background image

 
 
 
 

J

UDITH 

A

RNOLD

 

 

NIEZNAJOMA 

background image

Rozdzia

ł 1 

Alec Fontana nie zna

ł się na muzyce klasycznej. Nie była w jego 

typie.  Lubił  mocne  uderzenie,  szybki  rytm,  zawodzenie  bluesa, 

dźwięki gitary i ochrypły głos śpiewaka; taniec, seks i tym podobne 
sprawy. Tak zwane „s

amo życie". 

A jednak ju

ż trzeci kolejny wieczór siedział w pokoju jednego z 

domów akademickich uniwersytetu Albright, s

łuchając  dźwięków 

fortepianu  płynących  z  otwartego  okna  na  pierwszym  piętrze. 

Wygodnie rozparty w fotelu, z miętową wykałaczką zamiast papierosa 

w zębach, z nogami na niskim stoliku słuchał gry Lauren Wyler. 

Wiedzia

ł,  że  tak  się  nazywa,  że  ma  kruczoczarne  włosy,  jest 

szczupła  i  blada.  Codziennie  rano  wychodziła  z  domu  z  płócienną 

torbą  na  ramieniu  i  prawą  dłonią  ukrytą  w  kieszeni  szarego 
prochowca. 

Kt

óregoś  dnia  ujrzał  przelotnie  jej  twarz  i  ten  widok  go 

zachwycił.  Podobnie  jak  nieskazitelna  sylwetka  dziewczyny, 

oddalającej się jedną z uliczek campusu. 

Poranne obserwacje, prowadzone z okna na pi

ętrze,  uzupełniał 

wieczorami  muzyką.  Lauren  zasiadała  do  fortepianu  piętnaście  po 

siódmej,  napełniając  dom  kaskadą  akordów  i  pasaży.  Potem 

próbowała  ćwiczyć  coś  trudniejszego.  Tryle  i  arpeggia.  Tu 

najwyraźniej sprawy się komplikowały. Melodia się gmatwała, temat 

zacierał,  i  nie  trzeba  było  być  znawcą  muzyki  klasycznej,  żeby 

stwierdzić, że pianistka zaczyna fałszować. 

Wiedzia

ł,  że  wtedy  muzyka  ucichnie.  W  całym  domu  zapanuje 

cisza,  mająca  w  sobie  coś  niepokojącego,  i  siłą  będzie  musiał  się 

powstrzymać,  żeby  nie  zbiec  po  schodach,  nie  zapukać  do  drzwi  na 

dole i nie zapytać, dlaczego właściwie przestała grać. 

Tego jednak zrobi

ć nie mógł. Właśnie dlatego, że cisza panująca 

na  dole  w  niczym  nie  przypominała  normalnego  braku  innych 

dźwięków,  takich  jak  odgłos  kroków,  szuranie  krzesła  czy 

uspokajający  brzęk  naczyń.  Ta  cisza  nabrzmiewała  jakimś  sensem, 

którego nie mógł pojąć. 

Nie by

ło w niej znaku życia. 

Alec Fontana zjawi

ł  się  w  miasteczku  uniwersyteckim  kilka  dni 

wcześniej.  Przyjechał  prosto  z  Bostonu  starym  modelem  forda,  z 

przenośną  maszyną  do  pisania,  dwiema  walizkami  i  kasetą  nagrań 

Erica Claptona. Mags zapewniła go, że dostanie apartament z pełnym 

background image

wyposażeniem:  meble,  naczynia,  sztućce,  zasłony  i  pościel  były  na 
miejscu. 

Pani rektor wszystkiego dopilnowa

ła. „Wyświadczysz mi wielką 

przysługę  -  powiedziała,  kiedy  w  połowie  września  zadzwoniła  do 

niego z prośbą o pomoc. - Nie mogę sprowadzić nikogo z zewnątrz, 

nie  chcę  robić  sensacji.  Jeśli  nie  masz  czasu,  po  prostu  powiedz, 

wszystko zrozumiem, ale przecież u mnie też będziesz mógł pisać, a 

przy okazji zaoszczędzisz na czynszu". 

Je

śli  idzie  o  pisanie,  rzeczywiście  miała  rację.  Uniwersyteckie 

miasteczko  w  stanie  Massachusetts  nadawało  się  do  tego  równie 

dobrze  jak  Boston.  Może  nawet  lepiej.  W  Albright  musi  panować 
spokój i cisza, a ponadto nie ma pokus w postaci  nocnych barów i 

przyjaciół,  pod  byle  pretekstem  odciągających  człowieka  od  biurka. 

Ani nieoczekiwanych wizyt matki: „Alec, jak ty możesz żyć w takim 

bałaganie! Mógłbyś sobie przecież kupić jakiś spokojny dom na wsi!" 
Ani niewinnych telefonów sióstr: „Alec, 

posłuchaj, moja przyjaciółka 

właśnie  się  rozwiodła,  to  świetna  dziewczyna,  mógłbyś  się  z  nią 

spotkać w piątek". 

Z ca

łą pewnością miło będzie spędzić kilka miesięcy na campusie 

renomowanej wyższej szkoły dla dziewcząt, malowniczo położonej u 

podnóża  gór,  a  przy  okazji  można  wyświadczyć  przysługę  cioci 
Margaret. Zmiana miejsca dobrze mu zrobi. Spokój sprzyja pracy 

twórczej. A świeże powietrze rozjaśnia umysł. 

W Albright zjawi

ł się w południe; odebrał klucz w administracji i 

ruszył  wzdłuż  Hancock  Street.  Ulica  była  wąska,  z  obu  stron 

porośnięta  wysokimi  drzewami.  Malownicze  domki  profesury  i 

dwupiętrowe  domy  studenckie,  mimo  iż  pozbawione  szacownej 

patyny  wieków,  na  tle  kolorów  jesieni  prezentowały  się  bardzo 
dobrze. 

Ulic

ą Hancock doszedł do rogu i rozejrzał się. Campus Albright 

był  typowym  amerykańskim  miasteczkiem  uniwersyteckim.  To 

zadbane i pełne wdzięku miejsce emanowało atmosferą tego, co pod 

każdą szerokością geograficzną kojarzy się ze „studenckim życiem". 

Położony  na  wzgórzu  campus,  z  malowniczo  rozrzuconymi 
pseudogotyckimi budynkami uniwersyteckimi z szarego kamienia, 

przypominał kolorową pocztówkę. 

Margaret Cudahy zosta

ła  rektorem  uniwersytetu  trzy  lata 

wcześniej  i  Alec  stale  jeszcze  uśmiechał  się  z  niedowierzaniem  na 

background image

myśl  o  naukowej  karierze  ciotki.  Nie  dlatego,  że  wątpił  w  jej 

kwalifikacje  i  predyspozycje  czy  w  jakość  doktoratu  i  kilkunastu 

opublikowanych pozycji. Po prostu wciąż jeszcze nie mógł uwierzyć, 

że  poczciwa  ciocia  Mags,  młodsza  siostra  jego  matki,  rodem  ze 
skromnej irlandzkiej rodziny zami

eszkałej  w  południowej  części 

Bostonu, zajęła tak wysoką pozycję w hierarchii ekskluzywnej szkoły. 

Zatrzyma

ł  się  przed  drzwiami  rezydencji  rektora  i  zastukał 

kołatką. Dom położony był na wzgórzu, w samym środku campusu, 

taras wychodził wprost na ogród, a tuż za nim rozciągało się jezioro. 

Mags opowiadała mu kiedyś o studenckich zawodach żeglarskich. 

Dobre. Za jego studenckich czas

ów w bostońskim uniwersytecie 

nikomu nie śniło się o takich fanaberiach. Zawody żeglarskie to była 
domena „lepszych i bogatszych"

, dziewcząt o brzoskwiniowej cerze, 

tych wszystkich Muffy i Cecylii, bo tak zwykle miały na imię, które 

nie  miały  pojęcia,  gdzie mieści  się  najbliższy  supermarket  i  nie 

wiedziały,  na  czym  polega  różnica  miedzy  calzone  a  cannoli. 

Człowiek  o  nazwisku  Cudahy  i  Fontana  nie  mógł  nawet  o  tym 

marzyć. 

Drzwi otworzy

ła  kobieta  w  białym  fartuszku  i  Alec,  chcąc  nie 

chcąc, musiał wyrecytować: 

 - Nazywam si

ę Alec Fontana. Czy zastałem panią rektor? 

S

łużąca uśmiechnęła się: 

 - Prosz

ę wejść. Zobaczę, czy profesor Cudahy będzie mogła pana 

przyjąć. 

Profesor Cudahy, Chryste Panie, nigdy przenigdy mu to nie 

przejdzie przez usta. 

Wra

żenie, iż bierze udział w czymś nieprawdziwym, powiększyło 

się  jeszcze  na  widok  Mags  schodzącej  ze  schodów.  Ubrana  była  w 

szarą spódnicę, elegancki blezer w tej samej tonacji i buty na obcasie. 

Przetykane siwizną ciemnoblond włosy łagodnymi falami okalały jej 

nie umalowaną twarz. Jednak zmiany, jakie się w niej dokonały pod 

wpływem  atmosfery  ekskluzywnego  college'u,  były  powierzchowne. 

W głębi duszy pozostała młodszą siostrą jego matki, małą Mags, która 

zbierała  w  szkole  nagrody  i  wyróżnienia  ku  zadowoleniu  całej 

rodziny.  Miał  przed  sobą  poczciwą,  kochaną  Mags  i  wytworna, 

położona  nad  jeziorem  rezydencja  oraz  pokojówka  w  niczym  tego 

faktu nie zmieniały. 

 - Cze

ść, Mags! - Podszedł i uścisnął ją. 

background image

 - Nie nazywaj mnie tak - szepn

ęła, mrugając porozumiewawczo. 

Od pewnego czasu odgrywam tu rolę poważnej pani profesor. 

 -  To b

ądź dla  mnie dobra, bo cię zdemaskuję - powiedział tym 

samym tonem i uśmiechnął się do niej. 

 - Zrobi

ę, co będę mogła. - Ujęła go pod ramię i poprowadziła do 

wychodzącego na jesienny ogród saloniku. 

 -  Kiedy przyjecha

łeś?  Nie  miałeś  problemów  ze  znalezieniem 

apartamentu? 

 -  Wszystko w porz

ądku  -  powiedział  sadowiąc  się  w  fotelu  i 

opieraj

ąc nogi na niskim stoliku. 

Mags spojrza

ła na niego z dezaprobatą. 

 - Alec, przecie

ż to prawdziwy chippendale. Zdjął nogi ze stolika i 

uśmiechnął się. 

 - 

Żadnej ulgi dla biednego kaleki? 

 - Jaki z ciebie kaleka - 

żachnęła się Mags. - A nawet gdyby, to i 

tak 

chippendale jest ważniejszy od ciebie. Napijesz się czegoś? Zaraz 

zadzwonię na pokojówkę. 

Alec roze

śmiał  się.  Mags  zawtórowała  mu,  ale  mimo  to  ujęła 

srebrny  dzwoneczek,  stojący  na  stoliku,  i  potrząsnęła  nim.  W  progu 

natychmiast pojawiła się służąca. 

 - Pan Fontana chcia

łby... - Mags spojrzała pytająco na Aleca. 

 - Masz jakie

ś piwo? Mags uśmiechnęła się. 

 - Napijemy si

ę Budweisera. 

Alec wygodnie usadowi

ł  się  w  fotelu.  Było  nieźle,  nawet  z 

nogami  na  podłodze.  Było  całkiem  nieźle,  skoro  ciotka  w  swojej 
rektor

skiej  rezydencji,  wśród  lśniących  chippendale'ów  stale  jeszcze 

lubiła pociągnąć sobie piwko. 

 -  A teraz opowiadaj  -  zagadn

ęła, kiedy zostali sami. - Jak ci się 

podoba nowe mieszkanie? Masz wszystko, czego ci potrzeba? 

Skin

ął  głową,  wyjął  wykałaczkę  z  kieszonki  błękitnej  bluzy  i 

włożył ją do ust. 

 - Kiedy mi powiedzia

łaś, że umieścisz mnie na terenie campusu, 

myślałem, że będę mieszkał w akademiku. 

 - Z tymi wszystkimi prze

ślicznymi intelektualistkami? O nie, mój 

drogi, co to, to nie. 

 -  Boisz si

ę  o  mnie  czy  o  swoje  studentki?  Mags  wolała  nie 

odpowiadać wprost. 

background image

 -  Nie wszystkie budynki na campusie s

ą  akademikami  - 

wyjaśniła.  -  Odwiedza  nas  wielu  profesorów,  angażujemy 

wykładowców  na  jeden,  dwa  semestry,  musimy  mieć  gościnne 
apartamenty, takie jak ten, w którym mieszkasz. 

 - Szkoda tylko, 

że jest na piętrze. Okropnie męczące te schody. 

 - Musisz 

ćwiczyć. 

U

śmiechnął się przekornie. 

 -  Gdyby

ś  mnie  umieściła  w  którymś  z  akademików,  miałbym 

wiele okazji do ćwiczeń. 

 - Alec, ostrzegam, musisz nad sob

ą panować. Zmrużył oczy. 

 -  Nie martw si

ę, ciociu, tutejsze panienki są dla mnie za młode 

i... za bogate. 

 - Nie wszystkie s

ą takie bogate. Prawie połowa otrzymuje pomoc 

finansową.  Ale  masz  rację,  są  dla  ciebie  za  młode.  Dla  profesora 

Phelpsa też. Bóg raczy wiedzieć, co zaszło między nim a tą studentką 

w  zeszłym  roku.  Myślisz,  że  uda  ci  się  dowiedzieć  czegoś  na  ten 
temat? 

Alec nie odpowiedzia

ł.  Wykałaczka  w  jego  ustach  lekko  się 

poruszyła. Ciotka niewiele potrafiła mu powiedzieć, kiedy zadzwoniła 
do niego w tej sprawie po 

raz  pierwszy,  prosząc,  żeby  jej  pomógł. 

Pewne  poszlaki  wskazywały  na  to,  że  Roger  Phelps,  jeden  z 
najznakomitszych profesorów uczelni, specjalista w zakresie nauk 

politycznych, miał w poprzednim roku akademickim romans ze swoją 

studentką.  W  nagrodę  za  miłosne  zaangażowanie  miał  pomóc 

dziewczynie w dostaniu się na wydział prawa Uniwersytetu Harvarda. 

O  całej  sprawie  Mags  dowiedziała  się  z  listu,  jaki  dostała  od  jej 

przyjaciółki. Nie mając dowodów na prawdziwość zawartych w nim 

informacji, wolała nie nadawać sprawie rozgłosu. 

Na razie nie by

ło zresztą żadnej sprawy. Nie można rzucać cienia 

podejrzeń  na  profesora  o  nieskazitelnej  opinii,  na  podstawie  listu 

egzaltowanej  panienki.  Istniało  przecież  niebezpieczeństwo,  że  cała 
sprawa zostanie rozdmuchana i renoma uczelni tylko na tym ucierpi. 

A tego Mags wolałaby uniknąć. 

 - Przysz

ło mi do głowy, że może ty mógłbyś trochę się rozejrzeć 

i  zorientować  w  sytuacji  -  powiedziała  wtedy  do  Aleca.  -  Jako  były 

policjant  masz  przecież  wprawę,  prawda?  Jeśli  coś  znajdziesz, 
nad

amy  sprawie  odpowiedni  bieg.  Nie  chcę  mieć  wśród 

wykładowców  profesora,  z  którym  trzeba  iść  do  łóżka,  żeby  dostać 

background image

dobry stopień, nawet gdyby był tak sławny jak Roger Phelps. Nigdy 

się na to nie zgodzę. Ale dopóki nie mam pewności, nie mogę, ot, tak 
sobie, 

psuć  opinii  niewinnemu  człowiekowi.  Zwłaszcza  takiej 

znakomitości jak Phelps. 

Alec zna

ł  ciemne  strony  życia  na  wyższych  uczelniach.  W 

przypadku  mniej  ekskluzywnych szkół klasy były tak przeładowane, 

że profesorowie z trudnością rozróżniali płeć swoich podopiecznych, 

ale  i  tam  nie  brakowało  afer  związanych  z  handlem  narkotykami, 

wymuszaniem pieniędzy i wszelkiego rodzaju szantażami. 

Mo

że będzie mógł jakoś pomóc ciotce. Na początek wybrał się do 

Cambridge  i  odszukał  pewną  studentkę  pierwszego  roku  prawa. 
Niec

hętnie  zgodziła  się  na  rozmowę,  czym  tylko  obudziła  jego 

czujność. Jeśli rzeczywiście dostała się tu przez łóżko, nic dziwnego, 

że nie chciała nic na ten temat mówić. 

Podejrzana pow

ściągliwość  dziewczyny  spowodowała,  że 

ostatecznie zdecydował się na przyjazd do Albright. Z przyjemnością 

myślał  o  prowadzeniu  „śledztwa"  w  malowniczym  otoczeniu 

campusu, po tygodniach intensywnej szpitalnej terapii. Może uda mu 

się również coś napisać. W  malowniczej jesiennej scenerii powinien 

mieć natchnienie. 

A zreszt

ą,  w  dzieciństwie  ciotka  zawsze  mu  pomagała,  teraz 

nadeszła jego kolej. 

 - Wygl

ąda na to - powiedziała Mags, kiedy służąca podała piwo - 

że prócz tego cholernie wysokiego piętra wszystko jest w porządku? 

 -  Jak najbardziej.  -  Alec poci

ągnął  spory  łyk  z  butelki.  -  Kto 

mieszka pode mną? 

 -  Poczekaj, zaraz ci powiem  -  pr

óbowała  sobie  przypomnieć 

ciotka. - Mieszkasz na Hancock Street, prawda? 

Skin

ął głową. 

 - Stuka

łem do drzwi na dole, ale nie było jej w domu. 

 - Sk

ąd wiesz, że to kobieta? - Mags była zaskoczona. 

Zmru

żył oko. 

 - Jak my

ślisz? Zajrzałem do skrzynki na listy. 

 - Alec! 
 -  Nie by

ła  zamknięta  -  dodał  pośpiesznie.  -  Nie  zrobiłem  nic 

niezgodnego z prawem. Nazywa się Lauren Wyler. 

Mags przytakn

ęła. 

background image

 -  Tak, przypominam sobie. Jest pianistk

ą,  w  tym  semestrze 

prowadzi lekcje w instytucie muzyki. 

Widzia

ł fortepian w jej pokoju, zauważył go, kiedy zajrzał przez 

otwarte  okno,  obok  wejścia  na  ganek.  Zauważył  też  meble  równie 

nowe i nijakie jak meble w jego apartamencie, wieżę stereo i ściany 

pokryte półkami zastawionymi porcelanowymi filiżankami. 

A wi

ęc  była  nauczycielką  muzyki.  Pewnie  ekscentryczną  starą 

panną uwielbiającą herbatę. 

 -  Mieli

śmy  wielkie  szczęście,  że  zgodziła  się  tu  przyjechać  - 

mówiła dalej Mags. - Jest bardzo sławna, podróżowała z koncertami 

po całym świecie, nagrała dwie płyty, grywała w największych salach 

koncertowych. Zrobiła karierę, a nie ma jeszcze trzydziestki. Ale nie 

miej  złudzeń,  nie  jest  zbyt  towarzyska,  interesuje  ją  tylko  gra  na 
fortepianie, muzyka jest dla niej wszystkim. 

 -  Zaczynam 

żałować, że tu przyjechałem - powiedział ponuro. - 

Nie wolno mi się zadawać ze studentkami, nie mogę porozmawiać z 

sąsiadką... 

 - Mo

żesz z nią rozmawiać, ile chcesz, musisz jednak wiedzieć, że 

ona do ciebie nie pasuje. 

 - Sk

ąd wiesz, kto do mnie pasuje? - próbował protestować. 

 -  Znam ci

ę  na  wylot,  Alec.  -  Mags  pochyliła  się  ku  niemu  i 

dodała: - Wiem, co ci może przyjść do głowy na widok ładnej kobiety. 

Odpowiedzia

ł  wymownym  spojrzeniem.  Był  dorosłym 

nieżonatym  mężczyzną.  Miał  swoje  potrzeby.  Niezamężna  kobieta, 

taka  jak  Mags,  doprawdy  powinna  być  trochę  bardziej  wyrozumiała 

wobec słabostek tego rodzaju. 

Prawd

ę  powiedziawszy,  po  wypadku  nieco  zmienił  styl  życia. 

Dwa ostatnie lata w większości spędził w szpitalach, kolejne operacje 

i  długie  okresy  rekonwalescencji  zrobiły  swoje.  Wiedział,  że  nie 

będzie  już  mógł  prowadzić  takiego  życia  jak  dotąd.  Rzucił  pracę  w 

policji,  zaczął  pisać.  Wydał  pierwszą  powieść  i  zarobił  dużo 

pieniędzy. 

Dojrza

ł,  wydoroślał.  Jednym  słowem,  postarzał  się.  Jeśli  nawet 

zrobił jakąś aluzję do tutejszych studentek, to jeszcze nie powód, żeby 

ciotka musiała chronić przed nim sąsiadkę. 

Dopi

ł  piwo  i  zanim  wstał,  kilka  razy  zgiął  lewą  nogę,  żeby  ją 

rozruszać. 

background image

 -  B

ędzie  mi potrzebna mapa campusu  -  powiedział  -  z 

zaznaczonymi gabinetami profesorskimi 

i  salami  wykładowymi,  do 

tego  rozkład  zajęć  Phelpsa  i  lista  jego  słuchaczy.  Jeśli  możesz, 
przygotuj mi to. 

 - Wpadnij do mnie jutro do pracy, o której chcesz. 
 - Jutro jest sobota. 
 - Idealny dzie

ń, nikt nie będzie nam przeszkadzał, dopytując się, 

po co nam to wszystko potrzebne. A teraz opowiedz mi, co tam u was. 

Jak tam dzieciaki Rosie, skończyły już chorować na świnkę? 

Alec pos

łusznie  wprowadził  ją  w  tajniki  rodzinnego  życia, 

rozwodząc  się  nad  stanem  zdrowia  jej  siostrzenic  i  siostrzeńców  i 

szczegółowo  opowiadając  o  codziennych  kłopotach  swojej 

owdowiałej matki; całość okrasił informacją o tym, jak to babcia, stara 

pani  Cudahy,  wygrawszy  na  loterii  kilkaset  dolarów,  przepuściła 

wszystko grając w bingo w domu parafialnym. 

Zaspokoiwszy ciekawo

ść  gospodyni,  odstawił  pustą  butelkę  na 

dywan, nie chcąc bezcześcić cennego stolika. 

 -  P

ójdę  kupić  coś  do  jedzenia  -  oznajmił,  zbierając  się  do 

wyjścia. - O której mam do ciebie przyjść jutro? 

 -  Mi

ędzy  dragą  a  trzecią,  dobrze?  Budynek  administracji 

znajdziesz na mapi

e. Będę czekała na ciebie przy wejściu - pójdziemy 

razem.  I  zarezerwuj  sobie  piątkowe  popołudnie.  O  czwartej  wydaję 

doroczne  przyjęcie  dla  pracowników  naszej  szkoły,  będzie  cała 

profesura, doskonała okazja do spotkania Phelpsa, o ile nie poznasz go 

wcześniej. 

 -  Doroczne przyj

ęcie  u  pani  rektor  -  w  głosie  Aleca  brzmiała 

lekka drwina. - 

To brzmi bardzo uroczyście. 

 -  A jest po prostu okazj

ą  do  spotkania  miłych  ludzi,  żadnej 

pompy, możesz nawet przyjść bez krawata, tylko proszę, zachowuj się 
przyzwoicie. 

Spojrza

ł na nią łobuzersko. 

 -  Nie bekaj przy jedzeniu i nie wycieraj nosa r

ęką,  tak? 

Rozumiem, ciociu, zrobię, co w mojej mocy. 

 -  Jeste

ś  okropny.  Idź  sobie.  Wiesz  przynajmniej,  gdzie  jest 

najbliższy sklep? 

Alec wr

ócił  na  Hancock  Street  po  samochód  i  pojechał  zrobić 

zakupy. Zjadł solidne śniadanie przypominające lunch. Miał nadzieję, 

że  to  wystarczy  na  następne  kilka  godzin.  Widok  skrzynki  na  listy 

background image

przypomniał  mu  o  Lauren.  Sam  był  zdziwiony  swoim  rosnącym 

zainteresowaniem jej osobą. 

Skrzynka by

ła  pełna,  sąsiadka  najwyraźniej  jeszcze  nie  wróciła. 

Rzucił okiem na koperty. Rachunki, urzędowe listy z Nowego Jorku, 

jakiś prywatny list z Allentown w Pensylwanii. Nic specjalnego. 

S

łynna  pianistka,  pomyślał  jeszcze  raz  zerkając  w  jej  okno,  nie 

ma jeszcze trzydziestu la

t i już zrobiła karierę. 

Co ona mo

że robić w tej położonej tak daleko od miasta uczelni? 

Dlaczego  nie  odbywa  właśnie  tournee  po  największych  salach 

koncertowych  świata?  Z  jakiego  powodu  woli  dawać  lekcję  gry  na 
fortepianie tutaj, na pustkowiu? 

Zszed

ł  z  ganku  i  zajrzał  przez  okno  do  pokoju.  Mógł  teraz 

widzieć salonik w jej apartamencie pod innym kątem. Na honorowym 

miejscu stał fortepian, obok zarzucona nutami etażerka. Od tej strony 

na  szczęście  nie  było  widać  kolekcji  filiżanek.  Nie  przepadał  za 

dziwadłami. 

Przez s

ąsiednie  okno  widać  było  schludną,  dobrze  utrzymaną 

kuchnię  i  mały  gabinet  do  pracy.  Obok,  w  narożnym  pokoju, 

znajdowała się sypialnia. Szerokie łóżko było zasłane, drzwi od szafy 

zamknięte. 

Wyniki ogl

ędzin  były  raczej  skromne.  Właściwie  tego  należało 

się spodziewać. Nieznajoma najwyraźniej była osobą pretensjonalną, 

ekscentryczną  artystką  przyzwyczajoną  do  oklasków.  Już  samo  jej 
nazwisko  -  Lauren Wyler  - 

pozwalało przypuszczać, że niewątpliwie 

nie ma pojęcia, jaka jest różnica między calzone a cannoli. 

W sumie mo

że i lepiej. Nie będzie problemów. W stosunkach z 

sąsiadami  najwłaściwsza  jest  chłodna  uprzejmość.  Co  w  tym 

przypadku nie powinno być trudne. 

Wr

óciła  do  domu  kilka  minut  po  siódmej.  Wieczór  był  ciepły  i 

Alec  zostawił  okna  otwarte,  żeby  trochę  przewietrzyć.  Leżał 

wyciągnięty na kanapie, z otwartą butelką piwa, wykałaczką w zębach 

i teczką zawierającą papiery Phelpsa przed sobą. 

Z dokument

ów  wynikało,  że  Roger  Phelps  przed  sześciu  laty 

przeniósł  się  do  Albright  z  uniwersytetu  Columbia.  Co  było  raczej 

zastanawiające, zważywszy prestiż obu uczelni. Dlaczego tak wybitny 

specjalista opuścił duży uniwersytet, gdzie z całą pewnością płacono 

mu  znacznie  więcej,  i  przeniósł  się  na  prowincję  ?  Ponadto 

popularność  Phelpsa,  mierzona  częstotliwością  jego  telewizyjnych 

background image

występów, musiała znacznie ucierpieć na oddaleniu od mass mediów. 

Nic  w  jego  dossier  nie  wskazywało  na  to,  że  miał  w  Columbii 

jakiekolwiek kłopoty. 

Alec uwa

żnie  po  raz  drugi  odczytał  pismo,  skierowane  przez 

Phelpsa do Mags, w którym profesor g

odził  się  na  wykłady  w 

Albright: 

„Z  prawdziwą  przyjemnością  poświęcę  się  pracy  naukowej  w 

niewielkiej  uczelni  położonej  w  ustronnym  miejscu.  Mimo  iż  moja 
dotychczasowa praktyka dawa

ła  efekty  w  pełni  zadowalające, 

temperament badacza wymaga czasowej zmiany otoczenia". 

Jasne jak s

łońce. „Temperament badacza" najwyraźniej domagał 

się „ustronnego  miejsca", gdzie roiłoby się od młodych długonogich 

studentek, pragnących pogłębić swoją znajomość prawa. Oczywiście, 

każdy podejrzany tak długo jest niewinny, aż mu się dowiedzie, że jest 

przeciwnie, ale Alec zbyt długo pracował w policji, żeby wiedzieć, że 

bezpodstawne podejrzenia nie istnieją. 

Z zamy

ślenia wyrwał go dźwięk kroków na ganku. W pierwszej 

chwili  pomyślał,  że  będzie  miał  gościa,  i  uniósł  się,  żeby  wstać  z 

kanapy.  Kiedy  jednak  usłyszał,  że  ktoś  otwiera  drzwi  na  dole, 

zrozumiał, że Lauren Wyler wróciła do domu. 

Podszed

ł  do  okna,  żeby  coś  zobaczyć,  ale  ujrzał  tylko  cień 

zamykanych drzwi wejściowych. 

Po chwili z do

łu doszedł go dźwięk kroków i otwieranego okna. 

Potem kroki skierowały się w stronę sypialni. 

Postanowi

ł zejść i przedstawić się. W końcu była jego sąsiadką. 

Poszed

ł do łazienki i uważnie przejrzał się w lustrze. Nie było źle. 

Gęste  jasne  włosy,  opalona  twarz,  w  sumie  widok  miły  dla  oka. 

Przeciągnął dłonią po policzkach. Właściwie należało tylko się ogolić. 

Potem zaraz zejdzie i przedstawi się. 

W tej chwili us

łyszał  muzykę.  Kilka  silnych  akordów,  krótki 

fragment tematu, przerwa i powtórzenie. 

Nie by

ł  to  jego  ulubiony  gatunek  muzyki,  a  jednak  wrócił  do 

p

okoju  i  zaczaj  nasłuchiwać.  W  powolnych  głośnych  akordach  było 

coś, co przykuwało jego uwagę. Rodzaj smutku i powagi, nie pasujący 

do egzaltowanej panienki, zbierającej filiżanki z chińskiej porcelany. 

Postanowi

ł, że zejdzie, kiedy muzyka ucichnie. Wyczuwał raczej 

niż wiedział, że przerywanie komuś gry nie należy do dobrego tonu. 

background image

Zreszt

ą, wcale mu nie zależy. Nie zamierza nikogo zmuszać, aby 

interesował się jego osobą. Jest autorem bestsellera i to ona powinna 

być dumna, że ma okazję go poznać. 

Usiad

ł  w  fotelu  i  oparł  nogi  na  stoliku,  uważając,  by  nie 

pobrudzić  adidasami  papierów  profesora  Phelpsa.  Przymknął  oczy  i 

zaczaj słuchać Lauren Wyler. 

Nie wiedzia

ł,  co  gra.  Jego  znajomość  muzyki  poważnej 

ograniczała  się  do  kilku  starych  płyt  z  nagraniami  Carusa, 
prze

chowywanych  przez  babcię.  Lauren  Wyler  mogła  grać  Bacha, 

Beethovena albo Brahmsa, albo wszystkich naraz. 

Zdawa

ł sobie jednak sprawę z tego, że cokolwiek by grała, robi to 

dobrze,  że  jest  wielką  indywidualnością  i  ma  styl.  Wiedział  też,  że 

będzie  tak  siedział,  zasłuchany,  dopóki  z  dołu  dochodzić  będą 

czarodziejskie dźwięki. 

Po pewnym czasie melodia zacz

ęła  się  zmieniać,  uroczysta 

powolność ustąpiła miejsca skocznej lekkości. Nie było to jeszcze to, 

co lubił najbardziej, ale można było wytrzymać. Wyobraził sobie jej 

długie, białe palce biegające po klawiaturze i poczuł, że jest w tym coś 

zmysłowego.  Nagle  erotyczna  wizja  została  zakłócona  ledwo 

słyszalnym dysonansem, potem następnym, wyraźniejszym, wreszcie 

fałszywą nutą. 

By

ła  przecież  znakomitą  pianistką,  grywała  w  najlepszych 

koncertowych  salach,  nagrywała  płyty...  Dlaczego  nie  była  w  stanie 

zagrać poprawnie rozpoczętego kawałka? 

Mo

że powodem był brak słuchaczy. Nie wiedziała przecież o jego 

istnieniu.  Tak  sobie  tylko  ćwiczyła,  miała  prawo  się  mylić,  miała 

prawo fałszować. 

B

łąd  w  sztuce  powtórzył  się,  raz,  drugi,  trzeci.  Grała  z 

widocznym wysiłkiem, on także zmuszał się do słuchania. 

Potem nasta

ła cisza i to było jeszcze gorsze. Alec wyprostował się 

w fotelu, wyjął wykałaczkę z ust i wytężył słuch. 

Cisza. 
Nie m

ógł tam zejść teraz, nie podczas tej strasznej ciszy. Czekał 

mając  nadzieję,  że  dojdzie  go  jakiś  dźwięk  -  kroków, fortepianu, 
czegokolwiek. 

Nie us

łyszał nic. 

I nie poszed

ł na dół. 

background image

Rozdzia

ł 2 

Kiedy w sobot

ę  wieczór  wróciła  do  domu,  ze  zdziwieniem 

spostr

zegła,  że  w  oknach  na  pierwszym  piętrze  pali  się  światło.  W 

czasie weekendu, który spędziła w Nowym Jorku, ktoś najwyraźniej 

wprowadził się na górę. Wcześniej czy później musiało do tego dojść. 

Władze  uczelni  nie  mogły  pozwolić  na  to,  żeby  tego  rodzaju 
apa

rtament stał pusty przez cały rok. 

By

ła  jednak  zawiedziona;  przez  pierwszy  miesiąc  pobytu  w 

Albright  miała  cały  dom  dla  siebie  i  zdążyła  zasmakować  w 

samotności. 

Teraz wszystko si

ę  zmieniło.  Miała  wrażenie,  jakby  jej  coś 

odebrano.  Podobnie  obco  czuła  się  w  Nowym  Jorku,  mieszkając  u 

przyjaciół, ponieważ swoje mieszkanie wynajęła przed przeprowadzką 
do Albright. 

Patrz

ąc  w  oświetlone  okna  na  pierwszym  piętrze,  otworzyła 

wejściowe drzwi i weszła do środka. Była bardzo głodna, od obiadu 

nie  miała  nic  w  ustach,  ale  kolację  trzeba  było  odłożyć  na  później: 

bardziej niż jedzenie potrzebna jej była gra. 

Postawi

ła  wypchaną  torbę  w  sypialni,  weszła  do  łazienki, 

przemyła  twarz  i  zasiadła  do fortepianu.  Poprawiła  taboret,  ogarnęła 
spojrzeniem czarno  - 

białe  klawisze  i  uniosła  dłonie nad  klawiaturą. 

Przebiegła  ją  kilka  razy  szybkimi  ruchami  palców,  po  czym  zaczęła 

grać swoją ulubioną etiudę Szopena. 

Sz

ło  jej  dobrze.  Lekka  sztywność  prawej  dłoni  dawała  się 

przezwyciężyć. Uśmiechnęła się do siebie. 

Doktor Hayes by

ł  z  niej  zadowolony.  Kiedy  odwiedziła  go  w 

piątek w jego gabinecie na Manhattanie, powiedział, że widzi wyraźną 

poprawę.  Ona  sama  poprawę  dostrzegała  wyłącznie  w  czasie 

rutynowych  ćwiczeń  terapeutycznych;  z  grą  na fortepianie stale 
jeszcze by

ły problemy, tak jakby prawa ręka pozostała mniej sprawna. 

Pr

óbowała  nie  tracić  otuchy.  Chętnie  słuchała  słów  doktora: 

„widzę  wyraźną  poprawę",  „miewałem  pacjentów  z  podobnym 

schorzeniem  i  rehabilitacja  postępowała  znacznie  gorzej",  „literatura 

medyczna  pełna  jest  przypadków,  które  dają  doskonałe  rokowania", 

„musi  pani  zachować  cierpliwość  i  spokój,  a  wszystko  wróci  do 
normy". 

background image

M

ówił tak od dłuższego czasu i nic nie wracało do normy. Palce 

prawej ręki były zaróżowione i lekko podkurczone, cała dłoń od czasu 

do czasu sztywniała i trzeba było ją rozcierać. 

Mimo to nie traci

ła  nadziei.  Nie  tylko  dlatego,  że  takie  były 

zalecenia  doktora  Hayesa;  miała  znacznie  ważniejszy  powód:  gdyby 

straciła  nadzieję,  że  kiedyś  znowu  będzie  mogła  koncertować  -  nie 

miałaby po co żyć. 

Dlatego teraz gra

ła, czując z radością, że palce prawej ręki stają 

się  sprawne  i  giętkie,  a  niepokój  gdzieś  się  ulatnia.  Odprężyła  się, 

wyprostowała, znowu mogła rozkoszować się muzyką. 

Nagle prawa r

ęka jakby zaczęła zamierać. W połowie pasażu dwa 

palce zesztywniały i podkurczyły się. Lauren drgnęła. 

Świadomość, że jest na górze ktoś, kto słyszy jej grę, wprawiła ją 

w popłoch. Skomplikowany pasaż stał się jeszcze trudniejszy, a jego 

wykonanie  prawie  niemożliwe.  Ten  ktoś,  kimkolwiek  był,  słyszał 

przecież wszystko, każdą nutę, każde potknięcie. 

Sam fakt, 

że gra źle, był dla niej wyjątkowo przykry, lecz to, że 

istniał ponadto świadek jej klęski - było nie do zniesienia. 

Pr

óbowała  walczyć  z  narastającą  niemocą,  czuła,  jak  zalewa  ją 

fala  gniewu  i  rozpaczy.  Nigdy  przenigdy  nie  będzie  mogła  ćwiczyć 

mając świadomość, że tam na górze ktoś słucha jej gry! 

A przecie

ż grała ten utwór w obecności tysięcy słuchaczy. Miała 

stojące owacje i nieustające bisy. Słyszała jeszcze grzmot oklasków i 
okrzyki: „cudownie! wspaniale!" A teraz nie jest w sta

nie zagrać kilku 

nut.  Głupi  samochodowy  wypadek,  nic  groźnego.  Nieco  za  duża 

szybkość  i  chwila  nieuwagi,  zbity  reflektor.  Siedząca  na  tylnym 

siedzeniu obok niej Elaine lekko uderzyła się w głowę. Gerald i Steve, 

którzy siedzieli z tyłu, wyszli z tego zupełnie bez szwanku. 

Tylko Lauren, os

łoniwszy  się  ręką,  złamała  sobie  nadgarstek  i 

uszkodziła kilka nerwów. 

Nic gro

źnego,  właściwie  wyszła  z  tego  cało,  tylko  jej  życie 

straciło sens. 

„Zachować  pozytywną  postawę  wobec  choroby,  to 

najważniejsze", mawiał doktor Hayes, „najważniejsza jest pozytywna 
postawa wobec choroby". 

Postanowi

ła próbę przełożyć na poniedziałek, kiedy będzie mogła 

spokojnie,  bez  świadków,  poćwiczyć  u  siebie  w  instytucie.  Miała 

własną  pracownię  na  najwyższym  piętrze  budynku  muzykologii. 

background image

Bywały  lepiej  wyposażone  gabinety,  ale  i  tak  było  nieźle.  Grube 

solidne  ściany  izolowały  od  hałasów  i  przede  wszystkim  mogła  być 

sama. Mogła spokojnie ćwiczyć, nikt jej nie podsłuchiwał. 

A kiedy jej nie sz

ło,  mogła  sobie  powtarzać  w  nieskończoność 

trudniejsze frag

menty, nie skrępowana myślą, że ktoś to słyszy. Może 

i  trzeba  mieć  pozytywny  stosunek  do  choroby,  ale  dla  niej 

najważniejsze  jest  jedno:  nikt,  ale  to  nikt  nie  może  wiedzieć  o  jej 

zmaganiach  z  fortepianem,  nikt  nie  może  wiedzieć,  jakie  to  dla  niej 
trudne. 

W  poniedzia

łek  rano  szybko  zjadła  śniadanie  i  wyszła  z  domu, 

objuczona  torbą  pełną  nut  i  notatek.  Jesienny  słoneczny  dzień  był 

wyjątkowo  ciepły  jak  na  tę  porę  roku.  Właściwie  płaszcz  był 

niepotrzebny,  ale  wzięła  go  ze  względu  na  kieszenie,  w  prochowcu 
swobo

dnie mogła ukryć chorą rękę. 

Gdy wysz

ła na ganek, poczuła nagle dziwną chęć, żeby spojrzeć 

w  górę,  w  stronę  okien  pierwszego  piętra.  Wcześnie  rano  słyszała 

dobiegające z góry kroki, dźwięk wody lejącej się z prysznica, krzesła 

przesuwanego  po  podłodze  w  kuchni.  Lauren  była  wyjątkowo  czuła 

na dźwięki, odczytywała je tak dobrze jak nuty z partytury. 

Nie mia

ła wątpliwości, że sąsiad jest mężczyzną. Przekonały ją o 

tym  jego  mocne  stanowcze  kroki.  Sposób,  w  jaki  ustawił  krzesło  w 

kuchni,  świadczył  o  tym,  że  zamierza  usiąść  na  nim  okrakiem. 

Odgłosy  dobiegające  z  łazienki  poinformowały  ją,  że  nie  używa 

maszynki  elektrycznej,  ale  goli  się  żyletką.  Dźwięki  dobiegające  z 

górnego  piętra  układały  się  w  symfonię,  jasną  i  czytelną  dla  jej 
wprawnego ucha. 

Nie spojrza

ła  jednak w jego okna. Z nieznanego powodu nie 

chciała  wiedzieć,  kto  zamieszkał  na  górnym  piętrze  i  używa  żyletki 

przy  goleniu.  Dla  niej  był  tylko  intruzem:  gdyby  nie  on,  mogłaby 

wczoraj ćwiczyć cały wieczór. 

Na domiar z

łego,  wcale  nie  mogła  ćwiczyć  w  pracy,  tak  jak to 

sobie przyrzekła. Rano miała trzy godziny prywatnych lekcji, a zaraz 
potem podczas lunchu spotkanie z pracownikami instytutu muzyki; 

następnie  o  pierwszej  seminarium  z  teorii  muzyki,  spotkanie  ze 

studentami, a o czwartej wizytę Belli Bronowitz, uroczej starszej pani, 

która uczyła gry na wiolonczeli. Usłyszała pukanie do drzwi gabinetu, 

a  kiedy  otworzyła,  w progu ujrzała  uśmiechniętą  twarz  w  koronie 

siwych włosów. Bella trzymała w rękach dwie filiżanki kawy. 

background image

 -  Czarna, 

świeżo  parzona  -  powiedziała,  podając  jedną  z  nich 

Lauren. - 

Umyłam dzbanek i zrobiłam co trzeba. 

Jedn

ą  z  zupełnie  nowych  rzeczy,  jakie  poznała  w  Albright,  był 

osobliwy  sposób  picia  kawy  przygotowywanej  przez  sekretarkę 

instytutu. Jedna z pracownic zwykle rano napełniała dzbanek, sypała 

kawę  -  i  całość  stała  tak  przez  cały  dzień,  parując,  tracąc  zapach  i 

smak  i  z  wolna  zamieniając  się  w  czarną  nieokreśloną  ciecz, 

czekającą,  aż  ktoś  się  zlituje  i  zaparzy  świeżą  kawę.  Fakt,  iż  trzeba 

było  przedtem  wypłukać  dzbanek,  utrudniał  tylko  podjęcie  decyzji 

ewentualnym chętnym. Zazwyczaj tym ochotnikiem była Bella. 

 - Jeste

ś cudowna - powiedziała Lauren i wprowadziła gościa do 

zawalonego sprzętami pomieszczenia. Pomogła jej dotrzeć do biurka 

zastawionego fortepianem i regałami. Lauren usiadła na krześle, Bella 

na taborecie. Zapach kawy rozszedł się po pokoju. 

 - By

łaś u swojego doktora? - zapytała Bella. Laura skinęła głową 

i uniosła filiżankę do ust 

Stale pos

ługiwała się jeszcze lewą dłonią. Prawą starała się ukryć, 

mimo że jej wygląd nie zwracał niczyjej uwagi. W mniemaniu Lauren 
jej prawa d

łoń wyglądała wstrętnie. 

 - I co ci powiedzia

ł? - Bella nie dawała za wygraną. 

Lauren zamruga

ła powiekami. 

 -  Powiedzia

ł,  że  wszystko  wróci  do  normy,  muszę  tylko  mieć 

właściwy stosunek do choroby. 

 - A ty nie masz cierpliwo

ści - dopowiedziała Bella. 

 - Chyba nie mam, to trwa ju

ż tak długo. 

 - Nie ma jeszcze roku. 
 -  Dla mnie to wieczno

ść.  -  Lauren  wypiła  jeszcze  jeden  łyk  i 

zamyśliła się. 

 - Nale

żał ci się wypoczynek, stale byłaś w drodze. Jeszcze kilka 

miesięcy, skończysz pracę tutaj i wyruszysz na nowe tournee. 

Lauren u

śmiechnęła się smutno. 

 - Ty podchodzisz do tego prawid

łowo, pełna akceptacja sytuacji. 

Może powiesz mi, jak do tego dojść? 

 - Nie zna

łam muzyka, który by nie miał kłopotów ze zdrowiem. 

Rozejrzyj si

ę  tutaj,  w  Albright.  Harold  Stemsky  cierpi  na  artretyzm, 

Louise Pelham ma kłopoty z szyją, Peter Villard ma narośl na górnej 

wardze od trąbki, ja od lat cierpię na bóle mięśni. Fizycznie wszyscy 

jesteśmy do kitu, moja droga. 

background image

Lauren zna

ła  argumenty  Belli,  ale  tym  razem  słuchała  ich 

wyjątkowo chętnie. 

 - U kogo si

ę leczysz? 

 -  Je

żdżę  do  Bostonu  do  doktora  Nylandera.  Jest  wspaniały. 

Chcesz jego numer telefonu? 

Lauren zamy

śliła się. Dotąd korzystała z porady doktora Hayesa, 

on  ją  operował,  on  kierował  jej  rehabilitacją.  Ale  doktor  Hayes  był 

neurologiem, nie ortopedą. 

 -  Mo

że  się  do  niego  zwrócę  -  powiedziała  po  chwili.  -  Może 

będzie miał dla mnie jakieś nowe ćwiczenia. Nie mogę stale ćwiczyć 

tymi piłeczkami. 

 -  Nigdy mi nie poleca

ł  lekarskich  piłek  -  uspokoiła  ją  Bella.  - 

Mam jego numer w domu. Dam ci jutro. 

 - Dzi

ękuję. - Lauren odetchnęła z ulgą na myśl, że istnieje lekarz, 

nie mówi bez przerwy o pozytywnej postawie wobec choroby. 

Dobry humor ulotni

ł  się,  kiedy  podeszła  pod  dom.  Widok 

srebrnego sportowego samoc

hodu  stojącego  naprzeciwko  jej  starego 

volvo  przypomniał  Lauren  o  istnieniu  lokatora.  Wiedziała,  że 

nieznajomy  ma  prawo  tu  mieszkać,  każdy  ma  prawo  mieszkać  w 

uniwersyteckim budynku przy Hancock Street, ale z jakiegoś powodu 

jego obecność niepokoiła ją. 

Niepok

ój  i  niechęć  wzrosły,  kiedy  wieczorem  zasiadła  do 

fortepianu. Wiedziała, że jej sąsiad jest na górze, słyszała jego kroki. 

Świadomość  tego,  że  może  słyszeć  jej  błędy,  obezwładniała  ją 

skuteczniej niż gipsowy pancerz. 

Mimo to zacz

ęła grać i grała tak długo, aż muzyka stała się nie do 

wytrzymania. Wtedy zdjęła ręce z klawiatury. Gdyby chociaż słyszała 

jakieś poruszenie w mieszkaniu na górze, gdyby mogła mieć chociaż 

cień  złudzenia,  że  cokolwiek  zagłusza  fałszywe  dźwięki...  Ale  nie. 
Absolutna cisza utwierd

zała  ją  w  przekonaniu,  że  słucha,  uważnie  i 

bezlitośnie.  A  jej  porażka,  mając  słuchacza,  staje  się  publiczną 

własnością. 

Dalsza gra by

ła  niemożliwa.  Siedziała  bez  ruchu,  starając  się 

złowić jakiś nadchodzący z góry dźwięk, coś, co by ją przekonało, że 

się  myli,  że  nikt  nie  nasłuchuje,  nikt  jej  nie  śledzi,  nie  zagraża  jej 

prywatności. 

Kimkolwiek jest ten cz

łowiek na górze, lepiej by było, żeby nigdy 

nie zamieszkał w tym domu co ona. 

background image

W czwartek zamiast sp

ódnicy włożyła luźne spodnie. Patrzył, jak 

wychodziła  z  domu,  z  dużą  płócienną  torbą  w  lewej  ręce,  z  prawą 

dłonią w kieszeni. Kiedy szła, spod rozchylającego się płaszcza mógł 

widzieć zgrabny zarys jej bioder. 

Niesamowite, jak bardzo go fascynowa

ła. 

U

śmiechnął się smętnie. Fascynowała go tak bardzo, że nie miał 

odwagi zejść na dół i po prostu się przedstawić. A przecież  mógł to 

zrobić;  mogli  się  poznać,  zamienić  kilka  zdawkowych  słów, 

przekonać się, że nie mają sobie nic do powiedzenia, i koniec. 

Z jakiego

ś nie znanego sobie powodu wcale nie pragnął takiego 

zak

ończenia.  W  życiu  poznał  wiele  ciekawych  osób,  ale  nie  było 

wśród  nich  nikogo  uzdolnionego  pod  względem  artystycznym.  Alec 

sam  pisał  książki,  ale  nie  uważał  się  za  „artystę".  Powieść,  którą 

napisał, była pasjonująca pod względem akcji, ale literacko - średnia. 

Jeden  z  krytyków  nazwał  ją  książką  „zaspokajającą  doraźne  apetyty 

czytelników" i Alec uznał to za wyjątkowo trafne określenie. Fabuła 

była  sensacyjna,  akcja  wartka,  czuło  się,  że  autor  zna  z  własnego 

doświadczenia to, co opisuje. Czytelnicy potrafili to docenić. Nikt nie 

kupował jego książki ze względu na jej walory „artystyczne". 

Lauren by

ła artystką, prawdziwą artystką, i o dziwo, wcale go to 

nie zrażało. Przeciwnie, przyciągało. Nie bez znaczenia był przy tym 

fakt, że była wyjątkowo zgrabna, miała długie nogi i cudowne czarne 

włosy luźno spadające na plecy. 

Ostatnie kilka dni sp

ędził  na  szkicowaniu  planu nowej  książki  i 

spacerach  po  okolicy.  Dziś  postanowił  skoncentrować  się  na  celu 
swojego pobytu  w Albright, profesorze Phelpsie, niestrudzonym 
badaczu prawa i bawidamku. Jednak zamiast p

ójść prosto do Dwight 

Hall,  gdzie  mieścił  się  wydział  nauk  politycznych,  mimo  woli 

skierował  się  w  stronę  biblioteki,  położonej  po  drugiej  stronie 
campusu. 

Nie zatrzymuj

ąc  się  w  holu,  przeszedł  wzdłuż  rzędu  półek  i 

pods

zedł do  katalogu obejmującego  nagrania  płytowe.  Poszukiwania 

Lauren Wyler nie dały rezultatu: katalog ułożony był według nazwisk 
kompozytorów. 

Widz

ąc,  że  sam  sobie  nie  poradzi,  podszedł  do  biurka  dyżurnej 

bibliotekarki. 

 -  Przepraszam, czy maj

ą  państwo  jakieś  płyty  z  nagraniami 

Lauren Wyler? 

background image

Spojrzenie, jakim zosta

ł obrzucony, nie wyrażało zachęty. 

 -  Tylko studenci i pracownicy uczelni maj

ą  prawo  pożyczać 

płyty. 

 -  Nie chc

ę  pożyczyć,  chcę  tylko  obejrzeć.  Podejrzliwość  jego 

rozmówczyni wzrosła. 

 - Kim pan jest? 
Spr

óbował wymyślić coś rozsądnego. 

 -  Mam tu dziewczyn

ę.  Studiuje  muzykologię.  Wiele  mi 

opowiadała  o  swojej  nauczycielce.  Jest  podobno  bardzo  sławną 

pianistką, nazywa się Lauren Wyler, a ja nigdy o niej nie słyszałem. 

Moja  dziewczyna  powiedziała,  że  jeśli  nie  wierzę,  mogę  pójść  do 

biblioteki i na własne oczy zobaczyć płyty Lauren Wyler. 

Bibliotekarka obrzuci

ła  go  nieufnym  spojrzeniem.  Był  chyba  za 

stary, żeby mieć dziewczynę w college'u. 

 -  Za

łożyliśmy  się  o  dziesięć  dolarów  -  dodał,  rzucając  jej 

uwodz

icielski uśmiech. 

Teraz albo nigdy. 
 - Zaprowadz

ę pana - usłyszał wreszcie. - Sam pan zobaczy. 

Po kilku stopniach zeszli do niewielkiego pomieszczenia, 

zastawionego metalowymi rega

łami  pełnymi  płyt.  Bibliotekarka 

sięgnęła pod literę C i wyjęła album, który nosił tytuł „Lauren Wyler 
gra Chopina". 

 -  Jest pan winien swojej dziewczynie dziesi

ęć  dolarów  - 

powiedziała z wyraźnym zadowoleniem. 

Wzi

ął  płytę  do  ręki  i  spojrzał  na  okładkę.  Siedząca  przy 

fortepianie  młoda  kobieta  miała  czarne  włosy  spływające  na  plecy, 

delikatny profil, lekko pochyloną głowę i wąskie dłonie spoczywające 

na klawiaturze. Jej oczy były zamknięte, usta lekko rozchylone, całość 

wyrażała absolutną koncentrację. 

Nie m

ógł od niej oderwać oczu. 

Wreszcie czuj

ąc rosnące zniecierpliwienie swojej przewodniczki, 

zwrócił płytę. 

 - To mnie nauczy ostro

żności. 

Jeszcze d

ługo  po  wyjściu  z  biblioteki  rozpamiętywał  ujrzany 

obraz.  Stale  miał  przed  oczami  fotografię  Lauren:  cudowny  profil 

kamei, długie rzęsy, lekko pochyloną głowę, zarys piersi... 

background image

Pr

óbował  dopasować  niezwykły  obraz  do  muzyki  słyszanej 

wieczorami i nie mógł tego zrobić. Kobieta z fotografii musiała grać 

w sposób doskonały, absolutnie bezbłędny. 

Niepotrzebnie zaprz

ątał  sobie  tym  wszystkim  głowę.  Miał  co 

innego  do  roboty.  Powinien  raczej  się  skupić  nad  rozwiązaniem 

dwóch  zagadek:  jak  dalej  poprowadzić  akcję  swej  nowej  powieści  i 

jak  rozgryźć  tajemnicę  profesora  Phelpsa.  Stanowczym  krokiem 

skierował  się  do  Dwight  Hall.  Raz  po  raz  mijały  go  smukłe 

dziewczęta,  z  książkami  i  bez,  na  rowerach,  wrotkach, w 

spódniczkach mini i w stroju do joggingu. Nie pozostawał obojętny na 

ich  urok.  W  powietrzu,  mimo  jesieni,  czuło  się  wiosnę  młodości  i 

seks.  Pragnął  coś  powiedzieć,  żeby  mu  odpowiedziano  i  żeby  mógł 

usłyszeć ich cudowne dziewczęce głosy. 

By

ły bardzo młode. O wiele dla niego za młode, ale nie tylko to 

decydowało o ich niedostępności: były ponadto absolutnie niewinne, 

świeże i nie skażone życiem. Przynajmniej takim, jakie znał. Miały w 

sobie  rozległe  przestrzenie,  szum  morza  i  błękitne  niebo. Nawet te 
pozornie zblazowane nie by

ły  w  stanie  tego  ukryć.  Na  południu 

Bostonu nie widywało się takich dziewcząt. 

Wydzia

ł nauk politycznych był dużą budowlą z czerwonej cegły. 

Gabinet profesora Rogera Phelpsa mieścił się na pierwszym piętrze i 

Alec idąc po schodach mógł sobie przygotować plan akcji. 

Dot

ąd  nie  miał  jeszcze  okazji  poznać  profesora  i  wszystko 

wskazywało na to, że zgodnie z sugestiami Mags ujrzy go dopiero na 

przyjęciu u niej w domu. Chciał jednak przedtem wyrobić sobie o nim 

„wstępne  pojęcie":  miał  nawet  zamiar  posłuchać  jego  wykładu,  co  - 

bez  wzbudzenia  podejrzeń  -  okazało  się  niemożliwe,  ze  względu  na 

małą liczbę osób uczestniczących w elitarnym seminarium profesora 

Phelpsa. Tak czy inaczej, warto było zobaczyć miejsce akcji. 

Przebywszy schody, lekko pomasowa

ł  bolące  kolano  i  podszedł 

do drzwi gabinetu z tabliczką „Roger Phelps". Wiszący na drzwiach 

rozkład  zajęć  głosił,  że  profesor  właśnie  przyjmuje  studentów. 

Zapisana na rozmowę osoba nazywała się Emily Spaeth. Drzwi były 

zamknięte. 

Alec dyskretnie rozejrza

ł  się  po  korytarzu.  Kilka  studentek 

czytało  rozwieszone  na  ścianach  ogłoszenia.  Odczyt  o  głodzie  w 

Etiopii,  występy  mało  znanego  rockowego  zespołu,  używane 

background image

podr

ęczniki  do  sprzedania,  poszukiwani  ochotnicy  do  prac 

porządkowych na terenie campusu. 

Rozlu

źnił  mięśnie  chorej  nogi  i  wtedy  usłyszał  odgłos 

otwierających się  drzwi do gabinetu. Ostentacyjnie zwrócił głowę w 

drugą stronę. Drzwi gabinetu profesora Phelpsa uchyliły się i wyszła z 

nich ładna blondynka, przyciskająca do piersi stos książek. 

 -  Bardzo panu dzi

ękuję,  panie  profesorze  -  powiedziała.  - 

Naprawdę bardzo jestem wdzięczna, to znakomity pomysł, dla mnie to 

idealne rozwiązanie. 

Zza drzwi dobieg

ł go męski głos. 

 - Co

ś za coś, moja droga. 

 - Taka wspania

ła okazja. 

 - Dla nas obojga, Emily. Mów mi po imieniu, dobrze? 
 - Dobrze... Roger - powiedzia

ła niepewnym głosem. - Jeszcze raz 

bardzo dziękuję. 

Zrobi

ła krok do przodu i drzwi się zamknęły. Stała przez chwilę 

zamyślona,  tuląc  do  siebie  książki,  po  czym  ruszyła  w  stronę 
schodów. 

Alec poszed

ł za nią w bezpiecznej odległości. Nie wiedział, czego 

dotyczyła  owa  „wspaniała  okazja",  jakiej  dostarczył  jej  profesor 

Phelps,  i  co  w  zamian  spodziewał  się  otrzymać.  Mógł  tylko 

obserwować  i  z  obserwacji  swoich  wysnuwać  pierwsze  wnioski. 

Złotowłosa,  długonoga,  promiennie uśmiechnięta  Emily  była  z  całą 

pewnością łakomym kąskiem dla starzejącego się mężczyzny. 

Pod

ążał za nią poprzez campus, jak przedtem mijając dziewczęta, 

tym  razem  jednak  obojętny  na  ich  wdzięki.  W  głowie  brzmiało  mu 

tylko:  „taka  wspaniała  okazja,  naprawdę  wspaniała  okazja".  Emily 

najwyraźniej  również  o  czymś  intensywnie  myślała,  zdążając  przed 

siebie zamaszystymi ruchami smukłych nóg opiętych dżinsami. 

Wspania

łą okazją mogło być, na przykład, dostanie się na elitarny 

wydział  prawa  jakiejś  renomowanej  uczelni. W zamian za pewnego 

rodzaju  wspaniałomyślność  w  szafowaniu  dziewczęcymi  wdziękami. 

Na szczęście Alec był tylko gliną, a nie sędzią: bezstronność nigdy nie 

była jego mocną stroną. 

Emily, zamy

ślona,  minęła  szereg  studenckich  domów,  pawilon, 

gdzie mi

eścił  się  teatr,  i  skierowała  się  w  stronę  budynku 

muzykologii. Weszła do środka i powędrowała w górę po schodach. 

background image

Szed

ł za nią wiedząc, że jego nogi każą mu pod wieczór ciężko 

pożałować  tej  wspinaczki.  Ale  musiał  iść,  nie  mógł  jej  jeszcze 

zostawić.  Minęli  pierwsze  piętro  i  szli  dalej  w  górę.  Jakiś  student 

minął  go  przeskakując  po  kilka  stopni  naraz.  Siwowłosy  mężczyzna 

ze skrzypcami w dłoni powoli schodził w dół. Alec nie rezygnował. 

Emily min

ęła  wejście  prowadzące  na  drugie  piętro.  Westchnął, 

nie mógł się cofnąć, musiał przecież się dowiedzieć, gdzie poszła po 
wizycie w profesorskim gabinecie Rogera Phelpsa. 

Weszli na trzecie pi

ętro i Alec z ulgą spostrzegł, że jest to ostatnia 

kondygnacja budynku  muzykologii. Jego  męka skończyła się, Emily 

wyżej iść nie może. Odczekał chwilę i poszedł za nią korytarzem. 

Zatrzyma

ła  się  przed  jakimiś  drzwiami.  Zwolnił  kroku, 

dziewczyna  zapukała,  drzwi  otworzyły  się,  stała  w  nich...  Lauren 
Wyler. 

Mimo 

że  nigdy  nie  widział  jej  z  bliska,  poznał  ją  od  razu. 

Rozpoznał delikatny owal twarzy, bladą aksamitną cerę, długie czarne 

włosy.  Rozpoznał  wielkie  czarne  oczy  i  piękną  linię  ust.  Drobną 

zgrabną  figurę,  długie  nogi  i  lewą  rękę.  Prawą,  swoim  zwyczajem, 

trzymała w kieszeni. 

 -  Witaj, Emily  -  powiedzia

ła  z  uśmiechem,  wpuszczając 

dzi

ewczynę do środka. Głos miała dźwięczny i głęboki. 

Emily co

ś odpowiedziała i weszła do pokoju. Lauren spojrzała w 

głąb korytarza i dostrzegła Aleca. Zawahała się chwilę, popatrzyła na 

niego  i  uśmiech  znowu  pojawił  się  na  jej  twarzy.  Lekki,  niepewny 

uśmiech. Potem drzwi się zamknęły. 

Kto to by

ł?  Dlaczego  nie  przestraszył  jej  widok  barczystego 

mężczyzny, stojącego w pustym zazwyczaj korytarzu trzeciego piętra? 

Dlaczego  nie  zamknęła  drzwi  na  klucz  i  nie  zadzwoniła  pod  numer 

straży campusowej? 

Odpowied

ź  była  prosta:  ponieważ  już  kiedyś  go  widziała.  Nie 

wiedziała, kiedy ani gdzie, ale jego jasne włosy, baczne spojrzenie i 

silnie  zarysowana  szczęka  nie  były  jej  obce.  A  jego  uśmiech  w 

absurdalny sposób przekonał ją, że nie ma się czego obawiać. 

Emily wydawa

ła  się  pogrążona  w  myślach  i  Lauren,  mimo 

poczucia  winy,  pozwoliła  sobie  na  to  samo.  Jej  myślami  owładnął 

niepodzielnie nieznajomy z korytarza. Cały czas miała przed oczyma 

jego  wysoką  sylwetkę,  silne  ramiona,  długie  muskularne  nogi  i 

przenikliwe, uśmiechnięte spojrzenie, które na nią skierował. 

background image

Kim w

łaściwie był? 

 -  My

ślę,  że  na  początek  mogłybyśmy  spróbować  Bacha  - 

powiedziała Emily, sadowiąc się na taborecie. 

 -  Bardzo dobrze  -  zgodzi

ła się Lauren, próbując oderwać  myśli 

od mężczyzny, którego ujrzała obok drzwi swojego gabinetu, i skupić 

się na lekcji. 

Emily Spaeth by

ła jej najlepszą studentką. Mimo że Albright nie 

było  uczelnią  kształcącą  wirtuozów,  kilka  studentek  przejawiało 

zdolności  muzyczne  godne  najlepszego  konserwatorium.  Emily  do 

nich należała. 

Lauren wiedzia

ła, że dziewczyna ma przed sobą przyszłość. Jeśli 

nawet nie jako wybitna solistka, to w każdym razie jako nauczycielka 

muzyki  lub  akompaniatorka.  Nie  rozmawiała  z  nią  o  tym  jeszcze. 

Emily wspominała, że bardziej interesują ją nauki polityczne i że im 

właśnie zamierza się poświęcić. To znaczy, o ile zdobędzie pieniądze 

na dalszą naukę. W Albright pobierała stypendium, którego wysokość 

zależała od jej wyników w nauce. 

Pewnego razu, gdy poskar

żyła  się  na  opłakany  stan  swoich 

finansów, Lauren poradziła jej, żeby po prostu skupiła się na muzyce; 

tamte sprawy same się ułożą. Zamierzała w właściwym czasie zadbać 
o dalsze stypendium dla uzdolnionej muzycznie studentki. 

Dzi

ęki  takim  uczniom  jak  Emily  odnajdywała  sens  nauczania. 

Było  nie  tylko  przekazywaniem  uczniom  wiedzy,  to  była  również 

walka  o  ich  przyszłość,  uświadamianie  możliwości,  zdobywanie 

środków,  torowanie  drogi.  Nauczyciel  miał  na  ucznia wpływ  niemal 

nieograniczony i Lauren starała się to wykorzystać. 

Emily otworzy

ła  nuty  i  położyła  dłonie  na  klawiaturze. Lauren 

nieomal  z  zazdrością  spojrzała  na jej długie,  sprawne  palce, 

poruszające się bez najmniejszego wysiłku. Jej palce poruszały się tak 

samo,  jeszcze  tak  niedawno,  przed  wypadkiem...  Gra  Emily  była 

poprawna, ale było w niej coś niepotrzebnego. 

 -  Emily  -  przerwa

ła  uczennicy.  -  To  trzeba  grać  inaczej,  to  nie 

rapsodia. 

 -  S

łucham?  -  Głos  Emily  świadczył,  że  myślami  przebywa 

bardzo daleko. Miała śliczną buzię, niewinną i szczerą. 

 - Musisz to gra

ć inaczej, zimniej, wkładasz w grę za dużo emocji. 

 - Tak. - Emily zatrzepota

ła rzęsami i zaczerwieniła się. - Ostatnio 

jestem trochę roztargniona. 

background image

 - Czy co

ś się stało? 

 -  Chyba... chyba si

ę  zakochałam  -  w  głosie  dziewczyny  było 

zdziwienie i radość. 

 -  To dobra nowina  -  Lauren u

śmiechnęła  się  wyrozumiale.  - 

Poz

nałaś go w czasie weekendu? 

 -  Nie... on nie jest studentem... on w

łaściwie  jest...  -  Emily 

przerwała. - Jest trochę starszy, jest... dorosły... zupełnie inny. Bardzo 

mnie  lubi  i  może  mi  pomóc,  bo...  jest  starszy,  ma  możliwości  i... 
Bardzo jest dla mnie do

bry,  dba  o  moją  przyszłość.  To  bardzo  miłe 

mieć kogoś, komu zależy, żeby ułatwić pewne sprawy... on może to 

zrobić, bo jest starszy. 

Lauren w my

ślach ujrzała mężczyznę z korytarza. 

Czy

żby on właśnie był nowym chłopakiem Emily? Wszystko się 

zgadzało:  był  znacznie  od  niej  starszy  i  wyglądał  na  kogoś,  kto  bez 

trudu może zawrócić w głowie młodej dziewczynie. 

W przypadku Emily najwyra

źniej  tak  się  stało.  Nieznane 

pozostawały  natomiast  intencje  przedmiotu  jej  uczuć,  i  to  właśnie 

zaniepokoiło Lauren. 

Dziewczyna by

ła jednak dorosła i jej prywatne życie nie powinno 

interesować nauczycielki muzyki. Zresztą Lauren nie zamierzała tego 

robić. 

 -  Bardzo si

ę cieszę ze względu na ciebie - powiedziała - ale co 

miłość ma wspólnego ze sposobem, w jaki grasz fugę Bacha? 

 -  Bach... on mia

ł bardzo dużo dzieci, prawda? Musiał wiedzieć 

coś o miłości... 

Lauren u

śmiechnęła się. 

 -  Mo

że  i  wiedział  coś  o  seksie,  ale  nie  komponował,  żeby 

uwodzić kobiety. Pisał muzykę, żeby dać tym dzieciom jeść, a ludzie, 

którzy  mu  za  jego  utwory  płacili, byli bardzo surowymi luteranami. 

Dlatego spróbuj zagrać tę fugę jeszcze raz, prosto i bez ozdobników. 

Emily wzi

ęła się w garść i wróciła do gry. Lauren próbowała się 

skupić,  ale  myślami  przebywała  daleko.  Wiedziała,  co  znaczy  mieć 

dwadzieścia  lat  i  zakochać  się.  Sama  przez  to  przeszła.  Doskonale 
czu

ła, co dzieje się z siedzącą obok niej dziewczyną. 

Nigdy, przenigdy nie zrobi

łaby  tego,  co  zrobił  Gerald,  jej 

menedżer.  Nigdy  nie  skrytykowałaby  związku  ze  starszym 

mężczyzną.  Nigdy  nie  postawiłaby  ultimatum,  zmuszającego  do 

background image

wyboru  pomiędzy  sztuką  a  miłością.  Nigdy  by  nie  powiedziała: 

„Twoje życie to muzyka, nikt nie może stanąć jej na drodze". 

By

ć  może  jej  wielka  miłość  z  czasem  umarłaby  śmiercią 

naturalną,  ale  nie  dano  jej  szansy  przekonać  się  o  tym.  Posłuchała 

Geralda, cała, duszą i ciałem, oddała się muzyce i karierze pianistki. 

I co z tego wynik

ło? Uniosła prawą dłoń, próbując wyprostować 

lekko przygięte palce. Postawienie na jedną jedyną kartę okazało się 

bardzo  ryzykowne.  Na  świecie  istniały  przecież  wypadki 

samochodowe i żal za zmarnowanym życiem. 

„Pozytywne  nastawienie,  trzeba  mieć  pozytywne  nastawienie", 

upomniała samą siebie. Nie wolno rozpamiętywać straconych okazji, 

tego,  co  nie  wróci,  bo  wrócić  nie  może.  Nie  wolno  myśleć,  że  ktoś 

taki, jak tamten mężczyzna w korytarzu, mógłby teraz czekać tam na 

nią. 

Na ni

ą  czeka  kariera,  prędzej  czy  później  odzyska  sprawność  i 

wszystko  będzie  jak  dawniej.  Dwadzieścia  dziewięć  lat  to  dopiero 

początek.  Kiedy  skończy  lekcję  i  wyjdzie  z  budynku  muzykologii, 
czeka

ć na nią będzie dalszy ciąg tego, co zaczęła robić. Kiedy minie 

ten  rok  i  skończy  wykładać  w  Albright,  wróci  do  swojego 

prawdziwego  życia,  będzie  dawała  koncerty  i  podróżowała,  będzie 

sławna i oklaskiwana. Musi w to wierzyć. 

background image

Rozdzia

ł 3 

 - Znakomicie, wygl

ądasz naprawdę znakomicie. 

Alec pos

łał  ciotce  pobłażliwy  uśmiech.  Zrobił,  co  było  w  jego 

mocy.  Na  jej  doroczne  rektorskie  przyjęcie  włożył,  co  miał 

najlepszego  wśród  przywiezionych  do  Albright  rzeczy.  Beżowe 

dżinsy, białą koszulkę polo i sztruksową kurtkę. Zwykle nie zwracał 
uwagi na ubranie. Jedyny garnitur,  jaki posiada

ł, kupił przed laty na 

pogrzeb ojca i od tamtej pory  miał  go na sobie zaledwie kilka razy. 

Krawaty  uważał  za  diabelski  wynalazek,  a  sztywne  kołnierzyki  za 

pomysł sadysty. Jednym z powodów, dla których warto być pisarzem, 

jest to, że nie trzeba się specjalnie ubierać do pracy. 

Mags wygl

ądała doskonale w kwiecistej sukience i wytwornych 

pantofelkach,  włosy  miała  starannie  uczesane,  twarz  dyskretnie 

umalowaną. Poruszała się z wdziękiem wśród gości, którzy roili się w 

ogrodzie  przed  domem  i  mówili  wszyscy  naraz.  Nieco  z  boku  stał 

duży prostokątny stół zastawiony szklankami, kieliszkami, butelkami 

wina  i  tacami  drobnych  kanapek.  Nieco  niżej  lśniła  tafla  jeziora,  w 

górze jaśniało bezchmurne jesienne niebo. 

 - Bardzo mi

ło i jakże wytwornie - w głosie Aleca brzmiała lekka 

drwina. 

 -  Mam nadziej

ę,  że głowę  masz tak  mocną jak dawniej - Mags 

podała mu kieliszek. 

 - Dzisiaj nie pijemy piwa? 
 - Nie, dzi

ś nie. Dziś jesteśmy ludźmi z wyższej sfery. 

Poniewa

ż  nie  miał  pewności,  czy  ciotka  żartuje,  przesłał  jej 

uśmiech  z  gatunku  tych  „tak  jest,  proszę  cioci".  Spróbował  wina, 

skrzywił  się  i  odstawił  szklankę.  Nie  musiał  pić  wody  akurat  na 

przyjęciu. 

Znakomicie zrozumiawszy jego reakcj

ę, ciotka ujęła go po ramię. 

 - 

Żeby  poprawić  twój  humor,  przedstawię  ci  kilka  osób.  Kogo 

chciałbyś poznać? 

Ogarn

ął wzrokiem tłum. Wiedział, że powinien spotkać Phelpsa, 

ale przede wszystkim szukał pewnej osoby. Pewnej młodej kobiety o 

kruczoczarnych  włosach,  delikatnej,  porcelanowej  buzi  i  figurze 

modelki.  Kobiety, której wzrok poczuł na sobie poprzedniego dnia i 

której spojrzenie kompletnie wyprowadziło go z równowagi. 

W

łaściwie  poprzedniego  wieczoru  zamierzał  do  niej  pójść. 

Siedząc w fotelu ze sportowym dodatkiem „Globu" w ręce, czekał, aż 

background image

usłyszy odgłos klucza w drzwiach na dole. Wróciła nieco później niż 

zwykle,  skazując  go  na  domysły,  gdzie  też  jadła  kolację  i  z  kim. 

Bardzo go interesowało, czy się z kimś spotyka. 

Po kilku minutach us

łyszał  to,  co  zwykle.  Usiadła  przy 

fortepianie,  jej  dłonie  spoczęły  na  klawiaturze.  Popłynęły  akordy  i 

gamy,  potem  nastąpiło  kilka  potknięć,  rozpaczliwe  powtórzenia,  a 

następnie zapadła cisza. 

Dlaczego w

łaściwie  nie  zszedł  i  nie  przedstawił  się?  Co  go 

powstrzymało? 

Powstrzyma

ła  go  cisza.  Niezwykła,  niepokojąca  cisza. Zawsze 

mieszkał w mieście, w dużym hałaśliwym mieście i dotąd właściwie 

nie  znał  ciszy. Klaksony samochodów, gwizdki policjantów, wycie 

syren, krzyki sąsiadów stanowiły zwykłe tło jego życia w mieście. W 

Albright było spokojnie, ale cisza panująca na campusie nie miała w 

sobie nic z martwoty. Tutaj jednak była cisza absolutna, lepka i niemal 

namacalna.  Powietrze  W  mieszkaniu  zastygło,  sprzęty  zamarły  w 

bezruchu,  powiew  wchodzący  przez  okno  wydawał  się  gęstnieć,  z 

chwilą gdy znalazł się wewnątrz. 

Mo

że za bardzo wczuł się w nową rolę. Może za bardzo dał się 

wciągnąć w obręb literackiej fikcji. Może zbyt wiele sobie wyobrażał, 

wsłuchując się w wieczorną grę sąsiadki. Mimo to nie był w stanie po 

prostu wstać, zejść na dół i zapukać do jej drzwi. Po prostu nie mógł. 

Dlatego w

łaśnie  siedział  w  fotelu  z  niepotrzebnym  dodatkiem 

sportowym  „Globu"  w  ręce  i  myślał  o  cudownych  oczach  Lauren 

Wyler,  jej  cudownych  włosach,  cudownym  ciele  i  cudownej  lewej 

dłoni i o tej, której nigdy nie widział. 

Nie spodziewa

ł  się,  że  spotka  Lauren  na  przyjęciu  u  ciotki, 

chociaż należała do grona pracowników uczelni i w tym charakterze 

musiała się znaleźć na dorocznym przyjęciu u rektora. 

Ujrza

ł ją stojącą przy jednym z klombów, pogrążoną w ożywionej 

rozmowie  z  kilkorgiem  młodych  ludzi.  Miała  na  sobie  krótką 

spódniczkę  i  kolorową  jedwabną  bluzę,  w  lewej  dłoni  trzymała 

szklankę, prawa była ukryta w kieszeni spódnicy. Odwrócił głowę ku 
ciotce. 

 - Czy profesor Phelps jest tutaj? 
 -  Profesor Phelps nigdy nie przegapi okazji, 

żeby  się  napić  za 

darmo  - 

odpowiedziała  i  poprowadziła  go  wzdłuż  tarasu, 

odpowiadając na ukłony i uśmiechy. 

background image

Alec pozna

ł  go  natychmiast.  Musiał  widzieć  profesora  w 

telewizji, głoszącego prawdy objawione na temat konstytucji i prawie 
jednostki do samostanowienia. Na ekran

ie  prezentował  się  znacznie 

bardziej okazale niż w  rzeczywistości. Mimo to stale  jeszcze  można 

było  nazywać  go  przystojnym  mężczyzną,  a  szpakowate  włosy  przy 

młodzieńczej, wysportowanej sylwetce tylko dodawały mu uroku. Był 
wzrostu Aleca, równie silnie zbu

dowany,  a  z  całej  jego  postaci 

emanowało  zadowolenie  i  pewność  siebie.  Obok  stała  przystojna 

kobieta  około  czterdziestki,  w  obcisłej  sukni  i  bransoletce  na 

przegubie dłoni. 

 - Roger - powiedzia

ła Mags podchodząc do nich - pozwól, że ci 

przedstawię mojego siostrzeńca, Aleca Fontana. Alec, to jest profesor 

Roger Phelps i jego żona, Carol. 

Nieco wbrew sobie, Alec u

śmiechnął się uprzejmie. 

 -  Mia

łem okazję  widzieć pana w telewizji, profesorze. Albright 

ma wyjątkowe szczęście, że pan tutaj wykłada. 

 -  Mi

ło  mi  pana  poznać  -  odpowiedział  profesor  Phelps  i  Alec 

rozpoznał  głęboki,  nieco  afektowany  głos,  który  słyszał  zza  drzwi 
gabinetu w instytucie nauk politycznych. 

 - Powi

ększył pan grono tutejszej profesury? Mags - w jego głosie 

zabrzmiał żartobliwy ton 

 - zdaje mi si

ę, że czuję powiew nepotyzmu. 

 -  Alec nie b

ędzie  tu  uczył  -  uspokoiła  go  Mags.  -  Pracuje nad 

nową  książką  i  potrzebna  mu  była  zmiana  otoczenia.  Dlatego 

zaprosiłam go tutaj, do nas. 

 -  Mo

że  mi  pozwolisz  samemu...  -  Alec  wyswobodził  ramię  z 

uścisku Mags. Była niemożliwa, żenująco nadopiekuńcza. 

 - Pisze pan ksi

ążkę? - Roger uśmiechnął się. 

 - Mo

żna wiedzieć, o czym? 

 - To ma by

ć powieść. 

 - Alec jest autorem bestsellera - wtr

ąciła Mags. 

Alec westchn

ął. 

 - Czy mog

łabyś się zająć gośćmi? Robisz mi wstyd. 

 -  Po to w

łaśnie  są  ciotki  -  powiedziała  z  komiczną  powagą  i 

uniosła rękę na pożegnanie. 

 -  Ach, pan nazywa si

ę  Alec  Fontana!  -  wykrzyknął  profesor 

Phelps. - 

To pan napisał „Głosy ulicy"! Carol, to jest Alec Fontana! 

background image

Żona  Rogera  uśmiechnęła  się.  Odwzajemnił  uśmiech,  bardziej 

zawstydzony  wykrzyknikami  Phelpsa  niż  poprzednio  pochwałami 
ciotki. 

 - By

ła zgorszona i zaszokowana - dorzucił profesor. 

 -  Po prostu to by

ło nieco za mocne - żona próbowała złagodzić 

jego wypowiedź. 

 - Wierno

ść wobec otaczającej nas rzeczywistości - zadeklamował 

Phelps  - 

jest  jednym  z  podstawowych  obowiązków  pisarza.  Jeśli  się 

opisuje  przestępczy  margines  dużego  miasta,  trzeba  sięgać  po 

drastyczne środki. Moim zdaniem, książka jest doskonała, Alec. Mogę 

panu mówić po imieniu, prawda? 

 - Oczywi

ście. 

 - Znakomita, po prostu znakomita. - Phelps kilka razy potrz

ąsnął 

dłonią Aleca. 

Alec nie mia

ł złudzeń, wiedział, co w jego książce jest naprawdę 

dobre: honorarium i fakt, że po zakończeniu kariery w policji odnalazł 

się  jako  pisarz.  Nowa  tożsamość  i  nowa  pasja  pozwoliły  mu 

zapomnieć  o  szoku,  jakim  była  konieczność  rezygnacji.  Wierność 

wobec rzeczywistości i obowiązki pisarza były mu całkowicie obce, a 

zachwyt profesora wydawał się mocno przesadzony. 

Alec nigdy nie przypuszcza

ł,  że  poważni  profesorowie 

uniwersytetu  czytują  sensacyjne  powieści.  Wyobrażał  sobie,  że  w 
chwilach wolnych od pracy i godnych siebie rozrywek, takich jak 

koncert muzyki poważnej czy lektura artykułu na temat gospodarczej 

sytuacji  Trzeciego  Świata,  czytują  raczej  Józefa  Konrada i Henry 

Jamesa,  i  te  wszystkie  mądre  książki,  które  Alec  miał  w  lekturze 

szkolnej, ale nigdy nie przeczytał. Do nich pasowały takie określenia, 

jak: „świat przedstawiony" czy „narrator". 

 - Mo

że się mylę, ale chyba pracowałeś kiedyś w policji? - Phelps 

b

ył wyraźnie podniecony. 

Wydawca zrobi

ł  wszystko,  żeby  w  czasie  promocji  książki  jak 

najbardziej ubarwić życie autora. 

 - Nazywamy to raczej byciem glin

ą - uśmiechnął się Alec. 

 - To znaczy, 

że jesteś gliną? 

 - By

łym gliną. 

 -  Rozumiem. A dlaczego odszed

łeś  z  zawodu,  jeśli  wolno 

wiedzieć? 

Alec przez chwil

ę milczał. 

background image

 - Lepiej jest pisa

ć książki i zgarniać forsę. A do tego nikt ci nie 

wpakuje noża w plecy. Przynajmniej dosłownie. Bo w przenośni mój 

wydawca nieraz próbował... 

Roger wybuchn

ął  głośnym,  nieszczerym  śmiechem. Jego żona 

również  się  uśmiechnęła.  Była  naprawdę  bardzo  ładna,  delikatna  i 

wytworna. Ciekawe, dlaczego ją zdradzał, jeśli to oczywiście prawda, 

że flirtował ze studentkami. Alec nigdy nie zdradzał kobiet, z którymi 

był związany. 

Dobrze, a mo

że  Roger  też  tego  nie  robił,  może  był  niewinny. 

Może  ktoś  go  świadomie  oczernił.  Może  dziewczyna,  która  napisała 

list, próbowała go uwieść, a ponieważ był nieugięty, postanowiła się 

zemścić. 

Naprawd

ę  musi  być  nieco  bardziej  obiektywny.  Skoro  profesor 

jest wie

lbicielem jego książki, jest facetem na poziomie. 

 -  Pos

łuchaj,  Alec,  czy  mógłbyś  mi  podpisać  egzemplarz  swojej 

książki? 

 -  Nigdy w 

życiu.  -  A  widząc  zdumione  spojrzenie  Phelpsa, 

szybko dorzucił. - Żartowałem, oczywiście, że ci podpiszę. 

 - Kiedy? 
 - Mo

że w poniedziałek? - powiedział Alec, wiedząc, że profesor 

tego dnia ma wolne. 

 - Doskonale, zjemy razem lunch. 
 - W porz

ądku. 

 - Wiesz, gdzie jest mój gabinet? 
Uda

ł,  że  nie.  Wyjął  notatnik  i  pióro  z  kieszeni  kurtki  -  miał 

jeszcze stary policyjny zwyczaj noszenia przy sobie takich rzeczy  -  i 

posłusznie naszkicował drogę wiodącą do Dwight Hall. Kiedy chował 

wszystko  z  powrotem,  uniósł  głowę  i  rozejrzał  się.  Ujrzał  czarne, 

ogromne oczy ocienione długimi rzęsami. 

Przez jego cia

ło  przebiegł  dreszcz.  Chciał  się  uśmiechnąć  i 

podbiec do niej, dzieliło ich tylko kilka kroków. Ale w jej twarzy było 

coś,  co  kazało  mu  opanować  pierwszy  impuls.  Była  zdziwiona  i 

opanowana. Lekko skinął głową. 

Lauren przez chwil

ę  jeszcze  na  niego  patrzyła,  a  potem  wróciła 

do rozmowy ze stojącą obok siwowłosą kobietą. 

 -  Przepraszam  -  Alec zrobi

ł  ruch,  jakby  chciał  odejść  -  jest tu 

ktoś, z kim chciałbym porozmawiać. 

background image

 - W porz

ądku. Do poniedziałku. Żegnając się, szybko notował w 

myślach szczegóły: ubranie i sposób bycia Phelpsa, urodę jego żony, 

pretensjonalny  sposób  wyrażania  się,  podniecenie  na  wieść,  że  ma 

przed sobą gliniarza, to „zjemy razem lunch", grzeczne i jednocześnie 

kategoryczne,  zestaw  słów,  których  Alec  nie  znosił,  widząc  w  nich 

kwintesencję  zdawkowości.  Notował  każdy  szczegół  z  szybkością  i 

nieomylnością komputera. 

A jednak w tej chwili obchodzi

ło  go  tylko  jedno:  stojąca  kilka 

kroków dalej ciemnowłosa kobieta, którą już za chwilę miał nareszcie 

poznać. 

Poczu

ła jego obecność zaraz po przyjściu na przyjęcie. Nagle w 

trakcie  przydługiej  opowieści  Petera  Villarda  o  jego  życiu,  ze 

specjalnym uwzględnieniem lat, jakie spędził w pewnym muzycznym 

zespole,  poczuła,  że  coś  przyciąga  jej  wzrok.  Rozejrzała  się  i  - 

zobaczyła go. 

Kim by

ł? 

Nie by

ł chłopakiem Emily Spaeth, tego była pewna. Wprawdzie 

dziewczyna wspomniała, że jest zakochana, ale to nie znaczyło, iż jej 

wybrańcem  jest  akurat  stojący  w  korytarzu  mężczyzna.  Zresztą  jego 

obecność  na  rektorskim  przyjęciu  również  wykluczała  podobne 
podejrzenia. Tego rodzaju towarzyskie spotkania przeznaczo

ne  były 

wyłącznie  dla  pracowników  naukowych  uczelni  i  ich 

współmałżonków. 

Musia

ł  zatem  być  pracownikiem  Albright.  Najwyraźniej  też 

cieszył się specjalnymi względami pani rektor, wziąwszy pod uwagę 

sposób, w jaki przedstawiała go gościom. Dlatego kiedy poprzedniego 

dnia zobaczyła go po raz pierwszy, miała wrażenie, że go skądś zna. 

Po prostu musiała już go widzieć tu w Albright, w stołówce albo na 

jakimś roboczym spotkaniu. 

Nie mog

ła  przestać  o  nim  myśleć.  Z  uśmiechem  słuchała 

opowieści  Petera,  odzywała  się  w odpowiednich momentach, ale 

głowę  miała  zaprzątniętą  wyłącznie  jasnowłosym  mężczyzną  w 
sztruksowej kurtce i d

żinsowych  spodniach.  Fascynowała  ją  jego 

wysoka  szczupła  sylwetka,  lekko  ironiczny  uśmiech,  przenikliwe 

spojrzenie. Fascynował sposób, w jaki podążał za Margaret Cudahy, 

holującą go w stronę coraz to nowego gościa. 

background image

Kilka minut p

óźniej  ze  zdumieniem  spostrzegła,  że  nieznajomy 

kieruje  się  w  jej  stronę.  Był  teraz  bardzo  blisko  i  mogła  mu  się 

przyjrzeć. 

Z bliska podoba

ł  jej  się  jeszcze  bardziej.  Była  w  nim prostota 

człowieka o silnej i ciekawej osobowości. Żadnej pozy, coś w rodzaju 

bezpretensjonalnego  luzu.  Włosy  raczej  długie,  cień  zarostu  na 

policzkach.  Szarozielone  oczy  spoglądały  na  nią  uważnie,  z 

uśmiechem. 

Wiedzia

ła  jedno:  nigdy  dotąd  nie  spotkała  takiego  mężczyzny. 

Nie  przypominał  nikogo,  dlatego  był  taki  interesujący  i  - 
niebezpieczny. 

 - Witaj, Lauren - jego g

łos był głęboki i ciepły. 

Unios

ła brwi ze zdumienia. 

 - Czy my si

ę znamy? 

 - Jeste

śmy sąsiadami. 

A wi

ęc  to  był  ten  mężczyzna  z  góry.  Wszystko  pomału  się 

wyjaśniało. Wydał jej się znajomy, bo musiała go kiedyś widzieć na 

Hancock Street. Musiała podświadomie zapamiętać jego twarz. 

Rozpozna

ła  jego  nierówny  chód.  Właśnie  te  kroki  słyszała  nad 

sobą przez ostatnie kilka dni. 

Poczu

ła  jak  ogarniają  ją  sprzeczne  uczucia.  Niemal  go  już 

znienawidziła za to, że ośmielił się zburzyć jej spokój wprowadzając 

się do domu, w którym mieszka. Oto ma przed sobą człowieka, który 

kilka  wieczorów  z  rzędu  uniemożliwiał  jej  robienie  tego,  co  robić 

musiała,  od  czego  zależało  jej  życie.  Cały  zeszły  tydzień  marzyła 

tylko o tym, żeby się wyprowadził, zniknął raz na zawsze. Nie miała 

pojęcia, że jest tak niezwykle atrakcyjnym mężczyzną. 

Na mi

łość  boską,  przecież  ona  nie  ma  czasu  na  takie  głupstwa. 

Niech  sobie  będzie  wcieleniem  seksu,  ona  i  tak  musi  całą  swoją 

energię  wykorzystać  na  usprawnienie  prawej  ręki,  musi  nadrobić 

stracony czas i wrócić do zawodu. Nie wolno jej zakochać się w nim, 

mimo że jest tak niebywale, tak niezwykle atrakcyjny. 

Nic zreszt

ą nie wskazywało na to, że ma jakiekolwiek szanse. To 

po  prostu  sąsiad  z  góry.  Podszedł,  bo  sąsiedzi  powinni  się  poznać. 

Tego wymagają reguły dobrego wychowania. 

Wyci

ągnął rękę. 

 - Nazywam si

ę Alec Fontana. 

background image

Z wysi

łkiem  wyprostowała  palce  prawej  dłoni,  wyjęła  ją  z 

kieszeni i prz

ywitała  się  z  nim.  Jego  ręka  była  ciepła,  uścisk  silny. 

Szybko, zanim palce podkurczy

ły  się  znowu,  schowała  swoją  do 

kieszeni. 

 -  Sk

ąd  zna  pan  moje  imię?  -  powiedziała  nieoczekiwanie 

łagodnym głosem. 

Zawaha

ł się na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem 

przekornie uśmiechnął. 

 -  Albo z ok

ładki  płyty  albo  z  koperty  w  skrzynce  pocztowej, 

proszę wybierać. 

Nie wygl

ądał na kogoś, kto pasjonuje się Chopinem. 

 - Raczej z mojej skrzynki na listy. 
 - I tak dobrze, 

że ich nie otworzyłem. 

Nie bardzo wiedzia

ła,  co  powiedzieć.  Dobrze?  Myśl,  że  ktoś 

zaglądał do jej skrzynki pocztowej, nieco ją niepokoiła. 

 -  Jestem osob

ą  godną  zaufania  -  powiedział,  zupełnie  jakby 

czytał w jej myślach. Ciekawe, czy byłby równie szczery, gdyby tak 

nie było, pomyślała i uznała to za absurdalne. 

 - Lauren, czy mo

żesz nas poznać? - usłyszała tuż obok głos Belli. 

M

ężczyzna odwrócił się i zaczął witać z jej kolegami z instytutu 

muzykologii. 

 - Alec Fontana. 

Ściskał kolejno ręce Petera, Harolda i Belli. 
 -  M

ój  sąsiad,  mieszka  nade  mną.  -  I  dodała,  jakby  szukała 

bardziej  bezpiecznego  sformułowania:  -  Mieszka na pierwszym 

piętrze, w tym domu co ja. 

 - To jest Bella Bronowitz, Peter Villard, Harold Stemsky... 
 -  Bardzo mi mi

ło  -  powiedział  Alec,  po  czym  bez  dalszych 

ceregieli odciągnął ją na bok. 

 - Prosz

ę wybaczyć... 

Zanim zd

ążyła  coś  powiedzieć,  poczuła  jego  rękę  na  swoim 

ramieniu.  Rzuciła  błagalne  spojrzenie  w  stronę  Belli,  która  nie 

zareagowała.  Najwyraźniej  w  potrzebie  nie  można  liczyć  na 

przyjaciół. 

Prowadzi

ł  ją  tarasami  w  stronę  jeziora. Gwar rozmów z wolna 

pozostawał w tyle, przed nimi wyłaniała się lśniąca tafla wody. 

Alec zdj

ął rękę z jej ramienia i Lauren zwolniła kroku, puszczając 

go  przodem.  Właściwie  nie  bała  się,  była  tylko  oszołomiona  i 

background image

zdumiona jego obcesowym zachowaniem. W p

obliżu  znajdował  się 

cały uniwersytet Albright, który ruszy jej na pomoc, gdyby zaszła taka 
potrzeba. 

Zreszt

ą, co  może jej grozić? Jest jej sąsiadem. Gdyby naprawdę 

żywił wobec niej jakieś niecne zamiary, mógł je wprowadzić w czyn 
na miejscu, w domu przy Hancock Street, a nie tutaj, podczas 

rektorskiego przyjęcia. 

Doszed

łszy do tego wniosku, spojrzała na niego z naganą. 

 -  To nie by

ło  zbyt  grzecznie  tak  mi  przerywać  rozmowę  z 

przyjaciółmi. 

U

śmiech powoli znikał z jego twarzy. Spojrzał na jej lewą dłoń, 

pote

m  przeniósł  spojrzenie  na  miejsce,  gdzie  ukryta  była  prawa, 

prześlizgnął  się  wzrokiem  po  całej  postaci,  a  potem  znowu  utkwił 

wzrok w jej oczach. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, wyjął 

wykałaczkę, włożył ją znowu. 

 - W ogóle nie jestem zbyt grzeczny - 

powiedział wreszcie. 

Patrzy

ła na niego zafascynowana, zdecydowanie coś w nim było. 

Postanowiła nadać sprawie pozory normalności. 

 - Rozmawia

łam właśnie z przyjaciółmi... 

 -  Bardzo przepraszam  -  przerwa

ł  jej.  Doskonały  moment,  żeby 

się odwrócić, odejść 

i podj

ąć  przerwaną  rozmowę  z  Bellą  i  resztą.  Nie  zrobiła  tego 

jednak;  czuła,  że  Alec  przeprasza  za  coś  więcej  niż  przerwana 

rozmowa z przyjaciółmi. Nie wiedziała, o co mu chodzi, a nie mogła 

odejść, zanim się nie dowie. 

Sta

ła  obok  niego  na  brzegu  jeziora. Spokojna nieruchoma tafla 

lśniła srebrnym blaskiem. Wokół panowała niczym nie zmącona cisza. 

Poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie Aleca. 

 -  Co wiecz

ór  słucham,  jak  grasz  -  powiedział  po  chwili.  - 

Słucham, a potem nagle robi się cicho i mam wrażenie, że to przeze 

mnie. Wiem, że to brzmi dziwacznie, może zwariowałem, ale wydaje 
mi si

ę, że przeszkadzam ci grać. Nie wiem, dlaczego, nie wiem, skąd 

mi  to  przychodzi  do  głowy,  ale  jeśli  tak  jest  naprawdę,  bardzo  cię 
przepraszam. 

Teraz ona z kolei przez chwil

ę milczała. Prawie go nie zna. A on 

zaczyna  mówić  o  rzeczach  tak  bardzo  osobistych.  Nie  może 

rozmawiać  o  tym  z  obcym  człowiekiem.  Nie  może  z  obcym 

background image

człowiekiem  mówić o swoich problemach, rozpaczy i braku nadziei, 

że kiedykolwiek jeszcze będzie mogła grać. 

To z powodu jego obecno

ści przestaje grać. Nie może go jednak 

winić  za  to,  że  zamieszkał  w  tym  samym  domu.  Każdy  ma  prawo 

mieszkać na Hancock Street. 

 -  Prosz

ę  nie  przepraszać  -  powiedziała  trochę  zdziwiona  tonem 

swojego głosu. - Mam tutaj wiele okazji do gry. 

Spojrza

ł w kierunku jej niewidocznej prawej ręki. 

 - Prosz

ę grać również w domu. 

 - Nie, nie chc

ę przeszkadzać. 

 - Przeszkadza mi tylko ta cisza, kt

óra potem następuje. 

Jak mo

że  mu  przeszkadzać  fakt,  że  nie  chce  go  narażać  na 

słuchanie  złej  gry?  Powinien  być  wdzięczny,  że  mu  oszczędza 

zgrzytów  i  dysonansów.  Rozumiałaby,  gdyby  się  skarżył,  że 
zachowuje si

ę  zbyt  głośno.  Ale  jak  można  zarzucać  komuś,  kto 

mieszka obok, że panuje u niego cisza? 

 -  Wydaje mi si

ę  -  powiedziała  oficjalnym  tonem  -  że  zarówno 

pan, 

jak ja powinniśmy już wrócić na przyjęcie. 

 - Mam na imi

ę Alec - poprawił ją, dotykając jej ramienia. Mimo 

że  jego  dotyk  był  bardzo  lekki,  poczuła  go  całą  sobą.  Tak  jakby 

przeszył ją na wylot. 

 -  Mo

żemy  to  odłożyć  na  później  -  powiedział.  -  W  końcu 

jesteśmy sąsiadami. 

 -  Tak, jeste

śmy  sąsiadami.  -  Lauren  nie  znała  nawet  nazwisk 

większości  swoich  sąsiadów  w  Nowym  Jorku.  To,  że  przypadkowo 

mieszkali w tym samym domu, wcale nie musiało znaczyć, że łączy 

ich coś poza wspólnym adresem. 

 - Tak naprawd

ę, nie bardzo lubię muzykę klasyczną. Dlatego jest 

mi obojętne, czy grasz, czy nie. Ale skoro już zaczynasz, wolałbym, 

żebyś tak nagle nie przerywała. Nawet gdy zaczynasz fałszować. Nie 

jestem  jakimś  zwariowanym  krytykiem,  który  tylko  czyha,  aż 

popełnisz błąd. 

 -  Kim  pan jest?  -  powiedzia

ła z wysiłkiem. Uśmiech rozciągnął 

kąciki jego warg, wykałaczka lekko zadrżała. 

 - Jestem siostrze

ńcem Margaret Cudahy. Siostrzeniec pani rektor. 

To wiele wyjaśnia. 

 - Co pan robi w Albright? B

ędzie pan tu uczył? 

Pokr

ęcił głową. 

background image

 -  Pró

buję  pisać  powieść.  Mags  powiedziała,  że  zmiana  miejsca 

sprzyja natchnieniu. 

 - Mags? 
 -  O, przepraszam, wymskn

ęło  mi  się.  -  Alec  z  udanym  lękiem 

zerknął w stronę widocznej na tarasie ciotki. - Tak ją nazywaliśmy w 

domu. Gdyby się dowiedziała, chyba by mnie zabiła 

 -  To b

ędzie  nasza  tajemnica.  -  Lauren  uśmiechnęła  się  mimo 

woli, po czym szybko skierowała rozmowę na bezpieczniejsze tory. 

 - Dlaczego w

łaściwie nie lubisz muzyki klasycznej? 

 -  Nie mam nic przeciwko muzyce klasycznej  -  zawaha

ł się, nie 

chcąc jej urazić - ale jest po prostu nudna, rozumiesz? 

 - Nie, nie rozumiem. 
 - Nie ma w niej tre

ści. 

 - W operze jest. 
Wzni

ósł oczy do nieba, roześmiał się. 

 - No tak, ale w operze wszystko jest po w

łosku. 

 - Nie w ka

żdej, ale chyba masz rację. - Lauren uśmiechnęła się. - 

Nie  są  zbyt  pasjonujące.  Niektóre  opery  są  głupawe.  Naiwne, 
melodramatyczne... 

 -  Kiedy si

ę  mówi  o  miłości,  trudno  uniknąć  takiego tonu  - 

powiedzia

ł obojętnie; jego wzrok był jednak daleki od obojętności. 

Poczu

ła, że znowu wchodzą na niebezpieczny grunt Nie wiedziała 

tylko,  dlaczego  czuje  się  przy  nim  tak  nieswojo.  Przecież  jest  po 

prostu  sąsiadem,  mieszka  w  tym  samym  domu,  chce  być  uprzejmy. 

Problem w tym, że jego spojrzenie trudno nazwać... uprzejmym. Jest 

w nim zbyt wiele pożądania... 

Spojrza

ła z naganą na wykałaczkę, tkwiącą w jego ustach. 

 - Usi

łuję zerwać z paleniem. 

 - Rozumiem. 
 - My

ślę, że to lepsze niż żucie gumy albo obgryzanie paznokci. 

 - Nie wiem...  - powiedzia

ła z wahaniem w głosie. Wszystko, co 

mówił, nagle robiło się niepokojąco intymne, tak jakby między nimi 

nie było miejsca na zdawkową wymianę zdań. 

 -  Powiedz, Lauren, co pianista 

światowej  sławy  robi  w  takiej 

dziurze? 

Nie traci

ł  czasu.  Swobodnie  przechodził  z  jednego  drażliwego 

tematu na drugi. Od pytania, dlaczego nagle przesta

je  grać,  po  coś 

jeszcze trudniejszego do wyjaśnienia. 

background image

 - Postanowi

łam trochę odpocząć. Występy są bardzo męczące, a 

tutaj jest tak spokojnie - 

powiedziała z wymuszoną swobodą. 

Przez chwil

ę przyglądał się jej z lekko przechyloną głową. Potem 

uśmiechnął się. 

 - Tu jest niezwykle pi

ęknie - przeniósł wzrok na nieruchomą taflę 

jeziora. - 

Moglibyśmy usiąść nad brzegiem. 

Ławka stojąca nad samą wodą wyglądała bardzo kusząco. Równie 

kusząca  była  perspektywa  spędzenia  jeszcze  kilku  minut  w 
towarzystwie Aleca Fontany. 

Ale  do  tego  Lauren  nie  chciała  się 

przyznać.  Ruszyła  ścieżką  w  stronę  jeziora,  Alec  zrobił  to  samo. 

Gdyby  była  równie  obcesowa  jak  on,  mogłaby  spytać,  dlaczego  tak 

dziwnie  chodzi.  Prawą  nogę  stawiał  inaczej  niż  lewą.  Ostrożniej, 

jakby najpierw badał teren. Lauren była jednak osobą zbyt taktowną, 

żeby  zadawać  podobne  pytania.  Zresztą  sylwetka  Aleca,  smukła, 

wyprostowana,  niezwykle  zgrabna,  pozwalała  zapomnieć  o  jego 
nierównym chodzie. 

By

ła przyzwyczajona do mężczyzn innego rodzaju. Wytwornych 

panów w garnit

urach, znających się na muzyce i równie taktownych 

jak  ona.  Alec  należał  do  mężczyzn,  jakich  widywała  we  wczesnym 

dzieciństwie.  Za  takiego  właśnie  mężczyznę  wyszłaby,  gdyby  nie 

wyjątkowe zdolności muzyczne. Gdyby została w domu, prędzej czy 

później  zakochałaby  się  w  kimś  takim.  Bezpretensjonalnym, 

przystojnym chłopaku, z którym można spędzić życie. 

Alec ponadto by

ł siostrzeńcem pani rektor i pisał książki. 

 - Ile ksi

ążek napisałeś? - zapytała, kiedy usiedli. 

 - Na razie jedn

ą. - Pochylił się nad nią. - Przynieść ci wina? 

Spojrza

ła  na  szklankę,  którą  stale  jeszcze  trzymała  w  dłoni,  i 

roześmiała  się.  On  też  miewał  odruchy  dobrze  wychowanego 

człowieka. 

 - Dzi

ękuję. 

 -  Rozumiem, mnie tak

że  nie  smakowało  -  skwitował  siadając 

obok niej. 

 - Opowiedz mi co

ś o swojej książce. Jaki ma tytuł? 

 - „Glosy ulicy". 
Co

ś  jej  to  przypominało.  Kiedy  miała  czas,  czytała  zwykle 

powieści  historyczne,  ale  „Głosy  ulicy"  chyba  nie  były  historyczną 

powieścią. 

 - Nie czyta

łam. 

background image

 - Wszystko w porz

ądku. To nie dla ciebie. 

 - Dlaczego? 
 - Pe

łno tam krwi i w ogóle. 

Skrzy

żował nogi przed sobą i zapatrzył się na jezioro. Miał rację, 

nie  lubiła  takich  opisów,  ale  irytowało  ją,  że  czytał  w  niej  jak  w 

otwartej książce. Musi być rzeczywiście beznadziejnie naiwna, skoro 

po  kilku  minutach  znajomości  można  bezbłędnie  odgadnąć  jej 
literackie gusta. Wszyscy  zawsze uwa

żali,  że  znają  ją  na  wylot. 

Ponieważ  była  drobna  i  delikatna,  sądzili,  że  musi  być  wrażliwa  i 

słaba. Koniecznie chcieli się nią opiekować. 

Pod tym wzgl

ędem jej przymusowa rezygnacja z występów miała 

swoje  dobre  strony.  Uwalniała  ją  od  opieki  Geralda.  Nie  pozwoli, 

żeby  teraz  z  kolei  Alec  miał  jej  mówić,  jakich  lektur  powinna  się 

wystrzegać. 

 -  Skoro jeste

śmy  sąsiadami,  powinnam  chyba  przeczytać  twoją 

książkę. Jest już w sprzedaży? 

 - Owszem, ukaza

ło się wydanie w twardej oprawie, kieszonkowe 

pojawi się w przyszłym roku. Ale nie będziesz musiała nic kupować, 

sam ci dostarczę egzemplarz. 

 - Naprawd

ę nie musisz. 

 - Kosztuje dwadzie

ścia trzy dolary, lepiej pożyczę ci swój. 

Spojrza

ła  na  niego  uważnie,  próbując  dociec,  czy  jego 

wspaniałomyślność  ma  jakieś  inne  źródło  niż  chęć  wyświadczenia 

przysługi  sąsiadce.  Od  biedy  można  było  w  to  uwierzyć.  Zresztą 

siedział na ławce w bezpiecznej odległości. Nic nie wskazywało na to, 

że pragnie ją zmniejszyć. 

W

łaściwie  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu.  Potrafiła  studzić 

męskie  zapały.  Chociaż  nie  miała  wielkiego  doświadczenia w 

postępowaniu z  mężczyznami takimi jak Alec. Wszystko mogło być 
inaczej. 

W jej dawnym 

życiu,  wśród  występów  i  wyjazdów,  wszystko 

było  jasne.  Znała  reguły  gry,  doskonale  odczytywała  konwencje, 

wiedziała,  czego  się  spodziewać.  Zresztą  stale  miała  przy  sobie 

Geralda, czujnego, podpowiadającego, co można, a czego nie należy 

robić.  Nawet  po  tym  nieszczęsnym  wypadku  -  epizodzie, który 

całkowicie  zmienił  jej  życie,  zmuszając  do  znienawidzonej 

bezczynności - w niczym nie ograniczył swego wpływu na nią. 

background image

Nie mog

ła go potępiać. Czuł się po prostu winny. Przecież to on 

prowadził wtedy samochód. Zresztą byli związani. Menedżerem mógł 

być jedynie wtedy, kiedy ona powróci na scenę. 

 - Musisz mi po prostu o wszystkim m

ówić. Skoro poczujesz, że 

pora wracać, zrobię wszystko, żeby cię na nowo ustawić. 

Czu

ła się trochę dziwnie bez Geralda. Nikt jej nie mówił, co ma 

jeść,  jak  się  ubierać,  z  kim  przyjaźnić.  Nawet  teraz,  siedząc  obok 

Aleca  na  ławce,  czuła  się  dziwnie.  Prawie  słyszała  szept  swojego 

Anioła  Stróża:  „Daj  sobie  z  nim  spokój,  Lauren.  Ten  facet  nie  ma 

klasy.  Jeśli  już  naprawdę  musisz,  znajdę  ci  kogoś 
odpowiedniejszego". 

Niczego nie potrzebowa

ła.  Nie  było  jej  potrzebne  męskie 

towarzystwo ani usługi seksualne. 

Gerald nie raz robi

ł aluzje. Zbywała je milczeniem. Bała się, że 

powie:  „Grunt,  żebyś  się  w  kimś  nie  zakochała.  Seks  to  sprawy 

normalne,  niegroźne.  Ale  twoje  serce  należy  do  muzyki.  Nie  masz 

prawa do miłości. Twoje życie to sztuka". 

Sk

ąd  nagle  te  myśli?  Alec  jest  jej  sąsiadem  i  chce  jej  pożyczyć 

swoją  książkę,  to  wszystko.  Zwyczajne  i  niewinne.  Po  co  od  razu 

myśleć o seksie albo o miłości? Jego wygląd: długie nogi, niezwykłe 

spojrzenie i ten uśmiech - nie mają znaczenia. Przyjechała tutaj na rok, 

żeby uczyć i kontynuować terapię, za kilka miesięcy wszystko wróci 

do normy, a to będą tylko wspomnienia. 

 -  Dzi

ękuję  ci  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Bardzo  chętnie 

pożyczę od ciebie tę książkę. 

background image

 
Rozdzia

ł 4 

Wzi

ął dwie butelki piwa, egzemplarz „Głosów ulicy" i zszedł na 

dół. Fakt, że Lauren nie ma w domu piwa, zbulwersował go bardziej 

niż  to,  że  nie  posiada  jego  książki.  Stale  miał  jeszcze  w  ustach 

metaliczny smak po winie, jakim się uraczył na rektorskim przyjęciu. 
Im 

szybciej  przepłucze  gardło,  tym  lepiej.  Lauren  zaprosiła  go  na 

obiad. 

 -  Na kurczaka z jarzynami  -  powiedzia

ła.  Piwo  wydawało  się 

absolutnie  niezbędne.  Alec  nie przepadał  za  dietetyczną  kuchnią,  w 

ogóle nie lubił dbać o zdrowe odżywianie. „Może byśmy zjedli coś na 

mieście",  zaproponował  nieśmiało,  ale  Lauren  ofertę  odrzuciła.  Byli 

sąsiadami, trzeba było to uczcić prawdziwym „domowym obiadem". 

Pomys

ł nie był zły, tylko kucharka - niezbyt dobra. Swoją drogą 

ten  rodzaj  kuchni  Alec  znosił  wyjątkowo  źle.  Fakt,  że jego ojciec 

umarł na zawał serca, sprawił co prawda, że zaczął unikać nadmiaru 

tłuszczów,  kupował  chude  mleko  i  prawie  przestał  palić.  Nie 

zamierzał jednak z tego powodu przerzucić się na jedzenie zieleniny. 

Z drugiej strony, my

ślał  dzwoniąc  do  drzwi  Lauren, „zdrowa 

żywność"  nie  jest  taka  zła,  skoro  jedząc  ją  człowiek  siedzi  sobie 

patrząc na Lauren Wyler. 

Jej widok - sta

ła w drzwiach w jasnej lekkiej sukience - umocnił 

go tylko w tym przekonaniu. 

 - Przynios

łem trochę piwa - powiedział niepotrzebnie, bo trudno 

było nie zauważyć butelek w jego rękach. 

U

śmiechnęła  się  i  poprosiła  go  do  środka.  Przeszli  przez  salon, 

obok  fortepianu,  półek  zastawionych  porcalanowymi  filiżankami, 

minęli  stół  z  wazonem  pełnym  żółtych  róż.  Salon  w  mieszkaniu 

Lauren znajdował się dokładnie pod jego salonem. Ten sam rozkład 

okien,  identyczny  rodzaj  mebli  i...  zupełnie  inna  atmosfera.  Był  po 

prostu  przytulny.  Prócz  róż  w  pokoju  stał  duży  filodendron  i  jakieś 

rośliny, których nazw nie znał. Przed kominkiem stał ozdobny ekran, 
z boku l

eżały polana. Na ścianach wisiały plakaty z ostatnich wystaw 

w nowojorskim muzeum sztuki współczesnej. 

Gdyby by

ł  przekonany  o  wyższości  swojej  płci,  pomyślałby,  że 

atmosfera panująca wokół wynika z faktu, że właścicielką mieszkania 

jest kobieta. Ponieważ jednak był znacznie bardziej obiektywny, wolał 

sądzić, że powodem tej odmienności jest fakt, iż Lauren jest artystką, 

background image

a co za tym idzie, ma znacznie większe potrzeby estetyczne. Po prostu 

wie, w jaki sposób zwykłą przestrzeń zamienić w prawdziwy dom. 

Dotarli do kuchni, gdzie kr

ólowała elektryczna kuchenka. Lauren 

pomieszała w garnku, po czym odwróciła się do Aleca. 

 - Poka

ż mi swoją książkę - powiedziała z uśmiechem. 

Poda

ł jej książkę i zaczął otwierać butelkę. Wypił łyk i spojrzał 

na Lauren. Z uśmiechem wpatrywała się w okładkę z jego fotografią. 

 -  Tak, teraz rozumiem  -  szepn

ęła  do  siebie.  Alec  nigdy  nie 

przywiązywał wagi do tej fotografii. Kiedy wydawca zażądał zdjęcia 

na okładkę, wyjął po prostu film z aparatu siostry i wysłał negatyw do 
redakcji, zaznacz

ając trzy najlepsze  ujęcia. Niestety,  wydawca  wolał 

co  innego.  Polecił  fotografowi  zrobić  zdjęcie  na  własną  rękę.  Miało 

być ciemne i niepokojące. Portret na okładce przedstawiał wysokiego 

mężczyznę w kurtce, na tle pokrytego rysunkami muru. W jego ustach 
t

kwiła wykałaczka. 

„Rzeczywistość w całej okazałości", pomyślał złośliwie, zerkając 

na Lauren przyglądającą się fotografii. 

Znowu pokiwa

ła głową i położyła książkę na nocnym stoliku. 

 - Od razu kogo

ś mi przypominałeś. Myślałam, że znam cię stąd, 

z Albright. 

A ja po prostu widziałam cię na okładce. 

Nie wiedzia

ła tylko, że jest autorem książki. Dziwne przeoczenie, 

zważywszy, że figurował na okładce. 

Poda

ł jej piwo, podziękowała i wzięła butelkę. 

 - Chcesz mo

że szklankę? - zapytała, widząc, że Alec pociąga łyk 

za łykiem. 

Pokr

ęcił głową. Przyniosła szklankę dla siebie i napełniła ją. Piła 

śmiesznie,  smakując  piwo  jak  wytworne  wino  czy  koniak.  Potem 

wstała i wyjęła stos warzyw z lodówki. 

 -  Zesz

łej  wiosny  mój  menedżer  czytał  twoją  książkę  - 

powied

ziała, jakby sobie coś przypominała. - Kiedy weszłam do jego 

gabinetu,  zobaczyłam  ją  na  biurku.  Nie  zapamiętałam  twojego 

nazwiska, ale pamiętam zdjęcie na okładce. 

 -  Chyba nie bardzo mu si

ę  podobała  -  zażartował  Alec, 

podchodząc do zlewu, w którym myła jarzyny. 

 - Przeciwnie, by

ł zachwycony. 

 - Ale nie namawia

ł cię, żebyś ją przeczytała. Spojrzała na niego 

przez ramię, jakby chciała sprawdzić, czy go to uraziło. Zamyśliła się. 

background image

 -  Powiedzia

ł, że to nie dla mnie. Podobnie jak ty uważał, że to 

nie jest odpowiednia lektura dla takiej delikatnej panienki jak ja. 

I jakby chc

ąc  udowodnić,  że  z  tą  delikatnością  to  przesada, 

zabrała się z zapałem do skrobania marchwi. 

Popatrzy

ł  na  jej  szybkie  ruchy  i  rękę,  w  której  trzymała  nóż. 

Zwrócił uwagę na dziwny sposób, w jaki to robiła. Może pianistki tak 

właśnie  trzymają  kuchenne  narzędzia,  pomyślał.  Inaczej  niż  zwykli 

ludzie.  A  może  po  prostu  zdenerwowała  ją  jego  fałszywa  ocena  jej 

literackich gustów i dlatego przyciska tak rękę do piersi. 

 - A ty jeste

ś delikatną panienką? - zapytał. 

 - Nie tak bardzo delikatn

ą, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje 

odpowiedziała nie odwracając się. 

Alecowi, wpatruj

ącemu  się  teraz  w  nią,  wydawała  się  krucha  i 

wiotka  jak  figurka  z  porcelany.  Gdyby  krótko  obcięła  włosy, 

wyglądałaby  jeszcze  bardziej  niezwykle.  Alec  jednak  i  tak  był 

zachwycony.  Ciemna  kaskada  włosów,  spływająca  jej  po  plecach, 

przyciągała go z niezwykłą siłą. 

 - Czy mog

ę ci pomóc? - spytał, chcąc się czymś zająć. 

Spojrza

ła na niego z wdzięcznością. 

 - Po prostu dotrzymaj mi towarzystwa - u

śmiechnęła się. 

Znowu otworzy

ła  lodówkę  i  wyjęła  mrożone  kurze  piersi.  Z 

dolnej półki wzięła buteleczkę sojowego sosu i sherry. Alec próbował 

w  myślach  zrobić  przegląd  zawartości  własnej  lodówki.  Wszystko 

wskazywało na to, że około dziewiątej będzie piekielnie głodny. 

Cisza panuj

ąca  w  kuchni  nie była  ciszą  emanującą  zwykle  z  jej 

mieszkania.  Była  ciepła  i  kojąca.  Nie  wiedział,  dlaczego  właściwie 

jest mu tak dobrze. Lauren w niczym nie przypominała kobiet, które 

znał w Bostonie. Ubierały się na ogól w dżinsy i podkoszulki, nosiły 

adidasy,  krótkie  spódnice  i  buty  na  wysokich  obcasach.  Nie  znały 

długich  powiewnych  sukien,  w  których  wygląda  się  niezwykle 

pociągająco, bo - kryją tajemnicę. 

Lauren wygl

ądała bardzo seksownie, a mimo to czuł się przy niej 

spokojny i zrelaksowany. 

Wiedzia

ł o niej mało. Była słynną pianistką i - według słów ciotki 

stroniła  od  życia  towarzyskiego.  Nie  będzie  się  narzucał.  Przecież 

mogą być po prostu dobrymi sąsiadami. 

 -  A wi

ęc  przyjechałeś  do  Albright,  bo  twoja  ciotka  jest  tutaj 

rektorem? - 

zapytała Lauren, zapalając piecyk. 

background image

 - Wszystko si

ę zgadza. 

 - Pochodzisz z Bostonu? 
 - I to si

ę zgadza. 

 - Bardzo mi

łe miasto. Wspaniała filharmonia. 

 - Gra

łaś tam? 

 - Wiele razy. 
Mo

żna się było spodziewać. Miał przecież przed sobą światowej 

sławy  pianistkę.  Ciekawe,  co  by  powiedziała,  gdyby  oświadczył,  że 

nigdy  nie  był  w  filharmonii.  Przechodził  kiedyś  obok,  przed  laty, 

kiedy szedł na spotkanie z informatorem. Kiedy tam stali, kątem oka 

obserwował  wystrojone  towarzystwo,  podążające  cadillacami  na 
konce

rt. Równie dobrze mogła grać właśnie tego wieczora. 

 - Ja tam pochodz

ę z południowej - powiedział, lekko zaczepnym 

tonem. 

 - Sk

ąd? 

 - Po

łudniowa strona Bostonu, dzielnica robotnicza. Nie musiałaś 

przez nią przejeżdżać w drodze do filharmonii. 

Dola

ła  trochę  sojowego  sosu  i  sherry,  pomieszała  w  garnku  i 

odwróciła się ku niemu. 

 -  Ja te

ż  się  wychowałam  w  robotniczej  dzielnicy  -  złagodziła 

gwałtowność tonu tym swoim uśmiechem. - Pochodzę z Allentown w 
Pensylwanii, to miasto hutników. 

 - M

ówisz poważnie? 

Wiedzia

ł,  że  powiedziała  to,  żeby  mu  zrobić  przyjemność,  i 

rzeczywiście  -  miło  było  pomyśleć,  że  pochodzą  z  tego  samego 

środowiska. 

 -  Zupe

łnie  poważnie.  Ojciec  pracował  w  hucie,  a  kiedy  musiał 

odejść,  matka  zaczęła  pracować  jako  maszynistka,  na  pół  etatu.  Jak 
wi

dzisz, znam życie trochę lepiej niż myślałeś. Nie całe spędziłam w 

filharmonii. 

Dorzuci

ła  do  garnka  jarzyny  i  zmniejszyła  ogień.  Otworzyła 

szafkę, wyjęła noże, widelce i obrus. Zdjęła z półki dwa talerze. 

 - M

ógłbyś nakryć do stołu? Zaraz będzie gotowe. 

Mo

że ludzie w Pensylwanii używają lnianych obrusów przy byle 

okazji,  myślał  przechodząc  do  salonu.  W  jego  rodzinie  do  obiadu 

nakrywało się stół ceratą, a sztućce nie miały rzeźbionych trzonków. 

Nawet  jeśli  rzeczywiście  pochodzili  z  tej  samej  sfery,  to  Lauren 

znacznie dalej od niej odeszła niż on. 

background image

Lauren wyj

ęła  potrawę  z  piecyka,  przełożyła  na  półmisek,  ryż 

wsypała  do  kolorowej  miseczki,  do  tego  masło  i  bułki  w  srebrnym 
koszyczku. 

 - Nie jest tego du

żo - powiedziała, wracając do kuchni po piwo. 

 - Zupe

łnie wystarczy. - Alec przysunął jej krzesło i poczekał, aż 

usiądzie. - Należę do osób, które jedzą wszystko i wszędzie. Bostonu 

brak mi głównie dlatego, że tam człowiek może sobie w każdej chwili 

kupić coś do zjedzenia. 

 -  Ja te

ż  tęsknię  za  Nowym  Jorkiem,  z  tego  samego powodu  - 

powiedziała  Laura.  -  Zawsze  mogłam  zadzwonić  i  zaraz  wszystko 

przynieśli. Tutaj jest tylko jedna pizzeria i to niezbyt dobra. 

 - Mieszkasz na Manhattanie? 
 -  Kiedy nie mieszkam w Albright  -  u

śmiechnęła się. - Tutaj też 

mi się podoba. Jest tak spokojnie, powietrze jest takie czyste. 

Skin

ął  głową  i  sięgnął  po  kawałek  kurczaka.  Spróbował. 

Koszmarny. 

 - A ty stale mieszkasz na po

łudniu Bostonu? 

 - Teraz mieszkam w p

ółnocnej części, w dzielnicy włoskiej. 

 - Pochodzisz z W

łoch? 

 - Jestem p

ół Włochem, pół Irlandczykiem. 

 -  Bardzo udane po

łączenie.  -  Wyglądało  na  to,  że  mówi 

poważnie. 

Przyj

ął  komplement  z  zadowoleniem,  mimo  że  nie był  całkiem 

pewien, czy odpowiada rzeczywistości. 

 -  Bardzo s

łabo  znam  Boston  -  ciągnęła  Lauren.  -  Prawdę 

powiedziawszy, 

znam tylko filharmonię. 

 -  To bardzo ciekawe miasto. Zw

łaszcza  północna  dzielnica, 

różnorodna, wielonarodowościowa. Restauracje, kluby. Obok mojego 

domu jest stary kościół, ten, z którego Paul Revere pierwszy zobaczył, 

jak Anglicy zbliżają się od morza. 

 - Naprawd

ę ciekawe. 

 - Boston w

łaśnie taki jest. Wszędzie napotyka się historię. 

 -  By

ć  w  takim  mieście  policjantem,  to  musi  być  trochę  tak  jak 

być kustoszem w muzeum. - Laura nie tylko obejrzała zdjęcie autora 

„Głosów ulicy", przeczytała też notkę biograficzną. 

 -  Niezupe

łnie.  Boston  to  głównie  wielka  aglomeracja.  Moim 

rejonem był Mission Hill. To taka bandycka dzielnica, ale są tam też 

zupełnie porządni ludzie. 

background image

 -  Ale rzuci

łeś  to  -  powiedziała  pytającym  głosem,  podając  mu 

koszyczek z chlebem. 

Wzi

ął kawałek i zaczaj go smarować masłem. 

 - Pisanie bardziej si

ę opłaca - odparł lakonicznie. 

Patrzy

ł, jak Laura smaruje chleb. Trzymała nóż równie dziwnie, 

jak przy obieraniu jarzyn. W jej oczach dostrzegł, że niezupełnie mu 
wierzy. 

 - Chyba ci

ę nie przekonałem. Uśmiechnęła się przepraszająco. 

 -  M

ówiłeś,  że  lubiłeś  tę  pracę,  lubiłeś  ludzi.  Nie  bardzo  mogę 

uwierzyć, że rzuciłeś to wszystko, bo znalazłeś lepiej płatne zajęcie. 

Mo

że  nie  był  tak  bardzo  przekonujący,  jak  uważał,  a  może  ona 

była bystrzejsza niż inni. 

 - Musia

łem odejść - powiedział. - Złamałem nogę. 

Rzadko rozmawia

ł  o  tym  z  obcymi  ludźmi,  ale  Lauren  nie  była 

obca. Była jego sąsiadką i zaprosiła go do siebie na obiad. Czuł, że jej 

może powiedzieć prawdę. 

Lauren zastyg

ła z uniesionym widelcem. 

 - Straszne. Jak to si

ę stało? 

 - Wypadek przy pracy. 
Nie zamierza

ł  opowiadać  jej  tych  wszystkich  okropności  teraz, 

przy  obiedzie.  Było  mu  z  nią  dobrze  i  właśnie  dlatego  chciał  jej 

oszczędzić szczegółów. 

 -  Glina musi szybko biega

ć, musi być wytrzymały, a moje nogi 

odma

wiają mi posłuszeństwa. Nie spełniam fizycznych warunków do 

sprawnego pełnienia służby, jak to się mówi. 

 -  Czy to znaczy, 

że  po  wypadku  zwolnili  cię  z  pracy?  -  w jej 

głosie brzmiało oburzenie. - Jak oni mogli! To naprawdę obrzydliwe! 

 - Mog

łem zostać w policji - powiedział spokojnie. - Proponowali 

mi biurow

ą  robotę.  Bardzo  mnie  namawiali,  żebym  został. 

Zaoszczędziliby  kupę  forsy.  Woleli  mi  płacić  pensję  za  układanie 

papierków niż dawać odprawę i odszkodowanie. Sięgnął po ryż. 

 - Papierkowa robota mnie nie interesuje - m

ówił dalej. - Albo się 

jest gliną, albo nie. A po to trzeba być na ulicy, mieć kontakt z ludźmi. 

 - Ugania

ć się za przestępcami - wtrąciła Lauren. 

 -  Ja mia

łem  kontakt  z  ludźmi  -  powtórzył  z  naciskiem.  - 

Bostońska  policja  ma  opinię  zbiurokratyzowanej machiny, ale my 

próbowaliśmy  to  zmienić.  Chcieliśmy  być  blisko  ludzi,  którym 

mieliśmy  służyć.  Rozumieć  ich.  Ja  zajmowałem  się  w  Mission  Hill 

background image

młodymi ludźmi z problemami. Rozmawiałem z nimi. To były ważne 

rozmowy. Coś z tego zostało. 

Poci

ągnął łyk piwa, uśmiechnął się. 

 - Co nie znaczy, 

że nie pogoniłem kilku łobuzów. 

 - I opisa

łeś to w swojej książce... 

 -  Nie czytaj tego, je

śli  lubisz  bajki,  co  się  dobrze  kończą  - 

powiedział  poważnie.  -  Chciałem  pisać  prawdę,  co  w  kontekście 
realiów policyjnych zn

aczy, że nie zawsze zwycięża dobro. 

S

ączyła piwo, nie spuszczając z niego spojrzenia czarnych oczu. 

 - To musia

ła być bardzo niebezpieczna praca. Pomyślał o swoim 

kolanie, pękniętej rzepce, 

przemieszczonych ko

ściach. Tak, to była naprawdę niebezpieczna 

pra

ca.  Przebiegł  w  myślach  wszystkie  swoje  blizny,  złamane  żebra, 

obojczyki,  barki,  czaszkę.  Wszystkie  mniej  lub  bardziej  groźne 

kontuzje; tak, ta praca była niebezpieczna, a on już nigdy więcej nie 

przekona się, jak bardzo. 

 - Owszem, bywa

ło ciężko - powiedział obojętnym tonem. 

 - Niekt

órzy ludzie lubią się narażać. - Lauren zamyśliła się. - Mój 

brat  jest  taki.  Uwielbia  ryzyko.  Ostatnio  sprzedał  motocykl,  kupił 

sobie stary sportowy samochód i jeździ jak wariat. Marzy o lataniu na 
lotni, ale jego dziewczyna mu 

nie  pozwala.  Obaj  z  ojcem  są 

zapalonymi  myśliwymi.  Całe  dnie  potrafią  się  włóczyć  po  lesie  ze 
strzelbami. 

Skrzywi

ła się z niesmakiem. 

Alec z trudno

ścią ukrył zdziwienie. Nie spodziewał się, że Lauren 

może mieć brata, który uwielbia szybkie samochody i polowanie. To 

było zbyt normalne. Alec sam nie polował. Praca w policji wyrobiła w 

nim  niechęć  do  używania  broni.  Rozumiał  jednak  facetów,  którzy 

lubią  szybką  jazdę  i  strzelby,  bardziej  niż  wielbicieli  muzyki 
klasycznej. 

 - Tw

ój brat też jest muzykiem? Lauren pokręciła głową. 

 - Kiedy

ś zamierzał zostać gwiazdą rock and rolla. 

To te

ż było zupełnie normalne. Każdy chłopak z jego pokolenia 

chciał kiedyś grać rocka. 

 - Dobry by

ł? 

 -  Nie wiem. Nie znam si

ę  na  takiej  muzyce.  Nie  mógł  dłużej 

udawać obojętności. 

background image

 - Jak to? Nie znasz si

ę na rocku? To niemożliwe, żyć w Ameryce 

i nic nie wiedzieć o rocku! 

Lauren u

śmiechnęła się przepraszająco. 

 -  Taka muzyka nigdy nie by

ła  w  moim  typie.  Zresztą  Gerald 

zawsze  mnie  ostrzegał,  żebym  jej  nie  słuchała,  ponieważ  jest  zbyt 

głośna i może uszkodzić słuch. 

 - Gerald? - Kto to m

ógł być: brat? a może chłopak? 

 - M

ój menedżer. Bardzo o mnie dbał. Uważał, że głośna muzyka 

może  mi  zaszkodzić.  Może  stępić  zdolność  odbierania  dźwięków  i 

ograniczyć umiejętność rozróżniania niuansów. A ja jako pianistka nie 

mogę sobie na to pozwolić. To nie jest muzyka dla mnie. 

 -  Mo

że  miał  rację.  Ale  nie  rozumiał  ducha  tej  muzyki.  Lauren, 

rock  to  coś  więcej  niż  dźwięki,  rock  przekształca  człowieka 

wewnętrznie, modeluje jego duszę - roześmiał się zdziwiony, że jest w 
stanie powiedzie

ć  coś  podobnego.  -  Szkoda  gadać,  masz  braki.  Na 

szczęście spotkałaś mnie. Lauren roześmiała się również. 

 -  Czy tw

ój  brat,  jako  nieudana  gwiazda  rocka,  zazdrości  ci 

sukcesów? 

Lauren nagle posmutnia

ła. 

 - Nie - zaprzeczy

ła z mocą. 

Utkwi

ła wzrok w talerzu; przez chwilę bawiła się widelcem. 

Potem nagle przenios

ła wzrok na Aleca. Patrzyła na niego przez 

dłuższą chwilę. 

 -  W

łaściwie  nie  wiem.  Może  tak.  Nigdy  go  nie  pytałam  - 

powiedziała zamyślona. 

Tego te

ż  nie  rozumiał.  Jak  mogła  nie  wiedzieć?  Jak  można  nie 

wiedzieć,  co  czują  najbliżsi,  kiedy  człowiek  robi  karierę.  Doskonale 

pamiętał,  co  działo  się  w  rodzinie Fontanów,  kiedy  ukazała  się  jego 

powieść. Mary raz po raz robiła mu wymówki z powodu plugawego 

języka,  jakim  się  posługują  bohaterowie  „Głosów".  Rosie 

zorganizowała cykl spotkań z autorem w miejscowej księgarni. Mary 

skrupulatnie  powtarzała  mu  wszystkie  pochwały,  jakie  usłyszała  lub 

wyczytała  na  jego  temat.  Rosie  zwróciła  się  do  niego  o  pomoc 

finansową  na  remont  domu.  Matka  dała  ogłoszenie do parafialnej 

gazetki. Babcia Fontana wywiesiła plakat zawiadamiający o promocji 

książki  w  domu  opieki  społecznej  i  czerwonym  flamastrem 
podkre

śliła nazwisko, żeby nie było wątpliwości, że jest spokrewniona 

background image

z autorem. Babcia Cudahy bezlitośnie skrytykowała co śmielsze pod 

względem obyczajowym sceny. 

 -  Gdyby 

żył  twój  świętej  pamięci  dziadek,  kazałabym  mu  to 

przeczytać. Dobrze by mu zrobiło - nie omieszkała dodać. 

Oczywi

ście,  rodziny  bywają  różne.  W  niektórych  panuje  zawiść 

albo zwyczaj skrywania dumy. Albo milczenie. 

 - Nie jestem specjalnie zwi

ązana ze swoją rodziną - powiedziała 

Lauren, jakby czytała w jego myślach. 

 - To marnie. 
Od

łożyła widelec. Sięgnęła po szklankę. 

 -  Nie jestem z nimi w z

łych  stosunkach,  pisuję  do  nich, 

odwiedzam ich, kiedy mo

gę,  przesyłam  pieniądze.  Płacę  za  szkołę 

brata i siostry. 

Opr

óżniła szklankę, odstawiła ją i mówiła dalej: 

 -  Nic dziwnego. Nasze drogi rozesz

ły  się  bardzo  wcześnie. 

Kocham  moją rodzinę, jestem im bardzo wdzięczna za wszystko, co 
dla mnie zrobili, ale tak 

naprawdę... Nic już nas chyba nie łączy. 

Sprawa by

ła poważna. Nie wiedział, co Lauren dokładnie ma na 

myśli; on sam w każdym razie stale jeszcze mógł porozumieć się ze 

swoją rodziną. Po prostu ich kochał. 

 -  Sp

ędziłaś z nimi dzieciństwo, rosłaś wśród nich - powiedział, 

pragnąc,  żeby  mu  pomogła  zrozumieć.  -  Nie  jest  ważne,  do  czego 

doszłaś jako dorosła, łączy cię z nimi cała przeszłość. 

Lauren u

śmiechnęła się smutno. 

 -  Kiedy mia

łam czternaście lat, wysłali mnie do Nowego Jorku, 

żebym  się  uczyła  muzyki.  W  Allentown  nie  było  dla  mnie 

wystarczająco  dobrego  nauczyciela.  Zostałam  zaproszona  na 

przesłuchanie do pewnego sławnego profesora i kiedy powiedział, że 

mnie przyjmie, wysłali mnie do Nowego Jorku. 

 - Tak sobie? 

Żebyś się uczyła? 

 -  To zdarza si

ę dość często -  wyjaśniła. -  Wielu  młodych ludzi 

odchodzi  z  domu,  żeby  się  uczyć  albo  trenować.  Gimnastycy, 

tenisiści,  muzycy.  Jeśli  tam,  gdzie  mieszkasz,  nie  ma  dla  ciebie 

odpowiedniego  nauczyciela,  musisz  się  przenieść  tam,  gdzie  taki 
nauczyciel jest. 

Alec nie wygl

ądał na przekonanego. 

 - Mo

że się i zdarza, ale ja bym nie wysłał tak dzieciaka samego... 

background image

 -  Jestem im za to wdzi

ęczna  -  ciągnęła  Lauren  z  podejrzanym 

entuzjazmem. - 

Poświęcili się dla mnie, zawdzięczam im wszystko. 

W porz

ądku.  Może  coś  w  tym  jest.  Może  gdyby  on,  Alec,  miał 

wyjątkowo  uzdolnione  dziecko,  też  wysłałby  je  z  domu,  żeby  się 

rozwijało. Takie decyzje zawsze są trudne dla rodziców i dla dziecka. 

Nie  ma  prawa  ich  sądzić.  Zresztą  Lauren  spełniła  ich  oczekiwania. 

Zrobiła karierę. Zbiła fortunę. Wspiera ich finansowo. Opłaca szkoły. 

Może  od  początku  patrzyli  na  to  pod  tym  kątem.  Sowicie  im  się 

opłaciło, ale on nie ma prawa ich sądzić. 

 - Jak zareagowali na to, 

że zeszłaś ze sceny i zakopałaś się tutaj 

w Albright? 

 -  Nie wycofa

łam  się  dobrowolnie.  Musiałam  na  jakiś  czas 

przestać występować. 

 - Dlaczego? 
Odsun

ęła  się  lekko  i  spojrzała  na  niego  uważnie.  Jakie  ona  ma 

piękne usta, pomyślał kolejny raz. 

 - Mo

że nie uwierzysz, ale złamałam rękę. Zerknął na jej palce. 

 - Nie

źle - powiedział. 

 - Zdarza si

ę. 

 -  Chyba mi nie powiesz, 

że to był wypadek przy pracy. Gra na 

fortepianie nie jest tak niebezpieczna jak praca w policji. 

 - Mia

łam wypadek samochodowy. Niezbyt groźny. Inni wyszli z 

tego bez szwanku. Miałam pecha. 

 -  A tobie co si

ę stało? - Alec nie krył zaciekawienia. W swojej 

policyjnej  praktyce  nieraz  się  stykał  z  tego  typu  sprawami.  Zresztą 

nic, co miało związek z ciałem, nie było mu obce. 

 - Z

łamałam sobie rękę w przegubie. Na nieszczęście przy okazji 

uszkodziłam nerw. Stosuję odpowiednie ćwiczenia i mój lekarz mówi, 

że  to  tylko  kwestia  czasu.  Za  kilka  miesięcy  wszystko  wróci  do 
normy. 

 - I przez te kilka miesi

ęcy chcesz tutaj uczyć? 

 - Tak. 
 - I fa

łszować podczas gry. Zaczerwieniła się gwałtownie. 

 - Przepraszam, 

że musiałeś tego słuchać... 

 -  Ju

ż  to  przerabialiśmy.  Nie  ma  sprawy.  Jeśli  chcesz  grać,  to 

sobie graj. Zupełnie mi nie przeszkadza, że fałszujesz. 

Stale jeszcze zarumieniona spojrza

ła na niego podejrzliwie. 

background image

 -  Ale mnie to przeszkadza, chocia

ż może... jeśli tobie naprawdę 

nie przeszkadza, to mnie też nie. 

Spojrza

ł na jej rękę. Zauważyła to i ukryła ją w fałdach sukni. 

 -  Mia

łaś  zupełnie  proste  palce,  kiedy  mi  podawałaś  rękę  na 

przyjęciu u Mags. 

 -  Mog

ę  je  wyprostować,  jeśli  się  skoncentruję.  Muszę  bardzo 

uważać. W przeciwnym razie zaraz się kurczą. 

 - Nie musisz ich chowa

ć. - Przeszło mu przez myśl, że jest zbyt 

bezceremonialny. Ponieważ jednak nie wyglądała na urażoną, mówił 
dalej: 

 - Masz bardzo 

ładne ręce. Dlaczego je chowasz? 

Jej policzki znowu pociemnia

ły. Oczy rozbłysły. 

 - Mnie si

ę nie podobają. - Gwałtownym ruchem położyła rękę na 

stole i z gniewem popatrzyła na swoje palce. 

 -  Kiedy tak na nie patrz

ę,  widzę  całe  swoje  życie.  Zniszczone, 

złamane.  Nikt  nie  wie,  co  wtedy  czuję.  Tak  niewiele  brakowało,  a 

straciłabym wszystko raz na zawsze. 

 -  Przepraszam, nie powinienem zaczyna

ć  tej  rozmowy. 

Niepotrzebnie się wtrącam. 

 -  Nic nie szkodzi  -  u

śmiechnęła  się  z  wysiłkiem.  -  Tobie 

przytrafiło się coś znacznie gorszego. Ty straciłeś wszystko. Musiałeś 

rzucić pracę w policji. Ja przerwałam grę tylko na pewien czas. Nie 

mam prawa się skarżyć. 

Jeszcze raz spojrza

ł na jej rękę. 

 -  Skar

ż  się,  ile  chcesz.  Nieraz  myślę,  że  móc  się  wyżalić  to 

wielka przyjemność. 

Widz

ąc,  że  się  uspokoiła,  wrócił  do  przerwanego  posiłku. 

Wkrótce wszystko zniknęło bez śladu. 

 - Napijesz si

ę kawy? 

Automatycznie spojrza

ł na zastawione filiżankami półki. 

 - Musisz pi

ć dużo kawy. 

Spojrza

ła w ślad za jego wzrokiem i roześmiała się. 

 - Kaw

ę piję w kubkach. To są filiżanki do herbaty. 

 - Zauwa

żyłem. 

Wsta

ł i podszedł do półek. Filiżanki były różne: białe i kolorowe, 

niektóre ze spodeczkami, inne nie. 

 - Pochodz

ą z hoteli, w których mieszkałam. - Lauren zbliżyła się 

do niego. 

background image

 - Zwin

ęłaś je? 

 -  Oczywi

ście,  że  nie.  Zapłaciłam  za  nie,  to  znaczy  nie  za 

wszystkie. Kilka dostałam za darmo. 

Zdj

ęła jedną filiżankę z półki. 

 - T

ę mi podarowano. Pochodzi z pewnego hotelu z Tokio. 

 - By

łaś w Tokio? - Mimo wszystko był zdumiony. Wiedział, że 

jest  sławna,  ale  nie  spodziewał  się,  że  występowała  na  innych 
kontynentach. 

 - Wiele razy. - Odstawi

ła filiżankę i zdjęła z półki następną. - A 

tę przywiozłam z Australii, z Sydney. 

 - Nie

źle. 

 - A ta pochodzi z Londynu, z Royal Garden. Wzi

ął ją do ręki. 

 - By

łaś w Anglii? Wpadłaś przy okazji do Irlandii? 

 - Nie. Mo

że kiedyś pojadę. Bardzo bym chciała tam wystąpić. 

 -  Ja te

ż bardzo bym chciał zobaczyć ten kraj, nie tylko Dublin, 

ale całość. Podobno jacyś moi kuzyni mieszkają w County Cork. 

Odstawi

ła trzymane w ręku filiżanki, zamyśliła się. 

 -  Podczas pobytu w Londynie bardzo chcia

łam  zobaczyć  coś 

więcej.  Miałam  chęć  jechać  do  Stonehenge,  ale  zabrakło  mi  czasu. 

Dałam  trzy  koncerty  w  Albert  Hall,  następnego  dnia  jechaliśmy  do 

Amsterdamu, potem Paryż i powrót do Nowego Jorku. 

 - By

łaś w Anglii, przejechałaś taki kawał drogi i nie widziałaś nic 

poza Londynem? 

 - Prawie w ogóle 

nie wychodziłam z hotelu. Jadłam, ćwiczyłam, 

koncertowałam,  spałam.  Zagraniczne  występy  są  bardzo  męczące. 

Ludzie myślą, że to strasznie ciekawe, a w rzeczywistości to po prostu 

ciężka  praca.  Pochłaniająca  bez  reszty.  Nie  mogę  się  doczekać 
powrotu. Ale ze 

zwiedzaniem będę musiała poczekać do emerytury. 

Alec spojrza

ł  na  kolekcję  filiżanek  i  zamyślił  się.  Nie  miał  w 

życiu wiele okazji, żeby podróżować. Gdyby było inaczej, wiedziałby, 

jak  to  wykorzystać.  Nawet  gdyby  musiał  się  ograniczyć  do  samej 
stolicy Angli

i,  na  pewno  nie  poprzestałby  na  hotelu  i  filharmonii. 

Pewnie  Lauren  nie  miała  wyboru,  artystyczne  tournee  nie  jest 
wyjazdem  turystycznym. Przygn

ębiła  go  świadomość,  że  tyle 

podróżowała  i  tak  mało  mogła  z  tego  korzystać.  Widok  filiżanek 

pogłębił  jeszcze  to  uczucie.  Skoro  była  w  Tokio,  powinna  stamtąd 

przywieźć  raczej  jedwabne  kimono,  a  nie  -  filiżankę.  Skoro  była  w 

background image

Amsterdamie,  powinna  przywieźć  sobie  raczej  parę  drewniaków.  A 

nie filiżankę. Coś więcej niż pamiątkę z hotelowej jadalni. 

 - A zatem teraz zwiedzasz zachodnie kra

ńce stanu Massachusetts 

powiedział  pozornie  lekkim  tonem.  -  Czy  zapoznałaś  się  już  z 

urokami miasta Springfield? 

Skrzywi

ła się. 

 - S

łyszałam, że to mało ciekawe miejsce. 

 - A mnie m

ówiono, że jest tam kilka niezłych lokali, gdzie grają 

rocka. A ponieważ mam wrażenie, że mimo podróży niewiele w życiu 

widziałaś,  postanowiłem  ci  pomóc.  Jest  już  chyba  za  późno,  żebyś 

zachwyciła się tym, co ja uważam za prawdziwą muzykę, ale zawsze 

możesz posłuchać. 

Poniewa

ż milczała, mówił dalej: 

 -  A gdyby

śmy  tak,  na  przykład,  pojechali  do  miasta  jutro 

wieczorem?  Rozejrzymy  się,  może  znajdziemy  jakieś  miłe  miejsce, 

gdzie grają rocka. Co ty na to? 

Przez d

łuższą  chwilę  patrzyła  na  niego,  potem  włożyła  prawą 

rękę  do  kieszeni.  Bezradnym  spojrzeniem  obrzuciła  półki z 

filiżankami. 

 - Alec... ja... w

łaściwie... - Przełknęła ślinę. - Wiesz, ja nie jestem 

ostatnio w najlepszej formie. Nie mam nic przeciwko przebywaniu 

wśród ludzi, ale tak w ogóle... przede wszystkim muszę się skupić na 
mojej pracy. 

Przymkn

ęła oczy, głęboko odetchnęła. 

 -  Nie dziw si

ę,  że  pytam,  ale  o  co  tobie  właściwie  chodzi?  - 

powiedziała wreszcie. 

By

ła  osobą  zajętą,  ale  nie  cierpiała  na  nadmiar  propozycji  tego 

rodzaju.  Perspektywa  pójścia  gdzieś,  z  kimś  takim  jak  Alec,  nagle 

wydała jej się naprawdę kusząca. 

Uj

ął  ją  delikatnie  pod  brodę  i  zwrócił  jej  twarz  ku  sobie.  Skórę 

miała równie delikatną, jak rysy twarzy. Cofnął rękę. 

 -  Jeste

śmy  sąsiadami,  możemy  w  sobotę  wieczorem  pójść  do 

miasta, posłuchać muzyki, nic więcej. 

 - Nic wi

ęcej - powtórzyła Lauren, jakby zawiedziona i innym już 

tonem dodała: - Nie boisz się, że popsuję sobie słuch? 

 -  S

łucham  tej  muzyki  od  dwudziestu  lat  i  jakoś  mi  nie 

zaszkodziło. 

 - W takim razie... - Lauren zawaha

ła się. 

background image

 - Uczysz tu muzyki, musisz wiedzie

ć, czym żyją twoi studenci. 

 -  Dobrze. W takim razie p

ójdę.  Spełnię  swoją  powinność.  Ale 

jeśli to mi zaszkodzi... 

 - Ca

łą winę biorę na siebie - powiedział ze skruchą. 

Nie m

ógł oderwać wzroku od jej twarzy. Oczy Lauren błyszczały 

dziwnym  światłem.  Było  w  nich  podniecenie,  coś  w  rodzaju 

zaciekawienia,  zmieszanego  z  lękiem.  Nie  wiedział,  jak  wiele 

kosztowała ją zgoda na jego propozycję. Nie miał odwagi o nic pytać. 

Chciał  już  stąd  wyjść.  Nie  dlatego,  że  obawiał  się,  iż  Lauren  może 

zmienić  zdanie.  Bał  się,  że  jeśli  chwilę  dłużej  pozostanie obok niej, 

nie będzie mógł nad sobą zapanować i pocałuje ją. 

 -  Lepiej ju

ż  pójdę  -  powiedział  i  cofnął  się  w  stronę  drzwi.  - 

Obiad był wspaniały, dziękuję. 

 - Na pewno nie chcesz kawy? 
Ciekawe, czy zdawa

ła  sobie  sprawę  z  tego,  jakie  robi  na  nim 

wr

ażenie. Czy wiedziała, jak na niego działa zapach jej włosów? Czy 

była  świadoma  faktu,  że  Alec  siłą  powstrzymuje  się,  żeby  jej  nie 

objąć? Że jego ręce same wyciągają się w stronę jej drobnych piersi, 

delikatnej talii, że pragnie ją objąć i przytulić. 

Musi  natychmiast st

ąd  wyjść,  musi  pamiętać  o  tym,  co  mówiła 

mu ciotka, musi się opanować. Musi to zrobić dla dobra ich obojga. 

 -  Napij

ę  się  kawy  innym  razem,  jeszcze  raz  dziękuję  za  obiad. 

Zobaczymy się jutro, o wpół do ósmej. 

Poszed

ł w stronę wyjścia. Lauren odprowadziła go. Przez chwilę 

stała w drzwiach. 

 - Dzi

ękuję za książkę. 

Spojrza

ł w jej oczy, potem przeniósł wzrok na usta. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  nie  przeszkodzi  ci  zasnąć  -  powiedział, 

wiedząc,  że  on  na  pewno  spędzi  bezsenną  noc.  Lauren  była  zbyt 

piękna, zbyt mądra i miała zbyt wiele uroku, żeby mogło być inaczej. 

background image

Rozdzia

ł 5 

Ksi

ążka  zaczynała  się  sceną  morderstwa.  Nie  była  to  jakaś 

wyjątkowo  ohydna  zbrodnia;  po  prostu  jedno  z  wielu  przestępstw 

dokonywanych każdego dnia na ulicach wielkiego  miasta. Szokował 

jedynie  opis:  rzeczowy,  suchy,  podkreślający  typowość  wydarzenia. 

Pod  koniec  pierwszego  rozdziału  Lauren  wiedziała  już,  że  to 
morderstwo 

nie będzie głównym wątkiem opowieści; służyło jedynie 

jako wprowadzenie do świata, który opisywał autor „Głosów ulicy". 

Poprawi

ła poduszki pod plecami i oparła się wygodnie. Zaraz po 

kolacji sprzątnęła kuchnię, wzięła prysznic i położyła się do łóżka z 

książką  Aleca.  Było  jeszcze  bardzo  wcześnie,  ale  lubiła  czytać  w 

łóżku. 

Pozna

ła w życiu kilku pisarzy. Ubierali się wytwornie, z ich ust 

płynęły gładkie, okrągłe zdania, wyglądali jak wycięci z literackiego 

miesięcznika.  Znała  również  pisarki.  Paliły  jak  smoki,  mówiły  zbyt 

głośno i starały się wysunąć na pierwszy plan. Jedni i drudzy zwykle 

sporo  pili.  Tak  jakby  sądzili,  że  alkoholizm jest pierwszym 

warunkiem,  jaki  należy  spełnić,  żeby  mieć  szansę  na  Nagrodę 
Pulitzera. 

Alec Fontana by

ł  zupełnie  inny.  Bezpretensjonalny,  skromny. 

Miało się wrażenie, że dla niego pisanie książek jest czymś znacznie 

mniej  ważnym  niż  zajmowanie  się  młodzieżą  z  bostońskiego 
marginesu. 

Pomy

ślała,  że  może  dotąd  poznawała  niewłaściwych  ludzi.  Nie 

była specjalnie towarzyska, ale Gerald czuwał nad tym, żeby od czasu 

do  czasu  pokazała  się  na  jakimś  przyjęciu,  wzięła  udział  w 
charytatywnej imprezie, pozwoli

ła się sfotografować. Zwykle nudziła 

się śmiertelnie, ale uważała to za swój obowiązek. Od tego zależała jej 
kariera, a w konsekwencji  - 

pieniądze na szkołę dla rodzeństwa i na 

utrzymanie  rodziców.  Chodziła  więc  na  przyjęcia,  uśmiechała  się  i 

prowadziła banalne rozmowy. 

A w tym czasie gdzie

ś  w  Bostonie  mieszkał  sobie  pewien  były 

policjant  o  ujmującym  uśmiechu.  Tak  bardzo  ujmującym,  że 

postanowiła  w  sobotę  wieczorem  pojechać  z  nim  do  Springfield 

posłuchać rocka. 

Przypomnia

ła  sobie  wreszcie,  kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczyła 

jego  książkę.  Leżała  na  stoliku  w  apartamencie  Geralda.  Lauren 

wyszła  właśnie  ze  szpitala  po  wypadku  i  była  w  okropnym  stanie 

background image

psychicznym. Kiedy zdjęto opatrunek, zobaczyła podkurczone palce. 

Zdaniem ortopedy został uszkodzony nerw. 

Zrozpaczona zadzwoni

ła  do  Geralda.  Powiedział,  żeby  się  nie 

martwiła, on się wszystkim zajmie. 

Pojecha

ła  do  niego,  żeby  omówić  sprawy  odszkodowania  i 

dalszej  kuracji.  Gerald  poszedł  do  gabinetu  zatelefonować,  a  ona 

została w salonie, pijąc kawę. 

Usiad

ła  na  kanapie,  kolejny  raz  dochodząc  do  wniosku,  że 

pieniądze  i  dobry  gust  nie  zawsze  idą  w  parze.  Przynajmniej  w 

przypadku  Geralda.  Żeby  się  rozluźnić,  wzięła  do  ręki  leżącą  na 

stoliku książkę. 

Fotografia na ok

ładce  wywarła  na  niej  piorunujące  wrażenie. 

Autor  był  nie  tylko  niezwykle  przystojny;  miał  w  sobie  coś 

intrygującego.  Przyjrzała  mu  się  uważnie:  smukła,  mocna  sylwetka, 

gęste  włosy,  zarost,  silne  ramiona,  lekko  rozstawione  nogi  i 

wykałaczka w ustach. Najbardziej niezwykłe były oczy: jasne punkty 

na  ciemnym  zdjęciu  jarzyły  się  dziwnym  światłem,  które  nie 

pozwalało jej odłożyć książki. 

 - Chcia

łabym ją od ciebie pożyczyć - powiedziała, kiedy Gerald 

wyszedł z gabinetu. 

W por

ównaniu  z  mężczyzną  na  zdjęciu  Gerald  robił  wrażenie 

cieplarnianego stworzenia. Drobny, zgrabny, w nieskazitelnym 

garniturze  wyglądał,  jakby  zszedł  z  witryny  luksusowego  sklepu. 

Mężczyzna  na  okładce  miał  lekki  zarost,  Gerald  -  nienagannie 

utrzymaną bródkę. 

 - Przepraszam, 

że musiałaś czekać. 

 - Mo

żesz mi pożyczyć tę książkę, kiedy skończysz czytać? 

 - Nie - powiedzia

ł stanowczo, wyjmując książkę z jej rąk i kładąc 

na stoliku. - To nie jest lektura dla ciebie. 

Przesz

ło jej przez myśl, że coś, co napisał tamten mężczyzna na 

pewno jest dla niej. Mimo to zapytała: 

 - Dlaczego? 
 - To ksi

ążka o przemocy. Zaczyna się sceną morderstwa i tak już 

jest do samego końca. 

 -  Ale ty jako

ś  przez  nią  przebrnąłeś  -  powiedziała,  wskazując 

zakładkę  umieszczoną  w  połowie  książki.  -  Skoro to takie okropne, 
dlaczego czytasz? 

U

śmiechnął się z wyższością. 

background image

 -  Czysta ciekawo

ść,  wierz  mi,  to  książka  nie  dla  ciebie.  Jest  w 

niej  tyle  krwi,  że  starczyłoby  na  roczny  zapas  dla  Czerwonego 

Krzyża. Ty tego nie lubisz. 

„Wierz  mi".  Oczywiście,  wierzyła  mu  we  wszystkim,  dlaczego 

miałaby nie wierzyć teraz. To tylko książka, a ona naprawdę nie lubi 

kryminałów.  Autor  jest  rzeczywiście  bardzo  przystojny,  ale  książka 

może być okropna. 

Niepotrzebne jej nowe stresy, zw

łaszcza  teraz,  po  tym,  co  się 

stało  z  ręką.  Gerald  zaczął  ją  pocieszać:  wszystko  będzie  dobrze, 

znalazł  świetnego  neurologa,  wybitnego  specjalistę  i  wielbiciela 
Chopina. 

 - B

ędziesz miała z nim dobry kontakt. 

Ponadto za

łatwił  już  sprawy  odroczenia  kontraktów  na  przyszły 

rok,  odszkodowanie  jest  w  drodze,  trzeba  tylko  czekać  i  niczym  się 

nie przejmować. 

 - A z czego b

ędę żyła? - zapytała, nie do końca przekonana jego 

elokwencj

ą. - Nikt mi nie będzie płacił, jeśli przestanę grać. 

 -  Lauren, przecie

ż  przez  te  wszystkie  lata  uzbierałaś  masę 

pieniędzy. To wszystko leży i procentuje. Nadszedł czas, żeby czerpać 
z tych zasobów. 

Prawda. Ale nic z tego nie wynika. 

Życie z procentów nie jest w 

jej  stylu.  W  końcu  jest  przecież  córką  hutnika  z  Allentown.  Zresztą 

konto  zostało  w  dużym  stopniu  naruszone  przez  rodzinne  wydatki. 

Nie na długo starczy. 

 - Zwariuj

ę przez te kilka miesięcy bez pracy - jęknęła. 

 - Nie zwariujesz. Wracaj do domu. Musisz odpocz

ąć. Połóż się, 

poczytaj.  Nie takie okropieństwa jak tamto - ruchem  głowy wskazał 

leżącą na stoliku książkę - ale coś dobrego. Zamówiłem ci wizytę u 

doktora Hayesa, on ci pomoże. Musisz tylko być cierpliwa i słuchać 
mnie. 

Wr

óciła  do  domu,  ale  nie  zaczęła  „odpoczywać".  Chwyciła  za 

słuchawkę telefoniczną i zaczęła wydzwaniać po znajomych, pytając, 

czy  ktoś  gdzieś  nie  potrzebuje  nauczyciela  muzyki.  Bardziej  niż  na 

pieniądzach zależało jej na tym, żeby się czymś zająć. 

Gerald nie by

ł  zachwycony,  kiedy  w  dwa  tygodnie  później 

oświadczyła  mu,  że  zgodziła  się  przez  cały  następny  rok  uczyć 
muzyki na uniwersytecie w Albright. 

 - Dlaczego mi nic nie powiedzia

łaś? 

background image

 - Nigdy by

ś się nie zgodził. Pogładził swój wytworny krawat. 

 -  Niekoniecznie. Po prostu uwa

żam, że zbyt się tym wszystkim 

przejmujesz. 

 -  Musz

ę coś robić. Nie mogę tak siedzieć z założonymi rękami. 

Czuję się niepotrzebna. 

 - Musisz by

ć cierpliwa. Co ci powiedział doktor Hayes? Byłaś u 

niego, prawda? 

Skin

ęła głową. 

 -  Powiedzia

ł,  że  nie  ma  powodów  do  niepokoju.  Zbadał 

dokładnie  rękę,  kazał  ćwiczyć.  Wspomniał  coś  o  operacji.  Co  nie 

znaczy, że przez następny rok nie mogę uczyć. 

 - Dobrze. Chcesz uczy

ć, to ucz. Nie powinno ci zaszkodzić. Ale 

chciałbym, żebyś na przyszłość miała do mnie więcej zaufania. 

 - Mam do ciebie zaufanie - powiedzia

ła i zamyśliła się. Przecież 

gdyby  tak  rzeczywiście  było,  porozmawiałaby  z  nim  o  ewentualnej 
posadzie w Albright. 

Zawsze mu ufa

ła.  Nawet  tamtego  dnia,  kiedy  prowadząc  zbyt 

szybko, 

wpadł w poślizg i zjechał na pobocze. Po tym, co się stało z 

ręką, było jej znacznie trudniej obdarzać Geralda pełnym zaufaniem. 

 -  Sko

ńczyłeś  tę  książkę?  -  Jej  wzrok  padł  na  „Głosy  ulicy"  i 

hipnotyzujące spojrzenie mężczyzny na okładce. 

 - Jeszcze nie. I nie pro

ś, żebym ci ją pożyczył. Jest zbyt brutalna. 

Prawdziwa, ale okrutna. 

Postanowi

ła,  że  wracając  do  domu  kupi  ją  sobie  w  księgarni. 

Żeby mu zrobić na złość. 

W ko

ńcu do tego nie doszło. Kupować książkę tylko dlatego, że 

podoba jej się autor, wydało jej się głupie i dziecinne. Zresztą nie chce 

czytać tych okropności. 

W pi

ątkowy  jesienny  wieczór,  leżąc  w  łóżku  w  swoim 

mieszkaniu  w  Albright,  w  Massachusetts,  myślała  zupełnie  inaczej. 

Pożerała  powieść  Aleca,  zafascynowana  i  wstrząśnięta.  Niebo  za 
oknami zac

zynało  blednąć,  a  ona  wciąż  czytała  historię  pewnego 

gliniarza,  który  odkrył,  że  jego  partner  działa  niezgodnie  z  prawem. 

Czytała, jak pewna policjantka pomogła mu zdemaskować winnego i 

jak się w niej zakochał. 

Nie mog

ła się oderwać. Czuła zmęczenie i senność, wiedziała, że 

rano  nie  będzie  mogła  wstać,  ale  nie  odkładała  książki.  Nie  mogła 

background image

przerwać nie dowiedziawszy się, w jaki sposób Alec Fontana opisuje 

miłosną scenę. 

Mi

łość w „Głosach ulicy" zupełnie nie przypominała znanych jej 

powieści  historycznych.  Była  drapieżna  i  dzika.  Była  bezlitosną 

walką.  Minimalne  doświadczenie  Lauren  w  tych  sprawach  nie 

pokrywało się z doświadczeniem autora „Głosów". 

Dreszcz przebieg

ł jej ciało. Jeszcze raz przeczytała opis miłosnej 

sceny. Nie znała takiej miłości. Ludzie kochali się przecież zupełnie 

inaczej.  Spokojnie,  łagodnie.  Przynajmniej  ona  tak  to  robiła  z 
Bryanem. 

Z autorem 

„Głosów" na pewno byłoby inaczej... 

Za bardzo si

ę rozpędziła. Przecież tu nie chodzi o autora, tylko o 

fikcyjną  postać.  Policjanta  Jacka  Fallowesa.  Jest  wysoki,  potężnie 

zbudowany. Nie tak smukły jak Alec. Ma ciemne włosy i niebieskie 

oczy.  Alec  jest  blondynem,  a  jego  oczy  mają  niezwykły  kolor 

mieniącego  się  bursztynu.  Jest  Irlandczykiem,  nie  -  „mieszańcem". 

Nie  stara  się  pomagać  swoim  „podopiecznym",  po  prostu  ich  ściga. 
Pije mocne trunki, nie - piwo, i zamiast rocka lubi jazz. 

Na pr

óżno  wmawiała  sobie,  że  Jack  Fallowes  nie  ma  nic 

wspólnego z Alekiem Fontaną. Im dłużej brnęła przez łóżkową scenę, 

tym bardziej nabierała przekonania, że autor i stworzona przez niego 

postać stanowią jedno. 

Kiedy wreszcie zmusi

ła  się  do  odłożenia  książki,  czuła  się  tak 

wyczerpana,  jakby  dopiero  co  przeczytana  scena  była  jej  udziałem. 

Poprawiła  poduszki  i  pomyślała,  że  odtąd  każda  inna  powieść  wyda 

jej się mdła i nieciekawa. 

 - Czy to prawda - zapyta

ł, zerknąwszy na nią znad kierownicy - 

że nigdy nie byłaś w klubie, gdzie grają rocka? 

 - Nigdy - u

śmiechnęła się Lauren. 

Alec z niedowierzaniem pokr

ęcił  głową  i  skręcił  na  autostradę. 

Nie znała się na sportowych samochodach. Jedynym jej kontaktem z 

tego typu pojazdami było wypisanie czeku na sumę umożliwiającą jej 

bratu  zakup  lśniącej  corvette.  Czuła  moc,  drzemiącą  w  srebrnym 

pojeździe prowadzonym pewną dłonią Aleca. 

W jaki

ś sposób pasowali do siebie, on i jego samochód. Kiedy tak 

siedział z dłońmi na kierownicy, w pozornym bezruchu, wyczuwała w 

nim jakąś potężną siłę, gotową w każdej chwili wybuchnąć. Miał na 

sobie  dżinsy,  białą  koszulkę  i  kurtkę.  Chyba  tę  samą,  którą  miał  na 

background image

okładce  książki.  Teraz  jednak  był  starannie  ogolony  i  nie  miał  w 

ustach wykałaczki. Jego adidasy były nieskazitelnie czyste. Próbowała 

nie  myśleć  o  tamtej  scenie.  Nie  wolno  jej  utożsamiać  go  z  Jackiem 

Fallowesem. Jeszcze gotowa wyobrazić go sobie, jak... 

 - Ile masz lat? - zapyta

ł nagle. - Prawie trzydzieści? 

 -  Ciep

ło,  ciepło...  -  zażartowała,  zdejmując  ze  spodni 

niewidoczny pyłek. Właściwie trzeba było włożyć dżinsy, ale Gerald 

zawsze mówił, że powinna dbać o swój wygląd. Dżinsy są dobre do 

sprzątania.  Na  takie  wyjście  jak  dzisiaj  wypada  włożyć  eleganckie 
spodnie i sweterek z angory. 

 - Mieszkaj

ąc w Nowym Jorku musisz specjalnie się starać, żeby 

nie słyszeć rocka - roześmiał się. 

 -  S

łyszałam  go  nieraz.  Kiedy  się  idzie  po  Manhattanie,  słychać 

go  zewsząd,  z  każdego  baru,  każdego  samochodu.  Znam  Bruce'a 
Springsteena, Beatlesów... 

 - Chyba 

żartujesz! Od razu widać, że trochę jesteś opóźniona! 

Oczywi

ście żartował, ale zrobił jej przykrość. Dotknął bolesnego 

punktu. Jej życie zawsze było inne, w niczym nie przypominało życia 

jej  rówieśników.  Godziła  się  z  tym,  sztuka  wymaga  poświęceń. 

Zdawała sobie jednak sprawę, jak wiele traci. Nie zaznała miłości ani 

spacerów po parku. Młodzieżowych prywatek i koncertów. Nigdy nie 

nuciła  pod  prysznicem  aktualnego  przeboju.  Nigdy  nie  marzyła,  że 

stoi  na  estradzie  i  śpiewa  w  szaleńczym rytmie rocka, oklaskiwana 

przez tysiące fanów. 

Zamiast tego w czarnej wieczorowej sukni gra

ła  Chopina,  a 

wytworna  publiczność  grzecznie  prosiła  o  bis.  Czy  o  tym  właśnie 

marzyła?  Dawniej  chyba  tak,  ale  teraz,  po  wszystkim,  co  się  stało, 

była znacznie mniej tego pewna. 

Zjechali z autostrady i skierowali si

ę w stronę Springfield. 

 - A co robi

łaś, kiedy szłaś na randkę? - Głos Aleca wyrwał ją z 

zamyślenia. 

 - S

łucham? - nie mogła ukryć zdumienia. 

 - Co robili

ście na randkach? Szliście do muzeum? 

 - Zamiast i

ść na koncert rocka? Skinął głową. 

Zrozumia

ła. Chciał podkreślić, że ich dzisiejsze spotkanie nie jest 

randką. Wyraźnie mu przecież dała do zrozumienia, że o czymś takim 

w ogóle nie może być mowy. To, że jest taki przystojny i seksowny, 

background image

nie ma znaczenia. 

Ona nie ma na to czasu, a nic nie wskazuje, żeby 

miał nalegać. 

 - Ostatnio w

łaściwie z nikim się nie spotykam - wyznała. 

W jego oczach dostrzeg

ła niedowierzanie. 

 - Dlaczego? 
 -  Jestem zaj

ęta  -  odparła  automatycznie.  Nie  wyglądał  na 

przekonanego. 

 - Daj spok

ój, Lauren. Dziewczyna musi od czasu do czasu gdzieś 

wyjść. 

 - Tak my

ślisz? - uśmiechnęła się blado. - Nieraz chodzę na różne 

takie przyjęcia, gdzie się stoi w eleganckim ubraniu ze szklanką wina 

w ręku. 

 -  Nie s

ądzę,  żeby  twój  chłopak  lubił  takie  rzeczy  -  westchnął 

Alec. 

 - Ja nie mam... - zacz

ęła Lauren i przerwała. Nie patrzył na nią. 

 -  Nie masz ch

łopaka  -  dokończył  za  nią  z  lekko  złośliwym 

uśmiechem. 

 -  Nie dlatego, 

że  nie  mam  okazji  -  próbowała  niezręcznie  się 

bronić.  -  Kiedy  się  jest  pianistką,  trzeba  dużo  ćwiczyć,  stale  się 

koncertuje,  człowiek  musi  się  skupić  na  muzyce.  Nie  może  się 

rozpraszać. Miłość wymaga czasu. 

 - Nie my

ślałem o miłości, tylko o seksie. 

Dlaczego to powiedzia

ł?  Dlaczego  w  jej  wyobraźni  ukazała  się 

natychmiast scena z jego powie

ści?  Nagie  ciała  w  pogniecionej 

pościeli, jęki i westchnienia. Nie wiedziała, jak zareagować. 

 -  Nie chcia

łem  cię  obrazić  -  powiedział,  czując,  że  zrobił  jej 

krzywdę. -  Uważam  po prostu, że taka kobieta jak ty  powinna  mieć 

kogoś, z kim mogłaby wyjść. 

 - Masz na my

śli siebie? - zapytała ostrożnie. 

 -  Sk

ądże!  Wczoraj  postawiłaś  sprawę  wystarczająco  jasno, 

żebym  nie  miał  złudzeń.  Nasz  dzisiejszy  wieczór  jest  czysto 
poznawczy. 

Poznawczy. Niew

ątpliwie  w  jego  towarzystwie  można  było 

poznać wiele nowych rzeczy. Niejednego się nauczyć. Na samą myśl 

o tym zaczerwieniła się. 

 -  Kto to wymy

ślił,  że  powinnaś  całe  swoje  życie 

podporządkować  sztuce?  -  zapytał  obojętnym tonem, tak jakby cała 

sprawa wcale go nie obchodziła. 

background image

 - Gerald. 
Alec zmarszczy

ł  brwi,  próbując  przypomnieć  sobie,  o  kogo 

chodzi. 

 - Twój agent? 
 -  M

ój  menedżer.  Ma  znacznie  więcej  obowiązków  niż  zwykły 

agent. 

 - Na przyk

ład jakie? - Alec zmrużył oczy. 

 -  Kiedy wyprowadzi

łam się z domu i zamieszkałam  w Nowym 

Jorku, w pewnym stopniu zastępował mi rodzinę. Opiekował się mną. 

Czuwał,  żebym  ćwiczyła,  organizował  koncerty,  wyszukiwał 

najlepszych  profesorów.  Dbał  o  moje  zdrowie.  Pewnie  się  zdziwisz, 

ale życie wirtuoza jest bardzo wyczerpujące. Byłam bardzo młoda, nie 

wiedziałam  nawet,  jak  się  należy  ubierać.  Nauczył  mnie  tego 

wszystkiego. Stworzył mój obraz. Później negocjował moje kontrakty, 

organizował tournees i tak dalej. 

 - Musi mie

ć sporo roboty. 

 - P

łacę mu za to. 

 - A kiedy ju

ż wszystko załatwi, odpędza od ciebie facetów. 

 - Strasznie to g

łupio brzmi. 

 -  Bo  to jest g

łupie.  -  Alec  przez  chwilę  milczał,  obserwując 

drogę.  -  Ale  miałaś  szczęście.  Przybył  z  Bostonu  rycerz,  żeby  cię 

uratować. 

 -  Zajmij si

ę  lepiej  swoimi  podopiecznymi  z  marginesu  - 

próbowała się zdobyć na beztroski ton. 

Skr

ęcili w główną ulicę Springfield. 

 -  Wiesz, dok

ąd  jedziemy?  -  zapytała  Lauren,  zdziwiona  jego 

pewnością. 

 - Tak. 
 - By

łeś już kiedyś tutaj? 

 - Nie, ale zapyta

łem Mags, czy zna jakieś miejsce, gdzie można 

pójść  -  powiedział,  odczytując  nazwę  ulicy  i  zjeżdżając  na  parking 
przed lokal

em.  Zaparkowawszy,  wysiadł  z  samochodu,  obszedł  go  i 

otworzył drzwi Lauren. 

 - Czy mo

żesz mi poradzić, jak się mam zachowywać? - zapytała, 

kiedy szli w stronę wejścia. 

 -  Nie zdejmuj but

ów, nie proś orkiestry, żeby ci zagrała Sonatę 

Księżycową,  a  jak  ktoś  poprosi  cię  do  tańca,  powiedz,  że  jesteś  ze 

mną. - W jego oczach zapaliło się złociste światełko. 

background image

 - Dobrze, prosz

ę pana - odparła głosem grzecznej dziewczynki. 

Z lokalu dochodzi

ła kakofonia dźwięków, zmieszany chór głosów 

i jazgot instrumentów. 

środku kłębił się tłum. Lauren ujęła Aleca pod ramię, jakby się 

bała, że go straci. 

Sforsowali wej

ście;  Alec  wetknął  stojącemu  w  drzwiach 

chłopakowi  w  dżinsach  dziesięć  dolarów  i  znaleźli  się  w  ciemnym, 

pełnym dymu pomieszczeniu. 

Omin

ęli  parkiet  i  dotarli  do  wolnego  stolika  w  głębi  sali.  Alec 

pomógł Lauren usadowić się na krześle, zdjął kurtkę i powiesił ją na 

oparciu. Jego twarz, widziana w migotliwym blasku stojącej na stoliku 

świecy, była poważna i skupiona. 

 -  Czego si

ę  napijesz?  -  zapytał,  kiedy  z  ciemności  wyłoniła  się 

kelnerka. 

Lauren zrozumia

ła,  że  w  podobnym  miejscu  nie  zamawia  się 

wina. 

 -  Chyba... piwa  -  powiedzia

ła  niepewnie.  Alec  zamówił  dwa 

Budweisery i koniak. 

 - Pami

ętaj - powiedział, kiedy kelnerka zniknęła - kiedy po tańcu 

zachce ci się pić, nie pij piwa, zamówimy wodę. 

 - Kto tu m

ówi o tańcu? - Lauren uśmiechnęła się. - Myślałam, że 

będziemy tak sobie siedzieć, słuchać muzyki, a ty od czasu do czasu 

powiesz coś o wyższości rocka. 

 -  Teoretyczne rozwa

żania  zostawimy  na  później.  Teraz 

poczekamy troch

ę, aż się przejaśni i poskaczemy sobie. 

 -  Nie umiem ta

ńczyć.  -  Ostatni  raz  tańczyła  z  koleżankami  w 

Allentown w czasie balu lalek. 

 - 

Żeby dobrze tańczyć - powiedział  mentorskim tonem  - trzeba 

tylko się odprężyć i nie bać się śmieszności. 

 - 

Łatwo powiedzieć. Roześmiał się. 

 -  Nie przejmuj si

ę.  Nikt  nawet  nie  zauważy,  jeśli  ci  coś  nie 

wyjdzie. Tutaj słucha się muzyki dla przyjemności. 

Kelnerka postawi

ła  przed  nimi  napoje.  Lauren  poczekała,  aż 

odejdzie. 

 - Kto ci

ę uczył tańczyć? 

 - Siostry. 
 - Ile ich masz? 

background image

 -  Dwie. Obie starsze ode mnie. Traktowa

ły  mnie  jak  worek 

treningowy, dlatego potem byłem najlepszym tancerzem w szkole. 

Nala

ł jej piwa do szklanki. 

 -  Narzeka

łem,  ale  w  rzeczywistości  byłem  dumny.  Każdy  w 

szkole lubi zaszpanować. 

Lauren skin

ęła głową. 

 - Nigdy nie by

łam na szkolnym balu. Masz braci? 

Pokr

ęcił głową. 

 -  Zawsze by

łem  w domu absolutną  mniejszością. Zwłaszcza po 

śmierci  ojca.  Miałem  dwie  owdowiałe  babki,  matkę  wdowę  i  dwie 

siostry. Na szczęście w końcu wyszły za mąż. 

 - Musisz si

ę czuć w Albright jak w domu. Jesteś przyzwyczajony 

do życia wśród kobiet - powiedziała i zająknęła się. Ktoś taki jak Alec 

na pewno nie narzekał na brak damskiego towarzystwa, i to w niczym 

nie przypominającego owdowiałych starszych pań. Wzięła szklankę i 

wypiła  łyk  piwa,  zadowolona,  że  w  ciemności  nie  widać,  jak  się 

czerwieni. Zespół zaczął grać nowy utwór. 

 - Pos

łuchaj słów - powiedział Alec. - To coś dla ciebie. 

Pr

óbowała  z  kakofonii  dźwięków  wyłowić  znaczenie  słów. 

Głośniki  tylko  pogarszały  sytuację.  Udało  jej  się  wyłowić  kilka 

poszczególnych wyrazów, mówiących o tym, że rock zwycięży. 

 -  „Roll over, Beethoven"  - 

„Spływaj  pan,  panie  Beethoven"  - 

dopowiedział Alec. - To klasyk, Chuck Berry. 

 - Przecie

ż w tym nie ma melodii. 

 - Melodia tu niepotrzebna. 
 -  To ty tak my

ślisz  -  powiedziała,  ale  spojrzawszy  na  niego 

musiała się uśmiechnąć. 

Wskaza

ł głową tańczące pary. 

 - Chod

ź, spróbujemy. 

Nie chcia

ła się ośmieszać w obecności kelnerki. Zresztą muzyka 

miała w sobie coś, co ją przyciągało. 

 - Przyrzekasz, 

że nie będziesz się ze mnie śmiał? 

 - S

łowo honoru. 

Obj

ął ją ramieniem, jakby się bał, że mu ucieknie, i poprowadził 

na środek parkietu. 

By

ło tu jeszcze głośniej, błękitne światło ślizgało się po twarzach 

i  włosach  tańczących.  Wokół  niej wszyscy podrygiwali z 

background image

przymkni

ętymi oczami. Miała wrażenie, że uczestniczy w rytualnym 

tańcu jakiegoś plemienia. 

Postanowi

ła zapomnieć o Geraldzie i jego radach. Tutaj nie jest 

wielką  pianistką,  nie  musi  dbać  o  swój  wizerunek.  Jest  po  prostu 

nauczycielką  muzyki,  przyjechała  do  miasta  w  towarzystwie  byłego 

gliny,  żeby  się  zabawić.  Jeśli  się  ośmieszy,  zrobi  to  na  własny 

rachunek.  Spływaj  pan,  panie  Beethoven,  pomyślała,  i  Chopin,  i 

Ravel, i Mendelssohn, i cała reszta. 

Nast

ępny utwór był znacznie szybszy. Starając się nie wypaść z 

rytmu, od czasu 

do czasu zerkała w górę na Aleca. 

 -  Co to jest „mojo"?  - 

zapytała  przekrzykując  muzykę.  Słowo 

uporczywie powtarzało się w refrenie piosenki. 

 -  Tak si

ę  mówi,  kiedy  ktoś  kogoś  pociąga  pod  względem 

seksualnym - 

wyjaśnił Alec. 

 - Aha - Lauren odsun

ęła się od niego. 

Nie przysun

ął  się.  Od  czasu  do  czasu  brał  ją  za  rękę  albo 

obejmował  w  talii.  Tańczył  we  własnym  rytmie;  próbowała 

naśladować jego ruchy. 

 - Przewaga rocka nad muzyk

ą klasyczną polega na tym, że rock 

mówi o seksie - 

powiedział. 

 -  A muzyka klasyczna o mi

łości -  dodała natychmiast - Co kto 

lubi - u

śmiechnął się i nagłym ruchem przyciągnął ją do siebie. 

Lauren zachwia

ła się. 

 - Dlaczego tu tak 

ślisko? - zapytała. 

 -  Rozlane piwo, dlatego ci m

ówiłem,  żebyś  nie  zdejmowała 

butów. 

 - Strasznie gor

ąco. 

 - Jest t

łok i tańczysz. Chcesz usiąść i trochę odpocząć? 

 -  Nie  -  powiedzia

ła  szczerze.  Napięcie  gdzieś  się  ulotniło.  Nie 

myślała już o tym, jak wygląda. Chciała tylko tańczyć tak obok Aleca, 

powtarzając  jego  ruchy.  Odpocznie  później.  Usiądzie,  napije  się 
cz

egoś,  przetrze  twarz  chusteczką.  Teraz,  kiedy  nareszcie  czuje  się 

swobodnie, niech to trwa. 

Alec ta

ńczył nieco inaczej niż pozostali mężczyźni na parkiecie. 

Nie unosił rąk nad głowę, nie zamykał oczu, nie  miotał się. W  jego 

ruchach  był  wdzięk  i  absolutne  wyczucie  rytmu.  Była  też 

powściągliwość i dbałość o samopoczucie partnerki. 

background image

 -  A teraz  -  rozleg

ł się głos solisty - odpocznijcie sobie chwilkę. 

Czas złapać oddech. 

Muzyka uspokoi

ła  się,  pary  zaczęły  kołysać  się  wolno  w  rytm 

rocka. 

Lauren pozwoli

ła się objąć. Była zbyt zmęczona, żeby tańczyć w 

poprzednim rytmie, i zbyt zadowolona z ta

ńca,  żeby  przestać.  Alec 

objął ją i lekko przytulił. 

 - Bardzo mi to by

ło potrzebne - powiedziała z wdzięcznością. 

 -  Mnie r

ównież.  Moja  noga  na  dłuższą  metę  nie  wytrzymuje 

takiego tempa. 

 - Mo

żemy usiąść, jeśli chcesz - powiedziała, zdając sobie sprawę, 

że wcale nie ma na to ochoty. Chciała tak zostać, w jego ramionach, 

kołysząc się rytmicznie w ciemności. 

 -  Za nic w 

świecie - powiedział, przytulając ją jeszcze mocniej. 

Poczuła jego dłoń na karku, potem na plecach i niżej. Dotykał jej teraz 

całym ciałem. Czuła jego ciepło przez warstwę ubrań. Alec rozsunął 

lekko kolanem jej nogi i zsunął dłonie na biodra. 

Lauren poczu

ła dreszcz. Przecież tylko tańczymy, próbowała się 

uspokoić,  wiedząc,  że  się  oszukuje.  Między  nimi  dzieje  się  coś 

znacznie poważniejszego, co właściwie powinna przerwać. Powinna, 

ale nie jest w stanie tego zrobić. 

Nie napotykaj

ąc na opór, Alec położył sobie jej dłoń na ramieniu 

i mocniej wtulił ją w siebie. 

Pr

óbowała  coś  powiedzieć,  ale  jej  słowa  zabrzmiały  mało 

przekonująco. 

 -  M

ój  ojciec  mawiał  -  powiedział  Alec  cicho  -  że  taniec  jest 

pionowym wyrazem całkiem poziomych pragnień. 

 - Ja... - jej g

łos zabrzmiał obco. Przerwała. Właściwie nie miała 

nic do powiedzenia. By

ło  jej  tak  dobrze.  Jej  ciało  zaczynało  żyć 

własnym nieznanym życiem. Nie miała na nie żadnego wpływu. 

Wiedzia

ła tylko, że musi coś powiedzieć. 

 -  To mia

ła  być  czysto  poznawcza  wyprawa  -  szepnęła.  - 

Mieliśmy po prostu słuchać muzyki. 

 - Tak te

ż jest bardzo przyjemnie - przerwał jej. - W każdym razie 

mnie, a tobie? 

Och, tak. Zbyt przyjemnie. Niebezpiecznie przyjemnie, 

pomy

ślała. 

background image

 -  Nie mam zbyt wielkiej wprawy  -  powiedzia

ła,  żeby  coś 

powiedzieć. - Mam na myśli taniec - dodała pośpiesznie. 

 -  Sama najlepiej wiesz, 

że najważniejsza jest praktyka. - Ruchy 

jego  nogi  stały  się  bardziej  stanowcze.  Mimo  oddzielającej  ich 

warstwy ubrań czuła, co się dzieje z jego ciałem. 

 -  To nie to samo, co 

ćwiczenie  na  fortepianie  -  powiedziała 

głupio i bezradnie. 

 - Ale o ile przyjemniejsze. 
 -  Alec, przecie

ż jesteśmy tylko sąsiadami. - Zrobiła ruch, jakby 

chciała wyswobodzić się z jego ramion. 

Bezskutecznie. 
 -  A do tego ty masz problemy i musisz si

ę  skupić  na  swojej 

pracy,  bo  sztuka  wymaga  całkowitego poświęcenia  -  wyrecytował 
ironicznie.  - 

Wiem,  wiem,  omówiliśmy  to  wczoraj  wieczorem. 

Dlatego zadowalamy się pionowym wyrazem poziomych pragnień. 

 -  Powinni

śmy  chyba  wracać  do  stolika.  Znowu  poczuła  jego 

dłonie na swoich biodrach i rytmiczny ruch, który sprawiał, że robiła 

się zupełnie bezwolna. To było jeszcze gorsze niż czytanie łóżkowych 

scen  w  jego  powieści.  Gorsze  -  to znaczy lepsze, o wiele lepsze, 
cudowne. 

 - Naprawd

ę chcesz? - poczuła jego wargi na swoim czole. 

O czym on m

ówi? Pyta, czy chce, żeby ją wziął tutaj, na środku 

park

ietu, korzystając z ciemności panujących na sali? 
 - Naprawd

ę chcesz, żebyśmy usiedli? - powtórzył widząc, że nie 

bardzo rozumie, o co pytał. 

 - Nie. 
Niezale

żnie od jej woli, solista skończył śpiewać. Tkwili jednak 

nadal bez ruchu, spleceni ramionami, wtopieni w siebie, jakby 

zasłuchani w rytm muzyki, której nikt prócz nich nie słyszał. 

Nagle Alec drgn

ął, naprężył się, jego ciało przebiegł dreszcz bólu. 

Zesztywniał,  wbijając  dłonie  w  jej  ramiona.  Wykrzywił  twarz, 

zamknął oczy. 

 -  Co ci jest?  -  Pr

óbowała  wyzwolić  się  z  kurczowego  uścisku 

jego rąk. 

 -  Nie ruszaj si

ę  -  jęknął,  nie  otwierając  oczu.  Był  przeraźliwie 

blady. 

 - Chod

źmy teraz - powiedział ledwo dosłyszalnie. 

background image

Opar

ł  się  na  niej  i  wolnym  krokiem  powlókł  w  stronę  stolika. 

Zorientowała  się,  że  jego  prawa  noga  odmówiła  mu  posłuszeństwa. 

Była sztywna, jak sparaliżowana. Wlókł ją za sobą z wysiłkiem. 

Prowadzi

ła  go  ostrożnie,  starając  się,  żeby  nikt  nie  uraził  jego 

biednej, chorej nogi. Tej samej, którą jeszcze przed chwilą czuła tak 
blisko... 

Z wysi

łkiem odsunęła krzesło i pomogła mu usiąść. Alec oparł się 

o stół i ukrył twarz w dłoniach. Oddychał z wysiłkiem. 

 - Co mog

ę zrobić? - zapytała. 

 -  Potrafisz poprowadzi

ć  samochód  bez  automatycznej  skrzyni 

biegów? 

 - Tak - skin

ęła głową. 

 -  Dobrze. A teraz  -  próbowa

ł  normalnie  oddychać  -  zamów mi 

podwójną  whisky  i...  sięgnij  do  mojej  kurtki.  Mam  w  kieszeni 

wykałaczki. 

R

ęką wymacała pudełeczko z wykałaczkami. 

Otworzy

ł  oczy  i  spojrzał  na  nią.  Jego  niezwykłe  spojrzenie 

zmącone było bólem. 

Usiad

ła obok, wzrokiem szukając kelnerki. Dziewczyna kończyła 

właśnie  przyjmować  zamówienie.  Skinęła  głową,  na  znak,  że  zaraz 
przyjdzie. 

Lauren spojrza

ła  na  Aleca.  Siedział  bez  słowa  z  zamkniętymi 

oczami. Z jego twarzy nie schodził wyraz cierpienia. 

To wszystko jej wina. Trzeba by

ło przerwać ten taniec. Przerwać 

i  wrócić  do  stolika.  Gdyby  miała  choć  trochę  zdrowego  rozsądku... 

Gdyby potrafiła się opanować, nie cierpiałby teraz. 

 -  Bardzo mi przykro  -  szepn

ęła.  Otworzył  oczy,  spróbował  się 

uśmiechnąć. 

 - A mnie wcale nie - powiedzia

ł z trudem i znowu zamknął oczy. 

background image

Rozdzia

ł 6 

Diabli nadali. Prawie od roku nie mia

ł  już  ataków.  Myślał,  że 

problemy z nogą skończyły się raz  na zawsze.  Wiedział oczywiście, 

że są rzeczy, których mu robić nie wolno, ale taniec nie znajdował się 

na liście czynności zakazanych. 

Co prawda to by

ł nie tylko taniec. 

Jednym 

łykiem wychylił szklaneczkę whisky. 

Alkohol podobno rozlu

źnia  mięśnie,  w  każdym  razie  powinien 

działać znieczulająco. Ostry ból przeszywał mu kolano, promieniował 

w stronę uda, gorącym językiem lizał kręgosłup. 

Jeszcze przed chwil

ą  wszystko  było  inaczej.  Może  i  był 

nieprzytomny,  ale  nie  z  bólu.  Powód  był  zupełnie  inny.  Przyjemny, 

ale jak się okazało niebezpieczny. Mimo to niczego nie żałował. 

Lauren chyba te

ż nie. 

Odpowiada

ła  mu  idealnie.  Wspaniale  reagowała  na  jego 

pożądanie. Mimo kruchej budowy była w niej niezwykła energia. Jej 

drobne  piersi  były  twarde  i  agresywne;  czuł  przez  sweter  ich 

naprężone sutki. Jej małe dłonie i delikatne uda, silne i zdecydowane, 

zapowiadały  coś,  o  czym  można  się  było  przekonać  tylko  w  jeden 
sposób... 

Nawet gdyby nie wypadek z nog

ą,  i  tak  miałby  trudności  z 

podejściem do stołu. Na szczęście dżinsy są obcisłe i nic nie widać, 

pomyślał  i  mimo  przejmującego  bólu  uśmiechnął  się.  Twardy, 

sztywny materiał spodni uratował już honor niejednego mężczyzny. 

B

ól  przeszył  go  ze  zdwojoną  siłą  i Alec  przestał  się  uśmiechać. 

Może trzeba było się zgodzić na jeszcze jedną operację. Ale przecież 

już tyle razy majstrowali przy jego nodze... Przeszczepiali, dokładali i 
wyjmowali. Kiedy ostatnio w klinice  chirurg zaproponowa

ł  mu 

jeszcze jeden zabieg, Alec kategorycznie odmówił. 

Mia

ł dość. W swoim czasie usłyszał to, czego Lauren nie słyszała 

nigdy: „zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy zrobić". Więcej zrobić nie 

mogli. Nikt nie  mógł. Lekarze i tak dokonali cudów ratując to, co z 

niego  zostało,  kiedy  go  przywieziono  na  pogotowie.  Nie  może 

narzekać.  Owszem,  kolano  boli  potwornie,  ale  i  tak  powinien  być 

wdzięczny. Postawili go na nogi. A że jedna z nich od czasu do czasu 

odmawia posłuszeństwa, trudno. Nie jest świnką morską, żeby na nim 

eksperymentować. 

background image

Alkohol nie podzia

łał  tak  szybko,  jak  myślał.  Sięgnął  po  drugą 

szklankę  i  zamiast  zapachu  whisky,  poczuł  zapach  kawy.  Lauren 

otwierała torebki z cukrem. 

Nie widzia

ł jej twarzy, nie wiedział, co myśli. Siedziała z lekko 

pochyloną głową, jej czarne oczy były zbyt głębokie, żeby z nich coś 

wyczytać, a usta - tak piękne i zmysłowe, że nawet teraz miał ochotę 

je całować. 

 - Troch

ę ci lepiej? 

 -  Tak  -  powiedzia

ł,  żeby  ją  uspokoić,  i  ból  naprawdę  z  wolna 

zaczaj ust

ępować. 

 - B

ędziesz umiała poprowadzić mój samochód? 

 - Ju

ż pytałeś. Oczywiście. 

 - Zwykle prowadzisz volvo. 
 - Bez automatycznej skrzyni biegów. 
Co

ś jeszcze dodała, ale nie dosłyszał, bo zalała go nowa fala bólu. 

Kolano, udo, kręgosłup, głowa. Przymknął oczy i jęknął. 

Lauren narzuci

ła mu kurtkę na ramiona, objęła go wpół i pomogła 

podnieść się z krzesła. Prawie nieprzytomny z bólu, zauważył tylko, 

że kierują się w stronę drzwi. 

Pr

óbował coś powiedzieć, żeby ją uspokoić. Chciał jej wyznać, że 

jest cudownie 

dotykać  jej  karku  pod  włosami,  że  jest  bardzo 

szczęśliwy i że w jej wykonaniu pionowy wyraz całkiem poziomych 

pragnień jest naprawdę niezwykły. 

Ale nie m

ógł. Całą swoją energię musiał skierować na koszmarny 

marsz  ku  drzwiom.  Od  wyjścia  dzieliły  ich  jeszcze  trzy stopnie. 

Pokonał  je  z  wysiłkiem  himalaisty  wdrapującego  się  na  Mount 
Everest. 

 -  Co mam teraz zrobi

ć?  -  zapytała,  kiedy  wyszli.  Pocałować 

mnie, pomyślał, pocałować mnie, znieczulić mnie pocałunkiem. 

 - Pomóc pani? - 

facet pilnujący wejścia zrobił ruch w ich stronę. 

 -  Nie jest pijany, tylko boli go noga i nie mo

że  zgiąć  kolana  - 

wyjaśniła Lauren, z pożałowania godnym brakiem dyskrecji. 

M

ężczyzna chwycił Aleca wpół, zajął miejsce Lauren i pociągnął 

go w stronę parkingu. 

 - Który samochód? 
Alec przymkn

ąwszy  oczy  pozwolił  się  zaprowadzić  do 

samochodu  i  wcisnąć  na  miejsce  pasażera.  Gdzieś  w  oddali  słyszał 

głos Lauren, dziękującej mężczyźnie. 

background image

Zrobi

ło  mu  się  niedobrze.  Za  chwilę  straci  przytomność. 

Otrzeźwił go dotyk Lauren. 

 - Gdzie masz kluczyki? 
 - W drugiej kieszeni. 
Czu

ł jej dłonie na swoim ciele. Jej kojący i podniecający zarazem 

dotyk. Kiedy indziej pragnąłby tylko tego. Żeby jej drobne szczupłe 

dłonie  wędrowały  po  jego  ciele,  ciekawe,  śmiałe,  wszędzie 

docierające. 

 - W tej, z przodu - szepn

ął niewyraźnie. 

Gdyby nie czu

ł się tak bardzo chory, naprowadziłby  jej dłoń na 

właściwe miejsce. Teraz jednak czuł tylko straszny, przejmujący ból. 

Us

łyszał metaliczny dźwięk. Lauren znalazła kluczyki i otworzyła 

drzwi od strony kierowcy. 

 - Odsu

ń mnie trochę - wymamrotał. - Tam jest taka dźwignia. 

Odnalaz

ła dźwignię i odsunęła jego fotel do tyłu, tak żeby mógł 

wyprostować  nogę.  Potem  przechyliła  się  nad  nim,  próbując  zapiąć 

mu pasy. Poczuł zapach jej włosów, kawy i jesieni. 

 -  Dzi

ękuję ci - szepnął. Dziękował nie tylko za zapięcie pasów, 

dziękował, że jest tu przy nim w tym całym nieszczęściu. 

 -  Nie ma za co.  - 

Głos  Lauren  był  nieodgadniony,  spojrzenie 

również. 

Zamkn

ęła drzwi po jego stronie, obeszła samochód i zasiadła za 

kierownicą. 

Przez chwil

ę  szukała  świateł.  Potem  poczuł,  jak  opuszczają 

parking i wytaczają się na asfaltową jezdnię. 

By

ł  ciekaw,  czy  będzie  potrafiła  znaleźć  powrotną  drogę  na 

autostradę. Nie był w stanie jej pomóc. 

Lauren pami

ętała  drogę.  Prowadziła  ostrożnie  i  pewnie.  Nie 

musiał się obawiać, że uszkodzi samochód. 

Ponadto by

ła  wystarczająco  rozsądna,  żeby  nic  nie  mówić. 

Prowadziła bez słowa, dając mu czas na oswojenie się z sytuacją. Była 

idealna i gdyby nie to, że miała inne problemy i zupełnie osobne życie 

gotów byłby się zakochać. 

Nic nowego w jego przypadku. W czasie d

ługotrwałych pobytów 

w  szpitalu  kochał  się  stale.  A  to  w  siostrze  dyżurnej,  a  to  w 

przełożonej  pielęgniarek,  w  czarnej,  białej,  Hiszpance  i  Filipince. 

Wszystkie  wydawały  mu  się  piękne  i  godne  miłości,  nawet  te  z 

wyraźną nadwagą. I nie chodziło mu tylko o seks. Najważniejsza była 

background image

opieka i troskliwo

ść, z jaką go pielęgnowały. Z jaką teraz zajmowała 

się nim Lauren. 

Zamkn

ął  oczy  i  głęboko  odetchnął.  Samochód  posuwał  się 

naprzód,  kolano  bolało,  whisky  z  wolna  zaczynała  działać.  Z  jego 
w

yobraźni  wyłonił  się  obraz  ich  ostatniego  tańca.  I  sposób,  w  jaki 

Lauren odpowiedziała na jego pożądanie. Całe jej ciało  mówiło  mu, 
jak bardzo go pragnie. 

Mo

że dobrze się stało, że noga odmówiła mu posłuszeństwa. W 

przeciwnym  razie  pędziłby  teraz  jak  wariat,  przekraczając  wszystkie 

przepisy  drogowe,  żeby  jak  najszybciej  dotrzeć  na  Hancock  Street  i 

dopaść jej łóżka. 

Mo

że  dobrze  się  stało  dla  nich  obojga.  Przeszkodziło  mu  to 

uwieść kobietę, którą i tak musiałby opuścić. 

Wjechali na teren campusu i skr

ęcili  w  Hancock Street. Lauren 

zatrzymała samochód. 

 - Nie ruszaj si

ę - powiedziała - pomogę ci. 

Nawet gdyby chcia

ł, i tak nie mógłby nic zrobić bez jej pomocy. 

Mógł tylko odpiąć pasy. Lauren wydobyła go z samochodu i z wolna 

poprowadziła ku drzwiom. Ku swoim drzwiom. 

Weszli do salonu i Alec opad

ł na kanapę. Lauren zapaliła światło. 

 - Wygodnie ci? U

śmiechnął się z przymusem. 

 - Mo

żna tak powiedzieć. 

Poprawi

ła mu poduszki. 

 - Zdj

ąć ci buty? 

 - Nie - odsun

ął jej dłoń i wtedy nowy spazm bólu przeszył jego 

ciało. 

 -  Masz co

ś  do  picia?  -  powiedział  z  wysiłkiem.  Zauważył 

jeszcze, że instynktownie chowa prawą rękę do kieszeni. 

 - Mam herbat

ę, kawę, mleko, wino... 

 -  Na g

órze  u  mnie  jest  coś  mocniejszego.  -  Niezręcznie  zaczął 

przeszukiwać kieszenie. - Miałem gdzieś klucze... 

 - Da

łeś mi je. 

Wr

óciło wspomnienie ich nagłego wyjazdu ze Springfield, męki 

na parkingu, jej rąk obmacujących jego ciało w poszukiwaniu kluczy. 

 - Zapomnia

łem zapłacić w klubie. 

 - Nie przejmuj si

ę, ja zapłaciłam. 

 - Udana randka. 
 - To nie by

ła randka. Wyprawa w celach poznawczych. 

background image

 - Zaraz ci zwr

ócę. 

Si

ęgnął po portfel, ale Lauren mu przeszkodziła. 

 - Daj spok

ój, jesteś pewien, że chcesz się jeszcze napić? 

 - Nie b

ój się. Nie upiję się. Wyprostowała się, w jej lewej dłoni 

zobaczył klucze. 

 - Gdzie trzymasz alkohol? 
Wyt

łumaczył  jej  i  poszła  na  pierwsze  piętro.  Siedział  oparty  o 

poduszki, słysząc dobiegające z góry kroki. Próbował wstać, ale nogi 

odmówiły mu posłuszeństwa. 

Wyj

ął  portfel,  odliczył  dziesięć  dolarów  i  kilka  drobnych  i 

położył  je  na  stoliku.  Z  trudnością  umieścił  portfel  z  powrotem  w 

kieszeni. Nieważne, czy to była randka, czy nie. Nigdy nie zgodzi się, 

żeby Lauren płaciła za to, co wypili w klubie. 

Po kilku minutach us

łyszał,  że  drzwi  się  otworzyły,  Lauren 

weszła i poszła prosto do kuchni. Słyszał jej kroki, dźwięk otwieranej 

szafki.  Po  chwili  stała  przy  nim  ze  szklanką  whisky  w  ręku.  Na  jej 

twarzy malowała się dezaprobata. 

 - My

ślisz, że za dużo piję - powiedział ze skruchą. 

 - Nic nie powiedzia

łam. 

 -  Pr

óbowałem wielu środków przeciwbólowych. Nic  nie działa. 

Nie  chcę  zaczynać  z  morfiną,  bo  to  zbyt  niebezpieczne.  Inne  środki 

mają  uboczne  działanie.  Brałem  coś,  po  czym  miałem  halucynacje. 

Widziałem na przykład drzwi tam, gdzie ich nie było. Wreszcie doktor 

poradził mi, że najlepiej jest się napić. 

 - Dobrych masz lekarzy. Pochyli

ła się nad nim, spoważniała. 

 - Musia

ło ci być bardzo ciężko. 

 - Tam, na parkiecie? 
Pokr

ęciła głową. 

 - Nie, wtedy gdy zdarzy

ł ci się ten wypadek. Mówiłeś, że to było 

w czasie pracy. Rozumiem, że bardzo ci na niej zależało, to było twoje 

życie,  i  pomyślałam...  -  przez  chwilę  szukała  właściwych  słów.  - 

Musiało ci być bardzo trudno zrezygnować z pracy, ale dziwię się, jak 

mogłeś tak bardzo lubić pracę, przez którą tak się wycierpiałeś. 

Alec prze

łknął łyk whisky. 

 - To nie praca mi to zrobi

ła. Tylko pewien facet z kolegami. 

 -  Ale wszystko si

ę  skończyło.  Pewnego  dnia  musiałeś  nagle 

przestać  być  policjantem.  -  Lauren,  starannie  unikająca  dotąd  jego 

background image

wzroku, nagle podniosła na niego oczy. - Ja nie przeżyłabym czegoś 
takiego. 

Mo

że  będziesz  musiała,  pomyślał  Alec,  ale  nic  nie  powiedział. 

Może  jej  sprawy  jakoś  się  ułożą.  Może  dla  niej  los  okaże  się 

łaskawszy. Może akurat jej uda się wrócić do poprzedniego życia, tak 

jakby nic się nie stało. 

Kiedy spogl

ądał wstecz, myśląc o tym, jak dziwnie potoczyło się 

jego  życie,  zrozumiał,  że  mimo  wszystko  miał  szczęście.  Przebył 

kawał  drogi,  niebezpiecznej  drogi,  i  w  sumie  wyszedł  z  opresji 

zwycięsko.  Nie  tylko  przeżył.  Nie  tylko  uszedł  z  życiem.  Znalazł 

sobie  ponadto  coś,  co  wielu ludziom mogło  się  wydawać  zajęciem 

znacznie ważniejszym niż to, które za sobą zostawił. 

 -  Opowiedz mi o tym  -  poprosi

ła.  Jej  oczy  były  czarne  i 

nieprzeniknione. 

 - O mojej nodze? Skin

ęła głową. 

Nie lubi

ł o tym mówić. Z nikim. Ale z Lauren to było co innego. 

Chciał  jej  powiedzieć  wszystko.  Mogło  jej  się  przydać,  kiedy  sama 

będzie musiała stawić czoło podobnym problemom. 

 -  Przygotowali

śmy zasadzkę - zaczął - w lokalu na ulicy, gdzie 

roiło  się  od  wszelkiego  rodzaju  mętów.  Rozpuściliśmy  pogłoskę,  że 

można  się  u  nas  pozbyć  gorącego  towaru.  Pracowaliśmy  na  zmianę, 

mój partner i ja. Jeden urzędował w sklepie, a drugi kręcił kamerą i 

wszystko nagrywał. - Oparł się wygodniej i mówił dalej. Lauren nie 

spuszczała z niego oczu. 

 -  Wszystko sz

ło  dobrze.  Interes  powoli  się  rozkręcał.  Aż 

pewnego  dnia  zjawił  się  jeden  facet  i  poznał  mnie.  Rok  wcześniej 

wsadziłem jego brata za pobicie dziewczyny. Na ogół takie sprawy nie 

docierają do sądu, bo dziewczyny nie chcą zeznawać, ale udało mi się 

ją namówić i wsadziłem go. Bratu się to nie podobało. Miał szczęście, 

wszedł na mnie. 

 - I pozna

ł cię - szepnęła Lauren. 

 -  Co gorsza, ja go nie pozna

łem.  No i wstawił  mi bajer, że  ma 

świetny  towar,  cały  samochód  odtwarzaczy  wideo,  wystarczy  wyjść 

na ulicę. Wyjrzałem i rzeczywiście zobaczyłem vana zaparkowanego 

za  rogiem.  Drzwi  były  otwarte,  w  środku  siedziało  dwóch  facetów. 

Wyszedłem za nim na ulicę. Lauren drgnęła, domyślając się, co będzie 
potem. 

background image

 -  Kiedy podeszli

śmy  do  samochodu,  ten  facet  powiedział 

kolegom, że jestem gliną i wsadziłem jego brata. Zabrali się do mnie. 

Miałem broń, ale któryś przyłożył mi w głowę łomem i po wszystkim. 

Ocknąłem się na intensywnej terapii, podłączony do rurek i aparatów. 

 - Bo

że... 

 -  Mia

łem  szczęście,  że  się  w  ogóle  obudziłem.  Kiedy  się 

dowiedziałem, co mi zrobili, sam się zdziwiłem, że jeszcze żyję. 

 - Co ci zrobili? 
 -  Zmasakrowali kolano, z

łamali  drugą  nogę.  Kilka  żeber  i 

podstawę  czaszki.  Jedno  z  żeber  przebiło  mi  płuco.  Było  też  kilka 

wewnętrznych wylewów i odbita nerka. Ponadto ukradli mi zegarek, 

broń  i  portfel.  Potem  zostawili  mnie  na  ulicy,  myśląc,  że  mnie 

wykończyli. 

 - Alec... - g

łos Lauren drżał, była wstrząśnięta. 

Nie opowiedzia

ł  jej  tego,  żeby  zrobić  wrażenie  czy  zaszokować 

ją. Chciał, żeby zrozumiała, że skoro człowiek może wrócić do normy 

po  czymś  takim,  to  i  ona  poradzi  sobie  ze  swoją  ręką.  Chciał,  żeby 

zrozumiała, że najważniejsze jest życie, i dopóki się żyje, można wiele 

zrobić. 

Nic jednak nie wskazywa

ło na to, że pojęła go w ten sposób. W 

jej oczach pojawiły się łzy. Spuściła głowę. 

 - Wiesz, co by

ło w tym wszystkim najgorsze? - powiedział, żeby 

zmienić jej nastrój. 

 - To, 

że nie będziesz mógł pracować w zawodzie. 

 - Ci cholerni doktorzy nie dawali mi pali

ć. Nie spuszczali mnie z 

oka i bez przerwy mówili, że palenie jest bardzo niezdrowe. 

Lauren u

śmiechnęła się. Odetchnął z ulgą. 

 - Trudno im nie przyzna

ć racji, skoro miałeś przebite płuco. 

Spojrza

ła na niego, uśmiech znikł. 

 -  Bardzo si

ę cieszę, że przestałeś palić. Powody są straszne, ale 

dobrze się stało, że rzuciłeś palenie. 

 - Dlaczego? 
 - By

łoby szkoda, żebyś się zatruwał teraz, kiedy wyszedłeś z tego 

wszystkiego. 

 - Nie by

ło takie straszne. Nawet nie miałem wstrząsu mózgu. 

Patrzy

ła na niego z takim zachwytem, że się zmieszał. 

 - Mia

łem szczęście. Policjanci często giną przy pracy. 

 - To nie tylko kwestia szcz

ęścia. Byłeś odważny i stanowczy. 

background image

 - By

łem głupi. Nie powinienem był z nim wychodzić. 

Po

łożyła mu palec na ustach. 

 - M

ówię o tym, co stało się potem. Wtedy kiedy obudziłeś się w 

szpitalu  i  zrozumiałeś,  że  musisz  rozpocząć  nowe  życie,  stać  się 

innym  człowiekiem.  Gdybym  ja  miała  nagle  się  dowiedzieć,  że  nie 

będę więcej koncertować i że mam sobie znaleźć coś nowego... Chyba 

bym zwariowała. Nigdy bym się z tym nie pogodziła. A ty zachowałeś 

się  jak...  jak  bohater.  Wiem,  że  to  może  głupio  brzmi,  ale...  - 

Zaczerwieniła się. 

 -  Mnie si

ę podoba - powiedział, unosząc jej rękę do ust. Poczuł 

delikatne palce na swoich wargach. 

 - Daj drug

ą rękę - poprosił. 

Nie patrz

ąc na niego, wyjęła prawą rękę z kieszeni. 

Uj

ął  ją,  lekko  wyprostował  podkurczone  palce  i  pocałował  je. 

Muskał  wargami  paznokcie,  opuszki  palców,  grzbiet  dłoni. 

Jednocześnie  patrzył  na  Lauren,  czekając,  aż  powie,  że  są  tylko 

sąsiadami, ona ma swoją pracę, musi jej poświęcić całe swoje życie i 
tak dalej. 

Oczy Lauren zrobi

ły  się  jeszcze  ciemniejsze,  zalśniło  w  nich 

światełko.  Jej  palce  żyły  teraz  własnym  życiem.  Rozchylały  jego 

wargi, dotykały języka. 

Poma

łu  zapominał  o  bólu.  Pragnął  już  tylko  jednego:  dotykać 

wargami jej ust, szyi, piersi. Wchłonąć ją całą. 

 - Alec... - us

łyszał drżący szept. 

 -  Ka

ż  mi  przestać  -  powiedział,  widząc,  że  cofa  rękę.  Lauren 

objęła go za szyję i bez słowa wtuliła się w niego. 

Obj

ął  ją  i  przyciągnął  do  siebie.  Jej  usta  były  delikatne  i  tak 

przyzwalające,  jak  sobie  wyobrażał.  Smakował  je  wolno,  wnikając 

coraz głębiej. 

Czu

ł  jej  włosy  na  swojej  twarzy,  pod  ręką  jej  delikatny  kark. 

Lekko westchnęła i poddała się pieszczocie jego języka. 

Porusza

ła  się  delikatnie,  tak  żeby  nie  urazić  jego  chorej  nogi. 

Przejechał  dłońmi  po  jej  biodrach  i  wsunął  je  pod  sweter.  Skóra 

Lauren była gorąca i nieskazitelnie gładka. 

Znowu us

łyszał westchnienie. 

 - Powiedz, 

żebym przestał. 

Jego d

łonie pieściły jej plecy, wyczuwając zapięcie stanika. 

background image

Lauren przylgn

ęła do niego całym ciałem, jej ręce na jego karku 

drżały. Spojrzał na pochyloną ku niemu twarz i ujrzał przestrach w jej 

oczach. Uchyliła przyzwalająco usta... 

Rozpi

ął stanik i dotknął piersi. Słyszał, że Lauren coś szepcze, ale 

nie mógł zrozumieć co. 

 - Alec... 
Pragn

ął zdjąć jej sweter, trzymać ją nagą w ramionach, całować 

obnażone piersi. Chciał wejść w nią i tak zostać. 

 - Alec, nie r

ób tego, nie chcę cię urazić. Urazić mogła go jedynie 

każąc mu przestać. 

Zrozumia

ł, że ma na myśli jego nogę. Nie chce, żeby go bolało. 

 - Pozwól mi... - 

powiedział. To, co chciał zrobić, mógł zrobić nie 

ruszając  nogą.  Przesunął  się,  chcąc  przenieść  ciężar  ciała  na  prawą 

stronę. Ból przeszył go ze zdwojoną siłą. Drgnął nie puszczając jej z 

objęć. 

 - Pozwól mi... 
 - Nie - uj

ęła jego dłonie i unieruchomiła je. Spojrzał jej w oczy. 

Była niezwykle piękna. 

 - Nie ura

żę się w nogę, zrobię to dla ciebie, Lauren. 

 -  Alec  -  Lauren wyprostowa

ła się i zaczęła obciągać sweter. W 

jej oczach zobaczył przestrach. 

 - Nie zrobi

ę ci nic złego - powiedział. 

 - Alec, ja... moje 

życie bardzo się ostatnio skomplikowało. 

 - Wiem. To nie ma nic do rzeczy. 
 -  Owszem, ma.  -  By

ła  naprawdę  zaniepokojona.  -  Alec, ja nie 

mogę się teraz... angażować. 

Anga

żować?  Kto  mówił  o  angażowaniu  się  w  cokolwiek?  Po 

prostu chciał się z nią kochać, to wszystko. Chciał ją całować, pieścić 

i doprowadzić do orgazmu. Chciał mieć satysfakcję, że ją zaspokoił. 

Ból  w  nodze  uniemożliwiał  mu  coś  więcej,  ale  umiał  czerpać 

przyjemność z tego, że ją sprawia. 

Żadne zaangażowanie nie wchodziło w rachubę. 
Lauren najwyra

źniej  była  innego  zdania.  Dla  niej  to  było  coś 

więcej niż po prostu miła przygoda z sąsiadem. 

Nie wyczu

ł sytuacji. Powinien wiedzieć, że Lauren jest nie tylko 

artystką,  ale  osobą  nie  mającą  żadnego  doświadczenia  w  sprawach 

seksu. Przecież sama powiedziała mu, że z mężczyznami spotykała się 

rzadko, a spotkania były niewinne. Łączyła ją z nimi raczej wspólnota 

background image

interesów. On myślał o przyjemności, ona - o uczuciu. I tak dobrze, że 

zgodziła  się  spędzić  z  nim  ten  wieczór  bez  pisemnego  zezwolenia 

swojego menedżera. 

Spojrza

ł  na  jej  piękną  twarz,  cudownej  urody  oczy,  białą, 

porcelanową skórę. Była tak niezwykła. Alec nigdy dotąd nie spotkał 

takiej kobiety. I nie chodziło tu tylko o urodę. Różniło ich wszystko. 
Nie tylko tera

źniejszość. Przyszłość również. 

Odsun

ął  się,  opadł  na  poduszki.  Kątem  oka  widział,  jak  zapina 

stanik. 

 - Bardzo mi przykro - powiedzia

ła. 

 - Nies

łusznie. 

 - Powinnam by

ła cię powstrzymać. To wszystko moja wina. 

Uj

ął jej rękę. Mocno ścisnął. 

 -  W tym nie by

ło  niczyjej  winy  -  powiedział  spokojnie.  - 

Jesteśmy  dorosłymi  ludźmi.  Podobamy  się  sobie,  to  wszystko.  - 

Specjalnie bagatelizował sprawę, żeby ją uspokoić. - Próbowaliśmy to 

sobie okazać. Nie ma w tym nic złego. 

 - Nie jeste

ś na mnie zły? - Lauren o mało nie płakała. 

Bo

że. Jeśli nie przestanie tak na niego spoglądać z rozchylonymi 

wilgotnymi wargami, to na

prawdę  zrobi  coś,  za  co  go  znienawidzi 

albo  - 

pokocha.  Nie  pragnął  jednego  ani  drugiego.  Miłość  jest 

równoznaczna z zaangażowaniem, a na to Alec, podobnie jak Lauren, 

wcale nie miał ochoty. 

 - Nie jestem na ciebie z

ły - powiedział, opierając się o poduszki. 

Jej naiwność była doprawdy zdumiewająca. Cała Lauren była w stylu 

dziewiętnastowiecznej powieści. 

 -  Jest pani bardzo dziecinna, panno Lauren Wyler.  -  Uj

ął  ją  za 

podbródek i skierował jej twarz ku sobie. Wtedy spostrzegł, że blask 

w jej oczach to łzy. 

 - Wszystko, co robi

ę, wychodzi nie tak... 

 - Jeste

ś dla siebie trochę zbyt surowa. 

 - Wymie

ń choć jedną rzecz, którą dziś dobrze zrobiłam. 

Ca

łowałaś  mnie,  dotykałaś  i  pozwalałaś  się  dotykać.  Byłaś 

cudowna, pomyślał, a głośno powiedział: 

 - Doskonale prowadzi

łaś mój samochód. 

Rozejrza

ł się po pokoju. Wazon z różami, plakaty, polana przed 

kominkiem. Nie wiedział, dlaczego, ale pragnął tu zostać. Nawet nie 

całując jej i nie tuląc. Nawet gdyby był już całkiem zdrowy i Lauren 

background image

nigdy  już  nie  patrzyłaby  na  niego  z  tak  wielkim  współczuciem  i 

troską. Nie chciał stąd odchodzić. 

Ale musia

ł. 

 -  Chyba mog

ę  już  wejść  po  schodach  -  powiedział,  jedną  ręką 

chwytając się stołu, a dragą oparcia krzesła. 

 - Pomog

ę ci - Lauren skwapliwie zaoferowała mu pomoc. 

U

śmiechnął  się  na  myśl,  jak  gorliwie  pragnie  się  go  pozbyć. 

Zdawała się rozumieć, jak bardzo niebezpieczne dla nich obojga jest 

dłuższe pozostawanie w tym samym pokoju. 

 - Dam sobie rad

ę - powiedział. - Już mi prawie przeszło. 

Zarzuci

ł kurtkę, wziął klucze i butelkę whisky. Przez chwilę stał, 

zbierając  się  do  drogi,  po  czym  ruszył  w  stronę  drzwi.  Zrobił  jeden 

ostrożny  krok  i  czując,  że  ból  trochę  ustąpił,  zrobił  drugi,  bardziej 
stanowczy. 

 - Na pewno nie trzeba ci pomóc? 
 - Na pewno. 
Zatrzyma

ł się w progu. Lauren uniosła twarz i spojrzała na niego 

smutnym wzrokiem. 

 - To by

ł bardzo miły wieczór - powiedział. 

 - Chyba jeste

ś masochistą - uśmiechnęła się słabo. 

 - Lauren, musisz mi co

ś przyrzec. 

 - Co takiego? 
 -  Chcia

łbym,  żebyś  grała  na  fortepianie.  Chcę,  żebyś  ćwiczyła. 

Mimo, że ci nie wychodzi. 

Twarz Lauren posmutnia

ła. 

 - Jest mi przykro, 

że musisz tego słuchać. 

 - Cisza jest znacznie gorsza. Graj, bardzo ci

ę proszę. 

A poniewa

ż milczała, dodał: 

 - Zr

ób to dla mnie, proszę. 

 - Dobrze. 
 - Dzi

ękuję.  

 

Odwrócił się i z wysiłkiem zaczął wchodzić na schody. 

 - Alec! - us

łyszał za sobą jej głos. - Czy mogę na razie zatrzymać 

twoją książkę? Chciałabym ją skończyć. 

 -  Jest twoja, na zawsze  -  powiedzia

ł, czując na sobie jej wzrok. 

To,  co  teraz  czuł,  było  bardzo  bliskie  temu,  co  Lauren  nazwała 

„zaangażowaniem". 

background image

Poniewa

ż  jednak  bał  się  o  tym  myśleć,  uśmiechnął  się  tylko  i 

dalej  mozolnie  wspinał  po  schodach  w  kierunku  drzwi  swojego 
mieszkania. 

background image

 
Rozdzia

ł 7 

Nigdy wi

ęcej nie powinna go spotkać. Oczywiście, natkną się na 

siebie jeszcze nie raz. Wpadnie na niego na ulicy, gdzie parkuje swój 
sportowy samochód obok jej starego volvo. Albo na terenie campusu 

czy  na  kolejnym  przyjęciu  zorganizowanym  przez  jego  ciotkę. 

Przywitają się uprzejmie, zamienią kilka zdań o pogodzie i pożegnają 

się. 

Ale nigdy  wi

ęcej  nie  spotka  się  z  nim  w  taki  sposób  jak  tego 

wieczora.  Leży  teraz  w  łóżku,  mimo  że  północ  dawno  już  minęła,  i 

wpatruje  się  w  sufit  wiedząc,  że  on  leży  dokładnie  nad  nią,  piętro 

wyżej. Ciekawe, jak on śpi: na plecach, na boku, może na brzuchu. W 

piżamie albo w slipach, albo - nago. Ciekawe, czy też tak teraz leży, 

nie mogąc zasnąć przewraca się z boku na bok. 

A mo

że  śpi  doskonale.  Może  to,  co  zaszło  między  nimi  w  jej 

salonie, nie ma dla niego większego znaczenia. Spróbował, nie udało 

się, trudno, nie ma sprawy. 

Nie. Nigdy w to nie uwierzy. Nie zrobi

ł nic, co by pozwalało tak 

myśleć.  Do  niczego  jej  nie  zmuszał.  Kilkakrotnie  prosił,  żeby  mu 

kazała przestać, a kiedy to zrobiła, natychmiast posłuchał. 

Mo

że  niesłusznie.  Leżała  teraz,  rozpamiętując  każdy  jego gest, 

każdy  pocałunek,  ruch  języka.  Czuła  jego  dotyk  na  swojej  szyi, 
piersiach, biodrach. 

S

łyszała  jego  głos  „chcę  to  zrobić  dla  ciebie..."  Wiedziała,  co 

chciał powiedzieć, co chciał dla niej zrobić. Mimo bólu chciał, żeby 

była szczęśliwa. 

Dlaczego go powstrzyma

ła? 

By

ł tak niezwykły, że musiała to zrobić. I tak zbyt go lubiła. Nie 

mogła pozwolić, żeby sympatia zamieniła się w coś więcej. Musi się 

skupić na muzyce. W jej życiu nie ma miejsca na miłość. A kochać się 

może tylko z miłości. Zwłaszcza z kimś takim jak Alec. 

Gdyby tak wszystko mog

ło  być  inaczej.  Gdyby  miała  znowu 

sprawną  rękę,  znalazłaby  w  życiu  trochę  miejsca  na  miłą  przygodę, 

nie myśląc zaraz o uczuciu... 

Gdyby teraz mog

ła choć na chwilę zamknąć oczy i nie myśleć o 

jego rękach i ustach, o jego silnym, władczym ciele. 

Gdyby tak mog

ła przestać myśleć o tym wszystkim. 

background image

W poniedzia

łek,  pięć  po  dwunastej,  Alec  zjawił  się  w  klubie 

pracowników  naukowych  uniwersytetu  Albright.  Wcześnie  rano 

zadzwonił  do  niego  Roger  Phelps  i  zaproponował,  żeby  spotkali  się 

właśnie  tam,  zamiast  u  niego  w  pracy.  Widocznie  wolał  nie 

wpuszczać  go  do  gabinetu,  gdzie  prawdopodobnie  udzielał  porad 

jakiejś  nowej  adeptce  prawa.  Alec  zgodził  się  chętnie.  Przynajmniej 

nie będzie musiał wdrapywać się na drugie piętro budynku w Dwight 

Hall. Ból w nodze co prawda ustąpił, ale nie chciał jej niepotrzebnie 

nadwerężać. 

W niedziel

ę w ogóle nie wychodził z domu. Zadzwonił do matki 

w porze, kiedy zwykle wracała z kościoła, a następnie pogrążył się w 
lekturze "Boston Globe". Obejrza

ł jakiś program w telewizji i zrobił 

sobie  obiad:  befsztyk,  frytki,  korniszony.  Zamiast  piwa  napił  się 

mrożonej herbaty. Whisky, wypita poprzedniego dnia, nie zaszkodziła 

mu, ale nie chciał więcej ryzykować. 

Zaszkodzi

ło  mu  wyłącznie  spotkanie  z  Lauren...  Wspomnienie 

t

ego,  co  między  nimi  zaszło,  nie  opuszczało  go  ani  na  chwilę. 

Wszelkie  próby  skupienia  się  na  lekturze  czy  oglądaniu  telewizji 

kończyły  się  fiaskiem.  Jego  myśli  nieuchronnie  kierowały  się  ku 

Lauren. Widział jej czarne oczy, czuł dotyk włosów na swojej twarzy, 

pełne piersi, przyśpieszony oddech. Wspominał wężowy ruch, jakim 

wślizgnęła  się  w  jego  ramiona,  sposób,  w  jaki  odpowiadała  na  jego 

pożądanie, i to, jak sam reagował na bliskość jej ciała. 

Dlaczego musia

ła wspomnieć o zaangażowaniu? 

Dlatego, 

że to było w jej stylu. Właśnie taka była. Wbrew sobie 

podziwiał  jej  zasady,  nawet  jeśli  wszystko  psuły.  Podziwiał  jej 

uczciwość. Rzadko spotyka się kogoś tak „przyzwoitego" jak Lauren 
Wyler. 

Musia

ł się z tym pogodzić. 

Wieczorem zasiad

ła  do  fortepianu.  Fałszowała  jak  nigdy  dotąd, 

ale cieszył się, że gra. 

Dobre i to. W ten spos

ób był bliżej niej. Dzielił jej życie. Słuchać, 

jak  ktoś  gra,  to  nie  to  samo,  co  go całować,  ale  to  zawsze  coś.  W 

pewien sposób jest się razem. 

Widzia

ł, jak rano w poniedziałek wychodziła z domu. Patrzył, jak 

delikatnie  kołysze  biodrami,  zawiedziony,  że  nie  odwraca  się,  żeby 

spojrzeć  w  jego  okna.  Kiedy  zniknęła  mu  z  oczu,  napił  się  kawy  i 

zabrał do pracy nad tekstem. Skreślał, poprawiał, przepisywał z takim 

background image

zapałem, jakby praca twórcza była jednym ze sposobów zaspokojenia 

całkiem przyziemnych pragnień. 

Do za pi

ętnaście dwunasta miał już gotowe trzy strony. Kiedy je 

przeczytał,  nie  był  zachwycony,  ale  nigdy  nie  był  zachwycony  przy 

pierwszym czytaniu. Musiał odczekać kilka dni. 

Schowa

ł  zapisane  stronice  do  koperty,  odstawił  maszynę  do 

pisania,  włożył  adidasy,  kurtkę  i  ruszył  na  spotkanie  z  profesorem. 

Dzień był piękny; jezioro lśniło w blaskach jesiennego słońca. Rajski 

zakątek plugawiony knowaniami takiego Phelpsa. 

W drzwiach klubu zatrzyma

ła go ładna dziewczyna. 

 - Jest pan cz

łonkiem? - zapytała uprzejmie. 

 - Nie. Mam si

ę tu spotkać z profesorem Phelpsem. 

 - Ju

ż przyszedł. Zaprowadzę pana. 

Roger Phelps siedzia

ł  przy  stoliku  pod  oknem  z  widokiem  na 

jezioro.  Uśmiechnął  się  na  widok  Aleca. Dziewczyna poczekała,  aż 

Alec usiądzie i podała mu menu. 

 - Nie jest za m

łoda, żeby tu pracować? - zapytał, kiedy odeszła. 

 - Jest studentk

ą. - Roger zamrugał powiekami. 

 - St

ąd? z Albright? - Alec nie bardzo wierzył, żeby dziewczynie z 

zamożnego domu chciało się pracować w stołówce. 

 - Pewnie pobiera stypendium - powiedzia

ł Roger obojętnie. - No, 

ale zanim zabierzemy się do obiadu... 

Poda

ł mu egzemplarz „Głosów ulicy" oraz wieczne pióro. 

Alec uwa

żał  zawsze  posiadaczy  wiecznych  piór  za 

pretensjonalnych snobów, coś w stylu miłośników regat żeglarskich i 

tweedowych  marynarek.  Wiedział,  że  statystyki  nic  nie  mówią  o 

związku  między  posiadaniem  wiecznego  pióra  a  skłonnością  do 

seksualnych nadużyć. Niemniej fakt, że Roger ma coś takiego i to w 

luksusowym  gatunku,  wydało  mu  się  bardzo  obciążającą 

okolicznością. 

Z

łożył  podpis  i  oddał  książkę  Rogerowi.  Rozejrzał  się  po  sali. 

Twarze kilku osób widział już na przyjęciu u Mags. 

 - Przychodz

ą tu tylko pracownicy naukowi? 

 - I ich go

ście. Jedynie tutaj możemy się schronić przed naszymi 

studentkami. 

 - A ty uciekasz przed nimi? 
 -  Staram si

ę. Nie zrozum  mnie źle. Bardzo je lubię. Ale  muszą 

znać swoje miejsce. 

background image

 - A gdzie ono jest? 
Roger spojrza

ł na niego znacząco. 

 - W sali wyk

ładowej, rzecz jasna. 

Rzecz jasna. Alec pochyli

ł  się  nad  kartą.  Wybór  nie  był  duży: 

sandwicze,  sałatki,  jakieś  przystawki.  Zdecydował  się  na 
cheeseburgera. 

Do sto

łu podeszła kelnerka. Ładna dwudziestolatka o świeżej buzi 

i kasztanowatych włosach. 

 - Jeszcze jedna stypendystka? 
 - Prawdopodobnie. 
 - Wygl

ąda na to, że nawet tutaj nie możesz przed nimi uciec. 

 -  Tak...  -  Roger znowu spojrza

ł na niego znacząco - to zupełnie 

co  innego.  Czytać  ich  wypracowania  i  poprawiać  błędy,  to  nie  to 

samo,  co  dawać  się  obsługiwać.  Przed  tym  nie  uciekam.  Zwłaszcza 

jeśli są ładne. 

Jego ton denerwowa

ł  Aleca,  chociaż  musiał  przyznać,  że  się 

czepia.  Dziewczyny  rzeczywiście  były  ładne.  Przez  okno  widział 

jezioro  i  odbijające  się  w  jego  tafli  drzewa.  Zastanawiał  się,  jak 

pokierować dalszą rozmową. Właściwie nie miał wyjścia. Musiał się 
dostosow

ać do lekko dwuznacznego tonu, jaki narzucał Roger. 

 - Ja nie m

ógłbym nigdy pracować w takim miejscu - powiedział 

uśmiechając się znacząco. 

 -  Zwariowa

łbym  na  widok  tylu  ślicznych  dziewcząt  naraz.  Za 

duża pokusa. 

 -  Z pokus

ą  też  można  sobie  dać  radę.  Myślę,  że  jako  były 

policjant musisz coś na ten temat wiedzieć - odbił piłeczkę Roger. 

Oczywista aluzja do korupcji w szeregach policji. Owszem, Alec 

zna

ł takie przypadki, ale nie były liczne. Zbyt duża stawka. Ceną była 

najczęściej utrata pracy, nieraz - coś znacznie gorszego. Jeden z jego 

kolegów skończył z tego powodu w kryminale, drugi na odwyku, inny 

wyleciał z roboty za branie łapówek. Biorąc pod uwagę ryzyko, na 

jakie  się  codziennie  narażali,  i  stresy,  jakim  nieustannie  podlegali, 

potrafił to zrozumieć. Sam nigdy nie upadł tak nisko, ale o ile mógł 

zrozumieć  policjanta  sprzeniewierzającego  się  zasadom,  dla 

profesorka grasującego po campusie był bezlitosny. 

 -  Jak rozumiem, nie raz bywa

łeś  kuszony  -  podjął  rozmowę 

Roger, widząc, że Alec milczy. 

background image

 -  Jak si

ę  pracuje  z  marginesem,  ma  się  chyba  do  czynienia  z 

kobietkami - te wszystkie prostytutki i tak dalej. 

 -  Za cz

ęsto  oglądasz  telewizję  -  w  głosie  Aleca  nie  było  już 

porozumiewawczego tonu. - Praca w policji polega na czym innym. 

Roger rozpar

ł się wygodnie. 

 - Opowiadaj, ch

ętnie zmienię zdanie. 

 - Policjant maj

ący kłopoty z prawem to patologiczny przypadek. 

Więcej jest urzędników biorących łapówki niż sprzedajnych glin. Jest 

znacznie  więcej  narkotyzujących  się  lekarzy  niż  szprycujących  się 

glin. Więcej pijących księży i akademickich profesorów uganiających 

się za studentkami. 

Roger zachowa

ł spokój. Nawet się uśmiechnął. 

 -  Doskonale, Alec. Punkt dla ciebie. Kelnerka postawi

ła  przed 

nimi zamówione potrawy i odeszła. 

 -  Zdajesz sobie chyba spraw

ę,  jaką  masz  nad  nimi  władzę  - 

zaczął Alec obojętnym tonem, starannie polewając danie keczupem. - 

Oceniasz ich prace, stawiasz stopnie, decydujesz o tym, czy dostaną 

dyplom.  Kształtujesz  ich  przyszłość.  Wpływasz  na  wysokość 

stypendium. Darować komuś mandat to nie to samo, co pomóc dostać 

się na Harward. 

Roger nie drgn

ął. Cała sprawa najwyraźniej go nie dotyczyła. 

 - Teoretycznie masz racj

ę. Profesor ma władzę. Nie wykłada się 

na uniwersytecie dla pieniędzy. Chodzi o intelektualne oddziaływanie, 

a  to  zawsze  łączy  się  z  władzą.  -  Posolił  kurczaka  i  mówił  dalej:  - 

Doskonale  znam  to  uczucie.  To  bardzo  podniecające,  kiedy  się 

człowiek rozejrzy po sali wykładowej pełnej prześlicznych dziewcząt 

i wie, że słuchają go jak wyroczni. 

 - Brzmi to naprawd

ę bardzo dobrze. Roger parsknął śmiechem. 

 -  Masz wszelkie dane, 

żeby  zrobić  karierę  w  szkolnictwie 

wyższym. Nigdy nie myślałeś, żeby uczyć? 

Alec spojrza

ł  na  niego  obojętnie  znad  talerza.  Facet  nie  miał 

najmniejszych wyrzutów sumienia. Przeciwnie, wydawał się bardzo z 
siebie zadowolony. 

 -  Sam nie wiem  -  powiedzia

ł, ociągając się. - W takim miejscu 

jak Albright, pełnym dziewcząt, mógłbym się nie opanować... 

 - One wszystkie s

ą pełnoletnie. 

 - Tak... ale s

ą studentkami. 

background image

 -  Niekt

óre  są  całkiem  dojrzałe.  Kiedy  pracowałem  na 

uniwersytecie w Ko

lumbii, miałem kolegę, który ożenił się z własną 

magistrantką.  Napisali  kilka  wspaniałych  artykułów.  Taki  związek 

bardzo pobudza intelekt, że nie wspomnę o czym innym. 

Przez chwil

ę jedli w milczeniu. 

 - Ty nie jeste

ś żonaty, prawda? 

Alec w my

ślach zobaczył wytworną żonę swojego rozmówcy. 

 - Jak s

ądzę, twoja żona krótko cię trzyma, prawda? 

 -  Carol jest wyj

ątkową  kobietą  -  powiedział  enigmatycznie 

Roger. 

Kelnerka zmieni

ła  im  szklanki.  Alec  patrzył,  jak  odchodzi, 

smukła i zgrabna, z falą rdzawych włosów spływającą jej po plecach. 

Była  bardzo  ładna,  ale  nie  mógł  zrozumieć,  jak  można  woleć  takie 

dziewczątko od dojrzałej kobiety, tak pięknej jak żona Rogera. 

My

ślał,  że  w  wyobraźni  ujrzy  znowu  jej  obraz.  Tymczasem 

wizerunek Carol Phelps przesłoniła całkiem inna postać. Miała czarne 

włosy,  szczupłą  sylwetkę,  atłasową  skórę  i  wilgotne  usta.  Gdyby 

Roger  kiedykolwiek  ośmielił  się  dotknąć  Lauren,  gdyby  ośmielił  się 

podnieść na nią oczy, Alec wiedziałby, co zrobić. Los profesora byłby 
nie do pozazdroszczenia. 

 - Pos

łuchaj - głos Rogera wyrwał go z zamyślenia - mam pewien 

pomysł.  A  gdybyś  tak  przyszedł  kiedyś  do  mnie  na  seminarium  i 

wygłosił referat? 

 - Ja referat, na seminarium? 
 - M

ówię zupełnie poważnie. 

 - A na jaki temat? 
 -  Prawa. Omawiamy g

łówne  artykuły  konstytucji.  Mógłbyś 

opowiedzieć,  jak  stosowanie  prawa  wygląda  w  praktyce.  Jak  oficer 

policji wprowadza w życie szlachetną teorię. 

Oficer policji? Alec by

ł  po  prostu  gliną.  Skończył  odpowiednią 

szkołę  i  został  policjantem.  Jego  znajomość  Konstytucji  Stanów 
Zjednoczon

ych  nie  była  imponująca.  Znał  ją  tak  samo  jak  zwykły 

obywatel.  Lepiej  znał  się  na  prawach  obowiązujących  w 

poszczególnych  stanach,  lokalnych  zarządzeniach  i  ustaleniach  Sądu 

Najwyższego w odniesieniu do konkretnych przypadków. Nie miał nic 
do powiedzenia s

tudentom. Pokręcił głową. 

 - Nie jestem wyk

ładowcą. Studenci nie po to płacą kilka tysięcy 

dolarów, żeby wysłuchiwać byłego gliny z Bostonu. 

background image

 - Jeste

ś kimś więcej. Jesteś autorem bestsellera. 

 -  Raczej po prostu ksi

ążki,  która  się  dobrze  sprzedała.  Na 

semi

narium z literatury też nie miałbym wiele do powiedzenia. 

 -  To przynajmniej przyjd

ź  kiedyś  na  moje  seminarium.  Bardzo 

bym chciał, żebyś to zobaczył. 

 -  Ch

ętnie.  -  Alec  potrafił  docenić  okazję  ujrzenia  profesora 

Phelpsa w akcji. 

 - Mam zaj

ęcia dzisiaj o drugiej. Jesteś oficjalnie zaproszony. 

 - Dzi

ękuję. Przyjdę na pewno. 

Reszt

ę  posiłku  spędzili  na  rozmowie  o  ostatnim  meczu.  Roger 

wspomniał, że na tak sfeminizowanym uniwersytecie jak Albright nikt 
nie jest w stanie zrozu

mieć aluzji nawiązujących do poszczególnych 

dyscyplin sportowych. Alec pocieszył go, że jego siostry znają się na 

sporcie lepiej niż jakikolwiek znany mu mężczyzna. Upodobały sobie 

zwłaszcza hokeja i baseball. Roger był zachwycony. 

 - Kobiety znaj

ące się na sporcie! Bardzo chciałbym je poznać! 

Po moim trupie, skwitowa

ł  Alec  w  myślach.  Mimo  że  był  od 

swoich  sióstr  młodszy,  zawsze  się  nimi  opiekował.  Kiedyś  nawet 

rozkwasił wargę jednemu z adoratorów Rosie, ponieważ ten próbował 

ją  pocałować  wbrew  jej  woli.  I  zrobiłby  to  jeszcze  dzisiaj,  chociaż 

Rosie była już trzydziestotrzyletnią mężatką, matką dwojga dzieci. 

Zrezygnowa

ł z deseru i kawy. Roger podpisał rachunek i wyszli z 

klubu. Było teraz nieco cieplej. Jesienne liście zaścielały trawniki, ale 

ścieżki campusu były starannie wymiecione. Zawsze go zdumiewała 

staranność,  z  jaką  tutejsza  administracja  dbała  o  porządek. 

Najmniejsza nawet gałązka nie miała prawa leżeć na chodniku dłużej 

niż  pięć  minut.  Zawsze  w  porę  zjawił  się  ktoś,  żeby  ją  uprzątnąć. 

Drzewa  w  Albright  były  zdyscyplinowane  i  w  najlepszym gatunku, 

zupełnie jak tutejsze studentki. 

Szli z Rogerem powoli, rozkoszuj

ąc  się  powietrzem  wczesnej 

jesieni.  Roger  w  miękkim tweedowym garniturze i skórzanych 

mokasynach. Alec w kurtce i dżinsach. 

 -  Musisz przyzna

ć  -  powiedział  Roger  na  widok  kolejnej 

mijającej  ich  długonogiej  dziewczyny  -  że  widok  tych  wszystkich 

młodych samiczek dobrze mężczyźnie robi. 

Alec mrukn

ął  coś  potakująco,  ale  słowa  Rogera  podziałały  na 

niego jak płachta na byka. „Młode samiczki". A on, mężczyzna, pan 

stworzenia.  Alec  nie  znosił  męskiego  szowinizmu.  Jego  siostry 

background image

dołożyły  wszelkich  starań,  żeby  mu  uzmysłowić  różnicę  między 
fanatycznym femin

izmem a godnością kobiety. 

Dlatego wtedy przy

łożył  adoratorowi  Rosie.  Zresztą  ku 

wielkiemu  zdumieniu  tego  ostatniego.  Pogarda  brzmiąca  w  głosie 

Rogera dolała oliwy do ognia. 

 -  Chod

źmy na górę do mojego gabinetu. Muszę wziąć notatki i 

zostawić twoją książkę. 

Wszed

ł po schodach, starając się oszczędzać nogę. Na korytarzu 

pod drzwiami gabinetu Phelpsa stała smukła blondynka. Alec poznał 

dziewczynę,  za  którą  kilka  dni  wcześniej  szedł  do  instytutu 
muzykologii. 

Na widok Rogera oczy dziewczyny rozb

łysły. 

 - Twoja studentka? 
 -  Studentka, asystentka, jednym s

łowem  mała  czarodziejka  - 

odparł Roger ściszonym głosem. 

U

śmiechnął  się  do  Emily  i  ruchem  głowy  wskazał  plik  książek, 

które trzymała. 

 -  Strasznie jeste

ś  obładowana.  Przeniosła  wzrok  na  Aleca  i 

zarumieniła się. 

 -  Przynios

łam je  dla cie... dla pana, panie profesorze. Kazał  mi 

pan znaleźć te materiały. 

 -  Chyba si

ę  przemęczasz  -  powiedział  swobodnie,  wyjmując 

klucze,  żeby  otworzyć  gabinet,  i  zwracając  się  do  Aleca  dodał:  - 

Emily  pomaga  mi  zbierać  materiały  do  pewnego  artykułu.  Jest  po 

prostu niezastąpiona. 

Emily by

ła wyraźnie zmieszana. Znowu zerknęła na Aleca. 

 -  Nie b

ędę  panom  przeszkadzać  -  powiedziała.  Weszła  do 

gabinetu i położyła książki i notatki na biurku Phelpsa. Alec rozejrzał 

się.  Półki  z  książkami  pokrywały  ściany.  Pośrodku  stało  masywne 

biurko.  Zasłony  w  oknach,  wykładzina  na  podłodze.  W  rogu  - 
kanapka. 

O ma

ło nie wybuchnął śmiechem. Rozśmieszył go nie tyle widok 

kanapy  w  gabinecie  profesora,  co  jej  wygląd.  Przykryta  czerwoną 

kapą i ozdobiona aksamitnymi poduszkami kojarzyła się wyłącznie z 

drugorzędnym filmem o Dzikim Zachodzie. 

 - Zrobi

łam fotokopie wszystkich artykułów, o które pan prosił. - 

Emily stała przy biurku odwrócona do Aleca plecami. - Niektóre było 

background image

bardzo trudno znale

źć.  Roczniki  stały  w  różnych  miejscach  i 

bibliotekarka musiała mi pomóc. 

 -  Przepraszam za k

łopot  -  w  głosie  Rogera  bynajmniej  nie 

brzmiała  skrucha.  Nie  zwracając  uwagi  na  dziewczynę,  przeglądał  z 

zaciekawieniem dostarczone przez nią materiały. 

 - Nie ma za co. Tego rodzaju poszukiwania s

ą bardzo ciekawe. 

Wyra

źnie czekała, aż łaskawie na nią spojrzy. Nie doczekawszy 

się, nerwowo zacisnęła dłonie na brzegu biurka. 

 -  Czy mam przygotowa

ć  coś  jeszcze?  Wolno  podniósł  na  nią 

wzrok. 

 - Nie, na razie to wszystko. 
 -  To znaczy, 

że  mogę  odejść...  -  Rozpaczliwie  czekała  na  jakiś 

znak z jego strony. 

 -  Oczywi

ście,  Emily.  Na  pewno  będę  jeszcze  czegoś 

potrzebował, ale pomówimy o tym później. 

 -  Ale...  -  Sta

ła  dalej,  przestępując  z  nogi  na  nogę,  wyraźnie 

zaniepokojona. 

Phelps znowu zacz

ął przeglądać papiery. 

 -  Bardzo bym chcia

ła  jeszcze  coś  zrobić.  Spojrzał  na  nią  z 

zagadkowym uśmiechem. 

 - Pom

ówimy o tym później. Teraz bądź tak dobra i już idź, mam 

jeszcze trochę pracy. 

Zerkn

ął na leżący na stole kalendarz. 

 - Wpadnij w czwartek, dobrze? 
 - Nie mog

ę. W czwartek po południu mam lekcję muzyki. 

 - O kt

órej kończysz? 

 -  O pi

ątej,  zaraz  potem  idę  na  obiad.  Ale  jeśli  pan  chce, 

zrezygnuję z obiadu i przyjdę prosto tutaj albo - jej oczy rozbłysły - 

odwołam lekcję muzyki, jeśli pan chce. 

Alec si

łą  powstrzymał  się  od  komentarza.  Był  oburzony.  Jak 

można rezygnować z lekcji z Lauren, żeby się spotkać z taką kreaturą 
jak Robert Phelps? 

 -  Nie musisz odwo

ływać  lekcji.  Przyjdź  prosto  do  mnie  i 

pójdziemy  razem  coś  przekąsić  -  mówiąc  to,  rzucił  szelmowskie 
spojr

zenie w stronę Aleca. 

Ten zachowa

ł  kamienną  twarz.  Stale  jeszcze  nie  miał  dowodów 

na  to,  że  Roger  przed  rokiem  uwiódł  studentkę.  Niemniej  jego 

background image

zachowanie  wobec  Emily  sprawiło,  że  Alec  upewnił  się  w  swych 
podejrzeniach. 

Kiedy Emily, u

śmiechnięta  i  szczęśliwa,  opuszczała  gabinet, 

spoglądając  rozkochanym  wzrokiem  na  profesora,  Alec  miał 

wrażenie, że jest świadkiem przedostatniego aktu dramatu. 

Po raz pierwszy, odk

ąd jego siostry wyszły za mąż, miał ochotę 

strzelić kogoś w pysk. 

Tego wieczoru, jak zwykle, Lauren zasiad

ła do fortepianu. 

Najpierw kilka gam, jakie

ś ćwiczenia, krótki utwór Bacha. Prawa 

ręka sprawowała się gorzej niż kiedykolwiek. 

Mimo to brn

ęła dalej. Wystarczy, że Alec musi tego słuchać. Za 

nic nie pozwoli, żeby musiał na dokładkę słyszeć, że przerywa, bo nie 

jest  w  stanie  grać  dalej.  Grała  więc  do  końca,  a  kiedy  wybrzmiał 

ostatni akord, opuściła dłonie na kolana i cicho jęknęła. 

Musi si

ę trzymać. Czeka ją nowe doświadczenie. Rano zamówiła 

wizytę  u  specjalisty,  którego  poleciła  jej  Bella  Bronowitz.  Przedtem 

zadzwoniła  do  doktora  Hayesa  prosząc  go,  żeby  przesłał  historię  jej 

choroby do Bostonu do doktora Nylandera. Nie był tym zachwycony. 

Kilkakrotnie powtórzył, że kuracja daje efekty i że nie warto wydawać 

pieniędzy  na  nowego  lekarza,  który  i  tak  nie  osiągnie  nic  więcej. 

Lauren  jednak  była  nieprzejednana.  Myśl,  że  tym  razem  ktoś  jej 

naprawdę  pomoże,  dodała  jej  odwagi.  Przewróciła  stronę  i  zaczęła 

grać  nowy  utwór.  Mozolnie  brnęła  przez  gąszcz  nut,  przygryzając 

wargi za każdym błędem. 

Wmawia

ła sobie, że robi to dla siebie. Że dręczy się tak w imię 

swojej przyszłości. Musi przecież uratować rękę i wrócić do dawnego 

życia. 

W g

łębi duszy wiedziała jednak, że robi to dla Aleca. 

P

óźnym wieczorem, kiedy skończyła grać, wykąpała się, wypiła 

szklankę  mleka i położyła się do łóżka. Obok na stoliku nocnym, w 

świetle  lampy,  leżały  „Głosy  ulicy".  Od  piątku  nie  przeczytała  ani 

słowa. Wzięła książkę do ręki i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w 

zdjęcie na okładce. Wyprostowana postać na tle muru, lekko drwiący 
wyraz 

twarzy, wykałaczka, lśniące niezwykłym światłem oczy. 

Nie do wiary, jakie wra

żenie  może  wywierać  zwykłe  zdjęcie. 

Chodziło zresztą nie tylko o zdjęcie. Główną rolę grały wspomnienia. 

Nigdy dotąd nie pożądała tak żadnego mężczyzny. Nigdy nie przeżyła 

background image

czegoś takiego, jak to, co się z nią działo w piątkowy wieczór. Nawet 

kiedy była zakochana. 

Westchn

ęła i otworzyła książkę w miejscu, gdzie była zakładka. 

Pierwsza  łóżkowa  scena.  Siłą  zmusiła  się  do  czytania  dalej,  nie 

powracając do tamtego opisu. Fabuła komplikowała się. Policjant na 

próżno usiłował uratować kumpla - narkotyk robił swoje. Raz po raz 

wybuchała uliczna strzelanina, pojawiali się coraz to nowi ludzie. Para 

bohaterów  próbowała  za  wszelką  cenę  zachować  godność  wśród 
powszechnego upodlenia. 

Gerald mia

ł  rację,  krew  lała  się  strumieniami.  Atmosfera 

gęstniała, lektura wciągała Lauren coraz bardziej. Wreszcie po dwóch 

godzinach zamknęła książkę i położyła ją w ten sposób, żeby zdjęcie 

na  okładce  było  pierwszą  rzeczą,  jaką  zobaczy,  kiedy  tylko  otworzy 
oczy. 

By

ła  dobrej  myśli.  Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  nadzieja, 

związana z wizytą u nowego lekarza, wynika z jej postawy. Wiedziała 

jednak również, jak ważną rolę odegrał Alec. Dzięki niemu grała teraz 

na fortepianie, dzięki niemu nie przerywała gry. Świadomość,  że on 

słucha, dodawała jej sił, budziła nadzieję. 

Dlatego zaraz po przebudzeniu pragn

ęła  zobaczyć  jego  twarz. 

Chciała mieć obok siebie człowieka, który nauczył ją nie tyle słuchać 
rocka, co - 

odwagi. Człowieka, dzięki któremu postanowiła nie tracić 

nad

ziei i walczyć. 

background image

Rozdzia

ł 8 

Przez cztery nast

ępne  dni  miał  z nią  kontakt  jedynie  za 

pośrednictwem  muzyki.  Co  wieczór  przez  kilka  godzin  słyszał,  jak 

zmaga  się  ze  sobą,  próbując  wydobyć  z  fortepianu  dźwięki  choć  w 

części przypominające jej dawną grę. 

Przez  cztery dni widzia

ł ją z okna rano, jak wychodzi z domu i 

idzie w dół ulicą, smukła i zgrabna, z prawą ręką schowaną w kieszeni 

płaszcza. 

Przez cztery kolejne wieczory s

łyszał  jej  kroki  piętro  niżej  i 

odgłos taboretu przysuwanego do fortepianu. 

Gra

ła  strasznie,  ale  był  rad,  że  w  ogóle  gra.  Wierzył,  że  za 

pośrednictwem  muzyki próbuje  mu coś przekazać. „Widzisz? Gram. 

Gram i trzymam się, bo ty mnie o to prosiłeś". 

Gra

ła,  a  on  słuchał  i  w  ten  sposób  byli  razem.  Pragnął  jej 

obecności,  jej  pocałunków,  jej  ciała.  I  tego  mieć  nie  mógł.  Słyszał 

tylko jej muzykę. Trzeba się było z tym pogodzić. 

W czwartek rano ledwo zwl

ókł  się  z  łóżka.  Ekspres  do  kawy, 

bardzo  przydatny  w  takich  razach,  zostawił  w  Bostonie  i  dobrze 

zaparzona  kawa  chwilowo  nie  wchodziła  w  grę.  Całą  noc  do 

wczesnych godzin rannych spędził przy maszynie do pisania. Obudził 

się  przed  ósmą  z  poczuciem  dobrze  spełnionego  obowiązku  i 

mętlikiem w głowie. Myśl o  zaparzaniu kawy w dzbanku wydawała 

mu się nie do zniesienia. 

Przetar

ł oczy, wstał i ruszył w stronę krzesła, gdzie poprzedniego 

wieczoru  położył  dżinsy.  Kiedy  je  wkładał,  usłyszał  jakiś  głos 

dochodzący z mieszkania na dole. Głos nie należał do Lauren Wyler. 

By

ł to głos mężczyzny. 

 -  Pos

łuchaj  mnie,  po  prostu  posłuchaj,  co  mówię  -  teraz 

przemówiła Lauren. 

Znowu tamten g

łos.  Alec  nie  rozumiał  słów,  ale  głos  z  całą 

pewnością należał do mężczyzny. 

Na dole, w mieszkaniu Lauren by

ł  mężczyzna.  Banalność  tego 

stwierdzenia ogłuszyła go. O ósmej rano w jej sypialni był jakiś facet. 

I to nie on. Kto

ś  inny  dostąpił  tego  zaszczytu,  wkradł  się  w  jej 

łaski i został wpuszczony do łóżka. Alec roześmiał się gorzko. Może 

tamten  facet  był  wystarczająco  „zaangażowany".  W  takim  razie  na 

zdrowie. Nie może być zazdrosny. Jemu bynajmniej na angażowaniu 

się nie zależy. 

background image

Poszed

ł do łazienki, wmawiając sobie, że nic go to nie obchodzi. 

Biorąc prysznic, goląc się i czesząc, wmawiał sobie, że Lauren nic dla 

niego  nie  znaczy  i  że  fakt,  iż  spędziła  z  kimś  noc,  jest  mu  równie 

obojętny jak jej osoba. Niedługo jego misja w Albright się skończy, 
wróci do domu i raz na zawsze o niej zapomni. Niech sobie robi, co 
chce, z kim chce. Nie jego sprawa. 

Nic go to nie obchodzi. A jednak... M

ówiła, że jej serce należy do 

muzyki.  Ale  jemu  nie  chodzi  o  jej serce.  Chodzi  mu  dokładnie o  to 
samo, o co chodzi t

emu  facetowi  tam  na  dole.  Nie  ma  co  się 

oszukiwać: jest zazdrosny, potwornie zazdrosny. 

Wr

ócił do sypialni. Włożył koszulkę i adidasy. Potem przeszedł 

do kuchni. Postawił dzbanek na kuchni tak gwałtownie, że o mało nie 

wylał kawy na podłogę. Usiadł na krześle, wściekły i bezradny. 

Teraz g

łosy  były  jeszcze  wyraźniejsze.  Próbował  sobie 

przypomnieć, o której Lauren wróciła do domu. Jak to się stało, że nie 

usłyszał, iż nie wróciła sama? Był tak zajęty pracą, że dochodził do 
niego jedynie stukot maszyny do pisa

nia  i  głos  własnych  myśli.  A 

tymczasem oni tam na dole miło spędzali czas. 

Teraz najwyra

źniej było mniej miło. 

 - Nie rób tego - 

w głosie Lauren brzmiała stanowczość. 

Z nim by

ła  zawsze  delikatna  i  miła.  W  stosunku  do  swojego 

gościa zachowywała się znacznie bardziej bezpośrednio. 

 - To moje 

życie, prawda? 

 - Lauren, kochanie, opanuj si

ę, tak nie można... 

Wiedzia

ł, że nie należy podsłuchiwać, ale nie mógł się opanować. 

Zresztą, skoro nie chcieli, żeby ich słyszał, po co się tak wydzierali. 

Zestawił  dzbanek  z  kawą  z  kuchni  i  zajął  swoje  miejsce  na  krześle. 

Tak lepiej słyszał. 

 - Nie jestem twoj

ą własnością. 

 - 

Łączy nas pewna umowa. 

 - Co nie znaczy, 

że do ciebie należę. Nie zapisałam ci duszy. 

 - Pos

łuchaj, po prostu posłuchaj. Lauren, byłem dla ciebie dobry. 

Potrzebujesz mnie. Wszystko nas łączy. Zawsze byliśmy razem. Nie 

powinnaś spotykać się z tym facetem za moimi plecami. 

Alec drgn

ął.  Z  jakim  facetem?  Z  kim  się  spotykała  za  jego 

plecami? 

Z nim. To oczywiste. 

background image

Zazdro

ść  powoli  zaczęła  zamieniać  się  we  wściekłość.  Spędzili 

razem  wieczór,  próbowali  zrobić  coś  więcej,  nie  udało  się.  Jakiś 

głupek,  któremu  udało  się  wskoczyć  do  jej  łóżka,  nie  ma  prawa 

wycierać sobie nim gęby. 

 -  Co

ś  ci  powiem  -  prawie  krzyknął  mężczyzna.  -  Słuchaj 

uważnie. 

 -  Wcale nie chc

ę cię słuchać. Nigdy więcej. To wszystko twoja 

wina. Zraniłeś mnie. 

 - K

łamstwo. 

 - Sp

ójrz na mnie. Dlaczego tu jestem? Bo mnie zraniłeś. 

 - Zamknij si

ę! 

Us

łyszał coś, jakby odgłos uderzenia i krzyk. 

Lauren krzykn

ęła. 

Alec zerwa

ł  się  z  krzesła  i  runął  ku  drzwiom.  Był  zbyt 

doświadczonym  policjantem,  żeby  nie  wiedzieć,  co  zaszło  na  dole. 

Nieważne,  kim  był  tamten  facet,  nieważne,  co  ich  ze  sobą  łączyło, 

nieważne, jak spędzili noc. Nie może siedzieć spokojnie i słuchać, jak 
tamten demoluje jej mieszkanie. 

Nie zwa

żając  na  ból  w  nodze,  zbiegł  na  dół  i  wcisnął  dzwonek 

przy drzwiach Lauren. Raz, dragi, trzeci. Czuł, jak z wściekłości krew 

uderza mu do głowy. 

Po chwili Lauren otworzy

ła.  Miała  na  sobie  świetnie  uszyte 

spodnie  i  lekki  puszysty  sweterek.  Palce  prawej  dłoni  były  silnie 

podkurczone. Twarz blada. Bez śladów pobicia. 

Po raz kt

óryś zdumiała go jej niezwykła uroda. 

 - Alec?! 
Bez s

łowa wszedł do jej mieszkania. Rozejrzał się po salonie. Na 

stole  zamiast  róż  stały  astry.  Poduszki  na  kanapie  leżały  tak,  jak  je 

zostawił ostatnim razem. 

Jeszcze raz skontrolowa

ł  salon  i  spojrzał  w  stronę  drzwi 

prowadzących  do  kuchni.  Stał  w  nich  mężczyzna.  Był  dość  niski, 

wytwornie ubrany i starannie uczesany. Mimo drobnej budowy mógł 

ją  oczywiście  uderzyć,  ale  jego  wygląd  raczej  temu  przeczył. 

Zwłaszcza  mądre  oczy,  spoglądające  zza  szkieł  w  stylizowanej 
oprawce. 

Wszystko wskazywa

ło  na  to,  że  się  wygłupił.  Nie  było  żadnej 

awantury. Po prostu sprzeczka zakochanych. 

background image

Spojrza

ł  na  Lauren.  Właściwie  powinien  teraz  przeprosić  i  jak 

najszybciej się wycofać. Napotkał jej ogromne czarne oczy i miał już 

tylko ochotę zostać i pocałować ją. 

 - Wpad

łem zapytać, czy przeczytałaś moją książkę - bąknął, nie 

mogąc wymyślić nic lepszego. 

 - Przepraszam... my

ślałam, że mi ją dałeś. - Lauren wydawała się 

zdziwiona. - 

Tak, zaraz, oczywiście... 

 - Nie, nie. Masz racj

ę, dałem ci ją. - Zrobił krok do tyłu, szykując 

się do wyjścia. - W takim razie, do zobaczenia. 

 -  Pozwól, Alec.  - 

Niespodziewanie  poczuł  jej  dłoń  na  swoim 

ramieniu. - 

Pozwól, że ci przedstawię mojego menedżera. Pan Gerald 

Honan, mówiłam ci o nim. A to pan Alec Fontana, mój przyjaciel. 

Mog

ła powiedzieć, sąsiad, autor tej powieści czy facet, z którym 

się  spotykałam  za  twoimi  plecami,  albo  jeszcze  coś  innego.  To,  że 

nazwała go przyjacielem, sprawiło mu przyjemność. 

U

ścisnęli sobie dłonie. Gerald zmrużył oczy, próbując sobie coś 

przypomnieć. 

 - Sk

ąd ja znam pańskie nazwisko? 

Kusi

ło go, żeby powiedzieć coś złośliwego, ale dla dobra sprawy 

postanowił się opanować. Atmosfera w pokoju była zbyt napięta. 

 -  Napisa

łem  „Głosy  ulicy".  Lauren  mi  mówiła,  że  czytał  pan 

moją książkę. 

 -  Ach, tak. To pan jest autorem? Gerald przyjrza

ł  mu  się 

uważnie. 

 - Bardzo 

śmiała, ale bardzo dobra powieść. 

 - Dzi

ękuję. 

 - Mieszka pan w Albright? 
 - Dok

ładnie tutaj, na Hancock Street. 

 -  Bardzo interesuj

ące.  Bałem  się,  że  Lauren  będzie  się  czuła 

osamotniona. Nie wiedziałem, że są tu inni artyści. 

 -  Nie jestem artyst

ą  -  przerwał  sucho  Alec.  Nie  potrafił  być 

uprzejmy  dla  faceta,  który  przez  całe  lata  wmawiał  Lauren,  że 

spotkania z chłopakami i słuchanie rocka złamią jej karierę. 

 -  Niezr

ęcznie  się  wyraziłem  -  mówił  dalej  Gerald  lekko 

ironicznym tonem.  - 

Ktoś,  kto  napisał  taką  książkę,  musi  mieć 

osobliwe wyobrażenie o świecie. 

 - Przecie

ż to fikcja - wtrąciła Lauren. 

background image

 -  Nie m

ów  mi,  że  ją  czytałaś.  -  Gerald  spojrzał  na  nią  z 

wyrzutem. 

 - Owszem, i jak widzisz, ca

łkowicie mnie zdemoralizowała. 

 - Tego w

łaśnie się obawiałem. 

Alec pr

óbował  przenieść  ciężar  ciała  na  prawą  nogę,  ale  nie 

przyniosło  mu to  ulgi. Czuł się fatalnie, ale to nie noga była winna. 

Chodziło o coś zupełnie innego. Nie wiedział, dlaczego tych dwoje się 

kłóci,  ale  czuł,  że  wolą  być  sami.  On,  Alec, spełnił  swą  rycerską 

powinność. Sforsował mury zamku, obejrzał smoka i skonstatował, że 

zaczarowana księżniczka da sobie radę. Gerald Honan nie wyglądał na 

groźnego  przeciwnika.  Przynajmniej  pod  względem  fizycznym. 

Wobec jego duchowej siły i tak był bezradny. Znowu zwrócił się ku 
drzwiom. 

 - Skoro wszystko w porz

ądku... chyba już sobie... 

Poczu

ł jej dłoń na swoim ramieniu i zrozumiał, że trzymała ją tak 

cały czas. Uśmiechnęła się i sztucznym głosem powiedziała: 

 - Geraldzie, bardzo nam b

ędzie miło, jeśli zjesz z nami obiad, ale 

teraz musisz się sam sobą zająć. Muszę przygotować wykład. 

Alec zrozumia

ł,  że  gra  jakąś  rolę,  ale  nie  bardzo  wiedział  jaką. 

Nie  miał  specjalnej  ochoty  na  obiad  w  towarzystwie  Geralda,  ale 

zjadłby  obiad  nawet  z  Homeinim,  gdyby  to  mu  zapewniło 
towarzystwo Lauren. 

 -  Bardzo 

żałuję,  ale  nie  będę  mógł  -  powiedział  Gerald.  -  O 

drugiej muszę być z powrotem w Nowym Jorku. 

 -  Szkoda, 

że nie możesz zostać - powiedziała obojętnie Lauren. 

Jej palce zacisnęły się na dłoni Aleca. 

 - Dzi

ękuję za zaproszenie. - Gerald skłonił się lekko. - Bardzo mi 

było miło pana poznać. 

Jego wzrok pad

ł  na  rękę  Lauren  kurczowo  zaciśniętą  na  dłoni 

Ale

ca. Potem przeniósł spojrzenie na jej twarz. 

 - Czekam na wie

ści od ciebie. 

 - O wszystkim ci

ę powiadomię. 

 -  Bardzo mi przykro, 

że  tak  to  wypadło.  Uśmiechnęła  się 

zagadkowo. 

 - Na przysz

ły raz postaraj się, żeby wypadło inaczej. 

Poca

łował  ją  w  policzek  na  pożegnanie  i  obrzucił  Aleca 

nieprzyjaznym spojrzeniem. 

 - Zadzwoni

ę do ciebie. 

background image

Kiedy wyszed

ł, Lauren starannie zamknęła drzwi. 

 -  Mo

że  mi  wreszcie  wyjaśnisz,  co  u  licha  tutaj  robisz!  - 

krzyknęła. 

Przecie

ż  sama  prosiłaś,  żebym  został,  miał  odpowiedzieć,  ale w 

porę zrozumiał, że ona pyta o powód jego nagłego wtargnięcia. Czuł 

jeszcze  na  przedramieniu  ciepło  jej  dłoni.  Chciał,  żeby  nigdy  nie 

zniknęło. Żeby było coraz większe,  żeby przerodziło się w płomień. 

Przez  cztery  dni  nie  widział  jej,  nie  rozmawiał  z  nią,  nie  czuł  jej 

bliskości. Cztery koszmarne dni... 

Powinien j

ą  przeprosić,  powiedzieć  coś  na  swoje 

usprawiedliwienie, chociaż wiedział, że zawsze zrobiłby to samo. 

 - S

łyszałem, jak krzyczysz, myślałem... 

 - Krzycza

łam? Owszem, krzyknęłam, jak krzesło się przewróciło. 

 - Nie wiem, co to by

ło. Z góry wyglądało na to, że się bijecie. 

 -  Opar

łam  się  o  krzesło,  palce  mi  zdrętwiały  i  straciłam 

równowagę. - Wzięła głęboki oddech. - Nie miałeś prawa zjawiać się 
w ten sposób. 

 -  My

ślałem,  że  masz  kłopoty.  Słyszałem,  jak  mówisz,  że  cię 

zranił. 

 -  To znaczy, 

że  cały  czas  podsłuchiwałeś?  -  Lauren  była 

wściekła.  -  Leżałeś  tam  z  uchem  przyklejonym  do  podłogi  i 

podsłuchiwałeś! 

 -  Krzyczeli

ście  tak  głośno,  że  nie  potrzebowałem  się  wysilać, 

żeby słyszeć każde słowo - odparował. 

 - 

Ślicznie - skrzywiła się z niesmakiem - darłam się. Następnym 

razem, kiedy będę sobie chciała z kimś porozmawiać u siebie w domu, 

będę mówić szeptem. 

Zrobi

ł krok w jej stronę; cofnęła się. 

 -  Lauren, kiedy pracowa

łem  w  policji,  nieraz  słyszałem  takie 

sceny,  a  kiedy  wyważałem  drzwi,  leżał  za  nimi  ktoś  pobity. 

Widziałem niejedno i wiem, że w takiej sytuacji nie wolno się wahać. 

Nawet  jeśli  drzwi  są  zamknięte.  Nawet  jeśli  to  tylko  rozmowa. 

Doświadczenie nauczyło mnie, że nieraz jest za późno. 

Znowu zrobi

ł ku niej krok i tym razem nie cofnęła się, mimo że 

nie zmieniła wrogiego wyrazu twarzy. 

 -  Przepraszam, pomyli

łem się, źle oceniłem sytuację. Słyszałem 

twój krzyk. Nie obchodzi mnie, jakiego rodzaju to była rozmowa. Nie 

chciałem, żeby cię skrzywdził, to wszystko. 

background image

Wyraz napi

ęcia na jej twarzy lekko zelżał. 

 -  Dobrze. Rozumiem. Chcia

łeś dobrze. Ale posłuchaj - jej oczy 

rozbłysły  -  jestem  już  dorosła.  Sama  potrafię  o  siebie  zadbać.  Od 

czternastu  lat  Gerald  kieruje  moim  życiem  i  podejmuje  za  mnie 
decyzje. Ma

m tego dość. Zamierzam z tym skończyć. I nie pozwolę, 

żebyś teraz ty z kolei próbował mi coś narzucać. Rozumiesz? 

Sta

ła  przed  nim  drobna,  delikatna,  ale  silna.  W  jej  oczach 

błyszczały łzy, ale z całej postaci emanowała stanowczość. Nie starała 

się już ukrywać okaleczonej ręki.  Kiedy tak na nią patrzył, nie  miał 

wątpliwości, że da sobie radę sama. 

 - Rozumiem - powiedzia

ł. 

Przez kilka sekund trwa

ła  napięta  cisza.  Patrzyli  na  siebie  bez 

słowa, jakby stracili wiarę w ich moc. 

Pierwsza ockn

ęła się Lauren. 

 -  Je

śli  chcesz,  oddam  ci  tę  książkę.  -  Zrobiła  krok  w  stronę 

sypialni. 

 -  Niewa

żne  -  powiedział.  -  Jest  twoja.  Chcę,  żebyś  ją  miała. 

Możemy też zapomnieć o wspólnym obiedzie, jeśli wolisz. Wiem, że 

mówiłaś tak tylko, żeby go zdenerwować. 

 -  Ch

ętnie zjem z tobą obiad - powiedziała tak cicho, że nie był 

pewien, czy dobrze usłyszał. 

 - Dzisiaj? 
 -  Tak  -  rzuci

ła  mu  szybkie  spojrzenie.  -  Tęskniłam  za  tobą  - 

szepnęła. 

M

ówiła  tak  cicho  i  z  takim  wahaniem,  jakby  sama  nie  była 

pewna, czy chce, żeby ją słyszał, jakby nie wiedziała, czy naprawdę 

pragnie to powiedzieć. Jakby sama w to nie wierzyła. 

Ale mimo wszystko powiedzia

ła to. I nawet jeśli sama w to nie 

uwierzyła, Alec uwierzył. 

 - Ja te

ż za tobą tęskniłem - powiedział jak echo. 

Na szcz

ęście  nie  poszedł  za  nią  do  kuchni.  Teraz  musiała  być 

sama.  Chciała  sobie  wszystko  uporządkować.  Opanować  się. 

Odetchnąć po tym, co zaszło. 

Kiedy przed kilku dniami rozmawia

ła z Geraldem, powiedział jej, 

że zamierza jechać do Berkshires, żeby kupić dom. Marzył o tym od 
czasu, kiedy jego 

była żona po rozwodzie zatrzymała sobie ich letnią 

posiadłość w Lenox. 

background image

Zaproponowa

ła wtedy, żeby do niej wpadł. Z Lenox do Albright 

było  niedaleko,  niecała  godzina  jazdy.  Niepotrzebnie  tylko 

wspomniała  mu  o planowanej wizycie u nowego specjalisty z 
Bostonu. 

Gerald zjawi

ł się w czwartek o ósmej rano. Na szczęście wstała 

bardzo wcześnie i była już ubrana. Jadła właśnie śniadanie złożone z 

grzanki  i  grejpfruta.  Poczęstowała  go  filiżanką  kawy  i  zapytała  o 
wynik wyprawy. 

 -  Znalaz

łeś  coś  odpowiedniego?  Może  jakiś  piękny  dworek, 

gdzie  mogłabym  mieszkać  w  czasie  letniego  festiwalu  muzyki 

poważnej. Z parkiem, drzewami i ogrodem... 

 -  Dlaczego zam

ówiłaś sobie wizytę u lekarza, nic mi o tym nie 

mówiąc? - zapytał bez ogródek. 

No, i zacz

ęli się kłócić. Może trochę za głośno, skoro Alec słyszał 

każde słowo. Gerald zarzucił jej, że nie jest z nim szczera, że usiłuje 

nie dopuścić go do sprawy, która może przesądzić o jej życiu, i że coś 

knuje za jego plecami... Krótko mówiąc; zachował się jak zdradzony 
kochanek. 

Dawniej zawsze zasi

ęgała jego rady. Robiła to, co jej kazał. Ona 

była  artystką,  on  -  menedżerem.  Jej  domeną  była  muzyka,  on 

zajmował się wszystkimi pozostałymi sprawami. Tak było zawsze. 

Teraz wszystko si

ę  zmieniło.  Zrozumiała,  że  potrafi  sobie  sama 

znaleźć  pracę,  przeprowadzić  się  do  innego  miasta  i  zacząć  żyć 

własnym  życiem.  Na  własną  rękę  przekonała  się,  że  rock  jest  dobrą 

muzyką,  a  były  policjant jest bardzo seksowny. Pojęła,  że  ktoś,  kto 

dotąd kierował jej karierą, jest odpowiedzialny za jej nagły upadek i 

że nie ma prawa zabronić jej nie tylko wizyty u nowego specjalisty, 

ale i decydowania o własnym losie. 

Zrozumia

ła to i, co ważniejsze, powiedziała wszystko Geraldowi. 

Przez  wszystkie  lata  wspólnej  pracy  nigdy  się  nie  buntowała.  Nie 

miała  powodu.  Była  niedoświadczona  i  bardzo  młoda,  a  on  robił 

wszystko, żeby została gwiazdą. 

Ale chwilowo nie by

ła gwiazdą. Była nauczycielką muzyki, żyłą 

na  własny  rachunek,  kierowała  się  własnym  rozsądkiem  i  głosem 

serca. Wierzy, że doktor Nylander może jej pomóc, zamierza do niego 

pojechać i Gerald nie ma prawa się wtrącać. 

background image

Us

łyszała charakterystyczny odgłos kroków w korytarzu. Wzięła 

głęboki  oddech  i  odwróciła  się  do  wchodzącego.  Spojrzał  na  nią 

uważnie. 

 - Przepraszam ci

ę, Alec - powiedziała - ale chcę, żebyś wiedział, 

że moje sprawy muszę załatwiać sama. Nie potrzebuję obrońcy. 

 - 

Źle  zrobiłem,  wiem  -  odparł  ze  skruchą.  -  Powinienem  był 

wiedzieć, że dasz sobie radę beze mnie. Ale nie przyszedłem tu tylko 

po to, żeby przerwać waszą „dyskusję". 

 - Przyszed

łeś po książkę. - Uśmiechnęła się lekko. 

Nic nie m

ógł wyczytać z jej czarnych oczu. 

 -  Przyszed

łem,  bo  byłem  zazdrosny.  Myślałem,  że  to  twój 

kochanek. 

Zapad

ła  cisza.  Istniały  między  nimi  nie  zakończone  sprawy, 

rzeczy, które dręczyły ich oboje i z którymi należało coś zrobić. Na 
razi

e  jednak  najważniejsza  była  szczerość.  Nie  mogła  dopuścić  do 

piętrzenia  się  nieporozumień.  Nawet  gdyby  dalsza  rozmowa  miała 

okazać się niebezpieczna. 

 - Gerald nigdy nie by

ł moim kochankiem. 

 - W porz

ądku. 

 - Co nic mi

ędzy nami nie zmienia. 

 - Rozumiem. 
Alec zacisn

ął  palce  na  framudze  drzwi.  Przypomniała  sobie  ich 

dotyk na swojej skórze. Nie  może się w nim  zakochać, ale w żaden 

sposób nie potrafi też przestać go pragnąć. 

 - Nie wolno mi teraz z nikim si

ę wiązać - powiedziała, próbując 

przekonać przede wszystkim samą siebie. 

 - Ju

ż to mówiłaś. 

 - Nie chodzi o ciebie, to znaczy... Nie powinnam si

ę rozpraszać. 

Muszę się skupić. 

 -  Rozumiem  -  u

śmiechnął się ze smutkiem. - Czy jesteś pewna, 

że obiad w moim towarzystwie nie przeszkodzi ci w skupieniu? 

Skin

ęła  głową.  Naprawdę  za  nim  tęskniła.  Był  jedyną  osobą,  z 

którą  łączyło  ją  coś  więcej  niż  sprawy  zawodowe.  Nie  był  ani 
studentem, ani  muzykiem, ani lekarzem. By

ł  kimś  spoza  elitarnego 

środowiska,  w  którym  się  obracała.  Nadawał  wszystkiemu  inny 

wymiar, inną wagę. Dzięki niemu zaczęła spoglądać na świat z innej 

perspektywy. Tęskniła za tym bardziej niż za jego pocałunkami. 

background image

 - Mo

żemy się spotkać w klubie - powiedziała po chwili. Dobrze 

wiedziała,  że  wspólny  obiad  tutaj,  w  jej  mieszkaniu,  byłby  zbyt 
niebezpieczny. 

 - O dwunastej? 
 - O dwunastej. 
Jego twarz rozpogodzi

ła się. 

 - B

ędę na ciebie czekał. 

Wyszed

ł  z  kuchni.  Słyszała,  jak  idzie  korytarzem,  przechodzi 

przez salon i otwiera wyjściowe drzwi. Pozostało z nią wspomnienie 

jego  uśmiechu  i  ciepła  jego  głosu.  Wspomnienie  zdolne  zatrzeć 

przykre wrażenie pozostałe po kłótni z Geraldem. 

Przyjaciel by

ł  jej  potrzebny  bardziej  niż  kochanek.  Bardzo 

dobrze, że istniał ktoś taki jak Alec. 

Sta

ł na schodach wiodących do uniwersyteckiego klubu, czekając 

na  nią.  Lauren  przyszła  z  kilkuminutowym  opóźnieniem.  Miała 

ciężkie  przedpołudnie.  Nie  tylko  dlatego,  że  wizyta  Geralda 

przewróciła  wszystko  do  góry  nogami.  Musiała  ponadto  przełożyć 

zajęcia  ze  studentkami  ze  względu  na  swą  planowaną  wyprawę  do 

Bostonu. Szybkim krokiem podeszła do Aleca. 

 - Witaj - powiedzia

ł i otworzył przed nią drzwi. 

Studentka - stypendystka zaprowadzi

ła ich do jadalni. Zanim Alec 

zdążył  otworzyć  usta,  Lauren  wyjęła  swoją  legitymację.  Studentka 

zajrzała  do  spisu  pracowników  naukowych.  „Lauren  Wyler,  instytut 
muzykologii, rachunek numer 0584". 

 -  Jeste

ś  moim  gościem  -  powiedziała  Lauren.  -  Ani  słowa 

sprzeciwu. 

 - Ja... 
 -  A skoro o tym m

ówimy...  Niepotrzebnie  zostawiłeś  mi 

pieniądze wtedy wieczorem. 

Studentka spojrza

ła na nich ze zdumieniem. 

 - Suma by

ła niewielka - szepnął Alec. - Warta byłaś więcej. 

Lauren os

łupiała. Zaczerwieniła się gwałtownie. 

 -  Stawiasz mnie w g

łupiej sytuacji... - nie bardzo wiedziała, jak 

zareagować. 

 - Sam siebie postawi

łem, wtedy wieczorem. Jesteśmy kwita. 

 - Nie s

ądzę - jej oczy błysnęły. - Będziemy kwita dopiero wtedy, 

gdy ja ciebie postawię w głupiej sytuacji. 

 - I siebie przy okazji - podsumowa

ł. - Tak to już bywa. 

background image

Nie bardzo wiedzia

ła, czy rozumie go właściwie, ale na szczęście 

kelnerka wybawiła ją z kłopotu, podając im menu. Usiedli przy stoliku 

pod  oknem.  Alec  rozejrzał  się  po  sali.  Jego  wzrok  padł  na  kogoś  w 

głębi sali i zasępił się. 

Lauren posz

ła w ślad za nim, ciekawa, kto mu tak zepsuł humor. 

Zobaczyła  wysokiego,  świetnie  ubranego  mężczyznę  w  luźnym 

blezerze;  uśmiechał  się,  kiwając  im  dłonią.  Nie  mogła  sobie 

przypomnieć jego nazwiska, ale wiedziała, że go zna. Spotykali się na 

okolicznościowych przyjęciach i uważała, że jest okropny. 

Ku jej niezadowoleniu m

ężczyzna wstał i podszedł do nich. 

 - Witaj, Alec - powiedzia

ł modulowanym głosem. - Nie powiesz 

mi chyba, że dostałeś kartę wstępu od ciotki. 

 -  Nie  -  Alec u

śmiechnął  się  lekko.  -  Jestem  gościem  Lauren 

Wyler. Lauren, czy znasz pana Rogera Phelpsa? 

U

śmiechnęła się z przymusem i podała mu rękę. Poczuła miękki, 

lepki dotyk. 

 -  Widzieli

śmy  się  już  nieraz.  -  Roger  był  zachwycony.  -  Ale z 

ciebie szczęściarz, Alec, że tak sobie siedzisz i jesz obiad z największą 

gwiazdą naszego instytutu sztuki. 

Lauren ledwo na niego spojrza

ła. 

 - Mi

ło cię widzieć, Roger. 

 - Nie wiedzia

łem, że się znacie - ciągnął Roger, nie spuszczając 

oczu z Lauren. 

 - Znamy si

ę. 

 - A mo

że byś wpadł na mój wykład o trzeciej? - Inwencja Rogera 

była  niespożyta.  -  W  instytucie  nauk  politycznych.  O  ile  oczywiście 

obiad się nie przeciągnie... 

 - Bardzo ch

ętnie. - Alec skinął głową. - W takim razie, o trzeciej 

w Dwight Hall. 

 - Tam, gdzie wtedy mia

łem seminarium. Będę na ciebie czekał, a 

tymczasem  - 

znowu zwrócił się ku Lauren - zostawiam was samych. 

Miło było cię spotkać, Lauren. 

Kiedy ju

ż  pożeglował  w  stronę  swojego  stolika,  Lauren przez 

chwilę siedziała bez słowa. Jak ktoś taki jak Alec mógł się przyjaźnić 
z takim Phelpsem? 

Z wolna przypomina

ła sobie okoliczności, w jakich go widywała. 

Spotkanie pracowników naukowych, obiad u rektora, kolacja po 
koncercie Petera Villarda. Za ka

żdym razem przyczepiał się do niej, 

background image

zaczynał o czymś mówić, a potem ze znaczącym uśmiechem dodawał, 

że  gdyby  miała  ochotę,  zawsze  mogą  sobie  porozmawiać  w  jakimś 

bardziej zacisznym miejscu. Nawet w obecności żony pozwalał sobie 
na bardzo dwuznaczne uwagi. 

Było w nim coś brudnego, lepkiego. 

Kelnerka wyrwa

ła  ją  z  zamyślenia.  Lauren  zamówiła  sałatkę, 

Alec  hamburgera.  Kiedy  dziewczyna  zniknęła,  Lauren  nie 

wytrzymała. 

 -  Przyja

źnisz  się  z  Rogerem  Phelpsem?  -  spytała  z  wyraźną 

dezaprobatą. 

Otworzy

ł  usta,  żeby  przytaknąć,  ale  zawahał  się.  Oparł  się 

wygodnie, sięgnął po wykałaczkę. 

 - Znam go, to wszystko. 
 -  Rzuci

ł  się  na  ciebie  jak  na  serdecznego  przyjaciela,  nieomal 

brata - 

powiedziała złośliwie. - Bałam się, że zacznie cię całować. Pół 

biedy,  gorzej  gdyby  chciał  pocałować  mnie...  -  skrzywiła  się  z 
obrzydzeniem. 

 - Nie lubisz go? 
 - To kawa

ł łobuza. Przepraszam, jeśli uraziłam twoje uszy. 

 -  Rogera Phelpsa mo

żna  swobodnie  określić  znacznie 

mocniejszym wyrażeniem. 

 - Ty te

ż za nim nie przepadasz - w głosie Lauren brzmiała ulga. 

Alec nie odpowiedzia

ł.  Siedział  zamyślony  z  wykałaczką  w 

ustach, uważnie przyglądając się Lauren. 

 - Czy mog

ę ci zaufać? 

 -  Oczywi

ście  -  odparła  odruchowo,  lekko  zaniepokojona  jego 

badawczym spojrzeniem. 

 - Oczywi

ście - powtórzyła, pewna tego, co mówi. Mógł jej ufać 

zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności. 

Poczeka

ł, aż kelnerka postawi przed nimi talerze i odejdzie. 

 - Co mo

żesz mi powiedzieć o Emily Spaeth? 

 - O Emily? - Lauren by

ła zdumiona. Co on mógł wiedzieć o jej 

studentkach? Dlac

zego się nimi interesował? 

 -  M

ówiliśmy  chyba  o  profesorze  Phelpsie?  -  powiedziała,  żeby 

coś powiedzieć. 

 -  Owszem.  -  Alec wzi

ął butelkę z keczupem. - Emily jest twoją 

uczennicą, prawda? 

 -  Jedn

ą  z  najlepszych.  Jest  niezwykłe  utalentowana.  Dlaczego 

pytasz? 

background image

 -  Jest r

ównież  studentką  Rogera  Phelpsa.  Lauren  dotknęła 

widelcem sałatki. Wszystkie 

jej studentki by

ły również studentkami innych profesorów. Emily 

studiowała ekonomię polityczną, a więc musiała chodzić na wykłady 
Phelpsa. 

Alec wpatrywa

ł  się  w  nią,  jakby  się  zastanawiał,  czy 

kontynuować rozmowę. 

 - To musi zosta

ć między nami - powiedział wreszcie. 

 - Oczywi

ście. - Lauren nie bardzo rozumiała, o co chodzi. 

 - Czy Emily 

łączy coś z Phelpsem? Lauren podskoczyła. 

 - Je

śli cię dobrze zrozumiałam... Nic, absolutnie nic. 

 - Dlaczego tak my

ślisz? 

 -  Ona ma ch

łopaka.  Sama  opowiadała...  -  Lauren nagle 

zaniemówiła. Emily przecież wyraźnie powiedziała, że mężczyzna jest 
znacznie od niej starszy. 

 - Nie - powt

órzyła stanowczo, nie dopuszczając do siebie myśli, 

która w

ydała się jej wstrętna. - Nie. Emily to przyzwoita dziewczyna. 

Świetnie  się  uczy,  dużo  pracuje,  nie  chce  stracić  stypendium. 
Pochodzi ze skromnej rodziny. Studia w Albright wiele dla niej 

znaczą. 

Uwa

żnie słuchając, co mówi, zerknął na stolik Phelpsa, a potem 

zapatrzył  się  w  widok  za  oknem.  Jezioro  było  gładsze  niż 

kiedykolwiek.  Lauren  znowu  pogrzebała  widelcem  w  sałatce,  zbyt 

zdenerwowana, żeby jeść. 

 -  Czy s

ądzisz,  że  zrobiłaby  wszystko,  żeby  umocnić  swoją 

pozycję w Albright? 

 - Jest na to za m

ądra. To śmieszne. 

 - 

Śmieszne?  Przecież  profesorowie  bardzo  często  romansują  ze 

studentami. 

 - Co tak na mnie patrzysz? 
 -  Nie chcia

łem  powiedzieć  nic  złego.  Zresztą  tutaj  są  tylko 

dziewczęta, a to nie w twoim stylu. 

Lauren zachowa

ła powagę. 

 - Nie mam 

żadnych dowodów - mówił dalej, widząc, że milczy - 

ale jeśli rzeczywiście coś między nimi jest, dowiem się tego. 

Lauren zamy

ślona  pokręciła  głową.  Oczywiście  wiedziała,  że 

takie rzeczy się zdarzają. Nie można też wykluczyć, że ktoś taki jak 

Phelps próbuje wykorzystać swój pobyt w żeńskiej szkole. I o ile na 

background image

ogół  potępiała  takie  przypadki,  starając  się  je  jednak  zrozumieć,  to 

teraz,  kiedy  chodziło  o  Emily,  jej  najlepszą  uczennicę  -  była 

wstrząśnięta. 

 -  Przecie

ż  on  ma  żonę  -  szepnęła,  zapominając,  że  fakt  ten  nie 

przeszko

dził mu zalecać się do niej. 

 - Oboje wiemy, 

że to łobuz - podsumował Alec. - Chodzi o to, że 

Mags obawia się, iż może nadużywać swojej władzy tutaj, w Albright. 

Nie  wiem,  co  zaszło  między  nim  a  Emily,  ale  podobno  w  zeszłym 

roku  pomógł  jednej  ze  studentek  dostać  się  na  prawo  za  wiadome 

usługi.  Sama  mówisz,  że  Emily  stara  się  o  stypendium  i  możliwość 

dalszego studiowania. Zależy jej na tym. Wiem, że zbiera dla Phelpsa 

jakieś materiały. Chciałbym wiedzieć, co jeszcze dla niego robi, żeby 

mieć dobre stopnie. 

 -  Jeste

ś  chorobliwie  podejrzliwy  -  powiedziała  z  wyrzutem 

Lauren.  Nie  było  żadnych  faktów.  Tylko  domysły  i  podejrzenia. 

Dobrze  znała  Emily  i  wiedziała,  że  dziewczyna  nie  jest  zdolna  do 

czegoś podobnego. Nigdy w to nie uwierzy. 

 - Owszem, jestem. Policyjny obyczaj. Zreszt

ą Mags prosiła mnie, 

żebym  przyjechał  do  Albright  właśnie  dlatego,  że  trochę  się  na  tym 

znam. Sądzi, że mogę dowiedzieć się o sprawach, które do niej nigdy 

by nie dotarły. 

Lauren ze zdumienia od

łożyła  widelec.  Skamieniała.  Nagle 

dotarła  do  niej  informacja,  że  Alec  przyjechał  tu  na  specjalne 

polecenie, że  ma  pewną  misję do wypełnienia. Jednym  słowem,  jest 

szpiegiem. A mówiąc to wszystko wplątuje ją w swoje sprawy. 

Widz

ąc niesmak na jej twarzy, Alec ujął jej dłonie w swoje. 

 - Pos

łuchaj, jeśli nie chcesz o tym wiedzieć, po prostu zapomnij, 

co powiedziałem. 

 - Wszystko w porz

ądku - wykrztusiła. 

 - Nie chcia

łem cię w to wplątywać, ale boję się, że Emily może 

się stać ofiarą Phelpsa. A ponieważ jesteś jej nauczycielką... 

Zrozumia

ła, co jej sugeruje. 

 -  Nie zamierzam wyci

ągać  z  niej  informacji,  ale  oczywiście 

mogę mieć oczy i uszy otwarte. 

 -  W

łaśnie  o  to  chciałem  cię  prosić.  -  Puścił  jej  dłonie  i 

uśmiechnął się. - Nie zamierzam stawiać cię w niezręcznej sytuacji. 

 -  Wszystko w porz

ądku.  Jeśli  mogę  w  czymś  pomóc  Emily, 

chętnie to zrobię. 

background image

Spojrza

ł na nią uważnie, z uśmiechem i powagą w oczach. 

 - Wiem, 

że mogę mieć do ciebie zaufanie - powiedział. 

Jego s

łowa  podziałały  na  nią  kojąco.  W  ciągu  jednego 

przedpołudnia powiedziała mu o sobie więcej niż Geraldowi podczas 

piętnastu lat znajomości. Kilka dni wcześniej jej ciało powiedziało mu 

o niej rzeczy, o których sama nie wiedziała. Że czeka, że jest gotowa 

kochać i że seks bez miłości dla niej nie istnieje. Co wieczór jej gra na 

fortepianie  opowiadała  mu  rzeczy  jeszcze  bardziej  intymne.  Mówiła 

mu o strachu i niepewności; mówiła o odwadze. 

By

ł dla niej kimś więcej niż przyjacielem i ufała mu tak samo, jak 

on ufał jej. 

background image

Rozdzia

ł 9 

Zako

ńczyli  dzień  wspólną  kolacją  u  niego  w  mieszkaniu.  Mieli 

już  za  sobą  wspólnie  zjedzony  obiad  i  tamten  pamiętny  wieczór 

spędzony w klubie. Tym razem Alec zapragnął być gospodarzem. Nie 

przyszło  mu  to  z  łatwością,  zważywszy,  że  nie  umiał  gotować. 

Postanowił uraczyć Lauren gotową pizzą, ozdobioną grzybami przed 

włożeniem do pieca. Stół  został przykryty papierowymi serwetkami. 
Talerze i szklanki starannie umyte. 

Podczas obiadu Lauren powiedzia

ła mu, że nazajutrz wybiera się 

do Bostonu, do lekarza. 

 -  Mam wizyt

ę  u  doktora  Nylandera  o  drugiej.  -  Była  wyraźnie 

podniecona.  - 

Pomyśl, już w pół godziny później będę wiedziała, co 

dalej robić z ręką. 

Jej optymizm by

ł  zaraźliwy.  Alec  z  całego  serca  pragnął,  żeby 

wszystko  poszło  jak  najlepiej.  Chciał,  żeby  wróciła  do  Albright  w 

dobrym  nastroju,  żeby  nowy  lekarz  przepisał  jej  jakąś  sensowną 
kuracj

ę, rokującą szybkie wyzdrowienie. Pogodził się już z faktem, że 

są  sobie  bliscy  jedynie  jak  para  przyjaciół,  pomagających  sobie 

wzajemnie i mających do siebie zaufanie. 

 - Nie mo

żesz tak po prostu jechać do Bostonu - powiedział - nic 

nie  zobaczyć  i  wrócić.  Znasz  tylko  filharmonię.  Powinnaś  zostać 

trochę dłużej i zwiedzić kilka miejsc. 

 - Nie wiem, od czego zacz

ąć. 

 -  Wszystko ci powiem. Zapraszam ci

ę  na  kolację,  opracujemy 

program wycieczki. 

Kiedy ju

ż  siedzieli  w  kuchni  nad  kawałkami  gorącej  pizzy  i 

butelka

mi dobrze ochłodzonego piwa, Alec nagle zaproponował: 

 - A mo

że pojechałbym razem z tobą? Wyruszylibyśmy wcześnie 

rano, dojechali na miejsce powiedzmy o dziesiątej... 

 -  Nie  -  przerwa

ła  mu.  Uśmiechała  się,  ale  ton  jej  głosu  był 

poważny. 

 -  W takim razie, jed

źmy  o  dwunastej.  Pójdziesz  prosto  do 

doktora, a potem zjemy obiad. Znam kilka dobrych restauracji, zresztą 
tego tam nie brakuje... 

Pokr

ęciła stanowczo głową. 

 - Nic z tego. Pojad

ę sama. 

Wiedzia

ł,  o  co  jej  chodzi.  Nie  chce,  żeby  z  nią  jechał,  bo  nie 

potrz

ebuje opieki. Nie po to przegnała Geralda. 

background image

 -  Wiem, 

że  doskonale  dasz  sobie  radę  sama  -  powiedział 

pojednawczo.  - 

Mam  w  Bostonie  coś  do  załatwienia.  Zostawiłem  w 

domu ekspres do kawy, chcę go zabrać. 

A widz

ąc podejrzliwe spojrzenie Lauren, uściślił. 

 -  Mo

żna  pogodzić  jedno  z  drugim.  Wezmę  ekspres  i  dodam  ci 

otuchy przed tą wizytą. Ponadto jestem świetnym przewodnikiem. 

 - Jestem pewna. Ale to jest wyprawa czysto medyczna i chc

ę ją 

odbyć sama. 

Postanowi

ł nie nalegać. 

 -  Dobrze, jed

ź  sama.  Ale  pamiętaj,  że  będziesz  tuż  obok 

miejskiego parku. Musisz się wybrać na przejażdżkę gondolą. 

 - Co takiego? 
Upi

ł łyk piwa i z dezaprobatą pokręcił głową. 

Jak mo

żna było być w Bostonie i nie pływać po stawie w parku? 

Opowiedzia

ł  jej  o  łodziach,  o  sklepach  i  magazynach,  o 

es

planadzie ciągnącej się wzdłuż Charles River, o muzeum, o Faneuil 

Hall  i  Charlestown.  O  wszystkich  miejscach,  których  będąc  w 

Bostonie nie można pominąć. 

 - Jest tam mnóstwo rzeczy do zobaczenia i to wcale niedaleko od 

filharmonii. 

Roze

śmiała się. 

 -  W osiemdziesi

ąt  dni  dookoła  świata!  Postaram  się  wszystko 

obejrzeć. Naprawdę. 

Mogli teraz spokojnie zmieni

ć temat. Jedząc pizzę, opowiedziała 

mu o swoim ostatnim spotkaniu z Emily. Dziewczyna była zamyślona 
i roztargniona. 

 -  Skr

óciła  lekcję  o  piętnaście  minut.  Bardzo  mnie  to  zdziwiło. 

Zwykle  zostaje  ponad  godzinę.  Nie  przeszkadza  mi  to,  bo  to  moja 

ostatnia lekcja. Ale dzisiaj zachowywała się jakoś dziwnie. Strasznie 

się śpieszyła. Powiedziała, że jest z kimś umówiona. 

 - Z Phelpsem - powiedzia

ł spokojnie Alec. - Poszła do niego po 

lekcji. 

Lauren nie kry

ła zdumienia. 

 - Sk

ąd wiesz? 

 - Znam si

ę na swojej robocie. 

 - Jeste

ś po prostu wścibski. 

Przypomnia

ł sobie, jak się rozzłościła, kiedy się dowiedziała, że 

podsłuchiwał rano i postanowił się wytłumaczyć. 

background image

 -  Zazwyczaj nie jestem w

ścibski. Tylko kiedy czuję, że szykuje 

się coś niedobrego, staram się wywęszyć, o co chodzi. 

Twarz Lauren rozpogodzi

ła się. 

 - Nieraz nie ma w tym nic z

łego. 

 - Dzi

ś rano... 

 - Dzi

ś rano postąpiłeś zbyt impulsywnie. - Lauren wbiła wzrok w 

s

tojący  przed  nią  talerz.  -  Nie  byłabym  tak  oburzona,  gdybym  była 

mniej pewna tego, że sama sobie poradzę. 

 - Poradzi

łaś sobie. Podniosła na niego oczy. 

 - Sama by

łam zdziwiona. Oboje byliśmy zdziwieni. 

U

śmiechnęła się do siebie, zatopiona we własnych myślach, gdzie 

nie było miejsca dla tak błahych wydarzeń, jak czyjeś nieoczekiwane 

wtargnięcie  do  cudzego  mieszkania.  Tak  jakby  oboje  się  czegoś 

nauczyli. Jakby razem coś zrozumieli i to zrozumienie pogłębiło ich 

przyjaźń. 

 - Je

śli o to chodzi, niczym mnie już nie zadziwisz. 

Lauren si

ęgnęła po następny kawałek pizzy. 

 -  Teraz znowu przesadzasz. Ale powiedz, sk

ąd wiesz, że Emily 

umówiła się z Phelpsem? 

 - By

łem u niego w gabinecie, kiedy się umawiali. Czy wiesz, że 

on ma tam czerwoną kanapkę? 

Lauren zmarszczy

ła nos. 

 - Przecie

ż nie będzie u niego nocować. 

 - Pora chyba nie ma znaczenia, prawda? 
 -  Gdyby za

łożyć,  że  się  mylisz  i  nie  dzieje  się  nic  naprawdę 

złego, pozostaje mi ubolewać, że traci lekcję muzyki, 

 - A gdyby za

łożyć, że się nie mylę? Pokręciła z niedowierzaniem 

głową. 

 - Nawet je

śli bardzo jej zależy na dobrych stopniach, nie pójdzie 

do łóżka z profesorem z tego powodu. 

 - Jeste

ś pewna? 

 -  Powiedzia

ła  mi,  że  jest  zakochana.  Jeśli  śpi  z  Phelpsem  to 

dlatego, że sądzi, że go kocha. 

 - Je

śli ma taki paskudny gust, to może jest zdolna do paskudnych 

rzeczy? 

 - Znam j

ą. Wiem, do jakiego rodzaju dziewcząt należy. Wiem, że 

Emily nigdy nie zrobiłaby czegoś podobnego. 

 - Znasz j

ą od niespełna dwóch lat. Odwróciła głowę. 

background image

 - Co za brudy. 
 - Samo 

życie, proszę szanownej pani. Otrząsnęła się. 

 -  Za

łóżmy,  że  rzeczywiście  coś  jej  grozi.  Co  mogę  zrobić?  Jak 

mam z nią rozmawiać? Mam przerwać lekcję i zapytać, jak jej idzie z 
Rogerem Phelpsem? 

 - O nic nie pytaj. Po prostu s

łuchaj, co mówi. 

 - Dobrze. Robi

ę to dla niej, nie dla ciebie. Nie chcę, żeby wpadła 

w łapy tego bydlaka! Przecież on jest żonaty! 

 - 

Żonaty!  -  powtórzył  Alec,  wyraźnie  rozbawiony  jej 

oburzeniem. 

U

śmiechnęła się niewesoło. 

 -  W

łaściwie  powinnam  coś  niecoś  wiedzieć  o  życiu.  Przecież 

czytałam twoją książkę. 

 - Nie zmieniaj si

ę, bardzo proszę. To takie odświeżające spotkać 

kogoś, kto jeszcze potrafi się gorszyć. 

 - Mo

że nie ma czym się gorszyć - powiedziała Lauren z nadzieją 

w głosie. - Może nic się nie stało. Może Emily jest bezpieczna. 

 - Chcesz j

ą osłaniać. 

Spojrza

ła na niego zniecierpliwiona. 

 - Tak. Potrzebuje pomocy. Jest jeszcze dzieckiem. 
 - Zajmiemy si

ę tym. Jak wiesz, lubię udzielać pomocy. Skoro nie 

mogę opiekować się tobą, zaopiekuję się nią. 

 - Masz moje b

łogosławieństwo. - Lauren uniosła szklankę. 

Wysz

ła  prawie  zaraz  po  kolacji.  Chciała  się  przygotować. 

Nazajutrz  czekał  ją  ciężki  dzień.  Alec  rozumiał  to  doskonale. 

Rozumiał też, że jeśli Lauren zostanie u niego dłużej, sprawy znowu 

zaczną się komplikować. 

Bardzo by

ło miło być jej przyjacielem. Okazało się, że nie jest to 

takie trudne, jak się spodziewał. Jednak, mimo wszystko, nie należało 

kusić  licha.  Nie  ma  co  ryzykować.  Pokusa  jest  zbyt  silna.  Jeszcze 

chwila  i  znowu  zacznie  myśleć  o  tym,  żeby  ją  pocałować,  objąć, 

przytulić... i wszystko popsuje. 

W  pi

ątek wstał wcześnie rano i poszedł zobaczyć, jak odjeżdża. 

Lauren  ubrana  była  w  lekki  zielony  kostium.  Była  w  doskonałym 

nastroju, radosna, pełna nadziei. Włosy miała uczesane na bok, przez 

ramię przerzuconą podróżną torbę pełną map i przewodników. 

 -  W  ci

ągu  dnia  podobno  będzie  padało,  mówili  w  radiu  - 

powiedziała, wskazując na parasolkę. 

background image

Zdj

ął jej z ramienia podróżną torbę. 

 - W takim razie zrezygnuj z 

łodzi i idź lepiej do muzeum. 

U

śmiechnęła się do niego łobuzersko. 

 - Gdyby ci nie wysz

ło z tą drugą książką, zawsze możesz zostać 

przewodnikiem. 

Doszli do miejsca, gdzie zaparkowa

ła swoje stare volvo. 

 -  Drug

ą  książkę  pisze  mi  się  znakomicie  -  powiedział  Alec  z 

przechwałką  w  głosie.  -  Już  w  pierwszym  rozdziale  jest  sześć 

morderstw i siedem łóżkowych scen. 

Spojrza

ła na niego z komicznym niedowierzaniem. 

 -  Mam nadziej

ę, że akcja nie rozgrywa się w żadnym z miejsc, 

które mi poleciłeś. 

 -  Przecie

ż  to  fikcja  -  przypomniał  jej.  Umieścił  torbę  w 

samochodzie i zamknął drzwi. 

 - Je

śli rzeczywiście tak dbasz o swoje bezpieczeństwo, może się 

jednak zdecydujesz na moje towarzystwo. 

 - Wcale si

ę nie boję - poczekała, aż otworzy przed nią drzwi od 

strony kierowcy. Wsiadła, zapięła pasy i uśmiechnęła się do niego. 

 -  A ty sied

ź  tutaj  i  wymyślaj  kataklizmy,  jakie  mogą  spaść  na 

twoje  ukochane  miasto.  Z  deszczem  i  bandziorami  dam  sobie  radę 
sama. 

 - S

łucham, jaśnie pani. Odsunął się od samochodu. 

 - Jed

ź ostrożnie. 

 -  Inaczej nie umiem  -  powiedzia

ła,  machnęła  mu  ręką  i 

wyprowadziła samochód na ulicę. 

Patrzy

ł za nią, dopóki nie zniknęła za rogiem. Ranek był ciepły. 

Mimo jesieni zapowiadał się prawie letni dzień. 

Zawr

ócił  i  poszedł  wolno  w  stronę  domu.  Czuł  dziwną  ulgę. 

Udzielił  mu  się  jej  dobry  nastrój.  Prawie  wierzył,  że  nowy  lekarz 

okaże  się  skuteczniejszy  od  dawnego.  Pragnął,  żeby  znowu  mogła 

koncertować.  Żeby  pewnego  dnia  znowu  mogła  zasiąść  na  estradzie 

przed fortepianem, a potem kłaniać się oklaskującej ją publiczności. 

Je

śli po to potrzebna jej była podróż do Bostonu, dobrze się stało, 

że pojechała. A jeśli ta podróż była jej potrzebna, żeby się utwierdzić 

w na nowo zdobytej niezależności - tym lepiej, że to zrobiła. 

Oko

ło  wpół  do  jedenastej  wieczór  leżał  wykąpany  w  łóżku, 

patrząc na mdłe odbicie blasku ulicznej latami, przez zasłonę deszczu 

background image

docierające  do  pokoju.  Sporo  napisał  i  był  zmęczony,  ale  nie  mógł 

zasnąć. Czekał, aż Lauren wróci do domu. 

W ci

ągu  dnia  prawie  o  niej  nie  myślał.  Wyobrażał  sobie,  że 

przechadza  się  właśnie  po  parku  albo  stoi  przed  wystawą  jakiegoś 

sklepu, albo też słucha lekarza, zapewniającego ją, że niedługo wróci 

na scenę. 

Wieczorem zmy

ł naczynia, obejrzał film kryminalny w telewizji, 

przeczytał  gazetę.  Pustka  stawała  się  coraz  dotkliwsza,  nie  był  w 

stanie niczym jej wypełnić. Czegoś mu brakowało. 

Jej muzyki. 

Śmieszne,  jak  bardzo  zdążył  się  przyzwyczaić  do  jej  gry. 

Dziwnej,  niedoskonałej  gry.  Grać  w sposób  niedoskonały  to  nie  to 

samo, co grać źle. To drugie można zlekceważyć. To pierwsze ma w 

sobie  element  tragizmu.  Jej  gra  stała  się  częścią  jego  życia.  Była 

ważnym składnikiem dnia, który bez niej był niekompletny. 

Oci

ągał  się  z  pójściem  do  łóżka.  Chciał  się  dowiedzieć,  jak 

spędziła dzień, co widziała i co powiedział doktor. O dziesiątej poddał 

się. 

Le

żał  teraz  wpatrzony  w  mdłe  światło  sączące  się  z  okna, 

próbując  sobie  wmówić,  że  nic  się  jej  nie  stało.  Może  chciała 

zobaczyć  wszystkie  miejsca,  o  których  wspominał,  może  została  w 

mieście  na  kolacji.  Może  zatrzymała  się  w  hotelu  i  zostanie  tam  na 

weekend. Nie musiała go zawiadamiać o zmianie planów. Była wolna. 

Zreszt

ą  zawsze  może  zadzwonić  do  któregoś  ze  starych 

policyjnych  kumpli  i  zapytać.  Tylko  o  co?  Czy  nie  znaleźli  czasem 

ciała pięknej czarnowłosej kobiety z lekko okaleczoną prawą ręką? 

Nic si

ę jej nie stało. Nic się nie stało, a on jest nadopiekuńczym 

idiotą,  który  zbyt  wiele  czasu  spędził  nad  swoją  książką.  Gdyby 

Lauren  się  dowiedziała,  jak  bardzo  się  o  nią  boi,  wzruszyłaby 

ramionami. I miałaby rację. 

Spojrza

ł na tarczę budzika. Za piętnaście jedenasta. Gdzie ona się 

u licha podziewa! 

Nagle z do

łu dobiegł go jakiś dźwięk. Zamykane frontowe drzwi. 

Od

etchnął  z  ulgą  i  rozluźnił  mięśnie.  Sprawozdanie  z  wycieczki 

można  odłożyć  do  rana.  Najważniejsze,  że  wróciła  do  domu  cała  i 

zdrowa. Może się odprężyć i spać. 

Ostry d

źwięk  wtargnął  zupełnie  nieoczekiwanie.  Coś,  jakby 

huragan nieskoordynowanych uderzeń w klawiaturę fortepianu. Alec 

background image

usiadł na łóżku. Bardzo dobrze, że wróciła, ale teraz chciał tylko spać. 

Na codzienne ćwiczenia było o wiele za późno. 

Po chwili zorientowa

ł się, że Lauren wcale nie ćwiczy. Po prostu 

wali w klawiaturę na oślep. Dom trząsł się w posadach, miotany falą 

ogłuszającego hałasu. 

Spu

ścił nogi na podłogę. Coś trzeba z tym zrobić. Inaczej w ogóle 

nie zaśnie. 

D

źwięk  nagle  zmienił  natężenie  i  charakter.  Nie  był  to  już 

fortepian.  Coś  uderzało  o  twardą  powierzchnię  i  pękało.  Coś 
delikatnego i k

ruchego.  Filiżanki?  Rozbijane  o  ścianę  filiżanki  z 

chińskiej porcelany? 

Jeszcze jedna. I nast

ępna. 

W

łożył  spodnie  i  poszedł  do  kuchni  po  klucze.  Zamknął 

mieszkanie  i  zaczął  schodzić  na  dół.  Bombardowanie  chińską 

porcelaną nie ustawało ani na chwilę. Od czasu do czasu przerywane 

uderzeniem na oślep w klawiaturę. 

Wyszed

ł  z  domu  i  podszedł  do  okna  na  parterze.  W  jasno 

oświetlonym salonie stała Lauren. 

Bra

ła po kolei stojące na półce filiżanki i z rozmachem rozbijała 

je o ścianę. Podłoga pokryta była skorupami. 

 - Lauren! 
Nie s

łyszała go. Wzięła następną filiżankę i walnęła nią o ścianę. 

Szkło rozprysło się dokoła. 

Odwr

óciła  się  w  stronę  półki  i  wtedy  zobaczył  jej  twarz.  Była 

śmiertelnie blada, z wyrazem zastygłego cierpienia w oczach. Ubrana 

była  tak  samo  jak  rano,  kaskada  czarnych  włosów  lśniła  na  jej 

plecach. Tylko twarz porcelanową bielą przypominała maskę. 

 - Lauren! Przesta

ń! 

Nast

ępna filiżanka wylądowała na podłodze. 

Czu

ł  na  karku  krople  deszczu.  Noga  zaczynała  go  boleć,  było 

przeraźliwie zimno. Podszedł do drzwi i kilka razy mocno przycisnął 

dzwonek. Usłyszał tylko dźwięk tłuczonego szkła. 

 - Lauren, wpu

ść mnie! Znowu. 

Skoczy

ł  do  okna  i  zobaczył,  że  półki  opustoszały.  Tam,  gdzie 

zwykle  stało  kilkadziesiąt  filiżanek,  było  teraz  pusto.  Lauren  stała 
teraz prz

y fortepianie. Brała do ręki nuty, wyrywała stronę po stronie i 

darła na drobne kawałki. Potem sięgała po następną. 

background image

Alec dok

ładnie  obejrzał  framugę  okna.  Szyba  była  uniesiona, 

wysuwając  podpórkę  można  było  wejść  do  środka.  Wspiął  się  na 

parapet i wślizgnął do mieszkania na parterze. 

Uderzenie okiennicy przyci

ągnęło  uwagę  Lauren.  Odwróciła  się 

w jego stronę; zobaczył pustą, martwą twarz. W lewej dłoni trzymała 

podartą  partyturę.  Prawa  zwisała  bezwładnie.  Dwa  palce  były 

wyraźnie podkurczone. 

Mia

ł  doświadczenie z wchodzeniem do cudzych domów. 

Obezwładniał  szaleńców,  wynosił  ofiary.  Tym  razem  nie  bardzo 

wiedział, z kim ma do czynienia. Może z jednym i z drugim. 

Zrobi

ł  ku  niej  krok,  bojąc  się  odezwać.  Pustka  w  jej  oczach 

przerażała go bardziej niż zniszczenie, jakie wokół siebie siała. 

 - Lauren - szepn

ął. 

 - Odejd

ź ode mnie - powiedziała martwym głosem. 

 - Lauren... 
 - Wyno

ś się! Zostaw mnie! 

Zrobi

ł  jeszcze  jeden  krok.  Cisnęła  w  niego  nutami.  Złapał  je  w 

locie i odłożył na stojący przy fortepianie taboret. Lauren była już po 

drugiej stronie pokoju. Dopadła do półek, na których stały albumy z 

płytami.  Jednym  ruchem  ręki  zmiotła  kilka  z  nich  na  podłogę.  Po 

chwili  znalazła  to,  czego  szukała.  Alec  zobaczył  okładkę  płyty 
„Lauren Wyler gra Chopina". 

Wyszarpn

ęła płytę z opakowania i złamała ją o kolano. 

Alec ruszy

ł  w  jej  stronę,  brodząc  w  porcelanowych  odłamkach. 

Unieruchomił  jej  ręce,  mocno  potrząsnął.  Dwa  czarne  plastikowe 

krążki z chrzęstem upadły na podłogę. Lauren wiła się jak wąż, czuł 
na skórze jej paznokcie. 

 - Lauren! 
 - Zostaw mnie! - krzykn

ęła, próbując uwolnić ręce. 

Zza jego ramienia si

ęgnęła  do  półki  i  jedna  z  ostatnich  płyt 

podzieliła  los  pozostałych.  Alec  objął  ją  mocno  i  jeszcze  raz 

potrząsnął. Kopnęła go w kostkę. 

Wyrwa

ła się z jego ramion i ruszyła w stronę odtwarzacza stereo. 

Kopnąwszy go kilka razy, podbiegła do fortepianu. Brała co popadło i 

ciskała w klawiaturę. Pokój wypełniła kakofonia jękliwych dźwięków. 

Odci

ągnął  ją  od  instrumentu  i  wyrwał  z  rąk  kolejną  partyturę. 

Trzymał ją mocno w bezpiecznej odległości, tak, żeby nie mogła go 

kopnąć. 

background image

Lauren szarpa

ła się, próbując się uwolnić. 

 -  Pu

ść  mnie!  -  wrzasnęła.  -  Zostaw  mnie!  Nienawidzę  cię! 

Nienawidzę wszystkich! 

 -  Cicho...  -  Mocniej 

ścisnął jej ramiona. Lauren z wolna słabła. 

Jej ręce zadrżały. Czuł, jak całe ciało dziewczyny wiotczeje. 

 - Nienawidz

ę cię, nienawidzę... - powiedziała płaczliwym tonem. 

 - Nie. Wiesz, 

że to nieprawda. 

Unios

ła  ku  niemu  oczy  i  maska  na  jej  twarzy  zaczęła  się 

rozpływać.  Miał  teraz  przed  sobą  formę  bez  wyrazu:  poszczególne 

części,  bladością  przypominające  kawałki  stłuczonej  porcelany. 

Śliczne  usta  zadrżały,  z  oczu  popłynęły  łzy.  Przytomniała,  a  wraz  z 

tym wracała świadomość tego, co się stało. 

 -  Alec...  -  j

ęknęła,  przytulając  się  do  niego.  Widział,  że  siły  ją 

opuściły, ale mimo to dalej trzymał ją w ramionach, obawiając się, że 

może upaść. Przez ciało Lauren przebiegały dreszcze, czuł jej ciepłe 

łzy na swoim gołym torsie. Słyszał ciche rozpaczliwe zawodzenie. 

Z przykro

ścią  przypomniał  sobie,  jak  silna  i  niezłomna  była 

jeszcze p

oprzedniego dnia. Dzielnie stawiała czoło Geraldowi i jemu 

samemu.  Samodzielna  i  niezależna.  Teraz,  w  jego  ramionach, 

wydawała się mała i słaba, bezbronna i bliska upadku. 

 -  Trzymam ci

ę - powiedział - trzymam cię mocno. Wszystko w 

porządku, Lauren. 

 -  Wszystko si

ę  skończyło  -  szepnęła  drżącym  głosem.  - 

Wszystko. Całe moje życie. Boże. Nic mi nie zostało... 

 -  Cicho...  -  Odsun

ął  jej  włosy  z  twarzy  i  zaczął  je  gładzić 

delikatnymi ruchami. - 

Wszystko będzie dobrze... 

 -  Nic nie b

ędzie  dobrze.  -  Przytuliła  twarz do jego ramienia.  - 

Nic. Nigdy więcej nie będę grała. Nigdy więcej. 

Jej g

łos zadrżał; wybuchnęła płaczem. 

 - Wiem. 
Nie musia

ła mówić nic więcej. Mógł sobie dopowiedzieć resztę. 

Wiedział,  co  usłyszała,  wiedział,  jakiej  prawdzie  musiała  sprostać. 

Rozumiał, w jakim jest stanie, bo przeżył to samo na własnej skórze. 

Czuł jej ból. 

Mo

że  jemu  było  łatwiej,  ponieważ  on  od  początku  nie  miał 

złudzeń.  W  chwili  kiedy  otworzył  oczy  w  białym  obcym  pokoju, 

wiedział już, że wszystko skończone. Obudził się z długiego snu bez 

marzeń,  bez  najmniejszych  złudzeń.  Powrót  do  świadomości  wśród 

background image

bandaży,  rurek  i  skomplikowanej  aparatury  był  równoznaczny  z 

wyrokiem.  Lewa  noga  była  bezwładna,  prawa  rozedrgana  bólem.  W 

pierwszej  chwili  pomyślał,  że  jest  sparaliżowany.  Nie  docierał  do 

niego żaden dźwięk. Dopiero głos kobiety w białym kitlu: „obudził się 

pan", rozległ się w jego obolałej głowie jak spiżowy dzwon. 

Le

żał  tak,  nie  wiedząc,  co  się  stało,  kiedy  i  dlaczego.  Wiedział 

tylko jedno: nigdy 

więcej nie będzie gliną. Tamto życie skończyło się. 

Raz na zawsze. 

I wtedy dotar

ło do niego coś jeszcze: nie umarł, żyje! 

Lauren nie trzeba by

ło  tego  uświadamiać.  Trzeba  było  jedynie 

uchronić  ją  przed  niszczeniem.  Chciał  z  nią  jechać  do  Bostonu.  Nie 

żeby  bronić  jej  przed  bandytami.  Chciał  ją  osłonić  przed  prawdą, 

przed nią samą. 

 -  Lauren  -  powiedzia

ł  bardzo  cicho,  nie  przestając  gładzić  jej 

jedwabistych włosów. Nie przestawała płakać, jego ramię było mokre 

od jej łez. 

 -  Powiedzia

ł... - załkała - powiedział, że nerw jest zniszczony i 

nigdy  się  nie  zregeneruje.  Powiedział,  że  nie  rozumie,  jak  tamten 

doktor mógł mi wmawiać, że kiedykolwiek będzie lepiej. Powiedział, 

że to cud, że w ogóle mogę grać. Powiedział... - jęknęła - że nigdy nie 

będę mogła występować. 

 - B

ędziesz grać. 

 - Ale nie b

ędę koncertować. Nigdy nie będę grać tak, jak grałam. 

Wszystko skończone. Całe moje życie. 

 - Gra na fortepianie to nie ca

łe życie. Może teraz trudno ci w to 

uwierzyć, ale tak jest. Z czasem... 

 -  Z czasem? Co ma do tego czas? Nie mam  nic. Wszystko 

straci

łam. Nie mogę pracować. Nie mogę grać. Nie mam nic. 

 - Masz mnie - powiedzia

ł cicho - masz mnie. 

 - Pom

óż mi, Alec. 

 - Jestem przy tobie. 
Zarzuci

ła mu ramiona na szyję i przechyliła w tył głowę. Jej blada 

twarz pokryła się rumieńcem, oczy gorączkowo błyszczały. 

 - Nie odchod

ź - szepnęła. 

 - Zostan

ę z tobą - powiedział. 

Poczu

ł jej ręce w swoich włosach. Gwałtownie pociągnęła go ku 

sobie. 

background image

Po raz pierwszy, odk

ąd  opuściła  gabinet  doktora  Nylandera, 

poczuła  pewną  ulgę.  Usta  Aleca  przylgnęły  do  jej  ust.  Całowała  go 

zachłannie,  jak  człowiek  śmiertelnie  spragniony.  Skoro  coś  czuje, 

skoro  może  tak  intensywnie  dzielić  uczucie  kogoś  innego,  może  nie 

jest jeszcze zgubiona. Może nie wszystko stracone. 

Nie ma 

żadnej przyszłości. Nigdy więcej nie będzie występować. 

Ręka na zawsze pozostanie niesprawna. Doktor Nylander powiedział, 

że byłoby nieuczciwie oszukiwać ją. Będzie pani miała swoją muzykę 

powiedział  z  życzliwym  uśmiechem  -  będzie  mogła  pani  grać,  ale 

nie tak jak dawniej. 

Werdykt by

ł jednoznaczny. Zmarnowała życie. 

Na nic wyrzeczenia. Na nic lata po

święceń  całej  rodziny. 

Zawiodła wszystkich. Nie ma przed sobą nic. 

Za sob

ą też właściwie niewiele. Jest człowiekiem bez przeszłości. 

Jej  przeszłość  to  koncertowe  sale  i  pokoje  hotelowe.  Nic  nie  umie, 
niczego nie zna, niczego nie widz

iała. Nie widziała łodzi na stawie w 

bostońskim  parku  ani  muzeum  w  Londynie,  ani  Stonehenge,  ani 

japońskiego teatru, ani safari w Afryce. Miała tylko filiżanki, śliczne, 

maleńkie filiżanki. A teraz nie ma nawet ich. 

Nie ma przesz

łości.  Ma  tylko  chwilę  obecną.  Teraźniejszość 

skupioną w ciepłych ramionach Aleca. W jego niecierpliwych ustach i 

silnym  ciele.  To  właśnie  może  mieć.  Na  własność.  Tak  długo,  jak 

będzie chciała. Natychmiast. Poza tym nie ma nic. 

Oprzytomnia

ła już na tyle, żeby się zorientować, że Alec nie ma 

koszuli.  Z  niedowierzaniem  przesunęła  dłońmi  po  jego  nagim  ciele. 

Najpierw  nieśmiało,  potem  coraz  bardziej  zaborczo  i  pewnie.  Pod 

palcami czuła swoje łzy i krople deszczu. Czuła jego dłonie na swoim 

ciele, jego język w swoich ustach. 

Stara

ła się o niczym nie myśleć. Nic nie było ważne. Ważne było 

jedynie pulsujące w nim życie. Moc emanująca z jego ramion. Nawet 

jeśli  nie miała  przyszłości  ani  przeszłości,  miała  to  -  siłę  i  energię, 

która była w nim. Potrzebowała jej jak życia. Tak, jak się potrzebuje 

nadziei. Nadziei, która ma odmienić bezbarwną przeszłość i zamgloną 

przyszłość. 

 - Lauren... 
Przytuli

ła się do niego całym ciałem. Nie, nie pozwoli mu odejść. 

Wczepiła  palce  w  jego  gęste  włosy.  Drugą  ręką  gładziła  delikatną 

background image

skórę  pokrywającą  jego  stalowe  mięśnie.  Czuła,  jak  bije  jego  serce. 

Jego energia, drzemiąca w nim siła, doprowadzały ją do szaleństwa. 

Teraz by

ło zupełnie inaczej niż wtedy w tańcu. Teraz to było coś 

nieskończenie cudownego, podniecającego, niezwykłego. To właśnie 

było życie, które jej zostało. Poza nim nie było nic. 

Jej d

łonie  nie  ustawały  w  wędrówce  po  jego  ciele.  Jego  dłonie 

przesuwały się po jej biodrach i udach. 

Lekkim ruchem uni

ósł ją znad podłogi, kładąc jej nogi na swoich 

biodrach.  Gdyby  mogła  myśleć,  zdziwiłaby  ją  łatwość,  z  jaką  to 

uczynił. Nie myślała jednak o niczym, zbyt pochłonięta tym, co działo 

się z jej ciałem. 

Potrzebowa

ła go i pożądała. Chciała go mieć natychmiast, teraz, 

gwałtownie, aż do bólu. 

Nie odrywaj

ąc ust od jej ust, Alec zaczął iść w stronę drzwi. Niósł 

ją ostrożnie, brodząc w porcelanowych skorupach i strzępach papieru. 

Przeszedł  przez  korytarz,  kuchnię  i  nogą  popchnął  drzwi  sypialni. 

Położył Lauren na łóżku. 

Czu

ła  teraz  jego  wargi  na  szyi,  piersiach,  brzuchu.  Jej  dłonie 

obejmowały jego nagie plecy, sunęły niżej. 

W pokoju s

łychać było jedynie ich gwałtowne oddechy i krople 

padającego  za  oknem  deszczu.  Nagle  doszedł  ją  głos  rozsuwanego 

zamka  błyskawicznego.  Ostry  dźwięk  przedarł  się  przez  zasłonę 

upojenia  i  na  ułamek  sekundy  uświadomił  jej,  że  dzieje  się  coś,  co 

swoim  znaczeniem  sięga  poza  teraźniejszość.  Prawdziwość  ich  ciał 

wykraczała poza jej dotychczasowe doznania. 

Pomog

ła  mu  zdjąć  spodnie.  Nie  oponowała,  kiedy  ją  rozbierał. 

Nie mogła się zatrzymać. Nie chciała. Naga wślizgnęła się na powrót 
w jego ramiona. 

Pozwala

ła mu na wszystko, wiedząc, że jej własne doświadczenie 

jest  zbyt  ubogie,  żeby  cokolwiek  narzucać.  Sposób,  w  jaki 

zachowywało  się  jej  własne  ciało,  zaskakiwał  ją  bardziej  niż  była 

zdolna pojąć. Alec sprawiał jej ból i jednocześnie niewypowiedzianą 
r

ozkosz.  Leżała  pod  nim,  znajdując  dziwną  przyjemność  w 

przygniatającym ją ciężarze. 

Alec drug

ą ręką ujął jej dłoń i poprowadził w dół. 

Pr

óbowała cofnąć rękę, ale przytrzymał ją delikatnie i stanowczo. 

 - Teraz - powiedzia

ł. 

Z pocz

ątku nie zrozumiała. 

background image

Dopiero potem. 
Czeka

ł na nią. 

Nie mo

że  dłużej  leżeć  bez  ruchu  pozwalając  mu  działać.  Jeśli 

naprawdę go pragnie, musi go sama wziąć. 

Nie

śmiało przesunęła dłonią w dół po jego plecach, przyciągając 

go  ku  sobie.  Zrozumiawszy,  że  zrobiła  już  wszystko,  na  co  ją  stać, 

Alec  znowu  przejął  inicjatywę.  Wszedł  w  nią  delikatnymi, 
rytmicznymi ruchami... 

Chcia

ła krzyczeć, żeby przestał. Bała się, że nie wytrzyma, że coś 

się  stanie.  Chciała  choć  na  chwilę  odpocząć.  Chciała...  Nie  potrafiła 

tego określić. 

Uni

ósł jej nogi, tak że objęła nimi jego plecy. 

Wtedy poczu

ła, jak ciało Aleca napręża się i eksploduje wewnątrz 

niej. 

Po pewnym czasie ze

ślizgnął się z niej, pociągając ją za sobą. Nie 

wypuszczając z objęć ułożył jej głowę na swoim ramieniu. Przylgnęła 

do niego, wsłuchując się w jego przyśpieszony oddech. 

Jej przesz

łość nie zmieniła się. Przyszłość była równie mglista jak 

dotąd. Ale miała ze sobą tę niezwykłą chwilę obecną. Jedna chwila w 

jego ramionach znaczyła więcej niż wszystkie inne. 

Prze

żyła coś, co swoją intensywnością  mogło  rozświetlić drogę, 

którą przebyła, i tę, którą jeszcze przebyć musiała. 

background image

Rozdzia

ł 10 

Źle się stało, pomyślał wpatrując się w ciemność, bardzo źle. 
Bardzo chcia

ł  się z  nią  kochać  i  było  fantastycznie,  ale  postąpił 

źle.  Powinien  zdawać  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa.  Powinien 

być ostrożny. Bardziej niż ona. 

Le

żała z głową opartą o jego ramię. Położył dłoń na jej brzuchu i 

delikatnie  pogłaskał.  Nie  mógł  się  powstrzymać.  Musiał  jeszcze  raz 

poczuć  jedwabistość  jej  skóry,  piękną  linię  ciała.  Była  niezwykle 

zgrabna.  Dotknął  ustami  czarnych  pachnących  włosów.  Było 
wspaniale, ale to koniec. 

Źle  się  stało.  Nie  powinien  iść  z  nią  do  łóżka.  Popełnił  błąd. 

Nigdy go już nie powtórzy. 

Pr

ędzej  czy  później  muszą  porozmawiać.  Spojrzał  na  Lauren. 

Leżała z zamkniętymi oczami, lekko oddychając. Spała. 

Wyswobodzi

ł  ramię  i  sięgnął  po  koc,  żeby  ją  przykryć. 

Powiedziała coś przez sen. Pocałował ją. Oddała mu pocałunek. Może 

śniła, że się kochają. 

Odsun

ął się. Jeszcze raz spojrzał na jej cudowne ciało. 

Kr

ągłe piersi, drobne dłonie, czarny trójkąt włosów... 

Po

łożył się znowu i objął ją. Jej ciało fascynowało go w dziwny 

sposób.  Chodziło  o  jej  zachowanie.  Lauren  nie  była  dziewicą,  ale 

zachowywała  się  tak,  jakby  nią  była.  Robiła  wrażenie  osoby 

zdumionej  tym,  co  się  z  nią  dzieje.  Nie  wiedziała,  co  robić  z  jego 

ciałem.  Odczuwała  przyjemność  wbrew  sobie.  A  kiedy  rozkosz 

sięgnęła szczytu, wyraźnie się przestraszyła. 

Poza tym by

ła  wspaniała.  Cudownie  było  kochać  się  z  nią. 

Cudownie było dawać jej rozkosz. 

Dzieli

ć z nią to niezwykłe przeżycie. Razem doświadczać tego, co 

niepowtarzalne. 

Tak, to si

ę  nie  może  powtórzyć.  Położył  się  na  plecach, 

przeklinając swój brak opanowania. Lauren była w strasznym stanie, 

potrzebowała  pomocy,  a  on  ją  wykorzystał.  Zamiast  przywołać  do 

porządku, pogrążył ją jeszcze bardziej, pociągając  za sobą do łóżka. 

Tak bardzo chciał ją mieć, że nie myślał o konsekwencjach. 

I teraz 

„coś między nimi było". 

Wielokrotnie znajdowa

ł  się  w  podobnej  sytuacji,  ale  po  raz 

pierwszy  w  życiu  „zaangażował  się".  Ostatnią  rzeczą,  jakiej 

potrzebowała  Lauren,  był  romans.  Miała  wystarczająco 

background image

skomplikowane życie. Nie trzeba go dodatkowo utrudniać. Powinien 

był nad sobą panować. Podać pomocną dłoń. Obronić przed nią samą. 

Lauren nie wiedzia

ła, co robi, a on zamknął na wszystko oczy. No 

i sta

ło się. Wylądowali w łóżku. I teraz „coś między nimi jest". 

 -  Wybacz  -  szepn

ął, wiedząc, że nie może go słyszeć - wybacz 

mi, Lauren... 

Westchn

ęła  przez  sen  i  położyła  rękę  na  jego  piersi. Odsunął  ją 

delikatnie; nie mógł znieść dotyku jej dłoni. Nie mógł sobie ufać. 

Żałował  tego,  co  zrobił.  Ale  leżąc  tak  obok  jej  pięknego, 

uśpionego ciała, w każdej chwili mógł zrobić to jeszcze raz. 

Kiedy si

ę  obudziła,  była  sama.  Spojrzała  na  zegarek.  Prawie 

szósta  rano.  Blade,  szare  światło  przedzierało  się  przez  okno.  Nie 

bardzo wiedziała, gdzie się znajduje. Dlaczego leży naga na łóżku? 

Zamkn

ęła oczy. Wróciło wspomnienie. 

Przypomnia

ła sobie ranną jazdę do Bostonu. Podziemny parking 

obok  gabinetu  doktora  Nylandera.  Kawiarnię,  gdzie  piła  sok.  Drogę 

do doktora. Wizytę. 

Najpierw pytania. Potem badanie r

ęki. Skomplikowana aparatura. 

Wreszcie diagnoza. Ostateczna. 

Przypomnia

ła  sobie,  jak  dziękuje  za  wizytę  i  opuszcza  gabinet. 

Parking. Droga powrotna. 

Nie wie, kt

órędy jechała. Przez któryś z mostów. W każdym razie 

ominęła  filharmonię.  Chinatown.  Charles  River.  Brookline.  Mijała 

jakieś  dzielnice,  migały  cudzoziemskie  napisy.  Hiszpańskie, 

portugalskie, koreańskie. 

Jecha

ła, wycieraczki ścierały krople deszczu, klik, klak. 

Wreszcie dotar

ła  do  Albright.  Światła  campusu  odbijały  się  w 

m

okrym asfalcie. Na Hancock Street panowały ciemności. 

Zgasi

ła  motor.  Wokół  zapanowała cisza.  Martwa  cisza.  Kurtyna 

opadła. Koniec przedstawienia. Nie będzie więcej bisów. 

Pami

ęta,  jak  weszła  do  mieszkania.  Jak  zaczęła  tłuc  i  niszczyć 

wszystko dokoła. A potem... przyszedł Alec. Złapał ją, unieruchomił, 

sprawił, że przestała szaleć. Objął, utulił, pozwolił zapomnieć. Kochał 

się z nią. 

Ostatnim wspomnieniem by

ło  ciepło  jego  obejmującego  ją 

ramienia. Delikatny ruch kołyszący do snu. Ostatnim wrażeniem było 
prze

konanie, że nikt tak jak on nie rozumie, co dzieje się z jej ciałem i 

duszą. 

background image

Teraz go nie ma. Usiad

ła na łóżku, owijając się kocem. Spódnica 

i sweter leżały rzucone na krzesło. Pantofle stały przy drzwiach szafy. 

Nagle z salonu doszed

ł jakiś dźwięk. Spojrzała w stronę drzwi i 

zobaczyła pod nimi smugę światła. Albo Alec, albo ktoś włamał się do 

niej. Uśmiechnęła się: w Albright raczej nie roiło się od bandytów. To 

musiał być Alec. 

Podesz

ła  do  szafy,  włożyła  szlafrok.  Przeczesała  włosy.  Na 

policzkach czuła jeszcze ciepło snu. Podeszła do drzwi. Przez chwilę 

stała bez ruchu, zbierając siły na spotkanie z tym, kto był po drugiej 

stronie. Potem nacisnęła klamkę i wyszła na korytarz. 

W salonie pali

ło się światło. Rozejrzała się. Ani śladu niedawnej 

dewastacji. Sko

rupy z podłogi zniknęły. Nuty były starannie ułożone. 

Nawet półka z płytami wyglądała prawie jak dawniej. 

Sprz

ęt  stereo  też.  Alec  klęczał  na  podłodze,  wkładając  płyty  do 

albumów. 

Najwyra

źniej  nie  zauważył  jej  obecności.  Patrzyła  na  niego 

dłuższą chwilę. Szerokie ramiona, wąskie biodra, gęste włosy. Miał na 

sobie koszulę i adidasy. Przedtem był tylko w spodniach. 

 - Dzie

ń dobry - powiedziała cicho. Odwrócił się ku niej i wstał. 

Ich oczy spotkały się. 

 - Nie musia

łeś tego sprzątać. Rozejrzał się po pokoju. 

 -  Nie sprz

ątnąłem  wszystkiego.  Będziesz  musiała  zamieść 

podłogę. Zebrałem tylko większe kawałki. Zostało mnóstwo drobnych 

cząsteczek szkła. 

Dlaczego zachowuje si

ę tak dziwnie? Dlaczego mówi do niej tak, 

jakby się zwracał do kogoś obcego? Dlaczego jest taki? 

 - Zrobi

łabym to sama - powiedziała, starając się, żeby nie wyczuł 

napięcia  w  jej  głosie.  Denerwowało  ją,  że  omawiają  nieporządek  w 

salonie, zamiast po prostu paść sobie w ramiona. Po tym, co zaszło w 

nocy,  byłoby  to  bardziej  naturalne.  Nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego 
Alec unika jej wzroku. 

 -  Nie musia

łeś  sprzątać  -  powtórzyła.  -  Sama  bym  to  zrobiła. 

Sama narozrabiałam. 

Wreszcie na ni

ą spojrzał. Objął wzrokiem całą postać, na sekundę 

zatrzymując wzrok na wycięciu szlafroka. 

 - Chyba ja narozrabia

łem bardziej. 

Znowu rzuci

ła okiem na półki. Miejsce po filiżankach szokowało 

pustką. Płyty natomiast prezentowały się lepiej niż przypuszczała. 

background image

 -  Przeszkodzi

łeś  mi  w  zdemolowaniu  pokoju  -  powiedziała 

nienaturalnie spokojnym głosem. 

 - Nie wiem, jak ci dzi

ękować. 

 - Ju

ż to zrobiłaś. Dlaczego jest taki dziwny? 

Dlaczego powiedzia

ł,  że  narozrabiał?  Wszedł  co  prawda  przez 

okno, ale tylko dlatego, że nie chciała go wpuścić. Powstrzymał ją, nie 

pozwolił  zniszczyć  wszystkiego.  Opanował  jej  wściekłość.  Zmienił 

szał  niszczenia  w  coś  innego,  równie  silnego,  ale  o  wiele 

piękniejszego. 

Dlaczego w takim razie zachowywa

ł  się  tak,  jakby  była 

trędowata? Jakby bał się do niej podejść. Dlaczego nie obejmie jej i 

nie powie, że nigdy jej nie opuści, tak jak to zrobił wczorajszej nocy? 

Zrobi

ła krok w jego stronę. 

 - Usi

ądź - powiedziała, ręką wskazując kanapę. 

Usiedli obok siebie, ale nie obj

ął jej. Nie pocałował. Wiedział, że 

to, co powie, nie sprawi jej przyjemności. 

Przez chwil

ę panowało milczenie. 

 -  Jestem bydlakiem  -  powiedzia

ł  wreszcie.  -  Nie  mogłem  się 

opanować.  Postąpiłem  bezmyślnie.  Zachowałem  się  paskudnie. 

Popełniłem błąd. 

Zrozumia

ła,  że  mówi  o  tym,  co  między  nimi  zaszło.  Ale  ona 

zupełnie  inaczej  oceniała  fakty.  Dla  niej  to  nie  był  błąd.  Próbowała 

udawać, że nie rozumie, co Alec ma na myśli. 

 -  Nic si

ę nie stało. Wyłamana framuga to nic wielkiego. Chyba 

potrafisz ją naprawić. 

Alec nie podj

ął gry. 

 - Nie mam na my

śli okna. Nie mam na myśli tego, co działo się 

w salonie. Chodzi mi o to, co zaszło w sypialni. 

Po tym, co us

łyszała  od  doktora  Nylandera,  nic  właściwie  nie 

powinno  jej  zaskoczyć.  Wie,  że  nie  jest  kochanką  doskonałą.  Ale 

postara  się.  Alec  może  wiele  ją  nauczyć.  Wystarczy,  że  się  postara. 

Wszystko będzie dobrze. 

Ale chyba nie chodzi o jej niedostateczne umiej

ętności.  Chodzi 

mu o coś więcej. Powie jej coś gorszego niż doktor Nylander, kiedy 

mówił,  że  już  nigdy  nie  będzie  mogła  koncertować.  Alec  ma  jej  do 

powiedzenia coś znacznie gorszego. 

Spojrza

ła na swoje ręce. Jedną zgrabną i gładką, drugą - biedną i 

okaleczoną. 

background image

 -  Nie chcia

łeś się ze  mną kochać -  powiedziała cicho, chcąc to 

mieć za sobą. 

 -  Chcia

łem,  nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo...  Tak  bardzo,  że  nie 

potrafiłem się opanować. A powinienem. Wykorzystałem cię, Lauren. 

Byłaś w potwornym stanie i powinienem ci pomóc, a ja, zamiast tego, 

wykorzystałem  twoją  słabość.  Nie  wiem,  czy  kiedykolwiek  sobie 

przebaczę, że tak postąpiłem. 

 - Co takiego? - Smutek w jej g

łosie ustąpił miejsca oburzeniu. - 

Ty mnie wykorzystałeś? Wykorzystałeś moją słabość? Nie przesadzaj, 
Alec. Nie jestem znowu 

taka słaba. Dobrze wiem, co robię. 

 -  Nie wiedzia

łaś,  co  robisz  -  powiedział.  -  Byłaś  w  szoku.  Nie 

wiedziałaś, co się z tobą dzieje. 

 - Doskonale wiedzia

łam. - Starała się mówić stanowczo, chociaż 

zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  ma  racji.  Jej  stan  był  daleki  od 

normalności. Nie w chwili kiedy niósł ją do sypialni... Wtedy dobrze 

rozumiała jego zamiary. Ale przedtem, kiedy tłukła filiżanki. Nie była 

w pełni przytomna. 

 - Owszem, by

łam nieco zdenerwowana, co nie znaczy... 

 - Nie by

łaś zdenerwowana. Byłaś szalona. Podrapałaś mnie. A ja 

tak bardzo cię pragnąłem, że nie mogłem się opanować. Wziąłem, co 

mi dawałaś. Nie powinienem był, ale zrobiłem to. 

 - Nie masz za co przeprasza

ć – powiedziała ostrym tonem. - Jeśli 

to  ci  w  czymś  pomoże,  to  wiedz,  że  pójście  z  tobą  do  łóżka  było 

najprzyjemniejszą  rzeczą,  jaka  mnie  wczoraj  spotkała.  Przymknął 
oczy. 

 -  To by

ła  najprzyjemniejsza  rzecz,  jaka  mnie  spotkała  w  ciągu 

ostatniego roku. Ale to nie znaczy, że dobrze się stało. 

U

śmiechnął się lekko. 

 - Nawet nie zd

ążyliśmy porozmawiać o bezpiecznym seksie. 

 -  Nie przejmuj si

ę  -  przerwała  mu.  -  Biorę  pigułkę,  odkąd 

skończyłam dwadzieścia lat. 

Gerald j

ą  do  tego  namówił.  Twierdził,  że  nic  tak  nie  niszczy 

kariery jak niepożądana ciąża. Nieważne, że właściwie nie ma okazji 

w  nią  zajść.  Musi  się  zabezpieczyć  na  wszelki  wypadek.  Trzeba 

myśleć o wszystkim. Nigdy nic nie wiadomo. Liczy się tylko muzyka. 

To jest twoje życie. 

A teraz koniec. Nigdy wi

ęcej.  Nagle  ogarnęła  ją  panika.  Może 

sobie przestać brać te głupie pigułki. Nie ma już muzyki. 

background image

Zdawa

ła sobie sprawę, że to absurdalne. Przerwać branie pigułek 

dlatego, że człowiek nie może grać na pianinie? Alec chyba ma rację. 

Może rzeczywiście zwariowała. 

 -  Lauren  -  delikatnie uj

ął jej rękę. - Bardzo cię lubię... Martwię 

się  o  ciebie.  Wiem,  że  nikogo  nie potrzebujesz, ale ja się  o  ciebie 

martwię. Nie chciałbym cię skrzywdzić. 

 -  Serdecznie dzi

ękuję  -  wybuchła.  -  Życie  rozleciało  mi  się  w 

kawałki, a ty przepraszasz za jedyną dobrą rzecz, jaka mnie spotkała. 

Skoro tak ci przykro, to może zaczniesz się zamartwiać tym, co ja u 

licha  będę  robić  przez  dwadzieścia  następnych  lat.  To  znacznie 

ciekawsze. Nie martw się tym, że się kochaliśmy. 

 - My si

ę nie kochaliśmy - powiedział wolno i poważnie. - My po 

prostu poszliśmy ze sobą do łóżka. 

Serce Lauren na chwil

ę  przestało  bić.  Nie  mogła  zaczerpnąć 

oddechu. Czuła, jak robi jej się zimno. Nareszcie zrozumiała. Miłość 

nie miała z tym nic wspólnego. 

Dla niego by

ło to tylko doznanie fizyczne. Tak jak powiedział: po 

prostu wziął, co dała. 

Spr

óbowała normalnie odetchnąć. Jednak gdzieś w głębi uczucie 

zimna  nie  ustępowało.  Cios  był  zbyt  silny.  Po  tym,  co  przeżyła 

wczoraj,  świadomość,  że  ona  i  Alec  są  dla  siebie  jedynie 

zaprzyjaźnionymi  sąsiadami,  nikim  więcej,  była  zbyt  bolesna.  Nie 

było  między  nimi  miejsca  na  miłość!  Przed  chwilą  sam  tak 

powiedział. 

Poczu

ła dojmujący ból. 

Zamkn

ęła oczy. Tylko się nie rozpłakać. Przynajmniej dopóki on 

tutaj jest. Odwróciła głowę, odsunęła się. 

 - Nie musisz si

ę mną zajmować. Nikogo nie potrzebuję. Nikt nie 

musi  mnie  chronić  przede  mną  ani  przed  światem.  Sama  podejmuję 

decyzje  i  sama  ponoszę  za  nie  odpowiedzialność.  Zrobiłam,  co 

chciałam.  Nie  musisz  się  czuć  winny.  Nie  musisz  mieć  wyrzutów 

sumienia.  Jestem  dorosła.  Może  i  byłam  w  nie  najlepszej  formie 

wczoraj  wieczorem,  ale  dokładnie  wiedziałam,  co  robię.  Nie 

oczekiwałam od ciebie miłości. 

Bardzo si

ę starała, żeby jej głos nie drżał, a słowa były spokojne i 

wyważone.  W  gruncie  rzeczy  mówiła  prawdę.  Nie  potrzebowała 

niczyjej  opieki.  Ani  Geralda,  ani  Aleca.  Ponosi  pełną 

background image

odpowiedzialność  za  to,  co  robi,  nawet  jeśli  zachowuje  się  trochę 
niedorzecznie. 

Co si

ę tyczy miłości... Też w pewnym sensie mówiła prawdę. Nie 

oczekiwała miłości. Nie szukała jej w Albright. Ani przedtem, ani po 

spotkaniu Aleca. Była skłonna przyznać Geraldowi rację: miłość może 

ją  tylko  osłabić,  złamać  jej  karierę.  Tak  sądziła  przynajmniej.  Do 
wczoraj. 

Jednak kiedy Alec j

ą  pocałował,  kiedy  powiedział,  że  nie 

odejdzie, była w tym miłość. Nie szukała jej, ale wiedziała, że jest. Z 

jej strony. On nie czuł nic. 

Gdyby mog

ła  pogodzić  się  z  faktem,  że  już  nigdy nie będzie 

występować, pogodziłaby się z najgorszym. Na razie to jednakże nie 

jest możliwe. Rana jest zbyt świeża. Może z czasem... Po prostu musi. 

Nie ma wyboru. Co się stało, to się nie odstanie. Nic nie zmieni faktu, 

że ręki wyleczyć się nie da. Nic nie zmusi Aleca do miłości. Przecież 

sama nawet nie wie, czy wczoraj, kiedy go całowała, kochała go. 

 -  Nie mog

ę  ci  pomóc,  skoro  jestem  pewien,  że  ci  szkodzę  - 

powiedział. 

 - Pochlebiasz sobie. 
Wsta

ła, otuliła się szczelniej szlafrokiem i wyszła z salonu. 

W sypialni ubra

ła się, starannie wyszczotkowała włosy. Musi nad 

sobą zapanować. Musi sobie wytłumaczyć,  że to, co zaszło, stanowi 

część życia. Musi zachować spokój. Nieszczęścia chodzą parami. Nie 

ma  przyszłości.  Nie  będzie  miłości.  Trudno.  Odłożyła  szczotkę  i 

podeszła  do  łóżka.  Pogniecione  prześcieradła,  odcisk  jego  głowy  na 

poduszce.  Jeszcze  raz  zadrżała  na  wspomnienie  jego  pocałunków, 

dotyku ciała, głosu mówiącego: „teraz ... 

Zesz

łej nocy pragnął jej tak bardzo, jak ona pragnęła jego. Wtedy, 

w tej jednej chwili, czuli dokładnie to samo. 

Teraz ju

ż jej nie chce. Zresztą, skoro to nie była miłość, nie ma o 

czym  mówić.  Była  zbyt  niedoświadczona,  żeby  odróżnić  żądzę  od 

miłości. Dziś rano wiele się nauczyła. Dostała dobrą lekcję. 

Oczy jej znowu nape

łniły się łzami. Była sama, Alec nie mógł jej 

widzieć, nie musiała powstrzymywać łez. Alec nie może wiedzieć, jak 

bardzo  jest  nieszczęśliwa.  Gdyby  się  dowiedział,  zacząłby  się  o  nią 

martwić.  Chciałby  się  nią  opiekować.  Uważałby,  że  musi 
upo

rządkować jej życie, tak jak przed chwilą uporządkował salon. 

background image

Na to nie mo

że  pozwolić.  Sama  musi  się  uporać  z  życiem.  Z 

przyszłością,  rozczarowaniem,  błędami,  naiwnością.  Nie  potrzebuje 

pomocy. Od nikogo. Zwłaszcza od byłego gliniarza, gotowego biec jej 
na 

ratunek. Jej życie należy do niej. 

Pozwoli

ła  łzom  swobodnie  płynąć.  Nie  wiedziała,  jak  długo  tak 

leży  płacząc,  wtulona  w  poduszkę.  Wreszcie  łzy  wyschły,  napięcie 

zelżało.  Podniosła  się  z  łóżka.  Lekko  zakręciło  się  jej  w  głowie. 

Przetarła twarz chusteczką i wyszła z sypialni. 

Aleca ju

ż nie było. 

background image

Rozdzia

ł 11 

Alec otworzy

ł butelkę piwa i pociągnął łyk. Potem przeszedł do 

jednej z dwóch sypialni swojego czteropokojowego apartamentu. 

Spojrzał  na  kilka  zmiętych  kartek  papieru,  leżących  pod  stolikiem 

zastępującym  mu  biurko. Nie podniósł ich. Nie zamierzał pracować. 

Natchnienie  gdzieś  się  ulotniło.  Odkąd  przed  tygodniem  wrócił  do 
Bostonu, zapisa

ł wiele stron. Żadnej nie zachował. Pokreślone zdania 

i akapity dobrze świadczyły o jego pisarskiej gotowości, ale literacko 

były nie do przyjęcia. Spokojnie mogły leżeć pod stołem. 

Znowu poci

ągnął łyk. Ze wstrętem spojrzał na klawisze maszyny 

do pisania. Przechylił się na krześle i spojrzał na obraz, który zeszłego 

roku Rosie kupiła mu na pchlim targu w Dedham. Nastrojowa scena 

przedstawiająca  jesień  w  Nowej  Anglii.  Koloryt  i  nastrój  obrazu 

przypomniał mu Albright. 

Odwr

ócił  się  o  sto  osiemdziesiąt  stopni  i  napotkał  swój  wzrok. 

Patrzył  na  siebie  z  okładki  swojej  własnej  książki:  luksusowego 

wydania  sporządzonego  na  zamówienie  jego  matki.  Przez  chwilę 

patrzył na ciemny mur i faceta w kurtce, z wykałaczką w zębach. 

Zostawi

ł Lauren tamten egzemplarz, kiedy wyjeżdżał z Albright. 

Powinna go jeszcze mieć. Chyba że oddała jakiemuś studentowi albo 

pożyczyła  koledze  z  instytutu  muzykologii.  Albo  wrzuciła  do 

kominka. Tego jej ładnego kominka z ozdobnym ekranem. 

Zreszt

ą wszystko jedno, nie zależy mu na niej. Myśli o niej, bo po 

prostu jest ciekawy, co teraz robi. Czy już się pogodziła z faktem, że 

nigdy więcej nie wystąpi na scenie, czy daje sobie radę, czy czasem 
grywa ot, tak dla przyjemno

ści.  Po  prostu  interesuje  go,  co  u  niej 

słychać. 

Akurat. Od swojego wyjazdu z Albright ani na chwil

ę nie przestał 

o niej myśleć. I najmniej interesowało go, jak daje sobie radę w życiu. 
Gdziekolwiek spo

jrzał,  wszędzie  widział  jej  czarne,  głębokie  oczy, 

cudowne  jedwabiste  włosy,  lekko  skrzywione  od  płaczu  wargi. 

Słyszał  skargę  w  jej  głosie,  kiedy  po  raz  ostatni  widział  ją  w  jej 
salonie. 

S

łyszał  z  sypialni  jej  stłumiony  szloch,  który  próbowała  przed 

nim uk

ryć.  Przede  wszystkim  jednak  -  i  to  było  najgorsze  -  ani na 

chwilę nie opuszczało go wspomnienie tego, co zaszło przedtem. Stale 

pamiętał  jej  drobną  zgrabną  postać,  cudowną  gładką  skórę,  pełne, 

background image

jędrne  piersi.  Sposób,  w  jaki  odpowiadała  na  jego  pożądanie.  I  jej 
zdumienie ogromem rozkoszy. 

Sam te

ż  był  zdziwiony.  Nigdy  dotąd  nie  zaznał  czegoś 

podobnego. Nie wiedział, że seks może być czymś tak niezwykłym. 

Stop. Nie mo

że dłużej dręczyć się wspomnieniami. Odsunął piwo, 

wyjął  z  pudełka  wykałaczkę  i  ścisnął  ją  zębami,  jakby  chciał 

powstrzymać krzyk. 

Trzeba si

ę  zabrać  do  roboty.  Za  wszelką  cenę  nie  myśleć  o 

Lauren. Z trzaskiem zgniótł wykałaczkę między zębami. 

Rozleg

ł się dzwonek telefonu. Zamknął oczy i czekał. Rozległ się 

głos  automatycznej  sekretarki:  „Dzień  dobry, tu mieszkanie Aleca 

Fontany. Proszę zostawić wiadomość". 

 -  Alec? jeste

ś  tam?  -  usłyszał  głos  matki.  -  Wiem,  że  jesteś. 

Podnieś słuchawkę. Mags mi mówiła, że wróciłeś. 

Odczeka

ł jeszcze chwilę, ale matka nie ustąpiła. Bardzo ją kochał, 

ale teraz nie był w stanie z nią rozmawiać. 

 -  Dobrze  -  w jej g

łosie  wyraźnie  znać  było  typowy  bostoński 

akcent. - 

Może rzeczywiście cię nie ma, ale wiem, że wróciłeś. Mags 

powiedziała  mi,  że  wyjechałeś  z  Albright  ponad  tydzień  temu. 
Ciekawe, dlaczego jeszcze do mnie nie za

dzwoniłeś. Nie zapominaj, 

że  jestem  twoją  matką.  Chcę  się  z  tobą  zobaczyć.  Przyjdź  na  obiad, 

nie pożałujesz. 

Od

łożyła słuchawkę. Dopił piwo. Rzeczywiście, był w mieście od 

tygodnia i nie zadzwonił do matki. 

Zazwyczaj odwiedza

ł  ją  raz  w  tygodniu.  Spotykali  się u  niej na 

obiedzie. Przychodziły siostry z rodzinami. Ale tym razem wszystko 

było inaczej. Nie dzwonił do nikogo. Ani do sióstr, ani do przyjaciół. 

Pisał, kreślił, gniótł kartki papieru i wrzucał je pod stół, a potem brał 

wykałaczkę,  marząc,  że  to  papieros.  Wieczorami  wsłuchiwał  się  w 

hałasy  dochodzące  z  ulicy,  oglądał  telewizję.  W  nocy  leżał  z 

otwartymi oczami i rozpamiętywał sceny z sypialni Lauren, ich jedyną 

wspólną noc. 

Mo

że  byłoby  mu  lżej,  gdyby  tak  wtedy  nie  wyszedł.  Gdyby 

poczekał,  aż  Lauren  się  wypłacze.  Nie  chciał  wchodzić  do  sypialni, 

żeby ją pocieszyć. Powstrzymywała go myśl o tym, jak się skończyło, 

kiedy próbował ją pocieszać ostatnim razem. 

Źle  się  zachował  w  ubiegły  piątek,  a  kiedy  w  sobotę  próbował 

naprawić błąd - tylko wszystko pogorszył. Stał przez chwilę z ręką na 

background image

klamce  drzwi  prowadzących  do  jej  sypialni,  zastanawiając  się,  co 

robić. 

Je

śli  tam  wejdzie,  pocałuje  ją.  Jeśli  jej  dotknie,  nie  powstrzyma 

się  i  będzie  chciał  się  z  nią  kochać.  Odszedł  od  drzwi.  Dla  jej 

własnego dobra. Dla dobra ich obojga. 

My

ślał  o  tym  długo,  leżąc  w  łóżku  i  rozpamiętując  wszystkie 

szczegóły ich miłosnej nocy. Może bał się być z nią jeszcze raz nie ze 

względu  na  nią,  ale  ze  względu  na  siebie  samego.  Może  to  nie  ona 

miała  paść  ofiarą  fascynacji.  Może  zwróciła  na  niego  uwagę  tylko 

dlatego,  że  w  pobliżu  nie  było  nikogo  innego?  Może  idąc  z  nim  do 

łóżka próbowała tylko ulżyć sobie w chwili głębokiego stresu? Może 
w

ykorzystała  go  jako  chwilowe  remedium na zmartwienia, a teraz 

spokojnie 

żyje sobie dalej? 

Mo

że  naprawdę  była  wyjątkowo  odporna  psychicznie,  a  on  dał 

się zwieść kruchością jej postaci? 

Podobne my

śli sprawiły, że postanowił wyjechać. Pakowanie nie 

zajęło mu zbyt wiele czasu. Wrzucił walizki do samochodu i okrężną 

drogą pojechał do domu Mags. Nie chciał, żeby Lauren dostrzegła go 
z okna. 

Pani rektor mia

ła akurat gości. 

Kaza

ła go poprosić do środka i przedstawiła kilkunastu paniom o 

srebrnych  włosach,  wyraźnie  przedkładającym  whisky  nad  herbatę. 

Rada  nadzorcza  uczelni  w  komplecie.  Damy  były  zachwycone 
niespodzie

waną wizytą słynnego pisarza. On sam - nieco zaskoczony i 

speszony.  Na  szczęście  już  po  godzinie  towarzystwo  opuściło 

rektorską rezydencję i mógł wyjawić Mags powód swojego przybycia. 

Chciał się pożegnać. 

 - Wyje

żdżasz? A co z Phelpsem? 

 - Bardzo mi przykro, Mags. Nic nie mog

ę zrobić. Może za jakiś 

czas. Teraz muszę wyjechać. 

 - Dlaczego? Sta

ło się coś? 

„Stało.  Stało".  Chciał  jej  powiedzieć,  ale  się  powstrzymał.  Nie 

mógł  przyznać,  że  jego  nagły  wyjazd  ma  związek  z  nauczycielką 

muzyki zatrudnioną w instytucie sztuki. Nie przeszłoby  mu to przez 

usta.  Kręcił  więc,  jak  mógł,  aż  w  końcu  wyjąkał,  że  ma  problemy 

osobiste i musi wyjechać, żeby wszystko przemyśleć. Poczciwa Mags 

uznała wyjaśnienie za wystarczające. 

background image

Odstawi

ł butelkę, wyjął papier z maszyny. Skrzywił się i rzucił go 

na  podłogę.  W  czerwcu  tekst  miał  być  gotów.  Miał  jeszcze  kilka 

miesięcy, ale pracując w takim tempie potrzebował co najmniej kilku 
lat. 

Znowu si

ęgnął  po  wykałaczkę  i  nową  kartkę  papieru.  Wkręcił 

papier do maszyny, wziął głęboki oddech. 

Wtedy  zadzwoni

ł  telefon.  Przeczekał  dwa  kolejne  sygnały. 

Rozległ się dźwięk automatycznej sekretarki, a potem... 

 -  M

ówi  Lauren  Wyler...  Kopnąwszy  krzesło,  rzucił  się  do 

telefonu. 

 - Lauren!? - krzykn

ął. 

Serce wali

ło mu mocno, zmęczenie gdzieś znikło. Żeby tylko nie 

odłożyła słuchawki! Potem będzie się zastanawiał, czy dobrze robi. 

 - Lauren, to ja, s

łucham. 

 - Dzie

ń dobry. - Jej głos sprawił, że w pokoju zrobiło się jaśniej. 

 - Co s

łychać? 

 -  Wszystko w porz

ądku.  Wzięłam  twój  telefon  od  profesor 

Cudahy. Mam nad

zieję, że się nie gniewasz. 

 - Oczywi

ście, że nie. 

Powiedz, 

że  za  mną  tęsknisz.  Powiedz,  że  myślisz  o  mnie  bez 

przerwy, tak jak ja o tobie, błagał w duchu. 

 - Musz

ę z tobą porozmawiać. Z Emily dzieje się coś niedobrego. 

Co takiego? O czym ona mówi? Powoli 

zaczynał  rozumieć,  że 

telefon Lauren nie ma nic wspólnego z nimi. 

 -  Co takiego?  -  zapyta

ł  z  udanym  spokojem,  próbując  ukryć 

rozczarowanie. 

 - Powiedzia

ła, że nie będzie przychodzić na lekcje muzyki. Musi 

mieć  więcej  czasu  na  zajęcia  u  innego  profesora.  Zamierza  zdawać 

jakieś  dodatkowe  egzaminy  mające  związek  z  przedłużeniem 
stypendium. 

 - Ach, tak... - uda

ł zainteresowanie. 

 -  Bardzo si

ę  zmartwiłam  -  głos  Lauren  był  teraz  głosem 

nauczycielki zafrasowanej losem wyjątkowo uzdolnionej uczennicy - i 
to z dwóch 

powodów. Emily nie powinna rezygnować z muzyki, ma 

naprawdę talent. Po drugie... 

 - Do cholery z jej talentem - nie wytrzyma

ł Alec, doprowadzony 

do  ostateczności  tematem  rozmowy.  Zupełnie  jakby  on  i  Lauren  nie 

background image

mieli  sobie  nic  więcej  do  powiedzenia.  Jakby  romans profesora 

Phelpsa był ważniejszy niż ich własne sprawy. 

Po chwili przerwy Lauren zacz

ęła mówić dalej: 

 -  Wiem, 

że  nie  obchodzi  cię,  czy  Emily  gra,  czy  nie,  ale  inny 

aspekt  sprawy  powinien  cię  zainteresować.  To  nie  jest  normalne,  że 
profesor wymaga o

d studentki, żeby przestała chodzić na zajęcia. 

Nie mia

ł wyjścia. Trzeba było przejść na jej teren. 

 - Czy Emily wymieni

ła nazwisko Phelpsa? 

 - Nie. Ja wymieni

łam. 

 - Ty? 
 -  Rozmawia

łyśmy  o  recitalu,  który  się  odbył  w  zeszły  piątek,  i 

powiedziałam,  że  rozmawiałam  z  jego  żoną  po  koncercie.  Chciałam 

zobaczyć, jak dziewczyna zareaguje. 

 - I co? 
 - Nic. W og

óle się nie zmieszała. 

 - A co powiedzia

ła? 

 - Powiedzia

ła, że nie wie, jak żona Phelpsa może się pokazywać 

na campusie. Zapytałam, dlaczego ją to dziwi, a ona zmieniła temat. 

Sama nie wiem. Chyba coś źle zrobiłam. 

Normalne. Jak si

ę nie ma lat praktyki w policji... 

 - Zrobi

łaś doskonale. 

 -  I co my

ślisz? Coś jej grozi? Czy powinnam coś zrobić? Może 

opowiedzieć jej o historii z tamtą studentką? 

 -  To tylko plotki. Nie ma dowodów. Nie wiem,  czy by

ł winien. 

Ale skoro, jak mówisz, twoja uczennica ma kłopoty... 

 - Ma. Bardzo si

ę martwię. 

 - Mog

ę zrobić jedno. Wrócić do Albright. Może uda się zapobiec 

nowej aferze. 

W g

łosie Lauren zabrzmiała radość. 

 - Mia

łam nadzieję, że przyjedziesz. Emily to dobra dziewczyna. 

Straciła głowę, ale to dobra dziewczyna. 

Wszystko jasne. Ma wr

ócić do Albright, ale nie do niej, tylko dla 

dobra Emily. Pojedzie tam. Oczywiście nie po to, żeby wskoczyć do 

łóżka Lauren, tylko żeby przykładnie ukarać Phelpsa. 

Zreszt

ą obiecał pomóc Mags i zawiódł ją. Pew - nie dlatego nie 

może pracować nad nową książką. Męczą go wyrzuty sumienia, że nie 

dotrzymał obietnicy. 

 - Wyjad

ę dziś wieczorem - powiedział. 

background image

 -  Bardzo si

ę  cieszę,  że  chcesz  jej  pomóc.  Oczywiście.  Chodzi 

tylko  o  Emily.  Pożegnał  się  i  rozczarowany  odłożył  słuchawkę. 

Najwyraźniej  traktowała  go  jak  coś  w  rodzaju  pogotowia 
ratunkowego. 

Poszed

ł  do  sypialni,  wyjął  walizkę  i  zaczaj  się  pakować. 

Wszystko wskazywało na to, że zadzwoniła tylko dlatego, że jedna z 

jej studentek ma kłopoty. Pierwszym słowem, jakie usłyszał z jej ust, 

było  „Emily".  Zupełnie  jakby  nigdy  nic  między  nimi  nie  zaszło.  W 

każdym  razie  nic  tak  ważnego,  żeby  o  kilka  sekund  przedłużyć 

rozmowę międzymiastową. 

Dopiero ju

ż  w  samochodzie  przyszło  mu  do  głowy  coś,  co 

pozwoliło spojrzeć na całą sprawę trochę inaczej. Przecież gdyby jej 

nie  zależało  na  zobaczeniu  go,  porozumiałaby  się  z  Mags  i  ciotka 

sama  by  do  niego  zadzwoniła.  Gdyby  nie  chciała  z  nim  rozmawiać, 

nie dzwoniłaby do niego. Gdyby naprawdę nie chciała go widzieć, nie 

powiedziałaby: „miałam nadzieję, że wrócisz". 

Przecie

ż  mogą  się  po  prostu  widywać  bez  mieszania  do  tego 

seksu. Mimo że jest tak piękna, krucha i wiotka, i tak bardzo mu się 

podoba. Chce, żeby wrócił, więc wróci, ale będzie silny i opanowany. 

Uratuje  Emily  Spaeth,  obroni  ją  przed  jej  własną  głupotą, 

przygwoździ Phelpsa i rozstaną się z uśmiechem, a nie we łzach, jak 
ostatnim razem. 

Nastawi

ł  kasetę  Doorsów  i  pogłośnił  dźwięk.  Pędził  w  stronę 

Albright, ufając, że żadna drogówka nie ośmieli się zatrzymać byłego 

gliniarza, który jedzie, żeby spełnić obowiązek. Jim Morrison śpiewał 

„roll, baby, roll", a on wykonywał jego polecenie. Czuł się świetnie, 

nastrój  poprawiał  mu  się  z  sekundy  na  sekundę.  Naprawi  wszystko. 
Uratuje ks

iężniczkę,  zabije  smoka,  wyświadczy  przysługę  ciotce, 

zrobi  przyjemność  Lauren. A potem, gorliwie wypełniwszy 

obowiązki,  wróci  w  pysznej  formie  do  Bostonu  i  napisze 

najwspanialszą książkę, jaką ktokolwiek kiedykolwiek czytał. 

Pojecha

ł prosto na Hancock Street. Mags nie chciała przyjąć od 

niego  kluczy.  Skoro  zamierza  wrócić,  niech  weźmie  je  z  sobą,  i  tak 

nikomu nie wynajmie się apartamentu podczas jego nieobecności. Nie 

zaglądając do administracji, podjechał prosto pod dom. Drzewa traciły 

liście, trawniki były szarobrunatne. 

background image

Nie zwracaj

ąc  uwagi  na  zmiany  zaszłe  dokoła,  zerknął  w  okna 

parteru. Zasłony były zaciągnięte, zza nich sączyło się światło. Lauren 

była w domu, kilka metrów od niego. 

Wzdrygn

ął  się.  Po  co  te  wszystkie  postanowienia?  Na  co 

wewnętrzne  monologi,  skoro  wszystko  bierze  w  łeb,  kiedy  tylko 

poczuje jej obecność. Skoro tak bardzo pragnie ją mieć, że gotów jest 

na wszystko. Nawet „zaangażować się". 

Masz by

ć przyjacielski. To wszystko. Opanuj się. 

Wysiad

ł  z  samochodu  i  głęboko  odetchnął  wilgotnym 

po

wietrzem.  Poczuł  zapach  pizzy.  Żołądek  natychmiast  przypomniał 

mu,  że  czas  kolacji  dawno  minął.  Przed  wyjazdem  przekąsił  coś  w 

barze i wziął na drogę kubek kawy oraz coś słodkiego, myśląc, że to 
wystarczy. 

Westchn

ął ciężko, wyjął walizkę i ekspres do kawy i poszedł w 

stronę domu. Po dwóch godzinach spędzonych w samochodzie noga 

dawała  mu  się  we  znaki.  Doszedł  do  drzwi  i  sięgnął  do  kieszeni  w 

poszukiwaniu  kluczy.  Jego  ręka  sama,  niezależnie  od  jego  woli, 

wyciągnęła się w drugą stronę. Sięgnęła do dzwonka przy sąsiednich 

drzwiach i nacisnęła go. 

Wieczno

ść minęła, zanim usłyszał odgłos kroków. Potem dźwięk 

otwieranych drzwi. Wreszcie drzwi się otworzyły. W progu stała ona. 

Nie m

ógł oderwać od niej oczu. Czarne włosy, ciemne, niezwykłe 

oczy,  delikatne  kości  policzkowe,  usta.  Cudownie  biała  szyja.  Zarys 

krągłych piersi pod miękkim sweterkiem. Szczupłe biodra. Maleńkie 
stopy. 

Jego wzrok pad

ł  na  prawą  rękę  Lauren.  Tu  najwyraźniej  zaszła 

zmiana.  Nie  wiedział  dlaczego,  ale  Lauren  przestała  chować 

okaleczoną dłoń z podkurczonymi palcami. To musiało coś znaczyć. 

Kiedy ich oczy si

ę spotkały, zrozumiał, że niepotrzebnie dzwonił 

do jej drzwi. Popełnił błąd. Nie trzeba było wracać do Albright. Nie 

powinien był podnosić słuchawki, kiedy usłyszał jej głos. 

Powinien unika

ć Lauren Wyler za wszelką cenę. 

Bo teraz nie m

ógł już się powstrzymać. Musi ją pocałować. Nic 

na to nie może poradzić. 

W chwili kiedy ich oczy si

ę  spotkały,  zrozumiała,  że  całe  jej 

opanowanie pryska. 

Po wielu dniach rozmy

ślań  i  analiz  doszła  do  wniosku, że  musi 

przezwyciężyć  kryzys.  Nie  można  odwracać  się  od  życia  plecami, 

background image

trzeba brać w nim udział, w jego troskach i radościach. Żeby móc to 

uczynić,  trzeba  sobie  znaleźć  cel.  Coś  innego  niż  koncertowanie  i 

owacje publiczności. 

D

ługo  nad  sobą  pracowała.  Musiała  zmienić  cały  system 

myślenia,  odbudować  własne  ja.  To,  co  zaszło,  należało  do 

przeszłości. Nic nie można było zmienić. Nie warto było tracić czasu 

na rozpamiętywanie, co zrobiła, a czego nie. 

Robi

ła  różne  rzeczy.  Między  innymi  kochała  się  z  Alekiem 

Fontaną. To też należało do przeszłości. Nieraz udawało się jej nawet 

przekonać  samą  siebie,  że  nie  było  w  tym  nic  złego.  Miłosna  noc  z 

Alekiem  była  po  prostu  częścią  jej  przeszłości.  Tak  jak  gra  na 

fortepianie. Było, minęło, nie ma o czym rozmyślać. 

Wszystko, co sobie u

łożyła w głowie, znikło jak za dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki, w chwili kiedy ujrzała jego niezwykłe oczy i 

poczuła pod włosami na karku jego rękę. Uniosła głowę i wysunęła ku 
niemu usta. 

Poczu

ła jego wargi na swoich. Rozchyliła usta i mocno objęła go 

ramionami. 

Trwali tak d

łuższą  chwilę.  Czuła  dziwną  słabość  w  nogach. 

Drżała ogarnięta tym samym uczuciem, które tak dobrze pamiętała od 
ich ostatniego spotkania. 

Po chwili jednak czar min

ął.  Siłą  przywołała  się  do  porządku. 

Odzyskała zdolność myślenia. Oderwała się od niego i zrobiła krok do 

tyłu. 

 - Mog

ę wejść? - zapytał. 

Zerkn

ęła  na  niego,  próbując  uciec  przed  jego  hipnotyzującym 

spojrzeniem.  Zauważyła  błękitną  koszulę,  znajomą  kurtkę,  szerokie 

ramiona.  Nic  nie  działało  na  nią  tak,  jak  jego  oczy.  Bała  się  w  nie 

spojrzeć, dopóki czuła jeszcze skutki dotyku jego ust. 

Niech lepiej nie wchodzi. Ona nie mo

że  sobie  ufać.  W  jego 

obecności  zatraca  się  całkowicie.  Ale  musi  z  nim  porozmawiać. 

Wezwała  go  do  Albright,  żeby  pomógł  jej  ratować  Emily.  Ostatnio 
usiln

ie  starała  się  myśleć  o  sobie  w  kategoriach  nauczycielki, 

próbującej oszczędzić uczennicy kłopotów. 

 - Mog

ę wejść? - powtórzył. 

 -  Tak, je

śli  przyrzekniesz,  że  nie  będziesz  próbował  mnie 

całować. - Lauren gestem małej dziewczynki zasłoniła usta. 

Zupe

łnie jakby chciała z nich zetrzeć smak jego pocałunku. 

background image

Alec wyj

ął z kieszonki wykałaczkę i przestąpił próg. 

Stara

ł się nie rozglądać. Niewiele się zmieniło. Wieko fortepianu 

była  zamknięte.  Nuty  starannie  ułożone.  Półki  po  filiżankach  puste. 

Zniknęły wszelkie ślady niedawnej katastrofy. 

 - Co s

łychać? - zapytał. 

Na szcz

ęście na tego typu pytania nie trzeba udzielać konkretnych 

odpowiedzi. 

 - Wszystko w porz

ądku. 

 - Co z r

ęką? 

 -  A jak my

ślisz?  -  spytała,  z  trudem  się  opanowując.  Jej 

cierpliwość była na wyczerpaniu. Obecność Aleca nie działała na nią 

kojąco, to pewne. 

 -  Mog

ę trzymać  pióro. Mogę odbierać telefon. Trochę  mi tylko 

trudno  grać  koncert  fortepianowy  Griega  -  powiedziała,  pokrywając 

ironią rosnący niepokój. 

 - Co s

łychać w Bostonie? - dodała. Wydawał się zaskoczony jej 

rzeczowością. 

 -  Nic ciekawego. Lauren, pytam powa

żnie.  Bardzo  się  o  ciebie 

martwiłem. 

 -  Naprawd

ę?  To  pewnie  dlatego  wyjechałeś  bez  pożegnania. 

Uciekłeś jak złodziej. 

Ton jej g

łosu nie wróżył nic dobrego. 

 -  Przepraszam, ale naprawd

ę  miałem  powody.  Masz  rację, 

uciekłem jak złodziej. Przepraszam. 

Skrucha zrobi

ła  na  niej  odpowiednie  wrażenie.  Może  nie  tak 

wielkie,  żeby  ją  rzucić  w  jego  ramiona,  ale  wystarczające,  żeby 

przestała patrzeć na niego jak na wroga. 

 -  W porz

ądku - powiedziała. - Może masz rację, może było  mi 

łatwiej ułożyć sobie wszystko bez ciebie. 

Wzi

ął ją za rękę. 

 - Mog

ę zapytać, co takiego sobie ułożyłaś? 

Nie jego sprawa. Nie maj

ą ze sobą nic wspólnego. Niepotrzebnie 

wtyka nos w nie swoje sprawy. Jeśli potrzebuje z kimś porozmawiać, 

ma od tego Bellę Bronowitz. Co prawda Bella, chociaż umie słuchać, 

ma  zupełnie inne  doświadczenia. Zawsze była nauczycielką  muzyki, 

nigdy  nie  zaznała  wielkich  rozczarowań.  Wyższość  Aleca  nad  całą 

resztą gatunku ludzkiego polegała właśnie na tym, że ją rozumiał. Nie 

background image

jako kochanek, nie jako mężczyzna. Jako ktoś, kto przeszedł przez to, 

przez co ona musiała przejść. 

Wskaza

ła  mu  miejsce  na  kanapie.  Usiedli.  Automatycznie  oparł 

lewą  nogę  o  stolik,  mimo  woli  przypominając  jej  swoje  własne 
kalectwo. Na pierws

zy  rzut  oka  noga  wyglądała  normalnie.  Dopiero 

kiedy  się  na  nią  patrzyło  dłużej,  widać  było,  że  jest  nienaturalnie 

przygięta w kolanie. 

Nie by

ła  jedyną  osobą  na  świecie,  której  złamano  karierę. 

Podobieństwo losu zbliżyło ją znów do niego. 

 -  Rozmawia

łam  z  dziekanem.  Powiedziałam,  że  chciałabym 

przedłużyć  kontrakt  na  następny  rok  -  powiedziała  polubownie.  - 

Bardzo się ucieszył. Powiedział, że jeśli tylko znajdą środki, na pewno 

postarają się mnie zatrzymać. 

 - Bardzo dobrze. 
W jego oczach dostrzeg

ła radość. 

 - Te

ż się cieszę. Bardzo polubiłam tę pracę. Uczennice są zdolne, 

koledzy  mili,  czuję  się  użyteczna.  Nie  wiem,  czy  będę  uczyć  przez 

resztę życia, ale teraz na pewno tak. 

Widz

ąc, że Alec słucha z prawdziwym zainteresowaniem, dodała: 

 - Nauczy

łam się jednego. Nie planować na dłużej niż na rok. 

 - A co na to wszystko Gerald? 
 - Nic mnie to nie obchodzi. Zerwa

łam z nim wszelkie stosunki. 

 - Czy nie za pochopnie? 
 - I tak za d

ługo czekałam. 

Zbyt dobrze pami

ętała jeszcze ich ostatnie spotkanie. 

Zadzwoni

ła  do  Geralda  w  poniedziałek,  tuż  po  tamtym 

nieszczęsnym  weekendzie.  Powiedziała  mu  o  diagnozie  doktora 

Nylandera i oświadczyła, że nie widzi powodów dalszej współpracy. 

Tego samego dnia, po południu, Gerald zjawił się w Albright. Czekał 

na nią przed domem, kiedy wróciła z pracy. 

 - Co ty tu robisz? - spyta

ła nieprzyjaźnie. 

 - Musisz ze mn

ą wrócić do Nowego Jorku - powiedział, zupełnie 

jakby nie wiedział, że zamierza przedłużyć kontrakt na uczelni. Jakby 

nie rozumiał, że nauczanie to dla niej jedyna  racja bytu. Jakby stale 

jeszcze wierzył, że ma prawo nakazywać jej, co ma robić. 

 -  Chyba zwariowa

łeś  -  krzyknęła.  -  Nie  mam  po  co  wracać  do 

Nowego Jorku. Wszystko skończone. Muszę sobie ułożyć życie. 

background image

 - Po to w

łaśnie przyjechałem - powiedział spokojnie, spoglądając 

na nią zza szkieł. - Niepotrzebnie chodziłaś do tego doktora. 

 - Dlaczego? Bo nie zapyta

łam ciebie o zdanie? 

 - Nie o to chodzi. Wola

łem, żebyś została u doktora Hayesa dla 

twojego własnego dobra. Nie chciałem odbierać ci nadziei. Bałem się, 

że  się  załamiesz.  Doktor  Hayes  też  się  tego  obawiał.  Postanowił 

oswajać  cię  stopniowo  z  tym,  co  się  stało.  Twój  stan  psychiczny 

wymagał wielkiej ostrożności. 

 -  Czy to znaczy... to znaczy, 

że  doktor  Hayes  od  początku 

wiedział, że moja ręka nigdy nie będzie sprawna? Że nigdy nie będę 

grała? I ty też to wiedziałeś! Przez cały czas mnie oszukiwałeś! 

 -  Dla twojego w

łasnego  dobra  -  powiedział  z  namaszczeniem 

Gerald. - 

Nie byłaś w stanie... 

 -  I musia

łeś mnie chronić. No, to ci teraz powiem, że już nigdy 

więcej nie będziesz musiał się mną zajmować. Jestem wystarczająco 

silna, żeby to robić sama - mówiła dalej mocno podniesionym głosem, 

nie zważając na to, że znajdują się na ulicy. - Kłamałeś, oszukiwałeś, 

złamałeś mi rękę! 

 - To by

ł wypadek. Szosa była śliska... 

 -  I to, 

że kłamałeś, to też był wypadek! Bałeś się że nie zniosę 

prawdy! Miałeś rację, takiej prawdy nie zniosę ani chwili dłużej! 

 -  Dlatego stara

łem  się  ją  dawkować.  -  Nic  nie  było  w  stanie 

wyprowadzić z równowagi kogoś tak wytwornie ubranego jak Gerald. 

Chciałem,  żebyś  dowiadywała  się  o  wszystkim  stopniowo,  a 

tymczasem mogliśmy powoli opracowywać nowy plan działania. Co 

prawda  nie  możesz  występować,  ale  są  inne  sposoby  wykorzystania 
twojego talentu. 

 - Nie mam ju

ż „talentu" - powiedziała unosząc okaleczoną dłoń. 

 -  Jeste

ś  osobą  sławną.  Możemy  to  wykorzystać.  Rozpocząłem 

wstępne  rozmowy  z  pewną  fabryką  fortepianów.  Mogłabyś  być  ich 

reprezentantem.  Coś  w  rodzaju rzecznika i modelki. Mówiłem  też  z 

producentami  szampana.  Piękna  kobieta  z  kieliszkiem  szampana  w 

dłoni,  oparta  niedbale  o  fortepian.  Klasyczna  piękność,  seksy,  poza. 

To są duże pieniądze. Bardzo duże pieniądze. Oni wszyscy są gotowi 

sporo  zapłacić  za  reklamę  swoich  produktów.  Wszystko  załatwię. 

Stale jeszcze jesteś młoda i bardzo ładna. 

 - Stale jeszcze... - powiedzia

ła, ale Gerald nie zrozumiał ironii. 

 - To s

ą olbrzymie pieniądze - powtórzył. 

background image

 - Zarabiam jako nauczycielka. 
 - Ale nie tyle. 
 - Jako wypchany manekin? 
 -  Liczy si

ę  styl.  I  pieniądze.  Nie  zapominaj  skąd  pochodzisz. 

Przeszłaś bardzo długą drogę. Nie chcę, żebyś to zmarnowała. 

 - Nie chc

ę zmarnować samej siebie. 

Tego nawet Gerald nie m

ógł słuchać spokojnie. 

 - Pos

łuchaj, zaufaj mi... 

 -  Zaufa

ć?  Tobie?  Po  tym,  jak  kłamałeś,  jak  namówiłeś  doktora 

Hayesa, żeby mnie okłamywał? 

 -  Sp

ędziliśmy  razem  tyle  lat  -  powiedział,  uśmiechając  się  z 

wysiłkiem. - Pomagałem ci robić karierę. Pracowaliśmy razem, ciężko 

pracowaliśmy.  Gdyby  nie  ja,  nie  stałabyś  się  pianistką  światowej 

sławy. 

 -  A teraz jestem kim

ś  innym  -  nigdy  nie  słyszał  podobnego 

chłodu w jej głosie. - Nie ma już światowej sławy pianistki. To była 

prawda. Jej własna prawda. 

 - Niewa

żne, kim byłam. Ważne, kim jestem teraz. 

W kilka minut p

óźniej  Gerald  odjechał.  Stała  przed  domem, 

patrząc, jak znikają światła jego samochodu. 

Wa

żne,  kim  jestem  teraz,  powtórzyła  w  myślach  i  nagle  pojęła 

cały  sens  tego  zdania.  Jest  teraz  dorosłą  osobą,  w  pełni  świadomą 

swoich możliwości. Może o sobie decydować. I zrobi to. Nikt nigdy 

nie będzie kierował jej życiem. 

 -  Mo

że  kiedyś  ja  i  Gerald  spotkamy  się  i  porozmawiamy 

normalnie  - 

powiedziała  do  Aleca  -  ale  nie  teraz.  Zaangażowałam 

adwokata,  żeby  załatwił  moje  sprawy.  Rozstanie  z  menedżerem  to 

gorsze niż rozwód. 

 - I chyba tak samo smutne. 
M

ówił  szczerze  i  jego  wrażliwość  zaskoczyła  ją.  Niesłusznie. 

Przecież  tamtego  dnia  uciekł  dlatego,  że  nie  był  w  stanie  znieść  jej 

rozpaczy. Dał jej czas na załatwienie jej własnych spraw. Wyczuwał 

wszystko,  co  się  z  nią  działo.  Jego  wrażliwość  mówiła  mu,  że 

powinien się wycofać, że jego chęć pomocy obraża ją i paraliżuje. 

Tak brzmia

ła  jedna  wersja  wydarzeń.  Druga  nie  była  równie 

op

tymistyczna. Był tchórzem, przestraszył się kiedy zobaczył miłość 

w jej oczach. Uciekł, bo bał się konsekwencji. 

Zawaha

ła się. Jedno i drugie jest równie prawdopodobne. 

background image

Najwa

żniejsze jest to, że ona pomyliła seks z miłością i w każdej 

chwili gotowa pomylić się po raz drugi. 

Nie wolno jej o tym my

śleć. Nie teraz, kiedy siedzi obok niego na 

kanapie. Nie teraz, kiedy w każdej chwili może ją pocałować. Trzeba 

jak najszybciej zmienić temat. 

 - Co zamierzasz zrobi

ć w sprawie Emily? 

Nie od razu pu

ścił  jej  dłonie.  Najwyraźniej  potrzebował  trochę 

czasu. Zmiana tematu nie przyszła mu łatwo. 

W

łożył do ust wykałaczkę. Przez chwilę milczał. 

 -  Po pierwsze  -  powiedzia

ł  wreszcie  -  trzeba  wybadać,  czy  to 

Phelps jest profesorem, który jej ob

iecał stypendium. 

 - Zgoda. 
 -  W takim razie musz

ę  za  nią  pochodzić.  Zobaczę,  z  kim  się 

spotyka, co robi. Phelps lubi mnie, więc i od niego mogę się czegoś 

dowiedzieć. 

 - A co ja mam robi

ć? 

 - Ty? Nic. 
 - Jak to - nic? Przecie

ż to moja uczennica. 

 -  W

łaśnie  dlatego.  Jesteś  nauczycielką.  Nie  możesz  uganiać  się 

po campusie za swoimi studentkami. 

 - Ale... ale ja chc

ę coś zrobić. Spojrzał na jej ślicznie wykrojone 

usta. 

 - Chcesz co

ś zrobić? Po prostu bądź. 

 - Jak to? 
 - B

ądź na miejscu. Może Emily będzie chciała porozmawiać. Po 

prostu  wysłuchaj.  Może  uda  ci  się  zdobyć  jej  zaufanie.  Może 
wszystko ci wyzna. 

Lauren by

ła rozczarowana. 

Mia

ła  ochotę  działać.  To  było  takie  podniecające.  Bardziej  niż 

siedzenie  w  klasie  w  oczekiwaniu,  aż  studentce  zachce  się 
opowiedzie

ć jej o swoim romansie z profesorem. 

 -  Jak mam zdoby

ć  jej  zaufanie,  skoro  chce  przerwać  lekcje 

muzyki? 

 -  Zr

ób  coś,  żeby  nie  przerwała.  Zmień  jej  godziny,  zrób 

wszystko, żeby w dalszym ciągu do ciebie przychodziła. 

 - Spr

óbuję. 

 -  Tak d

ługo,  jak  się  z  tobą  widuje,  jest  w  pewnym  stopniu 

bezpieczna. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jesteś dla niej oparciem. 

background image

Najlepszym  z  możliwych.  Potrafisz  sprawić,  że  człowiek  zaczyna 

widzieć więcej, pomagasz mu zrozumieć jego własne problemy. 

Zabrzmia

ło  to  niebezpiecznie  intymnie,  ale  była  skłonna  to 

wybaczyć,  ze  względu  na  szczerość  brzmiącą  w  jego  głosie.  Nie 

chciał  jej  schlebiać,  nie  chciał  jej  uwieść.  Wyrażał  po  prostu  pewną 

opinię. • 

Bardzo j

ą  ciekawiło,  co  takiego  Alec  zrozumiał  dzięki  niej,  ale 

nie mogła zapytać. Nie chciała, żeby zabrnęli na grząskie ścieżki ich 

wzajemnych stosunków, to mogło zaprowadzić zbyt daleko. 

U

śmiechnęła się tylko. Alec puścił jej rękę i wstał. 

Odprowadzi

ła go do drzwi. Znowu od niej wychodził. W zupełnie 

innej sytuacji niż ostatnim razem, ale znowu wychodził. Wiedziała, że 

jej dom będzie pusty i smutny bez niego. Że nie będzie domem. 

Otworzy

ł  drzwi,  zatrzymał  się  i  odwrócił  ku  niej.  Stał  jakby 

szukając  odpowiednich  słów  pożegnania  kogoś,  kogo  się  kiedyś 

trzymało w ramionach i przez kogo zostało się odrzuconym. 

 -  Do zobaczenia  -  powiedzia

ł  powoli.  Spojrzała  w  jego  oczy. 

Poczuła jego niezwykłe spojrzenie. 

 - Do zobaczenia. 
Zamkn

ęła drzwi i oparła się o nie. Tak jak się spodziewała, bez 

Aleca było strasznie pusto. 

By

ło  pusto,  ale  nie  była  sama.  Alec  był  na  górze.  Zaraz  znowu 

usłyszy jego kroki, dźwięk telewizora, szmer prysznica. Alec znowu 

stanie  się  częścią  jej  świata.  W  pewnym  stopniu  będzie  do  niej 

należał. 

Wr

ócił do niej i pragnie jej. Ona też go pragnie. Co będzie, jeśli ją 

znowu pocałuje, weźmie, a potem znowu odejdzie? Co się stanie, jeśli 

się okaże, że ona go kocha, a jemu na niej wcale nie zależy? 

Nic si

ę nie stanie. Będzie tak, jak jest teraz. Będzie samodzielna i 

niezależna. Zakochana i zupełnie sama. 

background image

Rozdzia

ł 12 

Mimo ciep

łego swetra, który włożył pod kurtkę, było mu zimno. 

Wiał  przenikliwy  listopadowy  wiatr.  Alec  wsadził  ręce  do  kieszeni 

spodni i szybkim krokiem ruszył przez campus. 

Pod domem, gdzie mieszka

ła Emily, nieco zwolnił. W większości 

okien paliło się światło. Za zasłonami przesuwały się cienie dziewcząt 
Wychodzi

ły  grupkami,  ze  stosami  książek  w  ramionach,  i  szły  w 

stronę  biblioteki.  Wyjął  wykałaczkę  z  ust  i  przystanął  w  cieniu 

rozłożystego drzewa. Doskonały punkt obserwacyjny. 

Wr

ócił do Albright przed czterema dniami, a widział Lauren tylko 

raz.  Wtedy,  zaraz  po  przyjeździe.  Kilka  razy  rozmawiał  z  nią  przez 

telefon.  Pierwsza  rozmowa  odbyła  się  wkrótce  potem,  jak  Lauren 

udało się odwieść Emily od zamiaru zrezygnowania z lekcji muzyki. 

Bardzo si

ę ucieszył. Lauren jednak była zasępiona. 

 - Tak si

ę czuję, jakbym grała komedię. 

 - Co przez to rozumiesz? 
 - Powiedzia

łam, że postawię jej piątkę, co zwiększy jej szanse na 

otrzymanie stypendium. 

 - A nie zamierza

łaś postawić jej piątki? 

 - Owszem. Zas

ługuje na to. Ale w tej sytuacji poczułam, że chcę 

nią... manipulować. 

U

śmiechnął się w duchu. Co za naiwność. Skoro to według niej 

była  manipulacja,  jak  nazwałaby  sztuczki,  do  których  on  sam  się 

uciekał,  kiedy  pracował  w  policji.  Kłamał,  grał  komedie,  udawał  i 

podpuszczał. Każdy sposób dobry, jeśli może pomóc w śledztwie. Cel 

uświęca środki. Stosował tę zasadę w praktyce. 

Zachowa

ł  jednak  powagę.  Jej  idealizm  i  szlachetność  miały  w 

sobie coś wzruszającego. 

 -  Nie przejmuj si

ę  tym  -  powiedział  -  ciesz  się,  że  nie 

zrezygnowała z lekcji muzyki. 

 -  Tak, ale powinna na nie chodzi

ć  dlatego,  że  lubi  grać  i  ma 

talent, a nie z powodu stypendium. 

 -  Nareszcie zrozumia

łaś. Świat właśnie taki jest. Udało ci się ją 

przekonać. Dobre i to. 

Nast

ępną rozmowę odbyli w dniu, kiedy Emily przyszła na lekcję 

w nowym zmienionym terminie. 

Lauren zadzwoni

ła do niego zaraz po jej wyjściu. 

background image

 -  Jest potwornie spi

ęta. Próbowałam z nią trochę porozmawiać. 

Kiedyś wspomniała, że jest zakochana, więc zapytałam, czy ma jakieś 

kłopoty. 

 - Co odpowiedzia

ła? 

 -  Jeszcze bardziej posmutnia

ła.  Powiedziała,  że  nienawidzi 

mężczyzn, bo chodzi im tylko o jedno. 

Lauren g

łęboko westchnęła, co zrobiło na nim większe wrażenie 

niż jej słowa. 

 -  Mam nadziej

ę,  że  wyprowadziłaś  ją  z  błędu  -  powiedział 

żartobliwie. 

Lauren nie podj

ęła jego tonu. 

 - Wzi

ąwszy pod uwagę, jak słabo znam mężczyzn, nie mogę być 

w tych sprawach autorytetem. Może ty mógłbyś mi to wyjaśnić, a ja 

następnym razem po prostu jej powtórzę. 

Wiedzia

ł, że dzwoni z pracy, ale wyobraził sobie, że jest w domu, 

na  dole.  Gdyby  tak  było,  a  sprawy  między  nimi  układałyby  się  w 

miarę  normalnie,  mógłby  po  prostu  odłożyć  słuchawkę  i  zejść  na 

parter. Mogliby porozmawiać w cztery oczy. Tak, i zaraz zacząłby ją 

całować... 

Emily Spaeth zna

ła mężczyzn znacznie lepiej niż jej nauczycielka 

muzyki... Ale do rzeczy. 

 - Czy wspomnia

ła nazwisko Phelpsa? 

 - Nie. Ja te

ż nie próbowałam tego robić. Była w okropnym stanie. 

Powiedziała,  że  ma  kłopoty  z  dwoma  innymi  przedmiotami,  pewnie 

dostanie tróje i może stracić stypendium. 

 - Bardzo jej zale

ży na pieniądzach. 

 - Na to wygl

ąda. Powiedziała, że jest gotowa na wszystko, żeby 

nie stracić stypendium. 

 - To mo

że sugerować, że chodzi o romans z Phelpsem. 

 -  Jest taka naiwna  -  Lauren pr

óbowała  bronić  uczennicy.  -  Nie 

sądzę, żeby sobie zdawała sprawę z tego, co robi. 

 - S

ądzisz, że bidulka nie wie, że to brzydko iść z kimś do łóżka 

dla zysku? - 

zapytał bardziej obcesowo niż zamierzał. Zdenerwowało 

go, że Lauren tak uparcie broni uczennicy, pouczając przy okazji jego, 

który  usiłuje  chronić  dziewczynę  przed  jej  własną  głupotą.  Jeśli  nie 

widzi, kto tu działa w dobrej wierze, musi być tak samo ślepa jak jej 
pupilka. 

background image

 - Emily jest dzieckiem. Ma zaledwie dwadzie

ścia lat. Nie wolno 

ci sądzić jej zbyt surowo. 

Znowu mia

ł  ochotę  przywołać  ją  do  porządku.  Zrezygnował 

jednak. Po co? D

laczego  ma  widzieć  świat  w  takim  świetle  jak  on? 

Nic  ich  nie  łączy.  Od  jego  powrotu  zadzwoniła  zaledwie  dwa  razy. 

Nie  warto  budować  nic  wspólnego.  Nawet  czegoś  tak  ulotnego,  jak 

wizja świata. 

Stara

ł  się  przebywać  w  pobliżu  domu.  Zupełnie  jak  zakochany 

nastolatek, gotów przybiec na pierwsze wezwanie. Nigdy jej nie 

spotkał,  mimo  że  nieraz  przechodził  obok  instytutu  muzykologii. 

Nigdy nawet nie spojrzała w jego okna - ani kiedy rano wychodziła z 

domu, ani kiedy wracała wieczorem. 

Nie tylko jej nie widywa

ł. Nie słyszał jej również. 

Od powrotu nie doszed

ł  jego  uszu  z  mieszkania  Lauren  żaden 

dźwięk. 

S

łyszał  oczywiście  codzienne  odgłosy,  takie  jak  przesuwane  w 

kuchni  krzesło,  otwierana  szafka  czy  szmer  wody  wpuszczanej  do 

wanny. Nigdy jednak nie słyszał muzyki. 

Lauren ca

łkowicie przestała grać. 

Mo

że  kiedy  był  w  Bostonie,  powzięła  jakieś  ważne 

postanowienia. 

Nie mia

ła  oczywiście  żadnej  motywacji.  Ale  wolałby,  żeby  od 

czasu  do  czasu  grała  po  prostu  dla przyjemności,  dla  samej  siebie. 

Było coś nienaturalnego w tym nagłym  zerwaniu z czymś, co dotąd 

stanowiło istotę jej życia. 

Co

ś  nienaturalnego,  co  dowodziło,  że  niezupełnie  jeszcze 

pogodziła się z tym, co się stało. Nie potrafiła pogodzić się z losem, 

nie  potrafiła  zaakceptować  prawdy.  Może  było  trochę  za  wcześnie, 

może musi upłynąć trochę czasu, żeby znowu zasiadła do fortepianu. 

On  sam  potrzebował  ponad  pół  roku,  żeby  wrócić  do  „normalnego" 

życia. Sześć miesięcy na to, żeby móc wejść do budynku, do którego 

wbiegał przez tyle lat. Doświadczenie równie ciężkie jak fizyczny ból. 

Wszyscy  bardzo  się,  oczywiście,  cieszyli.  Kobiety  całowały  go  w 

policzki,  a  koledzy  częstowali  kawą  i  klepali  po  plecach.  Wszyscy 

byli  bardzo  mili  i  uśmiechnięci.  W  ich  uśmiechach  dostrzegał 

współczucie i rozumiał, że jest obcy. Obcy. W starych dekoracjach nie 

było dla niego miejsca. 

background image

Musia

ło  upłynąć  pół  roku,  żeby  zdecydował  się  na  następną 

wizytę. W tym czasie napisał już połowę książki i negocjował właśnie 

warunki  umowy.  Czuł  się  znacznie  lepiej,  miał  coś  nowego,  nie 

musiał myśleć o sobie jako o niezdolnym do służby gliniarzu. 

De czasu potrzeba, 

żeby Lauren przestała myśleć o sobie jako o 

pianistce? 

Jak d

ługo jeszcze on, Alec, będzie o niej myślał jako o kochance? 

Wci

ąż  nie  mógł  zapomnieć.  Pamięć  o  wspólnie  spędzonej  nocy 

pokryło  wspomnienie  powitalnego  pocałunku  po  jego  powrocie  do 

Albright.  Miał  świadomość,  że  to  ona  odsunęła  się  od  niego.  Ona 

cofnęła się i powiedziała „nie". 

Musia

ł to zrozumieć. Nie mogła postąpić inaczej. Kiedyś już od 

niej  odszedł.  Ostatnio  wszystko  psuł.  Nie  mógł  zostać,  bo  musiał 

szanować jej prawo do decydowania o własnym losie. Ona musiała go 

odtrącić z tego samego powodu. 

Wszystko mo

żna  wytłumaczyć.  Znacznie  trudniej  panować  nad 

emocjami.  Ostatnio  coś  o  tym  wiedział.  Pragnął  jej.  Źle  sypiał.  W 

nocy  wspominał  niezwykłe  przeżycie,  jakiego  doznał  kochając  się  z 

nią. Nie mógł przy tym nie myśleć, jak cudownie byłoby powtórzyć to 

raz jeszcze. Powoli, spokojnie smakując każdą chwilę, każdy gest. 

Jego fascynacja Lauren Wyler wzros

ła  jeszcze  po  powrocie  do 

Albright. 

Bardzo chcia

ł, żeby uwierzyła, że nic jej z jego strony nie „grozi". 

Cóż,  jeśli  sam  nie  mógł  w  to  uwierzyć.  Fascynacja  to  jedno,  a  chęć 

spędzenia życia razem - to zupełnie co innego. Zresztą gdyby nawet 

się zdecydował, ona na pewno odrzuciłaby jego propozycję. Może po 
prostu nic dla niej nie znaczy. 

Ona dla niego znaczy wiele. Zbyt wiele. Szale

ństwem wydawała 

mu się myśl, że zostaną przyjaciółmi. Jak mógł się łudzić, że wróci, 

załatwi  sprawę  Phelpsa  i  spokojnie  powie  jej  „do  widzenia"! 
Zamieszka sobie na górze i spokojnie b

ędzie znosił jej sąsiedztwo! 

Drzwi domu akademickiego otworzy

ły się i  wyszły z nich dwie 

dziewczyny. Jednej z nich Alec nie znał. Druga była wysoką, zgrabną 

blondynką.  Oderwał  myśli  od  Lauren  i  postanowił  się  skupić  nad 

„sprawą Emily". 

Zaraz po porannej rozmowie z Lauren zadzwoni

ł  do  Phelpsa  i 

zaproponował spotkanie. Profesor był zachwycony jego telefonem, ale 

background image

z przykrością musiał odmówić. Po południu miał się spotkać z jakąś 

studentką. 

 -  Pewna 

ślicznotka  chce  ze  mną  omówić  sprawy  związane  z 

dalszym tokiem  studiów  - 

powiedział  i  Alec  wyobraził  sobie  jego 

obleśny uśmieszek. - Jeśli możesz, spotkajmy się jutro. 

„Ślicznotka", pomyślał idąc w ślad za Emily i jej koleżanką. Jeśli 

szła na spotkanie z nim, nie była znowu taka naiwna. 

Dziewcz

ęta  skręciły  w  lewo  i  ruszyły  drogą  prowadzącą  do 

biblioteki i... Dwight Hall. Alec podążył za nimi. 

Zatrzyma

ły  się  przed  budynkiem  biblioteki.  Co  będzie,  jeśli 

Emi

ly wejdzie do środka razem z koleżanką? Nic. Pójdzie prosto do 

Dwight Hall zobaczyć, kim jest ślicznotka, dyskutująca z Phelpsem o 
„dalszym toku studiów". 

Wola

ł jednak, żeby chodziło o Emily. Właściwie wszystko jedno, 

ale Emily jest związana z Lauren. Gdyby uratował ją przed Phelpsem, 

miałby szansę na podziękowanie... 

Po kilku minutach rozmowy kole

żanka weszła do środka, a Emily 

została  na  zewnątrz.  Stał  po  drugiej  stronie  ulicy,  błogosławiąc 

ciemności.  Dwight  Hall  znajdował  się  tuż  obok.  Od  biblioteki 

oddzielał go jedynie instytut języków obcych. 

W kilku oknach pali

ło  się  światło.  Jedno  z  nich  należało  do 

Rogera Phelpsa. 

Emily zrobi

ła kilka kroków i weszła do budynku politologii. Alec 

odczekał kilka sekund i podążył za nią. 

Na schodach nie spotka

ł  nikogo.  Szedł  szybko,  starając  się  nie 

robić  hałasu.  Dopiero  na  samej  górze  zwolnił  i  rozejrzał  się.  Emily 

pukała do drzwi Phelpsa. 

Przylgn

ą) do ściany i poczekał, aż wejdzie do gabinetu profesora. 

Potem wyszedł z ukrycia i poszedł korytarzem w kierunku drzwi. 

Spojrza

ł  na  zegarek.  Trzeba  odczekać  kilka  minut.  Musi  zastać 

Phelpsa  w  sytuacji  kompromitującej,  ale  nie  krytycznej.  Chodzi o 
Emily. 

Sta

ł  i  czekał.  Lampy  błyszczały,  słychać  było  buczenie 

wentylacji. Min

ęła  go  jakaś  studentka.  Obrzuciła  ciekawym 

spojrzeniem i poszła dalej. Włożył do ust wykałaczkę. 

Znowu spojrza

ł  na  zegarek.  Odkąd  dziewczyna  weszła  do 

gabinetu,  minęło  pięć  minut  Powinno  wystarczyć.  Zdecydowanym 

krokiem podszedł do drzwi i głośno zapukał. 

background image

Us

łyszał szmer głosów, potem zapadła cisza. 

Odczeka

ł  kilka  sekund  i  zapukał  jeszcze  raz.  Szmer  głosów 

powtórzył się. 

 -  Roger!  -  krzykn

ął  -  otwórz!  Przyszedłem,  żeby  cię  zabrać  na 

piwo! 

Um

ówieni  byli  co  prawda  na  jutro,  ale  sądził,  że  hałas  zmusi 

Rogera do szybszego otwarcia drzwi. 

Po chwili drzwi uchyli

ły  się.  Stanął  w  nich  Roger,  tarasując 

wejście.  Jego  potargane  włosy  i  pośpiesznie,  niestarannie  włożone 

ubranie świadczyły przeciw niemu. 

 - Cze

ść, Alec - powiedział, próbując swobodnie się uśmiechnąć. - 

Przecież umówiliśmy się na jutro. 

 - Naprawd

ę? - zdziwił się Alec. - Jestem potwornie roztargniony. 

Byłem pewien, że to dzisiaj. 

Roger mocniej przycisn

ął drzwi. 

 -  Chod

ź,  daj  się  namówić,  mam  ochotę  się  napić.  Wiesz,  jak 

pisarze tego potrzebują. Świat przedstawiony i te sprawy. 

Profesor nie mia

ł wyjścia. 

 -  Daj mi dziesi

ęć  minut. Zaraz będę gotowy, - Roger próbował 

zamknąć mu drzwi przed nosem. 

 - Oczywi

ście, chętnie poczekam. - Mówiąc te słowa Alec z całej 

siły kopnął drzwi i wpadł do środka. 

Na czerwonej kanapce siedzia

ła  Emily  w  rozpiętej  bluzce  i 

opuszczonych dżinsach. W jej oczach malowało się przerażenie. 

Jaki

ś czas panowała cisza. 

Emily spu

ściła  głowę,  kryjąc  twarz  za  zasłoną  złotych  włosów. 

Alec  wyjął  z  kieszeni  wykałaczkę  i  włożył  ją  do  ust.  Roger  nie 

spuszczał z niego wzroku. Milczał. 

 - Jak widzisz - powiedzia

ł wreszcie - przyszedłeś nie w porę. 

 - Lepiej teraz ni

ż kilka minut później - stwierdził spokojnie Alec. 

Roger u

śmiechnął się porozumiewawczo. 

 - W pewnym sensie masz racj

ę. 

 -  Co ty wyprawiasz, przecie

ż  ona  jest  studentką?  Emily  niżej 

pochyliła głowę. 

 - Jest osob

ą pełnoletnią. 

 - Co z tego? 
 - To, 

że teraz... powinieneś już pójść, a piwa napijemy się jutro. 

 - A co z jej stopniem? 

background image

 - Z jakim stopniem? 
 - Czy zawsze w ten sposób poprawiasz studentkom stopnie? 
Emily nagle poderwa

ła  się,  jednym  ruchem  odrzuciła  włosy  z 

twarzy. 

 -  Prosi

ł  mnie o to, kazał  mi przyjść, powiedział, że mi pomoże 

dostać  stypendium.  Zgodziłam  się,  bo  mi  przyrzekł,  że  wszystko 

załatwi! Przyrzekł mi! 

Roger zmiesza

ł się. 

 - Mo

że i jesteś pełnoletnia, ale nie można powiedzieć, żebyś była 

dojrzała. Ubierz się i do widzenia - zwrócił się Alec do dziewczyny. 

Jej z

łość natychmiast zmieniła adresata. 

 -  Niech mi pan nie rozkazuje! Nie ma pan prawa. To sprawy 

moje i Rogera. 

Tego by

ło trochę za dużo. 

 - Wiesz, ma

ła, jak się to nazywa, kiedy ktoś bierze pieniądze za 

takie rzeczy? 

Ch

łodny ton jego głosu podziałał na nią otrzeźwiająco. 

 -  Kaza

ł  mi  to  zrobić!  Nie  dla  pieniędzy!  Chciałam  skończyć 

szkołę! 

 -  Do niczego jej nie zmusza

łem  -  w  głosie  Rogera  brzmiał 

niesmak. - 

Przyszła tu z własnej woli. 

 -  My

ślałam,  że  mnie  kochasz  -  Emily  zaczęła  zapinać  bluzkę, 

wciągnęła dżinsy i skarpetki - a ty przecież jesteś żonaty i w ogóle tak 

samo było z tamtą dziewczyną, w zeszłym roku. Dowiedziałam się o 

tym.  Zawsze  wmawiasz  studentkom,  że  są  nadzwyczajne  i  że  im 

pomożesz. Tamta teraz studiuje na Harwardzie. Trzeba ci tylko okazać 

„dobrą  wolę".  Prosiłeś,  żebym  przychodziła  do  ciebie  wieczorami, 

nawet  kosztem  lekcji  muzyki.  Powiedziałeś,  że  powinnam  ci  się 

odwdzięczyć, pamiętasz? W oczach Phelpsa dostrzegł nienawiść. 

 -  Widz

ę,  jak  się  potrafisz  odwdzięczyć  -  wycedził.  -  Czy ty 

wiesz,  kim  jestem?  Czy  wiesz,  że  jestem  najlepszym  specjalistą  w 

swojej  dziedzinie?  Robili  ze  mną  wywiady.  Rozmawiałem  z 

prezydentem. A ty jesteś po prostu niczym. Średnio zdolną uczennicą, 

która nie wie, jak sobie załatwić stopień. Powinnaś być mi wdzięczna, 

że w ogóle zechciałem na ciebie zwrócić uwagę. 

Alec wzdrygn

ął się. Miał dosyć. Odwykł od podobnych brudów. 

Przyłapał  Phelpsa  na  gorącym  uczynku,  ale  nie  zamierzał 

wysłuchiwać ich wzajemnych oskarżeń. 

background image

 -  Emily, zabieraj si

ę  stąd,  ale  już  -  powiedział.  -  Sam  się  nim 

zajmę. 

 -  To naprawd

ę  nie  moja  wina  -  w  jej  głosie  zamiast  skruchy 

brzmiał gniew. - Przyrzekł mi... 

 - Id

ź stąd - powtórzył rozkazująco. 

Emily zebra

ła  rozsypane  książki  i  rzuciwszy  mu  wściekłe 

spojrzenie, zniknęła za drzwiami. 

Alec spojrza

ł na Phelpsa. Po ustach profesora błąkał się ironiczny 

uśmieszek. 

 -  Zdarza si

ę  -  powiedział,  przekonany,  że  Alec  doskonale  go 

rozumie. Wyraźnie rozbawiony, przysiadł na biurku. 

Alec sta

ł bez ruchu. Nic tu po nim. Spełnił swój obowiązek. Mags 

powinna być zadowolona. Uchronił Emily przed zrobieniem głupstwa. 

Mógł teraz stąd wyjść, zostawić tego bałwana i umyć starannie ręce. 

Co

ś  go  jednak  powstrzymywało.  Obraz  pięknej  żony  Rogera, 

przestrach  w  oczach  Emily,  a  przede  wszystkim  Lauren.  Broniła 

swojej  uczennicy  tak  uparcie,  jak  uparcie  próbowała  wierzyć,  że 

będzie grać. Tak jakby obie sprawy były równie ważne. 

Ze wzgl

ędu na Lauren nie mógł tego zostawić. 

 - Takie rzeczy nie zdarzaj

ą się same - powiedział cichym głosem, 

z  satysfakcją  widząc,  jak  zadowolenie  na  twarzy  Phelpsa  powoli 
znika. - 

To ludzie robią takie rzeczy. 

 -  Daj spokój  - 

Roger  próbował  się  bronić.  -  Nie rób z tego 

tragedii. Sama tego chciała... 

 - Jest jeszcze prawie dzieckiem. Mog

łaby być twoją córką. 

 - Mimo to dobrze wie, czego chce. 
 -  Mia

łeś  nad  nią władzę.  Sam  mi  mówiłeś,  że  człowiek  zostaje 

profesorem, żeby mieć władzę. Ty jej nadużyłeś. 

 - Alec, pos

łuchaj... 

 - Niedobrze mi si

ę robi na twój widok. Wkładaj buty i idziemy. 

Musisz porozmawiać z rektorem. 

 - Pani Wyler? - us

łyszała w telefonie zdyszany dziewczęcy głos. 

Przepraszam, że do pani dzwonię. Nazywam się Kitty Forsythe. Pani 

mnie nie zna. Jestem przyjaciółką Emily Spaeth. 

Lauren zacisn

ęła  dłoń  na  słuchawce.  Była  ósma  wieczór. 

Słyszała,  jak  Alec  wychodził.  Słyszała  wszystko,  co  robił.  Resztę 

sobie  dopowiadała.  Bacznie  śledziła  życie  rozgrywające  się  piętro 

background image

wyżej.  Wyszedł  przed  godziną,  a  teraz  jakaś  koleżanka  Emily 

telefonuje do niej, wyraźnie przestraszona. 

 - Tak, s

łucham - powiedziała. 

 - Strasznie mi przykro, 

że przeszkadzam, ale... 

 - Nie przeszkadzasz mi. Co si

ę stało? 

 -  Chodzi  o Emily. Wiem, 

że  ma  z  nią  pani  lekcje.  Jest  pani 

jedyną  nauczycielką,  jaką  lubi.  Więc  dzwonię,  bo  ona  się  pakuje. 

Mówi,  że  wyjeżdża  z  Albright,  rzuca  szkołę,  jest  w  bardzo  złym 

stanie.  Nie  chce  iść  do  opiekuna  roku  i...  zamknęła  się  w  swoim 
pokoju i... j

a wiem, że jest późno, ale... 

 - Nic nie szkodzi - przerwa

ła jej Lauren. - Gdzie mieszkacie? 

Od

łożyła  słuchawkę,  złapała  żakiet  i  klucze.  Stało  się.  Czuła  to 

wyraźnie.  Emily  w  czasie  lekcji  była  zupełnie  inna  niż  zwykle. 

Roztargniona,  nieuważna,  myślami  przebywająca  gdzie  indziej. 

Lauren chciała zapytać o sercowe sprawy, ale bała się ją spłoszyć. 

Mo

że  nic  się  nie  stało  między  nią  a  Phelpsem.  Może  po  prostu 

pokłóciła się ze swoim chłopakiem i dlatego tak się zamartwia. Może 

dlatego  chce  opuścić  szkołę.  Dwudziestolatki  zwykle  lubią 

przesadzać. 

Biegn

ąc  wzdłuż  Hancock  Street,  Lauren  próbowała  sobie 

wmówić,  że  tak  właśnie  jest.  Emily  pokłóciła  się  z  chłopakiem.  Ot, 

zwykła  sprzeczka  zakochanych.  Wiedziała  jednak,  że  telefon 

koleżanki  musiał  dotyczyć  czegoś  innego.  Alec  wyszedł  wieczorem. 
Na pewno w sprawie Phelpsa. A teraz jej najzdolniejsza studentka 

jest, mówiąc słowami jej koleżanki, w strasznym stanie. 

Bieg

ła,  czując,  jak  policzki  czerwienieją  jej  od  chłodu;  z  jej  ust 

wydobywały  się  białe  obłoczki.  W  drzwiach  domu akademickiego 

pokazała legitymację dyżurującej studentce. 

 - Nazywam si

ę Lauren Wyler. Pracuję w instytucie muzykologii. 

Przyszłam do Emily Spaeth. 

Dziewczyna uj

ęła słuchawkę telefoniczną. 

 - Zadzwoni

ę na górę. 

 -  Popro

ś  Kitty  Forsythe.  Dziewczyna  zamieniła  z  kimś  kilka 

słów. 

 - Drugie pi

ętro - powiedziała do Lauren. - Może pani iść na górę. 

Lauren wbieg

ła na schody. Na pierwszej kondygnacji dobiegł ją 

gwar  młodzieńczych  głosów,  śmiechy,  szmer  prysznica.  Na  drugim 

piętrze czekała na nią blada dziewczyna o przestraszonych oczach. 

background image

 - T

ędy - pociągnęła za sobą Lauren w głąb korytarza. - Na imię 

mam  Kitty.  Mieszkam  naprzeciwko.  Emily  zamknęła  się  i  chyba 

płacze.  Nie  wiem,  może  wzięła  jakiś  narkotyk...  ale  chyba  nie? 

Zawsze jest taka ostrożna, nawet nie pije wina. 

 -  My

ślisz,  że  pokłóciła  się  z  chłopakiem?  -  zapytała  Lauren, 

pewna przeczącej odpowiedzi. 

 - Z jakim ch

łopakiem? 

 -  Powiedzia

ła  mi  dziś  w  czasie  lekcji,  że  ma  dość  wszystkich 

mężczyzn. Pomyślałam, że to może wina jej chłopaka. 

Kitty zaprzeczy

ła ruchem głowy. 

 -  Ona nie ma ch

łopaka.  Chyba  kręci  z  jakimś  profesorem.  Nie 

mówiła  mi,  z  kim,  bo  to  wielka  tajemnica. On podobno się  w  niej 

zakochał i coś tam dla niej robi i tak dalej. Od razu sobie pomyślałam, 

że to głupie, żeby tak z profesorem... 

 - Czyli tak naprawd

ę, nie ma chłopaka? 

 -  Ma tylko tamtego. Zupe

łnie  zwariowała  na  jego  punkcie. 

Ostatnio  powiedziała,  że  zrozumiała,  że  on  jej  nie  kocha,  tylko  po 

prostu zamierza ją wykorzystać, i że ona odpłaci mu tym samym. 

 - My

ślisz, że między nimi do czegoś doszło? 

 - Nie wiem. Powiedzia

ła, że postara się, żeby zrobił dla niej, co 

może,  bo  skoro  jej  nie  kocha,  to  niech  ona  z  tego  przynajmniej  coś 
ma. Nie rozumiem, o co jej chodzi, ale ona chyba wie, co robi. 

„Idzie z nim do łóżka, żeby jej postawił dobry stopień", w uszach 

Lauren  zabrzmiały  słowa  Aleca.  Zrobiło  się  jej  niedobrze.  Wbrew 

podejrzeniom,  wbrew  cynicznej  pewności  Aleca,  próbowała  dotąd 

wierzyć,  że  takie  rzeczy  się  nie  zdarzają.  Miała  nadzieję,  że  Emily 

przynajmniej kocha Phelpsa. Alec jednak miał absolutną rację. „Takie 

jest życie, Lauren". 

 - To jej pokój? - 

zapytała, kiedy stanęły pod drzwiami. 

 -  S

łuchaj,  Emily!  -  krzyknęła  Kitty.  -  Przyszła  do  ciebie  pani 

Wyler. 

 - Nikogo nie chc

ę widzieć! 

 -  Emily  -  powiedzia

ła  spokojnie  Lauren  -  proszę  cię,  otwórz, 

chcę ci pomóc. 

Naprawd

ę  chciała  tylko  jednego:  potrząsnąć  nią  i  skrzyczeć. 

Głupia,  bezmyślna  dziewczyna!  Była  jednak  nauczycielką.  Jej 

obowiązkiem było pomóc uczennicy. 

background image

W chwil

ę  potem  drzwi  się  otworzyły  i  ukazała  się  zapłakana 

twarz z czerwonymi oczym

a. Za nią na łóżku leżała otwarta walizka. 

Po całym pokoju walały się ubrania. 

Lauren podzi

ękowała  Kitty  i  weszła  do  środka,  zamykając  za 

sobą drzwi. 

 - Kitty powiedzia

ła, że zamierzasz opuścić szkołę. 

 - Musz

ę wyjechać. 

 - Chodzi o pieni

ądze? 

 -  Chodzi o moj

ą  opinię.  Jestem  skończona.  Emily  wytarła  łzy 

chusteczką. 

 - B

ędzie straszny skandal. 

 - Mia

łaś romans z profesorem Phelpsem - powiedziała Lauren. 

Dziewczyna rzuci

ła jej spłoszone spojrzenie. 

 - Sk

ąd pani wie? Skoro pani wie, to znaczy, że wiedzą wszyscy. 

 - Nikt nie wie. 
 -  Ten jego przyjaciel wie. Nakry

ł  nas.  Jestem  taka  głupia,  to 

wszystko moja wina... 

 -  Nie twoja. Profesor Phelps jest doros

ły,  Emily.  Powinien 

wiedzieć lepiej. Nadużył twojego zaufania. 

Emily 

łkała,  przyciskając  mokrą  chusteczkę  do  oczu. Lauren 

spostrzegła pudełko na polce, wyjęła papierową serwetkę i podała jej. 

Ta też wkrótce zwilgotniała. 

 - Na pocz

ątku myślałam, że on coś do mnie czuje. Bardzo mi to 

pochlebiało.  Dorosły  mężczyzna  i  do  tego  profesor.  Stale  mnie 

zapraszał  do  swojego  gabinetu  i  tak  dalej.  A  potem  powiedział,  że 

może mi załatwić stypendium. Naprawdę myślałam, że mnie kocha. 

 - A ty go kochasz? 
Emily nie odpowiedzia

ła, skinęła tylko głową. 

 - Wiedzia

łaś, że ma żonę? 

 -  Z pocz

ątku  nie.  Potem,  kiedy  się  dowiedziałam,  wytłumaczył 

mi, że to nie szkodzi. Możemy sobie wzajemnie pomagać. Powiedział, 

że bardzo lubi pomagać studentkom, jeśli są dla niego miłe. Może im 

pomóc dostać stypendium, może je wysłać na jakiś dobry uniwersytet 

albo na studia doktoranckie. A ja ledwo mogę opłacić studia tutaj. 

 -  Tym nie powinna

ś  się  przejmować.  Jest  tyle  możliwości 

zarobienia  pieniędzy.  Możesz  wziąć  pożyczkę  albo  znaleźć  sobie 

jakąś pracę. Mam zresztą coś dla ciebie. Możesz dawać lekcje muzyki. 

background image

W  Albright  jest  wielu  młodych  ludzi,  chcących  się  uczyć  gry  na 

fortepianie. Jeśli będziesz chciała, polecę cię komuś. 

Emily spojrza

ła na nią przez łzy. 

 - Naprawd

ę? Zrobi to pani? 

 -  Jest wiele mo

żliwości  przyzwoitego  załatwienia  sprawy. 

Romans z profesorem do nich nie należy. 

Emily j

ęknęła. 

 - Wyrzuc

ą mnie, na pewno. 

 - Nie pozwol

ę na to. 

 - Powinni to zrobi

ć. To nie jest szkoła dla idiotek takich jak ja. 

 - Nie jeste

ś idiotką. Wpadłaś w tarapaty, ale na szczęście udało ci 

się z nich wydostać. 

 -  To ten przyjaciel Rogera mnie stamt

ąd  wyrwał.  Przeszkodził, 

zanim  było  za  późno.  Wpadł  do  jego  gabinetu,  zupełnie  jakby 

wiedział, co się dzieje. Nawet nie był zdziwiony. Po prostu wszedł i 

wyrzucił mnie stamtąd. 

Lauren zamierza

ła  jej  wyjaśnić,  że  Alec  wcale  nie  jest 

przyjacielem  Rogera,  ale  dała  spokój.  Nieważne, kim jest. 

Najważniejsze,  że  zjawił  się  we  właściwym  czasie.  Zanim  było  za 

późno. 

 -  Jutro  -  powiedzia

ła  -  pójdziemy razem do opiekunki roku i 

przedstawimy całą sprawę. 

 -  Na pewno pomy

śli,  że  jestem  za  głupia,  żeby  studiować  w 

Albright. 

 -  Pomy

śli, że jesteś naiwna, niedoświadczona i popełniłaś błąd. 

Kobieta,  kiedy  jest  niedoświadczona,  nieraz  się  myli.  Źle  rozumie 

intencje mężczyzny. Widzi miłość tam, gdzie jest tylko pożądanie. To 

nie jest głupota, to część dorastania. Uczymy się na błędach. 

 -  Pani te

ż? - dziewczyna szeroko otworzyła oczy. - Coś takiego 

się pani przytrafiło? 

Lauren u

śmiechnęła się smutno. 

 -  Nie kocha

łam  się  nigdy  w  żonatym  profesorze,  ale  kiedyś 

zakochałam  się  w  kimś,  kto...  czuł  coś  innego  niż  ja.  Ja  grałam 
rapsodie, a on rock and rolla. - 

Odchrząknęła i mówiła dalej: - Wiele 

się  nauczyłam.  Ty  też  będziesz  teraz  inna.  Tak  właśnie  zostaje  się 

kobietą. 

Um

ówiły  się,  że  następnego  dnia  pójdą  załatwić  sprawy, 

pocałowała  dziewczynę  w  policzek  i  wyszła.  Po  uliczkach  campusu 

background image

szalał  zimny  wiatr.  Postawiła  kołnierz  płaszcza,  włożyła  ręce  do 

kieszeni. Nie miała dokąd się śpieszyć. 

Sz

ła  powoli  przez  uśpiony  campus,  jeszcze  raz  przeżywając 

rozmowę  z  Emily.  Miała  wrażenie,  że  jej  pomogła,  poradziła, 

wskazała drogę. Spełniła swój obowiązek. 

Mo

że  tylko  była  niezupełnie  szczera.  Powiedziała,  że  wiele  się 

nauczyła  na  własnych  błędach.  Trochę  przesadziła.  Jeśli  chodzi  o 

Aleca, nie nauczyła się niczego. 

Przyjecha

ł  do  Albright,  żeby  pomóc  ciotce.  Mimo  że 

postępowanie Emily od początku mu się nie podobało, pomógł i jej. 

Pomógł  też  Lauren,  wbrew jej woli, narażając  się  na  jej  gniew.  Nie 

robił tego dla pieniędzy ani dla sławy, ani żeby zyskać władzę. Pobyt 

w Albright nic mu nie dał. Nie napisał nowej książki, nie uleczył nogi. 

Nigdy jej nie oszuka

ł. Nieważne, czy chodziło o jej przyszłość, o 

jej  grę  czy  uczucia.  W  przeciwieństwie  do  Phelpsa  i  Geralda,  nigdy 

nie kłamał. Działał otwarcie i szczerze. 

Nigdy nie m

ówił, że ją kocha. Kochał się z nią, bo tego chciała. 

Kiedy  zorientował  się  w  charakterze  jej  uczuć,  odszedł,  nie  dlatego, 

żeby ją zranić, tylko żeby oszczędzić jej przyszłych cierpień. 

Kocha go. Teraz jest ju

ż pewna, że go kocha. 

Powiedzia

ła  mu,  że  nie  potrzebuje  jej  bronić,  i  wierzyła  w  to. 

Teraz,  kiedy  tak  szła  samotnie  wzdłuż  Hancock  Street,  starała  się 
j

edynie  wierzyć,  że  będzie  potrafiła  się  obronić  przed  miłością  do 

człowieka, który jej nie kocha. 

background image

Rozdzia

ł 13 

Alec nacisn

ął dzwonek przy drzwiach rektorskiej rezydencji lewą 

ręką.  Prawą  trzymał  na  pokrytym  tweedem  ramieniu  profesora 
Phelpsa. Roger na pewn

o nie będzie próbował zwiać, ale ostrożność 

nie zawadzi. 

Profesor prezentowa

ł  się  nieszczególnie.  Jego  dawna  pewność 

siebie gdzieś zniknęła. Mimo że Alec był tylko o kilka centymetrów 

wyższy,  Roger  wyglądał  przy  nim  jak  połamana  marionetka. 

Ponieważ nikt nie otwierał, Alec znowu nacisnął dzwonek. Na piętrze 

otworzyło się okno, podnieśli głowy. Ukazała się pani rektor. 

 - Kto tam? 
Alec si

łą  powstrzymał  się  od  śmiechu.  Stary  dobry  zwyczaj 

rodziny  Cudahy.  Babcia  zawsze  tak  robiła.  Wychylała  się  z  okna  i 
sprawd

ziwszy, kto dzwoni, spokojnie zrzucała klucze. Ciekawe, kiedy 

Mags zacznie wyrzucać klucze przez okno rektorskiej rezydencji. 

 -  To ja, Mags  -  krzykn

ął.  -  Przyprowadziłem  kogoś.  Musimy  z 

tobą porozmawiać. 

 - Ju

ż schodzę. 

Po chwili masywne odrzwia uchyli

ły  się.  Mags  miała  na  sobie 

flanelowy  szlafrok,  na  nosie  okulary,  włosy  w  nieładzie.  -  Mam 

nadzieję, że panowie wybaczą mi strój. Zwykle nie przyjmuję gości o 
tej porze, ale - 

jak sądzę - sprawa jest pilna. 

 -  Nie na tyle, 

żeby  panią  wyciągać  z  łóżka  -  powiedział  sucho 

Roger. 

 - Nie by

łam w łóżku - odparła. - Próbowałam pisać referat, który 

mam  wygłosić  w  Chicago  w  przyszłym  tygodniu.  Coś  mi  jednak 

mówi, że referat będzie musiał poczekać. 

Odsun

ęła  się  i  poprosiła  ich  do  środka.  Przeszli  przez salon do 

niewielkiego gabinetu umeblowanego antykami. Mags zasiad

ła  w 

fotelu, Roger przycupnął w rogu kanapy. 

 - Wydaje mi si

ę, że profesor Phelps chciałby z tobą porozmawiać 

o swojej pracy w Albright - 

powiedział Alec. 

Mags, przetar

ła okulary. 

 - Jak daleko zasz

ły sprawy? 

 -  Zasta

łem  ich  jeszcze  w  ubraniu.  Postukała  palcami  w  oparcie 

fotela. 

 - Kim jest ta studentka? 

background image

 -  Emily Spaeth. Chyba z pierwszego roku. Ba

ła  się,  że  będzie 

miała słabe stopnie. Roger postanowił jej pomóc. 

Phelps skrzywi

ł się. Na twarzy Mags odmalował się niesmak. 

 - A co z tamt

ą zeszłoroczną sprawą? 

 -  Wiedzia

ła  o  tym.  Roger  co  prawda  jeszcze  nie  potwierdził, 

ale... 

 - Emily by

ła wściekła - przerwał mu Phelps. - Nie wiedziała, co 

mówi. 

 - Doskonale wiedzia

ła, stary. Zresztą mamy dowody. 

 - Jakie dowody? - Roger zblad

ł. 

 - List. 
 -  Napisany przez przyjaci

ółkę  tamtej  dziewczyny  -  wyjaśniła 

Mags. 

 -  Jednym s

łowem  -  profesor  wyprostował  się  z godnością  - 

bardziej  wierzycie  słowom  jakiejś  studentki  niż  profesora 
uniwersytetu. 

 - Je

śli to ty nim jesteś... szkoda gadać - Alec wkroczył do akcji. - 

Albo zaraz wszystko powiesz, albo ci pomogę przypomnieć sobie, jak 

to było. Wiesz, że my, policjanci, mamy swoje sposoby... 

 - Czego ode mnie chcecie? - przestraszy

ł się Roger. - Tamto, w 

zeszłym  roku,  to  nie  była  moja  wina.  Sama  do  mnie  przyszła. 

Wiedziała, że mam znajomości na Harwardzie. Zaproponowała mi... 

 -  A ty po prostu nie potrafi

łeś  odmówić  -  dokończył  za  niego 

Alec. 

 - 

Żebyś  wiedział.  Kiedy  młoda,  śliczna  kobieta  sama 

człowiekowi wchodzi do łóżka, to, bardzo cię przepraszam, Margaret, 
ty chyba tego nie rozumiesz... 

 - Doskonale rozumiem - spojrza

ła na niego zza okularów. - Tym 

razem to też pewnie była wina Emily. Wszystkiemu winne te okropne 

dziewczyny. Ty, biedny, bezbronny człowiek, po prostu nie wiesz, jak 
s

ię przed nimi bronić. 

 -  To znaczy...  -  sytuacja Rogera stawa

ła  się  coraz  gorsza.  Alec 

nawet  jakby  zaczynał  mu  współczuć.  Wiedział,  co  znaczy,  kiedy 

ponętna kobieta ofiarowuje swoją miłość, wiedział, jak bardzo trudno 

się powstrzymać. 

Ale on nie oszukiwa

ł Lauren. Nie obiecywał nic w zamian. Nie 

wy

łudził od niej miłości. Pragnął tylko, żeby jej było dobrze. 

background image

Mimo to rozumia

ł  Phelpsa.  Nie  wszystko,  co  robił,  ale  jego 

motywacje.  Może  był  trochę  lepszy  od  nieszczęsnego  profesora,  ale 
nie za bardzo. 

 - Mo

że byś się czegoś napił, Alec - powiedziała znacząco Mags. 

Zanim  coś  postanowimy,  chciałabym  porozmawiać  z  profesorem 

Phelpsem sam na sam. Kuchnia jest za jadalnią, korytarzem w lewo. 

Zostawi

ł  ich  samych.  Świadomość,  że  ma  coś  wspólnego  z 

Phelpsem, wstrząsnęła nim. Byli jakoś do siebie podobni, ale wiele ich 

dzieliło. Nie tylko to, że on do niczego Lauren nie zmuszał. Główna 

różnica polegała na tym, że bardzo się o nią niepokoił. Martwił się o 

nią i martwi się nadal. Bardzo mu na niej zależy. 

Zgodnie ze wskazówka

mi  Mags,  przeszedł  przez  ogromną 

jadalnię  i  korytarzem  dotarł  do  ogromnej  kuchni.  Zobaczył  dwie 

wielkie lodówki. W jednej z nich stały kartony piwa. 

Otworzy

ł  butelkę  i  pociągnął  łyk.  Sprawa  dobiegała  końca. 

Jeszcze tylko Mags omówi z Rogerem warunki kapitu

lacji  i  można 

spuszczać kurtynę. Kulminacja i zakończenie. Epilog, jak mawiał jego 
wydawca. 

Historia Phelpsa dobieg

ła  końca.  Pozostała  jednak  jeszcze  inna 

historia. Lauren Wyler. Skomplikowane w

ątki  tej  sprawy  również 

trzeba było uporządkować. 

Oboje pope

łnili  błąd.  Ona  była  delikatną  księżniczką,  subtelną i 

naiwną.  Pewnego  dnia  spotkała  na  swojej  drodze  nadopiekuńczego 

gliniarza.  Przyjęła  jego  pomoc,  bo  miała  kłopoty.  Potem  się 

otrząsnęła. Zebrała siły i nikogo nie potrzebuje. 

On te

ż jej nie potrzebuje. Też jest silny. Lauren pociąga go jako 

kobieta, fascynuje go i sprawia, że myśli o niej bez przerwy. Ale to 

nie znaczy, że się w niej zakochał. 

U

śmiechnął się gorzko i pociągnął z butelki. 

Z korytarza dosz

ły go głosy Mags i Phelpsa. Wyszedł z kuchni, 

żeby  asystować  przy  pożegnaniu.  Drzwi  do  gabinetu  były  otwarte. 

Stał w nich Phelps. Ich spojrzenia spotkały się. 

Przez chwil

ę mierzyli się wzrokiem. Profesor miał zaciśnięte usta, 

zapadnięte policzki, brwi uniesione jak znaki zapytania. 

Alec chrz

ąknął. Nie bardzo wiedział, co powiedzieć. 

"Bardzo mi przykro. Jako

ś  tak  wyszło.  Wszystkiego  dobrego. 

Dziękuję, że chwaliłeś moją książkę". Lepiej już nic nie mówić. 

background image

Phelps namy

ślał  się  chwilę.  Potem,  zupełnie  jakby  doszedł  do 

tego samego wniosku, odwrócił się i oddalił bez słowa. 

G

łucho trzasnęły zamykane drzwi. 

Alec poszed

ł  do  gabinetu  Mags.  Pani  rektor  siedziała  w  fotelu, 

oczy miała zamknięte, nogę opartą o antyczny stolik. 

 -  Przecie

ż  to  antyk,  cioteczko!  -  krzyknął  zgorszony.  - 

Natychmiast zdejmij tę nogę! 

Otworzy

ła oczy. 

 - Mam lepszy pomys

ł - powiedziała zmęczonym głosem. - Chodź 

tutaj i też sobie połóż nogę na stoliku. Nie wiem, jak ty, ale ja jestem 
kompletnie rozbita. 

Usiad

ł obok niej, podsunął butelkę. Mags napiła się piwa. 

 - Poprosi

łam, żeby złożył rezygnację - powiedziała, nie czekając 

na pytanie.  - 

Musiałam trochę nalegać, ale wreszcie się zgodził. Nie 

miał innego wyjścia. Niestety, muszę go trzymać do końca semestru. 

Nie mogę go wyrzucić, ma zbyt wielu studentów. Ze względu na nich 

nie mogę przerywać zajęć. 

 - Masz ju

ż kogoś na jego miejsce? 

 - B

ędę miała kogoś na wiosenny semestr. Pewną panią doktor z 

Yale. Pisałam już do niej. 

Jej aktywno

ść wywarła na nim wrażenie. 

 - My

ślisz, że się zgodzi? 

Mags znowu poci

ągnęła z butelki. 

 -  Nie proponowa

łam  jej  jeszcze  nic  konkretnego.  Czekałam,  aż 

wyjaśnisz sprawę Phelpsa. 

Ale przyjedzie na pewno, studiowa

ła  w  Albright.  Przyjedzie  z 

samego sentymentu dla starej szkoły. 

 - Zmowa absolwentów. Nie ma to jak stare roczniki. 
 - G

łupi jesteś. 

 -  A co z m

łodszymi?  Myślę  o  Emily?  Uśmiech  znikł  z  twarzy 

Mags. 

 - Musz

ę z nią porozmawiać. To nie będzie dla niej miłe. Cała ta 

historia musiała ją nieźle zestresować. 

 -  Nie jest znowu taka zagubiona  -  powiedzia

ł  twardo.  - 

Wiedziała, w co się pakuje. Nie jest taka głupia. 

 -  Oczywi

ście, w tej szkole nie ma głupich dziewcząt. Dbamy o 

odpowiedni poziom. Co nie znaczy, że jest odporna na stresy. Nawet 

mądre dziewczyny robią głupstwa i potem cierpią. 

background image

 - Roger powiedzia

ł - podjęła po chwili - że tylko wziął, co sama 

dawała.  Kto  wie,  ile  razy  postąpił  już  w  myśl  tej  zasady.  Wiemy 

przecież tylko o Emily i tamtej dziewczynie z Harwardu. 

 - Nie s

ą zupełnie bez winy - Alec postanowił wystąpić w obronie 

brzydszej  płci.  Albright,  podobnie  jak  jego  rodzinny  dom,  wyraźnie 

był bastionem wojującej kobiecości. 

 - Owszem - Mags skin

ęła głową - nie są. Trudno powiedzieć, kto 

zrobił  pierwszy  krok.  Sądzę  jednak,  że nie zawsze kiedy kobieta 
gotowa jest co

ś dać, mężczyzna musi ten dar przyjąć. Nieraz musi po 

prostu odmówić, ponieważ w przeciwnym razie zrani kobietę bardziej 

niż  mówiąc  „tak".  Wiem,  że  to  przeciwko  męskiej  naturze.  Phelps 

powinien umieć odmówić, nawet jeśli same do niego przychodziły. 

Mags nie zdawa

ła sobie sprawy, jak wielkie wrażenie zrobiły na 

nim jej słowa. Długo po tym, jak opuścił rektorską rezydencję, stale 

jeszcze je słyszał. Tkwiły w nim, nie dając spokoju. 

Do diab

ła z tym wszystkim. Wszystko nieważne. I to, co zaszło 

między  nim  a  Lauren,  i  to,  kto  dawał,  a  kto  brał,  kto  powinien  był 

powiedzieć „nie", a tego nie zrobił. Wszystko nieważne. Nie miał w 

Albright  nic  do  roboty.  Nie  powinien  się  oszukiwać.  Umiał  zawsze 

spojrzeć prawdzie w twarz. Bez względu na to, jaka była. Lauren go 

odepchnęła.  Nie  chciała  z  nim  mieć  nic  wspólnego.  Potrafiła  z  nim 

rozmawiać tylko o Emily i jej romansie z Phelpsem. Raz na zawsze 

przestała  grać  na  fortepianie.  Kiedyś  prosił  ją,  żeby  grała  dla  niego. 

Ale potem porzucił ją, a kiedy wrócił, nie chciała, żeby cokolwiek ich 

łączyło. Nawet coś tak ulotnego jak jej gra. 

Musi si

ę  z  tym  pogodzić.  Nie  chce  go  widzieć.  Powinien  jak 

najszybciej stąd wyjechać. 

Kiedy doszed

ł do domu, w oknach na parterze było ciemno. Było 

wpół  do  dziesiątej.  Nie  powinno go obchodzić,  o  której  wraca  do 

domu.  Siłą  zmusił  się  do  ominięcia  wzrokiem  jej  drzwi.  Otworzył 

własne i poszedł po schodach na górę. 

By

ł wyczerpany. Wziął prysznic, przebrał się, sięgnął po walizkę. 

Właściwie  może  już  się  pakować.  Im  prędzej  stąd  wyjedzie,  tym 
lepiej. 

Postawi

ł walizkę na łóżku i zatrzymał się. Nie mógł tego zrobić. 

Może jutro. Tylko nie teraz. 

background image

Teraz powinien wzi

ąć  się  do  pracy.  Od  chwili  powrotu  do 

Albright  nie  napisał  słowa.  Dziś  wieczór  postanowił  wszystko 

nadrobić. 

Wkr

ęcił  papier  do  maszyny.  Zdania  popłynęły  nadspodziewanie 

łatwo. 

Pok

ój wypełnił stukot maszyny do pisania. Za oknem wył wiatr. 

Usadowił  się  wygodnie,  wyprostował  lewą  nogę.  Skończył  stronę  i 

wkręcił do maszyny następną kartkę papieru. 

Akcja post

ępowała naprzód. Policjant dzielnie zapobiegł zbrodni, 

ale  stracił  dziewczynę.  Podczas  krótkiego  pobytu  w  Bostonie 

próbował  pokierować  fabułą  inaczej.  Bohater  sprawdza  się  jako 

policjant doskonały, a ponadto ma szczęście w miłości. Teraz nabrał 

pewności, że tych dwóch spraw pogodzić nie można. Każda opowieść 

rządziła się swymi własnymi prawami, epilog był tylko konsekwencją. 

Sam do tego doszed

ł. Tak właśnie musiało być. 

Zapobiec zbrodni, utraci

ć miłość. Jemu przytrafiło się to samo. 

Tak by

ł  pogrążony  w  pracy,  że  z  początku  nic  nie  słyszał. 

Dopiero  kiedy  na  chwilę  przerwał  pisanie,  żeby  wkręcić  następną 

kartkę, doszły go dźwięki muzyki. 

Kilka niepewnych s

łabych dźwięków. 

Nie ma co nas

łuchiwać. Powinien wrócić do pracy. Zna przecież 

zakończenie tej historii. 

Wkr

ęcił  papier  do  maszyny.  Uniósł  dłonie,  próbując  się 

skoncentrować. 

Akord. Jeden, dragi, trzeci. Dziwna synkopowana muzyka. 
Co ona gra? Przecie

ż  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  muzyką 

klasyczną!  Wstał  od  maszyny  i  przeszedł  do  salonu,  skąd  lepiej 

słyszał. 

Lauren improwizowa

ła.  Powolna,  bluesowa  muzyka.  Kiedy  się 

myliła,  nie  poprawiała  błędu.  Grała  dalej,  tak  jakby  dysonans  był 

zamierzony.  To  nawet  dodawało  grze  uroku.  Początkowo  unikała 

wysokich  dźwięków,  oszczędzając  okaleczoną  dłoń.  Potem  jednak 

włączyła chore palce do gry. Pomyliła się raz i drugi. Nie zatrzymała 

się,  zwiększyła  tempo,  przechodząc  do  rytmu  rocka.  Następnie 

zwolniła, jakby bawiła się własnymi marzeniami. 

Nigdy dot

ąd nie słyszał tak pięknej muzyki. 

Musia

ł  się  przyznać  przed  samym  sobą,  że  bardzo  pragnął  nie 

utracić tej dziewczyny. 

background image

Gra

ła,  bo  on  pisał.  Grała,  żeby  sobie  dowieść,  że  jest  na  to 

wystarczająco  silna.  Przeżyła  pożegnanie  z  muzyką,  teraz  musi 
u

dowodnić, że potrafi przeżyć pożegnanie z miłością. 

D

ługo  błądziła  po  campusie,  starając  się  uporządkować  myśli. 

Dopiero  mróz  zagnał  ją  do  domu.  Wróciła  na  Hancock  Street.  W 

oknach na piętrze paliło się światło. 

Alec jeszcze nie wyjecha

ł.  Wkrótce  to  zrobi.  Wypełnił  zadanie. 

Nie ma powodu, żeby zostawał w Albright. 

Wesz

ła  do  siebie,  zamknęła  drzwi,  zaczęła  słuchać.  Z  góry 

dochodził jedynie dźwięk maszyny do pisania. 

Wyobrazi

ła sobie jego ręce dotykające klawiszy. Automatycznie 

zerknęła na swój instrument. Nie siedziała przy fortepianie od... 

Od tamtej nocy, kiedy si

ę kochali. 

Zdj

ęła płaszcz i położyła go na krześle. Podeszła do fortepianu i 

poczuła  w  gardle  skurcz  strachu.  Jeśli  zamierza  zakończyć  sprawę 

Aleca, musi najpierw uporządkować swoje własne. 

Wzi

ęła głęboki oddech. Uniosła klapę i spojrzała na biało - czarne 

klawisze. Jej oczy napełniły się łzami. 

„Takie jest życie", przypomniała sobie jego słowa i zaczęła grać. 
R

ęce same unikały dawnych układów. Tak jakby bały się powrotu 

do  tego,  co  kiedyś  legło  u  podstaw  jej  kariery.  Chłodny  dotyk 

klawiszy  miał  w  sobie  coś  bliskiego  i  kojącego.  Nagle  poczuła,  że 

prawa ręka przestaje ją krępować. 

Gra

ła zupełnie inną muzykę. Nie taką, jaką grywała dla pieniędzy 

czy sukcesu. Grała muzykę, która była częścią jej życia. 

Pozwoli

ła  melodii  rozwijać  się  samodzielnie.  Dźwięki  układały 

się  same,  naturalnie  i  swingująco.  Czuła  się  jak  człowiek,  który  po 

długiej  diecie  chrupie  kawałek  czekolady.  Albo  po  upalnym  letnim 

dniu zanurza się w chłodne fale jeziora. 

Spojrza

ła w okno. Za szybą, na zewnątrz, stał Alec. 

Patrzy

ł na nią. 

Muzyka, jak narkotyk, zwolni

ła jej reakcje. Ręce na klawiaturze 

spowolniały. Zapanowała cisza. 

Patrzy

ł na nią pytająco. Z jego ust wydobywały się białe obłoczki 

pary.  Miał  na  sobie  tylko  dżinsy  i  sweter.  Nie  czuł  zimna.  Stał  i 

patrzył. 

background image

Je

śli  go  wpuści  do  środka,  popełni  największy  błąd  w  swoim 

życiu.  Nie  może  nie  udawać,  że  nie  rozumie  jego  spojrzenia.  Jak 

zahipnotyzowana, podeszła do drzwi i otworzyła. 

 - Dzi

ękuję - powiedział Alec, przestępując próg. 

Odsun

ęła się, żeby nie być zbyt blisko. 

 - Na pewno zmarz

łeś. 

Wyci

ągnął przed siebie zmarznięte dłonie. Uśmiechnął się. 

 -  Owszem. Strasznie d

ługo  stałem.  Zdziwiła  się.  Jak  długo  tam 

stał? Jak długo 

gra

ła  zaczarowana  muzyką?  Dlaczego  wpuszcza  go  do  pokoju, 

tego s

amego  pokoju,  gdzie  już  kiedyś  przestała  nad  sobą  panować? 

Przecież w każdej chwili może ją pocałować... 

 -  My

ślałam,  że  się  szykujesz  do  wyjazdu  -  powiedziała 

spokojnie. 

Skin

ął głową. 

 -  Nawet zdj

ąłem  walizkę.  Zamierzałem  się  pakować,  ale  nie 

mogłem. Nie mogłem wyjechać bez pożegnania. 

Naprawd

ę zszedł tylko, żeby jej powiedzieć „do widzenia". 

 -  Ale zacz

ęłaś grać - mówił dalej, ponieważ Lauren milczała - i 

zrozumiałem, że nie mogę się pożegnać i odejść. 

Zrobi

ł krok w jej stronę. 

 - Dlaczego? Przecie

ż zrobiłeś, co do ciebie należało. 

 -  Kiedy ci

ę pocałowałem po  raz pierwszy, powiedziałaś, że nie 

możesz się angażować. 

Po

łożył  jej  dłoń  na  karku.  Drgnęła,  ale  starała  się  opanować 

dreszcz, jaki przebiegł jej ciało. 

 - By

łem zadowolony, bo ja też nie chciałem się angażować. Ale 

nie chciałem też spędzić życia pisząc książki. Stało się inaczej. Ty nie 

chciałaś spędzić życia ucząc muzyki. Stało się inaczej. Wydaje mi się, 

że  jeśli  chodzi  o  miłość,  też  coś  się  stało  niezupełnie  tak,  jak 

planowaliśmy. 

Delikatnie j

ą pocałował. 

 - Alec - powiedzia

ła bezradnie. - Nie mogę sobie pozwolić na to, 

żebyś  przychodził  i  odchodził.  Straciłam  bardzo  wiele,  nie  mogę 

stracić nic więcej. 

 -  Nie stracisz mnie  -  uj

ął jej głowę w dłonie. - Powiedz, żebym 

został. 

background image

Tak jak jej palce odpowiada

ły na dotyk klawiszy fortepianu, tak 

usta odpowiadały na dotyk jego ust. 

Nie wiedzia

ła,  jak  znaleźli  się  w  sypialni.  Nagle  spostrzegła,  że 

stoją  obok  łóżka,  całując  się.  Czuła,  jak  obejmują  ją  silne  ramiona. 

Czuła jego dłoń we włosach. Jego język w swoich ustach. Pragnął jej 

tak bardzo, jak ona pragnęła jego. Ogarnęło ją znajome uczucie, które 

pojawiało  się  zawsze,  kiedy  jej  dotykał.  Teraz  było  jej  wszystko 

jedno.  Nawet  gdyby  znowu  miał  ją  opuścić,  pragnęła  się  z  nim 

kochać. 

Wsun

ęła  dłonie  pod  jego  sweter  i  dotknęła  owłosionej  skóry. 

Lekko odsunął jej ręce. 

 - Nie 

śpiesz się tak - szepnął. - Niech to trochę trwa. 

Skin

ęła  głową,  ale  jej  ręce,  jakby  żyjąc  własnym  życiem,  dalej 

wędrowały po jego ciele. Alec uśmiechnął się lekko, kiedy dotknęła 
ustami jego sutek. 

Widz

ąc, że prężą się i twardnieją pod dotykiem jej ust, sięgnęła 

ręką do paska jego spodni. 

Poca

łował ją znowu i zaczął rozpinać bluzkę. 

Kiedy ju

ż była naga, zaczaj całować jej piersi. 

Po

łożył się na plecach i pociągnął ją za sobą. 

Ich usta znowu si

ę spotkały. Czuła jego ręce na swoich biodrach, 

brzuchu,  udach.  Zdjął  z  niej  spodnie,  a  widząc,  że  niezręcznie 

manipuluje przy jego dżinsach, ściągnął je jednym ruchem. 

 -  Powiedz mi, co mam zrobi

ć - powiedział ledwo dosłyszalnym 

głosem. 

 -  Wszystko  -  chcia

ła  powiedzieć.  -  Chcę  ciebie  całego,  chcę 

twojej miłości na zawsze. 

 -  Nie wiem  -  powiedzia

ła tylko, bojąc się, że zażąda więcej niż 

będzie mogła znieść. 

Przez chwil

ę wpatrywał się w jej twarz. Potem ześlizgnął się pod 

nią, drobnymi pocałunkami znacząc jej ciało. 

 -  Alec...  -  szepn

ęła  z  przestrachem,  czując  w  sobie  jego  język. 

Odsunął jej dłonie. 

W j

ęku, który po chwili usłyszała, nie rozpoznała własnego głosu. 

Całe ciało miała napięte jak struna, serce przestało bić, płuca czerpać 

powietrze. Jej ciało przebiegł nagły spazm; cała była w tym spazmie, 

cała była miłością. 

background image

 -  Alec...  -  j

ęk przeszedł w krzyk. Czuła się zupełnie bezbronna; 

nigdy dotąd nie należała do nikogo w sposób tak absolutny. Musiała 

teraz zrobić coś dla niego. 

Przesun

ęła dłonią w dół po jego brzuchu, tak jak ją nauczył tamtej 

nocy. Poczuła jego przyśpieszony oddech. Instynktownie zrozumiała, 

że  pragnie  czegoś  więcej  niż  jej  ręki.  Ujęła  go  z  tyłu  za  biodra  i 

przyciągnęła do siebie. 

 - Lauren... 
My

ślała  jedynie,  jak  zwiększyć  jego  rozkosz.  Alec  przymknął 

oczy.  Usłyszała  jego  głos.  Byli  teraz  jednym  ciałem,  poruszanym  w 
tym samym rytmie. 

 - Teraz... - us

łyszała. 

Przez d

łuższą  chwilę  leżeli  bez  ruchu.  Potem  Alec  wstał. 

Otworzyła oczy, przestraszona, że chce odejść. 

 - Nigdzie nie id

ę, chcę wziąć koc - powiedział łagodnie. 

Otuli

ł  ją  i  mocno  do  siebie  przytulił.  Położyła  głowę  na  jego 

piersi. 

Jego oczy by

ły jedynym świetlistym punktem w ciemnym pokoju. 

 - Tutaj mog

ę pracować tak samo jak w Bostonie - odezwał się. - 

To zależy od ciebie. Zamieszkamy, gdzie zechcesz. 

Zrozumia

ła znaczenie słów, ale stale nie mogła uwierzyć. 

 - Na jak d

ługo? - zapytała z lękiem. 

 - Tak d

ługo, jak zechcesz. 

 -  A je

śli będę chciała mieć cię na zawsze? - powiedziała, mimo 

że  bała  się  jego  reakcji.  Może  nie  należy  wymagać  od  niego 

odpowiedzi, może jeszcze się waha. 

 -  B

ędziesz mnie miała na zawsze - usłyszał i poczuła na skroni 

pocałunek.  -  Jesteś  teraz  zupełnie  inną  kobietą,  Lauren.  Twoja 

przyszłość należy do ciebie. Możesz wybierać. Bardzo bym chciał być 

przy tobie, kiedy to będziesz robić. Może wymagam za dużo... 

 -  Nie  -  po

łożyła  dłoń  na  jego  ustach.  -  Nie znam mojej 

przyszłości, ale ona bez ciebie nie istnieje. 

 -  Nie jestem ci ju

ż  potrzebny.  Jesteś  silna.  Niezależna.  Nie 

potrzebujesz mnie. 

 - Potrzebuj

ę, ponieważ cię kocham, Alec. 

 - Ja ciebie te

ż kocham. 

 -  Masz racj

ę, nie wiem, jaka będzie moja przyszłość. Wszystko 

się zmienia. 

background image

 - To si

ę nigdy nie zmieni - powiedział, całując jej rękę. 

Unios

ła  głowę,  żeby  pocałował  ją  w  usta,  i  z  tego  pocałunku 

zaczerpnęła pewność i odwagę. 

 -  Chcia

łabym, żebyś poznała moją rodzinę - powiedział. - Moje 

siostry są trochę niesamowite, a mama uzna, że jesteś niedożywiona. 

Babcia uraczy cię jakąś erotyczną lekturą, a ... 

 - Twoj

ą ciotkę już znam - przerwała mu Lauren - i jeśli pozostali 

członkowie twojej rodziny są do niej podobni, już ich lubię. 

 - Mo

żemy do nich jechać na Święto Dziękczynienia. 

U

śmiechnęła się. Wspaniały pomysł. Bardzo długo przebywała z 

dala  od  rodziny,  a  krewni  Aleca  wydawali  się  być  bardzo  mili. 

Marzyła,  żeby  spędzić  Święto  Dziękczynienia  wśród  bliskich,  w 

prawdziwym  domu.  Nie  wśród  przypadkowych  gości  w  hotelowym 

apartamencie.  Chciała  zjeść  indyka  i  napić  się  piwa  w  gwarnym, 

pełnym dzieci mieszkaniu. 

Z nim. 
 -  Jeste

ś  mi  bardzo,  bardzo  potrzebny  -  powiedziała  i  jej  oczy 

napełniły się łzami. 

 -  Masz mnie  -  odpowiedzia

ł  pocałunkiem.  Należał  do  niej. 

Wszystko  się  zmieniło.  Teraz  mogła  wierzyć,  że  zawsze  będzie  do 

niej należał. 

background image

Rozdzia

ł 14 

Lauren zatrzyma

ła się przed domem z czerwonej cegły. Szerokie 

prostokąty  rozświetlonych  okien  jarzyły  się  przyjaźnie  w  mroźnej 

listopadowej nocy. Ścisnęła Aleca za rękę. 

 - Jeste

ś pewien, że wszystko w porządku? 

 - Jak najbardziej. 
Spojrza

ła na niego. Miał na sobie dżinsy, kurtkę i sweter. Sama 

te

ż była ubrana niezbyt elegancko. To Alec zaproponował, żeby poszli 

w codziennych ubraniach. 

 - Cz

łowiek czuje się swobodnie i nie stwarza dystansu. 

Pomy

ślała,  że  miło  byłoby  zobaczyć  go  w  dobrze  uszytym 

garniturze. Może pewnego dnia zabierze go na koncert do bostońskiej 
filharmonii. Jeden z jej kolegów m

a mieć w styczniu koncert. Dobrze 

będzie  pójść  razem  posłuchać  muzyki.  Teraz  jej  kolej.  On  kiedyś 

zabrał ją do klubu posłuchać rocka. 

Pod warunkiem, oczywi

ście,  że  w  styczniu  stale  jeszcze  będą 

razem. 

Nie mia

ła powodów, żeby w to wątpić, ale życie nauczyło ją, że 

nie  ma  nic  pewnego.  Rok  temu  nie  uwierzyłaby,  że  kiedykolwiek 

będzie  starać  się  o  przedłużenie  kontraktu  w  Albright,  zamiast 

przygotowywać się do kolejnego tournee. Nie uwierzyłaby, że uczenie 
muzyki da jej tyle satysfakcji, a przekonanie pewnej studentki 

imieniem  Emily,  że  powinna  zmienić  kierunek  studiów,  sprawi  jej 

taką  przyjemność.  Zwłaszcza  nigdy  nie  przyszłoby  jej  do  głowy,  że 

może się zakochać i to w kimś takim jak Alec Fontana. 

Nie w

ątpiła w to, że Alec ją kocha, ale doświadczenie nauczyło ją 

w  sposób  dość  bolesny,  że  można  się  spodziewać  wszystkiego. 

Błędem  jest  planowanie, błędem  jest  układanie  sobie  życia.  Alec 

pewnie z nią zostanie, ale zawsze trzeba się liczyć z  tym, że będzie 

inaczej.  Życie  jest  pełne  niespodzianek  i  to  zwykle  niezbyt 
p

rzyjemnych. Ich miłość w każdej chwili może zniknąć jak sen. 

Trzeba si

ę  cieszyć  chwilą  obecną  i  nie  dać  się  zwodzić 

marzeniom. 

Przed wej

ściem  zawahała  się  znowu.  Alec  spojrzał  na  nią 

zdziwiony. 

 - Co ci jest? 
 - Czuj

ę się jakoś dziwnie, jakoś... obco. 

 - Przecie

ż to twoja rodzina. 

background image

 - Tak, ale woli widzie

ć mnie gdzie indziej. 

 - Chc

ą cię widzieć tutaj. 

 - Naprawd

ę w to wierzysz? Pocałował ją, pogładził po policzku. 

 - Oczywi

ście. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. 

Zdecydowanym ruchem nacisn

ął dzwonek. 

W chwili kiedy wysiad

ł  z  samochodu  i  rozejrzał  się,  poczuł  się 

jak  w  domu.  Znał  podmiejskie,  robotnicze  dzielnice.  Poznawał 

szeregiem  stojące  domy  i  samochody  zaparkowane  na  chodniku. 

Wszystko  do  złudzenia  przypominało  południowy  kraniec  Bostonu. 

Jasno oświetlone domy, maleńkie ogródki, skrzynki z kwiatami, drzwi 
ozdobione kolbami kukurydzy. 

Nie musia

ł  udawać,  że  czuje  się  swobodnie  i  pewnie.  Pragnął 

jedynie coś z tego przekazać Lauren. 

Drzwi otworzy

ła im kobieta tak podobna do Lauren, że nie miał 

wątpliwości,  że  widzi  jej  matkę.  Ta  sama  drobna  budowa  ciała, 

ciemne, lśniące włosy, czarne migdałowe oczy. Biała delikatna skóra. 

U

śmiechnęła się niepewnie i wpuściła ich do środka. 

 - Witaj - powiedzia

ła i pocałowała córkę w policzek. - To pewnie 

Alec. Cieszę się, że pan przyszedł. 

 -  Dzie

ń  dobry,  bardzo  mi  miło.  -  Alec  wręczył  gospodyni 

kupiony na tę okazję bukiet chryzantem. 

Matka Lauren zarumieni

ła się. Widać było, że sprawił jej wielką 

przyjemność. 

 - Jakie pi

ękne, bardzo, bardzo dziękuję. 

Spojrza

ł na jej ręce. Dłonie matki nie przypominały dłoni córki. 

Były  szorstkie  i  spracowane.  Z  pewnością  nie  dotykały  klawiatury 

fortepianu. Widać natomiast było, że zmyły sporo naczyń. 

Z salonu doszed

ł ich dźwięk telewizora. Panowie oglądali mecz. 

Wszędzie unosił się zapach pieczonego indyka. 

 - Richard? - zawo

łała matka. - Przyjechała Lauren ze znajomym. 

Chodź się przywitać. 

Ojciec podobnie jak matka by

ł  drobnej  budowy,  szczupły  i 

ciemnowłosy.  Jego  flanelowa  koszula  i  sprane  dżinsy  oraz  nie 

schodzący  z  twarzy  uśmiech  wzbudzały  sympatię.  Uścisnął  dłoń 
Aleca. 

 - Napije si

ę pan piwa, prawda? 

background image

W salonie przed telewizorem siedzia

ł Ricky, brat Lauren. Ubrany 

tak samo jak ojciec, robił wrażenie tak samo dobrodusznego. Podniósł 

się na widok wchodzących. 

 -  Cze

ść  -  powiedział,  uścisnął  gościowi  rękę  i  wrócił  do 

telewizora. 

Alec nie wiedzia

ł, czy Ricky jest tak bardzo zainteresowany grą, 

czy po prostu nieśmiały. 

 - Z kim graj

ą? - zapytał. 

 - Z Filadelfi

ą. Ojciec podał piwo. 

 - Czego si

ę napijesz, Lauren? 

 - Na razie dzi

ękuję. 

 - Mo

że wina? Nie mamy nic specjalnego, ale... 

 -  Nie, dzi

ękuję - powtórzyła, nerwowo się uśmiechając. - Może 

później. 

Ojciec zgarn

ął  leżące  na  fotelu  rzeczy  i  usiadł.  Ricky  oderwał 

wzrok od telewizora. 

 - Co u ciebie, Lauren? 
 - W porz

ądku, a u ciebie? 

 - Jako

ś leci - spojrzał na Aleca i znowu zapatrzył się w telewizor. 

Alec mia

ł wrażenie, że czuje się tu swobodniej niż Lauren. Siedzi 

sobie, popija wino i spogląda w telewizor, czekając na świątecznego 

indyka. Gdyby zamiast do Wylerów, pojechali do jego matki, robiłby 

dokładnie to samo. 

 -  Usi

ądź  -  powiedział  do  Lauren,  wskazując  jej  miejsce  obok 

siebie na kanapie. 

 - Ogl

ądaj sobie mecz - odparła niepewnie - a ja pójdę do kuchni 

pomóc mamie. 

Patrzy

ł  w  ślad  za  nią,  kiedy  wychodziła  z  pokoju.  Zauważył  jej 

bladość  i  spięty  wyraz  twarzy.  Spostrzegł  też,  że  schowała  rękę  do 

kieszeni.  Od  dawna  już  tego  nie  robiła.  Najwyraźniej  czuła  się  źle  i 
nieswojo. 

Uda

ł zainteresowanie meczem, ale w rzeczywistości rozglądał się 

po pokoju w poszukiwaniu śladów. Chciał poznać miejsce, w którym 
L

auren spędziła czternaście pierwszych lat swojego życia. Dowiedzieć 

się,  co  sprawiło,  że  była  właśnie  taka,  jaka  była.  Stare  zniszczone 

meble i czystość. Schludność i porządek. Ani śladu kurzu. Na ścianie 

dwa dyplomy ukończenia szkoły średniej: brata i siostry Lauren. Obok 

background image

duże zdjęcie Lauren w wieczorowej czarnej sukni, na tle fortepianu. 

To samo, które zdobiło okładkę płyty „Lauren Wyler gra Chopina". 

Fortepian. Gdzie si

ę  podział  fortepian?  Czy  wielka pianistka 

mog

ła wychowywać się w domu bez instrumentu? 
Fortepian musia

ł  być.  Pewnie  go  wystawili.  Może  sprzedali  po 

wyjeździe  córki  do  Nowego  Jorku.  Dlaczego  to  zrobili?  Dlaczego 

pozbyli się wszystkiego, co mogło ją przypominać? 

Ka

żda hipoteza może okazać się mylna. Wydawali się tacy mili i 

zwyczajni.  Może  musieli  sprzedać  instrument,  kiedy  ojciec  nie  miał 

pracy.  Może  podarowali  go  jakiejś  szkole.  Może  w  głębi  duszy  tak 

samo za nią tęsknili, jak ona za nimi. 

Istnia

ł  jednak  pewien  dystans.  Lauren  nie  miała  ochoty 

przyjeżdżać  tutaj  na  święta.  Wolała  jechać  do  jego rodziny. 

Początkowo  myślał jak ona. Potem jednak zdecydował inaczej. Jeśli 

istniało coś, co komplikowało jej stosunki z rodzicami, należy z tym 

skończyć.  Im  wcześniej,  tym  lepiej.  Święta  doskonale  się  do  tego 

nadają. 

Ojciec Lauren chrz

ąknął i zerknął na niego. 

 - Jest pan muzykiem? 
 - Nie. Kiedy

ś byłem gliną. Teraz pisuję książki. 

 - Naprawd

ę? - ojciec był zdumiony. - Kiedy mi powiedziała, że 

chce z kimś przyjechać, pomyślałem, że musi pan być... 

 - S

łynnym muzykiem, jak ona - dokończył za niego Alec. 

 - No... tak... 
 -  Owszem, grywa

łem  kiedyś  na  pokrywkach,  ale matka mi 

zabroni

ła - żartobliwy ton Aleca z lekka rozładował sytuację. Ojciec 

Lauren pochylił się ku niemu. 

 - By

ł pan gliniarzem? Drogówka, kryminalna czy tajna? 

 - Komenda miejska w Bostonie. Ojciec przez chwil

ę milczał. 

 - I co, zrezygnowa

ł pan? 

 - Mia

łem wypadek i musiałem się wycofać. 

 - Rozumiem, i teraz pisze pan ksi

ążki. Alec skinął głową. 

 - Jakie? 
 - Powie

ści. 

 - Mo

żna na tym zarobić? 

 - Jak ma si

ę szczęście. Ja miałem. 

Pan Wyler, wyra

źnie uspokojony, znowu zaczął śledzić mecz. 

background image

 -  A wi

ęc  jest  pan  pisarzem  -  odezwał  się  po  dłuższej  chwili, 

wypełnionej  pokrzykiwaniami  Ricky'ego.  -  Wszystkie moje dzieci 

otrzymały staranne wykształcenie - powiedział z dumą i zamilkł. 

Do pokoju wesz

ła Lauren i Alec natychmiast zapomniał o meczu 

i o przesłuchaniu, jakiego padł ofiarą. Widział tylko ją i tylko ona go 

obchodziła.  Mimo  że  była  smutna  i  zamyślona,  kiedy  weszła,  w 

pokoju zrobiło się jaśniej. 

Nigdy by nie uwierzy

ł, że może kogoś tak kochać. Że nagle może 

zapomnieć o całym świecie i iść za kimś takim jak ona. Tak jakby całe 

dotychczasowe  życie  był  pogrążony  we  śnie  i  dopiero  teraz  się 

obudził. Za sprawą Lauren. 

Nie mia

ł  wątpliwości.  Chce  spędzić  z  nią  życie.  Lauren  nie 

podzielała jego pewności. 

 -  Nie wolno niczego planowa

ć  -  mawiała.  -  Też  tak  robiłam  i 

teraz sam widzisz. Nie wolno mieć pewności. 

Usiad

ła obok niego na kanapie. Objął ją ramieniem. 

 - Matka mnie nie potrzebuje - powiedzia

ła smutnym głosem. 

Rozumia

ł, że chodzi jej o pomoc przy przygotowywaniu obiadu, 

ale  zabrzmiało  to  inaczej.  U  niego  w  domu  matka  i  siostry  zawsze 

razem krzątały się w kuchni, a panowie oglądali telewizję. Po obiedzie 

panie  zasiadały  w  salonie,  a  oni  szli  zmywać.  Pomagali  sobie 
nawzajem. Byli sobie potrzebni. 

 - Gdzie jest twoja siostra? - zapyta

ł, żeby coś powiedzieć. 

 -  U rodziny swojego ch

łopaka,  zaraz  nadejdą.  Przytuliła  się  do 

niego. Poczuł, jak bardzo jest spięta. 

Obj

ął  ją  jeszcze  mocniej.  Jest  blisko  niej,  pragnie  jej  pomóc. 

Uśmiechną) się w duchu, przypominając sobie, co zwykle mówiła na 
temat ewentualnej pomocy z jego strony. Sytuacja jednak nie by

ła 

wesoła. Lauren czuła się niepotrzebna matce. 

Panowie nie odrywali wzroku od telewizora. Dopiero kiedy na 

ekranie ukaza

ły się reklamy, Ricky spojrzał na przytuloną do siebie na 

kanapie parę. Z kuchni dobiegał dźwięk naczyń. W pokoju panowała 
cisza. 

Czy

żby tak właśnie wyglądał dom słynnej pianistki? Trudno w to 

uwierzyć. 

Ha

łas  przy  drzwiach  zapowiedział  przybycie  jeszcze  jednej 

przedstawicielki rodziny Wylerów. 

Powitano j

ą wylewnie. 

background image

 -  Nareszcie jeste

ście!  Lepiej  późno  niż  wcale!  Cheryl  mogła 

uchodzić za bliźniaczkę Lauren. 

R

óżnice w wyglądzie były czysto powierzchowne. Krótko obcięte 

włosy,  długie  buty,  skórzana  kurtka.  Jej  chłopak  ubrany  był 
identycznie. Taka sama kurtka, takie same buty. 

 -  Witajcie, bli

źniaki  -  powiedział  wesoło  Ricky.  Cheryl 

ucałowała ojca i poklepała brata po ramieniu. Potem zwróciła się do 
siostry. 

 - Cze

ść, Lauren - jej głos był teraz ściszony i poważny. - Pozwól, 

przedstawię ci Dona, to mój chłopak. Don, to moja siostra, Lauren i... 

 - Alec Fontana. 
Cheryl zrzuci

ła kurtkę, nie spuszczając oka z siostry. 

 - Co u ciebie? 
 - Tak sobie. 
 - Jak tam Nowy Jork? 
 -  Przeprowadzi

łam  się,  mieszkam  teraz  w  Massachusetts  - 

przypomniała Lauren. 

 -  Ach, tak, racja.  -  Cheryl spowa

żniała,  uprzytomniwszy  sobie 

nagle, jak bardzo siostra oderwała się od rodziny. 

 - Co s

łychać w Massachusetts? 

 - W porz

ądku. Bez zmian. 

Cheryl spojrza

ła na Aleca i na jej twarz wrócił uśmiech. 

 - Widz

ę, widzę. 

Potem odwr

óciła się na pięcie i pobiegła w stronę kuchni. 

 - Musz

ę pomóc mamie. 

Śliczna i szczęśliwa. Wyraźnie na swoim miejscu. 
Wszystko okaza

ło  się  bardziej  skomplikowane  niż  Alec  sądził. 

Zwłaszcza  dla  Lauren.  Może  źle  zrobił  przywożąc  ją  tutaj. 

Bezpieczniej byłoby siedzieć teraz w domu jego matki. Spokojnie, bez 
problemów. 

Rodzina jest jednak bardzo wa

żna. Wiedział, że nigdy nie dałby 

sobie rady bez pomocy najbliższych. Znalazł w nich oparcie. Lauren 

ma przed sobą długą ciężką drogę. Potrzebuje pomocy. Opieki jego i 
rodziny. 

Kocha j

ą, ale jest tylko mężczyzną. Chce być dla niej wszystkim, 

ale wie, 

że to niemożliwe. Przypomniał sobie ten dzień, kiedy wszedł 

do  jej  mieszkania.  Grała  po  raz  pierwszy  po  długiej  przerwie. 

Zobaczył w jej oczach ból. Takiego cierpienia nie złagodzi miłość. 

background image

To nie fizyczny b

ól  był  powodem  jej  cierpienia.  Nie  chodziło 

nawet  o  to,  że  już  nigdy  nie  będzie  występowała.  Przyczyna  leżała 

głębiej.  Co  powie  rodzina?  Jak  zachowają  się  ci  wszyscy,  którym 

zawdzięcza  sukces?  Tak  wiele  dla  niej  poświęcili.  Tak  wiele  się 
spodz

iewali. A teraz zawiodła ich. 

 - Prosz

ę na obiad - w drzwiach jadalni ukazała się pani Wyler. 

Zasiedli przy du

żym  podłużnym  stole,  ozdobionym  bukietem 

chryzantem. Gospodarze naprzeciw siebie. Lauren obok Aleca. Ojciec 

po  krótkiej  modlitwie  wziął  nóż  i  zabrał  się  do  krojenia  indyka.  Po 

chwili słychać już było tylko dźwięk sztućców. 

 - Dobra robota, mamo. 
 - Uda

ł ci się w tym roku. 

 - Mog

ę prosić o sos? 

Lauren jad

ła  z  wysiłkiem.  Alec  zauważył,  jak  niezgrabnie 

manipuluje widelcem. Nagle odłożyła go, rozejrzała się po zebranych. 

 - Chc

ę wam coś powiedzieć. 

Wszystkie g

łowy zwróciły się w jej stronę. Zapanowała cisza. 

 - Ju

ż nigdy nie będę występować. Przestałam grać. Na zawsze. 

Cisza jeszcze si

ę  pogłębiła.  Zebrani  osłupieli.  Alec  również. 

Bardziej niż treść jej wypowiedzi zdumiało go to, że Lauren dopiero 

teraz informuje rodzinę o tym, co zaszło. 

 - Co powiedzia

łaś? - ojciec odezwał się pierwszy. 

 -  Nie mo

żna  wyleczyć  mojej  ręki.  Nigdy  nie  będzie  w  pełni 

sprawna. Nie będę mogła występować. 

Teraz zacz

ęli mówić wszyscy na raz. 

 - Jak to mo

żliwe? 

 - Nie mo

żna wyleczyć ręki? 

 - Ten doktor w Nowym Jorku... 
 - Powiedzia

ł ci przecież... 

 - Przecie

ż to twoje całe życie! 

 - Moje 

życie zmieniło się - przerwała im Lauren. Jej głos zadrżał, 

ale tylko przez chwilę. Nie patrzyła na nikogo. Wzrok miała wbity we 
wzór na obrusie. 

 - Wiem, 

że kosztowało to was wiele wysiłku, ale... 

G

łos załamał się, oczy napełniły łzami. Alec ujął pod stołem jej 

rękę i mocno zamknął w swoich dłoniach. 

 -  To by

ło...  Zawsze  bardzo  chciałam  to  dla  was  robić,  grać, 

występować.  Zrobiliście  dla  mnie  bardzo wiele, chciałam  się 

background image

odwdzięczyć, ale, ale... nie mogę. Już nigdy więcej. Już nigdy więcej 

nie będę mogła wam odpłacić... 

Opu

ściła  głowę,  przerwała.  Matka  wstała  i  obszedłszy  stół 

podeszła  do  jej  krzesła.  Objęła  ramiona  córki  i  pocałowała  ją  w 
policzek. 

 -  Bardzo ci

ężko  pracowałaś,  córeczko,  nie  masz  sobie  nic  do 

wyrzucenia. 

 -  Wszyscy ci

ężko pracowaliśmy - podjęła Lauren. - Teraz będę 

uczyć  muzyki.  Też  będę  pracować,  ale  tak  strasznie  mi  przykro,  że 
was za

wiodłam. 

 -  Wcale nie  -  zaprotestowa

ł  ojciec.  -  Zawsze  byliśmy  z  ciebie 

bardzo dumni. 

 - Zreszt

ą przecież to nie twoja wina, że tak się stało - powiedziała 

Cheryl. 

Ricky by

ł bardziej konkretny. 

 - Skoro wreszcie kupi

łaś mi ten samochód, na razie możesz sobie 

odpuścić. 

Lauren u

śmiechnęła się słabo. 

 - My

ślę - spojrzała na Aleca i znowu zwróciła się do rodziców - 

tak  sobie  myślę,  że  teraz  może  będę  mogła  spędzać  z  wami  więcej 
czasu. 

 -  Bardzo si

ę cieszę. - Matka jeszcze raz uścisnęła córkę i jakby 

zawstydzona 

swoją czułością wróciła na miejsce. 

Lauren te

ż  była  speszona.  Wyswobodziwszy  rękę  z  uścisku 

Al

eca,  położyła  ją  na  stole.  Wielkim wysiłkiem  woli  próbowała 

powstrzymać się od płaczu. 

 -  Przepraszam  -  powiedzia

ła nagle i szybkim krokiem wyszła z 

pokoju. 

Alec przeprosi

ł również i poszedł za nią. Przeszedł przez kuchnię; 

zobaczył  oświetlone  schody  prowadzące  do  piwnicy.  Zszedł  niżej  i 

znalazł  się  w  jasnym  przestronnym  pomieszczeniu.  Stały  tu  stare 

meble, na półkach piętrzyły się dyplomy, odznaczenia i puchary. Pod 

ścianą czernił się fortepian. 

Stary wiekowy instrument ze z

łotym napisem. Tak jak wszystko 

w tym domu był nieskazitelnie czysty. 

Podszed

ł do półek. Dyplomy i listy  dziękczynne.  Wyróżnienia i 

odznaczenia. Pierwsze miejsca i nagrody. Koncerty szkolne, dyplom 

background image

konserwatorium.  Wszystko  starannie  oprawione  i  uporządkowane 
chronologicznie. 

Rozejrza

ł się i zobaczył Lauren. 

Siedzia

ła przycupnięta w rogu kanapy. Po policzkach płynęły łzy. 

Nie wycierała ich. Poczuł dojmujący ból. 

 - Naprawd

ę są z ciebie dumni - powiedział, siadając obok niej. 

 -  Wiem  -  za

łkała  i  Alec  wyciągnął  chusteczkę.  -  Byli ze mnie 

bardzo dumni, ale teraz już nie mają powodu. 

 -  Dlaczego tak d

ługo nic im nie mówiłaś? Przecież od miesiąca 

wiesz, że z koncertami koniec? 

 -  Nie mog

łam.  Nie  wiedziałam  jak.  Nie  miałam  pojęcia,  jak 

zareagują. Bałam się, że będą na mnie źli. 

 - Wcale nie s

ą. 

 -  Wiem, nie maj

ą  powodu.  Robię  teraz  co  innego.  Równie 

dobrze, ale nie wiedziałam, czy to zaakceptują. Miałam przecież być 

pianistką. Po to tak pracowali. A ja nie mogę. 

Obj

ął jej drżące ramiona i przytulił ją do siebie. 

 -  Oni to rozumiej

ą - powiedział z twarzą w jej włosach. - Dużo 

dla ciebie zrobili, ale ty odpłaciłaś im po królewsku. Jesteście kwita. 

Nic im nie jesteś winna. 

 -  Zawsze by

łam  strasznie  samotna.  Miałam  Geralda,  kolegów, 

ale nigdy nie miałam rodziny. Bardzo tego pragnęłam. 

 - Teraz j

ą masz. 

 - Mam - spojrza

ła na niego przez łzy - i mam ciebie. 

 -  To te

ż  rodzina.  Zostań  moją  żoną,  pobierzemy  się,  będziemy 

prawdziwą rodziną. 

Uj

ęła jego twarz w dłonie i przyjrzała mu się, tak jakby widziała 

go po raz pierwszy w życiu. 

 - Naprawd

ę tego chcesz? Uśmiechnął się. 

 - Gdybym nie chcia

ł, nie prosiłbym o to. 

 -  A co b

ędzie  -  zawahała  się  na  moment  -  jeśli  znowu  coś  się 

odmieni? Na przykład znudzi mi się uczenie, będę chciała to zmienić, 

zacząć od nowa... 

Przerwa

ł jej pocałunkiem. 

 -  Je

śli  będziesz  miała  wypadek?  Jeśli  mnie  pobiją  na  ulicy? 

Jeśli... jeśli... Nie mamy na to żadnego wpływu. Może moja następna 

książka zrobi klapę. Może już nigdy nie napiszę słowa. Może. Wtedy 

background image

znajdziemy  sobie  coś  innego  -  pocałował  ją  znowu.  -  Zawsze 

będziemy się kochać. Reszta nieważna. Jakoś będzie. 

 -  Ma

łżeństwo  to  poważna  sprawa.  Raz  na  zawsze.  A  przecież 

przyszłości nie można przewidzieć. 

 - Moj

ą miłość można. Lauren milczała. 

 - O co ci chodzi? Nie kochasz mnie? 
 - Kocham. Nawet nie wiesz, jak bardzo. 
 - Bardziej ni

ż muzykę? 

 - Bardziej. Muzyka to... przesz

łość. Ty... to moja teraźniejszość. 

Moje życie. Jesteś częścią mnie. Jesteś przy mnie. Widzę cię, słyszę, 

wiem, gdzie jesteś. 

 - Nie jestem przy tobie. Jestem z tob

ą. 

 - Wiem. 
Poczu

ł jej kochaną, okaleczoną dłoń na policzku. Przyciągnęła ku 

sobie jego głowę i pocałowała. 

 -  Kiedy jeste

ś ze mną, nie boję się niczego. Nawet przyszłości. 

Wyjdę za ciebie. Będę twoją żoną. Kocham cię. 

Ca

łowali się długo. Bez końca. Kiedy wreszcie przestali, spojrzał 

na jej spokojną, uśmiechniętą twarz. 

By

ła  tak  śliczna,  że  pocałował  ją  raz  jeszcze.  Stara  kanapa  w 

suterenie jej rodziców wydawała się idealnym  miejscem na miłość... 

Alec otrząsnął się pierwszy. 

 -  Musimy chyba i

ść  na  górę.  Masz  dla  nich  jeszcze  jedną 

niespodziankę. 

 - Biedni - roze

śmiała się Lauren. - Biedni, kochani rodzice. Będą 

musieli i to przełknąć. 

 - Takie jest 

życie. 

 - Nigdy nic nie wiadomo. 
Jeszcze jeden poca

łunek. Ostatni. Na razie. Alec wstał i pomógł 

Lauren podnieść się. 

 -  Chod

ź.  Niech  się  wreszcie  dowiedzą.  Oddała  mu  chusteczkę. 

Starł z jej policzków ślady łez. Objął ją ramieniem i poszli schodami 

w  górę,  tam,  gdzie  czekała  na  nich  rodzina,  świątecznie  zastawiony 

stół i przyszłość.