background image

JUDITH ARNOLD

NADAL JESTEM

TWOJĄ ŻONĄ

Tytuł oryginału: Married to the Man

background image

Rozdział 1

Jane  znalazła  Cody'ego  Sinclaira  w  pokoju  bilardowym 

nowoorleańskiego  baru.  Prawdę  powiedziawszy,  nie  była 
wcale zdziwiona.

Chyba  przez  minutę  stała  w  drzwiach,  lustrując  główną 

salę wypełnioną dość prymitywnie zbitymi stołami i prostymi 
krzesłami,  obudowaną  z  trzech  stron  „lożami"  z  niskich 
przepierzeń,  dającymi  niejakie  wrażenie  prywatności.  Całą 
długość  czwartej  ściany  zajmował  blat  baru.  Powietrze  było 
gęste  od  dymu,  z  zawieszonego  pod  sufitem  telewizora 
dobiegał  skrzek  głosów,  w  nozdrza  bił  zapach  skwaśniałego 
piwa  i  męskiego  potu.  Tkwiąc  w  tym  mało  przejrzystym 
półmroku zdała sobie sprawę, że jest tu jedyną kobietą.

Nie,  nie  jedyną! Dalsza  obserwacja  ujawniła, że potężnej 

budowy barman jest w rzeczywistości barmanką. Tak, barman 
to kobieta o wytatuowanych ramionach i potężnych łapskach, 
włosach przystrzyżonych na jeża i tubalnym głosie. Wydawała 
się  być  w  doskonałym  nastroju  i  z  ożywieniem  gwarzyła  z 
dwoma  osobnikami  rozpartymi  na  wysokich,  barowych 
stołkach. Jane sądziła, że są to miejscowi dokerzy.

W  odróżnieniu  od  barmanki,  Jane  nie  była  w  dobrym 

humorze. 

Powinna 

była 

załatwić 

całą 

sprawę 

korespondencyjnie  albo - jeszcze  lepiej - zlecić  komuś  jej 
załatwienie.

Ale mimo zdenerwowania, mimo wszystkich lęków, które 

powodowały,  że  wilgotniały  jej  dłonie,  była  aż  nadto 
świadoma,  że  z  Codym  trzeba  porozmawiać  osobiście,  by 
cokolwiek  osiągnąć.  Wbrew  paraliżującemu  strachowi  i 
wrodzonej  niechęci  do  stawiania  czoła  trudnym  problemom, 
zawsze  doskonale  wiedziała,  co  należy,  a  czego  nie  należy 
robić.  W  tym  przypadku  należało  spotkać  się  osobiście  z 
Codym.  Nie  mogła  wysłać  nikogo  w  zastępstwie,  nie  mogła 
skryć  się  za  niczyimi  plecami.  Jeśli  przed  dwunastoma  laty 
pozwoliła  mu  wstrząsnąć  posadami  swego  życia,  to  chyba 
teraz nie zabraknie jej odwagi, by odbyć z nim cywilizowaną 
rozmowę.

Dwanaście lat! Czy go rozpozna? Jemu to się z pewnością 

nie  uda.  Te  dwanaście  lat  przemieniły  nieodpowiedzialną  i 

background image

niemądrą  romantyczkę  w  spokojną  i  rozsądną,  stąpającą 
twardo  po  ziemi  kobietę.  Była  zawsze  dobrze  uczesana, 
doskonale  ubrana,  dłonie  miała  Zadbane.  Dzięki  Cody'emu 
zrozumiała, że słuchanie głosu serca jest niebezpieczne. Teraz 
wolała słuchać głosu rozsądku.

Raz jeszcze przyjrzała się wnętrzu mrocznego baru, potem 

odetchnęła głęboko i wstąpiła w opary dymu. W sali nie było 
tłoczno.  Kilka  osób  siedziało  przy  stolikach,  parunastu 
mężczyzn - na barowych stołkach. No ale dochodziła dopiero 
szósta.  O  tej  porze  amatorzy  alkoholowej  podniety  dopiero 
opuszczają  miejsca  pracy  albo  też  biorą  coś  na  ząb,  żeby 
pojawić  się  w  knajpie  z  właściwym  podkładem.  Gdy  szła  w 
stronę baru, towarzyszyło jej kilka natrętnych spojrzeń. Miała 
nadzieję,  że  żadne  z  nich  nie  należy  do  Cody'ego,  gdyż 
właściwie mógłby nim być każdy z obecnych. Ciekawe, jak on 
teraz  wygląda?  Kobieta,  z  którą  rozmawiała  w  redakcji 
„Sentinela", była pewna, że Cody jest właśnie tu.

- O tak, on zawsze chodzi o tej porze do Gussie. Pani wie, 

w Dzielnicy Francuskiej. Tam go pani na pewno znajdzie.

Który  to  jest? - zastanawiała  się,  patrząc  na  głowy  i 

twarze.  Ciekawość  walczyła  w  niej  z  lękiem.  Brzuchaty 
mężczyzna  koło  szafy  grającej?  Ciskający  złe  spojrzenia 
osobnik  z  jakby  szarpaną  blizną  na  policzku?  Jegomość  z 
motocyklowego gangu w czarnej skórzanej kurtce?

- Czym  mogę  pani  służyć? - spytała  barmanka  dość 

miłym, choć chrapliwym barytonem.

Jane otworzyła usta, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk. 

Odchrząknęła, zebrała się w sobie i wykrztusiła:

- Szukam  Cody'ego  Sinclaira.  Powiedziano  mi,  że  tu  go 

mogę znaleźć.

- To pani przyjaciel?

Jane  znalazłaby  niemało  słów,  by  określić,  czym  Cody  i 

ona  byli  dla  siebie  przed  dwunastoma laty,  ale na  liście  tych 
słów nie znalazłoby się jednak określenie „przyjaciele".

- Jestem... jego dawną znajomą - wybąkała.
- Kto wie, może pan Sinclair tu jest - przyznała barmanka 

śpiewnym,  południowym  akcentem,  przyglądając  się  Jane  z 
dużym sceptycyzmem. - A po jakiemu to pani mówi? Co to za 
akcent?

background image

- Jestem  z  Bostonu - odparła  Jane  i  wewnętrznie  się 

skuliła,  oczekując  złośliwego  uśmieszku  lub  uwagi,  często 
następujących po tym, kiedy przyznawało się do pochodzenia 
ze wschodnich stanów, mało popularnych w sercu głębokiego 
południa.

I rzeczywiście barmanka zaklęła, ale głos jej miał niemal 

przyjazną barwę.

- A  co  się  stało?  Odłączyła  się  pani  od  wycieczkowej 

grupy?

Jane  pomyślała  sobie,  choć  tej  złośliwej  uwagi  nie 

wypowiedziała,  że  lokal  Gussie  nie  jest  wymieniony  w 
żadnym  przewodniku  jako  miejsce,  które  koniecznie  należy 
odwiedzić  w  Nowym  Orleanie.  Nie  znajduje  się  także  przy 
żadnej  z  eleganckich,  uczęszczanych  przez  turystów ulic,  nie 
cieszy  się  również  sławą  egzotycznego  przybytku.  A 
okalających  go  domów  tylko  przez  litość  nie  należało 
nazywać slumsami.

Jednakże  uśmiech,  jakim  barmanka  obdarzyła  Jane,  był 

uśmiechem  sekretnego 

porozumienia  dwóch  kobiet, 

samotnych  istot  tej  samej  płci,  które  mogą  utonąć,  powalone 
przewalającą się falą męskiego testosteronu. Jane czuła także, 
że  żaden  mężczyzna  przy  zdrowych  zmysłach  nie  zadarłby  z 
taką jak barmanka przedstawicielką płci słabej.

- Więc  pani  powiada,  że  w  dawnych  dobrych  czasach 

Cody panią znał?

Barmanka zapaliła papierosa i wypuściła kłąb dymu. Jane 

nie miała najmniejszej ochoty dyskutować na temat dawnych 
czasów i tego, czy były dobre, więc odparła pytaniem:

- Czy on tu jest?

Barmanka  przyglądała  jej  się  jeszcze  przez  długą  chwilę, 

nim przyznała:

- Owszem.

Jane  ukradkiem  rozejrzała  się  po  sali,  po  czym, 

pochyliwszy się nad kontuarem, spytała:

- Który to?
- Nie poznaje pani dawnego znajomego?

Jane rozejrzała się ponownie. To nie ten. To nie może być 

tamten. To chyba nie on. Ani nie ten paskudny, ziejący złością 
typek w odległym rogu. Nie, nie, to na pewno nie on.

background image

- Od  bardzo  dawna  go  nie  widziałam.  Barmanka  ni  to 

beknęła, ni warknęła, a miał to być śmiech.

- To żaden z tych życiowych przegrańców, moja droga.

Powiedziała to tak głośno, by „przegrańcy" usłyszeli. Jane 

przylgnęła do barowego blatu, jakby się szykowała do obrony 
przed  którymś  z  obrażonych  mężczyzn,  gdyby  się,  nie  daj 
Boże,  zerwał  z  wyciągniętym  nożem.  Właściwie  wszyscy 
obecni sprawiali wrażenie zdolnych do tego rodzaju czynów.

- Cody jest tam!

Barmanka wskazała otwarte drzwi w głębi sali.
Jane odetchnęła nie tylko dlatego, że byłoby jej żal, gdyby 

Cody upadł tak nisko, ale także z radości, że może opuścić tę 
salę.  Wyprostowała  się  i  z  udawaną  pewnością  siebie  poszła 
zygzakiem  przejściem  między  stolikami, unikając  kontaktu 
wzrokowego z przyglądającymi się jej mężczyznami. Z jakąż 
łatwością  Cody,  ten,  którego  znała  przed  dwunastoma  laty, 
mógł stać się jednym z tych opryszków i „przegrańców", jak 
ich  nazywała  Gussie.  A  może  i  teraz  w  tym  pokoju  na 
zapleczu  wlewa  w  siebie  jedną  whisky  za  drugą  i  przypala 
papierosa od papierosa? Już w szkole średniej było widać, że 
wyrośnie na nicponia albo... na kogoś wspaniałego.

Jane  miała  obecnie  trzydzieści  lat  i  była  znacznie  mniej 

skłonna ulegać zarówno zachwytowi jak i strachowi, które to 
uczucia jednocześnie budził w niej Cody Sinclair.

Zawahała  się  w  progu  drzwi  na  zaplecze.  W  pierwszej 

chwili  oślepiło  ją  jaskrawe  światło,  dotkliwie  kontrastujące  z 
półmrokiem baru. Zamknęła oczy i modliła się o siłę, jaka jej 
będzie  potrzebna  przy  konfrontacji z  mężczyzną,  dla  którego 
była  kiedyś  gotowa  poświęcić  wszystko,  którego  ślepo  i 
bezsensownie  kochała  z  lekkomyślnością  osiemnastoletniej 
idiotki.

Wyprostowała  się,  łokciem  pchnęła  tylko  częściowo 

otwarte  drzwi  i  weszła  do  pomieszczenia,  w  którym  stały 
bilardowe stoły. Zobaczyła go natychmiast.

Stał  odwrócony  do  niej  plecami,  ale  te  plecy  poznałaby 

wszędzie:  szerokie,  muskularne  ramiona,  szczupła  sylwetka. 
No i długie nogi. Też wszędzie by je poznała.

W  bilardowej  sali  było  kilku  mężczyzn.  Jeden  z  nich 

siedział na pustym stole bilardowym, a dwóch innych kręciło 

background image

się  koło  stołu,  w  który  wpatrywał  się  Cody.  W  zamyśleniu 
bardzo długo pocierał kredą koniec trzymanego w ręku kija i 
najprawdopodobniej  analizował  położenie  bil  na  zielonym 
suknie.  Jane  zapatrzyła  się  w  jego  dłoń  trzymającą  kawałek 
kredy, w długie palce...

Jakże dobrze je pamiętała!
Boże, ależ w tym Nowym Orleanie jest gorąco! Czuła pot 

na  karku  i  między  piersiami.  Obracające  się  pod  sufitem 
skrzydła wentylatora nie dawały efektu.

Cody obszedł stół, gotów przystąpić do akcji. Poruszał się 

lekko i zwinnie. Zobaczyła teraz jego profil.

Stłumiła jęk, który omal nie wyrwał jej się z gardła. Wcale 

nie życzyła sobie, by Cody zszedł na psy i stał się podobny do 
tych  typków  w  barze,  ale  dlaczego  musi  wyglądać  aż  tak 
wspaniale?  Ten  sam  doskonały  profil,  a  może  nawet  jeszcze 
doskonalszy.  Te  same  wydatne  kości  policzkowe,  te  same 
oczy,  które  najprawdopodobniej  rzucają  nadal  intensywne 
spojrzenia.  Długie  rzęsy  i  gęste  brwi.  I  te  czarne  włosy,  jak 
dawniej  nie  ujarzmione  grzebieniem,  opadające  na  uszy,  na 
kołnierz koszuli...

W sali bilardowej zrobiło się chyba jeszcze goręcej.
Opanuj się, kobieto! Nie jesteś już nastolatką, która po raz 

pierwszy  ujrzała  Cody'ego  Sinclaira  w  szkolnym  korytarzu. 
Wymknął się wtedy z jakiejś lekcji, dobrze to pamiętała. Stał z 
kolegami  pod  rzędem  szafek.  Wszyscy  byli  w  dżinsach  i 
skórzanych kurtkach, oczy mieli półprzymknięte. Należeli do 
grona  tak  zwanych  „luzaków" - chłopców,  którzy  usiłowali 
sprawiać  wrażenie,  że  łatwo  im  wszystko  przychodzi  i  mało 
czym się przejmują. A już na pewno nie nauką i dyscypliną.

Tamtego  dnia  serce  skoczyło  jej  do  gardła,  gdy  Cody  na 

nią  spojrzał.  Miał  oczy  barwy  niebieskawego  topazu.  Ich 
wzrok się spotkał. I teraz, w bilardowej sali podrzędnego baru 
w  Dzielnicy  Francuskiej  Nowego  Orleanu,  historia  się 
powtórzyła.  Znowu serce  skoczyło  jej  do  gardła,  tylko  że  on 
na nią nie patrzył.

Patrzył na bilardowy stół.

- Trójka  w  prawy  róg - powiedział  cichym,  pewnym 

siebie głosem.

background image

Pamiętała jego głos chyba jeszcze lepiej niż dłonie, plecy, 

nogi i oczy. Ten sam głęboki, melodyjny, nieprawdopodobnie 
zmysłowy  głos, którym szeptał do niej przez telefon w wiele 
godzin  potem,  kiedy  to  oficjalnie,  w  przekonaniu  rodziców, 
poszła spać.

- Leżysz  już  w łóżku,  Jane? Wyobraź  sobie, że jestem  z 

tobą. Wyobraź sobie, że cię całuję, że cię pieszczę...

Cody  pochylił  się  nad  stołem,  wycelował,  uderzył  bilę. 

Trójka wpadła do wyznaczonej kieszeni.

- Rety!  Ten  człowiek  znów  mnie  załatwi - poskarżył  się 

mężczyzna siedzący na sąsiednim stole.

- Bo nie chcesz zmądrzeć, Darryl. - Cody błysnął białymi 

zębami. - To już chyba moje. - Ręką wskazał skraj stołu.

Jane dopiero teraz zauważyła stojącą tam butelkę po piwie 

i leżące pod nią dwa dziesięciodolarowe banknoty.

Być  może  Cody  czerpał  zyski  z  tego,  że  był  dobrym 

bilardzistą,  ale  nie  tę  profesję  wymieniał  na  zeznaniach 
podatkowych.  Prywatny detektyw, którego Jane wynajęła, by
odszukał  Cody'ego,  poinformował  ją,  że  Cody  Sinclair  jest 
etatowym  fotografem  w  dzienniku  „New  Orleans  Sentinel". 
Fotoreporterem.

Gdy patrzyła teraz na niego, łatwiej było jej uwierzyć, że 

należy do tej samej kategorii ludzi co zawodowi karciarze.

- Piątka w boczną kieszeń - obwieścił Cody.

Tym  razem  w  jego  głosie  pojawiła  się  nuta  arogancji. 

Dobrze  natarł  czubek  kija,  ściągnął  wargi  i  zdmuchnął
nadmiar kredy. Te wargi, te usta! Jakże doskonale je znała.

Jane pociła się teraz od stóp od głów.
Zgodnie  z  zapowiedzią,  piątka  wpadła  do  bocznej 

kieszeni.

- Już  teraz  wiemy,  po  czyjej  stronie  jest  Bóg - mruknął 

jeden z obserwatorów bilardowego pojedynku.

- Bóg nie  ma z tym  nic  wspólnego - odparł  Cody z  tym 

uśmieszkiem,  który  Jane  dobrze  pamiętała.  Dawniej  często 
lubił  się  nim  posługiwać. - To  jest  talent  i  umiejętność, 
Claude. Wielka umiejętność. Czysta jak łza, krystaliczna.

- Ja tam w tobie nie widzę nic czystego i krystalicznego -

zażartował Claude.

- Nie widzisz? No to zaraz zobaczysz. Dwójka do rogu.

background image

- Wygląda  na  to,  że  ten  cholerny  Jankes  załatwi  cię  na 

szaro, Darryl - przepowiedział drugi z kibiców.

Cody  złożył  się  do  dwójki  i  patrząc  przed  siebie,  nagle 

zesztywniał.  Podniósł  głowę,  potem  cały  korpus  i  tak 
jakowego  znamiennego  dnia  w  szkole  w  Brookline  Jane 
poczuła  zniewalające,  zimne  spojrzenie  intensywnie 
niebieskich oczu.

Lekko  podniósł  brwi.  Nie  uśmiechnął  się,  lecz  po  prostu 

wpatrywał  w  zjawę  z  przeszłości.  Jane  stała  jak 
sparaliżowana,  niezdolna  zrobić  kroku,  niezdolna  ot  tak,  po 
prostu  wejść,  wyciągnąć  rękę  i  powiedzieć  z  pozorną 
obojętnością:  „Cześć,  to ja!"Tkwiła w  miejscu  jak  wryta, 
zastanawiając  się,  co  też  on  sobie  pomyślał,  widząc  ją  w 
drzwiach.

Pewno  zastanawia  się,  kim  jest  ta  kobieta.  Może  wydaje 

mu  się  dziwnie  znajoma.  A  może  ją  poznał?  Może  za  tym 
nieodgadnionym spojrzeniem rodzi się obawa, że oto ziścił się 
koszmarny  sen:  wróciła  Jane  Thayer,  największa  pomyłka 
jego życia.

Niech  się  nie  boi.  Koszmar  szybko  zniknie.  Solennie  mu 

to  obieca.  Przyjechała  tylko  po  jeden  podpis  na  dokumencie, 
po nic więcej. Nie miała najmniejszego zamiaru wtykać nosa 
w jego sprawy i... różne sprawki. A tych ostatnich miał pewno 
wiele na sumieniu.

- No, Sinclair, jazda! - powiedział mężczyzna siedzący na 

stole. - Wyglądasz, jakbyś patrzył na ducha.

- Wejdź, laluniu! - zawołał typ o imieniu Claude. - Przyda 

się tu nam cukiereczek.

Jane zaczerwieniła się.

- Wejdź, duszko, i usiądź mi na kolanach - dodał, klepiąc 

się po udzie.

Gdyby to wydarzyło się w Bostonie, odpowiedziałaby mu 

ostro,  co  ma  zrobić  ze  swymi  kolanami.  W  Bostonie  w 
publicznych  lokalach  mężczyźni  nie  zachowywali  się  tak 
obcesowo  wobec  kobiet,  a  jeśli  już  to  czynili,  to  doskonale 
wiedzieli, co ich czeka, gdyż bostońskie kobiety były dumne i 
potrafiły się odciąć.

background image

Niech  to  diabli! Jej  brak  reakcji na  słowa  mężczyzny  nie 

ma  nic  wspólnego  z  tym,  że  to  jest  Nowy  Orlean,  bierze  się 
natomiast z przeszywającego ją spojrzenia Cody'ego.

- Zostaw ją, Claude - poradził drugi mężczyzna. - Czy nie 

widzisz, że ona ma slipki tylko dla cholernego Jankesa?

- On może wziąć jej slipki, ja biorę resztę. Cody odwrócił 

głowę w stronę swych towarzyszy.

- Zamknijcie  się,  chłopaki - rozkazał. - To  nie  jest  byle 

jaka damulka. To moja żona.

Wyznanie to zostało powitane gwizdem, pokrzykiwaniem 

i kpinkami.

- Twoja żona? Cody Sinclair został schwytany w sieć! Ha, 

ha!

- Od kiedy ty masz żonę, Sinclair? Co za pomysł!
- Cholera,  mamy  tu  prawdziwą  panią  Sinclair!  Co  za 

zaszczyt dla miasta.

- Wypijmy za zdrowie dziewczynki!
- Moja  żona  nie  jest  dla  was  żadną  dziewczynką.  Jest 

kobietą - oznajmił ostro Cody.

Czyżby  powodowały  nim  resztki  rycerskości? - . 

zastanawiała się Jane. Zauważyła też, że Cody nabył lekkiego 
akcentu  rdzennych  mieszkańców  Luizjany  i  że  po  bostońsku 
wybijane przez niego sylaby są nieco dłuższe i brzmią bardziej 
miękko.

Sprawiło jej przyjemność, że ją rozpoznał, chociaż zajęło 

mu  to  kilkanaście  sekund.  Mniej  była  zadowolona  z 
przedstawienia jej jako żony. Zresztą jeszcze nie wiedział, że 
to jest prawda.

- Cześć,  Cody! - powiedziała  wreszcie  głosem  bliskim 

szeptu.

Na  jego  twarzy  pojawił  się  nieco  ironiczny  uśmiech. 

Rzucił  kij  bilardowy  jednemu  z  koleżków  i  ruszył  w  jej 
kierunku. Zachował nawet ten sam krok, jaki charakteryzował 
go w szkole; długi i sprężysty, sprawiający wrażenie pewności 
siebie,  która  w  istocie  kryła  słabość.  Dopiero  po  bliższym 
poznaniu  Jane  odkryła  ułomność  jego  charakteru:  bojaźń 
przed światem.

Teraz nie było widać ani śladu po niej.

background image

- Jesteś  w  połowie  gry.  Skończ,  ja  poczekam -

zaproponowała.

Szczerze mówiąc nie była pewna, czy po doznanym przed

chwilą  szoku  będzie  zdolna  sprostać  temu  spotkaniu. 
Zwłaszcza w chwili, gdy ruszył ku niej i kiedy z każdym jego 
krokiem serce jej biło coraz mocniej.

- Wygram to od nich kiedy indziej - rzucił lekceważąco, 

wskazując na banknoty pod butelką. - Oni źle grają dziś i nie 
będą lepiej grali jutro. - Zatrzymał się tuż przed nią. - Więc to 
naprawdę ty! - stwierdził nieco zdumionym tonem.

- Tak, to naprawdę ja! - odparła. Była zaskoczona, kiedy 

ujął jej dłonie.

- Wspaniale wyglądasz.

Zbyt  dobrze  go  znała,  by  poważnie  przyjąć  komplement. 

Mówiąc, że wygląda wspaniale, pewno myślał, że wygląda jak 
prawdziwa  bostonska  braminka,  wzorcowa  przedstawicielka 
bostońskiej  elity.  I  miałby  rację:  reprezentowała  ród  starej 
arystokracji Nowej Anglii.

- Dziękuję - odparła. - Ty  też  nieźle  wyglądasz. 

Wydawało się, że Cody zamierza dalej ją wypytywać,

ale  najwidoczniej  doszedł  do  wniosku,  że  lepiej  będzie 

porozmawiać  bez  świadków,  którzy  z  otwartymi  ustami 
wsłuchiwali się w każde słowo.

- Idziemy na drinka - zaproponował.
- Dobrze - zgodziła się.

Wprowadził  ją  z  powrotem  do  mrocznego,  zadymionego 

baru.  Może  wzmocniona  alkoholem  lepiej  da  sobie  radę, 
pomyślała. A przecież nie powinna czuć się tak niepewna. W 
każdym  razie  nie  przed  rozmową.  Jeszcze  mu  przecież  nie 
wyjawiła  niespodzianki,  która  może  go  porazić.  Kiedy  to 
zrobi, kiedy Gody zrozumie powody jej przyjazdu do Nowego 
Orleanu...  wtedy  dopiero  sytuacja  stanie  się  bardzo  trudna  i 
niepewna.

Zaprowadził  ją  do  rzędu  „lóż"  między  boazeryjnymi 

przepierzeniami  i  pomógł  zająć  miejsce  na  kanapce  z 
wytartym obiciem.

- Czego się napijesz? - spytał.
- Proszę kieliszek białego wina.

background image

Nie  wymieniła  ani  marki,  ani  rocznika.  Lokal  należał  do 

rzędu  tych,  gdzie  wino  nalewa  się  z  galonowych, 
plastykowych pojemników.

- Zaraz wrócę - zapowiedział i ruszył do baru. Jane była 

zła,  że  nie  potrafi  oderwać  od  niego  oczu,  że przyciąga  ją 
każdy  jego  ruch,  gest,  spojrzenie.  Nie  wiadomo  dlaczego 
pomyślała  o  dwudziestu  dolarach,  z  których  przed  chwilą 
zrezygnował,  porzucając  stół  bilardowy.  Przed  dwunastoma 
laty  dwadzieścia  dolarów  byłoby  dla  nich  fortuną.  Kto  wie, 
czy ich małżeństwo nie ocalałoby, gdyby mieli trochę więcej 
pieniędzy.

Lecz  brak  pieniędzy  nie  był  głównym  powodem  rozpadu 

tego  związku.  Pieniądze  nie  były  jedynym  spoiwem.  Ani 
uczucie.  A  dopiero  przed  miesiącem  Jane  dowiedziała  się  z 
żalem,  że  istnieje  jeszcze  jedno  spoiwo,  które  nie  pozwala 
skończyć z tą małżeńską fikcją.

Jak ma mu to powiedzieć? W hotelowym pokoju ćwiczyła 

przed lustrem różne metody podejścia do sprawy. Teraz, kiedy 
siedziała  w  tym  ciemnym  barze,  wydawało  się  to  okropnie 
głupie. Bo i właściwie w czym leży problem? Przebierając się 
z  wygniecionego  kostiumu,  w  którym  przyleciała,  w  lekką 
jedwabną  sukienkę  odpowiednią  do  klimatu,  doszła  do 
wniosku,  że  właściwie  problemu  nie  ma.  Cody  i  ona  są 
dorośli,  znają  życie  i  mają  doświadczenie.  Zamierzała 
odwiedzić go w redakcji, przedstawić krótko sprawę i równie 
szybko  osiągnąć  porozumienie.  Po  co  było  uczyć  się  mówić 
przed lustrem?

Wtedy nie wiedziała, że nie zastanie Cody'ego w redakcji. 

Nie wiedziała, że kiedy go zobaczy, dozna szoku. W tej chwili 
wcale  nie  czuła  się  jak  osoba  dorosła.  Można  było  się 
spodziewać,  że  lada  moment  Gussie  każe  jej  okazać  prawo 
jazdy,  aby  się  upewnić,  że  skończyła  osiemnaście  lat  i  ma 
prawo przebywać w lokalu.

Cody  powrócił  do  stolika,  niosąc  butelkę  piwa,  kufel  i 

kieliszek  wina.  Postawił  wszystko  na  stole  i  wsunął  się  na 
ławeczkę  naprzeciwko  Jane.  W  jej  oczach  stolik  jakby  nagle 
zmalał  i  zapragnęła  znaleźć  się  dalej  od  Cody'ego.  Co 
najmniej w odległości trzech metrów.

background image

Uśmiechnął  się,  co  spowodowało,  że  zapragnęła,  by 

odległość  między  nimi  zwiększyła  się  do  dziesięciu  metrów. 
Potem  rozsiadł  się  wygodnie,  jedną  ręką  obejmując  jeszcze 
zaparowaną, zimną butelkę. Nie napełniał kufla. Czekał.

- Czy nie powinniśmy wznieść jakiegoś toastu? - zapytał.
- Z  jakiej  okazji? - odparła  pytaniem  i  przez  głowę 

przemknęły  jej  różne  powody.  Z  okazji  rozwodu?  Z  okazji 
rocznicy utraconych nadziei? Może radości, że wyzwolili się z 
głupoty młodości i mieli wielkie szczęście spokojnie dorosnąć 
i o wszystkim zapomnieć?

- Wypijmy  za  dawne,  dobre  czasy. - Stuknął  butelką  o 

brzeg  jej  kieliszka  i  zaczął  pić,  nie  trudząc  się  przelewaniem 
piwa do kufla. Kiedy odstawił butelkę, miał twarz poważną, a 
wzrok nadal utkwiony w Jane.

- Za dawne czasy - powtórzyła w nieco skróconej formie i 

upiła  łyczek  chardonnay,  usiłując  się  nie  skrzywić,  choć 
miałaby powody.

- No  więc  słucham - powiedział  ironicznie. - Nie  sądzę, 

żeby nasze spotkanie było przypadkowe.

Tak, w jego słowach kryła się ironia, ale pozbawiona była 

złości,  sarkazmu  czy  niechęci.  Jednakże  nie  ulegało 
wątpliwości,  że  Cody  wcale  nie  jest  zachwycony  tym,  że 
ponownie wdarła się w jego życie. Nie dziwiło ją to. Rozeszli 
się raczej hałaśliwie.

Łagodne określenie! W rzeczywistości rozeszli się bardzo 

hałaśliwie,  ziejąc  do  siebie  nienawiścią,  oskarżając  się  o 
wszystkie  zbrodnie  świata,  obrzucając  się  inwektywami  i 
dosłownie skacząc sobie do oczu.

Minęły lata, nim Jane odzyskała równowagę psychiczną, a 

to, że Cody'emu udało się to wcześniej; nie oznaczało, iż nie 
zachował do niej pretensji i urazów.

A  teraz  ma  prosić  go  o  przysługę.  O  wielką  przysługę! 

Miała nadzieję, że chętnie ją odda, kiedy pozna fakty, ale kto 
to wie...

Dlaczego,  do  diabła,  właśnie  on  musiał  stać  się  tak 

wspaniałym mężczyzną?

Dajże  spokój,  dziewczyno!  Co  ty  Wyrabiasz!  Chyba 

potrafisz  bez  konsekwencji  wypić  drinka  z  przystojnym 
facetem.  Tak  się  składa,  że  Mark  Dennison  też  jest  bardzo 

background image

przystojny i Jane miała zamiar poślubić go w sylwestra. Mark 
będzie  dobrym  mężem,  i  już  choćby  na  tym  polega  jego 
przewaga  nad  Codym.  Mark  jest  ponadto  człowiekiem 
szlachetnym  i  poważnym,  ambitnym,  wysoce  kulturalnym... 
Reprezentuje  wszystko,  co  najlepsze.  Cody  nie.  Właśnie 
dlatego  podziwiała  Marka  i  właśnie  dlatego zamierzała  za 
niego wyjść z chwilą, gdy rozwiąże problem. Problem łączący 
ją z Codym!

Wyprostowała  się, upiła jeszcze jeden  łyczek  wodnistego 

wina i w odpowiedzi rzuciła Cody'emu takie samo ironiczne, 
zabarwione uśmieszkiem spojrzenie, jakim on obdarzał ją.

- Masz  rację,  to  nie  jest  przypadek.  Byłam  w  twojej 

redakcji i dowiedziałam się, że tu cię znajdę.

- A  skąd  wiesz,  że  tam  pracuję? - spytał,  wodząc 

kciukiem po konturach etykiety na butelce.

- Poszukiwałam  cię.  Dowiedziałam  się,  że  jesteś 

fotoreporterem...

- Hej, hej, zagalopowałaś się, Jane. Wiesz dobrze, że nie 

mogę być kimś, kogo określa się słowem o tylu sylabach. Po 
prostu robię zdjęcia.

- Dla gazety.
- Święta prawda. - Podniósł głowę i znowu pociągnął parę 

łyków prosto z butelki. - A ty? Ile jest sylab w nazwie twojego 
zawodu?

Ten  sam  Cody  co  dawniej.  Mądrala,  którego  zachowanie 

można akceptować tylko dlatego, że towarzyszy mu odrobina 
kpiny z samego siebie.

- Trzy. Ad - wo - kat. Może to dla ciebie za dużo?
- Oo?  Pani  mecenas!  Zawsze  wiedziałem,  że  jednemu  z 

nas  się  powiedzie. I  nigdy  nie  było  najmniejszej wątpliwości 
komu.

- Masz świetny zawód - powiedziała.
- Możliwe, ale ja tylko robię zdjęcia.

Tak,  ten  sam  Cody.  Jeśli  ktoś  tylko  napomknął,  że  Cody 

może  być  czy  powinien  być  szanowany  za  to,  co  robi,  Cody 
gwałtownie  protestował.  Miał  uraz  do  postępowania 
określanego godnym. Godne było jego postępowanie, gdy brał 
z  nią  ślub,  ale  i  to  uczynił  w  paskudnej  ślubnej  kaplicy  przy 

background image

motelu  w  Las  Vegas,  przynosząc  najtańsze  z  możliwych 
obrączki.

- Nie przyleciałam tu w celu odbywania sentymentalnych 

debat - odparła.

- A  w  jakim  celu  przyleciałaś?  Mów,  umieram  z 

ciekawości. - Łokcie położył na stole i dłonią podparł brodę. -
Nie powiedziałaś, jak mnie odszukałaś.

- Wynajęłam prywatnego detektywa.

Ta  informacja  nieco  wytrąciła  go  z  równowagi.  Podniósł 

brwi, spojrzenie mu pociemniało.

- To cię musiało nieźle kosztować.
- Niezbyt dużo. Szybko cię znalazł. - A biorąc pod uwagę, 

ile  Jane  zarabiała  jako  wspólniczka  firmy  adwokackiej, 
wydatek  na  detektywa  nie  uczynił  żadnego  uszczerbku  w  jej 
budżecie. - Jest  bardzo  łatwo  znaleźć  każdego,  kto  się  nie 
ukrywa.  Masz  przecież  numer  ubezpieczenia  zdrowotnego, 
masz  prawo  jazdy.  Mój  detektyw  znalazł  cię  bez 
najmniejszego kłopotu.

- Jakie szczęście, że nie jestem kryminalistą.
- W istocie - odparła sucho.

Na  chwilę  nad  stołem  zawisła  cisza.  W  głębi  sali  ktoś 

wrzucił  kilka  sztuk  bilonu  do  szafy  grającej.  Pieniądze  z 
hałasem wpadły do metalowego brzuszyska maszyny. Zaczęli 
śpiewać Neville Brothers.

Jane  zasłuchała  się  w  tęskną  melodię,  wdzięczna  za

chwilową  przerwę  w  trudnej  rozmowie.  Już  czuła  się 
wyczerpana,  a  przecież  jeszcze  nie  wymieniła  celu  swej 
wizyty.

- Więc jesteś adwokatem - mruknął Cody.
- Jestem adwokatem.
- Powinienem był odgadnąć.
- Zawsze  było  łatwo  mnie  przejrzeć - powiedziała  ze 

słabym uśmiechem. - I przewidzieć, co zrobię.

Tak,  ale  z  wyjątkiem  tej  jednej  chwili  cudownego 

szaleństwa, kiedy Cody Sinclair zaproponował, by uciekli do 
Las Vegas i pobrali się, a ona przystała na tę propozycję.

- Ja  bym  nigdy  nie  odgadła,  że  zostaniesz  foto..:  że 

będziesz robił zdjęcia.

background image

- Myślałaś  raczej,  że  zostanę  przestępcą - zażartował 

Cody.

- Nigdy.
- Ale byłaś pewna, że nic ze mnie nie będzie. Przyglądał 

się jej bacznie. Smutna, urocza melodia

wypełniała całą przestrzeń mrocznego baru.

- Też  nie.  Zawsze  wiedziałam,  że  dobrze  wylądujesz. 

Przekrzywił głowę, jakby wątpił w szczerość jej słów.

Już miał coś powiedzieć, kiedy zmienił zamiar i pociągnął 

z butelki łyk piwa.

- Nadal mieszkasz w Brookline? - spytał po chwili.
- W Bostonie. Kupiłam mieszkanie w Back Bay.
- Można się było tego spodziewać.

Nie podobał jej się ten cyniczny ton. I nie zamierzała się 

tłumaczyć  ani  usprawiedliwiać.  Stać  ją  było,  więc  kupiła. 
Mieszkanie było ładne, drogie i należało do niej.

- Nie masz prawa mnie osądzać - odparła.
- Rozluźnij  się,  Janey,  nie  bądź  taka  spięta.  Nie  mam 

zamiaru  cię  osądzać. - Oparł  się  o  przepierzenie. - Po  prostu 
przypomniałem  sobie,  że  w  Back  Bay  mieszkają  wyłącznie 
zamożni ludzie.

Problemy  finansowe  i  pieniądze  zawsze  stanowiły  dla 

obojga  temat  niesłychanie  drażliwy  i  źródło  wielu 
nieporozumień. 

Pieniądze 

miała 

rodzina 

Jane, 

nieporozumieniem był, ich zdaniem, sam Cody. Nie było teraz 
sensu o tym myśleć, zdecydowała. Nie przyleciała po to, aby 
wspominać przeszłość lub odgrzewać dawne kłótnie.

- Jak  ci  szło,  jak  ci  idzie? - spytała,  zdając  sobie 

natychmiast  sprawę,  że  w  tych  okolicznościach  pytanie  jest 
kretyńskie.

Głośno  się  roześmiał.  Jane  po  raz  pierwszy  zauważyła 

pajęczynkę zmarszczek w kącikach jego oczu.

- Świetnie  mi  szło - odparł  i  to  była  też  dość  niemądra 

odpowiedź.

Postanowiła  zbliżyć  się  do  tematu  sprawy,  która  ją  tu 

przywiodła. Sądziła, że robi to chytrze;

- Masz kogoś? - spytała. Po raz wtóry się roześmiał.
- Opuściłaś  mnie  już  dość  dawno,  droga  pani.  Czy  nie 

sądzisz, że to absolutnie nie twoja sprawa, czy kogoś mam?

background image

Jane była innego zdania.

- Ot,  spytałam  z  ciekawości.  Ożeniłeś  się?  Patrzyła  na 

palec,  na  którym  nosiłby  obrączkę,  gdyby był  żonaty.  Może 
nie chciał nosić obrączki?

- Nie, nie ożeniłem się. A ty wyszłaś za mąż?
- Nie.

Nie  miała  obrączki  ani  nic  innego.  Pierścionek 

zaręczynowy  z  dużym  diamentem  zostawiła  w  hotelu, 
uważając,  że  dwa  karaty  to  łakomy  kąsek  dla  ulicznych 
bandziorów w mieście takim jak Nowy Orlean.

- Ale jestem zaręczona - dodała po chwili.
- Moje gratulacje - odparł wylewnie.

Nie była pewna, czy mówi to szczerze, czy też podkpiwa z 

niej. Uśmiechnęła się więc obojętnie.

- Szczerze ci gratuluję, Jane - powtórzył, widząc wyraz jej 

oczu. - Mam nadzieję, że tym razem dobrze trafisz.

- Dziękuję - skwitowała jego życzenia i odetchnęła z ulgą.

- Myślę, że on i ja pasujemy do siebie lepiej niż...

- On musi być bogaty - stwierdził Cody.
- Jest bankierem, ja jestem adwokatem. Finansowo chyba 

damy sobie radę.

- Zdecydowanie  wspaniała  okazja,  by  wznieść  toast -

oświadczył  i  uniósł  butelkę. - Piję  za  pomyślność  twojego 
nowego związku małżeńskiego. - Gdy odstawił butelkę, nadal 
się  uśmiechał,  ale  był  to  uśmiech  sceptyczny. - Chyba  nie 
wynajęłaś detektywa tylko po to, żeby osobiście zaprosić mnie 
na ślub?

- Nie.
- Ponieważ nic już nas nie łączy, Jane. Wszystko dawno 

się  skończyło.  Żadne  z  nas  nie  jest  nic  drugiemu  winne. 
Kwita, rachunki wyrównane. Ja mam swoje życie, ty swoje i 
bez  względu na to,  jaką mi zafundujesz  opowiastkę na  temat 
powodów twojego przyjazdu...

- Ja  to  wszystko  wiem... - Słowa  Cody'ego  w  pewnym 

sensie  ułatwiały  jej  dalszą  rozmowę.  Cody  wyraźnie 
stwierdził,  że  nic  ich  nie  łączy,  a  więc  nie  powinien  czynić 
żadnych trudności. Niemniej czuła się poważnie zakłopotana i 
zawstydzona, że oto musi przyznać, iż przed dwunastoma laty 
został  popełniony  błąd,  nastąpiło  przeoczenie.  Ów  błąd  i 

background image

przeoczenie  mogły  ich  drogo  kosztować,  gdyby  przed 
miesiącem przypadkowo tego nie odkryła.

- Przypominasz  sobie,  Cody,  okoliczności  przed 

dwunastoma laty, kiedy odeszłam?

- Jak przez mgłę.
- Nie mówię o tej strasznej kłótni...
- Co  ty  mówisz?  Była  jakaś  kłótnia? - zapytał  z  miną 

niewiniątka.

Zaczerwieniła  się,  smagnięta  jego  sarkazmem.  Cody  nie 

powinien  żartować  z  ich  przeszłości,  choćby  bolesnej. 
Przecież  żyli  razem,  dzielili  radości  i  troski,  razem  cierpieli. 
Udało  im  się  z  tego  wyplątać,  niemniej  to  ich  własna 
przeszłość.

- Nie kpij i nie udawaj, że nie pamiętasz każdego ze słów, 

jakimi cię pożegnałam. I wiesz, że kłóciliśmy się stale.

- Z wyjątkiem przerw na doskonały seks.

Dlaczego  Cody  o  tym  wspomina?  Co  go  teraz  obchodzi, 

czy  ich  pożycie  seksualne  było  wspaniałe,  czy  nie.  To  się 
skończyło  przed  wiekami.  Była  wściekła,  a  zarazem 
rozstrojona.

Weźże  się  w  garść,  dziewczyno,  i  nie  pozwól  na  żadne 

dywagacje. Trzymaj się ściśle tematu.

- Jeśli  więc  sobie  przypominasz,  to  po  moim  odejściu 

ojciec  zajął  się  unieważnieniem  naszego  małżeństwa. 
Unieważnieniem!

- Tak,  wiem.  Unieważnienie,  a  nie  rozwód.  Więc  co  z 

tego?

- I przysłał ci papiery do podpisu. Mnie też je dał, żebym 

podpisała. I potem dokumenty poszły do centralnego rejestru.

- Tak,  przypominam  sobie.  Po  anulowaniu  małżeństwa  i 

po rozwodzie dokumenty idą do rejestru.

Zaczerpnęła  powietrza,  odczekała  chwilę  i  wyrzuciła  z 

siebie:

- No więc nie poszły...

Cody lekko się obruszył, a może tylko jej się tak zdawało. 

Potem jednak wyprostował się, z ust zniknął mu uśmiech, a z 
oczu wyraz lekkiego znudzenia.

- Co to znaczy: nie poszły?
- W rejestrze nie ma śladu unieważnienia naszego ślubu.

background image

- Wyjaśnij mi, moja droga, co to znaczy, że nie ma śladu? 

O co tu chodzi?

- Chodzi o to... - próbowała się uśmiechnąć, ale zupełnie 

jej  to  nie  wyszło - chodzi  o  to,  że  prawnie  jesteśmy  nadal 
małżeństwem.

background image

Rozdział 2

Cody  Sinclair  nie  był  kandydatem  na  świętego. 

Wielokrotnie  w  życiu  przekraczał  granice,  robił  rzeczy 
niedopuszczalne;  grzeszył  wyskokami,  a  przed  parunastoma 
laty prawie zniszczył życie dziewczynie tylko dlatego, że jako 
nadęty, zarozumiały i uparty jak osioł głuptas - po uszy się w 
niej zadurzył. W najmądrzejszej i najinteligentniejszej z całej 
klasy.

Nie wyobrażał sobie jednak, że wpadnie w takie tarapaty. 

Przez cały czas jest żonaty! Jezu!

Cody był normalnym, zdrowym chłopem i od czasu, kiedy 

owa  najinteligentniejsza  z  całej  klasy  dziewczyna 
wymaszerowała z jego życia, lejąc strumienie łez i wyrzucając 
mu  wszystkie  możliwe  grzechy,  miał  kilka  romansów. 
Powiedzmy,  że  tych  niewiast  było  więcej  niż  „kilka",  ale 
żadna  z  nich  nie  należała  do  najmądrzejszych  i 
najinteligentniejszych w klasie i w szkole. Były to dziewczyny
chichotliwe,  piersiaste  i  Szukające  wyłącznie  dobrej  zabawy. 
Wszystkie  stanowiły  przeciwieństwo  Jane  Thayer.  W  ciągu 
tych dwunastu lat, od chwili, kiedy Cody podpisał dokumenty 
gwarantujące  rzekomo  uwolnienie  Jane  na  całe  życie  spod 
jego szatańskiego wpływu...

Cholera,  cholera! A więc  od dwunastu  lat  zdradzał żonę! 

Interesujące, co? Problem moralny? Chyba nie.

Niemniej wynika z tego, że przez cały czas miał żonę i ją 

zdradzał. Zdrada ta co prawda wynikała z faktu, że ojciec Jane
- którego  Cody  od  samego  początku  nie  lubił - zapomniał 
zarejestrować  głupi  papierek  w  sądowym  archiwum.  W 
rzeczywistości  nie  miało  to  wielkiego  znaczenia.  Przecież 
definitywnie się rozeszli.

A jednak...
Przyglądał się bacznie kobiecie, dla której stracił niegdyś 

głowę,  i  poczuł  się  bardzo  dziwnie - jakby  popełnił 
przestępstwo.  Całe  pasmo  przestępstw.  Cody  też  miał  swoje 
zasady.  Zgodnie  z  nimi  żonaci  mężczyźni  nie  powinni 
zabawiać się na boku.

background image

Na szczęście to nie jest jeszcze koniec świata. W każdym 

razie  żadna  z  kobiet,  poznanych  przez  Cody'ego  po  odejściu 
Jane, nie mogła mieć pretensji, że ją oszukał.

Jednocześnie  odczuwał  satysfakcję,  że  to  właśnie  ojciec 

Jane  jest  wszystkiemu  winien.  Cody  dobrze  pamiętał  starego 
Thayera.  Nie  tylko  z  powodu  jego  przykrych  telefonów  do 
Los Angeles, gdzie młodzi zamieszkali po ślubie, ale także z 
powodu jedynej niefortunnej wizyty, jaką Cody złożył Jane w 
jej rodzinnym domu.

Thayerowie  mieszkali  w  wielkiej  rezydencji  z  czerwonej 

cegły, w najbardziej ekskluzywnej części Brookline. Na swym 
harleyu - składaku  Cody  podjechał  półkolistą  alejką 
prowadzącą  od  bramy,  zsiadł  z  motocykla,  wszedł  po 
schodkach  głównego  wejścia  i  nacisnął  wielki  guz  dzwonka. 
Wmawiał  sobie,  że  nie  robią  na  nim  wrażenia  wielkie,  białe 
kolumny  ganku  ani  głęboki  ton  gongu,  który  słyszał  przez 
okienka po obu stronach drzwi. Starał się też nie czuć malutki 
w  tym  wspaniałym,  otaczającym  dom  parku  i  pod  ścianą 
budynku  większego  niż  kamienica,  w  której  wraz  z  matką 
zajmował mieszkanie na piętrze.

Drzwi  otworzył  sam  Thayer  i  poraził  Cody'ego  pełnym 

wściekłości  spojrzeniem,  jakby  chciał  pozbyć  się  karalucha. 
Kiedy Cody grzecznie powiedział: „Dzień dobry, czy zastałem 
Jane?", usłyszał w odpowiedzi: „Dla takich typków jak ty nie 
ma jej".

I zatrzaśnięto mu drzwi przed nosem.
Jakże Cody miał się teraz nie uśmiechnąć na wieść, że pan 

Thayer pogmatwał córce życie jeszcze bardziej, niż uczynił to 
Cody? Stary cap nie zarejestrował albo złożył w złym miejscu 
jeden  głupi papierek  i  w efekcie Jane  Thayer  jest nadal żoną 
takiego typka, którego nie wpuszcza się do domu.

Miał  ochotę  roześmiać  się  na  cały  głos,  tylko  że  tak 

naprawdę to wszystko nie było wcale śmieszne.

Obserwował 

Jane 

przez 

niebieskawą 

mgiełkę 

wypełniającego  salę  dymu.  Nie  kłamał  i  nie  silił  się  na 
komplement,  gdy  jej  powiedział,  że  wygląda  wspaniale. 
Cudownie! Zawsze wydawała mu się wspaniała i cudowna. W 
okresie, kiedy żaden z jego przyjaciół nie traciłby ani minuty 
na  dziewczynę o niezbyt  imponującym  biuście, Cody  uważał 

background image

Jane za ideał kobiecej urody. Większość dziewcząt, z którymi 
on  sam  i  jego  koledzy  prowadzali  się  w  czasach  szkolnych, 
należała do kategorii dam obnoszących się dumnie ze swoim 
stylem  ubioru  i  zachowania:  obcisłe  dżinsy,  obcisłe  swetry, 
nie  pozostawiające  nic  wyobraźni,  tapirowane  fryzury, 
krzykliwość, nachalność...

Natomiast Jane...
Jane  pozostawiała  wszystko  wyobraźni.  I  wyobraźnia 

Cody'ego zaczęła pracować na najwyższych obrotach.

Jeszcze  nim  zamienili  jedno  słowo,  Cody  wiedział,  kim 

ona jest. W tamtym okresie wszyscy uczniowie i nauczyciele 
w  Brookline  wiedzieli,  kim  jest  Jane  Thayer.  Była 
przewodniczącą Towarzystwa Honoru, Klubu Filozoficznego, 
Societe  Francaise,  redagowała  gazetkę  poetycką,  zdobyła 
nagrodę  matematyczną.  No  i  miała  tytuł  National  Merit 
Scholar, jednej z najlepszych uczennic w kraju.

Nie  należała  do  świata  Cody'ego.  Istniała  w  innej 

galaktyce.  Cody  należał  do  uczniów  celujących  w 
przedmiotach  technicznych,  ale  był  często  wzywany  na 
dywanik do dyrektora. Ich orbity nie powinny były nigdy się 
skrzyżować.

Ale któregoś dnia tak się właśnie stało. Któregoś dnia snuł 

z kolegami plany wieczornego spotkania w barze przy Bacon 
Street,  oczywiście  jeśli  uda  się  im  zdobyć  fałszywe  dowody 
pełnoletności,  kiedy  nagle  zobaczył  idącą  korytarzem  Jane  i 
ich spojrzenia się spotkały.

W  tej  pierwszej  chwili  właściwie  nie  dostrzegał  jej 

mlecznej  cery,  kasztanowych  włosów,  doskonale  skrojonych 
dżinsów  i  ekskluzywnego  swetra.  Widział  tylko  te  oczy, 
ciemne i tajemnicze, kuszące i wabiące. Jego osiemnastoletni, 
pełen  marzeń  erotycznych  umysł  zrozumiał  owo  spojrzenie 
jako  pożądanie.  Zapragnął  nagle zdobyć  dziewczynę,  którą 
wszyscy  bez  wyjątku  uznaliby  za  nieosiągalną  dla  kogoś 
takiego jak on.

Owszem, zdobył ją, lecz ona go zniewoliła.
Zaklął  pod  nosem.  Od  lat  już  o  niej  nie  myślał.  To  było 

bardzo dawno temu, kiedy udała się jej sztuczka wymierzona 
przeciw jego pewności siebie. Jane napompowała jego ego do 
rozmiarów potężnego balonu, a potem balon przekłuła. Udało 

background image

mu się coś niecoś uratować z siebie, ale trwało to długo. Teraz 
przestał ją nienawidzić, ale także jej nie kochał.

Jej  oczy  były  tak  samo  ciemne  i  spowite  tajemniczą 

mgiełką,  która  kierowała  jego  myśli  ku  nocy,  gęstej  mgle  i 
fizycznemu  zespoleniu.  Jeszcze  nim  rozpoznał  przybyłą 
kobietę w bilardowej sali, już urzekły go jej oczy. Jane nadal 
potrafiła  wyzwolić  w  nim  pożądanie.  Skuteczniej  niż 
najlepsza z flirciar, jakie znał.

I  ta  kobieta  ze  zniewalającymi  oczami,  z  mistycznym 

uśmiechem - jest  jego  żoną.  Kobieta  bardzo  inteligentna, 
adwokatka,  a  jednocześnie  istota...  Przez  chwilę  zastanawiał 
się,  co  dominuje  w  jej  twarzy.  O  tak - czystość  i  jakaś 
przedziwna niewinność.

Jego żona!
W butelce pozostał najwyżej jeden łyk. Powinien pójść po 

następną, ale to oznaczało, że na parę minut oderwie wzrok od 
Jane.  Tego  za  żadne  skarby  nie  chciał  zrobić.  Patrzył  na  nią 
jak  w  transie,  usiłując  jednocześnie  uspokoić  kłębiące  się 
myśli.

Długa była ta chwila ciszy. Wreszcie Cody zapytał:

- Więc  co  chcesz  zrobić?  Co  proponujesz?  Nie  możesz 

wyjść za tamtego faceta, póki nie załatwi się sprawy naszego 
rozwodu.

- Właśnie.

Zaczerwieniła się jak pensjonarka, co go mocno zdziwiło. 

Przecież rozmowa o rozwodzie, który właściwie miał miejsce 
dwanaście  lat  temu,  nie  powinna  być  przyczyną  rumieńców 
czy  wypieków.  A  w  ogóle  jak  mogła  czerwienić  się  w 
obecności  męża,  praktycznie  rzecz  biorąc  byłego,  ale  jednak 
męża? Znał jej ciało. Kochał się z nią na wszystkie sposoby i 
nigdy tego nie zapomni. Ona pewno też nie.

Wówczas bardzo się czerwieniła. Parę razy zrobiła coś, co 

wywołało rumieniec i na jego twarzy, a przecież uważał się za 
kogoś, kto jest zbyt twardy, by się czerwienić. Ale Jane była 
taka  niedoświadczona,  tak  chętnie  zaspokajała  męskie 
pragnienia  i  ją  samą  tak  łatwo  było  zaspokoić...  Słodka, 
wstydliwa  i  gotowa  eksperymentować.  Buchała  żarem,  tuliła 
się,  nigdy  nie  odmawiała  i...  Tok  myśli  przerwały  mu  jej 
słowa:

background image

- Potrzebuję tylko twojego podpisu poświadczonego przez 

notariusza. - Usiłował skoncentrować się na słowach, a nie na 
jej ustach, lecz przychodziło mu to z trudem. - Nie ma między 
nami problemów majątkowych, nic do podziału. To upraszcza 
sprawę. Mam sędziego w Bostonie, który wyda dokument. Nie 
musisz nic robić. Tylko podpisz i sprawa załatwiona...

- Mówisz,  że  nie  ma  problemów  majątkowych?  Nie 

obchodziły go jej pieniądze, ale niby dlaczego

miałby  ułatwiać  jej  sprawę?  Jej  ojciec,  a  jeśli  dobrze  się 

zastanowić,  to  i  ona,  potraktowali  go  jak  ostatniego  łap -
serdaka.  Ona  go  porzuciła  tylko  dlatego,  że  nie  mógł 
ofiarować  jej  wszystkiego,  czego  pragnęła,  tak  jak  może  to 
zrobić  bogaty  tatuś  i  mamusia.  Thayerowie  zniszczyli jego 
małżeństwo  z  aprobatą  córki.  Przy  okazji  zniszczyli  i  jego 
rozwód. Niech za wszystko zapłacą.

Nie powinien mieć w tym wypadku litości. Niech się Jane 

trochę  pomęczy,  nim  otrzyma  zielone  światło  na  drogę  do 
kolejnego małżeństwa.

- Nie ma żadnego problemu majątkowego, bo nie ma nic 

do  podziału - odparła  sucho,  ale  przedtem  niepewnie 
odchrząknęła i poprawiła się na ławeczce.

- No nie wiem. Ty jesteś zarabiającym krocie adwokatem, 

a ja tylko robię zdjęcia...

- Chcesz  czy  nie,  jesteś  fotoreporterem.  Z  pewnością 

„Sentinel" dobrze ci płaci.

- To  zasiłek  dla  bezrobotnych  w  porównaniu  z  tym,  co 

zgarniasz ty i ten twój bankier.

Zaczęła bębnić palcami po stole. Miała owalne paznokcie 

tej samej barwy co policzki, gdy się czerwieniła.

- Ojciec powiedział mi wtedy, przed laty, że ożeniłeś się 

ze mną dla pieniędzy - rzekła cichutko.

- Tak  powiedział?  Czyżby? - zapytał  sarkastycznie. 

Ojciec Jane! Wysoki, arystokratyczny, siwa strzecha

na  głowie,  a  na  twarzy  opalenizna,  jaką  obnoszą 

dżentelmeni grający w golfa. Cody'ego nadal bolał ów dzień, 
kiedy  Thayer  zatrzasnął  mu  drzwi  przed  nosem.  Wtedy 
właśnie pomyślał sobie, że posiadanie takiego ojca jest gorsze 
niż  nieposiadanie  go  w  ogóle. - Cody,  przecież  nie  chodzi  o 

background image

pieniądze - powiedziała  Jane,  a  w  jej  głosie  zabrzmiało 
ostrzeżenie.

Może  i  nie  chodzi  o  pieniądze,  ale  na  pewno  chodzi  o 

rozbite małżeństwo, dwa rozbite serca i kosztowne w skutkach 
wtrącanie  się  starego  Thayera.  Ojciec  Jane  źle  ocenił 
Cody'ego.  Gdyby  Cody  polował  na  pieniądze,  to były 
łatwiejsze 

sposoby 

ich 

zdobycia, 

niż 

porywanie 

osiemnastoletniej  dziewczyny  do  Las  Vegas.  Przecież  było 
jasne, że ż chwilą zawarcia ślubu Jane zostanie przez rodzinę 
potępiona  i  pozbawiona  rodzinnego  majątku.  Cody  poślubił 
Jane z wielu powodów i był na tyle uczciwy, by przyznać, że 
miłość  była  tylko  jednym  z  nich.  Ale  nigdy  nie  myślał  o 
pieniądzach.

Teraz sytuacja jest inna. Gdyby miał choć trochę oleju w 

głowie  i  przyzwoitości,  to  schowałby  głęboko  resztki 
zachowanych urazów i podpisałby dokument czy dokumenty, 
które  Jane  przywiozła  z  Bostonu.  Najwidoczniej  jednak 
zabrakło  mu  tego  oleju,  w  przyzwoitości  zaś  nigdy  nie 
celował.

- Twój  papa  miał  rację,  mówiąc,  że  jestem  nicponiem -

zaczął. - Miał  rację  przewidując,  że  z  pięknej  rezydencji 
zabiorę cię do jakiejś nory, że nigdy  nie będzie mnie stać na 
kupowanie  ci  kawioru.  Powiedział,  że  ściągnę  cię  w  moje 
niziny  i  że  zaczniesz  żałować  tego,  co  zrobiłaś.  On  dobrze 
wszystko 

przewidział, 

tylko 

że 

był 

tak 

zajęty 

przewidywaniem,  że  zapomniał  o  zarejestrowaniu  jednego 
papierka. - Cody  powoli  wysączył  z  butelki  resztkę  piwa,
jakby  chciał  zmyć  z  ust  gorycz  słów. - Tak,  poluję  na  twoje 
pieniądze. Wreszcie to odkryłaś.

Przestała  przebierać  palcami  po  blacie  i  jakby 

zawstydzona  ukryła  dłoń  pod  stołem.  Cody  widział,  że  jest 
wytrącona z równowagi. Bardzo mu to odpowiadało.

- Ile? - spytała zdenerwowana.
- Ile czego?
- Ile chcesz pieniędzy za podpis?

Uznał,  że  jest  nie  tylko  wytrącona  z  równowagi,  lecz

wyraźnie  zaniepokojona.  Może  nawet  przestraszona,  a  także 
wietrzy pułapkę.

background image

Cholera!  Za  długo  się  z  nią  drażni.  Powinien  obrócić 

wszystko  w  żart  i  podpisać - lecz  w  podjęciu  tej  decyzji 
przeszkodziły  mu  jej  oczy.  Zaczęły  oddziaływać  na  niego  w 
identyczny  sposób  jak  wówczas,  w  szkolnym  korytarzu.  Ich 
spojrzenie  zniewalało  i  nie  był  z  tego  zadowolony.  To 
niesprawiedliwe!  Jeśli  dotknie  ją  żądaniem  pieniędzy,  to 
świetnie.  Zemsta  bywa  słodka.  Zrobi  to  nie  dlatego,  by 
zamierzał przyjąć od niej cokolwiek, choćby mu ofiarowywała 
milion. Postraszy ją, żeby się choć troszkę odgryźć. I dlatego, 
że  nie  może  znieść  faktu,  iż  jej  włosy,  nieco  teraz  krótsze  i 
inaczej uczesane, mają tę samą połyskliwą barwę kasztanu, tę 
samą  jedwabistość  jak  wówczas,  kiedy  przesypywał  "je 
między  palcami.  I  że  wszystko  w  niej  pozostało  takie  samo: 
piękne  czoło,  wyraziste  kości  policzkowe,  mleczna  cera, 
delikatny  zarys  szyi.  Cała  sylwetka!  Pozostała  tą  samą 
dziewczyną, którą co wieczór przez kilka burzliwych miesięcy 
wspólnego  pożycia  brał  w  ramiona...  Te  same  usta,  które 
całował. No i te oczy, te oczy!

- Jeszcze nie wiem - odparł. - Muszę się zastanowić.
- Aż mi trudno w to uwierzyć. - Wysunęła się z ławeczki i 

wstała. - Dobrze,  zastanawiaj  się.  Będę  z  tobą  w kontakcie -
powiedziała  lodowatym,  zmartwiałym  głosem,  jakby  doznała 
szoku.

Widziała, że Cody ją lustruje, a potem wpija wzrok w jej 

twarz. Powinien był wstać, kiedy ona wstała. Wiedział, że to 
należy  do  podstawowych  zasad  dobrego  wychowania,  ale 
wstąpił w niego jakiś diabeł. Zapragnął dać jej nauczkę.

Niech  ta  zjawa  ze  snobistycznego  świata,  dama  w 

kosztownej  oprawie  od  najlepszych  krawców,  zarabiająca 
krocie  i  mająca  narzeczonego  z  jeszcze  większą  forsą, 
wreszcie  zrozumie,  jaką  jest  snobką.  Upiera  się  na  przykład, 
by  określać  jego  zawód  jako  fotoreporterstwo.  Nie  potrafi 
zaakceptować faktu, że mężczyzna, z którym niegdyś spędziła 
kilka namiętnych miesięcy i z którym łączą ją formalne więzy 
małżeńskie,  może  zarabiać  na  życie  po  prostu  „robiąc 
zdjęcia".

Nie  ma  powodu,  by  ułatwiał  jej  rozwiązanie  problemu. 

Niech się pomęczy.

background image

- Dobrze,  pani  Sinclair,  niech  pani  będzie  ze  mną  w 

kontakcie - odparł, przybierając południowy akcent.

Czyżby przez jej twarz przemknął niepokój, gdy usłyszała 

swoje  małżeńskie  nazwisko,  do którego  przez  kilka  miesięcy 
małżeństwa  nie  zdążyła  się  przyzwyczaić,  a  którego  potem 
dwanaście  lat  nie  używała,  gdyż  była  pewna,  że  już  go  nie 
nosi?

Nie powiedziała ani słowa. Obróciła się na pięcie i wyszła 

z  baru.  To  przypomniało  Cody'emu  jej  odejście  przed 
dwunastoma laty z ich malutkiego mieszkanka w Los Angeles. 
Bez  pożegnania,  bez  słowa,  za  to  dumnie.  Jane  Thayer 
potrafiła  jak  burza  wynosić  się  z  jego  życia.  Tyle  że  tym 
razem jak burza niespodziewanie do niego wtargnęła i to nim 
wstrząsnęło.

Clarissa  Bonnert  była  przyzwyczajona  do  tego,  że  ludzie 

się  na  nią  gapią.  Jej  matka  była  Wietnamką,  ojciec  Afro -
Amerykaninem.  Była  uderzająco  piękna  i  ludzie  się  za  nią 
oglądali, zwłaszcza przedstawiciele płci brzydkiej.

Tak  ją  zmęczyły  natrętne  spojrzenia,  że  postanowiła 

maskować  swoją  urodę.  Widziała  dość  głupich  filmów, by 
wiedzieć,  że  wystarczy  kupić  parę  okularów  w  olbrzymiej 
oprawie,  związać  włosy  w  kok,  a  wtedy  ludzie - zwłaszcza 
mężczyźni - zaczną ją traktować inaczej.

Po tym, jak skończyła się jej kariera modelki, zapragnęła 

być nareszcie traktowana poważnie. Nadal od czasu do czasu 
otrzymywała  okazyjnie  kontrakty  z  agencji,  ale  zawsze 
drobne, gdyż nie spełniała podstawowego warunku, jakim jest 
odpowiedni wzrost. Miała zaledwie metr pięćdziesiąt pięć, i to 
gdy  stanęła  na  palcach,  a  nadto  dla  większości 
zleceniodawców  była  zbyt  „egzotyczna".  Poza  tym  modelka 
nigdy  nie  może  liczyć  na  robotę  właśnie  wtedy,  kiedy 
potrzebne  jej  są  pieniądze.  Ostatnim  argumentem 
przemawiającym za porzuceniem tej kariery było to, że miała 
już dwadzieścia pięć lat, co w świecie modelek uważa się za 
wiek niemalże podeszły.

Mężczyźni,  których  dotychczas  poznała,  byli  oczarowani 

wyłącznie  jej  urodą  i  nie  dostrzegali  innych  zalet.  Tacy  są 
mężczyźni.  Pragnęła  znaleźć  kogoś  mądrego,  człowieka 
ustatkowanego,  dżentelmena.  Kupiła  więc  sobie  ową  parę 

background image

okularów  i  pudełko  szpilek  do  włosów,  po  czym  ukończyła 
kurs dla sekretarek.

Bardziej odpowiadała jej praca w kancelarii Baker, Dunn i 

Wspólnicy niż pozowanie w oślepiającym świetle reflektorów, 
tkwienie godzinami z pokładami szminki na twarzy i z głupim 
uśmiechem  na  ustach,  no  i  trzymanie  butelki  perfum  w 
drętwiejącej  dłoni.  Najbardziej  lubiła  pracować  dla  Jane 
Thayer,  która  była  mądra,  nigdy  nie  powierzchowna  i  przez 
wszystkich tak ceniona, jak cenioną chciałaby być Clarissa.

Siedziała  teraz  przy  swoim  biurku  tuż  przy  drzwiach  do 

gabinetu  Jane  i  przepisywała  dokumenty  zawartej ugody -
ostatniego  sukcesu  jej  pracodawczyni.  Jane  miała  wkrótce 
awansować  na  pełnego  wspólnika.  W  każdym  razie  takie 
plotki  krążyły  po  biurze.  Jane  Thayer  ceniono  za  wiedzę, 
błyskotliwość i pracowitość. Sześćdziesięciogodzinny tydzień 
pracy był dla niej rzeczą normalną, siedemdziesięciogodzinny
- nierzadką.  Clarissa  lubiła  pracować  dla  kogoś  tak 
zakochanego  w  pracy,  ponieważ  wiedziała,  że  z  chwilą 
nominacji  na  pełnoprawnego  wspólnika  Jane  pociągnie  ją  za 
sobą  i  awansuje  na  asystentkę.  To,  że  Clarissa  jest  dwa  razy 
mniej  mądra  od  Jane  i  dwa  razy  od  niej  piękniejsza,  jeszcze 
nie oznacza, że nie drąży jej ambicja.

Sprawdzała  właśnie  tekst  na  ekranie  monitora,  kiedy  za 

plecami  poczuła  czyjąś  obecność.  Odwróciła  się  wraz  z 
fotelem  i  ujrzała  Marka  Dennisona,  który  był  narzeczonym 
Jane  i  najwspanialszym  mężczyzną,  jakiego  Clarissa  poznała 
w życiu.

Właściwie  prawie  go  nie  znała.  Wiedziała  tylko,  że  jest 

bogatym  bankierem,  świetnie  się  ubiera  i  jest  na  tyle  dobrze 
wychowany,  by  nie  osądzać  kobiet  na  podstawie  tak 
zwodniczej  jak  wygląd.  Tak  w  każdym  razie  Clarissa 
zakładała,  nie  należała  bowiem  w  obecnym  „przebraniu"  do 
kobiet, na widok których mężczyźni są gotowi wyskoczyć ze 
skóry.  Mark  natomiast  reprezentował  urodę,  dla  której  warto 
cierpieć,  jeśli  nie  umrzeć.  Można  by  oczywiście  powiedzieć, 
że Clarissa jest dość prymitywna i powierzchowna, czyniąc z 
Marka idola najwyższej klasy, ale na podobną uwagę gotowa 
była  odpowiedzieć,  że  noszenie  wielkich  okularów  w  grubej 
oprawie jeszcze nie oznacza, że oślepła.

background image

Doskonale  widziała  Marka  Dennisona.  Jego  wzrost,

szerokie  bary  i  znamionujące  siłę  rysy  twarzy  o  doskonałej 
symetrii.  Pochodząc  z  rodziny  wywodzącej  się  z  etnicznego 
koktajlu,  zawsze  podziwiała  ludzi  takich  jak  Jane  Thayer  i 
Mark  Dennison - o  sprawdzalnych  wiele  pokoleń  wstecz 
rodowodach.

- Czy wie pani, gdzie jest Jane? - spytał.
- W tej chwili?
- Nie, nie. Ogólnie. Czy gdzieś wyjechała?
- Do Nowego Orleanu - odparła ze śmiechem, ale śmiech 

jej natychmiast zamarł, gdy zdała sobie sprawę, że Mark nic o 
tym nie wie, a może nie miał wiedzieć.

- Do Nowego Orleanu?! - powtórzył zdumiony.
- Wzięła  kilka  dni  urlopu,  by  załatwić  osobiste  sprawy. 

Nic panu nie mówiła?

Mark  rozluźnił  nieco  krawat  i  odpiął  guzik  kołnierzyka. 

Może  skończył  już  dziś  pracę,  pomyślała  Clarissa.  Nie  znała 
godzin pracy bankierów, ale może ważni dyrektorzy przestają 
pracować  wczesnym  popołudniem.  A  może  Mark  Dennison 
zamierza  usiąść  na  skraju  jej  biurka  i  zacząć  gawędzić  na 
temat swej ukochanej?

Wpadła jej też do głowy zwariowana myśl, że Mark zaraz 

rozepnie całą koszulę, a potem zacznie robić strip-tiz. Clarissa 
często podobnie fantazjowała na temat różnych ludzi.

Zwłaszcza  że  w  firmie  adwokackiej  Baker,  Dunn  i  tak 

dalej działy się przedziwne rzeczy, chociaż Jane nigdy w nich 
nie uczestniczyła, podobnie jak trudno było o coś podobnego 
posądzić jej narzeczonego. Niemniej Clarissa nieco odwróciła 
fotel  i  zatrzepotała  rzęsami.  A  skoro  mowa  o  Jane:  Clarissa 
ceniła ją między innymi za godne zachowanie i zakładała, że 
Jane za to samo ceni Marka.

Na  takich  ludziach  jak  Jane  i  Mark  można  polegać. 

Zawsze się wie, jak postąpią. Należą do ludzi rozsądnych.

Z drugiej strony Clarissa nie mogła oprzeć się myśli, że im 

więcej  guzików  koszuli  rozpiąłby  Mark,  tym  lepiej  by 
wyglądał.

Wstydziłabyś się, Clarisso!

background image

- Widziałem  się  z  Jane  podczas  weekendu - oznajmił. -

Byliśmy  na  wernisażu  w  Muzeum  Sztuki.  Była  tam  jedna 
rzeźba.

Clarissa czuła, że ta rozmowa - a raczej monolog Marka -

staje się dla niej niezrozumiała, a kto wie, czy nie ryzykowna.

- Rzeźba? - spytała.
- Nagiej  kobiety  wyłaniającej  się  ze  skały.  Skała 

przypominała trochę tort. Kiedy zrobiłem na ten temat uwagę, 
Jane  doszła  do  wniosku,  że  zamierzam  zorganizować 
kawalerski wieczór.

- Rzeczywiście?
- Ani mi to w głowie. Ale ona wtedy nagle powiedziała, 

że  potrzebuje  kilku  wolnych  dni  i  zniknęła.  Do  Nowego 
Orleanu. - Tę ostatnią „informację" dodał chyba zapominając, 
że nic o Nowym Orleanie nie wiedział, póki mu Clarissa tego 
nie  wyjawiła.  Niemożliwe,  żeby  zapomniał.  Po  prostu  chciał 
zamaskować  swą  niewiedzę  i  zbagatelizować  sprawę. -
Pomyślałem  sobie,  że  Jane  chce  może  coś  zorganizować  dla 
mnie.  Właśnie  kawalerski  wieczór.  Boże  drogi,  kawalerski 
wieczór z nagą dziewczyną w czekoladowym torcie!

- Miałaby  to  organizować  w  Nowym  Orleanie?  Ale 

dlaczego tam?

- Żeby  mi  zrobić  niespodziankę.  Bo  gdyby  to  miało  się

odbyć  w  Bostonie,  na  pewno  dowiedziałbym  się  wcześniej. 
Mam nieprawdopodobną liczbę przyjaciół i znajomych, którzy 
by  mnie  uprzedzili.  Jane  wie,  że  tu  nie  utrzyma  przede  mną 
żadnej tajemnicy. Nie ma zamiaru mieć przede mną sekretów, 
wiem,  ale  nawet  gdyby  zamierzała,  to  by  jej  się  nie  udało. 
Wszystko sobie zawsze mówimy.

Clarissa  nie  wiedziała,  co  powinna  odpowiedzieć,  więc 

tylko  patrzyła  na  Marka  przez  swe  okulary  o  szkłach 
zerowych.

- Oczywiście z wyjątkiem takich sytuacji jak teraz, kiedy 

chodzi o niespodziankę - dodał.

Tu już Clarissa nie wytrzymała:

- Widział  pan  rzeźbę  nagiej  kobiety  wyłaniającej  się  ze 

skały  i  od  razu  wnioskuje  pan,  że  Jane  przygotowuje  panu 
niespodziankę  w  postaci  kawalerskiego  wieczoru?  Zupełnie 
nie chwytam toku pańskiego rozumowania.

background image

- Wnioskuję  to  z  jej  słów.  Z  tego,  co  mi  powiedziała  w 

muzeum.  Widziała,  jak  wpatrywałem  się  w  tę  rzeźbę. 
Wyciągając wnioski, należy myśleć o kontekście. Kontekst to 
w życiu najważniejsza rzecz.

Clarissa  milczała,  nie  wyobrażając  sobie,  jak  mogłaby 

dyskutować  z  Markiem  na  temat  kontekstu,  skoro  nie  miała 
pojęcia, o czym Mark mówi. Jane nic jej nie mówiła o żadnym 
wieczorze  kawalerskim.  Powiedziała,  że  musi  odwiedzić  w 
Nowym  Orleanie kogoś,  kogo dawno znała, i że nie  wie, jak 
długo  będzie  nieobecna,  ale  zamierza  codziennie  dzwonić.  I 
prosiła  Clarissę,  aby  nie  mówiła  nikomu  w  firmie,  dokąd 
wyjeżdża.

A więc to ma być sekret. Albo niespodzianka. Albo coś w 

tym sensie.

- Problem polega na tym - Mark pochylił się nad Clarissą, 

częstując  ją  zapachem  cytrusowego  płynu  po  goleniu - że  ja 
nie znoszę niespodzianek.

Ma trzy dołeczki, zauważyła Clarissa. Dwa na policzkach 

i  jeden  na  brodzie,  podobny  do  kropeczki  pod  znakiem 
zapytania.  Jest  bez  wątpienia  najprzystojniejszym mężczyzną 
ze  wszystkich,  których  znała.  Jej  opinia  wiele  znaczyła, 
niemało  bowiem  poznała  męskich  modeli  podczas  swej 
krótkiej  kariery  i  niemało  mężczyzn - mężczyzn,  a  nie 
dżentelmenów - ubiegało się o jej względy, nim postanowiła i 
nauczyła  się  ukrywać  swą  urodę.  Mark  sprawia  wrażenie 
kogoś,  kto  jest  wspaniale  wyciosany,  przypomina  rzeźbę 
mężczyzny  wyłaniającego  się  ze  skały...  Niestety,  nie 
wiedziała, w jakim go umieścić kontekście.. 

- Problem polega na tym, Clarisso - ciągnął, po raz wtóry, 

pochylając  się  nad  nią  i  przemawiając  takim  tonem,  jakby 
zwierzał  się  zaufanej  i  bliskiej  osobie - że  ja  nie  znoszę  nie 
wiedzieć,  co  mnie  czeka.  Jeśli  za  moimi  plecami  Jane 
przygotowuje  dla  mnie  wieczór,  podczas  którego  nagie 
niewiasty  będą  wyskakiwać  z  tortów - kształtne,  namiętne  i 
oblepione kremem - to chciałbym z góry o tym wiedzieć.

- Jeśli  Jane  coś  podobnego  planuje,  to  ja  nie  mogę  nic 

pomóc - odparła. - Nic nie wiem.

background image

- Nie udawaj, nie udawaj! - Wszystkie trzy dołeczki były 

jakby w nią wycelowane. - Mnie możesz powiedzieć. Nikomu 
nie powtórzę.

- Co  mogę  zrobić... - zaczęła,  ale  zamilkła.  Gdyby  Jane 

chciała,  by  Mark znał  jej plany,  to  sama by  mu  powiedziała. 
Clarissa nie może być nielojalna wobec szefowej. A poza tym 
pomysł,  by  Jane  planowała  przyjęcie z  nagimi  kobietami  w 
tortach  jest  zupełnie  nieprawdopodobny.  I  niesłychanie 
ekscentryczny.  Absolutnie  nie pasuje  do Jane. - Mogę zrobić 
jedno:  kiedy  Jane  zadzwoni  do  biura,  to  jej  powiem,  że 
narzeczony o nią pytał. - Długo się zastanawiał.

- Nie chciałbym, żeby pomyślała, że ją kontroluję czy coś 

takiego...

- Przecież  bym  nie  powiedziała,  że  narzeczony  ją 

kontroluje  czy  coś  takiego - zaprotestowała. - Jane  jutro 
powinna zadzwonić, żeby sprawdzić, czy nie ma nic pilnego. 
Kiedy to zrobi, to powiem, że pytał pan o nią czy coś takiego, 
że brakuje jej panu i że chciałby pan usłyszeć jej głos. Mam to 
zrobić?

- Bardzo bym chciał usłyszeć jej głos - potwierdził - ale 

najbardziej  chciałbym  wiedzieć,  co  ona  tam  robi.  Bądźmy 
rzeczowi,  Clarisso.  Znam  jej  głos,  nie  muszę  go  tak 
koniecznie słyszeć, natomiast nie znam powodów jej wyjazdu 
do Nowego Orleanu.

- Ale  przed  chwilą  powiedział  pan,  że  bardzo  by  chciał 

usłyszeć jej głos. - Clarissa była nieco zagubiona.

- W  tym  sensie,  że  bardzo  lubię  jej  głos.  Uwielbiam  jej 

głos. Jej głos budzi we mnie wszystkie zmysły i chętnie bym 
go usłyszał. - Wydawał się wyraźnie zniecierpliwiony.

- Ale rozumiem, że nie teraz. Żeby nie budzić zmysłów. -

Była  już  zupełnie  zagubiona.  Ilekroć  Mark  nachylał  się  nad 
nią  i  obdarzał  uroczym  uśmiechem  z  trzema  dołeczkami,
zapominała  o  potrzebie  skoncentrowania  się  i  zrozumienia 
tego, co mówił.

- Nie chodzi o to, że nie chcę słyszeć głosu Jane, ale to by 

mi nie wystarczyło. Mogę go usłyszeć, jeśli będzie okazja, ale 
jej głos nie wpłynąłby na nic i nic by nie zmienił.

- Ale  przed  chwilą  pan  powiedział...  Jak  pan  to 

powiedział? Aha, że jej głos budzi wszystkie zmysły.

background image

- A ty powiedziałaś, że Jane jest w Nowym Orleanie. Jaki 

jest  sens  budzić  zmysły,  kiedy  ona  zabrała  z  sobą  głos  do 
Nowego Orleanu?

- Nie  mogła  pojechać  bez  głosu,  no  nie?  Dlaczego  ten 

Mark tak komplikuje najprostsze sprawy?

- Mam  pomysł - powiedział. - Idź  do  jej  gabinetu  i 

porozglądaj  się.  Może  zostawiła  coś,  co  pozwoli  nam 
dowiedzieć  się,  co  robi  w  Nowym  Orleanie.  Jakieś  notatki, 
może  coś  w  kalendarzu,  jakiś  kwit  z  zakupu  na  kartę 
kredytową. Może zamówienie na tę nagą dziewczynę...

- Nie  przyszło  panu  do  głowy,  że  ona  może  planować 

niespodziankę,  nawet  wieczór  kawalerski...  bez  nagiej 
dziewczyny?

Rozpromienił się.

- A  więc  przyznajesz,  że  Jane  planuje  wieczór 

kawalerski?

- Nic takiego nie powiedziałam.
- Przyznajesz w takim razie, że zwróciła się do agencji po 

nagą tancerkę?

- Nie.
- Wiesz co, pozwól mi na chwilę zajrzeć do jej gabinetu. 

Obiecuję, że ci powiem, jeśli coś takiego zrobiła.

- Nic  takiego  nie  zrobiła.  W  tym  roku  tylko  mnie 

wynajęła. A ja nie jestem naga.

- Zauważyłem.

Był  absolutnie  niemożliwy,  lecz  miał  rozbrajający 

uśmiech.  I  rozbroił  ją.  Niewielu  mężczyzn  zwracało  na  nią 
uwagę, gdy była w stroju biurowym.

- Bardzo mi przykro, panie Dennison - powiedziała dość 

sztywno. - Nie mogę panu pozwolić wejść do gabinetu.

- Nie wygłupiaj się! Mam zostać jej mężem. Jane zawsze 

wpuszcza mnie do gabinetu.

- Ona  może  wpuszczać,  ja  nie - odparła.  Westchnął 

melodramatycznie.

- Jane ma szczęście, posiadając taką lwicę strzegącą bram. 

No  i  co  ja  mam,  biedny,  robić?  Znajdę  się  w  bardzo  trudnej 
sytuacji,  jeśli  ona  tę  nagą  kobietę  wynajmie  i  zrobi  mi 
niespodziankę.

background image

- Chyba  jednak nie  mówi pan  serio.  Znam Jane.  Nie  ma 

osoby bardziej rozsądnej i pewniej stąpającej po ziemi. Jane i 
naga tancerka w torcie! - Clarissa parsknęła śmiechem.

- Jane  jest  bardziej  skomplikowana,  niż  się  wydaje  na 

pierwszy rzut oka. Do wszystkiego jest zdolna. Ma listę gości 
zaproszonych na nasz ślub. Zna wszystkich moich przyjaciół.
I oto w kilka dni po naszej rozmowie w muzeum nagle znika. 
To  wzbudziłoby  podejrzenia  każdego.  Nie  mówię,  że  jestem 
podejrzliwy.  Stwierdzam  tylko,  że  Jane  coś  przede  mną 
ukrywa. I ty mi możesz pomóc odkryć co.

Clarissa niepewnie zachichotała. Zdawała sobie sprawę, że 

Mark ze swoimi dołeczkami zaczyna burzyć jej obronne mury.

- Kiedy  Jane  jutro  zadzwoni,  to  napomknę  to  i  owo  i 

może mi się uda coś dowiedzieć.

- Jesteś pewna, że Jane jutro zadzwoni?
- Powiedziała wyraźnie, że będzie codziennie dzwoniła.
- Musimy się umówić na jutro, żebyś mi mogła wszystko 

powiedzieć  o  planach  balu  z  tortem  i  dziewczyną.  Może... -
Wyciągnął z kieszeni oprawny w skórę kalendarzyk, otworzył 
i  długo  wpatrywał  się  w  notatki. - Hmm,  jutro  mam  ciężki 
dzień. Może spotkamy się po pracy? O której kończysz?

- O  piątej.  Piątej  trzydzieści. - Nie  sądziła,  by  podczas 

nieobecności Jane musiała zostać dłużej w biurze.

- Świetnie. Piąta trzydzieści bardzo mi odpowiada. Mam 

po ciebie przyjść? Nie - odpowiedział sam sobie. - Nie wiemy, 
czy Jane nie jest w kontakcie jeszcze z kimś w firmie. Gdyby 
ktoś  mnie  tu  zobaczył  dwa  razy  z  rzędu,  mógłby  wyciągnąć 
fałszywy wniosek, że inwigiluję Jane, i powiedzieć jej o tym, 
a to by zepsuło niespodziankę.

Clarissa  w  zamyśleniu  przyglądała  się  Markowi.  Cała  ta 

wizyta i rozmowa wydawały się jej bardzo dziwne. Pomyślała 
jednocześnie,  że  Jane  w  Nowym  Orleanie  załatwią  coś,  co 
może wymagać pomocy jej kolegów adwokatów. A może ten 
ktoś,  kogo niegdyś  znała  i  z  kim  ma się  spotkać,  pomaga jej 
rzeczywiście  zorganizować  wielki  bal  kawalerski  na  statku 
wycieczkowym  pływającym  po  Missisipi?  Kto  wie,  może 
mają być występy kabaretowe, kasyno, dziewczęta, no i torty. 
Może  Jane  chce  swemu  narzeczonemu  dać  szansę  hucznego 
pożegnania kawalerskiego stanu?

background image

Jane Thayer nie wygląda na osobę, która by tego chciała i 

której podobny pomysł mógł wpaść do głowy, ale kto wie, co 
w kim siedzi. Może Jane jest tak podniecona małżeństwem, że 
wpadają jej do głowy nieuczesane myśli. Może wyzwoliły się 
zwykle uśpione cechy charakteru?

- Jeśli nie chce pan tu przyjść, to możemy spotkać się w 

mieście - zaproponowała.

- Może w hotelu Four Seasons? - spytał.
- Dobrze.

Uśmiechnęła  się  zadowolona.  Chociaż  spotkanie  z 

Markiem  po  pracy  nie  miało  żadnego  ukrytego  znaczenia,  to 
jednak  cieszyła  ją  szansa  pokazania  się  z  przystojnym  i 
bogatym  mężczyzną  w  barze  eleganckiego  hotelu.  Jeśli  Jane 
może  coś  knuć  za  plecami  Marka,  Mark  i  Clarissa  mogą 
spiskować  za  plecami  Jane.  Dlaczego  nie?  Mogą  nawet 
zaplanować 

jeszcze 

większą 

niespodziankę. 

Nagich 

mężczyzn! Pizza, lody i nadzy mężczyźni! Ale byłaby heca!

- A  więc  Four  Seasons - potwierdził  Mark. - Piąta 

trzydzieści.

- Tak  jest,  panie  Dennison.  Jutro  o  piątej  trzydzieści. 

Zsunął  się  z  jej  biurka,  uważnie  otrzepał  spodnie,  poprawił 
marynarkę. Żegnając się powiedział:

- Myślę,  że  możesz  skończyć  z  tym  „panem 

Dennisonem". 

pewnym 

sensie 

będziesz 

moją 

przyszywaną... sekretarką. Bo jako mąż Jane... Mów do mnie 
Mark.

Uśmiechnął  się  czarująco.  Odpowiedziała  mu  równie 

czarującym uśmiechem i słowami:

- Doskonale, Mark. Do jutra.
- Do jutra! - odparł miękkim barytonem i wyszedł.

background image

Rozdział 3

Następnego  dnia  rano  Jane  w  piekielnym  humorze 

podjechała pod budynek dziennika „Sentinel". Wprost dyszała 
z  wściekłości.  Była  gotowa  zbić  kogoś  na  kwaśne  jabłko, 
rozkwasić mu nos, urwać łeb.

Tym kimś był Cody.
Przez trzy czwarte nocy przewracała się z boku na bok, nie 

mogąc zasnąć. Sama nie wiedziała, co bardziej wytrąciło ją z 
równowagi,  rozstroiło  i  rozwścieczyło  podczas  rozmowy  z 
Codym: czy próba wyłudzenia pieniędzy, czy głoszona przez 
niego  opinia,  że  ojciec  miał  rację,  uważając  go  za  człowieka 
bezwartościowego, czy też fakt, że nawet teraz, kiedy była już 
dojrzałą, racjonalnie myślącą kobietą, a ponadto osobą mającą 
zawrzeć związek małżeński, Cody nadal ją pociągał. I to jak!

Czyż  nie  jest  to  paradoksalne  i  idiotyczne?  Jak  może  ją 

pociągać podobny nędznik! Przyleciała do Nowego Orleanu w 
dobrej  wierze,  by  uzyskać  od  byłego  męża  podpis,  który 
obojgu  dałby  wolność.  Przecież  na  złożeniu  podpisu  Cody 
skorzysta nie mniej niż ona!

Jak on śmie żądać od niej pieniędzy!
Od kiedy go opuściła i uporządkowała swoje życie, starała 

się  panować  nad  uczuciami  i  być  zawsze  panią  swoich 
poczynań.  Przeszła  jak  burza  przez  Wellesley  College  i 
ukończyła 

wydział 

prawa  na 

Harvardzie. 

Zawsze 

zorganizowana,  zawsze  panująca  nad  sytuacją,  zawsze 
dowcipna i uzbrojona w masę wiedzy.

Jednakże  jej  książkowa  wiedza  była  bezużyteczna  w 

starciu  z  Codym  Sinclairem.  Prawne  normy  nie  wskażą  jej 
drogi  postępowania.  W  obecnej  sytuacji  będzie  musiała 
polegać  wyłącznie  na  swoim  sprycie.  A  jeśli  Cody  zażąda 
wysokiego okupu?

No i co będzie, jeśli przy następnym spotkaniu zareaguje 

na  niego  tak  samo  jak  poprzedniego  dnia  w  barze  Gussie? 
Jeśli poczuje niepokojące ciarki na karku, serce jej zacznie bić 
jak szalone i będą pocić się dłonie? Natychmiast gdy tylko go 
ujrzy!

Pocenie dłoni można zrzucić na parny klimat Luizjany. Na 

złą klimatyzację w hotelu. Na wszystko, byle nie przyznawać 

background image

się  do  prawdy:  że  winę  za  bezsenność  minionej  nocy  ponosi 
nie  rozsadzająca  ją  złość,  lecz  wspomnienia.  O  pocałunkach 
Cody'ego  i  dotyku  jego  palców,  jego  pieszczotach. 
Wspomnienia  o  tym,  co  pozwolił  jej  przeżyć.  Nawet  nie 
podejrzewała, że tyle pamięta.

Z  szeroka  otwartymi  oczami  leżała  minionej  nocy  na 

szerokim łożu luksusowego pokoju hotelowego, wspominając 
inny  hotel,  przed  wielu,  wielu  laty,  i  innego  rodzaju 
rozpalające  ją  przeżycie,  Był  to  przydrożny  motel  gdzieś w 
pobliżu  Buffalo.  Jechali  dziewięć  godzin,  nim  do  niego 
dotarli.  Byli  zmęczeni  i  obolali.  Twarz  Jane  spierzchła  od 
ostrego  wiatru,  krew  jej  kipiała  z  podniecenia  i  strachu.  O 
świcie  tego  poranka,  gdy  rodzice  jeszcze  spali,  zostawiła  list 
na  stole  w  jadalni,  zarzuciła  na  ramiona  plecak  wypchany 
ubraniami  i  wymknęła  się  z  domu.  Cody  czekał  na  nią  przy 
bramie  wjazdowej  na  posesję.  Czekał  tak,  jak  zapowiedział. 
Przytroczył  jej  plecak  do  tylnego  siodełka  motocykla  i 
wręczył kask.

I odjechali. Jane Thayer uczyniła coś, czego nikt by się nie 

spodziewał  po  rozsądnej  dziewczynie,  dobrym  dziecku 
patrycjuszowskiej rodziny, po jednej z najlepszych uczennic z 
paszportem  na  wyższe  studia:  uciekła  z  Codym  Sinclairem, 
trójkowym uczniem, łachmytą... Ale za to uroczym łachmytą!

Byli  bardzo  wyczerpani,  kiedy  dotarli  na  przedmieścia 

Buffalo.  W  ciągu  dnia  wymienili  z  sobą  zaledwie  parę  słów. 
W czasie jazdy na motocyklu we dwoje nie można prowadzić 
ożywionych  rozmów.  Jane  bolały  wszystkie  kości,  chyba  do 
tego odparzyła sobie siedzenie. Ręce jej ścierpły od trzymania 
się Cody'ego i poza tym czuła się dalej od rodzinnego domu, 
niż  da  się  określić  liczbą  kilometrów.  Uczyniła  rzecz 
niedopuszczalną i nie do pomyślenia. Poszła za głosem serca. 
Przyjęła  propozycję  Cody'ego  porzucenia  dawnego  życia  i 
rozpoczęcia nowego wraz z nim. Brakowało słów na opisanie 
jej przerażenia. Ale nie żałowała swojej decyzji.

Zmęczeni, zmaltretowani drogą, wynajęli w motelu pokój. 

Rzucili  się  na  łóżko,  pragnąc  spać.  Pragnęli  jednak  jeszcze 
czegoś.

- Jeszcze nigdy tego nie robiłam - szepnęła do Cody'ego.
- Wszystko będzie dobrze, kochanie - odparł.

background image

- Boję się.
- Czego?

Że  mnie  porzucisz,  że  zostanę  z  pustką  w  sercu...  Tak 

chciałaby odpowiedzieć, ale tylko jęknęła.

- Janey, Janey, kochanie! - Usiłował ją uspokoić, gładził 

jej  włosy,  odgarniał  kasztanowe  kosmyki  z  jej  policzków. -
Ożenię  się  z  tobą.  Obiecałem.  Pojedziemy  do  Nevady. 
Weźmiemy ślub i...

- Ja nie tego się boję. - Boję się, że mogłam popełnić błąd, 

zakochując  się  w  tobie,  pomyślała.  Zrezygnowałam  ze 
wszystkiego  i  boję  się  tego,  co  mi  przyniesie  los. - Czy  to 
będzie bolało? - spytała i jednocześnie poczuła żar ogarniający 
ją pod wpływem pieszczoty.

- Nie - zapewnił,  przesuwając  dłoń  wzdłuż  jej  ciała. 

Powoli  i  delikatnie.  Ach,  jakież  to  było  cudowne.  Wargami 
musnął jej wargi. - Nigdy nie zadam ci bólu...

Wtedy nie zadał jej bólu, przypominała sobie, czekając na 

windę, która miała zawieźć ją do redakcji. Zadał ból później. I 
robił to nadal, dwanaście lat później, usiłując ją szantażować. 
Szantażować!  Usiłując  wykorzystać  zwykłe  przeoczenie  i  na 
nim zarobić. Gotowa była rozszarpać go na kawałki.

Winda  wreszcie  zjechała,  zapraszająco  rozsunęły  się 

drzwi.  Zaczerpnęła  głęboko  powietrza,  postanawiając 
opanować  się,  by  móc  racjonalnie  stawić  czoło  czekającej  ją 
batalii  z  Codym.  Do  windy  wsiadła  z  kobietą  w  średnim 
wieku,  rozsiewającą  duszny  zapach  perfum,  i  z  młodym 
mężczyzną, namiętnie obrabiającym miętową gumę do żucia. 
Ignorując  owe  gryzące  się  z  sobą  zapachy,  zaczęła  odliczać 
sekundy.  Raz,  dwa,  trzy...  To  ją  nieco  uspokoiło.  Musi, 
absolutnie musi być spokojna, by Cody znów nie górował nad 
nią.  Dziś  ona  będzie  decydowała  o  przebiegu  rozmowy. 
Postraszy  go  prawniczym  żargonem,  w  którym  znajduje  się 
miejsce  na  zawoalowane  groźby.  Załatwi  sprawę  i  wróci  do 
swego miłego i spokojnego życia w Bostonie.

Na czwartym piętrze drzwi windy cichutko się rozsunęły. 

Wyszła zadowolona, że zostawia za sobą mdlące zapachy. Tuż 
za  holem  znajduje  się  tętniąca  życiem  sala  redakcyjna,  gdzie 
poprzedniego  dnia  uprzejma  redaktorka,  chyba  redaktorka, 
poinformowała Jane, gdzie o tej porze można zastać Cody'ego.

background image

Ta  sama  osoba  siedziała  dziś  rano  za  biurkiem  tuż  przy 

drzwiach.  Tym  razem  Jane  lepiej  się  jej  przyjrzała. 
Trzydzieści  parę  lat,  nieskazitelna  mahoniowa  cera,  włosy 
splecione  w  niezliczoną  ilość  małych  warkoczyków.  Jane 
przybrała  przyjazny  uśmiech  i  podeszła  do  kobiety,  która 
natychmiast ją poznała.

- Jak się masz, skarbie? Czy znalazłaś wczoraj Cody'ego?
- Tak. - Jane  łakomie  spojrzała  na  dymiący  kubek  kawy 

na  biurku  i  zapragnęła  nagle  kilku  łyków.  Trzy  kubki,  jakie 
wypiła już w hotelu, to za mało na to, co ją czeka. Parę łyków 
też  za  mało.  Potrzebowałaby  paru  litrów,  żeby  umysł  jej 
zaczął właściwie funkcjonować.

- A  co  mogę  dla  pani  zrobić  dziś? - spytała  kobieta  tak 

śpiewnie  i  tak  przeciągając  sylaby,  że  Jane  potrzebowała 
dobrych paru sekund, by przełożyć to na angielski.

- Znowu  szukam  Cody'ego - przyznała,  zmieniając

konwencjonalny uśmiech na lekko zakłopotany, by wzbudzić 
sympatię. - Czy już jest?

- O  tak.  Zdaje  się,  że  coś  zmajstrował  i  ma  kłopoty. -

Kobieta się roześmiała.

A więc Bóg jednak czuwa i pokarał Cody'ego, pomyślała z 

satysfakcją Jane.

- Co przeskrobał?
- Nie  wiem.  Przed  piętnastoma  minutami  wezwał  go 

naczelny. Jest tam też nasz radca prawny. To zawsze pachnie 
czymś  niedobrym,  kiedy  z  najwyższego  piętra  schodzi  nasz 
radca prawny.

- Może Cody złamał parę prawnych zakazów - podsunęła 

Jane z nadzieją w głosie.

- Może, może. Mnie by to nawet nie zdziwiło. - Kobieta 

upiła  parę  łyków  kawy  i  odwróciła  głowę  w  kierunku 
oszklonego przepierzenia w głębi wielkiej i bardzo hałaśliwej 
sali. - O,  oni  są  tam  i  mielą  ozorkami.  Ale  nie  widzę,  żeby 
Cody miał już założone kajdanki.

Szkoda, że nie. Byłoby łatwiej z nim pogadać, gdyby miał 

na przegubach obrączki.

Skąd przychodzą jej do głowy takie myśli? Od kiedy stała 

się osobą żądną zemsty? Z natury jest przecież pacyfistką. Nie 

background image

znosi przemocy, nigdy nikogo nie uderzyła. To Cody Sinclair 
wyzwala w niej najgorsze instynkty.

Rzuciła  na  kubek  ostatnie  tęskne  spojrzenie  i  odeszła  od 

biurka  ciemnoskórej  kobiety.  Obrzuciła  wzrokiem  salę 
redakcyjną,  oświetloną  jarzeniowymi  rurami.  W  ich  bieli 
kąpały  się  niezliczone  biurka  z  monitorami  i  klawiaturami 
oraz  telefonami.  Przed  każdym  stanowiskiem  stał  czarny, 
obrotowy  fotel.  Tylko  kilka  było  zajętych,  chociaż  między 
biurkami kręcił się spory tłumek, bliski chyba jakiegoś obłędu. 
Jane  przestała  się  nim  interesować  i  skupiła  wzrok  na  trzech 
mężczyznach w oszklonym kojcu.

Cody  najwidoczniej  nie  uważał  za  potrzebne,  by  ubierać 

się  starannie.  Miał  na  sobie  wypłowiałe  prawie  do  białości 
dżinsy  i  ciemnowiśniową  koszulkę.  Jane  była  pewna,  że  na 
nogi  włożył  jakieś  zniszczone  adidasy.  I  nie  dbał  także  o 
uczesanie:  czarne,  gęste  włosy  sterczały  mu  niesfornie. 
Najciekawsze,  że  jego  postawa  wcale  nie  wskazywała  na  to, 
że  stoi  pod  pręgierzem.  Za  to  dwaj  pozostali  rozmówcy, 
ubrani  w  lekkie  letnie  garnitury,  wydawali  się  wyraźnie 
poruszeni i zdenerwowani.

Jane  nie  dała  się  jednak  nabrać  na  te  pozory  spokoju. 

Wiedziała,  że  Cody  nie  znosi,  by  beształ  go  ktokolwiek,  w 
garniturze czy bez. Im bardziej wydawał się opanowany, tym 
bardziej gorzał wewnętrznie. Pamiętała, jak w szkole zamykał 
się  w  sobie,  gdy  tylko  wpadał  w  kłopoty.  Zawsze  wyglądał 
tak,  jakby  nic  go  nie  obchodziło,  jakby  się  w  ogóle  nie 
przejmował, a w rzeczywistości tłumił rozsadzający go gniew 
czy  gorycz,  rejestrując  wszystko  w  pamięci,  by  móc  w 
przyszłości  wyrównać  rachunki.  Cody  nienawidził  wszelkich 
przepisów  i  zasad  z  wyjątkiem  tych,  które  sam  sobie 
ustanowił.

Jane  postanowiła  zachować  spokój  bez  względu  na  to,  w 

jakim humorze Cody wyjdzie od naczelnego. I bez względu na 
to, co tam się teraz może dziać. Im będzie spokojniejsza, tym 
większa szansa, że uspokoi Cody'ego po tej awanturze i skłoni 
go do złożenia podpisu na dokumentach. Z pewnością jest tu 
gdzieś jakiś notariusz. Pójdą do niego, Cody podpisze i będzie 
po wszystkim. A jeśli rzeczywiście znalazł się w tarapatach, to 

background image

nie  będzie  skłonny  ich  mnożyć, wdając  się  w  kłótnię  z  Jane. 
Może nawet będzie chciał jak najszybciej się jej pozbyć.

Drzwi  oszklonego  przepierzenia  stanęły  otworem.  Cody 

jeszcze  coś  powiedział,  najwidoczniej  żegnał  się  lub 
przepraszał,  i  wszedł  do  sali  redakcyjnej.  Zobaczył  Jane  w 
chwili, gdy zamykał za sobą drzwi. Nie zatrzasnął ich, co było 
dobrym  znakiem,  natomiast  zwarte  w  wąską  linijkę  usta 
świadczyły o czymś innym. Jego ostre spojrzenie trafiło prosto 
w  jej  oczy.  Poczuła  się  jak  cel  dla  rakiety,  która  za  chwilę 
zostanie odpalona.

Zdecydowanie lepszy znak.
Odsunął  kosmyki  opadające  mu  na  brwi  i  ruszył  ku  niej 

swoim typowym  krokiem.  Gdy  znalazł  się  bliżej,  zauważyła, 
że  drga  mu  mięsień  policzka.  Zdenerwowanie?  Podniecenie? 
Ale czym? Nie odwracając od niej oczu i nie odpowiadając na 
pozdrowienia paru pracowników, ominął zręcznie kilka biurek 
i  kilka  osób,  by  wreszcie  stanąć  przed  nią  twarzą  w  twarz. 
Dzieliło ich najwyżej dziesięć centymetrów.

- Dzień dobry - powitała go uprzejmie.
- Chodźmy  stąd - odparł  ostro,  ujął  pod  ramię  i 

poprowadził szybkim krokiem do windy.

Zadziwiające,  że  nie  zaczął  jej  karcić  za  przyjście  Lnie 

obrzucił  sarkastycznymi  uwagami.  Jeszcze  bardziej  była 
zdziwiona  sposobem,  w  jaki  ją  prowadził.  Dotyk  jego  dłoni 
był  delikatny,  troskliwy.  Co  gorsze,  wywołał  w  niej  dreszcz, 
który  przeniknął  ciało,  łącznie  z  sercem,  do  którego  Cody 
dawno już utracił prawo.

Zagryzła wargi, by broń Boże nie poprosić o zabranie ręki, 

co byłoby krępujące dla obojga. Gdy zjawiła się winda, Cody 
Wprowadził  Jane  do  środka,  a  po  zamknięciu  drzwi 
natychmiast ją puścił.

Jane  nagle  jakby  straciła  wszystkie  siły.  Z  wielkim 

wysiłkiem  utrzymywała  równowagę.  Winda  błyskawicznie 
zwiozła  ich  na  parter.  Niedobór  kofeiny  i  nadmiar  obecności 
Cody'ego  przedziwnie  na  nią  wpływały - jazda  windą,  która 
nigdy  nie  robiła  na  niej  wrażenia,  tym  razem  wydawała  się 
zjazdem do piekieł.

W  holu  ponownie  ujął  ją  pod  rękę  i  zaprowadził  do 

kafeterii.  Pojawiła  się  nadzieja  na  kawę,  ale  nadziei 

background image

towarzyszyła  nieprzyjemna  myśl,  że  Cody  pragnie  tego
samego, co paradoksalnie podkreślało i przypominało, że coś 
ich jednak łączy, choćby to było tylko to drobne pragnienie. A 
jeśli okaże się, że łączy ich coś jeszcze?

Usiedli przy stoliku pod oknem. W zasadzie Jane powinna 

była od razu przystąpić do rzeczy, ale coś ją powstrzymywało. 
Wiedziała co: ciekawość, jaką to rozmowę odbył Cody przed 
chwilą z redaktorem naczelnym i radcą prawnym.

Oczy  Cody'ego  błysnęły  jak  dwa  bliźniacze  lusterka 

odbijające  świat,  ale  nie  pozwalające  domyślać  się,  co  kryje 
się poza nimi. Dłonie położył na stole. Silne szerokie dłonie o 
długich,  lecz  spracowanych  palcach.  Te  palce  pasowały 
bardziej  do  kierownicy  motocyklowej  niż  do  aparatu 
fotograficznego.

- Jak  to  się  stało,  że  zostałeś  fotoreporterem? - spytała 

Jane.

Podeszła kelnerka, niosąc zdjęte z podgrzewacza naczynie 

z kawą.

- Cześć,  Cody! - mruknęła,  odpowiadając  na  jego 

skinienie głową, i napełniła kawą dwa grube kubki. - Coś do 
jedzenia?

Gody spojrzał pytająco na Jane.

- Kawa, tylko kawa - odparła.
- Wobec tego dziękuję - powiedział Cody. Kelnerka przed 

odejściem obdarzyła go uśmiechem.

- Nienawidzę określenia fotoreporter - oznajmił.
- Dlaczego?
- Brzmi zbyt... - Zabrakło mu słowa.
- Zbyt profesjonalnie - pospieszyła z pomocą.

Na ustach Cody'ego pojawił się na krótką chwilę uśmiech 

rozbawienia.

- Zbyt sztucznie, zbyt intelektualnie - poprawił.
- A co w tym złego, że intelektualnie?
- To nie w moim stylu. Powinnaś to wiedzieć.

Wiedziała, że Cody czerpie zadowolenie z wypierania się, 

że  jest  inteligentny,  a  nawet  błyskotliwy.  W  jego 
skrzywionym  rozumieniu  inteligencja  i  intelektualne 
zainteresowania sugerują snobizm, mola książkowego i nadętą 

background image

postawę.  Dla  Jane  była  to  jedynie  chęć  wykorzystania 
posiadanych zdolności.

- To,  co  robię,  jest  w  zasadzie  bardzo  proste  i  bardzo 

zwykłe - zaczął jej wyjaśniać. - Mój szef krzyczy: „Sinclaire, 
leć na Esplanadę, leży tam nieboszczyk". Na to ja wtedy łapię 
sprzęt  i  pędzę  obstrykać  tego  nieboszczyka.  Jedno  ze  zdjęć 
ukazuje się następnego dnia w gazecie. I to wszystko.

- No  i  właśnie  opisałeś  pracę  fotoreportera -

skomentowała.

Po  raz  wtóry  przez  jego  twarz  przemknął  wyraz 

rozbawienia.

-

Fotoreporter 

dostrzega 

wszystko 

pewnej 

perspektywie.  W  kontekście.  Ma  swój  punkt  widzenia.  Ma 
jakąś sprawę. Coś do załatwienia. Ma nadzieję, że jego zdjęcia 
poruszą  sumieniami  ludzi  i  każą  im  coś  zrobić  w  sprawie 
wzrastającej  przestępczości  albo  coś  poradzić  na  to,  że 
człowiek  patrzy  na  innego  człowieka  wilkiem,  albo  zająć  się 
rozkładem moralnym. A ja po prostu operuję migawką i już.

- Żadnego punktu widzenia? Żadnego zaangażowania?
- Najmniejszego! - Powiedział  to  z  dumą,  jakby  się 

chwalił.

- Więc jak to się stało, że robisz zdjęcia prasowe? Nigdy 

bym  nie  pomyślała,  że  możesz  zarabiać  na  życie  aparatem 
fotograficznym.

- Ot, stało się.
- Nikt  nie zostaję  fotografem  ot  tak.  Byłeś  mechanikiem 

samochodowym;

- Zostałem mechanikiem, gdyż była to jedyna praca, jaką 

wtedy  mogłem  dostać - odparł  sucho. - Miałem  do  wyboru 
garaż  albo  McDonalda.  W  garażu  lepiej  płacili.  Tobie  to 
oczywiście nie wystarczało, ale...

- Mnie nie chodziło o pieniądze, Cody.

Jęknęła  w  duszy:  po  co  znowu  powraca  do  przeszłości! 

Zaraz zaczną się kłócić. Boże, będą się kłócić o pieniądze!

- Rzuciłaś  mnie,  ponieważ  nie  mogłem  zapewnić  ci 

zbytków - upierał się.

- Ja  nie  chciałam  żadnych  zbytków,  Cody.  Po  prostu 

chciałam  się  uczyć,  studiować.  Wieczorami.  Byłam  gotowa 

background image

cały  dzień  pracować.  Gdybym  tylko  mogła  chodzić 
wieczorami na wykłady...

- To dużo kosztuje, a my nie mieliśmy pieniędzy. Ile nam 

pozostało,  kiedy  dobrnęliśmy  do  Los  Angeles?  Kilkaset 
dolarów. Na dwa miesiące czynszu za to okropne mieszkanie. 
I  księżniczka  z  Brookline  oświadcza  mi  wtedy,  że  chce 
zapisać się na uniwersytet.

- Dla  ciebie  rzuciłam  Wellesley  College - odcięła  się. 

Była  wściekła  na  Cody'ego,  że  wywołuje  duchy  przeszłości. 
Była wściekła na siebie, że mu na to pozwala.

- No ale tatuś przysłał pieniądze, żebyś mogła wrócić do 

domu i zostać studentką upragnionego college'u.

- Przestań! - Zazgrzytała zębami, a potem wypiła potężny 

łyk  kawy  i...  poparzyła  sobie  język.  Lepiej  jednak  poparzyć 
język niż powiedzieć coś, czego by potem żałowała.

Mogłaby  żyć  bez  Wellesley  College.  Mogłaby  żyć  bez 

pieniędzy. Nie mogła jednak żyć bez życiowych ambicji. Bez 
zaspokojenia choćby ich cząstki. Chodziło jej o kilka krótkich 
kursów,  by  nie  musiała  do  końca  życia  pracować  jako 
sprzedawczyni  w  jakimś  sklepie.  Chciała  zrobić  tylko  jeden 
mały kroczek w kierunku uniwersyteckiego dyplomu.

Cody  twierdził  wówczas,  tak  jak  i  teraz,  że  wszystko 

rozbijało się o pieniądze. Jane jednak zawsze podejrzewała, iż 
Cody  boi  się,  by  go  nie  przyćmiła,  by  nie  znalazł  się  w  jej 
cieniu. Nie obchodziło jej, czy on będzie nadal się uczył, czy 
nie.  Ona  pragnęła  się  uczyć  i  zdobyć  dyplom.  Było  to  jej 
marzeniem  i  celem  od  najmłodszych  lat.  Natomiast  Cody 
pragnął  być  i  pozostać  na  zawsze  celem  jej  życia.  Być 
jedynym celem jej istnienia. Był zazdrosny. Tak to w każdym 
razie postrzegała. Czy to wszystko jest teraz ważne? Przecież 
to już odległa przeszłość.

- Może  mi  jednak  wreszcie  powiesz,  jak  zostałeś  tym 

fotografem - powróciła do pierwotnego wątku.

Wzruszył  ramionami,  jakby  chciał  podkreślić,  że  to  był 

czysty przypadek.

- Raz pomogłem jednemu facetowi na autostradzie. Było 

to w kilka miesięcy po twoim odejściu. Musiał być bogaty, bo 
miał  jaguara.  Stał  na  poboczu,  a  spod  maski  buchała  para. 
Chciał  lać  zimną  wodę  do  gorącej  chłodnicy.  Dopiero  by  się 

background image

urządził.  Powstrzymałem  go,  powiedziałem  co  i  jak, 
pomogłem, dałem płynu i mógł jechać. Zamierzał mi zapłacić, 
ale  ja  nie  chciałem  pieniędzy.  Więc  ofiarował  mi  aparat 
fotograficzny.

- Tak  to  się  zaczęło?  Naprawdę? - Może  w  istocie  jego 

obecny zawód był rezultatem zwykłego przypadku?

- To  był  nikon,  drogi  aparat,  chociaż  ja  wtedy  tego  nie 

wiedziałem.  Powiedział  mi,  że aparat  należy  do jego  żony,  z 
którą  się  właśnie  rozwodzi.  I  że  jest  to  paskudny  rozwód. 
Niech baba ma za swoje, skoro zostawia swoje rzeczy w jego 
samochodzie.  Ponieważ  w  owym  czasie  mogłem  zrozumieć, 
co on czuje, bo byłem w podobnym stanie, przyjąłem prezent.

Jane  głośno  się  roześmiała.  Dziwna  historia,  ale  chyba 

prawdziwa.  Ludzie,  których  miała  okazję  poznać  podczas 
swego  krótkiego  pobytu  w  południowej  Kalifornii,  wydawali 
się  emocjonalnie  przewrażliwieni  i  lekko  stuknięci.  A  Cody, 
którego  wówczas  znała,  w  żadnym  wypadku  nie  przyjąłby 
pieniędzy  od  obcego,  któremu  udzielił  pomocy  na 
autostradzie,  nic  natomiast  nie  stało  na  przeszkodzie,  by 
przyjął prezent od towarzysza niedoli.

- Chodziłeś na kursy fotografii?
- Nie,  sam  wykombinowałem  co  i  jak.  W  ciągu  dnia

pracowałem w garażu, a późnym popołudniem zabierałem się 
do  fotografowania.  Ludzi,  wydarzeń,  akcji.  To  jest  bardziej 
interesujące  niż  robienie  widoczków.  I  wreszcie  zacząłem 
robić to dobrze. Miałem oko. Wynajął mnie lokalny tygodnik, 
gdzie płacono grosze, ale tam się nauczyłem pracy w ciemni. -
Wzruszył znowu ramionami, sygnalizując, że życie jest wielką 
zagadką. - Znudziły mi się silniki samochodowe. Miałem dość 
obnoszenia  przez  cały  czas  smaru  pod  paznokciami,  więc 
zająłem  się  na  serio  fotografowaniem.  Przez  pewien  czas 
działałem jako wolny strzelec w Arizonie,  w Phoenix, potem 
dostałem pracę w Denver, a teraz mam tę w Nowym Orleanie. 
Redaktorowi w „Sentinelu" podoba się mój styl robienia zdjęć 
z miejsc zbrodni. Ale ja nadał nie mam punktu widzenia.

- Więc dlaczego masz prawny problem?
- A  skąd  ty  wiesz,  że  mam jakiś  problem? - Spojrzał  na 

nią spod przymrużonych powiek.

background image

- Widziałam,  jak  u  redaktora  naczelnego  rozmawiałeś  z 

radcą prawnym.

Otworzył usta, jakby chciał spytać, skąd ona wie, że to był 

radca prawny, ale zrezygnował. Zamiast tego upił trochę kawy 
i wygodnie usiadł.

- Jakiś  dureń  wytoczył  gazecie  sprawę,  a  przyczyną 

jestem ja.

- Dlaczego ty? Coś takiego zmalował?

Obrzucił  ją badawczym  spojrzeniem i  ponownie  zajął  się 

kawą.  Nim  odstawił  kubek,  doszedł  najwidoczniej  do 
wniosku, że może jej się zwierzyć:

- Przed  paroma  tygodniami  kazano  mi  lecieć  na 

Esplanadę,  ponieważ  leży  tam  trup.  Poleciałem,  narobiłem
masę  zdjęć,  wywołałem  je  i  gazeta  opublikowała  jedno, 
przedstawiające  gromadę  gapiów  wokół  sceny  zabójstwa. 
Wybrali to, ponieważ było najlepsze. Udało mi się wychwycić 
istotę wydarzenia. Krew, groza i gapie, rozumiesz?

- Rozumiem.
- Jednym  z  gapiów  w  tle  był  dżentelmen  z  La  Place. 

Pastor baptystów, zupełnie miły facet. Znany jako miły. No i 
ten  miły  pastor  stał  w  drzwiach  domu,  gapił  się  na  trupa,  na 
krew,  a  ramieniem  obejmował  miejscową  prostytutkę. 
Okazuje się, że paru parafian zobaczyło to zdjęcie. Jednym z 
nich,  a  raczej  jedną  z  parafianek,  była  jego  żona.  Nim  miły 
pastor  się  zorientował,  został  wyrzucony  na  zbity  pysk  z 
parafii,  a  z  domu  przez  żonę.  Zrobił  to,  co  zrobiłby  każdy 
Amerykanin  z  krwi  i  kości:  wytoczył  gazecie  proces, 
domagając się dużego odszkodowania.

- Absurdalny  pozew! - zawołała  Jane. - On  sam  jest 

winien, zadając się z prostytutką. Nie ma podstaw do żadnych 
roszczeń.

- On  twierdzi,  że  gazeta  opublikowała  to  zdjęcie 

świadomie, żeby go zniszczyć i upokorzyć.

- Jak  gazeta  mogła  zrobić  to  świadomie?  Przecież  nie 

miałeś pojęcia, kim on jest, kiedy oddawałeś zdjęcie do druku, 
prawda?

Milczał.  Po  chwili  spuścił  wzrok  i  zaczął  bawić  się 

łyżeczką  do  kawy.  Na  ustach  pojawił  mu  się  enigmatyczny 
uśmieszek.

background image

- Wiedziałeś, że to jest pastor?
- To  było  tak:  w  naszym  niedzielnym  dodatku  był  długi 

artykuł  na  temat  udziału  różnych  parafii  w  życiu miejscowej 
społeczności.  Jedną  z  szeroko  omówionych  parafii  była 
kongregacja baptystów w La Place...

- Wiedziałeś, że to jest pastor? - powtórzyła cierpko. Tym 

razem Cody odważył się wytrzymać jej oburzone spojrzenie.

- Tak.  Wiedziałem  też,  że  chce  uchodzić  za  wzór  cnót, 

być  podporą  całej  społeczności,  moralnym  przywódcą  i  tym 
podobne  dyrdymały,  które  opowiedział  dziennikarzowi.  No  i 
kiedy robiłem te zdjęcia na Esplanadzie i nagle zobaczyłem w 
tle podporę całej społeczności z ręką na tyłku dziwki - to mi 
się  niedobrze  zrobiło.  Nie  miałem  najmniejszego  zamiaru 
obnażać faceta przed ludźmi, ale skoro on mi się obnaża sam i 
pakuje w kadr, to dlaczego nie mam nacisnąć spustu migawki? 
Stał  tam,  w  tłumie,'  pokazywał  się  publicznie  w  miejscu 
przestępstwa.  Materiał  opublikowany  przez  „Sentinela" 
zawierał dwa wątki. Tym lepiej.

Jane  zdołała  trochę  ochłonąć.  Jej  pierwszą  reakcją  jako 

prawnika było głębokie oburzenie, iż Cody w tak oczywisty i 
niecny  sposób wykorzystał  przypadkową  obecność pastora w 
miejscu  publicznym.  Jednakże  kolejna  reakcja,  bardziej 
wyważona,  pochodziła  od  kobiety,  która  nienawidzi 
hipokryzji.

- A  więc  jesteś  jednak  fotoreporterem,  skoro  robisz 

zdjęcia, które zawierają głęboką treść i o czymś mówią.

- Wykonałem tylko otrzymane zadanie.
- I  tego  dnia  wykonałeś  je  w  sposób,  który  pozwolił 

ludziom  zdać  sobie  sprawę,  jakim  śliskim  człowiekiem  jest 
pastor. - To była opinia Jane, ale następne pytanie pochodziło 
już  od  prawniczki: - Czy  twój  redaktor,  wybierając  zdjęcie, 
wiedział, kto się na nim znajduje?

- Tak. I też ma w związku z tym problem. W rozmowie z 

wydawcą  udaje  niewiniątko,  twierdzi,  że  nie  zauważył  w  tle 
żadnej znajomej twarzy, ale ja wiem, że poznał pastora równie 
dobrze jak ja.

- No cóż, zniszczyłeś pastorowi życie... - zaczęła Jane.
- On sam je sobie zniszczył - poprawił Cody.

background image

- Dobrze,  sam  zniszczył,  a  ty  dla  potomności 

zarejestrowałeś ten fakt na kliszy. Ile on żąda?

- Pięć  milionów  dolarów,  ale  wiem,  że  weźmie  tyle,  ile 

uda mu się wycisnąć. Moi szefowie zaczynają na mnie patrzeć 
jak na kogoś, kto ich będzie kosztował cholerne pieniądze.

- Gazeta nie ma zamiaru cię bronić?
- Nie.  Wydawca  chce  na  boku  dojść  do  porozumienia  z 

facetem i pozbyć się problemu z podporą społeczności,

Jane  westchnęła.  Wiedziała  dobrze  o  korzyściach 

płynących  z  polubownego  załatwiania  podobnych  spraw 
nawet wtedy, gdy pozwy są tak absurdalne jak ten właśnie.

- To jest tak zwany pozew nękający - powiedziała.
- Oj tak, jegomość chce nas ponękać.
- Bardzo źle, że „Sentinel" nie chce sprawy sądowej. Do 

wygrania śpiewająco.

- Tak myślisz? - spytał z nadzieją w głosie.
- Owszem, jeśli jest jeszcze jakaś sprawiedliwość na tym 

świecie. No ale procesu nie będzie, więc nie przekonamy się o 
tym.  Tak  często  bywa  z  pozwami  nękającymi.  Zbyt  nękają 
pozwanych, żeby chcieli się w nie bawić.

- Ale gdybyś ty była adwokatem w takiej sprawie i miała 

czas na powalczenie w sądzie, to byś wygrała, tak?

- Zabawne  byłoby  spróbować. - Uśmiechnęła  się.  Cody 

głęboko się zamyślił, spoglądając przez cały czas na Jane. Nie 
mógł  oderwać  od  niej  wzroku.  Zastanawiał  się  też,  na  co 
właściwie  patrzy  i  co  widzi.  Bardzo  zdeprymował  tym  Jane, 
ukrytą  za  trzymanym  oburącz  kubkiem  kawy,  z  którego 
sączyła zimny już płyn. Skrzywiła się.

- Widzę, że nie lubisz  kawy po luizjańsku - zauważył w 

końcu.

- Dobra,  ale  już  zimna - odparła. - Na  szczęście  jest 

mocna  i  pozwala  mi  jasno  myśleć.  A  jest  mi  to  teraz  bardzo 
potrzebne.

- Wiesz  co,  Jane,  jesteś  najmądrzejszą  ze  wszystkich 

kobiet,  jakie  kiedykolwiek  poznałem.  A  ciebie  poznałem 
bardzo  dobrze.  Mężczyzny  mądrzejszego  od  ciebie  też  nie 
znam. Ty wiesz bardzo dobrze, że nasz szanowny pastor Bob, 
bo tak mu na imię, potrząsa, ile może, drzewkiem „Sentinela" 
w nadziei, że coś mu z tego drzewka spadnie.

background image

- Bob i co dalej?
- Dalej? Wielebny Robert J. Stanhope.

Tym razem nie dała się wziąć na lep słodkiego uśmiechu i 

odwróciła głowę od jego oczu i silnych palców, obejmujących 
kubek  z  kawą.  Nie  była  pewna,  o  co  mu  chodzi.  Czy 
przypadkiem  nie...  Nie  dokończyła  własnej  myśli  i  szybko 
dodała:

- Jestem pewna, że „Sentinel"...
- Zamierza  uciec  od  sprawy - dokończył  za  nią.  . -

„Sentinel" chce publikować sensacje, ale nie zamierza stać się 
jednym  z  sensacyjnych  tematów  i  łakomym  kąskiem  dla  ich 
łowców. „Sentinel" jest zdania, że proces z duchownym może 
obrócić się przeciwko pismu.

- A  ty  pewno  uważasz,  że  sądzenie  się  z  duchownymi 

powinno być chlebem powszednim?

- Wszystko  się  we  mnie  burzy  na  myśl,  że  uda  mu  się 

wycyganić pieniądze.

- Czy może kazali ci uczestniczyć w składce na biedaka?
- Powiedzieli,  że  pokryją  wszystkie  koszty.  Natomiast 

mój  naczelny  trzęsie  się  ze  strachu  i  każe  bardziej  uważać, 
kogo fotografuję. "Bardziej uważaj"! Ty wiesz, co to oznacza?

- Oznacza, że chce być kryty.
- To oznacza cenzurę moich zdjęć.

Nie  dziwiła  się  rozgoryczeniu  Cody'ego,  mimo  że  to 

rozgoryczenie  i  okazywana  przy  tym  złość  przypominały  do 
złudzenia właśnie zajęcie wyraźnego stanowiska, czego Cody 
tak  się  wypierał,  mówiąc  o  swojej  pracy.  Ludzie  robiący  po 
prostu  zdjęcia  nie  burzą  się  przeciwko  cenzurze.  To  jest 
przywilej fotoreporterów.

Obserwację  tę  zachowała  jednak  dla  siebie.  Kapitulacja 

kierownictwa dziennika złościła ją nie mniej niż Cody'ego, ale 
cóż mogła na to poradzić. Poza tym ma własne kłopoty.

- No  cóż,  Cody.  Trudno.  Niech  się  układają  z  twoim 

wielebnym.  Za  kilka  miesięcy  wszyscy  o  tym  zapomną  i 
wtedy będziesz mógł przestać „bardziej uważać".

- Kiedy  ja  nie  potrafię  uważać - odparł  Cody 

niepocieszony.

To  prawda.  Jane  nie  mogła  sobie  przypomnieć  choćby 

jednego  przypadku,  kiedy  Cody  zachował  specjalną 

background image

ostrożność. Z wyjątkiem oczywiście podstawowych czynności 
oraz  szczególnych - kiedy  na  przykład  oboje jechali 
motocyklem.  Gdy  jednak  chodziło  o  takie  sprawy,  jak 
uganianie  się  za  dziewczyną  zupełnie  dla  niego 
nieodpowiednią,  o  porwanie  jej z  domu  i  rzucenie wyzwania 
całej rodzinie, to wtedy o ostrożnym postępowaniu nie mogło 
być mowy.

Dlatego  trzeba  teraz  postępować  z  nim  w  rękawiczkach, 

łagodnie, spokojnie. Skoro jest na tyle nieodpowiedzialny, że 
chce się przeciwstawić opinii radcy prawnego i stracić pracę, 
to może okazać się równie beztroski w sprawach dotyczących 
Jane...

- Cody, a jeśli chodzi o ten twój podpis...
- Nie chcę pieniędzy - przerwał jej nagle. - Nigdy ich nie 

chciałem i nigdy nie wezmę. - Jesteś pewien? Bo wczoraj...

- Wczoraj chciałem cię podrażnić, żebyś nie mogła spać.

Westchnęła.  Mógł ją podrażnić i rozdrażnić bez potrzeby 

przedstawienia siebie w tak złym świetle. Poza tym fakt, że w 
nocy  myślała  o  nim,  a  nie  o  narzeczonym  w  Bostonie,  był 
symptomem jeszcze czegoś, o czym teraz wolała nie myśleć.

- Ale nie podpiszę dokumentów - dodał spokojnie, jakby 

informował, że zaczyna padać deszcz.

Jane 

zdębiała, 

pozbywając 

się 

czym 

prędzej 

kwaśnosłodkich  uczuć  o  sentymentalnej  barwie,  które  nią 
zawładnęły.

- Musisz podpisać - wydusiła. - To leży również w twoim 

interesie.

Na  twarzy  Cody'ego  pojawił  się  uśmiech  psotnego 

chłopca.

- A dlaczego miałbym to podpisywać?
- Możesz spotkać dziewczynę, z którą będziesz chciał się 

ożenić.

- Nie  zamierzam  tego  robić.  Pewno  zażądałaby 

wystawnego  ślubu  albo  czegoś  równie  kosztownego. - Nie 
mógł  się  oprzeć,  by  nie  wsadzić  jeszcze  jednej  szpileczki 
rodzinie  Thayerów. - Spójrzmy  rozsądnie  na  sytuację,  Jane. 
Raz  się  ożeniłem  i  nie  wyszło  mi.  Nie  sądzę,  żebym  chciał 
powtarzać ten błąd.

background image

Chciałaby  uwierzyć,  że  Cody  tylko  żartuje,  ale  nie 

należało  tego  zakładać.  Z  Codym  nigdy  nie  było  wiadomo, 
dlaczego coś robi czy mówi i do czego zmierza. Ona sama też 
często  tego  nie  wiedziała.  Ale  jeżeli  nie  podpisze  zgody  na 
rozwód? Boże drogi!

- Mówisz, że nie chcesz pieniędzy, ale ja jestem ci gotowa 

wynagrodzić wszystkie kłopoty - powiedziała, tłumiąc rosnący 
niepokój.  Niby  jakie  kłopoty?  Chodzi  o  zwykły  podpis. 
Poprzedniego  dnia  była  gotowa  udusić  go  gołymi  rękami  za 
to,  że żąda  pieniędzy,  a  teraz  sama mu je  ofiaruje,  widząc w 
tym jedyne wyjście z sytuacji. - Ile jest warta twoja zgoda?

- A ile jest warta dla ciebie? - odwrócił pytanie.

On wie doskonale, ile to jest dla mnie warte i co znaczy, 

pomyślała.  Nie  mogła  wyjść  za  Marka  bez  rozwodu.  Cody 
specjalnie ją gnębi. Bawi się tym. Wolałaby nie kupować jego 
zgody,  ale  skoro  nie  ma  innego  wyjścia...  Zaczęła 
podejrzewać, że pieniądze są najszybszą drogą do jego serca. 
Być  może  jedyną.  Teraz  beztrosko  się  uśmiechał.  Dołki  na 
jego  policzkach  stały  się  bardziej  wyraziste,  oczy  nabrały 
większego blasku.

- Więc  tak  bardzo  chcesz  załatwić  ten  rozwód,  co? -

spytał.

- Chciałabym. W chwili obecnej może myślisz, że jest ci 

to  niepotrzebne,  ale  któregoś  dnia,  jeśli  znajdziesz 
odpowiednią kobietę i zakochasz się...

- Już raz mi się to przytrafiło.

Nie  była  pewna,  czy  to  o  niej  mowa.  I  nie  chciała  tego 

wiedzieć.

- Proszę cię! Bardzo cię proszę!

Jakże nisko upadłam, pomyślała. Jeszcze chwila, a zacznę 

czołgać się u jego stóp.

- Skoro tak bardzo prosisz, to podpiszę ten twój cholerny 

papierek. Ale nie za pieniądze.

Ogarnął ją nowy niepokój. Nie za pieniądze, a za co? Cóż 

mogła  mu  ofiarować  oprócz  pieniędzy?  Czego  on  może  tak 
pragnąć, by od tego uzależnić zgodę? Chyba nie chodzi mu o 
kwieciste  podziękowanie.  A  jeśli  przyszło  mu  do  głowy, 
żeby...?

background image

Zaczerwieniła  się.  Ona,  ceniony  adwokat  Jane  Thayer, 

profesjonalistka  w  swoim  zawodzie,  zaczerwieniła  się  jak 
jakaś  smarkata  panna.  Jak  Jane  Thayer  sprzed  dwunastu  lat. 
Miała wielką ochotę wstać i wyjść, i niech Cody sobie gnije w 
tym  upalnym,  wilgotnym,  dekadenckim  mieście,  gdzie 
pastorzy  bratają  się  z  prostytutkami,  a  na  Esplanadzie  trupy 
leżą tak długo, aż ich Cody nie sfotografuje.

Ale  nie  może  odejść,  póki  Cody  nie  podpisze  tego 

przeklętego dokumentu.

- Pomożesz mi z tym pozwem - oznajmił poważnie, choć 

z  uśmiechem  na  twarzy. - Pomożesz  mi  przekonać 
kierownictwo gazety, że ta pijawka, nasz szacowny pastor, nie 
zasługuje nawet na dziesięć centów. Pomożesz mi pozbyć się 
całej  historii  i  wygrasz  sprawę  w  sądzie.  Wtedy  podpiszę  ci 
wszystko, co chcesz.

Ogarnęła  ją  panika.  Ofiarowanie  mu  pieniędzy  było 

głupstwem w porównaniu z tym, co proponował. Jakże ma mu 
pomóc  w  sprawie,  której  rozstrzygnięcia  przez  sąd  redakcja 
nie chce, zamierzając iść na ugodę? Poza tym Jane nie miała 
prawa  występowania  przed  sądami  w  Luizjanie,  a  gdyby 
nawet  miała, to pewno poszłaby tym samym torem, co  radca 
prawny gazety, gdyż pozwy tego typu, wstrętne i rzeczywiście 
nękające, nie były warte zachodu i kosztów procesowych.

- Nie mogę - odparła. - W tym stanie nie mam uprawnień 

adwokackich, a także...

- Nie musisz występować przed sądem. Przekonaj pastora 

Boba, żeby wycofał pozew. Chyba to możesz zrobić?

- Nie.  Nie  mam  podstaw,  żeby  go  o  czymkolwiek 

przekonywać.

- Jesteś  adwokatem,  i  to  na  pewno  świetnym,  jeśli 

pracujesz  w  wielkiej  bostońskiej  firmie. - Cody  mówił  z 
zapałem  i  wiarą  w  głosie. - Jesteś  cholernie  mądra. 
Wykształcona. Potrafisz to zrobić.

Była gotowa protestować. Nie mogła dalej pakować się w 

mętną sprawę z jakimś pastorem i redakcją gazety. To nie jej 
problem. To problem Cody'ego. Poza tym może upłynąć wiele 
dni,  nim  uda  się  zorganizować  spotkanie  z  tym  pastorem,  a 
ona nie ma czasu. Musi wracać do domu, do pracy, do swego 
życia.

background image

I raz na zawsze uwolnić się od Cody'ego. A nie uwolni się, 

jeśli on nie podpisze zgody... To ostatnie przeważyło.

- Dobrze - usłyszała  swój  głos. - Zobaczę,  co  można 

zrobić. Ale niczego nie obiecuję...

- Niczego nie obiecujesz?
- Tylko  się  postaram.  To  wszystko,  co  mogę  obiecać. 

Sięgnął przez stolik i chwycił jej dłoń.

- Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć - powiedział.

Miała  podejrzenie,  że  przez  cały  czas  manewrował  nią  z 

finezją mistrza.

Zawsze  umiał  przekonywać.  Być  może,  będąc  o 

dwanaście lat już starsza, Jane stała się znacznie mądrzejsza i 
ostrożniej sza, ale nadal nie wiedziała, jak się oprzeć takiemu 
człowiekowi jak Cody.

background image

Rozdział 4

Stary, hałaśliwy datsun ZX miał tak niskie zawieszenie, że 

podwozie  niemal  ocierało  się  o  lekko  wyboistą  nawierzchnię 
drogi,  a  wyskakujące  spod  opon  jak  z  procy  drobne  kamyki 
bębniły o blachę. Głębokie fotele były tak zbudowane, że Jane 
siedziała w pozycji półleżącej, niczym astronauta w pojeździe 
kosmicznym,  klimatyzacja  nie  działała,  więc  Cody  opuścił 
obie  szyby.  Gorące  powietrze,  jakby  nawiewane  prosto  z 
hutniczego pieca, smagało ich twarze.

Jane czuła się za stara na jazdę samochodem sportowym, 

zbyt poważna na uganianie się za grzesznym pastorem, by go 
przekonać,  że  czyni  źle,  składając  w  sądzie  pozew.  Była  też 
zbyt  doświadczoną  i  dojrzałą  kobietą,  by  gapić  się  na 
prowadzącego wóz Cody'ego i wspominać, jak to było, kiedy 
oboje  jechali  na  motocyklu.  No  i  zbyt  przyzwyczajona  teraz 
do innego życia, by wspominać dawne dni.

- Co  się  stało  z  tamtym  motocyklem? - spytała  Jane 

sztucznie obojętnym tonem.

Rzucił jej krótkie, badawcze spojrzenie. Nie widziała jego 

oczu ukrytych za ciemnymi szkłami okularów.

- Naprawdę chcesz wiedzieć?

Chwilę się zastanawiała, a potem potrząsnęła głową.

- Właściwie to nie.

Bo po co wywoływać duchy przeszłości?
Przed dwudziestoma minutami opuścili budynek redakcji. 

Cody zabrał sprzęt fotograficzny i arkusze odbitek wszystkich 
zdjęć,  które  zrobił  na  Esplanadzie  owego  feralnego  dnia. 
Niektóre ze zdjęć były jeszcze bardziej kompromitujące niż to, 
które  opublikował  „Sentinel".  Jane  zastanawiała  się,  czy 
pokazanie wszystkich odbitek pastorowi i zwrócenie uwagi na 
to,  że  mogło  być  gorzej,  skłoni  wielebnego  do  wycofania 
pozwu.

Przed  wyjazdem  Jane  dokładnie  obejrzała  każde  zdjęcie. 

Na  wielu  ciało  zabitego  było  ledwo  widoczne.  Mimo 
protestów  Cody'ego,  że  nie  jest  fotoreporterem,  wykonał 
świetną  robotę,  sporządzając  serię  zdjęć  przypadkowych  i 
nieprzypadkowych gapiów. Wychwycił ich przerażenie, szok i 
chorobliwą ciekawość, nie mówiąc już o, jakże znamiennym i 

background image

widocznym, bezwstydnym pożądaniu pastora. Na przykład na 
jednym  ze  zdjęć  pastor  miętosił  pierś  prostytutki,  na  drugim 
łypał  na  nią  pożądliwie,  na  trzecim  trzymał  za  pośladki.  W 
opinii  Jane  prawdziwym  grzechem  pastora  było  nie 
baraszkowanie z prostytutką, ale brak szacunku dla majestatu 
śmierci.  Bo  przecież  ofiara  zabójstwa  leżała  niespełna  dwa 
metry od miejsca, gdzie wielebny obmacywał dziewczynę.

Pastor  już  znalazł  się  pod  pręgierzem  i  został  publicznie 

upokorzony - stracił  parafię  oraz  żonę.  Może  rzeczywiście 
groźba  jeszcze  większego  upokorzenia  i  przykrego  rozgłosu 
skłoni go do wycofania pozwu? Jeśli będzie chciał coś ocalić 
ze  zdruzgotanego  życia,  to  chyba  jednak  nie  zaryzykuje 
publikacji pozostałych zdjęć.

Znajdowali  się  w  połowie  drogi  do  La  Place.  Cody  nie 

wiedział,  gdzie  pastor  obecnie  mieszka.  Jego  adwokat 
odmówił  ujawnienia  adresu,  nie  chciał  bowiem,  by  gazeta 
kontaktowała  się  z  pastorem  za  plecami  doradcy  prawnego. 
Cody był zdania, że adwokat się bał, iż autor zdjęć pojedzie do 
faceta i wypatroszy mu bebechy. Cody nie bawił się w dobór 
słów.

Jane  wymogła na nim obietnicę, że jeśli odnajdą pastora, 

Cody  będzie  trzymał  ręce  przy  sobie.  Nie  miała  jednak 
wielkiej nadziei na odnalezienie rozpustnika, który ze wstydu 
skrył  się  na  pewno  pod  ziemię.  Jego  dawny  adres  domowy 
znaleźli  w  książce  telefonicznej La  Place,  ale ponieważ  żona 
go  wyrzuciła,  prawdopodobieństwo,  że  go  tam  zastaną,  było 
nikłe. Z drugiej strony, jeśli kobieta jest mściwa, to może im 
powie, gdzie mają szukać jej zbłąkanego męża.

Cody  miał  również  adres  Baptyjskiego  Kościoła  Syjonu, 

gdzie  Stanhope  był  zatrudniony  jako  duszpasterz  do  chwili 
ukazania  się  w  gazecie  owego nieszczęsnego  zdjęcia.  Jechali 
więc teraz do kościoła. Jane sądziła bowiem, że łatwiej będzie 
wydobyć  jakąś  informację  od  ludzi,  z  którymi  Stanhope 
pracował, niż od wściekłej żony.

Powietrze nawiewane przez otwarte okna przesycone było 

koktajlem zapachów bagiennych. Wzdłuż szosy usadowiły się 
bary  szybkiej  obsługi  oraz  skupiska  małych  sklepików  i 
zakładów usługowych. Wistaria i magnoliowe drzewa czyniły 
tę  handlową  zabudowę  znośną.  W  odróżnieniu  od  czerwonej 

background image

cegły  królującej  w  Nowej  Anglii,  w  Luizjanie  dominowały 
pastelowe  barwy  tynków.  Jakże  tu  jest  inaczej,  pomyślała 
Jane.

- Lubisz Nowy Orlean? - spytała Cody'ego.
- O  tak,  zwłaszcza  w  zimie.  Wcale  nie  tęsknię  za 

śnieżnymi zamieciami w Nowej Anglii.

- Ale tu jest tak gorąco.
- Można się przyzwyczaić.

Z  nie  znanych  sobie  powodów  była  niezadowolona,  że 

Cody przedkłada Nowy Orlean nad Boston.

- Jeden  z  twoich  kolegów  od  bilardu  nazywa  cię 

cholernym Jankesem.

Cody roześmiał się.

- Wolę  być  cholernym  Jankesem  niż  żabim  uchem  z 

Luizjany. A poza tym byli źli, że wygrywam. - Spoważniał. -
Nic  mnie  już  nie  łączy  z  Bostonem.  Nie  mam  powodu  tam 
wracać.

- A twoja matka?
- Moja  matka  zrobiła  dla  mnie  tyle,  ile  potrafiła.  Ale 

nigdy  nie  była  bardzo  matczyna.  I  już  nie  mieszka  w 
Brookline.

Jane  zawsze  uważała,  że  matka  Cody'ego  jest... 

egzotyczna i raczej dziwna. Kilka razy się z nią spotkała i od 
samego  początku  pani  Sinclair  domagała  się,  by  ją  nazywać 
Debbie.  Wtedy  nie  miała  jeszcze  czterdziestki.  A  może 
dopiero  trzydzieści  pięć,  trzydzieści  sześć  lat.  Śmiesznie 
młoda  w  porównaniu  z  matką  Jane.  Cody  był  produktem 
szkolnej  miłości,  która  natychmiast  wyparowała,  gdy  Cody 
został  poczęty.  Nie  znał  ojca.  Właściwie  sam  się 
wychowywał,  podczas  gdy  matka  usiłowała,  zresztą  bez 
większego sukcesu, dorosnąć. W oczach Jane matka Cody'ego
była  po  prostu  śmieszna,  krzykliwa  i  całkowicie 
nieodpowiedzialna.  Przez  wiele  lat  żyła  z  zapomogi 
społecznej,  a  w  okresie  romansu  Jane  i  Cody'ego  pracowała 
nocami  jako  kelnerka.  Cody  zapraszał  Jane  do  siebie,  kiedy 
matka była w pracy.

Jane  nigdy  nie  korzystała  z  tych  zaproszeń.  Nie  dlatego, 

by nie ufała Cody'emu. Należało przecież sądzić, że uzbrojony 
w  wiedzę  na  temat  „przygody"  swej  matki,  potrafiłby  się 

background image

powstrzymać  przed  zgwałceniem  szkolnej  koleżanki.  Jane 
była po prostu porządną dziewczyną, a porządne dziewczyny 
nie  chodziły  do  mieszkań  kawalerów,  jeśli  nie  było  tam  tak 
zwanej przyzwoitki.

- A  twoi  rodzice? - spytał  Cody. - Nadal  mieszkają  w 

Brookline?

- Nie.  Przed  paru  laty  ojciec  zaczął  mieć  problemy 

zdrowotne.  Głównie  artretyzm.  Teraz  czuje  się  dobrze,  ale 
musiał skończyć z pracą. Mieszka z matką na Hawajach. Tam 
ma lepszy klimat.

- Ą rezydencja w Brookline?
- Masz  na  myśli  mój  rodzinny  dom? - Jane  nigdy  nie 

myślała  o nim jako o rezydencji. To był po prostu wygodny, 
przestronny,  być  może  za  duży  na  trzyosobową  rodzinę, 
niemniej tylko dom. - Sprzedany.

- Nie  wyobrażam  sobie  twoich  rodziców  na  Hawajach. 

Tacy zaprzysięgli i niemal typowi bostończycy.

- Rzeczywiście  brak  im  Bostonu.  Odwiedzają  go  co 

najmniej raz w roku. Ostatnio przylecieli na Wielkanoc i byli 
przez miesiąc, a teraz pojawią się na mój ślub.

- Aa, na twój ślub! - Te kilka słów ociekało sarkazmem.

Jane  była  zła,  że  tak  łatwo  udaje  mu  się  zepchnąć  ją  z 

ataku do obrony.

- Chociaż  ty  uważasz,  że  już  nigdy  się  nie  ożenisz,  nie 

masz  prawa  kpić  ze  ślubu  innych.  Tak  się  składa,  że 
zakochałam się w Marku i...

- W Marku, powiadasz? Na imię ma Mark?
- Mark. Masz coś przeciwko temu?

Gody  zerknął  na  Jane.  Na  jego  twarzy  malowało  się 

ogromne zadowolenie.

- Absolutnie  nic.  Spytałem  po  prostu,  czy  ma  na  imię 

Mark.

- Mark Dennison - uzupełniła, kipiąc ze złości.
- Mark  Dennison.  Bardzo  słusznie.  Tak  powinien 

nazywać się nadziany bankier.

- Jesteś wulgarny - warknęła. Gdyby ktoś inny robił sobie 

podobne żarciki, potrafiłaby zachować godny podziwu spokój. 
Ale w przypadku Cody'ego było to niemożliwe. Zwłaszcza po 
tym,  jak  ją  zmusił  do  negocjowania  ze  Stanhopem.  Cody 

background image

zawsze potrafił ją zmusić, skłonić, czy jak tam to nazwać, do 
nietypowego zachowania się i postępowania. Nietypowego dla 
niej. I dlatego teraz nietypowo kipiała.

- Mark  to  bardzo  porządny  człowiek.  Jest  nam  dobrze 

razem. Mark nie doprowadza mnie do szaleństwa i nie skłania 
do nie przemyślanych kroków. Może jesteś zazdrosny? A bądź 
sobie.

- Ja miałbym być zazdrosny? A niby dlaczego?
- Dlatego  że  on  jest  bogaty.  Dlatego  że  jest  bankierem. 

Dlatego że - zawiesiła głos - się ze mną żeni.

- Nie ożeni się, jeśli nie podpiszę tego papierka.
- Ale podpiszesz, Cody.
- Skąd jesteś taka pewna?
- Bo  masz  dobre  serce. - Każdy  inny  byłby  mile 

połechtany  i  wziąłby  to  za  komplement,  ale  Jane 
podejrzewała,  że  Cody  uzna  tę  uwagę  za  obelgę.  I  bardzo 
chciała, żeby tak to zabrzmiało.

- Moje  serce  to  absolutnie  nie  twoja  sprawa,  Jane -

mruknął.

- Ani moje nie jest twoją - odcięła się.
- No  i  świetnie. - Nacisnął  gaz  do  deski.  Malutki  wóz 

skoczył,  jakby  mu  kto  dał  klapsa.  Czyżby  Cody'emu  nagle 
zaczęło zależeć, żeby szybko załatwić sprawę i raz na zawsze 
pożegnać Jane? Takie sprawiał wrażenie.

Następne  kilka  minut  upłynęło  w  krępującym  oboje 

milczeniu.  Cody  skręcił  z  głównej  szosy  w  drogę  dojazdową 
do La Place, które było typowym miasteczkiem, jakie zwykle 
powstają na skrzyżowaniu kilku wielkich arterii przelotowych. 
W tym wypadku nad jeziorem. I wyglądało na miejsce, które 
właśnie  powinno  nazywać  się  po  prostu  Miejscem,  czyli  po 
francusku  La  Place.  Jane  nie  zauważyła  nic,  co  zwracałoby 
uwagę,  co  byłoby  inne,  ciekawe.  Zwykłe  ulice,  zwykłe 
budynki i najzwyklejsze samochody. No i ten tropikalny żar.

Cody  jechał,  jakby  wiedział  dokąd.  Minął  główną  ulicę 

pełną  sklepów,  restauracji  i  kręglarni  i  skręcił  w  gęsto 
zabudowaną dzielnicę mieszkalną.

- Jest! - wykrzyknął,  kierując  samochód  ku  białemu 

drewnianemu  kościołowi  z  elewacją  z  desek.  Wjechał  na 
przykościelny  parking  i  zgasił  silnik,  po  czym  wyskoczył  z 

background image

auta, uwalniając się od gorącego fotela. Jane zrobiła to samo. 
Plecy miała mokre, pończochy mokre. Cody podniósł szyby i 
zamknął  samochód,  którego  siedzenia  będą z  pewnością 
parzyły,  gdy  do  niego  wrócą.  W  co  ja  się  wpakowałam, 
pomyślała, oddychając z wysiłkiem. Miała wrażenie, że stąpa 
po gumie, tak zmiękł asfalt w tym prażącym słońcu.

Cody  upewnił  się  jeszcze,  czy  z  zewnątrz  nie  widać 

osłoniętego sprzętu fotograficznego, a potem spytał:

- Które z nas kieruje rozmową? Ty czy ja?
- Ja - odparła. Była nieco zdziwiona, że Cody zostawia jej 

wybór.  Oznacza  to,  że  nie  jest  zbyt  pewien,  jak  należy 
postępować  w  podobnej  sytuacji.  A  może  chce  dać  do 
zrozumienia,  że  ma  pełne  zaufanie  do  jej  prawniczych 
umiejętności.

Obdarzyła  go  uśmiechem,  który  miał  go  uspokoić  i 

zapewnić,  że  wszystko  jest  pod  kontrolą.  Zawsze  okazywała 
taki  uśmiech  klientom  przed  oczekiwanym  rozstrzygnięciem 
ważnej  sprawy.  Następnie  poprawiła  bluzkę,  wsuwając  w 
spódnicę jej skraj, który się wymknął w czasie jazdy, i ruszyła 
w  stronę  bocznych  drzwi  kościoła.  Wątpiła,  by  w  roboczy 
dzień za kwadrans dwunasta w świątyni cokolwiek się działo, 
ale na wszelki wypadek wolała nie wchodzić od frontu.

- Czy mamy jakiś plan? - spytał Cody, idąc krok za nią.
- Moim  planem  jest  dowiedzieć  się,  gdzie  przebywa 

wielebny Stanhope i pilnować, żebyś nie otwierał buzi.

- Jesteś  osobą  obcą,  a  tutaj  są  sami  południowcy -

uświadomił  jej. - Może  się  okazać,  że  mówicie  zupełnie 
innymi językami.

- Przebywam tu od dwudziestu czterech godzin i zdołałam 

się  o  tym  przekonać.  Ile  ci  czasu  zajęło,  żebyś  zaczął  ich 
rozumieć?

Nie  odpowiedział,  tylko  się  uśmiechnął,  jakby  dziękował 

jej  za  dobre  chęci.  Grzecznie  uchylił  przed  nią  drzwi. 
Podziękowała mu także uśmiechem.

Wnętrze  było  klimatyzowane.  Rozkoszując  się  chłodem, 

Jane  rozejrzała  się  po  jasno  oświetlonym  korytarzu 
wyłożonym linoleum. Na ścianie, na wielkiej tablicy, wisiały 
ogłoszenia i miesięczny program parafialnych imprez. Liczne 
drzwi prowadziły do pomieszczeń po obu stronach korytarza. 

background image

Pierwsze stały otworem. Jane ruszyła w ich kierunku, Cody za 
nią.

Stanęła  w  progu  i  zajrzała  do  środka:  przy  długim  stole 

siedziała  otyła  kobieta  i  wycinała  duże  litery  z  kolorowego 
papieru.  Na  widok  Jane  i  Cody'ego  odłożyła  nożyczki  i 
wyszczerzyła  w  uśmiechu  zęby.  Następnie  na  gruby  nos 
włożyła okulary, które dotąd wisiały na łańcuszku wokół szyi.

- Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała śpiewnie.
- Zajmiemy  pani  tylko  chwilkę - obiecała  Jane. - Widzę 

przecież,  że  jest  pani  bardzo  zajęta. - Wskazała  głową  na 
papier i litery.

- To  dla  przedszkola - wyjaśniła  kobieta,  pokazując  z 

dumą  kilka  liter.. - W  przyszłym  tygodniu  rozpoczynamy 
letnią  szkółkę  i  sala  dla  dzieciaków  jeszcze  nie  jest  gotowa. 
Niektóre  z  tych  liter  strasznie  trudno  jest  wyciąć.  Próbowała 
pani kiedy wyciąć literę B?

- Nie, nigdy - przyznała Jane. Cody stał tuż za nią. Jego 

niepokój  i  zniecierpliwienie  były  niemal  wyczuwalne. 
Jednakże Jane wiedziała, że w takich sytuacjach nie należy się 
spieszyć.  Jeśli  kobieta  chce  porozmawiać  o  trudnościach  z 
wycinaniem papierowych liter, tym lepiej. Oswoi się i chętniej 
będzie mówiła o innych rzeczach. - Litera G też nie wydaje mi 
się łatwa - rzuciła na przynętę.

- Nie  tak  jak  B - zapewniła  kobieta. - Bo  widzi  pani,  te 

środki w B nie utrzymują się same. A G Wyszło mi zupełnie 
dobrze. - Podniosła wysoko jaskrawożółtą literę. - Tak, trzeba 
umiejętnie wycinać na zakrętach i wyjdzie dobrze. Ale B jest 
niemożliwe. Zaraz potem jest O i Q... - Kobieta ułożyła litery 
w  stosik,  po  czym  całkowicie  skoncentrowała  się  na  Jane  i 
Codym. - Czym  mogę  wam  służyć,  moje  kochaniątka? 
Jesteście  tu  nowi?  Chcecie  się  zapisać  do  naszej  parafii? 
Wiem,  że  większość  tutejszych  to  katolicy,  ale  my  z 
otwartymi  ramionami  przyjmujemy  wszystkich,  bez  względu 
na  wyznanie.  Nazywam  się  Davis.  Jestem  nauczycielką  w 
przedszkolu.

- Myśmy chcieli tylko zadać jedno pytanie, pani Davis. O 

tutejszego pastora.

Przez  twarz  pani  Davis  przemknął  cień,  ale  natychmiast 

oblekła ją w czarujący uśmiech.

background image

- Wielebny  Joe  Jeffrey  Hammond.  Uroczy  człowiek, 

wspaniały pastor. Na duszy tego człowieka nie ma ani jednej 
skazy.

- Chodzi  mi  o  poprzedniego  pastora - wyjaśniła  Jane. -

Roberta J. Stanhope'a.

Pani  Davis  prychnęła,  policzki  jej  pociemniały.  Zaczęła 

tak  gwałtownie  potrząsać  głową,  że  jej  srebrne  loczki 
zatańczyły.

- Nie lubię o nikim mówić źle, ale ten człowiek... - widać 

było, że chętnie zastąpiłaby to ostatnie słowo innym, bardziej 
dobitnym - już nas na szczęście opuścił.

I nikt go nie żałuje.
Jane  zauważyła,  że  Cody  z  trudem  się  opanowuje:  ma 

przyspieszony  oddech,  dłonie  zacisnął  w  pięści  i  w  napięciu 
czeka  na  ciąg  dalszy.  Na  pewno  język  go  świerzbi  i  pragnie 
włączyć  się  do  rozmowy,  by  móc  rzucić  kilka  obelg  pod 
adresem pastora. Jane wolała zastosować inną metodę:

- Nie jesteśmy zwolennikami wielebnego...
- Niech go pani nie  nazywa wielebnym - przerwała  pani 

Davis. - Niech pani nie używa tego słowa. Nie ma w nim nic z 
wielebności.  Ten,  ten...  człowiek  zaprzedał  duszę  diabłu  za 
popołudnie rozkoszy. Powinien spalić się ze wstydu.

- Powinien, z pewnością powinien - zgodziła się Jane. No 

bo  rzeczywiście,  gdyby  Stanhope  choć  trochę  się  wstydził 
tego,  co  zrobił,  to  nie  złożyłby  pozwu  przeciwko  gazecie  i 
Cody'emu.  Ale  gdyby  nie  złożył  pozwu,  to  Cody  żądałby  za 
podpis pieniędzy... - Poszukujemy pana Stanhope'a. Czy może 
pani lub ktoś z parafian wie, gdzie go możemy zaleźć?

- W piekle. Smaży się w piekielnym ogniu - oświadczyła 

pani Davis.

- Czy był tu już przed nami ktoś, kto go szukał? - wtrącił 

się  Cody. - Bo  z  tego,  co  pani  mówi,  rozumiem,  że  jest 
załatwiony.

Jane  spojrzała  na  Cody'ego  zgorszona,  a  panią  Davis 

spytała:

- Czyżby umarł?
- Niestety,  nie - usłyszała  w  odpowiedzi. - Ciało  żyje. 

Dusza smaży się w piekle.

background image

- A  gdzie  moglibyśmy  znaleźć...  ciało? - spytała  szybko 

Jane.

Pani  Davis  przeniosła  wzrok  z  Jane  na  Cody'ego  i  z 

powrotem.

- Czy  ten  pan  zamierza  dokonać  aktu  gwałtu  na  osobie 

pana  Stanhope'a?  Bo  chociaż  go  potępiam,  jestem  przeciwna 
wszelkim aktom przemocy. Karać powinien sam Bóg.

Jane  zgromiła  Cody'ego  ostrym  spojrzeniem.  Cody 

podniósł obie ręce w geście poddania.

- Przysięgam, że Stanhope'owi nie spadnie włos z głowy -

oświadczył. Według Jane zabrzmiało to bardzo nieszczerze. -
Chcę z nim tylko porozmawiać,

- O czym?

Jane  przez  chwilę  spoglądała  na  panią  Davis  i  doszła  do 

wniosku, że im mniej jej powie, tym lepiej.

- To osobista sprawa.
- A może ty jesteś, skarbie, jedną z tych damulek, co to...? 

O,  mój  Boże! - Policzki  pani  Davis  jeszcze  bardziej 
poczerwieniały, oczy zrobiły się okrąglejsze i niemal wyszły z 
orbit. - O, mój Boże! Ja rozmawiam z prostytutką!

- Nie  jestem  prostytutką - odparła  Jane  sucho. - Jestem 

prawnikiem.

- Czy  to  nie  jest  to  samo? - szepnął  Cody  tak  cicho,  że 

tylko Jane mogła usłyszeć.

Stał  tak  blisko  za  nią,  że  mogłaby  go  porządnie  kopnąć 

obcasem.  Jednakże  dla  pani  Davis  zachowała  uśmiech,  choć 
paliły ją rozpłomienione nagle policzki.

- Czy jest tu ktoś, kto mógłby mi powiedzieć, gdzie mogę 

znaleźć pana Stanhope'a? - spytała ponownie.

- Nikt  tu  nawet  nie  wymienia  jego  nazwiska -

poinformowała ją pani Davis.

- Sądzi pani, że jego żona może wiedzieć?
- Och, ta biedna kobieta. Co to za cios dla niej! Jak ona 

cierpi! Ludzie zachodzą w głowę, jak to się mogło stać, że on 
jej  to  zrobił.  Ale  ja  tam  wiem  swoje.  Perwersji  mu  się 
zachciało. Takich rzeczy, których dobrze wychowana kobieta 
nie  zrobi.  On  chciał  takich  rzeczy,  za  które  trzeba  płacić 
kobiecie  dużo  pieniędzy,  żeby  przystała.  Aż  trudno  sobie 
wyobrazić męki, przez jakie kochana Mary Stanhope przeszła, 

background image

kiedy się dowiedziała, że jej mąż, ten potwór, wyjął pieniądze 
z ich wspólnego konta, żeby mieć na rozpustę. Kto wie, może 
to  były  pieniądze  na  kształcenie  dzieci?  A  on  je  brał  i 
wydawał  na  prostytutkę.  Wyobraża  sobie  pani,  co  ona 
przeszła, ta biedna Mary?

Jane  potakiwała  głową  i  nawet  parę  razy  cmoknęła  z 

sympatią.

- Jestem  pewna,  że  ona  byłaby  gotowa  nam  pomóc -

mruknęła. - A my moglibyśmy jej pomóc z tymi pieniędzmi.

- Naszym jedynym celem jest sprawdzenie, czy grzesznik 

odpokutuje  za  swoje  bezeceństwa - dodał  Cody  i  Jane 
powtórnie go kopnęła.

- Pojedziemy  do  pani  Stanhope.  Może  ona  nam  jednak 

pomoże - bąknęła.

- A  zróbcie  to,  zróbcie,  moi  mili.  A  jeśli  chcecie  wasze 

dzieci zapisać do naszego przedszkola, to wiedzcie, że mamy 
wspaniały program. I opłaty bardzo rozsądne. Nie musicie być 
wcale  baptystami.  Nasze  drzwi  stoją  otworem  przed 
wszystkimi.  Ja  już  widzę,  że  wasze  dzieci  będą  zadowolone. 
Bo  mnie  się  wydaje,  że  wasze  dzieci  muszą  być  właśnie  w 
wieku przedszkolnym. Bierzemy je od czwartego do szóstego 
roku  życia.  Od  razu  widzę,  że nasz  program  byłby  dla 
waszych  dzieci  jak  ulał... - Kiedy  wreszcie  pani  Davis 
przerwała, aby zaczerpnąć powietrza, Jane i Cody powiedzieli 
„do zobaczenia" i szybko się ulotnili.

Południowy  żar  niemal  powalił  Jane,  gdy  opuściła 

klimatyzowany budynek.

- Skąd  tej  babie  przyszło  do  głowy,  że  mamy  dzieci? -

mruknęła  na  poły  rozbawiona,  na  poły  jeszcze  wściekła  za 
wyrażone pod jej adresem niecne przypuszczenie.

- Babie wyraźnie brak piątej klepki - odparł Cody.

Rozmowa  z  panią  Davis  i  ten  okropny  nagły  żar 

całkowicie  wyczerpały  Jane.  Idąc  przez  parking  do 
samochodu,  poczuła  pierwsze  symptomy  bólu  głowy.  Kiedy 
Cody  otworzył  drzwiczki  i  zajęła  ostrożnie  swe  miejsce  na 
rozpalonym  winylu, była  u kresu sił.  Pod czaszką  kłębiły  się 
jej  różne  dziwne  myśli.  I  jednocześnie  rosła  złość  na 
Cody'ego, na siebie, na panią Davis za jej obcesowe pytanie, 
czy jest, no... taką damulką...

background image

Gdy  Cody  usiadł  w  fotelu  i  włożył  kluczyki  do  stacyjki, 

chcąc czym prędzej odjechać, spytała:

- Więc ty sądzisz, że wykonuję zawód prostytutki?

Nie  obrócił  kluczyka,  ale  za  to  sam  zwrócił  się  w  stronę 

Jane. W oczach tańczyły, mu wesołe iskierki, choć twarz miał 
poważną. Na czole perlił się pot.

- To był tylko żart - powiedział.
- Wcale nie śmieszny.
- Daj  spokój,  Janey,  chyba  jesteś  do  takich  rzeczy 

przyzwyczajona.  Adwokaci  są  nieustannym  obiektem 
podobnych żartów.

- Mnie  nie  obchodzą  adwokaci.  Mnie  obchodzę  ja.  A  ty 

mnie obraziłeś.

- Temat niewart kontynuowania.

Najgorsze,  że  Cody  ma  rację:  temat  nie  jest  wart 

kontynuowania,  ale  ona  chce  dalej  o  tym  mówić.  Czuła  się 
głęboko  urażona.  Wiedziała  dobrze,  że  o  adwokaturze  mówi
się,  iż  jest  to  druga  najstarsza  profesja  świata,  i  że  sami 
adwokaci  takie  żarty  opowiadają,  ale  kiedy  przed  paroma 
minutami  powiedział  to  Cody,  zrobiło  się  jej  bardzo 
nieprzyjemnie.

Daj  spokój,  kobieto, nakazała sobie  w duchu; Nie  chodzi 

ci o to, co zostało powiedziane, ale kto to powiedział. Czy tak 
ci zależy na Codym? Co on cię właściwie obchodzi?

Cody  zauważył,  że  Jane  jest  strapiona  i  nieswoja. 

Spojrzenie mu złagodniało.

- Niech  będzie.  Wracajmy  do  miasta  i  zajmijmy  się 

naszymi papierkami.

- Papierkami? - ,W  pierwszej  chwili  nie  wiedziała,  o  co 

mu chodzi. - Rozwodowymi?

- Właśnie. - Patrzył tępo przed siebie, przygryzając wargę 

i bębniąc palcami po kierownicy. - Nie powinienem był cię o 
to prosić. To nam nie wychodzi.

- Nie wychodzi? Co nie wychodzi?

W  zasadzie  Cody  ma  rację:  nie  powinien  jej  wciągać  w 

swe  osobiste  czy  też  zawodowe  sprawy.  Nie  powinien  był 
tego  zrobić,  ale  zrobił.  Lecz  sposób,  w  jaki  ją  od  tego 
uwalniał,  daje  podstawy  do  przypuszczenia,  że  jego  zdaniem 

background image

ona  nie  staje  na  wysokości  zadania,  co  jest  oczywistą 
nieprawdą.

- Pytam cię po raz wtóry: co nie wychodzi? Co ma wyjść? 

Zmusiłeś mnie...

- Właśnie,  zmusiłem.  I  teraz,  diabli  wiedzą,  chyba czuję 

się  winny.  W  przeszłości  nie  musiałem  cię  do  niczego 
zmuszać, Janey. Nie powinienem był tego robić i teraz. - Kilka 
razy  głęboko  odetchnął. - Jeśli  chcesz  sfinalizować  rozwód, 
proszę bardzo. A sprawą ze Stanhopem sam się później zajmę.

- Wpatrywała  się  w  niego  intensywnie,  oczekując,  że  za 

chwilę spłynie na nią fala wielkiej ulgi, uspokoi, ochłodzi. W 
tym,  co  Cody  przed  chwilą  powiedział,  nie  było  śladu 
sarkazmu,  w  oczach  nie  czaił  się  żaden  chochlik 
zapowiadający  pułapkę.  Cody  mówił  poważnie.  Jest  gotów 
podpisać  zgodę  na  rozwód,  a  ona  będzie  mogła  wrócić  do 
Bostonu.  Będzie  mogła  wrócić  do  swego  gabinetu, 
kontynuować  przygotowania  do  ślubu  i  żyć,  mając  pewność, 
że Cody Sinclair już nigdy nie zakłóci jej myśli i spokoju.

Tak, będzie wolna.

- Obiecałam,  że  ci  pomogę - usłyszała  swoje  własne 

słowa.

- Tak naprawdę to nic nie obiecywałaś. Powiedziałaś, że 

nie  możesz  nic  obiecać.  Wracamy  do  miasta  i  załatwiamy 
naszą sprawę.

Może milczeć; Cody włączy silnik i pojadą. Niby dlaczego 

nie ma skorzystać z jego szlachetnej oferty?

Nie  była  przyzwyczajona  do  takiego  zachowania 

Cody'ego.  Niesłychanie  rzadko  i  niechętnie  wyrażał  z 
jakiegokolwiek  powodu  skruchę.  Teraz  żałował  własnego 
postępku. Nie była pewna, czy może mu zaufać. Za jego nagłą 
zmianą decyzji musi się coś kryć. Jakiś nie znany jej powód. 
Może on chce od niej czegoś innego? Przyczaił się?

- Ile  ci  będę  musiała  zapłacić  za  podpis? - spytała 

szorstko.

- Jeśli  będzie  jakaś  opłata  notarialna,  to  płacimy  po 

połowie.

A  więc  on  nie  chce  wyciągnąć  żadnych  pieniędzy?  Jest 

gotów  jej  dać  dokładnie  to,  po  co  przyjechała?  Usiłowała 

background image

wydobyć z siebie słowa: „No, to jedziemy!", ale utknęły jej w 
gardle.

Oderwała  wzrok  od  jego  twarzy.  Patrzyła  teraz  na 

ramiona, na koszulę, która rozchylona wyglądała... zmysłowo. 
Koszula  czy  widoczna  spod  niej  skóra?  Opuściła  wzrok 
jeszcze  niżej.  Widziała  jego  nogi  podkurczone  W  małym 
wozie,  dżinsy  wypłowiałe  do  białości  na  kolanach.  Mimo 
malutkich  rozmiarów  samochodu  wydawało  się,  że  Cody 
siedzi rozparty. Gdyby nie jego dłonie, pomyślałaby, że patrzy 
na  człowieka  beztroskiego  i  że  jego  zgoda  na  podpisanie 
dokumentów jest czymś oczywistym.

Tylko  dłonie  zadawały  temu  kłam.  Dłonie  były 

niespokojne,  zbyt  ruchliwe,  palce  bębniły  w  kierownicę. 
Dłonie powiedziały jej to, czego nie wyraziły słowa: że Cody 
jest  zdenerwowany,  podniecony  i  z  niepokojem  oczekuje  jej 
decyzji.  Jane  była  także  zdenerwowana,  zagubiona  i 
niepewna.

- Ułatwi  ci  sytuację,  jeśli  wyjadę? - spytała,  podnosząc 

wzrok do wysokości jego szyi.

Zdjął  jedną  rękę  z  kierownicy  i  ujął  Jane  pod  brodę, 

unosząc głowę tak, że musiała spojrzeć mu w oczy. Dłoń jego 
była ciepła, ale nie gorąca, silna, ale nie zniewalająca. W tym 
dotyku nie było nic erotycznego, ale poruszył ją. Wstrzymała 
oddech,  serce  zaczęło  jej  bić  szybciej.  W  dwanaście  lat  po 
dramatycznym rozstaniu z Codym, w rok po poznaniu Marka 
Dennisona,  w  miesiąc  po  zaręczynach  Jane  nadal  nie  mogła 
wygasić  w  sobie  instynktownej  reakcji  na  bliskość  tego 
człowieka. Nienawidziła go za to.

- Wolałbym, żebyś została - odparł.

Te  jego  niebieskie  oczy,  delikatne  palce  muskające  jej 

szyję.  To,  co  przed  chwilą  powiedział,  zawierało  nie  prośbę, 
ale wyrażało decyzję.

- Zostanę - wyszeptała.

Pracownik  stacji  benzynowej  wyjaśnił  Cody'emu,  jak 

dojechać do domu Stanhope'ów. Może trzeba było wrócić do 
kościoła i spytać o to panią Davis, ale Cody miał już jej dość i 
nie  chciał  być  po  raz  drugi  namawiany  do  wysłania  swoich 
dzieci do przedszkola baptystów.

background image

Wszystko  nieprawda.  Nie  dlatego  nie  poszedł  pytać  pani 

Davis, ale dlatego, że bał się, iż po jego powrocie Jane powie 
mu, że zmieniła zdanie i chce wracać do Bostonu.

Był  zaskoczony.  Odniósł  wrażenie,  że  Jane  chce  jak 

najszybciej  zakończyć  z  nim  sprawę  i  uwolnić  się  od  niego, 
podobnie jak on chciał uwolnić się od niej. Nie potrzebował w 
swoim życiu księżniczki z Brookline. Dość miał z nią kłopotu, 
kiedy  pierwszy  raz  wdarła  się  w  jego  życie.  Gdy  owego 
okropnego poranka opuściła mieszkanie, zatrzaskując za sobą 
drzwi  po  obrzuceniu  Cody'ego  ostatnią  porcją  epitetów  i 
oskarżeń,  przysiągł  sobie,  że  nigdy  nie  przyjmie  jej  ż 
powrotem.  Nawet  gdyby  o  to  prosiła  na  kolanach,  gdyby 
błagała.  Nawet  gdyby  czołgała  się  u  jego  stóp  i  skamlała  o 
litość.

No  i  wróciła.  Nie  błaga,  nie  prosi,  nie  czołga  się,  ale 

ofiarowuje pomoc. Dlaczego to robi?

I  dlaczego  odczuł  taką  radość,  kiedy  powiedziała,  że 

zostanie?  Dlaczego  muskanie  jej  skóry  palcami  wywołuje  w 
nim  pragnienie,  by  chwycić  ją  w  ramiona,  przenieść  nad, 
drążkiem zmiany biegów i posadzić sobie na kolanach?

Zbyt  wiele  pytań  i  brak  czasu  na  udzielenie  sobie 

odpowiedzi,  gdyż  właśnie  podjechali  pod  dom  lubieżnego 
pastora.

Dom  był  skromny - ot,  dobrze  utrzymany  ranczerski 

budynek; ściany obłożone popielatym sidingiem, dach pokryty 
brunatnymi  dachówkami.  Trawnik  wokół  dopominał  się 
przystrzyżenia,  choć  właściwie  jeszcze  nieźle  wyglądał.  W 
oknach  firanki,  na  krzewie  przy  wejściu  trochę  spóźnionych 
kwiatów.  Przy  drzwiach  do  garażu  leżał  przewrócony 
dziecięcy rowerek.

Cody  długo  się  w  niego  wpatrywał.  Oszukiwać  żonę  to 

jedno,  ale  zniszczyć  dziecku  jego  rodzinny  świat  to  inna 
sprawa. Mając w pamięci własne dzieciństwo, Cody nie miał 
litości dla rodziców, którzy za swoje winy skazywali dzieci na 
cierpienie. Rzucił okiem na Jane. Także patrzyła na rowerek. 
Może myślała to samo co on.

- Czy  chcesz,  żebym  i  tu  milczał? - spytał  niemal 

pokornie. Decyzja pozostania zmieniła jego stosunek do Jane. 

background image

Był  jej  wdzięczny.  Z  natury  nie  lubił  być  nikomu  za  nic 
wdzięczny, a zwłaszcza nie Thayerom.

Może  w  tym  wypadku  słowo  wdzięczność  niezbyt  było 

odpowiednie.  Chyba  raczej  podziw.  Cody  zawsze  podziwiał 
ludzi za odwagę. Rezygnacja Jane z wyjazdu dowodziła, że ta 
kobieta  ma  charakter.  I  prawie  tyle  odwagi  co  przed 
dwunastoma laty, kiedy z nim uciekła.

- Chcę, żebyś tym razem całkowicie zasznurował buzię -

odparła.

- I  żebym  nie  robił  żadnych  dowcipów  na  temat 

adwokatów?

- Żadnych  dowcipów  na  jakikolwiek  temat.  Ta  kobieta 

bardzo cierpi.

- Ta kobieta może być powodem, dla którego pastor Bob 

pocieszał się u prostytutki - mruknął.

Wysiedli. Cody nie zamknął samochodu. Byli przecież na 

podjeździe domu w przyjemnej, średnio zamożnej dzielnicy i 
należało  wątpić,  by  ktoś  chciał  dobrać  się  do  samochodu  na 
terenie  posesji  duchownego,  mimo że  ten  duchowny  zawiódł 
swoich  parafian.  Aparat  fotograficzny  był  owinięty  w  koc  i 
umieszczony  z  tyłu,  by  nie  zwracać  uwagi  przygodnych 
złodziei.

- Myślałem, że kongregacje zapewniają  swoim pastorom 

mieszkania na terenach kościelnych - odezwała się Jane.

- Jedne tak,  inne dają  im ryczałt mieszkaniowy. A może 

rada  kościelna  odebrała  mu  ten  dom,  jeśli  należy  on  do 
parafii?

- To  nie  byłoby  sprawiedliwe  wobec  rodziny.  Gdzie 

miałaby się wtedy podziać?

- Bardzo ci żal tej kobiety - zauważył, wchodząc z Jane na 

ganek.

Spojrzała na niego wymownie. - Tak, bardzo mi jej żal. -

Nacisnęła  dzwonek.  Nim  zdołał  cokolwiek  odpowiedzieć, 
otworzyły  się  wewnętrzne  drzwi  i  za  gęstą  siatką  drzwi 
zewnętrznych  ujrzeli  bladą  twarz  kobiety  z  pewnością  nie 
starszej od Cody'ego i Jane. Miała na sobie popielaty szlafrok 
o parę numerów za duży, tak że niemal w nim tonęła. Obrazu
dopełniały maleńkie oczy i małe, wąskie usta, wykrzywione w 
grymasie niezadowolenia.

background image

- O co chodzi? - spytała podejrzliwie.
- Dzień  dobry! - rzekła  Jane. - Pani  Stanhope?  Cody 

dopiero  teraz  zauważył,  jak  wąską  twarz  ma  ta kobieta  i  jak 
bardzo szpiczastą brodę. Przypominała mu szczurka.

- A kim pani jest?
- Nazywam się Jane Thayer. Jestem adwokatem. A to jest 

mój klient, pan Cody Sinclair.

Klient! Cody wywrócił oczy, ale nic nie powiedział, no bo 

klienci mają przecież robić to, co im każe adwokat.

- Mnie  żaden  adwokat  nie  jest  potrzebny - oświadczyła 

pani Stanhope.

Cody  doszedł  do  wniosku,  że  kobieta  z  każdą  sekundą 

staje się - bardziej odpychająca.

- Wiem, że nie potrzebuje pani adwokata, pani Stanhope. 

Przyjechaliśmy tu, ponieważ pan Sinclair ma prawny problem 
z pani... z pastorem Stanhopem.

- Ach,  ten  bydlak! - Pani  Stanhope  jakby  odżyła.  Jej 

policzki  odzyskały  barwę,  a  szczurze  oczki  zalśniły  łzami. -
Widzę,  że  wielu  ma  z  nim  prawne  problemy:  Weźcie  sobie 
numerek i czekajcie w kolejce.

- Chcemy się tylko dowiedzieć, gdzie pan Stanhope teraz 

przebywa. Bo już nie tu, prawda?

- Nie.  Niechby  tylko  wszedł,  to  zaraz  by  wyleciał, 

śpiewając sopranem.

Cody doszedł do wniosku, że jednak można polubić panią 

Stanhope.

- Czy może pani zna jego nowy adres? - zapytała Jane.
- Nie  znam,  ale  zatańczyłabym  z  radości,  gdybym  się 

dowiedziała,  że  mieszka  pod  jakimś  murem  w  kartonowym 
pudle. Ten bydlak to wcielenie diabła.

- Amen! - mruknął Cody.

Pani Stanhope po raz pierwszy zwróciła na niego uwagę.

- Czy  on  też  pana  oszukał?  Czy  zadał  panu  cios,  raniąc 

samą duszę?

Jane  rzuciła  Cody'emu  ostrzegawcze  spojrzenie,  ale 

ponieważ  pytanie  zadała  dama,  byłoby  niegrzecznie  nie 
odpowiedzieć.

- Duszy mi jeszcze nie zranił, pani Stanhope, ale usiłuje. 

Moim  marzeniem  jest  uczestniczyć  w  operacji,  po  której 

background image

będzie  śpiewał  sopranem. - Kątem  oka  dostrzegł  ruch  nogi 
Jane,  jakby  zamierzała  znów  go  kopnąć,  i  odsunął  się  na 
bezpieczną  odległość. - Czy  mogłaby  mi  pani  pomóc,  pani 
Stanhope?

Kobieta westchnęła, wyraźnie poruszona.

- Gdybym  tylko  mogła!  Ale  ja  nie  rozmawiałam  z 

Robertem. Jego adwokat dzwoni do mojego adwokata, a mój 
adwokat  dzwoni  do  jego  adwokata.  Oj,  ile  mnie  to  będzie 
kosztowało,  nim  obaj  adwokaci  przestaną  do  siebie dzwonić. 
Ale  warto  zapłacić,  żeby  tego  bydlaka  nauczyć.  Bardzo  bym 
chciała pomóc, panie Sinclair. Każdy wróg Roberta jest moim 
przyjacielem.  Ale  ja  naprawdę  nie  wiem,  gdzie  on  się 
schował. Możecie państwo spytać jego adwokata.

- Już  pytaliśmy,  ale  nie  chciał  powiedzieć - przyznała 

Jane.

- Na  mój  rozum...  On  jest  tu  gdzieś  blisko. - Pani 

Stanhope zamyśliła się. - W jakimś motelu. Tanim. Jeśli Bóg 
dał,  to  z  pluskwami  i  innymi  takimi.  Kongregacja  daje  mi 
teraz  trochę  pieniędzy  na  przetrwanie,  ale  jemu  nie  da 
złamanego centa. A mój adwokat kazał mi zastrzec wszystkie 
konta, żeby Robert nie mógł tam wsadzić swoich brudnych łap 
i dalej z nich wyciągać. Tak, on mieszka gdzieś taniutko.

- Bardzo  pani  dziękujemy,  pani  Stanhope - powiedziała 

Jane. - Nie będziemy pani zajmować więcej czasu.

Cody  szykował  się  do  wyrażenia  jeszcze  paru  opinii  na 

temat  wielebnego  pastora,  ale  skarcony  spojrzeniem  Jane 
wymamrotał  kilka  słów  pożegnania  i  jako  posłuszny  klient 
poszedł za nią do samochodu.

- Jestem ciekawa, jak reaguje na to wszystko ich dziecko 

czy też dzieci - odezwała się Jane. - Nigdzie ich tu nie widać -
zauważyła. - Południe, połowa tygodnia. Pewno są w szkole.

Zatrzymała  się  przy  samochodzie.  Cody  otwierał  właśnie 

przed nią drzwiczki.

- Dlaczego  to  robisz,  Cody? - spytała. - Otworzyłeś  mi 

drzwi. Dawniej nigdy tego nie robiłeś.

Wydawał  się  zaskoczony  pytaniem.  Długą  chwilę 

zastanawiał się nad odpowiedzią. Wtedy miał osiemnaście lat i 
mało  wiedział  o  dobrych  manierach.  Nie  wpajała  mu  ich 

background image

matka,  a  koleżkowie  ryczeliby  ze  śmiechu,  gdyby  okazywał 
rycerskość wobec dziewcząt.

Jednakże  dorósł  i  sam  się  wychował.  Miał  teraz  lat 

trzydzieści  i  wiele  się  nauczył.  Na  przykład  tego,  że  jeśli 
dobrze wychowana kobieta o słodkich oczach i o ustach barwy 
płatków  róży  staje  przed  drzwiami,  to  byłby  ostatnim 
głupcem, gdyby ich nie otworzył. A Cody nigdy głupcem nie 
był. Ani wtedy, ani teraz.

Tego nie mógł jednak jej powiedzieć. Nie mógł przyznać, 

jak  czarują  go  jej  oczy.  Nie  mógł  też  powiedzieć,  jak 
przyciągają  go  jej  usta.  Zrobiła  mu  przysługę,  nie  umykając, 
gdy  dał  jej  po  temu  szansę.  Nie  miał  pojęcia,  dlaczego 
postanowiła  zostać  aż  do  czasu  załatwienia  sprawy  z 
Stanhopem, ale została, i mówiąc jej o tym, co czuje, mógłby 
ją spłoszyć.

Jedynym wyjściem był teraz żarcik.

- Jeśli  sobie  dobrze  przypominasz,  Jane,  harley  nie  miał 

drzwi.

- Pamiętam - odparła  z  dziwną  tęsknotą  w  głosie.  Boże, 

nawet w tym wilgotnym żarze ona pachnie

świeżością, pomyślał. Lawendą. Słońce przenika przez jej 

włosy, złoci je, wydobywa barwy. Jak kusi jej cudowna szyja. 
Kusi  jeszcze  bardziej  niż  niegdyś.  Gdyby  znaleźli  wolną 
chwilę,  to  zabrałby  ją  i  pokazał  starego  harleya.  A  potem 
swoje łóżko.

Na pamiątkę dawnych czasów. Spacer alejką wspomnień. 

Chociaż słowo „spacer" nie oddawało tego, co miał na myśli. 
Nie  przeszkadzało  mu,  że  była  zaręczona  z  bankierem, 
któremu  było  na  imię  Mark.  Cody  nie  szukał  miłości, 
zapragnął  tylko  trochę  się  pokochać  z  kobietą,  która  w  tej 
chwili właściwie była jego żoną.

- Wiec co teraz robimy? - spytał.

Wpatrywał  się  w  nią  gorącym  spojrzeniem.  Wytrzymała 

je. Jest odważna. Zdawał sobie sprawę, że jego oczy ślą liczne 
sygnały.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  stoi  nieco  za  blisko  Jane. 
Ale ona nie cofnęła się ani o milimetr.

- Muszę  zadzwonić  do  mojego  biura  w  Bostonie -

odparła. - A potem... Jestem bardzo głodna.

- Ja też - powiedział, ale nie o jedzeniu myślał.

background image

- No to najpierw zjemy lunch, a potem zadzwonię.
- A jeśli idzie o Stanhope'a?
- Odwiedzimy tę prostytutkę.

Roześmiał  się.  Jane  tylko  lekko  się  uśmiechnęła.  Ale 

dobry  z  niej  gracz:  jej  spojrzenie  walczyło  z  jego  wzrokiem. 
Pojedynek w gorące  południe! Niższa od niego o kilkanaście 
centymetrów,  musiała  unieść  głowę,  by  patrzeć  mu  prosto  w 
oczy.  Palcami  przebierała  nerwowo  po  ramie  okiennej 
samochodu. Twarda sztuka, pomyślał.

W  rzadkich  chwilach,  kiedy  wspominał  ją  w  ciągu 

minionych  lat,  zastanawiał  się,  dlaczego  mu  się  zachciało 
wówczas  żenić  z  Jane  Thayer.  I w  tej  właśnie  chwili  znalazł 
odpowiedź.

background image

Rozdział 5 

W opinii Marka zaletą stanu narzeczeństwa jest związany 

z tym pewnego rodzaju immunitet. A właściwie coś w rodzaju 
taryfy  ulgowej.  Mężczyzna  zaręczony  ma  prawo  patrzeć  na 
kobiety, przyjaźnić się z nimi, a nawet ich pragnąć i wcale się 
tego  nie  wstydzić.  Poza  tym  człowiek  zaręczony  nie  ma 
obowiązku  sprawiania  dobrego  wrażenia  na  kobiecie,  która 
mu  się  podoba.  Może  w  pełni  ocenić  jej  zalety,  nie  będąc 
zmuszony jej się przypodobać. Może popełniać głupstwa i nikt 
go  nie  zmusi  do  wysłuchiwania  kobiecych  wyrzekań  na  ten 
temat.

Mężczyzna  zaręczony  może  czuć  się  bezpieczny. 

Podejmuje  ryzyko  i  zawsze  uchodzi  cało.  Przypomina  to 
trochę  jazdę  kolejką  górską  w  lunaparku - przeżywa  się 
śmiertelne emocje bez obawy o życie.

Gdy tylko Clarissa Bonnert weszła do baru, Mark poczuł 

się  jak  w  kolejce  górskiej,  wyruszającej  w  szaleńczą  jazdę. 
Jakie  to  dziwne,  że  przed  zaręczynami  z  Jane  nie  zwrócił 
uwagi  na  Clarissę.  Była  dla  niego  malutką,  zahukaną 
sekretarką  ubraną  nad  wyraz  skromnie,  w  okularach 
przesłaniających  prawie  całą  twarz.  Właściwie  nigdy  nie 
dostrzegł w Clarissie... kobiety.

Wiedział  tylko,  że  jest  inna.  Mówiąc  oględnie,  nie  była 

biała.  Miała  gładką  cerę  o  beżowym  odcieniu  i  w 
odpowiednich  okolicznościach  każdy  dorosły  mężczyzna, 
patrząc  na  nią,  powinien  natychmiast  zacząć  łakomie 
przełykać ślinę.

A oczy za tymi śmiesznie wielkimi okularami były wielkie 

i intrygowały ciemną głębią. Bardzo intrygowały. Gdyby tylko 
zechciała zainwestować w szkła kontaktowe i nową fryzurę, to 
kto wie... Z pewnością zrobiłoby się wokół niej tłoczno.

Mark  nie  wstydził  się  tego,  że  w  swoim  czasie  młode 

sekretarki  stanowiły  lwią  część  jego  towarzyskiego  życia. 
Kiedy  jednak  dobrnął  do  trzydziestych  piątych  urodzin,  zdał 
sobie sprawę, że nadszedł czas, by się ustatkować.

Postanowił więc ustatkować się u boku Jane Thayer i nie 

żałował  tej  decyzji.  Przyznawał  jednak,  że  bardzo  go 
rozstroiło  jej  tajemnicze  zniknięcie.  I  to  gdzie  poleciała!  Do 

background image

Nowego  Orleanu,  jakby  nie  mogła  znaleźć  lepszego  miejsca. 
Być  może,  gdyby  wówczas  w  muzeum  nie  powiedział,  że 
rzeźba  przypomina  mu  striptizerkę  gramolącą  się  z  wnętrza 
tortu...

Jane  nie  wydała  się  wtedy  urażona.  Tylko  nieco 

spoważniała i zamyśliła się. Coś rozważała. Długo wpatrywała 
się  w  dzieło  sztuki.  Stała  zagubiona  we  własnych  myślach, 
miała zaciśnięte usta.

Marka  bardzo  zdenerwowały  sekrety  Jane.  A  jeszcze

bardziej  rozstroiło  go  to,  że  nagle  zapragnął  kawalerskiego 
wieczoru z kobietami wyskakującymi z tortów.

To było podobne do Jane, która wierzyła, że zawsze trzeba 

robić  to,  co  wywołuje  zadowolenie  innych.  Ale  zupełnie  nie 
pasował  do  niej  ów  tajemniczy  wyjazd  do  Nowego  Orleanu. 
Mark nie lubił stanu podniecenia w oczekiwaniu na coś. Teraz 
przekonał  się,  że  nie  lubi  oczekiwania  na  niespodziankę  w 
postaci pięknych kobiet nie będących jego narzeczonymi.

Clarissa  nie  należała  do  kobiet  o  tak  zwanych  pełnych 

kształtach,  ale  biorąc  pod  uwagę  jej  skromny  wzrost,  małe 
piersi  wyglądały  „na  niej"  obficie.  Teraz,  gdy  zobaczył 
Clarissę  rozmawiającą  z  kierownikiem  sali,  który  wskazał 
potem  jego  stolik,  Mark  zapragnął  idącej  ku  niemu 
dziewczyny.

Kolejka  górska  ruszyła.  Poczuł  podniecenie;  widząc  tę 

egzotyczną  osóbkę  w  czarnych,  satynowych  spodniach  i 
turkusowej  bluzce,  z  czarnymi,  kręconymi  włosami 
spływającymi  kaskadą  na  kark,  spryskanymi  lekko 
turkusowym pyłem.

Wstał,  gdy  była  parę  kroków  od  stolika  z  palącą  się 

świecą.  Wymagało  wielkiej  siły  woli,  by  nie  zerwać  jej  tych 
okropnych  okularów  i  zobaczyć,  jak  poczwarka  przekształca 
się  nagle  w  barwnego  motyla.  Poczuł,  jak  wielkiej  siły  woli 
potrzeba, by nie ująć jej pod ramię, nie wyprowadzić z baru, 
nie pójść prosto do recepcji i nie spytać, czy są wolne pokoje. 
Ale  przecież  jest  zaręczony  i  nie  powinien  ulegać  zwykłemu 
popędowi.

- No,  no - mruknął,  pomagając  jej  usiąść  w  fotelu 

naprzeciwko  siebie. - Widzę,  że  w  firmie  Baker  i  Dunn  nie 
wymaga się skromnego stroju biurowego.

background image

Uśmiechnęła się.

- Nie  przyszłam  tu  z  pracy.  Po  ośmiu  godzinach  przy 

komputerze byłam tak wymiętoszona,  że postanowiłam pójść 
najpierw  do  domu,  żeby  się  odświeżyć.  A  poza  tym -
pochyliła  się  z  konspiracyjną  miną - pomyślałam  sobie,  że 
strój sekretarki nie będzie pasował do takiego miejsca.

Mark  miał  na  sobie  niezbyt  stary  garnitur,  w  którym 

chodził do biura. Kupił go przed rokiem u Armaniego. Siedząc 
naprzeciwko  Clarissy  pomyślał,  że  oto  pojawia  się  jeszcze 
jedna korzyść stanu narzeczeństwa: gdy był z Jane, nigdy nie 
musiał  przepraszać  za  stary  garnitur.  Mówiąc  zupełnie 
szczerze,  z  Jane  chodziło  się  tak  dobrze  jak  w  starym 
garniturze.  Pasowała  idealnie.  Wygoda - oto  cały  sens 
małżeństwa.

Clarissa również nie wydawała się zawiedziona wyglądem 

Marka,  a  on  sam  czuł  się  znacznie  swobodniej  w  dziennym 
garniturze.  Bardzo  potrzebował ździebełka  swobody  w 
związku  z  pragnieniami,  jakie  rodziła  w  nim  Clarissa.  Poza 
tym do kolejki górskiej wsiada się w luźnym odzieniu, a nie w 
smokingu.  Z  pewną  swobodą  może  teraz  ulec  pokusie  flirtu, 
który  przecież  nic  nie  kosztuje  i  tak  mało  znaczy.  Może 
cieszyć  się  pędem,  nie  ryzykując  życiem.  Status  człowieka 
zaręczonego  jest  jego  pasem  bezpieczeństwa.  Nie  ma  zresztą 
obawy, że wózek wyskoczy z szyn.

Był mimo wszystko trochę spięty. Clarissa też; Być może 

jakiś komplement pomoże jej poczuć się swobodniej.

- Wyglądasz cudownie.
- Och  nie,  nie - zaprzeczyła  gwałtownie,  poprawiając 

okulary na filigranowym nosku.

- Powinnaś częściej nosić włosy tak jak teraz.
- Och,  moje  włosy  to  katastrofa.  Za  bardzo  się  kręcą. 

Powinnam je obciąć.

- Nie,  nie! - zaprotestował,  chociaż  jej  dotychczasowe 

odpowiedzi  brzmiały  nieco  mechanicznie  i  stereotypowo. -
Nie Wolno ich obcinać. Obiecaj mi, że tego nie zrobisz!

Utkwiła  w  nim  wzrok.  Okulary  w  najmniejszym  stopniu 

nie zniekształcały jej oczu. Dopiero teraz zorientował się, że w 
oprawie nie ma soczewek, tylko zwykłe szkło.

background image

Czy  powinien  coś  na  ten  temat  powiedzieć?  Postanowił 

chwilowo się wstrzymać. Bez wątpienia dziewczyna ma jakieś 
powody, by ukrywać się za okularami. Zresztą już same włosy 
czynią z niej istotę niemal zabójczo piękną. Bez szkieł wręcz 
by go poraziła, Uroda tej kobiety powala na kolana. Dlaczego 
dotąd tego nie dostrzegł? I co zrobi teraz?

Oczywiście  nic  nie  zrobi.  Jest  zaręczony.  Skończył  z 

sekretarkami. Jest dojrzały, ma stanowisko, narzeczoną.

- Proszę  o  wódkę  z  tonikiem - powiedziała  Clarissa  do 

kelnera,  który  pojawił  się  przy  ich  stoliku.  Zauważył,  że 
kelner jest oszołomiony jej urodą.

Uśmiechnął się do siebie: on nie da się oszołomić. Może ją 

podziwiać, ale na oszołomienie nie pozwoli. Natomiast, skoro 
Clarissa ma odwagę w towarzystwie męskim zamówić mocny 
alkohol, on też może popuścić wodze i radować się szaleńczą 
jazdą w górę i w dół.

- Hennessy z lodem - powiedział.

Kelner skinął głową i odszedł, przez cały czas patrząc na 

Clarissę, póki się nie potknął przy barze.

Na  przeciwległym  końcu  sali  pianista  wykonywał 

wiązankę melodii z musicalu „Duch w Operze". Mark rozsiadł 
się  wygodnie  w  klubowym  fotelu  i  patrzył  na  swą  urodziwą 
towarzyszkę.  Paląca  się  na  stoliku  świeca  wydobywała 
migotliwe ogniki ze złotego łańcuszka na szyi Clarissy.

- Jestem zdumiony, że nie masz dziś randki.

Uśmiechnęła się nieśmiało. W biurze nigdy nie okazywała 

nadmiernej  wstydliwości.  Jane  nie  zniosłaby  lękliwej 
sekretarki.

- Rzadko miewam randki - odparła.
- Czyżby? Gdybyś częściej rozpuszczała włosy i zdjęła te 

okulary, to wszystkie wieczory do końca roku miałabyś zajęte.

Wzruszyła ramionami.

- Większość mężczyzn, których znam, tylko czyha, żeby 

się do mnie dobrać.

Ach, gdzież ta wstydliwość? Chrząknął rozbawiony.

- Mężczyźni są ohydni, prawda?

Gdyby 

to 

obwieścił 

Jane, 

spotkałby 

się 

natychmiastowym  potwierdzeniem,  Clarissa  zaś  tylko 
zachichotała.

background image

Powrócił  kelner  z  zamówionymi  trunkami  oraz  talerzem 

pokrajanego  w  plastry  melona  i  winogronami.  Clarissa 
najpierw  była  tylko  zdziwiona,  potem  okazała  zadowolenie. 
Białymi paznokciami wydłubała z grona jeden owoc i włożyła 
do ust.

- Dziękuję, że pan to zamówił. Świetne - powiedziała do 

Marka.

Nie wiedziała, że w eleganckich barach podają do drinków 

dodatki. Orzeszki, owoce. Być może Clarissa nie uczęszcza do 
eleganckich barów. Mając pensję sekretarki, nawet dobrą, nie 
można sobie na to pozwolić. Gdyby mężczyźni zdawali sobie 
sprawę,  jak  ona  naprawdę  wygląda,  nie  byłoby  problemu. 
Byłaby zasypana zaproszeniami.

Tyle że po paru drinkach każdy z nich chciałby się do niej 

dobrać. I pewno tylko dlatego zgodziła się tu z nim spotkać, że 
chodzi o przekazanie informacji. No i Mark jest narzeczonym 
jej chlebodawczyni. Wiedziała dobrze, że nic jej z jego strony 
nie grozi.

Upił  mały  łyczek  swego  drogiego  trunku  i  ponownie 

poprawił się w fotelu. Bardzo mu się podobał widok Clarissy 
pojadającej  winogrona.  Zgrabnie  brała  je  z  talerza  i  niemal 
zmysłowo wkładała do ust,

- A  więc - zaczął  z  powagą - czy  moja  zagubiona 

narzeczona dzwoniła?

Z  nie  rozgryzionym  winogronem  w  ustach  Clarissa  tylko 

skinęła  głową.  Dopiero  po  chwili  była  zdolną  uzupełnić 
wstępną informację:

- Dziś  po  południu,  Jest  mi  niezmiernie  przykro,  panie 

Dennison, ale nie udało mi się nic z niej wydobyć.

- Mark - poprawił.
- No  więc,  Mark,  robiłam,  co  mogłam.  Zdołałam  się 

dowiedzieć  tylko  tyle,  że  Jane  nie  wie,  kiedy  wróci! 
Powiedziała, że załatwienie sprawy wymaga więcej czasu, niż 
przewidywała.

- Sprawy?! - To brzmi podejrzanie. Słowo „sprawa" może 

oznaczać zamówienie wieczoru ze striptizerkami, ale może też 
oznaczać  znacznie  poważniejsze  przyjęcie  z  motywami 
nowoorleańskiego 

karnawału: 

wszyscy

maskach, 

kostiumach, w groteskowej biżuterii, na stołach lokalne dania, 

background image

gumbo i chitlin, czy co tam jeszcze jedzą w tej krainie bagien.
- O jaką sprawę chodzi?

- Nie mam pojęcia. Nie wypadało mi pytać.

Właściwie  dlaczego  nie?  Jane  z  pewnością  była  gotowa 

zwierzyć  się  swojej  współpracownicy.  Żadna  kobieta 
planująca niespodziankę dla narzeczonego nie oprze się, żeby 
nie podzielić się informacją z drugą kobietą. Przecież na tym 
właśnie  polega  sens  niespodzianek.  Szykuje  się  je  dlatego, 
żeby móc o tym poszeptać z zaufaną osobą.

- Co jej powiedziałaś?
- Spytałam,  jak  jej  idzie,  a  ona  że  średnio.  Potem 

spytałam, kiedy można jej oczekiwać w firmie, a ona na to, że 
chyba na pewno w poniedziałek.

- W  poniedziałek?  To  dopiero  za  pięć  dni!  Co  ona  tam 

będzie robić przez pięć dni?

Clarissa  wydawała  się  bliska  płaczu,  gdyż  Mark  niemal 

krzyczał.  Opanował  się,  wiedząc  dobrze,  że  nie  ma  sensu 
wyładowywać  gniewu  na  bogu  ducha  winnej  osobie.  To  nie 
wina Clarissy, że Jane, na której zawsze można polegać, nagle 
znika  w  jakimś  zupełnie  idiotycznym  celu,  by  zrealizować 
jakiś  idiotyczny  pomysł.  Clarissa  robiła  przecież,  co  mogła, 
żeby się czegoś dowiedzieć.

- Wiesz, co najbardziej kocham w Jane? - spytał. Clarissa 

się rozpromieniła.

- Jane jest cudowna - stwierdziła. Do tego nie można było 

nic dodać, więc tylko potwierdził:

- Jest w istocie cudowna.
- Chciałam powiedzieć, że Jane jest tym wszystkim, czym 

ja chciałabym być. - Powiedziawszy to, łyknęła nieco wódki z 
tonikiem. Następnie dodała: - Jest taka mądra i ładna...

- Ty też jesteś ładna - wtrącił Mark, potwierdzając rzecz 

oczywistą.

Clarissa podniosła oczy ku niebu.

- Jane  jest  taka  subtelna.  Zachwyca  niczym  jabłoń 

kwiatami. Ma urodę, od której człowiekowi robi się ciepło na 
duszy...

Mark nie oczekiwał ze strony Clarissy podobnego recitalu 

poetyckiego.  I  całkowicie  zgadzał  się  z  przedstawioną  mu 
charakterystyką 

Jane: 

czysta, 

zdrową 

uroda. 

Nic 

background image

egzotycznego,  nic,  co  powodowałoby  zatory  na  ulicy. 
Reprezentowała  również  we  wszystkim  swego  rodzaju 
dziewiczą  czystość.  W  odróżnieniu  od  urody  Clarissy,  uroda 
Jane działała uspokajająco.

- Co najważniejsze - ciągnęła Clarissa - Jane jest mądra. 

Naprawdę mądra. Uczestniczyłam w jej konferencjach. Może 
nie  powinnam  o  tym  mówić... - Zafundowała  sobie 
parosekundowy chichot.

- Nie bądź taka. Mnie możesz powiedzieć.
- No dobrze. Tylko że... Więc na tych konferencjach jest 

zawsze pan Dunn albo któryś ze starszych wspólników, który 
powinien  spełniać  rolę  tego  Salomona  z  opowieści.  Być  taki 
mądry  jak  Salomon.  I  nie  wolno  mu  nic  opuścić  ani 
zapomnieć,  kiedy  przedstawia  sprawę.  I  jeśli  się  zdarzy,  że 
jednak  coś  opuści,  to  Jane  natychmiast  „wyjaśnia".  Nie 
uzupełnia,  nie  poprawia,  tylko  wyjaśnia.  Kiedy  któryś  ze 
wspólników popełni gafę, to Jane zaraz mówi: „Chciałabym tu 
wyjaśnić  pewien  drobiazg".  Jest  za  dobrą  dyplomatką,  żeby 
powiedzieć: „Aleś się rąbnął, głupi capie". O nie. „Pozwólcie 
mi wyjaśnić...", i potem całą sprawę przedstawia po swojemu, 
tak jak powinno być. Jest niezawodna.

- Dobra jest ta moja Jane! - zgodził się Mark. - W istocie 

niezawodna. I zdumiewająca...

- Ona jest genialna - dodała Clarissa. - I zawsze ma rację. 

Co za umysł! Bardzo ją szanuję.

- Ja  też - oświadczył  i  głęboko  westchnął.  Czasami 

przemykała  mu  przez  głowę  zdradliwa  myśl,  że  człowiek 
potrzebuje  kobiety,  którą  można  nieco  mniej  szanować  niż 
Jane. - Ale  wiesz,  co  najbardziej  w  niej  lubię?  To,  że  jej 
zachowanie  jest  takie  przewidywalne.  Zawsze  wiadomo,  co 
zrobi.

Clarissa zmarszczyła zgrabny nosek.

- Ojej, mam nadzieję, że jej nigdy tego nie powiedziałeś. 

Śmiertelnie by się obraziła.

- Dlaczego  miałaby  się  obrazić? - Był  autentycznie 

zdumiony.

- Zachowanie przewidywalne to znaczy nudne. A Jane nie 

jest nudna.

background image

- Nie  zgadzam  się,  że  to  musi  oznaczać  nudę.  Ja  lubię 

pewność  jako  element  bytu.  Powiedzmy,  że  idę  do...  na 
przykład do salonu Armaniego na Newbury. Jakość produkcji 
jest  w  pełni  przewidywalna.  Wiem,  że  cokolwiek  tam  kupię, 
będzie  w  doskonałym  gatunku.  I  dlatego  tam  kupuję.  Lubię 
wszystko, co jest przewidywalne i pewne.

- Jane  nie  jest  koszulą  od  Armaniego - rzekła  głosem 

pełnym  oburzenia. - Jane  nie  jest  czymś,  po  co  się  idzie  do 
sklepu i kupuje.

- Dobrze wiesz, co miałem na myśli. Jeśli chodzi o Jane, 

to  wiem,  kim  jest.  Wiem,  co  nas  łączy.  I  to  właśnie w  niej 
uwielbiam.  Można  na  niej  polegać,  nie  zmienia 
niespodziewanie  zdania,  nie  zaskakuje,  jest  w  stu  procentach 
solidna... - Na  chwilę  umilkł,  jakby  zaskoczony  czymś,  co 
mógł  w  ferworze  wypowiedzieć. - I  właśnie  dlatego  tak  się 
niepokoję tym nagłym wyskokiem.

Właściwie  powinien  czuć  pewne  zakłopotanie.  Przecież 

zwierza  się  ze  swych  niepokojów  prawie  obcej  osobie.. 
Dopiero  poznał  Clarissę.  Przedtem  była  po  prostu  kimś 
siedzącym za biurkiem przy drzwiach do gabinetu Jane.

Jednakże nie czuł najmniejszego zakłopotania. Ta krytyka 

Jane  i  powierzanie  swoich  myśli  Clarissie  wydawało  mu  się 
rzeczą bardzo naturalną. Może właśnie dlatego, że go nic nie 
łączyło z Clarissą, nawet zwykła zażyłość. Po prostu traktował 
ją jako zaufaną sekretarkę, troszczącą się o swoją szefową. O, 
właśnie to ich łączyło: troska o Jane.

- Czy  Jane  nigdy  cię  niczym  nie  zaskoczyła? - spytała 

Clarissa. - Czy nie zrobiła czegoś, czego nie oczekiwałeś?

- Sama  sobie  odpowiedz.  Przecież  ją  znasz.  Clarissa 

wrzuciła  do  ust  winogrono  i  gryząc  je,  zastanawiała  się  nad 
odpowiedzią, Gdy popiła owoc wódką z tonikiem, stwierdziła:

.  .. - Moim  zdaniem  Jane  jest  osobą...  nieco 

skomplikowaną.  Jest  takie  powiedzenie,  że  gładkie  lustro 
wody  może zapowiadać  toń.  Moim zdaniem  Jane  jest  zdolna 
popełnić nawet szaleństwo, jeśli ma na to ochotę.

- Nie  wydaje  mi  się.  Nie  należy  do  kategorii  ani 

zwariowanych, ani szalonych kobiet

background image

Tajemniczy  uśmieszek  Clarissy  zaniepokoił  Marka nie 

mniej  niż  wiadomość  o  dziwnej  wyprawie  Jane  do  Nowego 
Orleanu.

- Chyba  nie  masz  racji,  Mark - upierała  się,  a  jej 

uśmieszek jeszcze się pogłębił. - Myślę, że Jane jest zdolna do 
szalonego  wyskoku.  I  myślę,  że  ty  również  jesteś  do  czegoś 
takiego  zdolny,  jeśli  nastąpią  odpowiednie  okoliczności. 
Myślę, że każdy jest w stanie zrobić coś nieprzewidywalnego.

- Nonsens. Clarissa roześmiała się.

W zwykłych okolicznościach Mark bardzo nie lubił, kiedy 

ktoś  się  z  niego  śmiał.  Ale  kiedy  śmiała  się  Clarissa,  w  jej 
migdałowych  oczach  tańczyły  iskierki,  a  jej  równe,  bielutkie 
zęby tworzyły śliczne półkole na tle gładkiej, śniadej skóry. I 
nagle stwierdził, że zupełnie mu nie przeszkadza, że śmieje się 
z niego. Bo to robi Clarissa Bonnert.

- Wymień coś szalonego, co twoim zdaniem ja mógłbym 

zrobić - rzucił wyzwanie. - Jedną jedyną rzecz, która miałaby 
sprawić mi przyjemność.

- Myślę,  myślę... - Patrzyła  na  niego  swymi  pięknymi 

oczami w równie pięknej twarzyczce. - Myślę, że sprawiłaby 
ci przyjemność przejażdżka na North End i spacer po ulicy z 
calzone w palcach.

- Nigdy nie kupuję nic do jedzenia na ulicy.
- Każdy  powinien  to  czasem  zrobić.  Musisz  choć  raz 

spróbować.

- Co za niesamowity pomysł!

Nagle zaczął się śmiać. Jeśli Jane zdaniem Clarissy może 

być  szalona, to dlaczego  nie może i on?  Jeśli Clarissa mogła 
rozpuścić włosy, to i on może się rozluźnić.

- Calzone, powiadasz?
- Wiesz, co to jest calzone?
- Coś w rodzaju pizzy?
- Taki złożony placek z ciasta, jakiego używa się na pizzę, 

faszerowany serem, sosem i innymi tam dodatkami. Jak się je, 
to oblepia palce, ale smakuje wspaniale, i jeśli w twoim ciele 
jest  chociaż jedna żądna  przygody  kostka, to  przespacerujesz 
się  po ulicy  w North End  w tym swoim garniturze  do pracy, 
jak go nazywasz, na mój gust aż za eleganckim na tę dzielnicę, 
i całe ubranie pochlapiesz sobie roztopionym serem.

background image

- Zrobię  to,  jeśli  zdejmiesz  okulary - rzucił.  Zamrugała 

parę razy, a po chwili wyprostowała się i rzekła:

- Zgoda.

Zdjęła  szkła.  Zakołysał  się,  jakby  doznał  szoku.  Boże 

drogi,  ta  kobieta  jest  przecudowna!  Jej  twarz  powinna  być 
zarejestrowana  jako  dzieło  sztuki.  Nic  dziwnego,  że  musi  to 
ukrywać,  nosić  takie  oprawki  i  wiązać  włosy  na  czubku 
głowy. Gdyby na co dzień chodziła tak jak teraz, to mężczyźni 
nie daliby jej spokoju. Clarissa schowała okulary do torebki i 
uśmiechnęła się.

- A więc? - spytała.
- Co „a więc"?
- Jedziemy na calzone?

Pomyślał  sobie,  że  kiedy  stąd  wyjdą  i  będzie  mógł 

zaczerpnąć  świeżego  powietrza,  to  może  jakoś  wytrzyma 
towarzystwo tej czarodziejki. Tak, zaczarowała go, zniewoliła, 
skłoniła do zrobienia czegoś, czego sam by nie wymyślił. Miał 
nadzieję, że kiedy zobaczy Clarissę z twarzą umorusaną serem 
i sosem pomidorowym, to czar pryśnie.

Poza  tym  czego  się  boi?  Jest  przecież  zaręczony  i 

pomiędzy  nim  a  Clarissą  nic  nie  nastąpi.  Ani  teraz,  ani 
później. Jest bezpieczny. Przecież to tylko kolejka górska.

- Jedziemy na calzone! - zawołał entuzjastycznie.
- Cześć, Jane! Czekam w holu. Czy jesteś gotowa jechać 

na poszukiwanie swojej panienki lekkich obyczajów? - spytał 
przez telefon.

- Czy  zawsze  musisz  stroić  żarty? - odparła,  okręcając 

wokół  palca  sznur  słuchawki  i  zerkając  na  nie  podpisane 
dokumenty rozwodowe, które po powrocie do hotelu wyjęła z 
torebki i położyła na nocnym stoliku. Papiery te jakby nabrały 
własnej osobowości. Kpiły z niej i przypominały, że w istocie 
chodzi tylko o uzyskanie podpisu i jak najszybszy powrót do 
Bostonu.

A  oto  tkwi  teraz  w  tym  pokoju  hotelowym,  patrzy  przez 

okno  na  ruchliwą  ulicę  śródmieścia  Nowego  Orleanu  i 
przygotowuje  się  na  wędrówkę  uliczkami  Francuskiej 
Dzielnicy  w  poszukiwaniu  prostytutki,  której  klientem  był 
pastor Bob.

background image

Minione  kilka  godzin  spędziła  w  pokoju  sama,  usiłując 

uporządkować  rozbiegane  myśli  i  wyciągnąć  jakieś  wnioski. 
Po powrocie z Codym  z La  Place wstąpili do redakcji, gdzie 
Cody  otrzymał  polecenie  zrobienia  serii  zdjęć  na  kampusie 
uniwersytetu Tulane. Trwała tam straszna awantura, ponieważ 
jedno  zwariowane  bractwo  studenckie  zamalowało  swymi 
greckimi  symbolami  budynek  innego  bractwa,  które,  czując 
się  znieważone,  zagroziło  odwetem.  Możliwość  wybuchu 
studenckich  rozruchów  stanowiła  doskonały  temat  i  redaktor 
naczelny  chciał,  by  Cody  na  miejscu  czatował  na  początek 
rozróby.

Jane  przekonała  Cody'ego,  by  natychmiast  pojechał  na 

uniwersytet, bo przecież mogą wznowić poszukiwania pastora 
późnym  popołudniem.  Poza  tym  szanse  znalezienia 
towarzyszki  igraszek  pastora  są znacznie  większe  wieczorem 
niż wczesnym popołudniem.

Wszystko  to  prawda,  ale  Jane  chodziło  głównie  o  to,  by 

spędzić  trochę  czasu  bez  Cody'ego.  Chciała  wyjaśnić  sama 
sobie i zrozumieć, dlaczego, na miłość boską, nie zgodziła się, 
by podpisał dokumenty bez żadnych zobowiązań z jej strony. 
Bez  potrzeby  oddawania  przysług,  bez  pieniędzy,  bez 
jakichkolwiek  innych  warunków.  Gdyby  to  zaakceptowała, 
byłoby  już  po  wszystkim.  Pakowałaby  właśnie  walizkę, 
wyprowadzała się z hotelu i jechała na lotnisko.

A  ona  jak  ta  idiotka  zgodziła  się  pomóc  Cody'emu  i 

popołudnie  spędziła  na  braniu  prysznica,  jedzeniu  kanapek 
kosztujących  fortunę  i  wymyślaniu  sobie,  że  zaprzepaściła 
dobrą okazję pozbycia się raz na zawsze widoku Cody'ego.

Z  drugiej  strony  wypadałoby  mu  pomóc.  Winna  mu  to 

była  za  niedopatrzenie  popełnione  przez  ojca  przed 
dwunastoma laty.  Za to, że go opuściła,  chociaż zakończenie 
ich burzliwego związku leżało także w jego interesie.

Ale  dług,  jaki  miała  wobec  Cody'ego,  nie  był  jedynym 

powodem  odmowy  przyjęcia  jego  szlachetnej  propozycji. 
Dług  był  jednym  z  powodów,  może  największym,  ale  tylko 
jednym.  Musiała  to  przyznać,  zawsze  bowiem  była  wobec 
siebie uczciwa, gdy chodziło o fakty.

A  faktem  było  to,  że  jej  związki  z  Codym  nie  przestały 

istnieć.  Rozwód  nie  rozwód,  spotkanie  z  nim  było  dla  niej 

background image

objawieniem.  Okazało  się,  że  łączy  ich  coś  więcej  niż tylko 
prawne niedopatrzenie i że podpisanie papierka nie wystarczy, 
by to, co ich łączy, nagle się rozpłynęło.

I  nic  nie  znaczy  inny  fakt:  że  jest  starsza  i  bardziej 

doświadczona.  Nic  nie  znaczy  fakt,  że  jest  zaręczona  z 
Markiem  Dennisonem  ani  też,  że  kiedy  przed  dwunastoma 
laty  młodzi  i  nieodpowiedzialni,  Jane  i  Cody,  wzięli  ślub,  to 
przeżyli  potem  razem  więcej  dni  złych  niż  dobrych.  Cody 
reprezentował  ów  etap  jej  życia,  kiedy  miała  jeszcze  otwarte 
opcje,  kiedy  była  na  tyle  młoda,  że  miała  prawo  być 
nieodpowiedzialna,  kiedy  podstawową  rolę  odgrywały 
uniesienia i gorące uczucia. Cody symbolizował coś, o co Jane 
nikt nigdy by nie podejrzewał: irracjonalność!

Był jej pierwszą miłością, psiakość!
Każda kobieta ma w swoim życiu jakiegoś Cody'ego. I bez 

względu  na  to,  jak  szybko  i  na  ile  dokładnie  się  z  tego 
odurzenia  otrząśnie,  ów  Cody  zawsze  pozostaje  jako 
wspomnienie,  płomyk,  który  nie  chce  zgasnąć.  Ów  Cody 
zawsze  przypomina  czas,  kiedy  ważne  było  tylko 
zaspokojenie  uczucia  wielkiej  miłości.  Wówczas,  przed 
dwunastoma  laty,  Cody  oznaczał  wolność.  Cody  oznaczał 
brak lęków. Cody oznaczał.

- Głupotę! - oświadczyła głośno swemu odbiciu w lustrze.

Z eleganckiego, bardzo profesjonalnego stroju, jaki miała 

na sobie przed południem, przebrała się w jedwabną bluzkę i 
spodnie.  Chodzenie  po  uliczkach  Francuskiej  Dzielnicy  i 
przepytywanie  prostytutek  nie  wymaga  kostiumu  z  domu 
mody.

Westchnąwszy,  sięgnęła  po  torebkę  i  klucz  do  pokoju. 

Teraz już nie mogła się wycofać z danej Cody'emu obietnicy, 
ale  powinna  otrząsnąć  się  z  tych  niedojrzałych  i 
romantycznych wspominków i rozmyślań o pierwszej miłości. 
I powinna trzepnąć Cody'ego w dłoń, jeśli raz jeszcze spróbuje 
ująć  ją  pod  brodę.  Nie  powinna  mieć  problemów  z 
zachowaniem równowagi psychicznej tak długo, jak długo jej 
nie będzie dotykał, nie będzie obdarzał tym uśmieszkiem, nie 
będzie czarował oczami, a kiedy ona znajdzie się u kresu sił, 
nie będzie okazywał dobroci i zrozumienia.

background image

Powinna  jakoś  przetrwać.  Skończy  sprawę,  skończy  i  z 

Codym. Na dobre, na zawsze.

Zjechała do holu i poszła prosto do rzędu telefonów przy 

recepcji,  gdzie  stał  Cody,  oparty  niedbale  o  ścianę,  w  tych 
samych  co  rano  spłowiałych  dżinsach,  w  koszulce  i  w 
adidasach.  Nowością  była  tylko  zarzucona  na  ramiona 
marynarka  z  lekkiej  tkaniny.  Nie  pasował  do  tego 
eleganckiego hotelu, choć był nieświadomie fascynujący.

Podobnie  jak  poprzedniego  dnia  w  sali  bilardowej,  tak  i 

teraz  poczuła  przyspieszone,  nierówne  bicie  serca.  Zresztą 
rano  wydarzyło  się  to  samo,  gdy  poszła  do  redakcji 
„Sentinela"  i  zobaczyła  go  za  oszklonym  przepierzeniem. 
Wydarzyło  się  to  po  raz  wtóry,  gdy  ją  ujął  pod  brodę  i 
zaproponował, że podpisze zgodę.

Nie  było  jej  to  potrzebne.  Nie  chciała  tego.  Chciała... 

dojrzałości.  Odporności.  Jedności  myślenia.  Tego  jej  było 
najbardziej potrzeba, aby mogła sobie dać radę z sytuacją i z 
sobą.

- Jedziemy - oznajmiła  krótko,  zarzucając  pasek  torebki 

na ramię. - Gdzie masz samochód?

Stopą uderzył w posadzkę.

- Pod  nami.  W  hotelowym  garażu.  Do  Dzielnicy

Francuskiej  możemy  iść  pieszo.  Albo  weźmiemy  taksówkę, 
jeśli  jesteś  zmęczona.  Parkowanie  tam  jest  praktycznie 
niemożliwe.

- Pójdziemy - zdecydowała. Spacer powinien ją uspokoić 

albo zmęczyć i nie będzie tak silnie reagowała na Cody'ego.

Wyszli  przed  hotel.  Cody  włożył  marynarkę,  a  ręce 

schował  do  kieszeni  dżinsów,  co  sygnalizowało,  że  nip 
zamierza  brać  jej  pod  ramię.  Odetchnęła  z  ulgą,  Bardzo  się 
teraz bała bliskiego kontaktu.

Zauważyła, że od rana się nie golił i wyglądał niechlujnie. 

Miał  tak  zwany  popołudniowy  zarost  i  zmierzwione  przez 
wiatr  włosy.  Poza  tym  ta  marynarka:  wygnieciona  do 
niemożliwości. Pewno ją zawsze trzymał na wszelki wypadek 
w redakcji albo samochodzie. Po co ją teraz wziął? Był upał. 
Po co mu marynarka do rozmowy z prostytutką?

A  może  wieczorami  robi  się  chłodno?  Ulice  były  pełne 

ludzi wracających z pracy, niebo już się zaróżowiło.

background image

- Jak sytuacja na uniwersytecie? - spytała. Prychnął.
- Banda bogatych szczeniaków z wypryskami na mózgu. 

Nie mają lepszego zajęcia niż paskudzenie farbą budynków.

Zastanawiała  się,  czy  określenie  „banda  bogatych 

szczeniaków"  powinna  przyjąć  jako  złośliwość  pod  swoim 
adresem. Też była bogatą szczeniarą, kiedy ją poznał, ale nie 
rozpaskudzoną.  Studenci  na  uniwersytecie  Wellesley  nie 
niszczyli farbą porośniętych bluszczem, gotyckich budynków.

- Czy myślałeś kiedyś o pójściu na studia? - spytała.
- A  po  cóż  miałbym  to  robić? - Spojrzał  na  nią 

sceptycznie.

- Żeby  pobudzić  szare  komórki  do  myślenia.  Parsknął 

śmiechem.

- Aż nadto pobudzam szare komórki, czytając „Sentinela" 

i przemierzając ulice Nowego Orleanu.

Doszli do rogu i stanęli, czekając na zmianę świateł. Jane 

wpatrywała  się  w  budynki  za  skrzyżowaniem - z  ciemnej 
cegły,  z  ceramicznymi  dachówkami  i  łukowato  sklepionymi 
bramami.  Wzdłuż  wyższych  pięter  biegły  ozdobne,  żelazne 
balustrady  wąskich  balkonów. Ulica  wyglądała jak  dekoracja 
do filmu „Tramwaj zwany pożądaniem".

- Jak  tu  uroczo - powiedziała,  gdy  znaleźli  się  bliżej. 

Zerknął na nią i uśmiechnął się ciepło.

- Jakie  to  inne  od  Quincy  Market,  prawda? - zauważył, 

mówiąc o bostońskim placu, otoczonym eleganckimi sklepami 
i restauracjami.

- Masz rację, ale jednocześnie coś łączy  te dwa miejsca. 

Ludzie, sklepy, atmosfera. Właśnie, atmosfera. Quincy Market 
jest  kwintesencją  Nowej  Anglii.  To,  co  widzę,  jest  w  moim 
pojęciu  kwintesencją  Nowego  Orleanu.  I  z  pewnością  jest  tu 
również pełno sklepów z bajońskimi cenami.

Partery  budynków  zajęte  były  przez  butiki  z  krzykliwą 

biżuterią,  drogimi  dziełami  sztuki,  ręcznie  malowanymi 
maskami  i  ekstrawaganckimi  ubiorami.  Jane  zatrzymają  się 
przed  jednym  z  butików  i  wskazując  namalowany  szal 
udrapowany w witrynie, wykrzyknęła:

- Byłby doskonały dla Clarissy.
- Kto to jest Clarissa?

background image

- Moja  sekretarka.  Śliczna  dziewczyna.  Turkus  to  jej 

kolor.

- Ty byś też w tym pięknie wyglądała - odparł i dał nura 

do sklepu.

Pogoniła za nim.

- Cody, nie przyszliśmy tu po zakupy!
- Zakupy, zakupy. To nie są żadne zakupy. Ściągnął szal z 

witryny i zaczął szukać metki z ceną.

Jane usiłowała mu go wyrwać, ale Cody podniósł wysoko 

rękę  z  szalem  i  zaniósł  do  lady,  zza  której  starsza  kobieta
przyglądała się w milczeniu całej scenie.

- Biorę - oznajmił  sprzedawczyni. - Niech  pani  tylko 

odetnie  cenę.  I  nie  trzeba  pakować.  Ta  pani  zarzuci  to  na 
ramiona.

- Cody! - Złościło ją jego zachowanie. - Nie wezmę tego. 

Nie będę tego nosić.

- Weźmiesz i będziesz nosić.
- To zbyt kosztowny prezent.
- Od  jakiej  kwoty  prezent  jest  zbyt  kosztowny? - spytał 

ironicznie.

Cokolwiek  by  jej  kupił,  byłoby  dla  niego  zbyt  wielkim 

wydatkiem.  Nie  chciała,  by  wydawał  na  nią  pieniądze.  Na 
pewno nie ma ich za wiele. Czyż zresztą jeszcze wczoraj nie 
polował na jej majątek?

Nie  mogła  ponownie  zaprotestować,  bo  Cody  już  płacił 

kartą kredytową. Potem schował kartę, wziął szal i nałożył go 
jej na ramiona.

Mięsisty,  wspaniały  jedwab  był  chłodny,  jego  barwa 

olśniewała.

- Ode mnie na pamiątkę - mruknął.
- Nie  wiem,  co  powiedzieć - odparła,  chociaż  to  było 

kłamstwo. Wiedziała dobrze: „Pamiątka po tobie? Nie chcę".

- Wystarczy mi jedno słowo. Dziękuję.
- Cody... - Miało to zabrzmieć ostro i sucho, ale dźwięk, 

jaki wydała, był przedziwnie zduszony, jękliwy.

Poprawił  szal  na  jej  ramionach.  Czynił  to  delikatnie, 

niemal  czule.  Jakim  cudem  ktoś,  kogo  właściwie  wychowała 
ulica  i  życie,  ciężko  pracujący  na  utrzymanie,  potrafi  okazać 

background image

taką  delikatność?  Zwłaszcza  kobiecie,  która  pragnęła  tylko 
jednego: ostatecznie się od niego uwolnić.

- Teraz  wygląda  świetnie - oświadczył,  przyglądając  się 

jej z dziwnym wyrazem w oczach.

Opuściła  wzrok,  niezdolna  dłużej  wytrzymać  spojrzenia 

oczu o barwie nie mniej żywej niż barwa szala.

- Dziękuję - bąknęła.
- Nie ma za co - odparł.

Raz  jeszcze  dotknął  skraju  materii,  uśmiechnął  się 

enigmatycznie i wyszedł ze sklepu. Nie mając wyboru, poszła 
za  nim.  Dopadła  go  dopiero  kilka  sklepów  dalej.  Jej 
oszołomienie powoli zastępowała podejrzliwość.

- Po coś to zrobił? - spytała. Znowu się uśmiechnął.
- A  dlaczego  nie?  Czy  ty  nigdy  nie  zrobiłaś  niczego,  co 

pozornie  nie  miałoby  sensu,  tak  dla  uciechy?  Owszem, 
zrobiłaś - odpowiedział sam sobie. - Wyszłaś za mnie.

- Zrobiłam to z większym rozmysłem niż ty, kupując ten 

szal.

- Tak,  tak,  zrobiłaś  to  z  wielkim  rozmysłem.  Podjęłaś 

decyzję i dopiero wtedy za mnie wyszłaś. Dużo ci ten rozmysł 
pomógł.

Zwolnił, gdy zbliżyli się do następnego skrzyżowania. Na 

przeciwległym rogu samotny muzyk wygrywał na saksofonie 
tęskne  melodie  jazzowe,  Jane  wyciągnęła  z  torebki  dolara  i 
gdy przeszli przez jezdnię, wrzuciła go do leżącego na ziemi 
kapelusza. Skoro Cody mógł szastać pieniędzmi, może i ona. 
Poza tym jej gest ma więcej sensu niż jego. Wspiera przecież 
artystę, a postępek Cody'ego czyni ją tylko dłużniczką.

Na ulicy znajdowało się teraz mniej ludzi, Nie byli to już 

miejscowi  wracający  do  domów,  ale  turyści  ściągający  na 
wieczorny  spacer  po  historycznych  zaułkach  i  potencjalni 
klienci  licznych  lokali  rozrywkowych.  Jane  zauważyła  dużą 
liczbę  młodych  par,  trzymających  się  za  ręce.  Pojedynczy 
przechodnie przyglądali się sobie z zainteresowaniem. Kobieta 
o  obfitych  kształtach  w  minibluzce  z  cekinów  i  w  obcisłej 
minispódniczce  kryła  się  w  cieniu  portalu,  łypiąc  dokoła  w 
poszukiwaniu dobrej okazji.

- To jest chyba prostytutka? - spytała Jane naiwnie.

background image

- Przecież nie królowa Anglii. - Cody skręcił w kierunku 

kobiety i Jane, chcąc nie chcąc, musiała pójść zanim.

Kobieta  stojąca  w  głębi  portalu  przyglądała  mu  się  z 

dużym zainteresowaniem, póki nie zdała sobie sprawy, że jest 
z  nim  Jane.  Wtedy  podniosła  wysoko  brwi,  potrząsnęła 
grzywą i wyprostowała ramiona. W głębokim dekolcie widać 
było pot perlący się między piersiami.

- Czy  mogłaby  pani  nam  pomóc? - zaczął  Cody  bez 

wstępu.

Jane  była  zadowolona,  że  przejął  inicjatywę,  nie  miała 

bowiem najmniejszej ochoty rozmawiać z prostytutką.

Zresztą  Cody  zrobi  to  lepiej.  Kobieta  przeciągnęła 

koniuszkiem języka po wargach.

- Jestem  pewna,  kochanie,  że  mogę.  Wszystko  mogę, 

czego tylko sobie życzysz, milutki. - Miała nawet melodyjny 
głos. - Chociaż  tak  na  oko  nie  wyglądacie  oboje  na  tych, 
którym  trzeba  wiele  pomagać,  ale  tego  i  owego  mogę  was 
nauczyć. Na pewno wam się spodoba. Możemy sobie w trójkę 
zorganizować fajną zabawę.

Jane poczuła, że zaczynają jej płonąć policzki. Cody tylko 

się roześmiał.

- My kogoś szukamy - wyjaśnił. - Szukamy jednej z pani 

koleżanek.

- I  znalazłeś  ją,  kochasiu,  znalazłeś.  Ja  jestem  swoją 

najlepszą koleżanką. Na całej ulicy nie ma lepszej. Chodźcie, 
znajdziemy sobie jakiś pokoik i zaczniemy się bawić.

Jane  miała  ochotę  czym  prędzej  umknąć,  ale  Cody 

roześmiał się jeszcze głośniej niż przed chwilą. Z wewnętrznej 
kieszeni marynarki wyjął fotografię pastora Stanhope'a i jego 
towarzyszki - powiększoną  i  przyciętą,  aby  widać  było  tylko 
ich twarze.

- Szukam tej. Kobieta wydęła wargi.
- Ona nie jest wcale specjalna. Co potrafi ona, ja potrafię 

lepiej.  Ślicznie  się  wami  zajmę. - Zlustrowała  Jane 
zaciekawionym  spojrzeniem. - Lubisz  słodycz,  gołąbeczko? 
Będziesz miała słodko. Mnie tam wszystko jedno, kobieta czy 
mężczyzna. Dla każdego mam coś miłego.

- My nie szukamy erotycznej rozrywki - powiedział Cody 

i  stukając  palcem  w  fotografię,  wyjaśnił: - My  szukamy 

background image

konkretnej  osoby.  A  może  znasz  tego  mężczyznę? 
Przypadkiem go nie rozpoznałaś? .

Kobieta długo przyglądała się fotografii.

- . Tego dudka nie znam. A ona... Tak, widziałam, jak tu 

się gdzieś pęta. Nie jesteś przypadkiem gliną?

- Jestem  najzupełniej  prywatną  osobą.  Chcę  tylko  zadać 

kilka  pytań  temu  mężczyźnie,  ale  mam  trudności  z 
odnalezieniem go. Kim jest ta kobieta na fotografii? Znasz jej 
nazwisko?

- Wołają na nią Suzie, ale ona ma tylko stałych klientów. 

Na ulicy jej nie znajdziecie.

- A gdzie? W jakim lokalu ma metę?
- Spróbujcie  w  La  Luna,  tawernie  blisko  Esplanady. 

Widziałam ją tam parę razy.

- Dzięki. - Cody schował fotografię do kieszeni.
- Obsłużyłabym  cię  lepiej,  chłoptysiu. - Kobieta  nie 

zrezygnowała z próby ubicia interesu.

- Może  kiedy  indziej - odparł  Cody. - Dziękuję  za 

informacje.

Obdarował  kobietę  jednym  ze  swych  zabójczych 

uśmiechów  i  ujął  rękę  Jane.  Dotyk  jego  dłoni  sprawił  jej 
przyjemność,  ale  obruszyła  się  na  zapowiedź  Cody'ego,  że 
kiedy indziej... Poza tym uwagę prostytutki, że obsłużyłaby go 
lepiej, wzięła do siebie.

Po  chwili  zapomniała  jednak  o  tych  drobiazgach,  gdyż 

dłoń  trzymająca  jej  rękę  była  rozkosznie  ciepła,  a  dotyk 
podniecający. Ciekawe, jak by to było teraz się z nim kochać? 
Natychmiast  odrzuciła  tę  myśl  jako  szaloną,  głupią, 
nierozsądną.  Ale  dlaczego  aż  tak  reaguje  na  dotyk  dłoni 
mężczyzny, który przecież jest od dwunastu lat jej obcy? I nie 
wolno  tego  ujawnić i  dać  zbyt  wiele  do  myślenia  Cody'emu, 
zabierając zbyt nagle dłoń.

Skręcili  w boczną ulicę, gdzie inny muzyk wyłkiwał swe 

żale  na  elektrycznej  gitarze  rozsiewającej  dźwięki  przez 
gigantyczny głośnik. Ale Cody nie dał Jane czasu, by wyjęła 
kolejnego  dolara  i  wrzuciła  do  otwartego  futerału  gitary. 
Podążył  szybko  w  kierunku  budynku  z  neonem  w  kształcie 
księżyca  w  kwadrze,  na  którym  zapalały  się  i  gasły  litery 
ułożone w słowa La Luna.

background image

Weszli  do  tawerny  nieco  wyższej  klasy  niż  bar  Gussie. 

Były  tam  ściany  z  czerwonej  cegły,  posadzka  z  terakoty, 
wypolerowane  dębowe  stoły  i  mosiężne  kandelabry.  Z  szafy 
grającej  w  głębi  lokalu  dobywał  się  tęskny  głos  piosenkarki 
wyśpiewującej  bluesy.  Tu  nie  pachniało  piwem  i  dymem 
papierosowym, ale pieczonym na węglach mięsem.

- Czyżby pastor Bob zaglądał tu w poszukiwaniu Boga? -

spytał  Cody,  lustrując  twarze  klientów,  w  większości  lepiej 
ubranych  niż  ci,  których  widziała  u  Gussie.  Dwaj 
uśmiechnięci  barmani  obsługiwali  gości  przy  barze  i 
wykonywali zamówienia kelnerek.

- Jeśli  pastor  Bob  tu  zagląda  lub  zaglądał,  to  nie  w 

poszukiwaniu Boga, lecz Suzie - odparła Jane.

- Może dla niego to jedno i to samo. Bóg i seks. I jedno, i 

drugie to rzecz transcendentalna, nie sądzisz? - mruknął.

- Mógłbyś przestać wplątywać w to religię?
- Możemy  zatem  porozmawiać  tylko  o  seksie -

zaproponował.

Jane  się  spłoniła.  Naprawdę  się  spłoniła!  Co  się  z  nią 

dzieje?  Ciągle  się  czerwieni.  W Bostonie  nigdy  się  to  jej  nie 
zdarza.

- Nie widzę tu nikogo podobnego do Suzie - rzekła.
- Może zjawi się później. Czekając na nią, możemy sobie 

coś przegryźć.

- Doskonale - zgodziła się.

Cody  zaprowadził  ją  do  stolika,  z  którego  mogli 

obserwować  drzwi.  Podeszła  do  nich  kelnerka  z  czarną 
tablicą,  na  której  kredą  były  wypisane  rodzaje  kanapek  i 
zakąsek  oferowanych  tego  dnia.  Cody  zamówił  zębacza  po 
luizjańsku  na  białej  bułce,  a  Jane  skusiła  się  na  porcję 
smażonych  krewetek.  I  słysząc,  że  Cody  życzy  sobie  piwo, 
także  o  nie  poprosiła.  Uznała,  że  w  takich  okolicznościach 
białe wino niezbyt by pasowało.

Kelnerka odeszła, dźwigając ciężką tablicę.

- Czy  to  nasza  pierwsza  randka? - spytał  Cody,  gdy 

zostali sami.

Jane  zagryzła  wargi,  które  zaczęły  jej  lekko  drżeć.  Była 

wściekła  za  to  pytanie.  Była  wściekła,  że  przyjęła  od  niego 

background image

szal,  była  wściekła,  że  prowadził  ją  za  rękę.  W  ogóle  była 
wściekła, że tak dobrze się czuje w jego towarzystwie.

- Nie  mogę  chodzić  na  randki.  Jestem  zaręczona -

odparła.

- A oprócz tego jesteś mężatką.

Westchnęła,  założyła  nogę  na  nogę  i  opuściła  dłonie  na 

kolana.  Czy  on  nie  przestanie  nieustannie  wracać  do 
przeszłości?  Dlaczego  się  nie  zmienił,  nie  wyłysiał,  nie 
przybyło  mu  dwanaście  kilo?  A  skoro  już  zadaje  sobie  te 
wszystkie pytania, to przede wszystkim dlaczego nie zmądrzał 
i  nie  zrozumiał,  że  panny  wykształcone  na  ekskluzywnych 
uczelniach nie są dla niego?" Nawet kiedy przed dwunastoma 
laty  uciekła  z  Codym  z  rodzinnego domu,  zadawała  sobie 
pytanie, co on w niej właściwie widzi oprócz pieniędzy.

- Prawdę mówiąc, nigdy nie mieliśmy randki. - Nie.
- Dlaczego? - Wydawał się zdumiony tym faktem.
- Nie  miałeś  pieniędzy,  a  moi  rodzice  nigdy  by  mi  nie 

pozwolili iść na randkę z tobą.

- Mogłabyś się wymykać poza ich plecami.
- Zrobiłam to raz. Z fatalnym skutkiem. Jego uśmiech coś 

w niej rozpalił.

Cody i ona nie chodzili na randki, tak jak inni ich koledzy 

i  koleżanki.  Ich  uczucie  było  intensywniejsze  niż  pierwsza 
miłość innych nastolatków. W przerwie na lunch spotykali się 
w głębi szkolnego holu, gdzie wymieniali spojrzenia i dzielili 
się  sekretami.  Spotykali  się  też  po  lekcjach.  Jej  rodzice  byli 
pewni, że córka przebywa u przyjaciółki, odrabiając domowe 
zadania,  a  ona  tymczasem  jechała  z  Codym  motocyklem  na 
Kasztanowe  Wzgórza.  Tam  znajdowali  ustronne  miejsce  na 
trawie,  Cody  rozwijał  koc,  który  zawsze  woził  przytroczony 
do  siodełka,  siadali  i  oddawali  się  pieszczotom.  Pocałunki 
Cody'ego  dosłownie  ją  porażały  i  upijały.  Dygotała,  jej  ciało 
stawało  w  ogniu.  Głaskał  ją  i  czuła  wtedy  słodki  ból  w 
piersiach.  Zaciskała  mocniej  nogi,  a  gdy  usiłował  wsunąć 
między nie dłoń, wołała "Dość!" i przestawał.

- Nie mogę, jeszcze nie mogę - szeptała. - Wiesz, że nie 

mogę. Nie powinniśmy tego robić.

- Nie byłoby w tym nic złego, Janey - mówił, przesuwając 

dłonią po jej ciele. - Przecież się kochamy.

background image

- Jak  ty  mnie  możesz  kochać?  Przecież  każde  z  nas  jest 

takie inne.

- Właśnie dlatego tak bardzo cię kocham. Bo jesteś inna.
- Jest  tyle  dziewcząt,  które  chętnie  zgodzą  się  na 

wszystko. Dlaczego nie wybierzesz sobie którejś, Cody?

- Wybrałem  ciebie,  Jane.  Może  zwariowałem,  ale  chcę 

być tylko z tobą.

Tak,  oboje  musieli  wtedy  zwariować.  Cody  chyba 

zwariował  myśląc,  że  ją  naprawdę  kocha.  Zwariował 
nalegając na ślub, aby mogli się kochać bez poczucia winy.

Powrót  kelnerki  przerwał  tok  wspomnień.  Jane 

zorientowała się, że gdy błądziła myślami w przeszłości, Cody 
przez cały czas ją obserwował. Ukryła zmieszanie, podnosząc 
do ust przyniesiony przez kelnerkę kufel piwa.

- Powiedz  mi,  jak  to  się  stało,  że  twój  ojciec  nawalił  z 

zarejestrowaniem tego orzeczenia?

Cody  zadał  to  pytanie  tak  obojętnym  tonem,  jakby 

wymieniał  markę  piwa.  To  pytanie  ona  sama zadawała  sobie 
niezliczoną ilość razy od chwili, kiedy odkryła ten fakt przed 
miesiącem.

- Szczerze mówiąc, nie wiem.
- A  może  to  takie  freudowskie  zaniechanie?  Może  on  w

duchu chciał, żebyśmy pozostali małżeństwem?

Jane się roześmiała. Ojciec nienawidził Cody'ego.

- Naprawdę  nie  wiem,  dlaczego  tego  nie  zrobił,  ale  to 

chyba nie było tak, jak sugerujesz. Może cały ten hałas, chaos, 
wybuchowa atmosfera towarzysząca tej sprawie... I tyle złości 
i  wzajemnej  podejrzliwości...  Rodzice  nie  ufali  mi,  ja  nie 
ufałam  im. Wiem, że chciałam jak  najprędzej się spakować i 
wyjechać na uniwersytet, żeby z nimi dłużej nie mieszkać.

- Mówisz  o  złości,  a  przecież  twoi  rodzice  powinni  być 

wniebowzięci, że wydostałaś się z moich szponów.

- Owszem,  czuli  z  tego  powodu  ulgę,  ale  byli  także 

bardzo źli. A ja byłam tylko zła na siebie. Na wszystkich, na 
cały  świat,  ale  głównie  na  siebie. - Wzięła  do  ust  krewetkę. 
Wspaniała!  Upieczona  czy  uduszona  w  aromatycznych 
przyprawach.  Pozwoliła  sobie  długo  rozkoszować  się  tym 
przysmakiem,  nim  powróciła  do  pytania  Cody'ego. - Mój 
ojciec  był  w  strasznym  stanie,  głównie  z  mojego  powodu. 

background image

Czułam  się  za  to  odpowiedzialna.  Matka  kilkakrotnie  woziła 
go  do  lekarza,  żeby  mu  dawał  środki  uspokajające.  Kiedy 
teraz  o  tym  myślę,  dochodzę  do  wniosku,  że  był  tak 
wyczerpany, że nie potrafił jasno myśleć.

- Czy wtedy zaczął mieć problemy zdrowotne?
- Myślę,  że  mniej  więcej  wtedy.  Miał  jakieś  skurcze 

mięśni  w  barku.  Stwierdzono  stan  zapalny  w  stawach 
biodrowych  i  zmiany  zwyrodnieniowe  kręgosłupa.  Stan  jego 
na tyle się pogorszył, że musi teraz chodzić o lasce i nie znosi 
zimna. Od razu czuje się wtedy gorzej.

Cody  mruknął  coś,  czego  nie  dosłyszała.  A  może 

powiedział, że mu go żal?

Wątpiłaby w szczerość tych słów.

- Zawsze nienawidziłeś mojego ojca.
- Nienawidziłem  go  dwanaście  lat  temu.  Teraz  już  nie. 

Zabrał  się  do  swojej  kanapki.  Usiadła  wygodniej  i  wpatrzyła 
się w niego.

- Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
- Ojej,  tak  uważasz?  Że  jestem  miły?  Postaram  się 

przestać.

- Mówię  serio.  Czego  ty  po  mnie  oczekujesz?  Albo  ode 

mnie. Już ci powiedziałam, że pomogę w sprawie Stanhope'a. 
Czego jeszcze chcesz?

- Nie sądzisz, że mógłbym być miły, nie oczekując nic w 

zamian?

- Nie - odparła krótko.

Popijał piwo, analizując jej oskarżenie. Wreszcie wzruszył 

ramionami, nie trudząc się zaprzeczaniem.

- Może i masz rację, Janey. Może czegoś chcę - przyznał 

spokojnie. Pochylił się nad stolikiem, dotknął skraju jej szala i 
niemal uwodzicielsko przesunął palcami po gładkim jedwabiu. 
Nagle  wyobraziła  sobie  te  palce  muskające  jej  skórę.  Nim 
zdołała cofnąć się lub poddać pieszczocie, zabrał rękę i usiadł 
sztywno  w  poprzedniej  pozycji. - Czegoś  od  ciebie  chcę, 
Janey, tylko nie jestem pewien czego. Powiem ci, kiedy będę 
wiedział. - Wzrok  z  jej  twarzy  przeniósł  na  kufel  piwa. -
Sądzę, że to wkrótce nastąpi, ale jeszcze nie teraz. Wydaje mi 
się, że właśnie weszła nasza przyjaciółka, Suzie.

background image

Rozdział 6

I  w  bardzo  odpowiedniej  chwili,  pomyślał,  przełykając 

ostatni  kęs  kanapki  i  przyglądając  się  blondynce,  która 
tanecznym  krokiem  weszła  do  tawerny.  W  porównaniu  z 
prostytutką  spotkaną  na  ulicy  wyglądała  niemal  przyzwoicie: 
bluzka  z  dużym  dekoltem,  szeroka  spódnica  na  tyle 
przejrzysta,  że  widać  było  zarys  nóg.  Tak,  nie  wyglądała  na 
prostytutkę, lecz po prostu na kobietę polującą na mężczyznę.

Bez względu na to, kim była i jak wyglądała, Cody odczuł 

ulgę,  że  może  skoncentrować  na  niej  uwagę.  Wokół  niego  i 
Jane  powstawała  niebezpieczna  aura.  Wiedział,  że  igra  z 
ogniem,  co  dla  niego  nie  było  niczym  nowym,  ale 
zapowiadało kłopoty dla obojga.

Poza  tym  Jane  była  jedyną  osobą,  której  nie  chciał 

okłamać. A kiedy powiedział, że nie wie, czego od niej chce, 
to  po  prostu  łgał.  Doskonale  wiedział,  czego  chce - długiej 
gorącej nocy po to, aby się przekonać, że seks z nią jest czymś 
nadzwyczajnym, jak to sobie wmówił i co nazbyt często teraz 
wspominał.  Bądź  żeby  stwierdzić,  że  jest.  Jedno  lub  drugie, 
byle sprawdzić.

Nie  powinien  kupować  jej  tego  szala.  Nie  miał 

najmniejszej pretensji o to, że go nie pocałowała w podzięce. 
Wystarczyło,  że  widział,  jaka  jest  zmieszana  i  speszona.  Ale 
oglądając Jane w tym szalu, zapragnął ją zobaczyć wyłącznie 
w szalu.

Go w niej  jest takiego,  że on zmienia się w tego samego 

chłopaka sprzed dwunastu lat? Jaką ona posługuje się magią? 
Dlaczego  nie  przyjęła  jego  propozycji,  że  bez  warunków 
podpiszę  zgodę  na  rozwód?  Zawsze  była  tą  roztropniejszą  i 
uzyskanie szybkiego rozwodu wydawałoby się właśnie bardzo 
roztropne.

Suzie  podeszła  do  stolika  blisko  baru.  Pogrążony  we 

własnych myślach Cody miał trudności ze skoncentrowaniem 
na  niej uwagi. Ale  zauważył, że jest szeroka w biodrach,  ma 
zaokrąglenia  w  odpowiednich  miejscach,  trochę  zbyt 
wyraziste usta i nadmiernie umalowane oczy.

Pójdzie  do  niej  sam,  postanowił,  i  dopiero  za  chwilę 

poprosi Jane.

background image

- Zaraz  wrócę - powiedział  i  wolnym  krokiem  ruszył  w 

kierunku Suzie.

Nie chciał jej wystraszyć. Gdy był już blisko i dziewczyna 

podniosła  na  niego  wzrok,  stwierdził,  że  nie  jest  z  gatunku 
tych,  które  łatwo  wystraszyć.  Z  twarzy  pod  grubą  warstwą 
szminki wyzierało zimne spojrzenie. Nosiła naszyjnik złożony 
z  wielu  sznurków  szklanych  koralików,  jakimi  zdobią  się 
ludzie podczas karnawału.

- Suzie?
- Kim pan jest?
- Mam parę pytań...
- Ja nic nie wiem. - Odwróciła głowę.
- Nie  jestem  gliną - zapewnił. - Czy  mógłbym  się  na 

chwilę  przysiąść? - Usiadł,  nim  zdążyła  odmówić.  Wtedy 
usłyszał,  że  ktoś  za  nim  odsuwa  krzesło,  a  gdy odwrócił  się, 
zauważył, że Jane postanowiła do nich dołączyć.

Uważał, że lepiej dałby sobie radę bez niej. Zwłaszcza że 

zajęła  miejsce  tak  blisko  niego,  iż  świeży  aromat  jej 
ziołowego szamponu tłumił nawet zapachy kuchenne, a kiedy 
poruszyła ręką, jedwabny szal otarł się o jego dłoń. Tak, Jane 
usiadła  za  blisko,  tak  blisko,  jak  siadywała  wtedy,  kiedy 
jeździli motocyklem. Całym ciałem przytulała się wówczas do 
niego, obejmowała go mocno, by nie spaść... Nagle zdał sobie 
sprawę, że nie chce wozić nikogo innego, tylko Jane.

Resztkami woli oderwał się od tych myśli i wpił wzrok w 

Suzie.

- Mam twoją fotografię, dziewczyno. Z jednym z twoich 

klientów.

Sięgnął do kieszeni i wyciągnął zdjęcie. Suzie obejrzała je 

i prychnęła, po czym powiedziała:

- Tak, to ja. Ale nie z właściwego profilu. Kto to zdjęcie 

zrobił? Ze złej strony?

- Ja - wyznał Cody. - Ale ty nie masz złego profilu, Suzie. 

Z obu stron wyglądasz prześlicznie.

Spoglądała na niego podejrzliwie.

- Ale kim pan jest?
- Nazywam się Cody Sinclair. Pracuję w „Sentinelu".
- W gazecie? - Zrobiło to na niej pewne wrażenie. Skinęła 

głową i spytała Jane: - Pani też z gazety?

background image

- Jestem z tym panem - odparła Jane dobitnie.
- Nie bądź taka niespokojna, kochana. Nie dotknę twojego 

chłopaka. - Pociągnęła  nosem  i  powróciła  do  rozmowy  z 
Codym: - Jeśli to panu nie przeszkadza, panie Cody Sinclair, 
to  wkrótce  będę  miała  pełne  ręce  roboty.  Ręce  i  wszystko 
inne. - Zaśmiała  się. - Po  to  tu  przyszłam.  Więc  gadaj  pan, 
czego  pan  chcesz,  a  potem  oboje  państwo  zabierajcie  tyłki  i 
zostawcie mnie w spokoju.

Gody zignorował jej wybucha

- Nie jestem zainteresowany tobą, panienko, ale facetem, 

z którym jesteś na zdjęciu.

Ściągnęła  usta  i  założyła  ręce  na  piersiach  jak 

nauczycielka niezadowolona ze swoich uczniów.

- Z  obcymi  nie  rozmawiam  o  moich  przyjaciołach. 

Zwłaszcza z obcymi z „Sentinela".

- Ja już  nie jestem obcy.  Powiedziałem ci,  kim jestem.  I 

nie przychodzę w imieniu gazety. Chodzi o to, że... Wydaje mi 
się, że ten mężczyzna to mój dawny znajomy i chciałbym go 
odnaleźć.

- Po co?

Cody długo się nie zastanawiał.

- On  niegdyś  ocalił  moją  duszę.  Człowiek  kościoła, 

modlił się za mnie i ocalił od wiecznego potępienia.

Nie  zmieniając  swej  nauczycielskiej  postawy,  z  którą 

bardzo  kontrastowały blond  włosy  i  obfite  piersi,  patrzyła  na 
niego surowo.

- Powiada pan, że ocalił panu duszę?
- W stopniu, w jakim to wówczas było możliwe. I kiedy 

teraz  zobaczyłem  jego  zdjęcie,  to  pomyślałem  sobie:  „Hola, 
hola, przecież to Stanhope!"

- Stanley - poprawiła.
- Stanley? - Nie ryzykował spojrzenia na Jane.
- Stanley Roberts. Przecież powiedział pan, że pan go zna.
- Powiedziałem,  że  ocalił  moją  duszę.  To  było  bardzo 

dawno  temu.  Tak,  Stanley  Roberts,  oczywiście!  Bardzo  bym 
chciał móc z nim porozmawiać i podziękować za wszystko, co 
dla mnie przed laty zrobił. ..

Suzie zmarszczyła brwi, przechyliła głowę i spytała:

- A skąd ja mam wiedzieć, że pan nie jest gliną?

background image

- Gdybym  był,  to  już  dawno  zabrałbym  cię  do 

komisariatu, moja śliczna. A nie robię tego, prawda?

- A ona? Co ona ma z tym wspólnego? - Suzie wskazała 

głową Jane.

- Ja na pewno nie jestem policjantką - odparła Jane.
- Nie wygląda pani na glinę, to prawda. Ale pan... Pan to 

wygląda  na  takiego  glinę,  który  nie  byłby  od  tego,  żeby  na 
boku ubić mały interes.

- Nie przyszedłem tu, żeby ubijać interes. Poszukuję tylko 

Stanleya Robertsa. Nie wiesz, złotko, gdzie on mieszka?

- A  skąd  miałabym  to  wiedzieć?  Ja  o  moich  klientach 

wiem tylko to, co najważniejsze.

- I jakie ważne rzeczy wiesz o Stanleyu? - spytał Cody.

Z lamowanej złotem torebki dziewczyna wyjęła papierosy 

i zapalniczkę. Gdy włożyła papierosa do ust, Cody eleganckim 
gestem podał jej ogień. Patrzyła na niego spod opuszczonych 
powiek.

- No na przykład to, że on lubi po piesku, od tyłu. Bardzo 

jest dla mnie ważne wiedzieć takie rzeczy.

- Wyobrażam sobie.
- A ty, Cody Sinclair z „Sentinela"? Lubisz po piesku? Z 

Suzie nie chciałby próbować w żadnej pozycji.

Z Jane natomiast...
Kochali  się  w  najrozmaitsze  sposoby.  Siedząc,  stojąc, 

leżąc.  Na  podłodze,  pod  prysznicem,  na  plaży.  Próbowali  w 
górę,  w  bok,  ale  nigdy...  Tego  Cody  sobie  nie  przypominał. 
Może to by się Jane nie podobało.

Ale  Jane  zawsze  była  gotowa  eksperymentować.  Gotowa 

podążać  za  nim  aż  na  sam  skraj.  Gotowa  nawet  skoczyć  w 
otchłań. Przez dwa miesiące małżeństwa z pasją się kłócili i z 
jeszcze większą pasją kochali,

Od tyłu, hm... ? Już nie pamiętał. Przez dwanaście lat nie 

myślał o Jane Thayer, teraz się z nią spotkał i - złościło go to 
bardzo - nie  mógł  sobie  przypomnieć  wszystkich  ich 
miłosnych pozycji.

- A skąd pan wie, że Stan chciałby się z panem widzieć? -

Suzie przerwała jego myśli.

background image

- A  dlaczego  miałby  nie  chcieć? - odparował. 

Wskazującym palcem postukała w blat stołu. Paznokieć miała 
błyszczący, szkarłatnozłoty.

- Mogłabym mu podać pana nazwisko i spytać, czy chce 

się z panem widzieć.

- Oo,  tego  proszę  nie  robić!  Chciałbym,  żeby  to  była 

niespodzianka. Może mi pani powiedzieć, gdzie on mieszka?

- Nic z tego. Nie udzielam takich informacji.
- Niczego mi pani nie udziela, absolutnie niczego. Powie 

mi  pani  tylko  po  to,  żebym  mu  mógł  za  wszystko 
podziękować.

- Nie i nie. Stan to mój stały klient. Nie chcę stracić jego 

zaufania.

Cody  miał  ochotę  parsknąć  śmiechem.  Dziewczyna  była 

gotowa  opowiadać,  jak  facet  lubi  i  tak  dalej,  ale  podanie 
adresu uważa za nieprzyzwoite, bo to podważa zaufanie.

- Ile  pani  bierze  od  klienta? - spytała  Jane.  Słysząc  to, 

Cody  niemal  spadł  z  krzesła.  Co  ona  kombinuje?  Chce 
wynająć Suzie na wieczorne igraszki?

Suzie niesłychanie się ożywiła.

- Dużo, kochanie, bardzo dużo - odparła.
- Moim  zdaniem,  warta  jesteś  każdego  centa -

oświadczyła Jane tonem adwokata. Ale adwokata z Bostonu. -
Pytam, bo chciałam wiedzieć, ile byś wzięła za podanie adresu 
Stanleya  Robertsa.  Jestem  pewna,  że  moglibyśmy  dojść  do 
porozumienia..,

- Chce pani kupić informację?
- Jeśli cena będzie rozsądna.

Cody  patrzył  na  Jane  z  podziwem.  Była  mądra,  ale  teraz 

stała się w jego oczach jeszcze mądrzejsza. Chytra. Postawiła 
sprawę  po  adwokacku,  oświadczyła,  że  jest  gotowa 
negocjować.  A  jaka  jest  piękna  w  tym  szalu!  Jak  odbija  się 
światło  na  jej  kasztanowych  włosach.  Jaką  ma  wspaniałą, 
gładką  skórę.  Jej  podbródek,  szyja...  Wspaniała  dziewczyna, 
wspaniała kobieta...

Geniusz  w turkusowym szalu! To  świetna nazwa. Piękny 

geniusz - najniebezpieczniejszy rodzaj kobiet.

- Powiem  ci  prawdę,  słodziutka:  nie  znam  jego  adresu -

wyznała  Suzie. - Ja  po  domach  klientów  nie  chodzę, 

background image

domowych  wizyt  nie  składam.  Jak  on  się  chce  ze  mną 
widzieć,  to  mi  daje  znak  na  pagerze,  ja  do  niego  dzwonię, 
ustalamy  termin  i  on  przychodzi  do  mnie.  Ja  do  niego  nie 
chodzę.

- Teraz  jesteś  z  nim  umówiona?  Może  przy  najbliższym 

spotkaniu  mogłabyś  wyciągnąć  od  niego  adres? - Widząc 
wahanie  dziewczyny,  Jane  zaczęła  się  bawić  otwieraniem  i 
zamykaniem torebki. - Zapłacimy ci.

- Ile?
- A ile byś chciała?
- Sto dolarów.
- Dwadzieścia - wyszła Jane z kontrpropozycją.
- Sto i nie ma targów. 

Cody  podniósł  oczy  do  nieba,  Jane  wypuściła,  a  potem 

wciągnęła  powietrze,  by  zyskać  parę  sekund  na  rozważenie 
sytuacji.

- Sto dolarów to za dużo, Suzie. Przecież nie prosimy cię 

o...

- O  igraszki  w  łóżeczku - dokończyła  Suzie,  a  Jane 

zrobiła  się,  czerwona  jak  burak. - Gdybyś  tego  chciała, 
kochanie, z chłoptysiem na dodatek, kosztowałoby cię to dużo 
więcej niż sto dolarów.

- Ile  bierzesz  za  takie  przyjemności,  to  sprawa  między 

tobą a twoimi klientami - odparła sucho Jane.

- Nie wszyscy są klientami. Mam też klientki - obruszyła 

się Suzie.

Jane spojrzała na Cody'ego. Zobaczył w jej oczach wyraz 

bezradności.  Chyba  nie  dlatego,  że  nie  może  dobić  targu  z 
prostytutką.  Musiał  być  inny  powód.  Chyba  ten,  że  ilekroć 
rozmowa  dotykała  problemów  seksu,  Jane  całkowicie  się 
gubiła i robiła okropnie zmieszana.

Cody postanowił włączyć się do targu:

- Dwadzieścia dolarów to ładny grosz za nic - powiedział.

Suzie długo myślała.

- Może i tak... - odparła wreszcie.
- Kiedy  będziesz  się  widziała  ze  Stanleyem? - spytał 

Cody.

- Kiedy zadzwoni. Mam dużo wolnego czasu.

background image

- Spotkamy  się  tu  jutro - zaproponował  Cody. -

Przyniesiemy  pieniądze.  Postaraj  się  dowiedzieć  tego,  czego 
chcemy. - Nie  czekając  na  nic  więcej  wstał,  ujął  dłoń  Jane  i 
pociągnął ją za sobą. - Do jutra, Suzie! Jestem pewien, że dasz 
sobie radę.

Gdy  wracali  do  swego  stolika,  Cody  stwierdził,  że  dłoń 

Jane doskonale układa się w jego dłoni. Nie zatrzymali się tam 
długo,  nie  dokończyli  nawet  jedzenia.  Cody  zostawił 
pieniądze  za  to,  co  zamówili,  porwał  Jane  za  rękę  i 
wyprowadził z lokalu. Nie chciał, by Suzie zaczęła zbyt wiele 
myśleć i podeszła do nich, żądając dodatkowych pieniędzy za 
„koszty" albo coś w tym rodzaju. Poza tym Cody chciał wyjść 
na świeże powietrze, aby otrząsnąć się ze wspomnień i oprzeć 
fali  pożądania,  która  gwałtownie  opadła  go  w  tawernie. 
Pożądania tej Jane, o której w ogóle nie powinien myśleć.

Jane  jest  zaręczona.  Kocha  bostońskiego  bankiera 

imieniem  Mark.  Żyje  życiem,  do  którego  została 
przygotowana  za  młodu,  życiem,  jakiego  zawsze  pragnęła  i 
jakiego  nigdy  nie  mogła  oczekiwać  u  boku  Cody'ego - w 
luksusie,  wśród  ludzi  doskonale  wychowanych,  o 
nieskazitelnych  manierach.  On  byłby  obcy  w  takim  życiu.  I 
takie życie jest obce jemu.

Gdy  wyszli  na  ulicę,  noc  obejmowała  miasto  w 

posiadanie. Niebo zrobiło się granatowe, a gitarzysta na rogu 
wygrywał  odpowiadające  jego  smętnej  barwie  bluesy.  Jane 
odwróciła się w stronę grajka, jednocześnie uwalniając palce z 
dłoni Cody'ego.

Zrozumiał  ten  gest  jako  znak,  że  jest  jej  teraz  mniej

potrzebny  niż  owego  dnia  przed  dwunastoma  laty,  kiedy  go 
opuściła.  Bez  względu  na  powody,  które  ją  skłaniały  do 
dłuższego pozostania w Nowym Orleanie, nie było wśród nich 
pragnienia,  by  odbyć  szybką  wycieczkę  w  przeszłość.  W 
dalszym  ciągu  jednak  było  dla  niego  zagadką,  dlaczego 
postanowiła zostać i pomóc mu.

- Myślisz,  że  Suzie  dowie  się  adresu  i  powie  nam? -

spytała go w pewnej chwili.

Cody  spojrzał  na  dziewczynę  z  ukosa.  Fioletowe  światło 

neonu barwiło jej twarz na różowo, co przypominało mu, jak 
się płoniła podczas rozmowy z prostytutką w bramie domu.

background image

- Dowiemy  się  jutro - odparł. - Ale  powiedz  mi.  Janey, 

dlaczego  mogłaś  bez  skrępowania  rozmawiać  z  Suzie, 
natomiast  podczas  spotkania  z  tą  damulką  w  portalu  na 
Bourbon Street byłaś czerwieńsza od rzodkiewki?

- Bo Suzie tak nachalnie nie proponowała mi seksu.
- Tak,  sugerowała  to  tylko  delikatnie,  jeśli  o  ciebie 

chodzi, natomiast wobec mnie była bardziej odważna.

- Jej główne zainteresowanie tobą wynikało z  obawy, że 

jesteś  gliną,  i  chciała  wiedzieć,  czy  się  wkupi  numerkiem -
odparła Jane sucho, zła, że Cody porusza ten temat.

- A prostytutka na Bourbon Street...
- Nie  podejrzewała,  że  jesteś  z  policji.  Odchrząknął 

rozbawiony.

- Ta na Bourbon Street bardzo cię rozstroiła. Wiłaś się jak 

piskorz.

Tym  razem  czerwień  policzków  Jane  nie  była  rezultatem 

oświetlenia.

- Seks  jest  czymś  intymnym,  sekretem  dwojga  ludzi.  Jej 

pomysły „trójkowe" bardzo mnie dotknęły.

- To zależy od punktu widzenia - odparł Cody, chowając 

ręce do kieszeni, by nie ulec pokusie poprawienia szala Jane.

Rzuciła mu ukradkowe spojrzenie.

- Bo ty uważasz, że to jest dobrze... w trójkę?
- Wcale tego nie powiedziałem. Powiedziałem tylko, że to 

zależy od punktu widzenia. Niekoniecznie mojego.

- Te rozmowy wcale mnie nie pociągają. Zmieńmy temat.
- Dobrze.

Objął  ją  i  lekko  przytulił.  Nie  było  w  tym  nic 

uwodzicielskiego,  tylko  przyjazny  gest.  Tak  to  odebrała. 
Zresztą  natychmiast  ją  puścił.  Pomyślała  sobie,  że  mógłby 
potrzymać ją tak dłużej. Czuła się dobrze w jego objęciu.

Gitarzysta  wychodził  z  siebie,  by  wieczorowi  nadać 

romantyczny  klimat.  Cody  wyjął  portfel  szybciej,  nim  Jane 
zdołała otworzyć torebkę, i rzucił drobny banknot do futerału.

- Ależ ty jesteś dziś rozrzutny - zażartowała.
- To ty zaproponowałaś Suzie forsę, nie ja - przypomniał.
- Uznałam, że najwyższy czas, żeby któreś z nas zaczęło 

zachowywać się profesjonalnie.

background image

- Tak  jak  Suzie.  Ona  podeszła  do  sprawy  bardzo 

profesjonalnie.

- Ale  ty  masz  pomysły!  Skąd  ci  przyszło  do  głowy 

powiedzieć jej, że pastor Bob ocalił twoją duszę...

- Nie miałem czasu na wymyślanie czegoś lepszego. Czy 

mu  się  tylko  wydaje,  czy  rzeczywiście  Jane  do niego  lgnie? 
Na  próbę  objął  ją  ponownie.  Nie  odsunęła  się,  wręcz 
przeciwnie. I wyrównała z nim krok.

- Niemal wybuchnęłam śmiechem, kiedy to powiedziałeś.
- Jestem taki sobie śmieszny facet - odparł.
- Zawsze uważałam cię za bardzo dowcipnego - szepnęła 

i zwróciła ku niemu uśmiechniętą twarz.

- Czyżby?  Bo  kiedy  ostatnio  byliśmy  razem,  miałem 

wrażenie, że potrafię cię tylko doprowadzić do płaczu.

Natychmiast  pożałował  tych  słów.  Nie  powinien 

wywoływać przykrych wspomnień ani czynić kąśliwych uwag 
w  czasie,  kiedy  Jane  zaczyna  czuć  się  swobodnie  w  jego 
towarzystwie.

Jane,  zamyślona, zapadła  w  milczenie,  ale  nie  próbowała 

uwolnić się od jego ramienia.

- No, tak bardzo to nie płakałam. Ja w ogóle mało płaczę -

stwierdziła po dłuższym czasie.

- Zawsze podziwiałem twój hart ducha.
- Ale byłam bardzo nieszczęśliwa...
- Ja też - przyznał.

Znów  się  roześmiała.  Jak  ona  cudownie  się  śmieje, 

pomyślał Cody. Jak melodyjnie,

- Co  nam  wtedy  przyszło  do  głowy?  Dlaczego 

uciekliśmy?

- Pożądanie, pożądanie - odparł Cody.
- Chyba tak - zgodziła się.
- Nadmiar pożądania może sprowadzić na manowce. Ale 

wiesz, Jane? Ja wcale tego nie żałuję.

- Co ty mówisz? - zdziwiła się, otwierając szeroko oczy. -

Nawet po tym, jak...

- Nawet  po  tym,  jak  uciekłaś.  Nie  żałowałem  chwil 

spędzonych z tobą i nie żałuję.

Naprzeciwko  nich  szła  gromada  rozwrzeszczanych

nastolatków. Cody  mocniej  objął Jane  i  zszedł  z nią  na  skraj 

background image

chodnika.  Czuł  jej  krągłe  ramiona,  właśnie  takie,  jakie 
powinna  mieć  wspaniale  zbudowana  kobieta.  Ani  za  chuda, 
ani zbyt muskularna. W dwanaście lat po rozstaniu nadal był 
zachwycony proporcjami jej ciała.

- Dlaczego? - spytała.

Zaskoczyła go. Chyba nie pyta, dlaczego jest zachwycony. 

Przecież  on nic nie  mówił, tylko myślał.  Dlaczego nie żałuje 
wspólnych dni? Tak, chyba o to pyta.

- Dlaczego nie żałuję naszej przeszłości? Nie wiem. Życie 

przynosi  wydarzenia.  Moją  dewizą  było  chwytać  każde 
przeżycie,  uczepić  się  go  niby  tratwy  na  rzece  i  płynąć  z 
nurtem.  A  w  moim  życiu,  w  moim  środowisku  nie  mogłem 
spodziewać się wielu emocjonujących wydarzeń. Moja matka 
piła.  Ludzie  wysoko  ustawieni  na  szczeblach  drabiny 
społecznej,  tacy  jak  twoja  rodzina,  uważali,  że  jestem  zero... 
Był najwyższy czas spróbować wielkiej przygody. Gdybyś nie 
ty  była  tą  przygodą,  to  szukałbym  jej  gdzieś  daleko  od 
miejsca, w którym żyłem.

- Na przykład w Los Angeles?
- Gdybym tam wylądował, to dlaczego nie. Chciałem być 

gdzieś,  gdzie  jest  ciepło,  gdzieś  daleko  od  Bostonu.  Los 
Angeles było daleko...

- Więc  ja  się  po  prostu  przytrafiłam?  Nie  tyle  była 

obrażona, co zadumana.

- Nie,  Jane,  ty  byłaś  przewodnią  myślą,  bo  istniałaś. 

Gdybyś  zażądała  pozostania  w  Bostonie,  to  zostałbym.  Tyle 
że twój ojciec zapolowałby na mnie z dubeltówką.

- Mój ojciec nigdy nie ucieka się do fizycznego gwałtu -

zaprotestowała.

- Niech  będzie.  To  zacząłby  polować  z  adwokatem  i z 

torbą  pieniędzy.  No  i  w  końcu  ruszyłby  z  groźbami. 
Dubeltówka czy pieniądze, żadna różnica. Osiągnął to, czego 
chciał.

- Nie oskarżaj go o wszystko - poprosiła. - Gdybym sama 

nie  doszła  do  wniosku,  że  nasze  małżeństwo  to  pomyłka, 
nigdy  bym  nie  wyjechała  bez  względu  na  to,  iloma 
uniwersyteckimi  stypendiami  machałby  mi  przed  nosem. 
Wyjechałam,  ponieważ  z  naszego  małżeństwa  nic  nie 
wychodziło.

background image

- Seks  nam  wychodził  wcale  nieźle - zauważył.  Zbliżali 

się  do  Canal  Street.  Fronton  hotelu  rozciągał się  od 
skrzyżowania do skrzyżowania. Byli teraz o kilka kroków od 
obrotowych drzwi wejściowych. Jane na nie spojrzała, potem 
stanęła i odwróciła się do Cody'ego.

- W małżeństwie sam seks nie wystarcza.
- A  co  by  wystarczyło? - spytał,  znając  zresztą 

odpowiedź: 

pieniądze, 

wygodne 

życie, 

porządne 

wykształcenie. To by pewno wystarczyło.

-

Dojrzałość

-

odparła.

-

Mądrość.  Wzajemne 

zrozumienie.

Zdumiała go jej odpowiedź. Jej inteligencja naprawdę mu 

imponuje. Teraz jeszcze bardziej niż niegdyś. Jej inteligencja 
plus  te  oczy,  plus  delikatny  owal  twarzy,  plus  ten  szal  i  jej 
ciało  otulone  szalem - wszystko  to  razem  niesłychanie  go 
podnieca.

Nigdy nie byłby zdolny dać jej w małżeństwie tego, czego 

ona pragnie. Na szczęście nie chciał małżeństwa. Chciał tylko 
Jane. Nie cofnęła się, gdy zobaczyła, że jego usta zbliżają się 
do jej  warg.  Nie opierała  się, gdy  objął ją  i  wprost przydusił 
do  siebie.  Nie  wahała  się,  gdy  ich  usta  się  zetknęły  w 
gwałtownym, burzącym cały świat pocałunku...

To  było  zupełnie  inne  przeżycie  niż  tamto  przed  laty, 

podczas  na  chybcika  odbywanych  spotkań  na  wzgórzu.  To 
było  zupełnie  inne  przeżycie  niż  owej  pierwszej  nocy,  kiedy 
mu się oddała. To było zarazem mniej niż tamto i dużo więcej. 
Mniej doraźnej emocji, więcej świadomego wyboru. Nie byli 
już parą zwariowanych dzieciaków. Byli istotami dojrzałymi, 
z życiowym doświadczeniem i ponadto w tej cudownej chwili 
doskonale się rozumieli.

Poczuł  na  sobie  jej  dłonie,  wślizgujące  się  pod  kurtkę. 

Przez  bawełnę  koszuli  dotarło  do  niego  ich  ciepło  i  ruch 
palców zwierających się, jakby chciały coś z niego wyszarpać. 
Choć  wydawało  się  to  niemożliwe,  przyciągnął  ją  do  siebie 
jeszcze bliżej, niemal wtopił ją w siebie.

Dwanaście  lat  nauczyło  go  samokontroli.  Gdyby  teraz 

mógł  się  z  nią  kochać,  byłby  znacznie  lepszy.  Byłby  zdolny 
wywoływać  w  niej  orgazm  po  orgazmie,  aż  zaczęłaby 
krzyczeć,  że  więcej  nie  zniesie.  Potrafiłby  spowodować,  że 

background image

zapomniałaby  o  Marku  Bankierze,  o  wszystkich  innych 
ludziach, których znała, i skłoniłby ją do uznania, że jest jego 
żoną. Przynajmniej teraz.

Objął dłońmi jej biodra i znowu przyciągnął do siebie, aby 

wyczuła, że jest w stanie podniecenia.

- Pozwól  mi  wejść - szepnął,  przerywając  pocałunek. 

Miało  to  znaczyć,  że prosi o zaproszenie  do pokoju, ale jeśli 
ona zechce to inaczej zrozumieć, tym lepiej.

Jęknęła, odwróciła głowę i ukryła twarz na jego ramieniu. 

Dyszała ciężko, a każdy wdech powietrza wciskał jej piersi w 
jego klatkę piersiową. Gdyby nie stali na ulicy...

- Cody,  Cody, przestań! - szeptała. Uwolnił  jedną dłoń  i 

zaczął głaskać jej włosy.

- Co mam przestać, kochanie?
- Uwodzić mnie.
- A ja myślałem, że to ty mnie uwodzisz.
- Więc przestańmy oboje.
- Mam lepszy pomysł: nie przestawajmy.
- Nie  po  to  przyjechałam  do  Nowego  Orleanu. - Na  jej 

twarzy malowały się sprzeczne uczucia.

- Wiem. Przyjechałaś rozwieść się ze mną.
- I zrobię to.
- Nie sprzeciwiam się. Ale możemy pójść razem do łóżka, 

a potem się rozwieść.

- To byłoby niemoralne.

Odzywa się księżniczka z Brookline. Jane zaczyna się bać 

samej siebie, pomyślał.

- Co  jest  niemoralnego  w  tym,  że  do  łóżka  idzie  para 

małżonków? Jesteśmy małżonkami, no nie?

- Przez przeoczenie.
- No to popełnijmy jeszcze jedno przeoczenie i chodźmy 

się kochać - zaproponował.

Rozsądek walczył w niej z nagłym pragnieniem. Rozsądek 

zwyciężył.

- Byłeś łajdakiem i pozostałeś nim - prychnęła. - Różnica 

jest taka, że teraz łajdacy mnie nie pociągają.

Wyswobodziła  się  z  jego  objęć,  maskując  zmieszanie 

poprawianiem ubrania. Potem odwróciła się na pięcie i weszła 
w obrotowe drzwi hotelu.

background image

Kłamczucha, pomyślał, patrząc za znikającą sylwetką. Nie 

zaprzeczał,  że  jest  w  pewnym  sensie  łajdakiem,  ale  nie 
uwierzył  jej,  kiedy  powiedziała,  że  łajdacy  przestali  ją 
interesować.  Teraz  już  wiedział  doskonale,  że  pewien 
konkretny łajdak interesuje ją bardzo.

background image

Rozdział 7

Clarissa spojrzała na zegarek: godzina dziesiąta. Dziesiąta 

w  Nowym  Orleanie.  Lada  minuta  powinna  zadzwonić  Jane. 
Zerknęła  na  stojący na  biurku aparat  telefoniczny i  przeszedł 
ją dreszcz.

Boże,  co  ona  teraz  zrobi?  Co  powie  Jane?  Na  przykład: 

„Dzień  dobry!  Mam  trzy  wiadomości.  Everett  Baker  chce 
ciebie  jako  drugiego  obrońcę  na  procesie  Gaylorda.  Tom 
Lewis  zaprasza  cię  na  lunch  w  przyszłym  tygodniu.  Mark 
Dennison  chciałby  wiedzieć,  co  u  diabła  robisz  w  Luizjanie. 
Oo... i przy okazji: chyba się w nim zakochałam".

Ciarki  przeszły  jej  po  plecach.  Jakże  mogła  do  tego 

dopuścić,  by  zakochać  się  w  Marku?  Przecież  to  jest,  do 
cholery, narzeczony Jane! Kocha Jane i Jane kocha jego. Jakże 
to  się  mogło  stać,  że  rozsądna  Clarissa  straciła  dla  Marka 
głowę?

Doskonale  wiedziała,  jak  to  się  stało.  To  ten  cholerny 

spacer po North Endzie. Kiedy patrzyła, jak Mark zmaga się z 
calzone, jak sos ścieka mu między palcami, a on śmieje się i 
wyrzuca  jej,  że  go  skłoniła  do  tak  głupiej  eskapady....  Kiedy 
patrzyła,  jak  mu  miękną  rysy,  a  potem  w  napadzie  śmiechu 
zaczyna  się  wprost  zataczać...  Kiedy  widziała,  jak  on 
rozluźnia krawat, beztrosko go rozluźnia. .. Właśnie wtedy się 
w nim zakochała.

Wystarczyły  cztery  godziny.  Cztery  godziny,  które 

spędzili  razem.  Cztery  godziny  od  momentu  spotkania  w 
hotelowym barze do chwili, gdy odprowadził ją pod drzwi jej 
mieszkania  w  Fenway.  Taksówka  czekała  z  tykającym 
licznikiem, Mark poklepał ją po ramieniu - nic w tym nie było 
romantycznego - i zapowiedział kolejne spotkanie następnego 
dnia,  w  celu  odebrania  najświeższych  informacji  o  Jane. 
Następnie  zbiegł  ze  schodków  do  czekającej  taksówki  i 
wesoło pomachał. Cztery godziny w jego towarzystwie, potem 
samotnych  dwanaście  godzin  w  mieszkaniu,  poświęconych 
prawie  całkowicie  przeżywaniu  tamtych  czterech  na  jawie, 
potem we śnie, raz po raz, i jeszcze raz, i jeszcze.

Mark pytał ją o nią samą. Były to prawdziwe, dociekliwe 

pytania,  wyrażające  rzeczywiste  zainteresowanie - jak  się 

background image

poznali jej rodzice, kiedy ojciec, służąc w piechocie morskiej, 
stacjonował  w  Wietnamie.  Clarissa  opowiedziała  Markowi 
romantyczną  historię  miłości  ojca  i  matki:  o  tym,  jak  po 
powrocie  do  Stanów  ściągnął  z  Wietnamu  matkę,  która 
kochała  go  tak  bardzo,  że  rzuciła  rodzinę  i  rodzinny  kraj  i 
przejechała pół świata, by wyjść za amerykańskiego żołnierza. 
Clarissa  opowiedziała  też  o  wszystkich  trudnościach,  o 
powolnym procesie adaptacji i walce  o przeżycie, jej samej i 
jej  braci - pół  Amerykanów, pół Azjatów.  Wyjaśniła mu też, 
co dla niej oznacza odnieść w Ameryce sukces, jak to pojmuje 
i na jaki sukces liczy.

Mark  słuchał  z  pełnym  zainteresowaniem.  Parę  razy 

powtarzał,  jaki  jest  zadowolony,  że  się  wreszcie  dobrze 
poznali  prywatnie,  nie  krępowani  sztywną  atmosferą  biura. 
Wyznał  też,  że  jego  życie  upływa  w  zamkniętym  świecie 
bankowym,  czułym  na  przynależność  „kastową",  i  że  jest 
wdzięczny Clarissie za ujawnienie mu innych obszarów życia 
i  takich  przyjemności  jak  calzone  i  lody  w  kartonowym 
pudełku.

To  właśnie  lody  przypieczętowały  jej  los.  Po  zjedzeniu 

paru gorących, lepiących się calzone Mark zaproponował coś 
zimnego i słodkiego, by „zmyć" gardło. Zauważyli ulicznego 
sprzedawcę lodów i Mark kupił dla niej owocowe, a dla siebie 
czekoladowe. Następnie nalegał, by Clarissa spróbowała jego 
lodów,  Clarissa  z  kolei  chciała,  by  on  poznał  smak  jej 
wiśniowych.  Podniosła  mu do ust plastykową  łopatkę  i on ją 
oblizał...

Wtedy przemknął przez nią ten dreszczyk...
No  cóż,  będzie  musiała  porzucić  tę  posadę.  Nie  miała 

wyboru. Żadna sekretarka, która spędza noc, snując erotyczne 
fantazje  na  temat  koniuszka  języka  narzeczonego 
pracodawczyni, nie zasługuje na pozostanie w pracy.

Chociaż, chociaż... Może nie będzie musiała rezygnować, 

jeśli...  Tak,  jeśli  szybko  się  wyleczy  z  tego  głupiego 
zadurzenia, jeszcze przed wieczornym spotkaniem z Markiem. 
Przypomniała sobie jego instrukcję: „Kiedy Jane zadzwoni, to 
spróbuj z niej wycisnąć informację na temat terminu powrotu. 
Może  uda  ci  się  skłonić  ją,  żeby określiła  datę  choćby  w 
przybliżeniu albo, jeśli to nie sprawi ci większej trudności, idź 

background image

do  jej  gabinetu  i  zobacz,  czy  nie  znajdziesz  tam  czegoś,  co 
wyjaśniłoby tajemnicę jej wyjazdu".

Tak,  to  była  wyraźnie  instrukcja  mężczyzny  bardzo 

oddanego  swej przyszłej  żonie. Mark  liczył  W  tym  wypadku 
na pomoc Clarissy. I nie miało to nic wspólnego z tym, co ona 
do  niego  czuje.  Istotne  było  to,  że  on  chce,  by  Clarissa  mu 
pomogła w zacieśnieniu więzów między nim a Jane.

Wzrok  Clarissy  powędrował  ku  zamkniętym  drzwiom 

gabinetu.  Może  tam  wejść  bez  trudności.  Może  wejść  i 
pomyszkować  na  prośbę  Marka....  co  stanowi  dodatkowy 
dowód,  że  jest  w  nim  zadurzona.  Przecież  to  jasne,  że  dla 
nikogo innego by tego nie zrobiła.

Istnieje  jeszcze  jeden  poważny  aspekt  dotyczący 

ewentualnego przyjrzenia się biurku Jane: jeśli to zrobi, może 
znajdzie tam informację na temat tego, co Jane robi w Nowym 
Orleanie  i  kiedy  wraca.  I  bez  dzielenia  się  tą  informacją  z 
Markiem  pozna  dokładną  datę powrotu pracodawczyni.  Taka 
informacja  pozwoli  jej  zaplanować  metodę  walki  z  tym 
niemądrym  zadurzeniem.  Ba,  stanie  się  instrumentem  tej 
walki. A dodatkowym instrumentem będzie wiedza o tym, że 
Jane  naprawdę  przygotowuje  niespodziankę.  I  jeśli  w  ten 
sposób uda się wyjść ze stanu zadurzenia, to zniknie potrzeba 
porzucenia pracy.

Przekonana  tak  logicznymi  argumentami,  sięgnęła  po 

kluczyk  na  kółku  i  wstała.  A  jeśli  Jane  zadzwoni  podczas 
przeszukiwania  gabinetu,  to  przecież  może  z  nią  rozmawiać 
przez aparat na jej biurku.

Teoretycznie  powinna  mieć  poważne  wyrzuty  sumienia, 

decydując  się  na  podobny  krok,  ale  uspokajała  ją  myśl,  że 
przecież często przebywa w tym gabinecie. Co prawda wtedy, 
gdy Jane jest na miejscu. Ale co to za różnica? Jakaś różnica 
musi jednak być, bo podchodząc do - było nie było - cudzego 
biurka,  poczuła  się  niemal  jak  włamywacz.  W  niewielkim 
gabinecie wszystko znajdowało się na swoim miejscu, wnętrze 
zdobiło  kilka  doniczek  z  roślinami  na  parapecie  okna  oraz 
martwa  natura  na  ścianie.  Główni  wspólnicy  firmy  mieli 
większe  gabinety  i  lepsze  meble.  Jane  wybrała  standardowe 
biurko, półki oraz kilka fotelików i ustawiła je ze smakiem.

Jane ma dobry gust, Wszystko robi ze smakiem;

background image

Na  biurku  nie  było  żadnych  papierów,  tylko  bibularz, 

pojemnik na pióra, aparat telefoniczny, kryształowy wazonik i 
biurkowy  kalendarz  otwarty  na  wtorku - dniu,  w  którym 
wyjechała.

Clarissa  niemal  bojaźliwie  przerzuciła  kartki  kalendarza 

na poprzedzającą wtorek sobotę. Znalazła tam odręczny wpis 
Jane  jej  zgrabnym  pismem:  „Muzeum  Sztuki,  zbiórka  na 
fundusz dobrocz. Godz. 20.00. Z Markiem".

No  i  właśnie  wtedy  Jane  zobaczyła  nagą  kobietę 

wynurzającą się ze skały, pomyślała Clarissa.

Odwróciła  stronę.  Niedziela.  Żadnego  wpisu.  W 

poniedziałek Jane odnotowała konferencję dotyczącą podziału 
czyjegoś majątku, na której miała spędzić cały dzień. I zapis: 
„Potwierdzić poranny wtorkowy Jot 09.30."

Dotychczas nic nowego.
Poczuła  się  nieswojo,  otwierając  górną  szufladę  biurka. 

Nawet  w  szufladzie  wszystko  było  posegregowane  i 
uporządkowane:  papier  listowy  na  skraju,  pióra  skuwkami 
ułożone w jednym kierunku, dwie teczki. Clarissa je poznała. 
W  jednej  znajdowały  się  notatki  Jane  dotyczące  sprawy 
podziału  majątku,  o  czym  konferowała  w  poniedziałek,  w 
drugiej  zaś  materiały  dotyczące  procesu  Gaylorda,  którą  to 
sprawą Jane zajmowała się na polecenie Everetta Bakera. Do 
obu  teczek  dołączone  były  dyskietki,  na  które  Clarissa 
przeniosła wszystkie notatki i inne materiały.

Nic, co wyjaśniałoby sprawę Nowego Orleanu.
Jednakże pod teczkami leżała duża biało - zielona koperta, 

której  Clarissa  przedtem  nie  widziała.  Wmawiając  sobie,  że 
musi to zrobić, aby zachować zdrowy rozsądek i pracę, wyjęła 
kopertę z szuflady. Była zaadresowana na domowy adres Jane, 
a adres zwrotny opiewał na inną firmę prawniczą.

Korespondencja  natury  osobistej.  Clarissa  nigdy  nie 

odważyłaby się przecież zajrzeć do koperty, mimo że była już 
otwarta.  Jeśli  jakiś  inny  adwokat  pisał  do  Jane  do  domu,  to 
znaczy, że nie miało to nic wspólnego z firmą Baker, Dunn i 
Wspólnicy.

Z  drugiej  strony  Jane  trzymała  kopertę  w  biurze,  co 

oznaczałoby, że jednak coś w tym jest.

background image

Clarissa zagryzła wargi i zaczęła się zastanawiać, co robić. 

Jeśli zajrzy do środka, to naruszy prawa do prywatności Jane. 
Kto  wie,  dlaczego  Jane  koresponduje  z  prawnikiem  z  innej 
firmy?  Czy  planuje  kupno  nieruchomości?  Ale  przecież  jej 
własna firma w tym właśnie się specjalizuje. Podobnie gdyby 
chciała spisać testament. Może ktoś jej wytoczył sprawę, ale w 
tym  przypadku  poprosiłaby  któregoś  z  kolegów  w  firmie,  by 
zajął się obroną.

Jane zwróciłaby się do obcej firmy jedynie wtedy, gdyby 

robiła coś, o czym nie miał wiedzieć nikt w jej firmie.

A  więc  nie  chciałaby  także,  by  wiedziała  o  tym  jej 

sekretarka.  Clarissa  wpakowała  kopertę  z  powrotem  pod 
teczki  i  zatrzasnęła  szufladę.  Ale  otwarte  skrzydełko  koperty 
zawadziło o brzeg szuflady i wyzierało z niej niby języczek.

Clarissa uznała, że jest to znak bogów. Bogowie nakazują 

jej sprawdzić, co jest w kopercie.

Może coś złego na temat Marka? Może Jane prowadzi w 

związku  z  tym  dochodzenie?  A  może  informacje  zawarte  w 
kopercie zburzą wszystkie nocne fantazje i wyzwolą Clarissę z 
głupiego zadurzenia?

Ponownie wyjęła kopertę z szuflady i przygryzając wargi, 

wytrząsnęła z niej dokumenty.

Pierwszy  z  nich  był  czymś  w  rodzaju  wypełnionego 

kwestionariusza:  Sprawa  nr  3754.  Dotyczy  osoby:  Cody 
Sinclair, lat 30. Dalej następował numer kartoteki ubezpieczeń 
zdrowotnych  i  adres  w  Nowym  Orleanie,  stan  Luizjana.  W 
kolejnej  rubryce  kilka  wierszy  wpisanych  na  maszynie: 
Zatrudniony  jako  fotoreporter  w  nowoorleańskiej  gazecie 
„Sentinel".  Poprzedni  adres:  Denver,  stan  Colorado. 
Wykształcenie:  szkoła  średnia.  Nie  odbywał  służby 
wojskowej. Nie karany. Posiada samochód datsun 280 - XZ z 
1981 roku...

Clarissa  zmarszczyła brwi i  spojrzała  na  następną kartkę: 

rachunek z firmy detektywistycznej.

Może ten Cody Sinclair ma coś wspólnego z jakąś sprawą 

w  toku?  Chociaż  gdyby  tak  było,  to  Clarissa  coś  by  na  ten 
temat  wiedziała.  Nigdy  przedtem  nie  słyszała  o  żadnym 
Codym Sinclairze. Nigdy nie słyszała o żadnej sprawie, którą 
by firma prowadziła w Nowym Orleanie.

background image

Odłożyła 

na 

bok 

raport 

rachunek 

firmy 

detektywistycznej.  Następny  dokument  był  listem  z  firmy 
prawniczej wymienionej na kopercie.

„Szanowna  Pani - czytała  Clarissa. - W  odpowiedzi  na 

Pani żądanie wyszukania i sporządzenia odpisów dokumentów 
rozwodowych  informujemy,  że  nie  udało  nam  się  znaleźć 
żadnych  śladów  takowych.  Sprawdzenie  całego  rejestru 
sięgającego  dwanaście  lat  wstecz  dowodzi,  iż  rozwód  w 
sprawie panią interesującej nie został wpisany do akt..."

Clarissa  zaczęła  wszystko  rozumieć:  Jane  prowadzi  na 

boku  jakąś  sprawę.  Być  może  oddaje  przysługę 
zaprzyjaźnionej osobie albo służy ekspertyzą na czyjąś prośbę 
w firmie, która przysłała jej ten list. Pewno kogoś z kolegów 
ze  studiów  prawniczych  na  Harvardzie.  Z  tego,  co  Clarissa 
wiedziała, absolwenci Harvardu przez całe życie trzymają się 
blisko. Łączy ich jakby klanowa więź. Ktoś z grona przyjaciół 
Jane  prowadzi  sprawę  niejakiego  Cody'ego  Sinclaira. 
Zapewne chodzi o jakiś brudny czy trudny rozwód i adwokat 
w tej sprawie poprosił Jane o pomoc. Niemniej Clarissa była 
zdziwiona,  że  Jane  zgodziła  się  uczestniczyć  w  tak  mało 
wartej  z  punktu  widzenia  finansowego  sprawie.  Przecież  nie 
potrzebowała pieniędzy.

Tak, to chyba chodzi o osobistą przysługę. Nie ma innego 

wyjaśnienia.

Odkładając  na  bok  list  Clarissa  stwierdziła,  że  być  może 

istnieje inne wyjaśnienie, ostatnim bowiem dokumentem było 
świadectwo  zawarcia  związku  małżeńskiego,  wydane  przed 
dwunastoma  laty  w  stanie  Nevada.  Henry  Latimer,  sędzia 
pokoju  w  Las  Vegas  oświadczał,  że zarejestrował  zawarcie 
związku między Codym Sinclairem a... Jane Thayer.

Na  telefonie  Jane  migotało  światełko,  zawiadamiające  o 

pozostawionej  dla  niej  w  centrali  wiadomości.  Słyszała 
dzwonek,  gdy  brała  prysznic,  ale  nie  chciało  jej  się  odbierać 
telefonu. Tylko jedna osoba może dzwonić do niej do hotelu i 
to  było  właśnie  powodem,  dla  którego  nie  podniosła 
słuchawki.

Poprzedniego  wieczoru  też  wzięła  prysznic.  Długi  i 

gorący. Szorowała się bez końca, chcąc z siebie zmyć... Otóż 

background image

to, ani wczorajszy  prysznic, ani dzisiejszy  nie potrafiły zmyć 
palących śladów pocałunków.

Może pomógłby raczej zimny prysznic.
Usiadła  na  łóżku,  skrzyżowała  nogi,  głowę  podparła 

dłońmi i patrzyła to na migające światełko na aparacie, to na 
turkusowy szal przerzucony przez oparcie fotela. W nocy śnił 
się jej ten szal.

Usta  miała  pełne  przekleństw,  które  tylko  czekały  na 

okazję. Sny o Codym Sinclairze były jej potrzebne jak dziura 
w moście. I to komu on śmie się śnić! Jej, kobiecie rozsądnej, 
zawsze  rozumującej  logicznie,  rzeczowej;  która  ma  ściśle 
wytyczoną  drogę  życia  wraz  z  określonymi  chwilami  na 
emocje.  Jednakże  żadna  z  tych  chwil  nie  przewidywała 
wtargnięcia Cody'ego Sinclaira. Nie ma tam dla niego miejsca. 
Skoro  poważna  pani  adwokat  jest  taka  rozsądna,  to  dlaczego 
siedzi  pośrodku  łóżka  ze  skrzyżowanymi  nogami  jak  jakaś 
indiańska squaw, owinięta hotelowym szlafrokiem, i jak sroka 
w  kość  wpatruje  się  w  szal  ofiarowany  jej  przez  Cody'ego? 
Dlaczego zamiast tego nie tęskni za powrotem do domu i do 
"Marka?

Niech wszyscy diabli wezmą Cody'ego za ten pocałunek! 

Niech  go  wezmą  wszyscy  diabli  za  wywołanie  wspomnień, 
których nie należało budzić. Niech go wszyscy diabli wezmą 
za  to,  że  jest  najseksowniejszym  mężczyzną  ze  wszystkich, 
których znała. Jest nim nawet teraz, po dwunastu latach. Niech 
go  wszyscy  diabli  za  to,  że  zostawił  dla  niej  wiadomość  w 
hotelowej centrali telefonicznej...

No  cóż,  tak  czy  inaczej  wiadomość  trzeba  odebrać. 

Podniosła  słuchawkę  i  wykręciła  wewnętrzny  numer. 
Telefonistka poinformowała ją o tym, co Jane odgadła:

- Dzwonił  pan  Cody  Sinclair  i  prosił,  żeby  pani 

powtórzyć, że jeśli jest pani wolna w porze lunchu, to proszę 
przyjść o dwunastej do redakcji „Sentinela".

- A jeśli nie jestem wolna? - mruknęła na wpół do siebie.
- Przykro  mi,  proszę  pani.  Widocznie  pan  Sinclair  nie 

zakładał takiej ewentualności.

Jasne,  że  nie  zakładał.  Wiedział  dobrze,  że  jedynym 

powodem,  dla  którego  nie  poszłaby  do  redakcji,  byłaby 

background image

niechęć, żeby się z nim spotkać. To, czy jest wolna, czy zajęta 
nie ma z tym nic wspólnego.

Po odłożeniu  słuchawki spuściła nogi  na  dywan i  wstała. 

W  termosie  przyniesionym  jej  przed  godziną  przez  hotelową 
obsługę  była  jeszcze  kawa.  Prawie  cały  kubek  gorącego 
napoju,  znacznie  bardziej  aromatycznego  niż  to,  co  piła 
poprzedniego dnia rano z Codym. Tamto miało smak cykorii.

Wróciła z kawą do łóżka, usiadła i wykręciła numer swego 

gabinetu  w  Bostonie.  Może  porozmawianie  o  bieżących 
sprawach  prawniczych  jakoś  ją  ostudzi  z  emocjonalnego 
napięcia  i  pozwoli  jaśniej  myśleć.  Bo  nawet  pełne  dzbanki 
kawy i częste prysznice nie pomagają.

Telefon  zadzwonił  dwa  razy,  zanim  Jane  usłyszała 

zdyszane:

- Halo?

Jane zmarszczyła brwi. Clarissa była doskonałą sekretarką 

i świetnie wiedziała, jak należy odbierać telefon. . - Clarissa?

- Oo,  Jane!  Cześć! - Dziwny  głos,  jakby  zmieszany. -

Cześć, jak się czujesz?

- Raczej  ja  chciałabym  wiedzieć,  jak  ty  się  czujesz? 

Wszystko w porządku?

- Oczywiście,  naturalnie!  A  dlaczego  pytasz?  Clarissa 

nienaturalnie świergocze, pomyślała Jane.

- Pytam, bo masz jakiś dziwny głos, a odebrałaś telefon, 

jakbyś...

- Właśnie miałam kichnąć - wyjaśniła Clarissa. Na twarz 

Jane pojawił się uśmiech.

- No to kichnij sobie teraz - poradziła wesoło.
- Kiedy  już  mi  przeszło - odparła  Clarissa;  nadal  jakby 

zdyszana.

- Może cię łapie przeziębienie. Weź sobie wolny dzień -

nalegała  Jane. - Nie  próbuj  przechodzić  choroby.  Bądź 
rozsądna, Clarisso!

- Kiedy naprawdę nic mi nie jest. Słowo daję.

Jane nie była całkowicie  przekonana, ale nie miało sensu 

dłużej  nalegać.  Clarissa  jest  dorosłą  osobą  i  potrafi  się  sobą 
opiekować.

- No dobrze, powiedz mi teraz, co w firmie? Masz coś dla 

mnie?

background image

- Tak,  tak...  Mam.  Everett  Baker  chce,  żebyś  wystąpiła

jako  drugi  obrońca  w  sprawie  Gaylorda.  A  Tom  Levis  chce 
zjeść z tobą lunch...

Jane  pokiwała  głową.  Everett  Baker  starzeje  się,  ale  jest 

bystry i wie, że podczas trudnego procesu dobrze jest mieć u 
boku  młodego,  błyskotliwego  adwokata.  A  Tom  Lewis 
zaprasza Jane na lunch w rocznicę wygrania przez nią procesu 
o  zniesławienie,  co  jej  się  udało  w  pierwszym  roku  praktyki 
adwokackiej w firmie Baker, Dunn i Wspólnicy.

- Ustal  z  nim  datę,  Clarisso - poleciła. - Może  być 

dowolny  dzień  roboczy  przyszłego  tygodnia.  A  Everettowi 
powiedz, że wystąpię z nim.

- Dobrze - odparła Clarissa i zamilkła.

Jane czekała chyba przez minutę. Clarissa milczała.

- Masz jeszcze coś? - spytała wreszcie.
- Aha... - Clarissa  głośno  zaczerpnęła  powietrza. - Mark 

chce wiedzieć, co robisz?

- Mark? - Jane  ponownie  zmarszczyła  brwi.  Jeszcze 

bardziej niż poprzednio.

- Chciałam powiedzieć, pan Dennison.

Jane wypiła ostatni łyk wystygłej już kawy i skrzywiła się. 

Odstawiając  kubek,  skrzywiła  się  raz  jeszcze,  widząc 
serdeczny  palec  bez  pierścionka  zaręczynowego.  Wcale  nie 
dlatego, że było dziwne nie mieć go na palcu. Zaręczyła się z 
Markiem  dopiero  przed  miesiącem  i  do  pierścionka  nie 
zdążyła się na tyle przyzwyczaić, by czuć się bez niego obco.

Pierścionek  był  wspaniały,  a  lęk  przed  ulicznymi 

napastnikami  nie  był  dostatecznym  powodem,  by  go  w 
Nowym  Orleanie  nie  nosić.  W  Bostonie  też  istnieją  uliczni 
napastnicy, ale tam go nosiła.

Oderwała  wzrok  od  dłoni,  która  jakby  nagle 

wyswobodzona,  opadła  na  fałdy  turkusowego  szala.  Tym 
razem Clarissa przerwała milczenie:

- Mark... pan Dennison jest bardzo...
- Co  jest  bardzo? - ponaglała  Jane,  gdyż  Clarissa  jakby 

cedziła słowa.

- ...zdziwiony, że wyjechałaś, nic mu nie mówiąc dokąd i 

po co. I że nie zadzwoniłaś do niego.

- On ci tak powiedział?

background image

Dlaczego,  na  Boga,  Mark  rozmawia  o  niej  z  Clarissą? 

Przysięgłaby,  że  Clarissa  przed  udzieleniem  odpowiedzi 
przełyka ślinę.

- No tak, właśnie. Powiedział mi.
- Rozumiem...
- Bo  on  bardzo  się  o  ciebie  martwi - szybko  dodała 

Clarissa.

- Wiec  jeśli  będziesz  miała  okazję  znów  z  nim 

rozmawiać, powiedz, żeby się nie martwił.

Jane sięgnęła po kubek, przypomniała sobie, że jest pusty i 

zaklęła pod nosem.

- On chce wiedzieć, co ty tam robisz.
- Powiedz,  że  odwiedzam  dawnego  przyjaciela.  Clarissa 

przez chwilę milczała, a potem spytała:

- Przyjaciela?

Jane  pomyślała,  że  tak  naprawdę  to  Cody  nie  jest 

przyjacielem. Przed pocałunkiem minionego wieczoru gotowa 
byłaby  przyznać,  że  żywiła  wobec  niego  przyjazne  uczucia. 
Po  tym,  jak  w  dwójkę  negocjowali  z  Suzie,  jak  wspólnie 
działali  bez  uprzedniego  uzgadniania,  co  powiedzą,  jak 
podchodzili  do  problemu...  Odbywało  się  to  w  atmosferze 
pewnej  przyjaźni,  to  nie  ulega  wątpliwości.  A  potem  ten 
spacer,  obejmujące  ją  przyjaźnie  ramię  Cody'ego...  Para 
kumpli z dawnych czasów.

Nie,  nie  są  kumplami,  ale  Clarissie  łatwiej  było 

powiedzieć to, co powiedziała, niż wyjawić prawdę.

- Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Mark nachodzi cię w 

moich sprawach. Ale skoro tak się stało, to mu powiedz to, co 
ode mnie usłyszałaś.

- O nie, on mnie nie nachodzi. Był niesłychanie miły. On 

tylko się martwi, bo cię bardzo kocha.

Jane  wyłowiła  dziwny  ton  w  głosie  Clarissy.  I  dlaczego 

Clarissa  niemal  natrętnie  jej  przypomina,  że  Mark  i  Jane  tak 
się kochają? A w każdym razie powinni.

Powinni?  No  cóż,  przecież  kocham  Marka,  pomyślała. 

Mimo  że  jego  pocałunki  są  niczym  w  porównaniu  z 
pocałunkiem  Cody'ego,  co  może  wydawać  się  dziwne  w 
sytuacji,  gdy  Cody  jest  bardziej  przyjacielem - zgódźmy  się 
już, że jest tym przyjacielem - niż mężem. I mimo że ostatnie 

background image

dwa dni Jane spędziła marząc o Codym, zupełnie nie myśląc o 
Marku.  O  Marku  nigdy  nie  marzyła.  Ta  ostatnia  myśl  ją 
zbulwersowała.

- Powiedz Markowi, że zadzwonię do niego natychmiast 

po powrocie do Bostonu.

- Dlaczego nie teraz? - chciała wiedzieć Clarissa.
- Nie  twoja  sprawa - odparła  szorstko Jane  i  poczuła się 

tchórzem.

Nie  miała  jednak  zamiaru  wyjaśniać  Clarissie,  że  przed 

wieloma laty, kiedy była młoda i głupia, uciekła ze szkolnym 
kolegą, w którym się zadurzyła, i że przez ostatnie dwanaście 
lat  była  przekonana,  że  niefortunne  małżeństwo  zostało 
prawnie  unieważnione.  Nie  miała  też  zamiaru  opowiadać 
Markowi,  jaką  była  w  młodości idiotką.  Nie  musiał  wcale 
wiedzieć, że kiedyś już raz wyszła za mąż za nieokrzesanego 
motocyklistę,  któremu  było  na  imię  Cody.  Znała  Marka  na 
tyle,  by  podejrzewać,  że  taka  wiadomość  bardzo  by  nim 
wstrząsnęła. Dlaczego miałaby go dobrowolnie i niepotrzebnie 
wprowadzać w stan niezdrowego podniecenia?

Wystarczy, że szybko załatwi sprawy z Codym. Mark nie 

musi o niczym wiedzieć.

- Zadzwonię  do  ciebie  jutro - oznajmiła  sekretarce, 

dochodząc  natychmiast  do  wniosku,  że  miała  zły  pomysł, 
postanawiając  zadzwonić  do  Clarissy.  Nie  tylko  że  nie 
rozproszyło  to  jej  skłębionych  myśli  i  nie  pozwoliło  jaśniej 
spojrzeć na sprawy, ale uświadomiło, że owe myśli są bardziej 
zagmatwane, niż sądziła.

Pożegnała  się  i  odłożyła  słuchawkę.  Zrzuciła  szlafrok, 

włożyła  stanik  i  majteczki,  uważając,  że  im  szybciej  się 
ubierze,  tym  szybciej  będzie  mogła  zejść  do  hotelowej 
kafeterii i napić się jeszcze kawy.

Zawahała  się,  patrząc  na  swe  odbicie  w  lustrze  nad 

toaletką. Twarz, którą ujrzała, była mało urodziwa i blada. Jej 
biała bielizna - koronkowa, seksowna, choć z pozoru niewinna
- nie  potrafiła  ukryć  „niedoborów"  ciała.  Niemal  jęknęła  z 
zazdrości,  przypominając  sobie  pełne  i  zmysłowe  kształty 
Suzie.

Dlaczego wówczas Cody właśnie ją sobie upatrzył, mając 

do  wyboru  tyle  innych  dziewcząt  z  najstarszej  klasy? 

background image

Dlaczego  teraz  znów  ją  sobie  upatrzył?  Po  dwunastu  latach! 
Czasy  się  zmieniły,  jest  tyle  kobiet - zgrabnych,  o  pełnych 
kształtach,  rzucających  się  w  oczy,  o  przecudownych  rysach 
twarzy i pełnych piersiach. Już wtedy nie była przekonana, że 
jest w jego typie, a tym bardziej teraz.

Weszła  do  garderoby  i  uklękła  przed  umieszczonym  tam 

dla  gości  hotelowych  sejfem.  Wystukała  zaprogramowany 
uprzednio  kod,  otworzyła  drzwiczki  i  wyjęła  wyłożone 
aksamitem  pudełeczko,  w  którym  trzymała  zaręczynowy 
pierścionek.  Wsunęła  go  na  palec.  Pierścionek  wydawał  się 
wielki, ciężki i zimny.

Zamknąwszy  z  powrotem  sejf,  ściągnęła  z  wieszaka 

spódnicę  od  kostiumu,  a  z  drugiego  wieszaka  jedwabną 
bluzkę.  Wzięła  z  Bostonu  mało  rzeczy,  gdyż  sądziła,  że  w 
Nowym  Orleanie  spędzi  dzień,  najwyżej  dwa.  Teraz  musi 
wysilać  wyobraźnię,  łączyć  jedne  elementy  z  drugimi, 
wymieniać,  słowem,  robić  wszystko,  aby  nie  pojawiać  się 
ciągle w tym samym stroju.

Wróciła  do  sypialni  i  zatrzymała  się  przy  fotelu  z 

przerzuconym  przez  oparcie  szalem.  Jego  barwa  była 
ciemniejsza niż oczy Cody'ego, ale równie żywa i intensywna. 
Zarzuciła szal na ramiona. Jedwab delikatnie pieścił jej ciało. 
Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że to są dłonie Cody'ego. I 
nagle powtórnie przeżyła pocałunek z poprzedniego wieczoru. 
Oblała  ją  fala  gorąca.  Myślała  o  emanującej  z  Cody'ego 
zmysłowości,  o  rozbudzonym  w  nim  pożądaniu.  I  mniej 
widocznym,  ale  równie  silnym  żarze,  jaki  ją  samą  ogarnął. 
Nieważne,  że  jest  zbyt  chuda,  zbyt  mało  urodziwa,  że  jest 
zaręczona...

Pożądała Cody'ego. Nadal go pożąda!
Z  jej  ust  wyrwał  się  jęk,  w  równej  części  gniewu,  co 

obezwładniającego pragnienia zaspokojenia tęsknoty. Zdarła z 
siebie  szal,  ściągnęła  bieliznę,  wszystko  rzuciła  na  łóżko  i 
pobiegła  do  łazienki  wziąć  jeszcze  jeden  prysznic.  Zimny. 
Może to jej pomoże ochłonąć.

Ujrzał  ją  w  momencie,  gdy  przestępowała  próg  sali 

redakcyjnej.  Serce  skoczyło  mu  w  niemądrej  nadziei.  Ale 
właściwie na co? Nie potrafiłby tego skonkretyzować. Gdyby 
nie  przyszła  na  lunch,  zrozumiałby,  że  jest  definitywnie 

background image

odtrącony.  Ale  przyszła  i  podobnie  jak  ubiegłego  wieczoru, 
kiedy jej ciało powiedziało „tak" w tej samej chwili, gdy usta 
mówiły  „nie",  tak  i  teraz  Cody  wyczuwał,  że  Jane  nie  jest 
przeciwna  temu,  by  zakończyć  ich  małżeństwo  wielkim 
pokazem ogni sztucznych.

I  nagle  zobaczył  oślepiający  błysk  w  okolicy  jej  lewej 

dłoni.  Jane  zatrzymała  się  właśnie  przy  biurku  Sherry,  by 
chwilę porozmawiać, i gestykulowała dłonią. Cody uniósł się, 
by  lepiej  dojrzeć,  co  to  mogło  tak  rozbłysnąć  na  ułamek 
sekundy,  ale  nie  zobaczył  nic.  Wziął  więc  z  biurka  aparat  i 
posługując  się  zoomem  zbliżył  dłoń  Jane.  Pierścionek  z 
brylantem!

Zaklął.  To  nie  jest  zwykły  brylant.  To  chyba  jeden  z 

największych  brylantów  na  świecie.  I  czy  to  jest  pierścionek 
zaręczynowy  od  Marka  Bankiera,  czy  też  jakaś  chytra 
sztuczka Jane - sztuczny brylant w złoconej oprawie kupiony 
w  sklepie  ze  sztuczną  biżuterią  gdzieś  przy  Canal  Street -
Cody  dobrze  wiedział,  dlaczego  go  dziś  miała  na  palcu. 
Zamiast  pierścionka  mogła  równie  dobrze  zawiesić  sobie  na 
szyi tabliczkę z napisem: NIE DOTYKAĆ.

Najdziwniejsze jest to, że mimo obwieszczenia, jakim był 

pierścionek,  Jane  nadal  okazuje  zainteresowanie  swym 
dawnym małżonkiem. Wskazywał na to sposób, w jaki oddała 
mu wczoraj pocałunek, jak przylgnęła do niego całym ciałem, 
jak  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję...  Pragnęła  tego,  co  on  jej 
ofiarowywał, nie mniej od kota umizgującego się o miseczkę 
śmietanki.

No tak,  ale to  było  wczoraj. Wygląda na to, że dziś  Jane 

wybiera  inną  grę.  Włożyła  pierścionek  zaręczynowy, 
natomiast nie zabrała turkusowego szala. Sygnał był widoczny 
i jasny.

Nieprawda. Nie jest ani jasny, ani wyraźny. Gdyby go nie 

chciała  widzieć,  to  by  nie  przyszła.  Dlaczego  przyszła  do 
redakcji? Dlaczego przyjęła zaproszenie na lunch?

Szybko  zasłonił  obiektyw  i  włożył  aparat  do  starej 

skórzanej torby, do której wrzucił jeszcze dwa inne obiektywy 
i parę rolek filmu. Przerzucił torbę przez ramię, wstał, obszedł 
biurko i ruszył w stronę Jane. Postanowił udawać, że nie widzi 
cholernego pierścionka.

background image

Jane  nadal  stała  przy  biurku  Sherry.  Odwróciła  się  w 

kierunku Cody'ego, gdy był już blisko.

- Już  pani  wie,  gdzie  go  szukać - zaświergotała  Sherry, 

odsłaniając  rząd  białych  zębów. - Dawniej  u  Gussie,  teraz 
coraz częściej tu. Staje się pani codziennym gościem...

- Przyjechałam tylko na parę dni - odparła sucho Jane.
- Ale  będzie  tu  przychodziła,  póki  nie  otrzyma  tego, 

czego chce. - Ton, jakim to powiedział, wskazywał wyraźnie, 
że  chodzi  tu  o  coś  znacznie  bardziej  podniecającego  niż 
podpis na jakimś papierku.

Insynuacja  się  udała.  Jane  spurpurowiała,  obróciła  się  na 

pięcie i bez słowa ruszyła ku windzie.

- Teraz jest wściekła. Ale w rzeczywistości szaleje za mną

- mruknął Cody do Sherry.

- To widać. Odłóż ciągoty do szuflady. Ona ich nie kupi -

skomentowała Sherry.

- Stawiam dwadzieścia, że kupi.
- Od  zakładów  są  twoi  koledzy  od  bilardowego  stołu -

odparła. - Ja się z tobą nie bawię, kochanie.

Cody  pożegnał  Sherry  uśmiechem  i  popędził  za  Jane, 

która  stała  pod  windą  z  obiema  dłońmi  zaciśniętymi  na 
torebce, jakby się bała, że lada chwila ktoś ją wyrwie.

Dzwonek  wreszcie  brzęknął, winda zatrzymała się  na ich 

piętrze, drzwi się rozsunęły. Jane bez słowa weszła do środka, 
za nią Cody.

Gdy zjeżdżali, przysunął się do Jane i odezwał:

- Poddaję się. Dlaczego przyjęłaś moje zaproszenie?
- Wiesz dobrze dlaczego.
- Bo pożądasz mojego ciała.
- Po prostu pożądam twojego podpisu. Westchnął.
- Wczoraj wieczorem...
- Już raz niemal zniszczyłeś mi życie, Cody. Nie pozwolę 

ci tego powtórzyć.

Zniszczył jej życie, tak? Jane wyciąga wielkie działa. Jest 

najwidoczniej  przerażona  tym,  co  czuje.  Wzrosły  w  nim 
nadzieje.

Gdyby  był  skłonny  myśleć  logicznie,  to  pierwszy  by 

przyznał,  że  pomysł  pójścia  z  nią  do  łóżka  jest  szalony. 
Zwłaszcza  w  tak  krytycznej  chwili  ich  życia.  Bez  trudu 

background image

mógłby sobie znaleźć inną partnerkę. Przecież nie wabił Jane 
dlatego, że potrzebował jej miłości i oddania do końca życia. 
Po prostu ona była...

Ona  była  po  prostu  ową  Jane  Thayer.  Kimś 

nieosiągalnym.  Tak  jak  przed  dwunastoma  laty.  Była 
księżniczką. I raz kiedyś, w jakiejś mglistej przeszłości, stała 
się  jednak  jego.  Prawnie,  z  nazwiska,  w  oczach  boskich, 
ludzkich  i  w  ogóle.  Jak  alkoholik,  który  przez  dwanaście  lat
nie tknął ani kropli whisky, tak i on teraz umierał z pragnienia. 
Wszystko  by  oddał  za  jeden  łyk,  za  jeden  mały  łyczek  tego, 
czego nie powinien tknąć, jak sam to najlepiej wiedział.

Jezu  drogi!  Alkohol  jest  trucizną  dla  alkoholika.  Czy 

zakosztowanie  Jane  także  zepchnie  go  w  otchłań 
samozniszczenia?

Rozsunęły  się  drzwi.  Hol  był  zatłoczony  pracownikami 

udającymi się na lunch. Gromadą ludzi oblegała windy. Tłum 
rozdzielił  na  chwilę  Jane  i  Cody'ego.  Dostrzegł  ją  jednak, 
przebił się przez ludzi, chwycił ją za rękę i w tym momencie 
doszedł  do  wniosku,  że  jeden  ostatni  haust  Jane  wart  jest 
ostatecznego potępienia.

Wyciągnął ją z tłumu i wyprowadził na ulicę.

- Mam  nadzieję,  że  ci  się  nie  spieszy.  Większość  lokali 

jest teraz pełna.

- Ja  mam  dużo  czasu.  To  raczej  ty  powinieneś  się 

martwić, czy zdążysz wrócić do pracy o określonej godzinie.

- Nie  muszę  wracać,  robotę  wziąłem  z  sobą.  Poklepał 

skórzaną torbę ze sprzętem fotograficznym.

Jednocześnie lustrował wielki brylant na jej palcu.

- Masz dużo roboty? - spytała.
- Sporo.  Cały  ranek  miałem  zajęty.  Fotografowałem 

pewną damę i jej jaja.

Jane uniosła brwi.

- Dama  ta  mieszka  w  Garden  District  i  kolekcjonuje 

klejnoty.  Konkretnie  jaja  Faberge.  Reporter  z  gazety 
przeprowadzał  z  nią  wywiad,  a  ja  fotografowałem  jego,  ją  i 
jaja  ze  wszystkich  stron.  Nudy  na  pudy...  Chodź,  wejdziemy 
tu - zaproponował, wskazując malutki lokal. - Nie wygląda na 
zbyt zapchany...

background image

Nim zdołał otworzyć drzwi przed Jane, usłyszał pisk opon 

gwałtownie  hamowanego  auta.  Obejrzał  się,  błyskawicznie 
lustrując  wzrokiem  ulicę.  Na  skrzyżowaniu  zobaczył  białego 
jeepa  cherokee,  pełznącego  w  ich  kierunku.  Dosłownie 
pełznącego, 

gdyż 

jego 

prędkość 

nie 

przekraczała 

pięćdziesięciu  kilometrów  na  godzinę.  Samochód  jechał 
zygzakiem, ocierając się to o jeden, to o drugi krawężnik. Inne 
pojazdy albo stawały w miejscu, albo uciekały na chodnik, by 
uniknąć  zderzenia.  Kiedy  biały  pojazd  znalazł  się  po  ich 
stronie  ulicy,  Cody  wlepił  oczy  w  przednią  szybę.  W 
samochodzie nie było nikogo!

Ktoś  rozpaczliwie  krzyczał,  ludzie  w  panice  uciekali. 

Cherokee  uderzył  i  odbił  się  od  zaparkowanego  auta.  Ktoś 
drugi zaczął krzyczeć.

Jane zacisnęła palce na dłoni Cody'ego.

- O mój Boże, o mój Boże! - powtarzała szeptem.

Cherokee odbił się od innego samochodu. Cudem umknęła 

mu  spod  kół  taksówka,  której  kierowca,  ostro  skręcając  i 
hamując,  chyba  przysmalił  opony.  Cody  z  fascynacją  patrzył 
na  zbliżający  się  ku  niemu  i  Jane  pojazd.  Miał  wrażenie,  że 
ogląda groźną scenę z jakiegoś podłego filmu, puszczonego w 
zwolnionym  tempie:  wielkie  grube  opony  na  wszystkie  pory 
roku, potężny zderzak, okrągłe reflektory niby ślepia potwora 
sunącego prosto na nich, potwora hipnotyzującego...

Poczuł wpijające mu się w dłoń paznokcie Jane. Otrząsnął 

się,  odepchnął  Jane  z  drogi  pijanego  pojazdu,  zasłonił  ją 
swoim  ciałem,  stając  do  niej  tyłem,  by  móc  zareagować  w 
wypadku zagrożenia. Na szyi czuł oddech Jane. Objęła go w 
pasie.  Jej  włosy  muskały  mu  ucho.  A  jej  piersi, przylegające 
mocno do jego pleców, prawie całkowicie go demobilizowały, 
odwracając uwagę od dramatu rozgrywającego się na ulicy w 
odległości  zaledwie  paru  metrów.  Samochód  bez  kierowcy 
uderzył w krawężnik, wjechał na chodnik i zderzakiem natarł 
na  pożarowy  hydrant.  Rozległ  się  huk  i  zaraz  potem,  niby 
gejzer, wytrysnęła ku niebu woda.

Krzyki  ludzi  zalanych  strumieniami  wody  osiągnęły 

apogeum.  Jedni  rzucili  się  do  restauracji,  inni  chcieli  z  niej 
wyjść  i  zobaczyć,  co  się  dzieje.  Fontanna  biła  ku  niebu; 
naprawdę było na co patrzeć.

background image

Jane  przestała  obejmować  Cody'ego,  ale  jej  palce 

pozostały  na  jego  koszuli.  Spojrzał  na  nie  zdziwiony.  Gdyby 
nie przebiegający obok ludzie, to by własną dłonią przykrył jej 
dłoń  i  skierował  niżej...  Ale  nie  był  to  czas  ani  miejsce  na 
takie  zabawy.  Poza  tym  Jane  dała  mu  do  zrozumienia,  że 
nigdy  taki  czas  nie  nadejdzie,  więc  Cody  zajął  się  czymś 
innym.

Wyciągnął  z  futerału  aparat  fotograficzny,  założył 

pięćdziesięciomilimetrowy  obiektyw  i  zaczął  robić  zdjęcia. 
Wokół  niego  ludzie  krzyczeli  i  biegali  bezradnie,  a  on 
spokojnie pracował...

background image

Rozdział 8

Cody  robił  zdjęcia  podobnie,  jak  grał w  bilard:  z  totalną 

koncentracją  i  pewnością  siebie.  Jane  przyglądała  mu  się  z 
zainteresowaniem i podziwem.

Ludzie  biegali  zupełnie  zagubieni,  chłopcy  brodzili  po 

zalanej  jezdni.  Ktoś  wyważył  drzwiczki  nieszczęsnego 
pojazdu i stwierdził, że nie jest on wcale pusty: za kierownicą 
siedział  dzieciak  i  ryczał  w  duecie  z  syreną  nadjeżdżającego 
samochodu policyjnego.

Niebezpieczeństwo zostało zażegnane.
W  tym  całym  wielkim  chaosie  i  harmidrze  Cody  był 

jedyną wysepką spokoju. Histeria tłumu nie imała się go.

Jane  stała  oparta  o  mur  przy  wejściu  do  restauracji. 

Odczuwała  wielką  ulgę,  że  nikt  nie  doznał  obrażeń.  Między 
ludźmi  przedzierała  się  kobieta,  która  rozpaczliwym  głosem 
wykrzykiwała:

- Moja dziecina, moją dziecina...!

Cody błyskawicznie się obrócił i zaczął utrwalać ten obraz 

na filmie.

Zamknąwszy  oczy,  Jane  myślała  o  Codym  sprzed 

dwunastu  lat.  Wałęsał  się,  był  buńczuczny  i  zaczepny, 
okazywał nadmierną pewność siebie i udawaną obojętność dla 
nauki.  Ale  kiedy  czegoś  naprawdę  pragnął,  niespodziewanie 
ujawniał się w nim upór w dążeniu do celu. Koncentrował się 
i  robił  to,  czego  tak  bardzo  chciał.  Podobnie  jak  teraz,  gdy 
fotografował.

W ten właśnie sposób wymierzył w Jane. I trafił ją w samo 

serce.

Teraz  polował  na  inną  zwierzynę.  Szybko  zmienił 

obiektyw. Stanął przed jeepem cherokee, niepomny na wodę z 
hydrantu,  która  zalewała  mu  stopy  i  dół  nogawek  dżinsów,  i 
robił  zdjęcia  wozu,  dziecka  już  w  ramionach  matki, 
policjantów i rozhisteryzowanych gapiów.

Jane poczuła na karku te same mrówki, które dały o sobie 

znać  przed,  dwoma  dniami  w  barze  u  Gussie.  Tyle  że  tym 
razem  mrówki  pojawiły  się  nie  dlatego,  że  wspominała 
dawnego Cody'ego, ale że myślała, jaki jest teraz.

background image

Podszedł  do  niej  policjant  z  piórem  i  notesem  w  ręku  i 

odwrócił jej uwagę od Cody'ego, pytając:

- Czy była pani świadkiem incydentu?

Skinęła głową i opisała, jak zobaczyła nagle białego jeepa 

jadącego  ulicą  zakosami  i  że  nie  było  widać  nikogo  za 
kierownicą.  Wspominała  o  swym  przerażeniu,  gdy  cherokee 
zaczął  obijać  się  o  zaparkowane  na  ulicy  pojazdy,  a  ludzie 
rzucali się do ucieczki..

Z  kolei  policjant  poinformował  ją,  że  matka  zostawiła 

jeepa  na  wolnym  biegu,  wyskakując  na  chwilę  do  sklepu  po 
mleko. W samochodzie zostało dziecko, które uwolniło się ze 
swego  fotelika,  zwolniło  ręczny  hamulec  i  wybrało  się  na 
samodzielną przejażdżkę.

W  tej  chwili  nadjechał  wóz  pożarniczy;  wysiedli  z  niego 

strażacy  i  zabrali  się  do  zabezpieczania  hydrantu.  Policjant 
pożegnał  Jane  i  podszedł  do  innego  świadka.  Jane  powróciła 
do obserwowania sceny ulicznej, szukając w tłumie Cody'ego. 
Nigdzie  go  nie  było.  Poczuła  się  bardzo  dziwnie:  jakby 
utraciła  coś  bliskiego  i  potrzebnego.  Zaczęła  się  przedzierać 
przez  tłum,  mrucząc  niezliczone  ,przepraszam"  w  kierunku 
pleców,  o  które  się  ocierała.  Wreszcie  odetchnęła:  Cody  stał 
po  drugiej  stronie  ulicy,  fotografując  gromadkę  nastolatków, 
którzy  zdjęli  buty  i  tańczyli  w  rwącym  potoku  spływającym 
jezdnią.

Jane  zatrzymała  się  i  patrzyła  zafascynowana.  Cody  stał 

spokojny,  z  wycelowanym  aparatem,  i  naciskał  spust.  Jego 
kruczoczarne  włosy  połyskiwały  w  południowym  słońcu, 
jakby  były  spryskane  srebrem  z  odrobiną  błękitu.  Uniesione 
łokcie  uwypuklały  zgrabną  sylwetkę  i  muskularny  tors  pod 
opinającą  go,  czarną  koszulką.  W  jego  dłoniach  aparat 
fotograficzny wydawał się malutki.

Chyba jęknęła, choć sama nie była tego pewna. Dlaczego 

on  jest  taki...  fascynujący?  Zbyt  fascynujący.  Gdyby  była 
nastolatką,  użyłaby  słowa  „seksowny".  Teraz  jest  bardziej 
fascynujący  niż  niegdyś,  ponieważ  zdobył  fach.  Patrzenie  na 
niego,  gdy  robił  zdjęcia,  przypominało  oglądanie  spektaklu. 
Ale nie wolno mu tego powiedzieć, bo prychnąłby ze złości i 
wszystkiemu zaprzeczył. Nie chciał, aby brano go za artystę.

background image

Po paru minutach skończył i opuścił aparat. Rozejrzał się 

wokół  siebie,  gwałtownie  mrugając,  jak  człowiek  obudzony 
nagle  z  drzemki. Zrobił  kilka rozluźniających  ruchów,  aparat 
schował do torby, torbę przerzucił przez ramię i przeszedł na 
drugą stronę ulicy, gdzie stała Jane.

- Jeszcze  chwilę - powiedział,  jakby  chciał  przeprosić  ją 

za  zniecierpliwienie,  którego  wcale  nie  czuła.  Była  nadal 
zafascynowana.

Z kieszeni torby wyjął bloczek papieru i ołówek i podszedł 

do  matki  tulącej  do  piersi  dziecko.  Zapytał  ją  o  coś,  zrobił 
kilka  notatek,  zadał  parę  pytań  innym  osobom  i  też  coś 
zapisał.  Gdy  skończył,  schował  bloczek  i  ołówek  do  torby  i 
wrócił do Jane.

- Muszę  oddać  filmy  w  redakcji - powiedział. -

Przepraszam za nieudany lunch, ale jeśli zdjęcia mają się jutro 
ukazać...

- Oczywiście, wszystko rozumiem. Chodźmy oddać filmy 

do wywołania. Przy okazji osuszysz się...

Spojrzał  na  nogawki  dżinsów,  zdumiony  widokiem 

przemokniętych butów i spodni. Zajęty pracą nie zauważył, że 
stoi w wodzie po kostki.

- O co pytałeś matkę dziecka?
- O nazwisko. - Szli w kierunki redakcji. - A w ogóle to 

mam dylemat.  Nie  wiem,  jakie  zdjęcia  wykorzystają  i  czy  w 
ogóle  któreś  wykorzystają.  Teraz  wszystkiego  się  boją, 
zwłaszcza  moich  zdjęć.  A  nuż  ktoś  znowu  wytoczy  jakąś 
sprawę.  Spójrz  na  ten  tłum,  Jane... - Odwrócili  się.  Cody 
ruchem  ręki  wskazał  ludzi  tkwiących  pod  domami  i 
wpatrujących  się  w  białego  jeepa. - Mam  dobre  zdjęcia 
różnych ludzi, ale w redakcji wszystkie odrzucają, zakładając, 
że w jakiejś bramie czy drzwiach tkwi jakiś zdradzający żonę 
osobnik,  który  tylko  czyha,  żeby  wyciągnąć  pieniądze  od 
gazety....

- Jestem pewna, że jeśli zdjęcia będą dobre...
- Redakcję  nic  nie  obchodzi  jakość  zdjęć.  Redakcję 

interesuje  własny  tyłek.  Nie  będą  ryzykować  po  wpadce  ze 
Stanhopem.

background image

- Kiedy tylko dopadniemy pastora Boba i skłonimy go do 

wycofania  pozwu,  radca  prawny  gazety  też  się  uspokoi -
zapewniała Jane.

Dostrzegła,  że  zerka  na  nią  lekko  zdziwiony  i  dopiero 

wtedy  uświadomiła  sobie,  co  powiedziała:  "Dopadniemy!" 
My, on i ona.

A  więc  mimo  uzbrojenia  się  w  zaręczynowy  pierścionek 

Jane nie ma zamiaru umknąć z pola walki, pomyślał. Zamierza 
wraz z nim rozwiązać jego problemy.

Jane  przekonywała  siebie,  że  jej  udział  w  sprawie 

Cody'ego wynika po prostu z zakorzenionego w niej poczucia 
sprawiedliwości i z głębokiego oburzenia, że zdjęcia Cody'ego 
poddane  są  cenzurze.  Świadoma  była  jednak  nagiej  prawdy: 
po  dwóch  nocach  myślenia  o  Codym  uległa  jego  charyzmie. 
Nie było na to rady. I ten pocałunek. .. Pozą tym żadna sprawa 
rozwodowa nie jest na tyle ważna, by nie można było pomóc 
człowiekowi w potrzebie. .. A więc pomoże!

Do budynku redakcyjnego „Sentinela" dotarli pogrążeni w 

myślach. To jedno słowo „dopadniemy" - my, my! - rozkwitło 
niby tęczowej barwy znak zapytania.

W milczeniu wjechali na czwarte piętro, lękając się chwili, 

kiedy tęczowa bańka mydlana pęknie. Biurko przy wejściu do 
sali  redakcyjnej  było  puste.  Sherry  gdzieś  poszła,  Zresztą 
większość  biurek  była  pusta - redaktorzy  i  reporterzy  wyszli 
na lunch.

Cody  dużymi  susami  przemierzył  salę  i  wszedł  do

oszklonego  kojca - gabinetu.  Ponieważ  nie  powiedział  Jane, 
by na niego czekała przy wejściu, poszła za nim. Za wielkim 
biurkiem  siedział  łysiejący,  czterdziestoparoletni  mężczyzna. 
Właściwie  nie  siedział,  ale  półleżał  w  odchylonym  fotelu, 
obute stopy położył na biurku i czytał wydruk z komputera.

Cody bez wstępów obwieścił:

- Mam zdjęcia z miejsca wypadku. Potrzebne czy mam je 

wyrzucić?

Redaktor uniósł głowę i spojrzał na Cody'ego znad oprawy 

okularów.

- Z miejsca wypadku? Jakiego wypadku?
- Dziecko za kierownicą. Rozbity hydrant, nikt nie doznał 

obrażeń.

background image

- Rozbity hydrant?
- Na ulicy morze. No więc jak? Mam wyrzucić film?

Wpatrując  się  w  twarz  Cody'ego  redaktor  sprawiał 

wrażenie  niezdecydowanego.  Z  jednej  strony  wiedział,  że 
zdjęcia  będą  z  pewnością  świetne,  z  drugiej  wyraźnie  nie 
aprobował sarkastycznego tonu Cody'ego.

- To  ty  mi  powiedz,  Sinclair,  czy  uważasz,  że  należy  je 

wyrzucić.

- Nie  ma problemu, można  wyrzucić. Nie ubiegam się  o 

nagrodę Pulitzera.

Przez  długą  chwilę  redaktor  wytrzymywał  spojrzenie 

Cody'ego,  a  potem  potrząsnął  głową  i  wrócił  do  czytania 
wydruku. Po paru sekundach podniósł głowę i powiedział:

- Wywołaj film, pokaż mi odbitki kontaktowe, a wtedy ci 

powiem,  czy  zaczniemy  rozmawiać  o  Pulitzerze  czy  też  o 
kolejce po zapomogę dla bezrobotnych. Dla ciebie i dla mnie.

- Cholerne  dzięki  za  nic - odparł  Cody  i  wyszedł, 

zatrzaskując za sobą oszklone drzwi kojca.

Jane, która przez cały czas stała przed drzwiami, gdy były 

jeszcze  otwarte,  i  wysłuchała  całej  rozmowy,  zauważyła 
złośliwie:

- Widzę, że łączą cię bliskie stosunki z naczelnym. Cody 

najwyraźniej nie pozbył się dawnego urazu do

ludzi,  którzy  reprezentowali  jakiś  autorytet.  Zawsze  miał 

do  wszystkich  uraz.  Do  nauczycieli,  do jej  ojca, do  każdego, 
kto uważał, że ma prawo mu mówić, co powinien robić. Teraz 
wzruszył w odpowiedzi ramionami.

- Zostawię tylko film do wywołania i pójdziemy wreszcie 

na ten lunch.

Skierowali  się  do  drzwi  z  napisem  Laboratorium 

fotograficzne.  Cody  wszedł  do  przedpokoju,  z  którego 
prowadziły dalsze drzwi do dwóch ciemni. Paliły się nad nimi 
czerwone lampki sygnalizujące, że trwa tam wywoływanie. W 
przedpokoju  za  biurkiem  siedziała  młoda  kobieta,  która 
rozpromieniła się na widok Cody'ego.

- Hej,  cześć!  Nie  mów,  że  wróciłeś  do  roboty!  Cody 

wywołał na twarz bardzo nieprzekonujący uśmiech i zabrał się 
do wyjmowania filmu z aparatu.

background image

- Mam coś, ale nie wiem, czy wykorzystają. Zajmiesz się 

tym?

- Oczywiście. - Wypełniła  karteczkę  i  przykleiła  ją  do 

wręczonej  przez  Cody'ego  kasety. - Mam  szukać  czegoś 
kompromitującego? - spytała.

- Kto  wie,  kto  wie.  Jeśli  dobrze  pójdzie,  to  będę  mógł 

rzucić tę pracę i zostać zawodowym szantażystą.

- I byłby z ciebie dobry fachowiec - zażartowała kobieta. -

Ale nie martw się, Cody. Nie wyrzucą cię.

- Może  i  nie  wyrzucą,  ale  będą  trzymać  na  krótkiej 

smyczy. A dla mnie to tak, jakby mnie wyrzucili.

- Wszystko traktujesz jako nagonkę na siebie. Odzywa się 

twoje jankesowskie pochodzenie. Za gorąca krew. Bierz życie 
mniej poważnie, odpręż się. 

- Jak  mam  się  odprężyć  z  tym  cholernym  pozwem  na 

karku? Zajmij się zdjęciami. Wrócę za jakieś pół godziny.

Pożegnał kobietę przyjaznym gestem dłoni i wyprowadził 

Jane  na  korytarz.  Oparł  się  o  ścianę  i  zaczerpnął  powietrza, 
jakby się dusił.

- Jestem pewien, że ty i Mark chodzicie często razem na 

lunch - powiedział.. - Spokojnie,  bez  pośpiechu,  nie  tak  jak 
my.

Jane się uśmiechnęła. Lunch z narzeczonym w eleganckiej 

restauracji  był  niczym  w  porównaniu  z  podniecającym 
uczuciem,  jakie  towarzyszyło  obserwowaniu  Cody'ego  przy 
pracy w bardzo niesprzyjających okolicznościach.

- Lunch nie jest ważny - odparła. Chrząknął rozbawiony.
- Może nie jest ważny dla ciebie, ale ja umieram z głodu.

- Oderwał  się  od  ściany. - Mam  pomysł:  weźmiemy  coś  z 
automatu  w  sali  rekreacyjnej.  W  każdej  restauracji 
czekalibyśmy teraz co najmniej godzinę na wolny stolik.

- Świetny pomysł!
- Tego jeszcze nie wiesz. W życiu nie jadłaś nic z takiej 

maszyny.

Wskazał  jej  drogę  do  windy.  Skrzypiało  mu  obuwie,  co 

przypomniało  Jane,  że  przemoczył  sobie  nogi  podczas 
wykonywania  zdjęć,  których  nikt  może  nie  zechcieć 
wykorzystać.

background image

- Masz tu jakiś suche spodnie i buty? - spytała. Obejrzał 

jeszcze  wilgotne  nogawki  i  wzruszył  ramionami,  po  czym 
nacisnął guzik windy.

- To tylko woda - stwierdził.
- Mokre buty są bardzo niewygodne - zauważyła.
- Jestem na wszystko odporny.

Obdarzył  ją  kpiącym  uśmiechem.  Kpiącym  z  niego 

samego.  Udało  im  się  wcisnąć  do  zatłoczonej  windy, 
pachnącej  hamburgerami  i  pizzami  przywożonymi  przez 
pracowników  z  okolicznych  barów  szybkiej  obsługi.  Gdy 
winda  zatrzymała  się  piętro  wyżej,  Jane  chętnie  opuściła  te 
wszystkie  zapachy.  Cody  poprowadził  ją  biurowym 
korytarzem do drzwi na samym końcu. Weszli do niewielkiej 
sali, w tym czasie na szczęście pustej. Oprócz dużej lodówki i 
mikrofalowej  kuchenki  stały  tam  pod  ścianami  automaty  z 
zimnymi  napojami,  kawą,  owiniętymi  w  folię  kanapkami, 
batonami  i,  co  najbardziej  ucieszyło  Jane - z  jogurtami  i 
owocami.

Wskazała na kubek jogurtu i jabłko.

- Boże drogi, jeszcze jedna amatorka zdrowej żywności! -

mruknął  Cody,  wrzucając  do  otworów  monety  i  naciskając 
odpowiednie, guziki. Sobie wziął coca - colę i parówkę, którą 
na dwie minuty włożył do kuchenki mikrofalowej.

Jane rozsiadła się wygodnie na pokrytym winylem fotelu, 

a  po  chwili  Cody  dołączył  do  niej,  usadawiając  się  na 
sąsiadującej z fotelem kanapie. Jedząc parówkę, powiedział:

- Jak ci wiadomo, Nowy Orlean słynie ze swojej kuchni.

Jane  tylko  się  uśmiechnęła,  zajęta  mieszaniem  jogurtu,  a 

przede  wszystkim  patrzeniem  na  nogi  Cody'ego  oraz 
podziwianiem - nie wiadomo, który to już raz - jego barczystej 
sylwetki.  Jak  zwykle  miękło  jej  serce  na  widok  czarnych 
kosmyków opadających mu na twarz. A te oczy - błyszczące 
jak brylant na jej palcu...

- Po  co  to  dziś  włożyłaś? - spytał  Gody,  odgadując  jej 

myśli.

- To? - Wpatrywała się w zaręczynowy pierścionek, jakby 

sama się dziwiła, po co go nosi. Obróciła pierścionek na palcu, 
chowając  brylant  po  wewnętrznej  stronie  dłoni.  Wyglądał 

background image

teraz  jak  obrączka.  Przywróciła  mu  poprzednie  położenie. -
Sama nie wiem - odparła.

- Może  po  to,  żeby  nie  zapomnieć  się  i  pamiętać,  że  się 

zaręczyłaś - podsunął ironicznie.

- Może - zgodziła się.
- Ten twój Mark to chyba musiał obrabować własny bank, 

żeby kupić taki brylant.

- To nie jest jego własny bank - poprawiła sucho. Nie była 

zła  z  powodu  żartu,  ale  dlatego,  że  miał  rację:  włożyła 
pierścionek,  żeby  pamiętać.  I  żeby  Cody  pamiętał. - A  jeśli 
chodzi  o  pierścionek,  to  go  włożyłam,  ponieważ  wczorajszy 
wieczór był błędem.

- Wielkim błędem - powtórzył poważnie.
- Więc zgadzasz się ze mną? - Była zaskoczona.
- Całkowicie.  Popełniłaś  błąd.  Nie  powinnaś  była  mnie 

odprawiać. Powinnaś zaprosić mnie do pokoju.

Miała  nadzieję,  że  łyżeczka  zimnego  jogurtu  szybko 

ochłodzi jej rozpłomienione policzki.

- Znaleźliśmy  się  oboje  w  trudnej  sytuacji,  Cody.  Ja 

przyleciałam  tu  wyłącznie  po  to, żeby  się  z  niej wywikłać,  a 
nie zabrnąć jeszcze głębiej.

- Opowiedz mi o nim - odezwał się spokojnie, jakby nie 

słyszał  jej  poprzednich  słów. - Opowiedz  mi  o  facecie  z 
kieszeniami bez dna...

- On  jest... - Zawahała  się.  Nie  wiedziała,  co  ma 

powiedzieć. Że Mark to Mark? Że jest solidny i można na nim 
polegać? Że każdy jego krok i postępek jest przewidywalny? 
To  właśnie  bardzo  w  nim  lubiła,  ponieważ  była  taka  sama. 
Jeśli jednak tak opisze mężczyznę, którego miała poślubić, to 
Cody  zacznie  jeszcze  bardziej z  niej  kpić. - Jest przystojny -
oświadczyła z triumfem, znalazła bowiem dobre określenie.

- To bardzo, bardzo ważne - zgodził się Cody.
- Błyskotliwy.
- Aaa!  Jestem  pewien,  że  ma  całą  ścianę  zawieszoną 

dyplomami  w  ramkach.  To  najszybsza  droga  do  twojego 
serca.

- Ma dwa dyplomy. Uniwersytecki i z harvardzkiej szkoły 

biznesu.

background image

- I pewno codziennie czyta „Wall Street Journal". Jeździ 

lincolnem i nosi, niech zgadnę, ubrania od Armaniego.

- Trafiłeś.  Ale  co  z  tego? - Zaśmiała  się  nieszczerze. -

Chyba ci to wystarczy? Mark jest w moim typie.

Cody  zamknął  oczy  i  wydał  odgłos  chrapania.  Jane 

zachichotała.

- Jakiż  on  musi  być  nudny.  Widzę,  że  nie  pozostała  ci 

nawet iskierka buntu. A myślałem, że choć trochę oduczyłem 
cię konwencjonalności.

Z twarzy Jane zniknął uśmiech. Cody ma rację. On ją tego 

oduczył,  ale  nie  dokończył  nauki.  Iskierka,  której  brak  jej 
zarzucił, nadal się w niej tliła. A nawet sporo tych iskierek się 
uzbierało.  I  teraz,  kiedy  patrzyła  na  Cody'ego,  miała  wielką 
ochotę  zbuntować  się  ostatecznie  przeciwko  życiu,  które 
prowadziła.  Chciałaby  uciec,  wsiąść  na  motocykl  i  pojechać 
na skraj świata bez oglądania się na cokolwiek.

Ale nie mogła tego zrobić. Jest już za stara. Spoczywa na 

niej  ciężar  odpowiedzialności.  Za  karierę,  za  starych 
rodziców,  za  dług  hipoteczny,  za  klientów.  Teraz  jest  już 
dorosła.

- Rozumiem,  że  Markowi  nie  przeszkadza,  że  poślubi 

rozwódkę? - spytał niewinnie Cody.

- Mark  nic  o  tym  nie  wie - przyznała  się.  Wyprostował 

się, unosząc wysoko brwi.

- Nie  powiedziałaś  Markowi  Bankierowi  o  naszym 

małżeństwie?

Przygryzła wargę i pokręciła przecząco głową.

- To było dawno. I małżeństwo trwało tak krótko.
- I uważałaś, że to jest takie głupstwo, że można o tym nie 

wspominać?

- To  nie  było  głupstwo.  To  było  większe  przeżycie,  niż 

kiedykolwiek zrozumiesz.

Wyprostował się jeszcze bardziej. Nogi, które trzymał na 

kanapie,  opuścił  na  ziemię  i  wrzucił  do  stojącego  obok 
pojemnika  puszkę  po  coca - coli.  Następnie  się  pochylił, 
łokcie  wsparł  o  kolana  i  wpatrując  się  w  twarz  Jane,  oblaną 
białym światłem fluoryzującej lampy u sufitu, zapytał cicho: -
Jakie to było przeżycie? Złe, dobre, wielkie?

background image

- Nie chcę o tym mówić - mruknęła wściekła na siebie, że 

cokolwiek na ten temat powiedziała.

- Chcę wiedzieć, Jane! - upierał się.
- Wiesz dobrze. Kochałam cię.
- Jak bardzo? Odwróciła oczy.
- Tak  bardzo,  że  przestałam  jasno  myśleć.  A  przecież 

myślenie  było  zawsze  tym,  co  umiałam  najlepiej.  Przeraziło 
mnie to. I przysięgłam sobie, że nigdy więcej... Nie mogę po 
raz drugi utracić zdolności jasnego myślenia.

- Wcale  ci  się  nie  dziwię - odparł  z  nadmiarem,  jak  na 

niego, wyrozumiałości w głosie.

Zaryzykowała  krótkie  spojrzenie  na  Cody'ego.  Siedział 

pochylony tak blisko, że mógł bez trudu sięgnąć po jej rękę. I 
zrobił  to.  Głaskał  jej  palce,  a  potem  obrócił  dłoń  i  zaczął 
rysować kółka.

Wstrzymała oddech i poczuła, że robi jej się gorąco.

- Przestań, Cody!
- Co mam przestać? Szukam tylko linii małżeństwa.
- Linii czego? Małżeństwa? - spytała zduszonym szeptem.
- Jedna  z  moich  sąsiadek  jest  chiromantką.  Między 

innymi czyta z ręki. Czytała raz z mojej. Powiedziała, że mam 
długą i nieprzerwaną linię szczęśliwego małżeństwa.

- Otóż to! Nasze małżeństwo było tak krótkie, że się nie 

liczy. - Palec,  którym  wodził  po  jej  otwartej  dłoni,  porażał 
delikatną  skórę  niczym  prąd.  Powiedziała  więc  dobitniej: -
Nasze  małżeństwo  było  krótkie  i  głupie.  Twoja  wróżka 
musiała mówić o następnym, bo tamto się nie liczy.

- Gdyby się nie liczyło, to byś nie przyleciała do Nowego 

Orleanu,  żeby  mnie  prosić  o  podpis.  A  teraz  spójrz.  Twoja 
linia  też  jest  długa,  nieprzerwana.  Nie  widać  śladu  jakichś 
rozwodów.

- Nie wierzę w takie bzdury.

W istocie  nie wierzyła. I miała nadzieję,  że przynajmniej 

w tej sprawie jej głos zabrzmiał pewnie.

- Oczywiście,  ze  nie  wierzysz.  Chodziłaś  przecież  do 

Wellesley  College.  Ale  czy  widzisz  tę  linię? - Przeciągnął 
delikatnie  po  załamaniu  skóry  dłoni.  Odbierała  to  jako 
pieszczotę,  która  poruszyła  ją  do  głębi. - Jedna  długa, 
nieprzerwana linia. Nic na to nie poradzisz.

background image

Zaśmiała się nerwowo.

- Przecież ty też chyba nie wierzysz w takie bajdy.
- Może to są i bajdy - zgodził się - ale ta sąsiadka mówi, 

że nasz los jest w naszych rękach. A w to wierzę, Janey! - Z 
uśmiechem  puścił  jej  dłoń  i  wyprostował  się. - Powinienem 
sprawdzić, jak wyszedł film. Już pewno wywołany.

- Świetnie - zgodziła  się,  mając  nadzieję  na  chwilę 

samotności i możliwość zebrania myśli.

Zgarnął ze stołu śmieci po posiłku - serwetki, plastykową 

łyżeczkę i kubek po jogurcie - i wrzucił do kubełka. Gdy szli 
do  windy,  obuwie  Cody'ego  skrzypiało  nieco  mniej.  Winda, 
która zatrzymała się na sekundę na piętrze, była przepełniona i 
pojechała  wyżej.  Musieli  czekać.  Jane  patrzyła  na  światełka 
oznaczające piętra, przez które przejeżdżała kabina. Cody się 
uśmiechał. Przeniosła wzrok na jego mokre dżinsy, a on ciągle 
się uśmiechał.

- Po  co  tu  stoimy? - spytał. - Przecież  to  tylko  jedno 

piętro. Zejdźmy.

Jane  skinęła  głową  i  poszła  za  Codym  do  metalowych 

drzwi, za którymi znajdowały się schody. Cody je otworzył i 
znaleźli się na jasno oświetlonej klatce schodowej.

- O pewnych porach dnia windy są jak klatki w ogrodzie 

zoologicznym - zauważył  Cody. - A  poza  tym  trzeba  długo 
czekać, żeby się wepchnąć do środka.

- Jedno piętro nic nie znaczy - odparła Jane po to, by coś 

powiedzieć, i w tym momencie potknęła się.

Cody zdołał ją pochwycić.

- Co się stało? - spytał. Czuła się jak idiotka.
- Nic,  nic - zapewniała. - Tylko  się  potknęłam.  Nie 

puszczał jej.

- Nie skręciłaś sobie nogi? Zrobiłaś się blada.
- Naprawdę nic mi nie jest.

Patrzył  jej  w  oczy  i  trzymał  ją  mocno.  Tak  mocno,  jak 

niedawno  na  ulicy  trzymał  kamerę  i  robił  zdjęcia,  tylko  że 
teraz jego celem była ona, a nie uliczny tłumek i biały jeep. Jej 
los był w jej rękach. I w jego rękach. A kiedy pochylił się, by 
ją pocałować, wiedziała, że to zrządzenie losu.

Miał ciepłe wargi, jeszcze słodkie po coca - coli. I te wargi 

wiedziały,  czego  chcą.  Dotykały  jej  ust  z  ową  pewnością, 

background image

którą  nie tylko  zapamiętała  z  przeszłości, ale  która  stanowiła 
integralną  część  pocałunku,  jeśli  miał  być  pełny,  znaczący  i 
wskazywać drogę na przyszłość, jeśli się na to pozwoli. Jeśli 
ona pozwoli...

Wmawiała  sobie,  że  dygocze,  ponieważ  się  potknęła,  ale 

sama  w  to  nie  wierzyła.  Dygotała  z  pożądania.  Pragnęła 
pocałunku Cody'ego. Pożądała swego męża.

Podprowadził  ją  w  kąt,  wsunął palce  w  jej  włosy  i  znów 

zaczął  ją  całować.  Traciła  oddech.  Usiłowała  sobie 
przypomnieć,  czy  jego  pocałunki  przed  dwunastoma  laty  też 
oddziaływały  na  nią  podobnie,  ale  wspomnienia  przeszłości 
przysłoniła  teraźniejszość.  Jej  usta  witały  go z  radością  z 
powodu  ponownego  spotkania. Objęła  go  w  pasie i  czuła, że 
zadrżał, gdy wpiła palce w jego żebra.

- Janey,  Janey! - wyszeptał,  całując  teraz  jej  policzki, 

skronie i czoło. Zadrżała, gdy pocałował ją w czułe miejsce za 
uchem.  Potem  powędrował  dłońmi  ku  ramionom,  a  potem 
jeszcze  niżej.  Jej  dłonie,  choć  nimi  nie  kierowała,  też 
wędrowały po jego ciele. Dwanaście lat nie przysporzyło mu 
ani grama tłuszczu. Był tak samo szczupły jak wtedy, kiedy go 
poznała.

Coś  w  nim  jednak  dojrzało.  Ruchy  już  nie  szczeniackie, 

nie  młodzieńcze!  Chyba  to!  Był  mężczyzną,  który  jakby 
smakował  każdy  kawałek  jej  ciała.  Tak  jak  znawca  smakuje 
whisky.  Jego  usta  i  dłonie  wędrowały,  zatrzymywały  się, 
cofały...

To  jest  mój  mąż,  pomyślała.  To  jest  mój  mąż.  Mój  los. 

Moje przeznaczenie.

Wsunął palce pod ramiączka jedwabnej bluzki i zsunął je 

w  dół  ramion.  Były  teraz  unieruchomione,  dociśnięte  do 
boków.  Nie  mogła  nawet  zdjąć  rąk  z  jego  bioder,  co 
najwidoczniej  bardzo  mu  odpowiadało.  Pocałował  ją  w  usta, 
potem  dotknął  piersi.  Poczuła  słodki  ból;  poczuła  też  palące 
pragnienie, które wypełniało ją bez reszty - w sercu, w łonie -
i niby magnetyczna siła przyciągało ją do Cody'ego.

Cody  stężał,  rozsadzało  go  pożądanie.  Był  gotów  na 

wszystko,  pragnął  wszystkiego.  Jane  też  była  gotowa  kochać 
się z nim, tu, na klatce schodowej, między piątym a czwartym 
piętrem budynku nowoorleańskiej gazety „Sentinel". Pragnęła 

background image

Cody'ego  nie  mniej  niż  wówczas,  gdy  była  impulsywnym, 
nierozważnym  podlotkiem.  Pragnęła  go  bodaj  jeszcze 
bardziej, jeszcze namiętniej.

Cody wyjął jej bluzkę ze spódnicy i sięgnął pod stanik. Z 

jej  ust  wyrwał  się  krótki,  cichutki  okrzyk,  który  zawisł  w 
otaczającej  ich  przestrzeni.  Ugięły  się  pod  nią  kolana.  Boże, 
jak ona go pragnie! Dłużej nie może tego znieść. Jej serce nie 
wytrzyma i ona chyba zaraz umrze. Ale nim umrze, musi raz 
jeszcze, po raz ostatni zdobyć Cody'ego.

Gdzieś wysoko, chyba tysiące metrów nad sobą, usłyszała 

metaliczny  chrobot,  podobny  do  trzasku  towarzyszącego 
otwieraniu  żelaznych  wrót.  Dźwięk  rozpylony  w  tysiąc 
rezonujących  drgań  spłynął  na  nich  niby  kaskada  lodowatej 
wody i ostudził.

Usłyszeli  nad  sobą  kroki.  Ktoś,  znudzony  widocznie 

czekaniem  na  windę,  postanowił  zejść  schodami.  Jane  nie 
miała  pojęcia,  jak  blisko  może  znajdować  się  ten  ktoś.  I  ile 
pięter  zamierza pokonać.  Wiedziała  tylko, że  Cody  obejmuje 
dłońmi jej piersi i że ledwie może ustać na nogach.

Nadal  ją  zasłaniając,  Cody  nasunął  ramiączka  bluzki  na 

miejsce.  Pochwycił  lekko  otępiałe  spojrzenie  Kate  i 
przekornie się uśmiechnął.

- Cody, ja... - zaczęła.
- Sza!

Przyłożył  palec  do  ust  i  przechylił  głowę,  by  posłuchać 

zbliżających  się  kroków.  Po  parunastu  sekundach  dotarło  do 
nich  skrzypnięcie,  piśnięcie  i  metaliczny  trzask  zamykanych 
tym  razem  drzwi.  Ten,  kto  przerwał  im  chwilę  namiętności, 
już zakończył swoją wędrówkę po schodach.

Jane  głęboko  odetchnęła.  Powinna  być  wdzięczna 

nieznanemu  piechurowi.  Powoli  przytomniała  i  zaczęła 
zdawać sobie sprawę z szaleństwa, jakiego była bliska.

- Jak za dawnych, dobrych czasów w naszej starej budzie

- zażartował Cody, poprawiając dżinsy.

Pamiętała  kradzione  pocałunki  na  schodach,  w  pobliżu 

kuchni,  szkolnej  stołówki  i  za  audytorium - wszędzie  tam, 
gdzie  nikt  ich  nie  mógł  widzieć. I  przypomniała sobie  dzień, 
kiedy Cody chciał ukraść coś więcej niż tylko pocałunek i nie 

background image

wiadomo, co by się stało, gdyby nie napatoczył się nauczyciel 
gimnastyki.

Ocalił  wówczas  Jane  przed  zakusami  Cody'ego,  ale  nie 

ocalił przed późniejszym zamążpójściem. I chociaż ktoś teraz 
też ją ocalił przed popełnieniem szalonego głupstwa, nie ocalił 
przed tym, co przeżywała - od jej uczuć.

Trzęsącymi  się  dłońmi  zaczęła  nerwowo  poprawiać 

bluzkę. Brylant na palcu błyskał białym światłem.

Dlaczego  nie  wystarcza  jej  życie  u  boku  człowieka, 

któremu można w pełni zaufać, na którym można polegać, na 
którym można się w razie potrzeby oprzeć? Spoglądając jakby 
z  zaskoczeniem  na  zaręczynowy  pierścionek,  miała  uczucie, 
że coś istotnego wymyka się jej z rąk. Chciała Marka, chciała 
małżeństwa z nim i tego,  co Mark może jej zapewnić. I była 
gotowa  dać  mu  Wszystko,  do  czego  była  zdolna.  Chciała 
wspólnego z nim życia.

Ale  w  miarę  odzyskiwania  zdolności  myślenia  coraz 

bliższa była prawdy: nade wszystko pragnęła Cody'ego.

background image

Rozdział 9 

Podobnie jak wszyscy na placu przed
Faneuil  Hall,  Mark  był  zafascynowany  żonglerami. 

Mężczyzna  i  kobieta,  oboje  w  identycznych  smokingach, 
rzucali  żarcikami  z  tą  samą  zręcznością,  z  jaką  wyrzucali  w 
powietrze  i  przechwytywali  najróżniejsze  przedmioty. 
Jaskrawoczerwone  sześciany,  czarne  batuty,  srebrne  koła, 
zielone  szale  śmigały  z  tą  samą  celnością,  co  dowcipne 
puenty. Był to dobrze przygotowany numer popisowy, a żarty 
i  przerzucane  przedmioty  uzupełniały  się  w  przewidzianym 
czasie. Mark nie należał do miłośników ulicznych występów, 
ale musiał przyznać, że ci żonglerzy byli doskonali.

Właściwie jeszcze nigdy nie był w śródmiejskiej dzielnicy 

Bostonu  znanej  jako  Quincy  Market.  W  jego  wyobrażeniu 
było  to  wyłącznie  miejsce  wycieczek  turystów  i  promenada 
dla  poszukiwaczy  przygody  oraz  dla głupców  gotowych 
stracić  fortunę  w  niesłychanie  drogich  butikach  i  sklepach  z 
pamiątkami. Oprócz sklepów znajdowało się tu sporo barów i 
kawiarni  na  otwartym  powietrzu,  gdzie  głównym  zajęciem 
klientów  było  natrętne  wpatrywanie  się  w  przedstawicielki 
płci odmiennej. Uliczni sprzedawcy oferowali bez liku tandety 
i różnych okropności: były tam kwiaty z plastyku, bawełniane 
koszulki z paskudnymi nadrukami, fosforyzujące naszyjniki i 
bransoletki. Co krok stał jakiś wózek z towarem, co krok jakiś 
kiosk  wabił  turystów,  a  między  kioskami  popisywali  się 
mimowie,  tancerze,  muzycy  jazzowi  lub  pary  takie  jak  ci 
żonglerzy.  Szczerze  mówiąc,  Mark  nie  potrafiłby  wskazać 
choćby jednego aspektu Quincy Market, który by odpowiadał 
jego smakowi i gustom, a mimo to cała ta wrzawa i zapachy 
wywoływały  w  nim  uczucie  niezwykłego  podniecenia.  Może 
więc jego smak nie był znowu tak wyrafinowany?

Denerwował  go  tylko  tłum.  Jakże  on  w  nim  odnajdzie 

Clarissę?

To  ona  właśnie  kazała  mu  na  siebie  czekać  przed 

schodami  do  Faneuil  Hall - historycznej  budowli,  miejscu 
licznych  zebrań  kolonistów,  którzy  burzyli  się  przeciwko 
brytyjskiej  władzy.  Wśród  tych  kolonistów  było  wielu 
przodków  Marka.  Mark  wątpił,  czy  Clarissę,  z  jej  dość 

background image

powikłanym  etnicznie  pochodzeniem,  obchodziła  cokolwiek 
pełna  chwały  przeszłość  Bostonu.  Wybrała  to  miejsce, 
ponieważ tu zbierali się młodzi profesjonaliści.

A  Mark  był  właśnie  młodym  profesjonalistą,  czyż  nie? 

Może  z  tym  „młodym"  lekko  przesadził,  ale  przecież  chyba 
ma jeszcze prawo śmiać się z  dowcipów i  gestów żonglerów 
oraz  pod  koniec  dnia  pracy  w  towarzystwie innych 
bostończyków wdychać balsamiczne, czerwcowe powietrze?

Ale jak odnajdzie tu Clarissę?
Okazało  się  to  wcale  nietrudne.  Gdy  żonglerzy 

zaprezentowali  popis  z  ośmioma  piłeczkami  golfowymi, 
okraszony  dowcipami  golfiarzy,  trzy  czwarte  widzów 
odwróciło  głowy,  aby  wtopić  wzrok  w  postać  zmierzającą  w 
kierunku Marka. Mark pomachał jej dłonią, ona pomachała do 
niego,  a  gapie  wpatrzyli  się  w  szczęśliwca,  do  którego 
zmierzała zjawiskowo piękna kobieta.

Męska duma nie powinna tu w ogóle wchodzić w rachubę, 

stało się jednak przeciwnie. Co za wspaniałe uczucie widzieć, 
że  aż  tylu  ludzi  patrzy  na  niego  z  zazdrością!  Miał  ochotę 
krzyczeć  na  głos,  że  ta  najpiękniejsza  na  Quincy  Market 
kobieta jest z nim. Zieleniejcie sobie z zazdrości!

Natychmiast  jednak  zaczął  czynić  sobie  wyrzuty.  Jakże 

mogło mu wpaść do głowy, że owa dziewczyna może być dla 
niego  czymś  więcej  niż  po  prostu  znajomą  z  biura 
narzeczonej?  Jest  tylko  jej  sekretarką. Clarissa  zgodziła  się z 
nim  spotkać  wyłącznie  dlatego, że  ma  dobre  serce  i  troszczy 
się o Jane.

O jego narzeczoną!
Usiłował  wydobyć  z  pamięci  obraz  Jane,  ale  mu  się  nie 

udało. Widział tylko Clarissę, która przebijała się przez tłum, 
emanując  nieprawdopodobną  żywotnością.  Miała  na  sobie 
bluzkę  o  barwie  rdzy  i  białą  minispódniczkę.  Na  nogach, 
przezroczyste  jak  mgiełka  pończochy  i  sandały  na  wysokich 
obcasach,  które  dodawały  jej  co  najmniej  pięć  centymetrów 
wzrostu.  Gdy  była  już  blisko,  Mark  zauważył,  że  ma 
polakierowane paznokcie u stóp.

Podniósł  wzrok  na  jej  twarz.  Powieki  miała  posypane 

złotym  pudrem,  policzki  lekko  zaznaczone  różem,  a 

background image

egzotyczne,  ciemne  oczy  były  jeszcze  ciemniejsze  dzięki 
szmince.

Jane  nigdy  nie  stosowała  podobnego  makijażu.  Cenił  jej 

zdrową,  świeżą,  wolną  od  kosmetyków  cerę.  Natomiast 
Clarissa - ta  grzeczna,  skromna  i  jakże  zawsze  „biurowa" 
Clarissa - wyglądała jak kobieta... wyzwolona! Co tu ukrywać
- jak kokota!

Ku  wielkiemu  zdumieniu  Mark  stwierdził,  że  to  właśnie 

niesłychanie go podnieca. Kokota! Podnieca go to bardziej niż 
perspektywa  ujrzenia  nagiej  dziewczyny  wyłaniającej  się  z 
tortu. Spodziewał się, że uświadomienie sobie tego wywoła w 
nim  poczucie  winy,  tak  się  jednak  nie  stało.  Jego  grzeszne 
myśli  były  skupione wyłącznie na  Clarissie, zwłaszcza na jej 
oczach, z których wyzierał głęboki niepokój.

- Stało się coś? - spytał. Uśmiechnęła się bohatersko.
- Skąd ci to przyszło do głowy? Cóż miałoby się stać?

Uwaga  ludzi  przeniosła  się  z  powrotem  na  parę 

żonglerów,  która  zbliżała  się  do  wielkiego  finału 
obejmującego  wszystko,  co  tylko  można  podrzucać  i 
przechwytywać.  Mark  ujął  dłonie  Clarissy  i  spojrzał  w  jej 
błyszczące oczy.

- Wyglądasz na niespokojną - powiedział.
- Nie, nie. Tak - wyznała wreszcie i ponownie obdarzyła 

go  uśmiechem,  który  wywołał  w  nim  ochotę,  by  ją  objąć  i 
pogłaskać. Przyszło mu do głowy, że niepokój Clarissy może 
mieć  swoje  źródło  w  tajemniczej  wyprawie  Jane  do  Nowego 
Orleanu,  ale  natychmiast odrzucił tę myśl. W tym momencie 
Jane nie wydawała się ważnym elementem sytuacji.

Przyznając  to,  miał  początkowo  tylko  lekkie  poczucie 

winy,  ale  po  chwili  zalała  go  fala  wstydu.  Jak  długo  jeszcze 
będzie się oszukiwał, że od sekretarki Jane nic nie chce? Jak 
długo będzie sobie wmawiał, że chciał spotkać się ponownie z 
Clarissą  tylko  dlatego,  że  mogłaby  mu  dostarczyć 
przynajmniej  strzępów  informacji  na  temat  tajemniczych 
poczynań  Jane? W którymś  momencie - sam nie  wiedział,  w 
którym - spotkania  z  Clarissą  stały  się  randkami  z  Clarissą  i 
przestały dotyczyć Jane. Będzie musiał coś z tym zrobić, nim 
Jane powróci do Bostonu.

background image

Tymczasem  Jane  nadal  bawiła  w  Nowym  Orleanie.  Poza 

tym nie miała na tyle przyzwoitości, by mu powiedzieć, dokąd 
się  udaje,  na  jak  długo  i  po  co.  I  póki  tego  wszystkiego 
lojalnie  nie  wyjaśnianie  miał  obowiązku  być  zbyt  lojalny 
wobec niej.

- Wspaniali  żonglerze! - zawołał,  chcąc,  by  uśmiech 

Clarissy stał się bardziej spontaniczny i naturalny.

Skinęła 

mechanicznie 

głową, 

nie 

wykazując 

najmniejszego  zainteresowania  sztukmistrzami.  Może  byśmy 
poszli  czegoś  się  napić? - zaproponowała,  wskazując  głową 
najbliższą  kawiarnię  z  tarasami  i  parunastoma  stolikami 
stojącymi  za  przepierzeniami  na  kawałku  odgrodzonego 
chodnika.  Każdy  ze  stolików  miał  nad  sobą  zabawny, 
kolorowy parasol. Było to znacznie mniej eleganckie miejsce 
niż bar w hotelu Four Seasons, ale jeśli ma to poprawić humor 
Clarissie,  to  Mark  był  gotów  pić  nawet  podrzędną  whisky  w 
tym chodnikowym lokaliku.

Ujął  ją  pod  łokieć  i  poprowadził  przez  tłum.  Był 

świadomy  zazdrosnych  spojrzeń  mężczyzn  i  kobiet, 
skierowanych  na  siebie  i  na  Clarissę.  Wypinał  też  dumnie 
pierś. Chociaż nie była jego dziewczyną, a on jej mężczyzną, 
miło  było  przynajmniej  udawać,  że  tak  jest.  Przed  wejściem 
do „ogródkowej" kawiarenki stała kolejka i młody cerber nie 
wpuszczał nikogo, póki nie zwolnił się któryś ze stolików.

- Warto  poczekać - zapewniła  go  Clarissa,  nim  zdołał 

wyrazić  swe  niezadowolenie. - Tu  mają  najlepsze  piwo. 
Wielki wybór piw importowanych.

I  ona  tą  informacją  chce  mnie  zachęcić? - pomyślał  z 

rozbawieniem, ale pragnąc jej zrobić przyjemność, odparł:

- Co ty mówisz! Wspaniale!
- Jeśli  wolisz  iść  gdzie  indziej... - zaczęła,  a  jemu  się 

wydało, że zadrżały jej wargi.

- Ach nie, nie - zapewnił. - Naprawdę, Clarisso. Ja bardzo 

lubię importowane piwo.

Nie  tylko  nie  zdołał  tym  oświadczeniem  powstrzymać 

drżenia warg Clarissy, ale zobaczył wzbierające w jej oczach 
łzy. Jęknęła płaczliwie, po czym zasłoniła ręką usta i po prostu 
się odwróciła.

background image

Mark  pomyślał,  że  gdyby  jego  matka  zaczęła  płakać  w 

centrum Bostonu, to by ją wziął w ramiona i pocieszał. Gdyby 
załkała  jego  siostra,  uczyniłby  to  samo.  Gdyby  w  pobliżu 
najbliższego  od  Quincy  Market  skrzyżowania  wybuchnęła 
łzami  jego  kuzynka  Frances,  której  nigdy  nie  lubił  i  która 
pachniała  gnijącymi  stokrotkami,  to  też  by  ją  objął  i  utulił. 
Pocieszenie w ten sam sposób Clarissy wydawało mu się więc 
rzeczą zupełnie naturalną.

Instynktownie  się  cofnęła,  gdy  jej  dotknął,  ale  szybko 

zmieniła zdanie i bezsilnie opadła w jego ramiona, łkając i coś 
tam  papląc  bez sensu  i  skrępowania.  Zaniemówił,  zdumiony, 
że  taka  drobna  istotka  potrafi  odegrać  tak  wielką  scenę.  Był 
również  zaskoczony,  stwierdzając,  że  nawet  z  zapłakanymi  i 
czerwonymi jak u królika oczami oraz z policzkami mokrymi 
od łez Clarissa jest nieprawdopodobnie piękna.

Podał  jej  chusteczkę,  w  którą  zaczęła  z  przejęciem 

szlochać.  Ludzie  w  kolejce  zaczęli  trącać  się  łokciami.  Mark 
doszedł  do  wniosku,  że  nadszedł  czas  na  zdecydowane 
działanie. Objął Clarissę i poprowadził ją prosto do cerbera w 
kawiarnianej furtce.

- Ta  pani  otrzymała  przed  chwilą  okropną  wiadomość -

powiedział  do  młodego  człowieka,  sięgając  do  kieszeni  po 
portfel. - Potrzebuje  jakiegoś  ustronnego  miejsca,  żeby  dojść 
do sobie. I drinka. - Dyskretnie wyciągnął z kieszeni banknot i 
wcisnął  w  dłoń  strażnika. - Może  pan  nam  gdzieś  znajdzie 
ustronny  stolik?  Najlepiej  wewnątrz  lokalu.  Gdzieś,  gdzie 
można usiąść w odosobnieniu...

Cerber  bez  skrępowania  obejrzał  banknot,  stwierdził,  że 

ma wystarczający nominał i entuzjastycznie pokiwał głową.

- Ależ oczywiście!

Skinął  na  Marka,  by  szedł  za  nim.  Kilka  osób  w  kolejce 

zaczęło głośno protestować, ale Mark to zignorował, Clarissa 
zaś była w takim, stanie, że protesty na szczęście do niej nie 
docierały.

W niespełna minutę znaleźli się w odosobnionym pokoiku 

na zapleczu głównej sali. Pomieszczenie to – obite wiśniową, 
satynową  tapetą W  paski,  z  wiktoriańską kanapką  dla  dwóch 
osób, z parą głębokich foteli, z owalnym mahoniowym stołem 
na jednej nodze i z różowym dywanem - miało zdecydowanie 

background image

aurę burdelowego saloniku. Mark poprowadził Clarissę prosto 
do  siedziska  dla  zakochanych,  bowiem  zamierzał  zająć  obok 
niej  miejsce  i  służyć  ramieniem,  w  które  mogłaby  spokojnie 
dalej chlipać.

- Proszę  powiedzieć  kelnerowi,  żeby  nam  podał  dwa 

kieliszki  courvoisiera  i  szklankę  zimnej  wody  dla  pani -
zwrócił się do młodego człowieka, który ich tu przywiódł.

Młody  człowiek  wyszedł,  zamykając  drzwi  i  tym samym 

izolując Marka i Clarissę od reszty świata. Clarissa wydobyła 
się na tyle z histerycznej zapaści, by spytać:

- Gdzie jesteśmy?
- W jednym z gabinetów tego lokalu.
- Ooo? - Zdumiała  się,  a  następnie  otrzymaną  od  Marka 

chusteczką  otarła  policzki. - O  Boże,  przecież  to  jedwab! -
wykrzyknęła, patrząc na mokrą chustkę.

- O  co  chodzi?  Źle  reagujesz  na  jedwab?  Jesteś 

alergiczką?

- Nie,  nie,  tylko  że  na  jedwabiu  zostają  ślady.  Jedwab 

pierze się chemicznie, nie można go moczyć...

- Nie  bądź  niemądra,  chustka  jest  do  używania.  Kiedy 

nadal się wahała, wyrwał chusteczkę z jej dłoni

i  wytarł  nią  do  sucha  mokre  jeszcze  policzki.  Chyba 

najgorsze  załamanie  już  minęło,  bo  Clarissa  kilka  razy 
pociągnęła nosem i wstydliwie spuściła oczy, co wywołało w 
nim znów pragnienie pogłaskania ślicznej buzi.

Przyglądał  się  jej  ciekawie.  Nigdy  nie  widział  Jane 

płaczącej, nigdy w podobnym stanie. Zawsze była opanowana. 
Rzecz  jasna,  że  to  podziwiał,  niemniej...  Niemniej  chyba 
każdy  mężczyzna  pragnie  od  czasu  do  czasu  spotkać  słabą 
istotkę  płci  odmiennej,  którą  trzeba  się  zaopiekować  i 
pocieszyć.  Mark  niegdyś  postanowił,  że  ożeni  się  tylko  z 
kobietą, którą uzna za równą sobie. Ale może nie miał racji? 
Może  w  istocie  jest  niereformowalnym  szowinistą,  który 
reaguje na kruche istoty, takie jak Clarissa, ponieważ są takie 
delikatne i rozkoszne?

Clarissa  przejęła  chusteczkę  z  jego  dłoni  i  wytarła  nos, 

dmąc  co  sił  w  płucach.  Chusteczkę  położyła  na  stoliku  i 
skrzyżowała nogi. Manewr ten odsłonił je o co najmniej pięć 

background image

dodatkowych  centymetrów.  Uda  miała  szczupłe,  ale  Marka 
zafascynowały przede wszystkim jej niezwykle drobne kolana.

Usłyszał  pukanie,  po  czym  drzwi  się  otworzyły  i  wszedł 

kelner,  niosąc  zamówiony  koniak  i  szklankę  wody.  Postawił 
tacę na stole, uśmiechnął się niepewnie do Marka i wyszedł.

- Co  to  jest? - spytała  podejrzliwie  Clarissa,  wskazując 

kieliszki.

- Koniak. Świetna rzecz na to, co cię boli.

Mark podał jej jeden kieliszek, drugi sam podniósł do ust. 

Nim  posmakował,  Clarissa  upiła  malutki  łyczek,  po  czym 
wzdrygnęła się i odstawiła kieliszek.

- Ojej, jakie to mocne! - powiedziała.
- Czujesz się lepiej?
- Tak. Nie. - Westchnęła i ponownie upiła trochę koniaku.
- Powiesz mi teraz, o co chodzi z tymi wszystkimi łzami?

- spytał.

- Stracę pracę - powiedziała.

Na chwilę podniosła oczy i zaraz je opuściła.

- Chyba  żartujesz!  Dlaczego  miałabyś  stracić  pracę? -

Potwierdziła swe przypuszczenie energicznym potakiwaniem.
- To  niemożliwe.  Czy  Jane  o  tym  wie?  Czy  to  może  ona...? 
Porozmawiam z nią i nie pozwolę...

- Ona nic nie wie. O Boże!

Clarissa  wydała  jęk  rozpaczy,  najwidoczniej  skłonna 

rozpłakać  się  znowu.  W  ostatniej  chwili  zmieniła  zamiar  i 
ponownie  wzmocniła  się  koniakiem.  Mark  uznał,  że  to  był 
bardzo rozsądny krok.

- Czy za tym stoi ktoś inny w firmie? Bo jestem pewien, 

że  skoro  to  nie  Jane,  na  pewno  będzie  walczyła,  żeby  cię 
zatrzymać.

- Nie będzie walczyła. Nie masz pojęcia, co się tu dzieje. 

Jane nie jest... - Urwała, zagryzając wargi.

- Nie jest co? - spytał, nieco spięty i czujny, spodziewając 

się jakiejś niespodzianki. Bardzo był z tego niezadowolony.

Clarissa nie odpowiedziała na to pytanie, więc sam zaczął 

komponować  przypuszczalny  ciąg  dalszy  jej  obwieszczenia, 
że  „Jane  nie  jest...":  zdolna  przeciwstawić  się  siłom 
czyhającym na Clarissę, nie jest dobrą szefową, nie jest taka, 
jak Mark sobie wyobraża. A może nie wraca do Bostonu?

background image

- Dokończże! - Mark  nie  mógł  wytrzymać  napięcia. 

Clarissa urywanie westchnęła.

- Nie powinnam tu z tobą siedzieć. Postępuję bardzo źle. -

Wpatrzona  w  swoje  śliczne  kolano,  pociągnęła  nosem. -
Musisz mi wierzyć, Mark, że ja uwielbiam Jane. Po prostu ją 
uwielbiam!

- Oo!

Sprawa  jest  bardziej  skomplikowana,  niż  mu  się 

wydawało.  Był  w  swoich  poglądach  liberalny,  skoro  jednak 
Clarissa  przedkłada  kobiety  nad  mężczyzn...  to  trudno.  Choć 
to wielka strata dla męskiego gatunku.

- To  niezbyt  dobrze  wchodzić  w  podobne  układy  z 

pracodawczynią - powiedział ostrożnie, badając grunt.

- O  czym  ty  mówisz?  Ach,  nie! - Zachichotała  mimo 

depresji. - Ja nie o takim uwielbieniu mówiłam.

Poczuł ulgę, ale wstrzymał się z okazaniem radości.

- Źle  trafiłabyś,  okazując  takie  uwielbienie.  Jane  nie  ma 

najmniejszych skłonności...

Clarissa ponownie westchnęła i pokiwała głową.

- Mark, to jest po prostu tragedia...
- Może byś mi wreszcie powiedziała, o co chodzi. Co jest 

tragedią?

- Nie mogę ci powiedzieć. Oprócz tego, że nie powinnam 

tu z tobą siedzieć i że nie będę mogła pracować u Jane...

- Widzę,  że  ja  i  Jane  jesteśmy  dla  ciebie  źródłem 

problemów. - Usiłował obrócić wszystko w żart.

- To  prawda - potwierdziła  ponuro.  Rzuciła  okiem  na 

Marka i sięgnęła po kieliszek. Po niebezpiecznie długim łyku 
wyrzuciła  z  siebie: - Ja  was  oboje  uwielbiam!  Oto  mój 
problem.

Trójkąt,  pomyślał  Mark.  Jane  się  na  to  nie  zgodzi.  Nie 

byłaby  skłonna  do  podobnego  eksperymentu.  Ale...  Raz 
jeszcze zdumiewając się samym sobą, Mark musiał przyznać, 
że  bardzo  mu  odpowiada  to,  że  Clarissa  uwielbia  ich  oboje. 
Jego  umysł  jak  gąbka  wchłonął  ten  pomysł,  a  jego  ciało  w 
specyficznych rejonach wyraziło zdecydowaną aprobatę.

- Ale  to  nie  powinno  być  przecież  powodem  łez -

powiedział. - Uwielbiasz  Jane,  uwielbiasz  mnie.  Jestem 

background image

pewien,  że  Jane  uwielbia  ciebie.  A  jeśli  o  mnie  chodzi,  to 
chyba nie wątpisz, że także należę do twoich wielbicieli.

Clarissa  zerknęła  na  Marka.  Ciekawość  nieco  złagodziła 

dotychczasową rozpacz w jej oczach. Szybko jednak opuściła 
wzrok i potrząsnęła smutno głową.

- To bardzo, bardzo zła sytuacja - oznajmiła.
- Co  jest  złą  sytuacją?  Nie  bądź  melidramatyczna, 

Clarisso! Cóż jest złego w tym, że ludzie cię uwielbiają?

- To  jest  okropne,  bo  masz  zamiar  ożenić  się  z  Jane. 

Umilkła, obracając nerwowo palcami kieliszek. Jej

ostatnie  słowa  jakby  zawisły  w  powietrzu,  zmuszając 

wreszcie Marka do żądania pytania:

- Trochę cię nie rozumiem. Mam zamiar, więc co z tego?
- Właśnie z tego wszystko bierze początek.

Teraz przestał już w ogóle rozumieć. Coś tu się dzieje, co 

wykracza  poza  bezsporny  fakt,  że  Clarissa  mu  się  podoba. 
Czuł jakieś przedziwne wibracje, które ich oboje obejmowały. 
Tu nie chodzi tylko o trójkąt i wzajemne uwielbienie.

- Zupełnie nie rozumiem, co mają z tym wspólnego moje 

zamierzenia?  Jane  i  ja  postanowiliśmy  się  pobrać,  ale  nasz 
ślub  jest  przewidziany  dopiero  na  sylwestra,  a  do  sylwestra 
jest  jeszcze  wiele  miesięcy - dodał,  jakby  chciał  dać  do 
zrozumienia,  że  w  tym  czasie  jeszcze  wiele  może  się 
wydarzyć,  i  to  rzeczy  nie  mających  nic  wspólnego  z  Jane,  a 
wiele z dwiema osobami przebywającymi w obecnej chwili w 
tym burdelowatym gabinecie. - Czy jest coś niestosownego w 
moim porozumieniu z Jane?

Brak  odpowiedzi Clarissy  na tak wyraźne pytanie bardzo 

go zbulwersował. Mobilizując wyobraźnię, usiłował wydobyć 
z  pamięci  twarz  Jane,  całą  Jane:  świetnie  uszyty  kostium  od 
Donny  Karan,  starannie  wymodelowane  kasztanowe  włosy, 
oczy szare, spojrzenie jasne i energiczne, głos wypowiadający 
dobrze skonstruowane, inteligentne zdania. Oczami wyobraźni 
widział ją przy śniadaniowym stole, omawiającą z nim tytuły 
w „Boston Globe". Widział ją wychodzącą z budynku sądu, ze 
skórzaną  aktówką w ręku.  Sprawia zawsze  wrażenie wielkiej 
damy,  łaskawie  spoglądającej  na  swój  świat  i  swych 
poddanych.  Wyobrażał  ją  sobie  pochyloną  nad  biurkiem, 
głęboko  zadumaną  nad  poważnymi  problemami  prawnymi, 

background image

późnym  wieczorem,  przy  zapalonej  na  biurku  tylko  jednej 
lampie...

Potem  usiłował  ją  sobie  wyobrazić  w  łóżku,  ale  tu 

wyobraźnia  go  zawiodła. - Nie  mógł  wykrzesać  żadnego 
obrazu.

- Dokąd  nas  prowadzi  ta  rozmowa? - spytał  wreszcie, 

przechodząc ze stanu zdumienia w stan głębokiego niepokoju.

- Donikąd - odparła,  odstawiając  kieliszek  i  zdejmując 

nogę z nogi. - Powinnam już iść.

Zaczęła  wstawać,  ale  Mark  zerwał  się  na  równe  nogi, 

błyskawicznie  postanawiając,  że  nie  pozwoli  jej  odejść,  póki 
nie  uzyska  wyjaśnienia  enigmatycznych  wypowiedzi  i 
powodów takiej obfitości łez. I póki Clarissa mu nie powie, co 
się dzieje z Jane... I póki jeszcze nie utuli Clarissy.

To  ostatnie  wydarzyło  się  pierwsze.  Clarissa  nagle 

znalazła  się  w  jego  objęciach,  jej  usta  zetknęły  się  z  jego 
ustami, jej ciało z jego ciałem. Wszystko to odbyło się jakby 
w  choreograficznym  rytmie.  Może  gdyby  miał  czas  się 
zastanowić... Nawet po zastanowieniu też by ją pocałował.

Najbardziej  zdumiewające  w  tym  wszystkim  było  to,  że 

ona  oddała  mu  ten  pocałunek.  Żarliwie.  Z  niehamowaną 
namiętnością. Ze skutkami poważniejszymi niż sprawić może 
najsilniejszy koniak.

- Nie  powinniśmy  tego  robić - szepnęła  z  wargami  przy 

jego wargach.

- Tym  się  nie  martw - szepnął,  wodząc  ustami,  po  jej 

policzkach  i  wplatając  palce  w  gęste,  czarne  włosy,  by 
skierować  jej  odwróconą  nagle  twarz  ku  sobie.  Ponownie 
dotknął ustami jej ust, pragnąc następnego pocałunku.

Przemknęło  mu  przez  myśl,  że  trzyma  w  objęciach 

najcudowniejszą  istotę  na  ziemi.  Język  Clarissy  pieścił  go, 
wywołując naturalną męską reakcję.

- Mark, Mark - jęknęła, odrywając usta. - Źle robimy. Nie 

powinniśmy... - Ukryła  twarz  w  jego  szyi.  Czuł  jej  mokre 
wargi  na  skórze.  Gdyby  była  wampirem,  to  ofiarowałby  jej 
teraz  całą  krew,  która  płynęła  w  jego  żyłach.  Niech  pije! 
Niech  go  gryzie.  Bez  najmniejszego  żalu  dałby  wyssać  z 
siebie wszystko.

Wtulił nos w jej włosy pachnące jaśminem.

background image

- Jeszcze nie jestem żonaty - przypomniał.
- Nie  możesz  ożenić  się  z  Jane - powiedziała.  Powoli 

odsunął  się,  niezbyt  pewny,  co  Clarissa  ma  na myśli.  Czyż 
jeden  namiętny  pocałunek  miałby  oznaczać  unieważnienie 
zaręczyn?

Chyba  tak.  Zupełnie  możliwe,  że  minuta  pożądania  innej 

kobiety  dyskwalifikowała  go  jako  kandydata  do  pobożnego 
życia  z  Jane  Thayer.  Jeszcze  nie  był  tego  zupełnie  pewien  i 
chciał rozważyć sprawę spokojnie i racjonalnie, ale nie wtedy, 
kiedy  drobne  ciałko  Clarissy  wtapia  się  w  niego,  a  jej  usta 
nadal spoczywają na jego szyi.

- Dlaczego nie mogę ożenić się z Jane? - spytał głuchym 

głosem.

- Tego nie mogę ci powiedzieć. Niech ona to zrobi.

Poczuł  silne  pulsowanie  w  skroniach.  Chciałby  ułożyć, 

uporządkować swoje życie. W ciągu minionych paru dni miał 
zbyt  wiele  rozstrajających  niespodzianek.  Nie  znosił 
niespodzianek. Chciałby, aby wszystko powróciło do normy i 
potoczyło się tak, jak założył.

Ale  również  chciał  wziąć  do  łóżka  Clarissę,  pokazać  jej, 

co  potrafi...  Przede  wszystkim  jednak  usiłował  odzyskać 
panowanie  nad  sobą.  Wyzwalając  się  od  Clarissy, 
przemyśliwał  jej  ostatnie  słowa.  Co  Jane  miałaby  mu 
powiedzieć? Cokolwiek ma to być, Clarissa zna jakiś sekret,

- Rozmawiałaś z nią? - spytał.
- Co dzień z nią rozmawiam - odparła wymijająco.
- I co ona ci dziś powiedziała? Co nowego?
- Nie  mam  prawa  o  tym  z  tobą  mówić.  Musisz  sam  ją 

spytać.

- To po co w ogóle poruszyłaś temat, jeśli nie masz prawa 

go rozwinąć?

- Bo... nie chcę... żebyś został głęboko zraniony... W jakiż 

sposób  Jane  mogłaby  go  zranić?  Sama  myśl była 
nieprawdopodobna.

- Bardzo to szlachetnie z twojej strony, Clarisso, ale...
- Wcale  nie  jestem  szlachetna - odparła,  rzucając  się  ku 

drzwiom. Jej dolna warga znowu zaczęła drżeć, jak u królika.
- Nie  chcę,  żeby ktokolwiek cię zranił,  ponieważ się  w tobie 
zakochałam...

background image

Otworzyła  drzwi  i  wybiegła,  nim  zdołał  ją  powstrzymać. 

Powinien  pobiec  za  nią,  zatrzymać,  posadzić  z  powrotem  na 
kanapce i zażądać, by wspólnie wszystko rozpatrzyli. Jak para 
dojrzałych,  rozsądnych  ludzi.  Ale  nie  zrobił  ani  kroku.  Stał 
skamieniały  w  tym  nieprawdopodobnym  czerwonym 
gabinecie i jak sztubak uśmiechał się głupawo na wiadomość, 
że zakochała się w nim Clarissa Bonnert.

Cody  zastanawiał  się,  co  od  dziwki  można  kupić  za 

dwadzieścia  dolarów.  Czy  od  Suzie  dowie  się  tego,  czego 
chce?  I  czy  Suzie  przyjdzie  do  La  Luny?  Ale  czy  to  go  tak 
bardzo obchodzi?

Od poprzedniego dnia bar nie zmienił się: cegła, terakota i 

polerowany  mosiądz.  Te  same  zapachy:  whisky  i  mięso 
pieczone  na  węglu.  I  jak  poprzedniego  wieczoru - tęskne 
bluesy.

Jednakże poprzedniego wieczoru Cody myślał o pastorze, 

a  dziś  wyłącznie  o  Jane.  Obiecała  jeszcze  tam,  na  tych 
nieszczęsnych  schodach,  że  się  z  nim  spotka  w  La  Luna  o 
szóstej.  Przyszła  punktualnie.  Ubrana  była  tak  samo  jak  po 
południu. Dodała tylko turkusowy szal i na palcu nie miała już 
zaręczynowego pierścionka.

Wciągnął  ją  w  sytuację,  jakiej  pragnął.  Może  jeszcze 

niezupełnie.  Pragnął  nieco  więcej.  Pragnął  ją  mieć  w 
ramionach.  Pragnął  mieć  w  ramionach  jej  wyswobodzone  z 
ubrania ciało. Po wstępie na schodach nie wątpił, że jest blisko 
celu.

Powstał jednak jeden problem i zrodziło się pytanie: w co 

ona go wciągnęła? W co dał się wpakować?

Przed  pocałunkiem  na  schodach  z  satysfakcją  myślał  o 

nostalgicznym  seansie  na  sianku - o  uroczystym  pożegnaniu 
swej  „przyszłej  byłej  żony",  w  imię  dawnych  czasów  i  tak 
dalej. Nie wychodził myślami poza jedną noc barwnych ogni 
sztucznych.

Ale  po  południu,  po  wyjściu  Jane,  po  kilkugodzinnym 

udowadnianiu,  jakim  to  jest  dobrym  fotografem,  w  dodatku 
zatrudnionym  przez  wielką  gazetę,  po  obejrzeniu  zdjęć  z 
wypadku z jeepem, po gorącej debacie z redaktorem na temat 
tego, jakie zdjęcia zostaną opublikowane, jeśli w ogóle któreś 
z nich może być opublikowane, zaczął intensywnie rozmyślać. 

background image

Coś mu podpowiadało, że chce więcej niż miłosnej przygody 
z Jane. Chce z powrotem swojej żony.

Ostatnim  razem,  kiedy  jeszcze  z  nią  był  i  tak  bardzo  jej 

pożądał, opuściła go. Pozostał sam i poczuł się jak na pustyni. 
Nie  sądził,  że  można  tak  cierpieć  jak  on  wtedy.  Został 
uziemiony,  unicestwiony,  wyzuty  ze  wszystkiego.  Nie  może 
dopuścić do tego po raz drugi.

I  tak  będzie,  Tym  razem  nie  jest  bezbronny.  Wie,  po  co 

Jane przyleciała do Nowego Orleanu. Po odwrotność tego, co 
wypowiada  się podczas  zaślubin: „...aż  śmierć nas rozłączy". 
Co  jego  i  Jane  może  wiązać?  Wyłącznie  seks.  A  więc  dużo 
seksu  i  żadnych  zobowiązań.  Tym  razem,  gdy  ją  posiądzie, 
będzie doskonale wiedział, jak to się skończy.

Ten ostatni wniosek całkowicie go zadowalał. Jest w tym 

sens.  A  wrócić  z  nią  do  Bostonu?  Nic  by  z  tego  nie  wyszło. 
Kiedy  więc  Jane  będzie  chciała  wracać,  otworzy  przed  nią 
drzwi i wskaże drogę.

Kiedy wszedł do baru, Jane już czekała, co oznaczało, że 

albo  pali  się  do  spotkania  z  Codym,  albo  że  nie  ma  nic 
lepszego  do  roboty.  Bez  względu  na  powody,  miała  pewne 
trudności  z  patrzeniem  mu  w  oczy.  Ilekroć  na  nią  spojrzał, 
opuszczała głowę i zaczynała się bawić szalem.

Bardzo  by  chciał  położyć  dłonie  na  te  miejsca,  których 

dotykał szal. Mój Boże, jaka ona była cudowna, kiedy ją objął 
po  południu.  Słodka,  ciepła  i  chętna.  Jej  zduszony  szept,  jej 
usta szukające jego ust, jej dłonie na jego plecach.

- Napijesz się czegoś?

Złapał  się  na  tym,  że  mówi  ochrypłym  głosem. 

Potrząsnęła przecząco głową.

- Myślisz, że Suzie przyjdzie? - spytała.
- Jeśli w tym czasie nie znajdzie nikogo, kto da jej więcej 

niż dwadzieścia dolarów... Pieniądze mają dar przekonywania.

- Powinnam była zaproponować jej więcej.
- Dwadzieścia dolarów to o piętnaście za dużo.
- Musisz  mi  wybaczyć,  ale  nie  znam  honorariów 

nowoorleańskich prostytutek - warknęła.

Cody  bardzo  lubił,  kiedy  doznawał  uszczerbku  bostoński 

sznyt,  pseudoarystokratyczny  i  fałszywy,  którego  nigdy  nie 
znosił.

background image

Otworzyły się drzwi i weszło dwóch młodych mężczyzn w 

szelkach,  z  rozluźnionymi  krawatami - bez  wątpienia  para 
urzędników,  pragnących  zmyć  smak  dnia  spędzonego  za 
biurkiem.  Drzwi  już  się  zamykały,  kiedy  jakiś  dobrze 
wychowany  młodzieniec  przytrzymał  je,  zauważywszy 
podchodzącą do wejścia kobietę.

- Oto nasza przyjaciółka - mruknął Cody.

Kiedy  Jane  odwróciła  się,  Suzie  sunęła  w  ich  kierunku, 

budząc  ogólne  zainteresowanie  wystudiowanymi  ruchami 
pośladków.  Miała  na  sobie  jedną  ze  swych  przezroczystych 
spódniczek i przejrzystych bluzek.

Na  Codym  nie  zrobiło  to  najmniejszego  wrażenia.  Suzie 

przesadzała.

Plasnęła na krzesło przy ich stoliku, wyciągnęła z torebki 

paczkę  papierosów  i  wręczyła  Cody'emu  zapalniczkę,  jakby 
był  starym  przyjacielem  i  podawanie  jej  ognia  należało  do 
jego  obowiązków,  stanowiących  część  łączącego  ich  rytuału. 
Cody spełnił jej żądanie i czekał cierpliwie, aż się zaciągnie i 
będzie gotowa mówić.

- No  więc  jestem - obwieściła,  wypuszczając  kłąb dymu 

prosto w twarz Jane.

- Bardzo  to  sobie  cenimy - odparła  Jane  szybko. - Czy 

udało się pani uzyskać adres Stanleya Robertsa?

Suzie  spojrzała  na  nią  przeciągle.  Wydawała  się  nieco 

speszona,  że  Jane  przystępuje  do  istoty  rzeczy  bez  wstępów, 
bez  wymienienia  choćby  paru  grzecznościowych  zdań.  Nie 
wiedziała,  że  Jane  zawsze  chwyta  byka  za  rogi.  Jeśli 
oczywiście chce.

- O  ile  dobrze  zrozumiałam,  to  miałam  otrzymać  pewną 

drobną kwotę - przypomniała, zaciągając się nerwowo.

Jane  potwierdziła  skinieniem  głowy  i  spojrzała  na 

Cody'ego.

A  więc  to  on  ma  pokryć  koszty?  Jane  ustaliła  cenę,  ale 

rachunek  ma  płacić  on!  Nie  chodziło  mu  specjalnie  o 
pieniądze. Stać go było na dwadzieścia dolarów, poza tym to 
on był w tarapatach z powodu pozwu pastora Boba, niemniej...

Obrzuciwszy  Jane  pełnym  niezadowolenia  spojrzeniem 

wyciągnął portfel, wyjął z niego dwudziestodolarowy banknot 
i położył na stole.

background image

Suzie sięgnęła po pieniądze, ale Cody tak szybko położył 

dłoń na banknocie, że go niemal oparzyła trzymanym między 
palcami papierosem.

- Dopiero jak się dowiem, gdzie Stanley Roberts zawiesza 

na noc kapelusz - powiedział.

- Bez pieniędzy nie powiem. - Pieniądze są, leżą na stole.

Nie  miał  wielkiej  ochoty  bawić  się  z  tą  kobietą  w 

ciuciubabkę.  Chciał  tylko  otrzymać  to,  za  co  płaci.  Suzie 
głęboko  westchnęła  i  ze  złotej  puderniczki  wyjęła  skrawek 
papieru.

- Proszę - powiedziała. - Ma  mieszkanie  w  Metanie. 

Zabieram pieniądze.

Zdjął rękę z banknotu i podniósł do oczu pasek papieru nie 

większy niż paznokieć, pokryty mikroskopijnym pismem.

- Lewo  mogę  przeczytać.  A  właściwie  nie  mogę -

poskarżył się.

- Daj mi - zaproponowała Jane. Wzięła papierek, ustawiła 

go pod kątem, odsunęła na odległość ręki, pokiwała głową. Z 
torebki  wyjęła  oprawiony  w  skórę  notes  i  srebrne  pióro, 
przepisała  adres  i  pokazała  kartkę  Suzie. - Czy  dobrze 
zapisałam? - spytała.

- Tak.  On  wynajmuje  to  mieszkanie  na  warunkach 

krótkoterminowych.  Płaci  co  tydzień,  wszystkie  wolne 
pieniądze wydaje na igraszki.

-

Ale  typek

-

mruknęła  Jane,  dzieląc  się 

porozumiewawczym spojrzeniem z Suzie. - No cóż, Cody, ten 
człowiek ocalił twoją duszę. Twoja kolej ocalić jego.

- Za bardzo to go nie ocalaj, kochasiu - wtrąciła Suzie.
- Mam duże wydatki i Stanley mi pomaga im sprostać.
- Schowała  dwadzieścia  dolarów  do  wypełnionej 

drobiazgami  torebki  i  zgasiła  papierosa  w  popielniczce. - I 
pamiętaj, kochasiu, tego adresu nie dostałeś ode mnie. My się 
nie znamy i w ogóle nigdy nie rozmawialiśmy.

- Może i nie rozmawialiśmy, ale jeśli informacja okaże się 

fałszywa,  to  jeszcze  pogadamy - ostrzegł  Cody,  któremu 
bardzo  nie  podobała  się  ta  chwila  kobiecego  porozumienia 
między Jane i Suzie. W spojrzeniu Jane wyczytał konstatację, 
że  wszyscy  mężczyźni  są  właściwie  tacy  sami.  I  że  wszyscy 
kupują miłość po piesku od prostytutek.

background image

- Liczę  na  pańską  wyrozumiałość,  panie  Sinclair -

powiedziała  Suzie. - Nie  było  mi  łatwo  uzyskać  ten  adres. 
Wczoraj  wieczorem  w  motelowym  pokoju  musiałam  szperać 
po  portfelu  Stanleya,  kiedy  on  siedział  na  kiblu.  Notowałam 
na  karteluszku  pod  telefonem.  Malutkimi  literkami,  żeby  nie 
zauważył,  że  papier  zniknął.  Ledwo  zdążyłam  oderwać  i 
schować ten skrawek wtedy, kiedy on był bardzo mną zajęty. 
Są takie chwile, że mężczyzna nic nie widzi i nic nie słyszy, 
tak jest zajęty swoją robotą.

Suzie  i  Jane  wymieniły  kolejne  porozumiewawcze 

spojrzenie.

- Mężczyźni  są  zawsze  wszystkiego  świadomi -

zaprotestował  sentencjonalnie  Cody. - W  każdym  razie 
porządni mężczyźni. Dobrzy mężczyźni.

- Nie będę się spierać. Stan to kochane chłopisko, ale czy 

on  jest  dobry,  to  ja  tam  nie  wiem.  W  każdym  razie  bardzo 
dużo dla pana zrobiłam. Dwadzieścia dolarów ledwo pokrywa 
moje koszty. Zdenerwowanie, ryzyko...

- Zgodziliśmy się na dwadzieścia - odparł ostro. - Chodź, 

Jane, pójdziemy sprawdzić, czy Suzie nie zrobiła nam kawału.

Jane obdarzyła Suzie przepraszającym spojrzeniem.

- Dziękuję pani za pomoc.
- Dziękuję za pieniądze. Czasami to mnie aż dziw bierze, 

za  co  ludzie  gotowi  są  płacić. - Uśmiechając  się  jak  opity 
śmietanką  kocur,  wstała  i  powędrowała  godnie  do  baru, 
trzymając  zapalniczkę  i  gotowego  do  zapalenia  papierosa. 
Przy barze podał jej ogień jakiś nieszczęsny typek. Cody był 
przekonany,  że  nim  minie  wieczór,  Suzie  będzie  bogatsza  o 
znacznie więcej niż dwadzieścia dolarów.

- Ciekawa  jestem,  jak  i  gdzie  Suzie  ukryła  ten  skrawek 

papieru przed naszym pastorem - powiedziała Jane.

- Nie  domyślasz  się? - spytał  cynicznie.  Jane  zbladła  i 

puściła papier, jakby ją parzył.

- No  nie,  nie,  mogła  przecież  schować  między  palcami 

stopy - usiłował  się  poprawić. - Albo  we  włosach.  Przypięła 
go szpilką.

- Zostawmy ten temat - zdecydowała. - Czy wiesz, gdzie 

to jest?

- Dowiem się. Jedziemy do Metairie.

background image

- Jedziemy - odparła i też wstała.

background image

Rozdział 10

W  samochodzie  Cody'ego  było  okropnie  gorąco. 

Dodatkową  udrękę  stanowił  smród  spalin,  wdzierających  się 
przez  najwidoczniej  dziurawą  podłogę.  Jane  wierciła  się  i 
kręciła. W pewnym momencie trąciła niechcący Cody'ego.

- Przepraszam - powiedziała.

Miała dziś dzień przeprosin. Przed obecnym spotkaniem z 

Codym układała w ciszy hotelowego pokoju swoją rozmowę z 
Markiem:

„Przepraszam cię, Mark, ale nie mogę za ciebie wyjść. Nie 

jestem  jeszcze  gotowa,  żeby..."  Żeby  co?  Dorosnąć? 
Ustatkować  się?  Przecież  tak  nie  można!  Ma  już  trzydzieści 
lat,  wkrótce  zostanie  wspólniczką  w  szacownej  firmie 
adwokackiej,  słychać  już  też  nieubłagane  tykanie 
biologicznego  zegara,  i  nie  jest  gotowa  się  ustatkować? 
Jeszcze  do  tego  nie  dojrzała?  Kobiety  Thayerów  są  od 
urodzenia gotowe do ustatkowania się.

A  może  tak:  „Przepraszam  cię',  Mark,  ale  nie  mogę  za 

ciebie wyjść, bo nie podniecasz mnie tak jak Cody Sinclair. I 
nie  budzisz  we  mnie  takiego  pożądania  jak  on".  Jak  gdyby 
można  było  budować  małżeństwo  na  seksie!  Już  raz  to 
próbowała - z opłakanym skutkiem. Być może Cody i ona nie 
pobili  światowego  rekordu,  jeśli  chodzi  o  krótkotrwałość 
małżeństwa,  ale  dwa  miesiące  to  już  sam  w  sobie  rekord 
maksymalnej  długości  małżeństwa  opartego  wyłącznie  na 
fizycznym pożądaniu.

„Przepraszam cię, Mark, ale nie mogę za ciebie wyjść, bo 

wyszłam za mąż dwanaście lat temu i mam już męża". No ale 
przecież  może  się  go  pozbyć.  Wystarczy  po  powrocie  do 
Bostonu  złożyć  dokumenty  w  sądzie  i  rozwód  stanie  się 
legalny.  To,  co  wydarzyło  się  na  klatce  schodowej,  nie 
zmienia  faktu,  że  do  Nowego  Orleanu  przyleciała  wyłącznie 
po podpis Cody'ego i nie opuści tego miasta, póki podpisu nie 
uzyska.

„Przykro mi i przepraszam, Mark, ale nie mogę wyjść za 

ciebie,  póki nie wykombinuję, jak wyleczyć się z Cody'ego". 
Tak, to musi wystarczyć, ponieważ to jest prawda. Nie może 
być  dalej  żoną  fotografa  wagabundy,  powiedzmy, 

background image

półwagabundy,  który  pogardza  wszystkim,  co  dla  niej  jest 
istotne i ważne: jej pochodzenie, pragnienie ustabilizowanego 
życia,  bostońskie  korzenie.  Nie  może  też  pozostawać  jego 
żoną  z  innego  bardzo  istotnego  powodu:  Cody  nie  objawił 
wobec  niej  żadnych  pozytywnych,  głębokich  uczuć,  oprócz 
wielkiego  urazu  zaprawionego  prymitywnym  pożądaniem. 
Nie  kocha  jej.  Zresztą  nie  powinien  jej  kochać.  Właściwie 
tego nie chciała.

Powinna  natomiast  coś  zrobić  z  tym  jego  urazem.  I  tak 

pożegnanie z Codym będzie trudne, ponieważ jej serce nadal 
żywiej  dla  niego  biło.  Ale  musi  go  na  zawsze  pożegnać  i 
Odejść.  To  jest  jedyne  rozsądne  rozwiązanie.  Najpierw 
powinna  jednak  uzyskać  jego  przebaczenie,  bo  mieć 
jednocześnie dwóch nienawidzących ją mężczyzn - Cody'ego i 
Marka - to zbyt wiele. Przykro mi i przepraszam, powtórzyła 
w myślach.

- Przykro  mi  i  przepraszam - wypowiedziała  głośno.  Jej 

emfatyczny ton bardzo go rozśmieszył

- Dwadzieścia  dolarów  jest  chyba  warte  podwójnych 

przeprosin - skomentował.

- Dwadzieścia  dolarów? - W  pierwszej  chwili  nie 

zrozumiała, o czym mowa. - Aha, to, co dałeś Suzie?

- To,  co  obiecałaś  jej  wczoraj,  i  co  ja  dziś  zapłaciłem. 

Wzruszyła ramionami.

- Pastor  to  twoja  sprawa.  Poza  tym  mam  tylko  czeki 

podróżne.  I  nie  narzekałeś  tak,  kiedy  zrezygnowałeś  z 
dwudziestu dolarów w sali bilardowej.

- Oo,  tamtą  dwudziestkę  to  sobie  odbiję.  Ci  faceci  nie 

umieją  grać.  Natomiast  teraz...  po  raz  pierwszy  w  życiu 
zapłaciłem prostytutce.

Jane  miała  dość  tej  rozmowy  o  pieniądzach,  rzekła  więc 

ostro:

- Tobie jest potrzebny adres Stanhope' a, nie mnie.
- Tobie też. Nie przekonasz go, nie dostaniesz rozwodu.

Jane  stężała.  On  Chyba  nie  mówi  poważnie.  Pewno 

żartuje.  Obiecał  podpisać  dokumenty  bez  warunków.  Nie  .
złamałby słowa. Postanowiła zmienić temat:

background image

- Kiedy przed chwilą powiedziałam, że jest mi przykro i 

że przepraszam, myślałam o naszym małżeństwie. O tym, jak 
się zakończyło.

Zaskoczony,  odwrócił  w  jej  stronę  głowę.  Ktoś  za  nim 

zatrąbił,  z  powrotem  więc  skupił  uwagę  na  prowadzeniu 
samochodu i westchnąwszy, zjechał na pobocze i stanął.

- Jest ci przykro i przepraszasz? Za to, jak się skończyło 

nasze małżeństwo?

Mówił  cicho,  jakby  był  w  głębokim szoku.  Mimo  szumu 

przejeżdżających  samochodów,  Jane  go  słyszała.  Południowe 
słońce  zaglądało  przez  przednią  szybę,  ozłacając  twarz 
Cody'ego i podkreślając jego ciemne brwi i rzęsy oraz zimne, 
jasne  oczy.  Lewą  rękę  trzymał  na  kierownicy,  a  prawą  na 
dźwigni zmiany biegów, jakby zamierzał natychmiast ruszyć, 
gdyby sytuacja stała się nieprzyjemna.

Prawdę  mówiąc  już  była  mało  przyjemna,  ale  Jane  nie 

chciała dłużej skrywać swoich uczuć.

- Tak...
- Czy musimy o tym rozmawiać? - spytał Cody.
- Moim zdaniem musimy - odparła.

Chwilę  się  nad  tym  zastanawiał,  po  czym  wzruszył 

ramionami.

- Skoro  tak  uważasz...  Dobrze,  mów,  co  masz  do 

powiedzenia.

Bawiła się nerwowo rąbkiem turkusowego szala.

- Nigdy mi nie chodziło o pieniądze - wyznała.
- No dobrze, nie chodziło ci o pieniądze.

Wydawał się niezbyt przekonany. Zapadła trudna cisza. Za 

opuszczoną  szybą  przemykały  bez  przerwy  ciężarówki  i 
samochody  osobowe.  Jane  była  tego  ledwo  świadoma. 
Myślała intensywnie o tym, co ją łączy z Codym.

Teraz  była  to  niechęć.  Zwykła  niechęć.  Z  odpowiedzi 

Cody'ego  wnioskowała,  że  wolałby  o  tym  wszystkim  nie 
mówić,  nie  miała  przed  sobą  łatwego  zadania.  Cody  niczego 
jej nie ułatwi.

Cody nigdy niczego nie ułatwiał. Żadnej życiowej sprawy. 

Z wyjątkiem seksu. Była bardzo pruderyjna, nim go poznała, i 
z  powrotem  stała  się  skromna,  gdy  się  z  nim  rozstała. 
Jednakże  przez  te  kilka  miesięcy  Cody  z  niesłychaną 

background image

umiejętnością  nauczył  ją  rozkoszować  się  miłosnymi  grami, 
eksperymentować,  reagować,  inicjować.  To  było  z  nim 
zawsze bardzo łatwe i wydawało się naturalne. Tak samo z tą 
przygodą na schodach... Cody czynił seks czymś niesłychanie 
łatwym,  naturalnym.  Niczego  innego  jednak  nie  ułatwiał. 
Zwłaszcza szczerej rozmowy ani obnażania duszy.

- Chodziło o prawo.
- Jakie prawo?
- Chciałam mieć prawo decydowania o swoim, życiu.
- Chciałaś  iść  na  uniwersytet.  Sam  pomysł  mi  nie 

przeszkadzał,  ale  studia  są  drogie,  a  my  nie  mieliśmy 
pieniędzy. Zawsze kończyło się na pieniądzach.

- To nieprawda.
- Byłaś dziewczyną z bogatego domu. Rodzice mogli cię 

wysłać do Wellesley, ja nie. Nie mogłem cię nawet wysłać na 
miejscowy uniwersytet publiczny. Nie mieliśmy pieniędzy.

- Nie do ciebie należało wysyłanie mnie gdziekolwiek. To 

była  moja  decyzja.  Moja  wewnętrzna  potrzeba.  Musiałam 
studiować. - Zobaczyła  głębokie  zdumienie  w  jego  oczach. -
Czy  ty  to  rozumiesz?  Byłam  gotowa spędzić  całe  życie  jako 
studentka.  Byłam  zawsze  dobra  w  nauce.  Nie  należałam  do 
grona  błyskotliwych,  nie  miałam  zacięcia  artystycznego  ani 
zadatków na sportsmenkę. Nie byłam wyjątkowo zgrabna ani 
piękna,  ale  byłam  obrotna  i  sprytna.  Umiałam  otrzymywać 
dobre stopnie. tylko to umiałam.

Cody  był  coraz  bardziej  zdumiony.  Patrzył  na  nią,  jakby 

nagle zaczęła mówić niezrozumiałym dla niego językiem.

- O  czym  ty,  do  diabła,  mówisz? - spytał  speszony. -

Mówię o tym, kim byłam, kiedy za ciebie wyszłam.

I  kim  nadal  jestem,  jeśli  cię  to  interesuje  i  chcesz  znać 

prawdę.

- Jesteś  prawniczką. - Powiedział  to  tonem,  który 

sugerował,  że  chce  jej  przypomnieć  coś,  o  czym  mogła 
zapomnieć.

- Więc co? Odnoszenie sukcesu w tej dziedzinie wymaga 

dokładnie  tych  samych  umiejętności,  co  zdobywanie  ocen 
celujących  w  szkole.  Czytasz,  zapamiętujesz,  mówisz  w 
sądzie  to,  co  trzeba,  i  wszyscy  myślą,  że  wiesz,  o  czym 
mówisz. To wszystko.

background image

Nadal nie rozumiał.

- Nie ożeniłem się z tobą dla twoich stopni...
- Dlaczego się ze mną ożeniłeś? - spytała przyciszonym, 

jakby  użalającym  się  głosem. - Przez  cały  czas  się  nad  tym 
zastanawiałam. Dlaczego, Cody?

Otworzył usta i natychmiast je zamknął. Przesunął dłonią 

po włosach i utkwił wzrok w łososiowego koloru słońcu, które 
zwisało nad horyzontem. Brak odpowiedzi bardzo by ją zranił, 
jeśli  już  nie  doszła  do  wniosku,  którego  i  on  był  bliski:  nie 
miał specjalnego powodu, by się z nią żenić.

- To  był  popis,  tak? - W  jej  głosie  był  żal. - Żart? 

Zagranie na nosie całemu światu?

- Nie - szepnął.
- Zemsta na bogatych, tak? Nie chodziło ci o mnie, ale o 

zaspokojenie twojej chorobliwej dumy?

- Nie.
- No więc dlaczego?
- Byłaś tym wszystkim, czym ja nie byłem.

Teraz  z  kolei  ona  się  zdumiała.  Patrzyła  na  jego  nie 

oświetloną już promieniami słonecznymi twarz, zapadającą się 
w  mrok.  Nie  była  zdolna  strawić  tej  prawdy  i  roześmiała  się 
niemal histerycznie.

- Chyba  rzeczywiście  tak  było.  Ty,  silna  jednostka,  ja 

słaba;  ty  odważny,  a  ja  tchórz.  Ja  byłam  nieporadna  i 
niezręczna, a ty...

- Niezręczna?  Tchórz?  Go  ty  bredzisz!  Byłaś  piękna. 

Byłaś  jak...  róża.  Ja  żyłem  w  świecie  chwastów,  a  ty  byłaś 
prześliczną, czerwoną różą.

- Mówisz  głupstwa.  W  najlepszym  wypadku  byłam 

mleczem.

- Miałaś  wspaniały  umysł.  Byłaś  bardzo  kulturalna. 

Wyrosłaś  w  świecie,  o  którym  ja  mogłem  tylko  marzyć,  W 
świecie,  w  którym  ma  się  rodzinę  i  na  kolację  jada  się 
wszystko to, co składa się na racjonalna odżywianie. Wiele o 
wszystkim  myślałaś  i  wszystko  dostrzegałaś. - Odsunął 
kosmyk  z  jej  policzka. - Byłaś  niesłychanie  pociągająca. 
Nadal taka jesteś. Skąd ci przyszło do głowy, że jedyną twoją 
zaletą była umiejętność zgarniania dobrych stopni?

background image

Jego palce pozostawiły gorący ślad na jej policzku. Nadal 

nie było jasne, dlaczego się z nią ożenił, natomiast wiedziała, 
dlaczego  ona  wyszła  za  niego.  Nie  dlatego,  że  był  to  z  jej 
strony  bunt.  Nie  dlatego,  iż  miała  dość,  że  wszyscy  tyle  po 
niej,  oczekiwali. Nie  dlatego, że  nie  chciała  odrzucić  jedynej 
okazji zrobienia czegoś szalonego i zwariowanego. Nawet nie 
dlatego,  że  Cody  miał  charyzmę  i  zadziorną  pewność  siebie, 
która  ją  zauroczyła.  Ta  pewność  siebie  zadawała  kłam 
twierdzeniu, że wyrósł wśród chwastów.

Wyszła  za  niego,  ponieważ  kiedy  na  nią  patrzył,  to 

dostrzegał coś więcej niż wzorową uczennicę. Dostrzegł różę. 
Dostrzegł kobietę.

- Nie  chciałam  od  ciebie  odejść - powiedziała  i 

jednocześnie zadała sobie pytanie, czy będzie to prawdą także 
teraz, gdy nadejdzie chwila powrotu do Bostonu. - Złamało to 
moje serce.

- Ale  bardzo  ucieszyło  ojca - przypomniał  jej  głosem 

pełnym goryczy.

- Ojciec nie miał z tym nic wspólnego.
- Jak to nie? Stale dzwonił i błagał cię o powrót do domu.
- Tak,  chciał,  żebym  wróciła,  ale  wróciłam  nie  dlatego. 

On to tylko umożliwił, kupując mi bilet.

- A  potem  zajął  się  unieważnieniem  małżeństwa  czy  też 

rozwodem. Tyle że mu nie wyszło. Partacz,

Nie miała najmniejszego zamiaru wdawać się w debatę na 

temat błędów ojca.

- I gdyby ojciec nie załatwił biletu, to znalazłabym sama 

jakiś  sposób.  Wiedziałam  jedno:  nie  wytrzymam  bez 
studiowania.  Kochałam  cię,  ale  gdybym  z  tobą  została,  to 
wkrótce znienawidziłabym cię za to, że przez ciebie nie mogę 
studiować.

- Więc  odeszłaś  i  zamiast  ty  mnie,  ja  ciebie 

znienawidziłem.

Wypowiedział  te  słowa  tak  cicho  i  tak  spokojnie,  że 

upłynęła minuta, nim poczuła ich ukłucie.

- Jakże  mi  przykro,  Cody.  Przepraszam...  Ja  siebie  też 

znienawidziłam.

- No  więc... - Bębnił  palcami  po  kierownicy,  wpatrując 

się  w  ostatni  skrawek  purpurowego  słońca,  znikający  za 

background image

horyzontem. - To wszystko należy już do przeszłości i nie ma 
najmniejszego  znaczenia.  Każde  z  nas  na  swój  sposób  to 
przeżyło i się z tego otrząsnęło.

Skinęła  tylko  głową,  bo  cisnęło  jej  się  na  usta,  że  ona 

jeszcze się nie otrząsnęła.

- Przez  lata  o  mnie  nie  myślałaś  i  gdybyś  nie  chciała 

wyjść  za  mąż  za  twojego  bankiera,  nie  myślałabyś  o  jakimś 
Codym z innego świata.

- To nieprawda.

Usiłując  zajrzeć  w  opuszczoną  nisko  twarz  Jane,  ujął 

palcem jej podbródek i zmusił do podniesienia głowy. Słońce 
już  całkowicie  wtopiło  się  w  ziemię,  światło  wieczoru  z 
różowego  stało  się  szarobrunatne,  ale  oni  doskonale  siebie 
widzieli.  Jane  dostrzegła  pytania  w  jego  oczach,  widziała 
każdy szczegół ust, które przed paru godzinami tak namiętnie 
całowała. I te jego włosy w kolorze czerni nocy.

- Czasami myślałaś o mnie? - spytał. - Naprawdę?
- Tak.
- Ale chyba nie wtedy, kiedy na scenie pojawił się Mark 

Bankier.

- Wtedy też.
- Naprawdę? - W  jego  oczach  pojawiła  się  arogancka 

satysfakcja. - No i jak wypadłem w porównaniu z nim?

- Nim  przyjęłam  jego  oświadczyny,  myślałam  wiele  o 

naszym  małżeństwie.  Zastanawiałam  się  też,  czy  mu  o  tym 
powiedzieć.

- I doszłaś do wniosku, że nie byłoby to wskazane. Zbyt... 

ambarasujące?

- To  nie  to.  Po  prostu  nigdy  nikomu  nie  mówiłam,  że 

kiedyś  wzięłam  ślub.  Nawet  z  rodzicami  nigdy  o  tym  nie 
rozmawiałam. Zresztą tylko Oni wiedzieli. Nikt więcej.

- Nikt? Nikomu nigdy się nie zwierzyłaś?
- Nie.

Nie  opowiadała  o  swym  nieudanym  małżeństwie  nawet 

najbliższym  przyjaciółkom  w  Wellesley.  Podczas  wypraw  w 
celu  zdobycia  chłopaka  uczestniczyła  z  koleżankami  w 
licznych  przyjęciach,  mniej  lub  bardziej  prywatnych 
zabawach,  plotkowała  na  temat  poznanych  studentów  z 
Harvardu,  Tufta  i  MIT,  ale  nigdy  nic  nie  mówiła  o  sobie. 

background image

Zresztą  o  innych  też  mało.  Przeważnie  tylko  się  uśmiechała, 
kiwała  mądrze  głową,  potakiwała,  natomiast  głos  zabierała 
tylko  wtedy,  kiedy było to  nieodzownie  konieczne.  I chociaż 
należała do grupy, nie polowała na mężczyzn.

- Nikomu  z  niczego  się  nie  zwierzyłam - powtórzyła  po 

dłuższej  chwili  milczenia. - W  pewnym  sensie  byłam...  w 
żałobie.  Rodzice  nie  chcieli,  żebym  tkwiła  myślami  w 
przeszłości.  Pragnęli,  żebym  o  wszystkim  zapomniała  i 
rozpoczęła życie od nowa. Był w tym jakiś sens. Roztrząsanie 
przeszłości  było  torturą.  Usiłowałam  zapuścić  szczelną 
zasłonę nad tym, co się wydarzyło i skończyło. Nie zawsze mi 
się to udawało, choć bardzo się starałam.

Nie była zadowolona z tego, że Cody w jakiś przedziwny 

sposób spowodował,  iż znalazła się w defensywie. Rozmowa 
wzięła inny obrót od zamierzonego. Tylko ona się tłumaczyła, 
tylko  ona  mówiła  o  swoich  winach  i  przepraszała.  Dlaczego 
Cody nie bije się w piersi i nie przeprasza?

- Wnioskuję, że po moim odejściu dobrze ułożyłeś sobie 

życie.

Mruknął coś, co można było uznać za potwierdzenie.

- Powiedziałabym nawet, że świetnie...
- Jak  na  durnia  bez  wykształcenia,  owszem.  Jak  na 

szczeniaka bez niczego i nikogo...

- Nie mów tak. Miałeś dużo, na przykład spryt i poczucie 

humoru,  determinację.  Miałeś  wrodzoną  umiejętność 
przetrwania. Zupełnie nieprawdopodobną. Gdybyś to ty mnie 
porzucił  w  Los  Angeles,  zginęłabym.  Nie  wiedziałabym,  co 
zrobię.

- Dałabyś sobie radę.
- Nie  miałam  samochodu.  Nie  wiedziałabym  nawet,  jak 

uruchomić  harleya.  Nie  miałam  pojęcia,  jak  zarobić.  Byłam 
tak od ciebie zależna, Cody, że aż brało mnie przerażenie.

Otworzył  usta,  ale  podobnie  jak  poprzednio  otworzył  i 

zamknął je, nie powiedziawszy ani słowa. Ciekawe, jaką miał 
zamiar  zrobić  uwagę.  Pewno że  gdyby  rzeczywiście  tak  była 
od niego zależna, to nie uciekłaby. A może chciał powiedzieć, 
że on też czuł się od niej zależny i zbyt na niej polegał?

- Powinno  być  takie  prawo,  że  cokolwiek  się  robi  w 

wieku  osiemnastu  lat,  nie  należy  tego  wpisywać  na  kartę 

background image

całego  życia - mruknął. - Oboje  byliśmy  głupi,  Janey.  Tylko 
że ja nigdy nie uważałem głupoty za tragedię. Już dawno sobie 
wybaczyłem. Ty też powinnaś była to zrobić.

- Mnie nie chodzi o przebaczenie sobie - odparła. - Mnie 

chodzi o to, żebyś ty mi przebaczył.

Niemal fizycznie odczuła jego baczne spojrzenie.

- Przebaczam ci - powiedział.

Odważyła  się  spojrzeć  mu  w  oczy  i  zabiło  jej  mocno 

serce: Jego ostre rysy łagodził fioletowy półmrok i wzruszenie 
malujące  się  na  twarzy.  Siedział  wpatrzony  w  nią,  ślepy  na 
wszystko  oprócz  niej.  Spojrzenie  miał  intensywne,  ale  nie 
było  w  nim  śladu  pewności  siebie.  Nagle  serdecznie 
pożałowała  tego,  co  niegdyś  uczyniła,  a  co  on  jej  teraz 
wybaczył.

Odwrócił nagle wzrok.

- Powinniśmy dojechać do Metairie przed nocą - rzucił.

Uruchomił silnik i spojrzał za siebie, chcąc włączyć się w 

strumień  pojazdów.  Jane  odetchnęła  z  ulgą,  że  skończyli  tę 
trudną rozmowę, chociaż prawdę powiedziawszy nie osiągnęła 
tego, co zamierzała. Spadł jej ciężar z serca, ale.

Nie uwierzyła Cody'emu. Nie wierzyła, że jej wybaczył.
Odnalezienie  miejsca  zamieszkania  pastora  nie  było 

trudne.  Gorzej  poszło  ze  skoncentrowaniem  się  na  tym,  z 
czym tu przybyli. Cody miał głowę pełną słów Jane i swoich 
własnych, wypowiedzianych podczas chwili szczerości.

Kiedy  tego  popołudnia  ją  całował,  w  ogóle  nie  myślał  o 

swoim  małżeństwie.  Żył  chwilą  obecną,  miał  ochotę kochać 
się  z  dzisiejszą  Jane.  Nie  myślał  o  zależności,  żalu  za 
przeszłością  czy  wybaczeniu.  Po  prostu  całował  Jane  i 
zapragnął ją zdobyć.

Kto wie, czy Jane nie ma racji. Może to nie pieniądze, czy 

raczej ich brak, były przyczyną rozpadu ich małżeństwa. Miał 
jednak  w  pamięci  kłótnie  i  awantury  w  ich  malutkim 
mieszkanku  w  Los  Angeles.  I  zawsze  zaczynało  się  od 
pieniędzy. On zarzucał jej, że jest rozpaskudzona dobrobytem 
w  domu  rodzinnym,  ona  oskarżała  go  o  nierozumienie  jej 
potrzeb. On z kolei odpowiadał, że jej potrzeby zaopatrzone są 
w metki z wygórowanymi cenami, i tak dalej.

background image

A  jeśli  nie  dlatego  sprzeciwiał  się  jej  studiom,  że  zbyt 

dużo kosztowały? Może to był podświadomy lęk, że ją straci? 
Poszłaby na uczelnię, doświadczyła nowego życia, które jemu 
byłoby obce. Poszłaby naprzód, pozostawiając go w tyle.

Byłam  tak  od  ciebie  zależna,  Cody,  że  aż  brało  mnie 

przerażenie... Tak powiedziała.

Uniezależniłaby się, gdyby poszła na studia.
Nic  dziwnego,  że  szybko  wybaczył  sobie  swoje 

ewentualne  winy,  które  przyczyniły  się  do  rozkładu 
małżeństwa. Nie zdawał sobie dotychczas sprawy, jak wielkie 
to były winy.

Musi  przestać  o  tym  wszystkim  myśleć,  do  cholery! 

Trzeba  się  skoncentrować  na  sprawie  Stanhope'a.  Może  to 
jedyna  okazja, żeby  dopaść faceta.  Musi się  skupić, żeby  nie 
zmarnować  szansy.  Roztrząsaniem  przyczyn  nieudanego 
małżeństwa może zająć się później.

Zjechał  z  autostrady  i  zatrzymał  się  pod  znakiem  stopu, 

przed skrzyżowaniem ze zwykłą szosą.

- Czy  wiesz,  dokąd  zmierzamy? - spytała.  Chwilę  się 

zastanawiał  nad  jej  dwuznacznym  pytaniem.  Chyba  jednak 
pytała o dojazd do Metairie.

- Mniej więcej. Byłem tu parę razy.

Za  oknem  widziała  typowy  krajobraz  przedmieść  miast  i 

miasteczek:  bazary,  centra  handlowe,  stacje  benzynowe. 
Droga  czy  też  ulica  biegła  wzdłuż  kanału  Bonnabel  w 
kierunku jeziora Pontchartrain. Cody wreszcie trafił na ulicę i 
piętrowy  dom,  otynkowany  na  szaro,  z  fasadą  zwróconą  ku 
bliźniaczemu  budynkowi,  od  którego  oddzielał  go  parking. 
Kilka  odważnych  krzewów  walczyło  o  przeżycie  na  jego 
obrzeżach,  a  po  jednej  stronie  wydawało  swój  ostatni  dech 
drzewo magnoliowe z brunatnymi, obwisłymi liśćmi.

Parking  wraz  z  podwórzem  oświetlały  resztki  dziennego 

światła  i  kilka  lamp  na  ścianach  obu  budynków.  Na 
asfaltowym parkingu przemykały między samochodami dzieci 
na  rowerkach  i  wrotkach;  Na  schodkach  prowadzących  do 
jednego  z  budynków  siedziały  dwie  kobiety,  popijając  jakiś 
płyn o barwie herbaty i rzucając od czasu do czasu okiem na 
dzieci.  W  pobliżu  jednej  z  lamp  mężczyzna  pochylony  pod 

background image

otwartą  maską  samochodu  za  pomocą  latarki  usiłował  coś
zobaczyć przy silniku.

Mimo  gęstniejącego  mroku  Cody  go  rozpoznał.  Jeszcze 

niedawno  długo  i  uważnie  wpatrywał  się  w  fotografię  tego 
człowieka. Srebrne, krótko ostrzyżone włosy, tęgawy, wysoki. 
Czegoś brakowało tej twarzy - jakby zapomniała się zestarzeć. 
Pastor  wyglądał  jak  ktoś  oglądany  przez  niewłaściwy 
obiektyw:  bez  względu  na  to,  jak  długo  ustawia  się  ostrość, 
obraz pozostaje miękki, nieostry.

- Mamy  szczęście - mruknął Cody, zatrzymując się  przy 

krawężniku tuż za wjazdem na parking. ,

Jane spojrzała na wskazanego przed Cody'ego mężczyznę 

majstrującego przy samochodzie.

- To jest Stanhope?
- To  jest  nasz  niepowtarzalny,  kochany  pastor.  Co 

robimy? Masz jakiś plan?

Cody uwielbiał minę Jane, gdy intensywnie myślała. Oczy 

jej  błyszczały,  usta  miała  ściągnięte  nieświadomie  w  ciup, 
jakby znajdowały się w połowie drogi do pocałunku.

- Myślę,  że  powinniśmy  apelować  do  jego  rozsądku -

powiedziała wreszcie.

- . Czyli przeciwieństwo ostrego natarcia.
- Trzymaj  nerwy  na  wodzy,  Cody.  Wiem,  że  jesteś  na 

niego wściekły, ale...

- Zgoda,  żadnej  brutalności,  chyba  że  będzie  to 

konieczne. Obiecuję spokój i opanowanie.

Jane przyjrzała mu się bacznie, niezbyt pewna, czy mówi 

poważnie, czy żartuje.

- Uważam  też,  że  powinieneś  trzymać  buzię  na  kłódkę  i 

pozwolić mnie prowadzić rozmowę.

- Tak  właśnie przemawiają  prawnicy - odparł i powrócił 

do  obserwowania  Stanhope'a,  który  oświetlał  latarką  różne 
miejsca  i  wydawał  się  absolutnie  bezradny  w  obliczu 
niedomagań  swego  auta. - A  ja  myślę,  że  jest  jeszcze  inny 
sposób podejścia faceta.

- Chcesz mu uszkodzić samochód?
- Chcę  mu  wyleczyć  samochód  i  ocalić  tyłek  jego 

właściciela.  Zobaczysz,  jaki  będzie  wdzięczny,  wtedy  go 
odpowiednio urobimy.

background image

- Skąd wiesz, że uda ci się wyleczyć starego grata? I skąd 

wiesz, że samochód jest chory? Może on tylko szuka numeru 
silnika albo coś takiego.

Cody  zakrztusił  się  ze  śmiechu.  Cenił  fachowość  Jane  w 

domenie  prawa,  ona  jednak  nie  powinna  kwestionować  jego 
fachowości, gdy chodzi o samochody. Cody miał szósty zmysł 
w  dziedzinie  mechaniki  i  teraz  ów  szósty  zmysł  mu 
podpowiadał,  że  pastor  Bob  ma  problem  z  samochodem  i  że 
problem  ten  Cody  potrafi  rozwiązać.  Świetna  okazja  do 
zawarcia znajomości.

- Zaczniemy od pojazdu, a potem etapami przejdziemy do 

fizycznego gwałtu - obwieścił wesoło.

Jane  patrzyła  na  niego  sceptycznie,  ale  gdy  dał  jej  znak, 

posłusznie wysiadła z samochodu.

- Jakieś kłopoty? - spytał Cody pastora.

Ten wyprostował się, w ostatniej chwili odchylając głowę, 

by nie uderzyć w podniesioną maskę. Był wzrostu Cody'ego, 
ale  o  co  najmniej  dziesięć  kilogramów  cięższy.  W  zielonej, 
luźnej koszulce i workowatych spodniach khaki nie wyglądał 
na człowieka, który zabawia się nocami z damulkami lekkich 
obyczajów.  Sprawiał  wrażenie  szacownego  obywatela  w 
kłopotach.

- Znam się na samochodach - zachęcił go Cody. Stanhope 

parę razy zamrugał, przenosząc wzrok

z Cody'ego na Jane i z powrotem. Miał brązowe oczy, ale 

białka różowawe, jakby cierpiał na katar sienny. Te różowawe 
oczy w połączeniu z bladą skórą i siwymi włosami upodobniły 
go do królika.

- No więc co się stało? - nalegał Cody.

Pastor  w  milczeniu  przyglądał  mu  się  chyba  z  minutę  i 

Cody zaczął się obawiać, że został rozpoznany. Najwidoczniej 
jednak  potrzeba  skorzystania  z  pomocy  mechanika 
samochodowego 

przeważyła 

nad 

niewyraźnym 

wspomnieniem, gdyż wreszcie przemówił:

- Dokładnie  nie  wiem,  co  się  stało.  Kiedy  wracałem  do 

domu, na tablicy zaczęło migać czerwone światełko.

Cody  odsunął  Stanhope'a  na  bok  i  pochylił  się  nad 

silnikiem. Buicki miały proste rozwiązania. Nie powinno być 
trudności ze znalezieniem przyczyny awarii.

background image

- Która to lampka? - spytał.
- Chyba  wskaźnik  poziomu  wody  w  chłodnicy. - Pastor 

wskazał palcem wypełniony w połowie, plastykowy pojemnik.

- To  płyn  do  spryskiwania  szyby - odparł  Cody, 

powstrzymując  się,  by  nie  zakpić  z  ignorancji  technicznej 
właściciela  pojazdu.  Z  pewnością  wielu  kierowców  nie 
odróżnia  poszczególnych  mechanizmów. - Poziom płynu  jest 
nieco za niski, ale dostanie go pan w każdym supermarkecie. 
Dolać  trzeba  przez  ten  otwór.  Jeśli  ma  pan  problem  z 
chłodnicą, to tutaj...

Sięgnął  po  latarkę  Stanhope'a,  a  ten  mu  ją  posłusznie 

podał,  tak  jak  pielęgniarka  asystująca  przy  operacji  podaje 
narzędzie chirurgowi.

- O właśnie! Widzi pan tę gumową rurkę? - Cody wskazał 

na  przewód  łączący  zbiornik  wody  z  chłodnicą. - Złącze 
rozluźnione, woda wycieka. Guma zaczyna się kruszyć.

- Niech mnie! - mruknął Stanhope.
- To  się  zdarza,  ale  łatwo  to  naprawić.  Trzeba  zmienić 

rurkę. Chwilowo wystarczy mocniej skręcić obejmę. Mogę to 
zrobić...

- Będę panu bardzo zobowiązany.

Owszem,  będziesz,  draniu.  Będziesz  zobowiązany 

odczepić się ode mnie, pomyślał Cody. Miał na końcu języka 
pytanie,  czy  może  na  to  liczyć.  Powstrzymał  się  jednak  i 
sięgnął do przedniej kieszeni dżinsów po scyzoryk. Rozluźnił 
śrubę  obejmy,  odkroił  poszarpany  koniec  gumowej  rurki, 
wcisnął ją mocniej i skręcił obejmą.

- Jestem  pod  wielkim  wrażeniem - powiedział  pastor, 

szeroko  otwierając  ze  zdumienia  królikowate  oczy. - Jestem 
matoł, jeśli chodzi o samochody.

Ale  za  to  jesteś  ekspertem  w  pieprzeniu  się  po  piesku, 

pomyślał  Cody.  Był  jednak  posłuszny  poleceniu  „swego 
adwokata" i zachował milczenie. Złożył scyzoryk i schował go 
do kieszeni.

- Kiedy  odda  pan  samochód  do  przeglądu,  powie  pan, 

żeby  zmienili  tę  rurkę.  A  teraz  trzeba  dolać  wody  do 
chłodnicy.

- Zaraz  to  zrobię - odparł  Stanhope  i  ruszył  w  stronę 

pobliskich drzwi z siatką.

background image

Cody  dał  głową  znak  Jane,  by  poszła  za  pastorem. 

Czasami  ma  się  szczęście,  pomyślał.  Pastor  był  tak 
zaskoczony uprzejmością Cody'ego i tak wdzięczny, że nawet 
przytrzymał im drzwi.

Facet  ma  niezupełnie  dobrze  w  głowie,  doszedł  do 

wniosku Cody. Mieszka zaledwie parę kilometrów od jednego 
z  najbardziej  znanych  z  przestępczości  miast  Ameryki  i 
wpuszcza  do  domu  dwoje  obcych,  z  których  jeden  ma  w 
kieszeni  nóż,  co  przed  chwilą  sam  ujawnił.  Pastor  Bob  jest 
głupi.

Nie było to żadne odkrycie. Tylko zupełny idiota poświęca 

karierę,  żonę,  dzieci  dla  paru  przemijających chwil 
względnych rozkoszy z prostytutką z Francuskiej Dzielnicy.

Razem  z  Jane  minęli  przygnębiająco  obskurny  pokój,  w 

którym  stało  kilka  krzeseł  pochodzących  ze  składu  rupieci  i 
stół,  którym  był  kawał  dykty  leżący  na  skrzynkach  po 
pomarańczach. Z pokoju weszli do podobnie smutnej kuchni z 
małym  okrągłym  stołem  i  wysłużonym  kuchennym 
wyposażeniem.  Linoleum  na  podłodze  było  wytarte,  okno 
niczym  nie  zasłonięte.  Wszystko  to  jaskrawie  obnażała 
fluoryzująca lampa u sufitu.

Stanhope wziął z blatu pustą butelkę po mleku i podszedł 

do poobijanego, porcelanowego zlewu, chcąc nabrać wody.

- Musimy  porozmawiać,  panie  Stanhope - odezwała  się 

Jane.

Mężczyźnie  butelka  wypadła  z  ręki.  Na  szczęście  była  z 

plastyku  i  tylko wydała  głuchy  odgłos,  uderzając  w  podłogę. 
Stanhope odwrócił się, oparł o zlew i wyjąkał:

- Skąd  pani  zna  moje  nazwisko? - Twarz  miał  białą  jak 

kreda.

- Przyszliśmy w interesach - wyjaśniła Jane,
- Ale ten pan.,. Mój samochód...?
- Z samochodem wszystko w porządku. Doda pan trochę 

wody  do  chłodnicy  i  lampka  już  się  nie  zapali - wtrącił 
uprzejmie Cody.

Pastor zatarł ręce, jakby chciał przywrócić obieg krwi. W 

jarzeniowym  świetle  jego  włosy  przestały  być  srebrne -
wydawały  się  raczej  brudnoszare.  Miał  piegi,  w  tej  chwili 
znakomicie widoczne na grzbiecie nosa.

background image

- Jestem prawnikiem. Nazywam się Jane Thayer.
- Na rany Chrystusa! - mruknął pastor zgodnie ze swoim 

powołaniem.

- A ten pan to Cody Sinclair.

To nazwisko coś mu powiedziało, gdyż zmarszczył brwi i 

podrapał się po głowie.

- Cody Sinclair? - powtórzył.
- Z „Sentinela".
- Na  rany  Chrystusa! - jęknął  Bob  Stanhope,  tym  razem 

głośniej.  Potem  się  wyprostował  i  powiedział  z  godnością: -
Proszę rozmawiać z moim adwokatem.

- Nie chcę rozmawiać z pańskim adwokatem - oznajmiła 

Jane. - Chcę  rozmawiać  z  panem.  Oboje  chcemy  rozmawiać 
tylko z panem.

Najwidoczniej  stanowcze,  choć  uprzejme  prawniczki 

robiły  na  Stanhopie  wrażenie,  bo  spojrzał  różowymi  oczami 
na Cody'ego.

- Co  pan  zmajstrował  w  moim  samochodzie?  Zepsuł  go 

pan,  tak? A może podłożył pan bombę,  która mnie rozerwie, 
gdy włączę stacyjkę?

- Litości!  Naprawiłem  pański  samochód.  Oprzytomnij, 

Bob! A może na imię ci Stanley? Słyszałem, że dla niektórych 
jesteś Stanleyem Robertsem.

- Na  rany  Chrystusa! - Tym  razem  zabrzmiało  to  jak 

modlitwa lub okrzyk ostatecznej rozpaczy.

- Przyszliśmy z bardzo prostą sprawą - oświadczyła Jane.

Królicze  oczy  zwróciły  się  w  jej  stronę.  Jane  mówiła 

zdecydowanym  głosem.  Mimo  upału  zachowała  schludny 
wygląd,  uczesana  była  też  dobrze.  „Nieprofesjonalny"  był 
tylko  jej  turkusowy  szal - najbarwniejszy  przedmiot  w 
mieszkaniu.  Ten  kontrast  między  jej  profesjonalnym
zachowaniem  a  turkusową  plamą  ekscytował  Cody'ego.  To 
kobieta  o  dojrzałym  umyśle,  uznał,  ale  o  buntowniczym 
duchu, zwykle ukrytym, póki nie pojawił się ktoś taki jak on, 
jej  mąż,  i  nie  wydobył  go  na  światło  dzienne. Owszem,  nosi 
ten  szal,  ale  pewno  ma  cichy  żal  do  Cody'ego,  że  jej  go 
ofiarował,  lecz  mimo  to  nie  straciła  panowania  nad  sytuacją. 
Stanhope  wyglądał  jak  chłopaczek,  który  za  chwilę  zrobi  w 
spodnie. Cody nadal chętnie by udusił tego człowieka. Pomysł 

background image

z  bombą  także  był  dobrym  rozwiązaniem.  Jednakże  Jane 
kontrolowała w pełni sytuację i oświadczyła:

- Jak pan widzi, panie Stanhope, pan Sinclair jest dobrym 

i  uczynnym  człowiekiem.  Naprawił  panu  samochód.  Nie  ma 
złych intencji. Chce tylko, żeby wycofał pan pozew.

- Przez  tego  dobrego  człowieka  straciłem  parafię -

powiedział płaczliwie pastor.

- Nie  przez  niego,  panie  Stanhope.  Przez  własną 

niedyskrecję i nieprzystojne zachowanie.

- Bóg wybaczy mi moją słabość, jak wybacza wszystkim 

swoim dzieciom. Tylko ludzie nie chcą wybaczać.

- Wobec  tego  powinien  pan  skierować  całą  energię  na 

odzyskanie ludzkiego zaufania i otrzymanie przebaczenia.

- Nie mam już energii, nie mam nic. Wszystko straciłem. 

Dochody,  dzieci...  a  wszystko  przez to  bluźniercze zdjęcie  w 
gazecie!

- Moje zdjęcia nie są bluźniercze, kolego! - warknął Cody

- tylko ukazują fragment rzeczywistości. A rzeczywistość była 
taka,  że  ty  i  twój  kociak  staliście  w  publicznym  miejscu. 
Bardzo głupie, Stanhope, bardzo głupie. I to nie moja wina, że 
tam staliście.

- Owszem,  mogę  mieć  do  pana  pretensje  za  zrobienie 

zdjęcia  i  za  jego  opublikowanie,  i  to  w  gazecie  samego 
szatana.  Przez  pana  jestem  bez  pracy,  przez  pana  straciłem 
środki  do  życia.  Mieszkam  w  tej  norze.  Moja  żona  nie 
pozwala  mi  widzieć  się  z  dziećmi. - Nadął  sflaczałą  nieco 
pierś. - Mam prawo dochodzić odszkodowania. To jest prawo 
Amerykanina!

- Owszem. I ma pan prawo Amerykanina zabawiać się z 

dziwką na Bourbon Street. Ale to nie oznacza, że dobrze pan 
robi.

- Ona...  była  szatanem  w  przebraniu.  Bóg  w  ten  sposób 

sprawdza swoje sługi. Doświadcza je. Kocha nas dalej, mimo 
że nie zdajemy egzaminu. I Bóg pozwala nam odzyskać dobrą 
opinię, mścić się na szatanie...

- Jeśli  nie  wycofa  pan  pozwu przeciwko  „Sentinelowi"  i 

panu  Sinclairowi,  to  pańskie  zdjęcie  ponownie  pojawi  się  w 
gazecie - poinformowała Jane pastora, który gromił Cody'ego 
nienawistnym  wzrokiem. - I  zdjęcie  tej  kobiety.  A  w 

background image

towarzyszącej  zdjęciom  notatce  będą  wszystkie  szczegóły  na 
temat  waszych  igraszek.  Jeśli  dojdzie  do  procesu,  to  będzie 
pan  przedmiotem  wielkiego  zainteresowania  prasy. -
Uśmiechnęła się ze współczuciem. - Chyba pan tego nie chce, 
panie Stanhope? Bo to, co nastąpi, będzie znacznie gorsze od 
tego,  co  się  stało.  Nigdy  w  życiu  nie  znajdzie  pan  żadnej 
parafii.

- Ale  dostanę  pieniądze  od  „Sentinela".  Mój  adwokat 

mnie  zapewnił,  że  gazeta  nie  dopuści  do  procesu.  Gazeta 
zapłaci, zapłaci za wszystkie doznane przeze mnie przykrości.

- Pan  płaci  adwokatowi  za  jego  czas,  prawda?  Adwokat 

zarobi  bez  względu  na  to,  czy  pan  wygra,  czy przegra,  ale 
żadne  pieniądze  nie  zwrócą  panu  dobrej  opinii,  którą  pan 
ostatecznie  straci,  dopuszczając  do  procesu. - Adwokat 
obiecał,  że  oczyści  moje  nazwisko - upierał  się  pastor. - I 
zapewniał,  że sprawa nigdy  nie dotrze do sądu. Ja wiem,  jak 
się załatwia takie sprawy - dodał z triumfalnym uśmieszkiem.
- Negocjacje  zakulisowe.  Tak  się  załatwia.  Płacicie 
odszkodowanie i nikt nic już potem nie mówi.

- Niestety,  panie  Stanhope.  Nie  zawsze  tak  jest -

tłumaczyła Jane. - Bywa tak tylko wtedy, kiedy obie strony są 
skłonne negocjować. „Sentinel" nie chce...

- Mój adwokat powiedział mi...
- Być  może  niewłaściwie  przedstawił  sytuację.  Gdyby 

powiedział  panu  całą  prawdę,  to  wtedy  nie  wystąpiłby  pan  z 
pozwem,  a  on  straciłby  honorarium,  które  zależy  od  liczby 
godzin  poświęconych  sprawie.  Pański  adwokat  chce  przede 
wszystkim zarobić, a jedynym sposobem jest podtrzymywanie
przez  pana  pozwu.  Ale  w  tym  wypadku  nie  ma  szansy  na 
zakulisowy kompromis.

- Mój adwokat przysięgał, że tak się stanie.
- Wprowadził pana w błąd - skłamała Jane.

Cody  przestał  myśleć  o  duszeniu  pastora.  Chętnie 

sprawiłby ból temu draniowi, ale musiał przyznać, że metoda 
Jane  doprowadzi  szybciej  do  oczekiwanego  rezultatu.  Ona 
złamie faceta, to nie ulega wątpliwości.

- Mój adwokat powiedział, że gazeta...
- Domyślam się. Powiedział, że gazeta ma dużo pieniędzy

- podsunęła  Jane. - Tylko  że  będzie  pan  jeszcze  musiał 

background image

przekonać  sędziego  i  ławę  przysięgłych,  że  zasługuje  pan  na 
odszkodowanie.  Ta  fotografia  pana  i  damy  jest  bardzo 
wymowna  i  została  zrobiona  na  ulicy,  a  nie w  prywatnym 
ogrodzie  zza  węgła.  I  powiem  panu  coś  jeszcze,  panie 
Stanhope:  tak  pan  rozdrażnił  gazetę,  że  będzie  przeciągała 
sprawę,  ile  się  da.  I  pański  adwokat  także  wcale  nie  będzie 
dążył  do  jej  zakończenia,  ponieważ  im  dłużej  będzie  trwała, 
tym więcej on zarobi. A pan tymczasem będzie poniewierany 
przez media. W rezultacie wzbogaci się adwokat, a pan straci 
wszystkie  szanse  znalezienia  parafii,  która  byłaby  gotowa 
pana zaakceptować. I niech pan pamięta: taka sprawa trafi na 
łamy  ogólnokrajowej  prasy,  nie  mówiąc  już  o  telewizji. 
Zostanie pań ukrzyżowany.

Ona  jest  naprawdę  świetna,  myślał  Cody.  I  te  jej  urocze 

insynuacje,  przekonywanie  Stanhope'a,  że  ma  jego  dobro  na 
sercu.

- O mój Boże, mój słodki Boże! - zawołał pastor drżącym 

głosem. - Zgrzeszyłem,  wiem,  że  zgrzeszyłem,  jest  ludzką 
rzeczą grzeszyć, ale dlaczego mam być zniszczony na zawsze?
Bóg mi przecież wybacza.

- Panie  Stanhope... - Jane  wznowiła  atak  aksamitnym 

głosem. - Niech  pan  wycofa  pozew,  niech  pan  zapomni  o 
sprawie. Nic z niej nie wyjdzie dla pana dobrego i wie pan o 
tym. - Gdy  poklepała  go  po  ramieniu,  pastor  zamknął  oczy  i 
wydał  dźwięk  podobny  do  płaczu  dziecka. - Pertraktacje 
powinien pan prowadzić nie z gazetą, ale ze swoim kościołem. 
Powinien pan załatwić sprawę z parafią. Niech pan zrezygnuje 
ze  swojej  przyjaciółeczki podejrzanej  konduity  i uporządkuje 
swoje  życie.  Niech  pan  nie  przedłuża  tego  niesmacznego 
epizodu...

- Niech  mnie  Bóg  ma  w  swojej  opiece  i  ocali  przed 

piekłem - wyjęczał. - Ma pani całkowitą rację. Nie ma po co 
tego przeciągać, jeśli nie mam dostać pieniędzy.

Nie  ma  powodu  nabijać  kabzy  adwokatowi  i  biednieć 

samemu...

- Niech  pan  tylko  to  podpisze - powiedziała  Jane, 

wyciągając z kieszeni plik złożonych dokumentów.

Pastor bardzo chętnie złożył swój podpis we wskazanym, 

a  raczej  w  kilku  wskazanych  miejscach.  Podpisał  się 

background image

trzykrotnie,  nawet  nie  czytając  tego,  co  mu,  Jane  podsunęła. 
Cały czas pojękiwał i coś mruczał pod nosem.

- Zrobiłem,  co  pani  chciała,  a  teraz  idźcie  sobie  i 

zostawcie mnie w spokoju...

Jane starannie złożyła podpisane dokumenty i schowała je 

do torebki.  Cody z trudem powstrzymywał się od szerokiego 
uśmiechu.

- Dziękuję - powiedziała Jane. - Niech pan nie robi więcej 

głupstw.

Bob Stanhope opadł na kuchenny blat. Wydawał się teraz 

o  wiele  niższy  niż  poprzednio.  Cody  czułby  pewnie 
współczucie dla tego człowieka, gdyby nie to, że ów człowiek 
sam  sobie  sprowadził  kłopoty  na  głowę  i  był  ponadto 
pierwszej klasy głupcem.

Ale nie powiedział nic, nie wspomniał mu nawet, że przez 

niego spędził kilka bezsennych nocy i miał napięte stosunki z 
naczelnym.  Nie  podzielił  się  też  opinią,  że  pastor,  który 
zdradza żonę z uliczną prostytutką, nie jest wart dwu centów 
przede  wszystkim  w  oczach  Boga.  Opuszczając  mieszkanie, 
powiedział tylko jedno:

- Niech pan nie zapomni dolać wody do chłodnicy.

background image

Rozdział 11

Bar  u  Gussie  nic  się  nie  zmienił.  Był tak  samo  duszny, 

ponury  i  hałaśliwy.  Mimo  to  Jane  nie  straciła  świetnego 
humoru. Nawet gęsty dym jej nie przeszkadzał.

- Dzbanek jasnego - zwrócił się Cody do potężnej kobiety 

za ladą. Potem pomyślał, że trzeba to skonsultować z Jane: - A 
może wolisz wino? Lub coś innego?

Jane  pokręciła  przecząco  głową.  Już  próbowała 

rzekomego  chablis,  oferowanego  przez  Gussie,  i  nie  miała 
ochoty ponownie ryzykować.

- Może być piwo - odparła.

Gussie chwyciła z półki plastykowe naczynie i podstawiła 

je pod kurek.

- Wyglądacie,  jakbyście  dostali  dobrą  nowinę -

powiedziała przez zęby, w których trzymała papierosa, mając 
ręce  zajęte  nalewaniem  piwa.  Ruch  jej  ust  spowodował,  że 
popiół z papierosa obsypał blat. Jane podejrzewała, że trochę 
trafiło też do napełnianego piwem dzbanka.

- Owszem, owszem - odparł Cody. - Mamy dobrą nowinę.

- Objął  ramieniem  Jane  i  przyciągnął  do  siebie. - Skąd 
wyczarowałaś te oświadczenia? - spytał.

- Jestem  adwokatem - przypomniała  mu. - Adwokaci 

wiedzą,  jakie  znaczenie  ma  posiadanie  właściwych 
dokumentów we właściwym czasie i miejscu.

- No tak, ale przecież nie masz tu biura, sekretarek...
- Niepotrzebne  mi  biuro,  żeby  wystukać  oświadczenie. 

Potrzebna tylko maszyna i papier. Poprosiłam w hotelu, żeby 
mi na popołudnie udostępnili komputer i drukarkę...

- Ale  skąd  wiedziałaś,  co  napisać?  A  co  by  było,  gdyby 

pastor postanowił przeczytać dokument przed podpisaniem?

Uśmiechnęła się:

- Szczerze  mówiąc  nie  spodziewałam  się,  że  w  ogóle 

cokolwiek  podpisze.  Ale  pomyślałam  sobie,  że  na  Wszelki 
wypadek  przygotuję.  Jego  adwokat  dostanie  drgawek,  kiedy 
się dowie, co jego klient podpisał

- I może powie, że dokumenty zostały podpisane... jak to 

się  mówi...  pod  presją?  Może  powie,  że  nie  mają  mocy 
prawnej albo coś takiego?

background image

Jane  zaśmiała  się.  Od  kiedy  to  Cody  martwi  się 

szczegółami?  Ale  zaglądając  kokieteryjnie  w  jego  rozjarzone 
oczy  stwierdziła,  że  wcale  się  nie  martwi.  Jego  pytanie  było 
swego rodzaju hołdem wobec jej profesjonalizmu.

-

Już  dostatecznie  popsuliśmy  stosunki  między 

Stanhopem a jego adwokatem - wyjaśniła. - Stanhope przestał 
mieć  do  niego  zaufanie  i  nie  będzie  akceptował  niczego,  co 
tamten  powie.  Poza  tym  dokument  jest  w  zasadzie 
niepodważalny.  W  prostych  słowach  stwierdza,  że  Stanhope 
rezygnuje  z  jakichkolwiek  roszczeń  wobec  gazety,  wycofuje 
pozew  i  zobowiązuje  się  nie  występować  z  roszczeniami  w 
przyszłości. Podpisał trzy egzemplarze. Jeden dla ciebie, drugi 
dla  gazety,  trzeci  dla  swojego  adwokata.  Nie  ma  tu  punktu 
zaczepienia.  Podpis  złożony  dobrowolnie,  otrzymany 
uczciwie.

Ostre spojrzenie zwężonych oczu Cody'ego kontrastowało 

z jego pozornie beztroskim uśmiechem -

- Wiesz, z tą uczciwością to nie bardzo...
- Co  ty  wygadujesz? - Jane  była  wyraźnie  dotknięta. 

Wiedziała  wszystko  o  zawodowej  etyce  i  była  pewna,  że  jej 
nie naruszyła. - Co twoim zdaniem jest nieuczciwe?

- Sposób,  w  jaki  na  niego  patrzyłaś.  Ton  twojego  głosu. 

Sposób  przedstawiania  sprawy.  Nawet  twoje  sugestywne 
ruchy...  Sam  nie  wiem.  Wiem  tylko,  że  gdybyś  mnie  tak 
podeszła, to bym podpisał każdy dokument. Nawet że oddaję 
duszę diabłu.

Jane  pomyślała,  że  Cody  może  zapisać  duszę  diabłu  z 

bardzo wielu powodów, ale chyba nie w wyniku jej zabiegów. 
Ale  czy  to  wszystko  jest  teraz  ważne?  Teraz  mają  oblać 
odniesiony sukces.

Gussie  podała  Cody'emu  pełne  naczynie  i  dwie  szklanki 

ociekające jeszcze wodą.

- Potrzebujemy więcej szklanek - powiedział Cody. - Kto 

jest w sali bilardowej?

- Ci  sami  podejrzani  co  zwykle - mruknęła  Gussie, 

stawiając kilka dodatkowych szklanek na tacy i popychając ją 
w  kierunku  Jane.  W  tym  lokalu  obsługą  nie  należała  do 
najlepszych.

background image

Cody zapłacił, chwycił dzban i podążył na zaplecze. Jane 

ruszyła za nim z tacą i pobrzękującymi szklankami. Stanęła w 
progu  przytrzymywanych  przez  Cody'ego  drzwi  i  zamrugała 
powiekami, oślepiona jaskrawym oświetleniem.

Przy stole bilardowym kręciło się trzech mężczyzn. Chyba 

tych  samych,  których  tu  widziała,  gdy  przyszła  szukać 
Cody'ego.  O  coś  się  spierali.  Gdy  Cody  i  Jane  stanęli  w 
drzwiach,  odwrócili  głowy,  by  zobaczyć,  kto  ośmiela  się 
wedrzeć na ich święte terytorium.

- Patrzcie,  patrzcie,  nasz  Jankes  i  jego  panienka! -

wykrzyknął któryś. - Żonka!

- Tak,  to  pani  Jankesowa - potwierdził  drugi  głos. - A 

piwko dla kogo?

- Dla  każdego,  kto  będzie  traktował  mnie  z  należytym 

szacunkiem - odparł  Cody  poważnie,  choć  w  jego  głosie 
zabrzmiała nutka wesołości.

- Ja  cię  bardzo  szanuję - powiedział  muskularny  grubas, 

łapiąc szklankę, zanim jeszcze Jane zdążyła postawić tacę na 
stoliku. - Prawdę powiedziawszy, o wiele bardziej szanuję cię 
rano.

Mimo że wszyscy obecni trochę już wypili, nie wzgardzili 

poczęstunkiem Cody'ego. Była to krzepka gromadka, wszyscy 
w  roboczych  ubraniach.  Jane  nie  wyobrażała  sobie,  by  w 
Bostonie  mogła  pić  w  podobnym  towarzystwie.  Ale  tu,  w 
Nowym  Orleanie,  w  doskonałym  humorze  po  odniesionym 
sukcesie,  była  odprężona  i  nawet  poczuła  sympatię  do  tych 
przedstawicieli męskiej populacji Luizjany.

W miarę jak ich poznawała, „przedstawiciele" nabierali w 

jej oczach cech indywidualnych.

- To jest Claude - przedstawił Cody pierwszego. - Jeśli się 

zacznie przystawiać, to mi powiedz, a dostanie w czaszę.

- Ja się nigdy nie przystawiam do ładnych kobiet
- odparł  Claude. - Tylko  do  pulchnych.  Nie  muszą  być 

ładne.

- To jest dyskryminacja - skomentowała Jane.
- Żadna dyskryminacja.  Po prostu lubię  tłuste. Dzięki  za 

piwko, Sinclair.

- Ten kurdupel to Darryl - kontynuował Cody, wskazując 

drugiego  przyjaciela. - Jeśli  kiedykolwiek  zechcesz  postawić 

background image

na  kogoś  pieniądze...  mówię  o  bilardzie...  to  nigdy  na  niego. 
On  w  dalszym  ciągu  nie  jest  pewny,  którym  końcem  kija 
należy uderzać bile.

- Ale  wiem,  co  to  jest  bila. - Darryl  mrugnął  do  Jane 

porozumiewawczo. - Bo bila i jajo to prawie to samo. I wcale 
nie  jestem  pewien,  czy  Sinclair  wie  wszystko,  co  trzeba 
wiedzieć o jajach. I czy w ogóle je ma.

- Wytrzyj  sobie  gębę,  Darryl - wtrącił  Claude. - Jest, 

wśród nas dama.

- No właśnie, i jeśli jest żoną tego Cody'ego, to też może 

nie  wiedzieć  wszystkiego  o  jajach.  Czy  słusznie 
przypuszczam,  że ta  nagła szczodrość, jeśli idzie o piwo,  ma 
na celu upicie nas i następnie oskubanie? 

- Żeby cię oskubać, nie muszę cię przedtem upijać
- odparł  Cody,  pomijając  całkowicie  krytykę  jego 

męskości  jako  rzecz  niewartą  komentarza. - Wystarczy,  że 
położę  na  stole  dziesięciodolarówkę.  Jesteście  mi  ją  zresztą 
winni, Przed paroma dniami dałem wam forsę za darmo.

- Nic ci nie jesteśmy winni - wtrącił trzeci mężczyzna. -

Jeśli  facet  odchodzi  od  stołu,  zanim  do  kieszeni wpadnie 
ostatnia bila, to facet traci wszystko, co postawił.

- On nie odszedł z własnej woli - przypomniał Claude. -

Po prostu zareagował na wezwanie swojej ślicznej żoneczki.

Claude  tak  przesadza  z  tą  moją  urodą,  że  pewnie  uważa 

mnie za brzydulę, tyle że nie tłustą, pomyślała Jane.

- Odszedł,  zareagował  na  wezwanie,  wszystko  jedno, 

forsę traci - upierał się trzeci mężczyzna.

- Dobrze, już dobrze, Billy. Niech tak będzie, jak mówisz

- zgodził się Cody. - Stawiamy i gramy.

- Może  twoja  żonka  zagra?  Co,  boisz  się? - rzucił 

wyzwanie Darryl.

- O nie, nie! - zaprotestowała Jane. - Nie gram w bilard. 

Nie umiem.

- Gdzieś ty taką znalazł, Cody? W klasztorze?
- W szkole w Brookline, a to więcej niż klasztor - odparł 

Cody i zwrócił się do Jane: - Chodź, Janey, spróbuj. Pomogę 
ci.

- Nie, Cody, nie. Nie chcę, żebyś przeze mnie przegrał.

background image

Na  próżno  protestowała.  Mężczyźni  gwizdali  i  tupali, 

machali do niej i wydawali zachęcające okrzyki, wzywając ją 
do zielonego stołu.

- Cody,  naprawdę...  Ja  nie  mam  pojęcia  o  tej  grze. 

Obdarzył ją czarującym, chłopięcym uśmiechem, tym

samym,  jakim  ją  zawsze  czarował,  gdy  ich  ścieżki 

krzyżowały się w szkolnych korytarzach.

- Niczym się nie martw. - Objął ją w talii i przyciągnął do 

stołu bilardowego.

- Stracisz pieniądze...
- Na dziś dość rozmów o pieniądzach - mruknął.

I mruknął to tym samym głosem, jakim ostatnio zwierzał 

się  jej  w  samochodzie.  Na  chwilę  zapomniała,  gdzie  jest, 
rozmyślając o ich bodaj pierwszych w życiu minutach szczerej 
rozmowy. Jeszcze hołubiła wspomnienie fali wpadającego do 
samochodu  aromatycznego  powietrza  i  bliskość  Cody'ego,
jeszcze pamiętała zniewalająco czuły odruch, gdy sięgnął, by 
odsunąć  z  jej  twarzy  niesforny  kosmyk...  Oczami  wyobraźni 
widziała  jego  uśmiech.  Nie  ten  zamyślony,  ale  wyrażający 
pewność siebie. Ten drugi uśmiech, widziała poprzednio przed 
dwunastoma  laty,  gdy  biegła  przez  mokry  od  porannej  rosy 
trawnik, by wsiąść na motocykl i uciec z Codym w przyszłość.

- Zaufałem  ci  w  sprawie  grzesznego  pastora,  Janey -

powiedział, zdejmując kij z wieszaka na ścianie i podając go 
jej. - Teraz ty mi zaufaj.

Jane  odwróciła  się  w  kierunku  stołu,  na  którym  Billy 

układał bile w równoboczny trójkąt.

O tej grze wiedziała zaledwie tyle, ile zobaczyła w filmie 

„Bilardzista"  przed  kilkoma  laty.  Jak  może  teraz  zaufać 
Cody'emu, skoro wydaje się jasne, że popełnia ogromny błąd, 
skłaniając  ją do gry?  Jak może mu zaufać,  skoro jest  pewna, 
że zrobi z siebie idiotkę przy pierwszym strzale?

Z drugiej strony powinna okazać mu zaufanie, ponieważ ją 

o to prosi i w tej chwili wydaje się to dostatecznym powodem. 
Usiłując zapomnieć o swych obawach, zaczęła przyglądać się 
wysłanemu zielonym filcem stołowi.

- Mam wbijać bile do kieszeni, tak? - spytała.
- Taka jest ogólna zasada - odparł Darryl, smarując kredą 

koniec kija i uśmiechając się wyniośle.

background image

- Nie  musisz  wbijać  wszystkich  bil  do  kieszeni,  tylko 

niektóre. I nigdy białej - pouczył ją Gody.

- Nigdy białej?
- Nie.  To  bila  prowadząca.  No  co?  Chce  ktoś  postawić 

przeciwko Janey? - zwrócił się Cody do koleżków.

- Ach nie, jesteśmy dżentelmenami - odezwał się Claude.

- Nie stawiamy przeciwko kobietom.

- Zwłaszcza  kiedy  wiecie,  że  przegracie.  Darryl  chwycił 

przynętę.

- Stawiam pięć dolarów, że nie przegram.
- Wiedziałem,  że  mogę  na  ciebie  liczyć - odparł  Cody, 

wyjął  pięć  dolarów  i  położył  na  skraju  stołu  na  banknocie 
Darryla.

- Cody, nie marnuj pieniędzy - westchnęła  Jane. Zawsze 

podziwiała  jego  upór,  ale  czasami  Cody  doprowadzał  ją  do 
rozpaczy.

- Dobrze, nie zmarnuję. Wygraj to dla mnie.
- Kiedy  ja  zupełnie  nie  wiem  jak! - zawołała 

zdesperowana.

- Gdybyś  wtedy  została  przy  mnie,  to  bym  cię  nauczył. 

Najwyższy czas, żebyś poznała tajemnice tej gry.

- Jestem pewna,  że są ludzie, którzy szczęśliwie przeszli 

przez życie, nie dotykając bilardowego kija - odcięła się.

- Ale ty nie będziesz należała do tego szczęśliwego grona

- obwieścił z szerokim uśmiechem. - Pani będzie łaskawa się 
rozluźnić. Dziś wieczorem bawimy silę!

Zaszedł  Jane  od  tyłu,  objął  i  zaczął  sterować  jej  rękami. 

Przylgnął  do  jej  pleców,  położył  dłonie  na  jej  dłoniach  i 
pokazywał układ palców na kiju.

- Kciuk jako podpórka... o tak! - Wsparł jej lewą dłoń o 

filc. - Teraz  będziesz  mogła  wybrać  kąt  strzału.  Łatwo,  bez 
trudu. - Z  kolei  przykrył  ręką  jej  prawą  dłoń,  obejmującą 
gruby  koniec  kija,  i  pokazał,  jak  go  przesuwać  po  zgiętym 
kciuku lewej ręki.

Nagle  przyszły jej do głowy bardzo nieprzyzwoite  myśli, 

zupełnie  nie  pasujące  do  tego  miejsca.  Poczuła  podniecenie, 
które kazało żałować, że są w sali bilardowej i że przyglądają 
się  im  obcy  mężczyźni.  To,  co  teraz  czuła,  kazało  jej 
dziękować  Bogu,  że  w  pewnym  sensie  wyspowiadała  się 

background image

Cody'emu w samochodzie i że sama zrobiła po południu pełen 
rachunek  sumienia, w wyniku którego doszła do wniosku, że 
po rozwodzie z Codym nie wyjdzie za nikogo za mąż, póki w 
pełni  nie  przeanalizuje  swych  uczuć.  Jednakże  teraz  nie  czas 
na podobne dywagacje. Teraz musi się skoncentrować i zrobić 
Wszystko,  by  Cody  nie  stracił  pięciu  dolarów,  które  na  nią 
postawił.

Jeszcze  parokrotnie  wypróbowała  przesuwanie  kija  po 

kciuku, a potem zacisnęła prawą dłoń na końcu kija i uderzyła 
w białą bilę. Ta przebiegła stół i trafiła w trójkąt z kul, które 
rozprysły  się  we  wszystkie  strony;  Jedna  z  nich  wpadła  w 
kieszeń.

- O,  Cody! - wykrzyknęła  i  podskoczyła  z  radości. 

Zapomniała o zakładzie, wspomnienie pełnej emocji rozmowy 
w  samochodzie  też  skryła  w  odpowiedniej  przegródce 
pamięci.  Bila  wpadła  w  kieszeń!  Czyż  to  nie  wspaniałe? -
Cody, trafiłam!

- Hmm,  Cody  wprowadził  tutaj  tajną  broń - mruknął 

Claude. - Kobieta  potrafi  rozbijać  trójkąty.  Oczywiście  przy 
lekkiej pomocy przyjaciół. Co jeszcze ta kobieta potrafi?

- Ta  kobieta  potrafi  wszystko,  do  czego  się  przyłoży -

oświadczył  dumnie  Cody  i  odstąpił  na  chwilę  od  Jane,  by 
mogli  obejść  stół  i  znaleźć  najlepszą  pozycję  do  strzału. - A 
poza tym jest wręcz niesłychanie... pełna wdzięku. Uosobienie 
gracji - dodał. - W słowach i ruchach. I istotnie, Jane nie czuła 
się ani trochę nieporadna.

- Świetnie,  Jane,  wbiłaś  do  kieszeni  dziesiątkę.  To 

oznacza, że polujesz teraz na bile z paskami. Jeśli wepchniesz 
do kieszeni kulę jednokolorową, to kreska.

- Kreska? To znaczy, że jest źle? - Jej podniecenie nagle 

osłabło,  gdy  zdała  sobie  sprawę,  jak  mało  jeszcze  wie  o 
zasadach gry.

- Bardzo  źle.  Patrz,  stąd  będziesz  miała  chyba  najlepszy 

strzał. Czternastka w róg.

Okiem wytyczyła linię strzału od białej bili do czternastki. 

Ważne  tu  były  kąty  odbicia,  ale  Jane  nie  na  darmo 
otrzymywała w szkole najlepsze stopnie z geometrii i fizyki.

- Ma się odbić od lewego boku - powiedziała.
- Ale uderzaj leciutko - doradził Cody. - Tylko ją muśnij.

background image

To  określenie  przypomniało  jej  delikatne  pocałunki 

Cody'ego, ale natychmiast odsunęła od siebie tę myśl. W polu 
widzenia  miała  dwie  pięciodolarówki.  Dziś  Cody  już  wydał 
dwadzieścia  dolarów na  Suzie.  Trzeba  mu pomóc  oszczędzić 
te  pięć.  Raz  jeszcze  wytyczyła  niewidzialne  linie  i  usiłowała 
sobie  przypomnieć,  jak  Cody  układał  jej  przed  chwilą  lewą 
dłoń.

- Tak,  właśnie  tak... - Jak  gdyby  odgadł  jej  niepewność, 

sięgnął zza pleców i poprawił kciuk. Rękę miał ciepłą, miłą w 
dotyku, ruchy zdecydowane. Gdy jednak zaczęła powracać jej 
pewność  siebie,  cofnął  swoją  rękę i  odstąpił,  pozwalając  jej 
samej podjąć decyzję i wykonać zadanie.

Raz  jeszcze  zerknęła  na  dwa  banknoty  i  postanowiła  nie 

dać  się.  Wyobraziła  sobie,  że  nie  stoi  nad  stołem  pełnym 
kolorowych kul, ale przed zbłąkanym duszpasterzem. Złożyła 
się i zdecydowanie uderzyła białą bilę.

Niestety,  tak  jej  się  tylko  wydawało.  Kiedy  poprzednio 

Gody prowadził kij, jego koniec uderzył mocno w bilę. Teraz 
ledwo ją pchnął. Jane wyprostowała się, by patrzeć, jak biała 
bila leniwie toczy się po zielonym polu. Koledzy Cody'ego z 
rozbawieniem  chrząkali.  Jeden  odmawiał  zdrowaśkę.  Biała 
bila  lekko  trąciła  czternastkę,  lecz  to  wystarczyło,  by  ją 
wyprawić  w  drogę  do  kieszeni  w  rogu.  Toczyła  się  jeszcze 
leniwiej.

- Woła  mnie  żona.  Chyba  zdążę  polecieć  do  domu  i 

wrócić na wielką chwilę - zażartował Billy.

- Wielkiej chwili nie będzie - rzekł kwaśno Darryl.
- Przecież bila jest na dobrej drodze.
- Ale utknie. Zdechłe szczury biegają szybciej.
- Widzę, że się martwisz o swoje pięć dolarów - mruknął 

Claude.

- Stanęła! - obwieścił  z  triumfem  Darryl,  pochylając  się 

nad bilą.

- Tylko  nie  dotykaj! - ostrzegł  Cody. - Ona  ma  w  sobie 

jeszcze trochę życia.

- Ale ja ledwo dycham. Właśnie postarzałem się o pięć lat

- oznajmił Billy i zaklął pod nosem.

Czternastka wpadła do kieszeni. Cody promieniał.

- Ale z niej gracz, przyjaciele. Co za talent!

background image

- Jaki  tam  znowu  talent.  Szczęście  amatora - burknął 

Darryl.

Jane  zgadzała  się  z  tą  opinią.  To  było  tylko  szczęście, 

czysty przypadek, lecz mimo to była dumna z siebie. Zrobiła 
to  sama,  bez  pomocy.  Przez  całe  życie  odnosiła  sukcesy  w 
dziedzinach,  w  których  było  jasne,  że  je  odniesie.  Zawsze 
unikała działania na obszarach mniej jej znanych, gdzie czuła 
się niepewnie. Nie była przygotowana do porażek i bardzo by 
ją  zabolało,  gdyby  zawiodła  w  grze,  której  przypatrywali  się 
przyjaciele Cody'ego, czatujący na jej niepowodzenie i na pięć 
dolarów, które Cody postawił.

- Co teraz? - spytała.
- Wyszukaj sobie inną bilę z paskiem w pobliżu kieszeni -

pouczył.

Nadeszła  chwila  wielkiej  próby.  Cody  nie  miał  zamiaru 

dalej  jej  pomagać.  Ma  dokończyć  grę  sama.  Potraktowała  to 
jako dodatkowy dowód zaufania. Bardzo ją to wzruszyło.

Postanowiła go nie zawieść. Obeszła stół, oceniając kąty i 

przypominając sobie wszystkie zasady geometrii i fizyki.

- Tej czerwonej nie wolno mi tknąć? - spytała.
- Nie. Interesują cię tylko te od dziewiątki w górę.
- Doskonale. - Przyjrzała się bliżej położeniu jedenastki i 

doszła do wniosku, że jeżeli nada jej odpowiedni kierunek, to 
może  wbić  ją  do  kieszeni  naprzeciwko.  Pochyliła  się  i 
pamiętając  o  położeniu  lewego kciuka,  złożyła się  i  uderzyła 
białą bilę.

- Jeszcze  jedno  błyskawiczne  natarcie  pani  Sinclair -

ogłosił  Claude,  gdy  biała  bila  powędrowała  ślimaczym 
tempem przez stół.

- Przydałoby się więcej siły - mruknął Cody.
- Gram jak potrafię - ucięła krótko, zastanawiając się, czy 

dmuchanie w bilę jest dopuszczalne.

- Grasz świetnie - zapewnił ją Cody.

Minęła  wieczność,  gdy  biała  bila  stuknęła  wreszcie 

jedenastkę,  która  rozpoczęła  wędrówkę  przewidzianym 
kursem,  odbiła  się  od wyściełanej  krawędzi  stołu  i  potoczyła 
w  kierunku  przeciwległej  kieszeni.  Milimetr  po  milimetrze 
pokonywała dzielącą ją od niej przestrzeń.

background image

- Obudźcie  mnie,  kiedy  się  dotoczy - powiedział  Billy  i 

głośno ziewnął.

- To napięcie mnie zabija - ironizował Claude. Jedenastka 

uparcie zdążała ku kieszeni, dotarła i.. zatrzymała się.

- Trzeba kichnąć, może wpadnie - zasugerował Claude.
- Nic  jej  nie  pomagaj.  To  moja  wielka  szansa! - Darryl 

chwycił  kij  i  podskoczył  do  stołu.  Wystarczyło  mu  pięć 
sekund,  by  wybrać  cel  i  trzepnąć  w  białą  bilę.  Pozostałe 
rozbiegły  się  we  wszystkich  kierunkach.  Wibracja  stołu 
sprawiła, że jedenastka wpadła do kieszeni.

- To  się  nazywa  kreska.  Krecha! - Cody  objął  Jane  i 

zakręcił dokoła. - Wygrywasz, Jane. Czas na żniwo!

- Żniwo?
- Wpakuj  do  kieszeni  pozostałe  bile  z  paskami,  nie 

ruszając jednokolorowych.

Jego  wiara  w  nią  była  wzruszająca.  Cody  wydawał  się 

bardziej pewny jej umiejętności bilardowych niż prawniczych. 
Może  ta  wiara  brała  się  stąd,  że  Jane  umiała  posługiwać  się 
instynktem.  To  instynkt  kazał  jej  przygotować  tekst 
oświadczenia,  które  dała  Stanhope'owi  do  podpisu, mimo  że 
przedtem  nie  było  najmniejszych  podstaw,  by  sądzić,  że 
nastąpi po temu okazja i że Stanhope cokolwiek podpisze.

Oczywiście można łatwo obalić podobne przypuszczenia, 

argumentując, że nie ma widomego związku między procesem 
myślowym  dotyczącym  przygotowania  dokumentu  prawnego
a podchodzeniem do problemu umieszczania bil w kieszeniach 
bilardowego  stołu,  jednakże  optymizm  Cody'ego  był 
zaraźliwy i Jane nie miała zamiaru go zawieść.

Pojedynczy  strzał  Darryla  zmienił  całkowicie  sytuację  na 

stole.  Jane  dokładnie  wszystko  obejrzała,  kolejno  oceniła 
położenie  każdej  z  dwukolorowych  bil,  przeprowadzając 
kalkulację  i  obliczając  w  głowie  kąty.  Wreszcie  wybrała 
kolejną ofiarę, zmierzyła się i wysłała w drogę białą bilę.

Bila  wędrowała  wolno  i  po  lekkim  kontakcie  z  ósemką 

utknęła w miejscu.

- Wszystko w porządku - zapewnił ją Cody. - Nie miałaś 

dobrego strzału. Darryl zostawił cię z niczym.

- A  więc  przyznajesz,  że  wiesz, co  ja  tu  robię - warknął 

Darryl, odrzucając niebieską kredę i podchodząc do stołu. - I 

background image

że  mam  coś  do  zrobienia.  Teraz  poinformuj  swoją  panią,  że 
zamierzam ją załatwić na szaro.

W  krótkim  czasie  wpakował  do  kieszeni  trzy 

jednokolorowe  bile.  Początkowo  rozczarowanie  Jane 
wynikało  z  żalu,  że  Cody  przegra  pieniądze,  ale  dopiero  po 
pewnym  czasie  zdała  sobie  sprawę,  że  Cody'ego  bardziej 
martwi możliwość przegrania partii. Gdy wreszcie nadeszła jej 
szansa  powrotu  do  stołu,  zacięła  zęby,  postanawiając  za 
wszelką  cenę  dać  Darrylowi  nauczkę.  Przeanalizowała 
sytuację,  a  kiedy  wreszcie  strzeliła,  nadała  białej  bili 
prędkość... co najmniej trzech kilometrów na tydzień.

Bill wydał kilka dźwięków symulujących ziewanie. Biała 

bila  stuknęła  w  piętnastkę,  wysyłając  ją  w  kierunku  bocznej 
kieszeni.  Claude  dopełnił  sobie  szklankę  piwem  i  wychylił 
połowę. Piętnastka wpadła w kieszeń.

Jane  spojrzała  na  Cody'ego.  Jego  uśmiech  wysyłał 

sygnały, które wywołały w niej dreszczyk podniecenia. Co się 
ze  mną  dzieje,  pomyślała.  Dlaczego  ta  głupia  gra  tak  mnie 
podnieca?  Dlaczego  aprobata  Cody'ego  jest  dla  mnie  taka 
ważna? Dlaczego to mnie tak obchodzi?

W ostatecznym rozrachunku wszystkie te „dlaczego" były 

mało ważne. Ważne, że zależy jej na Codym. Chciała wygrać
- dla niego! I dla siebie też. Dla obojga.

Z  twardym  postanowieniem,  które  zawsze  jej 

towarzyszyło,  gdy  rozpoczynała  trudne  negocjacje  albo 
przygotowywała się do bitwy na sądowej sali, oceniła sytuację 
na  stole,  wybrała  następną  bilę  i  uderzyła  w  białą. 
Uświadomiła sobie, że od dłuższego czasu nie smaruje kredą 
kija.  Na  szczęście  wszystko  szło  dobrze  bez  kredy.  Kiedy 
trzynastka  wpadła  do  kieszeni,  zapomniała  o  wszystkim - o 
kredzie,  o  zakładzie  Cody'ego,  nawet  o  jego  uwodzicielskim 
uśmiechu.  Pozostał  jeden  cel:  odnieść  sukces  na  zupełnie 
nieznanym  polu.  Na  polu,  gdzie  nikt  nie  brałby  jej  za 
poważnego przeciwnika.

Doświadczała  uczucia  podobnego  do  uniesienia,  jakie 

odczuwała,  kiedy  przed  dwunastoma  laty  uciekła  z  domu. 
Była  do  szaleństwa  zakochana  w  Codym,  ale  była  również 
podniecona wolnością i tym, że burzy wszystkie wyobrażenia, 
jakie o niej miała rodzina. Fałszywe wyobrażenia. Była wtedy 

background image

przerażona,  nękała  ją  niepewność  i  targały  wątpliwości,  ale 
żyła pełniej niż kiedykolwiek przedtem i potem.

Wyobraziła  sobie  teraz  swych  dawnych  profesorów, 

rodziców, kolegów w firmie, patrzących, jak Jane Thayer gra 
w  bilard  w  obskurnym,  podrzędnym  barze,  Absolwentka 
Wellesley i Harvardu gra z jakimiś podejrzanymi osobnikami. 
Przestała  być  wzorową  studentką,  molem  książkowym, 
wzorem bostonskiej godności. Była osobą grającą w bilard w 
nowoorleańskiej norze! Upajała ją sama myśl o tym.

Dziewiątka  nie  wpadła  do  kieszeni  i  Jane  odstąpiła  od 

stołu. Darryl głośno grymasił, Billy i Claude pokpiwali sobie z 
niego. Cody spokojnie sączył piwo, bez uśmiechu spoglądając 
na Jane.

Co  w  tej  chwili  myśli?  Że  Jane  nie  zda  egzaminu 

bilardowego  rekina?  Że  go  zawiodła?  Że  otrzymał  już 
wszystko,  czego  od  niej  chciał,  z  wyjątkiem  tych  pięciu 
dolarów?

A  może  jednak  ona  wcale  nie  jest  przeciwieństwem 

Cody'ego?  Może  równie  silnie  jak  on  pragnie  zwyciężać  i 
wygrywać?  Ma  zdolność  pełnej  koncentracji  i  skupiając 
uwagę, potrafi wyłączyć wszystko dokoła, odsunąć daleko od 
siebie  cały  świat,  by  jego  odgłosy  nie  przeszkadzały  w 
wykonaniu  zadania,  które  przed nią  stoi?  Może mimo swego 
pochodzenia  lubi  popijać  piwo  w  bilardowej  sali  i 
wymachiwać kijem w towarzystwie  prostych południowców? 
Może jest warta tego, by na nią postawić parę dolarów?

W  salce  było  gorąco  i  Jane  też  było  gorąco.  Nie  od 

spojrzenia Cody'ego czy nadmiaru adrenaliny, ale dlatego, że 
salka była mała, obecni w niej mężczyźni pokaźni, a do tego w 
czerwcu  w  Nowym  Orleanie  nie  wystarczą  żaden 
klimatyzator. Jane rozluźniła węzeł szala pod szyją i gładziła 
śliski  jedwab,  usiłując  się  opanować  i  uspokoić.  Darryl 
wpakował  w  kieszeń  jeszcze  jedną  bilę,  nim  w  końcu 
spudłował i oddał jej stół.

- Nic ci nie zostawił, słodka - skomentował Claude.
- Spójrz na nią - odezwał się Billy. - To jest kobieta, która 

potrafi wiele zdziałać, mając do dyspozycji jeszcze mniej niż 
nic.

background image

Jane  wyłączyła  ze  świadomości  ich  pogwarki. 

Przypomniała  sobie  twarz  Cody'ego,  który  całkowicie 
ignorował  otaczający  go  chaos,  gdy  robił  zdjęcia  jeepa  na 
zalanej  wodą  ulicy.  Usiłowała  go  teraz  naśladować  i 
skoncentrowała się na wyszukaniu najlepszego strzału.

Kąty,  kierunki,  odbicia,  tory.  Uderzyła  białą  bilę,  która 

jakby  z  ociąganiem  ruszyła  w  drogę.  Kumple  Cody'ego  bez 
przerwy  gadali,  jakby  chcieli  zabić  czas.  Biała  wbiła 
dziewiątkę  do  kieszeni.  Jane  zabrała  się  do  następnej.  Tym 
razem do kieszeni wpadła dwunastka.

- Cody, nie ma już bil w paski. Co mam teraz robić?
- Wpakuj  do  kieszeni  ósemkę.  Ale  musisz  wybrać 

kieszeń.

- To znaczy powiedzieć, do której kieszeni strzelam?
- Aha.

Przyjrzała  się  stołowi.  Jeśli  wyślę  ósemkę  prosto  przed 

siebie,  to  jest  szansa,  że  wpadnie  do  kieszeni  narożnej  po 
przeciwnej  stronie  stołu.  Ale  żeby  dokonać  tego  wyczynu, 
trzeba  ją  mocno  uderzyć  białą  bilą.  Jane  znała  tajniki 
geometrii, ale obce jej były zasady prędkości, przyspieszenia i 
siły  dobicia.  Wobec  tego  zdecydowała się  jednak  musnąć 
ósemkę z boku i wysłać ją do bocznej kieszeni.

Taki  sobie  leki  pocałunek,  pomyślała,  przechodząc  parę 

kroków na wybraną pozycję.

- Boczna kieszeń po prawej - obwieściła.
- Niech pani tego nie próbuje - ostrzegł ją Billy. - To nie 

może wyjść. Niech pani celuje w lewy róg.

- Celuję w prawą kieszeń - powtórzyła, pozwalając sobie 

na zerknięcie na Cody'ego.

Uśmiechał  się.  Nie  szeroko,  nie  urzekająco,  nie  z 

pewnością  siebie.  Był  to  uśmiech  pełnego  zaufania,  zachęty. 
Uśmiech, który mówił: spróbuj, Janey. Posłuchaj instynktu.

- Tylko lekkie muśnięcie - mruknęła do siebie i uderzyła.

Upłynęły  wieki,  chyba  aż  paręnaście  sekund,  nim  biała 

bila lekko otarła się o czarną ósemkę. Mijały dalsze sekundy. 
Wszyscy  wstrzymali  oddech.  Wreszcie  czarna  bila  litościwie 
wpadła do kieszeni z towarzyszącym temu ni to szmerem, ni 
szelestem, ni stuknięciem.

background image

Jane  aż  zasłabła  z  wrażenia.  Oparła  się  o  stół,  głucha  na 

okrzyki, wiwaty i śmiechy mężczyzn. Śmiał się nawet Darryl. 
Claude  trzepnął ją  tak  mocno  w  plecy,  że  się  zachwiała.  Ale 
najwidoczniej  była  tak  oszołomiona,  że  nie  dotarło  do  jej 
świadomości ani oburzenie, ani ból. Ale gdy dotknęła ją dłoń 
Cody'ego, przeszył ją dreszcz.

- Zdumiewasz  mnie,  Janey - szepnął  jej  do  ucha,  co 

wywołało kolejny dreszczyk.

- Myślałam... - Odwróciła głowę, by zobaczyć jego twarz. 

Uśmiechał się, tym razem enigmatycznie, może jakoś tęskno. -
Myślałam, że przez cały czas byłeś pewny, że wygram...

- Niczego  nie  byłem  pewny - przyznał  i  roześmiał  się, 

tym  razem  łobuzersko. - Ale  nie  miałem  zamiaru  ci  tego 
zdradzić.  Czasami,  jeśli  się  komuś  wmówi,  że  się  w  niego 
wierzy, to ten ktoś wychodzi z siebie, żeby sprostać zadaniu.

Może  powinna  czuć  się  urażona  takim  postawieniem 

sprawy,  ale  była  tak  uszczęśliwiona  swym  triumfem,  że 
zignorowała wyjaśnienie Cody'ego.

- Spójrz tylko! Leje się ze mnie! - powiedziała, dotykając 

skroni, po której spływały krople potu.

- Wcale się nie dziwię - powiedział, niemal siłą zabierając 

jej kij. Nie uświadamiała sobie, że nadal zaciska na nim palce.
- Chłopcy, dobra była zabawa - oświadczył trójce kompanów.
- Północ odniosła kolejne zwycięstwo.

- Południe  jeszcze  zatriumfuje - ostrzegł  go  Darryl  i 

wyciągnął  rękę  do  Jane. - Na  początku  to  myślałem, że  pani 
mnie  podpuszcza,  mówiąc,  że  nigdy  nie  grała  w  bilard,  ale 
potem,  jak  zobaczyłem,  że  pani  tak  dziwnie  gra...  Nikt,  kto 
umie grać, nie grałby tak jak pani.

- No  i  pan  miał  rację  mówiąc,  że  to  tylko  szczęście 

amatora. - Uścisnęła mu mocno dłoń.

- A najwięcej szczęścia trafiło się Cody'emu. Ma panią i 

moje  pięć  dolarów - odparł  Darryl. - Powinienem  przestać  z 
nim  grywać,  ale  chyba  nigdy  nie  zmądrzeję.  Chociaż... -
Palcem  dziobnął  w  kierunku  Cody'ego. - Zmądrzeję  i 
następnym razem cię ogram. To jest moja solenna obietnica.

- Świetnie,  doskonale.  Tylko  nie  zapomnij  przynieść 

portfela. Skończcie piwo, my spływamy.

background image

Cody  ujął  Jane  pod  ramię  i  wyprowadził  z  salki 

bilardowej.  Jane  chciałaby  potańczyć,  chciałaby  pobrykać. 
Czuła  się  wyczerpana  i  zmordowana,  była  spocona,  a 
jednocześnie  miała  ochotę  zrzucić  sandały,  wejść  na  stół  i 
tańczyć boogie. Zdumiała się: to nie jest do niej podobne.

Powstrzymała  to  dziwne  pragnienie  i  pozwoliła  się 

wyprowadzić  z  zadymionego,  mrocznego  lokalu.  Na  dworze 
panowała  gorąca  noc.  Dopiero  w  pewnej  odległości  od  baru 
Jane popuściła wodze fantazji i na cały głos wykrzyknęła:

- Wygrałam!  Cody,  ja  wygrałam! - I  zrobiła  kilka 

tanecznych kroków.

- Zawsze  wiedziałem,  że  należysz  do  kategorii  ludzi, 

którzy potrafią zwyciężać.

- I  nigdy  w  życiu  w  to  nie  grałam.  Jeszcze  nie  mogę 

uwierzyć,  że  mi  się  udało.  Nie  obchodził  mnie  twój  zakład, 
Cody. Walczyłam dla samego zwycięstwa.

Cody był dumny jak paw. Jane jedną ręką chwyciła słupek 

ulicznej latarni i tańczyła wokół niego.

- Dzisiejszego  wieczoru  nie  chciałabym  jeździć  żadnym 

samochodem.  Jestem  zbyt  podniecona.  Dziś  jest  czas  na 
przejażdżkę motocyklem - oświadczyła.

- Moglibyśmy przejechać się harleyem - podsunął niby to 

obojętnym głosem i bacznie się jej przyjrzał.

Puściła latarnię i znieruchomiała.

- Nadal  masz  harleya? - spytała  z  niedowierzaniem. -

Przecież  to  już  zabytek.  Kupiłeś  używany...  No  i  to  już 
dwanaście lat...

W  oczach  Cody'ego  tańczyły  iskierki  rozbawienia  i 

jeszcze coś...

- Chcesz go zobaczyć?

Bardzo  chciała.  I  w  tej  chwili  chciała  także,  cofnąć  o 

dwanaście  lat  czas,  ale  jednocześnie  jak  dorosła  kobieta  być 
partnerką  w  prawdziwym  małżeństwie,  a  nie  pasażerką  na 
tylnym  siedzeniu.  Chciała  chodzić  z  Codym  po  salonach
bilardowych i wygrywać u jego boku dzięki umiejętnościom, a 
nie  szczęściu  i  mozolnemu  wyliczaniu  kątów  padania  i 
odbicia, jakie sobie przypominała z lekcji fizyki.

- A gdzie masz ten motocykl? - spytała, nie chcąc dać po 

sobie  poznać,  jak  bardzo  pragnie  zobaczyć  pojazd,  którym 

background image

przed  wielu laty  pędziła  ku  porywającej i  skazanej  na  klęskę 
wymarzonej wolności.

- Jeśli  naprawdę  chcesz  go  obejrzeć,  to  cię  zawiozę -

odparł  zduszonym  głosem,  zawierającym  obietnicę,  ale  i 
ostrzeżenie.

Powinna była odmówić, ale znajdowała się już na etapie, 

w  którym  nie  odgrywało  roli  to,  co  powinna  czy  czego  nie 
powinna robić.

Tego dnia zatriumfowała nad pastorem, nad Darrylem i... 

tego  dnia  uświadomiła  Cody'emu  i  samej  sobie,  dlaczego  go 
opuściła,  a  Cody  wyznał,  dlaczego  nie  chciał,  by  od  niego 
odeszła. Dziś wszystko było inne.

- Naprawdę chcę zobaczyć harleya - odparła.

background image

Rozdział 12

Clarissa  siedziała  w  domu.  Słowo  „siedziała"  niezbyt 

dokładnie  określało  jej  pozycję:  tkwiła  na  kanapie  skulona, 
niemal  zwinięta  w  kłębek,  z  kolanami  podciągniętymi  do 
piersi, zatopiona w myślach.

Co ma teraz zrobić?
Przede wszystkim powinna już spać, tylko jak? Zbliża się 

północ,  a  ona  jest  całkiem  trzeźwa  i  podminowana.  Kipi  w 
niej energia. Już dwukrotnie kładła się do łóżka i dwukrotnie 
zrywała, nie mogąc spokojnie uleżeć. Jak może spać, kiedy jej 
życie jest zagrożone?

Zbyt  dużo  wie.  Zbyt  dużo  powiedziała.  Mark  pewno 

pomyślał,  że  jest  płaksą,  a  Jane  wyrzuci  ją  z  pracy,  jeśli 
Clarissa  nie  zrobi  tej  przysługi,  by  odejść  pierwsza.  Jej 
zawodowa kariera legła w gruzach, jej ambicje są zniweczone. 
Aby  zarobić  na  czynsz,  musi  mieć  stałą  pracę;  nie  może 
polegać  na  doraźnych  dochodach  z  pracy  jako  modelka. 
Trzeba  będzie  znów  zamieszkać  z  rodzicami  albo  przenieść 
się tam, gdzie koszty utrzymania są niższe.

I na dodatek ktoś zaczął teraz walić do drzwi.
Nocny  napastnik?  Nie  manifestowałby  tak  swojej 

obecności. Ale z pewnością jest to ktoś, kto zwiastuje kłopoty. 
Kto  bowiem  może  walić  o  północy  w  drzwi  mieszkania 
samotnej kobiety?

Zawiązała pasek szlafroka i na palcach podeszła do drzwi, 

obiecując sobie, że w przyszłości będzie mieszkała w budynku 
strzeżonym,  a  nie  w  starym  domu,  gdzie  mimo  domofonów 
stale  wchodzą  jacyś  obcy  ludzie,  wpuszczani  przez 
nieostrożnych  sąsiadów.  No  tak,  złudne  marzenia!  Następne 
jej  mieszkanie  będzie  z  pewnością  w  jakiejś  dziurze.  W 
Bostonie już nic nie zdziała.

pomniejszającej 

soczewce 

wizjera 

zobaczyła 

malutkiego Marka Dennisona.

Co on tu robi o tej porze? Myślała, że jest dżentelmenem, 

a dżentelmeni najpierw telefonują, prawda? I delikatnie pukają 
do drzwi, a nie walą w nie pięściami.

Nie  może  mu  jednak  pozwolić  tak  stać  za  drzwiami  i 

hałasować na cały dom. Poza tym nie ma się czego obawiać. 

background image

Już zrobiła z siebie idiotkę przed paroma godzinami, płacząc i 
łkając w jego towarzystwie. Nie mogło być gorzej.

Zdjęła  łańcuch,  otworzyła  drzwi  i...  wstrzymała  oddech. 

Na  progu  stał  Mark  Dennison,  to  prawda,  ale  był  to  Mark, 
jakiego  jeszcze nigdy  nie widziała: jego  elegancki, jedwabny 
krawat  był  przekrzywiony,  marynarka  krzywo  zapięta,  włosy 
miał  zmierzwione,  a  poły  koszuli  wyciągnięte  ze  spodni. 
Clarissa  nie  przypuszczała,  że w  garniturze  od  Armaniego 
można wyglądać tak nieelegancko.

- Czy nie zaprosisz mnie do środka? - spytał, starając się 

wymawiać każdą sylabę z precyzją nauczyciela dykcji.

- Jesteś pijany - stwierdziła.
- Cyt,  cyt,  cyt! - Obdarzył  ją  karykaturą  uśmiechu. -

Dobieraj  słowa  z  większą  uwagą,  Clarisso  miła.  Jestem  ciut 
podlulany, ale nie pijany.

Co  prawda  wydawał  się  spokojny  i  nie  miał  tej 

zielonoziemistej  cery,  jaką  mają  panowie,  którzy  za  chwilę 
zwymiotują.  Chociaż  gdyby  to  zrobił;  wyleczyłby  ją  może  z 
zadurzenia.  Jane na  pewno wiedziałaby,  co  zrobić  z  zalanym 
kawalerem,  natomiast  Clarissa,  osoba  lękliwa,  natychmiast 
przestałaby  kochać  kogoś,  kto  budzi  swoim  zachowaniem 
odrazę.

Jednakże  do  chwili  obecnej  Mark  nie  popełnił  żadnego 

czynu  budzącego  niesmak.  Z  pijanym  czy  „podlulanym",  jak 
to określił, potrafi dać sobie radę tak długo, jak długo nie musi 
po nim sprzątać.

Odstąpiła więc od drzwi i Mark wszedł do malutkiego, ale 

czystego i ładnie urządzonego pokoju, starannie zamykając za 
sobą  drzwi.  Ruchy  miał  wystudiowane,  niby  robot 
otrzymujący odrębne sygnały  na każdą,  najdrobniejszą nawet 
czynność.

- Zaparzę kawę - powiedziała.
- Poczęstuj się, proszę - odparł.
- To ja chcę ciebie poczęstować. Jesteś u mnie w domu, 

jesteś moim gościem.

- Ach,  w  takim  razie  nie  rób  sobie  kłopotu.  Nie  chcę 

żadnej kawy.

background image

Clarissa żałowała, że Mark jest taki uprzejmy. Gdyby był 

na  przykład  ordynarny,  mogłaby  go  wyrzucić  za  drzwi  i 
wyleczyć się z niego.

- Jesteś pijany, Mark - powtórzyła surowo.
- Nie  jestem pijany.  Ja się  tylko napiłem.  To  jest wielka 

różnica. Czy ty wiesz, Clarisso, co to znaczy in vino veritas?

Świerzbiły  ją  palce,  żeby  mu  wyprostować  krawat  i 

przyczesać włosy, schowała więc dłonie głęboko w kieszenie 
szlafroka, żeby nie ulec pokusie.

- To jest motto Harvardu, tak? Zarechotał.
- Och,  ty  cudowna,  zabawna  dziewczyno!  Teraz  już 

jestem absolutnie tego pewien: zakochałem się w tobie.

- Nie zakochałeś się, tylko jesteś pijany.

Zignorował tę odpowiedź i  zaczął inspekcję  niewielkiego 

pokoju.  Dotknął  zasłon,  otworzył  okno  i  wyjrzał  na  ulicę. 
Potem podniósł z półki statuetkę Buddy...

- To  musi  być  wietnamskie,  prawda? - spytał,  a  ona  nie 

miała  serca  mu  odpowiedzieć,  że  kupiła  posążek  na 
bostońskim bazarze.

Długo  wpatrywał  się  w  oprawioną  reprodukcję,  która 

wisiała nad kanapą.

- Monet. Późny okres - zawyrokował, chociaż się mylił. -

Masz  śliczne  mieszkanko - oświadczył,  siadając  wreszcie  na 
kanapie, która przy jego wzroście wydała się malutka. - Motto 
Harvardu brzmi; Veritas, kochanie. A to znaczy „prawda". In 
vino veritas: znaczy „W winie jest prawda".

- Prawda w winie? - spytała zdziwiona.
- Gdy  pijemy  winogronowy  nektar,  widzimy  świat  We 

właściwych barwach i proporcjach.

- Nie  jestem  pewna,  czy  ty  dostrzegasz  w  tej  chwili 

jakiekolwiek proporcje - mruknęła.

Była zbyt podekscytowana, by usiąść. Podeszła do okna i 

zaczęła poprawiać zasłony. Potem ruszyła do kuchni, usiłując 
sobie  przypomnieć  artykuł  o  działaniu  kawy  na  pijanych, 
który  kiedyś  czytała  w  „Globe".  Czy  tam  było  napisane,  że 
kawa przywraca trzeźwość, czy że bardziej mąci w głowie?

- Ja  naprawdę  nie  jestem  pijany - upierał  się  Mark, 

chociaż jego zmętniałe oczy przeczyły słowom. - Jestem tylko 
nieco zamroczony alkoholem.

background image

Clarissa spojrzała na Marka z góry, chociaż był o wiele od 

niej  wyższy.  Wyglądał  bardzo  chłopięco.  Jak  wyrośnięty 
Huckleberry Finn. I jednak lepiej od niego ubrany.

- Kwa,  kwa,  kwa! - powiedziała,  sama  nie  wiedząc 

dlaczego. Po prostu Mark ją złościł.

- Ja bardzo przepraszam... O co chodzi?
- O twoje zamroczenie.

Założyła  ręce  na  piersiach  i  usiłowała  przybrać  surowy 

wygląd.  Nawet  zmarszczyła  brwi.  Przypomniała  sobie  kilka 
wypadków, kiedy ojciec po jakimś zebraniu związkowym albo 
wieczorze  z  koleżkami  też  wracał  do  domu  „zamroczony". 
Matka  kazała  mu  to  wtedy  odespać  na  kanapie  w  dziennym 
pokoju,  nigdy  w  sypialni.  Ale  rano  rodzice  jedli  sobie  z 
dziobków, jakby nigdy nic.

„No  bo  nic  się  nie  stało",  tłumaczyła  matka  córce.  „Są 

mężczyźni, którzy robią się potworami, kiedy się upiją. Twój 
ojciec nigdy nie jest potworem."

Mark  także  nie  wyglądał  na  pijanego  potwora.  Clarissie 

przyszło  do  głowy,  że  również  mogłaby  ułożyć  Marka  na 
kanapie, tyle że musiałaby  mu obciąć  nogi w kolanach, żeby 
się  zmieścił.  Poza  tym,  gdyby  zasnął,  to  rano  zacząłby 
zachodzić  w  głowę,  skąd  się  tu  wziął.  I  byłaby  dwakroć 
bardziej  zakłopotana  niż  przed  paroma  godzinami,  kiedy 
wyznał jej swoje uczucia.

- Chyba jednak zaparzę kawę - powtórzyła.
- Nie! Przyszedłem nie na kawę, ale zobaczyć się z tobą. 

Skoro  jednak  teraz  siedzę,  to  wątpię,  żebym  zechciał  wstać. 
Jeśli  więc wyjdziesz robić kawę, to  przestanę cię widzieć... -
Potrząsnął smutno głową. - Wpadłem w poważne kłopoty. Nie 
wiem, jak z tego wybrnąć.

Widząc, że zbladł, Clarissa spytała:

- Czy masz zamiar wymiotować
- To  jest  myśl! - Westchnął,  zamknął  oczy  i  przechylił 

głowę do tyłu. Walnął nią w ścianę, gdyż kanapa miała bardzo 
niskie oparcie. - Clarisso, kochanie... Widzisz, Veritas w winie 
jest taka, że nie mogę ożenić się z Jane.

- Chyba  zwariowałeś!  Oczywiście,  że  możesz  się  z  nią 

ożenić!

background image

Czyż nie wystarczy, że ona sama zadurzyła się w Marku? 

Tego  jeszcze  brakowało,  żeby  Mark  zadurzył  się  w  niej  i 
zerwał zaręczyny z Jane. Wtedy Clarissa zostałaby uznana za 
osobę rozbijającą małżeństwa.

- Czyż  nie  widzisz,  Clarisso?  Ożenić  się  z  Jane  to  tak, 

jakby  wziąć  ślub  z  sobą  samym...  Jesteśmy  zbyt  podobni. 
Różni nas tylko płeć.

- Bredzisz  bez  sensu.  Musisz  napić  się  kawy.  Mark 

wyprostował się i pogroził Clarissie palcem:

- Obiecuję  ci,  że  zwymiotuję,  jeśli  zmusisz  mnie  do 

wypicia kawy.

- Już dobrze, dobrze. Nie będzie kawy.

Usiadła  w  fotelu  i  przyglądała  się  twarzy  Marka.  Już  nie 

był blady. Wprost przeciwnie: miał różowiutką buźkę. Ale to 
jeszcze nic nie znaczy, pomyślała.

- Jestem  bardzo  zadowolony,  że  udało  nam  się 

wypracować  wspólne  stanowisko - powiedział  i  uśmiechnął 
się, jakby nie miał już ani jednej troski.

Długa  cisza,  jaka  po  tym  oświadczeniu  nastąpiła,  kazała 

Clarissie  zwątpić  w  jego  słowa.  Słyszała  szum  klimatyzatora 
w sypialni i bardzo żałowała, że nie może po prostu wstać i iść 
do  łóżka.  Z  Markiem.  Ale  Markiem  trzeźwym.  Markiem 
mówiącym do rzeczy i Markiem dżentelmenem.

- Mógłbym  się  tobą  zaopiekować - powiedział. 

Zaczerwieniła się na samą myśl o tym.

- Ta rozmowa prowadzi donikąd - oświadczyła.
- Masz rację, bo ja nigdzie nie chcę prowadzić ciebie czy 

siebie.  Ja  chcę  tu  zostać  i  rozmawiać. - Jakby  na  chwilę 
oprzytomniał. - Więc co ty na to?

- Na co? Nie wiem, o czym mówisz.
- Mówię  o  tobie  i  o  mnie.  Z  góry  ci  powiem,  że  moi 

rodzice nie będą zachwyceni. Są sztywni, nadęci, zaściankowi. 
Bardzo ich kocham, ale czasami są nie do zniesienia. A chodzi 
o to, że nie jesteś... tak zupełnie... biała.

- Wcale nie jestem biała! - warknęła ze złością, nie mając 

zamiaru z pijanym kawalerem dyskutować na temat rasizmu w 
Ameryce.

- Nigdy  w  życiu  nie  podejmowałem  żadnego  ryzyka -

ciągnął. - Zawsze wybierałem bezpieczną drogę. Jane jest taka 

background image

samą.  Ona  zawsze,  ale  to  zawsze  robi  to,  czego się  po  niej 
wszyscy spodziewają. Nie wiem, czy my się kochamy. I czy w 
ogóle wchodzi tu w grę miłość. Po prostu wydawało nam się... 
rozsądne  połączyć  nasze  życie.  Miłość  nie  miała  tu  nic  do 
powiedzenia.

- Mówisz tak, bo wypiłeś...
- Mówi  Veritas,  moja  droga.  Pozwól,  że  wyjaśnię  ci 

prostymi słowami, o co chodzi. - Jego wzrok stał się odrobinę 
przytomniejszy. - Podniecasz mnie. Mam na ciebie ochotę!

Nastroszyła się i wybuchnęła:

- No  wiesz!  Przychodzisz  tu  do  mnie  pijany  i 

oświadczasz, że chcesz iść ze mną do łóżka! Oszalałeś?

Ponieważ była taka filigranowa, nikt nigdy nie spodziewał 

się,  że  potrafi  pokazać  pazurki.  W  rzeczywistości  jej  pazurki 
były  nieproporcjonalnie  wielkie  w  stosunku  do  wzrostu.  I 
pomyśleć,  że  musi  cierpieć  podobne  upokorzenie  tylko 
dlatego, że Jane pognała do Luizjany, że była już zamężna, że 
ona, Clarissa, zadurzyła się głupio w Marku i powiedziała mu 
to! Nie, dosyć tego!

- Proszę  opuścić  moje  mieszkanie,  panie  Dennison!  Nie 

mamy sobie nic więcej do powiedzenia!

- Ale ja... - uśmiechnął się szerzej - nie mogę...
- Może pan, świetnie pan może!
- Nie mogę wstać - wyjaśnił.
- Ja panu pomogę.

Zerwała  się  z  fotela  i  podbiegła  do  kanapy.  Pojęcia  nie 

miała,  jak  ona,  czterdziestopięciokilowe  chuchro,  postawi  na 
nogi  potężnej  budowy  mężczyznę,  ale  w  tej  chwili  była 
wściekła  na  tego  pijanego,  białego,  bogatego  erotomana. 
Chwyciła  jego  nadgarstki,  wsparła  się  piętami  o  dywan  i  z 
całych  sił  pociągnęła.  Niespodziewanie  znalazła  się  na  jego 
kolanach. Piszcząc, zaczęła się szarpać.

- Niech pan się wynosi, niech pan się wynosi!
- Najpierw - uśmiechnął  się  bezradnie - będziesz  może 

łaskawa,  za  co  z  góry  serdecznie  dziękuję,  wskazać  mi 
łazienkę.

- Chcę, żebyś się stąd natychmiast wyniósł!
- Życzenie  damy  mojego  serca  jest  dla  mnie  rozkazem, 

ale przewiduję zbliżający się rozstrój...

background image

- O  Boże,  i  jeszcze  to!  Tu...  To  znaczy  tam!  Ponownie 

chwyciła go za nadgarstki i tym razem bez

wysiłku  podniosła  z  kanapy.  Było  to  jedno  z  owych 

cudownych  wydarzeń,  kiedy  to  matka  potrafi  unieść 
samochód,  by  ocalić  życie  dziecka  przygniecionego  przez 
koło.  Desperacja  Clarissy  pomogła  jej  wykonać  rzecz 
niemożliwą:  przepchnąć  dziewięćdziesięciokilogramowego 
dryblasa do łazienki. I to w rekordowym czasie!

Mark  wtoczył  się  do  małego  pomieszczenia  i  Clarissa 

czym  prędzej  zatrzasnęła  za  nim  drzwi,  po  czym  ciężko 
oddychając, oparła się o ścianę.

I  co  ona  ma  teraz  zrobić?  Mark  upił  się  z  jej  powodu, 

przyszedł  tu  z  jej  powodu,  a  teraz  siedzi  pewno  na  ziemi  i 
obejmuje miskę klozetową. Mimo że była na niego wściekła, 
nie  może  go  znowu  tak  bardzo  nienawidzić...  Usłyszała  jego 
głuchy głos zza drzwi:

- Clarisso!
- Słucham! - Nie mówiła już ostrym tonem.
- To mnie właśnie bardzo podnieca...
- Podnieca cię wymiotowanie?
- Nie.  Życie  w  niepewności.  Niewiedza,  co  przyniesie 

jutro. Chodzenie dzikim szlakiem. Jane nigdy by nie poszła na 
spacer  dzikim  szlakiem.  Ja  chcę  chodzić  takimi  szlakami  z 
tobą!

- W twoim stanie nie będziesz chodził żadnym szlakiem, 

ze mną czy beze mnie.

- Masz  rację,  Clarisso. - Jego  głos  był  jeszcze  bardziej 

głuchy. Pewno opuścił głowę jeszcze niżej. - W moim stanie... 
jestem na kolanach.

- Tak myślałam, że klęczysz.
- A ponieważ już klęczę, to mogę chyba cię zapytać, czy 

za mnie wyjdziesz?

Miała  ochotę  krzyczeć.  Miała  ochotę  płakać.  Chciała 

otworzyć  drzwi  kopniakiem  i  dać  kopniaka  Markowi.  Miała 
ochotę  obrzucić  go  wszystkimi  wyzwiskami,  jakie  znała,  po 
angielsku i po wietnamsku, a może nawet i po łacinie, mając 
świeżo w pamięci vino i Veritas. Pragnęła wykrzyczeć mu nad 
uchem, żeby wynosił się z jej życia,

background image

Ale jednocześnie bardzo chciała spacerować z nim dzikimi 

szlakami,  mimo  że  w  tej  chwili  był  nieznośny.  Bardzo  by 
chciała wiedzieć, co jej przyniesie jutro i czy to, co przyniesie, 
będzie zawierało element szczęścia. A może i miłości.

Miała nadzieję, że nie zacznie siebie nienawidzić za to, że 

od razu nie odrzuciła jego propozycji.

- Zastanowię się nad tym, dobrze?

Nie  odpowiedział,  choć  długo  czekała.  Wreszcie, 

przygotowując się na najgorsze, uchyliła drzwi. Mark leżał na 
dywaniku i uśmiechając się, słodko spał.

Motocykl  stał  w  sypialni  Cody'ego.  Przez  głowę  Jane 

przebiegały  najrozmaitsze  myśli.  Kto  o  zdrowych  zmysłach 
trzyma motocykl w sypialni?

Czy  może  Cody  wprowadził  go  tu  jako  przynętę,  z 

nadzieją, że ją tu zwabi? Czy wszystko tak zaplanował, by w 
którymś momencie musiała spytać o starego harleya?

Nonsens! Po pierwsze, skąd mógł wiedzieć, że tak dobrze 

im  pójdzie  ze  Stanhopem.  Po  drugie,  wcale  nie  ukrywał,  że 
chciałby  się  z  nią  kochać.  Nie  musiał  stosować  żadnych 
wybiegów,  by  ją  ściągnąć  do  siebie.  I  była  pewna,  że  gdyby 
teraz obróciła się na pięcie i wyszła, to by jej nie zatrzymywał. 
Nie był natrętny. Nigdy nie był wobec niej natrętny.

Bo nigdy nie musiał.
Mieszkanie  Cody'ego  wyglądało  nieco  lepiej,  niż 

wyglądają z zasady mieszkania kawalerów. Salonik był mały, 
ale  schludny.  Tylko  kilka  starych  numerów  ilustrowanego 
przeglądu  sportowego  poniewierało  się  tu  i  tam,  meble  zaś 
pokrywała  cienka  warstwa  kurzu.  Natomiast  dobór 
oprawionych  plakatów  na  ścianach  był  dobry,  a  dywan 
pasował  do  zasłon.  Kiedy  ją  tu  wprowadzał,  pokazał  tylko 
drzwi do kuchni, nie otwierając ich, co kazało myśleć, że tam 
właśnie zarezerwowane jest miejsce na bałagan.

Z  kolei  sypialnia...  Nie  była  pewna,  czy  jest 

przygotowana, by tam wejść, chociaż bardzo chciała. O Boże, 
przecież pragnęła do niej wejść od dnia przybycia do Nowego 
Orleanu!

Sypialnia  była  mniejsza  niż  salonik  i  bardziej  zagracona. 

Drzwi  garderoby  stały  szeroko  otwarte,  pozwalając  dostrzec 
krzywo  powieszone  koszule,  stos  butów  na  dole,  piłkę  do 

background image

koszykówki  na  półce,  szlafrok  zawieszony  na  haczyku  i 
ekspander dla sportowców na klamce.

Szybko  odwróciła  głowę.  Jej  wzrok  powędrował  do

szerokiego  łóżka,  które  było  zasłane,  ale  źle:  pod  narzutą 
rysowały  się  wyraźne  garby  zmiętych  prześcieradeł.  Po  obu 
stronach łóżka znajdowały się nocne stoliki. Na jednym stało 
radio  z  budzikiem,  na  drugim  telefon  i  obok  niego  jakaś 
książka w miękkiej, barwnej okładce. Szufladki komody były 
lekko  uchylone  i  po  same  brzegi  wypełnione  szczotkami, 
ołówkami, piórami i wycinkami prasowymi. Rezydowały tam 
również dwie szklanki do piwa, oznaczone nazwami barów.

Nad  komodą  wisiało  lustro,  dzięki  czemu  Jane  mogła 

widzieć,  co  znajduje  się  za  jej  plecami.  A  znajdował  się  tam 
między innymi motocykl ukryty w rogu za drzwiami.

Zamknęła  drzwi,  aby  móc  go  obejrzeć.  Przepełniło  ją 

uczucie  nostalgii,  napłynął  słodko - kwaśny  kalejdoskop 
wspomnień.  Na  chromowanych  częściach  pojawiły  się  nowe 
odpryski  i  skazy,  a  skórzane  siodełko  było  zdecydowanie 
bardziej  popękane.  Jakże  dobrze  pamiętała  to  siodełko! 
Długie. Dwie osoby mogły na nim siedzieć. I siedziały. Ona z 
tyłu,  obejmując  z  całych  sił  Cody'ego.  Promienie  słońca 
odbijały  się  od  chromów  kierownicy  i  raziły  ją  w  oczy.  I 
pozostała ta sama osłona przed wiatrem i deszczem. Pamiętała 
lusterka,  pokrętła  i  manetki,  które  zawsze  wydawały  jej  się 
bardziej  skomplikowane  niż  osprzęt  w  kabinie  promu 
kosmicznego.

Bała  się  tego  motocykla,  kiedy  go  po  raz  pierwszy 

zobaczyła.  A  jeszcze  bardziej  bała  się  podczas  pierwszej 
przejażdżki.  Ale  gdy  opuszczała  Cody'ego,  to  wtedy 
pomyślała  z  żalem,  że  już  nigdy  nie  nauczy  się  prowadzić 
takiego potwora.

- Dlaczego go tu trzymasz? - spytała.
- Chronię przed złodziejami.

Cody  stał  oparty  o  toaletkę,  ręce  trzymał  złożone  na 

piersiach, i uśmiechał się z lekką ironią i rozbawieniem.

- Trzymałem  go  na  parkingu,  ale  ktoś  go  ukradł.  To 

nietrudne. Wsadza się go na furgonetkę i zmyka.

- To  okropne!  Pomyślała  sobie,  że  chyba  bardziej 

okropne,  niż  gdyby  ukradli  mu  datsuna.  I  jeszcze  bardziej 

background image

okropne,  niż  gdyby  w  Bostonie  ukradli  jej  BMW.  Motocykl 
był  reliktem  ich  młodości,  równie  cennym  jak  eksponat 
muzealny. Jakże ktoś mógł się odważyć na tak niecny krok?

- Następnego  dnia  motocykl  odnalazł  się  w  pobliżu 

uniwersyteckiego  kampusu.  Złodzieje  nie  potrafili  go 
uruchomić,  więc  porzucili  w  zaułku.  Zabrali  tylko  lusterka  i 
trochę  poniszczyli  chromy.  Remont  zajął  mi  sporo  czasu. 
Jeszcze  zostało  kilka  śladów... - Wskazał  na  manetkę  w 
pobliżu rury wydechowej. - Widzisz?

- I od tego czasu trzymasz go tutaj?
- Tak.  Przynajmniej  jest  bezpieczny.  Przez  pewien  czas 

stał w sąsiednim pokoju, ale głupio wyglądał. Poza tym, kiedy 
zapraszałem  kolegów  na  mecz  w  telewizji,  każdy  chciał  na 
nim usiąść, a przecież jest stary i nie można go traktować jak 
trampoliny.

- Oczywiście. Byłoby to bezczeszczenie świętości. Rzucił 

jej rozbawione spojrzenie.

- Tak daleko bym się nie posunął. To jest mimo wszystko 

tylko motocykl, a nie relikwiarz czy kapliczka.

Dla  niej  to  był  relikwiarz.  Z  wahaniem,  a  nawet 

szacunkiem  podeszła  do  maszyny  i  przeciągnęła  dłonią  po 
błyszczących  chromach  kierownicy.  Przypomniała  sobie,  jak 
Cody  mocno  ją  trzymał,  nisko  pochylony  do  przodu, jakby 
rzucał  wyzwanie  szosie.  Była  wówczas  oczarowana  zarówno 
nim, jak i motocyklem.

Prawdopodobnie każda nastolatka w jakimś okresie swego 

życia  uważa,  że  mężczyzna  na  motocyklu  wygląda 
niesłychanie atrakcyjnie. Ale kiedy Cody z nią jechał, był nie 
tylko pociągający; wydawał się uwolniony od ziemskich trosk. 
Czasami  w  przeszłości  myślała,  że  ta  ucieczka  z  domu  była 
dla  niego  większym  wyzwoleniem niż  dla  niej. Ona  uciekała 
od rodziny, która chciała pokierować jej życiem, Cody uciekał 
z domu, który nie był domem, od matki, która nie była matką, 
od życia, które nie było takim, na jakie zasługiwał.

A  może  Cody  wcale  od  niczego  nie  uciekał,  tylko  ku 

czemuś  podążał?  Ku  dojrzałości,  ku  przyszłości,  ku  innemu 
życiu?

Z kierownicy przeniosła dłoń na wytarte siodełko, bardziej 

wygniecione  z  przodu  niż  z  tyłu. Ciekawe,  ile jeszcze  kobiet 

background image

woził  na  tym  siodełku?  Obejmowały  go  i  tuliły  się  do  niego 
podczas jazdy. Ile ich było?

Nigdy o to nie spyta.

- To  było  dziwne  przeżycie...  zawsze  z  tyłu  za  tobą -

powiedziała.

- Co to znaczy „dziwne"?

Roześmiała  się  lekko  speszona,  że  tak  się  zagłębia  we 

wspomnienia długich wypraw z Codym i wyskoków do parku.

- Nigdy  nie  wiedziałam,  dokąd  jedziemy - wyjaśniła. -

Nie widziałam drogi. Widziałam tylko ciebie.

Uśmiechnął  się  zamyślony,  jakby  chciał  zgłębić  powody, 

dla  których  jest  speszona.  A  może  był  podobnie  poruszony 
wspomnieniami.  Wpatrywał  się  w  nią  oczami o  wyrazie 
równie  tajemniczym  jak  niebo  nad  kontynentem,  który 
przemierzyli  na  motocyklu.  Potem  odwrócił  wzrok  i 
poklepując siodełko, spytał już swobodnym tonem:

- Może wsiądziesz?
- Będziemy jeździć po mieszkaniu?
- Nie,  ale  usiądź  z  przodu  i  zobacz,  co  straciłaś. 

Właściwie to powinienem był ci pozwolić prowadzić od czasu 
do czasu.

- Nie umiem prowadzić motocykla.
- Nauczyłbym cię. Jazda, wsiadaj.

Jakiś  wewnętrzny  głos  ostrzegał  ją,  żeby  tego  nie  robiła, 

ale już tyle razy ryzykowała z Codym.. Ryzykowała od chwili 
pierwszego spotkania na szkolnym korytarzu.

Ryzykowanie nie zawsze jest złe. Zaryzykowała w salonie 

bilardowym Gussie i wygrała.

Musiała  podciągnąć  spódnicę,  by  przełożyć  nogę. 

Trzymając  mocno  kierownicę,  usadowiła  się  dobrze  w 
zagłębieniu siodełka.

- Tylko  mi  nie  rób  kawałów  i  nie  wytrąć  podpory.  Nie 

chcę się znaleźć na ziemi.

- Jak  możesz  mnie  o  coś  podobnego  posądzać!  Teraz 

uważaj: to jest dźwignia zmiany biegów, to jest pedał gazu, to 
szybkościomierz, a to tach.

- Tach?

. - Tachometr.  Podaje  obroty  silnika.  Ty  jeździsz  na 

automatycznej skrzyni biegów?

background image

- Niestety tak.
- Niektóre z wozów z automatyczną skrzynią biegów też 

mają  tachometry...  Idziemy  dalej:  to  jest wskaźnik 
temperatury  silnika,  to  kierunkowskaz,  wyłącznik  reflektora. 
Na  motocyklu  należy  mieć  zawsze  włączony  reflektor.  W 
dzień  i  w  nocy.  Motocyklista  powinien  być  zawsze  dobrze 
widoczny.

Skinęła głową rozbawiona, że Cody tak poważnie traktuje 

swój  instruktaż,  i  jednocześnie  zdziwiona,  że  choć  jest  tylko 
pochylona  nad  kierownicą  unieruchomionej  maszyny, 
odczuwa  jej  siłę.  Zupełnie  inaczej  niż  w  samochodzie,  gdzie 
kierowca  nie  widzi  bezpośredniego  związku  miedzy 
kierownicą a kołami. To znaczy wie o tym, ale tego związku 
nie widzi gołym okiem. Na motocyklu widzi, jest to dla niego 
oczywiste: kierownica kontroluje bezpośrednio przednie koło. 
Widzi ją, skręcając.

- Wspaniale! - wykrzyknęła,  myśląc  z  rozbawieniem,  co 

też  by  powiedzieli  jej  koledzy  z  firmy  Baker,  Dunn  i 
Wspólnicy, gdyby ją zobaczyli na potężnym, starym harleyu. -
Czuję się jak Peter Fonda w „Easy Rider".

- W  tym  filmie  Peter  Fonda  wylądował  w  trumnie.  Nie 

wolno ci czuć się jak on.

Zdjął  kurtkę  i  cisnął  ją  na  łóżko,  przełożył  nogę  przez 

siodełko motocykla i usiadł za Jane. Poczuła na plecach żar i 
ściskające ją uda.

- Co  ty  wyrabiasz,  Cody? - Jej  oddech  zrobił  się  nagle 

krótki.

- Ty  nigdy  nie  siedziałaś  z  przodu,  a  ja  nigdy  z  tyłu... -

Objął ją czule i delikatnie w pasie. - Chcę widzieć, jak to jest: 
widzieć ciebie, a nie drogę.

Mogła  mu  powiedzieć,  jak  to  jest:  trochę  strasznie,  ale 

właściwie  wspaniale.  Bardzo  niebezpiecznie.  Znacznie 
niebezpieczniej  niż  wtedy,  kiedy  się  całowali  na  schodach
budynku redakcji, o wiele niebezpieczniej niż wtedy, kiedy ją 
pocałował  przed  hotelem  i  zdecydowanie  groźniej,  niż  kiedy 
na  nią  stawiał  w  salce  bilardowej,  a  potem  ona  wygrała  i  on 
zachowywał się tak, jakby przez cały czas wiedział, że tak się 
stanie,  gdyż  była  jego  żoną,  kimś,  kogo  bardzo  dobrze  znał. 

background image

Przesunął ręce do przodu, kładąc je na wewnętrznej stronie jej 
ud, jakby chciał lepiej się trzymać podczas jazdy.

- Cody! - jęknęła.
- Pochyl się, wyobraź sobie, że pędzisz!

Paliły  ją  jego  dłonie,  paliła  skóra  ramienia,  którego 

dotknęły jego usta. Miała teraz gęsią skórkę, miała...

- Cody,  nie  jestem  pewna,  czy... - Słowa  przeszły  w 

westchnienie,  gdy  poczuła,  że  jego  palce  podnoszą  nieco  jej 
spódnicę.

- Jadąc  motocyklem  trzeba  polegać  na  instynkcie -

tłumaczył  zmienionym  głosem,  a  Jane  czuła  jego  oddech  we 
włosach. - Można  tego  czy  owego  się  nauczyć,  ale  w  końcu 
pozostaje tylko instynkt.

Poruszył  głową  i  brodą  odsunął  włosy  z  jej  twarzy,  a 

potem  zaczął  lekko  całować  jej  ucho.  Instynkt  podpowiadał
jej, by nie zbaczać z tej drogi i pojechać nią do końca. Może 
tam właśnie jest wolność. Może złamane serce. Może jedno i 
drugie. Instynkt jednak nakazywał jechać dalej.

Cody podciągnął jej spódnicę już do bioder. Jej nogi jakby 

czekały  na  jego  dotyk.  On  tymczasem  wyjął  ze  spódnicy  jej 
bluzkę i delikatnie głaskał brzuch. Żar jego dotyku rozchodził 
się po jej całym ciele. Pomyślała o łóżku odległym zaledwie o 
dwa kroki.

- Cody, może...?
- Zostań  tu.  Wspaniale  prowadzisz - szepnął.  Sięgnął 

wyżej,  znalazł  klamerkę  stanika,  odpiął  go i  obiema  dłońmi 
przykrył piersi. Jane nie mogła dłużej siedzieć prosto i oparła 
się o Cody'ego. Całował jej kark i skraj turkusowego szala. -
Jesteś wspaniała...

Czuła  w  dole  pleców  dotyk  czegoś,  czego  przedtem  nie 

było.  Ciekawe,  czy  wtedy,  kiedy  on  prowadził,  też  był  tak 
świadomy jej bliskości fizycznej, jak obecnie ona? Jeśli tak, to 
cud, że nigdy nie zjechali z drogi i że nie mieli wypadku.

Zacisnął ręce na jej piersiach. Ból był słodki i chciała, by 

trwał.  Przypomniała  sobie,  co  Cody  powiedział  pierwszego 
wieczoru  w  barze  u  Gussie:  że  ich  małżeński  seks  był 
wspaniały. Są nadal małżeństwem.

background image

Cody przeniósł dłonie na jej uda. Właściwie zsunął je po 

wygniecionej  spódnicy.  Jane  jęknęła,  gdy  poczuła,  że  Cody 
unosi ją na siodełku.

- Cody, ja myślę, że... łóżko...
- Nie podoba ci się podróż motocyklem?
- Ja...

Wszystko  stało się  nierealne, gdy poczuła wilgoć między 

udami  i  uświadomiła  sobie,  co  się  dzieje.  Jej  ciało  stężało, 
rozwarło się, przyjęło go. Zawsze doprowadzał ją do stanu, w
którym gotowa była robić z nim wszystko. Jak nikt inny, kogo 
znała,  potrafił  doprowadzić  ją  do  punktu,  w  którym 
zapominała,  kim  jest,  i  stawała  się  zupełnie  kimś  innym, 
motywowanym tylko potrzebą chwili, głodem miłości i samą 
miłością.

- Jak cudownie - szepnął.
- Taak...

Po  chwili  zdjął  ją  z  motocykla  i  stawiając  na  ziemi, 

przylgnął  ustami  do  jej  warg.  Przytuliła  się  do  niego  ledwie 
świadoma,  że  zdejmuje  jej  spódnicę.  Musiał  oderwać  na 
chwilę  usta,  by  móc  zdjąć  jej  bluzkę  przez  głowę.  Gdy  była 
naga, sam się szybko rozebrał i przylgnął do niej z powrotem, 
całując zaborczo. Dopiero gdy znów posadził ją na motocyklu, 
tym  razem  tyłem  do  kierownicy,  zdała  sobie  sprawę,  że 
pozostawił jej na szyi szal - niby wielki turkusowy naszyjnik. 
Sam usiadł twarzą do niej i ujął kierownicę.

- Nie wywróci się? - spytała.
- Jeśli nie będziesz szaleć...
- To  niesamowity  pomysł... - zaczęła,  ale  jej  przerwał 

kolejnym  pocałunkiem.  Odchyliła  się  na  chwilę  do  tyłu,  po 
czym objęła go i oparła głowę na jego ramionach. Wraz z nią 
wzbiła się w górę jej dusza, zabrała ją z sobą do mrocznego, 
pełnego pasji i namiętności świata, który znała tylko z wypraw 
z  Codym i  którego nigdy  nie szukała bez niego. Mogła  mieć 
jedynie  nadzieję,  że  kiedy  z  tej  wyprawy  powróci,  znajdzie 
powrotną  drogę  do  domu,  tak  jak  ją  znalazła  przed 
dwunastoma laty.

Położyła mu dłonie na ramionach po części dlatego, żeby 

znaleźć  oparcie,  a  po  części  by  go  dotykać,  być  bliżej.  Miał 
gorącą  i  gładką  skórę.  Kiedy  zaczęła  ją  głaskać,  wstrzymał 

background image

oddech.  Zawsze  ją  zdumiewało,  że  potrafi  nie  mniej  go 
podniecić niż on ją.

- Janey,  Janey... - szepnął,  gdy  wygięła  się  ku  niemu  w 

łuk.  Nieco  się  uniósł,  owinął  jej  nogi  wokół  siebie.  I  wtedy 
znowu zapomniała o całym świecie. Była tylko zdolna przyjąć 
go,  wchłonąć,  odczuwać  jego  ciężar,  gdy  kochał  się  z  nią, 
wywołując  uczucia,  jakich  nie  potrafią wyrazić  słowa.  Jego 
ruchy  stawały  się  ostrzejsze  i  szybsze.  Jane  stężała  przed 
osiągnięciem  szczytu,  lecz  wiedziała,  dokąd  zmierza,  dokąd 
jedzie...  Gdy  otworzyła  oczy  i  ujrzała  nad  sobą  jego  twarz, 
jego zmysłowe usta i błyszczące oczy, zdała sobie sprawę, że 
celem jej wędrówki był zawsze Cody.

background image

Rozdział 13

Jestem już chyba za stary na takie rzeczy, pomyślał Cody.
Trwało wieki, nim odzyskał pełną świadomość. A kiedy to 

się stało, poczuł skurcz w udach, ból w plecach i ciężar głowy 
Jane  na  rękach,  w  które  wpijała  się  kierownica.  Jeśli  będzie 
zbyt nieostrożny, przewróci motocykl. Jeśli znieruchomieje w 
tej pozycji, to...

To chyba umrze. Ale umrze szczęśliwy. Miał wybór.
Na  tę  myśl  roześmiał się.  Spojrzał  na  Jane  i  zobaczył  jej 

zdumione  spojrzenie,  usta  wilgotne  od  jego  pocałunków, 
policzki zaróżowione.

- Janey, Janey... - wyszeptał. Zamknęła oczy i westchnęła.
- Nie mogę uwierzyć...
- Trzymaj  się. - Powoli  prostował  się,  a  Jane  krzyknęła 

przerażona,  gdy  motocykl  zaczął  się  chwiać. - Nie bój  się! 
Wyjdziemy z zakrętu - uspokoił ją, sięgając stopą podłogi.

Pomógł  Jane  usiąść.  Kiwała  półprzytomnie  głową  i 

urywanie  oddychała.  Patrzył  na  jej  piękne  ciało,  jędrne  tak 
samo jak przed laty. Czuł, że jest gotów wszystko powtórzyć. 
Ale  czy  ona  również  tego  chce,  czy  też  spuszczone  oczy, 
pełen  zdziwienia  wyraz  twarzy  i  skulone  ramiona  oznaczają, 
że żałuje minionych chwil?

Jeśli żałuje, to trudno. On jej nie przeprosi, bo niczego nie 

żałuje.  Nie  będzie  też  się  babrał  w  rachunkach  sumienia  i 
szukał  ucieczki  w  płonnych  nadziejach.  Poprzednim  razem 
zainwestował  w  nią  zbyt  wiele  uczucia  i  niemal  oszalał.  Nie 
powtórzy  poprzedniego  błędu.  Kiedy  tym  razem  Jane  go 
opuści - a  jest  to  sprawa  godzin  lub  najwyżej  dni - on  nie 
pozwoli sobie na cierpienie. Nie będzie w nim żadnych uczuć,

Z  drugiej  strony  pożądał  jej,  pragnął  ją  mieć.  Różnie  to 

można nazwać: dojrzałością, zmysłem praktycznym, procesem 
starzenia,  ale  chciał  kochać  się  z  nią  normalnie,  na  łóżku  z 
materacem  i  poduszką,  w  pokoju,  po  którym  można  zrobić 
parę  kroków.  Chciał  ją  mieć  nad  sobą,  pod  sobą,  dokoła 
siebie.  Po  prostu  chciał  ją  mieć,  potrzebował  jej.  Chciał  ją 
mieć  rozpaloną,  rozszalałą,  chciał  ją  mieć  na  prawach 
wyłączności.

background image

- Dobrze się czujesz? - spytał, przeciągając dłonią po jej 

ramieniu i rozkoszując się delikatnością jej skóry.

- Jak  ty  to  robisz,  Cody,  że  tak  na  mnie  działasz?  Co  w 

tobie jest, że jestem gotowa robić takie rzeczy?

- Mój nieodparty czar i seksapil - odparł.
- Ale  to  wydaje  się  nie  mieć  sensu.  My  przecież  nie

pasujemy  do  siebie.  Nie  widzę  żadnego  logicznego 
wytłumaczenia.

- Seksu  nikt  nie  wytłumaczył  jeszcze  logiką.  Nie  wolno 

nawet próbować sobie tłumaczyć...

- Musi w tym być jakaś logika - upierała się. - Jestem tu i 

myślę.  Sądzę,  że  ty  również  się  zastanawiasz.  Powinniśmy 
móc we dwójkę jakoś to wszystko wyjaśnić.

Niezmienna Janey: usiłuje wszystko analizować, by potem 

otrzymać  celujący  stopień  podczas  pisemnego  egzaminu  na 
temat seksu.

- Tu  nie  ma co wyjaśniać - argumentował,  tracąc szansę 

na  jakikolwiek  stopień  z  egzaminu  pisemnego,  ale  chcąc 
mimo to zdawać ustny. - Zwierzęta to robią, owady to robią, 
rośliny też...

- Ale nie na motocyklach - odparła.
- Z  pewnością  by  spróbowały,  gdyby  im  to  przyszło  do 

głowy.

- O  nie! - zaprotestowała,  prostując  się  i  pozwalając 

Cody'emu  postawić  się  na  podłodze. - Gdyby  rośliny  miały 
rozum,  to  nigdy  nie  robiłyby  tego,  co  myśmy  przed  chwilą 
robili.

- Ale  przyznaj,  że  było  przyjemnie.  Spiorunowała  go 

wzrokiem, a po chwili uśmiechnęła

się wstydliwie.

- Jesteś jak trucizna, Cody.
- A może jednak nektar?

Wziął ją w ramiona i pocałował. Wreszcie stali na twardej 

podłodze  i  nie  było  ryzyka,  że  upadną  podczas  pieszczot. 
Mógł do woli głaskać ją po plecach i tulić do siebie. Położyła 
mu dłonie na ramionach, drżąc i czekając, aż Cody znowu ją 
posiądzie. Być może jest dla niej trucizną, ale jakże słodką!

Nie  przestając  się  całować  dotarli  do  łóżka,  z  którego 

Cody  zrzucił  leżącą  tam  kurtkę.  Podciągnął  Jane  tak,  aby  jej 

background image

głowa spoczywała na poduszce. Usiłował ją sobie wyobrazić z 
innym mężczyzną, ale nie potrafił. Nie była to megalomania z 
jego strony - a może i tak - ale nie mógł sobie wyobrazić Jane 
wbijającej  palce  w  plecy  innego  mężczyzny,  jęczącej  z 
rozkoszy  dla  innego.  Po  prostu  nie  wierzył,  by  mogła 
reagować  na  innego  mężczyznę  tak,  jak  reagowała  na  niego, 
ponieważ on sam nigdy nie zareagował na inną kobietę tak jak 
na Jane.

Chciał,  aby  zaczęła  za  nim  szaleć  tak,  jak  szalała  przed 

dwunastoma laty. Chciał, aby nigdy nie zapomniała obecnych 
chwil, aby o nich myślała, kiedy powróci do Bostonu i będzie 
szła  do  ołtarza  w  eleganckim  kościele,  by  poślubić  Marka 
Bankiera. Chciał, aby wspominała ten dzień, kiedy położy się 
do  łóżka  z  owym  Markiem.  Ilekroć  będzie  się  kochała  z 
nowym  mężem,  ma  myśleć  o  poprzednim,  o  tym,  który 
nauczył ją miłości. O tym, który był dla niej trucizną.

Oczekiwał  pewnego  uczucia  triumfu,  że  udało  mu  się 

pozostawić  w  jej  świadomości  nie  dający  się  zetrzeć  ślad,  a 
tymczasem  czuł  tylko  rozdzierający  smutek.  W  głębi  duszy 
wiedział, że bez względu na to, o czym Jane będzie myśleć w 
noc  poślubną,  na  pewno  nie  będzie  myśleć  o  jakimś  tam 
Codym. Bez względu na to, jak bardzo będą się kochać dziś i 
bez względu na to, co jeszcze Cody jej zaproponuje, jutro Jane 
wyjedzie.

Przynajmniej  tym  razem  wie,  co  go  czeka.  Nie  był  już 

romantycznym młodzieńcem, który wierzył w to, że marzenia 
mogą  się  spełnić  i  że  on  potrafi  zdobyć  dozgonną  miłość 
księżniczki.  Jane  sobie  pojedzie  i  bez  niej  będzie  mu  lepiej. 
Tak jak przedtem, zanim tu przyjechała. Nigdy nie potrafiłby 
być  księciem,  i  nie  chciałby  nim  być,  więc  lepiej  od  razu 
przekręcić  kurek  i  odciąć  dopływ  wielkich  uniesień,  uczuć  i 
nadziei. Trzeba po prostu bawić się sytuacją. Bawić się dzisiaj 
do upadłego, ponieważ jest to jedyny i ostatni wieczór z Jane, 
która więcej od niego nic nie chce i od której on już niczego 
nie oczekuje.

Z  tą  myślą  położył  się  na  niej,  objął  ją  w  posiadanie  i 

doprowadził  do  orgazmu.  Chciał  tylko  jednego:  Jane 
szalejącej  z  namiętności  w  jego  ramionach.  Tylko  tego 
jednego wieczoru!

background image

- W „Sentinelu" mamy notariuszkę - powiedział.

Siedzieli  w  jego  kuchni,  pijąc  kawę.  Jane  miała  na  sobie 

jedną ze starych koszul Cody'ego. Zawinęła rękawy do łokci, 
poły  sięgały  jej  kolan.  Mimo  tego  bardzo  sugestywnego 
odzienia, 

zmierzwionych 

włosów, 

zaczerwienionych 

policzków j śladów miłosnych uniesień siedziała jak skromna 
panienka,  z  zaciśniętymi  nogami  i  grzeczniutkim  wyrazem 
twarzy.  Cody obserwował ją,  stojąc przy kuchennym blacie i 
robiąc  grzanki.  I  doszedł  do  wniosku,  że  Jane  jest  po  prostu 
sztywną, dobrze wychowaną damą z Bostonu, która starannie 
ukrywa swoje libido.

On  tymczasem  je  odkrył.  Kochał  się  z  nią  całą  noc. 

Obolałość  po  eksperymencie  na  harleyu  była  niczym  w 
porównaniu  z  obolałością,  jakiej  się  dorobił  w  ciągu 
następnych godzin. Nic podobnego nie przydarzyło mu się od 
młodzieńczych lat.

Jane patrzyła na niego nieodgadnionym wzrokiem.

- Notariuszka? - powtórzyła.
- Tak. Pracuje w kadrach. Możemy do niej iść. Podpiszę 

papiery,  ona  potwierdzi... - Obserwował  uważnie  jej  twarz, 
oczekując reakcji.

Jane  odstawiła  kubek  i  ściągnęła  wargi,  po  czym 

zmarszczyła nos i wzięła głęboki oddech.

- Świetnie, doskonale... - Przez chwilę miała otwarte usta, 

jakby  zamierzała  coś  jeszcze  powiedzieć,  ale  zamiast  tego 
podniosła kubek z kawą.

- Nie  sądzę,  żebyś  miała  przy  sobie  te  dokumenty.,. 

Odezwał się tylko po to, by podtrzymać rozmowę.

Jane  wydawała  się  niezadowolona  i  wyraźnie  poruszona. 

Jej policzki zbladły.

- Dokumenty są w hotelu - stwierdziła sucho.
- Więc będziemy musieli wpaść do hotelu - odparł.
- Chyba tak.

Cisza.  Cody  obserwował  drobiny  kurzu  tańczące  w 

promieniach  słońca,  które  wpadały  z  okna  za  plecami  Jane. 
Nie  chciał  odkładać  tego,  co  było  nieuchronne,  ale  po 
minionej  nocy...  Może  mógłby  ją  przekonać,  żeby  została 
jeszcze  parę  dni  w  Orleanie  i  dopiero  potem  zalegalizują  ten 
podpis?  Owszem,  kochali  się  na  harleyu  i  w  łóżku,  ale  nie 

background image

robili  tego  jeszcze  pod  gwiazdami...  Tyle  pozostało  do 
odkrycia, tyle świata można by jeszcze podbić!

Ale  ją  czekało  przygotowanie  ślubu  w  Bostonie,  a  jego 

czekał  powrót  do  rzeczywistości  i  pogodzenie  się  z  nią. 
Zawsze  mu  się  to  doskonale  udawało  z  wyjątkiem  jednego -
życia  bez  Jane.  Nagle  grzanki  głośno  wyskoczyły  z  tostera  i 
Cody  przerwał  rozmyślania.  Ułożył je  na talerzu i  zaniósł na 
stół. Jane spojrzała na nie, lecz nie wykonała żadnego ruchu, 
trzymając nadal obie dłonie na kubku.

- Nie jestem głodna - powiedziała.

Jeszcze  jeden  dzień.  Co  w  tym  złego?  Zdąży  jeszcze 

wrócić i będzie miała masę czasu na przygotowanie się do roli 
najwspanialszej oblubienicy w stanie Massachusetts.

Cody  usiadł  na  krześle  naprzeciwko  niej.  Miał  na  sobie 

dżinsy  i  koszulę,  ale  nie  trudził  się,  by  pozapinać  guziki.  I 
dobrze.  Nawet  przy  klimatyzacji  w  kuchni  zawsze  było 
gorąco.

- Mógłbym  zawiadomić  redakcję,  że  jestem  dziś  chory -

zaproponował obojętnym głosem, aby Jane nie zaczęła od razu 
podejrzewać, na co on ów wolny dzień przeznacza.

Dopiero  gdy  przeniosła  wzrok  z  nagiego  torsu  na  twarz 

Cody'ego,  uświadomiła  sobie,  że  przez  cały  czas  wprost 
nieprzyzwoicie  mu  się  przygląda.  Zrobiła  się  czerwona  jak 
piwonia.

- Nie,  Cody.  Myślę,  że  powinniśmy  jak  najszybciej  to 

skończyć...

- Jak sobie życzysz.

Wcale się nie obraził. Jane ma oczywiście rację. Nie było 

sensu  przedłużać  tego  wszystkiego.  Dla  odrobiny 
przyjemności?  Przecież  się  już  nie  kochali.  Nie  powinni 
pozostawać małżeństwem.

Zdecydował, że też nie jest głodny, dopił kawę i wstał od 

stołu.  Nagle  pilno  mu  było  podpisać  te  cholerne  dokumenty. 
Naprawdę nie miał ochoty spędzać więcej czasu z tą siedzącą 
przy  jego  stole  szczupłą  kobietą,  o  sylwetce  nadal  niemal 
dziewczęcej,  o  kasztanowych  włosach i  czarnych  oczach,  o 
prawniczym umyśle i genach ludzi z wyższych sfer. Nie miał 
zamiaru spędzać nawet minuty dłużej w towarzystwie kobiety 
w  jego  koszuli,  spod  której  wyłaniają  się  zgrabne  nogi. 

background image

Spojrzał  wyżej,  na  jej  szyję,  i  przypomniał  sobie  miodowy 
zapach jej skóry... I te usta, i...

Niech  to  wszyscy  diabli!  Jeśli  Jane  ma  zniknąć  z  jego 

życia, to niech znika od razu. On chce to mieć za sobą. Chce, 
żeby natychmiast wyjechała!

Udało  się  jej  uzyskać  rezerwację  na  lot  późnym 

popołudniem.  Było  już  ciemno,  kiedy  w  Cincinnati 
przesiadała  się  do  innego  samolotu,  tym  razem  lecącego  już 
prosto  do  Bostonu.  Zająwszy  miejsce,  zgasiła  lampkę  nad 
głową  i  odwróciła  się  plecami  do  dwóch  biznesmenów,  z 
którymi dzieliła rząd, i patrzyła w swe blade odbicie w szybce 
owalnego  okienka.  Samolot  leciał  na  wschód,  pozostawiając 
za  sobą  czerwoną  pręgę  na  horyzoncie,  gdzie  dopiero  co 
zaszło słońce.

Dokument  rozwodowy,  podpisany  i  poświadczony 

notarialnie,  miała  złożony  w  torebce.  Oczywiście  mogła  go 
schować do walizki, ale gdyby to zrobiła, a los spłatał jej figla 
i  walizka  zginęła...  Linie  lotnicze  zawsze  ostrzegają 
pasażerów,  by  dokumenty,  biżuterię,  ważne  leki  i  przybory 
toaletowe mieć w bagażu podręcznym. Papiery rozwodowe są 
ważniejsze od lekarstw.

Kiedy  kilka  godzin  temu  patrzyła  na  Cody'ego,  który  z 

nonszalancją  składał  podpis,  doszła  do  wniosku,  że  w 
wydarzeniu  tym  nie  należy  dopatrywać  się  jakiejś 
nadzwyczajnej  chwili.  Ot,  dwa  podpisy  i  potem  pieczęć 
notarialna. Wielka mi rzecz.

Jest  więc  rozwiedziona.  No,  jeszcze  niezupełnie: 

dokumenty  muszą  być  złożone  i  zarejestrowane  w  sądzie 
stanu Massachusetts. Jednakże nie musi się z tym spieszyć. Do 
ślubu jeszcze wiele miesięcy.

Usiłowała  się  skupić  na  tym,  co  powinna  powiedzieć 

Markowi, kiedy go zobaczy - miała nadzieję, że nazajutrz. Im 
szybciej  się  z  nim  spotka,  tym  szybciej  jej  życie  powróci  do 
normy.  I  życie  Marka  także.  Taktownie  i  łagodnie  wszystko 
wyjaśni.  Całą  winę  weźmie  na  siebie,  no  bo  nie  jest  winą 
Marka,  że  wypad  do  Nowego  Orleanu  otworzył  jej  oczy  na 
wiele spraw. Nie chciałaby Marka zranić.

Jednakże  po  spotkaniu  ż  Codym  zaczęła  wreszcie 

rozumieć,  czego  żąda  od  przyszłego  męża.  Nie  tylko 

background image

stabilizacji  gwarantowanej  przez  Marka,  nie  wyłącznie 
namiętności  oferowanej  przez  Cody'ego,  ale  jednego  i 
drugiego.  Być  może  zbyt  wiele  żąda,  ale  jeśli  czegokolwiek 
ten  wyjazd  ją  nauczył,  to  właśnie  tego,  że  nie wolno  opierać 
życia tylko na poczuciu stabilizacji.

Zamknęła  oczy  i  niewyraźny  wizerunek  jej  samej  w 

owalnej  szybce  zastąpiło  aż  nadto  wyraźne  wyobrażenie 
twarzy  Cody'ego.  Zobaczyła  jego  zmierzwione  włosy, 
jasnoniebieskie oczy, usta, ciało...

Westchnęła.  A  może  powinna  była  wybrać  namiętność  i 

pożądanie, rezygnując z wszystkiego innego?

Nie, taka możliwość w ogóle nie  wchodzi w rachubę. Po 

cudownej  nocy  miłosnej  Cody  niemal  zaraz  po  obudzeniu 
oświadczył chłodno, że jeszcze tego samego ranka gotów jest 
złożyć  swój  podpis na  dokumentach  rozwodowych.  Ani  razu 
nie  powiedział - ani  nie  dał  nawet  do  zrozumienia - że  ją 
kocha.  Ani  razu  nie  sugerował,  że  być może  ich  rozwód 
będzie jeszcze większym błędem niż ich małżeństwo.

Minionej  nocy  Cody  szukał  tylko  zaspokojenia,  chciał 

wyłącznie  fizycznych  doznań.  A  rankiem  następnego  dnia 
postanowił jak najszybciej pozbyć się Jane ze swego życia.

Ale  przecież  od  początku  o  tym  wiedziała.  Doskonale 

wiedziała,  czego  on  chce,  a  czego  nie.  Nie  mogła  się  teraz 
tłumaczyć ignorancją. Jedyną niespodzianką było to, że cała ta 
przygoda - bo  jakże  inaczej  to  określić? - pozostawiła  w  jej 
psychice  bolesne  ślady.  Czuła  się  zraniona  do  głębi  duszy. 
Była  smutna,  tęskniła  za  innym  rozwiązaniem  i  marzyła  o 
tym,  by  zamiast  młodego  biznesmena  wystukującego  coś  na 
tym  okropnym,  małym  komputerku,  siedział  teraz  koło  niej 
niechlujnie  ubrany  fotograf,  który  nie  chce,  by  go  nazywano 
fotoreporterem.  Chciała,  by  to  on  właśnie  leciał  z  nią  do 
Bostonu, przekonując ją, że chce po raz drugi złożyć przysięgę 
małżeńską  i  wziąć  na  siebie  wszystkie  wynikające  z  tego 
tytułu obowiązki.

Westchnęła  z  żalem  i  w  całym  ciele  poczuła  chłód,  gdy 

nowoorleański  żar  opuścił  jej  duszę.  Potarła  dłonie  jedną  o 
drugą, by je rozgrzać. Na palcu nie pobłyskiwał dwukaratowy 
diament. Pierścionek schowany był w walizce. W odróżnieniu 

background image

od  dokumentów  rozwodowych,  nie  zasłużył  na  rangę  czegoś 
szczególnie ważnego.

Patrząc na dłoń stwierdziła, że brak pierścionka nie czyni 

żadnej  różnicy.  Od  niedawna  go  nosiła  i  jeszcze  nie  zdążyła 
się do niego przyzwyczaić. Posiadała natomiast po dziś dzień 
obrączkę  ofiarowaną  jej  przez  Cody'ego - taniutką,  złotą 
obrączkę,  zaledwie  nieco  grubszą  od  kilku  splecionych 
włosów. Wtedy na nic innego nie mogli sobie pozwolić.

Po rozstaniu schowała ją do satynowego pudełka, pudełko 

włożyła do kufra, a kufer stał obecnie w składziku należącym 
do  apartamentu,  który  zajmowała  w  bloku.  Nie  widziała  tej 
obrączki od dnia, kiedy włożyła ją do pudełka.

Powinna  się  jej  pozbyć.  Była  pewna,  że  Cody  swojej  się 

pozbył.

Odetchnęła  głęboko,  ręce  zsunęły  się  jej  na  kolana. 

Przypomniała  sobie,  że  Cody  czytał  przyszłość  z  jej  dłoni  i 
mówił coś o długiej, nieprzerwanej linii małżeńskiej.

Zapaliła  światło  nad  głową  i  z  zainteresowaniem  zaczęła 

przyglądać się wewnętrznej stronie dłoni. Znalazła linię, którą 
Cody  jej  wskazał.  Istotnie,  była  długa  i  nieprzerwana.  Jane 
zawsze uważała, że chiromancja to bzdura.

Powietrze u Gussie było gęste od dymu. Cody delektował 

się  znajomymi  zapachami.  Wokół  niego,  niby  niewidzialny 
boa dusiciel, wiła się tęskna melodia spływająca z gitary B.B. 
Kinga i docierająca do smrodliwego lokalu przez grającą szafę 
w rogu.

Gussie dostrzegła go w drzwiach i od razu spytała:

- To co zwykle? - Jednocześnie sięgnęła po kufel.

To co zwykle; pstrykanie zdjęć, wałęsanie się po lokalach, 

gra w bilard. Czasami jakaś randka. Życie bez wielu potrzeb i 
bez wielkiego ryzyka.

Czyż to nie smutne?
Kiedyś,  kiedy  był  jeszcze  zbyt  młody,  by  cokolwiek 

rozumieć, podjął ryzyko i wylądował - choć na krótko - z Jane 
Thayer. Przed niespełna tygodniem Jane ponownie  wtargnęła 
w  jego  życie  i  znów  zaczaj  ryzykować.  W  redakcji  zaczął 
walczyć  o  swą  wolność  twórczą,  w  salce  bilardowej 
ryzykował stawiając pięć dolarów na Jane, ryzykował jeszcze 
bardziej,  zapraszając  ją  do  domu  i  pozwalając  sobie  na 

background image

spróbowanie tego, bez czego żył już od tylu lat. Jak alkoholik, 
który  po  latach  abstynencji  bierze  do  ust  łyczek  wódki,  tak  i 
Cody znalazł się teraz powtórnie w szponach nałogu. Stał się 
słaby, czuł coraz większe pragnienie.

Ale źródło, z którego czerpał, zniknęło.

- Gdzie twoja dziewuszka? - spytała Gussie.

Nie  odpowiedział,  wpatrując  się  tępo  w  zatoczoną  salę. 

Chyba  bardziej  zatłoczoną  niż  zwykle.  Wieczór  samotników 
czy  co?  Przesunął wzrokiem  po ledwo  widocznych  w  mroku 
głowach. Głosy z pudła telewizyjnego wydawały się płynąć z 
innego  świata,  ekran  odstraszał  jaskrawością  barw.  Cody  nie 
mógł  znieść  tych  kolorów,  nie  mógł  znieść  tych  głosów,  nie 
mógł  znieść  nawet  najwybitniejszego  gitarzysty  w  dziedzinie 
bluesa.  Nie  mógł  także  znieść  myśli  o  partii  z  Darrylem, 
Claudem  i  Billym.  A  w  ogóle  nie  mógł  znieść  myśli  o 
wieczorze  w  barze  i  szprycowaniu  się  alkoholem  w  ilości, 
która  mu  pozwoli  przekonać  siebie  samego,  że  wcale  nie 
cierpi tak, jak mu się wydaje.

Nie dziś. Dzisiejszego wieczoru nie spędzi w barze!

- Niestety, muszę iść - zawołał do Gussie, obrócił się na 

pięcie  i  po  chwili  zniknął  w  parnej  nocy  nowoorleańskiego 
śródmieścia.

Obiecywał sobie, że zapomni o Jane i o wszystkim. Rana 

się  zabliźni.  Tym  razem  ból  nie  będzie  długo  trwał, bo 
przecież  przez  cały  czas  kontrolował  swoje  uczucia  i 
zatrzymał  się  w  porę.  Nie  dał  się  ponieść.  Ona  ocaliła  jego 
pozycję  w  gazecie,  spędzili  cudownie  czas,  powiedziała  do 
widzenia,  a  w  kieszeni  miał  jeszcze  te  pięć  dolarów,  które 
dzięki niej wygrał.

Chrząknął  z  rozbawieniem,  gdy  sobie  przypomniał  jej 

technikę przy stole bilardowym. Te wolniutko toczące się bile, 
matematyczne obliczenia.,. Niemal słyszał obracające się w jej 
głowie  trybiki,  gdy  obliczała  kolejne  strzały.  A  jednak 
wygrała. Jane tak właśnie wszystko robiła - nie zrywami, nie z 
zawadiacką  pewnością  siebie,  ale  z  uporem  i  przy  pomocy 
szarych  komórek.  Może  i  towarzyszył  jej  łut  szczęścia,  ale 
zawsze  ciężko  pracowała.  Zawsze  była  tą  dobrą  dziewczyną, 
spokojną  i  cichą,  na  którą  większość  mężczyzn  spoglądała 
najwyżej  jeden  raz.  Swoim  spokojem  i  właściwym 

background image

postępowaniem  zawsze  pokonywała  jednak  konkurencję  i 
wygrywała.

Zapomni o niej. Przysiągł sobie, że to zrobi.
Przeszedł  przez  jezdnię  do  samochodu,  wsiadł  i  włożył 

kluczyk  do  stacyjki.  Napłynęła  nowa  fala  niedawnych 
Wspomnień:  Jane siedziała tu  obok niego i  przepraszała. Nie 
były  to  zdawkowe  przeprosiny,  ale  szczere,  płynące  z  głębi 
serca.  Nigdy  z  jej  ust  nic  podobnego  jeszcze  nie  słyszał.  I 
jednocześnie  potrafiła  wyłuskać  z  niego  prawdę  o  tym,  co 
znajdowało się przed dwunastoma laty za parawanem tej jego 
cholernej  pewności  siebie.  Do  tej  pory  żadna  kobieta  nie 
potrafiła go przejrzeć. I żadnej to się już nie uda.

Niemalże  jęknął.  Włączył  silnik  i  ruszył  w  stronę  domu. 

To  nie  jest  wieczór  na  samochodowe  wycieczki.  Noc  go 
otulała,  izolowała  od  wszystkiego,  co  jaśnieje  i  daje radość. 
Powietrze  wydawało  się  gęste  jak  syrop,  ciążyło  na  nim, 
wysysało z niego wszystkie siły.

Wrócił  do  domu,  zaparkował  samochód  i  wpadł  do 

mieszkania.  Wytoczenie  harleya  na  ulicę  nie  było  łatwe,  ale 
robił to już przedtem i jeśli kiedykolwiek ma to jeszcze zrobić, 
to  właśnie  teraz.  Motocykl  go  wyleczy.  Wsiądzie,  zapuści 
silnik,  da  mu  najwyższe  obroty,  silnik  zaryczy  i  maszyna 
popędzi hen, ku horyzontowi. Jeśli zajdzie potrzeba, to będzie 
jeździł przez całą noc, tam i z powrotem, z teraźniejszości do 
przeszłości  i z przeszłości do teraźniejszości,  by zaraz  potem 
pognać w przyszłość. Pojedzie tak daleko, jak będzie trzeba i 
będzie jeździł tak długo, póki nie oczyści siebie ze wspomnień 
o Jane. Nie pozbędzie się jej na dobre z myśli i organizmu.

Chwycił  kluczyki,  kask  i  motocykl,  kategorycznie 

odmawiając sobie prawa do myślenia o tym, co się wydarzyło, 
kiedy siedział na tym motocyklu po raz ostatni.

background image

Rozdział 14

Kiedy  w  poniedziałek  rano  weszła  do  firmy,  wszystko 

wydawało się inne. Przede wszystkim inna była sama Jane.

Od  chwili,  gdy  otworzyła  drzwi  mieszkania  w  piątek 

wieczorem, czuła się bardzo nieswojo. Była bardzo zmęczona 
przesiadaniem  się  z  samolotu  na  samolot,  zmianą  czasu  oraz 
przeżyciami przed odlotem z Nowego Orleanu. Wydawało się 
jej,  że  jest  ową  osiemnastolatką,  która  raz  w  życiu  miała 
odwagę  posłuchać  głosu  serca.  W  ciągu  minionego  tygodnia 
Jane  Thayer,  prawniczka,  i  Jane  Thayer,  uczennica,  spotkały 
się w czasie i przestrzeni i jakby zespoliły. W ciągu tych kilku 
dni 

grała 

bilard, 

przegadała 

przechytrzyła 

zdeprawowanego  pastora,  nosiła  turkusowy  szal  i  jechała  na 
motocyklu  w  sposób,  jakiego  chyba  nie  przewidzieli 
konstruktorzy  w  firmie  Harley - Davidson.  I  w  ciągu  tych 
kilku  dni przypomniała  sobie,  jakie  to  uczucie  być  kochaną 
przez Cody'ego.

Powrót  do  miłego,  ładnie  urządzonego  mieszkania  był 

przeskokiem do innej rzeczywistości. Spacer po nieskazitelnie 
czystych pokojach wypełnionych drogimi meblami wywołał w 
niej pragnienie, by zastąpić kanapy i fotele motocyklami. Już 
nie chciała być wzorem wszelkich cnót i kobietą, którą określa 
się mianem porządnej. Chciała być grzeszna i wyuzdana.

Ale  jak  to  zwykle  bywa,  trudno  jest  zmienić  kurs  bez 

mapy. Jane nie miała pojęcia, dokąd się udać. Wiedziała tylko, 
że musi zmienić kierunek.

I na końcu drogi nie będzie Cody'ego, który wskazał jej co 

prawda  drogę,  ale  nie  chciał  towarzyszyć.  Dał  to  jasno  do 
zrozumienia  rano  po  ich  miłosnej  nocy,  kiedy  to  zabrał  ją 
prosto do notariuszki w redakcji.

Nie wolno jej więcej o nim myśleć. Nie może sobie na to 

pozwolić. Tam, dokąd się uda, będzie szła sama.

Bez Marka. Jej pierwszym zadaniem musi być taktowne i 

bezbolesne  rozstanie  z  nim.  Nie  chciała,  by  Mark  poczuł  się 
odrzucony  i  żeby  ją  z  tego  powodu  znienawidził.  W  tym 
postanowieniu  wspomagała  ją  myśl,  że znacznie  okrutniejsze 
byłoby  zerwanie z  nim  nie  teraz,  od  razu,  lecz  później.  Poza 
tym  nie  byli  dobrani  przez  niebiosa.  Podejrzewała,  że  Mark 

background image

zdaje sobie z tego sprawę równie dobrze jak ona. Dotychczas 
jej to nie przeszkadzało, ale tak było do chwili spotkania się z 
Codym. Musi to wszystko powiedzieć Markowi.

Nie  mogła  go  jednak  znaleźć.  Przez  cały  weekend 

dzwoniła  do  niego  bez  powodzenia.  W  niedzielę  wieczorem 
jego  automatyczna  sekretarka  była  już  przeciążona
zostawionymi przez Jane wiadomościami. Pojechała nawet do 
jego apartamentu w Harborside i poprosiła portiera na dole, by 
go  wywołał.  Portier  usiłował  połączyć  się  z  Markiem  przez 
interkom,  ale  ten  nie  odbierał  wezwania  lub  nie  było  go  w 
domu.

Owo  tajemnicze  zniknięcie  bardziej  zdziwiło  niż 

rozzłościło Jane. Zasługiwała na to. Opuściła przecież Boston 
bez  jakichkolwiek  wyjaśnień.  Mark  miał  prawo  zrobić  to 
samo. Tyle że ona musi jak najszybciej się z nim zobaczyć. Im 
prędzej mu wytłumaczy, że ich małżeństwo byłoby pomyłką, 
tym lepiej.

Uspokajała  ją  myśl,  że  tak  naprawdę  to  nie  złamie  mu 

serca.  Zresztą  jedno  złamane  serce  wystarczy.  To  tylko 
słowny żart, pocieszała się. Właściwie ona nie ma złamanego 
serca.  Najwyżej  lekko  zranione.  I  to  wyłącznie  z  własnej 
winy. .

W  poniedziałek  rano,  rozstrojona  i  zdecydowanie  nie  w 

sosie, przybyła do firmy Baker, Dunn i Wspólnicy o godzinie 
dziewiątej  trzydzieści.  W  biurowym  holu  Everett  Baker 
rozmawiał  z  jednym  ze  stażystów.  Gdy  ujrzał  Jane, 
uśmiechnął się szeroko.

- Oo,  wraca  nasza  marnotrawna  prawnicza  córka! -

zawołał.

Jane zdobyła się na blady uśmiech. Pomyślała, że Everett 

doskonałe ją określił: marnotrawna prawnicza córka.

- Słyszałam,  że  mam  być  drugim  obrońcą  w  sprawie 

Gaylorda - odparła.

- Porozmawiamy o tym później.

Everett lustrował ją od stóp do głów. Obejrzał jej starannie 

ułożoną  fryzurę,  jedwabny,  beżowy  kostium, brązowe, 
lakierowane pantofle, spojrzał ponownie na prostą spódnicę i 
luźny  żakiet,  aż  jego  wzrok  zatrzymał  się  na  jaskrawym, 
turkusowym szalu na szyi.

background image

- Ładna, barwna plama - skomentował. - To coś nowego?

Wysiłkiem  woli  utrzymywała  na  twarzy  uśmiech,  który 

miał  wyglądać  na  naturalny.  W  tej  zacnej,  konserwatywnej 
firmie  jaskrawość  barw  uważana  była  za  zjawisko  warte 
zwrócenia uwagi i omówienia.

- Tak, to coś nowego - odparła, zastanawiając się, jaki to 

impuls  kazał  jej  dodać  ten  szal  do  tak  starannie  dobranego 
stroju.

- I  widzę  zaróżowione  policzki - dodał  Everett. - Kilka 

dni poza kieratem dobrze ci zrobiło.

- Jestem szczęśliwa, że nic się nie zawaliło podczas mojej 

nieobecności.  Firma  nadal  istnieje.  Przepraszam  cię,  Everett, 
ale jestem pewna, że na biurku czeka mnie tysiąc spraw.

- Ja  też  jestem  tego  pewien.  W  każdym  razie  witam 

podróżniczkę.

Skinęła  głową  i  pomknęła  do  swego  gabinetu.  Była 

zdziwiona,  nie  widząc  nigdzie  Clarissy.  Punktualność  wszak 
była jedną z jej zalet. Jednak biurko sekretarki pod drzwiami 
do  gabinetu  Jane  było  puste,  komputer  nie  włączony,  a 
monitor nadal okrywał pokrowiec.

Cisza  naruszana  z  rzadka  przytłumionymi  dźwiękami 

stanowiła  uderzający  kontrast  z  hałasem  w  sali  redakcyjnej 
„Sentinela"  i  jeszcze  większym  harmidrem  na  uliczkach 
Francuskiej Dzielnicy Nowego Orleanu. Bez wątpienia gdzieś 
tam  w  tej  bostońskiej  metropolii  jakiś  dzieciak  także  pakuje 
się  w kłopoty albo uszkodzony uliczny hydrant zalewa  ulicę, 
ale nikt nie domyśla się tego tu, w ciszy gabinetów dostojnej i 
szacownej firmy.

Westchnąwszy,  zerknęła  na  turkusowy  szal  na  szyi. 

Chciała wierzyć, że doda jej odwagi, której potrzebowała, by 
przetrwać w biurze ten dzień - a potem resztę życia.

Otworzyła  drzwi  do  gabinetu.  Wszystko  było  tak,  jak 

zostawiła, choć może niezupełnie: na parapecie dojrzała kurz, 
a  wazon  był  pusty.  Na  biurku  leżał  wydruk  z  komputera, 
zawierający  wszystkie  zlecenia  i  wiadomości  z  całego 
tygodnia.

Przynajmniej  to  Clarissa  zrobiła.  Ale  gdzie  ona  się 

podziewa?

background image

Może  jest  chora?  Jane  odstawiła  skórzaną  teczkę  i  na 

telefonicznej  konsolecie  nacisnęła  odpowiedni  guzik,  by 
odebrać  nagrane  wiadomości.  Taśma  była  pusta.  Clarissa 
musiała  wszystko  spisać  i  dołączyć  do  reszty  materiałów  na 
wydruku.  A  więc  dobrze  pracowała.  Jednak  żadna  z 
informacji nie wyjaśniała, co się stało z nią samą.

Jane  ze  zmarszczonymi  brwiami  usiadła  w  fotelu  za 

biurkiem i zadzwoniła do recepcjonistki.

- Sally?  Mówi  Jane  Thayer.  Czy  Clarissa  Bonnert 

pojawiła się dziś?

Recepcjonistka po chwili milczenia odpowiedziała:

- Hmm... Tak. Jest chyba w toalecie.
- Ooo? - Zmarszczka  na  czole  Jane  pogłębiła  się.  Jeśli 

Clarissa  jest  w  firmie,  to  dlaczego przed  pójściem do  toalety 
nie  zatrzymała  się  przy  swoim  biurku  i  nie  włączyła 
komputera? - Coś jej się stało? - spytała.

- Stało? - Jane odniosła wrażenie, że słyszy chichot Sally.

- O, już ją widzę. Idzie do siebie.

Nim  Jane  zdołała  powiedzieć  słowo,  recepcjonistka 

odłożyła słuchawkę.

Mięśnie,  które  przedtem  podtrzymywały  sztuczny 

uśmiech,  mogły  teraz  odpocząć.  Pracowały  ciężko  inne, 
przywołując  na  twarz  Jane  wyraz  niezadowolenia.  Usiłowała 
się  go  pozbyć,  a  jednocześnie  niepokoiło  ją,  dlaczego 
recepcjonistka  tak  enigmatycznie  mówiła  o  Clarissie.  Co  za 
zbieg  okoliczności:  z  jednej  strony  nieobecność  Marka,  z 
drugiej nienormalna sytuacja w biurze. A może to tylko nowe, 
zupełnie  inne  widzenie  rzeczywistości.  Może  tydzień  z 
Codym zmienił jej sposób patrzenia na świat? Może wszystko 
jest w idealnym porządku z wyjątkiem jej samej...

Ile  czasu  potrzebowała  poprzednio,  żeby  wyleczyć  się  z 

Cody'ego?  Kilka  lat.  Tym  razem - mimo  że  jest  starsza  i
mądrzejsza,  bardziej  doświadczona - będzie  potrzebowała  go 
więcej. Tym razem jest na tyle dojrzała, że potrafi zrozumieć 
wszystkie konsekwencje spotkania z Codym. Wiedziała o tym 
przed tygodniem, a mimo to...

I po co mówić o dojrzałości. Można najwyżej powiedzieć, 

że  jest  starsza.  Z  niewesołych  rozważań  wyrwało  ją  lekkie 
pukanie do drzwi.

background image

- Proszę! - zawołała.

Drzwi  się  uchyliły  i  w  szczelinę  wsunęła  się  młoda 

kobieta. Trwało chyba minutę, nim Jane poznała Clarissę.

Wyglądała 

pięknie. 

Bez 

sowich 

okularów, 

rozpuszczonymi  włosami - sprawiała  wrażenie  egzotycznej 
orchidei.  Ubrana  była  w  półprzeźroczyste  szorty  i  obszerną, 
bawełnianą  koszulkę.  A  Jane  była  przekonana,  że  wkładając 
turkusowy  szal  przekroczyła  wszelkie  dopuszczalne  przez 
firmę granice ekstrawagancji.

- Clarisso!  To  naprawdę  ty? - wykrzyknęła.  Clarissa 

pokornie skinęła głową.

- Nie  byłam  pewna,  czy  dziś  wrócisz - wyjaśniła  i  na 

palcach weszła do gabinetu, jakby była włamywaczem.

Nagle  wróciła  do  drzwi  i  zamknęła  je,  a  potem  się  o  nie 

oparła. Wstrząsnął nią dreszcz, i nic dziwnego. Letni strój nie 
chronił przed doskonałą klimatyzacją gmachu.

- Nie  zadzwoniłaś  w  piątek,  więc  nie  wiedziałam,  kiedy 

wracasz - tłumaczyła.

- Przyleciałam  w  piątek - poinformowała  Jane, 

przypominając sobie, dlaczego nie zadzwoniła w piątek rano. 
Dlatego  że  leżała  w  łóżku  Cody'ego. - Ale  co  się  dzieje, 
Clarisso? Co się stało? Wyglądasz tak... inaczej.

- Nie ubrałam się tak do pracy, o nie. I wszystko, co było 

trzeba,  zrobiłam.  Wszystkie  telefony  i  inne  sprawy  są  na 
wydruku.  I  pomagałam  innym  sekretarkom.  Zajęłam  się  też 
zaległymi sprawami i... - Clarissa blado się uśmiechała. - Więc 
przez cały weekend byłaś w Bostonie?

- Tak. - Jane  poczuła,  że  zaczyna  ją  boleć  głowa. 

Opuszkami  palców  ścisnęła  skronie,  mając  nadzieję,  że  ból 
jest chwilowy i zaraz minie. Nie miała siły wyjaśniać kwestii 
zdumiewającego  stroju  Clarissy  i  jej  przedziwnego 
zachowania.  Wiele  innych  problemów  domagało  się 
rozwiązania. Jednakże chciała, by choć jeden aspekt jej życia -
praca w firmie - sprawiał wrażenie jakiej takiej normalności. -
Gdzie masz okulary, Clarisso?

- Przez  cały  weekend  byłaś  w  Bostonie? - powtórzyła 

Clarissa  z  uśmiechem,  który  nie  pasował  do  przerażonego 
spojrzenia. - I  byłaś  w  domu?  To  znaczy...  Czy  do  kogoś 
dzwoniłaś?

background image

Dzwoniła  do  Marka,  ale  to  nie  powinno  Clarissy 

obchodzić. A w ogóle jej pytania są nieco dziwne, zwłaszcza 
w  zestawieniu  z  zachowaniem.  Jane  najbardziej  ceniła  w 
Clarissie  profesjonalizm,  który  między  innymi  wyrażał  się 
dyskrecją.  Pytanie,  gdzie  i  jak  Jane  spędziła  weekend,  było 
wysoce niewłaściwe.

Patrząc  na  stojącą  przed  nią  piękną  dziewczynę  Jane 

ponownie  stwierdziła,  że  jej  życie  w  istocie,  jak  to  mówią, 
„wypadło  z  toru".  Wszystko  jakby  uległo  zmianie.  Wszystko 
wydawało  się  niesamowicie  dziwne.  Zachowanie  Clarissy,  a 
raczej  to,  jak  Jane  reagowała  na  jej  zachowanie,  dowodziło, 
jak  bardzo  pani mecenas  „wypadła  z  toru".  Świat  wokół  niej 
jakby  wypadł  ze  swej  koleiny,  a  może  ona  jest  niezupełnie 
normalna?

- Jest  już  za  kwadrans  dziesiąta,  Clarisso - powiedziała 

znużonym  głosem,  bardziej  zdziwiona  niż  zła. - Możesz  mi 
powiedzieć,  dlaczego  jeszcze  nie  jesteś  za  biurkiem?  I 
dlaczego tak się ubrałaś?

Clarissa jęknęła.

- O, Jane... tak mi przykro, ale... rzucam pracę.
- Rzucasz  pracę? - Jane  chwyciła  dłońmi  brzeg  biurka. 

Miała nieodparte wrażenie, że jeśli się nie przytrzyma, to uleci 
gdzieś  w  przestrzeń,  pozostawiając  za  sobą  rzeczywistość. 
Ogarnęła  ją  panika. - Dlaczego  miałabyś  rzucać  pracę? 
Myślałam,  że  jest  ci  tu  dobrze.  Starałam  się  być  dobrą 
szefową...  Płacę  masz  dobrą,  firma  pokrywa  koszty  nauki 
prawa. Myślałam, że jesteś kobietą z ambicjami. Myślałam, że 
potrafisz  patrzeć  w  przyszłość... - Urwała,  gdyż  zabrakło  jej 
tchu.

- Miałam napisać list - oznajmiła Clarissa, spusz - czając 

wzrok na  dywan. - Miałam  go  właśnie  napisać i  zostawić  na 
biurku, ale nie spodziewałam się, że dziś wrócisz.

- Chciałaś odejść, nie widząc się ze mną? To już zupełnie 

nie  ma  sensu.  O  takich  zamiarach  uprzedza  się  co  najmniej 
dwa  tygodnie  wcześniej.  Uważam,  że  powinnyśmy  to 
omówić. Jeśli masz jakiś problem związany z pracą w firmie...

Clarissa gwałtownie zaprzeczyła ruchem głowy.

- Nie,  nie.  To  chodzi  o  mnie.  Nie  mogę  dłużej  tu 

pracować... - W jej oczach zalśniły łzy.

background image

Jane rozważała, czy nie wstać i nie utulić Clarissy, ale nie 

należała  do  tego  typu  szefów.  Pracowało  jej  się  dobrze  z 
Clarissą,  ponieważ  obie  miały  do  siebie  szacunek,  lecz 
chociaż  ich  stosunki  były  przyjazne,  zachowany  był  zawsze 
pewien dystans. Jane nie była pewna, czy wytrzyma płaczliwe 
wyznania, czy też nawet szlochy, w sytuacji, kiedy sama czuła 
się emocjonalnie wyczerpana.

- Czy chodzi o coś, co zrobiłam? - spytała ostrożnie
- Tak.  Nie. - Clarissa,  zupełnie  już  roztrzęsiona,  potarła 

ręce, jakby chciała z nich zmyć winę. Od jej białych paznokci 
odbijało się światło. - To nieważne. Ja po prostu muszę...

- Nie rób tego, Clarisso! - zagrzmiał zza drzwi znajomy, 

męski głos i po chwili do gabinetu wpadł Mark.

Jane,  zaskoczona  wyglądem  Clarissy,  teraz  po  prostu 

osłupiała:  jeszcze  nigdy  nie  widziała  Marka  w  niebieskich 
dżinsach.  Były  czyściutkie  i  nowiutkie.  Mark  miał  na  sobie 
najprawdziwsze  dżinsy  z  podwójnymi  szwami  i  nitami  na 
kieszeniach. Dżinsy, jakie noszą najzwyklejsi zjadacze chleba. 
Ponadto  włożył  bawełnianą  koszulkę  z  emblematami 
głoszącymi, że jest graczem w polo.

Można  by  go  wziąć  za  uczestnika  zjazdu  absolwentów 

jakiejś szkoły.

Nie  umknęło  uwagi  Jane,  że  Mark  ledwo  zauważył  jej 

obecność, ponieważ był wpatrzony w Clarissę. Jej oczy nadal 
były pełne łez.

- Lepiej, żebym ja mówiła, Mark - odezwała się.
- Nie, wcale nie lepiej - zaprotestował i spojrzał na Jane. -

Jane, to wszystko moja wina. Nie mścij się na Clarissie!

- Co  jest  twoją  winą? - spytała  zbyt  zaintrygowana,  by 

miała ją zaniepokoić rozgrywająca się w jej gabinecie scena.

Oto stali przed nią jej narzeczony i Clarissa, oboje ubrani 

jak na wakacjach i rozmawiający z sobą, jakby się przyjaźnili 
od lat. Zupełnie nie rozumiała, co się tutaj dzieje, chyba że to 
nie  są  oni,  lecz  ich  sobowtóry,  które  przybyły  tu  z  innej 
planety  podczas  pobytu  Jane  w  Nowym  Orleanie...  Albo  też 
jest już tak wszystkim otumaniona, że nie rozpoznaje świata, 
w  którym  poprzednio żyła.  Może  Mark  i  Clarissa  zachowują 
się  najzupełniej  normalnie,  a  ona,  Jane,  widzi  ich  jak  w 

background image

krzywym  zwierciadle?  Czyżby  do  tego  doprowadził  ją  Cody 
Sinclair?

- Jane,  chcę,  żebyś  uwierzyła:  nic  się  nie  wydarzyło -

oświadczyła Clarissa.

- Clarissa i ja jesteśmy kochankami - niemal jednocześnie 

obwieścił Mark.

Tak, musiałam zwariować, pomyślała Jane. Nie ma innego 

wytłumaczenia.

- Kochankami? - powtórzyła i roześmiała się.
- To  nieprawda! - upierała  się  Clarissa. - Nic  się  nie

wydarzyło.  Mark,  przecież  wiesz...  Tak,  spędziliśmy  razem 
weekend, ale pierwszej nocy byłeś pijany, a potem...

- Pijany? - Jane śmiała się tak głośno, że ból głowy, jakby 

spłoszony,  zniknął.  Wizja  pijanego  Marka  Dennisona  w 
istocie mogła rozśmieszyć każdego. Jednakże Clarissa i Mark 
wydawali się tak przejęci, że Jane zaczęła intensywnie myśleć.
- Przepraszam, pijany? Mark pijany? To niemożliwe! Mark?

Clarissa heroicznie zaczęła wyjaśniać:

- Bo to, widzisz, było tak: nie mogłam mu pozwolić ode 

mnie wyjść, bo był zupełnie zamroczony. Ale przysięgam ci, 
że tej nocy nic się nie wydarzyło. Biorąc pod uwagę jego stan, 
nic nie mogło...

- Byłem w doskonałym stanie! - zaprotestował Mark.
- Leżałeś w pozycji embrionalnej na posadzce w łazience

- odparła Clarissa.

Jane  zasłoniła  usta  dłonią,  ale  nie  potrafiła  powstrzymać 

kolejnego  ataku  śmiechu.  Mark  Dennison,  filar  jednej  z 
najznamienitszych  bostońskich  rodzin,  spędzający  noc  na 
posadzce łazienki Clarissy!

Jane robiła, co mogła, aby się opanować. Mark i Clarissa 

zaczęli sobie wzajemnie zaprzeczać, jak dwaj przeciwnicy na 
rozprawie w czasie składania zeznań. Jane zdała sobie sprawę, 
że  najwyższa  pora  przywrócić  tu  ład  i  porządek.  Podniosła 
obie dłonie do góry.

- Mark,  siadaj! - Wskazała  mu  jeden  z  foteli  przed 

biurkiem. - A  ty,  Clarisso,  tu! - Wskazała  małą  kanapę  pod 
oknem. - Teraz weźcie głęboki oddech i zaczniemy spokojnie 
rozmawiać. Clarisso, czy ty i Mark jesteście kochankami?

- Nie - odparła Clarissa.

background image

Jane odwróciła głowę w stronę Marka.

- Obawiam się, że się zakochaliśmy - powiedział.
- Byłeś  pijany! - wykrzyknęła  Clarissa. - Nie  zrobiliśmy 

nic  złego,  z  wyjątkiem  tego,  że  poszliśmy  ci  kupić  jakieś 
normalne ubranie i potem przez resztę weekendu karmiłam cię 
aspiryną i pastylkami na żołądek.

- Ale robiłaś to z miłością - upierał się Mark. - Przyznaj, 

że  z  prawdziwą  miłością!  Ty  pierwsza  użyłaś  tego  słowa. 
Nawet  jeśli  to  prawda,  że  fizycznie  byłem  nieco...  słaby,  to 
wobec tej słabości okazywałaś głębokie uczucie.

- Bo ja wiem... Może i tak - przyznała Clarissa. Mark był 

na  tyle  dobrze  wychowany,  że  zwrócił  się w  stronę  Jane  i 
wyjaśniał ż wyrazem skruchy na twarzy:

- Droga  Jane,  obawiam  się,  że  wydarzyło  się  coś  raczej 

nieprzewidzianego  i  nie  do  pojęcia.  Podczas  twojej 
nieobecności  w  ubiegłym  tygodniu  Clarissa  i  ja  mieliśmy 
okazję do... rozmowy.

- Chyba  to  było  coś  więcej  niż  rozmowa,  skoro 

skończyłeś w łazience Clarissy - zauważyła Jane.

- Twoja  nieobecność  zbliżyła  nas - ciągnął  nie  zbity  z 

tropu. - Nie  ma  racjonalnego  wytłumaczenia  tego  zjawiska, 
nie ma usprawiedliwienia. Tak się po prostu stało.

- Rozumiem - odparła Jane, doświadczywszy sama, w jaki 

sposób dwoje ludzi zupełnie do siebie nie pasujących może się 
zakochać wbrew wszystkiemu.

- Spytałem  Clarissę,  czy  za  mnie  wyjdzie - przyznał 

Mark. - Wiem, że  powinienem był  najpierw  wszystko z  tobą 
omówić, ale...

- Nie martw się, Mark. Nic się nie stało - odparła. Mark 

był  najwyraźniej  zaskoczony  jej  wielkodusznością  i  chyba 
chciał  coś  powiedzieć,  ale  Jane podniosła  dłoń,  sygnalizując, 
że nie skończyła.

- Myślisz,  że  ty  i  Clarissa  stanowicie  dobraną  parę? -

spytała. - Czy naprawdę kochasz Clarissę?

- Nie! - wykrzyknęła Clarissa.
- Tak! - przekrzyczał ją Mark i pochylił się do przodu. -

Zapewniam  cię,  Jane,  że  inaczej  chciałem  zawiadomić  cię  o 
tym wszystkim, ale Clarissa wbiła sobie do głowy idiotyczną 

background image

myśl, że musi przestać pracować w twojej firmie, nim pozwoli 
mi poprosić się o rękę.

- Rozumiem. A ty uważałeś, że musisz co...? Zwijać się w 

kłębek na posadzce w łazience Clarissy i czekać...

- Nie, nie. Chciałem najpierw wszystko tobie powiedzieć i 

zerwać  zaręczyny. - Patrzył  na  Jane  oczami  winnego  psoty 
psiaka. - I  jeszcze  do  tego  nie  doszedłem...  Wiem,  że 
nabroiliśmy sporo podczas twojej nieobecności - przyznał.

- Jane też nabroiła - wyrwało się Clarissie.

To prawda, ale skąd ona może o tym wiedzieć, pomyślała 

Jane i spojrzała na Clarissę podejrzliwie.

- Przecież  chodziło  tylko  o  wieczór  kawalerski - wtrącił 

Mark. - Jane może wszystko odwołać.

- Jaki wieczór kawalerski? Co mam odwoływać?
- Czy nie po to poleciałaś do Nowego Orleanu? - zdziwił 

się  Mark. - Żeby  zorganizować  dla  mnie  niespodziankę, 
wieczór  kawalerski?  A  przecież  wiesz,  jak  ja  nie  lubię 
niespodzianek.

- Na szczęście ja jestem na nie odporna - mruknęła Jane i 

spytała Clarissę: - Cóż ja takiego nabroiłam?

Clarissa  znowu  zaczęła  w  zdenerwowaniu  trzeć  ręce.  Do 

oczu napłynęła jej nowa fala łez.

- Ja naprawdę muszę rzucić pracę... - jęknęła.
- Dlaczego?
- No bo... Czegoś szukałam... - Rzuciła krótkie spojrzenie 

na  Marka,  a  potem  odważnie  popatrzyła  w  oczy  Jane. -
Chciałam  znaleźć  jakąś  informację  na  temat  tego 
kawalerskiego wieczoru...

- Jakiego znowu wieczoru? - Jane była zniecierpliwiona.
- No  bo  Mark  chciał  wiedzieć,  co  robisz  w  Nowym 

Orleanie,  żeby  nie  być  potem  zaskoczony.  On  nie  lubi 
niespodzianek, nienawidzi ich.

- Już to powiedział - warknęła Jane, która coraz wyraźniej 

traciła cierpliwość.

- No  więc  ja  chciałam  się  czegoś  w  tej  sprawie 

dowiedzieć  i  poszłam  do  twego  biurka...  I  znalazłam  tam 
pisma, dokumenty...

- Oo! - Jane  się  wyprostowała,  patrząc  z  dezaprobatą  na 

sekretarkę.  Domyślała  się,  jakie  pisma  i  dokumenty  Clarissa 

background image

znalazła:  dotyczące  owego  nieszczęsnego  rozwodu,  którego 
nie było, i raport detektywa. - Te pisma i dokumenty były w 
kopercie, Clarisso! - powiedziała surowo.

- Ale nie zapieczętowanej. - Clarissa tak wykręcała sobie 

palce,  iż  Jane  obawiała  się,  że  któryś  złamie. - Bardzo  mi 
przykro,  Jane...  Nie  chciałam  trafić  na  tę  korespondencję, 
chciałam  tylko  znaleźć  coś  na  temat  tego  wieczoru 
kawalerskiego.

Jane  powstrzymywała  się,  żeby  po  raz  trzeci  nie  zadać 

pytania,  o  jaki  wieczór  kawalerski  chodzi,  i  obrzuciła  Marka 
oburzonym spojrzeniem.

- Przeglądałaś  moje  biurko  na  żądanie  Marka? - spytała 

Clarissę.

- Nie! - oświadczył Mark.
- Tak! - zaprzeczyła mu Clarissa.
- Nie mam pojęcia, o czym ona mówi, Jane. Jakie znowu 

pisma i dokumenty? W jakiej kopercie?

Jane  powzięła  decyzję.  Skoro  jest  to  godzina  szczerości, 

to... 

- Otóż, Mark... Przygotowując się do ślubu odkryłam, że -

wzięła głęboki oddech - jestem mężatką!

- Odkryłaś, że co? - Mark nie wierzył własnym uszom.
- Kiedy  miałam  osiemnaście  lat,  wyszłam  za  mąż. 

Popełniłam straszny błąd. Byłam mężatką przez dwa miesiące
- wyjaśniła, nie będąc zupełnie pewna, czy to był aż taki błąd. 
Nie, nie. To był okropny błąd. Jeszcze większym błędem było 
zakochanie się w Codym i nic tego nie zmieni. Nawet miniony 
tydzień  i  to,  co  w  tym  czasie  zaszło. - Odkryłam,  że 
orzeczenie  rozwodu  nie  zostało  zarejestrowane,  poleciałam
więc  do  Nowego  Orleanu,  żeby  to  załatwić.  Uzyskać  podpis 
mojego... męża.

W  zasadzie  powinna  powiedzieć  „byłego  męża",  ale 

przecież  jeszcze  nie  był  „byłym",  póki  dokumenty  nie 
powędrują z  nocnego stolika przy jej łóżku  w mieszkaniu  do 
gmachu sądu stanowego. Do tego momentu Cody pozostaje jej 
mężem.

- Dlaczego  mi  tego  nie  powiedziałaś? - spytał  Mark  z 

pretensją w głosie.

background image

Rozbawiło  ją,  że  ma  odwagę,  a  raczej  bezczelność  grać 

rolę  pokrzywdzonego  po  igraszkach,  jakie  urządził  sobie  z 
Clarissą.

- Trochę mi było wstyd - przyznała. - To małżeństwo było 

błędem  młodości.  Kiedy  po  paru  miesiącach  się skończyło, 
nikt  w  rodzinie  o  tym  więcej  nie  mówił.  Sprawa  została 
praktycznie pogrzebana i zapomniana.

- Jednakże nie przez ciebie - zauważył.
- Pamiętałam o tym na tyle, żeby sprawdzić sprawę tego 

rozwodu, i odkryłam z przerażeniem, że dokument nie został 
zarejestrowany. Poleciałam więc do Nowego Orleanu, żeby to 
załatwić...

- Załatwiałaś ją przez tydzień? - spytał Mark. - Wydaje mi 

się,  że  w  ogóle  nie  musiałaś  tam  lecieć.  Mogłaś  wysłać 
ekspresowy list.

- W mojej opinii takiej sprawy nie należy załatwiać drogą 

korespondencyjną.

- No  to  mogłaś  polecieć,  wziąć  jego  podpis  i  zaraz 

wracać. Nie powinno to zająć ci tygodnia.

Mark ma rację - nie powinno. Gdyby Cody nie zażądał jej 

pomocy w poskromieniu apetytów pastora Boba, to wróciłaby 
do  Bostonu,  zanim  Mark  się  upił  i  wylądował  w  mieszkaniu 
Clarissy.  Nagle  poczuła  wielką  wdzięczność  do  Cody'ego  za 
to, że przycisnął ją do muru.

- Nie  zajęło  mi  to  tygodnia.  To  po.  pierwsze,  a  po 

drugie...  gdybym  nie  poleciała,  to  ty  i  Clarissa  nigdy  nie 
dowiedzielibyście się, że jesteście dla siebie stworzeni.

Przerzucała  wzrok  z  jednego  na  drugie,  z  rozbawieniem 

patrząc na ich aż nadto swobodne stroje, wlepione w nią oczy, 
spojrzenia niemal wyzywające. Chociaż na pierwszy rzut oka 
wydawało  się  to  absurdalne,  oni  rzeczywiście  stanowili 
dobraną parę. W każdym razie równie dobrą jak Jane i Cody.

Ale  przecież  ona  i  Cody  to  para  okropnie  niedobrana, 

powtórzyła  sobie  chyba  po  raz  tysięczny.  Absolutnie 
niedobrana,  mimo  cudownych  nocy...  Bo  właśnie  wtedy,
kiedy  wzeszło  słońce  i  ona  uświadomiła  sobie,  że  ponownie 
go pokochała, a właściwie, że nigdy kochać nie przestała, on 
czym prędzej postanowił ją pożegnać.

background image

Niech  z  całej  sprawy  wyłoni  się  choć  jedna  szczęśliwa 

para, pomyślała. Niestety, to nie będzie ona i Cody.

- Nie  rzucaj  tej  pracy,  Clarisso - powiedziała. - Jeśli 

pobierzecie się z Markiem i będziesz chciała siedzieć w domu, 
to  trudno,  ale  teraz  jeszcze  nie  odchodź.  Przynajmniej  tak 
długo, póki kogoś nie znajdę.

- Chcesz, żebym dalej u ciebie pracowała? - Clarissa była 

wstrząśnięta. - Po tym? - Wskazała palcem na Marka.

- Owszem.  Jeśli  jesteś  gotowa  zostać,  to  nie  widzę 

żadnych przeszkód.

- Skoro  jesteś  pewna...  Dobrze,  zostanę.  Clarissa  byłą

jednocześnie zdziwiona i zadowolona.

- A  jeśli  chodzi  o  ciebie,  Mark... - Jane  sięgnęła  do 

torebki i wyjęła z niej puzderko - zwracam ci pierścionek. Jest 
piękny, ale nie mogę go zatrzymać.

Mark wziął je, uśmiechając się cierpko.

- A  jeśli  chodzi  o  rezerwację  weselnego  przyjęcia  w 

hotelu Ritz, to jestem pewna, że uda ci się wszystko odwołać 
bez specjalnych kosztów. Chyba że ty i Clarissa zechcecie się 
tam pobrać w tym samym terminie.

- Ja jeszcze nie wiem... - Mark spojrzał czule na Clarissę, 

a  potem  powiedział  do  Jane: - Umieram  ze  strachu,  co 
powiedzą  moi  rodzice,  kiedy  im  przedstawię  Clarissę.  Może 
ułatwimy  sobie  życie  i  uciekniemy.  Pobierzemy  się  w 
tajemnicy.  Ty  pewno  uważasz,  że  takie  postępowanie  jest 
niewybaczalne...

- Uważam,  że  bardzo  romantyczne,  ale  jeszcze  się

zastanówcie.  Nawet  ucieczkę  trzeba  dobrze  przygotować. 
Tylko  nie  teraz.  Teraz  Clarissa  jest  mi  potrzebna.  Mam  do 
załatwienia masę korespondencji.

Jane sięgnęła po wydruk komputerowy.

- Nie jestem ubrana do pracy - powiedziała Clarissa.
- Twój  strój  mi  nie  przeszkadza.  Mark,  idź  już  sobie  i 

zostaw mnie z moją sekretarką. Mam dużo pracy.

Mark obracał w dłoni pudełeczko z pierścionkiem.

- Ty  to  wszystko  dziwnie  dobrze  przyjęłaś - zauważył  z 

niewyraźną miną.

Uśmiechnęła  się  do  niego  czarująco,  chociaż  nie  była 

specjalnie zadowolona z jego wniosku.

background image

- Zrozumiałam  wreszcie,  że  chociaż  dużo  wiem  i  daję 

sobie radę w wielu dziedzinach, jestem ignorantką w sprawach 
miłości.  Niemniej  wiem,  jaka  jest  różnica  między  lubieniem 
kogoś a pożądaniem. Bardzo cię lubię, Mark, ale kiedy życie 
ofiarowuje  ci  wybór  między  jednym  a  drugim,  to  należy 
wybrać to drugie.

- Myślę, że wcale nie jesteś taką ignorantką, jak mówisz. 

Jesteś  bardzo  mądra. - Mark  pochylił  się  nad  biurkiem  i 
pocałował Jane w policzek. - Jesteś kochana, Jane, i życzę ci 
szczęścia. 

Masz 

śliczny 

szal

-

dodał, 

spojrzał 

porozumiewawczo na Clarissę i wyszedł z gabinetu.

Jane głęboko odetchnęła. Była zadowolona, że - choć bez 

uprzedniego  zamiaru  i  bez  premedytacji - doprowadziła 
jednak  do  ostatecznego  połączenia  Marka  i  Clarissy.  Lubiła 
jego i ją. Chyba się naprawdę kochają. A jeśli chodzi o szal, 
który tak podoba się Markowi, to biorąc pod uwagę beztroskę, 
z  jaką  Cody  podpisał  papiery  rozwodowe,  ten  szal  może 
okazać się jedyną namiastką happy endu całego zdarzenia.

background image

Rozdział 15

Od  dwunastu  lat  nie  był  w  Brookline.  Mniej  więcej  pięć 

lat  temu matka  napisała  do  niego  kilka  słów, zawiadamiając, 
że  wraz  z  aktualnym  przyjacielem  przenosi  się  na  Florydę, 
mając już dość zimy w Nowej Anglii. Od tego czasu zerwała z 
owym  człowiekiem,  ale  karty  pocztowe,  które  Cody 
otrzymywał  od  matki  na  Boże  Narodzenie,  miały  florydzki 
stempel  pocztowy,  z  czego  wynikało,  że  pozostała  na 
południu.  Jednakże  gdyby  nawet  nadal  mieszkała  w 
Brookline, to nie był pewny, czyby ją odwiedził. Ich stosunki 
ograniczały się do wysyłania kartek świątecznych.

Siedział  na  motocyklu,  głowa  mu  się  spociła  w 

ochronnym  kasku,  i  patrzył  na  dwupiętrowy  dom,  w  którym 
się  wychował.  Dom  tkwił  między  podobnymi  ponurymi 
domiszczami  na  ruchliwej  ulicy  w  pobliżu  linii  kolejowej 
Brighton.  Wiele  się  tu  nie  zmieniło.  Przed  dwunastoma  laty 
była to  dziura,  i  tak  już  pozostało.  Z  desek,  którymi 
oszalowany  był  dom,  łuszczyła  się  szara  farba,  ganek  jakby 
obwisł, na dwóch oknach brakowało siatek przeciw owadom, 
z  innego  dobiegał  jazgot  dyskotekowej  muzyki.  W  alejce, 
która  oddzielała  dawny  dom  Cody'ego  od  sąsiedniego  domu, 
wisiał  na  ścianie  zardzewiały  kosz.  Kiedy  po  raz  ostatni 
ćwiczył tu ktoś rzuty piłką?

Cody'ego  bolały  plecy,  siedzenie  jeszcze  bardziej,  dłonie 

zaś mu spierzchły po trzech dniach jazdy na wietrze i słońcu. 
Powinien  czuć  się  wyczerpany,  ale  był  zbyt  spięty,  żeby 
chciało mu się spać. Kilka godzin drzemał w Atlancie, dalsze 
kilka w Waszyngtonie. Wystarczyło, by tu dotrzeć.

W  zasadzie  harley  sprawował  się  dobrze.  Co  prawda 

przydałoby mu się podregulowanie i Cody obiecywał sobie, że 
gdy  odzyska  rozum,  to  się  zajmie  starym  przyjacielem.  Ale 
był jeszcze daleki od normalności.

By do niej powrócić, musi jeszcze raz zobaczyć Jane.
Gromadka  chłopców  pędziła  ulicą  na  rojkach.  Ubrani  w 

zmodernizowaną wersję tego, w co ubierał się Cody - szerokie 
szorty  i  zbyt  wielkie  koszule - sprawiali  wrażenie,  że  za 
wszelką  cenę  chcą  wyglądać  na  twardzieli.  Zdradzały  ich 

background image

jednak  drobne,  słodkie  buzie.  Dojrzewające  dzieciaki, 
najstarszy mógł mieć czternaście lat.

Cody  przypomniał  sobie,  jak  to  i  on  chciał  udawać 

twardziela,  kiedy  był  w  tym  wieku.  Wygląd  twardziela 
pozwalał  swobodniej  żeglować  przez  mniej  bezpieczne 
dzielnice. Sprawiał, że łatwiej było ukryć rozczarowanie, gdy 
matka nie wracała na noc do domu. Mógł ponadto odstraszyć 
potencjalnego napastnika. Mógł szczeniakowi ocalić życie.

Jane  nie  musiała  nic  wiedzieć  o  konieczności  udawania 

twardziela.  Jednakże  dopiero  teraz  Cody  przekonał  się,  że 
Jane  potrafi  być  wewnętrznie  silna,  chociaż  na  zewnątrz 
wydaje się tak samo niewinna jak owa dziewczyna, z którą się 
ożenił przed dwunastoma laty.

Zbliżając się do harleya, chłopcy zwolnili.

- Ale koła! - zawołał jeden.
- Patrzcie, tablica rejestracyjną z  Luizjany! - dodał inny; 

wskazując tył harleya.

- Przyleciał  pan  tym  aż  stamtąd? - spytał  pierwszy 

chłopak.

- Aha.
- To daleko!

Najwidoczniej  w  publicznych  szkołach  nadal  uczono 

geografii.

- Aha, daleko.
- Co pan tu robi?

Bóg  jeden  wie,  pomyślał  Cody.  Wsiadł  na  motocykl  w 

piątek  wieczorem  z  zamiarem  pojeżdżenia  sobie  po 
autostradzie,  póki  się  nie  uspokoi.  Ale  wieczór  był  miły, 
kierowcy 

ciężarówek 

uprzejmie 

go 

przepuszczali, 

pozostawiając  wolny  pas,  i  nim  się  spostrzegł,  minął  granicę 
stanu i znalazł się w Missisipi. Napoił harleya benzyną i siebie 
kawą w stanie Alabama, no i pojechał dalej.

Wiele  można  się  nauczyć,  jadąc  przez  cały  kraj  na 

motocyklu.  Na  przykład  tego,  czym  jest  miłość.  O  tak -
rozmyślając, człowiek wiele się uczy.

- Przyjechałem  tu  znaleźć  kobietę - obwieścił  Cody 

chłopcom.

- Kobiet  tu  do  cholery - odparł  jeden. - Znasz 

Commonwealth Avenue? Tam się kręcą.

background image

Cody uśmiechnął się.

- Poszukuję konkretnej kobiety.
- A kogo? - Chłopak był dociekliwy.
- Mojej  żony. - Cody  zwiększył  obroty  silnika  i  zwolnił 

hamulec.

- Ale  ryczy - zauważył  chłopak. - Powodzenia.  Chłopcy 

pomachali  Cody'emu  na  pożegnanie.  Cody pomachał 
chłopcom i odjechał. Jane mieszkała w Bostonie, ale Cody nie 
skończył  jeszcze  ze  swoim  podbostońskim  rodzinnym 
miasteczkiem,  Brookline.  Musi  przecież  zobaczyć  dawną 
rezydencję  rodziny  Thayerów,  choćby  po  to,  by  na  nowo 
uprzytomnić sobie, kim jest Jane i jaka go czeka przeprawa.

Pojechał na południe, potem skręcił na zachód ku bardziej 

eleganckiej  części  miasta.  Małe,  drewniane  dwupiętrowce 
ustąpiły miejsca dobrze utrzymanym blokom mieszkalnym,  a 
te z kolei budownictwu segmentowemu. Potem skończyły się 
okazałe segmenty i pojawiły się wspaniałe trawniki, pośrodku 
których  stały  potężne  rezydencje  z  czerwonej  cegły.  Lata 
zamieszkiwania  poza  Brookline  nie  stępiły  pamięci  Cody'go. 
Dom Jane potrafiłby znaleźć z zamkniętymi oczami.

Wiedział,  że  jej  rodzice  już  tam  nie  mieszkają,  ale  kiedy 

pokonał podjazd i znalazł się pod budynkiem, poczuł dziwny 
lęk. Oczami wyobraźni widział starego Thayera, jak wychodzi 
na taras z kolumnami podpierającymi spadzisty daszek, patrzy 
dumnie  na  zadbany  park,  na  wspaniałe  dęby  i  kwitnące 
azalie...  Uśmiecha  się,  ale  szybko  traci  uśmiech  na  widok 
plamy psującej krajobraz. Tą plamą jest Cody, parszywy pętak 
na  motocyklu,  który  robi  oczy  do  jego  córki.  Cody'emu 
zdawało się, że jeszcze teraz słyszy głos starego, nakazującego 
mu natychmiast opuścić teren posiadłości.

To  było  tak  dawno  temu!  Ale  wspomnienie  potrafiło 

odnowić starą ranę i sprawić ból.

Cody  westchnął.  Słońce  wisiało  nisko  nad  horyzontem. 

Spojrzał na zegarek. Parę minut po piątej.

Nie miał pojęcia, gdzie Jane pracuje, ale jej domowy adres 

znajdował  się  w  dokumentach,  które  podpisywał,  i  z 
powodów,  których  nie  potrafił  dobrze  zrozumieć,  zapisał  go 
siebie:  blok  mieszkalny  w  dzielnicy  Back  Bay,  równie  albo 
jeszcze  bardziej  ekskluzywnej  niż  ta,  w  której  się  właśnie 

background image

znajdował. Back Bay była tym dla Bostonu, czym ta dzielnica 
dla Brookline.

Odwrócił  się  plecami  od  majestatycznej  budowli,  gdzie 

kiedyś  mieszkała  Jane  i  skąd  ją  porwał,  po  czym  wsiadł  na 
motocykl i pomknął w kierunku Bostonu, w kierunku kobiety, 
z  którą  się  ożenił,  kobiety,  która  najprawdopodobniej  tego 
właśnie  dnia  załatwia  wszystkie  formalności  prawne,  by 
zarejestrować  swój  rozwód  i  uwolnić  się  wreszcie  i  raz  na 
zawsze od Cody'ego.

Zapomniał,  jaki  ruch  panuje  w  Bostonie  w  godzinach 

szczytu. Miasto zaprojektowano z myślą o karetach i wozach 
konnych,  a  bostońscy  kierowcy  byli  znani  jako  szaleńcy  o 
samobójczych  tendencjach.  Cody  przez  cały  czas  jechał  na 
trzecim biegu, trzymając się, gdzie było można, skraju jezdni. 
Zaparkowane samochody prażyły się w upalnym słońcu, które 
dokuczało i Cody'emu. Było mu okropnie gorąco. Na każdym 
skrzyżowaniu  trafiał  na  czerwone  światło.  Jeśli  to  ma  być 
sygnał  z  niebios,  to  znaczy,  że  Cody  popełnił  błąd, 
przyjeżdżając do Bostonu.

Jakże to mógł być błąd, skoro Cody nic nie planował i w 

ogóle nie wiedział, że tu przyjedzie. Przez kilka minionych dni 
prowadził  go  jakiś  wewnętrzny  głos.  To  on  pomagał  mu 
przemknąć  przez  kontynent,  to  przez  niego  Cody'ego  coś 
gnało. Przeznaczenie kazało mu jechać, nie potrafił usiedzieć 
na miejscu, nie mógł zaznać  spokoju... Uświadomił sobie, że 
jedzie do Bostonu dopiero wtedy, gdy dotarł do Waszyngtonu. 
Dopiero  gdy  doświadczył  najgorszego  odcinka  autostrady  w 
New Jersey,  przyznał się  sam sobie,  że w Bostonie  zamierza 
odszukać Jane. Gdyby sobie pozwolił na analizę tego, co robi, 
przeszkodziłaby mu w realizacji planów duma, a może pycha. 
Podszepnęłaby,  że  przez  tyle  lat  obchodził  się  przecież  bez 
Jane,  że  już  raz  go  opuściła  i  że  teraz,  kiedy  się  jej  pozbył, 
powinien się trzymać od niej z daleka.

Problem  polegał  na  tym,  że  nie  pozbył  się  jej  z  serca. 

Jedna  noc  wystarczyła,  by  sobie  uświadomił,  że  nigdy  nie 
usunie tej kobiety z serca.

Nie myślał o ewentualności, że Jane nie zechce w ogóle z 

nim  rozmawiać.  Parł  wytrwale  przez  zatłoczone  ulice, 
nieczuły na znajome widoki, dźwięki i zapachy, przewalające 

background image

się  tłumy  o  obco  brzmiącym  jankesowskim  akcencie, 
kawiarnie,  księgarnie,  studentów  i  włóczęgów.  Ignorował 
opary rozgrzanego asfaltu, gorących hot dogów, wyziewów z 
rur  wydechowych  i  zapach  rzeki  Charles.  Wzrok 
koncentrował  na  drodze,  na  celu,  do  którego  zmierzał -
identycznie  jak piątkowego  wieczoru,  kiedy  opuszczał  Nowy 
Orlean. Nie myślał o niczym. Jeśli w takiej chwili zaczyna się 
myśleć, człowiek jest zgubiony.

Blok,  w  którym  mieszkała  Jane,  okazał  się  pięknym 

budynkiem z czerwonego piaskowca. Stał tuż nad rzeką. Cody 
był  pewien,  że  wnętrze  jest  równie  wspaniałe  jak fasada. 
Zaparkował motocykl między dwoma samochodami, zszedł z 
siodełka i zdjął kask. Gorący powiew znad rzeki zwichrzył mu 
włosy.

Boston.  Miasto,  w  którym  tacy  jak  on  nie  są  warci  dwu 

centów.  Chociaż  on  może  był  wart  więcej - ale  tylko  dla 
jednej  pięknej  dziewczyny,  która  zaryzykowała  i  na  niego 
postawiła. Chciał ją mieć na swoich warunkach i ona się na to 
zgodziła.  Zrobiła  wszystko,  czego  zażądał:  włożyła  kask, 
wsiadła  na  motocykl  i  wraz  z  nim  ruszyła  na  poszukiwanie 
nowego domu i nowego życia.

Może  tym  razem,  zamiast  skłaniać  ją  do  przyjęcia  jego 

warunków,  on  zaakceptuje  jej  sposób  widzenia  świata. 
Mógłby ubierać się nieco lepiej. Krótkie spojrzenie na wytarte 
dżinsy  i  skórzaną  kurtkę,  pokryte  warstwami  kurzu  siedmiu 
stanów, a może było ich więcej, przekonało go ostatecznie, że 
musi się wiele nauczyć, jeśli chodzi o modę i sztukę ubierania. 
Mógłby  też  spróbować  pić  wino  zamiast  piwa  i  pomyśleć  o 
jakichś lepszych rozrywkach kulturalnych niż bilard. Może też 
zacznie  siebie  nazywać  fotoreporterem.  Tak,  spotkają  się  z 
Jane w połowie drogi.

Z bagażnika zdjął torbę i po schodkach wszedł do holu tuż 

za  szklanymi  drzwiami.  Na  ścianie  wisiała  tablica  z 
przyciskami  domofonów.  Było  ich  tylko  sześć,  co  wiele 
mówiło o wielkości każdego z mieszkań.

Nacisnął guzik przy tabliczce z nazwiskiem Jane.
Żadnej reakcji.
Nacisnął jeszcze raz. Nic. Nie ma jej w domu. 

background image

Psiakrew! A jeśli ona jest w domu z Markiem Bankierem? 

Zrobi z siebie durnia.

Nie, to nie tak. W ubiegłym tygodniu mogła być myślami 

z Markiem Bankierem, ale potem fizycznie była z Codym. To 
jemu udało się odwrócić myśli Jane od jej narzeczonego, i to 
na  wiele  godzin.  Jeśli  teraz  Jane  dojdzie  do  wniosku,  że 
przedkłada  pieniądze  i  stabilizację  nad  Cody'ego,  to  trudno, 
trzeba  będzie  wracać  do  Nowego  Orleanu.  Ale  póki  istnieje 
jakaś  szansa,  póki  trwa  pamięć  spędzonej  razem  nocy - i 
tamtych  wszystkich  nocy  przed  laty - póki  owe  noce  będą 
stanowić  podnietę  do  działania,  póty  będzie  o  nią  walczył. 
Nawet jeśli to ma oznaczać robienie z siebie durnia.

Nacisnął guzik po raz ostatni, a potem wyszedł z holu na 

schody.  Z  najwyższego  stopnia  widział  srebrnoszarą  rzekę  i 
zieleń  parku  Cambridge  po  drugiej  stronie.  Patrzył  w 
zamglone,  przedwieczorne  niebo,  strumienie  pojazdów  na 
Storrow  Drive  i  zaparkowane  samochody  przy  chodniku, 
między  którymi  stał  jego  motocykl.  Chodnikiem  w  jego 
kierunku  szła  energicznym  krokiem  młoda  kobieta.  Miała  na 
sobie  klasyczny  beżowy  kostium.  Jej  krótko  przycięte, 
kasztanowe  włosy  połyskiwały  w  gasnących  promieniach 
słońca,  a  jej  oczy  przypominały  mu  ogień.  Policzki  miała 
zaróżowione,  usta  wyraziste.  Szyję  przesłaniał  jej  turkusowy 
szal zawiązany na węzeł...

Poczuł  przyspieszone  bicie  serca.  Stał  spięty,  nie 

spuszczając  z  niej  wzroku.  Widział,  jak  zwalnia  kroku  i 
wpatruje się w motocykl. Czy go poznaje? A jeśli tak, to czy 
sobie  przypomina,  jak  razem  z  Codym  jeździła  na  nim?  Czy 
sobie 

przypomina 

ich 

przytulone 

ciała, 

rozkosz, 

westchnienia...

Przez  chwilę  żałował,  że  on  to  wszystko  tak  boleśnie 

pamięta. Dżinsy wydały mu się nagle dużo za ciasne.

Jane  stanęła  przy  motocyklu.  W  lewej  ręce  trzymała

skórzaną  teczkę,  prawą  wsparła  o  biodro.  Ledwo  widział  jej 
twarz. Nagle się odwróciła.

Stali teraz twarzą w twarz.
Schodził wolno po schodach w obawie,  że jeśli zbiegnie, 

to  ją  spłoszy.  Wyglądała  teraz  jak  bostońska  prawniczka,  a 
skrzywienie  jej  ust  mówiło,  że  nie  jest  zachwycona 

background image

spotkaniem.  Nie  miała  jednak  na  palcu  tego  wstrętnego 
pierścionka  zaręczynowego,  natomiast  na  szyi  widniał 
turkusowy szal.

Poczuł  nikłą  nadzieję,  że  być  może  przyjazd  tu  nie  był 

największym błędem, jaki popełnił w życiu.

W każdym  razie odbył zbyt  długą podróż, by obrócić się 

na  pięcie  i  wracać. Tak  czy  inaczej  musi  pozostać  do  końca, 
do  wyjaśnienia  sytuacji.  Dotarł  do  celu  podróży.  Jane  była 
przynętą, która gnała jego motocykl przez wszystkie stany, na 
wschód  i  na  północ  do  miasta,  którego - przysięgał  sobie -
nigdy  już  nie  odwiedzi.  Jane  była  powodem  złamania  tej 
przysięgi. Jego żona, jego kochanka, księżniczka z Brookline -
jedyna kobieta na świecie, dzięki której czuł się lepszy, dzięki 
której  oddychał  pełną  piersią  i  był  kimś.  I  chociaż  teraz  nie 
witała go z otwartymi rękami, chociaż na jego widok nie łkała 
z  radości - nawet  się  nie  uśmiechała - Cody  zrozumiał, 
dlaczego przyjechał.

- Ucieknij ze mną - powiedział.

Prześcieradła były chłodne. Ciało miał rozpalone. Jane nie 

potrafiła przestać go głaskać nawet teraz, kiedy serce biło jej 
już  spokojniej.  Palcem  wiodła  po  piersi  mężczyzny, 
wsłuchana w jego urywany oddech i świadoma, że Cody jest 
szczęśliwy.

- Nie rób tego! - powiedział ze śmiechem, kładąc dłoń na 

jej ręce, która wędrowała w stronę jego ud.

- Dlaczego?
- Od  trzech  dni  jestem  w  drodze,  Janey.  Jestem 

zmęczony.

- Przed kilkoma minutami nie byłeś zmęczony.
- Te kilka minut załatwiło mnie. - Jednak miał dość siły i 

energii,  by  unieść  głowę  z  poduszki,  obrócić  się  na  bok  i 
położyć Janey na plecy, a potem się nad nią pochylić. Patrzył 
na nią pełnymi blasku oczami, bardziej niebieskimi niż niebo 
poranka. - Nie  wiedziałem,  co  mnie  czeka,  kiedy  się  tu 
pojawię - powiedział.

- Ja czekałam - odparła.

Wszystko  stało  się  teraz  jasne.  Wróżąca  z  dłoni  sąsiadka 

Cody'ego  miała  rację.  Jane  miała  tylko  jedną  długą  i 
nieprzerwaną  linię  małżeńską.  I  ta  linia,  niby  droga, 

background image

prowadziła  prosto  do  Cody'ego.  Pocałował  ją  w  policzek,  a 
potem ułożył głowę na poduszce, tuż koło jej głowy.

- Gdzieś w okolicach New Jersey zdałem sobie sprawę, że 

może  zastanę  cię  przy  mierzeniu  sukni  ślubnej  czy  coś 
takiego.

Zamknęła oczy i roześmiała się. Cały ładunek wrażeń tego 

dnia dopiero teraz wywołał reakcję, a była nią zbawienna ulga.

- Nie  wychodzę  za  Marka.  Mark  zamierza  ożenić  się  z 

moją sekretarką.

- Z  sekretarką,  powiadasz?  Mimo  wyczerpania  nie 

potrafił  uleżeć  spokojnie.  Palcem  dłoni  obrysował  jej  ucho, 
dotknął włosów za uchem, szyi, potem przeniósł go na ramię i 
niżej, rozpalając te pragnienia Jane.

- Zakochali się w sobie podczas mojej nieobecności.
- Z tego wynika, że to są ludzie, którym nie wolno ufać -

skonkludował.

Jane  roześmiała  się  i  głęboko  westchnęła,  reagując  na 

pieszczoty Cody'ego.

- Nie  mogłam  ich  poznać  dziś  rano.  Miłość  bardzo 

zmienia  ludzi.  Tak,  miłość  zmienia  ludzi - .  powtórzyła  w 
głębokim zamyśleniu.

- Aha, zmienia.
- Chcę cię - szepnęła podniecona.
- Przykro  mi,  ale  jestem  wykończony - mruknął. 

Wiedziała, że Cody żartuje. Jęknął, gdy położyła mu

dłoń na przyrodzeniu. Zdjął ją z ociąganiem.

- Masz rację mówiąc, że miłość zmienia ludzi - przyznał 

poważnie i spytał: - Wyjdziesz za mnie?

Z  wysiłkiem  wyrwała  się  ze  stanu  rozkosznego 

oszołomienia  i  nakazała  sobie  zachować  jasność  myślenia. 
Dzisiejszy  Cody  to  już  nie  buntujący  się  przeciwko  światu 
młodzieniec, który pozuje na dorosłego, namawia dziewczynę 
do  ucieczki  z  domu,  wyzwolenia  się  od  nieustannej  presji 
rodziców,  nadzoru  i  wymagań - a  wszystko  w  imię 
zaspokojenia fizycznych potrzeb.

Dzisiejszy  Cody  to  trzydziestoletni  mężczyzna,  który 

świadomie  proponuje  trzydziestoletniej  kobiecie  małżeństwo. 
To już nie jest nieodpowiedzialna zabawa młodych.

background image

- Po  co? - spytała  równie  poważnie  jak  on. - Kilka  dni 

temu złożyłeś swój podpis na dokumentach rozwodowych.

- Bo myślałem, że tego chcesz.
- Przecież właśnie spędziłam z tobą noc, Cody!
- A ja z tobą. Myślałem, że chciałaś się tylko pożegnać z 

tym, co było...

- Nie.  Myśmy  się  kochali!  Bałeś  się  to  tak  nazwać,  ale 

kochaliśmy się!

Palcami prawej dłoni wędrował teraz po jej twarzy.

- Dwanaście  lat  temu  mnie  rzuciłaś. - Głos  mu  zadrgał, 

ale  patrzył  jej  prosto  w  oczy. - Tym  razem  chciałem  być 
przygotowany na nieuchronny finał. Wolałem sam odejść.

Zdawała  sobie  sprawę,  ile  go  kosztowało  to  wyznanie.  Z 

Codym  zawsze  tak  było:  istotną  treść  przekazywał  między 
wierszami. Kiedyś zadała mu bolesny cios i nie chciał,  by to 
się powtórzyło.

- A  ja  myślałam,  że  jesteś  szczęśliwy,  pozbywając  się 

mnie.  Twoje  zachowanie  w  piątek  rano  na  to  wskazywało. 
Myślałam....  właśnie  to,  co  przed  chwilą  powiedziałeś,  że 
uważasz całą noc za pożegnanie.

- Już  nie  chcę  żadnych  pożegnań - oświadczył. - I  nie 

zdawałem sobie sprawy, dokąd zmierzam do momentu, kiedy 
już  prawie  tam  dotarłem.  Myślę  o  Bostonie,  Janey.  Boże,  co 
za  okropne  miasto.  Pozera  takich  jak  ja  i  wypluwa  ich 
szczątki.

- Każde miasto potrafi pożerać ludzi. Ale to ludzie czynią 

miasta takimi, jakimi są. I ważne jest, co ludzie robią z miast, 
a nie miasta z ludzi.

- Tak,  masz  rację.  Chyba  o  to  chodzi.  Miałem  okazję 

porozmawiać  z  dzieciakami  z  mojego  dawnego  sąsiedztwa. 
Twarde  szczeniaki.  I  jakoś  dotarłem  tu  mimo  waszych 
rozszalałych  kierowców.  No  i  wiesz...  te  domy  z  czerwonej 
cegły i rzeka... To wszystko jest piękne, wiesz?

- O tak. Dokonano rzeczywiście cudu. Rzeka Charles jest 

naprawdę piękna...

Jego  słowa  wskrzesiły  w  niej  nadzieję.  A  Boston  zaczął 

wydawać  się  jej  znacznie  piękniejszym  miastem  od  chwili, 
gdy zobaczyła w nim Cody'ego.

background image

- I  zdałem  sobie  sprawę,  że  mógłbym  tu  chyba  istnieć  i 

nie  utonąć - ciągnął  Cody. - Boston  nie  wydaje  się  taki  zły. 
Nowy  Orlean  nie jest  mi  specjalnie  bliski.  Wcale nie  bliższy 
niż Denver czy Los Angeles ani żadne inne miasto, w którym 
mieszkałem  po  twoim  odejściu.  Myślę,  że  gdybym  musiał, 
mógłbym mieszkać w Bostonie.

- Wcale nie musisz - szepnęła przekornie.
- Muszę, skoro ty tu jesteś.

Ogłuszyła  ją  oczywistość  tych  kilku  słów.  Kryło  się  w 

nich poważne zobowiązanie i obietnica. Do oczu napłynęły jej 
łzy.  Chwyciła  go  za  ramiona  i  przyciągnęła  ku  sobie,  by  ją 
pocałował.

- Nie musisz się ze mną żenić, Cody - powiedziała.
- Ale chcę.
- Jesteśmy  małżeństwem.  Jeszcze  nie  wysłałam  tych 

papierów.

- Co?! - spytał zdumiony.

Sięgnęła za siebie, wyciągnęła szufladkę nocnego stolika i 

wyjęła plik dokumentów.

- To one. Dopóki ich nie wyślę, jesteśmy małżeństwem.

Wziął  z  jej  ręki  papiery,  przejrzał  je,  a  potem  podarł  na 

kawałeczki, które rzucił w powietrze. Spłynęły na łóżko niby 
konfetti.

- Wobec tego jesteśmy małżeństwem - potwierdził.
- Chyba  tak - odparła,  wyciągając  mu  z  włosów  biały 

skrawek.

- Ale nie mogę ci kupić pierścionka za milion dolarów -

ostrzegł.

- Nie potrzeba mi. Mam jeszcze ten, który mi dałeś przed 

dwunastoma laty.

- Naprawdę? - Rozpromienił się, lecz szybko posmutniał.

- Ja  się  pozbyłem  twojego.  Stale  przypominał  mi  o  tobie... 
Wpadałem wtedy w okropny nastrój.

Wzruszyła ją jego szczerość.

- Nie  martw  się.  Kupimy  nowe  obrączki.  Tym  razem 

czternastokaratowe, jak dorośli. Z solidnego złota, żeby długo 
przetrwały - dodała.

- Tak jak i nasze małżeństwo. - Cody z niedowierzaniem 

pokręcił głową. - Jesteśmy małżeństwem. Nie do wiary...

background image

- Tak. - Przytuliła się do niego.
- A co powiesz rodzicom? Pewno nadal mnie nienawidzą.
- Jestem  pełnoletnia.  Rodzice  nie  wybierają  mi  ani 

przyjaciół,  ani  kochanków,  ani  mężów.  Mogę  ich  najwyżej 
spytać, czy chcą być dziadkami.

W oczach Cody'ego błysnął wesoły uśmiech.

- Dobrze,  zapytaj! - Przyciągnął  jej  głowę  do  siebie  i 

pocałował  ją.  Gdy  wreszcie  odsunął  się,  by  zaczerpnąć 
powietrza,  szepnął: - Niech  już  od  razu  zostaną  tymi 
dziadkami.  Nie  będziemy  pytać.  Jesteśmy  od  dwunastu  lat 
małżeństwem i najwyższy czas powiększyć rodzinę.

- Tak - zgodziła się. - Najwyższy czas.