background image

LAURA MacDONALD 

 

Niepokorna praktykantka 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

–  Lindsay, kochanie,  gdzie jest ta zabita dechami dziura, do której  wyjeżdżasz?  – Romilly 

Souter, wieloletnia przyjaciółka ojca, spojrzała na nią spod sennie opadających powiek.   

– Mówisz tak, jakby to było na końcu świata – odrzekła Lindsay, usiłując nie okazać irytacji. 

– A to przecież tylko północna Walia.   

– To jest na końcu świata – stwierdziła Annabelle Crichton-Stuart, przyjaciółka Lindsay. – 

Pamiętam, jak wiele lat temu tata zabrał Ruperta i mnie do Caenarvon. Myślałam, że nigdy tam 
nie dojedziemy. Wlekliśmy się cały boży dzień beznadziejnymi górskimi drogami, omijając stada 
owiec, a deszcz lał bez przerwy. Istny koszmar.   

– Czemu w ogóle zdecydowałaś się na Walię? – spytał Charles Croad, stary przyjaciel ojca.   
–  A  czemu  nie?  –  Lindsay  wzruszyła  ramionami.  Sprawiała  wrażenie  opanowanej,  lecz  w 

duchu miała już serdecznie dość tych krytycznych opinii. Przewidywała, że jej decyzja wywoła 
właśnie takie reakcje.   

– Chyba sensowniej byłoby pracować bliżej domu. Nie mogłeś znaleźć jej miłego kącika na 

prestiżowej ulicy Harley? – Charles spojrzał pytająco na siedzącego u szczytu stołu ojca Lindsay, 
Richarda Hendersona.   

–  Myślisz,  że  nie  chciałem?  –  Richard  zaśmiał  się  niewesoło.  –  To  Lindsay  wybrała 

prowincję i nie było żadnej dyskusji.   

–  Ale  żeby  jechać  do  Walii!  –  z  dezaprobatą  mruknęła  Annabelle.  –  Tam  tylko  grają  w 

rugby, śpiewają i wydobywają węgiel.   

–  Muszę  wam  wyznać,  że  poniekąd  przyłożyłem  rękę  do  wyboru  Lindsay  –  przyznał  jej 

ojciec, ściągając na siebie uwagę gości. Tylko Lindsay w zamyśleniu kreśliła kciukiem wzory na 
adamaszkowym  obrusie.  –  Henry  Llewellyn,  mój  dobry  przyjaciel,  a  jednocześnie  ojciec 

chrzestny  Lindsay,  prowadzi  poradnię  lekarską  w  pobliżu  Betwsycoed.  Zgodził  się  przyjąć 
Lindsay na praktykę.   

– Na praktykę? – zdumiała się Annabelle. – Przecież Lindsay już jest lekarką.   
– Tak, ale chce zostać lekarzem rodzinnym i musi przez rok terminować w zawodzie.   
– Potem pewnie wrócisz do Londynu i cywilizacji? – spytała Romilly.   
– Może. – Lindsay szybko podniosła wzrok.   
– Och, Linds, chyba tam nie zostaniesz? – jęknęła Annabelle. – I tak ominie cię tyle atrakcji! 

Tata zamierza pożeglować do Cowes, potem planujemy wspaniały wyjazd do Włoch...   

–  Dziwne,  że  wybrałaś  specjalizację  lekarza  rodzinnego.  Przypuszczałem,  że  pójdziesz  w 

ślady ojca i zostaniesz chirurgiem.   

– Wszyscy tak myśleliśmy – przyznał Richard. – I chyba właśnie to obudziło w niej ducha 

przekory.   

background image

Nawet  Lindsay  zareagowała  śmiechem  na  to  stwierdzenie.  Rzeczywiście  od  lat  słynęła  ze 

swojej niezależności.   

– Chcę pracować z ludźmi – wyjaśniła spokojnie.   
– W gabinetach na ulicy Harley też leczy się ludzi – cierpkim tonem stwierdziła Romilly.   
–  Chodzi  mi  o  takich  zwyczajnych,  a  nie  o  uprzywilejowanych  snobów  z  wyższych  sfer, 

którzy dostają wszystko podane na srebrnej tacy. A walijscy farmerzy mają za sobą kilka bardzo 
trudnych lat. Za rok może wrócę do cywilizacji, jak to ujęłaś, lecz na pewno nie na ulicę Harley. 
Podejmę pracę w biednej dzielnicy, gdzie nie brak problemów społecznych.   

– Tam też potrzeba chirurgów – mruknął ojciec.   
–  Wiem,  tato.  I  rozumiem,  że  czujesz  się  rozczarowany,  bo  nie  wybrałam  twojej 

specjalizacji.  Nie  rezygnuję  z  chirurgii  definitywnie,  lecz  na  razie  widzę  siebie  jako  lekarza 
rodzinnego.   

Ku  uldze  Lindsay  wreszcie  dano  jej  spokój,  lecz  przy  kawie,  na  którą  goście  przeszli  do 

salonu,  Annabelle  przypuściła  kolejny  szturm.  Na  szczęście  tym  razem  rozmawiały  tylko  we 
dwie.   

– Będę za tobą tęsknić, Linds – rzekła z wyrzutem.   
–  Wiem,  Bełle.  Mnie  też  będzie  ciebie  brakowało,  ale  nie  rozstajemy  się  na  wieki.  Rok 

szybko zleci i wrócę, zanim się obejrzysz. Poza tym Walia nie jest aż tak daleko. Ty i Gideon 
możecie mnie odwiedzać.   

–  Chyba  tak...  –  W  głosie  Annabelle  zabrzmiała  nuta  powątpiewania.  –  Zastanawiam  się 

tylko, dlaczego zmieniłaś zamiar. Przecież mówiłaś, że przesuniesz tę praktykę na przyszły rok.   

– Cóż, sytuacja się zmieniła. – Lindsay umknęła spojrzeniem w bok.   
– Z powodu Andrew? 
– Może częściowo. Czemu pytasz? 
– Tak sobie. – Annabelle utkwiła wzrok w dogasającym na kominku ogniu. – Już przebolałaś 

to rozstanie, prawda? 

– Oczywiście – potwierdziła przyjaciółka trochę zbyt ochoczo.   
– To dobrze. Na pewno wkrótce poznasz kogoś interesującego.   
– Skąd wiesz, że chcę? – Lindsay uniosła ciemne brwi.   
–  Chcesz.  I  następnym  razem  będzie  inaczej.  Zobaczysz.  Kto  wie,  może  nawet  trafisz  na 

kogoś w tej Walii. Zauroczy cię jakiś dzielny, barczysty farmer ze stadem owiec.   

–  Uchowaj  Boże!  –  Annabelle  wzniosła  oczy  ku  niebu.  –  Zapewniam  cię,  że  to  ostatnia 

rzecz, jakiej pragnę! 

– A ja sądzę, że właśnie tego ci trzeba.   
 
Lindsay postanowiła jechać do Walii samochodem, chociaż ojciec szczerze jej to odradzał. 

Przekonywał,  że  na  górskich  drogach  przydałby  się  raczej  solidny  dżip,  a  nie  małe,  sportowe 
autko. Ale Lindsay nie chciała się z nim rozstać, ponieważ dostała je właśnie od ojca, gdy zrobiła 

background image

dyplom. Było jej dumą i źródłem nieustającej radości.   

Wyruszyła  w  drogę  w  piękny,  majowy  ranek.  Prawie  bez  żalu  wyjechała  z  Londynu, 

ponieważ  miała  za  sobą  pracowity  tydzień  i  dwa  pożegnalne  przyjęcia,  zorganizowane  przez 
przyjaciół oraz dotychczasowych współpracowników ze szpitala.   

Po namyśle postanowiła jechać przez Oxford i Gloucester, a nie autostradą. Była zadowolona 

z  tego  wyboru  –  widok  rozległych,  zielonych  pastwisk  działał  kojąco  i  podnosił  na  duchu. 
Potrzebowałam czegoś takiego, pomyślała. Najwyższa pora uciec od dotychczasowego życia.   

Na kolacji u ojca powiedziała prawdę. Rzeczywiście chciała pracować wśród zwyczajnych, 

szarych ludzi, i stać się jedną z nich. Była zdegustowana wygodną egzystencją, jaką wiodła do tej 
pory, lecz decyzję o wyjeździe podjęła także z powodu zerwania z Andrew Barlowem.   

Poznała  go  na  przyjęciu  u  przyjaciół  i  zakochała  się  prawie  od  pierwszego  wejrzenia. 

Andrew był przystojnym, pełnym uroku adwokatem, ona zaś uznała, że to jej wymarzony książę 
z  bajki.  Po  kilku  miesiącach  znajomości  zamieszkali  razem  i  Lindsay  początkowo  czuła  się 
niebiańsko  szczęśliwa.  Wkrótce  przekonała  się  jednak,  że  Andrew  obdarza  swoimi  względami 
nie tylko ją.   

Wspomnienia o tym romansie nadal były bolesne. Chcąc zmienić tok myśli, Lindsay skupiła 

uwagę  na  pięknym  w  swej  dzikości  górskim  krajobrazie.  W  oddali  wznosił  się  częściowo 
spowity we mgle masyw Snowdon, droga prowadziła przez gęsto zalesione doliny, a po skalnych 
ścianach  spływały  górskie  potoki.  Ich  krystalicznie  czysta  woda  odbijała  się  po  drodze  od 
licznych głazów, aby na koniec bulgoczącą, srebrzystą wstęgą zasilić kamieniste koryto  jakiejś 
rzeki. Na każdym zielonym wzgórzu pasły się pośród paproci i wrzosu stada owiec, a niektóre 
wychodziły nawet na szosę, toteż jazda wymagała sporej ostrożności.   

Lindsay była już mocno zmęczona podróżą, lecz na widok tablic z napisem Betwsycoed od 

razu poweselała. Niestety, parę razy skręciła w złą stronę i dopiero po pół godzinie wjechała do 
Tregadfan, gdzie praktykował Henry Llewellyn.   

Miejscowość  przerosła  oczekiwania  Lindsay.  Była  dość  rozległa  i  bardziej  przypominała 

małe  miasteczko  niż  wieś.  Na  głównej  ulicy  znajdowały  się  przynajmniej  dwa  puby  i  kilka 
sklepów,  a  znaki  wskazywały  drogę  do  ośrodka  informacji  dla  turystów  i  na  kemping,  lecz 
Lindsay  nigdzie  nie  zauważyła  ośrodka  zdrowia.  Na  drugim  krańcu  miejscowości  droga 
raptownie  skręcała  w  prawo,  prowadząc  przez  malowniczy,  kamienny  mostek.  Lindsay 
postanowiła  zapytać  o  adres  miejscowego  lekarza.  Zaparkowała  auto  w  pobliżu  sklepików  z 
pamiątkami,  lecz  wszystkie  okazały  się  zamknięte.  W  pobliżu  na  szczęście  znajdował  się  pub 
„Pod Czerwonym Smokiem”, a obok – mały supermarket.   

Stało  przed  nim  parę  samochodów,  między  innymi  mocno  ubłocony  landrover,  w  którym 

siedziały  dwa  owczarki:  collie  i  pasterski.  Pierwszy  zaszczekał,  a  drugi  groźnie  warknął,  gdy 
Lindsay  mijała  auto,  ona  zaś  ucieszyła  się,  że  pojazd  jest  zamknięty,  ponieważ  zwierzaki 
wyglądały na agresywne.   

Otworzyła drzwi i zdziwiła się, słysząc brzęknięcie dzwonka. Nie przypuszczała, że jeszcze 

background image

istnieją  sklepy,  gdzie  instaluje  się  takie  rzeczy.  Wewnątrz  też  współistniały  dwa  style: 
nowoczesny i staroświecki. W głębi, za częścią samoobsługową, znajdowała się długa lada, przy 
której  gawędziło  kilka  osób.  Jeszcze  nie  przebrzmiał  dźwięk  dzwonka,  gdy  wszyscy  nagle 
umilkli i wlepili wzrok w Lindsay.   

Za  ladą  stał  siwy,  łysiejący  mężczyzna  o  czerstwym  obliczu  oraz  pulchna  kobieta  o 

rumianych policzkach i nieco ptasim wyrazie twarzy. Kobieta po walijsku zadała jakieś pytanie, a 
Lindsay  natychmiast  wpadła  w  rozpacz.  Co  będzie,  jeśli  tutejsi  mieszkańcy  nie  mówią  po 
angielsku? W tej sytuacji nie byłaby w stanie porozumieć się z pacjentami.   

– Przykro mi, ale nie znam walijskiego – oświadczyła, wziąwszy głęboki oddech. – Czy ktoś 

z państwa mówi po angielsku? 

Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz napotkała tylko chłodne spojrzenia i jeszcze bardziej upadła 

na  duchu.  Zwłaszcza  na  widok  jednego  z  mężczyzn:  opartego  łokciami  o  kontuar,  dobrze 
zbudowanego, trzydziestoparoletniego szatyna z kręconymi włosami i zdumiewająco błękitnymi 
oczami.  Miał  na  sobie  dżinsy,  kraciastą  koszulę  oraz  przeciwdeszczową  kurtkę  i  wręcz 
przeszywał  Lindsay  wzrokiem.  Ona  zaś  uznała,  że  to  pewnie  farmer,  właściciel  landrovera  i 
psów.   

–  Czego  pani  chce?  –  Tym  razem  kobieta  odezwała  się  po  angielsku,  choć  z  typowo 

walijskim, melodyjnym akcentem.   

– Och... – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Miałam nadzieję, że zechce pani mi pomóc. Gdzie 

mieszka doktor Henry Llewellyn? 

– Szuka pani lekarza? – spytał siwy osobnik zza lady.   
– Właśnie – potwierdziła z uśmiechem, usiłując zignorować fakt, że mężczyzna patrzy na nią 

podejrzliwie.  Natomiast  kobieta  bez  żenady  oglądała  ją  od  stóp  do  głów.  Przyjrzała  się 
eleganckiemu  kostiumowi  z  czarnej  wełny  w  cieniutkie  białe  prążki,  bluzce  z  kremowego 
jedwabiu,  ciemnym  włosom  związanym  szyfonowym  szalikiem  oraz  złotym  kolczykom  i 
zegarkowi.   

– A skąd pani przyjechała? – spytała w końcu.   
Co cię to obchodzi, wścibska paniusiu, pomyślała Lindsay, lecz powstrzymała się od takiej 

odpowiedzi.  Tutejsi  mieszkańcy  pewnie  rzadko  mieli  do  czynienia  z  obcymi,  więc  poniekąd 
zrozumiałe, że są nadmiernie ciekawscy, – Z Londynu.   

– Aż? – wycedziła kobieta takim tonem, jakby Londyn był w innej galaktyce. – A na co pani 

potrzebny doktor Llewellyn? 

Zanim  Lindsay  zdążyła  odpowiedzieć,  że  to  wyłącznie  jej  sprawa,  niebieskooki  farmer 

powiedział coś po walijsku i pomaszerował do drzwi.   

Lindsay zauważyła, że po jego słowach wszyscy jakoś się odprężyli, choć nie sposób  było 

uznać tych ponuraków za rozweselonych. Doszła do wniosku, że bawią się jej kosztem. Ku jej 
uldze rumiany mężczyzna zaraz wyjaśnił, jak trafić do doktora Llewellyna.   

Wyszła ze sklepu i ruszyła do samochodu. Był już wczesny wieczór, cienie się wydłużyły, a 

background image

widoczne  w  oddali  góry  spowijała  delikatna  mgiełka.  Po  drugiej  stronie  mostu  Lindsay 
zauważyła  drewnianą  ławeczkę.  Wiedziona  impulsem  usiadła  na  niej,  wyjęła  z  torebki  telefon 
komórkowy i zadzwoniła do ojca. Pewnie się już martwi, czy bezpiecznie dotarła na miejsce.   

– Gdzie jesteś? – spytał z nutą niepokoju w głosie.   
– W Tregadfan,  ale jeszcze nie u Henry’ego. Musiałam  w sklepie spytać o drogę,  a tutejsi 

mieszkańcy  chyba  uznali,  że  jestem  z  innej  planety  –  odparła  ze  śmiechem.  –  Już  wiem,  jak 
jechać, ale postanowiłam najpierw dać ci znać. Przyznaj, że siedziałeś jak na szpilkach.   

– Może nie aż tak...   
– Nie udawaj, tato. Za dobrze cię znam.   
– Cóż, rzeczywiście trochę się o ciebie niepokoiłem. Dobrze, że wszystko w porządku.   
– Tak. Jutro znów się odezwę.   
Pożegnała się z ojcem i podeszła do auta, na które z zachwytem gapiło się dwóch siedzących 

na murku chłopców. Uśmiechnęła się do nich i pilotem otworzyła drzwi.   

– To pani bryka? – spytał jeden z dzieciaków. Mówił z takim akcentem, że Lindsay raczej 

domyśliła się, w czym rzecz.   

– Owszem.   
– Super! – stwierdził drugi chłopiec. – Ile wyciąga? 
– Sporo. – Lindsay usiadła za kierownicą, pomachała ręką i odjechała.   
Dowiedziała  się,  że  dom  Henry’ego  Llewellyna  znajduje  się  za  wsią,  a  doktor  o  tej  porze 

powinien być u siebie, bo poradnia już jest nieczynna. Lindsay zawróciła, jeszcze raz przejechała 
główną ulicą i skręciła w lewo, w dosyć wąską boczną drogę, którą tuż za zakrętem blokowała 
duża furgonetka. Wszystko wskazywało na to, że nieco dalej, poza zasięgiem widoczności, coś 
się  stało.  Lindsay  przez  chwilę  bębniła  palcami  o  kierownicę,  coraz  bardziej  zniecierpliwiona 
przymusowym postojem. Była zmęczona podróżą i marzyła tylko o tym, aby coś zjeść, wykąpać 
się i iść spać.   

Po  pięciu  minutach  bezczynnego  czekania  zgasiła  silnik  i  wysiadła  z  auta.  Ominęła 

furgonetkę,  w  której  nikogo  nie  było,  i  dopiero  teraz  stwierdziła,  że  w  pobliżu  zdarzył  się 
wypadek.  Przewrócony  na  bok  pojazd  kempingowy  spoczywał  częściowo  na  jezdni,  częściowo 
na trawiastym poboczu, a kilka osób otaczało kogoś leżącego na ziemi.   

Lindsay  pospieszyła  w  tamtą  stronę,  karcąc  się  w  duchu  za  to,  że  zmarnowała  tyle  czasu, 

siedząc w samochodzie, gdy ktoś potrzebował lekarza.   

–  Jak  do  tego  doszło?  –  zawołała  do  biegnącego  mężczyzny  w  niebieskim  kombinezonie, 

zapewne kierowcy furgonetki.   

– Wóz kempingowy nie wyrobił się na zakręcie.   
– Ilu jest rannych? 
–  Dwie  osoby.  Starszy  pan  uderzył  się  w  głowę,  a  jego  żona  ma  stłuczone  ramię.  Zaraz 

przyjedzie karetka.   

Lindsay uznała, że doraźna pomoc też może się przydać.   

background image

– Proszę mnie przepuścić – powiedziała do ludzi otaczających rannego. – Jestem lekarką.   
Gapie  odsunęli  się,  choć  niechętnie,  i  Lindsay  ujrzała  dwoje  poszkodowanych.  Kobieta 

siedziała na trawie, przyciskając do siebie rękę,  a obok leżał  starszy człowiek. Kucał  przy nim 
mężczyzna, którego przeciwdeszczowa kurtka wydała się Lindsay znajoma. Gdy spojrzał na nią 
przez ramię, Lindsay niemile się zdziwiła.   

– Och, to pan – mruknęła, patrząc w niebieskie oczy spotkanego w sklepie farmera.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Tak, to ja.   
– Mogę jakoś pomóc? – Miała nadzieję, że zadała pytanie chłodno i profesjonalnie.   
– Wątpię. – Farmer wstał. – Trzeba poczekać na pogotowie.   
– Może jednak na coś się przydam. – Kucnęła obok rannego mężczyzny, który w tej chwili 

już siedział, trzymając się za głowę, i cicho pojękiwał.   

– Doprawdy? 
– Jestem lekarką – odparła z naciskiem, zirytowana wyraźną nutą sarkazmu w głosie farmera.   
– Wobec tego do dzieła. – Niebieskooki osobnik gestem wskazał starszych państwa.   
Lindsay zignorowała go i zajęła się poszkodowanymi.   
–  Odniósł  pan  inne  obrażenia?  –  Uważnie  przyjrzała  się  mężczyźnie.  Zaprzeczył  ruchem 

głowy, a Lindsay nigdzie nie zauważyła żadnych zranień i odwróciła się do jego towarzyszki.   

– Nic mu nie jest? – spytała zaniepokojona kobieta.   
– Chyba ma tylko wstrząs mózgu. A jak pani się czuje? 
–  Boli  mnie  ręka.  Tamten  pan  stwierdził,  że  jest  złamana,  i  założył  mi  temblak  z  szalika. 

Kazał mi trzymać ją w ten sposób, dopóki nie zajmą się nią w szpitalu.   

– Cóż za fachowość – mruknęła Lindsay z przekąsem, a w oddali zabrzmiał jękliwy dźwięk 

syreny. – Jedzie karetka. – Lindsay delikatnie dotknęła ramienia kobiety.   

– Proszę pani! – Drogą biegł kierowca furgonetki. – Przestawi pani swój wóz? Ambulans nie 

może przejechać.   

– Już idę.   
– Wreszcie będzie z pani jakiś pożytek – stwierdził farmer, gdy go mijała.   
Parkując auto na poboczu, Lindsay skonstatowała, że kipi ze złości. Już w sklepie poczuła do 

tego  faceta  niechęć,  a  teraz  uważała  go  za  wręcz  antypatycznego.  Wcale  nie  dlatego,  że  umiał 
samodzielnie udzielić pierwszej pomocy – to akurat przemawiało na jego korzyść – lecz z innego 
powodu. Facet był gburowaty i nie krył niechęci, zwłaszcza gdy usłyszał, że Lindsay jest lekarką.   

Niewiele  widziała  zza  furgonetki,  lecz  zobaczyła  nadjeżdżający  ambulans,  a  za  nim  – 

policyjny radiowóz. Pacjentów zaraz zabrano do szpitala, natomiast policjanci wspomagani przez 

ogólnie chyba znanego farmera odsunęli przewrócony pojazd.   

Lindsay  powoli  ruszyła  odblokowaną  drogą.  Mijając  grupę  mężczyzn,  chłodno  skinęła 

głową, odpowiadając na właśnie takie pozdrowienie niebieskookiego farmera. Po chwili zerknęła 
we wsteczne lusterko i stwierdziła, że odprowadził ją wzrokiem.   

Cóż za nieznośny typ.  Miała nadzieję, że nie będzie często  go spotykać podczas pobytu w 

Tregadfan.   

Dom  Henry’ego  Llewellyna  znajdował  się  około  półtora  kilometra  dalej.  Był  zbudowany  z 

background image

szarego  kamienia,  miał  dach  kryty  łupkową  dachówką  i  stał  w  głębi  posesji,  prawie  całkiem 
ukryty  za  bujnymi  krzakami  rododendronów  obsypanych  fioletowymi  kwiatami.  O  tej  porze 
wyglądał niezwykle pięknie, skąpany w blasku złocistych promieni zachodzącego słońca.   

Lindsay  zaparkowała  na  wyżwirowanym  podjeździe  i  wysiadła  z  auta,  a  z  domu  w 

podskokach wypadły dwa spaniele i zaczęły obwąchiwać jej pantofle.   

– Lindsay! Cudownie, że jesteś! – W drzwiach stanął Henry Llewellyn i w geście powitania 

szeroko otworzył ramiona.   

Lindsay stwierdziła, że starszy pan niewiele się zmienił od czasu, gdy ostatnio go widziała. 

Było  to  kilka  lat  temu,  gdy  jeszcze  studiowała,  a  Henry  wraz  żoną  Megan  odwiedził  ich  w 
Londynie.   

– Henry, jak się miewasz? Czas się ciebie nie ima.   
– Trochę posiwiałem – ze śmiechem przyznał Henry. – I chyba już nie mam takiej smukłej 

talii jak kiedyś.   

–  Moim  zdaniem  jesteś  w  świetnej  formie.  –  Lindsay  serdecznie  go  uścisnęła  i  otworzyła 

bagażnik.   

– A ty stałaś się piękną młodą damą. Niech no ci się przyjrzę. – Henry cofnął się o krok. – 

Pamiętałem  uroczego  podlotka,  a  teraz  widzę  pewną  swego  uroku  piękność.  –  Henry  wziął  od 
niej bagaż. – Miałaś dobrą podróż? 

– Tak, dosyć przyjemną. Ale zajęła mi więcej czasu, niż przypuszczałam.   
– Musisz być zmęczona. – Henry ruszył do wejścia, a spaniele deptały mu po piętach.   
– Trochę – przyznała, gdy postawił walizki w holu. – Gdzie Megan? 
– Megan... odpoczywa.   
Lindsay zauważyła, że zerknął na schody za jej plecami, i trochę się zdziwiła. Wylegiwanie 

się w ciągu dnia nie było w stylu Megan, o której ojciec Lindsay często mówił, że jest najbardziej 
energiczną  ze  znanych  mu  kobiet.  Zanim  jednak  Lindsay  zdążyła  zadać  jakieś  pytanie,  Henry 
poprowadził ją do kuchni.   

– Może napijemy się herbaty, a potem pokażę ci twój pokój i porozmawiamy.   
W  ładnej,  przytulnej  kuchni  wszędzie  było  widać  rękę  Megan.  Z  drewnianych  belek  nad 

staroświeckim  piecykiem  zwisały  bukiety  suchych  kwiatów  i  ziół,  na  siedzeniach  drewnianych 
krzeseł  leżały  barwne  poduszki,  a  na  półeczkach  stały  ceramiczne  naczyńka  z  przyprawami. 
Lindsay usiadła i gawędziła z Henrym, gdy parzył herbatę.   

– Nie sądzę, aby zamierzał się ożenić – odparła, gdy Henry spytał o ojca i jego ewentualne 

małżeńskie  plany.  –  Chyba  i  jemu,  i  Romilly  odpowiada  obecny  układ.  Ona  uwielbia  swoją 
niezależność, a poza tym prowadzi własny biznes.   

– Zajmuje się projektowaniem wnętrz, prawda?  – Henry wyjął z kredensu kubki.  – Megan 

bardzo się podobają jej szkice.   

–  Megan  pracuje?  Realizuje  jakieś  zlecenie?  –  Megan  była  plastyczką  i  prowadziła  w 

Tregadfan własne centrum sztuki i rzemiosła artystycznego.   

background image

Henry nie odpowiedział, tylko stał przed kuchenką, odwrócony plecami do Lindsay.   
– Henry, z Megan wszystko w porządku? – spytała Lindsay, zaniepokojona przedłużającym 

się milczeniem starszego pana.   

– Niestety, nie, Lindsay – powiedział w końcu. Postawił kubki na blacie i usiadł naprzeciw 

niej.   

– O Boże. Coś jej dolega? 
–  Tak,  ale  nie  jesteśmy  pewni  co.  Megan  uskarża  się  na  złe  samopoczucie,  lecz  badania 

niczego  nie  wykazały.  Zrobili  jej  nawet  tomografię  komputerową,  która  na  szczęście  też  nie 
ujawniła żadnych zmian.   

–  Masz  jakąś  hipotezę?  –  Lindsay  wypiła  łyk  aromatycznej  herbaty,  rozkoszując  –  się  jej 

smakiem  i  panującym  w  kuchni  spokojem.  Psy  już  dawno  przycichły,  zwinęły  się  w  swoich 
legowiskach przy kuchence i drzemały, opierając łby na przednich łapach.   

–  Przed  świętami  Bożego  Narodzenia  przeszła  poważną  grypę  i  od  tego  czasu  chyba  nie 

wydobrzała. Wciąż jest zmęczona, tak bardzo, że najchętniej bez przerwy by spała. Narzeka też 
na  silne  bóle  stawów  i  mięśni.  Testy  wykluczyły  stwardnienie  rozsiane  i  gościec  przewlekły 
postępujący, ale... – Henry nie dokończył i pokręcił głową.   

– Myślisz o zapaleniu mózgu i rdzenia z mialgią? 
–  Wszystko  na  to  wskazuje,  ale  brak  pewności  jest  taki  frustrujący.  A  Megan  stała  się 

cieniem kobiety, którą do niedawna była.   

– Musi wam być ciężko.   
– Cóż, nie jest łatwo.   
– A wasi krewni? Są w stanie jakoś pomóc? 
–  Wspierają  nas  emocjonalnie,  ale  mieszkają  zbyt  daleko,  żeby  zrobić  coś  konkretnego. 

Zatrudniłem  kobietę,  która  zajmuje  się  domem.  –  Henry  rozejrzał  się  wokoło  i  bezradnie 
wzruszył ramionami.   

–  A  teraz  jeszcze  ja  zwaliłam  się  wam  na  głowę.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  potrzebujesz,  jest 

praktykantka. Dlaczego nie powiedziałeś tacie, jak wygląda sytuacja? 

– O, Lindsay... – Henry ze znużeniem przeczesał palcami włosy. – Jak mógłbym to zrobić. 

Twój tata i ja przyjaźnimy się od tak dawna...   

– Wiem, Henry, ale masz tyle obowiązków, a z mojego powodu jeszcze ci ich przybędzie. 

Chyba nie powinnam tu zostać.   

– Jest zadowalające rozwiązanie – Henry spojrzał na nią niepewnie – ale nie wiem, czy ci się 

spodoba.   

– Mów.   
– Zasugerowałem mojemu wspólnikowi, żeby wziął cię pod swoje skrzydła, przynajmniej na 

pewien czas, dopóki Megan nie poczuje się lepiej. – Henry chyba sam nie bardzo wierzył, że tak 
się stanie.   

– A co on na to? 

background image

– Oczywiście, wyraził zgodę. To porządny gość. Typ samotnika, ale całkiem miły, gdy się go 

lepiej pozna.   

– Kto to taki? Chyba nic o nim nie mówiłeś. Poprzednim był stary doktor Meredith, prawda? 

Tata  kiedyś  o  nim  wspomniał.  –  Lindsay  starała  się  paplać  beztrosko,  ale  ogarnęło  ją 
przygnębienie.  Głównym  powodem,  który  przygnał  ją  do  północnej  Walii,  była  perspektywa 
odbycia szkolenia pod okiem Henry’ego Llewellyna, którego podziwiała od dzieciństwa.   

– Tym razem mam młodego wspólnika. Nazywa się Aidan Lennox, współpracuje ze mną już 

od trzech lat i jest świetnym lekarzem. Wpadnie później, żeby cię poznać.   

–  Nie  chciałabym  sprawiać  kłopotu  tobie  i  Megan.  Sądzisz,  że  mogłabym  gdzieś  wynająć 

jakąś kawalerkę? 

– Och, Megan na pewno by się to nie spodobało.   
– W jej stanie nie powinna martwić się o gości. Na pewno znalazłoby się w okolicy jakieś 

lokum...   

– Wątpię. W lecie turyści rezerwują wszystko z dużym wyprzedzeniem.   
– Mimo to spróbuję się rozejrzeć.   
– Cóż, jest jeszcze to mieszkanko nad poradnią – z wahaniem przyznał Henry. – Początkowo 

mieszkał tam Aidan, dopóki nie kupił domu, a teraz stoi puste.   

– A nie zamierzaliście go wynająć letnikom? 
– Nigdy tego nie  robimy  z uwagi na bliskość poradni,  więc ewentualnie mogłabyś tam się 

wprowadzić.   

– Doskonały pomysł.   
– Może najpierw porozmawiamy z Aidanem? – Henry wciąż miał zafrasowaną minę, jakby 

wszystkie jego plany wzięły w łeb. – Lecz tak czy owak, zostaniesz u nas przynajmniej na parę 
dni. Zaraz pokażę ci twój pokój.   

Sypialnia  była  ładna,  choć  skromniutka.  Na  ścianach  wisiały  szkice  o  tematyce  japońskiej, 

przedstawiające  gejsze  i  pagody.  Okno  wychodziło  na  róg  ogrodu,  a  z  boku  było  widać 
kawalątek gór. Rozglądając się po tym wnętrzu, Lindsay pomyślała, że chyba nie ma tego złego... 
Przed  przyjazdem  tutaj  trochę  niepokoiła  się  koniecznością  zamieszkania  na  cały  rok  u 
Llewellynów.  Bardzo  ich  lubiła,  lecz  w  Londynie  już  zdążyła  przywyknąć  do  cudownej 
niezależności i wolałaby z niej nie rezygnować. A jako gość musiałaby pod pewnymi względami 
dostosować się do gospodarzy. Może więc będzie lepiej zająć owo mieszkanko nad poradnią.   

Wzięła  prysznic,  rozpakowała  się  i  przebrała.  Zamierzała  zejść  do  kuchni,  aby  pomóc 

Henry’emu przygotować kolację, gdy wychodząc z pokoju spotkała go na korytarzu.   

–  Właśnie  chciałem  ci  powiedzieć,  że  Megan  się  zbudziła.  Niestety,  nie  siądzie  z  nami  do 

stołu,  ale  pragnie  cię  zobaczyć.  –  Otworzył  drzwi  do  sąsiedniej  sypialni.  –  Megan,  kochanie, 
Lindsay do ciebie zajrzy.   

Lindsay  nie  bardzo  wiedziała,  czego  się  spodziewać,  lecz  widok  leżącej  na  łóżku  kobiety 

okazał  się szokujący. Gdy  Lindsay widziała ją  poprzednim razem,  czyli kilka lat temu, Megan 

background image

Llewellyn  była  atrakcyjną  brunetką  z  wielkimi,  pełnymi  ekspresji  oczami,  osobą  energiczną  i 
pełną życia. Obecnie prawie w niczym nie przypominała siebie z tamtego okresu. Nigdy nie była 
tęga  ani  nawet  pulchna,  lecz  dawniej  miała  tu  i  tam  stosowne  krągłości.  Natomiast  teraz 
wyglądała jak własny cień. Ciemne włosy mocno posiwiały, oczy straciły dawny blask. Tylko jej 
uśmiech się nie zmienił.   

–  Och,  Lindsay,  cudownie,  że  przyjechałaś.  –  Megan  wyprostowała  się,  nadstawiając 

policzek, a Lindsay serdecznie go ucałowała. Wokół Megan unosił się miły, kwiatowy zapach, 
równie delikatny jak ona sama.   

– Ja też się cieszę, że cię widzę, ale przykro mi z powodu twojego zdrowia.   
– Żałuję, że nie mogę odpowiednio cię powitać.   
–  Zostawię  was,  dziewczyny,  żebyście  sobie  pogawędziły,  i  zajmę  się  kolacją  –  oznajmił 

Henry. – Zjesz dzisiaj trochę mięsa, Megan? 

– Raczej nie. Wystarczy sama zupa.   
– Nie masz apetytu? – Lindsay usiadła obok łóżka.   
–  Wcale.  –  Megan  przecząco  potrząsnęła  głową  i  z  wyraźnym  znużeniem  oparta  ją  o 

poduszki. – Henry strasznie się tym martwi, ale ja po prostu nie mogę nic przełknąć.   

– Podobno wszystko zaczęło się od grypy? 
–  Tak.  Mówił  ci,  że  podejrzewa  zapalenie  mózgu  i  rdzenia?  Słyszałam  o  tej  chorobie,  ale 

byłam sceptycznie nastawioną. Teraz zmieniłam zdanie. – Megan westchnęła ciężko.   

–  Najgorsze  jest  to  bezustanne  zmęczenie.  Wystarczy  najmniejszy  wysiłek  i  już  padam. 

Dlatego praktycznie nic w domu nie robię. Ale... ale najbardziej żal mi Henry’ego. Zwaliło się na 
niego tyle stresu...   

–  Nie  wolno  ci  się  poddawać.  –  Lindsay  położyła  rękę  na  dłoni  Megan.  –  Coraz  więcej 

wiemy  o  tej  chorobie  i  może  już  wkrótce  zostanie  wynaleziony  skuteczny  lek.  –  Wstała,  ze 
smutkiem patrząc na twarz Megan, która przymknęła oczy.   

– Zmęczyłam cię. Pójdę teraz sprawdzić, czy przydam się Henry’emu. Na razie, Megan.   
Na  palcach  wyszła  z  pokoju  i  cicho  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Byłą  wstrząśnięta  stanem 

kobiety, która chyba nawet nie usłyszała jej pożegnania.   

Schodząc  na  dół,  stwierdziła,  że  Henry  z  kimś  rozmawia.  Pewnie  ze  swoim  wspólnikiem, 

pomyślała, lecz po chwili głosy umilkły, a w kuchni  ujrzała tylko  jakiegoś obcego mężczyznę. 
Stał odwrócony do okna i patrzył na Henry’ego, który w ogrodzie karmił psy.   

– Dzień dobry – powiedziała. – Pan pewnie jest... Raptownie urwała, ponieważ nieznajomy 

się odwrócił.   

Był to ów farmer, którego spotkała najpierw w sklepie, a później na miejscu wypadku. Teraz 

wyglądał trochę inaczej, ponieważ zmienił kraciastą koszulę i dżinsy na beżowy, bawełniany golf 
i spodnie z oliwkowego drelichu. Tylko mina pozostała tak ponura, jak poprzednio.   

– Och... – Lindsay odzyskała głos. – Zdumiewające, że znów pana spotykam.   
– Doprawdy? 

background image

– Jest pan przyjacielem Henry’ego? 
– Przyjacielem? Można tak powiedzieć, choć nie zawsze się ze sobą zgadzamy.   
Lindsay trochę się zasępiła. Skoro ten facet przyjaźni się z Henrym, to dlaczego nic o tym nie 

wspomniał, gdy pytała o drogę? 

– O, widzę, że już się znacie.  – Do kuchni  wszedł  Henry, zdjął ubłocone kalosze i  wsunął 

stopy w stare, skórzane kapcie. – Więc nie muszę was sobie przedstawiać? 

– Prawdę mówiąc, dopiero zeszłam na dół.   
– W takim razie... – Henry popatrzył na nich. – Aidan, to jest Lindsay Henderson. Lindsay, 

kochanie, to mój wspólnik, Aidan Lennox.   

–  Twój...  wspólnik?  –  wymamrotała.  –  Ale...  sądziłam,  że...  –  Wpatrywała  się  w  niego 

oszołomiona, a ze spojrzenia niebieskich oczu wyczytała, że ten człowiek od początku wiedział, 
kim ona jest. W końcu jakimś cudem wzięła się w garść i uścisnęła podaną jej rękę.   

–  Miło  mi  wreszcie  panią  poznać.  – W  tonie  Aidana  Lennoxa  zabrzmiała  ledwie  słyszalna 

nuta kpiny.   

Zaklęła  w  duchu.  Niech  licho  porwie  tego  typa.  Nawet  jeśli  nie  pomógł  jej  w  sklepie,  to 

później,  przed  przyjazdem  karetki,  powinien  był  przyznać,  że  jest  lekarzem.  A  on  pozwolił  jej 
zrobić z siebie idiotkę. Najchętniej ostro wygarnęłaby mu, co o nim myśli. Już otworzyła usta, 
aby to zrobić, lecz Henry odezwał się pierwszy.   

– Liczę na to, że wasza współpraca będzie harmonijna – powiedział z nadzieją w głosie.   
Lindsay  uznała,  że  lepiej  poczekać  z  konfrontacją  na  dogodniejszy  moment.  Nie  chciała 

sprawić Henry’emu przykrości, kłócąc się teraz z Aidanem. Postanowiła jednak, że w stosownej 
chwili  utrze  mu  nosa.  Ale  później,  gdy  gospodarz  nalał  im  drinki,  ogarnęło  ją  przygnębienie. 
Mogłaby pokazać Aidanowi, gdzie raki zimują, gdyby był tylko przyjacielem Henry’ego. Miała 
jednak  przez  rok  praktykować  pod  okiem  tego  antypatycznego  faceta,  musi  więc  jakoś  go 
tolerować. Nie ucieszył jej ten wniosek.   

Podczas  kolacji  panowała  sztywna  atmosfera,  lecz  Henry  na  szczęście  chyba  nie  zdawał 

sobie  z  tego  sprawy.  Natomiast  Lindsay  natychmiast  wyczuła  niechęć  Aidana,  gdy  zaczęli 
rozmawiać o jej życiu w Londynie. Odniosła przemożne wrażenie, że młody lekarz ma jej za złe 
tamtejsze luksusy – zupełnie jakby były one jakąś zbrodnią.   

–  Lindsay  najchętniej  zamieszkałaby  gdzieś  indziej  –  powiedział  Henry,  gdy  skończyli 

posiłek. – Może w tym mieszkaniu nad poradnią. Co ty na to, Aidan? 

– Wszystko mi jedno – odparł, wzruszając ramionami.   
– Było ci tam wygodnie, prawda? 
– Tak, aleja mam skromne wymagania. Ten lokal z pewnością nie umywa się do rezydencji 

w londyńskim Chelsea.   

Lindsay poczuła na policzkach gorący rumieniec gniewu.   
–  Dom  w  Chelsea  należy  do  mojego  ojca  –  wycedziła  lodowato.  –  Ja  mam  własne 

mieszkanie w Fulham.   

background image

– Zapewne równie wygodne? – Aidan znów uniósł brwi, co Lindsay doprowadzało do szału.   
– Och, w to nie wątpię – dobrodusznie stwierdził Henry, całkiem nieświadomy podtekstów w 

tej wymianie zdań. – Richard kupił ci je na dwudzieste pierwsze urodziny, prawda? 

– No... tak – przyznała niechętnie.   
–  Chyba  niewielu  stażystów  żyje  na  takiej  wysokiej  stopie  –  cierpkim  tonem  zauważył 

Aidan. – Prawdę mówiąc, dziwię się, że raczyła pani zaszczycić nas swoją obecnością w takim 
skromnym zakątku jak Tregadfan. Czy gabinet na ulicy Harley nie byłby bardziej odpowiedni? 

– Cóż, oferowano mi pracę właśnie tam – parsknęła, urażona zarówno tonem, jak i słowami 

Aidana. – Ale nie przyjęłam tej propozycji.   

– Wolałaś kawałek prawdziwego świata, co? – Henry zaśmiał się pogodnie.   
– Tego pani tutaj nie zabraknie – enigmatycznie oświadczył Aidan. – A skoro jesteśmy przy 

tym temacie... Musi pani coś zrobić ze swoim ślicznym autkiem.   

– A czegóż to mu brakuje? – Lindsay spiorunowała go wzrokiem.   
–  Niczego,  moja  droga  –  pośpiesznie  wtrącił  Henry.  –  Ale  to  pojazd  dobry  w  Londynie, 

natomiast niezbyt nadaje się do jazdy po tutejszych drogach. Chyba właśnie to chciał powiedzieć 
Aidan, prawda? 

– Henry jeździ dżipem, a ja landroverem.   
– Tym ubłoconym – syknęła Lindsay. – Myślałam, że jest pan farmerem.   
– To byłoby coś złego? – wyzywająco spytał Aidan.   
– Nie, skądże.   
– W tej okolicy jest wielu farmerów, panno Henderson. Jeśli ma pani tu zostać, to lepiej do 

nich przywyknąć.   

– Chwileczkę, moi drodzy! – zawołał Henry, przerywając to preludium kłótni. – Czy wy się 

przypadkiem nie znacie? 

– Tak – odparła Lindsay. – Spotkaliśmy się w sklepie, gdzie pytałam o drogę, a ten pan...   
–  I  potem  na  miejscu  małego  wypadku  –  gładko  wtrącił  Aidan  –  gdy  pani  tak  ochoczo 

pośpieszyła z fachową pomocą.   

–  Coś  takiego!  –  Henry  pokręcił  głową.  –  Trzeba  było  mi  powiedzieć.  –  Wstał  zza  stołu, 

nadal trochę zakłopotany. – Wybaczcie, muszę zajrzeć do Megan, ale jestem pewien, że macie o 
czym pogadać.   

Wyszedł  z  jadalni  i  zamknął  za  sobą  drzwi,  ku  przerażeniu  Lindsay  zostawiając  ją  samą  z 

Aidanem Lennoxem.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Dlaczego od razu pan się nie przedstawił? – agresywnym tonem spytała Lindsay.   
Aidan w zamyśleniu patrzył na coś za oknem i miał taką minę, jakby przebywał we własnym, 

odległym  świecie.  Zirytowana  tym  milczeniem  Linsday  właśnie  zamierzała  powtórzyć  pytanie, 
gdy Aidan wreszcie skierował wzrok na nią.   

– Nie rozumiem – odparł krótko.   
– Wtedy, w sklepie. Musiał pan się zorientować, kim jestem, kiedy spytałam o drogę.   
– Dlaczego? Turyści często błądzą.   
– Uznał mnie pan za turystkę? Ilu turystów szuka Henry’ego Llewellyna? 
– Oni zawsze szukają lekarza.   
–  Przypuśćmy,  że  tak.  Ale  dlaczego  później,  na  drodze,  nie  zdradził  się  pan  ani  słowem, 

tylko pozwolił mi zrobić z siebie idiotkę? 

– Hm... Nie miałem pojęcia, że robi pani z siebie coś takiego.   
– Przecież ci ludzie wiedzieli, że jest pan lekarzem. Wystarczyło tylko o tym wspomnieć, a 

nie zachowałabym się jak...   

– Jak kto? 
– No cóż... nie pchałabym się tam, gdzie mnie nie chcą.   
– O ile dobrze pamiętam, wepchnęła się pani, zanim zdążyłem się odezwać.   
– Tak czy owak, mógł pan powiedzieć...   
– Była pani zanadto napalona na dobry uczynek.   
– Ale wtedy chyba już pan się zorientował, kim jestem.   
– I owszem – przyznał bez entuzjazmu, wzruszając ramionami.   
– Więc czemu pan to przemilczał? 
– Właśnie wtedy przyjechała karetka i poproszono panią o przestawienie samochodu.   
To prawda, pomyślała. Aidan Lennox udzielił sensownych odpowiedzi na każde jej pytanie. 

Dlaczego  więc  miała  niemiłe  wrażenie,  że  od  początku  wiedział,  kim  ona  jest  i  celowo  nie 
ujawnił swojej tożsamości? 

– Dotarła pani na miejsce i tamte incydenty nie mają żadnego znaczenia, więc równie dobrze 

można o nich zapomnieć.   

–  Pewnie  tak  –  przyznała.  –  Ale  nasza  znajomość  źle  się  rozpoczęła,  i  to  całkiem  bez 

powodu.   

– A pani wolałaby rozpocząć ją lepiej? 
–  Nie  byłoby  w  tym  nic  złego,  panie  Lennox.  –  Mierząc  go  gniewnym  spojrzeniem, 

zauważyła  małą,  trójkątną  bliznę  na  policzku.  Pewnie  zdzieliła  go  w  twarz  jakaś  krewka 
kobietka, kiedy też wyprowadził ją z równowagi. – Zwłaszcza że podobno ma pan kierować moją 

background image

praktyką.   

– Owszem. Czy ta wiadomość panią rozstroiła? 
– Tak, skoro musi pan wiedzieć, ale... – Nie dokończyła, bo do pokoju wrócił Henry.   
– Wybaczcie, że tak długo mnie nie było.   
– Jak się czuje Megan? – spytał Aidan.   
– Nie najlepiej. – Henry westchnął ciężko.   
– Zajrzę do niej przed wyjściem.   
–  Aidan  jest  naszym  lekarzem  rodzinnym  –  wyjaśnił  Henry  na  widok  zdumionej  miny 

Lindsay.   

–  Naprawdę?  –  Nie  mogła  pojąć,  dlaczego  Llewellynowie  chcą  przyjaźnić  się  z  tym 

irytującym facetem, nawet jeśli jest on wspólnikiem Henry’ego.   

–  Pewnie  mieliście  o  czym  rozmawiać.  –  Henry  przyniósł  z  kuchni  ekspres  do  kawy  i 

postawił  go  na  stole.  –  Wspomniałem  Lindsay,  że  weźmiesz  ją  pod  swoje  skrzydła.  Nie 
planowaliśmy tego, ale choroba Megan całkiem nas zaskoczyła.   

–  Nadal  sądzę,  że  w  tej  sytuacji  moja  obecność  to  dla  ciebie  za  duży  kłopot,  Henry.  – 

Lindsay wzięła od niego filiżankę. – Dlatego uważam, że powinnam wrócić do Londynu.   

Ta perspektywa nagle wydała się jej kusząca. Wszystko było lepsze niż współpraca z takim 

niemiłym osobnikiem, jak doktor Aidan Lennox.   

Henry jednak był innego zdania.   
–  Nonsens  –  zawyrokował.  –  Nie  widzę  powodów,  dla  których  miałabyś  stąd  wyjechać. 

Zwłaszcza jeśli  Aidan zgodził się tobą zająć. Poza tym  przyda się nam  dodatkowa para rąk do 
pracy.   

– Ale nie będę dla ciebie tylko obciążeniem? – Lindsay starała się omijać Aidana wzrokiem.   
– Wręcz przeciwnie. Jesteś już dyplomowanym  lekarzem  i  masz kwalifikacje, więc bardzo 

nam pomożesz.   

– Tak sądzisz? – spytała z powątpiewaniem. Nie umknęło jej uwagi, że Aidan ani słowem nie 

poparł Henry’ego.   

– Oczywiście  – z przekonaniem zapewnił  Henry.  – Wiesz, że w obecnych okolicznościach 

chętnie sceduję na ciebie część obowiązków. Na przykład niektóre nocne dyżury. Ostatnio parę 
razy musiałem  zostawić  Megan samą, kiedy  wezwano mnie do pacjenta.  Nie mogłem przecież 
wysługiwać  się  Aidanem,  jeśli  poprzedniej  nocy  był  na  nogach.  Zaś  abstrahując  od  tego,  po 
prostu  nie  mogę  pozwolić  ci  wrócić  do  domu,  Lindsay.  Przecież  zrezygnowałaś  z  pracy  w 
Londynie  i  przewróciłaś  swoje  życie  do  góry  nogami,  żeby  przyjechać  na  rok  tutaj.  Co 
pomyślałby sobie twój ojciec? 

– Na pewno by zrozumiał...   
– Nie ma o czym mówić. – Henry zaczął sprzątać ze stołu. – Już i tak zgodziłem się na dwie 

zmiany:  Aidan  zajmie  się  twoją  praktyką,  a  ty  zamieszkasz  nad  poradnią.  Nie  pójdę  na  dalsze 
ustępstwa.   

background image

– Skoro tak... – Lindsay bezradnie wzruszyła ramionami, nadal unikając wzroku Aidana.  – 

Kiedy miałabym zacząć? 

–  Jak  najszybciej.  –  Ulga  w  głosie  Henry’ego  była  prawie  namacalna.  –  Jutro  rano 

pojedziemy do poradni, rozejrzysz się tam, a potem Bronwen pokaże ci mieszkanie.   

–  Kto  to  jest  Bronwen?  –  Przelotnie  zerknęła  na  Aidana  i  dostrzegła  na  jego  kamiennej 

twarzy cień uśmiechu.   

– Bronwen? Cóż, ona niańczy nas wszystkich – odparł Henry. – Jest jakby recepcjonistką i 

szefową administracji w jednej osobie. Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili. Prawda, Aidan? 

– Bronwen właściwie wszystkim rządzi – oświadczył Aidan bez mrugnięcia okiem. – Można 

ją wkurzyć wyłącznie na własne ryzyko.   

– Chyba przemawia przez pana doświadczenie – cierpkim tonem zauważyła Lindsay.   
– Och, Aidan parę razy starł się z naszą Bronwen. – Henry zaśmiał się dobrodusznie.   
Wkrótce  potem  Lindsay  wymówiła  się  zmęczeniem  i  poszła  do  swojego  pokoju.  Marzyła 

tylko  o  tym,  aby  paść  na  łóżko  i  usnąć.  Miała  za  sobą  męczącą  podróż,  a  po  przyjeździe  do 
Tregadfan wszystko okazało się inne, niż się spodziewała. Dlatego nie czekała z utęsknieniem na 
pierwszy dzień swojej praktyki, musiała jednak zadowalająco dostosować się do nowej sytuacji. 
Zanim  odpłynęła  w  słodki  sen,  powzięła  postanowienie,  że  nie  da  się  zastraszyć  ani  Aidanowi 
Lennoxowi,  ani  groźnej  Bronwen,  nie  mówiąc  o  innych  mieszkańcach  tej  dosyć  dziwacznej 
wioski.   

 
Nazajutrz  rano  zbudził  ją  deszcz  głośno  bębniący  o  dach.  Przez  chwilę  zastanawiała  się, 

gdzie jest. Zaraz sobie przypomniała i z jękiem ukryła twarz w poduszce.   

– Jak się masz, Lindsay – powitał ją Henry, gdy w nienajlepszym humorze zeszła do kuchni. 

Uśmiechał  się  ciepło,  lecz  wyglądał  na  zmęczonego.  Może  musiał  zajmować  się  Megan, 
pomyślała Lindsay. – Dobrze spałaś? 

– Jak suseł. A co u Megan? – Lindsay nalała sobie kawy i zrobiła grzankę.   
– Nie czuje się zbyt dobrze. Całą noc bolały ją mięśnie, ale teraz śpi.   
– Może być sama? 
–  Niedługo  przyjdzie  nasza  pomoc.  To  bardzo  pracowita  osoba.  Zrobi  wszystko,  czego 

Megan  sobie  zażyczy,  a  ja  wpadnę  do  domu  w  porze  lunchu.  –  Henry  zostawił  gościa  przy 
śniadaniu, a sam wyszedł z psami. Po powrocie rozmawiał z kimś przez telefon, a potem zajrzał 
do kuchni. – Gotowa do wyjścia? 

Lindsay skinęła głową, pospiesznie dopiła kawę i wzięła z holu żakiet, torbę oraz kluczyki.   
– Może pojedziesz ze mną dżipem? – Henry cicho zamknął frontowe drzwi.   
Lindsay  skrzywiła  się,  przypomniawszy  sobie  drwiącą  uwagę  Aidana  na  temat  jej 

sportowego auta.   

–  Nie  przejmuj  się  Aidanem  –  poradził  jej  Henry  parę  minut  później,  gdy  jechali  do  wsi. 

Nadal lało jak z cebra, a góry spowijała gęsta mgła. – Niełatwo go poznać, ale warto trochę się 

background image

wysilić, bo to porządny chłopak.   

– Będę o tym pamiętać, kiedy znów zacznie mi wypominać moją uprzywilejowaną pozycję 

w społeczeństwie – mruknęła z przekąsem.   

– Nie miej mu tego za złe. Aidan jest na tym punkcie nieco przewrażliwiony, bo jego droga 

do  dyplomu  lekarza  ze  względów  finansowych  była  usłana  raczej  kolcami.  Parę  razy  omal  nie 
musiał zrezygnować ze studiów.   

– Rozumiem więc jego postawę, ale to przecież nie moja wina. Podobnie jak fakt, że mam 

ojca, który odnosi sukcesy i jest zamożny. Co zresztą nie miało żadnego wpływu ma moje studia. 
Musiałam wkuwać tak samo jak inni, żeby zdać egzaminy.   

– Niewątpliwie. Mówię tylko, żebyś nie pozwoliła Aidanowi wyprowadzić się z równowagi.   
Łatwo  powiedzieć,  pomyślała,  gdy  minęli  kaplicę  i  skręcili  na  niewielki  dziedziniec  przed 

wysokim budynkiem z szarego kamienia.   

W recepcji siedziała drobna szatynka w trudnym do zdefiniowania wieku, prawdopodobnie 

między trzydziestką a czterdziestką. Przeglądała pocztę i na moment podniosła wzrok, gdy Henry 
i Lindsay weszli do środka. Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, z sąsiedniego pomieszczenia 
wynurzyła  się  młoda  dziewczyna  z  długimi  włosami  w  szaroburym  kolorze.  Miała  z  lekka 
przerażona  minę,  a  w  obu  rękach  trzymała  tacę  z  trzema  kubkami  pełnymi  parującej  kawy. 
Ostrożnie podeszła do biurka i z ulgą postawiła tacę na blacie.   

–  Och,  doktor  Llewellyn!  –  zawołała.  –  Nie  wiedziałam,  że  pan  przyjechał.  Zaraz  zaparzę 

więcej kawy. Już lecę.   

– Zaczekaj  chwilę, Gwynneth  – poprosił Henry.  – Dobrze,  że jesteście tu obie. Chciałbym 

wam przedstawić doktor Lindsay Henderson. – Odwrócił się i ujął ją za łokieć. – Lindsay, moja 
droga, nasza przychodnia funkcjonuje dzięki tym dwóm paniom. Oto Gwynneth, która przyszła 
do nas niedawno i jeszcze wszystkiego się uczy, a to jest... – wskazał kobietę za biurkiem – nasza 
Bronwen. Pracuje u nas od wieków i ma sprawy poradni w jednym palcu. Jeśli będziesz chciała 
czegoś się dowiedzieć, wystarczy, że spytasz Bronwen.   

A więc to jest ta osławiona Bronwen. Lindsay nie bardzo wiedziała, czego się spodziewała – 

chyba  raczej  Amazonki  o  imponującej  posturze,  a  nie  takiej  malutkiej  kobietki,  która  ze 
śmiertelnie poważną miną skinęła głową.   

Po  dokonaniu  prezentacji  Henry  spytał,  czy  już  przyszedł  doktor  Lennox.  Gwynneth 

otworzyła usta, aby odpowiedzieć, lecz Bronwen nie dała jej dojść do słowa.   

–  Tak  –  odparła  cierpko.  –  Już  był,  ale  poszedł  do  pubu,  żeby  sprawdzić,  jak  czuje  się 

Thomas. Podobno rozedma daje mu się we znaki. Doktor Lennox powiedział, że zaraz wróci.   

– Przekaż mu,  że jesteśmy u mnie. Aha, jeszcze jedno. Czy  gabinet doktor  Henderson jest 

gotowy? 

– Oczywiście – lodowato wycedziła kobieta, jakby poczuła się urażona pytaniem.   
–  Dobra  robota,  Bronwen,  ale  później  musimy  porozmawiać,  ponieważ  nastąpią  pewne 

zmiany w pierwotnym planie.   

background image

– Tak? – Recepcjonistka zmierzyła szefa przenikliwym spojrzeniem. – A jakież to zmiany? 
– Dowiesz się po powrocie doktora  Lennoxa.  – Ton Henry’ego wyraźnie sugerował,  że na 

razie kwestia jest zamknięta.   

Bronwen  zrobiła  bardzo  niezadowoloną  minę.  Najwyraźniej  nie  lubiła  dowiadywać  się  o 

czymś  jako  ostatnia.  Natomiast  Gwynneth  sprawiała  wrażenie  wręcz  przerażonej,  co  także  nie 
umknęło uwagi Lindsay. Tymczasem ruszyła za Henrym w głąb korytarza.   

– Ja przyjmuję tutaj. – Henry otworzył drzwi do przestronnego pomieszczenia we frontowej 

części  budynku.  –  Aidan  ma  gabinet  naprzeciwko,  a  twój  jest  tam.  –  Poprowadził  ją  wąskim 
przejściem na tyły przychodni. – Poprzedni właściciele tego domu mieli tu jadalnię.   

Pokój  nawet  w  deszczowy  dzień  był  jasny,  ponieważ  dużo  światła  wpadało  przez  wielkie 

balkonowe  drzwi  prowadzące  do  pełnej  roślin  oranżerii  oraz  przez  okno  wychodzące  na  mały, 
lecz ładny ogródek otoczony kamiennym murkiem, za którym w oddali rysowała się panorama 
gór. Przy oknie stało duże, dębowe biurko, na nim – komputer, zaś w rogu – kozetka do badania 
pacjentów, częściowo osłonięta białą zasłonką.   

– Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie – z nutą niepokoju w głosie powiedział Henry.   
– Oczywiście – pospiesznie zapewniła Lindsay. – To śliczny pokój. Chcesz, żebym od razu 

zaczęła przyjmować pacjentów? 

– Raczej tak, chociaż lepiej najpierw ustalić wszystko z Aidanem.   
– A co z mieszkaniem? Mogłabym je obejrzeć? 
– Tak, ale wysłałem tam panią Jones, żeby zrobiła w nim porządek, trochę je przewietrzyła i 

sprawdziła, czy niczego nie brakuje. Poczekaj, aż skończy.   

–  Czy  to  coś,  o  czym  powinnam  wiedzieć?  –  spytała  od  drzwi  Bronwen,  która 

niepostrzeżenie weszła do gabinetu.   

–  Chodzi  o  jedną  ze  zmian,  o  których  wspomniałem.  Moja  żona  niedomaga,  więc  doktor 

Henderson  postanowiła  nam  nie  przeszkadzać.  Prawdopodobnie  zamieszka  na  górze,  ale 
najpierw pani Jones musi tam posprzątać.   

– Niby dlaczego? Na górze jest idealnie czysto.   
– Och, nie wątpię, ale przecież trzymaliśmy tam różne rzeczy...   
– Tylko stare karty – lodowato wycedziła Bronwen.   
–  Ale  warto  wpuścić  trochę  świeżego  powietrza  –  zniecierpliwionym  tonem  oświadczył 

Henry.  –  O,  Aidan,  dobrze,  że  jesteś  –  powitał  wchodzącego  wspólnika.  –  Właśnie  mówiłem 
Bronwen, że Lindsay chyba zajmie mieszkanko na piętrze.   

– Ach, tak. – Aidan popatrzył na nich troje i chyba wyczuł napiętą atmosferę, – Dzień dobry 

– powitał Lindsay i  zwrócił się do Henry’ego:  – Powiedziałeś też Bronwen, że nie ty będziesz 
szkolił Lindsay? 

– Jeszcze nie. Uznałem, że lepiej poczekać z tym na ciebie.   
– Już jestem, więc wyjaśnijmy wszystko do końca. Bronwen, ustaliliśmy, że to ja zajmę się 

szkoleniem doktor Henderson, a nie doktor Llewellyn.   

background image

Z  zachowania  obu  mężczyzn  Lindsay  wywnioskowała,  że  recepcjonistka  zareaguje  na  tę 

wiadomość w szczególny sposób. I rzeczywiście – kobieta najwyraźniej się zdziwiła i zirytowała, 
lecz zaraz na jej twarzy pojawił się wyraz obojętności.   

– Kiedy została powzięta ta decyzja? – spytała.   
– Dwa tygodnie temu – odparł Henry.   
– Byłoby miło, gdyby mnie o tym poinformowano.   
– Postanowiliśmy najpierw pomówić o tym z doktor Henderson. Na szczęście zaakceptowała 

tę zmianę. Doktor Lennox także.   

– Jaki będzie rozkład dyżurów? – Bronwen pytająco spojrzała na Aidana.   
– Trzeba je zaplanować. Może już teraz? 
– Chodźmy do mnie – zaproponował Henry. – Bronwen. zechcesz przynieść nam kawę? 
Kobieta mruknęła coś niezrozumiale i poszła do recepcji, a Henry i Aidan zrobili skruszone 

miny.  Chwilę  później,  gdy  we  troje  siedzieli  w  gabinecie  Henry’ego,  Bronwen  wniosła  tacę  z 
trzema kubkami, mlekiem i cukrem.   

– Mam zostać? – spytała, stawiając ją na biurku szefa.   
– Nie – odparł. – Nie powinniśmy zabierać ci czasu. O tej porze zawsze jesteś bardzo zajęta. 

Ale obiecuję niezwłocznie zawiadomić cię o wszelkich decyzjach.   

Recepcjonistka  skwitowała  jego  słowa  wymownym  prychnięciem  i  wyszła  z  pokoju, 

ostentacyjnie głośno zamykając za sobą drzwi.   

– Czemu jej na to pozwalacie? – Lindsay nie posiadała się ze zdumienia.   
– Na co? – Aidan nalał do swojej kawy trochę mleka i sięgnął po cukierniczkę.   
– Narządzenie.   
– To pozory – mruknął Henry.   
– Jej się tylko zdaje, że ma tutaj władzę – dodał Aidan, a Lindsay kolejny raz dostrzegła na 

jego twarzy cień uśmiechu.   

–  Bronwen  to  wspaniała  pracowniczka  –  zapewnił  Henry.  –  A  w  tej  okolicy  trudno  o 

wykwalifikowany  personel,  bo  młodzi  uciekają  do  miasta.  Dlatego  rzeczywiście  pozwalamy 
Bronwen  trochę  się  szarogęsić.  –  Henry  upił  łyk  kawy,  skrzywił  się  i  ją  dosłodził.  –  Ale  do 
rzeczy, moi drodzy. Aidan, kiedy poprzednio rozmawialiśmy na ten temat, zgodziłeś się ze mną, 
że Lindsay powinna przyjmować tylko dodatkowych pacjentów. Nadal tak sądzisz? 

–  Tak.  –  Aidan  spojrzał  na  Lindsay.  –  Z  uwagi  na  czas  trwania  praktyki  nie  ma  sensu 

przydzielać pani miejscowych pacjentów. Dlatego proponuję, żeby zajmowała się pani chorymi 
turystami, którzy w lecie nawet przez tydzień nie potrafią obejść się bez pomocy lekarza.   

–  I  tylko  na  tym  polegałyby  moje  obowiązki?  –  Lindsay  nie  tego  się  spodziewała.  –  Nie 

nauczę się, jak być lekarzem rodzinnym, opatrując stłuczone kolana urlopowiczów.   

–  Miałabyś  na  głowie  również  inne  sprawy  –  pośpiesznie  zapewnił  Henry.  –  Często 

przychodzi więcej pacjentów, niż możemy przyjąć. W takim przypadku kierowalibyśmy ich do 
ciebie. Mogłabyś też przejąć część naszych wizyt domowych.   

background image

– Chcecie, żebym od razu się za to wzięła? – spytała bez większego entuzjazmu. Obawiała 

się, że będzie zwyczajnym popychadłem.   

– To zależy od Aidana.   
– Może najpierw mi pani poasystuje, żeby się zorientować, co i jak, poznać tutejszych ludzi. 

Potem się zamienimy i ja popatrzę, jak pani sobie radzi. A na wizyty domowe będzie pani jeździć 
i z Henrym, i ze mną. Zgadzasz się, Henry? 

– Oczywiście. Nie pozwolimy ci, Lindsay, zgubić drogi na jakiejś odległej górskiej przełęczy 

– ze śmiechem oświadczył Henry. – A propos, musimy załatwić ci jakiś odpowiedni samochód, 
żebyś... – Urwał, słysząc dzwonek interkomu.   

– Tak, Bronwen? – spytał z westchnieniem, nacisnąwszy przycisk.   
– W poczekalni jest wielu  pacjentów, doktorze Llewellyn  – z pretensją w głosie oznajmiła 

recepcjonistka. – Co mam im powiedzieć? 

– Nic, Bronwen. Zaczynamy dyżur.   
– A gdzie będzie przyjmować doktor Henderson? 
– Wraz z doktorem Lennoxem.   
Głośne kliknięcie oznaczało, że Bronwen wyłączyła aparat, a Henry parsknął śmiechem.   
– Najwyższy czas wziąć się do roboty, moi drodzy.   
– Fakt – przyznał Aidan.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Gabinet Aidana również okazał się duży, a jego integralną częścią był dodatkowy pokoik do 

badania pacjentów. Aidan wskazał Lindsay krzesło i przez parę minut zapoznawał ją z tajnikami 
systemu komputerowego.   

– Nie oczekuję, że od razu wszystko pani zapamięta.   
– To żaden problem – stwierdziła lekkim tonem. – W szpitalu, gdzie pracowałam, mieliśmy 

ten sam system.   

– Ale nie mieliście naszej Gwynneth.   
– Nie rozumiem.   
– Ona w jednej chwili umie niechcący wyczyścić sporo plików.   
– Ach tak... – mruknęła Lindsay i w tej samej chwili do gabinetu weszła Gwynneth z kartami 

w ręce.   

– O wilku mowa – mruknął Aidan. – Właśnie wspomniałem o tobie.   
–  Naprawdę?  –  Dziewczyna  natychmiast  się  zarumieniła.  Zdaniem  Lindsay  chyba  z 

zadowolenia, że była obiektem ich uwagi.   

– Tak. Uprzedziłem doktor Henderson, jak wspaniale sobie radzisz z komputerem.   
–  Och...  –  Rumieniec  Gwynneth  jeszcze  się  pogłębił.  –  Staram  się,  ale  nie  zawsze  mi 

wychodzi. Czasem przez pół dnia wprowadzam dane, a potem wystarczy jedno głupie kliknięcie i 
wszystko gdzieś znika.   

– To dzisiejsze zapisy? – spytał Aidan.   
– Co? 
– Te karty.   
–  Aha.  Tak,  proszę  bardzo.  Chyba  zapomniałam,  po  co  tu  przyszłam.  –  Gwynneth 

uśmiechnęła się marzycielsko i umknęła z pokoju.   

– Jak pani widzi, Gwynneth nie zawsze bywa w pełni przytomna. Ale ma dobre intencje.   
– Nie wątpię.   
–  Jeśli  jest  pani  gotowa,  to  zaczynajmy.  –  Nacisnął  przycisk,  aby  brzęczykiem  wezwać 

pierwszego pacjenta z porannej listy.   

Lindsay dyskretnie przyglądała się doktorowi Lennoxowi. Dzisiaj miał na sobie granatowy, 

bawełniany sweter i beżowe spodnie. Ona zaś wystroiła siew czarny kostium i wytworną, białą 
bluzkę. Teraz doszła do wniosku, że na tę okazję jest o wiele za elegancka i  w pracy powinna 
nosić odzież w mniej wyrafinowanym stylu.   

–  Cześć,  Hew.  –  Aidan  skinął  głową  wchodzącemu  do  gabinetu  starszemu  panu,  który 

podejrzliwie  łypnął  na  Lindsay.  –  Poznaj  doktor  Lindsay  Henderson.  Będzie  u  nas  pracować 
przez pewien czas.   

background image

– Mówisz, że to lekarka? 
– Oczywiście. Ma wszelkie kwalifikacje i przyjechała do nas aż z Londynu.   
– Dzień dobry, panie Griffiths – odezwała się Lindsay.   
–  Z  Londynu,  powiadasz?  –  Hew  zignorował  słowa  powitania.  –  Mój  ojczulek  zawsze 

powtarzał, że stamtąd nie przychodzi nic dobrego. A sądząc po tym, co piszą w gazetach, chyba 
niewiele się zmieniło. Londyn to siedlisko wszelkiego zła.   

– Przesadzasz, Hew  – stanowczo stwierdził Aidan, lecz  Lindsay odniosła wrażenie, że jest 

rozbawiony uwagami staruszka. – A teraz mów, co ci dolega.   

– Przy niej? – Griffiths popatrzył na Lindsay.   
– Oczywiście. – Aidan skinął głową, a pacjent wziął głęboki oddech i zaczął szybko mówić 

po walijsku. – Nie, Hew – zaprotestował Aidan. – Po angielsku.   

Hew znów wrogo spojrzał na Lindsay i wymruczał pod nosem parę zdań – tak niewyraźnie, 

że równie dobrze mogłoby to być w każdym języku.   

– A więc ostatnio oddajesz mocz częściej niż zwykle? 
– Aidan postanowił przyjść Lindsay z pomocą. – Głównie w nocy, czy w dzień? 
– W nocy – mruknął Hew.   
– Strumień jest stały? 
Hew zaprzeczył ruchem głowy, nie patrząc na Lindsay.   
– Czyli trochę przerywany? 
Tym razem Hew odpowiedział twierdząco, lecz też bez słów.   
– Będę musiał cię zbadać, Hew. Idź do tamtego pokoju i zdejmij spodnie.   
Starszy pan z przerażeniem zerknął na Lindsay.   
– Spokojnie, Hew, ja się tobą zajmę – zapewnił Aidan.   
– Zgadza się pani, prawda? 
–  Oczywiście.  Rozumiem,  że  pacjenci  muszą  trochę  oswoić  się  z  moją  obecnością.  Oby 

później, gdy będę przyjmować własnych, nabrali do mnie zaufania.   

– Na pewno wkrótce się przekonają, że jest pani dobrym lekarzem. Na razie, widząc panią ze 

mną, pewnie sądzą, że mają do czynienia z jakąś studentką. – Aidan poszedł do pokoju badań i 
starannie zamknął za sobą drzwi.   

Lindsay w zamyśleniu rozejrzała się po gabinecie. Najchętniej znów znalazłaby się na ostrym 

dyżurze londyńskiego szpitala, gdzie do niedawna pracowała. Tam nikt nie miał najmniejszych 
wątpliwości, że jest lekarką: wystarczyło, że nosiła biały fartuch i zawieszony na szyi stetoskop. 
A pacjenci cieszyli się z prostego faktu, że wreszcie zostali przyjęci. Ale cóż, nikt jej nie zmuszał 
do odbywania rocznego stażu właśnie w Walii. Sama podjęła decyzję i powinna pogodzić się z 
tym, że nic nie wygląda tutaj tak, jak się spodziewała.   

Może  należałoby  włożyć  nieco  wysiłku  w  proces  adaptacji  do  miejscowych  realiów. 

Postanowiła, że nie będzie jeździć swoim sportowym samochodem oraz zafunduje sobie trochę 
praktycznej garderoby w stylu odpowiednim dla mieszkanki górskiej wioski.   

background image

Lecz  obserwując  Aidana,  który  wrócił  i  właśnie  mył  ręce,  poczuła  przypływ  irytacji. 

Dlaczego  właśnie  ona  ma  się  do  wszystkiego  dostosowywać?  Przecież  to  nie  jej  wina,  że  tyle 
rzeczy  niemile  ją  zaskoczyło.  Na  przykład  to,  że  będzie  praktykować  pod  okiem  niezbyt 
sympatycznego człowieka.   

Była strasznie sfrustrowana, więc dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Aidan coś do niej 

mówi, ona zaś nie usłyszała ani słowa. Właśnie się zastanawiała, czy poprosić go, aby powtórzył, 
gdy on spojrzał na nią przez ramię.   

– No więc? Co by pani zrobiła? 
– Słucham?... Chodzi o pana Griffithsa? 
– A o kogo innego mógłbym pytać? 
– Nie zbadałam go.   
– Właśnie dlatego powiedziałem pani o moich spostrzeżeniach.   
– Ach tak... – Poczuła na twarzy rumieniec zakłopotania.   
– Mam wszystko powtórzyć? 
– Bardzo proszę – wymamrotała.   
– Stwierdziłem powiększenie gruczołu krokowego.   
Aidan patrzył na nią wyczekująco, a ją to spojrzenie dziwnie rozstroiło. Musiała skarcić się 

w duchu za brak koncentracji i w końcu jakoś zdołała wziąć się w garść.   

– Zaleciłabym wykonanie analizy krwi i skierowała pacjenta do specjalisty.   
Do  gabinetu  wrócił  Hew  Griffiths,  toteż  Aidan  tylko  skinieniem  głowy  wyraził  aprobatę  i 

usiadł za biurkiem.   

– Zamierzam wysłać cię do specjalisty, Hew.   
– Co? – Starszy pan najwyraźniej się przeraził. – Jestem aż taki chory? 
– Może wcale nie jesteś chory, ale trzeba wszystko sprawdzić, żeby się upewnić.   
– To jaki pożytek jest z was dwojga, skoro sami nic nie wiecie? Chyba powinienem pójść do 

doktora Lleweliyna.   

– Powiedziałby dokładnie to samo.   
– Czyli muszę się tłuc aż do Bangor? – Hew nie był tym zachwycony.   
– Twój syn na pewno cię zawiezie. Dam ci też skierowanie na badanie krwi.   
Aidan zajął się pisaniem, więc tylko Lindsay zauważyła zmartwioną minę staruszka.   
–  Nie  ma  powodów  do  niepokoju,  panie  GrilTiths  –  zapewniła  łagodnie.  –  Te  analizy  to 

naprawdę głupstwo.   

– A niby kto je wykona? Judith? Lindsay musiała przyznać, że nie wie.   
– Ale z pani pociecha! – kpiąco prychnął He w. – Nic nie wie, a uważa się za lekarkę! 
– Zanim wyjdziesz, daj to recepcjonistce, Hew. – Aidan wręczył mu skierowanie na analizę 

krwi.  –  Będziesz  musiał  umówić  się  z  Judith,  bo  nie  przychodzi  do  nas  codziennie.  A 
zawiadomienie o terminie wizyty u specjalisty dostaniesz pocztą.   

Hew opuścił gabinet, mrucząc coś pod nosem, a Lindsay pytająco spojrzała na Aidana.   

background image

– Dowiem się teraz, kim jest Judith? 
– Naprawdę pani o niej nie słyszała? 
– Oczywiście, że nie.   
– Proszę mi wybaczyć. Przypuszczałem, że Henry coś o niej wspomniał. Ale on ma ostatnio 

tyle  na  głowie...  Judith  to  nasza  pielęgniarka.  Pracuje  na  pół  etatu  u  nas  i  w  poradni  w 
Betwsycoed. Wkrótce się tu zjawi, więc ją pani pozna. – Aidan znów włączył brzęczyk. – A teraz 
do roboty, bo inaczej ten dyżur nigdy się nie skończy.   

– Oby następny pacjent mniej wybrzydzał na obecność praktykantki.   
– Proszę nie mieć ludziom za złe, że trochę się jeżą. Jest pani tu nowa.   
– A na dodatek z Londynu. – Lindsay skrzywiła się pociesznie.   
– Proszę poczekać, aż to się rozniesie. Pacjenci będą walić do pani drzwiami i oknami.   
– Nie liczyłabym na to, dokto... – Urwała, bo ktoś zapukał do drzwi.   
Do  gabinetu  weszła  młoda  matka  z  niemowlęciem.  Trochę  zdziwiła  się na  widok  Lindsay, 

lecz  po  paru  słowach  wyjaśnień  już  się  uśmiechała,  zadowolona  z  tego,  że  ma  do  czynienia  z 
kobietą.  Uskarżała  się  bowiem  na  bolesność  piersi  po  każdym  karmieniu.  Pod  koniec  wizyty 
zwracała  się  wyłącznie  do  Lindsay,  a  Aidan  tylko  się  przysłuchiwał.  Pozwolił  też  swojej 
praktykantce  wystawić  receptę  na  specjalny  krem  do  smarowania  sutek  oraz  tabletki 
przeciwbólowe.   

– No proszę – powiedział po wyjściu kobiety. – Ta pacjentka jest zadowolona.   
Był  to  przypadek  niestety  odosobniony.  Podczas  przedpołudniowego  dyżuru  większość 

pacjentów  odnosiła  się  do  Lindsay  podobnie,  jak  Hew  Griffiths,  czyli  bez  cienia  zaufania. 
Dlatego  Lindsay odetchnęła z ulgą, gdy  Bronwen przez interkom poinformowała Aidana, że w 
poczekalni już nie ma nikogo.   

– Dziękuję, Bronwen. – Aidan przeciągnął się i  odchylił  głowę na oparcie fotela.  – Ile jest 

wizyt domowych? 

– Na razie tylko cztery, doktorze Lennox.   
– Mam jechać z panem? – spytała Lindsay.   
–  Raczej  tak.  Najpierw  zamierzałem  prosić  Bronwen,  żeby  wprowadziła  panią  w  tajniki 

funkcjonowania naszej przychodni, lecz to chyba kiepski pomysł.   

Ciekawe, co byłoby gorsze: kilka godzin w towarzystwie Aidana, czy tyle samo z Bronwen. 

Oboje najwyraźniej nie zapałali do niej sympatią.   

W  milczeniu  włożyła  żakiet,  wzięła  lekarską  torbę  i  wychodząc  za  Aidanem  z  gabinetu, 

ciężko westchnęła. Nic nie wyglądało tak, jak się spodziewała, toteż po raz setny od przyjazdu 
miała ochotę się spakować, wrzucić walizki do bagażnika i pognać autostradą do Londynu.   

– Co dla mnie masz, Bronwen? – Aidan wszedł za kontuar recepcji, by przejrzeć zgłoszenia. 

Lindsay  nie  wiedziała,  czy  ma  zrobić  to  samo.  Po  chwili  wahania  została  w  poczekalni,  dla 
zabicia czasu oglądając rozwieszone na ścianach plakaty.   

– Ma pani piękny kostium.   

background image

Lindsay odwróciła się i ujrzała wychyloną zza blatu Gwynneth, która z podziwem oglądała ją 

od stóp do głów.   

– Naprawdę? Dziękuję,  Gwynneth.  Właśnie doszłam do wniosku, że ten strój nie jest  zbyt 

praktyczny w warunkach wiejskich.   

– Ale jest śliczny. Kupiła go pani w Londynie? 
– Tak.   
– U Harrodsa? – niemal z nabożną czcią spytała dziewczyna.   
– Nie, nie u Harrodsa.   
– Pewnie w Selfridges? – Na twarzy Gwynneth pojawił się wyraz rozmarzenia.   
– Nie, w małym sklepiku w Kensington.   
– W Kensington! – Bladoniebieskie oczy Gwynneth rozszerzyły się z wrażenia.   
–  No...  tak.  –  Lindsay  niepewnie  skinęła  głową  i  z  ulgą  pomaszerowała  do  wyjścia  za 

Aidanem,  który obdarzył  ją przelotnym  spojrzeniem  i  wymownie pomachał  plikiem kart.  – Do 
zobaczenia, Gwynneth.   

Deszcz  już  nie  padał,  a  wiatr  zwiał  chmury  w  kierunku  gór,  nad  którymi  teraz  unosiły  się 

szare,  postrzępione  obłoki.  Na  parkingu  Lindsay  starannie  ominęła  kałuże,  aby  nie  zamoczyć 
porządnych, czarnych pantofli, i wsiadła do landrovera.   

– Żadnych psów? – spytała, zatrzaskując drzwi.   
– Są w domu – sucho odparł Aidan, zapalając silnik. – Wpadnę po nie – dodał zaraz, jakby 

pożałował,  że  odezwał  się  takim  niemiłym  tonem.  –  Zawsze  je  zabieram,  kiedy  jadę  do 
pacjentów. Powinny mieć trochę ruchu.   

Lindsay nagle zapragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o prywatnym życiu doktora Lennoxa. 

Ciekawe, czy jest żonaty. Zdaniem Henry’ego był typem samotnika, ale to nie musi oznaczać, że 
z nikim się nie związał.   

Zerknęła na niego z ukosa. Miał wyrazisty profil i ze zmarszczonymi brwiami patrzył prosto 

przed siebie. Przesunęła spojrzeniem po jego dłoniach – one zawsze wiele mówią o człowieku. 
Dłonie  Aidana  były  duże,  kształtne,  pokryte  delikatnym,  ciemnym  owłosieniem  o  złotawym 
połysku. Sprawiały wrażenie silnych i bardzo męskich... Lindsay pośpiesznie odwróciła od nich 
wzrok i dyskretnie uchyliła okno, ponieważ wnętrze samochodu czuć było psami.   

–  Mamy  cztery  wezwania  –  oznajmił  Aidan.  –  Najpierw  pojedziemy  do  starszego 

małżeństwa  mieszkającego  na  peryferiach  wsi.  Pan  Douglas  Morgan  ma  chorobę  Parkinsona  i 
jest pod opieką żony Milly. To bardzo miła osoba, ale też coraz bardziej podupada na zdrowiu i 
nie wiem. jak długo da sobie radę. Staram się odwiedzać ich raz na tydzień.   

– Co ich czeka, gdy ona już nie będzie w stanie zajmować się mężem? 
– Na razie trudno powiedzieć. Rozmawiałem 7 nimi o różnych możliwościach i obiecałem, 

że w razie potrzeby zrobię wszystko, co w mojej mocy. żeby mogli zostać razem.   

Ale jego stan szybko się pogarsza i  obawiam  się, że Douglas wkrótce będzie musiał  iść do 

szpitala lub przynajmniej do domu opieki.   

background image

– A co z żoną? 
– Jeszcze jest dość sprawna, ale nie chciałbym, żeby została w domu całkiem sama. Byłoby 

idealnie, gdyby udało się umieścić ich oboje w jednym miejscu, bo rozstanie złamałoby im serca. 
To trudny przypadek.   

– W jakim są wieku? 
– Douglas ma osiemdziesiąt sześć lat, a Milly  – osiemdziesiąt cztery. W zeszłym tygodniu 

obchodzili diamentowe wesele.   

Aidan przejechał przez wieś i zwolnił w okolicy, gdzie domy stały w większym oddaleniu od 

siebie. Lindsay właśnie zastanawiała się, który z nich należy do doktora Lennoxa, gdy on zjechał 
na pobocze.   

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił. – Ma pani chęć zobaczyć, jak mieszkam? 
Lindsay  trochę  się  zdziwiła,  zatrzymali  się  bowiem  między  dwiema  posesjami.  Wysiadła  i 

poszła za Aidanem wzdłuż ogrodzenia z metalowych prętów.   

– Proszę uważać na schodach – ostrzegł Aidan. – Pewnie są mokre i śliskie.   
Dopiero teraz zauważyła bramę, a kilkadziesiąt metrów dalej, sporo poniżej poziomu drogi, 

ujrzała  dach  i  kominy.  Ostrożnie  zeszła  na  dół,  ponieważ  buty  na  skórzanych  podeszwach 
rzeczywiście  strasznie  się  ślizgały,  i  na  dole  uważniej  przyjrzała  się  domowi.  Był  z  szarego 
kamienia, miał dach kryty łupkiem i stał dosłownie wtulony w zbocze wzgórza.   

Aidan  poszedł  przodem  i  otworzył  drzwi  przybudówki,  a  Lindsay  usłyszała  odgłosy 

entuzjastycznego  psiego  powitania.  Oba  zwierzaki  wypadły  na  zewnątrz,  ona  zaś  psychicznie 
przygotowała się na spotkanie z nimi. W zasadzie nie miała awersji do psów, lecz w dzieciństwie 
ugryzł  ją  kundel  sąsiadów  i  od  tego  czasu  wolała  trzymać  się  od  nich  z  daleka.  Aidan  chyba 
wyczuł  jej  niepokój,  ponieważ  stała  całkiem  nieruchomo,  gdy  jego  czworonożni  przyjaciele 
skakali wokół niej, radośnie ujadając.   

– Skipper! Jess! – zawołał stanowczym tonem, a psy natychmiast się odwróciły i pognały w 

głąb ogrodu.   

– Przepraszam. – Aidan cofnął się, aby wpuścić ją do domu. – One szaleją ze szczęścia, a ja 

zapominam, że nie każdy ma do czynienia z psami.   

– Ja nie – przyznała. – Trzymanie psa w wielkim mieście raczej nie ma sensu.  – Ciekawie 

rozejrzała się po kuchni z belkowanym sufitem. – Interesujące wnętrze. Długo pan tu mieszka? 

– Prawie trzy lata, i nadal robię remont, który zaplanowałem na pięć lat. Dom był prawie w 

ruinie, gdy pierwszy raz go zobaczyłem, więc odnowiłem więcej, niż z pozoru się wydaje. Proszę 
dalej, pokażę pani moje najważniejsze znalezisko.   

Przeszli  przez  małą  jadalnię,  gdzie  stał  dębowy  stół  i  krzesła,  i  znaleźli  się  w  przytulnym 

saloniku. Także i tutaj ciemne, drewniane belki były starannie odrestaurowane, białe ściany miały 
chropawą fakturę, a jedną z nich zajmował wielki, głęboki kominek z przypieckiem.   

–  To  palenisko  było  kompletnie  zamurowane  –  oświadczył  Aidan.  –  Odkryłem  je 

przypadkiem, ponieważ jedna cegła się obluzowała. Nie muszę mówić, że z radością zburzyłem 

background image

ściankę, żeby wyeksponować to cudo.   

– Wygląda imponująco. Sądziłam, że takie kominki budowano tylko w dużych rezydencjach.   
– Najwyraźniej zdarzają się również w niektórych tutejszych domkach.   
– A to pański ogród? – Lindsay podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz.   
–  Słowo  dżungla  chyba  byłoby  trafniejszym  określeniem.  Ale  porządki  w  tej  gęstwie  są 

ostatnią pozycją w moim pięcioletnim planie.   

–  Podoba  mi  się  to  miejsce.  –  Lindsay  przesunęła  spojrzeniem  po  bujnych  roślinach. 

Otoczony  wysokim  kamiennym  murem  ogród  rzeczywiście  wyglądał  na  zapuszczony,  lecz  w 
zielonej  plątaninie  krzewów  i  chwastów  rosło  mnóstwo  bajecznie  kolorowych  kwiatów  – 
wspaniałe, duże stokrotki, jaskry, różowe i białe lwie paszcze oraz wysoka naparstnica. Mur był 
porośnięty  gęstym  bluszczem,  a  ze  szczelin  między  kamieniami  wyrastały  pomarańczowe 
nasturcje  i  czerwone  pelargonie.  Stojąca  w  rogu  stara,  żelazna  pompa  prawie  nikła  pod  masą 
pnącego orlika i dzikich róż, a oparta o mur staroświecka maglownica przypominała o minionej 

epoce.   

– Jest jakieś drugie wejście? 
– Tak. Boczna droga prowadzi aż na podwórze przed domem. Zazwyczaj tam parkuję auto, 

lecz gdy mi się śpieszy, zostawiam je na poboczu szosy i schodzę na dół.   

– A sypialnie? – Lindsay wyszła do holu i spojrzała w stronę schodów.   
– Chce pani zobaczyć moją sypialnię? 
Chyba po raz pierwszy  usłyszała w jego  głosie  nutę rozbawienia i  poczuła, że się rumieni. 

Jak mogła palnąć coś takiego! 

– Ile pokoi jest na górze? – spytała, ignorując jego słowa.   
– Dwa. Były trzy, lecz jeden przerobiłem na dużą łazienkę. Ma pani ochotę rzucić okiem? 
– Jeśli starczy czasu – odparła chłodnym tonem. Owszem, chętnie rozejrzałaby się na piętrze, 

ponieważ dom  i  sposób odnowienia  go przypadł  jej do gustu.  Wolałaby  jednak, aby Aidan nie 
pomyślał, że ona pragnie zobaczyć miejsce, w którym on sypia.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

W większej sypialni stało szerokie, drewniane łóżko z jasnej sosny, przykryte kapą z grubej, 

białej bawełny. Ściany miały kremowy kolor, a zasłony były z jasnoniebieskiego aksamitu.   

Lindsay wlepiła wzrok w szerokie posłanie, zastanawiając się, czy Aidan dzieli z kimś swoje 

życie.  Nigdzie  nie  zauważyła  śladów  obecności  kobiety  –  żadnych  kosmetyków  lub  innych 
drobiazgów.  Rozglądając  się  po  pokoju,  usiłowała  wymyślić  stosowny  komentarz.  Aidan 
nieoczekiwanie przyszedł jej z pomocą.   

– Podoba się pani? 
– Tak, nawet bardzo. Właśnie myślałam o tym, że Romilly byłaby zachwycona tym pokojem.   
– Romilly? 
– Przyjaciółka mojego ojca. Zajmuje się projektowaniem wnętrz i jest bardzo dobra w swoim 

fachu.   

– Przyjaciółka pani ojca? – Aidan uniósł brwi.   
– Tak, są ze sobą od lat. Och, proszę nie robić takiej miny. Nie chodzi o jakiś straszny układ 

typowy dla zepsutego Londynu. Moja matka zmarła dawno temu, gdy miałam siedem lat.   

–  Musiało  być  pani  ciężko.  –  Aidan  poprowadził  ją  w  głąb  korytarza  i  otworzył  drzwi  do 

drugiego pokoju. Jeszcze nie był odnowiony i na razie służył za składzik. – Jak to się stało? 

– Na przejściu dla pieszych potrącił ją samochód. Kierowcy nigdy nie zatrzymano.   
– Przykro mi.   
Była  zadowolona,  że  Aidan  powstrzymał  się  od  wylewnego  wyrażania  współczucia,  co 

zazwyczaj robili ludzie, gdy usłyszeli o tragicznym wydarzeniu z jej przeszłości. Nie lubiła o nim 
mówić, ponieważ mimo upływu czasu wspomnienia nadal były bolesne.   

– Ma pani rodzeństwo? 
– Nie, tylko ojca. Wkrótce po tamtym wypadku przeprowadziliśmy się do domu w Chelsea. 

Ojciec nadal tam mieszka.   

– A pani posiada apartamencik w Fulham.   
Nie była pewna, co oznaczał ton Aidana, więc zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem, lecz 

nie zdołała nic wyczytać z jego obojętnej miny.   

– Tak – potwierdziła, zerknąwszy na nowoczesną łazienkę, i wróciła z Aidanem na parter. – 

Nie  ma  jak  odrobina  niezależności,  prawda?  –  Miała  nadzieję,  że  w  odpowiedzi  Aidan  uchyli 
rąbka  tajemnicy  na  temat  swojego  życia  prywatnego,  ale  się  rozczarowała,  bo  zignorował  jej 
pytanie.   

– Lepiej zawołam psy, bo musimy już jechać – oświadczył.   
Wyszła  za  nim  na  małe  podwórko,  a  oba  psiaki  w  podskokach  wypadły  z  głębi  ogrodu. 

Zanim zdążyła się zorientować, że są całe mokre, one gwałtownie się otrząsnęły, spryskując ją od 

background image

stóp do głów wodą.   

Z piskiem odskoczyła w bok, usiłując strzepnąć niezliczone krople ze swojego wytwornego 

kostiumu.  Aidan  nic  nie  powiedział,  ona  zaś  wyprzedziła  go  na  schodkach  i  omal  nie  straciła 
równowagi,  gdy  zwierzaki  pędem  ją  minęły,  gnając  do  głównych  drzwi.  Przy  nich  grzecznie 
usiadły i ziajały z wywieszonymi jęzorami, czekając na swego pana.   

Lindsay  w  milczeniu  wsiadła  do  landrovera,  Aidan  wpuścił  do  wnętrza  psy,  a  ona  prawie 

natychmiast  poczuła  dotyk  wilgotnego  nosa  na  szyi.  Okazało  się,  że  to  owczarek  Skipper 
wysunął pysk ponad oparcie jej fotela.   

– Chyba panią polubił – stwierdził Aidan, zerkając przez ramię. – Zazwyczaj nie jest aż taki 

przyjazny wobec obcych.   

Do  państwa  Morgan  zajechali  w  pięć  minut.  Ich  domek  też  był  z  szarego  kamienia  i  z 

łupkowym dachem, lecz stał w szeregu wraz z pięcioma innymi. Przed wszystkimi znajdowały 
się zadbane ogródki, a w oknach wisiały firaneczki z bawełnianej siatki. Zza jednej z nich Milly 
już od dawna wyglądała pana doktora, toteż otworzyła drzwi, zanim wysiedli z samochodu.   

– Spodziewałam się pana dzisiaj – oznajmiła z uśmiechem. Była pulchną, rumianą staruszką, 

równie czyściutką jak wnętrze jej domu. – A to kto? – Spojrzała na Lindsay ciekawie i raczej z 
sympatią.   

– Doktor Lindsay Henderson. – Aidan wszedł wraz z nią do małego saloniku. – Przez pewien 

czas będzie u nas pracowała.   

– Skąd pani jest? 
–  Z  Londynu.  –  Lindsay  już  wiedziała,  że  w  Tregadfan  to  wyznanie  zawsze  wywołuje 

niemiłą reakcję rozmówcy i wewnętrznie przygotowała się na jakiś cierpki komentarz.   

– Ach, z Londynu...   
– Milly też pochodzi z Londynu – tonem wyjaśnienia dodał Aidan, – Prawda? 
–  Urodziłam  się  tam  i  wychowałam,  ale  to  było  dawno  –  z  westchnieniem  przyznała 

staruszka, gdy Lindsay popatrzyła na nią zaskoczona. – Potem pewien Walijczyk porwał mnie do 
swojej rodzinnej Walii. A jak tam nasz stary Londyn? 

– Wyglądał całkiem dobrze, kiedy wyjeżdżałam. O tej porze roku chyba jest najładniejszy, 

bo wszystkie parki są cudownie zielone.   

– Jak dzisiaj miewa się Walijczyk? – spytał Aidan.   
– Ani lepiej, ani gorzej. – Milly pokręciła głową. – Ale w nocy trochę narzeka, bo nie może 

spać.   

– Chodźmy rzucić na niego okiem.   
Milly odwróciła się, aby poprowadzić ich do sąsiedniego pokoju, lecz właśnie w tej chwili 

drzwi  się  otworzyły  i  do  saloniku  powolutku  wszedł  jej  mąż,  kurczowo  trzymając  się 
metalowego balkonika.   

– Witaj,  Douglas. Cieszę się, że jesteś na  chodzie. Milly pomogła mężowi usadowić się w 

wygodnym  fotelu,  a  Aidan  postawił  na  stoliku  swą  lekarską  torbę.  Lindsay  od  razu  dostrzegła 

background image

typowe  dla  choroby  Parkinsona  drżenie,  które  pojawiło  się,  gdy  staruszek  usiadł  i  wyciągnął 
rękę, jednocześnie usiłując coś powiedzieć.   

–  Pewnie  chcesz  wiedzieć,  kim  jest  ta  młoda  dama,  która  przyszła  cię  odwiedzić,  prawda, 

Douglas? – z uśmiechem spytał Aidan. – To lekarka i nazywa się Lindsay Henderson. – Wręczył 
Lindsay  kartę  pacjenta  z  notatkami  o  przebiegu  leczenia  i  stosowanych  środkach 
farmakologicznych. Lindsay przejrzała zapiski i oddała je Aidanowi.   

– Doktor Henderson jest z Londynu – oznajmiła Milly i podreptała do kuchni, żeby zaparzyć 

herbatę.   

–  Miło  mi  pana  poznać,  panie  Morgan.  –  Lindsay  wzięła  w  dłonie  rękę  staruszka  i  przez 

chwilę ją trzymała, rozglądając się po małym, lecz idealnie czystym saloniku. Wszędzie stały i 
wisiały  rodzinne  fotografie  –  dzieci,  wnuków  i  chyba  prawnuków.  Były  zdjęcia  ze  ślubów  i 
chrzcin,  podobizna  młodego  mężczyzny  w  birecie  i  todze,  absolwenta  wyższej  uczelni,  a  nad 
komodą  wisiała  wyblakła,  czarnobiała  fotografia  młodej  pary:  dziewczyna  miała  na  sobie 
garsonkę, a mężczyzna – mundur wojskowy. Ten pokoik był pełen wspomnień z całego długiego 
życia.   

Lindsay popatrzyła na Douglasa. W oczach staruszka pojawiły się łzy, gdy zorientował się, 

że ona podąża ścieżką jego małżeństwa z Milly. Zanim więc puściła drżącą dłoń, serdecznie ją 
uścisnęła.   

–  Dam  mu  na  noc  słaby  środek  uspokajający  –  mruknął  Aidan.  –  Dzięki  temu  oboje  będą 

mogli odpocząć. Nie chcę, żeby Milly opadła z sił. Zdarzają się dni, gdy Douglas nie wstaje i ona 
musi zrobić dla niego dosłownie wszystko, a po zimowych atakach dusznicy i tak jest osłabiona. 
– Wręczył Lindsay plik notatek do przejrzenia, a sam zręcznie wziął ciężką tacę od wchodzącej 
do pokoju Milly.   

–  Milly,  znowu  piekłaś  –  stwierdził  oskarżycielskim  tonem,  stawiając  tacę  na  stoliku,  i 

spojrzał  na  Lindsay.  –  Milly  piecze  najlepsze  walijskie  owsiane  ciasteczka,  jakie  pani 
kiedykolwiek jadła.   

– Chyba nigdy nie miałam w ustach walijskich ciasteczek.   
– Więc ma pani braki w wykształceniu – odparł.   
– Spróbuje pani? – Milly przerwała napełnianie filiżanek i poczęstowała Lindsay apetycznie 

wyglądającymi wypiekami.   

– Jak mogłabym odmówić? – odpowiedziała z uśmiechem. Ze smakiem schrupała ciasteczko 

i stwierdziła, że po raz pierwszy ma na jakiś temat identyczne zdanie jak Aidan.   

Zostali u Morganów jeszcze dziesięć minut, wypili całą herbatę i zjedli wszystkie ciasteczka. 

Żegnając się z gospodarzami, Aidan obiecał, że wpadnie za tydzień, o ile Milly nie będzie czegoś 
potrzebowała wcześniej.   

– Zawiozę receptę do apteki – powiedział na odchodnym.   
– A Elspeth podrzuci ci lekarstwa.   
–  Kto  to  jest  Elspeth?  –  spytała  Lindsay,  gdy  przy  akompaniamencie  radosnego  ujadania 

background image

Skippera i Jessa wsiadali do samochodu.   

– Ich sąsiadka, która pracuje w sklepie mięsnym obok apteki. Roma, pomocnica farmaceutki, 

dostarczy przepisane leki Elspeth. – Aidan umilkł i groźnie łypnął na Lindsay.   

– Co panią tak bawi? 
–  Och,  nic  takiego  –  odparła  ze  śmiechem.  –  Rzecz  w  tym,  że  tutaj  wszystko  dzieje  się 

prawie jak w rodzinie. Każdy każdego zna... To, co pan właśnie opisał, w Londynie nie mogłoby 
się zdarzyć nawet za milion lat. Tu jest zupełnie inaczej, niż się spodziewałam.   

Aidan w milczeniu ruszył.   
–  Dlaczego  była  pani  rozstrojona  wiadomością,  że  to  ja  będę  panią  szkolił?  –  spytał, 

przelotnie na nią zerkając.   

– Ja... – wybąkała, zaskoczona nieoczekiwanym pytaniem. – Chyba nie to miałam na myśli, 

ale...   

–  Sama  pani  tak  to  ujęła.  Kiedy  wczoraj  wieczorem  u  Henry’ego  spytałem,  czy  wolałaby 

pani  rozpocząć naszą znajomość w lepszy sposób,  pani  odpowiedziała:  „Nie byłoby  w tym  nic 
złego, panie Lennox. Zwłaszcza że podobno ma pan kierować moją praktyką. „ Nie dodała pani 
nic więcej, bo wrócił Henry.   

– No dobrze. – Wzięła głęboki oddech i uniosła rękę w geście poddania. – Rzeczywiście to 

moje słowa.   

– Mówiła pani poważnie? 
– Jak najbardziej.   
– Proszę więc mnie oświecić, dlaczego tak się pani przejęła tą sprawą. Przecież dopiero mnie 

pani poznała.   

– Chyba bardziej zdenerwowałam się faktem, że nie będę pracowała z Henrym, niż tym, że 

to pan przejmie opiekę nad moją praktyką.   

– Więc pani reakcja nie miała nic wspólnego ze mną? 
– Tego bym nie powiedziała. Byłam zła, bo nie przedstawił się pan w tamtym sklepie. Och, 

wiem, rzekomo uznał mnie pan za turystkę, ale później, na miejscu wypadku, już musiał pan się 
zorientować,  kim  naprawdę  jestem.  Mimo  to  przemilczał  pan  swoją  tożsamość.  Z  takiego 
zachowania  wnoszę,  że  nie  był  pan  zachwycony  moim  przyjazdem  do  Tregadfan,  ani  tym 
bardziej perspektywą zajęcia się moim szkoleniem. Mam rację czy nie? 

– No cóż... tak – przyznał niechętnie.   
–  To  doprawdy  urocze  –  stwierdziła  z  przekąsem.  –  Ale  przynajmniej  wiemy,  na  czym 

stoimy.   

–  Nie  chciałem  pani  tutaj,  bo  uznałem,  że  nie  jest  pani  potrzebna  w  naszej  przychodni. 

Zgodziłem  się  tylko  dlatego,  że  Henry  nalegał,  a  ja  wolałem  nie  obciążać  go  dodatkowym 
stresem. I tak ma go aż nadto z powodu choroby Megan.   

– Szkoda, że nikt wcześniej nie skontaktował się ze mną, aby spytać, co o tym sądzę.   
– A co by pani wtedy zrobiła? 

background image

– To proste, zrezygnowałabym z przyjazdu. Pragnęłam odbyć praktykę po okiem Henry’ego, 

bo  od  dziecka  go  podziwiałam.  Był  dla  mnie  wzorem  godnym  naśladowania.  Ale,  znając 
sytuację, wybrałabym inne miejsce. Zapewne gdzieś bliżej domu.   

– Przecież marzyła pani o pracy wśród zwyczajnych ludzi...   
–  Tacy  są  wszędzie.  Londyn  to  nie  tylko  ulica  Harley.  Przez  chwilę  oboje  milczeli.  Aidan 

przejechał przez wieś, po czym skręcił w lewo na szosę.   

–  Więc  pańska  niechęć  do  mnie  wynikała  tylko  z  troski  o  dobro  poradni?  A  może  nie 

spodobało się panu coś we mnie? – zapytała napastliwym tonem. – Bądźmy wobec siebie uczciwi 
– dodała, gdy Aidan milczał. – Pan spytał mnie o to samo i ja byłam szczera.   

– No dobrze – odparł, wziąwszy głęboki oddech. – Uznałem, że nie będzie pani pasować do 

tego miejsca. Prezentowała się pani całkiem nieodpowiednio.   

– Nonsens! 
–  Bynajmniej.  Dosłownie  wszystko,  pani  strój,  fryzura,  nawet  samochód,  świadczyło  o 

zamożności i przywilejach.   

– Więc był pan gotów mnie potępić tylko z powodu wyglądu? 
– .. Potępić” to za mocne określenie. Pomyślałem tylko, że będzie pani  niezmiernie trudno 

znaleźć wspólny język / mieszkańcami Tregadfan. Doszedłem do tego wniosku. gdy pierwszy raz 
panią ujrzałem.   

– W sklepie? 
– Tak.   
– Więc jednak od razu pan się zorientował, kim jestem! 
– wycedziła podniesionym głosem, a na tylnym siedzeniu rozległo się groźne warczenie.   
– Spokój, Jess – polecił Aidan, a pies natychmiast ucichł.   
– Powiedzmy, że się domyślałem. I moje obawy się sprawdziły.   
– Ja też miałam wątpliwości i obawy – parsknęła gniewnie. – Chciałam od razu wracać do 

Londynu.   

– Ale pani tego nie zrobiła.   
– Nie.   
– Wolno spytać, dlaczego? 
– Bo też wolałam oszczędzić Henry’emu dodatkowych stresów. Ma tyle kłopotów...   
– Mamy więc identyczne zdanie na ten temat.   
– Zdaje się, że musimy zaakceptować obecną sytuację, choć nam się ona nie podoba. Nie ma 

wyjścia.   

– To prawda. – Aidan skinął głową. – Ale...   
– Ale co? – spytała ostro.   
– Mógłbym coś zasugerować? 
– Co takiego? 
– Proszę sobie zafundować porządne buty.   

background image

– A cóż tym brakuje? 
– Nic. Niewątpliwie są idealne do chodzenia po Londynie, ale tutaj, w Tregadfan, nie będą 

praktyczne.   

Nadal  gryzła  się  krytycznymi  uwagami  Aidana,  gdy  zajechali  przed  dom  Janet  Pierce.  Jej 

matka  niedawno  miała  udar  i  nadal  poważnie  niedomagała.  Uskarżała  się  na  niestrawność  i 
biegunkę,  cierpiała  też  z  powodu  skutków  długotrwałej  depresji.  Aidan  zbadał  pacjentkę  i 
zwrócił się do Janet: 

–  Przepiszę  jej  środek  powstrzymujący  zarzucanie  wsteczne,  który  przeciwdziała  zgadze, 

oraz kapsułki imodium w dawce dwumiligramowej, żeby zahamować biegunkę. A co do depresji, 
twierdzisz, że się pogłębia? 

– Tak. Mama bezustannie jest apatyczna, w płaczliwym nastroju i bardzo źle sypia.   
– Wobec tego zrezygnujemy z podawania lofepraminy i przejdziemy na sertralin.   
Lindsay  powstrzymała  się  od  komentarza,  lecz  gdy  wsiedli  do  samochodu,  wyraziła  swoje 

zastrzeżenia.   

– Był pan dość lakoniczny, rozmawiając z tą biedaczką.   
– Z Janet? Nie rozumiem.   
– Te fachowe nazwy musiały przyprawić ją o zawrót głowy.   
– Zakłada pani, że Janet to głupia, walijska gęś bez żadnego wykształcenia? 
– Tego nie powiedziałam! – Zaczerwieniła się z gniewu.   
– Ale tak pani pomyślała? 
– Nie. Chodzi mi tylko o to, że podawanie nazw substancji chemicznych zazwyczaj nie ma 

sensu. Pacjenci są bardziej osłuchani z nazwami konkretnych leków.   

– A w przypadku rozmowy z kimś związanym z medycyną? 
– To całkiem inna sprawa.   
– Proszę więc przyjąć do wiadomości, że Janet przez wiele lat była przełożoną pielęgniarek 

w szpitalu w Bangor! 

Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze.   
– Należało mi o tym wspomnieć, zanim tam przyjechaliśmy, lub wtedy, kiedy nas pan sobie 

przedstawiał. Tego wymaga zwyczajna grzeczność.   

Aidan nie odpowiedział, tylko skręcił na podwórko przychodni i zgasił silnik.   
– Podobno miał pan cztery wezwania – syknęła Lindsay.   
–  Owszem.  Ale  jedno  jest  do  Toma  w  pubie  „Pod  Czerwonym  Smokiem”,  a  drugie  na 

odległą  farmę, dokąd pojadę wieczorem  przed powrotem do domu.  Pomyślałem  też, że już  ma 
pani dosyć.   

– Może jeszcze nie przywykłam do waszej pogody i wiejskich obyczajów, ale zapewniam, że 

głupie  dwa  wezwania  nie  ścinają  mnie  z  nóg.  To  pestka  w  porównaniu  z  gorącym  dniem  na 
ostrym dyżurze.   

–  Pewnie  tak.  –  Aidan  wzruszył  ramionami.  –  Sam  kiedyś  pracowałem  w  takim  miejscu. 

background image

Uznałem tylko, że przyda się pani trochę czasu na zasiedlenie mieszkania.   

– Nawet go nie widziałam. Może nie będzie odpowiednie.   
– Będzie.   
Lindsay na moment oniemiała z powodu tej arogancji.   
– Skąd ta pewność? – wycedziła, odzyskawszy mowę.   
– Zapomina pani, że początkowo też tam mieszkałem. A skoro ja byłem zadowolony, to pani 

też powinna.   

Aidan  wyskoczył  z  landrovera,  zatrzasnął  drzwi  i  zamaszystym  krokiem  pomaszerował  do 

pubu, a Lindsay poczuła, że wszystko się w niej gotuje. Nie miała pojęcia, jak zdoła przetrzymać 
najbliższy rok, współpracując z tym irytującym osobnikiem.   

–  Wy  chyba  już  do  niego  przywykłyście  –  stwierdziła,  odwracając  się  do  psów,  one  zaś 

odpowiedziały jej poważnym spojrzeniem. Wysiadła, upewniła się, że Aidan zostawił uchyloną 
szybę, aby zapewnić psom dopływ powietrza, i poszła do poradni.   

Bronwen  siedziała  w  recepcji,  pisząc  coś  na  komputerze,  a  Gwynneth  chyba  uzupełniała 

wpisy w kartach.   

–  O,  właśnie  o  pani  rozmawiałyśmy  –  oznajmiła  Gwynneth.  –  Widzisz,  Bronwen?  Pani 

doktor już jest.   

–  Widzę  –  lodowatym  tonem  odparła  Bronwen.  –  Gdzie  doktor  Lennox?  –  Spojrzała  na 

Lindsay tak podejrzliwie, jakby sądziła, że kobieta z Londynu gdzieś go ukryła.   

– Poszedł do pubu zobaczyć się z kimś imieniem Tom.   
– Tom to właściciel – wyjaśniła Gwynneth. – Źle się czuł dziś w nocy. Ma rozedmę płuc i...   
– Wystarczy, Gwynneth – ostro przerwała jej Bronwen. – Nie rozmawiamy o stanie zdrowia 

pacjentów w recepcji, gdzie każdy może nas usłyszeć, prawda? 

– Nie, ale... – Gwynneth rozejrzała się wokoło. – Tu jest tylko doktor Henderson.   
–  Nie  szkodzi.  Zawsze  trzeba  pamiętać  o  zasadach,  żeby  nie  nabrać  złych  nawyków.  Pani 

mieszkanie jest gotowe, doktor Henderson. Życzy pani sobie je zobaczyć? 

– Chętnie. Na razie chyba nie będę wam potrzebna.   
– A więc chodźmy. – Bronwen wstała zza biurka i wraz z Lindsay poszła w stronę schodów 

w głębi holu. Obie raptownie przystanęły, ponieważ Gwynneth zawołała: 

– Doktor Henderson! Och, pani doktor! – Dziewczyna zerwała się z krzesła i załamała ręce. – 

Ten piękny kostium! 

– Mój kostium? Co się z nim stało? 
–  Jest  cały  w  psiej  sierści!  –  Gwynneth  podbiegła  bliżej  i  spróbowała  palcami  oczyścić 

czarną tkaninę.   

– W sierści – mruknęła Lindsay. – Ciekawe, czemu mnie to nie dziwi? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Lindsay  właściwie  chciała,  by  mieszkanie  było  okropne.  W  cichości  ducha  nawet  na  to 

liczyła, aby z satysfakcją oznajmić Aidanowi, że jest  rozczarowana. Musiała jednak niechętnie 
przyznać,  że  lokal  spełnia  wszystkie  jej  wymagania.  Z  okien  saloniku  i  sypialni  roztaczał  się 
wspaniały widok z górami na horyzoncie, kuchnia z kącikiem jadalnym była dobrze wyposażona, 
a  łazienka  miała  zarówno  wannę,  jak  i  kabinę  prysznicową.  Umeblowanie  i  elementy 
dekoracyjne były dość skromne, utrzymane w neutralnej kolorystyce.   

– Na pewno zechce pani nadać temu miejscu bardziej indywidualny charakter – powiedziała 

Bronwen.   

–  Nie  przywiozłam  zbyt  wielu  drobiazgów  –  odparła  Lindsay  –  sądziłam  bowiem,  że 

zatrzymam  się  u  państwa  Llewellynów.  Ale  rzeczywiście  dodałabym  tu  trochę  kolorowych 
elementów, więc sprawię sobie to i owo. A propos zakupów, gdzie pani radziłaby je zrobić? 

– A co pani chce kupić? 
– Trochę odzieży.   
– Obawiam się, że u nas nie ma rzeczy w pani guście. – Bronwen przesunęła wzrokiem po 

eleganckim kostiumie i czarnych lakierkach Lindsay.   

–  Och,  nie  miałam  na  myśli  niczego  w  tym  stylu.  Przeciwnie,  muszę  nabyć  garderobę 

odpowiednią do życia w Tregadfan. Już mi wytknięto, że chodzę w nieodpowiednich ciuchach i 
butach.   

– Wobec tego sugerowałabym wyjazd do Betwsycoed. Jest tam parę sklepów z praktyczną 

garderobą przyzwoitej jakości.   

–  Dziękuję,  Bron  wen.  Pojadę  tam.  –  Lindasy  rozejrzała  się  wokoło.  –  Mogę  od  razu  się 

wprowadzić? 

–  Dlaczego  nie.  –  Bronwen  wzruszyła  ramionami.  –  Łóżko  jest  posłane,  a  pokoje  dobrze 

przewietrzone.   

– W takim razie zrobię to dziś po południu, jeśli doktor Lennox nie będzie mnie potrzebował. 

Wpadnę do państwa Llewellynów po swój bagaż, a potem zrobię zakupy.   

– Proszę się nie martwić doktorem Lennoxem. Powiem mu, gdzie pani pojechała.   
Bronwen oznajmiła to takim tonem, jakby w każdej sytuacji umiała poradzić sobie ze swym 

zwierzchnikiem. Nie umknęło to uwagi Lindsay, której kolejny raz przyszło do głowy, że groźna 
Bronwen ma słabość na  punkcie Aidana. Tłumaczyłoby to oczywistą wrogość, z jaką powitała 
Lindsay – w mniemaniu Bronwen potencjalną konkurentkę.   

Jadąc  do  domu  Henry’ego,  Lindsay  zastanawiała  się,  czy  recepcjonistka  rzeczywiście 

podkochuje  się  w  Aidanie.  A  może  romansują  ze  sobą?  Nie,  to  chyba  niemożliwe.  Aidan  w 
najmniejszy  sposób  nie  okazywał  zainteresowania  osobą  Bronwen.  Traktował  ją  wyłącznie  jak 

background image

pracownicę. A jeśli tylko starał się w miejscu pracy maskować uczucia? Przecież to możliwe, że 
prywatnie Bronwen jest zupełnie inna niż w przychodni – bardziej sympatyczna i uwodzicielska, 
zaś Aidan potrafi się odprężyć i śmiać... I oboje wiedzą, jak wykorzystać to jego wielkie łoże...   

Myśl o Bronwen i Aidanie w intymnej sytuacji wydała się nagle dziwnie rozstrajająca, toteż 

Lindsay  z  rozmysłem  skupiła  uwagę  na  drodze.  W  domu  natychmiast  wpadła  na  Henry’ego, 
który zjadł lunch z Megan i właśnie zamierzał wrócić do poradni.   

– Lindsay, moja droga – powitał ją ze strapioną miną.   
– Wszystko w porządku? 
– Oczywiście – zapewniła. – Przyjechałam po rzeczy.   
– Wprowadzasz się do tego mieszkanka? 
– Tak.   
– A widziałaś je? Myślisz, że będzie ci tam wygodnie? 
– Już je obejrzałam i uważam, że jest ładne. Proszę cię, Henry, przestań się zamartwiać. Na 

pewno będę zadowolona. Teraz jadę do Betwsycoed po zakupy. Jak się miewa Megan? 

– Ani lepiej, ani gorzej. Zajrzysz do niej przed wyjściem? 
– Oczywiście.   
–  Muszę  już  lecieć.  Po  południu  przyjmuję  kobiety  w  ciąży.  –  Henry  otworzył  drzwi  i 

przystanął z dłonią na klamce.   

– Aha, Lindsay. Jak się udał twój pierwszy dyżur? 
– Chyba dobrze – stwierdziła, wzruszając ramionami. – Chociaż może lepiej spytaj Aidana.   
– Dlaczego? – W głosie Henry’ego zabrzmiała nuta niepokoju.   
– On zazwyczaj ma całkiem inne zdanie niż ja – odparła z wymuszonym uśmiechem.   
–  Nie  przejmuj  się  Aidanem,  moja  droga.  On  czasem  bywa  pełen  rezerwy  i  jest,  jak  już 

wspomniałem, typem samotnika, ale...   

– Ale okazuje się miłym facetem, gdy lepiej się go pozna  – dokończyła.  – Wiem, Henry – 

dodała łagodnie, bo znów się zafrasował. – Nie zaprzątaj sobie głowy Aidanem i mną. Na pewno 
jakoś dopasujemy się do siebie. – Za pewien czas, dodała w myślach, odprowadzając wzrokiem 
Henry’ego,  który  wsiadł  do  samochodu  i  odjechał.  Następnie  wbiegła  na  górę  i  zastała  Megan 
prawie we łzach z powodu jej decyzji.   

– Nie martw się, Megan. To naprawdę wygodne mieszkanko – zapewniła z przekonaniem. – 

Będzie mi tam całkiem dobrze.   

– Ale nie tak miało być. Chcieliśmy traktować cię jak członka rodziny, jak własne dziecko. A 

teraz, przeze mnie, wszystko się posypało. Wiem, że Henry jest rozczarowany. Pragnął zupełnie 
czegoś innego.   

–  Och,  Megan,  proszę  nie  zadręczaj  się  tą  sytuacją.  Dla  Henry’ego  najważniejsze  jest  to, 

żebyś odzyskała zdrowie.   

– Ale on tak bardzo się cieszył, że jakoś zrewanżuje się twojemu ojcu, który w przeszłości 

okazał mu tyle serca...   

background image

– Megan, jakkolwiek było, mój ojciec na pewno nie oczekuje rewanżu. Henry to jego dobry 

przyjaciel.  –  Lindsay  przysiadła  na  brzegu  łóżka  i  otoczyła  starszą  panią  ramieniem.  –  Nie 
powinnaś  tak  się  denerwować.  Zresztą  nie  ma  po  temu  powodów.  Mieszkanie  naprawdę 
przypadło  mi  do  gustu,  będę  często  was  odwiedzać,  no  i  zaliczę  praktykę,  chociaż  pod  okiem 

Aidana...   

– Zgadzasz się z nim jakoś? – Megan opuściła chusteczkę i z niepokojem w oczach spojrzała 

na Lindsay.   

– Z Aidanem? Cóż, dopiero zaczynamy współpracę, ale wszystko się ułoży. Zresztą, czemu 

miałoby być inaczej? 

– Wiesz, on niekiedy bywa trudny...   
–  Nie  zamierzam  się  tym  przejmować,  Megan.  Możesz  być  pewna,  że  dam  sobie  radę.  A 

skoro mowa o Aidanie... chyba nie jest żonaty? 

– Nie, ani chyba z nikim związany. Podobno miał kogoś, ale dawno temu.   
– Powinnaś teraz odpocząć, Megan. Pójdę już, a ty się zdrzemnij.   
– Za chwilę. Chciałabym jeszcze z tobą pogawędzić. Powiedz mi, Lindsay... teraz nie ma w 

twoim życiu nikogo? 

– Nie, ale skąd wiesz? 
– Twój ojciec wspomniał o tym w rozmowie z Henrym. Powiedział, że przesunęłaś praktykę 

z powodu... jak on miał na imię? 

– Andrew.   
– Właśnie. Twój ojciec dodał, że teraz, gdy wasz związek się rozpadł, mogłabyś przyjechać 

tutaj, gdyby Henry przyjął cię na praktykę. – Megan umilkła na moment. – Dlaczego rozstałaś się 
z tym Andrew? 

–  Nie  pasowaliśmy  do  siebie.  –  Lindsay  lekko  wzruszyła  ramionami.  Usiłowała  mówić 

lekkim tonem, lecz każda wzmianka o byłym narzeczonym nadal sprawiała jej ból. – Widocznie 
nie była nam pisana wspólna przyszłość.   

– Cóż, trzeba się z tym pogodzić. – W spojrzeniu Megan malowała się serdeczna troska. – Na 

pewno wkrótce poznasz kogoś odpowiedniego. Kto wie, może nawet ty i Aidan... ? 

– Nie ma mowy! – zawołała Lindsay i zaraz się zmitygowała, bo piękne oczy Megan lekko 

się  rozszerzyły.  –  To  wykluczone  –  dodała  spokojniej.  –  Jesteśmy  całkowitymi 
przeciwieństwami,  a  poza  tym  ja  wcale  nie  szukam  związku.  To  ostatnia  rzecz,  jakiej  obecnie 
potrzebuję.   

Pożegnała się z Megan i pojechała do Betwsycoed.   
Deszcz  już  nie  padał,  niebo  się  wypogodziło,  a  majowe  słońce  mocno  przygrzewało.  Na 

zielonych  pastwiskach  pasły  się  stada  owiec,  a  łagodne  wzgórza  były  porośnięte  bujnymi, 
kwitnącymi rododendronami oraz wrzosem.   

Lindsay doszła do wniosku, że w taki dzień człowiekowi naprawdę chce się żyć. Nastawiła 

sobie najnowszą płytę zespołu „The Corrs” i nucąc znaną melodię, poczuła przypływ optymizmu. 

background image

Może  ten  rok  w  Tregadfan  nie  będzie  aż  taki  zły,  jak  do  tej  pory  sądziła.  Należy  tylko  jakoś 
przywyknąć do Aidana Lennoxa, cieszyć się ładnym mieszkaniem i niezależnością.   

W miejscowych sklepach przeważały towary sprowadzone najwyraźniej z myślą o turystach, 

lecz Lindsay nawet była z tego zadowolona. Właściwie mogła uważać się za turystkę, prawda? 
Przyjechała tu tylko na pewien czas i musiała wybrać garderobę nadającą się do przebywania w 
tej okolicy.   

Kupiła więc kilka par solidnych spodni, dwa bawełniane swetry i przeciwdeszczową kurtkę. 

Przywiozła  kilka  spódnic,  które  nadawały  się  do  pulowerów,  lecz  na  wszelki  wypadek  nabyła 
również  parę  sportowych  koszul.  Znalazła  też  wygodne,  skórzane  trzewiki  i  zawiązując  grube 
sznurowadła, zastanawiała się, jak na jej widok zareagowałyby przyjaciółki z Londynu. Pewnie 
pękałyby ze śmiechu.   

Zadowolona  z  zakupów  właśnie  wracała  na  parking,  lecz  wiedziona  impulsem  wstąpiła  po 

drodze  do  sklepu  z  wyposażeniem  mieszkań.  Pół  godziny  później  wyszła  stamtąd  z  nowym 
abażurem,  dwiema  narzutami,  oprawionym  w  ramki  obrazkiem,  kilkoma  kolorowymi 
wazonikami  oraz  z  całym  naręczem  suszonych  kwiatów  i  gałązek  na  dekoracyjne  bukiety. 
Obładowana pakunkami z trudem dowlokła się do samochodu.   

Po  powrocie  do  poradni  stwierdziła,  że  Gwynneth  jest  jeszcze  bardziej  rozkojarzona  niż 

zwykle.   

– O, przyjechała pani. Właśnie się zastanawiałyśmy...   
–  Wystarczy,  Gwynneth  –  krótko  ucięła  Bronwen.  –  Mniemam,  że  znalazła  pani  w 

Betwsycoed wszystko, co trzeba? 

– Tak, dzięki. Przekonacie się, że już jestem dobrze przygotowana na wszelkie atrakcje, jakie 

Tregadfan mi zafunduje: deszcz, błoto, grad, gołoledź lub śnieg.   

– O tej porze roku rzadko miewamy śnieg – ze śmiertelną powagą oświadczyła Gwynneth.   
– Do roboty, Gwynneth! – parsknęła Bronwen.   
Lindsay  zaniosła  zakupy  na  górę,  rozpakowała  je  i  powiesiła  odzież  w  wielkiej  dębowej 

szafie, a niektóre rzeczy poukładała w szufladach komody. Krzątając się po mieszkaniu, odkryła 
dużą  ilość  ręczników  i  pościeli,  a  potem  przez  godzinę  upiększała  wnętrze  zgodnie  ze  swym 
gustem. Kolorowe kapy rozłożyła na kanapie i fotelu, w sypialni zdjęła ze ściany ponurą rycinę i 
powiesiła  kupiony  obrazek  oraz  zrobiła  kilka  pięknych  kompozycji  z  suszonych  kwiatów  i 
gałązek.   

Poustawiała wazony z bukietami w odpowiednich miejscach i z zadowoleniem rozejrzała się 

po  swym  nowym  lokum.  Dopiero  wtedy  skonstatowała,  że  nie  ma  nic  do  jedzenia  i  powinna 
skoczyć do sklepu. Jeszcze nie sprawdziła możliwości jadania kolacji poza domem, lecz wątpiła, 
czy Tregadfan jest w stanie wiele zaoferować w tym zakresie. Co prawda parokrotnie słyszała, że 
wraz z wiosennym  napływem  turystów miejscowość staje się bardziej atrakcyjna, lecz na razie 
nie było tu szans na jakiekolwiek rozrywki.   

Bezwiednie  westchnęła.  O  tej  porze  w  Londynie  pewnie  już  miałaby  w  planie  klubowy 

background image

wieczór w gronie koleżanek i kolegów ze szpitala lub wypad z Annabelle do baru na kieliszek 
wina.  Może  by  chociaż  pogawędzić  z  przyjaciółką?  Lindsay  podniosła  słuchawkę  i  wystukała 
numer. Annabelle odezwała się po dziesiątym sygnale.   

– Lindsay! – zapiszczała radośnie i tak głośno, że chyba usłyszano ją aż w Betwsycoed. – Co 

za wspaniała niespodzianka! Gdzie jesteś? 

– W walijskiej głuszy, gdzieżby indziej? 
– O rany, naprawdę jest tam tak strasznie? 
–  Jeszcze  wczoraj  odpowiedziałabym  twierdząco,  bo  poważnie  zastanawiałam  się,  czy  nie 

wracać do domu. Ale dzisiaj spojrzałam na wszystko innym okiem i ta Walia już nie wydaje mi 
się taka okropna. Pytanie tylko, na jak długo zachowam swój optymizm.   

– Czemu jest źle? Opowiadaj.   
–  Cóż,  tutejsi  mieszkańcy  traktują  mnie  jak  zielonego  ludzika  z  innej  planety.  Żona 

Henry’ego  Llewellyna  choruje,  więc  on  nie  mógł  zająć  się  moją  praktyką  i  scedował  ten 
obowiązek na swojego wspólnika, niejakiego Aidana Lennoxa.   

– Jesteś z tego zadowolona? 
– Jeszcze nie wiem. Zobaczę, jak rozwinie się sytuacja, ale doktor Lennox nie zalicza się do 

osób,  które  natychmiast  budzą  naszą  sympatię.  Poza  tym  postanowiłam  nie  stwarzać 
dodatkowego  kłopotu  Llewellynom,  siedząc  im  na  głowie,  i  właśnie  wprowadziłam  się  do 
mieszkanka nad przychodnią.   

– O Jezu, Lindsay, to  wszystko  brzmi dość przygnębiająco. Nie lepiej  spakować manatki i 

wrócić tutaj? 

–  Nie  mogę,  Annabelle.  Henry  i  Megan  i  tak  się  zamartwiają.  Gdybym  wyjechała,  byliby 

zrozpaczeni. Muszę tu zostać, przynajmniej na pewien czas.   

– A ta wieś? Bardzo paskudna? 
–  Przeciwnie.  To  na  razie  jedyny  plus  całego  przedsięwzięcia.  Tregadfan  jest  otoczoną 

górami piękną miejscowością. Powinnaś zobaczyć te widoki z moich okien.   

– A ludzie? Są do wytrzymania? 
– Cóż, niektórzy pacjenci są trochę nieufni wobec londyńczyków. No i jeszcze ten personel... 

W recepcji żelazną ręką rządzi niejaka Bron wen, zaś jej pomocnica to zahukana szara myszka, 
która panicznie się jej boi.   

– A ten facet, który zajmie się twoim szkoleniem? 
– Aidan? Hm... niewiele ma wspólnego ze znanymi nam mężczyznami, Belle.   
– Jakiś nudziarz? 
– Nie, jest bystry, ale...   
– Ale co? – nie dawała za wygraną Annabelle.   
–  Czy  ja  wiem...  Kiedy  pierwszy  raz  go  zobaczyłam  przy  landroverze  z  dwoma  psami, 

odzianego w kalosze i przeciwdeszczową kurtkę, uznałam go za farmera.   

– Interesujący osobnik. Kawał chłopa? 

background image

– Raczej nie, za to strasznie irytujący. Doprowadza mnie do szału.   
– Więc nie jest w twoim typie? 
– Ani trochę.   
– No cóż... – Annabelle westchnęła. – Tak tylko pomyślałam. A propos facetów, nie wiem, 

czy powinnam ci to powiedzieć...   

– Mów.   
– Przypadkiem wpadłam wczoraj na Andrew.   
– I co? – Lindsay mocniej ścisnęła słuchawkę.   
–  Chwilę  pogadaliśmy  o  niczym,  a  potem  on...  spytał  o  ciebie.  Zdziwił  się,  gdy 

wspomniałam, że wyjechałaś. Nic mu nie mówiłaś o Walii? 

– Wiedział, ze o tym myślę, ale zdecydowałam się dopiero po naszym zerwaniu.   
– Wyjechałabyś, gdybyście nadal byli ze sobą? 
– Chyba nie.   
– Tak myślałam. Prosił, żeby cię pozdrowić.   
Pozdrowienia  przekazane  przez  wspólną  znajomą.  Właśnie  taki  jest  kres  wspaniałego 

romansu  z  Andrew,  pomyślała  Lindsay,  odłożywszy  słuchawkę.  A  nie  tak  dawno  sądziła,  że 
Andrew jest miłością jej życia. Wtedy jednak nie miała pojęcia o jego niewierności. Wybaczyła 
mu,  gdy  przypadkiem  zauważyła  go  w  restauracji  z  atrakcyjną  dziewczyną.  Wtedy  jeszcze  nie 
mieszkali  razem  ani  nie  byli  zaręczeni.  Lecz  za  drugim  razem  wszystko  wyglądało  inaczej. 
Andrew  już  się  do  niej  wprowadził,  ona  zaś  w  bardzo  przykry  sposób  dowiedziała  się  o  jego 
skokach w bok. Aż do dziś sądziła, że udało się jej zamknąć tamten rozdział życia, lecz niewinna 
wzmianka Annabelle obudziła bolesne wspomnienia.   

Lindsay  uznała  więc,  że  w  charakterze  antidotum  zaaplikuje  sobie  spożywcze  zakupy  w 

wiejskim  sklepie  pełnym  dziwnych  mieszkańców  Tregadfan.  Zeszła  na  dół,  gdzie  Bronwen  i 
Gwynneth  porządkowały  dokumenty,  a  ostatni  pacjent  właśnie  wychodził.  Lindsay  zamierzała 
zrobić to samo, lecz gdy podeszła do drzwi, nagle odezwała się Bronwen.   

– Chwileczkę, doktor Lennox chce z panią porozmawiać.   
– Idę do sklepu po jakieś jedzenie. – Lindsay zerknęła na zegarek. – Już prawie piąta.   
– Doktor Lennox wyraźnie zażyczył sobie, aby przyszła pani do niego po dyżurze.   
– Dobrze.   
– Proszę się nie martwić, pani doktor – nieoczekiwanie rzekła Gwynneth. – Sklep zamykają 

dopiero o szóstej.   

–  Dzięki,  Gwynneth.  –  Lindsay  spojrzała  na  dziewczynę  z  wdzięcznością,  poszła  w  głąb 

korytarza i zapukała do drzwi gabinetu.   

Usłyszała  „proszę”  i  weszła  do  środka.  Aidan  pisał  coś,  siedząc  przy  biurku,  ale  podniósł 

wzrok, a ona stwierdziła, że jej serce jakby spóźniło się z kolejnym uderzeniem.   

– Chciał pan mnie widzieć? – spytała chłodnym tonem, pamiętając o ostrej wymianie zdań 

przed południem.   

background image

– Tak. Dlaczego nie było pani na dyżurze? 
– Pojechałam po zakupy.   
– Wolno spytać, czy będzie pani robić to częściej w godzinach pracy? Bo jeśli tak, to równie 

dobrze już teraz mogę powiedzieć, że nie zamierzam zajmować się pani szkoleniem.   

Lindsay  poczuła  na  policzkach  rumieniec  gniewu.  Odwróciła  się,  aby  zamknąć  drzwi,  i 

zauważyła na twarzy Bronwen triumfujący uśmieszek. Jakimś cudem zapanowała nad nerwami, 
podeszła do biurka i oparła dłonie o blat.   

–  Skoro  pańska  złośliwa  recepcjonistka  już  nas  nie  słyszy,  to  może  mi  pan  powie,  co  to 

wszystko ma znaczyć, do cholery! 

–  Dobrze  pani  wie.  Oczekiwałem  pani  dzisiaj  na  popołudniowym  dyżurze,  a  pani 

samowolnie gdzieś sobie poszła.   

– Wyraźnie dał mi pan do zrozumienia, że już nie będę potrzebna.   
– To było rano! Nie przypuszczałem, że urwie się pani na resztę dnia.   
– Bronwen wiedziała, gdzie jestem. Prawdę mówiąc, to właśnie ona zasugerowała mi wyjazd 

do Betwsycoed.   

– Nie mieszajmy do tego Bronwen.   
– Obiecała panu powiedzieć, dlaczego jestem nieobecna.   
– Rzecz w tym, że należało mnie uprzedzić.   
– Uprzedzić? A może raczej prosić o pozwolenie? Nie sądziłam, że muszę przez cały dzień 

być na każde pańskie skinienie.   

–  Nie  musi  pani,  ale  powinienem  wiedzieć,  kiedy  może  pani  przyjmować  pacjentów  lub 

załatwiać wizyty domowe. To chyba oczywiste.   

Lindsay wzięła głęboki oddech.   
–  W  porządku  –  odparta.  –  Praktykuję  pod  pańską  opieką,  więc  przyznaję,  że  trzeba  było 

najpierw zawiadomić pana o moich planach.   

–  Gdyby  pani  to  zrobiła,  na  pewno  zgodziłbym  się  na  wolne  popołudnie.  Rozumiem,  że 

pierwszego dnia po przyjeździe człowiek ma różne sprawy do załatwienia.   

Pomyślała, że jego oczy wydają się dzisiaj bardziej niebieskie niż wczoraj.   
– Nasza znajomość rzeczywiście nie rozpoczęła się dobrze, prawda? – spytał Aidan po chwili 

milczenia.   

– Nie. – Lindsay nadal czuła na policzkach żar rumieńca. – I ta wzajemna antypatia będzie 

nam  towarzyszyć,  dopóki  nie  przestanie  pan  traktować  mnie  jak  niegrzecznej  uczennicy.  Co 
prawda przyjechałam tu na praktykę, lecz jestem lekarką i życzę sobie, aby traktowano mnie jak 
lekarkę.   

– Mógłbym coś zasugerować? 
– Proszę. – Lekko wzruszyła ramionami, rozstrojona jego przenikliwym spojrzeniem.   
– Zaczniemy od nowa? 
– Jak mam to rozumieć? 

background image

– Udajmy, że właśnie się poznaliśmy i spróbujmy rozegrać ten początek lepiej. Co pani na 

to? 

– Zgoda.   
– Jestem doktor Aidan Lennox.  – Aidan wstał  i wyciągnął  rękę.  – Mam  poprowadzić pani 

praktykę.   

– Doktor Lindsay Henderson. – Uścisnęła podaną dłoń, zdumiona jej ciepłem, z którym tak 

bardzo kłócił się chłód niebieskich oczu.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Powoli  wszystko  zaczęło  się  układać  jak  należy.  Lindsay  polubiła  swoje  mieszkanko,  a 

personel  i  pacjenci  coraz  bardziej  ją  akceptowali.  Aidan  nadal  czasem  ją  irytował,  ona  zaś 
pocieszała  się  tym,  że  też  potrafi  zagrać  mu  na  nerwach.  Oboje  starali  się  jednak,  aby  ich 
współpraca miała harmonijny przebieg.   

Bronwen  oczywiście  nadal  doprowadzała  Lindsay  do  szału,  lecz  Gwynneth  okazała  się 

sojusznikiem. Ta zahukana dziewczyna zawsze bała się groźnej recepcjonistki i była o wiele za 
potulna.  Wkrótce  przekonała  się  jednak,  że  pani  doktor  nie  zamierza  iść  w  jej  ślady  i  zaczęła 
otwarcie ją podziwiać.   

–  Nie  powinnaś  pozwalać  jej  tak  sobą  pomiatać,  Gwynneth  –  oświadczyła  Lindsay,  gdy 

któregoś ranka zastała dziewczynę we łzach.   

– Nie... nie umiem sobie z nią poradzić. – Gwynneth chlipnęła żałośnie. – Ona zawsze robi 

ze mnie taką idiotkę.   

–  Nie  jesteś  idiotką  –  łagodnie  zapewniła  Lindsay.  –  A  Bronwen  nie  ma  prawa  tak  cię 

traktować. Jeśli chcesz, pogadam o tym z doktorem Llewellynem.   

– Och, tylko nie to! Bronwen da mi popalić, kiedy się dowie, że nie trzymam buzi na kłódkę.   
Gwynneth  wolała,  aby  żaden  z  przełożonych  nie  dowiedział  się  o  szykanach  ze  strony 

Bronwen.  W  tej  sytuacji  Lindsay  postanowiła  uczynić  wszystko,  co  w  jej  mocy,  aby  jakoś 
poprawić warunki pracy biednej dziewczyny.   

Sama  nadal  asystowała  Aidanowi,  a  pacjenci  stopniowo  przyzwyczajali  się  do  niej,  choć 

niektórzy  nadal  woleli  mówić  o  swoich  zdrowotnych  problemach  tylko  Aidanowi.  Ale  coraz 
więcej  osób  cieszyło  się  z  możliwości  zasięgnięcia  opinii  drugiego  lekarza.  Lindsay  chętnie 
zajmowała się tymi przypadkami i w skrytości ducha marzyła o dniu, kiedy będzie mieć grono 
własnych pacjentów.   

Podczas  dyżurów  Aidan  nie  komentował  jej  poczynań,  lecz  ona  nie  potrafiła  zapomnieć  o 

jego obecności. Wciąż się spodziewała, że on zaraz się wtrąci i zakwestionuje jej diagnozę lub 
sposób leczenia i dziwiła się, jeśli tego nie robił.   

–  Jak  ci  idzie?  –  spytała  Judith  podczas  jednego  z  trudniejszych  dyżurów,  gdy  Lindsay 

wpadła do kuchenki po kawę.   

– W takie dni żałuję, że nie palę.   
– Aż tak źle? 
– Nie tyle źle, co nerwowo. – Lindsay wlepiła wzrok w kubek. – Muszę być maksymalnie 

skoncentrowana.   

– Wiem, o czym mówisz. Kiedy zaczęłam tu pracować, uznałam Aidana za faceta na luzie. 

Chyba dałam się zwieść tym jego sportowym ciuchom, łażeniu z psami i tak dalej. Ale wkrótce 

background image

się przekonałam, że jako lekarz jest perfekcjonistą.   

–  Święte  słowa.  –  Lindsay  z  westchnieniem  odgarnęła  kosmyk  włosów,  który  wysunął  się 

spod plastikowej przepaski. – Bezustannie mi się wydaje, że on zaraz mnie skrytykuje. Na ogól 
tego nie robi, ale ja mimo to wciąż jestem spięta.   

– Chyba wolałabyś znaleźć się pod opiekuńczymi skrzydełkami Henry’ego? 
– Jeszcze jak! Z nim wiedziałabym, na czym stoję. A przy Aidanie wciąż mam wątpliwości i 

boję się palnąć głupstwo.   

Dopiła  kawę  i  dopiero  teraz  zauważyła  stojącego  w  drzwiach  Aidana.  Do  licha,  pewnie 

usłyszał każde słowo.   

Gryzła się tym przez resztę dnia, bo prawdę mówiąc, Aidan :wcale nie musiał zająć się jej 

praktyką.  Powiedział,  że  zrobił  to,  aby  wybawić  z  kłopotu  Henry’ego,  ale  przecież  mógł 
odmówić.  Aktualny  układ  był  bowiem  korzystny  tylko  dla  Lindsay.  Ale  po  południu,  gdy 
spróbowała delikatnie poruszyć ten temat, Aidan popatrzył na nią jak na wariatkę.   

– Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdził z nieprzeniknioną miną.   
– Dzisiaj rano... – mruknęła zakłopotana – kiedy wszedłeś do kuchenki...   
– Tak? – Aidan zmarszczył brwi.   
– Chyba usłyszałeś, jak rozmawiałam z Judith o...   
– O kim? – Niebieskie oczy znów zalśniły jak lód.   
– No cóż... o tobie.   
– Więc przy kawie plotkowałyście o mnie? 
–  Nie,  to  nie  tak  –  zaprzeczyła  pośpiesznie.  –  Ale  mogłeś  odnieść  wrażenie,  że...  że  nie 

jestem wdzięczna...   

– Za co? 
– Za zajęcie się moim szkoleniem. Aleja... naprawdę się z tego cieszę...   
– To w czym problem? 
– Więc nie... nic nie podsłuchałeś? 
–  Ani  słowa.  –  Aidan  wzruszył  ramionami  i  pomaszerował  do  recepcji,  a  Lindsay  dopiero 

teraz  poczuła  się  jak  kretynka.  Usiłowała  wyjaśniać  i  przepraszać,  gdy  wcale  nie  było  to 
konieczne.   

Lindsay lubiła Judith Havers, rzeczową walijską dziewczynę, która akceptowała ludzi takimi, 

jacy byli i nie pozwalała nikomu, z Bronwen włącznie, wejść sobie na głowę.   

– Ona uważa się tutaj za królową pszczół – stwierdziła kiedyś w rozmowie z Lindsay, gdy 

obie czekały w pokoju zabiegowym na pierwszego niemowlaka. – W każdej poradni znajdzie się 
taka baba, ale mnie nie będzie w kaszę dmuchać.   

– Szkoda, że Gwynneth nie ma twojego podejścia. Bronwen ją dosłownie terroryzuje.   
–  Biedna  Gwynneth.  Spotkało  ją  w  życiu  sporo  złego  i  ma  kompleksy.  A  Bronwen  jest 

agresywna i wyżywa się na niej.   

– Spróbuję nieco uzdrowić tę sytuację.   

background image

– Byłoby dobrze – przyznała Judith. – Ale uważaj, bo Bronwen może stać się jeszcze gorsza.   
–  Tego  się  obawiam,  ale  chętnie  zajmę  się  Gwynneth.  Nie  było  trudno  sprawić  jej 

przyjemność, ponieważ dziewczyna patrzyła w Lindsay jak w obraz i bezustannie wypytywała o 
jej życie w stolicy.   

– Milenijnego sylwestra spędziła pani w Londynie? – spytała pewnego wieczoru po długim, 

męczącym dyżurze.   

– Tak. – Lindsay podniosła wzrok znad wypisywanych recept. Bronwen właśnie wyłączała 

komputery, a Aidan, odwrócony do nich plecami, czytał jakieś notatki. Henry jeszcze siedział w 
swoim gabinecie.   

– Och, dam głowę, że było cudownie, prawda? – Gwynneth westchnęła z rozmarzeniem.   
– ^Rzeczywiście mogło się podobać – przyznała Lindsay.   
– A gdzie pani była? W Millenium Dome? 
– Nie, nie tam. Poszłam... z przyjaciółmi na kolację do restauracji, a potem z okien czyjegoś 

mieszkania nad Tamizą oglądaliśmy sztuczne ognie. – Lindsay nagle zdała sobie sprawę z tego, 
że Bronwen nadstawiła uszu, a Aidan, chociaż nawet nie drgnął, też przysłuchuje się rozmowie.   

–  Więc  widziała  pani  „Rzekę  ognia”,  diabelski  młyn  i  inne  atrakcje?  –  Oczy  Gwynneth 

rozszerzyły się z wrażenia.   

– Owszem, widziałam.   
– Och, to musiało być wspaniałe! 
– Było. – Lindsay skinęła głową. – Jedyna w swoim rodzaju historyczna chwila.   
– Pieniądze wyrzucone w błoto, jeśli chcecie znać moje zdanie – oświadczyła Bronwen. – A 

tyle jest potrzeb, na które można by je wydać.   

– Pewnie masz rację, Bronwen – przyznała Lindsay – ale osobiście zgadzam się z Gwynneth. 

To było naprawdę epokowe wydarzenie, które za naszego życia już się nie powtórzy.   

Aidan właśnie się odwrócił, a Gwynneth zarumieniła się z zadowolenia, bo ktoś chociaż raz 

miał takie samo zdanie jak ona. I na tym skończyła się pogawędka, ponieważ do recepcji wszedł 
Henry i wszyscy zajęli się obowiązkami.   

Po  wyjściu  obu  recepcjonistek  i  Henry’ego  Lindsay  zamierzała  iść  do  siebie,  gdy 

nieoczekiwanie odezwał się Aidan.   

– To było miłe – stwierdził.   
– Co? – spytała z ręką na poręczy schodów.   
– To, że wzięłaś stronę Gwynneth.   
– Wyraziłam tylko własne zdanie.   
–  Wiem,  ale  Bronwen  zawsze  ją  tłamsi.  Twoje  wsparcie  musiało  podbudować  poczucie 

wartości Gwynneth.   

– Nie lubię, kiedy ktoś wyżywa się na innych.   
–  Bronwen  może  nawet  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  to  robi.  Gnębienie  Gwynneth  chyba 

weszło jej w krew.   

background image

– Bronwen chyba nie jest specjalnie szczęśliwą osobą.   
– Możliwe. – Aidan wzruszył ramionami. – Nic mi o tym nie wiadomo. – Postawił kołnierz 

przeciwdeszczowej kurtki, ponieważ padało, i szybkim krokiem ruszył na parking.   

Lindsay  zamknęła  od  środka  drzwi  i  poszła  na  górę.  A  później,  przygotowując  kolację, 

przypomniała sobie słowa Aidana. Niezmiernie rzadko wyrażał uznanie, ona zaś wcale nie była 
pewna,  czy  komentarz  faktu,  że  poparła  Gwynneth,  można  uznać  aż  za  pochwałę.  Ale 
najważniejsze  wydawało  się  coś  innego:  Aidan  wreszcie  zauważył,  że  Gwynneth  nie  ma  tutaj 
łatwego życia.   

 
Lindsay od niedawna jeździła wynajętym przez poradnię dżipem z napędem na cztery koła. 

Początkowo  sądziła,  że  będzie  tęsknić  za  swoim  sportowym  autkiem,  lecz  wkrótce  polubiła 
większy pojazd, który rzeczywiście dużo lepiej nadawał się do jazdy po miejscowych drogach.   

W  dni  wolne  od  pracy  zwiedzała  okolicę,  podziwiając  wspaniałe  widoki.  Zapuszczała  się 

coraz dalej, na przykład przez przełęcz Llanberis aż do Caenarvon oraz do Conway i Rhyl. Raz 
nawet  przejechała  przez  most  w  Menaii  na  wyspę  Anglesea.  Surowe  piękno  krajobrazu  z  jego 
wysokimi  górami,  szumiącymi  wodospadami,  wąskimi  przełęczami  i  zalesionymi  dolinami 
działało na nią jak antidotum neutralizujące ból po stracie Andrew. Myślała o nim coraz rzadziej, 
a po pewnym czasie – prawie wcale.   

Pod  koniec  pierwszego  miesiąca  jej  pobytu  w  Tregadfan  rozpoczął  się  wiosenny  najazd 

turystów.  Przyjeżdżali  najróżniejszymi  środkami  lokomocji  –  samochodami  osobowymi  i 
mieszkalnymi,  motocyklami,  a  nawet  rowerami.  Chodzili  na  piesze  wycieczki  i  uprawiali 
wspinaczkę.  A  ci,  którzy  odnieśli  kontuzję,  trafiali  do  poradni,  zasilając  szeregi  pacjentów 
Lindsay. Przyjmowała ich już samodzielnie, choć codziennie musiała składać raport Aidanowi, z 
nim  też  nadal  jeździła  na  wizyty  domowe.  Wiedziała  jednak,  że  szybkimi  krokami  nadchodzi 
dzień, w którym będzie mieć własną listę pacjentów.   

Po  jednym  z  przedpołudniowych  dyżurów  do  jej  gabinetu  przyszedł  Aidan.  Zdziwiła  się, 

ponieważ o tej porze to ona zawsze szła złożyć mu sprawozdanie.   

– Jak było? – spytał.   
–  W  normie.  –  Przerzuciła  leżące  na  biurku  karty  przyjezdnych.  –  Prawie  same  proste 

przypadki.  Dziecko  z  bólem  ucha,  inne,  pogryzione  przez  komary.  Mężczyzna  z  poważnie 
skręconą kostką. Kobieta, która zapomniała zabrać z domu niezbędne leki...   

–  O  co  prosiła?  –  Aidan  podszedł  do  balkonowych  drzwi  i  błądził  wzrokiem  po  wnętrzu 

oranżerii.   

–  O  nifedipin  na  obniżenie  ciśnienia,  ranitidin  na  niestrawność  i  ibuprofen  na  bóle 

reumatyczne.  Zmierzyłam  ciśnienie,  spytałam  o  charakter  niestrawności  oraz  o  okres 
przyjmowania ibuprofenu.   

– Sądzisz, że coś łączy te dwie dolegliwości? 
–  Raczej  nie.  Wiem,  że  niesteroidowe  leki  przeciwzapalne  podawane  cierpiącym  na 

background image

reumatyzm mogą spowodować krwawienie w obrębie żołądka i ból brzucha, ale u tej pacjentki 
wystąpiła  kwasota  soku  żołądkowego,  zapewne  jako  skutek  pewnych  składników  pożywienia. 
Kobieta  przyznała,  że  na  urlopie  jada  zupełnie  inne  rzeczy  niż  w  domu.  Poprzednio  lekarz 
domowy przepisał jej raniudin.   

–  Czyli  wszystko  w  porządku,  ale  zawsze  trzeba  zachować  czujność,  bo  niektórzy  turyści 

usiłują  wyłudzić  recepty  na  różne  specyfiki.  Pamiętam  pewnego  mężczyznę,  który  jeździł  od 
przychodni do przychodni i mówił, że zostawił w domu diazepam.  Zebrał już sporą ilość leku, 
lecz  jedna  z  farmaceutek  na  szczęście  zaczęła  coś  podejrzewać  i  nas  zaalarmowała.  –  Aidan 
umilkł na chwilę. – Jakieś inne przypadki? 

– Niemowlę z ostrą kolką, dwie osoby uskarżające się na poważną biegunkę i wymioty oraz 

dziewczynka  z  drzazgą  wbitą  głęboko  w  stopę.  Usunęłam  drzazgę,  dałam  zastrzyk 
przeciwtężcowy i posłałam dzieciaka do Judith na opatrunek.   

– A ci ludzie z biegunką i wymiotami są z kempingu? 
– Nie jestem pewna. Chwileczkę. – Lindsay przejrzała karty. – Tak.   
– To rodzina? 
– Tak, babcia i jedno z wnucząt.   
– To by sugerowało, że zjedli coś u siebie. Oby tak było, bo inaczej trzeba się spodziewać 

epidemii,  a  weekend  za  pasem.  Słuchaj,  wiem,  że  masz  dzisiaj  wolne  popołudnie,  lecz  może 
chciałabyś pojechać ze mną do pacjentów na farmie w rejonie Capel Curig? 

– Oczywiście.   
– Mieszkająca tam rodzina ostatnio boryka się z problemami. Matka jest w czwartej ciąży, 

ojciec  niedawno  miał  wypadek,  kiedy  posługiwał  się  jakimś  niebezpiecznym  rolniczym 
sprzętem,  a  jedno  z  dzieci  zmaga  się  z  astmą  i  egzemą.  Obiecałem  wpaść  i  zbadać  ich 
wszystkich.   

Wyjechali  dopiero  późnym  popołudniem,  lecz  czerwcowe  słońce  nadal  przyjemnie  grzało. 

Lindsay usadowiła się na przednim siedzeniu landrovera, a psy Aidana zaskomlały radośnie na 
powitanie. Już do nich przywykła, a nawet je polubiła – najwyraźniej z wzajemnością.   

Lindsay opuściła szybę i wygodnie oparła łokieć. Od przyjazdu do Tregadfan zdążyła złapać 

na  nosie  trochę  piegów,  które  stały  się  bardziej  widoczne,  gdy  zbladła  złocista  opalenizna 
uzyskana wcześniej, podczas krótkiego urlopu nad Morzem Śródziemnym. Już dawno przestała 
nosić  swoje  eleganckie  kostiumy  i  jedwabne  bluzeczki.  Bardziej  praktyczne  okazały  się  stroje 
kupione tutaj. Dzisiaj miała na sobie biało-niebieską kraciastą koszulę z podwiniętymi do łokcia 
rękawami, wpuszczoną w bawełniane kremowe spodnie ze skórzanym paskiem. Włosów niczym 
nie  związała,  więc  pęd  powietrza  zwiał  je  do  tyłu,  ona  zaś  przymknęła  powieki  i  pozwoliła 
swoim myślom odpłynąć nie wiadomo gdzie.   

– Obudziłem cię? 
– Słucham? – Otworzyła oczy i spojrzała na Aidana.   
– Pytałem, czy cię zbudziłem.   

background image

– Nie spałam.   
– Akurat – odparł ze śmiechem. – Chociaż... może się do mnie nie odzywasz? 
– Czemu tak sądzisz? 
– Bo od pięciu minut do ciebie mówię, a ty nie reagujesz.   
– Chyba rzeczywiście trochę się zdrzemnęłam.   
– Miło wiedzieć, że się odprężyłaś. A może zanadto gonimy cię do roboty i padasz na nos ze 

zmęczenia? 

–  Skądże  –  zaprzeczyła  pośpiesznie.  –  Chyba  to  czyste,  górskie  powietrze  działa  tak 

relaksujące – Cieszę się. Po przyjeździe sprawiałaś wrażenie strasznie spiętej.   

– To zrozumiałe. Przecież nic nie wyglądało tak, jak się spodziewałam.   
– Fakt – przyznał i spojrzał na nią z ukosa. – Ale coś mnie intryguje.   
– Co? – spytała czujnie.   
– Parę miesięcy temu Henry wspomniał, że chyba nie przyjedziesz do nas na praktykę. A po 

pewnym  czasie  jednak  postanowiłaś  się  zjawić.  Jestem  ciekaw,  co  skłoniło  cię  do  zmiany 
planów.   

Uznała, że nie odpowie. To przecież nie jego sprawa. Nie musi podawać mu szczegółów ze 

swojego życia osobistego. Chociaż... dlaczego nie? Tamto już należało do przeszłości. Przestało 
się Uczyć.   

– Byłam z kimś związana, ale to się rozpadło.   
– Hm... Przyszło mi do głowy coś takiego. Chcesz o tym pogadać? 
– Nie – odparła stanowczo. – Wykluczone.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– Miał na imię Andrew. Był adwokatem i poznaliśmy się u przyjaciół.   
Zjechali  na  pobocze,  gdzie  oprócz  nich  błąkały  się  dwie  owce.  Po  skalnej  ścianie 

szemrzącymi kaskadami spływała źródlana woda, a kręta droga nieco dalej wcinała się w głęboką 
dolinę między zboczami zalesionych wzgórz. Mimo postanowienia, aby nic nie mówić, Lindsay 
nagle zapragnęła się zwierzyć.   

–  Początkowo  wszystko  wyglądało  bajkowo.  Umawialiśmy  się  na  randki,  coraz  lepiej  się 

poznawaliśmy  i  było  nam  cudownie.  Co  prawda  raz  zobaczyłam  go  w  restauracji  z  piękną 
dziewczyną,  lecz  za  namową  przyjaciółki  zbagatelizowałam  ten  incydent.  Po  pewnym  czasie 
Andrew wprowadził się do mnie i nic nie mąciło naszego szczęścia. Oczywiście rozmawialiśmy 
o założeniu rodziny, lecz uznaliśmy, że trochę z tym poczekamy.   

– Jak skończyła się ta idylla? Coś się stało, czy po prostu  oddaliliście się od siebie? Może 

zdałaś sobie sprawę, że ten związek to błąd? 

– Nie, rzeczywiście coś się stało. Na dyżurze w szpitalu przypadkiem podsłuchałam pewną 

rozmowę. Pacjentka opowiadała znajomej pielęgniarce o swoim nowym chłopaku. Nadstawiłam 
uszu,  gdy  padła  nazwa  kancelarii  adwokackiej,  w  której  pracował  Andrew.  Potem  usłyszałam 
tyle  różnych  szczegółów,  że  nie  miałam  żadnych  wątpliwości,  o  kim  mowa.  Andrew  mnie 
zdradzał,  a  tego  nie  mogłam  zignorować.  On  początkowo  wszystkiemu  zaprzeczał,  ale 
wiedziałam,  że  kłamie.  Kazałam  mu  natychmiast  się  wyprowadzić  –  dokończyła  i  ku  swojej 
rozpaczy zalała się łzami.   

–  I  w  tej  sytuacji  postanowiłaś  przyjechać  tutaj?  Skinęła  głową  i  wierzchem  dłoni  otarła 

mokre policzki.   

– Uznałam, że najlepiej wrócić do pierwotnego planu. Aidan w milczeniu przykrył jej dłoń 

swoją.  Gdyby  się  tego  spodziewała,  prawdopodobnie  cofnęłaby  rękę.  Ale  tego  nie  zrobiła, 
kompletnie zaskoczona jego gestem. I zaraz poczuła ciepło dające poczucie bezpieczeństwa.   

– Już przebolałaś to rozstanie? 
– Nie od razu – przyznała z wolna. – Dlatego po przyjeździe tutaj byłam taka... drażliwa.   
– A obecnie? – Cofnął rękę i odwrócił się, aby spojrzeć Lindsay w twarz. – Jak oceniasz stan 

swoich uczuć? 

–  Chyba...  jestem  na  dobrej  drodze,  żeby  definitywnie  zostawić  tamten  romans  za  sobą  – 

przyznała z wahaniem, patrząc w niebieskie oczy, które wpatrywały się w nią uważnie.   

– Wydajesz się zdumiona. – Po wargach Aidana przemknął cień uśmiechu.   
– Bo  rzeczywiście się dziwię. Jeszcze nie tak dawno sądziłam,  że nigdy nie pogodzę się z 

utratą  Andrew.  Zdrada  ukochanej  osoby  jest  taka  bolesna...  Ale  muszę  przyznać,  że  pobyt  w 
Tregadfan  wyszedł  mi  na  dobre.  Inne  miejsce  oraz  inne  obowiązki  sprawiły,  że  prawie  nie 

background image

wracam  myślami  do  dawnego  życia  w  Londynie,  nie  mówiąc  o  Andrew.  Wiem,  że  trudno 
zrozumieć,  co  czuje  człowiek  zdradzony...  w  pełni  pojmie  to  tylko  ktoś  mający  podobne 
doświadczenia.   

– Chyba rozumiem cię lepiej, niż ci się zdaje.   
– Sugerujesz, że też spotkało cię coś takiego? 
– Możliwe.  – Aidan lekko wzruszył  ramionami.  – Ale wystarczy jedna  porcja zwierzeń na 

jeden dzień. Poza tym musimy ruszać w drogę.   

Przekręcił kluczyk w stacyjce i po chwili jechali w kierunku doliny. Ostre promienie słońca 

gdzieniegdzie  przebijały  się  przez  ciemne  korony  rozłożystych  sosen,  oświetlając  jaśniejszą 
zieleń klonów i jesionów oraz kępy seledynowych paproci.   

Oboje  milczeli,  lecz  tym  razem  cisza  była  kojąca.  Lindsay  skonstatowała,  że  czuje  ulgę, 

podzieliwszy  się  z  Aidanem  historią  swojego  nieudanego  romansu.  Aidan  okazał  się  dobrym 
słuchaczem,  a  jeśli  rzeczywiście  miał  za  sobą  podobne  przeżycia,  to  wiedział,  jak  smakuje 
cierpienie.   

Farma  znajdowała  się  u  podnóża  rozległego  wzniesienia  i  z  daleka  sprawiała  wrażenie 

opuszczonej. Na pastwiskach pasło się mnóstwo owiec, lecz zabudowania wyglądały nędznie. Za 
domem suszyło się rozwieszone na sznurze pranie, lekko falując na wietrze, a zza rogu wysypało 
się stadko gęsi, które wypełniły ogłuszającym gęganiem całe podwórko.   

– Fascynujące stworzenia – stwierdziła Lindsay, wysiadając z landrovera.   
–  Ale  strasznie  hałaśliwe.  –  Aidan  wymownie  się  skrzywił.  –  Cześć,  Rufus  –  przywitał 

nastolatka, który wyłonił się ze stodoły. – Gdzie mama? 

– W domu.   
–  Dzięki.  –  Aidan  wraz  z  Lindsay  ruszył  do  wejścia  i  zapukał.  Po  długiej  chwili  drzwi 

otworzyła  dziewczynka  z  ciemnymi,  potarganymi  loczkami,  odziana  w  sporo  za  dużą,  brudną, 
kraciastą sukieneczkę. Buzię i rączki dziecka pokrywały czerwone grudki wysiękowe typowe dla 
egzemy.   

– Mamo! – zawołała mała. – Pan doktor.   
–  Poproś,  żeby  wszedł,  głuptasku.  –  Z  sąsiedniego  pomieszczenia  wyszła  blada,  bardzo 

zmęczona  kobieta  w  zaawansowanej  ciąży.  –  Dzień  dobry,  doktorze.  Proszę  dalej.  Niech  pan 
wybaczy Evie i nie zwraca uwagi na bałagan.   

–  Nie  przyszliśmy  oglądać  twojego  bałaganu,  Clarrie  –  zapewnił  Aidan,  gdy  weszli  do 

saloniku, gdzie trudno było znaleźć wolne miejsce. – Interesujesz nas ty i Dai. A to jest doktor 
Henderson. – Zerknął przez ramię na Lindsay. – Pracuje u nas.   

– Miło mi panią poznać. – Clarrie uśmiechnęła się blado. – O, już jest Dai.   
Do  pokoju  przykuśtykał  o  kulach  jej  mąż.  Miał  około  czterdziestu  lat,  lecz  wyglądał  na 

dziesięć więcej. Powitał Aidana skinieniem głowy i z zaciekawieniem spojrzał na Lindsay.   

– Jak leci, Dai? – Aidan zrobił na stole trochę miejsca i postawił torbę.   
– Cholernie powoli. Muszę jak najszybciej wziąć się do roboty, bo farma popadnie w ruinę. 

background image

Ted sam nie daje rady, a Rufus jest całkiem do niczego.   

– To jeszcze dzieciak – zaprotestowała Clarrie. – A ja wkrótce będę ci pomagać.   
– Jak noga? – spytał Aidan.   
– Boli. Ten cholerny gwóźdź chyba bardziej szkodzi niż pomaga.   
– Popatrzymy. Lindsay, mogłabyś w tym czasie zbadać Clarrie? Oto jej karta.   
–  Już  się  robi.  –  Lindsay  ucieszyła  się,  że  dano  jej  jakieś  zajęcie,  bo  w  tym  domku  już 

zaczynała odczuwać klaustrofobię. – Może pójdziemy do sypialni? – zaproponowała z nadzieją w 
głosie, patrząc na Clarrie.   

–  Jak  pani  chce,  ale  tam  też  jest  bałagan.  –  Kobieta  wyszła  do  holu  i  ruszyła  stromymi 

schodami na górę. – Pani na dobre w Tregadfan? 

– Och, nie, tylko na rok. Potem wracam do domu.   
– Czyli dokąd? – Clarrie otworzyła drzwi sypialni i przepuściła Lindsay.   
– Do Londynu.   
– Miastowa dziewczyna? – Clarrie uśmiechnęła się blado. – Trochę tu inaczej niż w stolicy, 

prawda? 

– Trochę – ze śmiechem przyznała Lindsay. – Zna pani Londyn? 
–  Byłam  tam  kiedyś  na  wakacjach...  w  innym  życiu.  –  Po  twarzy  Clarrie  przemknął  cień 

uśmiechu. – Jako uczennica pracowałam w lecie na kempingu w Tregadfan. Tam zaprzyjaźniłam 
się z pewnym chłopakiem. Jego rodzice zaprosili mnie na parę tygodni. Mieszkali w Londynie, a 
właściwie w Peckham.   

–  Rozumiem,  że  było  to,  zanim  poznała  pani  Daia?  –  Lindsay  otworzyła  torbę,  a  Clarrie 

usiadła na łóżku i z wyraźną ulgą oparła plecy o poduszki.   

–  Tak  jakby.  Chociaż  Daia  znałam  prawie  od  zawsze.  Wychowaliśmy  się  razem.  –  Clarrie 

wzruszyła ramionami, lecz nie dodała, co stało się z chłopakiem z Peckham.   

– Który to tydzień? – Lindsay zerknęła w notatki.   
– Trzydziesty siódmy. Już nie mogę doczekać się końca. Ta ciąża męczy mnie dużo bardziej 

niż trzy poprzednie razem wzięte.   

– To zrozumiałe. Teraz ma pani pod opieką trójkę dzieci, a problemów też chyba nie brakuje.   
– Żeby pani wiedziała. – Clarrie skrzywiła się wymownie. – Czasem mi się wydaje, że Dai 

jest gorszy niż dzieciaki. Od wypadku zachowuje się jak zwierzę w klatce. Można by pomyśleć, 
że to wszystko moja wina. A stos rachunków rośnie. Nasza sytuacja była trudna już przedtem, ale 
teraz... – Clarrie bezradnie rozłożyła ręce. – Boję się, że przyjdzie nam sprzedać farmę. Tylko co 

potem? 

–  Miejmy  nadzieję,  że  do  tego  nie  dojdzie.  A  na  razie  najważniejsza  jest  pani  i  dziecko. 

Będzie pani rodzić w szpitalu? 

– W domu, tak jak poprzednio.   
– Może przydałby się pani taki pobyt w szpitalu, nawet krótki. Trochę by pani odsapnęła.   
– Nie, zostanę tutaj. Przyjedzie położna, a potem przez parę dni będzie u nas moja siostra, o 

background image

ile nie pokłóci się z Daiem.   

–  Sprawdzę  teraz  ciśnienie  i  tętno  dziecka.  –  Lindsay  usiadła  na  brzegu  łóżka  i  założyła 

opaskę ciśnieniomierza na ramię Clarrie.  – Jest nieco podwyższone  – stwierdziła, odczytawszy 
wynik.  –  Musi  pani  jak  najwięcej  odpoczywać.  Wiem,  łatwo  powiedzieć  –  dodała,  gdy  Clarrie 
kpiąco prychnęła. – Ale proszę chociaż spróbować. Mam porozmawiać o tym z mężem? 

–  Jeśli  pani  chce...  Ale  to  i  tak  nic  nie  da.  –  Clarrie  oparła  się  na  łokciach  i  patrzyła  na 

badającą ją Lindsay. – Wszystko w porządku? – spytała z nutą niepokoju w głosie.   

–  Tak  –  zapewniła  Lindsay.  –  Tętno  jest  silne  i  miarowe.  Co  by  pani  wołała,  chłopca  czy 

dziewczynkę? 

– Mnie tam bez różnicy. – Clarrie poprawiła odzież i podniosła się. – Chociaż z dziewczynką 

byłoby po równo.   

– Czyli jest Rufus, Evie i... ? 
–  Jared.  Ma  dwanaście  lat,  Rufas  skończył  szesnaście,  a  Evie  sześć.  Myślałam,  że  na  tym 

będzie  koniec  –  z  żalem  w  głosie  przyznała  Clarrie.  –  Jak  widać,  człowiek  może  się  mylić, 
prawda? 

– Evie cierpi ma astmę i egzemę? – Lindsay schowała do torby stetoskop i aparat do pomiaru 

ciśnienia.   

– Tak, i objawy się nasiliły. – Clarrie wstała i natychmiast znów opadła na pościel. – Och! – 

jęknęła. – Zakręciło mi się w głowie. Chyba za szybko się podniosłam.   

– Proszę chwilkę poleżeć.   
– O czym to mówiłyśmy? Aha, o Evie. Ostatnio strasznie kaszle. Kłopot w tym, że zajmuje 

się zwierzakami i jej egzema wtedy nawraca.   

–  Doktor  Lennox  na  pewno  zajmie  się  Evie.  Albo  ja  to  zrobię,  gdyby  jeszcze  badał  pani 

męża.   

–  Miły  człowiek  z  tego  doktora  Lennoxa.  –  Clarrie  podniosła  się  z  łóżka,  lecz  tym  razem 

bardzo ostrożnie. – Dawniej  przychodził stary doktor Meredith, ale był  strasznie pyskaty. On i 
Dai często skakali sobie do oczu. Doktor Lennox jest inny.   

– Sądzę, że w razie potrzeby umie obstawać przy swoim zdaniu.   
– Och, nie wątpię. A czemu pani z nim jeździ? 
– Odbywam praktykę pod jego opieką. Ale proszę się nie obawiać, jestem wykwalifikowaną 

lekarką, tylko muszę poznać metody działania lekarza rodzinnego, żeby nim zostać.   

– Więc spędzacie razem dużo czasu.   
–  To  prawda.  Właściwie  można  powiedzieć,  że  jestem  cieniem  doktora  Lennoxa  –  ze 

śmiechem oświadczyła Lindsay.   

– A co na to Bronwen? 
– Znają pani? 
– Jest sąsiadką mojej siostry.   
– No tak, już zapomniałam, że tu wszyscy się znają.   

background image

– I to jak! Siostra opowiedziała mi o Bronwen i doktorze Lennoksie.   
– Coś ich łączy? – Lindsay zmartwiała. Czyżby jej początkowe przypuszczenia okazały się 

trafne? 

–  Chyba  tylko  pobożne  życzenia  Bronwen.  Rzeczywiście  jedynie  tyle?  –  zastanawiała  się 

Lindsay,  idąc  za  Clarrie  na  dół.  A  jeśli  Aidan  i  jego  recepcjonistka  naprawdę  mają  romans? 
Aidan wspomniał, że kiedyś ktoś go zawiódł, lecz raczej nie chodziło o Bronwen, skoro pragnęła 
go zdobyć. Może wiedziała o jego miłosnym zawodzie i oferowała Aidanowi ramię, na którym 
mógłby się wypłakać, a w cichości ducha liczyła na więcej niż przyjaźń.   

Najlepiej w ogóle nie zaprzątać sobie tym głowy. Plotkarze potrafią wymyślić Bóg  wie co, 

zaś prywatne życie Aidana Lennoxa to wyłącznie jego sprawa.   

– Zamierzam zmienić dawkę leku w inhalatorze Evie – oznajmił Aidan, gdy Lindsay i Clarrie 

wróciły  do  saloniku.  –  Przepiszę  też  silniej  działający  krem  na  egzemę.  Jeśli  to  nie  pomoże, 
pomyślimy o kolejnej kuracji steroidami. Evie nie myje się zwykłym mydłem, prawda? 

–  Nie,  przestrzegamy  wszystkich  zaleceń  –  zapewniła  Clarrie.  –  Chyba  tylko  kontakt  ze 

zwierzętami mógł spowodować taką reakcję.   

–  Powinnaś  na  razie  trzymać  się  od  nich  z  daleka,  Evie  –  rzekł  łagodnie  Aidan,  a 

dziewczynka spuściła główkę, po czym ukryła buzię w fałdach matczynej spódnicy. – Wiem, że 
na farmie to trudne, zwłaszcza że uwielbiasz zwierzaki.   

– Aidan spojrzał na Lindsay. – Wszystko w porządku? 
Domyśliła się, że pytał o ciążę Clarrie, i twierdząco skinęła głową.   
– W takim razie chyba już pójdziemy. Załatwię ci fizykoterapię, Dai, i podam terminy.   
Dai tylko chrząknął. Clarrie odprowadziła ich do drzwi.   
– Dziękuję wam obojgu.   
– Będzie pani mogła zrealizować recepty? – troskliwie spytała Lindsay.   
– Tak, Ted, który u nas pracuje, weźmie je do apteki, kiedy będzie jechał do Betwsycoed po 

nawozy.   

– Dbaj o siebie, Clarrie.   
– I koniecznie proszę się nie przemęczać – dodała Lindsay.   
Zanim wyjechali na drogę, spojrzała przez ramię na podwórze. Clarrie wraz z córeczką nadal 

stała  na  progu,  odprowadzając  ich  wzrokiem,  a  zza  domu  znów  wytoczyło  się  stadko  gęsi. 
Trzepotały  skrzydłami  i  gęgały  jak  szalone,  najwyraźniej  zirytowane  warkotem  silnika 
samochodu.   

– Inny świat – mruknęła Lindsay. – Niesamowite, że tyle ludzi spędza całe życie na takich 

odległych farmach, zajmując się tylko hodowlą owiec.   

– Większość tych farmerów jest zadowolona z takiej egzystencji. Czasem jakiś syn wyjedzie 

do  pomaturalnej  szkoły,  najczęściej  rolniczej,  a  potem  zazwyczaj  wraca  tutaj,  żeby  zająć  się 
rodzinną gospodarką.   

– A dziewczęta? 

background image

– Prawie wszystkie wychodzą za mąż za miejscowych farmerów, chłopaków, których znały 

od dziecka.   

– Jak Clanie.   
– Właśnie.   
– Nie sprawiają wrażenia szczęśliwych.   
– Cóż, od pewnego czasu ściga ich pech. Nie dość, że hodowla i uprawa roli stają się coraz 

mniej opłacalne, to na dodatek Dai miał wypadek i nie może pracować. Są w trudnej sytuacji. A 
jak tam Clarrie? 

– Ma trochę podwyższone ciśnienie, opuchnięte kostki i jest strasznie przemęczona, ale tętno 

dziecka w normie. Uważasz, że powinna rodzić w domu? 

– Wolałbym zabrać ją do szpitala, ale ona się nie zgadza.   
– Nie można by pogadać z tą położną? 
–  Owszem,  ale  ona  z  pewnością  będzie  po  stronie  Clarrie.  Tutejsze  kobiety  szczycą  się 

rodzeniem w domu. Chyba można to uznać za zjawisko socjologiczne.   

– Jak Dai będzie jeździł na fizykoterapię? 
–  Bóg  raczy  wiedzieć.  Ted  mógłby  go  wozić  ciężarówką,  ale  wątpię,  czy  znajdzie  czas. 

Biedak i tak ma huk roboty. Przypuszczam, że Dai odpuści te zabiegi.   

– A ten chłopak, Rufus, nie powinien chodzić do szkoły? 
–  Chyba  tak,  ale  przestał  po  świętach  wielkanocnych,  kiedy  skończył  szesnaście  lat,  i 

pomaga Tedowi.   

– Ciężko im.   
– Już ci to mówiłem. Problem w tym, że mają niewielkie szanse na poprawę swojego bytu.   
– Ale kiedy Clanie już urodzi i Dai odzyska formę... – Lindsay urwała, zauważywszy minę 

Aidana. – Jego stan się poprawi, prawda? – spytała.   

–  Mam  taką  nadzieję,  ale  minie  dużo  czasu,  zanim  jego  noga  całkiem  się  zrośnie,  a  jest 

jeszcze  uszkodzone  ścięgno  w  prawym  ramieniu.  Muszę  przyznać,  że  czasem  wątpię,  czy  Dai 
kiedykolwiek będzie w stanie znów pracować na farmie.   

– Więc co ich czeka? 
–  Prawdopodobnie  sprzedaż  gospodarstwa,  ale  w  dzisiejszych  czasach  niewiele  za  nie 

dostaną. A co gorsza, Dai jest do niego strasznie przywiązany. Przechodziło z ojca na syna i Dai 
uważa  za  swój  obowiązek  przekazać  je  Rufusowi.  Gdy  kiedyś  wspomniałem  o  ewentualnej 
sprzedaży, Dai omal nie skręcił mi karku. To strasznie dumny facet.   

Gdy dojechali do Tregadfan, słońce już zachodziło i góry pogrążały się w mglistym mroku. 

Lindsay kompletnie zapomniała o tym, że zrezygnowała z wolnego popołudnia, aby towarzyszyć 
Aidanowi.  Była  zadowolona,  ponieważ  spędziła  je  w  wartościowy  sposób  –  nie  tylko  poznała 
kolejnych  ludzi,  wśród  których  miała  pracować,  lecz  także  przełamała  lody  w  stosunkach  z 
Aidanem. Intuicyjnie czuła, że od dzisiaj oboje będą lepiej się rozumieć.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Dam  panu lomotil  na biegunkę i  maxolon na mdłości.  – W namiocie było  tak ciasno, że 

Lindsay  musiała  przyklęknąć,  aby  wypisać  receptę.  –  Na  razie  proszę  pić  tylko  wodę 
butelkowaną i jeść sucharki – poleciła leżącemu w śpiworze blademu młodzieńcowi.   

– Kiedy będzie mógł się wspinać? – spytał zaniepokojony kolega chorego. – Mamy tyle tras.   
– Nie sądzę, żeby ten biedak miał ochotę wdrapywać się na górki. Przez kilka dni powinien 

być  na  diecie  i  wypoczywać.  Niech  bierze  to,  żeby  nie  opadł  z  sił.  –  Lindsay  wręczyła 
chłopakowi kilka małych torebeczek.   

– Co to takiego? 
–  Glukozowy  preparat  uzupełniający  niedobór  płynów  w  organizmie.  Działa  również 

wzmacniająco. Niezbędny w przypadku takich dolegliwości żołądkowych.   

– Dziękujemy za przyjście, pani doktor. On nie miał siły się ruszyć.   
– To zrozumiałe. Proszę o niego dbać. – Lindsay uniosła klapę namiotu i wygramoliła się na 

zewnątrz. Po raz pierwszy załatwiała wizyty domowe samodzielnie.   

– Dasz sobie radę? – spytał Henry, gdy wczoraj powiedziała mu, co ją czeka.   
– Chyba tak.   
– Już dobrze zna topografię terenu, a w razie czego zawsze może wezwać nas przez telefon – 

dodał Aidan.   

– Niby racja – zgodził się Henry. – Chociaż... nie jestem pewien, czy ja będę osiągalny. Aż 

boję się mówić o tym na głos, ale Megan ostatnio miewa się lepiej, więc pomyślałem, że zabiorę 
ją w niedzielę na małą wycieczkę.   

– Wspaniały pomysł – pochwaliła Lindsay.   
–  Zmiana  otoczenia  może  zdziałać  cuda  –  przyznał  Aidan.  –  Ale  musisz  pamiętać,  że  w 

przypadku zapalenia mózgu i rdzenia poprawa samopoczucia nie trwa długo.   

– Cóż, wiem... – Henry westchnął ciężko. – Tym bardziej trzeba chwytać każdą chwilę.   
Wyjeżdżając z kempingu, Lindsay gorąco pragnęła, aby żona Henry’ego poczuła się lepiej. 

Przejażdżka po okolicy w taki piękny dzień na pewno sprawiłaby Megan wielką przyjemność.   

Lindsay z uśmiechem przesunęła wzrokiem po zielonych wzgórzach. Na razie radziła sobie 

całkiem  dobrze. Już zdążyła stwierdzić zapalenie wyrostka robaczkowego u dziecka i  wezwała 
karetkę,  aby  zabrano  je  do  szpitala.  Potem  odwiedziła  dwóch  pacjentów  w  podeszłym  wieku: 
jeden chorował na nieuleczalnego raka i czekał na pielęgniarkę, która miała zrobić mu zastrzyk z 
morfiny, zaś drugi cierpiał na chroniczne schorzenie dróg oddechowych i potrzebował tlenu.   

Wracając do wsi, Lindsay pod wpływem impulsu postanowiła zajrzeć do Douglasa i Milły. 

Zaparkowała dżipa od frontu, otworzyła furtkę i szła między zadbanymi klombami. Przy samej 
ścieżce rosły na nich dorodne, różnokolorowe bratki i prymulki, a wzdłuż płotu oddzielającego 

background image

podwórze  od  sąsiedniej  posesji  bujnie  kwitły  fioletowe  ostróżki  i  różowe  malwy.  Lindsay 
zadzwoniła  i  stojąc  przed  drzwiami,  obserwowała  pszczołę  kołującą  nad  donicą  z  nagietkami. 
Nieco  dalej,  na  kamiennym  chodniczku  prowadzącym  na  tyły  domu,  drozd  usiłował  rozbić 
skorupę ślimaka.   

Była pełna podziwu dla wytrwałości ptaka i dopiero po dłuższej chwili skonstatowała, że nikt 

nie otwiera, a z wnętrza nie dochodzą żadne dźwięki. Jeszcze raz nacisnęła przycisk dzwonka, po 
czym  obeszła  dom  i  stwierdziła,  że  kuchenne  drzwi  są  otwarte.  Widocznie  Milly  wyszła  do 
ogrodu i nie zorientowała się, że ktoś przyszedł.   

Ale Lindsay nigdzie jej nie zauważyła, więc zastukała w drzwi i zawołała gospodarzy, lecz 

nikt się nie pojawił ani nie odezwał, tylko w głębi mieszkania rozległo się głuche dudnienie.   

– Milly? Jest pani tam? 
Stukanie  powtórzyło  się,  tym  razem  głośniejsze  i  jakby  naglące.  Pełna  złych  przeczuć 

Lindsay  z  wahaniem  weszła  do  wnętrza.  Jej  obawy  potwierdziły  się,  gdy  przeszła  przez  małą, 
idealnie czystą kuchnię i spróbowała otworzyć drzwi do saloniku. Zdołała tylko trocheje uchylić, 
ponieważ  coś  je  blokowało.  Wybiegła  więc  na  zewnątrz  i  osłaniając  z  boku  oczy,  zajrzała  do 

pokoju przez okno.   

Milly leżała na podłodze tuż przy drzwiach, a Douglas siedział w fotelu i swoim balkonikiem 

uderzał w podłogę. Najwyraźniej usiłował w ten sposób wezwać pomoc.   

Lindsay  głośno  zabębniła  w  szybę,  a  staruszek  powolutku  odwrócił  głowę.  Nie  ulegało 

wątpliwości,  że  jest  dzisiaj  bardzo  słaby  i  nie  zdoła  wstać,  aby  otworzyć  okno.  Lindsay  przez 
moment miała ochotę zadzwonić po Aidana, lecz zaraz porzuciła ten pomysł. To ona ma dzisiaj 
dyżur, więc powinna samodzielnie ocenić sytuację i rozwiązać problem.   

Pospiesznie  wezwała  pogotowie,  wyszarpnęła  z  ziemi  jeden  z  potłuczonych  kafelków, 

którymi był obłożony skraj klombu, i stłukła szybkę sąsiadującą z okienną klamką.   

Trzask  pękającego  szkła  zabrzmiał  w  ciszy  spokojnego  niedzielnego  przedpołudnia 

przeraźliwie głośno.  Lindsay właśnie wsunęła w otwór dłoń,  gdy nagle usłyszała za sobą czyjś 
gniewny okrzyk.   

– Co się tu dzieje?! 
Odwróciła się i ku swemu zdumieniu ujrzała wyglądającego zza płotu, rozgniewanego Hew 

Griffithsa.   

– O, Hew... to znaczy, panie Griffiths, tak się cieszę, że pana widzę. Mieszka pan tutaj? 
– Jasne, że tak, i chcę wiedzieć, co pani tu, u diabła, wyprawia! 
–  Chwileczkę.  –  Lindsay  wreszcie  otworzyła  okno.  Teraz  musiała  tylko  wdrapać  się  na 

parapet i wejść do środka. – Milly zemdlała.   

– Nie lepiej wejść przez drzwi? 
– Nie można ich otworzyć, bo Milly leży w saloniku i je blokuje. – Gramoląc się przez okno, 

Lindsay  była  zadowolona,  że  ma  na  sobie  drelichowe  spodnie,  a  nie  wytworny  kostiumik  z 
butiku w Kensington.   

background image

– A co z Douglasem? 
– Jest w domu. Mógłby pan podejść od frontu? Przesunę Milly i otworzę drzwi.   
Mrucząc pod nosem, Hew zniknął za płotem, a Lindsay zeskoczyła na podłogę.   
– Tam... M... milly... – wyjąkał Douglas.   
–  Wiem.  –  Lindsay  lekko  ścisnęła  go  za  ramię  i  pospieszyła  do  Milly.  Kobieta  była 

półprzytomna, bełkotała coś niezrozumiale, z kącika wykrzywionych ust spływała strużka śliny, 
a  lewa  ręka  zwisała  bezwładnie.  –  Milly,  to  ja,  doktor  Henderson.  –  Lindsay  kucnęła  obok 
staruszki i sprawdziła jej puls. – Spróbuję ułożyć panią trochę wygodniej. – Delikatnie odsunęła 
kobietę od drzwi i włożyła jej pod głowę dwie poduszki z kanapy. Milly chyba przygotowywała 
niedzielny lunch, gdy poczuła się źle, ponieważ była w fartuchu. A niedawno przyniosła mężowi 
kawę, która wraz z talerzem ciasteczek nadal stała na małym stoliku obok fotela.   

Milly  znów  spróbowała  coś  powiedzieć  i  sprawiała  wrażenie  rozstrojonej,  toteż  Lindsay 

uklękła i wzięła ją za rękę.   

–  Proszę  się  o  nic  nie  martwić,  Milly.  Wyjdzie  pani  z  tego.  A  Douglasem  wszystko  w 

porządku  –  zapewniła  uspokajającym  tonem.  –  To  pan,  Hew?  –  zawołała,  gdy  ktoś  poruszył 
klamką. – Proszę wejść.   

– Co się stało? – Hew objął zdumionym spojrzeniem scenkę w saloniku.   
– Milly miała udar. Zaraz przyjedzie pogotowie. Mógłby pan przynieść z sypialni jakiś koc? 
Hew poszedł na górę, a Lindsay wyjęła z torby stetoskop i ciśnieniomierz. Osłuchała serce 

pacjentki i właśnie zakładała na jej ramię opaskę aparatu, gdy wrócił Hew.   

–  Dzięki.  –  Wzięła  od  niego  pled  i  okryła  nim  Milly.  –  Nie  powinna  zmarznąć.  Może 

zechciałby pan porozmawiać z Douglasem? Spytać, czy czegoś nie potrzebuje? 

– A pani co robi? – burknął Hew.   
– Zmierzę jej ciśnienie.   
– Ale ma przyjechać karetka? 
– Tak. Milly musi pojechać do szpitala.   
– A co z Douglasem? Sam nie da sobie rady.   
– Wiem. Mają w tej okolicy jakąś rodzinę? 
– Nie. Ich syn mieszka pod Oksfordem, a córka za granicą, chyba w Kanadzie. A może w 

Nowej Zelandii? Gdzieś tam.   

– W takim razie porozmawiam z siostrą oddziałową. Może ona znajdzie jakieś rozwiązanie. – 

Lindsay wystukała numer dyżurnego szpitala i naświetliła sytuację. Pielęgniarka uznała, że trzeba 
przyjąć również Douglasa, a potem pracownik socjalny zdecyduje, co dalej. – Lindsay wyłączyła 
komórkę, podeszła do Douglasa i kucnęła przed nim. – Panie Morgan, Milly pojedzie do szpitala 
– oznajmiła łagodnie. – A pan wraz z nią – dodała, gdy staruszek zaczął się trząść.   

– Wszystko dobrze, chłopie – zapewnił Hew. – Milly wyzdrowieje.   
Usłyszawszy  imię  żony,  Douglas  powoli  się  odwrócił  i  popatrzył  na  nią,  a  Lindsay  i  Hew 

powędrowali wzrokiem za jego spojrzeniem. Było oczywiste, że tej chwili Milly nie wygląda na 

background image

kogoś, kto szybko wyzdrowieje. Lindsay ujęła dłoń staruszka i ścisnęła ją lekko, aby dodać mu 
otuchy.   

–  Pójdę  na  górę  i  zapakuję  trochę  niezbędnych  rzeczy,  dobrze?  Hew,  posiedzi  pan  z  nim? 

Zaraz wrócę.   

Hew  tylko  skinął  głową.  Najwyraźniej  był  oszołomiony  tym,  co  się  stało,  i  w  ogóle  nie 

przypominał tamtego gburowatego osobnika, który przyszedł do poradni pierwszego dnia pracy 
Lindsay.   

Lindsay wyjęła z szafy podręczną torbę i spakowała piżamy, kapcie oraz przybory toaletowe 

dla Douglasa i Milly. Przed wyjściem rozejrzała się po pokoju, w którym panował równie idealny 
porządek jak na dole. Wątpiła, czy państwo Morgan jeszcze tu wrócą. Schodząc na dół, czuła, że 
ze wzruszenia ściska ją w gardle, więc z zadowoleniem powitała sanitariuszy. W skrócie opisała 
im stan Milly oraz wyjaśniła, dlaczego trzeba zabrać również jej męża.   

– Mamy wziąć oboje? – spytał Vincent, starszy z dwóch pielęgniarzy. – Jak tak dalej pójdzie, 

to  wszyscy  pacjenci  będą  chcieli  jechać  ze  swoją  drugą  połową.  Pani  jest  tutaj  nowa,  prawda? 
Zastępczyni czy praktykantka? 

–  Praktykantka.  –  Lindsay  już  zamierzała  dodać,  że  jest  wykwalifikowaną  lekarką  i  ma 

prawo skierować pacjenta do szpitala, ale Vincent szeroko się uśmiechnął.   

– Proszę nie robić takiej smutnej miny, kochana. Jasne, że go weźmiemy. Prawda, Douglas? 
– Och. – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Znacie go? 
– Czy go znamy? Jeszcze jak. Nieraz woziliśmy go do przyszpitalnej poradni. – Sanitariusz 

kucnął przy Milly. – Witaj, kochaniutka – powiedział lekkim tonem. – Co ty knujesz? Dobra, nic 
nie  mów.  I  tak  wiem.  Wkurzyłaś  się,  bo  zawsze  wszyscy  tańczą  wokół  Douga,  prawda?  Więc 
teraz twoja kolej. Mark i ja położymy cię na noszach i zaniesiemy do karetki. Potem wrócimy po 
Douga, żeby pojechał z nami. – Vincent spojrzał na Lindsay. – Oddycha z trudem.   

– Możecie podać jej tlen? 
– Jasne. – Vincent założył staruszce maskę tlenową, a parę minut później państwo Morgan 

już byli w karetce.   

–  Proszę  nie  martwić  się  tym  oknem,  pani  doktor  –  powiedział  Hew,  gdy  po  odjeździe 

ambulansu Lindsay z westchnieniem wróciła do saloniku. – Wstawię szybkę, posprzątam szkło, 
zamknę  dom  i  wezmę  klucze.  Zaraz  wróci  z  kościoła  moja  żona.  Pewnie  będzie  chciała 
odwiedzić Milly.   

– Z odwiedzinami trzeba poczekać kilka dni. Milly musi dojść do siebie.   
– Nieźle ją strzeliło, prawda? 
– Obawiam się, że tak. – Lindsay wzięła swoją torbę. – Cóż, muszę już iść. Nadal jestem na 

dyżurze. Bardzo dziękuję panu za pomoc, Hew.   

– Nie ma o czym mówić. Dobrze, że mogłem się przydać. Jesteśmy sąsiadami od wielu lat.   
Hew odprowadził ją do drzwi i pomachał na pożegnanie. Lindsay uśmiechnęła się do siebie. 

Hew  Griffiths  potraktował  ją  dzisiaj  zupełnie  inaczej  niż  poprzednio.  Czyżby  mieszkańcy 

background image

zaczynali ją akceptować? Tak czy inaczej, była zadowolona z impulsu, który kazał jej zajrzeć do 
Morganów. Gdyby lekarz przyjechał później, Milly prawdopodobnie by zmarła.   

Wiedziona kolejnym impulsem, Lindsay postanowiła wpaść do Aidana. Wspomniał, że cały 

dzień będzie w domu i pomoże jej w razie potrzeby. Nie potrzebowała jego pomocy ani nawet 
fachowej  rady,  lecz  nagle  poczuła  przemożną  chęć  zobaczenia  go.  Choćby  tylko  dlatego,  żeby 
mu opowiedzieć, jak sobie poradziła w kryzysowej sytuacji.   

Zaparkowała dżipa na poboczu drogi i szybko zbiegła po schodach. Tym razem były suche, 

ona zaś miała na nogach wygodne pantofle. Parsknęła śmiechem, przypomniawszy sobie tamten 
deszczowy dzień, gdy chwiejnie schodziła na dół w swoich wytwornych, czarnych lakierkach ze 
złotymi obcasami. Aidan zasugerował, żeby  sobie kupiła porządne buty, a potem się pokłócili, 
gdy wróciła z kilkugodzinnych zakupów. Dzisiaj musiała przyznać, że ona i Aidan rozumieją się 
dużo lepiej niż na początku ich znajomości.   

Jeszcze na schodach usłyszała jakiś łomot, a po chwili ujrzała w głębi ogrodu Aidana. Miał 

na sobie dżinsy i podkoszulek i właśnie rąbał na pieńku drewno.   

Nieco dalej leżały na ziemi oba psy i z pyskami opartymi na przednich łapach obserwowały 

swego pana. Zobaczyły Lindsay, lecz ją poznały i nie zaszczekały. Skipper na powitanie uniósł 
łeb, a Jess energicznie zamerdał ogonem.   

Lindsay  przystanęła,  aby  nie  przeszkadzać,  gdy  Aidan  macha  siekierą.  Za  każdym  razem, 

gdy  ją  unosił  i  szerokim  łukiem  opuszczał  na  grubą  kłodę,  którą  rąbał  na  mniejsze  kawałki, 
uwypuklały się mięśnie  jego pleców i  barków,  wyraziście  grając pod cienką bawełną koszulki. 
Spod  zwichrzonych,  ciemnych  włosów  spływały  na  czoło  strużki  potu.  W  tej  chwili  było  w 
wyglądzie  Aidana  coś  surowego,  niemal  pierwotnego,  co  sprawiło,  że  Lindsay  ogarnęło 
pożądanie.   

On zaś chyba wyczuł jej obecność, bo nagle się odwrócił, a gdy ich oczy się spotkały, czas 

jakby się zatrzymał. Lindsay z wrażenia zaparło dech, a jej serce na moment przestało bić – lub 
tak jej się przynajmniej zdawało.   

A potem Aidan się odezwał i po magicznej chwili pozostał Lindsay tylko tępy ucisk gdzieś 

pod żebrami oraz pamięć o słodkim i jednocześnie bolesnym doznaniu.   

– Nie wiedziałem, że tu jesteś. – Aidan spojrzał na psy.   
– Ale czujne z was cerbery! 
– Już mnie znają i nie szczekają na mój widok, tylko merdają ogonami.   
– Coś się stało? – Aidan chyba pomyślał, że nie przyszła tu bez powodu.   
– Tak, ale rozwiązałam ten problem.   
– Właśnie miałem strzelić sobie colę. – Aidan otarł spocone czoło. – Napijesz się? A potem 

mi wszystko opowiesz.   

– Dobrze. – Usiłowała mówić lekkim tonem, ale z jakiegoś niewiadomego powodu jej serce 

nadal wyprawiało dziwne harce. Najpierw rzeczywiście się zatrzymało, a teraz z kolei łomotało 
jak szalone.   

background image

– Masz przy sobie komórkę? – spytał Aidan, a gdy skinęła głową, pomaszerował do domu.   
Lindsay usiadła na odwróconej do góry dnem wielkiej, glinianej donicy i popatrzyła na bujną 

roślinność  ogrodu.  Panował  tu  cudowny  spokój,  a  ciszę  przerywało  tylko  cykanie  świerszczy  i 
niekiedy szum silnika przejeżdżającego drogą pojazdu. Oparła głowę o mur i wystawiła twarz do 
słońca, świadoma nieoczekiwanego poczucia błogości. Pojawiło się po raz pierwszy od dawna i 
samo w sobie wydawało się czymś zdumiewającym, zważywszy na załamanie, jakie przeżyła.   

Dlaczego teraz była taka zadowolona? Jakim cudem wkradło się do jej duszy tyle radości, a 

ona nawet tego nie zauważyła? 

Przecież to z pewnością nie ma nic wspólnego z Aidanem? 
Otworzyła oczy i ujrzała go, idącego przez podwórze. Niósł dwie pełne szklanki, a ona nagle 

stwierdziła, że przyczyna jej cudownej euforii ma wiele wspólnego z Aidanem.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Wręczył  jej  szklankę  i  usiadł  na  niskim  murku  oddzielającym  podwórze  od  ogrodu.  Jess 

nadstawił ucha i uniósł łeb, aby sprawdzić, co się dzieje. Ale z panem wszystko było w porządku, 
więc znów oparł pysk na łapach i zamknął oczy. Skipper od dawna pochrapywał.   

– Zdrówko. – Aidan uniósł szklankę.   
– Zdrówko. – Lindsay wypiła mały łyk coli, zaś Aidan – wielki haust.   
– Ach – westchnął Aidan z zadowoleniem. – Tego potrzebowałem.   
– Dziwię się, że nie wziąłeś sobie piwa.   
–  Wolałem  nie  ryzykować,  bo  gdybyś  potrzebowała  pomocy,  to  musiałbym  wskoczyć  za 

kółko. A właśnie... – Spojrzał na nią z ukosa. – Chciałaś mi coś opowiedzieć? 

– Nie uwierzysz, co się zdarzyło.   
– Po latach praktyki chyba już nic mnie nie zdziwi.   
–  Więc  co  powiesz  na  to,  że  w  tej  chwili  Douglas  i  Milly  Morganowie  są  w  szpitalu?  – 

spytała, a Aidan wytrzeszczył oczy ze zdumienia. – A widzisz? Jednak cię zaskoczyłam.   

–  Co  się  stało?  –  Głos  Aidana  zabrzmiał  chłodniej.  Lindsay  nerwowo  oblizała  wargi  i  w 

duchu  sklęła  się  za  ten  przejaw  zdenerwowania.  Na  litość  boską,  przecież  sobie  poradziła, 
prawda? Dlaczego więc tak się boi powiedzieć, co zaszło? No cóż, powodem jej obaw był Aidan. 
A fakt, że siedzi tuż obok i wygląda tak niesamowicie seksownie, wcale niczego nie ułatwia.   

– Milly miała udar.   
– Kto cię wezwał? 
Poruszyła się niespokojnie, bo Aidan wciąż mierzył ją tym chłodnym spojrzeniem.   
– Prawdę mówiąc, nikt. Przejeżdżałam obok ich domu, wracając z kempingu od chorego, i 

pomyślałam, że do nich zajrzę...   

– Niby po co? 
– O co ci chodzi? – Lindsay zmarszczyła brwi.   
Nie  takiej  reakcji  się  spodziewała.  Przypuszczała,  że  Aidan  pochwali  ją  za  nadzwyczajną 

intuicję, a on tymczasem wydawał się coraz bardziej zirytowany.   

– Dlaczego postanowiłaś ich odwiedzić? Miałaś ochotę na kawę i ciasteczka roboty Milly? 
– Co ty pleciesz! – Poczuła na policzkach gorący rumieniec.   
– Więc czemu tam poszłaś? 
– Żeby się z nimi zobaczyć. Sprawdzić, jak się mają.   
– Czyli była to wizyta lekarska? 
– Oczywiście, skoro się upierasz, żeby ją sklasyfikować.   
– Przecież wiesz, że wpadam do nich raz na tydzień.   
–  Wiem  –  syknęła,  z  trudem  zachowując  spokój.  –  Ale  jakiś  impuls  kazał  mi  tam  iść.  I 

background image

wspaniale, że to zrobiłam, bo w przeciwnym razie Milly pewnie nadal leżałaby na podłodze.   

–  Chwileczkę.  –  Aidan  ostrożnie  odstawił  szklankę.  –  Wyjaśnijmy  wszystko  po  kolei. 

Zajrzałaś do Morganów, wiedziona impulsem, i Milly leżała na podłodze? 

– W saloniku.   
– Kto ci otworzył drzwi? 
– Stłukłam szybę i weszłam przez okno.   
– Co takiego?! 
– To, co mówię. Ale spokojna głowa. Hew Griffiths, on mieszka po sąsiedzku...   
– Wiem, gdzie mieszka Hew – złowrogim tonem wycedził Aidan.   
– No więc on usłyszał brzęk tłuczonego szkła i wszedł od frontu, gdy ja już wgramoliłam się 

przez okno. Obiecał, że wstawi tę szybkę, czyli nie ma sprawy.   

–  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  żeby  wezwać  policję,  zamiast  się  włamywać?  Czy  nie  w  ten 

sposób się postępuje tam, skąd pochodzisz? Bo tutaj jest właśnie taki zwyczaj.   

– Nie jestem przedszkolakiem, Aidanie. Znam procedurę.   
– To czemu jej nie zastosowałaś? 
– Bo właściwie nie musiałam się włamywać.   
– Przecież podobno zbiłaś szybę i weszłaś przez okno.   
–  Najpierw  weszłam  kuchennymi  drzwiami.  –  Lindsay  była  coraz  bardziej  wkurzona 

koniecznością przejścia do defensywy. Wzięła głęboki oddech, by nie wybuchnąć, i opisała całe 
zdarzenie. – Od razu się zorientowałam, że to udar – oświadczyła na koniec.   

– Milly była przytomna? 
– Ledwie.   
– Jak sądzisz, ile czasu tak leżała? 
– Niezbyt długo. Przyniosła Douglasowi kawę, ale nie zdążył jej wypić.   
– O której tam przyszłaś? 
– Około jedenastej trzydzieści.   
–  Więc  udar  nastąpił  po  dziesiątej  trzydzieści.  Właśnie  o  tej  porze  Milly  parzy  kawę.  Co 

potem zrobiłaś? 

– Ułożyłam Milly wygodniej, osłuchałam jej serce i  zmierzyłam  ciśnienie, a Hew zajął się 

Douglasem. Później mi uzmysłowił, że Douglas nie może zostać sam.   

– Tobie nie przyszło to do głowy? 
– Owszem, ale sądziłam, że Morganowie mają tutaj jakąś rodzinę. Hew powiedział, że nie, 

więc zadzwoniłam do siostry oddziałowej i spytałam, czy nie przyjęliby także Douglasa.   

– Co takiego?! – Aidan zerwał się na równe nogi i spiorunował ją wzrokiem.   
– Przecież nie mogłam go zostawić bez opieki. Ale siostra oddziałowa na szczęście okazała 

zrozumienie i zgodziła się, a jutro ktoś zdecyduje, co dalej.   

– Czyli sprawą zajmie się opieka społeczna i Douglas wyląduje w domu starców, w Rhondda 

House.   

background image

– Sam mówiłeś, że wkrótce do tego dojdzie, bo Milly nie będzie dawać sobie rady.   
– Tak, ale obiecałem jej, że gdyby zdarzyło się najgorsze, postaram się umieścić ich oboje w 

jednym miejscu.   

– Dlaczego Milly nie miałaby też pójść do Rhondda House? 
– Tam nie przyjmują osób po udarze.   
– Nie wiedziałam... Ale cóż innego mogłam zrobić? 
– Zadzwonić do mnie.   
– Myślałam o tym, ale doszłam do wniosku, że wolałbyś, abym działała samodzielnie. To był 

mój  dyżur  i  uważam,  że  postąpiłam  słusznie.  Uznałam,  że  warto  ci  o  tym  powiedzieć,  lecz 
gdybym  wiedziała,  jak  zareagujesz,  nie  zawracałabym  sobie  głowy  przyjeżdżaniem  tutaj!  – 
krzyknęła rozjuszona.   

Gdyby spytano ją, co się później wydarzyło, nie miałaby pojęcia, jak to ująć. Najpierw stali 

naprzeciw siebie jak dwoje przeciwników, którzy zaraz rzucą się do walki, a już po chwili Aidan 
w dwóch krokach pokonał dzielącą ich odległość, chwycił Lindsay w ramiona i przycisnął wargi 
do jej ust, tłumiąc ewentualny protest.   

Była  taka  zaszokowana,  że  w  pierwszej  chwili  nic  nie  zrobiła.  Wreszcie  trochę  doszła  do 

siebie i spróbowała się wyswobodzić. Lecz Aidan tylko mocniej przygarnął ją 4o siebie.   

I właśnie wtedy ogarnęło ją dzikie pożądanie. Andrew nigdy nie całował jej w taki sposób. 

Nikt  jej  nie  całował  tak,  jak  teraz  Aidan.  Natychmiast  zapomniała  o  swoich  oporach,  zarzuciła 
mu ręce na szyję, wplotła palce w jego włosy i zaczęła oddawać pocałunki z żarem, o jaki nigdy 
by się nie podejrzewała.   

Od  zerwania  z  Andrew  nie  miała  nikogo.  Andrew  był  subtelny  i  wyrafinowany,  a  jej  się 

wydawało,  że  potrzebuje  właśnie  kogoś  takiego.  Ale  ten  mężczyzna  okazał  się  wcieleniem 
namiętności, toteż odpowiedziała na nią tak gorąco, jak nie zdarzyło się jej nigdy  – aż do dziś. 
Pod wpływem jego ust i dłoni jej zmysły kolejno budziły się do życia.   

Aidan pierwszy się odsunął, przytrzymując ją na odległość ramienia.   
– Mój Boże! – mruknął. – To nie powinno było się stać. Przepraszam.   
– Nie masz za co – szepnęła.   
– Jak mogłem do tego dopuścić! Przecież jestem odpowiedzialny za twoje szkolenie! 
– Ja też jestem winna.   
–  To  niewiele  zmienia.  –  Aidan  zdjął  ręce  z  jej  ramion.  –  Zawiodłem  pokładane  we  mnie 

zaufanie. Henry obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdyby się dowiedział.   

– Ale się nie dowie, prawda? 
Zaprzeczył  ruchem  głowy,  nadal  wstrząśnięty  tym,  co  zaszło.  Lindsay  spuściła  wzrok  i 

stwierdziła,  że  oba  psy  siedzą  u  ich  stóp  i  z  przekrzywionymi  łbami  wpatrują  się  w  nich  z 
zaciekawieniem.   

–  Nie  pojmują,  co  się  dzieje  –  stwierdziła  z  nikłym  uśmiechem.  –  Najpierw  na  siebie 

wrzeszczeliśmy, a zaraz potem... – Spojrzała na Aidana, a on umknął wzrokiem w bok, jakby był 

background image

zbyt  zakłopotany,  aby  móc  patrzeć  jej  w  oczy.  –  Aidanie...  –  Dotknęła  jego  nagiego 
przedramienia, a on raptownie się cofnął.   

–  Lepiej  już  idź,  Lindsay...  Ktoś  może  cię  wezwać.  Oboje  wiedzieli,  że  to  tylko  pretekst, 

ponieważ  miała  przy  sobie  komórkę  i  w  każdej  chwili  była  osiągalna.  Chętnie  powtórzyłaby  z 
Aidanem to, co przed chwilą zrobili, lecz zważywszy na jego minę, chyba nie mogła liczyć na 
kolejny pocałunek. Uznała więc, że w tej sytuacji najlepiej pośpiesznie umknąć. Pogłaskała psy i 
ruszyła w stronę schodów.   

–  Do  zobaczenia  jutro  –  rzuciła  przez  ramię  –  chyba  że  wcześniej  zdarzy  się  coś,  o  czym 

powinnam cię powiadomić.   

– Co do Milly...   
–  Tak?  –  Odwróciła  się,  gdy  przystanął  u  podnóża  schodów.  Nadal  sprawiał  wrażenie 

zażenowanego.   

– Wybacz, że tak zareagowałem. Postąpiłaś prawidłowo.   
– Zrobiłbyś to samo? 
–  Chyba  tak.  Może  spróbowałbym  załatwić  coś  innego  dla  Douglasa...  ale  skąd  mogłaś 

wiedzieć o Rhondda House? 

Skinęła  głową  i  poszła  do  samochodu.  Zapalając  silnik,  zerknęła  we  wsteczne  lusterko. 

Aidan nie wyszedł za nią na drogę. Bezwiednie westchnęła i dopiero wtedy zauważyła, że drży. 
Gdyby  niedawno  ktoś  powiedział  jej,  że  będzie  całować  się  z  Aidanem,  nigdy  by  w  to  nie 
uwierzyła.  Ale  najbardziej  zdumiewające  w  tym  wszystkim  było  jej  zachowanie.  Na 
wspomnienie  własnej  reakcji  poczuła,  że  policzki  jej  płoną.  Co  Aidan  sobie  o  niej  pomyślał? 
Pewnie uznał ją za jakąś niewyżytą babę, która rzuca się na każdego faceta.   

Nie wiedziała, jak jutro spojrzy mu w oczy. Powinna się wstydzić. Powinna, ale jakoś wcale 

się nie wstydziła. Przecież zareagowała całkiem spontanicznie, jak normalna kobieta, którą całuje 
atrakcyjny mężczyzna. I gdyby miała kolejną okazję, zrobiłaby dokładnie to samo.   

Ale  żeby  całować  się  z  Aidanem!  Właśnie  z  nim!  Przecież  początkowo  go  nie  znosiła. 

Uważała  go  za  gburowatego,  aroganckiego  typa  i  była  pewna,  że  on  odwzajemnia  jej  niechęć. 
Krytykował jej ubrania, fryzurę, pochodzenie społeczne, nawet samochód. Wciąż się kłócili. To 
prawda, że ostatnio rzadziej skakali sobie do oczu, a czasem nawet się ze sobą zgadzali, ale nie 
do tego stopnia, żeby ich znajomość mogła przerodzić się w coś więcej.   

Zresztą  on  może  wcale  tego  nie  pragnął.  Prawdopodobnie  już  żałował  swojego  postępku. 

Przecież wyraźnie powiedział, że zawiódł pokładane w nim zaufanie. Cóż, może istotnie byłaby 
to  trafna  ocena  sytuacji,  gdyby  Henry  oddał  mu  pod  opiekę  jakąś  naiwną  smarkulę.  Ale  ona, 
Lindsay, była dorosłą kobietą, przyzwyczajoną do samodzielnego decydowania o sobie! 

Nie  miała  pojęcia,  co  będzie  dalej,  lecz  oczekiwała  jutra  zarówno  z  obawą,  jak  i  z 

ciekawością.   

–  Co  by  pani  robiła  dziś  wieczorem  w  Londynie?  –  Gwynneth  oparła  się  łokciami  o  blat 

recepcji i z rozmarzeniem w oczach popatrzyła na Lindsay.   

background image

– Gdybym akurat nie pracowała? 
– Och, oczywiście. – Gwynneth zachichotała.   
– Czy ja wiem... pewnie spróbowałabym odespać zaległości.   
– A gdyby chciała się pani rozerwać? 
– Niech pomyślę. Chyba skoczyłabym z przyjaciółmi do baru na wino.   
– Do baru na wino... – z zachwytem powtórzyła Gwynneth.   
W jej ustach zabrzmiało to tak, jakby chodziło o egzotyczną świątynię. Lindsay uśmiechnęła 

się mimo woli na myśl o zatłoczonym lokalu, gdzie trzeba walczyć o miejsce na wysokim stołku, 
trzy razy przypominać o zamówionym drinku, a potem w nieskończoność czekać na wolny stolik.   

–  Później  pewnie  poszlibyśmy  gdzieś  na  kolację  do  włoskiej  albo  hinduskiej  restauracji. 

Czasem idziemy też do teatru, na balet lub operę. Albo potańczyć w nocnym klubie. Ale wątpię, 
czy zdarzyłoby się to w poniedziałkowy wieczór.   

– W pani ustach brzmi to tak ekscytująco. To dopiero są rozrywki, prawda, Bronwen? 
–  Jeśli  się  lubi  takie  rzeczy  –  cierpkim  tonem  odparła  recepcjonistka.  –  Osobiście  wolę 

spokojniejsze  życie.  A  ty,  moja  droga...  –  Bronwen  złowrogo  łypnęła  na  Gwynneth  sponad 
okularów,  które  wkładała  do  czytania  –  po  paru  takich  nocach  byłabyś  wykończona.  Nie 
wystarczyłoby ci siły, żeby tak balować. Lepiej się ogranicz do potańcówki w domu kultury.   

Zbita z tropu Gwynneth ucichła i zaczęła uzupełniać wpisy w kartach pacjentów, a Lindsay 

poszła nalać sobie kawy. W korytarzu spotkała  wychodzącego z gabinetu Aidana. Widzieli  się 
dzisiaj kilkakrotnie i raz, gdy napotkała jego spojrzenie, on szybko odwrócił wzrok. Lecz poza 
tym w żaden sposób nie okazał, że zdarzyło się między nimi coś szczególnego.   

Teraz wszedł za nią do pokoju śniadaniowego, gdzie akurat siedzieli Henry i Judith.   
– Jak udał się twój pierwszy dyżur pod telefonem? – spytał Henry.   
– Doskonałe – zapewniła, może trochę zbyt radośnie.   
– Żadnych trudnych przypadków? 
– Z wyjątkiem jednego, ale sobie poradziłam.   
– Mówisz o pani Morgan? – Judith podniosła oczy znad czytanego czasopisma i włączyła się 

do rozmowy.   

– Właśnie.   
– Słyszałem o tym od Bronwen. Kto cię wezwał, Lindsay? 
– Prawdę mówiąc, nikt. To był przypadek. – Zerknęła na Aidana, ale nadal stał odwrócony 

plecami  do  niej.  Oblizała  wargi,  które  nagle  wydały  się  jej  strasznie  suche.  –  Wracałam  od 
pacjenta i postanowiłam wpaść do Morganów. Byłam u nich kiedyś z Aidanem i wiedziałam, że 
on często do nich zagląda.   

– I odkryłaś, że Milly miała udar? – Judith nie posiadała się zdumienia.   
– Tak. A biedny Douglas oczywiście nie mógł nikogo zawiadomić.   
– Co za szczęście, że tam pojechałaś! 
– Ktoś wie, jak Milly dzisiaj się czuje? – spytał Henry i wszyscy zerknęli na Aidana. On zaś 

background image

w końcu musiał na nich popatrzeć.   

– Dzwoniłem do siostry oddziałowej. Stan Milly jest ustabilizowany, lecz kilka najbliższych 

dni będzie mieć decydujące znaczenie.   

– A Douglas? – cicho spytała Lindsay.   
–  Załatwiłem  mu  miejsce  w  małym  domu  opieki  niedaleko  Rhyl.  Jeśli  Milly  względnie 

dojdzie do siebie, też zostanie tam przyjęta.   

– Dobra robota – pochwalił Henry. – Tych dwoje powinno zostać razem. Lindsay, kochanie, 

mogłabyś  przyjąć  resztę  moich  pacjentów?  Muszę  jechać  na  zebranie,  które  na  pewno  długo 
potrwa, a potem wolałbym wrócić prosto do Megan.   

– Nie ma sprawy – zapewniła. – Jeśli Aidan się zgodzi.   
– Zaplanowałeś coś dla tej młodej damy na dzisiejsze popołudnie? 
Aidan  pośpiesznie  zaprzeczył  ruchem  głowy  i  tylko  Lindsay  zauważyła,  że  trochę  się 

zmieszał.  Chyba  z  powodu  sugestii,  że  mógłby  chcieć  spędzić  ten  czas  w  moim  towarzystwie, 
pomyślała, a po jej wargach przemknął cień uśmiechu.   

Dyżur  okazał  się  wyjątkowo  pracowity  i  męczący.  Pacjentów  było  dużo,  a  niektórzy  bez 

ogródek  wyrażali  niezadowolenie  z  powodu  nieobecności  doktora  Llewellyna.  Pewna  kobieta 
nawet zrezygnowała z wizyty, zdecydowana poczekać na swego lekarza.   

Lindsay  miała  wrażenie,  że  ten  trudny  dzień  nigdy  się  nie  skończy,  ale  Gwynneth 

zawiadomiła ją, że w poczekalni jest jeszcze tylko jedna osoba.   

– Kto to taki? Nie mam tu więcej kart.   
– To Hannah Sykes. Nie było jej na liście.   
– Córka pastora baptystów? 
– Tak. Zaraz przyniosę jej kartę.   
Lindsay  ledwie  zdążyła  poruszyć  zdrętwiałymi  barkami  i  obolałą  szyją,  gdy  zjawiła  się 

recepcjonistka.   

– Dzięki, Gwynneth. – Lindsay wzięła od niej dużą kopertę. – Doktor Lennox jeszcze jest u 

siebie?  –  Nie  widziała  go  przez  całe  popołudnie  i  obawiała  się,  że  już  wyszedł,  a  koniecznie 
chciała  z  nim  porozmawiać.  Czuła,  że  nie  może  zostawić  tego,  co  zaszło,  bez  żadnego 
komentarza.   

– Tak, ma jeszcze trzech pacjentów, a przed  chwilą dostał  nagłe wezwanie do matki  Janet 

Pearce.   

– No dobrze. Przyślij do mnie tę pannę Sykes.   
Hannah  Sykes  miała  piętnaście  lat,  lecz  z  powodu  poważnej  miny,  okularów  w  drucianej 

oprawce i długich włosów wyglądała na starszą.   

– Usiądź, Hannah. Jestem doktor Henderson i zastępuję dzisiaj doktora Llewellyna.   
– Myślałam, że on mnie przyjmie.   
– Chcesz zapisać się do niego na inny termin? – Lindsay miała szczerze dosyć spierania się z 

kimś, kto woli leczyć się u Henry’ego.   

background image

–  Och,  nie  –  zaprzeczyła  dziewczyna.  –  Nawet  wolę  porozmawiać  z  panią.  Lubię  doktora 

Llewellyna, ale on dobrze mnie zna i przyjaźni się z moim ojcem, więc czułabym się niezręcznie, 
mówiąc mu, o co chodzi. Widzi pani, ja chyba jestem w ciąży.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

–  Bronwen,  włóż  to,  z  łaski  swojej,  do  przegródki  doktora  Llewellyna.  –  Lindsay  podała 

recepcjonistce kartę Hannah Sykes. – Aha, czy doktor Lennox już wrócił? 

– Nie, i nadal czeka na niego trzech pacjentów.   
– Wobec tego ja ich przyjmę. Przyślij pierwszego.   
Co  prawda  była  wykończona  i  marzyła  tylko  o  tym,  aby  powlec  się  na  górę  do  swego 

mieszkanka, uznała jednak, że powinna pomóc Aidanowi, skoro miał nagłe wezwanie.   

Pierwszy  pacjent  cierpiał  na  ostre  zapalenie  pęcherza,  a  drugi  na  nadkwasotę.  Lindsay 

postawiła diagnozę i wypisała stosowne leki, a odnosząc kolejną kartę, dowiedziała się, że Aidan 
właśnie przyjmuje trzecią zapisaną osobę.   

–  W  takim  razie  idźcie  już  do  domu  –  zasugerowała  recepcjonistkom.  –  Zamknę  za  wami 

drzwi, a doktor Lennox odprowadzi ostatniego pacjenta.   

Chociaż raz Bronwen się nie sprzeciwiła i po wyjściu obu kobiet Lindsay wreszcie poszła do 

siebie.  Co  prawda  zamierzała  porozmawiać  z  Aidanem,  lecz  doszła  do  wniosku,  że  po  takim 
dyżurze oboje są zbyt zmęczeni, aby podejmować dyskusję na tematy osobiste.   

Z ulgą zdjęła pantofle, nalała sobie kieliszek wina, nastawiła płytę kompaktową i trochę się 

odprężyła.  Przez  cały  dzień  usiłowała  jakoś  radzić  sobie  z  napięciem  wywołanym  wczorajszą 
intymnością, ale czasem miała wrażenie, że zaraz eksploduje.   

Ledwie  zdążyła  odchylić  głowę  na  oparcie  kanapy  i  zamknąć  oczy,  gdy  ktoś  zapukał  do 

drzwi. Mógł to być tylko Aidan.   

Rzeczywiście stał na progu, wsparty ramieniem o framugę. On także wyglądał na śmiertelnie 

zmęczonego.   

–  Pewnie  skończyłeś  dyżur  i  chcesz,  żebym  za  tobą  zamknęła,  prawda?  –  Spojrzała 

badawczo w jego niebieskie oczy.   

– Nie. Przyszedłem ci podziękować za przyjęcie moich dwóch pacjentów.   
– Drobiazg. – Wzruszyła ramionami. – Chociaż tak mogłam się przydać. – Sądziła, że Aidan 

teraz  sobie  pójdzie,  ale  on  nie  ruszył  się  z  miejsca,  tylko  patrzył  na  nią  z  trochę  zakłopotaną 
miną.   

– Wiem od Gwynneth, że chciałaś się ze mną widzieć.   
– No... tak, ale zrobiło się późno i pewnie jesteś zmęczony.   
– To żaden problem. I chętnie napiłbym się tego wina. Dopiero teraz dostrzegła, że trzyma w 

dłoni kieliszek.   

– Więc wejdź.   
– Trochę tu inaczej niż wtedy, kiedy ja zajmowałem to mieszkanie – stwierdził, rozglądając 

się po pokoju. – Przydała się kobieca ręka.   

background image

Dłoń  Lindsay  nieco  zadrżała  podczas  nalewania  wina  i  szyjka  butelki  stuknęła  o  brzeg 

kieliszka.   

–  Podobno  miałeś  nagłe  wezwanie  –  zagaiła.  Nagle  zapragnęła  odsunąć  chwilę,  w  której 

zaczną rozmawiać o sobie. Wskazała gościowi miejsce na jedynym fotelu, a sama usiadła w rogu 
kanapy i podwinęła nogi pod siebie.   

–  Matka  Janet,  Audrey  Pierce,  miała  zawał,  a  w  drodze  do  szpitala  drugi.  Zmarła,  zanim 

dotarliśmy do izby przyjęć.   

– O Boże! Biedna Janet. Jak to zniosła? 
– Jest otępiała. Od dawna opiekowała się matką. – Aidan wypił łyk wina. – Tak czy owak, 

jestem ci wdzięczny za wsparcie.   

– Karty tych dwóch osób są w twojej przegródce.   
– Dzięki. Pewnie powiedzieli, co myślą o zastępstwie? 
– I owszem. Za to pacjentka zapisana do Henry’ego była zadowolona, że trafiła do mnie. Ale 

jej kartę zostawiłam Henry’emu.   

– To coś pilnego? 
– Raczej nie. Chodzi o Hannah Sykes.   
– Córkę Petera Sykesa? 
– Tak. Jest w ciąży.   
– O rany! Ile ta dziewczyna ma lat? 
– Piętnaście.   
– Peter i Beth nie będą zachwyceni.   
– Na pewno.   
– Już wiedzą? 
– Nie. Ojciec dziecka, kolega ze szkoły, też nie. To chyba był jednorazowy wyskok.   
– Niewiarygodne. Nigdy nie podejrzewałbym Hannah o swobodę seksualną. W tej rodzinie 

obowiązują surowe zasady moralne.   

– Dziewczynom z takich środowisk często się to zdarza. Marzą tylko o tym, żeby wyrwać się 

spod kurateli.   

– To prawda, chociaż rodzice dawali Hannah i jej bratu Paulowi sporo swobody. Wiadomość 

o tej ciąży będzie dla nich sporym ciosem, zwłaszcza z powodu stanowiska Petera.   

– To twoi przyjaciele? 
– Są bardziej zaprzyjaźnieni z Henrym i Megan. Wiadomo, co Hannah zamierza? 
– Chyba jeszcze się nad tym nie zastanawiała.   
– Co zrobiłaś? 
–  Cóż,  potwierdziłam  ciążę.  Czwarty  miesiąc.  Obiecałam  też  poinformować  Henry’ego. 

Hannah sama spróbuje powiedzieć matce, ale wspomniałam, że w razie potrzeby ja mogę z nią 
porozmawiać lub przynajmniej wesprzeć Hannah swoją obecnością. Przyznam, że pierwszy raz 
znalazłam się w takiej sytuacji. Dobrze postąpiłam? 

background image

– Doskonale. Nic innego nie mogłaś zrobić.   
– Uznałam też, że wszelkie formularze wypełnimy dopiero po rozmowie z matką.   
– Dobry pomysł. Na razie Hannah i tak ma sporo do przemyślenia. – Aidan umilkł na chwilę, 

po czym napotkał wzrok Lindsay. – Wiem, że chciałaś się ze mną zobaczyć – rzekł z wahaniem. 
– Ja też pragnąłem coś wyjaśnić. Chyba chodzi nam o to samo.   

– Możliwe.   
– Mów pierwsza.   
– Cóż, zamierzałam tylko powiedzieć, że taka atmosfera, jaką sami stworzyliśmy, jest nie do 

zniesienia. Czułam się okropnie.   

–  Ja  też.  Wyobrażam  sobie,  jak  oceniłaś  moje  niewybaczalne  zachowanie.  Dlatego 

zrozumiem, jeśli postanowisz skrócić swoją praktykę, i nawet jestem  gotów wyjaśnić wszystko 
Henry’emu.   

– Aidan, proszę cię... – Zerwała się z kanapy.   
–  Wysłuchaj  mnie  do  końca.  –  Aidan  także  wstał.  –  Napastowanie  seksualne  to  poważna 

sprawa i w tej sytuacji mogę tylko jeszcze raz cię przeprosić za...   

–  Napastowanie  seksualne?  Daj  spokój.  –  Nie  wiedziała,  czy  śmiać  się,  czy  płakać.  Ale 

Aidan  wydawał  się  autentycznie  przybity,  więc  delikatnie  pogłaskała  go  po  policzku.  –  Jak 
możesz mówić takie rzeczy, skoro ja zareagowałam w wiadomy ci sposób? 

– Ale ja mam sobie za złe swoje zachowanie. Co ty sobie o mnie pomyślałaś...   
– A nie przyszło ci do głowy, że ja martwię się tym, co ty pomyślałeś o mnie? 
– Nie rozumiem. – Ujął jej rękę i odsunął, ale zatrzymał w swojej dłoni.   
– Bałam się, że z powodu mojej reakcji uznasz mnie za babę, która jest napalona na każdego. 

Dzisiaj  od  rana  mnie  ignorowałeś,  więc  nawet  nie  mogłam  sprawdzić,  co  naprawdę  o  mnie 
sądzisz.   

– Sugerujesz, że mi wybaczyłaś? 
– Nie było czego. Naprawdę, Aidan. Ale powiedz mi...   
– Co takiego? 
Mocny, ciepły uścisk  jego dłoni sprawił,  że odniosła wrażenie, jakby coś zaczynało  w niej 

topnieć.   

– Dlaczego to zrobiłeś? 
– No cóż... chyba...   
– To był impuls? Bo najpierw na mnie wrzeszczałeś, a zaraz potem...   
– Wrzeszczałem na ciebie, jak to ujęłaś, żeby jakoś nad sobą panować. Masz pojęcie, jak mi 

było ciężko? Nie domyślasz się, co do ciebie czuję? 

Zauważyła, że Aidan błądzi spojrzeniem po jej twarzy i włosach, po czym zatrzymuje wzrok 

na ustach. I nagle stwierdziła, że już nie topnieje, tylko czuje ogarniające ją pożądanie.   

– Powiedz mi – szepnęła.   
– Pewnie nie chcesz tego usłyszeć.   

background image

– Przekonajmy się.   
–  Pragnę  cię  od  pierwszej  chwili  –  oświadczył,  wpatrzony  w  jej  wargi.  –  Początkowo 

usiłowałem  sobie  wmówić,  że  zanadto  się  różnimy.  Ty  jesteś  wyrafinowaną  dziewczyną  z 
wielkiego  miasta,  a  ja  zwyczajnym  chłopakiem  ze  wsi.  Wiedziałem,  że  nawet  na  mnie  nie 
spojrzysz, więc od razu wzniosłem mur.   

– Dlaczego uznałeś, że mnie nie zainteresujesz? 
– Dałaś jasno do zrozumienia, że nie zadowala cię praktyka pod moim okiem. Pomyślałem 

więc,  że  nie  ma  szans,  abym  odegrał  jakąkolwiek  inną  rolę  w  twoim  życiu  i  postanowiłem 
zachować  dystans.  A  to  stało  się  jeszcze  trudniejsze,  gdy  ogłosiliśmy  rozejm  i  zgodziliśmy  się 
zacząć naszą znajomość od nowa. Zaprzyjaźniliśmy się i ledwie byłem w stanie trzymać się od 
ciebie  z  daleka.  Tamtego  dnia,  gdy  pojechałaś  ze  mną  do  Capel  Curig,  cierpiałem  prawdziwe 
katusze...   

– Co więc się zmieniło, skoro wczoraj... – Lindsay pytająco zawiesiła głos.   
–  Cóż,  od  tego  rąbania  i  tak  podniósł  mi  się  poziom  adrenaliny,  a  kiedy  nagle  cię 

zobaczyłem...  Słowo  daję,  w  pierwszej  chwili  pomyślałem,  że  mam  przywidzenia.  Stałaś  tam 
taka spokojna i świeża jak stokrotka w tej kraciastej bluzce, a ja byłem zmachany i spocony. Tak 
bardzo cię zapragnąłem, natomiast ty zaczęłaś opowiadać o Milly, więc udawałem, że jestem na 
ciebie zły, bo tylko tak mogłem nad sobą zapanować. A potem się rozzłościłaś i... moje hamulce 
puściły.   

– Och, Aidan... chodź tutaj. – Wzięła w dłonie jego twarz i spojrzała mu w oczy.   
–  Nie  baw  się  ze  mną,  Lindsay.  Ostrzegam  cię,  że  igrasz  z  ogniem.  Z  pewnością  nie 

mogłabyś odwzajemnić moich uczuć, a ja nie jestem z drewna, więc lepiej dajmy sobie spokój.   

– Dlaczego sądzisz, że nie masz szans na wzajemność? 
– Bo to po prostu nierealne. Zbyt wiele nas dzieli. Ty jesteś dziewczyną światową, chadzasz 

na  wytworne  przyjęcia  i  do  teatru,  jeździsz  na  urlopy  za  granicę,  a  ja  mieszkam  na  walijskiej 
prowincji, w małym domku, z dwoma psami...   

– A gdybym ci powiedziała, że ja też od razu wyczułam jakieś iskrzenie między nami? Że 

starałam  sieje  zignorować,  po  pierwsze  dlatego,  że  nadal  nie  doszłam  do  siebie  po  zerwaniu  z 
Andrew, a po drugie, bo ty okazywałeś mi tyle niechęci. Wmawiałam sobie, że nie byłabym w 
stanie nawet cię polubić, nie mówiąc o czymś więcej. Ale wczoraj, gdy zacząłeś mnie całować, 
chciałam, żebyś nigdy nie przestał.   

– Naprawdę? – Patrzył na nią ze szczerym zdumieniem.   
–  Oczywiście.  –  Nadal  trzymając  jego  twarz  w  dłoniach,  stanęła  na  palcach  i  delikatnie 

pocałowała  go  w  usta.  –  Więc  jak  będzie,  doktorze  Lennox?  –  zamruczała.  –  Mógłby  pan 
kontynuować rozpoczęte dzieło? Bo przyznam, że dłużej nie zniosę tego czekania...   

Postanowili  na  razie  zachować  swój  związek  w  tajemnicy,  choć  Lindsay  najchętniej 

rozgłosiłaby  prawdę  z  dachu  najwyższego  budynku  w  Tregadfan.  Ale  musiała  się  zadowolić 
tylko ukradkowymi spojrzeniami, muśnięciami ręki i skradzionymi w przelocie całusami.   

background image

–  Wiem,  że  powinienem  powiedzieć  o  nas  Henry’emu  –  stwierdził  Aidan.  Właśnie  oboje 

wrócili z objazdowego dyżuru i siedzieli w landroverze, odsuwając w czasie chwilę powrotu do 
przychodni. – Tylko wciąż z tym zwlekam.   

– Sądzisz, że źle to przyjmie? 
– Przeciwnie. Gdy już się oswoi z tą wiadomością, pewnie ucieszy się z naszego szczęścia.   
– Czemu nie chcesz zaraz wszystkiego mu wyznać? 
–  Bo  nie  jestem  pewien,  jak  to  wygląda  z  punktu  widzenia  etyki  zawodowej.  Nigdy  nie 

słyszałem  o  lekarzu,  który  romansuje  ze  swoją  praktykantką.  Henry  może  uznać  to  za 
niedopuszczalne i odesłać cię do Londynu. Nie zniósłbym rozstania z tobą.   

– Nie dramatyzuj. Małżeństwa lekarzy rodzinnych to dość powszechne zjawisko.   
– Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem.   
– Jakoś rozwiążemy ten problem – pogodnie oświadczyła Lindsay. – A teraz lepiej wejdźmy 

do środka, bo od tego obserwowania nas przez okno Bronwen zaraz skręci sobie kark.   

– Może powinienem przy całym personelu namiętnie cię pocałować. Ludzie mieliby o czym 

gadać do końca roku.   

Weszli do przychodni i Lindsay z uśmiechem pomaszerowała do swojego gabinetu. Bronwen 

odprowadziła ją spojrzeniem podejrzliwym, a Gwynneth – rozmarzonym.   

Lindsay nadal była oszołomiona tym wszystkim, co działo się między nią i Aidanem. Wciąż 

ją to zdumiewało, wręcz szokowało. A jednocześnie związek z Aidanem wydawał się jej czymś 
tak  oczywistym,  jakby  został  zaplanowany  przez  wyższą  siłę  sprawczą,  na  którą  oni  oboje  nie 
mieli żadnego wpływu. Lindsay wiedziała tylko tyle, że ta siła uczyniła z niej bezradną kobietkę, 
która pragnie bezustannie przebywać z Aidanem.   

Ledwie  zdążyła  powiesić  żakiet  i  usiąść  za  biurkiem,  gdy  zabrzmiał  brzęczyk  interkomu. 

Włączyła aparat i ku swemu zdziwieniu usłyszała głos Henry’ego. Poprosił, aby zaraz do niego 
przyszła.   

Dopiero  idąc  korytarzem,  pomyślała,  że  Henry  mówił  dziwnym  tonem.  I  zazwyczaj  sam 

wpadał do niej, gdy czegoś sobie życzył. Skoro więc ją wezwał, to musi chodzić o coś bardzo 
ważnego.  Czyżby  o  Megan?  Lindsay  przyśpieszyła  kroku.  A  jeśli  Henry  wie  o  niej  i  Aidanie? 
Może widział ich razem lub coś usłyszał? Ale jakim cudem? Przecież tak uważali. Tyle tylko, że 
w takiej małej miejscowości jak Tregadfan ludzie wiedzą o sobie wszystko. Nic się nie ukryje.   

Wchodząc do gabinetu, czuła, że jej serce tłucze się jak szalone. Henry stal przy oknie i na 

szczęście był sam. Lindsay przez jedną okropną chwilę obawiała się, że zastanie u niego Aidana. 
Co prawda może to nie byłoby aż takie złe... Razem stawiliby czoło problemowi.   

– A, Lindsay. Usiądź, proszę. – Henry wskazał jej krzesło naprzeciw biurka, a sam siadł przy 

nim. – Jestem zmuszony poruszyć pewną drażliwą sprawę.   

A  więc  stało  się,  pomyślała  Lindsay.  Henry  zaraz  powie,  że  dowiedział  się  o  ognistym 

romansie swojego wspólnika z praktykantką. Cóż, najlepiej wszystkiemu zaprzeczyć. Zresztą jak 
tu mówić o romansie, skoro ona i Aidan nawet jeszcze nie poszli razem do łóżka. Trzeba więc 

background image

oświadczyć, że... że...   

Nagle  stwierdziła,  że  Henry  coś  mówi,  lecz  była  taka  pogrążona  w  myślach,  że  usłyszała 

tylko słowo „Megan” i poderwała głowę. Megan? A więc to o niej chciał rozmawiać Henry? 

– Z Megan wszystko w porządku? 
–  Z  Megan?  –  Henry  podniósł  wzrok  znad  splecionych  dłoni  i  spojrzał  na  nią  wyraźnie 

zdziwiony.   

– Właśnie o niej mówiłeś.   
–  Tylko  tyle,  że  odwiedziła  ją  Juliet,  ta  przyjaciółka,  która  pomaga  jej  prowadzić  sklep  z 

wyrobami artystycznego rzemiosła.   

– Więc Megan czuje się dobrze? – Lindsay znów poczuła przypływ niepokoju.   
– Cóż, nie gorzej...   
– Dzięki Bogu. Już myślałam, że coś jej się stało.   
– Och, nie, Lindsay, wybacz mi, jeśli cię przestraszyłem. Strasznie zbladłaś.   
– Głupstwo – mruknęła. – Więc co z tą Juliet? 
– Podobno słyszała we wsi, że Hannah Sykes jest w ciąży.   
– Co takiego?! Przecież jeszcze nikt o tym nie wie.   
– Też tak sądziłem. Wspomniałaś, że Hannah ma przyjść do ciebie z matką? 
– Tak, dziś po południu.   
– Kto oprócz ciebie i mnie może znać prawdę? 
– Tylko Aidan. Powiedziałam mu, żeby się upewnić, czy postępuję właściwie.   
– Hannah nikomu nie pisnęła ani słowa? 
– Podobno nie. Nawet ów chłopak na razie nie ma o niczym pojęcia.   
– Cóż, mogła wygadać się przyjaciółce. Ale bardziej niepokoi mnie inna możliwość: że za 

przeciek odpowiada ktoś od nas.   

– Przecież sprawę zna tylko nas troje.   
Henry przez chwilę w milczeniu bębnił palcami o blat biurka.   
– I nasz personel? – spytał w końcu.   
–  Chyba  tak.  Wprowadziłam  dane  do  komputera,  zrobiłam  notatki  w  karcie  Hannah  i 

oczywiście wykonałam test ciążowy. Ale... przecież nikt nie paplałby o tym na prawo i lewo. To 
byłoby  naruszenie  tajemnicy  zawodowej.  Nie  wyobrażam  sobie,  żeby  Bronwen  lub  Gwynneth 
zrobiły coś takiego. Nawet Judith chyba nic nie wie.   

– Ale przyznasz, że informacja byłaby łakomym kąskiem dla plotkarzy. Piętnastoletnia córka 

pastora baptystów w ciąży! 

– Co zamierzasz? 
– Najpierw spytam Megan o szczegóły. – Henry podniósł się zza biurka. – Całe szczęście, że 

dzisiaj  matka  dziewczyny  o  wszystkim  się  dowie.  Oby  tylko  wcześniej  nie  usłyszała  tego  od 
kogoś we wsi.   

Lindsay  z  ciężkim  sercem  wróciła  do  gabinetu.  Henry  chyba  nie  przypuszcza,  że  to  ona 

background image

zdradziła komuś informację o młodocianej pacjentce. I bez tego biedak ma dość problemów. A 
na dodatek czeka go kolejna niespodzianka – wiadomość o romansie wspólnika z praktykantką. 
Czy to będzie dla Henry’ego kolejny powód do zmartwienia? Na myśl o tym Lindsay ogarnęły 
wyrzuty sumienia. Zaraz jednak doszła do wniosku, że Henry powinien wiedzieć, co się święci. 
Miała  zamiar  porozmawiać  z  Aidanem  i  wraz  z  nim  w  oględny  sposób  poinformować  o 
wszystkim Henry’ego.   

Ale później, gdy spotkali się na kawie w pokoju śniadaniowym, na widok miny Henry’ego 

zapomniała  o  swoim  postanowieniu.  Najwyraźniej  bowiem  Henry  już  powiedział  Aidanowi  o 
przecieku w sprawie Hannah Sykes.   

– Dowiedziałeś się czegoś nowego, Henry? – spytał Aidan.   
– Owszem, i to czegoś najgorszego. Na moją prośbę Megan zadzwoniła do Juliet i spytała, 

gdzie Juliet usłyszała tę nowinę o Hannah. Okazało się, że w bibliotece rozmawiały o tym dwie 
kobiety. Nie mówiły szeptem, więc Juliet uznała, że chodzi o fakt ogólnie znany.   

– Kim były te panie? – spytał Aidan.   
– Żona rzeźnika dowiedziała się o ciąży Hannah od... Bronwen Matthews.   
Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze.   
–  Zamierzam  niezwłocznie  rozwiązać  ten  problem  –  oświadczył  Henry.  –  Chciałem  tylko 

najpierw was uprzedzić.   

– Zwolnisz ją, prawda? – W głosie Aidana nie było cienia wątpliwości.   
–  Oczywiście.  W  umowie  o  pracę  jest  wyraźnie  zaznaczone,  że  zostanie  natychmiast 

rozwiązana w przypadku naruszenia tajemnicy zawodowej.   

– Gwynneth da sobie sama radę? – spytała Lindsay.   
– Będziemy jej pomagać, dopóki kogoś nie zatrudnimy.   
– Biedny Henry – po jego wyjściu mruknął Aidan. – Nie znosi takich sytuacji, ale jak widać, 

wszystko  może  się  zdarzyć.  Przyznam,  że  trudno  mi  w  to  uwierzyć.  Dałbym  głowę  za  to,  że 
Bronwen to wcielenie zawodowej lojalności.   

–  Pomyślałam,  że  powinniśmy  powiedzieć  Henry’emu  o  nas.  Wolałabym,  żeby  nie 

dowiedział się tego z plotek.   

– Masz rację, ale teraz chyba nie jest odpowiedni moment. Bronwen na pewno urządzi scenę, 

a Gwynnetłi zaleje się łzami.   

– Nie ucieszy się? Przecież Bronwen zawsze dawała się jej we znaki.   
– Z Gwynneth nigdy nic nie wiadomo. Podejrzewam, że w tej chwili już żałuje Bronwen.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

– Więc Gelert  był  psem?  –  Lindsay przetoczyła  się po trawie,  aby spojrzeć ze wzgórza na 

leżącą w dole wieś Beddgelert.   

– Tak. – Aidan usiadł obok Lindsay. – Tam jest jego grób.   
– Opowiedz mi tę legendę.   
– Dawno temu pan Gelerta, walijski książę, polecił mu pilnować swojego maleńkiego synka. 

Gdy  wrócił,  dziecka  nie  było,  a  pies  miał  zakrwawiony  pysk.  Książę  uznał,  że  Gelert  je 
zaatakował i zabił, więc wyciągnął mecz i przebił nim psa.   

– On rzeczywiście zagryzł to dziecko? 
–  Nie.  Dziecko  wkrótce  znaleziono  żywe  obok  ciała  martwego  wilka.  Stało  się  jasne,  że 

Gelert uratował niemowlę, stoczywszy zwycięską walkę z wilkiem. To jego krew miał na pysku. 
Książę  tak  bardzo  żałował  swojego  czynu,  że  kazał  sprawić  Gelertowi  wspaniały  pochówek,  a 
grób istnieje do dziś.   

– Smutna historia. – Lindsay spojrzała na Jessa i Skippera, które tuż obok wylegiwały się na 

słońcu. – Ale dowodzi, że pies to najwierniejszy przyjaciel człowieka, prawda? 

– Bez wątpienia. Szkoda, że niektórzy ludzie nie są tacy lojalni.   
– Myślisz o Bronwen.   
– Nigdy bym nie przypuszczał, że jest do tego zdolna. – Aidan z westchnieniem przewrócił 

się na wznak. – Ale pozory mylą.   

– Jak sądzisz, co ona teraz zrobi? 
– Bóg raczy wiedzieć. W Tregadfan na pewno nie dostanie pracy. Nie zdziwiłbym się, gdyby 

stąd wyjechała.   

– Ale dokąd? 
–  Może  do  Llangollen?  Podobno  ma  tam  rodzinę.  Przez  chwilę  oboje  w  milczeniu 

przetrawiali  wydarzenia  z  minionego  tygodnia.  Wokół  panowała  rozkoszna  cisza,  którą  mącił 
jedynie  cichy  szum  silnika  przelatującej  w  pobliżu  awionetki,  beczenie  owiec  i  dobiegający  z 
daleka dźwięk kościelnego dzwonu.   

– A propos Bronwen... – Lindsay nagle uznała, że musi wyjaśnić swoje wątpliwości. – Było 

coś kiedyś między wami? – spytała, delikatnie muskając twarz Aidana źdźbłem trawy.   

– Czemu pytasz? – Aidan uchylił jedno oko.   
– Raz czy dwa odniosłam wrażenie, że ona uważa cię za swoją wyłączną własność. Poza tym 

chyba mnie nie lubiła i nie była zachwycona faktem, że praktykuję pod twoją opieką. To dawało 
do myślenia.   

–  Z  Bronwen  nigdy  nic  mnie  nie  łączyło,  ale  ona  miała  ochotę  na  coś  więcej  niż  stosunki 

służbowe. Nieraz to sugerowała.   

background image

– Nie chciałeś się z nią związać? 
– Nigdy w życiu! Od razu postawiłem sprawę jasno.   
– Więc to nie Bronwen cię zawiodła? 
– Nie rozumiem. – Aidan przymrużył oczy, bo raziło go słońce.   
– Wspomniałeś coś o tym, gdy opowiedziałam ci o zdradzie Andrew.   
–  Rzeczywiście,  mam  za  sobą  doświadczenia  podobne  do  twoich.  Ale  nie  z  Bronwen.  – 

Aidan umilkł, a Lindsay pomyślała, że nawet teraz jej się nie zwierzy. – To zdarzyło się wiele lat 
temu  –  wyjaśnił  w  korku.  –  Po  śmierci  ojca  nadal  mieszkałem  z  matką  w  Irlandii,  a  potem 
wyjechałem do Anglii na studia. Moja dziewczyna, Sineard, obiecała na mnie czekać.   

– Ale nie dotrzymała obietnicy? 
– Wkrótce wyszła za mojego najlepszego przyjaciela.   
– Podwójna zdrada? 
– Właśnie.   
– Więc naprawdę wiedziałeś, co przeżyłam? 
– Aż za dobrze. – Wziął ją w ramiona i pochylił się nad nią, a jego ciepłe usta spoczęły na jej 

wargach.   

Zamierzała  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  tamtej  dziewczynie,  o  jego  matce  i  życiu  w 

Irlandii, lecz gdy poczuła na wargach czubek jego języka, a na piersiach dotyk dłoni, zalała ją 
fala  pożądania.  Podniecenie  prawie  sięgnęło  zenitu,  gdy  rozległ  się  natarczywy  dzwonek 
telefonu.   

Lindsay  przez  chwilę  sądziła,  że  Aidan  to  zignoruje,  ale  zwyciężyło  poczucie  lekarskiego 

obowiązku. Doktor Lennox z cichym przekleństwem sięgnął do kieszeni leżącej na trawie kurtki 
i wyjął brzęczącą komórkę.   

– Tak, to ja – rzekł po chwili. – W Beddgelert... Oczywiście, możemy wrócić tamtędy... Tak, 

Lindsay  jest  ze  mną.  –  Wyłączył  aparat  i  skrzywił  się.  –  Pora  wziąć  się  do  roboty,  doktor 
Henderson. – Wstał i pomógł jej się podnieść. – Przydzielono nam ambitne zadanie.   

– Co się stało? 
–  Clarrie  Williams  zaczęła  rodzić,  a  położnej  popsuł  się  w  Glasfryn  samochód.  Wezwała 

pomoc drogową, a Henry jedzie do pacjenta w Gwytherin.   

–  To  na  co  czekamy?  –  Lindsay  chwyciła  go  za  rękę  i  razem  zeszli  stromą,  kamienistą 

ścieżką na dół, gdzie stał zaparkowany landrover.   

–  Oby  Clarrie  wzięła  na  wstrzymanie  –  mruknął  Aidan,  gdy  wyjechali  na  wąską,  górską 

drogę. – Czwarte dziecko zazwyczaj strasznie się śpieszy na ten świat.   

– Henry się zdziwił, że wolny dzień spędzamy razem? 
– Chyba nie. – Aidan uśmiechnął się szeroko.   
– Jak zareagował, kiedy się o tym dowiedział? 
– Wielce wymownym tonem powiedział: „Ach tak...” 
– Uważasz, że o nas wie? 

background image

– Coś mi mówi, że Henry wszystkiego się domyśla.   
– Musimy jak najszybciej go oświecić.   
– Poczekajmy, aż ucichnie sprawa Bronwen.   
– Sądzisz, że będzie trudno znaleźć kogoś na jej miejsce? 
– Chyba znam kogoś odpowiedniego.   
– Naprawdę? Myślałam, że tutaj niełatwo o wykwalifikowany personel.   
–  W  zasadzie  tak,  ale  tym  razem  chyba  można  mówić  o  szczęściu.  Jeszcze  nie  mam 

pewności, ale wydaje mi się, że Janet Pearce byłaby zainteresowana pracą u nas.   

– Ona? Przecież właśnie straciła matkę.   
– Na pewno potrzebuje trochę czasu, lecz po pogrzebie i załatwieniu spraw rodzinnych nie 

będzie siedzieć z założonymi rękami.   

– Mówiłeś, że była siostrą przełożoną. Nie wolałaby wrócić na taki etat? 
–  Janet  kiedyś  mi  powiedziała,  że  już  dawno  pracowała  w  swoim  zawodzie  i  pewnie  nie 

dałaby  sobie  rady.  Ale  ze  swoim  medycznym  doświadczeniem  idealnie  nadawałaby  się  do 
poradni. Co ty na to? 

– Wspaniałe rozwiązanie.   
–  Wiem,  że  w  przypadku  śmierci  matki  zamierzała  znaleźć  pracę  i  kontynuować  ją  aż  do 

osiągnięcia wieku emerytalnego, a jest dopiero po pięćdziesiątce.   

– Dogada się z Gwynneth? 
–  Na  pewno.  Janet  ma  ciepłą  osobowość,  a  Gwynneth  to  doceni.  Poza  tym  Janet  to  osoba 

bystra, pracowita i dobrze zorganizowana, więc stworzą doskonały duet. Będziemy zadowoleni.   

– Gwynneth wreszcie odetchnie, bo nikt nie będzie jej terroryzował.   
– Masz na myśli Bronwen? 
– Tak. Robiła z życia Gwynneth piekło.   
– Nie przypuszczałem, że było aż tak źle. Czemu nic mi nie powiedziałaś? 
–  Gwynneth  błagała  mnie  o  milczenie.  –  Lindsay  westchnęła  ciężko.  –  Ale  szkoda,  że  jej 

posłuchałam. Rozmawiałeś z Henrym o zatrudnieniu Janet? 

– Nie, chciałem najpierw spytać ciebie o zdanie.   
– Uważam, że to świetny pomysł, oczywiście, jeśli Janet się zgodzi.   
Przed  domem  czekał  na  nich  Rufus.  Miał  taką  zasępioną  minę,  jakby  na  jego  szczupłych 

barkach spoczywały wszystkie troski świata. Lindsay zrobiło się żal nastolatka.   

– Gdzie mama? – spytał Aidan.   
– Na górze, w sypialni.   
Lindsay i Aidan pobiegli do wnętrza. Tym razem nie było czasu na podziwianie gęgających 

gęsi ani na pogawędki z kimkolwiek. W kącie saloniku siedziała najwyraźniej przerażona Evie i 
nieco starszy chłopiec, chyba ów Jared, a u szczytu schodów stał Dai.   

– Dzięki Bogu, że już pan przyjechał, doktorze  – zawołał na widok Aidana. – Coś jest nie 

tak. Poprzednio było zupełnie inaczej.   

background image

Lindsay weszła za Aidanem do ciasnej, zabałaganionej sypialni. Odziana tylko w trykotową 

koszulę  nocną  Clarrie  leżała  na  łóżku,  była  spocona  i  szara  na  twarzy.  Obu  rękami  kurczowo 
ściskała kłęby zmiętej pościeli i nagle jęknęła, gdy chwycił ją silny skurcz.   

– Już dobrze, Clarrie, jesteśmy przy tobie. – Aidan jednym ruchem odsunął jakieś rupiecie i 

postawił  na  komodzie  lekarską  torbę.  –  Zaraz  sprawdzimy,  co  knuje  twój  dzidziuś.  –  Zręcznie 
włożył lateksowe rękawiczki i przystąpił do badania, następnie gestem poprosił Lindsay, aby z 
nim podeszła do okna.   

– Jakiś problem? – spytała przyciszonym tonem.   
– Rozwarcie ma siedem centymetrów, ale dziecko jest odwrócone twarzą do kości łonowej.   
– To oznacza poród kleszczowy? 
–  Niekoniecznie.  Czasem  dziecko  samo  się  obraca  lub,  jeśli  matka  okaże  się  wytrzymała, 

może urodzić w klasyczny sposób. Clarrie na pewno tego pragnie.   

– Jaki jest stan dziecka? 
– Tętno w normie. Zadzwonię do siostry Mackett i dowiem się, kiedy zdoła tu dotrzeć. Jeśli 

Clarrie ma urodzić normalnie, trzeba przywieźć tlen.   

– O co chodzi? – od drzwi zawołał Dai. – Coś nie w porządku, prawda? 
– Dziecko jest w nietypowej pozycji, ale to nic strasznego – odparł Aidan.   
– Nie chcę jechać do szpitala. – Clarrie podciągnęła się nieco wyżej.   
–  Mam  nadzieję,  że  to  nie  będzie  konieczne,  Clarrie.  Tętno  dziecka  jest  miarowe  i  silne. 

Wszystko zależy od tego, czy zanadto się nie zmęczysz.   

– Nie. – Clarrie mocno przygryzła dolną wargę.   
– Wobec tego powinniśmy się wziąć do roboty – oświadczył Aidan. – Siostra Mackett zmyje 

nam głowy, jeśli nic nie przygotujemy.   

– Trochę tu posprzątam – zaproponowała Lindsay, a Aidan spojrzał na nią z wdzięcznością. 

–  Dai,  mógłby  pan  z  chłopcami  zrobić  dla  wszystkich  herbatę?  Clarrie,  gdzie  są  rzetzy  dla 
dziecka? 

–  W  tamtej  szafce,  a  łóżeczko  stoi  w  sąsiednim  pokoju.  Myślałam,  że  będzie  potrzebne 

dopiero  w  przyszłym  tygodniu.  Poprzednie  dzieciaki  były  o  parę  dni  przenoszone.  Ach...  – 
Clarrie gwałtownie wciągnęła powietrze, bo chwycił ją kolejny skurcz.   

Aidan  siedział  przy  pacjentce,  natomiast  Lindsay  zajęła  się  porządkowaniem  sypialni. 

Zebrała  porozrzucaną  garderobę,  niektóre  rzeczy  poskładała  i  włożyła  do  szuflad,  inne  zaś 
powiesiła  w  szafie.  Przyniosła  też  drewniane  łóżeczko  i  postawiła  je  w  nogach  dużego  łóżka. 
Niemowlęce  ubranka  pieluszki  i  przybory  toaletowe  znalazła  starannie  poukładane  w  narożnej 
szafce. Clarrie najwyraźniej była doskonale przygotowana do narodzin dziecka.   

Po chwili Rufus przyniósł tacę z herbatą. Wchodząc do sypialni, z lekka przerażony zerknął 

na matkę, jakby się spodziewał zobaczyć coś strasznego.   

– Nie ma się czego obawiać, Rufus  – zapewnił  go Aidan.  – Twoja mam czuje się całkiem 

dobrze. Właśnie obstawiamy, kto zjawi się pierwszy, noworodek czy siostra Mackett Clarrie, Dai 

background image

asystował ci przy poprzednich porodach? 

– Tak... przy wszystkich.   
–  Rufus,  powiedz  tacie,  żeby  tu  przyszedł,  gdy  wypije  herbatę.  Nie  powinna  go  ominąć 

czwarta atrakcja.   

– Co jeszcze mogłabym zrobić? – Lindsay pytająco spojrzała na Aidana. Już zdążyła posłać 

łóżeczko i poczynić inne niezbędne przygotowania. Teraz wzięła kubek i wypiła łyk.   

– Jeśli ten maluch wygra wyścig i zjawi się przed położną, jak chciałabyś go przyjąć? 
–  Przyznam,  że  minęło  sporo  czasu  od  ostatniego  przyjmowanego  przeze  mnie  porodu  – 

mruknęła.   

– Więc to będzie kolejne zawodowe doświadczenie. My, lekarze rodzinni, nigdy nie wiemy, 

czego się spodziewać. Może więc sprawdzisz, co zaszło, kiedy radośnie popijaliśmy herbatkę.   

Lindsay z wahaniem wciągnęła rękawiczki i zbadała Clarrie.   
–  Tętno  płodu  nadal  silne  –  stwierdziła  po  chwili.  –  Rozwarcie  na  dziesięć  centymetrów, 

można wyczuć ciemiączko przednie.   

– Gdzie Dai? – wydyszała Clarrie.   
– Tutaj, kochanie. – Niezauważony przez nikogo, Dai wrócił do pokoju, usiadł przy łóżku i 

wziął żonę za rękę.   

– Clarrie i ten maluszek postanowili nie czekać ani na tlen, ani na siostrę Mackett – pogodnie 

stwierdził Aidan.   

– Chcę... przeć... – Clarrie pośmiała na twarzy z wysiłku.   
– Wszystko będzie dobrze? – Dai z niepokojem spojrzał przez ramię na dwoje lekarzy.   
– Spokojna głowa,  Dai  – zapewnił  go Aidan.  –  Dziecko przyjmie doktor  Henderson, która 

jest jednym z najlepszych fachowców w kraju. Jej obecność to dla nas zaszczyt.   

Aidan  porozumiewawczo  mrugnął  do  Lindsay,  po  czym  oboje  znów  skupili  uwagę  na 

pacjentce.   

–  Już  widać  główkę  –  po  paru  minutach  triumfująco  oznajmiła  Lindsay.  –  Clarrie,  teraz 

musisz trochę podyszeć. O, właśnie tak. Od razu widać, że znasz się na rzeczy. Dobra robota. – 
Kątem oka zauważyła, że Aidan napełnia strzykawkę, ale nie miała zielonego pojęcia czym.   

Po  chwili  wysunęła  się  cała  główka  dziecka  –  buzią  do  góry,  zamiast  do  dołu  –  i  właśnie 

wtedy Aidan zrobił Clarrie zastrzyk.   

–  To  synometrin  –  mruknął  –  żeby  zapobiec  ewentualnemu  krwotokowi  w  ostatniej  fazie 

porodu.   

– Oczywiście. – Lindsay przypomniała sobie o zastosowaniu tego leku i po kolejnym skurczu 

zręcznie pomogła przyjść na świat  maleńkiej istotce. Najpierw pojawiły się drobne ramionka, a 

zaraz potem – reszta ciałka.   

–  Dziewczynka!  –  radośnie  obwieściła  Lindsay,  kładąc  maleństwo  na  piersi  matki.  –  Jaka 

śliczna! – Przełknęła ślinę, czując pod powiekami łzy wzruszenia.   

Clarrie i Dai rozpływali się z zachwytu nad swoją córeczką, a Lindsay w tym czasie przecięła 

background image

pępowinę i odebrała łożysko. Właśnie wtedy zjawiła się siostra Mackett. W sypialni powitały ją 
cztery rozpromienione twarze.   

– Widzę, że już nie jestem potrzebna.   
– Cześć, siostro. – Clarrie uśmiechnęła się szeroko. – Dzidziuś nie mógł się pani doczekać.   
– I co my tu mamy? – Położna popatrzyła na malutką, pomarszczoną twarzyczkę.   
– Dziewuszkę. – Dai również był przejęty do łez.   
– Wasze dzieciaki też chcą rzucić okiem na nową siostrzyczkę – zauważyła siostra Mackett. 

– Będzie tu trochę ciasno, ale niech wejdą chociaż na moment.   

–  O,  tak  –  zgodziła  się  Clarrie.  –  Niech  ją  poznają.  Starsze  dzieci  wsunęły  się  do  pokoju. 

Rufus  był  trochę  zakłopotany,  Jared  –  najwyraźniej  niepewny,  a  Evie  –  taka  zachwycona,  że 
ojciec  musiał  ją  przytrzymać,  bo  inaczej  przewróciłaby  się  na  matkę.  Cała  trójka  posłusznie  ją 
cmoknęła w policzek i obejrzała noworodka. Na odchodnym Jared nagle odwrócił się i zapytał: 

– Ma jakieś imię? 
Clarrie zerknęła na męża, który leciutko skinął głową.   
– Tak. Już wiemy, jak ją nazwiemy. – Clarrie westchnęła z zadowoleniem. – Lindsay.   
 
– To chyba definitywnie załatwia sprawę – stwierdził Aidan, gdy odjeżdżali z farmy.   
– O czym mówisz? – Lindsay przestała machać Williamsom na pożegnanie i odwróciła się 

do Aidana.   

– O fakcie nadania dziecku twojego imienia. To oczywisty dowód, że miejscowa społeczność 

wreszcie cię zaakceptowała.   

– Tak sądzisz? – Lindsay zarumieniła się z radości.   
–  Jestem  tego  pewien.  Ta  rodzina  znalazła  dla  ciebie  trwałe  miejsce  w  swoim  sercu.  W 

zasadzie dobrze ich rozumiem. – Zdjął z kierownicy jedną rękę i mocno ścisnął dłonie Lindsay. – 
Wykonałaś kawał wspaniałej roboty. Nie masz pojęcia, jaki jestem z ciebie dumny.   

– Nadal kręci mi się w głowie. Obserwowanie narodzin dziecka to niezapomniane przeżycie, 

ale przyjęcie noworodka naprawdę człowieka uskrzydla. Starałam się nie rozkleić, ale przyznam, 
że pod koniec miałam wielką ochotę rozbeczeć się z radości.   

– Nie ty jedna.   
– Ty też? – Była zdumiona, że przyznał się do czegoś takiego.   
– To mnie wzrusza za każdym razem.   
–  Williamsowie  sprawiali  dzisiaj  wrażenie  bardziej  pogodnych  niż  podczas  naszej 

poprzedniej wizyty.   

– Dai podobno jeździ na fizykoterapię. Sąsiad go wozi dwa razy na tydzień. Może w końcu 

ta rodzina zobaczy światełko na końcu tunelu.   

– Oby tak się stało.   
– Lindsay – powiedział, gdy dojeżdżali do Tregadfan. Odezwał się tak poważnym tonem, że 

spojrzała na niego ze zdziwieniem. On zaś przez chwilę milczał, więc tylko przyglądała się jego 

background image

profilowi.  Wyraziste  rysy  tego  mężczyzny  w  takim  krótkim  czasie  stały  się  takie  znajome  –  i 
takie kochane.   

– Chyba powinniśmy zaraz zobaczyć się z Henrym i poinformować go o nas.   
– Myślałam, że chcesz poczekać, aż ucichnie sprawa Bronwen.   
– Początkowo sadziłem, że tak będzie lepiej, ale byłoby okropnie, gdyby dowiedział się o nas 

od  osoby  postronnej.  Poza  tym  chyba  nie  zdołam  dłużej  ukrywać  tego,  co  do  ciebie  czuję. 
Kocham cię, Lindsay, i pragnę rozgłosić to na cały świat.   

Zjechał  na  pobocze,  zgasił  silnik  i  wziął  ją  w  ramiona.  Jego  pocałunek  wyrażał  tyle 

pragnienia,  że  puls  Lindsay  przyśpieszył  jak  szalony.  Jess  szczeknął  krótko,  lecz  nikt  nie 
wysiadał, więc pies znów ułożył się wygodnie i oparł pysk na przednich łapach.   

– Co zrobimy – spytała Lindsay, gdy w końcu odsunęli się od siebie – jeśli Henry uzna, że 

nie powinieneś zajmować się moim szkoleniem? 

– Gdybyś musiała kontynuować praktykę w Londynie? Pewnie pojechałbym z tobą i znalazł 

sobie nową pracę.   

– Uczyniłbyś to? – Z rozmarzeniem błądziła wzrokiem po jego twarzy.   
–  Oczywiście  –  zapewnił  bez  wahania.  –  Nie  zniósłbym  rozłąki  z  tobą  i  nie  zamierzam 

ryzykować, że cię stracę.   

– Och, Aidan – szepnęła. – Nie stracisz mnie. Nigdy. – Delikatnie pogłaskała go czubkami 

palców po policzku. – Poza tym jest szansa, że Henry wszystkiego się domyśla i nie będzie miał 
nic przeciwko kontynuacji aktualnego układu.   

– Możemy to sprawdzić tylko w jeden sposób. – Aidan przekręcił kluczyk w stacyjce.   
Na dworze zapadał zmrok, gdy dojechali do domu Llewellynów.   
– Chyba mają gości – stwierdził Aidan, parkując za autem, które z pewnością nie należało do 

gospodarzy.   

– Może nie powinniśmy przeszkadzać... – mruknęła Lindsay. – Wpadniemy kiedy indziej.   
– Za późno. Henry nas widział.   
Za szybą rzeczywiście zafalowała firanka i zaraz ktoś otworzył drzwi.   
– Witajcie. – Henry miał dziwną minę. – Wszystko poszło dobrze? 
– Tak, Clarrie urodziła córeczkę. Lindsay ją przyjęła.   
– Gratuluję, Lindsay. Dobrze, że wpadłaś, bo masz gościa.   
– Gościa? – spytała zdumiona.   
–  Tak.  Jest  tutaj.  –  Henry  gestem  wskazał  jej  swój  gabinet  Czyżby  ojciec?  Byłoby  to 

naprawdę cudowne zrządzenie losu. Już dzisiaj poznałby Aidana i dowiedział się o ich planach. 
Weszła  do  pokoju  i  przystanęła,  a  jej  serce  na  moment  zamarło,  gdy  stojący  przy  oknie 
mężczyzna się odwrócił. Był to Andrew Barlow.   

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

–  Andrew!  –  Patrzyła  na  niego  oszołomiona,  zauważyła  jednak,  że  Henry  dyskretnie  się 

wycofał, zamykając za nią drzwi. – Co tutaj robisz? 

Andrew  odetchnął  głęboko,  a  jego  nozdrza  charakterystycznie  się  rozdęły,  co  kiedyś 

wydawało się jej takie zmysłowe.   

– Przyjechałem, żeby zabrać cię do domu, Lindsay.   
– Zabrać mnie do domu? Cóż to niby ma znaczyć? – Zaniepokoiła się, tknięta nagłą myślą. – 

Chyba nic się nie stało? Mój ojciec... wszystko z nim w porządku? 

– Oczywiście. Lindsay, chodzi mi o ciebie. Najwyższa pora skończyć te wygłupy i wracać do 

Londynu.   

– O czym ty gadasz? – syknęła gniewnie. – Jakie wygłupy? 
Cały  czas  pamiętała  o  obecności  Aidana  oraz  o  tym,  co  oboje  zamierzali  powiedzieć 

Henry’emu. Bóg raczy wiedzieć, co Aidan sobie pomyśli, dowiedziawszy się, że jej były chłopak 
pojawił się nagle, jak grom z jasnego nieba.   

– Wiesz, o co mi chodzi. O całą tę zabawę – parsknął Andrew, zataczając rękami krąg, jakby 

chciał objąć pół wsi.   

– Tę durną ucieczkę do Walii.   
– Nie uciekłam do Walii – oświadczyła twardym tonem.   
– Pracuję tutaj i jednocześnie odbywam praktykę.   
–  Nie  musiałaś  w  tym  celu  zwiewać  na  prowincję!  W  Londynie  też  mogłabyś  to  odwalić, 

prawda? 

– Owszem – wycedziła, urażona jego podejściem. – Ale postanowiłam stamtąd wyjechać.   
– Uciekłaś.   
– Niby przed czym? 
– Przed tą niefortunną sytuacją, w której się znaleźliśmy.   
– Cóż za eufemistyczne określenie! – Lindsay nie posiadała się ze zdumienia, że można być 

tak bezczelnym. – Ja nazwałabym to bardziej trafnie: po prostu zdradą.   

–  Och,  nie  przesadzaj,  kochanie.  Przecież  nie  byliśmy  małżeństwem,  ani  nawet  się  nie 

zaręczyliśmy.   

– Ale mieszkaliśmy razem, Andrew. Może dla ciebie nic to nie znaczy, lecz ja uważałam, że 

żyjemy w normalnym związku. Nie mam zwyczaju zapraszać pod swój dach obcych mężczyzn.   

– Oczywiście, że nie... – Andrew pozwolił sobie na przelotne zawstydzenie, po czym znów 

uśmiechnął się z wrodzoną pewnością siebie, święcie przekonany, że jak zwykle zdoła Lindsay 
zauroczyć.  –  Skarbie,  daj  spokój.  Przecież  już  dawno  cię  przeprosiłem.  Chętnie  uczynię  to 
jeszcze raz i chyba możemy o wszystkim zapomnieć. Szkoda byłoby zniszczyć to, co nas łączyło. 

background image

Nie zaprzeczysz, że było nam naprawdę dobrze razem, prawda? – Andrew ruszył w jej kierunku, 
najwyraźniej zamierzając chwycić ją w objęcia.   

–  Nie,  Andrew,  nie  zaprzeczę.  –  Szybko  cofnęła  się  do  okna.  –  Kiedyś  istotnie  było  nam 

dobrze. Ale to się skończyło. Nie ma już „nas”.   

– Nic straconego – zapewnił z naciskiem. – Zaczniemy wszystko od nowa! 
– To wykluczone. Już ci nie ufam.   
– Ale gdybyś spróbowała...   
– Nie, Andrew. Zawsze zastanawiałabym się, gdzie jesteś i z kim, i czy przypadkiem znów 

mnie nie zdradzasz. Wybacz, ale to koniec.   

– Myślałem, że mnie kochasz.   
– Ja też.   
Patrzył  na  nią,  najwyraźniej  rozjątrzony,  lecz  wciąż  nie  docierało  do  niego,  że  nie  ma 

żadnych szans.   

– Nadal uważam, że to tylko twój idiotyczny kaprys – oświadczył, nie dając za wygraną. – 

Gdybyś tylko przestała się Wygłupiać i wróciła ze mną do Londynu, z pewnością moglibyśmy 
wszystko naprawić.   

Lindsay  prawie  zrobiło  się  go  żal.  Wiedziała  jednak,  że  musi  raz  na  zawsze  uświadomić 

Andrew, że nie ma powrotu do przeszłości.   

– Przykro mi, że przejechałeś taki kawał drogi na próżno...   
– Nie musi tak być! 
– Ale tak się składa – ciągnęła, nie dając mu dojść do słowa – że w moim życiu pojawił się 

ktoś inny...   

– Wszystko w porządku, Lindsay?  – Henry właśnie zamknął za Andrew drzwi i wszedł do 

gabinetu.   

– Tak – odparła z westchnieniem.   
Była  wykończona,  lecz  jednocześnie  zdumiewająco  zadowolona,  ostatecznie  zamknąwszy 

jakąś niemiłą sprawę.   

– On już pojechał.   
– Mam nadzieję, że nie zamierza tłuc się nocą do Londynu.   
– Nie. Za moją namową postanowił przespać się w hotelu w Llangollen.   
– Jeszcze przed przyjazdem tutaj definitywnie zerwałam z tym człowiekiem.   
– Wiem, Lindsay. Najwyraźniej trudno mu pogodzić się z odmową.   
–  To  chyba  bardziej  kwestia  zranionej  dumy.  Wątpię,  czy  ktoś  kiedykolwiek  odrzucił 

względy Andrew Barlowa. Ale jego przyjazd nie poszedł na marne.   

– Co masz na myśli? 
–  Przynajmniej  się  przekonałam,  że  Andrew  naprawdę  już  nic  dla  mnie  nie  znaczy. 

Przybyłam  tutaj  ze  świadomością,  że  mój  związek  się  skończył,  ale  nie  byłam  pewna  swoich 
uczuć, jeśli wiesz, o co mi chodzi.   

background image

– Cóż, moim skromnym zdaniem najlepszym lekiem na złamane serce jest nowa miłość.   
Lindsay uśmiechnęła się, słysząc to stwierdzenie.   
– Gdzie Aidan? 
– Pojechał do domu, kiedy tylko dowiedział się, kto jest twoim gościem. Zapewniłem go, że 

odwiozę cię do twojego mieszkania.   

– Dzięki, Henry, ale nie zamierzam tam wracać.   
–  Czemu  spodziewałem  się  właśnie  takiej  odpowiedzi?  Chodź,  podrzucę  cię  na  miejsce. 

Megan może trochę pobyć sama.   

Prawie  w  milczeniu  ruszyli  do  domu  Aidana.  W  pewnej  chwili  Henry  z  ukosa  spojrzał  na 

Lindsay.   

–  Jakoś  nie  zdążyłem  spytać  Aidana  o  powód  waszego  dzisiejszego  przyjazdu.  Chyba  nie 

zjawiliście  się  tylko  po  to,  żeby  mnie  powiadomić  o  narodzinach  córeczki  Clarrie,  choć 
oczywiście to wspaniała wiadomość.   

– Masz rację, Henry, nie dlatego do ciebie wpadliśmy.   
– Powiesz mi wreszcie, w czym rzecz? 
– Jasne. Chociaż intuicja mi mówi, że i tak wiesz...   
 
Wysiadła z auta na poboczu drogi, u szczytu schodów. Na dworze było już prawie ciemno, a 

jedna umocowana na ogrodzeniu latarnia ledwie rozjaśniała mrok, toteż Lindsay schodziła na dół 
powoli i ostrożnie. Jeszcze zanim dotarta do drzwi, psy ogłosiły jej przybycie. Zastukała, a one 
nadal  szczekały  w  środku,  lecz  nikt  nie  otwierał.  Czyżby  Aidana  nie  było?  Rzeczywiście,  nie 
widziała  na  górze  landrovera,  wiedziała  jednak,  że  wieczorem  Aidan  parkował  samochód  od 
frontu.   

Musi tutaj być, pomyślała z rozpaczą. Koniecznie chciała się z nim zobaczyć. Tu i teraz. Nie 

miała  pojęcia,  co  on  sobie  myśli  po  tym  niespodziewanym  przyjeździe  Andrew.  Może  nawet 
uznał, że ona zamierza wrócić do Londynu i odgrzać dawny romans. Zabębniła pięścią w drzwi, 
a psy znów zaczęły ujadać jak szalone.   

Właśnie zamierzała odejść, przekonana, że Aidana nie ma w domu,  gdy nagle usłyszała za 

plecami jakiś dźwięk i błyskawiczne się odwróciła. Aidan wyłonił się z mrocznego ogrodu i szedł 
w jej stronę.   

– Aidanie, och, Aidanie – jęknęła z ulgą. – Już myślałam, że gdzieś pojechałeś.   
– Chciałem się przejść – wyjaśnił i jednym ostrym słowem uciszył rozszczekane psy.   
– Bez Skippera i Jessa? – spytała zdumiona. Aidan nigdzie się bez nich nie ruszał.   
– Musiałem spokojnie przemyśleć to i owo. – Zatrzymał się przed nią i uważnie spojrzał jej 

w oczy.   

Lindsay zauważyła przelatującą nad jego głową ćmę, która następnie zaczęła krążyć

 – 

wokół 

zapalonej latarni.   

– Doszedłeś do jakichś wniosków? 

background image

–  Nie  wiedziałem,  co  o  tym  wszystkim  sądzić.  –  Aidan  wziął  głęboki  oddech.  –  Jeśli 

przyszłaś mi powiedzieć, że zmieniłaś plany, to moglibyśmy załatwić to szybko? 

– Och, Aidanie, naprawdę sądzisz, że po to tu jestem? 
Delikatnie dotknęła jego policzka. Szorstki zarost przypominał o tym, że dzień, który właśnie 

się kończył, był długi i pracowity.   

–  Już  ci  powiedziałem,  że  nie  wiem,  jak  ocenić  to,  co  zaszło.  –  Chwycił  jej  dłoń  i 

przytrzymał przy swojej twarzy. Gest ten był wyrazem zarówno czułości, jak i rozpaczy.   

– Przecież ci mówiłam, że tamten związek uważam za zakończony.   
–  Mówiłaś  też,  że  nie  jesteś  pewna,  czy  przebolałaś  zerwanie...  a  twój  były  chłopak  nagle 

pojawia się tu, jakby nigdy nic. Można sobie pomyśleć Bóg wie co.   

– Jego przyjazd niczego nie zmienił. I tak już liczyłeś się dla mnie tylko ty...   
– Co chcesz przez to powiedzieć, Lindsay? – Aidan mocno ujął jej obie dłonie.   
–  Że  cię  kocham,  Aidanie.  Kocham  cię  całym  sercem  i  pragnę  zostać  z  tobą.  Dawniej 

rzeczywiście  byłam  zakochana  w  Andrew,  lecz  on  sam  skutecznie  zabił  to  uczucie.  A  kiedy 
poznałam  i  pokochałam  ciebie,  zdałam  sobie  sprawę  z  tego,  że  miłość,  którą  ty  we  mnie 
obudziłeś, jest o wiele głębsza i wspanialsza.   

Chłonął te słowa, jakby to była najpiękniejsza muzyka, po czym chwycił Lindsay w objęcia. 

W  chwili,  gdy  jego  usta  spoczęły  na  jej  wargach,  Lindsay  pomyślała,  że  jest  właśnie  tu,  gdzie 
powinna być” – w ramionach Aidana. A gwałtowny przypływ pożądania, którego żar już znała, 
tylko to potwierdził.   

Całowali  się  długo  i  namiętnie,  a  gdy  odsunęli  się  od  siebie,  aby  złapać  oddech,  pierwsza 

odezwała się Lindsay: 

– Henry o nas wie, Aidanie. – Głos nieco jej zadrżał, gdy to mówiła.   
– Tak przypuszczałem. Nic o tym nie wspomniał, ale wydawał się dziwnie zakłopotany, gdy 

ty weszłaś do gabinetu, żeby porozmawiać z... z tym panem. – Aidanowi najwyraźniej nie mogło 
przejść przez gardło imię jej byłego narzeczonego.   

– Jak cię potraktował? 
– Powiedziałbym, że po ojcowsku.   
–  Dzięki  Bogu.  –  Lindsay  uśmiechnęła  się  w  mroku.  –  Coś  mi  się  wydaje,  że  Henry  od 

samego początku orientował się w sytuacji. Co więcej, bardzo możliwe, że on i Megan liczyli na 
właśnie taki rozwój naszej znajomości. A teraz zacierają ręce z uciechy i wznoszą toast za naszą 
wspólną przyszłość.   

– Sądzisz więc, że Henry nie będzie miał nic przeciwko temu, abym nadal cię szkolił, moja 

praktykantko? 

– Spytałam go, a on powiedział, że to żaden problem, o ile nie opuścimy się w pracy. A do 

tego na pewno nie dojdzie, prawda? 

–  Jasne,  że  nie.  –  Aidan  znów  przygarnął  ją  do  siebie,  czule  cmoknął  w  czoło  i  w  czubek 

nosa.   

background image

– Lubię takie zapewnienia.   
Długo  tulili  się  do  siebie,  bezpieczni  w  uścisku  swoich  ramion,  skąpani  w  nocnej  ciszy. 

Dyskretnie  przerywał  ją  jedynie  szelest  liści  poruszanych  łagodnym,  letnim  wietrzykiem  i 
dobiegające  z  oddali  pohukiwanie  sowy.  Lindsay  miała  przemożne  wrażenie,  że  znajduje  się 
milion kilometrów od swojego niedawnego życia w wielkim, hałaśliwym Londynie.   

Dopiero  tutaj  znalazła  swoje  miejsce  na  ziemi  –  i  swoje  szczęście.  Była  tego  całkowicie 

pewna.  Niczego  nie  pragnęła  bardziej  jak  tego,  by  na  zawsze  pozostać  właśnie  tu,  z  tym 
mężczyzną.   

– Nie wiem, dlaczego nadal stoimy na dworze – ze śmiechem powiedział Aidan.   
– Tu jest bardzo romantycznie.   
–  Rzeczywiście  –  przyznał  zgodnie.  –  Ale  chodzi  mi  po  głowie  coś  jeszcze  bardziej 

romantycznego.  –  Odwrócił  się  i  otworzył  drzwi,  po  czym  ujął  dłoń  Lindsay  i  wciągnął  ją  do 
wnętrza. – Mam nadzieję, że spodoba ci się mój pomysł.