background image

LAURA MacDONALD

Niepokorna praktykantka

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Lindsay, kochanie, gdzie jest ta zabita dechami dziura, do której wyjeżdżasz? – Romilly 

Souter, wieloletnia przyjaciółka ojca, spojrzała na nią spod sennie opadających powiek. 

– Mówisz tak, jakby to było na końcu świata – odrzekła Lindsay, usiłując nie okazać irytacji. 

– A to przecież tylko północna Walia. 

– To jest na końcu świata – stwierdziła Annabelle Crichton-Stuart, przyjaciółka Lindsay. – 

Pamiętam, jak wiele lat temu tata zabrał Ruperta i mnie do Caenarvon. Myślałam, że nigdy tam 
nie dojedziemy. Wlekliśmy się cały boży dzień beznadziejnymi górskimi drogami, omijając stada 
owiec, a deszcz lał bez przerwy. Istny koszmar. 

– Czemu w ogóle zdecydowałaś się na Walię? – spytał Charles Croad, stary przyjaciel ojca. 
– A czemu nie? – Lindsay wzruszyła ramionami. Sprawiała wrażenie opanowanej, lecz w 

duchu miała już serdecznie dość tych krytycznych opinii. Przewidywała, że jej decyzja wywoła 
właśnie takie reakcje. 

– Chyba sensowniej byłoby pracować bliżej domu. Nie mogłeś znaleźć jej miłego kącika na 

prestiżowej ulicy Harley? – Charles spojrzał pytająco na siedzącego u szczytu stołu ojca Lindsay, 
Richarda Hendersona. 

–   Myślisz,   że   nie   chciałem?   –   Richard   zaśmiał   się   niewesoło.   –   To   Lindsay   wybrała 

prowincję i nie było żadnej dyskusji. 

– Ale żeby jechać do Walii! – z dezaprobatą mruknęła Annabelle. – Tam tylko grają w 

rugby, śpiewają i wydobywają węgiel. 

– Muszę wam wyznać, że poniekąd przyłożyłem rękę do wyboru Lindsay – przyznał jej 

ojciec, ściągając na siebie uwagę gości. Tylko Lindsay w zamyśleniu kreśliła kciukiem wzory na 
adamaszkowym   obrusie.   –   Henry   Llewellyn,   mój   dobry   przyjaciel,   a   jednocześnie   ojciec 
chrzestny   Lindsay,   prowadzi   poradnię   lekarską   w   pobliżu   Betwsycoed.   Zgodził   się   przyjąć 
Lindsay na praktykę. 

– Na praktykę? – zdumiała się Annabelle. – Przecież Lindsay już jest lekarką. 
– Tak, ale chce zostać lekarzem rodzinnym i musi przez rok terminować w zawodzie. 
– Potem pewnie wrócisz do Londynu i cywilizacji? – spytała Romilly. 
– Może. – Lindsay szybko podniosła wzrok. 
– Och, Linds, chyba tam nie zostaniesz? – jęknęła Annabelle. – I tak ominie cię tyle atrakcji! 

Tata zamierza pożeglować do Cowes, potem planujemy wspaniały wyjazd do Włoch... 

– Dziwne, że wybrałaś specjalizację lekarza rodzinnego. Przypuszczałem, że pójdziesz w 

ślady ojca i zostaniesz chirurgiem. 

– Wszyscy tak myśleliśmy – przyznał Richard. – I chyba właśnie to obudziło w niej ducha 

przekory. 

background image

Nawet Lindsay zareagowała śmiechem na to stwierdzenie. Rzeczywiście od lat słynęła ze 

swojej niezależności. 

– Chcę pracować z ludźmi – wyjaśniła spokojnie. 
– W gabinetach na ulicy Harley też leczy się ludzi – cierpkim tonem stwierdziła Romilly. 
– Chodzi mi o takich zwyczajnych, a nie o uprzywilejowanych snobów z wyższych sfer, 

którzy dostają wszystko podane na srebrnej tacy. A walijscy farmerzy mają za sobą kilka bardzo 
trudnych lat. Za rok może wrócę do cywilizacji, jak to ujęłaś, lecz na pewno nie na ulicę Harley. 
Podejmę pracę w biednej dzielnicy, gdzie nie brak problemów społecznych. 

– Tam też potrzeba chirurgów – mruknął ojciec. 
–   Wiem,   tato.   I   rozumiem,   że   czujesz   się   rozczarowany,   bo   nie   wybrałam   twojej 

specjalizacji.  Nie rezygnuję  z chirurgii  definitywnie,  lecz  na  razie  widzę siebie  jako lekarza 
rodzinnego. 

Ku uldze Lindsay wreszcie dano jej spokój, lecz przy kawie, na którą goście przeszli do 

salonu, Annabelle przypuściła kolejny szturm. Na szczęście tym razem rozmawiały tylko we 
dwie. 

– Będę za tobą tęsknić, Linds – rzekła z wyrzutem. 
– Wiem, Bełle. Mnie też będzie ciebie brakowało, ale nie rozstajemy się na wieki. Rok 

szybko zleci i wrócę, zanim się obejrzysz. Poza tym Walia nie jest aż tak daleko. Ty i Gideon 
możecie mnie odwiedzać. 

– Chyba tak... – W głosie Annabelle zabrzmiała nuta powątpiewania. – Zastanawiam się 

tylko, dlaczego zmieniłaś zamiar. Przecież mówiłaś, że przesuniesz tę praktykę na przyszły rok. 

– Cóż, sytuacja się zmieniła. – Lindsay umknęła spojrzeniem w bok. 
– Z powodu Andrew?
– Może częściowo. Czemu pytasz?
– Tak sobie. – Annabelle utkwiła wzrok w dogasającym na kominku ogniu. – Już przebolałaś 

to rozstanie, prawda?

– Oczywiście – potwierdziła przyjaciółka trochę zbyt ochoczo. 
– To dobrze. Na pewno wkrótce poznasz kogoś interesującego. 
– Skąd wiesz, że chcę? – Lindsay uniosła ciemne brwi. 
– Chcesz. I następnym razem będzie inaczej. Zobaczysz. Kto wie, może nawet trafisz na 

kogoś w tej Walii. Zauroczy cię jakiś dzielny, barczysty farmer ze stadem owiec. 

– Uchowaj Boże! – Annabelle wzniosła oczy ku niebu. – Zapewniam cię, że to ostatnia 

rzecz, jakiej pragnę!

– A ja sądzę, że właśnie tego ci trzeba. 

Lindsay postanowiła jechać do Walii samochodem, chociaż ojciec szczerze jej to odradzał. 

Przekonywał, że na górskich drogach przydałby się raczej solidny dżip, a nie małe, sportowe 
autko. Ale Lindsay nie chciała się z nim rozstać, ponieważ dostała je właśnie od ojca, gdy zrobiła 

background image

dyplom. Było jej dumą i źródłem nieustającej radości. 

Wyruszyła   w   drogę   w   piękny,   majowy   ranek.   Prawie   bez   żalu   wyjechała   z   Londynu, 

ponieważ miała za sobą pracowity tydzień i dwa pożegnalne przyjęcia, zorganizowane przez 
przyjaciół oraz dotychczasowych współpracowników ze szpitala. 

Po namyśle postanowiła jechać przez Oxford i Gloucester, a nie autostradą. Była zadowolona 

z   tego   wyboru   –   widok   rozległych,   zielonych   pastwisk   działał   kojąco   i   podnosił   na   duchu. 
Potrzebowałam czegoś takiego, pomyślała. Najwyższa pora uciec od dotychczasowego życia. 

Na kolacji u ojca powiedziała prawdę. Rzeczywiście chciała pracować wśród zwyczajnych, 

szarych ludzi, i stać się jedną z nich. Była zdegustowana wygodną egzystencją, jaką wiodła do tej 
pory, lecz decyzję o wyjeździe podjęła także z powodu zerwania z Andrew Barlowem. 

Poznała   go   na   przyjęciu   u   przyjaciół   i   zakochała   się   prawie   od   pierwszego   wejrzenia. 

Andrew był przystojnym, pełnym uroku adwokatem, ona zaś uznała, że to jej wymarzony książę 
z  bajki.  Po kilku  miesiącach   znajomości   zamieszkali   razem  i  Lindsay początkowo  czuła   się 
niebiańsko szczęśliwa. Wkrótce przekonała się jednak, że Andrew obdarza swoimi względami 
nie tylko ją. 

Wspomnienia o tym romansie nadal były bolesne. Chcąc zmienić tok myśli, Lindsay skupiła 

uwagę   na   pięknym   w   swej   dzikości   górskim   krajobrazie.   W   oddali   wznosił   się   częściowo 
spowity we mgle masyw Snowdon, droga prowadziła przez gęsto zalesione doliny, a po skalnych 
ścianach   spływały   górskie   potoki.   Ich   krystalicznie   czysta   woda   odbijała   się   po   drodze   od 
licznych głazów, aby na koniec bulgoczącą, srebrzystą wstęgą zasilić kamieniste koryto jakiejś 
rzeki. Na każdym zielonym wzgórzu pasły się pośród paproci i wrzosu stada owiec, a niektóre 
wychodziły nawet na szosę, toteż jazda wymagała sporej ostrożności. 

Lindsay była już mocno zmęczona podróżą, lecz na widok tablic z napisem Betwsycoed od 

razu poweselała. Niestety, parę razy skręciła w złą stronę i dopiero po pół godzinie wjechała do 
Tregadfan, gdzie praktykował Henry Llewellyn. 

Miejscowość przerosła oczekiwania  Lindsay.  Była  dość rozległa  i bardziej  przypominała 

małe  miasteczko   niż  wieś. Na  głównej   ulicy znajdowały  się  przynajmniej  dwa  puby i  kilka 
sklepów,  a  znaki  wskazywały  drogę  do ośrodka  informacji   dla  turystów   i na  kemping,   lecz 
Lindsay   nigdzie   nie   zauważyła   ośrodka   zdrowia.   Na   drugim   krańcu   miejscowości   droga 
raptownie   skręcała   w   prawo,   prowadząc   przez   malowniczy,   kamienny   mostek.   Lindsay 
postanowiła  zapytać  o adres  miejscowego lekarza.  Zaparkowała auto w pobliżu  sklepików  z 
pamiątkami, lecz wszystkie okazały się zamknięte. W pobliżu na szczęście znajdował się pub 
„Pod Czerwonym Smokiem”, a obok – mały supermarket. 

Stało przed nim parę samochodów, między innymi mocno ubłocony landrover, w którym 

siedziały dwa owczarki: collie i pasterski. Pierwszy zaszczekał, a drugi groźnie warknął, gdy 
Lindsay   mijała   auto,   ona   zaś   ucieszyła   się,   że   pojazd   jest   zamknięty,   ponieważ   zwierzaki 
wyglądały na agresywne. 

Otworzyła drzwi i zdziwiła się, słysząc brzęknięcie dzwonka. Nie przypuszczała, że jeszcze 

background image

istnieją   sklepy,   gdzie   instaluje   się   takie   rzeczy.   Wewnątrz   też   współistniały   dwa   style: 
nowoczesny i staroświecki. W głębi, za częścią samoobsługową, znajdowała się długa lada, przy 
której   gawędziło   kilka   osób.   Jeszcze   nie   przebrzmiał   dźwięk   dzwonka,   gdy   wszyscy   nagle 
umilkli i wlepili wzrok w Lindsay. 

Za   ladą   stał   siwy,   łysiejący   mężczyzna   o   czerstwym   obliczu   oraz   pulchna   kobieta   o 

rumianych policzkach i nieco ptasim wyrazie twarzy. Kobieta po walijsku zadała jakieś pytanie, a 
Lindsay   natychmiast   wpadła   w   rozpacz.   Co   będzie,   jeśli   tutejsi   mieszkańcy   nie   mówią   po 
angielsku? W tej sytuacji nie byłaby w stanie porozumieć się z pacjentami. 

– Przykro mi, ale nie znam walijskiego – oświadczyła, wziąwszy głęboki oddech. – Czy ktoś 

z państwa mówi po angielsku?

Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz napotkała tylko chłodne spojrzenia i jeszcze bardziej upadła 

na   duchu.   Zwłaszcza   na   widok   jednego   z   mężczyzn:   opartego   łokciami   o   kontuar,   dobrze 
zbudowanego, trzydziestoparoletniego szatyna z kręconymi włosami i zdumiewająco błękitnymi 
oczami.   Miał   na   sobie   dżinsy,   kraciastą   koszulę   oraz   przeciwdeszczową   kurtkę   i   wręcz 
przeszywał Lindsay wzrokiem.  Ona zaś uznała, że to pewnie farmer, właściciel  landrovera i 
psów. 

–   Czego   pani   chce?   –   Tym   razem   kobieta   odezwała   się   po   angielsku,   choć   z   typowo 

walijskim, melodyjnym akcentem. 

– Och... – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Miałam nadzieję, że zechce pani mi pomóc. Gdzie 

mieszka doktor Henry Llewellyn?

– Szuka pani lekarza? – spytał siwy osobnik zza lady. 
– Właśnie – potwierdziła z uśmiechem, usiłując zignorować fakt, że mężczyzna patrzy na nią 

podejrzliwie.   Natomiast   kobieta   bez   żenady   oglądała   ją   od   stóp   do   głów.   Przyjrzała   się 
eleganckiemu   kostiumowi   z   czarnej   wełny   w   cieniutkie   białe   prążki,   bluzce   z   kremowego 
jedwabiu,   ciemnym   włosom   związanym   szyfonowym   szalikiem   oraz   złotym   kolczykom   i 
zegarkowi. 

– A skąd pani przyjechała? – spytała w końcu. 
Co cię to obchodzi, wścibska paniusiu, pomyślała Lindsay, lecz powstrzymała się od takiej 

odpowiedzi.  Tutejsi mieszkańcy pewnie rzadko mieli  do czynienia  z obcymi,  więc poniekąd 
zrozumiałe, że są nadmiernie ciekawscy, – Z Londynu. 

– Aż? – wycedziła kobieta takim tonem, jakby Londyn był w innej galaktyce. – A na co pani 

potrzebny doktor Llewellyn?

Zanim   Lindsay   zdążyła   odpowiedzieć,   że   to   wyłącznie   jej   sprawa,   niebieskooki   farmer 

powiedział coś po walijsku i pomaszerował do drzwi. 

Lindsay zauważyła, że po jego słowach wszyscy jakoś się odprężyli, choć nie sposób było 

uznać tych ponuraków za rozweselonych. Doszła do wniosku, że bawią się jej kosztem. Ku jej 
uldze rumiany mężczyzna zaraz wyjaśnił, jak trafić do doktora Llewellyna. 

Wyszła ze sklepu i ruszyła do samochodu. Był już wczesny wieczór, cienie się wydłużyły, a 

background image

widoczne   w   oddali   góry   spowijała   delikatna   mgiełka.   Po   drugiej   stronie   mostu   Lindsay 
zauważyła drewnianą ławeczkę. Wiedziona impulsem usiadła na niej, wyjęła z torebki telefon 
komórkowy i zadzwoniła do ojca. Pewnie się już martwi, czy bezpiecznie dotarła na miejsce. 

– Gdzie jesteś? – spytał z nutą niepokoju w głosie. 
– W Tregadfan, ale jeszcze nie u Henry’ego. Musiałam w sklepie spytać o drogę, a tutejsi 

mieszkańcy chyba uznali, że jestem z innej planety – odparła ze śmiechem. – Już wiem, jak 
jechać, ale postanowiłam najpierw dać ci znać. Przyznaj, że siedziałeś jak na szpilkach. 

– Może nie aż tak... 
– Nie udawaj, tato. Za dobrze cię znam. 
– Cóż, rzeczywiście trochę się o ciebie niepokoiłem. Dobrze, że wszystko w porządku. 
– Tak. Jutro znów się odezwę. 
Pożegnała się z ojcem i podeszła do auta, na które z zachwytem gapiło się dwóch siedzących 

na murku chłopców. Uśmiechnęła się do nich i pilotem otworzyła drzwi. 

– To pani bryka? – spytał jeden z dzieciaków. Mówił z takim akcentem, że Lindsay raczej 

domyśliła się, w czym rzecz. 

– Owszem. 
– Super! – stwierdził drugi chłopiec. – Ile wyciąga?
– Sporo. – Lindsay usiadła za kierownicą, pomachała ręką i odjechała. 
Dowiedziała się, że dom Henry’ego Llewellyna znajduje się za wsią, a doktor o tej porze 

powinien być u siebie, bo poradnia już jest nieczynna. Lindsay zawróciła, jeszcze raz przejechała 
główną ulicą i skręciła w lewo, w dosyć wąską boczną drogę, którą tuż za zakrętem blokowała 
duża furgonetka. Wszystko wskazywało na to, że nieco dalej, poza zasięgiem widoczności, coś 
się stało. Lindsay przez chwilę bębniła palcami o kierownicę, coraz bardziej zniecierpliwiona 
przymusowym postojem. Była zmęczona podróżą i marzyła tylko o tym, aby coś zjeść, wykąpać 
się i iść spać. 

Po   pięciu   minutach   bezczynnego   czekania   zgasiła   silnik   i   wysiadła   z   auta.   Ominęła 

furgonetkę,   w   której   nikogo   nie   było,   i   dopiero   teraz   stwierdziła,   że   w   pobliżu   zdarzył   się 
wypadek. Przewrócony na bok pojazd kempingowy spoczywał częściowo na jezdni, częściowo 
na trawiastym poboczu, a kilka osób otaczało kogoś leżącego na ziemi. 

Lindsay pospieszyła w tamtą stronę, karcąc się w duchu za to, że zmarnowała tyle czasu, 

siedząc w samochodzie, gdy ktoś potrzebował lekarza. 

– Jak do tego doszło? – zawołała do biegnącego mężczyzny w niebieskim kombinezonie, 

zapewne kierowcy furgonetki. 

– Wóz kempingowy nie wyrobił się na zakręcie. 
– Ilu jest rannych?
– Dwie osoby. Starszy pan uderzył się w głowę, a jego żona ma stłuczone ramię. Zaraz 

przyjedzie karetka. 

Lindsay uznała, że doraźna pomoc też może się przydać. 

background image

– Proszę mnie przepuścić – powiedziała do ludzi otaczających rannego. – Jestem lekarką. 
Gapie   odsunęli   się,   choć   niechętnie,   i   Lindsay   ujrzała   dwoje   poszkodowanych.   Kobieta 

siedziała na trawie, przyciskając do siebie rękę, a obok leżał starszy człowiek. Kucał przy nim 
mężczyzna, którego przeciwdeszczowa kurtka wydała się Lindsay znajoma. Gdy spojrzał na nią 
przez ramię, Lindsay niemile się zdziwiła. 

– Och, to pan – mruknęła, patrząc w niebieskie oczy spotkanego w sklepie farmera. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

– Tak, to ja. 
– Mogę jakoś pomóc? – Miała nadzieję, że zadała pytanie chłodno i profesjonalnie. 
– Wątpię. – Farmer wstał. – Trzeba poczekać na pogotowie. 
– Może jednak na coś się przydam. – Kucnęła obok rannego mężczyzny, który w tej chwili 

już siedział, trzymając się za głowę, i cicho pojękiwał. 

– Doprawdy?
– Jestem lekarką – odparła z naciskiem, zirytowana wyraźną nutą sarkazmu w głosie farmera. 
– Wobec tego do dzieła. – Niebieskooki osobnik gestem wskazał starszych państwa. 
Lindsay zignorowała go i zajęła się poszkodowanymi. 
– Odniósł pan inne obrażenia? – Uważnie przyjrzała się mężczyźnie. Zaprzeczył  ruchem 

głowy, a Lindsay nigdzie nie zauważyła żadnych zranień i odwróciła się do jego towarzyszki. 

– Nic mu nie jest? – spytała zaniepokojona kobieta. 
– Chyba ma tylko wstrząs mózgu. A jak pani się czuje?
– Boli mnie ręka. Tamten pan stwierdził, że jest złamana, i założył mi temblak z szalika. 

Kazał mi trzymać ją w ten sposób, dopóki nie zajmą się nią w szpitalu. 

– Cóż za fachowość – mruknęła Lindsay z przekąsem, a w oddali zabrzmiał jękliwy dźwięk 

syreny. – Jedzie karetka. – Lindsay delikatnie dotknęła ramienia kobiety. 

– Proszę pani! – Drogą biegł kierowca furgonetki. – Przestawi pani swój wóz? Ambulans nie 

może przejechać. 

– Już idę. 
– Wreszcie będzie z pani jakiś pożytek – stwierdził farmer, gdy go mijała. 
Parkując auto na poboczu, Lindsay skonstatowała, że kipi ze złości. Już w sklepie poczuła do 

tego faceta niechęć, a teraz uważała go za wręcz antypatycznego. Wcale nie dlatego, że umiał 
samodzielnie udzielić pierwszej pomocy – to akurat przemawiało na jego korzyść – lecz z innego 
powodu. Facet był gburowaty i nie krył niechęci, zwłaszcza gdy usłyszał, że Lindsay jest lekarką. 

Niewiele   widziała   zza   furgonetki,   lecz   zobaczyła   nadjeżdżający   ambulans,   a   za   nim   – 

policyjny radiowóz. Pacjentów zaraz zabrano do szpitala, natomiast policjanci wspomagani przez 
ogólnie chyba znanego farmera odsunęli przewrócony pojazd. 

Lindsay   powoli   ruszyła   odblokowaną   drogą.   Mijając   grupę   mężczyzn,   chłodno   skinęła 

głową, odpowiadając na właśnie takie pozdrowienie niebieskookiego farmera. Po chwili zerknęła 
we wsteczne lusterko i stwierdziła, że odprowadził ją wzrokiem. 

Cóż za nieznośny typ. Miała nadzieję, że nie będzie często go spotykać podczas pobytu w 

Tregadfan. 

Dom Henry’ego Llewellyna znajdował się około półtora kilometra dalej. Był zbudowany z 

background image

szarego kamienia, miał dach kryty łupkową dachówką i stał w głębi posesji, prawie całkiem 
ukryty   za  bujnymi  krzakami  rododendronów   obsypanych  fioletowymi  kwiatami.  O  tej   porze 
wyglądał niezwykle pięknie, skąpany w blasku złocistych promieni zachodzącego słońca. 

Lindsay   zaparkowała   na   wyżwirowanym   podjeździe   i   wysiadła   z   auta,   a   z   domu   w 

podskokach wypadły dwa spaniele i zaczęły obwąchiwać jej pantofle. 

– Lindsay! Cudownie, że jesteś! – W drzwiach stanął Henry Llewellyn i w geście powitania 

szeroko otworzył ramiona. 

Lindsay stwierdziła, że starszy pan niewiele się zmienił od czasu, gdy ostatnio go widziała. 

Było  to kilka lat temu, gdy jeszcze studiowała, a Henry wraz żoną Megan odwiedził ich w 
Londynie. 

– Henry, jak się miewasz? Czas się ciebie nie ima. 
– Trochę posiwiałem – ze śmiechem przyznał Henry. – I chyba już nie mam takiej smukłej 

talii jak kiedyś. 

– Moim zdaniem jesteś w świetnej formie. – Lindsay serdecznie go uścisnęła i otworzyła 

bagażnik. 

– A ty stałaś się piękną młodą damą. Niech no ci się przyjrzę. – Henry cofnął się o krok. – 

Pamiętałem uroczego podlotka, a teraz widzę pewną swego uroku piękność. – Henry wziął od 
niej bagaż. – Miałaś dobrą podróż?

– Tak, dosyć przyjemną. Ale zajęła mi więcej czasu, niż przypuszczałam. 
– Musisz być zmęczona. – Henry ruszył do wejścia, a spaniele deptały mu po piętach. 
– Trochę – przyznała, gdy postawił walizki w holu. – Gdzie Megan?
– Megan... odpoczywa. 
Lindsay zauważyła, że zerknął na schody za jej plecami, i trochę się zdziwiła. Wylegiwanie 

się w ciągu dnia nie było w stylu Megan, o której ojciec Lindsay często mówił, że jest najbardziej 
energiczną ze znanych mu kobiet. Zanim jednak Lindsay zdążyła zadać jakieś pytanie, Henry 
poprowadził ją do kuchni. 

– Może napijemy się herbaty, a potem pokażę ci twój pokój i porozmawiamy. 
W ładnej, przytulnej kuchni wszędzie było widać rękę Megan. Z drewnianych belek nad 

staroświeckim piecykiem zwisały bukiety suchych kwiatów i ziół, na siedzeniach drewnianych 
krzeseł leżały barwne poduszki, a na półeczkach  stały ceramiczne  naczyńka  z przyprawami. 
Lindsay usiadła i gawędziła z Henrym, gdy parzył herbatę. 

– Nie sądzę, aby zamierzał się ożenić – odparła, gdy Henry spytał o ojca i jego ewentualne 

małżeńskie plany.  – Chyba i jemu, i Romilly odpowiada obecny układ. Ona uwielbia swoją 
niezależność, a poza tym prowadzi własny biznes. 

– Zajmuje się projektowaniem wnętrz, prawda? – Henry wyjął z kredensu kubki. – Megan 

bardzo się podobają jej szkice. 

–   Megan   pracuje?   Realizuje   jakieś   zlecenie?   –   Megan   była   plastyczką   i   prowadziła   w 

Tregadfan własne centrum sztuki i rzemiosła artystycznego. 

background image

Henry nie odpowiedział, tylko stał przed kuchenką, odwrócony plecami do Lindsay. 
– Henry, z Megan wszystko w porządku? – spytała Lindsay, zaniepokojona przedłużającym 

się milczeniem starszego pana. 

– Niestety, nie, Lindsay – powiedział w końcu. Postawił kubki na blacie i usiadł naprzeciw 

niej. 

– O Boże. Coś jej dolega?
– Tak, ale nie jesteśmy pewni co. Megan uskarża się na złe samopoczucie, lecz badania 

niczego nie wykazały.  Zrobili jej nawet tomografię komputerową, która na szczęście też nie 
ujawniła żadnych zmian. 

– Masz jakąś hipotezę? – Lindsay wypiła łyk aromatycznej herbaty, rozkoszując – się jej 

smakiem i panującym  w kuchni spokojem. Psy już dawno przycichły,  zwinęły się w swoich 
legowiskach przy kuchence i drzemały, opierając łby na przednich łapach. 

– Przed świętami Bożego Narodzenia przeszła poważną grypę i od tego czasu chyba nie 

wydobrzała. Wciąż jest zmęczona, tak bardzo, że najchętniej bez przerwy by spała. Narzeka też 
na silne bóle stawów i mięśni. Testy wykluczyły stwardnienie rozsiane i gościec przewlekły 
postępujący, ale... – Henry nie dokończył i pokręcił głową. 

– Myślisz o zapaleniu mózgu i rdzenia z mialgią?
–   Wszystko   na   to   wskazuje,   ale   brak   pewności   jest   taki   frustrujący.   A   Megan   stała   się 

cieniem kobiety, którą do niedawna była. 

– Musi wam być ciężko. 
– Cóż, nie jest łatwo. 
– A wasi krewni? Są w stanie jakoś pomóc?
–  Wspierają   nas   emocjonalnie,   ale   mieszkają   zbyt  daleko,   żeby  zrobić  coś  konkretnego. 

Zatrudniłem   kobietę,   która   zajmuje   się   domem.   –   Henry   rozejrzał   się   wokoło   i   bezradnie 
wzruszył ramionami. 

– A teraz jeszcze ja zwaliłam się wam na głowę. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujesz, jest 

praktykantka. Dlaczego nie powiedziałeś tacie, jak wygląda sytuacja?

– O, Lindsay... – Henry ze znużeniem przeczesał palcami włosy. – Jak mógłbym to zrobić. 

Twój tata i ja przyjaźnimy się od tak dawna... 

– Wiem, Henry, ale masz tyle obowiązków, a z mojego powodu jeszcze ci ich przybędzie. 

Chyba nie powinnam tu zostać. 

– Jest zadowalające rozwiązanie – Henry spojrzał na nią niepewnie – ale nie wiem, czy ci się 

spodoba. 

– Mów. 
– Zasugerowałem mojemu wspólnikowi, żeby wziął cię pod swoje skrzydła, przynajmniej na 

pewien czas, dopóki Megan nie poczuje się lepiej. – Henry chyba sam nie bardzo wierzył, że tak 
się stanie. 

– A co on na to?

background image

– Oczywiście, wyraził zgodę. To porządny gość. Typ samotnika, ale całkiem miły, gdy się go 

lepiej pozna. 

– Kto to taki? Chyba nic o nim nie mówiłeś. Poprzednim był stary doktor Meredith, prawda? 

Tata   kiedyś   o   nim   wspomniał.   –   Lindsay   starała   się   paplać   beztrosko,   ale   ogarnęło   ją 
przygnębienie. Głównym  powodem,  który przygnał  ją do północnej Walii, była  perspektywa 
odbycia szkolenia pod okiem Henry’ego Llewellyna, którego podziwiała od dzieciństwa. 

– Tym razem mam młodego wspólnika. Nazywa się Aidan Lennox, współpracuje ze mną już 

od trzech lat i jest świetnym lekarzem. Wpadnie później, żeby cię poznać. 

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu tobie i Megan. Sądzisz, że mogłabym gdzieś wynająć 

jakąś kawalerkę?

– Och, Megan na pewno by się to nie spodobało. 
– W jej stanie nie powinna martwić się o gości. Na pewno znalazłoby się w okolicy jakieś 

lokum... 

– Wątpię. W lecie turyści rezerwują wszystko z dużym wyprzedzeniem. 
– Mimo to spróbuję się rozejrzeć. 
– Cóż, jest jeszcze to mieszkanko nad poradnią – z wahaniem przyznał Henry. – Początkowo 

mieszkał tam Aidan, dopóki nie kupił domu, a teraz stoi puste. 

– A nie zamierzaliście go wynająć letnikom?
– Nigdy tego nie robimy z uwagi na bliskość poradni, więc ewentualnie mogłabyś tam się 

wprowadzić. 

– Doskonały pomysł. 
– Może najpierw porozmawiamy z Aidanem? – Henry wciąż miał zafrasowaną minę, jakby 

wszystkie jego plany wzięły w łeb. – Lecz tak czy owak, zostaniesz u nas przynajmniej na parę 
dni. Zaraz pokażę ci twój pokój. 

Sypialnia była ładna, choć skromniutka. Na ścianach wisiały szkice o tematyce japońskiej, 

przedstawiające   gejsze   i   pagody.   Okno   wychodziło   na   róg   ogrodu,   a   z   boku   było   widać 
kawalątek gór. Rozglądając się po tym wnętrzu, Lindsay pomyślała, że chyba nie ma tego złego... 
Przed   przyjazdem   tutaj   trochę   niepokoiła   się   koniecznością   zamieszkania   na   cały   rok   u 
Llewellynów.   Bardzo   ich   lubiła,   lecz   w   Londynie   już   zdążyła   przywyknąć   do   cudownej 
niezależności i wolałaby z niej nie rezygnować. A jako gość musiałaby pod pewnymi względami 
dostosować się do gospodarzy. Może więc będzie lepiej zająć owo mieszkanko nad poradnią. 

Wzięła   prysznic,   rozpakowała   się   i   przebrała.   Zamierzała   zejść   do   kuchni,   aby   pomóc 

Henry’emu przygotować kolację, gdy wychodząc z pokoju spotkała go na korytarzu. 

– Właśnie chciałem ci powiedzieć, że Megan się zbudziła. Niestety, nie siądzie z nami do 

stołu, ale pragnie cię zobaczyć. – Otworzył drzwi do sąsiedniej sypialni. – Megan, kochanie, 
Lindsay do ciebie zajrzy. 

Lindsay nie bardzo wiedziała, czego się spodziewać, lecz widok leżącej na łóżku kobiety 

okazał się szokujący. Gdy Lindsay widziała ją poprzednim razem, czyli kilka lat temu, Megan 

background image

Llewellyn była atrakcyjną brunetką z wielkimi, pełnymi ekspresji oczami, osobą energiczną i 
pełną życia. Obecnie prawie w niczym nie przypominała siebie z tamtego okresu. Nigdy nie była 
tęga   ani   nawet   pulchna,   lecz   dawniej   miała   tu   i   tam   stosowne   krągłości.   Natomiast   teraz 
wyglądała jak własny cień. Ciemne włosy mocno posiwiały, oczy straciły dawny blask. Tylko jej 
uśmiech się nie zmienił. 

–   Och,   Lindsay,   cudownie,   że   przyjechałaś.   –   Megan   wyprostowała   się,   nadstawiając 

policzek, a Lindsay serdecznie go ucałowała. Wokół Megan unosił się miły, kwiatowy zapach, 
równie delikatny jak ona sama. 

– Ja też się cieszę, że cię widzę, ale przykro mi z powodu twojego zdrowia. 
– Żałuję, że nie mogę odpowiednio cię powitać. 
– Zostawię was, dziewczyny, żebyście sobie pogawędziły, i zajmę się kolacją – oznajmił 

Henry. – Zjesz dzisiaj trochę mięsa, Megan?

– Raczej nie. Wystarczy sama zupa. 
– Nie masz apetytu? – Lindsay usiadła obok łóżka. 
–   Wcale.   –   Megan   przecząco   potrząsnęła   głową   i   z   wyraźnym   znużeniem   oparta   ją   o 

poduszki. – Henry strasznie się tym martwi, ale ja po prostu nie mogę nic przełknąć. 

– Podobno wszystko zaczęło się od grypy?
– Tak. Mówił ci, że podejrzewa zapalenie mózgu i rdzenia? Słyszałam o tej chorobie, ale 

byłam sceptycznie nastawioną. Teraz zmieniłam zdanie. – Megan westchnęła ciężko. 

–   Najgorsze   jest   to   bezustanne   zmęczenie.   Wystarczy   najmniejszy   wysiłek   i  już   padam. 

Dlatego praktycznie nic w domu nie robię. Ale... ale najbardziej żal mi Henry’ego. Zwaliło się na 
niego tyle stresu... 

– Nie wolno ci się poddawać. – Lindsay położyła  rękę na dłoni Megan. – Coraz więcej 

wiemy o tej chorobie i może już wkrótce zostanie  wynaleziony skuteczny lek. – Wstała, ze 
smutkiem patrząc na twarz Megan, która przymknęła oczy. 

– Zmęczyłam cię. Pójdę teraz sprawdzić, czy przydam się Henry’emu. Na razie, Megan. 
Na  palcach   wyszła  z  pokoju  i  cicho  zamknęła  za  sobą  drzwi. Byłą  wstrząśnięta   stanem 

kobiety, która chyba nawet nie usłyszała jej pożegnania. 

Schodząc na dół, stwierdziła, że Henry z kimś rozmawia. Pewnie ze swoim wspólnikiem, 

pomyślała, lecz po chwili głosy umilkły, a w kuchni ujrzała tylko jakiegoś obcego mężczyznę. 
Stał odwrócony do okna i patrzył na Henry’ego, który w ogrodzie karmił psy. 

– Dzień dobry – powiedziała. – Pan pewnie jest... Raptownie urwała, ponieważ nieznajomy 

się odwrócił. 

Był to ów farmer, którego spotkała najpierw w sklepie, a później na miejscu wypadku. Teraz 

wyglądał trochę inaczej, ponieważ zmienił kraciastą koszulę i dżinsy na beżowy, bawełniany golf 
i spodnie z oliwkowego drelichu. Tylko mina pozostała tak ponura, jak poprzednio. 

– Och... – Lindsay odzyskała głos. – Zdumiewające, że znów pana spotykam. 
– Doprawdy?

background image

– Jest pan przyjacielem Henry’ego?
– Przyjacielem? Można tak powiedzieć, choć nie zawsze się ze sobą zgadzamy. 
Lindsay trochę się zasępiła. Skoro ten facet przyjaźni się z Henrym, to dlaczego nic o tym nie 

wspomniał, gdy pytała o drogę?

– O, widzę, że już się znacie. – Do kuchni wszedł Henry, zdjął ubłocone kalosze i wsunął 

stopy w stare, skórzane kapcie. – Więc nie muszę was sobie przedstawiać?

– Prawdę mówiąc, dopiero zeszłam na dół. 
– W takim razie... – Henry popatrzył na nich. – Aidan, to jest Lindsay Henderson. Lindsay, 

kochanie, to mój wspólnik, Aidan Lennox. 

–   Twój...   wspólnik?   –   wymamrotała.   –   Ale...  sądziłam,   że...   –   Wpatrywała   się   w   niego 

oszołomiona, a ze spojrzenia niebieskich oczu wyczytała, że ten człowiek od początku wiedział, 
kim ona jest. W końcu jakimś cudem wzięła się w garść i uścisnęła podaną jej rękę. 

– Miło mi wreszcie panią poznać. – W tonie Aidana Lennoxa zabrzmiała ledwie słyszalna 

nuta kpiny. 

Zaklęła w duchu. Niech licho porwie tego typa. Nawet jeśli nie pomógł jej w sklepie, to 

później, przed przyjazdem karetki, powinien był przyznać, że jest lekarzem. A on pozwolił jej 
zrobić z siebie idiotkę. Najchętniej ostro wygarnęłaby mu, co o nim myśli. Już otworzyła usta, 
aby to zrobić, lecz Henry odezwał się pierwszy. 

– Liczę na to, że wasza współpraca będzie harmonijna – powiedział z nadzieją w głosie. 
Lindsay uznała, że lepiej  poczekać  z konfrontacją na dogodniejszy moment.  Nie chciała 

sprawić Henry’emu przykrości, kłócąc się teraz z Aidanem. Postanowiła jednak, że w stosownej 
chwili utrze mu nosa. Ale później, gdy gospodarz nalał im drinki, ogarnęło ją przygnębienie. 
Mogłaby pokazać Aidanowi, gdzie raki zimują, gdyby był tylko przyjacielem Henry’ego. Miała 
jednak   przez   rok   praktykować   pod   okiem   tego   antypatycznego   faceta,   musi   więc   jakoś   go 
tolerować. Nie ucieszył jej ten wniosek. 

Podczas kolacji panowała sztywna atmosfera, lecz Henry na szczęście chyba  nie zdawał 

sobie   z   tego   sprawy.   Natomiast   Lindsay   natychmiast   wyczuła   niechęć   Aidana,   gdy   zaczęli 
rozmawiać o jej życiu w Londynie. Odniosła przemożne wrażenie, że młody lekarz ma jej za złe 
tamtejsze luksusy – zupełnie jakby były one jakąś zbrodnią. 

–   Lindsay   najchętniej   zamieszkałaby   gdzieś   indziej   –   powiedział   Henry,   gdy   skończyli 

posiłek. – Może w tym mieszkaniu nad poradnią. Co ty na to, Aidan?

– Wszystko mi jedno – odparł, wzruszając ramionami. 
– Było ci tam wygodnie, prawda?
– Tak, aleja mam skromne wymagania. Ten lokal z pewnością nie umywa się do rezydencji 

w londyńskim Chelsea. 

Lindsay poczuła na policzkach gorący rumieniec gniewu. 
–   Dom   w   Chelsea   należy   do   mojego   ojca   –   wycedziła   lodowato.   –   Ja   mam   własne 

mieszkanie w Fulham. 

background image

– Zapewne równie wygodne? – Aidan znów uniósł brwi, co Lindsay doprowadzało do szału. 
– Och, w to nie wątpię – dobrodusznie stwierdził Henry, całkiem nieświadomy podtekstów w 

tej wymianie zdań. – Richard kupił ci je na dwudzieste pierwsze urodziny, prawda?

– No... tak – przyznała niechętnie. 
–   Chyba   niewielu   stażystów   żyje   na   takiej   wysokiej   stopie   –   cierpkim   tonem   zauważył 

Aidan. – Prawdę mówiąc, dziwię się, że raczyła pani zaszczycić nas swoją obecnością w takim 
skromnym zakątku jak Tregadfan. Czy gabinet na ulicy Harley nie byłby bardziej odpowiedni?

– Cóż, oferowano mi pracę właśnie tam – parsknęła, urażona zarówno tonem, jak i słowami 

Aidana. – Ale nie przyjęłam tej propozycji. 

– Wolałaś kawałek prawdziwego świata, co? – Henry zaśmiał się pogodnie. 
– Tego pani tutaj nie zabraknie – enigmatycznie oświadczył Aidan. – A skoro jesteśmy przy 

tym temacie... Musi pani coś zrobić ze swoim ślicznym autkiem. 

– A czegóż to mu brakuje? – Lindsay spiorunowała go wzrokiem. 
– Niczego, moja droga – pośpiesznie wtrącił Henry. – Ale to pojazd dobry w Londynie, 

natomiast niezbyt nadaje się do jazdy po tutejszych drogach. Chyba właśnie to chciał powiedzieć 
Aidan, prawda?

– Henry jeździ dżipem, a ja landroverem. 
– Tym ubłoconym – syknęła Lindsay. – Myślałam, że jest pan farmerem. 
– To byłoby coś złego? – wyzywająco spytał Aidan. 
– Nie, skądże. 
– W tej okolicy jest wielu farmerów, panno Henderson. Jeśli ma pani tu zostać, to lepiej do 

nich przywyknąć. 

– Chwileczkę, moi drodzy! – zawołał Henry, przerywając to preludium kłótni. – Czy wy się 

przypadkiem nie znacie?

– Tak – odparła Lindsay. – Spotkaliśmy się w sklepie, gdzie pytałam o drogę, a ten pan... 
– I potem na miejscu małego wypadku  – gładko wtrącił Aidan – gdy pani tak ochoczo 

pośpieszyła z fachową pomocą. 

– Coś takiego! – Henry pokręcił głową. – Trzeba było mi powiedzieć. – Wstał zza stołu, 

nadal trochę zakłopotany. – Wybaczcie, muszę zajrzeć do Megan, ale jestem pewien, że macie o 
czym pogadać. 

Wyszedł z jadalni i zamknął za sobą drzwi, ku przerażeniu Lindsay zostawiając ją samą z 

Aidanem Lennoxem. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Dlaczego od razu pan się nie przedstawił? – agresywnym tonem spytała Lindsay. 
Aidan w zamyśleniu patrzył na coś za oknem i miał taką minę, jakby przebywał we własnym, 

odległym świecie. Zirytowana tym milczeniem Linsday właśnie zamierzała powtórzyć pytanie, 
gdy Aidan wreszcie skierował wzrok na nią. 

– Nie rozumiem – odparł krótko. 
– Wtedy, w sklepie. Musiał pan się zorientować, kim jestem, kiedy spytałam o drogę. 
– Dlaczego? Turyści często błądzą. 
– Uznał mnie pan za turystkę? Ilu turystów szuka Henry’ego Llewellyna?
– Oni zawsze szukają lekarza. 
– Przypuśćmy, że tak. Ale dlaczego później, na drodze, nie zdradził się pan ani słowem, 

tylko pozwolił mi zrobić z siebie idiotkę?

– Hm... Nie miałem pojęcia, że robi pani z siebie coś takiego. 
– Przecież ci ludzie wiedzieli, że jest pan lekarzem. Wystarczyło tylko o tym wspomnieć, a 

nie zachowałabym się jak... 

– Jak kto?
– No cóż... nie pchałabym się tam, gdzie mnie nie chcą. 
– O ile dobrze pamiętam, wepchnęła się pani, zanim zdążyłem się odezwać. 
– Tak czy owak, mógł pan powiedzieć... 
– Była pani zanadto napalona na dobry uczynek. 
– Ale wtedy chyba już pan się zorientował, kim jestem. 
– I owszem – przyznał bez entuzjazmu, wzruszając ramionami. 
– Więc czemu pan to przemilczał?
– Właśnie wtedy przyjechała karetka i poproszono panią o przestawienie samochodu. 
To prawda, pomyślała. Aidan Lennox udzielił sensownych odpowiedzi na każde jej pytanie. 

Dlaczego  więc miała  niemiłe  wrażenie,  że od początku  wiedział,  kim ona  jest i  celowo nie 
ujawnił swojej tożsamości?

– Dotarła pani na miejsce i tamte incydenty nie mają żadnego znaczenia, więc równie dobrze 

można o nich zapomnieć. 

–   Pewnie   tak   –   przyznała.   –   Ale   nasza   znajomość   źle   się   rozpoczęła,   i   to   całkiem   bez 

powodu. 

– A pani wolałaby rozpocząć ją lepiej?
–   Nie   byłoby   w   tym   nic   złego,   panie   Lennox.   –   Mierząc   go   gniewnym   spojrzeniem, 

zauważyła   małą,   trójkątną   bliznę   na   policzku.   Pewnie   zdzieliła   go   w   twarz   jakaś   krewka 
kobietka, kiedy też wyprowadził ją z równowagi. – Zwłaszcza że podobno ma pan kierować moją 

background image

praktyką. 

– Owszem. Czy ta wiadomość panią rozstroiła?
– Tak, skoro musi pan wiedzieć, ale... – Nie dokończyła, bo do pokoju wrócił Henry. 
– Wybaczcie, że tak długo mnie nie było. 
– Jak się czuje Megan? – spytał Aidan. 
– Nie najlepiej. – Henry westchnął ciężko. 
– Zajrzę do niej przed wyjściem. 
–   Aidan   jest   naszym   lekarzem   rodzinnym   –   wyjaśnił   Henry   na   widok   zdumionej   miny 

Lindsay. 

–   Naprawdę?   –   Nie   mogła   pojąć,   dlaczego   Llewellynowie   chcą   przyjaźnić   się   z   tym 

irytującym facetem, nawet jeśli jest on wspólnikiem Henry’ego. 

–   Pewnie   mieliście   o   czym   rozmawiać.   –   Henry  przyniósł   z   kuchni   ekspres   do   kawy  i 

postawił   go   na   stole.   –   Wspomniałem   Lindsay,   że   weźmiesz   ją   pod   swoje   skrzydła.   Nie 
planowaliśmy tego, ale choroba Megan całkiem nas zaskoczyła. 

– Nadal  sądzę, że  w tej  sytuacji  moja  obecność to dla  ciebie  za  duży kłopot,  Henry.  – 

Lindsay wzięła od niego filiżankę. – Dlatego uważam, że powinnam wrócić do Londynu. 

Ta perspektywa nagle wydała się jej kusząca. Wszystko było lepsze niż współpraca z takim 

niemiłym osobnikiem, jak doktor Aidan Lennox. 

Henry jednak był innego zdania. 
– Nonsens – zawyrokował.  – Nie widzę powodów, dla których  miałabyś  stąd wyjechać. 

Zwłaszcza jeśli Aidan zgodził się tobą zająć. Poza tym przyda się nam dodatkowa para rąk do 
pracy. 

– Ale nie będę dla ciebie tylko obciążeniem? – Lindsay starała się omijać Aidana wzrokiem. 
– Wręcz przeciwnie. Jesteś już dyplomowanym lekarzem i masz kwalifikacje, więc bardzo 

nam pomożesz. 

– Tak sądzisz? – spytała z powątpiewaniem. Nie umknęło jej uwagi, że Aidan ani słowem nie 

poparł Henry’ego. 

– Oczywiście – z przekonaniem zapewnił Henry. – Wiesz, że w obecnych okolicznościach 

chętnie sceduję na ciebie część obowiązków. Na przykład niektóre nocne dyżury. Ostatnio parę 
razy musiałem zostawić Megan samą, kiedy wezwano mnie do pacjenta. Nie mogłem przecież 
wysługiwać się Aidanem, jeśli poprzedniej nocy był na nogach. Zaś abstrahując od tego, po 
prostu   nie   mogę   pozwolić   ci   wrócić   do   domu,   Lindsay.   Przecież   zrezygnowałaś   z   pracy   w 
Londynie   i   przewróciłaś   swoje   życie   do   góry   nogami,   żeby   przyjechać   na   rok   tutaj.   Co 
pomyślałby sobie twój ojciec?

– Na pewno by zrozumiał... 
– Nie ma o czym mówić. – Henry zaczął sprzątać ze stołu. – Już i tak zgodziłem się na dwie 

zmiany: Aidan zajmie się twoją praktyką, a ty zamieszkasz nad poradnią. Nie pójdę na dalsze 
ustępstwa. 

background image

– Skoro tak... – Lindsay bezradnie wzruszyła ramionami, nadal unikając wzroku Aidana. – 

Kiedy miałabym zacząć?

–   Jak   najszybciej.   –   Ulga   w   głosie   Henry’ego   była   prawie   namacalna.   –   Jutro   rano 

pojedziemy do poradni, rozejrzysz się tam, a potem Bronwen pokaże ci mieszkanie. 

– Kto to jest Bronwen? – Przelotnie zerknęła na Aidana i dostrzegła na jego kamiennej 

twarzy cień uśmiechu. 

– Bronwen? Cóż, ona niańczy nas wszystkich – odparł Henry. – Jest jakby recepcjonistką i 

szefową administracji w jednej osobie. Nie wiem, co byśmy bez niej zrobili. Prawda, Aidan?

– Bronwen właściwie wszystkim rządzi – oświadczył Aidan bez mrugnięcia okiem. – Można 

ją wkurzyć wyłącznie na własne ryzyko. 

– Chyba przemawia przez pana doświadczenie – cierpkim tonem zauważyła Lindsay. 
– Och, Aidan parę razy starł się z naszą Bronwen. – Henry zaśmiał się dobrodusznie. 
Wkrótce potem Lindsay wymówiła się zmęczeniem i poszła do swojego pokoju. Marzyła 

tylko o tym, aby paść na łóżko i usnąć. Miała za sobą męczącą podróż, a po przyjeździe do 
Tregadfan wszystko okazało się inne, niż się spodziewała. Dlatego nie czekała z utęsknieniem na 
pierwszy dzień swojej praktyki, musiała jednak zadowalająco dostosować się do nowej sytuacji. 
Zanim odpłynęła w słodki sen, powzięła postanowienie, że nie da się zastraszyć ani Aidanowi 
Lennoxowi,  ani  groźnej  Bronwen,  nie  mówiąc  o  innych   mieszkańcach  tej   dosyć  dziwacznej 
wioski. 

Nazajutrz rano zbudził ją deszcz głośno bębniący o dach. Przez chwilę zastanawiała się, 

gdzie jest. Zaraz sobie przypomniała i z jękiem ukryła twarz w poduszce. 

– Jak się masz, Lindsay – powitał ją Henry, gdy w nienajlepszym humorze zeszła do kuchni. 

Uśmiechał   się   ciepło,   lecz   wyglądał   na   zmęczonego.   Może   musiał   zajmować   się   Megan, 
pomyślała Lindsay. – Dobrze spałaś?

– Jak suseł. A co u Megan? – Lindsay nalała sobie kawy i zrobiła grzankę. 
– Nie czuje się zbyt dobrze. Całą noc bolały ją mięśnie, ale teraz śpi. 
– Może być sama?
–   Niedługo   przyjdzie   nasza   pomoc.   To   bardzo   pracowita   osoba.   Zrobi   wszystko,   czego 

Megan sobie zażyczy,  a ja wpadnę do domu w porze lunchu. – Henry zostawił gościa przy 
śniadaniu, a sam wyszedł z psami. Po powrocie rozmawiał z kimś przez telefon, a potem zajrzał 
do kuchni. – Gotowa do wyjścia?

Lindsay skinęła głową, pospiesznie dopiła kawę i wzięła z holu żakiet, torbę oraz kluczyki. 
– Może pojedziesz ze mną dżipem? – Henry cicho zamknął frontowe drzwi. 
Lindsay   skrzywiła   się,   przypomniawszy   sobie   drwiącą   uwagę   Aidana   na   temat   jej 

sportowego auta. 

– Nie przejmuj się Aidanem – poradził jej Henry parę minut później, gdy jechali do wsi. 

Nadal lało jak z cebra, a góry spowijała gęsta mgła. – Niełatwo go poznać, ale warto trochę się 

background image

wysilić, bo to porządny chłopak. 

– Będę o tym pamiętać, kiedy znów zacznie mi wypominać moją uprzywilejowaną pozycję 

w społeczeństwie – mruknęła z przekąsem. 

– Nie miej mu tego za złe. Aidan jest na tym punkcie nieco przewrażliwiony, bo jego droga 

do dyplomu lekarza ze względów finansowych była usłana raczej kolcami. Parę razy omal nie 
musiał zrezygnować ze studiów. 

– Rozumiem więc jego postawę, ale to przecież nie moja wina. Podobnie jak fakt, że mam 

ojca, który odnosi sukcesy i jest zamożny. Co zresztą nie miało żadnego wpływu ma moje studia. 
Musiałam wkuwać tak samo jak inni, żeby zdać egzaminy. 

– Niewątpliwie. Mówię tylko, żebyś nie pozwoliła Aidanowi wyprowadzić się z równowagi. 
Łatwo powiedzieć, pomyślała, gdy minęli kaplicę i skręcili na niewielki dziedziniec przed 

wysokim budynkiem z szarego kamienia. 

W recepcji siedziała drobna szatynka w trudnym do zdefiniowania wieku, prawdopodobnie 

między trzydziestką a czterdziestką. Przeglądała pocztę i na moment podniosła wzrok, gdy Henry 
i Lindsay weszli do środka. Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, z sąsiedniego pomieszczenia 
wynurzyła   się   młoda   dziewczyna   z   długimi   włosami   w   szaroburym   kolorze.   Miała   z   lekka 
przerażona  minę,  a w  obu rękach  trzymała  tacę  z  trzema  kubkami  pełnymi  parującej  kawy. 
Ostrożnie podeszła do biurka i z ulgą postawiła tacę na blacie. 

– Och, doktor Llewellyn! – zawołała. – Nie wiedziałam, że pan przyjechał. Zaraz zaparzę 

więcej kawy. Już lecę. 

– Zaczekaj chwilę, Gwynneth – poprosił Henry. – Dobrze, że jesteście tu obie. Chciałbym 

wam przedstawić doktor Lindsay Henderson. – Odwrócił się i ujął ją za łokieć. – Lindsay, moja 
droga, nasza przychodnia funkcjonuje dzięki tym dwóm paniom. Oto Gwynneth, która przyszła 
do nas niedawno i jeszcze wszystkiego się uczy, a to jest... – wskazał kobietę za biurkiem – nasza 
Bronwen. Pracuje u nas od wieków i ma sprawy poradni w jednym palcu. Jeśli będziesz chciała 
czegoś się dowiedzieć, wystarczy, że spytasz Bronwen. 

A więc to jest ta osławiona Bronwen. Lindsay nie bardzo wiedziała, czego się spodziewała – 

chyba   raczej   Amazonki   o   imponującej   posturze,   a   nie   takiej   malutkiej   kobietki,   która   ze 
śmiertelnie poważną miną skinęła głową. 

Po   dokonaniu   prezentacji   Henry   spytał,   czy   już   przyszedł   doktor   Lennox.   Gwynneth 

otworzyła usta, aby odpowiedzieć, lecz Bronwen nie dała jej dojść do słowa. 

– Tak – odparła cierpko. – Już był,  ale poszedł do pubu, żeby sprawdzić, jak czuje się 

Thomas. Podobno rozedma daje mu się we znaki. Doktor Lennox powiedział, że zaraz wróci. 

– Przekaż mu, że jesteśmy u mnie. Aha, jeszcze jedno. Czy gabinet doktor Henderson jest 

gotowy?

– Oczywiście – lodowato wycedziła kobieta, jakby poczuła się urażona pytaniem. 
–   Dobra   robota,   Bronwen,   ale   później   musimy   porozmawiać,   ponieważ   nastąpią   pewne 

zmiany w pierwotnym planie. 

background image

– Tak? – Recepcjonistka zmierzyła szefa przenikliwym spojrzeniem. – A jakież to zmiany?
– Dowiesz się po powrocie doktora Lennoxa. – Ton Henry’ego wyraźnie sugerował, że na 

razie kwestia jest zamknięta. 

Bronwen zrobiła bardzo niezadowoloną minę. Najwyraźniej  nie lubiła dowiadywać  się o 

czymś jako ostatnia. Natomiast Gwynneth sprawiała wrażenie wręcz przerażonej, co także nie 
umknęło uwagi Lindsay. Tymczasem ruszyła za Henrym w głąb korytarza. 

– Ja przyjmuję tutaj. – Henry otworzył drzwi do przestronnego pomieszczenia we frontowej 

części budynku. – Aidan ma gabinet naprzeciwko, a twój jest tam. – Poprowadził ją wąskim 
przejściem na tyły przychodni. – Poprzedni właściciele tego domu mieli tu jadalnię. 

Pokój nawet w deszczowy dzień był jasny, ponieważ dużo światła wpadało przez wielkie 

balkonowe drzwi prowadzące do pełnej roślin oranżerii oraz przez okno wychodzące na mały, 
lecz ładny ogródek otoczony kamiennym murkiem, za którym w oddali rysowała się panorama 
gór. Przy oknie stało duże, dębowe biurko, na nim – komputer, zaś w rogu – kozetka do badania 
pacjentów, częściowo osłonięta białą zasłonką. 

– Mam nadzieję, że będzie ci tu wygodnie – z nutą niepokoju w głosie powiedział Henry. 
– Oczywiście – pospiesznie zapewniła Lindsay. – To śliczny pokój. Chcesz, żebym od razu 

zaczęła przyjmować pacjentów?

– Raczej tak, chociaż lepiej najpierw ustalić wszystko z Aidanem. 
– A co z mieszkaniem? Mogłabym je obejrzeć?
– Tak, ale wysłałem tam panią Jones, żeby zrobiła w nim porządek, trochę je przewietrzyła i 

sprawdziła, czy niczego nie brakuje. Poczekaj, aż skończy. 

–   Czy   to   coś,   o   czym   powinnam   wiedzieć?   –   spytała   od   drzwi   Bronwen,   która 

niepostrzeżenie weszła do gabinetu. 

– Chodzi o jedną ze zmian, o których wspomniałem. Moja żona niedomaga, więc doktor 

Henderson   postanowiła   nam   nie   przeszkadzać.   Prawdopodobnie   zamieszka   na   górze,   ale 
najpierw pani Jones musi tam posprzątać. 

– Niby dlaczego? Na górze jest idealnie czysto. 
– Och, nie wątpię, ale przecież trzymaliśmy tam różne rzeczy... 
– Tylko stare karty – lodowato wycedziła Bronwen. 
–   Ale   warto   wpuścić   trochę   świeżego   powietrza   –   zniecierpliwionym   tonem   oświadczył 

Henry. – O, Aidan, dobrze, że jesteś – powitał wchodzącego wspólnika. – Właśnie mówiłem 
Bronwen, że Lindsay chyba zajmie mieszkanko na piętrze. 

– Ach, tak. – Aidan popatrzył na nich troje i chyba wyczuł napiętą atmosferę, – Dzień dobry 

– powitał Lindsay i zwrócił się do Henry’ego: – Powiedziałeś też Bronwen, że nie ty będziesz 
szkolił Lindsay?

– Jeszcze nie. Uznałem, że lepiej poczekać z tym na ciebie. 
– Już jestem, więc wyjaśnijmy wszystko do końca. Bronwen, ustaliliśmy, że to ja zajmę się 

szkoleniem doktor Henderson, a nie doktor Llewellyn. 

background image

Z zachowania obu mężczyzn  Lindsay wywnioskowała,  że recepcjonistka  zareaguje  na tę 

wiadomość w szczególny sposób. I rzeczywiście – kobieta najwyraźniej się zdziwiła i zirytowała, 
lecz zaraz na jej twarzy pojawił się wyraz obojętności. 

– Kiedy została powzięta ta decyzja? – spytała. 
– Dwa tygodnie temu – odparł Henry. 
– Byłoby miło, gdyby mnie o tym poinformowano. 
– Postanowiliśmy najpierw pomówić o tym z doktor Henderson. Na szczęście zaakceptowała 

tę zmianę. Doktor Lennox także. 

– Jaki będzie rozkład dyżurów? – Bronwen pytająco spojrzała na Aidana. 
– Trzeba je zaplanować. Może już teraz?
– Chodźmy do mnie – zaproponował Henry. – Bronwen. zechcesz przynieść nam kawę?
Kobieta mruknęła coś niezrozumiale i poszła do recepcji, a Henry i Aidan zrobili skruszone 

miny. Chwilę później, gdy we troje siedzieli w gabinecie Henry’ego, Bronwen wniosła tacę z 
trzema kubkami, mlekiem i cukrem. 

– Mam zostać? – spytała, stawiając ją na biurku szefa. 
– Nie – odparł. – Nie powinniśmy zabierać ci czasu. O tej porze zawsze jesteś bardzo zajęta. 

Ale obiecuję niezwłocznie zawiadomić cię o wszelkich decyzjach. 

Recepcjonistka   skwitowała   jego   słowa   wymownym   prychnięciem   i   wyszła   z   pokoju, 

ostentacyjnie głośno zamykając za sobą drzwi. 

– Czemu jej na to pozwalacie? – Lindsay nie posiadała się ze zdumienia. 
– Na co? – Aidan nalał do swojej kawy trochę mleka i sięgnął po cukierniczkę. 
– Narządzenie. 
– To pozory – mruknął Henry. 
– Jej się tylko zdaje, że ma tutaj władzę – dodał Aidan, a Lindsay kolejny raz dostrzegła na 

jego twarzy cień uśmiechu. 

–   Bronwen   to   wspaniała   pracowniczka   –   zapewnił   Henry.   –   A   w   tej   okolicy   trudno   o 

wykwalifikowany   personel,   bo   młodzi   uciekają   do   miasta.   Dlatego   rzeczywiście   pozwalamy 
Bronwen trochę się szarogęsić. – Henry upił łyk kawy, skrzywił się i ją dosłodził. – Ale do 
rzeczy, moi drodzy. Aidan, kiedy poprzednio rozmawialiśmy na ten temat, zgodziłeś się ze mną, 
że Lindsay powinna przyjmować tylko dodatkowych pacjentów. Nadal tak sądzisz?

– Tak.  – Aidan spojrzał  na Lindsay.  – Z uwagi na  czas  trwania  praktyki  nie ma  sensu 

przydzielać pani miejscowych pacjentów. Dlatego proponuję, żeby zajmowała się pani chorymi 
turystami, którzy w lecie nawet przez tydzień nie potrafią obejść się bez pomocy lekarza. 

– I tylko na tym polegałyby moje obowiązki? – Lindsay nie tego się spodziewała. – Nie 

nauczę się, jak być lekarzem rodzinnym, opatrując stłuczone kolana urlopowiczów. 

–   Miałabyś   na   głowie   również   inne   sprawy   –   pośpiesznie   zapewnił   Henry.   –   Często 

przychodzi więcej pacjentów, niż możemy przyjąć. W takim przypadku kierowalibyśmy ich do 
ciebie. Mogłabyś też przejąć część naszych wizyt domowych. 

background image

– Chcecie, żebym od razu się za to wzięła? – spytała bez większego entuzjazmu. Obawiała 

się, że będzie zwyczajnym popychadłem. 

– To zależy od Aidana. 
– Może najpierw mi pani poasystuje, żeby się zorientować, co i jak, poznać tutejszych ludzi. 

Potem się zamienimy i ja popatrzę, jak pani sobie radzi. A na wizyty domowe będzie pani jeździć 
i z Henrym, i ze mną. Zgadzasz się, Henry?

– Oczywiście. Nie pozwolimy ci, Lindsay, zgubić drogi na jakiejś odległej górskiej przełęczy 

– ze śmiechem oświadczył Henry. – A propos, musimy załatwić ci jakiś odpowiedni samochód, 
żebyś... – Urwał, słysząc dzwonek interkomu. 

– Tak, Bronwen? – spytał z westchnieniem, nacisnąwszy przycisk. 
– W poczekalni jest wielu pacjentów, doktorze Llewellyn – z pretensją w głosie oznajmiła 

recepcjonistka. – Co mam im powiedzieć?

– Nic, Bronwen. Zaczynamy dyżur. 
– A gdzie będzie przyjmować doktor Henderson?
– Wraz z doktorem Lennoxem. 
Głośne kliknięcie oznaczało, że Bronwen wyłączyła aparat, a Henry parsknął śmiechem. 
– Najwyższy czas wziąć się do roboty, moi drodzy. 
– Fakt – przyznał Aidan. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Gabinet Aidana również okazał się duży, a jego integralną częścią był dodatkowy pokoik do 

badania pacjentów. Aidan wskazał Lindsay krzesło i przez parę minut zapoznawał ją z tajnikami 
systemu komputerowego. 

– Nie oczekuję, że od razu wszystko pani zapamięta. 
– To żaden problem – stwierdziła lekkim tonem. – W szpitalu, gdzie pracowałam, mieliśmy 

ten sam system. 

– Ale nie mieliście naszej Gwynneth. 
– Nie rozumiem. 
– Ona w jednej chwili umie niechcący wyczyścić sporo plików. 
– Ach tak... – mruknęła Lindsay i w tej samej chwili do gabinetu weszła Gwynneth z kartami 

w ręce. 

– O wilku mowa – mruknął Aidan. – Właśnie wspomniałem o tobie. 
–   Naprawdę?   –   Dziewczyna   natychmiast   się   zarumieniła.   Zdaniem   Lindsay   chyba   z 

zadowolenia, że była obiektem ich uwagi. 

– Tak. Uprzedziłem doktor Henderson, jak wspaniale sobie radzisz z komputerem. 
–   Och...   –   Rumieniec   Gwynneth   jeszcze   się   pogłębił.   –   Staram   się,   ale   nie   zawsze   mi 

wychodzi. Czasem przez pół dnia wprowadzam dane, a potem wystarczy jedno głupie kliknięcie i 
wszystko gdzieś znika. 

– To dzisiejsze zapisy? – spytał Aidan. 
– Co?
– Te karty. 
–   Aha.   Tak,   proszę   bardzo.   Chyba   zapomniałam,   po   co   tu   przyszłam.   –   Gwynneth 

uśmiechnęła się marzycielsko i umknęła z pokoju. 

– Jak pani widzi, Gwynneth nie zawsze bywa w pełni przytomna. Ale ma dobre intencje. 
– Nie wątpię. 
–   Jeśli   jest   pani   gotowa,   to  zaczynajmy.   –  Nacisnął   przycisk,   aby  brzęczykiem   wezwać 

pierwszego pacjenta z porannej listy. 

Lindsay dyskretnie przyglądała się doktorowi Lennoxowi. Dzisiaj miał na sobie granatowy, 

bawełniany sweter i beżowe spodnie. Ona zaś wystroiła siew czarny kostium i wytworną, białą 
bluzkę. Teraz doszła do wniosku, że na tę okazję jest o wiele za elegancka i w pracy powinna 
nosić odzież w mniej wyrafinowanym stylu. 

–   Cześć,   Hew.   –   Aidan   skinął   głową   wchodzącemu   do   gabinetu   starszemu   panu,   który 

podejrzliwie łypnął na Lindsay. – Poznaj doktor Lindsay Henderson. Będzie u nas pracować 
przez pewien czas. 

background image

– Mówisz, że to lekarka?
– Oczywiście. Ma wszelkie kwalifikacje i przyjechała do nas aż z Londynu. 
– Dzień dobry, panie Griffiths – odezwała się Lindsay. 
–   Z   Londynu,   powiadasz?   –   Hew   zignorował   słowa   powitania.   –   Mój   ojczulek   zawsze 

powtarzał, że stamtąd nie przychodzi nic dobrego. A sądząc po tym, co piszą w gazetach, chyba 
niewiele się zmieniło. Londyn to siedlisko wszelkiego zła. 

– Przesadzasz, Hew – stanowczo stwierdził Aidan, lecz Lindsay odniosła wrażenie, że jest 

rozbawiony uwagami staruszka. – A teraz mów, co ci dolega. 

– Przy niej? – Griffiths popatrzył na Lindsay. 
– Oczywiście. – Aidan skinął głową, a pacjent wziął głęboki oddech i zaczął szybko mówić 

po walijsku. – Nie, Hew – zaprotestował Aidan. – Po angielsku. 

Hew znów wrogo spojrzał na Lindsay i wymruczał pod nosem parę zdań – tak niewyraźnie, 

że równie dobrze mogłoby to być w każdym języku. 

– A więc ostatnio oddajesz mocz częściej niż zwykle?
– Aidan postanowił przyjść Lindsay z pomocą. – Głównie w nocy, czy w dzień?
– W nocy – mruknął Hew. 
– Strumień jest stały?
Hew zaprzeczył ruchem głowy, nie patrząc na Lindsay. 
– Czyli trochę przerywany?
Tym razem Hew odpowiedział twierdząco, lecz też bez słów. 
– Będę musiał cię zbadać, Hew. Idź do tamtego pokoju i zdejmij spodnie. 
Starszy pan z przerażeniem zerknął na Lindsay. 
– Spokojnie, Hew, ja się tobą zajmę – zapewnił Aidan. 
– Zgadza się pani, prawda?
– Oczywiście.  Rozumiem, że pacjenci muszą trochę oswoić się z moją obecnością. Oby 

później, gdy będę przyjmować własnych, nabrali do mnie zaufania. 

– Na pewno wkrótce się przekonają, że jest pani dobrym lekarzem. Na razie, widząc panią ze 

mną, pewnie sądzą, że mają do czynienia z jakąś studentką. – Aidan poszedł do pokoju badań i 
starannie zamknął za sobą drzwi. 

Lindsay w zamyśleniu rozejrzała się po gabinecie. Najchętniej znów znalazłaby się na ostrym 

dyżurze londyńskiego szpitala, gdzie do niedawna pracowała. Tam nikt nie miał najmniejszych 
wątpliwości, że jest lekarką: wystarczyło, że nosiła biały fartuch i zawieszony na szyi stetoskop. 
A pacjenci cieszyli się z prostego faktu, że wreszcie zostali przyjęci. Ale cóż, nikt jej nie zmuszał 
do odbywania rocznego stażu właśnie w Walii. Sama podjęła decyzję i powinna pogodzić się z 
tym, że nic nie wygląda tutaj tak, jak się spodziewała. 

Może   należałoby   włożyć   nieco   wysiłku   w   proces   adaptacji   do   miejscowych   realiów. 

Postanowiła, że nie będzie jeździć swoim sportowym samochodem oraz zafunduje sobie trochę 
praktycznej garderoby w stylu odpowiednim dla mieszkanki górskiej wioski. 

background image

Lecz   obserwując   Aidana,   który   wrócił   i   właśnie   mył   ręce,   poczuła   przypływ   irytacji. 

Dlaczego właśnie ona ma się do wszystkiego dostosowywać? Przecież to nie jej wina, że tyle 
rzeczy   niemile   ją   zaskoczyło.   Na   przykład   to,   że   będzie   praktykować   pod   okiem   niezbyt 
sympatycznego człowieka. 

Była strasznie sfrustrowana, więc dopiero po chwili uświadomiła sobie, że Aidan coś do niej 

mówi, ona zaś nie usłyszała ani słowa. Właśnie się zastanawiała, czy poprosić go, aby powtórzył, 
gdy on spojrzał na nią przez ramię. 

– No więc? Co by pani zrobiła?
– Słucham?... Chodzi o pana Griffithsa?
– A o kogo innego mógłbym pytać?
– Nie zbadałam go. 
– Właśnie dlatego powiedziałem pani o moich spostrzeżeniach. 
– Ach tak... – Poczuła na twarzy rumieniec zakłopotania. 
– Mam wszystko powtórzyć?
– Bardzo proszę – wymamrotała. 
– Stwierdziłem powiększenie gruczołu krokowego. 
Aidan patrzył na nią wyczekująco, a ją to spojrzenie dziwnie rozstroiło. Musiała skarcić się 

w duchu za brak koncentracji i w końcu jakoś zdołała wziąć się w garść. 

– Zaleciłabym wykonanie analizy krwi i skierowała pacjenta do specjalisty. 
Do gabinetu wrócił Hew Griffiths, toteż Aidan tylko skinieniem głowy wyraził aprobatę i 

usiadł za biurkiem. 

– Zamierzam wysłać cię do specjalisty, Hew. 
– Co? – Starszy pan najwyraźniej się przeraził. – Jestem aż taki chory?
– Może wcale nie jesteś chory, ale trzeba wszystko sprawdzić, żeby się upewnić. 
– To jaki pożytek jest z was dwojga, skoro sami nic nie wiecie? Chyba powinienem pójść do 

doktora Lleweliyna. 

– Powiedziałby dokładnie to samo. 
– Czyli muszę się tłuc aż do Bangor? – Hew nie był tym zachwycony. 
– Twój syn na pewno cię zawiezie. Dam ci też skierowanie na badanie krwi. 
Aidan zajął się pisaniem, więc tylko Lindsay zauważyła zmartwioną minę staruszka. 
– Nie ma powodów do niepokoju, panie GrilTiths – zapewniła łagodnie. – Te analizy to 

naprawdę głupstwo. 

– A niby kto je wykona? Judith? Lindsay musiała przyznać, że nie wie. 
– Ale z pani pociecha! – kpiąco prychnął He w. – Nic nie wie, a uważa się za lekarkę!
– Zanim wyjdziesz, daj to recepcjonistce, Hew. – Aidan wręczył mu skierowanie na analizę 

krwi.   –   Będziesz   musiał   umówić   się   z   Judith,   bo   nie   przychodzi   do   nas   codziennie.   A 
zawiadomienie o terminie wizyty u specjalisty dostaniesz pocztą. 

Hew opuścił gabinet, mrucząc coś pod nosem, a Lindsay pytająco spojrzała na Aidana. 

background image

– Dowiem się teraz, kim jest Judith?
– Naprawdę pani o niej nie słyszała?
– Oczywiście, że nie. 
– Proszę mi wybaczyć. Przypuszczałem, że Henry coś o niej wspomniał. Ale on ma ostatnio 

tyle   na   głowie...   Judith   to   nasza   pielęgniarka.   Pracuje   na   pół   etatu   u   nas   i   w   poradni   w 
Betwsycoed. Wkrótce się tu zjawi, więc ją pani pozna. – Aidan znów włączył brzęczyk. – A teraz 
do roboty, bo inaczej ten dyżur nigdy się nie skończy. 

– Oby następny pacjent mniej wybrzydzał na obecność praktykantki. 
– Proszę nie mieć ludziom za złe, że trochę się jeżą. Jest pani tu nowa. 
– A na dodatek z Londynu. – Lindsay skrzywiła się pociesznie. 
– Proszę poczekać, aż to się rozniesie. Pacjenci będą walić do pani drzwiami i oknami. 
– Nie liczyłabym na to, dokto... – Urwała, bo ktoś zapukał do drzwi. 
Do gabinetu weszła młoda matka z niemowlęciem. Trochę zdziwiła się na widok Lindsay, 

lecz po paru słowach wyjaśnień już się uśmiechała, zadowolona z tego, że ma do czynienia z 
kobietą. Uskarżała się bowiem na bolesność piersi po każdym karmieniu. Pod koniec wizyty 
zwracała   się   wyłącznie   do   Lindsay,   a   Aidan   tylko   się   przysłuchiwał.   Pozwolił   też   swojej 
praktykantce   wystawić   receptę   na   specjalny   krem   do   smarowania   sutek   oraz   tabletki 
przeciwbólowe. 

– No proszę – powiedział po wyjściu kobiety. – Ta pacjentka jest zadowolona. 
Był   to   przypadek   niestety   odosobniony.   Podczas   przedpołudniowego   dyżuru   większość 

pacjentów   odnosiła   się   do   Lindsay   podobnie,   jak   Hew   Griffiths,   czyli   bez   cienia   zaufania. 
Dlatego Lindsay odetchnęła z ulgą, gdy Bronwen przez interkom poinformowała Aidana, że w 
poczekalni już nie ma nikogo. 

– Dziękuję, Bronwen. – Aidan przeciągnął się i odchylił głowę na oparcie fotela. – Ile jest 

wizyt domowych?

– Na razie tylko cztery, doktorze Lennox. 
– Mam jechać z panem? – spytała Lindsay. 
– Raczej  tak. Najpierw  zamierzałem  prosić  Bronwen, żeby wprowadziła  panią  w  tajniki 

funkcjonowania naszej przychodni, lecz to chyba kiepski pomysł. 

Ciekawe, co byłoby gorsze: kilka godzin w towarzystwie Aidana, czy tyle samo z Bronwen. 

Oboje najwyraźniej nie zapałali do niej sympatią. 

W milczeniu włożyła  żakiet, wzięła lekarską torbę i wychodząc za Aidanem z gabinetu, 

ciężko westchnęła. Nic nie wyglądało tak, jak się spodziewała, toteż po raz setny od przyjazdu 
miała ochotę się spakować, wrzucić walizki do bagażnika i pognać autostradą do Londynu. 

– Co dla mnie masz, Bronwen? – Aidan wszedł za kontuar recepcji, by przejrzeć zgłoszenia. 

Lindsay nie wiedziała, czy ma zrobić to samo. Po chwili wahania została w poczekalni, dla 
zabicia czasu oglądając rozwieszone na ścianach plakaty. 

– Ma pani piękny kostium. 

background image

Lindsay odwróciła się i ujrzała wychyloną zza blatu Gwynneth, która z podziwem oglądała ją 

od stóp do głów. 

– Naprawdę? Dziękuję, Gwynneth. Właśnie doszłam do wniosku, że ten strój nie jest zbyt 

praktyczny w warunkach wiejskich. 

– Ale jest śliczny. Kupiła go pani w Londynie?
– Tak. 
– U Harrodsa? – niemal z nabożną czcią spytała dziewczyna. 
– Nie, nie u Harrodsa. 
– Pewnie w Selfridges? – Na twarzy Gwynneth pojawił się wyraz rozmarzenia. 
– Nie, w małym sklepiku w Kensington. 
– W Kensington! – Bladoniebieskie oczy Gwynneth rozszerzyły się z wrażenia. 
–   No...   tak.   –   Lindsay   niepewnie   skinęła   głową   i   z   ulgą   pomaszerowała   do   wyjścia   za 

Aidanem, który obdarzył ją przelotnym spojrzeniem i wymownie pomachał plikiem kart. – Do 
zobaczenia, Gwynneth. 

Deszcz już nie padał, a wiatr zwiał chmury w kierunku gór, nad którymi teraz unosiły się 

szare, postrzępione obłoki. Na parkingu Lindsay starannie ominęła kałuże, aby nie zamoczyć 
porządnych, czarnych pantofli, i wsiadła do landrovera. 

– Żadnych psów? – spytała, zatrzaskując drzwi. 
– Są w domu – sucho odparł Aidan, zapalając silnik. – Wpadnę po nie – dodał zaraz, jakby 

pożałował,   że   odezwał   się   takim   niemiłym   tonem.   –   Zawsze   je   zabieram,   kiedy   jadę   do 
pacjentów. Powinny mieć trochę ruchu. 

Lindsay nagle zapragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o prywatnym życiu doktora Lennoxa. 

Ciekawe, czy jest żonaty. Zdaniem Henry’ego był typem samotnika, ale to nie musi oznaczać, że 
z nikim się nie związał. 

Zerknęła na niego z ukosa. Miał wyrazisty profil i ze zmarszczonymi brwiami patrzył prosto 

przed siebie. Przesunęła spojrzeniem po jego dłoniach – one zawsze wiele mówią o człowieku. 
Dłonie   Aidana   były   duże,   kształtne,   pokryte   delikatnym,   ciemnym   owłosieniem   o  złotawym 
połysku. Sprawiały wrażenie silnych i bardzo męskich... Lindsay pośpiesznie odwróciła od nich 
wzrok i dyskretnie uchyliła okno, ponieważ wnętrze samochodu czuć było psami. 

–   Mamy   cztery   wezwania   –   oznajmił   Aidan.   –   Najpierw   pojedziemy   do   starszego 

małżeństwa mieszkającego na peryferiach wsi. Pan Douglas Morgan ma chorobę Parkinsona i 
jest pod opieką żony Milly. To bardzo miła osoba, ale też coraz bardziej podupada na zdrowiu i 
nie wiem. jak długo da sobie radę. Staram się odwiedzać ich raz na tydzień. 

– Co ich czeka, gdy ona już nie będzie w stanie zajmować się mężem?
– Na razie trudno powiedzieć. Rozmawiałem 7 nimi o różnych możliwościach i obiecałem, 

że w razie potrzeby zrobię wszystko, co w mojej mocy. żeby mogli zostać razem. 

Ale jego stan szybko się pogarsza i obawiam się, że Douglas wkrótce będzie musiał iść do 

szpitala lub przynajmniej do domu opieki. 

background image

– A co z żoną?
– Jeszcze jest dość sprawna, ale nie chciałbym, żeby została w domu całkiem sama. Byłoby 

idealnie, gdyby udało się umieścić ich oboje w jednym miejscu, bo rozstanie złamałoby im serca. 
To trudny przypadek. 

– W jakim są wieku?
– Douglas ma osiemdziesiąt sześć lat, a Milly – osiemdziesiąt cztery. W zeszłym tygodniu 

obchodzili diamentowe wesele. 

Aidan przejechał przez wieś i zwolnił w okolicy, gdzie domy stały w większym oddaleniu od 

siebie. Lindsay właśnie zastanawiała się, który z nich należy do doktora Lennoxa, gdy on zjechał 
na pobocze. 

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił. – Ma pani chęć zobaczyć, jak mieszkam?
Lindsay trochę się zdziwiła, zatrzymali się bowiem między dwiema posesjami. Wysiadła i 

poszła za Aidanem wzdłuż ogrodzenia z metalowych prętów. 

– Proszę uważać na schodach – ostrzegł Aidan. – Pewnie są mokre i śliskie. 
Dopiero teraz zauważyła bramę, a kilkadziesiąt metrów dalej, sporo poniżej poziomu drogi, 

ujrzała   dach   i   kominy.   Ostrożnie   zeszła   na   dół,   ponieważ   buty   na   skórzanych   podeszwach 
rzeczywiście strasznie się ślizgały,  i na dole uważniej przyjrzała  się domowi. Był  z szarego 
kamienia, miał dach kryty łupkiem i stał dosłownie wtulony w zbocze wzgórza. 

Aidan   poszedł   przodem   i   otworzył   drzwi   przybudówki,   a   Lindsay   usłyszała   odgłosy 

entuzjastycznego psiego powitania. Oba zwierzaki wypadły na zewnątrz, ona zaś psychicznie 
przygotowała się na spotkanie z nimi. W zasadzie nie miała awersji do psów, lecz w dzieciństwie 
ugryzł ją kundel sąsiadów i od tego czasu wolała trzymać się od nich z daleka. Aidan chyba 
wyczuł   jej   niepokój,   ponieważ   stała   całkiem   nieruchomo,   gdy   jego   czworonożni   przyjaciele 
skakali wokół niej, radośnie ujadając. 

– Skipper! Jess! – zawołał stanowczym tonem, a psy natychmiast się odwróciły i pognały w 

głąb ogrodu. 

– Przepraszam. – Aidan cofnął się, aby wpuścić ją do domu. – One szaleją ze szczęścia, a ja 

zapominam, że nie każdy ma do czynienia z psami. 

– Ja nie – przyznała. – Trzymanie psa w wielkim mieście raczej nie ma sensu. – Ciekawie 

rozejrzała się po kuchni z belkowanym sufitem. – Interesujące wnętrze. Długo pan tu mieszka?

– Prawie trzy lata, i nadal robię remont, który zaplanowałem na pięć lat. Dom był prawie w 

ruinie, gdy pierwszy raz go zobaczyłem, więc odnowiłem więcej, niż z pozoru się wydaje. Proszę 
dalej, pokażę pani moje najważniejsze znalezisko. 

Przeszli przez małą jadalnię, gdzie stał dębowy stół i krzesła, i znaleźli się w przytulnym 

saloniku. Także i tutaj ciemne, drewniane belki były starannie odrestaurowane, białe ściany miały 
chropawą fakturę, a jedną z nich zajmował wielki, głęboki kominek z przypieckiem. 

–   To   palenisko   było   kompletnie   zamurowane   –   oświadczył   Aidan.   –   Odkryłem   je 

przypadkiem, ponieważ jedna cegła się obluzowała. Nie muszę mówić, że z radością zburzyłem 

background image

ściankę, żeby wyeksponować to cudo. 

– Wygląda imponująco. Sądziłam, że takie kominki budowano tylko w dużych rezydencjach. 
– Najwyraźniej zdarzają się również w niektórych tutejszych domkach. 
– A to pański ogród? – Lindsay podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. 
– Słowo dżungla chyba  byłoby trafniejszym  określeniem.  Ale porządki w tej gęstwie są 

ostatnią pozycją w moim pięcioletnim planie. 

–   Podoba   mi   się   to   miejsce.   –   Lindsay   przesunęła   spojrzeniem   po   bujnych   roślinach. 

Otoczony wysokim kamiennym murem ogród rzeczywiście wyglądał na zapuszczony, lecz w 
zielonej   plątaninie   krzewów   i   chwastów   rosło   mnóstwo   bajecznie   kolorowych   kwiatów   – 
wspaniałe, duże stokrotki, jaskry, różowe i białe lwie paszcze oraz wysoka naparstnica. Mur był 
porośnięty   gęstym   bluszczem,   a   ze   szczelin   między   kamieniami   wyrastały   pomarańczowe 
nasturcje i czerwone pelargonie. Stojąca w rogu stara, żelazna pompa prawie nikła pod masą 
pnącego orlika i dzikich róż, a oparta o mur staroświecka maglownica przypominała o minionej 
epoce. 

– Jest jakieś drugie wejście?
– Tak. Boczna droga prowadzi aż na podwórze przed domem. Zazwyczaj tam parkuję auto, 

lecz gdy mi się śpieszy, zostawiam je na poboczu szosy i schodzę na dół. 

– A sypialnie? – Lindsay wyszła do holu i spojrzała w stronę schodów. 
– Chce pani zobaczyć moją sypialnię?
Chyba po raz pierwszy usłyszała w jego głosie nutę rozbawienia i poczuła, że się rumieni. 

Jak mogła palnąć coś takiego!

– Ile pokoi jest na górze? – spytała, ignorując jego słowa. 
– Dwa. Były trzy, lecz jeden przerobiłem na dużą łazienkę. Ma pani ochotę rzucić okiem?
– Jeśli starczy czasu – odparła chłodnym tonem. Owszem, chętnie rozejrzałaby się na piętrze, 

ponieważ dom i sposób odnowienia go przypadł jej do gustu. Wolałaby jednak, aby Aidan nie 
pomyślał, że ona pragnie zobaczyć miejsce, w którym on sypia. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

W większej sypialni stało szerokie, drewniane łóżko z jasnej sosny, przykryte kapą z grubej, 

białej bawełny. Ściany miały kremowy kolor, a zasłony były z jasnoniebieskiego aksamitu. 

Lindsay wlepiła wzrok w szerokie posłanie, zastanawiając się, czy Aidan dzieli z kimś swoje 

życie.   Nigdzie   nie   zauważyła   śladów   obecności   kobiety   –   żadnych   kosmetyków   lub   innych 
drobiazgów.   Rozglądając   się   po   pokoju,   usiłowała   wymyślić   stosowny   komentarz.   Aidan 
nieoczekiwanie przyszedł jej z pomocą. 

– Podoba się pani?
– Tak, nawet bardzo. Właśnie myślałam o tym, że Romilly byłaby zachwycona tym pokojem. 
– Romilly?
– Przyjaciółka mojego ojca. Zajmuje się projektowaniem wnętrz i jest bardzo dobra w swoim 

fachu. 

– Przyjaciółka pani ojca? – Aidan uniósł brwi. 
– Tak, są ze sobą od lat. Och, proszę nie robić takiej miny. Nie chodzi o jakiś straszny układ 

typowy dla zepsutego Londynu. Moja matka zmarła dawno temu, gdy miałam siedem lat. 

– Musiało być pani ciężko. – Aidan poprowadził ją w głąb korytarza i otworzył drzwi do 

drugiego pokoju. Jeszcze nie był odnowiony i na razie służył za składzik. – Jak to się stało?

– Na przejściu dla pieszych potrącił ją samochód. Kierowcy nigdy nie zatrzymano. 
– Przykro mi. 
Była   zadowolona,   że   Aidan   powstrzymał   się   od   wylewnego   wyrażania   współczucia,   co 

zazwyczaj robili ludzie, gdy usłyszeli o tragicznym wydarzeniu z jej przeszłości. Nie lubiła o nim 
mówić, ponieważ mimo upływu czasu wspomnienia nadal były bolesne. 

– Ma pani rodzeństwo?
– Nie, tylko ojca. Wkrótce po tamtym wypadku przeprowadziliśmy się do domu w Chelsea. 

Ojciec nadal tam mieszka. 

– A pani posiada apartamencik w Fulham. 
Nie była pewna, co oznaczał ton Aidana, więc zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem, lecz 

nie zdołała nic wyczytać z jego obojętnej miny. 

– Tak – potwierdziła, zerknąwszy na nowoczesną łazienkę, i wróciła z Aidanem na parter. – 

Nie ma jak odrobina niezależności, prawda? – Miała nadzieję, że w odpowiedzi Aidan uchyli 
rąbka tajemnicy na temat swojego życia prywatnego, ale się rozczarowała, bo zignorował jej 
pytanie. 

– Lepiej zawołam psy, bo musimy już jechać – oświadczył. 
Wyszła za nim na małe podwórko, a oba psiaki w podskokach wypadły z głębi ogrodu. 

Zanim zdążyła się zorientować, że są całe mokre, one gwałtownie się otrząsnęły, spryskując ją od 

background image

stóp do głów wodą. 

Z piskiem odskoczyła w bok, usiłując strzepnąć niezliczone krople ze swojego wytwornego 

kostiumu. Aidan nic nie powiedział, ona zaś wyprzedziła go na schodkach i omal nie straciła 
równowagi, gdy zwierzaki pędem ją minęły,  gnając do głównych drzwi. Przy nich grzecznie 
usiadły i ziajały z wywieszonymi jęzorami, czekając na swego pana. 

Lindsay w milczeniu wsiadła do landrovera, Aidan wpuścił do wnętrza psy, a ona prawie 

natychmiast   poczuła   dotyk   wilgotnego   nosa   na   szyi.   Okazało   się,   że   to   owczarek   Skipper 
wysunął pysk ponad oparcie jej fotela. 

– Chyba panią polubił – stwierdził Aidan, zerkając przez ramię. – Zazwyczaj nie jest aż taki 

przyjazny wobec obcych. 

Do państwa Morgan zajechali  w  pięć  minut.  Ich domek  też  był  z szarego  kamienia  i  z 

łupkowym dachem, lecz stał w szeregu wraz z pięcioma innymi. Przed wszystkimi znajdowały 
się zadbane ogródki, a w oknach wisiały firaneczki z bawełnianej siatki. Zza jednej z nich Milly 
już od dawna wyglądała pana doktora, toteż otworzyła drzwi, zanim wysiedli z samochodu. 

– Spodziewałam się pana dzisiaj – oznajmiła z uśmiechem. Była pulchną, rumianą staruszką, 

równie czyściutką jak wnętrze jej domu. – A to kto? – Spojrzała na Lindsay ciekawie i raczej z 
sympatią. 

– Doktor Lindsay Henderson. – Aidan wszedł wraz z nią do małego saloniku. – Przez pewien 

czas będzie u nas pracowała. 

– Skąd pani jest?
–   Z   Londynu.   –   Lindsay   już   wiedziała,   że   w   Tregadfan   to   wyznanie   zawsze   wywołuje 

niemiłą reakcję rozmówcy i wewnętrznie przygotowała się na jakiś cierpki komentarz. 

– Ach, z Londynu... 
– Milly też pochodzi z Londynu – tonem wyjaśnienia dodał Aidan, – Prawda?
–   Urodziłam   się   tam   i   wychowałam,   ale   to   było   dawno   –   z   westchnieniem   przyznała 

staruszka, gdy Lindsay popatrzyła na nią zaskoczona. – Potem pewien Walijczyk porwał mnie do 
swojej rodzinnej Walii. A jak tam nasz stary Londyn?

– Wyglądał całkiem dobrze, kiedy wyjeżdżałam. O tej porze roku chyba jest najładniejszy, 

bo wszystkie parki są cudownie zielone. 

– Jak dzisiaj miewa się Walijczyk? – spytał Aidan. 
– Ani lepiej, ani gorzej. – Milly pokręciła głową. – Ale w nocy trochę narzeka, bo nie może 

spać. 

– Chodźmy rzucić na niego okiem. 
Milly odwróciła się, aby poprowadzić ich do sąsiedniego pokoju, lecz właśnie w tej chwili 

drzwi   się   otworzyły   i   do   saloniku   powolutku   wszedł   jej   mąż,   kurczowo   trzymając   się 
metalowego balkonika. 

– Witaj, Douglas. Cieszę się, że jesteś na chodzie. Milly pomogła mężowi usadowić się w 

wygodnym fotelu, a Aidan postawił na stoliku swą lekarską torbę. Lindsay od razu dostrzegła 

background image

typowe dla choroby Parkinsona drżenie, które pojawiło się, gdy staruszek usiadł i wyciągnął 
rękę, jednocześnie usiłując coś powiedzieć. 

– Pewnie chcesz wiedzieć, kim jest ta młoda dama, która przyszła cię odwiedzić, prawda, 

Douglas? – z uśmiechem spytał Aidan. – To lekarka i nazywa się Lindsay Henderson. – Wręczył 
Lindsay   kartę   pacjenta   z   notatkami   o   przebiegu   leczenia   i   stosowanych   środkach 
farmakologicznych. Lindsay przejrzała zapiski i oddała je Aidanowi. 

– Doktor Henderson jest z Londynu – oznajmiła Milly i podreptała do kuchni, żeby zaparzyć 

herbatę. 

– Miło mi pana poznać, panie Morgan. – Lindsay wzięła w dłonie rękę staruszka i przez 

chwilę ją trzymała, rozglądając się po małym, lecz idealnie czystym saloniku. Wszędzie stały i 
wisiały rodzinne fotografie – dzieci, wnuków i chyba  prawnuków. Były zdjęcia ze ślubów i 
chrzcin, podobizna młodego mężczyzny w birecie i todze, absolwenta wyższej uczelni, a nad 
komodą   wisiała   wyblakła,   czarnobiała   fotografia   młodej   pary:   dziewczyna   miała   na   sobie 
garsonkę, a mężczyzna – mundur wojskowy. Ten pokoik był pełen wspomnień z całego długiego 
życia. 

Lindsay popatrzyła na Douglasa. W oczach staruszka pojawiły się łzy, gdy zorientował się, 

że ona podąża ścieżką jego małżeństwa z Milly. Zanim więc puściła drżącą dłoń, serdecznie ją 
uścisnęła. 

– Dam mu na noc słaby środek uspokajający – mruknął Aidan. – Dzięki temu oboje będą 

mogli odpocząć. Nie chcę, żeby Milly opadła z sił. Zdarzają się dni, gdy Douglas nie wstaje i ona 
musi zrobić dla niego dosłownie wszystko, a po zimowych atakach dusznicy i tak jest osłabiona. 
– Wręczył Lindsay plik notatek do przejrzenia, a sam zręcznie wziął ciężką tacę od wchodzącej 
do pokoju Milly. 

–   Milly,   znowu   piekłaś   –   stwierdził   oskarżycielskim   tonem,   stawiając   tacę   na   stoliku,   i 

spojrzał   na   Lindsay.   –   Milly   piecze   najlepsze   walijskie   owsiane   ciasteczka,   jakie   pani 
kiedykolwiek jadła. 

– Chyba nigdy nie miałam w ustach walijskich ciasteczek. 
– Więc ma pani braki w wykształceniu – odparł. 
– Spróbuje pani? – Milly przerwała napełnianie filiżanek i poczęstowała Lindsay apetycznie 

wyglądającymi wypiekami. 

– Jak mogłabym odmówić? – odpowiedziała z uśmiechem. Ze smakiem schrupała ciasteczko 

i stwierdziła, że po raz pierwszy ma na jakiś temat identyczne zdanie jak Aidan. 

Zostali u Morganów jeszcze dziesięć minut, wypili całą herbatę i zjedli wszystkie ciasteczka. 

Żegnając się z gospodarzami, Aidan obiecał, że wpadnie za tydzień, o ile Milly nie będzie czegoś 
potrzebowała wcześniej. 

– Zawiozę receptę do apteki – powiedział na odchodnym. 
– A Elspeth podrzuci ci lekarstwa. 
– Kto to jest Elspeth? – spytała Lindsay, gdy przy akompaniamencie radosnego ujadania 

background image

Skippera i Jessa wsiadali do samochodu. 

– Ich sąsiadka, która pracuje w sklepie mięsnym obok apteki. Roma, pomocnica farmaceutki, 

dostarczy przepisane leki Elspeth. – Aidan umilkł i groźnie łypnął na Lindsay. 

– Co panią tak bawi?
– Och, nic takiego – odparła ze śmiechem. – Rzecz w tym, że tutaj wszystko dzieje się 

prawie jak w rodzinie. Każdy każdego zna... To, co pan właśnie opisał, w Londynie nie mogłoby 
się zdarzyć nawet za milion lat. Tu jest zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. 

Aidan w milczeniu ruszył. 
–   Dlaczego   była   pani   rozstrojona   wiadomością,   że   to   ja   będę   panią   szkolił?   –   spytał, 

przelotnie na nią zerkając. 

– Ja... – wybąkała, zaskoczona nieoczekiwanym pytaniem. – Chyba nie to miałam na myśli, 

ale... 

– Sama pani tak to ujęła. Kiedy wczoraj wieczorem u Henry’ego spytałem, czy wolałaby 

pani rozpocząć naszą znajomość w lepszy sposób, pani odpowiedziała: „Nie byłoby w tym nic 
złego, panie Lennox. Zwłaszcza że podobno ma pan kierować moją praktyką. „ Nie dodała pani 
nic więcej, bo wrócił Henry. 

– No dobrze. – Wzięła głęboki oddech i uniosła rękę w geście poddania. – Rzeczywiście to 

moje słowa. 

– Mówiła pani poważnie?
– Jak najbardziej. 
– Proszę więc mnie oświecić, dlaczego tak się pani przejęła tą sprawą. Przecież dopiero mnie 

pani poznała. 

– Chyba bardziej zdenerwowałam się faktem, że nie będę pracowała z Henrym, niż tym, że 

to pan przejmie opiekę nad moją praktyką. 

– Więc pani reakcja nie miała nic wspólnego ze mną?
– Tego bym nie powiedziała. Byłam zła, bo nie przedstawił się pan w tamtym sklepie. Och, 

wiem, rzekomo uznał mnie pan za turystkę, ale później, na miejscu wypadku, już musiał pan się 
zorientować,   kim   naprawdę   jestem.   Mimo   to   przemilczał   pan   swoją   tożsamość.   Z   takiego 
zachowania   wnoszę,   że   nie   był   pan   zachwycony   moim   przyjazdem   do   Tregadfan,   ani   tym 
bardziej perspektywą zajęcia się moim szkoleniem. Mam rację czy nie?

– No cóż... tak – przyznał niechętnie. 
– To  doprawdy urocze  – stwierdziła  z przekąsem.  – Ale przynajmniej  wiemy,  na czym 

stoimy. 

– Nie chciałem  pani tutaj, bo uznałem,  że nie jest pani potrzebna  w naszej przychodni. 

Zgodziłem   się   tylko   dlatego,   że   Henry   nalegał,   a   ja   wolałem   nie   obciążać   go   dodatkowym 
stresem. I tak ma go aż nadto z powodu choroby Megan. 

– Szkoda, że nikt wcześniej nie skontaktował się ze mną, aby spytać, co o tym sądzę. 
– A co by pani wtedy zrobiła?

background image

– To proste, zrezygnowałabym z przyjazdu. Pragnęłam odbyć praktykę po okiem Henry’ego, 

bo   od   dziecka   go   podziwiałam.   Był   dla   mnie   wzorem   godnym   naśladowania.   Ale,   znając 
sytuację, wybrałabym inne miejsce. Zapewne gdzieś bliżej domu. 

– Przecież marzyła pani o pracy wśród zwyczajnych ludzi... 
– Tacy są wszędzie. Londyn to nie tylko ulica Harley. Przez chwilę oboje milczeli. Aidan 

przejechał przez wieś, po czym skręcił w lewo na szosę. 

–   Więc   pańska   niechęć   do  mnie   wynikała   tylko   z   troski   o  dobro   poradni?   A   może   nie 

spodobało się panu coś we mnie? – zapytała napastliwym tonem. – Bądźmy wobec siebie uczciwi 
– dodała, gdy Aidan milczał. – Pan spytał mnie o to samo i ja byłam szczera. 

– No dobrze – odparł, wziąwszy głęboki oddech. – Uznałem, że nie będzie pani pasować do 

tego miejsca. Prezentowała się pani całkiem nieodpowiednio. 

– Nonsens!
–   Bynajmniej.   Dosłownie   wszystko,   pani   strój,   fryzura,   nawet   samochód,   świadczyło   o 

zamożności i przywilejach. 

– Więc był pan gotów mnie potępić tylko z powodu wyglądu?
– .. Potępić” to za mocne określenie. Pomyślałem tylko, że będzie pani niezmiernie trudno 

znaleźć wspólny język / mieszkańcami Tregadfan. Doszedłem do tego wniosku. gdy pierwszy raz 
panią ujrzałem. 

– W sklepie?
– Tak. 
– Więc jednak od razu pan się zorientował, kim jestem!
– wycedziła podniesionym głosem, a na tylnym siedzeniu rozległo się groźne warczenie. 
– Spokój, Jess – polecił Aidan, a pies natychmiast ucichł. 
– Powiedzmy, że się domyślałem. I moje obawy się sprawdziły. 
– Ja też miałam wątpliwości i obawy – parsknęła gniewnie. – Chciałam od razu wracać do 

Londynu. 

– Ale pani tego nie zrobiła. 
– Nie. 
– Wolno spytać, dlaczego?
– Bo też wolałam oszczędzić Henry’emu dodatkowych stresów. Ma tyle kłopotów... 
– Mamy więc identyczne zdanie na ten temat. 
– Zdaje się, że musimy zaakceptować obecną sytuację, choć nam się ona nie podoba. Nie ma 

wyjścia. 

– To prawda. – Aidan skinął głową. – Ale... 
– Ale co? – spytała ostro. 
– Mógłbym coś zasugerować?
– Co takiego?
– Proszę sobie zafundować porządne buty. 

background image

– A cóż tym brakuje?
– Nic. Niewątpliwie są idealne do chodzenia po Londynie, ale tutaj, w Tregadfan, nie będą 

praktyczne. 

Nadal gryzła się krytycznymi uwagami Aidana, gdy zajechali przed dom Janet Pierce. Jej 

matka  niedawno  miała  udar  i  nadal  poważnie   niedomagała.  Uskarżała  się  na  niestrawność  i 
biegunkę,   cierpiała   też   z   powodu   skutków   długotrwałej   depresji.   Aidan   zbadał   pacjentkę   i 
zwrócił się do Janet:

– Przepiszę jej środek powstrzymujący zarzucanie wsteczne, który przeciwdziała zgadze, 

oraz kapsułki imodium w dawce dwumiligramowej, żeby zahamować biegunkę. A co do depresji, 
twierdzisz, że się pogłębia?

– Tak. Mama bezustannie jest apatyczna, w płaczliwym nastroju i bardzo źle sypia. 
– Wobec tego zrezygnujemy z podawania lofepraminy i przejdziemy na sertralin. 
Lindsay powstrzymała się od komentarza, lecz gdy wsiedli do samochodu, wyraziła swoje 

zastrzeżenia. 

– Był pan dość lakoniczny, rozmawiając z tą biedaczką. 
– Z Janet? Nie rozumiem. 
– Te fachowe nazwy musiały przyprawić ją o zawrót głowy. 
– Zakłada pani, że Janet to głupia, walijska gęś bez żadnego wykształcenia?
– Tego nie powiedziałam! – Zaczerwieniła się z gniewu. 
– Ale tak pani pomyślała?
– Nie. Chodzi mi tylko o to, że podawanie nazw substancji chemicznych zazwyczaj nie ma 

sensu. Pacjenci są bardziej osłuchani z nazwami konkretnych leków. 

– A w przypadku rozmowy z kimś związanym z medycyną?
– To całkiem inna sprawa. 
– Proszę więc przyjąć do wiadomości, że Janet przez wiele lat była przełożoną pielęgniarek 

w szpitalu w Bangor!

Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze. 
– Należało mi o tym wspomnieć, zanim tam przyjechaliśmy, lub wtedy, kiedy nas pan sobie 

przedstawiał. Tego wymaga zwyczajna grzeczność. 

Aidan nie odpowiedział, tylko skręcił na podwórko przychodni i zgasił silnik. 
– Podobno miał pan cztery wezwania – syknęła Lindsay. 
–  Owszem.  Ale  jedno jest  do  Toma  w  pubie  „Pod  Czerwonym   Smokiem”,   a drugie  na 

odległą farmę, dokąd pojadę wieczorem przed powrotem do domu. Pomyślałem też, że już ma 
pani dosyć. 

– Może jeszcze nie przywykłam do waszej pogody i wiejskich obyczajów, ale zapewniam, że 

głupie dwa wezwania nie ścinają mnie z nóg. To pestka w porównaniu z gorącym dniem na 
ostrym dyżurze. 

– Pewnie tak. – Aidan wzruszył ramionami. – Sam kiedyś pracowałem w takim miejscu. 

background image

Uznałem tylko, że przyda się pani trochę czasu na zasiedlenie mieszkania. 

– Nawet go nie widziałam. Może nie będzie odpowiednie. 
– Będzie. 
Lindsay na moment oniemiała z powodu tej arogancji. 
– Skąd ta pewność? – wycedziła, odzyskawszy mowę. 
– Zapomina pani, że początkowo też tam mieszkałem. A skoro ja byłem zadowolony, to pani 

też powinna. 

Aidan wyskoczył z landrovera, zatrzasnął drzwi i zamaszystym krokiem pomaszerował do 

pubu, a Lindsay poczuła, że wszystko się w niej gotuje. Nie miała pojęcia, jak zdoła przetrzymać 
najbliższy rok, współpracując z tym irytującym osobnikiem. 

– Wy chyba już do niego przywykłyście – stwierdziła, odwracając się do psów, one zaś 

odpowiedziały jej poważnym spojrzeniem. Wysiadła, upewniła się, że Aidan zostawił uchyloną 
szybę, aby zapewnić psom dopływ powietrza, i poszła do poradni. 

Bronwen siedziała w recepcji, pisząc coś na komputerze, a Gwynneth chyba  uzupełniała 

wpisy w kartach. 

– O, właśnie o pani  rozmawiałyśmy  – oznajmiła  Gwynneth.  – Widzisz,  Bronwen?  Pani 

doktor już jest. 

– Widzę – lodowatym  tonem odparła Bronwen. – Gdzie doktor Lennox? – Spojrzała na 

Lindsay tak podejrzliwie, jakby sądziła, że kobieta z Londynu gdzieś go ukryła. 

– Poszedł do pubu zobaczyć się z kimś imieniem Tom. 
– Tom to właściciel – wyjaśniła Gwynneth. – Źle się czuł dziś w nocy. Ma rozedmę płuc i... 
– Wystarczy, Gwynneth – ostro przerwała jej Bronwen. – Nie rozmawiamy o stanie zdrowia 

pacjentów w recepcji, gdzie każdy może nas usłyszeć, prawda?

– Nie, ale... – Gwynneth rozejrzała się wokoło. – Tu jest tylko doktor Henderson. 
– Nie szkodzi. Zawsze trzeba pamiętać o zasadach, żeby nie nabrać złych nawyków. Pani 

mieszkanie jest gotowe, doktor Henderson. Życzy pani sobie je zobaczyć?

– Chętnie. Na razie chyba nie będę wam potrzebna. 
– A więc chodźmy. – Bronwen wstała zza biurka i wraz z Lindsay poszła w stronę schodów 

w głębi holu. Obie raptownie przystanęły, ponieważ Gwynneth zawołała:

– Doktor Henderson! Och, pani doktor! – Dziewczyna zerwała się z krzesła i załamała ręce. – 

Ten piękny kostium!

– Mój kostium? Co się z nim stało?
– Jest cały w psiej  sierści! – Gwynneth  podbiegła bliżej  i spróbowała palcami  oczyścić 

czarną tkaninę. 

– W sierści – mruknęła Lindsay. – Ciekawe, czemu mnie to nie dziwi?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Lindsay  właściwie   chciała,  by mieszkanie   było  okropne.   W  cichości   ducha  nawet   na  to 

liczyła, aby z satysfakcją oznajmić Aidanowi, że jest rozczarowana. Musiała jednak niechętnie 
przyznać, że lokal spełnia wszystkie jej wymagania. Z okien saloniku i sypialni roztaczał się 
wspaniały widok z górami na horyzoncie, kuchnia z kącikiem jadalnym była dobrze wyposażona, 
a   łazienka   miała   zarówno   wannę,   jak   i   kabinę   prysznicową.   Umeblowanie   i   elementy 
dekoracyjne były dość skromne, utrzymane w neutralnej kolorystyce. 

– Na pewno zechce pani nadać temu miejscu bardziej indywidualny charakter – powiedziała 

Bronwen. 

–   Nie   przywiozłam   zbyt   wielu   drobiazgów   –   odparła   Lindsay   –   sądziłam   bowiem,   że 

zatrzymam   się   u   państwa   Llewellynów.   Ale   rzeczywiście   dodałabym   tu   trochę   kolorowych 
elementów, więc sprawię sobie to i owo. A propos zakupów, gdzie pani radziłaby je zrobić?

– A co pani chce kupić?
– Trochę odzieży. 
– Obawiam się, że u nas nie ma rzeczy w pani guście. – Bronwen przesunęła wzrokiem po 

eleganckim kostiumie i czarnych lakierkach Lindsay. 

–   Och,   nie   miałam   na   myśli   niczego   w   tym   stylu.   Przeciwnie,   muszę   nabyć   garderobę 

odpowiednią do życia w Tregadfan. Już mi wytknięto, że chodzę w nieodpowiednich ciuchach i 
butach. 

– Wobec tego sugerowałabym wyjazd do Betwsycoed. Jest tam parę sklepów z praktyczną 

garderobą przyzwoitej jakości. 

– Dziękuję, Bron wen. Pojadę tam. – Lindasy rozejrzała się wokoło. – Mogę od razu się 

wprowadzić?

– Dlaczego nie. – Bronwen wzruszyła ramionami. – Łóżko jest posłane, a pokoje dobrze 

przewietrzone. 

– W takim razie zrobię to dziś po południu, jeśli doktor Lennox nie będzie mnie potrzebował. 

Wpadnę do państwa Llewellynów po swój bagaż, a potem zrobię zakupy. 

– Proszę się nie martwić doktorem Lennoxem. Powiem mu, gdzie pani pojechała. 
Bronwen oznajmiła to takim tonem, jakby w każdej sytuacji umiała poradzić sobie ze swym 

zwierzchnikiem. Nie umknęło to uwagi Lindsay, której kolejny raz przyszło do głowy, że groźna 
Bronwen ma słabość na punkcie Aidana. Tłumaczyłoby to oczywistą wrogość, z jaką powitała 
Lindsay – w mniemaniu Bronwen potencjalną konkurentkę. 

Jadąc   do   domu   Henry’ego,   Lindsay   zastanawiała   się,   czy   recepcjonistka   rzeczywiście 

podkochuje się w Aidanie. A może romansują ze sobą? Nie, to chyba niemożliwe. Aidan w 
najmniejszy sposób nie okazywał zainteresowania osobą Bronwen. Traktował ją wyłącznie jak 

background image

pracownicę. A jeśli tylko starał się w miejscu pracy maskować uczucia? Przecież to możliwe, że 
prywatnie Bronwen jest zupełnie inna niż w przychodni – bardziej sympatyczna i uwodzicielska, 
zaś Aidan potrafi się odprężyć i śmiać... I oboje wiedzą, jak wykorzystać to jego wielkie łoże... 

Myśl o Bronwen i Aidanie w intymnej sytuacji wydała się nagle dziwnie rozstrajająca, toteż 

Lindsay z rozmysłem skupiła uwagę na drodze. W domu natychmiast wpadła na Henry’ego, 
który zjadł lunch z Megan i właśnie zamierzał wrócić do poradni. 

– Lindsay, moja droga – powitał ją ze strapioną miną. 
– Wszystko w porządku?
– Oczywiście – zapewniła. – Przyjechałam po rzeczy. 
– Wprowadzasz się do tego mieszkanka?
– Tak. 
– A widziałaś je? Myślisz, że będzie ci tam wygodnie?
– Już je obejrzałam i uważam, że jest ładne. Proszę cię, Henry, przestań się zamartwiać. Na 

pewno będę zadowolona. Teraz jadę do Betwsycoed po zakupy. Jak się miewa Megan?

– Ani lepiej, ani gorzej. Zajrzysz do niej przed wyjściem?
– Oczywiście. 
–   Muszę   już  lecieć.   Po   południu   przyjmuję   kobiety  w   ciąży.   –   Henry  otworzył   drzwi   i 

przystanął z dłonią na klamce. 

– Aha, Lindsay. Jak się udał twój pierwszy dyżur?
– Chyba dobrze – stwierdziła, wzruszając ramionami. – Chociaż może lepiej spytaj Aidana. 
– Dlaczego? – W głosie Henry’ego zabrzmiała nuta niepokoju. 
– On zazwyczaj ma całkiem inne zdanie niż ja – odparła z wymuszonym uśmiechem. 
– Nie przejmuj się Aidanem, moja droga. On czasem bywa pełen rezerwy i jest, jak już 

wspomniałem, typem samotnika, ale... 

– Ale okazuje się miłym facetem, gdy lepiej się go pozna – dokończyła. – Wiem, Henry – 

dodała łagodnie, bo znów się zafrasował. – Nie zaprzątaj sobie głowy Aidanem i mną. Na pewno 
jakoś dopasujemy się do siebie. – Za pewien czas, dodała w myślach, odprowadzając wzrokiem 
Henry’ego, który wsiadł do samochodu i odjechał. Następnie wbiegła na górę i zastała Megan 
prawie we łzach z powodu jej decyzji. 

– Nie martw się, Megan. To naprawdę wygodne mieszkanko – zapewniła z przekonaniem. – 

Będzie mi tam całkiem dobrze. 

– Ale nie tak miało być. Chcieliśmy traktować cię jak członka rodziny, jak własne dziecko. A 

teraz, przeze mnie, wszystko się posypało. Wiem, że Henry jest rozczarowany. Pragnął zupełnie 
czegoś innego. 

– Och, Megan, proszę nie zadręczaj się tą sytuacją. Dla Henry’ego najważniejsze jest to, 

żebyś odzyskała zdrowie. 

– Ale on tak bardzo się cieszył, że jakoś zrewanżuje się twojemu ojcu, który w przeszłości 

okazał mu tyle serca... 

background image

– Megan, jakkolwiek było, mój ojciec na pewno nie oczekuje rewanżu. Henry to jego dobry 

przyjaciel.   –   Lindsay   przysiadła   na   brzegu   łóżka   i   otoczyła   starszą   panią   ramieniem.   –   Nie 
powinnaś   tak   się   denerwować.   Zresztą   nie   ma   po   temu   powodów.   Mieszkanie   naprawdę 
przypadło mi do gustu, będę często was odwiedzać, no i zaliczę praktykę, chociaż pod okiem 
Aidana... 

– Zgadzasz się z nim jakoś? – Megan opuściła chusteczkę i z niepokojem w oczach spojrzała 

na Lindsay. 

– Z Aidanem? Cóż, dopiero zaczynamy współpracę, ale wszystko się ułoży. Zresztą, czemu 

miałoby być inaczej?

– Wiesz, on niekiedy bywa trudny... 
– Nie zamierzam się tym przejmować, Megan. Możesz być pewna, że dam sobie radę. A 

skoro mowa o Aidanie... chyba nie jest żonaty?

– Nie, ani chyba z nikim związany. Podobno miał kogoś, ale dawno temu. 
– Powinnaś teraz odpocząć, Megan. Pójdę już, a ty się zdrzemnij. 
– Za chwilę. Chciałabym jeszcze z tobą pogawędzić. Powiedz mi, Lindsay... teraz nie ma w 

twoim życiu nikogo?

– Nie, ale skąd wiesz?
– Twój ojciec wspomniał o tym w rozmowie z Henrym. Powiedział, że przesunęłaś praktykę 

z powodu... jak on miał na imię?

– Andrew. 
– Właśnie. Twój ojciec dodał, że teraz, gdy wasz związek się rozpadł, mogłabyś przyjechać 

tutaj, gdyby Henry przyjął cię na praktykę. – Megan umilkła na moment. – Dlaczego rozstałaś się 
z tym Andrew?

–   Nie   pasowaliśmy   do   siebie.   –   Lindsay   lekko   wzruszyła   ramionami.   Usiłowała   mówić 

lekkim tonem, lecz każda wzmianka o byłym narzeczonym nadal sprawiała jej ból. – Widocznie 
nie była nam pisana wspólna przyszłość. 

– Cóż, trzeba się z tym pogodzić. – W spojrzeniu Megan malowała się serdeczna troska. – Na 

pewno wkrótce poznasz kogoś odpowiedniego. Kto wie, może nawet ty i Aidan... ?

– Nie ma mowy! – zawołała Lindsay i zaraz się zmitygowała, bo piękne oczy Megan lekko 

się   rozszerzyły.   –   To   wykluczone   –   dodała   spokojniej.   –   Jesteśmy   całkowitymi 
przeciwieństwami, a poza tym ja wcale nie szukam związku. To ostatnia rzecz, jakiej obecnie 
potrzebuję. 

Pożegnała się z Megan i pojechała do Betwsycoed. 
Deszcz już nie padał, niebo się wypogodziło, a majowe słońce mocno przygrzewało. Na 

zielonych   pastwiskach   pasły   się   stada   owiec,   a   łagodne   wzgórza   były   porośnięte   bujnymi, 
kwitnącymi rododendronami oraz wrzosem. 

Lindsay doszła do wniosku, że w taki dzień człowiekowi naprawdę chce się żyć. Nastawiła 

sobie najnowszą płytę zespołu „The Corrs” i nucąc znaną melodię, poczuła przypływ optymizmu. 

background image

Może ten rok w Tregadfan nie będzie aż taki zły, jak do tej pory sądziła. Należy tylko jakoś 
przywyknąć do Aidana Lennoxa, cieszyć się ładnym mieszkaniem i niezależnością. 

W miejscowych sklepach przeważały towary sprowadzone najwyraźniej z myślą o turystach, 

lecz Lindsay nawet była z tego zadowolona. Właściwie mogła uważać się za turystkę, prawda? 
Przyjechała tu tylko na pewien czas i musiała wybrać garderobę nadającą się do przebywania w 
tej okolicy. 

Kupiła więc kilka par solidnych spodni, dwa bawełniane swetry i przeciwdeszczową kurtkę. 

Przywiozła kilka spódnic, które nadawały się do pulowerów, lecz na wszelki wypadek nabyła 
również parę sportowych koszul. Znalazła też wygodne, skórzane trzewiki i zawiązując grube 
sznurowadła, zastanawiała się, jak na jej widok zareagowałyby przyjaciółki z Londynu. Pewnie 
pękałyby ze śmiechu. 

Zadowolona z zakupów właśnie wracała na parking, lecz wiedziona impulsem wstąpiła po 

drodze do sklepu  z wyposażeniem  mieszkań.  Pół godziny później  wyszła  stamtąd  z nowym 
abażurem,   dwiema   narzutami,   oprawionym   w   ramki   obrazkiem,   kilkoma   kolorowymi 
wazonikami   oraz   z   całym   naręczem   suszonych   kwiatów   i   gałązek   na   dekoracyjne   bukiety. 
Obładowana pakunkami z trudem dowlokła się do samochodu. 

Po powrocie do poradni stwierdziła,  że Gwynneth  jest jeszcze bardziej  rozkojarzona niż 

zwykle. 

– O, przyjechała pani. Właśnie się zastanawiałyśmy... 
–   Wystarczy,   Gwynneth   –   krótko   ucięła   Bronwen.   –   Mniemam,   że   znalazła   pani   w 

Betwsycoed wszystko, co trzeba?

– Tak, dzięki. Przekonacie się, że już jestem dobrze przygotowana na wszelkie atrakcje, jakie 

Tregadfan mi zafunduje: deszcz, błoto, grad, gołoledź lub śnieg. 

– O tej porze roku rzadko miewamy śnieg – ze śmiertelną powagą oświadczyła Gwynneth. 
– Do roboty, Gwynneth! – parsknęła Bronwen. 
Lindsay zaniosła zakupy na górę, rozpakowała je i powiesiła odzież w wielkiej dębowej 

szafie, a niektóre rzeczy poukładała w szufladach komody. Krzątając się po mieszkaniu, odkryła 
dużą ilość ręczników i pościeli, a potem przez godzinę upiększała wnętrze zgodnie ze swym 
gustem. Kolorowe kapy rozłożyła na kanapie i fotelu, w sypialni zdjęła ze ściany ponurą rycinę i 
powiesiła   kupiony   obrazek   oraz   zrobiła   kilka   pięknych   kompozycji   z   suszonych   kwiatów   i 
gałązek. 

Poustawiała wazony z bukietami w odpowiednich miejscach i z zadowoleniem rozejrzała się 

po swym nowym lokum. Dopiero wtedy skonstatowała, że nie ma nic do jedzenia i powinna 
skoczyć do sklepu. Jeszcze nie sprawdziła możliwości jadania kolacji poza domem, lecz wątpiła, 
czy Tregadfan jest w stanie wiele zaoferować w tym zakresie. Co prawda parokrotnie słyszała, że 
wraz z wiosennym napływem turystów miejscowość staje się bardziej atrakcyjna, lecz na razie 
nie było tu szans na jakiekolwiek rozrywki. 

Bezwiednie  westchnęła.  O tej  porze  w Londynie  pewnie  już  miałaby w  planie  klubowy 

background image

wieczór w gronie koleżanek i kolegów ze szpitala lub wypad z Annabelle do baru na kieliszek 
wina. Może by chociaż pogawędzić z przyjaciółką? Lindsay podniosła słuchawkę i wystukała 
numer. Annabelle odezwała się po dziesiątym sygnale. 

– Lindsay! – zapiszczała radośnie i tak głośno, że chyba usłyszano ją aż w Betwsycoed. – Co 

za wspaniała niespodzianka! Gdzie jesteś?

– W walijskiej głuszy, gdzieżby indziej?
– O rany, naprawdę jest tam tak strasznie?
– Jeszcze wczoraj odpowiedziałabym twierdząco, bo poważnie zastanawiałam się, czy nie 

wracać do domu. Ale dzisiaj spojrzałam na wszystko innym okiem i ta Walia już nie wydaje mi 
się taka okropna. Pytanie tylko, na jak długo zachowam swój optymizm. 

– Czemu jest źle? Opowiadaj. 
–   Cóż,   tutejsi   mieszkańcy   traktują   mnie   jak   zielonego   ludzika   z   innej   planety.   Żona 

Henry’ego   Llewellyna   choruje,   więc   on   nie   mógł   zająć   się   moją   praktyką   i   scedował   ten 
obowiązek na swojego wspólnika, niejakiego Aidana Lennoxa. 

– Jesteś z tego zadowolona?
– Jeszcze nie wiem. Zobaczę, jak rozwinie się sytuacja, ale doktor Lennox nie zalicza się do 

osób,   które   natychmiast   budzą   naszą   sympatię.   Poza   tym   postanowiłam   nie   stwarzać 
dodatkowego   kłopotu   Llewellynom,   siedząc   im   na   głowie,   i   właśnie   wprowadziłam   się   do 
mieszkanka nad przychodnią. 

– O Jezu, Lindsay, to wszystko brzmi dość przygnębiająco. Nie lepiej spakować manatki i 

wrócić tutaj?

– Nie mogę, Annabelle. Henry i Megan i tak się zamartwiają. Gdybym wyjechała, byliby 

zrozpaczeni. Muszę tu zostać, przynajmniej na pewien czas. 

– A ta wieś? Bardzo paskudna?
–   Przeciwnie.   To   na   razie   jedyny   plus   całego   przedsięwzięcia.   Tregadfan   jest   otoczoną 

górami piękną miejscowością. Powinnaś zobaczyć te widoki z moich okien. 

– A ludzie? Są do wytrzymania?
– Cóż, niektórzy pacjenci są trochę nieufni wobec londyńczyków. No i jeszcze ten personel... 

W recepcji żelazną ręką rządzi niejaka Bron wen, zaś jej pomocnica to zahukana szara myszka, 
która panicznie się jej boi. 

– A ten facet, który zajmie się twoim szkoleniem?
– Aidan? Hm... niewiele ma wspólnego ze znanymi nam mężczyznami, Belle. 
– Jakiś nudziarz?
– Nie, jest bystry, ale... 
– Ale co? – nie dawała za wygraną Annabelle. 
–  Czy  ja  wiem...   Kiedy  pierwszy raz  go  zobaczyłam  przy  landroverze   z dwoma  psami, 

odzianego w kalosze i przeciwdeszczową kurtkę, uznałam go za farmera. 

– Interesujący osobnik. Kawał chłopa?

background image

– Raczej nie, za to strasznie irytujący. Doprowadza mnie do szału. 
– Więc nie jest w twoim typie?
– Ani trochę. 
– No cóż... – Annabelle westchnęła. – Tak tylko pomyślałam. A propos facetów, nie wiem, 

czy powinnam ci to powiedzieć... 

– Mów. 
– Przypadkiem wpadłam wczoraj na Andrew. 
– I co? – Lindsay mocniej ścisnęła słuchawkę. 
–   Chwilę   pogadaliśmy   o   niczym,   a   potem   on...   spytał   o   ciebie.   Zdziwił   się,   gdy 

wspomniałam, że wyjechałaś. Nic mu nie mówiłaś o Walii?

– Wiedział, ze o tym myślę, ale zdecydowałam się dopiero po naszym zerwaniu. 
– Wyjechałabyś, gdybyście nadal byli ze sobą?
– Chyba nie. 
– Tak myślałam. Prosił, żeby cię pozdrowić. 
Pozdrowienia   przekazane   przez   wspólną   znajomą.   Właśnie   taki   jest   kres   wspaniałego 

romansu z Andrew, pomyślała Lindsay,  odłożywszy słuchawkę. A nie tak dawno sądziła, że 
Andrew jest miłością jej życia. Wtedy jednak nie miała pojęcia o jego niewierności. Wybaczyła 
mu, gdy przypadkiem zauważyła go w restauracji z atrakcyjną dziewczyną. Wtedy jeszcze nie 
mieszkali   razem   ani   nie   byli   zaręczeni.   Lecz   za   drugim   razem   wszystko   wyglądało   inaczej. 
Andrew już się do niej wprowadził, ona zaś w bardzo przykry sposób dowiedziała się o jego 
skokach w bok. Aż do dziś sądziła, że udało się jej zamknąć tamten rozdział życia, lecz niewinna 
wzmianka Annabelle obudziła bolesne wspomnienia. 

Lindsay uznała  więc, że w charakterze  antidotum  zaaplikuje sobie spożywcze  zakupy w 

wiejskim sklepie pełnym  dziwnych mieszkańców Tregadfan. Zeszła na dół, gdzie Bronwen i 
Gwynneth porządkowały dokumenty, a ostatni pacjent właśnie wychodził. Lindsay zamierzała 
zrobić to samo, lecz gdy podeszła do drzwi, nagle odezwała się Bronwen. 

– Chwileczkę, doktor Lennox chce z panią porozmawiać. 
– Idę do sklepu po jakieś jedzenie. – Lindsay zerknęła na zegarek. – Już prawie piąta. 
– Doktor Lennox wyraźnie zażyczył sobie, aby przyszła pani do niego po dyżurze. 
– Dobrze. 
– Proszę się nie martwić, pani doktor – nieoczekiwanie rzekła Gwynneth. – Sklep zamykają 

dopiero o szóstej. 

– Dzięki, Gwynneth. – Lindsay spojrzała na dziewczynę z wdzięcznością, poszła w głąb 

korytarza i zapukała do drzwi gabinetu. 

Usłyszała „proszę” i weszła do środka. Aidan pisał coś, siedząc przy biurku, ale podniósł 

wzrok, a ona stwierdziła, że jej serce jakby spóźniło się z kolejnym uderzeniem. 

– Chciał pan mnie widzieć? – spytała chłodnym tonem, pamiętając o ostrej wymianie zdań 

przed południem. 

background image

– Tak. Dlaczego nie było pani na dyżurze?
– Pojechałam po zakupy. 
– Wolno spytać, czy będzie pani robić to częściej w godzinach pracy? Bo jeśli tak, to równie 

dobrze już teraz mogę powiedzieć, że nie zamierzam zajmować się pani szkoleniem. 

Lindsay   poczuła   na   policzkach   rumieniec   gniewu.   Odwróciła   się,   aby   zamknąć   drzwi,   i 

zauważyła na twarzy Bronwen triumfujący uśmieszek. Jakimś cudem zapanowała nad nerwami, 
podeszła do biurka i oparła dłonie o blat. 

– Skoro pańska złośliwa recepcjonistka już nas nie słyszy,  to może mi pan powie, co to 

wszystko ma znaczyć, do cholery!

–   Dobrze   pani   wie.   Oczekiwałem   pani   dzisiaj   na   popołudniowym   dyżurze,   a   pani 

samowolnie gdzieś sobie poszła. 

– Wyraźnie dał mi pan do zrozumienia, że już nie będę potrzebna. 
– To było rano! Nie przypuszczałem, że urwie się pani na resztę dnia. 
– Bronwen wiedziała, gdzie jestem. Prawdę mówiąc, to właśnie ona zasugerowała mi wyjazd 

do Betwsycoed. 

– Nie mieszajmy do tego Bronwen. 
– Obiecała panu powiedzieć, dlaczego jestem nieobecna. 
– Rzecz w tym, że należało mnie uprzedzić. 
– Uprzedzić? A może raczej prosić o pozwolenie? Nie sądziłam, że muszę przez cały dzień 

być na każde pańskie skinienie. 

– Nie musi pani, ale powinienem wiedzieć, kiedy może pani przyjmować pacjentów lub 

załatwiać wizyty domowe. To chyba oczywiste. 

Lindsay wzięła głęboki oddech. 
– W porządku – odparta. – Praktykuję pod pańską opieką, więc przyznaję, że trzeba było 

najpierw zawiadomić pana o moich planach. 

– Gdyby pani to zrobiła, na pewno zgodziłbym się na wolne popołudnie. Rozumiem, że 

pierwszego dnia po przyjeździe człowiek ma różne sprawy do załatwienia. 

Pomyślała, że jego oczy wydają się dzisiaj bardziej niebieskie niż wczoraj. 
– Nasza znajomość rzeczywiście nie rozpoczęła się dobrze, prawda? – spytał Aidan po chwili 

milczenia. 

– Nie. – Lindsay nadal czuła na policzkach żar rumieńca. – I ta wzajemna antypatia będzie 

nam towarzyszyć,  dopóki nie przestanie  pan traktować mnie  jak niegrzecznej  uczennicy.  Co 
prawda przyjechałam tu na praktykę, lecz jestem lekarką i życzę sobie, aby traktowano mnie jak 
lekarkę. 

– Mógłbym coś zasugerować?
– Proszę. – Lekko wzruszyła ramionami, rozstrojona jego przenikliwym spojrzeniem. 
– Zaczniemy od nowa?
– Jak mam to rozumieć?

background image

– Udajmy, że właśnie się poznaliśmy i spróbujmy rozegrać ten początek lepiej. Co pani na 

to?

– Zgoda. 
– Jestem doktor Aidan Lennox. – Aidan wstał i wyciągnął rękę. – Mam poprowadzić pani 

praktykę. 

– Doktor Lindsay Henderson. – Uścisnęła podaną dłoń, zdumiona jej ciepłem, z którym tak 

bardzo kłócił się chłód niebieskich oczu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Powoli   wszystko   zaczęło   się   układać   jak   należy.   Lindsay   polubiła   swoje   mieszkanko,   a 

personel   i   pacjenci   coraz   bardziej   ją   akceptowali.   Aidan   nadal   czasem   ją   irytował,   ona   zaś 
pocieszała   się   tym,   że   też   potrafi   zagrać   mu   na   nerwach.   Oboje   starali   się   jednak,   aby  ich 
współpraca miała harmonijny przebieg. 

Bronwen   oczywiście   nadal   doprowadzała   Lindsay   do   szału,   lecz   Gwynneth   okazała   się 

sojusznikiem. Ta zahukana dziewczyna zawsze bała się groźnej recepcjonistki i była o wiele za 
potulna. Wkrótce przekonała się jednak, że pani doktor nie zamierza iść w jej ślady i zaczęła 
otwarcie ją podziwiać. 

– Nie powinnaś pozwalać jej tak sobą pomiatać,  Gwynneth  – oświadczyła  Lindsay,  gdy 

któregoś ranka zastała dziewczynę we łzach. 

– Nie... nie umiem sobie z nią poradzić. – Gwynneth chlipnęła żałośnie. – Ona zawsze robi 

ze mnie taką idiotkę. 

– Nie jesteś  idiotką – łagodnie  zapewniła Lindsay.  – A Bronwen nie ma  prawa tak cię 

traktować. Jeśli chcesz, pogadam o tym z doktorem Llewellynem. 

– Och, tylko nie to! Bronwen da mi popalić, kiedy się dowie, że nie trzymam buzi na kłódkę. 
Gwynneth   wolała,   aby   żaden   z   przełożonych   nie   dowiedział   się   o   szykanach   ze   strony 

Bronwen.   W   tej   sytuacji   Lindsay   postanowiła   uczynić   wszystko,   co   w   jej   mocy,   aby   jakoś 
poprawić warunki pracy biednej dziewczyny. 

Sama nadal asystowała Aidanowi, a pacjenci stopniowo przyzwyczajali się do niej, choć 

niektórzy nadal woleli mówić o swoich zdrowotnych problemach tylko Aidanowi. Ale coraz 
więcej   osób  cieszyło   się  z  możliwości  zasięgnięcia   opinii   drugiego  lekarza.  Lindsay  chętnie 
zajmowała się tymi przypadkami i w skrytości ducha marzyła o dniu, kiedy będzie mieć grono 
własnych pacjentów. 

Podczas dyżurów Aidan nie komentował jej poczynań, lecz ona nie potrafiła zapomnieć o 

jego obecności. Wciąż się spodziewała, że on zaraz się wtrąci i zakwestionuje jej diagnozę lub 
sposób leczenia i dziwiła się, jeśli tego nie robił. 

–  Jak ci  idzie?  –  spytała   Judith  podczas   jednego  z  trudniejszych   dyżurów,  gdy  Lindsay 

wpadła do kuchenki po kawę. 

– W takie dni żałuję, że nie palę. 
– Aż tak źle?
– Nie tyle źle, co nerwowo. – Lindsay wlepiła wzrok w kubek. – Muszę być maksymalnie 

skoncentrowana. 

– Wiem, o czym mówisz. Kiedy zaczęłam tu pracować, uznałam Aidana za faceta na luzie. 

Chyba dałam się zwieść tym jego sportowym ciuchom, łażeniu z psami i tak dalej. Ale wkrótce 

background image

się przekonałam, że jako lekarz jest perfekcjonistą. 

– Święte słowa. – Lindsay z westchnieniem odgarnęła kosmyk włosów, który wysunął się 

spod plastikowej przepaski. – Bezustannie mi się wydaje, że on zaraz mnie skrytykuje. Na ogól 
tego nie robi, ale ja mimo to wciąż jestem spięta. 

– Chyba wolałabyś znaleźć się pod opiekuńczymi skrzydełkami Henry’ego?
– Jeszcze jak! Z nim wiedziałabym, na czym stoję. A przy Aidanie wciąż mam wątpliwości i 

boję się palnąć głupstwo. 

Dopiła  kawę i dopiero  teraz  zauważyła  stojącego w  drzwiach  Aidana. Do licha,  pewnie 

usłyszał każde słowo. 

Gryzła się tym przez resztę dnia, bo prawdę mówiąc, Aidan :wcale nie musiał zająć się jej 

praktyką.   Powiedział,   że   zrobił   to,   aby   wybawić   z   kłopotu   Henry’ego,   ale   przecież   mógł 
odmówić.   Aktualny   układ   był   bowiem   korzystny   tylko   dla   Lindsay.   Ale   po   południu,   gdy 
spróbowała delikatnie poruszyć ten temat, Aidan popatrzył na nią jak na wariatkę. 

– Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdził z nieprzeniknioną miną. 
– Dzisiaj rano... – mruknęła zakłopotana – kiedy wszedłeś do kuchenki... 
– Tak? – Aidan zmarszczył brwi. 
– Chyba usłyszałeś, jak rozmawiałam z Judith o... 
– O kim? – Niebieskie oczy znów zalśniły jak lód. 
– No cóż... o tobie. 
– Więc przy kawie plotkowałyście o mnie?
– Nie, to nie tak – zaprzeczyła  pośpiesznie. – Ale mogłeś odnieść wrażenie, że... że nie 

jestem wdzięczna... 

– Za co?
– Za zajęcie się moim szkoleniem. Aleja... naprawdę się z tego cieszę... 
– To w czym problem?
– Więc nie... nic nie podsłuchałeś?
– Ani słowa. – Aidan wzruszył ramionami i pomaszerował do recepcji, a Lindsay dopiero 

teraz   poczuła   się   jak   kretynka.   Usiłowała   wyjaśniać   i   przepraszać,   gdy   wcale   nie   było   to 
konieczne. 

Lindsay lubiła Judith Havers, rzeczową walijską dziewczynę, która akceptowała ludzi takimi, 

jacy byli i nie pozwalała nikomu, z Bronwen włącznie, wejść sobie na głowę. 

– Ona uważa się tutaj za królową pszczół – stwierdziła kiedyś w rozmowie z Lindsay, gdy 

obie czekały w pokoju zabiegowym na pierwszego niemowlaka. – W każdej poradni znajdzie się 
taka baba, ale mnie nie będzie w kaszę dmuchać. 

– Szkoda, że Gwynneth nie ma twojego podejścia. Bronwen ją dosłownie terroryzuje. 
– Biedna Gwynneth. Spotkało ją w życiu  sporo złego i ma kompleksy.  A Bronwen jest 

agresywna i wyżywa się na niej. 

– Spróbuję nieco uzdrowić tę sytuację. 

background image

– Byłoby dobrze – przyznała Judith. – Ale uważaj, bo Bronwen może stać się jeszcze gorsza. 
–   Tego   się   obawiam,   ale   chętnie   zajmę   się   Gwynneth.   Nie   było   trudno   sprawić   jej 

przyjemność, ponieważ dziewczyna patrzyła w Lindsay jak w obraz i bezustannie wypytywała o 
jej życie w stolicy. 

– Milenijnego sylwestra spędziła pani w Londynie? – spytała pewnego wieczoru po długim, 

męczącym dyżurze. 

– Tak. – Lindsay podniosła wzrok znad wypisywanych recept. Bronwen właśnie wyłączała 

komputery, a Aidan, odwrócony do nich plecami, czytał jakieś notatki. Henry jeszcze siedział w 
swoim gabinecie. 

– Och, dam głowę, że było cudownie, prawda? – Gwynneth westchnęła z rozmarzeniem. 
– ^Rzeczywiście mogło się podobać – przyznała Lindsay. 
– A gdzie pani była? W Millenium Dome?
– Nie, nie tam. Poszłam... z przyjaciółmi na kolację do restauracji, a potem z okien czyjegoś 

mieszkania nad Tamizą oglądaliśmy sztuczne ognie. – Lindsay nagle zdała sobie sprawę z tego, 
że Bronwen nadstawiła uszu, a Aidan, chociaż nawet nie drgnął, też przysłuchuje się rozmowie. 

– Więc widziała  pani „Rzekę ognia”, diabelski młyn  i inne atrakcje? – Oczy Gwynneth 

rozszerzyły się z wrażenia. 

– Owszem, widziałam. 
– Och, to musiało być wspaniałe!
– Było. – Lindsay skinęła głową. – Jedyna w swoim rodzaju historyczna chwila. 
– Pieniądze wyrzucone w błoto, jeśli chcecie znać moje zdanie – oświadczyła Bronwen. – A 

tyle jest potrzeb, na które można by je wydać. 

– Pewnie masz rację, Bronwen – przyznała Lindsay – ale osobiście zgadzam się z Gwynneth. 

To było naprawdę epokowe wydarzenie, które za naszego życia już się nie powtórzy. 

Aidan właśnie się odwrócił, a Gwynneth zarumieniła się z zadowolenia, bo ktoś chociaż raz 

miał takie samo zdanie jak ona. I na tym skończyła się pogawędka, ponieważ do recepcji wszedł 
Henry i wszyscy zajęli się obowiązkami. 

Po   wyjściu   obu   recepcjonistek   i   Henry’ego   Lindsay   zamierzała   iść   do   siebie,   gdy 

nieoczekiwanie odezwał się Aidan. 

– To było miłe – stwierdził. 
– Co? – spytała z ręką na poręczy schodów. 
– To, że wzięłaś stronę Gwynneth. 
– Wyraziłam tylko własne zdanie. 
–   Wiem,   ale   Bronwen   zawsze   ją  tłamsi.   Twoje   wsparcie   musiało   podbudować   poczucie 

wartości Gwynneth. 

– Nie lubię, kiedy ktoś wyżywa się na innych. 
– Bronwen może  nawet  nie zdaje sobie sprawy,  że to robi. Gnębienie  Gwynneth  chyba 

weszło jej w krew. 

background image

– Bronwen chyba nie jest specjalnie szczęśliwą osobą. 
– Możliwe. – Aidan wzruszył ramionami. – Nic mi o tym nie wiadomo. – Postawił kołnierz 

przeciwdeszczowej kurtki, ponieważ padało, i szybkim krokiem ruszył na parking. 

Lindsay  zamknęła   od  środka  drzwi   i  poszła   na  górę.  A   później,  przygotowując  kolację, 

przypomniała sobie słowa Aidana. Niezmiernie rzadko wyrażał uznanie, ona zaś wcale nie była 
pewna,   czy   komentarz   faktu,   że   poparła   Gwynneth,   można   uznać   aż   za   pochwałę.   Ale 
najważniejsze wydawało się coś innego: Aidan wreszcie zauważył, że Gwynneth nie ma tutaj 
łatwego życia. 

Lindsay od niedawna jeździła wynajętym przez poradnię dżipem z napędem na cztery koła. 

Początkowo   sądziła,   że   będzie   tęsknić   za   swoim   sportowym   autkiem,   lecz   wkrótce   polubiła 
większy pojazd, który rzeczywiście dużo lepiej nadawał się do jazdy po miejscowych drogach. 

W dni wolne od pracy zwiedzała okolicę, podziwiając wspaniałe widoki. Zapuszczała się 

coraz dalej, na przykład przez przełęcz Llanberis aż do Caenarvon oraz do Conway i Rhyl. Raz 
nawet przejechała przez most w Menaii na wyspę Anglesea. Surowe piękno krajobrazu z jego 
wysokimi   górami,   szumiącymi   wodospadami,   wąskimi   przełęczami   i   zalesionymi   dolinami 
działało na nią jak antidotum neutralizujące ból po stracie Andrew. Myślała o nim coraz rzadziej, 
a po pewnym czasie – prawie wcale. 

Pod  koniec  pierwszego  miesiąca   jej   pobytu  w   Tregadfan  rozpoczął   się  wiosenny najazd 

turystów.   Przyjeżdżali   najróżniejszymi   środkami   lokomocji   –   samochodami   osobowymi   i 
mieszkalnymi,   motocyklami,   a   nawet   rowerami.   Chodzili   na   piesze   wycieczki   i   uprawiali 
wspinaczkę.   A   ci,   którzy   odnieśli   kontuzję,   trafiali   do   poradni,   zasilając   szeregi   pacjentów 
Lindsay. Przyjmowała ich już samodzielnie, choć codziennie musiała składać raport Aidanowi, z 
nim też nadal jeździła na wizyty domowe. Wiedziała jednak, że szybkimi krokami nadchodzi 
dzień, w którym będzie mieć własną listę pacjentów. 

Po jednym z przedpołudniowych dyżurów do jej gabinetu przyszedł Aidan. Zdziwiła się, 

ponieważ o tej porze to ona zawsze szła złożyć mu sprawozdanie. 

– Jak było? – spytał. 
–   W   normie.   –   Przerzuciła   leżące   na   biurku   karty   przyjezdnych.   –   Prawie   same   proste 

przypadki.   Dziecko   z   bólem   ucha,   inne,   pogryzione   przez   komary.   Mężczyzna   z   poważnie 
skręconą kostką. Kobieta, która zapomniała zabrać z domu niezbędne leki... 

– O co prosiła? – Aidan podszedł do balkonowych drzwi i błądził wzrokiem po wnętrzu 

oranżerii. 

–   O   nifedipin   na   obniżenie   ciśnienia,   ranitidin   na   niestrawność   i   ibuprofen   na   bóle 

reumatyczne.   Zmierzyłam   ciśnienie,   spytałam   o   charakter   niestrawności   oraz   o   okres 
przyjmowania ibuprofenu. 

– Sądzisz, że coś łączy te dwie dolegliwości?
–   Raczej   nie.   Wiem,   że   niesteroidowe   leki   przeciwzapalne   podawane   cierpiącym   na 

background image

reumatyzm mogą spowodować krwawienie w obrębie żołądka i ból brzucha, ale u tej pacjentki 
wystąpiła kwasota soku żołądkowego, zapewne jako skutek pewnych składników pożywienia. 
Kobieta   przyznała,   że   na   urlopie   jada   zupełnie   inne   rzeczy   niż   w   domu.   Poprzednio   lekarz 
domowy przepisał jej raniudin. 

– Czyli wszystko w porządku, ale zawsze trzeba zachować czujność, bo niektórzy turyści 

usiłują wyłudzić recepty na różne specyfiki. Pamiętam pewnego mężczyznę, który jeździł od 
przychodni do przychodni i mówił, że zostawił w domu diazepam. Zebrał już sporą ilość leku, 
lecz jedna z farmaceutek na szczęście zaczęła coś podejrzewać i nas zaalarmowała. – Aidan 
umilkł na chwilę. – Jakieś inne przypadki?

– Niemowlę z ostrą kolką, dwie osoby uskarżające się na poważną biegunkę i wymioty oraz 

dziewczynka   z   drzazgą   wbitą   głęboko   w   stopę.   Usunęłam   drzazgę,   dałam   zastrzyk 
przeciwtężcowy i posłałam dzieciaka do Judith na opatrunek. 

– A ci ludzie z biegunką i wymiotami są z kempingu?
– Nie jestem pewna. Chwileczkę. – Lindsay przejrzała karty. – Tak. 
– To rodzina?
– Tak, babcia i jedno z wnucząt. 
– To by sugerowało, że zjedli coś u siebie. Oby tak było, bo inaczej trzeba się spodziewać 

epidemii, a weekend za pasem. Słuchaj, wiem, że masz dzisiaj wolne popołudnie, lecz może 
chciałabyś pojechać ze mną do pacjentów na farmie w rejonie Capel Curig?

– Oczywiście. 
– Mieszkająca tam rodzina ostatnio boryka się z problemami. Matka jest w czwartej ciąży, 

ojciec   niedawno   miał   wypadek,   kiedy   posługiwał   się   jakimś   niebezpiecznym   rolniczym 
sprzętem,   a   jedno   z   dzieci   zmaga   się   z   astmą   i   egzemą.   Obiecałem   wpaść   i   zbadać   ich 
wszystkich. 

Wyjechali dopiero późnym popołudniem, lecz czerwcowe słońce nadal przyjemnie grzało. 

Lindsay usadowiła się na przednim siedzeniu landrovera, a psy Aidana zaskomlały radośnie na 
powitanie. Już do nich przywykła, a nawet je polubiła – najwyraźniej z wzajemnością. 

Lindsay opuściła szybę i wygodnie oparła łokieć. Od przyjazdu do Tregadfan zdążyła złapać 

na   nosie   trochę   piegów,   które   stały   się   bardziej   widoczne,   gdy   zbladła   złocista   opalenizna 
uzyskana wcześniej, podczas krótkiego urlopu nad Morzem Śródziemnym. Już dawno przestała 
nosić swoje eleganckie kostiumy i jedwabne bluzeczki. Bardziej praktyczne okazały się stroje 
kupione tutaj. Dzisiaj miała na sobie biało-niebieską kraciastą koszulę z podwiniętymi do łokcia 
rękawami, wpuszczoną w bawełniane kremowe spodnie ze skórzanym paskiem. Włosów niczym 
nie związała, więc pęd powietrza  zwiał je do tyłu,  ona zaś przymknęła powieki i pozwoliła 
swoim myślom odpłynąć nie wiadomo gdzie. 

– Obudziłem cię?
– Słucham? – Otworzyła oczy i spojrzała na Aidana. 
– Pytałem, czy cię zbudziłem. 

background image

– Nie spałam. 
– Akurat – odparł ze śmiechem. – Chociaż... może się do mnie nie odzywasz?
– Czemu tak sądzisz?
– Bo od pięciu minut do ciebie mówię, a ty nie reagujesz. 
– Chyba rzeczywiście trochę się zdrzemnęłam. 
– Miło wiedzieć, że się odprężyłaś. A może zanadto gonimy cię do roboty i padasz na nos ze 

zmęczenia?

–   Skądże   –   zaprzeczyła   pośpiesznie.   –   Chyba   to   czyste,   górskie   powietrze   działa   tak 

relaksujące – Cieszę się. Po przyjeździe sprawiałaś wrażenie strasznie spiętej. 

– To zrozumiałe. Przecież nic nie wyglądało tak, jak się spodziewałam. 
– Fakt – przyznał i spojrzał na nią z ukosa. – Ale coś mnie intryguje. 
– Co? – spytała czujnie. 
– Parę miesięcy temu Henry wspomniał, że chyba nie przyjedziesz do nas na praktykę. A po 

pewnym   czasie   jednak   postanowiłaś   się   zjawić.   Jestem   ciekaw,   co   skłoniło   cię   do   zmiany 
planów. 

Uznała, że nie odpowie. To przecież nie jego sprawa. Nie musi podawać mu szczegółów ze 

swojego życia osobistego. Chociaż... dlaczego nie? Tamto już należało do przeszłości. Przestało 
się Uczyć. 

– Byłam z kimś związana, ale to się rozpadło. 
– Hm... Przyszło mi do głowy coś takiego. Chcesz o tym pogadać?
– Nie – odparła stanowczo. – Wykluczone. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Miał na imię Andrew. Był adwokatem i poznaliśmy się u przyjaciół. 
Zjechali   na   pobocze,   gdzie   oprócz   nich   błąkały   się   dwie   owce.   Po   skalnej   ścianie 

szemrzącymi kaskadami spływała źródlana woda, a kręta droga nieco dalej wcinała się w głęboką 
dolinę między zboczami zalesionych wzgórz. Mimo postanowienia, aby nic nie mówić, Lindsay 
nagle zapragnęła się zwierzyć. 

– Początkowo wszystko wyglądało bajkowo. Umawialiśmy się na randki, coraz lepiej się 

poznawaliśmy   i   było   nam   cudownie.   Co   prawda   raz   zobaczyłam   go   w   restauracji   z   piękną 
dziewczyną,  lecz za namową przyjaciółki zbagatelizowałam ten incydent. Po pewnym czasie 
Andrew wprowadził się do mnie i nic nie mąciło naszego szczęścia. Oczywiście rozmawialiśmy 
o założeniu rodziny, lecz uznaliśmy, że trochę z tym poczekamy. 

– Jak skończyła się ta idylla? Coś się stało, czy po prostu oddaliliście się od siebie? Może 

zdałaś sobie sprawę, że ten związek to błąd?

– Nie, rzeczywiście coś się stało. Na dyżurze w szpitalu przypadkiem podsłuchałam pewną 

rozmowę. Pacjentka opowiadała znajomej pielęgniarce o swoim nowym chłopaku. Nadstawiłam 
uszu, gdy padła nazwa kancelarii adwokackiej, w której pracował Andrew. Potem usłyszałam 
tyle   różnych   szczegółów,   że   nie   miałam   żadnych   wątpliwości,   o   kim   mowa.   Andrew   mnie 
zdradzał,   a   tego   nie   mogłam   zignorować.   On   początkowo   wszystkiemu   zaprzeczał,   ale 
wiedziałam, że kłamie. Kazałam mu natychmiast się wyprowadzić – dokończyła  i ku swojej 
rozpaczy zalała się łzami. 

– I w tej sytuacji postanowiłaś przyjechać tutaj? Skinęła głową i wierzchem dłoni otarła 

mokre policzki. 

– Uznałam, że najlepiej wrócić do pierwotnego planu. Aidan w milczeniu przykrył jej dłoń 

swoją.   Gdyby   się   tego   spodziewała,   prawdopodobnie   cofnęłaby   rękę.   Ale   tego   nie   zrobiła, 
kompletnie zaskoczona jego gestem. I zaraz poczuła ciepło dające poczucie bezpieczeństwa. 

– Już przebolałaś to rozstanie?
– Nie od razu – przyznała z wolna. – Dlatego po przyjeździe tutaj byłam taka... drażliwa. 
– A obecnie? – Cofnął rękę i odwrócił się, aby spojrzeć Lindsay w twarz. – Jak oceniasz stan 

swoich uczuć?

– Chyba... jestem na dobrej drodze, żeby definitywnie zostawić tamten romans za sobą – 

przyznała z wahaniem, patrząc w niebieskie oczy, które wpatrywały się w nią uważnie. 

– Wydajesz się zdumiona. – Po wargach Aidana przemknął cień uśmiechu. 
– Bo rzeczywiście się dziwię. Jeszcze nie tak dawno sądziłam, że nigdy nie pogodzę się z 

utratą Andrew. Zdrada ukochanej osoby jest taka bolesna... Ale muszę przyznać, że pobyt w 
Tregadfan   wyszedł   mi   na   dobre.   Inne   miejsce   oraz   inne   obowiązki   sprawiły,   że   prawie   nie 

background image

wracam   myślami   do   dawnego   życia   w   Londynie,   nie   mówiąc   o   Andrew.   Wiem,   że   trudno 
zrozumieć,   co   czuje   człowiek   zdradzony...   w   pełni   pojmie   to   tylko   ktoś   mający   podobne 
doświadczenia. 

– Chyba rozumiem cię lepiej, niż ci się zdaje. 
– Sugerujesz, że też spotkało cię coś takiego?
– Możliwe. – Aidan lekko wzruszył ramionami. – Ale wystarczy jedna porcja zwierzeń na 

jeden dzień. Poza tym musimy ruszać w drogę. 

Przekręcił kluczyk w stacyjce i po chwili jechali w kierunku doliny. Ostre promienie słońca 

gdzieniegdzie   przebijały   się   przez   ciemne   korony   rozłożystych   sosen,   oświetlając   jaśniejszą 
zieleń klonów i jesionów oraz kępy seledynowych paproci. 

Oboje milczeli, lecz tym razem cisza była  kojąca. Lindsay skonstatowała, że czuje ulgę, 

podzieliwszy się z Aidanem historią swojego nieudanego romansu. Aidan okazał się dobrym 
słuchaczem,   a   jeśli   rzeczywiście   miał   za   sobą   podobne   przeżycia,   to   wiedział,   jak   smakuje 
cierpienie. 

Farma   znajdowała   się   u   podnóża   rozległego   wzniesienia   i   z   daleka   sprawiała   wrażenie 

opuszczonej. Na pastwiskach pasło się mnóstwo owiec, lecz zabudowania wyglądały nędznie. Za 
domem suszyło się rozwieszone na sznurze pranie, lekko falując na wietrze, a zza rogu wysypało 
się stadko gęsi, które wypełniły ogłuszającym gęganiem całe podwórko. 

– Fascynujące stworzenia – stwierdziła Lindsay, wysiadając z landrovera. 
– Ale  strasznie  hałaśliwe.  – Aidan  wymownie  się skrzywił.  – Cześć,  Rufus  – przywitał 

nastolatka, który wyłonił się ze stodoły. – Gdzie mama?

– W domu. 
– Dzięki.  – Aidan wraz z Lindsay ruszył  do wejścia i zapukał. Po długiej chwili drzwi 

otworzyła dziewczynka z ciemnymi, potarganymi loczkami, odziana w sporo za dużą, brudną, 
kraciastą sukieneczkę. Buzię i rączki dziecka pokrywały czerwone grudki wysiękowe typowe dla 
egzemy. 

– Mamo! – zawołała mała. – Pan doktor. 
–   Poproś,   żeby   wszedł,   głuptasku.   –   Z   sąsiedniego   pomieszczenia   wyszła   blada,   bardzo 

zmęczona kobieta w zaawansowanej ciąży. – Dzień dobry, doktorze. Proszę dalej. Niech pan 
wybaczy Evie i nie zwraca uwagi na bałagan. 

–   Nie   przyszliśmy   oglądać   twojego   bałaganu,   Clarrie   –   zapewnił   Aidan,   gdy   weszli   do 

saloniku, gdzie trudno było znaleźć wolne miejsce. – Interesujesz nas ty i Dai. A to jest doktor 
Henderson. – Zerknął przez ramię na Lindsay. – Pracuje u nas. 

– Miło mi panią poznać. – Clarrie uśmiechnęła się blado. – O, już jest Dai. 
Do pokoju przykuśtykał  o kulach jej mąż.  Miał około czterdziestu  lat, lecz wyglądał  na 

dziesięć więcej. Powitał Aidana skinieniem głowy i z zaciekawieniem spojrzał na Lindsay. 

– Jak leci, Dai? – Aidan zrobił na stole trochę miejsca i postawił torbę. 
– Cholernie powoli. Muszę jak najszybciej wziąć się do roboty, bo farma popadnie w ruinę. 

background image

Ted sam nie daje rady, a Rufus jest całkiem do niczego. 

– To jeszcze dzieciak – zaprotestowała Clarrie. – A ja wkrótce będę ci pomagać. 
– Jak noga? – spytał Aidan. 
– Boli. Ten cholerny gwóźdź chyba bardziej szkodzi niż pomaga. 
– Popatrzymy. Lindsay, mogłabyś w tym czasie zbadać Clarrie? Oto jej karta. 
– Już się robi. – Lindsay ucieszyła  się, że dano jej jakieś zajęcie, bo w tym  domku już 

zaczynała odczuwać klaustrofobię. – Może pójdziemy do sypialni? – zaproponowała z nadzieją w 
głosie, patrząc na Clarrie. 

– Jak pani chce, ale tam też jest bałagan. – Kobieta wyszła do holu i ruszyła  stromymi 

schodami na górę. – Pani na dobre w Tregadfan?

– Och, nie, tylko na rok. Potem wracam do domu. 
– Czyli dokąd? – Clarrie otworzyła drzwi sypialni i przepuściła Lindsay. 
– Do Londynu. 
– Miastowa dziewczyna? – Clarrie uśmiechnęła się blado. – Trochę tu inaczej niż w stolicy, 

prawda?

– Trochę – ze śmiechem przyznała Lindsay. – Zna pani Londyn?
– Byłam tam kiedyś na wakacjach... w innym życiu. – Po twarzy Clarrie przemknął cień 

uśmiechu. – Jako uczennica pracowałam w lecie na kempingu w Tregadfan. Tam zaprzyjaźniłam 
się z pewnym chłopakiem. Jego rodzice zaprosili mnie na parę tygodni. Mieszkali w Londynie, a 
właściwie w Peckham. 

– Rozumiem, że było to, zanim poznała pani Daia? – Lindsay otworzyła torbę, a Clarrie 

usiadła na łóżku i z wyraźną ulgą oparła plecy o poduszki. 

– Tak jakby. Chociaż Daia znałam prawie od zawsze. Wychowaliśmy się razem. – Clarrie 

wzruszyła ramionami, lecz nie dodała, co stało się z chłopakiem z Peckham. 

– Który to tydzień? – Lindsay zerknęła w notatki. 
– Trzydziesty siódmy. Już nie mogę doczekać się końca. Ta ciąża męczy mnie dużo bardziej 

niż trzy poprzednie razem wzięte. 

– To zrozumiałe. Teraz ma pani pod opieką trójkę dzieci, a problemów też chyba nie brakuje. 
– Żeby pani wiedziała. – Clarrie skrzywiła się wymownie. – Czasem mi się wydaje, że Dai 

jest gorszy niż dzieciaki. Od wypadku zachowuje się jak zwierzę w klatce. Można by pomyśleć, 
że to wszystko moja wina. A stos rachunków rośnie. Nasza sytuacja była trudna już przedtem, ale 
teraz... – Clarrie bezradnie rozłożyła ręce. – Boję się, że przyjdzie nam sprzedać farmę. Tylko co 
potem?

– Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. A na razie najważniejsza jest pani i dziecko. 

Będzie pani rodzić w szpitalu?

– W domu, tak jak poprzednio. 
– Może przydałby się pani taki pobyt w szpitalu, nawet krótki. Trochę by pani odsapnęła. 
– Nie, zostanę tutaj. Przyjedzie położna, a potem przez parę dni będzie u nas moja siostra, o 

background image

ile nie pokłóci się z Daiem. 

– Sprawdzę teraz ciśnienie i tętno dziecka. – Lindsay usiadła na brzegu łóżka i założyła 

opaskę ciśnieniomierza na ramię Clarrie. – Jest nieco podwyższone – stwierdziła, odczytawszy 
wynik. – Musi pani jak najwięcej odpoczywać. Wiem, łatwo powiedzieć – dodała, gdy Clarrie 
kpiąco prychnęła. – Ale proszę chociaż spróbować. Mam porozmawiać o tym z mężem?

– Jeśli pani chce... Ale to i tak nic nie da. – Clarrie oparła się na łokciach i patrzyła na 

badającą ją Lindsay. – Wszystko w porządku? – spytała z nutą niepokoju w głosie. 

– Tak – zapewniła Lindsay. – Tętno jest silne i miarowe. Co by pani wołała, chłopca czy 

dziewczynkę?

– Mnie tam bez różnicy. – Clarrie poprawiła odzież i podniosła się. – Chociaż z dziewczynką 

byłoby po równo. 

– Czyli jest Rufus, Evie i... ?
– Jared. Ma dwanaście lat, Rufas skończył szesnaście, a Evie sześć. Myślałam, że na tym 

będzie koniec – z żalem w głosie przyznała Clarrie. – Jak widać, człowiek może się mylić, 
prawda?

– Evie cierpi ma astmę i egzemę? – Lindsay schowała do torby stetoskop i aparat do pomiaru 

ciśnienia. 

– Tak, i objawy się nasiliły. – Clarrie wstała i natychmiast znów opadła na pościel. – Och! – 

jęknęła. – Zakręciło mi się w głowie. Chyba za szybko się podniosłam. 

– Proszę chwilkę poleżeć. 
– O czym to mówiłyśmy? Aha, o Evie. Ostatnio strasznie kaszle. Kłopot w tym, że zajmuje 

się zwierzakami i jej egzema wtedy nawraca. 

– Doktor Lennox na pewno zajmie się Evie. Albo ja to zrobię, gdyby jeszcze badał pani 

męża. 

– Miły człowiek z tego doktora Lennoxa. – Clarrie podniosła się z łóżka, lecz tym razem 

bardzo ostrożnie. – Dawniej przychodził stary doktor Meredith, ale był strasznie pyskaty. On i 
Dai często skakali sobie do oczu. Doktor Lennox jest inny. 

– Sądzę, że w razie potrzeby umie obstawać przy swoim zdaniu. 
– Och, nie wątpię. A czemu pani z nim jeździ?
– Odbywam praktykę pod jego opieką. Ale proszę się nie obawiać, jestem wykwalifikowaną 

lekarką, tylko muszę poznać metody działania lekarza rodzinnego, żeby nim zostać. 

– Więc spędzacie razem dużo czasu. 
–   To   prawda.   Właściwie   można   powiedzieć,   że   jestem   cieniem   doktora   Lennoxa   –   ze 

śmiechem oświadczyła Lindsay. 

– A co na to Bronwen?
– Znają pani?
– Jest sąsiadką mojej siostry. 
– No tak, już zapomniałam, że tu wszyscy się znają. 

background image

– I to jak! Siostra opowiedziała mi o Bronwen i doktorze Lennoksie. 
– Coś ich łączy? – Lindsay zmartwiała. Czyżby jej początkowe przypuszczenia okazały się 

trafne?

– Chyba tylko pobożne życzenia Bronwen. Rzeczywiście jedynie tyle? – zastanawiała się 

Lindsay, idąc za Clarrie na dół. A jeśli Aidan i jego recepcjonistka naprawdę mają romans? 
Aidan wspomniał, że kiedyś ktoś go zawiódł, lecz raczej nie chodziło o Bronwen, skoro pragnęła 
go zdobyć. Może wiedziała o jego miłosnym zawodzie i oferowała Aidanowi ramię, na którym 
mógłby się wypłakać, a w cichości ducha liczyła na więcej niż przyjaźń. 

Najlepiej w ogóle nie zaprzątać sobie tym głowy. Plotkarze potrafią wymyślić Bóg wie co, 

zaś prywatne życie Aidana Lennoxa to wyłącznie jego sprawa. 

– Zamierzam zmienić dawkę leku w inhalatorze Evie – oznajmił Aidan, gdy Lindsay i Clarrie 

wróciły do saloniku. – Przepiszę też silniej działający krem na egzemę. Jeśli to nie pomoże, 
pomyślimy o kolejnej kuracji steroidami. Evie nie myje się zwykłym mydłem, prawda?

– Nie, przestrzegamy wszystkich zaleceń  – zapewniła Clarrie. – Chyba  tylko kontakt ze 

zwierzętami mógł spowodować taką reakcję. 

–   Powinnaś   na   razie   trzymać   się   od   nich   z   daleka,   Evie   –   rzekł   łagodnie   Aidan,   a 

dziewczynka spuściła główkę, po czym ukryła buzię w fałdach matczynej spódnicy. – Wiem, że 
na farmie to trudne, zwłaszcza że uwielbiasz zwierzaki. 

– Aidan spojrzał na Lindsay. – Wszystko w porządku?
Domyśliła się, że pytał o ciążę Clarrie, i twierdząco skinęła głową. 
– W takim razie chyba już pójdziemy. Załatwię ci fizykoterapię, Dai, i podam terminy. 
Dai tylko chrząknął. Clarrie odprowadziła ich do drzwi. 
– Dziękuję wam obojgu. 
– Będzie pani mogła zrealizować recepty? – troskliwie spytała Lindsay. 
– Tak, Ted, który u nas pracuje, weźmie je do apteki, kiedy będzie jechał do Betwsycoed po 

nawozy. 

– Dbaj o siebie, Clarrie. 
– I koniecznie proszę się nie przemęczać – dodała Lindsay. 
Zanim wyjechali na drogę, spojrzała przez ramię na podwórze. Clarrie wraz z córeczką nadal 

stała   na   progu,   odprowadzając   ich   wzrokiem,   a   zza   domu   znów   wytoczyło   się   stadko   gęsi. 
Trzepotały   skrzydłami   i   gęgały   jak   szalone,   najwyraźniej   zirytowane   warkotem   silnika 
samochodu. 

– Inny świat – mruknęła Lindsay. – Niesamowite, że tyle ludzi spędza całe życie na takich 

odległych farmach, zajmując się tylko hodowlą owiec. 

– Większość tych farmerów jest zadowolona z takiej egzystencji. Czasem jakiś syn wyjedzie 

do pomaturalnej szkoły,  najczęściej  rolniczej, a potem zazwyczaj  wraca tutaj, żeby zająć się 
rodzinną gospodarką. 

– A dziewczęta?

background image

– Prawie wszystkie wychodzą za mąż za miejscowych farmerów, chłopaków, których znały 

od dziecka. 

– Jak Clanie. 
– Właśnie. 
– Nie sprawiają wrażenia szczęśliwych. 
– Cóż, od pewnego czasu ściga ich pech. Nie dość, że hodowla i uprawa roli stają się coraz 

mniej opłacalne, to na dodatek Dai miał wypadek i nie może pracować. Są w trudnej sytuacji. A 
jak tam Clarrie?

– Ma trochę podwyższone ciśnienie, opuchnięte kostki i jest strasznie przemęczona, ale tętno 

dziecka w normie. Uważasz, że powinna rodzić w domu?

– Wolałbym zabrać ją do szpitala, ale ona się nie zgadza. 
– Nie można by pogadać z tą położną?
– Owszem,  ale ona z pewnością będzie po stronie Clarrie.  Tutejsze kobiety szczycą  się 

rodzeniem w domu. Chyba można to uznać za zjawisko socjologiczne. 

– Jak Dai będzie jeździł na fizykoterapię?
– Bóg raczy wiedzieć. Ted mógłby go wozić ciężarówką, ale wątpię, czy znajdzie czas. 

Biedak i tak ma huk roboty. Przypuszczam, że Dai odpuści te zabiegi. 

– A ten chłopak, Rufus, nie powinien chodzić do szkoły?
–   Chyba   tak,   ale   przestał   po   świętach   wielkanocnych,   kiedy   skończył   szesnaście   lat,   i 

pomaga Tedowi. 

– Ciężko im. 
– Już ci to mówiłem. Problem w tym, że mają niewielkie szanse na poprawę swojego bytu. 
– Ale kiedy Clanie już urodzi i Dai odzyska formę... – Lindsay urwała, zauważywszy minę 

Aidana. – Jego stan się poprawi, prawda? – spytała. 

– Mam taką nadzieję, ale minie dużo czasu, zanim jego noga całkiem się zrośnie, a jest 

jeszcze uszkodzone ścięgno w prawym ramieniu. Muszę przyznać, że czasem wątpię, czy Dai 
kiedykolwiek będzie w stanie znów pracować na farmie. 

– Więc co ich czeka?
–   Prawdopodobnie   sprzedaż   gospodarstwa,   ale   w   dzisiejszych   czasach   niewiele   za   nie 

dostaną. A co gorsza, Dai jest do niego strasznie przywiązany. Przechodziło z ojca na syna i Dai 
uważa   za   swój   obowiązek   przekazać   je   Rufusowi.   Gdy  kiedyś   wspomniałem   o   ewentualnej 
sprzedaży, Dai omal nie skręcił mi karku. To strasznie dumny facet. 

Gdy dojechali do Tregadfan, słońce już zachodziło i góry pogrążały się w mglistym mroku. 

Lindsay kompletnie zapomniała o tym, że zrezygnowała z wolnego popołudnia, aby towarzyszyć 
Aidanowi. Była zadowolona, ponieważ spędziła je w wartościowy sposób – nie tylko poznała 
kolejnych  ludzi,   wśród  których   miała  pracować,  lecz  także  przełamała  lody  w  stosunkach   z 
Aidanem. Intuicyjnie czuła, że od dzisiaj oboje będą lepiej się rozumieć. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Dam panu lomotil na biegunkę i maxolon na mdłości. – W namiocie było tak ciasno, że 

Lindsay   musiała   przyklęknąć,   aby   wypisać   receptę.   –   Na   razie   proszę   pić   tylko   wodę 
butelkowaną i jeść sucharki – poleciła leżącemu w śpiworze blademu młodzieńcowi. 

– Kiedy będzie mógł się wspinać? – spytał zaniepokojony kolega chorego. – Mamy tyle tras. 
– Nie sądzę, żeby ten biedak miał ochotę wdrapywać się na górki. Przez kilka dni powinien 

być   na   diecie   i   wypoczywać.   Niech   bierze   to,   żeby   nie   opadł   z   sił.   –   Lindsay   wręczyła 
chłopakowi kilka małych torebeczek. 

– Co to takiego?
–   Glukozowy   preparat   uzupełniający   niedobór   płynów   w   organizmie.   Działa   również 

wzmacniająco. Niezbędny w przypadku takich dolegliwości żołądkowych. 

– Dziękujemy za przyjście, pani doktor. On nie miał siły się ruszyć. 
– To zrozumiałe. Proszę o niego dbać. – Lindsay uniosła klapę namiotu i wygramoliła się na 

zewnątrz. Po raz pierwszy załatwiała wizyty domowe samodzielnie. 

– Dasz sobie radę? – spytał Henry, gdy wczoraj powiedziała mu, co ją czeka. 
– Chyba tak. 
– Już dobrze zna topografię terenu, a w razie czego zawsze może wezwać nas przez telefon – 

dodał Aidan. 

– Niby racja – zgodził się Henry. – Chociaż... nie jestem pewien, czy ja będę osiągalny. Aż 

boję się mówić o tym na głos, ale Megan ostatnio miewa się lepiej, więc pomyślałem, że zabiorę 
ją w niedzielę na małą wycieczkę. 

– Wspaniały pomysł – pochwaliła Lindsay. 
– Zmiana otoczenia może zdziałać cuda – przyznał Aidan. – Ale musisz pamiętać, że w 

przypadku zapalenia mózgu i rdzenia poprawa samopoczucia nie trwa długo. 

– Cóż, wiem... – Henry westchnął ciężko. – Tym bardziej trzeba chwytać każdą chwilę. 
Wyjeżdżając z kempingu, Lindsay gorąco pragnęła, aby żona Henry’ego poczuła się lepiej. 

Przejażdżka po okolicy w taki piękny dzień na pewno sprawiłaby Megan wielką przyjemność. 

Lindsay z uśmiechem przesunęła wzrokiem po zielonych wzgórzach. Na razie radziła sobie 

całkiem dobrze. Już zdążyła stwierdzić zapalenie wyrostka robaczkowego u dziecka i wezwała 
karetkę, aby zabrano je do szpitala. Potem odwiedziła dwóch pacjentów w podeszłym wieku: 
jeden chorował na nieuleczalnego raka i czekał na pielęgniarkę, która miała zrobić mu zastrzyk z 
morfiny, zaś drugi cierpiał na chroniczne schorzenie dróg oddechowych i potrzebował tlenu. 

Wracając do wsi, Lindsay pod wpływem impulsu postanowiła zajrzeć do Douglasa i Milły. 

Zaparkowała dżipa od frontu, otworzyła furtkę i szła między zadbanymi klombami. Przy samej 
ścieżce rosły na nich dorodne, różnokolorowe bratki i prymulki, a wzdłuż płotu oddzielającego 

background image

podwórze   od   sąsiedniej   posesji   bujnie   kwitły   fioletowe   ostróżki   i   różowe   malwy.   Lindsay 
zadzwoniła i stojąc przed drzwiami, obserwowała pszczołę kołującą nad donicą z nagietkami. 
Nieco   dalej,   na   kamiennym   chodniczku   prowadzącym   na   tyły   domu,   drozd   usiłował   rozbić 
skorupę ślimaka. 

Była pełna podziwu dla wytrwałości ptaka i dopiero po dłuższej chwili skonstatowała, że nikt 

nie otwiera, a z wnętrza nie dochodzą żadne dźwięki. Jeszcze raz nacisnęła przycisk dzwonka, po 
czym  obeszła dom i stwierdziła, że kuchenne drzwi są otwarte. Widocznie Milly wyszła do 
ogrodu i nie zorientowała się, że ktoś przyszedł. 

Ale Lindsay nigdzie jej nie zauważyła, więc zastukała w drzwi i zawołała gospodarzy, lecz 

nikt się nie pojawił ani nie odezwał, tylko w głębi mieszkania rozległo się głuche dudnienie. 

– Milly? Jest pani tam?
Stukanie   powtórzyło   się,   tym   razem   głośniejsze   i   jakby   naglące.   Pełna   złych   przeczuć 

Lindsay z wahaniem weszła do wnętrza. Jej obawy potwierdziły się, gdy przeszła przez małą, 
idealnie czystą kuchnię i spróbowała otworzyć drzwi do saloniku. Zdołała tylko trocheje uchylić, 
ponieważ coś je blokowało. Wybiegła więc na zewnątrz i osłaniając z boku oczy, zajrzała do 
pokoju przez okno. 

Milly leżała na podłodze tuż przy drzwiach, a Douglas siedział w fotelu i swoim balkonikiem 

uderzał w podłogę. Najwyraźniej usiłował w ten sposób wezwać pomoc. 

Lindsay   głośno   zabębniła   w   szybę,   a   staruszek   powolutku   odwrócił   głowę.   Nie   ulegało 

wątpliwości, że jest dzisiaj bardzo słaby i nie zdoła wstać, aby otworzyć okno. Lindsay przez 
moment miała ochotę zadzwonić po Aidana, lecz zaraz porzuciła ten pomysł. To ona ma dzisiaj 
dyżur, więc powinna samodzielnie ocenić sytuację i rozwiązać problem. 

Pospiesznie   wezwała   pogotowie,   wyszarpnęła   z   ziemi   jeden   z   potłuczonych   kafelków, 

którymi był obłożony skraj klombu, i stłukła szybkę sąsiadującą z okienną klamką. 

Trzask   pękającego   szkła   zabrzmiał   w   ciszy   spokojnego   niedzielnego   przedpołudnia 

przeraźliwie głośno. Lindsay właśnie wsunęła w otwór dłoń, gdy nagle usłyszała za sobą czyjś 
gniewny okrzyk. 

– Co się tu dzieje?!
Odwróciła się i ku swemu zdumieniu ujrzała wyglądającego zza płotu, rozgniewanego Hew 

Griffithsa. 

– O, Hew... to znaczy, panie Griffiths, tak się cieszę, że pana widzę. Mieszka pan tutaj?
– Jasne, że tak, i chcę wiedzieć, co pani tu, u diabła, wyprawia!
–  Chwileczkę.   –  Lindsay  wreszcie   otworzyła   okno.  Teraz   musiała   tylko   wdrapać   się  na 

parapet i wejść do środka. – Milly zemdlała. 

– Nie lepiej wejść przez drzwi?
– Nie można ich otworzyć, bo Milly leży w saloniku i je blokuje. – Gramoląc się przez okno, 

Lindsay była  zadowolona, że ma  na sobie drelichowe spodnie, a nie wytworny kostiumik  z 
butiku w Kensington. 

background image

– A co z Douglasem?
– Jest w domu. Mógłby pan podejść od frontu? Przesunę Milly i otworzę drzwi. 
Mrucząc pod nosem, Hew zniknął za płotem, a Lindsay zeskoczyła na podłogę. 
– Tam... M... milly... – wyjąkał Douglas. 
–   Wiem.   –   Lindsay   lekko   ścisnęła   go   za   ramię   i   pospieszyła   do   Milly.   Kobieta   była 

półprzytomna, bełkotała coś niezrozumiale, z kącika wykrzywionych ust spływała strużka śliny, 
a  lewa  ręka  zwisała   bezwładnie.   – Milly,  to  ja, doktor  Henderson. –  Lindsay kucnęła   obok 
staruszki i sprawdziła jej puls. – Spróbuję ułożyć panią trochę wygodniej. – Delikatnie odsunęła 
kobietę od drzwi i włożyła jej pod głowę dwie poduszki z kanapy. Milly chyba przygotowywała 
niedzielny lunch, gdy poczuła się źle, ponieważ była w fartuchu. A niedawno przyniosła mężowi 
kawę, która wraz z talerzem ciasteczek nadal stała na małym stoliku obok fotela. 

Milly  znów   spróbowała  coś   powiedzieć  i   sprawiała  wrażenie  rozstrojonej,  toteż   Lindsay 

uklękła i wzięła ją za rękę. 

–  Proszę  się  o nic   nie  martwić,  Milly.  Wyjdzie  pani  z  tego.  A  Douglasem  wszystko   w 

porządku – zapewniła uspokajającym tonem. – To pan, Hew? – zawołała, gdy ktoś poruszył 
klamką. – Proszę wejść. 

– Co się stało? – Hew objął zdumionym spojrzeniem scenkę w saloniku. 
– Milly miała udar. Zaraz przyjedzie pogotowie. Mógłby pan przynieść z sypialni jakiś koc?
Hew poszedł na górę, a Lindsay wyjęła z torby stetoskop i ciśnieniomierz. Osłuchała serce 

pacjentki i właśnie zakładała na jej ramię opaskę aparatu, gdy wrócił Hew. 

–   Dzięki.   –   Wzięła   od   niego   pled   i   okryła   nim   Milly.   –   Nie   powinna   zmarznąć.   Może 

zechciałby pan porozmawiać z Douglasem? Spytać, czy czegoś nie potrzebuje?

– A pani co robi? – burknął Hew. 
– Zmierzę jej ciśnienie. 
– Ale ma przyjechać karetka?
– Tak. Milly musi pojechać do szpitala. 
– A co z Douglasem? Sam nie da sobie rady. 
– Wiem. Mają w tej okolicy jakąś rodzinę?
– Nie. Ich syn mieszka pod Oksfordem, a córka za granicą, chyba w Kanadzie. A może w 

Nowej Zelandii? Gdzieś tam. 

– W takim razie porozmawiam z siostrą oddziałową. Może ona znajdzie jakieś rozwiązanie. – 

Lindsay wystukała numer dyżurnego szpitala i naświetliła sytuację. Pielęgniarka uznała, że trzeba 
przyjąć również Douglasa, a potem pracownik socjalny zdecyduje, co dalej. – Lindsay wyłączyła 
komórkę, podeszła do Douglasa i kucnęła przed nim. – Panie Morgan, Milly pojedzie do szpitala 
– oznajmiła łagodnie. – A pan wraz z nią – dodała, gdy staruszek zaczął się trząść. 

– Wszystko dobrze, chłopie – zapewnił Hew. – Milly wyzdrowieje. 
Usłyszawszy imię żony, Douglas powoli się odwrócił i popatrzył na nią, a Lindsay i Hew 

powędrowali wzrokiem za jego spojrzeniem. Było oczywiste, że tej chwili Milly nie wygląda na 

background image

kogoś, kto szybko wyzdrowieje. Lindsay ujęła dłoń staruszka i ścisnęła ją lekko, aby dodać mu 
otuchy. 

– Pójdę na górę i zapakuję trochę niezbędnych rzeczy, dobrze? Hew, posiedzi pan z nim? 

Zaraz wrócę. 

Hew tylko  skinął głową. Najwyraźniej był  oszołomiony tym,  co się stało, i w ogóle nie 

przypominał tamtego gburowatego osobnika, który przyszedł do poradni pierwszego dnia pracy 
Lindsay. 

Lindsay wyjęła z szafy podręczną torbę i spakowała piżamy, kapcie oraz przybory toaletowe 

dla Douglasa i Milly. Przed wyjściem rozejrzała się po pokoju, w którym panował równie idealny 
porządek jak na dole. Wątpiła, czy państwo Morgan jeszcze tu wrócą. Schodząc na dół, czuła, że 
ze wzruszenia ściska ją w gardle, więc z zadowoleniem powitała sanitariuszy. W skrócie opisała 
im stan Milly oraz wyjaśniła, dlaczego trzeba zabrać również jej męża. 

– Mamy wziąć oboje? – spytał Vincent, starszy z dwóch pielęgniarzy. – Jak tak dalej pójdzie, 

to wszyscy pacjenci będą chcieli jechać ze swoją drugą połową. Pani jest tutaj nowa, prawda? 
Zastępczyni czy praktykantka?

–  Praktykantka.  –  Lindsay  już  zamierzała  dodać,   że  jest  wykwalifikowaną   lekarką   i  ma 

prawo skierować pacjenta do szpitala, ale Vincent szeroko się uśmiechnął. 

– Proszę nie robić takiej smutnej miny, kochana. Jasne, że go weźmiemy. Prawda, Douglas?
– Och. – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Znacie go?
– Czy go znamy? Jeszcze jak. Nieraz woziliśmy go do przyszpitalnej poradni. – Sanitariusz 

kucnął przy Milly. – Witaj, kochaniutka – powiedział lekkim tonem. – Co ty knujesz? Dobra, nic 
nie mów. I tak wiem. Wkurzyłaś się, bo zawsze wszyscy tańczą wokół Douga, prawda? Więc 
teraz twoja kolej. Mark i ja położymy cię na noszach i zaniesiemy do karetki. Potem wrócimy po 
Douga, żeby pojechał z nami. – Vincent spojrzał na Lindsay. – Oddycha z trudem. 

– Możecie podać jej tlen?
– Jasne. – Vincent założył staruszce maskę tlenową, a parę minut później państwo Morgan 

już byli w karetce. 

– Proszę nie  martwić  się tym  oknem,  pani  doktor – powiedział  Hew, gdy po odjeździe 

ambulansu Lindsay z westchnieniem wróciła do saloniku. – Wstawię szybkę, posprzątam szkło, 
zamknę   dom   i   wezmę   klucze.   Zaraz   wróci   z   kościoła   moja   żona.   Pewnie   będzie   chciała 
odwiedzić Milly. 

– Z odwiedzinami trzeba poczekać kilka dni. Milly musi dojść do siebie. 
– Nieźle ją strzeliło, prawda?
– Obawiam się, że tak. – Lindsay wzięła swoją torbę. – Cóż, muszę już iść. Nadal jestem na 

dyżurze. Bardzo dziękuję panu za pomoc, Hew. 

– Nie ma o czym mówić. Dobrze, że mogłem się przydać. Jesteśmy sąsiadami od wielu lat. 
Hew odprowadził ją do drzwi i pomachał na pożegnanie. Lindsay uśmiechnęła się do siebie. 

Hew   Griffiths   potraktował   ją   dzisiaj   zupełnie   inaczej   niż   poprzednio.   Czyżby   mieszkańcy 

background image

zaczynali ją akceptować? Tak czy inaczej, była zadowolona z impulsu, który kazał jej zajrzeć do 
Morganów. Gdyby lekarz przyjechał później, Milly prawdopodobnie by zmarła. 

Wiedziona kolejnym impulsem, Lindsay postanowiła wpaść do Aidana. Wspomniał, że cały 

dzień będzie w domu i pomoże jej w razie potrzeby. Nie potrzebowała jego pomocy ani nawet 
fachowej rady, lecz nagle poczuła przemożną chęć zobaczenia go. Choćby tylko dlatego, żeby 
mu opowiedzieć, jak sobie poradziła w kryzysowej sytuacji. 

Zaparkowała dżipa na poboczu drogi i szybko zbiegła po schodach. Tym razem były suche, 

ona zaś miała na nogach wygodne pantofle. Parsknęła śmiechem, przypomniawszy sobie tamten 
deszczowy dzień, gdy chwiejnie schodziła na dół w swoich wytwornych, czarnych lakierkach ze 
złotymi obcasami. Aidan zasugerował, żeby sobie kupiła porządne buty, a potem się pokłócili, 
gdy wróciła z kilkugodzinnych zakupów. Dzisiaj musiała przyznać, że ona i Aidan rozumieją się 
dużo lepiej niż na początku ich znajomości. 

Jeszcze na schodach usłyszała jakiś łomot, a po chwili ujrzała w głębi ogrodu Aidana. Miał 

na sobie dżinsy i podkoszulek i właśnie rąbał na pieńku drewno. 

Nieco dalej leżały na ziemi oba psy i z pyskami opartymi na przednich łapach obserwowały 

swego pana. Zobaczyły Lindsay, lecz ją poznały i nie zaszczekały. Skipper na powitanie uniósł 
łeb, a Jess energicznie zamerdał ogonem. 

Lindsay przystanęła, aby nie przeszkadzać, gdy Aidan macha siekierą. Za każdym razem, 

gdy ją unosił i szerokim łukiem opuszczał na grubą kłodę, którą rąbał na mniejsze kawałki, 
uwypuklały się mięśnie jego pleców i barków, wyraziście grając pod cienką bawełną koszulki. 
Spod zwichrzonych,  ciemnych  włosów spływały na czoło strużki potu. W tej chwili było  w 
wyglądzie   Aidana   coś   surowego,   niemal   pierwotnego,   co   sprawiło,   że   Lindsay   ogarnęło 
pożądanie. 

On zaś chyba wyczuł jej obecność, bo nagle się odwrócił, a gdy ich oczy się spotkały, czas 

jakby się zatrzymał. Lindsay z wrażenia zaparło dech, a jej serce na moment przestało bić – lub 
tak jej się przynajmniej zdawało. 

A potem Aidan się odezwał i po magicznej chwili pozostał Lindsay tylko tępy ucisk gdzieś 

pod żebrami oraz pamięć o słodkim i jednocześnie bolesnym doznaniu. 

– Nie wiedziałem, że tu jesteś. – Aidan spojrzał na psy. 
– Ale czujne z was cerbery!
– Już mnie znają i nie szczekają na mój widok, tylko merdają ogonami. 
– Coś się stało? – Aidan chyba pomyślał, że nie przyszła tu bez powodu. 
– Tak, ale rozwiązałam ten problem. 
– Właśnie miałem strzelić sobie colę. – Aidan otarł spocone czoło. – Napijesz się? A potem 

mi wszystko opowiesz. 

– Dobrze. – Usiłowała mówić lekkim tonem, ale z jakiegoś niewiadomego powodu jej serce 

nadal wyprawiało dziwne harce. Najpierw rzeczywiście się zatrzymało, a teraz z kolei łomotało 
jak szalone. 

background image

– Masz przy sobie komórkę? – spytał Aidan, a gdy skinęła głową, pomaszerował do domu. 
Lindsay usiadła na odwróconej do góry dnem wielkiej, glinianej donicy i popatrzyła na bujną 

roślinność ogrodu. Panował tu cudowny spokój, a ciszę przerywało tylko cykanie świerszczy i 
niekiedy szum silnika przejeżdżającego drogą pojazdu. Oparła głowę o mur i wystawiła twarz do 
słońca, świadoma nieoczekiwanego poczucia błogości. Pojawiło się po raz pierwszy od dawna i 
samo w sobie wydawało się czymś zdumiewającym, zważywszy na załamanie, jakie przeżyła. 

Dlaczego teraz była taka zadowolona? Jakim cudem wkradło się do jej duszy tyle radości, a 

ona nawet tego nie zauważyła?

Przecież to z pewnością nie ma nic wspólnego z Aidanem?
Otworzyła oczy i ujrzała go, idącego przez podwórze. Niósł dwie pełne szklanki, a ona nagle 

stwierdziła, że przyczyna jej cudownej euforii ma wiele wspólnego z Aidanem. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Wręczył  jej szklankę i usiadł na niskim murku oddzielającym podwórze od ogrodu. Jess 

nadstawił ucha i uniósł łeb, aby sprawdzić, co się dzieje. Ale z panem wszystko było w porządku, 
więc znów oparł pysk na łapach i zamknął oczy. Skipper od dawna pochrapywał. 

– Zdrówko. – Aidan uniósł szklankę. 
– Zdrówko. – Lindsay wypiła mały łyk coli, zaś Aidan – wielki haust. 
– Ach – westchnął Aidan z zadowoleniem. – Tego potrzebowałem. 
– Dziwię się, że nie wziąłeś sobie piwa. 
– Wolałem nie ryzykować, bo gdybyś  potrzebowała pomocy,  to musiałbym wskoczyć  za 

kółko. A właśnie... – Spojrzał na nią z ukosa. – Chciałaś mi coś opowiedzieć?

– Nie uwierzysz, co się zdarzyło. 
– Po latach praktyki chyba już nic mnie nie zdziwi. 
– Więc co powiesz na to, że w tej chwili Douglas i Milly Morganowie są w szpitalu? – 

spytała, a Aidan wytrzeszczył oczy ze zdumienia. – A widzisz? Jednak cię zaskoczyłam. 

– Co się stało? – Głos Aidana zabrzmiał chłodniej. Lindsay nerwowo oblizała wargi i w 

duchu   sklęła   się   za   ten   przejaw   zdenerwowania.   Na   litość   boską,   przecież   sobie   poradziła, 
prawda? Dlaczego więc tak się boi powiedzieć, co zaszło? No cóż, powodem jej obaw był Aidan. 
A fakt, że siedzi tuż obok i wygląda tak niesamowicie seksownie, wcale niczego nie ułatwia. 

– Milly miała udar. 
– Kto cię wezwał?
Poruszyła się niespokojnie, bo Aidan wciąż mierzył ją tym chłodnym spojrzeniem. 
– Prawdę mówiąc, nikt. Przejeżdżałam obok ich domu, wracając z kempingu od chorego, i 

pomyślałam, że do nich zajrzę... 

– Niby po co?
– O co ci chodzi? – Lindsay zmarszczyła brwi. 
Nie takiej reakcji się spodziewała. Przypuszczała, że Aidan pochwali ją za nadzwyczajną 

intuicję, a on tymczasem wydawał się coraz bardziej zirytowany. 

– Dlaczego postanowiłaś ich odwiedzić? Miałaś ochotę na kawę i ciasteczka roboty Milly?
– Co ty pleciesz! – Poczuła na policzkach gorący rumieniec. 
– Więc czemu tam poszłaś?
– Żeby się z nimi zobaczyć. Sprawdzić, jak się mają. 
– Czyli była to wizyta lekarska?
– Oczywiście, skoro się upierasz, żeby ją sklasyfikować. 
– Przecież wiesz, że wpadam do nich raz na tydzień. 
– Wiem – syknęła, z trudem zachowując spokój. – Ale jakiś impuls kazał mi tam iść. I 

background image

wspaniale, że to zrobiłam, bo w przeciwnym razie Milly pewnie nadal leżałaby na podłodze. 

–   Chwileczkę.   –   Aidan   ostrożnie   odstawił   szklankę.   –   Wyjaśnijmy   wszystko   po   kolei. 

Zajrzałaś do Morganów, wiedziona impulsem, i Milly leżała na podłodze?

– W saloniku. 
– Kto ci otworzył drzwi?
– Stłukłam szybę i weszłam przez okno. 
– Co takiego?!
– To, co mówię. Ale spokojna głowa. Hew Griffiths, on mieszka po sąsiedzku... 
– Wiem, gdzie mieszka Hew – złowrogim tonem wycedził Aidan. 
– No więc on usłyszał brzęk tłuczonego szkła i wszedł od frontu, gdy ja już wgramoliłam się 

przez okno. Obiecał, że wstawi tę szybkę, czyli nie ma sprawy. 

– Nie przyszło ci do głowy, żeby wezwać policję, zamiast się włamywać? Czy nie w ten 

sposób się postępuje tam, skąd pochodzisz? Bo tutaj jest właśnie taki zwyczaj. 

– Nie jestem przedszkolakiem, Aidanie. Znam procedurę. 
– To czemu jej nie zastosowałaś?
– Bo właściwie nie musiałam się włamywać. 
– Przecież podobno zbiłaś szybę i weszłaś przez okno. 
–   Najpierw   weszłam   kuchennymi   drzwiami.   –   Lindsay   była   coraz   bardziej   wkurzona 

koniecznością przejścia do defensywy. Wzięła głęboki oddech, by nie wybuchnąć, i opisała całe 
zdarzenie. – Od razu się zorientowałam, że to udar – oświadczyła na koniec. 

– Milly była przytomna?
– Ledwie. 
– Jak sądzisz, ile czasu tak leżała?
– Niezbyt długo. Przyniosła Douglasowi kawę, ale nie zdążył jej wypić. 
– O której tam przyszłaś?
– Około jedenastej trzydzieści. 
– Więc udar nastąpił po dziesiątej trzydzieści. Właśnie o tej porze Milly parzy kawę. Co 

potem zrobiłaś?

– Ułożyłam Milly wygodniej, osłuchałam jej serce i zmierzyłam ciśnienie, a Hew zajął się 

Douglasem. Później mi uzmysłowił, że Douglas nie może zostać sam. 

– Tobie nie przyszło to do głowy?
– Owszem, ale sądziłam, że Morganowie mają tutaj jakąś rodzinę. Hew powiedział, że nie, 

więc zadzwoniłam do siostry oddziałowej i spytałam, czy nie przyjęliby także Douglasa. 

– Co takiego?! – Aidan zerwał się na równe nogi i spiorunował ją wzrokiem. 
– Przecież nie mogłam go zostawić bez opieki. Ale siostra oddziałowa na szczęście okazała 

zrozumienie i zgodziła się, a jutro ktoś zdecyduje, co dalej. 

– Czyli sprawą zajmie się opieka społeczna i Douglas wyląduje w domu starców, w Rhondda 

House. 

background image

– Sam mówiłeś, że wkrótce do tego dojdzie, bo Milly nie będzie dawać sobie rady. 
– Tak, ale obiecałem jej, że gdyby zdarzyło się najgorsze, postaram się umieścić ich oboje w 

jednym miejscu. 

– Dlaczego Milly nie miałaby też pójść do Rhondda House?
– Tam nie przyjmują osób po udarze. 
– Nie wiedziałam... Ale cóż innego mogłam zrobić?
– Zadzwonić do mnie. 
– Myślałam o tym, ale doszłam do wniosku, że wolałbyś, abym działała samodzielnie. To był 

mój  dyżur  i uważam,  że postąpiłam  słusznie. Uznałam,  że  warto ci  o tym  powiedzieć,  lecz 
gdybym   wiedziała,   jak   zareagujesz,   nie   zawracałabym   sobie   głowy   przyjeżdżaniem   tutaj!   – 
krzyknęła rozjuszona. 

Gdyby spytano ją, co się później wydarzyło, nie miałaby pojęcia, jak to ująć. Najpierw stali 

naprzeciw siebie jak dwoje przeciwników, którzy zaraz rzucą się do walki, a już po chwili Aidan 
w dwóch krokach pokonał dzielącą ich odległość, chwycił Lindsay w ramiona i przycisnął wargi 
do jej ust, tłumiąc ewentualny protest. 

Była taka zaszokowana, że w pierwszej chwili nic nie zrobiła. Wreszcie trochę doszła do 

siebie i spróbowała się wyswobodzić. Lecz Aidan tylko mocniej przygarnął ją 4o siebie. 

I właśnie wtedy ogarnęło ją dzikie pożądanie. Andrew nigdy nie całował jej w taki sposób. 

Nikt jej nie całował tak, jak teraz Aidan. Natychmiast zapomniała o swoich oporach, zarzuciła 
mu ręce na szyję, wplotła palce w jego włosy i zaczęła oddawać pocałunki z żarem, o jaki nigdy 
by się nie podejrzewała. 

Od zerwania z Andrew nie miała nikogo. Andrew był subtelny i wyrafinowany, a jej się 

wydawało,   że   potrzebuje   właśnie   kogoś   takiego.   Ale   ten   mężczyzna   okazał   się   wcieleniem 
namiętności, toteż odpowiedziała na nią tak gorąco, jak nie zdarzyło się jej nigdy – aż do dziś. 
Pod wpływem jego ust i dłoni jej zmysły kolejno budziły się do życia. 

Aidan pierwszy się odsunął, przytrzymując ją na odległość ramienia. 
– Mój Boże! – mruknął. – To nie powinno było się stać. Przepraszam. 
– Nie masz za co – szepnęła. 
– Jak mogłem do tego dopuścić! Przecież jestem odpowiedzialny za twoje szkolenie!
– Ja też jestem winna. 
– To niewiele zmienia. – Aidan zdjął ręce z jej ramion. – Zawiodłem pokładane we mnie 

zaufanie. Henry obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdyby się dowiedział. 

– Ale się nie dowie, prawda?
Zaprzeczył   ruchem   głowy,   nadal   wstrząśnięty   tym,   co   zaszło.   Lindsay   spuściła   wzrok   i 

stwierdziła,  że oba psy siedzą u ich stóp i z przekrzywionymi  łbami  wpatrują się w  nich z 
zaciekawieniem. 

–   Nie   pojmują,   co   się   dzieje   –   stwierdziła   z   nikłym   uśmiechem.   –   Najpierw   na   siebie 

wrzeszczeliśmy, a zaraz potem... – Spojrzała na Aidana, a on umknął wzrokiem w bok, jakby był 

background image

zbyt   zakłopotany,   aby   móc   patrzeć   jej   w   oczy.   –   Aidanie...   –   Dotknęła   jego   nagiego 
przedramienia, a on raptownie się cofnął. 

– Lepiej już idź, Lindsay... Ktoś może cię wezwać. Oboje wiedzieli, że to tylko pretekst, 

ponieważ miała przy sobie komórkę i w każdej chwili była osiągalna. Chętnie powtórzyłaby z 
Aidanem to, co przed chwilą zrobili, lecz zważywszy na jego minę, chyba nie mogła liczyć na 
kolejny pocałunek. Uznała więc, że w tej sytuacji najlepiej pośpiesznie umknąć. Pogłaskała psy i 
ruszyła w stronę schodów. 

– Do zobaczenia jutro – rzuciła przez ramię – chyba że wcześniej zdarzy się coś, o czym 

powinnam cię powiadomić. 

– Co do Milly... 
–   Tak?   –   Odwróciła   się,   gdy   przystanął   u   podnóża   schodów.   Nadal   sprawiał   wrażenie 

zażenowanego. 

– Wybacz, że tak zareagowałem. Postąpiłaś prawidłowo. 
– Zrobiłbyś to samo?
–  Chyba   tak.  Może  spróbowałbym   załatwić  coś  innego   dla  Douglasa...  ale  skąd  mogłaś 

wiedzieć o Rhondda House?

Skinęła   głową   i   poszła   do   samochodu.   Zapalając   silnik,   zerknęła   we   wsteczne   lusterko. 

Aidan nie wyszedł za nią na drogę. Bezwiednie westchnęła i dopiero wtedy zauważyła, że drży. 
Gdyby  niedawno  ktoś  powiedział  jej, że  będzie  całować  się z  Aidanem,  nigdy by w to  nie 
uwierzyła.   Ale   najbardziej   zdumiewające   w   tym   wszystkim   było   jej   zachowanie.   Na 
wspomnienie własnej reakcji poczuła, że policzki jej płoną. Co Aidan sobie o niej pomyślał? 
Pewnie uznał ją za jakąś niewyżytą babę, która rzuca się na każdego faceta. 

Nie wiedziała, jak jutro spojrzy mu w oczy. Powinna się wstydzić. Powinna, ale jakoś wcale 

się nie wstydziła. Przecież zareagowała całkiem spontanicznie, jak normalna kobieta, którą całuje 
atrakcyjny mężczyzna. I gdyby miała kolejną okazję, zrobiłaby dokładnie to samo. 

Ale   żeby  całować   się  z   Aidanem!   Właśnie   z   nim!   Przecież   początkowo   go  nie   znosiła. 

Uważała go za gburowatego, aroganckiego typa i była pewna, że on odwzajemnia jej niechęć. 
Krytykował jej ubrania, fryzurę, pochodzenie społeczne, nawet samochód. Wciąż się kłócili. To 
prawda, że ostatnio rzadziej skakali sobie do oczu, a czasem nawet się ze sobą zgadzali, ale nie 
do tego stopnia, żeby ich znajomość mogła przerodzić się w coś więcej. 

Zresztą on może wcale tego nie pragnął. Prawdopodobnie już żałował swojego postępku. 

Przecież wyraźnie powiedział, że zawiódł pokładane w nim zaufanie. Cóż, może istotnie byłaby 
to trafna ocena sytuacji, gdyby Henry oddał mu pod opiekę jakąś naiwną smarkulę. Ale ona, 
Lindsay, była dorosłą kobietą, przyzwyczajoną do samodzielnego decydowania o sobie!

Nie   miała   pojęcia,   co   będzie   dalej,   lecz   oczekiwała   jutra   zarówno   z   obawą,   jak   i   z 

ciekawością. 

– Co by pani robiła dziś wieczorem w Londynie? – Gwynneth oparła się łokciami o blat 

recepcji i z rozmarzeniem w oczach popatrzyła na Lindsay. 

background image

– Gdybym akurat nie pracowała?
– Och, oczywiście. – Gwynneth zachichotała. 
– Czy ja wiem... pewnie spróbowałabym odespać zaległości. 
– A gdyby chciała się pani rozerwać?
– Niech pomyślę. Chyba skoczyłabym z przyjaciółmi do baru na wino. 
– Do baru na wino... – z zachwytem powtórzyła Gwynneth. 
W jej ustach zabrzmiało to tak, jakby chodziło o egzotyczną świątynię. Lindsay uśmiechnęła 

się mimo woli na myśl o zatłoczonym lokalu, gdzie trzeba walczyć o miejsce na wysokim stołku, 
trzy razy przypominać o zamówionym drinku, a potem w nieskończoność czekać na wolny stolik. 

– Później pewnie poszlibyśmy  gdzieś  na kolację do włoskiej albo hinduskiej restauracji. 

Czasem idziemy też do teatru, na balet lub operę. Albo potańczyć w nocnym klubie. Ale wątpię, 
czy zdarzyłoby się to w poniedziałkowy wieczór. 

– W pani ustach brzmi to tak ekscytująco. To dopiero są rozrywki, prawda, Bronwen?
– Jeśli  się lubi takie  rzeczy – cierpkim  tonem odparła  recepcjonistka.  – Osobiście  wolę 

spokojniejsze   życie.   A   ty,   moja   droga...  –   Bronwen  złowrogo   łypnęła   na  Gwynneth   sponad 
okularów,   które   wkładała   do   czytania   –   po   paru   takich   nocach   byłabyś   wykończona.   Nie 
wystarczyłoby ci siły, żeby tak balować. Lepiej się ogranicz do potańcówki w domu kultury. 

Zbita z tropu Gwynneth ucichła i zaczęła uzupełniać wpisy w kartach pacjentów, a Lindsay 

poszła nalać sobie kawy. W korytarzu spotkała wychodzącego z gabinetu Aidana. Widzieli się 
dzisiaj kilkakrotnie i raz, gdy napotkała jego spojrzenie, on szybko odwrócił wzrok. Lecz poza 
tym w żaden sposób nie okazał, że zdarzyło się między nimi coś szczególnego. 

Teraz wszedł za nią do pokoju śniadaniowego, gdzie akurat siedzieli Henry i Judith. 
– Jak udał się twój pierwszy dyżur pod telefonem? – spytał Henry. 
– Doskonałe – zapewniła, może trochę zbyt radośnie. 
– Żadnych trudnych przypadków?
– Z wyjątkiem jednego, ale sobie poradziłam. 
– Mówisz o pani Morgan? – Judith podniosła oczy znad czytanego czasopisma i włączyła się 

do rozmowy. 

– Właśnie. 
– Słyszałem o tym od Bronwen. Kto cię wezwał, Lindsay?
– Prawdę mówiąc, nikt. To był przypadek. – Zerknęła na Aidana, ale nadal stał odwrócony 

plecami  do niej. Oblizała  wargi, które nagle wydały się jej  strasznie suche. – Wracałam od 
pacjenta i postanowiłam wpaść do Morganów. Byłam u nich kiedyś z Aidanem i wiedziałam, że 
on często do nich zagląda. 

– I odkryłaś, że Milly miała udar? – Judith nie posiadała się zdumienia. 
– Tak. A biedny Douglas oczywiście nie mógł nikogo zawiadomić. 
– Co za szczęście, że tam pojechałaś!
– Ktoś wie, jak Milly dzisiaj się czuje? – spytał Henry i wszyscy zerknęli na Aidana. On zaś 

background image

w końcu musiał na nich popatrzeć. 

– Dzwoniłem do siostry oddziałowej. Stan Milly jest ustabilizowany, lecz kilka najbliższych 

dni będzie mieć decydujące znaczenie. 

– A Douglas? – cicho spytała Lindsay. 
–  Załatwiłem   mu   miejsce   w  małym  domu  opieki   niedaleko   Rhyl.  Jeśli  Milly względnie 

dojdzie do siebie, też zostanie tam przyjęta. 

– Dobra robota – pochwalił Henry. – Tych dwoje powinno zostać razem. Lindsay, kochanie, 

mogłabyś  przyjąć resztę moich pacjentów? Muszę jechać na zebranie, które na pewno długo 
potrwa, a potem wolałbym wrócić prosto do Megan. 

– Nie ma sprawy – zapewniła. – Jeśli Aidan się zgodzi. 
– Zaplanowałeś coś dla tej młodej damy na dzisiejsze popołudnie?
Aidan   pośpiesznie   zaprzeczył   ruchem   głowy   i   tylko   Lindsay   zauważyła,   że   trochę   się 

zmieszał. Chyba z powodu sugestii, że mógłby chcieć spędzić ten czas w moim towarzystwie, 
pomyślała, a po jej wargach przemknął cień uśmiechu. 

Dyżur okazał się wyjątkowo pracowity i męczący. Pacjentów było dużo, a niektórzy bez 

ogródek wyrażali niezadowolenie z powodu nieobecności doktora Llewellyna.  Pewna kobieta 
nawet zrezygnowała z wizyty, zdecydowana poczekać na swego lekarza. 

Lindsay   miała   wrażenie,   że   ten   trudny   dzień   nigdy   się   nie   skończy,   ale   Gwynneth 

zawiadomiła ją, że w poczekalni jest jeszcze tylko jedna osoba. 

– Kto to taki? Nie mam tu więcej kart. 
– To Hannah Sykes. Nie było jej na liście. 
– Córka pastora baptystów?
– Tak. Zaraz przyniosę jej kartę. 
Lindsay   ledwie   zdążyła   poruszyć   zdrętwiałymi   barkami   i   obolałą   szyją,   gdy   zjawiła   się 

recepcjonistka. 

– Dzięki, Gwynneth. – Lindsay wzięła od niej dużą kopertę. – Doktor Lennox jeszcze jest u 

siebie? – Nie widziała go przez całe popołudnie i obawiała się, że już wyszedł, a koniecznie 
chciała   z   nim   porozmawiać.   Czuła,   że   nie   może   zostawić   tego,   co   zaszło,   bez   żadnego 
komentarza. 

– Tak, ma jeszcze trzech pacjentów, a przed chwilą dostał nagłe wezwanie do matki Janet 

Pearce. 

– No dobrze. Przyślij do mnie tę pannę Sykes. 
Hannah Sykes miała piętnaście lat, lecz z powodu poważnej miny, okularów w drucianej 

oprawce i długich włosów wyglądała na starszą. 

– Usiądź, Hannah. Jestem doktor Henderson i zastępuję dzisiaj doktora Llewellyna. 
– Myślałam, że on mnie przyjmie. 
– Chcesz zapisać się do niego na inny termin? – Lindsay miała szczerze dosyć spierania się z 

kimś, kto woli leczyć się u Henry’ego. 

background image

– Och, nie – zaprzeczyła dziewczyna. – Nawet wolę porozmawiać z panią. Lubię doktora 

Llewellyna, ale on dobrze mnie zna i przyjaźni się z moim ojcem, więc czułabym się niezręcznie, 
mówiąc mu, o co chodzi. Widzi pani, ja chyba jestem w ciąży. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

– Bronwen, włóż to, z łaski swojej, do przegródki doktora Llewellyna. – Lindsay podała 

recepcjonistce kartę Hannah Sykes. – Aha, czy doktor Lennox już wrócił?

– Nie, i nadal czeka na niego trzech pacjentów. 
– Wobec tego ja ich przyjmę. Przyślij pierwszego. 
Co  prawda była   wykończona  i  marzyła  tylko  o  tym,  aby  powlec   się  na górę  do  swego 

mieszkanka, uznała jednak, że powinna pomóc Aidanowi, skoro miał nagłe wezwanie. 

Pierwszy   pacjent   cierpiał   na   ostre   zapalenie   pęcherza,   a   drugi   na   nadkwasotę.   Lindsay 

postawiła diagnozę i wypisała stosowne leki, a odnosząc kolejną kartę, dowiedziała się, że Aidan 
właśnie przyjmuje trzecią zapisaną osobę. 

– W takim razie idźcie już do domu – zasugerowała recepcjonistkom. – Zamknę za wami 

drzwi, a doktor Lennox odprowadzi ostatniego pacjenta. 

Chociaż raz Bronwen się nie sprzeciwiła i po wyjściu obu kobiet Lindsay wreszcie poszła do 

siebie. Co prawda zamierzała porozmawiać z Aidanem, lecz doszła do wniosku, że po takim 
dyżurze oboje są zbyt zmęczeni, aby podejmować dyskusję na tematy osobiste. 

Z ulgą zdjęła pantofle, nalała sobie kieliszek wina, nastawiła płytę kompaktową i trochę się 

odprężyła. Przez cały dzień usiłowała jakoś radzić sobie z napięciem wywołanym wczorajszą 
intymnością, ale czasem miała wrażenie, że zaraz eksploduje. 

Ledwie zdążyła odchylić głowę na oparcie kanapy i zamknąć oczy, gdy ktoś zapukał do 

drzwi. Mógł to być tylko Aidan. 

Rzeczywiście stał na progu, wsparty ramieniem o framugę. On także wyglądał na śmiertelnie 

zmęczonego. 

–   Pewnie   skończyłeś   dyżur   i   chcesz,   żebym   za   tobą   zamknęła,   prawda?   –   Spojrzała 

badawczo w jego niebieskie oczy. 

– Nie. Przyszedłem ci podziękować za przyjęcie moich dwóch pacjentów. 
– Drobiazg. – Wzruszyła ramionami. – Chociaż tak mogłam się przydać. – Sądziła, że Aidan 

teraz sobie pójdzie, ale on nie ruszył się z miejsca, tylko patrzył na nią z trochę zakłopotaną 
miną. 

– Wiem od Gwynneth, że chciałaś się ze mną widzieć. 
– No... tak, ale zrobiło się późno i pewnie jesteś zmęczony. 
– To żaden problem. I chętnie napiłbym się tego wina. Dopiero teraz dostrzegła, że trzyma w 

dłoni kieliszek. 

– Więc wejdź. 
– Trochę tu inaczej niż wtedy, kiedy ja zajmowałem to mieszkanie – stwierdził, rozglądając 

się po pokoju. – Przydała się kobieca ręka. 

background image

Dłoń   Lindsay   nieco   zadrżała   podczas   nalewania   wina   i   szyjka   butelki   stuknęła   o   brzeg 

kieliszka. 

– Podobno miałeś nagłe wezwanie – zagaiła. Nagle zapragnęła odsunąć chwilę, w której 

zaczną rozmawiać o sobie. Wskazała gościowi miejsce na jedynym fotelu, a sama usiadła w rogu 
kanapy i podwinęła nogi pod siebie. 

– Matka Janet, Audrey Pierce, miała zawał, a w drodze do szpitala drugi. Zmarła, zanim 

dotarliśmy do izby przyjęć. 

– O Boże! Biedna Janet. Jak to zniosła?
– Jest otępiała. Od dawna opiekowała się matką. – Aidan wypił łyk wina. – Tak czy owak, 

jestem ci wdzięczny za wsparcie. 

– Karty tych dwóch osób są w twojej przegródce. 
– Dzięki. Pewnie powiedzieli, co myślą o zastępstwie?
– I owszem. Za to pacjentka zapisana do Henry’ego była zadowolona, że trafiła do mnie. Ale 

jej kartę zostawiłam Henry’emu. 

– To coś pilnego?
– Raczej nie. Chodzi o Hannah Sykes. 
– Córkę Petera Sykesa?
– Tak. Jest w ciąży. 
– O rany! Ile ta dziewczyna ma lat?
– Piętnaście. 
– Peter i Beth nie będą zachwyceni. 
– Na pewno. 
– Już wiedzą?
– Nie. Ojciec dziecka, kolega ze szkoły, też nie. To chyba był jednorazowy wyskok. 
– Niewiarygodne. Nigdy nie podejrzewałbym Hannah o swobodę seksualną. W tej rodzinie 

obowiązują surowe zasady moralne. 

– Dziewczynom z takich środowisk często się to zdarza. Marzą tylko o tym, żeby wyrwać się 

spod kurateli. 

– To prawda, chociaż rodzice dawali Hannah i jej bratu Paulowi sporo swobody. Wiadomość 

o tej ciąży będzie dla nich sporym ciosem, zwłaszcza z powodu stanowiska Petera. 

– To twoi przyjaciele?
– Są bardziej zaprzyjaźnieni z Henrym i Megan. Wiadomo, co Hannah zamierza?
– Chyba jeszcze się nad tym nie zastanawiała. 
– Co zrobiłaś?
–   Cóż,   potwierdziłam   ciążę.   Czwarty   miesiąc.   Obiecałam   też   poinformować   Henry’ego. 

Hannah sama spróbuje powiedzieć matce, ale wspomniałam, że w razie potrzeby ja mogę z nią 
porozmawiać lub przynajmniej wesprzeć Hannah swoją obecnością. Przyznam, że pierwszy raz 
znalazłam się w takiej sytuacji. Dobrze postąpiłam?

background image

– Doskonale. Nic innego nie mogłaś zrobić. 
– Uznałam też, że wszelkie formularze wypełnimy dopiero po rozmowie z matką. 
– Dobry pomysł. Na razie Hannah i tak ma sporo do przemyślenia. – Aidan umilkł na chwilę, 

po czym napotkał wzrok Lindsay. – Wiem, że chciałaś się ze mną zobaczyć – rzekł z wahaniem. 
– Ja też pragnąłem coś wyjaśnić. Chyba chodzi nam o to samo. 

– Możliwe. 
– Mów pierwsza. 
– Cóż, zamierzałam tylko powiedzieć, że taka atmosfera, jaką sami stworzyliśmy, jest nie do 

zniesienia. Czułam się okropnie. 

–   Ja   też.   Wyobrażam   sobie,   jak   oceniłaś   moje   niewybaczalne   zachowanie.   Dlatego 

zrozumiem, jeśli postanowisz skrócić swoją praktykę, i nawet jestem gotów wyjaśnić wszystko 
Henry’emu. 

– Aidan, proszę cię... – Zerwała się z kanapy. 
– Wysłuchaj mnie do końca. – Aidan także wstał. – Napastowanie seksualne to poważna 

sprawa i w tej sytuacji mogę tylko jeszcze raz cię przeprosić za... 

– Napastowanie seksualne? Daj spokój. – Nie wiedziała,  czy śmiać się, czy płakać. Ale 

Aidan   wydawał   się   autentycznie   przybity,   więc   delikatnie   pogłaskała   go   po  policzku.   –  Jak 
możesz mówić takie rzeczy, skoro ja zareagowałam w wiadomy ci sposób?

– Ale ja mam sobie za złe swoje zachowanie. Co ty sobie o mnie pomyślałaś... 
– A nie przyszło ci do głowy, że ja martwię się tym, co ty pomyślałeś o mnie?
– Nie rozumiem. – Ujął jej rękę i odsunął, ale zatrzymał w swojej dłoni. 
– Bałam się, że z powodu mojej reakcji uznasz mnie za babę, która jest napalona na każdego. 

Dzisiaj  od rana mnie  ignorowałeś,  więc nawet  nie mogłam  sprawdzić,  co naprawdę  o mnie 
sądzisz. 

– Sugerujesz, że mi wybaczyłaś?
– Nie było czego. Naprawdę, Aidan. Ale powiedz mi... 
– Co takiego?
Mocny, ciepły uścisk jego dłoni sprawił, że odniosła wrażenie, jakby coś zaczynało w niej 

topnieć. 

– Dlaczego to zrobiłeś?
– No cóż... chyba... 
– To był impuls? Bo najpierw na mnie wrzeszczałeś, a zaraz potem... 
– Wrzeszczałem na ciebie, jak to ujęłaś, żeby jakoś nad sobą panować. Masz pojęcie, jak mi 

było ciężko? Nie domyślasz się, co do ciebie czuję?

Zauważyła, że Aidan błądzi spojrzeniem po jej twarzy i włosach, po czym zatrzymuje wzrok 

na ustach. I nagle stwierdziła, że już nie topnieje, tylko czuje ogarniające ją pożądanie. 

– Powiedz mi – szepnęła. 
– Pewnie nie chcesz tego usłyszeć. 

background image

– Przekonajmy się. 
–   Pragnę   cię   od   pierwszej   chwili   –   oświadczył,   wpatrzony   w   jej   wargi.   –   Początkowo 

usiłowałem   sobie   wmówić,   że   zanadto   się   różnimy.   Ty   jesteś   wyrafinowaną   dziewczyną   z 
wielkiego   miasta,   a   ja   zwyczajnym   chłopakiem   ze   wsi.   Wiedziałem,   że   nawet   na   mnie   nie 
spojrzysz, więc od razu wzniosłem mur. 

– Dlaczego uznałeś, że mnie nie zainteresujesz?
– Dałaś jasno do zrozumienia, że nie zadowala cię praktyka pod moim okiem. Pomyślałem 

więc,  że  nie  ma   szans, abym  odegrał   jakąkolwiek   inną  rolę  w  twoim  życiu   i postanowiłem 
zachować dystans. A to stało się jeszcze trudniejsze, gdy ogłosiliśmy rozejm i zgodziliśmy się 
zacząć naszą znajomość od nowa. Zaprzyjaźniliśmy się i ledwie byłem w stanie trzymać się od 
ciebie z daleka. Tamtego dnia, gdy pojechałaś ze mną do Capel Curig, cierpiałem prawdziwe 
katusze... 

– Co więc się zmieniło, skoro wczoraj... – Lindsay pytająco zawiesiła głos. 
–   Cóż,   od   tego   rąbania   i   tak   podniósł   mi   się   poziom   adrenaliny,   a   kiedy   nagle   cię 

zobaczyłem... Słowo daję, w pierwszej chwili pomyślałem, że mam przywidzenia. Stałaś tam 
taka spokojna i świeża jak stokrotka w tej kraciastej bluzce, a ja byłem zmachany i spocony. Tak 
bardzo cię zapragnąłem, natomiast ty zaczęłaś opowiadać o Milly, więc udawałem, że jestem na 
ciebie zły, bo tylko tak mogłem nad sobą zapanować. A potem się rozzłościłaś i... moje hamulce 
puściły. 

– Och, Aidan... chodź tutaj. – Wzięła w dłonie jego twarz i spojrzała mu w oczy. 
–   Nie   baw   się   ze   mną,   Lindsay.   Ostrzegam   cię,   że   igrasz   z   ogniem.   Z   pewnością   nie 

mogłabyś odwzajemnić moich uczuć, a ja nie jestem z drewna, więc lepiej dajmy sobie spokój. 

– Dlaczego sądzisz, że nie masz szans na wzajemność?
– Bo to po prostu nierealne. Zbyt wiele nas dzieli. Ty jesteś dziewczyną światową, chadzasz 

na wytworne przyjęcia i do teatru, jeździsz na urlopy za granicę, a ja mieszkam na walijskiej 
prowincji, w małym domku, z dwoma psami... 

– A gdybym ci powiedziała, że ja też od razu wyczułam jakieś iskrzenie między nami? Że 

starałam sieje zignorować, po pierwsze dlatego, że nadal nie doszłam do siebie po zerwaniu z 
Andrew, a po drugie, bo ty okazywałeś mi tyle niechęci. Wmawiałam sobie, że nie byłabym w 
stanie nawet cię polubić, nie mówiąc o czymś więcej. Ale wczoraj, gdy zacząłeś mnie całować, 
chciałam, żebyś nigdy nie przestał. 

– Naprawdę? – Patrzył na nią ze szczerym zdumieniem. 
– Oczywiście. – Nadal trzymając  jego twarz w dłoniach,  stanęła na palcach  i delikatnie 

pocałowała   go   w   usta.   –   Więc   jak   będzie,   doktorze   Lennox?   –   zamruczała.   –   Mógłby   pan 
kontynuować rozpoczęte dzieło? Bo przyznam, że dłużej nie zniosę tego czekania... 

Postanowili   na   razie   zachować   swój   związek   w   tajemnicy,   choć   Lindsay   najchętniej 

rozgłosiłaby prawdę z dachu najwyższego  budynku  w Tregadfan. Ale musiała  się zadowolić 
tylko ukradkowymi spojrzeniami, muśnięciami ręki i skradzionymi w przelocie całusami. 

background image

– Wiem, że powinienem powiedzieć o nas Henry’emu – stwierdził Aidan. Właśnie oboje 

wrócili z objazdowego dyżuru i siedzieli w landroverze, odsuwając w czasie chwilę powrotu do 
przychodni. – Tylko wciąż z tym zwlekam. 

– Sądzisz, że źle to przyjmie?
– Przeciwnie. Gdy już się oswoi z tą wiadomością, pewnie ucieszy się z naszego szczęścia. 
– Czemu nie chcesz zaraz wszystkiego mu wyznać?
– Bo nie jestem pewien, jak to wygląda z punktu widzenia etyki zawodowej. Nigdy nie 

słyszałem   o   lekarzu,   który   romansuje   ze   swoją   praktykantką.   Henry   może   uznać   to   za 
niedopuszczalne i odesłać cię do Londynu. Nie zniósłbym rozstania z tobą. 

– Nie dramatyzuj. Małżeństwa lekarzy rodzinnych to dość powszechne zjawisko. 
– Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem. 
– Jakoś rozwiążemy ten problem – pogodnie oświadczyła Lindsay. – A teraz lepiej wejdźmy 

do środka, bo od tego obserwowania nas przez okno Bronwen zaraz skręci sobie kark. 

– Może powinienem przy całym personelu namiętnie cię pocałować. Ludzie mieliby o czym 

gadać do końca roku. 

Weszli do przychodni i Lindsay z uśmiechem pomaszerowała do swojego gabinetu. Bronwen 

odprowadziła ją spojrzeniem podejrzliwym, a Gwynneth – rozmarzonym. 

Lindsay nadal była oszołomiona tym wszystkim, co działo się między nią i Aidanem. Wciąż 

ją to zdumiewało, wręcz szokowało. A jednocześnie związek z Aidanem wydawał się jej czymś 
tak oczywistym, jakby został zaplanowany przez wyższą siłę sprawczą, na którą oni oboje nie 
mieli żadnego wpływu. Lindsay wiedziała tylko tyle, że ta siła uczyniła z niej bezradną kobietkę, 
która pragnie bezustannie przebywać z Aidanem. 

Ledwie zdążyła powiesić żakiet i usiąść za biurkiem, gdy zabrzmiał brzęczyk interkomu. 

Włączyła aparat i ku swemu zdziwieniu usłyszała głos Henry’ego. Poprosił, aby zaraz do niego 
przyszła. 

Dopiero idąc korytarzem, pomyślała, że Henry mówił dziwnym  tonem. I zazwyczaj  sam 

wpadał do niej, gdy czegoś sobie życzył. Skoro więc ją wezwał, to musi chodzić o coś bardzo 
ważnego. Czyżby o Megan? Lindsay przyśpieszyła kroku. A jeśli Henry wie o niej i Aidanie? 
Może widział ich razem lub coś usłyszał? Ale jakim cudem? Przecież tak uważali. Tyle tylko, że 
w takiej małej miejscowości jak Tregadfan ludzie wiedzą o sobie wszystko. Nic się nie ukryje. 

Wchodząc do gabinetu, czuła, że jej serce tłucze się jak szalone. Henry stal przy oknie i na 

szczęście był sam. Lindsay przez jedną okropną chwilę obawiała się, że zastanie u niego Aidana. 
Co prawda może to nie byłoby aż takie złe... Razem stawiliby czoło problemowi. 

– A, Lindsay. Usiądź, proszę. – Henry wskazał jej krzesło naprzeciw biurka, a sam siadł przy 

nim. – Jestem zmuszony poruszyć pewną drażliwą sprawę. 

A   więc  stało  się,  pomyślała  Lindsay.  Henry  zaraz   powie,  że   dowiedział  się  o  ognistym 

romansie swojego wspólnika z praktykantką. Cóż, najlepiej wszystkiemu zaprzeczyć. Zresztą jak 
tu mówić o romansie, skoro ona i Aidan nawet jeszcze nie poszli razem do łóżka. Trzeba więc 

background image

oświadczyć, że... że... 

Nagle stwierdziła, że Henry coś mówi, lecz była taka pogrążona w myślach, że usłyszała 

tylko słowo „Megan” i poderwała głowę. Megan? A więc to o niej chciał rozmawiać Henry?

– Z Megan wszystko w porządku?
– Z Megan? – Henry podniósł wzrok znad splecionych  dłoni i spojrzał na nią wyraźnie 

zdziwiony. 

– Właśnie o niej mówiłeś. 
– Tylko tyle, że odwiedziła ją Juliet, ta przyjaciółka, która pomaga jej prowadzić sklep z 

wyrobami artystycznego rzemiosła. 

– Więc Megan czuje się dobrze? – Lindsay znów poczuła przypływ niepokoju. 
– Cóż, nie gorzej... 
– Dzięki Bogu. Już myślałam, że coś jej się stało. 
– Och, nie, Lindsay, wybacz mi, jeśli cię przestraszyłem. Strasznie zbladłaś. 
– Głupstwo – mruknęła. – Więc co z tą Juliet?
– Podobno słyszała we wsi, że Hannah Sykes jest w ciąży. 
– Co takiego?! Przecież jeszcze nikt o tym nie wie. 
– Też tak sądziłem. Wspomniałaś, że Hannah ma przyjść do ciebie z matką?
– Tak, dziś po południu. 
– Kto oprócz ciebie i mnie może znać prawdę?
– Tylko Aidan. Powiedziałam mu, żeby się upewnić, czy postępuję właściwie. 
– Hannah nikomu nie pisnęła ani słowa?
– Podobno nie. Nawet ów chłopak na razie nie ma o niczym pojęcia. 
– Cóż, mogła wygadać się przyjaciółce. Ale bardziej niepokoi mnie inna możliwość: że za 

przeciek odpowiada ktoś od nas. 

– Przecież sprawę zna tylko nas troje. 
Henry przez chwilę w milczeniu bębnił palcami o blat biurka. 
– I nasz personel? – spytał w końcu. 
–   Chyba   tak.   Wprowadziłam   dane   do   komputera,   zrobiłam   notatki   w   karcie   Hannah   i 

oczywiście wykonałam test ciążowy. Ale... przecież nikt nie paplałby o tym na prawo i lewo. To 
byłoby naruszenie tajemnicy zawodowej. Nie wyobrażam sobie, żeby Bronwen lub Gwynneth 
zrobiły coś takiego. Nawet Judith chyba nic nie wie. 

– Ale przyznasz, że informacja byłaby łakomym kąskiem dla plotkarzy. Piętnastoletnia córka 

pastora baptystów w ciąży!

– Co zamierzasz?
– Najpierw spytam Megan o szczegóły. – Henry podniósł się zza biurka. – Całe szczęście, że 

dzisiaj matka dziewczyny o wszystkim się dowie. Oby tylko wcześniej nie usłyszała tego od 
kogoś we wsi. 

Lindsay z ciężkim sercem wróciła do gabinetu. Henry chyba  nie przypuszcza, że to ona 

background image

zdradziła komuś informację o młodocianej pacjentce. I bez tego biedak ma dość problemów. A 
na dodatek czeka go kolejna niespodzianka – wiadomość o romansie wspólnika z praktykantką. 
Czy to będzie dla Henry’ego kolejny powód do zmartwienia? Na myśl o tym Lindsay ogarnęły 
wyrzuty sumienia. Zaraz jednak doszła do wniosku, że Henry powinien wiedzieć, co się święci. 
Miała   zamiar   porozmawiać   z   Aidanem   i   wraz   z   nim   w   oględny   sposób   poinformować   o 
wszystkim Henry’ego. 

Ale później, gdy spotkali się na kawie w pokoju śniadaniowym, na widok miny Henry’ego 

zapomniała o swoim postanowieniu. Najwyraźniej bowiem Henry już powiedział Aidanowi o 
przecieku w sprawie Hannah Sykes. 

– Dowiedziałeś się czegoś nowego, Henry? – spytał Aidan. 
– Owszem, i to czegoś najgorszego. Na moją prośbę Megan zadzwoniła do Juliet i spytała, 

gdzie Juliet usłyszała tę nowinę o Hannah. Okazało się, że w bibliotece rozmawiały o tym dwie 
kobiety. Nie mówiły szeptem, więc Juliet uznała, że chodzi o fakt ogólnie znany. 

– Kim były te panie? – spytał Aidan. 
– Żona rzeźnika dowiedziała się o ciąży Hannah od... Bronwen Matthews. 
Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze. 
– Zamierzam niezwłocznie rozwiązać ten problem – oświadczył Henry. – Chciałem tylko 

najpierw was uprzedzić. 

– Zwolnisz ją, prawda? – W głosie Aidana nie było cienia wątpliwości. 
–   Oczywiście.   W   umowie   o   pracę   jest   wyraźnie   zaznaczone,   że   zostanie   natychmiast 

rozwiązana w przypadku naruszenia tajemnicy zawodowej. 

– Gwynneth da sobie sama radę? – spytała Lindsay. 
– Będziemy jej pomagać, dopóki kogoś nie zatrudnimy. 
– Biedny Henry – po jego wyjściu mruknął Aidan. – Nie znosi takich sytuacji, ale jak widać, 

wszystko może się zdarzyć. Przyznam, że trudno mi w to uwierzyć. Dałbym głowę za to, że 
Bronwen to wcielenie zawodowej lojalności. 

–   Pomyślałam,   że   powinniśmy   powiedzieć   Henry’emu   o   nas.   Wolałabym,   żeby   nie 

dowiedział się tego z plotek. 

– Masz rację, ale teraz chyba nie jest odpowiedni moment. Bronwen na pewno urządzi scenę, 

a Gwynnetłi zaleje się łzami. 

– Nie ucieszy się? Przecież Bronwen zawsze dawała się jej we znaki. 
– Z Gwynneth nigdy nic nie wiadomo. Podejrzewam, że w tej chwili już żałuje Bronwen. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

– Więc Gelert był psem? – Lindsay przetoczyła się po trawie, aby spojrzeć ze wzgórza na 

leżącą w dole wieś Beddgelert. 

– Tak. – Aidan usiadł obok Lindsay. – Tam jest jego grób. 
– Opowiedz mi tę legendę. 
– Dawno temu pan Gelerta, walijski książę, polecił mu pilnować swojego maleńkiego synka. 

Gdy   wrócił,   dziecka   nie   było,   a   pies   miał   zakrwawiony   pysk.   Książę   uznał,   że   Gelert   je 
zaatakował i zabił, więc wyciągnął mecz i przebił nim psa. 

– On rzeczywiście zagryzł to dziecko?
– Nie. Dziecko wkrótce znaleziono żywe obok ciała martwego wilka. Stało się jasne, że 

Gelert uratował niemowlę, stoczywszy zwycięską walkę z wilkiem. To jego krew miał na pysku. 
Książę tak bardzo żałował swojego czynu, że kazał sprawić Gelertowi wspaniały pochówek, a 
grób istnieje do dziś. 

– Smutna historia. – Lindsay spojrzała na Jessa i Skippera, które tuż obok wylegiwały się na 

słońcu. – Ale dowodzi, że pies to najwierniejszy przyjaciel człowieka, prawda?

– Bez wątpienia. Szkoda, że niektórzy ludzie nie są tacy lojalni. 
– Myślisz o Bronwen. 
– Nigdy bym nie przypuszczał, że jest do tego zdolna. – Aidan z westchnieniem przewrócił 

się na wznak. – Ale pozory mylą. 

– Jak sądzisz, co ona teraz zrobi?
– Bóg raczy wiedzieć. W Tregadfan na pewno nie dostanie pracy. Nie zdziwiłbym się, gdyby 

stąd wyjechała. 

– Ale dokąd?
–   Może   do   Llangollen?   Podobno   ma   tam   rodzinę.   Przez   chwilę   oboje   w   milczeniu 

przetrawiali wydarzenia z minionego tygodnia. Wokół panowała rozkoszna cisza, którą mącił 
jedynie cichy szum silnika przelatującej w pobliżu awionetki, beczenie owiec i dobiegający z 
daleka dźwięk kościelnego dzwonu. 

– A propos Bronwen... – Lindsay nagle uznała, że musi wyjaśnić swoje wątpliwości. – Było 

coś kiedyś między wami? – spytała, delikatnie muskając twarz Aidana źdźbłem trawy. 

– Czemu pytasz? – Aidan uchylił jedno oko. 
– Raz czy dwa odniosłam wrażenie, że ona uważa cię za swoją wyłączną własność. Poza tym 

chyba mnie nie lubiła i nie była zachwycona faktem, że praktykuję pod twoją opieką. To dawało 
do myślenia. 

– Z Bronwen nigdy nic mnie nie łączyło, ale ona miała ochotę na coś więcej niż stosunki 

służbowe. Nieraz to sugerowała. 

background image

– Nie chciałeś się z nią związać?
– Nigdy w życiu! Od razu postawiłem sprawę jasno. 
– Więc to nie Bronwen cię zawiodła?
– Nie rozumiem. – Aidan przymrużył oczy, bo raziło go słońce. 
– Wspomniałeś coś o tym, gdy opowiedziałam ci o zdradzie Andrew. 
– Rzeczywiście, mam za sobą doświadczenia podobne do twoich. Ale nie z Bronwen. – 

Aidan umilkł, a Lindsay pomyślała, że nawet teraz jej się nie zwierzy. – To zdarzyło się wiele lat 
temu – wyjaśnił w korku. – Po śmierci ojca nadal mieszkałem z matką w Irlandii, a potem 
wyjechałem do Anglii na studia. Moja dziewczyna, Sineard, obiecała na mnie czekać. 

– Ale nie dotrzymała obietnicy?
– Wkrótce wyszła za mojego najlepszego przyjaciela. 
– Podwójna zdrada?
– Właśnie. 
– Więc naprawdę wiedziałeś, co przeżyłam?
– Aż za dobrze. – Wziął ją w ramiona i pochylił się nad nią, a jego ciepłe usta spoczęły na jej 

wargach. 

Zamierzała  dowiedzieć  się czegoś  więcej  o tamtej  dziewczynie,  o jego matce  i życiu  w 

Irlandii, lecz gdy poczuła na wargach czubek jego języka, a na piersiach dotyk dłoni, zalała ją 
fala   pożądania.   Podniecenie   prawie   sięgnęło   zenitu,   gdy   rozległ   się   natarczywy   dzwonek 
telefonu. 

Lindsay przez chwilę sądziła, że Aidan to zignoruje, ale zwyciężyło poczucie lekarskiego 

obowiązku. Doktor Lennox z cichym przekleństwem sięgnął do kieszeni leżącej na trawie kurtki 
i wyjął brzęczącą komórkę. 

– Tak, to ja – rzekł po chwili. – W Beddgelert... Oczywiście, możemy wrócić tamtędy... Tak, 

Lindsay  jest  ze   mną.  –  Wyłączył   aparat   i  skrzywił  się.   –  Pora   wziąć  się   do  roboty,   doktor 
Henderson. – Wstał i pomógł jej się podnieść. – Przydzielono nam ambitne zadanie. 

– Co się stało?
– Clarrie Williams zaczęła rodzić, a położnej popsuł się w Glasfryn samochód. Wezwała 

pomoc drogową, a Henry jedzie do pacjenta w Gwytherin. 

– To na co czekamy?  – Lindsay chwyciła go za rękę i razem zeszli stromą, kamienistą 

ścieżką na dół, gdzie stał zaparkowany landrover. 

– Oby Clarrie wzięła na wstrzymanie – mruknął Aidan, gdy wyjechali na wąską, górską 

drogę. – Czwarte dziecko zazwyczaj strasznie się śpieszy na ten świat. 

– Henry się zdziwił, że wolny dzień spędzamy razem?
– Chyba nie. – Aidan uśmiechnął się szeroko. 
– Jak zareagował, kiedy się o tym dowiedział?
– Wielce wymownym tonem powiedział: „Ach tak...”
– Uważasz, że o nas wie?

background image

– Coś mi mówi, że Henry wszystkiego się domyśla. 
– Musimy jak najszybciej go oświecić. 
– Poczekajmy, aż ucichnie sprawa Bronwen. 
– Sądzisz, że będzie trudno znaleźć kogoś na jej miejsce?
– Chyba znam kogoś odpowiedniego. 
– Naprawdę? Myślałam, że tutaj niełatwo o wykwalifikowany personel. 
–   W   zasadzie   tak,   ale   tym   razem   chyba   można   mówić   o   szczęściu.   Jeszcze   nie   mam 

pewności, ale wydaje mi się, że Janet Pearce byłaby zainteresowana pracą u nas. 

– Ona? Przecież właśnie straciła matkę. 
– Na pewno potrzebuje trochę czasu, lecz po pogrzebie i załatwieniu spraw rodzinnych nie 

będzie siedzieć z założonymi rękami. 

– Mówiłeś, że była siostrą przełożoną. Nie wolałaby wrócić na taki etat?
– Janet kiedyś mi powiedziała, że już dawno pracowała w swoim zawodzie i pewnie nie 

dałaby   sobie   rady.   Ale   ze   swoim   medycznym   doświadczeniem   idealnie   nadawałaby   się   do 
poradni. Co ty na to?

– Wspaniałe rozwiązanie. 
– Wiem, że w przypadku śmierci matki zamierzała znaleźć pracę i kontynuować ją aż do 

osiągnięcia wieku emerytalnego, a jest dopiero po pięćdziesiątce. 

– Dogada się z Gwynneth?
– Na pewno. Janet ma ciepłą osobowość, a Gwynneth to doceni. Poza tym Janet to osoba 

bystra, pracowita i dobrze zorganizowana, więc stworzą doskonały duet. Będziemy zadowoleni. 

– Gwynneth wreszcie odetchnie, bo nikt nie będzie jej terroryzował. 
– Masz na myśli Bronwen?
– Tak. Robiła z życia Gwynneth piekło. 
– Nie przypuszczałem, że było aż tak źle. Czemu nic mi nie powiedziałaś?
– Gwynneth błagała mnie o milczenie. – Lindsay westchnęła ciężko. – Ale szkoda, że jej 

posłuchałam. Rozmawiałeś z Henrym o zatrudnieniu Janet?

– Nie, chciałem najpierw spytać ciebie o zdanie. 
– Uważam, że to świetny pomysł, oczywiście, jeśli Janet się zgodzi. 
Przed domem czekał na nich Rufus. Miał taką zasępioną minę, jakby na jego szczupłych 

barkach spoczywały wszystkie troski świata. Lindsay zrobiło się żal nastolatka. 

– Gdzie mama? – spytał Aidan. 
– Na górze, w sypialni. 
Lindsay i Aidan pobiegli do wnętrza. Tym razem nie było czasu na podziwianie gęgających 

gęsi ani na pogawędki z kimkolwiek. W kącie saloniku siedziała najwyraźniej przerażona Evie i 
nieco starszy chłopiec, chyba ów Jared, a u szczytu schodów stał Dai. 

– Dzięki Bogu, że już pan przyjechał, doktorze – zawołał na widok Aidana. – Coś jest nie 

tak. Poprzednio było zupełnie inaczej. 

background image

Lindsay weszła za Aidanem do ciasnej, zabałaganionej sypialni. Odziana tylko w trykotową 

koszulę nocną Clarrie leżała na łóżku, była spocona i szara na twarzy. Obu rękami kurczowo 
ściskała kłęby zmiętej pościeli i nagle jęknęła, gdy chwycił ją silny skurcz. 

– Już dobrze, Clarrie, jesteśmy przy tobie. – Aidan jednym ruchem odsunął jakieś rupiecie i 

postawił na komodzie lekarską torbę. – Zaraz sprawdzimy, co knuje twój dzidziuś. – Zręcznie 
włożył lateksowe rękawiczki i przystąpił do badania, następnie gestem poprosił Lindsay, aby z 
nim podeszła do okna. 

– Jakiś problem? – spytała przyciszonym tonem. 
– Rozwarcie ma siedem centymetrów, ale dziecko jest odwrócone twarzą do kości łonowej. 
– To oznacza poród kleszczowy?
– Niekoniecznie. Czasem dziecko samo się obraca lub, jeśli matka okaże się wytrzymała, 

może urodzić w klasyczny sposób. Clarrie na pewno tego pragnie. 

– Jaki jest stan dziecka?
– Tętno w normie. Zadzwonię do siostry Mackett i dowiem się, kiedy zdoła tu dotrzeć. Jeśli 

Clarrie ma urodzić normalnie, trzeba przywieźć tlen. 

– O co chodzi? – od drzwi zawołał Dai. – Coś nie w porządku, prawda?
– Dziecko jest w nietypowej pozycji, ale to nic strasznego – odparł Aidan. 
– Nie chcę jechać do szpitala. – Clarrie podciągnęła się nieco wyżej. 
– Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne, Clarrie. Tętno dziecka jest miarowe i silne. 

Wszystko zależy od tego, czy zanadto się nie zmęczysz. 

– Nie. – Clarrie mocno przygryzła dolną wargę. 
– Wobec tego powinniśmy się wziąć do roboty – oświadczył Aidan. – Siostra Mackett zmyje 

nam głowy, jeśli nic nie przygotujemy. 

– Trochę tu posprzątam – zaproponowała Lindsay, a Aidan spojrzał na nią z wdzięcznością. 

–  Dai,  mógłby   pan  z  chłopcami   zrobić   dla  wszystkich   herbatę?   Clarrie,   gdzie   są  rzetzy  dla 
dziecka?

– W tamtej  szafce,  a łóżeczko  stoi w sąsiednim pokoju. Myślałam,  że będzie  potrzebne 

dopiero   w   przyszłym   tygodniu.   Poprzednie   dzieciaki   były   o   parę   dni   przenoszone.   Ach...   – 
Clarrie gwałtownie wciągnęła powietrze, bo chwycił ją kolejny skurcz. 

Aidan   siedział   przy   pacjentce,   natomiast   Lindsay   zajęła   się   porządkowaniem   sypialni. 

Zebrała   porozrzucaną   garderobę,   niektóre   rzeczy   poskładała   i   włożyła   do   szuflad,   inne   zaś 
powiesiła w szafie. Przyniosła też drewniane łóżeczko i postawiła je w nogach dużego łóżka. 
Niemowlęce ubranka pieluszki i przybory toaletowe znalazła starannie poukładane w narożnej 
szafce. Clarrie najwyraźniej była doskonale przygotowana do narodzin dziecka. 

Po chwili Rufus przyniósł tacę z herbatą. Wchodząc do sypialni, z lekka przerażony zerknął 

na matkę, jakby się spodziewał zobaczyć coś strasznego. 

– Nie ma się czego obawiać, Rufus – zapewnił go Aidan. – Twoja mam czuje się całkiem 

dobrze. Właśnie obstawiamy, kto zjawi się pierwszy, noworodek czy siostra Mackett Clarrie, Dai 

background image

asystował ci przy poprzednich porodach?

– Tak... przy wszystkich. 
– Rufus, powiedz tacie,  żeby tu przyszedł, gdy wypije herbatę. Nie powinna go ominąć 

czwarta atrakcja. 

– Co jeszcze mogłabym zrobić? – Lindsay pytająco spojrzała na Aidana. Już zdążyła posłać 

łóżeczko i poczynić inne niezbędne przygotowania. Teraz wzięła kubek i wypiła łyk. 

– Jeśli ten maluch wygra wyścig i zjawi się przed położną, jak chciałabyś go przyjąć?
– Przyznam, że minęło sporo czasu od ostatniego przyjmowanego przeze mnie porodu – 

mruknęła. 

– Więc to będzie kolejne zawodowe doświadczenie. My, lekarze rodzinni, nigdy nie wiemy, 

czego się spodziewać. Może więc sprawdzisz, co zaszło, kiedy radośnie popijaliśmy herbatkę. 

Lindsay z wahaniem wciągnęła rękawiczki i zbadała Clarrie. 
– Tętno płodu nadal silne – stwierdziła po chwili. – Rozwarcie na dziesięć centymetrów, 

można wyczuć ciemiączko przednie. 

– Gdzie Dai? – wydyszała Clarrie. 
– Tutaj, kochanie. – Niezauważony przez nikogo, Dai wrócił do pokoju, usiadł przy łóżku i 

wziął żonę za rękę. 

– Clarrie i ten maluszek postanowili nie czekać ani na tlen, ani na siostrę Mackett – pogodnie 

stwierdził Aidan. 

– Chcę... przeć... – Clarrie pośmiała na twarzy z wysiłku. 
– Wszystko będzie dobrze? – Dai z niepokojem spojrzał przez ramię na dwoje lekarzy. 
– Spokojna głowa, Dai – zapewnił go Aidan. – Dziecko przyjmie doktor Henderson, która 

jest jednym z najlepszych fachowców w kraju. Jej obecność to dla nas zaszczyt. 

Aidan   porozumiewawczo   mrugnął   do   Lindsay,   po   czym   oboje   znów   skupili   uwagę   na 

pacjentce. 

– Już widać główkę – po paru minutach triumfująco oznajmiła Lindsay.  – Clarrie, teraz 

musisz trochę podyszeć. O, właśnie tak. Od razu widać, że znasz się na rzeczy. Dobra robota. – 
Kątem oka zauważyła, że Aidan napełnia strzykawkę, ale nie miała zielonego pojęcia czym. 

Po chwili wysunęła się cała główka dziecka – buzią do góry, zamiast do dołu – i właśnie 

wtedy Aidan zrobił Clarrie zastrzyk. 

– To synometrin – mruknął – żeby zapobiec ewentualnemu krwotokowi w ostatniej fazie 

porodu. 

– Oczywiście. – Lindsay przypomniała sobie o zastosowaniu tego leku i po kolejnym skurczu 

zręcznie pomogła przyjść na świat maleńkiej istotce. Najpierw pojawiły się drobne ramionka, a 
zaraz potem – reszta ciałka. 

– Dziewczynka! – radośnie obwieściła Lindsay, kładąc maleństwo na piersi matki. – Jaka 

śliczna! – Przełknęła ślinę, czując pod powiekami łzy wzruszenia. 

Clarrie i Dai rozpływali się z zachwytu nad swoją córeczką, a Lindsay w tym czasie przecięła 

background image

pępowinę i odebrała łożysko. Właśnie wtedy zjawiła się siostra Mackett. W sypialni powitały ją 
cztery rozpromienione twarze. 

– Widzę, że już nie jestem potrzebna. 
– Cześć, siostro. – Clarrie uśmiechnęła się szeroko. – Dzidziuś nie mógł się pani doczekać. 
– I co my tu mamy? – Położna popatrzyła na malutką, pomarszczoną twarzyczkę. 
– Dziewuszkę. – Dai również był przejęty do łez. 
– Wasze dzieciaki też chcą rzucić okiem na nową siostrzyczkę – zauważyła siostra Mackett. 

– Będzie tu trochę ciasno, ale niech wejdą chociaż na moment. 

– O, tak – zgodziła się Clarrie. – Niech ją poznają. Starsze dzieci wsunęły się do pokoju. 

Rufus był trochę zakłopotany, Jared – najwyraźniej niepewny, a Evie – taka zachwycona, że 
ojciec musiał ją przytrzymać, bo inaczej przewróciłaby się na matkę. Cała trójka posłusznie ją 
cmoknęła w policzek i obejrzała noworodka. Na odchodnym Jared nagle odwrócił się i zapytał:

– Ma jakieś imię?
Clarrie zerknęła na męża, który leciutko skinął głową. 
– Tak. Już wiemy, jak ją nazwiemy. – Clarrie westchnęła z zadowoleniem. – Lindsay. 

– To chyba definitywnie załatwia sprawę – stwierdził Aidan, gdy odjeżdżali z farmy. 
– O czym mówisz? – Lindsay przestała machać Williamsom na pożegnanie i odwróciła się 

do Aidana. 

– O fakcie nadania dziecku twojego imienia. To oczywisty dowód, że miejscowa społeczność 

wreszcie cię zaakceptowała. 

– Tak sądzisz? – Lindsay zarumieniła się z radości. 
– Jestem tego pewien. Ta rodzina znalazła dla ciebie trwałe miejsce w swoim sercu. W 

zasadzie dobrze ich rozumiem. – Zdjął z kierownicy jedną rękę i mocno ścisnął dłonie Lindsay. – 
Wykonałaś kawał wspaniałej roboty. Nie masz pojęcia, jaki jestem z ciebie dumny. 

– Nadal kręci mi się w głowie. Obserwowanie narodzin dziecka to niezapomniane przeżycie, 

ale przyjęcie noworodka naprawdę człowieka uskrzydla. Starałam się nie rozkleić, ale przyznam, 
że pod koniec miałam wielką ochotę rozbeczeć się z radości. 

– Nie ty jedna. 
– Ty też? – Była zdumiona, że przyznał się do czegoś takiego. 
– To mnie wzrusza za każdym razem. 
–   Williamsowie   sprawiali   dzisiaj   wrażenie   bardziej   pogodnych   niż   podczas   naszej 

poprzedniej wizyty. 

– Dai podobno jeździ na fizykoterapię. Sąsiad go wozi dwa razy na tydzień. Może w końcu 

ta rodzina zobaczy światełko na końcu tunelu. 

– Oby tak się stało. 
– Lindsay – powiedział, gdy dojeżdżali do Tregadfan. Odezwał się tak poważnym tonem, że 

spojrzała na niego ze zdziwieniem. On zaś przez chwilę milczał, więc tylko przyglądała się jego 

background image

profilowi. Wyraziste rysy tego mężczyzny w takim krótkim czasie stały się takie znajome – i 
takie kochane. 

– Chyba powinniśmy zaraz zobaczyć się z Henrym i poinformować go o nas. 
– Myślałam, że chcesz poczekać, aż ucichnie sprawa Bronwen. 
– Początkowo sadziłem, że tak będzie lepiej, ale byłoby okropnie, gdyby dowiedział się o nas 

od  osoby  postronnej.   Poza   tym   chyba   nie   zdołam   dłużej   ukrywać   tego,   co   do  ciebie   czuję. 
Kocham cię, Lindsay, i pragnę rozgłosić to na cały świat. 

Zjechał   na   pobocze,   zgasił   silnik   i   wziął   ją   w   ramiona.   Jego   pocałunek   wyrażał   tyle 

pragnienia,   że   puls   Lindsay   przyśpieszył   jak   szalony.   Jess   szczeknął   krótko,   lecz   nikt   nie 
wysiadał, więc pies znów ułożył się wygodnie i oparł pysk na przednich łapach. 

– Co zrobimy – spytała Lindsay, gdy w końcu odsunęli się od siebie – jeśli Henry uzna, że 

nie powinieneś zajmować się moim szkoleniem?

– Gdybyś musiała kontynuować praktykę w Londynie? Pewnie pojechałbym z tobą i znalazł 

sobie nową pracę. 

– Uczyniłbyś to? – Z rozmarzeniem błądziła wzrokiem po jego twarzy. 
– Oczywiście – zapewnił  bez wahania. – Nie zniósłbym  rozłąki z tobą i nie zamierzam 

ryzykować, że cię stracę. 

– Och, Aidan – szepnęła. – Nie stracisz mnie. Nigdy. – Delikatnie pogłaskała go czubkami 

palców po policzku. – Poza tym jest szansa, że Henry wszystkiego się domyśla i nie będzie miał 
nic przeciwko kontynuacji aktualnego układu. 

– Możemy to sprawdzić tylko w jeden sposób. – Aidan przekręcił kluczyk w stacyjce. 
Na dworze zapadał zmrok, gdy dojechali do domu Llewellynów. 
– Chyba mają gości – stwierdził Aidan, parkując za autem, które z pewnością nie należało do 

gospodarzy. 

– Może nie powinniśmy przeszkadzać... – mruknęła Lindsay. – Wpadniemy kiedy indziej. 
– Za późno. Henry nas widział. 
Za szybą rzeczywiście zafalowała firanka i zaraz ktoś otworzył drzwi. 
– Witajcie. – Henry miał dziwną minę. – Wszystko poszło dobrze?
– Tak, Clarrie urodziła córeczkę. Lindsay ją przyjęła. 
– Gratuluję, Lindsay. Dobrze, że wpadłaś, bo masz gościa. 
– Gościa? – spytała zdumiona. 
–   Tak.   Jest   tutaj.   –   Henry   gestem   wskazał   jej   swój   gabinet   Czyżby   ojciec?   Byłoby   to 

naprawdę cudowne zrządzenie losu. Już dzisiaj poznałby Aidana i dowiedział się o ich planach. 
Weszła   do   pokoju   i   przystanęła,   a   jej   serce   na   moment   zamarło,   gdy   stojący   przy   oknie 
mężczyzna się odwrócił. Był to Andrew Barlow. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

– Andrew! – Patrzyła  na niego oszołomiona, zauważyła  jednak, że Henry dyskretnie się 

wycofał, zamykając za nią drzwi. – Co tutaj robisz?

Andrew   odetchnął   głęboko,   a   jego   nozdrza   charakterystycznie   się   rozdęły,   co   kiedyś 

wydawało się jej takie zmysłowe. 

– Przyjechałem, żeby zabrać cię do domu, Lindsay. 
– Zabrać mnie do domu? Cóż to niby ma znaczyć? – Zaniepokoiła się, tknięta nagłą myślą. – 

Chyba nic się nie stało? Mój ojciec... wszystko z nim w porządku?

– Oczywiście. Lindsay, chodzi mi o ciebie. Najwyższa pora skończyć te wygłupy i wracać do 

Londynu. 

– O czym ty gadasz? – syknęła gniewnie. – Jakie wygłupy?
Cały   czas   pamiętała   o   obecności   Aidana   oraz   o   tym,   co   oboje   zamierzali   powiedzieć 

Henry’emu. Bóg raczy wiedzieć, co Aidan sobie pomyśli, dowiedziawszy się, że jej były chłopak 
pojawił się nagle, jak grom z jasnego nieba. 

– Wiesz, o co mi chodzi. O całą tę zabawę – parsknął Andrew, zataczając rękami krąg, jakby 

chciał objąć pół wsi. 

– Tę durną ucieczkę do Walii. 
– Nie uciekłam do Walii – oświadczyła twardym tonem. 
– Pracuję tutaj i jednocześnie odbywam praktykę. 
– Nie musiałaś w tym celu zwiewać na prowincję! W Londynie też mogłabyś to odwalić, 

prawda?

– Owszem – wycedziła, urażona jego podejściem. – Ale postanowiłam stamtąd wyjechać. 
– Uciekłaś. 
– Niby przed czym?
– Przed tą niefortunną sytuacją, w której się znaleźliśmy. 
– Cóż za eufemistyczne określenie! – Lindsay nie posiadała się ze zdumienia, że można być 

tak bezczelnym. – Ja nazwałabym to bardziej trafnie: po prostu zdradą. 

–   Och,   nie   przesadzaj,   kochanie.   Przecież   nie   byliśmy   małżeństwem,   ani   nawet   się   nie 

zaręczyliśmy. 

– Ale mieszkaliśmy razem, Andrew. Może dla ciebie nic to nie znaczy, lecz ja uważałam, że 

żyjemy w normalnym związku. Nie mam zwyczaju zapraszać pod swój dach obcych mężczyzn. 

– Oczywiście, że nie... – Andrew pozwolił sobie na przelotne zawstydzenie, po czym znów 

uśmiechnął się z wrodzoną pewnością siebie, święcie przekonany, że jak zwykle zdoła Lindsay 
zauroczyć.   –   Skarbie,   daj   spokój.   Przecież   już   dawno   cię   przeprosiłem.   Chętnie   uczynię   to 
jeszcze raz i chyba możemy o wszystkim zapomnieć. Szkoda byłoby zniszczyć to, co nas łączyło. 

background image

Nie zaprzeczysz, że było nam naprawdę dobrze razem, prawda? – Andrew ruszył w jej kierunku, 
najwyraźniej zamierzając chwycić ją w objęcia. 

– Nie, Andrew, nie zaprzeczę. – Szybko cofnęła się do okna. – Kiedyś istotnie było nam 

dobrze. Ale to się skończyło. Nie ma już „nas”. 

– Nic straconego – zapewnił z naciskiem. – Zaczniemy wszystko od nowa!
– To wykluczone. Już ci nie ufam. 
– Ale gdybyś spróbowała... 
– Nie, Andrew. Zawsze zastanawiałabym się, gdzie jesteś i z kim, i czy przypadkiem znów 

mnie nie zdradzasz. Wybacz, ale to koniec. 

– Myślałem, że mnie kochasz. 
– Ja też. 
Patrzył   na   nią,   najwyraźniej   rozjątrzony,   lecz   wciąż   nie   docierało   do   niego,   że   nie   ma 

żadnych szans. 

– Nadal uważam, że to tylko twój idiotyczny kaprys – oświadczył, nie dając za wygraną. – 

Gdybyś tylko przestała się Wygłupiać i wróciła ze mną do Londynu, z pewnością moglibyśmy 
wszystko naprawić. 

Lindsay prawie zrobiło się go żal. Wiedziała jednak, że musi raz na zawsze uświadomić 

Andrew, że nie ma powrotu do przeszłości. 

– Przykro mi, że przejechałeś taki kawał drogi na próżno... 
– Nie musi tak być!
– Ale tak się składa – ciągnęła, nie dając mu dojść do słowa – że w moim życiu pojawił się 

ktoś inny... 

– Wszystko w porządku, Lindsay? – Henry właśnie zamknął za Andrew drzwi i wszedł do 

gabinetu. 

– Tak – odparła z westchnieniem. 
Była wykończona, lecz jednocześnie zdumiewająco zadowolona, ostatecznie zamknąwszy 

jakąś niemiłą sprawę. 

– On już pojechał. 
– Mam nadzieję, że nie zamierza tłuc się nocą do Londynu. 
– Nie. Za moją namową postanowił przespać się w hotelu w Llangollen. 
– Jeszcze przed przyjazdem tutaj definitywnie zerwałam z tym człowiekiem. 
– Wiem, Lindsay. Najwyraźniej trudno mu pogodzić się z odmową. 
–   To   chyba   bardziej   kwestia   zranionej   dumy.   Wątpię,   czy   ktoś   kiedykolwiek   odrzucił 

względy Andrew Barlowa. Ale jego przyjazd nie poszedł na marne. 

– Co masz na myśli?
–   Przynajmniej   się   przekonałam,   że   Andrew   naprawdę   już   nic   dla   mnie   nie   znaczy. 

Przybyłam tutaj ze świadomością, że mój związek się skończył, ale nie byłam pewna swoich 
uczuć, jeśli wiesz, o co mi chodzi. 

background image

– Cóż, moim skromnym zdaniem najlepszym lekiem na złamane serce jest nowa miłość. 
Lindsay uśmiechnęła się, słysząc to stwierdzenie. 
– Gdzie Aidan?
– Pojechał do domu, kiedy tylko dowiedział się, kto jest twoim gościem. Zapewniłem go, że 

odwiozę cię do twojego mieszkania. 

– Dzięki, Henry, ale nie zamierzam tam wracać. 
– Czemu  spodziewałem  się właśnie takiej  odpowiedzi?  Chodź, podrzucę cię na miejsce. 

Megan może trochę pobyć sama. 

Prawie w milczeniu ruszyli do domu Aidana. W pewnej chwili Henry z ukosa spojrzał na 

Lindsay. 

– Jakoś nie zdążyłem spytać Aidana o powód waszego dzisiejszego przyjazdu. Chyba nie 

zjawiliście   się   tylko   po   to,   żeby   mnie   powiadomić   o   narodzinach   córeczki   Clarrie,   choć 
oczywiście to wspaniała wiadomość. 

– Masz rację, Henry, nie dlatego do ciebie wpadliśmy. 
– Powiesz mi wreszcie, w czym rzecz?
– Jasne. Chociaż intuicja mi mówi, że i tak wiesz... 

Wysiadła z auta na poboczu drogi, u szczytu schodów. Na dworze było już prawie ciemno, a 

jedna umocowana na ogrodzeniu latarnia ledwie rozjaśniała mrok, toteż Lindsay schodziła na dół 
powoli i ostrożnie. Jeszcze zanim dotarta do drzwi, psy ogłosiły jej przybycie. Zastukała, a one 
nadal szczekały w środku, lecz nikt nie otwierał. Czyżby Aidana nie było? Rzeczywiście, nie 
widziała na górze landrovera, wiedziała jednak, że wieczorem Aidan parkował samochód od 
frontu. 

Musi tutaj być, pomyślała z rozpaczą. Koniecznie chciała się z nim zobaczyć. Tu i teraz. Nie 

miała pojęcia, co on sobie myśli po tym niespodziewanym przyjeździe Andrew. Może nawet 
uznał, że ona zamierza wrócić do Londynu i odgrzać dawny romans. Zabębniła pięścią w drzwi, 
a psy znów zaczęły ujadać jak szalone. 

Właśnie zamierzała odejść, przekonana, że Aidana nie ma w domu, gdy nagle usłyszała za 

plecami jakiś dźwięk i błyskawiczne się odwróciła. Aidan wyłonił się z mrocznego ogrodu i szedł 
w jej stronę. 

– Aidanie, och, Aidanie – jęknęła z ulgą. – Już myślałam, że gdzieś pojechałeś. 
– Chciałem się przejść – wyjaśnił i jednym ostrym słowem uciszył rozszczekane psy. 
– Bez Skippera i Jessa? – spytała zdumiona. Aidan nigdzie się bez nich nie ruszał. 
– Musiałem spokojnie przemyśleć to i owo. – Zatrzymał się przed nią i uważnie spojrzał jej 

w oczy. 

Lindsay zauważyła przelatującą nad jego głową ćmę, która następnie zaczęła krążyć

 – 

wokół 

zapalonej latarni. 

– Doszedłeś do jakichś wniosków?

background image

–   Nie   wiedziałem,   co   o   tym   wszystkim   sądzić.   –   Aidan   wziął   głęboki   oddech.   –   Jeśli 

przyszłaś mi powiedzieć, że zmieniłaś plany, to moglibyśmy załatwić to szybko?

– Och, Aidanie, naprawdę sądzisz, że po to tu jestem?
Delikatnie dotknęła jego policzka. Szorstki zarost przypominał o tym, że dzień, który właśnie 

się kończył, był długi i pracowity. 

–   Już   ci   powiedziałem,   że   nie   wiem,   jak   ocenić   to,   co   zaszło.   –   Chwycił   jej   dłoń   i 

przytrzymał przy swojej twarzy. Gest ten był wyrazem zarówno czułości, jak i rozpaczy. 

– Przecież ci mówiłam, że tamten związek uważam za zakończony. 
– Mówiłaś też, że nie jesteś pewna, czy przebolałaś zerwanie... a twój były chłopak nagle 

pojawia się tu, jakby nigdy nic. Można sobie pomyśleć Bóg wie co. 

– Jego przyjazd niczego nie zmienił. I tak już liczyłeś się dla mnie tylko ty... 
– Co chcesz przez to powiedzieć, Lindsay? – Aidan mocno ujął jej obie dłonie. 
–   Że   cię   kocham,   Aidanie.   Kocham   cię   całym   sercem   i   pragnę   zostać   z   tobą.   Dawniej 

rzeczywiście byłam zakochana w Andrew, lecz on sam skutecznie zabił to uczucie. A kiedy 
poznałam   i   pokochałam   ciebie,   zdałam   sobie   sprawę   z   tego,   że   miłość,   którą   ty   we   mnie 
obudziłeś, jest o wiele głębsza i wspanialsza. 

Chłonął te słowa, jakby to była najpiękniejsza muzyka, po czym chwycił Lindsay w objęcia. 

W chwili, gdy jego usta spoczęły na jej wargach, Lindsay pomyślała, że jest właśnie tu, gdzie 
powinna być” – w ramionach Aidana. A gwałtowny przypływ pożądania, którego żar już znała, 
tylko to potwierdził. 

Całowali się długo i namiętnie, a gdy odsunęli się od siebie, aby złapać oddech, pierwsza 

odezwała się Lindsay:

– Henry o nas wie, Aidanie. – Głos nieco jej zadrżał, gdy to mówiła. 
– Tak przypuszczałem. Nic o tym nie wspomniał, ale wydawał się dziwnie zakłopotany, gdy 

ty weszłaś do gabinetu, żeby porozmawiać z... z tym panem. – Aidanowi najwyraźniej nie mogło 
przejść przez gardło imię jej byłego narzeczonego. 

– Jak cię potraktował?
– Powiedziałbym, że po ojcowsku. 
– Dzięki Bogu. – Lindsay uśmiechnęła się w mroku. – Coś mi się wydaje, że Henry od 

samego początku orientował się w sytuacji. Co więcej, bardzo możliwe, że on i Megan liczyli na 
właśnie taki rozwój naszej znajomości. A teraz zacierają ręce z uciechy i wznoszą toast za naszą 
wspólną przyszłość. 

– Sądzisz więc, że Henry nie będzie miał nic przeciwko temu, abym nadal cię szkolił, moja 

praktykantko?

– Spytałam go, a on powiedział, że to żaden problem, o ile nie opuścimy się w pracy. A do 

tego na pewno nie dojdzie, prawda?

– Jasne, że nie. – Aidan znów przygarnął ją do siebie, czule cmoknął w czoło i w czubek 

nosa. 

background image

– Lubię takie zapewnienia. 
Długo tulili się do siebie, bezpieczni w uścisku swoich ramion, skąpani w nocnej ciszy. 

Dyskretnie   przerywał   ją   jedynie   szelest   liści   poruszanych   łagodnym,   letnim   wietrzykiem   i 
dobiegające z oddali pohukiwanie sowy.  Lindsay miała przemożne wrażenie, że znajduje się 
milion kilometrów od swojego niedawnego życia w wielkim, hałaśliwym Londynie. 

Dopiero tutaj znalazła swoje miejsce na ziemi – i swoje szczęście. Była tego całkowicie 

pewna.   Niczego   nie   pragnęła   bardziej   jak   tego,   by   na   zawsze   pozostać   właśnie   tu,   z   tym 
mężczyzną. 

– Nie wiem, dlaczego nadal stoimy na dworze – ze śmiechem powiedział Aidan. 
– Tu jest bardzo romantycznie. 
–   Rzeczywiście   –   przyznał   zgodnie.   –   Ale   chodzi   mi   po   głowie   coś   jeszcze   bardziej 

romantycznego. – Odwrócił się i otworzył drzwi, po czym ujął dłoń Lindsay i wciągnął ją do 
wnętrza. – Mam nadzieję, że spodoba ci się mój pomysł. 


Document Outline