background image

Arnold Judith

„Bal przy świecach”

Z serii Hotel Marchand – tom 01

background image

Mój najdroższy Remy!

Wiem,  że  niektórzy  uznaliby  mnie  za  głupią,  gdyby  się  dowiedzieli,  że  piszę  do  Ciebie,  ale  do  kogo  mam  się 

zwrócić?  Mijają  cztery  lata,  jak  odszedłeś,  jednak  każdego  dnia  czuję,  że  jesteś  przy  mnie.  Posłuchaj,  naszemu 

ukochanemu  hotelowi  grozi  poważne  niebezpieczeństwo.  Zaczyna  się  karnawał,  a  my  toniemy  w  długach.  Huragan 

wyrządził poważne szkody, lecz jeszcze przedtem ... Nie, nie ma sensu oglądać się za siebie. 

Przyszłość  powinna  być  pomyślna.  Kilka  miesięcy  temu,  z  powodu  mojej  drobnej  niedyspozycji,  nasze  córki  -

Charlotte, Renee, Sylvie, nawet Melanie zjechały do domu i pracują hotelu, tak jak to sobie wymarzyliśmy. Byłbyś z 

nich bardzo dumny. 

Niestety,  wiadomości  o  naszej  złej  kondycji  finansowej  musiały  przedostać  się  na  zewnątrz,  ponieważ 

otrzymaliśmy propozycję sprzedaży. Odrzuciłam ją, oczywiście. Straciłam Ciebie, lecz przyrzekam, że uczynię wszystko, 

co mojej mocy, żeby ocalić Hotel Marchand dla naszych wnuków. Obiecuję ci to, mój kochany. 

Ton amour, 

Anne 

background image

PROLOG 

Julie  Sullivan  go  zniszczyła.  Zasługuje  na  to,  by  i  ją  zniszczyć.  Nikt  nie  może  spędzić  ośmiu  lat  w  więzieniu  

pozostać  sobą.  Zanim  Julie  zaczęła  mówić  i  zepsuła  wszystko,  był  wyjątkowy.  Był  człowiekiem  sukcesu.  Przystojnym, 

szlachetnym wspaniałomyślnym. 

Sprawiał, że marzenia się spełniały. Piękne dziewczęta z całego kraju zjeżdżały do Nowego Jorku, a on robił z 

nich modelki. Jeśli chciały zmienić fryzurę czy makijaż, znajdował wizażystę. Miały problemy z nadwagą? I tym się zajął. 

Kłopoty finansowe? Służył dobrą radą. Potrzebowały ramienia, na którym mogły się wesprzeć, mentora, któremu mogły 

zaufać, kogoś, kto pomógłby im poradzić sobie ze stresami? Glenn Perry był na każde zawołanie. 

Był dobry. Naprawdę zależało mu na każdej dziewczynie no, może na jednych trochę bardziej niż na innych -

ale  serce  miał  otwarte  dla  wszystkich.  Niektóre  darzył  szczerym  uczuciem.  Był  dobrym  człowiekiem,  łagodnym, 

kochającym. Dopóki Julie Sullivan go nie wydała. 

Teraz, po ośmiu długich latach, nareszcie wrócił do Nowego Jorku, do starego domu, do starych kątów. Świat 

może się przez ten czas aż tak nie zmienił, natomiast Glenn bardzo. W sercu nosi blizny, duszy głębokie urazy. 

Julie musi mu za to zapłacić. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

On znów ją obserwuje.  Zanim zdążyła obrócić się z fotelem w stronę drzwi,  już go nie było. Dostrzegła tylko 

doganiający go cień, tak bezszelestny jak on sam. 

Gerard, poprzedni szef ochrony, miał chód głośny, ciężki. Julie i Charlotte zawsze żartowały, że dudniące kroki 

są tajemnicą jego sukcesu, bo niepożądani goście z daleka słyszeli, iż nadchodzi, i zawsze zdążyli uciec. Niestety Gerard 

odszedł  zaraz  po  Święcie  Dziękczynienia,  a  jego  następca,  Mac  Jensen,  miał  inny  styl  pracy.  Julie  podejrzewała,  że 

wolał łapać przestępców, niż ich odstraszać. Poruszał się ze zwinnością pantery polującej na zdobycz. 

Zazwyczaj wyczuwała jego bliskość, nie widząc go ani nie słysząc. Wystarczył jej jego zapach, a wówczas, jeśli 

zareagowała  wystarczająco  szybko, udawało  jej  się  dostrzec  jego  znikający  cień.  Tylko  niezmiernie  rzadko  widywała 

jego samego. A gdy do tego dochodziło, zazwyczaj przyłapywała go na tym, że ją obserwuje. 

W stała od biurka, podeszła do otwartych drzwi i wyjrzała na korytarz. Maca już dawno nie było, lecz jego zapach wciąż

unosił  się  w  powietrzu,  mroczny,  leśny,  wyjątkowo  męski,  którego  pewnie  nikt  poza  nią  nie  wyczuwał.  Julie  była 

wyjątkowo wrażliwa na zapachy. I na Maca Jensena. 

Z westchnieniem usiadła z powrotem przy biurku. 

Nie  miała  czasu  na  zawracanie  sobie  głowy  nowym  szefem  ochrony  Hotelu  Marchand.  Od  czasu,  gdy  Anne 

Marchand  przekazała  ster  rządów  w  ręce  córki,  Charlotte,  jej  asystentce  Julie  przybyło  obowiązków  ważniejszych  od 

zastanawiania  się,  czy  przypadkiem  Mac  nie  poświęca  jej  zbyt  duże  uwagi.  A  jeśli  nawet,  to  nie  on  pierwszy.  Julie 

przywykła do tego, że ludzie się jej przyglądają. 

Na  ekranie  monitora  widniało  menu  proponowane  przez  szefa  kuchni  na  bal  w  święto  Trzech  Króli.  Robert 

LeSoeur  był  mistrzem  nad  mistrzami  i  Julie  nie  ośmieliłaby  się  sprzeciwić  mu  w  kwestii  przystawek  czy  deserów. 

Niemniej  przed  przekazaniem  menu  Charlotte  do  akceptacji  musiała  przejrzeć  przedstawiony  przez  niego  kosztorys. 

Młodsza siostra Charlotte, Melanie, współpracowała z Robertem w restauracji Chez Remy, lecz bardziej dbała o jakość 

potraw  niż  o  ich  cenę.  A  gdyby  zostawić  Robertowi  pełną  swobodę,  serwowałby  dania  przyrządzone  z  takich 

składników, że hotel poszedłby z torbami. 

- Julie? - Charlotte zawołała ze swojego gabinetu. Oba pokoje miały osobne wejścia z korytarza, lecz były też 

połączone wewnętrznymi drzwiami, które Julie zawsze trzymała otwarte. Zresztą drzwi na korytarz także nie zamykała -

lubiła,  by  wszyscy  mieli  do  niej  dostęp,  lubiła  także,  by  staroświecka  atmosfera  hotelu  przenikała  jej  miejsce  pracy. 

Gabinet Julie znajdował się na piętrze, nad eleganckim holem. Miał wysoki sufit ozdobiony sztukaterią i złocistożółte 

ściany  nawiązujące  kolorem  do  klasycznej  architektury  Dzielnicy  Francuskiej.  Urządzony  był  jednak  funkcjonalnie  i 

minimalistycznie: na podłodze trwała wykładzina dywanowa, biurko w kształcie litery L, biurowe szafy na dokumenty i 

ultranowoczesny sprzęt komputerowy. Ponieważ całe wyposażenie techniczne znajdowało się u jej asystentki, Charlotte 

mogła  zapełnić  swój  pokój  bibelotami  i  bukietami  świeżych  kwiatów,  na  podłodze  położyć  puszysty  dywan  oraz 

wstawić antyczną  komodę, na której w ramkach stały fotografie jej bliskich: trzech sióstr, siostrzenicy, babki, matki i 

zmarłego  przed  czterema  laty  ojca,  którego  opiekuńczy  duch,  niczym  anioł  stróż,  krążył  po  hotelu.  Na  szczęście  ani 

hotel, ani cenne drobiazgi Charlotte nie padły ofiarą huraganu Katrina, który półtora roku temu spustoszył miasto. 

Na dźwięk swojego imienia Julie natychmiast udała się do szefowej. 

background image

- Dzień dobry. Co nowego? 

Julie  podziwiała  Charlotte,  która  zatrudniła  świeżo  przybyłą  do  Nowego  Orleanu  absolwentkę  uniwersytetu 

McGiU w Montrealu, nie bacząc na to, że oprócz dyplomu nie ma ani referencji, ani doświadczenia. 

- Znowu kłopoty z tym gościem z pokoju 307, Alvinem Grote'em. Tym razem skarży się na ... - Charlotte urwała 

i wzięła do ręki plik różowych karteczek - na kształt kostek lodu. Nie lubi sześcianów. Chce walce z dziurką w środku. 

Julie wzniosła oczy ku górze i wyciągnęła rękę po karteczki. 

- Kostki w kształcie walca szybciej się rozpuszczają i rozwadniają drinki - odpowiedziała.

- Nie jestem ekspertem od fizycznych właściwości kostek lodu - przyznała Charlotte i westchnęła. - Pan Grote 

zostanie  u  nas  cały  tydzień  i  następny  weekend,  więc  musimy  się  przygotować  na  więcej  tego  typu  reklamacji.  Już 

zakwestionował temperaturę chardonnay podawanego w barze. Według niego powinna być trzy stopnie niższa. 

- Trzy? 

- Dokładnie. Leo twierdzi, że wyraził się bardzo precyzyjnie. 

- Może powinien wrzucić kostkę lodu do kieliszka - mruknęła Julie. - Temperatura by natychmiast spadła. 

- Poznałaś go? 

Julie miała tę wątpliwą przyjemność. 

- Dziś rano, w holu. Zaciągnął mnie do okna, żeby poskarżyć się na pogodę. "Jest sam początek stycznia, a gdzie 

śnieg?". Musiałam mu przypomnieć, że znajdujemy się w Nowym Orleanie. - Julie urwała i zaśmiała się. - Nosi kitkę, a 

jest łysy na ciemieniu - dodała. 

- Och nie! - jęknęła Charlotte. - Cóż, za apartament płaci nielichą sumę. Może uda nam się znaleźć foremki do 

kostek takich, jakie lubi? Przecież chcemy, żeby nasi goście byli zadowoleni, prawda? 

- Nawet jeśli są łysi, a resztki włosów wiążą w kitki? 

-  Zwłaszcza  oni.  A  teraz  druga  sprawa  ...  Biorąc  pod  uwagę,  jakie  mamy  urwanie  głowy,  wpierw  Boże 

Narodzenie, potem sylwester, teraz już za cztery dni Trzech Króli, sześć tygodni później jeszcze Mardi Gras, zaczęłam 

się zastanawiać, czy nie warto by zlecić organizacji imprez profesjonaliście. - Charlotte podeszła do ślicznego biureczka 

z inkrustowanym blatem, stanowiącego zupełne przeciwieństwo funkcjonalnego biurka Julie, i wzięła do ręki tekturową 

teczkę. - Zawsze sami zajmowaliśmy się organizacją naszych balów, lecz pomyślałam, że musimy być otwarci na nowe 

rozwiązania i przynajmniej rozważyć taką ewentualność na przyszłość. 

-  Z  kimś  się  już  kontaktowałaś?  Charlotte  wymieniła  kilka  nazwisk.  -  Jak  wysoko  cenią  swoje 

usługi? 

- Za wysoko. - Charlotte westchnęła. - Zresztą w tej branży nikt nie jest tani. 

-  W przeszłości organizowaliśmy wspaniałe bale bez uciekania się do niczyjej pomocy - przypomniała Julie. -

Mamy cudowny personel, a Luc zatuszuje każde potknięcie. 

- To prawda. Luc umie oczarować gości. Uwielbiają go. 

W  ocenie  Julie  umiejętność  oczarowania  hotelowych  gości  była  najważniejszym  zadaniem  animatora  wolnego  czasu. 

Luc Carter sprawiał wrażenie odrobinę rozkojarzonego, poza tym miał zwyczaj znikać z hotelowego holu w najmniej 

odpowiednich  chwilach,  lecz  swą  chłopięcą  urodą,  wdziękiem  i  uwodzicielskimi  spojrzeniami  potrafił  każdego 

udobruchać. 

background image

- Z przyjemnością powierzyłabym organizację  następnych balów  profesjonaliście  - ciągnęła Charlotte - lecz te 

koszty! Zrób, proszę, wstępną kalkulację, żebyśmy mogły się zorientować, czy to w ogóle byłoby do przeprowadzenia. 

- Oczywiście. 

Julie wzięła od Charlotte teczkę. 

-  Jeśli  uznasz,  że  nie  warto,  nie  trać  czasu.  Powtarzam,  wszystkie  bale  zaplanowane  na  tegoroczny  karnawał 

organizujemy sami. Uznałam jednak, że na przyszłość powinniśmy rozważyć inną opcję. 

Julie przytaknęła skinieniem głowy. Dostatecznie długo pracowała z Charlotte i zwracała uwagę nie tylko na to, 

co  powiedziała,  lecz  także  na  to,  co  przemilczała.  Od  września  ubiegłego  roku,  czyli  od  czasu,  gdy  nagły  atak  serca 

zmusił  Anne  Marchand  do  rezygnacji  z  kierowania  hotelem  i  przekazania  steru  w  ręce  córki,  Charlotte  była 

przepracowana i zdenerwowana. Zlecenie organizacji balów profesjonaliście zdjęłoby z jej barków jeden ciężar. 

Koszty tego były jednak spore. A mimo prestiżu, mimo wysokiej pozycji wśród nowoorleańskich hoteli, mimo 

idealnej  wprost  lokalizacji  po  wschodniej  stronie  Jackson  Square,  w  samym  sercu  Dzielnicy  Francuskiej,  mimo 

wyśmienitej kuchni i wytwornego wystroju, z Hotelu Marchand pieniądze wyciekały jak ropa z dziurawego tankowca. 

Nie aż tak, by zanieczyścić całą Zatokę Meksykańską, lecz wystarczająco silnie, by właścicielom spędzać sen ż powiek. 

- Masz do mnie coś jeszcze? - spytała Julie. 

- Kiedy tu weszłaś, miałaś taki dziwny wyraz twarzy - rzekła Charlotte. - Czy coś się stało? 

- Masz na myśli coś wykraczającego poza normę? 

Normą  były  kłopoty  związane  z  kondycją  finansową  hotelu,  rozłąką  z  siostrą  mieszkającą  w  Nowym  Jorku, 

dziwnymi piskami, jakie wydawały hamulce w jej samochodzie. Julie miała też i inne zmartwienia, o których z nikim nie 

chciała rozmawiać, nawet z Charlotte. Do tej pory wydawało jej się, że potrafi dobrze się maskować. 

- Zawsze, kiedy w pobliżu znajduje się Mac Jensen, na twojej twarzy pojawia się ten wyraz ... 

- Jaki wyraz? 

- Nie wiem ... Dziwny. 

- Teraz też? Czy Mac jest gdzieś tutaj? 

- Kilka minut temu był. 

- Co go sprowadziło? 

- Przyniósł raport z wczorajszego dnia. Któryś z gości przysięga, że słyszał ducha chodzącego po drugim piętrze, 

więc ochrona musiała to sprawdzić i sporządzić raport. 

- Znowu? Błagam, tylko nie to! 

Jeden  z  domów,  które  tworzyły  kompleks  hotelowy,  podobno  należał  do  kochanki  pewnego  marynarza,  który 

pływał  ze  słynnym  piratem  Jeanem  Lafitte'em  i  zatonął  podczas  nagłego  sztormu  w  Zatoce  Meksykańskiej.  Goście 

często opowiadali,  że  słyszeli  stąpanie  ducha nieszczęsnej  kobiety, czekającej  na  powrót  ukochanego.  Julie  była  zbyt 

trzeźwą osobą, by w to wierzyć, lecz jeśli legenda przyciągała gości do hotelu, nie było sensu się spierać. 

- Nie wymiguj się od odpowiedzi. Czy masz jakiś problem z Makiem? - drążyła Charlotte. 

- A wyraz mojej twarzy świadczy, że tak? 

Charlotte uśmiechnęła się. 

- Raczej mówi, że chciałabyś mieć. 

background image

- Chciałabym? 

- Jest przystojny. Te ciemne oczy, mocno zarysowany podbródek. .. Nie zauważyłaś? 

- Chyba tak. - Charlotte nie musi wiedzieć, że bardzo dobrze zauważyła i czarne oczy, i podbródek, i brązowe 

włosy,  i  umięśnione  ciało,  i  zadziwiająco cichy  chód  jak  na  mężczyznę  jego  wzrostu.  Spostrzegła,  że  szefowa  wciąż 

czeka na odpowiedź. - Czasami... mam wrażenie, że mnie szpieguje. 

- Szpieguje? 

- Czuję na sobie jego wzrok. Jak gdyby mnie obserwował, ale nie chciał, żebym się zorientowała. 

- Julie! Na miłość boską! Połowa facetów w Nowym Orleanie gapi się na ciebie, gdziekolwiek się pojawisz. 

Julie poczerwieniała. 

- Trochę przesadziłaś. 

- Wcale nie. Byłaś modelką. Zwracasz uwagę. 

- Byłam znacznie młodsza - zaoponowała Julie. - I szczuplejsza - dodała. 

- A teraz jesteś starsza i tu i tam bardziej zaokrąglona. Nie dziwię się, że mężczyźni się za tobą oglądają. Mam 

tylko nadzieję,  że to  nie przeszkadza Macowi  w  wykonywaniu obowiązków. Jeśli w hotelu zaczną  się jakieś kłopoty, 

uciekaj w przeciwną stronę, żeby go nie rozpraszać. 

Julie  roześmiała  się  z  żartu  szefowej,  lecz  kiedy  znalazła  się  z  powrotem  u  siebie,  doszła  do  wniosku,  że 

Charlotte się  myli.  Mac nie patrzył na  nią pożądliwie,  lecz  przyglądał  się  w  taki sposób,  jak  gdyby  chciał  odkryć jej 

tajemnicę. 

Nie uda mu się, postanowiła, jeśli tylko będzie miała w tej sprawie coś do powiedzenia. 

U siadła przy biurku. W prawym dolnym rogu ekranu pojawiła się ikona informująca o nadejściu nowej poczty. 

Zazwyczaj  sprawdzała  skrzynkę  mail  ową  trzy  razy  dziennie:  około  ósmej  rano,  potem  w  porze  lunchu  i  przed 

wyłączeniem  komputera  na  koniec  dnia:.  Ale  teraz  czekała  na  wiadomość  od  siostry  dotyczącą  zdrowia  ojca,  który 

zachorował na grypę, a Marcie wysyłała maile w godzinach urzędowania. Przekonały się, że nie są w stanie rozmawiać 

przez telefon krócej niż godzinę, więc nie dzwoniły do siebie z biura. 

Miała nadzieję przeczytać, iż ojciec czuje się coraz lepiej i nie zamęcza biednej matki, która się nim opiekuje. Tej 

zimy w Nowym Jorku wybuchła mała epidemia grypy i chociaż rodzice Julie, mimo że przekroczyli sześćdziesiątkę, byli 

w doskonałej formie, trochę się o nich martwiła. 

Mail  nie  został  wysłany  przez  Marcie.  W  rubryce  "Od"  wpisano  ,,4Julie",  a  na  treść  składał  się  rysunek 

pięciolinii z jedną nutą przechodzącą w zawijas wznoszący się do góry - glissando, oraz słowa: KONIEC PIEŚNI. 

Julie musiała zmobilizować całą siłę woli, by nie zacząć krzyczeć. 

Mac  często  otrzymywał  zlecenia  polegające  na  obserwowaniu  i  ochranianiu  jakiejś  osoby.  Rzadko  jednak 

sprawiało mu to taką przyjemność jak śledzenie Julie Sullivan. 

Był profesjonalistą i osobista przyjemność nie wpływała na sposób wykonania pracy, lecz jeśli polegała ona na 

obserwowaniu pięknej kobiety, dlaczego nie mógłby mieć z tego jakiejś frajdy? 

Julie musiała wiedzieć, że jest bardzo atrakcyjna. 

background image

Jako  siedemnastolatka  pojawiała  się  na  okładkach  kolorowych  pism,  kiedy  miała  lat  dziewiętnaście,  została 

wybrana na twarz linii' perfum "Symphony". Jej fiołkowe oczy i pełne usta reklamowały kolejne zapachy: "Arpeggio", 

"Grace Note", "Sonata" i "Glissando". Mac skompletował całe jej dossier. 

W czasach, gdy była modelką, nigdy by nie zwrócił na nią uwagi, bo nie interesował się perfumami. Ale teraz ... 

Niestety  pilnowanie  Julie  to  była  tylko  jedna  z  wykonywanych  przez  niego  prac.  Druga,  służąca  za  przykrywkę,  to 

posada szefa ochrony w hotelu. Niezbyt dobrze czuł się w tej roli. Biuro szefa ulokowane było w małym pokoiku bez 

okna: na tyłach budynku. Siedzenie w obskurnej klitce sprawiało, że czuł się jak kret. 

Co prawda kilkakrotnie w ciągu dnia mógł wychynąć z nory. Zawsze znalazł się jakiś raport, który trzeba było 

dostarczyć  Charlotte.  Mógł  go,  oczywiście,  wysyłać  pocztą  elektroniczną,  lecz  chwytał  każdą  okazję,  by  wyjść  ze 

swojego  bunkra.  Poza  tym  kilka  razy  dziennie  robił  obchód  całego  kompleksu  budynków.  Lubił  krążyć  po  hotelu, 

sprawdzać, czy wyjścia ewakuacyjne nie są otwarte na oścież, rolety w oknach nie naderwane, a w holu nie kręcą się 

podejrzani osobnicy. Lubił, by goście go widzieli, uważał bowiem, że zwiększa to ich poczucie bezpieczeństwa. Lubił 

też  mieć  oko  na  Luca  Cartera,  animatora  wolnego  czasu.  Luc  sprawiał  wrażenie  bardzo  energicznego  i  chętnego  do 

pomocy, lecz  Macowi  coś się w nim nie podobało.  Nie potrafił określić co, lecz całe  życie ufał  instynktowi  i zawsze 

okazywało się, że go nie zawiódł. 

Poza regularnymi obchodami do jego obowiązków należało reagowanie w każdej nietypowej sytuacji, a takich w 

ciągu  dnia  zdarzało  się  przynajmniej  kilka.  Któryś  z  gości  odczuwał  bóle  w  klatce  piersiowej,  inny  zgubił  czeki 

podróżne, jeszcze inny poznał uroczą młodziutką dziewczynę na Bourbon Street, spędził z nią noc, a rankiem stwierdził, 

że nie ma portfela. Bywało, że ktoś słyszał kroki ducha na górnym piętrze. Mac odnajdował zgubione dzieci, zamawiał 

holowanie  wynajętych  aut,  które  nagle  odmawiały  posłuszeństwa,  dyskretnie  wyprowadzał  gości,  którzy  w  barze 

przesadzili z piciem. 

Eskortowanie podchmielonych  gości  do  pokoi  oraz  ostrzeganie  dzieci,  by  nie bawiły  się  zbyt  blisko  krawędzi 

basenu,  nie  zaspokajało  jego  życiowych  ambicji,  na  szczęście  nie  musiał  tego  robić  przez  całe  życie.  Natomiast 

wszystkie te nagłe i nie tak nagłe kłopotliwe sytuacje stwarzały idealny pretekst, aby mieć oko na Julie Sullivan. 

Po  powrocie  z  góry  Mac  zastał  na  posterunku  Carlosa.  W  klitce  ledwo  mieścili  się  we  dwóch  i  powinien  być 

wdzięczny losowi, że nie musi spędzać w niej tyle czasu co współpracownik. Chłopak chyba jednak lubił wpatrywanie 

się w płaski ekran monitora umieszczony nad biurkiem, na którym pojawiały się obrazy z kilku kamer przemysłowych 

zainstalowanych w strategicznych punktach hotelu: w recepcji, w głównym holu oraz w drugim mniejszym, w barze, na

wewnętrznym patio, w salach recepcyjnych, w windach. Trącił Carlosa w ramię. 

- Zrób sobie przerwę - zaproponował. - Przyda ci się łyk świeżego powietrza. 

Carlos, szczupły młody mężczyzna o chłopięcym wyglądzie, obrócił się z fotelem, wyszczerzył zęby i odparł: 

- Świeże powietrze? Z przyjemnością. 

Przypiął walkie-talkie do paska, wyminął szefa i zniknął za drzwiami. Mac opadł na krzesło. W komputerze nie 

było  żadnych  nowych  wiadomości.  Zerknął  na  aparat  telefoniczny,  czerwona  lampka  nie  sygnalizowała,  że  ktoś  się 

nagrał.  Odsunął  się  z  fotelem,  oparł  nogi  na  blacie  biurka  i  z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  wyciągnął  telefon 

komórkowy. Nie chciał, by rozmowy z jego prywatnym biurem przechodziły przez hotelową centralę. 

Już po drugim dzwonku odezwał się głos Sandy: 

background image

- Crescent City Security. 

- Cześć, skarbie - przywitał ją Mac. - Stęskniłaś się za mną? 

Poznając go po głosie, Sandy roześmiała się.

- Ani trochę. Kiedy, do diabła, wracasz? 

- Jak skończę tę robotę. Chociaż każdy dzień rozłąki z tobą łamie mi serce. 

Sandy znowu odpowiedziała śmiechem. Była żoną wspólnika i najlepszego przyjaciela Maca, a flirtowanie było 

taką ich niewinną zabawą. Kiedy pięć lat temu Mac i Frank Romero zakładali agencję ochroniarską, nie mieli nawet na 

czynsz.  Zaangażowanie  recepcjonistki  w  ogóle  nie  wchodziło  w  grę,  więc  Sandy  zaoferowała  pomoc.  Już  dawno 

przestała pracować jako wolontariuszka, lecz wciąż odbierała telefony. 

- Frank tkwi po uszy w tej okropnej aferze ubezpieczeniowej - wyjaśniła. - Nie udało mu się wpaść na trop tych 

pieniędzy. Przydałaby mu się twoja pomoc. - Przykro mi - skłamał Mac. 

Ochranianie kobiety tak atrakcyjnej jak Julie Sullivan było zdecydowanie przyjemniejsze niż szukanie pieniędzy 

wyprowadzonych z firmy ubezpieczeniowej i przelanych na konto w którymś z rajów podatkowych. 

- Nie dręczy cię sumienie, że dorabiasz na boku? - spytała Sandy. - Bierzesz forsę i za pilnowanie tej babki, i za 

kierowanie ochroną. 

- Ciężko haruję na każdego centa. 

- Racja. - Sarkastyczny ton Sandy świadczył o jej wątpliwościach. - To trwa już ponad miesiąc. Jakoś wydaje mi 

się nie w porządku, że hotel ci za coś płaci, a ty w tym samym czasie robisz jeszcze coś innego. 

Może rzeczywiście niezupełnie to w porządku, lecz w ich branży klientom bardziej zależało na efektach niż na 

zasadach fair play. 

- Gdybym wiedział, że  zaczniesz  mi prawić  kazania, tobym  nie dzwonił  - rzekł  i zerknął  na  monitor.  Właśnie 

ktoś wszedł do windy, małżeństwo w średnim wieku konferowało z Lukiem, korytarz, w którym znajdował się gabinet 

Julie, był pusty. 

- W porządku. Koniec kazań. Inkasuj dwie pensje. Co mnie to obchodzi? - Sandy udawała, że daje za wygraną. -

Ale przydałbyś się tutaj. Jak myślisz, uda ci się uporać z tym wszystkim przed Bożym Narodzeniem? 

Biorąc  pod  uwagę,  że  Boże  Narodzenie  będzie  dopiero  za  rok,  Mac  wierzył,  że  może  mu  się  uda.  Kamera 

zainstalowana na zewnątrz biura Julie pokazała nowy obraz: korytarzem szła Julie, ciasno obejmując się ramionami, jak 

gdyby było jej zimno. 

Mac spuścił nogi z biurka i zmarszczył czoło. Julie miała wyrazistą twarz, duże, ozdobione długimi rzęsami oczy 

o barwie przypominającej Macowi ametysty. Właśnie teraz te oczy ją zdradzały - była śmiertelnie przerażona. 

- Muszę pędzić - rzucił tonem już nie żartobliwym. - Powiedz Frankowi, że u mnie wszystko w porządku - dodał 

i zanim Sandy zdążyła się odezwać, zatrzasnął klapkę telefonu. 

Zbliżył twarz do ekranu. Julie szarpnęła drzwi prowadzące na boczną klatkę schodową. Nie lubił, gdy korzystała 

ze  służbowych  schodów,  ale  na  szczęście  i  tam  były  kamery.  Miała  na  sobie  świetnie  skrojony  kostium  i  Mac 

mimowolnie  pomyślał,  o  ile  lepiej  wyglądałaby  bez  niego.  Kiedy  jednak  zakręciła  na  podeście  i  znowu  zobaczył  jej 

twarz, zapomniał o figurze. Oczy Julie błyszczały z przerażenia, wargi drżały. 

Mac przez walkie-talkie połączył się z Carlosem. 

background image

- Jak prędko możesz przynieść tu swój tyłek? 

- Już lecę - odparł chłopak. 

Z tonu szefa domyślił się, że sprawa jest pilna.  

-  Nie  zastaniesz  mnie  -  uprzedził  Mac,  odsunął  się  z  fotelem  od  biurka  i  poruszył  ramionami,  by  poprawić 

marynarkę. - Muszę coś sprawdzić - dodał i nie czekając na odpowiedź, wybiegł z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. 

Strach w oczach Julie kazał mu się spieszyć. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Zalazł  ją  na  dziedzińcu  wewnętrznym.  Czworokątne  patio  ze  stolikami  i  fotelami,  roślinami  w  donicach,  z 

basenem  w  kształcie  łzy  nadawało  hotelowi  klimat  starego  kontynentu.  Wieki  temu  domy  składające  się  na  cały 

kompleks były zwykłymi miejskimi kamienicami, z wozownią i czworakami dla niewolników. Poprzedni właściciele 

przebili ściany i cały kwartał uliczny przemienili w hotel. Mac nie znał się na architekturze, lecz z podziwem patrzył na 

wspaniałe połączenie budynków o tak różnych funkcjach w harmonijną całość. 

Nie zdziwił się, że tego chłodnego poranka patio było puste. Niemal puste, ponieważ przez ogromne oszklone 

drzwi w holu, przy stoliku obok donicy z geranium, dostrzegł Julie. Siedziała lekko przygarbiona, wciąż obejmując się 

ramionami, z głową pochyloną, twarzą zasłoniętą włosami. 

Nie chciał, by wiedziała,  że stale  obserwuje  ją  na  monitorze.  Lepiej udam,  że w  ramach  rutynowego  obchodu 

przechodzę przez patio, pomyślał. Nacisnął. mosiężną klamkę i otworzył drzwi. 

Julie podniosła głowę, lecz zaraz z powrotem ją opuściła. Mac miał sokoli wzrok, lecz nie umiałby powiedzieć, 

czy płakała. Podszedł bliżej. Gdy znajdował się mniej więcej pośrodku dziedzińca, zobaczył, że ramiona jej wznoszą 

się i opadają, jak gdyby ćwiczyła głębokie oddechy. 

- Cześć - powiedział. 

Uniosła ku niemu twarz i zmusiła się do uśmiechu. Oczy miała suche, a na policzkach żadnych mokrych smug. 

- Cześć - odrzekła. 

Szare poranne światło podkreślało bladość jej cery. Jeśli chciała ukryć przygnębienie, niezbyt mocno się starała. 

Mac zajął krzesło naprzeciwko niej i spytał: 

- Stało się coś? 

- Nie - zaprzeczyła, znów zmuszając się do uśmiechu. 

- Czy już ktoś ci mówił, że nie potrafisz kłamać? 

- A tobie, że jesteś wścibski? 

- Och - odparł i wyszczerzył zęby - wszyscy ciągle mi to powtarzają. 

Julie  poruszyła  się,  opuściła  ręce,  splecione  dłonie  oparła  na  kolanach.  Zauważył,  że  palce  miała  długie, 

delikatne. Przez jedno mgnienie wyobraził sobie ich dotyk, lecz natychmiast się opanował. 

-  Nie  jestem  wścibski  -  zaczął  -lecz  jeśli  asystentka  szefowej  hotelu  wygląda  tak,  jak  gdyby  właśnie  ktoś 

przejechał jej ukochanego kota, muszę się dowiedzieć, czy ochrona ma wytrzeć mokrą plamę. 

- Nie mam kota. 

Do diabła z jej palcami, pomyślał. Ale usta ... 

- A wziąłem cię za kociarę. 

- Hoduję rybki tropikalne - poinformowała go ze śmiechem. - Gdybym miała dość czasu i miejsca, żeby trzymać 

zwierzaka, wybrałabym psa. 

Oczami  wyobraźni  zobaczył  ją  w  starych  szortach  i  wyciągniętym  podkoszulku  biegającą  za  jakimś  wielkim 

kundlem i sam się sobie dziwił. Do tej pory zawsze widział Julie nieskazitelnie ubraną. A obraz bosej Julie z długimi 

włosami byle jak splecionymi w warkocz był tak sugestywny, że minęła, chwila, zanim się od niego uwolnił: 

background image

- Aha ... - mruknął i zawiesił głos. - Nie ma kota, nie ma mokrej plamy. 

- Naprawdę, Mac, nic mi nie jest. 

- To dlaczego drży ci podbródek? Dlaczego jesteś bliska łez? Gdzie twoja dumna poza? 

- Sprawy osobiste? Coś nie tak w Nowym Jorku? Julie wzdrygnęła się. 

- Skąd wiesz, że pochodzę z Nowego Jorku? 

- Jako szef ochrony mam dostęp do danych personalnych wszystkich pracowników z listy płac. 

- Racja. - Jej podejrzliwość zniknęła. - Tak, to jest sprawa osobista. To znaczy gdyby w ogóle była jakaś sprawa, 

dotyczyłaby sfery osobistej. 

Mac prychnął z ironią. Julie musiała się zorientować, że się zdradziła, bo nerwowo się zaśmiała. 

- Jeśli potrzebna ci pomoc - zaczął, poważniejąc - jestem do dyspozycji. Pomaganie ludziom to moja specjalność. 

- Dziękuję, ale nie trzeba. Szczerze. - Widząc pełną powątpiewania minę Maca, dodała: - Dostałam maila, który 

mnie zdenerwował. 

W  Macu  natychmiast  odezwał  się  zawodowiec.  Żadnego  więcej  fantazjowania  na  temat  pięknych  dłoni  ani 

fiołkowych oczu. Sprawa jest poważna. 

- Maila? - spytał zwodniczo spokojnym tonem. 

- Zwykły spam. Dzięki Bogu mamy opcję: Usuń. 

Mac zmełł w ustach przekleństwo.

- Wykasowałaś go? 

- A nie to robi się z niechcianą pocztą? 

- Z reklamami tak, ale wszystkie listy prywatne powinnaś zachowywać. I zawiadomić kogoś. 

- Policję? 

- Albo specjalistę od ochrony. Na przykład mnie - dorzucił i uśmiechnął się, żeby jej zbytnio nie przestraszyć. Jak 

gdyby już nie była wystraszona. 

-  To  nic  ważnego.  -  Julie  próbowała  się  trzymać.  -  Nie  warto  o  tym  wspominać.  Ale  dziękuję  za  propozycję 

pomocy. 

- Nie dziękuj. - Wstał. Jego umysł pracował na pełnych obrotach. Musi włamać się do jej komputera i obejrzeć 

tego maila. Kto oprócz niej może znać hasło? Pewnie siostra. - Obiecaj mi coś, proszę.

Odchyliła się do tyłu i podniosła na niego wzrok. 

Ich oczy  spotkały  się,  a  Maca po  raz  kolejny uderzył  ich  niespotykany  kolor, ich uwodzicielska  uroda oraz ... 

czający się w nich strach, którego nie potrafiła ukryć. 

- Co? 

- Jeśli otrzymasz następne dziwne maile, zawiadomisz mnie. 

- Posłuchaj, Mac ... 

- I nie kasuj ich. Obiecujesz? 

W napięciu czekał na odpowiedź. 

- Zgoda. Obiecuję. 

background image

Zaraz po rozmowie z Makiem wydobyła z kosza tego maila. Może Mac ma rację, że tego typu wiadomości się 

zachowuje?  Nie  była  właściwie  pewna,  jak  interpretować  ten  list,  chociaż  starała  się  doszukać  w  nim  pozytywnej 

wymowy. "Koniec pieśni" mógłby na przykład oznaczać, że Glenn Perry po ośmiu latach został zwolniony z więzienia 

za  dobre  zachowanie.  Więc  jego  "pieśń",  czyli  odsiadka,  się  zakończyła.  I  dobrze.  Niech  zaczyna  nowe  życie,  byle 

zgodnie z prawem. I niech już nigdy nie wykorzystuje młodziutkich dziewcząt. I niech, dobry Boże, trzyma się ode mnie 

z daleka. 

Za dwadzieścia siódma,  kiedy zakończyła wszystkie bieżące sprawy, uprzątnęła blat biurka, zawiesiła torbę na 

ramieniu i wyszła z gabinetu. Nie żartowała, kiedy mówiła Macowi, że przy jej trybie życia nie może wziąć psa. Ledwie 

miała czas  nasypać suchy pokarm rybkom w  akwarium. Nie  narzekała jednak, chociaż po  całym dniu  pracy bolały ją 

nogi, kark miała sztywny i czuła się jak przekręcona przez wyżymaczkę. Na dziś koniec pieśni, pomyślała, zamykając 

drzwi na klucz. 

Nie myśl o tym mailu, nakazała sobie w duchu. To jakaś bzdura. Jadąc do domu, wciąż powtarzała sobie, że to 

nic  poważnego,  kiedy  nagle  w  lusterku  wstecznym  dostrzegła,  że  trzeci  samochód  za  nią  -  czarne  sportowe  bmw  -

najwyraźniej ją śledzi. Skręciła w lewo, bmw zrobiło to samo. Skręciła w prawo, ono też. Przejechała na żółtym świetle, 

bmw poczekało na czerwonym, lecz dwie przecznice dalej znowu je zobaczyła. 

- To nic - rzekła na głos i włączyła radio. Bonnie Raitt pytał w piosence, czy jest gotowa na miłość. Gdy tylko ta 

piosenka się  skończyła,  zaczęła  się  następna.  -  Widzisz?  -  powiedziała  do  siebie.  -  Pieśń  się  nie  kończy.  Zawsze  gra 

muzyka. 

Dojechała do domu. Była to stara rezydencja na skraju dzielnicy Garden District pokryta dystyngowaną patyną 

czasu.  Na  ozdobionych  sztukaterią  białych  ścianach,  tuż  nad  fundamentami,  wciąż  widniały  zacieki  po  powodzi 

wywołanej przez Katrinę. Julie podejrzewała, że właścicielka ma teraz ważniejsze wydatki niż odnawianie elewacji. Jej 

mieszkanie i jeszcze jedno na parterze znacznie ucierpiały wskutek huraganu. Mieszkanie Julie znajdowało się na piętrze 

i kiedy po przymusowej ewakuacji wróciła do siebie i zobaczyła swoje rzeczy w takim stanie, w jakim je zostawiła - z 

wyjątkiem rybek, które pozdychały, bo nie miał ich kto doglądać - obiecała sobie, że już nigdy w życiu się nie poskarży, 

że musi wspinać się po schodach. 

Zaparkowała na niewielkim parkingu koło wejścia i spostrzegła, że czarne bmw zatrzymuje się przy krawężniku. 

Zaklęła pod nosem, chwyciła torbę, wysiadła z samochodu i zatrzasnęła drzwi. Jej pieśń się nie skończyła i nie pozwoli, 

by kierowca tamtego auta ją przerwał. 

Podbiegła  do  drzwi  wejściowych,  drżącą  ręką  szybko  włożyła  klucz  do  zamka.  Kiedy  znalazła  się  w  środku, 

oparła się ciężko o drzwi i, wypuściła powietrze z płuc. Dopiero gdy jej serce przestało gwałtownie bić, odwróciła się i 

ostrożnie wyjrzała przez wąskie witrażowe okienko obok framugi. 

Czarne auto wciąż stało przy krawężniku. Nie mogła jednak dostrzec, czy kierowca jest w środku, czy wysiadł. 

Przynajmniej  jestem  w  domu.  Mam  telefon,  w  razie  czego  mogę  wezwać  policję.  Mogła  też  zanucić  dziecinną 

piosenkę, którą śpiewały wraz z siostrą, doprowadzając rodziców do szału, a która zaczynała się od słów: Oto piosenka 

bez końca ... Jeśli nie przestanie śpiewać, dopóki auto nie odjedzie, będzie bezpieczna. 

Nucąc  cichutko,  wspięła  się  na  górę,  otworzyła  drzwi  mieszkania,  weszła  do  środka  i  zamknęła  drzwi  na 

zasuwkę. Zrzuciła pantofle, zdjęła żakiet i wciąż podśpiewując, skierowała się do łazienki. 

background image

Zdążyła ściągnąć bluzkę i rozpiąć spódnicę, kiedy , rozległ się dzwonek domofonu. Zamilkła raptownie. Cisza, 

jaka nagle wypełniła mieszkanie, przyprawiła j ą o dreszcz. 

Jeden  mail  wystarczył,  by  zamieniła  się  w  kłębek  nerwów.  Jeden  mail  wysłany  niedługo  po  zwolnieniu 

warunkowym Glenna Perry'ego, a teraz czarny samochód, który jechał za nią aż pod sam dom. 

Domofon zadzwonił  ponownie.  Narzuciła  szlafrok,  zawiązała  pasek  na  podwójny  węzeł  i  w  samych  pończo-

chach podreptała do kuchni, gdzie znajdował się aparat.

- Tak? - powiedziała do słuchawki. 

-  Julie?  Tu  Mac  Jensen.  -  Mac?  Co  on  tu  robi?  -  Zapomniałaś.  zamknąć  samochód  -  wyjaśnił,  jak  gdyby  w 

odpowiedzi na jej nieme pytanie. 

Zapomniała  również  wyjąć  listy  ze  skrzynki.  Tak  się  spieszyła,  żeby  znaleźć  się  w  bezpiecznych  czterech 

ścianach, że nie traciła czasu na drobiazgi. 

Nagle dotarło do niej, że to Mac jechał czarnym bmw. Śledził ją. A to drań! Tak mnie wystraszyć! 

Co robić? - zastanawiała się. Zaprosić go na kawę? Zejść na dół i zamknąć samochód? 

Na  pewno  nie  chciała,  by  wchodził  na  górę.  Nie  ufała  żadnemu  mężczyźnie,  który  jechałby  za  nią  do  domu, 

nawet gdyby miał wyraźny powód, by tak postąpić. Chociaż Mac sprawiał wrażenie człowieka, który niczego nie robi 

bez wyraźnego powodu. 

Ale  co  ważniejsze,  nie  ufała  mężczyźnie,  który  zaledwie  kilka  godzin  temu  tak  łatwo  wymusił  na  niej 

przyrzeczenie,  że  go  zawiadomi  o  następnych  dziwnych  mailach.  Nie  potrzebuje  ochrony  silnego  faceta.  Ostatnim 

mężczyzną, w którego ręce złożyła swój los, był Glenn Perry, który później wylądował w więzieniu. Wówczas nauczyła 

się sama dbać o siebie i nie miała zamiaru zapominać tamtej lekcji. 

- Zejdę za dziesięć minut - odezwała się w końcu. Odwiesiła słuchawkę, przeszła do sypialni, zdjęła szlafrok i 

naciągnęła  dżinsy  i  białą  bawełnianą  bluzę  z  dzianiny.  Szybko  przeciągnęła  szczotką  włosy,  które  pod  wpływem 

wieczornej wilgoci zaczęły się puszyć, wsunęła stopy w saboty i wzięła do ręki klucze. Zamknie samochód, wyjmie listy

ze skrzynki i każe temu samozwańczemu aniołowi stróżowi wracać do domu. 

Zanim otworzyła drzwi wejściowe, jeszcze raz wyjrzała przez okienko na ulicę. Mac stał na ganku, ubrany w ten 

sam  szary  garnitur  i  czarną  koszulkę  polo  co  w  pracy.  Może  wyglądałby  gorzej,  gdyby  nosił  mundur, jak  jego 

podwładni? Jutro zasugeruję to Charlotte, pomyślała. 

Chociaż w mundurze też wyglądałby dobrze. A teraz z cieniem zarostu na policzkach wyglądał po prostu super. 

Z ciężkim westchnieniem uchyliła drzwi. 

- Jechałeś za mną? - zaczęła. 

- Tak. 

Ani słowa wyjaśnienia. Ani słowa przeprosin. 

- Dlaczego? - zapytała. 

- Najpierw zamknij samochód - polecił. - Jeśli trzymasz auto na ulicy, musisz je zabezpieczać. Każdy może się 

włamać i coś zmajstrować. 

Wyminęła go i zeszła po schodkach na chodnik. 

background image

-  Jeśli  ktokolwiek  miałby  ochotę  ukraść  mi  samochód,  proszę  bardzo.  Zaoszczędziłby  mi  kosztu  naprawy 

hamulców. 

- Coś nie tak z hamulcami? - spytał zupełnie jak jej ojciec, poważnie i protekcjonalnie. 

-  Piszczą  -  wyjaśniła.  Dlaczego  przybieram  taki  obronny  ton,  zdenerwowała  się  na  siebie.  -  Światełko 

ostrzegawcze jeszcze się nie pali, więc jestem pewna, że działają, tylko głośno. 

Zamknęła samochód, potem wróciła na ganek, starając się nie zwracać uwagi na to, że Mac idzie za nią. Przed 

drzwiami zatrzymała się i krzyżując ręce na piersi, zażądała: 

- A teraz wytłumacz, dlaczego za mną jechałeś? 

Mac otworzył usta i je zamknął. W końcu rzekł: 

-  Mógłbym  podać  najrozmaitsze  powody  -  zamilkł  i  uśmiechnął  się  zmieszany  -  ale  najważniejszy  to  ten,  że 

martwię się o ciebie. 

-  Niepotrzebnie.  Sam  widzisz,  że  wszystko  jest  w  porządku.  -  Rozłożyła  ręce,  by  zademonstrować,  że  mówi 

prawdę. 

- Ale dziś ... - zaczął. 

- Miałam chwilę załamania - przerwała mu. - Nie słyszałeś, że kobiety miewają zmienne nastroje? - Racja. Wiem 

coś o tym. Pokazać ci blizny? 

Tej  propozycji  towarzyszył  uśmieszek  -  odrobinę  ironiczny,  odrobinę  szelmowski  i  ...  okropnie  seksowny.  Na 

samą  myśl  o  tym,  że  mógłby  się  przy  niej  rozebrać,  ogarnęła  ją  fala  gorąca.  Jeśli  istniała  jeszcze  słaba  możliwość 

zaproszenia go na  górę,  teraz zniknęła. Jej  mieszkanie  jest zbyt małe dla  nich dwojga.  Cała dzielnica  jest dla nich  za 

mała.  Nawet  na  powietrzu  czuła  jego  zapach,  który  przywodził  na  myśl  las  ciemną  nocą.  Las  oświetlony  jedynie 

światłem księżyca. 

Dźwięk  podjeżdżającego  samochodu  odwrócił  jej  uwagę  od  Maca.  Rozpoznała  jaskrawoczerwoną  mazdę  i 

odetchnęła  z  ulgą.  Creighton  Bowman,  ekstrawagancki  gej  po  sześćdziesiątce  i  uroczy  człowiek,  był  jej  sąsiadem  z 

naprzeciwka. 

- Bon soir, ma chere - pozdrowił ją z daleka, a potem, powiewając siwymi włosami i ciągnąc za sobą kolorowy 

szal, w kilku susach pokonał odległość dzielącą go od ganku i spytał: - Kim jest ten oszałamiający mężczyzna, którego 

nie chcesz mi przedstawić? 

- To Mac Jensen. - Julie posłusznie dokonała prezentacji, chociaż wcale nie chciała, by Creighton myślał, że Mac 

jest jej przyjacielem. - Mac, to mój sąsiad, Creighton Bowman. 

Panowie wymienili uścisk dłoni. 

- Ten mi się podoba! - Creighton teatralnym szeptem zwrócił się do Julie. - Dużo lepszy od tego ostatniego; nie 

mówiąc już o przedostatnim. Przynajmniej nie odbiega od ciebie wzrostem, a nawet jest o kilka centymetrów wyższy. 

Większość facetów - ciągnął, zwracając się do Maca - musi stawać na palcach, żeby naszej Julie zajrzeć w oczy. Chociaż 

to nie jej wina, że ma taką figurę. 

-  Wiesz,  Creighton,  jak  na  jeden  dzień  już  dość  nabroiłeś  -  wtrąciła  Julie.  Nie  potrafiła  jednak  się  na  niego 

gniewać, nawet jeśli czasem zachowywał się jak słoń w składzie porcelany. - Mac ija pracujemy razem - wyjaśniła. 

- Aha, stara gwardia z Hotelu Marchand. 

background image

- Trudno mnie zaliczyć do starej gwardii - odezwał się Mac. - Pracuję tam dopiero od Święta Dziękczynienia. 

- Zobaczysz, wsiąkniesz - ostrzegł Creighton. - Jest taki piękny, że aż trudno to wyrazić słowami. Kwintesencja 

Dzielnicy Francuskiej. Ten wystrój, hm ... Z wrażenia aż się kręci w głowie. Gdybym był bogaczem, jadałbym w Chez 

Remy. 

- I byś utył. - Julię próbowała sprowadzić Creightona na ziemię. - Sam świetnie gotujesz i używasz mniej masła. 

Przepraszam - położyła mu dłoń na ramieniu - ale mamy z Makiem kilka spraw do omówienia. 

- Na ganku? Wy Jankesi macie dziwne zwyczaje - skomentował Creighton. - Kiedy skończycie, wstąp na górę, to 

poczęstuję cię kieliszkiem czegoś mocniejszego. Uwielbiam ją, ale biedaczka nie wie, co to znaczy dobrze zaopatrzony 

barek. 

- Dziękuję za zaproszenie - odparł Mac i zerknął na Julie. Wyglądał, jak gdyby z trudem powstrzymywał śmiech. 

- To zostawiam was samych - rzucił Creighton, wyminął ich i zniknął. 

- Masz interesującego sąsiada - zaczął Mac, gdy już ochłonęli po tym spotkaniu. 

- Jest kochany. 

-  Każdy,  kto  posiada  dobrze  zaopatrzony  barek,  może  liczyć  na  moją  sympatię.  A  więc  -  zawiesił  głos  i 

uśmiechnął się do niej - mamy porozmawiać. 

- O czym? 

Zamiast  odpowiedzieć,  przechylił  głowę  do  tyłu  i  spojrzał  w  ciemne  niebo,  na  którym  pojawiły  się  ciężkie 

chmury. W tym samym momencie Julie poczuła na czole zimną kroplę. 

- Wiesz - zaczął Mac - zrobiło się późno i zgłodniałem. Może wybierzemy się coś zjeść? Porozmawiamy przy 

stoliku. 

Julie również była głodna, a dzisiaj, jak zresztą często się zdarzało, nie miała ochoty gotować. Jeśli przystanie na 

jego  propozycję,  nie  będzie  musiała  zapraszać  go  do  swojego  przytulnego  mieszkanka,  gdzie  mógłby  pozostawić  po 

sobie ten intrygujący zapach. 

- Wezmę torebkę. 

- I płaszcz przeciwdeszczowy - dorzucił Mac, gdy spadły na nich kolejne krople deszczu. 

Niezbyt  chętnie  wprowadziła  go  do  holu  i  poprosiła,  by  zaczekał.  Otworzyła  swoją  skrzynkę  pocztową  -

gospodyni,  pani  Grollier,  sortowała  pocztę  czworga  lokatorów,  którą  listonosz  wrzucał  przez  otwór  w  drzwiach  -  i 

wyciągnęła rachunek za telefon komórkowy, kilka ulotek reklamujących posezonową wyprzedaż i magazyn mody, który 

zaprenumerowała  dla  niej  matka,  sądząc,  że  sprawi  jej  przyjemność.  Przyjęła  prezent,  nie  tłumacząc,  że  przestała  się 

interesować modą· 

Mac taktownie nie poszedł za nią na górę. W mieszkaniu Julie nie traciła czasu. Rzuciła pocztę na stół stojący w 

rogu pokoju dziennego, potem ściągnęła z wieszaka płaszcz na podpince i chwyciła torebkę. Sprawdziła, czy ma dość 

pieniędzy, by zapłacić za siebie, gdyby trafili gdzieś, gdzie nie akceptują kart. Nie chciała, żeby Mac płacił za nią. To ma 

nie być randka. 

Ponieważ nie miał płaszcza, wzięła dla niego parasol. Kiedy zeszła na dół, stał w tym samym miejscu, gdzie go 

zostawiła. 

- Proszę. - Wręczyła mu parasol. - Przyda ci się. 

background image

- Dziękuję - odparł, zaskoczony jej wielkodusznością· 

Przytrzymał drzwi  i  przepuścił ją przodem.  Potem  nacisnął  przycisk  parasola i pochylił  się  lekko,  by Julie  też 

mogła się pod nim schronić. 

Podbiegli podjazdem do ulicy, gdzie stał samochód. Auto wyglądało na nowiutkie, w świetle latami połyskiwał 

mokry lakier. Mac otworzył drzwi od strony pasażera, potem wśliznął się za kierownicę. Otrząsnął parasol, zamknął go i 

rzucił na podłogę za fotelem. 

Wnętrze auta przesiąknięte było wonią jego ciała zmieszaną z zapachem skórzanej tapicerki. 

- Ładne te twoje cztery kółka - zauważyła. 

W poprzedniej pracy musiał sporo zarabiać, pomyślała. Hotel Marchand nie płacił szefowi ochrony aż tyle, żeby 

go było stać na nowe bmw. 

Mac wzruszył ramionami i włączył silnik. 

- Dobrze chodzi - rzucił, jak gdyby to był jedyny powód, dla którego ktoś chciałby zafundować sobie podobne 

cacko. 

Julie odwróciła wzrok od twarzy Maca i zaczęła  się zastanawiać, dlaczego aż tak zainteresował  go głupi mail, 

jaki  otrzymała  kilka  godzin  temu.  W  ogóle  nie  powinnam  mu  o  nim  wspominać,  teraz  sprawia  wrażenie,  jak  gdyby 

dostał  obsesji  na  punkcie  mojego  bezpieczeństwa.  Jego  zadaniem  jest  ochranianie  hotelu,  nie  mnie.  Może  czuje  się 

odpowiedzialny nie tylko za hotel i gości, ale i za personel? 

W hotelu pracuje całkiem sporo osób. Gdyby Mac chciał zajmować się każdą z nich, musiałby nie jeść i nie spać. 

Muszę mu to wyjaśnić, albo może lepiej niech Charlotte to zrobi. Jest przecież jego szefową, nie? 

- Dokąd jedziemy? - zapytała. 

- Do takiej jednej knajpki. Świetne żarcie, niskie ceny i nie silą się na tak zwaną atmosferę. Odpowiada? 

Brzmiało to zachęcająco. Najwyraźniej Mac nie traktował tej kolacji w kategoriach romantycznych.  

Restauracja znajdowała się w ciemnym zaułku, w który Julie bałaby się sama zapuścić po zmroku. Zresztą chyba 

nigdy by go nie znalazła. 

Skłamał, że nie dbano tu o atmosferę. W sali było aż nadto elementów tworzących nastrój: przyćmione światło, 

podłoga  z  wytartych  desek,  ściany  wyłożone  boazerią,  nieustający  szmer  rozmów  i  kreolska  muzyka  zydeco  cicho 

sącząca się z głośników pod sufitem. W powietrzu unosiły się smakowite aromaty gorącej oliwy i mocnych przypraw. 

Żaden mtiitre d 'hotel nie czuwał przy wejściu, za to, gdy tylko przekroczyli próg, natychmiast podbiegła do nich, 

a właściwie do Maca, kelnerka ubrana w dżinsy i białą koszulkę. Głośno cmoknęła go w policzek i wykrzyknęła: 

- Cześć, kochasiu! Świetnie wyglądasz. Ciasno dzisiaj, ale mam dla ciebie idealny stolik. Sum jest tak świeżutki, 

że może jeszcze podrygiwać na talerzu. 

Wyszczerzyła zęby do Julie i lawirując między gośćmi, zaprowadziła ich do stolika wciśniętego w kąt. 

- Kochasiu? - mruknęła Julie, kiedy kelnerka zniknęła. 

Mac z miną niewiniątka wzruszył ramionami. Zaczekał, aż Julie usiądzie, dopiero wtedy opadł na krzesło. Stolik 

był tak mały, że ich kolana się zetknęły. Świat nie jest urządzony z myślą o ludziach wysokich i długonogich. Przeprosił, 

zmienił pozycję i znowu trącił ją kolanami. Tym razem, zamiast przeprosić, uśmiechnął się. 

background image

- Jedzenie mają wyśmienite - zaczął, pochylając się odrobinę do przodu, by go mogła dosłyszeć. 

-  Lubię  świeże  ryby,  ale  wolę,  żeby  mi  nie  podrygiwały  na  talerzu  -  odparła.  -  Sądzisz,  że  zabiją  ją  przed 

podaniem? 

- Tylko jeśli ładnie poprosisz. 

-  Albo  jeżeli  kochaś  poprosi  w  moim imieniu.  Mam przeczucie,  że  ta  kelnerka spełni  każde twoje  życzenie.  -

Pewnie tak - odrzekł z dumą. - Zakładając, że nie pada ofiarą owych zmiennych nastrojów ... 

Może  za  brak  atmosfery  Mac  uważał  papierowe  serwetki,  menu  wydrukowane  na  komputerze  i  wodę  w 

plastikowych  kubeczkach,  albo  może  chodziło  mu  o  to,  że  nie  tylko  ta  jedna  kelnerka  okazywała  mu  szczególną 

serdeczność. Kilka innych zatrzymywało się przy ich stoliku, przymilając się do niego. W końcu któraś przyjęła od nich 

zamówienie. 

- Langusta jest dziś palce lizać - zachwalała, gdy Julie zastanawiała się, co wybrać, potem puściła oko do Maca i 

rzekła: - Coś mi mówi, że zdecydujesz się na tego suma, kochasiu. 

-  Masz  tu  dużo  przyjaciółek  -  stwierdziła Julie  cierpko,  kiedy  kelnerka  odeszła, obiecując  przynieść  dla  Maca 

piwo, a dla niej kieliszek wina. 

- Zauważ, że żadna nie zwróciła się do mnie po imieniu - odparował. 

- To prawda, ale wszystkie odnoszą się do ciebie bardzo czule. 

- Zapominasz, że jesteśmy w Nowym Orleanie. Tu wszyscy są dla wszystkich kochasiami. 

Kelnerka wróciła z drinkami oraz plastikowym koszyczkiem ciepłych bułeczek. Puściła do Maca oko i zniknęła. 

- Jak tu trafiłeś? - spytała Julie. 

- Chodzi się tu i tam - odrzekł wymijająco. Uniósł kufel, stuknął się z nią i wypił łyk. 

- Urodziłeś się w Nowym Orleanie? Potrząsnął przecząco głową. 

- Wychowałem się w pofrancuskiej części stanu, w parafii, albo inaczej w hrabstwie Si. Mary's Parish. 

Julie nie sądziła, że pochodzi z głębokiej prowincji. Miał ogładę, prezencję, zawsze był bardzo dobrze ubrany. 

- Jensen nie brzmi jak nazwisko kajuńskie - zauważyła. 

- Nawet na tamtych terenach dozwolone jest zawieranie mieszanych małżeństw z różnych kultur. Nie wszyscy 

żenili się z kuzynami. - Wziął z koszyczka bułeczkę i przełamał ją na pół. Z jej wnętrza uleciał obłoczek pary. - Byłem 

zapalonym sportowcem,  dostałem  stypendium  na  uniwersytet  Loyola. Wyjechałem do  Nowego  Orleanu,  nawet  się  za 

siebie nie oglądając. 

- Jak trafiłeś do ochrony? - spytała i wypiła łyk wina. Nie było aż tak wykwintne jak to, które Leo zamawiał dla 

hotelu, lecz nie można mu było niczego zarzucić. 

-  Lubię  węszyć  -  przyznał  się.  -  Studiowałem  psychologię,  ale  nie  wyobrażałem  sobie  siebie  biorącego  sto 

dolców za  godzinę wysłuchiwania  zwierzeń.  Ciekawsze jest odkrywanie zagadek  tkwiących w ludziach, analizowanie 

ich zachowań, kiedy dają się zdominować najniższym instynktom. I zapewnianie bezpieczeństwa pięknym kobietom. -

Nie spuszczał wzroku z jej twarzy. - Ale dość już o mnie. Mnie chodzi o twoje bezpieczeństwo. 

- Przecież jestem bezpieczna. 

Mac nie dał się przekonać. 

- Kiedy cię dziś zobaczyłem, byłaś biała jak kreda. Cokolwiek było w tym mailu, śmiertelnie cię przeraziło. 

background image

-  To  prawda  -  przyznała  ze  spokojem.  -  Ale  jeśli  ktoś  zajdzie  mnie  od  tyłu  i  nagle  krzyknie  "A!",  też  mnie 

śmiertelnie przestraszy.  -  Albo  kiedy  czarnym  sportowym  autem  jedzie  za  mną całą  drogę  do  domu,  chciała  dodać.  -

Kiedy pierwszy szok minie, już nie jestem przerażona. 

- Masz jakichś byłych narzeczonych? 

Julie podniosła właśnie kieliszek do ust, lecz pytanie Maca tak ją zaskoczyło, że odstawiła go z powrotem. 

- Słucham? 

- Czy któryś z twoich byłych narzeczonych mógłby przysłać ci takiego maila. 

- Rozumiem. - Znowu podniosła kieliszek do ust, powoli wypiła łyk, wykorzystując ten czas na zastanowienie się 

nad odpowiedzią. W ostatnich latach spotykała się z kilkoma mężczyznami, czego mógł się domyślić z kąśliwych uwag 

spotkanego  na  ganku  Creightona.  Nie  mogła  sobie  jednak wyobrazić,  by  któryś z  nich  przysłał  jej  taką  zaszyfrowaną 

wiadomość. Mail wyraźnie nawiązywał do tego epizodu w jej życiu, gdy występowała w reklamach perfum noszących 

nazwy  inspirowane  muzyką,  a  w  tamtych  czasach  nie  miała  żadnego  chłopaka.  Była  zbyt  młoda  i  zbyt  zajęta  pracą. 

Podczas studiów także nie miała dużo znajomych, dopiero dochodziła do siebie po nowojorskim dramacie i raptownym 

zakończeniu  kariery.  Poza  tym  wcale  nie  czuła,  by  przez  to  w  jej  życiu  czegoś  brakowało.  Dumna  była  ze  swojej 

niezależności. Żeby czuć się spełnioną, nie potrzebowała u boku mężczyzny. 

W Nowym Orleanie poznała kilku facetów. Z jednym była na tyle długo, że kilkakrotnie w rozmowach poruszyli 

temat  ślubu.  Ostatecznie  jednak  doszli  do  wniosku,  że  wspólne  życie  dopóki  śmierć  ich  nie  rozłączy  nie  jest  ich 

przeznaczeniem,  i  się  rozstali.  Po  zerwaniu,  przy  koktajlu  przyrządzonym  przez  Creightona  z  zapasów  z  jego  dobrze 

zaopatrzonego  barku,  usłyszała  od  niego,  że  Steven  nawet  jej  do  pięt  nie  dorastał.  Chociaż  protestowała,  sąsiad  nie 

zmienił zdania. Jego wsparcie i częste zaproszenia na kolację pomogły jej dojść do siebie. Nie miała złamanego serca, 

czuła się tylko straszliwie osamotniona. 

- Jeśli chodzi ci o to, czy miałam chłopaka, który by był zdolny dręczyć mnie mailami, to odpowiedź brzmi: nie. 

Naprawdę, Mac. 

- Nie przychodzi ci na myśl absolutnie nikt, kogo kiedyś znałaś, a kto teraz chce ci dokuczyć? 

Na  szczęście  pojawienie  się  kelnerki  wybawiło  ją  od  konieczności  udzielenia  odpowiedzi.  A  czy  gdyby 

dziewczyna się nie pojawiła, powiedziałaby mu prawdę? Może znowu bladość ją zdradziła? 

Glenn Perry wyszedł z więzienia. Odsiedział część kary i wypuszczono go za dobre sprawowanie. Po co miałby 

jej szukać, po co miałby się narażać? Znajdowała się o tysiąc mil od niego i, jeśli miłosierny Bóg da, ich drogi nigdy już 

się nie przetną. Na pewno tak jak ona pragnie zapomnieć o przeszłości. 

- Muszę cię ostrzec, Mac - zaczęła ze słodziutkim uśmiechem - że nie lubię nadopiekuńczych mężczyzn. - Nie 

jestem nadopiekuńczy - sprostował spokojnym tonem. - Chcę cię tylko chronić. 

Przypomniała  sobie,  że  Glenn  użył  podobnych  słów,  gdy  podpisywała  kontrakt  z  jego  agencją.  Miała 

siedemnaście lat, a rodzice zgodzili się, by pracowała, lecz tylko podczas weekendów i w wakacje. Nawet wtedy jednak 

denerwowali się, że ich najdroższa córeczka dojeżdża z podmiejskiego domu do centrum. Glenn  zapewniał, że się nią 

dobrze zaopiekuje. Wszystkie dziewczyny chronił przed zagrożeniami czyhającymi na nie w branży. 

Tylko  szkoda,  że  nie  chronił  ich  przed  samym  sobą.  Mimo  młodego  wieku  Julie  nie  była  głupia.  W  prze-

ciwieństwie do  koleżanek, nigdy  Glennowi  nie ufała.  Nauczyła  się  przed  nim bronić, poza  tym  na  każdy temat  miała 

background image

własne zdanie. Niektórzy uważali ją za piękną, inni za odrobinę dziwną, lecz ona zawsze potrafiła o siebie zadbać. A gdy 

tylko zorientowała się, co Glenn wyczynia, zadbała też o niego. 

Nie potrzebuje ochrony Maca. Niech ochrania hotel i gości. Charlotte mu za to płaci. 

Ona da sobie radę. Jeden głupi mail to za mało, żeby ją przestraszyć. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Marcie  Sullivan  postawiła  warunek,  by  Mac  nie  zdradził  Julie  prawdy,  a  ponieważ  to  ona  wypisywała  czeki, 

przystał na jej żądanie. 

- Gdyby Julie się dowiedziała, że kogoś wynajęłam, puściłyby jej nerwy - uprzedziła. - Nie darowałaby mi tego. 

Nienawidzi, gdy roztacza się nad nią parasol ochronny. 

Żaden problem.  Mac nieraz  pracował  w  tajemnicy,  a to  zlecenie  wydawało  się  dziecinnie  łatwe.  Szczęśliwym 

zbiegiem  okoliczności  w  hotelu  zwolniła  się  posada  akurat  dla  niego,  więc  skorzystał  z  szansy.  Jeśli  Julie  uważa,  że 

zbytnio ingeruje w jej życie prywatne, mógł się zasłonić argumentem, że to należy do jego obowiązków ochroniarza. 

Mimo że bardzo interesowali go jej narzeczeni, skierował teraz rozmowę na inne tory i spytał: 

- Jak długo jesteś asystentką Charlotte? Cztery lata? 

- W lipcu będzie pięć. Dlaczego pytasz? 

- Staram się zrozumieć, dlaczego kobieta porzuca karierę modelki, żeby zająć się papierkami w jakimś biurze. 

Julie spokojnie przełknęła kęs homara, nabrała na widelec kolejny kawałek i spokojnie odpowiedziała: 

- Byłam głodna. 

Mac wskazał jej talerz. 

- To jedz. 

- Homar jest wyśmienity, ale nie to  miałam na  myśli.  Kiedy byłam modelką, musiałam się pilnować, żeby nie 

utyć. Bez przerwy chodziłam głodna. 

- Więc zrezygnowałaś, żeby móc normalnie jeść? 

- Poza tym chciałam korzystać ze swoich szarych komórek. - Zrobiła przerwę, wypiła łyk wina. - Praca modelki 

jest  nudna,  a  pozowanie  do  reklam  perfum  w  szczególności,  Spróbuj  przez  kilka  godzin  stać  z  flakonem  perfum 

"Symphony" w ręku. 

-  Reklamowałaś  perfumy?  -  zdziwił  się  Mac,  jak  gdyby  po  raz  pierwszy  o  tym  usłyszał.  -  Symphony  to  duża 

firma? Bo wiesz, ja kompletnie się na tym nie znam. Nie używam takich rzeczy - dodał. 

- Pocałuj kobietę, która nimi pachnie, a zaczniesz ich używać - odparła z przekornym uśmiechem. 

Wpatrując się w nią, miał ochotę zapytać, czy dla niego skropiłaby się perfumami i pozwoliła się pocałować. 

- A więc to duża firma, tak? 

-  Produkcją  perfum  zajmują  się  koncerny  farmaceutyczne  i  kosmetyczne  -  zaczęła.  -  W  jednej  firmie  może 

powstawać kilkanaście różnych linii zapachowych. "Symphony" była jedną z nich. Wszystkie perfumy z tej serii nosiły 

nazwy związane z muzyką: "glissando", "Arpeggio", "Sonata", "Grace Note". Taki chwyt reklamowy. 

Pomimo  śmiertelnej  nudy,  pomyślał  Mac,  na  tych  zdjęciach  reklamowych  wyglądałaś  bardzo  seksownie.  W 

dossier Julie, które trzymał w biurze, miał ich całą kolekcję· 

Mac spotkał  w życiu wiele  kobiet,  i pięknych, i  znudzonych. Dzisiejszego  wieczoru, z włosami  w nieładzie, z 

byle  jakim  makijażem,  w  za  dużej  bluzie  i  starych  dżinsach,  z  błyskiem  autentycznej  przyjemności  w  oczach,  Julie  -

dziesięć  lat  starsza  i  mądrzejsza  -  wyglądała  jak  skończona  piękność.  Znacznie  bardziej  seksownie  niż  na  tamtych 

reklamach. 

background image

Namówił ją na deser po to tylko, by dłużej przebywać w jej towarzystwie i przyglądać się, jaką radość sprawia jej 

jedzenie.  Kiedy  się  wahała,  zamówił  dla  siebie  pudding  z  chleba.  To  ją  uspokoiło  i  skusiła  się  na  kawałek  placka  z 

orzeszkami pekan. Zamówili też kawę, ona bezkofeinową, on prawdziwą. Jego dzień pracy jeszcze się nie skończył. 

-  Opowiedz  mi  o  Hotelu  Marchand  -  poprosił,  gdy  kelnerka  przyniosła  zamówienie.  -  Charlotte  stosunkowo 

niedawno przejęła od matki kierowanie nim, prawda? 

Julie kiwnęła głową. 

- We wrześniu zeszłego roku - uściśliła. - Hotel był marzeniem Anne i Remy' ego. On zajmował się restauracją, 

ona hotelem. Mieszkali nad barem. 

-  Remy  był  postacią  dosyć  w  mieście  popularną  -  wtrącił  Mac.  -  Renomowany  kucharz, popularyzator  kuchni 

nowoorleańskiej. Zdaje się, że zginął w wypadku samochodowym ... 

Julie ponownie kiwnęła głową. 

- To było straszne. Podczas burzy, na grobli przecinającej jezioro Pontchartrain, pijany kierowca uderzył w jego 

auto.  -  Urwała i  westchnęła.  -  Ledwie zdążyłam  go  poznać.  Dopiero  kilka  miesięcy pracowałam  z  nimi.  Byli z  Anne 

bratnimi duszami. 

- To dlatego Anne przekazała kierowanie hotelem córce? Bo straciła bratnią duszę? 

Tym razem Julie potrząsnęła głową. 

- Do września zeszłego roku Anne cały czas mocno trzymała ster w rękach, lecz we wrześniu dostała zawału i 

lekarz kazał jej zwolnić tempo. 

Mac  miał  wgląd  do  teczek  personalnych  wszystkich  pracowników  z  wyłączeniem  teczek  członków  rodziny 

Marchand. Zdziwiło go, że Anne miała zawał. 

- Wygląda na okaz zdrowia. 

- Poznałeś ją? 

- Przelotnie. Nieczęsto się pokazuje. To Charlotte przyjmowała mnie do pracy. 

- Pamiętam - odparła Julie i zajęła się deserem. Mac był ciekaw, czy jako asystentka Charlotte, Julie miała coś do 

powiedzenia  w  sprawie  umowy  z  nim.  Czy  nie  byłoby  ironią  losu,  gdyby  to  ona  sama  pomogła  mu  wkręcić  się  na 

stanowisko, które umożliwia mu śledzenie jej? 

Wypił łyk mocnej kawy. 

- Poznałem też jej siostry. Sylvie, ta, która prowadzi galerię sztuki w hotelu, ma zdaje się córkę, prawda? 

-  Daisy - Rose  -  potwierdziła  Julie.  -  Ma  trzy  latka  i  jest  uroczym  dzieckiem.  Choć  niesfornym  -  dodała  z 

uśmiechem. 

- Anne ma więcej wnuków? 

-  Jak  dotąd  nie.  Chyba  dobrze,  że  pozostałe  siostry  nie  mają  rodzinnych  zobowiązań,  bo  kiedy  matka  za-

chorowała, wszystkie mogły zaangażować się w pracę w hotelu. Melanie zostawiła restaurację w Bostonie, gdzie była 

szefem kuchni, i teraz pomaga prowadzić Chez Remy. Renee, specjalistka od PR, rzuciła pracę w Hollywood. 

Julie zgarnęła widelczykiem porcję bitej śmietany i zlizała ją ze smakiem. 

- Anne wiedziała, jak pokierować karierą zawodową córek - skomentował Mac. - Myślała perspektywicznie. 

background image

-  Mając  taką  matkę,  musiały  złapać  bakcyla.  Anne  kocha  hotel  prawie  tak  mocno,  jak  córki.  W  dużej  mierze 

sama  zaprojektowała  i  urządziła  wnętrza,  wybierała  meble,  na  przykład  te  wspaniałe  antyki  do  holu.  Nawet  kształt 

basenu to jej pomysł. Jest zadziwiająca .. Bardzo silna. Tylko okazało się, że ma słabe serce. Nie sądzę, że chciała oddać 

ster w czyjekolwiek ręce, ale bardzo dobrze się stało, że wybrała Charlotte. Kierowanie hotelem jest wyczerpujące. Poza 

tym ograniczenia finansowe ... 

- Hotel ma kłopoty finansowe? - Mac wpadł jej w słowo. 

Nie martwił się o swoją pensję. Jak wytknęła mu Sandy, Marcie Sullivan płaciła mu wystarczające honorarium. 

Niemniej hotel miał cztery gwiazdki, wszystkie pokoje zawsze były zajęte, stoliki w restauracji też, a bar tętnił życiem. 

- Mają pewne długi - odparła Julie wymijająco. - Nic tragicznego. Niemniej Anne się martwi. Charlotte też. 

- A ty nie? 

- Martwię się tym wszystkim, czym martwi się Charlotte. Ale z hotelem jest trochę tak jak z Anne. Jeden zawał 

to za mało, żeby ją złamać. Jest twarda. Hotel Marchand też się trzyma. - Julie spojrzała na swój talerzyk i stwierdziła, że 

nic na nim nie zostało. - Dobre było - skomentowała i uśmiechnęła się wstydliwie. - Nie mogę uwierzyć, że pochłonęłam 

takie ilości jedzenia. 

- Byłaś głodna, chere. 

Większość kobiet uwielbia słodycze, lecz nie zdradza się z tym przed mężczyznami. Ale Julie zamówiła ciastko, 

a potem całe spałaszowała. No, no. Dla Maca widok kobiety zlizującej z widelczyka słodkości był niezwykle erotyczny. 

Szkoda,  że  z  nią  pracuje.  Szkoda,  że  pracuje  dla  jej  siostry.  W  innym  czasie,  w  innych  okolicznościach,  ten 

wieczór  mógłby  mieć  ciąg  dalszy  w  jego  mieszkaniu.  Mógłby  wymyślić  jakiś  sposób,  by  ją  uwieść,  zdjąć  z  niej  tę 

workowatą bluzę, znoszone dżinsy i wziąć w ramiona. Mógłby skończyć, pachnąc jej perfumami, jeśli. jakichś używała. 

Gdy sięgnął po rachunek, Julie uparła się, że zapłaci za siebie. Mac zignorował jej protesty i wręczył kelnerce 

kartę, a kiedy ta odeszła, Julie z nadąsaną miną spytała: 

- Dlaczego nie pozwalasz mi za siebie zapłacić? 

- Ja cię tu przyprowadziłem. - Zastanawiał się, czy jej złość można uznać za przejaw tych słynnych zmiennych 

nastrojów, jakim ulegają kobiety. - Ja płacę·

- Zgoda. Tylko chciałabym, żeby jedno było dla nas obojga jasne. To nie jest randka. 

- Jasne jak słońce. 

Nic nie jest jasne, dodał w myślach. Po pierwsze tu panuje półmrok, po drugie oboje mamy swoje sekrety. Jeśli 

mam się wywiązać z zadania, będę musiał odkryć twoją tajemnicę. I najprawdopodobniej będziesz mi to miała jeszcze 

bardziej za złe niż zapłacenie za kolację. 

Zanim  opuścili  restaurację,  gniew  jej  minął.  Skuleni  pod jednym  parasolem.  przeszli  do  samochodu,  a  potem 

Mac w milczeniu odwiózł ją do domu. Kiedy na ganku oddawał jej parasol, koniuszki jej palców lekko musnęły jego 

dłoń. 

- Zatrzymaj go - zaproponowała. - Zmokniesz, jak będziesz szedł do samochodu. Oddasz mi go jutro. 

- Już prawie przestało padać - odparł, starając się nie patrzeć na jej usta. - Uważaj na siebie. A jeśli dostaniesz 

więcej tajemniczych maili, zawiadom mnie, dobrze? 

Julie wzniosła oczy do nieba. 

background image

- Nie martw się o mnie. ,Nic mi nie grozi. Możliwe, że nie, możliwe, że tak. 

Pojechał z powrotem do hotelu, zatrzymał samochód na parkingu dla pracowników i zanim wysiadł, z konsoli 

między fotelami wyciągnął telefon komórkowy z usługą Black Berry i sprawdził pocztę elektroniczną. Spodziewał się 

wiadomości. 

Znalazł  mail  od  Marcie.  "Nazwisko  panieńskie  naszej  matki  -  Farris;  babek  -  McConnell  i  Paser.  Jedynym 

zwierzakiem był pies Julie - Bella. Po co panu te wiadomości? " 

Bo to mi może pomóc dokonać pewnego włamania, odrzekł w myślach. Włożył telefon do wewnętrznej kieszeni 

marynarki, wysiadł z samochodu i skierował się do tylnego wejścia do hotelu. Deszcz już prawie ustał, zmienił się w 

zimną, nieprzyjemną mżawkę. 

Nikt nie spodziewał się go tu o wpół do jedenastej wieczorem i gdyby nie zameldował się u szefa nocnej zmiany, 

zaczęłyby się  pytania.  Mac już  dawno  się  przekonał,  że  w  takich  sytuacjach  najlepiej  działać  otwarcie.  Kiedy  pchnął 

drzwi do pomieszczenia ochrony, zastał tam Tyrella. 

- Cześć, szefie! Przyszedłeś mnie zmienić? 

Tyrell był młody, bystry i obdarzony poczuciem humoru. 

- Niestety, jestem tu nieoficjalnie. Julie Sullivim mówi, że dziwne rzeczy dzieją się z jej komputerem. Boi się, że 

to jakiś wirus albo haker. Obiecałem sprawdzić. 

- Znasz się na tym? 

-  Trochę.  -  Mac  wzruszył  ramionami.  -  To  na  pewno  listwa.  Wyciągnę  wtyczkę,  podłączę  ją  z  powrotem,  a 

dziewczyna pomyśli, że jestem nie wiem jakim bohaterem. 

- Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby taka laska miała mnie za bohatera. 

Mac również nie miałby nic przeciwko temu. 

- Spokojnie? - spytał. 

- Nudno. Ale do rana daleko - odparł Tyrell z nadzieją w głosie. 

- Podoba mi się twój optymizm - zażartował Mac, poklepał go po ramieniu i wyszedł. 

Idąc korytarzem w kierunku klatki schodowej, usłyszał za sobą jakiś szmer. Obejrzał się i dostrzegł Luca Cartera 

wychodzącego z magazynu pokojówek. Na widok Maca zwolnił i przystanął. 

- Cześć - odezwał się pierwszy. 

- Cześć - odrzekł Mac i spytał: - Co tu robisz? 

Luc zerknął za  siebie. Z  rozluźnionym  krawatem  i rękami w  kieszeniach spodni  wyglądał na człowieka,  który 

zostaje w pracy po godzinach, bo lubi. Niemniej jego obowiązki nie wymagały zaglądania do magazynu obsługi pokoi. 

- Eee ... Jedna moja znajoma tutaj pracuje - wyjaśnił. 

Aha. Mac uśmiechnął się. 

- Nie możesz znaleźć lepszego miejsca na randkę niż magazyn? 

- Cóż, zamykała interes na noc i zszedłem jej pomóc. 

- Bardzo wielkodusznie z twojej strony - z ironią skomentował Mac. 

Miał ochotę przypomnieć mu, że romanse w miejscu pracy rzadko  kończą się happy endem - prawda, o której 

sam powinien pamiętać, kiedy następnym razem zacznie snuć rozważania na temat wspaniałych ust Julie - ale udzielanie 

background image

młodszym kolegom rad dotyczących stosunków damsko-męskich nie było w jego stylu. Niech Luc sam się uczy życia. 

Tymczasem Luc odzyskał już kontenans. 

- Muszę pędzić - rzucił. - Do jutra. 

- Do jutra. 

Mac odprowadził go wzrokiem, po czym się zamyślił. Gdzie podziała się owa znajoma, z którą zabawiał się w 

magazynie? Musiała wyjść przed nim, ale przecież magazyn to jej działka, nie jego. Dziwne, pomyślał, że pozwoliła mu 

zamknąć drzwi, zamiast sama tego dopilnować. 

Zaintrygowany,  zrezygnował  na  razie  z  pójścia  na  górę.  Przemknął  obok  biura  ochrony,  podszedł  do  drzwi 

magazynu, nacisnął klamkę. Jak się spodziewał, drzwi były zamknięte, lecz miał przecież klucz uniwersalny. Posłużył 

się nim, po omacku znalazł wyłącznik światła i, zanim wszedł do środka, przekręcił go. Wysokie, sięgające od podłogi 

do sufitu regały dzieliły pomieszczenie wzdłuż na kilka części. Półki załadowane były bielizną pościelową, ręcznikami, 

pudłami  szamponów,  mydełek,  płynów  do  ciała,  żelazkami,  które  goście  mogli  wypożyczyć,  paczuszkami  mielonej 

kawy i dzbankami do jej parzenia, oraz szklankami w osłonkach z karbowanej tektury. 

Zastanawiał się,  gdzie zakochana para mogłaby tu baraszkować.  W pomieszczeniu nie było  kanapy, a podłogę 

pokrywało twarde linoleum. Może rzucili na nie kilka  grubych  ręczników?  Mac rozejrzał się i spostrzegł,  że jeden  ze 

stosów  białych  ręczników  kąpielowych  nie  był  tak  idealnie  równy  jak  pozostałe.  Większość  ludzi  by  tego  nawet  nie 

zauważyła, lecz Mac tak długo pracował w swym zawodzie, że dostrzegał rzeczy dla innych niewidzialne. 

Podszedł  bliżej.  Jeśli  Luc  używał  tych  ręczników,  nie  powinny  tu  leżeć  razem  z  czystymi.  Wyciągnął  jeden, 

rozwinął, szukając śladów brudu. Nagle coś błysnęło. Mac zmrużył oczy i uniósł ręcznik do światła - drobinki szkła. 

Coś musiało się stłuc. Luc i jego dziewczyna wykorzystali ręcznik do usunięcia śladów, a potem odłożyli go na miejsce. 

Niczego nie podejrzewający gość wyszedłby z kąpieli, sięgnął po ręcznik, zaczął się nim wycierać i rozharatałby sobie 

plecy. 

- Drań - zaklął Mac pod nosem. Wziął do ręki następny ręcznik i starannie go obejrzał. To samo. Rozwinął trzeci, 

to samb. Wszystkie ręczniki w tym stosie posypane były drobno potłuczonym szkłem. - Co za cholerny gnojek! 

Dlaczego Luc zrobił coś tak bezmyślnego, tak potwornie głupiego? A może to nie on? Może to ta dziewczyna, 

albo jeszcze ktoś inny? Pokojówki były najniżej opłacanymi pracownicami hotelu. Która z nich, wściekła na szefa albo 

na cały świat, podrzuciła taką bombę? 

Przypomniał sobie, że hotel korzysta z profesjonalnej pralni. Może to ktoś stamtąd? Zaklął po raz trzeci, potem 

odwrócił się i wyszedł z magazynu, zamykając drzwi. Musi skontaktować się z Nadine LeClaire, intendentką. Na pewno 

poszła już do domu, lecz sprawa jest zbyt poważna. Charlotte również musi zostać powiadomiona. Ale dla niej sporządzi 

raport na piśmie. 

Wrócił do biura i sięgnął po telefon. 

- Coś się stało? - Tyrell oderwał wzrok od monitora. 

- Szkło - rzucił Mac, łącząc się z Nadine. 

Na szczęście nie było jeszcze bardzo późno i nie obudził jej. Bez żadnych wstępów opowiedział jej o ręcznikach.  

- Odłamki szkła w ręcznikach?! - zawołała wstrząśnięta. - Kto to mógł zrobić? 

Wyobraźnia podsunęła Macowi odpowiedź: Luc Carter, lecz się zawahał. Istniało wiele innych możliwości. 

background image

- Nie  mam  pojęcia,  ale  sądzę, że  lepiej odesłać  całą partię  z powrotem do  pralni. Nie  możemy  ryzykować,  że 

jakiś gość się pokaleczy. 

- Przyjadę i sama wszystkiego dopilnuję. Boże święty! Jak to dobrze, że to odkryłeś. 

- Na tym polega moja praca - odparł Mac i zakończył rozmowę. 

- Coś przegapiłem, szefie? - zaniepokoił się Tyrell. 

- Nie. W magazynie nie ma kamery, a te ręczniki mogły zostać podłożone kilka godzin temu. Kiedy Nadine się 

zjawi, pomóż jej, jeśli będzie czegoś potrzebowała. Jutro przygotuję raport dla Char1otte. 

Z tymi słowami opuścił biuro i nareszcie mógł zająć się sprawą, dla której w ogóle tu przyszedł. Pobiegł na górę, 

przeskakując  po  dwa  stopnie  naraz.  Gdy  się  znalazł  na  piętrze,  bezszelestnie  podkradł  się  do  drzwi  gabinetu  Julie  i 

kluczem uniwersalnym otworzył zamek. 

Nie zapalając światła, podszedł do biurka i włączył komputer. Czekając na uruchomienie się systemu, wyciągnął 

telefon  komórkowy,  jeszcze  raz  przeczytał  maila  od  siostry  Julie.  Na  małym  ekranie  pojawiły  się  nazwiska:  "Farris, 

McConnell, Paser ... Ukochany pies - Bella". 

Julie przyznała mu się, że kocha psy. Zaraz przekona się, jak bardzo. Mnóstwo ludzi, wybiera na hasło nazwiska: 

panieńskie kobiet z rodziny, niektórzy imiona czworonożnych ulubieńców. Przeczucie mówiło mu, że Julie należy do tej 

drugiej grupy. 

Gdy tylko ekran się rozświetlił, kliknął w ikonę poczty elektronicznej. W okienku logowania wstukał hasło: B-E-

L-L-A. 

-  Aha  -  mruknął,  gdy  na  ekranie  wyświetliła  się  zawartość  skrzynki  odbiorczej.  Około  tuzina  nowych  maili

czekało na otwarcie .. Przejrzał adresy nadawców - były to same nazwy firm lub nazwiska, które coś mu mówiły. Miał 

nadzieję, że to oznacza, iż jutro na Julie nie będzie czekała żadna przykra niespodzianka. 

Przeglądając mai1e już  otwarte, modlił się w duchu,  by się  nie okazało,  że Julie  wykasowała list,  który tak  ją 

wytrącił  z  równowagi.  Nagle  jeden  zwrócił  jego  uwagę  -  ,,4Julie".  Otworzył  go.  List  zawierał  rysunek  pięciolinii  z 

wznoszącym się zakrętasem oraz słowa:  KONIEC PIEŚNI. 

Co to, do diabła, znaczy? Julie oczywiście wie. To musi być ta wiadomość, która wstrząsnęła nią do głębi. 

Wyciągnął z kieszeni pendrive'a, włączył do gniazda USB i skopiował całą zawartość skrzynki. Nie interesowała 

go  korespondencja  z  dostawcami,  bankami  i  działem  rezerwacji,  lecz  tylko  w  ten  sposób  mógł  wytropić  nadawcę 

muzycznego maila. Jeśli mu się poszczęści. Szanse oceniał na pięćdziesiąt procent. 

Kiedy  skończył,  wyciągnął  pendrive'a  z  gniazda  i  wyłączył  komputer.  Koniec  pieśni,  pomyślał.  Jakiej  pieśni? 

Czyjej pieśni? Jaki koniec? 

Wyszedł z gabinetu, przekręcił klucz w zamku i bocznymi schodami zszedł do biura ochrony. 

- Nadine już przyjechała? - spytał Tyrella. 

- Jeszcze nie. 

- Daj znać, gdyby chciała ze mną rozmawiać. 

- Dobra. Szkło w ręcznikach? Co za obłędny pomysł! 

- Żyjemy w obłędnym świecie - skomentował Mac. 

background image

Obłędny  świat,  myślał,  opuszczając  hotel  i  wychodząc  w  ciemną,  mokrą  noc.  Ktoś  wytarzał  ręczniki  w 

potłuczonym szkle. Ktoś nastraszył Julie, przysyłając jej zaszyfrowaną wiadomość. Szalony świat, pełen szalonych ludzi 

- nic dziwnego, że jego firma otrzymuje tyle zleceń. 

Poklepał się po kieszeni, do której schował pendrive'a. Miał szczęście, że odgadł hasło. Może szczęście go nie 

opuści i uda mu się namierzyć nadawcę mail a? 

Ale nawet przy sprzyjającym szczęściu czekała go pracowita noc. 

Glenn cierpiał przez nią, więc i ona musi cierpieć. Musi być jakaś sprawiedliwość. 

Wytropienie jej było dziecinnie proste. W dzisiejszych czasach wszyscy mają dostęp do Internetu. Po wystukaniu 

hasła  "Julie  Sullivan"  pokazało  się  z  tysiąc  odpowiedzi,  ale  cierpliwość  się  opłaciła.  Trzeba  być  cierpliwym,  by 

odsiedzieć  ośmioletni  wyrok,  w  odcięciu  od  świata,  pracy,  ukochanej  osoby.  Moja  cierpliwość  została  nagrodzona. 

Otwieranie jedna po drugiej stron internetowych się opłaciło: końcu Bingo! 

Nowoorleański  "Times-Picayune,"  zamieścił  fotografię  hotelowego  holu:  jakieś  antyki  i  kilka  osób  personelu. 

Zgodnie  z  podpisem  jedną  z  nich  była  Julie  Sullivan.  I  rzeczywiście.  Mimo  upływu  lat  była  nadal  szczupła, 

wyprostowana, piękna. Mieszka Nowym Orleanie, pracuje Hotelu Marchand. Wystarczy jeden telefon do recepcji, 

by zdobyć jej adres mailowy. 

Voilii, jak mówią Nowym Orleanie. 

Dzięki niech będą Bogu za kafejki internetowe i biblioteki - w dwudziestym pierwszym wieku zastąpiły automaty 

telefoniczne. Wysyłasz maila ogólnie dostępnego komputera i nikt cię nie namierzy. 

Maile nie muszą być wcale wrogie. To by było zbyt oczywiste. Julie należy do osób, które zaraz się nabzdyczą i 

oburzą,  jeśli  sięje  otwarcie  zaatakuje.  Lepiej  działać  subtelnymi  metodami.  Nastraszyć  ją  podstępem.  Niech  wpierw 

zmięknie, a kiedy przyjdzie pora, nie będzie miała siły walczyć. 

Pozbawiła  Glenna  jego  agencji,  wolności,  zdolności  kochania  ..  Niech  trochę  pocierpi,  powije  się  w  mękach. 

Niech poczuje się nieszczęśliwa. 

Nie pomęczy się długo. Jej cierpienie będzie krótkie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Był tutaj. Następnego dnia rano, kiedy tylko przekroczyła próg gabinetu, wyczuła jego zapach. 

Niczego  nie  poprzestawiał,  niczego  nie  tknął.  Biurko  wyglądało  tak  samo,  jak  je  zostawiła,  komputer  był 

wyłączony, szafy pozamykane. Mac nie zostawił po sobie żadnego śladu, jedynie ten leśny zapach swojego ciała. 

Co tu robił? Kiedy wszedł? Dlaczego ją obserwuje? Musiała przyznać, że po wieczorze spędzonym w jego towarzystwie 

w bezpretensjonalnej restauracji jego nadzór mniej ją irytował. Jeśli Mac działał jej na nerwy, to dlatego, że był... że był 

taki cholernie męski. 

Może zjadła aż tyle, by zagłuszyć inny głód? Od zerwania ze Stevenem rok temu nie była z mężczyzną, a Mac 

nie  jest  byle  jakim  facetem.  Ma  czarne  oczy,  mocno  zarysowany  podbródek,  rozbrajający  uśmiech,  a  kiedy  mówi 

"chere" , brzmi to tak uwodzicielsko, że można dostać zawrotu głowy. Jest elegancki i pewny siebie, by nie powiedzieć

arogancki, i pachnie ciepłem, lasem i jeszcze czymś. Na pewno wydziela mnóstwo feromonów. 

Dziś rano jej reakcja na unoszący się w gabinecie zapach była bardziej złożona. Mac jest szefem ochrony, więc 

może  miał  rzetelny  powód,  by  wtargnąć  do  jej  gabinetu  pod  jej  nieobecność.  Charlotte  go  sprawdziła  i  darzyła 

zaufaniem. Ona również powinna mu zaufać. 

Mimo  to,  gdy  tylko  jej  komputer  był  gotowy  do  pracy,  zajrzała  do  danych  osobowych  personelu.  Mac  miał 

dostęp do informacji na temat wszystkich pracowników, ona zaś mogła przeczytać tylko podstawowe dane, lecz jeśli on 

mógł ją sprawdzić, to ona może jego. 

Dowiedziała się, że ma trzydzieści pięć lat, że jest kawalerem i mieszka w dzielnicy Carrollton, że poprzednio 

pracował dla biura ochrony Crescent City Security Services oraz że zrezygnował z pakietu ubezpieczenia zdrowotnego 

oferowanego  przez  hotel  pracownikom.  Dziwne.  Zazwyczaj  jeśli  ktoś  nie  zapisywał  się  do  systemu,  to  dlatego,  że 

korzystał z ubezpieczenia małżonka. Ale Mac nie jest żonaty ... 

Inna sprawa, że nie wygląda na chorego. 

Julie  z  chęcią  zapoznałaby  się  z  całością  jego  dossier,  z  listami  polecającymi  i  uwagami  Charlotte  albo 

kierowniczki działu kadr, lecz do tych stron nie miała dostępu. To nie fair, że Mac mógł zobaczyć komplet dokumentów 

na jej temat, a ona na jego temat nie. Cóż, na tym polega różnica między nimi - ona jest tylko asystentką kierowniczki, a 

on szefem ochrony. 

Westchnęła,  połączyła  się  z pocztą  elektroniczną,  wpisała  hasło  i  sprawdziła  zawartość  skrzynki.  Zignorowała

codzienne  raporty  dla  Charlotte  od  kierowników  działu  administracji,  działu  rezerwacji,  restauracji  i  baru,  oferty 

rozmaitych  dostawców,  dwie  kolejne  odpowiedzi  od  firm  zajmujących  się  organizacją  imprez  oraz  zawiadomienie  o 

ofercie  specjalnej  w  sklepie  z  żywnością  dla  zwierząt,  gdzie  kupowała  pokarm  dla  rybek,  i  otworzyła  ten,  który 

przyprawił ją o skurcz żołądka. Podobnie jak we wczorajszym, zamiast nadawcy wpisano ,,4Julie". 

Wiadomość  zawierała  przednutkę  nad  pięciolinią  oznaczającą  ozdobnik  i  słowa:  POWIEDZMY  SOBIE 

DOBRANOC, JULIE. 

Ta wiadomość wywarła na niej silniejsze wrażenie niż poprzednia. Właściwie nie zawierała żadnej groźby, ale ... 

Ktoś zdecydowanie chce ją śmiertelnie wystraszyć. 

background image

Ktokolwiek  wysyłał  te  maile,  wiedział,  że  reklamowała  serię  perfum,  lecz  to  wcale  nie  zawężało  grona 

podejrzanych. Odkąd zakończyła karierę modelki, kilkakrotnie zmieniała adres mailowy. Naprawdę nie przychodził jej 

do głowy nikt z tamtych czasów, kto mógłby ją wyśledzić. A może nadawcą tych listów nie jest nikt z przeszłości? Może 

to jakiś kontrahent, który skojarzył ją z twarzą z reklam i chce sobie z niej zadrwić? Tylko dlaczego? Przypomniało jej 

się, co mawiał ojciec: dociekanie, dlaczego idioci postępują idiotycznie, to strata czasu. 

Naprowadziła kursor na  opcję USUŃ, jednak zanim nacisnęła klawisz myszy, zatrzymała się. Mac zabronił jej 

usuwać jakiekolwiek niepokojące mai1e. Uznała, że na wszelki wypadek powinna zachować ten dzisiejszy.

Usłyszawszy  w  przyległym  pokoju  znajome  głosy,  wzięła  dla  uspokojenia  kilka  głębokich  oddechów,  potem 

podeszła do drzwi wewnętrznych i je otworzyła. 

Od  czasu  zawału  Anne  rzadko  składała  im  wizyty,  częściowo  dlatego,  że  lekarz  kazał  jej  się  oszczędzać, 

częściowo też dlatego, by, jak podejrzewała Julie, dać córce szansę wypracować własny styl pracy.  Oba powody były 

ważkie, lecz Julie brakowało Anne. Była kobietą z klasą, zawsze opanowana, niezwykle oddana firmie i lojalna wobec 

wszystkich pracowników. 

Zanim Julie zdążyła się odezwać, Anne szybkim krokiem podeszła do niej i rozłożyła ramiona, by ją uściskać. 

- Julie! Co u ciebie? 

Julie nachyliła się i nadstawiła policzek, żeby Annę mogła ją pocałować. 

- Świetnie wyglądasz - rzekła. - Jak się czujesz? 

Anne wzniosła oczy ku górze. 

- Jeśli już musisz wiedzieć, mam po dziurki w nosie tej ciągłej troski o mnie. Moja zacna matka zamęczy mnie na 

śmierć.  -  Na  czas  rekonwalescencji  Anpe  zamieszkała  z  matką.  Julie  nie  znała  Celeste  Robichaux,  lecz  słyszała,  że 

seniorka  rodu  jest  osobą  humorzastą  i  despotyczną,  sceptycznie  nastawioną  do  rodzinnego  interesu.  Mimo  męczącej 

opieki, Anne wyglądała kwitnąco i tryskała energią. Zapuściła włosy, a dzisiaj zaczesała je do tyłu i spięła szylkretową 

klamrą.  Julie  nie  przypominała  sobie,  aby  przed  chorobą  kiedykolwiek  widziała  ją  ubraną  inaczej  niż  w  szykowną 

garsonkę lub szmizjerkę. Teraz miała na sobie luźne spodnie koloru khaki. - Charlotte mówiła mi, że menu balu jeszcze 

nie jest zatwierdzone - zmieniła temat. - Jeśli ma się odbyć jakaś dyskusja, chcę wziąć w niej udział. 

Julie roześmiała się, a Charlotte potrząsnęła głową· 

- Ostateczne decyzje podejmiemy w ostatniej chwili, mamo - rzekła. - Robert i Melanie muszą się zorientować, 

co jest dostępne, co jest najświeższe ... 

- Tak się cieszę, że Melanie tu jest - Anne wpadła jej w słowo. - Tyle lat pracowała w Bostonie, a przecież mogła 

przydać się na miejscu. Ale jeśli dzięki mojej niedyspozycji przyjechała, to chociaż taki zysk. Aha, kwiaty - ciągnęła. -

Zamówiłaś kwiaty, córeczko? Ja zawsze zamawiałam kwiaty przynajmniej na tydzień naprzód. 

- Wiem, mamo. - W głosie Charlotte wyczuwało się nutę zniecierpliwienia, lecz także i pobłażliwości..... Kwiaty 

są zamówione. 

- Przepraszam. Niepotrzebnie pytam. Panujesz nad wszystkim. Nie potrzebujecie mojego wtrącania się.

Charlotte i Julie spojrzały na siebie porozumiewawczo. Charlotte wzięła matkę za rękę i uścisnęła jej dłoń. 

- Gdybyś zechciała zająć się udekorowaniem sal, byłoby cudownie - zaproponowała. 

background image

- Chcesz mnie ułagodzić, wiem - odparła Anne tonem świadczącym o tym, że wcale nie jest jej przykro - lecz, 

skoro prosisz, nie mogę odmówić. 

Rozległo  się  ciche  pukanie.  Wszystkie  trzy  odwróciły  się  jednocześnie.  W  drzwiach  stał  Mac  w  świetnie 

skrojonym granatowym garniturze, a Julie przypomniała sobie wczorajszy elegancki szary garnitur oraz czarne bmw, a 

także to, że Mac nie korzysta z firmowego ubezpieczenia zdrowotnego. Czyżby był niezależny finansowo? 

Zaraz jednak zapomniała o tych pytaniach, ponieważ Charlotte poprosiła go, by wszedł do środka. Od czasu ich 

rozstania  zdążył  się  ogolić,  lecz  nawet  bez  cienia  zarostu  na  policzkach  wyglądał  na  odrobinę  zmęczonego  i  jakby 

niebezpiecznego. Jego oczy były zbyt ciemne, rysy odrobinę zbyt kanciaste. A może jedyne zagrożenie wynikało z faktu, 

że Julie uważała go za niezwykle pociągającego? 

- Przepraszam, że przerywam - zaczął i stuknął palcem w tekturową teczkę, którą przyniósł - ale mam sprawę, 

którą koniecznie muszę z tobą omówić. - Zwracając się do Anne, uśmiechnął się i dodał: - Miło panią widzieć. 

- Mamo, pamiętasz Maca Jensena, prawda? - odezwała się Charlotte. 

- Oczywiście. Pan Jensen jest następcą Gerarda Lomaxa. - Anne wyciągnęła rękę. - Poznaliśmy się. 

Mac uścisnął jej dłoń, zerknął na Julie i uśmiechnął się do niej kącikiem ust. Miała nadzieję, że uśmiech, jakim 

zareagowała,  był  niezobowiązujący.  Wczorajszy  wieczór  był...  bez  znaczenia.  Ot,  zjedli  wspólnie  kolację,  szli  pod 

jednym parasolem, wymienili kilka spojrzeń, chociaż Julie nie miała pojęcia, czego Mac usiłował dociec, gdy patrzył na 

nią w ten sposób ... właśnie tak jak teraz. 

-  Bardzo  chciałabym  zostać  i  pogadać  z  wami  -  odezwała  się  Anne  -  ale  chcę  obejrzeć  sale.  Może  doznam 

nagłego olśnienia? 

Charlotte pokiwała potakująco głową. 

- Sylvie miała kilka pomysłów na dekoracje, więc może zechcesz się z nią porozumieć? 

-  Sylvie  ma cudowne  oko  -  przyznała  Anne,  lecz  kiedy  szła  w  stronę  drzwi,  na  jej  wargach zaigrał  przekorny 

uśmiech. - Jestem jej matką, więc mój głos decyduje - dorzuciła i lekkim krokiem wyszła z pokoju. 

- Wygląda rewelacyjnie - odezwała się Julie i zrobiła taki ruch, jak gdyby chciała wycofać się do siebie. Czeka na 

nią praca i ten przeklęty mail. - Jeśli nie jestem ci potrzebna - ciągnęła - to ... 

- Zostań - poprosiła Charlotte. - Przeczucie mi mówi, że Mac przynosi złe wiadomości. Możesz i ty posłuchać. 

- Nie aż takie złe - zaprzeczył Mac, potem uśmiechnął się szeroko i dodał: - Ale może lepiej usiądźmy. 

Charlotte zajęła miejsce za biurkiem, Julie i Mac zasiedli w głębokich wyściełanych fotelach vis-a-vis niej. Na 

blacie biurka Mac położył przyniesioną teczkę· 

-  Wczoraj  wieczorem  -  zaczął  -  znalazłem  odłamki  szkła  w  ręcznikach  w  magazynie.  Ręczniki  były  czyste, 

porządnie złożone, gotowe do zaniesienia do pokoi. 

Charlotte zbladła. 

- Szkła? 

-  Natychmiast  zawiadomiłem  Nadine  LeClaire  -  oznajmił.  -  Odesłała  całą  partię  z  powrotem  do  pralni. 

Twierdziła, że to ich wina, i zażądała, żeby uprali ręczniki za danno, w ramach reklamacji. Zgodzili się. Widzisz więc, że 

jest i dobra wiadomość. Zaoszczędziliśmy na praniu. 

Julie wsłuchiwała się nie tyle w słowa Maca, co w ton jego głosu. W ten sposób dowiedziała się znacznie więcej. 

background image

- Nie zgadzasz się z Nadine, prawda? Uważasz, że to nie wina pralni - rzekła. 

- Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Niemniej - ciągnął - tuż przed dokonaniem tego odkrycia zauważyłem, 

że z magazynu wyszedł Luc Carter. 

- Luc? Co on tam robił? 

- Twierdził, że pomagał znajomej pokojówce. 

- Znajomej pokojówce? - Charlotte była skonsternowana. 

- Słyszałaś, znajomej - wtrąciła Julie, która już nauczyła się interpretować ton Maca. - Czyżby Luc "nawiązywał 

kontakty cielesne" z jedną z pokojówek? 

Mac roześmiał się z eufemistycznego określenia Julie. 

- Nie wchodził w szczegóły, a ja nie wypytywałem. 

- Jest więc możliwe, że  był w magazynie z dziewczyną  - odezwała się taktownie Charlotte - ale to nie ma nic 

wspólnego z odłamkami szkła w ręcznikach. - Ma. 

I znowu Julie usłyszała więcej niż tylko to jedno słowo. 

- Bez dowodów nie można postawić Lucowi zarzutów - rzekła. 

- Wiem. - Mac zwrócił się teraz do Charlotte. - Chciałbym prosić cię o zgodę na przyjrzenie mu się bliżej. 

Charlotte rozważała ten pomysł przez chwilę. 

-  Nie  podoba  mi  się  szpiegowanie  pracowników.  Ani  mnie,  pomyślała  Julie  i  posłała  Macowi  gniewne 

spojrzenie, którego on nie zauważył. 

- Możliwe, że to, co znajdę, oczyści go z zarzutów. Powtarzam - ciągnął - chłopak się nigdy nie dowie. Potrafię 

załatwiać takie sprawy. 

Nie wątpię, skomentowała Julie w duchu. 

- Cóż, zgoda - zdecydowała Charlotte. - Ale proszę cię, bądź ostrożny. Luc bardzo dobrze się sprawdza w swojej 

pracy. Nie chciałabym go stracić. A jeśli się zorientuje, że jest prześwietlany ... 

- Nie zorientuje się - obiecał Mac, wstając. - Potrafię działać bardzo dyskretnie. 

Doprawdy?  Julie  przypomniało  się,  jak  bezszelestnie  poruszał  się  po  hotelu,  jak  pojawiał  się  i  znikał  przez 

nikogo niezauważony. 

Charlotte kiwnęła głową, otworzyła teczkę i nie przeczytawszy raportu, zamknęła. 

-  Dziękuję,  że  znalazłeś  te  odłamki  szkła,  zanim  trafiły  do  łazienek.  Wyobrażacie  sobie,  jaka  to  by  była 

katastrofa? 

Mac  kiwnął  głową,  potem  spojrzał  znacząco  na  Julie.  Chociaż  potrafiła  już  interpretować  podteksty  ukryte  w 

jego słowach,  nie  miała  pojęcia,  co owo spojrzenie miało  oznaczać. Charlotte  ponownie  otworzyła  teczkę,  przebiegła 

wzrokiem raport i mruknęła: 

- Boże święty! - Julie kątem oka dojrzała, jak Mac znika w korytarzu. - Ciarki mnie przechodzą na myśl, co by 

było, gdyby nie znalazł tych ręczników. Chyba nie podejrzewasz Luca? 

-  Po  co  miałby  coś  takiego  robić?  Ma  tu  dobrą  posadę.  Sprawia  wrażenie  zadowolonego  z  pracy.  Goście  go 

wprost uwielbiają. 

Charlotte ponownie westchnęła. 

background image

- Załóżmy, że  Nadine miała rację i że to  wina pralni. Chociaż doprawdy  trudno sobie wyobrazić, jak odłamki 

szkła mogły się wbić w ręczniki. 

- Może ktoś stłukł lustro, a potem starł podłogę ręcznikiem? 

Charlotte spojrzała na teczkę i skrzywiła się. 

- Jeśli tak się stało, to czeka go siedem lat nieszczęścia. Za to Mac oszczędził nam podobnego losu. Zrobisz coś 

dla mnie? - spytała. - Za jakieś dwadzieścia minut zejdź na dół i zobacz, co knuje moja matka. 

- Nie chcesz, żeby się zajmowała dekorowaniem sal? 

- Przeciwnie, bardzo chcę. Ma dryg do takich rzeczy. Po prostu nie chcę, żeby się przemęczała. A jeśli zobaczy, 

że sprawdzam, co robi, udusi mnie gołymi rękami. Więc lepiej żebyś to była ty. 

- Dzięki - mruknęła Julie. - Jakoś sobie poradzę. Wstała i przeszła do swojego gabinetu. Ledwie przestąpiła próg, 

zatrzymała się. Oparty o szafę z dokumentarni, z rękami w kieszeniach, głową lekko przechyloną, stał Mac. 

Starała  się  nie  zauważać  ani  jego  półuśmiechu,  ani  koszuli  opinającej  klatkę  piersiową,  ani  długich  nóg,  ani 

gęstych włosów. Jedna rzecz nie mogła ujść jej uwadze - zapach. Pod jego wpływem poczuła się bezradna i bezbronna. 

Podeszła bliżej. Gdyby zamknęła drzwi łączące oba gabinety, Charlotte nabrałaby podejrzeń, dlatego zostawiła je 

otwarte. Wolała jednak, aby Charlotte nie słyszała, o czym ona i Mac rozmawiają. 

- Co tu robisz? - zażądała wyjaśnień. 

- Dostałaś jakiegoś nowego maila? 

- Nie - odparła. Miała nadzieję, że nie zauważył jej wahania. - Co robiłeś wczoraj wieczorem w moim gabinecie? 

- Nie byłem w twoim gabinecie. 

- Kłamiesz. 

- Przyganiał kocioł garnkowi, chere. 

Czyżby w ten sposób przyznał się, że był tutaj? Albo domagał się, by mu powiedziała o tym drugim mailu? 

- Jeśli czegoś ode mnie chcesz, to mnie poproś. Nie węsz potajemnie za moimi plecami. 

Ku  jej  zaskoczeniu  wsunął  palec  wskazujący  pod  podbródek  i  uniósł  jej  twarz  do  góry.  Ich  spojrzenia  się 

spotkały. 

- Jeśli czegoś będę od ciebie chciał, z pewnością o to poproszę - mruknął tonem tak nabrzmiałym podtekstami, że 

bała się nad nimi zastanawiać. 

Gdy  cofnął  dłoń,  odsunął  się  od  szafy  i  bezszelestnie  wyszedł  z  pokoju,  odetchnęła  z  ulgą.  Czyżby  z  ulgą?  Z 

niewiadomego powodu czuła się zawiedziona. 

Przekroczył niedozwoloną  granicę. Zrozumiał to  już w tej samej chwili,  gdy jej dotknął, kiedy pod opuszkami 

palców poczuł chłodną, gładką skórę, tak nęcąco delikatną, jak sobie wyobrażał. Musiał zmobilizować całą siłę woli, by 

nie zsunąć dłoni na jej szyję, nie przesunąć na kark, nie przyciągnąć jej twarzy do swojej i nie pocałować w usta. 

Oczywiście  mógł  usprawiedliwić  to,  że  się  tak  bardzo  do  niej  zbliżył.  Mógł  wmawiać  w  siebie,  że  wykonuje 

pracę. Nie może jej chronić z daleka, prawda? 

Skłamała. Dostała kolejnego maila. On oczywiście także skłamał, lecz miał ważki powód, by wczoraj wieczorem 

zakraść się do jej gabinetu. 

background image

Zastanowiło go, skąd wiedziała, że był w jej pokoju. Przecież nie zdjęła odcisków palców z klawiatury. Niczego 

oprócz komputera nie dotykał. Nawet nie włączył światła. A może, tak jak on, po prostu ma nosa? Może kobieca intuicja 

pozwala jej domyślić się, że w pokoju przebywał mężczyzna? A może blefowała, by sprawdzić, jak zareaguję? 

Do  diabła!  Zareagował,  owszem.  Dotknął  jej.  Złamał  zasady.  Psiakrew!  A  na  domiar  złego  nie  udało  mu  się 

wytropić  nadawcy.  O  pierwszej  nad  ranem  zrezygnował  i  kompletnie  wykończony  poszedł  do  domu,  zostawiając 

pendrive'a na biurku Louise, speca od komputerów w firmie. Teraz cała jego nadzieja w niej. 

Kiedy wrócił do pomieszczenia ochrony, Carlos właśnie zdejmował marynarkę. . 

- Cześć, stary - rzekł do chłopaka. - Odszukaj Nadine i sprawdź, czy nie ma żadnych kłopotów. 

Carlos rzucił mu spojrzenie pełne ciekawości. 

- Nadine LeClaire? Coś nie tak? 

- Wczoraj w nocy wydarzył się nieprzyjemny incydent. Później ci opowiem. 

- W porządku. 

Carlos  powiesił  marynarkę  na  wieszaku  i  wyszedł.  Gdy  tylko  Mac  został  sam,  zasiadł  przed  komputerem  i 

odnalazł  dossier  Luca.  Już  wcześniej  zapoznał  się  z jego  danymi  osobowymi,  lecz  teraz  chciał  wynotować  niektóre 

informacje. Zdążył, zanim Carlos wrócił i zameldował, że dzisiaj rano Nadine nie miała żadnych problemów. 

Mac ustąpił mu miejsce za biurkiem. 

-  Muszę  porozmawiać  z  kilkoma  osobami  -  oznajmił  i  przypiął  do  paska  walkie-talkie.  -  Zostawiam  cię  na 

posterunku. 

- A wracając mógłbyś przynieść kawę? - poprosił Carlos. - Nie zdążyłem wypić. 

- Załatwione. Śmietanka i dwie łyżeczki cukru - odkrzyknął Mac już z korytarza. 

Na polecenie Charlotte hotelowa restauracja cały dzień podawała ochronie darmową kawę. Charlotte wierzyła, że 

pompowanie w ochroniarzy kofeiny to dobry sposób na podtrzymywanie ich w stanie ciągłej czujności. 

Hol, jak zwykle o tej porze dnia, tętnił życiem. Na schodach panował ruch w obie strony. Grupka gości zebrała 

się  przy  zabytkowym  kredensie  służącym  za  recepcję.  Na  kanapkach  i  fotelach  ustawionych  tak,  że  sprzyjały 

nawiązywaniu rozmów, siedziało kilka osób, kilka innych, z mapami i aparatami fotograficznymi w ręku, zgromadziło 

się  przy  drzwiach  wyjściowych.  Do  stanowiska  Luca  ustawiła  się  kolejka.  Był  tak  zajęty  udzielaniem  informacji, 

zaznaczaniem  rozmaitych  punktów  na  planie  miasta,  polecaniem,  co  warto  zobaczyć,  że  Mac  mógł  swobodnie  go 

obserwować, nie będąc przez niego zauważonym. 

Luc sprawiał wrażenie sympatycznego i pomocnego.  Wyraźnie lubił swoją pracę. Dlaczego miałby posypywać 

ręczniki pokruszonym szkłem? 

Po  kilku  minutach  Mac  wyszedł  na  patio.  Wiatr  przegnał  wczorajsze  chmury,  niebo  było  czyste,  powietrze 

rześkie. Woda w basenie lśniła, jak gdyby pomalowana słońcem. Udał się w zacieniony róg, wyciągnął telefon i nacisnął 

klawisz, do którego miał przypisany numer swojego biura. 

- Crescent City Security Services. 

- Cześć, Sandy - powitał ją Mac. - Masz pod ręką coś do pisania? 

- Oczywiście. O co chodzi? 

background image

- Znajdźcie, co się da, na temat tego faceta. Luc Carter. - Wyjął z kieszeni karteczkę, na której zanotował numer 

ubezpieczenia Luca, datę  i miejsce urodzenia,  Reno w Newadzie, oraz poprzednie  miejsce pracy,  hotel w  Lafayette,  i 

przedyktował wszystko Sandy. 

- To ma związek ze sprawą tej Sullivan? - zapytała. 

- Prawdę mówiąc, nie. To dotyczy hotelu. 

- To jak mam zaksięgować? 

- Na pewno znajdziesz jakieś wyjście. 

Sandy roześmiała się. 

- Mówił ci już ktoś, że trudno z tobą wytrzymać? 

- Nie. Jesteś pierwsza. 

W drodze powrotnej wybrał wejście w pobliżu sal recepcyjnych. Zgodnie z planami, jakie mu udostępniono, na 

sobotni bal jedna z nich miała zostać opróżniona z mebli i przygotowana do tańca, w drugiej miał znajdować się bar i 

bufet oraz małe stoliki z miejscami do siedzenia. Teraz żadna z sal nie była jeszcze gotowa, lecz Anne stała pośrodku 

jednej z nich i rozglądała się uważnie. 

Wszedł na  górę. Musi przepytać wszystkie osoby,  które mają dostęp do magazynu, nie tylko  żeby sprawdzić, 

czy któraś z nich wie coś na temat ręczników, lecz także by mimochodem dowiedzieć się czegoś o rzekomym romansie 

Luca  z  jedną  z  pokojówek.  Mógł  rzeczywiście  "nawiązywać  kontakty  cielesne"  -  Mac  uśmiechnął  się  w  duchu  na 

wspomnienie brzmienia słodkiego głosu Julie, gdy wymawiała te słowa - z którąś z dziewczyn. Jeśli zaś nie, historyjka, 

jaką go wczoraj Luc poczęstował, była zasłoną dymną. 

Na piętrze powinien skręcić w prawo i zacząć się rozglądać za wózkiem z przyrządami do sprzątania. O tej porze 

-  dochodziła  dziewiąta  trzydzieści  -  pokojówki  wkraczają  do  akcji.  Nogi  same  zaniosły  go  jednak  w  przeciwnym 

kierunku, pod gabinet Julie. Postanowił tylko zerknąć na jej ciemne włosy, lekko zaokrąglone plecy, gdy pochyla się nad 

biurkiem,  ruchy  palców  śmigających  po  klawiaturze  komputera,  usłyszeć  łagodny  głos,  jeśli  rozmawia  przez  telefon. 

Przypomniał sobie, że ubrana jest w kostium w kolorze czerwonego wina ze spodniami, co pozbawiało go przyjemności 

oglądania jej nóg. Ciemnoczerwony kolor podkreślał natomiast naturalne rumieńce na jej policzkach. 

Szczęście mu sprzyjało. Julie siedziała odwrócona tyłem do drzwi i wpatrywała się w ekran komputera. Ramiona 

miała  zgarbione,  jej  ciało  zdradzało  napięcie,  a  palce nie  śmigały po  klawiszach.  Zaciśnięte  w  pięści  dłonie  trzymała 

nieruchomo po obu stronach klawiatury. 

Mac przystanął i zmrużył oczy, starając się dostrzec obraz na monitorze. Nie mógł odczytać słów, lecz widział 

zarys tekstu. To był mail. 

Jeszcze jeden cholerny mail. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- Cześć, chere! - Głos Maca, gładki i ciepły, był niemal jak pieszczota. - Możesz mi poświęcić chwilkę? 

Właściwie  nie  miała  czasu.  Stała  pośrodku  sali,  wypełniając  powierzone  jej  przez  Charlotte  niewdzięczne 

zadanie polegające na namawianiu Anne, by zrobiła sobie chwilę przerwy. Jak dotąd niewiele wskórała. 

- Tylko chwilkę? - mruknęła. 

Mac uśmiechnął się do niej półgębkiem. 

- Skoro nalegasz, może być pół godziny ... 

Julie zerknęła na zegarek. Trzecia trzydzieści, a w gabinecie mnóstwo czekającej na nią pracy. 

- Pół godziny nie mogę· 

- Na pewno możesz - rzekł, ujął jej dłoń, przełożył sobie jej rękę przez zagięte ramię i wyprowadził z sali.

- Dokąd idziemy? - spytała. 

- Na spacer. Trochę witaminy D dobrze ci zrobi. 

- Witaminy D? 

- Słońca - wyjaśnił. 

Chociaż  Julie  już  od  pięciu  lat  mieszkała  w  Nowym  Orleanie,  jeszcze  się  nie  przyzwyczaiła  do  wiosennych 

temperatur  w  styczniu.  O  tej  porze  roku  Nowy  Jork  pokryty  jest  brudnym  zlodowaciałym  śniegiem,  a  powietrze  jest 

wilgotne i przenikliwie zimne. Bardziej na północ, w Montrealu, gdzie studiowała, wiatr smaga twarz igiełkami lodu. A 

tu idą z Makiem po ulicy w lekkich strojach. 

Mocno przyciskając jej rękę, Mac prowadził ją wśród tłumu przechodniów w stronę Jackson Square i pomnikiem 

prezydenta Andrew Jacksona na koniu. Był to piękny park, a miasto dołożyło starań, by go przywrócić do stanu sprzed 

zniszczeń spowodowanych huraganem. 

- Dlaczego idziemy aż tam? - spytała. 

Mac podprowadził ją do wolnej ławki, a kiedy usiedli, odparł: 

- Sądzę, że potrzebujesz świeżego powietrza. 

- Wystarczyło wyjść na patio. 

- Ale tam powietrze pachnie Hotelem Marchand. Czy ty kiedykolwiek wychodzisz z tego budynku? 

Julie westchnęła. 

- Teraz jest bardzo intensywny okres - odparła,  zamiast po prostu przyznać się, że rzadko wychodzi  z biura. -

Sylwestra już mamy za sobą, ale w ten weekend jest święto Trzech Króli i zaraz potem Mardi Gras ... 

- Cały rok jest intensywny - odparował. - To pewnie nie jest właściwy moment na moje pytanie, ale mimo to je 

zadam. Czy Hotel Marchand jest na sprzedaż? 

- Co? - Julie zrobiła wielkie oczy. - Oczywiście, że nie. Założę się, że zostanie w rękach Marchandów, dopóki 

żyje chociaż jedna osoba nosząca to nazwisko. - Mac w zamyśleniu pokiwał głową, minę miał jednak sceptyczną. - Skąd 

w ogóle przyszedł ci do głowy taki pomysł? 

- Zacząłem się tym trochę interesować. - Pochylił się i oparł łokcie na kolanach. Odwrócił głowę, by spojrzeć na 

Julie. - Sytuacja finansowa nie jest dobra. Od kilku lat hotel przynosi straty. 

background image

- Huragan Katrina wywrócił wszystko do  góry nogami - przypomniała mu. - To cud, że miasto, w tym hotele, 

podźwignęło się po katastrofie. 

- Kilka lat temu, jeszcze przed Katriną, Anne Marchand zaciągnęła w banku drugą pożyczkę hipoteczną - rzekł. -

To ogromny dług do spłacenia. 

- Hotel ma cztery gwiazdki. Interesy idą coraz lepiej. Teraz, kiedy wszystkie córki Anne są w Nowym Orleanie i 

pracują razem ... - Urwała. - Nie, nie wyobrażam sobie, żeby rodzina wypuściła hotel z ręki - dokończyła. 

- Nawet jeśli sytuacja wymyka się spod kontroli? Hotel jest łakomym kąskiem, a moment do przejęcia jest bardzo 

dobry. 

Julie  powoli  wypuściła  powietrze  z  płuc,  jak  gdyby  chciała  wyzbyć  się  niepokoju,  jaki  pytania  Maca  w  niej 

zasiały. 

- Potencjalni kupcy już kilkakrotnie tu węszyli, ale Anne nie jest zainteresowana sprzedażą. To firma rodzinna. 

- Już mi to mówiłaś. 

Julie podejrzliwie spojrzała na Maca. 

- Słyszałeś o czymś, o czym ja nie wiem? Charlotte coś ci powiedziała o sprzedaży? 

- Nie, niczego nie słyszałem. - Mac splótł dłonie, przyjrzał się swoim palcom, potem przeniósł wzrok na Julie. -

Nie  jestem  ekspertem,  ale  mój  wspól...  -  urwał  i  poprawił  się  -  facet,  z  którym  poprzednio  pracowałem,  zna  się  na 

finansach. Powiedział mi, że w przypadku takim jak Hotel Marchand, kiedy nazwa, tradycja i opinia są więcej warte od 

samej nieruchomości, a kondycja finansowa przedsiębiorstwa jest niestabilna, rozmaite osoby zaczynają interesować się 

przejęciem. 

- Omawiałeś sprawy hotelu z jakimś byłym kolegą z pracy? - Julie nie kryła oburzenia. 

- Nie. Jesteś pierwszą osobą, z którą o tym rozmawiam. Ten facet tylko tłumaczył mi ogólnie prawa rynku. Ale 

przyglądając się temu, jak sprawy stoją, zacząłem się zastanawiać, czy nie mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją. -

Wyprostował  się,  przeczesał  palcami  włosy,  potem  odchylił  się  i  położył  ramiona  na  oparciu  ławki.  Gdyby  Julie 

przesunęła się odrobinę bliżej, mógłby ją objąć. Ona jednak się nie poruszyła. - Możesz sądzić, że to nie mój interes -

ciągnął. - Możesz się zastanawiać, co mnie obchodzi, czy byt hotelu jest jakoś tam zagrożony. Ale jeśli w ręcznikach 

znajduję szkło, to jest zagrożony. Gdyby te ręczniki trafiły do łazienek i gdyby któryś z gości się pokaleczył, zrobiłoby 

się o tym głośno i skorzystałby tylko ten, kto ma na niego chrapkę. Sprawa trafiłaby do  gazet, możliwe że nawet do 

sądu. To byłaby katastrofa. 

- Czyli mieliśmy ogromne szczęście, że znalazłeś te ręczniki, zanim trafiły do łazienek. 

- Zabawmy się chwilę w "co by było, gdyby". Załóżmy, że ktoś specjalnie posypał ręczniki drobno potłuczonym 

szkłem, bo chciał narazić opinię hotelu na szwank i przez to obniżyć jego wartość. 

Julie była zdenerwowana. Słowa Maca mają sens. 

-  Nie  potrafię  sobie  wyobrazić,  komu  by  na  tym  zależało.  Na  pewno  nikomu  w  pralni.  Mają  z  nami  bardzo 

korzystną umowę. Zarabiają na nas krocie. 

- Przełknęli reklamację. Zgodzili się ponownie uprać całą partię za darmo. Albo chcą chronić hotel, albo czują 

się winni i wiedzą, że ich opinia też by ucierpiała. 

background image

- Wierzysz, że to oni? 

Mac namyślał się chwilę, potem stwierdził: 

- Nie. 

- Podejrzewasz Luca? Albo kogoś z obsługi pokoi? 

-  Nie  wiem.  -  Wpatrywał  się  w  nią  chwilę,  jak  gdyby  oczekiwał,  że  pomoże  mu  rozwiązać  zagadkę.  -

Zastanawiam się, czy to nie może być ktoś z zewnątrz, ktoś, kto chce kupić hotel za pół darmo. 

-  Kto  to  mógłby  być?  -  Julie  zastanawiała  się  chwilę  nad  hipotezą  Maca,  potem  potrząsnęła  głową.  -  Nie 

słyszałam o nikim, kto by się interesował kupnem. I jak ktoś z zewnątrz mógł się dostać do magazynu? 

- Przy pomocy wspólnika wewnątrz. 

Julie miała dość snucia podobnych domysłów. 

-  Masz  bujną  wyobraźnię,  ale  nie  przypuszczam,  żeby  ktoś  chciał  kupić  hotel.  Wszyscy  wiedzą,  że  to 

przedsiębiorstwo rodzinne. I w dużej mierze na tym polega jego atrakcyjność. 

-  Atrakcyjność  hotelu,  skarbie,  polega  na  świetnej  lokalizacji  w  sercu  Dzielnicy  Francuskiej  i  pustym  koncie. 

Trochę złej prasy, coraz mniejsze wpływy, naciski na spłatę tej drugiej pożyczki hipotecznej ciążącej jak kamień u nogi, 

i ktoś sprzątnie łakomy kąsek Charlotte sprzed nosa. 

Julie była zdziwiona jego znajomością mechanizmów rynku. Mac jest ochroniarzem, nie ekonomistą z dyplomem 

MBA. 

- Hotel Marchand nie jest na sprzedaż. 

- Jeśli Charlotte nie zdoła zapewnić przychodu równego wydatkom, będzie zmuszona go sprzedać. Albo to, albo 

hotel przejmie bank, który udzielił pożyczki hipotecznej. 

Julie wolałaby, by wywód Maca nie był tak przekonujący. 

- Sytuacja z przepływem gotówki nie jest aż tak tragiczna - zapewniła go. - Są lepsze i gorsze okresy, ale w tej 

branży to normalne. 

- Więc przydałby się teraz lepszy okres - odparował. - Ostatnio przeważały te gorsze. 

Julie zastanawiała się, jak dalece może mu zaufać. Przed przyjęciem do pracy Charlotte dokładnie go sprawdziła. 

Poza  tym  Julie  wyczuwała,  że  szuka  jej  rady,  bo  autentycznie  martwi  się  o  hotel.  Na  dodatek  to  on  odkrył  szkło  w 

ręcznikach i zapobiegł katastrofie. To wszystko przemawia za nim. Z drugiej strony była absolutnie pewna, że był w jej 

pokoju  w  jakimś  momencie  pomiędzy  wczorajszym  wieczorem  a  dzisiejszym  rankiem  i  się  do  tego  nie  przyznał. 

Niczego nie ukradł, niczego nie uszkodził, pewnie nawet niczego nie dotykał. Doszła do wniosku, że może mu zaufać, 

przynajmniej odrobinę.

-  Kilka  lat  temu  z  konta  hotelu  w  tajemniczy  sposób  zniknęła  poważna  suma  -  zaczęła.  -  O  ile  się  orientuję, 

zbiegło się to w czasie ze śmiercią Remy' ego Marchanda. Nie udało się wyśledzić, co się stało z tymi pieniędzmi. 

- Poważna suma? Jak poważna? 

- Milion dolarów. 

Mac pokiwał głową.

- Istnieją sposoby wyśledzenia, gdzie trafiły takie pieniądze - rzekł. - Zajmują się tym firmy ochroniarskie. 

Znakomity pomysł, pomyślała Julie. Jej uznanie dla Maca wzrosło. 

background image

-  Zasugeruję  to  Charlotte  -  odrzekła.  -  W  owym  czasie  był  to  dla  rodziny  Marchandów  ogromny  cios.  Jeśli 

kondycja  finansowa  hotelu  jest  niepewna,  pewnie  to  jest  przyczyną.  Z  drugiej  strony  -  ciągnęła  -  wciąż  napływają 

rezerwacje.  W  weekendy  w  restauracji  trzeba  zamawiać  stolik  z  wyprzedzeniem.  Odkąd  wznowiliśmy  działalność  po 

huraganie, odnotowujemy wpływy. 

- Mam nadzieję, że wystarczające, żeby interes nie padł. - Mac spojrzał  w niebo i zmrużył oczy.  - I daj Boże, 

żeby  incydent  taki  jak  ten  z  ręcznikami  się  nie  powtórzył.  -  W  stał  i  wyciągnął  do  Julie  rękę. -  Byłbym  wdzięczny, 

gdybyś miała oczy i uszy otwarte i dała mi znać, jeśli nastąpią jakieś znaczne ruchy na koncie. Jestem w stanie czuwać 

nad bezpieczeństwem budynku, ale ty pracujesz w biurze i możesz kontrolować, co się tam dzieje. 

- Dlaczego nie porozmawiasz o tym z Charlotte? - spytała, kiedy ruszyli w kierunku Decatur Street. 

- Bo tu chodzi o jej rodzinę - odparł. - Możliwe, że unika spojrzenia faktom w oczy, możliwe, że doskonale je zna 

i jest o dziesięć kroków przede mną. - Wzruszył ramionami. - Albo chce sprzedać hotel i jeszcze nie zdecydowała się 

powiedzieć o tym personelowi. Po prostu uznałem, że lepiej porozumieć się z tobą. 

Julie  westchnęła.  Wolałaby,  by  Mac  wybrał  sobie  kogoś  innego  chociażby  dlatego,  że  teraz  ona  ma  nowe 

zmartwienie. Jednak wybrał ją, bo ... bo jej ufa. 

Ulice  zapełniły  się  ludźmi,  którzy  wcześniej  wyszli  z  pracy,  i  turystami  tłumnie  odwiedzającymi  Dzielnicę 

Francuską w poszukiwaniu dobrego jedzenia i rozrywki. Na jednym rogu saksofonista wygrywał bluesa, wydobywając z 

instrumentu słodko zawodzącą melodię. Mac dał Julie znak, by zaczekała, przebiegł na drugą stronę ulicy i podszedł do 

niego. Julie spodziewała się, że wrzuci monetę do leżącego na chodniku pudła, lecz nie uczynił tego. Zaczekał, aż muzyk 

skończy, potem klepnął go po plecach. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i rozłożył ramiona. Uścisnęli się serdecznie i 

zaczęli rozmawiać. 

Kim  właściwie  jest  Mac  Jensen,  zastanawiała  się  Julie,  przyglądając  się  tej  scenie.  Jest  znakomitym 

ochroniarzem, lecz świetnie orientuje się w interesach.  Wie coś na temat poszukiwania pieniędzy znikających z konta 

firm. Jest fanem jazzu. A przebywanie blisko niego, jak dziś, uścisk jego palców na dłoni przyprawia ją o zawrót głowy. 

-  Kumpel-  wyjaśnił  Mac,  wracając.  -  Poznałbym  was  ze  sobą,  ale  potrafi  być  nieprzyjemny,  kiedy  mu  się 

przerywa granie. Nie chciałem ryzykować. 

- Dzisiaj nie sprawiał wrażenia niezadowolonego - zauważyła Julie. 

Zastanawiała się, jak by ją przedstawił. Jako swoją przyjaciółkę? Koleżankę z pracy? 

- Nie mogłem tego przewidzieć. Następnym razem was ze sobą poznam. 

Następnym razem? Czyżby zamierzał regularnie odbywać z nią spacery po Jackson Square? 

Czuła,  że  ma  w  głowie  mętlik.  Jak  gdyby  nie  wystarczyło  jej  kłopotów  -  dziwne  maile,  niepewna  kondycja 

finansowa  hotelu,  a  teraz  jeszcze  podejrzenia  Maca.  Zastanawianie  się  nad  tym,  co  dzieje  się  między  nią  a  nim, 

przekracza jej obecne możliwości. Niemal słyszała pod czaszką ostrzegawcze dzwonki: system przegrzany, grozi krótkie 

spięcie. 

Na szczęście w drodze do hotelu Mac już nie spotkał więcej znajomych. Boy otworzył im drzwi, znaleźli się w 

holu.  Julie  zazwyczaj  korzystała  z  wejścia  służbowego  na  tyłach  budynku,  wejście  zaś  do  hotelu  od  frontu  było 

całkowicie innym doświadczeniem. Ściany w kolorze starego złota, ciemny parkiet, miękkie dywany, sofy i fotele obite 

tkaniną  w  kremowo-czerwone  paski,  wspaniałe  rzeźbione  schody  łukiem  prowadzące  na  piętro,  lustra,  rzeźby, 

background image

zabytkowe meble, wszystko to stwarzało atmosferę osiemnastowiecznej rezydencji bogatych południowych plantatorów 

z amerykańskiego Południa. 

Wiele  lat  temu  Anne  sama  wyszukała  większość  z  tych  mebli  w  sklepach  ze  starociami  i  na  licytacjach 

wyposażenia  starych  domów.  Myśl,  że  ktoś  chciałby  wydrzeć  ten  wspaniały  hotel  z  rąk  Marchandów,  była  nie  do 

zniesienia.  Julie  miała  żal  do  Maca,  że  zasiał  w  jej  głowie  podobne  podejrzenia,  mimo  że  kierował  się  chęcią 

zapobieżenia temu. Porządny facet. 

Zerknęła teraz na niego kątem oka. Całą uwagę skupił na Lucu, który stał na swoim stanowisku w recepcji i z 

uśmiechem,.  żywo  gestykulując,  wyjaśniał  coś  małżeństwu  w  średnim  wieku.  Po  chwili  jego  wzrok  powędrował  ku 

drzwiom na patio, potem ku portierowi zajętemu układaniem bagaży na wózku, potem ku recepcjoniście, w słuchawkach 

z mikrofonem, stukającym w klawiaturę komputera. Zakończywszy inspekcję, zwrócił się do swojej towarzyszki. 

- Dziękuję - powiedziała. 

Mac  obdarzył  ją  uwodzicielskim  uśmiechem.  Czy  rzeczywiście  jest  tak  porządny,  jak  mi  się  wydaje?  -

pomyślała. 

- Za co? 

- Za to, że obchodzi cię ten hotel. - Lekko dotknęła jego ramienia, odwróciła się i skierowała w stronę schodów. 

Musiała zmobilizować całą siłę woli, by się nie obejrzeć . 

Nie chciała wiedzieć, czy Mac nadal się uśmiecha, czy jego oczy wciąż błyszczą i czy jego skóra wydziela ten 

seksowny zapach. 

- Na miłość boską, Julie! - wykrzyknął Creighton na widok sąsiadki wysiadającej z samochodu. - Wyglądasz 

jak statystka z "Nocy żywych trupów".  

Podjechał pod dom tuż przed nią, a teraz czekał przy aucie, by się z nią przywitać. 

- Naprawdę? - Zmusiła się do uśmiechu. - Tylko jak statystka, nawet nie jak jedna z gwiazd? 

- Chodź do mnie - namawiał Creighton, ciągnąc ją na ganek. - Zrobię ci drinka. 

- Dziękuję, ale ... - opierała się Julie. 

- Ja nie pytałem, czy chcesz - odparł, zamykając jej tym usta. - Chodzi o tego przystojniaka, którego mi wczoraj 

przedstawiłaś? - spytał, wyjmując listy ze skrzynki. 

- Dlaczego "chodzi"? 

- Dlatego, że wyglądasz jak upiór. 

Creighton był tak kochany, że trudno było się na niego gniewać za podobne uwagi. 

- Nie wydaje mi się - zaprzeczyła ze śmiechem. - Wyglądam jak po ciężkim dniu pracy. 

- Ja też miałem ciężki dzień w pracy i wyglądam kwitnąco - nieskromnie odparł Creighton. 

Wepchnął plik listów pod pachę i gestem zaprosił Julie na schody. Kiedy skręciła w stronę swoich drzwi, ruszył 

za  nią,  jak  gdyby  się  bał,  że  zniknie  i  nie  da  mu  szansy  przyrządzić  sobie  drinka.  Lecz  ona  nie  zamierzała  znikać, 

przeciwnie,  mimo  zmęczenia i  upiornego  wyglądu,  miała nawet  ochotę  spędzić chwilę  w towarzystwie  kogoś o  jasno 

sprecyzowanych zamiarach. 

- Przyjdę, tylko się przebiorę. Obiecuję· 

background image

- Daję ci pięć minut, potem zacznę walić w drzwi. 

- Jesteś strasznie apodyktyczny - zganiła go, zanim weszła do mieszkania. 

Przebranie się w stare dżinsy i szarą bluzę z jaskrawoczerwonym napisem McGill, nazwą jej alma mater, zabrało 

jej nawet mniej niż pięć minut. Zdążyła jeszcze sprawdzić, czy na automatycznej sekretarce nie ma jakichś wiadomości. 

Creighton  pracował  jako  dyrektor  artystyczny  regionalnego  czasopisma,  a  jego  mieszkanie  wypełnione  było 

oprawionymi  w  ramki  fotografiami  i  wyrobami  rzemiosła  artystycznego.  Julie  zawsze  doznawała  lekkiego  uczucia 

klaustrofobii,  kiedy  sadowiła  się  na  małej  kanapce  w  saloniku,  otoczona  ceramicznymi  figurkami  zwierząt,  ręcznie 

lepionymi naczyniami z gliny i rzeźbami w drewnie. 

- Opowiadaj! - zawołał z kuchni, gdzie przyrządzał swe mikstury. - Co to za historia z tym facetem? - Nie ma 

żadnej historii! - Zrzuciła drewniaki i podwinęła nogi pod siebie. - Pracujemy razem. 

- Dlaczego trudno mi w to uwierzyć? 

- Bo kłamię - mruknęła pod nosem. Bo cholernie dobrze wiem, że Mac jest kimś więcej niż znajomym z pracy, 

rzecz w tym, że trudno określić, kim właściwie dla mnie jest. - Wpadł ci w oko - zażartowała z Creightona. 

Uznała, że najlepszą obroną będzie atak. 

- Każdemu by wpadł, obojętnie czy hetero, czy homo - odciął się Creighton, który właśnie wszedł do pokoju, 

niosąc  wysokie  szklanki  wypełnione  jakimś  brązowym  płynem  pokrytym  pianką.  Jedną  wręczył  gościowi,  potem 

usadowił się w fotelu - z uszakami naprzeciwko kanapki. - Uważam, że powinnaś zaprosić go na bal. 

Julie wypiła łyk drinka. Był zimny i słodki. Cudowny. 

 Cały dzień pracuje w hotelu. Dlaczego miałby chcieć spędzić noc na balu? 

- A dlaczego ty byś chciała? Bo wybierasz się, co? Zawsze jest wspaniała zabawa. Zarezerwowałem dwa bilety. 

Zaprosiłem Stanleya. Pamiętasz go, prawda? - Przecież zerwałeś z nim - przypomniała. 

- Rozstaliśmy się pokojowo. Poza tym zawsze lubił bale. 

- Cóż, jeśli w ogóle pójdę,  to ... - Julie urwała, oparła się wygodnie o poduszki i westchnęła - to  zdecyduję w 

ostatniej chwili - dokończyła. 

- Nonsens. Pójdziesz. Wystroisz się jak bogini mody i wszyscy padną ci do stóp. Łącznie z tym sympatycznym 

znajomym, z którym pracujesz. Jeśli cierpisz przez niego, to chciałbym o tym wiedzieć - dodał. 

- Nie cierpię - zaprzeczyła. 

Kolejne kłamstwo, dodała w myślach. Chociaż miała do Creightona pełne zaufanie, nie była gotowa rozmawiać z 

nim o Macu. A nawet gdyby miała ochotę mu się zwierzać, nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. 

-  A  jednak  ktoś  daje  ci  się  we  znaki,  kochana.  Wyglądasz  na  wykończoną.  Poza  tym  w  szarym nie  jest  ci  do 

twarzy - dorzucił, wskazując bluzę. 

-  Dużo  się  dzieje  w  pracy  -  przyznała  zgodnie  z  prawdą.  Nie  mogła  jednak  powiedzieć  Craightonowi

wszystkiego. - Aha, Anne Marchand zdecydowała, że chce pomóc przy organizacji balu. 

- Świetnie - ucieszył się Creighton i aż klasnął w dłonie, o mało nie rozlewając drinka. - Rozumiem, że się coraz 

lepiej czuje. 

- Tak uważa, ale nie wiem, co na to lekarze. 

background image

- Nie chcesz, żeby pomagała? 

Julie  wypiła  kolejny łyk  napoju.  Pyszny.  Co  to  jest?  Creme  de  cacao?  Rum?  Mleko i  pokruszony  lód?  Miała 

nadzieję,  że  koktajl  nie  jest  podstępnie  mocny  i  że  bez  kłopotu  wróci  do  siebie,  bo  zamierzała  wypić  go do  ostatniej 

kropli. 

- Oczywiście z radością powitaliśmy jej pomoc - odrzekła. - Anne ma przecież znakomity gust. Wiesz, zmieniła 

się. Zapuściła włosy, zrezygnowała z mocnego makijażu. Mam wrażenie, że nabrała więcej luzu. 

- Może tego właśnie było jej potrzeba? Już nie mogę się doczekać, kiedy ją zobaczę. Będzie oczywiście na balu?

- Do dzisiaj nie byłam taka pewna, ale teraz widzę, że nie ma przeciwwskazań. 

- Ciekawe, czy przyprowadzi matkę? - Creighton zachichotał. - Tę żelazną damę. 

Od sióstr Marchand Julie słyszała co nieco o babce, lecz nigdy jej nie poznała. 

- Znasz Celeste Robichaux? 

-  Kochana,  każdy,  kto  mieszka  w  tym  mieście  wystarczająco  długo,  zna  starą  gwardię.  Celeste  to  elita. 

Niewyobrażalnie bogata i twarda. Znasz ten typ. Stalowa magnolia. 

- Teraz rozumiem, po kim one wszystkie odziedziczyły tę wewnętrzną siłę. 

- Ale są urocze. Celeste to jędza. Albo ją pokochasz, albo ze strachu uciekniesz, gdzie pieprz rośnie. 

Julie roześmiała się i wypiła kolejny łyk napoju. Wolała słuchać plotek Creightona, niż myśleć o kłopotach. 

- Co u Stanleya? - zapytała. 

To  było  właściwe  posunięcie.  Przez  następne  pół  godziny  Creighton  zabawiał  ją  opowieściami  o  byłym 

przyjacielu,  kolegach  z  redakcji  i  swojej  dziewięćdziesięciodwuletniej  matce,  która  wciąż  dopytywała  się,  kiedy 

zamierza się  ożenić,  mimo że  wielokrotnie  informował  ją  o  swojej  odmiennej  orientacji  seksualnej.  Wspomniał  też  o 

nowym sposobie smażenia okry i planowanych wakacjach na Alasce. 

-  Dwadzieścia  trzy  godziny  na  dobę  słońca  -  mówił  rozentuzjazmowany.  -  O  trzeciej  nad  ranem  będę  robił 

zdjęcia przy naturalnym świetle. 

Julie  wyobraziła  sobie,  jak  Creighton  fotografuje  lodowce  i  osady  rybackie-i  na  chwilę  przestała  myśleć  o 

ręcznikach nafaszerowanych szkłem, zagadkowych mailach i finansach hotelu. A przede wszystkim zapomniała o Macu, 

o przenikliwym spojrzeniu jego oczu, o dotyku jego palców, o melodyjnym brzmieniu głosu. Przestała zastanawiać się 

nad dziwną zażyłością, jaka się między nimi wytworzyła, mimo że prawie się nie znali. 

Przestała się zastanawiać, czy zaprowadzi ją w jakieś niebezpieczne rejony, których nie powinna odwiedzać. W 

miejsca, które pragnęła ujrzeć ... 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kiedy  około  szóstej  trzydzieści  Mac  zjawił  się  w  biurze  Crescent  City  Security  z  ogromną  kanapką,  dużym 

kubkiem kawy i najnowszymi mailami ,,4Julie", ku swojemu zdziwieniu zastał tam Franka. 

- Co tu jeszcze robisz? - spytał wspólnika. - Gdybym wiedział, że Sandy spędzi samotnie wieczór, poszedłbym 

do niej, zamiast przychodzić tutaj. 

- Ależ proszę bardzo - Frank wpadł w ten sam żartobliwy ton - idź i spędź z nią wieczór. Doprowadza mnie do 

szału - dodał i przeczesał palcami włosy. - Chce dziecka. 

- No to się postaraj o potomka - odparł Mac. - Chyba nie chcesz, żebym cię w tym wyręczył? 

- Chcę tylko odrobiny zrozumienia - poskarżył się Frank. Wszedł za przyjacielem do jego pokoju i opadł na fotel. 

- Kocham ją, jasne? Chcę mieć z nią dzieci, jasne? Tylko jeszcze nie teraz! 

- Na co czekasz? 

- Ożeniłem się z nią, tak? Czy to zbrodnia poczekać kilka lat, zanim wezmę na siebie nowy obowiązek? Kto jak 

kto,  ale  ty  powinieneś  mnie  zrozumieć.  Dalej  jesteś  wolnym  człowiekiem.  Nawet  się  nie  zastanawiałeś  nad 

małżeństwem. 

- Zastanawiałem - odrzekł Mac - tylko jeszcze nie spotkałem odpowiedniej kobiety. - Gdy to mówił, mimowolnie 

pomyślał o Julie Sullivan. Nie, nie jest odpowiednią kandydatką. Cholerna Jankeska, zamknięta w sobie, emocjonalnie 

zablokowana ... Wiedział jednak, że gdyby tylko sobie na to pozwolił, oszalałby na jej punkcie. - Wybacz, stary - dodał, 

odwijając kanapkę - ale niektórych czeka jeszcze praca, poza tym nie jedli kolacji. 

- Pracuj. Jedz. Kto ci broni? 

Mac odgryzł kęs grubej kanapki ociekającej sosem i ostrą musztardą i obrócił się z fotelem do biurka, na którym 

leżała kartka od Louise. Przebiegł ją wzrokiem. 

- Louise udało się wytropić tego wstrętnego mail a, którego Julie dostała wczoraj - odezwał się. - Gdybym miał 

się w kimś zakochać, to właśnie w niej - dodał. 

Frank  oczywiście  wiedział,  że  Mac  żartuje.  Louise  była  drobną  kobietą,  poważną  i  nieśmiałą,  związaną  z 

pewnym studentem medycyny z Tulane. 

- Nie dotarła do samego nadawcy - uściślił. Znał już treść notatki Louise. 

Mac jeszcze raz spojrzał na kartkę. 

- Nowy Jork, Biblioteka Publiczna, Piąta Aleja. Co to nam daje? 

-  Sandy  rozmawiała  dzisiaj  z  kuratorem  Glenna  Perry'ego.  Według  niego  facet  zachowuje  się  poprawnie.  Od 

wyjścia na wolność nie opuszcza miasta. 

-  Innymi  słowy, przebywa  na  Manhattanie.  Na  tej  samej  wąskiej  małej  wyspie,  na  której  znajduje  się  oddział 

biblioteki. Czyli mógł wysłać tego maiła. 

- Mógł - przyznał Frank. 

- Chociaż pewnie ma własny komputer. Po co miałby chodzić do biblioteki, skoro mógł to zrobić z domu? 

- Po to, żeby ktoś taki jak nasza Louise nie mógł wytropić jego adresu. 

Mac nie był przekonany, niemniej w jego pracy sceptycyzm był zaletą. 

background image

- Czy łatwo jest wysłać z własnego komputera maila nie do wyśledzenia? Louise mogłaby dojść do serwera, ale 

czy dotarłaby do konkretnego adresata? - O to musiałbyś ją spytać. 

- Racja. - Podejrzewał, że Louise mogłaby dotrzeć w śledztwie tak daleko, jak by chciała. Nawet nie próbował 

zrozumieć,  jak  to  robi.  -  Ewentualnie  mogłaby  wskazać,  z  którego  komputera  w  bibliotece  korzystał  nadawca. 

Niewykluczone, że osoba z obsługi go zapamiętała. Przyniosłem kolejnego maila - dodał. - Stawiam dychę, że wysłano 

go z innego miejsca. 

- Nadawca korzysta z ogólnie dostępnego komputera z określonego powodu - wtrącił Frank. - Nie chce, żeby go 

zidentyfikowano. - Odchylił się na oparcie fotela i zaczął kiwać stopą. - Uważasz, że tej Sullivan naprawdę coś grozi? 

Bo może ta jej siostra jest odrobinę przeczulona? 

- Rozmawiałem z nią. Sprawia wrażenie trzeźwo myślącej. Pracuje jako bankier inwestycyjny w Nowym Jorku. 

- Czyli z nich dwóch ona jest inteligentna, a Julie piękna? 

- Julie nie brakuje inteligencji - zaprzeczył Mac - a o ile wiem, jej siostra też jest bardzo  atrakcyjna. - Zdjął z 

kubka plastikowe wieczko. W pokoju rozszedł się zapach kawy z cykorią. - W każdym razie, Marcie Sullivan twierdzi, 

że Perry wielokrotnie groził Julie, kiedy ta doniosła na niego do prokuratury. Potem, kiedy zeznawała przeciwko niemu 

w sądzie, powtórzył groźby. Przysiągł, że jak tylko wyjdzie z więzienia, dopadnie ją. 

- Z tym, że według kuratora Perry jest teraz wzorowym obywatelem - przypomniał Frank. - Zapisał się na kurs 

dla pośredników handlu nieruchomościami, trzyma się z daleka od modelek i w ogóle dziewcząt, nie odnowił kontaktów 

z dealerami narkotyków. 

- Taak - mruknął Mac. Cynizm w jego głosie był tak mocny i gorzki jak kawa, którą pił. - Miałem do czynienia z 

facetami  świeżo  wypuszczonymi  z  więzienia.  Ty  też.  Aureole  nad  ich  głowami  mogą  oślepić,  bo  są  neonowe,  nie 

prawdziwe. - Odstawił kawę i wrócił do kanapki. - A teraz dziewczyna dostaje te niepokojące maile od kogoś, kto wie, 

że pracowała w agencji. Uważam, że jest to groźne. 

Frank wzruszył ramionami.

- Jesteś ekspertem. 

-  A  propos  ekspertów.  -  Mac  zlizał  sos  z  kciuka,  zanim  kropla  zdążyła  upaść  mu  na  spodnie  osłonięte  tylko 

cienką papierową serwetką. - Znasz się na finansach. Cztery lata temu z konta Hotelu Marchand zniknęła duża suma. 

- Jak duża? 

- Milion dolarów. 

Frank wyprostował się w fotelu. 

- Opowiedz mi coś więcej. 

- Niewiele wiem. Remy Marchand zmarł niemal w tym samym czasie. 

-  Pamiętam.  Prasa  rozpisywała  się  na  ten  temat,  bo  chodziło  o  Remy'ego  Marchanda,  sławnego  kucharza  i 

współwłaściciela hotelu. Jego samochód spadł z grobli do jeziora. Dla tabloidów to był smakowity kąsek. 

- A dla rodziny tragedia - dorzucił Mac. 

- Racja. 

- Żona Remy'ego, Anne,. kierowała hotelem, a on restauracją. Cztery lata temu zmarł. Obecnie hotelem zarządza 

ich córka Charlotte. Druga córka prowadzi restaurację, dwie kolejne również pracują w hotelu. Ale wszystko to jeszcze o 

background image

niczym  nie  świadczy.  -  Zamilkł  i  dokończył  kanapkę.  Była  pyszna.  Żałował,  że  nie  kupił  dwóch.  -  W  każdym  razie 

powęszyłem trochę i wygląda na to, że sytuacja finansowa hotelu nie jest najlepsza. Zastanawiam się, czy ten incydent z 

pieniędzmi nie zapoczątkował złej passy. 

- Sądzisz, że Remy mógł zdefraudować forsę? 

-  Tego  nie  wiem  -  Mac  zmrużył  oczy  -  wiem  natomiast,  że  gdyby  ktoś  coś  takiego  zasugerował,  kobiety 

powiesiłyby go głową w dół na hotelowym patio. Pamięć Remy'ego to świętość. 

- Niemniej pozostaje faktem, że milion dolarów gdzieś się ulotnił, a Remy zginął. 

-  W  wypadku.  -  Wymawiając  to  ostatnie  słowo,  Mac  narysował  palcem  w  powietrzu  duży  znak  zapytania.  -

Jakie jest prawdopodobieństwo, że to nie był zwykły wypadek? 

Frank uniósł otwarte dłonie, jakby w obronnym geście. 

- Nie bawmy się w domysły. Lepiej powiedz, co to ma wspólnego z bezpieczeństwem Julie Sullivan? 

- Nic. Ale jestem szefem ochrony hotelu. Kłopoty finansowe mogą rzutować na jego bezpieczeństwo. 

- Zatrudniłeś się w hotelu, żeby mieć na oku Julie. 

- Prawda, ale przy okazji muszę wywiązywać się z obowiązków wynikających ze stanowiska. - Mac spojrzał na 

Franka błagalnym wzrokiem. - Znalazłbyś godzinkę albo dwie, żeby pomyśleć, jak trafić na trop tej forsy? 

-  Nie  jestem  cudotwórcą.  Nie  sprawię,  że  milion  dolarów  nagle  pojawi  się  na  koncie.  Potrzebuję  więcej 

informacji. 

-  Dowiem  się,  który  bank  obsługiwał  Hotel  Marchand  cztery  lata  temu.  Wtedy  będziesz  mógł  przeanalizować 

transakcje. No jak? Zgoda? 

- Pamiętaj, że po uszy tkwię w tych przekrętach w Garnck Insurance. 

-  Niewykluczone,  że  węsząc  wokół  jakiegoś  banku  na  Kajmanach,  trafisz  przy  okazji  na  milion  dolarów  z 

odciskami palców Remy'ego Marchanda. Tylko o to proszę· 

- Tylko. Drobiazg! - prychnął Frank i potrząsnął głową. - Gdybym wiedział, że chcesz mi podrzucić . kukułcze 

jajo, poszedłbym do domu. 

- To idź teraz i postaraj się o potomka - odparł Mac. - I powiedz Sandy, że chcę zostać ojcem chrzestnym. 

- Dobrze - odrzekł Frank, wstając. - A ty nie siedź zbyt długo, stary. Nie chcę, żebyś zasnął przy biurku. - Po tej 

kawie  nie  będę  mógł  zasnąć  przez  tydzień.  Po  wyjściu  Franka  Mac  wytarł  ręce  w  serwetkę,  włączył  komputer  i 

przysunął  tekturową  teczkę  opatrzoną  napisem  SULLIVAN.  Otworzył  ją,  przerzucił  starannie  wydrukowane  kartki  z 

notatkami, w końcu dotarł do fotografii. 

Miał  ich  kilkanaście,  zgromadzonych  w  ramach  wstępnego  rozeznania  w  sprawie.  Pochodziły  z  czasów,  gdy 

Julie  pracowała jako  modelka.  Na wierzchu  leżała  jedna  z  wcześniejszych  reklam  z jej  udziałem:  trzy dziewczyny  w 

skąpych strojach bikini na plaży. Julie miała włosy dłuższe niż obecnie, związane w dwa kucyki. Jej piękne, szczupłe, 

niemal  dziecinne  ciało  nie  robiło  na  nim  wrażenia,  natomiast  twarz  ...  Nawet  wówczas,  gdy się  uśmiechała,  jej  oczy 

pozostawały tajemnicze, pełne głębokiej wiedzy i tęsknoty. A usta ... Nie, nie zachęcały do pocałunku. Myśl, że mógłby 

pocałować dziewczynę tak młodą jak Julie na tym zdjęciu, przerażała go. Lecz dostrzegał już w niej kobietę, taką jaką 

będzie, gdy dorośnie. 

background image

Przejrzał  zdjęcia,  niektóre  wycięte  ze  starych  magazynów,  inne  w  formie  wydruków  ściągniętych  z  Internetu. 

Niewiarygodne kości policzkowe, pomyślał, przyglądając się jednej z fotografii. Twarz Julie była pełniejsza, kształty na 

szczęście też. Przypomniał sobie, co mu powiedziała o głodzeniu się. Dzięki Bogu nie musiała już tego robić. 

Na końcu znajdowały się reklamy perfum "Symphony" . Julie wyglądała poważniej, nawet starzej niż obecnie. 

Przypisał  to  mocnemu  makijażowi,  lecz  było  także  coś  nowego  w  jej  spojrzeniu.  Patrzyła  w  obiektyw  chłodno, 

wyniośle, niemal oskarżycielsko. "Chcę mieć te perfumy", zdawała się mówić. "Chcę perfumy, nie ciebie". 

Na reklamie zapachu "Glissando" stała na beżowym tle, widać było tylko twarz, nagie ramiona i ogromny flakon 

perfum. Jej wargi nie uśmiechały się, nie  Wydymały, jej oczy były zimne, niedostępne.  W reklamie "Grace Note" tło 

było  ciemnoniebieskie  niczym  nocne  niebo,  przy  którym  jej  oczy  sprawiały  wrażenie  ciemniejszych,  bardziej 

zagadkowych.  W  reklamie  "Arpeggio" tło  było ciemnoczerwone,  a Julie  wyglądała seksownie.  Lecz patrzyła wciąż  z 

dystansem, wciąż chłodno, a oczy zdawały się mówić: 

"Chcesz mnie, lecz nie możesz mnie mieć". 

W  przeciwieństwie  do  pierwszego  zdjęcia  przedstawiającego  nastolatkę,  te  fotografie  z  niego  szydziły.  Tak, 

pragnął  jej.  I  nie  mógł  jej  mieć,  chociaż  gdy  na  niego  patrzyła  w  prawdziwym  życiu,  nie  sprawiała  wrażenia  tak 

niedostępnej. 

Tak, pomyślał, wpatrując się w twarz Julie na czerwonym tle. Odgadłaś. Pragnę cię. 

Gdy  następnego  dnia  rano  Carlos  pokazał  mu  listę  gości,  którzy  zarezerwowali  bilety  na  bal,  Mac,  z  natury 

opanowany, miał ochotę zdemolować biuro. 

- Co to, do cholery, ma znaczyć?! - wybuchnął, wpatrując się w spis ponad stu nazwisk. 

- No ... ci ludzie zarezerwowali bilety - spokojnie wyjaśnił Carlos. Wyraźnie nie rozumiał irytacji szefa. 

- Ale tu są same nazwiska. Smith! Skąd mam wiedzieć, co to za Smith!? Sam? Z żoną? 

- W biurze chyba  mają imiona - odparł Carlos, starając się nie okazywać, że nic go to nie obchodzi. - Imiona, 

numery kart kredytowych ... Kiedy ktoś rezerwuje bilet, musi podać numer karty. Dlaczego na tej liście tego nie ma? 

- Och, na pewno zapłacą - zapewnił go Carlos - jeśli o to chodzi. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś naciągnął 

hotel. Goście przychodzą, płacą i wtedy ich wpuszczamy. Jeśli nie chcą zapłacić, odchodzą z kwitkiem. Proste. 

- Przeciwnie. Nic nie jest proste. Któraś z tych osób może stanowić potencjalne zagrożenie. 

- A numery kart kredytowych by nam pomogły? 

Mac zgromił go wzrokiem. 

- Na litość boską! Numery kart, numery ubezpieczenia, numery telefonów, imiona ... Kim są ci ludzie? 

Carlos zawahał się, jakby nie wiedząc, czy szef oczekuje od niego jakiejś odpowiedzi, czy nie. W końcu odezwał 

się: 

- Smith znaczy ... No, państwo Smith. 

Mac  zaklął,  rzucił  wydruki  na  biurko  i  zerknął  na  monitor.  Kamery  pokazywały  jakąś  parę  rozmawiającą  w 

windzie,  kobietę  sadowiącą  się  z  książką  w  fotelu  na  patio  i  owijającą  sobie  nogi  pledem,  pokojówkę  z  wózkiem  z 

przyborami do sprzątania przechodzącą korytarzem na drugim piętrze. Żadna kamera nie uchwyciła Julie, co oznaczało, 

iż pewnie jest u siebie. 

background image

Mógł  pobiec  na  górę,  wtargnąć  jak  burza  do  jej  gabinetu  i  zażądać  wyjaśnień,  lecz  się  opanował.  Był  zbyt 

wkurzony, by ryzykować konfrontację. Mógłby mimochodem zdradzić się ze swoją największą obawą, mianowicie że 

państwo  Smith  albo  ktoś  inny  z  tej  anonimowej  listy  może  być  autorem  maili,  które  dostawała.  Julie  jest  już 

wystarczająco  zdenerwowana,  nie  ma  potrzeby  denerwować  jej  jeszcze  bardziej.  Poza  tym,  nie  jest  jeszcze  gotowa 

wyznać,  co  w  tych  mailach  najbardziej  ją  przeraża.  Miał  swoją  hipotezę  opartą  na  tym,  co  usłyszał  od  Marcie,  lecz 

pamiętał też, że do tej pory Julie nie powiedziała mu o drugim liście. 

Niemniej musi się dowiedzieć, nie tylko ze względu na jej bezpieczeństwo, lecz na bezpieczeństwo wszystkich 

gości, kim są osoby, które zarezerwowały bilety. 

Podniósł słuchawkę i wystukał numer wewnętrzny Julie. 

- Julie Sullivan. Słucham? 

- Tu Mac - przedstawił się i siłą woli powstrzymał się, by nie zamknąć oczu i nie wyobrazić sobie, jak dzisiaj 

wygląda. - Właśnie zobaczyłem listę gości na bal. To jakieś nieporozumienie. 

- Dlaczego? 

-  Gołe  nazwiska.  Brak  jakichkolwiek  danych  pozwalających  zidentyfikować  te  osoby.  Czy  hotel  posiada 

obszerniejsze informacje? 

- Oczywiście, że tak. Ale nie rozumiem, po co ci to potrzebne. 

- Żeby się upewnić, że żadna z tych osób nie stanowi potencjalnego zagrożenia - wyjaśnił ze spokojem, na jaki 

potrafił się zdobyć. - To ważne. Proszę o dostarczenie mi listy z kompletem danych. 

W słuchawce dało się słyszeć westchnienie. 

- Mogę ją dla ciebie przygotować, ale wszystkie dane muszą być sprawdzone w kilku źródłach. To potrwa. 

- Umówmy się więc na szóstą - zaproponował. - Przyjdę do twojego biura i razem się tym zajmiemy. 

Julie ponownie westchnęła, lecz kiedy się odezwała, w jej głosie nie słychać było niezadowolenia. Za to brzmiała 

w nim nuta ... jak gdyby podniecenia i oczekiwania. 

- Dobrze. O szóstej. 

Nie bardzo rozumiała, dlaczego Mac aż tak przejął się tą listą, chociaż w ferworze przygotowań do balu wszyscy 

byli  zdenerwowani.  Anne  i  Sylvie  kłóciły  się  o  dekoracje,  Charlotte  i  Renee  martwiły  się,  czy  matka  zbytnio  się  nie 

przemęcza, Anne z kolei irytowało, że córki się o nią tak troszczą. Leo walczył z jednym z dostawców alkoholi, Robert 

zaś spierał się z Melanie o menu. Nadine zamartwiała się dodatkowymi kosztami sprzątania po imprezie, a Alvin Grote z 

pokoju 307 chciał się upewnić, czy może przyjść w dżinsach! 

Do szóstej uporała się ze wszystkimi sprawami i czuła się wypompowana, lecz skoro dla Maca sprawdzenie listy 

gości jest aż tak ważne, zostanie, by mu pomóc. Zachowa jednak dystans, aby go zniechęcić, niech jej nie dotyka, nie 

patrzy  na  nią,  jak  gdyby  chciał  powiedzieć:  wiem,  o  czym  myślisz.  A  jeśli  jego  zapach  zacznie  drażnić  jej  nozdrza, 

wstrzyma oddech. 

Ku jej zaskoczeniu, zapukał, mimo że drzwi były otwarte. Zazwyczaj wchodził i wychodził bezszelestnie, toteż 

spodziewała się, że teraz postąpi podobnie.  

Lecz zapukał, a gdy się odwróciła, zobaczyła, że popycha przed sobą wózek kelnerski. 

background image

- Co to? - zdziwiła się na widok półmiska nakrytego srebrzystą pokrywą i starannie złożonych serwetek. 

- Kolacja - wyjaśnił. - Poprosiłem Melanie, żeby przygotowała nam coś do przekąszenia. 

- Całkiem niepotrzebnie. 

- Wręcz przeciwnie. Jestem głodny, i ty też. 

Uśmiechnął się do niej przekornie i przykucnął, by zablokować kółka wózka. Kołnierzyk koszuli miał rozpięty, 

krawat rozluźniony, a na policzkach cień zarostu. Julie pomyślała, że pewnie ma za sobą równie wyczerpujący dzień jak 

ona. Przysunął krzesło do jej biurka, zdjął marynarkę, powiesił ją na oparciu i podwinął rękawy koszuli. 

- Przepraszam, że przeze mnie zostałaś dłużej - zaczął - ale muszę dojść do ładu z tą listą. 

Z  dolnej  półki  barku  wyjął  podkładkę  do  pisania  z  klipsem,  do  której  przypięte  były  wydruki  komputerowe. 

Położył ją na blacie biurka, potem schylił się ponownie i wyjął do połowy napełnioną butelkę wina. 

- A to po co? - spytała Julie nieufnie. 

- Żeby nam lepiej szło. - Teraz wyjął dwa kieliszki. - Cabernet. Lubisz czerwone wino, prawda? Takie zamówiłaś 

w restauracji. 

Zrobiło jej się przyjemnie, że pamiętał. 

- Nie uderzy nam do głowy? 

- Pół  butelki?  Nie sądzę.  -  Napełnił  kieliszki, wręczył Julie  serwetkę  i podniósł  pokrywę półmiska, na  którym 

ułożone były sery, owoce i pokrojona bagieta. 

- Prosiłem Melanie o kawałek ciasta z orzechami dla ciebie, ale powiedziała, że musiałbym zapłacić. 

- A za to wszystko nie? 

Mac uśmiechnął się tajemniczo i wypił łyk wina.

- My, ochroniarze, mamy w kuchni fory. Dbają o nas. - Wstał i przysunął sobie drugie krzesło, tak by oprzeć na 

nim nogi. - No, zaczynamy - rzekł, biorąc do ręki listę. 

Julie  umoczyła  wargi  w  winie.  Starała  się  nie  patrzyć  na  nogi  Maca,  jego  umięśnione,  pokryte  delikatnymi 

włoskami  przedramiona.  Obróciła  się  z  fotelem  do  komputera,  postukała  w  klawiaturę  i  wywołała  listę  rezerwacji 

biletów. 

- Nadal nie rozumiem, dlaczego koniecznie chcesz mieć tak dokładne informacje - rzekła. 

- Nie słyszałaś o jedenastym września? To będzie duże zgromadzenie.  W hotelu znajdzie się mnóstwo obcych 

osób.  Podstawowe  zasady  bezpieczeństwa  wymagają  upewnienia  się,  że  nieznani  nam  ludzie  nie  sprawią  żadnych 

kłopotów. 

- Nigdy przedtem nie mieliśmy kłopotów - obruszyła się. 

- To postarajmy się ich nie mieć i w tym roku - odparował Mac i przeczytał pierwsze nazwisko z listy: - Adams? 

Julie sprawdziła w komputerze. 

- Joseph i Evelyn Adams. Mieszkają w Nowym Orleanie i co roku przychodzą na bal. On pracuje w ratuszu, ona 

działa w towarzystwie historycznym. - W porządku. Anderson? 

-  Mart  Anderson.  Zatrzymał  się  w  naszym  hotelu.  Recenzent  kulinarny,  znawca  win.  Jego  przyjazd  wywołał 

lekką panikę w restauracji. Nie wiem, czy przyjdzie na bal, ale na wszelki wypadek zarezerwował bilet. 

Mac postawił haczyk obok jego nazwiska. 

background image

- Ciekawe, co by powiedział o tym winie? - Uniósł kieliszek w stronę Julie. - Nie najlepszy rocznik. 

- Według mnie nie jest złe. 

Picie  wina  w  biurze  może  nie  było  najmądrzejszą  rzeczą,  jaką  w  życiu  robiła,  niemniej  Mac  miał  rację: 

uprzyjemniało to pracę w nadgodzinach. 

Mac urwał winogrono z kiści i włożył je do ust. - Bowman z osobą towarzyszącą. 

- Creighton Bowman. Mój sąsiad. Poznałeś go. 

- Racja. - Mac przeniósł wzrok na Julie i dodał: - To on powiedział, że w porównaniu z facetami, z którymi się 

spotykałaś, wypadam korzystnie. 

Julie poczuła, że się czerwieni. 

- Żartował. 

- Nie podzielasz jego zdania? 

- Nie umawiam się z tobą, więc pytanie jest bezzasadne. 

No  tak, romanse  w  miejscu  pracy są zawsze  ryzykowne.  Poza  tym,  mimo  jego  usilnych  starań,  by  zdobyć jej 

zaufanie, wciąż miała wątpliwości. W sposobie, w jaki na nią patrzył, w jaki poruszał się po hotelu, w jaki interesował 

się finansami, było coś, co nasuwało podejrzenia, iż nie jest tym, za kogo się podaje. Wyraźnie powodziło mu się lepiej 

niż zwykłemu ochroniarzowi. 

- Carlyle - Mac wyczytał kolejne nazwisko. 

- To będzie Holly Carlyle. Pieśniarka. Kilka razy w tygodniu występuje w hotelu. 

- Zaśpiewa? 

- Nie. 

- Wynajęliśmy orkiestrę taneczną, ale sądzę, że Charlotte ją zaprosiła. Miło jej będzie pobawić się dla odmiany, a 

nie pracować. 

- A ty się wybierasz? Pobawić się, zamiast pracować? 

-  Jeszcze  nie  wiem.  -  Julie  poczęstowała  się  plasterkiem  gruszki.  -  Zależy,  czy  nie  będę  czuła  się  za  bardzo 

zmęczona. Także od  tego, czy zechcę  znosić wymówki Creightona,  jeśli nie pójdę.  - Przypomniała jej się propozycja 

Creightona, by zaprosiła Maca. - A ty? 

- Jeśli będę musiał wzmocnić posiłki, to tak. - Odchylił się do tyłu, spojrzał na nią uwodzicielsko i uśmiechnął się 

kącikiem ust. - Oczywiście jeśli ty pójdziesz, to ja też. 

A jednak nie zaproponował, by wybrali się razem. 

To  dobrze,  uznała.  Byłoby  jeszcze  lepiej,  gdyby  skoncentrowała  się  na  pracy  i  przestała  myśleć  o  Macu  w 

kontekście bali i randek. 

- Kogo tam masz następnego? - spytała. Przejrzeli całą listę. Wiele nazwisk Julie natychmiast rozpoznawała, byli 

to albo goście obecnie przebywający w hotelu, albo stali bywalcy balu w wieczór Trzech Króli. Inne nazwiska musiała 

sprawdzać w bazie danych. 

Do wpół do ósmej uporali się z listą, lecz półmisek nadal był pełen serów i owoców, zostały również kawałki 

bagietki i  wino.  Mac rozlał  je sprawiedliwie  do  kieliszków, a Julie  zsunęła  pantofle  i oparła stopy na  brzegu  krzesła, 

które przysunął dla siebie jako podnóżek. 

background image

-  Poszło  szybciej,  niż  się  spodziewaliśmy,  prawda?  -  stwierdził,  odkładając  podkładkę  z  wydrukami  na  dolną 

półkę wózka. Wstał, nałożył na talerzyk trochę winogron, trochę sera i kawałek bagietki. Ku zaskoczeniu Julie, zamiast 

wziąć go sobie, wręczył talerzyk jej. - Jeśli jesteś tak samo głodna jak ja, dobrze ci to zrobi. 

- Jestem głodna - przyznała i oparła talerzyk na kolanach. - Dziękuję. 

Mac nałożył porcję dla siebie, usadowił się z powrotem w fotelu i wziął do ręki kawałek bułki. 

- Naprawdę musiałaś się głodzić, kiedy byłaś modelką? 

- Nie tyle głodzić, co bardzo uważać, ile jem. 

- Nie sprawiasz wrażenia kobiety, która musi dbać o linię. 

Julie roześmiała się. 

-  Rozumiem,  że  to  ma  być  komplement.  -  Ugryzła  kęs  cheddara.  Przez  chwilę  delektowała  się  smakiem 

dojrzałego sera, potem przełknęła i dodała: - Jeśli dziewczyna chce odnieść sukces jako modelka, musi być naprawdę 

chuda. Podobno kamera dodaje pięć kilogramów, chociaż ja w to nie wierzę. Niemniej chudość była i jest w modzie. 

Tego oczekują klienci. 

-  Według  mnie  większość  modelek  jest  zbyt  chuda  -  stwierdził  Mac.  -  Nie  mogę  wypowiadać  się  w  imieniu 

wszystkich mężczyzn, ale założę się, że wielu podziela moje zdanie. Lubimy kobiety z odrobiną ciała. 

- Nawet chude modelki tu i tam mają krągłości. 

- Może, jeśli mają dobrego chirurga plastycznego. Taka myśl narzuca się sama, jeśli babka nie ma na sobie grama 

tłuszczu, za to duży biust. To wygląda nienaturalnie. 

- Cóż  ...  - Julie  wzruszyła  ramionami. Śmieszyło  ją rozmawianie  z  Makiem o  kobiecych biustach.  - Jeśli tego 

oczekuje publiczność, agenci starają się jej to dostarczyć. 

- To modelki mają swoich agentów? 

-  Podpisują  umowę  z  agencją,  która  znajduje  im  pracę·  Odbywa  się  to  tak,  że  klient  przychodzi  do  agenta  i 

wspólnie szukają modelki, której wygląd mu odpowiada. 

-  I  ty  też  miałaś  umowę  z  taką  agencją?  -  Julie  starała  się  zachować  beznamiętny  wyraz  twarzy.  Co  by  było, 

gdyby mu opowiedziała  o Glennie Perrym i o roli, jaką odegrała w jego uwięzieniu? Gdyby się dowiedział, że Glenn 

został właśnie wypuszczony, powiązałby tę informację z tajemniczymi mailami, co i jej przyszło do głowy. - Tak? Julie? 

- powtórzył Mac łagodnym tonem. 

Zlękła się, że mógł wyczytać niewesołe myśli z jej twarzy. Dla dodania sobie odwagi wypiła kilka łyków wina, 

potem odpowiedziała bezbarwnym tonem: 

- Należałam do jednej agencji, ale nie czułam się tam dobrze. 

- Przeniosłaś się do innej? 

Julie potrząsnęła głową. 

- W ogóle zrezygnowałam z kariery. Zapisałam się na studia i nigdy tego nie żałowałam. 

- Tylko dlatego, że nie czułaś się dobrze w tej agencji? 

- Mówiłam ci, pozowanie do zdjęć to strasznie nudne zajęcie. 

- I byłaś ciągle głodna. - Mac znowu poczęstował się serem i bagietką. - A jak zostałaś modelką? 

background image

Jeszcze jeden łyk wina i Julie uświadomiła sobie, że nie ma nic przeciwko temu, by odpowiedzieć na to pytanie. 

- Naprawdę  chcesz wiedzieć?  - Gdy skinął  potakująco  głową, skrzyżowała  nogi w  kostkach, ujęła  kieliszek w 

obie dłonie i zaczęła: - Byłam wysoką, niezdarną, dziwacznie wyglądającą dziewczynką. Wszyscy się ze mnie śmiali. 

- Nie wierzę. - Przyjrzał się jej uważnie, potem zmarszczył brwi. - Wysoka tak, ale nigdy niezdarna. - Nie kłamię. 

Byłam chuda, patykowata i kanciasta. Miałam oczy na pół twarzy, ostry podbródek. .. 

Mac roześmiał się. 

- I kłapciate uszy jak Dumbo, i syfy na nosie? Nie potrafię wyobrazić sobie ciebie jako brzydkiego kaczątka. 

- Ale to prawda. W podstawówce przezywali mnie żyrafą.

- Żyrafą? 

- Tak. Zawsze wybierali mnie do drużyny koszykówki, ale nie byłam wcale wysportowana, więc wzrost mi nie 

pomagał. W szkole średniej też byłam wyższa od większości chłopaków. Żaden nie chciał się ze mną umówić. Siostra 

radziła mi, żebym się garbiła, to będę wyglądała na niższą. Sama też jest wysoka, ale nie tak jak ja i nikt nie przezywał 

jej  żyrafą.  W  każdym  razie  nie  podobało  mi  się  chodzenie  ze  skulonymi  ramionami,  więc  nosiłam  głowę  wysoko  i 

starałam się ignorować tych kretynów, którzy za mną wołali: "Jaka pogoda tam w chmurach?" albo: "Powinnaś przypiąć 

sobie czerwone światełko, żeby samoloty się z tobą nie zderzyły". Wszystkim się wydawało, że są tacy oryginalni. 

- Ja też byłem wysoki, ale mnie nikt nie przezywał. 

- Bo byłeś chłopcem. Chłopcy mogą być wysocy, dziewczęta nie. 

- Chyba że zostają modelkami - odgadł. 

-  Właśnie.  Mieszkaliśmy  na  przedmieściach  Nowego  Jorku,  a  jedna  z  sąsiadek  pracowała  jako  redaktorka  w 

magazynie  mody.  Powiedziała,  że  mam  idealną  figurę  i  zaproponowała,  że  skontaktuje  mnie  z  kilkoma  osobami  z 

branży. Nigdy przedtem nie marzyłam o karierze modelki, ale pomyślałam, że jeśli mi się uda, pokażę tym wszystkim 

draniom, że nie jestem żyrafą. 

- I pokazałaś. 

- Pokazałam. 

- Zaczęli lepiej się do ciebie odnosić? 

Julie cofnęła się pamięcią do tamtych lat i uśmiechnęła do siebie. 

-  Właściwie  tak.  Co  za  banda  głupców.  Uznali,  że  coś  w  tym  musi  być,  jeśli  mi  płacą  za  mój  wygląd. 

Jednocześnie  założyli,  że  muszę  mieć  kupę  forsy,  bo  w  powszechnej  opinii  modelki  zarabiają  krocie.  Nie  zarabiałam 

kokosów. Rodzice pozwalali mi brać udział w sesjach tylko w weekendy i latem. Nie godzili się, żeby kariera modelki 

przeszkadzała mi w nauce. Niektóre dziewczyny, kiedy zaczynają pracować, rzucają szkołę.

- Pracują jako modelki na pełnym etacie? Nawet te młode? Przecież prawo zabrania zatrudniania nieletnich. 

- Jak skończą szesnaście lat, mogą zrezygnować z nauki i podjąć pracę w pełnym wymiarze godzin - wyjaśniła. -

W  mojej  agencji  sporo  dziewcząt  tak  postąpiło.  Z  całego  kraju  zjeżdżały  do  Nowego  Jorku  robić  karierę.  Miały 

szesnaście, siedemnaście lat, żadnego świadectwa ukończenia szkoły, tylko marzenia. Ich jedynym atutem była uroda. 

- To wystarczyło? Odnosiły sukcesy? 

Julie  zawahała  się.  Gdyby  wdała  się  w  dłuższe  wyjaśnienia,  niebezpiecznie  zbliżyłaby  się  do  tematu,  którego 

chciała uniknąć: roli, jaką odegrała w uwięzieniu Glenna i jego groźbach zemsty. 

background image

-  Nie  -  odrzekła  krótko.  -  Lepiej  by było,  gdyby  zostały  w  domu  i  skończyły szkołę.  -  Mac przyglądał  się  jej 

uważnie, jakby wiedział, że nie powiedziała mu wszystkiego. Lecz ona milczała. Przypomniało jej się, jakimi sposobami 

Glenn zdobywał zaufanie dziewcząt, jak interesował się ich problemami. Pamiętała, jak obiecywał, że tym czy owym się 

zajmie,  jak  uzależniał  je  od  siebie,  aż  gotowe  były  zrobić  wszystko,  czego  zażądał:  zażywać  tabletki  na  schudnięcie, 

przyjmować inne leki, oddawać mu zarobki, by płacił za te preparaty, a w kilku przypadkach nawet się z nim przespać, 

bo straszył, że w razie odmowy nie załatwi im najlepszych kontraktów. I najlepszych prochów. Milczała nie dlatego, że 

uważała,  iż  Mac  jest  w  stanie  wykorzystywać  ludzi  podobnie  jak  Glenn.  Nauczyła  się  jednak,  że  ufanie  silnym 

mężczyznom,  poleganie  na  nich,  wiara  w  ich  obietnice  może  doprowadzić  do  katastrofy.  -  Dziękuję  za  wspaniałe 

jedzenie. - Wypiła ostatni łyk wina i dodała: - I za wino. 

-  A  ja  dziękuję  za  przejrzenie  ze  mną  listy  gości.  -  Wziął  od  niej  kieliszek  i  odstawił  na  wózek.  -  Dasz  radę 

dojechać do domu? - spytał. 

- Dam. 

- Na wszelki wypadek mógłbym pojechać za tobą. 

- Daj spokój, Mac. Czuję się dobrze. 

Mac wstał, przeciągnął się i potarł kark. 

- Jeśli jakieś nowe nazwiska pojawią się na liście, dasz mi znać, dobrze? 

- Oczywiście. 

Niech wyładowuje swoją energię, pilnując hotelu, nie mnie, pomyślała Julie. Mac obserwował, jak wsuwa stopy 

w pantofle, potem wyłącza komputer. 

- Dostałaś jakieś nowe dziwne maile? - spytał jakby mimochodem, jakby temat ten tak bardzo go nie interesował. 

Prawdę mówiąc dostała dziś aż trzy dziwne maile, wszystkie od tajemniczego nadawcy posługującego się kryptonimem 

,,4Julie". Wszystkie zawierające znaki muzyczne i krótkie groźne wiadomości: "Jeszcze nie koniec, dopóki gra muzyka". 

"Śpiewasz, cierpisz". "Nigdy ci nie wybaczę". 

Gdyby powiedziała o nich Macowi, zrobiłby coś drastycznego, wynajął dla niej ochroniarza, zmusił do wyjazdu z 

miasta,  zabronił  zaglądać  do  skrzynki  odbiorczej.  Paradoksalnie,  im  więcej  dostawała  tych  maili,  tym  mniej  się  bała. 

Traktowała  je  jak  bredzenie  wariata.  Wysyłanie  wstrętnych  listów  to  łatwy,  tani  gest.  Ktoś,  możliwe  że  sam  Glenn, 

rozładuje agresję, nie więcej. 

Nie,  nie  da  się  zwariować.  Dziesięć  lat  temu  nie  bała  się  Glenna,  teraz  też  nie  stanie  się  niewolnicą  strachu. 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi na pytanie Maca i skłamała: 

- Nie. Żadnych. Możesz przestać się o mnie martwić. 

- Nie martwię się o ciebie - mruknął. - Martwię się o maile. - Zdjął marynarkę z oparcia krzesła, przerzucił sobie 

przez ramię i popchnął wózek w stronę drzwi. - Martwienie się to mój obowiązek - dodał - więc raczej nie przestanę. 

Jeśli w lusterku wstecznym zobaczysz mój samochód, nie denerwuj się. Wykonuję tylko swoją pracę. 

Gdy szedł do windy, odprowadziła go wzrokiem. 

Mogłaby się teraz wymknąć, pobiec do samochodu i przejechać co najmniej połowę drogi, zanim on włączyłby 

silnik tego sportowego auta. Może także nie spieszyć się i dać mu szansę pojechać za sobą. Nie lubi jednak, kiedy ktoś 

się zbytnio o nią troszczy, chociaż ... 

background image

Ale Mac jest równie uparty jak ona i to wzbudza w niej szacunek, nawet podziw. Martwi się o nią. Pojedzie za 

nią. Wiedziała, że nie będzie się jej narzucał. 

Mogłaby się z tym pogodzić.  

Zbyt  wiele  wspomnień  budzi  się  w  Nowym  Jorku.  Zbyt  wiele  wspomnień  o  pieniądzach,  prochach,  imprezach, 

seksie. Nie, o miłości, bo to była miłość. Teraz Glenn jednak nie potrafił kochać. 

Oczywiście, że nie. Jak mężczyzna, który spędził osiem lat za kratkami, spał na pryczy i wciąż oglądał się, czy nikt 

nie czai się za plecami, może ponownie otworzyć się na miłość? Na litość boską, wystarczy na niego spojrzeć: zapisał się 

na kurs pośredników handlu nieruchomościami. Kiedyś kierował własną, dobrze prosperującą agencją modelek, a teraz, 

jeśli mu się poszczęści, może pewnego dnia zasiądzie za biurkiem administracji jakiegoś wieżowca i zajmie się wynaj-

mem mieszkań. 

Czas  zapłaty  się  zbliża.  Ale  wpierw  Julie  musi  się  odrobinę  bardziej  wystraszyć.  Więcej  maili,  groźniejszych, 

napływających  z  różnych  miejsc.  Łatwo  to  zrobić,  mając  koleżankę  stewardesę,  która  w  ciągu  jednego  dnia  ląduje  

kilku  różnych  miastach.  Julie  może  nie  wiedzieć,  skąd  maile  przychodzą,  ale  na  wszelki  wypadek,  gdyby  była  taka 

sprytna i potrafiła wytropić nadawcę··· 

Zawsze  miała  się  za  cholernie  sprytną.  Niech  sobie  będzie.  I  niech  się  boi.  Niech  jeszcze  pocierpi,  zanim 

nadejdzie jej koniec. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Julie weszła do domu i ostrożnie wyjrzała przez okienko obok drzwi.  Właśnie wtedy Mac zamrugał przednimi 

światłami i odjechał. 

Wino,  które  przyniósł  razem  z  przekąskami,  a  także  rozmowa  z  nim  pomogły  jej  się  odprężyć.  Błyśnięcie 

światłami oznaczało: "Zdaję sobie sprawę, że nie chcesz, żebym za tobą jechał, ale nie gniewaj się, ustąp mi". 

Wyjęła pocztę ze skrzynki i weszła na piętro. 

W  mieszkaniu  rzuciła  listy  na  kuchenny  stół,  zdjęła  pantofle  i  przeszła  do  małego  saloniku  sprawdzić,  jak  się 

mają  rybki.  Pompa  szumiała  cichutko,  woda  zdawała  się  czysta  i  przejrzysta.  Wsypała  trochę  suchego  pokarmu  do 

akwarium,  ryby  drgnęły  i  zaczęły  podpływać  pod  powierzchnię.  Zamykając  puszkę,  Julie  jak  zwykle  pożałowała,  że 

rybki to nie pies. Nie można się do nich przytulić ani zagadać. Nawet nie nadała im imion. 

Z pantoflami w ręku poszła do sypialni przebrać się w domowe ubranie. Przyjemnie by było mieć psa, myślała. 

Powęszyłby, poszczekał, pomachał ogonem, wypełnił pustkę. 

Gdyby mogła, wybrałaby psa podobnego do Belli, zwykłego kundelka, który pewnego dnia, kiedy miała osiem 

lat, przybłąkał się do niej w drodze ze szkoły. Przy obroży Bella miała karteczkę z adresem i rodzice chcieli ją oddać 

prawowitemu  właścicielowi.  Okazało·  się  jednak,  że  się  wyprowadził.  Sąsiedzi  powiedzieli  policji,  że  przez  dwa 

miesiące próbował znaleźć dla psa nowy dom, a kiedy się nie udało, po prostu go zostawił. 

Julie  ubłagała  rodziców,  aby  pozwolili  jej  zatrzymać  Bellę.  Obiecała  się  nią  zajmować,  wyprowadzać  na 

spacery,  karmić,  kąpać,  a  kiedy  wyrazili  zgodę,  dotrzymała  słowa.  Przez  siedem  szczęśliwych  lat  Bella  była  jej 

wspaniałą towarzyszką i przyjaciółką, aż starość, artretyzm i ślepota pokonały ją. Julie dotąd za nią tęskniła. 

Może to nie był zbieg okoliczności, że w pół roku po śmierci Belli zgodziła się pójść na spotkanie z Glennem 

Perrym, który prowadził agencję modelek dla nastolatek? Czuła się samotna i zagubiona. Praca modelki wydawała się 

dobrym sposobem wypełnienia czasu, którego teraz miała nadmiar. 

Gdyby Bella tu teraz ze mną· była, myślała Julie, siadając na łóżku i ściągając rajstopy, nie zawracałabym jej 

głowy opowiadaniem o kłopotach w hotelu, ale przytuliłabym się do niej i opowiedziała o Macu, o jego rękach. Może 

właśnie widok tych rąk, kiedy podwinął rękawy, uświadomił jej, jak smutne są jej noce i jak ogromne jest jej łóżko ... 

Ale czy naprawdę zniosłaby w swoim życiu obecność mężczyzny, który jedzie za nią do domu, by się upewnić, 

że jest bezpieczna? Sama myśl o tym budziła w niej sprzeciw. W teorii. A w praktyce? Cóż, Mac po prostu taki jest. A 

Julie nie była pewna, co o tym wszystkim sądzić. Odczuwała tylko żal, że dziś wieczorem, kiedy siedzieli w gabinecie, 

nie odważyła się dotknąć jego przedramienia, przesunąć palcami po tych czarnych włoskach porastających jego skórę, 

dotknąć przegubu, pogładzić dłoni ... 

Dzisiaj wieczorem  Mac miał całe  biuro Crescent  City  Security dla siebie.  Louise zapewne  wraz  z ukochanym 

studentem  medycyny  zgłębia  tajemnice  anatomii,  a  Frank  i  Sandy  na  pewno  są  w  domu  i  albo  starają  się  spłodzić 

potomka, albo sprzeczają się, czy powinni to robić. 

Opadł na fotel, włączył komputer i przetarł oczy. 

background image

I  zaklął.  Cały  czas  zachowuje  się  nieprofesjonalnie,  łamie  zasady.  Nie  powinien  zanosić  jedzenia  do  gabinetu 

Julie. Nie powinien zanosić wina. Nie powinien zostawać z nią po skończeniu zadania, rozmawiać, żartować. Pragnąć 

jej. 

Nawet jeśli wino nie uderzyło mu do głowy, rozgrzało go, sprawiło, że krew szybciej krążyła w jego żyłach. Na 

monitorze  migały  komunikaty,  program  antywirusowy  skanował  zawartość  plików,  lecz  jemu  obraz  Julie  ubranej  w 

obcisły turkusowy sweterek i lekko rozszerzaną spódniczkę przesłaniał wszystko. Widział jej nogi oparte o krzesło obok 

jego  nóg,  zarys  kolan  -  niektóre  kobiety  mają  wyjątkowo  ponętne  kolana  i  Julie  zdecydowanie  się  do  nich  zaliczała. 

Stopy  też  miała  niezłe.  Duże,  ale  szczupłe.  Paznokcie  przeświecające  przez  cienkie  rajstopy  pomalowane  były  na 

różowo. 

Znowu  zaklął.  Samo  myślenie  o  niej  przyprawiało  go  o  zadyszkę  i  ból  w  lędźwiach.  Niedobrze,  bardzo 

niedobrze. Jej siostra płaci mu za to, by ją ochraniał, a nie snuł erotyczne fantazje na jej temat. 

Razem z Frankiem trzymali się żelaznej zasady: żadnych prywatnych kontaktów z klientami. Co prawda Julie nie 

jest  klientką,  lecz  można  ją  za taką  uznać.  Nie  wolno  mu jej  dotknąć.  Chociaż  już raz  to  zrobił,  wczoraj rano,  W jej 

gabinecie. Dotknął jej twarzy, a dzisiaj zapragnął dotknąć jej palców u stóp. 

- Przestań! - powiedział do siebie na głos. 

Siłą woli zmusił się do skupienia na ekranie monitora, na którym wyświetliła się wiadomość od Franka. 

"Nic konkretnego na temat  pieniędzy, które zniknęły z  konta Hotelu  Marchand.  Natrafiłem  jednak na  ciekawe 

informacje  na  temat  samych  Marchandów.  Matką  Anne  jest  Celeste  Robichaux.  Stara  rodzina,  stara  fortuna.  Dawno 

temu brat Celeste był zaplątany w przekręt na dużą skalę na rynku nieruchomości. Naraził opinię rodziny na szwank, ale 

się podźwignęli. Trudno powiedzieć, czy to ma jakiś związek z brakującą forsą· Będę się starał ustalić. 

Poza  tym  -  ciekawy  szczegół,  możliwe  że  bez  znaczenia  -  mniej  więcej  w  tym  samym  czasie,  kiedy  zniknęły 

pieniądze, Anne razem ze swoją córką Melanie podróżowały po  Włoszech. Nie udało mi się wyśledzić, czy pieniądze 

zawędrowały aż tam - na pewno nie przelewano ich ani na rachunek Anne, ani Melanie. Na razie to tyle".  

Świetnie. Ale zagadka - mruknął Mac. 

Może dostaje bzika na punkcie Julie, ale jeszcze nie popadł w taki amok, żeby mówić do siebie! 

Natomiast pozostaje faktem, że ani on, ani Frank nie muszą rozwiązywać tej zagadki. Nikt ich nie wynajął, by 

znaleźli  milion  dolarów,  które  w  tajemniczy  sposób  wyparowały  z  konta.  A  nawet  gdyby  znaleźli  te  pieniądze,  skąd 

wiadomo, że pomogłoby to przedsiębiorstwu Marchandów odzyskać stabilność finansową? 

Jeśli  jednak  owe  brakujące  pieniądze  były  przyczyną  kłopotów  hotelu,  a  im  udałoby  się  je  wytropić,  to  ...  to 

uszczęśliwiliby niejedną osobę. Może z wdzięczności Julie padłaby mu w ramiona? 

Akurat. Marzenie ściętej głowy. Julie byłaby wdzięczna, ale na pewno nie wybaczyłaby mu, że ukrył przed nią 

tyle  rzeczy.  Nie  wybaczyłaby  mu,  że  wie  o  niej  znacznie  więcej,  niż  jej  się  wydaje.  Niemniej  postanowił,  że  powie 

Frankowi, by kontynuował śledztwo. Mniejsza o Julie, chce się dowiedzieć, co się stało z tą forsą. 

Pięć maili od ,,4Julie". Wybuchnęła śmiechem. Ktokolwiek chciał ją przestraszyć, osiągał skutek przeciwny do 

zamierzonego.  Pierwszy  list  wstrząsnął  nią  do  głębi,  na  drugi  zareagowała  spokojniej.  Im  więcej  ich  dostawała,  tym 

bardziej się na nie uodporniała. Kiedy w jednej poczcie przyszło pięć listów, przyjęła to niemal jako żart. 

background image

Utraciły finezję  i moc zastraszania. Już  nie były aluzjami  do reklam "Symphony". Były  po  prostu  głupie.  "To 

wszystko twoja wina". "Wydaje ci się, że taka ekst1'a laska z ciebie". Najbardziej rozśmieszył ją ten: "Dziewczyno od 

perfum - cuchniesz". 

Kiedy była dzieckiem dręczonym przez rówieśników, rodzice powtarzali jej, by nie zwracała uwagi na docinki, a 

prześladowcy się znudzą. Przekonała się na własnej skórze, że był to mit tworzony przez dorosłych, który nie sprawdzał 

się w rzeczywistości. Ignorowanie złośliwości tylko dolewało oliwy do ognia. 

Lecz obecnie Julie nie była już niezgrabnym dzieckiem o  kanciastych ruchach. Była kobietą świadomą  swojej 

wartości i docinki nie sprawiały jej przykrości. Szczególnie głupie anonimowe maile. 

Wyszła  z gabinetu. Czuła się wolna i podniecona, jak gdyby szła na  wagary, mimo że nie opuszczała hotelu i 

zamierzała dopilnować rozmaitych spraw. 

Głównymi  schodami  zeszła  do  holu.  Kilku  nowo  przybyłych  gości  stało  przy  recepcji.  Boy  hotelowy  czekał 

obok, a na jego wózku piętrzył się stos walizek. Luca nie było, za to kątem oka dostrzegła, jak jego pomocnik, Patrick, 

wskazuje komuś drzwi na patio. 

Przeszła przez hol, po drodze kiwając głową recepcjonistom. Kiedy była już blisko wyjścia na zaplecze, poczuła 

na ramieniu czyjąś rękę. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Alvinem Grote'em. 

- Ach, to pan ... - zaczęła. - Co słychać? 

- Chciałem zmienić rezerwację na bal - od razu przystąpił do rzeczy - ale ci nieudolni idioci w recepcji nie chcą 

dopisać drugiej osoby do mojego zamówienia. 

Julie wiedziała, że recepcjoniści nie są ani nieudolni, ani głupi. Potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób Alvin 

Grote zażądał spełnienia swojej prośby. 

- Sądzę, że Luc Carter się tym zajmie - rzekła spokojnym tonem. - Zwracał się pan z tym do niego? 

Alvin Grote spojrzał wymownie na puste stanowisko Luca. 

- Nie mogłem się do niego zwrócić, bo go nie ma. 

-  Jestem  pewna,  że  zaraz  przyjdzie  i  będzie  do  pańskiej  dyspozycji.  Mogę  też  zaproponować  inne  wyjście: 

zostawimy mu wiadomość, a on porozumie się z panem i potwierdzi, że rezerwacja została zmieniona, dobrze? - Nagle 

przypomniała sobie,  jak  mocno  Mac nalegał,  aby na liście  uczestników balu  znajdowały się  pełne  imiona, nazwiska i 

inne dane. - Będzie mi potrzebne nazwisko pańskiego gościa - rzekła. 

Alvin Grote zrobił zakłopotaną minę. 

- Poznałem ją dopiero wczoraj. Ma na imię Maggie. Wystrzałowa babka. Chciałbym pokazać się na balu z takim 

breloczkiem uwieszonym u ramienia ... 

Julie  siłą  woli  opanowała  uśmiech.  Potrafiła  sobie  wyobrazić  reakcję  owej  Maggie  na  takie  określenia. 

Wystrzałowa. Breloczek. Uwieszona u ramienia. 

Podeszła z Alvinem Grote'em do stanowiska Luca, znalazła notatnik i zaczęła pisać krótki liścik. 

- Nazwisko pańskiej znajomej? - spytała. Alvin Grote zawahał się. 

- Obawiam się, że go nie znam - wybąkał. 

- Proszę się dowiedzieć - rzekła i ponownie wyobraziła sobie, co by powiedział Mac, gdyby na wpół anonimowa 

dziewczyna breloczek o imieniu Maggie pojawiła się na liście gości. 

background image

- Nie wystarczy, że będzie ze mną? Przecież za nią płacę.

-  Wymogi  bezpieczeństwa  -  wyjaśniła  Julie.  -  Jestem pewna,  że  Luc panu  pomoże jakoś  to  załatwić  -  dodała, 

uśmiechnęła się, przeprosiła i odeszła. 

Galeria  sztuki  nie  znajdowała  się  bezpośrednio  po  drodze  do  kuchni,  lecz  Julie  postanowiła  najpierw  tam 

wstąpić.  Przechadzanie  się  po  hotelu  sprawiało  jej  przyjemność.  Drzwi  galerii  zastała  otwarte.  Na  najbardziej 

eksponowanym miejscu Sylvie powiesiła obraz Andrew Wyetha z prywatnych zbiorów babki. Kilkadziesiąt lat temu, tuż 

przed tym, zanim stał się sławny, Celeste kupiła trzy płótna tego malarza. Teraz oczywiście obrazy były wręcz bezcenne. 

Na widok jednego z nich serce Julie zabiło mocniej. 

Płótno  Wyetha  niewątpliwie  przyciągało  klientów  do  galerii.  Teraz  też  kilka  osób  oglądało  obrazy,  rzeźby  i 

biżuterię  autorstwa  miejscowych  twórców  z  takim  samym  zainteresowaniem,  z  jakim  podziwiali  dzieło  wielkiego 

mistrza.  Sylvie  umiała  eksponować  dzieła  sztuki  ije  zestawiać.  Po  matce  odziedziczyła  wyczucie  estetyczne  i 

zamiłowanie do harmonii. 

W tej chwili siedziała przy komputerze. Kiedy Julie weszła, podniosła wzrok. Jej rude kręcone włosy były tak 

samo uderzająco piękne, jak niektóre z dzieł sztuki. 

- Wyeth wygląda imponująco! - zawołała Julie od drzwi. 

Sylvie uśmiechnęła się do niej szeroko. 

- Ciągle nie mogę uwierzyć, że udało mi się wypożyczyć od babki jeden z klejnotów jej kolekcji.  

Szkoda, że nie jest na sprzedaż. Byłabyś urządzona do końca życia. 

-  Grand-mere  nigdy  się  nie  rozstanie  ze  swoimi  Wyethami  -  odparła  Sylvie,  spoglądając  na  subtelny  pejzaż 

zdobiący ścianę. - Może się najwyżej zgodzić na wypożyczenie. 

- Otworzysz galerię podczas balu? - zapytała Julie. 

Sylvie gwałtownie potrząsnęła głową. 

-  Nie.  Tyle  ludzi,  tyle  zamieszania,  tyle  alkoholu  ...  Na  pewno  wiele  osób  zajrzałoby  tutaj,  ale  nie  byliby  w 

nastroju do kupowania. - Ponownie spojrzała na obrazy. - Czy moja matka jest gdzieś w pobliżu? - spytała. - Mówiła, że 

ma jakieś nowe pomysły na wyeksponowanie biżuterii. 

Julie zwróciła uwagę na ton głosu Sylvie i domyśliła się, co się za tym kryje. 

- Nie chcesz, żeby się wtrącała? 

-  Mama  ma  znakomite  oko  -  odparła  Sylvie.  -  Byłabym  głupia,  gdybym nie  posłuchała jej  sugestii.  Po  prostu 

wolałabym, żeby zwolniła tempo. Wykończy ją to dekorowanie sal. Martwię się o nią. 

Julie doskonale ją rozumiała. Rozumiała też Anne. 

- Wiem, że to silniejsze od ciebie - rzekła - ale nikt nie lubi, jak inni się o nich martwią. 

Ją samą denerwowało, że Mac się o nią martwi. Sylvie pokiwała głową. 

-  Podejrzewam,  że  mama  chciałaby  znowu  zarządzać  hotelem.  A  przecież  Charlotte  znakomicie  sobie  radzi. 

Mama powinna dużo odpoczywać i cieszyć się życiem na emeryturze. 

- Powiedz jej to. Doceni twoje rady, tak samo jak ty jej. 

Sylvie roześmiała się. 

background image

-  Dobrze.  Pozwolę jej  zmienić  gabloty,  jeśli  chce.  Może  się  mylę,  może  nie  chce  już  kierować  interesem?  Po 

prostu nie może usiedzieć na miejscu. No i mieszka teraz z babką. Pewnie chce się wyrwać. 

- Twoja babka nie jest chyba aż takim potworem - rzekła Julie. - Mnie się wydaje, że Anne chce trzymać rękę na 

pulsie. Wcale nie chce już brać na barki odpowiedzialności za hotel. Cały ten stres chętnie zostawi wam. 

- A my przerzucimy i odpowiedzialność, i stres na ciebie - zażartowała Sylvie. 

Julie  roześmiała się,  ostatni  raz rzuciła  okiem  na  urzekający  pięknem pejzaż,  pożegnała  się  i  wróciła  do  holu. 

Luca nadal nie było, zastępował go Patrick. Na szczęście tym razem nie natknęła się na Alvina Grote'a. 

Weszła do restauracji. Kilku gości jadło późne śniadanie, lecz większość stolików była wolna. Pomocnik kelnera 

bezszelestnie  chodził  po  sali,  rozkładał lniane  serwetki,  sztućce,  ustawiał  wazoniki  z  kwiatami  i  świeczniki.  W  porze 

lunchu restauracja jak zwykle się zapełni. 

Udała się do kuchni. Na jej widok Robert LeSoeur pobiegł do biurka ustawionego w kącie, z dala od blatów i 

palników,  i  wziął  do  ręki  tekturową  teczkę.  Musiał  wiedzieć,  że  dzisiaj  Julie  poprosi  go  o  ostateczny  projekt  menu  i 

kosztorys, ponieważ wszystko było przygotowane.  

- Dzięki - rzekła. - Przewidujesz jakieś katastrofy, o których powinnam wiedzieć? 

Robert uśmiechnął się enigmatycznie. 

- W kuchni zawsze może się wydarzyć jakaś katastrofa, ale podejrzewam, że nie chcesz tym wiedzieć - odparł. 

- Dzięki. Oszczędź mi szczegółów.

Z  restauracji  przeszła  do  baru,  gdzie  Leo  liczył  butelki  i  stawiał  znaczki  na  liście.  Drobny  siwy  mężczyzna 

siedział  samotnie  przy  stoliku,  popijając  brandy.  Wcześnie  zaczyna,  pomyślała  Julie,  lecz  wiedziała,  że  Leo  będzie 

kontrolował sytuację. 

Podeszła prosto do niego i zapytała: 

- Wszystko gotowe? 

-  Zapięte  na  ostatni  guzik  -  zapewnił  ją.  -  Szampana  dostarczą  rano  w  dniu  balu,  dostawy  wina  natomiast 

spodziewam się lada chwila. Goście, którzy będą woleli mocniejsze drinki, będą musieli pofatygować się tutaj. 

- Mamy plan, jak zadziałać, gdyby ktoś nadużył alkoholu? 

-  Jak  zawsze.  Większość  ludzi,  jeśli  ma  ochotę  wypić  za  dużo,  nie  czeka  z  tym  aż  do  balu  -  odparł  Leo.  -

Potrafimy dać sobie z nimi radę. Podobnie jak ochrona, mamy gorącą linię z policją. 

Julie uświadomiła sobie, że znajduje się w pobliżu biura ochrony. Czeka na nią dużo pracy, ale ... dlaczego nie 

miałaby złożyć Macowi krótkiej wizyty? Winna mu jest podziękowanie za to, że wczoraj pomyślał o kolacji, nawet jeśli 

przygotowała ją Melanie. Tak, to był dobry pretekst, by do niego wstąpić. 

Maca jednak w biurze nie było. Siedział w nim jedynie Carlos śledzący obraz na monitorze z taką uwagą, jakby 

oglądał  pasjonujący  film.  Domyśliła  się,  że  Mac  robi  obchód  hotelu.  Może  w  tej  właśnie  chwili  mija  jej  gabinet,  a 

widząc, że jest pusty, zastanawia się, gdzie wybyła? 

Uśmiechnęła się na tę myśl i już miała skierować się na boczne schody, gdy usłyszała przyciszone głosy, kobiecy 

i męski. Obejrzała się i dostrzegła Luca Cartera oraz drobną czarnowłosą pokojówkę, wyłaniających się z magazynu. Z 

pochylonymi ku sobie głowami wyglądali, jakby wymieniali jakieś sekrety. Julie cofnęła się o krok, nie chcąc wprawiać 

ich w zakłopotanie. Kątem oka zobaczyła jeszcze, jak Luc całuje dziewczynę w policzek, potem skręca i kieruje się do 

background image

holu. Nawet gdyby chciała, nie mogła uniknąć spotkania z nim. 

Teraz i on ją zobaczył, zawahał się i uśmiechnął. 

- Cześć. 

- Cześć - odrzekła. - Słyszę, że masz wśród pokojówek sympatię ... 

Luc sprawiał wrażenie odrobinę skonsternowanego. 

- Jesteśmy tylko dobrymi znajomymi - wybąkał. 

-  Chociaż  nie  prosiłeś  mnie  o  radę,  jednak  powinnam  cię  uprzedzić,  żebyś  był  ostrożny.  Romanse  w  miejscu 

pracy zazwyczaj prędzej czy później kończą się problemami. 

W myśl tej zasady ja sama nie powinnam chodzić do biura ochrony, pomyślała. Nie żeby łączył mnie z Makiem 

romans, lecz taka zażyłość nie prowadzi do niczego dobrego. 

- Dziękuję za ostrzeżenie. 

-  Powinieneś  wracać  na  swoje  stanowisko  -  dodała.  -  Zostawiłam  ci  tam  wiadomość.  Jeden  z  gości  chciałby 

zmienić rezerwację na bal. Alvin Grote. 

Luc przewrócił oczami. 

- Alvin Grote ma same żądania, a wszystko na wczoraj. 

Julie nie mogła się z tym nie zgodzić. 

- Niestety naszym zadaniem jest spełnianie jego zachcianek. Tym razem padło na ciebie. 

- Zajmę się tym. 

- Dziękuję.

Julie odprowadziła Luca wzrokiem, potem bocznymi schodami udała się na piętro. Kilka kroków przed swoim 

gabinetem w powietrzu wyczuła leśny zapach. Mac tu był. 

Kiedy  weszła  do  pokoju,  okazało  się,  że  jest  u  niej  nadal.  Siedział  przy  biurku,  wpatrując  się  w  ekran,  i  z 

niezadowoleniem marszczył brwi. 

- Co robisz? - spytała zaskoczona. 

Mac obrócił się z fotelem i przeszył ją gniewnym wzrokiem. 

- Dlaczego mnie nie zawiadomiłaś? 

- O czym mianowicie? 

- W sumie dostałaś dziesięć listów z pogróżkami. Pięć z nich dziś. - Spostrzegła, że z trudem nad sobą panuje.

- Dlaczego, do diabła, nic mi nie powiedziałaś? 

Julie dopiero teraz odzyskała rezon. 

- Kto ci pozwolił czytać moją pocztę? 

- Drzwi były otwarte - odciął się - komputer włączony. Zajrzałem i zobaczyłem na ekranie maila. 

Julie  była  całkowicie  pewna,  że  wychodząc"  zamknęła  pocztę  elektroniczną,  a  nie  było  jej  na  tyle  długo,  że 

wygaszasz ekranu na pewno się włączył. A więc Mac kłamie. Wszedł do jej gabinetu podczas jej nieobecności, otworzył 

pocztę elektroniczną i przeczytał maile. 

- Moja korespondencja to nie twój interes - warknęła. - Nie masz prawa mnie szpiegować. 

background image

-  Mylisz  się.  Mam  prawo  i  to  jest  mój  interes.  Dostajesz  mail  e  z  pogróżkami,  a  tym  musi  się  zainteresować 

ochrona w miejscu pracy. 

- To moja prywat... 

-  Przesyłana  na  twój  adres  w  hotelu,  w  godzinach  pracy. Nie  opowiadaj  mi  tu  głodnych  kawałków.  Obiecałaś 

zawiadomić mnie o nowych listach. Dostałaś całą garść i co? 

- Nic ci nie mówiłam, bo to głupoty bez znaczenia. Nie dam się zastraszyć jakiemuś cymbałowi. I poradzę sobie. 

Mac  chwycił  ją  mocno  za  ramiona,  jak  gdyby  chciał  ją  przytrzymać,  żeby  nie  uciekła:  Dlaczego  miałaby 

uciekać? Nie bała się go, tak samo jak nie bała się tego drania, który przysyłał jej wredne maile. 

- Posłuchaj, Julie - rzekł poważnym głosem. - Ty się go nie boisz, ale ja tak. Ktoś obrał sobie ciebie za cel nie bez 

powodu. To jest co najmniej napastowanie. 

Jego ton, z trudem powstrzymywany gniew, głębia czarnych oczu, przeraziły ją bardziej niż wszystkie maile. 

- Czyżby? - spytała cicho, zła na siebie za wyraźnie słyszalną nutę niepokoju w głosie.  

- Naprawdę ktoś chce ci zrobić krzywdę. 

Wciąż  zaciskał  dłonie  na  jej  ramionach,  a  jego  twarz  dzieliło  tylko  kilka  centymetrów  od  jej  twarzy. 

Charakterystyczny zapach jego ciała wypełniał jej nozdrza. 

- Przestań mnie straszyć - zażądała drżącym głosem. 

-  Kogo  podejrzewasz?  Kto  chce  cię  skrzywdzić?  Pomyślała  przelotnie  o  Olennie  Perrym,  który  wylądował  w 

więzieniu wskutek jej zeznań. Ale to było przecież tak dawno temu. Od tego czasu świat zmienił się miliony razy. Ona 

się zmieniła i miała nadzieję, że Olenn także. 

Poza tym, skąd miałby jej adres e-mailowy? 

- Nikt mi nie przychodzi na myśl - szepnęła. Wyraźnie rozdrażniony Mac puścił ją i zaczął nerwowo chodzić po 

pokoju.  Kiedy cofnął  ręce, poczuła nagle  chłód  i zatęskniła za ciepłem jego  dłoni.  Chłód  stopniowo ogarniał  całe jej 

ciało. Zadrżała. Nie lubiła kłamać. 

Objęła  się  ramionami  i  obserwowała,  jak  Mac  chodzi  od  okna  do  drzwi.  Przeczesał  palcami  włosy,  potem 

zatrzymał się na wprost niej. 

-  Julie  -  zaczął.  -  Może  jest  ci  wszystko  jedno,  że  ktoś  ma  wobec  ciebie  złe  zamiary.  Może  jest  ci  wszystko 

jedno,  że  jesteś  w  niebezpieczeństwie.  Ale  mnie  nie.  Powiem  ci,  co  zrobimy. Musimy  znaleźć  nadawcę  tych  listów, 

przynajmniej dowiedzieć  się, skąd zostały  wysłane. Skopiuję je  i pokażę  znajomemu informatykowi.  Dowiemy się  o 

nich wszystko, co się da. Rozumiesz? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  usiadł  z  powrotem  na  jej  krześle  i  podłączył  pendrive'a  do  portu  w  komputerze. 

Patrzyła z niepokojem, jak kopiuje pliki, i miała nadzieję, że wybiera tylko maile. Cała reszta była związana z jej pracą -

umowy, listy, arkusze kalkulacyjne i tym podobne - nie miała więc powodu ukrywać niczego, a jednak ... jednak czuła, 

że to jest naruszenie jej prywatności. 

- Nie podoba mi się to, co robisz - zaprotestowała. 

- A mnie się nie podoba, że jakiś wirtualny prześladowca chce cię zastraszyć. - Skończył kopiować pliki, schował 

pendrive'a do kieszeni i wstał. 

background image

- Nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo - zaczęła, chcąc przekonać o tym i jego, i siebie. 

- Tego nie wiesz - rzekł. - Ale gdyby coś ci się stało ... - Zamilkł i ponownie położył jej dłonie na ramionach. 

Tym razem lekko, delikatnie, nie po to, by ją przytrzymać na miejscu, lecz by podkreślić szczerość swoich słów - to by 

mnie zabiło - dokończył. 

Spojrzała  na  niego.  Ujrzała  nie  tylko  jego  ramiona,  lecz  także  oczy,  wąską  linię  ust.  Szorstkość  jego  głosu 

świadczyła, iż mówił z przekonaniem. Tak bardzo mu na niej zależy? 

Następny  krok  wydawał  się  zbyt  łatwy,  zbyt  naturalny,  zbyt  nieunikniony.  Mac  pochylił  głowę,  Julie  uniosła 

twarz. Musnął ustami jej wargi. Ten przelotny pocałunek rozpalił w niej ogień tak gorący i tak powolnie się żarzący, jak 

letnia noc w delcie. Jeśli jeden pocałunek Maca potrafi tak ją rozgrzać, co by było po dwóch? 

Wysunęła się z jego objęć.  

- To nie jest dobry pomysł - rzekła. 

- Nie. - Pochylił się i ponownie ją pocałował. Jego wargi pieściły jej usta, muskały, chłonęły.  W jednej chwili 

całował  ją,  w  następnej  zdobywał,  podbijał,  posiadał.  Jego  dłonie  zacisnęły  się  na  jej  ramionach,  język  zmusił  do 

otwarcia ust. Jej ciało zaczęło topnieć,  dusza skraplać się, żeby  mógł ją  spijać. Z jego ust wydobył się stłumiony jęk. 

Uświadomiła sobie, że ich pocałunek wstrząsnął nim tak samo jak nią. Przypływ pożądania był wzajemny. Jeśli on jej 

pragnie, ona pragnie jego ... 

Od  żadnego  mężczyzny  jeszcze  nie  usłyszała,  że  gdyby  jej  się  coś  stało,  on  by  tego  nie  przeżył.  Tak,  ten 

pocałunek to zły pomysł, lecz przerwanie go byłoby pomysłem znacznie gorszym. Jego dłonie przesunęły się z ramion 

na szyję, potem na policzki, na mgnienie przytrzymały głowę, zanim rozgorączkowane palce wsunęły się w jej włosy. 

Jego  język  pieścił  jej  język,  nęcił,  zapraszał,  aż  oddała  mu  ten  niezwykły  pocałunek.  Poczuła  smak  kawy,  mięty  i 

miłości. 

Objęła go pod marynarką w pasie, przez gładki materiał. koszuli czuła ciepło  skóry. Gdy pogładziła jego tors, 

wstrzymał oddech, serce mocniej mu zabiło.

- Julie? - Z drugiego pokoju dobiegł głos Charlotte. - Czy Robert dostarczył ci jadłospis? 

Odskoczyli  od  siebie.  Julie  rzuciła  szybkie  spojrzenie  w  stronę  drzwi,  potem  spuściła  oczy  i  odetchnęła 

niepewnie. Ustają paliły. Czuła na sobie wzrok Maca. Zdobyła się na odwagę, by na niego spojrzeć. Zobaczyła, że patrzy 

na nią,  oczy  ma lekko zamglone,  nozdrza  zwężone,  stara  się  wyrównać  oddech.  Wyciągnął  rękę,  pogładził jej  włosy, 

odgarnął kosmyk z policzka. Próbowała odgadnąć, o czym myśli. Czy o tym, że jej bezpieczeństwo to dla niego sprawa 

życia? Czy o tym, że ich pocałunek był sprawą życia lub śmierci? A może zastanawia się, czy powinni kontynuować to, 

co rozpoczęli, czy udawać, że nic się nie stało? Odchrząknęła i zawołała: 

-  Tak,  mam  jadłospis.  Zaraz  ci  go  przyniosę.  Mac  koniuszkami  palców  pogładził  jej  policzek  i  drżącą  dolną 

wargę, potem odwrócił się i wyszedł. Rękę schował do kieszeni, tej, do której włożył pendrive'a. . 

Czy  pocałował  ją,  bo  chciał  odwrócić  jej  uwagę  od  faktu,  że  bez  pozwolenia  skopiował  jej  korespondencję? 

Chciał  sprawić,  by  zapomniała,  że  naruszył  jej  prywatność,  albo  przynamniej  przestała  mieć  mu  to  za  złe?  Czy  też 

pocałował ją z tego samego powodu, z którego ona jego - bo w tamtej chwili pocałunek był dla niej jedynym ocaleniem? 

Obojętnie,  co  nimi  powodowało,  nigdy  nie  powinno  było  dojść  do  tego  pocałunku.  Julie  wiedziała,  że  będzie 

żałować, nie z powodu ryzyka związanego z flirtem w miejscu pracy, o czym kilka chwil wcześniej pouczała Luca, lecz 

background image

dlatego, że chodziło o Maca Jensena, mężczyznę, który właśnie ukradł jej maile. Mężczyznę, który gdyby mu pozwoliła, 

zacząłby rządzić jej życiem. Mężczyznę, któremu wciąż bała się zaufać. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Muszę coś załatwić - rzekł Mac do Carlosa. - Wrócę za godzinę. Nie masz nic przeciwko temu, żeby później 

zjeść lunch? 

- Nie. Moja dziewczyna zmusza mnie do jedzenia ogromnych śniadań. Chce mnie utuczyć. - Podniósł do góry 

filiżankę z kawą, którą Mac mu przyniósł. - To mi wystarczy.

- Komórkę będę miał włączoną, więc w razie czego skontaktujesz się ze mną - dorzucił Mac, wyszedł z biura i 

tylnym wyjściem opuścił hotel. 

Dzień był zimny i pochmurny, lecz rozgrzewała go sama myśl o pocałunku z Julie. Ta kobieta całowała, jakby 

była natchniona przez Wenus i wszystkie inne boginie miłości we wszystkich mitologiach. 

Mógłby sobie  wmawiać,  że  pocałował ją,  bo  musiał  odwrócić  jej  uwagę  od  tego,  że  ukradł  jej  maile,  albo  od 

tego,  że  te  listy  napawały  go  śmiertelnym  lękiem,  albo  od  tego,  że  w  chwili,  gdy  położył  jej  dłonie  na  ramionach, 

wiedział,  że  nic  już  go  nie  powstrzyma.  Tak,  pocałował  ją,  bo  musiał.  A  teraz,  gdy  to  już  uczynił,  pragnął  znacznie 

więcej.  Jedna  dawka  narkotyku  o  nazwie  Julie  Sullivan  zrobiła  z  niego  narkomana.  Musi  się  wziąć  w  garść.  Jest 

zawodowcem, nie wolno mu ulec pokusie zdobycia jej. Skompromituje i siebie, i firmę. 

W  połowie  drogi  na  parking  wyjął  z  kieszeni  telefon  komórkowy  i  nacisnął  klawisz,  pod  którym  miał  zako-

dowany numer biura. Sandy odpowiedziała już po drugim dzwonku. 

- Crescent City Security. Czym mogę służyć? 

- Obawiam się, że mnie niczym. 

- Mac? Nic ci nie jest? - Wyraźnie się zaniepokoiła. 

- Przeżyję - zapewnił ją,  a w myśli dokończył: przynajmniej  mam  taką nadzieję.  -  Naprawdę nic  mi nie jest -

dodał, chcąc ją uspokoić. - Zastałem Louise? - Jeszcze nie wyszła na lunch. 

- To ją przytrzymaj. - Doszedł do samochodu i otworzył drzwi. - Powiedz jej, że kiedy uporamy się z tą robotą, 

postawię jej lunch w Commander's Palace, ale dzisiaj musi jej wystarczyć kanapka w biurze. Przywiozę jej kilka maili 

do rozpracowania. 

- Teraz? 

- Właśnie wsiadam do samochodu - oznajmił, zatrzaskując drzwi. - Postaram się dojechać jak najszybciej. Louise 

ma dopóty siedzieć przy komputerze, dopóki nie dowie się, skąd są te maile. 

- A jeśli ją zatrzymam, też mogę liczyć na lunch w Commander's Palace? 

- Jeśli ją zatrzymasz - rzekł, wyjeżdżając tyłem ze swojego miejsca i jedną ręką kręcąc kierownicą - zafunduję ci 

lunch w Pizza Hut. I to od razu, skarbie. Pomoc Louise jest warta o niebo więcej niż twoja. 

- No wiesz? Jestem obrażona. - Sandy nadąsała się, lecz zaraz dodała ze śmiechem: - Zabarykaduję drzwi, żeby 

kobieta twoich marzeń nie uciekła. Dó zobaczenia. 

Kobieta  moich  marzeń,  pomyślał,  zamykając  klapkę  telefonu.  Może  to  właśnie  Louise  powinna  nią  być,  ale 

wiedział, że kobieta, o której będzie dzisiaj śnił, jest wysoką Jankeską o oczach koloru zatoki o zachodzie słońca i ustach 

wartych zaprzedania duszy diabłu. 

background image

- Wyśmienicie - pochwaliła Charlotte, zamykając teczkę z projektem menu na bal. - Wprost nie mogę uwierzyć,

że Robertowi udało się nie tylko zmieścić w przewidzianym budżecie, ale nawet odrobinę zaoszczędzić. 

- Trochę nad nim popracowałam - przyznała Julie. Niektórym pomysłom musiała się stanowczo przeciwstawić. 

Żadnych  krabów  królewskich  z  Alaski,  zwykłe  krewetki  wystarczą.  Żadnych  minibabeczek  nadziewanych  truflami. 

Przekonała Roberta, że z pewnością wymyśli interesujące nadzienie z grzybów portobello. 

- Nikt nie wyjdzie  z  balu  głodny  - ciągnęła Charlotte. -  To najważniejsze.  Mama mówi, że  sale  są już prawie 

gotowe. Kwiaty dostarczą jutro rano. Sama je poukłada w wazonach i porozstawia. - Westchnęła. - Mogłabyś jej w tym 

pomóc? Jeśli spędzi cały dzień, biegając, będzie wykończona. 

Julie  z  przyjemnością  chwyciła  się  okazji  skoncentrowania  uwagi  na  kwiatach  i  zdrowiu  Anne  Marchand. 

Pozwalało jej to przestać myśleć o Macu. Rozmyślanie o nim zamieniało jej mózg w błocko, a resztę ciała w lawę, ciekłą 

i rozżarzoną.

-  Odnoszę  wrażenie,  że  twoja  matka  jest  w  lepszej  formie,  niż  sądzisz  -  rzekła.  -  Jeśli  chcesz,  żebym  jutro 

pomogła  jej  przy  układaniu  kwiatów,  oczywiście  to  zrobię.  Ale  i  ty,  i  twoje  siostry  musicie  przestać  się  tak  o  nią 

martwić. 

- Skąd wiesz? Zeszłej jesieni ... 

- Wiem, wiem. Miała zawał. Ale dzisiaj tryska zdrowiem i energią. Nigdy nie wyglądała lepiej. 

- To jest silniejsze ode mnie. Tydzień temu sama się denerwowałaś, kiedy twój ojciec zachorował na grypę· 

Julie przytaknęła ruchem głowy. 

- Ojciec już wyzdrowiał, tak jak twoja matka. 

- Obyś miała rację. - Charlotte przekrzywiła lekko głowę. - Wiesz, znowu masz taki dziwny wyraz twarzy ... 

-  Jaki?  -  Julie  dyskretnie  zakryła  wargi  dłonią,  jak  gdyby  chciała  ukryć  wszelkie  ślady  tego,  co  kilka  chwil 

przedtem zaszło w jej gabinecie. 

- Świadczący o tym, że myślisz o Macu. 

Julie wzięła głęboki oddech. Przypomniała sobie w myśli, że Mac przyszedł do jej gabinetu, włamał się do jej 

komputera, a potem całował  ją do utraty tchu zapewne po to, by nie gniewała się, że skopiował jej maile. To jeszcze 

bardziej ją rozzłościło. Gniew jest lepszy od beznadziejnej tęsknoty, zdecydowała. 

- Działa mi na nerwy. 

-  Obawiam  się,  że  wykonuje  swoje  obowiązki.  Dobry  szef  ochrony  czasami  musi  robić  rzeczy,  które  innych 

krępują.  

Ale nie w taki sposób, pomyślała Julie. 

- Możliwe - przyznała bez entuzjazmu. 

- Podczas jutrzejszego balu - ciągnęła Charlotte 

-  Mac  i  jego  ludzie  mają  wolną  rękę.  Dopilnuj,  żeby  wszyscy  o  tym  wiedzieli.  Nie  życzymy  sobie  żadnych 

kłopotliwych sytuacji. Co Mac powie, tak ma być. 

- Zawiadomię wszystkich. 

Julie  wzdrygnęła  się  na  myśl  o  tym,  że  Mac  ma  wolną  rękę,  a  ona  musi  zastosować  się  do  każdego  jego 

polecenia. A jeśli każe się znowu pocałować? Będzie musiała wykonać rozkaz? Będzie potrafiła się powstrzymać? 

background image

-  Bal  będzie  ogromnym  sukcesem,  a  dokonamy  tego  bez  pomocy  żadnego  specjalisty  -  rzekła  Charlotte 

stanowczo. - Założę się, że nawet ten zrzęda z 307 nie będzie mógł się do niczego przyczepić. Zakładając, że się dowie, 

jakie nazwisko nosi jego breloczek, pomyślała Julie. 

- Mogłabyś  przejść się na  dół i zobaczyć, na  jakim etapie są przygotowania w salach? - poprosiła Charlotte. -

Jeśli moja matka wygląda na zmęczoną, dopilnuj, żeby zrobiła sobie małą przerwę. 

- Jeśli stwierdzę, że istotnie tego potrzebuje - odparła Julie, doskonale wiedząc, że Anne będzie wyglądała jak 

maratończyk światowej klasy, który kończąc bieg, ma na czole zaledwie kilka kropli potu. 

Wyszła z gabinetu Charlotte i skręciła na boczne schody. Zastanawiała się, czy nie powinna zamknąć gabinetu 

na klucz. Ale nawet gdyby to zrobiła, Mac może przecież posłużyć się kluczem uniwersalnym. Nikt go nie powstrzyma.  

Zajrzała do pierwszej sali. Ogromna praca została już wykonana, lecz do zrobienia pozostawało znacznie więcej. 

Kilku mężczyzn z ekipy  konserwatorskiej stało  na  drabinach i pod kierunkiem Anne  podwieszało  pod sufitem pasma 

przezroczystej kolorowej tkaniny. Przynajmniej sama nie weszła na drabinę, pomyślała Julie. 

- Fantastyczny efekt - rzekła, stając u boku Anne. 

- Zobaczysz, jak skończymy  - odparła Anne.  - Oprócz tych draperii  mamy  do  zawieszenia kilometry złotych  i 

srebrnych  korali.,  Chciałbym,  żeby  to  sprawiało  wrażenie luźnej  inspiracji  namiotem  karnawałowym, żeby  wyglądało 

zabawnie, ale stylowo. Będą jeszcze świece  pływające w misach z wodą, efektowne,  a zarazem  praktyczne. Jeśli  ktoś 

przewróci świecę, w wodzie zgaśnie. No i kwiaty, oczywiście. 

- Oczywiście. 

- Kapela będzie grała w drugiej sali. Tam będą tańce, a tu bufet i bar. Zobaczysz, to będzie najlepszy bal, jaki 

kiedykolwiek urządzaliśmy. 

Julie podobał się optymizm Anne. 

- Może mogłabym się na coś przydać? 

- Charlotte znowu kazała ci mnie pilnować, tak? - Uśmiech Anne zdradzał irytację. - Czuję się doskonale ... Nie! 

Nie!  Zielona!  -  krzyknęła  do  mężczyzny,  który  właśnie  zamierzał  przymocować  żółtą  draperię  do  sufitu.  -  I  około 

trzydziestu centymetrów bliżej okna - dorzuciła. 

- Zrobione, szefowo! - odkrzyknął mężczyzna. 

- W każdym razie - Anne zwróciła się z powrotem do Julie - cieszę się z twojego towarzystwa, ale nie chcę, żeby 

ktoś mnie pilnował, jakbym była inwalidką.  

- Wiem. Dokładnie to samo powiedziałam Charlotte. 

Anne uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo. 

- Moje córki zachowują się tak, jak gdybym miała się zaraz przewrócić. Nie znoszę, jak ktoś się tak nade mną 

trzęsie. 

- Ani ja - odparła Julie, myśląc o Macu. - Ale przynajmniej wiesz, że córki tak się o ciebie troszczą z miłości, a 

nie dlatego, że chcą rządzić. 

- To prawda. Kochają mnie. I ja też je kocham. 

Zadziwiające, jak ludzie mogą się kochać i jednocześnie do tego stopnia działać sobie na nerwy. Jeśli naprawdę 

chcesz  mi  pomóc,  dowiedz  się  od  Nadine,  czy  dotarły  już  obrusy.  Zamówiłam  takie,  które  będą  podkreślać  tęczowe 

background image

barwy tych draperii. I kolorowe serwetki. Powinni je już dostarczyć. 

-  Nie  ma  sprawy  -  odparła  Julie,  modląc  się  w  duchu,  by  Maca  nie  było  w  biurze  ochrony  sąsiadującym  z 

pokojem Nadine. Nawet  gdyby był tak samo  zajęty jak ona, nawet jeśli  nie było najmniejszej  szansy, żeby znowu jej 

dotknął, nie czuła się gotowa na spotkanie z nim. 

Mimo że Mac oszalał na punkcie Julie Sullivan, kwadrans po czwartej był do szaleństwa zakochany w niskiego 

wzrostu czarodziejce, która praktykowała swoją magię na zapleczu biura Crescent City Security Services. 

Siedział w rogu patia, nie zwracając uwagi na parę popijającą kolorowe drinki nad brzegiem basenu, jak gdyby 

spędzali  wakacje  na  jakiejś  tropikalnej  wyspie,  a  nie  w  nowoorleańskiej  Dzielnicy  Francuskiej  na  początku  stycznia. 

Temperatura nie była tropikalna, nie było tu piaszczystej plaży ani palm kołyszących się na wietrze, lecz oni radowali się 

basenem i błękitnym niebem. 

Gdy tylko otrzymał wiadomość, że ma zadzwonić do Louise, wysłał Carlosa, by sobie zapalił, a kiedy chłopak 

zaspokoił  nikotynowy  głód,  zostawił  go  na  posterunku,  a  sam  przyszedł  na  patio.  Cokolwiek  Louise  ma  mu  do 

zakomunikowania, chciał to usłyszeć w samotności, bez migającego obrazu z kamer telewizji przemysłowej. 

- W tym jest coś dziwnego, Mac - zaczęła Louise. - Domyślam się, że Sullivan dostała wszystkie pięć maili w 

jednej poczcie, chociaż nie wszystkie wysłano jednocześnie. 

- Ale z Nowego Jorku? 

-  Też  nie.  Złą  wiadomość  zostawiłam  na  koniec  -  odrzekła.  -  Wysłano  je  z  rozmaitych  lotnisk.  Dzisiaj  na 

większości lotnisk jest bezprzewodowy Internet. Pierwszy wysłano z LaGuardii, drugi i trzeci z Detroit, czwarty i piąty z 

Dallas.  Kierując  się  godziną  wysłania,  udało  mi  się  w  przybliżeniu  określić,  którymi  samolotami  nadawca  mógł 

podróżować. Mam  rozkład  lotów  Delty, American  i United. Zależnie od tego,  które linie nasz ptaszek wybrał,  można 

stwierdzić, którym lotem leciał. Niestety nie udało mi się przekonać żadnej z linii lotniczych, aby udostępniła nam listę 

pasażerów. 

- Czyli sprawca się przemieszcza. - Mac zmarszczył brwi. Dallas leży znacznie bliżej Nowego Orleanu niż Nowy 

Jork. - Sądziłem, że wypuszczono go pod warunkiem, że nie ruszy się z Nowego Jorku. 

- Zakładasz, że sprawcą jest Glenn Perry - zauważyła. 

Lubił w Louise to, że nie starała się mu przypodobać, lecz bez ogródek wytykała błędy w rozumowaniu. 

-  A  któż  inny  napastowałby  Julie  -  odparował,  częściowo  by  złagodzić  cios  zadany  jego  dumie,  a  częściowo 

dlatego, że Louise była tak piekielnie inteligentna, że na pewno miała już odpowiedź. 

- Dawny chłopak? 

- Julie nie spotykała się z wieloma chłopakami, a tych kilku, z którymi chodziła, było OK. Według Marcie, Glenn 

jest jedyną osobą, która chowa urazę do Julie. 

- W takim razie może wynajął kogoś, żeby wysyłał te maile? 

Taka możliwość Macowi też przyszła do głowy, lecz spychał ją w podświadomość. Teraz zaś Louise wydobyła 

ją na powierzchnię. To, że Perry ma wspólnika przemierzającego kraj wzdłuż i wszerz, stanowczo należy uznać za złą 

wiadomość. Poza tym te pięć ostatnich maili różniło się w tonie od poprzednich. Może istotnie zostały wysłane przez 

inną osobę? 

- Cóż ... Musimy jakoś dotrzeć do listy pasażerów i sprawdzić, czy nie znajdziemy kogoś powiązanego z Perrym. 

background image

- Linie lotnicze nie udostępnią nam tych list przypomniała mu Louise. 

- Tobie nie, skarbie, ale to nie znaczy, że ja ich nie wydostanę. - Zamilkł i chwilę się zastanawiał. Nadawca maili 

mógł posługiwać się fałszywym nazwiskiem. Perry mógł też poprosić kilka osób o przysługę. Ci łajdacy mogli wysyłać 

listy z zacisza swoich domów w Detroit i Dallas. - Jesteś pewna, że wysyłano je z lotnisk? 

- Tak pewna, jak to możliwe - odparła Louise - co jak wiesz nie oznacza, że dam sobie głowę uciąć. 

Mac zamyślił się. 

-  Musimy  skontaktować  się  z  kuratorem  Perry'ego  w  Nowym  Jorku  i  upewnić  się,  że  cały  czas  przebywa  w 

mieście. Jeśli rozbija się po kraju i łamie warunki zwolnienia, może z powrotem trafić za kratki. 

- Poproszę Sandy, żeby się tym zajęła. 

- Uważasz, że Perry ma dosyć pieniędzy na bilety lotnicze dla swoich pomocników? Ile dostaje delikwent przy 

wyjściu z więzienia? Dwadzieścia dolarów? - Wydaje mi się, że odrobinę więcej, ale - Louise zawahała się - może ma 

bogatych znajomych z dawnych czasów? 

- Hm, może ... 

- Albo zna kogoś, kto pracuje w liniach lotniczych. Czy pracownicy nie dostają darmowych biletów? 

Mac potarł czoło, odchylił się na oparcie fotela i wyciągnął nogi daleko przed siebie. 

-  Jako  właściciel  agencji  modelek  musiał  dużo  podróżować.  Mógł  zebrać  na  koncie  znaczną  ilość  mil 

premiowych, które teraz wykorzystuje, albo zaprzyjaźnić się ze stewardesami. 

Niewykluczone, że z jedną lub nawet z dwiema "nawiązać kontakty cielesne", dopowiedział w myśli.

-  Chyba  jest  jakaś  możliwość  sprawdzenia,  którą  linią  latał  najczęściej  -  wpadła  na  pomysł  Louise.  -  Jeśli 

trzymał się jednej, zbierając mile, albo ... 

- Albo miał przyjaciółkę - dokończył za nią Mac. - Jesteś genialna, kochanie. - Westchnął. - Wyjdź za mnie. Rzuć 

tego doktorka i uciekniemy razem. 

- Dzięki, ale chyba nie skorzystam - ucięła cierpko. - Sprawdzę, czy Frank nie ma jakiegoś pomysłu, jak zdobyć 

listy pasażerów. 

- Frank będzie miał mnóstwo pomysłów. Może zamiast z tobą, powinienem ożenić się z nim? - Nie wiem, co by 

Sandy na to powiedziała. 

- Zgoda. Zlećmy to Frankowi. 

- Załatwione - obiecała Louise i rozłączyła się. 

Mac zamknął klapkę telefonu, zadarł głowę w niebo, które przypominało błękitne prześcieradło w puszyste białe 

chmurki, i zaczął zastanawiać się nad tym, co usłyszał od Louise. Z Nowego Jorku do Detroit, z Detroit do Dallas. Czy 

ten drań wie, że Julie mieszka w Nowym Orleanie? 

Muszę wrócić do gabinetu Julie, postanowił. Może teraz zrozumie, że musi mnie o wszystkim informować. Może 

w końcu dotrzyma słowa i opowie mi całą prawdę o tych parszywych mailach. 

Co prawda wątpił w to. Tak jak wątpił, czy jeśli wróci do jej pokoju, będą w stanie trzeźwo myśleć. Później tam 

zajrzę, zdecydował. Tak jak poprzednio włamię się do skrzynki i sprawdzę zawartość. Teraz już wie, że nie zawaham się 

tego zrobić. Wie, że nie może mi ufać. 

Nie mam więc nic do stracenia. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Wyczuła jego bliskość, zanim go zobaczyła. Kolejny raz czaił się w korytarzu i ją obserwował. 

Nie była gotowa na ponowne spotkanie z Makiem. 

Została  na  swoim  miejscu  przed  komputerem,  dokończyła pisanie  odpowiedzi  na  maila  z  ofertą  jednej  z  firm 

zajmujących  się  organizowaniem  imprez,  potem  kliknęła  na  ikonę  "Wyślij"  i  dopiero  wtedy  obróciła  się  z  fotelem  w 

stronę drzwi. 

Mac stał z rękami opartymi o framugę. Czyżby się obawiał, co mogłoby się stać, gdyby wszedł do pokoju? Bo 

ona  odczuwała  lęk.  Już  sam  jego  widok  przypomniał  jej,  jakich  doznań  dostarczył  jej  jego  pocałunek.  Gdyby  teraz 

przekroczył niewidoczną barierę - linię oddzielającą gabinet od korytarza, linię oddzielającą kolegów z pracy - mógłby 

ją  znowu  pocałować.  A  ponieważ  Charlotte  była  na  dole,  Julie  nie  mogła  liczyć  na  to,  że  z  sąsiedniego  gabinetu 

rozlegnie się wołanie, które przerwie pocałunek, zanim stracą kontrolę nad sobą.

- Dochodzi szósta - odezwał się Mac. - Na pewno umierasz z głodu. 

- Zawsze umieram z głodu. 

- Ostatnimi czasy, chere, ja również. 

-  Nie  jadasz  lunchu?  -  spytała,  ignorując  wyraźny  podtekst  tej  odpowiedzi  i  wybierając  najbardziej  niewinną 

interpretację jego słów. 

- Odmawiam sobie więcej rzeczy, niżbym chciał. Może skoczymy coś zjeść? 

Wspólna kolacja? Znowu? Teraz, kiedy stosunki między nimi tak się skomplikowały? A właściwie to od kiedy 

łączą ich jakieś stosunki? 

- Chyba powinnam jechać do domu - odparła, kierując te słowa zarówno do siebie samej, jak i do mego. 

Mac wciąż stał za progiem. Jego palce zaciskały się na framudze, jakby musiał się powstrzymywać, by nie wejść 

do środka. 

-  Musimy  porozmawiać  -  rzekł.  -  Możemy  zostać  tutaj  albo  pogadać  nad  talerzem  czegoś  smakowitego. 

Osobiście jestem za tym drugim rozwiązaniem. 

Julie  westchnęła.  Sama  również  zrezygnowała  dziś  z  lunchu,  a  skoro  Mac  upiera  się,  by  porozmawiali, 

rzeczywiście mogą przy okazji coś przekąsić. 

-  Dobrze,  tylko  wszystko  tutaj  pozamykam.  Odwróciła  się  z  powrotem  do  biurka,  postukała  w  klawiaturę, 

zamknęła  pocztę  elektroniczną,  wyłączyła  komputer.  Cały  czas  czuła  na  plecach  wzrok  Maca,  niczym  ciepły  dotyk 

pomiędzy łopatkami. 

Dziesięć  minut  później  byli  na  ulicy, wolnym  krokiem  torując  sobie  drogę  w  tłumie  przechodniów.  Dzielnica 

Francuska jak zawsze była rojna i gwarna, pełna ludzi robiących zakupy i oglądających wystawy. Julie nie chciała, aby 

tłum ich rozdzielił, lecz nie miała odwagi wziąć Maca za rękę. Ryzyko było zbyt wielkie. 

Nagle jej uwagę przykuła kolekcja masek karnawałowych na jednej z wystaw. Stanęła, a Mac cierpliwie czekał, 

gdy podziwiała artyzm, z jakim były wykonane. Creighton miał kilka wspaniałych masek, które trzymał jako dekorację. 

Zastanawiała się, czy wyszły spod ręki tego samego artysty. Przy żadnej nie było ceny, co oznaczało, że na pewno nie 

stać jej na kupno. 

background image

Po kilku minutach ruszyli dalej. Nie mogła w nieskończoność grać na zwłokę. Prędzej czy później gdzieś usiądą, 

zamówią coś do zjedzenia i zaczną rozmawiać. 

W pierwszej restauracji, do której weszli, powiedziano im, że miejsca należy rezerwować z wyprzedzeniem. W 

drugiej natomiast, że na stolik musieliby czekać co najmniej godzinę. Szli więc dalej. Mac doskonale znał lokale, które 

mijali.  Do  jednego  nawet  nie  wstąpili,  do  następnego  zajrzał,  potrząsnął  głową  i  się  wycofał.  W  końcu  znalazł 

restaurację, w której dostrzegł odpowiednią scenerię do rozmowy. W drzwiach przepuścił Julię przodem. Znalazła się we 

wnętrzu  o  ścianach  wyłożonych  rzeźbioną  mahoniową  boazerią,  wypełnionym  aromatem  ziół  i  masła.  Nawet  nie 

czytając  menu,  zorientowała  się,  że  ten  lokal  jest  znacznie  droższy  od  knajpki,  gdzie  kelnerki  tak  protekcjonalnie  go 

traktowały. 

- Czy tu nie jest zbyt wytwornie? - szepnęła, widząc, że w ich stronę zmierza maitre d'hotel. 

-  Mam  na  sobie  garnitur  i  koszulę  z  krawatem  -  odrzekł  również  szeptem  -  a  ty  ...  -  obrzucił  ją  taksującym 

spojrzeniem - wyglądasz dobrze. 

Z wyrazu jego oczu wyczytała, że nawet lepiej niż dobrze. Maire zaprowadził ich do stolika nakrytego grubym 

lnianym obrusem. Pośrodku stał wazonik z różową różą. 

- Skoro mamy jeść  w tak wytwornym miejscu, mogliśmy po prostu zejść  do Chez Remy  - mruknęła.  W tego 

typu lokalu nie wypadało rozmawiać głośniej. - Jestem pewna, że tutejsza kuchnia wcale nie jest lepsza. 

A ceny też nie niższe, dokończyła w myślach. 

- Zależało mi na tym, żeby wyjść z hotelu - odparł, zanim otworzył kartę dań. 

Julie uczyniła to samo i westchnęła. Wszystkie dania wyglądały kusząco i kosztowały o wiele za dużo. Żałowała, 

że nie zarabia więcej - z pewnością zasługiwała na wyższą pensję, niż otrzymywała, lecz obecnie hotelu nie było stać na 

podwyżki, a Julie  zbyt przywiązała się do  tego  miejsca i do  Marchandów, by myśleć  o szukaniu lepiej płatnej  pracy. 

Ostatecznie  uznała,  że  może  sobie  pozwolić  na  jakąś  przekąskę.  Kiedy  kelner·  w  białej  koszuli  i  czarnej  muszce 

przyszedł wziąć od nich zamówienia, poprosiła o sałatkę z krabów. 

- Wybierz coś bardziej konkretnego - namawiał ją Mac. 

Nie bardzo mogła powiedzieć, że nie jest głodna.

- Sądzę, że to mi wystarczy - rzekła. 

Mac przyglądał jej się chwilę, a potem, zwracając się do kelnera, zdecydował: 

- Dla pani jeszcze krewetki po kajuńsku, a dla mnie zupa gumbo, a na drugie granik. I pół butelki zinfandela. -

Palcem wskazał odpowiednią pozycję na liście win, potem zamknął menu i oddał kelnerowi. 

Julie aż kipiała ze złości. To prawda, że jest tak głodna, że zjadłaby wszystko, co tylko Mac by dla niej zamówił, 

ale nie o to chodziło. 

- Nie lubię, jak decydujesz za mnie - syknęła przez zaciśnięte zęby. 

- Musisz jeść, chere. Ja cię zapraszam, więc niech cię nie przerażają ceny. 

- Jakim cudem stać się na taką restaurację? I na taki ekskluzywny samochód, i na garnitury od krawca ... 

- Dorabiam na boku, napadając na banki - zażartował. Potem rozpostarł frymuśnie złożoną serwetkę i położył ją 

sobie na kolanach. 

- Pytam poważnie. Wiem, ile zarabiasz w hotelu. 

background image

- Potrafię dobrze gospodarować pieniędzmi - odrzekł, uśmiechnął się enigmatycznie i odchylił na krześle, kiedy 

kelner zjawił się z zamówionym winem. 

Julie  powinna  dla  zasady  odmówić  picia  czegokolwiek,  lecz  gdy  Mac  spróbował  i  zaaprobował  wino,  kelner 

napełnił jej  kieliszek. Pokusa była zbyt wielka, a  ona w dniach poprzedzających bal pracowała  tak ciężko ... Przecież 

gdyby pojechała do domu, napiłaby się wina albo wstąpiła do Creightona na drinka. 

Wypiła łyk, odstawiła kieliszek i spojrzała na Maca. Jeśli on może się przyglądać mnie, to ja jemu również. 

Kim on właściwie jest? Jak na ochroniarza, nawet szefa ochrony, jest zbyt dobrze sytuowany. Jeśli poprzednim razem, 

kiedy  zaprosił  ją  do  restauracji,  mówił  prawdę  o  swoim  skromnym  pochodzeniu,  to  nie  odziedziczył  fortuny.  Nie 

wierzyła, że napada na banki, niemniej ... 

Sukces. Na tym częściowo polega jego charyzma. Nosi się jak człowiek, któremu się powiodło. Człowiek, który 

wie, że ma talent i zdolności. Człowiek przyzwyczajony do tego, że jest podziwiany i szanowany. 

Nie  jest  arogancki,  przynajmniej  nie  przez  cały  czas,  lecz  emanuje  pewnością  siebie.  Doskonale  zdaje  sobie 

sprawę z tego, że w tym, co robi, jest świetny. 

A  jednak  nie  chce  się  tłumaczyć.  Gdy  zaczyna  zadawać  mu  pytania,  unika  odpowiedzi.  Jak  może  zaufać 

mężczyźnie, który wyraźnie ma swoje tajemnice? 

-  Maile  nadeszły  z  trzech  różnych  miast  -  oznajmił.  Czyli  o  tym  chciał  z  nią  porozmawiać.  Nie  o  środkach 

ostrożności, nie o finansach hotelu. Nie o pocałunku. 

- Aha - mruknęła. - Co by to miało oznaczać? 

-  Jedną  z  kilku  rzeczy  -  zaczął  i  zamilkł,  ponieważ  kelner przyniósł  zamówione  przekąski.  Gdy  odszedł,  Mac 

ciągnął,  wyliczając  na  palcach:  -  To,  że  więcej  niż  jedna  osoba  je  wysyłała.  To,  że  jest  to  zmasowany  atak.  To,  że 

nadawca dużo podróżuje ... 

- To nie jest atak - zaprotestowała - raczej nękanie, które przemieniło się w żart. 

-  Dla  żartu  nikt  nie  latałby  po  całym  kraju  ani  nie  'wysługiwał  się  znajomymi.  Nie  wiem,  co  zrobić,  żebyś 

zrozumiała powagę sytuacji ... 

-  Gdyby  ktoś chciał  mnie  zaatakować,  dlaczego  miałby  latać  po  całym  kraju i  wysyłać  maile?  Wystarczyłoby

przylecieć do Nowego Orleanu i zdzielić mnie pięścią w nos. 

- Albo coś gorszego - ponuro odparł Mac. 

- Po prostu wydaje mi się, że ktoś wkłada w to ogromnie dużo wysiłku. 

-  Ta  osoba  może  nie  wiedzieć,  gdzie  jesteś.  Twój  adres  mailowy  jest  zarejestrowany  na  ogólnokrajowym 

serwerze. Robią podchody i w tym czasie usiłują ustalić, gdzie się znajdujesz. 

- Dlaczego starasz się mnie przestraszyć? - zapytała. 

Mac  patrzył  na  nią  nieporuszony.  Jego  oczy  były  ciemne  i  nieprzeniknione.  Julie  bardzo  pragnęłaby  móc 

wyczytać z nich, co naprawdę myśli. 

- Nie chcę cię przestraszyć, ale naprawdę uważam, że grozi ci niebezpieczeństwo, a ty opędzasz się od tej myśli 

jak od natrętnych much. 

-  Nie  opędzam  się.  Nie  lubię  otrzymywać  podobnych  maili,  ale  nie  zamierzam  z  ich  powodu  zmieniać  trybu 

życia. I na pewno nie pobiegnę do żadnego potężnie zbudowanego faceta z błaganiem, żeby mnie obronił. 

background image

- To ja miałbym być tym facetem, do którego nie pobiegniesz, tak? - spytał Mac z uśmiechem. 

- Nie wiem, kim miałbyś być - odparła zmęczonym głosem. - Wiem, że jesteś straszliwie upierdliwy. 

- Upierdliwy? 

Wyraźnie potraktował to jako komplement. 

- Nie potrzebuję ochrony, Mac. I nie lubię, jak ktoś mówi mi, co mam robić. 

Jej  wyrzuty  nie  robiły  na  nim  wrażenia.  Przechylił  lekko  głowę  i  długo  się  jej  przyglądał,  zanim  podniósł 

kieliszek do ust. Wypił łyk, potem rzekł:  

-  Mówisz  ogólnie  czy  ...  -  urwał,  jak  gdyby  szukał  właściwego  określenia-  czy  nawiązujesz  do  konkretnej 

sytuacji z przeszłości? 

Julie  otworzyła  usta,  by  odpowiedzieć,  i  natychmiast  je  zamknęła.  Nie  była  przyzwyczajona  obcować  z  tak 

domyślnymi mężczyznami, nawet jeśli mieli ukończoną psychologię. Cóż, musi po prostu przywyknąć do tego, że Mac 

nie  jest  taki  jak  większość  mężczyzn.  Nie  ufa  mu,  ale  jeśli  zrozumie,  skąd  bierze  się  jej  niechęć,  przestanie  być  taki 

natarczywy. 

-  Właściciel  agencji  modelek,  dla  którego  pracowałam,  był  bardzo  opiekuńczy,  lecz  ta  jego  opiekuńczość  w 

gruncie rzeczy oznaczała pełną kontrolę nad nami. 

- Uważasz, że chcę cię kontrolować? 

- Tak. 

Odpowiedź wydawała się tak oczywista, że nie widziała potrzeby rozwijać tej myśli. Zamiast tego w milczeniu 

zaczęła jeść  sałatkę.  Była  pyszna,  choć  za  droga.  -  A  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  nie  chcę,  żeby  coś  złego  ci  się 

przytrafiło? 

- Och, jestem pewna, że możesz wymienić mnóstwo szlachetnych pobudek - odparowała ze słodkim uśmiechem. 

-  Podobnie  jak  Glenn.  Był  naszym  agentem.  Musiał  nas  chronić  i  kontrolować,  bo  bez  niego  nie  miałybyśmy 

pracy. Niektóre z dziewczyn były tak słabe i bezwolne, że nie potrafiły się przed nim bronić. 

-  Dlaczego  miały  się  bronić?  -  Mac  zamieszał  zupę  gumbo,  potem  nabrał  pełną  łyżkę  i  podniósł  ją  do  ust.  -

Czyżby jako ich agent nie działał w ich najlepiej pojętym interesie? 

-  Dla  niego  najważniejszy  był  własny  interes.  Te  dziewczyny  przyjeżdżały  z  całego  kraju,  a  ich  jedynym 

marzeniem  była  kariera  modelki.  Może  zwyciężyły  w  konkursie  piękności  W  swoim  mieście,  może,  tak  jak  było  w 

moim przypadku, ktoś znajomy namówił je, żeby spróbowały? Przyjeżdżały więc do Nowego Jorku, często rezygnując z 

dalszej  nauki.  Oczywiście  potrzebowały  kogoś,  kto  by  nimi  pokierował.  I  oto  znajdował  się  wspaniały  Glenn  Perry, 

który obiecywał się nimi zająć i zrobić z nich modelki. 

- Skoro były aż tak młode, potrzebowały wskazówek. 

-  Wskazówek  owszem.  -  Julie  odłożyła  widelec  i  westchnęła.  Mimo że  nie  lubiła  wspominać  tamtego  okresu, 

fakty nie były tajemnicą. Jeśli Mac naprawdę chce się czegoś dowiedzieć, pójdzie do biblioteki i sprawdzi, co dziesięć 

lat temu zaszło w Nowym Jorku. Równie dobrze  może mu oszczędzić  czasu. - Niektóre z dziewczyn miały kłopoty z 

utrzymaniem linii. To bardzo trudne, wierz mi. Ale jeśli się przyjmuje amfetaminę, staje się łatwiejsze. 

- Aha - mruknął Mac i znowu zjadł łyżkę zupy. - Czyli ten Glenn dostarczał im amfę? 

background image

- Oczywiście tylko dla ich dobra - odrzekła z nutą  sarkazmu w  głosie. -  Żeby mogły utrzymać wagę.  Od tych 

prochów można się uzależnić. Kokaina też pomaga schudnąć, więc pilnował, żeby miały jej pod dostatkiem.

- Czyli należało trzymać się od niego z daleka. 

-  Załatwiał  im  mieszkania,  angaże.  Zajmował  się  ich  finansami,  oczywiście  potrącał  sobie  za  prochy,  czynsz, 

odliczał prowizję dla siebie. Uczył je fachu, kształtował. Był takim swojego rodzaju Svengalim, co, podejrzewam, samo 

w sobie nie jest wykroczeniem, ale dostarczanie narkotyków jest. - Wzdrygnęła się. - Z niektórymi sypiał. 

- Jeśli miały ukończone szesnaście lat, nie popełniał przestępstwa. 

- Nie, ale to nie było w porządku. Były uzależnione od niego we wszystkim. Był dla nich kimś w rodzaju boga, 

niektóre się do  niego wprost  modliły. Oczywiście te,  które się uzależniły od narkotyków, były jeszcze bardziej  z nim 

związane. O tak, opiekował się nimi aż za dobrze ... 

Mac skończył zupę i odłożył łyżkę. Wolno obracał nóżkę kieliszka między palcami, lecz wzrok miał utkwiony w 

Julie. 

- Więc jak tobie udało się uniknąć jego szponów? 

Przecież też dla niego pracowałaś. 

- Mieszkałam w domu. I kończyłam szkołę. 

Uśmiechnął się. 

- Poza tym z pewnością byłaś znacznie bardziej inteligentna od tamtych dziewczyn. Mocniejsza. Odważniejsza. -

Spokojnym głosem wymieniał te cechy, jak gdyby stwierdzał fakt, a nie starał się jej podlizywać, a jednak pochlebiło jej 

to  bardziej  niż  powinno,  szczególnie  że  stanowczo  przeceniał  jej  odwagę.  Dziesięć  lat  temu,  gdy  przeciwstawiła  się 

Glennowi,  była  znacznie  słabsza,  lecz  uparta.  Wybrała  karierę  modelki  nie  dla  splendoru  i  sławy,  nie  dla  spełnienia 

marzeń, lecz by zagrać swoim prześladowcom na nosie. 

Kelner sprzątnął talerze, potem przyniósł główne dania. Julie gorączkowo szukała innego tematu  do rozmowy, 

lecz gdy tylko kelner się oddalił, Mac ponowił atak. 

- Więc co zrobiłaś? Stałaś z boku i przyglądałaś się, jak wykorzystuje te głupie dziewczyny? 

Instynktownie  wyczuła,  że  Mac  zna  odpowiedź.  Nie  miała  pojęcia  skąd,  lecz  sposób,  w  jaki  zdał  to  pytanie, 

dowodził,  że  nie  wierzył,  iż  pozostała  bierna.  -  Poszłam  do  niego.  Powiedziałam,  że  uważam  jego  postępowanie  za 

nieetyczne i niemoralne i że nie powinien pracować z tak młodymi dziewczętami. 

- Jak zareagował? Kazał ci iść do diabła? 

Kiwnęła  głową i  spróbowała  krewetkę. Była  ostrzej  przyprawiona,  niż się spodziewała, i  na  jej  górnej wardze 

pojawiły  się  kropelki  potu.  Poza  tym  była  przepyszna.  Jeśli  każdy  kęs  będzie  popijać  łykiem  wody  z  lodem,  poradzi 

sobie. 

- Posłuchałaś? 

Wiedział, że nie. Widziała to po błysku w jego oczach, po uśmiechu błąkającym się na jego wargach, odrobinę 

ironicznym, lecz pełnym aprobaty, ciepłym i dumnym. 

- Doniosłam na niego do prokuratury. Narkotyki to przestępstwo. Poza tym miałam zastrzeżenia do sposobu, w 

jaki prowadził księgowość. Podejrzewałam, że można go oskarżyć o kradzież. 

- Ile miałaś wtedy lat? Osiemnaście? Więcej? 

background image

-  Kiedy  złożyłam  doniesienie,  miałam  prawie  dwadzieścia.  Kiedy  zeznawałam  przeciwko  niemu  w  sądzie, 

miałam już dwadzieścia jeden. Młyn sprawiedliwości miele bardzo powoli. Ale uznano go winnym i skazano na kilka lat 

więzienia. 

- Nadal odsiaduje wyrok? 

Julie  starała  się  uporządkować  myśli.  Jeśli  powie  Macowi,  że  Marcie  poinformowała  ją,  iż  Glenna  właśnie 

zwolniono, pewnie skojarzy maile z nim. Sama także zastanawiała się nad taką ewentualnością, więc nie mogłaby mieć 

do niego pretensji, że wyciąga podobne wnioski. Lecz jeśli maili nie wysłano z Nowego Jorku, to znaczy, że Glenn nie 

mógł ich napisać. 

- Nie. W grudniu wyszedł na wolność - rzekła. 

- Nie podoba ci się, że się o ciebie martwię, bo przypominam ci jego, tak? - Mac wciąż się uśmiechał, lecz w jego 

głosie słychać było urazę. - Uważasz, że kiedy ci tłumaczę, że powinnaś poważnie traktować te maile, zachowuję się jak 

tamten drań, który dawał młodziutkim modelkom narkotyki i namawiał je na seks? Takie masz o mnie zdanie? 

- Oczywiście  że  nie!  -  Obruszyła  się,  lecz  natychmiast  się  zawahała.  Nie  porównywała  zachowania  Maca  z 

postępowaniem Glenna, ale ... - Po prostu nie lubię nadopiekuńczych facetów - dodała. 

- Dlaczego uważasz mnie za nadopiekuńczego? Może jestem tylko opiekuńczy? 

Wzruszyła ramionami i napiła się wody. 

-  Ufałam  Glennowi  do  czasu,  kiedy  zobaczyłam,  jak oszukuje dziewczyny,  które obdarzyły  go zaufaniem.  Od 

tamtej pory już tak nie wierzę ludziom. A jeśli ktoś próbuje urządzić mi życie, wkurza mnie to. 

- Rozumiem - odparł i odkroił kęs ryby: - Ale jeśli zajdzie potrzeba, będę cię ochraniał z narażeniem życia i mało 

mnie obchodzi, czy to cię wkurza, czy nie. Twoja złość nie jest najgorszą rzeczą, jaka może mnie spotkać. 

Julie  odchyliła  się  na  oparcie  krzesła,  kolejny  raz  starając  się  rozszyfrować,  kim  właściwie  jest  Mac. 

Denerwowało  ją,  że  tak  mało liczy  się  z jej  uczuciami,  lecz  zapewnienie  o  gotowości  narażenia  życia było  ...  bardzo 

romantyczne.  Żaden  mężczyzna,  może  z  wyjątkiem  ojca,  nigdy  jej  nic  takiego  nie  powiedział.  Zirytowało  ją  to,  ale 

również sprawiło przyjemność. 

Chwilę jedli w milczeniu. Julie zastanawiała się nad słowami Maca i własną reakcją na nie.  W dziwny sposób 

jego  zapewnienie,  że  mało  go  obchodzi,  że  ją  wkurz  a,  sprawiło,  że  przestał  ją  aż  tak  bardzo  denerwować.  Jeśli  był 

nadopiekuńczy, to nie dlatego, że chciał ją wykorzystać, tak jak Glenn wykorzystywał dziewczyny w agencji. Poranny 

pocałunek nie był przecież molestowaniem ... 

- Skąd wiesz, że te maile nadeszły z różnych miast? - spytała w końcu. 

- Mam znajomą, genialnego informatyka. Poprosiłem, żeby wytropiła nadawcę, a ona zrobiła wszystko, co w jej 

mocy. Stwierdziła, że wysłano je z hotspotów na kilku lotniskach w kraju. 

Mimo  wagi  informacji,  jakie  Mac  jej  przekazywał,  Julie  największą  uwagę  zwróciła  na  słowo  "znajoma".  Z 

jakiegoś  powodu  poczuła  ukłucie  zazdrości.  Dlaczego  Mac  nie  może  mieć  znajomej,  która  jest  genialnym 

informatykiem? 

- Mam nadzieję, że ta twoja znajoma jest dyskretna - rzekła. - Wolałabym, żeby połowa miasta nie dowiedziała 

się nagle, że otrzymuję anonimowe maile. 

- Charlotte wie? 

background image

Julie potrząsnęła głową. 

- Charlotte ma dość własnych, spraw na głowie. Moim zadaniem jest odejmować jej kłopotów, a nie przysparzać 

nowych. - Serwetką wytarła wargi i wzięła głęboki oddech. W nozdrzach wciąż czuła zapach ostrych przypraw. - Czy to 

ta sama znajoma, która podsunęła ci myśl, że hotel jest na sprzedaż? 

- Nie, to był ktoś inny, ale też geniusz w swojej dziedzinie. Lubię otaczać się geniuszami - dodał żartem. - Mam 

nadzieję, że część tego geniuszu spłynie na mnie. - Mac nie powinien jednak narzekać. Był inteligentny, miał pieniądze, 

znajomych  specjalistów  z  rozmaitych  dziedzin,  oraz  twarz  i  postawę,  które  otworzyłyby  przed  nim  drzwi  wszystkich 

agencji  modeli  w  kraju.  Dlaczego  więc  pracuje  w  hotelu?  -  Obiecałaś  poprosić  Charlotte,  żeby  zleciła  jakiejś  firmie 

odnalezienie  pieniędzy  -  przypomniał  jej.  Najwyraźniej  temat  maili  uznał  za  wyczerpany.  -  Rozmawiałaś  już  z  nią  o 

tym? 

Julie potrząsnęła głową. 

- Kiedy? Jutro wydajemy bal. Lista gości jeszcze nie jest zamknięta, coraz to nowi ludzie rezerwują karty wstępu. 

Luc  ma  wszystkie  nazwiska.  Zakładam,  że  ci  je  przekazał.  Trzeba  dokończyć  dekoracje,  dopilnować  menu.  Do  tego 

dochodzi oczywiście kwestia bezpieczeństwa. W tej sytuacji pieniądze, które cztery lata temu wyparowały z konta, nie 

są najważniejsze. 

Mac zmarszczył brwi. 

- Luc nie przekazał mi żadnych nazwisk. 

Ich spojrzenia skrzyżowały się. Julie kolejny raz starała się wyczytać z jego oczu, co myśli. 

- Widocznie był zbyt zajęty. 

- Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci. To nie jest wytłumaczenie. 

- Jestem pewna, że kiedy się do niego zwrócisz, poda ci nazwiska. Podejrzewam, że po prostu zapomniał. 

- Jeszcze dziś wieczorem się tym zajmę. 

- Przykro mi, że musisz pracować wieczorami - rzekła całkiem szczerze. - Praca w hotelu czasami tego wymaga. 

To nie jest osiem godzin od dziewiątej do piątej. Szczególnie tuż przed takim wydarzeniem jak jutrzejszy bal. 

-  Praca  w  ochronie  to  rzadko  kiedy  jest  osiem  godzin  -  stwierdził  Mac  i  odłożył  sztućce.  Kelner  natychmiast 

podszedł do ich stolika. - Możemy zobaczyć menu deserów? - poprosił. 

- Ja za deser dziękuję - odezwała się Julie. 

Mac spojrzał na nią bacznie, potem wzruszył ramionami. 

- W takim razie poproszę rachunek - zwrócił się do kelnera. 

Ten zabrał ich talerze i oddalił się. 

- Czasami mam wrażenie, że chcesz mnie utuczyć - rzekła z wyrzutem. 

- Musiałabyś zjeść niejeden deser - odparł. - Jesteś smukła jak topola. Poza tym ... - zawiesił głos i uśmiechnął się 

do niej szelmowsko - poza tym lubię patrzeć, jak jesz. Jakie są szanse, że to właśnie tobie przypadnie jutro kawałek tortu 

z laleczką? 

Przed osiedleniem się w Nowym Orleanie Julie nigdy nie słyszała o zwyczajach związanych ze świętem Trzech 

Króli i tortem królewskim, który według niej smakował jak rogalik z cynamonem. Tort oblany zielonym i złotym lukrem 

miał  zapieczoną  w  środku  laleczkę.  Ten,  komu  przypadł  kawałek  z  niespodzianką,  musiał  w  następnym  roku 

background image

przygotować  tort.  W  hotelu  nie  egzekwowano  tego  obowiązku,  jednak  zawsze  było  dużo  hałasu  wokół  osoby,  której 

przypadła specjalna porcja. 

- Nie będę jadła tortu - oznajmiła. - Jedzenie jest dla gości, którzy zapłacili za wstęp. 

- Jeśli pójdziesz na bal, to przecież nie w ramach obowiązków służbowych, lecz jako gość. 

- Nie będę w pracy, ale nie będę gościem. Ty też nie będziesz jutro pracował, prawda? Ochrona z nocnej zmiany 

da sobie radę. 

- Sądzę, że tak. - Zamilkł i po .chwili dodał: - Ale praca w ochronie to jak praca w policji. Nawet jeśli nie pełnisz 

dyżuru, wciąż jesteś gliną. Jeśli przyjdę, będę wspierał swoich chłopaków. Chociaż ubiorę się wystrzałowo. 

- Nie wątpię - wyrwało jej się. 

Nie powinna chcieć oglądać Maca ubranego wystrzałowo. Na pewno będzie zabójczo przystojny. 

Mac uregulował  rachunek  i  wyszli z  restauracji.  Na  chodnikach  tłoczyło  się  jeszcze więcej  ludzi.  Z  otwartych 

drzwi jakiejś tawerny dobiegał chropawy głos bluesmana, któremu wtórowała zawodząca gitara. Julie żałowała, że nie 

może zatrzymać się, by posłuchać. Jednak jutro zapowiadał się ciężki dzień, potem noc, a Mac musiał jeszcze wrócić do 

hotelu przejrzeć nazwiska dopisane do listy gości. Przystawanie nie wchodziło w grę. 

- Odprowadzę cię do samochodu - zaproponował, kiedy mijali wejście do hotelu. Skręcili za róg i skierowali się 

na parking dla pracowników. W bocznej uliczce było ciemniej i zaciszniej, i Mac wziął Julie za rękę. Gest ten wydawał 

się niemal naturalny. Julie ogarnęło poczucie bezpieczeństwa, chociaż przecież wcale nie musiała chwytać się męskiej 

dłoni, żeby czuć się bezpieczna. 

Mac  znał  samochód  Julie,  bo  kilka  razy  jechał  za  nią  do  domu,  zaprowadził  ją  więc  prosto  do  miejsca,  gdzie 

zaparkowała. Puścił jej dłoń, by mogła wyjąć kluczyki z torebki, lecz kiedy otworzyła drzwi, natychmiast ponownie ujął 

ją za rękę i obrócił ku sobie. 

- Julie - szepnął, patrząc na nią z góry. 

Nie  była  przyzwyczajona  do  partnerów  wyższych  od  siebie.  Poczuła  się  odrobinę  mniej  bezpiecznie.  Jeszcze 

mniej bezpiecznie poczuła się, gdy uścisnął jej rękę· 

- Jeśli chodzi o dzisiejszy ranek. .. Powiedziałaś, że to był zły pomysł, i miałaś rację. 

Jeszcze nigdy  w życiu przyznanie  jej racji tak jej  nie zabolało. A więc nie pocałuje  jej. Zamiast  spodziewanej 

ulgi, ogarnęło ją rozczarowanie. 

Jeśli nie ma zamiaru jej pocałować, powinien puścić jej rękę. I koniecznie przestać gładzić wewnętrzną stronę jej 

nadgarstka.  I  nie  patrzeć  na  nią  wzrokiem  tak  łagodnym  jak  pieszczota.  Powinien  pozwolić  jej  odjechać,  a  samemu 

wrócić do biura i sprawdzić, co ma do zrobienia. 

W  końcu  Mac puścił  jej dłoń.  Dała nura do  samochodu.  Parking był tak  mały i tak zastawiony  autami, że nie 

mogła nacisnąć na gaz i zniknąć. Nawet dobrze. Nie chciała, by wiedział, jak bardzo jest rozczarowana, że to, co rano 

wydarzyło się w jej gabinecie, już się nie powtórzy. 

Wyjazd z wizgiem opon z parkingu niczego by nie zmienił. Mac doskonale wie, jak bardzo pragnęła pocałunku, 

mimo że nie był to dobry pomysł. 

Tak się dziwnie składa, że on wszystko wie. 

background image

Boże, jak tu  gorąco. Nawet gdyby dożyła setki, nigdy by  się nie przyzwyczaiła do takich  parnych dni  zaraz po 

Nowym Roku. Ale właśnie takiej pogody teraz potrzebowała. Gorąco pomagało jej przemienić się Maggie. 

Maggie, pomyślała i skrzywiła się. Teraz jest Maggie, ubraną skąpą sukienkę pantofle na wysokich obcasach. 

Stoi Dzielnicy Francuskiej naprzeciw sławnego hotelu, obmyślając, jak dostać się do środka. Gdy tylko spostrzegła 

tego łysego palanta z kucykiem, 'wszystko zaczęło układać się jak trzeba. 

Mam nadzieję, że się przeraziłaś, Julie. Mam nadzieję, że się trzęsiesz ze strachu tych swoich pantoflach jak 

kajaki, bo jutro będzie wielki dzień. 

Julie powinna być porządnie nastraszona. Do tej pory pozostałe mai/e, bardziej złośliwe, brutalne i przerażające, 

powinny zostać wysłane. 

Dawno  temu,  zanim  została  Maggie,  marzyła  o  zostaniu  modelką.  Chciała  wieść  fantastyczne  życie  w  samym 

centrum  świata  mody.  Chciała  zarabiać  furę  pieniędzy,  co  wieczór  chodzić  na  przyjęcia,  mieć  wokół  zakochanych 

mężczyzn. Ona też się zakocha. 

Marzenie się spełniło. Glenn ją kochał. Wyznał jej to. I nie przeszkadzało jej, że sypia z innymi. Zapewniał, że nic 

dla niego nie znaczą, ona zaś jest dla niego wszystkim. Dawał jej dobre prochy. Załatwiał dobre kontrakty. Obiecywał 

złote góry. 

I  nagle,  dzięki  tobie,  moja  Julie,  wylądował  za  kratkami.  Kiedy  go  wypuścili,  był  innym  człowiekiem.  Już  nie 

olśniewał.  Już  nie był  bogaty,  nie miał  chęci  na  zabawę, na  miłość.  Kiedy go odnalazła  w  ponurej  klitce, którą  teraz 

nazywał swoim domem, popatrzył na nią, jak gdyby była kimś obcym, nie dziewczyną, którą zapewniał o swojej miłości. 

"Jeśli kiedykolwiek coś między nami było ", odezwał się bezbarwnym, pozbawionym życia głosem, "to już dawno 

umarło śmiercią naturalną, skarbie. Odejdź. Wracaj do domu. Zacznij nowe życie ". 

Jak mogła zacząć nowe życie, skoro wszystko, czego pragnęła, co kiedyś posiadała, przepadło? 

Przez Julie. 

Zapaliła  papierosa  i  schowała  się  pod  markizą.  Hotel  Marchand  po  przeciwnej  stronie  ulicy  wyglądał  jak  na 

plakacie  reklamującym  turystyczne  atrakcje  Nowego  Orleanu.  Ludzie  w  nim  przebywający  żyją  pełnią  życia.  Pewnie 

mają  łatwy  dostęp  do  wszelkich  prochów,  alkoholi,  mają  kariery Jorsę,  eleganckie  ciuchy.  I  na  pewno  kochanków  

kochanki. 

Mają wszystko to, czego ona nie ma, bo Julie Sullivan posłała Glenna Perry'ego za kratki. 

Jutro wieczorem, przyrzekła sobie. Jutro wieczorem wkroczy tam wsparta na ramieniu tego dupka z kucykiem. 

Jutro wieczorem ją odnajdzie. 

Jutro wieczorem Julie odda jej to, co zabrała: życie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Luca  nie  udało  mu  się  złapać.  Było  wpół  do  dziewiątej  wieczorem  i  większość  personelu  poszła  do  domu. 

Niemniej Macowi bardzo zależało na obejrzeniu listy gości. Patrick nie wiedział, co jego szef z nią zrobił. 

Wrócił na parking, wsiadł do samochodu, wyciągnął komórkę i sprawdził pocztę elektroniczną. Marcie, siostra 

Julie, przedłuża kontrakt na następny miesiąc.  Frank obiecywał "ciekawy materiał" i dołączył załącznik. Mac nie miał 

ochoty czytać go na  maleńkim ekranie  komórki. Postanowił poczekać, aż dotrze do domu. Odkąd zaczął pracować na 

dwóch etatach, wpadał tam tylko po to, by się przespać. 

Mieszkanie Maca było duze i przestronne, lecz urządzone bez polotu. Dekorowanie wnętrz nie było jego mocną 

stroną. Chodząc teraz po pokojach, pomyślał, że brak tu domowego ciepła, krótko mówiąc, kobiecej ręki. Natychmiast 

stanęła mu przed oczami Julie. 

Zaklął pod nosem, przeszedł do kuchni, szarpnął drzwiczki szafki, w której trzymał alkohole, i nalał sobie solidną 

porcję  bourbona.  Ze  szklanką  w  ręce  udał  się  do  gabinetu.  Włączył  komputer  i  czekając,  aż  wszystkie  programy  się 

uruchomią,  pociągnął  łyk  whisky.  W  końcu  mógł  otworzyć  pocztę  elektroniczną.  Odnalazł  maila  Franka,  kliknął  na 

ikonę załącznika i wygodniej usiadł W fotelu. 

Oto co zdołaliśmy dziś ustalić: 

1. Według kuratora, Perry wciąż przebywa w Nowym Jorku. 

2.  Remy  Marchand  naprawdę  zginął  w  wypadku  samochodowym.  Zła  pogoda,  noc,  drugi  kierowca  pijany.  Z 

danych archiwalnych wynika, że przelał forsę na konto na Kajmanach. Brak nazwiska odbiorcy. 

3. W zeszłym roku "Times-Picayune" przy okazji artykułu o antykach sprzed wojny secesyjnej znajdujących się

w Hotelu Marchand opublikował zdjęcie Julie. Pisali, że huragan poczynił tylko niewielkie zniszczenia. Nazwisko Julie 

pojawia się obok nazwiska Marchandów. Ktoś mógł ją rozpoznać. 

4. Igraszki Sandy mnie wykańczają, ale jest fajnie. 

Czytając  ostatni  punkt,  Mac  poczuł  przypływ  zazdrości.  Nie  chciał  starać  się  o  potomka,  ale  zgodziłby  się 

chętnie, by i jego wykończyły igraszki z kobietą. Z jedną kobietą, z Julie. 

Ponownie przeczytał pierwsze trzy informacje. Perry jest w Nowym Jorku. To znaczy, że może zlecał wysyłanie 

maili,  ale  sam  ich  nie  nadawał.  Druga  wiadomość  była  interesująca,  chociaż  bezpośrednio  niezwiązana  z 

bezpieczeństwem  Julie.  Mac  bardzo  chciał  się  dowiedzieć,  na  czyje  konto  wpłynęły  pieniądze,  lecz  najwyraźniej 

Frankowi jeszcze nie udało się tego ustalić. 

Największą bombą  była trzecia wiadomość.  Zła.  Mac pociągnął  spory łyk  ze  szklanki  i  kolejny raz  przeczytał 

tekst. Potem otworzył Internet i wersję elektroniczną "Times-Picayune". W okienku "Szukaj" wpisał: Julie Sullivan. 

Psiakrew! Psiakrew! Psiakrew! Każdy, kto kiedykolwiek widział reklamy  perfum "Symphony", rozpoznałby ją 

na fotografii, chociaż była prawie o dziesięć lat starsza. Jeśli jej prześladowca trafił na to zdjęcie, to 

przepadła. 

Mac odchylił się  na  oparcie  fotela,  wypił  znowu  trochę  whisky i  poczuł  miłe ciepło  rozpływające  się  po  całej 

klatce piersiowej. N a szczęście alkohol, zamiast przytępić, rozjaśnił mu umysł. Zebrał w myśli wszystkie informacje na 

temat Julie. Nic nie pasowało. 

background image

Marcie  go  wynajęła,  bo  dawny  szef  jej  siostry  został  warunkowo  zwolniony  z  więzienia.  Bała  się,  że  zechce 

spełnić groźby, lecz on cały czas przebywał w Nowym Jorku. 

Niemniej  ktoś  Julie  prześladuje.  Maile  nie  były  pisane  przez  przypadkowego  cybernapastnika,  zawierały  zbyt 

osobiste akcenty. A fakt, że nadawca podróżował po kraju - z Nowego Jorku na zachód, potem na południe - świadczył, 

że dziewczyna jest w niebezpieczeństwie.  Możliwe, że  Perry jej nie zagraża,  ale ktoś niewątpliwie ma wobec niej złe 

zamiary. Czy Perry może, siedząc sobie grzecznie i wygodnie w Nowym Jorku, sterować sytuacją? 

Julie powiedziała, że to Svengali. Mac żałował teraz, że na studiach nie wybrał seminarium z literatury. Pamiętał 

tylko,  że.  Svengali  hipnotyzował  młodziutką  protegowaną,  a  potem  kierował  jej  karierą.  Czy  Perry  jest  w  zmowie  z 

osobą podróżującą po kraju i wysyłającą maile z lotnisk? 

Psiakrew, Dallas jest już piekielnie blisko Nowego Orleanu. Wziął głęboki oddech. Przetrwaj bal, powiedział do 

siebie w myślach, a potem dopadniesz tego padalca i rozdepczesz go jak robaka. 

Kimkolwiek on jest, znajdzie go. Na mur. Każdy, kto grozi Julie Sullivan, wpadnie w zastawione sidła, a wtedy 

on z przyjemnością pociągnie za spust. 

- Wyglądasz rewelacyjnie! - zawołał Creighton, lecz Julie miała wątpliwości. Nie czuła się rewelacyjnie. 

Rano  była  w  pracy. Oprócz  zwykłych  obowiązków  pomogła  Anne  poukładać  bukiety, dopilnowała  ustawienia 

barierek  wokół  basenu,  by niezbyt  trzeźwi  goście przypadkiem  do  niego  nie  powpadali,  wysłuchała  skarg  kierownika 

orkiestry na akustykę oraz narzekań Roberta, że grzyby portobello nie są odpowiedniej jakości, i teraz wolałaby raczej 

odpocząć, niż się bawić. Charlotte prosiła jednak, by przyszła, a jej nie mogła odmówić. Tak więc stała teraz w salonie 

Creightona  ubrana  w  dopasowaną  "małą  czarną"  z  odważnym  dekoltem  i  spódniczką  z  asymetrycznych  brytów 

przypominających  płatki  kwiatów  ledwie  zakrywającą  kolana.  Niestety,  nierówny  rąbek  spódnicy  wymagał  wysokich 

obcasów, więc wcisnęła zmęczone stopy w wieczorowe sandałki na prawie dziesięciocentymetrowych szpilkach. 

- Olśniewająco. Absolutnie - zachwycał się, podziwiając jej subtelny makijaż i luźno upięte włosy. 

- To ty wyglądasz olśniewająco - zrewanżowała się mu komplementem. Creighton miał na sobie marynarkę w 

kolorze ecru, czerwoną  kamizelkę, czarne spodnie  w białe prążki i  czarny  "kowbojski"  krawat bolo  spięty ogromnym 

granatem. Ubrany był śmiało i niekonwencjonalnie, jak zawsze. Cały Creighton. - Stanley straci dla ciebie głowę. 

- Już stracił, potem odzyskał. - Creighton machnął ręką. - Jesteśmy po prostu przyjaciółmi. - Wolnym krokiem 

obszedł Julie dookoła, kiwając z podziwem głową. - Ta spódnica jest fantastyczna. Jak eksponuje nogi! To powinno być 

zabronione. Na szczęście - zamilkł, dokończył okrążenie i stanął teraz na wprost niej - na mnie to nie działa - dokończył. 

- Ale wiesz, złamałbym czymś tę czerń ... 

- Czarny jest modny. 

- Może na  pogrzeb. Może w Nowym Jorku.  Wiem, że  tam wszyscy noszą  się na  czarno. Zaczekaj  ...  -  Urwał, 

uniósł palec do góry i pobiegł do sypialni. Po chwili wrócił, niosąc boa z różowych piór. 

- Mogę spytać, skąd je masz? - Julie była rozbawiona, choć odrobinę nieufna. 

-  Nie  możesz  -  odparł.  Owinął  jej  szyję  szalem,  cofnął  się  o  krok  i  aż  klasnął  w  ręce.  - Perfeetamentel  -

wykrzyknął i zmieniając temat, spytał: - Na pewno nie chcesz jechać ze Stanleyem i ze mną? 

background image

- Twój sportowy wóz ma tylko dwa fotele - przypomniała mu. - Dziękuję, pojadę swoim samochodem. - W takim 

razie do zobaczenia na miejscu. 

Julie  wróciła  do  siebie.  Przejrzała  się  w  lustrze  stwierdziła,  że  różowe  boa  wygląda  zaskakująco  dobrze  z  jej 

sukienką,  a  sterczące  piórka  pasują  do  nastroszonej  fryzury.  Odświeżyła  usta,  wrzuciła  szminkę  do  torebki,  potem 

zajrzała do salonu i wsypała rybkom trochę pokarmu do akwarium. 

- Bądźcie grzeczne - upomniała nieme, żwawo pływające rybki. - Niedługo wrócę. 

Pracując  jako  modelka,  nauczyła  się  zgrabnie  chodzić  na  wysokich  obcasach  i  chociaż  obecnie  rzadko  je 

wkładała, to zanim zeszła na dół, poczuła się już pewnie, rześko i nawet się cieszyła, że wybiera się na bal. Wszystko 

będzie dobrze. Robert dokona cudów. Goście będą się świetnie bawić. Kiedy Mac ją zobaczy, dojdzie do wniosku, że 

całowanie się z nią nie było wcale takim złym pomysłem, a ona wypije akurat tyle wina, by się z nim zgodzić. 

To będzie cudowna noc, pomyślała, idąc do samochodu. 

Zapowiada się upiorna  noc,  myślał  Mac, przyglądając się tłumowi  gości przetaczającemu się przez  hol.  Tyrell 

zapewnił go, że ochroniarze z nocnej zmiany panują nad sytuacją, lecz Mac mu nie wierzył. Nie  dlatego, że wątpił w 

kompetencje swych podwładnych, lecz dlatego, że z doświadczenia wiedział, iż nad takim tłumem nigdy nie można do 

końca zapanować. 

Cały dzień sprawdzał, sprawdzał i jeszcze raz sprawdzał każdy szczegół. Luc Carter wzruszył ramionami, kiedy 

zażądał od niego aktualnej listy gości. 

- Nie rozumiem, po co ci lista - burknął. - Ci ludzie płacą za wstęp. I tylko to się liczy. 

-  Nie  tylko  -  zaprzeczył  Mac,  zdenerwowany,  że  ktoś,  nawet  tak  czarujący  obibok  jak  Luc,  ośmiela  się 

kwestionować jego polecenia. - Lista jest mi potrzebna. 

- Gdzieś ją tu mam ... - Luc przerzucił papiery na biurku i w szufladach. - Może wczoraj zabrałem ją do domu ... 

Na  szczęście  lista  się  znalazła,  bo  Mac  chyba  by  go  udusił.  Sprawdzanie  nazwisk  z  pomocą  Julie  byłoby 

łatwiejsze,  lecz  bał  się  ryzykować.  Przebywanie  w  jej  towarzystwie  to  zbyt  wielka  pokusa,  a  dopóki  pracuje  dla  jej 

siostry, musi postępować zgodnie z etyką zawodową.

Nie mogąc zidentyfikować kilku nazwisk, poprosił o pomoc Carlosa. 

- To są osoby towarzyszące - domyślił się Carlos. - Same dziewczyny. Maggie Jakaś-tam. Zaproszona przez tego 

palanta z 307. Wiesz, tego z kucykiem, co ciągle jest z czegoś niezadowolony. 

- Alvin Grote. - mruknął Mac. 

-  Właśnie.  Nadziany  facet  przyjeżdża  na  nasz  karnawał,  poznaje  wystrzałową  babkę,  królową  nocy,  jak  je  tu 

nazywają. Nie ma obawy. One nie są groźne. 

Przechadzając się  wśród  gości,  Mac doszedł do  wniosku, że Carlos  miał rację. Nikt nie  wyglądał  podejrzanie. 

Niektórzy ubrani byli wieczorowo, panie w długich sukniach, panowie w smokingach, inni w bardziej fantazyjne stroje, 

lecz  w  torebkach  ani  w  kieszeniach  nie  zauważył  żadnych  tajemniczych  wypukłości.  Oczywiście  najlepiej  by  było 

ustawić  stanowisko  kontrolne  i  sprawdzać  każdego  wchodzącego,  lecz  Charlotte  by  się  na  coś  takiego  nie  zgodziła. 

Oświadczyłaby, że goście nie życzą sobie, aby ich traktowano jak potencjalnych przestępców. 

background image

Mac  nie  ubrał  się  tak  elegancko  jak  większość  gości,  częściowo  dlatego,  że  nie  miał  smokingu,  a  częściowo 

dlatego,  że  chciał  mieć  swobodę  ruchów.  Włożył  stalowoszary  garnitur  i  czarną  koszulę  z  czarnym  krawatem. 

Przypominał trochę cień, i o to chodzi. 

Zajrzał  do  restauracji  i  kuchni,  potem  do  baru,  stamtąd  na  patio.  Noc  była  sucha  i  ciepła,  niebo  usiane 

gwiazdami. Zza drzwi prowadzących do sal recepcyjnych dobiegał gwar rozmów i dźwięki kapeli grającej dixieland. 

Bardzo  by  chciał  móc  się  odprężyć.  Bal  spełniał  wszelkie  warunki  gwarantujące  dobrą  zabawę:  dużo  gości, 

świetna  muzyka,  dobrze  zaopatrzony  bar,  znakomite  jedzenie  i  przede  wszystkim  sceneria  -  stary  hotel  w  sercu 

Dzielnicy Francuskiej. Oparł się jednak pokusie, pozostając czujny, bacznie obserwując wszystko, co się dzieje dookoła. 

W szedł z powrotem do  hotelu, sprawdził, czy galeria jest zamknięta. Nie podobało mu się, że w  budynku, w 

którym znajduje się oryginalne dzieło Andrew Wyetha, przebywa teraz taki tłum. Niech Bóg ma nas w swojej opiece, 

gdyby coś się stało temu obrazowi. 

Zadowolony, że obchód wypadł pomyślnie, zszedł do gości. Natychmiast otoczył go gwar i woń perfum. 

Pierwsza sala zmieniona była niemal nie do poznania. Z podziwem patrzył na łagodnie spływające z sufitu lekkie 

draperie  i  sznury  karnawałowych  koralików.  Bukiety  kwiatów  ozdabiały  parapety  i  stoliki,  białe  świece  pływały  w

wypełnionych wodą szklanych  kloszach, stojących dosłownie wszędzie. Maleńkie płomyki odbijały się w srebrnych  i 

złotych paciorkach.. Efekt był hipnotyzujący. 

Na widok Julie  Mac zapomniał jednak o dekoracjach. Stała w grupie  znajomych, przewyższając wszystkich o 

głowę, pochłonięta rozmową. Uświadomił sobie nagle, że to właśnie jej wzrost najbardziej go w niej pociąga. Niektóre 

bardzo  wysokie  kobiety  garbią  się,  chcąc  wydać  się  niższe,  'ona  natomiast  stała  dumnie  wyprostowana,  niemal 

posągowa. 

Zatrzymał  się  w  pewnej  odległości,  podziwiając  fryzurę,  prostą  sukienkę,  wysokie  obcasy.  I  boa!  Śmiesznie 

kiczowate, a jednocześnie prześliczne. 

Mimowolnie wyobraził sobie ją ubraną tylko w to boa z różowych piór i ogarnęła go fala pożądania. Zdusił w 

sobie jęk. Czy każdy facet w tej sali snuje podobne erotyczne fantazje, czy tylko ja? - pomyślał. Mężczyźni otaczający 

Julie  zachowywali  się  całkiem  normalnie,  wymieniali  uwagi,  nagle  wybuchnęli  śmiechem.  Wiedział,  że  powinien 

zachować dystans, lecz to było silniejsze od niego. Sąsiad Julie zauważył go pierwszy i zawołał: 

- Spójrz, Julie, kto tu idzie! Jest piekielnie przystojny, prawda? 

W porównaniu z Creightonem w czerwonej kamizelce Mac czuł się straszliwie szaro. Wszyscy rozsunęli się, by 

zrobić dla niego miejsce. Gdy napotkał spojrzenie Julie, uśmiechnął się z przymusem. Nie chciał się do niej uśmiechać, 

chciał rzucić się na nią i ją pożreć! 

Odpowiedziała mu równie sztucznym uśmiechem.  

-  To  jest  Mac  Jensen,  szef  ochrony  -  powiedziała,  potem  przedstawiła  mu  swoich  znajomych,  przyjaciela 

Creightona, Stanleya, i kilka osób ze starej nowoorleańskiej elity. 

- Szef ochrony? - zdziwiła się jedna z kobiet. - Czy coś nam grozi? 

- Nie jestem na służbie – uspokoił ją Mac. - Proszę się o nic nie martwić i po prostu dobrze się bawić. 

- Właśnie - wtrącił Creighton i ruchem głowy wskazał drugą salę, gdzie orkiestra grała znaną melodię w takiej 

aranżacji, że trudno ją było rozpoznać. - Oboje jesteście tutaj prywatnie, prawda? Zaproś Julie do tańca. 

background image

- Creighton! - Julie przywołała do porządku. Mac wiedział, że również powinien zaprotestować, lecz pokusa, by 

otoczyć Julie ramionami, przytulić policzek do jej policzka w tańcu - co dzięki jej wysokim obcasom stało się możliwe -

zwyciężyła. Skinął uprzejmie głową całemu towarzystwu, objął Julie w talii i lekko popychając przed sobą, poprowadził 

przez tłum gości do drugiej sali. 

- To dobry pomysł? - zapytała. 

- Taniec to nie pocałunek - odparł, obracając ją ku sobie i ujmując jej dłoń. - Mam nadzieję, że nie skręcisz sobie 

nogi - dodał. 

- Nie, pod warunkiem, że nie będziesz zbytnio szalał. 

Gdy tylko zrobili pierwszy krok, Mac stwierdził, że wspólny taniec to taki sam zły pomysł jak pocałunek, lecz ... 

lecz  niektóre  złe  pomysły  są  cudowne!  Nie  tańczył  rewelacyjnie,  ale  miał  dobre  wyczucie  muzyki, a  dzisiaj  miał  też 

wymarzoną partnerkę. Jak wspaniale pasowała do jego objęć. Jak świetnie razem się ruszali. I pachniała  gardenią. Ich 

spojrzenia spotkały się. 

- Wszystko w porządku? - spytała. 

Dopiero  po  chwili  doszło  do  niego,  że  pyta  o  bezpieczeństwo  hotelu,  a  nie  o  stan  jego  umysłu  i  wrażenia 

zmysłowe w tej chwili. 

-  Tyrell  i  jego  ludzie  czuwają. Można  powiedzieć,  że  wszystko  gra.  -  Zauważył,  że  Julie  przygląda  się  mu 

uważnie. Może się domyśliła, że to nie była odpowiedź, jaka spontanicznie przyszła mu na myśl zaraz po jej pytaniu. 

Może właśnie tamtą spodziewała się usłyszeć? - A ty? - zaryzykował. - Dobrze się czujesz? 

- Odzwyczaiłam się od takich wysokich obcasów - mruknęła - ale jakoś przeżyję. 

- Wyglądasz wspaniale. 

Do  diabła  z  dyskrecją!  Piórko  z  boa  łaskotało  mu  dłoń,  wsunął  ją  więc  pod  szal  i  dotknął odsłoniętego  karku 

Julie. Wzięła głęboki oddech, potem powoli wypuściła powietrze z płuc. 

- Dziękuję - szepnęła drżącym głosem. 

- Te pióra są takie przyjemne w dotyku ... 

Nie powinien używać tego słowa. Gdy je usłyszał, natychmiast w jego wyobraźni powstały śmiałe wizje. Zbyt 

śmiałe. Cudowne. Przysunął się kilka milimetrów bliżej. 

- Mac? - Jej głos stał się lekko chropawy. 

- Tak? 

- Sposób, w jaki mnie trzymasz ... 

- Kiedy byłem mały, siostry próbowały nauczyć mnie tańczyć. Mówiły, że jestem beznadziejny, ale staram się, 

jak mogę. 

- Całkiem dobrze ci to idzie - zapewniła go. W jej oczach pojawił się błysk rozbawienia. 

Mac przysunął się jeszcze bliżej. 

- Więc o co chodzi? 

- O to, że zawarliśmy jakby porozumienie ... - Zamilkła, gdy palcem musnął jej kark. 

- Jakby - przyznał. 

background image

Pracujesz dla jej siostry, upomniał się w myślach. Masz dbać o bezpieczeństwo Julie, chronić ją przed wszystkim 

i wszystkimi, z wyjątkiem jego samego. Lecz bez względu na to, jak miękka była jej skóra, jak jedwabiste włosy, jak 

słodko poruszała się w jego ramionach, będzie bezpieczna nawet przed nim. I tak musi być. 

- O Boże! - wyrwało jej się nagle. 

Mac obejrzał się przez ramię, lecz nie spostrzegł niczego niepokojącego. Po prostu mnóstwo tańczących par. 

- Co się stało? 

- Ta kobieta z Alvinem Grote'em. Znasz ją? 

- Z tym upierdliwym gościem spod 307? 

- Tak. Poznał ją gdzieś w mieście i postanowił zaprosić na bal. Wygląda jak jedna z dziewczyn, które znałam w 

Nowym Jorku. 

Mac natychmiast stał się czujny. Zaczął przyglądać się twarzom w tłumie, choć nie wiedział, kogo ma szukać. 

- Znajoma z Nowego Jorku? . 

- Nie denerwuj się. To jedna z dziewczyn z agencji. Bardzo miła. - Julie rozejrzała się po sali. - Nie wiem ... -

zająknęła się - może mi się tylko zdawało ... - Musisz ją odszukać - stwierdził Mac. 

Jeśli miła dziewczyna z Nowego Jorku, która znała Julie,  kiedy reklamowała perfumy, znajduje  się w Nowym 

Orleanie, w tej sali, to nie jest to zbieg okoliczności. W jego pracy zbiegi okoliczności po prostu nie istnieją.

- Teraz jej nie widzę - odparła Julie. Zauważyła jego niepokój i roześmiała się. - Myślisz, że to ona wysyła te 

maile? - zapytała. 

- Nie wykluczam tego. 

- A ja tak. Alvin Grote twierdzi, że poznał ją w mieście przedwczoraj. A ostatni mail przyszedł wczoraj. Jak ta 

dziewczyna mogła wysłać mi maila z Dallas albo z innego miejsca, skoro była tutaj i podrywała Alvina? 

Mac przyznał jej rację. A jednak ... Nie był przekonany, że jej obecność na baju jest czystym przypadkiem. W 

jego zawodzie do przypadków należało odnosić się sceptycznie. 

- Chciałbym z nią porozmawiać - nalegał, starając się mówić spokojnym tonem i nie zdradzić swych podejrzeń. 

- Jeśli ją znowu zauważę, to... 

Nagle hotel pogrążył się w ciemnościach. Muzyka raptownie zamilkła, jakaś kobieta krzyknęła przeraźliwie, ktoś 

potrącił Julie. Mac przytrzymał ją, by nie straciła równowagi. 

Kiedy  ich  oczy  przywykły  trochę  do  ciemności,  zrozumiał,  że  nastąpiła  awaria  i  że  mimo  iż  jego  nozdrza 

wypełnia delikatna woń perfum Julie, jej włosy muskają jego policzek, jej dłoń wspiera się na jego ramieniu - musi się 

opanować. Oboje są w pracy i znają swoje obowiązki przewidziane w sytuacjach awaryjnych. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- Czy to kolejny huragan? - spytał ktoś, chociaż wieczorna prognoza pogody była bardzo pomyślna. - Będą nas 

ewakuować? - teatralnym szeptem spytał ktoś inny, zapewne mający za sobą doświadczenie Katriny. 

- Proszę zachować spokój! - krzyknął Mac. Jego głos zdawał się dobiegać z daleka. - Mamy awarię prądu. Zaraz 

ją naprawimy. 

- Jesteś tego pewny? - szepnęła Julie. 

Mac sięgnął pod marynarkę i wyciągnął walkie-talkie. 

- Tyrell... Sprawdziłeś, rozumiem... - mówił. - Pilnuj galerii, ja zajmę się rezerwowym generatorem. - Przypinając 

aparat z powrotem do paska, mruknął pod nosem: - A już się cieszyłem, że dziś mam wolne. - Potem, zwracając się do 

Julie, rzekł: - Charlotte powinna być w drugiej sali. Odszukaj ją, na pewno potrzebuje twojej pomocy. 

Wcisnął  jej  w  dłoń  jakiś  przedmiot  i  zniknął.  Julie  uniosła  dłoń  do  oczu:  kieszonkowa  latarka.  Namacała 

przycisk, rozbłysł wąski strumień światła. Natychmiast odzyskała pewność siebie. 

- Proszę się nie denerwować i uważać na nogi! - zawołała. - To tylko awaria. Proponuję, żeby państwo przeszli 

na patio, gdzie jest trochę jaśniej. Proszę uważać! Proszę się nie tłoczyć! 

Goście  ruszyli  do  przeszklonych  drzwi.  Przez  głowę  Julie  przelatywały  straszliwe  myśli.  Ludzie  mogą  się 

potratować,  może  ktoś  został  uwięziony  w  windzie?  Czy  światło  zgasło  w  całym  budynku,  czy  tylko  na  parterze? 

Postanowiła, zgodnie z radą Maca, odszukać Charlotte. 

Latarka, którą jej zostawił, nie dawała wystarczająco dużo światła, zgasiła ją więc i kurczowo ściskała w ręce, by

nie  zgubić.  W  drugiej  sali  panował  podobny  ścisk  co  w  pierwszej,  chociaż  świeczki  palące  się  w  szklanych, 

wypełnionych wodą kloszach oznaczały przynajmniej miejsca, gdzie stały stoliki. Odbicia maleńkich płomyków igrały 

w  karnawałowych  paciorkach  zawieszonych  pod  sufitem.  W  innych  okolicznościach  Julie  zachwyciłaby  się  tym 

widokiem, lecz teraz nawet nie zwróciła nań uwagi. 

Wśród  gwaru  rozmów  i  śmiechów,  niektórych  wręcz  na  granicy  histerii,  dosłyszała  głos  Charlotte:  -  Nie  ma 

powodu do niepokoju. Zaraz zapalimy więcej świec. 

- Jestem, Charlotte - rzekła Julie, kiedy nareszcie się do niej dopchała. 

- Dzięki Bogu. Musimy za wszelką cenę utrzymać spokój. 

- Mac poszedł uruchomić generator - zdała relację Julie. - Mamy świece? - zapytała. 

W półmroku dostrzegła, jak Charlotte kiwa głową. 

- Posłałam kogoś z wiadomością do Nadine, że potrzebujemy nie tylko świece, ale też latarki i lampy naftowe. 

Wprost nie mogę uwierzyć, że akurat dzisiejszej nocy musiała się wydarzyć awaria prądu. To przecież katastrofa. 

Mówiąc do gości, Charlotte panowała nad głosem, lecz rozmawiając z Julie, nie kryła zdenerwowania. 

- To nie katastrofa. - Julie starała się ją uspokoić. 

-  Jedzenie  się  nie  zepsuje,  niektóre  instrumenty  nie  potrzebują  zasilania.  Jak  tylko  uda  się  nam  porozstawiać 

lampy i świece, zabawa może toczyć się dalej. 

-  Modlę  się  tylko,  żeby  nikomu  nic  się  nie  stało.  Nie  wiem,  dlaczego  wyłączono  prąd,  przecież  regularnie 

płacimy rachunki, i to niemałe. 

background image

Julie przyjaznym gestem poklepała ją po ramieniu. 

- Prąd wyłączono nie dlatego, że nie płacimy rachunków. Awaria nastąpiła z powodów technicznych. Może jakiś 

samochód uderzył w słup?  Spójrz: - Wzięła Charlotte pod rękę i podprowadziła do okna. Ulica i domy po przeciwnej 

stronie tonęły w ciemnościach. - Nie tylko my nie mamy światła, ale cała dzielnica. 

-  Pomóż  mi  zapanować  nad  tymi  ludźmi.  Nie  możemy  dopuścić  do  tego,  żeby  wybuchła  panika  -  błagała 

Charlotte. 

Julie podała jej latarkę Maca i rzekła: 

- Weź ją. Tobie bardziej się przyda niż mnie. Pójdę na patio i zajmę się gośćmi. 

Na  oświetlonym  srebrzystą  poświatą  księżyca  patiu  było  stosunkowo  jasno.  Wielu  gości  przyniosło  tu  swoje 

drinki,  niektórzy  talerzyki  z  przekąskami.  Kilku  kelnerów  krążyło,  uzupełniając  kieliszki.  Kapela  skupiła  się  przy 

basenie,  a  trębacz  zaczął  solo  grać  "Gdy  wszyscy  święci  idą  do  nieba",  za  co  został  nagrodzony  entuzjastycznymi 

oklaskami. Perkusista, uderzając pałeczkami w ogrodzenie basenu, wybijał rytm. Dołączył do nich saksofonista. 

Julie  uśmiechnęła  się  i  zanotowała  w  pamięci,  by  dodać  im  do  rachunku  premię.  Zaczęła  przechadzać  się  po 

patiu,  zaglądać  w  ciemniejsze  zakątki,  by  sprawdzić,  czy  nikt  nie  chowa  się  tam  niezadowolony,  albo,  broń  Boże, 

poturbowany. Tymczasem kilka par zaczęło tańczyć. 

Spojrzała  na  zegarek.  Ile  czasu  zajmie  Macowi  i  ekipie  technicznej  uruchomienie  rezerwowego  generatora? 

Kiedy Nadine i jej pracownicy zjawią się z lampami i świecami? 

Goście na pewno będą długo wspominać ten bal. Rozejrzała się dookoła. Spostrzegła Creightona i Stanleya, a w 

głębi  Alvina  Grote'a  i  jego  partnerkę·  Ponownie  uderzyło  ją  podobieństwo  młodej  kobiety  do  jednej  z  dziewczyn  z 

agencji Perry'ego, Andrei Crowley. Co prawda była starsza, miała zniszczoną twarz, ostry makijaż i krótko ostrzyżone, 

tlenione na końcach włosy, ale ... 

Skąd się tu wzięła i co robi na tym balu? Zdecydowała się podejść do nich. Na jej widok kobieta wyglądająca jak 

Andrea uśmiechnęła się lekko, lecz zanim któraś z nich zdążyła przemówić, Alvin Grote wykrzyknął: 

- Pani Sullivan! Co za emocje! 

Ku swojemu zaskoczeniu Julie odpowiedziała w sposób, który ją samą zaskoczył: 

- Gdyby wszyscy mieli takie podejście jak pan, bal byłby ogromnym sukcesem. 

- Chciałbym pani przedstawić moją towarzyszkę, Maggie Jones. Pozwól, Maggie - ciągnął - to jest Julie Sullivan, 

dzięki której ten stary wspaniały hotel funkcjonuje jak szwajcarski zegarek. 

Maggie  Jones?  Nie  mrugnąwszy  powieką, Julie  wyciągnęła  rękę  na  powitanie.  Maggie  przełożyła  wyszywaną 

koralikami torebkę do drugiej ręki i uścisnęła podaną dłoń. 

- Przecenia mnie pan  -  odparła skromnie Julie. - Mamy liczny wykwalifikowany personel, a hotelem zarządza 

Charlotte Marchand. 

- To ona jest właścicielką? - zainteresowała się Maggie. 

Mimo upływu lat Julie przysięgłaby, że to głos Andrei. 

- Hotel należy do rodziny. Założyli go rodzice Charlotte, a jej siostry także tutaj pracują. 

Na Maggie ta odpowiedź nie zrobiła większego wrażenia. Spojrzała na swojego rozpromienionego towarzysza i 

rzekła: 

background image

- Bądź tak kochany, Alvie, i przynieś mi jeszcze jedno martini, dobrze? Z lodem - dodała. 

Alvin Grote zrobił zdziwioną minę. 

- W tych ciemnościach? 

- Do przyrządzenia martini nie potrzeba światła - odparowała Maggie. 

- No tak. .. Przepraszam, zaraz będę z powrotem - bąknął Alvin Grote i zniknął. 

Kiedy zostały same, Maggie odwróciła się do Julie. W świetle księżyca Julie rozpoznała jasne, zimne oczy.  

- A więc Maggie, tak? - zaczęła uprzejmym tonem. 

- Tymczasem tak. Czy jedna  z nas nie powinna powiedzieć  czegoś w stylu: "Jaki świat jest mały" albo "Kopę 

lat"? 

- I jedno, i drugie pasuje - odparła Julie. Teraz, kiedy już nie miała wątpliwości, że spotkała dawną koleżankę, 

zapragnęła ją uściskać, lecz Andrea swoją postawą jasno dawała do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych tego typu 

gestów. - Dlaczego zmieniłaś imię? - zapytała. 

-  Och,  tak  sobie.  -  Andrea  rzuciła  spojrzenie  w  kierunku,  w  którym  oddalił  się  Alvin.  -  Powiem  ci  prawdę. 

Poderwałam tego bubka na Bourbon Street, bo chciałam dostać się na bal. Uznałam jednak, że nie musi wiedzieć, kim 

jestem. 

Dla Julie była w tym jakaś pokrętna logika. 

- Co porabiałaś przez te wszystkie lata? - zapytała. 

- To i owo - odparła Andrea wymijająco. Spojrzała taksującym wzrokiem na Julie i rzekła: - Przytyłaś. 

Julie roześmiała się. 

-  Żebyś  wiedziała,  jaką  przyjemność  sprawiła  mi  każda  zjedzona  kaloria!  Wciąż  pracujesz  jako  modelki? 

Wyglądasz ... - Chciała powiedzieć "strasznie", lecz zamiast tego dokończyła: - Wyglądasz świetnie. 

Andrea prychnęła nieprzyjemnie. 

- Nie, Julie, nie pracuję jako modelka. Moja agencja poszła na dno. Może słyszałaś? 

Głos Andrei wyraźnie był zabarwiony goryczą. 

- Są inne agencje. 

- Nie dla mnie. 

- Więc co w takim razie porabiałaś? - spytała Julie, starając się, aby jej głos brzmiał pogodnie. 

- Opowiem ci, ale nie tutaj - odparła Andrea i wzięła Julie pod rękę. - Tu jest zbyt dużo ludzi. 

- Nie mogę opuścić tego balu. 

Julie  była  w  rozterce. Z  jednej strony poczucie  obowiązku mówiło jej, że  powinna zająć się  gośćmi,  z drugiej 

dręczyła ją ciekawość, .jak potoczyły się losy Andrei. Zawsze ją lubiła. Chociaż nie miała na to dowodów, podejrzewała, 

że  Glenn  właśnie  ją  w  szczególny  sposób  wykorzystywał,  dawał  narkotyki,  zmuszał  do  seksu.  Po  jego  aresztowaniu 

dziewczyna wróciła  tam,  skąd  przyjechała,  jakiejś  małej  mieściny  w  Wisconsin  czy  w  Indianie.  Julie  była  pewna,  że 

zacznie życie od nowa. Zawsze była twarda i uparta. 

-  Chodź,  chodź  -  namawiała  Andrea,  ciągnąc  Julie  w  kierunku  holu.  Z  wyjątkiem  recepcjonisty  stojącego  za 

kontuarem oświetlonym lampą huraganową nikogo tu nie było. Andrea podprowadziła Julie do jednego z palących się 

świeczników i mruknęła: - Chcę ci coś pokazać ... 

background image

Otworzyła torebkę i wyjęła z niej damski srebrny pistolet, nie większy od jej dłoni. 

- Andrea! Co ... ? 

- Ciii - uciszyła ją Andrea. - Przejdziemy się. 

Julie  zmobilizowała  wszystkie  siły,  by  myśleć  trzeźwo.  Andrea  jest  uzbrojona  i  zmusza  mnie  do  opuszczenia 

hotelu. To jest porwanie! 

OK. Tylko bez paniki.  

- Schowaj broń - szepnęła. - Pójdę, gdziekolwiek zechcesz, ale schowaj broń. 

Andrea wyszczerzyła zęby w uśmiechu. W ciąż były białe i równe, jak u modelki. 

- Nie będziesz mi mówiła, co mam robić. Idziemy. Przyłożyła lufę do boku Julie i popchnęła ją ku wyjściu. 

W zdenerwowaniu Julie bezwiednie zaczęła skubać pióra boa. Kiedy spostrzegła, że jedno zostało jej w palcach, 

nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Upuściła piórko na posadzkę. Upadło tuż obok krawędzi dywanu. 

Na ulicy, mimo braku prądu, karnawałowa zabawa trwała w najlepsze. Julie zastanawiała się, czy w tłumie zdoła 

zgubić swą prześladowczynię.  Lufa  pistoletu  przyłożonego do  pleców powstrzymała ją.  Jeśli zacznie uciekać, Andrea 

wystrzeli i trafi jakąś przypadkową osobę. Za duże ryzyko. Lepiej spróbować przemówić jej do rozsądku. Dowiedzieć 

się, czego właściwie od niej żąda, i negocjować. 

Tymczasem  wyrwała  kolejne  piórka  z  boa  i  dyskretnie  upuściła  je  na  ziemię.  Upadły  na  chodnik  tuż  przed 

wejściem do hotelu.  Modliła się, aby wiatr ich nie porwał albo ludzie nie zadeptali. Jeśli ktoś zauważy ślad znaczony 

różowymi piórami, podąży nim, prawda? 

Mac  na  pewno  tak  uczyni.  Jej  wiara  w  to  była tak  mocna,  że  aż  się  do  siebie  uśmiechnęła.  Mac  pójdzie  tym 

tropem i odnajdzie ją. Tylko czy starczy jej piórek? 

- Dlaczego to robisz? - zapytała. 

- Zniszczyłaś wszystko. Zrujnowałaś mi życie. 

Julie wybuchnęła śmiechem, mimo że sytuacja była dramatyczna. Wyskubała kolejne piórka z szala i upuściła je 

na chodnik. 

- Ja? 

- Gdzie masz samochód? 

Julie spojrzała na nią kątem oka. 

- Chyba żartujesz? Nie ma prądu, cała dzielnica tonie w ciemnościach. Popatrz, co się dzieje! 

- Nic mnie to nie obchodzi. Gdzie zaparkowałaś? Julie skręciła za róg. W bocznej ulicy tłum był tylko odrobinę 

mniejszy. Upuściła kolejne pióra. 

-  Posłuchaj,  Andreo  -  zaczęła.  -  Zawsze  cię  lubiłam.  W  Nowym  Jorku  martwiłam  się  o  ciebie.  Nie  mogłam 

znieść tego, jak Glenn cię wykorzystuje. Dlaczego uważasz, że zrujnowałam ci życie? 

- Nie wykorzystywał mnie - warknęła Andrea. Ja go kochałam. 

Przydałoby się dobrze nią potrząsnąć, pomyślała Julie, lecz natychmiast przypomniała sobie o pistolecie. Zamiast 

tego wyskubała jeszcze kilka piórek. 

- Jak mogłaś go kochać? Był o dwadzieścia lat starszy od ciebie. Faszerował cię narkotykami. 

background image

- Lubiłam narkotyki - mruknęła Andrea. - Myślisz, że łatwo mi było się od nich odzwyczaić? Przez ciebie omal 

nie zwariowałam. Jaka ty byłaś przekonana o słuszności swojego postępowania! Doskonale wiedziałaś, co jest dla kogo 

dobre.  Wyeliminowałaś  Glenna  z gry,  bo  wszystko  wiedziałaś  lepiej  od  nas.  I  straciłyśmy  go.  Straciłyśmy  szansę 

zostania modelkami. Przebicia się. A co do Glenna ... Ja straciłam także jego.  

-  To  dupek  -  odparowała  Julie,  zapominając,  że  nie  wolno  jej  zdenerwować  Andrei.  -  Wykorzystywał  cię, 

wyzyskiwał... 

- Kochał mnie - upierała się Andrea. - Czekałam na niego. Wyszedł z więzienia. Przyleciałam do Nowego Jorku, 

żeby z nim być, ale on ... - Julie kątem oka dostrzegła, że oczy Andrei zaszły łzami. - Więzienie go zmieniło. Już mnie 

nie kocha. Bóg jeden wie, co się tam stało, ale już mnie nie chce. A to wszystko twoja wina. 

- Zgoda, wasz romans dobiegł końca - odezwała się Julie uspokajającym tonem. Siłą woli powstrzymała się, by 

się  nie  zająknąć  przy  słowie  "romans".  Czterdziestoletni  biznesmen  i  nastoletnia  początkująca  modelka,  to  ma  być 

miłość? - Przykro mi. Naprawdę. Ja tylko nie chciałam, żebyście przez niego cierpiały. 

Andrea milczała. Julie nie miała pojęcia, dokąd pojadą. Skrzyżowanie było zakorkowane. Niektóre samochody 

stały  porzucone,  w  innych  wciąż  chodziły  silniki,  a  kierowcy  przez  opuszczone  szyby  nawzajem  się  przekrzykiwali. 

Jakiś  ochotnik  w  śmiesznej  czapie  w  pasy  stanął  pośrodku  jezdni  i,  pociągając  dżin  z  butelki,  próbował  kierować 

ruchem. 

- Glenn był najlepszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam - odezwała się Andrea. -:- Zależało mu na mnie. 

Dawał mi to, czego potrzebowałam. Mówił, że mnie kocha. 

- To ty pisałaś do mnie mai1e? - zapytała Julie. 

- Nie podobały ci się? - Andrea zachichotała jak za dawnych czasów. - Dostałaś pietra, co? 

- Nie. 

Coś tu nie gra. Andrea nie mogła pisać tych wszystkich maili. Alvin Grote poznał ją dwa dni temu, a ostatnie 

listy przyszły wczoraj. Jak mogła nadawać mai1e z Dallas i Detroit, skoro była w Nowym Orleanie? 

- Kłamiesz. Przestraszyłaś się. 

- Tak. Przestraszyłam się. - Zbliżały się do parkingu. Julie cały czas znaczyła drogę piórami wyrywanymi z boa. 

Musi coś zrobić, by zyskać na czasie. Nie może wsiąść z Andreą do samochodu, bo nie będzie mogła rzucać piór. - Jak 

wysyłałaś maile z rozmaitych miast, będąc tutaj? 

-  Przedtem  byłam  w  Nowym  Jorku.  Stamtąd  wysłałam  ci  pierwszego  maila.  Poprosiłam  znajomą  stewardesę, 

żeby nadała kolejne. Sprytnie, nie? 

Teraz Julie przypomniała sobie, że wczorajsze maile różniły się od tego pierwszego. Mogła się domyślić, że pisał 

je ktoś inny. 

- Zadałaś sobie dużo trudu, żeby mnie nastraszyć. 

- To nic w porównaniu z naciśnięciem na spust - odparła Andrea. - Który samochód należy do ciebie? 

- Tamten, ale nie mam przy sobie kluczyków. 

Andrea dźgnęła ją pistoletem w plecy tak mocno, że Julie napłynęły do oczu łzy. 

- Gdzie są? 

- W biurze. 

background image

-  Kłamiesz!  -  Andrea  zaczęła  ją  obmacywać.  Julie  istotnie  zamknęła  torebkę  w  gabinecie,  ale  klucz  do  biura 

miała  na  tym  samym  kółku  co  kluczyki  od  auta,  a  wszystkie  razem  w  kieszonce  ukrytej  w  szwie  sukienki.  Niestety, 

Andrea szybko ją znalazła. - Ty wstrętna suko! Wsiadaj!  

Julie  uchwyciła  się  ostatniego  promyka  nadziei.  Wyrwała  kilka  piórek  z  szala,  upuściła  je  i  czubkiem  buta 

wsunęła pod samochód. Potem, popychana przez Andreę, usiadła za kierownicą. Miała ochotę odjechać, zanim Andrea 

wsiądzie,  lecz  dłonie  jej  drżały  i  nie  zdołała  wystarczająco  szybko  wrzucić  wstecznego  biegu.  Samochód  szarpnął, 

Andrea opadła na siedzenie, przyłożyła jej pistolet do boku i rozkazała: 

- Jedź! 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

- Co to znaczy, że nie można uruchomić generatora?! - ryknął Mac na Eddiego, jednego z dwóch konserwatorów, 

którego spotkał w kotłowni. 

- Ktoś przy nim grzebał - wyjaśnił Eddie. - Podejrzewam, że wlał albo wsypał jakąś substancję do zbiornika. 

- Wlał? W sypał? Co na przykład? 

- Może cukier? Nie ma mocnych, generator nie zadziała. Trzeba spuścić paliwo i oczyścić zbiornik. 

Mac  zamknął  oczy  i  zaczął  kląć  jak  szewc.  Eddie  musi  uruchomić  generator.  Od  tego  zależy  bezpieczeństwo 

gości. 

Kto, do cholery, mógł go zepsuć? I po co? 

- Ile czasu to zajmie? - spytał spokojniejszym głosem. 

-  Nie  wiem,  ale  trochę.  Trzeba  spuścić  paliwo,  oczyścić  przewody  ...  -  Zamilkł,  zanurzył  metalowy  pręt  w 

zbiorniku,  wyciągnął  i  w  świetle  latarki,  którą  trzymał  jego  kolega,  zaczął  się  przyglądać  połyskliwej  mazi,  jaką  był

pokryty. 

- Skurwysyn - syknął Mac. - Zauważyłeś, żeby ktoś się tutaj kręcił? Może ktoś z gości? 

Eddie potrząsnął głową. 

- Nie. Nikogo nie zauważyłem. 

- Zaraz ... - odezwał się technik trzymający latarkę - a ten od informacji turystycznej? 

- Rzeczywiście. Jak on się nazywa? Luc. Minęliśmy się z nim na schodach. Szedł na górę, my na dół. Powiedział, 

że brał latarki. 

I  znowu  Luc  Carter,  pomyślał  Mac.  Szkło  w  ręcznikach,  zepsuty  generator  ...  To  wszystko  jest  bardzo 

podejrzane. 

Chociaż  może  rzeczywiście  brał  latarki?  A  co  do  tych  ręczników  ...  Miał  schadzkę  z  pokojówką,  a  to,  że 

natknąłem się na niego w pobliżu magazynu, mogło być zwykłym zbiegiem okoliczności. Kłopot polegał na tym, że Mac 

nie wierzył w zbiegi okoliczności. 

- To jednak chwilę potrwa - powtórzył Eddie, kiedy jego kolega przyniósł czerwony kanister na benzynę· - Nie 

ma sensu, żebyś tu stał, Mac. Idź do Charlotte i powiedz, że na razie musi zadowolić się świecami. 

- Dzięki - burknął Mac, klepnął Eddiego po plecach i wyszedł. Nie potrzebował światła, wiedział, dokąd idzie. 

Jako prywatny detektyw często pracował w mroku i nauczył się polegać na wszystkich zmysłach, nie tylko na wzroku. 

Tyrell zasłużył na pochwałę za to, że udając się na posterunek przed galerią, zamknął biuro na klucz. Mac bez 

trudu odnalazł po omacku zamek i dostał się do środka. 

Odpiął  walkie-talkie  od  paska  i  przywołał  Tyrella.  -  Kłopot  z  generatorem  -  poinformował  go.  -  Nie  daje  się 

uruchomić. Jeszcze jakiś czas musimy się obyć bez światła. Gdzie jesteś? 

- Na piętrze. Sprawdzam biura. Stu i Chris obchodzą pokoje, pukają do drzwi i pytają, czy ktoś nie potrzebuje 

pomocy. Sprawdziliśmy windy. Nikogo w nich nie ma. - Posłuchaj, jeśli natkniesz się na Luca Cartera, przyślij go do 

mnie. Muszę z nim pogadać. 

- Załatwione. 

background image

Mac  wyłączył  walki  e-talki  e  i  z  powrotem  przypiął  go  do  paska.  Wyszedł  z  biura  i  skierował  się  do  holu 

oświetlonego złotawymi  płomykami świec.  Znajdowało  się tu  niewiele osób,  kilkoro  gości rozsiadło  się na  kanapach, 

popijając wino, jakaś para przycupnęła na schodach. Mac zwrócił się do recepcjonisty: 

- Widziałeś Luca Cartera? 

- Był tu kilka minut temu. Dał mi to. - Mężczyzna pokazał latarkę. - Nie zapalam jej, żeby oszczędzać baterię· 

- Słusznie. Nie mówił, dokąd idzie? 

- Nie. Ale uważaj, może być wszędzie. Patrz pod nogi, żebyś się o niego nie potknął - zażartował. 

- Będę uważał - obiecał Mac i ruszył w kierunku patia. 

Julie  łatwo  znajdę,  pomyślał.  W  tych  seksownych  pantoflach  na  wysokich  obcasach  przewyższa  wszystkich  o 

głowę.  Rozejrzał  się.  Tu  jej  na  pewno  nie  ma.  Trudno.  Prędzej  czy  później  ją  znajdzie,  a  teraz  ważniejszy  jest  Luc 

Carter. Mac torował sobie drogę przez tłum, rozglądając się na boki. Innymi drzwiami wszedł z powrotem do budynku. 

Sala  do  tańca  była  prawie  pusta,  natomiast  w  drugiej,  oświetlonej  świecami,  gdzie  znajdowały  się  stoliki  i  bufet, 

zgromadziło się trochę gości. Zauważył Charlotte, która z latarką w ręku przyglądała się półmiskom. 

- Jak leci? - zagadnął, podchodząc. 

Charlotte podskoczyła i obróciła się gwałtownie. Widać było, że jest bardzo zdenerwowana. 

- Sprawdzam, czy jedzenie się nie psuje. Goście niewiele zjedli. Po ciemku nie mogą trafić do bufetu. 

- Niech  kelnerzy zaczną roznosić  jedzenie  na  tacach -  zaproponował  Mac. - Skąd  masz tę  latarkę?  -  Od Julie. 

Dlaczego pytasz? Potrzebujesz latarki? 

Luc je rozdawał, a Nadine przyniosła lampiony na baterie. Boję się zapalać więcej świec. 

- Świece w miskach z wodą są bezpieczne - zapewnił ją Mac. - Zatrzymaj latarkę. Mnie nie jest potrzebna - dodał 

i spytał: - Wiesz, gdzie jest Julie? 

- Chyba na patio. Idź do niej. 

Mac nie powiedział Charlotte, że Julie na patio nie ma. Nie chciał jej jeszcze bardziej denerwować. 

- Poszukam jej - rzekł, wziął z półmiska ogromną truskawkę, włożył ją do ust i odszedł. 

Truskawka była soczysta i smakowita, lecz nie mógł jej przełknąć. Dławił go niepokój o Julie. 

Wrócił na patio, rozejrzał  się dookoła w  nadziei,  że zauważy Creightona.  Może on wie,  gdzie poszła.  Nagle z 

kimś się zderzył. 

- Oczu pan nie ma? - napadł na niego krępy, prawie łysy mężczyzna z kucykiem. 

To był Alvin Grote z pokoju 307. 

-  Przepraszam  -  sumitował  się  Mac,  nie  chcąc  prowokować  kłótni.  W  obecnej  sytuacji  trzymanie  nerwów  na 

wodzy było ważne. - Czy mogę coś dla pana zrobić? - spytał. 

- Nic - warknął Alvin Grote. 

- W tamtej sali jest mnóstwo jedzenia, a gdyby miał pan ochotę na drinka, barman stara się, jak może - dodał. 

- Mam już drinka. Nawet dwa. - Alvin Grote uniósł w górę kieliszki z martini. Był zirytowany. Co, do diabła, 

mam z nimi zrobić? 

- Jest  kilka rozwiązań  -  zaczął Mac, starając  się  rozładować napięcie.  -  Na przykład  może pan  wypić  jeden, a 

potem drugi. 

background image

-  Jeden  kieliszek  niosę  dla  mojej  partnerki  -  oznajmił  Alvin  chłodnym  tonem.  -  Niestety  gdzieś  zniknęła. Ten 

hotel... Nie rozumiem, jak mogło dojść do wyłączenia prądu. Wie pan, ile mnie kosztuje pobyt tutaj? I nawet nie mają 

rezerwowego generatora na wypadek awarii. Kusi mnie, żeby złożyć zażalenie do Izby Turystyki albo do stowarzyszenia 

konsumentów. Może nawet do urzędu gubernatora. 

- Koniecznie. - Mac nie próbował z nim dyskutować. 

Zaraz,  zaraz  ...  Czy  w  tej  kobiecie,  z  którą  Alvin  przyszedł,  Julie  przypadkiem  nie  rozpoznała  koleżanki  z 

Nowego Jorku? 

Jezu! Bez słowa, nie dbając o to, czy Alvin Grote wpadnie w szał, czy nie, Mac zaczął przepychać się do holu. 

Gdzie jest Julie? Gdzie jest ta kobieta z Nowego Jorku? 

- Szukasz kogoś? - zawołał do niego recepcjonista. 

- Tak. - Mac, mimo ciemności, jednym susem znalazł się przy nim. - Julie Sullivan. Widziałeś ją? 

- Była tutaj kilka minut temu. 

- Sama? 

- Nie, z jakąś kobietą. Wydaje mi się, że nie mieszka u nas, ale ... 

- Dokąd poszły? - przerwał mu Mac. 

- Hm ... - Mężczyzna zastanawiał się chwilę. Mac miał ochotę chwycić go za ramiona i potrząsnąć. - Rozmawiały 

chwilę, potem wyszły. 

- Na ulicę? 

- Tak. 

Mac  zaklął  i  pobiegł  do  drzwi.  Na  zewnątrz  panowały  takie  same  ciemności  jak  w  budynku.  Nie  powinien 

niczego zobaczyć, szczególnie niczego leżącego na ziemi, a jednak. .. Kiedy szarpnął drzwi, podmuch powietrza uniósł 

leżące na progu piórko. Mac je chwycił. 

W świetle księżyca przenikającym przez szare chmury zobaczył, że piórko jest różowe. 

Przejechanie kilkunastu metrów zajęło im pięć minut. Julie miała w głowie tylko jedną myśl- wydostać się z tego 

przeklętego  samochodu.  Dopóki  w  nim  siedzi,  stanowi  łatwy  cel  dla  przerażającego  małego  pistoletu.  Gdyby  jednak 

udało  jej  się  wydostać  z  auta,  postarałaby  się  uciec  swojej  prześladowczyni.  W  tłumie  Andrea  nie  zaryzykowałaby 

strzału, prawda? 

Chociaż kto wie, do czego taka niezrównoważona osoba jest zdolna. Postanowiła mnie zabić, bo dziesięć lat temu 

ujawniłam  prawdę  o  Glennie  Perrym.  Co  za  ironia!  Bałam  się,  że  on  sam  zechce  się  na  mnie  zemścić,  ale  to  nie  on 

przyjechał do Nowego Orleanu i właśnie wbija mi lufę pistoletu w bok. Posunęły się kolejny kawałek do przodu i Julie 

znów zahamował. Pisk hamulców zabrzmiał jak kwik prosięcia. 

- Co to było? 

Hamulce piszczały od dobrych kilku miesięcy, lecz Andrea przecież o tym nie wiedziała. 

- Coś jest nie tak z samochodem - rzekła Julie. - Obawiam się, że zaraz odmówi posłuszeństwa. 

- Bujasz. 

background image

-  Nie  -  zaprzeczyła  Julie.  Wcisnęła  jednocześnie  pedał  gazu  i  hamulce.  Samochodem  szarpnęło,  rozległ  się 

przeraźliwy pisk. - Nie wiem, co się dzieje ... 

-  Co  jest,  do  diabła?  -  wybuchnęła  Andrea.  -  Nie  ma  prądu,  twój  samochód  to  trup!  Czy  w  tym  pieprzonym 

mieście w ogóle coś działa tak jak powinno? 

Mam  nadzieję,  że  twój  pistolet  też  nie  zadziała,  pomyślała  Julie  i  przełknęła  ślinę.  Mdliło  ją.  Nic  jednak  nie 

powiedziała, tylko powtórzyła sztuczkę z pedałami. Hamulce znowu zapiszczały. 

- Dalej nie pojedziemy - oświadczyła. 

Błagam, uwierz mi, modliła się w duchu. Uwierz ... 

- To co z nim zrobisz? Przecież nie zostawisz go na środku jezdni. 

Udało się. Julie zdusiła w sobie westchnienie ulgi. - Spróbuję dotoczyć się jakoś do krawężnika. 

Z wprawą mistrza stepowania, naciskając co chwilę oba pedały na przemian, zjechała na bok. Samochód szarpał, 

kwiczał i prychał. Zatrzymała auto i wyłączyła silnik. 

-  Wysiadaj  -  rozkazała  Andrea.  Jej  ręka  trzymająca  pistolet  przy  boku  Julii  nawet  nie  drgnęła.  -  I  żadnych 

sztuczek! - ostrzegła. 

Niestety  w  tych  okolicznościach  żadna  sztuczka  nie  przychodziła  Julie  do  głowy.  Otworzyła  drzwi,  chciała 

krzykiem wezwać pomoc, lecz głos uwiązł jej w  gardle. Chwyciła jakiegoś przechodzącego chłopaka za ramię, ale on 

strząsnął  z  siebie  jej  dłoń  i  pchnął  ją  na  maskę.  Zanim  na  swoich  wysokich  obcasach  odzyskała  równowagę,  Andrea 

zdążyła obejść samochód i dźgnąć ją pistoletem w żebra. 

-  Idziemy!  -  rozkazała.  Julie  przełknęła  łzy  i  zrobiła  krok  w  kierunku  hotelu,  lecz  Andrea  pociągnęła  ją  z 

powrotem. - Nad wodę. Tu gdzieś jest rzeka, nie? 

Cudownie. Ma zamiar utopić moje zwłoki w Missisipi. 

- Rzeka jest tam - skłamała i zaczęła iść w kierunku Jackson Square. 

Na  szczęście  Andrea  nie  znała  miasta  na  tyle  dobrze,  by  się  zorientować,  dokąd  Julie  ją  prowadzi.  Na 

nieszczęście tłum uniemożliwiał ucieczkę. Rozbawieni ludzie napierali na nie i zmuszali do trzymania się razem. 

Julie znów wyskubała z szala kilka piór. Jak gdyby Mac miał szansę je zauważyć! Jak gdyby lekkie pióra miały 

szansę  sięgnąć  ziemi!  Jak  gdyby  zboczenie  na  Jackson  Square  pomogło  jej  zyskać  dość  czasu,  by  uwolnić  się  od 

maniaczki, która uważała, że zeznając przeciwko takiej kanalii jak Glenn Perry, zrujnowała jej życie. 

Wchodząc na chodnik, potknęła się i omal nie skręciła nogi w kostce. Kolana jej drżały, z trudem utrzymywała 

równowagę. Zrzuciła więc sandałki i dalej szła boso. 

Świeże łzy napłynęły jej do oczu, lecz zamrugała powiekami, by je powstrzymać. Nie może sobie pozwolić na 

rozczulanie się nad  sobą.  Na pewno  nie  może też  czekać, że  Mac pospieszy  j  ej na  ratunek.  Wyrwała z szala  jeszcze 

jedno  pióro.  Nie  zdołała  uwolnić  się  od  Andrei  na  tym  skrzyżowaniu,  ale  może  na  następnym?  Albo  kiedy  dotrą  do

parku? Prędzej czy później nadarzy się sposobność· i Julie ją wykorzysta. Bez pantofli będzie mogła biec szybciej. 

Przez  cienki  nylon  czuła  pod  stopami  zimny  chodnik.  Zanim  dojdziemy  do  parku,  rajstopy  będą  w  strzępach, 

pomyślała. Ktoś nadepnął jej na palce, skrzywiła się z bólu, lecz szła naprzód, rozglądając się, czy nie dojrzy jakiejś luki, 

przyjaznej twarzy, policjanta. 

Gdzie się oni wszyscy podziali, do cholery? 

background image

Park był  tuż-tuż.  Nareszcie  trochę  otwartej  przestrzeni, miękka  trawa, światło  księżyca oświetlające  drogę  i  ... 

Boże, błagam, szansa na ucieczkę, której tutaj nie ma. 

Julie była wyższa od Andrei i dziesięć lat temu znacznie od niej silniejsza. Teraz też pewnie ma nad nią przewagę 

fizyczną. Jeśli w parku tłok będzie mniejszy, może uda jej się zrobić nagły zwrot, powalić Andreę, odebrać jej broń ... 

Albo umrzeć. 

Nie chciała umierać. Kochała życie. Kochała siostrę, rodziców, pracę, przyjaciół. Kochała Charlotte i jej siostry i 

kochała ... 

Nie, Maca nie kochała. Uwielbiała z nim tańczyć, całować się, rozmawiać, patrzyć na niego, ale gdzie on jest, do 

cholery, kiedy go potrzebuje? Spec od ochrony! Pewnie jest zajęty przeglądaniem jej maili, szukaniem zagrożenia dla jej 

życia. Gdyby był prąd, na pewno by to robił. 

- Gdzie my właściwie jesteśmy? - odezwała się Andrea. 

- Na Jackson Square - wyjaśniła Julie. 

- A rzeka? 

- Jeszcze do niej nie doszłyśmy. - Julie torowała sobie drogę w tłumie, rozglądając się uważnie, do kogo mogłaby 

się  zwrócić  o  pomoc.  Grupa  nastolatków  popijających  piwo?  Nie.  Kobieta  tańcząca na  parkowej  ławce?  Też  nie.  Na 

bolących stopach kuśtykała w stronę pomnika Andrew Jacksona stojącego w centralnym punkcie parku. Zdawało jej się, 

że tam ludzi jest jak gdyby mniej. Będzie miała lepsze pole manewru. Miejsce na stoczenie pojedynku. 

- Ostrzegam cię - odezwała się Andrea. - Jeśli bawisz się ze mną w jakieś sztuczki, to ... 

Julie ogarnęła nagła wściekłość. 

- To co? - wybuchnęła. - Zastrzelisz mnie? 

Odwinęła się i z całej siły uderzyła Andreę w skroń. W tej samej chwili rozległ się strzał. 

Promień latarki wychwycił następne różowe piórko leżące na chodniku pod markizą przy wejściu do hotelu. Boa 

Julie nie wyglądało na wyleniałe, pióra same z niego nie wypadały. Musiała je wyrywać. Zostawiała ślad. 

Szedł  ze  wzrokiem  utkwionym  w  chodnik,  szukając  dalszych  znaków.  W  tłumie  ludzi  odnalezienie  kolejnych 

różowych piór  graniczyło  z niemożliwością.  Lecz dla Julie  musi dokonać rzeczy niemożliwej. Nie  mógł uwierzyć  we 

własną głupotę. Był taki pewny, że Glenn Perry będzie się chciał zemścić, a tymczasem dawna koleżanka zdołała wejść 

na bal i porwać Julie. Nie miał teraz czasu na analizowanie błędów, ale kiedy Julie już będzie bezpieczna, zrobi rachunek 

sumienia. 

Teraz jednak skoncentruje się na piórach. Tuż za rogiem dostrzegł następne. Niemożliwe okazało się możliwe, 

latarka  odnajdowała  następne  zdeptane  płatki  puchu.  Trop  prowadził  na  parking  dla  pracowników.  Serce  zabiło  mu 

mocniej. Zobaczył, że samochód Julie zniknął. 

Zaklął  pod  nosem.  Jeśli  ta  psychopatka  wywiozła  gdzieś  Julie,  nigdy  ich  nie  odnajdzie.  Nie  ma  rzeczy 

niemożliwych,  upomniał  się  w  duchu.  Pobiegł  do  swojego  auta,  chwycił  pistolet,  który  woził  pod  matą  za  pedałem 

sprzęgła, i wepchnął go za pasek spodni. Potem puścił się pędem do wejścia na parking. W którą stronę odjechały? 

I jak? Samochody poruszały się 'wolniej od korowodu pieszych blokujących chodniki i jezdnie. 

background image

Porywaczka z pewnością zechce wywieźć Julie z miasta, pomyślał, albo przynajmniej z Dzielnicy Francuskiej. 

Nie zwracając uwagi na klaksony, śpiewy i krzyki wokół siebie, zaryzykował i poszedł w kierunku północnym. 

Kilka domów dalej natknął się na samochód Julie porzucony przy hydrancie. Zajrzał do środka, kluczyki tkwiły 

w stacyjce. Wyszarpnął je, zamknął auto i zaczął dalej szukać różowych piórek. 

- No, no ... - mruczał pod nosem. 

Nagle  ludzie  rozstąpili  się  i  zobaczył  jedno  wdeptane  w  szczelinę  między  płytami  chodnika.  Aha,  pomyślał, 

oddalają się od rzeki, idą na Jackson Square. Zaczął torować sobie drogę, od czasu do czasu zaczepiając ludzi i pytając: 

- Widzieliście wysoką kobietę w różowym boa? 

- Niestety ludzie  tylko potrząsali  głowami. Gdzieś przed sobą usłyszał zawodzące dźwięki saksofonu.  Reuben! 

Zaczął się co sił przepychać do przodu, a kiedy dotarł do muzyka, omal nie wytrącił mu instrumentu z ręki. - Szukam 

kobiety z różowym boa - rzekł bez wstępów. - Widziałeś ją? 

- Tej samej, z którą byłeś wtedy? Niezła. Szła na Jackson Square. 

- Dzięki. Pogadamy innym razem - rzucił Mac i zniknął w tłumie. 

Park  majaczył  przed  nim,  ciemna  plama  między  budynkami.  Nagle  potknął  się  o  coś:  Spojrzał  pod  nogi. 

Sandałek Julie. Reuben miał rację. Mac schylił się, podniósł bucik, niedaleko znalazł drugi. Sprytnie. Bardzo sprytnie. 

Wie, że boso może poruszać się znacznie szybciej. Wepchnął buty do kieszeni i pobiegł dalej .. 

W  parku  panowała  atmosfera  zabawy.  Ludzie  tańczyli,  wymachując  pochodniami,  śmiali  się,  rapowali.  W 

powietrzu unosiły się opary alkoholu zmieszane z dymem marihuany. 

Zatrzymał jakiegoś nastolatka. 

- Widziałeś wysoką, bardzo atrakcyjną kobietę? 

- Widziałem milion takich - odparł chłopak. 

- Bardzo wysoką! - Mac nie dawał za wygraną· - Wyższą od ciebie. I miała różowy szal z piór. 

Chłopak wzruszył ramionami. Mac pytał dalej. Bez skutku. W końcu jakąś kobieta powiedziała mu: 

- Tak; były tu we dwie. Blondynka i brunetka. Wyglądała jak modelka. 

- Gdzie je pani widziała? 

- Chyba koło pomnika. 

- Dzięki - rzucił i ruszy,ł. we wskazanym kierunku. 

Zanim jednak dobiegł do pomnika, usłyszał strzał. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Julie czuła skutki ciosu w dłoni i przegubie, lecz kula jej nawet nie drasnęła. 

- Łapać ją! Ona ma broń! - rozległy się histeryczne głosy. 

Ludzie rzucili się w pogoń. W ciemności Julie starała się dojrzeć, czy ktoś nie leży na ziemi. Wyglądało jednak 

na  to,  że  na  szczęście  nikt  nie  ucierpiał.  Chwiejąc  się  na  nogach,  wstała.  Nagle  poczuła,  że  ktoś  chwyta  ją  z  tyłu  za 

ramiona. Przerażona zaczęła się wyrywać. 

- Spokojnie, Julie. To tylko ja ... 

Mac. W pierwszym odruchu zapragnęła paść mu w objęcia i się rozpłakać, lecz wzięła się w garść. Nie należy 

przecież do kobiet, które potrzebują mężczyzny, by zapanować nad sytuacją. 

- Nic ci nie jest? - spytał. 

- Nie. - Nie skłamała, no ... może nie powiedziała mu całej prawdy. Nie doznała żadnych  fizycznych obrażeń, 

chociaż psychicznie była zdruzgotana. Mac dotknął ustami jej warg i natychmiast poczuła się znacznie lepiej. 

- W którym kierunku poszła? - spytał. 

-  Nie  mam  pojęcia.  Może  tam?  -  Julie  wyciągnęła  rękę  w  stronę,  gdzie  przed  momentem  mignęła  jej  głowa 

Andrei. 

- Nie ruszaj się - rozkazał i zniknął w tłumie. Julie nie miała zamiaru go słuchać. Nie bacząc na otarte kolano i 

bolące stopy, ruszyła za nim. Była tak samo wściekła jak on, tak samo zdeterminowana, by schwytać Andreę. Poza tym, 

gdy tylko cofnął ręce, pewność siebie natychmiast ją opuściła. 

Wbrew swoim zasadom, potrzebowała jego bliskości. No i w kieszeniach miał jej buty, których też potrzebowała. 

Ludzie instynktownie ustępowali im z drogi. Może sprawiał to  zacięty wyraz  twarzy  Maca, może zdecydowany krok, 

może wściekłość, jaka biła z całej jego postaci ... 

Dopadli Andreę przy Royal Street. Biegła, oddalając się od parku. Na przegubie miała zawieszoną torebkę. Gdzie 

pistolet?  Czy  znów  wystrzeli?  Czy  wyceluje  w  Maca?  Jeśli  go  zrani  ...  Julie  nie  była  porywcza,  lecz  gdyby  Andrea 

zrobiła Macowi krzywdę, udusiłaby ją gołymi rękami. 

Mac rzucił się na Andreę i ją obezwładnił. 

- Sprowadźcie policję! - wrzasnął któryś z gapiów. 

- I to szybko! - krzyknął do niego Mac przez ramię· 

Andrea  walczyła  zaciekle,  lecz  on  kilkakrotnie  uderzył  jej  ręką  o  chodnik,  i  pistolet  wypadł  z  jej  dłoni.  Julie 

błyskawicznie nakryła go stopą. Macowi w końcu udało się wykręcić Andrei ręce do tyłu. 

-  Daj  mi  swoje  boa  -  zawołał  do  Julie.  Podała  mu  różowy  szal  z  tkwiącymi  gdzieniegdzie  pojedynczymi 

piórkami, a Mac związał nim przeguby niedoszłej morderczyni. - Czy ktoś już wezwał policję?  

- Wszyscy policjanci są zajęci kierowaniem ruchem! - krzyknął ktoś z tłumu. 

- Cudownie - mruknął Mac pod nosem. Podniósł się, potem pomógł Andrei stanąć na nogi. Obrzuciła go stekiem 

wyzwisk. - Masz jej pistolet? - zwrócił się do Julie. 

- Mam. 

background image

Wyciągnął wolną rękę, a Julie położyła mu pistolet na dłoni. Nigdy w życiu nie miała w ręce pistoletu.  Ważył 

więcej, niż się spodziewała.  Wyglądał  jak metalowa, śmiercionośna rzeźba. Mac odchylił połę marynarki i wsunął  go 

sobie  do  kieszeni  spodni.  Wówczas  dostrzegła  znacznie  większy  pistolet  zatknięty  za  pasek  spodni.  Skąd  go  wziął? 

Ochrona hotelu nie była uzbrojona. 

Postanowiła, że później  go o to  zapyta. Kiedy uspokoi się na  tyle, że będzie w stanie spokojnie myśleć, kiedy 

poziom adrenaliny w jej krwi opadnie, a tętno powróci do normy. Później będzie mnóstwo czasu na zadawanie pytań. 

Powoli opuścili we trójkę park i wrócili na parking. 

Mac skierował się prosto do swojego samochodu. Otworzył tylne drzwi, wepchnął Andreę na siedzenie i przypiął 

pasem. 

- Bolą mnie ręce - poskarżyła się. 

- Bardzo mi przykro - odparł i zatrzasnął drzwi. 

- Nie masz prawa mnie związywać! - krzyczała. - Nie jesteś z policji! Oskarżę cię o porwanie. I o czynną napaść. 

- Proszę bardzo - odparł, siadając za kierownicą. Julie zajęła miejsce obok niego. - Co ci się stało w kolano? -

spytał Mac. 

Spojrzała na niego, zaskoczona czułością w jego głosie. Spuściła wzrok. Kolano krwawiło. 

- Chyba je sobie otarłam ... 

Mac  sięgnął  do  pudełka  leżącego  na  konsoli  między  siedzeniami  i  wyciągnął  chusteczkę  higieniczną.  Potem 

pochylił się i przyłożył ją do rany. 

- Zajmiemy się tym, jak tylko oddamy twoją koleżankę w ręce policji. Masz jakieś inne skaleczenia? 

Rozprostowała  rękę,  która już  przestała  boleć.  Nadepnięty  duży  palec  u  nogi  nadal  pulsował,  lecz  na  razie 

postanowiła nie mówić o tym Macowi. 

- Nic mi nie jest. Naprawdę. 

- Zdumiewasz mnie - szepnął, a potem wyprostował się i włączył silnik. - Znalazłem twój samochód - dodał. -

Zostawiłaś kluczyki w stacyjce. Wyjąłem je i zamknąłem auto. 

- Obawiam się, że zaparkowałam w niedozwolonym miejscu. 

- Mam znajomości w drogówce. Jeśli wlepią ci mandat, załatwię to. Jak ci się udało wydostać z samochodu? 

Julie pozwoliła sobie na uśmiech. 

- Mówiłam ci, że moje hamulce piszczą? Zdołałam ją przekonać, że to silnik i że dalej nie pojedziemy. 

Mac roześmiał się. 

- Sprytnie - pochwalił. 

- Ty suko! - wykrzyknęła Andrea. - Okłamałaś mnie! 

Jazda  na  posterunek  policji  trwała  wieczność.  Ulice  były  zakorkowane  jak  w  godzinach  szczytu,  albo  jeszcze 

gorzej. Tylko reflektory aut rozświetlały mrok.

Brak świateł na skrzyżowaniach sprawiał, że przejazd przez nie wiązał się ze śmiertelnym ryzykiem. 

W końcu jednak dotarli na miejsce. Mac zdawał się doskonale orientować w budynku, którego albo nie dotknęła 

awaria,  albo  był  zasilany  kilkoma  rezerwowymi  generatorami,  bo  byłjasno  oświetlony,  a  wszystkie  komputery 

pracowały pełną parą. 

background image

Sierżant pełniący służbę powitał Maca po imieniu. - Cześć! Nie narzekasz na brak damskiego towarzystwa! 

- Sytuacja nie jest wesoła  - odparował  Mac.  -  Lepiej skontaktuj się z prokuratorem okręgowym.  I będzie nam 

potrzebny lekarz. 

- Nie trzeba - zaprotestowała Julie. - Wystarczy mi tylko trochę wody i opatrunek. 

Sierżant zawołał koleżankę. 

- Chodź ze mną, złotko - powiedziała do Julie. Rozłączona z Makiem, Julie ponownie musiała przyznać w duchu, 

jak uspokajająco działa na nią jego bliskość. Starała się jednak uprzejmie słuchać policjantki, która opowiadała o tym, ilu 

kolegów  zostało  wezwanych  do  wypadków  spowodowanych  awarią  prądu  w  mieście.  Ludzie  zostali  uwięzieni  w 

windach, szpitale przeżywały oblężenie. 

- Mówię ci, kochana, za dziewięć miesięcy urodzi się kupa dzieciaków. Co za noc! Jedno jest pewne, w Nowym 

Orleanie człowiek się nigdy nie nudzi! - Kiedy doszły do damskiej toalety, rzekła: - Obmyj się, a ja przyniosę apteczkę. 

Kiedy  Julie  została  sama,  zdjęła  podarte  rajstopy  i  wyrzuciła je  do  śmieci.  Potem  oparła  nogę  o  umywalkę  i  umyła 

krwawiące kolano. Otarcie wyglądało gorzej, niż się spodziewała. Potem obejrzała duży palec. Paznokieć był siny, lecz 

kości całe. 

Spojrzała  w  lustro  nad  umywalką  i  aż  się  wzdrygnęła.  Włosy  rozczochrane,  sukienka  pognieciona,  policzki 

mokre od łez. Nie była beksą. Ostatni raz płakała, kiedy zmarła jej ukochana Bella. Ale dzisiaj otarła się o śmierć. W tej 

sytuacji łzy były do wybaczenia. Umyła twarz, wytarła nos, wyjęła szpilki z włosów, palcami przeczesała fryzurę. Kiedy 

policjantka wróciła, Julie przemyła sobie kolano płynem dezynfekującym i zabandażowała. 

- Dzięki - powiedziała. 

- Napijesz się kawy? - zaproponowała policjantka w drodze powrotnej do dyżurki. 

- Dziękuję, ale raczej nie. - Julie wiedziała, że nie mogłaby niczego przełknąć. 

-  Kochana,  pamiętam,  jak  Katrina  uderzyła.  Kubek  dobrej  kawy  był  takim  rarytasem,  że  wydawał  się  istnym 

napojem  bogów.  -  Policjantka  westchnęła  na  wspomnienie  tamtych  tragicznych  dni  sprzed  półtora  roku.  -  Człowiek 

dopiero wtedy zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest uzależniony od pewnych rzeczy, kiedy ich zabraknie. 

To prawda, pomyślała Julie. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest uzależniona od Maca, dopóki nie została 

siłą z nim rozdzielona. 

Weszły  do  małego  pokoju,  gdzie  zastały  Maca  w  towarzystwie  policjanta  po  cywilnemu.  Pantofle  Julie, 

podeptane przez setki stóp, leżały na stole. Mac zajęty był rozmową przez telefon komórkowy. 

- Posłuchaj, Julie - rzekł, kończąc rozmowę. - W hotelu mają jakiś drobny kłopot. Muszę tam pojechać. 

- Kłopot? Jaki kłopot? 

- Dzwonił Tyrell. Sprawdzę, o co chodzi. Dobrze? 

- Dobrze - odparła machinalnie. 

- To jest detektyw Rick Pelletier. Zajmie się tobą,  dopóki nie wrócę. 

- Dobrze. 

Mac przysunął jej krzesło, lekko dotknął jej ramienia i wyszedł. Detektyw Pelletier otworzył notes i uśmiechając 

się do Julie, powiedział: 

- On jest bardziej przejęty od pani. 

background image

- Jestem wystarczająco przejęta. 

- Proszę opowiedzieć mi wszystko po kolei. 

Julie  odchyliła  się  na  oparcie  krzesła,  potarła  bolące  kolano  i  westchnęła.  Potem  zaczęła  relacjonować  wy-

darzenia dzisiejszego wieczoru. 

Mac  przebijał  się  przez  zakorkowane  ulice.  Chciał  jak  najszybciej  wrócić  na  posterunek.  Ciemność,  brawura 

kierowców, nieuwaga przechodniów, wszystko to zaczynało działać mu na nerwy. 

Nie miał ochoty zajmować się kolejnymi kłopotami w hotelu. Jego prawdziwe zadanie to ochrona Julie. Omal nie 

zawiódł. Wyrzuty sumienia dręczyły go niewyobrażalnie. 

W jednym z pokoi na tyłach hotelu znaleziono trupa. 

- Nie wiem, czy popełniono zbrodnię, ale lepiej przyjedź - prosił Tyrell. 

Dobrze,  że  Mac  był  właśnie  na  posterunku.  Od  razu  poprosił  Joego,  dyżurnego  policjanta,  by  skierował 

najbliższy radiowóz do hotelu. Trup, bez względu na okoliczności zgonu, to sprawa policji.

Kiedy dotarł na miejsce, zabawa trwała w najlepsze. Na szczęście Tyrell zatrzymał wiadomość o odkryciu ciała 

w tajemnicy, więc goście tańczyli, jedli i pili. Mac poczuł się tu obco. Jego miejsce było przy Julie. 

Dochodziło  wpół  do  trzeciej,  kiedy  dotarł  z  powrotem  na  posterunek.  Zastanawiał  się,  czy  jeszcze  ją  tam 

zastanie. Do tej pory Ricky Pelletier mógł skończyć przesłuchanie i odwieźć ją do domu. Właściwie dlaczego miałaby na 

niego czekać? Zawiódł, okazał się najgorszym ochroniarzem na świecie. Powinien zwrócić Marcie pieniądze. 

Zaparkował, zamknął samochód i wszedł do budynku. Joe pomachał do niego, a kiedy się zbliżył, pokazał mu 

śpiącą na ławce Julie. 

- Proponowaliśmy, że ją odwieziemy, ale odmówiła. Powiedziała, że na pewno po nią przyjedziesz. 

Mac poczuł uścisk w sercu.  We śnie wyglądała tak bezbronnie - leżała z nogami podkurczonymi, jedno kolano 

miała obandażowane, włosy opadały jej na ramiona. Może teraz była słaba i bezbronna, ale kiedy szła przez Dzielnicę 

Francuską z pistoletem przyłożonym do boku, wykazała się siłą i odwagą. 

Ocaliła swoje życie. Maca znowu ogarnęło poczucie winy, że nie zdołał zapewnić jej ochrony, a podziw dla jej 

inteligencji i sprytu, samozaparcia i silnej woli wciąż wzrastał. Poza tym czekała na niego. 

Na palcach zbliżył się do ławki i dotknął jej ramienia. Julie natychmiast uniosła powieki i uśmiechnęła się. 

- Dobrze się czujesz? - spytał. - Tylko nie mów: nic mi nie jest - dodał. 

- Zabierz mnie do domu - poprosiła. 

Pomógł jej wstać, objął i zaprowadził do samochodu. Szła powoli, może z powodu zmęczenia, może bolącego 

kolana. 

- Coś się stało w hotelu? - zapytała. Uznał, że nie ma potrzeby jej niepokoić. 

- Mały kłopot u jednego z gości - odrzekł wymijająco. Jutro, albo jeszcze następnego dnia, kiedy poczuje się na 

siłach  wrócić do  pracy,  dowie  się  o  tajemniczym  trupie  znalezionym  w  pokoju  na  parterze  zajmowanym przez  Matta 

Andersena. - Ricky Pelletier dobrze się tobą zajął? 

Julie kiwnęła potakująco głową. 

- Mam nadzieję, że Andrea przyzna się do winy. Nie chcę zeznawać w sądzie. Raz to robiłam i nic dobrego z 

tego nie wynikło. 

background image

- To przeszłość - mruknął Mac, mając nadzieję, że się nie myli. 

Psiakrew, jeśli to nieprawda, jeśli nadal coś jej grozi, do końca życia będzie ją ochraniał. Zawiódł raz. Przysiągł 

sobie w duchu, że więcej się to nie powtórzy. 

Niektóre dzielnice wciąż nie miały światła, lecz teraz na ulicach panował  względny spokój. Tylko od czasu do 

czasu przejeżdżał jakiś  samochód albo  przechodziła  grupka hałaśliwych  balowiczów. Julie  oparła głowę o  zagłówek  i 

westchnęła.

- Dlaczego ona? - spytał Mac. - Też była modelką? Julie kiwnęła potakująco głową. Patrzyła prosto przed siebie, 

w nieprzenikniony mrok za szybą samochodu. 

- Była jedną z najmłodszych dziewcząt w agencji. 

Pochodziła  z  jakiejś  małej  mieściny  na  środkowym  zachodzie  i  miała  wybujałe  wyobrażenia  o  czekającej  ją 

sławie i bogactwie. Ktoś jej powiedział, że posiada wszelkie atrybuty modelki, i przyjechała do Nowego Jorku. Nawet

nie ukończyła szkoły średniej. 

- Ma odwagę. Trzeba dużo odwagi, żeby kogoś namierzyć, a potem porwać. 

Julie wzdrygnęła się·.

- Wtedy Andrea była nieśmiała, brakowało jej wiary w siebie. Glenn wziął ją pod swoje skrzydła. Obiecał się nią 

zająć i  dotrzymał  słowa.  Należała  do  tych,  którym dawał  amfetaminę,  żeby  schudły.  Potem  zaczął  z  nią  sypiać. Była 

przekonana, że ją kocha. 

Mac zrobił zdziwioną minę. 

- Ten romantyczny wizerunek jakoś mi nie pasuje do wymachującej pistoletem dziwki, którą doprowadziłem na 

posterunek. 

- Zmieniła się - rzekła beznamiętnie Julie. - Okazuje się, że przez te lata, jakie Glenn spędził w więzieniu, nie 

przestała go kochać. Kiedy go zwolniono, przyjechała do Nowego Jorku, żeby z nim być. Ale on nie chciał mieć z nią 

nic wspólnego. 

- I ona obwinia ciebie, tak? - domyślił się Mac. Julie powoli kiwnęła głową. 

- Bo to jest moja wina. Gdyby nie ja, Glenn nadal prowadziłby agencję. 

-  A  ona  nadal  by  była  wykorzystywana,  okradana  i  faszerowana  narkotykami?  Oszczędziłaś  jej  wielu  lat 

upokorzeń. 

- Może nie miałam racji? - odparła Julie cicho. 

-  Byłam  bardzo  zasadnicza,  przekonana  o  słuszności  swojego  postępowania.  Doszłam  do  wniosku,  że  Glenn 

rujnuje dziewczynom życie, i złożyłam doniesienie do prokuratury. Może powinnam spuścić wzrok i udać, że niczego 

nie dostrzegam? 

- I pozwolić, żeby facet dalej łamał prawo i wykorzystywał dziewczęta, które mogłyby być jego córkami? 

-  Zawsze  jestem  taka  pewna  siebie  -  mruknęła  Julie  pod  nosem.  -  Kiedy  wydałam  Glenna  w  ręce  policji, 

wierzyłam, że ratuję te dziewczyny, że świat bez niego będzie lepszy. - Zamilkła, spojrzała smutno na Maca i ciągnęła: -

Uważałam, że kobieta powinna być samodzielna, że nie może ufać mężczyźnie, który twierdzi, że zadba o jej interes. Bo 

bardzo często jej kosztem dba o swój interes. Kobieta musi mieć się na baczności i polegać tylko na sobie. 

- Nie najgorszy sposób na życie. 

background image

- Ale kiedy Andrea ciągnęła mnie ze sobą po Dzielnicy Francuskiej ... - Julie zamilkła i westchnęła - chciałam, 

żebyś się zjawił i mnie obronił. Wyrywałam pióra z szala i znaczyłam nimi ślad, żebyś mnie uratował. 

- Chciałem cię uratować. - Głos mu się lekko łamał. - Nie mogę sobie darować, że mi się nie udało. 

Spojrzała na niego zdumiona. 

- Jak to? Przecież mnie uratowałeś. 

- Zjawiłem się już po strzale. 

Urwał,  przeżywając  od  nowa  te  straszne  chwile,  kiedy  usłyszał  wystrzał.  Jak  ona  może  uważać,  że  ją 

uratowałem? Kiedy dobiegłem, Andrei już nie było. Ona w to wierzy, bo chciała, żebym się zjawił. Zresztą niech wierzy, 

w co chce. Na pewno nie będzie się z nią teraz spierał. 

Kiedy dojechali na miejsce, Mac wyłączył silnik i odwrócił się do Julie. 

- Jak wejdę do środka? - spytała. - Nie mam kluczy. 

Mac sięgnął do kieszeni i wyciągnął kółko z kluczami, które znalazł w jej samochodzie. 

- Za to ja mam - odparł. 

Otworzył drzwi, obszedł auto i pomógł jej wysiąść. 

Stawiając stopy na ziemi, skrzywiła się z bólu. Mac nie tracił czasu na pytania, jak się czuje, i wziął ją na ręce. -

Postaw mnie - protestowała. - Nie jestem kaleką. 

- Kaleką nie, ale trochę się poobijałaś. 

Zaniósł ją na ganek i dopiero tam, nie wypuszczając z objęć, ostrożnie postawił na ziemi. Otworzył zamek. 

- Mac - szepnęła. 

Jej  dłonie  zsunęły  się  z  jego  szyi  na  piersi.  Poczuł  zapach  gardenii.  Włosy  Julii,  miękkie  jak  futerko  norek, 

musnęły mu podbródek. Znajdowała się tak blisko, patrzyła na niego tak błagalnie ... 

Dzisiejszej nocy omal jej nie stracił. Posłuchał głosu serca, pochylił głowę i przywarł ustami do jej warg. 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Bolało ją kolano, bolał duży palec u nogi. Ale ten ból był niczym w porównaniu z bólem całego ciała, słodkim, 

kobiecym,  który·  jedynie  Mac  mógł  ukoić.  Klatka  schodowa  była  tak  ciemna,  że  Julie  nie  widziała  twarzy  Maca, 

natomiast czuła jego bliskość. Na piętrze wsunął jej w dłoń klucze. Po omacku odnalazła zamek i otworzyła drzwi.  W 

mieszkaniu  panował  podobny  mrok,  poza  tym  panowała  tam  niesamowita  cisza.  Julie  natychmiast  zorientowała  się, 

jakiego dźwięku jej brakuje. 

- Filtr w akwarium! - wykrzyknęła. 

Biedne rybki! Grzałka przecież też nie działa! 

- Masz latarkę? .::.. zapytał Mac, przytrzymując ją. Istotnie, w ciemnościach nawet nie widziałaby rybek. 

- Poczekaj - rzekła i po omacku przeszła do kuchni. 

Znalazła latarkę, potem zapałki i świece, i wróciła do przedpokoju. Mac jest u mnie, pomyślała. Tej dramatycznej 

nocy to było najważniejsze. 

- Zobaczmy, jak tam twoje rybki - zaproponował. Podeszli do akwarium. Rybki, zaintrygowane światłem latarki, 

podpłynęły do szyby. Julie palcem sprawdziła temperaturę wody. 

- Chyba jest dość ciepła, ale na wszelki wypadek owinę akwarium ręcznikami - rzekła. 

Przyniosła z szafy ręczniki, Mac pomógł jej zabezpieczyć szklany zbiornik. 

- Nic im nie będzie - pocieszał. 

Objął ją, a ona oparła mu głowę na ramieniu, wdzięczna, że nie wyśmiał jej troski o ryby. Są jej towarzyszkami, 

a  on  potrafi  to  uszanować.  Gdy  dotknął  wargami  czubka  jej  głowy,  uniosła  twarz,  a  wtedy  ją  pocałował.  Ostrożnie, 

delikatnie, lecz wyczuła jego tłumiony głód. Nie musi się hamować, pomyślała. Owszem, jest poobijana, lecz cała, silna 

i zdrowa, i chce, żeby tym pocałunkiem Mac rozświetlił jej mroczny świat. 

Zapraszająco rozchyliła wargi. Tak, myślała, tak, pragnę tego. Żyję i pożądam Maca. Pogładził jej plecy, potem 

wsunął dłoń we włosy, odchylił lekko jej głowę do tyłu, po czym gorąco ją pocałował. Przez jedno mgnienie wyobraziła 

sobie, że kochają się tu, w saloniku. 

Mac jednak miał inny pomysł. Oderwał usta od jej ust, pocałował Julie w policzek, a potem szepnął: 

- Gdzie jest twoje łóżko, chere? 

Uwielbiała,  gdy  zwracał  się  do  niej  słowem  chere  -  nie  tylko  dlatego,  że  brzmiało  to  seksownie.  Teraz 

świadczyło o tym, że nareszcie uznał, iż nic jej nie jest. W samochodzie był ponury, spięty. Nareszcie zrozumiał, że jest 

bezpieczna, że ją uratował. Nie miała mu tego za złe. 

Niczego  nie  miała  mu  za  złe.  Pragnęła  go,  pożądała.  Bo  ją  uratował,  bo  przyszedł  po  nią.  Bo  po  prostu  był 

Makiem. 

Cofnęła się teraz kilka kroków, zapaliła dwie świece. Jedną wzięła ona, drugą on, i razem przeszli do jej sypialni. 

Julie postawiła świecę na nocnym stoliku obok łóżka, Mac swoją na komodzie. Dwa migoczące płomyki rzucały dosyć 

światła, aby odnaleźli siebie. 

Mac objął Julie, dłońmi zgarnął jej włosy. Uśmiechnął się, jak gdyby ich jedwabistość sprawiała mu rozkosz. 

background image

- Zaczekaj - szepnął, obrócił ją plecami do siebie i pocałował w miejsce między szyją a karkiem. Usłyszała ciche 

westchnienie,  potem  pocałował  ją  ponownie.  Znów  westchnęła.  -  Kiedy  wieczorem  zobaczyłem  twoje  upięte  włosy  i 

odsłoniętą szyję, o niczym innym nie mogłem myśleć - wyjaśnił i obsypał jej szyję i kark pocałunkami. 

Z jej ust wyrwało się jego imię. Wtedy rozpiął zamek błyskawiczny jej sukienki i zaczął całować jej plecy. 

- Julie - szepnął, zatrzymując usta tam, gdzie powinno znajdować się zapięcie biustonosza. - Niczego nie mam. 

Nie planował uwodzenia jej tej nocy. Ona też tego nie planowała, chociaż ... Może po to wybrała sukienkę z tak 

głębokim dekoltem, by nie wkładać pod nią bielizny, może po to upięła tak wysoko włosy? 

-  Chyba  ja  mam  to,  o  czym  myślisz  -  rzekła,  wyśliznęła  się  z  jego  objęć  i  w  szufladzie  nocnej  szafki,  wśród 

rozmaitych drobiazgów znalazła opakowanie prezerwatyw, które trzymała tam na wszelki wypadek. Mac wziął od niej 

paczuszkę, ucałował  i położył ją  na  nocnej  szafce.  Potem  zdjął marynarkę,  cisnął ją  w  kąt i nie  rozwiązując krawata, 

zdjął go przez głowę niczym lasso. 

Julie  zaczęła  rozpinać  guziki  jego  koszuli,  on  natomiast  zsunął  z  jej  ramion  ramiączka  sukienki.  Westchnął, 

ujrzawszy  jej  piersi,  i  lekko  popchnął  ją  w  stronę  łóżka.  Po  chwili  byli  już  nadzy,  pieścili  się  nawzajem,  odkrywali 

sekrety swoich  ciał.  Ich  spojrzenia się  spotkały.  Dla  Julie  był to  akt  zjednoczenia, jakiego  jeszcze nigdy  w życiu.  nie 

przeżyła. Po raz pierwszy zrozumiała, co to znaczy uzależnić się od mężczyzny, oddać się mu całą sobą, zaufać, że. on 

podaruje  jej  to,  czego  najbardziej  potrzebuje.  Ufała  Macowi  i  poddała  się  mu  całkowicie.  Ku  swojemu  zdumieniu 

poczuła, że udziela się jej jego siła. Zależność od niego okazała się niezwykłym aktem niezależności. 

Jego  ruchy  były  powolne  i  kontrolowane.  Uniosła  nogi  i  objęła  go  w  pasie.  Przymknęła  powieki.  Wszystkie 

doznania były zbyt cudowne, zbyt wyjątkowe, zbyt intymne. Bała się aż do tego stopnia się przed nim odkryć. 

- Otwórz oczy, Julie - poprosił szeptem. 

W  jego  spojrzeniu  ujrzała  pragnienie,  pożądanie.  Miłość.  Drgnęła,  jęknęła,  osiągnęła  szczyt  rozkoszy.  Mac 

wstrzymał oddech, napiął mięśnie, krzyknął, lecz nie przestawał patrzeć jej w oczy, jak gdyby chciał złączyć się z nią nie 

tylko ciałem, lecz i duszą.

Coś jest nie tak. Julie nie miała co do tego wątpliwości. Nie miała wątpliwości, że pójście do łóżka z Makiem 

było właściwe,  otwarcie  się przed nim  nieuniknione,  obdarzenie  go  zaufaniem absolutnie  konieczne i zasadnicze.  Ale 

teraz, kiedy miłość i wzajemne zaufanie stały się faktem, on zaczął od niej się oddalać. 

- O co ci chodzi? - spytała. 

Spojrzał na nią zdumiony, uśmiechnął się, objął ramieniem i przyciągnął do siebie. 

- O co mi chodzi? 

- Odnoszę wrażenie, że ... coś cię nurtuje. 

- Mylisz się. 

Leżąc z głową opartą na  ramieniu Maca, widziała jedynie kontur jego  twarzy. Nie patrzył już na  nią. Może to 

mnie coś nurtuje, pomyślała, a nie jego. 

- Nie okłamuj mnie - rzekła. 

Pogładził jej ramię. Milczenie między nimi przedłużało się, napięcie rosło. 

background image

- Okłamywałem cię od  samego początku, chere.  Nareszcie wyznał prawdę. Świadczyły  o tym ton jego  głosu i 

wahanie.  Teraz  mówił  szczerze;  a  przedtem  ją  okłamywał.  Odsunęła  się  od  niego  i  usiadła.  Poczuła,  że  ogarnia  ją 

przenikliwe zimno, lecz nie dlatego, że wysiadło ogrzewanie. 

- Na czym polegało to okłamywanie? - spytała, mimo że bała się usłyszeć odpowiedź. 

- Może wbrew temu, co napisał w ankiecie personalnej, jest żonaty? Może już jutro wyjeżdża z miasta i nigdy 

więcej go nie zobaczę? Może jest nieuleczalnie chory? 

Zresztą wszystko jedno. Kłamstwo pozostaje kłamstwem. 

- Chodź do mnie, kochanie - poprosił Mac z uśmiechem i wyciągnął rękę - nie musimy teraz o tym rozmawiać. 

Właśnie że musimy. Odsunęła się, lecz gdy przytrzymał ją za przegub, westchnęła. 

- Lepiej wszystko mi powiedz - zażądała. - Prawda zawsze jest lepsza od domysłów. 

Wbił wzrok w sufit. 

- Nie jestem hotelowym ochroniarzem. 

W  porównaniu  z  najgorszymi  scenariuszami,  jakie  zrodziły  się  w  jej  głowie,  to  wyznanie  wydało  jej  się 

śmieszne. 

- Jak to? Przecież pracujesz jako szef ochrony. 

- Jestem konsultantem do spraw bezpieczeństwa. Prywatnym detektywem. 

- Wiem. Poprzednio pracowałeś w ... zaraz, zaraz, jak to się nazywało... Crescent City coś tam. 

-  Crescent  City  Security  Services.  Nie  tylko  pracowałem.  Razem  z  kumplem  założyłem  tę  firmę.  Jestem 

współwłaścicielem. 

To jeszcze nie tragedia. Dlaczego więc patrzy na mnie tak poważnie? 

- Domyślam się, że potrzebowałeś pieniędzy i zatrudniłeś się w hotelu, tak? 

-  Nie.  -  W  oczach  Maca  odbijał  się  płomień  świecy  stojącej  na  nocnej  szafce.  -  Zostałem  wynajęty,  żeby  cię 

obserwować. Zaangażowałem się do pracy w hotelu, bo to ułatwiało mi wywiązanie się z tego zadania. 

- Miałeś mnie obserwować? - powtórzyła szeptem. Boże! Czyli się nie myliła. Cały czas miał ją na oku. Śledził 

każdy jej ruch. - I dlatego jesteśmy teraz razem w łóżku? Bo ktoś cię wynajął, żebyś mnie obserwował? 

-  Nie!  -  wykrzyknął  i  poderwał  się,  lecz  gdy  spostrzegł,  że  Julie  odsuwa  się  od  niego,  opadł  z  powrotem  na 

poduszkę. - Jestem tu, bo szaleję za tobą. 

- Aha! - prychnęła z sarkazmem.- Szalejesz za mną i dlatego mnie śledzisz? 

- Śledziłem cię, bo mi za to płacono. 

- Kto ci płacił? 

- Nie pytaj. Już i tak za dużo powiedziałem. 

Julie  zakipiała  z  wściekłości.  Nie  była  z  natury  impulsywna,  lecz  teraz  miała  ochotę  uderzyć  Maca. 

Zmobilizowała całą siłę woli, by się opanować. 

- Zadałam ci pytanie. Lepiej na nie odpowiedz. Mac spróbował się uśmiechnąć. 

- Nie mogę. Mój klient pragnie pozostać anonimowy, a ja muszę zastosować się do tego życzenia. 

- I to jest ważniejsze od szacunku dla mnie, tak? 

background image

- To są dwie kompletnie różne rzeczy. - Mac uniósł się na łokciu, potem usiadł. Ich twarze znalazły się teraz na 

tym  samym  poziomie.  -  Szanuję  cię,  Julie.  Szanuję  cię  w  sposób,  jakiego  nie  potrafię  wyrazić  słowami.  Ale  mam 

podpisaną umowę i muszę przestrzegać warunków. - Ujął jej podbródek, pogładził ją po policzku. - Wolałabyś, żebym 

nadal cię okłamywał? Już nie mogę. 

Jego słowa budziły w Julie odrazę. 

- Kto cię wynajął? - nalegała. - Glenn Perry? 

- Nie. Mój klient właśnie przed nim chciał cię chronić. Bał się, że Glenn będzie cię szukać. Ale z jego strony nic 

ci nie zagraża.  

A z twojej tak, pomyślała. 

- Więc kto to jest? Komu zależy na tym, żeby mnie obserwować? 

Mac potrząsnął głową. 

-  Komuś,  komu  zależy  na  twoim  bezpieczeństwie.  Nie  wywiązałem  się  z  zadania  -  dodał,  patrząc  na  płomień 

świecy stojącej na komodzie. - Mogłaś dzisiaj zginąć. 

- Może powinieneś zadzwonić do swojego klienta i powiadomić go o tym? - rzekła z goryczą w głosie. - Masz w 

stosunku do niego zobowiązania. Nasz klient, nasz pan. 

-  Zlecenie  klienta  to  jedno,  a  to,  co  zaszło  między  nami,  to  drugie  -  usiłował  ją  przekonać.  -  Kiedy  szedłem 

tropem wyznaczonym przez różowe pióra, nie myślałem o kliencie. Myślałem wyłącznie o tobie. 

-  Nie  chcę  ciebie  w  moim  życiu  -  oświadczyła.  Jakże  fałszywie  zabrzmiały  te  słowa!  Ale  przecież  Mac  ją 

okłamywał.  Teraz  ona  może  kłamać.  Rozpaczliwie  go  pragnęła,  ale  nie  kiedy.  brał  pieniądze  za  pilnowanie  jej.  Nie 

kiedy ktoś go rozliczał z wykonanego zadania. Nie kiedy nazwawszy się kłamcą, odmówił ujawnienia prawdy. 

- Julie ... 

- Zostaw mnie. 

Objęła się ramionami i oparła brodę na kolanach. 

Zamknęła oczy. Prosi, żebym na niego spojrzała? Wykluczone. Nie chce go więcej oglądać! I na pewno nie chce, 

by zobaczył łzy wypływające spod jej rzęs. Miała nadzieję, że w pokoju jest na tyle ciemno, że tego nie zauważy. 

Usłyszała,  jak  westchnął,  poczuła,  jak  materac  się  ugina,  kiedy  Mac  siada  na  brzegu  i  opuszcza  nogi. 

Przynajmniej szanuje moją wolę, pomyślała. 

Słyszała,  jak  się  ubierał.  Jej  bohater!  Przypomniała  sobie,  jak  czując  pod  żebrami  lufę  pistoletu,  pragnęła,  by 

został jej bohaterem. I tak się stało. Odnalazł ją. Schwytał Andreę, a ją uratował. Odprowadził do domu. Kochał się z 

nią. 

Ale ona pragnęła, by się z nią kochał, bo jego serce jest pełne miłości do niej, tak jak jej serce przepełnia miłość 

do niego. Tymczasem jemu za bycie z nią ktoś płaci. 

Nagle  fragmenty  łamigłówki  zaczęły  układać  się  w  logiczną  całość.  Drogie  ubrania.  Luksusowy  samochód. 

Zażyła  znajomość  z  oficerami  policji  i  ulicznymi  grajkami.  Broń.  Nawet  z  zamkniętymi oczami  widziała, jak  pewnie 

Mac porusza się po ciemnym pokoju, zbierając swoje rzeczy. Jak gdyby znał na pamięć każdy szczegół umeblowania, a 

przecież nigdy tu przedtem nie był! 

background image

Nie jest szefem ochrony Hotelu Marchand. Nie jest rycerzem w lśniącej zbroi, który ją uratował, bo ją kocha. Jest 

przebiegłym, gładkim w obyciu prywatnym detektywem, wynajętym na godziny, by ją śledzić. 

A jej się wydawało, że porwanie pod groźbą pistoletu było najgorszą rzeczą, jaka może jej się przydarzyć. 

Bohater do wynajęcia. Cholerny łgarz. Kiedy wreszcie wyjdzie i pozwoli jej otworzyć oczy? 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

W pierwszym odruchu Mac chciał jechać do biura, lecz uświadomił sobie, że. jeśli tamten rejon również objęła 

awaria, nawet nie dostanie się do budynku. Pojechał więc prosto do domu. 

Tam  światła  się  paliły.  Wszedł  na  schody,  otworzył  drzwi  mieszkania  i  skierował  się  do  kuchni,  do  szatki,  w 

której trzymał bourbona. Napił się prosto z butelki. 

Ale  ze  mnie  drań,  pomyślał.  Zawiodłem  niemal  wszystkich,  na  których  mi  .zależy  -  Marcie,  bo  złamałem 

obietnicę, Franka, bo naraziłem na szwank dobre imię firmy, Charlotte i cały personel hotelu, bo udawałem kogoś, kim 

nie jestem. 

I Julie. Boże, zawiodłem też Julie. 

Podszedł do okna w salonie i spojrzał na uśpiony świat. Nie widział butelki, z której od czasu do czasu pociągał 

łyk, lecz sądząc z jej ciężaru, domyślił się, że jest przynajmniej w połowie pełna. Wystarczy, by się upić, nie wystarczy, 

by utopić poczucie winy i ukoić ból rozdzierający duszę. 

Ale  przynajmniej  Julie  jest  bezpieczna,  a  Andrea  przebywa  w  policyjnym  areszcie  i  już  nie  wyrządzi  nikomu 

krzywdy. Jedyną osobą, która może teraz Julie zranić, jest on sam. Już to zresztą uczynił. 

Z butelką w ręku usiadł w fotelu i zanim wysączył ją do dna, zasnął. Śniła mu się Julie. Jej dłonie pieściły mu 

plecy, włosy zaczepiały się o wieczorny zarost. Śniło mu się pogrążone w ciemnościach miasto i tłumy ludzi blokujące 

ulice  Dzielnicy  Francuskiej.  Stał  na  jakimś  rogu,  rozpaczliwie  wypatrując  różowego  piórka,  przekonany,  że  od 

znalezienia tego płatka puchu zależy cała jego egzystencja. 

Gdy się przebudził, niebo za oknem było mlecznobiałe. W głowie mu huczało, jak gdyby pod czaszką pracował 

młot pneumatyczny, a mięśnie szyi stężały niczym beton. 

Z  trudem  dotarł  do  łazienki.  Długo  stał  pod  gorącym  prysznicem,  potem  dokładnie  wyszczotkował  zęby,  by 

pozbyć się kwaśnego smaku whisky. Połknął kilka pastylek od bólu głowy, włożył dres i powlókł się do kuchni zaparzyć 

sobie mocną kawę z dodatkiem cykorii. 

Wpół do siódmej w Nowym Orleanie to wpół do ósmej w Nowym Jorku, obliczył w myślach - nie za wczesna 

pora rozpocząć naprawianie szkód, jakich narobił w ciągu nocy. 

Z kubkiem kawy usiadł przy biurku, odszukał domowy numer telefonu Marcie Sullivan i połączył się z nią. 

Odpowiedziała po trzecim dzwonku. 

- Halo? Słucham? 

- Mówi Mac Jensen z Nowego Orleanu. 

-  Ach,  to  pan  ...  Słyszałam  o  awarii  elektryczności,  jaka  wczoraj  dotknęła  Dzielnicę  Francuską.  Co  u  mojej 

siostry? Wszystko w porządku? 

-  Tak.  ..  Mieliśmy  mały  kłopot,  ale  teraz  jest  już  dobrze  -  zaczął  i  opowiedział  Marcie  -  Andrei  Crowley. 

Kilkakrotnie  musiał  powtarzać,  że Julie  jest  cała,  zdrowa i  bezpieczna.  Kiedy  Marcie  zaczęła  rozwodzić  się  nad  jego 

dzielnością i wspaniałością, nie wytrzymał: - Myli się pani. Nie spisałem się. Powiedziałem Julie, że zostałem wynajęty, 

żeby ją ochraniać. 

- Nie! - wykrzyknęła. - Przecież obiecał pan milczeć! 

background image

- Wiem. 

- Ona mnie znienawidzi .. Będzie wściekła ... 

- Nie mówiłem, że pracuję dla pani - wyjaśnił. - Powiedziałem tylko, że podjąłem się jej pilnować. 

- Julie nie jest głupia. Domyśli się, że to ja pana wynajęłam. 

- Niewykluczone. 

- Ona nie cierpi, kiedy ktoś się zbytnio o nią troszczy. Dlatego zależało mi na dyskrecji. Tak pana prosiłam ... 

Mac nie  mógł  powiedzieć Marcie,  co  się  wydarzyło.  Jeśli  Julie  zechce zwierzyć  się  siostrze  ze  swojego życia 

intymnego, jej sprawa. 

- Jest mi niezmiernie przykro. Przepraszam. Oczywiście zwrócę pani pieniądze - dodał. 

- Nie musi pan - odparła Marcie bezbarwnym tonem. 

- Zawarliśmy umowę, a ja nie dotrzymałem jej warunków. Przygotuję czek i prześlę go pani. 

Zanim Marcie zdążyła odpowiedzieć, rozłączył się. Następną rozmowę odbył z Frankiem, a ponieważ wspólnik 

mieszkał w tej samej strefie czasowej, obudził go. 

- Co ci odbiło? - zdenerwował się Frank.  

- Nie przesadzaj, wcale nie jest aż tak wcześnie - uciął Mac. - Posłuchaj, schrzaniłem robotę. Powiedziałem Julie. 

- Co jej powiedziałeś? 

- Wszystko z wyjątkiem tego, kto zlecił nam tę robotę.

- Dlaczego? 

- Powody osobiste. 

Frank taktownie nie naciskał. 

- Co teraz? - spytał. 

- Zawiadomiłem klientkę, że zwrócę honorarium. Oczywiście z własnej kieszeni, nie z budżetu firmy - dodał. 

- Nie odgrywaj przede mną takiego szlachetnego. Odprowadzasz do kasy pensję z hotelu. Jakoś to wytrzymamy. 

- A dobre imię firmy? 

- No tak. .. 

- To wszystko stało się wczoraj..:- zaczął Mac i szczegółowo zrelacjonował koledze przebieg wydarzeń. - Moja 

dalsza praca w hotelu straciła sens. Zamknę kilka spraw, ewentualnie pomogę znaleźć kogoś na swoje miejsce. 

-  Poczekaj  -  przerwał  mu  Frank.  -  Jeszcze  nie  rezygnuj.  Nadal  próbuję  ustalić,  co  się  stało  z  tym  milionem 

dolarów. Wiedziałeś, że Anne Marchand ma młodszego brata? 

- Też działa w branży hotelowej? 

-  Nie.  Robi  za  czarną  owcę.  I  nie  nazywa  się  Marchand,  tylko  Robichaux.  Wiele  lat  temu  zniknął  z  Nowego 

Orleanu. Ciekawe, nie? 

Frank i Mac założyli Crescent City Security właśnie po to, by wyjaśniać tajemnicze zniknięcia czarnych owiec. 

W innych okolicznościach Mac natychmiast połknąłby haczyk, lecz dzisiaj czuł się podle. 

- Nie otrzymaliśmy zlecenia z hotelu, żeby wytropić tę forsę - przypomniał wspólnikowi. - To była tylko nasza 

inicjatywa. 

- Racja. Ale przyznasz, że sprawa wygląda interesująco. 

background image

- Moglibyśmy kiedy indziej o tym porozmawiać? 

- Dobrze. 

Mac dopił kawę, potem na sztywnych nogach poszedł do sypialni przebrać się do pracy. 

Kiedy  wjechał  na  parking  dla  personelu,  samochód  Julie  stał  na  zwykłym  miejscu.  Domyślił  się,  że  sama  go 

zabrała sprzed hydrantu na ulicy, co dowodziło, że jest w lepszej formie, niż się obawiał. Oczywiście wcale nie musi 

chcieć się z nim zobaczyć. 

- Co za noc! - rzekł na powitanie Carlos. - Czytałem raport Tyrella. Nie masz nic przeciwko temu? 

- Oczywiście, że nie - odparł Mac i wziął od kolegi tekturową teczkę. 

Znajdowała  się  w  niej  notatka  sporządzona  przez  Tyrella  opisująca  znalezienie  martwego  ciała  w  pokoju 

zajmowanym  przez  Matta  Andersena,  raport  policji  oraz  wstępne  orzeczenie  koronera.  Poza  tym  Tyrell  dołączył 

oświadczenie Eddiego w sprawie uszkodzenia generatora. Nie było w nim wzmianki o Lucu Carterze, toteż Mac zaczął 

się zastanawiać, czy powinien coś na ten temat dopisać. Nie dysponował dowodami, że Luc maczał w tym palce, lecz 

postanowił  z  nim  porozmawiać.  Ale  jeśli  zdecyduję  się  odejść  z  hotelu,  do  rozmowy  nie  dojdzie.  Niewykluczone,  że 

Julie zdążyła poinformować Charlotte o jego tożsamości i wymówienie już na niego czeka. 

A skoro tak, to Lukiem zajmie się Tyrell. Właściwie, gdyby zdołał przestawić swój zegar wewnętrzny na pracę w 

dzień zamiast w nocy, mógłby zostać szefem ochrony. Przy pomocy takiego asa jak Carlos dałby sobie świetnie radę. 

Tak, mógłbym go spokojnie polecić Charlotte, pomyślał. O ile zechce mnie wysłuchać. 

Najlepiej od razu mieć to z głowy, postanowił, wetknął teczkę z raportem Tyrella pod pachę i rzucił: 

- Idę na górę pokazać to pani Charlotte. 

- Dobra. Będę miał na wszystko oko. 

Ponieważ nie chciał pokazywać się w głównym holu, wybrał służbowe schody. Przed gabinetem Julie zwolnił i 

przez otwarte drzwi zajrzał do środka. Nie było jej. Poczuł ulgę, lecz i lekkie rozczarowanie. 

Drzwi gabinetu Charlotte również były otwarte, a ona sama siedziała przy biurku. Zapukał. Charlotte podniosła 

głowę i obdarzyła go uśmiechem tak serdecznym, że zaczął wątpić, czy zdążyła już poznać prawdę.

- Mac! Jakże się cieszę! - Wstała, wyszła mu naprzeciw i ku jego ogromnemu zdumieniu objęła go i uścisnęła. -

Nie wiem, jak ci podziękować! 

Za co? Zdziwiony, przyjacielskim gestem poklepał ją lekko po plecach, potem odsunął się i rzekł: 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Uratowałeś naszą Julie! Ze wszystkich wczorajszych wydarzeń porwanie jej było najstraszniejsze. Gdybyś jej 

nie ocalił... - Charlotte zamilkła i przycisnęła dłoń do  serca. - Dzięki  Bogu, zdążyłeś.  Julie  jest dla mnie jak  młodsza 

siostra. Wszyscy jesteśmy twoimi dłużnikami. 

- To nie ja uratowałem Julie. Ona sama siebie uratowała. 

-  Ona  to  inaczej  przedstawia.  Przestań  być  taki  skromny  i  pogódź  się  z  tym,  że  uważamy  cię  za  bohatera.  -

Charlotte  wskazała  mu  krzesło.  -  Dziwię  się,  że  po  wczorajszych  przeżyciach  w  ogóle  przyszła  dzisiaj  do  pracy. 

Zasługuje na wolny dzień. Nawet tydzień, ale uparła się, że chce być z nami. 

- Julie to zadziwiająca kobieta. 

background image

- Prawda? - Charlotte uśmiechnęła się szeroko i dodała: - A dzięki tobie żyje i ma się dobrze. 

- Wiesz, dokąd poszła? 

- Ach, Alvin Grote urządził kolejną scenę - wyjaśniła Charlotte. - Kiedy wyszło na jaw, że kobieta, którą zaprosił

na  bal,  próbowała  zabić  Jube,  ogromnie  się  przejął.  Błagał,  żeby  Julie  zgodziła  się  wypić  z  nim  kawę,  żeby  mógł 

oczyścić swoje imię. Nie ma się z czego oczyszczać, nie ma w tym jego winy. 

- Jego wina polega na tym, że jest idiotą. Charlotte zachichotała.

-  No  tak.  ..  Błagał  Julie,  żeby  wypiła  z  nim  kawę,  ale  jednocześnie  narzekał,  że  w  Chez  Remy  kawa  jest  za 

mocna, a filiżanki za małe. W końcu przestał, gdy Julie mu przypomniała, że może dolać tyle śmietanki, ile zechce, a 

poza tym kawę podajemy w dzbankach. 

Mac podniósł z kolan tekturową teczkę. 

- Czytałaś raport Tyrella? 

- Tak. 

- Znakomicie się wczoraj spisał. Przy następnej podwyżce zasługuje na specjalne potraktowanie. 

- Gdyby było mnie stać, dostałby podwyżkę już dzisiaj - rzekła Charlotte. 

Mac westchnął i postanowił przystąpić do rzeczy. -- Mogę złożyć rezygnację,  kiedy tylko zechcesz. Charlotte 

nie wyglądała na zaskoczoną. 

- Chodzi ci o to, że zataiłeś, kim właściwie jesteś? 

- Nie tylko, kim jestem, ale dlaczego chcę tutaj pracować. 

- Posłuchaj. - Charlotte spojrzała na niego uważnie. - Twoje wykształcenie i doświadczenie zawodowe sprawiają, 

że posiadasz nawet  większe  kwalifikacje niż wymagane na  tym  stanowisku.  Nie sądzę,  że należy kogoś zwalniać, bo 

okazał się bardziej kompetentny, niż oczekiwaliśmy. 

- Ale powody, dla których ... 

- Były, przyznaję, złożone. Ale rozumiem, że pracując w tej branży, nie zawsze możesz być szczery i otwarty. 

Mac przytaknął ruchem głowy. 

- To prawda, ale kiedy muszę okłamywać kogoś takiego jak Julie czy ty, mam wyrzuty sumienia. 

- To już twój problem. Nie zapominajmy, że dzięki temu, kim jesteś, Julie jest dzisiaj bezpieczna, a kobieta, która 

jej groziła, trafiła za kratki. 

- Nie wiem, co ci Julie powiedziała, ale to nie ja ją ocaliłem. To ona sama siebie uratowała. 

- Julie twierdzi coś wręcz przeciwnego - odrzekła Charlotte z uśmiechem. - I dlatego możesz zostać z nami, jak 

długo  zechcesz.  Jeśli  musisz  odejść,  bo  jesteś  potrzebny  w  firmie,  mam  nadzieję,  że  zostaniesz  dopóty,  dopóki  nie 

znajdziemy kogoś na twoje miejsce. Chyba nie proszę o zbyt wiele? 

Zbyt wiele? Ta kobieta powinna mi urwać głowę, a gdyby Julie opowiedziała jej całą prawdę ,o wydarzeniach

wczorajszej nocy, to nie tylko głowę, pomyślał. Przeczesał palcami włosy, zastanawiając się nad tym, co usłyszał. 

- Na pewno znajdzie się ktoś, kto lepiej niż ja nadaje się na to stanowisko, na przykład Tyrell. - Jeszcze raz wziął 

do  ręki  teczkę  z  raportem.  -  Wiem, że jest  młody  i  że  woli  pracować  na  nocną  zmianę,  ale  ma  świetne  kwalifikacje. 

Wczoraj zachował się super.

background image

- Ty też - rzekła Charlotte. -  Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale ... - wzięła głęboki oddech - ale proszę, 

załatw sprawy z Julie, dobrze? 

- Spróbuję. - Wstał. - Aha, jeszcze jedno. Od pewnego czasu mam oko na Luca. Widziano go w pobliżu kotłowni 

tuż przed odkryciem, że ktoś majstrował przy generatorze. 

Z twarzy Charlotte zniknął uśmiech. 

- Lubię Luca. Naprawdę podejrzewasz, że ma z tym coś wspólnego? 

- Nie wiem. Niósł latarki. To mógł być zwykły zbieg okoliczności, ale jak mówię, obserwuję go. 

- Ufam, że robisz to, co uważasz za stosowne. 

Mac czuł, że nie zasługuje na to zaufanie, lecz skoro już go nim obdarzyła, postanowił na nie zasłużyć. 

Po rozmowie z Charlotte czuł się trochę podniesiony na duchu, skorzystał więc z głównych schodów i zszedł do 

holu. Nikt by się nie domyślił, że w nocy odbywał się tu huczny bal, a jedynym oświetleniem były świece, latarki oraz 

księżyc. Hotel był już wysprzątany. W powietrzu unosił się cytrynowy zapach środka do polerowania mebli. 

Stanowisko  Luca  było  puste,  ale  nie  przejął  się  tym.  Później  się  tym  zajmie.  Najpierw  jednak  musi  załatwić 

sprawy z kobietą, która wczorajszej nocy przegnała go ze swojego życia za to, że ją okłamał. 

Przed wejściem do Chez  Remy  omal  nie zderzył się z Alvinem Grote'em.  Wyminął  go i wpadł  do restauracji, 

Julie jednak już nie zastał. Kelnerka nie wiedziała, dokąd poszła. Żałował, że dziś nie znaczyła swojej trasy różowymi 

piórkami. Może nie życzy sobie, by ją odnalazł? 

Przypomniało mu się, że ostatnim razem, kiedy chciała być sama, schowała się na patio. Pchnął najbliższe drzwi. 

Julie siedziała w rogu, przy tym samym stoliku co wtedy. 

Spostrzegła  go,  gdy  tylko  przekroczył  próg.  Z  niewzruszoną  twarzą  patrzyła,  jak  Mac  się  do  niej  zbliża. 

Przysunął sobie krzesło, usiadł i wypowiedział słowa, jakie cisnęły mu się na usta: 

- Kocham cię. 

Wyprostowała się i zamrugała powiekami. Może powinien rozpocząć rozmowę od jakiegoś neutralnego tematu? 

- Jak rybki? - spytał. - Przetrwały tę noc? 

- Lepiej ode mnie - odpowiedziała cicho.  

Do diabła z rybkami! Do diabła z bawieniem się w salonową konwersację! 

-  Zachowałem  się  jak  ostatni  łobuz!  -  wybuchnął.  -  Wiem,  że  jesteś  na  mnie  wściekła  i  masz  powody.  Ale 

kocham cię. Zawsze uważałem cię za inteligentną, atrakcyjną i świetną towarzyszkę, a wczoraj ... - zamilkł i przełknął 

ślinę,  starając  się  opanować  wzburzenie  -  wczoraj  zrozumiałem,  że  gdybyś  zginęła,  moje  życie  stałoby  się  puste. 

Potrzebuję cię.  -  Spojrzenie  Julie  było  nieprzeniknione...  Zgoda-  ciągnął -  jestem  draniem.  Możesz  mnie  teraz 

znienawidzić, ale będę o ciebie walczyć. Zrobię wszystko .. 

- Nie jesteś draniem - przerwał mu cichym głosem. 

- Tylko kłamcą. 

-  Tak.  -  Na  jej  wargach  pojawił  się  przekorny  uśmieszek,  gdy  ciągnęła:  -  Musisz  wykorzenić  w  sobie  ten 

zwyczaj. 

-  Kłamię tylko  w pracy  - bronił  się.  - Czasami  muszę i  za to  nie  będę  przepraszał. A  w życiu  prywatnym nie 

kłamię.  I  przyrzekam,  że  ciebie  nie  będę  okłamywać.  -  Ujął  jej  dłoń. -  Poza  tym  nie  ja  jeden  kłamię.  Powiedziałaś 

background image

Charlotte, że cię uratowałem. A to nieprawda. 

Na twarzy Julie odmalowało się zdumienie. 

- Prawda. Przy życiu trzymała  unie tylko  pewność,  że pójdziesz  moim śladem.  I nie pomyliłam  się.  Znalazłeś 

mnie. 

- Bo znaczyłaś drogę piórkami, boa. 

-  Potrzebowałam  cię.  -  Oczy  je  zabłysły,  zacisnęła  palce  na  jego  palcach.  -  Miałeś  rację,  mówiąc,  że    coś  mi 

grozi. Miałeś rację, starając się mnie chronić. Ja natomiast byłam głupio uparta i pewna siebie. Wczorajszej nocy - głos 

jej się załamał i zamilkła. - Wczoraj w nocy - podjęła po chwili - mój gniew przynajmniej w połowie wypływał z tego, 

że w końcu zrozumiałam, że czasem muszę polegać na innych. Na tobie ... 

Mac dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że słuchając Julie, wstrzymał oddech. 

- Czyli wybaczysz mi? - spytał. 

- Pod jednym warunkiem. Ty też mi wybaczysz, że byłam taką idiotką. 

-  Jesteś  najodważniejszą,  najinteligentniejszą,  najpiękniejszą  idiotką,  jaką  znam!  -  Zamilkł,  wstał,  wziął  ją  w 

ramiona i dokończył: - I kocham cię. 

- Ja ciebie też - szepnęła.