background image

Arnold Judith 

BAL PRZY ŚWIECACH 

 

Mój najdroższy Remy!   

Wiem, że niektórzy uznaliby mnie za głupią, gdyby się dowiedzieli, że piszę do Ciebie, ale 

do kogo mam się zwrócić? Mijają cztery lata, jak odszedłeś, jednak każdego dnia czuję

ż

e  jesteś  przy  mnie.  Posłuchaj,  naszemu  ukochanemu  hotelowi  grozi  poważne 

niebezpieczeństwo.  Zaczyna  się  karnawał,  a  my  toniemy  długach. Huragan wyrządził 

poważne szkody, lecz jeszcze przedtem ... Nie, nie ma sensu oglądać się za siebie.   

Przyszłość  powinna  być  pomyślna.  Kilka  miesięcy  temu,  z  powodu  mojej  drobnej 

niedyspozycji, nasze córki Charlotte, Renee, Sylvie, nawet Melanie zjechały do domu i 

pracują hotelu, tak jak to sobie wymarzyliśmy. Byłbyś z nich bardzo dumny.   

Niestety,  wiadomości  o  naszej  złej  kondycji  finansowej  musiały  przedostać  się  na 

zewnątrz,  ponieważ  otrzymaliśmy  propozycję  sprzedaży.  Odrzuciłam  ją,  oczywiście. 

Straciłam  Ciebie,  lecz  przyrzekam,  że  uczynię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żeby  ocalić 

Hotel Marchand dla naszych wnuków. Obiecuję ci to, mój kochany.   

Ton amour,   

Anne   

 

PROLOG   

 

Julie  Sullivan  go  zniszczyła.  Zasługuje  na  to,  by  i  ją  zniszczyć.  Nikt  nie  może  spędzić 

ośmiu lat więzieniu pozostać sobą. Zanim Julie zaczęła mówić zepsuła wszystko, był 

wyjątkowy. Był człowiekiem sukcesu. Przystojnym, szlachetnym wspaniałomyślnym.   

Sprawiał,  że  marzenia  się  spełniały.  Piękne  dziewczęta  z  całego  kraju  zjeżdżały  do 

Nowego  Jorku,  a  on  robił  z  nich  modelki.  Jeśli  chciały  zmienić  fryzurę  czy  makijaż

znajdował  wizażystę.  Miały  problemy  z  nadwagą?  I  tym  się  zajął.  Kłopoty  finansowe? 

Służył  dobrą  radą.  Potrzebowały  ramienia,  na  którym  mogły  się  wesprzeć,  mentora, 

któremu mogły zaufać, kogoś, kto pomógłby im poradzić sobie ze stresami? Glenn Perry 

background image

był na każde zawołanie.   

Był  dobry.  Naprawdę  zależało  mu  na  każdej  dziewczynie  -  no,  może  na  jednych  trochę 

bardziej niż na innych - ale serce miał otwarte dla wszystkich. Niektóre darzył szczerym 

uczuciem. Był dobrym człowiekiem, łagodnym, kochającym. Dopóki Julie Sullivan go nie 

wydała.   

Teraz, po ośmiu długich latach, nareszcie wrócił do Nowego Jorku, do starego domu, do 

starych kątów. Świat może się przez ten czas aż tak nie zmienił, natomiast Glenn bardzo. 

W sercu nosi blizny, duszy głębokie urazy.   

Julie musi mu za to zapłacić.   

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY   

On znów ją obserwuje.  Zanim zdążyła obrócić się z fotelem w stronę drzwi, już  go nie 

było. Dostrzegła tylko doganiający go cień, tak bezszelestny jak on sam.   

Gerard,  poprzedni  szef  ochrony,  miał  chód  głośny,  ciężki.  Julie  i  Charlotte  zawsze 

ż

artowały, że dudniące kroki są tajemnicą jego sukcesu, bo niepożądani goście z daleka 

słyszeli, iż nadchodzi, i zawsze zdążyli uciec. Niestety Gerard odszedł zaraz po Święcie 

Dziękczynienia, a jego następca, Mac Jensen, miał inny styl pracy. Julie podejrzewała, że 

wolał łapać przestępców, niż ich odstraszać. Poruszał się ze zwinnością pantery polującej 

na zdobycz.   

Zazwyczaj wyczuwała jego bliskość, nie widząc go ani nie słysząc.  Wystarczył jej jego 

zapach,  a  wówczas,  jeśli  zareagowała  wystarczająco  szybko,  udawało  jej  się  dostrzec 

jego  znikający  cień.  Tylko  niezmiernie  rzadko  widywała  jego  samego.  A  gdy  do  tego 

dochodziło, zazwyczaj przyłapywała go na tym, że ją obserwuje.   

W stała od biurka, podeszła do otwartych drzwi i wyjrzała na korytarz. Maca już dawno 

nie  było,  lecz  jego  zapach  wciąż  unosił  się  w  powietrzu,  mroczny,  leśny,  wyjątkowo 

męski,  którego  pewnie  nikt  poza  nią  nie  wyczuwał.  Julie  była  wyjątkowo  wrażliwa  na 

zapachy. I na Maca Jensena.   

Z westchnieniem usiadła z powrotem przy biurku.   

Nie  miała  czasu  na  zawracanie  sobie  głowy  nowym  szefem  ochrony  Hotelu  Marchand. 

Od  czasu,  gdy  Anne  Marchand  przekazała  ster  rządów  w  ręce  córki,  Charlotte,  jej 

background image

asystentce  Julie  przybyło  obowiązków  ważniejszych  od  zastanawiania  się,  czy 

przypadkiem  Mac  nie  poświęca  jej  zbyt  duże  uwagi.  A  jeśli  nawet,  to  nie  on  pierwszy. 

Julie przywykła do tego, że ludzie się jej przyglądają.   

Na  ekranie  monitora  widniało  menu  proponowane  przez  szefa  kuchni  na  bal  w  święto 

Trzech  Króli.  Robert  LeSoeur  był  mistrzem  nad  mistrzami  i  Julie  nie  ośmieliłaby  się 

sprzeciwić  mu  w  kwestii  przystawek  czy  deserów.  Niemniej  przed  przekazaniem  menu 

Charlotte do akceptacji musiała przejrzeć przedstawiony przez niego kosztorys. Młodsza 

siostra  Charlotte,  Melanie,  współpracowała  z  Robertem  w  restauracji  Chez  Remy,  lecz 

bardziej  dbała  o  jakość  potraw  niż  o  ich  cenę.  A  gdyby  zostawić  Robertowi  pełną 

swobodę,  serwowałby  dania  przyrządzone  z  takich  składników,  że  hotel  poszedłby  z 

torbami.   

-  Julie?  -  Charlotte  zawołała  ze  swojego  gabinetu.  Oba  pokoje  miały  osobne  wejścia  z 

korytarza, lecz były też połączone wewnętrznymi drzwiami, które Julie zawsze trzymała 

otwarte. Zresztą drzwi na korytarz także nie zamykała - lubiła, by wszyscy mieli do niej 

dostęp,  lubiła  także,  by  staroświecka  atmosfera  hotelu  przenikała  jej  miejsce  pracy. 

Gabinet  Julie  znajdował  się  na  piętrze,  nad  eleganckim  holem.  Miał  wysoki  sufit 

ozdobiony  sztukaterią  i  złocistożółte  ściany  nawiązujące  kolorem  do  klasycznej 

architektury 

Dzielnicy 

Francuskiej. 

Urządzony 

był 

jednak 

funkcjonalnie 

minimalistycznie: na podłodze trwała wykładzina dywanowa, biurko w kształcie litery L, 

biurowe  szafy  na  dokumenty  i  ultranowoczesny  sprzęt  komputerowy.  Ponieważ  całe 

wyposażenie  techniczne  znajdowało  się  u  jej  asystentki,  Charlotte  mogła  zapełnić  swój 

pokój  bibelotami  i  bukietami  świeżych  kwiatów,  na  podłodze  położyć  puszysty  dywan 

oraz wstawić antyczną komodę, na której w ramkach stały fotografie jej bliskich: trzech 

sióstr, siostrzenicy, babki, matki i zmarłego przed czterema laty ojca, którego opiekuńczy 

duch,  niczym  anioł  stróż,  krążył  po  hotelu.  Na  szczęście  ani  hotel,  ani  cenne  drobiazgi 

Charlotte nie padły ofiarą huraganu Katrina, który półtora roku temu spustoszył miasto.   

Na dźwięk swojego imienia Julie natychmiast udała się do szefowej.   

- Dzień dobry. Co nowego?   

 

Julie  podziwiała  Charlotte,  która  zatrudniła  świeżo  przybyłą  do  Nowego  Orleanu 

absolwentkę uniwersytetu McGiU w Montrealu, nie bacząc na to, że oprócz dyplomu nie 

background image

ma ani referencji, ani doświadczenia.   

 

- Znowu kłopoty z tym gościem z pokoju 307, Alvinem Grote'em. Tym razem skarży się 

na ... -Charlotte urwała i wzięła do ręki plik różowych karteczek - na kształt kostek lodu. 

Nie lubi sześcianów. Chce walce z dziurką w środku.   

Julie wzniosła oczy ku górze i wyciągnęła rękę po karteczki.   

-  Kostki  w  kształcie  walca  szybciej  się  rozpuszczają  i  rozwadniają  drinki  - 

odpowiedziała.   

 

-  Nie  jestem  ekspertem  od  fizycznych  właściwości  kostek  lodu  -  przyznała  Charlotte  i 

westchnęła.  -  Pan  Grote  zostanie  u  nas  cały  tydzień  i  następny  weekend,  więc  musimy 

się  przygotować  na  więcej  tego  typu  reklamacji.  Już  zakwestionował  temperaturę 

chardonnay podawanego w barze. Według niego powinna być trzy stopnie niższa.   

- Trzy?   

- Dokładnie. Leo twierdzi, że wyraził się bardzo precyzyjnie.   

-  Może  powinien  wrzucić  kostkę  lodu  do  kieliszka  -  mruknęła  Julie.  -  Temperatura  by 

natychmiast spadła.   

- Poznałaś go?   

Julie miała tę wątpliwą przyjemność.   

 

- Dziś rano, w holu. Zaciągnął  mnie do okna, żeby poskarżyć się  na pogodę. "Jest sam 

początek  stycznia,  a  gdzie  śnieg?".  Musiałam  mu  przypomnieć,  że  znajdujemy  się  w 

Nowym  Orleanie.  -  Julie  urwała  i  zaśmiała  się.  -  Nosi  kitkę,  a  jest  łysy  na  ciemieniu  - 

dodała.   

- Och nie! - jęknęła Charlotte. - Cóż, za apartament płaci nielichą sumę. Może uda nam 

się znaleźć foremki do kostek takich, jakie lubi? Przecież chcemy, żeby nasi goście byli 

zadowoleni, prawda?   

- Nawet jeśli są łysi, a resztki włosów wiążą w kitki?   

 

- Zwłaszcza oni. A teraz druga sprawa ... Biorąc pod uwagę, jakie mamy urwanie głowy, 

wpierw  Boże  Narodzenie,  potem  sylwester,  teraz  już  za  cztery  dni  Trzech  Króli,  sześć 

background image

tygodni  później  jeszcze  Mardi  Gras,  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  nie  warto  by  zlecić 

organizacji  imprez  profesjonaliście.  -  Charlotte  podeszła  do  ślicznego  biureczka  z 

inkrustowanym  blatem,  stanowiącego  zupełne  przeciwieństwo  funkcjonalnego  biurka 

Julie,  i  wzięła  do  ręki  tekturową  teczkę.  -  Zawsze  sami  zajmowaliśmy  się  organizacją 

naszych  balów,  lecz  pomyślałam,  że  musimy  być  otwarci  na  nowe  rozwiązania  i 

przynajmniej rozważyć taką ewentualność na przyszłość.   

- Z kimś się już kontaktowałaś? Charlotte wymieniła kilka nazwisk. - Jak wysoko cenią 

swoje usługi?   

- Za wysoko. - Charlotte westchnęła. - Zresztą w tej branży nikt nie jest tani.   

- W przeszłości organizowaliśmy wspaniałe bale bez uciekania się do niczyjej pomocy - 

przypomniała Julie. - Mamy cudowny personel, a Luc zatuszuje każde potknięcie.   

- To prawda. Luc umie oczarować gości. Uwielbiają go.   

W  ocenie  Julie  umiejętność  oczarowania  hotelowych  gości  była  najważniejszym 

zadaniem  animatora  wolnego  czasu.  Luc  Carter  sprawiał  wrażenie  odrobinę 

rozkojarzonego,  poza  tym  miał  zwyczaj  znikać  z  hotelowego  holu  w  najmniej 

odpowiednich  chwilach,  lecz  swą  chłopięcą  urodą,  wdziękiem  i  uwodzicielskimi 

spojrzeniami potrafił każdego udobruchać.   

-  Z  przyjemnością  powierzyłabym  organizację  następnych  balów  profesjonaliście  - 

ciągnęła Charlotte - lecz te koszty! Zrób, proszę, wstępną kalkulację, żebyśmy mogły się 

zorientować, czy to w ogóle byłoby do przeprowadzenia.   

- Oczywiście.   

Julie wzięła od Charlotte teczkę.   

- Jeśli  uznasz, że nie  warto, nie trać  czasu.  Powtarzam, wszystkie bale zaplanowane na 

tegoroczny karnawał organizujemy sami. Uznałam jednak, że na przyszłość powinniśmy 

rozważyć inną opcję.   

Julie przytaknęła skinieniem głowy. Dostatecznie długo pracowała z Charlotte i zwracała 

uwagę  nie  tylko  na  to,  co  powiedziała,  lecz  także  na  to,  co  przemilczała.  Od  września 

ubiegłego  roku,  czyli  od  czasu,  gdy  nagły  atak  serca  zmusił  Anne  Marchand  do 

rezygnacji  z  kierowania  hotelem  i  przekazania  steru  w  ręce  córki,  Charlotte  była 

przepracowana  i  zdenerwowana.  Zlecenie  organizacji  balów  profesjonaliście  zdjęłoby  z 

jej barków jeden ciężar.   

background image

Koszty  tego  były  jednak  spore.  A  mimo  prestiżu,  mimo  wysokiej  pozycji  wśród 

nowoorleańskich hoteli, mimo idealnej wprost lokalizacji po wschodniej stronie Jackson 

Square, w samym sercu Dzielnicy Francuskiej, mimo wyśmienitej kuchni i wytwornego 

wystroju, z Hotelu Marchand pieniądze wyciekały jak ropa z dziurawego tankowca. Nie 

aż  tak,  by  zanieczyścić  całą  Zatokę  Meksykańską,  lecz  wystarczająco  silnie,  by 

właścicielom spędzać sen z powiek.   

- Masz do mnie coś jeszcze? - spytała Julie.   

-  Kiedy  tu  weszłaś,  miałaś  taki  dziwny  wyraz  twarzy  -  rzekła  Charlotte.  -  Czy  coś  się 

stało?   

- Masz na myśli coś wykraczającego poza normę?   

Normą były kłopoty związane z kondycją finansową hotelu, rozłąką z siostrą mieszkającą 

w Nowym Jorku, dziwnymi piskami, jakie wydawały hamulce w jej samochodzie. Julie 

miała też i inne zmartwienia, o których z nikim nie chciała rozmawiać, nawet z Charlotte. 

Do tej pory wydawało jej się, że potrafi dobrze się maskować.   

-  Zawsze,  kiedy  w  pobliżu  znajduje  się  Mac  Jensen,  na  twojej  twarzy  pojawia  się  ten 

wyraz ...   

- Jaki wyraz?   

- Nie wiem ... Dziwny.   

- Teraz też? Czy Mac jest gdzieś tutaj?   

- Kilka minut temu był.   

- Co go sprowadziło?   

-  Przyniósł  raport  z  wczorajszego  dnia.  Któryś  z  gości  przysięga,  że  słyszał  ducha 

chodzącego po drugim piętrze, więc ochrona musiała to sprawdzić i sporządzić raport.   

- Znowu? Błagam, tylko nie to!   

Jeden  z  domów,  które  tworzyły  kompleks  hotelowy,  podobno  należał  do  kochanki 

pewnego  marynarza,  który  pływał  ze  słynnym  piratem  Jeanem  Lafitte'  em  i  zatonął 

podczas nagłego sztormu w Zatoce Meksykańskiej. Goście często opowiadali, że słyszeli 

stąpanie  ducha  nieszczęsnej  kobiety,  czekającej  na  powrót  ukochanego.  Julie  była  zbyt 

trzeźwą osobą, by w to wierzyć, lecz jeśli legenda przyciągała gości do hotelu, nie było 

sensu się spierać.   

-  Nie  wymiguj  się  od  odpowiedzi.  Czy  masz  jakiś  problem  z  Makiem?  -  drążyła 

background image

Charlotte.   

- A wyraz mojej twarzy świadczy, że tak?     

Charlotte uśmiechnęła się.   

- Raczej mówi, że chciałabyś mieć.   

- Chciałabym?   

- Jest przystojny. Te ciemne oczy, mocno zarysowany podbródek. .. Nie zauważyłaś?   

- Chyba tak. - Charlotte nie musi wiedzieć, że bardzo dobrze zauważyła i czarne oczy, i 

podbródek,  i  brązowe  włosy,  i  umięśnione  ciało,  i  zadziwiająco  cichy  chód  jak  na 

mężczyznę  jego  wzrostu.  Spostrzegła,  że  szefowa  wciąż  czeka  na  odpowiedź.  - 

Czasami... mam wrażenie, że mnie szpieguje.   

- Szpieguje?   

-  Czuję  na  sobie  jego  wzrok.  Jak  gdyby  mnie  obserwował,  ale  nie  chciał,  żebym  się 

zorientowała.   

-  Julie!  Na  miłość  boską!  Połowa  facetów  w  Nowym  Orleanie  gapi  się  na  ciebie, 

gdziekolwiek się pojawisz.   

Julie poczerwieniała.   

- Trochę przesadziłaś.   

- Wcale nie. Byłaś modelką. Zwracasz uwagę.   

- Byłam znacznie młodsza - zaoponowała Julie. - I szczuplejsza - dodała.   

- A teraz jesteś starsza i tu i tam bardziej zaokrąglona. Nie dziwię się, że mężczyźni się 

za  tobą  oglądają.  Mam  tylko  nadzieję,  że  to  nie  przeszkadza  Macowi  w  wykonywaniu 

obowiązków. Jeśli w hotelu zaczną się jakieś kłopoty, uciekaj w przeciwną stronę, żeby 

go nie rozpraszać.   

Julie roześmiała się z żartu szefowej, lecz kiedy znalazła się z powrotem u siebie, doszła 

do wniosku, że Charlotte się myli. Mac nie patrzył na nią pożądliwie, lecz przyglądał się 

w taki sposób, jak gdyby chciał odkryć jej tajemnicę.   

Nie uda mu się, postanowiła, jeśli tylko będzie miała w tej sprawie coś do powiedzenia.   

U siadła przy biurku.  W prawym dolnym rogu ekranu pojawiła się ikona informująca o 

nadejściu nowej poczty.   

Zazwyczaj sprawdzała skrzynkę mail ową trzy razy dziennie: około ósmej rano, potem w 

porze  lunchu  i  przed  wyłączeniem  komputera  na  koniec  dnia:.  Ale  teraz  czekała  na 

background image

wiadomość  od  siostry  dotyczącą  zdrowia  ojca,  który  zachorował  na  grypę,  a  Marcie 

wysyłała maile w godzinach urzędowania. Przekonały się, że nie są w stanie rozmawiać 

przez telefon krócej niż godzinę, więc nie dzwoniły do siebie z biura.   

Miała  nadzieję  przeczytać,  iż  ojciec  czuje  się  coraz  lepiej  i  nie  zamęcza  biednej  matki, 

która  się  nim  opiekuje.  Tej  zimy  w  Nowym  Jorku  wybuchła  mała  epidemia  grypy  i 

chociaż  rodzice  Julie,  mimo  że  przekroczyli  sześćdziesiątkę,  byli  w  doskonałej  formie, 

trochę się o nich martwiła.   

Mail  nie  został  wysłany  przez  Marcie.  W  rubryce  "Od"  wpisano  ,,4Julie",  a  na  treść 

składał  się  rysunek  pięciolinii  z  jedną  nutą  przechodzącą  w  zawijas  wznoszący  się  do 

góry - glissando, oraz słowa: KONIEC PIEŚNI.   

Julie musiała zmobilizować całą siłę woli, by nie zacząć krzyczeć.   

 

Mac  często  otrzymywał  zlecenia  polegające  na  obserwowaniu  i  ochranianiu  jakiejś 

osoby. Rzadko jednak sprawiało mu to taką przyjemność jak śledzenie Julie Sullivan.   

Był  profesjonalistą  i  osobista  przyjemność  nie  wpływała  na  sposób  wykonania  pracy, 

lecz  jeśli  polegała  ona  na  obserwowaniu  pięknej  kobiety,  dlaczego  nie  mógłby  mieć  z 

tego jakiejś frajdy?   

Julie musiała wiedzieć, że jest bardzo atrakcyjna.   

Jako  siedemnastolatka  pojawiała  się  na  okładkach  kolorowych  pism,  kiedy  miała  lat 

dziewiętnaście, została wybrana na twarz linii' perfum "Symphony". Jej fiołkowe oczy i 

pełne usta reklamowały kolejne zapachy:   

"Arpeggio", "Grace Note", "Sonata" i "Glissando". Mac skompletował całe jej dossier.   

W czasach, gdy była modelką, nigdy by nie zwrócił na nią uwagi, bo nie interesował się 

perfumami. Ale teraz ...   

Niestety pilnowanie Julie to była tylko jedna z wykonywanych przez niego prac. Druga, 

służąca za przykrywkę, to posada szefa ochrony w hotelu. Niezbyt dobrze czuł się w tej 

roli.  Biuro  szefa  ulokowane  było  w  małym  pokoiku  bez  okna:  na  tyłach  budynku. 

Siedzenie w obskurnej klitce sprawiało, że czuł się jak kret.   

Co  prawda  kilkakrotnie  w  ciągu  dnia  mógł  wychynąć  z  nory.  Zawsze  znalazł  się  jakiś 

raport,  który  trzeba  było  dostarczyć  Charlotte.  Mógł  go,  oczywiście,  wysyłać  pocztą 

elektroniczną,  lecz  chwytał  każdą  okazję,  by  wyjść  ze  swojego  bunkra.  Poza  tym  kilka 

background image

razy  dziennie  robił  obchód  całego  kompleksu  budynków.  Lubił  krążyć  po  hotelu, 

sprawdzać,  czy  wyjścia  ewakuacyjne  nie  są  otwarte  na  oścież,  rolety  w  oknach  nie 

naderwane,  a  w  holu  nie  kręcą  się  podejrzani  osobnicy.  Lubił,  by  goście  go  widzieli, 

uważał bowiem, że zwiększa to ich poczucie bezpieczeństwa. Lubił też mieć oko na Luca 

Cartera,  animatora  wolnego  czasu.  Luc  sprawiał  wrażenie  bardzo  energicznego  i 

chętnego do pomocy, lecz Macowi coś się w nim nie podobało. Nie potrafił określić co, 

lecz całe życie ufał instynktowi i zawsze okazywało się, że go nie zawiódł.   

Poza  regularnymi  obchodami  do  jego  obowiązków  należało  reagowanie  w  każdej 

nietypowej sytuacji, a takich w ciągu dnia zdarzało się przynajmniej kilka. Któryś z gości 

odczuwał  bóle  w  klatce  piersiowej,  inny  zgubił  czeki  podróżne,  jeszcze  inny  poznał 

uroczą  młodziutką  dziewczynę  na  Bourbon  Street,  spędził  z  nią  noc,  a  rankiem 

stwierdził,  że  nie  ma  portfela.  Bywało,  że  ktoś  słyszał  kroki  ducha  na  górnym  piętrze. 

Mac  odnajdował  zgubione  dzieci,  zamawiał  holowanie  wynajętych  aut,  które  nagle 

odmawiały  posłuszeństwa,  dyskretnie  wyprowadzał  gości,  którzy  w  barze  przesadzili  z 

piciem.   

Eskortowanie podchmielonych gości do pokoi oraz ostrzeganie dzieci, by nie bawiły się 

zbyt  blisko  krawędzi  basenu,  nie  zaspokajało  jego  życiowych  ambicji,  na  szczęście  nie 

musiał  tego  robić  przez  całe  życie.  Natomiast  wszystkie  te  nagłe  i  nie  tak  nagłe 

kłopotliwe sytuacje stwarzały idealny pretekst, aby mieć oko na Julie Sullivan.   

Po  powrocie  z  góry  Mac  zastał  na  posterunku  Carlosa.  W  klitce  ledwo  mieścili  się  we 

dwóch  i  powinien  być  wdzięczny  losowi,  że  nie  musi  spędzać  w  niej  tyle  czasu  co 

współpracownik.  Chłopak  chyba  jednak  lubił  wpatrywanie  się  w  płaski  ekran  monitora 

umieszczony  nad  biurkiem,  na  którym  pojawiały  się  obrazy  z  kilku  kamer 

przemysłowych  zainstalowanych  w  strategicznych  punktach  hotelu:  w  recepcji,  w 

głównym  holu  oraz  w  drugim  mniejszym,  w  barze,  na  wewnętrznym  patio,  w  salach 

recepcyjnych, w windach. Trącił Carlosa w ramię.   

- Zrób sobie przerwę - zaproponował. - Przyda ci się łyk świeżego powietrza.   

Carlos,  szczupły  młody  mężczyzna  o  chłopięcym  wyglądzie,  obrócił  się  z  fotelem, 

wyszczerzył zęby i odparł:   

- Świeże powietrze? Z przyjemnością.   

Przypiął  walkie-talkie  do  paska,  wyminął  szefa  i  zniknął  za  drzwiami.  Mac  opadł  na 

background image

krzesło.  W  komputerze  nie  było  żadnych  nowych  wiadomości.  Zerknął  na  aparat 

telefoniczny,  czerwona  lampka  nie  sygnalizowała,  że  ktoś  się  nagrał.  Odsunął  się  z 

fotelem,  oparł  nogi  na  blacie  biurka  i  z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  wyciągnął 

telefon  komórkowy.  Nie  chciał,  by  rozmowy  z  jego  prywatnym  biurem  przechodziły 

przez hotelową centralę.   

Już po drugim dzwonku odezwał się głos Sandy:   

- Crescent City Security.   

- Cześć, skarbie - przywitał ją Mac. - Stęskniłaś się za mną?   

Poznając go po głosie, Sandy roześmiała się. 

  - Ani trochę. Kiedy, do diabła, wracasz?   

- Jak skończę tę robotę. Chociaż każdy dzień rozłąki z tobą łamie mi serce.   

Sandy  znowu  odpowiedziała  śmiechem.  Była  żoną  wspólnika  i  najlepszego  przyjaciela 

Maca,  a  flirtowanie  było  taką  ich  niewinną  zabawą.  Kiedy  pięć  lat  temu  Mac  i  Frank 

Romero  zakładali  agencję  ochroniarską,  nie  mieli  nawet  na  czynsz.  Zaangażowanie 

recepcjonistki w ogóle nie wchodziło w grę, więc Sandy zaoferowała pomoc. Już dawno 

przestała pracować jako wolontariuszka, lecz wciąż odbierała telefony.   

- Frank tkwi po uszy w tej okropnej aferze ubezpieczeniowej - wyjaśniła. - Nie udało mu 

się wpaść na trop tych pieniędzy. Przydałaby mu się twoja pomoc. - Przykro mi - skłamał 

Mac.   

Ochranianie kobiety tak atrakcyjnej jak Julie Sullivan było zdecydowanie przyjemniejsze 

niż szukanie pieniędzy wyprowadzonych z firmy ubezpieczeniowej i przelanych na konto 

w którymś z rajów podatkowych.   

-  Nie  dręczy  cię  sumienie,  że  dorabiasz  na  boku?  -  spytała  Sandy.  -  Bierzesz  forsę  i  za 

pilnowanie tej babki, i za kierowanie ochroną.   

- Ciężko haruję na każdego centa.   

-  Racja.  -  Sarkastyczny  ton  Sandy  świadczył  o  jej  wątpliwościach.  -  To  trwa  już  ponad 

miesiąc. Jakoś wydaje mi się nie w porządku, że hotel ci za coś płaci, a ty w tym samym 

czasie robisz jeszcze coś innego.   

Może  rzeczywiście  niezupełnie  to  w  porządku,  lecz  w  ich  branży  klientom  bardziej 

zależało na efektach niż na zasadach fair play.   

- Gdybym wiedział, że zaczniesz mi prawić kazania, tobym nie dzwonił - rzekł i zerknął 

background image

na monitor. Właśnie ktoś wszedł do windy, małżeństwo w średnim wieku konferowało z 

Lukiem, korytarz, w którym znajdował się gabinet Julie, był pusty.   

-  W  porządku.  Koniec  kazań.  Inkasuj  dwie  pensje.  Co  mnie  to  obchodzi?  -  Sandy 

udawała, że daje za wygraną. - Ale przydałbyś się tutaj. Jak myślisz, uda ci się uporać z 

tym wszystkim przed Bożym Narodzeniem?   

Biorąc pod uwagę, że Boże Narodzenie będzie dopiero za rok, Mac wierzył, że może mu 

się uda. Kamera zainstalowana na zewnątrz biura Julie pokazała nowy obraz: korytarzem 

szła Julie, ciasno obejmując się ramionami, jak gdyby było jej zimno.   

Mac  spuścił  nogi  z  biurka  i  zmarszczył  czoło.  Julie  miała  wyrazistą  twarz,  duże, 

ozdobione długimi rzęsa"'mi oczy o barwie przypominającej Macowi ametysty. Właśnie 

teraz te oczy ją zdradzały - była śmiertelnie przerażona.   

-  Muszę  pędzić  -  rzucił  tonem  już  nie  żartobliwym.  -  Powiedz  Frankowi,  że  u  mnie 

wszystko  w  porządku  -  dodał  i  zanim  Sandy  zdążyła  się  odezwać,  zatrzasnął  klapkę 

telefonu.   

Zbliżył twarz do ekranu. Julie szarpnęła drzwi prowadzące na boczną  klatkę schodową. 

Nie  lubił,  gdy  korzystała  ze  służbowych  schodów,  ale  na  szczęście  i  tam  były  kamery. 

Miała  na  sobie  świetnie  skrojony  kostium  i  Mac  mimowolnie  pomyślał,  o  ile  lepiej 

wyglądałaby bez niego. Kiedy jednak zakręciła na podeście i znowu zobaczył jej twarz, 

zapomniał o figurze. Oczy Julie błyszczały z przerażenia, wargi drżały.   

Mac przez walkie-talkie połączył się z Carlosem.   

- Jak prędko możesz przynieść tu swój tyłek?   

- Już lecę - odparł chłopak.   

Z tonu szefa domyślił się, że sprawa jest pilna.     

-  Nie  zastaniesz  mnie  -  uprzedził  Mac,  odsunął  się  z  fotelem  od  biurka  i  poruszył 

ramionami,  by  poprawić  marynarkę.  -  Muszę  coś  sprawdzić  -  dodał  i  nie  czekając  na 

odpowiedź,  wybiegł  z  pokoju,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi.  Strach  w  oczach  Julie  kazał 

mu się spieszyć.   

 

ROZDZIAŁ DRUGI   

Zalazł  ją  na  dziedzińcu  wewnętrznym.  Czworokątne  patio  ze  stolikami  i  fotelami, 

roślinami  w  donicach,  z  basenem  w  kształcie  łzy  nadawało  hotelowi  klimat  starego 

background image

kontynentu.  Wieki  temu  domy  składające  się  na  cały  kompleks  były  zwykłymi 

miejskimi  kamienicami,  z  wozownią  i  czworakami  dla  niewolników.  Poprzedni 

właściciele przebili ściany i cały kwartał uliczny przemienili w hotel. Mac nie znał się 

na  architekturze,  lecz  z  podziwem  patrzył  na  wspaniałe  połączenie  budynków  o  tak 

różnych funkcjach w harmonijną całość.   

Nie  zdziwił  się,  że  tego  chłodnego  poranka  patio  było  puste.  Niemal  puste,  ponieważ 

przez ogromne oszklone drzwi w holu, przy stoliku obok donicy z geranium, dostrzegł 

Julie.  Siedziała  lekko  przygarbiona,  wciąż  obejmując  się  ramionami,  z  głową 

pochyloną, twarzą zasłoniętą włosami.   

Nie chciał, by wiedziała, że stale obserwuje ją na monitorze. Lepiej udam, że w ramach 

rutynowego  obchodu  przechodzę  przez  patio,  pomyślał.  Nacisnął.  mosiężną  klamkę  i 

otworzył drzwi.   

Julie podniosła głowę, lecz zaraz z powrotem ją opuściła. Mac miał sokoli wzrok, lecz 

nie umiałby powiedzieć, czy płakała.  Podszedł bliżej.  Gdy znajdował się mniej więcej 

pośrodku  dziedzińca,  zobaczył,  że  ramiona  jej  wznoszą  się  i  opadają,  jak  gdyby 

ć

wiczyła głębokie oddechy.   

- Cześć - powiedział.   

Uniosła  ku  niemu  twarz  i  zmusiła  się  do  uśmiechu.  Oczy  miała  suche,  a  na  policzkach 

ż

adnych mokrych smug.   

- Cześć - odrzekła.   

Szare  poranne  światło  podkreślało  bladość  jej  cery.  Jeśli  chciała  ukryć  przygnębienie, 

niezbyt mocno się starała.   

Mac zajął krzesło naprzeciwko niej i spytał:   

- Stało się coś?   

- Nie - zaprzeczyła, znów zmuszając się do uśmiechu.   

- Czy już ktoś ci mówił, że nie potrafisz kłamać?   

- A tobie, że jesteś wścibski?   

- Och - odparł i wyszczerzył zęby - wszyscy ciągle mi to powtarzają.   

Julie  poruszyła  się,  opuściła  ręce,  splecione  dłonie  oparła  na  kolanach.  Zauważył,  że 

palce  miała  długie,  delikatne.  Przez  jedno  mgnienie  wyobraził  sobie  ich  dotyk,  lecz 

natychmiast się opanował.   

background image

-  Nie  jestem  wścibski  -  zaczął  -  lecz  jeśli  asystentka  szefowej  hotelu  wygląda  tak,  jak 

gdyby właśnie ktoś przejechał jej ukochanego kota, muszę się dowiedzieć, czy ochrona 

ma wytrzeć mokrą plamę.   

- Nie mam kota.   

Do diabła z jej palcami, pomyślał. Ale usta ...   

- A wziąłem cię za kociarę.   

- Hoduję rybki tropikalne - poinformowała go ze śmiechem. - Gdybym miała dość czasu i 

miejsca, żeby trzymać zwierzaka, wybrałabym psa.   

Oczami wyobraźni zobaczył ją w starych szortach i wyciągniętym podkoszulku biegającą 

za  jakimś  wielkim  kundlem  i  sam  się  sobie  dziwił.  Do  tej  pory  zawsze  widział  Julie 

nieskazitelnie  ubraną.  A  obraz  bosej  Julie  z  długimi  włosami  byle  jak  splecionymi  w 

warkocz był tak sugestywny, że minęła ,chwila, zanim się od niego uwolnił:   

- Aha ... - mruknął i zawiesił głos. - Nie ma kota, nie ma mokrej plamy.   

- Naprawdę, Mac, nic mi nie jest.   

To dlaczego drży ci podbródek? Dlaczego jesteś bliska łez? Gdzie twoja dumna poza?   

- Sprawy osobiste? Coś nie tak w Nowym Jorku? Julie wzdrygnęła się.   

- Skąd wiesz, że pochodzę z Nowego Jorku?   

- Jako szef ochrony mam dostęp do danych personalnych wszystkich pracowników z listy 

płac.   

- Racja. - Jej podejrzliwość zniknęła. - Tak, to jest sprawa osobista. To znaczy gdyby w 

ogóle była jakaś sprawa, dotyczyłaby sfery osobistej.   

Mac  prychnął  z  ironią.  Julie  musiała  się  zorientować,  że  się  zdradziła,  bo  nerwowo  się 

zaśmiała.   

-  Jeśli  potrzebna  ci  pomoc  -  zaczął,  poważniejąc  -  jestem  do  dyspozycji.  Pomaganie 

ludziom to moja specjalność.   

- Dziękuję, ale nie trzeba. Szczerze. - Widząc pełną powątpiewania minę Maca, dodała: - 

Dostałam maila, który mnie zdenerwował.   

W  Macu natychmiast odezwał się zawodowiec. Żadnego więcej fantazjowania na temat 

pięknych dłoni ani fiołkowych oczu. Sprawa jest poważna.   

- Maila? - spytał zwodniczo spokojnym tonem.   

- Zwykły spam. Dzięki Bogu mamy opcję: Usuń.   

background image

Mac zmełł w ustach przekleństwo. 

- Wykasowałaś go?   

- A nie to robi się z niechcianą pocztą?   

-  Z  reklamami  tak,  ale  wszystkie  listy  prywatne  powinnaś  zachowywać.  I  zawiadomić 

kogoś.   

- Policję?   

-  Albo  specjalistę  od  ochrony.  Na  przykład  mnie  -  dorzucił  i  uśmiechnął  się,  żeby  jej 

zbytnio nie przestraszyć. Jak gdyby już nie była wystraszona.   

-  To  nic  ważnego'.  -  Julie  próbowała  się  trzymać.  -  Nie  warto  o  tym  wspominać.  Ale 

dziękuję za propozycję pomocy.   

- Nie dziękuj. - Wstał. Jego umysł pracował na pełnych obrotach. Musi włamać się do jej 

komputera  i  obejrzeć  tego  maila.  Kto  oprócz  niej  może  znać  hasło?  Pewnie  siostra.  - 

Obiecaj mi coś, proszę·   

Odchyliła się do tyłu i podniosła na niego wzrok.   

Ich  oczy  spotkały  się,  a  Maca  po  raz  kolejny  uderzył  ich  niespotykany  kolor,  ich 

uwodzicielska uroda oraz ... czający się w nich strach, którego nie potrafiła ukryć.   

- Co?   

- Jeśli otrzymasz następne dziwne maile, zawiadomisz mnie.   

- Posłuchaj, Mac ...   

- I nie kasuj ich. Obiecujesz?   

W napięciu czekał na odpowiedź.   

- Zgoda. Obiecuję.   

 

Zaraz po rozmowie z Makiem wydobyła z kosza tego maila. Może Mac ma rację, że tego 

typu  wiadomości  się  zachowuje?  Nie  była  właściwie  pewna,  jak  interpretować  ten  list, 

chociaż  starała  się  doszukać  w  nim  pozytywnej  wymowy.  "Koniec  pieśni"  mógłby  na 

przykład  oznaczać,  że  Glenn  Perry  po  ośmiu  latach  został  zwolniony  z  więzienia  za 

dobre  zachowanie.  Więc  jego  "pieśń",  czyli  odsiadka,  się  zakończyła.  I  dobrze.  Niech 

zaczyna  nowe  życie,  byle  zgodnie  z  prawem.  I  niech  już  nigdy  nie  wykorzystuje 

młodziutkich dziewcząt. I niech, dobry Boże, trzyma się ode mnie z daleka.   

Za  dwadzieścia  siódma,  kiedy  zakończyła  wszystkie  bieżące  sprawy,  uprzątnęła  blat 

background image

biurka,  zawiesiła  torbę  na  ramieniu  i  wyszła  z  gabinetu.  Nie  żartowała,  kiedy  mówiła 

Macowi, że przy jej trybie życia nie może wziąć psa. Ledwie miała czas nasypać suchy 

pokarm rybkom w akwarium. Nie narzekała jednak, chociaż po całym dniu pracy bolały 

ją  nogi,  kark  miała  sztywny  i  czuła  się  jak  przekręcona  przez  wyżymaczkę.  Na  dziś 

koniec pieśni, pomyślała, zamykając drzwi na klucz.   

Nie myśl o tym mailu, nakazała sobie w duchu. To jakaś bzdura. Jadąc do domu, wciąż 

powtarzała sobie, że to nic poważnego, kiedy nagle w lusterku wstecznym dostrzegła, że 

trzeci samochód za nią - czarne sportowe bmw - najwyraźniej ją śledzi. Skręciła w lewo, 

bmw  zrobiło  to  samo.  Skręciła  w  prawo,  ono  też.  Przejechała  na  żółtym  świetle,  bmw 

poczekało na czerwonym, lecz dwie przecznice dalej znowu je zobaczyła.   

- To nic - rzekła na głos i włączyła radio. Bonnie Raitt pytał w piosence, czy jest gotowa 

na  miłość.  Gdy  tylko  ta  piosenka  się  skończyła,  zaczęła  się  następna.  -  Widzisz?  - 

powiedziała do siebie. - Pieśń się nie kończy. Zawsze gra muzyka.   

Dojechała do domu. Była to stara rezydencja na skraju dzielnicy Garden District pokryta 

dystyngowaną  patyną  czasu.  Na  ozdobionych  sztukaterią  białych  ścianach,  tuż  nad 

fundamentami,  wciąż  widniały  zacieki  po  powodzi  wywołanej  przez  Katrinę.  Julie 

podejrzewała, że właścicielka ma teraz ważniejsze wydatki niż odnawianie elewacji. Jej 

mieszkanie i jeszcze jedno na parterze znacznie ucierpiały wskutek huraganu. Mieszkanie 

Julie  znajdowało  się  na  piętrze  i  kiedy  po  przymusowej  ewakuacji  wróciła  do  siebie  i 

zobaczyła swoje rzeczy w takim stanie, w jakim je zostawiła - z wyjątkiem rybek, które 

pozdychały, bo nie miał  ich kto doglądać - obiecała sobie, że już nigdy  w życiu się nie 

poskarży, że musi wspinać się po schodach.   

Zaparkowała  na  niewielkim  parkingu  koło  wejścia  i  spostrzegła,  że  czarne  bmw 

zatrzymuje  się  przy  krawężniku.  Zaklęła  pod  nosem,  chwyciła  torbę,  wysiadła  z 

samochodu  i  zatrzasnęła  drzwi.  Jej  pieśń  się  nie  skończyła  i  nie  pozwoli,  by  kierowca 

tamtego auta ją przerwał.   

Podbiegła  do  drzwi  wejściowych,  drżącą  ręką  szybko  włożyła  klucz  do  zamka.  Kiedy 

znalazła się  w środku, oparła się ciężko o drzwi i, wypuściła powietrze z płuc. Dopiero 

gdy  jej  serce  przestało  gwałtownie  bić,  odwróciła  się  i  ostrożnie  wyjrzała  przez  wąskie 

witrażowe okienko obok framugi.   

Czarne auto wciąż stało przy krawężniku. Nie mogła jednak dostrzec, czy kierowca jest 

background image

w środku, czy wysiadł.   

Przynajmniej jestem w domu. Mam telefon, w razie czego mogę wezwać policję. Mogła 

też zanucić dziecinną piosenkę, którą śpiewały wraz z siostrą, doprowadzając rodziców 

do szału, a która zaczynała się od słów: Oto piosenka bez końca ... Jeśli nie przestanie 

ś

piewać, dopóki auto nie odjedzie, będzie bezpieczna.   

Nucąc  cichutko,  wspięła  się  na  górę,  otworzyła  drzwi  mieszkania,  weszła  do  środka  i 

zamknęła  drzwi  na  zasuwkę.  Zrzuciła  pantofle,  zdjęła  żakiet  i  wciąż  podśpiewując, 

skierowała się do łazienki.   

Zdążyła  ściągnąć  bluzkę  i  rozpiąć  spódnicę,  kiedy  ,  rozległ  się  dzwonek  domofonu. 

Zamilkła raptownie. Cisza, jaka nagle wypełniła mieszkanie, przyprawiła ją o dreszcz.   

Jeden mail wystarczył, by zamieniła się w kłębek nerwów. Jeden mail wysłany niedługo 

po zwolnieniu warunkowym Glenna Perry'ego, a teraz czarny samochód, który jechał za 

nią aż pod sam dom.   

Domofon zadzwonił ponownie. Narzuciła szlafrok, zawiązała pasek na podwójny węzeł 

i w samych pończochach podreptała do kuchni, gdzie znajdował się aparat. 

  - Tak? - powiedziała do słuchawki.   

-  Julie?  Tu  Mac  Jensen.  -  Mac?  Co  on  tu  robi?  -  Zapomniałaś.  zamknąć  samochód  - 

wyjaśnił, jak gdyby w odpowiedzi na jej nieme pytanie.   

Zapomniała  również  wyjąć  listy  ze  skrzynki.  Tak  się  spieszyła,  żeby  znaleźć  się  w 

bezpiecznych czterech ścianach, że nie traciła czasu na drobiazgi.   

Nagle dotarło do niej,  że to Mac jechał czarnym  bmw.  Śledził  ją. A to drań! Tak  mnie 

wystraszyć!   

Co robić? - zastanawiała się. Zaprosić go na kawę? Zejść na dół i zamknąć samochód?   

Na  pewno  nie  chciała,  by  wchodził  na  górę.  Nie  ufała  żadnemu  mężczyźnie,  który 

jechałby  za  nią  do  domu,  nawet  gdyby  miał  wyraźny  powód,  by  tak  postąpić.  Chociaż 

Mac sprawiał wrażenie człowieka, który niczego nie robi bez wyraźnego powodu.   

Ale  co  ważniejsze,  nie  ufała  mężczyźnie,  który  zaledwie  kilka  godzin  temu  tak  łatwo 

wymusił  na  niej  przyrzeczenie,  że  go  zawiadomi  o  następnych  dziwnych  mailach.  Nie 

potrzebuje ochrony silnego faceta. Ostatnim mężczyzną, w którego ręce złożyła swój los, 

był  Glenn  Perry,  który  później  wylądował  w  więzieniu.  Wówczas  nauczyła  się  sama 

dbać o siebie i nie miała zamiaru zapominać tamtej lekcji.   

background image

-  Zejdę  za  dziesięć  minut  -  odezwała  się  w  końcu.  Odwiesiła  słuchawkę,  przeszła  do 

sypialni, zdjęła szlafrok i naciągnęła dżinsy i białą bawełnianą bluzę z dzianiny. Szybko 

przeciągnęła szczotką włosy, które pod wpływem wieczornej wilgoci zaczęły się puszyć, 

wsunęła  stopy  w  saboty  i  wzięła  do  ręki  klucze.  Zamknie  samochód,  wyjmie  listy  ze 

skrzynki i każe temu samozwańczemu aniołowi stróżowi wracać do domu.   

Zanim otworzyła drzwi wejściowe, jeszcze raz wyjrzała przez okienko na ulicę. Mac stał 

na  ganku,  ubrany  w  ten  sam  szary  garnitur  i  czarną  koszulkę  polo  co  w  pracy.  Może 

wyglądałby  gorzej,  gdyby  nosił  mundur,jak  jego  podwładni?  Jutro  zasugeruję  to 

Charlotte, pomyślała.   

Chociaż  w  mundurze  też  wyglądałby  dobrze.  A  teraz  z  cieniem  zarostu  na  policzkach 

wyglądał po prostu super.   

Z ciężkim westchnieniem uchyliła drzwi.   

- Jechałeś za mną? - zaczęła.   

- Tak.   

Ani słowa wyjaśnienia. Ani słowa przeprosin.   

- Dlaczego? - zapytała.   

-  Najpierw  zamknij  samochód  -  polecił.  -  Jeśli  trzymasz  auto  na  ulicy,  musisz  je 

zabezpieczać. Każdy może się włamać i coś zmajstrować.   

Wyminęła go i zeszła po schodkach na chodnik.   

- Jeśli ktokolwiek miałby ochotę ukraść mi samochód, proszę bardzo. Zaoszczędziłby mi 

kosztu naprawy hamulców.   

- Coś nie tak z hamulcami? - spytał zupełnie jak jej ojciec, poważnie i protekcjonalnie.   

- Piszczą - wyjaśniła. Dlaczego przybieram taki obronny ton, zdenerwowała się na siebie. 

-  Światełko  ostrzegawcze  jeszcze  się  nie  pali,  więc  jestem  pewna,  że  działają,  tylko 

głośno.   

Zamknęła  samochód,  potem  wróciła  na  ganek,  starając  się  nie  zwracać  uwagi  na  to,  że 

Mac idzie za nią. Przed drzwiami zatrzymała się i krzyżując ręce na piersi, zażądała:   

- A teraz wytłumacz, dlaczego za mną jechałeś?   

Mac otworzył usta i je zamknął. W końcu rzekł:   

-  Mógłbym  podać  najrozmaitsze  powody  -  zamilkł  i  uśmiechnął  się  zmieszany  -  ale 

najważniejszy to ten, że martwię się o ciebie.   

background image

-  Niepotrzebnie.  Sam  widzisz,  że  wszystko  jest  w  porządku.  -  Rozłożyła  ręce,  by 

zademonstrować, że mówi prawdę.   

- Ale dziś ... - zaczął.   

- Miałam chwilę załamania - przerwała mu. - Nie słyszałeś, że kobiety miewają zmienne 

nastroje? - Racja. Wiem coś o tym. Pokazać ci blizny?   

Tej  propozycji  towarzyszył  uśmieszek  -  odrobinę  ironiczny,  odrobinę  szelmowski  i  ... 

okropnie seksowny. Na samą myśl o tym, że mógłby się przy niej rozebrać, ogarnęła ją 

fala gorąca. Jeśli istniała jeszcze słaba możliwość zaproszenia go na górę, teraz zniknęła. 

Jej  mieszkanie  jest  zbyt  małe  dla  nich  dwojga.  Cała  dzielnica  jest  dla  nich  za  mała. 

Nawet na powietrzu czuła jego  zapach,  który  przywodził na  myśl las ciemną nocą.  Las 

oświetlony jedynie światłem księżyca.   

Dźwięk  podjeżdżającego  samochodu  odwrócił  jej  uwagę  od  Maca.  Rozpoznała 

jaskrawoczerwoną mazdę i odetchnęła z ulgą. Creighton Bowman, ekstrawagancki gej po 

sześćdziesiątce i uroczy człowiek, był jej sąsiadem z naprzeciwka.   

-  Bon  soir,  ma  chere  -  pozdrowił  ją  z  daleka,  a  potem,  powiewając  siwymi  włosami  i 

ciągnąc za sobą kolorowy szal, w kilku susach pokonał odległość dzielącą go od ganku i 

spytał: - Kim jest ten oszałamiający mężczyzna, którego nie chcesz mi przedstawić?   

- To Mac Jensen. - Julie posłusznie dokonała prezentacji, chociaż  wcale  nie chciała, by 

Creighton myślał, że Mac jest jej przyjacielem. - Mac, to mój sąsiad, Creighton Bowman.   

Panowie wymienili uścisk dłoni.   

- Ten mi się podoba! - Creighton teatralnym szeptem zwrócił się do Julie. - Dużo lepszy 

od tego ostatniego; nie mówiąc już o przedostatnim. Przynajmniej nie odbiega od ciebie 

wzrostem,  a  nawet  jest  o  kilka  centymetrów  wyższy.  Większość  facetów  -  ciągnął, 

zwracając  się  do  Maca  -  musi  stawać  na  palcach,  żeby  naszej  Julie  zajrzeć  w  oczy. 

Chociaż to nie jej wina, że ma taką figurę.   

-  Wiesz,  Creighton,  jak  na  jeden  dzień  już  dość  nabroiłeś  -  wtrąciła  Julie.  Nie  potrafiła 

jednak  się  na  niego  gniewać,  nawet  jeśli  czasem  zachowywał  się  jak  słoń  w  składzie 

porcelany. - Mac i ja pracujemy razem - wyjaśniła.   

- Aha, stara gwardia z Hotelu Marchand.   

-  Trudno  mnie  zaliczyć  do  starej  gwardii  -  odezwał  się  Mac.  -  Pracuję  tam  dopiero  od 

Ś

więta Dziękczynienia.   

background image

- Zobaczysz, wsiąkniesz - ostrzegł Creighton. - Jest taki piękny, że aż trudno to wyrazić 

słowami. Kwintesencja Dzielnicy Francuskiej. Ten wystrój, hm ... Z wrażenia aż się kręci 

w głowie. Gdybym był bogaczem, jadałbym w Chez Remy.   

- I byś utył. - Julię próbowała sprowadzić Creightona na ziemię. - Sam świetnie gotujesz 

i  używasz  mniej  masła.  Przepraszam  -  położyła  mu  dłoń  na  ramieniu  -  ale  mamy  z 

Makiem kilka spraw do omówienia.   

-  Na  ganku?  Wy  Jankesi  macie  dziwne  zwyczaje  -  skomentował  Creighton.  -  Kiedy 

skończycie,  wstąp  na  górę,  to  poczęstuję  cię  kieliszkiem  czegoś  mocniejszego. 

Uwielbiam ją, ale biedaczka nie wie, co to znaczy dobrze zaopatrzony barek.   

- Dziękuję za zaproszenie - odparł Mac i zerknął na Julie. Wyglądał, jak gdyby z trudem 

powstrzymywał śmiech.   

- To zostawiam was samych - rzucił Creighton, wyminął ich i zniknął.   

- Masz interesującego sąsiada - zaczął Mac, gdy już ochłonęli po tym spotkaniu.   

- Jest kochany.   

- Każdy, kto posiada dobrze zaopatrzony barek, może liczyć na moją sympatię. A więc - 

zawiesił głos i uśmiechnął się do niej - mamy porozmawiać.   

- O czym?   

Zamiast  odpowiedzieć,  przechylił  głowę  do  tyłu  i  spojrzał  w  ciemne  niebo,  na  którym 

pojawiły  się  ciężkie  chmury.  W  tym  samym  momencie  Julie  poczuła  na  czole  zimną 

kroplę.   

- Wiesz - zaczął Mac - zrobiło się późno i zgłodniałem. Może wybierzemy się coś zjeść? 

Porozmawiamy przy stoliku.   

Julie  również  była  głodna,  a  dzisiaj,  jak  zresztą  często  się  zdarzało,  nie  miała  ochoty 

gotować.  Jeśli  przystanie  na  jego  propozycję,  nie  będzie  musiała  zapraszać  go  do 

swojego  przytulnego  mieszkanka,  gdzie  mógłby  pozostawić  po  sobie  ten  intrygujący 

zapach.   

- Wezmę torebkę.   

- I płaszcz przeciwdeszczowy - dorzucił Mac, gdy spadły na nich kolejne krople deszczu.   

Niezbyt  chętnie  wprowadziła  go  do  holu  i  poprosiła,  by  zaczekał.  Otworzyła  swoją 

skrzynkę  pocztową  -  gospodyni,  pani  Grollier,  sortowała  pocztę  czworga  lokatorów, 

którą  listonosz  wrzucał  przez  otwór  w  drzwiach  -  i  wyciągnęła  rachunek  za  telefon 

background image

komórkowy, kilka ulotek reklamujących posezonową wyprzedaż i magazyn mody, który 

zaprenumerowała dla niej matka, sądząc, że sprawi jej przyjemność. Przyjęła prezent, nie 

tłumacząc, że przestała się interesować modą·   

Mac taktownie nie poszedł za nią na górę. W mieszkaniu Julie nie traciła czasu. Rzuciła 

pocztę na stół stojący w rogu pokoju dziennego, potem ściągnęła z wieszaka płaszcz na 

podpince i chwyciła torebkę.  Sprawdziła,  czy  ma dość pieniędzy,  by  zapłacić za siebie, 

gdyby trafili gdzieś, gdzie nie akceptują kart. Nie chciała, żeby Mac płacił za nią. To ma 

nie być randka.   

Ponieważ  nie  miał  płaszcza,  wzięła  dla  niego  parasol.  Kiedy  zeszła  na  dół,  stał  w  tym 

samym miejscu, gdzie go zostawiła.   

- Proszę. - Wręczyła mu parasol. - Przyda ci się.   

- Dziękuję - odparł, zaskoczony jej wielkodusznością·   

Przytrzymał  drzwi  i  przepuścił  ją  przodem.  Potem  nacisnął  przycisk  parasola  i  pochylił 

się lekko, by Julie też mogła się pod nim schronić.   

Podbiegli  podjazdem  do  ulicy,  gdzie  stał  samochód.  Auto  wyglądało  na  nowiutkie,  w 

ś

wietle  latami  połyskiwał  mokry  lakier.  Mac  otworzył  drzwi  od  strony  pasażera,  potem 

wśliznął się za kierownicę. Otrząsnął parasol, zamknął go i rzucił na podłogę za fotelem.   

Wnętrze  auta  przesiąknięte  było  wonią  jego  ciała  zmieszaną  z  zapachem  skórzanej 

tapicerki.   

- Ładne te twoje cztery kółka - zauważyła.   

 

W  poprzedniej  pracy  musiał  sporo  zarabiać,  pomyślała.  Hotel  Marchand  nie  płacił 

szefowi ochrony aż tyle, żeby go było stać na nowe bmw.   

Mac wzruszył ramionami i włączył silnik.   

 

-  Dobrze  chodzi  -  rzucił,  jak  gdyby  to  był  jedyny  powód,  dla  którego  ktoś  chciałby 

zafundować sobie podobne cacko.   

 

Julie  odwróciła  wzrok  od  twarzy  Maca  i  zaczęła  się  zastanawiać,  dlaczego  aż  tak 

zainteresował  go  głupi  mail,  jaki  otrzymała  kilka  godzin  temu.  W  ogóle  nie  powinnam 

mu  o  nim  wspominać,  teraz  sprawia  wrażenie,  jak  gdyby  dostał  obsesji  na  punkcie 

background image

mojego bezpieczeństwa. Jego zadaniem jest ochranianie hotelu, nie mnie. Może czuje się 

odpowiedzialny nie tylko za hotel i gości, ale i za personel?   

 

W  hotelu  pracuje  całkiem  sporo  osób.  Gdyby  Mac  chciał  zajmować  się  każdą  z  nich, 

musiałby nie jeść i nie spać. Muszę mu to wyjaśnić, albo może lepiej niech Charlotte to 

zrobi. Jest przecież jego szefową, nie?   

- Dokąd jedziemy? - zapytała.   

-  Do  takiej  jednej  knajpki.  Świetne  żarcie,  niskie  ceny  i  nie  silą  się  na  tak  zwaną 

atmosferę. Odpowiada?   

Brzmiało  to  zachęcająco.  Najwyraźniej  Mac  nie  traktował  tej  kolacji  w  kategoriach 

romantycznych.     

 

Restauracja znajdowała się w ciemnym zaułku, w który Julie bałaby się sama zapuścić po 

zmroku. Zresztą chyba nigdy by go nie znalazła.   

 

Skłamał,  że  nie  dbano  tu  o  atmosferę.  W  sali  było  aż  nadto  elementów  tworzących 

nastrój:  przyćmione  światło,  podłoga  z  wytartych  desek,  ściany  wyłożone  boazerią, 

nieustający szmer rozmów i kreolska muzyka zydeco cicho sącząca się z głośników pod 

sufitem. W powietrzu unosiły się smakowite aromaty gorącej oliwy i mocnych przypraw.   

 

Ż

aden  mtiitre  d  'hotel  nie  czuwał  przy  wejściu,  za  to,  gdy  tylko  przekroczyli  próg, 

natychmiast  podbiegła  do  nich,  a  właściwie  do  Maca,  kelnerka  ubrana  w  dżinsy  i  białą 

koszulkę. Głośno cmoknęła go w policzek i wykrzyknęła:   

 

- Cześć, kochasiu! Świetnie wyglądasz. Ciasno dzisiaj, ale mam dla ciebie idealny stolik. 

Sum jest tak świeżutki, że może jeszcze podrygiwać na talerzu.   

Wyszczerzyła  zęby  do  Julie  i  lawirując  między  gośćmi,  zaprowadziła  ich  do  stolika 

wciśniętego w kąt.   

- Kochasiu? - mruknęła Julie, kiedy kelnerka zniknęła.   

 

Mac z miną niewiniątka wzruszył ramionami. Zaczekał, aż Julie usiądzie, dopiero wtedy 

background image

opadł na krzesło. Stolik był tak mały, że ich kolana się zetknęły. Świat nie jest urządzony 

z myślą o ludziach wysokich i długonogich. Przeprosił, zmienił pozycję i znowu trącił ją 

kolanami. Tym razem, zamiast przeprosić, uśmiechnął się.   

-  Jedzenie  mają  wyśmienite  -  zaczął,  pochylając  się  odrobinę  do  przodu,  by  go  mogła 

dosłyszeć.   

- Lubię świeże ryby, ale wolę, żeby mi nie podrygiwały na talerzu - odparła. - Sądzisz, że 

zabiją ją przed podaniem?   

- Tylko jeśli ładnie poprosisz.   

-  Albo  jeżeli  kochaś  poprosi  w  moim  imieniu.  Mam  przeczucie,  że  ta  kelnerka  spełni 

każde  twoje  życzenie.  -  Pewnie  tak  -  odrzekł  z  dumą.  -  Zakładając,  że  nie  pada  ofiarą 

owych zmiennych nastrojów ...   

Może  za  brak  atmosfery  Mac  uważał  papierowe  serwetki,  menu  wydrukowane  na 

komputerze  i  wodę  w  plastikowych  kubeczkach,  albo  może  chodziło  mu  o  to,  że  nie 

tylko  ta  jedna  kelnerka  okazywała  mu  szczególną  serdeczność.  Kilka  innych 

zatrzymywało się przy ich stoliku, przymilając się do niego. W końcu któraś przyjęła od 

nich zamówienie.   

-  Langusta  jest  dziś  palce  lizać  -  zachwalała,  gdy  Julie  zastanawiała  się,  co  wybrać, 

potem  puściła  oko  do  Maca  i  rzekła:  -  Coś  mi  mówi,  że  zdecydujesz  się  na  tego  suma, 

kochasiu.   

- Masz tu dużo przyjaciółek - stwierdziła Julie cierpko, kiedy kelnerka odeszła, obiecując 

przynieść dla Maca piwo, a dla niej kieliszek wina.   

- Zauważ, że żadna nie zwróciła się do mnie po imieniu - odparował.   

- To prawda, ale wszystkie odnoszą się do ciebie bardzo czule.   

-  Zapominasz,  że  jesteśmy  w  Nowym  Orleanie.  Tu  wszyscy  są  dla  wszystkich 

kochasiami.   

Kelnerka  wróciła  z drinkami oraz plastikowym  koszyczkiem ciepłych bułeczek.  Puściła 

do Maca oko i zniknęła.   

- Jak tu trafiłeś? - spytała Julie.   

- Chodzi się tu i tam - odrzekł wymijająco. Uniósł kufel, stuknął się z nią i wypił łyk.   

 

- Urodziłeś się w Nowym Orleanie? Potrząsnął przecząco głową.   

background image

- Wychowałem się w po francuskiej części stanu, w parafii, albo inaczej w hrabstwie Si. 

Mary's Parish.   

Julie nie sądziła, że pochodzi z głębokiej prowincji. Miał ogładę, prezencję, zawsze był 

bardzo dobrze ubrany.   

.   

- Jensen nie brzmi jak nazwisko kajuńskie - zauważyła.   

-  Nawet  na  tamtych  terenach  dozwolone  jest  zawieranie  mieszanych  małżeństw  z 

różnych  kultur.  Nie  wszyscy  żenili  się  z  kuzynami.  -  Wziął  z  koszyczka  bułeczkę  i 

przełamał  ją  na  pół.  Z  jej  wnętrza  uleciał  obłoczek  pary.  -  Byłem  zapalonym 

sportowcem,  dostałem  stypendium  na  uniwersytet  Loyola.  Wyjechałem  do  Nowego 

Orleanu, nawet się za siebie nie oglądając.   

- Jak trafiłeś do ochrony?' - spytała i wypiła łyk wina. Nie było aż tak wykwintne jak to, 

które Leo zamawiał dla hotelu, lecz nie można mu było niczego zarzucić.   

-  Lubię  węszyć  -  przyznał  się.  -  Studiowałem  psychologię,  ale  nie  wyobrażałem  sobie 

siebie  biorącego  sto  dolców  za  godzinę  wysłuchiwania  zwierzeń.  Ciekawsze  jest 

odkrywanie  zagadek  tkwiących  w  ludziach,  analizowanie  ich  zachowań,  kiedy  dają  się 

zdominować najniższym instynktom. I zapewnianie bezpieczeństwa pięknym kobietom. - 

Nie  spuszczał  wzroku  z  jej  twarzy.  -  Ale  dość  już  o  mnie.  Mnie  chodzi  o  twoje 

bezpieczeństwo.   

- Przecież jestem bezpieczna.   

Mac nie dał się przekonać.   

-  Kiedy  cię  dziś  zobaczyłem,  byłaś  biała  jak  kreda.  Cokolwiek  było  w  tym  mailu, 

ś

miertelnie cię przeraziło.   

-  To  prawda  -  przyznała  ze  spokojem.  -  Ale  jeśli  ktoś  zajdzie  mnie  od  tyłu  i  nagle 

krzyknie "A!", też mnie śmiertelnie przestraszy. - Albo kiedy czarnym sportowym autem 

jedzie za  mną całą drogę do domu, chciała dodać. - Kiedy pierwszy szok minie, już nie 

jestem przerażona.   

- Masz jakichś byłych narzeczonych?   

Julie  podniosła  właśnie  kieliszek  do  ust,  lecz  pytanie  Maca  tak  ją  zaskoczyło,  że 

odstawiła go z powrotem.   

- Słucham?   

- Czy któryś z twoich byłych narzeczonych mógłby przysłać ci takiego maila.   

background image

- Rozumiem. - Znowu podniosła kieliszek do ust, powoli wypiła łyk, wykorzystując ten 

czas  na  zastanowienie  się  nad  odpowiedzią.  W  ostatnich  latach  spotykała  się  z  kilkoma 

mężczyznami,  czego  mógł  się  domyślić  z  kąśliwych  uwag  spotkanego  na  ganku 

Creightona.  Nie  mogła  sobie  jednak  wyobrazić,  by  któryś  z  nich  przysłał  jej  taką 

zaszyfrowaną  wiadomość.  Mail  wyraźnie  nawiązywał  do  tego  epizodu  w  jej  życiu,  gdy 

występowała  w  reklamach  perfum  noszących  nazwy  inspirowane  muzyką,  a  w  tamtych 

czasach  nie  miała  żadnego  chłopaka.  Była  zbyt  młoda  i  zbyt  zajęta  pracą.  Podczas 

studiów także nie miała dużo znajomych, dopiero dochodziła do siebie po nowojorskim 

dramacie i raptownym zakończeniu kariery. Poza tym wcale nie czuła, by przez to w jej 

ż

yciu czegoś brakowało. Dumna była  ze swojej  niezależności. Żeby  czuć się spełnioną, 

nie potrzebowała u boku mężczyzny.   

W Nowym Orleanie poznała kilku facetów. Z jednym była na tyle długo, że kilkakrotnie 

w rozmowach poruszyli temat ślubu.· Ostatecznie jednak doszli do wniosku, że wspólne 

ż

ycie  dopóki  śmierć  ich  nie  rozłączy  nie  jest  ich  przeznaczeniem,  i  się  rozstali.  Po 

zerwaniu,  przy  koktajlu  przyrządzonym  przez  Creightona  z  zapasów  z  jego  dobrze 

zaopatrzonego  barku,  usłyszała  od  niego,  że  Steven  nawet  jej  do  pięt  nie  dorastał. 

Chociaż  protestowała,  sąsiad  nie  zmienił  zdania.  Jego  wsparcie  i  częste  zaproszenia  na 

kolację  pomogły  jej  dojść  do  siebie.  Nie  miała  złamanego  serca,  czuła  się  tylko 

straszliwie osamotniona.   

- Jeśli chodzi ci o to, czy miałam chłopaka, który by był zdolny dręczyć mnie mailami, to 

odpowiedź brzmi: nie. Naprawdę, Mac.   

-  Nie  przychodzi  ci  na  myśl  absolutnie  nikt,  kogo  kiedyś  znałaś,  a  kto  teraz  chce  ci 

dokuczyć?   

Na  szczęście  pojawienie  się  kelnerki  wybawiło  ją  od  konieczności  udzielenia 

odpowiedzi. A czy gdyby dziewczyna się nie pojawiła, powiedziałaby mu prawdę? Może 

znowu bladość ją zdradziła?   

Glenn  Perry  wyszedł  z  więzienia.  Odsiedział  część  kary  i  wypuszczono  go  za  dobre 

sprawowanie. Po co miałby jej szukać, po co miałby się narażać? Znajdowała się o tysiąc 

mil od niego i, jeśli miłosierny Bóg da, ich drogi nigdy już się nie przetną. Na pewno tak 

jak ona pragnie zapomnieć o przeszłości.   

-  Muszę  cię  ostrzec,  Mac  -  zaczęła  ze  słodziutkim  uśmiechem  -  że  nie  lubię 

background image

nadopiekuńczych mężczyzn. - Nie jestem nadopiekuńczy - sprostował spokojnym tonem. 

- Chcę cię tylko chronić.   

Przypomniała  sobie,  że  Glenn  użył  podobnych  słów,  gdy  podpisywała  kontrakt  z  jego 

agencją. Miała siedemnaście lat, a rodzice zgodzili się, by pracowała, lecz tylko podczas 

weekendów  i  w  wakacje.  Nawet  wtedy  jednak  denerwowali  się,  że  ich  najdroższa 

córeczka dojeżdża z podmiejskiego domu do centrum. Glenn zapewniał, że się nią dobrze 

zaopiekuje.  Wszystkie  dziewczyny  chronił  przed  zagrożeniami  czyhającymi  na  nie  w 

branży.   

Tylko szkoda, że nie chronił ich przed samym sobą. Mimo młodego wieku Julie nie była 

głupia.  W przeciwieństwie do koleżanek, nigdy  Glennowi nie ufała. Nauczyła się przed 

nim  bronić,  poza  tym  na  każdy  temat  miała  własne  zdanie.  Niektórzy  uważali  ją  za 

piękną, inni za odrobinę dziwną, lecz ona zawsze potrafiła o siebie zadbać. A gdy tylko 

zorientowała się, co Glenn wyczynia, zadbała też o niego.   

Nie potrzebuje ochrony Maca. Niech ochrania hotel i gości. Charlotte mu za to płaci.   

Ona da sobie radę. Jeden głupi mail to za mało, żeby ją przestraszyć.   

 

ROZDZIAŁ TRZECI   

Marcie Sullivan postawiła warunek, by Mac nie zdradził Julie prawdy, a ponieważ to ona 

wypisywała czeki, przystał na jej żądanie.   

- Gdyby Julie się dowiedziała,  że  kogoś wynajęłam, puściłyby jej  nerwy - uprzedziła.  - 

Nie darowałaby mi tego. Nienawidzi, gdy roztacza się nad nią parasol ochronny.   

Ż

aden problem. Mac nieraz pracował w tajemnicy, a to zlecenie wydawało się dziecinnie 

łatwe. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w hotelu zwolniła się posada akurat dla niego, 

więc  skorzystał  z  szansy.  Jeśli  Julie  uważa,  że  zbytnio  ingeruje  w  jej  życie  prywatne, 

mógł się zasłonić argumentem, że to należy do jego obowiązków ochroniarza.   

Mimo że bardzo interesowali  go jej narzeczeni, skierował teraz rozmowę na  inne tory i 

spytał:   

- Jak długo jesteś asystentką Charlotte? Cztery lata?   

- W lipcu będzie pięć. Dlaczego pytasz?   

-  Staram  się  zrozumieć,  dlaczego  kobieta  porzuca  karierę  modelki,  żeby  zająć  się 

papierkami w jakimś biurze.   

background image

Julie  spokojnie  przełknęła  kęs  homara,  nabrała  na  widelec  kolejny  kawałek  i  spokojnie 

odpowiedziała:   

 

- Byłam głodna.   

Mac wskazał jej talerz. - To jedz.   

- Homar jest wyśmienity, ale nie to  miałam na myśli.  Kiedy  byłam  modelką,  musiałam 

się pilnować, żeby nie utyć. Bez przerwy chodziłam głodna.   

- Więc zrezygnowałaś, żeby móc normalnie jeść?   

- Poza tym chciałam korzystać ze swoich szarych komórek. - Zrobiła przerwę, wypiła łyk 

wina.  -  Praca  modelki  jest  nudna,  a  pozowanie  do  reklam  perfum  w  szczególności, 

Spróbuj przez kilka godzin stać z flakonem perfum "Symphony" w ręku.   

- Reklamowałaś perfumy? ~ zdziwił się Mac, jak gdyby po raz pierwszy o tym usłyszał. - 

Symphony  to  duża  firma?  Bo  wiesz,  ja  kompletnie  się  na  tym  nie  znam.  Nie  używam 

takich rzeczy - dodał.   

-  Pocałuj  kobietę,  która  nimi  pachnie,  a  zaczniesz  ich  używać  -  odparła  z  przekornym 

uśmiechem.   

.  Wpatrując  się  w  nią,  miał  ochotę  zapytać,  czy  dla  niego  skropiłaby  się  perfumami  i 

pozwoliła się pocałować.   

- A więc to duża firma, tak?   

- Produkcją  perfum  zajmują  się  koncerny farmaceutyczne i  kosmetyczne  - zaczęła. -  W 

jednej firmie może powstawać kilkanaście różnych linii zapachowych. "Symphony" była 

jedną  z  nich.  Wszystkie  perfumy  z  tej  serii  nosiły  nazwy  związane  z  muzyką: 

"glissando", "Arpeggio", "Sonata", "Grace Note".Taki chwyt reklamowy.   

Pomimo  śmiertelnej  nudy,  pomyślał  Mac,  na  tych  zdjęciach  reklamowych  wyglądałaś 

bardzo seksownie. W dossier Julie, które trzymał w biurze, miał ich całą kolekcję·   

Mac  spotkał  w  życiu  wiele  kobiet,  i  pięknych,  i  znudzonych.  Dzisiejszego  wieczoru,  z 

włosami  w  nieładzie,  z  byle  jakim  makijażem,  w  za  dużej  bluzie  i  starych  dżinsach,  z 

błyskiem autentycznej przyjemności w oczach, Julie - dziesięć lat starsza i mądrzejsza - 

wyglądała  jak  skończona  piękność.  Znacznie  bardziej  seksownie  niż  na  tamtych 

reklamach.   

Namówił  ją  na  deser  po  to  tylko,  by  dłużej  przebywać  w  jej  towarzystwie  i  przyglądać 

background image

się,  jaką  radość  sprawia  jej  jedzenie.  Kiedy  się  wahała,  zamówił  dla  siebie  pudding  z 

chleba. To ją uspokoiło i skusiła się na kawałek placka z orzeszkami pekan. Zamówili też 

kawę,  ona  bezkofeinową,  on  prawdziwą.  Jego  dzień  pracy  jeszcze  się  nie  skończył. 

 

.   

-  Opowiedz  mi  o  Hotelu  Marchand  -  poprosił,  gdy  kelnerka  przyniosła  zamówienie.  - 

Charlotte stosunkowo niedawno przejęła od matki kierowanie nim, prawda?   

Julie kiwnęła głową.   

-  We  wrześniu  zeszłego  roku  -  uściśliła.  -  Hotel  był  marzeniem  Anne  i  Remy'  ego.  On 

zajmował się restauracją, ona hotelem. Mieszkali nad barem.   

- Remy był postacią dosyć w mieście popularną - wtrącił Mac. - Renomowany kucharz, 

popularyzator kuchni nowoorleańskiej. Zdaje się, że zginął w wypadku samochodowym 

...   

Julie ponownie kiwnęła głową.   

-  To  było  straszne.  Podczas  burzy,  na  grobli  przecinającej  jezioro  Pontchartrain,  pijany 

kierowca  uderzył  w  jego  auto.  -  Urwała  i  westchnęła.  -  Ledwie  zdążyłam  go  poznać. 

Dopiero kilka miesięcy pracowałam z nimi. Byli z Anne bratnimi duszami.   

- To dlatego Anne przekazała kierowanie hotelem córce? Bo straciła bratnią duszę?   

Tym razem Julie potrząsnęła głową.   

-  Do  września  zeszłego  roku  Anne  cały  czas  mocno  trzymała  ster  w  rękach,  lecz  we 

wrześniu dostała zawału i lekarz kazał jej zwolnić tempo.   

Mac miał wgląd do teczek personalnych wszystkich pracowników z wyłączeniem teczek 

członków rodziny Marchand. Zdziwiło go, że Anne miała zawał.   

- Wygląda na okaz zdrowia.   

- Poznałeś ją?   

- Przelotnie. Nieczęsto się pokazuje. To Charlotte przyjmowała mnie do pracy.   

-  Pamiętam  -  odparła  Julie  i  zajęła  się  deserem.  Mac  był  ciekaw,  czy  jako  asystentka 

Charlotte, Julie miała coś do powiedzenia w sprawie umowy z nim. Czy nie byłoby ironią 

losu,  gdyby  to  ona  sama  pomogła  mu  wkręcić  się  na  stanowisko,  które  umożliwia  mu 

ś

ledzenie jej?   

Wypił łyk mocnej kawy.   

- Poznałem też jej siostry. Sylvie, ta, która prowadzi galerię sztuki w hotelu, ma zdaje się 

background image

córkę, prawda?   

-  Daisy-Rose  -  potwierdziła  Julie.  -  Ma  trzy  latka  i  jest  uroczym  dzieckiem.  Choć 

niesfornym - dodała z uśmiechem.   

- Anne ma więcej wnuków?   

- Jak dotąd nie. Chyba dobrze, że pozostałe siostry nie mają rodzinnych zobowiązań, bo 

kiedy matka zachorowała, wszystkie mogły zaangażować się w pracę w hotelu. Melanie 

zostawiła  restaurację  w  Bostonie,  gdzie  była  szefem  kuchni,  i  teraz  pomaga  prowadzić 

Chez Remy. Renee, specjalistka od PR, rzuciła pracę w Hollywood.   

Julie zgarnęła widelczykiem porcję bitej śmietany i zlizała ją ze smakiem.   

-  Anne  wiedziała,  jak  pokierować  karierą  zawodową  córek  -  skomentował  Mac.  - 

Myślała perspektywicznie.   

-  Mając  taką  matkę,  musiały  złapać  bakcyla.  Anne  kocha  hotel  prawie  tak  mocno,  jak 

córki.  W  dużej  mierze  sama  zaprojektowała  i  urządziła  wnętrza,  wybierała  meble,  na 

przykład  te  wspaniałe  antyki  do  holu.  Nawet  kształt  basenu  to  jej  pomysł.  Jest 

zadziwiająca .. Bardzo silna. Tylko okazało się, że ma słabe serce. Nie sądzę, że chciała 

oddać  ster  w  czyjekolwiek  ręce,  ale  bardzo  dobrze  się  stało,  że  wybrała  Charlotte. 

Kierowanie hotelem jest wyczerpujące. Poza tym ograniczenia finansowe ...   

- Hotel ma kłopoty finansowe? - Mac wpadł jej w słowo.   

Nie  martwił  się  o  swoją  pensję.  Jak  wytknęła  mu  Sandy,  Marcie  Sullivan  płaciła  mu 

wystarczające  honorarium.  Niemniej  hotel  miał  cztery  gwiazdki,  wszystkie  pokoje 

zawsze były zajęte, stoliki w restauracji też, a bar tętnił życiem.   

-  Mają  pewne  długi  -  odparła  Julie  wymijająco.  -  Nic  tragicznego.  Niemniej  Anne  się 

martwi. Charlotte też.   

- A ty nie?   

- Martwię się tym wszystkim, czym  martwi się Charlotte. Ale  z hotelem jest trochę tak 

jak z Anne. Jeden zawał to za mało, żeby ją złamać. Jest twarda. Hotel Marchand też się 

trzyma. - Julie spojrzała na swój talerzyk i stwierdziła, że nic na nim nie zostało. - Dobre 

było - skomentowała i uśmiechnęła się wstydliwie. - Nie mogę uwierzyć, że pochłonęłam 

takie ilości jedzenia.   

- Byłaś głodna, chere.   

Większość kobiet uwielbia słodycze, lecz nie zdradza się z tym przed mężczyznami. Ale 

background image

Julie  zamówiła  ciastko,  a  potem  całe  spałaszowała.  No,  no.  Dla  Maca  widok  kobiety 

zlizującej z widelczyka słodkości był niezwykle erotyczny.   

Szkoda,  że  z  nią  pracuje.  Szkoda,  że  pracuje  dla  jej  siostry.  W  innym  czasie,  w  innych 

okolicznościach,  ten  wieczór  mógłby  mieć  ciąg  dalszy  w  jego  mieszkaniu.  Mógłby 

wymyślić jakiś sposób, by ją uwieść, zdjąć z niej tę workowatą bluzę, znoszone dżinsy i 

wziąć w ramiona. Mógłby skończyć, pachnąc jej perfumami, jeśli. jakichś używała.   

Gdy  sięgnął  po  rachunek,  Julie  uparła  się,  że  zapłaci  za  siebie.  Mac  zignorował  jej 

protesty i wręczył kelnerce kartę, a kiedy ta odeszła, Julie z nadąsaną miną spytała:   

- Dlaczego nie pozwalasz mi za siebie zapłacić?   

- Ja cię tu przyprowadziłem. - Zastanawiał się, czy jej złość można uznać za przejaw tych 

słynnych zmiennych nastrojów, jakim ulegają kobiety. - Ja płacę· 

- Zgoda. Tylko chciałabym, żeby jedno było dla nas obojga jasne. To nie jest randka.   

- Jasne jak słońce.   

Nic  nie  jest  jasne,  dodał  w  myślach.  Po  pierwsze  tu  panuje  półmrok,  po  drugie  oboje 

mamy  swoje  sekrety.  Jeśli  mam  się  wywiązać  z  zadania,  będę  musiał  odkryć  twoją 

tajemnicę.  I  najprawdopodobniej  będziesz  mi  to  miała  jeszcze  bardziej  za  złe  niż 

zapłacenie za kolację.   

Zanim opuścili restaurację, gniew jej minął. Skuleni pod jednym parasolem. przeszli do 

samochodu, a potem Mac w milczeniu odwiózł ją do domu. Kiedy na ganku oddawał jej 

parasol, koniuszki jej palców lekko musnęły jego dłoń.   

- Zatrzymaj go - zaproponowała. - Zmokniesz, jak będziesz szedł do samochodu. Oddasz 

mi go jutro.   

-  Już  prawie  przestało  padać  -  odparł,  starając  się  nie  patrzeć  na  jej  usta.  -  Uważaj  na 

siebie. A jeśli dostaniesz więcej tajemniczych maili, zawiadom mnie, dobrze?   

Julie wzniosła oczy do nieba.   

- Nie martw się o mnie. ,Nic mi nie grozi. Możliwe, że nie, możliwe, że tak.   

Pojechał  z  powrotem  do  hotelu,  zatrzymał  samochód  na  parkingu  dla  pracowników  i 

zanim  wysiadł,  z  konsoli  między  fotelami  wyciągnął  telefon  komórkowy  z  usługą 

BlackBerry i sprawdził pocztę elektroniczną. Spodziewał się wiadomości.   

Znalazł mail od Marcie. "Nazwisko panieńskie naszej matki - Farris; babek - McConnell 

i Paser. Jedynym zwierzakiem był pies Julie - Bella. Po co panu te wiadomości? "   

background image

Bo to mi może pomóc dokonać pewnego włamania, odrzekł w myślach. Włożył telefon 

do  wewnętrznej  kieszeni  marynarki,  wysiadł  z  samochodu  i  skierował  się  do  tylnego 

wejścia do hotelu. Deszcz już prawie ustał, zmienił się w zimną, nieprzyjemną mżawkę.   

Nikt nie spodziewał się go tu o wpół do jedenastej wieczorem i gdyby nie zameldował się 

u szefa nocnej zmiany, zaczęłyby się pytania. Mac już dawno się przekonał, że w takich 

sytuacjach  najlepiej  działać  otwarcie.  Kiedy  pchnął  drzwi  do  pomieszczenia  ochrony, 

zastał tam Tyrella.   

- Cześć, szefie! Przyszedłeś mnie zmienić?   

Tyrell był młody, bystry i obdarzony poczuciem humoru.   

- Niestety, jestem tu nieoficjalnie. Julie Sullivim mówi, że dziwne rzeczy dzieją się z jej 

komputerem. Boi się, że to jakiś wirus albo haker. Obiecałem sprawdzić.   

- Znasz się na tym?   

- Trochę. - Mac wzruszył ramionami. - To na pewno listwa. Wyciągnę wtyczkę, podłączę 

ją z powrotem, a dziewczyna pomyśli, że jestem nie wiem jakim bohaterem.   

- Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby taka laska miała mnie za bohatera.   

Mac również nie miałby nic przeciwko temu.   

- Spokojnie? - spytał.   

- Nudno. Ale do rana daleko - odparł Tyrell z nadzieją w głosie.   

- Podoba mi się twój optymizm - zażartował Mac, poklepał go po ramieniu i wyszedł.   

Idąc korytarzem w kierunku klatki schodowej, usłyszał za sobą jakiś szmer. Obejrzał się i 

dostrzegł Luca Cartera wychodzącego z magazynu pokojówek. Na widok Maca zwolnił i 

przystanął.   

- Cześć - odezwał się pierwszy.   

- Cześć - odrzekł Mac i spytał: - Co tu robisz?   

Luc zerknął za siebie. Z rozluźnionym krawatem i rękami w kieszeniach spodni wyglądał 

na człowieka, który zostaje w pracy po godzinach, bo lubi. Niemniej jego obowiązki nie 

wymagały zaglądania do magazynu obsługi pokoi.   

- Eee ... Jedna moja znajoma tutaj pracuje - wyjaśnił.   

Aha. Mac uśmiechnął się.   

- Nie możesz znaleźć lepszego miejsca na randkę niż magazyn?   

- Cóż, zamykała interes na noc i zszedłem jej pomóc.   

background image

- Bardzo wielkodusznie z twojej strony - z ironią skomentował Mac.   

Miał  ochotę  przypomnieć  mu,  że  romanse  w  miejscu  pracy  rzadko  kończą  się  happy 

endem - prawda, o której sam powinien pamiętać, kiedy następnym razem zacznie snuć 

rozważania  na  temat  wspaniałych  ust  Julie  -  ale  udzielanie  młodszym  kolegom  rad 

dotyczących stosunków damsko-męskich nie było w jego stylu. Niech Luc sam się uczy 

ż

ycia.   

Tymczasem Luc odzyskał już kontenans.   

- Muszę pędzić - rzucił. - Do jutra.   

- Do jutra.   

Mac odprowadził go wzrokiem, po czym się zamyślił. Gdzie podziała się owa znajoma, z 

którą zabawiał się w magazynie? Musiała wyjść przed nim, ale przecież magazyn to jej 

działka, nie jego. Dziwne, pomyślał, że pozwoliła mu zamknąć drzwi, zamiast sama tego 

dopilnować.   

Zaintrygowany, zrezygnował na razie z pójścia na górę. Przemknął obok biura ochrony, 

podszedł  do  drzwi  magazynu,  nacisnął  klamkę.  Jak  się  spodziewał,  drzwi  były 

zamknięte,  lecz  miał  przecież  klucz  uniwersalny.  Posłużył  się  nim,  po  omacku  znalazł 

wyłącznik  światła  i,  zanim  wszedł  do  środka,  przekręcił  go.  Wysokie,  sięgające  od 

podłogi do sufitu regały dzieliły pomieszczenie wzdłuż na kilka części. Półki załadowane 

były  bielizną  pościelową,  ręcznikami,  pudłami  szamponów,  mydełek,  płynów  do  ciała, 

ż

elazkami, które goście mogli wypożyczyć, paczuszkami mielonej kawy i dzbankami do 

jej parzenia, oraz szklankami w osłonkach z karbowanej tektury.   

Zastanawiał  się,  gdzie  zakochana  para  mogłaby  tu  baraszkować.  W  pomieszczeniu  nie 

było  kanapy,  a  podłogę  pokrywało  twarde  linoleum.  Może  rzucili  na  nie  kilka  grubych 

ręczników?  Mac  rozejrzał  się  i  spostrzegł,  że  jeden  ze  stosów  białych  ręczników 

kąpielowych nie był tak idealnie równy jak pozostałe. Większość ludzi by tego nawet nie 

zauważyła,  lecz  Mac  tak  długo  pracował  w  swym  zawodzie,  że  dostrzegał  rzeczy  dla 

innych niewidzialne.   

Podszedł  bliżej.  Jeśli  Luc  używał  tych  ręczników,  nie  powinny  tu  leżeć  razem  z 

czystymi. Wyciągnął jeden, rozwinął, szukając śladów brudu. Nagle coś   

błysnęło. Mac zmrużył oczy i uniósł ręcznik do światła - drobinki szkła.   

Coś musiało się stłuc. Luc i jego dziewczyna wykorzystali ręcznik do usunięcia śladów, a 

background image

potem  odłożyli  go  na  miejsce.  Niczego  nie  podejrzewający  gość  wyszedłby  z  kąpieli, 

sięgnął po ręcznik, zaczął się nim wycierać i rozharatałby sobie plecy.   

- Drań - zaklął Mac pod nosem.  Wziął do ręki następny ręcznik i starannie go obejrzał. 

To  samo.  Rozwinął  trzeci,  to  samb.  Wszystkie  ręczniki  w  tym  stosie  posypane  były 

drobno potłuczonym szkłem. - Co za cholerny gnojek!   

Dlaczego  Luc  zrobił  coś  tak  bezmyślnego,  tak  potwornie  głupiego?  A  może  to  nie  on? 

Może  to  ta  dziewczyna,  albo  jeszcze  ktoś  inny?  Pokojówki  były  najniżej  opłacanymi 

pracownicami hotelu. Która z nich, wściekła na szefa albo na cały świat, podrzuciła taką 

bombę?   

Przypomniał  sobie,  że  hotel  korzysta  z  profesjonalnej  pralni.  Może  to  ktoś  stamtąd? 

Zaklął po raz trzeci, potem odwrócił się i wyszedł z magazynu, zamykając drzwi.  Musi 

skontaktować  się  z  Nadine  LeClaire,  intendentką.  Na  pewno  poszła  już  do  domu,  lecz 

sprawa  jest  zbyt  poważna.  Charlotte  również  musi  zostać  powiadomiona.  Ale  dla  niej 

sporządzi raport na piśmie.   

Wrócił do biura i sięgnął po telefon.   

- Coś się stało? - Tyrell oderwał wzrok od monitora.   

- Szkło - rzucił Mac, łącząc się z Nadine.   

Na  szczęście  nie  było  jeszcze  bardzo  późno  i  nie  obudził  jej.  Bez  żadnych  wstępów 

opowiedział jej o ręcznikach.     

- Odłamki szkła w ręcznikach?! - zawołała wstrząśnięta. - Kto to mógł zrobić?   

Wyobraźnia podsunęła Macowi odpowiedź:  Luc Carter, lecz się zawahał. Istniało wiele 

innych możliwości.   

-  Nie  mam  pojęcia,  ale  sądzę,  że  lepiej  odesłać  całą  partię  z  powrotem  do  pralni.  Nie 

możemy ryzykować, że jakiś gość się pokaleczy.   

- Przyjadę i sama wszystkiego dopilnuję. Boże święty! Jak to dobrze, że to odkryłeś.   

- Na tym polega moja praca - odparł Mac i zakończył rozmowę.   

- Coś przegapiłem, szefie? - zaniepokoił się Tyrell.   

- Nie.  W magazynie nie ma kamery, a te ręczniki mogły zostać podłożone kilka godzin 

temu.  Kiedy  Nadine  się  zjawi,  pomóż  jej,  jeśli  będzie  czegoś  potrzebowała.  Jutro 

przygotuję raport dla Charlotte.   

Z  tymi  słowami  opuścił  biuro  i  nareszcie  mógł  zająć  się  sprawą,  dla  której  w  ogóle  tu 

background image

przyszedł.  Pobiegł  na  górę,  przeskakując  po  dwa  stopnie  naraz.  Gdy  się  znalazł  na 

piętrze,  bezszelestnie  podkradł  się  do  drzwi  gabinetu  Julie  i  kluczem  uniwersalnym 

otworzył zamek.   

Nie zapalając światła, podszedł do biurka i włączył komputer. Czekając na uruchomienie 

się systemu, wyciągnął telefon komórkowy, jeszcze raz przeczytał maila od siostry Julie. 

Na małym ekranie pojawiły się nazwiska: "Farris, McConnell, Paser ... Ukochany pies - 

Bella".   

Julie  przyznała  mu  się,  że  kocha  psy.  Zaraz  przekona  się,  jak  bardzo.  Mnóstwo  ludzi, 

wybiera  na  hasło  nazwiska:  panieńskie  kobiet  z  rodziny,  niektórzy  imiona 

czworonożnych ulubieńców. Przeczucie mówiło mu, że Julie należy do tej drugiej grupy.   

Gdy  tylko  ekran  się  rozświetlił,  kliknął  w  ikonę  poczty  elektronicznej.  W  okienku 

logowania wstukał hasło: B-E-L-L-A.   

-  Aha  -  mruknął,  gdy  na  ekranie  wyświetliła  się  zawartość  skrzynki  odbiorczej.  Około 

tuzina  nowych  maili  czekało  na  otwarcie  ..  Przejrzał  adresy  nadawców  -  były  to  same 

nazwy firm lub nazwiska, które coś mu mówiły. Miał nadzieję, że to oznacza, iż jutro na 

Julie nie będzie czekała żadna przykra niespodzianka.   

Przeglądając  mai1e  już  otwarte,  modlił  się  w  duchu,  by  się  nie  okazało,  że  Julie 

wykasowała  list,  który  tak  ją  wytrącił  z  równowagi.  Nagle  jeden  zwrócił  jego  uwagę  - 

,,4Julie".  Otworzył  go.  List  zawierał  rysunek  pięciolinii  z  wznoszącym  się  zakrętasem 

oraz słowa:   

KONIEC PIEŚNI.   

CO  to,  do  diabła,  znaczy?  Julie  oczywiście  wie.  To  musi  być  ta  wiadomość,  która 

wstrząsnęła nią do głębi.   

Wyciągnął  z  kieszeni  pendrive'a,  włączył  do  gniazda  USB  i  skopiował  całą  zawartość 

skrzynki.  Nie  interesowała  go  korespondencja  z  dostawcami,  bankami  i  działem 

rezerwacji, lecz tylko w ten sposób mógł wytropić nadawcę muzycznego maila. Jeśli mu 

się poszczęści. Szanse oceniał na pięćdziesiąt procent.   

Kiedy  skończył,  wyciągnął  pendrive'a  z  gniazda  i  wyłączył  komputer.  Koniec  pieśni, 

pomyślał. Jakiej pieśni? Czyjej pieśni? Jaki koniec?   

Wyszedł  z  gabinetu,  przekręcił  klucz  w  zamku  i  bocznymi  schodami  zszedł  do  biura 

ochrony.   

background image

- Nadine już przyjechała? - spytał Tyrella.   

- Jeszcze nie.   

- Daj znać, gdyby chciała ze mną rozmawiać.   

- Dobra. Szkło w ręcznikach? Co za obłędny pomysł!   

- Żyjemy w obłędnym świecie - skomentował Mac.   

Obłędny  świat,  myślał,  opuszczając  hotel  i  wychodząc  w  ciemną,  mokrą  noc.  Ktoś 

wytarzał  ręczniki  w  potłuczonym  szkle.  Ktoś  nastraszył  Julie,  przysyłając  jej 

zaszyfrowaną wiadomość. Szalony świat, pełen szalonych ludzi - nic dziwnego, że jego 

firma otrzymuje tyle zleceń.   

Poklepał się po kieszeni, do której schował pendrive'a. Miał szczęście, że  odgadł hasło. 

Może szczęście go nie opuści i uda mu się namierzyć nadawcę mail a?   

Ale nawet przy sprzyjającym szczęściu czekała go pracowita noc.   

 

Glenn cierpiał przez nią, więc i ona musi cierpieć. Musi być jakaś sprawiedliwość.   

Wytropienie  jej  było  dziecinnie  proste.  W  dzisiejszych  czasach  wszyscy  mają  dostęp  do 

Internetu.  Po  wystukaniu  hasła  "Julie  Sullivan"  pokazało  się  z  tysiąc  odpowiedzi,  ale 

cierpliwość  się  opłaciła.  Trzeba  być  cierpliwym,  by  odsiedzieć  ośmioletni  wyrok,  

odcięciu  od  świata,  pracy,  ukochanej  osoby.  Moja  cierpliwość  została  nagrodzona. 

Otwieranie jedna po drugiej stron internetowych się opłaciło: końcu Bingo!   

Nowoorleański  "Times-Picayune,"  zamieścił  fotografię  hotelowego  holu:  jakieś  antyki  i 

kilka osób personelu. Zgodnie podpisem jedną nich była Julie Sullivan. I rzeczywiście. 

Mimo  upływu  lat  była  nadal  szczupła,  wyprostowana,  piękna.  Mieszka  w  Nowym 

Orleanie, pracuje Hotelu Marchand. Wystarczy jeden telefon do recepcji, by zdobyć jej 

adres mailowy.   

Voilii, jak mówią Nowym Orleanie.   

Dzięki  niech  będą  Bogu  za  kafejki  internetowe  i  biblioteki  -  w  dwudziestym  pierwszym 

wieku zastąpiły automaty telefoniczne. Wysyłasz maila ogólnie dostępnego komputera i 

nikt cię nie namierzy.   

Maile nie muszą być wcale wrogie. To by było zbyt oczywiste. Julie należy do osób, które 

zaraz  się  nabzdyczą  i  oburzą,  jeśli  się  je  otwarcie  zaatakuje.  Lepiej  działać  subtelnymi 

metodami. Nastraszyć ją podstępem. Niech wpierw zmięknie, a kiedy przyjdzie pora, nie 

background image

będzie miała siły walczyć.   

Pozbawiła  Glenna  jego  agencji,  wolności,  zdolności  kochania  ..  Niech  trochę  pocierpi, 

powije się mękach. Niech poczuje się nieszczęśliwa.   

Nie pomęczy się długo. Jej cierpienie będzie krótkie.   

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY   

Był  tutaj.  Następnego  dnia  rano,  kiedy  tylko  przekroczyła  próg  gabinetu,  wyczuła  jego 

zapach.   

Niczego  nie  poprzestawiał,  niczego  nie  tknął.  Biurko  wyglądało  tak  samo,  jak  je 

zostawiła,  komputer  był  wyłączony,  szafy  pozamykane.  Mac  nie  zostawił  po  sobie 

ż

adnego śladu, jedynie ten leśny zapach swojego ciała.   

Co tu robił? Kiedy  wszedł? Dlaczego ją obserwuje? Musiała przyznać, że po wieczorze 

spędzonym  w  jego  towarzystwie  w  bezpretensjonalnej  restauracji  jego  nadzór  mniej  ją 

irytował. Jeśli Mac działał jej na nerwy, to dlatego, że był... że był taki cholemie męski.   

Może zjadła aż tyle, by zagłuszyć inny głód? Od zerwania ze Stevenem rok temu nie była 

z  mężczyzną,  a  Mac  nie  jest  byle  jakim  facetem.  Ma  czarne  oczy,  mocno  zarysowany 

podbródek, rozbrajający uśmiech, a kiedy mówi "chere" , brzmi to tak uwodzicielsko, że 

można  dostać  zawrotu  głowy.  Jest  elegancki  i  pewny  siebie,  by  nie  powiedzieć 

arogancki,  i  pachnie  ciepłem,  lasem  i  jeszcze  czymś.  Na  pewno  wydziela  mnóstwo 

feromonów.   

Dziś rano jej reakcja na unoszący się w gabinecie zapach była bardziej złożona. Mac jest 

szefem  ochrony,  więc  może  miał  rzetelny  powód,  by  wtargnąć  do  jej  gabinetu  pod  jej 

nieobecność.  Charlotte  go  sprawdziła  i  darzyła  zaufaniem.  Ona  również  powinna  mu 

zaufać.   

Mimo  to,  gdy  tylko  jej  komputer  był  gotowy  do  pracy,  zajrzała  do  danych  osobowych 

personelu.  Mac  miał  dostęp  do  informacji  na  temat  wszystkich  pracowników,  ona  zaś 

mogła przeczytać tylko podstawowe dane, lecz jeśli on mógł ją sprawdzić, to ona może 

jego.   

Dowiedziała  się,  że  ma  trzydzieści  pięć  lat,  że  jest  kawalerem  i  mieszka  w  dzielnicy 

Carrollton,  że  poprzednio  pracował  dla  biura  ochrony  Crescent  City  Security  Services 

background image

oraz  że  zrezygnował  z  pakietu  ubezpieczenia  zdrowotnego  oferowanego  przez  hotel 

pracownikom. Dziwne. Zazwyczaj jeśli ktoś nie zapisywał się do systemu, to dlatego, że 

korzystał z ubezpieczenia małżonka. Ale Mac nie jest żonaty ...   

Inna sprawa, że nie wygląda na chorego.   

Julie z chęcią zapoznałaby się z całością jego dossier, z listami polecającymi i uwagami 

Charlotte albo kierowniczki działu kadr, lecz do tych stron nie miała dostępu. To nie fair, 

ż

e Mac mógł zobaczyć komplet dokumentów na jej temat, a ona na jego temat nie. Cóż, 

na tym polega różnica między nimi - ona jest tylko asystentką kierowniczki, a on szefem 

ochrony.   

Westchnęła,  połączyła  się  z  pocztą  elektroniczną,  wpisała  hasło  i  sprawdziła  zawartość 

skrzynki.  Zignorowała  codzienne  raporty  dla  Charlotte  od  kierowników  działu 

administracji,  działu  rezerwacji,  restauracji  i  baru,  oferty  rozmaitych  dostawców,  dwie 

kolejne  odpowiedzi  od  firm  zajmujących  się  organizacją  imprez  oraz  zawiadomienie  o 

ofercie specjalnej w sklepie z żywnością dla zwierząt, gdzie kupowała pokarm dla rybek, 

i  otworzyła  ten,  który  przyprawił  ją  o  skurcz  żołądka.  Podobnie  jak  we  wczorajszym, 

zamiast nadawcy wpisano ,,4Julie".   

Wiadomość  zawierała  przednutkę  nad  pięciolinią  oznaczającą  ozdobnik  i  słowa: 

POWIEDZMY SOBIE DOBRANOC, JULIE.   

Ta  wiadomość  wywarła  na  niej  silniejsze  wrażenie  niż  poprzednia.  Właściwie  nie 

zawierała żadnej groźby, ale ... Ktoś zdecydowanie chce ją śmiertelnie wystraszyć.   

Ktokolwiek  wysyłał  te  maile,  wiedział,  że  reklamowała  serię  perfum,  lecz  to  wcale  nie 

zawężało grona podejrzanych. Odkąd zakończyła karierę modelki, kilkakrotnie zmieniała 

adres  mailowy.  Naprawdę  nie  przychodził  jej  do  głowy  nikt  z  tamtych  czasów,  kto 

mógłby  ją  wyśledzić.  A  może  nadawcą  tych  listów  nie  jest  nikt  z  przeszłości?  Może  to 

jakiś kontrahent, który skojarzył ją z twarzą z reklam i chce sobie z niej zadrwić? Tylko 

dlaczego? Przypomniało jej się, co mawiał ojciec: dociekanie, dlaczego idioci postępują 

idiotycznie, to strata czasu.   

Naprowadziła kursor na opcję USUŃ, jednak zanim nacisnęła klawisz myszy, zatrzymała 

się.  Mac  zabronił  jej  usuwać  jakiekolwiek  niepokojące  mai1e.  Uznała,  że  na  wszelki 

wypadek powinna zachować ten dzisiejszy.   

Usłyszawszy  w  przyległym  pokoju  znajome  głosy,  wzięła  dla  uspokojenia  kilka 

background image

głębokich oddechów, potem podeszła do drzwi wewnętrznych i je otworzyła.   

Od czasu zawału Anne rzadko składała im wizyty, częściowo dlatego, że lekarz kazał jej 

się  oszczędzać,  częściowo  też  dlatego,  by,  jak  podejrzewała  Julie,  dać  córce  szansę 

wypracować  własny  styl  pracy.  Oba  powody  były  ważkie,  lecz  Julie  brakowało  Anne. 

Była  kobietą  z  klasą,  zawsze  opanowana,  niezwykle  oddana  firmie  i  lojalna  wobec 

wszystkich pracowników.   

Zanim  Julie  zdążyła  się  odezwać,  Anne  szybkim  krokiem  podeszła  do  niej  i  rozłożyła 

ramiona, by ją uściskać.   

- Julie! Co u ciebie?   

Julie nachyliła się i nadstawiła policzek, żeby Annę mogła ją pocałować.   

- Świetnie wyglądasz - rzekła. - Jak się czujesz?   

Anne wzniosła oczy ku górze.   

- Jeśli już musisz wiedzieć, mam po dziurki w nosie tej ciągłej troski o mnie. Moja zacna 

matka zamęczy mnie na śmierć. - Na czas rekonwalescencji Anne zamieszkała z matką. 

Julie nie znała Celeste Robichaux, lecz słyszała, że seniorka rodu jest osobą humorzastą i 

despotyczną,  sceptycznie  nastawioną  do  rodzinnego  interesu.  Mimo  męczącej  opieki, 

Anne  wyglądała  kwitnąco  i  tryskała  energią.  Zapuściła  włosy,  a  dzisiaj  zaczesała  je  do 

tyłu  i  spięła  szylkretową  klamrą.  Julie  nie  przypominała  sobie,  aby  przed  chorobą 

kiedykolwiek widziała ją ubraną inaczej niż w szykowną garsonkę lub szmizjerkę. Teraz 

miała na sobie luźne spodnie koloru khaki. - Charlotte mówiła mi, że menu balu jeszcze 

nie jest zatwierdzone - zmieniła temat. - Jeśli ma się odbyć jakaś dyskusja, chcę wziąć w 

niej udział.   

Julie roześmiała się, a Charlotte potrząsnęła głową·   

- Ostateczne decyzje podejmiemy w ostatniej chwili, mamo - rzekła. - Robert i Melanie 

muszą się zorientować, co jest dostępne, co jest najświeższe ...   

- Tak się  cieszę, że  Melanie tu jest - Anne  wpadła  jej w słowo. - Tyle  lat pracowała w 

Bostonie, a przecież mogła przydać się na miejscu. Ale jeśli dzięki mojej niedyspozycji 

przyjechała, to chociaż taki zysk. Aha, kwiaty - ciągnęła. - Zamówiłaś kwiaty, córeczko? 

Ja zawsze zamawiałam kwiaty przynajmniej na tydzień naprzód.   

-  Wiem, mamo. -  W głosie Charlotte wyczuwało się nutę zniecierpliwienia, lecz także i 

pobłażliwości. .,... Kwiaty są zamówione.   

background image

- Przepraszam. Niepotrzebnie pytam. Panujesz nad wszystkim. Nie potrzebujecie mojego 

wtrącania się.   

Charlotte i Julie spojrzały na siebie porozumiewawczo. Charlotte wzięła matkę za rękę i 

uścisnęła jej dłoń.   

 

- Gdybyś zechciała zająć się udekorowaniem sal, byłoby cudownie - zaproponowała.   

- Chcesz mnie ułagodzić, wiem - odparła Anne tonem świadczącym o tym, że wcale nie 

jest jej przykro - lecz, skoro prosisz, nie mogę odmówić.   

Rozległo się ciche pukanie. Wszystkie trzy odwróciły się jednocześnie. W drzwiach stał 

Mac  w  świetnie  skrojonym  granatowym  garniturze,  a  Julie  przypomniała  sobie 

wczorajszy elegancki szary garnitur oraz czarne bmw, a także to, że Mac nie korzysta z 

firmowego ubezpieczenia zdrowotnego. Czyżby był niezależny finansowo?   

Zaraz jednak zapomniała o  tych pytaniach, ponieważ Charlotte poprosiła  go, by  wszedł 

do  środka.  Od  czasu  ich  rozstania  zdążył  się  ogolić,  lecz  nawet  bez  cienia  zarostu  na 

policzkach  wyglądał  na  odrobinę  zmęczonego  i  jakby  niebezpiecznego.  Jego  oczy  były 

zbyt ciemne, rysy odrobinę zbyt kanciaste. A może jedyne zagrożenie wynikało z faktu, 

ż

e Julie uważała go za niezwykle pociągającego?   

-  Przepraszam,  że  przerywam  -  zaczął  i  stuknął  palcem  w  tekturową  teczkę,.którą 

przyniósł - ale mam sprawę, którą koniecznie muszę z tobą omówić. - Zwracając się do 

Anne, uśmiechnął się i dodał: - Miło panią widzieć.   

- Mamo, pamiętasz Maca Jensena, prawda? - odezwała się Charlotte.   

 

-  Oczywiście.  Pan  Jensen  jest  następcą  Gerarda  Lomaxa.  -  Anne  wyciągnęła  rękę.  - 

Poznaliśmy się.   

Mac  uścisnął  jej  dłoń,  zerknął  na  Julie  i  uśmiechnął  się  do  niej  kącikiem  ust.  Miała 

nadzieję,  że  uśmiech,  jakim  zareagowała,  był  niezobowiązujący.  Wczorajszy  wieczór 

był...  bez  znaczenia.  Ot,  zjedli  wspólnie  kolację,  szli  pod  jednym  parasolem,  wymienili 

kilka  spojrzeń,  chociaż  Julie  nie  miała  pojęcia,  czego  Mac  usiłował  dociec,  gdy  patrzył 

na nią w ten sposób ... właśnie tak jak teraz.   

-  Bardzo  chciałabym  zostać  i  pogadać  z  wami  -  odezwała  się  Anne  -  ale  chcę  obejrzeć 

sale. Może doznam nagłego olśnienia?   

background image

Charlotte pokiwała potakująco głową.   

 

- Sylvie miała kilka pomysłów na dekoracje, więc może zechcesz się z nią porozumieć?   

-  Sylvie  ma  cudowne  oko  -  przyznała  Anne,  lecz  kiedy  szła  w  stronę  drzwi,  na  jej 

wargach  zaigrał  przekorny  uśmiech.  -  Jestem  jej  matką,  więc  mój  głos  decyduje  - 

dorzuciła i lekkim krokiem wyszła z pokoju.   

-  Wygląda  rewelacyjnie  -  odezwała  się  Julie  i  zrobiła  taki  ruch,  jak  gdyby  chciała 

wycofać  się  do  siebie.  Czeka  na  nią  praca  i  ten  przeklęty  mail.  -  Jeśli  nie  jestem  ci 

potrzebna - ciągnęła - to ...   

- Zostań - poprosiła Charlotte. - Przeczucie mi mówi, że Mac przynosi złe wiadomości. 

Możesz i ty posłuchać.   

-  Nie  aż  takie  złe  -  zaprzeczył  Mac,  potem  uśmiechnął  się  szeroko  i  dodał:  -  Ale  może 

lepiej usiądźmy.   

Charlotte  zajęła  miejsce  za  biurkiem,  Julie  i  Mac  zasiedli  w  głębokich  wyściełanych 

fotelach vis-a-vis niej. Na blacie biurka Mac położył przyniesioną teczkę·   

-  Wczoraj  wieczorem  -  zaczął  -  znalazłem  odłamki  szkła  w  ręcznikach  w  magazynie. 

Ręczniki były czyste, porządnie złożone, gotowe do zaniesienia do pokoi.   

Charlotte zbladła. - Szkła?   

-  Natychmiast  zawiadomiłem  Nadine  LeClaire  -  oznajmił.  -  Odesłała  całą  partię  z 

powrotem do pralni. Twierdziła, że to ich wina, i zażądała, żeby uprali ręczniki za darmo, 

w  ramach  reklamacji.  Zgodzili  się.  Widzisz  więc,  że  jest  i  dobra  wiadomość. 

Zaoszczędziliśmy na praniu.   

Julie  wsłuchiwała  się  nie  tyle  w  słowa  Maca,  co  w  ton  jego  głosu.  W  ten  sposób 

dowiedziała się znacznie więcej.   

- Nie zgadzasz się z Nadine, prawda? Uważasz, że to nie wina pralni - rzekła.   

- Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Niemniej - ciągnął - tuż przed dokonaniem tego 

odkrycia zauważyłem, że z magazynu wyszedł Luc Carter.   

- Luc? Co on tam robił?   

- Twierdził, że pomagał znajomej pokojówce.   

- Znajomej pokojówce? - Charlotte była skonsternowana.   

-  Słyszałaś,  znajomej  -  wtrąciła  Julie,  która  już  nauczyła  się  interpretować  ton  Maca.  - 

background image

Czyżby Luc "nawiązywał kontakty cielesne" z jedną z pokojówek?   

Mac roześmiał się z eufemistycznego określenia Julie.   

- Nie wchodził w szczegóły, a ja nie wypytywałem.   

-  Jest  więc  możliwe,  że  był  w  magazynie  z  dziewczyną  -  odezwała  się  taktownie 

Charlotte - ale to nie ma nic wspólnego z odłamkami szkła w ręcznikach. - Ma.   

I znowu Julie usłyszała więcej niż tylko to jedno słowo.   

- Bez dowodów nie można postawić Lucowi zarzutów - rzekła.   

-  Wiem.  -  Mac  zwrócił  się  teraz  do  Charlotte.  -  Chciałbym  prosić  cię  o  zgodę  na 

przyjrzenie mu się bliżej.   

Charlotte rozważała ten pomysł przez chwilę.   

-  Nie  podoba  mi  się  szpiegowanie  pracowników.  Ani  mnie,  pomyślała  Julie  i  posłała 

Macowi gniewne spojrzenie, którego on nie zauważył.   

-  Możliwe,  że  to,  co  znajdę,  oczyści  go  z  zarzutów.  Powtarzam  -  ciągnął  -  chłopak  się 

nigdy nie dowie. Potrafię załatwiać takie sprawy.   

Nie wątpię, skomentowała Julie w duchu.   

-  Cóż,  zgoda  -  zdecydowała  Charlotte.  -  Ale  proszę  cię,  bądź  ostrożny.  Luc  bardzo 

dobrze się sprawdza w swojej pracy. Nie chciałabym go stracić. A jeśli się zorientuje, że 

jest prześwietlany ...   

- Nie zorientuje się - obiecał Mac, wstając. - Potrafię działać bardzo dyskretnie.   

Doprawdy? Julie przypomniało się, jak bezszelestnie poruszał się po hotelu, jak pojawiał 

się i znikał przez nikogo niezauważony.   

Charlotte kiwnęła głową, otworzyła teczkę i nie przeczytawszy raportu, zamknęła.   

- Dziękuję, że znalazłeś te odłamki szkła, zanim trafiły do łazienek. Wyobrażacie sobie, 

jaka to by była katastrofa?   

Mac kiwnął głową, potem spojrzał znacząco na Julie. Chociaż potrafiła już interpretować 

podteksty ukryte w jego słowach, nie miała pojęcia, co owo spojrzenie miało oznaczać. 

Charlotte ponownie otworzyła teczkę, przebiegła wzrokiem raport i mruknęła:   

-  Boże  święty!  -  Julie  kątem  oka  dojrzała,  jak  Mac  znika  w  korytarzu.  -  Ciarki  mnie 

przechodzą  na  myśl,  co  by  było,  gdyby  nie  znalazł  tych  ręczników.  Chyba  nie 

podejrzewasz Luca?   

- Po co miałby coś takiego robić? Ma tu dobrą posadę. Sprawia wrażenie zadowolonego 

background image

z pracy. Goście go wprost uwielbiają.   

Charlotte ponownie westchnęła.   

-  Załóżmy,  że  Nadine  miała  rację  i  że  to  wina  pralni.  Chociaż  doprawdy  trudno  sobie 

wyobrazić, jak odłamki szkła mogły się wbić w ręczniki.   

- Może ktoś stłukł lustro, a potem starł podłogę ręcznikiem?   

Charlotte spojrzała na teczkę i skrzywiła się.   

-  Jeśli  tak  się  stało,  to  czeka  go  siedem  lat  nieszczęścia.  Za  to  Mac  oszczędził  nam 

podobnego losu. Zrobisz coś dla mnie? - spytała. - Za jakieś dwadzieścia minut zejdź na 

dół i zobacz, co knuje moja matka.   

- Nie chcesz, żeby się zajmowała dekorowaniem sal?   

-  Przeciwnie,  bardzo  chcę.  Ma  dryg  do  takich  rzeczy.  Po  prostu  nie  chcę,  żeby  się 

przemęczała. A jeśli zobaczy,  że sprawdzam, co  robi, udusi mnie  gołymi  rękami.  Więc 

lepiej żebyś to była ty.   

- Dzięki - mruknęła Julie. - Jakoś sobie poradzę. Wstała i przeszła do swojego gabinetu. 

Ledwie  przestąpiła  próg,  zatrzymała  się.  Oparty  o  szafę  z  dokumentarni,  z  rękami  w 

kieszeniach, głową lekko przechyloną, stał Mac.   

Starała się nie  zauważać ani jego półuśmiechu, ani koszuli opinającej  klatkę piersiową, 

ani  długich  nóg,  ani  gęstych  włosów.  Jedna  rzecz  nie  mogła  ujść  jej  uwadze  -  zapach. 

Pod jego wpływem poczuła się bezradna i bezbronna.   

Podeszła  bliżej.  Gdyby  zamknęła  drzwi  łączące  oba  gabinety,  Charlotte  nabrałaby 

podejrzeń,  dlatego  zostawiła  je  otwarte.  Wolała  jednak,  aby  Charlotte  nie  słyszała,  o 

czym ona i Mac rozmawiają.   

- Co tu robisz? - zażądała wyjaśnień.   

- Dostałaś jakiegoś nowego maila?   

-  Nie  -  odparła.  Miała  nadzieję,  że  nie  zauważył  jej  wahania.  -  Co  robiłeś  wczoraj 

wieczorem w moim gabinecie?   

- Nie byłem w twoim gabinecie.   

- Kłamiesz.   

- Przyganiał kocioł garnkowi, chere.   

Czyżby w ten sposób przyznał się, że był tutaj? Albo domagał się, by mu powiedziała o 

tym drugim mailu?   

background image

- Jeśli czegoś ode mnie chcesz, to mnie poproś. Nie węsz potajemnie za moimi plecami.   

 

Ku jej  zaskoczeniu wsunął palec wskazujący pod podbródek i uniósł jej twarz do  góry. 

Ich spojrzenia się spotkały.   

 

-  Jeśli  czegoś  będę  od  ciebie  chciał,  z  pewnością  o  to  poproszę  -  mruknął  tonem  tak 

nabrzmiałym podtekstami, że bała się nad nimi zastanawiać.   

 

Gdy  cofnął  dłoń,  odsunął  się  od  szafy  i  bezszelestnie  wyszedł  z  pokoju,  odetchnęła  z 

ulgą. Czyżby z ulgą?· Z niewiadomego powodu czuła się zawiedziona.   

 

 

Przekroczył niedozwoloną granicę. Zrozumiał to już w tej samej chwili, gdy jej dotknął, 

kiedy  pod  opuszkami  palców  poczuł  chłodną,  gładką  skórę,  tak  nęcąco  delikatną,  jak 

sobie wyobrażał. Musiał zmobilizować całą siłę woli, by nie zsunąć dłoni na jej szyję, nie 

przesunąć na kark, nie przyciągnąć jej twarzy do swojej i nie pocałować w usta.   

Oczywiście mógł usprawiedliwić to, że się tak bardzo do niej zbliżył. Mógł wmawiać w 

siebie, że wykonuje pracę. Nie może jej chronić z daleka, prawda?   

 

Skłamała.  Dostała  kolejnego  maila.  On  oczywiście  także  skłamał,  lecz  miał  ważki 

powód, by wczoraj wieczorem zakraść się do jej gabinetu.   

 

Zastanowiło  go,  skąd  wiedziała,  że  był  w  jej  pokoju.  Przecież  nie  zdjęła  odcisków 

palców z klawiatury. Niczego oprócz komputera nie dotykał. Nawet nie włączył światła. 

A może, tak jak on, po prostu ma nosa? Może kobieca intuicja pozwala jej domyślić się, 

ż

e w pokoju przebywał mężczyzna? A może blefowała, by sprawdzić, jak zareaguję?   

 

Do  diabła!  Zareagował,  owszem.  Dotknął  jej.  Złamał  zasady.  Psiakrew!  A  na  domiar 

złego  nie  udało  mu  się  wytropić  nadawcy.  O  pierwszej  nad  ranem  zrezygnował  i 

kompletnie  wykończony  poszedł  do  domu,  zostawiając  pendrive'a  na  biurku  Louise, 

speca od komputerów w firmie. Teraz cała jego nadzieja w niej.   

background image

 

Kiedy wrócił do pomieszczenia ochrony, Carlos właśnie zdejmował marynarkę. .   

-  Cześć,  stary  -  rzekł  do  chłopaka.  -  Odszukaj  Nadine  i  sprawdź,  czy  nie  ma  żadnych 

kłopotów.   

 

Carlos rzucił mu spojrzenie pełne ciekawości.   

- Nadine LeClaire? Coś nie tak?   

- Wczoraj w nocy wydarzył się nieprzyjemny incydent. Później ci opowiem.   

- W porządku.   

Carlos  powiesił  marynarkę  na  wieszaku  i  wyszedł.  Gdy  tylko  Mac  został  sam,  zasiadł 

przed  komputerem  i  odnalazł  dossier  Luca.  Już  wcześniej  zapoznał  się  z  jego  danymi 

osobowymi,  lecz  teraz  chciał  wynotować  niektóre  informacje.  Zdążył,  zanim  Carlos 

wrócił i zameldował, że dzisiaj rano Nadine nie miała żadnych problemów.   

Mac ustąpił mu miejsce za biurkiem.   

 

- Muszę porozmawiać z kilkoma osobami - oznajmił i przypiął do paska walkie-talkie. - 

Zostawiam cię na posterunku.   

 

- A wracając mógłbyś przynieść kawę? - poprosił Carlos. - Nie zdążyłem wypić.   

- Załatwione. Śmietanka i dwie łyżeczki cukru - odkrzyknął Mac już z korytarza.   

 

Na  polecenie  Charlotte  hotelowa  restauracja  cały  dzień  podawała  ochronie  darmową 

kawę.  Charlotte  wierzyła,  że  pompowanie  w  ochroniarzy  kofeiny  to  dobry  sposób  na 

podtrzymywanie ich w stanie ciągłej czujności.   

 

Hol, jak zwykle o tej porze dnia, tętnił życiem. Na schodach panował ruch w obie strony. 

Grupka  gości  zebrała  się  przy  zabytkowym  kredensie  służącym  za  recepcję.  Na 

kanapkach  i  fotelach  ustawionych  tak,  że  sprzyjały  nawiązywaniu  rozmów,  siedziało 

kilka osób, kilka innych, z mapami i aparatami fotograficznymi w ręku, zgromadziło się 

przy  drzwiach  wyjściowych.  Do  stanowiska  Luca  ustawiła  się  kolejka.  Był  tak  zajęty 

udzielaniem  informacji,  zaznaczaniem  rozmaitych  punktów  na  planie  miasta, 

background image

polecaniem,  co  warto  zobaczyć,  że  Mac  mógł  swobodnie  go  obserwować,  nie  będąc 

przez niego zauważonym.   

 

Luc  sprawiał  wrażenie  sympatycznego  i  pomocnego.  Wyraźnie  lubił  swoją  pracę. 

Dlaczego miałby posypywać ręczniki pokruszonym szkłem?   

Po kilku minutach Mac wyszedł na patio. Wiatr przegnał wczorajsze chmury, niebo było 

czyste, powietrze rześkie. Woda w basenie lśniła, jak gdyby pomalowana słońcem. Udał 

się  w  zacieniony  róg,  wyciągnął  telefon  i  nacisnął  klawisz,  do  którego  miał  przypisany 

numer swojego biura.   

- Crescent City Security Services.   

- Cześć, Sandy - powitał ją Mac. - Masz pod ręką coś do pisania?   

- Oczywiście. O co chodzi?   

- Znajdźcie, co się da, na temat tego faceta. Luc Carter. - Wyjął z kieszeni karteczkę, na 

której zanotował numer ubezpieczenia Luca, datę i miejsce urodzenia, Reno w Newadzie, 

oraz poprzednie miejsce pracy, hotel w Lafayette, i przedyktował wszystko Sandy.   

- To ma związek ze sprawą tej Sullivan? - zapytała.   

- Prawdę mówiąc, nie. To dotyczy hotelu.   

- To jak mam zaksięgować?   

- Na pewno znajdziesz jakieś wyjście.   

Sandy roześmiała się.   

- Mówił ci już ktoś, że trudno z tobą wytrzymać?   

- Nie. Jesteś pierwsza.   

 

W  drodze  powrotnej  wybrał  wejście  w  pobliżu  sal  recepcyjnych.  Zgodnie  z  planami, 

jakie  mu  udostępniono,  na  sobotni  bal  jedna  z  nich  miała  zostać  opróżniona  z  mebli  i 

przygotowana  do  tańca,  w  drugiej  miał  znajdować  się  bar  i  bufet  oraz  małe  stoliki  z 

miejscami  do  siedzenia.  Teraz  żadna  z  sal  nie  była  jeszcze  gotowa,  lecz  Anne  stała 

pośrodku jednej z nich i rozglądała się uważnie.   

Wszedł na górę. Musi przepytać wszystkie osoby, które mają dostęp do magazynu, nie 

tylko  żeby  sprawdzić,  czy  któraś  z  nich  wie  coś  na  temat  ręczników,  lecz  także  by 

mimochodem dowiedzieć się czegoś o rzekomym romansie Luca z jedną z pokojówek. 

background image

Mógł  rzeczywiście  "nawiązywać  kontakty  cielesne"  -  Mac  uśmiechnął  się  w  duchu  na 

wspomnienie  brzmienia  słodkiego  głosu  Julie,  gdy  wymawiała  te  słowa  -  z  którąś  z 

dziewczyn.  Jeśli  zaś  nie,  historyjka,  jaką  go  wczoraj  Luc  poczęstował,  była  zasłoną 

dymną.   

Na piętrze powinien skręcić w prawo i  zacząć  się rozglądać za wózkiem z przyrządami 

do  sprzątania.  O  tej  porze  -  dochodziła  dziewiąta  trzydzieści  -  pokojówki  wkraczają  do 

akcji.  Nogi  same  zaniosły  go  jednak  w  przeciwnym  kierunku,  pod  gabinet  Julie. 

Postanowił tylko zerknąć na jej ciemne włosy, lekko zaokrąglone plecy, gdy pochyla się 

nad  biurkiem,  ruchy  palców  śmigających  po  klawiaturze  komputera,  usłyszeć  łagodny 

głos,  jeśli  rozmawia  przez  telefon.  Przypomniał  sobie,  że  ubrana  jest  w  kostium  w 

kolorze  czerwonego  wina  ze  spodniami,  co  pozbawiało  go  przyjemności  oglądania  jej 

nóg. Ciemnoczerwony kolor podkreślał natomiast naturalne rumieńce na jej policzkach.   

Szczęście  mu  sprzyjało.  Julie  siedziała  odwrócona  tyłem  do  drzwi  i  wpatrywała  się  w 

ekran  komputera.  Ramiona  miała  zgarbione,  jej  ciało  zdradzało  napięcie,  a  palce  nie 

ś

migały po klawiszach. Zaciśnięte w pięści dłonie trzymała nieruchomo po obu stronach 

klawiatury.     

Mac  przystanął  i  zmrużył  oczy,  starając  się  dostrzec  obraz  na  monitorze.  Nie  mógł 

odczytać słów, lecz widział zarys tekstu. To był mail.   

Jeszcze jeden cholerny mail.   

 

ROZDZIAŁ PIĄTY   

_  Cześć,  chere!  -  Głos  Maca,  gładki  i  ciepły,  był  niemal  jak  pieszczota.  -  Możesz  mi 

poświęcić chwilkę?   

Właściwie  nie  miała  czasu.  Stała  pośrodku  sali,  wypełniając  powierzone  jej  przez 

Charlotte  niewdzięczne  zadanie  polegające  na  namawianiu  Anne,  by  zrobiła  sobie 

chwilę przerwy. Jak dotąd niewiele wskórała.   

- Tylko chwilkę? - mruknęła.   

Mac uśmiechnął się do niej półgębkiem.   

- Skoro nalegasz, może być pół godziny ...   

Julie zerknęła na zegarek. Trzecia trzydzieści, a w gabinecie mnóstwo czekającej na nią 

pracy.   

background image

- Pół godziny nie mogę·   

-  Na  pewno  możesz  -  rzekł,  ujął  jej  dłoń,  przełożył  sobie  jej  rękę  przez  zagięte  ramię  i 

wyprowadził z sali. 

  - Dokąd idziemy? - spytała.   

- Na spacer. Trochę witaminy D dobrze ci zrobi.   

- Witaminy D?   

- Słońca - wyjaśnił.   

Chociaż  Julie  już  od  pięciu  lat  mieszkała  w  Nowym  Orleanie,  jeszcze  się  nie 

przyzwyczaiła  do  wiosennych  temperatur  w  styczniu.  O  tej  porze  roku  Nowy  Jork 

pokryty jest brudnym  zlodowaciałym  śniegiem, a powietrze jest wilgotne i przenikliwie 

zimne. Bardziej na północ, w Montrealu, gdzie studiowała, wiatr smaga twarz igiełkami 

lodu. A tu idą z Makiem po ulicy w lekkich strojach.   

Mocno  przyciskając  jej  rękę,  Mac  prowadził  ją  wśród  tłumu  przechodniów  w  stronę 

Jackson Square z pomnikiem prezydenta Andrew Jacksona na koniu. Był to piękny park, 

a  miasto  dołożyło  starań,  by  go  przywrócić  do  stanu  sprzed  zniszczeń  spowodowanych 

huraganem.   

- Dlaczego idziemy aż tam? - spytała.   

Mac podprowadził ją do wolnej ławki, a kiedy usiedli, odparł:   

- Sądzę, że potrzebujesz świeżego powietrza.   

- Wystarczyło wyjść na patio.   

- Ale tam powietrze pachnie Hotelem Marchand. Czy ty kiedykolwiek wychodzisz z tego 

budynku?   

Julie westchnęła.   

- Teraz jest bardzo intensywny okres - odparła, zamiast po prostu przyznać się, że rzadko 

wychodzi z biura. - Sylwestra już mamy za sobą, ale w ten weekend jest święto Trzech 

Króli i zaraz potem Mardi Gras ...   

- Cały rok jest intensywny - odparował. - To pewnie nie jest właściwy moment na moje 

pytanie, ale mimo to je zadam. Czy Hotel Marchand jest na sprzedaż?   

- Co? - Julie zrobiła wielkie oczy. - Oczywiście, że nie. Założę się, że zostanie w rękach 

Marchandów, dopóki żyje chociaż jedna osoba nosząca to nazwisko. - Mac w zamyśleniu 

pokiwał głową, minę miał jednak sceptyczną. - Skąd w ogóle przyszedł ci do głowy taki 

background image

pomysł?   

-  Zacząłem  się  tym  trochę  interesować.  -  Pochylił  się  i  oparł  łokcie  na  kolanach. 

Odwrócił  głowę, by spojrzeć  na Julie.  - Sytuacja finansowa nie  jest dobra. Od  kilku lat 

hotel przynosi straty.   

- Huragan Katrina wywrócił wszystko do góry nogami - przypomniała mu. - To cud, że 

miasto, w tym hotele, podźwignęło się po katastrofie.   

-  Kilka  lat  temu,  jeszcze  przed  Katriną,  Anne  Marchand  zaciągnęła  w  banku  drugą 

pożyczkę hipoteczną - rzekł. - To ogromny dług do spłacenia.   

- Hotel ma cztery gwiazdki. Interesy idą coraz lepiej. Teraz, kiedy wszystkie córki Anne 

są  w  Nowym  Orleanie  i  pracują  razem  ...  -  Urwała.  -  Nie,  nie  wyobrażam  sobie,  żeby 

rodzina wypuściła hotel z ręki - dokończyła.   

- Nawet jeśli sytuacja wymyka się spod kontroli? Hotel jest łakomym kąskiem, a moment 

do przejęcia jest bardzo dobry.   

Julie  powoli  wypuściła  powietrze  z  płuc,  jak  gdyby  chciała  wyzbyć  się  niepokoju,  jaki 

pytania Maca w niej zasiały.   

-  Potencjalni  kupcy  już  kilkakrotnie  tu  węszyli,  ale  Anne  nie  jest  zainteresowana 

sprzedażą. To firma rodzinna.   

- Już mi to mówiłaś.   

Julie podejrzliwie spojrzała na Maca.   

- Słyszałeś o czymś, o czym ja nie wiem? Charlotte coś ci powiedziała o sprzedaży?   

-  Nie,  niczego  nie  słyszałem.  -  Mac  splótł  dłonie,  przyjrzał  się  swoim  palcom,  potem 

przeniósł wzrok na Julie. - Nie jestem ekspertem, ale mój wspól... - urwał i poprawił się - 

facet,  z  którym  poprzednio  pracowałem,  zna  się  na  finansach.  Powiedział  mi,  że  w 

przypadku takim jak Hotel Marchand, kiedy nazwa, tradycja i opinia są więcej warte od 

samej  nieruchomości,  a  kondycja  finansowa  przedsiębiorstwa  jest  niestabilna,  rozmaite 

osoby zaczynają interesować się przejęciem.   

- Omawiałeś sprawy hotelu z jakimś byłym kolegą z pracy? - Julie nie kryła oburzenia.   

-  Nie.  Jesteś  pierwszą  osobą,  z  którą  o  tym  rozmawiam.  Ten  facet  tylko  tłumaczył  mi 

ogólnie  prawa  rynku.  Ale  przyglądając  się  temu,  jak  sprawy  stoją,  zacząłem  się 

zastanawiać,  czy  nie  mamy  do  czynienia  właśnie  z  taką  sytuacją.  -  Wyprostował  się, 

przeczesał palcami włosy, potem odchylił się i położył ramiona na oparciu ławki. Gdyby 

background image

Julie  przesunęła  się  odrobinę  bliżej,  mógłby  ją  objąć.  Ona  jednak  się  nie  poruszyła.  - 

Możesz sądzić, że to nie mój interes - ciągnął.   

-  Możesz  się  zastanawiać,  co  mnie  obchodzi,  czy  byt  hotelu  jest  jakoś  tam  zagrożony. 

Ale  jeśli  w  ręcznikach  znajduję  szkło,  to  jest  zagrożony.  Gdyby  te  ręczniki  trafiły  do 

łazienek i gdyby któryś z gości się pokaleczył, zrobiłoby się o tym głośno i skorzystałby 

tylko ten, kto ma na niego chrapkę. Sprawa trafiłaby do gazet, możliwe że nawet do sądu. 

To byłaby katastrofa.   

- Czyli mieliśmy ogromne szczęście, że znalazłeś te ręczniki, zanim trafiły do łazienek.   

-  Zabawmy  się  chwilę  w  "co  by  było,  gdyby".  Załóżmy,  że  ktoś  specjalnie  posypał 

ręczniki drobno potłuczonym szkłem, bo chciał narazić opinię hotelu na szwank i przez 

to obniżyć jego wartość.   

Julie była zdenerwowana. Słowa Maca mają sens. - Nie potrafię sobie wyobrazić, komu 

by na tym zależało. Na pewno nikomu w pralni. Mają z nami bardzo korzystną umowę. 

Zarabiają na nas krocie.   

-  Przełknęli  reklamację.  Zgodzili  się  ponownie  uprać  całą  partię  za  darmo.  Albo  chcą 

chronić hotel, albo czują się winni i wiedzą, że ich opinia też by ucierpiała.   

- Wierzysz, że to oni?   

Mac namyślał się chwilę, potem stwierdził:   

- Nie.   

- Podejrzewasz Luca? Albo kogoś z obsługi pokoi?   

-  Nie  wiem.  -  Wpatrywał  się  w  nią  chwilę,  jak  gdyby  oczekiwał,  że  pomoże  mu 

rozwiązać  zagadkę·  -  Zastanawiam  się,  czy  to  nie  może  być  ktoś  z  zewnątrz,  ktoś,  kto 

chce kupić hotel za pół darmo.   

-  Kto  to  mógłby  być?  -  Julie  zastanawiała  się  chwilę  nad  hipotezą  Maca,  potem 

potrząsnęła głową· - Nie słyszałam o nikim, kto by się interesował kupnem. I jak ktoś z 

zewnątrz mógł się dostać do magazynu?   

- Przy pomocy wspólnika wewnątrz.   

Julie miała dość snucia podobnych domysłów.   

- Masz bujną wyobraźnię, ale nie przypuszczam, żeby ktoś chciał kupić hotel. Wszyscy 

wiedzą,  że  to  przedsiębiorstwo  rodzinne.  I  w  dużej  mierze  na  tym  polega  jego 

atrakcyjność.     

background image

-  Atrakcyjność  hotelu,  skarbie,  polega  na  świetnej  lokalizacji  w  sercu  Dzielnicy 

Francuskiej i pustym koncie. Trochę złej prasy, coraz mniejsze wpływy, naciski na spłatę 

tej  drugiej  pożyczki  hipotecznej  ciążącej  jak  kamień  u  nogi,  i  ktoś  sprzątnie  łakomy 

kąsek Charlotte sprzed nosa.   

Julie była zdziwiona jego znajomością mechanizmów rynku. Mac jest ochroniarzem, nie 

ekonomistą z dyplomem MBA.   

- Hotel Marchand nie jest na sprzedaż.   

- Jeśli Charlotte nie zdoła zapewnić przychodu równego wydatkom, będzie zmuszona go 

sprzedać. Albo to, albo hotel przejmie bank, który udzielił pożyczki hipotecznej.   

Julie wolałaby, by wywód Maca nie był tak przekonujący.   

- Sytuacja z przepływem  gotówki nie jest  aż tak  tragiczna  - zapewniła  go. - Są lepsze i 

gorsze okresy, ale w tej branży to normalne.   

- Więc przydałby się teraz lepszy okres - odparował. - Ostatnio przeważały te gorsze.   

Julie zastanawiała się, jak dalece może mu zaufać. Przed przyjęciem do pracy Charlotte 

dokładnie  go sprawdziła. Poza tym Julie  wyczuwała, że szuka jej rady, bo autentycznie 

martwi się o hotel.  Na  dodatek to on odkrył szkło w ręcznikach i zapobiegł  katastrofie. 

To  wszystko  przemawia  za  nim.  Z  drugiej  strony  była  absolutnie  pewna,  że  był  w  jej 

pokoju w jakimś momencie pomiędzy  wczorajszym wieczorem a dzisiejszym rankiem i 

się  do  tego  nie  przyznał.  Niczego  nie  ukradł,  niczego  nie  uszkodził,  pewnie  nawet 

niczego nie dotykał. Doszła do wniosku, że może mu zaufać, przynajmniej odrobinę·   

- Kilka lat temu z konta hotelu w tajemniczy sposób zniknęła poważna suma - zaczęła. - 

O ile się orientuję, zbiegło się to w czasie ze śmiercią Remy'ego Marchanda. Nie udało 

się wyśledzić, co się stało z tymi pieniędzmi.   

- Poważna suma? Jak poważna?   

- Milion dolarów.   

Mac pokiwał głową·   

-  Istnieją  sposoby  wyśledzenia,  gdzie  trafiły  takie  pieniądze  -  rzekł.  -  Zajmują  się  tym 

firmy ochroniarskie.   

Znakomity pomysł, pomyślała Julie. Jej uznanie dla Maca wzrosło.   

-  Zasugeruję  to  Charlotte  -  odrzekła.  -  W  owym  czasie  był  to  dla  rodziny  Marchandów 

ogromny cios. Jeśli kondycja finansowa hotelu jest niepewna, pewnie to jest przyczyną. 

background image

Z  drugiej  strony  -  ciągnęła  -  wciąż  napływają  rezerwacje.  W  weekendy  w  restauracji 

trzeba zamawiać stolik z wyprzedzeniem. Odkąd wznowiliśmy działalność po huraganie, 

odnotowujemy wpływy.   

-  Mam  nadzieję,  że  wystarczające,  żeby  interes  nie  padł.  -  Mac  spojrzał  w  niebo  i 

zmrużył oczy. - I daj Boże, żeby incydent taki jak ten z ręcznikami się nie powtórzył. - W 

stał i wyciągnął do Julie rękę· - Byłbym wdzięczny, gdybyś miała oczy i uszy otwarte i 

dała mi znać, jeśli nastąpią jakieś znaczne ruchy na koncie. Jestem w stanie czuwać nad 

bezpieczeństwem  budynku,  ale  ty  pracujesz  w  biurze  i  możesz  kontrolować,  co  się  tam 

dzieje.     

-  Dlaczego  nie  porozmawiasz  o  tym  z  Charlotte?  -  spytała,  kiedy  ruszyli  w  kierunku 

Decatur Street.   

-  Bo  tu  chodzi  o  jej  rodzinę  -  odparł.  -  Możliwe,  że  unika  spojrzenia  faktom  w  oczy, 

możliwe,  że  doskonale  je  zna  i  jest  o  dziesięć  kroków  przede  mną.  -  Wzruszył 

ramionami.  - Albo chce  sprzedać hotel  i jeszcze  nie zdecydowała się powiedzieć o tym 

personelowi. Po prostu uznałem, że lepiej porozumieć się z tobą.   

Julie  westchnęła.  Wolałaby,  by  Mac  wybrał  sobie  kogoś  innego  chociażby  dlatego,  że 

teraz ona ma nowe zmartwienie. Jednak wybrał ją, bo ... bo jej ufa.   

Ulice  zapełniły  się  ludźmi,  którzy  wcześniej  wyszli  z  pracy,  i  turystami  tłumnie 

odwiedzającymi  Dzielnicę  Francuską  w  poszukiwaniu  dobrego  jedzenia  i  rozrywki.  Na 

jednym  rogu  saksofonista  wygrywał  bluesa,  wydobywając  z  instrumentu  słodko 

zawodzącą melodię. Mac dał Julie znak, by zaczekała, przebiegł na drugą stronę ulicy i 

podszedł  do  niego.  Julie  spodziewała  się,  że  wrzuci  monetę  do  leżącego  na  chodniku 

pudła, lecz nie uczynił tego. Zaczekał, aż muzyk skończy, potem klepnął go po plecach. 

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i rozłożył ramiona. Uścisnęli się serdecznie i zaczęli 

rozmawiać.   

Kim  właściwie  jest  Mac  Jensen,  zastanawiała  się  Julie,  przyglądając  się  tej  scenie.  Jest 

znakomitym  ochroniarzem,  lecz  świetnie  orientuje  się  w  interesach.  Wie  coś  na  temat 

poszukiwania  pieniędzy  znikających  z  konta  firm.  Jest  fanem  jazzu.  A  przebywanie 

blisko niego, jak dziś, uścisk jego palców na dłoni przyprawia ją o zawrót głowy.   

-  Kumpel-  wyjaśnił  Mac,  wracając.  -  Poznałbym  was  ze  sobą,  ale  potrafi  być 

nieprzyjemny, kiedy mu się przerywa granie. Nie chciałem ryzykować.   

background image

- Dzisiaj nie sprawiał wrażenia niezadowolonego - zauważyła Julie.   

 

Zastanawiała się, jak by ją przedstawił. Jako swoją przyjaciółkę? Koleżankę z pracy?   

 

- Nie mogłem tego przewidzieć. Następnym razem was ze sobą poznam.   

 

Następnym  razem?  Czyżby  zamierzał  regularnie  odbywać  z  nią  spacery  po  Jackson 

Square?   

 

Czuła, że ma w głowie mętlik. Jak gdyby nie wystarczyło jej kłopotów - dziwne maile, 

niepewna  kondycja  finansowa  hotelu,  a  teraz  jeszcze  podejrzenia  Maca.  Zastanawianie 

się nad tym,  co dzieje się między nią a nim, przekracza jej obecne możliwości. Niemal 

słyszała pod czaszką ostrzegawcze dzwonki: system przegrzany, grozi krótkie spięcie.   

 

Na  szczęście  w  drodze  do  hotelu  Mac  już  nie  spotkał  więcej  znajomych.  Boy  otworzył 

im drzwi, znaleźli się w holu. Julie zazwyczaj korzystała z wejścia służbowego na tyłach 

budynku,  wejście  zaś  do  hotelu  od  frontu  było  całkowicie  innym  doświadczeniem. 

Ś

ciany  w  kolorze  starego  złota,  ciemny  parkiet,  miękkie  dywany,  sofy  i  fotele  obite 

tkaniną w kremowo-czerwone paski, wspaniałe rzeźbione schody łukiem prowadzące na 

piętro,  lustra,  rzeźby,  zabytkowe  meble,  wszystko  to  stwarzało  atmosferę 

osiemnastowiecznej  rezydencji  bogatych  południowych  plantatorów  z  amerykańskiego 

Południa.   

 

Wiele lat temu Anne sama wyszukała większość z tych mebli w sklepach ze starociami i 

na  licytacjach  wyposażenia  starych  domów.  Myśl,  że  ktoś  chciałby  wydrzeć  ten 

wspaniały hotel z rąk  Marchandów, była  nie do  zniesienia.  Julie  miała  żal do Maca, że 

zasiał  w  jej  głowie  podobne  podejrzenia,  mimo  że  kierował  się  chęcią  zapobieżenia 

temu. Porządny facet.   

 

Zerknęła  teraz  na  niego  kątem  oka.  Całą  uwagę  skupił  na  Lucu,  który  stał  na  swoim 

stanowisku  w  recepcji  i  z  uśmiechem,  żywo  gestykulując,  wyjaśniał  coś  małżeństwu  w 

background image

ś

rednim  wieku.  Po  chwili  jego  wzrok  powędrował  ku  drzwiom  na  patio,  potem  ku 

portierowi  zajętemu  układaniem  bagaży  na  wózku,  potem  ku  recepcjoniście,  w 

słuchawkach  z  mikrofonem,  stukającym  w  klawiaturę  komputera.  Zakończywszy 

inspekcję, zwrócił się do swojej towarzyszki.   

- Dziękuję - powiedziała.   

 

Mac obdarzył ją uwodzicielskim uśmiechem. Czy rzeczywiście jest tak porządny, jak mi 

się wydaje? - pomyślała.   

- Za co?   

-  Za  to,  że  obchodzi  cię  ten  hotel.  -  Lekko  dotknęła  jego  ramienia,  odwróciła  się  i 

skierowała w stronę schodów. Musiała zmobilizować całą siłę woli, by się nie obejrzeć .   

 

Nie chciała wiedzieć, czy Mac nadal się uśmiecha, czy jego oczy wciąż błyszczą i czy 

jego skóra wydziela ten seksowny zapach.   

 

 

-  Na  miłość  boską,  Julie!  -  wykrzyknął  Creighton  na  widok  sąsiadki  wysiadającej  z 

samochodu. - Wyglądasz jak statystka z "Nocy żywych trupów".     

Podjechał pod dom tuż przed nią, a teraz czekał przy aucie, by się z nią przywitać.   

-  Naprawdę?  -  Zmusiła  się  do  uśmiechu.  -  Tylko  jak  statystka,  nawet  nie  jak  jedna  z 

gwiazd?   

- Chodź do mnie - namawiał Creighton, ciągnąc ją na ganek. - Zrobię ci drinka.   

- Dziękuję, ale ... - opierała się Julie.   

-  Ja  nie  pytałem,  czy  chcesz  -  odparł,  zamykając  jej  tym  usta.  -  Chodzi  o  tego 

przystojniaka, którego mi wczoraj przedstawiłaś? - spytał, wyjmując listy ze skrzynki.   

- Dlaczego "chodzi"?   

- Dlatego, że wyglądasz jak upiór.   

Creighton był tak kochany, że trudno było się na niego gniewać za podobne uwagi.   

- Nie wydaje mi się - zaprzeczyła ze śmiechem. - Wyglądam jak po ciężkim dniu pracy.   

-  Ja  też  miałem  ciężki  dzień  w  pracy  i  wyglądam  kwitnąco  -  nieskromnie  odparł 

Creighton.   

background image

 

Wepchnął  plik  listów  pod  pachę  i  gestem  zaprosił  Julie  na  schody.  Kiedy  skręciła  w 

stronę  swoich  drzwi,  ruszył  za  nią,  jak  gdyby  się  bał,  że  zniknie  i  nie  da  mu  szansy 

przyrządzić sobie drinka. Lecz ona nie zamierzała znikać, przeciwnie, mimo zmęczenia i 

upiornego  wyglądu,  miała  nawet  ochotę  spędzić  chwilę  w  towarzystwie  kogoś  o  jasno 

sprecyzowanych zamiarach.   

- Przyjdę, tylko się przebiorę. Obiecuję·   

- Daję ci pięć minut, potem zacznę walić w drzwi.   

- Jesteś strasznie apodyktyczny - zganiła go, zanim weszła do mieszkania.   

Przebranie się w stare dżinsy i szarą bluzę z jaskrawoczerwonym napisem McGill, nazwą 

jej alma mater, zabrało jej nawet mniej niż pięć minut. Zdążyła jeszcze sprawdzić, czy na 

automatycznej sekretarce nie ma jakichś wiadomości.   

 

Creighton  pracował  jako  dyrektor  artystyczny  regionalnego  czasopisma,  a  jego 

mieszkanie  wypełnione  było  oprawionymi  w  ramki  fotografiami  i  wyrobami  rzemiosła 

artystycznego. Julie zawsze doznawała lekkiego uczucia klaustrofobii, kiedy sadowiła się 

na  małej  kanapce  w  saloniku,  otoczona  ceramicznymi  figurkami  zwierząt,  ręcznie 

lepionymi naczyniami z gliny i rzeźbami w drewnie.   

 

- Opowiadaj! - zawołał z kuchni, gdzie przyrządzał swe mikstury. - Co to za historia z 

tym facetem? - Nie ma żadnej historii! - Zrzuciła drewniaki i podwinęła nogi pod siebie. 

- Pracujemy razem.   

- Dlaczego trudno mi w to uwierzyć?   

- Bo kłamię - mruknęła pod nosem. Bo cholemie dobrze wiem, że Mac jest kimś więcej 

niż  znajomym  z  pracy,  rzecz  w  tym,  że  trudno  określić,  kim  właściwie  dla  mnie  jest.  - 

Wpadł ci w oko - zażartowała z Creightona.   

Uznała, że najlepszą obroną będzie atak.   

 

-  Każdemu  by  wpadł,  obojętnie  czy  hetero,  czy  homo  -  odciął  się  Creighton,  który 

właśnie  wszedł  do  pokoju,  niosąc  wysokie  szklanki  wypełnione  jakimś  brązowym 

płynem  pokrytym  pianką.  Jedną  wręczył  gościowi,  potem  usadowił  się  w  fotelu  -  z 

background image

uszakami naprzeciwko kanapki. - Uważam, że powinnaś zaprosić go na bal.   

Julie wypiła łyk drinka. Był zimny i słodki. Cudowny.   

  Cały dzień pracuje w hotelu. Dlaczego miałby chcieć spędzić noc na balu?   

-  A  dlaczego  ty  byś  chciała?  Bo  wybierasz  się,  co?  Zawsze  jest  wspaniała  zabawa. 

Zarezerwowałem  dwa  bilety.  Zaprosiłem  Stanleya.  Pamiętasz  go,  prawda?  -  Przecież 

zerwałeś z nim - przypomniała.   

- Rozstaliśmy się pokojowo. Poza tym zawsze lubił bale.   

-  Cóż,  jeśli  w  ogóle  pójdę,  to  ...  -  Julie  urwała,  oparła  się  wygodnie  o  poduszki  i 

westchnęła - to zdecyduję w ostatniej chwili - dokończyła.   

- Nonsens. Pójdziesz. Wystroisz się jak bogini mody i wszyscy padną ci do stóp. Łącznie 

z  tym  sympatycznym  znajomym,  z  którym  pracujesz.  Jeśli  cierpisz  przez  niego,  to 

chciałbym o tym wiedzieć - dodał.   

- Nie cierpię - zaprzeczyła.   

Kolejne  kłamstwo, dodała w myślach. Chociaż  miała do Creightona pełne zaufanie, nie 

była gotowa rozmawiać z nim o Macu. A nawet gdyby miała ochotę mu się zwierzać, nie 

bardzo wiedziała, co powiedzieć.   

- A jednak  ktoś daje ci się we znaki, kochana.  Wyglądasz  na wykończoną. Poza tym w 

szarym nie jest ci do twarzy - dorzucił, wskazując bluzę.   

 

-  Dużo  się  dzieje  w  pracy  -  przyznała  zgodnie  z  prawdą.  Nie  mogła  jednak  powiedzieć 

Craightonowi  wszystkiego.  -  Aha,  Anne  Marchand  zdecydowała,  że  chce  pomóc  przy 

organizacji balu.   

- Świetnie - ucieszył się Creighton i aż klasnął w dłonie, o mało nie rozlewając drinka. - 

Rozumiem, że się coraz lepiej czuje.   

- Tak uważa, ale nie wiem, co na to lekarze.   

- Nie chcesz, żeby pomagała?   

Julie  wypiła  kolejny  łyk  napoju.  Pyszny.  Co  to  jest?  Creme  de  cacao?  Rum?  Mleko  i 

pokruszony  lód?  Miała  nadzieję,  że  koktajl  nie  jest  podstępnie  mocny  i  że  bez  kłopotu 

wróci do siebie, bo zamierzała wypić go do ostatniej kropli.   

- Oczywiście z radością powitaliśmy jej pomoc - odrzekła. - Anne ma przecież znakomity 

gust.  Wiesz,  zmieniła  się.  Zapuściła  włosy,  zrezygnowała  z  mocnego  makijażu.  Mam 

background image

wrażenie, że nabrała więcej luzu.   

-  Może  tego  właśnie  było  jej  potrzeba?  Już  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  ją  zobaczę. 

Będzie oczywiście na balu?   

- Do dzisiaj nie byłam taka pewna, ale teraz widzę, że nie ma przeciwwskazań.   

- Ciekawe, czy przyprowadzi matkę? - Creighton zachichotał. - Tę żelazną damę.   

Od sióstr Marchand Julie słyszała co nieco o babce, lecz nigdy jej nie poznała.   

- Znasz Celeste Robichaux?   

-  Kochana,  każdy,  kto  mieszka  w  tym  mieście  wystarczająco  długo,  zna  starą  gwardię. 

Celeste to elita. Niewyobrażalnie bogata i twarda. Znasz ten typ. Stalowa magnolia.   

- Teraz rozumiem, po kim one wszystkie odziedziczyły tę wewnętrzną siłę.   

-  Ale  są  urocze.  Celeste  to  jędza.  Albo  ją  pokochasz,  albo  ze  strachu  uciekniesz,  gdzie 

pieprz rośnie.   

Julie roześmiała się i wypiła kolejny łyk  napoju.  Wolała słuchać plotek Creightona, niż 

myśleć o kłopotach.   

 

- Co U Stanleya? - zapytała.   

To  było  właściwe  posunięcie.  Przez  następne  pół  godziny  Creighton  zabawiał  ją 

opowieściami 

byłym 

przyjacielu, 

kolegach 

redakcji 

swojej 

dziewięćdziesięciodwuletniej  matce,  która  wciąż  dopytywała  się,  kiedy  zamierza  się 

ożenić,  mimo  że  wielokrotnie  informował  ją  o  swojej  odmiennej  orientacji  seksualnej. 

Wspomniał też o nowym sposobie smażenia okry i planowanych wakacjach na Alasce.   

- Dwadzieścia trzy godziny na dobę słońca - mówił rozentuzjazmowany. - O trzeciej nad 

ranem będę robił zdjęcia przy naturalnym świetle.   

Julie wyobraziła sobie, jak Creighton fotografuje lodowce i osady rybackie - i na chwilę 

przestała  myśleć  o  ręcznikach  nafaszerowanych  szkłem,  zagadkowych  mailach  i 

finansach  hotelu.  A  przede  wszystkim  zapomniała  o  Macu,  o  przenikliwym  spojrzeniu 

jego oczu, o dotyku jego palców, o melodyjnym brzmieniu głosu. Przestała zastanawiać 

się  nad  dziwną  zażyłością,  jaka  się  między  nimi  wytworzyła,  mimo  że  prawie  się  nie 

znali.   

Przestała się zastanawiać, czy zaprowadzi ją w jakieś niebezpieczne rejony, których nie 

powinna odwiedzać. W miejsca, które pragnęła ujrzeć ...   

background image

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY   

Kiedy  około  szóstej  trzydzieści  Mac  zjawił  się  w  biurze  Crescent  City  Security  z 

ogromną  kanapką, dużym  kubkiem  kawy i najnowszymi  mailami ,,4Julie",  ku swojemu 

zdziwieniu zastał tam Franka.   

- Co tu jeszcze robisz? - spytał wspólnika. - Gdybym wiedział, że Sandy spędzi samotnie 

wieczór, poszedłbym do niej, zamiast przychodzić tutaj.   

- Ależ proszę bardzo - Frank wpadł w ten sam żartobliwy ton - idź i spędź z nią wieczór. 

Doprowadza mnie do szału - dodał i przeczesał palcami włosy. - Chce dziecka.   

-  No  to  się  postaraj  o  potomka  -  odparł  Mac.  -  Chyba  nie  chcesz,  żebym  cię  w  tym 

wyręczył?   

- Chcę tylko odrobiny zrozumienia - poskarżył się Frank. Wszedł za przyjacielem do jego 

pokoju i opadł na fotel. - Kocham ją, jasne? Chcę mieć z nią dzieci, jasne? Tylko jeszcze 

nie teraz!   

- Na co czekasz?   

-  Ożeniłem  się  z  nią,  tak?  Czy  to  zbrodnia  poczekać  kilka  lat,  zanim  wezmę  na  siebie 

nowy  obowiązek?  Kto  jak  kto,  ale  ty  powinieneś  mnie  zrozumieć.  Dalej  jesteś  wolnym 

człowiekiem. Nawet się nie zastanawiałeś nad małżeństwem.   

-  Zastanawiałem  -  odrzekł  Mac  -  tylko  jeszcze  nie  spotkałem  odpowiedniej  kobiety.  - 

Gdy  to  mówił,  mimowolnie  pomyślał  o  Julie  Sullivan.  Nie,  nie  jest  odpowiednią 

kandydatką.  Cholerna  Jankeska,  zamknięta  w  sobie,  emocjonalnie  zablokowana  ... 

Wiedział  jednak,  że  gdyby  tylko  sobie  na  to  pozwolił,  oszalałby  na  jej  punkcie.  - 

Wybacz, stary - dodał, odwijając kanapkę - ale niektórych czeka jeszcze praca, poza tym 

nie jedli kolacji.   

- Pracuj. Jedz. Kto ci broni?   

Mac  odgryzł  kęs  grubej  kanapki  ociekającej  sosem  i  ostrą  musztardą  i  obrócił  się  z 

fotelem do biurka, na którym leżała kartka od Louise. Przebiegł ją wzrokiem.   

-  Louise  udało  się  wytropić  tego  wstrętnego  maila,  którego  Julie  dostała  wczoraj  - 

odezwał się. - Gdybym miał się w kimś zakochać, to właśnie w niej - dodał.   

Frank  oczywiście  wiedział,  że  Mac  żartuje.  Louise  była  drobną  kobietą,  poważną  i 

nieśmiałą, związaną z pewnym studentem medycyny z Tulane.   

background image

- Nie dotarła do samego nadawcy - uściślił. Znał już treść notatki Louise.   

Mac jeszcze raz spojrzał na kartkę.   

- Nowy Jork, Biblioteka Publiczna, Piąta Aleja. Co to nam daje?   

- Sandy rozmawiała dzisiaj z kuratorem Glenna Perry'ego. Według niego facet zachowuje 

się poprawnie. Od wyjścia na wolność nie opuszcza miasta.   

- Innymi słowy, przebywa na Manhattanie. Na tej samej wąskiej małej wyspie, na której 

znajduje się oddział biblioteki. Czyli mógł wysłać tego maiła.   

- Mógł - przyznał Frank.   

- Chociaż pewnie ma własny komputer. Po co miałby chodzić do biblioteki, skoro mógł 

to zrobić z domu?   

- Po to, żeby ktoś taki jak nasza Louise nie mógł wytropić jego adresu.   

Mac nie był przekonany, niemniej w jego pracy sceptycyzm był zaletą.   

-  Czy  łatwo  jest  wysłać  z  własnego  komputera  maila  nie  do  wyśledzenia?  Louise 

mogłaby dojść do serwera, ale czy dotarłaby do konkretnego adresata? - O to musiałbyś 

ją spytać.   

- Racja. - Podejrzewał, że Louise mogłaby dotrzeć w śledztwie tak daleko, jak by chciała. 

Nawet  nie  próbował  zrozumieć,  jak  to  robi.  -  Ewentualnie  mogłaby  wskazać,  z  którego 

komputera  w  bibliotece  korzystał  nadawca.  Niewykluczone,  że  osoba  z  obsługi  go 

zapamiętała.  Przyniosłem  kolejnego  maila  -  dodał.  -  Stawiam  dychę,  że  wysłano  go  z 

innego miejsca.   

-  Nadawca  korzysta  z  ogólnie  dostępnego  komputera  z  określonego  powodu  -  wtrącił 

Frank.  -  Nie  chce,  żeby  go  zidentyfikowano.  -  Odchylił  się  na  oparcie  fotela  i  zaczął 

kiwać stopą.  - Uważasz,  że tej Sullivan naprawdę coś  grozi? Bo może ta jej  siostra jest 

odrobinę przeczulona?   

-  Rozmawiałem  z  nią.  Sprawia  wrażenie  trzeźwo  myślącej.  Pracuje  jako  bankier 

inwestycyjny w Nowym Jorku.   

- Czyli z nich dwóch ona jest inteligentna, a Julie piękna?   

- Julie nie brakuje inteligencji - zaprzeczył Mac - a o ile wiem, jej siostra też jest bardzo 

atrakcyjna.  -  Zdjął  z  kubka  plastikowe  wieczko.  W  pokoju  rozszedł  się  zapach  kawy  z 

cykorią. - W każdym razie, Marcie Sullivan twierdzi, że Perry wielokrotnie groził Julie, 

kiedy ta doniosła na niego do prokuratury. Potem, kiedy zeznawała przeciwko niemu w 

background image

sądzie, powtórzył groźby. Przysiągł, że jak tylko wyjdzie z więzienia, dopadnie ją.   

-  Z  tym,  że  według  kuratora  Perry  jest  teraz  wzorowym  obywatelem  -  przypomniał 

Frank.  -  Zapisał  się  na  kurs  dla  pośredników  handlu  nieruchomościami,  trzyma  się  z 

daleka od modelek i w ogóle dziewcząt, nie odnowił kontaktów z dealerami narkotyków.   

- Taak - mruknął Mac. Cynizm w jego głosie był tak mocny i gorzki jak kawa, którą pił. - 

Miałem do czynienia z facetami świeżo wypuszczonymi z więzienia. Ty też. Aureole nad 

ich głowami mogą oślepić, bo są neonowe, nie prawdziwe. - Odstawił kawę i wrócił do 

kanapki.  -  A  teraz  dziewczyna  dostaje  te  niepokojące  maile  od  kogoś,  kto  wie,  że 

pracowała w agencji. Uważam, że jest to groźne.   

Frank wzruszył ramionami. 

- Jesteś ekspertem.   

-  A  propos  ekspertów.  -  Mac  zlizał  sos  z  kciuka,  zanim  kropla  zdążyła  upaść  mu  na 

spodnie osłonięte tylko cienką papierową serwetką. - Znasz się na finansach. Cztery lata 

temu z konta Hotelu Marchand zniknęła duża suma.   

- Jak duża?   

- Milion dolarów.   

 

Frank wyprostował się w fotelu. - Opowiedz mi coś więcej.     

- Niewiele wiem. Remy Marchand zmarł niemal w tym samym czasie.   

 

-  Pamiętam.  Prasa  rozpisywała  się  na  ten  temat,  bo  chodziło  o  Remy'ego  Marchanda, 

sławnego  kucharza  i  współwłaściciela  hotelu.  Jego  samochód  spadł  z  grobli  do  jeziora. 

Dla tabloidów to był smakowity kąsek.   

- A dla rodziny tragedia - dorzucił Mac.   

- Racja.   

-  Żona  Remy'ego,  Anne,.  kierowała  hotelem,  a  on  restauracją.  Cztery  lata  temu  zmarł. 

Obecnie  hotelem  zarządza  ich  córka  Charlotte.  Druga  córka  prowadzi  restaurację,  dwie 

kolejne  również  pracują  w  hotelu.  Ale  wszystko  to  jeszcze  o  niczym  nie  świadczy.  - 

Zamilkł  i  dokończył  kanapkę.  Była  pyszna.  Żałował,  że  nie  kupił  dwóch.  -  W  każdym 

razie powęszyłem trochę i wygląda na to, że sytuacja finansowa hotelu nie jest najlepsza. 

Zastanawiam się, czy ten incydent z pieniędzmi nie zapoczątkował złej passy.   

background image

- Sądzisz, że Remy mógł zdefraudować forsę?   

-  Tego  nie  wiem  -  Mac  zmrużył  oczy  -  wiem  natomiast,  że  gdyby  ktoś  coś  takiego 

zasugerował,  kobiety  powiesiłyby  go  głową  w  dół  na  hotelowym  patio.  Pamięć  Remy' 

ego to świętość.   

 

- Niemniej pozostaje faktem, że milion dolarów gdzieś się ulotnił, a Remy zginął.   

 

-  W  wypadku.  -  Wymawiając  to  ostatnie  słowo,  Mac  narysował  palcem  w  powietrzu 

duży znak zapytania. - Jakie jest prawdopodobieństwo, że to nie był zwykły wypadek?   

 

Frank uniósł otwarte dłonie, jakby w obronnym geście.   

- Nie bawmy się w domysły.  Lepiej powiedz,  co to ma wspólnego z bezpieczeństwem 

Julie Sullivan?   

-  Nic.  Ale  jestem  szefem  ochrony  hotelu.  Kłopoty  finansowe  mogą  rzutować  na  jego 

bezpieczeństwo.   

- Zatrudniłeś się w hotelu, żeby mieć na oku Julie.   

-  Prawda,  ale  przy  okazji  muszę  wywiązywać  się  z  obowiązków  wynikających  ze 

stanowiska.  -  Mac spojrzał na  Franka błagalnym wzrokiem. - Znalazłbyś  godzinkę albo 

dwie, żeby pomyśleć, jak trafić na trop tej forsy?   

-  Nie  jestem  cudotwórcą.  Nie  sprawię,  że  milion  dolarów  nagle  pojawi  się  na  koncie. 

Potrzebuję więcej informacji.   

- Dowiem się, który bank obsługiwał Hotel Marchand cztery lata temu. Wtedy będziesz 

mógł przeanalizować transakcje. No jak? Zgoda?   

- Pamiętaj, że po uszy tkwię w tych przekrętach w Garnck Insurance.   

- Niewykluczone, że węsząc wokół jakiegoś banku na Kajmanach, trafisz przy okazji na 

milion dolarów z odciskami palców Remy'ego Marchanda. Tylko o to proszę·   

- Tylko. Drobiazg! - prychnął Frank i potrząsnął głową. - Gdybym wiedział, że chcesz mi 

podrzucić kukułcze jajo, poszedłbym do domu.   

- To idź teraz i postaraj się o potomka - odparł Mac. - I powiedz Sandy, że chcę zostać 

ojcem chrzestnym.   

-  Dobrze  -  odrzekł  Frank,  wstając.  -  A  ty  nie  siedź  zbyt  długo,  stary.  Nie  chcę,  żebyś 

background image

zasnął przy biurku. - Po tej kawie nie będę mógł zasnąć przez tydzień. Po wyjściu Franka 

Mac  wytarł  ręce  w  serwetkę,  włączył  komputer  i  przysunął  tekturową  teczkę  opatrzoną 

napisem SULLIVAN. Otworzył ją, przerzucił starannie wydrukowane kartki z notatkami, 

w końcu dotarł do fotografii.   

Miał  ich  kilkanaście,  zgromadzonych  w  ramach  wstępnego  rozeznania  w  sprawie. 

Pochodziły  z  czasów,  gdy  Julie  pracowała  jako  modelka.  Na  wierzchu  leżała  jedna  z 

wcześniejszych  reklam  z  jej  udziałem:  trzy  dziewczyny  w  skąpych  strojach  bikini  na 

plaży.  Julie  miała  włosy  dłuższe  niż  obecnie,  związane  w  dwa  kucyki.  Jej  piękne, 

szczupłe,  niemal  dziecinne  ciało  nie  robiło  na  nim  wrażenia,  natomiast  twarz  ...  Nawet 

wówczas, gdy się uśmiechała, jej oczy pozostawały tajemnicze, pełne głębokiej wiedzy i 

tęsknoty.  A  usta  ...  Nie,  nie  zachęcały  do  pocałunku.  Myśl,  że  mógłby  pocałować 

dziewczynę tak młodą jak Julie na tym zdjęciu, przerażała go. Lecz dostrzegał już w niej 

kobietę, taką jaką będzie, gdy dorośnie.   

Przejrzał  zdjęcia,  niektóre  wycięte  ze  starych  magazynów,  inne  w  formie  wydruków 

ś

ciągniętych  z  Internetu.  Niewiarygodne  kości  policzkowe,  pomyślał,  przyglądając  się 

jednej  z  fotografii.  Twarz  Julie  była  pełniejsza,  kształty  na  szczęście  też.  Przypomniał 

sobie, co mu powiedziała o głodzeniu się. Dzięki Bogu nie musiała już tego robić.   

Na  końcu  znajdowały  się  reklamy  perfum  "Symphony"  .  Julie  wyglądała  poważniej, 

nawet  starzej  niż  obecnie.  Przypisał  to  mocnemu  makijażowi,  lecz  było  także  coś 

nowego w jej spojrzeniu. Patrzyła w obiektyw chłodno, wyniośle, niemal oskarżycielsko. 

"Chcę mieć te perfumy", zdawała się mówić. "Chcę perfumy, nie ciebie".   

Na  reklamie  zapachu  "Glissando"  stała  na  beżowym  tle,  widać  było  tylko  twarz,  nagie 

ramiona i ogromny flakon perfum. Jej wargi nie uśmiechały się, nie Wydymały, jej oczy 

były  zimne,  niedostępne.  W  reklamie  "Grace  Note"  tło  było  ciemnoniebieskie  niczym 

nocne  niebo,  przy  którym  jej  oczy  sprawiały  wrażenie  ciemniejszych,  bardziej 

zagadkowych.  W  reklamie  "Arpeggio"  tło  było  ciemnoczerwone,  a  Julie  wyglądała 

seksownie. Lecz patrzyła wciąż z dystansem, wciąż chłodno, a oczy zdawały się mówić:   

"Chcesz mnie, lecz nie możesz mnie mieć".   

W  przeciwieństwie  do  pierwszego  zdjęcia  przedstawiającego  nastolatkę,  te  fotografie  z 

niego  szydziły.  Tak,  pragnął  jej.  I  nie  mógł  jej  mieć,  chociaż  gdy  na  niego  patrzyła  w 

prawdziwym życiu, nie sprawiała wrażenia tak niedostępnej .   

background image

Tak, pomyślał, wpatrując się w twarz Julie na czerwonym tle. Odgadłaś. Pragnę cię.   

Gdy następnego dnia rano Carlos pokazał mu listę gości, którzy zarezerwowali bilety na 

bal, Mac, z natury opanowany, miał ochotę zdemolować biuro.   

- Co to, do cholery, ma znaczyć?! - wybuchnął, wpatrując się w spis ponad stu nazwisk.   

-  No  ...  ci  ludzie  zarezerwowali  bilety  -  spokojnie  wyjaśnił  Carlos.  Wyraźnie  nie 

rozumiał irytacji szefa.   

- Ale tu są same nazwiska. Smith! Skąd mam wiedzieć, co to za Smith!? Sam? Z żoną?   

- W biurze chyba mają imiona - odparł Carlos, starając się nie okazywać, że nic go to nie 

obchodzi. - Imiona, numery kart kredytowych ... Kiedy ktoś rezerwuje bilet, musi podać 

numer karty. Dlaczego na tej liście tego nie ma?   

- Och, na pewno zapłacą - zapewnił go Carlos - jeśli o to chodzi. Jeszcze się nie zdarzyło, 

ż

eby  ktoś  naciągnął  hotel.  Goście  przychodzą,  płacą  i  wtedy  ich  wpuszczamy.  Jeśli  nie 

chcą zapłacić, odchodzą z kwitkiem. Proste.   

-  Przeciwnie.  Nic  nie  jest  proste.  Któraś  z  tych  osób  może  stanowić  potencjalne 

zagrożenie.   

- A numery kart kredytowych by nam pomogły?   

Mac zgromił go wzrokiem.   

-  Na  litość  boską!  Numery  kart,  numery  ubezpieczenia,  numery  telefonów,  imiona  ... 

Kim są ci ludzie?   

Carlos  zawahał  się,  jakby  nie  wiedząc,  czy  szef  oczekuje  od  niego  jakiejś  odpowiedzi, 

czy nie. W końcu odezwał się:   

- Smith znaczy ... No, państwo Smith.   

Mac  zaklął,  rzucił  wydruki  na  biurko  i  zerknął  na  monitor.  Kamery  pokazywały  jakąś 

parę  rozmawiającą  w  windzie,  kobietę  sadowiącą  się  z  książką  w  fotelu  na  patio  i 

owijającą  sobie  nogi  pledem,  pokojówkę  z  wózkiem  z  przyborami  do  sprzątania 

przechodzącą  korytarzem  na  drugim  piętrze.  Żadna  kamera  nie  uchwyciła  Julie,  co 

oznaczało, iż pewnie jest u siebie.   

Mógł  pobiec  na  górę,  wtargnąć  jak  burza  do  jej  gabinetu  i  zażądać  wyjaśnień,  lecz  się 

opanował.  Był  zbyt  wkurzony,  by  ryzykować  konfrontację.  Mógłby  mimochodem 

zdradzić się ze swoją największą obawą, mianowicie że państwo Smith albo ktoś inny z 

tej  anonimowej  listy  może  być  autorem  maili,  które  dostawała.  Julie  jest  już 

background image

wystarczająco  zdenerwowana,  nie  ma  potrzeby  denerwować  jej  jeszcze  bardziej.  Poza 

tym,  nie  jest  jeszcze  gotowa  wyznać,  co  w  tych  mailach  najbardziej  ją  przeraża.  Miał 

swoją  hipotezę  opartą  na  tym,  co  usłyszał  od  Marcie,  lecz  pamiętał  też,  że  do  tej  pory 

Julie nie powiedziała mu o drugim liście.   

Niemniej  musi  się  dowiedzieć,  nie  tylko  ze  względu  na  jej  bezpieczeństwo,  lecz  na 

bezpieczeństwo wszystkich gości, kim są osoby, które zarezerwowały bilety.   

Podniósł słuchawkę i wystukał numer wewnętrzny Julie.   

- Julie Sullivan. Słucham?   

-  Tu  Mac  -  przedstawił  się  i  siłą  woli  powstrzymał  się,  by  nie  zamknąć  oczu  i  nie 

wyobrazić sobie, jak dzisiaj wygląda. - Właśnie zobaczyłem listę gości na bal. To jakieś 

nieporozumienie.   

- Dlaczego?   

-  Gołe  nazwiska.  Brak  jakichkolwiek  danych  pozwalających  zidentyfikować  te  osoby. 

Czy hotel posiada obszerniejsze informacje?   

- Oczywiście, że tak. Ale nie rozumiem, po co ci to potrzebne.   

- Żeby się upewnić, że żadna z tych osób nie stanowi potencjalnego zagrożenia - wyjaśnił 

ze  spokojem,  na  jaki  potrafił  się  zdobyć.  -  To  ważne.  Proszę  o  dostarczenie  mi  listy  z 

kompletem danych.   

W słuchawce dało się słyszeć westchnienie.   

-  Mogę  ją  dla  ciebie  przygotować,  ale  wszystkie  dane  muszą  być  sprawdzone  w  kilku 

ź

ródłach. To potrwa.   

-  Umówmy  się  więc  na  szóstą  -  zaproponował.  -  Przyjdę  do  twojego  biura  i  razem  się 

tym zajmiemy.   

Julie  ponownie  westchnęła,  lecz  kiedy  się  odezwała,  w  jej  głosie  nie  słychać  było 

niezadowolenia. Za to brzmiała w nim nuta ... jak gdyby podniecenia i oczekiwania.   

- Dobrze. O szóstej.   

 

Nie  bardzo  rozumiała,  dlaczego  Mac  aż  tak  przejął  się  tą  listą,  chociaż  w  ferworze 

przygotowań do balu wszyscy byli zdenerwowani. Anne i Sylvie kłóciły się o dekoracje, 

Charlotte  i  Renee  martwiły  się,  czy  matka  zbytnio  się  nie  przemęcza,  Anne  z  kolei 

irytowało, że córki  się o nią tak troszczą.  Leo  walczył  z jednym  z dostawców  alkoholi, 

background image

Robert zaś spierał się z Melanie o menu. Nadine zamartwiała się dodatkowymi kosztami 

sprzątania po imprezie, a Alvin Grote z pokoju 307 chciał się upewnić, czy może przyjść 

w dżinsach!     

Do szóstej uporała się ze wszystkimi sprawami i czuła się wypompowana, lecz skoro dla 

Maca sprawdzenie listy gości jest aż tak ważne, zostanie, by mu pomóc. Zachowa jednak 

dystans,  aby  go  zniechęcić,  niech  jej  nie  dotyka,  nie  patrzy  na  nią,  jak  gdyby  chciał 

powiedzieć:  wiem,  o  czym  myślisz.  A  jeśli  jego  zapach  zacznie  drażnić  jej  nozdrza, 

wstrzyma oddech.   

Ku  jej  zaskoczeniu,  zapukał,  mimo  że  drzwi  były  otwarte.  Zazwyczaj  wchodził  i 

wychodził bezszelestnie, toteż spodziewała się, że teraz postąpi podobnie.     

Lecz zapukał, a gdy się odwróciła, zobaczyła, że popycha przed sobą wózek kelnerski.   

-  Co  to?  -  zdziwiła  się  na  widok  półmiska  nakrytego  srebrzystą  pokrywą  i  starannie 

złożonych serwetek.   

- Kolacja - wyjaśnił. - Poprosiłem Melanie, żeby przygotowała nam coś do przekąszenia.   

  - Całkiem niepotrzebnie.    .   

- Wręcz przeciwnie. Jestem głodny, i ty też.   

Uśmiechnął się do niej przekornie i przykucnął, by zablokować kółka wózka. Kołnierzyk 

koszuli miał rozpięty, krawat rozluźniony, a na policzkach cień zarostu. Julie pomyślała, 

ż

e  pewnie  ma  za  sobą  równie  wyczerpujący  dzień  jak  ona.  Przysunął  krzesło  do  jej 

biurka, zdjął marynarkę, powiesił ją na oparciu i podwinął rękawy koszuli.   

- Przepraszam, że przeze mnie zostałaś dłużej - zaczął - ale muszę dojść do ładu z tą listą.   

Z  dolnej  półki  barku  wyjął  podkładkę  do  pisania  z  klipsem,  do  której  przypięte  były 

wydruki  komputerowe.  Położył  ją  na  blacie  biurka,  potem  schylił  się  ponownie  i  wyjął 

do połowy napełnioną butelkę wina.   

- A to po co? - spytała Julie nieufnie.   

- Żeby nam lepiej szło. - Teraz wyjął dwa kieliszki. - Cabernet. Lubisz czerwone wino, 

prawda? Takie zamówiłaś w restauracji.   

Zrobiło jej się przyjemnie, że pamiętał. - Nie uderzy nam do głowy?   

- Pół butelki? Nie sądzę. - Napełnił kieliszki, wręczył Julie serwetkę i podniósł pokrywę 

półmiska, na którym ułożone były sery, owoce i pokrojona bagieta.     

-  Prosiłem  Melanie  o  kawałek  ciasta  z  orzechami  dla  ciebie,  ale  powiedziała,  że 

background image

musiałbym zapłacić.   

- A za to wszystko nie?   

Mac uśmiechnął się tajemniczo i wypił łyk wina. 

  - My, ochroniarze, mamy w kuchni fory. Dbają o nas. - Wstał i przysunął sobie drugie 

krzesło, tak by oprzeć na nim nogi. - No, zaczynamy - rzekł, biorąc do ręki listę.   

Julie  umoczyła  wargi  w  winie.  Starała  się  nie  patrzyć  na  nogi  Maca,  jego  umięśnione, 

pokryte  delikatnymi  włoskami  przedramiona.  Obróciła  się  z  fotelem  do  komputera, 

postukała w klawiaturę i wywołała listę rezerwacji biletów.   

-  Nadal  nie  rozumiem,  dlaczego  koniecznie  chcesz  mieć  tak  dokładne  informacje  - 

rzekła.   

- Nie słyszałaś o jedenastym września? To będzie duże zgromadzenie. W hotelu znajdzie 

się  mnóstwo  obcych  osób.  Podstawowe  zasady  bezpieczeństwa  wymagają  upewnienia 

się, że nieznani nam ludzie nie sprawią żadnych kłopotów.   

- Nigdy przedtem nie mieliśmy kłopotów - obruszyła się.   

-  To  postarajmy  się  ich  nie  mieć  i  w  tym  roku  -  odparował  Mac  i  przeczytał  pierwsze 

nazwisko z listy: 

- Adams?   

Julie sprawdziła w komputerze.   

- Joseph i Evelyn Adams. Mieszkają w Nowym Orleanie i co roku przychodzą na bal. On 

pracuje w ratuszu, ona działa w towarzystwie historycznym. - W porządku. Anderson?   

- Mart Anderson. Zatrzymał się w naszym hotelu. Recenzent kulinarny, znawca win. Jego 

przyjazd  wywołał  lekką  panikę  w  restauracji.  Nie  wiem,  czy  przyjdzie  na  bal,  ale  na 

wszelki wypadek zarezerwował bilet.   

Mac postawił haczyk obok jego nazwiska.   

-  Ciekawe,  co  by  powiedział  o  tym  winie?  -  Uniósł  kieliszek  w  stronę  Julie.  -  Nie 

najlepszy rocznik.   

- Według mnie nie jest złe.   

Picie wina w biurze  może nie było najmądrzejszą rzeczą, jaką w życiu robiła, niemniej 

Mac miał rację: uprzyjemniało to pracę w nadgodzinach.   

Mac urwał winogrono z kiści i włożył je do ust. - Bowman z osobą towarzyszącą.   

- Creighton Bowman. Mój sąsiad. Poznałeś go.   

background image

- Racja. - Mac przeniósł wzrok na Julie i dodał: - To on powiedział, że w porównaniu z 

facetami, z którymi się spotykałaś, wypadam korzystnie.   

Julie poczuła, że się czerwieni. - Żartował.   

- Nie podzielasz jego zdania?   

- Nie umawiam się z tobą, więc pytanie jest bezzasadne.   

No tak, romanse w miejscu pracy są zawsze ryzykowne. Poza tym, mimo jego usilnych 

starań,  by  zdobyć  jej  zaufanie,  wciąż  miała  wątpliwości.  W  sposobie,  w  jaki  na  nią 

patrzył,  w  jaki  poruszał  się  po  hotelu,  w  jaki  interesował  się  finansami,  było  coś,  co 

nasuwało  podejrzenia,  iż  nie  jest  tym,  za  kogo  się  podaje.  Wyraźnie  powodziło  mu  się 

lepiej niż zwykłemu ochroniarzowi.   

- Carlyle - Mac wyczytał kolejne nazwisko.   

- To będzie Holly Carlyle. Pieśniarka. Kilka razy w tygodniu występuje w hotelu.   

- Zaśpiewa?   

- Nie.   

-  Wynajęliśmy  orkiestrę  taneczną,  ale  sądzę,  że  Charlotte  ją  zaprosiła.  Miło  jej  będzie 

pobawić się dla odmiany, a nie pracować.   

- A ty się wybierasz? Pobawić się, zamiast pracować?   

- Jeszcze nie wiem. - Julie poczęstowała się plasterkiem gruszki. - Zależy, czy nie będę 

czuła  się za bardzo zmęczona. Także od tego, czy  zechcę znosić wymówki Creightona, 

jeśli nie pójdę. - Przypomniała jej się propozycja Creightona, by zaprosiła Maca. - A ty?   

-  Jeśli  będę  musiał  wzmocnić  posiłki,  to  tak.  -  Odchylił  się  do  tyłu,  spojrzał  na  nią 

uwodzicielsko i uśmiechnął się kącikiem ust. - Oczywiście jeśli ty pójdziesz, to ja też.   

A jednak nie zaproponował, by wybrali się razem.   

To dobrze, uznała. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby skoncentrowała się na pracy i przestała 

myśleć o Macu w kontekście bali i randek.   

-  Kogo  tam  masz  następnego?  -  spytała.  Przejrzeli  całą  listę.  Wiele  nazwisk  Julie 

natychmiast rozpoznawała, byli to albo goście obecnie przebywający w hotelu, albo stali 

bywalcy balu w wieczór Trzech Króli. Inne nazwiska musiała sprawdzać w bazie danych.   

Do  wpół  do  ósmej  uporali  się  z  listą,  lecz  półmisek  nadal  był  pełen  serów  i  owoców, 

zostały  również  kawałki  bagietki  i  wino.  Mac  rozlał  je  sprawiedliwie  do  kieliszków,  a 

Julie  zsunęła  pantofle  i  oparła  stopy  na  brzegu  krzesła,  które  przysunął  dla  siebie  jako 

background image

podnóżek.   

- Poszło szybciej, niż się spodziewaliśmy, prawda? - stwierdził, odkładając podkładkę z 

wydrukami  na  dolną  półkę  wózka.  Wstał,  nałożył  na  talerzyk  trochę  winogron,  trochę 

sera i kawałek bagietki. Ku zaskoczeniu Julie, zamiast wziąć go sobie, wręczył talerzyk 

jej. - Jeśli jesteś tak samo głodna jak ja, dobrze ci to zrobi.   

- Jestem głodna - przyznała i oparła talerzyk na kolanach. - Dziękuję.   

Mac nałożył porcję dla siebie, usadowił się z powrotem w fotelu i wziął do ręki kawałek 

bułki.   

- Naprawdę musiałaś się głodzić, kiedy byłaś modelką?   

- Nie tyle głodzić, co bardzo uważać, ile jem.   

- Nie sprawiasz wrażenia kobiety, która musi dbać o linię.   

  Julie roześmiała się.   

.   

-  Rozumiem,  że  to  ma  być  komplement.  -  Ugryzła  kęs  cheddara.  Przez  chwilę 

delektowała się smakiem dojrzałego sera, potem przełknęła i dodała: - Jeśli dziewczyna 

chce  odnieść  sukces  jako  modelka,  musi  być  naprawdę  chuda.  Podobno  kamera  dodaje 

pięć  kilogramów,  chociaż  ja  w  to  nie  wierzę.  Niemniej  chudość  była  i  jest  w  modzie. 

Tego oczekują klienci.   

-  Według  mnie  większość  modelek  jest  zbyt  chuda  -  stwierdził  Mac.  -  Nie  mogę 

wypowiadać się w imieniu wszystkich mężczyzn, ale założę się, że wielu podziela moje 

zdanie. Lubimy kobiety z odrobiną ciała.   

- Nawet chude modelki tu i tam mają krągłości.   

-  Może,  jeśli  mają  dobrego  chirurga  plastycznego.  Taka  myśl  narzuca  się  sama,  jeśli 

babka nie ma na sobie grama tłuszczu, za to duży biust. To wygląda nienaturalnie.   

- Cóż ... - Julie wzruszyła ramionami. Śmieszyło ją rozmawianie z Makiem o kobiecych 

biustach. - Jeśli tego oczekuje publiczność, agenci starają się jej to dostarczyć.   

- To modelki mają swoich agentów?   

-  Podpisują  umowę  z  agencją,  która  znajduje  im  pracę·  Odbywa  się  to  tak,  że  klient 

przychodzi do agenta i wspólnie szukają modelki, której wygląd mu odpowiada.   

- I ty też miałaś umowę z taką agencją? - Julie starała się zachować beznamiętny wyraz 

twarzy. Co by było, gdyby mu opowiedziała o Glennie Perrym i o roli, jaką odegrała w 

jego  uwięzieniu?  Gdyby  się  dowiedział,  że  Glenn  został  właśnie  wypuszczony, 

background image

powiązałby  tę  informację  z  tajemniczymi  mailami,  co  i  jej  przyszło  do  głowy.  -  Tak? 

Julie? - powtórzył Mac łagodnym tonem.   

Zlękła  się,  że  mógł  wyczytać  niewesołe  myśli  z  jej  twarzy.  Dla  dodania  sobie  odwagi 

wypiła kilka łyków wina, potem odpowiedziała bezbarwnym tonem:   

- Należałam do jednej agencji, ale nie czułam się tam dobrze.   

- Przeniosłaś się do innej?   

Julie potrząsnęła głową.   

- W ogóle zrezygnowałam z kariery. Zapisałam się na studia i nigdy tego nie żałowałam.   

- Tylko dlatego, że nie czułaś się dobrze w tej agencji?   

- Mówiłam ci, pozowanie do zdjęć to strasznie nudne zajęcie.   

- I byłaś ciągle głodna. - Mac znowu poczęstował się serem i bagietką. - A jak zostałaś 

modelką?   

 

Jeszcze  jeden  łyk  wina  i  Julie  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  by 

odpowiedzieć na to pytanie.   

 

-  Naprawdę  chcesz  wiedzieć?  -  Gdy  skinął  potakująco  głową,  skrzyżowała  nogi  w 

kostkach, ujęła kieliszek w obie dłonie i zaczęła: - Byłam wysoką, niezdarną, dziwacznie 

wyglądającą dziewczynką. Wszyscy się ze mnie śmiali.   

- Nie wierzę. - Przyjrzał się jej uważnie, potem zmarszczył brwi. - Wysoka tak, ale nigdy 

niezdarna.  -  Nie  kłamię.  Byłam  chuda,  patykowata  i  kanciasta.  Miałam  oczy  na  pół 

twarzy, ostry podbródek. ..   

Mac roześmiał się.   

- I kłapciate uszy jak Dumbo, i syfy na nosie? Nie potrafię wyobrazić sobie ciebie jako       

brzydkiego kaczątka.   

- Ale to prawda. W podstawówce przezywali mnie żyrafą·   

- Żyrafą?   

-  Tak.  Zawsze  wybierali  mnie  do  drużyny  koszykówki,  ale  nie  byłam  wcale 

wysportowana,  więc  wzrost  mi  nie  pomagał.  W  szkole  średniej  też  byłam  wyższa  od 

większości  chłopaków.  Żaden  nie  chciał  się  ze  mną  umówić.  Siostra  radziła  mi,  żebym 

się garbiła, to będę wyglądała na niższą. Sama też jest wysoka, ale nie tak jak ja i nikt nie 

background image

przezywał  jej  żyrafą.  W  każdym  razie  nie  podobało  mi  się  chodzenie  ze  skulonymi 

ramionami, więc nosiłam głowę wysoko i starałam się ignorować tych kretynów, którzy 

za  mną  wołali:  "Jaka  pogoda  tam  w  chmurach?"  albo:  "Powinnaś  przypiąć  sobie 

czerwone światełko, żeby samoloty się z tobą nie zderzyły". Wszystkim się wydawało, że 

są tacy oryginalni.   

- Ja też byłem wysoki, ale mnie nikt nie przezywał.   

- Bo byłeś chłopcem. Chłopcy mogą być wysocy, dziewczęta nie.   

- Chyba że zostają modelkami - odgadł.   

- Właśnie. Mieszkaliśmy na przedmieściach Nowego Jorku, a jedna z sąsiadek pracowała 

jako  redaktorka  w  magazynie  mody.  Powiedziała,  że  mam  idealną  figurę  i 

zaproponowała,  że  skontaktuje  mnie  z  kilkoma  osobami  z  branży.  Nigdy  przedtem  nie 

marzyłam o karierze modelki, ale pomyślałam, że jeśli mi się uda, pokażę tym wszystkim 

draniom, że nie jestem żyrafą.   

- I pokazałaś.   

- Pokazałam.   

- Zaczęli lepiej się do ciebie odnosić?   

Julie cofnęła się pamięcią do tamtych lat i uśmiechnęła do siebie.   

 

- Właściwie tak. Co za banda głupców. Uznali, że coś w tym musi być, jeśli mi płacą za 

mój wygląd. Jednocześnie założyli, że muszę mieć kupę forsy, bo w powszechnej opinii 

modelki zarabiają krocie. Nie zarabiałam kokosów. Rodzice pozwalali mi brać udział w 

sesjach tylko w weekendy i latem. Nie godzili się, żeby kariera modelki przeszkadzała mi 

w nauce. Niektóre dziewczyny, kiedy zaczynają pracować, rzucają szkołę·   

-  Pracują  jako  modelki  na  pełnym  etacie?  Nawet  te  młode?  Przecież  prawo  zabrania 

zatrudniania nieletnich.   

-  Jak  skończą  szesnaście  lat,  mogą  zrezygnować  z  nauki  i  podjąć  pracę  w  pełnym 

wymiarze godzin - wyjaśniła. - W mojej agencji sporo dziewcząt tak postąpiło. Z całego 

kraju  zjeżdżały  do  Nowego  Jorku  robić  karierę.  Miały  szesnaście,  siedemnaście  lat, 

ż

adnego świadectwa ukończenia szkoły, tylko marzenia. Ich jedynym atutem była uroda.   

- To wystarczyło? Odnosiły sukcesy?   

Julie zawahała się. Gdyby wdała się w dłuższe wyjaśnienia, niebezpiecznie zbliżyłaby się 

background image

do  tematu,  którego  chciała  uniknąć:  roli,  jaką  odegrała  w  uwięzieniu  Glenna  i  jego 

groźbach zemsty.   

-  Nie  -  odrzekła  krótko.  -  Lepiej  by  było,  gdyby  zostały  w  domu  i  skończyły  szkołę.  - 

Mac przyglądał się jej uważnie, jakby wiedział, że nie powiedziała mu wszystkiego. Lecz 

ona  milczała.  Przypomniało  jej  się,  jakimi  sposobami  Glenn  zdobywał  zaufanie 

dziewcząt,  jak  interesował  się  ich  problemami.  Pamiętała,  jak  obiecywał,  że  tym  czy 

owym  się  zajmie,  jak  uzależniał  je  od  siebie,  aż  gotowe  były  zrobić  wszystko,  czego 

zażądał: zażywać tabletki na schudnięcie, przyjmować inne leki, oddawać mu zarobki, by 

płacił za te preparaty, a w kilku przypadkach nawet się z nim przespać, bo straszył, że w 

razie  odmowy  nie  załatwi  im  najlepszych  kontraktów.  I  najlepszych  prochów.  Milczała 

nie dlatego,  że uważała, iż Mac jest w stanie wykorzystywać ludzi podobnie jak Glenn. 

Nauczyła  się  jednak,  że  ufanie  silnym  mężczyznom,  poleganie  na  nich,  wiara  w  ich 

obietnice  może  doprowadzić  do  katastrofy.  -  Dziękuję  za  wspaniałe  jedzenie.  -  Wypiła 

ostatni łyk wina i dodała: - I za wino.   

- A ja dziękuję za przejrzenie ze mną listy gości. - Wziął od niej kieliszek i odstawił na 

wózek. - Dasz radę dojechać do domu? - spytał.   

- Dam.   

- Na wszelki wypadek mógłbym pojechać za tobą.   

- Daj spokój, Mac. Czuję się dobrze.   

Mac wstał, przeciągnął się i potarł kark.   

- Jeśli jakieś nowe nazwiska pojawią się na liście, dasz mi znać, dobrze?   

- Oczywiście.   

Niech  wyładowuje  swoją  energię,  pilnując  hotelu,  nie  mnie,  pomyślała  Julie.  Mac 

obserwował, jak wsuwa stopy w pantofle, potem wyłącza komputer.   

-  Dostałaś  jakieś  nowe  dziwne  maile?  -  spytał  jakby  mimochodem,  jakby  temat  ten  tak 

bardzo go nie interesował.   

Prawdę  mówiąc dostała dziś aż trzy dziwne maile, wszystkie od tajemniczego nadawcy 

posługującego  się  kryptonimem  ,,4Julie".  Wszystkie  zawierające  znaki  muzyczne  i 

krótkie  groźne  wiadomości:  "Jeszcze  nie  koniec,  dopóki  gra  muzyka".  "Śpiewasz, 

cierpisz". "Nigdy ci nie wybaczę".   

Gdyby  powiedziała  o  nich  Macowi,  zrobiłby  coś  drastycznego,  wynajął  dla  niej 

background image

ochroniarza,  zmusił  do  wyjazdu  z  miasta,  zabronił  zaglądać  do  skrzynki  odbiorczej. 

Paradoksalnie,  im  więcej  dostawała  tych  maili,  tym  mniej  się  bała.  Traktowała  je  jak 

bredzenie wariata. Wysyłanie wstrętnych listów to łatwy, tani gest. Ktoś, możliwe że sam 

Glenn, rozładuje agresję, nie więcej.   

Nie, nie da się zwariować. Dziesięć lat temu nie bała się Glenna, teraz też nie stanie się 

niewolnicą strachu. Uśmiechnęła się w odpowiedzi na pytanie Maca i skłamała:   

- Nie. Żadnych. Możesz przestać się o mnie martwić.   

- Nie martwię się o ciebie - mruknął. - Martwię się o maile. - Zdjął marynarkę z oparcia 

krzesła, przerzucił sobie przez ramię i popchnął wózek w stronę drzwi. - Martwienie się 

to  mój  obowiązek  -  dodał  -  więc  raczej  nie  przestanę.  Jeśli  w  lusterku  wstecznym 

zobaczysz mój samochód, nie denerwuj się. Wykonuję tylko swoją pracę.   

Gdy szedł do windy, odprowadziła go wzrokiem.   

Mogłaby  się  teraz  wymknąć,  pobiec  do  samochodu  i  przejechać  co  najmniej  połowę 

drogi, zanim on włączyłby silnik tego sportowego auta. Może także nie spieszyć się i dać 

mu  szansę  pojechać  za  sobą.  Nie  lubi  jednak,  kiedy  ktoś  się  zbytnio  o  nią  troszczy, 

chociaż ...   

Ale Mac jest równie uparty jak ona i to wzbudza w niej szacunek, nawet podziw. Martwi 

się o nią. Pojedzie za nią. Wiedziała, że nie będzie się jej narzucał.   

Mogłaby się z tym pogodzić.     

 

Zbyt  wiele  wspomnień  budzi  się  w  Nowym  Jorku. Zbyt wiele wspomnień  o  pieniądzach, 

prochach,  imprezach,  seksie.  Nie,  o  miłości,  bo  to  była  miłość.  Teraz  Glenn  jednak  nie 

potrafił kochać.   

Oczywiście,  że nie.  Jak  mężczyzna, który spędził  osiem lat za  kratkami, spał na  pryczy i 

wciąż  oglądał  się,  czy  nikt  nie  czai  się  za  plecami,  może  ponownie  otworzyć  się  na 

miłość?  Na  litość  boską,  wystarczy  na  niego  spojrzeć:  zapisał  się  na  kurs  pośredników 

handlu  nieruchomościami.  Kiedyś  kierował  własną,  dobrze  prosperującą  agencją 

modelek,  a  teraz,  jeśli  mu  się  poszczęści,  może  pewnego  dnia  zasiądzie  za  biurkiem  

administracji jakiegoś wieżowca i zajmie się wynajmem mieszkań.   

Czas  zapłaty  się zbliża. Ale  wpierw  Julie  musi  się  odrobinę  bardziej  wystraszyć.  Więcej 

maili, groźniejszych, napływających z różnych miejsc. Łatwo to zrobić, mając koleżankę 

background image

stewardesę, która ciągu jednego dnia ląduje kilku różnych miastach. Julie może nie 

wiedzieć,  skąd  maile  przychodzą,  ale  na  wszelki  wypadek,  gdyby  była  taka  sprytna  i 

potrafiła wytropić nadawcę···   

Zawsze miała się za cholernie sprytną. Niech sobie będzie. I niech się boi. Niech jeszcze 

pocierpi, zanim nadejdzie jej koniec.   

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY   

Julie weszła do domu i ostrożnie wyjrzała przez okienko obok drzwi. Właśnie wtedy Mac 

zamrugał przednimi światłami i odjechał.   

Wino,  które  przyniósł  razem  z  przekąskami,  a  także  rozmowa  z  nim  pomogły  jej  się 

odprężyć. Błyśnięcie światłami oznaczało: "Zdaję sobie sprawę, że nie chcesz, żebym za 

tobą jechał, ale nie gniewaj się, ustąp mi".   

Wyjęła pocztę ze skrzynki i weszła na piętro.   

W  mieszkaniu  rzuciła  listy  na  kuchenny  stół,  zdjęła  pantofle  i  przeszła  do  małego 

saloniku  sprawdzić,  jak  się  mają  rybki.  Pompa  szumiała  cichutko,  woda  zdawała  się 

czysta  i  przejrzysta.  Wsypała  trochę  suchego  pokarmu  do  akwarium,  ryby  drgnęły  i 

zaczęły  podpływać  pod  powierzchnię.  Zamykając  puszkę,  Julie  jak  zwykle  pożałowała, 

ż

e rybki to nie pies. Nie można się  do nich  przytulić ani zagadać. Nawet nie nadała im 

imion.   

Z pantoflami w ręku poszła do sypialni przebrać się w domowe ubranie. Przyjemnie by 

było  mieć  psa,  myślała.  Powęszyłby,  poszczekał,  pomachał  ogonem,  wypełnił  pustkę. 

 

.   

Gdyby  mogła,  wybrałaby  psa  podobnego  do  Belli,  zwykłego  kundelka,  który  pewnego 

dnia, kiedy miała osiem lat, przybłąkał się do niej w drodze ze szkoły. Przy obroży Bella 

miała  karteczkę  z  adresem  i  rodzice  chcieli  ją  oddać  prawowitemu  właścicielowi. 

Okazało·  się  jednak,  że  się  wyprowadził.  Sąsiedzi  powiedzieli  policji,  że  przez  dwa 

miesiące  próbował  znaleźć  dla  psa  nowy  dom,  a  kiedy  się  nie  udało,  po  prostu  go 

zostawił.   

Julie ubłagała rodziców, aby pozwolili jej zatrzymać Bellę. Obiecała się nią zajmować, 

wyprowadzać  na  spacery,  karmić,  kąpać,  a  kiedy  wyrazili  zgodę,  dotrzymała  słowa. 

Przez  siedem  szczęśliwych  lat  Bella  była  jej  wspaniałą  towarzyszką  i  przyjaciółką,  aż 

background image

starość, artretyzm i ślepota pokonały ją. Julie dotąd za nią tęskniła.   

Może to nie był zbieg okoliczności, że w pół roku po śmierci Belli zgodziła się pójść na 

spotkanie  z  Glennem  Perrym,  który  prowadził  agencję  modelek  dla  nastolatek?  Czuła 

się  samotna  i  zagubiona.  Praca  modelki  wydawała  się  dobrym  sposobem  wypełnienia 

czasu, którego teraz miała nadmiar.   

Gdyby Bella tu teraz ze mną była, myślała Julie, siadając na łóżku i ściągając rajstopy, 

nie zawracałabym jej głowy opowiadaniem o kłopotach w hotelu, ale przytuliłabym się 

do  niej  i  opowiedziała  o  Macu,  o  jego  rękach.  Może  właśnie  widok  tych  rąk,  kiedy 

podwinął rękawy, uświadomił jej, jak smutne są jej noce i jak ogromne jest jej łóżko ...   

Ale czy naprawdę zniosłaby w swoim życiu obecność mężczyzny, który jedzie za nią do 

domu, by się upewnić, że jest bezpieczna? Sama myśl o tym budziła w niej sprzeciw. W 

teorii.  A  w  praktyce?  Cóż,  Mac  po  prostu  taki  jest.  A  Julie  nie  była  pewna,  co  o  tym 

wszystkim sądzić. Odczuwała tylko żal, że dziś wieczorem, kiedy siedzieli w gabinecie, 

nie  odważyła  się  dotknąć  jego  przedramienia,  przesunąć  palcami  po  tych  czarnych 

włoskach porastających jego skórę, dotknąć przegubu, pogładzić dłoni ...   

 

Dzisiaj  wieczorem  Mac  miał  całe  biuro  Crescent  City  Security  dla  siebie.  Louise 

zapewne wraz z ukochanym studentem medycyny zgłębia tajemnice anatomii, a Frank i 

Sandy na pewno są w domu i albo starają się spłodzić potomka, albo sprzeczają się, czy 

powinni to robić.   

Opadł na fotel, włączył komputer i przetarł oczy.   

I zaklął. Cały czas zachowuje się nieprofesjonalnie, łamie zasady. Nie powinien zanosić 

jedzenia do gabinetu Julie. Nie powinien zanosić wina. Nie powinien zostawać z nią po 

skończeniu zadania, rozmawiać, żartować. Pragnąć jej.   

Nawet  jeśli  wino  nie  uderzyło  mu  do  głowy,  rozgrzało  go,  sprawiło,  że  krew  szybciej 

krążyła  w  jego  żyłach.  Na  monitorze  migały  komunikaty,  program  antywirusowy 

skanował zawartość plików, lecz jemu obraz Julie ubranej w obcisły turkusowy sweterek 

i  lekko  rozszerzaną  spódniczkę  przesłaniał  wszystko.  Widział  jej  nogi  oparte  o  krzesło 

obok  jego  nóg,  zarys  kolan  -  niektóre  kobiety  mają  wyjątkowo  ponętne  kolana  i  Julie 

zdecydowanie  się  do  nich  zaliczała.  Stopy  też  miała  niezłe.  Duże,  ale  szczupłe. 

Paznokcie przeświecające przez cienkie rajstopy pomalowane były na różowo.     

background image

Znowu  zaklął.  Samo  myślenie  o  niej  przyprawiało  go  o  zadyszkę  i  ból  w  lędźwiach. 

Niedobrze,  bardzo  niedobrze.  Jej  siostra  płaci  mu  za  to,  by  ją  ochraniał,  a  nie  snuł 

erotyczne fantazje na jej temat.   

Razem  z  Frankiem  trzymali  się  żelaznej  zasady:  żadnych  prywatnych  kontaktów  z 

klientami. Co prawda Julie nie jest klientką, lecz można ją za taką uznać. Nie wolno mu 

jej dotknąć. Chociaż już raz to zrobił, wczoraj rano, W jej gabinecie. Dotknął jej twarzy, 

a dzisiaj zapragnął dotknąć jej palców u stóp.   

- Przestań! - powiedział do siebie na głos.   

Siłą  woli  zmusił  się  do  skupienia  na  ekranie  monitora,  na  którym  wyświetliła  się 

wiadomość od Franka.   

 

"Nic  konkretnego  na  temat  pieniędzy,  które  zniknęły  z  konta  Hotelu  Marchand. 

Natrafiłem  jednak  na  ciekawe  informacje  na  temat  samych  Marchandów.  Matką  Anne 

jest  Celeste  Robichaux.  Stara  rodzina,  stara  fortuna.  Dawno  temu  brat  Celeste  był 

zaplątany  w  przekręt  na  dużą  skalę  na  rynku  nieruchomości.  Naraził  opinię  rodziny  na 

szwank,  ale  się  podźwignęli.  Trudno  powiedzieć,  czy  to  ma  jakiś  związek  z  brakującą 

forsą· Będę się starał ustalić.   

Poza  tym  -  ciekawy  szczegół,  możliwe  że  bez  znaczenia  -  mniej  więcej  w  tym  samym 

czasie,  kiedy  zniknęły  pieniądze,  Anne  razem  ze  swoją  córką  Melanie  podróżowały  po 

Włoszech. Nie udało mi się wyśledzić, czy pieniądze zawędrowały aż tam - na pewno nie 

przelewano ich ani na rachunek Anne, ani Melanie. Na razie to tyle".     

Ś

wietnie. Ale zagadka - mruknął Mac.   

 

Może dostaje bzika na punkcie Julie, ale jeszcze nie popadł w taki amok, żeby mówić do 

siebie!   

 

Natomiast  pozostaje  faktem,  że  ani  on,  ani  Frank  nie  muszą  rozwiązywać  tej  zagadki. 

Nikt ich nie wynajął, by znaleźli milion dolarów, które w tajemniczy sposób wyparowały 

z  konta.  A  nawet  gdyby  znaleźli  te  pieniądze,  skąd  wiadomo,  że  pomogłoby  to 

przedsiębiorstwu Marchandów odzyskać stabilność finansową?   

 

background image

Jeśli jednak owe brakujące pieniądze były przyczyną kłopotów hotelu, a im udałoby się 

je wytropić, to ... to uszczęśliwiliby niejedną osobę. Może z wdzięczności Julie padłaby 

mu w ramiona?   

 

Akurat. Marzenie ściętej głowy. Julie byłaby wdzięczna, ale na pewno nie wybaczyłaby 

mu, że ukrył przed nią tyle rzeczy. Nie wybaczyłaby mu, że wie o niej znacznie więcej, 

niż jej się wydaje. Niemniej postanowił, że powie Frankowi, by kontynuował śledztwo. 

Mniejsza o Julie, chce się dowiedzieć, co się stało z tą forsą.   

 

Pięć  maili  od  ,,4Julie".  Wybuchnęła  śmiechem.  Ktokolwiek  chciał  ją  przestraszyć, 

osiągał  skutek  przeciwny  do  zamierzonego.  Pierwszy  list  wstrząsnął  nią  do  głębi,  na 

drugi  zareagowała  spokojniej.  Im  więcej  ich  dostawała,  tym  bardziej  się  na  nie 

uodporniała. Kiedy w jednej poczcie przyszło pięć listów, przyjęła to niemal jako żart.   

 

Utraciły finezję i moc zastraszania. Już nie były aluzjami do reklam "Symphony". Były 

po  prostu  głupie.  "To  wszystko  twoja  wina".  "Wydaje  ci  się,  że  taka  ekstra  laska  z 

ciebie". Najbardziej rozśmieszył ją ten: "Dziewczyno od perfum - cuchniesz".   

Kiedy  była  dzieckiem  dręczonym  przez  rówieśników,  rodzice  powtarzali  jej,  by  nie 

zwracała  uwagi  na  docinki,  a  prześladowcy  się  znudzą.  Przekonała  się  na  własnej 

skórze,  że  był  to  mit  tworzony  przez  dorosłych,  który  nie  sprawdzał  się  w 

rzeczywistości. Ignorowanie złośliwości tylko dolewało oliwy do ognia.   

 

Lecz  obecnie  Julie  nie  była  już  niezgrabnym  dzieckiem  o  kanciastych  ruchach.  Była 

kobietą  świadomą  swojej  wartości  i  docinki  nie  sprawiały  jej  przykrości.  Szczególnie 

głupie anonimowe maile.     

 

Wyszła z gabinetu. Czuła się wolna i podniecona, jak gdyby szła na wagary, mimo że nie 

opuszczała hotelu i zamierzała dopilnować rozmaitych spraw.   

 

Głównymi  schodami  zeszła  do  holu.  Kilku  nowo  przybyłych  gości  stało  przy  recepcji. 

Boy hotelowy czekał obok, a na jego wózku piętrzył się stos walizek. Luca nie było, za 

background image

to kątem oka dostrzegła, jak jego pomocnik, Patrick, wskazuje komuś drzwi na patio.   

 

Przeszła  przez  hol,  po  drodze  kiwając  głową  recepcjonistom.  Kiedy  była  już  blisko 

wyjścia na zaplecze, poczuła na ramieniu czyjąś rękę. Odwróciła się i stanęła twarzą w 

twarz z Alvinem Grote'em.   

- Ach, to pan ... - zaczęła. - Co słychać?   

-  Chciałem  zmienić  rezerwację  na  bal  -  od  razu  przystąpił  do  rzeczy  -  ale  ci  nieudolni 

idioci w recepcji nie chcą dopisać drugiej osoby do mojego zamówienia.   

Julie wiedziała, że recepcjoniści nie są ani nieudolni, ani głupi. Potrafiła sobie wyobrazić, 

w jaki sposób Alvin Grote zażądał spełnienia swojej prośby.   

 

- Sądzę, że Luc Carter się tym zajmie - rzekła spokojnym tonem. - Zwracał się pan z tym 

do niego?   

 

Alvin Grote spojrzał wymownie na puste stanowisko Luca.   

- Nie mogłem się do niego zwrócić, bo go nie ma.   

-  Jestem  pewna,  że  zaraz  przyjdzie  i  będzie  do  pańskiej  dyspozycji.  Mogę  też 

zaproponować  inne  wyjście:  zostawimy  mu  wiadomość,  a  on  porozumie  się  z  panem  i 

potwierdzi,  że  rezerwacja  została  zmieniona,  dobrze?  -  Nagle  przypomniała  sobie,  jak 

mocno  Mac  nalegał,  aby  na  liście  uczestników  balu  znajdowały  się  pełne  imiona, 

nazwiska i inne dane. - Będzie mi potrzebne nazwisko pańskiego gościa - rzekła.   

Alvin Grote zrobił zakłopotaną minę.   

 

-  Poznałem  ją  dopiero  wczoraj.  Ma  na  imię  Maggie.  Wystrzałowa  babka.  Chciałbym 

pokazać się na balu z takim breloczkiem uwieszonym u ramienia ...   

 

Julie  siłą  woli  opanowała  uśmiech.  Potrafiła  sobie  wyobrazić  reakcję  owej  Maggie  na 

takie określenia. Wystrzałowa. Breloczek. Uwieszona u ramienia.   

Podeszła  z  Alvinem  Grote'em  do  stanowiska  Luca,  znalazła  notatnik  i  zaczęła  pisać 

krótki liścik.   

- Nazwisko pańskiej znajomej? - spytała. Alvin Grote zawahał się.   

background image

- Obawiam się, że go nie znam - wybąkał.   

-  Proszę  się  dowiedzieć  -  rzekła  i  ponownie  wyobraziła  sobie,  co  by  powiedział  Mac, 

gdyby na wpół anonimowa dziewczyna breloczek o imieniu Maggie pojawiła się na liście 

gości.   

 

- Nie wystarczy, że będzie ze mną? Przecież za nią płacę   

 

- Wymogi bezpieczeństwa - wyjaśniła Julie. - Jestem pewna, że Luc panu pomoże jakoś 

to załatwić - dodała, uśmiechnęła się, przeprosiła i odeszła.   

 

Galeria  sztuki  nie  znajdowała  się  bezpośrednio  po  drodze  do  kuchni,  lecz  Julie 

postanowiła  najpierw  tam  wstąpić.  Przechadzanie  się  po  hotelu  sprawiało  jej 

przyjemność.  Drzwi  galerii  zastała  otwarte.  Na  najbardziej  eksponowanym  miejscu 

Sylvie  powiesiła  obraz  Andrew  Wyetha  z  prywatnych  zbiorów  babki.  Kilkadziesiąt  lat 

temu, tuż przed tym, zanim stał się sławny, Celeste kupiła trzy płótna tego malarza. Teraz 

oczywiście  obrazy  były  wręcz  bezcenne.  Na  widok  jednego  z  nich  serce  Julie  zabiło 

mocniej.   

 

Płótno  Wyetha  niewątpliwie  przyciągało  klientów  do  galerii.  Teraz  też  kilka  osób 

oglądało  obrazy,  rzeźby  i  biżuterię  autorstwa  miejscowych  twórców  z  takim  samym 

zainteresowaniem,  z  jakim  podziwiali  dzieło  wielkiego  mistrza.  Sylvie  umiała 

eksponować  dzieła  sztuki  i  je  zestawiać.  Po  matce  odziedziczyła  wyczucie  estetyczne  i 

zamiłowanie do harmonii.   

 

W  tej  chwili  siedziała  przy  komputerze.  Kiedy  Julie  weszła,  podniosła  wzrok.  Jej  rude 

kręcone włosy były tak samo uderzająco piękne, jak niektóre z dzieł sztuki.   

 

- Wyeth wygląda imponująco! - zawołała Julie od drzwi.   

Sylvie uśmiechnęła się do niej szeroko.   

 

- Ciągle nie mogę uwierzyć, że udało mi się wypożyczyć od babki jeden z klejnotów jej 

background image

kolekcji.     

Szkoda, że nie jest na sprzedaż. Byłabyś urządzona do końca życia.   

 

- Grand-mere nigdy się nie rozstanie ze swoimi Wyethami - odparła Sylvie, spoglądając 

na subtelny pejzaż zdobiący ścianę. - Może się najwyżej zgodzić na wypożyczenie.   

 

- Otworzysz galerię podczas balu? - zapytała Julie.   

Sylvie gwałtownie potrząsnęła głową.   

-  Nie.  Tyle  ludzi,  tyle  zamieszania,  tyle  alkoholu  ...  Na  pewno  wiele  osób  zajrzałoby 

tutaj,  ale  nie  byliby  w  nastroju  do  kupowania.  -  Ponownie  spojrzała  na  obrazy.  -  Czy 

moja  matka  jest  gdzieś  w  pobliżu?  -  spytała.  -  Mówiła,  że  ma  jakieś  nowe  pomysły  na 

wyeksponowanie biżuterii.   

 

Julie zwróciła uwagę na ton głosu Sylvie i domyśliła się, co się za tym kryje.   

- Nie chcesz, żeby się wtrącała?   

- Mama ma znakomite oko - odparła Sylvie. - Byłabym głupia, gdybym nie posłuchała jej 

sugestii.  Po  prostu  wolałabym,  żeby  zwolniła  tempo.  Wykończy  ją  to  dekorowanie  sal. 

Martwię się o nią.   

 

Julie doskonale ją rozumiała. Rozumiała też Anne.   

- Wiem, że to silniejsze od ciebie - rzekła - ale nikt nie lubi, jak inni się o nich martwią.   

 

Ją samą denerwowało, że Mac się o nią martwi. Sylvie pokiwała głową.   

 

-  Podejrzewam,  że  mama  chciałaby  znowu  zarządzać  hotelem.  A  przecież  Charlotte 

znakomicie  sobie  radzi.  Mama  powinna  dużo  odpoczywać  i  cieszyć  się  życiem  na 

emeryturze.   

- Powiedz jej to. Doceni twoje rady, tak samo jak ty jej.   

Sylvie roześmiała się.   

-  Dobrze.  Pozwolę  jej  zmienić  gabloty,  jeśli  chce.  Może  się  mylę,  może  nie  chce  już 

kierować  interesem?  Po  prostu  nie  może  usiedzieć  na  miejscu.  No  i  mieszka  teraz  z 

background image

babką. Pewnie chce się wyrwać.   

-  Twoja  babka  nie  jest  chyba  aż  takim  potworem  -  rzekła  Julie.  -  Mnie  się  wydaje,  że 

Anne chce trzymać rękę na pulsie. Wcale nie chce już brać na barki odpowiedzialności za 

hotel. Cały ten stres chętnie zostawi wam.   

 

- A my przerzucimy i odpowiedzialność, i stres na ciebie - zażartowała Sylvie.   

 

Julie roześmiała się, ostatni raz rzuciła okiem na urzekający pięknem pejzaż, pożegnała 

się  i  wróciła  do  holu.  Luca  nadal  nie  było,  zastępował  go  Patrick.  Na  szczęście  tym 

razem nie natknęła się na Alvina Grote'a.   

 

Weszła  do  restauracji.  Kilku  gości  jadło  późne  śniadanie,  lecz  większość  stolików  była 

wolna.  Pomocnik  kelnera  bezszelestnie  chodził  po  sali,  rozkładał  lniane  serwetki, 

sztućce,  ustawiał  wazoniki  z  kwiatami  i  świeczniki.  W  porze  lunchu  restauracja  jak 

zwykle się zapełni.   

 

Udała  się  do  kuchni.  Na  jej  widok  Robert  LeSoeur  pobiegł  do  biurka  ustawionego  w 

kącie, z dala od blatów i palników, i wziął do ręki tekturową teczkę. Musiał wiedzieć, że 

dzisiaj Julie poprosi go o ostateczny projekt menu i kosztorys, ponieważ wszystko było 

przygotowane.     

- Dzięki - rzekła. - Przewidujesz jakieś katastrofy, o których powinnam wiedzieć?   

Robert uśmiechnął się enigmatycznie.   

 

- W kuchni zawsze może się wydarzyć jakaś katastrofa, ale podejrzewam, że nie chcesz 

tym wiedzieć - odparł.   

- Dzięki. Oszczędź mi szczegółów.   

 

Z restauracji przeszła do baru, gdzie Leo liczył butelki i stawiał znaczki na liście. Drobny 

siwy  mężczyzna  siedział  samotnie  przy  stoliku,  popijając  brandy.  Wcześnie  zaczyna, 

pomyślała Julie, lecz wiedziała, że Leo będzie kontrolował sytuację.   

 

background image

Podeszła prosto do niego i zapytała:   

- Wszystko gotowe?   

- Zapięte na ostatni guzik - zapewnił ją. - Szampana dostarczą rano w dniu balu, dostawy 

wina  natomiast  spodziewam  się  lada  chwila.  Goście,  którzy  będą  woleli  mocniejsze 

drinki, będą musieli pofatygować się tutaj.   

- Mamy plan, jak zadziałać, gdyby ktoś nadużył alkoholu?   

 

- Jak zawsze. Większość ludzi, jeśli ma ochotę wypić za dużo, nie czeka z tym aż do balu 

- odparł Leo. - Potrafimy dać sobie z nimi radę. Podobnie jak ochrona, mamy gorącą linię 

z policją.   

 

Julie  uświadomiła  sobie,  że  znajduje  się  w  pobliżu  biura  ochrony.  Czeka  na  nią  dużo 

pracy,  ale  ...  dlaczego  nie  miałaby  złożyć  Macowi  krótkiej  wizyty?  Winna  mu  jest 

podziękowanie za to, że wczoraj pomyślał o kolacji, nawet jeśli przygotowała ją Melanie. 

Tak, to był dobry pretekst, by do niego wstąpić.   

 

 

Maca  jednak  w  biurze  nie  było.  Siedział  w  nim  jedynie  Carlos  śledzący  obraz  na 

monitorze  z  taką  uwagą,  jakby  oglądał  pasjonujący  film.  Domyśliła  się,  że  Mac  robi 

obchód  hotelu.  Może  w  tej  właśnie  chwili  mija  jej  gabinet,  a  widząc,  że  jest  pusty, 

zastanawia się, gdzie wybyła?   

 

Uśmiechnęła  się  na  tę  myśl  i  już  miała  skierować  się  na  boczne  schody,  gdy  usłyszała 

przyciszone głosy, kobiecy i męski. Obejrzała się i dostrzegła Luca Cartera oraz drobną 

czarnowłosą  pokojówkę,  wyłaniających  się  z  magazynu.  Z  pochylonymi  ku  sobie 

głowami wyglądali, jakby  wymieniali jakieś sekrety. Julie cofnęła się o  krok, nie  chcąc 

wprawiać ich w zakłopotanie. Kątem oka zobaczyła jeszcze, jak Luc całuje dziewczynę 

w policzek, potem skręca i kieruje się do holu. Nawet gdyby chciała, nie mogła uniknąć 

spotkania z nim.   

Teraz i on ją zobaczył, zawahał się i uśmiechnął.   

- Cześć.   

background image

- Cześć - odrzekła. - Słyszę, że masz wśród pokojówek sympatię ...   

Luc sprawiał wrażenie odrobinę skonsternowanego.   

- Jesteśmy tylko dobrymi znajomymi - wybąkał.   

- Chociaż nie prosiłeś mnie o radę, jednak powinnam cię uprzedzić, żebyś był ostrożny. 

Romanse w miejscu pracy zazwyczaj prędzej czy później kończą się problemami.   

 

W myśl tej zasady ja sama nie powinnam chodzić do biura ochrony, pomyślała. Nie żeby 

łączył mnie z Makiem romans, lecz taka zażyłość nie prowadzi do niczego dobrego.   

- Dziękuję za ostrzeżenie.   

-  Powinieneś  wracać  na  swoje  stanowisko  -  dodała.  -  Zostawiłam  ci  tam  wiadomość. 

Jeden z gości chciałby zmienić rezerwację na bal. Alvin Grote.   

Luc przewrócił oczami.   

 

- Alvin Grote ma same żądania, a wszystko na wczoraj.   

Julie nie mogła się z tym nie zgodzić.   

- Niestety naszym zadaniem jest spełnianie jego zachcianek. Tym razem padło na ciebie.   

- Zajmę się tym.   

- Dziękuję·   

 

Julie odprowadziła Luca wzrokiem, potem bocznymi schodami udała się na piętro. Kilka 

kroków przed swoim gabinetem w powietrzu wyczuła leśny zapach. Mac tu był.   

 

Kiedy weszła do pokoju, okazało się, że jest u niej nadal. Siedział przy biurku, wpatrując 

się w ekran, i z niezadowoleniem marszczył brwi.   

- Co robisz? - spytała zaskoczona.   

Mac obrócił się z fotelem i przeszył ją gniewnym wzrokiem.   

- Dlaczego mnie nie zawiadomiłaś?   

- O czym mianowicie?   

-  W  sumie  dostałaś  dziesięć  listów  z  pogróżkami.  Pięć  z  nich  dziś.  -  Spostrzegła,  że  z 

trudem nad sobą panuje. 

  - Dlaczego, do diabła, nic mi nie powiedziałaś?   

background image

Julie dopiero teraz odzyskała rezon.   

- Kto ci pozwolił czytać moją pocztę?   

-  Drzwi  były  otwarte  -  odciął  się  -  komputer  włączony.  Zajrzałem  i  zobaczyłem  na 

ekranie maila.   

 

Julie  była  całkowicie  pewna,  że  wychodząc"  zamknęła  pocztę  elektroniczną,  a  nie  było 

jej  na  tyle  długo,  że  wygaszasz  ekranu  na  pewno  się  włączył.  A  więc  Mac  kłamie. 

Wszedł  do  jej  gabinetu  podczas  jej  nieobecności,  otworzył  pocztę  elektroniczną  i 

przeczytał maile.   

 

-  Moja  korespondencja  to  nie  twój  interes  -  warknęła.  -  Nie  masz  prawa  mnie 

szpiegować.   

- Mylisz się. Mam prawo i to jest mój interes. Dostajesz mail e z pogróżkami, a tym musi 

się zainteresować ochrona w miejscu pracy.   

- To moja prywat...   

- Przesyłana na twój adres w hotelu, w godzinach pracy. Nie opowiadaj  mi tu głodnych 

kawałków. Obiecałaś zawiadomić mnie o nowych listach. Dostałaś całą garść i co?   

-  Nic  ci  nie  mówiłam,  bo  to  głupoty  bez  znaczenia.  Nie  dam  się  zastraszyć  jakiemuś 

cymbałowi. I poradzę sobie.   

 

Mac  chwycił  ją  mocno  za  ramiona,  jak  gdyby  chciał  ją  przytrzymać,  żeby  nie  uciekła: 

Dlaczego miałaby uciekać? Nie bała się  go, tak samo jak nie bała się tego drania, który 

przysyłał jej wredne maile.   

 

- Posłuchaj, Julie - rzekł poważnym głosem. - Ty się go nie boisz, ale ja tak. Ktoś obrał 

sobie ciebie za cel nie bez powodu. To jest co najmniej napastowanie.   

 

Jego ton, z trudem powstrzymywany gniew, głębia czarnych oczu, przeraziły ją bardziej 

niż wszystkie maile.   

 

- Czyżby? - spytała cicho, zła na siebie za wyraźnie słyszalną nutę niepokoju w głosie.     

background image

- Naprawdę ktoś chce ci zrobić krzywdę.   

Wciąż zaciskał dłonie na jej ramionach, a jego twarz dzieliło tylko kilka centymetrów od 

jej twarzy. Charakterystyczny zapach jego ciała wypełniał jej nozdrza.   

- Przestań mnie straszyć - zażądała drżącym głosem.   

- Kogo podejrzewasz? Kto chce cię skrzywdzić? Pomyślała przelotnie o Glennie Perrym, 

który wylądował w więzieniu wskutek jej zeznań. Ale to było przecież tak dawno temu. 

Od tego czasu świat zmienił się miliony razy. Ona się zmieniła i miała nadzieję, że Glenn 

także.   

Poza tym, skąd miałby jej adres e-mailowy?   

-  Nikt  mi  nie  przychodzi  na  myśl  -  szepnęła.  Wyraźnie  rozdrażniony  Mac  puścił  ją  i 

zaczął nerwowo chodzić po pokoju. Kiedy cofnął ręce, poczuła nagle chłód i zatęskniła 

za  ciepłem  jego  dłoni.  Chłód  stopniowo  ogarniał  całe  jej  ciało.  Zadrżała.  Nie  lubiła 

kłamać.   

Objęła  się  ramionami  i  obserwowała,  jak  Mac  chodzi  od  okna  do  drzwi.  Przeczesał 

palcami włosy, potem zatrzymał się na wprost niej.   

-  Julie  -  zaczął.  -  Może  jest  ci  wszystko  jedno,  że  ktoś  ma  wobec  ciebie  złe  zamiary. 

Może jest ci wszystko jedno, że jesteś w niebezpieczeństwie. Ale mnie nie. Powiem ci, 

co  zrobimy.  Musimy  znaleźć  nadawcę  tych  listów,  przynajmniej  dowiedzieć  się,  skąd 

zostały wysłane.  Skopiuję je i pokażę znajomemu  informatykowi. Dowiemy się o nich 

wszystko, co się da. Rozumiesz?   

Nie  czekając  na  odpowiedź,  usiadł  z  powrotem  na  jej  krześle  i  podłączył  pendrive'a  do 

portu  w  komputerze.  Patrzyła  z  niepokojem,  jak  kopiuje  pliki,  i  miała  nadzieję,  że 

wybiera  tylko  maile.  Cała  reszta  była  związana  z  jej  pracą  -  umowy,  listy,  arkusze 

kalkulacyjne  i  tym  podobne  -  nie  miała  więc  powodu  ukrywać  niczego,  a  jednak  ... 

jednak czuła, że to jest naruszenie jej prywatności.   

- Nie podoba mi się to, co robisz - zaprotestowała.   

- A mnie się nie podoba, że jakiś wirtualny prześladowca chce cię zastraszyć. - Skończył 

kopiować pliki, schował pendrive'a do kieszeni i wstał.   

- Nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo - zaczęła, chcąc przekonać o tym i jego, i siebie.   

- Tego nie wiesz - rzekł. - Ale gdyby coś ci się stało ... - Zamilkł i ponownie położył jej 

background image

dłonie  na  ramionach.  Tym  razem  lekko,  delikatnie,  nie  po  to,  by  ją  przytrzymać  na 

miejscu, lecz by podkreślić szczerość swoich słów - to by mnie zabiło - dokończył.   

Spojrzała  na  niego.  Ujrzała  nie  tylko  jego  ramiona,  lecz  także  oczy,  wąską  linię  ust. 

Szorstkość  jego  głosu  świadczyła,  iż  mówił  z  przekonaniem.  Tak  bardzo  mu  na  niej 

zależy?   

Następny krok wydawał się zbyt łatwy, zbyt naturalny, zbyt nieunikniony. Mac pochylił 

głowę, Julie uniosła twarz. Musnął ustami jej wargi. Ten przelotny pocałunek rozpalił w 

niej  ogień  tak  gorący  i  tak  powolnie  się  żarzący,  jak  letnia  noc  w  delcie.  Jeśli  jeden 

pocałunek Maca potrafi tak ją rozgrzać, co by było po dwóch?   

Wysunęła się z jego objęć.     

- To nie jest dobry pomysł - rzekła.   

-  Nie.  -  Pochylił  się  i  ponownie  ją  pocałował.  Jego  wargi  pieściły  jej  usta,  muskały, 

chłonęły.  W  jednej  chwili  całował  ją,  w  następnej  zdobywał,  podbijał,  posiadał.  Jego 

dłonie  zacisnęły  się  na  jej  ramionach,  język  zmusił  do  otwarcia  ust.  Jej  ciało  zaczęło 

topnieć,  dusza  skraplać  się,  żeby  mógł  ją  spijać.  Z  jego  ust  wydobył  się  stłumiony  jęk. 

Uświadomiła  sobie,  że  ich  pocałunek  wstrząsnął  nim  tak  samo  jak  nią.  Przypływ 

pożądania był wzajemny. Jeśli on jej pragnie, ona pragnie Jego ...   

 

Od żadnego mężczyzny  jeszcze nie usłyszała, że gdyby jej się coś stało, on by tego nie 

przeżył.  Tak,  ten  pocałunek  to  zły  pomysł,  lecz  przerwanie  go  byłoby  pomysłem 

znacznie  gorszym.  Jego  dłonie  przesunęły  się  z  ramion  na  szyję,  potem  na  policzki,  na 

mgnienie  przytrzymały  głowę,  zanim  rozgorączkowane  palce  wsunęły  się  w  jej  włosy. 

Jego  język  pieścił  jej  język,  nęcił,  zapraszał,  aż  oddała  mu  ten  niezwykły  pocałunek. 

Poczuła smak kawy, mięty i miłości.   

 

Objęła go pod marynarką w pasie, przez gładki materiał. koszuli czuła ciepło skóry. Gdy 

pogładziła jego tors, wstrzymał oddech, serce mocniej mu zabiło. 

- Julie? - Z drugiego pokoju dobiegł głos Charlotte. - Czy Robert dostarczył ci jadłospis?   

 

Odskoczyli  od  siebie.  Julie  rzuciła  szybkie  spojrzenie  w  stronę  drzwi,  potem  spuściła 

oczy i odetchnęła niepewnie. Ustają paliły. Czuła na sobie wzrok Maca. Zdobyła się na 

background image

odwagę,  by  na  niego  spojrzeć.  Zobaczyła,  że  patrzy  na  nią,  oczy  ma  lekko  zamglone, 

nozdrza  zwężone,  stara  się  wyrównać  oddech.  Wyciągnął  rękę,  pogładził  jej  włosy, 

odgarnął  kosmyk  z  policzka.  Próbowała  odgadnąć,  o  czym  myśli.  Czy  o  tym,  że  jej 

bezpieczeństwo to dla niego sprawa życia? Czy o tym, że ich pocałunek był sprawą życia 

lub  śmierci?  A  może  zastanawia  się,  czy  powinni  kontynuować  to,  co  rozpoczęli,  czy 

udawać, że nic się nie stało? Odchrząknęła i zawołała:   

 

-  Tak,  mam  jadłospis.  Zaraz  ci  go  przyniosę.  Mac  koniuszkami  palców  pogładził  jej 

policzek i drżącą dolną wargę, potem odwrócił się i wyszedł. Rękę schował do kieszeni, 

tej, do której włożył pendrive'a.   

.   

 

Czy pocałował ją, bo chciał odwrócić jej uwagę od faktu, że bez pozwolenia skopiował 

jej  korespondencję?  Chciał  sprawić,  by  zapomniała,  że  naruszył  jej  prywatność,  albo 

przynajmniej przestała mieć mu to za złe? Czy też pocałował ją z tego samego powodu, z 

którego ona jego - bo w tamtej chwili pocałunek był dla niej jedynym ocaleniem?   

 

Obojętnie, co nimi powodowało, nigdy nie powinno było dojść do tego pocałunku. Julie 

wiedziała,  że  będzie  żałować,  nie  z  powodu  ryzyka  związanego  z  flirtem  w  miejscu 

pracy,  o  czym  kilka  chwil  wcześniej  pouczała  Luca,  lecz  dlatego,  że  chodziło  o  Maca 

Jensena,  mężczyznę,  który  właśnie  ukradł  jej  mai  le.  Mężczyznę,  który  gdyby  mu 

pozwoliła, zacząłby rządzić jej życiem. Mężczyznę, któremu wciąż bała się zaufać.   

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY   

-  Muszę  coś  załatwić  -  rzekł  Mac  do  Carlosa.  -  Wrócę  za  godzinę.  Nie  masz  nic 

przeciwko temu, żeby później zjeść lunch?   

-  Nie.  Moja  dziewczyna  zmusza  mnie  do  jedzenia  ogromnych  śniadań.  Chce  mnie 

utuczyć.  -  Podniósł  do  góry  filiżankę  z  kawą,  którą  Mac  mu  przyniósł.  -  To  mi 

background image

wystarczy. 

- Komórkę będę miał włączoną, więc w razie czego skontaktujesz się ze mną - dorzucił 

Mac, wyszedł z biura i tylnym wyjściem opuścił hotel.   

Dzień  był  zimny  i  pochmurny,  lecz  rozgrzewała  go  sama  myśl  o  pocałunku  z  Julie.  Ta 

kobieta  całowała,  jakby  była  natchniona  przez  Wenus  i  wszystkie  inne  boginie  miłości 

we wszystkich mitologiach.   

Mógłby  sobie  wmawiać,  że  pocałował  ją,  bo  musiał  odwrócić  jej  uwagę  od  tego,  że 

ukradł jej maile, albo od tego, że te listy napawały go śmiertelnym lękiem, albo od tego, 

ż

e w chwili, gdy położył jej dłonie na ramionach, wiedział, że nic już go nie powstrzyma. 

Tak, pocałował ją, bo musiał. A teraz, gdy to już uczynił, pragnął znacznie więcej. Jedna 

dawka narkotyku o nazwie Julie Sullivan zrobiła z niego narkomana.  Musi się wziąć w 

garść.  Jest  zawodowcem,  nie  wolno  mu  ulec  pokusie  zdobycia  jej.  Skompromituje  i 

siebie, i firmę.   

W połowie drogi na parking wyjął z kieszeni telefon komórkowy i nacisnął klawisz, pod 

którym miał zakodowany numer biura. Sandy odpowiedziała już po drugim dzwonku.   

- Crescent City Security. Czym mogę służyć?   

- Obawiam się, że mnie niczym.   

- Mac? Nic ci nie jest? -. Wyraźnie się zaniepokoiła.   

-  Przeżyję  -  zapewnił  ją,  a  w  myśli  dokończył:  przynajmniej  mam  taką  nadzieję.  - 

Naprawdę  nic  mi  nie  jest  -  dodał,  chcąc  ją  uspokoić.  -  Zastałem  Louise?  -  Jeszcze  nie 

wyszła na lunch.   

- To ją  przytrzymaj. - Doszedł do samochodu i  otworzył drzwi. -  Powiedz jej, że  kiedy 

uporamy  się z tą robotą, postawię jej  lunch w Commander's Palace, ale  dzisiaj musi jej 

wystarczyć kanapka w biurze. Przywiozę jej kilka maili do rozpracowania.   

- Teraz?   

- Właśnie wsiadam do samochodu - oznajmił, zatrzaskując drzwi. - Postaram się dojechać 

jak najszybciej. Louise ma dopóty siedzieć przy komputerze, dopóki nie dowie się, skąd 

są te maile.   

- A jeśli ją zatrzymam, też mogę liczyć na lunch w Commander's Palace?   

- Jeśli  ją zatrzymasz - rzekł, wyjeżdżając tyłem ze swojego  miejsca i jedną ręką  kręcąc 

kierownicą  -  zafunduję  ci  lunch  w  Pizza  Hut.  I  to  od  razu,  skarbie.  Pomoc  Louise  jest 

background image

warta o niebo więcej niż twoja.   

-  No  wiesz?  Jestem  obrażona.  -  Sandy  nadąsała  się,  lecz  zaraz  dodała  ze  śmiechem:  - 

Zabarykaduję drzwi, żeby kobieta twoich marzeń nie uciekła. Do zobaczenia.   

Kobieta  moich  marzeń,  pomyślał,  zamykając  klapkę  telefonu.  Może  to  właśnie  Louise 

powinna  nią  być,  ale  wiedział,  że  kobieta,  o  której  będzie  dzisiaj  śnił,  jest  wysoką 

Jankeską o oczach koloru zatoki o zachodzie słońca i ustach wartych zaprzedania duszy 

diabłu.   

 

-  Wyśmienicie  -  pochwaliła  Charlotte,  zamykając  teczkę  z  projektem  menu  na  bal.  - 

Wprost nie mogę uwierzyć, że Robertowi udało się nie tylko zmieścić w przewidzianym 

budżecie, ale nawet odrobinę zaoszczędzić.   

-  Trochę  nad  nim  popracowałam  -  przyznała  Julie.  Niektórym  pomysłom  musiała  się 

stanowczo  przeciwstawić.  Żadnych  krabów  królewskich  z  Alaski,  zwykłe  krewetki 

wystarczą.  Żadnych  mini  babeczek  nadziewanych  truflami.  Przekonała  Roberta,  że  z 

pewnością wymyśli interesujące nadzienie z grzybów portobello.   

- Nikt nie wyjdzie z balu głodny - ciągnęła Charlotte. - To najważniejsze. Mama mówi, 

ż

e sale są już prawie gotowe. Kwiaty dostarczą jutro rano. Sama je poukłada w wazonach 

i  porozstawia.  -  Westchnęła.  -  Mogłabyś  jej  w  tym  pomóc?  Jeśli  spędzi  cały  dzień, 

biegając, będzie wykończona.   

Julie z przyjemnością chwyciła się okazji skoncentrowania uwagi na kwiatach i zdrowiu 

Anne  Marchand.  Pozwalało  jej  to  przestać  myśleć  o  Macu.  Rozmyślanie  o  nim 

zamieniało jej mózg w błocko, a resztę ciała w lawę, ciekłą i rozżarzoną·   

-  Odnoszę  wrażenie,  że  twoja  matka  jest  w  lepszej  formie,  niż  sądzisz  -  rzekła.  -  Jeśli 

chcesz, żebym jutro pomogła jej przy układaniu kwiatów, oczywiście to zrobię. Ale i ty, 

i twoje siostry musicie przestać się tak o nią martwić.   

- Skąd wiesz? Zeszłej jesieni ...   

- Wiem, wiem. Miała zawał. Ale dzisiaj tryska zdrowiem i energią. Nigdy nie wyglądała 

lepiej.   

-  To  jest  silniejsze  ode  mnie.  Tydzień  temu  sama  się  denerwowałaś,  kiedy  twój  ojciec 

zachorował na grypę·   

Julie przytaknęła ruchem głowy.   

background image

- Ojciec już wyzdrowiał, tak jak twoja matka.   

-  Obyś  miała  rację.  -  Charlotte  przekrzywiła  lekko  głowę.  -  Wiesz,  znowu  masz  taki 

dziwny wyraz twarzy ...   

-  Jaki?  -  Julie  dyskretnie  zakryła  wargi  dłonią,  jak  gdyby  chciała  ukryć  wszelkie  ślady 

tego, co kilka chwil przedtem zaszło w jej gabinecie.   

- Świadczący o tym, że myślisz o Macu.   

Julie  wzięła  głęboki  oddech.  Przypomniała  sobie  w  myśli,  że  Mac  przyszedł  do  jej 

gabinetu, włamał się do jej komputera, a potem całował ją do utraty tchu zapewne po to, 

by nie gniewała się, że skopiował jej maile. To jeszcze bardziej ją rozzłościło. Gniew jest 

lepszy od beznadziejnej tęsknoty, zdecydowała.   

- Działa mi na nerwy.   

-  Obawiam  się,  że  wykonuje  swoje  obowiązki.  Dobry  szef  ochrony  czasami  musi  robić 

rzeczy, które innych krępują.     

Ale nie w taki sposób, pomyślała Julie.   

- Możliwe - przyznała bez entuzjazmu.   

- Podczas jutrzejszego balu - ciągnęła Charlotte   

-  Mac  i  jego  ludzie  mają  wolną  rękę.  Dopilnuj,  żeby  wszyscy  o  tym  wiedzieli.  Nie 

ż

yczymy sobie żadnych kłopotliwych sytuacji. Co Mac powie, tak ma być.   

- Zawiadomię wszystkich.   

 

Julie wzdrygnęła się na myśl o tym, że Mac ma wolną rękę, a ona musi zastosować się 

do każdego jego polecenia. A jeśli każe się znowu pocałować? Będzie musiała wykonać 

rozkaz? Będzie potrafiła się powstrzymać?   

 

- Bal będzie ogromnym  sukcesem, a dokonamy tego bez pomocy żadnego specjalisty  - 

rzekła Charlotte stanowczo. - Założę się, że nawet ten zrzęda z 307 nie będzie mógł się 

do niczego przyczepić.   

Zakładając, że się dowie, jakie nazwisko nosi jego breloczek, pomyślała Julie.   

 

- Mogłabyś przejść się na dół i zobaczyć, na jakim etapie są przygotowania w salach? - 

poprosiła  Charlotte.  -  Jeśli  moja  matka  wygląda  na  zmęczoną,  dopilnuj,  żeby  zrobiła 

background image

sobie małą przerwę.   

 

- Jeśli stwierdzę, że istotnie tego potrzebuje - odparła Julie, doskonale wiedząc, że Anne 

będzie  wyglądała  jak  maratończyk  światowej  klasy,  który  kończąc  bieg,  ma  na  czole 

zaledwie kilka kropli potu.   

 

Wyszła  z  gabinetu  Charlotte  i  skręciła  na  boczne  schody.  Zastanawiała  się,  czy  nie 

powinna  zamknąć  gabinetu  na  klucz.  Ale  nawet  gdyby  to  zrobiła,  Mac  może  przecież 

posłużyć się kluczem uniwersalnym. Nikt go nie powstrzyma.     

 

Zajrzała  do  pierwszej  sali.  Ogromna  praca  została  już  wykonana,  lecz  do  zrobienia 

pozostawało  znacznie  więcej.  Kilku  mężczyzn  z  ekipy  konserwatorskiej  stało  na 

drabinach  i  pod  kierunkiem  Anne  podwieszało  pod  sufitem  pasma  przezroczystej 

kolorowej tkaniny. Przynajmniej sama nie weszła na drabinę, pomyślała Julie.   

- Fantastyczny efekt - rzekła, stając u boku Anne.   

-  Zobaczysz,  jak  skończymy  -  odparła  Anne.  -  Oprócz  tych  draperii  mamy  do 

zawieszenia  kilometry  złotych  i  srebrnych  korali.,  Chciałbym,  żeby  to  sprawiało 

wrażenie  luźnej  inspiracji  namiotem  karnawałowym,  żeby  wyglądało  zabawnie,  ale 

stylowo.  Będą  jeszcze  świece  pływające  w  misach  z  wodą,  efektowne,  a  zarazem 

praktyczne. Jeśli ktoś przewróci świecę, w wodzie zgaśnie. No i kwiaty, oczywiście.   

- Oczywiście.   

-  Kapela  będzie  grała  w  drugiej  sali.  Tam  będą  tańce,  a  tu  bufet  i  bar.  Zobaczysz,  to 

będzie najlepszy bal, jaki kiedykolwiek urządzaliśmy.   

Julie podobał się optymizm Anne.   

- Może mogłabym się na coś przydać?   

-  Charlotte  znowu  kazała  ci  mnie  pilnować,  tak?  -  Uśmiech  Anne  zdradzał  irytację.  - 

Czuję  się  doskonale  ...  Nie!  Nie!  Zielona!  -  krzyknęła  do  mężczyzny,  który  właśnie 

zamierzał przymocować żółtą draperię do sufitu. - I około trzydziestu centymetrów bliżej 

okna - dorzuciła.   

- Zrobione, szefowo! - odkrzyknął mężczyzna.   

-  W  każdym  razie  -  Anne  zwróciła  się  z  powrotem  do  Julie  -  cieszę  się  z  twojego 

background image

towarzystwa, ale nie chcę, żeby ktoś mnie pilnował, jakbym była inwalidką.     

- Wiem. Dokładnie to samo powiedziałam Charlotte.   

Anne uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo.   

- Moje córki zachowują się tak, jak gdybym miała się zaraz przewrócić. Nie znoszę, jak 

ktoś się tak nade mną trzęsie.   

-  Ani  ja  -  odparła  Julie,  myśląc  o  Macu.  -  Ale  przynajmniej  wiesz,  że  córki  tak  się  o 

ciebie troszczą z miłości, a nie dlatego, że chcą rządzić.   

- To prawda. Kochają mnie. I ja też je kocham.   

Zadziwiające, jak ludzie mogą się kochać i jednocześnie do tego stopnia działać sobie na 

nerwy. Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, dowiedz się od Nadine, czy dotarły już obrusy. 

Zamówiłam  takie,  które  będą  podkreślać  tęczowe  barwy  tych  draperii.  I  kolorowe 

serwetki. Powinni je już dostarczyć.   

- Nie ma sprawy - odparła Julie, modląc się w duchu, by Maca nie było w biurze ochrony 

sąsiadującym z pokojem Nadine. Nawet  gdyby był tak samo zajęty jak ona, nawet jeśli 

nie było najmniejszej szansy, żeby znowu jej dotknął, nie czuła się gotowa na spotkanie z 

mm.   

 

Mimo że Mac oszalał na punkcie Julie Sullivan, kwadrans po czwartej był do szaleństwa 

zakochany  w  niskiego  wzrostu  czarodziejce,  która  praktykowała  swoją  magię  na 

zapleczu biura Crescent City Security Services.   

Siedział  w  rogu  patia,  nie  zwracając  uwagi  na  parę  popijającą  kolorowe  drinki  nad 

brzegiem  basenu,  jak  gdyby  spędzali  wakacje  na  jakiejś  tropikalnej  wyspie,  a  nie  w 

nowoorleańskiej  Dzielnicy  Francuskiej  na  początku  stycznia.  Temperatura  nie  była 

tropikalna,  nie  było  tu  piaszczystej  plaży  ani  palm  kołyszących  się  na  wietrze,  lecz  oni 

radowali się basenem i błękitnym niebem.   

Gdy  tylko  otrzymał  wiadomość,  że  ma  zadzwonić  do  Louise,  wysłał  Carlosa,  by  sobie 

zapalił,  a  kiedy  chłopak  zaspokoił  nikotynowy  głód,  zostawił  go  na  posterunku,  a  sam 

przyszedł na patio. Cokolwiek Louise ma mu do zakomunikowania, chciał to usłyszeć w 

samotności, bez migającego obrazu z kamer telewizji przemysłowej.   

-  W tym jest  coś dziwnego,  Mac  - zaczęła  Louise. -  Domyślam się, że  Sullivan  dostała 

wszystkie pięć maili w jednej poczcie, chociaż nie wszystkie wysłano jednocześnie.   

background image

- Ale z Nowego Jorku?   

-  Też  nie.  Złą  wiadomość  zostawiłam  na  koniec  -  odrzekła.  -  Wysłano  je  z  rozmaitych 

lotnisk. Dzisiaj na większości lotnisk  jest bezprzewodowy  Internet. Pierwszy wysłano z 

LaGuardii,  drugi  i  trzeci  z  Detroit,  czwarty  i  piąty  z  Dallas.  Kierując  się  godziną 

wysłania,  udało  mi  się  w  przybliżeniu  określić,  którymi  samolotami  nadawca  mógł 

podróżować. Mam rozkład lotów Delty, American i United. Zależnie od tego, które linie 

nasz  ptaszek  wybrał,  można  stwierdzić,  którym  lotem  leciał.  Niestety  nie  udało  mi  się 

przekonać żadnej z linii lotniczych, aby udostępniła nam listę pasażerów.   

-  Czyli  sprawca  się  przemieszcza.  -  Mac  zmarszczył  brwi.  Dallas  leży  znacznie  bliżej 

Nowego Orleanu niż Nowy Jork. - Sądziłem, że wypuszczono go pod warunkiem, że nie 

ruszy się z Nowego Jorku.   

- Zakładasz, że sprawcą jest Glenn Perry - zauważyła.   

Lubił w Louise to, że nie starała się mu przypodobać, lecz bez ogródek wytykała błędy w 

rozumowaniu.   

- A któż inny napastowałby Julie - odparował, częściowo by złagodzić cios zadany jego 

dumie,  a  częściowo  dlatego,  że  Louise  była  tak  piekielnie  inteligentna,  że  na  pewno 

miała już odpowiedź.   

- Dawny chłopak?   

-  Julie  nie  spotykała  się  z  wieloma  chłopakami,  a  tych  kilku,  z  którymi  chodziła,  było 

OK. Według Marcie, Glenn jest jedyną osobą, która chowa urazę do Julie.   

- W takim razie może wynajął kogoś, żeby wysyłał te maile?   

Taka możliwość Macowi też przyszła do głowy, lecz spychał ją w podświadomość. Teraz 

zaś  Louise  wydobyła  ją  na  powierzchnię.  To,  że  Perry  ma  wspólnika  przemierzającego 

kraj  wzdłuż  i  wszerz,  stanowczo  należy  uznać  za  złą  wiadomość.  Poza  tym  te  pięć 

ostatnich maili różniło się w tonie od poprzednich. Może istotnie zostały  wysłane przez 

inną osobę?   

- Cóż ... Musimy jakoś dotrzeć do listy pasażerów i sprawdzić, czy nie znajdziemy kogoś 

powiązanego z Perrym.   

- Linie lotnicze nie udostępnią nam tych list przypomniała mu Louise.   

-  Tobie  nie,  skarbie,  ale  to  nie  znaczy,  że  ja  ich  nie  wydostanę.  -  Zamilkł  i  chwilę  się 

zastanawiał. Nadawca maili mógł posługiwać się fałszywym nazwiskiem. Perry mógł też 

background image

poprosić kilka osób o przysługę. Ci łajdacy mogli wysyłać listy z zacisza swoich domów 

w Detroit i Dallas. - Jesteś pewna, że wysyłano je z lotnisk?   

- Tak pewna, jak to możliwe - odparła Louise - co jak wiesz nie oznacza, że dam sobie 

głowę uciąć.   

Mac zamyślił się.   

- Musimy skontaktować się z kuratorem Perry'ego w Nowym Jorku i upewnić się, że cały 

czas przebywa w  mieście. Jeśli rozbija się po kraju i łamie warunki zwolnienia, może z 

powrotem trafić za kratki.   

- Poproszę Sandy, żeby się tym zajęła.   

- Uważasz, że Perry ma dosyć pieniędzy na bilety lotnicze dla swoich pomocników? Ile 

dostaje  delikwent przy  wyjściu z więzienia? Dwadzieścia dolarów? - Wydaje mi się, że 

odrobinę  więcej,  ale  -  Louise  zawahała  się  -  może  ma  bogatych  znajomych  z  dawnych 

czasów?   

- Hm, może ...   

-  Albo  zna  kogoś,  kto  pracuje  w  liniach  lotniczych.  Czy  pracownicy  nie  dostają 

darmowych biletów?   

Mac potarł czoło, odchylił się na oparcie fotela i wyciągnął nogi daleko przed siebie.   

-  Jako  właściciel  agencji  modelek  musiał  dużo  podróżować.  Mógł  zebrać  na  koncie 

znaczną  ilość  mil  premiowych,  które  teraz  wykorzystuje,  albo  zaprzyjaźnić  się  ze 

stewardesami.   

Niewykluczone,  że  z  jedną  lub  nawet  z  dwiema  "nawiązać  kontakty  cielesne", 

dopowiedział w myśli. 

  -  Chyba  jest  jakaś  możliwość  sprawdzenia,  którą  linią  latał  najczęściej  -  wpadła  na 

pomysł Louise. - Jeśli trzymał się jednej, zbierając mile, albo ...   

-  Albo  miał  przyjaciółkę  -  dokończył  za  nią  Mac.  -  Jesteś  genialna,  kochanie.  - 

Westchnął. - Wyjdź za mnie. Rzuć tego doktorka i uciekniemy razem.   

-  Dzięki,  ale  chyba  nie  skorzystam  -  ucięła  cierpko.  -  Sprawdzę,  czy  Frank  nie  ma 

jakiegoś pomysłu, jak zdobyć listy pasażerów.   

- Frank będzie miał mnóstwo pomysłów. Może zamiast z tobą, powinienem ożenić się z 

nim? - Nie wiem, co by Sandy na to powiedziała.   

- Zgoda. Zlećmy to Frankowi.   

background image

- Załatwione - obiecała Louise i rozłączyła się.   

Mac  zamknął  klapkę  telefonu,  zadarł  głowę  w  niebo,  które  przypominało  błękitne 

prześcieradło w puszyste białe chmurki, i zaczął zastanawiać się nad tym, co usłyszał od 

Louise.  Z  Nowego  Jorku  do  Detroit,  z  Detroit  do  Dallas.  Czy  ten  drań  wie,  że  Julie 

mieszka w Nowym Orleanie?   

Muszę  wrócić  do  gabinetu  Julie,  postanowił.  Może  teraz  zrozumie,  że  musi  mnie  o 

wszystkim informować. Może w końcu dotrzyma słowa i opowie mi całą prawdę o tych 

parszywych mailach.   

Co  prawda  wątpił  w  to.  Tak  jak  wątpił,  czy  jeśli  wróci  do  jej  pokoju,  będą  w  stanie 

trzeźwo  myśleć.  Później  tam  zajrzę,  zdecydował.  Tak  jak  poprzednio  włamię  się  do 

skrzynki i sprawdzę  zawartość. Teraz już wie,  że nie zawaham się tego  zrobić.  Wie,  że 

nie może mi ufać.   

Nie mam więc nic do stracenia.   

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY   

Wyczuła  jego  bliskość,  zanim  go  zobaczyła.  Kolejny  raz  czaił  się  w  korytarzu  i  ją 

obserwował.   

Nie była gotowa na ponowne spotkanie z Makiem.   

 

Została na swoim miejscu przed komputerem, dokończyła pisanie odpowiedzi na maila z 

ofertą  jednej  z  firm  zajmujących  się  organizowaniem  imprez,  potem  kliknęła  na  ikonę 

"Wyślij" i dopiero wtedy obróciła się z fotelem w stronę drzwi.   

Mac stał z rękami opartymi o framugę. Czyżby się obawiał, co mogłoby się stać, gdyby 

wszedł  do  pokoju?  Bo  ona  odczuwała  lęk.  Już  sam  jego  widok  przypomniał  jej,  jakich 

doznań  dostarczył  jej  jego  pocałunek.  Gdyby  teraz  przekroczył  niewidoczną  barierę  - 

linię  oddzielającą  gabinet  od  korytarza,  linię  oddzielającą  kolegów  z  pracy  -  mógłby  ją 

znowu pocałować. A ponieważ Charlotte była na dole, Julie nie mogła liczyć na to, że z 

sąsiedniego  gabinetu  rozlegnie  się  wołanie,  które  przerwie  pocałunek,  zanim  stracą 

kontrolę nad sobą·   

- Dochodzi szósta - odezwał się Mac. - Na pewno umierasz z głodu.   

- Zawsze umieram z głodu.   

background image

- Ostatnimi czasy, chere, ja również.   

-  Nie  jadasz  lunchu?  -  spytała,  ignorując  wyraźny  podtekst  tej  odpowiedzi  i  wybierając 

najbardziej niewinną interpretację jego słów.   

- Odmawiam sobie więcej rzeczy, niżbym chciał. Może skoczymy coś zjeść?   

 

Wspólna kolacja? Znowu? Teraz, kiedy stosunki między nimi tak się skomplikowały? A 

właściwie to od kiedy łączą ich jakieś stosunki?   

 

- Chyba powinnam jechać do domu - odparła, kierując te słowa zarówno do siebie samej, 

jak i do mego.   

 

Mac  wciąż  stał  za  progiem.  Jego  palce  zaciskały  się  na  framudze,  jakby  musiał  się 

powstrzymywać, by nie wejść do środka.   

 

- Musimy porozmawiać - rzekł. - Możemy zostać tutaj albo pogadać nad talerzem czegoś 

smakowitego. Osobiście jestem za tym drugim rozwiązaniem.   

 

Julie westchnęła. Sama również zrezygnowała dziś z lunchu, a skoro Mac upiera się, by 

porozmawiali, rzeczywiście mogą przy okazji coś przekąsić.   

-  Dobrze,  tylko  wszystko  tutaj  pozamykam.  Odwróciła  się  z  powrotem  do  biurka, 

postukała  w  klawiaturę,  zamknęła  pocztę  elektroniczną,  wyłączyła  komputer.  Cały  czas 

czuła na plecach wzrok Maca, niczym ciepły dotyk pomiędzy łopatkami.   

 

Dziesięć  minut  później  byli  na  ulicy,  wolnym  krokiem  torując  sobie  drogę  w  tłumie 

przechodniów.  Dzielnica  Francuska  jak  zawsze  była  rojna  i  gwarna,  pełna  ludzi 

robiących zakupy i oglądających wystawy. Julie nie chciała, aby tłum ich rozdzielił, lecz 

nie miała odwagi wziąć Maca za rękę. Ryzyko było zbyt wielkie.   

 

Nagle jej uwagę przykuła kolekcja masek karnawałowych na jednej z wystaw. Stanęła, a 

Mac  cierpliwie  czekał,  gdy  podziwiała  artyzm,  z  jakim  były  wykonane.  Creighton  miał 

kilka  wspaniałych  masek,  które  trzymał  jako  dekorację.  Zastanawiała  się,  czy  wyszły 

background image

spod ręki tego samego artysty. Przy żadnej nie było ceny, co oznaczało, że na pewno nie 

stać jej na kupno.   

 

Po  kilku  minutach  ruszyli  dalej.  Nie  mogła  w  nieskończoność  grać  na  zwłokę.  Prędzej 

czy później gdzieś usiądą, zamówią coś do zjedzenia i zaczną rozmawiać.   

 

W pierwszej restauracji, do której weszli, powiedziano im, że miejsca należy rezerwować 

z  wyprzedzeniem.  W  drugiej  natomiast,  że  na  stolik  musieliby  czekać  co  najmniej 

godzinę. Szli więc dalej. Mac doskonale znał lokale, które mijali. Do jednego nawet nie 

wstąpili,  do  następnego  zajrzał,  potrząsnął  głową  i  się  wycofał.  W  końcu  znalazł 

restaurację, w której dostrzegł odpowiednią scenerię do rozmowy. W drzwiach przepuścił 

Julię  przodem.  Znalazła  się  we  wnętrzu  o  ścianach  wyłożonych  rzeźbioną  mahoniową 

boazerią,  wypełnionym  aromatem  ziół  i  masła.  Nawet  nie  czytając  menu,  zorientowała 

się, że ten lokal jest znacznie droższy od  knajpki,  gdzie  kelnerki tak protekcjonalnie  go 

traktowały.   

-  Czy  tu  nie  jest  zbyt  wytwornie?  -  szepnęła,  widząc,  że  w  ich  stronę  zmierza  maitre 

d'hotel.   

-  Mam  na  sobie  garnitur  i  koszulę  z  krawatem  -  odrzekł  również  szeptem  -  a  ty  ...  - 

obrzucił ją taksującym spojrzeniem - wyglądasz dobrze.   

Z  wyrazu  jego  oczu  wyczytała,  że  nawet  lepiej  niż  dobrze.  Maitre  zaprowadził  ich  do 

stolika nakrytego grubym lnianym obrusem. Pośrodku stał wazonik z różową różą.   

- Skoro mamy jeść w tak wytwornym miejscu, mogliśmy po prostu zejść do Chez Remy 

-  mruknęła.  W  tego  typu  lokalu  nie  wypadało  rozmawiać  głośniej.  -  Jestem  pewna,  że 

tutejsza kuchnia wcale nie jest lepsza.   

A ceny też nie niższe, dokończyła w myślach.   

- Zależało mi na tym, żeby wyjść z hotelu - odparł, zanim otworzył kartę dań.   

Julie uczyniła to samo i westchnęła. Wszystkie dania wyglądały kusząco i kosztowały o 

wiele  za  dużo.  Żałowała,  że  nie  zarabia  więcej  -  z  pewnością  zasługiwała  na  wyższą 

pensję,  niż  otrzymywała,  lecz  obecnie  hotelu  nie  było  stać  na  podwyżki,  a  Julie  zbyt 

przywiązała  się  do  tego  miejsca  i  do  Marchandów,  by  myśleć  o  szukaniu  lepiej  płatnej 

pracy. Ostatecznie uznała, że może sobie pozwolić na jakąś przekąskę. Kiedy kelner· w 

background image

białej koszuli i czarnej muszce przyszedł wziąć od nich zamówienia, poprosiła o sałatkę z 

krabów.   

- Wybierz coś bardziej konkretnego - namawiał ją Mac.   

 

Nie bardzo mogła powiedzieć, że nie jest głodna. 

  - Sądzę, że to mi wystarczy - rzekła.   

Mac przyglądał jej się chwilę, a potem, zwracając się do kelnera, zdecydował:   

- Dla pani jeszcze  krewetki po kajuńsku, a dla mnie zupa gumbo, a na drugie granik. I 

pół  butelki  zinfandela.  -  Palcem  wskazał  odpowiednią  pozycję  na  liście  win,  potem 

zamknął menu i oddał kelnerowi.     

Julie aż kipiała ze złości. To prawda, że jest tak głodna, że zjadłaby wszystko, co tylko 

Mac by dla niej zamówił, ale nie o to chodziło.   

- Nie lubię, jak decydujesz za mnie - syknęła przez zaciśnięte zęby.   

- Musisz jeść, chere. Ja cię zapraszam, więc niech cię nie przerażają ceny.   

-  Jakim  cudem  stać  się  na  taką  restaurację?  I  na  taki  ekskluzywny  samochód,  i  na 

garnitury od krawca ...   

-  Dorabiam  na  boku,  napadając  na  banki  -  zażartował.  Potem  rozpostarł  frymuśnie 

złożoną serwetkę i położył ją sobie na kolanach.   

- Pytam poważnie. Wiem, ile zarabiasz w hotelu.   

-  Potrafię  dobrze  gospodarować  pieniędzmi  -  odrzekł,  uśmiechnął  się  enigmatycznie  i 

odchylił na krześle, kiedy kelner zjawił się z zamówionym winem.   

Julie  powinna  dla  zasady  odmówić  picia  czegokolwiek,  lecz  gdy  Mac  spróbował  i 

zaaprobował wino, kelner napełnił jej kieliszek. Pokusa była zbyt wielka, a ona w dniach 

poprzedzających  bal  pracowała  tak  ciężko  ...  Przecież  gdyby  pojechała  do  domu, 

napiłaby się wina albo wstąpiła do Creightona na drinka.   

Wypiła łyk, odstawiła kieliszek i spojrzała na Maca. Jeśli on może się przyglądać mnie, 

to ja jemu również.   

Kim  on  właściwie  jest?  Jak  na  ochroniarza,  nawet  szefa  ochrony,  jest  zbyt  dobrze 

sytuowany.  Jeśli  poprzednim  razem,  kiedy  zaprosił  ją  do  restauracji,  mówił  prawdę  o 

swoim skromnym pochodzeniu, to nie odziedziczył fortuny. Nie wierzyła, że napada na 

banki, niemniej ...   

background image

Sukces.  Na  tym  częściowo  polega  jego  charyzma.  Nosi  się  jak  człowiek,  któremu  się 

powiodło.  Człowiek,  który  wie,  że  ma  talent  i  zdolności.  Człowiek  przyzwyczajony  do 

tego, że jest podziwiany i szanowany.   

 

Nie  jest  arogancki,  przynajmniej  nie  przez  cały  czas,  lecz  emanuje  pewnością  siebie. 

Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w tym, co robi, jest świetny.   

 

A jednak nie chce się tłumaczyć. Gdy zaczyna zadawać mu  pytania, unika odpowiedzi. 

Jak może zaufać mężczyźnie, który wyraźnie ma swoje tajemnice?   

 

-  Maile  nadeszły  z  trzech  różnych  miast  -  oznajmił.  Czyli  o  tym  chciał  z  nią 

porozmawiać. Nie o środkach ostrożności, nie o finansach hotelu. Nie o pocałunku.   

- Aha - mruknęła. - Co by to miało oznaczać?   

-  Jedną  z  kilku  rzeczy  -  zaczął  i  zamilkł,  ponieważ  kelner  przyniósł  zamówione 

przekąski.  Gdy  odszedł,  Mac  ciągnął,  wyliczając  na  palcach:  -  To,  że  więcej  niż  jedna 

osoba je wysyłała. To, że jest to zmasowany atak. To, że nadawca dużo podróżuje ...   

 

- To nie jest atak - zaprotestowała - raczej nękanie, które przemieniło się w żart.   

 

- Dla żartu nikt nie latałby po całym kraju ani nie wysługiwał się znajomymi. Nie wiem, 

co zrobić, żebyś zrozumiała powagę sytuacji ...   

 

-  Gdyby  ktoś  chciał  mnie  zaatakować,  dlaczego  miałby  latać  po  całym  kraju  i  wysyłać 

maile? Wystarczyłoby przylecieć do Nowego Orleanu i zdzielić mnie pięścią w nos.   

- Albo coś gorszego - ponuro odparł Mac.   

- Po prostu wydaje mi się, że ktoś wkłada w to ogromnie dużo wysiłku.   

 

- Ta osoba może nie wiedzieć, gdzie jesteś. Twój adres  mailowy jest zarejestrowany na 

ogólnokrajowym  serwerze.  Robią  podchody  i  w  tym  czasie  usiłują  ustalić,  gdzie  się 

znajdujesz.   

 

background image

- Dlaczego starasz się mnie przestraszyć? - zapytała.   

 

Mac patrzył na nią nieporuszony. Jego oczy były ciemne i nieprzeniknione. Julie bardzo 

pragnęłaby móc wyczytać z nich, co naprawdę myśli.   

 

-  Nie  chcę  cię  przestraszyć,  ale  naprawdę  uważam,  że  grozi  ci  niebezpieczeństwo,  a  ty 

opędzasz się od tej myśli jak od natrętnych much.   

 

-  Nie  opędzam  się.  Nie  lubię  otrzymywać  podobnych  maili,  ale  nie  zamierzam  z  ich 

powodu  zmieniać  trybu  życia.  I  na  pewno  nie  pobiegnę  do  żadnego  potężnie 

zbudowanego faceta z błaganiem, żeby mnie obronił.   

 

-  To  ja  miałbym  być  tym  facetem,  do  którego  nie  pobiegniesz,  tak?  -  spytał  Mac  z 

uśmiechem.   

- Nie wiem, kim miałbyś być - odparła zmęczonym głosem. - Wiem, że jesteś straszliwie 

upierdliwy.   

- Upierdliwy?   

Wyraźnie potraktował to jako komplement.   

 

- Nie potrzebuję ochrony, Mac. I nie lubię, jak ktoś mówi mi, co mam robić.   

 

Jej wyrzuty nie robiły na nim wrażenia. Przechylił lekko głowę i długo się jej przyglądał, 

zanim podniósł kieliszek do ust. Wypił łyk, potem rzekł:     

-  Mówisz  ogólnie  czy  ...  -  urwał,  jak  gdyby  szukał  właściwego  określenia  -  czy 

nawiązujesz do konkretnej sytuacji z przeszłości?   

Julie  otworzyła  usta,  by  odpowiedzieć,  i  natychmiast  je  zamknęła.  Nie  była 

przyzwyczajona obcować z tak domyślnymi  mężczyznami, nawet jeśli mieli ukończoną 

psychologię. Cóż, musi po prostu przywyknąć do tego, że Mac nie jest taki jak większość 

mężczyzn. Nie ufa mu, ale jeśli zrozumie, skąd bierze się jej niechęć, przestanie być taki 

natarczywy.   

-  Właściciel  agencji  modelek,  dla  którego  pracowałam,  był  bardzo  opiekuńczy,  lecz  ta 

background image

jego opiekuńczość w gruncie rzeczy oznaczała pełną kontrolę nad nami.   

- Uważasz, że chcę cię kontrolować?   

- Tak.   

 

Odpowiedź  wydawała  się  tak  oczywista,  że  nie  widziała  potrzeby  rozwijać  tej  myśli. 

Zamiast  tego  w  milczeniu  zaczęła  jeść  sałatkę.  Była  pyszna,  choć  za  droga.  -  A  nie 

przyszło ci do głowy, że nie chcę, żeby coś złego ci się przytrafiło?   

- Och, jestem pewna, że możesz wymienić mnóstwo szlachetnych pobudek - odparowała 

ze słodkim uśmiechem. - Podobnie jak Glenn. Był naszym agentem. Musiał nas chronić i 

kontrolować, bo bez niego nie miałybyśmy pracy. Niektóre z dziewczyn były tak słabe i 

bezwolne, że nie potrafiły się przed nim bronić.   

-  Dlaczego  miały  się  bronić?  -  Mac  zamieszał  zupę  gumbo,  potem  nabrał  pełną  łyżkę  i 

podniósł ją do ust. - Czyżby jako ich agent nie działał w ich najlepiej pojętym interesie?     

-  Dla  niego  najważniejszy  był  własny  interes.  Te  dziewczyny  przyjeżdżały  z  całego 

kraju,  a  ich  jedynym  marzeniem  była  kariera  modelki.  Może  zwyciężyły  w  konkursie 

piękności  W  swoim  mieście,  może,  tak  jak  było  w  moim  przypadku,  ktoś  znajomy 

namówił je, żeby spróbowały? Przyjeżdżały więc do Nowego Jorku, często rezygnując z 

dalszej nauki. Oczywiście potrzebowały kogoś, kto by nimi pokierował. I oto znajdował 

się wspaniały Glenn Perry, który obiecywał się nimi zająć i zrobić z nich modelki.   

- Skoro były aż tak młode, potrzebowały wskazówek.   

-  Wskazówek  owszem.  -  Julie  odłożyła  widelec  i  westchnęła.  Mimo  że  nie  lubiła 

wspominać  tamtego  okresu,  fakty  nie  były  tajemnicą.  Jeśli  Mac  naprawdę  chce  się 

czegoś  dowiedzieć,  pójdzie  do  biblioteki  i  sprawdzi,  co  dziesięć  lat  temu  zaszło  w 

Nowym Jorku. Równie dobrze może mu oszczędzić czasu. - Niektóre z dziewczyn miały 

kłopoty  z  utrzymaniem  linii.  To  bardzo  trudne,  wierz  mi.  Ale  jeśli  się  przyjmuje 

amfetaminę, staje się łatwiejsze.   

- Aha - mruknął Mac i znowu zjadł łyżkę zupy. - Czyli ten Glenn dostarczał im amfę?   

-  Oczywiście  tylko  dla  ich  dobra  -  odrzekła  z  nutą  sarkazmu  w  głosie.  -  Żeby  mogły 

utrzymać  wagę.  Od  tych  prochów  można  się  uzależnić.  Kokaina  też  pomaga  schudnąć, 

więc pilnował, żeby miały jej pod dostatkiem.   

- Czyli należało trzymać się od niego z daleka.   

background image

-  Załatwiał  im  mieszkania,  angaże.  Zajmował  się  ich  finansami,  oczywiście  potrącał 

sobie  za  prochy,  czynsz,  odliczał  prowizję  dla  siebie.  Uczył  je  fachu,  kształtował.  Był 

takim  swojego  rodzaju  Svengalim,  co,  podejrzewam,  samo  w  sobie  nie  jest 

wykroczeniem,  ale  dostarczanie  narkotyków  jest.  -  Wzdrygnęła  się.  -  Z  niektórymi 

sypiał.   

- Jeśli miały ukończone szesnaście lat, nie popełniał przestępstwa.   

- Nie, ale to nie było w porządku. Były uzależnione od niego we wszystkim. Był dla nich 

kimś  w  rodzaju  boga,  niektóre  się  do  niego  wprost  modliły.  Oczywiście  te,  które  się 

uzależniły  od  narkotyków,  były  jeszcze  bardziej  z  nim  związane.  O  tak,  opiekował  się 

nimi aż za dobrze ...   

Mac skończył zupę i odłożył łyżkę. Wolno obracał nóżkę kieliszka między palcami, lecz 

wzrok miał utkwiony w Julie.   

- Więc jak tobie udało się uniknąć jego szponów?   

Przecież też dla niego pracowałaś.   

- Mieszkałam w domu. I kończyłam szkołę.   

Uśmiechnął się.   

-  Poza  tym  z  pewnością  byłaś  znacznie  bardziej  inteligentna  od  tamtych  dziewczyn. 

Mocniejsza.  Odważniejsza.  -  Spokojnym  głosem  wymieniał  te  cechy,  jak  gdyby 

stwierdzał  fakt,  a  nie  starał  się  jej  podlizywać,  a  jednak  pochlebiło  jej  to  bardziej  niż 

powinno,  szczególnie  że  stanowczo  przeceniał  jej  odwagę.  Dziesięć  lat  temu,  gdy 

przeciwstawiła  się  Glennowi,  była  znacznie  słabsza,  lecz  uparta.  Wybrała  karierę 

modelki  nie  dla  splendoru  i  sławy,  nie  dla  spełnienia  marzeń,  lecz  by  zagrać  swoim 

prześladowcom na nosie.   

Kelner sprzątnął talerze, potem przyniósł główne dania. Julie gorączkowo szukała innego 

tematu do rozmowy, lecz gdy tylko kelner się oddalił, Mac ponowił atak.   

-  Więc  co  zrobiłaś?  Stałaś  z  boku  i  przyglądałaś  się,  jak  wykorzystuje  te  głupie 

dziewczyny?   

Instynktownie wyczuła, że Mac  zna odpowiedź. Nie miała pojęcia skąd, lecz sposób, w 

jaki  zdał  to  pytanie,  dowodził,  że  nie  wierzył,  iż  pozostała  bierna.  -  Poszłam  do  niego. 

Powiedziałam,  że  uważam  jego  postępowanie  za  nieetyczne  i  niemoralne  i  że  nie 

powinien pracować z tak młodymi dziewczętami.   

background image

- Jak zareagował? Kazał ci iść do diabła?   

Kiwnęła głową i spróbowała krewetkę. Była ostrzej przyprawiona, niż się spodziewała, i 

na jej  górnej wardze pojawiły się  kropelki potu.  Poza tym była przepyszna. Jeśli  każdy 

kęs będzie popijać łykiem wody z lodem, poradzi sobie.   

- Posłuchałaś?   

Wiedział, że nie.  Widziała to po błysku w jego oczach, po uśmiechu błąkającym  się na 

jego wargach, odrobinę ironicznym, lecz pełnym aprobaty, ciepłym i dumnym.   

-  Doniosłam  na  niego  do  prokuratury.  Narkotyki  to  przestępstwo.  Poza  tym  miałam 

zastrzeżenia  do  sposobu,  w  jaki  prowadził  księgowość.  Podejrzewałam,  że  można  go 

oskarżyć o kradzież.   

- Ile miałaś wtedy lat? Osiemnaście? Więcej?   

- Kiedy złożyłam doniesienie, miałam prawie dwadzieścia. Kiedy zeznawałam przeciwko 

niemu  w  sądzie,  miałam  już  dwadzieścia  jeden.  Młyn  sprawiedliwości  miele  bardzo 

powoli. Ale uznano go winnym i skazano na kilka lat więzienia.   

- Nadal odsiaduje wyrok?   

 

Julie starała się uporządkować myśli. Jeśli powie Macowi, że Marcie poinformowała ją, 

iż Glenna właśnie zwolniono, pewnie skojarzy maile z nim. Sama także zastanawiała się 

nad taką ewentualnością, więc nie mogłaby mieć do niego pretensji, że wyciąga podobne 

wnioski. Lecz jeśli maili nie wysłano z Nowego Jorku, to znaczy, że Glenn nie mógł ich 

napisać.   

- Nie. W grudniu wyszedł na wolność - rzekła.   

- Nie podoba ci się, że się o ciebie martwię, bo przypominam ci jego, tak? - Mac wciąż 

się uśmiechał, lecz w jego głosie słychać było urazę. - Uważasz, że kiedy ci tłumaczę, że 

powinnaś  poważnie  traktować  te  maile,  zachowuję  się  jak  tamten  drań,  który  dawał 

młodziutkim modelkom narkotyki i namawiał je na seks? Takie masz o mnie zdanie?   

 

-  Oczywiście  że  nie!  -  Obruszyła  się,  lecz  natychmiast  się  zawahała.  Nie  porównywała 

zachowania Maca z postępowaniem Glenna, ale ... - Po prostu nie lubię nadopiekuńczych 

facetów - dodała.   

- Dlaczego uważasz mnie za nadopiekuńczego? Może jestem tylko opiekuńczy?   

background image

Wzruszyła ramionami i napiła się wody.   

 

-  Ufałam  Glennowi  do  czasu,  kiedy  zobaczyłam,  jak  oszukuje  dziewczyny,  które 

obdarzyły go zaufaniem. Od tamtej pory już tak nie wierzę ludziom. A jeśli ktoś próbuje 

urządzić mi życie, wkurza mnie to.   

- Rozumiem - odparł i odkroił kęs ryby: - Ale jeśli zajdzie potrzeba, będę cię ochraniał z 

narażeniem życia i mało mnie obchodzi, czy to cię wkurza, czy nie. Twoja złość nie jest 

najgorszą rzeczą, jaka może mnie spotkać.   

 

Julie  odchyliła  się  na  oparcie  krzesła,  kolejny  raz  starając  się  rozszyfrować,  kim 

właściwie  jest  Mac.  Denerwowało  ją,  że  tak  mało  liczy  się  z  jej  uczuciami,  lecz 

zapewnienie o gotowości narażenia życia było ... bardzo romantyczne. Żaden mężczyzna, 

może  z  wyjątkiem  ojca,  nigdy  jej  nic  takiego  nie  powiedział.  Zirytowało  ją  to,  ale 

również sprawiło przyjemność.   

 

Chwilę jedli w milczeniu. Julie zastanawiała się  nad słowami Maca i własną reakcją  na 

nie. W dziwny sposób jego zapewnienie, że mało go obchodzi, że ją wkurza, sprawiło, że 

przestał ją aż tak bardzo denerwować. Jeśli był nadopiekuńczy, to nie dlatego, że chciał 

ją wykorzystać, tak jak Glenn wykorzystywał dziewczyny w agencji. Poranny pocałunek 

nie był przecież molestowaniem ...   

- Skąd wiesz, że te maile nadeszły z różnych miast? - spytała w końcu.   

 

-  Mam  znajomą,  genialnego  informatyka.  Poprosiłem,  żeby  wytropiła  nadawcę,  a  ona 

zrobiła  wszystko,  co  w  jej  mocy.  Stwierdziła,  że  wysłano  je  z  hotspotów  na  kilku 

lotniskach w kraju.   

 

Mimo  wagi  informacji,  jakie  Mac  jej  przekazywał,  Julie  największą  uwagę  zwróciła  na 

słowo "znajoma". Z jakiegoś powodu poczuła ukłucie zazdrości. Dlaczego Mac nie może 

mieć znajomej, która jest genialnym informatykiem?   

- Mam nadzieję, że ta twoja znajoma jest dyskretna - rzekła. - Wolałabym, żeby połowa 

miasta nie dowiedziała się nagle, że otrzymuję anonimowe maile.   

background image

- Charlotte wie?   

Julie potrząsnęła głową.   

-  Charlotte  ma  dość  własnych,  spraw  na  głowie.  Moim  zadaniem  jest  odejmować  jej 

kłopotów, a nie przysparzać nowych. - Serwetką wytarła wargi i wzięła głęboki oddech. 

W  nozdrzach  wciąż  czuła  zapach  ostrych  przypraw.  -  Czy  to  ta  sama  znajoma,  która 

podsunęła ci myśl, że hotel jest na sprzedaż?   

 

- Nie, to był ktoś inny, ale też geniusz w swojej dziedzinie. Lubię otaczać się geniuszami 

-  dodał  żartem.  -  Mam  nadzieję,  że  część  tego  geniuszu  spłynie  na  mnie.  -  Mac  nie 

powinien  jednak  narzekać.  Był  inteligentny,  miał  pieniądze,  znajomych  specjalistów  z 

rozmaitych  dziedzin,  oraz  twarz  i  postawę,  które  otworzyłyby  przed  nim  drzwi 

wszystkich  agencji  modeli  w  kraju.  Dlaczego  więc  pracuje  w  hotelu?  -  Obiecałaś 

poprosić Charlotte,  żeby zleciła jakiejś  firmie odnalezienie pieniędzy  - przypomniał jej. 

Najwyraźniej temat maili uznał za wyczerpany. - Rozmawiałaś już z nią o tym?   

Julie potrząsnęła głową.   

 

- Kiedy? Jutro wydajemy bal. Lista gości jeszcze nie jest zamknięta, coraz to nowi ludzie 

rezerwują  karty  wstępu.  Luc  ma  wszystkie  nazwiska.  Zakładam,  że  ci  je  przekazał. 

Trzeba  dokończyć  dekoracje,  dopilnować  menu.  Do  tego  dochodzi  oczywiście  kwestia 

bezpieczeństwa. W tej sytuacji pieniądze, które cztery lata temu wyparowały z konta, nie 

są najważniejsze.     

Mac zmarszczył brwi.   

- Luc nie przekazał mi żadnych nazwisk.   

 

Ich  spojrzenia  skrzyżowały  się.  Julie  kolejny  raz  starała  się  wyczytać  z  jego  oczu,  co 

myśli.   

- Widocznie był zbyt zajęty.   

- Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci. To nie jest wytłumaczenie.   

 

- Jestem pewna, że kiedy się do niego zwrócisz, poda ci nazwiska. Podejrzewam, że po 

prostu zapomniał.   

background image

- Jeszcze dziś wieczorem się tym zajmę.   

- Przykro mi, że musisz pracować wieczorami - rzekła całkiem szczerze. - Praca w hotelu 

czasami tego wymaga. To nie jest osiem godzin od dziewiątej do piątej. Szczególnie tuż 

przed takim wydarzeniem jak jutrzejszy bal.   

 

- Praca w ochronie to rzadko kiedy jest osiem godzin - stwierdził Mac i odłożył sztućce. 

Kelner  natychmiast  podszedł  do  ich  stolika.  -  Możemy  zobaczyć  menu  deserów?  - 

poprosił.   

- Ja za deser dziękuję - odezwała się Julie.   

 

Mac spojrzał na nią bacznie, potem wzruszył ramionami.   

 

- W takim razie poproszę rachunek - zwrócił się do kelnera.   

Ten zabrał ich talerze i oddalił się.   

- Czasami mam wrażenie, że chcesz mnie utuczyć - rzekła z wyrzutem.   

-  Musiałabyś  zjeść  niejeden  deser  -  odparł.  -  Jesteś  smukła  jak  topola.  Poza  tym  ...  - 

zawiesił  głos  i  uśmiechnął  się  do  niej  szelmowsko  -  poza  tym  lubię  patrzeć,  jak  jesz. 

Jakie są szanse, że to właśnie tobie przypadnie jutro kawałek tortu z laleczką?   

 

Przed  osiedleniem  się  w  Nowym  Orleanie  Julie  nigdy  nie  słyszała  o  zwyczajach 

związanych  ze świętem  Trzech Króli i tortem królewskim,  który  według  niej smakował 

jak  rogalik  z  cynamonem.  Tort  oblany  zielonym  i  złotym  lukrem  miał  zapieczoną  w 

ś

rodku laleczkę. Ten, komu przypadł kawałek z niespodzianką, musiał w następnym roku 

przygotować tort. W hotelu nie egzekwowano tego obowiązku, jednak zawsze było dużo 

hałasu wokół osoby, której przypadła specjalna porcja.   

- Nie będę jadła tortu - oznajmiła. - Jedzenie jest dla gości, którzy zapłacili za wstęp.   

-  Jeśli  pójdziesz  na  bal,  to  przecież  nie  w  ramach  obowiązków  służbowych,  lecz  jako 

gość.   

 

- Nie będę w pracy, ale  nie będę  gościem.  Ty  też nie będziesz jutro pracował, prawda? 

Ochrona z nocnej zmiany da sobie radę.   

background image

 

- Sądzę, że tak. - Zamilkł i po .chwili dodał: - Ale praca w ochronie to jak praca w policji. 

Nawet  jeśli  nie  pełnisz  dyżuru,  wciąż  jesteś  gliną.  Jeśli  przyjdę,  będę  wspierał  swoich 

chłopaków. Chociaż ubiorę się wystrzałowo.   

- Nie wątpię - wyrwało jej się.   

Nie  powinna  chcieć  oglądać  Maca  ubranego  wystrzałowo.  Na  pewno  będzie  zabójczo 

przystojny.   

 

Mac  uregulował  rachunek  i  wyszli  z  restauracji.  Na  chodnikach  tłoczyło  się  jeszcze 

więcej  ludzi.  Z  otwartych  drzwi  jakiejś  tawerny  dobiegał  chropawy  głos  bluesmana, 

któremu  wtórowała  zawodząca  gitara.  Julie  żałowała,  że  nie  może  zatrzymać  się,  by 

posłuchać.  Jednak  jutro  zapowiadał  się  ciężki  dzień,  potem  noc,  a  Mac  musiał  jeszcze 

wrócić do hotelu przejrzeć nazwiska dopisane do listy gości. Przystawanie nie wchodziło 

w grę.   

 

- Odprowadzę cię do samochodu - zaproponował, kiedy mijali wejście do hotelu. Skręcili 

za  róg  i  skierowali  się  na  parking  dla  pracowników.  W  bocznej  uliczce  było  ciemniej  i 

zaciszniej,  i  Mac  wziął  Julie  za  rękę.  Gest  ten  wydawał  się  niemal  naturalny.  Julie 

ogarnęło  poczucie  bezpieczeństwa,  chociaż  przecież  wcale  nie  musiała  chwytać  się 

męskiej dłoni, żeby czuć się bezpieczna.   

 

Mac  znał  samochód  Julie,  bo  kilka  razy  jechał  za  nią  do  domu,  zaprowadził  ją  więc 

prosto do miejsca, gdzie zaparkowała. Puścił jej dłoń, by mogła wyjąć kluczyki z torebki, 

lecz kiedy otworzyła drzwi, natychmiast ponownie ujął ją za rękę i obrócił ku sobie.   

- Julie - szepnął, patrząc na nią z góry.   

 

Nie była przyzwyczajona do partnerów wyższych od siebie. Poczuła się odrobinę mniej 

bezpiecznie. Jeszcze mniej bezpiecznie poczuła się, gdy uścisnął jej rękę·   

- Jeśli chodzi o dzisiejszy ranek. .. Powiedziałaś, że to był zły pomysł, i miałaś rację.   

 

Jeszcze nigdy w  życiu przyznanie jej racji tak jej nie zabolało. A więc nie pocałuje jej. 

background image

Zamiast spodziewanej ulgi, ogarnęło ją rozczarowanie.   

 

Jeśli  nie  ma  zamiaru  jej  pocałować,  powinien  puścić  jej  rękę.  I  koniecznie  przestać 

gładzić  wewnętrzną  stronę  jej  nadgarstka.  I  nie  patrzeć  na  nią  wzrokiem  tak  łagodnym 

jak pieszczota. Powinien pozwolić jej odjechać, a samemu wrócić do biura i sprawdzić, 

co ma do zrobienia.   

 

W  końcu  Mac  puścił  jej  dłoń.  Dała  nura  do  samochodu.  Parking  był  tak  mały  i  tak 

zastawiony autami, że nie mogła nacisnąć na gaz i zniknąć. Nawet dobrze. Nie chciała, 

by wiedział, jak bardzo jest rozczarowana, że to, co rano wydarzyło się w jej gabinecie, 

już się nie powtórzy.   

 

Wyjazd  z  wizgiem  opon  z  parkingu  niczego  by  nie  zmienił.  Mac  doskonale  wie,  jak 

bardzo pragnęła pocałunku, mimo że nie był to dobry pomysł.   

Tak się dziwnie składa, że on wszystko wie.   

 

Boże, jak tu gorąco. Nawet gdyby dożyła setki, nigdy by się nie przyzwyczaiła do takich 

parnych  dni  zaraz  po  Nowym  Roku.  Ale  właśnie  takiej  pogody  teraz  potrzebowała. 

Gorąco pomagało jej przemienić się Maggie.   

Maggie,  pomyślała  i  skrzywiła  się.  Teraz  jest  Maggie,  ubraną  w  skąpą  sukienkę  

pantofle na wysokich obcasach. Stoi Dzielnicy Francuskiej naprzeciw sławnego hotelu, 

obmyślając,  jak  dostać  się  do  środka.  Gdy  tylko  spostrzegła  tego  łysego  palanta  z 

kucykiem, 'wszystko zaczęło układać się jak trzeba.   

Mam nadziejęże się przeraziłaś, Julie. Mam nadziejęże się trzęsiesz ze strachu tych 

swoich pantoflach jak kajaki, bo jutro będzie wielki dzień.   

Julie powinna być porządnie nastraszona. Do tej pory pozostałe maile, bardziej złośliwe, 

brutalne i przerażające, powinny zostać wysłane.     

Dawno  temu,  zanim  została  Maggie,  marzyła  o  zostaniu  modelką.  Chciała  wieść 

fantastyczne  życie  w  samym  centrum  świata  mody.  Chciała  zarabiać  furę  pieniędzy,  co 

wieczór chodzić na przyjęcia, mieć wokół zakochanych mężczyzn. Ona też się zakocha.   

Marzenie się spełniło. Glenn ją kochał. Wyznał jej to. I nie przeszkadzało jej, że sypia z 

background image

innymi. Zapewniał, że nic dla niego nie znaczą, ona zaś jest dla niego wszystkim. Dawał 

jej dobre prochy. Załatwiał dobre kontrakty. Obiecywał złote góry.   

I nagle, dzięki tobie, moja  Julie, wylądował za kratkami. Kiedy go wypuścili, był innym 

człowiekiem. Już nie olśniewał. Już nie był bogaty, nie miał chęci na zabawę, na miłość

Kiedy  go  odnalazła  w  ponurej  klitce,  którą  teraz  nazywał  swoim  domem,  popatrzył  na 

nią, jak gdyby była kimś obcym, nie dziewczyną, którą zapewniał o swojej miłości.   

"Jeśli kiedykolwiek coś między nami było ", odezwał się bezbarwnym, pozbawionym życia 

głosem,  "to  już  dawno  umarło  śmiercią  naturalną,  skarbie.  Odejdź.  Wracaj  do  domu. 

Zacznij nowe życie ".   

Jak  mogła  zacząć  nowe  życie,  skoro  wszystko,  czego  pragnęła,  co  kiedyś  posiadała, 

przepadło?   

Przez Julie.   

Zapaliła  papierosa  i  schowała  się  pod  markizą.  Hotel  Marchand  po  przeciwnej  stronie 

ulicy  wyglądał  jak  na  plakacie  reklamującym  turystyczne  atrakcje  Nowego  Orleanu. 

Ludzie  w  nim  przebywający  żyją  pełnią  życia.  Pewnie  mają  łatwy  dostęp  do  wszelkich 

prochów,  alkoholi,  mają  kariery  forsę,  eleganckie  ciuchy.  I  na  pewno  kochanków  i 

kochanki.     

Mają  wszystko  to,  czego  ona  nie  ma,  bo  Julie  Sullivan  posłała  Glenna  Perry'ego  za 

kratki.   

Jutro  wieczorem,  przyrzekła  sobie.  Jutro  wieczorem  wkroczy  tam  wsparta  na  ramieniu 

tego dupka z kucykiem. Jutro wieczorem ją odnajdzie.   

Jutro wieczorem Julie odda jej to, co zabrała: życie.   

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY   

Luca nie udało mu się złapać. Było wpół do dziewiątej wieczorem i większość personelu 

poszła do domu. Niemniej Macowi bardzo zależało na obejrzeniu listy gości. Patrick nie 

wiedział, co jego szef z nią zrobił.   

Wrócił  na  parking,  wsiadł  do  samochodu,  wyciągnął  komórkę  i  sprawdził  pocztę 

elektroniczną.  Marcie,  siostra  Julie,  przedłuża  kontrakt  na  następny  miesiąc.  Frank 

obiecywał  "ciekawy  materiał"  i  dołączył  załącznik.  Mac  nie  miał  ochoty  czytać  go  na 

background image

maleńkim  ekranie  komórki.  Postanowił  poczekać,  aż  dotrze  do  domu.  Odkąd  zaczął 

pracować na dwóch etatach, wpadał tam tylko po to, by się przespać. .   

Mieszkanie  Maca  było  duże  i  przestronne,  lecz  urządzone  bez  polotu.  Dekorowanie 

wnętrz  nie  było  jego  mocną  stroną.  Chodząc  teraz  po  pokojach,  pomyślał,  że  brak  tu 

domowego  ciepła,  krótko  mówiąc,  kobiecej  ręki.  Natychmiast  stanęła  mu  przed  oczami 

Julie.   

Zaklął  pod  nosem,  przeszedł  do  kuchni,  szarpnął  drzwiczki  szafki,  w  której  trzymał 

alkohole, i nalał sobie solidną porcję bourbona. Ze szklanką w ręce udał się do gabinetu. 

Włączył  komputer  i  czekając,  aż  wszystkie  programy  się  uruchomią,  pociągnął  łyk 

whisky. W końcu mógł otworzyć pocztę elektroniczną. Odnalazł maila Franka, kliknął na 

ikonę załącznika i wygodniej usiadł W fotelu.   

 

Oto co zdołaliśmy dziś ustalić:   

1. Według kuratora, Perry wciąż przebywa w Nowym Jorku.   

2. Remy Marchand naprawdę zginął w wypadku samochodowym. Zła pogoda, noc, drugi 

kierowca  pijany.  Z  danych  archiwalnych  wynika,  że  przelał  forsę  na  konto  na 

Kajmanach. Brak nazwiska odbiorcy.   

3.  W  zeszłym  roku  "Times-Picayune"  przy  okazji  artykułu  o  antykach  sprzed  wojny 

secesyjnej  znajdujących  się  w  Hotelu  Marchand  opublikował  zdjęcie  Julie.  Pisali,  że 

huragan  poczynił  tylko  niewielkie  zniszczenia.  Nazwisko  Julie  pojawia  się  obok 

nazwiska Marchandów. Ktoś mógł ją rozpoznać.   

4. Igraszki Sandy mnie wykańczają, ale jest fajnie.   

 

Czytając ostatni punkt, Mac poczuł przypływ zazdrości. Nie chciał starać się o potomka, 

ale  zgodziłby  się  chętnie,  by  i  jego  wykończyły  igraszki  z  kobietą.  Z  jedną  kobietą,  z 

Julie.   

Ponownie przeczytał pierwsze trzy informacje. Perry jest w Nowym Jorku. To znaczy, że 

może  zlecał  wysyłanie  maili,  ale  sam  ich  nie  nadawał.  Druga  wiadomość  była 

interesująca,  chociaż  bezpośrednio  niezwiązana  z  bezpieczeństwem  Julie.  Mac  bardzo 

chciał  się  dowiedzieć,  na  czyje  konto  wpłynęły  pieniądze,  lecz  najwyraźniej  Frankowi 

jeszcze nie udało się tego ustalić.   

background image

Największą  bombą  była  trzecia  wiadomość.  Zła.  Mac  pociągnął  spory  łyk  ze  szklanki  i 

kolejny  raz  przeczytał  tekst.  Potem  otworzył  Internet  i  wersję  elektroniczną 

"Times-Picayune". W okienku "Szukaj" wpisał: Julie Sullivan.   

Psiakrew!  Psiakrew!  Psiakrew!  Każdy,  kto  kiedykolwiek  widział  reklamy  perfum 

"Symphony",  rozpoznałby  ją  na  fotografii,  chociaż  była  prawie  o  dziesięć  lat  starsza. 

Jeśli jej prześladowca trafił na to zdjęcie, to przepadła.   

. .   

Mac  odchylił  się  na  oparcie  fotela,  wypił  znowu  trochę  whisky  i  poczuł  miłe  ciepło 

rozpływające  się  po  całej  klatce  piersiowej.  Na  szczęście  alkohol,  zamiast  przytępić, 

rozjaśnił  mu  umysł.  Zebrał  w  myśli  wszystkie  informacje  na  temat  Julie.  Nic  nie 

pasowało.   

Marcie go wynajęła, bo dawny szef jej siostry został warunkowo zwolniony z więzienia. 

Bała się, że zechce spełnić groźby, lecz on cały czas przebywał w Nowym Jorku.   

Niemniej  ktoś  Julie  prześladuje.  Maile  nie  były  pisane  przez  przypadkowego 

cyber-napastnika,  zawierały  zbyt  osobiste  akcenty.  A  fakt,  że  nadawca  podróżował  po 

kraju - z Nowego Jorku na zachód, potem na południe - świadczył, że dziewczyna jest w 

niebezpieczeństwie.  Możliwe, że  Perry jej nie  zagraża, ale  ktoś niewątpliwie ma wobec 

niej złe zamiary. Czy Perry może, siedząc sobie grzecznie i wygodnie w Nowym Jorku, 

sterować sytuacją?   

Julie  powiedziała,  że  to  Svengali.  Mac  żałował  teraz,  że  na  studiach  nie  wybrał 

seminarium  z  literatury.  Pamiętał  tylko,  że  Svengali  hipnotyzował  młodziutką 

protegowaną, a potem kierował jej karierą. Czy Perry jest w zmowie z osobą podróżującą 

po kraju i wysyłającą maile z lotnisk?   

 

Psiakrew,  Dallas  jest  już  piekielnie  blisko  Nowego  Orleanu.  Wziął  głęboki  oddech. 

Przetrwaj  bal,  powiedział  do  siebie  w  myślach,  a  potem  dopadniesz  tego  padalca  i 

rozdepczesz go jak robaka.   

 

Kimkolwiek  on  jest,  znajdzie  go.  Na  mur.  Każdy,  kto  grozi  Julie  Sullivan,  wpadnie  w 

zastawione sidła, a wtedy on z przyjemnością pociągnie za spust.   

 

 

background image

-  Wyglądasz  rewelacyjnie! - zawołał Creighton, lecz Julie miała wątpliwości.  Nie czuła 

się rewelacyjnie.   

 

Rano  była  w  pracy.  Oprócz  zwykłych  obowiązków  pomogła  Anne  poukładać  bukiety, 

dopilnowała  ustawienia  barierek  wokół  basenu,  by  niezbyt  trzeźwi  goście  przypadkiem 

do  niego  nie  powpadali,  wysłuchała  skarg  kierownika  orkiestry  na  akustykę  oraz 

narzekań  Roberta,  że  grzyby  portobello  nie  są  odpowiedniej  jakości,  i  teraz  wolałaby 

raczej  odpocząć,  niż  się  bawić.  Charlotte  prosiła  jednak,  by  przyszła,  a  jej  nie  mogła 

odmówić. Tak więc stała teraz w salonie Creightona ubrana w dopasowaną "małą czarną" 

z  odważnym  dekoltem  i  spódniczką  z  asymetrycznych  brytów  przypominających  płatki 

kwiatów  ledwie  zakrywającą  kolana.  Niestety,  nierówny  rąbek  spódnicy  wymagał 

wysokich  obcasów,  więc  wcisnęła  zmęczone  stopy  w  wieczorowe  sandałki  na  prawie 

dziesięciocentymetrowych szpilkach.   

 

-  Olśniewająco.  Absolutnie  -  zachwycał  się,  podziwiając  jej  subtelny  makijaż  i  luźno 

upięte włosy.     

 

- To ty wyglądasz olśniewająco - zrewanżowała się mu  komplementem. Creighton miał 

na sobie marynarkę w kolorze ecru, czerwoną kamizelkę, czarne spodnie w białe prążki i 

czarny  "kowboj  ski"  krawat  bolo  spięty  ogromnym  granatem.  Ubrany  był  śmiało  i 

niekonwencjonalnie, jak zawsze. Cały Creighton. - Stanley straci dla ciebie głowę.   

-  Już  stracił,  potem  odzyskał.  -  Creighton  machnął  ręką.  -  Jesteśmy  po  prostu 

przyjaciółmi. - Wolnym krokiem obszedł Julie dookoła, kiwając z podziwem głową. - Ta 

spódnica  jest  fantastyczna.  Jak  eksponuje  nogi!  To  powinno  być  zabronione.  Na 

szczęście  -  zamilkł,  dokończył  okrążenie  i  stanął  teraz  na  wprost  niej  -  na  mnie  to  nie 

działa - dokończył. - Ale wiesz, złamałbym czymś tę czerń ...   

- Czarny jest modny.   

- Może na pogrzeb. Może w Nowym Jorku. Wiem, że tam wszyscy noszą się na czarno. 

Zaczekaj ... - Urwał, uniósł palec do góry i pobiegł do sypialni. Po chwili wrócił, niosąc 

boa z różowych piór.   

 

background image

- Mogę spytać, skąd je masz? - Julie była rozbawiona, choć odrobinę nieufna.   

 

- Nie możesz  - odparł.  Owinął jej szyję szalem, cofnął się o  krok i aż  klasnął w ręce. - 

Perfeetamentel - wykrzyknął i zmieniając temat, spytał: - Na pewno nie chcesz jechać ze 

Stanleyem i ze mną?   

- Twój sportowy wóz ma tylko dwa fotele - przypomniała mu. - Dziękuję, pojadę swoim 

samochodem. - W takim razie do zobaczenia na miejscu.   

 

Julie  wróciła  do  siebie.  Przejrzała  się  w  lustrze  stwierdziła,  że  różowe  boa  wygląda 

zaskakująco  dobrze  z  jej  sukienką,  a  sterczące  piórka  pasują  do  nastroszonej  fryzury. 

Odświeżyła  usta,  wrzuciła  szminkę  do  torebki,  potem  zajrzała  do  salonu  i  wsypała 

rybkom trochę pokarmu do akwarium.   

 

- Bądźcie grzeczne - upomniała nieme, żwawo pływające rybki. - Niedługo wrócę.   

 

Pracując  jako  modelka,  nauczyła  się  zgrabnie  chodzić  na  wysokich  obcasach  i  chociaż 

obecnie  rzadko  je  wkładała,  to  zanim  zeszła  na  dół,  poczuła  się  już  pewnie,  rześko  i 

nawet się cieszyła, że wybiera się na bal. Wszystko będzie dobrze. Robert dokona cudów. 

Goście  będą  się  świetnie  bawić.  Kiedy  Mac  ją  zobaczy,  dojdzie  do  wniosku,  że 

całowanie się z nią nie było wcale takim złym pomysłem, a ona wypije akurat tyle wina, 

by się z nim zgodzić.   

 

To będzie cudowna noc, pomyślała, idąc do samochodu.   

 

 

Zapowiada się upiorna noc, myślał Mac, przyglądając się tłumowi gości przetaczającemu 

się  przez  hol.  Tyrell  zapewnił  go,  że  ochroniarze  z  nocnej  zmiany  panują  nad  sytuacją, 

lecz  Mac  mu  nie  wierzył.  Nie  dlatego,  że  wątpił  w  kompetencje  swych  podwładnych, 

lecz  dlatego,  że  z  doświadczenia  wiedział,  iż  nad  takim  tłumem  nigdy  nie  można  do 

końca zapanować.   

 

background image

Cały  dzień  sprawdzał,  sprawdzał  i  jeszcze  raz  sprawdzał  każdy  szczegół.  Luc  Carter 

wzruszył ramionami, kiedy zażądał od niego aktualnej listy gości.   

 

- Nie rozumiem, po co ci lista - burknął. - Ci ludzie płacą za wstęp. I tylko to się liczy.   

-  Nie  tylko  -  zaprzeczył  Mac,  zdenerwowany,  że  ktoś,  nawet  tak  czarujący  obibok  jak 

Luc, ośmiela się kwestionować jego polecenia. - Lista jest mi potrzebna.   

 

- Gdzieś ją tu mam ... - Luc przerzucił papiery na biurku i w szufladach. - Może wczoraj 

zabrałem ją do domu ...   

 

Na  szczęście  lista  się  znalazła,  bo  Mac  chyba  by  go  udusił.  Sprawdzanie  nazwisk  z 

pomocą Julie byłoby łatwiejsze, lecz bał się ryzykować. Przebywanie w jej towarzystwie 

to zbyt wielka pokusa, a dopóki pracuje dla jej siostry, musi postępować zgodnie z etyką 

zawodową·   

 

Nie mogąc zidentyfikować kilku nazwisk, poprosił o pomoc Carlosa.   

- To są osoby towarzyszące - domyślił się Carlos. - Same dziewczyny. Maggie Jakaś-tam. 

Zaproszona  przez  tego  palanta  z  307.  Wiesz,  tego  z  kucykiem,  co  ciągle  jest  z  czegoś 

niezadowolony.   

- Alvin Grote· - mruknął Mac.   

-  Właśnie.  Nadziany  facet  przyjeżdża  na  nasz  karnawał,  poznaje  wystrzałową  babkę, 

królową nocy, jak je tu nazywają. Nie ma obawy. One nie są groźne.   

 

Przechadzając się wśród  gości,  Mac doszedł do wniosku,  że Carlos miał rację. Nikt nie 

wyglądał  podejrzanie.  Niektórzy  ubrani  byli  wieczorowo,  panie  w  długich  sukniach, 

panowie  w  smokingach,  inni  w  bardziej  fantazyjne  stroje,  lecz  w  torebkach  ani  w 

kieszeniach  nie  zauważył  żadnych  tajemniczych  wypukłości.  Oczywiście  najlepiej  by 

było ustawić stanowisko kontrolne i sprawdzać każdego wchodzącego, lecz Charlotte by 

się  na  coś  takiego  nie  zgodziła.  Oświadczyłaby,  że  goście  nie  życzą  sobie,  aby  ich 

traktowano jak potencjalnych przestępców.   

Mac  nie  ubrał  się  tak  elegancko  jak  większość  gości,  częściowo  dlatego,  że  nie  miał 

background image

smokingu,  a  częściowo  dlatego,  że  chciał  mieć  swobodę  ruchów.  Włożył  stalowoszary 

garnitur i czarną koszulę z czarnym krawatem. Przypominał trochę cień, i o to chodzi.   

Zajrzał do restauracji i kuchni, potem do baru, stamtąd na patio. Noc była sucha i ciepła, 

niebo  usiane  gwiazdami.  Zza  drzwi  prowadzących  do  sal  recepcyjnych  dobiegał  gwar 

rozmów i dźwięki kapeli grającej dixieland.   

Bardzo  by  chciał  móc  się  odprężyć.  Bal  spełniał  wszelkie  warunki  gwarantujące  dobrą 

zabawę:  dużo  gości,  świetna  muzyka,  dobrze  zaopatrzony  bar,  znakomite  jedzenie  i 

przede wszystkim sceneria - stary hotel w sercu Dzielnicy Francuskiej. Oparł się jednak 

pokusie, pozostając czujny, bacznie obserwując wszystko, co się dzieje dookoła.   

Wszedł  z powrotem do  hotelu, sprawdził,  czy  galeria jest zamknięta. Nie podobało  mu 

się, że w budynku, w którym znajduje się oryginalne dzieło Andrew Wyetha, przebywa 

teraz taki tłum. Niech Bóg ma nas w swojej opiece, gdyby coś się stało temu obrazowi.   

Zadowolony,  że  obchód  wypadł  pomyślnie,  zszedł  do  gości.  Natychmiast  otoczył  go 

gwar i woń perfum.   

Pierwsza sala zmieniona była niemal nie do poznania. Z podziwem patrzył na łagodnie 

spływające z sufitu lekkie draperie i sznury karnawałowych koralików. Bukiety kwiatów 

ozdabiały  parapety  i  stoliki,  białe  świece  pływały  w  wypełnionych  wodą  szklanych 

kloszach,  stojących  dosłownie  wszędzie.  Maleńkie  płomyki  odbijały  się  w  srebrnych  i 

złotych paciorkach .. Efekt był hipnotyzujący.   

Na  widok  Julie  Mac  zapomniał  jednak  o  dekoracjach.  Stała  w  grupie  znajomych, 

przewyższając wszystkich o głowę, pochłonięta rozmową. Uświadomił sobie nagle, że to 

właśnie  jej  wzrost  najbardziej  go  w  niej  pociąga.  Niektóre  bardzo  wysokie  kobiety 

garbią  się,  chcąc  wydać  się  niższe,  ona  natomiast  stała  dumnie  wyprostowana,  niemal 

posągowa.   

Zatrzymał  się  w  pewnej  odległości,  podziwiając  fryzurę,  prostą  sukienkę,  wysokie 

obcasy. I boa! Śmiesznie kiczowate, a jednocześnie prześliczne.   

Mimowolnie wyobraził sobie ją ubraną tylko w to boa z różowych piór i ogarnęła go fala 

pożądania.  Zdusił  w  sobie  jęk.  Czy  każdy  facet  w  tej  sali  snuje  podobne  erotyczne 

fantazje, czy tylko ja? - pomyślał. Mężczyźni otaczający Julie zachowywali się całkiem 

normalnie,  wymieniali  uwagi,  nagle  wybuchnęli  śmiechem.  Wiedział,  że  powinien 

zachować dystans, lecz to było silniejsze od niego. Sąsiad Julie zauważył go pierwszy i 

background image

zawołał:   

- Spójrz, Julie, kto tu idzie! Jest piekielnie przystojny, prawda?   

W  porównaniu  z  Creightonem  w  czerwonej  kamizelce  Mac  czuł  się  straszliwie  szaro. 

Wszyscy  rozsunęli  się,  by  zrobić  dla  niego  miejsce.  Gdy  napotkał  spojrzenie  Julie, 

uśmiechnął się z przymusem. Nie chciał się do niej uśmiechać, chciał rzucić się na nią i 

ją pożreć!   

Odpowiedziała mu równie sztucznym uśmiechem.     

-  To  jest  Mac  Jensen,  szef  ochrony  -  powiedziała,  potem  przedstawiła  mu  swoich 

znajomych, przyjaciela Creightona, Stanleya, i kilka osób ze starej nowoorleańskiej elity.   

- Szef ochrony? - zdziwiła się jedna z kobiet. - Czy coś nam grozi?   

-  Nie  jestem  na  służbie  –  uspokoił  ją  Mac.  -  Proszę  się  o  nic  nie  martwić  i  po  prostu 

dobrze się bawić.   

-  Właśnie -  wtrącił Creighton i ruchem  głowy wskazał drugą salę,  gdzie  orkiestra  grała 

znaną  melodię  w  takiej  aranżacji,  że  trudno  ją  było  rozpoznać.  -  Oboje  jesteście  tutaj 

prywatnie, prawda? Zaproś Julie do tańca.   

-  Creighton!  -  Julie  przywołała  do  porządku.  Mac  wiedział,  że  również  powinien 

zaprotestować,  lecz  pokusa,  by  otoczyć  Julie  ramionami,  przytulić  policzek  do  jej 

policzka  w  tańcu  -  co  dzięki  jej  wysokim  obcasom  stało  się  możliwe  -  zwyciężyła., 

Skinął uprzejmie głową całemu towarzystwu, objął Julie w talii i lekko popychając przed 

sobą, poprowadził przez tłum gości do drugiej sali.   

- To dobry pomysł? - zapytała.   

-  Taniec  to  nie  pocałunek  -  odparł,  obracając  ją  ku  sobie  i  ujmując  jej  dłoń.  -  Mam 

nadzieję, że nie skręcisz sobie nogi - dodał.   

 

- Nie, pod warunkiem, że nie będziesz zbytnio szalał.   

Gdy  tylko  zrobili  pierwszy  krok,  Mac  stwierdził,  że  wspólny  taniec  to  taki  sam  zły 

pomysł  jak  pocałunek,  lecz  ...  lecz  niektóre  złe  pomysły  są  cudowne!  Nie  tańczył 

rewelacyjnie, ale miał dobre wyczucie muzyki, a dzisiaj miał też wymarzoną partnerkę. 

Jak  wspaniale  pasowała  do  jego  objęć.  Jak  świetnie  razem  się  ruszali.  I  pachniała 

gardenią. Ich spojrzenia spotkały się.   

- Wszystko w porządku? - spytała.   

background image

Dopiero  po  chwili  doszło  do  niego,  że  pyta  o  bezpieczeństwo  hotelu,  a  nie  o  stan  jego 

umysłu i wrażenia zmysłowe w tej chwili.   

- Tyrell i jego ludzie czuwają. Można powiedzieć, że wszystko gra. - Zauważył, że Julie 

przygląda  się  mu  uważnie.  Może  się  domyśliła,  że  to  nie  była  odpowiedź,  jaka 

spontanicznie przyszła mu na myśl zaraz po jej pytaniu. Może właśnie tamtą spodziewała 

się usłyszeć? - A ty? - zaryzykował. - Dobrze się czujesz?   

- Odzwyczaiłam się od takich wysokich obcasów - mruknęła - ale jakoś przeżyję.   

- Wyglądasz wspaniale.   

Do diabła z dyskrecją! Piórko z boa łaskotało mu dłoń, wsunął ją więc pod szal i dotknął 

odsłoniętego  karku  Julie.  Wzięła  głęboki  oddech,  potem  powoli  wypuściła  powietrze  z 

płuc.   

- Dziękuję - szepnęła drżącym głosem.   

- Te pióra są takie przyjemne w dotyku ...   

Nie  powinien  używać  tego  słowa.  Gdy  je  usłyszał,  natychmiast  w  jego  wyobraźni 

powstały śmiałe wizje. Zbyt śmiałe. Cudowne. Przysunął się kilka milimetrów bliżej.   

- Mac? - Jej głos stał się lekko chropawy.   

- Tak?   

- Sposób, w jaki mnie trzymasz ...   

-  Kiedy  byłem  mały,  siostry  próbowały  nauczyć  mnie  tańczyć.  Mówiły,  że  jestem 

beznadziejny, ale staram się, jak mogę.   

- Całkiem dobrze ci to idzie - zapewniła go. W jej oczach pojawił się błysk rozbawienia.   

Mac przysunął się jeszcze bliżej.   

- Więc o co chodzi?   

- O to, że zawarliśmy jakby porozumienie ... - Zamilkła, gdy palcem musnął jej kark.   

- Jakby - przyznał.   

Pracujesz  dla  jej  siostry,  upomniał  się  w  myślach.  Masz  dbać  o  bezpieczeństwo  Julie, 

chronić ją przed wszystkim i wszystkimi, z wyjątkiem jego samego. Lecz bez względu na 

to,  jak  miękka  była  jej  skóra,  jak  jedwabiste  włosy,  jak  słodko  poruszała  się  w  jego 

ramionach, będzie bezpieczna nawet przed nim. I tak musi być.   

- O Boże! - wyrwało jej się nagle.   

Mac  obejrzał  się  przez  ramię,  lecz  nie  spostrzegł  niczego  niepokojącego.  Po  prostu 

background image

mnóstwo tańczących par.   

- Co się stało?   

- Ta kobieta z Alvinem Grote'em. Znasz ją?   

- Z tym upierdliwym gościem spod 307?   

-  Tak.  Poznał  ją  gdzieś  w  mieście  i  postanowił  zaprosić  na  bal.  Wygląda  jak  jedna  z 

dziewczyn, które znałam w Nowym Jorku.   

Mac  natychmiast  stał  się  czujny.  Zaczął  przyglądać  się  twarzom  w  tłumie,  choć  nie 

wiedział, kogo ma szukać.   

- Znajoma z Nowego Jorku? .   

- Nie denerwuj się. To jedna z dziewczyn z agencji. Bardzo miła. - Julie rozejrzała się po 

sali. - Nie wiem ... - zająknęła się - może mi się tylko zdawało ... - Musisz ją odszukać - 

stwierdził Mac.   

Jeśli  miła  dziewczyna  z  Nowego  Jorku,  która  znała  Julie,  kiedy  reklamowała  perfumy, 

znajduje  się  w  Nowym  Orleanie,  w  tej  sali,  to  nie  jest  to  zbieg  okoliczności.  W  jego 

pracy zbiegi okoliczności po prostu nie istnieją·   

- Teraz jej nie widzę - odparła Julie. Zauważyła jego niepokój i roześmiała się. - Myślisz, 

ż

e to ona wysyła te maile? - zapytała.   

- Nie wykluczam tego.   

-  A  ja  tak.  Alvin  Grote  twierdzi,  że  poznał  ją  w  mieście  przedwczoraj.  A  ostatni  mail 

przyszedł  wczoraj.  Jak  ta  dziewczyna  mogła  wysłać  mi  maila  z  Dallas  albo  z  innego 

miejsca, skoro była tutaj i podrywała Alvina?   

Mac  przyznał  jej  rację.  A  jednak  ...  Nie  był  przekonany,  że  jej  obecność  na  baju  jest 

czystym  przypadkiem.  W  jego  zawodzie  do  przypadków  należało  odnosić  się 

sceptycznie.   

-  Chciałbym  z  nią  porozmawiać  -  nalegał,  starając  się  mówić  spokojnym  tonem  i  nie 

zdradzić swych podejrzeń.   

- Jeśli ją znowu zauważę, to ...   

Nagle  hotel  pogrążył  się  w  ciemnościach.  Muzyka  raptownie  zamilkła,  jakaś  kobieta 

krzyknęła  przeraźliwie,  ktoś  potrącił  Julie.  Mac  przytrzymał  ją,  by  nie  straciła 

równowagi.   

Kiedy ich oczy przywykły trochę do ciemności, zrozumiał, że nastąpiła awaria i że mimo 

background image

iż  jego  nozdrza  wypełnia  delikatna  woń  perfum  Julie,  jej  włosy  muskają  jego  policzek, 

jej  dłoń  wspiera  się  na  jego  ramieniu  -  musi  się  opanować.  Oboje  są  w  pracy  i  znają 

swoje obowiązki przewidziane w sytuacjach awaryjnych.   

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY   

- Czy to kolejny huragan? - spytał ktoś, chociaż wieczorna prognoza pogody była bardzo 

pomyślna.  -  Będą  nas  ewakuować?  -  teatralnym  szeptem  spytał  ktoś  inny,  zapewne 

mający za sobą doświadczenie Katriny.   

 

-  Proszę  zachować  spokój!  -  krzyknął  Mac.  Jego  głos  zdawał  się  dobiegać  z  daleka.  - 

Mamy awarię prądu. Zaraz ją naprawimy.   

- Jesteś tego pewny? - szepnęła Julie.   

 

Mac sięgnął pod marynarkę i wyciągnął walkie-talkie.   

- Tyrell... Sprawdziłeś, rozumiem ...  - mówił. - Pilnuj galerii, ja  zajmę się rezerwowym 

generatorem. - Przypinając aparat z powrotem do paska, mruknął pod nosem: - A już się 

cieszyłem,  że  dziś  mam  wolne.  -  Potem,  zwracając  się  do  Julie,  rzekł:  -  Charlotte 

powinna być w drugiej sali. Odszukaj ją, na pewno potrzebuje twojej pomocy.   

 

Wcisnął  jej  w  dłoń  jakiś  przedmiot  i  zniknął.  Julie  uniosła  dłoń  do  oczu:  kieszonkowa 

latarka.  Namacała  przycisk,  rozbłysł  wąski  strumień  światła.  Natychmiast  odzyskała 

pewność siebie.   

- Proszę się nie denerwować i uważać na nogi! - zawołała. - To tylko awaria. Proponuję, 

ż

eby  państwo  przeszli  na  patio,  gdzie  jest  trochę  jaśniej.  Proszę  uważać!  Proszę  się  nie 

tłoczyć!   

Goście ruszyli do przeszklonych drzwi. Przez głowę Julie przelatywały straszliwe myśli. 

Ludzie mogą się potratować, może ktoś został uwięziony w windzie? Czy światło zgasło 

w  całym  budynku,  czy  tylko  na  parterze?  Postanowiła,  zgodnie  z  radą  Maca,  odszukać 

Charlotte.   

Latarka,  którą  jej  zostawił,  nie  dawała  wystarczająco  dużo  światła,  zgasiła  ją  więc  i 

kurczowo  ściskała  w  ręce,  by  nie  zgubić.  W  drugiej  sali  panował  podobny  ścisk  co  w 

background image

pierwszej,  chociaż  świeczki  palące  się  w  szklanych,  wypełnionych  wodą  kloszach 

oznaczały przynajmniej miejsca, gdzie stały stoliki. Odbicia maleńkich płomyków igrały 

w  karnawałowych  paciorkach  zawieszonych  pod  sufitem.  W  innych  okolicznościach 

Julie zachwyciłaby się tym widokiem, lecz teraz nawet nie zwróciła nań uwagi.   

Wśród gwaru rozmów i śmiechów, niektórych wręcz na granicy histerii, dosłyszała głos 

Charlotte: - Nie ma powodu do niepokoju. Zaraz zapalimy więcej świec.   

- Jestem, Charlotte - rzekła Julie, kiedy nareszcie się do niej dopchała.   

- Dzięki Bogu. Musimy za wszelką cenę utrzymać spokój.   

- Mac poszedł uruchomić generator - zdała relację Julie. - Mamy świece? - zapytała.   

W półmroku dostrzegła, jak Charlotte kiwa głową.   

-  Posłałam  kogoś  z  wiadomością  do  Nadine,  że  potrzebujemy  nie  tylko  świece,  ale  też 

latarki  i  lampy  naftowe.  Wprost  nie  mogę  uwierzyć,  że  akurat  dzisiejszej  nocy  musiała 

się wydarzyć awaria prądu. To przecież katastrofa.   

Mówiąc  do  gości,  Charlotte  panowała  nad  głosem,  lecz  rozmawiając  z  Julie,  nie  kryła 

zdenerwowania.   

- To nie katastrofa. - Julie starała się ją uspokoić.   

- Jedzenie się nie zepsuje, niektóre instrumenty nie potrzebują zasilania. Jak tylko uda się 

nam porozstawiać lampy i świece, zabawa może toczyć się dalej.   

-  Modlę  się  tylko,  żeby  nikomu  nic  się  nie  stało.  Nie  wiem,  dlaczego  wyłączono  prąd, 

przecież regularnie płacimy rachunki, i to niemałe.   

Julie przyjaznym gestem poklepała ją po ramieniu.   

-  Prąd  wyłączono  nie  dlatego,  że  nie  płacimy  rachunków.  Awaria  nastąpiła  z  powodów 

technicznych. Może jakiś samochód uderzył w słup? Spójrz: - Wzięła Charlotte pod rękę 

i  podprowadziła  do  okna.  Ulica  i  domy  po  przeciwnej  stronie  tonęły  w  ciemnościach.  - 

Nie tylko my nie mamy światła, ale cała dzielnica.   

- Pomóż mi zapanować nad tymi ludźmi. Nie możemy dopuścić do tego, żeby wybuchła 

panika - błagała Charlotte.   

Julie podała jej latarkę Maca i rzekła:   

- Weź ją. Tobie bardziej się przyda niż mnie. Pójdę na patio i zajmę się gośćmi.   

Na oświetlonym srebrzystą poświatą księżyca patiu było stosunkowo jasno. Wielu gości 

przyniosło  tu  swoje  drinki,  niektórzy  talerzyki  z  przekąskami.  Kilku  kelnerów  krążyło, 

background image

uzupełniając  kieliszki.  Kapela skupiła się przy  basenie, a trębacz  zaczął solo  grać "Gdy 

wszyscy  święci  idą  do  nieba",  za  co  został  nagrodzony  entuzjastycznymi  oklaskami. 

Perkusista,  uderzając  pałeczkami  w  ogrodzenie  basenu,  wybijał  rytm.  Dołączył  do  nich 

saksofonista.   

Julie uśmiechnęła się i zanotowała w pamięci, by dodać im do rachunku premię. Zaczęła 

przechadzać  się  po  patiu,  zaglądać  w  ciemniejsze  zakątki,  by  sprawdzić,  czy  nikt  nie 

chowa  się  tam  niezadowolony,  albo,  broń  Boże,  poturbowany.  Tymczasem  kilka  par 

zaczęło tańczyć.   

Spojrzała  na  zegarek.  Ile  czasu  zajmie  Macowi  i  ekipie  technicznej  uruchomienie 

rezerwowego  generatora?  Kiedy  Nadine  i  jej  pracownicy  zjawią  się  z  lampami  i 

ś

wiecami?   

Goście  na  pewno  będą  długo  wspominać  ten  bal.  Rozejrzała  się  dookoła.  Spostrzegła 

Creightona  i  Stanleya,  a  w  głębi  Alvina  Grote'a  i  jego  partnerkę·  Ponownie  uderzyło  ją 

podobieństwo  młodej  kobiety  do  jednej  z  dziewczyn  z  agencji  Perry'ego,  Andrei 

Crowley.  Co  prawda  była  starsza,  miała  zniszczoną  twarz,  ostry  makijaż  i  krótko 

ostrzyżone, tlenione na końcach włosy, ale ...   

Skąd się tu wzięła i co robi na tym balu? Zdecydowała się podejść do nich. Na jej widok 

kobieta wyglądająca jak Andrea uśmiechnęła się lekko, lecz zanim któraś z nich zdążyła 

przemówić, Alvin Grote wykrzyknął:   

- Pani Sullivan! Co za emocje!   

Ku swojemu zaskoczeniu Julie odpowiedziała w sposób, który ją samą zaskoczył:   

- Gdyby wszyscy mieli takie podejście jak pan, bal byłby ogromnym sukcesem.   

-  Chciałbym  pani  przedstawić  moją  towarzyszkę,  Maggie  Jones.  Pozwól,  Maggie  - 

ciągnął  -  to  jest  Julie  Sullivan,  dzięki  której  ten  stary  wspaniały  hotel  funkcjonuje  jak 

szwajcarski zegarek.   

Maggie  Jones?  Nie  mrugnąwszy  powieką,  Julie  wyciągnęła  rękę  na  powitanie.  Maggie 

przełożyła wyszywaną koralikami torebkę do drugiej ręki i uścisnęła podaną dłoń.   

-  Przecenia  mnie  pan  -  odparła  skromnie  Julie.  -  Mamy  liczny  wykwalifikowany 

personel, a hotelem zarządza Charlotte Marchand.   

- To ona jest właścicielką? - zainteresowała się Maggie.   

Mimo upływu lat Julie przysięgłaby, że to głos Andrei.   

background image

- Hotel należy do rodziny. Założyli go rodzice Charlotte, a jej siostry także tutaj pracują.   

Na  Maggie  ta  odpowiedź  nie  zrobiła  większego  wrażenia.  Spojrzała  na  swojego 

rozpromienionego towarzysza i rzekła:   

- Bądź tak kochany, Alvie, i przynieś mi jeszcze jedno martini, dobrze? Z lodem - dodała.   

Alvin Grote zrobił zdziwioną minę.   

- W tych ciemnościach?   

- Do przyrządzenia martini nie potrzeba światła - odparowała Maggie.   

- No tak. .. Przepraszam, zaraz będę z powrotem - bąknął Alvin Grote i zniknął.   

Kiedy zostały same, Maggie odwróciła się do Julie. W świetle księżyca Julie rozpoznała 

jasne, zimne oczy.     

- A więc Maggie, tak? - zaczęła uprzejmym tonem.   

- Tymczasem tak. Czy jedna z nas nie powinna  powiedzieć czegoś w stylu: "Jaki świat 

jest mały" albo "Kopę lat"?   

-  I  jedno,  i  drugie  pasuje  -  odparła  Julie.  Teraz,  kiedy  już  nie  miała  wątpliwości,  że 

spotkała  dawną  koleżankę,  zapragnęła  ją  uściskać,  lecz  Andrea  swoją  postawą  jasno 

dawała  do  zrozumienia,  że  nie  życzy  sobie  żadnych  tego  typu  gestów.  -  Dlaczego 

zmieniłaś imię? - zapytała.   

- Och, tak sobie. -  Andrea rzuciła spojrzenie w  kierunku,  w  którym oddalił się Alvin. - 

Powiem ci prawdę. Poderwałam tego bubka na Bourbon Street, bo chciałam dostać się na 

bal. Uznałam jednak, że nie musi wiedzieć, kim jestem.   

Dla Julie była w tym jakaś pokrętna logika.   

- Co porabiałaś przez te wszystkie lata? - zapytała.   

-  To  i  owo  -  odparła  Andrea  wymijająco.  Spojrzała  taksującym  wzrokiem  na  Julie  i 

rzekła: - Przytyłaś.   

Julie roześmiała się.   

-  Żebyś  wiedziała,  jaką  przyjemność  sprawiła  mi  każda  zjedzona  kaloria!  Wciąż 

pracujesz  jako  modelka?  Wyglądasz  ...  -  Chciała  powiedzieć  "strasznie",  lecz  zamiast 

tego dokończyła: - Wyglądasz świetnie.   

Andrea prychnęła nieprzyjemnie.   

- Nie, Julie, nie pracuję jako modelka. Moja agencja poszła na dno. Może słyszałaś?   

Głos Andrei wyraźnie był zabarwiony goryczą.   

background image

- Są inne agencje.   

- Nie dla mnie.   

-  Więc  co  w  takim  razie  porabiałaś?  -  spytała  Julie,  starając  się,  aby  jej  głos  brzmiał 

pogodnie.   

- Opowiem ci, ale nie tutaj - odparła Andrea i wzięła Julie pod rękę. - Tu jest zbyt dużo 

ludzi.   

- Nie mogę opuścić tego balu.   

Julie była w rozterce. Z jednej strony poczucie obowiązku mówiło jej, że powinna zająć 

się  gośćmi,  z  drugiej  dręczyła  ją  ciekawość,  jak  potoczyły  się  losy  Andrei.  Zawsze  ją 

lubiła.  Chociaż  nie  miała  na  to  dowodów,  podejrzewała,  że  Glenn  właśnie  ją  w 

szczególny  sposób  wykorzystywał,  dawał  narkotyki,  zmuszał  do  seksu.  Po  jego 

aresztowaniu  dziewczyna  wróciła  tam,  skąd  przyjechała,  jakiejś  małej  mieściny  w 

Wisconsin  czy  w  Indianie.  Julie  była  pewna,  że  zacznie  życie  od  nowa.  Zawsze  była 

twarda i uparta.   

-  Chodź,  chodź  -  namawiała  Andrea,  ciągnąc  Julie  w  kierunku  holu.  Z  wyjątkiem 

recepcjonisty  stojącego  za  kontuarem  oświetlonym  lampą  huraganową  nikogo  tu  nie 

było. Andrea podprowadziła Julie do jednego z palących się świeczników i mruknęła: - 

Chcę ci coś pokazać ...   

Otworzyła torebkę i wyjęła z niej damski srebrny pistolet, nie większy od jej dłoni.   

- Andrea! Co ... ?   

- Ciii - uciszyła ją Andrea. - Przejdziemy się.   

Julie zmobilizowała wszystkie siły, by myśleć trzeźwo. Andrea jest uzbrojona i zmusza 

mnie do opuszczenia hotelu. To jest porwanie!   

OK. Tylko bez paniki.     

- Schowaj broń - szepnęła. - Pójdę, gdziekolwiek zechcesz, ale schowaj broń.   

Andrea wyszczerzyła zęby w uśmiechu. W ciąż były białe i równe, jak u modelki.   

-  Nie  będziesz  mi  mówiła,  co  mam  robić.  Idziemy.  Przyłożyła  lufę  do  boku  Julie  i 

popchnęła ją ku wyjściu.   

W  zdenerwowaniu  Julie  bezwiednie  zaczęła  skubać  pióra  boa.  Kiedy  spostrzegła,  że 

jedno  zostało  jej  w  palcach,  nagle  przyszedł  jej  do  głowy  pewien  pomysł.  Upuściła 

piórko na posadzkę. Upadło tuż obok krawędzi dywanu.   

background image

Na ulicy, mimo braku prądu, karnawałowa zabawa trwała w najlepsze. Julie zastanawiała 

się,  czy  w  tłumie  zdoła  zgubić  swą  prześladowczynię.  Lufa  pistoletu  przyłożonego  do 

pleców  powstrzymała  ją.  Jeśli  zacznie  uciekać,  Andrea  wystrzeli  i  trafi  jakąś 

przypadkową  osobę.  Za  duże  ryzyko.  Lepiej  spróbować  przemówić  jej  do  rozsądku. 

Dowiedzieć się, czego właściwie od niej żąda, i negocjować.   

Tymczasem wyrwała kolejne piórka z boa i dyskretnie upuściła je na ziemię. Upadły na 

chodnik tuż przed wejściem do hotelu. Modliła się, aby wiatr ich nie porwał albo ludzie 

nie zadeptali. Jeśli ktoś zauważy ślad znaczony różowymi piórami, podąży nim, prawda?   

Mac na pewno tak uczyni. Jej wiara w to była tak mocna, że aż się do siebie uśmiechnęła. 

Mac  pójdzie  tym  tropem  i  odnajdzie  ją.  Tylko  czy  starczy  jej  piórek?  -  Dlaczego  to 

robisz? - zapytała.   

- Zniszczyłaś wszystko. Zrujnowałaś mi życie.   

Julie  wybuchnęła  śmiechem,  mimo  że  sytuacja  była  dramatyczna.  Wyskubała  kolejne 

piórka z szala i upuściła je na chodnik.   

- Ja?   

- Gdzie masz samochód?   

Julie spojrzała na nią kątem oka.   

-  Chyba  żartujesz?  Nie  ma  prądu,  cała  dzielnica  tonie  w  ciemnościach.  Popatrz,  co  się 

dzieje!   

- Nic mnie to nie obchodzi. Gdzie zaparkowałaś? Julie skręciła za róg. W bocznej ulicy 

tłum był tylko odrobinę mniejszy. Upuściła kolejne pióra.   

- Posłuchaj, Andreo - zaczęła. - Zawsze  cię lubiłam.  W Nowym Jorku  martwiłam  się o 

ciebie.  Nie  mogłam  znieść  tego,  jak  Glenn  cię  wykorzystuje.  Dlaczego  uważasz,  że 

zrujnowałam ci życie?   

- Nie wykorzystywał mnie - warknęła Andrea. Ja go kochałam.   

Przydałoby  się  dobrze  nią  potrząsnąć,  pomyślała  Julie,  lecz  natychmiast  przypomniała 

sobie o pistolecie. Zamiast tego wyskubała jeszcze kilka piórek.   

-  Jak  mogłaś  go  kochać?  Był  o  dwadzieścia  lat  starszy  od  ciebie.  Faszerował  cię 

narkotykami.   

-  Lubiłam  narkotyki  -  mruknęła  Andrea.  -  Myślisz,  że  łatwo  mi  było  się  od  nich 

odzwyczaić? Przez ciebie omal nie zwariowałam. Jaka ty byłaś przekonana o słuszności 

background image

swojego  postępowania!  Doskonale  wiedziałaś,  co  jest  dla  kogo  dobre.  Wyeliminowałaś 

Glenna z gry, bo wszystko wiedziałaś lepiej od nas. I straciłyśmy go. Straciłyśmy szansę 

zostania modelkami. Przebicia się. A co do Glenna ... Ja straciłam także jego.     

-  To  dupek  -  odparowała  Julie,  zapominając,  że  nie  wolno  jej  zdenerwować  Andrei.  - 

Wykorzystywał cię, wyzyskiwał...   

-  Kochał  mnie  -  upierała  się  Andrea.  -  Czekałam  na  niego.  Wyszedł  z  więzienia. 

Przyleciałam do Nowego Jorku, żeby z nim być, ale on ... - Julie kątem  oka dostrzegła, 

ż

e  oczy  Andrei  zaszły  łzami.  -  Więzienie  go  zmieniło.  Już  mnie  nie  kocha.  Bóg  jeden 

wie, co się tam stało, ale już mnie nie chce. A to wszystko twoja wina.   

- Zgoda, wasz romans dobiegł końca - odezwała się Julie uspokajającym tonem. Siłą woli 

powstrzymała się, by się nie zająknąć przy słowie "romans". Czterdziestoletni biznesmen 

i nastoletnia początkująca modelka, to ma być miłość? - Przykro mi. Naprawdę. Ja tylko 

nie chciałam, żebyście przez niego cierpiały.   

Andrea  milczała.  Julie  nie  miała  pojęcia,  dokąd  pojadą.  Skrzyżowanie  było 

zakorkowane.  Niektóre  samochody  stały  porzucone,  w  innych  wciąż  chodziły  silniki,  a 

kierowcy  przez  opuszczone  szyby  nawzajem  się  przekrzykiwali.  Jakiś  ochotnik  w 

ś

miesznej  czapie  w  pasy  stanął  pośrodku  jezdni  i,  pociągając  dżin  z  butelki,  próbował 

kierować ruchem.   

- Glenn był najlepszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam - odezwała się Andrea. 

-:- Zależało mu na mnie. Dawał mi to, czego potrzebowałam. Mówił, że mnie kocha.   

- To ty pisałaś do mnie mai1e? - zapytała Julie.   

- Nie podobały  ci się? - Andrea  zachichotała jak  za  dawnych czasów. - Dostałaś pietra, 

co?   

- Nie.   

Coś tu nie gra. Andrea nie mogła pisać tych wszystkich maili. Alvin Grote poznał ją dwa 

dni temu, a ostatnie listy przyszły wczoraj. Jak mogła nadawać mai1e z Dallas i Detroit, 

skoro była w Nowym Orleanie?   

- Kłamiesz. Przestraszyłaś się.   

-  Tak.  Przestraszyłam  się.  -  Zbliżały  się  do  parkingu.  Julie  cały  czas  znaczyła  drogę 

piórami  wyrywanymi  z  boa.  Musi  coś  zrobić,  by  zyskać  na  czasie.  Nie  może  wsiąść  z 

Andreą  do  samochodu,  bo  nie  będzie  mogła  rzucać  piór.  -  Jak  wysyłałaś  maile  z 

background image

rozmaitych miast, będąc tutaj?   

- Przedtem byłam w Nowym Jorku. Stamtąd wysłałam ci pierwszego maila. Poprosiłam 

znajomą stewardesę, żeby nadała kolejne. Sprytnie, nie?   

Teraz  Julie  przypomniała  sobie,  że  wczorajsze  maile  różniły  się  od  tego  pierwszego. 

Mogła się domyślić, że pisał je ktoś inny.   

- Zadałaś sobie dużo trudu, żeby mnie nastraszyć.   

-  To  nic  w  porównaniu  z  naciśnięciem  na  spust  -  odparła  Andrea.  -  Który  samochód 

należy do ciebie?   

- Tamten, ale nie mam przy sobie kluczyków.   

Andrea dźgnęła ją pistoletem w plecy tak mocno, że Julie napłynęły do oczu łzy.   

- Gdzie są?   

- W biurze.   

- Kłamiesz! - Andrea zaczęła ją obmacywać. Julie istotnie zamknęła torebkę w gabinecie, 

ale klucz do biura miała na tym samym kółku co kluczyki od auta, a wszystkie razem w 

kieszonce  ukrytej  w  szwie  sukienki.  Niestety,  Andrea  szybko  ją  znalazła.  -  Ty  wstrętna 

suko! Wsiadaj!     

Julie uchwyciła się ostatniego promyka nadziei. Wyrwała kilka piórek z szala, upuściła je 

i  czubkiem  buta  wsunęła  pod  samochód.  Potem,  popychana  przez  Andreę,  usiadła  za 

kierownicą.  Miała  ochotę  odjechać,  zanim  Andrea  wsiądzie,  lecz  dłonie  jej  drżały  i  nie 

zdołała  wystarczająco  szybko  wrzucić  wstecznego  biegu.  Samochód  szarpnął,  Andrea 

opadła na siedzenie, przyłożyła jej pistolet do boku i rozkazała:   

- Jedź!   

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY   

- Co to znaczy, że nie można uruchomić generatora?! - ryknął Mac na Eddiego, jednego z 

dwóch konserwatorów, którego spotkał w kotłowni.   

-  Ktoś  przy  nim  grzebał  -  wyjaśnił  Eddie.  -  Podejrzewam,  że  wlał  albo  wsypał  jakąś 

substancję do zbiornika.   

- Wlał? W sypał? Co na przykład?   

-  Może  cukier?  Nie  ma  mocnych,  generator  nie  zadziała.  Trzeba  spuścić  paliwo  i 

oczyścić zbiornik.   

background image

Mac  zamknął  oczy  i  zaczął  kląć  jak  szewc.  Eddie  musi  uruchomić  generator.  Od  tego 

zależy bezpieczeństwo gości.   

Kto, do cholery, mógł go zepsuć? I po co?   

- Ile czasu to zajmie? - spytał spokojniejszym głosem.   

- Nie wiem, ale trochę. Trzeba spuścić paliwo, oczyścić przewody ... - Zamilkł, zanurzył 

metalowy  pręt  w  zbiorniku,  wyciągnął  i  w  świetle  latarki,  którą  trzymał  jego  kolega, 

zaczął się przyglądać połyskliwej mazi, jaką był pokryty.   

- Skurwysyn - syknął Mac. - Zauważyłeś, żeby ktoś się tutaj kręcił? Może ktoś z gości?   

Eddie potrząsnął głową.   

- Nie. Nikogo nie zauważyłem.   

- Zaraz ... - odezwał się technik trzymający latarkę - a ten od informacji turystycznej?   

-  Rzeczywiście.  Jak  on  się  nazywa?  Luc.  Minęliśmy  się  z  nim  na  schodach.  Szedł  na 

górę, my na dół. Powiedział, że brał latarki.   

 

I  znowu  Luc  Carter,  pomyślał  Mac.  Szkło  w  ręcznikach,  zepsuty  generator  ...  To 

wszystko jest bardzo podejrzane.   

 

Chociaż  może  rzeczywiście  brał  latarki?  A  co  do  tych  ręczników  ...  Miał  schadzkę  z 

pokojówką,  a  to,  że  natknąłem  się  na  niego  w  pobliżu  magazynu,  mogło  być  zwykłym 

zbiegiem okoliczności. Kłopot polegał na tym, że Mac nie wierzył w zbiegi okoliczności.   

 

-  To  jednak  chwilę  potrwa  -  powtórzył  Eddie,  kiedy  jego  kolega  przyniósł  czerwony 

kanister na benzynę· - Nie ma sensu, żebyś tu stał, Mac. Idź do Charlotte i powiedz, że na 

razie musi zadowolić się świecami.   

 

- Dzięki - burknął Mac, klepnął Eddiego po plecach i wyszedł. Nie potrzebował światła, 

wiedział,  dokąd  idzie.  Jako  prywatny  detektyw  często  pracował  w  mroku  i  nauczył  się 

polegać na wszystkich zmysłach, nie tylko na wzroku.   

 

Tyrell  zasłużył  na  pochwałę  za  to,  że  udając  się  na  posterunek  przed  galerią,  zamknął 

biuro na klucz. Mac bez trudu odnalazł po omacku zamek i dostał się do środka.   

background image

Odpiął  walkie-talkie  od  paska  i  przywołał  Tyrella.  -  Kłopot  z  generatorem  - 

poinformował  go.  -  Nie  daje  się  uruchomić.  Jeszcze  jakiś  czas  musimy  się  obyć  bez 

ś

wiatła. Gdzie jesteś?   

-  Na  piętrze.  Sprawdzam  biura.  Stu  i  Chris  obchodzą  pokoje,  pukają  do  drzwi  i  pytają, 

czy  ktoś  nie  potrzebuje  pomocy.  Sprawdziliśmy  windy.  Nikogo  w  nich  nie  ma.  - 

Posłuchaj, jeśli natkniesz się na Luca Cartera, przyślij go do mnie. Muszę z nim pogadać.   

- Załatwione.   

 

Mac  wyłączył  walkie-talkie  i  z  powrotem  przypiął  go  do  paska.  Wyszedł  z  biura  i 

skierował  się  do  holu  oświetlonego  złotawymi  płomykami  świec.  Znajdowało  się  tu 

niewiele  osób,  kilkoro  gości  rozsiadło  się  na  kanapach,  popijając  wino,  jakaś  para 

przycupnęła na schodach. Mac zwrócił się do recepcjonisty:   

- Widziałeś Luca Cartera?   

-  Był  tu  kilka  minut  temu.  Dał  mi  to.  -  Mężczyzna  pokazał  latarkę.  -  Nie  zapalam  jej, 

ż

eby oszczędzać baterię·   

- Słusznie. Nie mówił, dokąd idzie?   

-  Nie.  Ale  uważaj,  może  być  wszędzie.  Patrz  pod  nogi,  żebyś  się  o  niego  nie  potknął  - 

zażartował.   

- Będę uważał - obiecał Mac i ruszył w kierunku patia.   

 

Julie  łatwo  znajdę,  pomyślał.  W  tych  seksownych  pantoflach  na  wysokich  obcasach 

przewyższa wszystkich o głowę. Rozejrzał się. Tu jej na pewno nie ma. Trudno. Prędzej 

czy  później  ją  znajdzie,  a  teraz  ważniejszy  jest  Luc  Carter.  Mac  torował  sobie  drogę 

przez  tłum,  rozglądając  się  na  boki.  Innymi  drzwiami  wszedł  z  powrotem  do  budynku. 

Sala  do  tańca  była  prawie  pusta,  natomiast  w  drugiej,  oświetlonej  świecami,  gdzie 

znajdowały się stoliki i bufet, zgromadziło się trochę gości. Zauważył Charlotte, która z 

latarką w ręku przyglądała się półmiskom.   

- Jak leci? - zagadnął, podchodząc.   

Charlotte  podskoczyła  i  obróciła  się  gwałtownie.  Widać  było,  że  jest  bardzo 

zdenerwowana.   

-  Sprawdzam,  czy  jedzenie  się  nie  psuje.  Goście  niewiele  zjedli.  Po  ciemku  nie  mogą 

background image

trafić do bufetu.   

- Niech kelnerzy zaczną roznosić jedzenie na tacach - zaproponował Mac. - Skąd masz tę 

latarkę? - Od Julie. Dlaczego pytasz? Potrzebujesz latarki?   

Luc je rozdawał, a Nadine przyniosła lampiony na baterie. Boję się zapalać więcej świec.   

- Świece w miskach z wodą są bezpieczne - zapewnił ją Mac. - Zatrzymaj latarkę. Mnie 

nie jest potrzebna - dodał i spytał: - Wiesz, gdzie jest Julie?   

- Chyba na patio. Idź do niej.   

Mac  nie  powiedział  Charlotte,  że  Julie  na  patio  nie  ma.  Nie  chciał  jej  jeszcze  bardziej 

denerwować.   

- Poszukam jej - rzekł, wziął z półmiska ogromną truskawkę, włożył ją do ust i odszedł.   

Truskawka była soczysta i smakowita, lecz nie mógł jej przełknąć. Dławił go niepokój o 

Julie.   

Wrócił na patio, rozejrzał się dookoła w nadziei, że zauważy Creightona. Może on wie, 

gdzie poszła. Nagle z kimś się zderzył.   

- Oczu pan nie ma? - napadł na niego krępy, prawie łysy mężczyzna z kucykiem.   

To był Alvin Grote z pokoju 307.   

-  Przepraszam  -  sumitował  się  Mac,  nie  chcąc  prowokować  kłótni.  W  obecnej  sytuacji 

trzymanie nerwów na wodzy było ważne. - Czy mogę coś dla pana zrobić? - spytał.     

- Nic - warknął Alvin Grote.   

- W tamtej sali jest mnóstwo jedzenia, a gdyby miał pan ochotę na drinka, barman stara 

się, jak może - dodał.   

-  Mam  już  drinka.  Nawet  dwa.  -  Alvin  Grote  uniósł  w  górę  kieliszki  z  martini.  Był 

zirytowany. Co, do diabła, mam z nimi zrobić?   

- Jest kilka rozwiązań - zaczął Mac, starając się rozładować napięcie. - Na przykład może 

pan wypić jeden, a potem drugi.   

- Jeden kieliszek niosę dla mojej partnerki - oznajmił Alvin chłodnym tonem. - Niestety 

gdzieś  zniknęła.  Ten  hotel...  Nie  rozumiem,  jak  mogło  dojść  do  wyłączenia  prądu.  Wie 

pan, ile mnie kosztuje pobyt tutaj? I nawet nie mają rezerwowego generatora na wypadek 

awarii.  Kusi  mnie,  żeby  złożyć  zażalenie  do  Izby  Turystyki  albo  do  stowarzyszenia 

konsumentów. Może nawet do urzędu gubernatora.   

- Koniecznie. - Mac nie próbował z nim dyskutować.   

background image

Zaraz,  zaraz  ...  Czy  w  tej  kobiecie,  z  którą  Alvin  przyszedł,  Julie  przypadkiem  nie 

rozpoznała koleżanki z Nowego Jorku?   

Jezu!  Bez słowa, nie  dbając o to, czy Alvin Grote wpadnie w  szał, czy nie, Mac zaczął 

przepychać się do holu.   

Gdzie jest Julie? Gdzie jest ta kobieta z Nowego Jorku?   

- Szukasz kogoś? - zawołał do niego recepcjonista.   

-  Tak.  -  Mac,  mimo  ciemności,  jednym  susem  znalazł  się  przy  nim.  -  Julie  Sullivan. 

Widziałeś ją?   

- Była tutaj kilka minut temu.   

- Sama?   

- Nie, z jakąś kobietą. Wydaje mi się, że nie mieszka u nas, ale ...   

- Dokąd poszły? - przerwał mu Mac.   

- Hm ... - Mężczyzna zastanawiał się chwilę. Mac miał ochotę chwycić go za ramiona i 

potrząsnąć. - Rozmawiały chwilę, potem wyszły.   

- Na ulicę?   

- Tak.   

Mac  zaklął  i  pobiegł  do  drzwi.  Na  zewnątrz  panowały  takie  same  ciemności  jak  w 

budynku.  Nie  powinien  niczego  zobaczyć,  szczególnie  niczego  leżącego  na  ziemi,  a 

jednak. .. Kiedy szarpnął drzwi, podmuch powietrza uniósł leżące na progu piórko. Mac 

je chwycił.   

W świetle księżyca przenikającym przez szare chmury zobaczył, że piórko jest różowe.   

 

Przejechanie  kilkunastu  metrów  zajęło  im  pięć  minut.  Julie  miała  w  głowie  tylko  jedną 

myśl- wydostać się z tego przeklętego samochodu. Dopóki w nim siedzi, stanowi łatwy 

cel  dla  przerażającego  małego  pistoletu.  Gdyby  jednak  udało  jej  się  wydostać  z  auta, 

postarałaby  się  uciec  swojej  prześladowczyni.  W  tłumie  Andrea  nie  zaryzykowałaby 

strzału, prawda?   

Chociaż  kto  wie,  do  czego  taka  niezrównoważona  osoba  jest  zdolna.  Postanowiła  mnie 

zabić, bo dziesięć lat temu ujawniłam prawdę o Glennie Perrym. Co za ironia! Bałam się, 

ż

e  on  sam  zechce  się  na  mnie  zemścić,  ale  to  nie  on  przyjechał  do  Nowego  Orleanu  i 

właśnie  wbija  mi  lufę  pistoletu  w  bok.  Posunęły  się  kolejny  kawałek  do  przodu  i  Julie 

background image

znów zahamowała. Pisk hamulców zabrzmiał jak kwik prosięcia.   

- Co to było?   

Hamulce piszczały od dobrych kilku miesięcy, lecz Andrea przecież o tym nie wiedziała.   

-  Coś  jest  nie  tak  z  samochodem  -  rzekła  Julie.  -  Obawiam  się,  że  zaraz  odmówi 

posłuszeństwa.   

- Bujasz.   

-  Nie  -  zaprzeczyła  Julie.  Wcisnęła  jednocześnie  pedał  gazu  i  hamulce.  Samochodem 

szarpnęło, rozległ się przeraźliwy pisk. - Nie wiem, co się dzieje ...   

- Co jest, do diabła? - wybuchnęła Andrea. - Nie ma prądu, twój samochód to trup! Czy 

w tym pieprzonym mieście w ogóle coś działa tak jak powinno?   

Mam nadzieję, że twój pistolet też nie zadziała, pomyślała Julie i przełknęła ślinę. Mdliło 

ją.  Nic  jednak  nie  powiedziała,  tylko  powtórzyła  sztuczkę  z  pedałami.  Hamulce  znowu 

zapiszczały.   

- Dalej nie pojedziemy - oświadczyła.   

Błagam, uwierz mi, modliła się w duchu. Uwierz ...   

- To co z nim zrobisz? Przecież nie zostawisz go na środku jezdni.   

Udało  się.  Julie  zdusiła  w  sobie  westchnienie  ulgi.  -  Spróbuję  dotoczyć  się  jakoś  do 

krawężnika.   

Z wprawą mistrza stepowania, naciskając co chwilę oba pedały na przemian, zjechała na 

bok. Samochód szarpał, kwiczał i prychał. Zatrzymała auto i wyłączyła silnik.   

-  Wysiadaj  -  rozkazała  Andrea.  Jej  ręka  trzymająca  pistolet  przy  boku  Julii  nawet  nie 

drgnęła. - I żadnych sztuczek! - ostrzegła.   

Niestety  w  tych  okolicznościach  żadna  sztuczka  nie  przychodziła  Julie  do  głowy. 

Otworzyła  drzwi,  chciała  krzykiem  wezwać  pomoc,  lecz  głos  uwiązł  jej  w  gardle. 

Chwyciła jakiegoś przechodzącego chłopaka za ramię, ale on strząsnął z siebie jej dłoń i 

pchnął ją na maskę. Zanim na swoich wysokich obcasach odzyskała równowagę, Andrea 

zdążyła obejść samochód i dźgnąć ją pistoletem w żebra.   

- Idziemy! - rozkazała. Julie przełknęła łzy i zrobiła krok w kierunku hotelu, lecz Andrea 

pociągnęła ją z powrotem. - Nad wodę. Tu gdzieś jest rzeka, nie?   

Cudownie. Ma zamiar utopić moje zwłoki w Missisipi.   

- Rzeka jest tam - skłamała skłamała i zaczęła iść w kierunku Jackson Square.   

background image

Na szczęście Andrea nie znała miasta na tyle dobrze, by się zorientować, dokąd Julie ją 

prowadzi. Na nieszczęście tłum uniemożliwiał ucieczkę. Rozbawieni ludzie napierali na 

nie i zmuszali do trzymania się razem.   

Julie  znów  wyskubała  z  szala  kilka  piór.  Jak  gdyby  Mac  miał  szansę  je  zauważyć!  Jak 

gdyby lekkie pióra miały szansę sięgnąć ziemi! Jak gdyby zboczenie na Jackson Square 

pomogło jej zyskać dość czasu, by uwolnić się od maniaczki, która uważała, że zeznając 

przeciwko takiej kanalii jak Glenn Perry, zrujnowała jej życie.   

Wchodząc na chodnik, potknęła się i omal nie skręciła nogi w kostce. Kolana jej drżały, z 

trudem utrzymywała równowagę. Zrzuciła więc sandałki i dalej szła boso.   

Ś

wieże  łzy  napłynęły  jej  do  oczu,  lecz  zamrugała  powiekami,  by  je  powstrzymać.  Nie 

może sobie pozwolić na rozczulanie się nad sobą. Na pewno nie może też czekać, że Mac 

pospieszy jej na ratunek. Wyrwała z szala jeszcze jedno pióro. Nie zdołała uwolnić się od 

Andrei  na  tym  skrzyżowaniu,  ale  może  na  następnym?  Albo  kiedy  dotrą  do  parku? 

Prędzej  czy  później  nadarzy  się  sposobność·  i  Julie  ją  wykorzysta.  Bez  pantofli  będzie 

mogła biec szybciej.   

Przez  cienki  nylon  czuła  pod  stopami  zimny  chodnik.  Zanim  dojdziemy  do  parku, 

rajstopy  będą  w  strzępach,  pomyślała.  Ktoś  nadepnął  jej  na  palce,  skrzywiła  się  z  bólu, 

lecz  szła  naprzód,  rozglądając  się,  czy  nie  dojrzy  jakiejś  luki,  przyjaznej  twarzy, 

policjanta.   

Gdzie się oni wszyscy podziali, do cholery?   

Park  był  tuż-tuż.  Nareszcie  trochę  otwartej  przestrzeni,  miękka  trawa,  światło  księżyca 

oświetlające drogę i ... Boże, błagam, szansa na ucieczkę, której tutaj nie ma.   

'   

Julie  była  wyższa  od  Andrei  i  dziesięć  lat  temu  znacznie  od  niej  silniejsza.  Teraz  też 

pewnie ma nad nią przewagę fizyczną. Jeśli w parku tłok będzie mniejszy, może uda jej 

się zrobić nagły zwrot, powalić Andreę, odebrać jej broń ... Albo umrzeć.   

Nie  chciała  umierać.  Kochała  życie.  Kochała  siostrę,  rodziców,  pracę,  przyjaciół. 

Kochała Charlotte i jej siostry i kochała ...   

Nie,  Maca  nie  kochała.  Uwielbiała  z  nim  tańczyć,  całować  się,  rozmawiać,  patrzyć  na 

niego, ale gdzie on jest, do cholery, kiedy go potrzebuje? Spec od ochrony! Pewnie jest 

zajęty  przeglądaniem  jej  maili,  szukaniem  zagrożenia  dla  jej  życia.  Gdyby  był  prąd,  na 

pewno by to robił.   

background image

- Gdzie my właściwie jesteśmy? - odezwała się Andrea.   

- Na Jackson Square - wyjaśniła Julie.   

- A rzeka?   

-  Jeszcze  do  niej  nie  doszłyśmy.  -  Julie  torowała  sobie  drogę  w  tłumie,  rozglądając  się 

uważnie, do kogo mogłaby się zwrócić o pomoc. Grupa nastolatków popijających piwo? 

Nie.  Kobieta  tańcząca  na  parkowej  ławce?  Też  nie.  Na  bolących  stopach  kuśtykała  w 

stronę  pomnika  Andrew  Jacksona  stojącego  w  centralnym  punkcie  parku.  Zdawało  jej 

się,  że  tam  ludzi  jest  jak  gdyby  mniej.  Będzie  miała  lepsze  pole  manewru.  Miejsce  na 

stoczenie pojedynku.   

- Ostrzegam cię - odezwała się Andrea. - Jeśli bawisz się ze mną w jakieś sztuczki, to ...   

Julie ogarnęła nagła wściekłość.   

- To co? - wybuchnęła. - Zastrzelisz mnie?   

Odwinęła się i z całej siły uderzyła Andreę w skroń. W tej samej chwili rozległ się strzał.   

 

Promień latarki wychwycił następne różowe piórko leżące na chodniku pod markizą przy 

wejściu  do  hotelu.  Boa  Julie  nie  wyglądało  na  wyliniałe,  pióra  same  z  niego  nie 

wypadały. Musiała je wyrywać. Zostawiała ślad.   

Szedł  ze  wzrokiem  utkwionym  w  chodnik,  szukając  dalszych  znaków.  W  tłumie  ludzi 

odnalezienie kolejnych różowych piór graniczyło z niemożliwością. Lecz dla Julie musi 

dokonać rzeczy niemożliwej. Nie mógł uwierzyć we własną głupotę. Był taki pewny, że 

Glenn Perry będzie się  chciał zemścić,  a tymczasem dawna  koleżanka zdołała  wejść  na 

bal  i  porwać  Julie.  Nie  miał  teraz  czasu  na  analizowanie  błędów,  ale  kiedy  Julie  już 

będzie bezpieczna, zrobi rachunek sumienia.   

Teraz jednak skoncentruje się na piórach. Tuż za rogiem dostrzegł następne. Niemożliwe 

okazało  się  możliwe,  latarka  odnajdowała  'następne  zdeptane  płatki  puchu.  Trop 

prowadził  na  parking  dla  pracowników.  Serce  zabiło  mu  mocniej.  Zobaczył,  że 

samochód Julie zniknął.   

Zaklął pod nosem. Jeśli  ta psychopatka wywiozła  gdzieś Julie, nigdy ich nie odnajdzie. 

Nie ma rzeczy niemożliwych, upomniał się w duchu. Pobiegł do swojego auta, chwycił 

pistolet,  który  woził  pod  matą  za  pedałem  sprzęgła,  i  wepchnął  go  za  pasek  spodni. 

Potem puścił się pędem do wejścia na parking. W którą stronę odjechały?   

background image

I  jak?  Samochody  poruszały  się  wolniej  od  korowodu  pieszych  blokujących  chodniki  i 

jezdnie.   

Porywaczka z pewnością zechce wywieźć Julie z miasta, pomyślał, albo przynajmniej z 

Dzielnicy  Francuskiej. Nie zwracając uwagi na  klaksony, śpiewy i  krzyki  wokół siebie, 

zaryzykował i poszedł w kierunku północnym.   

Kilka domów dalej natknął się na samochód Julie porzucony przy hydrancie. Zajrzał do 

ś

rodka,  kluczyki  tkwiły  w  stacyjce.  Wyszarpnął  je,  zamknął  auto  i  zaczął  dalej  szukać 

różowych piórek.   

- No, no ... - mruczał pod nosem.   

Nagle  ludzie  rozstąpili  się  i  zobaczył  jedno  wdeptane  w  szczelinę  między  płytami 

chodnika.  Aha,  pomyślał,  oddalają  się  od  rzeki,  idą  na  Jackson  Square.  Zaczął  torować 

sobie drogę, od czasu do czasu zaczepiając ludzi i pytając:   

- Widzieliście wysoką kobietę w różowym boa?   

-  Niestety  ludzie  tylko  potrząsali  głowami.  Gdzieś  przed  sobą  usłyszał  zawodzące 

dźwięki  saksofonu.  Reuben!  Zaczął  się  co  sił  przepychać  do  przodu,  a  kiedy  dotarł  do 

muzyka,  omal  nie  wytrącił  mu  instrumentu  z  ręki.  -  Szukam  kobiety  z  różowym  boa  - 

rzekł bez wstępów. - Widziałeś ją?   

- Tej samej, z którą byłeś wtedy? Niezła. Szła na Jackson Square.   

- Dzięki. Pogadamy innym razem - rzucił Mac i zniknął w tłumie.   

Park  majaczył  przed  nim,  ciemna  plama  między  budynkami.  Nagle  potknął  się  o  coś: 

Spojrzał  pod  nogi.  Sandałek  Julie.  Reuben  miał  rację.  Mac  schylił  się,  podniósł  bucik, 

niedaleko  znalazł  drugi.  Sprytnie.  Bardzo  sprytnie.  Wie,  że  boso  może  poruszać  się 

znacznie szybciej. Wepchnął buty do kieszeni i pobiegł dalej ..   

W parku panowała atmosfera zabawy. Ludzie tańczyli, wymachując pochodniami, śmiali 

się, rapowali. W powietrzu unosiły się opary alkoholu zmieszane z dymem marihuany.   

Zatrzymał jakiegoś nastolatka.   

- Widziałeś wysoką, bardzo atrakcyjną kobietę?   

- Widziałem milion takich - odparł chłopak.     

- Bardzo wysoką! - Mac nie dawał za wygraną· - Wyższą od ciebie. I miała różowy szal z 

piór.   

Chłopak  wzruszył  ramionami.  Mac  pytał  dalej.  Bez  skutku.  W  końcu  jakąś  kobieta 

background image

powiedziała mu:   

- Tak; były tu we dwie. Blondynka i brunetka. Wyglądała jak modelka.   

- Gdzie je pani widziała?   

- Chyba koło pomnika.   

- Dzięki - rzucił i ruszył we wskazanym kierunku.   

Zanim jednak dobiegł do pomnika, usłyszał strzał.   

 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY   

Julie czuła skutki ciosu w dłoni i przegubie, lecz kula jej nawet nie drasnęła.   

- Łapać ją! Ona ma broń! - rozległy się histeryczne głosy.   

 

Ludzie  rzucili  się  w  pogoń.  W  ciemności  Julie  starała  się  dojrzeć,  czy  ktoś  nie  leży  na 

ziemi.  Wyglądało  jednak  na  to,  że  na  szczęście  nikt  nie  ucierpiał.  Chwiejąc  się  na 

nogach, wstała. Nagle poczuła, że ktoś chwyta ją z tyłu za ramiona. Przerażona zaczęła 

się wyrywać.   

-  Spokojnie,  Julie.  To  tylko  ja  ...  Mac.  W  pierwszym  odruchu  zapragnęła  paść  mu  w 

objęcia  i  się  rozpłakać,  lecz  wzięła  się  w  garść.  Nie  należy  przecież  do  kobiet,  które 

potrzebują mężczyzny, by zapanować nad sytuacją.   

- Nic ci nie jest? - spytał.   

- Nie. - Nie skłamała, no ... może nie powiedziała mu całej prawdy. Nie doznała żadnych 

fizycznych obrażeń, chociaż psychicznie była zdruzgotana. Mac dotknął ustami jej warg i 

natychmiast poczuła się znacznie lepiej.   

- W którym kierunku poszła? - spytał.   

- Nie mam pojęcia. Może tam? - Julie wyciągnęła rękę w stronę, gdzie przed momentem 

mignęła jej głowa Andrei.     

-  Nie  ruszaj  się  -  rozkazał  i  zniknął  w  tłumie.  Julie  nie  miała  zamiaru  go  słuchać.  Nie 

bacząc na otarte kolano i bolące stopy, ruszyła za nim. Była tak samo wściekła jak on, tak 

samo  zdeterminowana,  by  schwytać  Andreę.  Poza  tym,  gdy  tylko  cofnął  ręce,  pewność 

siebie natychmiast ją opuściła.   

 

background image

Wbrew swoim zasadom, potrzebowała jego bliskości.  No i w kieszeniach miał jej buty, 

których też potrzebowała.   

 

Ludzie  instynktownie  ustępowali  im  z  drogi.  Może  sprawiał  to  zacięty  wyraz  twarzy 

Maca, może zdecydowany krok, może wściekłość, jaka biła z całej jego postaci ...   

 

Dopadli  Andreę  przy  Royal  Street.  Biegła,  oddalając  się  od  parku.  Na  przegubie  miała 

zawieszoną torebkę. Gdzie pistolet? Czy znów wystrzeli? Czy wyceluje w Maca? Jeśli go 

zrani ... Julie nie była porywcza, lecz gdyby Andrea zrobiła Macowi krzywdę, udusiłaby 

ją gołymi rękami.   

Mac rzucił się na Andreę i ją obezwładnił.   

- Sprowadźcie policję! - wrzasnął któryś z gapiów.   

- I to szybko! - krzyknął do niego Mac przez ramię·   

 

Andrea  walczyła  zaciekle,  lecz  on  kilkakrotnie  uderzył  jej  ręką  o  chodnik,  i  pistolet 

wypadł  z  jej  dłoni.  Julie  błyskawicznie  nakryła  go  stopą.  Macowi  w  końcu  udało  się 

wykręcić Andrei ręce do tyłu.   

 

- Daj mi swoje boa - zawołał do Julie. Podała mu różowy szal z tkwiącymi gdzieniegdzie 

pojedynczymi piórkami, a Mac związał nim przeguby niedoszłej morderczyni. - Czy ktoś 

już wezwał policję?     

- Wszyscy policjanci są zajęci kierowaniem ruchem! - krzyknął ktoś z tłumu.   

 

-  Cudownie  -  mruknął  Mac  pod  nosem.  Podniósł  się,  potem  pomógł  Andrei  stanąć  na 

nogi. Obrzuciła go stekiem wyzwisk. - Masz jej pistolet? - zwrócił się do Julie.   

- Mam.   

 

Wyciągnął wolną rękę, a Julie położyła mu pistolet na dłoni. Nigdy w życiu nie miała w 

ręce pistoletu. Ważył więcej, niż się spodziewała. Wyglądał jak metalowa, śmiercionośna 

rzeźba.  Mac  odchylił  połę  marynarki  i  wsunął  go  sobie  do  kieszeni  spodni.  Wówczas 

dostrzegła znacznie większy pistolet zatknięty za pasek spodni. Skąd go wziął? Ochrona 

background image

hotelu nie była uzbrojona.   

 

Postanowiła,  że  później  go  o  to  zapyta.  Kiedy  uspokoi  się  na  tyle,  że  będzie  w  stanie 

spokojnie  myśleć,  kiedy  poziom  adrenaliny  w  jej  krwi  opadnie,  a  tętno  powróci  do 

normy. Później będzie mnóstwo czasu na zadawanie pytań.   

Powoli opuścili we trójkę park i wrócili na parking.   

Mac  skierował  się  prosto  do  swojego  samochodu.  Otworzył  tylne  drzwi,  wepchnął 

Andreę na siedzenie i przypiął pasem.   

- Bolą mnie ręce - poskarżyła się.   

- Bardzo mi przykro - odparł i zatrzasnął drzwi.   

-  Nie  masz  prawa  mnie  związywać!  -  krzyczała.  -  Nie  jesteś  z  policji!  Oskarżę  cię  o 

porwanie. I o czynną napaść.   

- Proszę bardzo - odparł, siadając za kierownicą. Julie zajęła miejsce obok niego. - Co ci 

się stało w kolano? - spytał Mac.   

Spojrzała  na  niego,  zaskoczona  czułością  w  jego  głosie.  Spuściła  wzrok.  Kolano 

krwawiło.   

- Chyba je sobie otarłam ...   

Mac sięgnął do pudełka leżącego na konsoli między siedzeniami i wyciągnął chusteczkę 

higieniczną. Potem pochylił się i przyłożył ją do rany.   

- Zajmiemy się tym, jak tylko oddamy twoją koleżankę w ręce policji. Masz jakieś inne 

skaleczenia?   

Rozprostowała  rękę,  która  już  przestała  boleć.  Nadepnięty  duży  palec  u  nogi  nadal 

pulsował, lecz na razie postanowiła nie mówić o tym Macowi.   

- Nic mi nie jest. Naprawdę.   

- Zdumiewasz mnie - szepnął, a potem wyprostował się i włączył silnik. - Znalazłem twój 

samochód - dodał. - Zostawiłaś kluczyki w stacyjce. Wyjąłem je i zamknąłem auto.   

- Obawiam się, że zaparkowałam w niedozwolonym miejscu.   

-  Mam  znajomości  w  drogówce.  Jeśli  wlepią  ci  mandat,  załatwię  to.  Jak  ci  się  udało 

wydostać z samochodu?   

Julie pozwoliła sobie na uśmiech.   

- Mówiłam ci, że moje hamulce piszczą? Zdołałam ją przekonać, że to silnik i że dalej nie 

background image

pojedziemy.   

Mac roześmiał się.   

- Sprytnie - pochwalił.   

- Ty suko! - wykrzyknęła Andrea. - Okłamałaś mnie!   

Jazda na posterunek policji trwała wieczność. Ulice były zakorkowane jak w godzinach 

szczytu, albo jeszcze gorzej. Tylko reflektory aut rozświetlały mrok.·   

Brak  świateł  na  skrzyżowaniach  sprawiał,  że  przejazd  przez  nie  wiązał  się  ze 

ś

miertelnym ryzykiem.   

W  końcu  jednak  dotarli  na  miejsce.  Mac  zdawał  się  doskonale  orientować  w  budynku, 

którego albo nie dotknęła awaria, albo był zasilany kilkoma rezerwowymi generatorami, 

bo był jasno oświetlony, a wszystkie komputery pracowały pełną parą.   

Sierżant  pełniący  służbę  powitał  Maca  po  imieniu.  -  Cześć!  Nie  narzekasz  na  brak 

damskiego towarzystwa!   

-  Sytuacja  nie  jest  wesoła  -  odparował  Mac.  -  Lepiej  skontaktuj  się  z  prokuratorem 

okręgowym. I będzie nam potrzebny lekarz.   

- Nie trzeba - zaprotestowała Julie. - Wystarczy mi tylko trochę wody i opatrunek.   

Sierżant zawołał koleżankę.   

-  Chodź  ze  mną,  złotko  -  powiedziała  do  Julie.  Rozłączona  z  Makiem,  Julie  ponownie 

musiała   

przyznać  w  duchu,  jak  uspokajająco  działa  na  nią  jego  bliskość.  Starała  się  jednak 

uprzejmie słuchać policjantki, która opowiadała o tym, ilu kolegów zostało wezwanych 

do  wypadków  spowodowanych  awarią  prądu  w  mieście.  Ludzie  zostali  uwięzieni  w 

windach, szpitale przeżywały oblężenie.   

- Mówię ci, kochana, za dziewięć miesięcy urodzi się kupa dzieciaków. Co za noc! Jedno 

jest pewne, w Nowym Orleanie człowiek się nigdy nie nudzi! - Kiedy doszły do damskiej 

toalety, rzekła: - Obmyj się, a ja przyniosę apteczkę.   

Kiedy Julie została sama, zdjęła podarte rajstopy i wyrzuciła je do śmieci. Potem oparła 

nogę  o  umywalkę  i  umyła  krwawiące  kolano.  Otarcie  wyglądało  gorzej,  niż  się 

spodziewała. Potem obejrzała duży palec. Paznokieć był siny, lecz kości całe.   

Spojrzała  w  lustro  nad  umywalką  i  aż  się  wzdrygnęła.  Włosy  rozczochrane,  sukienka 

pognieciona, policzki mokre od łez. Nie była beksą. Ostatni raz płakała, kiedy zmarła jej 

background image

ukochana  Bella.  Ale  dzisiaj  otarła  się  o  śmierć.  W  tej  sytuacji  łzy  były  do  wybaczenia. 

Umyła twarz, wytarła nos, wyjęła szpilki z włosów, palcami przeczesała fryzurę. Kiedy 

policjantka  wróciła,  Julie  przemyła  sobie  kolano  płynem  dezynfekującym  i 

zabandażowała.   

- Dzięki - powiedziała.   

- Napijesz się kawy? - zaproponowała policjantka w drodze powrotnej do dyżurki.   

- Dziękuję, ale raczej nie. - Julie wiedziała, że nie mogłaby niczego przełknąć.   

- Kochana, pamiętam, jak Katrina uderzyła. Kubek dobrej kawy był takim rarytasem, że 

wydawał się istnym napojem bogów. - Policjantka westchnęła na wspomnienie tamtych 

tragicznych dni sprzed półtora roku. - Człowiek dopiero wtedy zdaje sobie sprawę z tego, 

jak bardzo jest uzależniony od pewnych rzeczy, kiedy ich zabraknie.   

To  prawda,  pomyślała  Julie.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo  jest  uzależniona  od 

Maca, dopóki nie została siłą z nim rozdzielona.   

Weszły do małego pokoju, gdzie zastały Maca w towarzystwie policjanta po cywilnemu. 

Pantofle Julie, podeptane przez setki stóp, leżały na stole. Mac zajęty był rozmową przez 

telefon komórkowy.   

- Posłuchaj, Julie - rzekł, kończąc rozmowę. - W hotelu mają jakiś drobny kłopot. Muszę 

tam pojechać.   

- Kłopot? Jaki kłopot?   

- Dzwonił Tyrell. Sprawdzę, o co chodzi. Dobrze?   

- Dobrze - odparła machinalnie.   

- To jest detektyw Rick Pelletier. Zajmie się tobą,    dopóki nie wrócę.   

- Dobrze.   

 

Mac  przysunął  jej  krzesło,  lekko  dotknął  jej  ramienia  i  wyszedł.  Detektyw  Pelletier 

otworzył notes i uśmiechając się do Julie, powiedział:   

- On jest bardziej przejęty od pani.   

- Jestem wystarczająco przejęta.   

- Proszę opowiedzieć mi wszystko po kolei.   

Julie odchyliła się na oparcie krzesła, potarła bolące kolano i westchnęła. Potem zaczęła 

relacjonować wydarzenia dzisiejszego wieczoru.   

background image

Mac przebijał się przez zakorkowane ulice. Chciał jak najszybciej wrócić na posterunek. 

Ciemność, brawura  kierowców, nieuwaga przechodniów, wszystko to zaczynało działać 

mu na nerwy.   

Nie miał ochoty zajmować się kolejnymi kłopotami w hotelu. Jego prawdziwe zadanie to 

ochrona Julie. Omal nie zawiódł. Wyrzuty sumienia dręczyły go niewyobrażalnie.   

W jednym z pokoi na tyłach hotelu znaleziono trupa.   

- Nie wiem, czy popełniono zbrodnię, ale lepiej przyjedź - prosił Tyrell.     

Dobrze,  że  Mac  był  właśnie  na  posterunku.  Od  razu  poprosił  Joego,  dyżurnego 

policjanta,  by  skierował  najbliższy  radiowóz  do  hotelu.  Trup,  bez  względu  na 

okoliczności zgonu, to sprawa policji.   

Kiedy  dotarł  na  miejsce,  zabawa  trwała  w  najlepsze.  Na  szczęście  Tyrell  zatrzymał 

wiadomość o odkryciu ciała w tajemnicy, więc goście tańczyli, jedli i pili. Mac poczuł się 

tu obco. Jego miejsce było przy Julie.   

Dochodziło  wpół  do  trzeciej,  kiedy  dotarł  z  powrotem  na  posterunek.  Zastanawiał  się, 

czy  jeszcze  ją  tam  zastanie.  Do  tej  pory  Ricky  Pelletier  mógł  skończyć  przesłuchanie  i 

odwieźć ją do domu. Właściwie dlaczego miałaby na niego czekać? Zawiódł, okazał się 

najgorszym ochroniarzem na świecie. Powinien zwrócić Marcie pieniądze.   

Zaparkował, zamknął samochód i wszedł do budynku. Joe pomachał do niego, a kiedy się 

zbliżył, pokazał mu śpiącą na ławce Julie.   

-  Proponowaliśmy,  że  ją  odwieziemy,  ale  odmówiła.  Powiedziała,  że  na  pewno  po  nią 

przyjedziesz.   

Mac  poczuł  uścisk  w  sercu.  We  śnie  wyglądała  tak  bezbronnie  -  leżała  z  nogami 

podkurczonymi, jedno kolano miała obandażowane, włosy opadały jej na ramiona. Może 

teraz  była  słaba  i  bezbronna,  ale  kiedy  szła  przez  Dzielnicę  Francuską  z  pistoletem 

przyłożonym do boku, wykazała się siłą i odwagą.   

Ocaliła  swoje  życie.  Maca  znowu  ogarnęło  poczucie  winy,  że  nie  zdołał  zapewnić  jej 

ochrony, a podziw dla jej inteligencji i sprytu, samozaparcia i silnej woli wciąż wzrastał. 

Poza tym czekała na niego.   

Na palcach zbliżył się do ławki i dotknął jej ramienia. Julie natychmiast uniosła powieki i 

uśmiechnęła się.   

- Dobrze się czujesz? - spytał. - Tylko nie mów: nic mi nie jest - dodał.   

background image

- Zabierz mnie do domu - poprosiła.   

Pomógł  jej  wstać,  objął  i  zaprowadził  do  samochodu.  Szła  powoli,  może  z  powodu 

zmęczenia, może bolącego kolana.   

 

- Coś się stało w hotelu? - zapytała. Uznał, że nie ma potrzeby jej niepokoić.   

-  Mały  kłopot  u  jednego  z  gości  -  odrzekł  wymijająco.  Jutro,  albo  jeszcze  następnego 

dnia,  kiedy  poczuje  się  na  siłach  wrócić  do  pracy,  dowie  się  o  tajemniczym  trupie 

znalezionym  w  pokoju  na  parterze  zajmowanym  przez  Matta  Andersena.  -  Ricky 

Pelletier dobrze się tobą zajął?   

Julie kiwnęła potakująco głową.   

-  Mam  nadzieję,  że  Andrea  przyzna  się  do  winy.  Nie  chcę  zeznawać  w  sądzie.  Raz  to 

robiłam i nic dobrego z tego nie wynikło.   

- To przeszłość - mruknął Mac, mając nadzieję, że się nie myli.   

Psiakrew, jeśli to nieprawda, jeśli nadal coś jej grozi, do końca życia będzie ją ochraniał. 

Zawiódł raz. Przysiągł sobie w duchu, że więcej się to nie powtórzy.   

Niektóre  dzielnice  wciąż  nie  miały  światła,  lecz  teraz  na  ulicach  panował  względny 

spokój.  Tylko  od  czasu  do  czasu  przejeżdżał  jakiś  samochód  albo  przechodziła  grupka 

hałaśliwych balowiczów. Julie oparła głowę o zagłówek i westchnęła. 

-  Dlaczego  ona?  -  spytał  Mac.  -  Też  była  modelką?  Julie  kiwnęła  potakująco  głową. 

Patrzyła prosto przed siebie, w nieprzenikniony mrok za szybą samochodu.   

- Była jedną z najmłodszych dziewcząt w agencji. Pochodziła z jakiejś małej mieściny na 

ś

rodkowym zachodzie i miała wybujałe wyobrażenia o czekającej ją sławie i bogactwie. 

Ktoś  jej  powiedział,  że  posiada  wszelkie  atrybuty  modelki,  i  przyjechała  do  Nowego 

Jorku. Nawet nie ukończyła szkoły średniej.   

- Ma odwagę. Trzeba dużo odwagi, żeby kogoś namierzyć, a potem porwać.   

Julie wzdrygnęła się·   

- Wtedy Andrea była nieśmiała, brakowało jej wiary w siebie. Glenn wziął ją pod swoje 

skrzydła.  Obiecał  się  nią  zająć  i  dotrzymał  słowa.  Należała  do  tych,  którym  dawał 

amfetaminę, żeby schudły. Potem zaczął z nią sypiać. Była przekonana, że ją kocha.   

Mac zrobił zdziwioną minę.   

-  Ten  romantyczny  wizerunek  jakoś  mi  nie  pasuje  do  wymachującej  pistoletem  dziwki, 

background image

którą doprowadziłem na posterunek.   

-  Zmieniła  się  -  rzekła  beznamiętnie  Julie.  -  Okazuje  się,  że  przez  te  lata,  jakie  Glenn 

spędził  w  więzieniu,  nie  przestała  go  kochać.  Kiedy  go  zwolniono,  przyjechała  do 

Nowego Jorku, żeby z nim być. Ale on nie chciał mieć z nią nic wspólnego.   

- I ona obwinia ciebie, tak? - domyślił się Mac. Julie powoli kiwnęła głową.   

- Bo to jest moja wina. Gdyby nie ja, Glenn nadal prowadziłby agencję.   

-  A  ona  nadal  by  była  wykorzystywana,  okradana  i  faszerowana  narkotykami? 

Oszczędziłaś jej wielu lat upokorzeń.   

- Może nie miałam racji? - odparła Julie cicho.   

- Byłam bardzo zasadnicza, przekonana o słuszności swojego postępowania. Doszłam do 

wniosku,  że  Glenn  rujnuje  dziewczynom  życie,  i  złożyłam  doniesienie  do  prokuratury. 

Może powinnam spuścić wzrok i udać, że niczego nie dostrzegam?   

-  I  pozwolić,  żeby  facet  dalej  łamał  prawo  i  wykorzystywał  dziewczęta,  które  mogłyby 

być jego córkami?   

- Zawsze jestem taka pewna siebie - mruknęła Julie pod nosem. - Kiedy wydałam Glenna 

w  ręce  policji,  wierzyłam,  że  ratuję  te  dziewczyny,  że  świat  bez  niego  będzie  lepszy.  - 

Zamilkła,  spojrzała  smutno  na  Maca  i  ciągnęła:  -  Uważałam,  że  kobieta  powinna  być 

samodzielna,  że  nie  może  ufać  mężczyźnie,  który  twierdzi,  że  zadba  o  jej  interes.  Bo 

bardzo  często  jej"  kosztem  dba  o  swój  interes.  Kobieta  musi  mieć  się  na  baczności  i 

polegać tylko na sobie.   

- Nie najgorszy sposób na życie.   

- Ale kiedy Andrea ciągnęła mnie ze sobą po Dzielnicy Francuskiej ... - Julie zamilkła i 

westchnęła  -  chciałam,  żebyś  się  zjawił  i  mnie  obronił.  Wyrywałam  pióra  z  szala  i 

znaczyłam nimi ślad, żebyś mnie uratował.   

 

- Chciałem cię uratować. - Głos mu się lekko łamał. - Nie mogę sobie darować, że mi się 

nie udało.   

Spojrzała na niego zdumiona.   

- Jak to? Przecież mnie uratowałeś.     

- Zjawiłem się już po strzale.   

Urwał,  przeżywając  od  nowa  te  straszne  chwile,  kiedy  usłyszał  wystrzał.  Jak  ona  może 

background image

uważać, że ją uratowałem? Kiedy dobiegłem, Andrei już nie było. Ona w to wierzy, bo 

chciała, żebym się zjawił. Zresztą niech wierzy, w co chce. Na pewno nie będzie się z nią 

teraz spierał.   

 

Kiedy dojechali na miejsce, Mac wyłączył silnik i odwrócił się do Julie.   

 

- Jak wejdę do środka? - spytała. - Nie mam kluczy.   

 

Mac sięgnął do kieszeni i wyciągnął kółko z kluczami, które znalazł w jej samochodzie.   

- Za to ja mam - odparł.   

Otworzył drzwi, obszedł auto i pomógł jej wysiąść.   

 

Stawiając  stopy  na  ziemi,  skrzywiła  się  z  bólu.  Mac  nie  tracił  czasu  na  pytania,  jak  się 

czuje, i wziął ją na ręce. - Postaw mnie - protestowała. - Nie jestem kaleką.   

- Kaleką nie, ale trochę się poobijałaś.   

Zaniósł ją na ganek i dopiero tam, nie wypuszczając z objęć, ostrożnie postawił na ziemi. 

Otworzył zamek.   

- Mac - szepnęła.   

Jej dłonie zsunęły się z jego szyi na piersi. Poczuł zapach gardenii. Włosy Julii, miękkie 

jak futerko norek, musnęły mu podbródek. Znajdowała się tak blisko, patrzyła na niego 

tak błagalnie ...   

Dzisiejszej  nocy  omal  jej  nie  stracił.  Posłuchał  głosu  serca,  pochylił  głowę  i  przywarł 

ustami do jej warg.   

 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY   

Bolało ją kolano, bolał duży palec u nogi. Ale ten ból był niczym w porównaniu z bólem 

całego ciała, słodkim, kobiecym, który· jedynie Mac mógł ukoić. Klatka schodowa była 

tak ciemna, że Julie nie widziała twarzy Maca, natomiast czuła jego bliskość. Na piętrze 

wsunął jej w dłoń klucze. Po omacku odnalazła zamek i otworzyła drzwi. W mieszkaniu 

panował  podobny  mrok,  poza  tym  panowała  tam  niesamowita  cisza.  Julie  natychmiast 

background image

zorientowała się, jakiego dźwięku jej brakuje.   

- Filtr w akwarium! - wykrzyknęła.   

Biedne rybki! Grzałka przecież też nie działa!   

-  Masz  latarkę?  .::..  zapytał  Mac,  przytrzymując  ją.  Istotnie,  w  ciemnościach  nawet  nie 

widziałaby rybek.   

 

- Poczekaj - rzekła i po omacku przeszła do kuchni.   

Znalazła  latarkę,  potem  zapałki  i  świece,  i  wróciła  do  przedpokoju.  Mac  jest  u  mnie, 

pomyślała. Tej dramatycznej nocy to było najważniejsze.   

-  Zobaczmy,  jak  tam  twoje  rybki  -  zaproponował.  Podeszli  do  akwarium.  Rybki, 

zaintrygowane  światłem  latarki,  podpłynęły  do  szyby.  Julie  palcem  sprawdziła 

temperaturę wody.     

 

- Chyba jest dość ciepła, ale na wszelki wypadek owinę akwarium ręcznikami - rzekła.   

 

Przyniosła z szafy ręczniki, Mac pomógł jej zabezpieczyć szklany zbiornik.   

- Nic im nie będzie - pocieszał.   

Objął ją, a ona oparła mu głowę na ramieniu, wdzięczna, że nie wyśmiał jej troski o ryby. 

Są jej towarzyszkami, a on potrafi to uszanować. Gdy dotknął wargami czubka jej głowy, 

uniosła  twarz,  a  wtedy  ją  pocałował.  Ostrożnie,  delikatnie,  lecz  wyczuła  jego  tłumiony 

głód.  Nie  musi  się  hamować,  pomyślała.  Owszem,  jest  poobijana,  lecz  cała,  silna  i 

zdrowa, i chce, żeby tym pocałunkiem Mac rozświetlił jej mroczny świat.   

Zapraszająco  rozchyliła  wargi.  Tak,  myślała,  tak,  pragnę  tego.  Żyję  i  pożądam  Maca. 

Pogładził  jej  plecy,  potem  wsunął  dłoń  we  włosy,  odchylił  lekko  jej  głowę  do  tyłu,  po 

czym gorąco ją pocałował. Przez jedno mgnienie wyobraziła sobie, że kochają się tu, w 

saloniku.   

 

Mac  jednak  miał  inny  pomysł.  Oderwał  usta  od  jej  ust,  pocałował  Julie  w  policzek,  a 

potem szepnął:   

- Gdzie jest twoje łóżko, chere?   

Uwielbiała,  gdy  zwracał  się  do  niej  słowem  chere  -  nie  tylko  dlatego,  że  brzmiało  to 

background image

seksownie.  Teraz  świadczyło  o  tym,  że  nareszcie  uznał,  iż  nic  jej  nie  jest.  W 

samochodzie był ponury, spięty. Nareszcie zrozumiał, że jest bezpieczna, że ją uratował. 

Nie miała mu tego za złe.   

Niczego nie miała mu za złe. Pragnęła go, pożądała. Bo ją uratował, bo przyszedł po nią. 

Bo po prostu był Makiem.   

Cofnęła się teraz kilka kroków, zapaliła dwie świece. Jedną wzięła ona, drugą on, i razem 

przeszli do jej sypialni. Julie postawiła świecę na nocnym stoliku obok łóżka, Mac swoją 

na komodzie. Dwa migoczące płomyki rzucały dosyć światła, aby odnaleźli siebie.   

Mac  objął  Julie,  dłońmi  zgarnął  jej  włosy.  Uśmiechnął  się,  jak  gdyby  ich  jedwabistość 

sprawiała mu rozkosz.   

- Zaczekaj - szepnął, obrócił ją plecami do siebie i pocałował w miejsce między szyją a 

karkiem. Usłyszała ciche westchnienie, potem pocałował ją ponownie. Znów westchnęła. 

-  Kiedy  wieczorem  zobaczyłem  twoje  upięte  włosy  i  odsłoniętą  szyję,  o  niczym  innym 

nie mogłem myśleć - wyjaśnił i obsypał jej szyję i kark pocałunkami.   

Z jej ust wyrwało się jego imię. Wtedy rozpiął zamek błyskawiczny jej sukienki i zaczął 

całować jej plecy.   

-  Julie  -  szepnął,  zatrzymując  usta  tam,  gdzie  powinno  znajdować  się  zapięcie 

biustonosza. - Niczego nie mam.   

Nie planował uwodzenia jej tej nocy. Ona też tego nie planowała, chociaż ... Może po to 

wybrała sukienkę z tak głębokim dekoltem, by nie wkładać pod nią bielizny, może po to 

upięła tak wysoko włosy?   

- Chyba ja  mam to, o czym  myślisz  - rzekła, wyśliznęła  się z  jego objęć i w szufladzie 

nocnej  szafki,  wśród  rozmaitych  drobiazgów  znalazła  opakowanie  prezerwatyw,  które 

trzymała tam na wszelki wypadek. Mac wziął od niej paczuszkę, ucałował i położył ją na 

nocnej szafce. Potem zdjął marynarkę, cisnął ją w kąt i nie rozwiązując krawata, zdjął go 

przez głowę niczym lasso.   

Julie  zaczęła  rozpinać  guziki  jego  koszuli,  on  natomiast  zsunął  z  jej  ramion  ramiączka 

sukienki.  Westchnął, ujrzawszy jej piersi, i lekko popchnął ją w stronę łóżka. Po chwili 

byli  już  nadzy,  pieścili  się  nawzajem,  odkrywali  sekrety  swoich  ciał.  Ich  spojrzenia  się 

spotkały. Dla Julie był to akt zjednoczenia, jakiego jeszcze nigdy w życiu. nie przeżyła. 

Po raz pierwszy zrozumiała, co to znaczy uzależnić się od mężczyzny, oddać się mu całą 

background image

sobą,  zaufać,  że.  on  podaruje  jej  to,  czego  najbardziej  potrzebuje.  Ufała  Macowi  i 

poddała się mu całkowicie. Ku swojemu zdumieniu poczuła, że udziela się jej jego siła. 

Zależność od niego okazała się niezwykłym aktem niezależności.   

Jego ruchy były powolne i kontrolowane. Uniosła nogi i objęła go w pasie. Przymknęła 

powieki. Wszystkie doznania były zbyt cudowne, zbyt wyjątkowe, zbyt intymne. Bała się 

aż do tego stopnia się przed nim odkryć.   

- Otwórz oczy, Julie - poprosił szeptem.   

W  jego  spojrzeniu  ujrzała  pragnienie,  pożądanie.  Miłość.  Drgnęła,  jęknęła,  osiągnęła 

szczyt  rozkoszy.  Mac  wstrzymał  oddech,  napiął  mięśnie,  krzyknął,  lecz  nie  przestawał 

patrzeć jej w oczy, jak gdyby chciał złączyć się z nią nie tylko ciałem, lecz i duszą·   

 

Coś jest nie tak. Julie nie miała co do tego wątpliwości. Nie miała wątpliwości, że pójście 

do łóżka z  Makiem było właściwe, otwarcie się  przed nim nieuniknione, obdarzenie  go 

zaufaniem  absolutnie  konieczne  i  zasadnicze.  Ale  teraz,  kiedy  miłość  i  wzajemne 

zaufanie stały się faktem, on zaczął od niej się oddalać.   

- O co ci chodzi? - spytała.   

Spojrzał na nią zdumiony, uśmiechnął się, objął ramieniem i przyciągnął do siebie.   

- O co mi chodzi?   

- Odnoszę wrażenie, że ... coś cię nurtuje.   

- Mylisz się.   

Leżąc z głową opartą na ramieniu Maca, widziała jedynie kontur jego twarzy. Nie patrzył 

już na nią. Może to mnie coś nurtuje, pomyślała, a nie jego.   

- Nie okłamuj mnie - rzekła.   

Pogładził jej ramię. Milczenie między nimi przedłużało się, napięcie rosło.   

- Okłamywałem cię od samego początku, chere. Nareszcie wyznał prawdę. Świadczyły o 

tym ton jego głosu i wahanie. Teraz mówił szczerze; a przedtem ją okłamywał. Odsunęła 

się  od  niego  i  usiadła.  Poczuła,  że  ogarnia  ją  przenikliwe  zimno,  lecz  nie  dlatego,  że 

wysiadło ogrzewanie.   

- Na czym polegało to okłamywanie? - spytała, mimo że bała się usłyszeć odpowiedź.   

Może  wbrew  temu,  co  napisał  w  ankiecie  personalnej,  jest  żonaty?  Może  już  jutro 

wyjeżdża z miasta i nigdy więcej go nie zobaczę? Może jest nieuleczalnie chory?   

background image

Zresztą wszystko jedno. Kłamstwo pozostaje kłamstwem.   

- Chodź do mnie, kochanie - poprosił Mac z uśmiechem i wyciągnął rękę - nie musimy 

teraz o tym rozmawiać.   

Właśnie że musimy. Odsunęła się, lecz gdy przytrzymał ją za przegub, westchnęła.   

- Lepiej wszystko mi powiedz - zażądała. - Prawda zawsze jest lepsza od domysłów.   

Wbił wzrok w sufit.   

- Nie jestem hotelowym ochroniarzem.   

W porównaniu z najgorszymi scenariuszami, jakie zrodziły się w jej głowie, to wyznanie 

wydało jej się śmieszne.   

- Jak to? Przecież pracujesz jako szef ochrony.   

- Jestem konsultantem do spraw bezpieczeństwa. Prywatnym detektywem.   

-  Wiem.  Poprzednio pracowałeś w ... zaraz, zaraz, jak to się nazywało ... Crescent City 

coś tam.   

- Crescent City  Security Services. Nie tylko pracowałem. Razem z  kumplem założyłem 

tę firmę. Jestem współwłaścicielem.   

To jeszcze nie tragedia. Dlaczego więc patrzy na mnie tak poważnie?   

- Domyślam się, że potrzebowałeś pieniędzy i zatrudniłeś się w hotelu, tak?   

- Nie. - W oczach Maca odbijał się płomień świecy stojącej na nocnej szafce. - Zostałem 

wynajęty, żeby cię obserwować. Zaangażowałem się do pracy w hotelu, bo to ułatwiało 

mi wywiązanie się z tego zadania.   

- Miałeś mnie obserwować? - powtórzyła szeptem. Boże! Czyli się nie myliła. Cały czas 

miał ją na oku. Śledził każdy jej ruch. - I dlatego jesteśmy teraz razem w łóżku? Bo ktoś 

cię wynajął, żebyś mnie obserwował?   

-  Nie!  -  wykrzyknął  i  poderwał  się,  lecz  gdy  spostrzegł,  że  Julie  odsuwa  się  od  niego, 

opadł z powrotem na poduszkę. - Jestem tu, bo szaleję za tobą.   

- Aha! - prychnęła z sarkazmem.- Szalejesz za mną i dlatego mnie śledzisz?   

- Śledziłem cię, bo mi za to płacono.   

- Kto ci płacił?   

- Nie pytaj. Już i tak za dużo powiedziałem.   

Julie  zakipiała  z  wściekłości.  Nie  była  z  natury  impulsywna,  lecz  teraz  miała  ochotę 

uderzyć Maca. Zmobilizowała całą siłę woli, by się opanować.   

background image

- Zadałam ci pytanie. Lepiej na nie odpowiedz. Mac spróbował się uśmiechnąć.   

- Nie mogę. Mój klient pragnie pozostać anonimowy, a ja muszę zastosować się do tego 

ż

yczenia.   

- I to jest ważniejsze od szacunku dla mnie, tak?   

-  To  są  dwie  kompletnie  różne  rzeczy.  -  Mac  uniósł  się  na  łokciu,  potem  usiadł.  Ich 

twarze  znalazły  się  teraz  na  tym  samym  poziomie.  -  Szanuję  cię,  Julie.  Szanuję  cię  w 

sposób,  jakiego  nie  potrafię  wyrazić  słowami.  Ale  mam  podpisaną  umowę  i  muszę 

przestrzegać  warunków.  -  Ujął  jej  podbródek,  pogładził  ją  po  policzku.  -  Wolałabyś, 

ż

ebym nadal cię okłamywał? Już nie mogę.   

Jego słowa budziły w Julie odrazę.   

- Kto cię wynajął? - nalegała. - Glenn Perry?   

-  Nie.  Mój  klient  właśnie  przed  nim  chciał  cię  chronić.  Bał  się,  że  Glenn  będzie  cię 

szukać. Ale z jego strony nic ci nie zagraża.     

A z twojej tak, pomyślała.   

- Więc kto to jest? Komu zależy na tym, żeby mnie obserwować?   

Mac potrząsnął głową.   

- Komuś, komu zależy na twoim bezpieczeństwie. Nie wywiązałem się z zadania - dodał, 

patrząc na płomień świecy stojącej na komodzie. - Mogłaś dzisiaj zginąć.   

-  Może  powinieneś  zadzwonić  do  swojego  klienta  i  powiadomić  go  o  tym?  -  rzekła  z 

goryczą w głosie. - Masz w stosunku do niego zobowiązania. Nasz klient, nasz pan.   

-  Zlecenie  klienta  to  jedno,  a  to,  co  zaszło  między  nami,  to  drugie  -  usiłował  ją 

przekonać.  -  Kiedy  szedłem  tropem  wyznaczonym  przez  różowe  pióra,  nie  myślałem  o 

kliencie. Myślałem wyłącznie o tobie.   

- Nie chcę ciebie w moim życiu - oświadczyła. Jakże fałszywie zabrzmiały te słowa! Ale 

przecież Mac ją okłamywał. Teraz może kłamać. Rozpaczliwie go pragnęła, ale nie kiedy 

brał pieniądze za pilnowanie jej. Nie kiedy ktoś go rozliczał z wykonanego zadania. Nie 

kiedy nazwawszy się kłamcą, odmówił ujawnienia prawdy.   

- Julie ...   

- Zostaw mnie.   

Objęła się ramionami i oparła brodę na kolanach.   

Zamknęła  oczy.  Prosi,  żebym  na  niego  spojrzała?  Wykluczone.  Nie  chce  go  więcej 

background image

oglądać! I na pewno nie chce, by zobaczył łzy wypływające spod jej rzęs. Miała nadzieję, 

ż

e w pokoju jest na tyle ciemno, że tego nie zauważy.   

Usłyszała,  jak  westchnął,  poczuła,  jak  materac  się  ugina,  kiedy  Mac  siada  na  brzegu  i 

opuszcza nogi. Przynajmniej szanuje moją wolę, pomyślała.   

Słyszała,  jak  się  ubierał.  Jej  bohater!  Przypomniała  sobie,  jak  czując  pod  żebrami  lufę 

pistoletu, pragnęła, by został jej bohaterem. I tak się stało. Odnalazł ją. Schwytał Andreę, 

a ją uratował. Odprowadził do domu. Kochał się z nią.   

Ale ona pragnęła, by się z nią kochał, bo jego serce jest pełne miłości do niej, tak jak jej 

serce przepełnia miłość do niego. Tymczasem jemu za bycie z nią ktoś płaci.   

Nagle  fragmenty  łamigłówki  zaczęły  układać  się  w  logiczną  całość.  Drogie  ubrania. 

Luksusowy samochód. Zażyła znajomość z oficerami policji i ulicznymi grajkami. Broń. 

Nawet z zamkniętymi oczami widziała, jak pewnie Mac porusza się po ciemnym pokoju, 

zbierając  swoje  rzeczy.  Jak  gdyby  znał  na  pamięć  każdy  szczegół  umeblowania,  a 

przecież nigdy tu przedtem nie był!   

Nie  jest  szefem  ochrony  Hotelu  Marchand.  Nie  jest  rycerzem  w  lśniącej  zbroi,  który  ją 

uratował,  bo  ją  kocha.  Jest  przebiegłym,  gładkim  w  obyciu  prywatnym  detektywem, 

wynajętym na godziny, by ją śledzić.   

A jej się wydawało, że porwanie pod groźbą pistoletu było najgorszą rzeczą, jaka może 

jej się przydarzyć.   

Bohater  do  wynajęcia.  Cholerny  łgarz.  Kiedy  wreszcie  wyjdzie  i  pozwoli  jej  otworzyć 

oczy?   

 

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY   

W  pierwszym  odruchu  Mac  chciał  jechać  do  biura,  lecz  uświadomił  sobie,  że.  jeśli 

tamten  rejon  również  objęła  awaria,  nawet  nie  dostanie  się  do  budynku.  Pojechał  więc 

prosto do domu.   

Tam światła się paliły. Wszedł na schody, otworzył drzwi mieszkania i skierował się do 

kuchni, do szatki, w której trzymał bourbona. Napił się prosto z butelki.   

Ale  ze  mnie  drań,  pomyślał.  Zawiodłem  niemal  wszystkich,  na  których  mi  .zależy  - 

Marcie,  bo  złamałem  obietnicę,  Franka,  bo  naraziłem  na  szwank  dobre  imię  firmy, 

Charlotte i cały personel hotelu, bo udawałem kogoś, kim nie jestem.   

background image

I Julie. Boże, zawiodłem też Julie.   

Podszedł do okna w salonie i spojrzał na uśpiony świat. Nie widział butelki, z której od 

czasu do czasu pociągał łyk, lecz sądząc z jej ciężaru, domyślił się, że jest przynajmniej 

w połowie pełna. Wystarczy, by się upić, nie wystarczy, by utopić poczucie winy i ukoić 

ból rozdzierający duszę.   

Ale przynajmniej Julie jest bezpieczna, a Andrea przebywa w policyjnym areszcie i już 

nie wyrządzi nikomu krzywdy. Jedyną osobą, która może teraz Julie zranić, jest on sam. 

Już to zresztą uczynił.   

Z butelką w ręku usiadł w fotelu i zanim wysączył ją do dna, zasnął. Śniła mu się Julie. 

Jej  dłonie  pieściły  mu  plecy,  włosy  zaczepiały  się  o  wieczorny  zarost.  Śniło  mu  się 

pogrążone  w  ciemnościach  miasto  i  tłumy  ludzi  blokujące  ulice  Dzielnicy  Francuskiej. 

Stał  na  jakimś  rogu,  rozpaczliwie  wypatrując  różowego  piórka,  przekonany,  że  od 

znalezienia tego płatka puchu zależy cała jego egzystencja.   

 

Gdy się przebudził, niebo za oknem było mlecznobiałe. W głowie mu huczało, jak gdyby 

pod czaszką pracował młot pneumatyczny, a mięśnie szyi stężały niczym beton.   

 

Z  trudem  dotarł  do  łazienki.  Długo  stał  pod  gorącym  prysznicem,  potem  dokładnie 

wyszczotkował zęby, by pozbyć się kwaśnego smaku whisky. Połknął kilka pastylek od 

bólu głowy, włożył dres i powlókł się do kuchni zaparzyć sobie mocną kawę z dodatkiem 

cykorii.   

 

Wpół  do  siódmej  w  Nowym  Orleanie  to  wpół  do  ósmej  w  Nowym  Jorku,  obliczył  w 

myślach  -  nie  za  wczesna  pora  rozpocząć  naprawianie  szkód,  jakich  narobił  w  ciągu 

nocy.   

Z kubkiem kawy usiadł przy biurku, odszukał domowy numer telefonu Marcie Sullivan i 

połączył się z nią.   

 

Odpowiedziała po trzecim dzwonku.   

- Halo? Słucham?   

- Mówi Mac Jensen z Nowego Orleanu.   

background image

-  Ach,  to  pan  ...  Słyszałam  o  awarii  elektryczności,  jaka  wczoraj  dotknęła  Dzielnicę 

Francuską. Co u mojej siostry? Wszystko w porządku?   

 

- Tak. .. Mieliśmy mały kłopot, ale teraz jest już dobrze - zaczął i opowiedział Marcie o 

Andrei Crowley. Kilkakrotnie musiał powtarzać, że Julie jest cała, zdrowa i bezpieczna. 

Kiedy Marcie zaczęła rozwodzić się nad jego dzielnością i wspaniałością, nie wytrzymał: 

-  Myli  się  pani.  Nie  spisałem  się.  Powiedziałem  Julie,  że  zostałem  wynajęty,  żeby  ją 

ochraniać.   

- Nie! - wykrzyknęła. - Przecież obiecał pan milczeć!   

- Wiem.   

- Ona mnie znienawidzi .. Będzie wściekła ...   

- Nie mówiłem, że pracuję dla pani - wyjaśnił. - Powiedziałem tylko, że podjąłem się jej 

pilnować.   

- Julie nie jest głupia. Domyśli się, że to ja pana wynajęłam.   

- Niewykluczone.   

- Ona nie cierpi, kiedy ktoś się zbytnio o nią troszczy. Dlatego zależało mi na dyskrecji. 

Tak pana prosiłam ...   

 

Mac  nie  mógł  powiedzieć  Marcie,  co  się  wydarzyło.  Jeśli  Julie  zechce  zwierzyć  się 

siostrze ze swojego życia intymnego, jej sprawa.   

 

- Jest mi niezmiernie przykro. Przepraszam. Oczywiście zwrócę pani pieniądze - dodał.   

 

- Nie musi pan - odparła Marcie bezbarwnym tonem.   

 

- Zawarliśmy umowę, a ja nie dotrzymałem jej warunków. Przygotuję czek i prześlę go 

pani.   

Zanim  Marcie  zdążyła  odpowiedzieć,  rozłączył  się.  Następną  rozmowę  odbył  z 

Frankiem, a ponieważ wspólnik mieszkał w tej samej strefie czasowej, obudził go.   

- Co ci odbiło? - zdenerwował się Frank.     

-  Nie  przesadzaj,  wcale  nie  jest  aż  tak  wcześnie  -  uciął  Mac.  -  Posłuchaj,  schrzaniłem 

background image

robotę. Powiedziałem Julie.   

- Co jej powiedziałeś?   

- Wszystko z wyjątkiem tego, kto zlecił nam tę robotę·   

- Dlaczego?   

- Powody osobiste.   

 

Frank taktownie nie naciskał.   

- Co teraz? - spytał.   

-  Zawiadomiłem  klientkę,  że  zwrócę  honorarium.  Oczywiście  z  własnej  kieszeni,  nie  z 

budżetu firmy - dodał.   

- Nie odgrywaj przede mną takiego szlachetnego. Odprowadzasz do kasy pensję z hotelu. 

Jakoś to wytrzymamy.   

- A dobre imię firmy?   

- No tak. ..   

-  To  wszystko  stało  się  wczoraj  ..:-  zaczął  Mac  i  szczegółowo  zrelacjonował  koledze 

przebieg  wydarzeń.  -  Moja  dalsza  praca  w  hotelu  straciła  sens.  Zamknę  kilka  spraw, 

ewentualnie pomogę znaleźć kogoś na swoje miejsce.   

 

- Poczekaj - przerwał mu Frank. - Jeszcze nie rezygnuj. Nadal próbuję ustalić, co się stało 

z tym milionem dolarów. Wiedziałeś, że Anne Marchand ma młodszego brata?   

- Też działa w branży hotelowej?   

- Nie. Robi za czarną owcę. I nie nazywa się Marchand, tylko Robichaux. Wiele lat temu 

zniknął z Nowego Orleanu. Ciekawe, nie?   

 

Frank  i  Mac  założyli  Crescent  City  Security  właśnie  po  to,  by  wyjaśniać  tajemnicze 

zniknięcia  czarnych  owiec.  W  innych  okolicznościach  Mac  natychmiast  połknąłby 

haczyk, lecz dzisiaj czuł się podle.   

 

- Nie otrzymaliśmy zlecenia z hotelu, żeby wytropić tę forsę - przypomniał wspólnikowi. 

- To była tylko nasza inicjatywa.   

- Racja. Ale przyznasz, że sprawa wygląda interesująco.    .   

background image

- Moglibyśmy kiedy indziej o tym porozmawiać?   

- Dobrze.   

Mac dopił kawę, potem na sztywnych nogach poszedł do sypialni przebrać się do pracy.   

 

 

Kiedy  wjechał  na  parking  dla  personelu,  samochód  Julie  stał  na  zwykłym  miejscu. 

Domyślił  się,  że  sama  go  zabrała  sprzed  hydrantu  na  ulicy,  co  dowodziło,  że  jest  w 

lepszej formie, niż się obawiał. Oczywiście wcale nie musi chcieć się z nim zobaczyć.   

-  Co  za  noc!  -  rzekł  na  powitanie  Carlos.  -  Czytałem  raport  Tyrella.  Nie  masz  nic 

przeciwko temu?   

- Oczywiście, że nie - odparł Mac i wziął od kolegi tekturową teczkę.   

 

Znajdowała się w niej notatka sporządzona przez Tyrella opisująca znalezienie martwego 

ciała  w  pokoju  zajmowanym  przez  Matta  Andersena,  raport  policji  oraz  wstępne 

orzeczenie  koronera.  Poza  tym  Tyrell  dołączył  oświadczenie  Eddiego  w  sprawie 

uszkodzenia generatora. Nie było w nim wzmianki o Lucu Carterze, toteż Mac zaczął się 

zastanawiać, czy powinien coś na ten temat dopisać. Nie dysponował dowodami, że Luc 

maczał w tym palce, lecz postanowił z nim porozmawiać. Ale jeśli zdecyduję się odejść z 

hotelu,  do  rozmowy  nie  dojdzie.  Niewykluczone,  że  Julie  zdążyła  poinformować 

Charlotte o jego tożsamości i wymówienie już na niego czeka.   

 

A skoro tak, to Lukiem zajmie się Tyrell. Właściwie, gdyby zdołał przestawić swój zegar 

wewnętrzny  na  pracę  w  dzień  zamiast  w  nocy,  mógłby  zostać  szefem  ochrony.  Przy 

pomocy  takiego  asa  jak  Carlos  dałby  sobie  świetnie  radę.  Tak,  mógłbym  go  spokojnie 

polecić Charlotte, pomyślał. O ile zechce mnie wysłuchać.   

Najlepiej  od  razu  mieć  to  z  głowy,  postanowił,  wetknął  teczkę  z  raportem  Tyrella  pod 

pachę i rzucił:   

- Idę na górę pokazać to pani Charlotte.   

- Dobra. Będę miał na wszystko oko.   

 

Ponieważ  nie  chciał  pokazywać  się  w  głównym  holu,  wybrał  służbowe  schody.  Przed 

background image

gabinetem  Julie  zwolnił  i  przez  otwarte  drzwi  zajrzał  do  środka.  Nie  było  jej.  Poczuł 

ulgę, lecz i lekkie rozczarowanie.   

 

Drzwi  gabinetu  Charlotte  również  były  otwarte,  a  ona  sama  siedziała  przy  biurku. 

Zapukał. Charlotte podniosła głowę i obdarzyła go uśmiechem tak serdecznym, że zaczął 

wątpić, czy zdążyła już poznać prawdę·   

 

- Mac! Jakże się cieszę! - Wstała, wyszła mu naprzeciw i ku jego ogromnemu zdumieniu 

objęła go i uścisnęła. - Nie wiem, jak ci podziękować!   

Za co? Zdziwiony,  przyjacielskim  gestem poklepał ją  lekko po plecach, potem odsunął 

się i rzekł:   

- Nie wiem, o czym mówisz.   

 

-  Uratowałeś  naszą  Julie!  Ze  wszystkich  wczorajszych  wydarzeń  porwanie  jej  było 

najstraszniejsze. Gdybyś jej nie ocalił... - Charlotte zamilkła i przycisnęła dłoń do serca. - 

Dzięki Bogu, zdążyłeś. Julie jest dla mnie jak młodsza siostra. Wszyscy jesteśmy twoimi 

dłużnikami.   

- To nie ja uratowałem Julie. Ona sama siebie uratowała.   

 

- Ona to inaczej przedstawia. Przestań być taki skromny i pogódź się z tym, że uważamy 

cię  za  bohatera.  -  Charlotte  wskazała  mu  krzesło.  -  Dziwię  się,  że  po  wczorajszych 

przeżyciach w ogóle przyszła dzisiaj do pracy. Zasługuje na wolny dzień. Nawet tydzień, 

ale uparła się, że chce być z nami.   

- Julie to zadziwiająca kobieta.   

-  Prawda?  -  Charlotte  uśmiechnęła  się  szeroko  i  dodała:  -  A  dzięki  tobie  żyje  i  ma  się 

dobrze.   

- Wiesz, dokąd poszła?   

- Ach, Alvin Grote urządził kolejną scenę - wyjaśniła Charlotte. - Kiedy wyszło na jaw, 

ż

e  kobieta,  którą  zaprosił  na  bal,  próbowała  zabić  Julie,  ogromnie  się  przejął.  Błagał, 

ż

eby Julie zgodziła się wypić z nim kawę, żeby mógł oczyścić swoje imię. Nie ma się z 

czego oczyszczać, nie ma w tym jego winy.   

background image

- Jego wina polega na tym, że jest idiotą. Charlotte zachichotała.   

 

- No tak. .. Błagał Julie, żeby wypiła z nim kawę, ale jednocześnie narzekał, że w Chez 

Remy  kawa  jest  za  mocna,  a  filiżanki  za  małe.  W  końcu  przestał,  gdy  Julie  mu 

przypomniała,  że  może  dolać  tyle  śmietanki,  ile  zechce,  a  poza  tym  kawę  podajemy  w 

dzbankach.   

Mac podniósł z kolan tekturową teczkę.   

- Czytałaś raport Tyrella?   

- Tak.   

-  Znakomicie  się  wczoraj  spisał.  Przy  następnej  podwyżce  zasługuje  na  specjalne 

potraktowanie.   

- Gdyby było mnie stać, dostałby podwyżkę już dzisiaj - rzekła Charlotte.   

 

Mac westchnął i postanowił przystąpić do rzeczy. - Mogę złożyć rezygnację, kiedy tylko 

zechcesz. Charlotte nie wyglądała na zaskoczoną.   

- Chodzi ci o to, że zataiłeś, kim właściwie jesteś?   

- Nie tylko, kim jestem, ale dlaczego chcę tutaj pracować.   

 

-  Posłuchaj.  -  Charlotte  spojrzała  na  niego  uważnie.  -  Twoje  wykształcenie  i 

doświadczenie  zawodowe  sprawiają,  że  posiadasz  nawet  większe  kwalifikacje  niż 

wymagane  na  tym  stanowisku.  Nie  sądzę,  że  należy  kogoś  zwalniać,  bo  okazał  się 

bardziej kompetentny, niż oczekiwaliśmy.    .   

- Ale powody, dla których ...   

- Były, przyznaję, złożone. Ale rozumiem, że pracując w tej branży, nie zawsze możesz 

być szczery i otwarty.   

Mac przytaknął ruchem głowy.   

 

- To prawda, ale kiedy muszę okłamywać kogoś takiego jak Julie czy ty, mam wyrzuty 

sumienia.   

 

-  To  już  twój  problem.  Nie  zapominajmy,  że  dzięki  temu,  kim  jesteś,  Julie  jest  dzisiaj 

background image

bezpieczna, a kobieta, która jej groziła, trafiła za kratki.   

 

-  Nie  wiem,  co  ci  Julie  powiedziała,  ale  to  nie  ja  ją  ocaliłem.  To  ona  sama  siebie 

uratowała.   

 

-  Julie  twierdzi  coś  wręcz  przeciwnego  -  odrzekła  Charlotte  z  uśmiechem.  -  I  dlatego 

możesz  zostać  z  nami,  jak  długo  zechcesz.  Jeśli  musisz  odejść,  bo  jesteś  potrzebny  w 

firmie,  mam  nadzieję,  że  zostaniesz  dopóty,  dopóki  nie  znajdziemy  kogoś  na  twoje 

miejsce. Chyba nie proszę o zbyt wiele?   

 

Zbyt  wiele?  Ta  kobieta  powinna  mi  urwać  głowę,  a  gdyby  Julie  opowiedziała  jej  całą 

prawdę  ,o  wydarzeniach  wczorajszej  nocy,  to  nie  tylko  głowę,  pomyślał.  Przeczesał 

palcami włosy, zastanawiając się nad tym, co usłyszał.   

 

- Na pewno znajdzie się ktoś, kto lepiej niż ja nadaje się na to stanowisko, na przykład 

Tyrell.  -  Jeszcze  raz  wziął  do  ręki  teczkę  z  raportem.  -  Wiem,  że  jest  młody  i  że  woli 

pracować na nocną zmianę, ale ma świetne kwalifikacje. Wczoraj zachował się super.   

 

- Ty też - rzekła Charlotte. - Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale ... - wzięła głęboki 

oddech - ale proszę, załatw sprawy z Julie, dobrze?   

 

-  Spróbuję.  -  Wstał.  -  Aha,  jeszcze  jedno.  Od  pewnego  czasu  mam  oko  na  Luca. 

Widziano  go  w  pobliżu  kotłowni  tuż  przed  odkryciem,  że  ktoś  majstrował  przy 

generatorze.   

Z twarzy Charlotte zniknął uśmiech.   

 

- Lubię Luca. Naprawdę podejrzewasz, że ma z tym coś wspólnego?   

 

-  Nie  wiem.  Niósł  latarki.  To  mógł  być  zwykły  zbieg  okoliczności,  ale  jak  mówię, 

obserwuję go.   

- Ufam, że robisz to, co uważasz za stosowne.   

background image

Mac czuł, że nie zasługuje na to zaufanie, lecz skoro już go nim obdarzyła, postanowił na 

nie zasłużyć.   

Po  rozmowie  z  Charlotte  czuł  się  trochę  podniesiony  na  duchu,  skorzystał  więc  z 

głównych schodów i zszedł do holu. Nikt by się nie domyślił, że w nocy odbywał się tu 

huczny  bal,  a  jedynym  oświetleniem  były  świece,  latarki  oraz  księżyc.  Hotel  był  już 

wysprzątany. W powietrzu unosił się cytrynowy zapach środka do polerowania mebli.   

Stanowisko  Luca  było  puste,  ale  nie  przejął  się  tym.  Później  się  tym  zajmie.  Najpierw 

jednak musi załatwić sprawy z kobietą, która wczorajszej nocy przegnała go ze swojego 

ż

ycia za to, że ją okłamał.   

Przed wejściem do Chez Remy omal nie zderzył się z Alvinem Grote'em. Wyminął go i 

wpadł  do  restauracji,  Julie  jednak  już  nie  zastał.  Kelnerka  nie  wiedziała,  dokąd  poszła. 

Ż

ałował, że dziś nie znaczyła swojej trasy różowymi piórkami. Może nie życzy sobie, by 

ją odnalazł?   

Przypomniało mu się, że ostatnim razem, kiedy chciała być sama, schowała się na patio. 

Pchnął najbliższe drzwi. Julie siedziała w rogu, przy tym samym stoliku co wtedy.   

Spostrzegła go, gdy tylko przekroczył próg. Z niewzruszoną twarzą patrzyła, jak Mac się 

do niej zbliża. Przysunął sobie krzesło, usiadł i wypowiedział słowa, jakie cisnęły mu się 

na usta:   

- Kocham cię.   

Wyprostowała  się  i  zamrugała  powiekami.  Może  powinien  rozpocząć  rozmowę  od 

jakiegoś neutralnego tematu?   

- Jak rybki? - spytał. - Przetrwały tę noc?   

- Lepiej ode mnie - odpowiedziała cicho.     

Do diabła z rybkami! Do diabła z bawieniem się w salonową konwersację!   

- Zachowałem  się jak ostatni łobuz! - wybuchnął. -  Wiem,  że  jesteś na  mnie wściekła i 

masz  powody.  Ale  kocham  cię.  Zawsze  uważałem  cię  za  inteligentną,  atrakcyjną  i 

ś

wietną  towarzyszkę,  ale  wczoraj  ...  -  zamilkł  i  przełknął  ślinę,  starając  się  opanować 

wzburzenie  -  wczoraj  zrozumiałem,  że  gdybyś  zginęła,  moje  życie  stałoby  się  puste. 

Potrzebuję  cię.  -  Spojrzenie  Julie  było  nieprzeniknione.·..:.  Zgoda  -  ciągnął  -  jestem 

draniem. Możesz mnie teraz zaniewidzieć, ale będę o ciebie walczyć. Zrobię wszystko ..   

- Nie jesteś draniem - przerwała mu cichym głosem. - Tylko kłamcą.   

background image

-  Tak.  -  Na  jej  wargach  pojawił  się  przekorny  uśmieszek,  gdy  ciągnęła:  -  Musisz 

wykorzenić w sobie ten zwyczaj.   

- Kłamię tylko w pracy - bronił się. - Czasami muszę i za to nie będę przepraszał. Ale w 

ż

yciu  prywatnym  nie  kłamię.  I  przyrzekam,  że  ciebie  nie  będę  okłamywać.  -  Ujął  jej 

dłoń.  -  Poza  tym  nie  ja  jeden  kłamię·  Powiedziałaś  Charlotte,  że  cię  uratowałem.  A  to 

nieprawda.   

Na twarzy Julie odmalowało się zdumienie.   

-  Prawda.  Przy  życiu  trzymała  unie  tylko  pewność,  że  pójdziesz  moim  śladem.  I  nie 

pomyliłam się· Znalazłeś mnie.   

- Bo znaczyłaś drogę piórkami, boa.   

- Potrzebowałam cię. - Oczy je zabłysły, zacisnęła palce na jego palcach. - Miałeś rację, 

mówiąc,  że  coś  mi  grozi.  Miałeś  rację,  starając  się  mnie  chronić.  Ja  natomiast  byłam 

głupio  uparta  i  pewna  siebie.  Wczorajszej  nocy  -  głos  jej  się  załamał  i  zamilkła.  - 

Wczoraj  w  nocy  -  podjęła  po  chwili  -  mój  gniew  przynajmniej  w  połowie  wypływał  z 

tego, że w końcu zrozumiałam, że czasem muszę polegać na innych. Na tobie ...   

 

Mac dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że słuchając Julie, wstrzymał oddech.   

- Czyli wybaczysz mi? - spytał.   

- Pod jednym warunkiem. Ty też mi wybaczysz, że byłam taką idiotką.   

 

-  Jesteś  najodważniejszą,  najinteligentniejszą,  najpiękniejszą  idiotką,  jaką  znam!  - 

Zamilkł, wstał, wziął ją w ramiona i dokończył: - I kocham cię.   

- Ja ciebie też - szepnęła.   

 

 

 

 

 

 

2008-06-07