background image

JUDITH ARNOLD

Zapisane w gwiazdach

In The Stars

Cykl: Zapisane w gwiazdach/Written In The Stars

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Koziorożec.  Grozi  ci  ryzyko  zrobienia  z  siebie  głupca.  Bądź  szczególnie 

ostrożny w kontaktach ze zwierzętami i przedstawicielami przeciwnej płci. Jeśli 

nie podejmiesz zdecydowanych działań, stracisz dużą szansę. Ktoś w kapeluszu 

przyniesie  ci  szczęście.  Pamiętaj  jednak,  że  szczęście  ma  wiele  postaci  i  nie 

zawsze łatwo je rozpoznać.

Derek  Palmer  upił  łyk  gorącej  kawy,  ziewnął  i  jeszcze  raz  przeczytał 

horoskop. Siedem wyrazów w pierwszym zdaniu i ostrzeżenie przed ryzykiem. 

Interesujące.

Zanotował:  siedem  i  ryzyko.  Po  chwili  wypisał  z  tekstu  rzeczowniki: 

głupiec, płeć, szansa, kapelusz, szczęście. Pozostałe ominął, ponieważ pojawiły 

się w liczbie mnogiej.

– Mój system. – Potrząsnął głową. – Kompletna bzdura.

Nie miał żadnego systemu i wolał, żeby jego partnerzy, ani tym bardziej 

klienci, o tym się nie dowiedzieli. Gdyby ta metoda wyszła na jaw, zarówno on, 

jak i firma byliby skończeni.

Jednak prawda była taka, że horoskop działał. Dopóki tak było, Derek nie 

zamierzał nic zmieniać w swoim systemie.

Znów uniósł kubek z kawą, która wystygła na tyle, by już nie parzyć ust. 

Gdy kofeina zaczynała działać, świat powoli nabierał wyrazistości.

Zamyślony Derek siedział przy stoliku w swojej malutkiej kuchni. Szafki 

z  jasnego,  klonowego  drewna  i  białe  dekoracje  przyjemnie  kontrastowały  z 

dębową podłogą. Okno wychodziło na niewielki ogródek otoczony kamiennym 

murkiem.  Wiedział,  że  na  wiosnę  sąsiadka  z  parteru  posadzi  kwiatki  i  obsieje 

trawą  pozostały  skrawek  ziemi.  Nie  miał  pojęcia,  czemu  z  uporem  starała  się 

wprowadzić  do  Upper  East  Side  posmak  przedmieścia.  Sam,  gdy  miał  ochotę 

znaleźć  się  wśród  zieleni,  udawał  się  do  pobliskiego  Central  Parku.  Patrząc 

przez okno, doszedł do wniosku, że właśnie teraz przydałby się mu pobyt wśród 

bujnej roślinności, jednak w połowie stycznia Central Park nie miał zbyt wiele 

do zaoferowania. W powietrzu zaczynały już tańczyć pierwsze płatki śniegu. Na 

razie  nie  osiadały  na  ubraniach  przechodniów  ani  nie  okrywały  ziemi  białym 

kobiercem, ale w powietrzu czuło się zimę.

background image

Wepchnął  do  ust  resztę  ciastka  i  zerknął  na  pierwszą  stronę  gazety. 

Pobieżnie  przeczytał  nagłówki  artykułów  i  powrócił  na  stronę  z  horoskopem. 

Gdy  dotrze  do  biura,  przeczyta  „New  York  Timesa”  i  „Wall  Street  Journal”. 

Oba  dzienniki  rzetelnie  opisywały  wydarzenia,  ale  żaden  nie  miał  horoskopu. 

Pewnie  wydawcy  uznali,  że  inteligentny  czytelnik  nie  kieruje  się  w  życiu 

przepowiedniami astrologów.

Derek  nie  uważał  się  za  szczególnie  inteligentnego,  choć  w  jego  biurze 

wisiał  dyplom  znanego  uniwersytetu  i  liczne  zaświadczenia  ukończenia 

poważnych kursów oraz szkoleń. Kiedyś, dla zabawy, postanowił zainwestować 

pieniądze  na  giełdzie,  kierując  się  systemem  opartym  na  horoskopie.  Ku  jego 

zdumieniu dokonane w ten sposób inwestycje okazały się o wiele korzystniejsze 

od  tych,  które  sporządził,  wykorzystując  logiczne  przesłanki.  Od  tej  pory 

wypracował  sobie  szyfr  oparty  na  horoskopie  z  gazety  „America  Today”, 

którym posługiwał się w swoich maklerskich działaniach.

Początkowo  ostrożnie  korzystał  z  tego  dziwacznego  źródła  informacji, 

jednak wyniki giełdowych operacji mówiły same za siebie. Po niedługim czasie 

doszedł  więc  do  wniosku,  że  nie  powinien  się  wahać,  skoro  w  ten  sposób 

pomnaża zyski swoich klientów i pozwala firmie rozkwitać. Partnerzy w spółce 

uznali  go  za  giełdowego  geniusza,  przezwali  nawet  Magikiem.  Pseudonim 

przylgnął  do  niego  na  dobre  i  stał  się  znany  również  poza  biurem.  Nikt  nie 

musiał wiedzieć, skąd Derek czerpie natchnienie do swoich trafnych inwestycji. 

Póki  jego  pomysły  pozwalały  zarobić  klientom  pieniądze  na  giełdzie,  system, 

którym się kierował, nie miał znaczenia.

Dopił kawę, zwinął gazetę i opłukał kubek. Szybko umył zęby i wrzucił 

do  plecaka  aktówkę  i  wygodne  buty.  Na  ramiona  zarzucił  skórzaną  kurtkę, 

nałożył  kask  i  zapiął  rolki.  Może  łatwiej  byłoby  zejść  po  schodach  w 

skarpetkach, a rolki założyć na dole, ale Derek nabrał już wprawy w poruszaniu 

się tym nietypowym środkiem komunikacji.

Nie  zawsze  zdarzała  się  okazja,  by  jechać  do  pracy na  rolkach.  Było  to 

możliwe  tylko  w  te  dni,  w  które  nie  czekały  go  żadne  oficjalne  spotkania, 

wymagające  marynarki  i  krawata.  Jednak  poranna  jazda  dostarczała  mu 

przyjemności  i  energii  na  cały  dzień,  poza  tym  miło  było  poruszać  się  po 

zakorkowanych  ulicach  szybciej  niż  samochody  i  autobusy.  Do  pracy  nie 

dotarłby  w  tak  krótkim  czasie  nawet  metrem,  szczególnie  że  czekała  go 

background image

przesiadka na potwornie zatłoczonej stacji.

Padający  leniwie  śnieg  nie  spowalniał  jazdy.  Mimo  niskiej  temperatury 

powietrze było raczej rześkie niż mroźne.

Dotarł już do skraju Central Parku, gdy nagle pojawił się Herman. Była to 

uparta  wiewiórka,  która  niemal  codziennie  odwiedzała  go,  żeby  rzucać 

żołędziami w szyby jego domu, budząc go upartym stukotem. Derek nawiązał z 

Hermanem  niechętną  znajomość,  nawet  nadał  mu  imię.  Do  tej  pory  był 

przekonany, że  wiewiórki  przesypiają zimę,  ale  widocznie te  z  Nowego  Jorku 

miały  własne  poglądy  na  sprawę  hibernacji.  Włóczyły  się  po  okolicy, 

obgryzając  bezlistne  gałązki,  lub  też  siedziały  na  chodniku  i  bezwstydnie 

żebrały o okruszki.

Inni mogli sądzić, że Herman jest tak naprawdę całą armią wiewiórek, tak 

do  siebie  podobnych,  że  aż  nierozpoznawalnych,  ale  Derek  wiedział  swoje.  Z 

łatwością  rozpoznałby  Hermana  wśród  innych  zwierzątek.  Jego  futerko  było 

bardziej  srebrzyste,  a  w  wypukłych  czarnych  oczkach  czaiła  się  inteligentna 

złośliwość.  Zawsze  patrzył  na  Dereka  z  irytacją  i  niechęcią.  Derek  nie  miał 

pojęcia, czemu ta szalona wiewiórka go nienawidzi. Mógł się tylko domyślać, że 

zazdrości mu domowego ciepełka, podczas gdy sama musi marznąć na zimnych, 

szarych ulicach. A może Herman nie lubi go dlatego, że Derek nie nabierał się 

na  jego przymilne minki. Jako jedyny nie karmił wiewiórek smakołykami, nie

przemawiał do nich przymilnie.

Zazwyczaj  po  prostu  ignorował  Hermana,  jednak  dziś  zwierzak 

postanowił  dokonać  samobójczego  zamachu.  Widząc  zbliżającego  się  Dereka, 

błyskawicznie zeskoczył z drzewa i przycupnął na środku chodnika, rozkładając 

szeroko srebrzysty ogon. W jego szalonych oczach płonęła złośliwa satysfakcja. 

Przy  zderzeniu  Derek  nie  odniósłby  większych  obrażeń,  nie  chciał  jednak 

przejechać  tej  zwariowanej  bestii.  Uniósł  jedną  rolkę,  żeby  uderzeniem  o 

chodnik uruchomić hamulec, ale w tej samej chwili Herman znalazł się wprost 

pod  jego  nogami.  Derek  wykonał  niekontrolowany  pląs  i  upadł  na  chodnik. 

Mógłby przysiąc, że usłyszał szatański chichot podłej wiewiórki.

Przechodnie  zaoferowali  mu  pomoc,  ale  nie  była  ona  konieczna.  Derek 

wiedział,  jak  upadać,  by  zminimalizować  ryzyko  obrażeń.  Mimo  to  ubrudził 

spodnie,  a  lewe  kolano  nieprzyjemnie  piekło.  Był  pewien,  że  do  wieczora 

pojawi się na nim spory siniak. Poza tym nic mu nie dolegało. Plecak nawet się 

background image

nie rozpiął.

Przez chwilę rozważał powrót do domu i zmianę spodni, ale szybki rzut 

oka na zegarek uświadomił mu, że spóźni się do firmy.

–  To  niebezpieczny  sport  –  oznajmił  jeden  z  przechodniów,  patrząc  na 

jego rolki i spodnie ubrudzone ziemią.

–  Jedyne niebezpieczeństwo na  trasie  stanowią  zwariowane wiewiórki –

odparł  Derek,  spoglądając  spode  łba  na  Hermana,  który  usiadłszy  na  barierce 

oddzielającej  chodniki  i  ścieżki  rowerowe  od  trawników,  z  zadowoleniem 

czyścił sobie futerko.

Herman  nie  był  głupi.  Gdy  tylko  wyczuł,  że  Derek  mu  się  przygląda, 

przeskoczył na pobliskie drzewo, gdzie był całkowicie bezpieczny.

–  Jeszcze  raz  dziękuję  za  pomoc  –  dokończył  po  chwili  Derek.  –

Naprawdę nic mi nie jest.

Wstał,  poprawił  plecak  i  sprawnie  odjechał  z  miejsca  katastrofy.  Nic 

poważnego  mu  nie  dolegało,  ale  lewe  kolano  wciąż  bolało  i,  co  gorsza, 

zaczynało puchnąć. Gdy dotrę do biura, natychmiast przyłożę lód, pocieszył się 

w myślach. Dobre i tyle, że nie podarłem spodni.

W połowie drogi do biura kolano zaczęło sztywnieć, a chodniki stawały 

się coraz bardziej zatłoczone, co dodatkowo utrudniało jazdę. Derek posunął się 

nawet do tego, że chwilami zjeżdżał na jezdnię pomiędzy stojące w porannym 

korku  samochody.  Nie  było  to  najbezpieczniejsze,  ale  doszedł  do  wniosku,  że 

skoro  uniknął  kraksy  z  małą  wiewiórką,  tym  bardziej  da  radę  omijać  spore 

wozy.

Wreszcie  dotarł  do  dzielnicy  biurowców.  W  jednym  ze  szklanych 

drapaczy  chmur  mieściło  się  biuro  firmy  maklerskiej  Dayton,  Palmer  & 

Schwartz. Przejechał przez obszerny hol, dotarł do windy i nacisnął guzik. Już w 

windzie  zdjął  kask  i  zmierzwił  dłonią  przyklepane  włosy.  Zanim  drzwi 

zamknęły się bezszelestnie, dołączyła do niego kobieta z pobliskiej kawiarni z 

tacą  pełną  kubeczków  aromatycznego  napoju.  Derek  uśmiechnął  się  do  niej 

przepraszająco, rozpiął zapięcia rolki i wysunął  ze sztywnego buta lewą stopę. 

Kobieta popatrzyła na niego pogardliwie i wysiadła na czwartym piętrze.

– No co? Noga mnie boli – wymruczał, gdy już nie mogła go słyszeć.

Z  ulgą  zmienił  pozycję  i  poczuł,  że  ból  nieco  zelżał.  Schylił  się,  żeby 

odpiąć  drugą  rolkę  i  niemal  stracił  równowagę,  gdy  winda  zatrzymała  się  na 

background image

ósmym  piętrze.  Wypadł  z  windy  głową  naprzód,  jadąc  na  jednej  rolce  i 

odpychając się bosą stopą, jakby korzystał z hulajnogi.

–  Gdzieś  ty  był?  –  syknęła  Gloria,  która  pełniła  w  firmie  funkcję 

recepcjonistki i sekretarki.

Derek,  z  gracją  przejeżdżając  obok  biurka  Glorii,  posłał  jej  zabójczy 

uśmiech i przytulił do łona kask i zdjętą z nogi rolkę.

– Nie spóźniłem się aż tak bardzo.

– Wiem, ale...

–  Najpierw  zdejmę  kurtkę,  a  potem  możesz  na  mnie  pokrzyczeć!  –

zawołał  przez  ramię,  pokonując  korytarzyk,  który  prowadził  do  pokoi  jego 

wspólników.

–  Derek...  –  powiedziała  Abby  Schwartz,  otwierając  drzwi  swego 

gabinetu.

–  Tak,  tak  –  mruknął,  spodziewając  się  następnych  wyrzutów  za 

niewielkie spóźnienie.

– Ktoś przyszedł i...

Jednak Derek już ją minął i pojechał dalej.

– Derek, musisz... – zaczął Stan Dayton, widząc zbliżającego się kolegę.

–  Dajcie  mi  chwilę  oddechu,  dobra?  –  Obrzucił  wspólników  zbolałym 

spojrzeniem. – Wiem, że się spóźniłem, ale zaatakowała mnie wiewiórka!

–  Zanim  zdążyli  cokolwiek  dodać,  odwrócił  się  i  niczym  na  hulajnodze 

dojechał do swego biura.

Gdy z niezgrabnym impetem przedostał się przez drzwi, zauważył, że w 

jego  pokoju  stoi  kobieta.  Od  razu  zwrócił  uwagę  na  jej  przepyszne  włosy, 

których czarne sploty kaskadą spływały do połowy pleców. Potem przyjrzał się 

jej  twarzy  w  kształcie  serca.  Mała  spiczasta  broda  przywodziła  na  myśl 

bajkowego  elfa.  Nieznajoma  miała  też  duże,  ciemne  oczy,  niewielki  nosek  i 

pełne, jakby stworzone do pocałunków, usta. Smukłą szyję ozdabiał cienki złoty 

łańcuszek.  Pojedyncza,  misternie  oprawiona  w  złoto  perła  usadowiła  się  w 

zagłębieniu  jej  szyi.  Kobieta  miała  na  sobie  prosty,  lecz  elegancki  wełniany 

kostium  w  kolorze  starego  wina.  Krótka  spódnica  odsłaniała  zgrabne  kolana  i 

niewielkie stópki w czarnych szpilkach. Interesujące, pomyślał Derek.

Po  chwili  zauważył,  że  ładna  interesantka  obserwuje  go  ze 

zmarszczonymi brwiami. Natychmiast uświadomił sobie swój wygląd. Nie dość, 

background image

że gapił się na nią, jak, nie przymierzając, cielę na malowane wrota, to jeszcze 

odziany był w wymięte i brudne spodnie, jedną stopę miał bosą, a drugą obutą w 

potężnych rozmiarów but z rolką. Na włosach odcisnął mu się ślad kasku, a spod 

rozchylonej  znoszonej  skórzanej  kurtki  zawadiacko  wyglądał  przekrzywiony 

krawat. Zdecydowanie nie był w najlepszej formie, by oczarować nową klientkę.

Zmrużyła oczy i zacisnęła wargi w grymasie dezaprobaty. Nie trzeba było 

geniusza, by odgadnąć, że zrobiła na nim o wiele lepsze wrażenie niż on na niej.

–  Hm...  Cześć  –  wykrztusił,  starając  się,  by  zabrzmiało  to  możliwie 

wesoło.

Nieznajoma spojrzała ponad ramieniem Dereka. Czuł, że za nim tłoczą się 

w drzwiach Abby i Stan.

– To z pewnością nie może być Magik – prychnęła z niesmakiem.

Spodziewała  się  czegoś  innego.  Gdyby  wszedł  do  biura  w  czarnych 

powłóczystych  szatach  z  tajemniczą  księgą  i  w  szpiczastym  kapeluszu  na 

głowie,  byłaby  mniej  zaskoczona.  Kiedy  usłyszała  o  genialnym  Dereku 

Palmerze, o Magiku, wyobrażała sobie kogoś... przynajmniej nieco czystszego.

Tymczasem  na  jednej  nodze  miał  przypiętą  monstrualnych  rozmiarów 

rolkę, na drugiej jedynie skarpetkę. Jego jasnobrązowe włosy, proste jak źdźbła 

słomy,  sterczały  pod  dziwnymi  kątami.  Spodnie  wprost  błagały  o  wizytę  w 

pralni.

Przyszła do biura maklerskiego Dayton, Palmer & Schwartz wyłącznie z 

powodu  reputacji  Magika.  W  Nowym  Jorku  było  zatrzęsienie  takich  firm. 

Większych,  starszych,  bardziej  doświadczonych.  Ona  jednak  chciała  zadziwić 

swego nowego szefa i zdobyć pokaźne odsetki dla funduszu dobroczynnego, by 

udowodnić,  że  słusznie  ją  zatrudniono.  W  pewnych  kręgach  mówiło  się,  że 

opłaca  się  współpracować  z  Dayton,  Palmer  &  Schwartz,  bo  ich  pakietem 

genialnie zarządza sam Magik.

Wiązała  z tym biurem  wielkie  nadzieje, więc  umówiła się na  spotkanie. 

Przyszła  punktualnie  o  dziewiątej.  Najpierw  rozmawiała  z  rozsądnymi  i 

sympatycznymi  partnerami,  Stanleyem  Daytonem  i  Abigail  Schwartz. 

Opowiedzieli jej, że przed trzema laty wszyscy pracowali w jednej z większych 

firm  na  Wall  Street,  aż  w  końcu  postanowili  zaryzykować  i  otworzyć  własne 

biuro maklerskie. Przedstawili jej kwartalne sprawozdania ze swej działalności. 

background image

Mieli  olśniewające  wyniki.  Sprawili  na  niej  wrażenie  profesjonalistów.  Była 

prawie pewna, że wybrała właściwą firmę, by powierzyć jej pieniądze fundacji.

–  Zanim  podejmę  ostateczną  decyzję,  chciałabym  jeszcze  poznać  pana 

Palmera  –  oznajmiła  po  zakończeniu  prezentacji.  –  Jak  rozumiem,  to  on 

decyduje o strategiach inwestowania?

–  Owszem  –  przytaknęła  Abigail.  –  Zazwyczaj  jest  już  w  biurze  o  tej 

porze. Zapewne utknął w korku, ale zaraz się pojawi, o ile zechce pani zaczekać.

– Zaprowadzę panią do jego biura – zaproponował Dayton.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. W pokoju nie było nic, co zdradzałoby 

charakter pracującej w nim osoby. Dwa komputery, biurko z jasnego drewna z 

zamkniętymi szufladami, akt Modiglianiego na ścianie, a na podłodze dywan w 

neutralnym  beżowym  kolorze.  Na  wieszaku  przy  drzwiach  błękitny  blezer. 

Domyśliła się, że Magik lubi ubierać się w niezobowiązującym stylu. Nie liczyła 

więc  na  to,  że  zjawi  się  w  garniturze.  Nie  podejrzewała  jednak,  że  przyjdzie 

prawie boso!

Derek  jeszcze  raz  zerknął  na  minę  nieznajomej,  westchnął  i  zrzucił  z 

ramion  plecak.  Niczym  czarodziej  z  kapelusza  wyciągnął  z  plecaka  parę 

zamszowych  mokasynów.  Nie  odrywając  wzroku  od  młodej  kobiety,  wsunął 

lewy but, zdjął prawą rolkę i nałożył prawy but.

Nawet obuty nie sprawiał wrażenia osoby solidnej. Na jego twarzy gościł 

zawadiacki  uśmiech,  a  linia  szczęki  zdradzała  upór.  Łagodne  spojrzenie 

piwnych  oczu  stanowczo  łagodziło  wrażenie  szorstkości  czy  nawet 

nieokrzesania.  Kąciki  ust  były  lekko  wygięte  ku  górze,  co  wyglądało  jak 

ironiczny grymas. Mimo że skórzana kurtka raczej nie kojarzyła się ze strojem 

biurowym, pasowała do tego mężczyzny, dodając mu łobuzerskiego uroku.

–  Wiewiórka?  –  spytała ze zdumieniem.  Derek rzucił  rolki i  kask  w  kąt 

pokoju. Zanim odpowiedział, rozpiął do końca kurtkę.

–  Diabeł  z  piekła  rodem.  –  Wyciągnął  dłoń.  –  Nazywam  się  Derek 

Palmer, a pani?

– Melissa Giordano – odparła, zastanawiając się jednocześnie, jak można 

powierzyć  pieniądze  mężczyźnie,  który  haniebnie  spóźnia  się  do  pracy  i  w 

dodatku wygląda jak uczestnik maratonu szalonych wrotkarzy.

– Najpierw przyłożę lód na obolałe kolano, a potem chętnie wysłucham, 

co pani robi w moim pokoju.

background image

– Czekała na ciebie. Sam ją przyprowadziłem  – wtrącił Stanley Dayton, 

który  w  nienagannie  skrojonym  garniturze  roztaczał  aurę  pewności,  spokoju  i 

kompetencji.

Jednak to nie on miałby inwestować pieniądze Ronalda Towersa.

–  Nie  powiedziałem,  że  nie  powinna  tu  być  –  burknął  Derek,  poprawił

krawat i kulejąc, podszedł do biurka. – Powiedziałem, że chcę się dowiedzieć, 

czemu  zawdzięczam  jej  wizytę.  Proszę  wybaczyć,  pani  Giordano  –  dodał  z 

przepraszającym  uśmiechem.  –  Cierpię,  strasznie  boli  mnie  kolano.  Chętnie  z 

panią porozmawiam, gdy tylko przyłożę lód.

– Może będzie lepiej, jeśli sobie pójdę. – Skierowała się do drzwi.

–  No  cóż,  przyznaję,  czasami  bywa  nieco  ekscentryczny  –  westchnął 

Stanley  Dayton,  nie  ruszając  się  z  przejścia  –  ale  sama  pani  widziała  raporty. 

Gdy chodzi o inwestycje, to prawdziwy geniusz.

–  Ale  teraz  cierpi  –  rzuciła  z  ironią,  żałując,  że  w  ogóle  tu  przyszła.  –

Zaatakowała go wściekła wiewiórka.

– Nie wściekła, tylko piekielna – sprostował Derek i sięgnął po telefon. –

Gloria,  czy  mogłabyś  zorganizować  mi  lód?  Zraniłem  się  w  kolano.  Może 

podasz też kawę pani Giordano? Nie mam pojęcia, czemu ci moi wspólnicy nie 

zaproponowali jej drobnego poczęstunku.

–  Nie  chciałam  kawy  –  wtrąciła  Melissa.  Odmówiła  również  herbaty, 

soku, wody i gorącej czekolady, które jej kolejno proponowano, gdy czekała na 

pojawienie się Magika.

– Bez kawy – rzucił w słuchawkę, kiwając głową do Melissy. – Ale lód 

przynieś  koniecznie...  Nie  wiem  skąd.  Może  z  kawiarni  na  przeciwko?  –

zaproponował bez przekonania, odłożył słuchawkę, oparł nogę na blacie biurka i 

znów rozbrajająco się uśmiechnął. – Co mogę dla ciebie zrobić?

Niewiele, pomyślała Melissa. Chciała się z nim spotkać, by przekonać się, 

kim  jest  człowiek,  który  potrafi  w  czarodziejski  sposób  podwajać  zyski  z 

powierzonych  pieniędzy.  Miała  zamiar  bliżej  poznać  osobę,  której  przekaże 

dochód  fundacji  swego  szefa.  Ronald  Towers  sam  zarządzał  swoją  firmą,  ale 

ludziom  zatrudnionym  w  fundacji  zajmującej  się  działalnością  charytatywną 

zostawił  wolną  rękę.  Zatrudnianym  pracownikom wyjaśniał,  że  im  lepiej  będą 

zarządzali funduszami, tym więcej pieniędzy zyskają na pomoc potrzebującym.

Jednak w tej sytuacji powierzenie sporej kwoty firmie Dayton, Palmer & 

background image

Schwartz  nie  wydawało  się  dobrym  posunięciem.  Nie,  jeśli  o  pieniądzach 

miałby  decydować  ktoś  taki  jak  Derek  Palmer.  Ten  facet  nie  potrafił  nawet 

dotrzeć do własnego biura w jednym kawałku!

–  Dziękuję  za  poświęcony  mi  czas  –  zwróciła  się  do  Stanleya,  nie 

zaszczycając  Dereka  spojrzeniem.  –  Zanim  podejmę  decyzję,  spotkam  się 

jeszcze z przedstawicielami innych firm maklerskich. Zadzwonię do państwa –

oznajmiła kurtuazyjnie i zdecydowanie postąpiła do przodu, zmuszając Stanleya 

do opuszczenia posterunku w drzwiach.

Wymowne spojrzenie, którym obdarzył niesubordynowanego wspólnika, 

nie uszło jej uwagi.

–  Proszę  zrozumieć,  że  geniusze  bywają  ekscentryczni  –  próbował 

ratować  sytuację.  –  Jedyne,  co  naprawdę  ma  znaczenie,  to  fakt,  że  Derek  jest 

geniuszem.

– Widziała pani kwartalne sprawozdania. Liczy się przecież realny zysk –

przekonywała  Abigail  Schwartz,  odprowadzając  ją  do  windy.  –  Żaden  inny 

makler nie zapewni wam tak dużych przychodów.

Prawdopodobnie miała rację, ale.... Ekscentryczność to jedna sprawa, lecz 

gdy  do  tego  dochodzi  brak  dyscypliny,  zrzędliwość  i  niepunktualność, sprawa 

wydaje się przesądzona. To prawda, że był obolały. Ale walka z wiewiórką?

Chciało jej się śmiać. Stanowczo wolała współpracować z kimś solidnym, 

godnym szacunku i... normalnym.

Może Derek Palmer był normalny przez większość czasu. Może potrafił 

zdziałać  cuda  z  akcjami  na  giełdzie.  Możliwe  też,  że  mógłby  zapewnić 

najwyższy zysk fundacji Towersa.

A może po prostu miał najpiękniejsze oczy, jakie widziała u mężczyzny.

Musiała  jednak  pamiętać,  że  Ronald  Towers  dał  jej  szansę,  by  się 

wykazała.  Nie  mogła  ryzykować  utraty  jego  pieniędzy,  powierzając  je 

nieodpowiedniej  osobie.  Czy  mogła  zaufać  komuś,  kto  stanął  w  szranki  z 

wiewiórką i przegrał?

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Melissa  nie  miała pojęcia,  dlaczego jest  taka  rozdrażniona. Gdy wróciła 

do  biura,  wciąż  jeszcze  przeżywała  spotkanie  z  Magikiem.  Była  na  tyle 

wytrącona z równowagi, że nie zauważała wyszukanej elegancji przeszklonego 

budynku, w którym mieściły się biura należące do korporacji Towersa.

Zazwyczaj  była  pod  wrażeniem  panującego  wokół  przepychu,  tym 

bardziej że jeszcze miesiąc temu pracowała w skromniutkim pokoiku w dziale 

księgowości w miejskim ratuszu. Gdy dwa lata wcześniej zrobiła dyplom, była 

zachwycona  możliwością  pracy  w  pobliżu  domu  rodziców.  Wprawdzie 

brakowało  jej  dreszczyku  emocji,  ale  przynajmniej  posada  była  pewna  i 

bezpieczna.  Płaca  pozwoliła  jej  na  wynajęcie  wraz  z  koleżanką  maleńkiego 

mieszkanka.  JoAnn,  która  była  asystentką  projektanta  obuwia,  miała  bardziej 

ekscytującą  pracę,  choć  nieco  mniej  płatną.  Szybko  wypracowały  sobie 

zadowalający  system  podziału  obowiązków.  Melissa  zajmowała  się 

zaopatrywaniem  kuchni  w  smakołyki,  a  JoAnn  starała  się  o  zaproszenia  na 

interesujące imprezy.

Nie było to złe życie dla samotnej dwudziestosześciolatki, jednak widmo 

trzydziestki zmuszało Melissę do przemyśleń. Podliczanie rachunków w ratuszu 

w maleńkiej klitce pozbawionej okien nie rokowało wspaniałej przyszłości. Gdy 

dowiedziała  się,  że  Ronald  Towers,  król  handlu  nieruchomościami,  będzie 

zatrudniał nowych pracowników, natychmiast wysłała swoją ofertę.

Miała  cichą  nadzieję  na  posadę  asystentki  w  księgowości,  więc  z 

zaskoczeniem przyjęła wiadomość, że ma szansę na samodzielne stanowisko w 

charytatywnej fundacji Towersa.

– Założyłem fundację, by zrobić coś dobrego – oznajmił przyszły szef w 

czasie  rozmowy  kwalifikacyjnej.  –  Jak  wiesz,  zarabiam  miliony  na  handlu 

nieruchomościami  –  pochwalił  się  z  nieskrywaną  satysfakcją.  –  Jeśli  czegoś  z 

tego  nie  oddam,  ludzie  mnie  znienawidzą.  Stworzyłem  więc  fundację  i 

przekazałem na jej rzecz pokaźną kwotę. Kilka osób zarządza tymi funduszami, 

ale wszyscy przekroczyli już dawno czterdziestkę. Potrzebujemy świeżej krwi, a 

twoje doświadczenie zawodowe też nie jest bez znaczenia. Co ty na to?

Gdy  Melissa  otrząsnęła  się  z  pierwszego  szoku  wywołanego 

background image

oszałamiającymi warunkami zatrudnienia, natychmiast się zgodziła.

Od  zawsze  była  zwolenniczką  ostrożnego  planowania,  wyznaczania 

kolejnych etapów kariery, wizualizowania przyszłości. Jednak w najśmielszych 

marzeniach  nie  przypuszczała, że  spotka ją  coś  takiego.  Była to  duża  szansa i 

warto było zaryzykować. Tym bardziej że jej pensja miała dwukrotnie wzrosnąć 

w stosunku do poprzednich zarobków.

Przyjemniejszą  część  jej  nowych  obowiązków  stanowiło  wyszukiwanie 

projektów  wartych  wspierania,  ocena  nadsyłanych  próśb  i  świadomość,  ile 

dobrego  można  zdziałać,  gdy  się  dysponuje  dużymi  zasobami  finansowymi. 

Natomiast zarządzanie tak wielką kwotą powodowało liczne stresy. Jeśli odsetki 

będą większe, więcej pieniędzy zostanie przeznaczonych na dobroczynność. Jak 

sprawić, by zysk z kapitału wzrósł, nie ryzykując jego utraty?

Gdy  tylko  zaaklimatyzowała  się  w  swoim  nowym  biurze,  zlecono  jej 

analizę  inwestycji  fundacji  i  przeprowadzenie  rozeznania  rynku  pod  kątem 

pomnożenia  zysków.  Właśnie  to  przywiodło  ją  do  firmy  Dayton,  Palmer  & 

Schwartz.

Magik.  Co  za  kiepski  żart!  Derek  Palmer  sprawiał  raczej  wrażenie 

szaleńca. Jak klienci mogli mu ufać i powierzać swoje fortuny?

Nie  miała  pojęcia,  w  jaki  sposób  osiągał  tak  spektakularne  sukcesy  w 

zarządzaniu  finansami,  ale  po  pięciu  minutach  w  jego  towarzystwie  doszła  do 

wniosku, że musiał to być wynik szczęścia, a nie geniuszu.

–  Jak  poszło?  –  zapytał  Tom,  jeden  ze  starszych  współpracowników, 

który nigdy nie traktował jej jak żółtodzioba. – Czy w plotkach o firmie Dayton, 

Palmer & Schwartz jest ziarno prawdy?

Melissa  zdjęła  płaszcz  i  powiesiła  go  na  wieszaku  stojącym  w  kącie 

pokoju,  który  dzieliła  z  Tomem.  Cóż  to  było  za  biuro!  Jego  połówka  była 

dwukrotnie  większa  niż  jej  kąt  w  ratuszu,  a  z  okna  roztaczał się  widok,  który 

zapierał dech w piersiach.

– Dwoje wspólników to świetni ludzie, ale trzeci co najmniej dziwny.

– Przecież nie musisz pracować z całą trójką – stwierdził Tom.

Melissa  mimowolnie  porównała  go  z  Derekiem.  O  ileż  porządniej 

wyglądał jej kolega w świeżej, różowej koszuli z dopasowanym kolorystycznie 

krawatem  i  beżowych  spodniach,  których  kant  był  tak  ostry,  że  mógłby  ciąć 

papier.

background image

–  Właśnie  ten  dziwny  zajmuje  się  operacjami  giełdowymi  –  odparła  z 

ciężkim westchnieniem.

– Magik? – Brwi Toma podjechały wysoko w górę. – Podobno dokonuje 

cudów  z  powierzonymi  pieniędzmi.  Gdybym  miał  jakieś  wolne  fundusze, 

natychmiast zgłosiłbym się właśnie do niego.

–  Nie  mam  pojęcia,  jak  zdobył  taką  reputację  –  prychnęła,  opadając  na 

krzesło.  –  Najpierw  musiałam  na  niego  długo  czekać,  a  potem  wysłuchać,  że 

spóźnił się, bo zaatakowała go wiewiórka.

–  Nie!  –  Tom  był  wyraźnie  poruszony.  –  Czy  złapano  już  to  zwierzę  i 

przeprowadzono testy na wściekliznę?

Dopiero teraz Melissa dopuściła do siebie myśl,  że historia z wiewiórką 

mogła  być  prawdziwa.  Z  drugiej  strony  Derek  nie  wyglądał  na  rannego,  był 

jedynie niesamowicie brudny, no i narzekał na ból w kolanie.

– Nie zdziwiłabym się, gdyby jego opowiastka była wyssana z palca, żeby 

usprawiedliwić spóźnienie. Coś na zasadzie szkolnej wymówki, że pies zjadł mi 

zeszyt. Mówię ci, ten gość jest szurnięty!

– Coś mi się zdaje, że raczej go nie polubiłaś. Melissa znów westchnęła i 

spróbowała się uspokoić. Dlaczego rozmowa z Derekiem Palmerem tak bardzo 

wytrąciła ją z równowagi? Owszem, wspólnicy mogli się na niego złościć, skoro 

nieodpowiedzialnym zachowaniem zraził potencjalną klientkę, lecz ona jedynie 

straciła trochę czasu. Czemu więc jest tak poruszona?

Czyżby przez jego piwne oczy? A może z powodu cudownie zgrabnego 

ciała? Albo złotych refleksów we włosach, ironicznego uśmiechu i chłopięcego 

uroku.

Oczywiście w ciągu dwóch lat spędzonych w Nowym Jorku spotykała się 

z  różnymi  mężczyznami.  Niektórzy  nie  nadawali  się  do  niczego,  inni  byli 

sympatyczni, a nawet interesujący, lecz żaden z nich nie wywarł na niej takiego 

wrażenia, nie poruszył jej tak  mocno i tak całkowicie nie zajął myśli.  I to bez

specjalnego zachodu!

Może  zaskoczył  ją  fakt,  że  Derek  był  tak  inny  od  jej  wyobrażeń. 

Spodziewała  się...  Magika.  Liczyła,  że  olśni  ją  nadzwyczajną  bystrością  i 

porażającą wręcz inteligencją. Obawiała się, że pod jego przemożnym wpływem 

natychmiast wypisze czek na potężną sumę.

Gdy  wyobrażała  sobie  ich  spotkanie,  w  jej  wizji  nie  było  miejsca  na 

background image

brudne spodnie i pomazany jaskrawymi farbami kask.

– On po prostu do nas nie pasuje – oznajmiła w końcu, świadoma, że z jej 

słów przebija rozczarowanie.

Tom  przez  chwilę  uważnie  ją  obserwował,  jakby  próbował  odgadnąć, 

skąd u niej ten nietypowy nastrój. W końcu zrezygnował i wzruszył ramionami.

–  Za  chwilę  mamy  spotkanie  z  przedstawicielem  Mealson-Wheels, 

organizacji  dożywiającej  ubogich  –  przypomniał.  –  Daj  już  spokój  Magikowi. 

Skoro to świr, z pewnością nie chcemy powierzać mu pieniędzy Towersa.

Derek  pojawił  się  w  budynku  korporacji  Towersa  za  kwadrans  piąta. 

Gdyby zależało to od Abby i Stana, trafiłby tu o wiele wcześniej, musiał jednak 

uczciwie  przepracować  cały  dzień,  a  potem  jeszcze  wrócić  do  domu,  żeby 

zmienić zabrudzone spodnie. Dopiero teraz gotów był błagać Melissę Giordano 

o  ponowne  przemyślenie  decyzji  i  powierzenie  pieniędzy  Towersa  firmie 

Dayton, Palmer & Schwartz.

Cóż,  to  prawda,  że  nie  oczarował  jej  tego  ranka.  Nie  tylko  bolało  go 

kolano, ale jeszcze w potyczce z Hermanem ucierpiała jego duma. Na dodatek 

przez resztę dnia wspólnicy prześladowali go katastroficzną wizją upadku firmy, 

która się ziści, jeśli nie zdobędą zlecenia Towersa.

Derek  zaklął  w  duchu.  To  do  nich  należało  zwabianie  i  oczarowywanie 

klientów,  natomiast  on  był  odpowiedzialny  za  kontrolę  giełdowych  pakietów. 

Mimo to dzwonił do biura Melissy aż cztery razy. Ciągle słyszał, że chwilowo 

nie ma jej w pobliżu. Właśnie dlatego zdecydował się zjawić osobiście.

Pomiędzy  kolejnymi  telefonami  do  jej  biura  operował  dużymi  sumami 

pieniędzy na giełdzie. Kierując się astrologiczną przepowiednią, której pierwsze 

zdanie  miało  siedem  słów,  puścił  w  ruch  siedem  procent  aktywów,  którymi 

zarządzał.

Kupił akcje firmy zajmującej się sprzętem komputerowym, której nazwa 

skojarzyła mu się ze słowem „płeć”. Nie był pewien, czy to bezpieczna lokata, 

więc  postanowił  mieć  na  oku  wszelkie  wahania  rynku.  Następnie  znalazł 

przedsiębiorstwo  o  długiej  nazwie,  z  której  liter  udało  mu  się  ułożyć  słowo 

„kapelusz”.  W  ciągu  sześciu  godzin  dzięki  niej  zyskał  sporą  sumę.  Wyraz 

„głupiec”  pozwolił  mu  dokonać  kolejnej  trafnej  inwestycji  w  akcje  firmy 

związanej  z  przemysłem  rozrywkowym.  Reszta  słów  z  horoskopu  nie  została 

wykorzystana,  bo  nie  mógł  znaleźć  ich  odpowiedników  w  giełdowych 

background image

propozycjach.  Miał  dobre  przeczucia  co  do  tych  trzech  inwestycji.  Gdy 

sprawdził  historię  ich  notowań,  jego  humor  jeszcze  się  polepszył.  Jedyne,  co 

psuło  mu  nieco  nastrój,  to  wyrzuty  Abby  i  Stana,  że  pozwolił  wymknąć  się 

takiej klientce.

Wyszedł  z  pracy  przed  czwartą,  dojechał  na  rolkach  do  domu  i  wziął 

szybki  prysznic,  przyglądając  się  purpurowemu  siniakowi  na  lewym  kolanie. 

Następnie włożył czyste spodnie, koszulę prosto z pralni i najbardziej klasyczny 

krawat,  jaki znalazł w  szafie. Skórzaną kurtkę zamienił na  elegancki wełniany 

płaszcz.  Zanim  wyszedł  na  ulicę,  przezornie  rozejrzał  się  za  Hermanem.  Gdy 

nigdzie  go  nie  dostrzegł,  zatrzymał  taksówkę  i  kazał  się  zawieźć  do  centrum. 

Adres  fundacji  Towersa  widniał  na  wizytówce,  którą  otrzymał  od  niedoszłej 

klientki.

Melissa  nie  sprawiła  na  nim  wrażenia  osoby,  która  pracuje  w  takim 

towarzystwie  i  w  takiej  dzielnicy.  Oczywiście  była  elegancka  i  wykształcona, 

ale  na  jej  twarzy  malowały  się  szczerość  i  przystępność,  brakowało  natomiast 

pychy  i  zadęcia,  typowych  dla  osób  z  tej  sfery.  Cóż,  z  pewnością  nie  miała 

wpływu  na  lokalizację  biur  Towersa,  pomyślał  z  rozbawieniem.  Jednak  kiedy 

wszedł  do  supernowoczesnego  budynku  z  szybkobieżnymi  windami, 

ozdobionego  szkłem  i  chromem,  zastanowił  się,  czy  rzeczywiście  było  to 

właściwe miejsce dla osoby pokroju Melissy. W przestronnym holu skrywały się 

eleganckie  butiki,  marmurowe  posadzki  lśniły  nieskazitelnym  blaskiem. 

Nieopodal  wejścia  znajdował  się  punkt  ochrony  ze  srogim  strażnikiem.  Nikt 

niepowołany nie miał wstępu do tego przybytku. Dopiero gdy Derek pokazał mu 

wizytówkę Melissy, został skierowany na piąte piętro i odprowadzony uważnym 

spojrzeniem.  Nawet  podłoga  windy  była  wyłożona  marmurem.  Za  jazdę  na 

rolkach w tym budynku najpewniej czekałaby go rozmowa z policją.

Wysiadł  z  windy  i  znalazł  się  na  piątym  piętrze  w  holu  z  miękką 

wykładziną  i  skórzanymi  kanapami.  Eleganckie  lampy  rzucały  przyćmione 

światło  na  ozdabiające  ściany  obrazy  znanego  malarza.  Pomieszczenie 

wyglądało raczej jak salon w bogatej rezydencji niż biurowy korytarz. Dopiero 

po chwili dostrzegł recepcyjne biurko ukryte wśród egzotycznej zieleni.

– Nazywam się Derek Palmer i chciałbym się widzieć z Melissą Giordano 

– oznajmił.

Młoda dziewczyna, która swobodnie mogłaby być modelką z pierwszych 

background image

stron czasopism, przycisnęła jeden z klawiszy interkomu i melodyjnym głosem 

zamieniła z kimś kilka zdań. Po chwili na niego spojrzała.

– Pani Giordano nie ma w biurze, ale jej kolega, pan Trumbull, chętnie z 

panem porozmawia – wyjaśniła z uśmiechem.

Derek  nie  miał  ochoty  rozmawiać  z  Trumbullem.  Chciał  spotkać  się  z 

kobietą o cudownych włosach, fantastycznych nogach i szacującym spojrzeniu. 

Przyszedł  jednak  zdobyć  zlecenie  od  przedstawiciela  Towersa  i  być  może 

łatwiej  tego  dokona  z  jej  kolegą  niż  z  Melissą.  Przełknął  rozczarowanie, 

podziękował  recepcjonistce  i  pozwolił  się  zaprowadzić  w  głąb  korytarza. 

Dziewczyna zapukała do drzwi, poczekała na zaproszenie i zaanonsowała jego 

przybycie.

W  biurze  czekał  na  niego  starszawy,  szczupły  mężczyzna  w  różowej 

koszuli  i  tweedowym  irlandzkim  kapeluszu.  Z  powitalnym  uśmiechem 

wyciągnął dłoń.

– Witam, jestem Tom Trumbull.

– Derek Palmer.

– Znany jako Magik?

Derek  miał  ochotę  wykrzyczeć,  że  żaden  z  niego  czarodziej,  że  ma  po 

prostu  niesamowite  szczęście,  a  jego  system  oparty  jest  na  przypadkowych 

rzeczownikach wydłubanych z horoskopu. Nie zrobił tego. Wciąż czuł na sobie 

wymowne  spojrzenia  Abby  i  Stana.  Potrząsnął  dłonią  Toma  i  zdobył  się  na 

skromny uśmiech.

–  Nazywanie  mnie  Magikiem  to  lekka  przesada.  Rozumiem,  że  pani 

Giordano poszła już do domu?

– Godzinę temu miała umówioną wizytę u dentysty, a potem zamierzała 

pójść  do  siebie  –  wyjaśnił  Trumbull  i  sięgnął  po  płaszcz  przewieszony  przez 

poręcz krzesła.

– Cholera – burknął Derek i szybkim spojrzeniem omiótł biurko Melissy.

Oprócz  biurowych  przyborów  i  roślinki  w  kolorowej,  ceramicznej 

doniczce,  stało  tam  jeszcze  zdjęcie  starszej  pary.  Pewnie  jej  rodzice,  trafnie 

odgadł.

– To jakiś problem? – zapytał Tom.

– Nie wywarłem dziś na niej najlepszego wrażenia – skrzywił się Derek. –

Chciałbym  to  zmienić.  Dla  dobra  waszych  inwestycji,  oczywiście  –  dodał 

background image

natychmiast.  –  Jeśli  uda  mi  się  przekonać  ją  do  współpracy  z  naszą  firmą, 

możecie być pewni sporych zysków.

– Teraz rzeczywiście mówi pan jak Magik – ucieszył się Tom, wyjmując 

szalik z rękawa płaszcza i okręcając go wokół szyi.

– Bardzo chciałem z nią porozmawiać jeszcze dziś, zanim jej wrażenie o 

mnie utrwali się na mur. – Derek popatrzył na Toma z nadzieją.

– Pewnie nie wie pan, gdzie jest jej dentysta?

Trumbull  posłał  mu  szacujące  spojrzenie,  naciągnął  głębiej  kapelusz  i 

wsunął ramiona w rękawy płaszcza.

– Nie mam pojęcia.

Derek westchnął z rezygnacją. Trudno. Zresztą po zastanowieniu doszedł 

do wniosku, że nie byłby to najlepszy pomysł. Bo jakie wrażenie mógł na niej 

wywrzeć,  jeśli  dopadłby  ją  tuż  po  dentyście, obolałą  po  zabiegu i  otumanioną 

znieczuleniem?

– Chodzi nie tylko o inwestycje, prawda?

– domyślił się Tom.

Derek już otworzył usta, żeby zdecydowanie zaprzeczyć, ale pomyślał, że 

wyznanie prawdy może mu pomóc.

– Chciałbym z nią porozmawiać – powtórzył, patrząc mu prosto w oczy.

–  No  dobrze...  Dam  panu  jej  domowy  adres,  ale  proszę  się  nie 

przyznawać,  że  to  ode  mnie  –  zastrzegł  stanowczo,  sięgnął  po  notes,  kartkę  i 

długopis i zanotował kilka słów. – Nie powinienem tego robić, ale pomyślałem 

sobie, że chociaż jest pan Magikiem, sprawy zwykłych śmiertelników również 

muszą być panu nieobce.

Derek pomyślał, że będzie musiał użyć czarów, aby Melissa zechciała go 

wysłuchać. Sięgnął po karteczkę, złożył ją i wsunął do kieszeni. Uśmiechnął się 

z wdzięcznością i potrząsnął dłonią Toma.

– Dziękuję. Ja... po prostu dziękuję.

Derek  wyczul,  o  czym  Tom  pomyślał.  Mianowicie  że  wcale  nie  chodzi 

mu  tylko  o  inwestycje.  Co  więcej,  dlatego  właśnie  zdradził  prywatny  adres 

koleżanki. Czyżby pan Trumbull po cichu zabawiał się w swaty?

O ile Derek mógł zwieść innych, nigdy nie oszukiwał siebie. Doskonale 

wiedział,  że  gdy  znów  spotka  Melissę,  sprawy  zawodowe  nie  będą 

najważniejsze.

background image

Zęby  Melissy  były  cudownie  gładkie,  a  usta  aż  szczypały  od  świeżości 

mięty.  Większość  ludzi  nie  lubiła  wizyt  u  dentysty,  ale  ona  nigdy  nie  miała 

kłopotów  z  zębami.  Okazjonalne  kontrole  i  profesjonalne  czyszczenie  zawsze 

wielce ją radowały.

Jednak nawet przyjemna wizyta u stomatologa nie poprawiła na długo jej 

nastroju. Gdy dotarła do domu, znów wróciła myślami do porannego spotkania. 

Z  przyjemnością  schroniła  się  na  klatce  schodowej  przed  popołudniowym 

chłodem.  Kątem  oka  dostrzegła,  że  w  skrzynce  na  listy  znajduje  się  jakaś 

koperta.  Wyciągnęła  ją,  dostrzegła  swoje nazwisko  i  pod  palcami  poczuła  coś 

twardego. Cofnęła się o krok. Ze zmarszczonym czołem podejrzliwie rozejrzała 

się  po  korytarzu.  Bladozielone  ściany  i  zamknięte  szklane  drzwi  wewnętrzne 

były  takie  same  jak  zawsze.  Ostrożnie  sięgnęła  po  niewielki  pakunek,  który 

znajomo  zaszeleścił.  Odważniej  rozdarła  papier  i  wyciągnęła  z  niego  sporą 

tabliczkę  szwajcarskiej  czekolady  zawiniętą  w  złotą  folię.  Obok  leżała  mała 

karteczka, którą Melissa czym prędzej przebiegła wzrokiem.

Melisso,  Proszę  o  jeszcze  jedną  szansę.  Obiecuję,  że  nie  będziesz 

rozczarowana. Zaufaj mi – to jest zapisane w gwiazdach.

Gdyby  nie  znała  nadawcy  podarunku,  mogłaby  przypuszczać,  że  to 

prezent od wielbiciela. Zarówno słodycze, jak i treść notatki sugerowały o wiele 

więcej, niż rutynowe spotkanie w interesach.

Zapisane  w  gwiazdach.  Dość  tajemnicze  zdanie.  Na  mroczniejącym 

niebie  nie  było  żadnych  gwiazd,  bo  szare  chmury  przesłaniały  widok.  Na 

wszelki wypadek wyjrzała na zewnątrz.

Nie dalej niż dziesięć kroków od wejścia do budynku, w świetle latarni, 

stał Derek Palmer. Nie był to ten sam mężczyzna, którego spotkała rano. Miał 

na  sobie  długi,  elegancki  płaszcz  z  postawionym  kołnierzem,  a  na  nogach 

porządne  buty  zamiast  niepoważnych  rolek.  Na  jego  włosach  osiadały  płatki 

śniegu  i  powoli  zamieniały się  w  drobne kropelki,  które  skrzyły się  w  świetle 

latarni.

Derek  dostrzegł,  że  Melissa  pytająco  mu  się  przygląda.  Skoro  na  jego 

widok  nie  cofnęła  się  gwałtownie  w  głąb  budynku,  oderwał  się  od  latarni  i 

utykając nieznacznie, ruszył w jej stronę.

Miała już okazję rano podziwiać jego oczy, lecz nie uśmiech, który teraz 

background image

rozjaśnił  mu  twarz.  No  tak,  ale  czy  ktoś,  kogo  pognębiła  jakaś  tam  nędzna 

wiewiórka, nosi radość w sercu?

Teraz  jednak  nosił.  Miał  wspaniały  uśmiech,  który  ogarniał  oczy  i 

dodawał  mu  uroku.  Mimo  to  Derek  czuł  się  cokolwiek  niepewnie,  dlatego 

zatrzymał się nieopodal.

–  Jeśli  powiesz,  że  masz  alergię  na  czekoladę,  chyba  popełnię 

samobójstwo – mruknął.

– Nie jestem uczulona na czekoladę. Uśmiechnął się szerzej i poszedł za 

ciosem.

–  Jeśli  nie  zgodzisz  się  pójść  ze  mną  na  kawę,  bym  zyskał  szansę 

przekonać cię do współpracy z naszą firmą, to moi partnerzy mnie zabiją.

– Aż tak? Jak widzę, prowadzisz bardzo niebezpieczne życie.

– Rolki, wiewiórki i wspólnicy. Gdzie się nie ruszę, ryzykuję.

Roześmiała się i  poczuła, że napięcie powoli ją opuszcza. Wiedziała, że 

nie oprze się temu zaproszeniu.

– Pozwól, że zaniosę pocztę na górę i zostawię teczkę.

Zamiast wychodzić gdzieś po ciężkim dniu, łatwiej byłoby zaprosić go do 

siebie,  ale,  po  pierwsze,  jak  większość  mieszkańców  Nowego  Jorku  Melissa 

była do przesady ostrożna, a po drugie to Derek miał do niej sprawę i to on ją 

zapraszał.

– Ale wrócisz, prawda? – spytał z mieszaniną obawy i nadziei w głosie.

–  Obiecuję.  Może  zaczekasz  wewnątrz,  bo  pada  coraz  mocniej.  –

Otworzyła szerzej drzwi do holu.

Wszedł i niewielka przestrzeń skurczyła się jeszcze bardziej. Melissa nie 

zdawała  sobie  sprawy,  że  jest  aż  tak  wysoki.  Rano  widziała  go  z  jedną  stopą 

bosą,  a  drugą  uwięzioną  w  monstrualnym  rolkowym  bucie,  więc  nie  mogła 

ocenić jego wzrostu, lecz teraz okazało się, że przewyższa ją o głowę. Poczuła 

też świeży zapach mydła i wody kolońskiej o cytrusowej nucie. Policzki Dereka 

były  zaczerwienione  od  chłodu,  a  na  rzęsach  wisiały  kropelki  z  topniejącego 

śniegu.

Nagle  się  odwróciła,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  że  mu  się  przygląda  od 

dłuższej  chwili.  Wyciągnęła  pozostałe  listy  ze  skrzynki.  Nic  specjalnego, 

stwierdziła,  przerzucając  korespondencję.  Kilka  rachunków,  reklamy  i 

zawiadomienie z banku.

background image

– Zaraz wracam – mruknęła i otworzyła wewnętrzne drzwi.

Wiedziała, że nie powinna się spieszyć, by Derek swoje odczekał, ale była 

zbyt  ciekawa,  co  ma  jej  do  powiedzenia.  A  tu  jak  na  złość  winda  wlokła  się 

wolniej  niż  zwykle.  Gdy  wreszcie  się  zatrzymała,  Melissa  niemal  wypadła  z 

kabiny i z niecierpliwością szarpnęła drzwi mieszkania.

–  Co? –  zawołała,  zanim  zdała  sobie  sprawę,  że  gdyby  współlokatorka 

wróciła przed nią do domu, z pewnością odebrałaby pocztę.

Otworzyła więc drzwi własnym kluczem, rzuciła teczkę i korespondencję 

w  przedpokoju  na  drewnianą  ławę,  a  potem  pobiegła  do  łazienki  poprawić 

fryzurę  i  makijaż.  Przez  wilgoć  w  powietrzu  jej  włosy  skręciły  się  w  drobne 

pierścionki.  Zaatakowała  je  szczotką,  ale  nie  dostrzegła  znaczącej  różnicy. 

Pociągnęła usta świeżą warstwą szminki, tłumacząc sobie, że starania o wygląd 

należą  do  jej  zawodowych  obowiązków.  Bo  spotkanie  z  Derekiem  miało 

charakter ściśle służbowy i ani jego oczy, ani uśmiech, ani nawet ekskluzywna 

czekolada tego nie zmienią.

Jednak kiedy biegła z powrotem do windy, nie potrafiła przekonać samej 

siebie, że zależy jej tylko i wyłącznie na zawodowych kontaktach z Derekiem.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Restauracja, do której trafili, była bardzo przyjemna. W powietrzu unosiły 

się  smakowite  zapachy,  a  goście  siedzieli  w  zacisznych  zakątkach  przy 

niewielkich stoliczkach, nakrytych lnianymi, zielonymi obrusami. Światło świec 

tworzyło specyficzną atmosferę.

Kelner  poprowadził ich  do stolika  w  głębi sali  i  podał  karty dań.  Derek 

szybko pojął, że nie powinien tracić okazji i poprzestać jedynie na kawie.

–  Moglibyśmy  zamówić  coś  do  jedzenia  –  zaproponował,  gdy  Melissa 

powiesiła płaszcz na oparciu kanapy i wygodnie usiadła.

Nie zamierzał być natrętny, ale  uznał, że posiedzą dłużej, jeśli zamówią 

przekąskę lub drinka.

–  Właściwie  to  jestem  troszkę  głodna  –  wyznała,  zerkając  na  menu.  –

Pozwól,  że  gdzieś  zadzwonię.  To  będzie  krótka  rozmowa.  –  Wyciągnęła 

komórkę i wybrała numer. – Jo? Dobrze, że jesteś. To ja. Nie wrócę na kolację, 

mam spotkanie w interesach. Do zobaczenia w domu. – Wysłuchała odpowiedzi 

i  rozłączyła rozmowę. – Wybacz. Wiem, że niegrzecznie jest używać komórki 

przy stole.

Derek  nie  przejął  się  tym  zbytnio,  natomiast  nie  na  żarty  zmartwił  go 

tajemniczy  Jo.  Kim  był?  Mężem?  Kochankiem?  Dlaczego  musiała  mu  się 

tłumaczyć?

Wiedział,  że  to  nie  jego  sprawa,  a  jednak  to  go  ubodło,  szczególnie  że 

siedzieli w bajecznej restauracji, przy świetle świec.

Melissa oznajmiła owemu Jo,  że to  tylko  spotkanie w  interesach. Derek 

powinien  wziąć  z  niej  przykład,  skupić  się  na  zdobywaniu  nowego  i  jakże 

ważnego klienta, a nie gapić się na jej cudownie pełne usta i błyszczące oczy.

Gdy  ponownie  pojawił  się  kelner,  Derek  pożałował,  że  zaproponował 

posiłek. Zanim zdążył wybrnąć z niezręcznej sytuacji, Melissa zamówiła sałatkę 

z grillowanym kurczakiem i  kieliszek  wina. Teraz nie miał już wyjścia. Wziął 

więc hamburgera z bekonem i serem oraz piwo. Kelner zabrał karty i zostawił 

ich samych.

– Kim jest Jo? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.

– Moją współlokatorką. – Przyjrzała mu się uważnie. – JoAnn – dodała po 

background image

chwili ze znaczącym uśmiechem.

Derek poczuł, że ta informacja spływa na niego niczym balsam. Melissa 

nie  tylko  okazała  się  wolna,  ale  nawet  nie  obraziła  się  za  wścibstwo.  Na  jego 

twarz  wypłynął  promienny  uśmiech.  Kiedy  więc  kelner  przyniósł  zamówione 

napoje, uradowany Derek wzniósł toast:

– Za trafne inwestycje!

Melissa  upiła  łyk  chłodnego  wina  i  popatrzyła  na  niego  ze  wzmożoną 

uwagą.

–  Wyjaśnij  mi,  proszę,  dlaczego  uważasz,  że  powierzenie  ci  pieniędzy 

Towersa jest zapisane w gwiazdach.

Wrzuconą do skrzynki czekoladą i króciutką notatką zamierzał ją jedynie 

zaintrygować.  Wiedział,  że  łakomy  kąsek  i  tajemnica  zaowocują  rozmową. 

Chcąc zyskać na  czasie, uśmiechnął się znacząco. Nie mógł przecież wyjaśnić 

potencjalnej klientce, że jego posunięcia są dyktowane astrologią.

–  Chciałem  jedynie  powiedzieć,  że  twoim  przeznaczeniem  jest 

współpraca z nami, więc nie możesz z tym walczyć.

– Jak trafiłeś do mojego domu? – spytała nagle z głupia frant.

–  Znalazłem  cię  w  książce  telefonicznej  –  skłamał,  by  nie  wydać 

Trumbulla.

– Telefon zarejestrowany jest na JoAnn – oznajmiła, kręcąc głową.

Derek pociągnął długi łyk piwa, starając się wymyślić inną historyjkę.

– W waszej wewnętrznej, służbowej książce telefonicznej. Poszedłem do 

twojego biura, bo przez cały dzień nie odbierałaś telefonów, zauważyłem ją na 

biurku  i  przejrzałem.  –  Wiedział,  że  temat  jest  śliski,  więc  spróbował  go 

zmienić.  –  Jak  udało  ci  się  zaczepić  u  Towersa?  Czy  naprawdę  jest  taki 

arogancki jak w wywiadach telewizyjnych?

– Jest bardzo hojny – powiedziała lojalnie. – Może trochę zadziera nosa, 

ale  przecież  sam  zarobił  te  wszystkie  miliony  i  dobrowolnie  przekazuje  część 

pieniędzy dla potrzebujących.

–  Wspólnicy  uświadomili  mi,  że  majątek  fundacji  jest  dość  pokaźny  –

mruknął, ciesząc się, że rozmowa podryfowała w bezpieczne rejony. – Jak dużą 

kwotę chcesz u nas zainwestować?

– Nie wiem, czy w ogóle chcę z wami współpracować – zaśmiała się. –

Jeszcze  nie  przekonałeś  mnie  do  tego,  bym  powierzyła  pieniądze  Towersa 

background image

człowiekowi, który padł w starciu z jakąś tam wiewiórką.

Pogawędkę  przerwał  im  kelner,  przynosząc  zamówione  dania.  Porcja 

frytek, którą podano Derekowi do hamburgera, była tak wielka, że natychmiast 

ustawił talerz na środku stołu i  zachęcił Melissę do  jedzenia. W czasie  kolacji 

zabawiał ją opowieścią o złowrogim zwierzęciu.

–  Herman  ma  w  oczach  diabelskie  ogniki,  a  jego  ogon  jest  jak  bukiet 

żyletek. Gdyby cię nim musnął, pewnie pociąłby cię do krwi. Nie mam pojęcia, 

czemu mnie zaatakował, mogę tylko powiedzieć, że gdybym był taki podły jak 

on,  po  prostu  bym  go  przejechał.  Lecz  jestem  dobrym  człowiekiem  i  nie 

chciałem zrobić krzywdy małej wiewiórce. Właśnie dlatego jej nic nie jest, a ja 

stłukłem kolano.

Historia ubawiła Melissę do tego stopnia, że roześmiała się na całe gardło. 

Miała  przyjemny,  niski  śmiech.  Jej  oczy  błyszczały  z  radości,  choć  zdawała 

sobie sprawę, że Derek przesadza.

Rozmowa  zeszła  na  jazdę  na  rolkach.  Opowiedział  jej,  jak  zaczął  się 

interesować  tym  sportem  w  szkole  podstawowej,  że  godzinami  uczył  się 

różnych sztuczek na specjalnych placach, przez co jego stopnie się pogorszyły i 

rodzice zabrali mu rolki do czasu, aż poprawi się w nauce.

– Sama więc widzisz, że dzięki rolkom zostałem najlepszym studentem na 

roku – zakończył opowieść.

–  Lata  całe  nie  miałam  wrotek  na  nogach,  a  na  rolkach  nawet  nie 

próbowałam jeździć – wyznała z westchnieniem.

– Nigdy? Koniecznie powinnaś spróbować! Jaki masz rozmiar buta?

– Dlaczego pytasz?

– Tak sobie. Więc jakiś– Siedem i pół. Mam nadzieję, że nie zamierzasz 

mi kupić rolek... – Urwała przerażona.

– Wolisz czekoladę, prawda? – zapytał ze śmiechem.

Oczywiście nie miał zamiaru ofiarować jej rolek, ale uznał, że informacja 

zawsze się może przydać.

– Owszem – potwierdziła, choć niskokaloryczna sałatka i szczupła figura 

stanowczo przeczyły jej słowom.

– A jeździsz na łyżwach albo na rowerze? A może na desce?

–  Nigdy  mnie  do  tego  nie  ciągnęło.  Kiedy  ty  uprawiałeś  sporty,  ja 

pomagałam ojcu w sklepie.

background image

– Jakim sklepie?

– Ojciec do spółki z wujem prowadzi sklep wielobranżowy w Sunnyside 

w  Queens.  Zazwyczaj  pomagałam  mu  w  weekendy.  Teraz  też  czasami  w 

weekendy u nich bywam, bo prowadzę im księgi.

– Naprawdę?

Derek spróbował wyobrazić sobie nastoletnią Melissę. Włosy zebrane w 

koński ogon, dżinsy, kolorowa koszulka, sandały na bosych stopach i zabawna 

bransoletka wokół kostki. Pewnie nuciła przeboje Madonny, układając towar na 

półkach. Wszyscy chłopcy z okolicy odwiedzali sklep w nadziei, że poświęci im 

odrobinę uwagi. Gdyby jako nastolatek mieszkał w pobliżu, błagałby rodziców, 

żeby  wysyłali  go  po  mleko  i  bułeczki  lub  po  cokolwiek,  by  mieć  okazję 

poflirtować z piękną córką pana Giordana.

Ona  z  pewnością  nie  flirtowała.  Pewnie  była  równie  szczera  i  poważna 

jak  teraz.  Zwróciłaby  mu  uwagę  zasadniczym tonem,  że  po  sklepie  nie  wolno 

jeździć na rolkach. Skoro pracowała u ojca, raczej nie miała zbyt wiele czasu na 

próżne  zabawy.  Derek  zrozumiał,  że  będzie  się  długo  namyślała,  zanim 

powierzy pieniądze maklerowi, który nie dość, że spóźniony, to przyjeżdża do 

pracy  na  rolkach.  O  astrologicznych  metodach  inwestycji  nawet  nie  warto 

wspominać.

– Opowiedz mi więcej o waszej firmie – poprosiła, jakby wyczuwała jego 

myśli.

–  Abby  i  Stana  poznałem  na  Wall  Street.  –  Odsunął  pusty  talerz  i 

usadowił się wygodniej na kanapie.

Mimo  że  wolałby  dłużej  porozmawiać  na  inne  tematy,  pamiętał,  że  ma 

zadanie  do  wykonania.  Zamierzał  zdobyć  pieniądze  Towersa.  Czekolada  i 

kolacja  już  ją  przekonały,  że  nie  jest  kompletnym  nieudacznikiem,  a  teraz 

zamierzał zaprezentować się jako niekwestionowany zwycięzca.

–  Pracowaliśmy  w  dużej  firmie  jako  specjaliści  od  inwestycji  funduszy 

emerytalnych  –  wyjaśnił  po  chwili  namysłu.  –  Operowaliśmy  olbrzymimi 

sumami  i  spoczywała  na  nas  wielka  odpowiedzialność,  lecz  dokuczały  fatalne 

godziny pracy i uciążliwi przełożeni. Zdecydowaliśmy się więc porzucić firmę i 

wspólnie  otworzyć  biuro  maklerskie.  Abby  zajmuje  się  organizacją.  Wie,  co 

trzeba zrobić, żeby wszystko działało jak w zegarku. Stan jest odpowiedzialny 

za  obsługę  klientów.  Do  niego  należy  marketing,  dba  o  wizerunek  firmy  i 

background image

umożliwia kontakt z nami w każdej chwili.

– A ty jesteś geniuszem od inwestycji – wpadła mu w słowo.

Derek nie zamierzał zdradzać źródeł swojego natchnienia.

–  Cóż,  oni  robią  swoje  i  ja  im  ufam.  Oni  również  wiedzą,  że  na  mnie 

mogą polegać.

– Oglądałam raporty kwartalne. Robią spore wrażenie.

–  Tylko  tyle?  Moim  skromnym  zdaniem  są  imponujące  –  natychmiast 

skontrował z bezczelnym uśmiechem.

–  Na  tyle  imponujące,  że  zamierzam  się  zwrócić  do  giełdowej  komisji, 

żeby przekonać się, czy nie przesadzacie z kreatywnością.

–  Masz  na  myśli  oszustwo?  –  Rozłożył  ręce.  –  Nie  winię  cię  za  to. 

Sprawdź nas, a przekonasz się, że działamy zgodnie z zasadami.

– Nie brak ci Wall Street?

– Rok po moim odejściu spółka, w której pracowałem, próbowała mnie na 

powrót  ściągnąć,  kusząc  podwojoną  pensją  i  innymi  korzyściami.  Ja  jednak 

polubiłem  samodzielność.  Jesteśmy  niewielką  firmą,  co  daje  nam  większą 

swobodę.  Tworząc  kapitał  zakładowy,  zaryzykowaliśmy  własne  pieniądze,  ale 

za to wszystko, co zarobimy, jest nasze.

– Dlaczego macie siedzibę tak daleko od Wall Street?

–  Obecnie  nie  ma  to  już  tak  wielkiego  znaczenia.  Oczywiście  mamy 

swojego przedstawiciela na  giełdzie, ale i  tak  większość operacji wykonujemy 

przez  komputer.  –  Uśmiechnął  się  przebiegle.  –  Poza  tym  mam  tak  blisko  do 

pracy, że mogę przyjeżdżać na rolkach.

– A gdzie mieszkasz?

–  Na  piętrze,  w  szeregowcu,  w  pobliżu  Central  Parku  –  dodał 

zachwycony, że właśnie o to zapytała.

– Na piętrze? To jak radzisz sobie z kolanem?

–  Sam  sobie  jestem  winny.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Zresztą  to  tylko 

siniak.

– Zauważyłam, że lekko kulejesz.

Derek był  szczęśliwy.  Przyglądała  mu się tak uważnie, że dostrzegła, iż 

oszczędza  zranione  kolano.  Skoro  tak  się  o  niego  troszczy,  może  zechciałaby 

rozmasować mu spięte mięśnie? Do diabła z nogą! Marzył, by go dotknęła. Gdy 

zobaczył ją w biurze dziś rano, zapomniał o bożym świecie. Podobało mu się w 

background image

niej wszystko. Kręcone włosy, kremowa cera, a nawet spiczasty podbródek.

Derek zganił się w myślach. Abby i Stan na niego liczyli. Nie przysłali go 

tu  ze  względu  na  urodę  panny  Giordano.  Powinien  wrócić  do  zasadniczego 

tematu i wymóc na niej zainwestowanie choć części pieniędzy Towersa.

– Najważniejsze jest to, że jeśli wybierzesz Dayton, Palmer & Schwartz, z 

całą pewnością zarobisz. Jeśli fundacja Towersa chce mieć szybko spory zysk, 

powinna rozsądnie inwestować. Nikt inny nie zapewni wam takich przychodów.

– Jak wspominałam, zaintrygowały mnie wasze raporty. – Upiła kolejny 

łyczek wina. – Chciałabym jednak wiedzieć, skąd biorą się te zyski.

– Jestem dobry w tym, co robię – oznajmił bez fałszywej skromności.

– Abby mówiła, że ukończyłeś wydział zarządzania na Yale.

Derek  skinął  głową.  Profesorowie  starannie  nabijali  mu  głowę  teoriami, 

które były o wiele bardziej logiczne, niż wybieranie rzeczowników z horoskopu. 

Już widział ich miny, gdyby dowiedzieli się, że osiąga znacznie lepsze rezultaty 

dzięki swej dziwnej metodzie, niż gdyby stosował powszechnie uznane sposoby 

zarządzania finansami.

– Cóż... – Osuszyła usta serwetką i porządnie ułożyła ją z powrotem obok 

talerza.  –  Nie  dam  ci  klucza  do  skarbca  fundacji,  ale  poważnie  rozważam 

przekazanie wam części pieniędzy, żeby zobaczyć, co potraficie z nimi zrobić. 

Zapamiętaj  jedynie,  że  jeśli  je  stracicie,  nie  dofinansujemy  badań  nad  AIDS, 

szkoły publiczne dostaną mniej pieniędzy na podręczniki i komputery, a liczni 

bezdomni położą się spać głodni. Fundacja Towersa nie zarabia dla siebie, tylko 

dla innych. Wspieramy potrzebujących – dodała z emfazą.

– Rozumiem – zapewnił Derek, którego poruszyło jej wyjaśnienie. Lubił 

pomnażać  majątek  klientów,  ale  o  ileż  milej  jest  wiedzieć,  że  dzięki  jego 

staraniom zostanie uczynione trochę dobra.

– Cieszę się, że dałaś mi drugą szansę – dodał cicho.

–  Pierwsze  wrażenie  było  dość  niekorzystne  –  przyznała,  krzywiąc  się 

zabawnie.

– Z winy Hermana, tej upiornej wiewiórki.

Melissa  zaśmiała  się,  a  Derek  poczuł  wewnętrzne  ciepło.  Było  mu 

przyjemnie  nie  dlatego,  że  zdobył  dobrego  klienta,  ale  dlatego,  że  jej  śmiech 

budził  w  nim  głębsze  uczucia.  Nagle  odkrył,  że  bardziej  niż  współpracy, 

bardziej  niż  zapewnienia  jej  szalonych  zysków,  które  można  wydać  na 

background image

społecznie wartościowe projekty, po prostu pragnie ją rozśmieszać.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Absolutnie nie powinien dźwigać takich ciężarów niecały rok po zawale 

–  zrzędziła  Melissa,  siedząc  za  kontuarem  w  sklepie  i  obserwując,  jak  ojciec 

wyładowuje z ciężarówki kartony z zupą w puszkach.

– Cóż mogę zrobić? – westchnęła jej matka ze swego miejsca przy kasie. 

– Ciągle proszę go, by na siebie uważał, ale on mnie nie słucha.

– Wujek Eddie...

– Wujek Eddie mówi mu dokładnie to samo. Lekarze też. Ojciec obiecuje 

poprawę, ale potem, wiedząc, ile jest do zrobienia, sam przenosi kartony.

– Powinni zatrudnić kogoś do pomocy – oznajmiła stanowczo Melissa. –

Nie  jakiegoś  dzieciaka  podczas  wakacji,  ale  dorosłego,  silnego  mężczyznę  na 

stałe.

– Jasne. Tylko że musieliby mu płacić pełną pensję i odjąć to od zysków 

ojca.

Melissa  doskonale  znała  finanse  sklepu.  Odkąd  ukończyła  kursy 

księgowości, ojciec i wuj całkowicie na niej polegali. Cieszyła się, że może im 

pomóc, dzięki czemu nie muszą płacić komuś obcemu za prowadzenie ksiąg.

Sklep przynosił godziwy dochód, ale dzielenie zysków na pół sprawiało, 

że żaden ze wspólników nie mógł liczyć na góry złota. Rodzice Melissy wciąż 

jeszcze spłacali długi za pobyt ojca w szpitalu po zawale, więc okrojenie pensji 

nie wchodziło w rachubę.

Gdy  do  sklepu  wbiegło  dwóch  chłopców,  matka  Melissy  spojrzała  w 

strategicznie  umieszczone  lustro,  w  którym  widać  było  całe  wnętrze  lokalu. 

Chłopcy  wzięli  napoje  z  lodówki  i  podeszli  do  kontuaru,  żeby  zapłacić.  Pani 

Giordano  wydała  im  resztę  i  życzyła  miłego  dnia.  Mruknęli  coś  grzecznie  w 

odpowiedzi i już ich nie było.

–  No  dobrze  –  westchnęła  matka,  gdy  opuścili  sklep.  –  A  co  u  ciebie? 

Znów masz to dziwne spojrzenie.

– Tak? – zdziwiła się Melissa.

–  Jakbyś  błądziła  myślami  gdzieś  daleko.  Lepiej  nie  narób  bałaganu  w 

rachunkach. – Pogroziła córce palcem.

Melissa  nie  miała  jej  za  złe,  że  wiecznie  narzekała.  Mimo  groźnego 

background image

spojrzenia i ostrego tonu matka po prostu troszczyła się o nią. Do tego całymi 

dniami martwiła się o ojca i nie miała siły na zabawę w uprzejmości.

– Nie ośmieliłabym się – odparła ze śmiechem.

– A na co się ośmieliłaś?

Melissa  zaczęła  bawić  się  długopisem.  Matka  bezbłędnie  wyczuła,  że 

myśli  córki  zaprzątają  jakieś  poważne  sprawy,  ta  jednak  nie  zamierzała  jej 

zdradzić  swoich  marzeń.  A  marzyła  o  mężczyźnie,  z  którym  poprzedniego 

wieczoru jadła kolację.

– Coś ci dolega – drążyła dalej. – Wyglądasz, jakby coś cię gryzło.

Zdeprawowana wiewiórka, pomyślała Melissa i zachichotała.

Kolacja  z  Derekiem  miała  być  spotkaniem  w  interesach,  i  do  pewnego 

stopnia była. Po spokojnej, rzeczowej rozmowie Melissa postanowiła zatrudnić 

jego  firmę  do  zarządzania  kapitałem fundacji.  Wieczorem  Derek  wydał jej  się 

zupełnie  inny  od  tego  wymiętego,  brudnego,  na  poły  szalonego  mężczyzny  w 

jednym  rolkowym  bucie.  W  czasie  posiłku  olśnił  ją  humorem  i  inteligencją. 

Przekonał  ją,  że  jego  giełdowe  czary  przyniosą  spore  zyski.  Można  więc 

powiedzieć, że było to spotkanie w interesach.

Jednak  zdawała  sobie  sprawę,  że  było  w  tym  coś  więcej.  Za  każdym 

razem, kiedy się do niej uśmiechnął, gdy ich spojrzenia się łączyły...

„Zapisane w gwiazdach”, przeczytała w jego  liściku. Za każdym razem, 

gdy na niego patrzyła, czuła, że ich spotkanie rzeczywiście było nieuniknione.

Melisa nie była romantyczką. Twardo stąpała po ziemi. Nie wierzyła, że 

gwiazdy  mogą  decydować  o  losie,  a  jednak...  A  jednak  wczorajszy  wieczór 

sprawił, że zapragnęła w to uwierzyć.

Z  rozmyślań  wyrwał  ją  dźwięk  otwieranych  drzwi  i  powiew  chłodnego 

powietrza. Odwróciła się, by powitać kolejnego klienta, i słowa zamarły jej na 

ustach.

–  Witaj  –  powiedział  Derek  z  uśmiechem.  Co  on  tu  robi?  –  pomyślała 

zdezorientowana.

Z  pewnością  nie  przypadkiem  zabłąkał  się  w  te  strony.  Zamierzał  robić 

zakupy w sklepie jej ojca? Raczej na to się nie zanosiło. Miał na sobie dżinsy, 

tenisówki i tę samą skórzaną kurtkę co wczoraj w biurze. Przez ramię przewiesił 

dużą,  sportową  torbę.  Zaczerwienione  policzki,  potargane  wiatrem  włosy  i 

wełniany szalik omotany wokół szyi dopełniały obrazu.

background image

Melissa czuła, że jej matka ciekawie mu się przygląda. Zgarnęła rachunki 

i wstała.

– Mamo, to jest Derek Palmer, znajomy z pracy – przedstawiła gościa.

–  Pracujesz  dzisiaj?  Powinnaś  mi  powiedzieć!  Gdybym  wiedziała,  nie 

pozwoliłabym ci zajmować się księgami.

– Nie pracuję. – Spojrzała na łobuzersko uśmiechniętego Dereka, usiłując 

odgadnąć, co oznacza jego wizyta. – Jak mnie tu znalazłeś? Tylko nie mów, że 

szukałeś w książce telefonicznej – zastrzegła od razu, wciąż zastanawiając się, 

jak  odkrył  jej  domowy  adres.  Nie  do  pomyślenia  było,  żeby  ktoś  w  fundacji 

Towersa zostawił na wierzchu dokumenty z danymi pracowników.

– Wspominałaś, gdzie mniej więcej znajduje się sklep, więc przyjechałem 

metrem  i  zacząłem  pytać.  Już  druga  osoba  wskazała  mi  sklep  pana  Giordana. 

Niezbyt oszałamiający sukces detektywistyczny. – Z uśmiechem wskazał szyld 

z nazwiskiem właściciela. – Masz wolną chwilę?

Melissa nie zdążyła nawet otworzyć ust, gdy jej matka się wtrąciła:

– Idź, idź! Rachunki mogą poczekać.

Zerknęła na nią przez ramię i dostrzegła szeroki uśmiech. Pani Giordano 

nigdy  nie  robiła  tajemnicy  z  faktu,  że  marzy  o  tym,  by  córka  znalazła 

przyzwoitego mężczyznę  i  się  ustatkowała. Widocznie zdecydowała, że  Derek 

jest obiecującym kandydatem.

– Tylko kilka minut – powiedziała Melissa, wstając.

–  Lepiej  weź  płaszcz  –  poradził  Derek  z  uśmiechem, który  pozwolił  jej 

matce niemal słyszeć weselne dzwony.

– Zaraz wracam.

–  Nie  ma  pośpiechu  –  odparła  pani  Giordano,  na  tyle  głośno,  by  Derek 

mógł ją usłyszeć. – O! Pani Manetta! – zawołała, gdy do sklepu weszła klientka. 

– Właśnie przyszła dostawa pani ulubionych lodów.

Melissa  tylko  pokręciła  głową  i  wraz  z  Derekiem  wyszła  ze  sklepu.  Po 

wczorajszym  śniegu  nie  było  śladu,  a  przebłyskujące  zza  chmur  słońce 

sprawiało, że dzień wydawał się cieplejszy.

Derek  poprowadził  ją  wzdłuż  ulicy,  przy  której  przycupnęły  zadbane, 

skromne  domki.  Wzdłuż  chodnika  rosły  drzewa  pozbawione  liści,  a 

zaparkowane  samochody  zostawiały  ledwie  tyle  miejsca,  by  się  obok  nich 

przecisnąć.

background image

Za  następnym  skrzyżowaniem  stał  dom,  w  którym  wyrosła.  Jej  rodzice 

wciąż  tu  mieszkali.  Znała  tę  okolicę  lepiej  niż  miejsce,  w  którym  teraz 

mieszkała. Była to dzielnica średniozamożnych, ciężko pracujących ludzi. Choć 

wykształcenie  przeniosło  Melissę  do  świata  Ronalda  Towersa,  to  właśnie  tu 

czuła się jak w domu.

Derek  poprowadził  ją  do  niskiego  murku  odgradzającego  posesje  od 

ulicy, usiadł, sięgnął do torby i wyjął dwie pary rolek i ochraniaczy.

– Derek! – Nie wiedziała, śmiać się czy pogniewać.

Szybko rozłożył pustą torbę na murku i zmusił Melissę, by na niej usiadła.

– Zrobimy sobie małą przejażdżkę – oznajmił radośnie.

– Świetnie, tylko, że nie umiem na tym jeździć.

– Skąd wiesz, skoro nie próbowałaś?

– Właśnie dlatego, że nie próbowałam.

– Zanim zaczęłaś pracować u Towersa, nigdy wcześniej nie pracowałaś w 

fundacji – argumentował z zapałem. – Dopiero gdy zaczęłaś, przekonałaś się, że 

umiesz.  No,  dalej!  Specjalnie  je  dla  ciebie  wypożyczyłem.  –  Przypiął  sobie 

rolki.

Niejaką  pociechą  dla  Melissy  była  myśl,  że  wypożyczył  sprzęt,  a  nie 

kupił. Cały czas patrzyła z powątpiewaniem na turkusowe rolki.

– Zaufaj mi – szepnął. – Zobaczysz, że będzie miło.

–  Co  cię  opętało?  –  broniła  się  słabo,  przyglądając  się  podejrzliwie 

rolkom.

– Zdradziłaś mi rozmiar stopy, a ja uznałem, że mam moralny obowiązek 

wykorzystać  tę  wiedzę  do  wzniosłego  celu  –  oznajmił  ze  śmiechem,  skończył 

zakładanie  rolek  i  klęknął  przed  nią,  podając  but  niczym  królewicz  ze 

współczesnej  bajki  o  kopciuszku.  –  Objedziemy  tylko  osiedle  –  obiecał 

uspokajająco. – Będziesz się dobrze bawiła. Chyba nie ma w tym nic złego?

– A jeśli zaatakuje mnie wiewiórka?

–  Myślisz,  że  Herman  ma  kuzynów  w  Queens?  –  Roześmiał  się.  –  Daj 

spokój! Wkładaj, zaraz poczujesz dreszczyk emocji.

Już samo patrzenie na Dereka przyprawiało Melissę o dreszcze. Spuściła 

wzrok, nie chcąc, by się zorientował w jej uczuciach. Już i tak udało mu się ją 

wytropić,  porwać  ze  sklepu  rodziców i  namówić  do  zdjęcia  butów.  Lepiej, by 

nie wiedział, że przestała go uważać za wariata i zaczyna się w nim zakochiwać.

background image

Z drugiej strony kilka upadków i niezgrabna jazda powinny szybko mnie 

wyleczyć z głupich mrzonek, pomyślała i zaczęła się niepewnie podnosić. Derek 

natychmiast pomógł jej wstać i pochylił się, żeby jej podopinać klamry. Potem 

schował buty Melissy do swojej torby. Założył jej też ochraniacze. Jego dłonie 

mimo  chłodnego  dnia  były  przyjemnie  ciepłe.  Bardzo  starała  się  nie  okazać, 

jakie  wrażenie  zrobił  na  niej  jego  dotyk.  Poczuła  zręczne  palce  na  swoich 

dłoniach, nadgarstkach i łokciach. Przez chwilę marzyła o tym, by poczuć je na 

całym ciele.

–  W  porządku!  –  Oznajmił  Derek  radośnie,  gdy  skończył  sprawdzać 

ochraniacze. – Jeszcze tylko kolana.

Kiedy  pochylił  się  i  musnął  jej  uda,  ściągając  zapięcia,  przed  oczami 

stanęły  jej  kolejne,  lecz  o  wiele  śmielsze  erotyczne  wizje.  Szybko  odwróciła 

zaczerwienioną twarz, pozwalając, by rześki wiatr ochłodził rozpalone policzki. 

Nic to nie pomogło, bo po chwili Derek oderwał dłonie od kolan i ujął jej ręce.

Gdy  uświadomiła  sobie,  że  stoi  na  chybotliwych  rolkach,  podniecenie 

natychmiast ustąpiło przerażeniu. Z pewnością przewróciłaby się, gdyby Derek 

błyskawicznie  nie  objął  jej  mocno  w  talii.  Zagryzła  wargi,  żeby  nie  szczękać 

zębami.

– Spokojnie – wyszeptał, a ona poczuła ciepło jego oddechu przy swoim 

uchu. – Bez paniki. Nie upadniesz.

– Chcesz się założyć?

– Jasne. O kolację dziś wieczorem.

– To znaczy, że jeśli się przewrócę, nie zjem z tobą kolacji?

–  Taki  jest  zakład  –  przytaknął  z  pełnym  nadziei  uśmiechem.  –  Oboje 

więc musimy się starać o zachowanie równowagi. Jak się czujesz? W porządku?

– Nie – prychnęła nerwowo. – Ale bardziej gotowa już nie będę.

– Powiedziałaś, że jeździłaś kiedyś na wrotkach.

– Nie zdejmując rąk z jej talii, obrócił się w stronę chodnika. – To niemal 

to samo, tylko na  węższej podstawie. Też masz cztery koła, ale w jednej linii. 

Kiedy będziesz chciała się zatrzymać, unieś stopę i uderz o chodnik hamulcem. 

– Zademonstrował całą operację. – Widzisz, jakie to proste?

– Jasne, że widzę, ale to nie to samo, co zrobić.

– Powoli. – Puścił ją, przerzucił torbę przez ramię i kawałek przejechał.

Melissa  została  na  chodniku  sama  i  pozbawiona  oparcia.  Rozłożyła 

background image

szeroko ręce, by łatwiej zachować równowagę, i starała się uspokoić łomoczące 

serce.

–  Powolutku  –  powtórzył,  ujął  jej  dłoń  i  jadąc  do  tyłu,  pociągnął  ją  za 

sobą.

Mogła albo go puścić, albo poruszać się wraz z nim. Sztywno przesuwała 

stopy, starając się za nim nadążyć. Derek robił to z wielką gracją, a ona czuła się 

jak klaun.

– Nie patrz w dół, bo stracisz równowagę – ostrzegł.

Patrzenie przed siebie oznaczało patrzenie wprost w uwodzicielskie oczy 

Dereka. Uśmiechał się do niej, a Melissa mogła tylko myśleć o tym, że pragnie 

poczuć  jego  wargi  na  swoich.  Serce,  zamiast  się  uspokoić,  zaczęło  jej  bić 

jeszcze mocniej.

Dlaczego tak na niego reagowała? Jak dotąd wykazał się jedynie tym, że 

zdołał  zmienić  jej  opinię  na  temat  swoich  umiejętności  zawodowych.  Według 

Melissy  nie  była  to  zaleta.  Nie  lubiła,  gdy  ktoś  na  nią  wpływał,  ceniła  sobie 

własne  zdanie  i  swój sposób  myślenia,  a  także  ostrożne  planowanie kolejnych 

kroków. Lubiła logikę.

Derek  miał tylko  jedną  logiczną cechę.  Talent do  inwestycji. Reszta nie 

tylko  wymykała  się  rozsądkowi,  ale  była  wręcz  szalona.  Do  pracy  zjawiał  się 

niczym  uczniak:  brudny,  spóźniony,  na  rolkach.  Klientów  wabił  tajemniczymi 

liścikami  i  ekskluzywnymi  szwajcarskimi  słodyczami.  Miał  gorące  dłonie  i 

uśmiech,  choć  wokół  szalała  zima.  W  dodatku  jechał  tyłem,  żeby  ona  mogła 

jechać przodem.

Nagle Melissa zdała sobie sprawę, że jedzie szybciej niż na początku.

–  Miało  być  powoli  –  zaprotestowała  bez  tchu,  widząc,  jak  chodnik 

szybko umyka spod kółek.

– Nie patrz w dół – upomniał.

– Jedziesz za szybko – jęknęła.

– Im szybciej jedziesz, tym łatwiej zachowasz równowagę. To jak z jazdą 

na rowerze.

– Im szybciej jadę, tym łatwiej upadnę.

–  Uważasz,  że  ci  na  to  pozwolę,  kiedy  w  grę  wchodzi  taki  zakład?  –

spytał z udawaną zgrozą i posłał jej uspokajający uśmiech. – Spójrz na mnie i 

wyprostuj się. No widzisz!

background image

Powoli  przekonywała  się,  że  jazda  nie  jest  tak  straszna,  jak  jej  się 

wydawało.  Pęd  powietrza  na  policzkach  zaczął  jej  sprawiać  przyjemność. 

Zimowe słońce co chwila wyglądało zza chmur i przydawało światu weselszych 

kolorów.  Zaczęła  się  odprężać.  Kiedy  przejeżdżali  obok  domu  rodziców 

Melissy,  odważyła  się  nawet  puścić  jedną  dłoń  Dereka  i  machnąć  we 

właściwym kierunku.

– Tu dorastałam.

– Naprawdę? – Gwałtownie się zatrzymał i Melissa natychmiast na niego 

wpadła.  –  Niemal  widzę  tę  dziewczynkę,  jak  jedzie  ulicą  na  metalowych 

wrotkach, przykręcanych do butów specjalnym kluczem.

– Moja mama miała takie wrotki – zaprotestowała ze śmiechem. – Moje 

były z jaskrawego plastiku i miały masywne kółka.

– Ale i tak się je doczepiało do butów, prawda?

–  Owszem.  Nie  można  w  nich  było  szybko  jeździć.  Pewnie  dlatego  je 

lubiłam.

– Nie myśl o jeździe, pomyśl, że lecisz! – Puścił jej dłoń i odjechał.

Po  paru  metrach  zatrzymał  się  i  rozłożył  szeroko  ramiona,  czekając,  aż 

Melissa  do  niego  dołączy.  Zagryzła  wargę,  wzięła  głęboki  wdech  i  ruszyła. 

Kolana  jej  drżały,  a  każdy  ruch  przenosił  ją  o  wiele  dalej,  niż  przypuszczała. 

Rozłożone na boki ręce przypominały skrzydła ptaka, który nie potrafi poderwać 

się do lotu. Wyglądam jak indyk, pomyślała i roześmiała się.

To  pozwoliło  jej  się  odprężyć.  Stopniowo  ośmielała  się  i  nawet  zaczęła 

balansować  biodrami.  Nabrała  prędkości,  opuściła  ręce  i  uwierzyła,  że  potrafi 

już  jeździć.  Rozchylone  ramiona  Dereka  wyglądały  zapraszająco,  lecz 

zauważyła, że zbliża się do niego za szybko.

Postanowiła  zwolnić.  Problem  polegał  na  tym,  że  nie  wiedziała,  jak  się 

zatrzymać.  Chciała  unieść  rolkę  i  przytknąć  hamulec  do  chodnika,  ale 

natychmiast  straciła  równowagę.  Spanikowana  opuściła  stopę  z  powrotem. 

Gdyby  potrafiła  lepiej  skręcać,  zjechałaby  na  uschniętą  trawę,  ale  wtedy 

najpewniej  by  się  przewróciła,  a  to  oznaczało  koniec  marzeń  o  kolacji  z 

Derekiem.  Jednak  jeśli  utrzyma  ten  kierunek,  wpadnie  wprost  na  niego  i 

przewrócą się obydwoje.

–  Przepraszam!  –  zawołała.  –  Nie  mogę  się  zatrzymać!  –  Z  impetem 

wpadła na Dereka.

background image

Nawet  się  nie  zachwiał.  Jak  niewzruszona  skała  przyjął  uderzenie  i 

natychmiast objął ją ramionami, dzięki czemu zachowała równowagę.

Naprawdę zależy mu na wspólnej kolacji, pomyślała.

Chwyciła poły jego kurtki i zacisnęła dłonie. Próbowała odzyskać oddech. 

Nie  było  to  łatwe,  bo  stali  spleceni  w  uścisku  niczym kochankowie.  Jej  piersi 

przyciskały się  do  jego torsu, biodra wtulały się  w  biodra, a głowę ułożyła na 

jego ramieniu. Poczuła zapach jego wody po goleniu. Gdy odchylił ją lekko do 

tyłu, spojrzała wprost w jego roześmiane oczy. Słowa „nie mogę się zatrzymać” 

nabrały nagle innego znaczenia. Po chwili poczuła jego wargi na swoich ustach. 

Teraz już nie chciała się zatrzymać.

Ponownie zadrżały jej kolana, ale tym razem nie była to wina rolek. Serce 

znów łomotało, ale nie ze strachu. Przynajmniej nie ze strachu, że połamie sobie 

wszystkie kości. Tym razem mogło ucierpieć jej serce.

Dłoń  Dereka  wspięła  się  po  plecach  Melissy  i  wsunęła  się  w  jej  włosy. 

Gdy  zachwiała  się  lekko,  przygarnął  ją  mocniej  i  zbliżył  wargi  do  jej  ust. 

Westchnęła  i  pozwoliła  mu  na  śmielsze  pieszczoty.  Rzeczywiście,  tak  jak 

obiecał, czuła dreszczyk emocji. Nawet nie przypuszczała, że jazda na rolkach 

może  być  tak...  podniecająca.  Derek  całował  ją  coraz  bardziej  zapamiętale  i 

Melissa zupełnie straciła poczucie rzeczywistości. Zapomniała, że stoją na ulicy, 

w  sąsiedztwie  domu  jej  rodziców.  Ludzie,  których  znała  całe  życie,  mogli 

widzieć  przez  okna,  jak  całuje  się  z  mężczyzną.  Do  diabła  z  nimi,  pomyślała 

półprzytomnie. Niech sobie patrzą. Dla niej liczył się jedynie Derek.

– Nie upadłaś – wydyszał, odrywając się niechętnie od jej słodkich ust.

–  Innymi  słowy –  szepnęła drżącym  głosem –  nie  mam  innego  wyjścia, 

jak tylko iść z tobą na kolację?

–  Obawiam  się,  że  tak.  –  Smutnemu  tonowi  głosu  przeczyły  wesołe 

iskierki w oczach.

– Mam za swoje. To mnie oduczy jazdy na rolkach – zażartowała.

– Myślę, że oboje czegoś się nauczyliśmy.

– Czule się uśmiechnął.

Melissa  zgodziłaby  się  teraz  z  każdym  jego  słowem.  Mimo 

najszczerszych chęci, nie miała jednak pojęcia, co o tym wszystkim myśleć.

I wcale się tym nie martwiła.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Derek poprawił poduszkę pod głową i uśmiechnął się, słysząc szum wody 

w  łazience.  To  Melissa  robiła  poranną  toaletę.  Nie  miał  pojęcia,  jak  sobie 

poradzi  bez  szczoteczki  do  zębów.  Nieczęsto  zdarzali  mu  się  goście,  więc  nie 

trzymał  zapasowej.  Na  szczęście  miał  jednak zapas  prezerwatyw,  i  to  całkiem 

pokaźny.

Pożądał jej od pierwszej chwili, gdy ujrzał ją w swoim biurze. Z początku 

pragnął, by zainwestowała u nich pieniądze fundacji, potem zależało mu na jej 

szacunku zamiast tego przerażenia, które wzbudził, pojawiając się w biurze po 

przeprawie z wiewiórką. A teraz wylądowali w łóżku.

Gdy  wrócił  z  wczorajszej  kolacji,  dostrzegł  porzuconą  na  kuchennym 

stole gazetę. W pierwszym odruchu zamierzał ją wyrzucić, ale wtedy jego wzrok 

padł na horoskop.

Grozi ci ryzyko zrobienia z siebie głupca.

Nie  tylko  groziło,  ale  nawet  zrobił  z  siebie  głupca  przy  pierwszym 

spotkaniu z Melissą. Potem też ryzykował, gdy posłał jej liścik i czekoladę.

Bądź  szczególnie  ostrożny  w  kontaktach  ze  zwierzętami  i 

przedstawicielami przeciwnej płci.

Zazwyczaj uważał na pewną psychopatyczną wiewiórkę. Gdyby bardziej 

wziął sobie do serca astrologiczną poradę, może byłby lepiej przygotowany do 

spotkania z Hermanem. A jeśli chodzi o przedstawicielkę przeciwnej płci, sam 

jest sobie winien. Melissa bez reszty zawładnęła jego myślami.

Jeśli nie podejmiesz zdecydowanych działań, stracisz dużą szansę.

Niemal  stracił  szansę  na  duży  kontrakt  z  ważnym  klientem.  Gdyby  nie 

interwencja  Abby  i  Stana,  którzy  zmusili  go  do  działania,  pieniądze  Towersa 

znikłyby mu sprzed nosa.

Ktoś w kapeluszu przyniesie ci szczęście. Pamiętaj jednak, że szczęście ma 

wiele postaci i nie zawsze łatwo je rozpoznać.

Jak miał na imię kolega Melissy? Trumbull. Tom Trumbull, przypomniał 

sobie Derek. Nosił kapelusz i dał mu domowy adres Melissy. To był prawdziwy 

uśmiech losu.

Każde słowo wczorajszego horoskopu się sprawdziło. Jakoś nigdy do tej 

background image

pory  Derek  nie  pomyślał,  że  przepowiednie  z  gazety  mogą  go  bezpośrednio 

dotyczyć.  Używał  ich  jedynie  jako  wskazówek  przy  inwestycjach.  Może 

powinien poświęcić im więcej uwagi.

Szum  wody  w  łazience  ustał  i  Derek  szerzej  się  uśmiechnął.  Dzisiejsza 

kolacja  była  jeszcze  milsza  od  wczorajszej.  Gdy  przyjechał  po  Melissę  o 

siódmej,  przedstawiła  go  swojej  współlokatorce.  Jo,  którą  początkowo  uważał 

za swego rywala, okazała się szczupłą kobietą, ubraną według najnowszej mody. 

Na  paznokciach  miała  błyszczący,  czerwony  lakier,  a  buty  ze  sztucznej 

krokodylej  skóry  sięgały  do  kolana  i  miały  niebotycznie  wysokie  obcasy. 

Wybierała  się  na  szaloną  imprezę.  Zaprosiła  ich,  lecz  na  szczęście  Melissa 

odmówiła.

Potem zjedli spokojny posiłek we włoskiej knajpce, a Melissa wyjaśniała 

mu różnicę między kulinarnymi zwyczajami północnych i południowych Włoch.

– Moi przodkowie pochodzą z Neapolu, ale ja wolę północną kuchnię –

oznajmiła.

Opowiedziała,  że  jej  rodzice  wychowali  się  w  Sunnyside,  w  Queens, 

zakochali się w sobie jeszcze w szkole i odtąd już nigdy się nie rozstali. Pobrali 

się,  gdy  tylko  ojciec  wrócił  z  Wietnamu  i  wraz  z  bratem  otworzył  sklep. 

Początki  nie  były  łatwe.  Konkurowali  z  sieciami  dużych  marketów,  żeby  się 

więc  odróżnić,  osobiście  zaopatrywali  sąsiadów  i  stałych  klientów.  Melissa 

opowiedziała też o chorobie ojca i dławiącym strachu, że go stracą.

–  Nie  chodzi  tylko  o  to,  że  często  dźwiga  ciężary.  Ćwiczenia  są  nawet 

dobre  dla  zdrowia,  o  ile  tak  można  nazwać  szarpaninę  z  kartonami  puszek. 

Jednak stres związany z prowadzeniem własnego interesu stał się dla niego zbyt 

dużym  obciążeniem.  Wiem,  że  gdyby  mógł  sobie  na  to  pozwolić,  zwolniłby 

tempo.  Pomagam  rodzicom,  jak  mogę.  Jeśli  się  postaram,  może  dostanę 

podwyżkę i będę mogła bardziej im ulżyć.

Melissa  wypytała  go  także  o  jego  rodzinę,  jednak  Derek  uważał,  że  nie 

jest tak interesująca jak jej. Ale Melissa uznała, że bycie synem nauczycielki i 

aptekarza  na  zielonych  przedmieściach  Filadelfii  brzmi  dla  niej  wystarczająco 

egzotyczne. Zwierzył się jej, że w porównaniu ze starszymi od niego o trzy lata 

anielskimi bliźniaczkami, jego chłopięce wybryki wydawały się o wiele gorsze, 

niż były w rzeczywistości.

Do tiramisu zamówili chianti. Jednak Derek, zamiast  smakować słodycz 

background image

deseru,  wciąż  wspominał  smak  ust  Melissy.  Pocałunek  wydawał  mu  się 

rozkoszniejszy  od  kremowej  włoskiej  delicji  i  bardziej  odurzający  niż  wino. 

Kiedy  uregulował  rachunek,  znów  naraził  się  na  ryzyko  zrobienia  z  siebie 

głupca, bo zaproponował, by resztę wieczoru spędzili u niego w domu.

Nie  spodziewał  się,  że  Melissa  się  zgodzi.  Zdążył  się  zorientować,  że 

przygodny  seks  był  absolutnie  nie  w  jej  stylu.  Mógł  tylko  liczyć,  że  czuła  to 

samo nieodparte przyciąganie i tęsknotę.

Okazało się, że Melissa, tak jak i on, uznała, że są sobie przeznaczeni.

Zupełnie jakby było to zapisane w gwiazdach.

Usłyszał,  że  drzwi  łazienki  otworzyły  się  i  zerknął  w  głąb  korytarza. 

Melissa  miała  na  sobie  jego  flanelową  koszulę,  która  sięgała  jej  do  pół  uda. 

Dostrzegł,  że  dwa  górne  guziki  są  odpięte  i  pomyślał,  że  ma  przed  sobą 

najbardziej pociągającą kobietę pod słońcem.

Ciało  Dereka  natychmiast  zareagowało  na  jej  obecność.  Zapraszającym 

gestem poklepał pościel obok siebie, a wtedy Melissa z nieśmiałym uśmiechem 

podbiegła do łóżka i wsunęła się między prześcieradła.

–  Masz  cudowną  łazienkę.  Uwielbiam  marmurowe  umywalki.  A  te 

czteroramienne kurki wyglądają szalenie elegancko.

Derek uśmiechnął się. Wiedział, że jego łazienka może się podobać,  ale 

zachwycał go entuzjazm Melissy. Zachwycała go też jej jedwabista, kremowo-

biała  skóra  i  sposób,  w  który  rozpuszczone  włosy  ciemnymi  falami  okalały 

drobną twarz. Z fascynacją przyglądał się jej szczupłym nadgarstkom, długim, 

kształtnym  palcom  i  konturowi  bioder,  rysującemu  się  pod  flanelową  koszulą. 

Wyciągnął ramiona i przygarnął ją do siebie.

– Gdybym wiedział, że tak cię kręcą łazienki, z miejsca wspomniałbym o 

marmurowej umywalce – wymruczał, wtulając twarz w jej włosy.

–  Cóż,  jak  widać,  nie  musiałeś  stosować  dodatkowych  podstępów  –

wyznała nieco zarumieniona.

– Nie wiem, jak  mi się udało tu cię ściągnąć, ale jestem zachwycony. –

Odgarnął jej loki i ucałował czoło.

– Nie wiesz? – Opadła na poduszki i uważnie wpatrzyła się w jego oczy. 

– Naprawdę nie wiesz, czemu przyszłam?

– Miałem szczęście?

–  Dla  ciebie.  –  Pogładziła  jego  policzki.  –  Przyszłam  tu  z  twojego 

background image

powodu.

Derekowi  zabrakło  tchu.  Serce  tłukło  się  boleśnie  w  piersiach.  Nigdy 

dotąd  nie  słyszał  tak  romantycznego  wyznania.  Ani  tak  przerażającego.  Może 

nie był jeszcze gotów na prawdziwe deklaracje uczuć, ale przecież od początku 

zdawał  sobie  sprawę,  że  Melissa  nie  jest  kobietą  na  jedną  noc.  Czuł,  że  ich 

znajomość  może  przerodzić  się  w  coś  poważniejszego.  Nieważne,  co  pchnęło 

ich ku sobie, szczęście czy gwiazdy. Ważne, że była z nim tu i teraz.

Pocałował  ją  mocno,  głęboko.  Tą  pieszczotą  chciał  wyrazić  to,  co  ona 

powiedziała słowami. Jego ręce, błądząc po ciele Melissy, dotarły do guzików. 

Derek  rozpiął  je  i  rozchylił poły  koszuli.  Gdy  ukazały  się  piersi,  bez  namysłu 

pochylił  głowę  i  zaczął  obsypywać  je  pocałunkami.  Jęknęła.  Ten  odgłos 

podniecił go jeszcze bardziej.

Melissa  pogładziła  jego  włosy  i  zsunęła  dłonie  na  plecy  Dereka.  Miała 

wciąż chłodne i wilgotne palce po porannej kąpieli, więc wydawało się, że jego 

skóra  jest  bardzo  rozgrzana.  Czuł  jej  paznokcie  na  swoich  plecach  i  z  trudem 

hamował swoje reakcje. Pragnął, by wszędzie go dotykała.

Nieraz  był  z  kobietą,  więc  wiedział,  że  miał  wyjątkowe  szczęście.  Nie 

zawsze doznania były tak intensywne i upajające. Melissa wydawała się wprost 

dla niego stworzona. Nie musiała mu nic mówić. Sam wiedział, gdzie i jak ma ją 

dotykać.  Wszystko,  co  robił,  dawało  jej  przyjemność  i  nie  wahała  się  tego 

okazywać. To sprawiało, że Derek wprost płonął.

Sięgnął po zabezpieczenie. Zaskoczyła go, gdy wyjęła mu prezerwatywę 

z drżących palców i sama umieściła ją na właściwym miejscu. Po chwili pchnęła 

go na plecy i znalazła się nad nim. Jej włosy rozsypały się po twarzy Dereka i 

odcięły ich od świata kruczoczarną kurtyną. Melissa przejęła całkowitą kontrolę, 

co spodobało mu się jeszcze bardziej. Panował nad sobą z największym trudem. 

Kiedy  poczuł,  że  rytm  się  zmienia,  otworzył  oczy  i  ujrzał  nad  sobą  jej 

rozkołysane piersi. Sięgnął i zamknął dłonie na kształtnych półkulach. Melissa z 

rozkoszy przygryzła wargę. Po chwili świat zawirował i zalała ich cudowna fala 

najwspanialszego doznania.

Kiedy  Derek  przyszedł  do  siebie,  pomyślał,  że  przydarzyło  mu  się  coś 

niesamowitego.  Nie  wiedział,  czy  sprawiła  to  miłosna  chemia, szczęśliwy  los, 

czy gwiazdy. Poczuł, że w jego życiu coś się zmieniło.

Melissa  nie  była  pewna,  jak  długo  bez  przytomności  leżała  w  jego 

background image

ramionach. Była szczęśliwa i gdyby nie rozległo się pukanie, pozostałaby w jego 

ramionach na zawsze.

– Co to? – szepnęła schrypniętym głosem.

– Mmm – wymruczał przez sen.

– Słyszałam pukanie. – Uniosła się na łokciu.

–  Nikogo się  nie  spodziewam.  –  Zmarszczył brwi  i  zaczął bawić  się  jej 

włosami. – Chyba nie narobiliśmy aż takiego hałasu, by zdenerwować sąsiadów. 

Chociaż  –  zaczął  z  łobuzerskim uśmiechem  –  myślę,  że  moglibyśmy  nad  tym 

popracować.

Mimo tej deklaracji, Derek wyglądał na zmęczonego. Mnie też przyda się 

chwila odpoczynku, pomyślała Melissa. Cudownie było leżeć w jego ramionach, 

wtulać  się  w  męskie  ciało,  czuć  jego  ciepło  i  zapach.  Zresztą  potrzebowała 

chwili na zastanowienie.

To, co zrobiła, uczyniła świadomie. Przez cały wieczór ani na chwilę nie 

straciła  poczucia  rzeczywistości.  Nawet  wtedy,  gdy  kompletnie  niezgodnie  ze 

swym charakterem, zgodziła się spędzić noc z człowiekiem, którego dopiero co 

poznała. Postanowiła kochać się z Derekiem nie dla chwilowej zachcianki, lecz 

z kilku uzasadnionych powodów.

Przede  wszystkim  pociągał  ją  wprost  niesamowicie.  No,  może  to  nie 

całkiem racjonalne, pomyślała, ale nikt do tej pory tak na mnie nie działał. Jego 

uśmiech poruszał ją do głębi. Jego oczy zaglądały jej wprost do duszy, a każdy 

dotyk, nawet najbardziej niewinny, natychmiast ją podniecał.

Istniały  też  inne  przyczyny.  Melissa  nigdy  nie  była  impulsywna,  lubiła 

najpierw wszystko przemyśleć i zaplanować. Jednak nagle wszystko stanęło na 

głowie,  a  ona  to  zaakceptowała.  Zamiast  skrupulatnie  przeglądać  sklepowe 

księgi, uczyła się, jak jeździć na rolkach. Derek miał ciekawą metodę nauczania. 

Już po kilku pocałunkach szło jej całkiem nieźle. Nie upadła ani razu.

I  bardzo  dobrze,  pomyślała.  Gdyby  upadła,  nie  zjedliby  razem  kolacji  i 

nie  byliby  teraz  razem.  Oczywiście  różnili  się  charakterami,  ale  Melissie 

spodobało  się  rozrywkowe  podejście  do  życia  Dereka.  Wiedziała,  że  w 

rzeczywistości twardo stąpa po ziemi. Był śmiały i odważny. Potrafił porzucić 

dużą firmę na Wall Street, żeby z kolegami otworzyć własny interes. Miał więc 

fantazję. Skoro jednak firma błyskawicznie odniosła sukces, był również pilny, 

pracowity, bystry, kompetentny i godny zaufania.

background image

Melissa nigdy nie mierzyła  sukcesu bogactwem. Dla niej  wygranym był 

ten,  kto  potrafił  spełnić  swoje  marzenia,  oczywiście  dzięki  ciężkiej  pracy, 

uczciwości  i  rozsądnemu  planowaniu.  Według  tej  miary  zarówno  ojciec,  jak  i 

wuj osiągnęli sukces. Pragnęli mieć swój sklep i udało im się to. Nieważne, że 

nie  przynosił  gór  złota.  Najważniejsze  było  to,  że  dzięki  swoim  wysiłkom 

spełnili własne marzenia.

Derek był taki sam. To dzięki jego geniuszowi firma pięła się na szczyty. 

Nie można było też odmówić udziału w sukcesie jego współpracownikom. Bez 

ich  starań,  bez  doskonałej  obsługi  klienta  i  rewelacyjnej  organizacji,  tak  mała 

firma  brokerska  nie  mogłaby  przetrwać.  Ale  to  Magik  był  motorem 

przedsięwzięcia,  to  jego  talent  do  wyszukiwania  właściwych  inwestycji  i 

wirtuozeria gry na giełdzie sprawiały, że ich wysiłki miały sens.

Melissa  znała  własne  ograniczenia.  Osiągała  sukcesy,  ale  zawsze 

okupione  były  ciężką  pracą  i  ostrożną  kalkulacją  ryzyka.  Szczerze  podziwiała 

więc  tych  ludzi,  którzy  niesieni  swym  geniuszem  odnosili  spektakularne 

sukcesy. Nie zawsze ich rozumiała, ale ją fascynowali.

Derek należał do tej grupy uprzywilejowanych. Jak mogła się w nim nie 

zakochać?

Dziwny dźwięk znów się powtórzył, wyrywając ją z zamyślenia.

– Słyszałeś? – spytała zaciekawiona.

– To Herman – odparł z westchnieniem.

– Kto?

–  Herman.  Piekielna  wiewiórka.  Rozśmieszyła  ją  absurdalność 

odpowiedzi  Dereka.  Jasne,  był  geniuszem,  certyfikowanym  giełdowym 

Magikiem, ale to nie musiało oznaczać braku poczucia humoru.

– Jak wiewiórka mogłaby...

Delikatne  pukanie  zamieniło  się  w  uporczywy  stukot.  Bez  słowa 

wyjaśnienia  Derek  sięgnął  po  flanelową  koszulę  zaplątaną  w  prześcieradła  i 

podał  ją  Melissie.  Naciągnął  slipy  i  skinął  głową  w  stronę  gabinetu.  Na 

paluszkach ruszyła za nim.

Delikatnie  odsunął  zasłonę.  Na  zewnętrznym  parapecie  siedziała  duża, 

grubiutka wiewiórka i trzymała w łapkach spory żołądź. Przez chwilę patrzyła 

na nich bez ruchu, potem poruszyła wąsami i kilkakrotnie uderzyła nim o szybę. 

Stuk, stuk, stuk.

background image

– Nie wierzę!

– Lepiej uwierz. To mój prześladowca. Robi wszystko, by wyprowadzić 

mnie z równowagi. Zobacz, co za drań! Zdenerwował nawet piękną dziewczynę, 

najcudowniejszą  partnerkę,  z  którą  spędzam  rozkoszne  chwile  po 

najwspanialszym  seksie  w  dziejach  kosmosu.  Idź  stąd,  Herman!  –  warknął, 

krzywiąc się do wiewiórki.

Stworzonko ściągnęło pyszczek, jakby parodiowało ludzki grymas.

Melissa  straciła  na  chwilę  świat  z  oczu,  rozpamiętując  słowa  Dereka. 

Piękna 

dziewczyna, 

najcudowniejsza 

partnerka, 

rozkoszne 

chwile, 

najwspanialszy  seks  w  dziejach  kosmosu.  Tak,  to  brzmiało  rozsądnie.  Ale 

wiewiórka jako prześladowca? To chyba lekka przesada.

Najcudowniejsza  partnerka.  Czy  naprawdę  tak  o  niej  myślał?  Miała 

ochotę porwać go w ramiona i zasypać gradem pocałunków. Chciała krzyczeć z 

radości, że on  również nie postrzega ich nocnej przygody jako  jednorazowego 

szaleństwa.  Pragnęła  zająć  ważne  miejsce  w  jego  życiu.  Nie  mogła  sobie 

uświadomić, czy kiedykolwiek tak bardzo jej na czymś zależało.

Nawet  jeśli  oznaczało  to  sprzymierzenie się  z  nim przeciwko  ślicznemu 

zwierzątku.

–  Jak  możesz  mówić,  że  on  jest  z  piekła  rodem?  –  mimo  wszystko 

wstawiła się za Hermanem. – Spójrz na te jego śliczne, błyszczące oczka.

– Oczy szatana! – Machnął dłonią, żeby odpędzić wiewiórkę. – Wynocha!

Herman po raz ostatni uderzył żołędziem w szybę, powęszył w powietrzu 

i  dostojnie  ruszył  na  pobliskie  drzewo.  Jego  wspaniała  kita  powiewała 

triumfująco.  Derek  zerknął  na  parapet  i  jęknął.  Zanim  z  powrotem  przesunął 

zasłonę, Melissa dostrzegła ślad po wizycie zwierzątka.

–  No  dobrze...  –  Pokiwała  głową.  –  Może  trochę  brudzi.  Ale  jest  taki 

słodki!

–  Uwziął  się  i  chce  mnie  wpędzić  do  grobu  –  mruknął  Derek 

łagodniejszym tonem.  – Powinienem go wczoraj załatwić, gdy  miałem szansę. 

Ominąłem  go  i  sam  ucierpiałem.  Widzisz?  –  Wskazał  fioletowy  siniak  na 

opuchniętym kolanie. – Gdybym go rozjechał, nic by mi się nie stało.

– Ale potem gryzłoby cię sumienie – oznajmiła twardo Melissa.

–  Ukatrupiłbym  go  bez  wahania!  –  Derek  zmarszczył  brwi,  ale  czuły 

uśmiech przeczył jego słowom. – Tylko że wtedy nie chciałabyś mnie widzieć 

background image

na oczy.

– Racja. – Ujęła jego dłoń i pociągnęła go w kierunku łóżka. – Połóż się 

wygodnie  i  powiedz,  co  mogę  zrobić,  by  ulżyć  ci  w  cierpieniach  –

zaproponowała z figlarnym błyskiem w oku.

–  Mmm  – wymruczał  Derek,  natychmiast  zapominając  o  nieznośnej 

wiewiórce. – Chyba mam parę pomysłów.

Zaczęli  się  znów  całować  i  po  chwili  Melissa upewniła się,  że zranione 

kolano wcale mu tak bardzo nie dokucza.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

–  Może  masz  ochotę  iść  ze  mną  dziś  wieczorem  na  otwarcie  galerii?  –

spytała JoAnn siedzącą obok niej na kanapie przyjaciółkę.

Jadły  właśnie  z papierowych  pudełek  chińskie przysmaki,  które  Melissa 

kupiła po drodze z pracy. Wciąż miała na sobie biurowy strój, ale zrzuciła buty i 

oparła  stopy  na  niskim  stoliku.  JoAnn  również  wyciągnęła  nogi,  jednak  nie 

bose, jak Melissa, lecz obute w plastikową, jadowicie zieloną pomyłkę jakiegoś 

projektanta.

– Możliwe – odparła z namysłem, żując kawałek pikantnego kurczaka. –

Ale nie zostanę długo, bo jutro pracuję.

– Założę się, że w szkolnych czasach też zawsze chodziłaś wcześnie spać 

–  zaśmiała  się  JoAnn.  –  Kiedy  rodzice  oznajmiali,  że  czas  do  łóżka,  nie 

protestowałaś. Myślisz, że twój kochaś do nas dołączy?

Melissa westchnęła. Nie było mowy, żeby Derek gdzieś się z nimi wybrał 

w czwartkowy wieczór.

Tak  przyjemnie  spędzała  z  nim  czas.  Każdy  weekend  do  nich  należał. 

Mieli  dla  siebie  piątkowy  wieczór,  sobotę,  następną  pełną  wrażeń  noc  i 

niedzielę.  Czasem  chodzili  na  wystawy,  czasem  do  kina,  parku  lub  pływali 

statkiem. Innym razem spacerowali w pobliżu jego domu, odwiedzając sklepiki, 

kawiarenki i knajpki. Gdy poczuli pierwszy powiew wiosny, zrobili sobie piknik 

w Central Parku. Raz wybrali się z JoAnn i jej chłopakiem na szaloną imprezę w 

nieczynnym teatrze, przetańczyli całą noc na scenie i następnego ranka obudzili 

się z bólem głowy i opuchniętymi stopami.

W  pewną  sobotę  zdecydowali  się  nawet  na  wspólny  obiad  z  rodzicami 

Melissy w Sunnyside. Derek przyniósł bukiet wiosennych kwiatów dla jej matki 

i  butelkę  brandy  dla  ojca.  Oczarował  ich.  Matka  wyciągnęła  stary  album  i 

rozbawiona  pokazywała  zdjęcia  nastoletniej  Melissy,  wdzięczącej  się  do 

obiektywu.  Znalazło  się  nawet  zdjęcie,  na  którym  stała  niepewnie  w 

kolorowych, plastikowych wrotkach, otrzymanych od babci w prezencie na piąte 

urodziny.

Rodzice polubili i  zaakceptowali Dereka. Melissa  zakochiwała  się  coraz 

mocniej. Wszystko,  poza  jednym drobiazgiem, było  idealne.  Niepokoiło  ją,  że 

background image

Derek nie chce z nią spędzać żadnej nocy poza piątkową i sobotnią.

JoAnn  śmiała  się  z  Melissy,  ale  Derek  był  pod  tym  względem  jeszcze 

gorszy.  W  niedzielne  popołudnie  odprowadzał  ją  do  domu,  całował  do  utraty 

tchu,  a  gdy  tylko  wrócił  do  siebie,  dzwonił  stęskniony.  Jednak  nigdy  nie 

pozwolił jej zostać w niedzielę na noc.

Melissa  też  nie  była  rannym  ptaszkiem,  więc  doskonale  rozumiała  jego 

niechęć  do  poranków  po  upojnej  nocy,  byli  jednak  dorośli  i  przy  odrobinie 

dyscypliny  mogli  wypracować  zadowalający  kompromis.  Ale  cóż,  Derek  nie 

chciał nawet rozmawiać na ten temat.

Najpierw martwiła się, że w tygodniu spotyka się z inną kobietą, jednak 

po głębokim namyśle uznała, że nie jest to możliwe. Co wieczór rozmawiał z nią 

godzinami przez telefon, również w ciągu dnia zdarzało się, że zjawiał się w jej 

biurze z kwiatami lub czekoladkami. Gdy przyszedł po raz pierwszy, przywitał 

się z Tomem Trumbullem, jakby byli od dawna zaprzyjaźnieni. Zresztą wszyscy 

w  fundacji  znali  Dereka,  bo  już  po  dwóch  miesiącach  zdziałał  cuda  z 

powierzonymi  jego  firmie  pieniędzmi.  Sam  Ronald  Towers  pofatygował  się 

uścisnąć mu dłoń i wygłosił pochwałę. Poprosił nawet o zainwestowanie swoich 

prywatnych kapitałów.

Melissa była szalenie dumna, że Derek cieszy się szacunkiem szefa i jej 

współpracowników.  Wiedziała,  że  jest  genialnym  strategiem  i  cieszyła  się,  że 

inni  również dostrzegają jego  zalety.  Jednak  spotykanie się  z Magikiem miało 

swoje wady.

–  Nie  umiem  ci  tego  wyjaśnić  –  odparł,  gdy  usiłowała  dowiedzieć  się, 

czemu  nie  chce  jej  zaprosić  na  niedzielną  noc.  –  To  jest  związane  z  moim 

sposobem  pracy.  Mam  pewne  utarte  zwyczaje  i  nie  mogę  sobie  pozwolić  na 

wybicie z rytmu. Muszę być maksymalnie skupiony. Rano zbieram siły na cały 

dzień  stresującej pracy. Bez  pewnych  porannych rytuałów w ogóle nie  umiem 

funkcjonować. Gdybyś została, myślałbym tylko o tobie.

Mogła się z tym pogodzić, że czarodzieje mają swoje rytuały, ale Derek ją 

znał. Naprawdę sądził, że przeszkadzałaby mu, gdyby rano miał ochotę sączyć 

kawę i w skupieniu czytać giełdowe notowania? Albo gdyby pił zieloną herbatę 

i medytował? Nie miała pojęcia, co może robić rano Magik, ale kochała Dereka 

i nie zrobiłaby nic, co mogłoby go rozproszyć.

Gdy wyobrażała sobie przyszłość, widziała siebie u boku Dereka. Blisko i 

background image

na  zawsze.  Są  małżeństwem,  mieszkają  pod  jednym  dachem.  Zachowanie 

Dereka  pozwalało jej na  takie  fantazje. Gdy byli  razem, okazywał jej miłość i 

przywiązanie.  Gdy  nie  mogli  się  spotkać,  dzwonił,  żeby  porozmawiać  o 

spędzonym samotnie  dniu,  pożartować  lub  ponarzekać.  Kochał ją  tak,  jak  ona 

jego. Tylko dlaczego nie chciał spędzać z nią wszystkich nocy?

Przez pierwsze dwa miesiące związku bez protestu się z tym godziła, lecz 

wreszcie  zaczęło  jej  to  dokuczać  ponad  miarę.  Nawet  JoAnn  dostrzegła,  jak 

bardzo ją to dręczy.

– Melissa, Derek to najlepsze, co ci się w życiu trafiło. Nie zmarnuj tego 

tylko dlatego, że nie ma ochoty lub nie może towarzyszyć ci podczas kolejnego 

wernisażu – poradziła z troską.

–  Och,  pewnie  by  poszedł,  gdybym  go  zaprosiła,  ale  potem  odstawiłby 

mnie do domu, pocałował na dobranoc i wrócił do siebie – mruknęła z goryczą. 

– Mogę się założyć, że w tygodniu torturuje tę biedną wiewiórkę i nie chce, bym 

to oglądała.

– Cóż, jeśli on woli zabawiać się z wiewiórką, ty powinnaś pójść ze mną i 

trochę się rozerwać. Posiedzimy do jedenastej i grzecznie wrócimy do domu. Co 

ty na to?

Melissa  nie  była  w  nastroju  do  sączenia  taniego  wina  z  plastikowych 

kubków i dziwnych pogawędek z szalonymi artystami w zatłoczonej galerii, ale 

zamiast tego musiałaby zostać w domu i użalać się nad sobą.

– Jasne. – Zmusiła się do uśmiechu. – Chętnie z tobą pójdę.

Ona  zabawi  się  w  towarzystwie  wesołej  JoAnn,  podczas  gdy  Derek 

będzie cieszył się towarzystwem Hermana. Jego strata.

– Cześć. – Głos JoAnn popłynął z automatycznej sekretarki. – Melissa i 

JoAnn  nie  mogą  teraz  odebrać  telefonu.  Pracujemy,  śpimy,  jesteśmy  na 

zakupach, myjemy włosy albo balangujemy. Zostaw  wiadomość, jeśli nam nie 

zazdrościsz.

Derek usłyszał sygnał, że maszyna jest gotowa do nagrania wiadomości, 

ale nic nie powiedział. Odłożył słuchawkę, rozczarowany, że nie może pogadać 

z Melissą.

Tęsknił za nią. Mieszkanie wydawało mu się za duże bez niej. A kuchnia? 

Kiedyś sądził, że jest za ciasna, ale teraz w ogóle nie umiał z niej korzystać, gdy 

background image

Melissa  nie  krzątała  się  obok  w  jednej  z  jego  koszul,  z  burzą  potarganych, 

czarnych  włosów  i  kubkiem  parującej  kawy  w  dłoni.  Nie  potrafił  wejść  do 

łazienki,  nie  wspominając  jej  zachwytów  nad  marmurową  umywalką.  Pod 

prysznicem  wspominał  sposób,  w  jaki  gorące  strugi  wody  spływały  po  jej 

piersiach.

A  teraz  wyszła  gdzieś  i  nie  mógł  z  nią  porozmawiać.  Sam  był  sobie 

winny.

Chciała spędzać z nim więcej czasu. Sama to powiedziała. To też w niej 

uwielbiał. Gdy miała na coś ochotę, mówiła o tym bez ogródek. Kiedy zbierało 

się jej na seks, brała go za rękę i prowadziła do łóżka albo w inne miejsce, które 

właśnie przyszło jej do głowy. Nie krygowała się i nie wstydziła. Gdy chciała 

jeść, proponowała przekąskę. Gdy wybierali kasetę do oglądania i nie zgadzali 

się co do filmu, zajadle walczyła o swoje.

To on miał przed nią tajemnicę, to on nie był do końca uczciwy. Gdyby 

był tak prostolinijny jak Melissa, powiedziałby, czemu nie chce, by zostawała w 

tygodniu na noce. Wyznałby prawdę o inwestycjach.

Uważała  go  za  geniusza.  Do  diabła,  wszyscy  tak  sądzą,  pomyślał.  Jego 

rodzice,  klienci  firmy,  współpracownicy  Melissy  i  Ronald  Towers.  Czy  szef 

fundacji  powierzyłby  mu  swoje  miliony,  gdyby  wiedział,  na  jakiej  podstawie 

Derek  dokonuje  wyborów  na  giełdzie?  Czy  Melissa  dalej  uważałaby  go  za 

geniusza,  gdyby  odkryła,  że  wróży  z  horoskopu  zamieszczanego  w  „America 

Today”?

Gdyby pracowała gdzie indziej, być może powiedziałby jej prawdę, lecz 

ona  była  tak  upiornie  szczera  i  uczciwa,  że  czułaby  się  w  obowiązku 

poinformować szefa o jego metodach. Uważała go za geniusza i brała wszystko 

śmiertelnie  poważnie.  Jak  wyglądałby  w  jej  oczach,  gdyby  weszła  rano  do 

kuchni  i  zastała  go  przy  liczeniu  rzeczowników  w  pierwszym  zdaniu 

horoskopu? Nie obawiał się ryzyka w pracy, ale nie był gotów ryzykować utraty 

szacunku Melissy.

Siedział  więc  w  czwartkowy  wieczór  samotnie  w  domu,  a  ona  była 

nieosiągalna.  Miał  nadzieję,  że  nie  balanguje  bez  niego.  Jeśli  tak  było,  mógł 

winić jedynie siebie.

Otwarcie  galerii  było  tak  okropne,  jak  podejrzewała.  Obrazy 

background image

pretensjonalne  do  granic  możliwości.  Kolorowe  bohomazy  ponumerowane  na 

czarno rzymskimi cyframi w dolnym prawym rogu. Dlaczego czerwone płótno 

miało symbol IV, podczas gdy zielone MDC?

Gdyby  Derek  jej  towarzyszył,  natychmiast  wysnułby  jakąś  zabawną 

teorię,  na  przykład  że  czerwone  malowidło  ze  znakiem  IV  wcale  nie  oznacza 

czwórki,  tylko  inicjały  ognistej  kochanki  autora.  Natomiast  symbol  MDC  na 

zielonym  arcydziele  wcale  nie  oznacza  liczby  tysiąc  sześćset,  tylko  skrót  od 

podsumowania twórczości początkującego artysty: Moja Durna Chałtura.

Razem zaśmiewaliby się do łez, a tak nudziła się jak mops, pijąc coś, co 

nie  zasługiwało  nawet  na  miano  wina.  Zanim  nadeszła  dziesiąta,  zaczęła  się 

zbierać  do  wyjścia.  Żałowała,  że  w  ogóle  dała  się  namówić  na  tę  imprezę, 

jednak  gdyby  została  w  domu,  rozmyślałaby  nad  dziwną  niechęcią  Dereka  do 

spotkań w dni powszednie.

Chciała mu ufać. Więcej, pragnęła, by też bezgranicznie jej wierzył. Jeśli 

ich związek miał przetrwać, musiała mieć pewność, że Derek będzie ją kochał i 

jej potrzebował nie tylko od piątku do niedzieli.

Jeśli tak nie jest, wolała zakończyć związek od razu, zanim zakocha się w 

Magiku bez reszty.

Nie  spała  dobrze  tej  nocy  i  obudziła  się  z  bólem  głowy,  niewątpliwym 

śladzie po tanim winie. O świcie miała dość bezsennego przewracania się z boku 

na bok. Wstała, wypiła poranną kawę i włożyła elegancki, wełniany kostium ze 

spodniami.  Upięła  włosy,  zrobiła  lekki  makijaż  i  wpięła  w  uszy  delikatne 

kolczyki. Zanim wyszła z domu, sprawdziła zawartość teczki.

Na  peronie  metra  nie  było  jeszcze  zbyt  tłoczno.  Wsiadła  do  wagonu  i 

znalazła  miejsce siedzące.  Po  piętnastu  minutach wysiadła na  stacji  w  pobliżu 

domu Dereka.

Po  krótkim  spacerze  dotarła na  miejsce. Na  schodach  siedziała puszysta 

wiewiórka  i  pogryzała  kawałek  herbatnika.  Melissa  nie  była  pewna,  czy  to 

Herman,  bo  dla  niej  wszystkie  wiewiórki  wyglądały  podobnie.  Zabawne 

stworzonko wskoczyło na  balustradę i  wykonało  taki  gest,  jakby ją  zapraszało 

do środka. Roześmiała się. Herman, oczywiście jeśli z nim miała przyjemność, 

był  o  wiele  bardziej  przyjazny,  niż  wynikało  to  z  paranoicznych  opowieści 

Dereka.

Zanim zdążyła nacisnąć guzik domofonu, drzwi otworzyły się i stanął w 

background image

nich John w stroju do biegania. Melissa poznała wcześniej tego prawnika, który 

miał  mieszkanie  na  tym  samym  piętrze  co  Derek.  Poznał  ją  i  przyjaźnie 

uśmiechnął się do niej.

– Wcześnie dziś wstałaś.

– Nie tylko ja.

–  Muszę  zdążyć  ze  swoją  poranną  porcją  ćwiczeń.  –  Przepuścił  ją  w 

drzwiach i pobiegł w stronę parku.

Melissa  wspięła  się  na  piętro  i  zapukała  do  drzwi  Dereka.  Po  krótkiej 

chwili otworzył i wyjrzał na korytarz.

– Melissa – wymamrotał. Właśnie szykował się do wyjścia.

W pełni ubrany, ale z rozwiązanym krawatem i wilgotnymi włosami. W 

oczach pojawił się błysk, ale na wargi nie wypłynął uśmiech.

Chyba  mu  w  czymś  przeszkodziłam,  pomyślała  spanikowana.  Może  nie 

był sam i jej niezapowiedziana wizyta postawi ich w niezręcznej sytuacji?

– Stęskniłam się – szepnęła.

Derek  pochwycił  ją  w  ramiona,  wciągnął  do  mieszkania  i  zaczął 

zachłannie  całować.  Nie  zachowałby  się  tak,  gdyby  w  jego  łóżku  była  inna 

kobieta, pomyślała z ulgą.

–  Ja  też  się  stęskniłem  –  wymruczał,  zanurzając twarz  w  jej włosach.  –

Dzwoniłem  wczoraj,  ale  nikogo  nie  było  w  domu.  Pewnie  balangowałaś  z 

JoAnn?

–  O  ile  nudne  otwarcie  kiepskiej  galerii  można  nazwać  balangą  –

powiedziała pomiędzy pocałunkami.

Tak  cudownie  było  czuć  jego  usta  i  wtulać  się  w  mocne  ramiona.  Była 

pewna, że Derekowi również sprawia to przyjemność. Dlaczego więc nie mogli 

tak zaczynać każdego dnia?

Poczuła się dużo lepiej. Spojrzała w jego roześmiane oczy.

– Zaproponuj mi kawę, a nie odmówię.

– Kawa – wymamrotał, a uśmiech znikł, jakby go nigdy nie było.

Melissa  poczuła  lodowaty  dreszcz.  Dlaczego  filiżanka  kawy  o  wpół  do 

ósmej miałaby stanowić problem? Może kobieta, o której pomyślała, już wstała i 

teraz krząta się w kuchni?

–  Ty  ją  pijesz  –  wytknęła,  czując  aromat  kawy  w  jego  oddechu.  –  Nie 

chcesz się podzielić?

background image

– Nie. Ja tylko... – Urwał i odwrócił wzrok.

–  Dobrze.  Niech  będzie  herbata  –  spróbowała  zażartować,  wyczuwając 

jego niepokój.

– Mam mnóstwo kawy. – Na jego twarzy pojawił się wyraz rezygnacji. –

Jeśli chcesz kawy, zaraz dostaniesz.

Melissa  zrozumiała,  że  mówił  poważnie  o  swych  porannych  rytuałach. 

Gdy  minęła  radość  z  jej  nieoczekiwanego  przybycia,  poczuł  się  rozdrażniony 

zburzonym  porządkiem  poranka.  Niech  będzie,  pomyślała  filozoficznie.  Skoro 

nie spotkała tu obcej kobiety, wytrzyma grymasy.

Poszła  za  nim  do  kuchni.  W  powietrzu  unosił  się  aromat  świeżo 

zaparzonej  kawy,  a  promienie  słońca  padały  wprost  na  rozłożony  na  stole 

egzemplarz  „America  Today”.  Obok  gazety  stał  pełny  kubek,  talerzyk  z 

ciastkiem i podręczny komputer. Nic nadzwyczajnego.

Nie  była  pewna,  czego  się  właściwie  spodziewała.  Może  maty  do 

ćwiczenia jogi? Grzmiącej symfonii Beethovena? Grubych tomów opisujących 

strategie  inwestycji? W  każdym  razie  czegoś  bardziej  egzotycznego niż  to,  co 

można  zastać  rano  w  kuchni  niemal  każdego  mężczyzny,  który  nie  jest 

Magikiem.

Derek zwinął gazetę i zrobił Melissie miejsce przy stole.

–  Chcesz  ciastko,  tost,  a  może  miskę  płatków  z  mlekiem?  –  wyliczał 

nerwowo.

– Nie, dziękuję. – Patrzyła zdumiona, jak Derek miota się po kuchni.

– Siadaj. – Postawił jej kubek i sięgnął do lodówki po karton mleka.

–  Piję  czarną  –  przypomniała,  coraz  bardziej  zdumiona  jego 

zachowaniem.

–  Jasne.  –  Rozejrzał  się  nieprzytomnie  wokół.  –  Co  jeszcze  mogę  ci 

podać? Sok?

–  Derek  –  powiedziała  ze  śmiechem.  –  Usiądź  i  rozluźnij  się.  Dokończ 

śniadanie. To tylko ja.

–  Dobra  –  westchnął,  przestał  otwierać  i  zamykać  kolejne  szafki  i 

znużony opadł na krzesło.

–  Przed  twoim  domem  widziałam  wiewiórkę.  Myślisz,  że  to  mógł  być 

Herman? – zagadnęła lekko, by nawiązać normalną rozmowę.

– A jak się zachowywała

?

– spytał ciekawie.

background image

– Przyjaźnie. Prawie odprowadziła mnie do drzwi i machnęła łapką, jakby 

mnie zapraszała do środka.

Pewnie,  że  Herman  przyjaźnie  ją  powitał,  skoro  jej  obecność  mogła 

ściągnąć mi na głowę kłopoty, pomyślał posępnie Derek.

– To był on. Podstępne bydlę... – Zmarszczył brwi i odwrócił się do okna.

– Derek, co się dzieje? Dobrze się czujesz?

–  Tak.  Może  jestem  troszkę  wytrącony  z  równowagi,  bo  nie 

spodziewałem się ciebie.

–  Wiem.  –  Melissa  upiła  łyk  kawy  i  westchnęła.  –  To  niezwykłe,  że 

spędzamy z sobą ranek przed pracą.

– Wybacz – szepnął, doskonale wiedząc, co miała na myśli. – Wolałabyś, 

żebyśmy spędzali razem więcej czasu. Wiem o tym.

– Jeśli jestem zbyt natrętna...

– Nie. Ja też tego pragnę, tylko że potrzebuję samotnych poranków.

– Rozpraszam cię?

– Tak – westchnął z czułym uśmiechem. – Nawet bardzo. – Przyjrzał się 

jej uważniej.

– Ale nie bywasz wytrącony z równowagi, gdy w ciągu dnia dzwonisz do 

mnie z biura – przypomniała, czerwieniąc się z powodu komplementu.

– To co innego. Rano muszę się rozbudzić, zaplanować dzień. Sama tak 

robisz, więc powinnaś zrozumieć. Kiedy już podejmę wszystkie decyzje, reszta 

dnia idzie zgodnie z planem i nic mnie nie zbija z pantałyku.

– Moja obecność, tu i teraz, zbija cię z pantałyku?

– Niestety tak – odparł ze smutkiem. Napiła się kawy, starając się zebrać 

myśli.

Zazwyczaj  Derek  uwielbiał  spontaniczne niespodzianki.  To  ona  musiała 

mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Dlaczego rano był taki sztywny? A co 

będzie, gdy jej marzenie się spełni i pobiorą się? Derek będzie się wyprowadzał 

po  weekendzie  z  domu,  żeby  nie  zbijała  go  przed  pracą  z  pantałyku? 

Przerażające.

– Kocham cię – wyznała. – Ale zupełnie tego nie pojmuję.

– Ja też cię kocham. – Ujął jej dłoń w swoje ręce. – I nie wiem, jak ci to 

wyjaśnić.

– Dlaczego? – naciskała.

background image

– Bo sam tego do końca nie rozumiem. – Pocałował koniuszki jej palców.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Derek miał kłopoty.

Siedział w biurze i wpatrywał się w pusty ekran przenośnego komputera. 

Nie  wiedział,  co  robić.  Żadnych  rzeczowników.  Brak  liczby  słów.  Zanim 

rankiem zjawiła się Melissa, nie zdążył przeczytać astrologicznej przepowiedni 

w  „America  Today”  i  przygotować  sobie  planu  na  dziś.  Był  kompletnie 

zagubiony.

Brakowało  mu  wskazówek  z  codziennego  horoskopu  Koziorożca. 

Rozpaczliwie  ich  potrzebował.  Nie  stanowiło  to  powodu  do  dumy,  ale  już 

dawno  doszedł  do  wniosku,  że  skoro  jego  metoda  przynosiła  dobre  rezultaty, 

powinien ją dalej stosować. Od trzech lat dokonywał tym sposobem wszelkich 

giełdowych transakcji. Astrologia działała i nie zamierzał z niej rezygnować.

Mogłaby  go  wspomóc  i  dziś,  gdyby  Melissa  nie  pożyczyła  od  niego 

gazety.

–  Wyszłam  z  domu  tak  wcześnie,  że  nie  zdążyłam  przeczytać 

wiadomości. Mogę skorzystać z „America Today”? – Sięgnęła po odrzucony na 

bok dziennik, przekonana, że Derek już go przeczytał.

A on, jak idiota, się zgodził.

Był  zwyczajnym tchórzem.  Powinien  skorzystać  z  okazji  i  wyjaśnić,  do 

czego  używa  horoskopu.  Przyznać  się,  że  nie  jest  Magikiem,  i  poczekać  na 

wyrok.

Czuł  jednak,  że  Melissa  go  kocha  między  innymi  za  jego  inwestycyjny 

geniusz, bał się więc wyznać jej prawdę.

Przeszukiwał  pliki  w  komputerze,  aż  dotarł  do  danych  o  największych 

inwestycjach. Niepewnie przyglądał się  liczbom i  wykresom.  Chyba  lepiej nic 

nie zmieniać, pomyślał, marszcząc brwi.

Ale  co  będzie,  jeśli  giełda  niespodziewanie  się  załamie?  Co,  jeśli 

natychmiastowe działanie jest absolutnie konieczne?

Zerwał się z krzesła i wybiegł z biura.

– Wychodzę na chwilę! – krzyknął w przelocie do Glorii.

– Jak długo...

– Minutkę – wpadł jej w słowo. Niecierpliwie czekał na windę. Podróż w 

background image

dół  dłużyła  się  w  nieskończoność.  Wreszcie  wysiadł.  Niemal  biegiem  minął 

sklepik z kanapkami, fryzjera, pralnię ekspresową i wreszcie dopadł do stoiska z 

gazetami.  Dostrzegł  wiele  tytułów,  ale  ani  jednego  egzemplarza  „America 

Today”.

Możliwe,  że  ten  sam  horoskop  drukują  inne  gazety,  pocieszył  się  w 

myślach i sięgnął po „Post” z zamiarem zajrzenia na ostatnią stronę.

– Pan to czyta? Proszę zapłacić – warknął sprzedawca.

Derek wręczył mu kilka monet, potem znów zaczął się szarpać z wielką 

płachtą. Odnalazł stronę z przepowiedniami, ale niestety przygotowywał ją inny 

astrolog.  Nie  było  więc  pewności,  że  ten  horoskop  podziała.  Co  gorsza,  był 

krótki i prawie bez rzeczowników.

–  Witaj,  Derek!  –  zawołała  Abby,  która  wyrosła  jak  spod  ziemi.  –  Co 

słychać?

Zmiął  gazetę  i  nieudolnie  skrył  ją  za  plecami.  Zdziwione  spojrzenie 

wspólniczki powiedziało mu, że dostrzegła jego dziwne zachowanie.

– Coś się stało? – spytała zaniepokojona.

– Nie...

– Właśnie wracam ze śniadania z Mulroneyami – oznajmiła, przyglądając 

mu się uważnie.

– Byli zachwyceni przychodem z akcji i w ten sposób chcieli uczcić nasz 

sukces.

– Bardzo się cieszę – wymamrotał, gorączkowo myśląc, że jeśli zaraz nie 

dopadnie horoskopu, sytuacja może ulec zmianie na gorsze.

– Na pewno nic się nie stało? Z Melissą wszystko w porządku? – drążyła 

Abby, coraz bardziej zaniepokojona jego zachowaniem.

– Jasne. Nawet jedliśmy dziś razem śniadanie.

–  Skrzywił  się.  –  Słuchaj,  muszę  lecieć.  Za  chwilę  wrócę  do  biura,  to 

opowiesz mi o spotkaniu z Mulroneyami.

Zdumiona  wspólniczka  ruszyła  do  windy,  a  Derek  upchnął  gazetę  w 

koszu  na  śmieci  i  pobiegł  szukać  następnego kiosku.  W  trzech kolejnych  cały 

nakład „America Today” został wysprzedany. Z rozpaczliwą nadzieją pomyślał, 

że może gazeta ma swoje internetowe wydanie. To dawało nadzieję, że uda mu 

się jeszcze ocalić akcje od ruiny.

Biegiem wrócił do budynku i nacisnął przycisk windy. W czasie jazdy na 

background image

ósme piętro nerwowo przemierzał kabinę. Pędem minął stanowisko Glorii, która 

wołała, że są dla niego trzy wiadomości. Rzucił się do komputera, zatrzaskując 

za sobą drzwi.

Odnalazł  internetowe  wydanie  gazety,  lecz  ku  jego  rozpaczy  nie 

zawierało  horoskopu.  W  internecie  było  mnóstwo  innych  stron  z 

przepowiedniami.  Niektóre  proponowały  porady  astrologów  na  rok,  inne  na 

miesiąc czy konkretny dzień. Zajrzał do kilku, ale żaden nie brzmiał właściwie.

W końcu doszedł do wniosku, że zły horoskop może bardziej zaszkodzić 

niż żaden.

Do diabła! Mógł sobie wyobrazić swój horoskop na dziś.

Koziorożec.  Twoje  życie  przewróci  się  do  góry  nogami.  Kobieta,  którą 

kochasz, straci wiarę w ciebie, gdy odkryje prawdę o twoich sprawkach. Stanie 

się to przez podstępną wiewiórkę.

Życie, pomyślał, wybierając rzeczowniki z wyimaginowanego horoskopu. 

Kobieta, prawda, wiara, wiewiórka. Te słowa stanowiły dla niego najsilniejsze 

źródło  siły  i  radości.  Były  to  cztery  filary  jego  duszy.  Nie  mógłby  ich 

zbezcześcić, dokonując na  ich podstawie inwestycji. Może  jednak znajdzie się 

na giełdzie coś, co skojarzy mu się z wiewiórką.

Jeśli  znajdzie  taką  nazwę  firmy,  z  pewnością  ominie  jej  akcje  szerokim 

łukiem!

Melissa  zauważyła  podły  nastrój  Dereka.  Zazwyczaj  uwielbiał  ich 

piątkowe  kolacje.  To  prawda,  oboje  lubili  swoje  prace,  ale  nadejście  piątku 

oznaczało,  że  będą  mieli  czas  wyłącznie  dla  siebie.  Dziś  nawet  chińska 

restauracja, egzotyczne dania i trunki nie sprawiały Derekowi radości.

– Zły dzień? – zagadnęła wreszcie współczująco Melissa.

– Koszmarny.

– Przykro mi.

– I słusznie. Fundacja Towersa straciła dziś trochę pieniędzy.

Melissa  spojrzała  na  niego  uważniej.  Wyglądał na  nieszczęśliwego.  Nie 

powinien się aż tak przejmować, pomyślała.

– Wszystkie akcje mają swoje wzloty i  upadki  – stwierdziła. –  Sytuacja 

wkrótce  znów  się  zmieni.  Twoi  klienci  i  tak  są  w  lepszej  sytuacji,  niż  gdyby 

inwestowali u kogoś innego.

background image

–  Jasne  –  przytaknął  bez  entuzjazmu  i  upił  łyk  piwa  z  butelki.  –  Może 

utraciłem swój talent.

– Wnioskujesz to po jednym kiepskim dniu?

–  Kogo  próbuję  oszukać?  Nie  mam  żadnego  talentu.  Dotąd  miałem  po 

prostu szczęście.

– Sam się pogrążasz. – Ujęła jego dłoń. – Jesteś Magikiem. To, że zdarzył 

się jeden gorszy dzień, nic nie znaczy. Jesteś giełdowym geniuszem.

–  Cieszę  się,  że  wciąż  we  mnie  wierzysz  –  powiedział  z  bladym 

uśmiechem.

– Oczywiście.

Melissa  nie  chciała  dopuścić,  by  biadoleniem  z  powodu  jednego 

potknięcia  popsuł  im  cały  weekend.  Postanowiła  oderwać  go  od  ponurych 

rozmyślań.  Zarządziła spacer po  kolacji,  więc  do  domu wrócili  piechotą  przez 

Central Park. W powietrzu unosił się zapach budzącej się wiosny. Pojawiła się

już  trawa,  pierwsze  liście  i  pąki.  Zanim  dotarli  do  mieszkania,  nastrój  Dereka 

znów  uległ  zmianie.  Melissa  wiedziała,  jak  go  rozchmurzyć.  Zanim  zdążył 

zamknąć porządnie drzwi, rozpięła mu koszulę i zaczęła zmysłowy masaż.

W niedzielny wieczór wybuchła bomba.

Zegar pokazywał godzinę ósmą, gdy kończyli zmywać po kolacji. Derek 

zamierzał  odprowadzić  Melissę  do  domu,  pocałować  na  dobranoc  i  znów,  na 

cały tydzień, przestać zadręczać się koniecznością ukrywania przed nią prawdy 

o horoskopach.

–  Chcę  zostać  na  noc  –  oznajmiła  spokojnie.  Derek  z  trudem  przełknął 

ślinę  i  nakazał  sobie  zachować  spokój.  Był  zły  na  siebie,  bo  powinien  był 

wyczuć,  że  coś  się  szykuje.  Poranna  piątkowa  wizyta  Melissy  była  jedynie 

preludium do prawdziwych zmian w ich związku.

Nie mógł jej odmówić. Bał się, że ją straci. Musiał to rozegrać ostrożnie, 

bo  wiedział,  że  jeśli  Melissa  zostanie,  odkryje  prawdę.  Dla  własnego  dobra, 

dobra firmy i klientów nie mógł zignorować poniedziałkowego horoskopu. Już 

w  piątek  miał  próbkę  tego,  co  mogło  go  spotkać.  Tylko  cudem  uniknął 

prawdziwej katastrofy.

– Bardzo bym tego chciał – zaczął dyplomatycznie, odkładając na miejsce 

ścierkę do naczyń. – Ale...

background image

–  Zabrałam  z  sobą  strój  do  biura.  –  Wskazała  podróżną  torbę,  w  którą 

zawsze pakowała się na weekend.

– Melisso...

Stanęła przed nim i spojrzała mu prosto w oczy.

–  Chcę  być  z  tobą  –  wyznała.  –  Nie  tylko  w  weekendy,  ale  i  w  ciągu 

tygodnia.  Obawiałam  się,  że  coś  przede  mną  ukrywasz  i  dlatego  mnie  tu  nie 

chcesz.  Jednak  kiedy  przyszłam  w  piątek,  nie  znalazłam  nic,  czego  musiałbyś 

się wstydzić. Nie wiem, o co ci chodzi, ale jeśli jest jakiś poważny powód, dla 

którego nie chcesz mnie tu w tygodniu, muszę go poznać, zanim...

– Zanim co?

–  Zanim  się  jeszcze  bardziej  w  tobie  zakocham  –  szepnęła  i  spuściła 

wzrok.

Drgnął. Kochał Melissę i chciał z nią spędzać każdą chwilę. Miała rację. 

Ukrywał coś, co stało na drodze ich uczuciom.

–  Dobrze  –  skapitulował.  –  Mówiłem  ci  o  moich  porannych 

przygotowaniach.  –  Wziął  ją  za  rękę,  poprowadził  do  salonu  i  posadził  na 

kanapie.

– Planuję swoje posunięcia...

– Wiem o tym, Derek – przerwała mu niecierpliwie. – Nie ma w tym nic 

dziwnego. Jesteś geniuszem i nie zdziwi mnie nic, co pomaga ci się skupić.

– Nie jestem geniuszem...

– Oczywiście, że tak. Jesteś Magikiem – oznajmiła z wielką wiarą, a jemu 

ścisnęło się serce.

– Czytam horoskop – wykrztusił.

– Horoskop? – Wybuchnęła śmiechem.

– Posłuchaj, ja...

–  To  jest  ten  wielki  sekret?  Derek,  tysiące  ludzi  czytuje  horoskopy.  To 

tylko niegroźna zabawa, bez większego znaczenia.

– Niezupełnie.

–  Wierzysz  w  astrologiczne  przepowiednie?  Cóż,  ja  nie  mam  do  nich 

przekonania, ale to przecież nic strasznego.

– Nie wierzę. – Puścił jej dłoń. – Zresztą nie wiem, czy wierzę. Chodzi o 

to, że używam ich do pracy.

– Na podstawie horoskopu odgadujesz, czy na giełdzie będzie hossa, czy 

background image

bessa?

– Coś w tym guście. Właściwie nie. Ja... – Ciężko westchnął, nie bardzo 

wiedząc, jak opowiedzieć o tej dziwnej sprawie. – Wybieram niektóre słowa ze 

swojego  horoskopu  w  „America  Today”.  Muszą  to  być  rzeczowniki  w  liczbie 

pojedynczej.  Porównuję  je  z  nazwami  firm,  które  wchodzą  na  giełdę.  Jeśli  w 

pierwszym  zdaniu  jest  parzysta  liczba  rzeczowników,  sprzedaję.  Gdy 

nieparzysta, kupuję. Liczby słów w pierwszym zdaniu używam też do określenia 

procentu sumy, którą wykorzystuję w tych operacjach. – Zebrał siły i zerknął w 

jej stronę.

Gapiła się na niego z otwartymi ustami.

– Żartujesz – wykrztusiła ze zgrozą.

–  Nie.  Na  początku  to  była  zabawa.  Kiedy  zaczęła  przynosić  lepsze 

wyniki  niż  naukowe  wyliczenia,  zacząłem  się  wahać.  Rezultaty  były 

olśniewające, a inwestorzy tylko tego sobie życzą. Od trzech lat z powodzeniem 

używam tej głupiej strategii do zarządzania funduszami. Nie jestem Magikiem. 

Nie  jestem  genialny.  Po  prostu  mam  niesamowite  szczęście  –  powiedział, 

patrząc niespokojnie na oniemiałą Melissę. – Proszę, powiedz coś...

–  Mój  sukces  w  fundacji  Towersa  zależy  od  twoich  inwestycji,  których 

dokonujesz, licząc słowa w horoskopach – jęknęła.

– Tylko w pierwszym zdaniu – spróbował zażartować.

–  Namówiłam  poważną  instytucję,  żeby  zainwestowała  w  mrzonki 

szaleńca.

– Nie jestem szalony. Przecież to działa!

–  Bo  miałeś  szczęście!  Nie  studiujesz  notowań?  Nie  śledzisz  trendów? 

Nie prowadzisz badań rynku?

–  Nie  rozumiesz,  że  nie  muszę?  Zarabiam  olbrzymie  sumy  swoim 

sposobem.

– Nie mogę w to uwierzyć! – Zerwała się z kanapy i zaczęła niespokojnie 

wędrować po pokoju. – Derek, twardo walczyłam, żeby fundacja powierzyła ci 

te pieniądze. Jeśli inwestycje nie wypalą, jestem skończona.

– Nie sądzę...

– Jeśli tak się stanie, jak pomogę rodzicom? Potrzebuję tej pracy i muszę 

być  świetna,  bo  chcę,  żeby  ojciec  przeszedł  na  emeryturę.  Wierzyłam,  że 

przekazuję pieniądze fundacji w dobre ręce.

background image

– Miałaś rację. Jak dotąd sporo zarobiliście.

– Dzięki durnemu horoskopowi! To zakrawa na ponury żart... Derek, sam 

powiedziałeś, że to była gra!

– I wciąż wygrywam. Gram więc dalej. Póki zapewniam dochody z akcji, 

nie musisz się martwić, jak to się dzieje.

–  Wiesz,  że  muszę.  Dlatego  to  przede  mną  ukrywałeś.  Dlatego  nie 

chciałeś, żebym rano widziała, co robisz z horoskopem.

– Ukrywałem to przed tobą, bo nie chciałem, żebyś się denerwowała.

– Ukrywałeś to, bo chciałeś, żebym cię uważała za geniusza! – krzyknęła 

gniewnie.

Gdy ich spojrzenia spotkały się, Derek szybko spuścił wzrok. Nie potrafił 

znieść rozczarowania i zawodu, widocznych na jej twarzy. Pewnie, że chciał, by 

uważała go za geniusza. Który mężczyzna by z tego zrezygnował?

– Jesteś oszustem – wycedziła zimno.

– Nigdy nikogo nie okłamałem.

– Pozwoliłeś mi wierzyć w coś, co nie było prawdą – oznajmiła łamiącym 

się głosem. – Nie w takim mężczyźnie się zakochałam.

Nie  wiedział,  co  mógłby  jeszcze  powiedzieć.  Nie  zamierzał  błagać. 

Przedstawił swoje argumenty, lecz nie przekonał Melissy. Uznała go za oszusta. 

Może miała rację.

Bezsilnie  patrzył,  jak  zabrała  swoją  torbę  i  wyszła  z  mieszkania.  Po 

drodze zatrzymała się, żeby włożyć płaszcz, ale nawet nie spojrzała na Dereka.

Pragnęła czarodzieja, a nie takiego zera jak on.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

–  Więc  czemu  tu  jesteś?  –  spytała  matka.  Melissa  siedziała  na  tyłach 

sklepu przy niewielkim biureczku. Uniosła głowę znad rachunków.

– Wiesz, dlaczego. Trzeba wysłać roczne rozliczenie podatkowe.

–  Marnujesz  piękną  sobotę  –  lamentowała  pani  Giordano.  –  Powinnaś 

wybrać się gdzieś z Derekiem.

Melissa spuściła wzrok. Jej rodzice dawno już zdecydowali, że Derek jest 

wymarzonym  mężczyzną  dla  ich  córki.  Melissa  do  niedawna  też  tak  myślała. 

Niestety, bardzo się pomyliła.

Minął  tydzień,  odkąd  dowiedziała  się,  że  Derek  nie  jest  Magikiem, 

giełdowym  wirtuozem,  geniuszem  i  inwestycyjną  wyrocznią.  Był  szaleńcem 

zapatrzonym  w  gwiazdy,  przesądnym  ekscentrykiem.  Nie  umiał  nawet 

poprawnie  używać  horoskopu.  Nie,  on  liczył  w  nim  słowa  i  wybierał 

rzeczowniki. Tak bardzo chciała wierzyć, że jest natchnionym  czarodziejem, a 

okazał się nawiedzonym głupcem.

Westchnęła i wróciła do rzeczywistości. Matka wciąż narzekała.

–  Mamo,  chyba  chcesz,  żebym  wypełniła  zeznania  podatkowe?  –

przerwała jej szorstko.

– Chcę, żebyś była szczęśliwa. A ty nie wyglądasz na taką.

– Wyliczanie podatków nie nastraja mnie zbyt rozrywkowo.

– Po raz pierwszy od wielu lat nie martwię się o ojca, tylko o ciebie. Stało 

się  coś  złego.  Wiedziałam  to  od  chwili,  gdy  rano  przekroczyłaś  próg  sklepu. 

Matki wiedzą takie rzeczy. Pokłóciłaś się z Derekiem?

– Nie. Po prostu się rozstaliśmy.

– Dlaczego? Był taki miły, przystojny i szalał za tobą.

Melissa  nie  miała  ochoty  na  omawianie  tej  sprawy.  Podwinęła  rękawy 

swetra i zmarszczyła brwi.

– Czeka mnie jeszcze przynajmniej godzina pracy przy rozliczeniach...

– Dlaczego się rozstaliście?

–  Okazało  się,  że  nie  jest  taki,  jak  sądziłam  –  odparła  wymijająco, 

wiedziała jednak, że matka tak łatwo nie zrezygnuje.

– A myślałaś, że jaki jest?

background image

Dopóki nie odpowiem, nie  zaznam  chwili  spokoju,  pomyślała  Melissa z 

rozpaczą. Znacząco spojrzała na stertę papierów piętrzących się na biurku. Pani 

Giordano  ani  myślała  ustąpić.  Stała,  splatając  ręce  na  piersiach,  i  czekała  na 

odpowiedź córki.

–  Zwodził  mnie,  żebym  uznała  go  za  geniusza.  Wcale  nim  nie  jest.  I 

jeszcze pilnował, bym nie wykryła jego sekretu.

– Komu potrzebny jest geniusz? – Matka wzruszyła ramionami. – Kobieta 

potrzebuje  mężczyzny,  który  będzie  ją  kochał i  szanował,  takiego, który  zrobi 

wszystko, by ją uszczęśliwić. Derek dawał ci szczęście, tak jak twój ojciec daje 

je mnie. Teraz się rozstaliście i wcale nie wyglądasz na szczęśliwą. Nie mów, że 

podatki mają z tym coś wspólnego.

– Dobrze – odparła zrezygnowana. – Nie jestem szczęśliwa. O! Przyszedł 

klient! – zawołała, wskazując gościa.

Niestety  wujek  Eddie  siedział  przy  kasie  i  obecność  pani  Giordano  nie 

była  konieczna.  Melissa  już  się  obawiała,  że  przesłuchanie  nie  będzie  miało 

końca, ale wreszcie matka pojęła aluzję, poklepała córkę po ramieniu i zostawiła 

w spokoju.

Melissa wściekle zaatakowała formularze podatkowe. Z dziką zaciętością 

uderzała  w  klawisze  kalkulatora,  dodawała,  mnożyła,  wyciągała  procenty.  W 

pracy  zajmowała  się  finansami,  od  lat  prowadziła  księgowość  sklepu,  więc 

roczne  rozliczenie  nie  sprawiało  jej  problemów.  Było  nawet  dość  nudne,  bo 

wiele rzeczy robiła zupełnie automatycznie. To pozostawiało jej wiele czasu na 

myślenie.

Cóż, Derek nie był tym, za kogo go uważała. Ale tak naprawdę co o nim 

myślała? Była olśniona jego reputacją, ale gdy spotkała go po raz pierwszy, sam 

rozwiał  ten  mit.  Spóźniony,  brudny  i  kulejący  wydał  się  jej  raczej  mało 

poważnym człowiekiem. Kiedy spotkali się po raz drugi, był słodki i czarujący, 

ofiarował jej pyszną czekoladę i zaprosił na kolację. Za trzecim razem zabrał ją 

na  rolki,  namówił  do  podjęcia  ryzyka,  dbał,  by  nie  zrobiła  sobie  krzywdy  i 

sprawił, że beztrosko się śmiała.

Owszem,  wierzyła,  że  jest  giełdowym  czarodziejem,  ale  nie  dlatego  go 

pokochała.  Ujął  ją  poczuciem  humoru,  czułością  i  uwagą,  którą  jej  poświęcał. 

Miał niesamowite oczy i hipnotyczny uśmiech. Był namiętnym kochankiem.

Był  też  przesądny.  Nie  kierował  się  logiką,  dokonując  korzystnych 

background image

inwestycji.  Myśl,  że  obracał  dużymi  kwotami  na  tak  ulotnej  podstawie, 

wystraszyła  Melissę.  Wyobraziła  sobie,  że  zwalniają  ją  z  fundacji,  bo  Derek 

myli rzeczowniki i traci wszystkie pieniądze. Potem oprzytomniała i zdała sobie 

sprawę,  że  inne  firmy  maklerskie,  bazujące  na  wyliczeniach  i  logicznych 

systemach,  również  mogą  tracić  pieniądze  klientów.  Zatem  czy  poleganie  na 

horoskopie zwiększało ryzyko?

Melissa  skończyła  obliczenia  i  zaczęła  wpisywać  wyniki  do  formularza

podatkowego.  Wyglądało  na  to,  że  wszystko  było  w  porządku  i  obciążenia 

rodziców  nie  wzrosną.  Kiedy  skończyła,  włożyła  wydruki  do  koperty,  wstała, 

przeciągnęła się i przeszła do części sklepowej. Przez wystawowe okna wpadały 

promienie  słońca,  sprawiając,  że  cały  towar  wydawał  się  jeszcze  bardziej 

kuszący. Mimo to nie nabrała apetytu ani na owoce, ani na ciastka. Ostatnio nie 

jadła wiele. Była zbyt przygnębiona.

Matka  pomagała  ojcu  na  zapleczu  przekładać  lody  do  zamrażarki,  więc 

Melissa była sama z wujem.

– Wszystkie gazety już poszły

?

– spytała z uśmiechem i ciekawie zerknęła 

na stojak obok kasy.

– Coś tam jeszcze zostało. Weź, co chcesz. Obeszła kasę i przyjrzała się 

tytułom.  Prawie  wszystko  zostało  sprzedane,  ale  ostał  się  jeden  egzemplarz 

„America  Today”.  Sięgnęła  po  gazetę  i  zaczęła  ją  przeglądać.  Opuściła 

wiadomości o światowym kryzysie paliwowym, chwytającą za serce opowieść o 

psie zgubionym w czasie wakacji, który sam przebiegł wiele kilometrów, żeby 

wrócić do domu, i dotarła do horoskopów.

Dopiero gdy spojrzała na daty przy znakach zodiaku, odkryła, że urodziła 

się pod znakiem Byka.

Byk. Upór często bywa zaletą, ale również i wadą.

Uważaj,  żeby  przez  swoje  postępowanie  nie  sprowadzić  na  siebie 

cierpienia.  Jeśli  wybierzesz  łatwiejszą  drogę,  możesz  tego  żałować.  Jeśli 

zachowasz otwarty umysł, uda ci się przemienić wroga w przyjaciela.

Ogólnikowy  bełkot  i  stwierdzanie  oczywistych  rzeczy,  pomyślała  z 

niesmakiem.  Oczywiście,  że  upór  może  być  dobrą  lub  złą  cechą,  zależnie  od 

okoliczności. Pewnie, że przytomność umysłu pozwala łatwiej sobie poradzić z 

przeciwnikiem.

Smutno  się  uśmiechnęła.  Nawet  czytanie  horoskopu  ujawniało  jej  upór. 

background image

Może rzeczywiście powinna mieć bardziej otwarty umysł?

– Proszę – powiedziała, wręczając wujowi kilka monet.

–  Nie,  nie.  –  Zamachał  rękami.  –  Nie  przyjmę  od  ciebie  pieniędzy, 

kochanie. Prowadzisz nam księgowość za darmo, więc nie pozwolę ci płacić za 

towary w tym sklepie!

– Muszę lecieć – oznajmiła z uśmiechem i ucałowała wuja w policzek. –

Przekaż rodzicom, że wypełnione formularze są w kopercie na biurku.

–  Masz,  weź.  –  Podał  jej  z  tacy  gorącą  drożdżówkę.  –  Jesteś  taka 

chudziutka. Mam nadzieję, że nie katujesz się żadną dietą?

Melissa nie chciała dyskutować z wujkiem, przyjęła więc poczęstunek.

–  Przyda  mi się  mała przekąska.  –  Zabrała  ciastko  i  gazetę  i  ruszyła do 

drzwi. – Dzięki, wujku.

W  powietrzu  czuło  się  wiosnę.  Na  niebie  leniwy  wiatr  pędził  białe, 

puszyste  chmurki.  Melissa  przez  chwilę  wpatrywała  się  w  obłoczki,  usiłując 

odgadnąć, co jej przypominają. Kłębek waty, kłębek waty i jeszcze jeden kłębek 

waty. Niezbyt kreatywne, pomyślała niewesoło.

To też był jeden z powodów, dla których pokochała Dereka. Miał zawsze 

tysiące pomysłów. Gdyby tu z nią był, nie widziałby na niebie kłębuszków waty, 

tylko  kraba,  motocykl  i  odwróconą  do  góry  nogami  choinkę.  Z  pewnością 

dostrzegłby też parę rolek.

Derek  wciąż  przyspieszał.  Wybrał  się  na  rolki,  bo  chciał  się  zmęczyć  i 

wypocić  wściekłość.  Po  historii  z  wiewiórką  pamiętał,  jak  ryzykowna  bywa 

szybka  jazda  w  parku,  więc  włożył  kask,  ochraniacze  na  nadgarstki,  łokcie  i 

kolana.  Ścieżkę  musiał  dzielić  z  rowerzystami,  biegaczami  i  licznymi 

spacerowiczami, którzy poruszali się wolniej od niego. Kolizja z którymś z nich 

mogła  być  o  wiele  poważniejsza  w  skutkach  od  potknięcia  się  o  wiewiórkę. 

Nawet jeśli tą wiewiórką był Herman.

Dzień był dość ciepły, więc Derek włożył koszulkę z krótkim rękawem i 

szorty.  Mimo  to  był  mokry  od  potu.  Wciąż  zmuszał  się  do  szybszej  jazdy  i 

większego  wysiłku,  licząc  na  to,  że  zmęczenie  pozwoli  mu  zapomnieć  o 

Melissie Giordano.

Starał  się  miarowo  oddychać.  Minął  parę  wrotkarzy,  lawirował  między 

biegaczami  i  ostro  podjechał  pod  wzniesienie.  Czuł  napięcie  we  wszystkich 

background image

mięśniach,  zaczynały  go  boleć  uda,  a  palce  zesztywniały  od  zaciskania pięści. 

Jeszcze jedno okrążenie i dam sobie spokój, pomyślał.

A może nie. Może będę jeździł, aż padnę z wyczerpania, pomyślał Derek. 

To przynajmniej usunęłoby ją na zawsze z moich myśli.

Objechał wzgórze i skierował się w stronę zjazdu. Był tak zmęczony, że 

już się nawet nie odpychał. Zjeżdżał swobodnie, nabierając powoli rozpędu. U 

stóp pagórka dostrzegł dziewczynę, która z trudem utrzymywała równowagę na 

rolkach.  Początkująca,  pomyślał.  Stała do  niego  tyłem,  z  szeroko  rozłożonymi 

ramionami  i  zataczała  się  jak  pijana.  Jej  długie,  kręcone,  czarne  włosy 

przypominały mu Melissę. Szczupła figura i niepewne ruchy również.

Zaklął  w  myślach  i  skupił  się  na  jeździe.  Ostry  stok  wzniesienia 

nadmiernie zwiększył prędkość zjazdu, więc Derek zaczął jechać zygzakiem, by 

trochę wyhamować. Zbliżając się do dziewczyny, docisnął hamulec do asfaltu i 

zwolnił,  by  się  jej  przyjrzeć.  Nie  mógł  oprzeć  się  wrażeniu,  że  to  jednak 

Melissa.

Minął  ją  i  gwałtownie  zakręcił,  żeby  zobaczyć  jej  twarz.  Gdy  ją  ujrzał, 

drgnął, stracił równowagę i wylądował na trawie.

– Derek! Nic ci nie jest? – wykrzyknęła Melissa, powoli zbliżając się do 

niego.

–  Co  ty  tu,  do  diabła,  robisz?  –  warknął.  Spróbowała  się  schylić,  nie 

tracąc  równowagi,  ale  jedna  rolka  za  daleko  odjechała  i  Melissa  z  impetem 

usiadła  na  kolanach  Dereka.  Jego  ciało  natychmiast  zareagowało  na  ten 

przyjemny  ciężar.  Znów  zaklął  w  myślach,  wiedząc  doskonale,  że  przed  nim 

jeszcze daleka droga, jeśli chce zapomnieć o Melissie.

–  Uznałam,  że  powinnam  nauczyć  się  jeździć  na  rolkach.  –  Zaczęła 

wstawać.

Przypadkiem  jedną  dłoń  oparła  wysoko  na  udzie  Dereka,  drugą  na  jego 

ramieniu. Oblał go żar. Nagle zrozumiał, że jest mu wszystko jedno. Co z tego, 

że  Melissa  uznała  go  za  oszusta,  odeszła  i  skradła  mu  serce.  W  tej  chwili  nie 

miało to znaczenia. Cieszył się, że może choć przez chwilę mieć ją przy sobie. 

Jej włosy musnęły jego policzek.

– Dlaczego? – spytał schrypniętym głosem.

–  Na  niebie  były  chmury,  ale  z  niczym  mi  się  nie  skojarzyły  –  zaczęła 

nieskładnie tłumaczyć.

background image

– Gdybyś ty na nie patrzył, wyglądałyby dla ciebie jak rolki.

– Rolki?

– Nie umiem odgadywać kształtów chmur. Nie znam się na gwiazdach ani 

znakach  zodiaku  –  powiedziała  żałośnie.  –  Nie  mam  też  pojęcia  o  giełdzie. 

Jestem kompletnie pozbawiona wyobraźni. Co gorsza, sądziłam, że powinieneś 

być do mnie podobny.

– Nie jesteś pozbawiona wyobraźni. – Pogładził jej jedwabiste włosy.

– Wszystko, o czym myślę, to nudne, rozsądne sprawy. Co będę robiła za 

trzy  lata,  jakie  osiągnę  stanowisko,  ile  powinnam  zarabiać,  jak  długo  będę 

spłacała kredyt... Nie można tego nazwać wybujałą wyobraźnią.

– To rozsądek i planowanie.

– Powinnam zaakceptować, że ludzie żyją według innych reguł, które nie 

zawsze rozumiem.

–  Obróciła  się  na  jego  kolanach,  żeby  zdjąć  mu  kask.  –  Czytałam  dziś 

swój  horoskop  –  wyznała,  gładząc  go  czule  po  włosach.  –  Mówił,  że  jeśli 

zachowam otwarty umysł, zamienię wroga w przyjaciela.

Derek  spojrzał  jej  w  oczy  i  przypomniał  sobie  ich  wszystkie  sprzeczki. 

Kupić  goudę  czy  ser  edamski?  Wybrać  film  z  Tomem  Hanksem  czy  Bradem 

Pittem? – Przypomniał sobie, ile razy patrzył w te oczy, gdy rozmawiali i gdy 

się kochali.

– Nie jestem twoim wrogiem – szepnął.

– Wrogiem, którego przemieniłam w przyjaciela, jest Herman – odparła z 

uśmiechem.

– Kamikadze Herman?

–  Kupiłam  rolki  i  poszłam  do  twojego  domu.  Ciebie  nie  zastałam,  ale 

Herman  tkwił  na  posterunku.  On  albo  jakaś  inna  wiewiórka.  Siedział  na 

poręczy, popiskiwał i bawił się żołędziem.

– To do niego podobne – potwierdził Derek.

– Pewnie namierzał cel.

–  Zadzwoniłam  do  drzwi  i  chwilę odczekałam,  ale  nikt  nie  odpowiadał. 

Wyszłam z powrotem na ganek, a on tam wciąż siedział. Wtedy przypomniałam 

sobie, że wujek dał mi ciastko. Odłamałam więc kawałek i rzuciłam wiewiórce.

– Dałaś mu jeść? Zwariowałaś? Teraz już nigdy się nie odczepi!

– Możliwe. – Uśmiechnęła się szeroko. – W każdym razie zjadł, co dostał, 

background image

i odbiegł w stronę parku. Po chwili zatrzymał się, usiadł na tylnych łapkach i na 

mnie spojrzał.  Wyglądał, jakby chciał,  żebym za nim poszła. Dałam mu znów 

kawałek  drożdżówki,  a  on  biegł  przodem.  Doszłam  za  nim  aż  tutaj,  ale  kiedy 

skończyło się ciastko, Herman uciekł.

–  Typowe.  Jest  twoim  najlepszym  przyjacielem,  póki  go  karmisz.  Jak 

tylko przestaniesz, natychmiast cię porzuci.

–  Jednak  doprowadził  mnie  tu,  gdzie  miałam  nadzieję  cię  znaleźć. 

Założyłam rolki i zamierzałam jeździć tak długo, aż cię spotkam.

Derek odgarnął jej włosy z twarzy i pogłaskał po policzku.

– A co zamierzałaś zrobić, jak już mnie znajdziesz?

– Powiedzieć ci, że cię kocham.

– Nawet jeśli nie jestem Magikiem

?

–  Nie  chcę  czarodzieja,  Derek.  Pragnę  ciebie.  To  mu  w  zupełności 

wystarczało. Pochylił się i pocałował Melissę.

–  Nie  zdradzisz  moim  współpracownikom,  jak  dokonuję  inwestycji, 

prawda?

– To będzie nasz sekret.

–  Podoba  mi  się  twój  horoskop.  –  Znów  ją  pocałował.  –  Polubię  nawet 

Hermana, jeśli to on cię do mnie przyprowadził.

–  Muszę  jeszcze  poćwiczyć,  Derek  –  oznajmiła  Melissa  z  czułym 

uśmiechem. – Pomóż mi wstać.

–  Wolałbym  cię  raczej  położyć  –  wymruczał,  zanurzając  twarz  w  jej 

włosach.

Po chwili wstał i podał jej ręce. Kiedy Melissa podniosła się, przygarnął 

ją do siebie i zamknął w ramionach. Tulił ją tak, jakby już nigdy nie zamierzał 

jej wypuścić, nawet na krótką chwilę. Spleceni w uścisku powoli pojechali przez 

park.