background image

LAURA MacDONALD

Niepokorna 

praktykantka

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Lindsay, kochanie, gdzie jest ta zabita dechami dziura, do 

której wyjeżdżasz? – Romilly Souter, wieloletnia przyjaciółka ojca, 

spojrzała na nią spod sennie opadających powiek. 

–   Mówisz   tak,   jakby   to   było   na   końcu   świata   –   odrzekła 

Lindsay, usiłując nie okazać irytacji. – A to przecież tylko północna 

Walia. 

–   To   jest  na   końcu  świata  –   stwierdziła  Annabelle  Crichton-

Stuart, przyjaciółka Lindsay. – Pamiętam, jak wiele lat temu tata 

zabrał Ruperta i mnie do Caenarvon. Myślałam, że nigdy tam nie 

dojedziemy.   Wlekliśmy   się   cały   boży   dzień   beznadziejnymi 

górskimi drogami, omijając stada owiec, a deszcz lał bez przerwy. 

Istny koszmar. 

– Czemu w ogóle zdecydowałaś się na Walię? – spytał Charles 

Croad, stary przyjaciel ojca. 

–   A   czemu   nie?   –   Lindsay   wzruszyła   ramionami.   Sprawiała 

wrażenie  opanowanej, lecz w duchu miała już serdecznie dość 

tych   krytycznych   opinii.   Przewidywała,   że   jej   decyzja   wywoła 

właśnie takie reakcje. 

– Chyba sensowniej byłoby pracować bliżej domu. Nie mogłeś 

znaleźć jej miłego kącika na prestiżowej ulicy Harley? – Charles 

background image

spojrzał   pytająco   na   siedzącego   u   szczytu   stołu   ojca   Lindsay, 

Richarda Hendersona. 

– Myślisz, że nie chciałem? – Richard zaśmiał się niewesoło. – 

To Lindsay wybrała prowincję i nie było żadnej dyskusji. 

–   Ale   żeby   jechać   do   Walii!   –   z   dezaprobatą   mruknęła 

Annabelle.   –   Tam   tylko   grają   w   rugby,   śpiewają   i   wydobywają 

węgiel. 

–   Muszę   wam   wyznać,   że   poniekąd   przyłożyłem   rękę   do 

wyboru Lindsay – przyznał jej ojciec, ściągając na siebie uwagę 

gości.   Tylko   Lindsay   w   zamyśleniu   kreśliła   kciukiem   wzory   na 

adamaszkowym obrusie. – Henry Llewellyn, mój dobry przyjaciel, 

a   jednocześnie   ojciec   chrzestny   Lindsay,   prowadzi   poradnię 

lekarską w pobliżu Betwsycoed. Zgodził się przyjąć Lindsay na 

praktykę. 

– Na praktykę? – zdumiała się Annabelle. – Przecież Lindsay 

już jest lekarką. 

– Tak, ale chce zostać lekarzem rodzinnym i musi przez rok 

terminować w zawodzie. 

– Potem pewnie wrócisz  do Londynu i cywilizacji?  – spytała 

Romilly. 

– Może. – Lindsay szybko podniosła wzrok. 

– Och, Linds, chyba tam nie zostaniesz? – jęknęła Annabelle. – 

I   tak   ominie   cię   tyle   atrakcji!   Tata   zamierza   pożeglować   do 

background image

Cowes, potem planujemy wspaniały wyjazd do Włoch... 

–   Dziwne,   że   wybrałaś   specjalizację   lekarza   rodzinnego. 

Przypuszczałem,   że   pójdziesz   w   ślady   ojca   i   zostaniesz 

chirurgiem. 

–   Wszyscy   tak   myśleliśmy   –   przyznał   Richard.   –   I   chyba 

właśnie to obudziło w niej ducha przekory. 

Nawet   Lindsay   zareagowała   śmiechem   na   to   stwierdzenie. 

Rzeczywiście od lat słynęła ze swojej niezależności. 

– Chcę pracować z ludźmi – wyjaśniła spokojnie. 

– W gabinetach na ulicy Harley też leczy się ludzi – cierpkim 

tonem stwierdziła Romilly. 

– Chodzi mi o takich zwyczajnych, a nie o uprzywilejowanych 

snobów   z   wyższych   sfer,   którzy   dostają   wszystko   podane   na 

srebrnej   tacy.   A   walijscy   farmerzy   mają   za   sobą   kilka   bardzo 

trudnych lat. Za rok może wrócę do cywilizacji, jak to ujęłaś, lecz 

na pewno nie na ulicę Harley. Podejmę pracę w biednej dzielnicy, 

gdzie nie brak problemów społecznych. 

– Tam też potrzeba chirurgów – mruknął ojciec. 

– Wiem, tato. I rozumiem, że czujesz się rozczarowany, bo nie 

wybrałam   twojej   specjalizacji.   Nie   rezygnuję   z   chirurgii 

definitywnie, lecz na razie widzę siebie jako lekarza rodzinnego. 

Ku uldze Lindsay wreszcie dano jej spokój, lecz przy kawie, na 

którą   goście   przeszli   do   salonu,   Annabelle   przypuściła   kolejny 

background image

szturm. Na szczęście tym razem rozmawiały tylko we dwie. 

– Będę za tobą tęsknić, Linds – rzekła z wyrzutem. 

–   Wiem,   Bełle.   Mnie   też   będzie   ciebie   brakowało,   ale   nie 

rozstajemy   się   na   wieki.   Rok   szybko   zleci   i   wrócę,   zanim   się 

obejrzysz. Poza tym Walia nie jest aż tak daleko. Ty i Gideon 

możecie mnie odwiedzać. 

–   Chyba   tak...   –   W   głosie   Annabelle   zabrzmiała   nuta 

powątpiewania.   –   Zastanawiam   się   tylko,   dlaczego   zmieniłaś 

zamiar. Przecież mówiłaś, że przesuniesz tę praktykę na przyszły 

rok. 

– Cóż, sytuacja się zmieniła. – Lindsay umknęła spojrzeniem w 

bok. 

– Z powodu Andrew?

– Może częściowo. Czemu pytasz?

–   Tak   sobie.   –   Annabelle   utkwiła   wzrok   w   dogasającym   na 

kominku ogniu. – Już przebolałaś to rozstanie, prawda?

– Oczywiście – potwierdziła przyjaciółka trochę zbyt ochoczo. 

– To dobrze. Na pewno wkrótce poznasz kogoś interesującego. 

– Skąd wiesz, że chcę? – Lindsay uniosła ciemne brwi. 

– Chcesz. I następnym razem będzie inaczej. Zobaczysz. Kto 

wie, może nawet trafisz na kogoś w tej Walii. Zauroczy cię jakiś 

dzielny, barczysty farmer ze stadem owiec. 

–   Uchowaj   Boże!   –   Annabelle   wzniosła   oczy   ku   niebu.   – 

background image

Zapewniam cię, że to ostatnia rzecz, jakiej pragnę!

– A ja sądzę, że właśnie tego ci trzeba. 

Lindsay   postanowiła   jechać   do   Walii   samochodem,   chociaż 

ojciec   szczerze   jej   to   odradzał.   Przekonywał,   że   na   górskich 

drogach przydałby się raczej solidny dżip, a nie małe, sportowe 

autko. Ale Lindsay nie chciała się z nim rozstać, ponieważ dostała 

je właśnie od ojca, gdy zrobiła dyplom. Było jej dumą i źródłem 

nieustającej radości. 

Wyruszyła w drogę w piękny, majowy ranek. Prawie bez żalu 

wyjechała z Londynu, ponieważ miała za sobą pracowity tydzień i 

dwa pożegnalne przyjęcia, zorganizowane przez przyjaciół oraz 

dotychczasowych współpracowników ze szpitala. 

Po namyśle postanowiła jechać przez Oxford i Gloucester, a 

nie   autostradą.   Była   zadowolona   z   tego   wyboru   –   widok 

rozległych, zielonych pastwisk działał kojąco i podnosił na duchu. 

Potrzebowałam czegoś takiego, pomyślała. Najwyższa pora uciec 

od dotychczasowego życia. 

Na   kolacji   u   ojca   powiedziała   prawdę.   Rzeczywiście   chciała 

pracować   wśród  zwyczajnych,   szarych  ludzi, i  stać  się  jedną  z 

nich. Była zdegustowana wygodną egzystencją, jaką wiodła do tej 

pory, lecz decyzję o wyjeździe podjęła także z powodu zerwania z 

Andrew Barlowem. 

background image

Poznała go na przyjęciu u przyjaciół i zakochała się prawie od 

pierwszego   wejrzenia.   Andrew   był   przystojnym,   pełnym   uroku 

adwokatem, ona zaś uznała, że to jej wymarzony książę z bajki. 

Po   kilku   miesiącach   znajomości   zamieszkali   razem   i   Lindsay 

początkowo czuła się niebiańsko szczęśliwa. Wkrótce przekonała 

się jednak, że Andrew obdarza swoimi względami nie tylko ją. 

Wspomnienia   o   tym   romansie   nadal   były   bolesne.   Chcąc 

zmienić   tok   myśli,   Lindsay   skupiła   uwagę   na   pięknym   w   swej 

dzikości   górskim   krajobrazie.   W   oddali   wznosił   się   częściowo 

spowity we mgle masyw Snowdon, droga prowadziła przez gęsto 

zalesione doliny, a po skalnych ścianach spływały górskie potoki. 

Ich krystalicznie czysta woda odbijała się po drodze od licznych 

głazów,   aby   na   koniec   bulgoczącą,   srebrzystą   wstęgą   zasilić 

kamieniste   koryto   jakiejś   rzeki.   Na   każdym   zielonym   wzgórzu 

pasły   się   pośród   paproci   i   wrzosu   stada   owiec,   a   niektóre 

wychodziły   nawet   na   szosę,   toteż   jazda   wymagała   sporej 

ostrożności. 

Lindsay   była   już   mocno   zmęczona   podróżą,   lecz   na   widok 

tablic z napisem Betwsycoed od razu poweselała. Niestety, parę 

razy skręciła w złą stronę i dopiero po pół godzinie wjechała do 

Tregadfan, gdzie praktykował Henry Llewellyn. 

Miejscowość   przerosła   oczekiwania   Lindsay.   Była   dość 

rozległa   i   bardziej   przypominała   małe   miasteczko   niż   wieś.   Na 

background image

głównej   ulicy   znajdowały   się   przynajmniej   dwa   puby   i   kilka 

sklepów,   a   znaki   wskazywały   drogę   do   ośrodka   informacji   dla 

turystów   i   na   kemping,   lecz   Lindsay   nigdzie   nie   zauważyła 

ośrodka zdrowia. Na drugim krańcu miejscowości droga raptownie 

skręcała   w   prawo,   prowadząc   przez   malowniczy,   kamienny 

mostek.   Lindsay   postanowiła   zapytać   o   adres   miejscowego 

lekarza. Zaparkowała auto w pobliżu sklepików z pamiątkami, lecz 

wszystkie   okazały   się   zamknięte.   W   pobliżu   na   szczęście 

znajdował  się pub „Pod Czerwonym Smokiem”, a obok – mały 

supermarket. 

Stało   przed   nim   parę   samochodów,   między   innymi   mocno 

ubłocony   landrover,   w   którym   siedziały   dwa   owczarki:   collie   i 

pasterski.   Pierwszy   zaszczekał,   a   drugi   groźnie   warknął,   gdy 

Lindsay   mijała   auto,   ona   zaś   ucieszyła   się,   że   pojazd   jest 

zamknięty, ponieważ zwierzaki wyglądały na agresywne. 

Otworzyła  drzwi   i  zdziwiła   się,  słysząc  brzęknięcie   dzwonka. 

Nie przypuszczała, że jeszcze istnieją sklepy, gdzie instaluje się 

takie rzeczy. Wewnątrz też współistniały dwa style: nowoczesny i 

staroświecki. W głębi, za częścią samoobsługową, znajdowała się 

długa   lada,   przy   której   gawędziło   kilka   osób.   Jeszcze   nie 

przebrzmiał dźwięk dzwonka, gdy wszyscy nagle umilkli i wlepili 

wzrok w Lindsay. 

Za   ladą   stał   siwy,   łysiejący   mężczyzna   o   czerstwym   obliczu 

background image

oraz   pulchna   kobieta   o   rumianych   policzkach   i   nieco   ptasim 

wyrazie   twarzy.   Kobieta   po   walijsku   zadała   jakieś   pytanie,   a 

Lindsay   natychmiast   wpadła   w   rozpacz.   Co   będzie,   jeśli   tutejsi 

mieszkańcy nie mówią po angielsku? W tej sytuacji nie byłaby w 

stanie porozumieć się z pacjentami. 

–   Przykro   mi,   ale   nie   znam   walijskiego   –   oświadczyła, 

wziąwszy   głęboki   oddech.   –   Czy   ktoś   z   państwa   mówi   po 

angielsku?

Uśmiechnęła   się   przyjaźnie,   lecz   napotkała   tylko   chłodne 

spojrzenia   i   jeszcze   bardziej   upadła   na   duchu.   Zwłaszcza   na 

widok jednego z mężczyzn: opartego łokciami o kontuar, dobrze 

zbudowanego,   trzydziestoparoletniego   szatyna   z   kręconymi 

włosami i zdumiewająco błękitnymi oczami. Miał na sobie dżinsy, 

kraciastą   koszulę   oraz   przeciwdeszczową   kurtkę   i   wręcz 

przeszywał   Lindsay   wzrokiem.   Ona   zaś   uznała,   że   to   pewnie 

farmer, właściciel landrovera i psów. 

–   Czego   pani   chce?  –   Tym  razem  kobieta  odezwała   się   po 

angielsku, choć z typowo walijskim, melodyjnym akcentem. 

– Och... – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Miałam nadzieję, że 

zechce pani mi pomóc. Gdzie mieszka doktor Henry Llewellyn?

– Szuka pani lekarza? – spytał siwy osobnik zza lady. 

–   Właśnie   –   potwierdziła   z   uśmiechem,   usiłując   zignorować 

fakt, że mężczyzna patrzy na nią podejrzliwie. Natomiast kobieta 

background image

bez   żenady   oglądała   ją   od   stóp   do   głów.   Przyjrzała   się 

eleganckiemu   kostiumowi   z   czarnej   wełny   w   cieniutkie   białe 

prążki,   bluzce   z   kremowego   jedwabiu,   ciemnym   włosom 

związanym   szyfonowym   szalikiem   oraz   złotym   kolczykom   i 

zegarkowi. 

– A skąd pani przyjechała? – spytała w końcu. 

Co cię to obchodzi, wścibska paniusiu, pomyślała Lindsay, lecz 

powstrzymała   się   od   takiej   odpowiedzi.   Tutejsi   mieszkańcy 

pewnie   rzadko   mieli   do   czynienia   z   obcymi,   więc   poniekąd 

zrozumiałe, że są nadmiernie ciekawscy, – Z Londynu. 

– Aż? – wycedziła kobieta takim tonem, jakby Londyn był w 

innej galaktyce. – A na co pani potrzebny doktor Llewellyn?

Zanim   Lindsay   zdążyła   odpowiedzieć,   że   to   wyłącznie   jej 

sprawa,   niebieskooki   farmer   powiedział   coś   po   walijsku   i 

pomaszerował do drzwi. 

Lindsay   zauważyła,   że   po   jego   słowach   wszyscy   jakoś   się 

odprężyli,   choć   nie   sposób   było   uznać   tych   ponuraków   za 

rozweselonych. Doszła do wniosku, że bawią się jej kosztem. Ku 

jej uldze rumiany mężczyzna zaraz wyjaśnił, jak trafić do doktora 

Llewellyna. 

Wyszła  ze   sklepu   i  ruszyła  do  samochodu.  Był  już  wczesny 

wieczór, cienie się wydłużyły, a widoczne w oddali góry spowijała 

delikatna   mgiełka.   Po   drugiej   stronie   mostu   Lindsay   zauważyła 

background image

drewnianą ławeczkę. Wiedziona impulsem usiadła na niej, wyjęła 

z torebki telefon komórkowy i zadzwoniła do ojca. Pewnie się już 

martwi, czy bezpiecznie dotarła na miejsce. 

– Gdzie jesteś? – spytał z nutą niepokoju w głosie. 

–   W   Tregadfan,   ale   jeszcze   nie   u   Henry’ego.   Musiałam   w 

sklepie   spytać   o   drogę,   a   tutejsi   mieszkańcy   chyba   uznali,   że 

jestem z innej planety – odparła ze śmiechem. – Już wiem, jak 

jechać,   ale   postanowiłam   najpierw   dać   ci   znać.   Przyznaj,   że 

siedziałeś jak na szpilkach. 

– Może nie aż tak... 

– Nie udawaj, tato. Za dobrze cię znam. 

– Cóż, rzeczywiście trochę się o ciebie niepokoiłem. Dobrze, że 

wszystko w porządku. 

– Tak. Jutro znów się odezwę. 

Pożegnała   się   z   ojcem   i   podeszła   do   auta,   na   które   z 

zachwytem   gapiło   się   dwóch   siedzących   na   murku   chłopców. 

Uśmiechnęła się do nich i pilotem otworzyła drzwi. 

– To pani bryka? – spytał jeden z dzieciaków. Mówił z takim 

akcentem, że Lindsay raczej domyśliła się, w czym rzecz. 

– Owszem. 

– Super! – stwierdził drugi chłopiec. – Ile wyciąga?

– Sporo. – Lindsay usiadła za kierownicą, pomachała ręką i 

odjechała. 

background image

Dowiedziała się, że dom Henry’ego Llewellyna znajduje się za 

wsią, a doktor o tej porze powinien być u siebie, bo poradnia już 

jest nieczynna. Lindsay zawróciła, jeszcze raz przejechała główną 

ulicą i skręciła w lewo, w dosyć wąską boczną drogę, którą tuż za 

zakrętem blokowała  duża furgonetka. Wszystko wskazywało  na 

to,   że   nieco   dalej,   poza   zasięgiem   widoczności,   coś   się   stało. 

Lindsay przez chwilę bębniła palcami o kierownicę, coraz bardziej 

zniecierpliwiona przymusowym postojem. Była zmęczona podróżą 

i marzyła tylko o tym, aby coś zjeść, wykąpać się i iść spać. 

Po   pięciu   minutach   bezczynnego   czekania   zgasiła   silnik   i 

wysiadła z auta. Ominęła furgonetkę, w której nikogo nie było, i 

dopiero   teraz   stwierdziła,   że   w   pobliżu   zdarzył   się   wypadek. 

Przewrócony na bok pojazd kempingowy spoczywał częściowo na 

jezdni, częściowo na trawiastym poboczu, a kilka osób otaczało 

kogoś leżącego na ziemi. 

Lindsay pospieszyła w tamtą stronę, karcąc się w duchu za to, 

że   zmarnowała   tyle   czasu,   siedząc   w   samochodzie,   gdy   ktoś 

potrzebował lekarza. 

– Jak do tego doszło? – zawołała do biegnącego mężczyzny w 

niebieskim kombinezonie, zapewne kierowcy furgonetki. 

– Wóz kempingowy nie wyrobił się na zakręcie. 

– Ilu jest rannych?

– Dwie osoby. Starszy pan uderzył się w głowę, a jego żona 

background image

ma stłuczone ramię. Zaraz przyjedzie karetka. 

Lindsay uznała, że doraźna pomoc też może się przydać. 

– Proszę mnie przepuścić – powiedziała do ludzi otaczających 

rannego. – Jestem lekarką. 

Gapie   odsunęli  się,  choć  niechętnie,  i  Lindsay   ujrzała  dwoje 

poszkodowanych.   Kobieta   siedziała   na   trawie,   przyciskając   do 

siebie   rękę,   a   obok   leżał   starszy   człowiek.   Kucał   przy   nim 

mężczyzna, którego przeciwdeszczowa kurtka wydała się Lindsay 

znajoma.  Gdy  spojrzał  na  nią  przez ramię, Lindsay niemile  się 

zdziwiła. 

–   Och,   to   pan   –   mruknęła,   patrząc   w   niebieskie   oczy 

spotkanego w sklepie farmera. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– Tak, to ja. 

–   Mogę   jakoś   pomóc?   –   Miała   nadzieję,   że   zadała   pytanie 

chłodno i profesjonalnie. 

– Wątpię. – Farmer wstał. – Trzeba poczekać na pogotowie. 

– Może jednak na coś się przydam. – Kucnęła obok rannego 

mężczyzny, który w tej chwili już siedział, trzymając się za głowę, i 

cicho pojękiwał. 

– Doprawdy?

– Jestem lekarką – odparła z naciskiem, zirytowana wyraźną 

nutą sarkazmu w głosie farmera. 

–   Wobec   tego   do   dzieła.   –   Niebieskooki   osobnik   gestem 

wskazał starszych państwa. 

Lindsay zignorowała go i zajęła się poszkodowanymi. 

–   Odniósł   pan   inne   obrażenia?   –   Uważnie   przyjrzała   się 

mężczyźnie.   Zaprzeczył   ruchem   głowy,   a   Lindsay   nigdzie   nie 

zauważyła żadnych zranień i odwróciła się do jego towarzyszki. 

– Nic mu nie jest? – spytała zaniepokojona kobieta. 

– Chyba ma tylko wstrząs mózgu. A jak pani się czuje?

–   Boli   mnie   ręka.   Tamten   pan   stwierdził,   że   jest   złamana,   i 

założył mi temblak z szalika. Kazał mi trzymać ją w ten sposób, 

background image

dopóki nie zajmą się nią w szpitalu. 

–  Cóż  za fachowość  – mruknęła  Lindsay  z  przekąsem, a  w 

oddali   zabrzmiał   jękliwy   dźwięk   syreny.   –   Jedzie   karetka.   – 

Lindsay delikatnie dotknęła ramienia kobiety. 

– Proszę pani! – Drogą biegł kierowca furgonetki. – Przestawi 

pani swój wóz? Ambulans nie może przejechać. 

– Już idę. 

– Wreszcie będzie z pani jakiś pożytek – stwierdził farmer, gdy 

go mijała. 

Parkując auto na poboczu, Lindsay skonstatowała, że kipi ze 

złości.   Już   w   sklepie   poczuła   do   tego   faceta   niechęć,   a   teraz 

uważała go za wręcz antypatycznego. Wcale nie dlatego, że umiał 

samodzielnie udzielić pierwszej pomocy – to akurat przemawiało 

na jego korzyść – lecz z innego powodu. Facet był gburowaty i nie 

krył niechęci, zwłaszcza gdy usłyszał, że Lindsay jest lekarką. 

Niewiele widziała zza furgonetki, lecz zobaczyła nadjeżdżający 

ambulans,   a   za   nim   –   policyjny   radiowóz.   Pacjentów   zaraz 

zabrano   do   szpitala,   natomiast   policjanci   wspomagani   przez 

ogólnie chyba znanego farmera odsunęli przewrócony pojazd. 

Lindsay   powoli   ruszyła   odblokowaną   drogą.   Mijając   grupę 

mężczyzn, chłodno skinęła głową, odpowiadając na właśnie takie 

pozdrowienie   niebieskookiego   farmera.   Po   chwili   zerknęła   we 

wsteczne lusterko i stwierdziła, że odprowadził ją wzrokiem. 

background image

Cóż za nieznośny typ. Miała nadzieję, że nie będzie często go 

spotykać podczas pobytu w Tregadfan. 

Dom   Henry’ego   Llewellyna   znajdował   się   około   półtora 

kilometra   dalej.   Był   zbudowany   z   szarego   kamienia,   miał   dach 

kryty   łupkową   dachówką   i   stał   w   głębi   posesji,   prawie   całkiem 

ukryty   za   bujnymi   krzakami   rododendronów   obsypanych 

fioletowymi   kwiatami.   O   tej   porze   wyglądał   niezwykle   pięknie, 

skąpany w blasku złocistych promieni zachodzącego słońca. 

Lindsay zaparkowała na wyżwirowanym podjeździe i wysiadła 

z auta, a z domu w podskokach wypadły dwa spaniele i zaczęły 

obwąchiwać jej pantofle. 

– Lindsay! Cudownie, że jesteś!  – W drzwiach  stanął Henry 

Llewellyn i w geście powitania szeroko otworzył ramiona. 

Lindsay   stwierdziła,   że   starszy   pan   niewiele   się   zmienił   od 

czasu, gdy ostatnio go widziała. Było to kilka lat temu, gdy jeszcze 

studiowała, a Henry wraz żoną Megan odwiedził ich w Londynie. 

– Henry, jak się miewasz? Czas się ciebie nie ima. 

– Trochę posiwiałem – ze śmiechem przyznał Henry. – I chyba 

już nie mam takiej smukłej talii jak kiedyś. 

– Moim zdaniem jesteś w świetnej formie. – Lindsay serdecznie 

go uścisnęła i otworzyła bagażnik. 

– A ty stałaś się piękną młodą damą. Niech no ci się przyjrzę. – 

Henry cofnął się o krok. – Pamiętałem uroczego podlotka, a teraz 

background image

widzę pewną swego uroku piękność. – Henry wziął od niej bagaż. 

– Miałaś dobrą podróż?

–   Tak,   dosyć   przyjemną.   Ale   zajęła   mi   więcej   czasu,   niż 

przypuszczałam. 

– Musisz być zmęczona. – Henry ruszył do wejścia, a spaniele 

deptały mu po piętach. 

–   Trochę   –   przyznała,   gdy   postawił   walizki   w   holu.  –   Gdzie 

Megan?

– Megan... odpoczywa. 

Lindsay   zauważyła,   że   zerknął   na   schody   za   jej   plecami,   i 

trochę się zdziwiła. Wylegiwanie się w ciągu dnia nie było w stylu 

Megan, o której ojciec Lindsay często mówił, że jest najbardziej 

energiczną ze znanych mu kobiet. Zanim jednak Lindsay zdążyła 

zadać jakieś pytanie, Henry poprowadził ją do kuchni. 

– Może napijemy się herbaty, a potem pokażę ci twój pokój i 

porozmawiamy. 

W ładnej, przytulnej kuchni wszędzie było widać rękę Megan. Z 

drewnianych belek nad staroświeckim piecykiem zwisały bukiety 

suchych kwiatów i ziół, na siedzeniach drewnianych krzeseł leżały 

barwne poduszki, a na półeczkach stały ceramiczne naczyńka z 

przyprawami. Lindsay usiadła i gawędziła z Henrym, gdy parzył 

herbatę. 

– Nie sądzę, aby zamierzał się ożenić – odparła, gdy Henry 

background image

spytał o ojca i jego ewentualne małżeńskie plany. – Chyba i jemu, 

i   Romilly   odpowiada   obecny   układ.   Ona   uwielbia   swoją 

niezależność, a poza tym prowadzi własny biznes. 

– Zajmuje się projektowaniem wnętrz, prawda? – Henry wyjął z 

kredensu kubki. – Megan bardzo się podobają jej szkice. 

–   Megan   pracuje?   Realizuje   jakieś   zlecenie?   –   Megan   była 

plastyczką   i   prowadziła   w   Tregadfan   własne   centrum   sztuki   i 

rzemiosła artystycznego. 

Henry nie odpowiedział, tylko stał przed kuchenką, odwrócony 

plecami do Lindsay. 

– Henry, z Megan wszystko w porządku? – spytała Lindsay, 

zaniepokojona przedłużającym się milczeniem starszego pana. 

– Niestety, nie, Lindsay – powiedział w końcu. Postawił kubki 

na blacie i usiadł naprzeciw niej. 

– O Boże. Coś jej dolega?

– Tak, ale nie jesteśmy pewni co. Megan uskarża się na złe 

samopoczucie,   lecz   badania   niczego   nie   wykazały.   Zrobili   jej 

nawet   tomografię   komputerową,   która   na   szczęście   też   nie 

ujawniła żadnych zmian. 

–   Masz   jakąś   hipotezę?   –   Lindsay   wypiła   łyk   aromatycznej 

herbaty,   rozkoszując   –   się   jej   smakiem   i   panującym   w   kuchni 

spokojem.   Psy   już   dawno   przycichły,   zwinęły   się   w   swoich 

legowiskach przy kuchence i drzemały, opierając łby na przednich 

background image

łapach. 

– Przed świętami Bożego Narodzenia przeszła poważną grypę 

i od tego czasu chyba nie wydobrzała. Wciąż jest zmęczona, tak 

bardzo, że najchętniej bez przerwy by spała. Narzeka też na silne 

bóle  stawów   i mięśni. Testy  wykluczyły   stwardnienie  rozsiane  i 

gościec   przewlekły   postępujący,   ale...   –   Henry   nie   dokończył   i 

pokręcił głową. 

– Myślisz o zapaleniu mózgu i rdzenia z mialgią?

–   Wszystko   na   to   wskazuje,   ale   brak   pewności   jest   taki 

frustrujący. A Megan stała się cieniem kobiety, którą do niedawna 

była. 

– Musi wam być ciężko. 

– Cóż, nie jest łatwo. 

– A wasi krewni? Są w stanie jakoś pomóc?

– Wspierają nas emocjonalnie, ale mieszkają zbyt daleko, żeby 

zrobić   coś   konkretnego.   Zatrudniłem   kobietę,   która   zajmuje   się 

domem.   –   Henry   rozejrzał   się   wokoło   i   bezradnie   wzruszył 

ramionami. 

–   A   teraz   jeszcze   ja   zwaliłam   się   wam   na   głowę.   Ostatnią 

rzeczą,   jakiej   potrzebujesz,   jest   praktykantka.   Dlaczego   nie 

powiedziałeś tacie, jak wygląda sytuacja?

–   O,   Lindsay...   –   Henry   ze   znużeniem   przeczesał   palcami 

włosy. – Jak mógłbym to zrobić. Twój tata i ja przyjaźnimy się od 

background image

tak dawna... 

– Wiem, Henry, ale masz tyle obowiązków, a z mojego powodu 

jeszcze ci ich przybędzie. Chyba nie powinnam tu zostać. 

–   Jest   zadowalające   rozwiązanie   –   Henry   spojrzał   na   nią 

niepewnie – ale nie wiem, czy ci się spodoba. 

– Mów. 

–   Zasugerowałem   mojemu   wspólnikowi,   żeby   wziął   cię   pod 

swoje skrzydła, przynajmniej na pewien czas, dopóki Megan nie 

poczuje się lepiej. – Henry chyba sam nie bardzo wierzył, że tak 

się stanie. 

– A co on na to?

–   Oczywiście,   wyraził   zgodę.   To   porządny   gość.   Typ 

samotnika, ale całkiem miły, gdy się go lepiej pozna. 

– Kto to taki? Chyba nic o nim nie mówiłeś. Poprzednim był 

stary doktor Meredith, prawda? Tata kiedyś o nim wspomniał. – 

Lindsay   starała   się   paplać   beztrosko,   ale   ogarnęło   ją 

przygnębienie. Głównym powodem, który przygnał ją do północnej 

Walii, była perspektywa odbycia szkolenia pod okiem Henry’ego 

Llewellyna, którego podziwiała od dzieciństwa. 

–   Tym   razem   mam   młodego   wspólnika.   Nazywa   się   Aidan 

Lennox, współpracuje  ze mną już od trzech lat i jest świetnym 

lekarzem. Wpadnie później, żeby cię poznać. 

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu tobie i Megan. Sądzisz, że 

background image

mogłabym gdzieś wynająć jakąś kawalerkę?

– Och, Megan na pewno by się to nie spodobało. 

–   W   jej   stanie   nie   powinna   martwić   się   o   gości.   Na   pewno 

znalazłoby się w okolicy jakieś lokum... 

–   Wątpię.   W   lecie   turyści   rezerwują   wszystko   z   dużym 

wyprzedzeniem. 

– Mimo to spróbuję się rozejrzeć. 

– Cóż, jest jeszcze to mieszkanko nad poradnią – z wahaniem 

przyznał   Henry.   –   Początkowo   mieszkał   tam   Aidan,  dopóki   nie 

kupił domu, a teraz stoi puste. 

– A nie zamierzaliście go wynająć letnikom?

–   Nigdy   tego   nie   robimy   z   uwagi   na   bliskość   poradni,   więc 

ewentualnie mogłabyś tam się wprowadzić. 

– Doskonały pomysł. 

–  Może najpierw porozmawiamy  z  Aidanem?  – Henry wciąż 

miał zafrasowaną minę, jakby wszystkie jego plany wzięły w łeb. – 

Lecz tak czy owak, zostaniesz u nas przynajmniej na parę dni. 

Zaraz pokażę ci twój pokój. 

Sypialnia   była   ładna,   choć   skromniutka.   Na   ścianach   wisiały 

szkice o tematyce  japońskiej, przedstawiające  gejsze  i pagody. 

Okno wychodziło na róg ogrodu, a z boku było widać kawalątek 

gór.   Rozglądając   się   po   tym   wnętrzu,   Lindsay   pomyślała,   że 

chyba   nie   ma   tego   złego...   Przed   przyjazdem   tutaj   trochę 

background image

niepokoiła   się   koniecznością   zamieszkania   na   cały   rok   u 

Llewellynów.   Bardzo   ich   lubiła,   lecz   w   Londynie   już   zdążyła 

przywyknąć   do   cudownej   niezależności   i   wolałaby   z   niej   nie 

rezygnować.   A   jako   gość   musiałaby   pod   pewnymi   względami 

dostosować   się   do   gospodarzy.   Może   więc   będzie   lepiej   zająć 

owo mieszkanko nad poradnią. 

Wzięła prysznic, rozpakowała się i przebrała. Zamierzała zejść 

do   kuchni,   aby   pomóc   Henry’emu   przygotować   kolację,   gdy 

wychodząc z pokoju spotkała go na korytarzu. 

–   Właśnie   chciałem   ci   powiedzieć,   że   Megan   się   zbudziła. 

Niestety, nie siądzie z nami do stołu, ale pragnie cię zobaczyć. – 

Otworzył drzwi do sąsiedniej sypialni. – Megan, kochanie, Lindsay 

do ciebie zajrzy. 

Lindsay   nie   bardzo   wiedziała,   czego   się   spodziewać,   lecz 

widok leżącej na łóżku kobiety okazał się szokujący. Gdy Lindsay 

widziała   ją   poprzednim   razem,   czyli   kilka   lat   temu,   Megan 

Llewellyn była atrakcyjną brunetką z wielkimi, pełnymi ekspresji 

oczami, osobą energiczną i pełną życia. Obecnie prawie w niczym 

nie przypominała siebie z tamtego okresu. Nigdy nie była tęga ani 

nawet pulchna, lecz dawniej miała tu i tam stosowne krągłości. 

Natomiast teraz wyglądała jak własny cień. Ciemne włosy mocno 

posiwiały,   oczy   straciły   dawny   blask.   Tylko   jej   uśmiech   się   nie 

zmienił. 

background image

–   Och,   Lindsay,   cudownie,   że   przyjechałaś.   –   Megan 

wyprostowała się, nadstawiając policzek, a Lindsay serdecznie go 

ucałowała. Wokół Megan unosił się miły, kwiatowy zapach, równie 

delikatny jak ona sama. 

–  Ja też  się cieszę, że  cię  widzę,  ale  przykro  mi z powodu 

twojego zdrowia. 

– Żałuję, że nie mogę odpowiednio cię powitać. 

–   Zostawię   was,   dziewczyny,   żebyście   sobie   pogawędziły,   i 

zajmę się kolacją – oznajmił Henry. – Zjesz dzisiaj trochę mięsa, 

Megan?

– Raczej nie. Wystarczy sama zupa. 

– Nie masz apetytu? – Lindsay usiadła obok łóżka. 

– Wcale. – Megan przecząco potrząsnęła głową i z wyraźnym 

znużeniem oparta ją o poduszki. – Henry strasznie się tym martwi, 

ale ja po prostu nie mogę nic przełknąć. 

– Podobno wszystko zaczęło się od grypy?

–   Tak.   Mówił   ci,   że   podejrzewa   zapalenie   mózgu   i   rdzenia? 

Słyszałam   o   tej   chorobie,   ale   byłam   sceptycznie   nastawioną. 

Teraz zmieniłam zdanie. – Megan westchnęła ciężko. 

–   Najgorsze   jest   to   bezustanne   zmęczenie.   Wystarczy 

najmniejszy wysiłek i już padam. Dlatego praktycznie nic w domu 

nie robię. Ale... ale najbardziej żal mi Henry’ego. Zwaliło się na 

niego tyle stresu... 

background image

– Nie wolno ci się poddawać. – Lindsay położyła rękę na dłoni 

Megan. – Coraz więcej wiemy o tej chorobie i może już wkrótce 

zostanie   wynaleziony   skuteczny   lek.   –   Wstała,   ze   smutkiem 

patrząc na twarz Megan, która przymknęła oczy. 

–   Zmęczyłam   cię.   Pójdę   teraz   sprawdzić,   czy   przydam   się 

Henry’emu. Na razie, Megan. 

Na palcach wyszła z pokoju i cicho zamknęła za sobą drzwi. 

Byłą   wstrząśnięta   stanem   kobiety,   która   chyba   nawet   nie 

usłyszała jej pożegnania. 

Schodząc   na   dół,   stwierdziła,   że   Henry   z   kimś   rozmawia. 

Pewnie   ze   swoim   wspólnikiem,   pomyślała,   lecz   po   chwili   głosy 

umilkły, a w kuchni ujrzała tylko jakiegoś obcego mężczyznę. Stał 

odwrócony   do   okna   i   patrzył   na   Henry’ego,   który   w   ogrodzie 

karmił psy. 

– Dzień dobry – powiedziała. – Pan pewnie jest... Raptownie 

urwała, ponieważ nieznajomy się odwrócił. 

Był to ów farmer, którego spotkała najpierw w sklepie, a później 

na   miejscu   wypadku.   Teraz   wyglądał   trochę   inaczej,   ponieważ 

zmienił kraciastą koszulę i dżinsy na beżowy, bawełniany golf i 

spodnie z oliwkowego drelichu. Tylko mina pozostała tak ponura, 

jak poprzednio. 

– Och... – Lindsay odzyskała głos. – Zdumiewające, że znów 

pana spotykam. 

background image

– Doprawdy?

– Jest pan przyjacielem Henry’ego?

– Przyjacielem? Można tak powiedzieć, choć nie zawsze się ze 

sobą zgadzamy. 

Lindsay   trochę   się   zasępiła.   Skoro   ten   facet   przyjaźni   się   z 

Henrym,   to   dlaczego   nic   o   tym   nie   wspomniał,   gdy   pytała   o 

drogę?

– O, widzę, że już się znacie. – Do kuchni wszedł Henry, zdjął 

ubłocone kalosze i wsunął stopy w stare, skórzane kapcie. – Więc 

nie muszę was sobie przedstawiać?

– Prawdę mówiąc, dopiero zeszłam na dół. 

– W takim razie... – Henry popatrzył na nich. – Aidan, to jest 

Lindsay   Henderson.   Lindsay,   kochanie,   to   mój   wspólnik,   Aidan 

Lennox. 

– Twój... wspólnik? – wymamrotała. – Ale... sądziłam, że... – 

Wpatrywała się w niego oszołomiona, a ze spojrzenia niebieskich 

oczu wyczytała, że ten człowiek od początku wiedział, kim ona 

jest. W końcu jakimś cudem wzięła się w garść i uścisnęła podaną 

jej rękę. 

– Miło mi wreszcie panią poznać. – W tonie Aidana Lennoxa 

zabrzmiała ledwie słyszalna nuta kpiny. 

Zaklęła w duchu. Niech licho porwie tego typa. Nawet jeśli nie 

pomógł   jej   w   sklepie,   to   później,   przed   przyjazdem   karetki, 

background image

powinien był przyznać, że jest lekarzem. A on pozwolił jej zrobić z 

siebie idiotkę. Najchętniej ostro wygarnęłaby mu, co o nim myśli. 

Już   otworzyła   usta,   aby   to   zrobić,   lecz   Henry   odezwał   się 

pierwszy. 

–   Liczę   na   to,   że   wasza   współpraca   będzie   harmonijna   – 

powiedział z nadzieją w głosie. 

Lindsay   uznała,   że   lepiej   poczekać   z   konfrontacją   na 

dogodniejszy moment. Nie chciała sprawić Henry’emu przykrości, 

kłócąc się teraz z Aidanem. Postanowiła jednak, że w stosownej 

chwili utrze mu nosa. Ale później, gdy gospodarz nalał im drinki, 

ogarnęło ją przygnębienie. Mogłaby pokazać Aidanowi, gdzie raki 

zimują,   gdyby   był   tylko   przyjacielem   Henry’ego.   Miała   jednak 

przez   rok   praktykować   pod   okiem   tego   antypatycznego   faceta, 

musi więc jakoś go tolerować. Nie ucieszył jej ten wniosek. 

Podczas kolacji panowała sztywna atmosfera, lecz Henry na 

szczęście   chyba   nie   zdawał   sobie   z   tego   sprawy.   Natomiast 

Lindsay   natychmiast   wyczuła   niechęć   Aidana,   gdy   zaczęli 

rozmawiać o jej życiu w Londynie. Odniosła przemożne wrażenie, 

że młody lekarz ma jej za złe tamtejsze luksusy – zupełnie jakby 

były one jakąś zbrodnią. 

–   Lindsay   najchętniej   zamieszkałaby   gdzieś   indziej   – 

powiedział   Henry,   gdy   skończyli   posiłek.   –   Może   w   tym 

mieszkaniu nad poradnią. Co ty na to, Aidan?

background image

– Wszystko mi jedno – odparł, wzruszając ramionami. 

– Było ci tam wygodnie, prawda?

– Tak, aleja mam skromne wymagania. Ten lokal z pewnością 

nie umywa się do rezydencji w londyńskim Chelsea. 

Lindsay poczuła na policzkach gorący rumieniec gniewu. 

– Dom w Chelsea należy do mojego ojca – wycedziła lodowato. 

– Ja mam własne mieszkanie w Fulham. 

–   Zapewne   równie   wygodne?   –   Aidan   znów   uniósł   brwi,   co 

Lindsay doprowadzało do szału. 

–   Och,   w   to   nie   wątpię   –   dobrodusznie   stwierdził   Henry, 

całkiem nieświadomy podtekstów w tej wymianie zdań. – Richard 

kupił ci je na dwudzieste pierwsze urodziny, prawda?

– No... tak – przyznała niechętnie. 

–  Chyba  niewielu  stażystów żyje  na  takiej wysokiej  stopie – 

cierpkim tonem zauważył Aidan. – Prawdę mówiąc, dziwię się, że 

raczyła pani zaszczycić nas swoją obecnością w takim skromnym 

zakątku   jak   Tregadfan.   Czy   gabinet   na   ulicy   Harley   nie   byłby 

bardziej odpowiedni?

– Cóż, oferowano mi pracę właśnie tam – parsknęła, urażona 

zarówno   tonem,   jak   i   słowami   Aidana.   –   Ale   nie   przyjęłam   tej 

propozycji. 

– Wolałaś kawałek prawdziwego świata, co? – Henry zaśmiał 

się pogodnie. 

background image

–   Tego   pani   tutaj   nie   zabraknie   –   enigmatycznie   oświadczył 

Aidan.   –   A   skoro   jesteśmy   przy   tym   temacie...   Musi   pani   coś 

zrobić ze swoim ślicznym autkiem. 

–   A   czegóż   to   mu   brakuje?   –   Lindsay   spiorunowała   go 

wzrokiem. 

– Niczego, moja droga – pośpiesznie wtrącił Henry. – Ale to 

pojazd dobry w Londynie, natomiast niezbyt nadaje się do jazdy 

po tutejszych drogach. Chyba właśnie to chciał powiedzieć Aidan, 

prawda?

– Henry jeździ dżipem, a ja landroverem. 

– Tym ubłoconym – syknęła Lindsay. – Myślałam, że jest pan 

farmerem. 

– To byłoby coś złego? – wyzywająco spytał Aidan. 

– Nie, skądże. 

– W tej okolicy jest wielu farmerów, panno Henderson. Jeśli ma 

pani tu zostać, to lepiej do nich przywyknąć. 

–   Chwileczkę,   moi   drodzy!   –   zawołał   Henry,   przerywając   to 

preludium kłótni. – Czy wy się przypadkiem nie znacie?

– Tak – odparła Lindsay. – Spotkaliśmy się w sklepie, gdzie 

pytałam o drogę, a ten pan... 

– I potem na miejscu małego wypadku – gładko wtrącił Aidan – 

gdy pani tak ochoczo pośpieszyła z fachową pomocą. 

–   Coś   takiego!   –   Henry   pokręcił   głową.   –   Trzeba   było   mi 

background image

powiedzieć.   –   Wstał   zza   stołu,   nadal   trochę   zakłopotany.   – 

Wybaczcie,   muszę   zajrzeć   do   Megan,   ale   jestem   pewien,   że 

macie o czym pogadać. 

Wyszedł   z   jadalni   i   zamknął   za   sobą   drzwi,   ku   przerażeniu 

Lindsay zostawiając ją samą z Aidanem Lennoxem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Dlaczego od razu pan się nie przedstawił?  – agresywnym 

tonem spytała Lindsay. 

Aidan w zamyśleniu patrzył na coś za oknem i miał taką minę, 

jakby przebywał we własnym, odległym świecie. Zirytowana tym 

milczeniem   Linsday   właśnie   zamierzała   powtórzyć   pytanie,   gdy 

Aidan wreszcie skierował wzrok na nią. 

– Nie rozumiem – odparł krótko. 

– Wtedy, w sklepie. Musiał pan się zorientować, kim jestem, 

kiedy spytałam o drogę. 

– Dlaczego? Turyści często błądzą. 

– Uznał mnie pan za turystkę? Ilu turystów szuka Henry’ego 

Llewellyna?

– Oni zawsze szukają lekarza. 

–   Przypuśćmy,  że  tak.  Ale  dlaczego  później,  na   drodze,  nie 

zdradził   się   pan   ani   słowem,   tylko   pozwolił   mi   zrobić   z   siebie 

idiotkę?

– Hm... Nie miałem pojęcia, że robi pani z siebie coś takiego. 

–   Przecież   ci   ludzie   wiedzieli,   że   jest   pan   lekarzem. 

Wystarczyło tylko o tym wspomnieć, a nie zachowałabym się jak... 

– Jak kto?

background image

– No cóż... nie pchałabym się tam, gdzie mnie nie chcą. 

– O ile dobrze pamiętam, wepchnęła się pani, zanim zdążyłem 

się odezwać. 

– Tak czy owak, mógł pan powiedzieć... 

– Była pani zanadto napalona na dobry uczynek. 

– Ale wtedy chyba już pan się zorientował, kim jestem. 

– I owszem – przyznał bez entuzjazmu, wzruszając ramionami. 

– Więc czemu pan to przemilczał?

–   Właśnie   wtedy   przyjechała   karetka   i   poproszono   panią   o 

przestawienie samochodu. 

To   prawda,   pomyślała.   Aidan   Lennox   udzielił   sensownych 

odpowiedzi   na   każde   jej   pytanie.   Dlaczego   więc   miała   niemiłe 

wrażenie,   że   od   początku   wiedział,   kim   ona   jest   i   celowo   nie 

ujawnił swojej tożsamości?

– Dotarła pani na miejsce i tamte incydenty nie mają żadnego 

znaczenia, więc równie dobrze można o nich zapomnieć. 

–   Pewnie   tak   –   przyznała.   –   Ale   nasza   znajomość   źle   się 

rozpoczęła, i to całkiem bez powodu. 

– A pani wolałaby rozpocząć ją lepiej?

–   Nie   byłoby   w   tym   nic   złego,   panie   Lennox.   –   Mierząc   go 

gniewnym   spojrzeniem,   zauważyła   małą,   trójkątną   bliznę   na 

policzku. Pewnie zdzieliła go w twarz jakaś krewka kobietka, kiedy 

też wyprowadził ją z równowagi. – Zwłaszcza że podobno ma pan 

background image

kierować moją praktyką. 

– Owszem. Czy ta wiadomość panią rozstroiła?

– Tak, skoro musi pan wiedzieć, ale... – Nie dokończyła, bo do 

pokoju wrócił Henry. 

– Wybaczcie, że tak długo mnie nie było. 

– Jak się czuje Megan? – spytał Aidan. 

– Nie najlepiej. – Henry westchnął ciężko. 

– Zajrzę do niej przed wyjściem. 

– Aidan jest naszym lekarzem rodzinnym – wyjaśnił Henry na 

widok zdumionej miny Lindsay. 

– Naprawdę? – Nie mogła pojąć, dlaczego Llewellynowie chcą 

przyjaźnić   się   z   tym   irytującym   facetem,   nawet   jeśli   jest   on 

wspólnikiem Henry’ego. 

–   Pewnie   mieliście   o   czym   rozmawiać.   –   Henry   przyniósł   z 

kuchni ekspres do kawy i postawił go na stole. – Wspomniałem 

Lindsay, że weźmiesz ją pod swoje skrzydła. Nie planowaliśmy 

tego, ale choroba Megan całkiem nas zaskoczyła. 

– Nadal sądzę, że w tej sytuacji moja obecność to dla ciebie za 

duży kłopot, Henry. – Lindsay wzięła od niego filiżankę. – Dlatego 

uważam, że powinnam wrócić do Londynu. 

Ta perspektywa nagle wydała się jej kusząca. Wszystko było 

lepsze niż współpraca  z takim niemiłym osobnikiem, jak doktor 

Aidan Lennox. 

background image

Henry jednak był innego zdania. 

– Nonsens – zawyrokował. – Nie widzę powodów, dla których 

miałabyś stąd wyjechać. Zwłaszcza  jeśli Aidan zgodził się tobą 

zająć. Poza tym przyda się nam dodatkowa para rąk do pracy. 

– Ale nie będę dla ciebie tylko obciążeniem? – Lindsay starała 

się omijać Aidana wzrokiem. 

–   Wręcz   przeciwnie.   Jesteś   już   dyplomowanym   lekarzem   i 

masz kwalifikacje, więc bardzo nam pomożesz. 

– Tak sądzisz? – spytała z powątpiewaniem. Nie umknęło jej 

uwagi, że Aidan ani słowem nie poparł Henry’ego. 

– Oczywiście – z przekonaniem zapewnił Henry. – Wiesz, że w 

obecnych   okolicznościach   chętnie   sceduję   na   ciebie   część 

obowiązków.  Na przykład niektóre  nocne dyżury. Ostatnio  parę 

razy musiałem zostawić Megan samą, kiedy wezwano mnie do 

pacjenta.   Nie   mogłem   przecież   wysługiwać   się   Aidanem,   jeśli 

poprzedniej   nocy   był   na   nogach.   Zaś   abstrahując   od   tego,   po 

prostu nie mogę pozwolić ci wrócić do domu, Lindsay. Przecież 

zrezygnowałaś z pracy w Londynie i przewróciłaś swoje życie do 

góry nogami, żeby przyjechać na rok tutaj. Co pomyślałby sobie 

twój ojciec?

– Na pewno by zrozumiał... 

– Nie ma o czym mówić. – Henry zaczął sprzątać ze stołu. – 

Już i tak zgodziłem się na dwie zmiany: Aidan zajmie się twoją 

background image

praktyką, a  ty  zamieszkasz  nad poradnią. Nie  pójdę  na  dalsze 

ustępstwa. 

– Skoro tak... – Lindsay bezradnie wzruszyła ramionami, nadal 

unikając wzroku Aidana. – Kiedy miałabym zacząć?

–   Jak   najszybciej.   –   Ulga   w   głosie   Henry’ego   była   prawie 

namacalna. – Jutro rano pojedziemy do poradni, rozejrzysz się 

tam, a potem Bronwen pokaże ci mieszkanie. 

–   Kto   to   jest   Bronwen?   –   Przelotnie   zerknęła   na   Aidana   i 

dostrzegła na jego kamiennej twarzy cień uśmiechu. 

– Bronwen? Cóż, ona niańczy nas wszystkich – odparł Henry. 

–   Jest   jakby   recepcjonistką   i   szefową   administracji   w   jednej 

osobie. Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili. Prawda, Aidan?

– Bronwen właściwie wszystkim rządzi – oświadczył Aidan bez 

mrugnięcia   okiem.   –   Można   ją   wkurzyć   wyłącznie   na   własne 

ryzyko. 

–   Chyba   przemawia   przez   pana   doświadczenie   –   cierpkim 

tonem zauważyła Lindsay. 

– Och, Aidan parę razy starł się z naszą Bronwen. – Henry 

zaśmiał się dobrodusznie. 

Wkrótce potem Lindsay wymówiła się zmęczeniem i poszła do 

swojego pokoju. Marzyła tylko o tym, aby paść na łóżko i usnąć. 

Miała za sobą męczącą podróż, a po przyjeździe do Tregadfan 

wszystko   okazało   się   inne,   niż   się   spodziewała.   Dlatego   nie 

background image

czekała z utęsknieniem na pierwszy dzień swojej praktyki, musiała 

jednak   zadowalająco   dostosować   się   do   nowej   sytuacji.   Zanim 

odpłynęła   w   słodki   sen,   powzięła   postanowienie,   że   nie   da   się 

zastraszyć   ani   Aidanowi   Lennoxowi,   ani   groźnej   Bronwen,   nie 

mówiąc o innych mieszkańcach tej dosyć dziwacznej wioski. 

Nazajutrz   rano   zbudził   ją   deszcz   głośno   bębniący   o   dach. 

Przez   chwilę   zastanawiała   się,   gdzie   jest.   Zaraz   sobie 

przypomniała i z jękiem ukryła twarz w poduszce. 

–   Jak   się   masz,   Lindsay   –   powitał   ją   Henry,   gdy   w 

nienajlepszym humorze zeszła do kuchni. Uśmiechał się ciepło, 

lecz wyglądał na zmęczonego. Może musiał zajmować się Megan, 

pomyślała Lindsay. – Dobrze spałaś?

–  Jak suseł. A co u  Megan? –  Lindsay  nalała sobie kawy  i 

zrobiła grzankę. 

– Nie czuje się zbyt dobrze. Całą noc bolały ją mięśnie, ale 

teraz śpi. 

– Może być sama?

– Niedługo przyjdzie nasza pomoc. To bardzo pracowita osoba. 

Zrobi   wszystko,   czego   Megan   sobie   zażyczy,   a   ja   wpadnę   do 

domu w porze lunchu. – Henry zostawił gościa przy śniadaniu, a 

sam   wyszedł   z   psami.   Po   powrocie   rozmawiał   z   kimś   przez 

telefon, a potem zajrzał do kuchni. – Gotowa do wyjścia?

background image

Lindsay skinęła głową, pospiesznie dopiła kawę i wzięła z holu 

żakiet, torbę oraz kluczyki. 

– Może pojedziesz ze mną dżipem? – Henry cicho zamknął 

frontowe drzwi. 

Lindsay skrzywiła  się, przypomniawszy  sobie drwiącą  uwagę 

Aidana na temat jej sportowego auta. 

– Nie przejmuj  się Aidanem – poradził jej Henry parę  minut 

później,   gdy   jechali   do   wsi.   Nadal   lało   jak   z   cebra,   a   góry 

spowijała gęsta mgła. – Niełatwo go poznać, ale warto trochę się 

wysilić, bo to porządny chłopak. 

–   Będę   o   tym   pamiętać,   kiedy   znów   zacznie   mi   wypominać 

moją   uprzywilejowaną   pozycję   w   społeczeństwie   –   mruknęła   z 

przekąsem. 

– Nie miej mu tego za złe. Aidan jest na tym punkcie nieco 

przewrażliwiony, bo jego droga do dyplomu lekarza ze względów 

finansowych   była   usłana   raczej   kolcami.   Parę   razy   omal   nie 

musiał zrezygnować ze studiów. 

– Rozumiem więc jego postawę, ale to przecież nie moja wina. 

Podobnie   jak   fakt,   że   mam   ojca,   który   odnosi   sukcesy   i   jest 

zamożny. Co zresztą nie miało żadnego wpływu ma moje studia. 

Musiałam wkuwać tak samo jak inni, żeby zdać egzaminy. 

–   Niewątpliwie.   Mówię   tylko,   żebyś   nie   pozwoliła   Aidanowi 

wyprowadzić się z równowagi. 

background image

Łatwo powiedzieć, pomyślała, gdy minęli kaplicę i skręcili na 

niewielki   dziedziniec   przed   wysokim   budynkiem   z   szarego 

kamienia. 

W   recepcji   siedziała   drobna   szatynka   w   trudnym   do 

zdefiniowania   wieku,   prawdopodobnie   między   trzydziestką   a 

czterdziestką. Przeglądała pocztę i na moment podniosła wzrok, 

gdy Henry i Lindsay weszli do środka. Zanim ktokolwiek zdążył się 

odezwać,   z   sąsiedniego   pomieszczenia   wynurzyła   się   młoda 

dziewczyna   z   długimi   włosami   w   szaroburym   kolorze.   Miała   z 

lekka przerażona minę, a w obu rękach trzymała tacę z trzema 

kubkami pełnymi parującej kawy. Ostrożnie podeszła do biurka i z 

ulgą postawiła tacę na blacie. 

– Och, doktor Llewellyn! – zawołała. – Nie wiedziałam, że pan 

przyjechał. Zaraz zaparzę więcej kawy. Już lecę. 

– Zaczekaj chwilę, Gwynneth – poprosił Henry. – Dobrze, że 

jesteście   tu   obie.   Chciałbym   wam   przedstawić   doktor   Lindsay 

Henderson.  –   Odwrócił   się   i   ujął   ją   za   łokieć.   –   Lindsay,   moja 

droga, nasza przychodnia funkcjonuje dzięki tym dwóm paniom. 

Oto   Gwynneth,   która   przyszła   do   nas   niedawno   i   jeszcze 

wszystkiego się uczy, a to jest... – wskazał kobietę za biurkiem – 

nasza Bronwen. Pracuje u nas od wieków i ma sprawy poradni w 

jednym   palcu.   Jeśli   będziesz   chciała   czegoś   się   dowiedzieć, 

wystarczy, że spytasz Bronwen. 

background image

A   więc   to   jest   ta   osławiona   Bronwen.   Lindsay   nie   bardzo 

wiedziała,   czego   się   spodziewała   –   chyba   raczej   Amazonki   o 

imponującej   posturze,   a   nie   takiej   malutkiej   kobietki,   która   ze 

śmiertelnie poważną miną skinęła głową. 

Po   dokonaniu   prezentacji   Henry   spytał,   czy   już   przyszedł 

doktor Lennox. Gwynneth otworzyła usta, aby odpowiedzieć, lecz 

Bronwen nie dała jej dojść do słowa. 

– Tak – odparła cierpko. – Już był, ale poszedł do pubu, żeby 

sprawdzić, jak czuje się Thomas. Podobno rozedma daje mu się 

we znaki. Doktor Lennox powiedział, że zaraz wróci. 

– Przekaż mu, że jesteśmy u mnie. Aha, jeszcze jedno. Czy 

gabinet doktor Henderson jest gotowy?

– Oczywiście – lodowato wycedziła kobieta, jakby poczuła się 

urażona pytaniem. 

– Dobra robota, Bronwen, ale później musimy porozmawiać, 

ponieważ nastąpią pewne zmiany w pierwotnym planie. 

–   Tak?   –   Recepcjonistka   zmierzyła   szefa   przenikliwym 

spojrzeniem. – A jakież to zmiany?

– Dowiesz się po powrocie doktora Lennoxa. – Ton Henry’ego 

wyraźnie sugerował, że na razie kwestia jest zamknięta. 

Bronwen zrobiła bardzo niezadowoloną minę. Najwyraźniej nie 

lubiła dowiadywać się o czymś jako ostatnia. Natomiast Gwynneth 

sprawiała   wrażenie   wręcz   przerażonej,   co   także   nie   umknęło 

background image

uwagi Lindsay. Tymczasem ruszyła za Henrym w głąb korytarza. 

– Ja przyjmuję tutaj. – Henry otworzył drzwi do przestronnego 

pomieszczenia we frontowej części budynku. – Aidan ma gabinet 

naprzeciwko, a twój jest tam. – Poprowadził ją wąskim przejściem 

na tyły  przychodni. –  Poprzedni  właściciele  tego  domu  mieli tu 

jadalnię. 

Pokój   nawet   w   deszczowy   dzień   był   jasny,   ponieważ   dużo 

światła   wpadało   przez   wielkie   balkonowe  drzwi   prowadzące   do 

pełnej roślin oranżerii oraz przez okno wychodzące na mały, lecz 

ładny ogródek otoczony kamiennym murkiem, za którym w oddali 

rysowała   się   panorama   gór.   Przy   oknie   stało   duże,   dębowe 

biurko,   na   nim   –   komputer,   zaś   w   rogu   –   kozetka   do   badania 

pacjentów, częściowo osłonięta białą zasłonką. 

– Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie – z nutą niepokoju w 

głosie powiedział Henry. 

– Oczywiście – pospiesznie zapewniła Lindsay. – To śliczny 

pokój. Chcesz, żebym od razu zaczęła przyjmować pacjentów?

–   Raczej   tak,   chociaż   lepiej   najpierw   ustalić   wszystko   z 

Aidanem. 

– A co z mieszkaniem? Mogłabym je obejrzeć?

–   Tak,   ale   wysłałem   tam   panią   Jones,   żeby   zrobiła   w   nim 

porządek,   trochę   je   przewietrzyła   i   sprawdziła,   czy   niczego   nie 

brakuje. Poczekaj, aż skończy. 

background image

– Czy to coś, o czym powinnam wiedzieć? – spytała od drzwi 

Bronwen, która niepostrzeżenie weszła do gabinetu. 

– Chodzi o jedną ze zmian, o których wspomniałem. Moja żona 

niedomaga,   więc   doktor   Henderson   postanowiła   nam   nie 

przeszkadzać. Prawdopodobnie zamieszka na górze, ale najpierw 

pani Jones musi tam posprzątać. 

– Niby dlaczego? Na górze jest idealnie czysto. 

– Och, nie wątpię, ale przecież trzymaliśmy tam różne rzeczy... 

– Tylko stare karty – lodowato wycedziła Bronwen. 

–   Ale   warto   wpuścić   trochę   świeżego   powietrza   – 

zniecierpliwionym tonem oświadczył Henry. – O, Aidan, dobrze, 

że jesteś – powitał wchodzącego wspólnika. – Właśnie mówiłem 

Bronwen, że Lindsay chyba zajmie mieszkanko na piętrze. 

–   Ach,   tak.   –   Aidan   popatrzył   na   nich   troje   i   chyba   wyczuł 

napiętą atmosferę, – Dzień dobry – powitał Lindsay i zwrócił się 

do Henry’ego: – Powiedziałeś też Bronwen, że nie ty będziesz 

szkolił Lindsay?

– Jeszcze nie. Uznałem, że lepiej poczekać z tym na ciebie. 

– Już jestem, więc wyjaśnijmy wszystko do końca. Bronwen, 

ustaliliśmy, że to ja zajmę się szkoleniem doktor Henderson, a nie 

doktor Llewellyn. 

Z   zachowania   obu   mężczyzn   Lindsay   wywnioskowała,   że 

recepcjonistka zareaguje na tę wiadomość w szczególny sposób. 

background image

I rzeczywiście – kobieta najwyraźniej się zdziwiła i zirytowała, lecz 

zaraz na jej twarzy pojawił się wyraz obojętności. 

– Kiedy została powzięta ta decyzja? – spytała. 

– Dwa tygodnie temu – odparł Henry. 

– Byłoby miło, gdyby mnie o tym poinformowano. 

– Postanowiliśmy najpierw pomówić o tym z doktor Henderson. 

Na szczęście zaakceptowała tę zmianę. Doktor Lennox także. 

– Jaki będzie rozkład dyżurów? – Bronwen pytająco spojrzała 

na Aidana. 

– Trzeba je zaplanować. Może już teraz?

–   Chodźmy   do   mnie   –   zaproponował   Henry.   –   Bronwen. 

zechcesz przynieść nam kawę?

Kobieta   mruknęła   coś   niezrozumiale   i   poszła   do   recepcji,   a 

Henry i Aidan zrobili skruszone miny. Chwilę później, gdy we troje 

siedzieli w gabinecie Henry’ego, Bronwen wniosła tacę z trzema 

kubkami, mlekiem i cukrem. 

– Mam zostać? – spytała, stawiając ją na biurku szefa. 

– Nie – odparł. – Nie powinniśmy zabierać ci czasu. O tej porze 

zawsze   jesteś   bardzo   zajęta.   Ale   obiecuję   niezwłocznie 

zawiadomić cię o wszelkich decyzjach. 

Recepcjonistka   skwitowała   jego   słowa   wymownym 

prychnięciem i wyszła z pokoju, ostentacyjnie głośno zamykając 

za sobą drzwi. 

background image

– Czemu jej na to pozwalacie? – Lindsay nie posiadała się ze 

zdumienia. 

– Na co? – Aidan nalał do swojej kawy trochę mleka i sięgnął 

po cukierniczkę. 

– Narządzenie. 

– To pozory – mruknął Henry. 

–   Jej   się   tylko   zdaje,   że   ma   tutaj   władzę   –   dodał   Aidan,   a 

Lindsay kolejny raz dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu. 

– Bronwen to wspaniała pracowniczka – zapewnił Henry. – A w 

tej okolicy trudno o wykwalifikowany personel, bo młodzi uciekają 

do miasta. Dlatego rzeczywiście pozwalamy Bronwen trochę się 

szarogęsić. – Henry upił łyk kawy, skrzywił się i ją dosłodził. – Ale 

do rzeczy, moi drodzy. Aidan, kiedy poprzednio rozmawialiśmy na 

ten temat, zgodziłeś się ze mną, że Lindsay powinna przyjmować 

tylko dodatkowych pacjentów. Nadal tak sądzisz?

– Tak. – Aidan spojrzał na Lindsay. – Z uwagi na czas trwania 

praktyki nie ma sensu przydzielać pani miejscowych pacjentów. 

Dlatego proponuję, żeby zajmowała się pani chorymi turystami, 

którzy   w   lecie   nawet   przez   tydzień   nie   potrafią   obejść   się   bez 

pomocy lekarza. 

– I tylko na tym polegałyby moje obowiązki? – Lindsay nie tego 

się spodziewała. – Nie nauczę się, jak być lekarzem rodzinnym, 

opatrując stłuczone kolana urlopowiczów. 

background image

–   Miałabyś   na   głowie   również   inne   sprawy   –   pośpiesznie 

zapewnił   Henry.   –   Często   przychodzi   więcej   pacjentów,   niż 

możemy   przyjąć.   W   takim   przypadku   kierowalibyśmy   ich   do 

ciebie. Mogłabyś też przejąć część naszych wizyt domowych. 

–   Chcecie,   żebym   od   razu   się   za   to   wzięła?   –   spytała   bez 

większego   entuzjazmu.   Obawiała   się,   że   będzie   zwyczajnym 

popychadłem. 

– To zależy od Aidana. 

– Może najpierw mi pani poasystuje, żeby się zorientować, co i 

jak, poznać tutejszych ludzi. Potem się zamienimy i ja popatrzę, 

jak pani sobie radzi. A na wizyty domowe będzie pani jeździć i z 

Henrym, i ze mną. Zgadzasz się, Henry?

–   Oczywiście.   Nie   pozwolimy   ci,   Lindsay,   zgubić   drogi   na 

jakiejś   odległej   górskiej   przełęczy   –   ze   śmiechem   oświadczył 

Henry.   –   A   propos,   musimy   załatwić   ci   jakiś   odpowiedni 

samochód, żebyś... – Urwał, słysząc dzwonek interkomu. 

–   Tak,   Bronwen?   –   spytał   z   westchnieniem,   nacisnąwszy 

przycisk. 

– W poczekalni jest wielu pacjentów,  doktorze Llewellyn – z 

pretensją   w   głosie   oznajmiła   recepcjonistka.   –   Co   mam   im 

powiedzieć?

– Nic, Bronwen. Zaczynamy dyżur. 

– A gdzie będzie przyjmować doktor Henderson?

background image

– Wraz z doktorem Lennoxem. 

Głośne kliknięcie oznaczało, że Bronwen wyłączyła aparat, a 

Henry parsknął śmiechem. 

– Najwyższy czas wziąć się do roboty, moi drodzy. 

– Fakt – przyznał Aidan. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Gabinet   Aidana   również   okazał   się   duży,   a   jego   integralną 

częścią   był   dodatkowy   pokoik   do   badania   pacjentów.   Aidan 

wskazał   Lindsay   krzesło   i   przez   parę   minut   zapoznawał   ją   z 

tajnikami systemu komputerowego. 

– Nie oczekuję, że od razu wszystko pani zapamięta. 

– To żaden problem – stwierdziła lekkim tonem. – W szpitalu, 

gdzie pracowałam, mieliśmy ten sam system. 

– Ale nie mieliście naszej Gwynneth. 

– Nie rozumiem. 

– Ona w jednej chwili umie niechcący wyczyścić sporo plików. 

– Ach tak... – mruknęła Lindsay i w tej samej chwili do gabinetu 

weszła Gwynneth z kartami w ręce. 

– O wilku mowa – mruknął Aidan. – Właśnie wspomniałem o 

tobie. 

–   Naprawdę?   –   Dziewczyna   natychmiast   się   zarumieniła. 

Zdaniem   Lindsay   chyba   z   zadowolenia,   że   była   obiektem   ich 

uwagi. 

–   Tak.   Uprzedziłem   doktor   Henderson,   jak   wspaniale   sobie 

radzisz z komputerem. 

– Och... – Rumieniec Gwynneth jeszcze się pogłębił. – Staram 

background image

się,   ale   nie   zawsze   mi   wychodzi.   Czasem   przez   pół   dnia 

wprowadzam dane, a potem wystarczy  jedno głupie kliknięcie i 

wszystko gdzieś znika. 

– To dzisiejsze zapisy? – spytał Aidan. 

– Co?

– Te karty. 

–   Aha.   Tak,   proszę   bardzo.   Chyba   zapomniałam,   po   co   tu 

przyszłam. – Gwynneth uśmiechnęła się marzycielsko i umknęła z 

pokoju. 

–   Jak   pani   widzi,   Gwynneth   nie   zawsze   bywa   w   pełni 

przytomna. Ale ma dobre intencje. 

– Nie wątpię. 

– Jeśli jest pani gotowa, to zaczynajmy. – Nacisnął przycisk, 

aby brzęczykiem wezwać pierwszego pacjenta z porannej listy. 

Lindsay   dyskretnie   przyglądała   się   doktorowi   Lennoxowi. 

Dzisiaj   miał   na   sobie   granatowy,   bawełniany   sweter   i   beżowe 

spodnie. Ona zaś wystroiła siew czarny kostium i wytworną, białą 

bluzkę. Teraz doszła do wniosku, że na tę okazję jest o wiele za 

elegancka   i   w   pracy   powinna   nosić   odzież   w   mniej 

wyrafinowanym stylu. 

– Cześć, Hew. – Aidan skinął głową wchodzącemu do gabinetu 

starszemu panu, który podejrzliwie łypnął na Lindsay. – Poznaj 

doktor Lindsay Henderson. Będzie u nas pracować przez pewien 

background image

czas. 

– Mówisz, że to lekarka?

– Oczywiście. Ma wszelkie kwalifikacje i przyjechała do nas aż 

z Londynu. 

– Dzień dobry, panie Griffiths – odezwała się Lindsay. 

– Z Londynu, powiadasz? – Hew zignorował słowa powitania. – 

Mój   ojczulek   zawsze   powtarzał,   że   stamtąd   nie   przychodzi   nic 

dobrego. A sądząc po tym, co piszą w gazetach, chyba niewiele 

się zmieniło. Londyn to siedlisko wszelkiego zła. 

–   Przesadzasz,   Hew   –   stanowczo   stwierdził   Aidan,   lecz 

Lindsay   odniosła   wrażenie,   że   jest   rozbawiony   uwagami 

staruszka. – A teraz mów, co ci dolega. 

– Przy niej? – Griffiths popatrzył na Lindsay. 

–   Oczywiście.   –   Aidan   skinął  głową,  a   pacjent   wziął  głęboki 

oddech   i   zaczął   szybko   mówić   po   walijsku.   –   Nie,   Hew   – 

zaprotestował Aidan. – Po angielsku. 

Hew znów wrogo spojrzał na Lindsay i wymruczał pod nosem 

parę zdań – tak niewyraźnie, że równie dobrze mogłoby to być w 

każdym języku. 

– A więc ostatnio oddajesz mocz częściej niż zwykle?

–   Aidan  postanowił  przyjść  Lindsay  z   pomocą.  –  Głównie   w 

nocy, czy w dzień?

– W nocy – mruknął Hew. 

background image

– Strumień jest stały?

Hew zaprzeczył ruchem głowy, nie patrząc na Lindsay. 

– Czyli trochę przerywany?

Tym razem Hew odpowiedział twierdząco, lecz też bez słów. 

–   Będę   musiał   cię   zbadać,   Hew.   Idź   do   tamtego   pokoju   i 

zdejmij spodnie. 

Starszy pan z przerażeniem zerknął na Lindsay. 

– Spokojnie, Hew, ja się tobą zajmę – zapewnił Aidan. 

– Zgadza się pani, prawda?

– Oczywiście. Rozumiem, że pacjenci muszą trochę oswoić się 

z moją obecnością. Oby później, gdy będę przyjmować własnych, 

nabrali do mnie zaufania. 

–   Na   pewno   wkrótce   się   przekonają,   że   jest   pani   dobrym 

lekarzem. Na razie, widząc panią ze mną, pewnie sądzą, że mają 

do czynienia z jakąś studentką. – Aidan poszedł do pokoju badań 

i starannie zamknął za sobą drzwi. 

Lindsay w zamyśleniu rozejrzała się po gabinecie. Najchętniej 

znów   znalazłaby   się   na   ostrym   dyżurze   londyńskiego   szpitala, 

gdzie do niedawna pracowała. Tam nikt nie miał najmniejszych 

wątpliwości, że jest lekarką: wystarczyło, że nosiła biały fartuch i 

zawieszony na szyi stetoskop. A pacjenci cieszyli się z prostego 

faktu, że wreszcie zostali przyjęci. Ale cóż, nikt jej nie zmuszał do 

odbywania rocznego stażu właśnie w Walii. Sama podjęła decyzję 

background image

i powinna pogodzić się z tym, że nic nie wygląda tutaj tak, jak się 

spodziewała. 

Może należałoby włożyć nieco wysiłku w proces adaptacji do 

miejscowych  realiów. Postanowiła, że nie będzie jeździć swoim 

sportowym samochodem oraz zafunduje sobie trochę praktycznej 

garderoby w stylu odpowiednim dla mieszkanki górskiej wioski. 

Lecz   obserwując   Aidana,   który   wrócił   i   właśnie   mył   ręce, 

poczuła   przypływ   irytacji.   Dlaczego   właśnie   ona   ma   się   do 

wszystkiego   dostosowywać?   Przecież   to   nie   jej   wina,   że   tyle 

rzeczy   niemile   ją   zaskoczyło.   Na   przykład   to,   że   będzie 

praktykować pod okiem niezbyt sympatycznego człowieka. 

Była   strasznie   sfrustrowana,   więc   dopiero   po   chwili 

uświadomiła   sobie,   że   Aidan   coś   do   niej   mówi,   ona   zaś   nie 

usłyszała ani słowa. Właśnie się zastanawiała, czy poprosić go, 

aby powtórzył, gdy on spojrzał na nią przez ramię. 

– No więc? Co by pani zrobiła?

– Słucham?... Chodzi o pana Griffithsa?

– A o kogo innego mógłbym pytać?

– Nie zbadałam go. 

– Właśnie dlatego powiedziałem pani o moich spostrzeżeniach. 

– Ach tak... – Poczuła na twarzy rumieniec zakłopotania. 

– Mam wszystko powtórzyć?

– Bardzo proszę – wymamrotała. 

background image

– Stwierdziłem powiększenie gruczołu krokowego. 

Aidan patrzył na nią wyczekująco, a ją to spojrzenie dziwnie 

rozstroiło. Musiała skarcić się w duchu za brak koncentracji i w 

końcu jakoś zdołała wziąć się w garść. 

– Zaleciłabym wykonanie analizy krwi i skierowała pacjenta do 

specjalisty. 

Do gabinetu wrócił Hew Griffiths, toteż Aidan tylko skinieniem 

głowy wyraził aprobatę i usiadł za biurkiem. 

– Zamierzam wysłać cię do specjalisty, Hew. 

– Co? – Starszy pan najwyraźniej się przeraził. – Jestem aż 

taki chory?

– Może wcale nie jesteś chory, ale trzeba wszystko sprawdzić, 

żeby się upewnić. 

– To jaki pożytek jest z was dwojga, skoro sami nic nie wiecie? 

Chyba powinienem pójść do doktora Lleweliyna. 

– Powiedziałby dokładnie to samo. 

–   Czyli   muszę   się   tłuc   aż   do   Bangor?   –   Hew   nie   był   tym 

zachwycony. 

– Twój syn na pewno cię zawiezie. Dam ci też skierowanie na 

badanie krwi. 

Aidan   zajął   się   pisaniem,   więc   tylko   Lindsay   zauważyła 

zmartwioną minę staruszka. 

– Nie ma powodów do niepokoju, panie GrilTiths – zapewniła 

background image

łagodnie. – Te analizy to naprawdę głupstwo. 

– A niby kto je wykona? Judith? Lindsay musiała przyznać, że 

nie wie. 

– Ale z pani pociecha! – kpiąco prychnął He w. – Nic nie wie, a 

uważa się za lekarkę!

– Zanim wyjdziesz, daj to recepcjonistce, Hew. – Aidan wręczył 

mu skierowanie na analizę krwi. – Będziesz musiał umówić się z 

Judith, bo nie przychodzi do nas codziennie. A zawiadomienie o 

terminie wizyty u specjalisty dostaniesz pocztą. 

Hew   opuścił   gabinet,   mrucząc   coś   pod   nosem,   a   Lindsay 

pytająco spojrzała na Aidana. 

– Dowiem się teraz, kim jest Judith?

– Naprawdę pani o niej nie słyszała?

– Oczywiście, że nie. 

– Proszę mi wybaczyć. Przypuszczałem, że Henry coś o niej 

wspomniał. Ale on ma ostatnio tyle na głowie... Judith to nasza 

pielęgniarka.   Pracuje   na   pół   etatu   u   nas   i   w   poradni   w 

Betwsycoed. Wkrótce się tu zjawi, więc ją pani pozna. – Aidan 

znów włączył brzęczyk. – A teraz do roboty, bo inaczej ten dyżur 

nigdy się nie skończy. 

–   Oby   następny   pacjent   mniej   wybrzydzał   na   obecność 

praktykantki. 

– Proszę nie mieć ludziom za złe, że trochę się jeżą. Jest pani 

background image

tu nowa. 

– A na dodatek z Londynu. – Lindsay skrzywiła się pociesznie. 

– Proszę poczekać, aż to się rozniesie. Pacjenci będą walić do 

pani drzwiami i oknami. 

– Nie liczyłabym na to, dokto... – Urwała, bo ktoś zapukał do 

drzwi. 

Do   gabinetu   weszła   młoda   matka   z   niemowlęciem.   Trochę 

zdziwiła się na widok Lindsay, lecz po paru słowach wyjaśnień już 

się uśmiechała, zadowolona z tego, że ma do czynienia z kobietą. 

Uskarżała się bowiem na bolesność piersi po każdym karmieniu. 

Pod koniec wizyty  zwracała  się  wyłącznie  do Lindsay, a Aidan 

tylko się przysłuchiwał. Pozwolił też swojej praktykantce wystawić 

receptę   na   specjalny   krem   do   smarowania   sutek   oraz   tabletki 

przeciwbólowe. 

– No proszę – powiedział po wyjściu kobiety. – Ta pacjentka 

jest zadowolona. 

Był   to   przypadek   niestety   odosobniony.   Podczas 

przedpołudniowego dyżuru większość pacjentów odnosiła się do 

Lindsay   podobnie,   jak   Hew   Griffiths,   czyli   bez   cienia   zaufania. 

Dlatego Lindsay odetchnęła z ulgą, gdy Bronwen przez interkom 

poinformowała Aidana, że w poczekalni już nie ma nikogo. 

– Dziękuję, Bronwen. – Aidan przeciągnął się i odchylił głowę 

na oparcie fotela. – Ile jest wizyt domowych?

background image

– Na razie tylko cztery, doktorze Lennox. 

– Mam jechać z panem? – spytała Lindsay. 

–   Raczej   tak.   Najpierw   zamierzałem   prosić   Bronwen,   żeby 

wprowadziła   panią   w   tajniki   funkcjonowania   naszej   przychodni, 

lecz to chyba kiepski pomysł. 

Ciekawe,   co   byłoby   gorsze:   kilka   godzin   w   towarzystwie 

Aidana, czy tyle samo z Bronwen. Oboje najwyraźniej nie zapałali 

do niej sympatią. 

W milczeniu włożyła żakiet, wzięła lekarską torbę i wychodząc 

za Aidanem z gabinetu, ciężko westchnęła. Nic nie wyglądało tak, 

jak się spodziewała, toteż po raz setny od przyjazdu miała ochotę 

się spakować, wrzucić walizki do bagażnika i pognać autostradą 

do Londynu. 

–   Co   dla   mnie   masz,   Bronwen?   –   Aidan   wszedł   za   kontuar 

recepcji, by przejrzeć zgłoszenia. Lindsay nie wiedziała, czy ma 

zrobić   to   samo.   Po   chwili   wahania   została   w   poczekalni,   dla 

zabicia czasu oglądając rozwieszone na ścianach plakaty. 

– Ma pani piękny kostium. 

Lindsay odwróciła się i ujrzała wychyloną zza blatu Gwynneth, 

która z podziwem oglądała ją od stóp do głów. 

–   Naprawdę?   Dziękuję,   Gwynneth.   Właśnie   doszłam   do 

wniosku,   że   ten   strój   nie   jest   zbyt   praktyczny   w   warunkach 

wiejskich. 

background image

– Ale jest śliczny. Kupiła go pani w Londynie?

– Tak. 

– U Harrodsa? – niemal z nabożną czcią spytała dziewczyna. 

– Nie, nie u Harrodsa. 

–   Pewnie   w   Selfridges?   –   Na   twarzy   Gwynneth   pojawił   się 

wyraz rozmarzenia. 

– Nie, w małym sklepiku w Kensington. 

– W Kensington! – Bladoniebieskie oczy Gwynneth rozszerzyły 

się z wrażenia. 

–   No...   tak.   –   Lindsay   niepewnie   skinęła   głową   i   z   ulgą 

pomaszerowała   do   wyjścia   za   Aidanem,   który   obdarzył   ją 

przelotnym spojrzeniem i wymownie pomachał plikiem kart. – Do 

zobaczenia, Gwynneth. 

Deszcz już nie padał, a wiatr zwiał chmury w kierunku gór, nad 

którymi teraz unosiły się szare, postrzępione obłoki. Na parkingu 

Lindsay starannie ominęła kałuże, aby nie zamoczyć porządnych, 

czarnych pantofli, i wsiadła do landrovera. 

– Żadnych psów? – spytała, zatrzaskując drzwi. 

– Są w domu – sucho odparł Aidan, zapalając silnik. – Wpadnę 

po   nie   –   dodał   zaraz,   jakby   pożałował,   że   odezwał   się   takim 

niemiłym tonem. – Zawsze je zabieram, kiedy jadę do pacjentów. 

Powinny mieć trochę ruchu. 

Lindsay   nagle   zapragnęła   dowiedzieć   się   czegoś   więcej   o 

background image

prywatnym   życiu   doktora   Lennoxa.   Ciekawe,   czy   jest   żonaty. 

Zdaniem   Henry’ego   był   typem   samotnika,   ale   to   nie   musi 

oznaczać, że z nikim się nie związał. 

Zerknęła   na   niego   z   ukosa.   Miał   wyrazisty   profil   i   ze 

zmarszczonymi brwiami  patrzył prosto  przed siebie. Przesunęła 

spojrzeniem   po   jego   dłoniach   –   one   zawsze   wiele   mówią   o 

człowieku. Dłonie Aidana były duże, kształtne, pokryte delikatnym, 

ciemnym   owłosieniem   o   złotawym   połysku.   Sprawiały   wrażenie 

silnych i bardzo męskich... Lindsay pośpiesznie odwróciła od nich 

wzrok i dyskretnie uchyliła okno, ponieważ wnętrze samochodu 

czuć było psami. 

–   Mamy   cztery   wezwania   –   oznajmił   Aidan.   –   Najpierw 

pojedziemy   do   starszego   małżeństwa   mieszkającego   na 

peryferiach wsi. Pan Douglas Morgan ma chorobę Parkinsona i 

jest pod opieką żony Milly. To bardzo miła osoba, ale też coraz 

bardziej podupada na zdrowiu i nie wiem. jak długo da sobie radę. 

Staram się odwiedzać ich raz na tydzień. 

– Co ich czeka, gdy ona już nie będzie w stanie zajmować się 

mężem?

– Na razie trudno powiedzieć. Rozmawiałem 7 nimi o różnych 

możliwościach i obiecałem, że w razie potrzeby zrobię wszystko, 

co w mojej mocy. żeby mogli zostać razem. 

Ale jego stan szybko się pogarsza i obawiam się, że Douglas 

background image

wkrótce będzie musiał iść do szpitala lub przynajmniej do domu 

opieki. 

– A co z żoną?

– Jeszcze jest dość sprawna, ale nie chciałbym, żeby została w 

domu całkiem sama. Byłoby idealnie, gdyby udało się umieścić 

ich oboje w jednym miejscu, bo rozstanie złamałoby im serca. To 

trudny przypadek. 

– W jakim są wieku?

– Douglas ma osiemdziesiąt sześć lat, a Milly – osiemdziesiąt 

cztery. W zeszłym tygodniu obchodzili diamentowe wesele. 

Aidan przejechał  przez  wieś  i zwolnił  w okolicy, gdzie  domy 

stały   w   większym   oddaleniu   od   siebie.   Lindsay   właśnie 

zastanawiała się, który z nich należy do doktora Lennoxa, gdy on 

zjechał na pobocze. 

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił. – Ma pani chęć zobaczyć, 

jak mieszkam?

Lindsay   trochę   się   zdziwiła,   zatrzymali   się   bowiem   między 

dwiema   posesjami.   Wysiadła   i   poszła   za   Aidanem   wzdłuż 

ogrodzenia z metalowych prętów. 

– Proszę uważać na schodach – ostrzegł Aidan. – Pewnie są 

mokre i śliskie. 

Dopiero teraz zauważyła bramę, a kilkadziesiąt metrów dalej, 

sporo   poniżej   poziomu   drogi,   ujrzała   dach   i   kominy.   Ostrożnie 

background image

zeszła   na   dół,   ponieważ   buty   na   skórzanych   podeszwach 

rzeczywiście strasznie się ślizgały, i na dole uważniej przyjrzała 

się domowi. Był z szarego kamienia, miał dach kryty łupkiem i stał 

dosłownie wtulony w zbocze wzgórza. 

Aidan   poszedł   przodem   i   otworzył   drzwi   przybudówki,   a 

Lindsay   usłyszała   odgłosy   entuzjastycznego   psiego   powitania. 

Oba   zwierzaki   wypadły   na   zewnątrz,   ona   zaś   psychicznie 

przygotowała   się   na   spotkanie   z   nimi.   W   zasadzie   nie   miała 

awersji do psów, lecz w dzieciństwie ugryzł ją kundel sąsiadów i 

od tego czasu wolała trzymać się od nich z daleka. Aidan chyba 

wyczuł jej niepokój, ponieważ stała całkiem nieruchomo, gdy jego 

czworonożni przyjaciele skakali wokół niej, radośnie ujadając. 

–   Skipper!   Jess!   –   zawołał   stanowczym   tonem,   a   psy 

natychmiast się odwróciły i pognały w głąb ogrodu. 

– Przepraszam. – Aidan cofnął się, aby wpuścić ją do domu. – 

One szaleją ze szczęścia, a ja zapominam, że nie każdy ma do 

czynienia z psami. 

– Ja nie – przyznała. – Trzymanie psa w wielkim mieście raczej 

nie ma sensu. – Ciekawie rozejrzała się po kuchni z belkowanym 

sufitem. – Interesujące wnętrze. Długo pan tu mieszka?

– Prawie trzy lata, i nadal robię remont, który zaplanowałem na 

pięć   lat.   Dom   był   prawie   w   ruinie,   gdy   pierwszy   raz   go 

zobaczyłem,   więc   odnowiłem   więcej,   niż   z   pozoru   się   wydaje. 

background image

Proszę dalej, pokażę pani moje najważniejsze znalezisko. 

Przeszli przez małą jadalnię, gdzie stał dębowy stół i krzesła, i 

znaleźli   się   w   przytulnym   saloniku.   Także   i   tutaj   ciemne, 

drewniane belki były starannie odrestaurowane, białe ściany miały 

chropawą fakturę, a jedną z nich zajmował wielki, głęboki kominek 

z przypieckiem. 

–   To   palenisko   było   kompletnie   zamurowane   –   oświadczył 

Aidan.   –   Odkryłem   je   przypadkiem,   ponieważ   jedna   cegła   się 

obluzowała. Nie muszę mówić, że z radością zburzyłem ściankę, 

żeby wyeksponować to cudo. 

– Wygląda imponująco. Sądziłam, że takie kominki budowano 

tylko w dużych rezydencjach. 

–   Najwyraźniej   zdarzają   się   również   w   niektórych   tutejszych 

domkach. 

– A to pański ogród? – Lindsay podeszła do okna i wyjrzała na 

zewnątrz. 

– Słowo  dżungla chyba byłoby trafniejszym określeniem. Ale 

porządki w tej gęstwie są ostatnią pozycją w moim pięcioletnim 

planie. 

– Podoba mi się to miejsce. – Lindsay przesunęła spojrzeniem 

po   bujnych   roślinach.   Otoczony   wysokim   kamiennym   murem 

ogród   rzeczywiście   wyglądał   na   zapuszczony,   lecz   w   zielonej 

plątaninie   krzewów   i   chwastów   rosło   mnóstwo   bajecznie 

background image

kolorowych kwiatów – wspaniałe, duże stokrotki, jaskry, różowe i 

białe lwie paszcze oraz wysoka naparstnica. Mur był porośnięty 

gęstym   bluszczem,   a   ze   szczelin   między   kamieniami   wyrastały 

pomarańczowe nasturcje i czerwone pelargonie. Stojąca w rogu 

stara,   żelazna   pompa   prawie   nikła   pod   masą   pnącego   orlika   i 

dzikich   róż,   a   oparta   o   mur   staroświecka   maglownica 

przypominała o minionej epoce. 

– Jest jakieś drugie wejście?

– Tak. Boczna droga prowadzi aż na podwórze przed domem. 

Zazwyczaj tam parkuję auto, lecz gdy mi się śpieszy, zostawiam 

je na poboczu szosy i schodzę na dół. 

– A sypialnie? – Lindsay wyszła do holu i spojrzała w stronę 

schodów. 

– Chce pani zobaczyć moją sypialnię?

Chyba   po   raz   pierwszy   usłyszała   w   jego   głosie   nutę 

rozbawienia   i   poczuła,   że   się   rumieni.   Jak   mogła   palnąć   coś 

takiego!

– Ile pokoi jest na górze? – spytała, ignorując jego słowa. 

– Dwa. Były trzy, lecz jeden przerobiłem na dużą łazienkę. Ma 

pani ochotę rzucić okiem?

–   Jeśli   starczy   czasu   –   odparła   chłodnym   tonem.   Owszem, 

chętnie   rozejrzałaby   się   na   piętrze,   ponieważ   dom   i   sposób 

odnowienia go przypadł jej do gustu. Wolałaby jednak, aby Aidan 

background image

nie   pomyślał,   że   ona   pragnie   zobaczyć   miejsce,   w   którym   on 

sypia. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

W większej sypialni stało szerokie, drewniane  łóżko z jasnej 

sosny,   przykryte   kapą   z   grubej,   białej   bawełny.   Ściany   miały 

kremowy kolor, a zasłony były z jasnoniebieskiego aksamitu. 

Lindsay wlepiła wzrok w szerokie posłanie, zastanawiając się, 

czy Aidan dzieli z kimś swoje życie. Nigdzie nie zauważyła śladów 

obecności kobiety – żadnych kosmetyków lub innych drobiazgów. 

Rozglądając   się   po   pokoju,   usiłowała   wymyślić   stosowny 

komentarz. Aidan nieoczekiwanie przyszedł jej z pomocą. 

– Podoba się pani?

–   Tak,   nawet   bardzo.   Właśnie   myślałam   o   tym,   że   Romilly 

byłaby zachwycona tym pokojem. 

– Romilly?

– Przyjaciółka mojego ojca. Zajmuje się projektowaniem wnętrz 

i jest bardzo dobra w swoim fachu. 

– Przyjaciółka pani ojca? – Aidan uniósł brwi. 

– Tak, są ze sobą od lat. Och, proszę nie robić takiej miny. Nie 

chodzi   o   jakiś   straszny   układ   typowy   dla   zepsutego   Londynu. 

Moja matka zmarła dawno temu, gdy miałam siedem lat. 

–   Musiało   być   pani   ciężko.   –   Aidan   poprowadził   ją   w   głąb 

korytarza   i   otworzył   drzwi   do   drugiego   pokoju.   Jeszcze   nie   był 

background image

odnowiony i na razie służył za składzik. – Jak to się stało?

–   Na   przejściu   dla   pieszych   potrącił   ją   samochód.   Kierowcy 

nigdy nie zatrzymano. 

– Przykro mi. 

Była   zadowolona,   że   Aidan   powstrzymał   się   od   wylewnego 

wyrażania współczucia, co zazwyczaj robili ludzie, gdy usłyszeli o 

tragicznym wydarzeniu z jej przeszłości. Nie lubiła o nim mówić, 

ponieważ mimo upływu czasu wspomnienia nadal były bolesne. 

– Ma pani rodzeństwo?

–   Nie,   tylko   ojca.   Wkrótce   po   tamtym   wypadku 

przeprowadziliśmy   się   do   domu   w   Chelsea.   Ojciec   nadal   tam 

mieszka. 

– A pani posiada apartamencik w Fulham. 

Nie  była  pewna,  co  oznaczał  ton  Aidana, więc  zmierzyła go 

przenikliwym  spojrzeniem,  lecz  nie  zdołała nic wyczytać  z jego 

obojętnej miny. 

– Tak – potwierdziła, zerknąwszy na nowoczesną łazienkę, i 

wróciła z Aidanem na parter. – Nie ma jak odrobina niezależności, 

prawda? – Miała nadzieję, że w odpowiedzi Aidan uchyli rąbka 

tajemnicy   na   temat   swojego   życia   prywatnego,   ale   się 

rozczarowała, bo zignorował jej pytanie. 

– Lepiej zawołam psy, bo musimy już jechać – oświadczył. 

Wyszła za nim na małe podwórko, a oba psiaki w podskokach 

background image

wypadły   z   głębi   ogrodu.  Zanim  zdążyła  się  zorientować,   że   są 

całe mokre, one gwałtownie się otrząsnęły, spryskując ją od stóp 

do głów wodą. 

Z   piskiem   odskoczyła   w   bok,   usiłując   strzepnąć   niezliczone 

krople   ze   swojego   wytwornego   kostiumu.   Aidan   nic   nie 

powiedział,   ona   zaś   wyprzedziła   go   na   schodkach   i   omal   nie 

straciła   równowagi,   gdy   zwierzaki   pędem   ją   minęły,   gnając   do 

głównych   drzwi.   Przy   nich   grzecznie   usiadły   i   ziajały   z 

wywieszonymi jęzorami, czekając na swego pana. 

Lindsay w milczeniu wsiadła do landrovera, Aidan wpuścił do 

wnętrza psy, a ona prawie natychmiast poczuła dotyk wilgotnego 

nosa na szyi. Okazało się, że to owczarek Skipper wysunął pysk 

ponad oparcie jej fotela. 

– Chyba panią polubił – stwierdził Aidan, zerkając przez ramię. 

– Zazwyczaj nie jest aż taki przyjazny wobec obcych. 

Do państwa Morgan zajechali w pięć minut. Ich domek też był z 

szarego kamienia i z łupkowym dachem, lecz stał w szeregu wraz 

z   pięcioma   innymi.   Przed   wszystkimi   znajdowały   się   zadbane 

ogródki, a w oknach wisiały firaneczki z bawełnianej siatki. Zza 

jednej z nich Milly już od dawna wyglądała pana doktora, toteż 

otworzyła drzwi, zanim wysiedli z samochodu. 

–   Spodziewałam   się   pana   dzisiaj   –   oznajmiła   z   uśmiechem. 

Była pulchną, rumianą staruszką, równie czyściutką jak wnętrze 

background image

jej domu. – A to kto? – Spojrzała na Lindsay ciekawie i raczej z 

sympatią. 

– Doktor Lindsay Henderson. – Aidan wszedł wraz z nią do 

małego saloniku. – Przez pewien czas będzie u nas pracowała. 

– Skąd pani jest?

–   Z   Londynu.   –   Lindsay   już   wiedziała,   że   w   Tregadfan   to 

wyznanie   zawsze   wywołuje   niemiłą   reakcję   rozmówcy   i 

wewnętrznie przygotowała się na jakiś cierpki komentarz. 

– Ach, z Londynu... 

–   Milly   też   pochodzi   z   Londynu   –   tonem   wyjaśnienia   dodał 

Aidan, – Prawda?

–   Urodziłam   się   tam   i   wychowałam,   ale   to   było   dawno   –   z 

westchnieniem   przyznała   staruszka,   gdy   Lindsay   popatrzyła   na 

nią zaskoczona. – Potem pewien Walijczyk porwał mnie do swojej 

rodzinnej Walii. A jak tam nasz stary Londyn?

–   Wyglądał   całkiem   dobrze,   kiedy   wyjeżdżałam.   O   tej   porze 

roku   chyba   jest   najładniejszy,   bo   wszystkie   parki   są   cudownie 

zielone. 

– Jak dzisiaj miewa się Walijczyk? – spytał Aidan. 

– Ani lepiej, ani gorzej. – Milly pokręciła głową. – Ale w nocy 

trochę narzeka, bo nie może spać. 

– Chodźmy rzucić na niego okiem. 

Milly   odwróciła   się,   aby   poprowadzić   ich   do   sąsiedniego 

background image

pokoju, lecz właśnie w tej chwili drzwi się otworzyły i do saloniku 

powolutku  wszedł  jej  mąż, kurczowo  trzymając  się metalowego 

balkonika. 

–   Witaj,   Douglas.   Cieszę   się,   że   jesteś   na   chodzie.   Milly 

pomogła   mężowi   usadowić   się   w   wygodnym   fotelu,   a   Aidan 

postawił na stoliku swą lekarską torbę. Lindsay od razu dostrzegła 

typowe dla choroby Parkinsona drżenie, które pojawiło się, gdy 

staruszek   usiadł   i   wyciągnął   rękę,   jednocześnie   usiłując   coś 

powiedzieć. 

–   Pewnie   chcesz   wiedzieć,   kim   jest   ta   młoda   dama,   która 

przyszła cię odwiedzić, prawda, Douglas?  –  z uśmiechem spytał 

Aidan. – To lekarka i nazywa się Lindsay Henderson. – Wręczył 

Lindsay   kartę   pacjenta   z   notatkami   o   przebiegu   leczenia   i 

stosowanych   środkach   farmakologicznych.   Lindsay   przejrzała 

zapiski i oddała je Aidanowi. 

–   Doktor   Henderson   jest   z   Londynu   –   oznajmiła   Milly   i 

podreptała do kuchni, żeby zaparzyć herbatę. 

–   Miło   mi   pana   poznać,   panie   Morgan.   –   Lindsay   wzięła   w 

dłonie rękę staruszka i przez chwilę ją trzymała, rozglądając się 

po małym, lecz idealnie czystym saloniku. Wszędzie stały i wisiały 

rodzinne   fotografie   –   dzieci,   wnuków   i   chyba   prawnuków.   Były 

zdjęcia   ze   ślubów   i   chrzcin,   podobizna   młodego   mężczyzny   w 

birecie i todze, absolwenta wyższej uczelni, a nad komodą wisiała 

background image

wyblakła, czarnobiała fotografia młodej pary: dziewczyna miała na 

sobie garsonkę, a mężczyzna – mundur wojskowy. Ten pokoik był 

pełen wspomnień z całego długiego życia. 

Lindsay popatrzyła na Douglasa. W oczach staruszka pojawiły 

się   łzy,   gdy   zorientował   się,   że   ona   podąża   ścieżką   jego 

małżeństwa z Milly. Zanim więc puściła drżącą dłoń, serdecznie ją 

uścisnęła. 

– Dam mu na noc słaby środek uspokajający – mruknął Aidan. 

– Dzięki temu oboje będą mogli odpocząć. Nie chcę, żeby Milly 

opadła z sił. Zdarzają się dni, gdy Douglas nie wstaje i ona musi 

zrobić   dla   niego   dosłownie   wszystko,   a   po   zimowych   atakach 

dusznicy i tak jest osłabiona. – Wręczył Lindsay plik notatek do 

przejrzenia, a sam zręcznie wziął ciężką tacę od wchodzącej do 

pokoju Milly. 

–   Milly,   znowu   piekłaś   –   stwierdził   oskarżycielskim   tonem, 

stawiając   tacę   na   stoliku,   i   spojrzał   na   Lindsay.   –   Milly   piecze 

najlepsze   walijskie   owsiane   ciasteczka,   jakie   pani   kiedykolwiek 

jadła. 

– Chyba nigdy nie miałam w ustach walijskich ciasteczek. 

– Więc ma pani braki w wykształceniu – odparł. 

–   Spróbuje   pani?   –   Milly   przerwała   napełnianie   filiżanek   i 

poczęstowała Lindsay apetycznie wyglądającymi wypiekami. 

– Jak mogłabym odmówić? – odpowiedziała z uśmiechem. Ze 

background image

smakiem schrupała ciasteczko i stwierdziła, że po raz pierwszy 

ma na jakiś temat identyczne zdanie jak Aidan. 

Zostali u Morganów jeszcze dziesięć minut, wypili całą herbatę 

i zjedli wszystkie ciasteczka. Żegnając się z gospodarzami, Aidan 

obiecał,   że   wpadnie   za   tydzień,   o   ile   Milly   nie   będzie   czegoś 

potrzebowała wcześniej. 

– Zawiozę receptę do apteki – powiedział na odchodnym. 

– A Elspeth podrzuci ci lekarstwa. 

–   Kto   to   jest   Elspeth?   –   spytała   Lindsay,   gdy   przy 

akompaniamencie radosnego ujadania Skippera i Jessa wsiadali 

do samochodu. 

– Ich sąsiadka, która pracuje w sklepie mięsnym obok apteki. 

Roma, pomocnica farmaceutki, dostarczy przepisane leki Elspeth. 

– Aidan umilkł i groźnie łypnął na Lindsay. 

– Co panią tak bawi?

– Och, nic takiego – odparła ze śmiechem. – Rzecz w tym, że 

tutaj wszystko dzieje się prawie jak w rodzinie. Każdy każdego 

zna...   To,   co   pan   właśnie   opisał,   w   Londynie   nie   mogłoby   się 

zdarzyć   nawet   za   milion   lat.   Tu   jest   zupełnie   inaczej,   niż   się 

spodziewałam. 

Aidan w milczeniu ruszył. 

– Dlaczego była pani rozstrojona wiadomością, że to ja będę 

panią szkolił? – spytał, przelotnie na nią zerkając. 

background image

– Ja... – wybąkała, zaskoczona nieoczekiwanym pytaniem. – 

Chyba nie to miałam na myśli, ale... 

–   Sama   pani   tak   to   ujęła.   Kiedy   wczoraj   wieczorem   u 

Henry’ego   spytałem,   czy   wolałaby   pani   rozpocząć   naszą 

znajomość w lepszy sposób, pani odpowiedziała: „Nie byłoby w 

tym   nic   złego,   panie   Lennox.   Zwłaszcza   że   podobno   ma   pan 

kierować moją praktyką. „ Nie dodała pani nic więcej, bo wrócił 

Henry. 

– No dobrze. – Wzięła głęboki oddech i uniosła rękę w geście 

poddania. – Rzeczywiście to moje słowa. 

– Mówiła pani poważnie?

– Jak najbardziej. 

– Proszę więc mnie oświecić, dlaczego tak się pani przejęła tą 

sprawą. Przecież dopiero mnie pani poznała. 

–   Chyba   bardziej   zdenerwowałam   się   faktem,   że   nie   będę 

pracowała z Henrym, niż tym, że to pan przejmie opiekę nad moją 

praktyką. 

– Więc pani reakcja nie miała nic wspólnego ze mną?

– Tego bym nie powiedziała. Byłam zła, bo nie przedstawił się 

pan w tamtym sklepie. Och, wiem, rzekomo uznał mnie pan za 

turystkę,   ale   później,   na   miejscu   wypadku,   już   musiał   pan   się 

zorientować,   kim   naprawdę   jestem.   Mimo   to   przemilczał   pan 

swoją tożsamość. Z takiego zachowania wnoszę, że nie był pan 

background image

zachwycony   moim   przyjazdem   do   Tregadfan,   ani   tym   bardziej 

perspektywą zajęcia się moim szkoleniem. Mam rację czy nie?

– No cóż... tak – przyznał niechętnie. 

–   To   doprawdy   urocze   –   stwierdziła   z   przekąsem.   –   Ale 

przynajmniej wiemy, na czym stoimy. 

–   Nie   chciałem   pani   tutaj,   bo   uznałem,   że   nie   jest   pani 

potrzebna w naszej przychodni. Zgodziłem się tylko dlatego, że 

Henry   nalegał,   a   ja   wolałem   nie   obciążać   go   dodatkowym 

stresem. I tak ma go aż nadto z powodu choroby Megan. 

– Szkoda, że nikt wcześniej nie skontaktował się ze mną, aby 

spytać, co o tym sądzę. 

– A co by pani wtedy zrobiła?

– To proste, zrezygnowałabym z przyjazdu. Pragnęłam odbyć 

praktykę po okiem Henry’ego, bo od dziecka go podziwiałam. Był 

dla   mnie   wzorem   godnym   naśladowania.   Ale,   znając   sytuację, 

wybrałabym inne miejsce. Zapewne gdzieś bliżej domu. 

– Przecież marzyła pani o pracy wśród zwyczajnych ludzi... 

– Tacy są wszędzie. Londyn to nie tylko ulica Harley. Przez 

chwilę   oboje   milczeli.   Aidan   przejechał   przez   wieś,   po   czym 

skręcił w lewo na szosę. 

– Więc pańska niechęć do mnie wynikała tylko z troski o dobro 

poradni? A może nie spodobało się panu coś we mnie? – zapytała 

napastliwym   tonem.   –   Bądźmy   wobec   siebie   uczciwi   –   dodała, 

background image

gdy   Aidan   milczał.   –   Pan   spytał   mnie   o   to   samo   i   ja   byłam 

szczera. 

– No dobrze – odparł, wziąwszy głęboki oddech. – Uznałem, że 

nie będzie pani pasować do tego miejsca. Prezentowała się pani 

całkiem nieodpowiednio. 

– Nonsens!

– Bynajmniej. Dosłownie  wszystko, pani strój, fryzura, nawet 

samochód, świadczyło o zamożności i przywilejach. 

– Więc był pan gotów mnie potępić tylko z powodu wyglądu?

–   ..   Potępić”   to   za   mocne   określenie.   Pomyślałem   tylko,   że 

będzie   pani   niezmiernie   trudno   znaleźć   wspólny   język   / 

mieszkańcami   Tregadfan.   Doszedłem   do   tego   wniosku.   gdy 

pierwszy raz panią ujrzałem. 

– W sklepie?

– Tak. 

– Więc jednak od razu pan się zorientował, kim jestem!

–   wycedziła   podniesionym   głosem,   a   na   tylnym   siedzeniu 

rozległo się groźne warczenie. 

– Spokój, Jess – polecił Aidan, a pies natychmiast ucichł. 

– Powiedzmy, że się domyślałem. I moje obawy się sprawdziły. 

– Ja też miałam wątpliwości i obawy – parsknęła gniewnie. – 

Chciałam od razu wracać do Londynu. 

– Ale pani tego nie zrobiła. 

background image

– Nie. 

– Wolno spytać, dlaczego?

– Bo też wolałam oszczędzić Henry’emu dodatkowych stresów. 

Ma tyle kłopotów... 

– Mamy więc identyczne zdanie na ten temat. 

– Zdaje się, że musimy zaakceptować obecną sytuację, choć 

nam się ona nie podoba. Nie ma wyjścia. 

– To prawda. – Aidan skinął głową. – Ale... 

– Ale co? – spytała ostro. 

– Mógłbym coś zasugerować?

– Co takiego?

– Proszę sobie zafundować porządne buty. 

– A cóż tym brakuje?

– Nic. Niewątpliwie są idealne do chodzenia po Londynie, ale 

tutaj, w Tregadfan, nie będą praktyczne. 

Nadal  gryzła się krytycznymi  uwagami  Aidana, gdy  zajechali 

przed dom Janet Pierce. Jej matka niedawno miała udar i nadal 

poważnie   niedomagała.   Uskarżała   się   na   niestrawność   i 

biegunkę, cierpiała też z powodu skutków długotrwałej depresji. 

Aidan zbadał pacjentkę i zwrócił się do Janet:

– Przepiszę jej środek powstrzymujący zarzucanie wsteczne, 

który   przeciwdziała   zgadze,   oraz   kapsułki   imodium   w   dawce 

dwumiligramowej, żeby zahamować biegunkę. A co do depresji, 

background image

twierdzisz, że się pogłębia?

–   Tak.   Mama   bezustannie   jest   apatyczna,   w   płaczliwym 

nastroju i bardzo źle sypia. 

–   Wobec   tego   zrezygnujemy   z   podawania   lofepraminy   i 

przejdziemy na sertralin. 

Lindsay powstrzymała się od komentarza, lecz gdy wsiedli do 

samochodu, wyraziła swoje zastrzeżenia. 

– Był pan dość lakoniczny, rozmawiając z tą biedaczką. 

– Z Janet? Nie rozumiem. 

– Te fachowe nazwy musiały przyprawić ją o zawrót głowy. 

– Zakłada pani, że Janet to głupia, walijska gęś bez żadnego 

wykształcenia?

– Tego nie powiedziałam! – Zaczerwieniła się z gniewu. 

– Ale tak pani pomyślała?

–   Nie.   Chodzi   mi   tylko   o   to,   że   podawanie   nazw   substancji 

chemicznych   zazwyczaj   nie   ma   sensu.   Pacjenci   są   bardziej 

osłuchani z nazwami konkretnych leków. 

– A w przypadku rozmowy z kimś związanym z medycyną?

– To całkiem inna sprawa. 

– Proszę więc przyjąć do wiadomości, że Janet przez wiele lat 

była przełożoną pielęgniarek w szpitalu w Bangor!

Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze. 

– Należało mi o tym wspomnieć, zanim tam przyjechaliśmy, lub 

background image

wtedy,   kiedy   nas   pan   sobie   przedstawiał.   Tego   wymaga 

zwyczajna grzeczność. 

Aidan nie odpowiedział, tylko skręcił na podwórko przychodni i 

zgasił silnik. 

– Podobno miał pan cztery wezwania – syknęła Lindsay. 

– Owszem. Ale jedno jest do Toma w pubie „Pod Czerwonym 

Smokiem”, a drugie na odległą farmę, dokąd pojadę wieczorem 

przed powrotem do domu. Pomyślałem też, że już ma pani dosyć. 

– Może jeszcze nie przywykłam do waszej pogody i wiejskich 

obyczajów, ale zapewniam, że głupie dwa wezwania nie ścinają 

mnie z nóg. To pestka w porównaniu z gorącym dniem na ostrym 

dyżurze. 

–   Pewnie   tak.   –   Aidan   wzruszył   ramionami.   –   Sam   kiedyś 

pracowałem w takim miejscu. Uznałem tylko, że przyda się pani 

trochę czasu na zasiedlenie mieszkania. 

– Nawet go nie widziałam. Może nie będzie odpowiednie. 

– Będzie. 

Lindsay na moment oniemiała z powodu tej arogancji. 

– Skąd ta pewność? – wycedziła, odzyskawszy mowę. 

– Zapomina pani, że początkowo też tam mieszkałem. A skoro 

ja byłem zadowolony, to pani też powinna. 

Aidan wyskoczył z landrovera, zatrzasnął drzwi i zamaszystym 

krokiem pomaszerował do pubu, a Lindsay poczuła, że wszystko 

background image

się   w   niej   gotuje.   Nie   miała   pojęcia,   jak   zdoła   przetrzymać 

najbliższy rok, współpracując z tym irytującym osobnikiem. 

–   Wy   chyba   już   do   niego   przywykłyście   –   stwierdziła, 

odwracając   się   do   psów,  one   zaś   odpowiedziały   jej   poważnym 

spojrzeniem. Wysiadła, upewniła się, że Aidan zostawił uchyloną 

szybę, aby zapewnić psom dopływ powietrza, i poszła do poradni. 

Bronwen   siedziała   w   recepcji,   pisząc   coś   na   komputerze,   a 

Gwynneth chyba uzupełniała wpisy w kartach. 

– O, właśnie o pani rozmawiałyśmy – oznajmiła Gwynneth. – 

Widzisz, Bronwen? Pani doktor już jest. 

– Widzę – lodowatym tonem odparła Bronwen. – Gdzie doktor 

Lennox? – Spojrzała na Lindsay tak podejrzliwie, jakby sądziła, że 

kobieta z Londynu gdzieś go ukryła. 

– Poszedł do pubu zobaczyć się z kimś imieniem Tom. 

– Tom to właściciel – wyjaśniła Gwynneth. – Źle się czuł dziś w 

nocy. Ma rozedmę płuc i... 

– Wystarczy, Gwynneth – ostro przerwała jej Bronwen. – Nie 

rozmawiamy o stanie zdrowia pacjentów w recepcji, gdzie każdy 

może nas usłyszeć, prawda?

– Nie, ale... – Gwynneth rozejrzała się wokoło. – Tu jest tylko 

doktor Henderson. 

– Nie szkodzi. Zawsze trzeba pamiętać o zasadach, żeby nie 

nabrać   złych   nawyków.   Pani   mieszkanie   jest   gotowe,   doktor 

background image

Henderson. Życzy pani sobie je zobaczyć?

– Chętnie. Na razie chyba nie będę wam potrzebna. 

–   A   więc   chodźmy.   –   Bronwen   wstała   zza   biurka   i   wraz   z 

Lindsay poszła w stronę schodów w głębi holu. Obie raptownie 

przystanęły, ponieważ Gwynneth zawołała:

– Doktor Henderson! Och, pani doktor! – Dziewczyna zerwała 

się z krzesła i załamała ręce. – Ten piękny kostium!

– Mój kostium? Co się z nim stało?

–   Jest   cały   w   psiej   sierści!   –   Gwynneth   podbiegła   bliżej   i 

spróbowała palcami oczyścić czarną tkaninę. 

– W sierści – mruknęła Lindsay. – Ciekawe, czemu mnie to nie 

dziwi?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Lindsay   właściwie   chciała,   by   mieszkanie   było   okropne.   W 

cichości ducha  nawet  na  to  liczyła, aby  z  satysfakcją  oznajmić 

Aidanowi,   że   jest   rozczarowana.   Musiała   jednak   niechętnie 

przyznać,   że   lokal   spełnia   wszystkie   jej   wymagania.   Z   okien 

saloniku   i   sypialni   roztaczał   się   wspaniały   widok   z   górami   na 

horyzoncie,   kuchnia   z   kącikiem   jadalnym   była   dobrze 

wyposażona,   a   łazienka   miała   zarówno   wannę,   jak   i   kabinę 

prysznicową.   Umeblowanie   i   elementy   dekoracyjne   były   dość 

skromne, utrzymane w neutralnej kolorystyce. 

–   Na   pewno   zechce   pani   nadać   temu   miejscu   bardziej 

indywidualny charakter – powiedziała Bronwen. 

– Nie przywiozłam zbyt wielu drobiazgów – odparła Lindsay – 

sądziłam bowiem, że zatrzymam się u państwa Llewellynów. Ale 

rzeczywiście   dodałabym   tu   trochę   kolorowych   elementów,   więc 

sprawię sobie to i owo. A propos zakupów, gdzie pani radziłaby je 

zrobić?

– A co pani chce kupić?

– Trochę odzieży. 

–   Obawiam   się,   że   u   nas   nie   ma   rzeczy   w   pani   guście.   – 

Bronwen   przesunęła   wzrokiem   po   eleganckim   kostiumie   i 

background image

czarnych lakierkach Lindsay. 

– Och, nie miałam na myśli niczego w tym stylu. Przeciwnie, 

muszę nabyć garderobę odpowiednią do życia w Tregadfan. Już 

mi wytknięto, że chodzę w nieodpowiednich ciuchach i butach. 

–   Wobec   tego   sugerowałabym   wyjazd   do   Betwsycoed.   Jest 

tam parę sklepów z praktyczną garderobą przyzwoitej jakości. 

–   Dziękuję,   Bron   wen.   Pojadę   tam.   –   Lindasy   rozejrzała   się 

wokoło. – Mogę od razu się wprowadzić?

– Dlaczego nie. – Bronwen wzruszyła ramionami. – Łóżko jest 

posłane, a pokoje dobrze przewietrzone. 

– W takim razie zrobię to dziś po południu, jeśli doktor Lennox 

nie będzie mnie potrzebował. Wpadnę do państwa Llewellynów 

po swój bagaż, a potem zrobię zakupy. 

–   Proszę   się   nie   martwić   doktorem   Lennoxem.   Powiem   mu, 

gdzie pani pojechała. 

Bronwen   oznajmiła   to   takim   tonem,   jakby   w   każdej   sytuacji 

umiała poradzić sobie ze swym zwierzchnikiem. Nie umknęło to 

uwagi Lindsay, której kolejny raz przyszło do głowy, że groźna 

Bronwen   ma   słabość   na   punkcie   Aidana.   Tłumaczyłoby   to 

oczywistą   wrogość,   z   jaką   powitała   Lindsay   –   w   mniemaniu 

Bronwen potencjalną konkurentkę. 

Jadąc   do   domu   Henry’ego,   Lindsay   zastanawiała   się,   czy 

recepcjonistka   rzeczywiście  podkochuje   się  w   Aidanie.  A   może 

background image

romansują   ze   sobą?   Nie,   to   chyba   niemożliwe.   Aidan   w 

najmniejszy   sposób   nie   okazywał   zainteresowania   osobą 

Bronwen.   Traktował   ją   wyłącznie   jak   pracownicę.   A   jeśli   tylko 

starał   się   w   miejscu   pracy   maskować   uczucia?   Przecież   to 

możliwe,   że   prywatnie   Bronwen   jest   zupełnie   inna   niż   w 

przychodni   –   bardziej   sympatyczna   i   uwodzicielska,   zaś   Aidan 

potrafi się odprężyć i śmiać... I oboje wiedzą, jak wykorzystać to 

jego wielkie łoże... 

Myśl o Bronwen i Aidanie w intymnej sytuacji wydała się nagle 

dziwnie rozstrajająca, toteż Lindsay z rozmysłem skupiła uwagę 

na drodze. W domu natychmiast wpadła na Henry’ego, który zjadł 

lunch z Megan i właśnie zamierzał wrócić do poradni. 

– Lindsay, moja droga – powitał ją ze strapioną miną. 

– Wszystko w porządku?

– Oczywiście – zapewniła. – Przyjechałam po rzeczy. 

– Wprowadzasz się do tego mieszkanka?

– Tak. 

– A widziałaś je? Myślisz, że będzie ci tam wygodnie?

– Już je obejrzałam i uważam, że jest ładne. Proszę cię, Henry, 

przestań się zamartwiać. Na pewno będę zadowolona. Teraz jadę 

do Betwsycoed po zakupy. Jak się miewa Megan?

– Ani lepiej, ani gorzej. Zajrzysz do niej przed wyjściem?

– Oczywiście. 

background image

– Muszę już lecieć. Po południu przyjmuję kobiety w ciąży. – 

Henry otworzył drzwi i przystanął z dłonią na klamce. 

– Aha, Lindsay. Jak się udał twój pierwszy dyżur?

–   Chyba   dobrze   –   stwierdziła,   wzruszając   ramionami.   – 

Chociaż może lepiej spytaj Aidana. 

– Dlaczego? – W głosie Henry’ego zabrzmiała nuta niepokoju. 

–   On   zazwyczaj   ma   całkiem   inne   zdanie   niż   ja   –   odparła   z 

wymuszonym uśmiechem. 

–   Nie   przejmuj   się   Aidanem,   moja   droga.   On   czasem   bywa 

pełen rezerwy i jest, jak już wspomniałem, typem samotnika, ale... 

– Ale okazuje  się miłym facetem, gdy lepiej się go pozna – 

dokończyła.   –   Wiem,   Henry   –   dodała   łagodnie,   bo   znów   się 

zafrasował.   –   Nie   zaprzątaj   sobie   głowy   Aidanem   i   mną.   Na 

pewno jakoś dopasujemy się do siebie. – Za pewien czas, dodała 

w myślach, odprowadzając wzrokiem Henry’ego, który wsiadł do 

samochodu i odjechał. Następnie wbiegła na górę i zastała Megan 

prawie we łzach z powodu jej decyzji. 

– Nie martw się, Megan. To naprawdę wygodne mieszkanko – 

zapewniła z przekonaniem. – Będzie mi tam całkiem dobrze. 

– Ale nie tak miało być. Chcieliśmy traktować cię jak członka 

rodziny, jak własne dziecko. A teraz, przeze mnie, wszystko się 

posypało. Wiem, że Henry jest rozczarowany. Pragnął zupełnie 

czegoś innego. 

background image

–   Och,   Megan,   proszę   nie   zadręczaj   się   tą   sytuacją.   Dla 

Henry’ego najważniejsze jest to, żebyś odzyskała zdrowie. 

–   Ale   on   tak   bardzo   się   cieszył,   że   jakoś   zrewanżuje   się 

twojemu ojcu, który w przeszłości okazał mu tyle serca... 

– Megan, jakkolwiek było, mój ojciec na pewno nie oczekuje 

rewanżu. Henry to jego dobry przyjaciel. – Lindsay przysiadła na 

brzegu łóżka i otoczyła starszą panią ramieniem. – Nie powinnaś 

tak   się   denerwować.   Zresztą   nie   ma   po   temu   powodów. 

Mieszkanie naprawdę  przypadło mi do gustu, będę często was 

odwiedzać, no i zaliczę praktykę, chociaż pod okiem Aidana... 

– Zgadzasz się z nim jakoś? – Megan opuściła chusteczkę i z 

niepokojem w oczach spojrzała na Lindsay. 

–   Z   Aidanem?   Cóż,   dopiero   zaczynamy   współpracę,   ale 

wszystko się ułoży. Zresztą, czemu miałoby być inaczej?

– Wiesz, on niekiedy bywa trudny... 

–   Nie   zamierzam   się   tym   przejmować,   Megan.   Możesz   być 

pewna, że dam sobie radę. A skoro mowa o Aidanie... chyba nie 

jest żonaty?

– Nie, ani chyba z nikim związany. Podobno miał kogoś, ale 

dawno temu. 

–   Powinnaś   teraz   odpocząć,   Megan.   Pójdę   już,   a   ty   się 

zdrzemnij. 

– Za chwilę. Chciałabym jeszcze z tobą pogawędzić. Powiedz 

background image

mi, Lindsay... teraz nie ma w twoim życiu nikogo?

– Nie, ale skąd wiesz?

–   Twój   ojciec   wspomniał   o   tym   w   rozmowie   z   Henrym. 

Powiedział, że przesunęłaś praktykę z powodu... jak on miał na 

imię?

– Andrew. 

– Właśnie. Twój ojciec dodał, że teraz, gdy wasz związek się 

rozpadł, mogłabyś  przyjechać  tutaj,  gdyby  Henry  przyjął  cię  na 

praktykę. – Megan umilkła na moment. – Dlaczego rozstałaś się z 

tym Andrew?

–   Nie   pasowaliśmy   do   siebie.   –   Lindsay   lekko   wzruszyła 

ramionami. Usiłowała mówić lekkim tonem, lecz każda wzmianka 

o byłym narzeczonym nadal sprawiała  jej ból. – Widocznie  nie 

była nam pisana wspólna przyszłość. 

–   Cóż,   trzeba   się   z   tym   pogodzić.   –   W   spojrzeniu   Megan 

malowała   się   serdeczna   troska.   –   Na   pewno   wkrótce   poznasz 

kogoś odpowiedniego. Kto wie, może nawet ty i Aidan... ?

– Nie ma mowy! – zawołała Lindsay i zaraz się zmitygowała, bo 

piękne   oczy   Megan   lekko   się   rozszerzyły.   –   To   wykluczone   – 

dodała   spokojniej.   –   Jesteśmy   całkowitymi   przeciwieństwami,   a 

poza tym ja wcale nie szukam związku. To ostatnia rzecz, jakiej 

obecnie potrzebuję. 

Pożegnała się z Megan i pojechała do Betwsycoed. 

background image

Deszcz już nie padał, niebo się wypogodziło, a majowe słońce 

mocno przygrzewało. Na zielonych pastwiskach pasły się stada 

owiec,   a   łagodne   wzgórza   były   porośnięte   bujnymi,   kwitnącymi 

rododendronami oraz wrzosem. 

Lindsay   doszła   do   wniosku,   że   w   taki   dzień   człowiekowi 

naprawdę chce się żyć. Nastawiła sobie najnowszą płytę zespołu 

„The Corrs” i nucąc znaną melodię, poczuła przypływ optymizmu. 

Może ten rok w Tregadfan nie będzie aż taki zły, jak do tej pory 

sądziła.   Należy   tylko   jakoś   przywyknąć   do   Aidana   Lennoxa, 

cieszyć się ładnym mieszkaniem i niezależnością. 

W   miejscowych   sklepach   przeważały   towary   sprowadzone 

najwyraźniej z myślą o turystach, lecz Lindsay nawet była z tego 

zadowolona. Właściwie mogła uważać się za turystkę, prawda? 

Przyjechała tu tylko na pewien czas i musiała wybrać garderobę 

nadającą się do przebywania w tej okolicy. 

Kupiła więc kilka par solidnych spodni, dwa bawełniane swetry i 

przeciwdeszczową   kurtkę.   Przywiozła   kilka   spódnic,   które 

nadawały   się   do   pulowerów,   lecz   na   wszelki   wypadek   nabyła 

również parę sportowych koszul. Znalazła też wygodne, skórzane 

trzewiki i zawiązując grube sznurowadła, zastanawiała się, jak na 

jej widok zareagowałyby przyjaciółki z Londynu. Pewnie pękałyby 

ze śmiechu. 

Zadowolona   z   zakupów   właśnie   wracała   na   parking,   lecz 

background image

wiedziona   impulsem   wstąpiła   po   drodze   do   sklepu   z 

wyposażeniem mieszkań. Pół godziny później wyszła stamtąd z 

nowym   abażurem,   dwiema   narzutami,   oprawionym   w   ramki 

obrazkiem,   kilkoma   kolorowymi   wazonikami   oraz   z   całym 

naręczem suszonych kwiatów i gałązek na dekoracyjne bukiety. 

Obładowana pakunkami z trudem dowlokła się do samochodu. 

Po powrocie do poradni stwierdziła, że Gwynneth jest jeszcze 

bardziej rozkojarzona niż zwykle. 

– O, przyjechała pani. Właśnie się zastanawiałyśmy... 

– Wystarczy, Gwynneth – krótko ucięła Bronwen. – Mniemam, 

że znalazła pani w Betwsycoed wszystko, co trzeba?

–   Tak,   dzięki.   Przekonacie   się,   że   już   jestem   dobrze 

przygotowana na wszelkie atrakcje, jakie Tregadfan mi zafunduje: 

deszcz, błoto, grad, gołoledź lub śnieg. 

–   O   tej   porze   roku   rzadko   miewamy   śnieg   –   ze   śmiertelną 

powagą oświadczyła Gwynneth. 

– Do roboty, Gwynneth! – parsknęła Bronwen. 

Lindsay zaniosła zakupy na górę, rozpakowała je i powiesiła 

odzież w wielkiej dębowej szafie, a niektóre rzeczy poukładała w 

szufladach   komody.   Krzątając   się   po   mieszkaniu,   odkryła   dużą 

ilość   ręczników   i   pościeli,   a   potem   przez   godzinę   upiększała 

wnętrze  zgodnie ze swym gustem. Kolorowe  kapy rozłożyła na 

kanapie   i   fotelu,   w   sypialni   zdjęła   ze   ściany   ponurą   rycinę   i 

background image

powiesiła kupiony obrazek oraz zrobiła kilka pięknych kompozycji 

z suszonych kwiatów i gałązek. 

Poustawiała wazony z bukietami w odpowiednich miejscach i z 

zadowoleniem   rozejrzała   się   po   swym   nowym   lokum.   Dopiero 

wtedy   skonstatowała,   że   nie   ma   nic   do   jedzenia   i   powinna 

skoczyć   do   sklepu.   Jeszcze   nie   sprawdziła   możliwości   jadania 

kolacji   poza   domem,   lecz   wątpiła,   czy   Tregadfan   jest   w   stanie 

wiele zaoferować w tym zakresie. Co prawda parokrotnie słyszała, 

że wraz z wiosennym napływem turystów miejscowość staje się 

bardziej atrakcyjna, lecz na razie nie było tu szans na jakiekolwiek 

rozrywki. 

Bezwiednie   westchnęła.   O   tej   porze   w   Londynie   pewnie   już 

miałaby w planie klubowy wieczór w gronie koleżanek i kolegów 

ze   szpitala   lub   wypad   z   Annabelle   do   baru   na   kieliszek   wina. 

Może by chociaż pogawędzić z przyjaciółką? Lindsay podniosła 

słuchawkę   i   wystukała   numer.   Annabelle   odezwała   się   po 

dziesiątym sygnale. 

–   Lindsay!   –   zapiszczała   radośnie   i   tak   głośno,   że   chyba 

usłyszano ją aż w Betwsycoed. – Co za wspaniała niespodzianka! 

Gdzie jesteś?

– W walijskiej głuszy, gdzieżby indziej?

– O rany, naprawdę jest tam tak strasznie?

– Jeszcze wczoraj odpowiedziałabym twierdząco, bo poważnie 

background image

zastanawiałam   się,   czy   nie   wracać   do   domu.   Ale   dzisiaj 

spojrzałam na wszystko innym okiem i ta Walia już nie wydaje mi 

się   taka   okropna.   Pytanie   tylko,   na   jak   długo   zachowam   swój 

optymizm. 

– Czemu jest źle? Opowiadaj. 

– Cóż, tutejsi mieszkańcy traktują mnie jak zielonego ludzika z 

innej   planety.   Żona   Henry’ego   Llewellyna   choruje,   więc   on   nie 

mógł   zająć   się   moją   praktyką   i   scedował   ten   obowiązek   na 

swojego wspólnika, niejakiego Aidana Lennoxa. 

– Jesteś z tego zadowolona?

– Jeszcze nie wiem.  Zobaczę, jak  rozwinie  się sytuacja,  ale 

doktor Lennox nie zalicza się do osób, które natychmiast budzą 

naszą   sympatię.   Poza   tym   postanowiłam   nie   stwarzać 

dodatkowego   kłopotu   Llewellynom,   siedząc   im   na   głowie,   i 

właśnie wprowadziłam się do mieszkanka nad przychodnią. 

– O Jezu, Lindsay, to wszystko brzmi dość przygnębiająco. Nie 

lepiej spakować manatki i wrócić tutaj?

– Nie mogę, Annabelle. Henry i Megan i tak się zamartwiają. 

Gdybym   wyjechała,   byliby   zrozpaczeni.   Muszę   tu   zostać, 

przynajmniej na pewien czas. 

– A ta wieś? Bardzo paskudna?

– Przeciwnie. To na razie jedyny plus całego przedsięwzięcia. 

Tregadfan jest otoczoną górami piękną miejscowością. Powinnaś 

background image

zobaczyć te widoki z moich okien. 

– A ludzie? Są do wytrzymania?

–   Cóż,   niektórzy   pacjenci   są   trochę   nieufni   wobec 

londyńczyków.   No   i   jeszcze   ten   personel...   W   recepcji   żelazną 

ręką   rządzi   niejaka   Bron   wen,   zaś   jej   pomocnica   to   zahukana 

szara myszka, która panicznie się jej boi. 

– A ten facet, który zajmie się twoim szkoleniem?

–   Aidan?   Hm...   niewiele   ma   wspólnego   ze   znanymi   nam 

mężczyznami, Belle. 

– Jakiś nudziarz?

– Nie, jest bystry, ale... 

– Ale co? – nie dawała za wygraną Annabelle. 

–   Czy   ja   wiem...   Kiedy   pierwszy   raz   go   zobaczyłam   przy 

landroverze   z   dwoma   psami,   odzianego   w   kalosze   i 

przeciwdeszczową kurtkę, uznałam go za farmera. 

– Interesujący osobnik. Kawał chłopa?

– Raczej nie, za to strasznie irytujący. Doprowadza mnie do 

szału. 

– Więc nie jest w twoim typie?

– Ani trochę. 

– No cóż... – Annabelle westchnęła. – Tak tylko pomyślałam. A 

propos facetów, nie wiem, czy powinnam ci to powiedzieć... 

– Mów. 

background image

– Przypadkiem wpadłam wczoraj na Andrew. 

– I co? – Lindsay mocniej ścisnęła słuchawkę. 

– Chwilę pogadaliśmy o niczym, a potem on... spytał o ciebie. 

Zdziwił się, gdy wspomniałam, że wyjechałaś. Nic mu nie mówiłaś 

o Walii?

– Wiedział, ze o tym myślę, ale zdecydowałam się dopiero po 

naszym zerwaniu. 

– Wyjechałabyś, gdybyście nadal byli ze sobą?

– Chyba nie. 

– Tak myślałam. Prosił, żeby cię pozdrowić. 

Pozdrowienia przekazane przez wspólną znajomą. Właśnie taki 

jest   kres   wspaniałego   romansu   z   Andrew,   pomyślała   Lindsay, 

odłożywszy słuchawkę. A nie tak dawno sądziła, że Andrew jest 

miłością   jej   życia.   Wtedy   jednak   nie   miała   pojęcia   o   jego 

niewierności. Wybaczyła mu, gdy przypadkiem zauważyła go w 

restauracji z atrakcyjną dziewczyną. Wtedy jeszcze nie mieszkali 

razem   ani   nie   byli   zaręczeni.   Lecz   za   drugim   razem   wszystko 

wyglądało inaczej. Andrew już się do niej wprowadził, ona zaś w 

bardzo przykry sposób dowiedziała się o jego skokach w bok. Aż 

do dziś sądziła, że udało się jej zamknąć tamten rozdział życia, 

lecz   niewinna   wzmianka   Annabelle   obudziła   bolesne 

wspomnienia. 

Lindsay   uznała   więc,   że   w   charakterze   antidotum   zaaplikuje 

background image

sobie   spożywcze   zakupy   w   wiejskim   sklepie   pełnym   dziwnych 

mieszkańców   Tregadfan.   Zeszła   na   dół,   gdzie   Bronwen   i 

Gwynneth   porządkowały   dokumenty,   a   ostatni   pacjent   właśnie 

wychodził. Lindsay zamierzała zrobić to samo, lecz gdy podeszła 

do drzwi, nagle odezwała się Bronwen. 

– Chwileczkę, doktor Lennox chce z panią porozmawiać. 

–   Idę   do   sklepu   po   jakieś   jedzenie.   –   Lindsay   zerknęła   na 

zegarek. – Już prawie piąta. 

– Doktor Lennox wyraźnie zażyczył sobie, aby przyszła pani do 

niego po dyżurze. 

– Dobrze. 

– Proszę się nie martwić, pani doktor – nieoczekiwanie rzekła 

Gwynneth. – Sklep zamykają dopiero o szóstej. 

–   Dzięki,   Gwynneth.   –   Lindsay   spojrzała   na   dziewczynę   z 

wdzięcznością,   poszła   w   głąb   korytarza   i   zapukała   do   drzwi 

gabinetu. 

Usłyszała „proszę” i weszła do środka. Aidan pisał coś, siedząc 

przy biurku, ale podniósł wzrok, a ona stwierdziła, że jej serce 

jakby spóźniło się z kolejnym uderzeniem. 

–   Chciał   pan   mnie   widzieć?   –   spytała   chłodnym   tonem, 

pamiętając o ostrej wymianie zdań przed południem. 

– Tak. Dlaczego nie było pani na dyżurze?

– Pojechałam po zakupy. 

background image

– Wolno spytać, czy będzie pani robić to częściej w godzinach 

pracy? Bo jeśli tak, to równie dobrze już teraz mogę powiedzieć, 

że nie zamierzam zajmować się pani szkoleniem. 

Lindsay   poczuła   na   policzkach   rumieniec   gniewu.   Odwróciła 

się,   aby   zamknąć   drzwi,   i   zauważyła   na   twarzy   Bronwen 

triumfujący uśmieszek. Jakimś cudem zapanowała nad nerwami, 

podeszła do biurka i oparła dłonie o blat. 

– Skoro pańska złośliwa recepcjonistka już nas nie słyszy, to 

może mi pan powie, co to wszystko ma znaczyć, do cholery!

–   Dobrze   pani   wie.   Oczekiwałem   pani   dzisiaj   na 

popołudniowym dyżurze, a pani samowolnie gdzieś sobie poszła. 

–   Wyraźnie   dał   mi   pan   do   zrozumienia,   że   już   nie   będę 

potrzebna. 

–   To   było   rano!   Nie   przypuszczałem,   że   urwie   się   pani   na 

resztę dnia. 

– Bronwen wiedziała, gdzie jestem. Prawdę mówiąc, to właśnie 

ona zasugerowała mi wyjazd do Betwsycoed. 

– Nie mieszajmy do tego Bronwen. 

– Obiecała panu powiedzieć, dlaczego jestem nieobecna. 

– Rzecz w tym, że należało mnie uprzedzić. 

–   Uprzedzić?   A   może   raczej   prosić   o   pozwolenie?   Nie 

sądziłam,   że   muszę   przez   cały   dzień   być   na   każde   pańskie 

skinienie. 

background image

– Nie musi pani, ale powinienem wiedzieć, kiedy może pani 

przyjmować   pacjentów   lub   załatwiać  wizyty   domowe.   To   chyba 

oczywiste. 

Lindsay wzięła głęboki oddech. 

– W porządku – odparta. – Praktykuję pod pańską opieką, więc 

przyznaję,   że   trzeba   było   najpierw   zawiadomić   pana   o   moich 

planach. 

– Gdyby pani to zrobiła, na pewno zgodziłbym się na wolne 

popołudnie.   Rozumiem,   że   pierwszego   dnia   po   przyjeździe 

człowiek ma różne sprawy do załatwienia. 

Pomyślała, że jego oczy wydają się dzisiaj bardziej niebieskie 

niż wczoraj. 

–   Nasza   znajomość   rzeczywiście   nie   rozpoczęła   się   dobrze, 

prawda? – spytał Aidan po chwili milczenia. 

– Nie. – Lindsay nadal czuła na policzkach żar rumieńca. – I ta 

wzajemna   antypatia   będzie   nam   towarzyszyć,   dopóki   nie 

przestanie   pan   traktować   mnie   jak   niegrzecznej   uczennicy.   Co 

prawda przyjechałam tu na praktykę, lecz jestem lekarką i życzę 

sobie, aby traktowano mnie jak lekarkę. 

– Mógłbym coś zasugerować?

–   Proszę.   –   Lekko   wzruszyła   ramionami,   rozstrojona   jego 

przenikliwym spojrzeniem. 

– Zaczniemy od nowa?

background image

– Jak mam to rozumieć?

– Udajmy, że właśnie się poznaliśmy i spróbujmy rozegrać ten 

początek lepiej. Co pani na to?

– Zgoda. 

– Jestem doktor Aidan Lennox. – Aidan wstał i wyciągnął rękę. 

– Mam poprowadzić pani praktykę. 

–   Doktor   Lindsay   Henderson.   –   Uścisnęła   podaną   dłoń, 

zdumiona   jej   ciepłem,   z   którym   tak   bardzo   kłócił   się   chłód 

niebieskich oczu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Powoli   wszystko   zaczęło   się   układać   jak   należy.   Lindsay 

polubiła swoje mieszkanko, a personel i pacjenci coraz bardziej ją 

akceptowali. Aidan nadal czasem ją irytował, ona zaś pocieszała 

się tym, że też potrafi zagrać mu na nerwach. Oboje starali się 

jednak, aby ich współpraca miała harmonijny przebieg. 

Bronwen   oczywiście   nadal   doprowadzała   Lindsay   do   szału, 

lecz   Gwynneth   okazała   się   sojusznikiem.   Ta   zahukana 

dziewczyna zawsze bała się groźnej recepcjonistki i była o wiele 

za   potulna.   Wkrótce   przekonała   się   jednak,   że   pani   doktor   nie 

zamierza iść w jej ślady i zaczęła otwarcie ją podziwiać. 

– Nie powinnaś pozwalać jej tak sobą pomiatać, Gwynneth – 

oświadczyła Lindsay, gdy któregoś ranka zastała dziewczynę we 

łzach. 

– Nie... nie umiem sobie z nią poradzić. – Gwynneth chlipnęła 

żałośnie. – Ona zawsze robi ze mnie taką idiotkę. 

– Nie jesteś idiotką – łagodnie zapewniła Lindsay. – A Bronwen 

nie ma prawa tak cię traktować. Jeśli chcesz, pogadam o tym z 

doktorem Llewellynem. 

– Och, tylko nie to! Bronwen da mi popalić, kiedy się dowie, że 

nie trzymam buzi na kłódkę. 

background image

Gwynneth wolała, aby żaden z przełożonych nie dowiedział się 

o   szykanach   ze   strony   Bronwen.   W   tej   sytuacji   Lindsay 

postanowiła uczynić wszystko, co w jej mocy, aby jakoś poprawić 

warunki pracy biednej dziewczyny. 

Sama   nadal   asystowała   Aidanowi,   a   pacjenci   stopniowo 

przyzwyczajali się do niej, choć niektórzy nadal woleli mówić o 

swoich zdrowotnych problemach tylko Aidanowi. Ale coraz więcej 

osób   cieszyło   się   z   możliwości   zasięgnięcia   opinii   drugiego 

lekarza.   Lindsay   chętnie   zajmowała   się   tymi   przypadkami   i   w 

skrytości   ducha   marzyła   o   dniu,   kiedy   będzie   mieć   grono 

własnych pacjentów. 

Podczas dyżurów Aidan nie komentował jej poczynań, lecz ona 

nie potrafiła zapomnieć o jego obecności. Wciąż się spodziewała, 

że on zaraz się wtrąci i zakwestionuje jej diagnozę lub sposób 

leczenia i dziwiła się, jeśli tego nie robił. 

–   Jak   ci   idzie?   –   spytała   Judith   podczas   jednego   z 

trudniejszych dyżurów, gdy Lindsay wpadła do kuchenki po kawę. 

– W takie dni żałuję, że nie palę. 

– Aż tak źle?

– Nie tyle źle, co nerwowo. – Lindsay wlepiła wzrok w kubek. – 

Muszę być maksymalnie skoncentrowana. 

–   Wiem,   o   czym   mówisz.   Kiedy   zaczęłam   tu   pracować, 

uznałam Aidana za faceta na luzie. Chyba dałam się zwieść tym 

background image

jego sportowym ciuchom, łażeniu z psami i tak dalej. Ale wkrótce 

się przekonałam, że jako lekarz jest perfekcjonistą. 

– Święte słowa. – Lindsay z westchnieniem odgarnęła kosmyk 

włosów,   który   wysunął   się   spod   plastikowej   przepaski.   – 

Bezustannie mi się wydaje, że on zaraz mnie skrytykuje. Na ogól 

tego nie robi, ale ja mimo to wciąż jestem spięta. 

– Chyba wolałabyś znaleźć się pod opiekuńczymi skrzydełkami 

Henry’ego?

–   Jeszcze   jak!   Z   nim   wiedziałabym,   na   czym   stoję.   A   przy 

Aidanie wciąż mam wątpliwości i boję się palnąć głupstwo. 

Dopiła kawę i dopiero teraz zauważyła stojącego w drzwiach 

Aidana. Do licha, pewnie usłyszał każde słowo. 

Gryzła  się tym przez resztę dnia, bo prawdę  mówiąc,  Aidan 

:wcale nie musiał zająć się jej praktyką. Powiedział, że zrobił to, 

aby wybawić  z  kłopotu  Henry’ego, ale  przecież  mógł odmówić. 

Aktualny  układ  był  bowiem   korzystny   tylko  dla  Lindsay.  Ale  po 

południu,   gdy   spróbowała   delikatnie   poruszyć   ten   temat,   Aidan 

popatrzył na nią jak na wariatkę. 

– Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdził z nieprzeniknioną miną. 

– Dzisiaj rano... – mruknęła zakłopotana – kiedy wszedłeś do 

kuchenki... 

– Tak? – Aidan zmarszczył brwi. 

– Chyba usłyszałeś, jak rozmawiałam z Judith o... 

background image

– O kim? – Niebieskie oczy znów zalśniły jak lód. 

– No cóż... o tobie. 

– Więc przy kawie plotkowałyście o mnie?

–   Nie,   to   nie   tak   –   zaprzeczyła   pośpiesznie.   –   Ale   mogłeś 

odnieść wrażenie, że... że nie jestem wdzięczna... 

– Za co?

– Za zajęcie się moim szkoleniem. Aleja... naprawdę się z tego 

cieszę... 

– To w czym problem?

– Więc nie... nic nie podsłuchałeś?

– Ani słowa. – Aidan wzruszył ramionami i pomaszerował do 

recepcji,   a   Lindsay   dopiero   teraz   poczuła   się   jak   kretynka. 

Usiłowała   wyjaśniać   i   przepraszać,   gdy   wcale   nie   było   to 

konieczne. 

Lindsay   lubiła   Judith   Havers,   rzeczową   walijską   dziewczynę, 

która akceptowała ludzi takimi, jacy byli i nie pozwalała nikomu, z 

Bronwen włącznie, wejść sobie na głowę. 

– Ona uważa się tutaj za królową pszczół – stwierdziła kiedyś 

w rozmowie z Lindsay, gdy obie czekały w pokoju zabiegowym na 

pierwszego   niemowlaka.   –   W   każdej   poradni   znajdzie   się   taka 

baba, ale mnie nie będzie w kaszę dmuchać. 

– Szkoda, że Gwynneth nie ma twojego podejścia. Bronwen ją 

dosłownie terroryzuje. 

background image

–   Biedna   Gwynneth.   Spotkało   ją   w   życiu   sporo   złego   i   ma 

kompleksy. A Bronwen jest agresywna i wyżywa się na niej. 

– Spróbuję nieco uzdrowić tę sytuację. 

– Byłoby dobrze – przyznała Judith. – Ale uważaj, bo Bronwen 

może stać się jeszcze gorsza. 

– Tego się obawiam, ale chętnie zajmę się Gwynneth. Nie było 

trudno sprawić jej przyjemność, ponieważ dziewczyna patrzyła w 

Lindsay jak w obraz i bezustannie wypytywała o jej życie w stolicy. 

– Milenijnego sylwestra spędziła pani w Londynie? – spytała 

pewnego wieczoru po długim, męczącym dyżurze. 

– Tak. – Lindsay podniosła wzrok znad wypisywanych recept. 

Bronwen  właśnie  wyłączała  komputery,  a Aidan, odwrócony  do 

nich plecami, czytał jakieś notatki. Henry jeszcze siedział w swoim 

gabinecie. 

– Och, dam głowę, że było cudownie, prawda?  – Gwynneth 

westchnęła z rozmarzeniem. 

– ^Rzeczywiście mogło się podobać – przyznała Lindsay. 

– A gdzie pani była? W Millenium Dome?

–   Nie,   nie   tam.   Poszłam...   z   przyjaciółmi   na   kolację   do 

restauracji,   a   potem   z   okien   czyjegoś   mieszkania   nad   Tamizą 

oglądaliśmy sztuczne ognie. – Lindsay nagle zdała sobie sprawę 

z tego, że Bronwen nadstawiła uszu, a Aidan, chociaż nawet nie 

drgnął, też przysłuchuje się rozmowie. 

background image

–   Więc   widziała   pani   „Rzekę   ognia”,   diabelski   młyn   i   inne 

atrakcje? – Oczy Gwynneth rozszerzyły się z wrażenia. 

– Owszem, widziałam. 

– Och, to musiało być wspaniałe!

– Było. – Lindsay skinęła głową. – Jedyna w swoim rodzaju 

historyczna chwila. 

– Pieniądze wyrzucone w błoto, jeśli chcecie znać moje zdanie 

– oświadczyła Bronwen. – A tyle jest potrzeb, na które można by 

je wydać. 

–   Pewnie   masz   rację,   Bronwen   –   przyznała   Lindsay   –   ale 

osobiście zgadzam się z Gwynneth. To było naprawdę epokowe 

wydarzenie, które za naszego życia już się nie powtórzy. 

Aidan   właśnie   się   odwrócił,   a   Gwynneth   zarumieniła   się   z 

zadowolenia, bo ktoś chociaż raz miał takie samo zdanie jak ona. 

I na tym skończyła się pogawędka, ponieważ do recepcji wszedł 

Henry i wszyscy zajęli się obowiązkami. 

Po wyjściu obu recepcjonistek i Henry’ego Lindsay zamierzała 

iść do siebie, gdy nieoczekiwanie odezwał się Aidan. 

– To było miłe – stwierdził. 

– Co? – spytała z ręką na poręczy schodów. 

– To, że wzięłaś stronę Gwynneth. 

– Wyraziłam tylko własne zdanie. 

–   Wiem,   ale   Bronwen   zawsze   ją   tłamsi.   Twoje   wsparcie 

background image

musiało podbudować poczucie wartości Gwynneth. 

– Nie lubię, kiedy ktoś wyżywa się na innych. 

–   Bronwen   może   nawet   nie   zdaje   sobie   sprawy,   że   to   robi. 

Gnębienie Gwynneth chyba weszło jej w krew. 

– Bronwen chyba nie jest specjalnie szczęśliwą osobą. 

– Możliwe. – Aidan wzruszył ramionami. – Nic mi o tym nie 

wiadomo. – Postawił kołnierz przeciwdeszczowej kurtki, ponieważ 

padało, i szybkim krokiem ruszył na parking. 

Lindsay zamknęła od środka drzwi i poszła na górę. A później, 

przygotowując   kolację,   przypomniała   sobie   słowa   Aidana. 

Niezmiernie   rzadko   wyrażał   uznanie,   ona   zaś   wcale   nie   była 

pewna, czy komentarz faktu, że poparła Gwynneth, można uznać 

aż   za   pochwałę.   Ale   najważniejsze   wydawało   się   coś   innego: 

Aidan   wreszcie   zauważył,   że   Gwynneth   nie   ma   tutaj   łatwego 

życia. 

Lindsay   od   niedawna   jeździła   wynajętym   przez   poradnię 

dżipem z napędem na cztery koła. Początkowo sądziła, że będzie 

tęsknić   za   swoim   sportowym   autkiem,   lecz   wkrótce   polubiła 

większy   pojazd,   który   rzeczywiście   dużo   lepiej   nadawał   się   do 

jazdy po miejscowych drogach. 

W dni wolne od pracy zwiedzała okolicę, podziwiając wspaniałe 

widoki. Zapuszczała się coraz dalej, na przykład przez przełęcz 

background image

Llanberis aż do Caenarvon oraz do Conway i Rhyl. Raz nawet 

przejechała   przez   most   w   Menaii   na   wyspę   Anglesea.   Surowe 

piękno   krajobrazu   z   jego   wysokimi   górami,   szumiącymi 

wodospadami,   wąskimi   przełęczami   i   zalesionymi   dolinami 

działało na nią jak antidotum neutralizujące ból po stracie Andrew. 

Myślała o nim coraz rzadziej, a po pewnym czasie – prawie wcale. 

Pod   koniec   pierwszego   miesiąca   jej   pobytu   w   Tregadfan 

rozpoczął   się   wiosenny   najazd   turystów.   Przyjeżdżali 

najróżniejszymi środkami lokomocji – samochodami osobowymi i 

mieszkalnymi, motocyklami, a nawet rowerami. Chodzili na piesze 

wycieczki i uprawiali wspinaczkę. A ci, którzy odnieśli kontuzję, 

trafiali   do   poradni,   zasilając   szeregi   pacjentów   Lindsay. 

Przyjmowała   ich   już   samodzielnie,   choć   codziennie   musiała 

składać   raport   Aidanowi,   z   nim   też   nadal   jeździła   na   wizyty 

domowe. Wiedziała jednak, że szybkimi krokami nadchodzi dzień, 

w którym będzie mieć własną listę pacjentów. 

Po   jednym   z   przedpołudniowych   dyżurów   do   jej   gabinetu 

przyszedł Aidan. Zdziwiła się, ponieważ o tej porze to ona zawsze 

szła złożyć mu sprawozdanie. 

– Jak było? – spytał. 

– W normie. – Przerzuciła leżące na biurku karty przyjezdnych. 

–   Prawie   same  proste   przypadki.   Dziecko   z   bólem  ucha,   inne, 

pogryzione   przez   komary.   Mężczyzna   z   poważnie   skręconą 

background image

kostką. Kobieta, która zapomniała zabrać z domu niezbędne leki... 

–   O   co   prosiła?   –   Aidan   podszedł   do   balkonowych   drzwi   i 

błądził wzrokiem po wnętrzu oranżerii. 

– O nifedipin na obniżenie ciśnienia, ranitidin na niestrawność i 

ibuprofen na bóle reumatyczne. Zmierzyłam ciśnienie, spytałam o 

charakter niestrawności oraz o okres przyjmowania ibuprofenu. 

– Sądzisz, że coś łączy te dwie dolegliwości?

–   Raczej   nie.   Wiem,   że   niesteroidowe   leki   przeciwzapalne 

podawane   cierpiącym   na   reumatyzm   mogą   spowodować 

krwawienie w obrębie żołądka i ból brzucha, ale u tej pacjentki 

wystąpiła   kwasota   soku   żołądkowego,   zapewne   jako   skutek 

pewnych składników pożywienia. Kobieta przyznała, że na urlopie 

jada zupełnie inne rzeczy niż w domu. Poprzednio lekarz domowy 

przepisał jej raniudin. 

–   Czyli   wszystko   w   porządku,   ale   zawsze   trzeba   zachować 

czujność, bo niektórzy turyści usiłują wyłudzić recepty na różne 

specyfiki.   Pamiętam   pewnego   mężczyznę,   który   jeździł   od 

przychodni do przychodni i mówił, że zostawił w domu diazepam. 

Zebrał już sporą ilość leku, lecz jedna z farmaceutek na szczęście 

zaczęła coś podejrzewać i nas zaalarmowała. – Aidan umilkł na 

chwilę. – Jakieś inne przypadki?

–   Niemowlę   z   ostrą   kolką,   dwie   osoby   uskarżające   się   na 

poważną biegunkę i wymioty oraz dziewczynka z drzazgą wbitą 

background image

głęboko   w   stopę.   Usunęłam   drzazgę,   dałam   zastrzyk 

przeciwtężcowy i posłałam dzieciaka do Judith na opatrunek. 

– A ci ludzie z biegunką i wymiotami są z kempingu?

– Nie jestem pewna. Chwileczkę. – Lindsay przejrzała karty. – 

Tak. 

– To rodzina?

– Tak, babcia i jedno z wnucząt. 

– To by sugerowało, że zjedli coś u siebie. Oby tak było, bo 

inaczej   trzeba   się   spodziewać   epidemii,   a   weekend   za   pasem. 

Słuchaj,   wiem,   że   masz   dzisiaj   wolne   popołudnie,   lecz   może 

chciałabyś pojechać  ze  mną  do  pacjentów  na farmie  w rejonie 

Capel Curig?

– Oczywiście. 

– Mieszkająca tam rodzina ostatnio boryka się z problemami. 

Matka jest w czwartej ciąży, ojciec niedawno miał wypadek, kiedy 

posługiwał   się   jakimś   niebezpiecznym   rolniczym   sprzętem,   a 

jedno z dzieci zmaga się z astmą i egzemą. Obiecałem wpaść i 

zbadać ich wszystkich. 

Wyjechali   dopiero   późnym   popołudniem,   lecz   czerwcowe 

słońce   nadal   przyjemnie   grzało.   Lindsay   usadowiła   się   na 

przednim siedzeniu landrovera, a psy Aidana zaskomlały radośnie 

na   powitanie.   Już   do   nich   przywykła,   a   nawet   je   polubiła   – 

najwyraźniej z wzajemnością. 

background image

Lindsay opuściła szybę i wygodnie oparła łokieć. Od przyjazdu 

do Tregadfan zdążyła złapać na nosie trochę piegów, które stały 

się bardziej widoczne, gdy zbladła złocista opalenizna uzyskana 

wcześniej, podczas krótkiego urlopu nad Morzem Śródziemnym. 

Już dawno przestała nosić swoje eleganckie kostiumy i jedwabne 

bluzeczki.   Bardziej   praktyczne   okazały   się   stroje   kupione   tutaj. 

Dzisiaj   miała   na   sobie   biało-niebieską   kraciastą   koszulę   z 

podwiniętymi   do   łokcia   rękawami,   wpuszczoną   w   bawełniane 

kremowe   spodnie   ze   skórzanym   paskiem.   Włosów   niczym   nie 

związała, więc pęd powietrza zwiał je do tyłu, ona zaś przymknęła 

powieki i pozwoliła swoim myślom odpłynąć nie wiadomo gdzie. 

– Obudziłem cię?

– Słucham? – Otworzyła oczy i spojrzała na Aidana. 

– Pytałem, czy cię zbudziłem. 

– Nie spałam. 

– Akurat – odparł ze śmiechem. – Chociaż... może się do mnie 

nie odzywasz?

– Czemu tak sądzisz?

– Bo od pięciu minut do ciebie mówię, a ty nie reagujesz. 

– Chyba rzeczywiście trochę się zdrzemnęłam. 

– Miło wiedzieć, że się odprężyłaś. A może zanadto gonimy cię 

do roboty i padasz na nos ze zmęczenia?

–   Skądże   –   zaprzeczyła   pośpiesznie.   –   Chyba   to   czyste, 

background image

górskie   powietrze   działa   tak   relaksujące   –   Cieszę   się.   Po 

przyjeździe sprawiałaś wrażenie strasznie spiętej. 

–   To   zrozumiałe.   Przecież   nic   nie   wyglądało   tak,   jak   się 

spodziewałam. 

– Fakt – przyznał i spojrzał na nią z ukosa. – Ale coś mnie 

intryguje. 

– Co? – spytała czujnie. 

–   Parę   miesięcy   temu   Henry   wspomniał,   że   chyba   nie 

przyjedziesz   do   nas   na   praktykę.   A   po   pewnym   czasie   jednak 

postanowiłaś się zjawić. Jestem ciekaw, co skłoniło cię do zmiany 

planów. 

Uznała, że nie odpowie. To przecież nie jego sprawa. Nie musi 

podawać mu szczegółów ze swojego życia osobistego. Chociaż... 

dlaczego nie? Tamto już należało do przeszłości. Przestało się 

Uczyć. 

– Byłam z kimś związana, ale to się rozpadło. 

–   Hm...   Przyszło   mi   do   głowy   coś   takiego.   Chcesz   o   tym 

pogadać?

– Nie – odparła stanowczo. – Wykluczone. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

–   Miał   na   imię   Andrew.   Był   adwokatem   i   poznaliśmy   się   u 

przyjaciół. 

Zjechali na pobocze, gdzie oprócz nich błąkały się dwie owce. 

Po   skalnej   ścianie   szemrzącymi   kaskadami   spływała   źródlana 

woda,   a   kręta   droga   nieco   dalej   wcinała   się   w   głęboką   dolinę 

między zboczami zalesionych wzgórz. Mimo postanowienia, aby 

nic nie mówić, Lindsay nagle zapragnęła się zwierzyć. 

– Początkowo wszystko wyglądało bajkowo. Umawialiśmy się 

na randki, coraz lepiej się poznawaliśmy i było nam cudownie. Co 

prawda   raz   zobaczyłam   go   w   restauracji   z   piękną   dziewczyną, 

lecz za namową  przyjaciółki zbagatelizowałam ten incydent. Po 

pewnym czasie Andrew wprowadził się do mnie i nic nie mąciło 

naszego   szczęścia.   Oczywiście   rozmawialiśmy   o   założeniu 

rodziny, lecz uznaliśmy, że trochę z tym poczekamy. 

–   Jak   skończyła   się   ta   idylla?   Coś   się   stało,   czy   po   prostu 

oddaliliście   się   od   siebie?   Może   zdałaś   sobie   sprawę,   że   ten 

związek to błąd?

–   Nie,   rzeczywiście   coś   się   stało.   Na   dyżurze   w   szpitalu 

przypadkiem   podsłuchałam   pewną   rozmowę.   Pacjentka 

opowiadała   znajomej   pielęgniarce   o   swoim   nowym   chłopaku. 

background image

Nadstawiłam   uszu,   gdy   padła   nazwa   kancelarii   adwokackiej,   w 

której   pracował   Andrew.   Potem   usłyszałam   tyle   różnych 

szczegółów,   że   nie   miałam   żadnych   wątpliwości,   o   kim   mowa. 

Andrew   mnie   zdradzał,   a   tego   nie   mogłam   zignorować.   On 

początkowo wszystkiemu zaprzeczał, ale wiedziałam, że kłamie. 

Kazałam   mu   natychmiast   się   wyprowadzić   –   dokończyła   i   ku 

swojej rozpaczy zalała się łzami. 

– I w tej sytuacji postanowiłaś przyjechać tutaj? Skinęła głową i 

wierzchem dłoni otarła mokre policzki. 

– Uznałam, że najlepiej wrócić do pierwotnego planu. Aidan w 

milczeniu   przykrył   jej   dłoń   swoją.   Gdyby   się   tego   spodziewała, 

prawdopodobnie cofnęłaby rękę. Ale tego nie zrobiła, kompletnie 

zaskoczona jego gestem. I zaraz poczuła ciepło dające poczucie 

bezpieczeństwa. 

– Już przebolałaś to rozstanie?

– Nie od razu – przyznała z wolna. – Dlatego po przyjeździe 

tutaj byłam taka... drażliwa. 

– A obecnie? – Cofnął rękę i odwrócił się, aby spojrzeć Lindsay 

w twarz. – Jak oceniasz stan swoich uczuć?

– Chyba... jestem na dobrej drodze, żeby definitywnie zostawić 

tamten   romans   za   sobą   –   przyznała   z   wahaniem,   patrząc   w 

niebieskie oczy, które wpatrywały się w nią uważnie. 

–   Wydajesz   się   zdumiona.  –   Po   wargach   Aidana   przemknął 

background image

cień uśmiechu. 

– Bo rzeczywiście się dziwię. Jeszcze nie tak dawno sądziłam, 

że   nigdy   nie   pogodzę   się   z   utratą   Andrew.   Zdrada   ukochanej 

osoby   jest   taka   bolesna...   Ale   muszę   przyznać,   że   pobyt   w 

Tregadfan wyszedł mi na dobre. Inne miejsce oraz inne obowiązki 

sprawiły,   że   prawie   nie   wracam   myślami   do   dawnego   życia   w 

Londynie, nie mówiąc o Andrew. Wiem, że trudno zrozumieć, co 

czuje człowiek zdradzony... w pełni pojmie to tylko ktoś mający 

podobne doświadczenia. 

– Chyba rozumiem cię lepiej, niż ci się zdaje. 

– Sugerujesz, że też spotkało cię coś takiego?

– Możliwe. – Aidan lekko wzruszył ramionami. – Ale wystarczy 

jedna porcja zwierzeń na jeden dzień. Poza tym musimy ruszać w 

drogę. 

Przekręcił   kluczyk   w   stacyjce   i   po   chwili   jechali   w   kierunku 

doliny. Ostre promienie słońca gdzieniegdzie przebijały się przez 

ciemne korony rozłożystych sosen, oświetlając jaśniejszą zieleń 

klonów i jesionów oraz kępy seledynowych paproci. 

Oboje   milczeli,   lecz   tym   razem   cisza   była   kojąca.   Lindsay 

skonstatowała, że czuje ulgę, podzieliwszy się z Aidanem historią 

swojego   nieudanego   romansu.   Aidan   okazał   się   dobrym 

słuchaczem, a jeśli rzeczywiście miał za sobą podobne przeżycia, 

to wiedział, jak smakuje cierpienie. 

background image

Farma   znajdowała   się   u   podnóża   rozległego   wzniesienia   i   z 

daleka sprawiała wrażenie opuszczonej. Na pastwiskach pasło się 

mnóstwo owiec, lecz zabudowania wyglądały nędznie. Za domem 

suszyło   się   rozwieszone   na   sznurze   pranie,   lekko   falując   na 

wietrze,   a   zza   rogu   wysypało   się   stadko   gęsi,   które   wypełniły 

ogłuszającym gęganiem całe podwórko. 

– Fascynujące stworzenia – stwierdziła Lindsay, wysiadając z 

landrovera. 

– Ale strasznie hałaśliwe. – Aidan wymownie  się skrzywił. – 

Cześć, Rufus – przywitał nastolatka, który wyłonił się ze stodoły. – 

Gdzie mama?

– W domu. 

– Dzięki. – Aidan wraz z Lindsay ruszył do wejścia i zapukał. 

Po   długiej   chwili   drzwi   otworzyła   dziewczynka   z   ciemnymi, 

potarganymi   loczkami,   odziana   w   sporo   za   dużą,   brudną, 

kraciastą sukieneczkę. Buzię i rączki dziecka pokrywały czerwone 

grudki wysiękowe typowe dla egzemy. 

– Mamo! – zawołała mała. – Pan doktor. 

–   Poproś,   żeby   wszedł,   głuptasku.   –   Z   sąsiedniego 

pomieszczenia   wyszła   blada,   bardzo   zmęczona   kobieta   w 

zaawansowanej   ciąży.   –   Dzień   dobry,   doktorze.   Proszę   dalej. 

Niech pan wybaczy Evie i nie zwraca uwagi na bałagan. 

–   Nie   przyszliśmy   oglądać   twojego   bałaganu,   Clarrie   – 

background image

zapewnił Aidan, gdy weszli do saloniku, gdzie trudno było znaleźć 

wolne   miejsce.   –   Interesujesz   nas   ty   i   Dai.   A   to   jest   doktor 

Henderson. – Zerknął przez ramię na Lindsay. – Pracuje u nas. 

– Miło mi panią poznać. – Clarrie uśmiechnęła się blado. – O, 

już jest Dai. 

Do   pokoju   przykuśtykał   o   kulach   jej   mąż.   Miał   około 

czterdziestu lat, lecz wyglądał na dziesięć więcej. Powitał Aidana 

skinieniem głowy i z zaciekawieniem spojrzał na Lindsay. 

– Jak leci, Dai? – Aidan zrobił na stole trochę miejsca i postawił 

torbę. 

– Cholernie powoli. Muszę jak najszybciej wziąć się do roboty, 

bo farma popadnie w ruinę. Ted sam nie daje rady, a Rufus jest 

całkiem do niczego. 

– To jeszcze dzieciak – zaprotestowała Clarrie. – A ja wkrótce 

będę ci pomagać. 

– Jak noga? – spytał Aidan. 

–   Boli.   Ten   cholerny   gwóźdź   chyba   bardziej   szkodzi   niż 

pomaga. 

–   Popatrzymy.   Lindsay,   mogłabyś   w   tym   czasie   zbadać 

Clarrie? Oto jej karta. 

–   Już   się   robi.   –   Lindsay   ucieszyła   się,   że   dano   jej   jakieś 

zajęcie, bo w tym domku już zaczynała odczuwać klaustrofobię. – 

Może   pójdziemy   do   sypialni?   –   zaproponowała   z   nadzieją   w 

background image

głosie, patrząc na Clarrie. 

– Jak pani chce, ale tam też jest bałagan. – Kobieta wyszła do 

holu i ruszyła stromymi schodami na górę. – Pani na dobre w 

Tregadfan?

– Och, nie, tylko na rok. Potem wracam do domu. 

– Czyli dokąd? – Clarrie otworzyła drzwi sypialni i przepuściła 

Lindsay. 

– Do Londynu. 

–  Miastowa  dziewczyna?  – Clarrie  uśmiechnęła  się  blado. – 

Trochę tu inaczej niż w stolicy, prawda?

–   Trochę   –   ze   śmiechem   przyznała   Lindsay.   –   Zna   pani 

Londyn?

– Byłam tam kiedyś na wakacjach... w innym życiu. – Po twarzy 

Clarrie przemknął cień uśmiechu. – Jako uczennica pracowałam 

w   lecie   na   kempingu   w   Tregadfan.   Tam   zaprzyjaźniłam   się   z 

pewnym chłopakiem. Jego rodzice zaprosili mnie na parę tygodni. 

Mieszkali w Londynie, a właściwie w Peckham. 

– Rozumiem, że było to, zanim poznała pani Daia? – Lindsay 

otworzyła torbę, a Clarrie usiadła na łóżku i z wyraźną ulgą oparła 

plecy o poduszki. 

–   Tak   jakby.   Chociaż   Daia   znałam   prawie   od   zawsze. 

Wychowaliśmy się razem. – Clarrie wzruszyła ramionami, lecz nie 

dodała, co stało się z chłopakiem z Peckham. 

background image

– Który to tydzień? – Lindsay zerknęła w notatki. 

– Trzydziesty siódmy. Już nie mogę doczekać się końca. Ta 

ciąża męczy mnie dużo bardziej niż trzy poprzednie razem wzięte. 

–   To   zrozumiałe. Teraz   ma  pani  pod   opieką   trójkę   dzieci,  a 

problemów też chyba nie brakuje. 

–   Żeby   pani   wiedziała.   –   Clarrie   skrzywiła   się   wymownie.   – 

Czasem   mi   się   wydaje,   że   Dai   jest   gorszy   niż   dzieciaki.   Od 

wypadku zachowuje się jak zwierzę w klatce. Można by pomyśleć, 

że   to   wszystko   moja   wina.   A   stos   rachunków   rośnie.   Nasza 

sytuacja była trudna już przedtem, ale teraz... – Clarrie bezradnie 

rozłożyła ręce. – Boję się, że przyjdzie nam sprzedać farmę. Tylko 

co potem?

–   Miejmy   nadzieję,   że   do   tego   nie   dojdzie.   A   na   razie 

najważniejsza jest pani i dziecko. Będzie pani rodzić w szpitalu?

– W domu, tak jak poprzednio. 

– Może przydałby się pani taki pobyt w szpitalu, nawet krótki. 

Trochę by pani odsapnęła. 

– Nie, zostanę tutaj. Przyjedzie położna, a potem przez parę 

dni będzie u nas moja siostra, o ile nie pokłóci się z Daiem. 

– Sprawdzę teraz ciśnienie i tętno dziecka. – Lindsay usiadła 

na   brzegu   łóżka   i   założyła   opaskę   ciśnieniomierza   na   ramię 

Clarrie.   –   Jest   nieco   podwyższone   –   stwierdziła,   odczytawszy 

wynik.   –   Musi   pani   jak   najwięcej   odpoczywać.   Wiem,   łatwo 

background image

powiedzieć – dodała, gdy Clarrie kpiąco prychnęła. – Ale proszę 

chociaż spróbować. Mam porozmawiać o tym z mężem?

– Jeśli pani chce... Ale to i tak nic nie da. – Clarrie oparła się na 

łokciach   i   patrzyła   na   badającą   ją   Lindsay.   –   Wszystko   w 

porządku? – spytała z nutą niepokoju w głosie. 

– Tak – zapewniła Lindsay. – Tętno jest silne i miarowe. Co by 

pani wołała, chłopca czy dziewczynkę?

– Mnie tam bez różnicy. – Clarrie poprawiła odzież i podniosła 

się. – Chociaż z dziewczynką byłoby po równo. 

– Czyli jest Rufus, Evie i... ?

– Jared. Ma dwanaście lat, Rufas skończył szesnaście, a Evie 

sześć. Myślałam, że na tym będzie koniec – z żalem w głosie 

przyznała Clarrie. – Jak widać, człowiek może się mylić, prawda?

– Evie cierpi ma astmę i egzemę? – Lindsay schowała do torby 

stetoskop i aparat do pomiaru ciśnienia. 

– Tak, i objawy się nasiliły. – Clarrie wstała i natychmiast znów 

opadła na pościel. – Och! – jęknęła. – Zakręciło mi się w głowie. 

Chyba za szybko się podniosłam. 

– Proszę chwilkę poleżeć. 

–   O   czym   to   mówiłyśmy?   Aha,   o   Evie.   Ostatnio   strasznie 

kaszle. Kłopot w tym, że zajmuje się zwierzakami i jej egzema 

wtedy nawraca. 

– Doktor Lennox na pewno zajmie się Evie. Albo ja to zrobię, 

background image

gdyby jeszcze badał pani męża. 

– Miły człowiek z tego doktora Lennoxa. – Clarrie podniosła się 

z łóżka, lecz tym razem bardzo ostrożnie. – Dawniej przychodził 

stary doktor Meredith, ale był strasznie pyskaty. On i Dai często 

skakali sobie do oczu. Doktor Lennox jest inny. 

–   Sądzę,   że   w   razie   potrzeby   umie   obstawać   przy   swoim 

zdaniu. 

– Och, nie wątpię. A czemu pani z nim jeździ?

–   Odbywam   praktykę   pod   jego   opieką.   Ale   proszę   się   nie 

obawiać,   jestem   wykwalifikowaną   lekarką,   tylko   muszę   poznać 

metody działania lekarza rodzinnego, żeby nim zostać. 

– Więc spędzacie razem dużo czasu. 

– To prawda. Właściwie można powiedzieć, że jestem cieniem 

doktora Lennoxa – ze śmiechem oświadczyła Lindsay. 

– A co na to Bronwen?

– Znają pani?

– Jest sąsiadką mojej siostry. 

– No tak, już zapomniałam, że tu wszyscy się znają. 

–   I   to   jak!   Siostra   opowiedziała   mi   o   Bronwen   i   doktorze 

Lennoksie. 

– Coś ich łączy? – Lindsay zmartwiała. Czyżby jej początkowe 

przypuszczenia okazały się trafne?

–   Chyba   tylko   pobożne   życzenia   Bronwen.   Rzeczywiście 

background image

jedynie tyle? – zastanawiała się Lindsay, idąc za Clarrie na dół. A 

jeśli Aidan i jego recepcjonistka naprawdę mają romans? Aidan 

wspomniał, że kiedyś ktoś go zawiódł, lecz raczej nie chodziło o 

Bronwen,   skoro   pragnęła   go   zdobyć.   Może   wiedziała   o   jego 

miłosnym zawodzie i oferowała Aidanowi ramię, na którym mógłby 

się wypłakać, a w cichości ducha liczyła na więcej niż przyjaźń. 

Najlepiej   w   ogóle   nie   zaprzątać   sobie   tym   głowy.   Plotkarze 

potrafią wymyślić Bóg wie co, zaś prywatne życie Aidana Lennoxa 

to wyłącznie jego sprawa. 

– Zamierzam zmienić dawkę leku w inhalatorze Evie – oznajmił 

Aidan, gdy Lindsay i Clarrie wróciły do saloniku. – Przepiszę też 

silniej działający krem na egzemę. Jeśli to nie pomoże, pomyślimy 

o kolejnej kuracji steroidami. Evie nie myje się zwykłym mydłem, 

prawda?

– Nie, przestrzegamy wszystkich zaleceń – zapewniła Clarrie. – 

Chyba   tylko   kontakt   ze   zwierzętami   mógł   spowodować   taką 

reakcję. 

– Powinnaś na razie trzymać się od nich z daleka, Evie – rzekł 

łagodnie Aidan, a dziewczynka spuściła główkę, po czym ukryła 

buzię   w   fałdach   matczynej   spódnicy.   –   Wiem,   że   na   farmie   to 

trudne, zwłaszcza że uwielbiasz zwierzaki. 

– Aidan spojrzał na Lindsay. – Wszystko w porządku?

Domyśliła   się,   że   pytał   o   ciążę   Clarrie,   i   twierdząco   skinęła 

background image

głową. 

– W takim razie chyba już pójdziemy. Załatwię ci fizykoterapię, 

Dai, i podam terminy. 

Dai tylko chrząknął. Clarrie odprowadziła ich do drzwi. 

– Dziękuję wam obojgu. 

– Będzie pani mogła zrealizować recepty? – troskliwie spytała 

Lindsay. 

– Tak, Ted, który u nas pracuje, weźmie je do apteki, kiedy 

będzie jechał do Betwsycoed po nawozy. 

– Dbaj o siebie, Clarrie. 

– I koniecznie proszę się nie przemęczać – dodała Lindsay. 

Zanim wyjechali na drogę, spojrzała przez ramię na podwórze. 

Clarrie wraz z córeczką nadal stała na progu, odprowadzając ich 

wzrokiem, a zza domu znów wytoczyło się stadko gęsi. Trzepotały 

skrzydłami   i   gęgały   jak   szalone,   najwyraźniej   zirytowane 

warkotem silnika samochodu. 

– Inny świat – mruknęła Lindsay. – Niesamowite, że tyle ludzi 

spędza całe życie na takich odległych farmach, zajmując się tylko 

hodowlą owiec. 

–   Większość   tych   farmerów   jest   zadowolona   z   takiej 

egzystencji. Czasem jakiś syn wyjedzie do pomaturalnej szkoły, 

najczęściej rolniczej, a potem zazwyczaj wraca tutaj, żeby zająć 

się rodzinną gospodarką. 

background image

– A dziewczęta?

–   Prawie   wszystkie   wychodzą   za   mąż   za   miejscowych 

farmerów, chłopaków, których znały od dziecka. 

– Jak Clanie. 

– Właśnie. 

– Nie sprawiają wrażenia szczęśliwych. 

–   Cóż,   od   pewnego   czasu   ściga   ich   pech.   Nie   dość,   że 

hodowla   i   uprawa   roli   stają   się   coraz   mniej   opłacalne,   to   na 

dodatek  Dai miał wypadek  i nie może  pracować.  Są  w trudnej 

sytuacji. A jak tam Clarrie?

–  Ma trochę  podwyższone  ciśnienie, opuchnięte  kostki  i jest 

strasznie przemęczona, ale tętno dziecka w normie. Uważasz, że 

powinna rodzić w domu?

– Wolałbym zabrać ją do szpitala, ale ona się nie zgadza. 

– Nie można by pogadać z tą położną?

–   Owszem,   ale   ona   z   pewnością   będzie   po   stronie   Clarrie. 

Tutejsze kobiety szczycą się rodzeniem w domu. Chyba można to 

uznać za zjawisko socjologiczne. 

– Jak Dai będzie jeździł na fizykoterapię?

– Bóg raczy wiedzieć. Ted mógłby go wozić ciężarówką, ale 

wątpię,   czy   znajdzie   czas.   Biedak   i   tak   ma   huk   roboty. 

Przypuszczam, że Dai odpuści te zabiegi. 

– A ten chłopak, Rufus, nie powinien chodzić do szkoły?

background image

–   Chyba   tak,   ale   przestał   po   świętach   wielkanocnych,   kiedy 

skończył szesnaście lat, i pomaga Tedowi. 

– Ciężko im. 

– Już ci to mówiłem. Problem w tym, że mają niewielkie szanse 

na poprawę swojego bytu. 

– Ale kiedy Clanie już urodzi i Dai odzyska formę... – Lindsay 

urwała,   zauważywszy   minę   Aidana.   –   Jego   stan   się   poprawi, 

prawda? – spytała. 

– Mam taką nadzieję, ale minie dużo czasu, zanim jego noga 

całkiem się zrośnie, a jest jeszcze uszkodzone ścięgno w prawym 

ramieniu.   Muszę   przyznać,   że   czasem   wątpię,   czy   Dai 

kiedykolwiek będzie w stanie znów pracować na farmie. 

– Więc co ich czeka?

– Prawdopodobnie sprzedaż gospodarstwa, ale w dzisiejszych 

czasach niewiele za nie dostaną. A co gorsza, Dai jest do niego 

strasznie przywiązany. Przechodziło z ojca na syna i Dai uważa 

za   swój   obowiązek   przekazać   je   Rufusowi.   Gdy   kiedyś 

wspomniałem o ewentualnej sprzedaży, Dai omal nie skręcił mi 

karku. To strasznie dumny facet. 

Gdy   dojechali   do   Tregadfan,   słońce   już   zachodziło   i   góry 

pogrążały się w mglistym mroku. Lindsay kompletnie zapomniała 

o tym, że zrezygnowała z wolnego popołudnia, aby towarzyszyć 

Aidanowi. Była zadowolona, ponieważ spędziła je w wartościowy 

background image

sposób – nie tylko poznała kolejnych ludzi, wśród których miała 

pracować, lecz także przełamała lody w stosunkach z Aidanem. 

Intuicyjnie czuła, że od dzisiaj oboje będą lepiej się rozumieć. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Dam panu lomotil na biegunkę i maxolon na mdłości. – W 

namiocie było tak ciasno, że Lindsay musiała przyklęknąć, aby 

wypisać receptę. – Na razie proszę pić tylko wodę butelkowaną i 

jeść   sucharki   –   poleciła   leżącemu   w   śpiworze   blademu 

młodzieńcowi. 

–   Kiedy   będzie   mógł   się   wspinać?   –   spytał   zaniepokojony 

kolega chorego. – Mamy tyle tras. 

– Nie sądzę, żeby ten biedak miał ochotę wdrapywać się na 

górki. Przez kilka dni powinien być na diecie i wypoczywać. Niech 

bierze to, żeby nie opadł z sił. – Lindsay wręczyła chłopakowi kilka 

małych torebeczek. 

– Co to takiego?

–   Glukozowy   preparat   uzupełniający   niedobór   płynów   w 

organizmie.   Działa   również   wzmacniająco.   Niezbędny   w 

przypadku takich dolegliwości żołądkowych. 

–   Dziękujemy  za   przyjście,  pani   doktor.  On  nie  miał  siły   się 

ruszyć. 

– To zrozumiałe. Proszę o niego dbać. – Lindsay uniosła klapę 

namiotu i wygramoliła się na zewnątrz. Po raz pierwszy załatwiała 

wizyty domowe samodzielnie. 

background image

– Dasz sobie radę? – spytał Henry, gdy wczoraj powiedziała 

mu, co ją czeka. 

– Chyba tak. 

– Już dobrze zna topografię terenu, a w razie czego zawsze 

może wezwać nas przez telefon – dodał Aidan. 

–   Niby   racja   –   zgodził   się   Henry.   –   Chociaż...   nie   jestem 

pewien, czy ja będę osiągalny. Aż boję się mówić o tym na głos, 

ale Megan ostatnio miewa się lepiej, więc pomyślałem, że zabiorę 

ją w niedzielę na małą wycieczkę. 

– Wspaniały pomysł – pochwaliła Lindsay. 

– Zmiana otoczenia może zdziałać cuda – przyznał Aidan. – 

Ale musisz pamiętać, że w przypadku zapalenia mózgu i rdzenia 

poprawa samopoczucia nie trwa długo. 

– Cóż, wiem... – Henry westchnął ciężko. – Tym bardziej trzeba 

chwytać każdą chwilę. 

Wyjeżdżając z kempingu, Lindsay gorąco pragnęła, aby żona 

Henry’ego poczuła się lepiej. Przejażdżka po okolicy w taki piękny 

dzień na pewno sprawiłaby Megan wielką przyjemność. 

Lindsay   z   uśmiechem   przesunęła   wzrokiem   po   zielonych 

wzgórzach. Na razie radziła sobie całkiem dobrze. Już zdążyła 

stwierdzić zapalenie wyrostka robaczkowego u dziecka i wezwała 

karetkę,   aby   zabrano   je   do   szpitala.   Potem   odwiedziła   dwóch 

pacjentów w podeszłym wieku: jeden chorował na nieuleczalnego 

background image

raka i czekał na pielęgniarkę, która miała zrobić mu zastrzyk z 

morfiny,   zaś   drugi   cierpiał   na   chroniczne   schorzenie   dróg 

oddechowych i potrzebował tlenu. 

Wracając do wsi, Lindsay pod wpływem impulsu postanowiła 

zajrzeć   do   Douglasa   i   Milły.   Zaparkowała   dżipa   od   frontu, 

otworzyła furtkę i szła między zadbanymi klombami. Przy samej 

ścieżce rosły na nich dorodne, różnokolorowe bratki i prymulki, a 

wzdłuż   płotu   oddzielającego   podwórze   od   sąsiedniej   posesji 

bujnie   kwitły   fioletowe   ostróżki   i   różowe   malwy.   Lindsay 

zadzwoniła   i   stojąc   przed   drzwiami,   obserwowała   pszczołę 

kołującą   nad   donicą   z   nagietkami.   Nieco   dalej,   na   kamiennym 

chodniczku   prowadzącym   na   tyły   domu,   drozd   usiłował   rozbić 

skorupę ślimaka. 

Była pełna podziwu dla wytrwałości ptaka i dopiero po dłuższej 

chwili   skonstatowała,   że   nikt   nie   otwiera,   a   z   wnętrza   nie 

dochodzą   żadne   dźwięki.   Jeszcze   raz   nacisnęła   przycisk 

dzwonka, po czym obeszła dom i stwierdziła, że kuchenne drzwi 

są otwarte. Widocznie Milly wyszła do ogrodu i nie zorientowała 

się, że ktoś przyszedł. 

Ale Lindsay nigdzie jej nie zauważyła, więc zastukała w drzwi i 

zawołała  gospodarzy, lecz nikt się nie pojawił  ani nie odezwał, 

tylko w głębi mieszkania rozległo się głuche dudnienie. 

– Milly? Jest pani tam?

background image

Stukanie powtórzyło się, tym razem głośniejsze i jakby naglące. 

Pełna złych przeczuć Lindsay z wahaniem weszła do wnętrza. Jej 

obawy potwierdziły się, gdy przeszła przez małą, idealnie czystą 

kuchnię i spróbowała  otworzyć  drzwi  do saloniku. Zdołała tylko 

trocheje  uchylić, ponieważ  coś  je  blokowało.  Wybiegła  więc  na 

zewnątrz i osłaniając z boku oczy, zajrzała do pokoju przez okno. 

Milly leżała na podłodze tuż przy drzwiach, a Douglas siedział 

w   fotelu   i   swoim   balkonikiem   uderzał   w   podłogę.   Najwyraźniej 

usiłował w ten sposób wezwać pomoc. 

Lindsay   głośno   zabębniła   w   szybę,   a   staruszek   powolutku 

odwrócił   głowę.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   jest   dzisiaj   bardzo 

słaby   i   nie   zdoła   wstać,   aby   otworzyć   okno.   Lindsay   przez 

moment miała ochotę zadzwonić po Aidana, lecz zaraz porzuciła 

ten pomysł. To ona ma dzisiaj dyżur, więc powinna samodzielnie 

ocenić sytuację i rozwiązać problem. 

Pospiesznie wezwała pogotowie, wyszarpnęła z ziemi jeden z 

potłuczonych   kafelków,   którymi   był   obłożony   skraj   klombu,   i 

stłukła szybkę sąsiadującą z okienną klamką. 

Trzask   pękającego   szkła   zabrzmiał   w   ciszy   spokojnego 

niedzielnego przedpołudnia przeraźliwie głośno. Lindsay właśnie 

wsunęła w otwór dłoń, gdy nagle usłyszała za sobą czyjś gniewny 

okrzyk. 

– Co się tu dzieje?!

background image

Odwróciła się i ku swemu zdumieniu ujrzała wyglądającego zza 

płotu, rozgniewanego Hew Griffithsa. 

– O, Hew... to znaczy, panie Griffiths, tak się cieszę, że pana 

widzę. Mieszka pan tutaj?

– Jasne, że tak, i chcę wiedzieć, co pani tu, u diabła, wyprawia!

–   Chwileczkę.   –   Lindsay   wreszcie   otworzyła   okno.   Teraz 

musiała tylko wdrapać się na parapet i wejść do środka. – Milly 

zemdlała. 

– Nie lepiej wejść przez drzwi?

– Nie można ich otworzyć, bo Milly leży w saloniku i je blokuje. 

– Gramoląc się przez okno, Lindsay była zadowolona, że ma na 

sobie drelichowe spodnie, a nie wytworny kostiumik z butiku w 

Kensington. 

– A co z Douglasem?

– Jest w domu. Mógłby pan podejść od frontu? Przesunę Milly i 

otworzę drzwi. 

Mrucząc   pod   nosem,   Hew   zniknął   za   płotem,   a   Lindsay 

zeskoczyła na podłogę. 

– Tam... M... milly... – wyjąkał Douglas. 

– Wiem. – Lindsay lekko ścisnęła go za ramię i pospieszyła do 

Milly. Kobieta była półprzytomna, bełkotała coś niezrozumiale, z 

kącika   wykrzywionych   ust   spływała   strużka   śliny,   a   lewa   ręka 

zwisała bezwładnie. – Milly, to ja, doktor Henderson. – Lindsay 

background image

kucnęła obok staruszki i sprawdziła jej puls. – Spróbuję  ułożyć 

panią trochę wygodniej. – Delikatnie odsunęła kobietę od drzwi i 

włożyła   jej   pod   głowę   dwie   poduszki   z   kanapy.   Milly   chyba 

przygotowywała niedzielny lunch, gdy poczuła się źle, ponieważ 

była w fartuchu. A niedawno przyniosła mężowi kawę, która wraz 

z talerzem ciasteczek nadal stała na małym stoliku obok fotela. 

Milly   znów   spróbowała   coś   powiedzieć   i   sprawiała   wrażenie 

rozstrojonej, toteż Lindsay uklękła i wzięła ją za rękę. 

– Proszę się o nic nie martwić, Milly. Wyjdzie pani z tego. A 

Douglasem   wszystko   w   porządku   –   zapewniła   uspokajającym 

tonem. – To pan, Hew? – zawołała, gdy ktoś poruszył klamką. – 

Proszę wejść. 

– Co się stało? – Hew objął zdumionym spojrzeniem scenkę w 

saloniku. 

–   Milly   miała   udar.   Zaraz   przyjedzie   pogotowie.   Mógłby   pan 

przynieść z sypialni jakiś koc?

Hew   poszedł   na   górę,   a   Lindsay   wyjęła   z   torby   stetoskop   i 

ciśnieniomierz. Osłuchała serce pacjentki i właśnie zakładała na 

jej ramię opaskę aparatu, gdy wrócił Hew. 

–   Dzięki.   –   Wzięła   od   niego   pled   i   okryła   nim   Milly.   –   Nie 

powinna   zmarznąć.   Może   zechciałby   pan   porozmawiać   z 

Douglasem? Spytać, czy czegoś nie potrzebuje?

– A pani co robi? – burknął Hew. 

background image

– Zmierzę jej ciśnienie. 

– Ale ma przyjechać karetka?

– Tak. Milly musi pojechać do szpitala. 

– A co z Douglasem? Sam nie da sobie rady. 

– Wiem. Mają w tej okolicy jakąś rodzinę?

– Nie. Ich syn mieszka pod Oksfordem, a córka za granicą, 

chyba w Kanadzie. A może w Nowej Zelandii? Gdzieś tam. 

– W takim razie porozmawiam z siostrą oddziałową. Może ona 

znajdzie   jakieś   rozwiązanie.   –   Lindsay   wystukała   numer 

dyżurnego szpitala i naświetliła sytuację. Pielęgniarka uznała, że 

trzeba   przyjąć   również   Douglasa,   a   potem   pracownik   socjalny 

zdecyduje, co dalej. – Lindsay wyłączyła komórkę, podeszła do 

Douglasa i kucnęła przed nim. – Panie Morgan, Milly pojedzie do 

szpitala – oznajmiła łagodnie. – A pan wraz z nią – dodała, gdy 

staruszek zaczął się trząść. 

–   Wszystko   dobrze,   chłopie   –   zapewnił   Hew.   –   Milly 

wyzdrowieje. 

Usłyszawszy imię żony, Douglas powoli się odwrócił i popatrzył 

na   nią,   a   Lindsay   i   Hew   powędrowali   wzrokiem   za   jego 

spojrzeniem. Było oczywiste,  że  tej chwili  Milly  nie  wygląda  na 

kogoś,   kto   szybko   wyzdrowieje.   Lindsay   ujęła   dłoń   staruszka   i 

ścisnęła ją lekko, aby dodać mu otuchy. 

– Pójdę na górę i zapakuję trochę niezbędnych rzeczy, dobrze? 

background image

Hew, posiedzi pan z nim? Zaraz wrócę. 

Hew tylko skinął głową. Najwyraźniej był oszołomiony tym, co 

się   stało,   i   w   ogóle   nie   przypominał   tamtego   gburowatego 

osobnika,   który   przyszedł   do   poradni   pierwszego   dnia   pracy 

Lindsay. 

Lindsay wyjęła z szafy podręczną torbę i spakowała piżamy, 

kapcie   oraz   przybory   toaletowe   dla   Douglasa   i   Milly.   Przed 

wyjściem   rozejrzała   się   po   pokoju,   w   którym   panował   równie 

idealny   porządek   jak   na   dole.   Wątpiła,   czy   państwo   Morgan 

jeszcze   tu   wrócą.   Schodząc   na   dół,   czuła,   że   ze   wzruszenia 

ściska ją w gardle, więc z zadowoleniem powitała sanitariuszy. W 

skrócie   opisała   im   stan   Milly   oraz   wyjaśniła,   dlaczego   trzeba 

zabrać również jej męża. 

–   Mamy   wziąć   oboje?   –   spytał   Vincent,   starszy   z   dwóch 

pielęgniarzy. – Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy pacjenci będą 

chcieli   jechać   ze   swoją   drugą   połową.   Pani   jest   tutaj   nowa, 

prawda? Zastępczyni czy praktykantka?

–   Praktykantka.   –   Lindsay   już   zamierzała   dodać,   że   jest 

wykwalifikowaną   lekarką   i   ma   prawo   skierować   pacjenta   do 

szpitala, ale Vincent szeroko się uśmiechnął. 

– Proszę nie robić takiej smutnej miny, kochana. Jasne, że go 

weźmiemy. Prawda, Douglas?

– Och. – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Znacie go?

background image

–   Czy   go   znamy?   Jeszcze   jak.   Nieraz   woziliśmy   go   do 

przyszpitalnej   poradni.   –   Sanitariusz   kucnął   przy   Milly.   –   Witaj, 

kochaniutka – powiedział lekkim tonem. – Co ty knujesz? Dobra, 

nic   nie   mów.   I   tak   wiem.   Wkurzyłaś   się,   bo   zawsze   wszyscy 

tańczą wokół Douga, prawda? Więc teraz twoja kolej. Mark i ja 

położymy cię na noszach i zaniesiemy do karetki. Potem wrócimy 

po Douga, żeby pojechał z nami. – Vincent spojrzał na Lindsay. – 

Oddycha z trudem. 

– Możecie podać jej tlen?

– Jasne. – Vincent założył staruszce maskę tlenową, a parę 

minut później państwo Morgan już byli w karetce. 

– Proszę nie martwić się tym oknem, pani doktor – powiedział 

Hew,   gdy   po   odjeździe   ambulansu   Lindsay   z   westchnieniem 

wróciła   do   saloniku.   –   Wstawię   szybkę,   posprzątam   szkło, 

zamknę dom i wezmę klucze. Zaraz wróci z kościoła moja żona. 

Pewnie będzie chciała odwiedzić Milly. 

– Z odwiedzinami trzeba poczekać kilka dni. Milly musi dojść 

do siebie. 

– Nieźle ją strzeliło, prawda?

– Obawiam się, że tak. – Lindsay wzięła swoją torbę. – Cóż, 

muszę już iść. Nadal jestem na dyżurze. Bardzo dziękuję panu za 

pomoc, Hew. 

–   Nie   ma   o   czym   mówić.   Dobrze,   że   mogłem   się   przydać. 

background image

Jesteśmy sąsiadami od wielu lat. 

Hew   odprowadził   ją   do   drzwi   i   pomachał   na   pożegnanie. 

Lindsay uśmiechnęła się do siebie. Hew Griffiths potraktował ją 

dzisiaj   zupełnie   inaczej   niż   poprzednio.   Czyżby   mieszkańcy 

zaczynali   ją   akceptować?   Tak   czy   inaczej,   była   zadowolona   z 

impulsu,   który   kazał   jej   zajrzeć   do   Morganów.   Gdyby   lekarz 

przyjechał później, Milly prawdopodobnie by zmarła. 

Wiedziona kolejnym impulsem, Lindsay postanowiła wpaść do 

Aidana. Wspomniał, że cały dzień będzie w domu i pomoże jej w 

razie potrzeby. Nie potrzebowała jego pomocy ani nawet fachowej 

rady, lecz nagle poczuła przemożną chęć zobaczenia go. Choćby 

tylko   dlatego,   żeby   mu   opowiedzieć,   jak   sobie   poradziła   w 

kryzysowej sytuacji. 

Zaparkowała   dżipa   na   poboczu   drogi   i   szybko   zbiegła   po 

schodach.   Tym   razem   były   suche,   ona   zaś   miała   na   nogach 

wygodne  pantofle. Parsknęła śmiechem, przypomniawszy  sobie 

tamten deszczowy dzień, gdy chwiejnie schodziła na dół w swoich 

wytwornych,   czarnych   lakierkach   ze   złotymi   obcasami.   Aidan 

zasugerował,   żeby   sobie   kupiła   porządne   buty,   a   potem   się 

pokłócili, gdy wróciła z kilkugodzinnych zakupów. Dzisiaj musiała 

przyznać, że ona i Aidan rozumieją się dużo lepiej niż na początku 

ich znajomości. 

Jeszcze na schodach usłyszała jakiś łomot, a po chwili ujrzała 

background image

w   głębi   ogrodu   Aidana.   Miał   na   sobie   dżinsy   i   podkoszulek   i 

właśnie rąbał na pieńku drewno. 

Nieco dalej leżały na ziemi oba psy i z pyskami opartymi na 

przednich łapach obserwowały swego pana. Zobaczyły Lindsay, 

lecz ją poznały i nie zaszczekały. Skipper na powitanie uniósł łeb, 

a Jess energicznie zamerdał ogonem. 

Lindsay przystanęła, aby nie przeszkadzać, gdy Aidan macha 

siekierą.   Za   każdym   razem,   gdy   ją   unosił   i   szerokim   łukiem 

opuszczał   na   grubą   kłodę,   którą   rąbał   na   mniejsze   kawałki, 

uwypuklały się mięśnie jego pleców i barków, wyraziście grając 

pod   cienką   bawełną   koszulki.   Spod   zwichrzonych,   ciemnych 

włosów   spływały   na   czoło   strużki   potu.   W   tej   chwili   było   w 

wyglądzie Aidana coś surowego, niemal pierwotnego, co sprawiło, 

że Lindsay ogarnęło pożądanie. 

On zaś chyba wyczuł jej obecność, bo nagle się odwrócił, a gdy 

ich   oczy   się   spotkały,   czas   jakby   się   zatrzymał.   Lindsay   z 

wrażenia zaparło dech, a jej serce na moment przestało bić – lub 

tak jej się przynajmniej zdawało. 

A   potem   Aidan   się   odezwał   i   po   magicznej   chwili   pozostał 

Lindsay   tylko   tępy   ucisk   gdzieś   pod   żebrami   oraz   pamięć   o 

słodkim i jednocześnie bolesnym doznaniu. 

– Nie wiedziałem, że tu jesteś. – Aidan spojrzał na psy. 

– Ale czujne z was cerbery!

background image

– Już mnie znają i nie szczekają na mój widok, tylko merdają 

ogonami. 

– Coś się stało? – Aidan chyba pomyślał, że nie przyszła tu bez 

powodu. 

– Tak, ale rozwiązałam ten problem. 

– Właśnie miałem strzelić sobie colę. – Aidan otarł spocone 

czoło. – Napijesz się? A potem mi wszystko opowiesz. 

–   Dobrze.   –   Usiłowała   mówić   lekkim   tonem,   ale   z   jakiegoś 

niewiadomego powodu jej serce nadal wyprawiało dziwne harce. 

Najpierw rzeczywiście się zatrzymało, a teraz z kolei łomotało jak 

szalone. 

–   Masz   przy   sobie   komórkę?   –   spytał   Aidan,   a   gdy   skinęła 

głową, pomaszerował do domu. 

Lindsay usiadła na odwróconej do góry dnem wielkiej, glinianej 

donicy   i   popatrzyła   na   bujną   roślinność   ogrodu.   Panował   tu 

cudowny   spokój,   a   ciszę   przerywało   tylko   cykanie   świerszczy   i 

niekiedy   szum   silnika   przejeżdżającego   drogą   pojazdu.   Oparła 

głowę   o   mur   i   wystawiła   twarz   do   słońca,   świadoma 

nieoczekiwanego poczucia błogości. Pojawiło się po raz pierwszy 

od dawna i samo w sobie wydawało się czymś zdumiewającym, 

zważywszy na załamanie, jakie przeżyła. 

Dlaczego teraz była taka zadowolona? Jakim cudem wkradło 

się do jej duszy tyle radości, a ona nawet tego nie zauważyła?

background image

Przecież to z pewnością nie ma nic wspólnego z Aidanem?

Otworzyła   oczy   i   ujrzała   go,   idącego   przez   podwórze.   Niósł 

dwie   pełne   szklanki,   a   ona   nagle   stwierdziła,   że   przyczyna   jej 

cudownej euforii ma wiele wspólnego z Aidanem. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Wręczył jej szklankę i usiadł na niskim murku oddzielającym 

podwórze   od   ogrodu.   Jess   nadstawił   ucha   i   uniósł   łeb,   aby 

sprawdzić, co się dzieje. Ale z panem wszystko było w porządku, 

więc   znów   oparł   pysk   na   łapach   i   zamknął   oczy.   Skipper   od 

dawna pochrapywał. 

– Zdrówko. – Aidan uniósł szklankę. 

– Zdrówko. – Lindsay wypiła mały łyk coli, zaś Aidan – wielki 

haust. 

–   Ach   –   westchnął   Aidan   z   zadowoleniem.   –   Tego 

potrzebowałem. 

– Dziwię się, że nie wziąłeś sobie piwa. 

– Wolałem nie ryzykować, bo gdybyś potrzebowała pomocy, to 

musiałbym wskoczyć za kółko. A właśnie... – Spojrzał na nią z 

ukosa. – Chciałaś mi coś opowiedzieć?

– Nie uwierzysz, co się zdarzyło. 

– Po latach praktyki chyba już nic mnie nie zdziwi. 

–   Więc   co   powiesz   na   to,   że   w   tej   chwili   Douglas   i   Milly 

Morganowie są w szpitalu? – spytała, a Aidan wytrzeszczył oczy 

ze zdumienia. – A widzisz? Jednak cię zaskoczyłam. 

–   Co   się   stało?   –   Głos   Aidana   zabrzmiał   chłodniej.   Lindsay 

background image

nerwowo   oblizała   wargi   i   w   duchu   sklęła   się   za   ten   przejaw 

zdenerwowania.   Na   litość   boską,   przecież   sobie   poradziła, 

prawda?  Dlaczego  więc  tak  się boi powiedzieć,  co zaszło? No 

cóż, powodem jej obaw był Aidan. A fakt, że siedzi tuż obok i 

wygląda tak niesamowicie seksownie, wcale niczego nie ułatwia. 

– Milly miała udar. 

– Kto cię wezwał?

Poruszyła   się   niespokojnie,   bo   Aidan   wciąż   mierzył   ją   tym 

chłodnym spojrzeniem. 

–   Prawdę   mówiąc,   nikt.   Przejeżdżałam   obok   ich   domu, 

wracając   z   kempingu   od   chorego,   i   pomyślałam,   że   do   nich 

zajrzę... 

– Niby po co?

– O co ci chodzi? – Lindsay zmarszczyła brwi. 

Nie   takiej   reakcji   się   spodziewała.   Przypuszczała,   że   Aidan 

pochwali ją za nadzwyczajną intuicję, a on tymczasem wydawał 

się coraz bardziej zirytowany. 

–   Dlaczego   postanowiłaś   ich   odwiedzić?   Miałaś   ochotę   na 

kawę i ciasteczka roboty Milly?

– Co ty pleciesz! – Poczuła na policzkach gorący rumieniec. 

– Więc czemu tam poszłaś?

– Żeby się z nimi zobaczyć. Sprawdzić, jak się mają. 

– Czyli była to wizyta lekarska?

background image

– Oczywiście, skoro się upierasz, żeby ją sklasyfikować. 

– Przecież wiesz, że wpadam do nich raz na tydzień. 

– Wiem – syknęła, z trudem zachowując  spokój. – Ale jakiś 

impuls   kazał   mi   tam   iść.   I   wspaniale,   że   to   zrobiłam,   bo   w 

przeciwnym razie Milly pewnie nadal leżałaby na podłodze. 

–   Chwileczkę.   –   Aidan   ostrożnie   odstawił   szklankę.   – 

Wyjaśnijmy wszystko po kolei. Zajrzałaś do Morganów, wiedziona 

impulsem, i Milly leżała na podłodze?

– W saloniku. 

– Kto ci otworzył drzwi?

– Stłukłam szybę i weszłam przez okno. 

– Co takiego?!

– To, co mówię. Ale spokojna głowa. Hew Griffiths, on mieszka 

po sąsiedzku... 

–   Wiem,   gdzie   mieszka   Hew   –   złowrogim   tonem   wycedził 

Aidan. 

–   No   więc   on   usłyszał   brzęk   tłuczonego   szkła   i   wszedł   od 

frontu, gdy ja już wgramoliłam się przez okno. Obiecał, że wstawi 

tę szybkę, czyli nie ma sprawy. 

– Nie przyszło ci do głowy, żeby wezwać policję, zamiast się 

włamywać?   Czy   nie   w   ten   sposób   się   postępuje   tam,   skąd 

pochodzisz? Bo tutaj jest właśnie taki zwyczaj. 

– Nie jestem przedszkolakiem, Aidanie. Znam procedurę. 

background image

– To czemu jej nie zastosowałaś?

– Bo właściwie nie musiałam się włamywać. 

– Przecież podobno zbiłaś szybę i weszłaś przez okno. 

–   Najpierw   weszłam   kuchennymi   drzwiami.   –   Lindsay   była 

coraz bardziej wkurzona koniecznością przejścia do defensywy. 

Wzięła   głęboki   oddech,   by   nie   wybuchnąć,   i   opisała   całe 

zdarzenie. – Od razu się zorientowałam, że to udar – oświadczyła 

na koniec. 

– Milly była przytomna?

– Ledwie. 

– Jak sądzisz, ile czasu tak leżała?

– Niezbyt długo. Przyniosła Douglasowi kawę, ale nie zdążył jej 

wypić. 

– O której tam przyszłaś?

– Około jedenastej trzydzieści. 

–   Więc   udar nastąpił  po   dziesiątej  trzydzieści.  Właśnie   o  tej 

porze Milly parzy kawę. Co potem zrobiłaś?

– Ułożyłam Milly wygodniej, osłuchałam jej serce i zmierzyłam 

ciśnienie, a Hew zajął się Douglasem. Później mi uzmysłowił, że 

Douglas nie może zostać sam. 

– Tobie nie przyszło to do głowy?

–   Owszem,   ale   sądziłam,   że   Morganowie   mają   tutaj   jakąś 

rodzinę.   Hew   powiedział,   że   nie,   więc   zadzwoniłam   do   siostry 

background image

oddziałowej i spytałam, czy nie przyjęliby także Douglasa. 

– Co takiego?! – Aidan zerwał się na równe nogi i spiorunował 

ją wzrokiem. 

–   Przecież   nie   mogłam   go   zostawić   bez   opieki.   Ale   siostra 

oddziałowa   na   szczęście   okazała   zrozumienie   i   zgodziła   się,   a 

jutro ktoś zdecyduje, co dalej. 

– Czyli sprawą zajmie się opieka społeczna i Douglas wyląduje 

w domu starców, w Rhondda House. 

– Sam mówiłeś, że wkrótce do tego dojdzie, bo Milly nie będzie 

dawać sobie rady. 

–   Tak,   ale   obiecałem   jej,   że   gdyby   zdarzyło   się   najgorsze, 

postaram się umieścić ich oboje w jednym miejscu. 

– Dlaczego Milly nie miałaby też pójść do Rhondda House?

– Tam nie przyjmują osób po udarze. 

– Nie wiedziałam... Ale cóż innego mogłam zrobić?

– Zadzwonić do mnie. 

– Myślałam o tym, ale doszłam do wniosku, że wolałbyś, abym 

działała samodzielnie. To był mój dyżur i uważam, że postąpiłam 

słusznie. Uznałam, że warto  ci o tym powiedzieć, lecz gdybym 

wiedziała,   jak   zareagujesz,   nie   zawracałabym   sobie   głowy 

przyjeżdżaniem tutaj! – krzyknęła rozjuszona. 

Gdyby   spytano   ją,   co   się   później   wydarzyło,   nie   miałaby 

pojęcia,   jak   to   ująć.   Najpierw   stali   naprzeciw   siebie   jak   dwoje 

background image

przeciwników,   którzy   zaraz   rzucą   się   do   walki,   a   już   po   chwili 

Aidan w dwóch krokach pokonał dzielącą ich odległość, chwycił 

Lindsay   w   ramiona   i   przycisnął   wargi   do   jej   ust,   tłumiąc 

ewentualny protest. 

Była taka zaszokowana, że w pierwszej chwili nic nie zrobiła. 

Wreszcie trochę doszła do siebie i spróbowała się wyswobodzić. 

Lecz Aidan tylko mocniej przygarnął ją 4o siebie. 

I właśnie wtedy ogarnęło ją dzikie pożądanie. Andrew nigdy nie 

całował jej w taki sposób. Nikt jej nie całował tak, jak teraz Aidan. 

Natychmiast zapomniała o swoich oporach, zarzuciła mu ręce na 

szyję, wplotła palce w jego włosy i zaczęła oddawać pocałunki z 

żarem, o jaki nigdy by się nie podejrzewała. 

Od zerwania z Andrew nie miała nikogo. Andrew był subtelny i 

wyrafinowany, a jej się wydawało, że potrzebuje właśnie kogoś 

takiego. Ale ten mężczyzna okazał się wcieleniem namiętności, 

toteż   odpowiedziała   na   nią   tak   gorąco,   jak   nie   zdarzyło   się   jej 

nigdy   –   aż   do   dziś.   Pod   wpływem   jego   ust   i   dłoni   jej   zmysły 

kolejno budziły się do życia. 

Aidan   pierwszy   się   odsunął,   przytrzymując   ją   na   odległość 

ramienia. 

–   Mój   Boże!   –   mruknął.   –   To   nie   powinno   było   się   stać. 

Przepraszam. 

– Nie masz za co – szepnęła. 

background image

–   Jak   mogłem   do   tego   dopuścić!   Przecież   jestem 

odpowiedzialny za twoje szkolenie!

– Ja też jestem winna. 

–   To   niewiele   zmienia.   –   Aidan   zdjął   ręce   z   jej   ramion.   – 

Zawiodłem   pokładane   we   mnie   zaufanie.   Henry   obdarłby   mnie 

żywcem ze skóry, gdyby się dowiedział. 

– Ale się nie dowie, prawda?

Zaprzeczył ruchem głowy, nadal wstrząśnięty tym, co zaszło. 

Lindsay spuściła wzrok i stwierdziła, że oba psy siedzą u ich stóp i 

z przekrzywionymi łbami wpatrują się w nich z zaciekawieniem. 

– Nie pojmują, co się dzieje – stwierdziła z nikłym uśmiechem. 

– Najpierw na siebie wrzeszczeliśmy, a zaraz potem... – Spojrzała 

na   Aidana,   a   on   umknął   wzrokiem   w   bok,   jakby   był   zbyt 

zakłopotany, aby móc patrzeć jej w oczy. – Aidanie... – Dotknęła 

jego nagiego przedramienia, a on raptownie się cofnął. 

–   Lepiej   już   idź,   Lindsay...   Ktoś   może   cię   wezwać.   Oboje 

wiedzieli, że to tylko pretekst, ponieważ miała przy sobie komórkę 

i w każdej chwili była osiągalna. Chętnie powtórzyłaby z Aidanem 

to, co przed chwilą zrobili, lecz zważywszy na jego minę, chyba 

nie   mogła   liczyć   na   kolejny   pocałunek.   Uznała   więc,   że   w   tej 

sytuacji najlepiej pośpiesznie umknąć. Pogłaskała psy i ruszyła w 

stronę schodów. 

–   Do   zobaczenia   jutro   –   rzuciła   przez   ramię   –   chyba   że 

background image

wcześniej zdarzy się coś, o czym powinnam cię powiadomić. 

– Co do Milly... 

– Tak? – Odwróciła się, gdy przystanął u podnóża schodów. 

Nadal sprawiał wrażenie zażenowanego. 

– Wybacz, że tak zareagowałem. Postąpiłaś prawidłowo. 

– Zrobiłbyś to samo?

–   Chyba   tak.   Może   spróbowałbym   załatwić   coś   innego   dla 

Douglasa... ale skąd mogłaś wiedzieć o Rhondda House?

Skinęła   głową   i   poszła   do   samochodu.   Zapalając   silnik, 

zerknęła   we   wsteczne   lusterko.   Aidan   nie   wyszedł   za   nią   na 

drogę.   Bezwiednie   westchnęła   i   dopiero   wtedy   zauważyła,   że 

drży. Gdyby niedawno ktoś powiedział jej, że będzie całować się z 

Aidanem,   nigdy   by   w   to   nie   uwierzyła.   Ale   najbardziej 

zdumiewające   w   tym   wszystkim   było   jej   zachowanie.   Na 

wspomnienie   własnej   reakcji   poczuła,   że   policzki   jej   płoną.   Co 

Aidan sobie o niej pomyślał? Pewnie uznał ją za jakąś niewyżytą 

babę, która rzuca się na każdego faceta. 

Nie   wiedziała,   jak   jutro   spojrzy   mu   w   oczy.   Powinna   się 

wstydzić.   Powinna,   ale   jakoś   wcale   się   nie   wstydziła.   Przecież 

zareagowała całkiem spontanicznie, jak normalna kobieta, którą 

całuje   atrakcyjny   mężczyzna.   I   gdyby   miała   kolejną   okazję, 

zrobiłaby dokładnie to samo. 

Ale   żeby   całować   się   z   Aidanem!   Właśnie   z   nim!   Przecież 

background image

początkowo   go   nie   znosiła.   Uważała   go   za   gburowatego, 

aroganckiego typa i była pewna, że on odwzajemnia jej niechęć. 

Krytykował   jej   ubrania,   fryzurę,   pochodzenie   społeczne,   nawet 

samochód.   Wciąż   się   kłócili.   To   prawda,   że   ostatnio   rzadziej 

skakali sobie do oczu, a czasem nawet się ze sobą zgadzali, ale 

nie do tego stopnia, żeby ich znajomość mogła przerodzić się w 

coś więcej. 

Zresztą on może wcale tego nie pragnął. Prawdopodobnie już 

żałował   swojego   postępku.   Przecież   wyraźnie   powiedział,   że 

zawiódł pokładane w nim zaufanie. Cóż, może istotnie byłaby to 

trafna ocena sytuacji, gdyby Henry oddał mu pod opiekę jakąś 

naiwną   smarkulę.   Ale   ona,   Lindsay,   była   dorosłą   kobietą, 

przyzwyczajoną do samodzielnego decydowania o sobie!

Nie   miała   pojęcia,   co   będzie   dalej,   lecz   oczekiwała   jutra 

zarówno z obawą, jak i z ciekawością. 

– Co by pani robiła dziś wieczorem w Londynie? – Gwynneth 

oparła   się   łokciami   o   blat   recepcji   i   z   rozmarzeniem   w   oczach 

popatrzyła na Lindsay. 

– Gdybym akurat nie pracowała?

– Och, oczywiście. – Gwynneth zachichotała. 

– Czy ja wiem... pewnie spróbowałabym odespać zaległości. 

– A gdyby chciała się pani rozerwać?

– Niech pomyślę. Chyba skoczyłabym z przyjaciółmi do baru 

background image

na wino. 

– Do baru na wino... – z zachwytem powtórzyła Gwynneth. 

W jej ustach zabrzmiało to tak, jakby chodziło o egzotyczną 

świątynię.   Lindsay   uśmiechnęła   się   mimo   woli   na   myśl   o 

zatłoczonym lokalu, gdzie trzeba walczyć o miejsce na wysokim 

stołku, trzy razy przypominać o zamówionym drinku, a potem w 

nieskończoność czekać na wolny stolik. 

–  Później pewnie  poszlibyśmy  gdzieś  na  kolację  do  włoskiej 

albo hinduskiej restauracji. Czasem idziemy też do teatru, na balet 

lub   operę.   Albo   potańczyć   w   nocnym   klubie.   Ale   wątpię,   czy 

zdarzyłoby się to w poniedziałkowy wieczór. 

–   W   pani   ustach   brzmi   to   tak   ekscytująco.   To   dopiero   są 

rozrywki, prawda, Bronwen?

–   Jeśli   się   lubi   takie   rzeczy   –   cierpkim   tonem   odparła 

recepcjonistka. – Osobiście wolę spokojniejsze życie. A ty, moja 

droga...   –   Bronwen   złowrogo   łypnęła   na   Gwynneth   sponad 

okularów,   które   wkładała   do   czytania   –   po   paru   takich   nocach 

byłabyś wykończona. Nie wystarczyłoby ci siły, żeby tak balować. 

Lepiej się ogranicz do potańcówki w domu kultury. 

Zbita z tropu Gwynneth ucichła i zaczęła uzupełniać wpisy w 

kartach   pacjentów,   a   Lindsay   poszła   nalać   sobie   kawy.   W 

korytarzu spotkała wychodzącego z gabinetu Aidana. Widzieli się 

dzisiaj kilkakrotnie i raz, gdy napotkała jego spojrzenie, on szybko 

background image

odwrócił wzrok. Lecz poza tym w żaden sposób nie okazał, że 

zdarzyło się między nimi coś szczególnego. 

Teraz  wszedł  za  nią  do pokoju  śniadaniowego,  gdzie  akurat 

siedzieli Henry i Judith. 

–  Jak udał się twój  pierwszy  dyżur pod telefonem?  –  spytał 

Henry. 

– Doskonałe – zapewniła, może trochę zbyt radośnie. 

– Żadnych trudnych przypadków?

– Z wyjątkiem jednego, ale sobie poradziłam. 

–   Mówisz   o   pani   Morgan?   –   Judith   podniosła   oczy   znad 

czytanego czasopisma i włączyła się do rozmowy. 

– Właśnie. 

– Słyszałem o tym od Bronwen. Kto cię wezwał, Lindsay?

–   Prawdę   mówiąc,   nikt.   To   był   przypadek.   –   Zerknęła   na 

Aidana, ale nadal stał odwrócony plecami do niej. Oblizała wargi, 

które   nagle   wydały   się   jej   strasznie   suche.   –   Wracałam   od 

pacjenta   i   postanowiłam   wpaść   do   Morganów.   Byłam   u   nich 

kiedyś z Aidanem i wiedziałam, że on często do nich zagląda. 

– I odkryłaś, że Milly miała udar? – Judith nie posiadała się 

zdumienia. 

–   Tak.   A   biedny   Douglas   oczywiście   nie   mógł   nikogo 

zawiadomić. 

– Co za szczęście, że tam pojechałaś!

background image

– Ktoś wie, jak Milly dzisiaj się czuje? – spytał Henry i wszyscy 

zerknęli na Aidana. On zaś w końcu musiał na nich popatrzeć. 

–   Dzwoniłem   do   siostry   oddziałowej.   Stan   Milly   jest 

ustabilizowany, lecz kilka najbliższych dni będzie mieć decydujące 

znaczenie. 

– A Douglas? – cicho spytała Lindsay. 

– Załatwiłem mu miejsce w małym domu opieki niedaleko Rhyl. 

Jeśli Milly względnie dojdzie do siebie, też zostanie tam przyjęta. 

–   Dobra   robota   –   pochwalił   Henry.   –   Tych   dwoje   powinno 

zostać razem. Lindsay, kochanie, mogłabyś przyjąć resztę moich 

pacjentów?   Muszę   jechać   na   zebranie,   które   na   pewno   długo 

potrwa, a potem wolałbym wrócić prosto do Megan. 

– Nie ma sprawy – zapewniła. – Jeśli Aidan się zgodzi. 

–   Zaplanowałeś   coś   dla   tej   młodej   damy   na   dzisiejsze 

popołudnie?

Aidan   pośpiesznie   zaprzeczył   ruchem   głowy   i   tylko   Lindsay 

zauważyła, że trochę się zmieszał. Chyba z powodu sugestii, że 

mógłby chcieć spędzić ten czas w moim towarzystwie, pomyślała, 

a po jej wargach przemknął cień uśmiechu. 

Dyżur okazał  się  wyjątkowo  pracowity  i męczący.  Pacjentów 

było   dużo,   a   niektórzy   bez   ogródek   wyrażali   niezadowolenie   z 

powodu nieobecności doktora Llewellyna. Pewna kobieta nawet 

zrezygnowała   z   wizyty,   zdecydowana   poczekać   na   swego 

background image

lekarza. 

Lindsay   miała   wrażenie,   że   ten   trudny   dzień   nigdy   się   nie 

skończy,   ale   Gwynneth   zawiadomiła   ją,   że   w   poczekalni   jest 

jeszcze tylko jedna osoba. 

– Kto to taki? Nie mam tu więcej kart. 

– To Hannah Sykes. Nie było jej na liście. 

– Córka pastora baptystów?

– Tak. Zaraz przyniosę jej kartę. 

Lindsay ledwie zdążyła poruszyć zdrętwiałymi barkami i obolałą 

szyją, gdy zjawiła się recepcjonistka. 

– Dzięki, Gwynneth. – Lindsay wzięła od niej dużą kopertę. – 

Doktor Lennox jeszcze jest u siebie? – Nie widziała go przez całe 

popołudnie i obawiała się, że już wyszedł, a koniecznie chciała z 

nim porozmawiać. Czuła, że nie może zostawić tego, co zaszło, 

bez żadnego komentarza. 

–   Tak,   ma   jeszcze   trzech   pacjentów,   a   przed   chwilą   dostał 

nagłe wezwanie do matki Janet Pearce. 

– No dobrze. Przyślij do mnie tę pannę Sykes. 

Hannah Sykes miała piętnaście lat, lecz z powodu poważnej 

miny, okularów w drucianej oprawce i długich włosów wyglądała 

na starszą. 

– Usiądź, Hannah. Jestem doktor Henderson i zastępuję dzisiaj 

doktora Llewellyna. 

background image

– Myślałam, że on mnie przyjmie. 

– Chcesz zapisać się do niego na inny termin? – Lindsay miała 

szczerze   dosyć   spierania   się   z   kimś,   kto   woli   leczyć   się   u 

Henry’ego. 

–   Och,   nie   –   zaprzeczyła   dziewczyna.   –   Nawet   wolę 

porozmawiać   z  panią.  Lubię   doktora   Llewellyna,  ale  on  dobrze 

mnie   zna   i   przyjaźni   się   z   moim   ojcem,   więc   czułabym   się 

niezręcznie, mówiąc mu, o co chodzi. Widzi pani, ja chyba jestem 

w ciąży. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

–   Bronwen,   włóż   to,   z   łaski   swojej,   do   przegródki   doktora 

Llewellyna. – Lindsay podała recepcjonistce kartę Hannah Sykes. 

– Aha, czy doktor Lennox już wrócił?

– Nie, i nadal czeka na niego trzech pacjentów. 

– Wobec tego ja ich przyjmę. Przyślij pierwszego. 

Co prawda była wykończona i marzyła tylko o tym, aby powlec 

się  na górę  do swego  mieszkanka, uznała jednak, że  powinna 

pomóc Aidanowi, skoro miał nagłe wezwanie. 

Pierwszy pacjent cierpiał na ostre zapalenie pęcherza, a drugi 

na nadkwasotę. Lindsay postawiła diagnozę i wypisała stosowne 

leki, a odnosząc kolejną kartę, dowiedziała się, że Aidan właśnie 

przyjmuje trzecią zapisaną osobę. 

–   W   takim   razie   idźcie   już   do   domu   –   zasugerowała 

recepcjonistkom.   –   Zamknę   za   wami   drzwi,   a   doktor   Lennox 

odprowadzi ostatniego pacjenta. 

Chociaż raz Bronwen się nie sprzeciwiła i po wyjściu obu kobiet 

Lindsay   wreszcie   poszła   do   siebie.   Co   prawda   zamierzała 

porozmawiać   z  Aidanem,  lecz   doszła   do  wniosku,  że   po  takim 

dyżurze oboje są zbyt zmęczeni, aby podejmować  dyskusję na 

tematy osobiste. 

background image

Z ulgą zdjęła pantofle, nalała sobie kieliszek wina, nastawiła 

płytę   kompaktową   i   trochę   się   odprężyła.   Przez   cały   dzień 

usiłowała jakoś radzić sobie z napięciem wywołanym wczorajszą 

intymnością, ale czasem miała wrażenie, że zaraz eksploduje. 

Ledwie zdążyła odchylić głowę na oparcie kanapy i zamknąć 

oczy, gdy ktoś zapukał do drzwi. Mógł to być tylko Aidan. 

Rzeczywiście stał na progu, wsparty ramieniem o framugę. On 

także wyglądał na śmiertelnie zmęczonego. 

– Pewnie skończyłeś dyżur i chcesz, żebym za tobą zamknęła, 

prawda? – Spojrzała badawczo w jego niebieskie oczy. 

– Nie. Przyszedłem ci podziękować za przyjęcie moich dwóch 

pacjentów. 

– Drobiazg. – Wzruszyła ramionami. – Chociaż tak mogłam się 

przydać. – Sądziła, że Aidan teraz sobie pójdzie, ale on nie ruszył 

się z miejsca, tylko patrzył na nią z trochę zakłopotaną miną. 

– Wiem od Gwynneth, że chciałaś się ze mną widzieć. 

– No... tak, ale zrobiło się późno i pewnie jesteś zmęczony. 

– To żaden problem. I chętnie napiłbym się tego wina. Dopiero 

teraz dostrzegła, że trzyma w dłoni kieliszek. 

– Więc wejdź. 

–   Trochę   tu   inaczej   niż   wtedy,   kiedy   ja   zajmowałem   to 

mieszkanie – stwierdził, rozglądając się po pokoju. – Przydała się 

kobieca ręka. 

background image

Dłoń Lindsay nieco zadrżała podczas nalewania wina i szyjka 

butelki stuknęła o brzeg kieliszka. 

– Podobno miałeś nagłe wezwanie – zagaiła. Nagle zapragnęła 

odsunąć chwilę, w której zaczną rozmawiać  o sobie. Wskazała 

gościowi   miejsce   na   jedynym   fotelu,   a   sama   usiadła   w   rogu 

kanapy i podwinęła nogi pod siebie. 

–   Matka   Janet,   Audrey   Pierce,   miała   zawał,   a   w   drodze   do 

szpitala drugi. Zmarła, zanim dotarliśmy do izby przyjęć. 

– O Boże! Biedna Janet. Jak to zniosła?

– Jest otępiała. Od dawna opiekowała się matką. – Aidan wypił 

łyk wina. – Tak czy owak, jestem ci wdzięczny za wsparcie. 

– Karty tych dwóch osób są w twojej przegródce. 

– Dzięki. Pewnie powiedzieli, co myślą o zastępstwie?

–   I   owszem.   Za   to   pacjentka   zapisana   do   Henry’ego   była 

zadowolona,   że   trafiła   do   mnie.   Ale   jej   kartę   zostawiłam 

Henry’emu. 

– To coś pilnego?

– Raczej nie. Chodzi o Hannah Sykes. 

– Córkę Petera Sykesa?

– Tak. Jest w ciąży. 

– O rany! Ile ta dziewczyna ma lat?

– Piętnaście. 

– Peter i Beth nie będą zachwyceni. 

background image

– Na pewno. 

– Już wiedzą?

– Nie. Ojciec dziecka, kolega ze szkoły, też nie. To chyba był 

jednorazowy wyskok. 

–   Niewiarygodne.   Nigdy   nie   podejrzewałbym   Hannah   o 

swobodę   seksualną.   W   tej   rodzinie   obowiązują   surowe   zasady 

moralne. 

– Dziewczynom z takich środowisk często się to zdarza. Marzą 

tylko o tym, żeby wyrwać się spod kurateli. 

– To prawda, chociaż rodzice dawali Hannah i jej bratu Paulowi 

sporo swobody. Wiadomość o tej ciąży będzie dla nich sporym 

ciosem, zwłaszcza z powodu stanowiska Petera. 

– To twoi przyjaciele?

– Są bardziej zaprzyjaźnieni z Henrym i Megan. Wiadomo, co 

Hannah zamierza?

– Chyba jeszcze się nad tym nie zastanawiała. 

– Co zrobiłaś?

– Cóż, potwierdziłam ciążę. Czwarty  miesiąc. Obiecałam też 

poinformować   Henry’ego.   Hannah   sama   spróbuje   powiedzieć 

matce,   ale   wspomniałam,   że   w   razie   potrzeby   ja   mogę   z   nią 

porozmawiać   lub   przynajmniej   wesprzeć   Hannah   swoją 

obecnością.   Przyznam,   że   pierwszy   raz   znalazłam   się   w   takiej 

sytuacji. Dobrze postąpiłam?

background image

– Doskonale. Nic innego nie mogłaś zrobić. 

– Uznałam też, że wszelkie formularze wypełnimy dopiero po 

rozmowie z matką. 

–   Dobry   pomysł.   Na   razie   Hannah   i   tak   ma   sporo   do 

przemyślenia. – Aidan umilkł na chwilę, po czym napotkał wzrok 

Lindsay.   –   Wiem,   że   chciałaś   się   ze   mną   zobaczyć   –   rzekł   z 

wahaniem. – Ja też pragnąłem coś wyjaśnić. Chyba chodzi nam o 

to samo. 

– Możliwe. 

– Mów pierwsza. 

– Cóż, zamierzałam tylko powiedzieć, że taka atmosfera, jaką 

sami stworzyliśmy, jest nie do zniesienia. Czułam się okropnie. 

– Ja też. Wyobrażam sobie, jak oceniłaś moje niewybaczalne 

zachowanie. Dlatego zrozumiem, jeśli postanowisz skrócić swoją 

praktykę, i nawet jestem gotów wyjaśnić wszystko Henry’emu. 

– Aidan, proszę cię... – Zerwała się z kanapy. 

–   Wysłuchaj   mnie   do   końca.   –   Aidan   także   wstał.   – 

Napastowanie seksualne to poważna sprawa i w tej sytuacji mogę 

tylko jeszcze raz cię przeprosić za... 

– Napastowanie seksualne? Daj spokój. – Nie wiedziała, czy 

śmiać   się,   czy   płakać.   Ale   Aidan   wydawał   się   autentycznie 

przybity, więc delikatnie pogłaskała go po policzku. – Jak możesz 

mówić   takie   rzeczy,   skoro   ja   zareagowałam   w   wiadomy   ci 

background image

sposób?

– Ale ja mam sobie za złe swoje zachowanie. Co ty sobie o 

mnie pomyślałaś... 

–   A   nie   przyszło   ci   do   głowy,   że   ja   martwię   się   tym,   co   ty 

pomyślałeś o mnie?

–   Nie   rozumiem.   –   Ujął   jej   rękę   i   odsunął,   ale   zatrzymał   w 

swojej dłoni. 

– Bałam się, że z powodu mojej reakcji uznasz mnie za babę, 

która   jest   napalona   na   każdego.   Dzisiaj   od   rana   mnie 

ignorowałeś, więc nawet nie mogłam sprawdzić, co naprawdę o 

mnie sądzisz. 

– Sugerujesz, że mi wybaczyłaś?

– Nie było czego. Naprawdę, Aidan. Ale powiedz mi... 

– Co takiego?

Mocny, ciepły uścisk jego dłoni sprawił, że odniosła wrażenie, 

jakby coś zaczynało w niej topnieć. 

– Dlaczego to zrobiłeś?

– No cóż... chyba... 

– To był impuls? Bo najpierw na mnie wrzeszczałeś, a zaraz 

potem... 

– Wrzeszczałem na ciebie, jak to ujęłaś, żeby jakoś nad sobą 

panować. Masz pojęcie, jak mi było ciężko? Nie domyślasz się, co 

do ciebie czuję?

background image

Zauważyła,   że   Aidan   błądzi   spojrzeniem   po   jej   twarzy   i 

włosach, po czym zatrzymuje wzrok na ustach. I nagle stwierdziła, 

że już nie topnieje, tylko czuje ogarniające ją pożądanie. 

– Powiedz mi – szepnęła. 

– Pewnie nie chcesz tego usłyszeć. 

– Przekonajmy się. 

– Pragnę cię od pierwszej chwili – oświadczył, wpatrzony w jej 

wargi. – Początkowo usiłowałem sobie wmówić, że zanadto się 

różnimy. Ty jesteś wyrafinowaną dziewczyną z wielkiego miasta, 

a   ja   zwyczajnym   chłopakiem  ze   wsi.   Wiedziałem,   że   nawet  na 

mnie nie spojrzysz, więc od razu wzniosłem mur. 

– Dlaczego uznałeś, że mnie nie zainteresujesz?

– Dałaś jasno do zrozumienia, że nie zadowala cię praktyka 

pod   moim   okiem.   Pomyślałem   więc,   że   nie   ma   szans,   abym 

odegrał   jakąkolwiek   inną   rolę   w   twoim   życiu   i   postanowiłem 

zachować   dystans.   A   to   stało   się   jeszcze   trudniejsze,   gdy 

ogłosiliśmy rozejm i zgodziliśmy się zacząć naszą znajomość od 

nowa. Zaprzyjaźniliśmy się i ledwie byłem w stanie trzymać się od 

ciebie z daleka. Tamtego dnia, gdy pojechałaś ze mną do Capel 

Curig, cierpiałem prawdziwe katusze... 

–   Co   więc   się   zmieniło,   skoro   wczoraj...   –   Lindsay   pytająco 

zawiesiła głos. 

– Cóż, od tego rąbania i tak podniósł mi się poziom adrenaliny, 

background image

a kiedy nagle cię zobaczyłem... Słowo  daję, w pierwszej chwili 

pomyślałem, że mam przywidzenia. Stałaś tam taka spokojna i 

świeża jak stokrotka w tej kraciastej bluzce, a ja byłem zmachany 

i   spocony.   Tak   bardzo   cię   zapragnąłem,   natomiast   ty   zaczęłaś 

opowiadać o Milly, więc udawałem, że jestem na ciebie zły, bo 

tylko tak mogłem nad sobą zapanować. A potem się rozzłościłaś 

i... moje hamulce puściły. 

–   Och,   Aidan...   chodź   tutaj.   –   Wzięła   w   dłonie   jego   twarz   i 

spojrzała mu w oczy. 

– Nie baw się ze mną, Lindsay. Ostrzegam cię, że igrasz z 

ogniem. Z pewnością nie mogłabyś odwzajemnić moich uczuć, a 

ja nie jestem z drewna, więc lepiej dajmy sobie spokój. 

– Dlaczego sądzisz, że nie masz szans na wzajemność?

– Bo to po prostu nierealne. Zbyt wiele nas dzieli. Ty jesteś 

dziewczyną   światową,   chadzasz   na   wytworne   przyjęcia   i   do 

teatru, jeździsz na urlopy za granicę, a ja mieszkam na walijskiej 

prowincji, w małym domku, z dwoma psami... 

– A gdybym ci powiedziała, że ja też od razu wyczułam jakieś 

iskrzenie   między   nami?   Że   starałam   sieje   zignorować,   po 

pierwsze dlatego, że nadal nie doszłam do siebie po zerwaniu z 

Andrew,   a   po   drugie,   bo   ty   okazywałeś   mi   tyle   niechęci. 

Wmawiałam sobie, że nie byłabym w stanie nawet cię polubić, nie 

mówiąc o czymś więcej. Ale wczoraj, gdy zacząłeś mnie całować, 

background image

chciałam, żebyś nigdy nie przestał. 

– Naprawdę? – Patrzył na nią ze szczerym zdumieniem. 

– Oczywiście. – Nadal trzymając jego twarz w dłoniach, stanęła 

na palcach i delikatnie pocałowała go w usta. – Więc jak będzie, 

doktorze   Lennox?   –   zamruczała.   –   Mógłby   pan   kontynuować 

rozpoczęte   dzieło?   Bo   przyznam,   że   dłużej   nie   zniosę   tego 

czekania... 

Postanowili na razie zachować swój związek w tajemnicy, choć 

Lindsay   najchętniej   rozgłosiłaby   prawdę   z   dachu   najwyższego 

budynku   w   Tregadfan.   Ale   musiała   się   zadowolić   tylko 

ukradkowymi   spojrzeniami,   muśnięciami   ręki   i   skradzionymi   w 

przelocie całusami. 

–   Wiem,   że   powinienem   powiedzieć   o   nas   Henry’emu   – 

stwierdził   Aidan.  Właśnie  oboje   wrócili  z   objazdowego  dyżuru   i 

siedzieli w landroverze, odsuwając  w czasie chwilę powrotu  do 

przychodni. – Tylko wciąż z tym zwlekam. 

– Sądzisz, że źle to przyjmie?

–   Przeciwnie.   Gdy   już   się   oswoi   z   tą   wiadomością,   pewnie 

ucieszy się z naszego szczęścia. 

– Czemu nie chcesz zaraz wszystkiego mu wyznać?

– Bo nie jestem pewien, jak to wygląda z punktu widzenia etyki 

zawodowej.  Nigdy nie słyszałem o lekarzu, który  romansuje  ze 

swoją praktykantką. Henry może uznać to za niedopuszczalne i 

background image

odesłać cię do Londynu. Nie zniósłbym rozstania z tobą. 

–   Nie   dramatyzuj.   Małżeństwa   lekarzy   rodzinnych   to   dość 

powszechne zjawisko. 

– Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem. 

–   Jakoś   rozwiążemy   ten   problem   –   pogodnie   oświadczyła 

Lindsay.   –   A   teraz   lepiej   wejdźmy   do   środka,   bo   od   tego 

obserwowania nas przez okno Bronwen zaraz skręci sobie kark. 

–   Może   powinienem   przy   całym   personelu   namiętnie   cię 

pocałować. Ludzie mieliby o czym gadać do końca roku. 

Weszli do przychodni i Lindsay z uśmiechem pomaszerowała 

do   swojego   gabinetu.   Bronwen   odprowadziła   ją   spojrzeniem 

podejrzliwym, a Gwynneth – rozmarzonym. 

Lindsay nadal była oszołomiona tym wszystkim, co działo się 

między nią i Aidanem. Wciąż ją to zdumiewało, wręcz szokowało. 

A   jednocześnie   związek   z   Aidanem   wydawał   się   jej   czymś   tak 

oczywistym,   jakby   został   zaplanowany   przez   wyższą   siłę 

sprawczą, na którą oni oboje nie mieli żadnego wpływu. Lindsay 

wiedziała tylko tyle, że ta siła uczyniła z niej bezradną kobietkę, 

która pragnie bezustannie przebywać z Aidanem. 

Ledwie   zdążyła   powiesić   żakiet   i   usiąść   za   biurkiem,   gdy 

zabrzmiał   brzęczyk   interkomu.   Włączyła   aparat   i   ku   swemu 

zdziwieniu usłyszała głos Henry’ego. Poprosił, aby zaraz do niego 

przyszła. 

background image

Dopiero idąc korytarzem, pomyślała, że Henry mówił dziwnym 

tonem. I zazwyczaj sam wpadał do niej, gdy czegoś sobie życzył. 

Skoro więc ją wezwał, to musi chodzić o coś bardzo ważnego. 

Czyżby o Megan? Lindsay przyśpieszyła kroku. A jeśli Henry wie 

o niej i Aidanie? Może widział ich razem lub coś usłyszał? Ale 

jakim cudem? Przecież tak uważali. Tyle tylko, że w takiej małej 

miejscowości jak Tregadfan ludzie wiedzą o sobie wszystko. Nic 

się nie ukryje. 

Wchodząc   do   gabinetu,   czuła,   że   jej   serce   tłucze   się   jak 

szalone. Henry stal przy oknie i na szczęście był sam. Lindsay 

przez   jedną   okropną   chwilę   obawiała   się,   że   zastanie   u   niego 

Aidana.   Co   prawda   może   to   nie   byłoby   aż   takie   złe...   Razem 

stawiliby czoło problemowi. 

–   A,   Lindsay.   Usiądź,   proszę.   –   Henry   wskazał   jej   krzesło 

naprzeciw   biurka,   a   sam   siadł   przy   nim.   –   Jestem   zmuszony 

poruszyć pewną drażliwą sprawę. 

A  więc  stało  się,  pomyślała   Lindsay.  Henry  zaraz  powie,  że 

dowiedział   się   o   ognistym   romansie   swojego   wspólnika   z 

praktykantką. Cóż, najlepiej wszystkiemu zaprzeczyć. Zresztą jak 

tu mówić o romansie, skoro ona i Aidan nawet jeszcze nie poszli 

razem do łóżka. Trzeba więc oświadczyć, że... że... 

Nagle   stwierdziła,   że   Henry   coś   mówi,   lecz   była   taka 

pogrążona   w   myślach,   że   usłyszała   tylko   słowo   „Megan”   i 

background image

poderwała   głowę.   Megan?   A   więc   to   o   niej   chciał   rozmawiać 

Henry?

– Z Megan wszystko w porządku?

– Z Megan? – Henry podniósł wzrok znad splecionych dłoni i 

spojrzał na nią wyraźnie zdziwiony. 

– Właśnie o niej mówiłeś. 

–   Tylko   tyle,   że   odwiedziła   ją   Juliet,   ta   przyjaciółka,   która 

pomaga jej prowadzić sklep z wyrobami artystycznego rzemiosła. 

–   Więc   Megan   czuje   się   dobrze?   –   Lindsay   znów   poczuła 

przypływ niepokoju. 

– Cóż, nie gorzej... 

– Dzięki Bogu. Już myślałam, że coś jej się stało. 

–   Och,   nie,   Lindsay,   wybacz   mi,   jeśli   cię   przestraszyłem. 

Strasznie zbladłaś. 

– Głupstwo – mruknęła. – Więc co z tą Juliet?

– Podobno słyszała we wsi, że Hannah Sykes jest w ciąży. 

– Co takiego?! Przecież jeszcze nikt o tym nie wie. 

– Też tak sądziłem. Wspomniałaś, że Hannah ma przyjść do 

ciebie z matką?

– Tak, dziś po południu. 

– Kto oprócz ciebie i mnie może znać prawdę?

–   Tylko   Aidan.   Powiedziałam   mu,   żeby   się   upewnić,   czy 

postępuję właściwie. 

background image

– Hannah nikomu nie pisnęła ani słowa?

– Podobno nie. Nawet ów chłopak na razie nie ma o niczym 

pojęcia. 

– Cóż, mogła wygadać się przyjaciółce. Ale bardziej niepokoi 

mnie inna możliwość: że za przeciek odpowiada ktoś od nas. 

– Przecież sprawę zna tylko nas troje. 

Henry przez chwilę w milczeniu bębnił palcami o blat biurka. 

– I nasz personel? – spytał w końcu. 

–   Chyba   tak.   Wprowadziłam   dane   do   komputera,   zrobiłam 

notatki   w   karcie   Hannah   i   oczywiście   wykonałam   test   ciążowy. 

Ale... przecież nikt nie paplałby o tym na prawo i lewo. To byłoby 

naruszenie   tajemnicy   zawodowej.   Nie   wyobrażam   sobie,   żeby 

Bronwen lub Gwynneth zrobiły coś takiego. Nawet Judith chyba 

nic nie wie. 

– Ale przyznasz, że informacja byłaby łakomym kąskiem dla 

plotkarzy. Piętnastoletnia córka pastora baptystów w ciąży!

– Co zamierzasz?

– Najpierw spytam Megan o szczegóły. – Henry podniósł się 

zza   biurka.   –   Całe   szczęście,   że   dzisiaj   matka   dziewczyny   o 

wszystkim się dowie. Oby tylko wcześniej nie usłyszała tego od 

kogoś we wsi. 

Lindsay z ciężkim sercem wróciła do gabinetu. Henry chyba nie 

przypuszcza, że to ona zdradziła komuś informację o młodocianej 

background image

pacjentce. I bez tego biedak ma dość problemów. A na dodatek 

czeka   go   kolejna   niespodzianka   –   wiadomość   o   romansie 

wspólnika  z   praktykantką.   Czy   to   będzie   dla   Henry’ego   kolejny 

powód do zmartwienia? Na myśl o tym Lindsay ogarnęły wyrzuty 

sumienia.   Zaraz  jednak   doszła  do   wniosku,   że   Henry   powinien 

wiedzieć, co się święci. Miała zamiar porozmawiać z Aidanem i 

wraz   z   nim   w   oględny   sposób   poinformować   o   wszystkim 

Henry’ego. 

Ale później, gdy spotkali się na kawie w pokoju śniadaniowym, 

na   widok   miny   Henry’ego   zapomniała   o   swoim   postanowieniu. 

Najwyraźniej bowiem Henry już powiedział Aidanowi o przecieku 

w sprawie Hannah Sykes. 

– Dowiedziałeś się czegoś nowego, Henry? – spytał Aidan. 

– Owszem, i to czegoś najgorszego. Na moją prośbę Megan 

zadzwoniła do Juliet i spytała, gdzie Juliet usłyszała tę nowinę o 

Hannah.   Okazało   się,   że   w   bibliotece   rozmawiały   o   tym   dwie 

kobiety. Nie mówiły szeptem, więc Juliet uznała, że chodzi o fakt 

ogólnie znany. 

– Kim były te panie? – spytał Aidan. 

– Żona rzeźnika dowiedziała się o ciąży Hannah od... Bronwen 

Matthews. 

Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze. 

– Zamierzam niezwłocznie rozwiązać ten problem – oświadczył 

background image

Henry. – Chciałem tylko najpierw was uprzedzić. 

–   Zwolnisz   ją,   prawda?   –   W   głosie   Aidana   nie   było   cienia 

wątpliwości. 

– Oczywiście. W umowie o pracę jest wyraźnie zaznaczone, że 

zostanie   natychmiast   rozwiązana   w   przypadku   naruszenia 

tajemnicy zawodowej. 

– Gwynneth da sobie sama radę? – spytała Lindsay. 

– Będziemy jej pomagać, dopóki kogoś nie zatrudnimy. 

– Biedny Henry – po jego wyjściu mruknął Aidan. – Nie znosi 

takich   sytuacji,   ale   jak   widać,   wszystko   może   się   zdarzyć. 

Przyznam, że trudno mi w to uwierzyć. Dałbym głowę za to, że 

Bronwen to wcielenie zawodowej lojalności. 

– Pomyślałam, że powinniśmy powiedzieć  Henry’emu o nas. 

Wolałabym, żeby nie dowiedział się tego z plotek. 

–   Masz   rację,   ale   teraz   chyba   nie   jest   odpowiedni   moment. 

Bronwen na pewno urządzi scenę, a Gwynnetłi zaleje się łzami. 

– Nie ucieszy się? Przecież Bronwen zawsze dawała się jej we 

znaki. 

– Z Gwynneth nigdy nic nie wiadomo. Podejrzewam, że w tej 

chwili już żałuje Bronwen. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Więc Gelert był psem? – Lindsay przetoczyła się po trawie, 

aby spojrzeć ze wzgórza na leżącą w dole wieś Beddgelert. 

– Tak. – Aidan usiadł obok Lindsay. – Tam jest jego grób. 

– Opowiedz mi tę legendę. 

– Dawno temu pan Gelerta, walijski książę, polecił mu pilnować 

swojego maleńkiego synka. Gdy wrócił, dziecka nie było, a pies 

miał zakrwawiony pysk. Książę uznał, że Gelert je zaatakował i 

zabił, więc wyciągnął mecz i przebił nim psa. 

– On rzeczywiście zagryzł to dziecko?

– Nie. Dziecko wkrótce znaleziono żywe obok ciała martwego 

wilka. Stało się jasne, że Gelert uratował niemowlę, stoczywszy 

zwycięską walkę z wilkiem. To jego krew miał na pysku. Książę 

tak   bardzo   żałował   swojego   czynu,   że   kazał   sprawić   Gelertowi 

wspaniały pochówek, a grób istnieje do dziś. 

–  Smutna  historia. –  Lindsay  spojrzała  na  Jessa i Skippera, 

które tuż obok wylegiwały się na słońcu. – Ale dowodzi, że pies to 

najwierniejszy przyjaciel człowieka, prawda?

– Bez wątpienia. Szkoda, że niektórzy ludzie nie są tacy lojalni. 

– Myślisz o Bronwen. 

– Nigdy bym nie przypuszczał, że jest do tego zdolna. – Aidan 

background image

z westchnieniem przewrócił się na wznak. – Ale pozory mylą. 

– Jak sądzisz, co ona teraz zrobi?

–   Bóg   raczy   wiedzieć.   W   Tregadfan   na   pewno   nie   dostanie 

pracy. Nie zdziwiłbym się, gdyby stąd wyjechała. 

– Ale dokąd?

– Może do Llangollen? Podobno ma tam rodzinę. Przez chwilę 

oboje w milczeniu przetrawiali wydarzenia z minionego tygodnia. 

Wokół panowała rozkoszna cisza, którą mącił jedynie cichy szum 

silnika   przelatującej   w   pobliżu   awionetki,   beczenie   owiec   i 

dobiegający z daleka dźwięk kościelnego dzwonu. 

–   A   propos   Bronwen...   –   Lindsay   nagle   uznała,   że   musi 

wyjaśnić swoje wątpliwości. – Było coś kiedyś między wami? – 

spytała, delikatnie muskając twarz Aidana źdźbłem trawy. 

– Czemu pytasz? – Aidan uchylił jedno oko. 

– Raz czy dwa odniosłam wrażenie, że ona uważa cię za swoją 

wyłączną   własność.   Poza   tym   chyba   mnie   nie   lubiła  i  nie  była 

zachwycona faktem, że praktykuję pod twoją opieką. To dawało 

do myślenia. 

– Z Bronwen nigdy nic mnie nie łączyło, ale ona miała ochotę 

na coś więcej niż stosunki służbowe. Nieraz to sugerowała. 

– Nie chciałeś się z nią związać?

– Nigdy w życiu! Od razu postawiłem sprawę jasno. 

– Więc to nie Bronwen cię zawiodła?

background image

– Nie rozumiem. – Aidan przymrużył oczy, bo raziło go słońce. 

– Wspomniałeś coś o tym, gdy opowiedziałam ci o zdradzie 

Andrew. 

–   Rzeczywiście,   mam   za   sobą   doświadczenia   podobne   do 

twoich. Ale nie z Bronwen. – Aidan umilkł, a Lindsay pomyślała, 

że nawet teraz jej się nie zwierzy. – To zdarzyło się wiele lat temu 

– wyjaśnił w korku. – Po śmierci ojca nadal mieszkałem z matką w 

Irlandii,   a   potem   wyjechałem   do   Anglii   na   studia.   Moja 

dziewczyna, Sineard, obiecała na mnie czekać. 

– Ale nie dotrzymała obietnicy?

– Wkrótce wyszła za mojego najlepszego przyjaciela. 

– Podwójna zdrada?

– Właśnie. 

– Więc naprawdę wiedziałeś, co przeżyłam?

– Aż za dobrze. – Wziął ją w ramiona i pochylił się nad nią, a 

jego ciepłe usta spoczęły na jej wargach. 

Zamierzała dowiedzieć się czegoś więcej o tamtej dziewczynie, 

o   jego   matce   i   życiu   w   Irlandii,   lecz   gdy   poczuła   na   wargach 

czubek   jego   języka,   a   na   piersiach   dotyk   dłoni,   zalała   ją   fala 

pożądania.   Podniecenie   prawie   sięgnęło   zenitu,  gdy   rozległ   się 

natarczywy dzwonek telefonu. 

Lindsay   przez   chwilę   sądziła,   że   Aidan   to   zignoruje,   ale 

zwyciężyło   poczucie   lekarskiego   obowiązku.   Doktor   Lennox   z 

background image

cichym przekleństwem sięgnął do kieszeni leżącej na trawie kurtki 

i wyjął brzęczącą komórkę. 

– Tak, to ja – rzekł po chwili. – W Beddgelert... Oczywiście, 

możemy wrócić tamtędy... Tak, Lindsay jest ze mną. – Wyłączył 

aparat   i   skrzywił   się.   –   Pora   wziąć   się   do   roboty,   doktor 

Henderson. – Wstał i pomógł jej się podnieść. – Przydzielono nam 

ambitne zadanie. 

– Co się stało?

–   Clarrie   Williams   zaczęła   rodzić,   a   położnej   popsuł   się   w 

Glasfryn samochód. Wezwała pomoc drogową, a Henry jedzie do 

pacjenta w Gwytherin. 

– To na co czekamy? – Lindsay chwyciła go za rękę i razem 

zeszli stromą, kamienistą ścieżką na dół, gdzie stał zaparkowany 

landrover. 

–   Oby   Clarrie   wzięła   na   wstrzymanie   –   mruknął   Aidan,   gdy 

wyjechali na wąską, górską drogę. – Czwarte dziecko zazwyczaj 

strasznie się śpieszy na ten świat. 

– Henry się zdziwił, że wolny dzień spędzamy razem?

– Chyba nie. – Aidan uśmiechnął się szeroko. 

– Jak zareagował, kiedy się o tym dowiedział?

– Wielce wymownym tonem powiedział: „Ach tak...”

– Uważasz, że o nas wie?

– Coś mi mówi, że Henry wszystkiego się domyśla. 

background image

– Musimy jak najszybciej go oświecić. 

– Poczekajmy, aż ucichnie sprawa Bronwen. 

– Sądzisz, że będzie trudno znaleźć kogoś na jej miejsce?

– Chyba znam kogoś odpowiedniego. 

–  Naprawdę?  Myślałam, że  tutaj  niełatwo  o wykwalifikowany 

personel. 

–   W   zasadzie   tak,   ale   tym   razem   chyba   można   mówić   o 

szczęściu.   Jeszcze   nie   mam   pewności,   ale   wydaje   mi   się,   że 

Janet Pearce byłaby zainteresowana pracą u nas. 

– Ona? Przecież właśnie straciła matkę. 

–   Na   pewno   potrzebuje   trochę   czasu,   lecz   po   pogrzebie   i 

załatwieniu  spraw  rodzinnych   nie  będzie   siedzieć   z   założonymi 

rękami. 

– Mówiłeś, że była siostrą przełożoną. Nie wolałaby wrócić na 

taki etat?

–   Janet   kiedyś   mi   powiedziała,   że   już   dawno   pracowała   w 

swoim zawodzie i pewnie nie dałaby sobie rady. Ale ze swoim 

medycznym doświadczeniem idealnie nadawałaby się do poradni. 

Co ty na to?

– Wspaniałe rozwiązanie. 

–   Wiem,   że   w   przypadku   śmierci   matki   zamierzała   znaleźć 

pracę i kontynuować ją aż do osiągnięcia wieku emerytalnego, a 

jest dopiero po pięćdziesiątce. 

background image

– Dogada się z Gwynneth?

–   Na   pewno.   Janet   ma   ciepłą   osobowość,   a   Gwynneth   to 

doceni.   Poza   tym   Janet   to   osoba   bystra,   pracowita   i   dobrze 

zorganizowana,   więc   stworzą   doskonały   duet.   Będziemy 

zadowoleni. 

–   Gwynneth   wreszcie   odetchnie,   bo   nikt   nie   będzie   jej 

terroryzował. 

– Masz na myśli Bronwen?

– Tak. Robiła z życia Gwynneth piekło. 

– Nie przypuszczałem, że było aż tak źle. Czemu nic mi nie 

powiedziałaś?

– Gwynneth błagała mnie o milczenie. – Lindsay westchnęła 

ciężko. – Ale szkoda, że jej posłuchałam. Rozmawiałeś z Henrym 

o zatrudnieniu Janet?

– Nie, chciałem najpierw spytać ciebie o zdanie. 

– Uważam, że to świetny pomysł, oczywiście, jeśli Janet się 

zgodzi. 

Przed domem czekał na nich Rufus. Miał taką zasępioną minę, 

jakby   na   jego   szczupłych   barkach   spoczywały   wszystkie   troski 

świata. Lindsay zrobiło się żal nastolatka. 

– Gdzie mama? – spytał Aidan. 

– Na górze, w sypialni. 

Lindsay i Aidan pobiegli do wnętrza. Tym razem nie było czasu 

background image

na podziwianie gęgających gęsi ani na pogawędki z kimkolwiek. 

W kącie saloniku siedziała najwyraźniej przerażona Evie i nieco 

starszy chłopiec, chyba ów Jared, a u szczytu schodów stał Dai. 

– Dzięki Bogu, że już pan przyjechał, doktorze – zawołał na 

widok   Aidana.   –   Coś   jest   nie   tak.   Poprzednio   było   zupełnie 

inaczej. 

Lindsay   weszła   za   Aidanem   do   ciasnej,   zabałaganionej 

sypialni. Odziana tylko w trykotową koszulę nocną Clarrie leżała 

na łóżku, była spocona i szara na twarzy. Obu rękami kurczowo 

ściskała kłęby zmiętej pościeli i nagle jęknęła, gdy chwycił ją silny 

skurcz. 

–   Już   dobrze,   Clarrie,   jesteśmy   przy   tobie.   –   Aidan   jednym 

ruchem odsunął jakieś rupiecie i postawił na komodzie lekarską 

torbę.   –   Zaraz   sprawdzimy,   co   knuje   twój   dzidziuś.   –   Zręcznie 

włożył   lateksowe   rękawiczki   i   przystąpił   do   badania,   następnie 

gestem poprosił Lindsay, aby z nim podeszła do okna. 

– Jakiś problem? – spytała przyciszonym tonem. 

–   Rozwarcie   ma   siedem   centymetrów,   ale   dziecko   jest 

odwrócone twarzą do kości łonowej. 

– To oznacza poród kleszczowy?

– Niekoniecznie. Czasem dziecko samo się obraca lub, jeśli 

matka okaże się wytrzymała, może urodzić w klasyczny sposób. 

Clarrie na pewno tego pragnie. 

background image

– Jaki jest stan dziecka?

– Tętno w normie. Zadzwonię do siostry Mackett i dowiem się, 

kiedy zdoła tu dotrzeć. Jeśli Clarrie ma urodzić normalnie, trzeba 

przywieźć tlen. 

– O co chodzi? – od drzwi zawołał Dai. – Coś nie w porządku, 

prawda?

– Dziecko jest w nietypowej pozycji, ale to nic strasznego – 

odparł Aidan. 

– Nie chcę jechać do szpitala. – Clarrie podciągnęła się nieco 

wyżej. 

–   Mam   nadzieję,   że   to   nie   będzie   konieczne,   Clarrie.   Tętno 

dziecka   jest   miarowe   i   silne.   Wszystko   zależy   od   tego,   czy 

zanadto się nie zmęczysz. 

– Nie. – Clarrie mocno przygryzła dolną wargę. 

– Wobec tego powinniśmy się wziąć do roboty – oświadczył 

Aidan.   –   Siostra   Mackett   zmyje   nam   głowy,   jeśli   nic   nie 

przygotujemy. 

–   Trochę   tu   posprzątam   –   zaproponowała   Lindsay,   a   Aidan 

spojrzał na nią z wdzięcznością. – Dai, mógłby pan z chłopcami 

zrobić   dla   wszystkich   herbatę?   Clarrie,   gdzie   są   rzetzy   dla 

dziecka?

–   W   tamtej   szafce,   a   łóżeczko   stoi   w   sąsiednim   pokoju. 

Myślałam,   że   będzie   potrzebne   dopiero   w   przyszłym   tygodniu. 

background image

Poprzednie dzieciaki były o parę dni przenoszone. Ach... – Clarrie 

gwałtownie wciągnęła powietrze, bo chwycił ją kolejny skurcz. 

Aidan   siedział   przy   pacjentce,   natomiast   Lindsay   zajęła   się 

porządkowaniem   sypialni.   Zebrała   porozrzucaną   garderobę, 

niektóre rzeczy poskładała i włożyła do szuflad, inne zaś powiesiła 

w   szafie.   Przyniosła   też   drewniane   łóżeczko   i   postawiła   je   w 

nogach dużego łóżka. Niemowlęce ubranka pieluszki i przybory 

toaletowe   znalazła   starannie   poukładane   w   narożnej   szafce. 

Clarrie   najwyraźniej   była   doskonale   przygotowana   do   narodzin 

dziecka. 

Po   chwili   Rufus   przyniósł   tacę   z   herbatą.   Wchodząc   do 

sypialni,   z   lekka   przerażony   zerknął   na   matkę,   jakby   się 

spodziewał zobaczyć coś strasznego. 

– Nie ma się czego obawiać, Rufus – zapewnił go Aidan. – 

Twoja mam czuje się całkiem dobrze. Właśnie obstawiamy, kto 

zjawi   się   pierwszy,   noworodek   czy   siostra   Mackett   Clarrie,   Dai 

asystował ci przy poprzednich porodach?

– Tak... przy wszystkich. 

– Rufus, powiedz tacie, żeby tu przyszedł, gdy wypije herbatę. 

Nie powinna go ominąć czwarta atrakcja. 

– Co jeszcze mogłabym zrobić? – Lindsay pytająco spojrzała 

na Aidana. Już zdążyła posłać łóżeczko i poczynić inne niezbędne 

przygotowania. Teraz wzięła kubek i wypiła łyk. 

background image

– Jeśli ten maluch wygra wyścig i zjawi się przed położną, jak 

chciałabyś go przyjąć?

–   Przyznam,   że   minęło   sporo   czasu   od   ostatniego 

przyjmowanego przeze mnie porodu – mruknęła. 

–   Więc   to   będzie   kolejne   zawodowe   doświadczenie.   My, 

lekarze rodzinni, nigdy nie wiemy, czego się spodziewać. Może 

więc sprawdzisz, co zaszło, kiedy radośnie popijaliśmy herbatkę. 

Lindsay z wahaniem wciągnęła rękawiczki i zbadała Clarrie. 

– Tętno płodu nadal silne – stwierdziła po chwili. – Rozwarcie 

na dziesięć centymetrów, można wyczuć ciemiączko przednie. 

– Gdzie Dai? – wydyszała Clarrie. 

– Tutaj, kochanie. – Niezauważony przez nikogo, Dai wrócił do 

pokoju, usiadł przy łóżku i wziął żonę za rękę. 

– Clarrie i ten maluszek postanowili nie czekać ani na tlen, ani 

na siostrę Mackett – pogodnie stwierdził Aidan. 

– Chcę... przeć... – Clarrie pośmiała na twarzy z wysiłku. 

– Wszystko będzie dobrze? – Dai z niepokojem spojrzał przez 

ramię na dwoje lekarzy. 

– Spokojna głowa, Dai – zapewnił go Aidan. – Dziecko przyjmie 

doktor Henderson, która jest jednym z najlepszych fachowców w 

kraju. Jej obecność to dla nas zaszczyt. 

Aidan porozumiewawczo mrugnął do Lindsay, po czym oboje 

znów skupili uwagę na pacjentce. 

background image

– Już widać główkę – po paru minutach triumfująco oznajmiła 

Lindsay. – Clarrie, teraz musisz trochę podyszeć. O, właśnie tak. 

Od razu widać, że znasz się na rzeczy. Dobra robota. – Kątem 

oka   zauważyła,   że   Aidan   napełnia   strzykawkę,   ale   nie   miała 

zielonego pojęcia czym. 

Po chwili wysunęła się cała główka dziecka – buzią do góry, 

zamiast do dołu – i właśnie wtedy Aidan zrobił Clarrie zastrzyk. 

–   To   synometrin   –   mruknął   –   żeby   zapobiec   ewentualnemu 

krwotokowi w ostatniej fazie porodu. 

– Oczywiście. – Lindsay przypomniała sobie o zastosowaniu 

tego leku i po kolejnym skurczu zręcznie pomogła przyjść na świat 

maleńkiej istotce. Najpierw pojawiły się drobne ramionka, a zaraz 

potem – reszta ciałka. 

–   Dziewczynka!   –   radośnie   obwieściła   Lindsay,   kładąc 

maleństwo   na   piersi   matki.   –   Jaka   śliczna!   –   Przełknęła   ślinę, 

czując pod powiekami łzy wzruszenia. 

Clarrie i Dai rozpływali się z zachwytu nad swoją córeczką, a 

Lindsay   w   tym   czasie   przecięła   pępowinę   i   odebrała   łożysko. 

Właśnie wtedy zjawiła się siostra Mackett. W sypialni powitały ją 

cztery rozpromienione twarze. 

– Widzę, że już nie jestem potrzebna. 

– Cześć, siostro. – Clarrie uśmiechnęła się szeroko. – Dzidziuś 

nie mógł się pani doczekać. 

background image

–   I   co   my   tu   mamy?   –   Położna   popatrzyła   na   malutką, 

pomarszczoną twarzyczkę. 

– Dziewuszkę. – Dai również był przejęty do łez. 

– Wasze dzieciaki też chcą rzucić okiem na nową siostrzyczkę 

– zauważyła siostra Mackett. – Będzie tu trochę ciasno, ale niech 

wejdą chociaż na moment. 

– O, tak – zgodziła się Clarrie. – Niech ją poznają. Starsze 

dzieci wsunęły się do pokoju. Rufus był trochę zakłopotany, Jared 

– najwyraźniej  niepewny,  a  Evie –  taka  zachwycona,  że  ojciec 

musiał   ją   przytrzymać,   bo   inaczej   przewróciłaby   się   na   matkę. 

Cała   trójka   posłusznie   ją   cmoknęła   w   policzek   i   obejrzała 

noworodka. Na odchodnym Jared nagle odwrócił się i zapytał:

– Ma jakieś imię?

Clarrie zerknęła na męża, który leciutko skinął głową. 

–   Tak.   Już   wiemy,   jak   ją   nazwiemy.   –   Clarrie   westchnęła   z 

zadowoleniem. – Lindsay. 

– To chyba definitywnie załatwia sprawę – stwierdził Aidan, gdy 

odjeżdżali z farmy. 

– O czym mówisz? – Lindsay przestała machać Williamsom na 

pożegnanie i odwróciła się do Aidana. 

–   O   fakcie   nadania   dziecku   twojego   imienia.   To   oczywisty 

dowód, że miejscowa społeczność wreszcie cię zaakceptowała. 

background image

– Tak sądzisz? – Lindsay zarumieniła się z radości. 

– Jestem tego pewien. Ta rodzina znalazła dla ciebie trwałe 

miejsce w swoim sercu. W zasadzie dobrze ich rozumiem. – Zdjął 

z   kierownicy   jedną   rękę   i   mocno   ścisnął   dłonie   Lindsay.   – 

Wykonałaś kawał wspaniałej roboty. Nie masz pojęcia, jaki jestem 

z ciebie dumny. 

– Nadal kręci mi się w głowie. Obserwowanie narodzin dziecka 

to niezapomniane przeżycie, ale przyjęcie noworodka naprawdę 

człowieka uskrzydla. Starałam się nie rozkleić, ale przyznam, że 

pod koniec miałam wielką ochotę rozbeczeć się z radości. 

– Nie ty jedna. 

– Ty też? – Była zdumiona, że przyznał się do czegoś takiego. 

– To mnie wzrusza za każdym razem. 

– Williamsowie sprawiali dzisiaj wrażenie bardziej pogodnych 

niż podczas naszej poprzedniej wizyty. 

–   Dai   podobno   jeździ   na   fizykoterapię.   Sąsiad   go   wozi   dwa 

razy na tydzień. Może w końcu ta rodzina zobaczy światełko na 

końcu tunelu. 

– Oby tak się stało. 

– Lindsay – powiedział, gdy dojeżdżali do Tregadfan. Odezwał 

się tak poważnym tonem, że spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

On   zaś   przez   chwilę   milczał,   więc   tylko   przyglądała   się   jego 

profilowi. Wyraziste rysy tego mężczyzny w takim krótkim czasie 

background image

stały się takie znajome – i takie kochane. 

–   Chyba   powinniśmy   zaraz   zobaczyć   się   z   Henrym   i 

poinformować go o nas. 

– Myślałam, że chcesz poczekać, aż ucichnie sprawa Bronwen. 

–   Początkowo   sadziłem,   że   tak   będzie   lepiej,   ale   byłoby 

okropnie, gdyby dowiedział się o nas od osoby postronnej. Poza 

tym chyba nie zdołam dłużej ukrywać tego, co do ciebie czuję. 

Kocham cię, Lindsay, i pragnę rozgłosić to na cały świat. 

Zjechał  na pobocze, zgasił  silnik  i wziął  ją  w ramiona. Jego 

pocałunek wyrażał tyle pragnienia, że puls Lindsay przyśpieszył 

jak szalony. Jess szczeknął krótko, lecz nikt nie wysiadał, więc 

pies znów ułożył się wygodnie i oparł pysk na przednich łapach. 

– Co zrobimy – spytała Lindsay, gdy w końcu odsunęli się od 

siebie – jeśli Henry uzna, że nie powinieneś zajmować się moim 

szkoleniem?

– Gdybyś musiała kontynuować praktykę w Londynie? Pewnie 

pojechałbym z tobą i znalazł sobie nową pracę. 

– Uczyniłbyś to? – Z rozmarzeniem błądziła wzrokiem po jego 

twarzy. 

– Oczywiście – zapewnił bez wahania. – Nie zniósłbym rozłąki 

z tobą i nie zamierzam ryzykować, że cię stracę. 

–   Och,   Aidan   –   szepnęła.   –   Nie   stracisz   mnie.   Nigdy.   – 

Delikatnie pogłaskała go czubkami palców po policzku. – Poza 

background image

tym jest szansa, że Henry wszystkiego się domyśla i nie będzie 

miał nic przeciwko kontynuacji aktualnego układu. 

–   Możemy   to   sprawdzić   tylko   w   jeden   sposób.   –   Aidan 

przekręcił kluczyk w stacyjce. 

Na dworze zapadał zmrok, gdy dojechali do domu Llewellynów. 

–   Chyba   mają   gości   –   stwierdził   Aidan,   parkując   za   autem, 

które z pewnością nie należało do gospodarzy. 

– Może nie powinniśmy przeszkadzać... – mruknęła Lindsay. – 

Wpadniemy kiedy indziej. 

– Za późno. Henry nas widział. 

Za szybą rzeczywiście zafalowała firanka i zaraz ktoś otworzył 

drzwi. 

–   Witajcie.   –   Henry   miał   dziwną   minę.   –   Wszystko   poszło 

dobrze?

– Tak, Clarrie urodziła córeczkę. Lindsay ją przyjęła. 

– Gratuluję, Lindsay. Dobrze, że wpadłaś, bo masz gościa. 

– Gościa? – spytała zdumiona. 

–   Tak.   Jest   tutaj.   –   Henry   gestem   wskazał   jej   swój   gabinet 

Czyżby ojciec? Byłoby to naprawdę cudowne zrządzenie losu. Już 

dzisiaj poznałby Aidana i dowiedział się o ich planach. Weszła do 

pokoju i przystanęła, a jej serce na moment zamarło, gdy stojący 

przy oknie mężczyzna się odwrócił. Był to Andrew Barlow. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

– Andrew! – Patrzyła na niego oszołomiona, zauważyła jednak, 

że Henry dyskretnie się wycofał, zamykając za nią drzwi. – Co 

tutaj robisz?

Andrew odetchnął głęboko, a jego nozdrza charakterystycznie 

się rozdęły, co kiedyś wydawało się jej takie zmysłowe. 

– Przyjechałem, żeby zabrać cię do domu, Lindsay. 

–   Zabrać   mnie   do   domu?   Cóż   to   niby   ma   znaczyć?   – 

Zaniepokoiła się, tknięta nagłą myślą. – Chyba nic się nie stało? 

Mój ojciec... wszystko z nim w porządku?

–   Oczywiście.   Lindsay,   chodzi   mi   o   ciebie.   Najwyższa   pora 

skończyć te wygłupy i wracać do Londynu. 

– O czym ty gadasz? – syknęła gniewnie. – Jakie wygłupy?

Cały czas pamiętała o obecności Aidana oraz o tym, co oboje 

zamierzali powiedzieć Henry’emu. Bóg raczy wiedzieć, co Aidan 

sobie pomyśli, dowiedziawszy się, że jej były chłopak pojawił się 

nagle, jak grom z jasnego nieba. 

– Wiesz, o co mi chodzi. O całą tę zabawę – parsknął Andrew, 

zataczając rękami krąg, jakby chciał objąć pół wsi. 

– Tę durną ucieczkę do Walii. 

– Nie uciekłam do Walii – oświadczyła twardym tonem. 

background image

– Pracuję tutaj i jednocześnie odbywam praktykę. 

– Nie musiałaś w tym celu zwiewać na prowincję! W Londynie 

też mogłabyś to odwalić, prawda?

–   Owszem   –   wycedziła,   urażona   jego   podejściem.   –   Ale 

postanowiłam stamtąd wyjechać. 

– Uciekłaś. 

– Niby przed czym?

– Przed tą niefortunną sytuacją, w której się znaleźliśmy. 

– Cóż za eufemistyczne określenie! – Lindsay nie posiadała się 

ze zdumienia, że można być tak bezczelnym. – Ja nazwałabym to 

bardziej trafnie: po prostu zdradą. 

–   Och,   nie   przesadzaj,   kochanie.   Przecież   nie   byliśmy 

małżeństwem, ani nawet się nie zaręczyliśmy. 

– Ale mieszkaliśmy razem, Andrew. Może dla ciebie nic to nie 

znaczy, lecz ja uważałam, że żyjemy w normalnym związku. Nie 

mam zwyczaju zapraszać pod swój dach obcych mężczyzn. 

– Oczywiście, że nie... – Andrew pozwolił sobie na przelotne 

zawstydzenie,   po   czym   znów   uśmiechnął   się   z   wrodzoną 

pewnością   siebie,   święcie   przekonany,   że   jak   zwykle   zdoła 

Lindsay zauroczyć. – Skarbie, daj spokój. Przecież już dawno cię 

przeprosiłem. Chętnie uczynię to jeszcze raz i chyba możemy o 

wszystkim   zapomnieć.   Szkoda   byłoby   zniszczyć   to,   co   nas 

łączyło. Nie zaprzeczysz, że było nam naprawdę dobrze razem, 

background image

prawda? – Andrew ruszył w jej kierunku, najwyraźniej zamierzając 

chwycić ją w objęcia. 

– Nie, Andrew, nie zaprzeczę. – Szybko cofnęła się do okna. – 

Kiedyś istotnie było nam dobrze. Ale to się skończyło. Nie ma już 

„nas”. 

–   Nic   straconego   –   zapewnił   z   naciskiem.   –   Zaczniemy 

wszystko od nowa!

– To wykluczone. Już ci nie ufam. 

– Ale gdybyś spróbowała... 

– Nie, Andrew. Zawsze zastanawiałabym się, gdzie jesteś i z 

kim, i czy przypadkiem znów mnie nie zdradzasz. Wybacz, ale to 

koniec. 

– Myślałem, że mnie kochasz. 

– Ja też. 

Patrzył   na   nią,   najwyraźniej   rozjątrzony,   lecz   wciąż   nie 

docierało do niego, że nie ma żadnych szans. 

–   Nadal   uważam,   że   to   tylko   twój   idiotyczny   kaprys   – 

oświadczył, nie dając za wygraną. – Gdybyś tylko przestała się 

Wygłupiać i wróciła ze mną do Londynu, z pewnością moglibyśmy 

wszystko naprawić. 

Lindsay prawie zrobiło się go żal. Wiedziała jednak, że musi 

raz   na   zawsze   uświadomić   Andrew,   że   nie   ma   powrotu   do 

przeszłości. 

background image

– Przykro mi, że przejechałeś taki kawał drogi na próżno... 

– Nie musi tak być!

– Ale tak się składa – ciągnęła, nie dając mu dojść do słowa – 

że w moim życiu pojawił się ktoś inny... 

– Wszystko w porządku, Lindsay? – Henry właśnie zamknął za 

Andrew drzwi i wszedł do gabinetu. 

– Tak – odparła z westchnieniem. 

Była   wykończona,   lecz   jednocześnie   zdumiewająco 

zadowolona, ostatecznie zamknąwszy jakąś niemiłą sprawę. 

– On już pojechał. 

– Mam nadzieję, że nie zamierza tłuc się nocą do Londynu. 

– Nie. Za moją namową postanowił przespać się w hotelu w 

Llangollen. 

– Jeszcze przed przyjazdem tutaj definitywnie zerwałam z tym 

człowiekiem. 

–   Wiem,   Lindsay.   Najwyraźniej   trudno   mu   pogodzić   się   z 

odmową. 

– To chyba bardziej kwestia zranionej dumy. Wątpię, czy ktoś 

kiedykolwiek odrzucił względy Andrew Barlowa. Ale jego przyjazd 

nie poszedł na marne. 

– Co masz na myśli?

– Przynajmniej się przekonałam, że Andrew naprawdę już nic 

dla mnie nie znaczy. Przybyłam tutaj ze świadomością, że mój 

background image

związek  się skończył, ale  nie  byłam pewna  swoich  uczuć, jeśli 

wiesz, o co mi chodzi. 

–   Cóż,   moim   skromnym   zdaniem   najlepszym   lekiem   na 

złamane serce jest nowa miłość. 

Lindsay uśmiechnęła się, słysząc to stwierdzenie. 

– Gdzie Aidan?

– Pojechał do domu, kiedy tylko dowiedział się, kto jest twoim 

gościem. Zapewniłem go, że odwiozę cię do twojego mieszkania. 

– Dzięki, Henry, ale nie zamierzam tam wracać. 

– Czemu spodziewałem się właśnie takiej odpowiedzi? Chodź, 

podrzucę cię na miejsce. Megan może trochę pobyć sama. 

Prawie w milczeniu ruszyli do domu Aidana. W pewnej chwili 

Henry z ukosa spojrzał na Lindsay. 

–   Jakoś   nie   zdążyłem   spytać   Aidana   o   powód   waszego 

dzisiejszego przyjazdu. Chyba nie zjawiliście się tylko po to, żeby 

mnie powiadomić o narodzinach córeczki Clarrie, choć oczywiście 

to wspaniała wiadomość. 

– Masz rację, Henry, nie dlatego do ciebie wpadliśmy. 

– Powiesz mi wreszcie, w czym rzecz?

– Jasne. Chociaż intuicja mi mówi, że i tak wiesz... 

Wysiadła   z   auta   na   poboczu   drogi,   u   szczytu   schodów.   Na 

dworze   było   już   prawie   ciemno,   a   jedna   umocowana   na 

background image

ogrodzeniu   latarnia   ledwie   rozjaśniała   mrok,   toteż   Lindsay 

schodziła   na   dół   powoli   i   ostrożnie.   Jeszcze   zanim   dotarta   do 

drzwi, psy ogłosiły jej przybycie. Zastukała, a one nadal szczekały 

w   środku,   lecz   nikt   nie   otwierał.   Czyżby   Aidana   nie   było? 

Rzeczywiście, nie widziała na górze landrovera, wiedziała jednak, 

że wieczorem Aidan parkował samochód od frontu. 

Musi tutaj być, pomyślała z rozpaczą. Koniecznie chciała się z 

nim zobaczyć. Tu i teraz. Nie miała pojęcia, co on sobie myśli po 

tym niespodziewanym przyjeździe Andrew. Może nawet uznał, że 

ona   zamierza   wrócić   do   Londynu   i   odgrzać   dawny   romans. 

Zabębniła pięścią w drzwi, a psy znów zaczęły ujadać jak szalone. 

Właśnie zamierzała odejść, przekonana, że Aidana nie ma w 

domu, gdy nagle usłyszała za plecami jakiś dźwięk i błyskawiczne 

się odwróciła. Aidan wyłonił się z mrocznego ogrodu i szedł w jej 

stronę. 

– Aidanie, och, Aidanie – jęknęła z ulgą. – Już myślałam, że 

gdzieś pojechałeś. 

–   Chciałem   się   przejść   –   wyjaśnił   i   jednym   ostrym   słowem 

uciszył rozszczekane psy. 

– Bez Skippera i Jessa? – spytała zdumiona. Aidan nigdzie się 

bez nich nie ruszał. 

–   Musiałem   spokojnie   przemyśleć   to   i   owo.   –   Zatrzymał   się 

przed nią i uważnie spojrzał jej w oczy. 

background image

Lindsay   zauważyła   przelatującą   nad   jego   głową   ćmę,   która 

następnie zaczęła krążyć

 – 

wokół zapalonej latarni. 

– Doszedłeś do jakichś wniosków?

– Nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. – Aidan wziął 

głęboki   oddech.   –   Jeśli   przyszłaś   mi   powiedzieć,   że   zmieniłaś 

plany, to moglibyśmy załatwić to szybko?

– Och, Aidanie, naprawdę sądzisz, że po to tu jestem?

Delikatnie dotknęła jego policzka. Szorstki zarost przypominał o 

tym, że dzień, który właśnie się kończył, był długi i pracowity. 

– Już ci powiedziałem, że nie wiem, jak ocenić to, co zaszło. – 

Chwycił   jej   dłoń   i   przytrzymał   przy   swojej   twarzy.   Gest  ten   był 

wyrazem zarówno czułości, jak i rozpaczy. 

–   Przecież   ci   mówiłam,   że   tamten   związek   uważam   za 

zakończony. 

– Mówiłaś też, że nie jesteś pewna, czy przebolałaś zerwanie... 

a twój były chłopak nagle pojawia się tu, jakby nigdy nic. Można 

sobie pomyśleć Bóg wie co. 

– Jego przyjazd niczego nie zmienił. I tak już liczyłeś się dla 

mnie tylko ty... 

– Co chcesz przez to powiedzieć, Lindsay? – Aidan mocno ujął 

jej obie dłonie. 

– Że cię kocham, Aidanie. Kocham cię całym sercem i pragnę 

zostać z tobą. Dawniej rzeczywiście byłam zakochana w Andrew, 

background image

lecz   on   sam   skutecznie   zabił   to   uczucie.   A   kiedy   poznałam   i 

pokochałam ciebie, zdałam sobie sprawę z tego, że miłość, którą 

ty we mnie obudziłeś, jest o wiele głębsza i wspanialsza. 

Chłonął te słowa, jakby to była najpiękniejsza muzyka, po czym 

chwycił Lindsay w objęcia. W chwili, gdy jego usta spoczęły na jej 

wargach, Lindsay pomyślała, że jest właśnie  tu, gdzie powinna 

być”  –   w  ramionach   Aidana.  A   gwałtowny   przypływ  pożądania, 

którego żar już znała, tylko to potwierdził. 

Całowali się długo i namiętnie, a gdy odsunęli się od siebie, 

aby złapać oddech, pierwsza odezwała się Lindsay:

– Henry o nas wie, Aidanie. – Głos nieco jej zadrżał, gdy to 

mówiła. 

– Tak przypuszczałem. Nic o tym nie wspomniał, ale wydawał 

się   dziwnie   zakłopotany,   gdy   ty   weszłaś   do   gabinetu,   żeby 

porozmawiać z... z tym panem. – Aidanowi najwyraźniej nie mogło 

przejść przez gardło imię jej byłego narzeczonego. 

– Jak cię potraktował?

– Powiedziałbym, że po ojcowsku. 

– Dzięki Bogu. – Lindsay uśmiechnęła się w mroku. – Coś mi 

się   wydaje,   że   Henry   od   samego   początku   orientował   się   w 

sytuacji.   Co   więcej,   bardzo   możliwe,   że   on   i   Megan   liczyli   na 

właśnie taki rozwój naszej znajomości. A teraz zacierają ręce z 

uciechy i wznoszą toast za naszą wspólną przyszłość. 

background image

– Sądzisz więc, że Henry nie będzie miał nic przeciwko temu, 

abym nadal cię szkolił, moja praktykantko?

– Spytałam go, a on powiedział, że to żaden problem, o ile nie 

opuścimy się w pracy. A do tego na pewno nie dojdzie, prawda?

– Jasne, że nie. – Aidan znów przygarnął ją do siebie, czule 

cmoknął w czoło i w czubek nosa. 

– Lubię takie zapewnienia. 

Długo tulili się do siebie, bezpieczni w uścisku swoich ramion, 

skąpani w nocnej ciszy. Dyskretnie przerywał ją jedynie szelest 

liści poruszanych łagodnym, letnim wietrzykiem i dobiegające  z 

oddali pohukiwanie sowy. Lindsay miała przemożne wrażenie, że 

znajduje się milion kilometrów od swojego niedawnego życia w 

wielkim, hałaśliwym Londynie. 

Dopiero   tutaj   znalazła   swoje   miejsce   na   ziemi   –   i   swoje 

szczęście.   Była   tego   całkowicie   pewna.   Niczego   nie   pragnęła 

bardziej   jak   tego,   by   na   zawsze   pozostać   właśnie   tu,   z   tym 

mężczyzną. 

– Nie wiem, dlaczego nadal stoimy na dworze – ze śmiechem 

powiedział Aidan. 

– Tu jest bardzo romantycznie. 

– Rzeczywiście – przyznał zgodnie. – Ale chodzi mi po głowie 

coś   jeszcze   bardziej   romantycznego.   –   Odwrócił   się   i   otworzył 

drzwi, po czym ujął dłoń Lindsay i wciągnął ją do wnętrza. – Mam 

background image

nadzieję, że spodoba ci się mój pomysł. 


Document Outline