark stwierdził, że to właśnie 

niesłychanie go podnieca. Kokota! Podnieca go to bardziej niż 
perspektywa   ujrzenia   nagiej   dziewczyny   wyłaniającej   się   z 
tortu. Spodziewał się, że uświadomienie sobie tego wywoła w 
nim poczucie winy, tak się jednak nie stało. Jego grzeszne 
myśli były skupione wyłącznie na Clarissie, zwłaszcza na jej 
oczach, z których wyzierał głęboki niepokój.

 - Stało się coś? - spytał. Uśmiechnęła się bohatersko.
 - Skąd ci to przyszło do głowy? Cóż miałoby się stać?
Uwaga   ludzi   przeniosła   się   z   powrotem   na   parę 

żonglerów,   która   zbliżała   się   do   wielkiego   finału 
obejmującego   wszystko,   co   tylko   można   podrzucać   i 
przechwytywać.   Mark   ujął   dłonie   Clarissy   i   spojrzał   w   jej 
błyszczące oczy.

 - Wyglądasz na niespokojną - powiedział.

background image

 - Nie, nie. Tak - wyznała wreszcie i ponownie obdarzyła 

go uśmiechem, który wywołał w nim ochotę, by ją objąć i 
pogłaskać. Przyszło mu do głowy, że niepokój Clarissy może 
mieć swoje źródło w tajemniczej wyprawie Jane do Nowego 
Orleanu, ale natychmiast odrzucił tę myśl. W tym momencie 
Jane nie wydawała się ważnym elementem sytuacji.

Przyznając   to,   miał   początkowo   tylko   lekkie   poczucie 

winy, ale po chwili zalała go fala wstydu. Jak długo jeszcze 
będzie się oszukiwał, że od sekretarki Jane nic nie chce? Jak 
długo będzie sobie wmawiał, że chciał spotkać się ponownie z 
Clarissą   tylko   dlatego,   że   mogłaby   mu   dostarczyć 
przynajmniej   strzępów   informacji   na   temat   tajemniczych 
poczynań Jane? W którymś momencie - sam nie wiedział, w 
którym - spotkania z Clarissą stały się randkami z Clarissą i 
przestały dotyczyć Jane. Będzie musiał coś z tym zrobić, nim 
Jane powróci do Bostonu.

Tymczasem Jane nadal bawiła w Nowym Orleanie. Poza 

tym nie miała na tyle przyzwoitości, by mu powiedzieć, dokąd 
się   udaje,   na   jak   długo   i   po   co.   I   póki   tego   wszystkiego 
lojalnie   nie   wyjaśnianie   miał   obowiązku   być   zbyt   lojalny 
wobec niej.

  -   Wspaniali  żonglerze!   -   zawołał,   chcąc,   by   uśmiech 

Clarissy stał się bardziej spontaniczny i naturalny.

Skinęła   mechanicznie   głową,   nie   wykazując 

najmniejszego zainteresowania sztukmistrzami. Może byśmy 
poszli czegoś się napić? - zaproponowała, wskazując głową 
najbliższą   kawiarnię   z   tarasami   i   parunastoma   stolikami 
stojącymi   za   przepierzeniami   na   kawałku   odgrodzonego 
chodnika.   Każdy   ze   stolików   miał   nad   sobą   zabawny, 
kolorowy parasol. Było to znacznie mniej eleganckie miejsce 
niż bar w hotelu Four Seasons, ale jeśli ma to poprawić humor 
Clarissie, to Mark był gotów pić nawet podrzędną whisky w 
tym chodnikowym lokaliku.

background image

Ujął   ją   pod   łokieć   i   poprowadził   przez   tłum.   Był 

świadomy   zazdrosnych   spojrzeń   mężczyzn   i   kobiet, 
skierowanych   na   siebie   i   na   Clarissę.   Wypinał   też   dumnie 
pierś. Chociaż nie była jego dziewczyną, a on jej mężczyzną, 
miło było przynajmniej udawać, że tak jest. Przed wejściem 
do „ogródkowej" kawiarenki stała kolejka i młody cerber nie 
wpuszczał nikogo, póki nie zwolnił się któryś ze stolików.

  - Warto poczekać  - zapewniła  go Clarissa, nim zdołał 

wyrazić   swe   niezadowolenie.   -   Tu   mają   najlepsze   piwo. 
Wielki wybór piw importowanych.

I   ona   tą   informacją   chce   mnie   zachęcić?   -   pomyślał   z 

rozbawieniem, ale pragnąc jej zrobić przyjemność, odparł:

 - Co ty mówisz! Wspaniale!
  - Jeśli wolisz iść gdzie indziej... - zaczęła, a jemu się 

wydało, że zadrżały jej wargi.

 - Ach nie, nie - zapewnił. - Naprawdę, Clarisso. Ja bardzo 

lubię importowane piwo.

Nie   tylko   nie   zdołał   tym   oświadczeniem   powstrzymać 

drżenia warg Clarissy, ale zobaczył wzbierające w jej oczach 
łzy. Jęknęła płaczliwie, po czym zasłoniła ręką usta i po prostu 
się odwróciła.

Mark pomyślał, że gdyby jego matka  zaczęła płakać w 

centrum Bostonu, to by ją wziął w ramiona i pocieszał. Gdyby 
załkała   jego   siostra,   uczyniłby   to   samo.   Gdyby   w   pobliżu 
najbliższego   od   Quincy   Market   skrzyżowania   wybuchnęła 
łzami   jego   kuzynka   Frances,   której   nigdy   nie   lubił   i   która 
pachniała gnijącymi stokrotkami, to też by ją objął i utulił. 
Pocieszenie w ten sam sposób Clarissy wydawało mu się więc 
rzeczą zupełnie naturalną.

Instynktownie   się   cofnęła,   gdy   jej   dotknął,   ale   szybko 

zmieniła zdanie i bezsilnie opadła w jego ramiona, łkając i coś 
tam papląc bez sensu i skrępowania. Zaniemówił, zdumiony, 
że taka drobna istotka potrafi odegrać tak wielką scenę. Był 

background image

również zaskoczony, stwierdzając, że nawet z zapłakanymi i 
czerwonymi jak u królika oczami oraz z policzkami mokrymi 
od łez Clarissa jest nieprawdopodobnie piękna.

Podał   jej   chusteczkę,   w   którą   zaczęła   z   przejęciem 

szlochać. Ludzie w kolejce zaczęli trącać się łokciami. Mark 
doszedł   do   wniosku,   że   nadszedł   czas   na   zdecydowane 
działanie. Objął Clarissę i poprowadził ją prosto do cerbera w 
kawiarnianej furtce.

  - Ta pani otrzymała przed chwilą okropną wiadomość - 

powiedział   do   młodego   człowieka,   sięgając   do   kieszeni   po 
portfel. - Potrzebuje jakiegoś ustronnego miejsca, żeby dojść 
do sobie. I drinka. - Dyskretnie wyciągnął z kieszeni banknot i 
wcisnął w dłoń strażnika. - Może pan nam gdzieś znajdzie 
ustronny   stolik?   Najlepiej   wewnątrz   lokalu.   Gdzieś,   gdzie 
można usiąść w odosobnieniu...

Cerber bez skrępowania obejrzał banknot, stwierdził, że 

ma wystarczający nominał i entuzjastycznie pokiwał głową.

 - Ależ oczywiście!
Skinął na Marka, by szedł za nim. Kilka osób w kolejce 

zaczęło głośno protestować, ale Mark to zignorował, Clarissa 
zaś była w takim, stanie, że protesty na szczęście do niej nie 
docierały.

W niespełna minutę znaleźli się w odosobnionym pokoiku 

na zapleczu głównej sali. Pomieszczenie to – obite wiśniową, 
satynową tapetą W paski, z wiktoriańską kanapką dla dwóch 
osób, z parą głębokich foteli, z owalnym mahoniowym stołem 
na jednej nodze i z różowym dywanem - miało zdecydowanie 
aurę burdelowego saloniku. Mark poprowadził Clarissę prosto 
do siedziska dla zakochanych, bowiem zamierzał zająć obok 
niej miejsce i służyć ramieniem, w które mogłaby spokojnie 
dalej chlipać.

background image

  -   Proszę   powiedzieć   kelnerowi,   żeby   nam   podał   dwa 

kieliszki   courvoisiera   i   szklankę   zimnej   wody   dla   pani   - 
zwrócił się do młodego człowieka, który ich tu przywiódł.

Młody człowiek wyszedł, zamykając drzwi i tym samym 

izolując Marka i Clarissę od reszty świata. Clarissa wydobyła 
się na tyle z histerycznej zapaści, by spytać:

 - Gdzie jesteśmy?
 - W jednym z gabinetów tego lokalu.
 - Ooo? - Zdumiała się, a następnie otrzymaną od Marka 

chusteczką otarła policzki. - O Boże, przecież to jedwab! - 
wykrzyknęła, patrząc na mokrą chustkę.

  -   O   co   chodzi?  Źle   reagujesz   na   jedwab?   Jesteś 

alergiczką?

  - Nie, nie, tylko  że na jedwabiu zostają ślady. Jedwab 

pierze się chemicznie, nie można go moczyć...

  - Nie bądź niemądra, chustka jest do używania. Kiedy 

nadal się wahała, wyrwał chusteczkę z jej dłoni

i   wytarł   nią   do   sucha   mokre   jeszcze   policzki.   Chyba 

najgorsze   załamanie   już   minęło,   bo   Clarissa   kilka   razy 
pociągnęła nosem i wstydliwie spuściła oczy, co wywołało w 
nim znów pragnienie pogłaskania ślicznej buzi.

Przyglądał   się   jej   ciekawie.   Nigdy   nie   widział   Jane 

płaczącej, nigdy w podobnym stanie. Zawsze była opanowana. 
Rzecz   jasna,  że   to   podziwiał,   niemniej...   Niemniej   chyba 
każdy  mężczyzna  pragnie  od  czasu  do  czasu  spotkać   słabą 
istotkę   płci   odmiennej,   którą   trzeba   się   zaopiekować   i 
pocieszyć.   Mark   niegdyś   postanowił,   że   ożeni   się   tylko   z 
kobietą, którą uzna za równą sobie. Ale może nie miał racji? 
Może   w   istocie   jest   niereformowalnym   szowinistą,   który 
reaguje na kruche istoty, takie jak Clarissa, ponieważ są takie 
delikatne i rozkoszne?

Clarissa przejęła chusteczkę z jego dłoni i wytarła nos, 

dmąc   co   sił   w   płucach.   Chusteczkę   położyła   na   stoliku   i 

background image

skrzyżowała nogi. Manewr ten odsłonił je o co najmniej pięć 
dodatkowych   centymetrów.   Uda   miała   szczupłe,   ale   Marka 
zafascynowały przede wszystkim jej niezwykle drobne kolana.

Usłyszał pukanie, po czym drzwi się otworzyły i wszedł 

kelner, niosąc zamówiony koniak i szklankę wody. Postawił 
tacę na stole, uśmiechnął się niepewnie do Marka i wyszedł.

  - Co to jest? - spytała podejrzliwie Clarissa, wskazując 

kieliszki.

 - Koniak. Świetna rzecz na to, co cię boli.
Mark podał jej jeden kieliszek, drugi sam podniósł do ust. 

Nim   posmakował,   Clarissa   upiła   malutki   łyczek,   po   czym 
wzdrygnęła się i odstawiła kieliszek.

 - Ojej, jakie to mocne! - powiedziała.
 - Czujesz się lepiej?
 - Tak. Nie. - Westchnęła i ponownie upiła trochę koniaku.
 - Powiesz mi teraz, o co chodzi z tymi wszystkimi łzami? 

- spytał.

 - Stracę pracę - powiedziała.
Na chwilę podniosła oczy i zaraz je opuściła.
  -  Chyba  żartujesz!  Dlaczego  miałabyś  stracić   pracę?   - 

Potwierdziła swe przypuszczenie energicznym potakiwaniem. 
- To niemożliwe. Czy Jane o tym wie? Czy to może ona...? 
Porozmawiam z nią i nie pozwolę...

 - Ona nic nie wie. O Boże!
Clarissa   wydała   jęk   rozpaczy,   najwidoczniej   skłonna 

rozpłakać   się   znowu.   W   ostatniej   chwili   zmieniła   zamiar   i 
ponownie wzmocniła  się koniakiem. Mark uznał, że to był 
bardzo rozsądny krok.

 - Czy za tym stoi ktoś inny w firmie? Bo jestem pewien, 

że   skoro   to   nie   Jane,   na   pewno   będzie   walczyła,   żeby   cię 
zatrzymać.

 - Nie będzie walczyła. Nie masz pojęcia, co się tu dzieje. 

Jane nie jest... - Urwała, zagryzając wargi.

background image

 - Nie jest co? - spytał, nieco spięty i czujny, spodziewając 

się jakiejś niespodzianki. Bardzo był z tego niezadowolony.

Clarissa nie odpowiedziała na to pytanie, więc sam zaczął 

komponować przypuszczalny ciąg dalszy jej obwieszczenia, 
że   „Jane   nie   jest...":   zdolna   przeciwstawić   się   siłom 
czyhającym na Clarissę, nie jest dobrą szefową, nie jest taka, 
jak Mark sobie wyobraża. A może nie wraca do Bostonu?

  -   Dokończże!   -   Mark   nie   mógł   wytrzymać   napięcia. 

Clarissa urywanie westchnęła.

 - Nie powinnam tu z tobą siedzieć. Postępuję bardzo źle. - 

Wpatrzona   w   swoje   śliczne   kolano,   pociągnęła   nosem.   - 
Musisz mi wierzyć, Mark, że ja uwielbiam Jane. Po prostu ją 
uwielbiam!

 - Oo!
Sprawa   jest   bardziej   skomplikowana,   niż   mu   się 

wydawało. Był w swoich poglądach liberalny, skoro jednak 
Clarissa przedkłada kobiety nad mężczyzn... to trudno. Choć 
to wielka strata dla męskiego gatunku.

  -   To   niezbyt   dobrze   wchodzić   w   podobne   układy   z 

pracodawczynią - powiedział ostrożnie, badając grunt.

  - O  czym  ty  mówisz?  Ach,  nie!  - Zachichotała   mimo 

depresji. - Ja nie o takim uwielbieniu mówiłam.

Poczuł ulgę, ale wstrzymał się z okazaniem radości.
  -  Źle trafiłabyś, okazując takie uwielbienie. Jane nie ma 

najmniejszych skłonności...

Clarissa ponownie westchnęła i pokiwała głową.
 - Mark, to jest po prostu tragedia...
 - Może byś mi wreszcie powiedziała, o co chodzi. Co jest 

tragedią?

 - Nie mogę ci powiedzieć. Oprócz tego, że nie powinnam 

tu z tobą siedzieć i że nie będę mogła pracować u Jane...

  -   Widzę,   że   ja   i   Jane   jesteśmy   dla   ciebie   źródłem 

problemów. - Usiłował obrócić wszystko w żart.

background image

  -  To   prawda   -  potwierdziła   ponuro.  Rzuciła   okiem   na 

Marka i sięgnęła po kieliszek. Po niebezpiecznie długim łyku 
wyrzuciła   z   siebie:   -   Ja   was   oboje   uwielbiam!   Oto   mój 
problem.

Trójkąt, pomyślał Mark. Jane się na to nie zgodzi. Nie 

byłaby   skłonna   do   podobnego   eksperymentu.   Ale...   Raz 
jeszcze zdumiewając się samym sobą, Mark musiał przyznać, 
że bardzo mu odpowiada to, że Clarissa uwielbia ich oboje. 
Jego umysł jak gąbka wchłonął ten pomysł, a jego ciało w 
specyficznych rejonach wyraziło zdecydowaną aprobatę.

  -   Ale   to   nie   powinno   być   przecież   powodem   łez   - 

powiedział.   -   Uwielbiasz   Jane,   uwielbiasz   mnie.   Jestem 
pewien, że  Jane  uwielbia  ciebie. A jeśli  o mnie  chodzi, to 
chyba nie wątpisz, że także należę do twoich wielbicieli.

Clarissa zerknęła na Marka. Ciekawość nieco złagodziła 

dotychczasową rozpacz w jej oczach. Szybko jednak opuściła 
wzrok i potrząsnęła smutno głową.

 - To bardzo, bardzo zła sytuacja - oznajmiła.
  -   Co   jest   złą   sytuacją?   Nie   bądź   melidramatyczna, 

Clarisso! Cóż jest złego w tym, że ludzie cię uwielbiają?

  -  To   jest   okropne,  bo   masz   zamiar   ożenić   się   z   Jane. 

Umilkła, obracając nerwowo palcami kieliszek. Jej

ostatnie   słowa   jakby   zawisły   w   powietrzu,   zmuszając 

wreszcie Marka do żądania pytania:

 - Trochę cię nie rozumiem. Mam zamiar, więc co z tego?
 - Właśnie z tego wszystko bierze początek.
Teraz przestał już w ogóle rozumieć. Coś tu się dzieje, co 

wykracza   poza   bezsporny   fakt,   że   Clarissa   mu   się   podoba. 
Czuł jakieś przedziwne wibracje, które ich oboje obejmowały. 
Tu nie chodzi tylko o trójkąt i wzajemne uwielbienie.

 - Zupełnie nie rozumiem, co mają z tym wspólnego moje 

zamierzenia?  Jane  i  ja  postanowiliśmy  się  pobrać, ale  nasz 
ślub jest przewidziany dopiero na sylwestra, a do sylwestra 

background image

jest   jeszcze   wiele   miesięcy   -   dodał,   jakby   chciał   dać   do 
zrozumienia,   że   w   tym   czasie   jeszcze   wiele   może   się 
wydarzyć, i to rzeczy nie mających nic wspólnego z Jane, a 
wiele z dwiema osobami przebywającymi w obecnej chwili w 
tym burdelowatym gabinecie. - Czy jest coś niestosownego w 
moim porozumieniu z Jane?

Brak odpowiedzi Clarissy na tak wyraźne pytanie bardzo 

go zbulwersował. Mobilizując wyobraźnię, usiłował wydobyć 
z pamięci twarz Jane, całą Jane: świetnie uszyty kostium od 
Donny   Karan,   starannie   wymodelowane   kasztanowe   włosy, 
oczy szare, spojrzenie jasne i energiczne, głos wypowiadający 
dobrze skonstruowane, inteligentne zdania. Oczami wyobraźni 
widział ją przy śniadaniowym stole, omawiającą z nim tytuły 
w „Boston Globe". Widział ją wychodzącą z budynku sądu, ze 
skórzaną aktówką w ręku. Sprawia zawsze wrażenie wielkiej 
damy,   łaskawie   spoglądającej   na   swój   świat   i   swych 
poddanych.   Wyobrażał   ją   sobie   pochyloną   nad   biurkiem, 
głęboko   zadumaną   nad   poważnymi   problemami   prawnymi, 
późnym   wieczorem,   przy   zapalonej   na   biurku   tylko   jednej 
lampie...

Potem   usiłował   ją   sobie   wyobrazić   w   łóżku,   ale   tu 

wyobraźnia   go   zawiodła.   -   Nie   mógł   wykrzesać   żadnego 
obrazu.

  - Dokąd nas prowadzi ta rozmowa?  - spytał wreszcie, 

przechodząc ze stanu zdumienia w stan głębokiego niepokoju.

  - Donikąd - odparła, odstawiając kieliszek i zdejmując 

nogę z nogi. - Powinnam już iść.

Zaczęła   wstawać,   ale   Mark   zerwał   się   na   równe   nogi, 

błyskawicznie postanawiając, że nie pozwoli jej odejść, póki 
nie   uzyska   wyjaśnienia   enigmatycznych   wypowiedzi   i 
powodów takiej obfitości łez. I póki Clarissa mu nie powie, co 
się dzieje z Jane... I póki jeszcze nie utuli Clarissy.

background image

To   ostatnie   wydarzyło   się   pierwsze.   Clarissa   nagle 

znalazła   się   w   jego   objęciach,   jej   usta   zetknęły   się   z   jego 
ustami, jej ciało z jego ciałem. Wszystko to odbyło się jakby 
w   choreograficznym   rytmie.   Może   gdyby   miał   czas   się 
zastanowić... Nawet po zastanowieniu też by ją pocałował.

Najbardziej zdumiewające w tym wszystkim było to, że 

ona   oddała   mu   ten   pocałunek.   Żarliwie.   Z   niehamowaną 
namiętnością. Ze skutkami poważniejszymi niż sprawić może 
najsilniejszy koniak.

 - Nie powinniśmy tego robić - szepnęła z wargami przy 

jego wargach.

  - Tym się nie martw - szepnął, wodząc ustami, po jej 

policzkach   i   wplatając   palce   w   gęste,   czarne   włosy,   by 
skierować   jej   odwróconą   nagle   twarz   ku   sobie.   Ponownie 
dotknął ustami jej ust, pragnąc następnego pocałunku.

Przemknęło   mu   przez   myśl,   że   trzyma   w   objęciach 

najcudowniejszą   istotę   na   ziemi.   Język   Clarissy   pieścił   go, 
wywołując naturalną męską reakcję.

 - Mark, Mark - jęknęła, odrywając usta. - Źle robimy. Nie 

powinniśmy...   -   Ukryła   twarz   w   jego   szyi.   Czuł   jej   mokre 
wargi na skórze. Gdyby była wampirem, to ofiarowałby jej 
teraz   całą   krew,   która   płynęła   w   jego   żyłach.   Niech   pije! 
Niech   go   gryzie.   Bez   najmniejszego   żalu   dałby   wyssać   z 
siebie wszystko.

Wtulił nos w jej włosy pachnące jaśminem.
 - Jeszcze nie jestem żonaty - przypomniał.
  - Nie możesz ożenić się z Jane - powiedziała. Powoli 

odsunął się, niezbyt pewny, co Clarissa ma na  myśli. Czyż 
jeden   namiętny   pocałunek   miałby   oznaczać   unieważnienie 
zaręczyn?

Chyba tak. Zupełnie możliwe, że minuta pożądania innej 

kobiety   dyskwalifikowała   go  jako  kandydata  do  pobożnego 
życia z Jane Thayer. Jeszcze nie był tego zupełnie pewien i 

background image

chciał rozważyć sprawę spokojnie i racjonalnie, ale nie wtedy, 
kiedy drobne ciałko Clarissy wtapia się w niego, a jej usta 
nadal spoczywają na jego szyi.

 - Dlaczego nie mogę ożenić się z Jane? - spytał głuchym 

głosem.

 - Tego nie mogę ci powiedzieć. Niech ona to zrobi.
Poczuł   silne   pulsowanie   w   skroniach.   Chciałby   ułożyć, 

uporządkować swoje życie. W ciągu minionych paru dni miał 
zbyt   wiele   rozstrajających   niespodzianek.   Nie   znosił 
niespodzianek. Chciałby, aby wszystko powróciło do normy i 
potoczyło się tak, jak założył.

Ale również chciał wziąć do łóżka Clarissę, pokazać jej, 

co   potrafi...   Przede   wszystkim   jednak   usiłował   odzyskać 
panowanie   nad   sobą.   Wyzwalając   się   od   Clarissy, 
przemyśliwał   jej   ostatnie   słowa.   Co   Jane   miałaby   mu 
powiedzieć? Cokolwiek ma to być, Clarissa zna jakiś sekret,

 - Rozmawiałaś z nią? - spytał.
 - Co dzień z nią rozmawiam - odparła wymijająco.
 - I co ona ci dziś powiedziała? Co nowego?
  - Nie mam prawa o tym z tobą mówić. Musisz sam ją 

spytać.

 - To po co w ogóle poruszyłaś temat, jeśli nie masz prawa 

go rozwinąć?

 - Bo... nie chcę... żebyś został głęboko zraniony... W jakiż 

sposób   Jane   mogłaby   go   zranić?   Sama   myśl  była 
nieprawdopodobna.

 - Bardzo to szlachetnie z twojej strony, Clarisso, ale...
  - Wcale nie jestem szlachetna - odparła, rzucając się ku 

drzwiom. Jej dolna warga znowu zaczęła drżeć, jak u królika. 
- Nie chcę, żeby ktokolwiek cię zranił, ponieważ się w tobie 
zakochałam...

Otworzyła drzwi i wybiegła, nim zdołał ją powstrzymać. 

Powinien pobiec za nią, zatrzymać, posadzić z powrotem na 

background image

kanapce i zażądać, by wspólnie wszystko rozpatrzyli. Jak para 
dojrzałych, rozsądnych ludzi. Ale nie zrobił ani kroku. Stał 
skamieniały   w   tym   nieprawdopodobnym   czerwonym 
gabinecie i jak sztubak uśmiechał się głupawo na wiadomość, 
że zakochała się w nim Clarissa Bonnert.

Cody   zastanawiał   się,   co   od   dziwki   można   kupić   za 

dwadzieścia   dolarów.   Czy   od   Suzie   dowie   się   tego,   czego 
chce? I czy Suzie przyjdzie do La Luny? Ale czy to go tak 
bardzo obchodzi?

Od poprzedniego dnia bar nie zmienił się: cegła, terakota i 

polerowany   mosiądz.   Te   same   zapachy:   whisky   i   mięso 
pieczone   na   węglu.   I   jak   poprzedniego   wieczoru   -   tęskne 
bluesy.

Jednakże poprzedniego wieczoru Cody myślał o pastorze, 

a   dziś   wyłącznie   o   Jane.   Obiecała   jeszcze   tam,   na   tych 
nieszczęsnych schodach, że się z nim spotka w La Luna o 
szóstej. Przyszła punktualnie. Ubrana była tak samo jak po 
południu. Dodała tylko turkusowy szal i na palcu nie miała już 
zaręczynowego pierścionka.

Wciągnął   ją   w   sytuację,   jakiej   pragnął.   Może   jeszcze 

niezupełnie.   Pragnął   nieco   więcej.   Pragnął   ją   mieć   w 
ramionach. Pragnął mieć w ramionach jej wyswobodzone z 
ubrania ciało. Po wstępie na schodach nie wątpił, że jest blisko 
celu.

Powstał jednak jeden problem i zrodziło się pytanie: w co 

ona go wciągnęła? W co dał się wpakować?

Przed   pocałunkiem   na   schodach   z   satysfakcją   myślał   o 

nostalgicznym seansie na sianku - o uroczystym pożegnaniu 
swej „przyszłej byłej żony", w imię  dawnych czasów i tak 
dalej. Nie wychodził myślami poza jedną noc barwnych ogni 
sztucznych.

Ale   po   południu,   po   wyjściu   Jane,   po   kilkugodzinnym 

udowadnianiu, jakim to jest dobrym fotografem, w dodatku 

background image

zatrudnionym   przez   wielką   gazetę,   po   obejrzeniu   zdjęć   z 
wypadku z jeepem, po gorącej debacie z redaktorem na temat 
tego, jakie zdjęcia zostaną opublikowane, jeśli w ogóle któreś 
z nich może być opublikowane, zaczął intensywnie rozmyślać. 
Coś mu podpowiadało, że chce więcej niż miłosnej przygody 
z Jane. Chce z powrotem swojej żony.

Ostatnim razem, kiedy jeszcze z nią był i tak bardzo jej 

pożądał, opuściła go. Pozostał sam i poczuł się jak na pustyni. 
Nie   sądził,   że   można   tak   cierpieć   jak   on   wtedy.   Został 
uziemiony, unicestwiony, wyzuty ze wszystkiego. Nie może 
dopuścić do tego po raz drugi.

I tak będzie, Tym razem nie jest bezbronny. Wie, po co 

Jane przyleciała do Nowego Orleanu. Po odwrotność tego, co 
wypowiada się podczas zaślubin: „...aż śmierć nas rozłączy". 
Co jego i Jane może wiązać? Wyłącznie seks. A więc dużo 
seksu i żadnych zobowiązań. Tym razem, gdy ją posiądzie, 
będzie doskonale wiedział, jak to się skończy.

Ten ostatni wniosek całkowicie go zadowalał. Jest w tym 

sens. A wrócić z nią do Bostonu? Nic by z tego nie wyszło. 
Kiedy   więc   Jane   będzie   chciała   wracać,   otworzy   przed  nią 
drzwi i wskaże drogę.

Kiedy wszedł do baru, Jane już czekała, co oznaczało, że 

albo   pali   się   do   spotkania   z   Codym,   albo   że   nie   ma   nic 
lepszego do roboty. Bez względu na powody, miała pewne 
trudności z patrzeniem mu w oczy. Ilekroć na nią spojrzał, 
opuszczała głowę i zaczynała się bawić szalem.

Bardzo by chciał położyć dłonie na te miejsca, których 

dotykał szal. Mój Boże, jaka ona była cudowna, kiedy ją objął 
po południu. Słodka, ciepła i chętna. Jej zduszony szept, jej 
usta szukające jego ust, jej dłonie na jego plecach.

 - Napijesz się czegoś?
Złapał   się   na   tym,   że   mówi   ochrypłym   głosem. 

Potrząsnęła przecząco głową.

background image

 - Myślisz, że Suzie przyjdzie? - spytała.
 - Jeśli w tym czasie nie znajdzie nikogo, kto da jej więcej 

niż dwadzieścia dolarów... Pieniądze mają dar przekonywania.

 - Powinnam była zaproponować jej więcej.
 - Dwadzieścia dolarów to o piętnaście za dużo.
  -   Musisz   mi   wybaczyć,   ale   nie   znam   honorariów 

nowoorleańskich prostytutek - warknęła.

Cody bardzo lubił, kiedy doznawał uszczerbku bostoński 

sznyt,   pseudoarystokratyczny   i   fałszywy,  którego   nigdy   nie 
znosił.

Otworzyły się drzwi i weszło dwóch młodych mężczyzn w 

szelkach,   z   rozluźnionymi   krawatami   -   bez   wątpienia   para 
urzędników,   pragnących   zmyć   smak   dnia   spędzonego   za 
biurkiem.   Drzwi   już   się   zamykały,   kiedy   jakiś   dobrze 
wychowany   młodzieniec   przytrzymał   je,   zauważywszy 
podchodzącą do wejścia kobietę.

 - Oto nasza przyjaciółka - mruknął Cody.
Kiedy Jane odwróciła się, Suzie sunęła w ich kierunku, 

budząc   ogólne   zainteresowanie   wystudiowanymi   ruchami 
pośladków. Miała na sobie jedną ze swych przezroczystych 
spódniczek i przejrzystych bluzek.

Na Codym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Suzie 

przesadzała.

Plasnęła na krzesło przy ich stoliku, wyciągnęła z torebki 

paczkę papierosów i wręczyła Cody'emu zapalniczkę, jakby 
był   starym   przyjacielem   i   podawanie   jej   ognia   należało   do 
jego obowiązków, stanowiących część łączącego ich rytuału. 
Cody spełnił jej żądanie i czekał cierpliwie, aż się zaciągnie i 
będzie gotowa mówić.

 - No więc jestem - obwieściła, wypuszczając kłąb dymu 

prosto w twarz Jane.

  - Bardzo to sobie cenimy - odparła Jane szybko. - Czy 

udało się pani uzyskać adres Stanleya Robertsa?

background image

Suzie   spojrzała   na   nią   przeciągle.   Wydawała   się   nieco 

speszona, że Jane przystępuje do istoty rzeczy bez wstępów, 
bez   wymienienia   choćby   paru   grzecznościowych   zdań.   Nie 
wiedziała,   że   Jane   zawsze   chwyta   byka   za   rogi.   Jeśli 
oczywiście chce.

  - O ile dobrze zrozumiałam, to miałam otrzymać pewną 

drobną kwotę - przypomniała, zaciągając się nerwowo.

Jane   potwierdziła   skinieniem   głowy   i   spojrzała   na 

Cody'ego.

A więc to on ma pokryć koszty? Jane ustaliła cenę, ale 

rachunek   ma   płacić   on!   Nie   chodziło   mu   specjalnie   o 
pieniądze. Stać go było na dwadzieścia dolarów, poza tym to 
on był w tarapatach z powodu pozwu pastora Boba, niemniej...

Obrzuciwszy   Jane   pełnym   niezadowolenia   spojrzeniem 

wyciągnął portfel, wyjął z niego dwudziestodolarowy banknot 
i położył na stole.

Suzie sięgnęła po pieniądze, ale Cody tak szybko położył 

dłoń na banknocie, że go niemal oparzyła trzymanym między 
palcami papierosem.

 - Dopiero jak się dowiem, gdzie Stanley Roberts zawiesza 

na noc kapelusz - powiedział.

 - Bez pieniędzy nie powiem. - Pieniądze są, leżą na stole.
Nie   miał   wielkiej   ochoty   bawić   się   z   tą   kobietą   w 

ciuciubabkę.   Chciał   tylko   otrzymać   to,   za   co   płaci.   Suzie 
głęboko   westchnęła   i   ze   złotej   puderniczki   wyjęła   skrawek 
papieru.

  -   Proszę   -   powiedziała.   -   Ma   mieszkanie   w   Metanie. 

Zabieram pieniądze.

Zdjął rękę z banknotu i podniósł do oczu pasek papieru nie 

większy niż paznokieć, pokryty mikroskopijnym pismem.

  -   Lewo   mogę   przeczytać.   A   właściwie   nie   mogę   - 

poskarżył się.

background image

 - Daj mi - zaproponowała Jane. Wzięła papierek, ustawiła 

go pod kątem, odsunęła na odległość ręki, pokiwała głową. Z 
torebki   wyjęła   oprawiony   w   skórę   notes   i   srebrne   pióro, 
przepisała   adres   i   pokazała   kartkę   Suzie.   -   Czy   dobrze 
zapisałam? - spytała.

  -   Tak.   On   wynajmuje   to   mieszkanie   na   warunkach 

krótkoterminowych.   Płaci   co   tydzień,   wszystkie   wolne 
pieniądze wydaje na igraszki.

  -   Ale   typek   -   mruknęła   Jane,   dzieląc   się 

porozumiewawczym spojrzeniem z Suzie. - No cóż, Cody, ten 
człowiek ocalił twoją duszę. Twoja kolej ocalić jego.

 - Za bardzo to go nie ocalaj, kochasiu - wtrąciła Suzie.
 - Mam duże wydatki i Stanley mi pomaga im sprostać.
  -   Schowała   dwadzieścia   dolarów   do   wypełnionej 

drobiazgami  torebki  i  zgasiła  papierosa  w popielniczce. - I 
pamiętaj, kochasiu, tego adresu nie dostałeś ode mnie. My się 
nie znamy i w ogóle nigdy nie rozmawialiśmy.

 - Może i nie rozmawialiśmy, ale jeśli informacja okaże się 

fałszywa,   to   jeszcze   pogadamy   -   ostrzegł   Cody,   któremu 
bardzo   nie   podobała   się   ta   chwila   kobiecego   porozumienia 
między Jane i Suzie. W spojrzeniu Jane wyczytał konstatację, 
że wszyscy mężczyźni są właściwie tacy sami. I że wszyscy 
kupują miłość po piesku od prostytutek.

  -   Liczę   na   pańską   wyrozumiałość,   panie   Sinclair   - 

powiedziała  Suzie. - Nie  było mi  łatwo uzyskać  ten adres. 
Wczoraj wieczorem w motelowym pokoju musiałam szperać 
po portfelu Stanleya, kiedy on siedział na kiblu. Notowałam 
na karteluszku pod telefonem. Malutkimi literkami, żeby nie 
zauważył,   że   papier   zniknął.   Ledwo   zdążyłam   oderwać   i 
schować ten skrawek wtedy, kiedy on był bardzo mną zajęty. 
Są takie chwile, że mężczyzna nic nie widzi i nic nie słyszy, 
tak jest zajęty swoją robotą.

background image

Suzie   i   Jane   wymieniły   kolejne   porozumiewawcze 

spojrzenie.

  -   Mężczyźni   są   zawsze   wszystkiego   świadomi   - 

zaprotestował   sentencjonalnie   Cody.   -   W   każdym   razie 
porządni mężczyźni. Dobrzy mężczyźni.

 - Nie będę się spierać. Stan to kochane chłopisko, ale czy 

on jest dobry, to ja tam nie wiem. W każdym razie bardzo 
dużo dla pana zrobiłam. Dwadzieścia dolarów ledwo pokrywa 
moje koszty. Zdenerwowanie, ryzyko...

 - Zgodziliśmy się na dwadzieścia - odparł ostro. - Chodź, 

Jane, pójdziemy sprawdzić, czy Suzie nie zrobiła nam kawału.

Jane obdarzyła Suzie przepraszającym spojrzeniem.
 - Dziękuję pani za pomoc.
 - Dziękuję za pieniądze. Czasami to mnie aż dziw bierze, 

za  co  ludzie   gotowi   są   płacić.  -  Uśmiechając  się  jak  opity 
śmietanką   kocur,   wstała   i   powędrowała   godnie   do   baru, 
trzymając   zapalniczkę   i   gotowego   do   zapalenia   papierosa. 
Przy barze podał jej ogień jakiś nieszczęsny typek. Cody był 
przekonany, że nim minie wieczór, Suzie będzie bogatsza o 
znacznie więcej niż dwadzieścia dolarów.

  - Ciekawa jestem, jak i gdzie Suzie ukryła ten skrawek 

papieru przed naszym pastorem - powiedziała Jane.

  - Nie domyślasz się? - spytał cynicznie. Jane zbladła i 

puściła papier, jakby ją parzył.

  - No nie, nie, mogła przecież schować między palcami 

stopy - usiłował się poprawić. - Albo we włosach. Przypięła 
go szpilką.

 - Zostawmy ten temat - zdecydowała. - Czy wiesz, gdzie 

to jest?

 - Dowiem się. Jedziemy do Metairie.
 - Jedziemy - odparła i też wstała.

background image

Rozdział 10
W   samochodzie   Cody'ego   było   okropnie   gorąco. 

Dodatkową udrękę stanowił smród spalin, wdzierających się 
przez   najwidoczniej   dziurawą   podłogę.   Jane   wierciła   się   i 
kręciła. W pewnym momencie trąciła niechcący Cody'ego.

 - Przepraszam - powiedziała.
Miała dziś dzień przeprosin. Przed obecnym spotkaniem z 

Codym układała w ciszy hotelowego pokoju swoją rozmowę z 
Markiem:

„Przepraszam cię, Mark, ale nie mogę za ciebie wyjść. Nie 

jestem   jeszcze   gotowa,   żeby..."   Żeby   co?   Dorosnąć? 
Ustatkować się? Przecież tak nie można! Ma już trzydzieści 
lat,   wkrótce   zostanie   wspólniczką   w   szacownej   firmie 
adwokackiej,   słychać   już   też   nieubłagane   tykanie 
biologicznego   zegara,   i   nie   jest   gotowa   się   ustatkować? 
Jeszcze   do   tego   nie   dojrzała?   Kobiety   Thayerów   są   od 
urodzenia gotowe do ustatkowania się.

A może tak: „Przepraszam cię', Mark, ale nie mogę  za 

ciebie wyjść, bo nie podniecasz mnie tak jak Cody Sinclair. I 
nie budzisz we mnie takiego pożądania jak on". Jak gdyby 
można   było   budować   małżeństwo   na   seksie!   Już   raz   to 
próbowała - z opłakanym skutkiem. Być może Cody i ona nie 
pobili   światowego   rekordu,   jeśli   chodzi   o   krótkotrwałość 
małżeństwa,   ale   dwa   miesiące   to   już   sam   w   sobie   rekord 
maksymalnej   długości   małżeństwa   opartego   wyłącznie   na 
fizycznym pożądaniu.

„Przepraszam cię, Mark, ale nie mogę za ciebie wyjść, bo 

wyszłam za mąż dwanaście lat temu i mam już męża". No ale 
przecież   może   się   go   pozbyć.   Wystarczy   po   powrocie   do 
Bostonu   złożyć   dokumenty   w   sądzie   i   rozwód   stanie   się 
legalny.   To,   co   wydarzyło   się   na   klatce   schodowej,   nie 
zmienia faktu, że do Nowego Orleanu przyleciała wyłącznie 

background image

po podpis Cody'ego i nie opuści tego miasta, póki podpisu nie 
uzyska.

„Przykro mi i przepraszam, Mark, ale nie mogę wyjść za 

ciebie, póki nie wykombinuję, jak wyleczyć się z Cody'ego". 
Tak, to musi wystarczyć, ponieważ to jest prawda. Nie może 
być   dalej   żoną   fotografa   wagabundy,   powiedzmy, 
półwagabundy,   który   pogardza   wszystkim,   co   dla   niej   jest 
istotne i ważne: jej pochodzenie, pragnienie ustabilizowanego 
życia,   bostońskie   korzenie.   Nie   może   też   pozostawać   jego 
żoną   z   innego   bardzo   istotnego   powodu:   Cody   nie   objawił 
wobec  niej  żadnych  pozytywnych, głębokich  uczuć,  oprócz 
wielkiego   urazu   zaprawionego   prymitywnym   pożądaniem. 
Nie   kocha   jej.   Zresztą   nie   powinien   jej   kochać.   Właściwie 
tego nie chciała.

Powinna natomiast coś zrobić z tym jego urazem. I tak 

pożegnanie z Codym będzie trudne, ponieważ jej serce nadal 
żywiej   dla   niego   biło.   Ale   musi   go   na   zawsze   pożegnać   i 
Odejść.   To   jest   jedyne   rozsądne   rozwiązanie.   Najpierw 
powinna   jednak   uzyskać   jego   przebaczenie,   bo   mieć 
jednocześnie dwóch nienawidzących ją mężczyzn - Cody'ego i 
Marka - to zbyt wiele. Przykro mi i przepraszam, powtórzyła 
w myślach.

  - Przykro mi i przepraszam - wypowiedziała głośno. Jej 

emfatyczny ton bardzo go rozśmieszył

  -   Dwadzieścia   dolarów   jest   chyba   warte   podwójnych 

przeprosin - skomentował.

  -   Dwadzieścia   dolarów?   -   W   pierwszej   chwili   nie 

zrozumiała, o czym mowa. - Aha, to, co dałeś Suzie?

  - To, co obiecałaś jej wczoraj, i co ja dziś zapłaciłem. 

Wzruszyła ramionami.

  -   Pastor   to   twoja   sprawa.   Poza   tym   mam   tylko   czeki 

podróżne.   I   nie   narzekałeś   tak,   kiedy   zrezygnowałeś   z 
dwudziestu dolarów w sali bilardowej.

background image

  - Oo, tamtą dwudziestkę to sobie odbiję. Ci faceci nie 

umieją   grać.   Natomiast   teraz...   po   raz   pierwszy   w   życiu 
zapłaciłem prostytutce.

Jane miała dość tej rozmowy o pieniądzach, rzekła więc 

ostro:

 - Tobie jest potrzebny adres Stanhope' a, nie mnie.
 - Tobie też. Nie przekonasz go, nie dostaniesz rozwodu.
Jane   stężała.   On   Chyba   nie   mówi   poważnie.   Pewno 

żartuje.   Obiecał   podpisać   dokumenty   bez   warunków.   Nie   . 
złamałby słowa. Postanowiła zmienić temat:

 - Kiedy przed chwilą powiedziałam, że jest mi przykro i 

że przepraszam, myślałam o naszym małżeństwie. O tym, jak 
się zakończyło.

Zaskoczony, odwrócił   w jej  stronę   głowę.  Ktoś za  nim 

zatrąbił,   z   powrotem   więc   skupił   uwagę   na   prowadzeniu 
samochodu i westchnąwszy, zjechał na pobocze i stanął.

 - Jest ci przykro i przepraszasz? Za to, jak się skończyło 

nasze małżeństwo?

Mówił cicho, jakby był w głębokim szoku. Mimo szumu 

przejeżdżających samochodów, Jane go słyszała. Południowe 
słońce   zaglądało   przez   przednią   szybę,   ozłacając   twarz 
Cody'ego i podkreślając jego ciemne brwi i rzęsy oraz zimne, 
jasne   oczy.   Lewą   rękę   trzymał   na   kierownicy,   a   prawą   na 
dźwigni zmiany biegów, jakby zamierzał natychmiast ruszyć, 
gdyby sytuacja stała się nieprzyjemna.

Prawdę   mówiąc   już   była   mało   przyjemna,   ale   Jane   nie 

chciała dłużej skrywać swoich uczuć.

 - Tak...
 - Czy musimy o tym rozmawiać? - spytał Cody.
 - Moim zdaniem musimy - odparła.
Chwilę   się   nad   tym   zastanawiał,   po   czym   wzruszył 

ramionami.

background image

  -   Skoro   tak   uważasz...   Dobrze,   mów,   co   masz   do 

powiedzenia.

Bawiła się nerwowo rąbkiem turkusowego szala.
 - Nigdy mi nie chodziło o pieniądze - wyznała.
 - No dobrze, nie chodziło ci o pieniądze.
Wydawał się niezbyt przekonany. Zapadła trudna cisza. Za 

opuszczoną   szybą   przemykały   bez   przerwy   ciężarówki   i 
samochody   osobowe.   Jane   była   tego   ledwo   świadoma. 
Myślała intensywnie o tym, co ją łączy z Codym.

Teraz   była   to   niechęć.   Zwykła   niechęć.   Z   odpowiedzi 

Cody'ego   wnioskowała,   że   wolałby   o   tym   wszystkim   nie 
mówić, nie miała przed sobą łatwego zadania. Cody niczego 
jej nie ułatwi.

Cody nigdy niczego nie ułatwiał. Żadnej życiowej sprawy. 

Z wyjątkiem seksu. Była bardzo pruderyjna, nim go poznała, i 
z   powrotem   stała   się   skromna,   gdy   się   z   nim   rozstała. 
Jednakże   przez   te   kilka   miesięcy   Cody   z   niesłychaną 
umiejętnością nauczył ją rozkoszować się miłosnymi grami, 
eksperymentować,   reagować,   inicjować.   To   było   z   nim 
zawsze bardzo łatwe i wydawało się naturalne. Tak samo z tą 
przygodą na schodach... Cody czynił seks czymś niesłychanie 
łatwym,   naturalnym.   Niczego   innego   jednak   nie   ułatwiał. 
Zwłaszcza szczerej rozmowy ani obnażania duszy.

 - Chodziło o prawo.
 - Jakie prawo?
 - Chciałam mieć prawo decydowania o swoim, życiu.
  -   Chciałaś   iść   na   uniwersytet.   Sam   pomysł   mi   nie 

przeszkadzał,   ale   studia   są   drogie,   a   my   nie   mieliśmy 
pieniędzy. Zawsze kończyło się na pieniądzach.

 - To nieprawda.
 - Byłaś dziewczyną z bogatego domu. Rodzice mogli cię 

wysłać do Wellesley, ja nie. Nie mogłem cię nawet wysłać na 
miejscowy uniwersytet publiczny. Nie mieliśmy pieniędzy.

background image

 - Nie do ciebie należało wysyłanie mnie gdziekolwiek. To 

była   moja   decyzja.   Moja   wewnętrzna   potrzeba.   Musiałam 
studiować. - Zobaczyła głębokie zdumienie w jego oczach. - 
Czy ty to rozumiesz? Byłam gotowa  spędzić całe życie jako 
studentka. Byłam zawsze dobra w nauce. Nie należałam do 
grona błyskotliwych, nie miałam zacięcia artystycznego ani 
zadatków na sportsmenkę. Nie byłam wyjątkowo zgrabna ani 
piękna,   ale   byłam   obrotna   i   sprytna.   Umiałam   otrzymywać 
dobre stopnie. tylko to umiałam.

Cody był coraz bardziej zdumiony. Patrzył na nią, jakby 

nagle zaczęła mówić niezrozumiałym dla niego językiem.

  - O czym ty, do diabła, mówisz?  - spytał speszony. - 

Mówię o tym, kim byłam, kiedy za ciebie wyszłam.

I kim nadal jestem, jeśli cię to interesuje i chcesz znać 

prawdę.

  -   Jesteś   prawniczką.   -   Powiedział   to   tonem,   który 

sugerował,   że   chce   jej   przypomnieć   coś,   o   czym   mogła 
zapomnieć.

 - Więc co? Odnoszenie sukcesu w tej dziedzinie wymaga 

dokładnie   tych   samych   umiejętności,   co   zdobywanie   ocen 
celujących   w   szkole.   Czytasz,   zapamiętujesz,   mówisz   w 
sądzie   to,   co   trzeba,   i   wszyscy   myślą,   że   wiesz,   o   czym 
mówisz. To wszystko.

Nadal nie rozumiał.
 - Nie ożeniłem się z tobą dla twoich stopni...
 - Dlaczego się ze mną ożeniłeś? - spytała przyciszonym, 

jakby użalającym się głosem. - Przez cały czas się nad tym 
zastanawiałam. Dlaczego, Cody?

Otworzył usta i natychmiast je zamknął. Przesunął dłonią 

po włosach i utkwił wzrok w łososiowego koloru słońcu, które 
zwisało nad horyzontem. Brak odpowiedzi bardzo by ją zranił, 
jeśli już nie doszła do wniosku, którego i on był bliski: nie 
miał specjalnego powodu, by się z nią żenić.

background image

  -   To   był   popis,   tak?   -   W   jej   głosie   był   żal.   -   Żart? 

Zagranie na nosie całemu światu?

 - Nie - szepnął.
 - Zemsta na bogatych, tak? Nie chodziło ci o mnie, ale o 

zaspokojenie twojej chorobliwej dumy?

 - Nie.
 - No więc dlaczego?
 - Byłaś tym wszystkim, czym ja nie byłem.
Teraz   z   kolei   ona   się   zdumiała.   Patrzyła   na   jego   nie 

oświetloną już promieniami słonecznymi twarz, zapadającą się 
w mrok. Nie była zdolna strawić tej prawdy i roześmiała się 
niemal histerycznie.

  - Chyba rzeczywiście tak było. Ty, silna jednostka, ja 

słaba;   ty   odważny,   a   ja   tchórz.   Ja   byłam   nieporadna   i 
niezręczna, a ty...

  -   Niezręczna?   Tchórz?   Go   ty   bredzisz!   Byłaś   piękna. 

Byłaś jak... róża. Ja żyłem w świecie chwastów, a ty byłaś 
prześliczną, czerwoną różą.

  -   Mówisz   głupstwa.   W   najlepszym   wypadku   byłam 

mleczem.

  -   Miałaś   wspaniały   umysł.   Byłaś   bardzo   kulturalna. 

Wyrosłaś w świecie, o którym ja mogłem tylko marzyć, W 
świecie,   w   którym   ma   się   rodzinę   i   na   kolację   jada   się 
wszystko to, co składa się na racjonalna odżywianie. Wiele o 
wszystkim   myślałaś   i   wszystko   dostrzegałaś.   -   Odsunął 
kosmyk   z   jej   policzka.   -   Byłaś   niesłychanie   pociągająca. 
Nadal taka jesteś. Skąd ci przyszło do głowy, że jedyną twoją 
zaletą była umiejętność zgarniania dobrych stopni?

Jego palce pozostawiły gorący ślad na jej policzku. Nadal 

nie było jasne, dlaczego się z nią ożenił, natomiast wiedziała, 
dlaczego ona wyszła za niego. Nie dlatego, że był to z jej 
strony bunt. Nie dlatego, iż miała dość, że wszyscy tyle po 
niej, oczekiwali. Nie dlatego, że nie chciała odrzucić jedynej 

background image

okazji zrobienia czegoś szalonego i zwariowanego. Nawet nie 
dlatego, że Cody miał charyzmę i zadziorną pewność siebie, 
która   ją   zauroczyła.   Ta   pewność   siebie   zadawała   kłam 
twierdzeniu, że wyrósł wśród chwastów.

Wyszła   za   niego,   ponieważ   kiedy   na   nią   patrzył,   to 

dostrzegał coś więcej niż wzorową uczennicę. Dostrzegł różę. 
Dostrzegł kobietę.

  -   Nie   chciałam   od   ciebie   odejść   -   powiedziała   i 

jednocześnie zadała sobie pytanie, czy będzie to prawdą także 
teraz, gdy nadejdzie chwila powrotu do Bostonu. - Złamało to 
moje serce.

  -   Ale   bardzo   ucieszyło   ojca   -   przypomniał   jej   głosem 

pełnym goryczy.

 - Ojciec nie miał z tym nic wspólnego.
 - Jak to nie? Stale dzwonił i błagał cię o powrót do domu.
  - Tak, chciał, żebym wróciła, ale wróciłam nie dlatego. 

On to tylko umożliwił, kupując mi bilet.

 - A potem zajął się unieważnieniem małżeństwa czy też 

rozwodem. Tyle że mu nie wyszło. Partacz,

Nie miała najmniejszego zamiaru wdawać się w debatę na 

temat błędów ojca.

 - I gdyby ojciec nie załatwił biletu, to znalazłabym sama 

jakiś   sposób.   Wiedziałam   jedno:   nie   wytrzymam   bez 
studiowania.   Kochałam   cię,   ale   gdybym   z   tobą   została,   to 
wkrótce znienawidziłabym cię za to, że przez ciebie nie mogę 
studiować.

  -   Więc   odeszłaś   i   zamiast   ty   mnie,   ja   ciebie 

znienawidziłem.

Wypowiedział   te   słowa   tak   cicho   i   tak   spokojnie,   że 

upłynęła minuta, nim poczuła ich ukłucie.

  - Jakże mi przykro, Cody. Przepraszam... Ja siebie też 

znienawidziłam.

background image

  - No więc... - Bębnił palcami po kierownicy, wpatrując 

się   w   ostatni   skrawek   purpurowego   słońca,   znikający   za 
horyzontem. - To wszystko należy już do przeszłości i nie ma 
najmniejszego   znaczenia.   Każde   z   nas   na   swój   sposób   to 
przeżyło i się z tego otrząsnęło.

Skinęła   tylko  głową,  bo  cisnęło  jej  się  na   usta,  że  ona 

jeszcze się nie otrząsnęła.

  - Przez lata o mnie  nie  myślałaś i gdybyś nie chciała 

wyjść za mąż za twojego bankiera, nie myślałabyś o jakimś 
Codym z innego świata.

 - To nieprawda.
Usiłując   zajrzeć   w   opuszczoną   nisko   twarz   Jane,   ujął 

palcem jej podbródek i zmusił do podniesienia głowy. Słońce 
już   całkowicie   wtopiło   się   w   ziemię,   światło   wieczoru   z 
różowego   stało   się   szarobrunatne,   ale   oni   doskonale   siebie 
widzieli.   Jane   dostrzegła   pytania   w   jego   oczach,   widziała 
każdy szczegół ust, które przed paru godzinami tak namiętnie 
całowała. I te jego włosy w kolorze czerni nocy.

 - Czasami myślałaś o mnie? - spytał. - Naprawdę?
 - Tak.
 - Ale chyba nie wtedy, kiedy na scenie pojawił się Mark 

Bankier.

 - Wtedy też.
  -  Naprawdę?  -  W  jego  oczach  pojawiła   się   arogancka 

satysfakcja. - No i jak wypadłem w porównaniu z nim?

  - Nim  przyjęłam  jego oświadczyny, myślałam wiele o 

naszym małżeństwie. Zastanawiałam się też, czy mu o tym 
powiedzieć.

 - I doszłaś do wniosku, że nie byłoby to wskazane. Zbyt... 

ambarasujące?

  - To nie to. Po prostu nigdy nikomu nie mówiłam, że 

kiedyś   wzięłam   ślub.   Nawet   z   rodzicami   nigdy   o   tym   nie 
rozmawiałam. Zresztą tylko Oni wiedzieli. Nikt więcej.

background image

 - Nikt? Nikomu nigdy się nie zwierzyłaś?
 - Nie.
Nie   opowiadała   o swym  nieudanym  małżeństwie  nawet 

najbliższym przyjaciółkom w Wellesley. Podczas wypraw w 
celu   zdobycia   chłopaka   uczestniczyła   z   koleżankami   w 
licznych   przyjęciach,   mniej   lub   bardziej   prywatnych 
zabawach,   plotkowała   na   temat   poznanych   studentów   z 
Harvardu,   Tufta   i   MIT,   ale   nigdy   nic   nie   mówiła   o   sobie. 
Zresztą o innych też mało. Przeważnie tylko się uśmiechała, 
kiwała   mądrze   głową,   potakiwała,   natomiast   głos   zabierała 
tylko wtedy, kiedy było to nieodzownie konieczne. I chociaż 
należała do grupy, nie polowała na mężczyzn.

 - Nikomu z niczego się nie zwierzyłam - powtórzyła po 

dłuższej   chwili   milczenia.   -   W   pewnym   sensie   byłam...   w 
żałobie.   Rodzice   nie   chcieli,   żebym   tkwiła   myślami   w 
przeszłości.   Pragnęli,   żebym   o   wszystkim   zapomniała   i 
rozpoczęła życie od nowa. Był w tym jakiś sens. Roztrząsanie 
przeszłości   było   torturą.   Usiłowałam   zapuścić   szczelną 
zasłonę nad tym, co się wydarzyło i skończyło. Nie zawsze mi 
się to udawało, choć bardzo się starałam.

Nie była zadowolona z tego, że Cody w jakiś przedziwny 

sposób spowodował, iż znalazła się w defensywie. Rozmowa 
wzięła inny obrót od zamierzonego. Tylko ona się tłumaczyła, 
tylko ona mówiła o swoich winach i przepraszała. Dlaczego 
Cody nie bije się w piersi i nie przeprasza?

 - Wnioskuję, że po moim odejściu dobrze ułożyłeś sobie 

życie.

Mruknął coś, co można było uznać za potwierdzenie.
 - Powiedziałabym nawet, że świetnie...
  -   Jak   na   durnia   bez   wykształcenia,   owszem.   Jak   na 

szczeniaka bez niczego i nikogo...

 - Nie mów tak. Miałeś dużo, na przykład spryt i poczucie 

humoru,   determinację.   Miałeś   wrodzoną   umiejętność 

background image

przetrwania. Zupełnie nieprawdopodobną. Gdybyś to ty mnie 
porzucił w Los Angeles, zginęłabym. Nie wiedziałabym, co 
zrobię.

 - Dałabyś sobie radę.
  - Nie miałam samochodu. Nie wiedziałabym nawet, jak 

uruchomić harleya. Nie miałam pojęcia, jak zarobić. Byłam 
tak od ciebie zależna, Cody, że aż brało mnie przerażenie.

Otworzył   usta,   ale   podobnie   jak   poprzednio   otworzył   i 

zamknął je, nie powiedziawszy ani słowa. Ciekawe, jaką miał 
zamiar zrobić uwagę. Pewno że gdyby rzeczywiście tak była 
od niego zależna, to nie uciekłaby. A może chciał powiedzieć, 
że on też czuł się od niej zależny i zbyt na niej polegał?

  -   Powinno   być   takie   prawo,   że   cokolwiek   się   robi   w 

wieku   osiemnastu   lat,   nie   należy   tego   wpisywać   na   kartę 
całego życia - mruknął. - Oboje byliśmy głupi, Janey. Tylko 
że ja nigdy nie uważałem głupoty za tragedię. Już dawno sobie 
wybaczyłem. Ty też powinnaś była to zrobić.

 - Mnie nie chodzi o przebaczenie sobie - odparła. - Mnie 

chodzi o to, żebyś ty mi przebaczył.

Niemal fizycznie odczuła jego baczne spojrzenie.
 - Przebaczam ci - powiedział.
Odważyła   się   spojrzeć   mu   w   oczy   i   zabiło   jej   mocno 

serce: Jego ostre rysy łagodził fioletowy półmrok i wzruszenie 
malujące się na twarzy. Siedział wpatrzony w nią, ślepy na 
wszystko   oprócz   niej.   Spojrzenie   miał   intensywne,   ale   nie 
było   w   nim   śladu   pewności   siebie.   Nagle   serdecznie 
pożałowała   tego,   co   niegdyś   uczyniła,   a   co   on   jej   teraz 
wybaczył.

Odwrócił nagle wzrok.
 - Powinniśmy dojechać do Metairie przed nocą - rzucił.
Uruchomił silnik i spojrzał za siebie, chcąc włączyć się w 

strumień pojazdów. Jane odetchnęła z ulgą, że skończyli tę 

background image

trudną rozmowę, chociaż prawdę powiedziawszy nie osiągnęła 
tego, co zamierzała. Spadł jej ciężar z serca, ale.

Nie uwierzyła Cody'emu. Nie wierzyła, że jej wybaczył.
Odnalezienie   miejsca   zamieszkania   pastora   nie   było 

trudne.   Gorzej   poszło   ze   skoncentrowaniem   się   na   tym,   z 
czym tu przybyli. Cody miał głowę pełną słów Jane i swoich 
własnych, wypowiedzianych podczas chwili szczerości.

Kiedy tego popołudnia ją całował, w ogóle nie myślał o 

swoim małżeństwie. Żył chwilą obecną, miał ochotę  kochać 
się   z   dzisiejszą   Jane.   Nie   myślał   o   zależności,   żalu   za 
przeszłością   czy   wybaczeniu.   Po   prostu   całował   Jane   i 
zapragnął ją zdobyć.

Kto wie, czy Jane nie ma racji. Może to nie pieniądze, czy 

raczej ich brak, były przyczyną rozpadu ich małżeństwa. Miał 
jednak   w   pamięci   kłótnie   i   awantury   w   ich   malutkim 
mieszkanku   w   Los   Angeles.   I   zawsze   zaczynało   się   od 
pieniędzy. On zarzucał jej, że jest rozpaskudzona dobrobytem 
w   domu   rodzinnym,   ona   oskarżała   go   o   nierozumienie   jej 
potrzeb. On z kolei odpowiadał, że jej potrzeby zaopatrzone są 
w metki z wygórowanymi cenami, i tak dalej.

A   jeśli   nie   dlatego   sprzeciwiał   się   jej   studiom,   że   zbyt 

dużo kosztowały? Może to był podświadomy lęk, że ją straci? 
Poszłaby na uczelnię, doświadczyła nowego życia, które jemu 
byłoby obce. Poszłaby naprzód, pozostawiając go w tyle.

Byłam   tak   od   ciebie   zależna,   Cody,   że   aż   brało   mnie 

przerażenie... Tak powiedziała.

Uniezależniłaby się, gdyby poszła na studia.
Nic   dziwnego,  że   szybko   wybaczył   sobie   swoje 

ewentualne   winy,   które   przyczyniły   się   do   rozkładu 
małżeństwa. Nie zdawał sobie dotychczas sprawy, jak wielkie 
to były winy.

Musi   przestać   o   tym   wszystkim   myśleć,   do   cholery! 

Trzeba   się   skoncentrować   na   sprawie   Stanhope'a.   Może   to 

background image

jedyna okazja, żeby dopaść faceta. Musi się skupić, żeby nie 
zmarnować   szansy.   Roztrząsaniem   przyczyn   nieudanego 
małżeństwa może zająć się później.

Zjechał z autostrady i zatrzymał się pod znakiem stopu, 

przed skrzyżowaniem ze zwykłą szosą.

  -   Czy   wiesz,   dokąd   zmierzamy?   -   spytała.   Chwilę   się 

zastanawiał   nad   jej   dwuznacznym   pytaniem.   Chyba   jednak 
pytała o dojazd do Metairie.

 - Mniej więcej. Byłem tu parę razy.
Za oknem widziała typowy krajobraz przedmieść miast i 

miasteczek:   bazary,   centra   handlowe,   stacje   benzynowe. 
Droga   czy   też   ulica   biegła   wzdłuż   kanału   Bonnabel   w 
kierunku jeziora Pontchartrain. Cody wreszcie trafił na ulicę i 
piętrowy dom, otynkowany na szaro, z fasadą zwróconą ku 
bliźniaczemu   budynkowi,   od   którego   oddzielał   go   parking. 
Kilka   odważnych   krzewów   walczyło   o   przeżycie   na   jego 
obrzeżach, a po jednej  stronie  wydawało swój ostatni  dech 
drzewo magnoliowe z brunatnymi, obwisłymi liśćmi.

Parking wraz z podwórzem oświetlały resztki dziennego 

światła   i   kilka   lamp   na   ścianach   obu   budynków.   Na 
asfaltowym parkingu przemykały między samochodami dzieci 
na   rowerkach   i   wrotkach;   Na   schodkach   prowadzących   do 
jednego z budynków siedziały dwie kobiety, popijając jakiś 
płyn o barwie herbaty i rzucając od czasu do czasu okiem na 
dzieci. W pobliżu jednej z lamp mężczyzna pochylony pod 
otwartą   maską   samochodu   za   pomocą   latarki   usiłował   coś 
zobaczyć przy silniku.

Mimo gęstniejącego mroku Cody go rozpoznał. Jeszcze 

niedawno długo i uważnie wpatrywał się w fotografię tego 
człowieka. Srebrne, krótko ostrzyżone włosy, tęgawy, wysoki. 
Czegoś brakowało tej twarzy - jakby zapomniała się zestarzeć. 
Pastor   wyglądał   jak   ktoś   oglądany   przez   niewłaściwy 

background image

obiektyw: bez względu na to, jak długo ustawia się ostrość, 
obraz pozostaje miękki, nieostry.

 - Mamy szczęście - mruknął Cody, zatrzymując się przy 

krawężniku tuż za wjazdem na parking. ,

Jane spojrzała na wskazanego przed Cody'ego mężczyznę 

majstrującego przy samochodzie.

 - To jest Stanhope?
  -   To   jest   nasz   niepowtarzalny,   kochany   pastor.   Co 

robimy? Masz jakiś plan?

Cody uwielbiał minę Jane, gdy intensywnie myślała. Oczy 

jej   błyszczały,   usta   miała   ściągnięte   nieświadomie   w   ciup, 
jakby znajdowały się w połowie drogi do pocałunku.

  - Myślę, że  powinniśmy  apelować  do jego rozsądku - 

powiedziała wreszcie.

 - . Czyli przeciwieństwo ostrego natarcia.
  - Trzymaj nerwy na wodzy, Cody. Wiem,  że jesteś na 

niego wściekły, ale...

  -   Zgoda,  żadnej   brutalności,   chyba   że   będzie   to 

konieczne. Obiecuję spokój i opanowanie.

Jane przyjrzała mu się bacznie, niezbyt pewna, czy mówi 

poważnie, czy żartuje.

 - Uważam też, że powinieneś trzymać buzię na kłódkę i 

pozwolić mnie prowadzić rozmowę.

 - Tak właśnie przemawiają prawnicy - odparł i powrócił 

do   obserwowania   Stanhope'a,   który   oświetlał   latarką   różne 
miejsca   i   wydawał   się   absolutnie   bezradny   w   obliczu 
niedomagań swego auta. - A ja myślę, że jest jeszcze inny 
sposób podejścia faceta.

 - Chcesz mu uszkodzić samochód?
  -   Chcę   mu   wyleczyć   samochód   i   ocalić   tyłek   jego 

właściciela.   Zobaczysz,   jaki   będzie   wdzięczny,   wtedy   go 
odpowiednio urobimy.

background image

 - Skąd wiesz, że uda ci się wyleczyć starego grata? I skąd 

wiesz, że samochód jest chory? Może on tylko szuka numeru 
silnika albo coś takiego.

Cody zakrztusił się ze śmiechu. Cenił fachowość Jane w 

domenie prawa, ona jednak nie powinna kwestionować jego 
fachowości, gdy chodzi o samochody. Cody miał szósty zmysł 
w   dziedzinie   mechaniki   i   teraz   ów   szósty   zmysł   mu 
podpowiadał, że pastor Bob ma problem z samochodem i że 
problem   ten   Cody   potrafi   rozwiązać.   Świetna   okazja   do 
zawarcia znajomości.

 - Zaczniemy od pojazdu, a potem etapami przejdziemy do 

fizycznego gwałtu - obwieścił wesoło.

Jane patrzyła na niego sceptycznie, ale gdy dał jej znak, 

posłusznie wysiadła z samochodu.

 - Jakieś kłopoty? - spytał Cody pastora.
Ten wyprostował się, w ostatniej chwili odchylając głowę, 

by nie uderzyć w podniesioną maskę. Był wzrostu Cody'ego, 
ale o co najmniej dziesięć kilogramów cięższy. W zielonej, 
luźnej koszulce i workowatych spodniach khaki nie wyglądał 
na człowieka, który zabawia się nocami z damulkami lekkich 
obyczajów.   Sprawiał   wrażenie   szacownego   obywatela   w 
kłopotach.

 - Znam się na samochodach - zachęcił go Cody. Stanhope 

parę razy zamrugał, przenosząc wzrok

z Cody'ego na Jane i z powrotem. Miał brązowe oczy, ale 

białka różowawe, jakby cierpiał na katar sienny. Te różowawe 
oczy w połączeniu z bladą skórą i siwymi włosami upodobniły 
go do królika.

 - No więc co się stało? - nalegał Cody.
Pastor w milczeniu przyglądał mu się chyba z minutę i 

Cody zaczął się obawiać, że został rozpoznany. Najwidoczniej 
jednak   potrzeba   skorzystania   z   pomocy   mechanika 

background image

samochodowego   przeważyła   nad   niewyraźnym 
wspomnieniem, gdyż wreszcie przemówił:

  - Dokładnie nie wiem, co się stało. Kiedy wracałem do 

domu, na tablicy zaczęło migać czerwone światełko.

Cody   odsunął   Stanhope'a   na   bok   i   pochylił   się   nad 

silnikiem. Buicki miały proste rozwiązania. Nie powinno być 
trudności ze znalezieniem przyczyny awarii.

 - Która to lampka? - spytał.
  - Chyba wskaźnik poziomu wody w chłodnicy. - Pastor 

wskazał palcem wypełniony w połowie, plastykowy pojemnik.

  -   To   płyn   do   spryskiwania   szyby   -   odparł   Cody, 

powstrzymując   się,   by   nie   zakpić   z   ignorancji   technicznej 
właściciela   pojazdu.   Z   pewnością   wielu   kierowców   nie 
odróżnia poszczególnych mechanizmów. - Poziom płynu jest 
nieco za niski, ale dostanie go pan w każdym supermarkecie. 
Dolać   trzeba   przez   ten   otwór.   Jeśli   ma   pan   problem   z 
chłodnicą, to tutaj...

Sięgnął   po   latarkę   Stanhope'a,   a   ten   mu   ją   posłusznie 

podał,   tak   jak   pielęgniarka   asystująca   przy   operacji   podaje 
narzędzie chirurgowi.

 - O właśnie! Widzi pan tę gumową rurkę? - Cody wskazał 

na   przewód   łączący   zbiornik   wody   z   chłodnicą.   -   Złącze 
rozluźnione, woda wycieka. Guma zaczyna się kruszyć.

 - Niech mnie! - mruknął Stanhope.
  - To się zdarza, ale łatwo to naprawić. Trzeba zmienić 

rurkę. Chwilowo wystarczy mocniej skręcić obejmę. Mogę to 
zrobić...

 - Będę panu bardzo zobowiązany.
Owszem,   będziesz,   draniu.   Będziesz   zobowiązany 

odczepić się ode mnie, pomyślał Cody. Miał na końcu języka 
pytanie,   czy   może   na   to   liczyć.   Powstrzymał   się   jednak   i 
sięgnął do przedniej kieszeni dżinsów po scyzoryk. Rozluźnił 

background image

śrubę   obejmy,   odkroił   poszarpany   koniec   gumowej   rurki, 
wcisnął ją mocniej i skręcił obejmą.

  -   Jestem   pod   wielkim   wrażeniem   -   powiedział   pastor, 

szeroko otwierając ze zdumienia królikowate oczy. - Jestem 
matoł, jeśli chodzi o samochody.

Ale  za  to jesteś ekspertem  w pieprzeniu się  po piesku, 

pomyślał   Cody.   Był   jednak   posłuszny   poleceniu   „swego 
adwokata" i zachował milczenie. Złożył scyzoryk i schował go 
do kieszeni.

  - Kiedy odda pan samochód do przeglądu, powie pan, 

żeby   zmienili   tę   rurkę.   A   teraz   trzeba   dolać   wody   do 
chłodnicy.

  - Zaraz  to  zrobię  -  odparł   Stanhope  i   ruszył  w stronę 

pobliskich drzwi z siatką.

Cody   dał   głową   znak   Jane,   by   poszła   za   pastorem. 

Czasami   ma   się   szczęście,   pomyślał.   Pastor   był   tak 
zaskoczony uprzejmością Cody'ego i tak wdzięczny, że nawet 
przytrzymał im drzwi.

Facet   ma   niezupełnie   dobrze   w   głowie,   doszedł   do 

wniosku Cody. Mieszka zaledwie parę kilometrów od jednego 
z   najbardziej   znanych   z   przestępczości   miast   Ameryki   i 
wpuszcza   do   domu   dwoje   obcych,   z   których   jeden   ma   w 
kieszeni nóż, co przed chwilą sam ujawnił. Pastor Bob jest 
głupi.

Nie   było   to   żadne   odkrycie.   Tylko   zupełny   idiota 

poświęca karierę, żonę, dzieci dla paru przemijających  chwil 
względnych rozkoszy z prostytutką z Francuskiej Dzielnicy.

Razem z Jane minęli przygnębiająco obskurny pokój, w 

którym stało kilka krzeseł pochodzących ze składu rupieci i 
stół,   którym   był   kawał   dykty   leżący   na   skrzynkach   po 
pomarańczach. Z pokoju weszli do podobnie smutnej kuchni z 
małym   okrągłym   stołem   i   wysłużonym   kuchennym 
wyposażeniem.   Linoleum   na   podłodze   było   wytarte,   okno 

background image

niczym   nie   zasłonięte.   Wszystko   to   jaskrawie   obnażała 
fluoryzująca lampa u sufitu.

Stanhope wziął z blatu pustą butelkę po mleku i podszedł 

do poobijanego, porcelanowego zlewu, chcąc nabrać wody.

  - Musimy porozmawiać, panie Stanhope - odezwała się 

Jane.

Mężczyźnie butelka wypadła z ręki. Na szczęście była z 

plastyku i tylko wydała głuchy odgłos, uderzając w podłogę. 
Stanhope odwrócił się, oparł o zlew i wyjąkał:

  - Skąd pani zna moje nazwisko? - Twarz miał białą jak 

kreda.

 - Przyszliśmy w interesach - wyjaśniła Jane,
 - Ale ten pan.,. Mój samochód...?
 - Z samochodem wszystko w porządku. Doda pan trochę 

wody   do   chłodnicy   i   lampka   już   się   nie   zapali   -   wtrącił 
uprzejmie Cody.

Pastor zatarł ręce, jakby chciał przywrócić obieg krwi. W 

jarzeniowym   świetle   jego   włosy   przestały   być   srebrne   - 
wydawały   się   raczej   brudnoszare.   Miał   piegi,   w   tej   chwili 
znakomicie widoczne na grzbiecie nosa.

 - Jestem prawnikiem. Nazywam się Jane Thayer.
 - Na rany Chrystusa! - mruknął pastor zgodnie ze swoim 

powołaniem.

 - A ten pan to Cody Sinclair.
To nazwisko coś mu powiedziało, gdyż zmarszczył brwi i 

podrapał się po głowie.

 - Cody Sinclair? - powtórzył.
 - Z „Sentinela".
 - Na rany Chrystusa! - jęknął Bob Stanhope, tym razem 

głośniej. Potem się wyprostował i powiedział z godnością: - 
Proszę rozmawiać z moim adwokatem.

background image

 - Nie chcę rozmawiać z pańskim adwokatem - oznajmiła 

Jane. - Chcę rozmawiać z panem. Oboje chcemy rozmawiać 
tylko z panem.

Najwidoczniej   stanowcze,   choć   uprzejme   prawniczki 

robiły na Stanhopie wrażenie, bo spojrzał różowymi oczami 
na Cody'ego.

  - Co pan zmajstrował w moim samochodzie? Zepsuł go 

pan, tak? A może podłożył pan bombę, która mnie rozerwie, 
gdy włączę stacyjkę?

  -   Litości!   Naprawiłem   pański   samochód.   Oprzytomnij, 

Bob! A może na imię ci Stanley? Słyszałem, że dla niektórych 
jesteś Stanleyem Robertsem.

  -   Na   rany   Chrystusa!   -   Tym   razem   zabrzmiało   to   jak 

modlitwa lub okrzyk ostatecznej rozpaczy.

 - Przyszliśmy z bardzo prostą sprawą - oświadczyła Jane.
Królicze   oczy   zwróciły   się   w   jej   stronę.   Jane   mówiła 

zdecydowanym   głosem.   Mimo   upału   zachowała   schludny 
wygląd,   uczesana   była   też   dobrze.   „Nieprofesjonalny"   był 
tylko   jej   turkusowy   szal   -   najbarwniejszy   przedmiot   w 
mieszkaniu.   Ten   kontrast   między   jej   profesjonalnym 
zachowaniem   a   turkusową   plamą   ekscytował   Cody'ego.   To 
kobieta   o   dojrzałym   umyśle,   uznał,   ale   o   buntowniczym 
duchu, zwykle ukrytym, póki nie pojawił się ktoś taki jak on, 
jej mąż, i nie wydobył go na światło dzienne. Owszem, nosi 
ten   szal,   ale   pewno   ma   cichy   żal   do   Cody'ego,   że   jej   go 
ofiarował, lecz mimo to nie straciła panowania nad sytuacją. 
Stanhope wyglądał jak chłopaczek, który za chwilę zrobi w 
spodnie. Cody nadal chętnie by udusił tego człowieka. Pomysł 
z   bombą   także   był   dobrym   rozwiązaniem.   Jednakże   Jane 
kontrolowała w pełni sytuację i oświadczyła:

 - Jak pan widzi, panie Stanhope, pan Sinclair jest dobrym 

i uczynnym człowiekiem. Naprawił panu samochód. Nie ma 
złych intencji. Chce tylko, żeby wycofał pan pozew.

background image

  -   Przez   tego   dobrego   człowieka   straciłem   parafię   - 

powiedział płaczliwie pastor.

  -   Nie   przez   niego,   panie   Stanhope.   Przez   własną 

niedyskrecję i nieprzystojne zachowanie.

 - Bóg wybaczy mi moją słabość, jak wybacza wszystkim 

swoim dzieciom. Tylko ludzie nie chcą wybaczać.

  - Wobec tego powinien pan skierować całą energię na 

odzyskanie ludzkiego zaufania i otrzymanie przebaczenia.

 - Nie mam już energii, nie mam nic. Wszystko straciłem. 

Dochody, dzieci... a wszystko przez to bluźniercze zdjęcie w 
gazecie!

 - Moje zdjęcia nie są bluźniercze, kolego! - warknął Cody 

- tylko ukazują fragment rzeczywistości. A rzeczywistość była 
taka,   że   ty   i   twój   kociak   staliście   w   publicznym   miejscu. 
Bardzo głupie, Stanhope, bardzo głupie. I to nie moja wina, że 
tam staliście.

  - Owszem,  mogę  mieć  do  pana   pretensje   za  zrobienie 

zdjęcia   i   za   jego   opublikowanie,   i   to   w   gazecie   samego 
szatana. Przez pana jestem bez pracy, przez pana straciłem 
środki   do   życia.   Mieszkam   w   tej   norze.   Moja   żona   nie 
pozwala   mi   widzieć   się   z   dziećmi.   -   Nadął   sflaczałą   nieco 
pierś. - Mam prawo dochodzić odszkodowania. To jest prawo 
Amerykanina!

 - Owszem. I ma pan prawo Amerykanina zabawiać się z 

dziwką na Bourbon Street. Ale to nie oznacza, że dobrze pan 
robi.

  - Ona... była szatanem w przebraniu. Bóg w ten sposób 

sprawdza swoje sługi. Doświadcza je. Kocha nas dalej, mimo 
że nie zdajemy egzaminu. I Bóg pozwala nam odzyskać dobrą 
opinię, mścić się na szatanie...

 - Jeśli nie wycofa pan pozwu przeciwko „Sentinelowi" i 

panu Sinclairowi, to pańskie zdjęcie ponownie pojawi się w 
gazecie - poinformowała Jane pastora, który gromił Cody'ego 

background image

nienawistnym   wzrokiem.   -   I   zdjęcie   tej   kobiety.   A   w 
towarzyszącej zdjęciom notatce będą wszystkie szczegóły na 
temat waszych igraszek. Jeśli dojdzie do procesu, to będzie 
pan   przedmiotem   wielkiego   zainteresowania   prasy.   - 
Uśmiechnęła się ze współczuciem. - Chyba pan tego nie chce, 
panie Stanhope? Bo to, co nastąpi, będzie znacznie gorsze od 
tego,   co   się   stało.   Nigdy   w   życiu   nie   znajdzie   pan   żadnej 
parafii.

  -   Ale   dostanę   pieniądze   od   „Sentinela".   Mój   adwokat 

mnie   zapewnił,   że   gazeta   nie   dopuści   do   procesu.   Gazeta 
zapłaci, zapłaci za wszystkie doznane przeze mnie przykrości.

  - Pan płaci adwokatowi za jego czas, prawda? Adwokat 

zarobi bez względu na to, czy pan wygra, czy  przegra, ale 
żadne   pieniądze   nie   zwrócą   panu   dobrej   opinii,   którą   pan 
ostatecznie   straci,   dopuszczając   do   procesu.   -   Adwokat 
obiecał,   że   oczyści   moje   nazwisko  -   upierał   się   pastor.  -   I 
zapewniał, że sprawa nigdy nie dotrze do sądu. Ja wiem, jak 
się załatwia takie sprawy - dodał z triumfalnym uśmieszkiem. 
-   Negocjacje   zakulisowe.   Tak   się   załatwia.   Płacicie 
odszkodowanie i nikt nic już potem nie mówi.

  -   Niestety,   panie   Stanhope.   Nie   zawsze   tak   jest   - 

tłumaczyła Jane. - Bywa tak tylko wtedy, kiedy obie strony są 
skłonne negocjować. „Sentinel" nie chce...

 - Mój adwokat powiedział mi...
  -   Być   może   niewłaściwie   przedstawił   sytuację.   Gdyby 

powiedział panu całą prawdę, to wtedy nie wystąpiłby pan z 
pozwem, a on straciłby honorarium, które zależy od liczby 
godzin poświęconych sprawie. Pański  adwokat   chce   przede 
wszystkim zarobić, a jedynym sposobem jest podtrzymywanie 
przez  pana   pozwu.  Ale  w  tym  wypadku  nie   ma   szansy  na 
zakulisowy kompromis.

 - Mój adwokat przysięgał, że tak się stanie.
 - Wprowadził pana w błąd - skłamała Jane.

background image

Cody   przestał   myśleć   o   duszeniu   pastora.   Chętnie 

sprawiłby ból temu draniowi, ale musiał przyznać, że metoda 
Jane   doprowadzi   szybciej   do   oczekiwanego   rezultatu.   Ona 
złamie faceta, to nie ulega wątpliwości.

 - Mój adwokat powiedział, że gazeta...
 - Domyślam się. Powiedział, że gazeta ma dużo pieniędzy 

-   podsunęła   Jane.   -   Tylko   że   będzie   pan   jeszcze   musiał 
przekonać sędziego i ławę przysięgłych, że zasługuje pan na 
odszkodowanie.   Ta   fotografia   pana   i   damy   jest   bardzo 
wymowna   i   została   zrobiona   na   ulicy,  a   nie  w   prywatnym 
ogrodzie   zza   węgła.   I   powiem   panu   coś   jeszcze,   panie 
Stanhope:   tak   pan   rozdrażnił   gazetę,   że   będzie   przeciągała 
sprawę, ile się da. I pański adwokat także wcale nie będzie 
dążył do jej zakończenia, ponieważ im dłużej będzie trwała, 
tym więcej on zarobi. A pan tymczasem będzie poniewierany 
przez media. W rezultacie wzbogaci się adwokat, a pan straci 
wszystkie   szanse   znalezienia   parafii,   która   byłaby   gotowa 
pana zaakceptować. I niech pan pamięta: taka sprawa trafi na 
łamy   ogólnokrajowej   prasy,   nie   mówiąc   już   o   telewizji. 
Zostanie pań ukrzyżowany.

Ona jest naprawdę świetna, myślał Cody. I te jej urocze 

insynuacje, przekonywanie Stanhope'a, że ma jego dobro na 
sercu.

 - O mój Boże, mój słodki Boże! - zawołał pastor drżącym 

głosem.   -   Zgrzeszyłem,   wiem,   że   zgrzeszyłem,   jest   ludzką 
rzeczą grzeszyć, ale dlaczego mam być zniszczony na zawsze? 
Bóg mi przecież wybacza.

  -   Panie   Stanhope...   -   Jane   wznowiła   atak   aksamitnym 

głosem.   -   Niech   pan   wycofa   pozew,   niech   pan   zapomni   o 
sprawie. Nic z niej nie wyjdzie dla pana dobrego i wie pan o 
tym. - Gdy poklepała go po ramieniu, pastor zamknął oczy i 
wydał   dźwięk   podobny   do   płaczu   dziecka.   -   Pertraktacje 
powinien pan prowadzić nie z gazetą, ale ze swoim kościołem. 

background image

Powinien pan załatwić sprawę z parafią. Niech pan zrezygnuje 
ze swojej przyjaciółeczki podejrzanej konduity i uporządkuje 
swoje   życie.   Niech   pan   nie   przedłuża   tego   niesmacznego 
epizodu...

  -   Niech   mnie   Bóg   ma   w   swojej   opiece   i   ocali   przed 

piekłem - wyjęczał. - Ma pani całkowitą rację. Nie ma po co 
tego przeciągać, jeśli nie mam dostać pieniędzy.

Nie   ma   powodu   nabijać   kabzy   adwokatowi   i   biednieć 

samemu...

  -   Niech   pan   tylko   to   podpisze   -   powiedziała   Jane, 

wyciągając z kieszeni plik złożonych dokumentów.

Pastor bardzo chętnie złożył swój podpis we wskazanym, 

a   raczej   w   kilku   wskazanych   miejscach.   Podpisał   się 
trzykrotnie, nawet nie czytając tego, co mu, Jane podsunęła. 
Cały czas pojękiwał i coś mruczał pod nosem.

  -   Zrobiłem,   co   pani   chciała,   a   teraz   idźcie   sobie   i 

zostawcie mnie w spokoju...

Jane starannie złożyła podpisane dokumenty i schowała je 

do torebki. Cody z trudem powstrzymywał się od szerokiego 
uśmiechu.

 - Dziękuję - powiedziała Jane. - Niech pan nie robi więcej 

głupstw.

Bob Stanhope opadł na kuchenny blat. Wydawał się teraz 

o   wiele   niższy   niż   poprzednio.   Cody   czułby   pewnie 
współczucie dla tego człowieka, gdyby nie to, że ów człowiek 
sam   sobie   sprowadził   kłopoty   na   głowę   i   był   ponadto 
pierwszej klasy głupcem.

Ale nie powiedział nic, nie wspomniał mu nawet, że przez 

niego spędził kilka bezsennych nocy i miał napięte stosunki z 
naczelnym.   Nie   podzielił   się   też   opinią,   że   pastor,   który 
zdradza żonę z uliczną prostytutką, nie jest wart dwu centów 
przede wszystkim w oczach Boga. Opuszczając mieszkanie, 
powiedział tylko jedno:

background image

 - Niech pan nie zapomni dolać wody do chłodnicy.

background image

Rozdział 11
Bar u Gussie nic się nie zmienił. Był  tak samo duszny, 

ponury   i   hałaśliwy.   Mimo   to   Jane   nie   straciła   świetnego 
humoru. Nawet gęsty dym jej nie przeszkadzał.

 - Dzbanek jasnego - zwrócił się Cody do potężnej kobiety 

za ladą. Potem pomyślał, że trzeba to skonsultować z Jane: - A 
może wolisz wino? Lub coś innego?

Jane   pokręciła   przecząco   głową.   Już   próbowała 

rzekomego   chablis,   oferowanego   przez   Gussie,   i   nie   miała 
ochoty ponownie ryzykować.

 - Może być piwo - odparła.
Gussie chwyciła z półki plastykowe naczynie i podstawiła 

je pod kurek.

  -   Wyglądacie,   jakbyście   dostali   dobrą   nowinę   - 

powiedziała przez zęby, w których trzymała papierosa, mając 
ręce zajęte nalewaniem piwa. Ruch jej ust spowodował, że 
popiół z papierosa obsypał blat. Jane podejrzewała, że trochę 
trafiło też do napełnianego piwem dzbanka.

 - Owszem, owszem - odparł Cody. - Mamy dobrą nowinę. 

-   Objął   ramieniem   Jane   i   przyciągnął   do   siebie.   -   Skąd 
wyczarowałaś te oświadczenia? - spytał.

  -   Jestem   adwokatem   -   przypomniała   mu.   -   Adwokaci 

wiedzą,   jakie   znaczenie   ma   posiadanie   właściwych 
dokumentów we właściwym czasie i miejscu.

 - No tak, ale przecież nie masz tu biura, sekretarek...
  - Niepotrzebne mi  biuro,  żeby wystukać oświadczenie. 

Potrzebna tylko maszyna i papier. Poprosiłam w hotelu, żeby 
mi na popołudnie udostępnili komputer i drukarkę...

 - Ale skąd wiedziałaś, co napisać? A co by było, gdyby 

pastor postanowił przeczytać dokument przed podpisaniem?

Uśmiechnęła się:
  -   Szczerze   mówiąc   nie   spodziewałam   się,   że   w   ogóle 

cokolwiek   podpisze.   Ale   pomyślałam   sobie,   że   na   Wszelki 

background image

wypadek przygotuję. Jego adwokat dostanie drgawek, kiedy 
się dowie, co jego klient podpisał

 - I może powie, że dokumenty zostały podpisane... jak to 

się   mówi...   pod   presją?   Może   powie,   że   nie   mają   mocy 
prawnej albo coś takiego?

Jane   zaśmiała   się.   Od   kiedy   to   Cody   martwi   się 

szczegółami? Ale zaglądając kokieteryjnie w jego rozjarzone 
oczy stwierdziła, że wcale się nie martwi. Jego pytanie było 
swego rodzaju hołdem wobec jej profesjonalizmu.

  -   Już   dostatecznie   popsuliśmy   stosunki   między 

Stanhopem a jego adwokatem - wyjaśniła. - Stanhope przestał 
mieć do niego zaufanie i nie będzie akceptował niczego, co 
tamten   powie.   Poza   tym   dokument   jest   w   zasadzie 
niepodważalny. W prostych słowach stwierdza, że Stanhope 
rezygnuje z jakichkolwiek roszczeń wobec gazety, wycofuje 
pozew i zobowiązuje się nie występować z roszczeniami w 
przyszłości. Podpisał trzy egzemplarze. Jeden dla ciebie, drugi 
dla gazety, trzeci dla swojego adwokata. Nie ma tu punktu 
zaczepienia.   Podpis   złożony   dobrowolnie,   otrzymany 
uczciwie.

Ostre spojrzenie zwężonych oczu Cody'ego kontrastowało 

z jego pozornie beztroskim uśmiechem - 

 - Wiesz, z tą uczciwością to nie bardzo...
  -   Co   ty   wygadujesz?   -   Jane   była   wyraźnie   dotknięta. 

Wiedziała wszystko o zawodowej etyce i była pewna, że jej 
nie naruszyła. - Co twoim zdaniem jest nieuczciwe?

 - Sposób, w jaki na niego patrzyłaś. Ton twojego głosu. 

Sposób   przedstawiania   sprawy.   Nawet   twoje   sugestywne 
ruchy...   Sam   nie   wiem.   Wiem   tylko,   że   gdybyś   mnie   tak 
podeszła, to bym podpisał każdy dokument. Nawet że oddaję 
duszę diabłu.

Jane   pomyślała,   że   Cody   może   zapisać   duszę   diabłu   z 

bardzo wielu powodów, ale chyba nie w wyniku jej zabiegów. 

background image

Ale   czy   to   wszystko   jest   teraz   ważne?   Teraz   mają   oblać 
odniesiony sukces.

Gussie podała Cody'emu pełne naczynie i dwie szklanki 

ociekające jeszcze wodą.

 - Potrzebujemy więcej szklanek - powiedział Cody. - Kto 

jest w sali bilardowej?

  -   Ci   sami   podejrzani   co   zwykle   -   mruknęła   Gussie, 

stawiając kilka dodatkowych szklanek na tacy i popychając ją 
w   kierunku   Jane.   W   tym   lokalu   obsługą   nie   należała   do 
najlepszych.

Cody zapłacił, chwycił dzban i podążył na zaplecze. Jane 

ruszyła za nim z tacą i pobrzękującymi szklankami. Stanęła w 
progu przytrzymywanych przez Cody'ego drzwi i zamrugała 
powiekami, oślepiona jaskrawym oświetleniem.

Przy stole bilardowym kręciło się trzech mężczyzn. Chyba 

tych   samych,   których   tu   widziała,   gdy   przyszła   szukać 
Cody'ego.   O   coś   się   spierali.   Gdy   Cody   i   Jane   stanęli   w 
drzwiach,   odwrócili   głowy,   by   zobaczyć,   kto   ośmiela   się 
wedrzeć na ich święte terytorium.

  -   Patrzcie,   patrzcie,   nasz   Jankes   i   jego   panienka!   - 

wykrzyknął któryś. - Żonka!

  - Tak, to pani Jankesowa - potwierdził drugi głos. - A 

piwko dla kogo?

  - Dla każdego, kto będzie traktował mnie z należytym 

szacunkiem   -   odparł   Cody   poważnie,   choć   w   jego   głosie 
zabrzmiała nutka wesołości.

 - Ja cię bardzo szanuję - powiedział muskularny grubas, 

łapiąc szklankę, zanim jeszcze Jane zdążyła postawić tacę na 
stoliku. - Prawdę powiedziawszy, o wiele bardziej szanuję cię 
rano.

Mimo że wszyscy obecni trochę już wypili, nie wzgardzili 

poczęstunkiem Cody'ego. Była to krzepka gromadka, wszyscy 
w   roboczych   ubraniach.   Jane   nie   wyobrażała   sobie,   by   w 

background image

Bostonie   mogła   pić   w   podobnym   towarzystwie.   Ale   tu,   w 
Nowym   Orleanie,   w   doskonałym   humorze   po   odniesionym 
sukcesie, była odprężona i nawet poczuła sympatię do tych 
przedstawicieli męskiej populacji Luizjany.

W miarę jak ich poznawała, „przedstawiciele" nabierali w 

jej oczach cech indywidualnych.

 - To jest Claude - przedstawił Cody pierwszego. - Jeśli się 

zacznie przystawiać, to mi powiedz, a dostanie w czaszę.

 - Ja się nigdy nie przystawiam do ładnych kobiet
  - odparł Claude. - Tylko do pulchnych. Nie muszą być 

ładne.

 - To jest dyskryminacja - skomentowała Jane.
 - Żadna dyskryminacja. Po prostu lubię tłuste. Dzięki za 

piwko, Sinclair.

 - Ten kurdupel to Darryl - kontynuował Cody, wskazując 

drugiego przyjaciela. - Jeśli kiedykolwiek zechcesz postawić 
na kogoś pieniądze... mówię o bilardzie... to nigdy na niego. 
On   w   dalszym   ciągu   nie   jest   pewny,   którym   końcem   kija 
należy uderzać bile.

  - Ale wiem, co to jest bila. - Darryl mrugnął do Jane 

porozumiewawczo. - Bo bila i jajo to prawie to samo. I wcale 
nie   jestem   pewien,   czy   Sinclair   wie   wszystko,   co   trzeba 
wiedzieć o jajach. I czy w ogóle je ma.

  -   Wytrzyj   sobie   gębę,   Darryl   -  wtrącił   Claude.   -   Jest, 

wśród nas dama.

 - No właśnie, i jeśli jest żoną tego Cody'ego, to też może 

nie   wiedzieć   wszystkiego   o   jajach.   Czy   słusznie 
przypuszczam, że ta nagła szczodrość, jeśli idzie o piwo, ma 
na celu upicie nas i następnie oskubanie? 

 - Żeby cię oskubać, nie muszę cię przedtem upijać
  -   odparł   Cody,   pomijając   całkowicie   krytykę   jego 

męskości   jako   rzecz   niewartą   komentarza.   -   Wystarczy,   że 

background image

położę na stole dziesięciodolarówkę. Jesteście mi ją zresztą 
winni, Przed paroma dniami dałem wam forsę za darmo.

 - Nic ci nie jesteśmy winni - wtrącił trzeci mężczyzna. - 

Jeśli   facet   odchodzi   od   stołu,   zanim   do   kieszeni  wpadnie 
ostatnia bila, to facet traci wszystko, co postawił.

 - On nie odszedł z własnej woli - przypomniał Claude. - 

Po prostu zareagował na wezwanie swojej ślicznej żoneczki.

Claude tak przesadza z tą moją urodą, że pewnie uważa 

mnie za brzydulę, tyle że nie tłustą, pomyślała Jane.

  -   Odszedł,   zareagował   na   wezwanie,   wszystko   jedno, 

forsę traci - upierał się trzeci mężczyzna.

 - Dobrze, już dobrze, Billy. Niech tak będzie, jak mówisz 

- zgodził się Cody. - Stawiamy i gramy.

  -   Może   twoja   żonka   zagra?   Co,   boisz   się?   -   rzucił 

wyzwanie Darryl.

 - O nie, nie! - zaprotestowała Jane. - Nie gram w bilard. 

Nie umiem.

 - Gdzieś ty taką znalazł, Cody? W klasztorze?
 - W szkole w Brookline, a to więcej niż klasztor - odparł 

Cody i zwrócił się do Jane: - Chodź, Janey, spróbuj. Pomogę 
ci.

 - Nie, Cody, nie. Nie chcę, żebyś przeze mnie przegrał.
Na   próżno   protestowała.   Mężczyźni   gwizdali   i   tupali, 

machali do niej i wydawali zachęcające okrzyki, wzywając ją 
do zielonego stołu.

  -   Cody,   naprawdę...   Ja   nie   mam   pojęcia   o   tej   grze. 

Obdarzył ją czarującym, chłopięcym uśmiechem, tym

samym,   jakim   ją   zawsze   czarował,   gdy   ich   ścieżki 

krzyżowały się w szkolnych korytarzach.

 - Niczym się nie martw. - Objął ją w talii i przyciągnął do 

stołu bilardowego.

 - Stracisz pieniądze...
 - Na dziś dość rozmów o pieniądzach - mruknął.

background image

I mruknął to tym samym głosem, jakim ostatnio zwierzał 

się   jej   w   samochodzie.   Na   chwilę   zapomniała,   gdzie   jest, 
rozmyślając o ich bodaj pierwszych w życiu minutach szczerej 
rozmowy. Jeszcze hołubiła wspomnienie fali wpadającego do 
samochodu   aromatycznego   powietrza   i   bliskość   Cody'ego, 
jeszcze pamiętała zniewalająco czuły odruch, gdy sięgnął, by 
odsunąć z jej twarzy niesforny kosmyk... Oczami wyobraźni 
widziała   jego   uśmiech.   Nie   ten   zamyślony,   ale   wyrażający 
pewność siebie. Ten drugi uśmiech, widziała poprzednio przed 
dwunastoma laty, gdy biegła przez mokry od porannej rosy 
trawnik, by wsiąść na motocykl i uciec z Codym w przyszłość.

  -   Zaufałem   ci   w   sprawie   grzesznego   pastora,   Janey   - 

powiedział, zdejmując kij z wieszaka na ścianie i podając go 
jej. - Teraz ty mi zaufaj.

Jane   odwróciła   się   w   kierunku   stołu,   na   którym   Billy 

układał bile w równoboczny trójkąt.

O tej grze wiedziała zaledwie tyle, ile zobaczyła w filmie 

„Bilardzista"   przed   kilkoma   laty.   Jak   może   teraz   zaufać 
Cody'emu, skoro wydaje się jasne, że popełnia ogromny błąd, 
skłaniając ją do gry? Jak może mu zaufać, skoro jest pewna, 
że zrobi z siebie idiotkę przy pierwszym strzale?

Z drugiej strony powinna okazać mu zaufanie, ponieważ 

ją   o   to   prosi   i   w   tej   chwili   wydaje   się   to   dostatecznym 
powodem.   Usiłując   zapomnieć   o   swych   obawach,   zaczęła 
przyglądać się wysłanemu zielonym filcem stołowi.

 - Mam wbijać bile do kieszeni, tak? - spytała.
 - Taka jest ogólna zasada - odparł Darryl, smarując kredą 

koniec kija i uśmiechając się wyniośle.

  -  Nie   musisz   wbijać   wszystkich  bil   do  kieszeni,  tylko 

niektóre. I nigdy białej - pouczył ją Gody.

 - Nigdy białej?
  - Nie. To bila prowadząca. No co? Chce ktoś postawić 

przeciwko Janey? - zwrócił się Cody do koleżków.

background image

 - Ach nie, jesteśmy dżentelmenami - odezwał się Claude. 

- Nie stawiamy przeciwko kobietom.

  - Zwłaszcza kiedy wiecie, że przegracie. Darryl chwycił 

przynętę.

 - Stawiam pięć dolarów, że nie przegram.
  - Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć - odparł Cody, 

wyjął   pięć   dolarów   i   położył   na   skraju   stołu   na   banknocie 
Darryla.

 - Cody, nie marnuj pieniędzy - westchnęła Jane. Zawsze 

podziwiała jego upór, ale czasami Cody doprowadzał ją do 
rozpaczy.

 - Dobrze, nie zmarnuję. Wygraj to dla mnie.
  -   Kiedy   ja   zupełnie   nie   wiem   jak!   -   zawołała 

zdesperowana.

  - Gdybyś wtedy została przy mnie, to bym cię nauczył. 

Najwyższy czas, żebyś poznała tajemnice tej gry.

 - Jestem pewna, że są ludzie, którzy szczęśliwie przeszli 

przez życie, nie dotykając bilardowego kija - odcięła się.

 - Ale ty nie będziesz należała do tego szczęśliwego grona 

- obwieścił z szerokim uśmiechem. - Pani będzie łaskawa się 
rozluźnić. Dziś wieczorem bawimy silę!

Zaszedł Jane od tyłu, objął i zaczął sterować jej rękami. 

Przylgnął   do   jej   pleców,   położył   dłonie   na   jej   dłoniach   i 
pokazywał układ palców na kiju.

 - Kciuk jako podpórka... o tak! - Wsparł jej lewą dłoń o 

filc. - Teraz będziesz mogła wybrać kąt strzału. Łatwo, bez 
trudu.   -   Z   kolei   przykrył   ręką   jej   prawą   dłoń,   obejmującą 
gruby koniec kija, i pokazał, jak go przesuwać po zgiętym 
kciuku lewej ręki.

Nagle przyszły jej do głowy bardzo nieprzyzwoite myśli, 

zupełnie nie pasujące do tego miejsca. Poczuła podniecenie, 
które kazało żałować, że są w sali bilardowej i że przyglądają 
się   im   obcy   mężczyźni.   To,   co   teraz   czuła,   kazało   jej 

background image

dziękować   Bogu,   że   w   pewnym   sensie   wyspowiadała   się 
Cody'emu w samochodzie i że sama zrobiła po południu pełen 
rachunek sumienia, w wyniku którego doszła do wniosku, że 
po rozwodzie z Codym nie wyjdzie za nikogo za mąż, póki w 
pełni nie przeanalizuje swych uczuć. Jednakże teraz nie czas 
na podobne dywagacje. Teraz musi się skoncentrować i zrobić 
Wszystko, by Cody nie stracił pięciu dolarów, które na nią 
postawił.

Jeszcze   parokrotnie   wypróbowała   przesuwanie   kija   po 

kciuku, a potem zacisnęła prawą dłoń na końcu kija i uderzyła 
w białą bilę. Ta przebiegła stół i trafiła w trójkąt z kul, które 
rozprysły   się   we   wszystkie   strony;   Jedna   z   nich   wpadła   w 
kieszeń.

  -   O,   Cody!   -   wykrzyknęła   i   podskoczyła   z   radości. 

Zapomniała o zakładzie, wspomnienie pełnej emocji rozmowy 
w   samochodzie   też   skryła   w   odpowiedniej   przegródce 
pamięci.   Bila   wpadła   w   kieszeń!   Czyż   to   nie   wspaniałe?   - 
Cody, trafiłam!

  -   Hmm,   Cody   wprowadził   tutaj   tajną   broń   -   mruknął 

Claude. - Kobieta potrafi rozbijać trójkąty. Oczywiście przy 
lekkiej pomocy przyjaciół. Co jeszcze ta kobieta potrafi?

  - Ta kobieta potrafi wszystko, do czego się przyłoży  - 

oświadczył   dumnie   Cody   i   odstąpił   na   chwilę   od   Jane,   by 
mogli obejść stół i znaleźć najlepszą pozycję do strzału. - A 
poza tym jest wręcz niesłychanie... pełna wdzięku. Uosobienie 
gracji - dodał. - W słowach i ruchach. I istotnie, Jane nie czuła 
się ani trochę nieporadna.

  -  Świetnie,   Jane,   wbiłaś   do   kieszeni   dziesiątkę.   To 

oznacza, że polujesz teraz na bile z paskami. Jeśli wepchniesz 
do kieszeni kulę jednokolorową, to kreska.

 - Kreska? To znaczy, że jest źle? - Jej podniecenie nagle 

osłabło,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   jak   mało   jeszcze   wie   o 
zasadach gry.

background image

 - Bardzo źle. Patrz, stąd będziesz miała chyba najlepszy 

strzał. Czternastka w róg.

Okiem wytyczyła linię strzału od białej bili do czternastki. 

Ważne   tu   były   kąty   odbicia,   ale   Jane   nie   na   darmo 
otrzymywała w szkole najlepsze stopnie z geometrii i fizyki.

 - Ma się odbić od lewego boku - powiedziała.
 - Ale uderzaj leciutko - doradził Cody. - Tylko ją muśnij.
To   określenie   przypomniało   jej   delikatne   pocałunki 

Cody'ego, ale natychmiast odsunęła od siebie tę myśl. W polu 
widzenia miała dwie pięciodolarówki. Dziś Cody już wydał 
dwadzieścia dolarów na Suzie. Trzeba mu pomóc oszczędzić 
te pięć. Raz jeszcze wytyczyła niewidzialne linie i usiłowała 
sobie przypomnieć, jak Cody układał jej przed chwilą lewą 
dłoń.

 - Tak, właśnie tak... - Jak gdyby odgadł jej niepewność, 

sięgnął zza pleców i poprawił kciuk. Rękę miał ciepłą, miłą w 
dotyku, ruchy zdecydowane. Gdy jednak zaczęła powracać jej 
pewność siebie, cofnął swoją rękę  i odstąpił, pozwalając jej 
samej podjąć decyzję i wykonać zadanie.

Raz jeszcze zerknęła na dwa banknoty i postanowiła nie 

dać   się.   Wyobraziła   sobie,   że   nie   stoi   nad   stołem   pełnym 
kolorowych kul, ale przed zbłąkanym duszpasterzem. Złożyła 
się i zdecydowanie uderzyła białą bilę.

Niestety,  tak  jej   się  tylko  wydawało.  Kiedy  poprzednio 

Gody prowadził kij, jego koniec uderzył mocno w bilę. Teraz 
ledwo ją pchnął. Jane wyprostowała się, by patrzeć, jak biała 
bila leniwie toczy się po zielonym polu. Koledzy Cody'ego z 
rozbawieniem   chrząkali.   Jeden   odmawiał   zdrowaśkę.   Biała 
bila   lekko   trąciła   czternastkę,   lecz   to   wystarczyło,   by   ją 
wyprawić w drogę do kieszeni w rogu. Toczyła się jeszcze 
leniwiej.

  -   Woła   mnie   żona.   Chyba   zdążę   polecieć   do   domu   i 

wrócić na wielką chwilę - zażartował Billy.

background image

 - Wielkiej chwili nie będzie - rzekł kwaśno Darryl.
 - Przecież bila jest na dobrej drodze.
 - Ale utknie. Zdechłe szczury biegają szybciej.
 - Widzę, że się martwisz o swoje pięć dolarów - mruknął 

Claude.

  - Stanęła! - obwieścił z triumfem Darryl, pochylając się 

nad bilą.

  - Tylko nie dotykaj! - ostrzegł Cody. - Ona ma w sobie 

jeszcze trochę życia.

 - Ale ja ledwo dycham. Właśnie postarzałem się o pięć lat 

- oznajmił Billy i zaklął pod nosem.

Czternastka wpadła do kieszeni. Cody promieniał.
 - Ale z niej gracz, przyjaciele. Co za talent!
  -   Jaki   tam   znowu   talent.   Szczęście   amatora   -   burknął 

Darryl.

Jane   zgadzała   się   z   tą   opinią.   To   było   tylko   szczęście, 

czysty przypadek, lecz mimo to była dumna z siebie. Zrobiła 
to sama, bez pomocy. Przez całe życie odnosiła sukcesy w 
dziedzinach,   w   których   było   jasne,   że   je   odniesie.   Zawsze 
unikała działania na obszarach mniej jej znanych, gdzie czuła 
się niepewnie. Nie była przygotowana do porażek i bardzo by 
ją zabolało, gdyby zawiodła w grze, której przypatrywali się 
przyjaciele Cody'ego, czatujący na jej niepowodzenie i na pięć 
dolarów, które Cody postawił.

 - Co teraz? - spytała.
 - Wyszukaj sobie inną bilę z paskiem w pobliżu kieszeni - 

pouczył.

Nadeszła chwila wielkiej próby. Cody nie miał zamiaru 

dalej jej pomagać. Ma dokończyć grę sama. Potraktowała to 
jako dodatkowy dowód zaufania. Bardzo ją to wzruszyło.

Postanowiła go nie zawieść. Obeszła stół, oceniając kąty i 

przypominając sobie wszystkie zasady geometrii i fizyki.

 - Tej czerwonej nie wolno mi tknąć? - spytała.

background image

 - Nie. Interesują cię tylko te od dziewiątki w górę.
 - Doskonale. - Przyjrzała się bliżej położeniu jedenastki i 

doszła do wniosku, że jeżeli nada jej odpowiedni kierunek, to 
może   wbić   ją   do   kieszeni   naprzeciwko.   Pochyliła   się   i 
pamiętając o położeniu lewego kciuka, złożyła się i uderzyła 
białą bilę.

  -   Jeszcze   jedno   błyskawiczne   natarcie   pani   Sinclair   - 

ogłosił   Claude,   gdy   biała   bila   powędrowała   ślimaczym 
tempem przez stół.

 - Przydałoby się więcej siły - mruknął Cody.
 - Gram jak potrafię - ucięła krótko, zastanawiając się, czy 

dmuchanie w bilę jest dopuszczalne.

 - Grasz świetnie - zapewnił ją Cody.
Minęła   wieczność,   gdy   biała   bila   stuknęła   wreszcie 

jedenastkę,   która   rozpoczęła   wędrówkę   przewidzianym 
kursem, odbiła się od wyściełanej krawędzi stołu i potoczyła 
w   kierunku   przeciwległej   kieszeni.   Milimetr   po   milimetrze 
pokonywała dzielącą ją od niej przestrzeń.

  - Obudźcie mnie, kiedy się dotoczy - powiedział Billy i 

głośno ziewnął.

 - To napięcie mnie zabija - ironizował Claude. Jedenastka 

uparcie zdążała ku kieszeni, dotarła i.. zatrzymała się.

 - Trzeba kichnąć, może wpadnie - zasugerował Claude.
  - Nic jej nie pomagaj. To moja wielka szansa! - Darryl 

chwycił   kij   i   podskoczył   do   stołu.   Wystarczyło   mu   pięć 
sekund,   by   wybrać   cel   i   trzepnąć   w   białą   bilę.   Pozostałe 
rozbiegły   się   we   wszystkich   kierunkach.   Wibracja   stołu 
sprawiła, że jedenastka wpadła do kieszeni.

  -   To   się   nazywa   kreska.   Krecha!   -   Cody   objął   Jane   i 

zakręcił dokoła. - Wygrywasz, Jane. Czas na żniwo!

 - Żniwo?
  -   Wpakuj   do   kieszeni   pozostałe   bile   z   paskami,   nie 

ruszając jednokolorowych.

background image

Jego   wiara   w   nią   była   wzruszająca.   Cody   wydawał   się 

bardziej pewny jej umiejętności bilardowych niż prawniczych. 
Może ta wiara brała się stąd, że Jane umiała posługiwać się 
instynktem.   To   instynkt   kazał   jej   przygotować   tekst 
oświadczenia, które dała Stanhope'owi do podpisu,  mimo  że 
przedtem   nie   było   najmniejszych   podstaw,   by   sądzić,   że 
nastąpi po temu okazja i że Stanhope cokolwiek podpisze.

Oczywiście można łatwo obalić podobne przypuszczenia, 

argumentując, że nie ma widomego związku między procesem 
myślowym dotyczącym przygotowania dokumentu prawnego 
a podchodzeniem do problemu umieszczania bil w kieszeniach 
bilardowego   stołu,   jednakże   optymizm   Cody'ego   był 
zaraźliwy i Jane nie miała zamiaru go zawieść.

Pojedynczy strzał Darryla zmienił całkowicie sytuację na 

stole.   Jane   dokładnie   wszystko   obejrzała,   kolejno   oceniła 
położenie   każdej   z   dwukolorowych   bil,   przeprowadzając 
kalkulację   i   obliczając   w   głowie   kąty.   Wreszcie   wybrała 
kolejną ofiarę, zmierzyła się i wysłała w drogę białą bilę.

Bila wędrowała wolno i po lekkim kontakcie z ósemką 

utknęła w miejscu.

 - Wszystko w porządku - zapewnił ją Cody. - Nie miałaś 

dobrego strzału. Darryl zostawił cię z niczym.

 - A więc przyznajesz, że wiesz, co ja tu robię - warknął 

Darryl, odrzucając niebieską kredę i podchodząc do stołu. - I 
że mam coś do zrobienia. Teraz poinformuj swoją panią, że 
zamierzam ją załatwić na szaro.

W   krótkim   czasie   wpakował   do   kieszeni   trzy 

jednokolorowe   bile.   Początkowo   rozczarowanie   Jane 
wynikało z żalu, że Cody przegra pieniądze, ale dopiero po 
pewnym   czasie   zdała   sobie   sprawę,   że   Cody'ego   bardziej 
martwi możliwość przegrania partii. Gdy wreszcie nadeszła jej 
szansa   powrotu   do   stołu,   zacięła   zęby,   postanawiając   za 
wszelką   cenę   dać   Darrylowi   nauczkę.   Przeanalizowała 

background image

sytuację,   a   kiedy   wreszcie   strzeliła,   nadała   białej   bili 
prędkość... co najmniej trzech kilometrów na tydzień.

Bill wydał kilka dźwięków symulujących ziewanie. Biała 

bila stuknęła w piętnastkę, wysyłając ją w kierunku bocznej 
kieszeni.   Claude   dopełnił   sobie   szklankę   piwem   i   wychylił 
połowę. Piętnastka wpadła w kieszeń.

Jane   spojrzała   na   Cody'ego.   Jego   uśmiech   wysyłał 

sygnały, które wywołały w niej dreszczyk podniecenia. Co się 
ze mną  dzieje, pomyślała. Dlaczego ta głupia gra tak mnie 
podnieca?   Dlaczego   aprobata   Cody'ego   jest   dla   mnie   taka 
ważna? Dlaczego to mnie tak obchodzi?

W ostatecznym rozrachunku wszystkie te „dlaczego" były 

mało ważne. Ważne, że zależy jej na Codym. Chciała wygrać 
- dla niego! I dla siebie też. Dla obojga.

Z   twardym   postanowieniem,   które   zawsze   jej 

towarzyszyło,   gdy   rozpoczynała   trudne   negocjacje   albo 
przygotowywała się do bitwy na sądowej sali, oceniła sytuację 
na   stole,   wybrała   następną   bilę   i   uderzyła   w   białą. 
Uświadomiła sobie, że od dłuższego czasu nie smaruje kredą 
kija.   Na   szczęście   wszystko   szło   dobrze   bez   kredy.   Kiedy 
trzynastka wpadła do kieszeni, zapomniała o wszystkim - o 
kredzie, o zakładzie Cody'ego, nawet o jego uwodzicielskim 
uśmiechu.   Pozostał   jeden   cel:   odnieść   sukces   na   zupełnie 
nieznanym   polu.   Na   polu,   gdzie   nikt   nie   brałby   jej   za 
poważnego przeciwnika.

Doświadczała   uczucia   podobnego   do   uniesienia,   jakie 

odczuwała,   kiedy   przed   dwunastoma   laty   uciekła   z   domu. 
Była do szaleństwa zakochana  w Codym, ale była również 
podniecona wolnością i tym, że burzy wszystkie wyobrażenia, 
jakie o niej miała rodzina. Fałszywe wyobrażenia. Była wtedy 
przerażona, nękała ją niepewność i targały wątpliwości, ale 
żyła pełniej niż kiedykolwiek przedtem i potem.

background image

Wyobraziła   sobie   teraz   swych   dawnych   profesorów, 

rodziców, kolegów w firmie, patrzących, jak Jane Thayer gra 
w   bilard   w   obskurnym,   podrzędnym   barze,   Absolwentka 
Wellesley i Harvardu gra z jakimiś podejrzanymi osobnikami. 
Przestała   być   wzorową   studentką,   molem   książkowym, 
wzorem bostonskiej godności. Była osobą grającą w bilard w 
nowoorleańskiej norze! Upajała ją sama myśl o tym.

Dziewiątka   nie   wpadła   do   kieszeni   i   Jane   odstąpiła   od 

stołu. Darryl głośno grymasił, Billy i Claude pokpiwali sobie z 
niego. Cody spokojnie sączył piwo, bez uśmiechu spoglądając 
na Jane.

Co   w   tej   chwili   myśli?   Że   Jane   nie   zda   egzaminu 

bilardowego   rekina?   Że   go   zawiodła?   Że   otrzymał   już 
wszystko,   czego   od   niej   chciał,   z   wyjątkiem   tych   pięciu 
dolarów?

A   może   jednak   ona   wcale   nie   jest   przeciwieństwem 

Cody'ego?   Może   równie   silnie   jak   on   pragnie   zwyciężać   i 
wygrywać?   Ma   zdolność   pełnej   koncentracji   i   skupiając 
uwagę, potrafi wyłączyć wszystko dokoła, odsunąć daleko od 
siebie   cały   świat,   by   jego   odgłosy   nie   przeszkadzały   w 
wykonaniu zadania, które przed nią stoi? Może mimo swego 
pochodzenia   lubi   popijać   piwo   w   bilardowej   sali   i 
wymachiwać kijem w towarzystwie prostych południowców? 
Może jest warta tego, by na nią postawić parę dolarów?

W   salce   było   gorąco   i   Jane   też   było   gorąco.   Nie   od 

spojrzenia Cody'ego czy nadmiaru adrenaliny, ale dlatego, że 
salka była mała, obecni w niej mężczyźni pokaźni, a do tego w 
czerwcu   w   Nowym   Orleanie   nie   wystarczą   żaden 
klimatyzator. Jane rozluźniła węzeł szala pod szyją i gładziła 
śliski   jedwab,   usiłując   się   opanować   i   uspokoić.   Darryl 
wpakował   w   kieszeń   jeszcze   jedną   bilę,   nim   w   końcu 
spudłował i oddał jej stół.

 - Nic ci nie zostawił, słodka - skomentował Claude.

background image

 - Spójrz na nią - odezwał się Billy. - To jest kobieta, która 

potrafi wiele zdziałać, mając do dyspozycji jeszcze mniej niż 
nic.

Jane   wyłączyła   ze   świadomości   ich   pogwarki. 

Przypomniała   sobie   twarz   Cody'ego,   który   całkowicie 
ignorował   otaczający   go   chaos,   gdy   robił   zdjęcia   jeepa   na 
zalanej   wodą   ulicy.   Usiłowała   go   teraz   naśladować   i 
skoncentrowała się na wyszukaniu najlepszego strzału.

Kąty,  kierunki,   odbicia,   tory.  Uderzyła   białą   bilę,   która 

jakby z ociąganiem ruszyła w drogę. Kumple Cody'ego bez 
przerwy   gadali,   jakby   chcieli   zabić   czas.   Biała   wbiła 
dziewiątkę do kieszeni. Jane zabrała się do następnej. Tym 
razem do kieszeni wpadła dwunastka.

 - Cody, nie ma już bil w paski. Co mam teraz robić?
  -   Wpakuj   do   kieszeni  ósemkę.   Ale   musisz   wybrać 

kieszeń.

 - To znaczy powiedzieć, do której kieszeni strzelam?
 - Aha.
Przyjrzała   się   stołowi.   Jeśli   wyślę   ósemkę   prosto   przed 

siebie,   to   jest   szansa,   że   wpadnie   do   kieszeni   narożnej   po 
przeciwnej   stronie   stołu.   Ale   żeby   dokonać   tego   wyczynu, 
trzeba   ją   mocno   uderzyć   białą   bilą.   Jane   znała   tajniki 
geometrii, ale obce jej były zasady prędkości, przyspieszenia i 
siły   dobicia.   Wobec   tego   zdecydowała  się   jednak   musnąć 
ósemkę z boku i wysłać ją do bocznej kieszeni.

Taki sobie leki pocałunek, pomyślała, przechodząc parę 

kroków na wybraną pozycję.

 - Boczna kieszeń po prawej - obwieściła.
 - Niech pani tego nie próbuje - ostrzegł ją Billy. - To nie 

może wyjść. Niech pani celuje w lewy róg.

 - Celuję w prawą kieszeń - powtórzyła, pozwalając sobie 

na zerknięcie na Cody'ego.

background image

Uśmiechał   się.   Nie   szeroko,   nie   urzekająco,   nie   z 

pewnością siebie. Był to uśmiech pełnego zaufania, zachęty. 
Uśmiech, który mówił: spróbuj, Janey. Posłuchaj instynktu.

 - Tylko lekkie muśnięcie - mruknęła do siebie i uderzyła.
Upłynęły  wieki,  chyba   aż  paręnaście  sekund,  nim  biała 

bila lekko otarła się o czarną ósemkę. Mijały dalsze sekundy. 
Wszyscy wstrzymali oddech. Wreszcie czarna bila litościwie 
wpadła do kieszeni z towarzyszącym temu ni to szmerem, ni 
szelestem, ni stuknięciem.

Jane aż zasłabła z wrażenia. Oparła się o stół, głucha na 

okrzyki, wiwaty i śmiechy mężczyzn. Śmiał się nawet Darryl. 
Claude trzepnął ją tak mocno w plecy, że się zachwiała. Ale 
najwidoczniej   była   tak   oszołomiona,   że   nie   dotarło   do   jej 
świadomości ani oburzenie, ani ból. Ale gdy dotknęła ją dłoń 
Cody'ego, przeszył ją dreszcz.

  -   Zdumiewasz   mnie,   Janey   -   szepnął   jej   do   ucha,   co 

wywołało kolejny dreszczyk.

 - Myślałam... - Odwróciła głowę, by zobaczyć jego twarz. 

Uśmiechał się, tym razem enigmatycznie, może jakoś tęskno. - 
Myślałam, że przez cały czas byłeś pewny, że wygram...

  - Niczego nie byłem pewny - przyznał i roześmiał się, 

tym   razem   łobuzersko.   -   Ale   nie   miałem   zamiaru   ci   tego 
zdradzić. Czasami,  jeśli  się komuś  wmówi, że się  w niego 
wierzy, to ten ktoś wychodzi z siebie, żeby sprostać zadaniu.

Może   powinna   czuć   się   urażona   takim   postawieniem 

sprawy,   ale   była   tak   uszczęśliwiona   swym   triumfem,   że 
zignorowała wyjaśnienie Cody'ego.

 - Spójrz tylko! Leje się ze mnie! - powiedziała, dotykając 

skroni, po której spływały krople potu.

 - Wcale się nie dziwię - powiedział, niemal siłą zabierając 

jej kij. Nie uświadamiała sobie, że nadal zaciska na nim palce. 
- Chłopcy, dobra była zabawa - oświadczył trójce kompanów. 
- Północ odniosła kolejne zwycięstwo.

background image

  -   Południe   jeszcze   zatriumfuje   -   ostrzegł   go   Darryl   i 

wyciągnął rękę do Jane. - Na początku to myślałem, że pani 
mnie podpuszcza, mówiąc, że nigdy nie grała w bilard, ale 
potem, jak zobaczyłem, że pani tak dziwnie gra... Nikt, kto 
umie grać, nie grałby tak jak pani.

  -   No   i   pan   miał   rację   mówiąc,   że   to   tylko   szczęście 

amatora. - Uścisnęła mu mocno dłoń.

 - A najwięcej szczęścia trafiło się Cody'emu. Ma panią i 

moje pięć dolarów - odparł Darryl. - Powinienem przestać z 
nim   grywać,   ale   chyba   nigdy   nie   zmądrzeję.   Chociaż...   - 
Palcem   dziobnął   w   kierunku   Cody'ego.   -   Zmądrzeję   i 
następnym razem cię ogram. To jest moja solenna obietnica.

  -  Świetnie,   doskonale.   Tylko   nie   zapomnij   przynieść 

portfela. Skończcie piwo, my spływamy.

Cody   ujął   Jane   pod   ramię   i   wyprowadził   z   salki 

bilardowej.   Jane   chciałaby   potańczyć,   chciałaby   pobrykać. 
Czuła   się   wyczerpana   i   zmordowana,   była   spocona,   a 
jednocześnie   miała   ochotę   zrzucić   sandały,   wejść   na   stół   i 
tańczyć boogie. Zdumiała się: to nie jest do niej podobne.

Powstrzymała   to   dziwne   pragnienie   i   pozwoliła   się 

wyprowadzić z zadymionego, mrocznego lokalu. Na dworze 
panowała gorąca noc. Dopiero w pewnej odległości od baru 
Jane popuściła wodze fantazji i na cały głos wykrzyknęła:

  -   Wygrałam!   Cody,   ja   wygrałam!   -   I   zrobiła   kilka 

tanecznych kroków.

  -   Zawsze   wiedziałem,   że   należysz   do   kategorii   ludzi, 

którzy potrafią zwyciężać.

  - I nigdy w  życiu w to nie grałam.  Jeszcze  nie  mogę 

uwierzyć, że mi się udało. Nie obchodził mnie twój zakład, 
Cody. Walczyłam dla samego zwycięstwa.

Cody był dumny jak paw. Jane jedną ręką chwyciła słupek 

ulicznej latarni i tańczyła wokół niego.

background image

  - Dzisiejszego wieczoru nie chciałabym jeździć żadnym 

samochodem.   Jestem   zbyt   podniecona.   Dziś   jest   czas   na 
przejażdżkę motocyklem - oświadczyła.

 - Moglibyśmy przejechać się harleyem - podsunął niby to 

obojętnym głosem i bacznie się jej przyjrzał.

Puściła latarnię i znieruchomiała.
  -   Nadal   masz   harleya?   -   spytała   z   niedowierzaniem.   - 

Przecież   to   już   zabytek.   Kupiłeś   używany...   No   i   to   już 
dwanaście lat...

W   oczach   Cody'ego   tańczyły   iskierki   rozbawienia   i 

jeszcze coś...

 - Chcesz go zobaczyć?
Bardzo   chciała.   I   w   tej   chwili   chciała   także,   cofnąć   o 

dwanaście lat czas, ale jednocześnie jak dorosła kobieta być 
partnerką   w   prawdziwym   małżeństwie,   a   nie   pasażerką   na 
tylnym   siedzeniu.   Chciała   chodzić   z   Codym   po   salonach 
bilardowych i wygrywać u jego boku dzięki umiejętnościom, a 
nie   szczęściu   i   mozolnemu   wyliczaniu   kątów   padania   i 
odbicia, jakie sobie przypominała z lekcji fizyki.

 - A gdzie masz ten motocykl? - spytała, nie chcąc dać po 

sobie   poznać,   jak   bardzo   pragnie   zobaczyć   pojazd,   którym 
przed wielu laty pędziła ku porywającej i skazanej na klęskę 
wymarzonej wolności.

  -  Jeśli  naprawdę   chcesz   go  obejrzeć,  to  cię   zawiozę  - 

odparł   zduszonym   głosem,   zawierającym   obietnicę,   ale   i 
ostrzeżenie.

Powinna była odmówić, ale znajdowała się już na etapie, 

w którym nie odgrywało roli to, co powinna czy czego nie 
powinna robić.

Tego dnia zatriumfowała nad pastorem, nad Darrylem i... 

tego dnia uświadomiła Cody'emu i samej sobie, dlaczego go 
opuściła, a Cody wyznał, dlaczego nie chciał, by od niego 
odeszła. Dziś wszystko było inne.

background image

 - Naprawdę chcę zobaczyć harleya - odparła.

background image

Rozdział 12
Clarissa   siedziała   w   domu.   Słowo   „siedziała"   niezbyt 

dokładnie  określało jej pozycję: tkwiła  na  kanapie  skulona, 
niemal   zwinięta   w   kłębek,   z   kolanami   podciągniętymi   do 
piersi, zatopiona w myślach.

Co ma teraz zrobić?
Przede wszystkim powinna już spać, tylko jak? Zbliża się 

północ, a ona jest całkiem trzeźwa i podminowana. Kipi w 
niej energia. Już dwukrotnie kładła się do łóżka i dwukrotnie 
zrywała, nie mogąc spokojnie uleżeć. Jak może spać, kiedy jej 
życie jest zagrożone?

Zbyt   dużo   wie.   Zbyt   dużo   powiedziała.   Mark   pewno 

pomyślał,   że   jest   płaksą,   a   Jane   wyrzuci   ją   z   pracy,   jeśli 
Clarissa   nie   zrobi   tej   przysługi,   by   odejść   pierwsza.   Jej 
zawodowa kariera legła w gruzach, jej ambicje są zniweczone. 
Aby   zarobić   na   czynsz,   musi   mieć   stałą   pracę;   nie   może 
polegać   na   doraźnych   dochodach   z   pracy   jako   modelka. 
Trzeba będzie znów zamieszkać z rodzicami albo przenieść się 
tam, gdzie koszty utrzymania są niższe.

I na dodatek ktoś zaczął teraz walić do drzwi.
Nocny   napastnik?   Nie   manifestowałby   tak   swojej 

obecności. Ale z pewnością jest to ktoś, kto zwiastuje kłopoty. 
Kto   bowiem   może   walić   o   północy   w   drzwi   mieszkania 
samotnej kobiety?

Zawiązała pasek szlafroka i na palcach podeszła do drzwi, 

obiecując sobie, że w przyszłości będzie mieszkała w budynku 
strzeżonym, a nie w starym domu, gdzie mimo domofonów 
stale   wchodzą   jacyś   obcy   ludzie,   wpuszczani   przez 
nieostrożnych sąsiadów. No tak, złudne marzenia! Następne 
jej   mieszkanie   będzie   z   pewnością   w   jakiejś   dziurze.   W 
Bostonie już nic nie zdziała.

W   pomniejszającej   soczewce   wizjera   zobaczyła 

malutkiego Marka Dennisona.

background image

Co on tu robi o tej porze? Myślała, że jest dżentelmenem, 

a dżentelmeni najpierw telefonują, prawda? I delikatnie pukają 
do drzwi, a nie walą w nie pięściami.

Nie   może   mu   jednak   pozwolić   tak   stać   za   drzwiami   i 

hałasować na cały dom. Poza tym nie ma się czego obawiać. 
Już zrobiła z siebie idiotkę przed paroma godzinami, płacząc i 
łkając w jego towarzystwie. Nie mogło być gorzej.

Zdjęła łańcuch, otworzyła drzwi i... wstrzymała oddech. 

Na progu stał Mark Dennison, to prawda, ale był to Mark, 
jakiego jeszcze nigdy nie widziała: jego elegancki, jedwabny 
krawat był przekrzywiony, marynarka krzywo zapięta, włosy 
miał   zmierzwione,   a   poły   koszuli   wyciągnięte   ze   spodni. 
Clarissa   nie   przypuszczała,   że  w   garniturze   od   Armaniego 
można wyglądać tak nieelegancko.

 - Czy nie zaprosisz mnie do środka? - spytał, starając się 

wymawiać każdą sylabę z precyzją nauczyciela dykcji.

 - Jesteś pijany - stwierdziła.
  -   Cyt,   cyt,   cyt!   -   Obdarzył   ją   karykaturą   uśmiechu.   - 

Dobieraj słowa z większą uwagą, Clarisso miła. Jestem ciut 
podlulany, ale nie pijany.

Co   prawda   wydawał   się   spokojny   i   nie   miał   tej 

zielonoziemistej  cery,  jaką   mają   panowie,  którzy  za  chwilę 
zwymiotują. Chociaż gdyby to zrobił; wyleczyłby ją może z 
zadurzenia. Jane na pewno wiedziałaby, co zrobić z zalanym 
kawalerem,   natomiast   Clarissa,   osoba   lękliwa,   natychmiast 
przestałaby   kochać   kogoś,   kto   budzi   swoim   zachowaniem 
odrazę.

Jednakże   do  chwili   obecnej  Mark  nie   popełnił   żadnego 

czynu budzącego niesmak. Z pijanym czy „podlulanym", jak 
to określił, potrafi dać sobie radę tak długo, jak długo nie musi 
po nim sprzątać.

Odstąpiła więc od drzwi i Mark wszedł do malutkiego, ale 

czystego i ładnie urządzonego pokoju, starannie zamykając za 

background image

sobą   drzwi.   Ruchy   miał   wystudiowane,   niby   robot 
otrzymujący odrębne sygnały na każdą, najdrobniejszą nawet 
czynność.

 - Zaparzę kawę - powiedziała.
 - Poczęstuj się, proszę - odparł.
 - To ja chcę ciebie poczęstować. Jesteś u mnie w domu, 

jesteś moim gościem.

  - Ach, w takim razie nie rób sobie  kłopotu. Nie chcę 

żadnej kawy.

Clarissa żałowała, że Mark jest taki uprzejmy. Gdyby był 

na   przykład   ordynarny,   mogłaby   go   wyrzucić   za   drzwi   i 
wyleczyć się z niego.

 - Jesteś pijany, Mark - powtórzyła surowo.
 - Nie jestem pijany. Ja się tylko napiłem. To jest wielka 

różnica. Czy ty wiesz, Clarisso, co to znaczy in vino veritas?

Świerzbiły   ją   palce,   żeby   mu   wyprostować   krawat   i 

przyczesać włosy, schowała więc dłonie głęboko w kieszenie 
szlafroka, żeby nie ulec pokusie.

 - To jest motto Harvardu, tak? Zarechotał.
  -   Och,   ty   cudowna,   zabawna   dziewczyno!   Teraz   już 

jestem absolutnie tego pewien: zakochałem się w tobie.

 - Nie zakochałeś się, tylko jesteś pijany.
Zignorował tę odpowiedź i zaczął inspekcję niewielkiego 

pokoju.   Dotknął   zasłon,   otworzył   okno   i   wyjrzał   na   ulicę. 
Potem podniósł z półki statuetkę Buddy...

  - To musi być wietnamskie, prawda? - spytał, a ona nie 

miała   serca   mu   odpowiedzieć,   że   kupiła   posążek   na 
bostońskim bazarze.

Długo   wpatrywał   się   w   oprawioną   reprodukcję,   która 

wisiała nad kanapą.

 - Monet. Późny okres - zawyrokował, chociaż się mylił. - 

Masz śliczne mieszkanko - oświadczył, siadając wreszcie na 
kanapie, która przy jego wzroście wydała się malutka. - Motto 

background image

Harvardu brzmi; Veritas, kochanie. A to znaczy „prawda". In 
vino veritas: znaczy „W winie jest prawda".

 - Prawda w winie? - spytała zdziwiona.
  - Gdy pijemy winogronowy nektar, widzimy  świat We 

właściwych barwach i proporcjach.

  -   Nie   jestem   pewna,   czy   ty   dostrzegasz   w   tej   chwili 

jakiekolwiek proporcje - mruknęła.

Była zbyt podekscytowana, by usiąść. Podeszła do okna i 

zaczęła poprawiać zasłony. Potem ruszyła do kuchni, usiłując 
sobie   przypomnieć   artykuł   o   działaniu   kawy   na   pijanych, 
który kiedyś czytała w „Globe". Czy tam było napisane, że 
kawa przywraca trzeźwość, czy że bardziej mąci w głowie?

  -   Ja   naprawdę   nie   jestem   pijany   -   upierał   się   Mark, 

chociaż jego zmętniałe oczy przeczyły słowom. - Jestem tylko 
nieco zamroczony alkoholem.

Clarissa spojrzała na Marka z góry, chociaż był o wiele od 

niej   wyższy.   Wyglądał   bardzo   chłopięco.   Jak   wyrośnięty 
Huckleberry Finn. I jednak lepiej od niego ubrany.

  -   Kwa,   kwa,   kwa!   -   powiedziała,   sama   nie   wiedząc 

dlaczego. Po prostu Mark ją złościł.

 - Ja bardzo przepraszam... O co chodzi?
 - O twoje zamroczenie.
Założyła  ręce  na  piersiach  i   usiłowała  przybrać   surowy 

wygląd. Nawet zmarszczyła brwi. Przypomniała sobie kilka 
wypadków, kiedy ojciec po jakimś zebraniu związkowym albo 
wieczorze   z   koleżkami   też   wracał   do   domu   „zamroczony". 
Matka kazała mu to wtedy odespać na kanapie w dziennym 
pokoju,   nigdy   w   sypialni.   Ale   rano   rodzice   jedli   sobie   z 
dziobków, jakby nigdy nic.

„No bo nic się nie stało", tłumaczyła matka  córce. „Są 

mężczyźni, którzy robią się potworami, kiedy się upiją. Twój 
ojciec nigdy nie jest potworem."

background image

Mark także nie wyglądał na pijanego potwora. Clarissie 

przyszło   do   głowy,   że   również   mogłaby   ułożyć   Marka   na 
kanapie, tyle że musiałaby mu obciąć nogi w kolanach, żeby 
się   zmieścił.   Poza   tym,   gdyby   zasnął,   to   rano   zacząłby 
zachodzić   w   głowę,   skąd   się   tu   wziął.   I   byłaby   dwakroć 
bardziej   zakłopotana   niż   przed   paroma   godzinami,   kiedy 
wyznał jej swoje uczucia.

 - Chyba jednak zaparzę kawę - powtórzyła.
 - Nie! Przyszedłem nie na kawę, ale zobaczyć się z tobą. 

Skoro jednak teraz siedzę, to wątpię, żebym zechciał wstać. 
Jeśli więc wyjdziesz robić kawę, to przestanę cię widzieć... - 
Potrząsnął smutno głową. - Wpadłem w poważne kłopoty. Nie 
wiem, jak z tego wybrnąć.

Widząc, że zbladł, Clarissa spytała:
 - Czy masz zamiar wymiotować
  - To jest myśl! - Westchnął, zamknął oczy i przechylił 

głowę do tyłu. Walnął nią w ścianę, gdyż kanapa miała bardzo 
niskie oparcie. - Clarisso, kochanie... Widzisz, Veritas w winie 
jest taka, że nie mogę ożenić się z Jane.

  - Chyba zwariowałeś! Oczywiście, że możesz się z nią 

ożenić!

Czyż nie wystarczy, że ona sama zadurzyła się w Marku? 

Tego   jeszcze   brakowało,   żeby   Mark   zadurzył   się   w   niej   i 
zerwał zaręczyny z Jane. Wtedy Clarissa zostałaby uznana za 
osobę rozbijającą małżeństwa.

  - Czyż nie widzisz, Clarisso? Ożenić się z Jane to tak, 

jakby   wziąć   ślub   z   sobą   samym...   Jesteśmy   zbyt   podobni. 
Różni nas tylko płeć.

  -   Bredzisz   bez   sensu.   Musisz   napić   się   kawy.   Mark 

wyprostował się i pogroził Clarissie palcem:

  -   Obiecuję   ci,   że   zwymiotuję,   jeśli   zmusisz   mnie   do 

wypicia kawy.

 - Już dobrze, dobrze. Nie będzie kawy.

background image

Usiadła w fotelu i przyglądała się twarzy Marka. Już nie 

był blady. Wprost przeciwnie: miał różowiutką buźkę. Ale to 
jeszcze nic nie znaczy, pomyślała.

  -   Jestem   bardzo   zadowolony,  że   udało   nam   się 

wypracować wspólne stanowisko - powiedział i uśmiechnął 
się, jakby nie miał już ani jednej troski.

Długa cisza, jaka po tym oświadczeniu nastąpiła, kazała 

Clarissie zwątpić w jego słowa. Słyszała szum klimatyzatora 
w sypialni i bardzo żałowała, że nie może po prostu wstać i iść 
do   łóżka.   Z   Markiem.   Ale   Markiem   trzeźwym.   Markiem 
mówiącym do rzeczy i Markiem dżentelmenem.

  -   Mógłbym   się   tobą   zaopiekować   -   powiedział. 

Zaczerwieniła się na samą myśl o tym.

 - Ta rozmowa prowadzi donikąd - oświadczyła.
 - Masz rację, bo ja nigdzie nie chcę prowadzić ciebie czy 

siebie.   Ja   chcę   tu   zostać   i   rozmawiać.   -   Jakby   na   chwilę 
oprzytomniał. - Więc co ty na to?

 - Na co? Nie wiem, o czym mówisz.
  - Mówię o tobie i o mnie. Z góry ci powiem, że moi 

rodzice nie będą zachwyceni. Są sztywni, nadęci, zaściankowi. 
Bardzo ich kocham, ale czasami są nie do zniesienia. A chodzi 
o to, że nie jesteś... tak zupełnie... biała.

 - Wcale nie jestem biała! - warknęła ze złością, nie mając 

zamiaru z pijanym kawalerem dyskutować na temat rasizmu w 
Ameryce.

  - Nigdy w  życiu nie podejmowałem żadnego ryzyka - 

ciągnął. - Zawsze wybierałem bezpieczną drogę. Jane jest taka 
samą. Ona zawsze, ale to zawsze robi to, czego  się po niej 
wszyscy spodziewają. Nie wiem, czy my się kochamy. I czy w 
ogóle wchodzi tu w grę miłość. Po prostu wydawało nam się... 
rozsądne   połączyć  nasze   życie.  Miłość   nie  miała  tu  nic  do 
powiedzenia.

 - Mówisz tak, bo wypiłeś...

background image

  -   Mówi  Veritas,  moja   droga.   Pozwól,   że   wyjaśnię   ci 

prostymi słowami, o co chodzi. - Jego wzrok stał się odrobinę 
przytomniejszy. - Podniecasz mnie. Mam na ciebie ochotę!

Nastroszyła się i wybuchnęła:
  -   No   wiesz!   Przychodzisz   tu   do   mnie   pijany   i 

oświadczasz, że chcesz iść ze mną do łóżka! Oszalałeś?

Ponieważ była taka filigranowa, nikt nigdy nie spodziewał 

się, że potrafi pokazać pazurki. W rzeczywistości jej pazurki 
były   nieproporcjonalnie   wielkie   w   stosunku   do   wzrostu.   I 
pomyśleć,   że   musi   cierpieć   podobne   upokorzenie   tylko 
dlatego, że Jane pognała do Luizjany, że była już zamężna, że 
ona, Clarissa, zadurzyła się głupio w Marku i powiedziała mu 
to! Nie, dosyć tego!

  - Proszę opuścić moje mieszkanie, panie Dennison! Nie 

mamy sobie nic więcej do powiedzenia!

 - Ale ja... - uśmiechnął się szerzej - nie mogę...
 - Może pan, świetnie pan może!
 - Nie mogę wstać - wyjaśnił.
 - Ja panu pomogę.
Zerwała się z fotela i podbiegła do kanapy. Pojęcia nie 

miała, jak ona, czterdziestopięciokilowe chuchro, postawi na 
nogi   potężnej   budowy   mężczyznę,   ale   w   tej   chwili   była 
wściekła   na   tego   pijanego,   białego,   bogatego   erotomana. 
Chwyciła jego nadgarstki, wsparła się piętami  o dywan i z 
całych sił pociągnęła. Niespodziewanie znalazła się na jego 
kolanach. Piszcząc, zaczęła się szarpać.

 - Niech pan się wynosi, niech pan się wynosi!
  - Najpierw - uśmiechnął się bezradnie - będziesz może 

łaskawa,   za   co   z   góry   serdecznie   dziękuję,   wskazać   mi 
łazienkę.

 - Chcę, żebyś się stąd natychmiast wyniósł!
  -  Życzenie damy mojego serca jest dla mnie rozkazem, 

ale przewiduję zbliżający się rozstrój...

background image

  - O Boże, i jeszcze to! Tu... To znaczy tam! Ponownie 

chwyciła go za nadgarstki i tym razem bez

wysiłku   podniosła   z   kanapy.   Było   to   jedno   z   owych 

cudownych   wydarzeń,   kiedy   to   matka   potrafi   unieść 
samochód,   by   ocalić   życie   dziecka   przygniecionego   przez 
koło.   Desperacja   Clarissy   pomogła   jej   wykonać   rzecz 
niemożliwą:   przepchnąć   dziewięćdziesięciokilogramowego 
dryblasa do łazienki. I to w rekordowym czasie!

Mark   wtoczył   się   do   małego   pomieszczenia   i   Clarissa 

czym   prędzej   zatrzasnęła   za   nim   drzwi,   po   czym   ciężko 
oddychając, oparła się o ścianę.

I co ona ma  teraz zrobić? Mark upił się z jej powodu, 

przyszedł tu z jej powodu, a teraz siedzi pewno na ziemi i 
obejmuje miskę klozetową. Mimo że była na niego wściekła, 
nie może go znowu tak bardzo nienawidzić... Usłyszała jego 
głuchy głos zza drzwi:

 - Clarisso!
 - Słucham! - Nie mówiła już ostrym tonem.
 - To mnie właśnie bardzo podnieca...
 - Podnieca cię wymiotowanie?
  - Nie.  Życie w niepewności. Niewiedza, co przyniesie 

jutro. Chodzenie dzikim szlakiem. Jane nigdy by nie poszła na 
spacer dzikim  szlakiem. Ja  chcę chodzić  takimi  szlakami  z 
tobą!

 - W twoim stanie nie będziesz chodził żadnym szlakiem, 

ze mną czy beze mnie.

  - Masz rację, Clarisso. - Jego głos był jeszcze bardziej 

głuchy. Pewno opuścił głowę jeszcze niżej. - W moim stanie... 
jestem na kolanach.

 - Tak myślałam, że klęczysz.
 - A ponieważ już klęczę, to mogę chyba cię zapytać, czy 

za mnie wyjdziesz?

background image

Miała   ochotę   krzyczeć.   Miała   ochotę   płakać.   Chciała 

otworzyć drzwi kopniakiem i dać kopniaka Markowi. Miała 
ochotę obrzucić go wszystkimi wyzwiskami, jakie znała, po 
angielsku i po wietnamsku, a może nawet i po łacinie, mając 
świeżo w pamięci vino i Veritas. Pragnęła wykrzyczeć mu nad 
uchem, żeby wynosił się z jej życia,

Ale jednocześnie bardzo chciała spacerować z nim dzikimi 

szlakami,   mimo   że   w   tej   chwili   był   nieznośny.   Bardzo   by 
chciała wiedzieć, co jej przyniesie jutro i czy to, co przyniesie, 
będzie zawierało element szczęścia. A może i miłości.

Miała nadzieję, że nie zacznie siebie nienawidzić za to, że 

od razu nie odrzuciła jego propozycji.

 - Zastanowię się nad tym, dobrze?
Nie   odpowiedział,   choć   długo   czekała.   Wreszcie, 

przygotowując się na najgorsze, uchyliła drzwi. Mark leżał na 
dywaniku i uśmiechając się, słodko spał.

Motocykl   stał   w   sypialni   Cody'ego.   Przez   głowę   Jane 

przebiegały najrozmaitsze  myśli. Kto o zdrowych zmysłach 
trzyma motocykl w sypialni?

Czy   może   Cody   wprowadził   go   tu   jako   przynętę,   z 

nadzieją, że ją tu zwabi? Czy wszystko tak zaplanował, by w 
którymś momencie musiała spytać o starego harleya?

Nonsens! Po pierwsze, skąd mógł wiedzieć, że tak dobrze 

im pójdzie ze Stanhopem. Po drugie, wcale nie ukrywał, że 
chciałby   się   z   nią   kochać.   Nie   musiał   stosować   żadnych 
wybiegów, by ją ściągnąć do siebie. I była pewna, że gdyby 
teraz obróciła się na pięcie i wyszła, to by jej nie zatrzymywał. 
Nie był natrętny. Nigdy nie był wobec niej natrętny.

Bo nigdy nie musiał.
Mieszkanie   Cody'ego   wyglądało   nieco   lepiej,   niż 

wyglądają z zasady mieszkania kawalerów. Salonik był mały, 
ale   schludny.   Tylko   kilka   starych   numerów   ilustrowanego 
przeglądu sportowego poniewierało się  tu i  tam, meble  zaś 

background image

pokrywała   cienka   warstwa   kurzu.   Natomiast   dobór 
oprawionych   plakatów   na   ścianach   był   dobry,   a   dywan 
pasował   do   zasłon.   Kiedy   ją   tu   wprowadzał,   pokazał   tylko 
drzwi do kuchni, nie otwierając ich, co kazało myśleć, że tam 
właśnie zarezerwowane jest miejsce na bałagan.

Z   kolei   sypialnia...   Nie   była   pewna,   czy   jest 

przygotowana, by tam wejść, chociaż bardzo chciała. O Boże, 
przecież pragnęła do niej wejść od dnia przybycia do Nowego 
Orleanu!

Sypialnia była mniejsza niż salonik i bardziej zagracona. 

Drzwi garderoby stały szeroko otwarte, pozwalając dostrzec 
krzywo   powieszone   koszule,   stos   butów   na   dole,   piłkę   do 
koszykówki   na   półce,   szlafrok   zawieszony   na   haczyku   i 
ekspander dla sportowców na klamce.

Szybko   odwróciła   głowę.   Jej   wzrok   powędrował   do 

szerokiego  łóżka,   które   było   zasłane,   ale   źle:   pod   narzutą 
rysowały się wyraźne garby zmiętych prześcieradeł. Po obu 
stronach łóżka znajdowały się nocne stoliki. Na jednym stało 
radio   z   budzikiem,   na   drugim   telefon   i   obok   niego   jakaś 
książka w miękkiej, barwnej okładce. Szufladki komody były 
lekko   uchylone   i   po   same   brzegi   wypełnione   szczotkami, 
ołówkami, piórami i wycinkami prasowymi. Rezydowały tam 
również dwie szklanki do piwa, oznaczone nazwami barów.

Nad   komodą   wisiało   lustro,   dzięki   czemu   Jane   mogła 

widzieć, co znajduje się za jej plecami. A znajdował się tam 
między innymi motocykl ukryty w rogu za drzwiami.

Zamknęła   drzwi,   aby   móc   go   obejrzeć.   Przepełniło   ją 

uczucie   nostalgii,   napłynął   słodko   -   kwaśny   kalejdoskop 
wspomnień. Na chromowanych częściach pojawiły się nowe 
odpryski   i   skazy,   a   skórzane   siodełko   było   zdecydowanie 
bardziej   popękane.   Jakże   dobrze   pamiętała   to   siodełko! 
Długie. Dwie osoby mogły na nim siedzieć. I siedziały. Ona z 
tyłu,   obejmując   z   całych   sił   Cody'ego.   Promienie   słońca 

background image

odbijały   się   od   chromów   kierownicy   i   raziły   ją   w   oczy.   I 
pozostała ta sama osłona przed wiatrem i deszczem. Pamiętała 
lusterka, pokrętła i manetki, które zawsze wydawały jej się 
bardziej   skomplikowane   niż   osprzęt   w   kabinie   promu 
kosmicznego.

Bała   się   tego   motocykla,   kiedy   go   po   raz   pierwszy 

zobaczyła.   A   jeszcze   bardziej   bała   się   podczas   pierwszej 
przejażdżki.   Ale   gdy   opuszczała   Cody'ego,   to   wtedy 
pomyślała   z  żalem,  że  już   nigdy  nie   nauczy  się   prowadzić 
takiego potwora.

 - Dlaczego go tu trzymasz? - spytała.
 - Chronię przed złodziejami.
Cody   stał   oparty   o   toaletkę,   ręce   trzymał   złożone   na 

piersiach, i uśmiechał się z lekką ironią i rozbawieniem.

  -   Trzymałem   go   na   parkingu,   ale   ktoś   go   ukradł.   To 

nietrudne. Wsadza się go na furgonetkę i zmyka.

  -   To   okropne!   Pomyślała   sobie,   że   chyba   bardziej 

okropne,   niż   gdyby   ukradli   mu   datsuna.   I   jeszcze   bardziej 
okropne, niż gdyby w Bostonie ukradli jej BMW. Motocykl 
był   reliktem   ich   młodości,   równie   cennym   jak   eksponat 
muzealny. Jakże ktoś mógł się odważyć na tak niecny krok?

  -   Następnego   dnia   motocykl   odnalazł   się   w   pobliżu 

uniwersyteckiego   kampusu.   Złodzieje   nie   potrafili   go 
uruchomić, więc porzucili w zaułku. Zabrali tylko lusterka i 
trochę   poniszczyli   chromy.   Remont   zajął   mi   sporo   czasu. 
Jeszcze   zostało   kilka   śladów...   -   Wskazał   na   manetkę   w 
pobliżu rury wydechowej. - Widzisz?

 - I od tego czasu trzymasz go tutaj?
  - Tak. Przynajmniej jest bezpieczny. Przez pewien czas 

stał w sąsiednim pokoju, ale głupio wyglądał. Poza tym, kiedy 
zapraszałem kolegów na mecz w telewizji, każdy chciał na 
nim usiąść, a przecież jest stary i nie można go traktować jak 
trampoliny.

background image

 - Oczywiście. Byłoby to bezczeszczenie świętości. Rzucił 

jej rozbawione spojrzenie.

 - Tak daleko bym się nie posunął. To jest mimo wszystko 

tylko motocykl, a nie relikwiarz czy kapliczka.

Dla   niej   to   był   relikwiarz.   Z   wahaniem,   a   nawet 

szacunkiem   podeszła   do   maszyny   i   przeciągnęła   dłonią   po 
błyszczących chromach kierownicy. Przypomniała sobie, jak 
Cody mocno ją trzymał, nisko pochylony do przodu,  jakby 
rzucał wyzwanie szosie. Była wówczas oczarowana zarówno 
nim, jak i motocyklem.

Prawdopodobnie każda nastolatka w jakimś okresie swego 

życia   uważa,   że   mężczyzna   na   motocyklu   wygląda 
niesłychanie atrakcyjnie. Ale kiedy Cody z nią jechał, był nie 
tylko pociągający; wydawał się uwolniony od ziemskich trosk. 
Czasami w przeszłości myślała, że ta ucieczka z domu była 
dla niego większym wyzwoleniem niż dla niej. Ona uciekała 
od rodziny, która chciała pokierować jej życiem, Cody uciekał 
z domu, który nie był domem, od matki, która nie była matką, 
od życia, które nie było takim, na jakie zasługiwał.

A   może   Cody   wcale   od   niczego   nie   uciekał,   tylko   ku 

czemuś podążał? Ku dojrzałości, ku przyszłości, ku innemu 
życiu?

Z kierownicy przeniosła dłoń na wytarte siodełko, bardziej 

wygniecione z przodu niż z tyłu. Ciekawe, ile jeszcze kobiet 
woził na tym siodełku? Obejmowały go i tuliły się do niego 
podczas jazdy. Ile ich było?

Nigdy o to nie spyta.
  - To było dziwne przeżycie... zawsze z tyłu za tobą - 

powiedziała.

 - Co to znaczy „dziwne"?
Roześmiała   się   lekko   speszona,   że   tak   się   zagłębia   we 

wspomnienia długich wypraw z Codym i wyskoków do parku.

background image

  - Nigdy nie wiedziałam, dokąd jedziemy - wyjaśniła. - 

Nie widziałam drogi. Widziałam tylko ciebie.

Uśmiechnął się zamyślony, jakby chciał zgłębić powody, 

dla których jest speszona. A może był podobnie poruszony 
wspomnieniami.   Wpatrywał   się   w   nią   oczami  o   wyrazie 
równie   tajemniczym   jak   niebo   nad   kontynentem,   który 
przemierzyli   na   motocyklu.   Potem   odwrócił   wzrok   i 
poklepując siodełko, spytał już swobodnym tonem:

 - Może wsiądziesz?
 - Będziemy jeździć po mieszkaniu?
  -   Nie,   ale   usiądź   z   przodu   i   zobacz,   co   straciłaś. 

Właściwie to powinienem był ci pozwolić prowadzić od czasu 
do czasu.

 - Nie umiem prowadzić motocykla.
 - Nauczyłbym cię. Jazda, wsiadaj.
Jakiś wewnętrzny głos ostrzegał ją, żeby tego nie robiła, 

ale już tyle razy ryzykowała z Codym.. Ryzykowała od chwili 
pierwszego spotkania na szkolnym korytarzu.

Ryzykowanie nie zawsze jest złe. Zaryzykowała w salonie 

bilardowym Gussie i wygrała.

Musiała   podciągnąć   spódnicę,   by   przełożyć   nogę. 

Trzymając   mocno   kierownicę,   usadowiła   się   dobrze   w 
zagłębieniu siodełka.

  - Tylko mi nie rób kawałów i nie wytrąć podpory. Nie 

chcę się znaleźć na ziemi.

  -   Jak   możesz   mnie   o   coś   podobnego   posądzać!   Teraz 

uważaj: to jest dźwignia zmiany biegów, to jest pedał gazu, to 
szybkościomierz, a to tach.

 - Tach?
.   -   Tachometr.   Podaje   obroty   silnika.   Ty   jeździsz   na 

automatycznej skrzyni biegów?

 - Niestety tak.

background image

 - Niektóre z wozów z automatyczną skrzynią biegów też 

mają   tachometry...   Idziemy   dalej:   to   jest  wskaźnik 
temperatury silnika, to kierunkowskaz, wyłącznik reflektora. 
Na   motocyklu   należy   mieć   zawsze   włączony   reflektor.   W 
dzień i  w nocy. Motocyklista  powinien być zawsze  dobrze 
widoczny.

Skinęła głową rozbawiona, że Cody tak poważnie traktuje 

swój instruktaż, i jednocześnie zdziwiona, że choć jest tylko 
pochylona   nad   kierownicą   unieruchomionej   maszyny, 
odczuwa jej siłę. Zupełnie inaczej niż w samochodzie, gdzie 
kierowca   nie   widzi   bezpośredniego   związku   miedzy 
kierownicą a kołami. To znaczy wie o tym, ale tego związku 
nie widzi gołym okiem. Na motocyklu widzi, jest to dla niego 
oczywiste: kierownica kontroluje bezpośrednio przednie koło. 
Widzi ją, skręcając.

 - Wspaniale! - wykrzyknęła, myśląc z rozbawieniem, co 

też   by   powiedzieli   jej   koledzy   z   firmy   Baker,   Dunn   i 
Wspólnicy, gdyby ją zobaczyli na potężnym, starym harleyu. - 
Czuję się jak Peter Fonda w „Easy Rider".

  - W tym filmie Peter Fonda wylądował w trumnie. Nie 

wolno ci czuć się jak on.

Zdjął   kurtkę   i   cisnął   ją   na   łóżko,   przełożył   nogę   przez 

siodełko motocykla i usiadł za Jane. Poczuła na plecach żar i 
ściskające ją uda.

  - Co ty wyrabiasz, Cody? - Jej oddech zrobił się nagle 

krótki.

  - Ty nigdy nie siedziałaś z przodu, a ja nigdy z tyłu... - 

Objął ją czule i delikatnie w pasie. - Chcę widzieć, jak to jest: 
widzieć ciebie, a nie drogę.

Mogła   mu   powiedzieć,   jak  to   jest:   trochę   strasznie,  ale 

właściwie   wspaniale.   Bardzo   niebezpiecznie.   Znacznie 
niebezpieczniej   niż   wtedy,   kiedy   się   całowali   na   schodach 
budynku redakcji, o wiele niebezpieczniej niż wtedy, kiedy ją 

background image

pocałował przed hotelem i zdecydowanie groźniej, niż kiedy 
na nią stawiał w salce bilardowej, a potem ona wygrała i on 
zachowywał się tak, jakby przez cały czas wiedział, że tak się 
stanie, gdyż była jego żoną, kimś, kogo bardzo dobrze znał. 
Przesunął ręce do przodu, kładąc je na wewnętrznej stronie jej 
ud, jakby chciał lepiej się trzymać podczas jazdy.

 - Cody! - jęknęła.
 - Pochyl się, wyobraź sobie, że pędzisz!
Paliły   ją   jego   dłonie,   paliła   skóra   ramienia,   którego 

dotknęły jego usta. Miała teraz gęsią skórkę, miała...

  -   Cody,   nie   jestem   pewna,   czy...   -   Słowa   przeszły   w 

westchnienie, gdy poczuła, że jego palce podnoszą nieco jej 
spódnicę.

  -   Jadąc   motocyklem   trzeba   polegać   na   instynkcie   - 

tłumaczył zmienionym głosem, a Jane czuła jego oddech we 
włosach. - Można tego czy owego się nauczyć, ale w końcu 
pozostaje tylko instynkt.

Poruszył   głową   i   brodą   odsunął   włosy   z   jej   twarzy,   a 

potem zaczął lekko całować jej ucho. Instynkt podpowiadał 
jej, by nie zbaczać z tej drogi i pojechać nią do końca. Może 
tam właśnie jest wolność. Może złamane serce. Może jedno i 
drugie. Instynkt jednak nakazywał jechać dalej.

Cody podciągnął jej spódnicę już do bioder. Jej nogi jakby 

czekały na jego dotyk. On tymczasem wyjął ze spódnicy jej 
bluzkę i delikatnie głaskał brzuch. Żar jego dotyku rozchodził 
się po jej całym ciele. Pomyślała o łóżku odległym zaledwie o 
dwa kroki.

 - Cody, może...?
  -   Zostań   tu.   Wspaniale   prowadzisz   -   szepnął.   Sięgnął 

wyżej, znalazł klamerkę stanika, odpiął go  i obiema dłońmi 
przykrył piersi. Jane nie mogła dłużej siedzieć prosto i oparła 
się o Cody'ego. Całował jej kark i skraj turkusowego szala. - 
Jesteś wspaniała...

background image

Czuła w dole pleców dotyk czegoś, czego przedtem nie 

było. Ciekawe, czy wtedy, kiedy on prowadził, też był tak 
świadomy jej bliskości fizycznej, jak obecnie ona? Jeśli tak, to 
cud, że nigdy nie zjechali z drogi i że nie mieli wypadku.

Zacisnął ręce na jej piersiach. Ból był słodki i chciała, by 

trwał.   Przypomniała   sobie,   co   Cody   powiedział   pierwszego 
wieczoru   w   barze   u   Gussie:   że   ich   małżeński   seks   był 
wspaniały. Są nadal małżeństwem.

Cody przeniósł dłonie na jej uda. Właściwie zsunął je po 

wygniecionej spódnicy. Jane jęknęła, gdy poczuła, że Cody 
unosi ją na siodełku.

 - Cody, ja myślę, że... łóżko...
 - Nie podoba ci się podróż motocyklem?
 - Ja...
Wszystko stało się nierealne, gdy poczuła wilgoć między 

udami  i uświadomiła  sobie, co się dzieje. Jej ciało stężało, 
rozwarło się, przyjęło go. Zawsze doprowadzał ją do stanu, w 
którym gotowa była robić z nim wszystko. Jak nikt inny, kogo 
znała,   potrafił   doprowadzić   ją   do   punktu,   w   którym 
zapominała,   kim   jest,   i   stawała   się   zupełnie   kimś   innym, 
motywowanym tylko potrzebą chwili, głodem miłości i samą 
miłością.

 - Jak cudownie - szepnął.
 - Taak...
Po   chwili   zdjął   ją   z   motocykla   i   stawiając   na   ziemi, 

przylgnął ustami do jej warg. Przytuliła się do niego ledwie 
świadoma,   że   zdejmuje   jej   spódnicę.   Musiał   oderwać   na 
chwilę usta, by móc zdjąć jej bluzkę przez głowę. Gdy była 
naga, sam się szybko rozebrał i przylgnął do niej z powrotem, 
całując zaborczo. Dopiero gdy znów posadził ją na motocyklu, 
tym   razem   tyłem   do   kierownicy,   zdała   sobie   sprawę,   że 
pozostawił jej na szyi szal - niby wielki turkusowy naszyjnik. 
Sam usiadł twarzą do niej i ujął kierownicę.

background image

 - Nie wywróci się? - spytała.
 - Jeśli nie będziesz szaleć...
  - To niesamowity pomysł... - zaczęła, ale jej przerwał 

kolejnym pocałunkiem. Odchyliła się na chwilę do tyłu, po 
czym objęła go i oparła głowę na jego ramionach. Wraz z nią 
wzbiła się w górę jej dusza, zabrała ją z sobą do mrocznego, 
pełnego pasji i namiętności świata, który znała tylko z wypraw 
z Codym i którego nigdy nie szukała bez niego. Mogła mieć 
jedynie nadzieję, że kiedy z tej wyprawy powróci, znajdzie 
powrotną   drogę   do   domu,   tak   jak   ją   znalazła   przed 
dwunastoma laty.

Położyła mu dłonie na ramionach po części dlatego, żeby 

znaleźć oparcie, a po części by go dotykać, być bliżej. Miał 
gorącą i gładką skórę. Kiedy zaczęła ją głaskać, wstrzymał 
oddech.   Zawsze   ją   zdumiewało,   że   potrafi   nie   mniej   go 
podniecić niż on ją.

  - Janey, Janey... - szepnął, gdy wygięła się ku niemu w 

łuk. Nieco się uniósł, owinął jej nogi wokół siebie. I wtedy 
znowu zapomniała o całym świecie. Była tylko zdolna przyjąć 
go,  wchłonąć,  odczuwać   jego  ciężar,  gdy   kochał   się   z   nią, 
wywołując uczucia, jakich nie potrafią  wyrazić słowa. Jego 
ruchy   stawały   się   ostrzejsze   i   szybsze.   Jane   stężała   przed 
osiągnięciem szczytu, lecz wiedziała, dokąd zmierza, dokąd 
jedzie... Gdy otworzyła oczy i ujrzała nad sobą jego twarz, 
jego zmysłowe usta i błyszczące oczy, zdała sobie sprawę, że 
celem jej wędrówki był zawsze Cody.

background image

Rozdział 13
Jestem już chyba za stary na takie rzeczy, pomyślał Cody.
Trwało wieki, nim odzyskał pełną świadomość. A kiedy to 

się stało, poczuł skurcz w udach, ból w plecach i ciężar głowy 
Jane na rękach, w które wpijała się kierownica. Jeśli będzie 
zbyt nieostrożny, przewróci motocykl. Jeśli znieruchomieje w 
tej pozycji, to...

To chyba umrze. Ale umrze szczęśliwy. Miał wybór.
Na tę myśl roześmiał się. Spojrzał na Jane i zobaczył jej 

zdumione   spojrzenie,   usta   wilgotne   od   jego   pocałunków, 
policzki zaróżowione.

 - Janey, Janey... - wyszeptał. Zamknęła oczy i westchnęła.
 - Nie mogę uwierzyć...
  - Trzymaj się. - Powoli prostował się, a Jane krzyknęła 

przerażona, gdy motocykl zaczął się chwiać. - Nie  bój się! 
Wyjdziemy z zakrętu - uspokoił ją, sięgając stopą podłogi.

Pomógł   Jane   usiąść.   Kiwała   półprzytomnie   głową   i 

urywanie  oddychała. Patrzył na jej  piękne  ciało, jędrne tak 
samo jak przed laty. Czuł, że jest gotów wszystko powtórzyć. 
Ale   czy   ona   również   tego   chce,   czy   też   spuszczone   oczy, 
pełen zdziwienia wyraz twarzy i skulone ramiona oznaczają, 
że żałuje minionych chwil?

Jeśli żałuje, to trudno. On jej nie przeprosi, bo niczego nie 

żałuje.   Nie   będzie   też   się   babrał   w   rachunkach   sumienia   i 
szukał   ucieczki   w   płonnych   nadziejach.   Poprzednim   razem 
zainwestował w nią zbyt wiele uczucia i niemal oszalał. Nie 
powtórzy   poprzedniego   błędu.   Kiedy   tym   razem   Jane   go 
opuści - a jest to sprawa godzin lub najwyżej dni - on nie 
pozwoli sobie na cierpienie. Nie będzie w nim żadnych uczuć,

Z drugiej strony pożądał jej, pragnął ją mieć. Różnie to 

można nazwać: dojrzałością, zmysłem praktycznym, procesem 
starzenia, ale chciał kochać się z nią normalnie, na łóżku z 
materacem i poduszką, w pokoju, po którym można  zrobić 

background image

parę   kroków.   Chciał   ją   mieć   nad   sobą,   pod   sobą,   dokoła 
siebie. Po prostu chciał  ją mieć, potrzebował jej. Chciał  ją 
mieć   rozpaloną,   rozszalałą,   chciał   ją   mieć   na   prawach 
wyłączności.

 - Dobrze się czujesz? - spytał, przeciągając dłonią po jej 

ramieniu i rozkoszując się delikatnością jej skóry.

 - Jak ty to robisz, Cody, że tak na mnie działasz? Co w 

tobie jest, że jestem gotowa robić takie rzeczy?

 - Mój nieodparty czar i seksapil - odparł.
  -   Ale   to   wydaje   się   nie   mieć   sensu.   My   przecież   nie 

pasujemy   do   siebie.   Nie   widzę   żadnego   logicznego 
wytłumaczenia.

  - Seksu nikt nie wytłumaczył jeszcze logiką. Nie wolno 

nawet próbować sobie tłumaczyć...

 - Musi w tym być jakaś logika - upierała się. - Jestem tu i 

myślę.   Sądzę,   że   ty   również   się   zastanawiasz.   Powinniśmy 
móc we dwójkę jakoś to wszystko wyjaśnić.

Niezmienna Janey: usiłuje wszystko analizować, by potem 

otrzymać  celujący   stopień  podczas  pisemnego   egzaminu  na 
temat seksu.

 - Tu nie ma co wyjaśniać - argumentował, tracąc szansę 

na   jakikolwiek   stopień   z   egzaminu   pisemnego,   ale   chcąc 
mimo to zdawać ustny. - Zwierzęta to robią, owady to robią, 
rośliny też...

 - Ale nie na motocyklach - odparła.
  - Z pewnością by spróbowały, gdyby im to przyszło do 

głowy.

  -   O   nie!   -   zaprotestowała,   prostując   się   i   pozwalając 

Cody'emu postawić się na podłodze. - Gdyby rośliny miały 
rozum, to nigdy nie robiłyby tego, co myśmy przed chwilą 
robili.

  -   Ale   przyznaj,  że   było   przyjemnie.   Spiorunowała   go 

wzrokiem, a po chwili uśmiechnęła

background image

się wstydliwie.
 - Jesteś jak trucizna, Cody.
 - A może jednak nektar?
Wziął ją w ramiona i pocałował. Wreszcie stali na twardej 

podłodze   i   nie   było   ryzyka,   że   upadną   podczas   pieszczot. 
Mógł do woli głaskać ją po plecach i tulić do siebie. Położyła 
mu dłonie na ramionach, drżąc i czekając, aż Cody znowu ją 
posiądzie. Być może jest dla niej trucizną, ale jakże słodką!

Nie   przestając   się   całować   dotarli   do   łóżka,   z   którego 

Cody zrzucił leżącą tam kurtkę. Podciągnął Jane tak, aby jej 
głowa spoczywała na poduszce. Usiłował ją sobie wyobrazić z 
innym mężczyzną, ale nie potrafił. Nie była to megalomania z 
jego strony - a może i tak - ale nie mógł sobie wyobrazić Jane 
wbijającej   palce   w   plecy   innego   mężczyzny,   jęczącej   z 
rozkoszy   dla   innego.   Po   prostu   nie   wierzył,   by   mogła 
reagować na innego mężczyznę tak, jak reagowała na niego, 
ponieważ on sam nigdy nie zareagował na inną kobietę tak jak 
na Jane.

Chciał, aby zaczęła za nim szaleć tak, jak szalała przed 

dwunastoma laty. Chciał, aby nigdy nie zapomniała obecnych 
chwil, aby o nich myślała, kiedy powróci do Bostonu i będzie 
szła   do   ołtarza   w   eleganckim   kościele,   by   poślubić   Marka 
Bankiera. Chciał, aby wspominała ten dzień, kiedy położy się 
do   łóżka   z   owym   Markiem.   Ilekroć   będzie   się   kochała   z 
nowym   mężem,   ma   myśleć   o   poprzednim,   o   tym,   który 
nauczył ją miłości. O tym, który był dla niej trucizną.

Oczekiwał   pewnego   uczucia   triumfu,   że   udało   mu   się 

pozostawić w jej świadomości nie dający się zetrzeć ślad, a 
tymczasem czuł tylko rozdzierający smutek. W głębi duszy 
wiedział, że bez względu na to, o czym Jane będzie myśleć w 
noc   poślubną,   na   pewno   nie   będzie   myśleć   o   jakimś   tam 
Codym. Bez względu na to, jak bardzo będą się kochać dziś i 

background image

bez względu na to, co jeszcze Cody jej zaproponuje, jutro Jane 
wyjedzie.

Przynajmniej  tym razem wie, co go czeka. Nie był już 

romantycznym młodzieńcem, który wierzył w to, że marzenia 
mogą   się   spełnić   i   że   on   potrafi   zdobyć   dozgonną   miłość 
księżniczki. Jane sobie pojedzie i bez niej będzie mu lepiej. 
Tak jak przedtem, zanim tu przyjechała. Nigdy nie potrafiłby 
być   księciem,   i   nie   chciałby   nim   być,   więc   lepiej   od   razu 
przekręcić kurek i odciąć dopływ wielkich uniesień, uczuć i 
nadziei. Trzeba po prostu bawić się sytuacją. Bawić się dzisiaj 
do upadłego, ponieważ jest to jedyny i ostatni wieczór z Jane, 
która więcej od niego nic nie chce i od której on już niczego 
nie oczekuje.

Z tą myślą położył się na niej, objął ją w posiadanie i 

doprowadził   do   orgazmu.   Chciał   tylko   jednego:   Jane 
szalejącej   z   namiętności   w   jego   ramionach.   Tylko   tego 
jednego wieczoru!

 - W „Sentinelu" mamy notariuszkę - powiedział.
Siedzieli w jego kuchni, pijąc kawę. Jane miała na sobie 

jedną ze starych koszul Cody'ego. Zawinęła rękawy do łokci, 
poły   sięgały   jej   kolan.   Mimo   tego   bardzo   sugestywnego 
odzienia,   zmierzwionych   włosów,   zaczerwienionych 
policzków j śladów miłosnych uniesień siedziała jak skromna 
panienka,   z   zaciśniętymi   nogami   i   grzeczniutkim   wyrazem 
twarzy. Cody obserwował ją, stojąc przy kuchennym blacie i 
robiąc grzanki. I doszedł do wniosku, że Jane jest po prostu 
sztywną, dobrze wychowaną damą z Bostonu, która starannie 
ukrywa swoje libido.

On   tymczasem   je   odkrył.   Kochał   się   z   nią   całą   noc. 

Obolałość   po   eksperymencie   na   harleyu   była   niczym   w 
porównaniu   z   obolałością,   jakiej   się   dorobił   w   ciągu 
następnych godzin. Nic podobnego nie przydarzyło mu się od 
młodzieńczych lat.

background image

Jane patrzyła na niego nieodgadnionym wzrokiem.
 - Notariuszka? - powtórzyła.
 - Tak. Pracuje w kadrach. Możemy do niej iść. Podpiszę 

papiery, ona potwierdzi... - Obserwował uważnie jej  twarz, 
oczekując reakcji.

Jane   odstawiła   kubek   i   ściągnęła   wargi,   po   czym 

zmarszczyła nos i wzięła głęboki oddech.

 - Świetnie, doskonale... - Przez chwilę miała otwarte usta, 

jakby   zamierzała   coś   jeszcze   powiedzieć,   ale   zamiast   tego 
podniosła kubek z kawą.

  -   Nie   sądzę,   żebyś   miała   przy   sobie   te   dokumenty.,. 

Odezwał się tylko po to, by podtrzymać rozmowę.

Jane wydawała się niezadowolona i wyraźnie poruszona. 

Jej policzki zbladły.

 - Dokumenty są w hotelu - stwierdziła sucho.
 - Więc będziemy musieli wpaść do hotelu - odparł.
 - Chyba tak.
Cisza.   Cody   obserwował   drobiny   kurzu   tańczące   w 

promieniach słońca, które wpadały z okna za plecami Jane. 
Nie   chciał   odkładać   tego,   co   było   nieuchronne,   ale   po 
minionej   nocy...   Może   mógłby   ją   przekonać,   żeby   została 
jeszcze parę dni w Orleanie i dopiero potem zalegalizują ten 
podpis? Owszem, kochali się na harleyu i w łóżku, ale nie 
robili   tego   jeszcze   pod   gwiazdami...   Tyle   pozostało   do 
odkrycia, tyle świata można by jeszcze podbić!

Ale ją czekało przygotowanie ślubu w Bostonie, a jego 

czekał   powrót   do   rzeczywistości   i   pogodzenie   się   z   nią. 
Zawsze mu się to doskonale udawało z wyjątkiem jednego - 
życia bez Jane. Nagle grzanki głośno wyskoczyły z tostera i 
Cody przerwał rozmyślania. Ułożył je na  talerzu i zaniósł na 
stół. Jane spojrzała na nie, lecz nie wykonała żadnego ruchu, 
trzymając nadal obie dłonie na kubku.

 - Nie jestem głodna - powiedziała.

background image

Jeszcze   jeden   dzień.   Co   w   tym   złego?   Zdąży   jeszcze 

wrócić i będzie miała masę czasu na przygotowanie się do roli 
najwspanialszej oblubienicy w stanie Massachusetts.

Cody usiadł na krześle naprzeciwko niej. Miał na sobie 

dżinsy i koszulę, ale nie trudził się, by pozapinać guziki. I 
dobrze.   Nawet   przy   klimatyzacji   w   kuchni   zawsze   było 
gorąco.

 - Mógłbym zawiadomić redakcję, że jestem dziś chory - 

zaproponował obojętnym głosem, aby Jane nie zaczęła od razu 
podejrzewać, na co on ów wolny dzień przeznacza.

Dopiero gdy przeniosła wzrok z nagiego torsu na twarz 

Cody'ego,   uświadomiła   sobie,   że   przez   cały   czas   wprost 
nieprzyzwoicie   mu   się   przygląda.   Zrobiła   się   czerwona   jak 
piwonia.

  - Nie, Cody. Myślę, że powinniśmy jak najszybciej to 

skończyć...

 - Jak sobie życzysz.
Wcale się nie obraził. Jane ma oczywiście rację. Nie było 

sensu   przedłużać   tego   wszystkiego.   Dla   odrobiny 
przyjemności?   Przecież   się   już   nie   kochali.   Nie   powinni 
pozostawać małżeństwem.

Zdecydował, że też nie jest głodny, dopił kawę i wstał od 

stołu. Nagle pilno mu było podpisać te cholerne dokumenty. 
Naprawdę nie miał ochoty spędzać więcej czasu z tą siedzącą 
przy   jego   stole   szczupłą   kobietą,   o   sylwetce   nadal   niemal 
dziewczęcej, o kasztanowych włosach  i czarnych oczach, o 
prawniczym umyśle i genach ludzi z wyższych sfer. Nie miał 
zamiaru spędzać nawet minuty dłużej w towarzystwie kobiety 
w   jego   koszuli,   spod   której   wyłaniają   się   zgrabne   nogi. 
Spojrzał  wyżej, na jej  szyję, i przypomniał sobie  miodowy 
zapach jej skóry... I te usta, i...

background image

Niech   to   wszyscy   diabli!   Jeśli   Jane   ma   zniknąć   z   jego 

życia, to niech znika od razu. On chce to mieć za sobą. Chce, 
żeby natychmiast wyjechała!

Udało   się   jej   uzyskać   rezerwację   na   lot   późnym 

popołudniem.   Było   już   ciemno,   kiedy   w   Cincinnati 
przesiadała się do innego samolotu, tym razem lecącego już 
prosto   do   Bostonu.   Zająwszy   miejsce,   zgasiła   lampkę   nad 
głową   i   odwróciła   się   plecami   do   dwóch   biznesmenów,   z 
którymi dzieliła rząd, i patrzyła w swe blade odbicie w szybce 
owalnego okienka. Samolot leciał na wschód, pozostawiając 
za   sobą   czerwoną   pręgę   na   horyzoncie,   gdzie   dopiero   co 
zaszło słońce.

Dokument   rozwodowy,   podpisany   i   poświadczony 

notarialnie, miała złożony w torebce. Oczywiście mogła go 
schować do walizki, ale gdyby to zrobiła, a los spłatał jej figla 
i   walizka   zginęła...   Linie   lotnicze   zawsze   ostrzegają 
pasażerów, by dokumenty, biżuterię, ważne leki i  przybory 
toaletowe mieć w bagażu podręcznym. Papiery rozwodowe są 
ważniejsze od lekarstw.

Kiedy kilka godzin temu patrzyła na Cody'ego, który z 

nonszalancją   składał   podpis,   doszła   do   wniosku,   że   w 
wydarzeniu   tym   nie   należy   dopatrywać   się   jakiejś 
nadzwyczajnej   chwili.   Ot,   dwa   podpisy   i   potem   pieczęć 
notarialna. Wielka mi rzecz.

Jest   więc   rozwiedziona.   No,   jeszcze   niezupełnie: 

dokumenty   muszą   być   złożone   i   zarejestrowane   w   sądzie 
stanu Massachusetts. Jednakże nie musi się z tym spieszyć. Do 
ślubu jeszcze wiele miesięcy.

Usiłowała   się   skupić   na   tym,   co   powinna   powiedzieć 

Markowi, kiedy go zobaczy - miała nadzieję, że nazajutrz. Im 
szybciej się z nim spotka, tym szybciej jej życie powróci do 
normy. I życie Marka także. Taktownie i łagodnie wszystko 
wyjaśni.   Całą   winę   weźmie   na   siebie,   no   bo   nie   jest   winą 

background image

Marka, że wypad do Nowego Orleanu otworzył jej oczy na 
wiele spraw. Nie chciałaby Marka zranić.

Jednakże   po   spotkaniu   ż   Codym   zaczęła   wreszcie 

rozumieć,   czego   żąda   od   przyszłego   męża.   Nie   tylko 
stabilizacji   gwarantowanej   przez   Marka,   nie   wyłącznie 
namiętności   oferowanej   przez   Cody'ego,   ale   jednego   i 
drugiego. Być może zbyt wiele żąda, ale jeśli czegokolwiek 
ten wyjazd ją nauczył, to właśnie tego, że nie wolno opierać 
życia tylko na poczuciu stabilizacji.

Zamknęła   oczy   i   niewyraźny   wizerunek   jej   samej   w 

owalnej   szybce   zastąpiło   aż   nadto   wyraźne   wyobrażenie 
twarzy   Cody'ego.   Zobaczyła   jego   zmierzwione   włosy, 
jasnoniebieskie oczy, usta, ciało...

Westchnęła. A może powinna była wybrać namiętność i 

pożądanie, rezygnując z wszystkiego innego?

Nie, taka możliwość w ogóle nie wchodzi w rachubę. Po 

cudownej   nocy   miłosnej   Cody   niemal   zaraz   po   obudzeniu 
oświadczył chłodno, że jeszcze tego samego ranka gotów jest 
złożyć swój podpis na dokumentach rozwodowych. Ani razu 
nie   powiedział   -   ani   nie   dał   nawet   do   zrozumienia   -   że   ją 
kocha.   Ani   razu   nie   sugerował,   że   być  może   ich   rozwód 
będzie jeszcze większym błędem niż ich małżeństwo.

Minionej   nocy   Cody   szukał   tylko   zaspokojenia,   chciał 

wyłącznie   fizycznych   doznań.   A   rankiem   następnego   dnia 
postanowił jak najszybciej pozbyć się Jane ze swego życia.

Ale   przecież   od   początku   o   tym   wiedziała.   Doskonale 

wiedziała, czego on chce, a czego nie. Nie mogła się teraz 
tłumaczyć ignorancją. Jedyną niespodzianką było to, że cała ta 
przygoda - bo jakże inaczej to określić? - pozostawiła w jej 
psychice   bolesne   ślady. Czuła  się   zraniona   do głębi   duszy. 
Była   smutna,   tęskniła   za   innym   rozwiązaniem   i   marzyła   o 
tym, by zamiast młodego biznesmena wystukującego coś na 
tym okropnym, małym komputerku, siedział teraz koło niej 

background image

niechlujnie ubrany fotograf, który nie chce, by go nazywano 
fotoreporterem.   Chciała,   by   to   on   właśnie   leciał   z   nią   do 
Bostonu, przekonując ją, że chce po raz drugi złożyć przysięgę 
małżeńską   i   wziąć   na   siebie   wszystkie   wynikające   z   tego 
tytułu obowiązki.

Westchnęła z żalem i w całym ciele poczuła chłód, gdy 

nowoorleański żar opuścił jej duszę. Potarła dłonie jedną o 
drugą, by je rozgrzać. Na palcu nie pobłyskiwał dwukaratowy 
diament. Pierścionek schowany był w walizce. W odróżnieniu 
od dokumentów rozwodowych, nie zasłużył na rangę czegoś 
szczególnie ważnego.

Patrząc na dłoń stwierdziła, że brak pierścionka nie czyni 

żadnej różnicy. Od niedawna go nosiła i jeszcze nie zdążyła 
się do niego przyzwyczaić. Posiadała natomiast po dziś dzień 
obrączkę   ofiarowaną   jej   przez   Cody'ego   -   taniutką,   złotą 
obrączkę,   zaledwie   nieco   grubszą   od   kilku   splecionych 
włosów. Wtedy na nic innego nie mogli sobie pozwolić.

Po rozstaniu schowała ją do satynowego pudełka, pudełko 

włożyła do kufra, a kufer stał obecnie w składziku należącym 
do apartamentu, który zajmowała w bloku. Nie widziała tej 
obrączki od dnia, kiedy włożyła ją do pudełka.

Powinna się jej pozbyć. Była pewna, że Cody swojej się 

pozbył.

Odetchnęła   głęboko,   ręce   zsunęły   się   jej   na   kolana. 

Przypomniała sobie, że Cody czytał przyszłość z jej dłoni i 
mówił coś o długiej, nieprzerwanej linii małżeńskiej.

Zapaliła światło nad głową i z zainteresowaniem zaczęła 

przyglądać się wewnętrznej stronie dłoni. Znalazła linię, którą 
Cody jej wskazał. Istotnie, była długa i nieprzerwana. Jane 
zawsze uważała, że chiromancja to bzdura.

Powietrze u Gussie było gęste od dymu. Cody delektował 

się   znajomymi   zapachami.   Wokół   niego,   niby   niewidzialny 
boa dusiciel, wiła się tęskna melodia spływająca z gitary B.B. 

background image

Kinga i docierająca do smrodliwego lokalu przez grającą szafę 
w rogu.

Gussie dostrzegła go w drzwiach i od razu spytała:
 - To co zwykle? - Jednocześnie sięgnęła po kufel.
To co zwykle; pstrykanie zdjęć, wałęsanie się po lokalach, 

gra w bilard. Czasami jakaś randka. Życie bez wielu potrzeb i 
bez wielkiego ryzyka.

Czyż to nie smutne?
Kiedyś,   kiedy   był   jeszcze   zbyt   młody,   by   cokolwiek 

rozumieć, podjął ryzyko i wylądował - choć na krótko - z Jane 
Thayer. Przed niespełna tygodniem Jane ponownie wtargnęła 
w   jego   życie   i   znów   zaczaj   ryzykować.   W   redakcji   zaczął 
walczyć   o   swą   wolność   twórczą,   w   salce   bilardowej 
ryzykował stawiając pięć dolarów na Jane, ryzykował jeszcze 
bardziej,   zapraszając   ją   do   domu   i   pozwalając   sobie   na 
spróbowanie tego, bez czego żył już od tylu lat. Jak alkoholik, 
który po latach abstynencji bierze do ust łyczek wódki, tak i 
Cody znalazł się teraz powtórnie w szponach nałogu. Stał się 
słaby, czuł coraz większe pragnienie.

Ale źródło, z którego czerpał, zniknęło.
 - Gdzie twoja dziewuszka? - spytała Gussie.
Nie odpowiedział, wpatrując się tępo w zatoczoną salę. 

Chyba bardziej zatłoczoną niż zwykle. Wieczór samotników 
czy co? Przesunął wzrokiem po ledwo widocznych w mroku 
głowach. Głosy z pudła telewizyjnego wydawały się płynąć z 
innego świata, ekran odstraszał jaskrawością barw. Cody nie 
mógł znieść tych kolorów, nie mógł znieść tych głosów, nie 
mógł znieść nawet najwybitniejszego gitarzysty w dziedzinie 
bluesa.   Nie   mógł   także   znieść   myśli   o   partii   z   Darrylem, 
Claudem   i   Billym.   A   w   ogóle   nie   mógł   znieść   myśli   o 
wieczorze   w   barze   i   szprycowaniu   się   alkoholem   w   ilości, 
która   mu   pozwoli   przekonać   siebie   samego,   że   wcale   nie 
cierpi tak, jak mu się wydaje.

background image

Nie dziś. Dzisiejszego wieczoru nie spędzi w barze!
 - Niestety, muszę iść - zawołał do Gussie, obrócił się na 

pięcie i po chwili zniknął w parnej nocy nowoorleańskiego 
śródmieścia.

Obiecywał sobie, że zapomni o Jane i o wszystkim. Rana 

się   zabliźni.   Tym   razem   ból   nie   będzie   długo   trwał,  bo 
przecież   przez   cały   czas   kontrolował   swoje   uczucia   i 
zatrzymał się w porę. Nie dał się ponieść. Ona ocaliła jego 
pozycję  w gazecie,  spędzili  cudownie  czas, powiedziała   do 
widzenia, a  w kieszeni  miał  jeszcze  te  pięć  dolarów, które 
dzięki niej wygrał.

Chrząknął   z   rozbawieniem,   gdy   sobie   przypomniał   jej 

technikę przy stole bilardowym. Te wolniutko toczące się bile, 
matematyczne obliczenia.,. Niemal słyszał obracające się w jej 
głowie   trybiki,   gdy   obliczała   kolejne   strzały.   A   jednak 
wygrała. Jane tak właśnie wszystko robiła - nie zrywami, nie z 
zawadiacką  pewnością  siebie, ale  z  uporem  i  przy  pomocy 
szarych komórek. Może i  towarzyszył jej  łut szczęścia, ale 
zawsze ciężko pracowała. Zawsze była tą dobrą dziewczyną, 
spokojną   i   cichą,   na   którą   większość   mężczyzn   spoglądała 
najwyżej   jeden   raz.   Swoim   spokojem   i   właściwym 
postępowaniem   zawsze   pokonywała   jednak   konkurencję   i 
wygrywała.

Zapomni o niej. Przysiągł sobie, że to zrobi.
Przeszedł  przez  jezdnię  do  samochodu,  wsiadł  i   włożył 

kluczyk   do   stacyjki.   Napłynęła   nowa   fala   niedawnych 
Wspomnień: Jane siedziała tu obok niego i przepraszała. Nie 
były to zdawkowe przeprosiny, ale szczere, płynące z głębi 
serca. Nigdy z jej  ust nic  podobnego jeszcze  nie  słyszał. I 
jednocześnie   potrafiła   wyłuskać   z   niego   prawdę   o   tym,   co 
znajdowało się przed dwunastoma laty za parawanem tej jego 
cholernej   pewności   siebie.   Do   tej   pory   żadna   kobieta   nie 
potrafiła go przejrzeć. I żadnej to się już nie uda.

background image

Niemalże jęknął. Włączył silnik i ruszył w stronę domu. 

To   nie   jest   wieczór   na   samochodowe   wycieczki.   Noc   go 
otulała, izolowała od wszystkiego, co jaśnieje i daje  radość. 
Powietrze   wydawało   się   gęste   jak   syrop,   ciążyło   na   nim, 
wysysało z niego wszystkie siły.

Wrócił   do   domu,   zaparkował   samochód   i   wpadł   do 

mieszkania. Wytoczenie harleya na ulicę nie było łatwe, ale 
robił to już przedtem i jeśli kiedykolwiek ma to jeszcze zrobić, 
to   właśnie   teraz.   Motocykl   go   wyleczy.   Wsiądzie,   zapuści 
silnik,   da   mu   najwyższe   obroty,   silnik   zaryczy   i   maszyna 
popędzi hen, ku horyzontowi. Jeśli zajdzie potrzeba, to będzie 
jeździł przez całą noc, tam i z powrotem, z teraźniejszości do 
przeszłości i z przeszłości do teraźniejszości, by zaraz potem 
pognać w przyszłość. Pojedzie tak daleko, jak będzie trzeba i 
będzie jeździł tak długo, póki nie oczyści siebie ze wspomnień 
o Jane. Nie pozbędzie się jej na dobre z myśli i organizmu.

Chwycił   kluczyki,   kask   i   motocykl,   kategorycznie 

odmawiając sobie prawa do myślenia o tym, co się wydarzyło, 
kiedy siedział na tym motocyklu po raz ostatni.

background image

Rozdział 14
Kiedy   w   poniedziałek   rano   weszła   do   firmy,   wszystko 

wydawało się inne. Przede wszystkim inna była sama Jane.

Od   chwili,   gdy   otworzyła   drzwi   mieszkania   w   piątek 

wieczorem, czuła się bardzo nieswojo. Była bardzo zmęczona 
przesiadaniem się z samolotu na samolot, zmianą czasu oraz 
przeżyciami przed odlotem z Nowego Orleanu. Wydawało się 
jej,   że   jest   ową   osiemnastolatką,   która   raz   w   życiu   miała 
odwagę posłuchać głosu serca. W ciągu minionego tygodnia 
Jane Thayer, prawniczka, i Jane Thayer, uczennica, spotkały 
się w czasie i przestrzeni i jakby zespoliły. W ciągu tych kilku 
dni   grała   w   bilard,   przegadała   i   przechytrzyła 
zdeprawowanego pastora, nosiła turkusowy szal i jechała na 
motocyklu   w   sposób,   jakiego   chyba   nie   przewidzieli 
konstruktorzy   w   firmie   Harley   -   Davidson.   I   w   ciągu   tych 
kilku dni  przypomniała sobie, jakie to uczucie być kochaną 
przez Cody'ego.

Powrót   do   miłego,   ładnie   urządzonego   mieszkania   był 

przeskokiem do innej rzeczywistości. Spacer po nieskazitelnie 
czystych pokojach wypełnionych drogimi meblami wywołał w 
niej pragnienie, by zastąpić kanapy i fotele motocyklami. Już 
nie chciała być wzorem wszelkich cnót i kobietą, którą określa 
się mianem porządnej. Chciała być grzeszna i wyuzdana.

Ale   jak   to   zwykle   bywa,   trudno   jest   zmienić   kurs   bez 

mapy. Jane nie miała pojęcia, dokąd się udać. Wiedziała tylko, 
że musi zmienić kierunek.

I na końcu drogi nie będzie Cody'ego, który wskazał jej co 

prawda   drogę,   ale   nie   chciał   towarzyszyć.  Dał   to   jasno   do 
zrozumienia   rano   po   ich   miłosnej   nocy,   kiedy   to   zabrał   ją 
prosto do notariuszki w redakcji.

Nie wolno jej więcej o nim myśleć. Nie może sobie na to 

pozwolić. Tam, dokąd się uda, będzie szła sama.

background image

Bez Marka. Jej pierwszym zadaniem musi być taktowne i 

bezbolesne rozstanie z nim. Nie chciała, by Mark poczuł się 
odrzucony   i   żeby   ją   z   tego   powodu   znienawidził.   W   tym 
postanowieniu wspomagała ją myśl, że znacznie okrutniejsze 
byłoby zerwanie z nim nie teraz, od razu, lecz później. Poza 
tym nie byli dobrani przez niebiosa. Podejrzewała, że Mark 
zdaje sobie z tego sprawę równie dobrze jak ona. Dotychczas 
jej to nie przeszkadzało, ale tak było do chwili spotkania się z 
Codym. Musi to wszystko powiedzieć Markowi.

Nie   mogła   go   jednak   znaleźć.   Przez   cały   weekend 

dzwoniła do niego bez powodzenia. W niedzielę wieczorem 
jego   automatyczna   sekretarka   była   już   przeciążona 
zostawionymi przez Jane wiadomościami. Pojechała nawet do 
jego apartamentu w Harborside i poprosiła portiera na dole, by 
go wywołał. Portier usiłował połączyć się z Markiem przez 
interkom, ale ten nie odbierał wezwania lub nie było go w 
domu.

Owo   tajemnicze   zniknięcie   bardziej   zdziwiło   niż 

rozzłościło Jane. Zasługiwała na to. Opuściła przecież Boston 
bez   jakichkolwiek   wyjaśnień.   Mark   miał   prawo   zrobić   to 
samo. Tyle że ona musi jak najszybciej się z nim zobaczyć. Im 
prędzej mu wytłumaczy, że ich małżeństwo byłoby pomyłką, 
tym lepiej.

Uspokajała  ją  myśl, że  tak naprawdę  to nie  złamie  mu 

serca.   Zresztą   jedno   złamane   serce   wystarczy.   To   tylko 
słowny żart, pocieszała się. Właściwie ona nie ma złamanego 
serca.   Najwyżej   lekko   zranione.   I   to   wyłącznie   z   własnej 
winy. .

W poniedziałek rano, rozstrojona i zdecydowanie nie w 

sosie, przybyła do firmy Baker, Dunn i Wspólnicy o godzinie 
dziewiątej   trzydzieści.   W   biurowym   holu   Everett   Baker 
rozmawiał   z   jednym   ze   stażystów.   Gdy   ujrzał   Jane, 
uśmiechnął się szeroko.

background image

  -   Oo,   wraca   nasza   marnotrawna   prawnicza   córka!   - 

zawołał.

Jane zdobyła się na blady uśmiech. Pomyślała, że Everett 

doskonałe ją określił: marnotrawna prawnicza córka.

  -   Słyszałam,   że   mam   być   drugim   obrońcą   w   sprawie 

Gaylorda - odparła.

 - Porozmawiamy o tym później.
Everett lustrował ją od stóp do głów. Obejrzał jej starannie 

ułożoną   fryzurę,   jedwabny,   beżowy   kostium,  brązowe, 
lakierowane pantofle, spojrzał ponownie na prostą spódnicę i 
luźny   żakiet,   aż   jego   wzrok   zatrzymał   się   na   jaskrawym, 
turkusowym szalu na szyi.

 - Ładna, barwna plama - skomentował. - To coś nowego?
Wysiłkiem   woli   utrzymywała   na   twarzy   uśmiech,   który 

miał  wyglądać  na  naturalny. W  tej  zacnej, konserwatywnej 
firmie   jaskrawość   barw   uważana   była   za   zjawisko   warte 
zwrócenia uwagi i omówienia.

 - Tak, to coś nowego - odparła, zastanawiając się, jaki to 

impuls kazał jej dodać ten szal do tak starannie dobranego 
stroju.

  - I widzę zaróżowione policzki - dodał Everett. - Kilka 

dni poza kieratem dobrze ci zrobiło.

 - Jestem szczęśliwa, że nic się nie zawaliło podczas mojej 

nieobecności. Firma nadal istnieje. Przepraszam cię, Everett, 
ale jestem pewna, że na biurku czeka mnie tysiąc spraw.

  -   Ja   też   jestem   tego   pewien.   W   każdym   razie   witam 

podróżniczkę.

Skinęła   głową   i   pomknęła   do   swego   gabinetu.   Była 

zdziwiona, nie widząc nigdzie Clarissy. Punktualność wszak 
była jedną z jej zalet. Jednak biurko sekretarki pod drzwiami 
do   gabinetu   Jane   było   puste,   komputer   nie   włączony,   a 
monitor nadal okrywał pokrowiec.

background image

Cisza   naruszana   z   rzadka   przytłumionymi   dźwiękami 

stanowiła  uderzający kontrast  z  hałasem  w sali  redakcyjnej 
„Sentinela"   i   jeszcze   większym   harmidrem   na   uliczkach 
Francuskiej Dzielnicy Nowego Orleanu. Bez wątpienia gdzieś 
tam w tej bostońskiej metropolii jakiś dzieciak także pakuje 
się w kłopoty albo uszkodzony uliczny hydrant zalewa ulicę, 
ale nikt nie domyśla się tego tu, w ciszy gabinetów dostojnej i 
szacownej firmy.

Westchnąwszy,   zerknęła   na   turkusowy   szal   na   szyi. 

Chciała wierzyć, że doda jej odwagi, której potrzebowała, by 
przetrwać w biurze ten dzień - a potem resztę życia.

Otworzyła   drzwi   do   gabinetu.   Wszystko   było   tak,   jak 

zostawiła, choć może niezupełnie: na parapecie dojrzała kurz, 
a   wazon   był   pusty.   Na   biurku   leżał   wydruk   z   komputera, 
zawierający   wszystkie   zlecenia   i   wiadomości   z   całego 
tygodnia.

Przynajmniej   to   Clarissa   zrobiła.   Ale   gdzie   ona   się 

podziewa?

Może   jest   chora?   Jane   odstawiła   skórzaną   teczkę   i   na 

telefonicznej   konsolecie   nacisnęła   odpowiedni   guzik,   by 
odebrać   nagrane   wiadomości.   Taśma   była   pusta.   Clarissa 
musiała wszystko spisać i dołączyć do reszty materiałów na 
wydruku.   A   więc   dobrze   pracowała.   Jednak   żadna   z 
informacji nie wyjaśniała, co się stało z nią samą.

Jane   ze   zmarszczonymi   brwiami   usiadła   w   fotelu   za 

biurkiem i zadzwoniła do recepcjonistki.

  -   Sally?   Mówi   Jane   Thayer.   Czy   Clarissa   Bonnert 

pojawiła się dziś?

Recepcjonistka po chwili milczenia odpowiedziała:
 - Hmm... Tak. Jest chyba w toalecie.
  - Ooo? - Zmarszczka na czole Jane pogłębiła się. Jeśli 

Clarissa jest w firmie, to dlaczego przed pójściem do toalety 

background image

nie   zatrzymała   się   przy   swoim   biurku   i   nie   włączyła 
komputera? - Coś jej się stało? - spytała.

 - Stało? - Jane odniosła wrażenie, że słyszy chichot Sally. 

- O, już ją widzę. Idzie do siebie.

Nim   Jane   zdołała   powiedzieć   słowo,   recepcjonistka 

odłożyła słuchawkę.

Mięśnie,   które   przedtem   podtrzymywały   sztuczny 

uśmiech,   mogły   teraz   odpocząć.   Pracowały   ciężko   inne, 
przywołując na twarz Jane wyraz niezadowolenia. Usiłowała 
się   go   pozbyć,   a   jednocześnie   niepokoiło   ją,   dlaczego 
recepcjonistka tak enigmatycznie mówiła o Clarissie. Co za 
zbieg   okoliczności:   z   jednej   strony   nieobecność   Marka,   z 
drugiej nienormalna sytuacja w biurze. A może to tylko nowe, 
zupełnie   inne   widzenie   rzeczywistości.   Może   tydzień   z 
Codym zmienił jej sposób patrzenia na świat? Może wszystko 
jest w idealnym porządku z wyjątkiem jej samej...

Ile czasu potrzebowała poprzednio, żeby wyleczyć się z 

Cody'ego?   Kilka   lat.   Tym   razem   -   mimo   że   jest   starsza   i 
mądrzejsza, bardziej doświadczona - będzie potrzebowała go 
więcej. Tym razem jest na tyle dojrzała, że potrafi zrozumieć 
wszystkie konsekwencje spotkania z Codym. Wiedziała o tym 
przed tygodniem, a mimo to...

I po co mówić o dojrzałości. Można najwyżej powiedzieć, 

że   jest   starsza.  Z   niewesołych  rozważań  wyrwało  ją   lekkie 
pukanie do drzwi.

 - Proszę! - zawołała.
Drzwi   się   uchyliły   i   w   szczelinę   wsunęła   się   młoda 

kobieta. Trwało chyba minutę, nim Jane poznała Clarissę.

Wyglądała   pięknie.   Bez   sowich   okularów,   z 

rozpuszczonymi   włosami   -   sprawiała   wrażenie   egzotycznej 
orchidei. Ubrana była w półprzeźroczyste szorty i obszerną, 
bawełnianą koszulkę. A Jane była przekonana, że wkładając 

background image

turkusowy   szal   przekroczyła   wszelkie   dopuszczalne   przez 
firmę granice ekstrawagancji.

  -   Clarisso!   To   naprawdę   ty?   -   wykrzyknęła.   Clarissa 

pokornie skinęła głową.

  - Nie byłam pewna, czy dziś wrócisz - wyjaśniła i na 

palcach weszła do gabinetu, jakby była włamywaczem.

Nagle wróciła do drzwi i zamknęła je, a potem się o nie 

oparła. Wstrząsnął nią dreszcz, i nic dziwnego. Letni strój nie 
chronił przed doskonałą klimatyzacją gmachu.

  - Nie zadzwoniłaś w piątek, więc nie wiedziałam, kiedy 

wracasz - tłumaczyła.

  -   Przyleciałam   w   piątek   -   poinformowała   Jane, 

przypominając sobie, dlaczego nie zadzwoniła w piątek rano. 
Dlatego   że   leżała   w   łóżku   Cody'ego.   -   Ale   co   się   dzieje, 
Clarisso? Co się stało? Wyglądasz tak... inaczej.

 - Nie ubrałam się tak do pracy, o nie. I wszystko, co było 

trzeba,   zrobiłam.   Wszystkie   telefony   i   inne   sprawy   są   na 
wydruku. I pomagałam innym sekretarkom. Zajęłam się też 
zaległymi sprawami i... - Clarissa blado się uśmiechała. - Więc 
przez cały weekend byłaś w Bostonie?

  -   Tak.   -   Jane   poczuła,   że   zaczyna   ją   boleć   głowa. 

Opuszkami  palców ścisnęła  skronie, mając  nadzieję, że ból 
jest chwilowy i zaraz minie. Nie miała siły wyjaśniać kwestii 
zdumiewającego   stroju   Clarissy   i   jej   przedziwnego 
zachowania.   Wiele   innych   problemów   domagało   się 
rozwiązania. Jednakże chciała, by choć jeden aspekt jej życia - 
praca w firmie - sprawiał wrażenie jakiej takiej normalności. - 
Gdzie masz okulary, Clarisso?

  - Przez cały weekend byłaś w Bostonie?  - powtórzyła 

Clarissa   z   uśmiechem,   który   nie   pasował   do   przerażonego 
spojrzenia.   -   I   byłaś   w   domu?   To   znaczy...   Czy   do   kogoś 
dzwoniłaś?

background image

Dzwoniła   do   Marka,   ale   to   nie   powinno   Clarissy 

obchodzić. A w ogóle jej pytania są nieco dziwne, zwłaszcza 
w   zestawieniu   z   zachowaniem.   Jane   najbardziej   ceniła   w 
Clarissie   profesjonalizm,   który   między   innymi   wyrażał   się 
dyskrecją. Pytanie, gdzie i jak Jane spędziła weekend, było 
wysoce niewłaściwe.

Patrząc   na   stojącą   przed   nią   piękną   dziewczynę   Jane 

ponownie stwierdziła, że jej życie w istocie, jak to mówią, 
„wypadło z toru". Wszystko jakby uległo zmianie. Wszystko 
wydawało się niesamowicie dziwne. Zachowanie Clarissy, a 
raczej to, jak Jane reagowała na jej zachowanie, dowodziło, 
jak bardzo pani mecenas „wypadła z toru". Świat wokół niej 
jakby wypadł ze swej koleiny, a może ona jest niezupełnie 
normalna?

  - Jest już za kwadrans dziesiąta, Clarisso - powiedziała 

znużonym głosem, bardziej zdziwiona niż zła. - Możesz mi 
powiedzieć,   dlaczego   jeszcze   nie   jesteś   za   biurkiem?   I 
dlaczego tak się ubrałaś?

Clarissa jęknęła.
 - O, Jane... tak mi przykro, ale... rzucam pracę.
  - Rzucasz pracę? - Jane chwyciła dłońmi brzeg biurka. 

Miała nieodparte wrażenie, że jeśli się nie przytrzyma, to uleci 
gdzieś   w   przestrzeń,   pozostawiając   za   sobą   rzeczywistość. 
Ogarnęła   ją   panika.   -   Dlaczego   miałabyś   rzucać   pracę? 
Myślałam,   że   jest   ci   tu   dobrze.   Starałam   się   być   dobrą 
szefową...   Płacę   masz   dobrą,   firma   pokrywa   koszty   nauki 
prawa. Myślałam, że jesteś kobietą z ambicjami. Myślałam, że 
potrafisz patrzeć w przyszłość... - Urwała, gdyż zabrakło jej 
tchu.

 - Miałam napisać list - oznajmiła Clarissa, spusz - czając 

wzrok na dywan. - Miałam go właśnie napisać  i zostawić na 
biurku, ale nie spodziewałam się, że dziś wrócisz.

background image

 - Chciałaś odejść, nie widząc się ze mną? To już zupełnie 

nie ma sensu. O takich zamiarach uprzedza się co najmniej 
dwa   tygodnie   wcześniej.   Uważam,   że   powinnyśmy   to 
omówić. Jeśli masz jakiś problem związany z pracą w firmie...

Clarissa gwałtownie zaprzeczyła ruchem głowy.
  -   Nie,   nie.   To   chodzi   o   mnie.   Nie   mogę   dłużej   tu 

pracować... - W jej oczach zalśniły łzy. 

Jane rozważała, czy nie wstać i nie utulić Clarissy, ale nie 

należała   do   tego   typu   szefów.   Pracowało   jej   się   dobrze   z 
Clarissą,   ponieważ   obie   miały   do   siebie   szacunek,   lecz 
chociaż ich stosunki były przyjazne, zachowany był zawsze 
pewien dystans. Jane nie była pewna, czy wytrzyma płaczliwe 
wyznania, czy też nawet szlochy, w sytuacji, kiedy sama czuła 
się emocjonalnie wyczerpana.

 - Czy chodzi o coś, co zrobiłam? - spytała ostrożnie
  - Tak. Nie. - Clarissa, zupełnie już roztrzęsiona, potarła 

ręce, jakby chciała z nich zmyć winę. Od jej białych paznokci 
odbijało się światło. - To nieważne. Ja po prostu muszę...

 - Nie rób tego, Clarisso! - zagrzmiał zza drzwi znajomy, 

męski głos i po chwili do gabinetu wpadł Mark.

Jane,   zaskoczona   wyglądem   Clarissy,   teraz   po   prostu 

osłupiała:   jeszcze   nigdy   nie   widziała   Marka   w   niebieskich 
dżinsach. Były czyściutkie i nowiutkie. Mark miał na sobie 
najprawdziwsze   dżinsy   z   podwójnymi   szwami   i   nitami   na 
kieszeniach. Dżinsy, jakie noszą najzwyklejsi zjadacze chleba. 
Ponadto   włożył   bawełnianą   koszulkę   z   emblematami 
głoszącymi, że jest graczem w polo.

Można   by   go   wziąć   za   uczestnika   zjazdu   absolwentów 

jakiejś szkoły.

Nie   umknęło   uwagi   Jane,   że   Mark   ledwo   zauważył   jej 

obecność, ponieważ był wpatrzony w Clarissę. Jej oczy nadal 
były pełne łez.

 - Lepiej, żebym ja mówiła, Mark - odezwała się.

background image

 - Nie, wcale nie lepiej - zaprotestował i spojrzał na Jane. - 

Jane, to wszystko moja wina. Nie mścij się na Clarissie!

  - Co jest twoją winą? - spytała zbyt zaintrygowana, by 

miała ją zaniepokoić rozgrywająca się w jej gabinecie scena.

Oto stali przed nią jej narzeczony i Clarissa, oboje ubrani 

jak na wakacjach i rozmawiający z sobą, jakby się przyjaźnili 
od lat. Zupełnie nie rozumiała, co się tutaj dzieje, chyba że to 
nie   są   oni,   lecz   ich   sobowtóry,   które   przybyły   tu   z   innej 
planety podczas pobytu Jane w Nowym Orleanie... Albo też 
jest już tak wszystkim otumaniona, że nie rozpoznaje świata, 
w którym poprzednio żyła. Może Mark i Clarissa zachowują 
się   najzupełniej   normalnie,   a   ona,   Jane,   widzi   ich   jak   w 
krzywym zwierciadle? Czyżby do tego doprowadził ją Cody 
Sinclair?

  - Jane, chcę, żebyś uwierzyła: nic się nie wydarzyło - 

oświadczyła Clarissa.

 - Clarissa i ja jesteśmy kochankami - niemal jednocześnie 

obwieścił Mark.

Tak, musiałam zwariować, pomyślała Jane. Nie ma innego 

wytłumaczenia.

 - Kochankami? - powtórzyła i roześmiała się.
  -   To   nieprawda!   -   upierała   się   Clarissa.   -   Nic   się   nie 

wydarzyło.   Mark,   przecież   wiesz...   Tak,   spędziliśmy   razem 
weekend, ale pierwszej nocy byłeś pijany, a potem...

 - Pijany? - Jane śmiała się tak głośno, że ból głowy, jakby 

spłoszony,   zniknął.   Wizja   pijanego   Marka   Dennisona   w 
istocie mogła rozśmieszyć każdego. Jednakże Clarissa i Mark 
wydawali się tak przejęci, że Jane zaczęła intensywnie myśleć. 
- Przepraszam, pijany? Mark pijany? To niemożliwe! Mark?

Clarissa heroicznie zaczęła wyjaśniać:
 - Bo to, widzisz, było tak: nie mogłam mu pozwolić ode 

mnie wyjść, bo był zupełnie zamroczony. Ale przysięgam ci, 

background image

że tej nocy nic się nie wydarzyło. Biorąc pod uwagę jego stan, 
nic nie mogło...

 - Byłem w doskonałym stanie! - zaprotestował Mark.
 - Leżałeś w pozycji embrionalnej na posadzce w łazience 

- odparła Clarissa.

Jane zasłoniła usta dłonią, ale nie potrafiła powstrzymać 

kolejnego   ataku   śmiechu.   Mark   Dennison,   filar   jednej   z 
najznamienitszych   bostońskich   rodzin,   spędzający   noc   na 
posadzce łazienki Clarissy!

Jane robiła, co mogła, aby się opanować. Mark i Clarissa 

zaczęli sobie wzajemnie zaprzeczać, jak dwaj przeciwnicy na 
rozprawie w czasie składania zeznań. Jane zdała sobie sprawę, 
że  najwyższa pora  przywrócić tu ład i porządek. Podniosła 
obie dłonie do góry.

  -   Mark,   siadaj!   -   Wskazała   mu   jeden   z   foteli   przed 

biurkiem. - A ty, Clarisso, tu! - Wskazała małą kanapę pod 
oknem. - Teraz weźcie głęboki oddech i zaczniemy spokojnie 
rozmawiać. Clarisso, czy ty i Mark jesteście kochankami?

 - Nie - odparła Clarissa.
Jane odwróciła głowę w stronę Marka.
 - Obawiam się, że się zakochaliśmy - powiedział.
 - Byłeś pijany! - wykrzyknęła Clarissa. - Nie zrobiliśmy 

nic   złego,   z   wyjątkiem   tego,   że   poszliśmy   ci   kupić   jakieś 
normalne ubranie i potem przez resztę weekendu karmiłam cię 
aspiryną i pastylkami na żołądek.

 - Ale robiłaś to z miłością - upierał się Mark. - Przyznaj, 

że   z   prawdziwą   miłością!   Ty   pierwsza   użyłaś   tego   słowa. 
Nawet jeśli to prawda, że fizycznie byłem nieco... słaby, to 
wobec tej słabości okazywałaś głębokie uczucie.

 - Bo ja wiem... Może i tak - przyznała Clarissa. Mark był 

na  tyle dobrze  wychowany, że  zwrócił  się  w stronę  Jane  i 
wyjaśniał ż wyrazem skruchy na twarzy:

background image

  - Droga Jane, obawiam się, że wydarzyło się coś raczej 

nieprzewidzianego   i   nie   do   pojęcia.   Podczas   twojej 
nieobecności   w   ubiegłym   tygodniu   Clarissa   i   ja   mieliśmy 
okazję do... rozmowy.

  -   Chyba   to   było   coś   więcej   niż   rozmowa,   skoro 

skończyłeś w łazience Clarissy - zauważyła Jane.

  - Twoja nieobecność zbliżyła nas - ciągnął nie zbity z 

tropu. - Nie ma racjonalnego wytłumaczenia tego zjawiska, 
nie ma usprawiedliwienia. Tak się po prostu stało.

  - Rozumiem  - odparła Jane, doświadczywszy sama,  w 

jaki   sposób   dwoje   ludzi   zupełnie   do   siebie   nie   pasujących 
może się zakochać wbrew wszystkiemu.

  -   Spytałem   Clarissę,   czy   za   mnie   wyjdzie   -   przyznał 

Mark. - Wiem, że powinienem był najpierw wszystko z tobą 
omówić, ale...

 - Nie martw się, Mark. Nic się nie stało - odparła. Mark 

był   najwyraźniej   zaskoczony   jej   wielkodusznością   i   chyba 
chciał coś powiedzieć, ale Jane podniosła dłoń, sygnalizując, 
że nie skończyła.

  - Myślisz, że ty i Clarissa stanowicie dobraną parę?  - 

spytała. - Czy naprawdę kochasz Clarissę?

 - Nie! - wykrzyknęła Clarissa.
 - Tak! - przekrzyczał ją Mark i pochylił się do przodu. - 

Zapewniam cię, Jane, że inaczej chciałem zawiadomić cię o 
tym wszystkim, ale Clarissa wbiła sobie do głowy idiotyczną 
myśl, że musi przestać pracować w twojej firmie, nim pozwoli 
mi poprosić się o rękę.

 - Rozumiem. A ty uważałeś, że musisz co...? Zwijać się w 

kłębek na posadzce w łazience Clarissy i czekać...

 - Nie, nie. Chciałem najpierw wszystko tobie powiedzieć 

i zerwać zaręczyny. - Patrzył na Jane oczami winnego psoty 
psiaka.   -   I   jeszcze   do   tego   nie   doszedłem...   Wiem,   że 
nabroiliśmy sporo podczas twojej nieobecności - przyznał.

background image

 - Jane też nabroiła - wyrwało się Clarissie.
To prawda, ale skąd ona może o tym wiedzieć, pomyślała 

Jane i spojrzała na Clarissę podejrzliwie.

  - Przecież chodziło tylko o wieczór kawalerski - wtrącił 

Mark. - Jane może wszystko odwołać.

 - Jaki wieczór kawalerski? Co mam odwoływać?
 - Czy nie po to poleciałaś do Nowego Orleanu? - zdziwił 

się   Mark.   -   Żeby   zorganizować   dla   mnie   niespodziankę, 
wieczór   kawalerski?   A   przecież   wiesz,   jak   ja   nie   lubię 
niespodzianek.

 - Na szczęście ja jestem na nie odporna - mruknęła Jane i 

spytała Clarissę: - Cóż ja takiego nabroiłam?

Clarissa znowu zaczęła w zdenerwowaniu trzeć ręce. Do 

oczu napłynęła jej nowa fala łez.

 - Ja naprawdę muszę rzucić pracę... - jęknęła.
 - Dlaczego?
 - No bo... Czegoś szukałam... - Rzuciła krótkie spojrzenie 

na   Marka,   a   potem   odważnie   popatrzyła   w   oczy   Jane.   - 
Chciałam   znaleźć   jakąś   informację   na   temat   tego 
kawalerskiego wieczoru...

 - Jakiego znowu wieczoru? - Jane była zniecierpliwiona.
  -   No   bo   Mark   chciał   wiedzieć,   co   robisz   w   Nowym 

Orleanie,   żeby   nie   być   potem   zaskoczony.   On   nie   lubi 
niespodzianek, nienawidzi ich.

 - Już to powiedział - warknęła Jane, która coraz wyraźniej 

traciła cierpliwość.

  -   No   więc   ja   chciałam   się   czegoś   w   tej   sprawie 

dowiedzieć   i   poszłam   do   twego   biurka...   I   znalazłam   tam 
pisma, dokumenty...

 - Oo! - Jane się wyprostowała, patrząc z dezaprobatą na 

sekretarkę. Domyślała się, jakie pisma i dokumenty Clarissa 
znalazła:   dotyczące   owego   nieszczęsnego   rozwodu,   którego 

background image

nie było, i raport detektywa. - Te pisma i dokumenty były w 
kopercie, Clarisso! - powiedziała surowo.

 - Ale nie zapieczętowanej. - Clarissa tak wykręcała sobie 

palce,  iż  Jane   obawiała  się,  że   któryś  złamie.  -  Bardzo  mi 
przykro,   Jane...   Nie   chciałam   trafić   na   tę   korespondencję, 
chciałam   tylko   znaleźć   coś   na   temat   tego   wieczoru 
kawalerskiego.

Jane   powstrzymywała   się,  żeby  po  raz   trzeci  nie   zadać 

pytania, o jaki wieczór kawalerski chodzi, i obrzuciła Marka 
oburzonym spojrzeniem.

  - Przeglądałaś moje biurko na żądanie Marka? - spytała 

Clarissę.

 - Nie! - oświadczył Mark.
 - Tak! - zaprzeczyła mu Clarissa.
 - Nie mam pojęcia, o czym ona mówi, Jane. Jakie znowu 

pisma i dokumenty? W jakiej kopercie?

Jane powzięła decyzję. Skoro jest to godzina szczerości, 

to... 

 - Otóż, Mark... Przygotowując się do ślubu odkryłam, że - 

wzięła głęboki oddech - jestem mężatką!

 - Odkryłaś, że co? - Mark nie wierzył własnym uszom.
  -   Kiedy   miałam   osiemnaście   lat,   wyszłam   za   mąż. 

Popełniłam straszny błąd. Byłam mężatką przez dwa miesiące 
- wyjaśniła, nie będąc zupełnie pewna, czy to był aż taki błąd. 
Nie, nie. To był okropny błąd. Jeszcze większym błędem było 
zakochanie się w Codym i nic tego nie zmieni. Nawet miniony 
tydzień   i   to,   co   w   tym   czasie   zaszło.   -   Odkryłam,   że 
orzeczenie   rozwodu   nie   zostało   zarejestrowane,   poleciałam 
więc do Nowego Orleanu, żeby to załatwić. Uzyskać podpis 
mojego... męża.

W   zasadzie   powinna   powiedzieć   „byłego   męża",   ale 

przecież   jeszcze   nie   był   „byłym",   póki   dokumenty   nie 
powędrują z nocnego stolika przy jej łóżku w mieszkaniu do 

background image

gmachu sądu stanowego. Do tego momentu Cody pozostaje jej 
mężem.

  - Dlaczego mi tego nie powiedziałaś? - spytał Mark z 

pretensją w głosie.

Rozbawiło ją, że ma odwagę, a raczej bezczelność grać 

rolę   pokrzywdzonego   po   igraszkach,   jakie   urządził   sobie   z 
Clarissą.

 - Trochę mi było wstyd - przyznała. - To małżeństwo było 

błędem młodości. Kiedy po paru miesiącach się  skończyło, 
nikt   w   rodzinie   o   tym   więcej   nie   mówił.   Sprawa   została 
praktycznie pogrzebana i zapomniana.

 - Jednakże nie przez ciebie - zauważył.
 - Pamiętałam o tym na tyle, żeby sprawdzić sprawę tego 

rozwodu, i odkryłam z przerażeniem, że dokument nie został 
zarejestrowany. Poleciałam więc do Nowego Orleanu, żeby to 
załatwić...

 - Załatwiałaś ją przez tydzień? - spytał Mark. - Wydaje mi 

się,   że   w   ogóle   nie   musiałaś   tam   lecieć.   Mogłaś   wysłać 
ekspresowy list.

 - W mojej opinii takiej sprawy nie należy załatwiać drogą 

korespondencyjną.

  -   No   to   mogłaś   polecieć,   wziąć   jego   podpis   i   zaraz 

wracać. Nie powinno to zająć ci tygodnia.

Mark ma rację - nie powinno. Gdyby Cody nie zażądał jej 

pomocy w poskromieniu apetytów pastora Boba, to wróciłaby 
do Bostonu, zanim Mark się upił i wylądował w mieszkaniu 
Clarissy. Nagle poczuła wielką wdzięczność do Cody'ego za 
to, że przycisnął ją do muru.

  -   Nie   zajęło   mi   to   tygodnia.   To   po.   pierwsze,   a   po 

drugie...   gdybym   nie   poleciała,   to   ty   i   Clarissa   nigdy   nie 
dowiedzielibyście się, że jesteście dla siebie stworzeni.

Przerzucała wzrok z jednego na drugie, z rozbawieniem 

patrząc na ich aż nadto swobodne stroje, wlepione w nią oczy, 

background image

spojrzenia niemal wyzywające. Chociaż na pierwszy rzut oka 
wydawało   się   to   absurdalne,   oni   rzeczywiście   stanowili 
dobraną parę. W każdym razie równie dobrą jak Jane i Cody.

Ale   przecież   ona   i   Cody   to   para   okropnie   niedobrana, 

powtórzyła   sobie   chyba   po   raz   tysięczny.   Absolutnie 
niedobrana,   mimo   cudownych   nocy...   Bo   właśnie   wtedy, 
kiedy wzeszło słońce i ona uświadomiła sobie, że ponownie 
go pokochała, a właściwie, że nigdy kochać nie przestała, on 
czym prędzej postanowił ją pożegnać.

Niech z   całej  sprawy  wyłoni   się  choć  jedna  szczęśliwa 

para, pomyślała. Niestety, to nie będzie ona i Cody.

  -   Nie   rzucaj   tej   pracy,   Clarisso   -   powiedziała.   -   Jeśli 

pobierzecie się z Markiem i będziesz chciała siedzieć w domu, 
to   trudno,   ale   teraz   jeszcze   nie   odchodź.   Przynajmniej   tak 
długo, póki kogoś nie znajdę.

 - Chcesz, żebym dalej u ciebie pracowała? - Clarissa była 

wstrząśnięta. - Po tym? - Wskazała palcem na Marka.

  -   Owszem.   Jeśli   jesteś   gotowa   zostać,   to   nie   widzę 

żadnych przeszkód.

  -   Skoro   jesteś   pewna...   Dobrze,   zostanę.   Clarissa   byłą 

jednocześnie zdziwiona i zadowolona.

  -   A   jeśli   chodzi   o   ciebie,   Mark...   -   Jane   sięgnęła   do 

torebki i wyjęła z niej puzderko - zwracam ci pierścionek. Jest 
piękny, ale nie mogę go zatrzymać.

Mark wziął je, uśmiechając się cierpko.
  -   A   jeśli   chodzi   o   rezerwację   weselnego   przyjęcia   w 

hotelu Ritz, to jestem pewna, że uda ci się wszystko odwołać 
bez specjalnych kosztów. Chyba że ty i Clarissa zechcecie się 
tam pobrać w tym samym terminie.

 - Ja jeszcze nie wiem... - Mark spojrzał czule na Clarissę, 

a   potem   powiedział   do   Jane:   -   Umieram   ze   strachu,   co 
powiedzą moi rodzice, kiedy im przedstawię Clarissę. Może 
ułatwimy   sobie   życie   i   uciekniemy.   Pobierzemy   się   w 

background image

tajemnicy.   Ty   pewno   uważasz,   że   takie   postępowanie   jest 
niewybaczalne...

  -   Uważam,   że   bardzo   romantyczne,   ale   jeszcze   się 

zastanówcie.   Nawet   ucieczkę   trzeba   dobrze   przygotować. 
Tylko nie teraz. Teraz Clarissa jest mi  potrzebna. Mam do 
załatwienia masę korespondencji.

Jane sięgnęła po wydruk komputerowy.
 - Nie jestem ubrana do pracy - powiedziała Clarissa.
  - Twój strój mi nie przeszkadza. Mark, idź już sobie i 

zostaw mnie z moją sekretarką. Mam dużo pracy.

Mark obracał w dłoni pudełeczko z pierścionkiem.
 - Ty to wszystko dziwnie dobrze przyjęłaś - zauważył z 

niewyraźną miną.

Uśmiechnęła   się   do   niego   czarująco,   chociaż   nie   była 

specjalnie zadowolona z jego wniosku.

  - Zrozumiałam wreszcie, że chociaż dużo wiem i daję 

sobie radę w wielu dziedzinach, jestem ignorantką w sprawach 
miłości. Niemniej wiem, jaka jest różnica między lubieniem 
kogoś a pożądaniem. Bardzo cię lubię, Mark, ale kiedy życie 
ofiarowuje   ci   wybór   między   jednym   a   drugim,   to   należy 
wybrać to drugie.

 - Myślę, że wcale nie jesteś taką ignorantką, jak mówisz. 

Jesteś   bardzo   mądra.   -   Mark   pochylił   się   nad   biurkiem   i 
pocałował Jane w policzek. - Jesteś kochana, Jane, i życzę ci 
szczęścia.   Masz   śliczny   szal   -   dodał,   spojrzał 
porozumiewawczo na Clarissę i wyszedł z gabinetu.

Jane głęboko odetchnęła. Była zadowolona, że - choć bez 

uprzedniego   zamiaru   i   bez   premedytacji   -   doprowadziła 
jednak do ostatecznego połączenia Marka i Clarissy. Lubiła 
jego i ją. Chyba się naprawdę kochają. A jeśli chodzi o szal, 
który tak podoba się Markowi, to biorąc pod uwagę beztroskę, 
z   jaką   Cody   podpisał   papiery   rozwodowe,   ten   szal   może 
okazać się jedyną namiastką happy endu całego zdarzenia.

background image

Rozdział 15
Od dwunastu lat nie był w Brookline. Mniej więcej pięć 

lat temu matka napisała do niego kilka słów, zawiadamiając, 
że  wraz z aktualnym przyjacielem przenosi  się na Florydę, 
mając już dość zimy w Nowej Anglii. Od tego czasu zerwała z 
owym   człowiekiem,   ale   karty   pocztowe,   które   Cody 
otrzymywał  od  matki  na   Boże   Narodzenie,  miały   florydzki 
stempel   pocztowy,   z   czego   wynikało,   że   pozostała   na 
południu.   Jednakże   gdyby   nawet   nadal   mieszkała   w 
Brookline, to nie był pewny, czyby ją odwiedził. Ich stosunki 
ograniczały się do wysyłania kartek świątecznych.

Siedział   na   motocyklu,   głowa   mu   się   spociła   w 

ochronnym kasku, i patrzył na dwupiętrowy dom, w którym 
się   wychował.   Dom   tkwił   między   podobnymi   ponurymi 
domiszczami   na   ruchliwej   ulicy   w   pobliżu   linii   kolejowej 
Brighton. Wiele się tu nie zmieniło. Przed dwunastoma laty 
była  to   dziura,   i   tak   już   pozostało.   Z   desek,   którymi 
oszalowany był dom, łuszczyła się szara farba, ganek jakby 
obwisł, na dwóch oknach brakowało siatek przeciw owadom, 
z   innego   dobiegał   jazgot   dyskotekowej   muzyki.   W   alejce, 
która oddzielała dawny dom Cody'ego od sąsiedniego domu, 
wisiał   na   ścianie   zardzewiały   kosz.   Kiedy   po   raz   ostatni 
ćwiczył tu ktoś rzuty piłką?

Cody'ego bolały plecy, siedzenie jeszcze bardziej, dłonie 

zaś mu spierzchły po trzech dniach jazdy na wietrze i słońcu. 
Powinien   czuć   się   wyczerpany,   ale   był   zbyt   spięty,   żeby 
chciało mu się spać. Kilka godzin drzemał w Atlancie, dalsze 
kilka w Waszyngtonie. Wystarczyło, by tu dotrzeć.

W   zasadzie   harley   sprawował   się   dobrze.   Co   prawda 

przydałoby mu się podregulowanie i Cody obiecywał sobie, że 
gdy odzyska rozum, to się zajmie starym przyjacielem. Ale 
był jeszcze daleki od normalności.

By do niej powrócić, musi jeszcze raz zobaczyć Jane.

background image

Gromadka chłopców pędziła ulicą na rojkach. Ubrani w 

zmodernizowaną wersję tego, w co ubierał się Cody - szerokie 
szorty   i   zbyt   wielkie   koszule   -   sprawiali   wrażenie,   że   za 
wszelką   cenę   chcą   wyglądać   na   twardzieli.   Zdradzały   ich 
jednak   drobne,   słodkie   buzie.   Dojrzewające   dzieciaki, 
najstarszy mógł mieć czternaście lat.

Cody   przypomniał   sobie,   jak   to   i   on   chciał   udawać 

twardziela,   kiedy   był   w   tym   wieku.   Wygląd   twardziela 
pozwalał   swobodniej   żeglować   przez   mniej   bezpieczne 
dzielnice. Sprawiał, że łatwiej było ukryć rozczarowanie, gdy 
matka nie wracała na noc do domu. Mógł ponadto odstraszyć 
potencjalnego napastnika. Mógł szczeniakowi ocalić życie.

Jane nie musiała nic wiedzieć o konieczności udawania 

twardziela.   Jednakże   dopiero   teraz   Cody   przekonał   się,   że 
Jane   potrafi   być   wewnętrznie   silna,   chociaż   na   zewnątrz 
wydaje się tak samo niewinna jak owa dziewczyna, z którą się 
ożenił przed dwunastoma laty.

Zbliżając się do harleya, chłopcy zwolnili.
 - Ale koła! - zawołał jeden.
 - Patrzcie, tablica rejestracyjną z Luizjany! - dodał inny; 

wskazując tył harleya.

  -   Przyleciał   pan   tym   aż   stamtąd?   -   spytał   pierwszy 

chłopak.

 - Aha.
 - To daleko!
Najwidoczniej   w   publicznych   szkołach   nadal   uczono 

geografii.

 - Aha, daleko.
 - Co pan tu robi?
Bóg jeden wie, pomyślał Cody. Wsiadł  na  motocykl w 

piątek   wieczorem   z   zamiarem   pojeżdżenia   sobie   po 
autostradzie,   póki   się   nie   uspokoi.   Ale   wieczór   był   miły, 
kierowcy   ciężarówek   uprzejmie   go   przepuszczali, 

background image

pozostawiając wolny pas, i nim się spostrzegł, minął granicę 
stanu i znalazł się w Missisipi. Napoił harleya benzyną i siebie 
kawą w stanie Alabama, no i pojechał dalej.

Wiele   można   się   nauczyć,   jadąc   przez   cały   kraj   na 

motocyklu.   Na   przykład   tego,   czym   jest   miłość.   O   tak   - 
rozmyślając, człowiek wiele się uczy.

  -   Przyjechałem   tu   znaleźć   kobietę   -   obwieścił   Cody 

chłopcom.

  -   Kobiet   tu   do   cholery   -   odparł   jeden.   -   Znasz 

Commonwealth Avenue? Tam się kręcą.

Cody uśmiechnął się.
 - Poszukuję konkretnej kobiety.
 - A kogo? - Chłopak był dociekliwy.
  - Mojej  żony. - Cody zwiększył obroty silnika i zwolnił 

hamulec.

 - Ale ryczy - zauważył chłopak. - Powodzenia. Chłopcy 

pomachali   Cody'emu   na   pożegnanie.   Cody  pomachał 
chłopcom i odjechał. Jane mieszkała w Bostonie, ale Cody nie 
skończył   jeszcze   ze   swoim   podbostońskim   rodzinnym 
miasteczkiem,   Brookline.   Musi   przecież   zobaczyć   dawną 
rezydencję   rodziny   Thayerów,   choćby   po   to,   by   na   nowo 
uprzytomnić sobie, kim jest Jane i jaka go czeka przeprawa.

Pojechał na południe, potem skręcił na zachód ku bardziej 

eleganckiej   części   miasta.   Małe,   drewniane   dwupiętrowce 
ustąpiły miejsca dobrze utrzymanym blokom mieszkalnym, a 
te z kolei budownictwu segmentowemu. Potem skończyły się 
okazałe segmenty i pojawiły się wspaniałe trawniki, pośrodku 
których   stały   potężne   rezydencje   z   czerwonej   cegły.   Lata 
zamieszkiwania poza Brookline nie stępiły pamięci Cody'go. 
Dom Jane potrafiłby znaleźć z zamkniętymi oczami.

Wiedział, że jej rodzice już tam nie mieszkają, ale kiedy 

pokonał podjazd i znalazł się pod budynkiem, poczuł dziwny 
lęk. Oczami wyobraźni widział starego Thayera, jak wychodzi 

background image

na taras z kolumnami podpierającymi spadzisty daszek, patrzy 
dumnie   na   zadbany   park,   na   wspaniałe   dęby   i   kwitnące 
azalie...   Uśmiecha   się,   ale   szybko   traci   uśmiech   na   widok 
plamy psującej krajobraz. Tą plamą jest Cody, parszywy pętak 
na   motocyklu,   który   robi   oczy   do   jego   córki.   Cody'emu 
zdawało się, że jeszcze teraz słyszy głos starego, nakazującego 
mu natychmiast opuścić teren posiadłości.

To   było   tak   dawno   temu!   Ale   wspomnienie   potrafiło 

odnowić starą ranę i sprawić ból.

Cody   westchnął.   Słońce   wisiało   nisko   nad   horyzontem. 

Spojrzał na zegarek. Parę minut po piątej.

Nie miał pojęcia, gdzie Jane pracuje, ale jej domowy adres 

znajdował   się   w   dokumentach,   które   podpisywał,   i   z 
powodów, których nie potrafił dobrze zrozumieć, zapisał go 
siebie: blok mieszkalny w dzielnicy Back Bay, równie albo 
jeszcze   bardziej   ekskluzywnej   niż   ta,   w   której   się   właśnie 
znajdował. Back Bay była tym dla Bostonu, czym ta dzielnica 
dla Brookline.

Odwrócił   się   plecami   od   majestatycznej   budowli,   gdzie 

kiedyś mieszkała Jane i skąd ją porwał, po czym wsiadł na 
motocykl i pomknął w kierunku Bostonu, w kierunku kobiety, 
z   którą   się   ożenił,   kobiety,   która   najprawdopodobniej   tego 
właśnie   dnia   załatwia   wszystkie   formalności   prawne,   by 
zarejestrować  swój  rozwód i  uwolnić  się  wreszcie  i  raz  na 
zawsze od Cody'ego.

Zapomniał,   jaki   ruch   panuje   w   Bostonie   w   godzinach 

szczytu. Miasto zaprojektowano z myślą o karetach i wozach 
konnych,   a   bostońscy   kierowcy   byli   znani   jako   szaleńcy   o 
samobójczych   tendencjach.   Cody   przez   cały   czas   jechał   na 
trzecim biegu, trzymając się, gdzie było można, skraju jezdni. 
Zaparkowane samochody prażyły się w upalnym słońcu, które 
dokuczało i Cody'emu. Było mu okropnie gorąco. Na każdym 
skrzyżowaniu   trafiał   na   czerwone   światło.   Jeśli   to   ma   być 

background image

sygnał   z   niebios,   to   znaczy,   że   Cody   popełnił   błąd, 
przyjeżdżając do Bostonu.

Jakże to mógł być błąd, skoro Cody nic nie planował i w 

ogóle nie wiedział, że tu przyjedzie. Przez kilka minionych dni 
prowadził   go   jakiś   wewnętrzny   głos.   To   on   pomagał   mu 
przemknąć   przez   kontynent,   to   przez   niego   Cody'ego   coś 
gnało. Przeznaczenie kazało mu jechać, nie potrafił usiedzieć 
na miejscu, nie mógł zaznać spokoju... Uświadomił sobie, że 
jedzie do Bostonu dopiero wtedy, gdy dotarł do Waszyngtonu. 
Dopiero gdy doświadczył najgorszego odcinka autostrady w 
New Jersey, przyznał się sam sobie, że w Bostonie zamierza 
odszukać Jane. Gdyby sobie pozwolił na analizę tego, co robi, 
przeszkodziłaby mu w realizacji planów duma, a może pycha. 
Podszepnęłaby, że przez tyle lat obchodził się przecież bez 
Jane, że już raz go opuściła i że teraz, kiedy się jej pozbył, 
powinien się trzymać od niej z daleka.

Problem   polegał   na   tym,   że   nie   pozbył   się   jej   z   serca. 

Jedna   noc   wystarczyła,   by   sobie   uświadomił,   że   nigdy   nie 
usunie tej kobiety z serca.

Nie myślał o ewentualności, że Jane nie zechce w ogóle z 

nim   rozmawiać.   Parł   wytrwale   przez   zatłoczone   ulice, 
nieczuły na znajome widoki, dźwięki i zapachy, przewalające 
się   tłumy   o   obco   brzmiącym   jankesowskim   akcencie, 
kawiarnie,   księgarnie,   studentów   i   włóczęgów.   Ignorował 
opary rozgrzanego asfaltu, gorących hot dogów, wyziewów z 
rur   wydechowych   i   zapach   rzeki   Charles.   Wzrok 
koncentrował   na   drodze,   na   celu,   do   którego   zmierzał   - 
identycznie jak piątkowego wieczoru, kiedy opuszczał Nowy 
Orlean. Nie myślał o niczym. Jeśli w takiej chwili zaczyna się 
myśleć, człowiek jest zgubiony.

Blok,   w   którym   mieszkała   Jane,   okazał   się   pięknym 

budynkiem z czerwonego piaskowca. Stał tuż nad rzeką. Cody 
był   pewien,   że   wnętrze   jest   równie   wspaniałe   jak  fasada. 

background image

Zaparkował motocykl między dwoma samochodami, zszedł z 
siodełka i zdjął kask. Gorący powiew znad rzeki zwichrzył mu 
włosy.

Boston. Miasto, w którym tacy jak on nie są warci dwu 

centów.   Chociaż   on   może   był   wart   więcej   -   ale   tylko   dla 
jednej   pięknej   dziewczyny,   która   zaryzykowała   i   na   niego 
postawiła. Chciał ją mieć na swoich warunkach i ona się na to 
zgodziła.   Zrobiła   wszystko,   czego   zażądał:   włożyła   kask, 
wsiadła na motocykl i wraz z nim ruszyła na poszukiwanie 
nowego domu i nowego życia.

Może tym razem, zamiast skłaniać ją do przyjęcia jego 

warunków,   on   zaakceptuje   jej   sposób   widzenia   świata. 
Mógłby ubierać się nieco lepiej. Krótkie spojrzenie na wytarte 
dżinsy i skórzaną kurtkę, pokryte warstwami kurzu siedmiu 
stanów, a może było ich więcej, przekonało go ostatecznie, że 
musi się wiele nauczyć, jeśli chodzi o modę i sztukę ubierania. 
Mógłby też spróbować pić wino zamiast piwa i pomyśleć o 
jakichś lepszych rozrywkach kulturalnych niż bilard. Może też 
zacznie   siebie   nazywać   fotoreporterem.   Tak,   spotkają   się   z 
Jane w połowie drogi.

Z bagażnika zdjął torbę i po schodkach wszedł do holu tuż 

za   szklanymi   drzwiami.   Na   ścianie   wisiała   tablica   z 
przyciskami   domofonów.   Było   ich   tylko   sześć,   co   wiele 
mówiło o wielkości każdego z mieszkań.

Nacisnął guzik przy tabliczce z nazwiskiem Jane.
Żadnej reakcji.
Nacisnął jeszcze raz. Nic. Nie ma jej w domu. 
Psiakrew! A jeśli ona jest w domu z Markiem Bankierem? 

Zrobi z siebie durnia.

Nie, to nie tak. W ubiegłym tygodniu mogła być myślami 

z Markiem Bankierem, ale potem fizycznie była z Codym. To 
jemu udało się odwrócić myśli Jane od jej narzeczonego, i to 
na   wiele   godzin.   Jeśli   teraz   Jane   dojdzie   do   wniosku,   że 

background image

przedkłada pieniądze i stabilizację nad Cody'ego, to trudno, 
trzeba będzie wracać do Nowego Orleanu. Ale póki istnieje 
jakaś   szansa,   póki   trwa   pamięć   spędzonej   razem   nocy   -   i 
tamtych  wszystkich  nocy   przed  laty  -  póki  owe   noce   będą 
stanowić   podnietę   do   działania,   póty   będzie   o   nią   walczył. 
Nawet jeśli to ma oznaczać robienie z siebie durnia.

Nacisnął guzik po raz ostatni, a potem wyszedł z holu na 

schody. Z najwyższego stopnia widział srebrnoszarą rzekę i 
zieleń   parku   Cambridge   po   drugiej   stronie.   Patrzył   w 
zamglone,   przedwieczorne   niebo,   strumienie   pojazdów   na 
Storrow   Drive   i   zaparkowane   samochody   przy   chodniku, 
między   którymi   stał   jego   motocykl.   Chodnikiem   w   jego 
kierunku szła energicznym krokiem młoda kobieta. Miała na 
sobie   klasyczny   beżowy   kostium.   Jej   krótko   przycięte, 
kasztanowe   włosy   połyskiwały   w   gasnących   promieniach 
słońca,   a   jej   oczy   przypominały   mu   ogień.   Policzki   miała 
zaróżowione, usta wyraziste. Szyję przesłaniał jej turkusowy 
szal zawiązany na węzeł...

Poczuł   przyspieszone   bicie   serca.   Stał   spięty,   nie 

spuszczając   z   niej   wzroku.   Widział,   jak   zwalnia   kroku   i 
wpatruje się w motocykl. Czy go poznaje? A jeśli tak, to czy 
sobie przypomina, jak razem z Codym jeździła na nim? Czy 
sobie   przypomina   ich   przytulone   ciała,   rozkosz, 
westchnienia...

Przez   chwilę   żałował,   że   on   to   wszystko   tak   boleśnie 

pamięta. Dżinsy wydały mu się nagle dużo za ciasne.

Jane   stanęła   przy   motocyklu.   W   lewej   ręce   trzymała 

skórzaną teczkę, prawą wsparła o biodro. Ledwo widział jej 
twarz. Nagle się odwróciła.

Stali teraz twarzą w twarz.
Schodził wolno po schodach w obawie, że jeśli zbiegnie, 

to ją spłoszy. Wyglądała teraz jak bostońska prawniczka, a 
skrzywienie   jej   ust   mówiło,   że   nie   jest   zachwycona 

background image

spotkaniem.   Nie   miała   jednak   na   palcu   tego   wstrętnego 
pierścionka   zaręczynowego,   natomiast   na   szyi   widniał 
turkusowy szal.

Poczuł nikłą nadzieję, że być może przyjazd tu nie był 

największym błędem, jaki popełnił w życiu.

W każdym razie odbył zbyt długą podróż, by obrócić się 

na pięcie i wracać. Tak czy inaczej musi pozostać do końca, 
do wyjaśnienia  sytuacji. Dotarł   do celu podróży. Jane   była 
przynętą, która gnała jego motocykl przez wszystkie stany, na 
wschód i na północ do miasta, którego - przysięgał sobie - 
nigdy   już   nie   odwiedzi.   Jane   była   powodem   złamania   tej 
przysięgi. Jego żona, jego kochanka, księżniczka z Brookline - 
jedyna kobieta na świecie, dzięki której czuł się lepszy, dzięki 
której oddychał pełną piersią i był kimś. I chociaż teraz nie 
witała go z otwartymi rękami, chociaż na jego widok nie łkała 
z   radości   -   nawet   się   nie   uśmiechała   -   Cody   zrozumiał, 
dlaczego przyjechał.

 - Ucieknij ze mną - powiedział.
Prześcieradła były chłodne. Ciało miał rozpalone. Jane nie 

potrafiła przestać go głaskać nawet teraz, kiedy serce biło jej 
już   spokojniej.   Palcem   wiodła   po   piersi   mężczyzny, 
wsłuchana w jego urywany oddech i świadoma, że Cody jest 
szczęśliwy.

 - Nie rób tego! - powiedział ze śmiechem, kładąc dłoń na 

jej ręce, która wędrowała w stronę jego ud.

 - Dlaczego?
  -   Od   trzech   dni   jestem   w   drodze,   Janey.   Jestem 

zmęczony.

 - Przed kilkoma minutami nie byłeś zmęczony.
 - Te kilka minut załatwiło mnie. - Jednak miał dość siły i 

energii,   by   unieść   głowę   z   poduszki,   obrócić   się   na   bok   i 
położyć Janey na plecy, a potem się nad nią pochylić. Patrzył 
na nią pełnymi blasku oczami, bardziej niebieskimi niż niebo 

background image

poranka.   -   Nie   wiedziałem,   co   mnie   czeka,   kiedy   się   tu 
pojawię - powiedział.

 - Ja czekałam - odparła.
Wszystko stało się teraz jasne. Wróżąca z dłoni sąsiadka 

Cody'ego   miała   rację.   Jane   miała   tylko   jedną   długą   i 
nieprzerwaną   linię   małżeńską.   I   ta   linia,   niby   droga, 
prowadziła prosto do Cody'ego. Pocałował ją w policzek, a 
potem ułożył głowę na poduszce, tuż koło jej głowy.

 - Gdzieś w okolicach New Jersey zdałem sobie sprawę, że 

może   zastanę   cię   przy   mierzeniu   sukni   ślubnej   czy   coś 
takiego.

Zamknęła oczy i roześmiała się. Cały ładunek wrażeń tego 

dnia dopiero teraz wywołał reakcję, a była nią zbawienna ulga.

  - Nie wychodzę za Marka. Mark zamierza ożenić się z 

moją sekretarką.

 - Z sekretarką, powiadasz? Mimo wyczerpania nie potrafił 

uleżeć spokojnie. Palcem dłoni obrysował jej ucho, dotknął 
włosów za uchem, szyi, potem przeniósł go na ramię i niżej, 
rozpalając te pragnienia Jane.

 - Zakochali się w sobie podczas mojej nieobecności.
 - Z tego wynika, że to są ludzie, którym nie wolno ufać - 

skonkludował.

Jane   roześmiała   się   i   głęboko   westchnęła,   reagując   na 

pieszczoty Cody'ego.

  -   Nie   mogłam   ich   poznać   dziś   rano.   Miłość   bardzo 

zmienia   ludzi.   Tak,   miłość   zmienia   ludzi   -   .   powtórzyła   w 
głębokim zamyśleniu.

 - Aha, zmienia.
 - Chcę cię - szepnęła podniecona.
  -   Przykro   mi,   ale   jestem   wykończony   -   mruknął. 

Wiedziała, że Cody żartuje. Jęknął, gdy położyła mu

dłoń na przyrodzeniu. Zdjął ją z ociąganiem.

background image

 - Masz rację mówiąc, że miłość zmienia ludzi - przyznał 

poważnie i spytał: - Wyjdziesz za mnie?

Z   wysiłkiem   wyrwała   się   ze   stanu   rozkosznego 

oszołomienia   i   nakazała   sobie   zachować   jasność   myślenia. 
Dzisiejszy  Cody  to  już  nie  buntujący  się   przeciwko  światu 
młodzieniec, który pozuje na dorosłego, namawia dziewczynę 
do   ucieczki   z   domu,   wyzwolenia   się   od   nieustannej   presji 
rodziców,   nadzoru   i   wymagań   -   a   wszystko   w   imię 
zaspokojenia fizycznych potrzeb.

Dzisiejszy   Cody   to   trzydziestoletni   mężczyzna,   który 

świadomie proponuje trzydziestoletniej kobiecie małżeństwo. 
To już nie jest nieodpowiedzialna zabawa młodych.

  - Po co? - spytała równie poważnie jak on. - Kilka dni 

temu złożyłeś swój podpis na dokumentach rozwodowych.

 - Bo myślałem, że tego chcesz.
 - Przecież właśnie spędziłam z tobą noc, Cody!
 - A ja z tobą. Myślałem, że chciałaś się tylko pożegnać z 

tym, co było...

  - Nie. Myśmy się kochali! Bałeś się to tak nazwać, ale 

kochaliśmy się!

Palcami prawej dłoni wędrował teraz po jej twarzy.
  - Dwanaście lat temu mnie rzuciłaś. - Głos mu zadrgał, 

ale   patrzył   jej   prosto   w   oczy.   -   Tym   razem   chciałem   być 
przygotowany na nieuchronny finał. Wolałem sam odejść.

Zdawała sobie sprawę, ile go kosztowało to wyznanie. Z 

Codym   zawsze   tak   było:   istotną   treść   przekazywał   między 
wierszami. Kiedyś zadała mu bolesny cios i nie chciał, by to 
się powtórzyło.

  - A ja myślałam, że jesteś szczęśliwy, pozbywając się 

mnie.   Twoje  zachowanie  w  piątek  rano  na   to  wskazywało. 
Myślałam....   właśnie   to,   co   przed   chwilą   powiedziałeś,   że 
uważasz całą noc za pożegnanie.

background image

  - Już nie chcę żadnych pożegnań - oświadczył. - I nie 

zdawałem sobie sprawy, dokąd zmierzam do momentu, kiedy 
już prawie tam dotarłem. Myślę o Bostonie, Janey. Boże, co 
za   okropne   miasto.   Pozera   takich   jak   ja   i   wypluwa   ich 
szczątki.

 - Każde miasto potrafi pożerać ludzi. Ale to ludzie czynią 

miasta takimi, jakimi są. I ważne jest, co ludzie robią z miast, 
a nie miasta z ludzi.

  - Tak, masz  rację. Chyba o to chodzi. Miałem okazję 

porozmawiać   z   dzieciakami   z   mojego   dawnego   sąsiedztwa. 
Twarde   szczeniaki.   I   jakoś   dotarłem   tu   mimo   waszych 
rozszalałych kierowców. No i wiesz... te domy z czerwonej 
cegły i rzeka... To wszystko jest piękne, wiesz?

 - O tak. Dokonano rzeczywiście cudu. Rzeka Charles jest 

naprawdę piękna...

Jego słowa wskrzesiły w niej nadzieję. A Boston zaczął 

wydawać  się   jej   znacznie   piękniejszym  miastem  od  chwili, 
gdy zobaczyła w nim Cody'ego.

  - I zdałem sobie sprawę, że mógłbym tu chyba istnieć i 

nie utonąć - ciągnął Cody. - Boston nie wydaje się taki zły. 
Nowy Orlean nie jest mi specjalnie bliski. Wcale nie bliższy 
niż Denver czy Los Angeles ani żadne inne miasto, w którym 
mieszkałem   po   twoim   odejściu.   Myślę,   że   gdybym   musiał, 
mógłbym mieszkać w Bostonie.

 - Wcale nie musisz - szepnęła przekornie.
 - Muszę, skoro ty tu jesteś.
Ogłuszyła   ją   oczywistość   tych  kilku   słów.   Kryło   się   w 

nich poważne zobowiązanie i obietnica. Do oczu napłynęły jej 
łzy. Chwyciła go za ramiona i przyciągnęła ku sobie, by ją 
pocałował.

 - Nie musisz się ze mną żenić, Cody - powiedziała.
 - Ale chcę.

background image

  -   Jesteśmy   małżeństwem.   Jeszcze   nie   wysłałam   tych 

papierów.

 - Co?! - spytał zdumiony.
Sięgnęła za siebie, wyciągnęła szufladkę nocnego stolika i 

wyjęła plik dokumentów.

 - To one. Dopóki ich nie wyślę, jesteśmy małżeństwem.
Wziął z jej ręki papiery, przejrzał je, a potem podarł na 

kawałeczki, które rzucił w powietrze. Spłynęły na łóżko niby 
konfetti.

 - Wobec tego jesteśmy małżeństwem - potwierdził.
  - Chyba tak - odparła, wyciągając mu z włosów biały 

skrawek.

 - Ale nie mogę ci kupić pierścionka za milion dolarów - 

ostrzegł.

 - Nie potrzeba mi. Mam jeszcze ten, który mi dałeś przed 

dwunastoma laty.

 - Naprawdę? - Rozpromienił się, lecz szybko posmutniał. 

- Ja się pozbyłem twojego. Stale przypominał mi  o tobie... 
Wpadałem wtedy w okropny nastrój.

Wzruszyła ją jego szczerość.
  -   Nie   martw   się.   Kupimy   nowe   obrączki.   Tym   razem 

czternastokaratowe, jak dorośli. Z solidnego złota, żeby długo 
przetrwały - dodała.

 - Tak jak i nasze małżeństwo. - Cody z niedowierzaniem 

pokręcił głową. - Jesteśmy małżeństwem. Nie do wiary...

 - Tak. - Przytuliła się do niego.
 - A co powiesz rodzicom? Pewno nadal mnie nienawidzą.
  -   Jestem   pełnoletnia.   Rodzice   nie   wybierają   mi   ani 

przyjaciół,  ani  kochanków,  ani  mężów.  Mogę   ich  najwyżej 
spytać, czy chcą być dziadkami.

W oczach Cody'ego błysnął wesoły uśmiech.
  - Dobrze, zapytaj! -  Przyciągnął   jej  głowę   do siebie  i 

pocałował   ją.   Gdy   wreszcie   odsunął   się,   by   zaczerpnąć 

background image

powietrza,   szepnął:   -   Niech   już   od   razu   zostaną   tymi 
dziadkami.   Nie   będziemy   pytać.   Jesteśmy   od   dwunastu   lat 
małżeństwem i najwyższy czas powiększyć rodzinę.

 - Tak - zgodziła się. - Najwyższy czas.