background image

 

Laura MacDonald

 

Potęga miłości

background image

Rozdział 1

 

– 

Boże, nie pozwól, żeby coś mu się stało!

Alison Kennedy stała na górnym pokładzie promu, spoglądając na majaczący w 

oddali   znajomy   zarys   wyspy   Wighta,   –   Powinnaś   pojechać   tam   od   razu   – 
przekonywała ją doktor Diana Richards, która była starszym partnerem Alison.

Właśnie pod jej opieką Alison ukończyła niedawno kurs na lekarza domowego.

Alison   nie   wierzyła,   żeby   jej   ojcu   mogło   przytrafić   się   coś   złego.   Był   takim 

silnym, zdrowym mężczyzną. Odkąd pamięta, nigdy na nic nie chorował. Przez całe 
życie nie opuścił ani jednego dnia pracy, a jego pacjenci po prostu go uwielbiali.

–  

Zawał   serca   –   powiedział   jej   przez   telefon   Grant  Ashton,   wspólnik   ojca.   – 

Sądzę, że powinnaś natychmiast przyjechać.

Kiedy pomyślała o Grancie, jej dłonie bezwiednie zacisnęły się na metalowej 

poręczy. Przez długi czas odwiedzała ojca tylko wtedy, kiedy wiedziała, że Grant 
jeździ na nartach w Austrii lub pływa pod żaglami we Francji. Tym razem jednak nie 
mogła uniknąć spotkania z nim.

Kilka chwil później, kiedy prom zawinął do portu w Yarmouth, dostrzegła na 

nabrzeżu jego wysoką sylwetkę, opartą nonszalancko o samochód. Mimo tak dużej 
odległości zauważyła, że na jej widok nawet się nie uśmiechnął, nie mówiąc już o 
uniesieniu ręki w powitalnym geście.

Kiedy opuszczała budynek portu, czekał na nią przed wejściem. Ciemne włosy 

jak zwykle opadały mu na czoło, a zielone oczy były lekko przymrużone, jakby 
chciał się osłonić przed ostrym słońcem. Był ubrany w szarą marynarkę i podobne w 
odcieniu spodnie, z czego wywnioskowała, że ma tego dnia dyżur.

Przez moment spoglądali na siebie bez słowa. Grant nadal był bardzo poważny, 

lecz tym razem Alison dostrzegła w jego spojrzeniu odrobinę ciepła.

– 

Jak on się czuje? – spytała w końcu.

– 

Walczy.

– 

Gdzie leży?

– 

W szpitalu. Zabiorę cię tam.

Bez słowa pozwoliła, żeby wziął jej bagaże i podążyła za nim do samochodu. 

Grant odemknął bagażnik swojego BMW, schował w nim walizki Alison i otworzył 
jej drzwi obok kierowcy.

Przez całą drogę prawie się do siebie nie odzywali. Jednak kiedy zajechali na 

background image

szpitalny   parking,   poczuła   na   ramieniu   rękę   Granta.   Zastygła   na   moment,   nie 
znajdując w sobie siły, żeby się poruszyć ani nawet żeby na niego spojrzeć.

– 

Alison, przygotuj się na najgorsze.

Przez   kilka   chwil   siedziała   nieruchomo,   a   potem   nagle   otworzyła   drzwi 

samochodu i nie oglądając się za siebie, pobiegła przez park otaczający szpital.

Ojciec leżał na oddziale intensywnej opieki kardiologicznej. Ten nieprzytomny, 

podłączony   do   monitora   mężczyzna   w   niczym   nie   przypominał   ukochanego 
człowieka, którego do tej pory znała.

Całe popołudnie i większość nocy przesiedziała przy nim, trzymając go za rękę i 

mając nadzieję, że Miles Kennedy zdaje sobie sprawę z obecności córki. Z rozpaczą 
wpatrywała się w jego pozbawioną wyrazu twarz.

Umarł   kilka   minut   po   drugiej.   Oszołomiona   Alison   pozwoliła   pielęgniarce 

zaprowadzić się do pokoju, w którym czekał Grant.

Bez słowa przytulił ją mocno. Alison, na przekór rozpaczy, która ją ogarnęła, 

odnalazła w tym uścisku jakieś pocieszenie.

Grant   odwiózł   ją   do   domu   w   Woodbridge,   które   leżało   niedaleko  Yarmouth. 

Fairacre – dom, gdzie się wychowała. Obecnie na jego drzwiach wisiała mosiężna 
tabliczka, z której wynikało, że Miles Kennedy i Grant Ashton są wspólnikami.

Pomimo późnej pory czekała na nich Hilda Lloyd. Hilda prowadziła dom dla obu 

lekarzy. Mieszkała z rodziną Kennedych od wielu lat i Alison kochała ją jak matkę. 
Teraz wystarczyło jej tylko jedno spojrzenie na tych dwoje, żeby zrozumieć, co się 
stało.

–  

Och,  Alison...  –  zdołała   z  siebie  wydusić  i  przytuliła   ją  do  piersi   jak  małą 

dziewczynkę, którą trzeba pocieszyć.

 

Dni, które nadeszły, Alison przeżyła jak w transie. Robiła wszystko, czego od niej 

wymagano, jednak jej uczucia i zmysły były przytępione. Hilda prowadziła dom, 
Grant zaś zajmował się pacjentami. Przy pomocy kolegi z sąsiedztwa przyjmował 
zarówno   tych,   których   leczył   do   tej   pory   sam,   jak   i   pacjentów   doktora   Milesa 
Kennedy'ego.

Alison spała w swoim dawnym pokoju, który znajdował się w tylnej części domu. 

Z jego okien miała piękny widok na rozciągające się za miastem pola. Kochała to 
miejsce i cieszyła się, że jest teraz właśnie tutaj, jednak nawet ta pociecha nie była 
wystarczająca,   by   ulżyć   jej   cierpieniu.   Po   śmierci   ojca   czuła   w   piersiach   wprost 
fizyczny ból, który choć częściowo mogły ukoić jedynie łzy. Nie potrafiła jednak 
płakać.

background image

W przeddzień pogrzebu wyszła z domu na długi, samotny spacer. Do ujścia rzeki 

dotarła drogą, którą tylekroć w dzieciństwie chodziła z ojcem.

Po   powrocie   weszła   do   dornu   tylnymi   drzwiami.   Cicho   przeszła   do   zalanego 

słońcem salonu. Drzwi do kuchni były otwarte. Hilda, która właśnie kroiła warzywa 
na wieczorny posiłek, podniosła głowę.

– 

Witaj, kochanie. Zastanawiałam się właśnie, dokąd się wybrałaś.

– 

Chciałam się po prostu przejść – powiedziała Alison z westchnieniem. Wzięła z 

półki   biało-niebieski   kubek   i   nalała   sobie   kawy   z   ekspresu.   –   Widziałaś   gdzieś 
doktora Ashtona?

Usiadła na stołku i ujęła kubek w obie ręce, rozkoszując się promieniującym z 

niego ciepłem.

Hilda przerwała krojenie i podniosła głowę.

– 

Nie widziałam go od czasu lunchu. Dlaczego pytasz?

Alison wzruszyła ramionami.

– 

Myślałam, że może pojechał do szpitala. Zastanawiam się, czy zna wyniki sekcji 

zwłok.

Hilda spuściła wzrok.

–  

To wszystko stało się tak nagle. Ciągle nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze rano 

przyjmował w gabinecie pacjentów, podczas gdy wieczorem... Cóż, wieźli go już do 
szpitala.

– 

Wiem, Hildo... Wiem.

Hilda otarła oczy wierzchem dłoni.

–  

Doktor   Ashton   był   wspaniały.   Naprawdę   nie   wiem,   jak   dał   sobie   z   tym 

wszystkim radę. – Pociągnęła nosem. – Będzie musiał rozejrzeć się za jakąś pomocą. 
Dłużej tak nie może być.

– 

Pewnie po pogrzebie rozejrzy się również za jakimś mieszkaniem.

– 

Hilda przez moment milczała, a potem podniosła wzrok na Alison.

– 

A co z tobą, kochanie? – spytała w końcu.

– 

Ze mną?

– 

Jak sobie dajesz radę? Ostatnimi czasy niezbyt często się widywałyśmy.

Alison wzruszyła lekko ramionami i zajrzała do pustego kubka.

– 

Miałam dużo pracy.

– 

Byłaś zadowolona ze swojej praktyki?

background image

– 

O, tak, nawet bardzo. Praca w szpitalu jest bardzo zajmująca, ale i tak zawsze 

chciałam pracować jako lekarz domowy.

Hilda przytaknęła, a potem odezwała się z wahaniem.

– 

Co masz zamiar zrobić po zakończeniu stażu? Chcesz wyjechać z Suffolk?

–  

Chyba nie od razu. Być może zostanę tam nawet na dłużej. Jeden z lekarzy 

odchodzi na emeryturę i powiedziano mi, że chętnie widzieliby mnie na jego miejscu.

– 

Na pewno byś tego chciała? Wzruszyła ramionami i odstawiła kubek.

– 

Dlaczego nie? Całkiem mi tam dobrze.

Widząc uważne spojrzenie Hildy, podniosła się od stołu.

– 

Zobaczę, czy wrócił już doktor Ashton.

Nagle poczuła, że musi znaleźć się sama. Nie miała jeszcze ochoty rozmawiać z 

kimkolwiek   o   tym,   co   stanie   się   teraz   z   ich   domem  i   całą   resztą.  Wiedziała,   że 
wkrótce będzie musiała podjąć jakieś wiążące decyzje, ale teraz nie chciała tego 
robić. W tej chwili najważniejszy był pogrzeb, który miał się odbyć nazajutrz. Jednak 
przede wszystkim musiała się dowiedzieć, na co umarł jej ojciec.

Przeszła do głównego holu, w którym już zaczęli zbierać się pacjenci. Sekretarka 

pisała coś na maszynie w swoim pokoju, a Sue, ich rejestratorka, segregowała karty 
pacjentów.

– 

Sue, czy doktor Ashton już wrócił?

– 

Właśnie przed chwilą przyjechał.

– 

Jest u niego jakiś pacjent?

– 

Nie, jeszcze nie zaczął pracy.

– 

W takim razie pójdę zamienić z nim słowo.

– 

W poczekalni czeka na niego cała masa ludzi – powiedziała Sue z wyrzutem.

– 

Nie zajmę mu dużo czasu.

Przeszła   do   tej   części   domu,   którą   dobudowano,   kiedy   Grant  Ashton   został 

wspólnikiem ojca. Poczekalnia rzeczywiście była pełna pacjentów. Kiedy minąwszy 
ich,   zapukała   do   drzwi   Grania,   spojrzeli   na   nią   z   zainteresowaniem.   Alison 
zastanawiała się, czy powinna zaoferować Grantowi pomoc. Nie była pewna, jak 
zostałaby   przyjęta   taka   propozycja.   Przypuszczała,   że   doktor   Ashton   nie   byłby 
zadowolony   z   faktu,   że   mogłaby   zajmować   się   jego   pacjentami.   Usłyszawszy 
zdecydowane „proszę", nacisnęła klamkę.

Kiedy Grant zobaczył, kto wchodzi do pokoju, uniósł brwi ze zdziwieniem. Przez 

chwilę   dostrzegła   w   jego   spojrzeniu   coś,   co   przypomniało   jej   minione   lata   i   co 

background image

spowodowało, że serce zabiło jej żywiej.

– 

Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęła niezbyt pewnie – ale wydawało mi się, 

że byłeś w szpitalu.

Skinął głową i podniósł się zza biurka. Podszedł do niej i zamknął drzwi, które 

oddzieliły ich od ciekawskich spojrzeń czekających w korytarzu ludzi.

– 

Przyszłam, żeby spytać, czego się dowiedziałeś.

– 

Nie rozumiem – odparł, wskazując ręką, by usiadła.

Nie przyjęła zaproszenia, tylko stojąc wpatrywała się w jego oczy. Niewiele się 

zmienił od dnia, w którym wtargnął w jej życie tylko po to, żeby je zniszczyć. Ale nie 
powinna teraz o tym myśleć.

– 

Chodzi mi o sekcję zwłok. Czy nie dlatego pojechałeś do szpitala?

Popatrzył na nią uważniej, a potem usiadł za biurkiem.

– 

Pojechałem do szpitala, żeby zobaczyć pacjenta, którego wczoraj operowano.

– 

Nie powiesz mi, że będąc tam nie spytałeś o jego sekcję. Obiecałeś mi przecież, 

że zajmiesz się wszystkimi formalnościami, Grant.

– 

Rzeczywiście, obiecałem – odparł, bawiąc się leżącym na biurku stetoskopem.

– 

Nie uważasz, że ta sprawa wymaga wyjaśnienia? W końcu to była nagła śmierć.

– 

Nie, Alison – powiedział cicho.

– 

Co to znaczy „nie"? Chcesz powiedzieć, że nie zamierzasz się tym zajmować?

– 

Chcę powiedzieć, że ta śmierć nie była lak całkiem nagła, jak sądzisz.

Patrzyła na niego w osłupieniu i nagle poczuła gwałtowną potrzebę wyjścia na 

świeże powietrze. Usiadła.

– 

Co masz na myśli? – spytała szeptem.

– 

Twój ojciec chorował na chorobę niedokrwienną serca.

– 

Co? – Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.

– 

W przeszłości miewał już napady bólowe...

– 

Ależ to zupełnie absurdalne. Wiedziałabym, gdyby na coś chorował.

Popatrzył na nią chłodno.

– 

Nie było cię tutaj, Alison.

Zaczerwieniła się pod wpływem tego spojrzenia.

– 

To fakt, ale i tak wiedziałabym, gdyby coś mu było...

Powiedziałby   mi...   Zresztą...   –   Przyszła   jej   do   głowy   nagła   myśl.   –   Gdyby 

background image

chorował, musiałby przyjmować jakieś leki.

– 

I przyjmował je...

– 

Z tego co wiem, nie był niczyim pacjentem. Nigdy nie chorował i...

Nagle dotarło do niej to, co przed chwilą powiedział Grant.

– 

Jak to przyjmował leki?

– 

Najzwyczajniej w świecie. Zażywał tabletki już od kilku lat.

– 

Ale kto je zapisywał? – Patrzyła na niego z najwyższym zdumieniem.

Zanim zdążył odpowiedzieć, rozległo się pukanie i do gabinetu zajrzała Sue.

– 

O co chodzi?

– 

Przyniosłam karty pacjentów.

– 

Dziękuję.

– 

Czy mogę już prosić pierwszego?

– 

Jeszcze chwilę. Zaraz będę gotów.

Kiedy zamknęły się drzwi, podniósł wzrok na Alison.

– 

Twój ojciec był moim pacjentem – oświadczył wprost.

–  

Twoim?!  –  wykrzyknęła,  jakby   to  była  ostatnia  rzecz,   jaką  spodziewała  się 

usłyszeć.

– 

Dlaczego tak cię to dziwi?

–  

Sama nie wiem... Pomyślałabym raczej o Robercie Framptonie. Tyle lat się 

przyjaźnili...

–  

Dużo prościej było mu leczyć się u mnie. W końcu zawsze byłem w zasięgu 

ręki.

Alison zdawała się nie słuchać jego słów.

– 

Skoro byłeś jego lekarzem, to wiedziałeś wszystko o jego chorobie, mam rację?

– 

Oczywiście.

–  

Więc dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytała z bólem, którego nie potrafiła i 

nie chciała ukryć.

– 

On tak postanowił. To była jego decyzja.

Alison poczuła nagle, jak coś w niej pękło. Podniosła się i spojrzała gniewnie na 

Granta.

– 

Jak mogłeś mi nie powiedzieć?!

background image

– 

Alison, oboje dobrze znamy reguły gry – odparł cicho.

–  

Mogłeś mi powiedzieć! – krzyknęła, nie zważając na jego słowa. – Musiałeś 

zdawać sobie sprawę, że chciałabym o tym wiedzieć, że chciałabym móc zdążyć się z 
nim pożegnać. Pozbawiłeś mnie tego!

–  

Twój ojciec nie życzył sobie, żeby ta świadomość zatruwała ci życie. Chciał, 

żebyś pracowała w spokoju.

–  

Ach, więc wszystko już w moim życiu ustawiliście, tak? Co jeszcze, waszym 

zdaniem, miało być dla mnie dobre?

Grant pokręcił głową, ale Alison nie dała mu dojść do słowa.

–  

Nie  przyszło  ci   do  głowy,   że   może   chciałabym  zobaczyć   się   z  nim  po  raz 

ostatni? Niech cię wszyscy diabli, Grant. Jak mogłeś mi to zrobić?

Milczał przez chwilę, dając jej czas na uspokojenie się.

– 

Był moim pacjentem, Alison, i musiałem uszanować jego wolę. Był także moim 

przyjacielem.

– 

A ja? Ja byłam jego córką! Czy moje uczucia się nie liczą?

Ze   łzami   w   oczach   wybiegła   z   pokoju,   nie   bacząc   na   osłupiałą   Sue   i 

zgromadzonych ludzi. W tej chwili myśl o tym, żeby mu pomóc była ostatnią, jaka 
pojawiłaby się w jej skołatanej głowie.

 

Późno w nocy, kiedy leżała już w łóżku, zdołała się trochę uspokoić. Jako lekarz 

musiała zgodzić się ze słusznością decyzji Granta, jednak nadal bolał ją fakt, że 
wykluczono ją z tego, co działo się w domu. Zarówno Grant, jak i Hilda podkreślali, 
że powinna częściej tu przyjeżdżać i w głębi duszy musiała przyznać im rację.

Starała się zasnąć, ale przeżycia minionego dnia zupełnie jej na to nie pozwalały. 

Wstała z łóżka i zbliżyła się do okna. Otworzyła je na oścież, wdychając chłodny 
zapach nocy.

Bardzo dobrze wiedziała, dlaczego tak rzadko zjawiała się w Fairacre. Nie chciała 

spotykać się z Grantem. Każdy pobyt w domu wywoływał falę wspomnień. Nawet 
teraz, kiedy zamknęła oczy, widziała tamten dzień, w którym go poznała.

Był początek wakacji i właśnie przyjechała z Londynu, gdzie studiowała. Leżała 

w ogrodzie, rozkoszując się ciepłem słonecznych promieni i zapachem rosnących 
wokół kwiatów. Jego kroki stłumiła wysoka trawa. O jego obecności przekonała się 
dopiero, kiedy otworzyła oczy.

Zaskoczona, opuściła na czoło kapelusz i usiadła.

–  

Przepraszam, że panią wystraszyłem – odezwał się ciepłym głosem, a w jego 

background image

zielonych oczach dostrzegła rozbawienie.

–  

Nic się nie stało. Chyba pan trochę zabłądził... Wejście dla pacjentów jest z 

tamtej strony. – Wskazała drzwi.

– 

Ale ja nie jestem pacjentem. Będę tu pracował.

– 

Pracował...?

Uniosła ze zdziwieniem brwi, a po chwili uprzytomniła sobie, o czym on mówi.

– 

A zatem jest pan zapewne nowym wspólnikiem taty!

– 

Na to wygląda.

Pochylił się i wyciągnął rękę w powitalnym geście.

Była zgubiona od chwili, w której poczuła na skórze dotyk jego palców. Gdyby 

mogła wtedy przewidzieć, do czego ją to wszystko doprowadzi!

Na   wspomnienie   spacerów   przy   świetle   księżyca,   kąpieli   w   morzu,   chwil 

spędzonych na żaglówce, smakujących solą pocałunków i gorących, pełnych miłości 
nocy ścisnęło jej się serce.

– 

Nie chcę wracać – płakała mu w koszulę, kiedy spotkali się ostatniej nocy przed 

jej wyjazdem.

–  

Musisz – powiedział z przekonaniem, lecz w jego głosie usłyszała rozpacz. – 

Dobrze o tym wiesz. Zawsze chciałaś być lekarzem.

To była prawda, ale w tej chwili marzyła tylko o tym, żeby spędzać z nim każdą 

chwilę dnia i nocy.

– 

Będę przyjeżdżać tak często, jak się da... W każdy weekend... Zobaczysz, nic się 

nie zmieni...

I tak było. Mijały miesiące, a ona dzieliła czas między naukę, pisanie listów i 

podróże do domu. Gdyby on czuł to samo... Wielkie nieba, wtedy dałaby sobie rękę 
uciąć, że ją kocha. Jakże była naiwna... Jakże młoda i niedoświadczona... Tego dnia, 
w którym oznajmił jej, że nie miał zamiaru angażować się w ich związek tak bardzo, 
nie uwierzyła mu.

Był przepiękny letni wieczór i właśnie wracali do Fairacre z długiego spaceru. Już 

od chwili przyjazdu do domu czuła, że coś jest nie tak. Grant był zimny, niedostępny, 
obcy. Jej niepewność rosła z każdą chwilą. Jednak to, co usłyszała, omal nie zwaliło 
jej z nóg.

– 

Jak to nie miałeś zamiaru angażować się w ten związek?

–  

Zwyczajnie – odparł niepewnie i odwrócił wzrok, jakby nie mógł znieść bólu, 

który dostrzegł w jej oczach.

background image

–  

Dla   mnie   to   jest   najważniejsze   na   świecie,   Grant.   Sądziłam,   że   ty   myślisz 

podobnie.

– 

Alison, musimy zachować się rozsądnie... Przykro mi.

– 

Czy masz kogoś innego?

–  

Nie.   Po   prostu   nie   jestem  jeszcze   gotowy   na   tak   poważny   związek.   Myślę 

zresztą, że ty też.

– 

Jak śmiesz mówić mi, na co jestem, a na co nie jestem gotowa!

– 

Przykro mi. Mam nadzieję, że będziemy mogli zostać przyjaciółmi.

– 

Przyjaciółmi!

Nie potrafiła ukryć rozczarowania. Odwróciła się i pobiegła przez pola.

Zanim wróciła do Londynu, rozmawiali jeszcze, ale nic nie było w stanie zmusić 

Granta do zmiany podjętej decyzji.

Po powrocie zajęła się nauką, starając się ze wszystkich sił ułożyć sobie jakoś 

życie. Miała wielu przyjaciół, kilka przelotnych miłostek, ale żadna z nich nie zdołała 
zatrzeć bolesnych wspomnień.

Nagle ogarnęła ją złość. Z trzaskiem zamknęła okno i wróciła do łóżka.

Po pogrzebie wyjedzie z Fairacre, ucieknie od wszystkiego, co tu przeżyła, a co 

do tej pory raniło jej serce.

 

Nastał kolejny pogodny dzień. Kwietniowe słońce, jakby na przekór śmierci i 

ciemnościom,   świeciło   nad   głowami   wszystkich   tych,   którzy   przyszli   pożegnać 
doktora Kennedyego. Miejscowy kościół był wypełniony po brzegi.

Alison z pewnym wzruszeniem odnotowała fakt, że jej ojciec był w Woodbridge 

tak bardzo szanowany. Ona sama patrzyła na wszystko jakby z oddali, nie wierząc, że 
to dzieje się naprawdę. Z Yorkshire przyjechał kuzyn ojca z dziećmi, które Alison 
ledwo pamiętała. Przez cały dzień główny ciężar uroczystości spoczywał na barkach 
Granta, który wszystkim się zajmował.

Hilda przygotowała dla znajomych i rodziny poczęstunek, ale Alison, pomimo 

znajomego otoczenia, nie czuła się swobodnie wśród zaproszonych gości. Marzyła 
tylko o tym, żeby wszyscy sobie poszli i zostawili ją samą. Bolała ją głowa, była 
senna. Musiała jednak wytrwać do końca, przyjąć kondolencje i pożegnać się ze 
wszystkimi   gośćmi.   Kiedy   większość   osób   opuściła   dom,   z   westchnieniem   ulgi 
opadła na najbliższe krzesło.

– 

To był smutny dzień, Alison.

background image

Podniosła wzrok i spojrzała na stojącego przed nią Godfreya Warnera, dobrego 

przyjaciela i współpracownika ojca.

– 

Tak, Godfrey. Masz rację.

Znała go od dziecka i dobrze wiedziała, co ma na myśli. Zawahał się, jakby chciał 

coś dodać, a potem odezwał się cicho, spoglądając przez ramię.

– 

Zadzwonisz jutro do adwokata? Powinniśmy zapoznać się z testamentem ojca.

– 

Dobrze, zrobię to.

– 

Prosiłem też Granta Ashtona, żeby przyszedł.

Oboje   machinalnie   spojrzeli   w   kierunku   Granta,   pochłoniętego   rozmową   z 

lekarzem miejscowego szpitala. Jakby czując na sobie ich wzrok, podniósł oczy i 
spojrzał na Alison. W tym spojrzeniu było coś, co przyprawiło ją o drżenie.

Chrząknięcie   Godfreya   przywołało   ją   do   rzeczywistości.   Kiedy   po   chwili 

spojrzała w miejsce, gdzie przed chwilą stał Grant, jego już tam nie było.

Po   wyjściu   wszystkich   gości  Alison   z   ulgą   zdjęła   kapelusz   i   wyjęła   spinki   z 

włosów. Rozrzuciła długie kosmyki na ramiona, spoglądając przelotnie w wiszące na 
ścianie lustro. To, co w nim zobaczyła, przeraziło ją. Była blada, miała podkrążone, 
czerwone z niewyspania oczy i błędny wzrok.

Podeszła do okna i zaczęła się wpatrywać w pogrążony w mroku ogród. Tak 

bardzo kochała to miejsce. Tu się wychowała, tu zawierała pierwsze przyjaźnie, tu 
marzyła i tu przeżyła pierwszą miłość...

Ze   złością   odwróciła   wzrok.   To   wszystko   to   już   przeszłość.   Nie   ma   nawet 

ukochanego ojca, który tyle dla niej znaczył. Nic już nie trzyma jej w Fairacre.

Nagle usłyszała jakiś szmer. Odwróciła głowę. W drzwiach stał Grant i opierając 

się o framugę, bacznie się jej przyglądał. Nie miała pojęcia, jak długo tak na nią 
patrzy. Czy widział, jak zdjęła kapelusz i rozpuściła włosy? Czy domyślił się, co 
przemykało jej przez głowę, gdy wyglądała przez okno? Ta myśl zirytowała ją.

– 

Chciałeś czegoś, Grant?

– 

Po prostu zastanawiałem się, czy dobrze się czujesz. Dzisiejszy dzień nie należał 

do najłatwiejszych.

Wzruszyła lekko ramionami.

– 

To prawda... Ale jakoś daję sobie radę.

– 

Masz ochotę się przejść?

Zawahała się. Wiedziała, że nie powinna się na to zgodzić.

Grant inaczej zrozumiał jej wahanie.

background image

– 

Mam jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia pracy.

– 

Dobrze. Ale pozwól, że się przebiorę. W tej czerni nie czuję się najlepiej.

– 

Ja też nie.

Uśmiechnął się, a Alison ścisnęło się serce. Po raz pierwszy od przyjazdu ujrzała 

jego twarz rozluźnioną.

 

background image

Rozdział 2

 

Wiosenny wieczór był raczej chłodny. Alison założyła gruby sweter. W milczeniu 

przecięli trawnik, który tłumił ich kroki. Wokół panowała kompletna cisza.

– 

Jestem ci winna przeprosiny – odezwała się w końcu Alison.

– 

Za co?

–  

Za   wczorajszy   dzień.   Oskarżyłam   cię,   że   ukrywałeś   przede   mną   stan   ojca. 

Przepraszam.

– 

Rozumiem, co czułaś. Ja na twoim miejscu zachowałbym się prawdopodobnie 

tak samo.

– 

Mimo to nie powinnam tego mówić.

Po chwili milczenia Grant spojrzał na nią i powiedział z wahaniem.

– 

Zastanawiam się, jakie masz plany.

– 

Plany? Co masz na myśli?

Wsunął ręce do kieszeni spodni i wyprostował ramiona.

– 

Co chcesz zrobić teraz, kiedy to wszystko jest już za tobą?

– 

Wrócę do Suffolk. Mam nadzieję, że uda mi się kontynuować moją pracę.

– 

W roli wspólnika?

– 

Może nie od razu, ale za jakiś czas chyba tak.

Znów zapadła cisza, którą Grant przerwał dopiero po dłuższej chwili.

– 

Więc jesteś tam szczęśliwa?

Spojrzała na niego z ukosa, ale on patrzył przed siebie, żując zerwaną trawę.

–  

Jakoś ułożyłam sobie życie. Lubię to miasto i mam tam przyjaciół... Bardzo 

wielu przyjaciół...

– 

Ach, tak – mruknął.

Zatrzymali   się   w   miejscu,   w   którym   ścieżka   schodziła   do   koryta   rzeki.   W 

przeszłości, kiedy spacerowali w tych okolicach, kończyli randkę w kabinie łódki 
doktora Kennedyego.

Grant spojrzał na Alison bez słowa. Nie musiała nic mówić. On też pamiętał.

Potrząsnęła głową i zawróciła w stronę domu. To było zbyt niebezpieczne. Ich 

spotkania zawsze  odbywały  się w  takie wieczory  jak ten. Wprawdzie  najczęściej 
zdarzało   się   to   latem,   ale   noce   były   równie   romantyczne   jak   ta   dzisiejsza,   a 

background image

mężczyzna u jej boku ten sam.

W drodze powrotnej starała się nie myśleć o tym, co mogłoby się stać, gdyby 

doszli do łodzi. Grant cały czas patrzył przed siebie.

W poczekalni było już kilku pacjentów.

Hilda wyszła do holu i wręczyła Grantowi kartkę papieru.

– 

Dzwonili do pana w pilnej sprawie – przywitała go.

– 

To na obrzeżach Freshwater – odezwał się po przeczytaniu wiadomości. – Może 

mi   to   zająć   sporo   czasu.   Gili   jeszcze   nie   przyjechała.   Hildo,   czy   mogłabyś 
powiedzieć pacjentom, że będę przyjmował później?

– 

Oczywiście, panie doktorze.

Grant   spojrzał   na  Alison.   Po   raz   pierwszy   od   swojego   przyjazdu   dziewczyna 

zauważyła, jak bardzo jest zmęczony. Odwrócił się i skierował do gabinetu.

– 

Poczekaj, Grant! – zawołała.

– 

O co chodzi?

– 

Może chciałbyś, żebym przyjęła twoich pacjentów?

– 

Ty? – Spojrzał na nią tak, że aż się zaczerwieniła.

– 

A dlaczego nie? Jestem przecież lekarzem.

– 

Wiem o tym...

– 

I to w pełni wykwalifikowanym.

– 

Nie wątpię w to...

– 

A zatem, o co chodzi? – Zmarszczyła brwi.

– 

Myśleliśmy z Hildą, że nigdy tego nie zaproponujesz.

Uśmiechnął   się   i   odszedł,   zanim   zdążyła   coś   powiedzieć.   Również   Hilda   z 

widocznym zadowoleniem na twarzy wycofała się do kuchni.

Po   kilku   chwilach  Alison   usłyszała   warkot   silnika   odjeżdżającego   samochodu 

Granta. Wolno ruszyła w stronę jego gabinetu.

Kiedy przechodziła obok pokoju ojca, przystanęła na chwilę i, wiedziona nagłym 

impulsem, otworzyła drzwi. Jak dobrze znała to wnętrze. Wielkie dębowe biurko, 
skórzana   kanapa   w   rogu,   biblioteczka   pełna   książek   i  różne   medyczne   akcesoria 
leżące   dokładnie   tam,   gdzie   ojciec   zostawił   je   ostatniego   dnia   pracy.  Weszła   do 
środka i zamknęła za sobą drzwi.

W powietrzu unosił się zapach, który tak bardzo przypominał jej ojca. Składał się 

na niego aromat cygar, mydła z olejkiem z drzewa sandałowego i ten subtelny zapach 

background image

morza, który tak kochała.

Spojrzała   na   leżący   na   biurku   notes.   Był   otwarty.  Widok   drobnego,   równego 

pisma   ojca   sprawił,   że   poczuła   niepokojące   dławienie   w   gardle.   Cofnęła   się 
gwałtownie.   Jej   wzrok   spoczął   teraz   na   wiszącej   na   drzwiach   granatowej   kurtce, 
którą ojciec zwykł zakładać, kiedy żeglowali.

Podeszła bliżej i ze zduszonym jękiem wtuliła w nią twarz. Pozwoliła, żeby tak 

długo tłumione łzy popłynęły swobodnie, wsiąkając w materiał kurtki.

Nie   miała   pojęcia,   jak   długo   tak   stała.   Dopiero   dochodzący   zza   drzwi   gwar 

uzmysłowił  jej, że  czeka  na  nią praca.  Szybko  podeszła  do umywalki,  ochlapała 
twarz zimną wodą, zastanawiając się, czy zdąży jeszcze poprawić makijaż. W tym 
momencie uchyliły się drzwi i do gabinetu zajrzała Gili.

– 

Och, to ty, Alison. Usłyszałam hałas i zastanawiałam się, kto to może być.

– 

To tylko ja. – Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

Domyśliła się, że sekretarka musiała zauważyć jej czerwone od płaczu oczy.

– 

Zacznę przyjmować pacjentów doktora Ashtona. Jego wezwano do chorego.

– 

To miło z pani strony. Zaraz przyniosę karty.

Gili zatrzymała się z ręką na klamce.

– 

Chce pani powiedzieć, że będzie pani przyjmować tutaj?

– 

Nie, Gili. Przejdę do gabinetu doktora Ashtona.

Dziewczyna przyjęła tę wiadomość z wyraźną ulgą, jakby obawiała się, że będzie 

musiała   wyjaśniać   pacjentom,   dlaczego   za   biurkiem  doktora   Milesa   Kennedy'ego 
siedzi doktor Alison Kennedy.

Alison wzięła z rejestracji karty i przeszła do pokoju Ashtona.

Było   to   przestronne,   jasne   pomieszczenie,   rozświetlone   promieniami 

kwietniowego słońca. Na ścianach wisiały reprodukcje francuskich impresjonistów, a 
na   korkowej   tablicy   znajdowało   się   sporo   dziecięcych   rysunków.   Część   biurka 
zajmował komputer, a pod nim stał pojemnik z kolorowymi zabawkami.

Zdziwiona   rozejrzała   się   dookoła.   Nie   spodziewała   się   po   Grancie   takiego 

wystroju   gabinetu.   Uzmysłowiła   sobie,   jak   bardzo   mało   wiedziała   o   nim   jako   o 
lekarzu i o jego pracy.

Usiadła  i  zaczęła   przeglądać  karty   pacjentów.  Po  chwili  Gili  spytała   ją  przez 

interkom, czy jest gotowa przyjąć pierwszego chorego.

– 

Tak, Gili. Widzę tu nazwisko Setha Attrilla. Poproś go pierwszego.

Po chwili otworzyły się drzwi i do gabinetu wszedł starszy, ogorzały od wiatru 

background image

mężczyzna.

– 

Niech mnie diabli, jeśli to nie panna Alison! – przywitał ją jowialnie. – Chyba 

mnie wzrok nie myli?

Alison uśmiechnęła się lekko. Seth Attrill przez wiele lat pracował w Fairacre 

jako ogrodnik, a teraz mieszkał z żoną w jednym z nowo wybudowanych bloków 
obok przystani.

– 

Witaj Seth – odezwała się i zaprosiła go gestem, by usiadł.

– 

Paskudna sprawa z tym pani ojcem. To naprawdę okropne. Nikt z nas nie może 

w to uwierzyć. Nie dalej jak w zeszłą środę wiozłem go do mojej siostrzenicy i wtedy 
wydawał się całkiem zdrów...

– 

Tak, Seth. Wszystkich nas to zaskoczyło – odpowiedziała, zdając sobie sprawę, 

że to popołudnie nie będzie należało do najłatwiejszych w jej życiu.

–  

Wydawałoby się,  że lekarz powinien wiedzieć,  jeśli coś jest  z nim nie  tak. 

Jeszcze dziś mówiłem staremu Jimowi Stevensowi, że doktor Kennedy był tak zajęty 
dbaniem o innych, że nie miał czasu dla samego siebie.

Alison, słuchając Setha, przebiegła wzrokiem jego kartę i kiedy zapadła cisza, 

podniosła wzrok.

– 

Seth, powiedz mi teraz, co ci dolega.

– 

Co? – Popatrzył na nią z zakłopotaniem i podrapał się po głowie. – Ach, tak.

Nie wydawał się zbyt chętny do zdradzenia powodu swojej wizyty.

– 

Więc przejęła pani praktykę po ojcu, tak?

– 

Tylko na dzisiejszy dzień, Seth. Pomagam doktorowi Ashtonowi, to wszystko.

– 

Miły z niego facet. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem...

– 

Seth! Moglibyśmy przejść do sedna sprawy? Mam jeszcze dużo pacjentów.

–  

Co? A, tak, tak. Ma pani rację. Chyba przyjdę, jak będzie doktor Ashton – 

wyjąkał z zakłopotaniem.

– 

Seth, uspokój się i powiedz mi wreszcie, co cię sprowadza.

– 

Jakoś nie mogę. Jest pani taka młoda... Znam panią od dziecka i teraz...

– 

Seth – przerwała mu cicho. – Wiem, że pamiętasz mnie jako małą dziewczynkę, 

ale nie zapominaj, że jestem wykwalifikowanym lekarzem i nic nie jest w stanie mnie 
zdziwić. Założę się, że znów zaczęła ci dokuczać przepuklina, mam rację?

Wpatrywał się w nią ze zdumieniem.

– 

Skąd pani to wie?

background image

– 

Dobrze odrobiłam swoją pracę domową, to wszystko.

Wskazała ręką notatki, które dała jej Gili.

–  

Tu jest wszystko napisane. A teraz niech pan zdejmie spodnie i położy się na 

kozetce.

Seth schował się za parawan, a Alison z trudem powstrzymała się od uśmiechu.

Przyjmowała   pacjentów   bez   żadnej   przerwy,   ale   i   tak   szło   to   bardzo   wolno. 

Wszyscy   starzy   mieszkańcy  Woodbridge   znali   ją   od   dziecka   i   chcieli   złożyć   jej 
kondolencje. Właśnie zaczęła się zastanawiać, kiedy wreszcie wróci Grant, kiedy 
drzwi otworzyły się i do gabinetu wsunęła się młoda, wysoka kobieta.

Serce Alison zamarto. Spojrzała na jej kartel dostrzegła, że nazwisko Masterton 

zostało przekreślone.

– 

Nie wiedziałam, że to ty, Cheryl. Zmieniłaś nazwisko.

– 

Po mężu nazywam się Rossi. – Usiadła po przeciwnej stronie biurka i założyła 

nogę na nogę.

– 

Co cię sprowadza?

Alison   znała   Cheryl   jeszcze   ze   szkoły   i   nawet   w   tam   –   tych   czasach   nie 

przepadała za nią.

– 

Skończyły mi się pigułki.

– 

Rozumiem. Widzę, że byłaś pacjentką mojego ojca, tak?

– 

Rzeczywiście, ale to przecież nie ma żadnego znaczenia.

–  

Żadnego.   Pytam   dlatego,   bo   wiem,   że   ojciec   prowadził   klinikę   chorób 

kobiecych, a nie widzę w twojej karcie wpisu potwierdzającego odbycie kontrolnych 
badań, – Nie wszyscy mogą przychodzić po południu do kliniki. Niektóre z nas w 
tych godzinach pracują. Przyszłam tylko po receptę.

– 

Gdzie pracujesz?

– 

U Kena Bridgesa na przystani.

–  

Rozumiem. Pozwól, że zmierzę ci ciśnienie krwi, – Ale po co? – spytała z 

bezbrzeżnym zdumieniem. – Chcę tylko, żebyś zapisała mi te pigułki.

– 

A ja chcę tylko zmierzyć ci ciśnienie krwi. Nie jesteś moją pacjentką i nie mam 

zamiaru wypisywać niczego bez badania.

–  

Ale ja przyjmuję te pigułki od niepamiętnych czasów. Skończyły mi się, to 

wszystko.

Alison nie odezwała się, tylko zaczęła stukać długopisem w blat biurka.

background image

– 

Więc dobrze.

Cheryl podwinęła rękaw jedwabnej bluzki.

Alison bez słowa zmierzyła ciśnienie. Stwierdziła, że jest prawidłowe i podeszła 

do biurka, ignorując pełne triumfu spojrzenie kobiety. Wypisała receptę i podała ją 
Cheryl.

– 

Co teraz będzie? – spytała Cheryl, chowając receptę.

– 

Nie rozumiem.

– 

Masz zamiar przejąć praktykę doktora Kennedy'ego?

Wyraz jej twarzy jasno sugerował, że nie byłby to według niej najlepszy pomysł. 

Alison poczuła nagłą złość.

– 

Jeszcze niczego nie zdecydowałam.

– 

Przecież masz gdzieś swoją praktykę. Nie musisz wracać?

Alison wstała i nacisnęła guzik, by Gili wpuściła następnego pacjenta.

– 

Nie, nie mam własnej praktyki.

– 

A ja słyszałam, że pracujesz w Suffolk.

– 

Dopiero zakończyłam tam staż.

Dlaczego, do diabła, odpowiada na te pytania. I skąd Cheryl tyle o niej wie?

– 

Jeśli pozwolisz, chciałabym przyjąć następnego pacjenta.

Cheryl wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Alison zdała sobie sprawę, że 

była to jedyna osoba, która nie wyraziła jej swojego ubolewania z powodu śmierci 
ojca.

Zanim wrócił Grant, przyjęła jeszcze trzech pacjentów.

– 

Przepraszam, że trwało to tak długo – powiedział, stając w drzwiach. – Miałaś 

jakieś problemy?

– 

Żadnych. Dlaczego miałabym mieć?

– 

Rzeczywiście. W końcu jesteś lekarzem.

–  

Skoro   już   wróciłeś,   to   pozwolisz,   że   skończę.   Większość   chorych,   których 

przyjęłam, to pacjenci ojca. Twoi jeszcze czekają, ale mam nadzieję, że na coś się 
przydałam.

– 

Jak ludzie reagowali na twoją obecność? – spytał z ciekawością.

–  

Niektórzy nie mogli uwierzyć, że dziewczyna, którą znali jako dziecko, jest 

teraz lekarzem. – Uśmiechnęła się lekko. – Inni uważali, że po prostu przejęłam 
praktykę po ojcu.

background image

– 

I co im na to odpowiadałaś?

–  

Szybko   wyprowadzałam   ich   z   błędu   –   odparła   twardo,   ignorując   jego 

zagadkowe   spojrzenie.   –   Mówiłam   im,   że   wrócę   do   Suffolk,   jak   tylko   zostaną 
załatwione wszystkie sprawy.

 

background image

Rozdział 3

 

Następnego dnia aura była zmienna. Promienie słońca pojawiały się na krótko. 

Dzień był deszczowy. Alison i Grant poszli na piechotę do domu państwa Warnerów, 
gdzie mieściło się lokalne biuro notarialne.

– 

Moja droga Alison! – Godfrey podniósł się na powitanie starej znajomej.

Alison   ścisnęło   się   serce.   Godfrey   przypomniał   jej   ojca.   Obaj   mężczyźni 

przyjaźnili się przez wiele lat, często razem grali w golfa i żeglowali po morzu.

Podszedł   bliżej,   pocałował   ją  w   policzek   i  uścisnął   rękę  Granta.   Zaprosił   ich 

gestem, żeby usiedli przy biurku.

Wymienili kilka zdawkowych uprzejmości i Godfrey przystąpił do rzeczy.

– 

Miles upoważnił mnie do przekazania wam jego ostatniej woli, którą spisał mój 

partner, Sam Rolf.

Zaczął czytać testament. Niewielka suma przypadła w udziale Hildzie. Większość 

oszczędności, akcji i udziałów w spółkach zapisał ukochanej córce.

Oczy Alison wypełniły się łzami. Godfrey spojrzał na nią ze zrozumieniem.

–  

Teraz przejdziemy do jego praktyki i domu – kontynuował cichym głosem. – 

Chciałbym, abyście wysłuchali tego szczególnie uważnie, tak by nie było żadnych 
nieporozumień.

Alison tknęło jakieś złe przeczucie, jednak to, co usłyszała, przeszło wszystkie jej 

oczekiwania.

– „

Jednym z największych powodów do radości w moim życiu – czytał Godfrey – 

był   fakt,   że   moja   córka   zdecydowała   się   zostać   lekarzem,   przez   co   podtrzymała 
rodzinną tradycję".

Godfrey uśmiechnął się lekko i spojrzał na Alison.

– „

Przed czterema laty podzieliłem swoją praktykę pomiędzy siebie i wspólnika. 

Do tej pory dawałem sobie radę sam i nie widziałem powodu, dla którego miałbym to 
zmieniać.   Jednak   liczba   ludności   w   Woodbridge   gwałtownie   wzrosła   i   byłem 
zmuszony   poszukać   kogoś,   kto   podzieliłby   ze   mną   trud   pracy.   Kolega 
zarekomendował mi Granta Ashtona i tak zaczęła się nasza współpraca. Mój dom, 
Fairacre, został podzielony pomiędzy nas dwóch i Grant stał się moim pełnoprawnym 
wspólnikiem.   Moim   życzeniem   jest,   aby   moja   część   praktyki   została   przekazana 
Alison Kennedy".

Godfrey   spojrzał   na   Alison.   Skinęła   głową.   Tego   właśnie   się   spodziewała. 

background image

Poprawiła się na krześle, sądząc, że Godfrey skończył, ale ten ku jej zdumieniu czytał 
dalej:

– „

Początki współpracy nie były łatwe. Jednak po jakimś czasie zaczęliśmy się 

doskonale uzupełniać. Mam nadzieję, że najwięcej korzyści z naszej pracy odnieśli 
mieszkańcy Woodbridge.

Chciałbym mieć pewność, że ta ciągłość zostanie zachowana również po mojej 

śmierci. Dlatego moim największym pragnieniem jest, by moja córka Alison i Grant 
zostali wspólnikami. Chciałbym, aby mój dom nadal służył obojgu lekarzom i aby 
zapewnili oni prawidłową opiekę medyczną mieszkańcom Woodbridge".

Kiedy   Godfrey   Warner   skończył,   Alison   spojrzała   na   niego   z   bezbrzeżnym 

zdziwieniem.

– 

Dobrze się czujesz, Alison? – spytał cicho.

Mówiąc szczerze, bywały w życiu chwile, kiedy czuła się lepiej. Musiała chyba 

nastąpić   jakaś   pomyłka.   Ojciec   nigdy   nie   wymagałby   od   niej,   żeby   została 
wspólnikiem Granta. Wiedział, że się wzajemnie unikają. Sądziła, że ojciec zostawi 
jej cały dom, a ona zrzeknie się swojej części praktyki na rzecz Granta. Mógłby 
wtedy   znaleźć   sobie   jakiegoś   innego   wspólnika.   Planowała   przecież   wrócić   do 
Suffolk...

Spojrzała gwałtownie na Granta i dostrzegła, że on sam jest nie mniej zdziwiony 

od niej.

– 

Wiedziałeś o tym? – spytała nieprzyjaznym głosem.

– 

Nie. – Potrząsnął głową.

– 

Nie wierzę ci.

– 

Alison, proszę... – przerwał im Godfrey, ale nie pozwoliła mu skończyć.

– 

Wiedział o chorobie ojca i nie wspomniał mi o niej ani słowem. Równie dobrze 

mógł wiedzieć i o tym.

–  

Alison, dobrze wiesz, że to nieprawda. Nie miałem o niczym najmniejszego 

pojęcia. Gdyby tak było, miałbym coś na ten temat do powiedzenia.

–  

Czy naprawdę tak bardzo was to przeraża? – wtrącił się Godfrey, przenosząc 

wzrok z jednego na drugie.

Alison przewróciła oczami, a Grant wzruszył lekko ramionami.

– 

Czy można to w jakiś sposób ominąć? – spytał nagle Grant.

Godfrey spojrzał na nich przeciągle, a potem oparł łokcie na stole i objął głowę 

dłońmi.

background image

– 

Teoretycznie istnieje taka możliwość – powiedział w końcu. – Alison mogłaby 

odsprzedać   swoją   część   domu   Grantowi,   a   on   mógłby   znaleźć   sobie   innego 
wspólnika.   Moglibyście   również   sprzedać   całą   posiadłość   albo,   w   końcu,  Alison 
mogłaby wykupić część Granta.

Alison westchnęła z ulgą, ale Godfrey jeszcze nie skończył.

–  

Nie rozumiem jednak, w czym tkwi problem. Dla mnie rozwiązanie Milesa 

wydaje się wprost idealne.

–  

Problem   polega   na   tym   –   powiedziała   twardo  Alison   –   że   nie   ma   takiej 

możliwości, abyśmy zostali z doktorem Ashtonem wspólnikami. To po prostu nie 
wchodzi w grę.

–  

Zgadzam się z tym – wtrącił Grant, nie dając Godfreyowi dojść do słowa. – 

Wydaje się jednak, panie Warner, że miał pan jeszcze inne wątpliwości dotyczące 
ewentualnej sprzedaży którejś z części.

–  

Tak jak powiedziałem, z punktu widzenia prawa nie ma żadnych przeszkód, 

istnieją jednak obiekcje natury moralnej.

– 

Co pan ma na myśli? – spytała Alison.

– 

Rozmawiamy tu o ostatniej woli twojego ojca, Alison, a pańskiego wspólnika. 

Miles już od dłuższego czasu marzył o tym, by przekazać praktykę wam obojgu. 
Wiedział, że poprowadzicie ją zgodnie z duchem, w którym on sam prowadził ją 
przez tak wiele lat.

Po jego słowach zapadła cisza. Słychać było tylko krople padającego za oknem 

deszczu. Alison i Grant milczeli.

– 

Żadne z was tego nie wie – dodał cicho – ale jeszcze przed swoją chorobą Miles 

planował odejście na emeryturę.

Alison podniosła głowę i zauważyła, że Grant jest równie zaskoczony jak ona.

– 

I właśnie wam obojgu chciał przekazać praktykę. To miało dla niego ogromne 

znaczenie   i   chciałbym,   żebyście   dokładnie   to   przemyśleli,   zanim   podejmiecie 
ostateczne   decyzje.   Wydaje   mi   się,   iż   oboje   uważacie   w   tej   chwili,   że   to 
przedsięwzięcie jest bez szans. Chciałbym wam jednak coś zaproponować.

Alison spojrzała na Granta. Wyraz jego twarzy był nieodgadniona Pewnie wola 

jej ojca przeraziła go jeszcze bardziej niż ją.

– 

Co takiego, Godfrey? – spytał, zanim zdążyła się odezwać.

Starszy pan przez moment się zawahał.

– 

Co byście powiedzieli na okres próbny? Powiedzmy...

pół roku. Po tym czasie na pewno będziecie wiedzieli, czy wasza współpraca ma 

background image

jakiekolwiek szanse powodzenia.

Kiedy żadne z nich nie zareagowało, dodał:

– 

Idźcie teraz do domu i przemyślcie moją propozycję.

Potem   wrócicie   i   powiecie   mi,   co   zdecydowaliście.   Jeśli   dojdziecie   do 

porozumienia, sporządzę stosowną umowę na okres sześciu miesięcy.

Alison patrzyła przez chwilę na starego przyjaciela ojca, a potem wymamrotała 

jakieś słowa pożegnania i szybko opuściła biuro.

Na dworze ciągle padało. Kiedy przystanęła, żeby rozłożyć parasolkę, dogonił ją 

Grant.

Podczas powrotnej drogi oboje milczeli. Już blisko domu Alison zdecydowała się 

zacząć rozmowę.

– 

To się nigdy nie uda.

– 

Oczywiście, że nie – przytaknął.

– 

Nie ma co do tego wątpliwości.

– 

Żadnych.

–  

Naprawdę   nie   wiem,   co   ojcu   przyszło   do   głowy.   Przecież   wiedział,   jak 

wyglądają sprawy między nami. Chyba postradał zmysły.

– 

Więc co z tym zrobimy?

– 

Wrócę do Suffolk, jak tylko będę mogła.

– 

A co z Fairacre i z naszą praktyką?

Stanęli właśnie przed drzwiami i jednocześnie podnieśli oczy na fasadę budynku.

Alison wzruszyła ramionami.

–  

Coś   trzeba   będzie   postanowić.   Zawsze   możesz   mnie   spłacić.   To   chyba 

najrozsądniejsze wyjście z sytuacji.

– 

Myślałem, że będziesz chciała tu zostać.

– 

Skąd ci to przyszło do głowy? – spytała, unosząc brwi.

Nie odpowiedział od razu i nagle przeraziła ją jego bliskość i bijące od niego 

ciepło. Odsunęła się.

– 

Jest wiele powodów. Fairacre to twój dom... Zostawiłaś tu tyle wspomnień...

–  

Niektóre   z   nich   wolałabym   raczej   na   zawsze   wymazać   z   pamięci   – 

odpowiedziała krótko.

Odrzuciła głowę do tyłu i weszła do domu, zostawiając Granta samego z jego 

background image

myślami.

 

Jeszcze raz tego popołudnia wyszła na spacer, gdy tylko przestało padać. Grant 

odbywał właśnie wizyty domowe. Pomimo że podjęła już decyzję o powrocie do 
Suffolk,  w myślach  nieustannie  powracała  do  woli ojca,  zawartej  w testamencie. 
Musiała sama przed sobą przyznać się do tego, że jakaś jej mała cząstka gorąco 
pragnęła pozostać w Fairacre i przejąć praktykę ojca, którą przez tyle lat z takim 
trudem budował. To było bardzo rozsądne rozwiązanie i wspaniała możliwość pracy 
w zawodzie, który sama sobie wybrała.

Być może powinna przemyśleć to jeszcze raz, zastanawiała się, idąc po wilgotnej 

od deszczu trawie. Westchnęła ciężko i wsunęła ręce głęboko do kieszeni płaszcza. 
Nawet gdyby zaakceptowała zaistniałą sytuację, rozważała, Grant nigdy by się na to 
nie zgodził. Dał jej to jasno do zrozumienia. Najwyraźniej nie chciał, żeby tu została. 
Choć właściwie to ona miała większe prawo pozostać w Fairacre. Jednak pomysł, 
żeby   go   spłacić   i   zatrudnić   innego   wspólnika   był   zupełnie   bezsensowny.   I   tak 
pacjenci stracili lekarza, którego znali i któremu ufali. Gdyby jeszcze zabrała im 
drugiego, byliby zupełnie zagubieni.

Nie, jedynym rozsądnym rozwiązaniem było to, które już obmyśliła. Pojedzie do 

Suffolk i zacznie tam pracę w nadziei, że za jakiś czas będzie mogła rozwinąć własną 
praktykę.   Musi   przestać   widywać   Granta,   chociaż   nie   będzie   to   łatwe.   To   nie 
planowane spotkanie wywarło na niej znacznie większe wrażenie, niż chciała się do 
tego przyznać.

Postanowiła zakończyć spacer. Zbliżając się do domu, dostrzegła Granta. Stał 

przy   tylnych   drzwiach   i   patrzył   w   jej   kierunku.   Kiedy   nabrał   pewności,   że   go 
zauważyła, wyszedł jej na spotkanie.

Wyglądał bardzo poważnie. Alison pomyślała, że stało się coś złego.

– 

Grant? Czy coś się stało?

– 

Nie, nic. Po prostu myślałem.

– 

Ja także – przyznała.

–  

Zastanawiam   się,   czy   nie   podjęliśmy   zbyt   pochopnej   decyzji.   Może   jednak 

powinniśmy to jeszcze raz przemyśleć?

– 

Tak sądzisz?

–  

Tak. Uważam, że Godfrey miał rację. Nie powinniśmy tak łatwo lekceważyć 

woli twojego ojca.

– 

Też o tym myślałam.

background image

– 

Moim zdaniem – kontynuował – pomysł Warnera nie jest taki zły.

– 

Czy to znaczy, że...?

–  

To   znaczy,   że   moim   zdaniem   powinniśmy   chociaż   spróbować.   Pół   roku   to 

propozycja całkiem rozsądna.

Nie odpowiedziała, starając się uporządkować myśli. Grant zdawał się w nich 

czytać.

– 

I co, Alison? Spróbujemy?

Wahała   się,   rozdarta   między   rozpaczliwą   chęcią   pozostania   w   Woodbridge   a 

obawą   przed   ponownym   znalezieniem   się   na   przegranej   pozycji.   Wzięła   głęboki 
oddech.

– 

Zgoda, Grant. Sześć miesięcy. Ale pod jednym warunkiem.

– 

Jakim?

– 

Nasze kontakty będą czysto zawodowe. Nic ponadto – oświadczyła twardo.

Uniósł brwi.

– 

Ależ oczywiście – powiedział miękko. – Jakie inne mogłyby być?

 

background image

Rozdział 4

 

Dwa tygodnie później Grant ponownie przyjechał do Yarmouth, żeby odebrać ją z 

lotniska.

– 

Chyba będę musiała załatwić sobie jakiś samochód – powiedziała, kiedy chował 

walizki do bagażnika swojego BMW.

– 

Rover twojego ojca ciągle jeszcze stoi w garażu. Mogłabyś go używać.

Początkowo   jechali   w   milczeniu.   Dopiero   kiedy   znaleźli   się   na   drodze 

prowadzącej do Woodbridge, Grant spojrzał na nią z ukosa.

– 

Miałaś jakieś problemy z pracodawcami?

–  

Żadnych.   Nawet   sprawiali   wrażenie   zadowolonych,   że   dostałam   taką   dobrą 

pracę.   Powiedzieli,   że   gdybym  chciała   do   nich   wrócić,   zawsze   coś   się   dla   mnie 
znajdzie.

– 

I co ty na to?

– 

Na to pytanie odpowiem ci za pół roku – odparła krótko.

Nie dodała, że ciągle ma wiele obiekcji co do ich współpracy. Jakby czytając w 

jej myślach, odezwał się nagle.

–  

Wiem, że czeka nas wiele trudnych chwil i problemów, dlatego uważam, że 

zanim zaczniemy, powinniśmy ustalić pewne zasady.

– 

Jakie na przykład? – spytała ze zdziwieniem.

–  

Uważam, że powinnaś przejąć pacjentów ojca. Wizyty domowe moglibyśmy 

dzielić tak samo, jak dzieliłem je z nim.

– 

To brzmi rozsądnie.

– 

Nie wiem natomiast, jak załatwić sprawę naszego gospodarstwa.

– 

Jak to? Przecież Hilda nie ma zamiaru od nas odchodzić.

– 

To prawda, ale nie o nią mi chodzi. Powiedziałaś przecież, że chcesz, aby nasze 

kontakty były czysto zawodowe.

– 

Nadal nie rozumiem, w czym tkwi problem.

– 

Jak zapewne wiesz, Hilda gotowała nam obu i zwykle jadaliśmy posiłki razem. 

Gdybyśmy my teraz chcieli jadać oddzielnie, biedna Hilda zupełnie by ogłupiała. 
Byłoby to dla niej znaczne utrudnienie.

– 

Oczywiście... Mówiąc szczerze, uważam, że byłaby to przesada.

background image

Poczuła, że jej policzki robią się czerwone.

– 

Naprawdę? Mnie się wydawało, że o to ci właśnie chodzi – oznajmił chłodno. – 

Ale   nie   martw   się.   Jeśli   chcesz   ograniczyć   nasze   kontakty   do   spraw   ściśle 
zawodowych, zastosuję się do twoich życzeń.

– 

Doskonale.

Jego zachowanie wyprowadziło ją z równowagi. Zamilkła i odezwała się dopiero, 

kiedy zajechali do Fairacre, gdzie czekała na nich Hilda.

– 

Alison, kochanie. Jak dobrze, że wróciłaś.

– 

Witaj, Hildo.

Miała powiedzieć, że jest jej tak samo miło, nie chciała jednak tego robić przy 

Grancie. Lecz kiedy wchodziła na górę, zdała sobie sprawę, że powrót do domu 
naprawdę sprawił jej ogromną radość.

Po chwili do jej pokoju wszedł Grant, postawił na środku walizki, skinął lekko 

głową, po czym szybko zniknął.

Hilda zamknęła okno, zaciągnęła zasłony i uśmiechnęła się do Alison.

– 

Naprawdę się cieszę, że przyjechałaś. Dopiero teraz ten dom odżył...

– 

Och, Hildo! – westchnęła i objęła ją. – Tak się cieszę, że jestem w domu.

Po   chwili   zaczęła   rozpakowywać   jedną   z   walizek.   Hilda   wyjęła   z   kieszeni 

chusteczkę, przetarła oczy i podeszła do drzwi.

– 

Obiad podać jak zwykle po wieczornej zmianie?

W jej głosie pobrzmiewała nutka niepokoju, jakby gospodyni obawiała się, że 

Alison zechce zmieniać panujące w domu zwyczaje.

– 

Bardzo proszę, Hildo.

– 

Przygotowałam to, co najbardziej lubisz. Stek i krem z nerek. – Uśmiechnęła się 

uszczęśliwiona.

Alison nie miała serca uświadamiać jej, że ostatnio prawie wcale nie jada mięsa.

– 

To musi być dla doktora Ashtona prawdziwa ulga. Naprawdę nie wiem, jak ten 

biedak dawał sobie ze wszystkim radę. Ale teraz będzie już łatwiej.

– 

To się dopiero okaże.

–  

Naprawdę nie rozumiem, dlaczego wy dwoje nie możecie dojść ze sobą do 

porozumienia – powiedziała, marszcząc czoło. – Były czasy, kiedy sądziłam, że...

– 

To było bardzo dawno temu, Hildo. Dawno i nieprawda.

– 

To taki miły człowiek. Pacjenci po prostu go uwielbiają...

background image

– 

I bardzo dobrze. A teraz idę wziąć prysznic i zaraz przychodzę na ten twój krem!

–  

Jak rozumiem, będziesz przyjmować w gabinecie ojca, tak? – spytał Grant, 

spoglądając na nią przez stół.

– 

Oczywiście. Początkowo miałam pewne obiekcje, ale to jedyny pokój, który się 

do tego celu nadaje.

– 

Kiedy chcesz zacząć?

– 

Może jutro?

– 

Nie sądziłem, że będziesz gotowa tak szybko.

– 

Dlaczego nie?

Wzruszył ramionami i nalał sobie wody.

–  

Nie wiem. Po prostu myślałem, że będziesz miała przedtem jakieś sprawy do 

załatwienia.

Odsunęła od siebie talerz.

– 

Grant, doskonale wiesz, dlaczego tu jestem. Tylko z jednego powodu.

Nagle zadzwonił telefon. Grant podniósł głowę, lecz w tym momencie alarmujący 

sygnał umilkł. Prawdopodobnie Hilda podniosła słuchawkę.

–  

Nie   mam   co   do   tego   wątpliwości.   Jednak   niezależnie   od   tego,   będę 

uszczęśliwiony, mając kogoś, z kim mogę podzielić się pracą. I pacjenci nie będą 
musieli tak długo czekać na lekarza...

Przerwał, gdyż do jadalni weszła Hilda.

– 

Co się stało?

– 

Nagły wypadek. Bert Keenor znów ma atak duszności. Dzwoni jego żona.

– 

Zaraz z nią pomówię.

Odsunął krzesło i wstał od stołu.

–  

Niektóre problemy nigdy się nie zmieniają – dodał z uśmiechem i wyszedł z 

pokoju.

Miał rację, pomyślała, kiedy zamknęły się za nim drzwi. Odkąd pamięta, Bert 

chorował na przewlekłe zapalenie  oskrzeli. Tu rzeczywiście nic się  nie zmieniło. 
Jednak nie wszystko w życiu było takie stałe.

Kiedy wieczorem leżała już w łóżku, wsłuchując się w dźwięki dochodzące z 

domu, dobiegł do niej odgłos zamykanych drzwi do pokoju Granta. Dopiero w tym 
momencie zrozumiała, jak wiele zmieniło się w jej życiu.

Przypomniała sobie, jak niegdyś wyglądały ich wspólne noce, ale zaraz wróciła 

background image

do rzeczywistości. Nie mogła sobie pozwolić, by odżyły wspomnienia, od których 
tak długo usiłowała się uwolnić. W przeciwnym razie nigdy już nie udałoby jej się 
spokojnie zasnąć.

Bezsenne noce to ostatnia rzecz, której teraz potrzebowała. Zakładała, że przez 

jakiś czas jej gabinet może stać się miejscem licznych odwiedzin. Wszyscy będą 
chcieli zobaczyć córkę doktora Kennedy'ego. Ponadto nie życzyła sobie, by doktor 
Ashton doszedł do wniosku, że jej bezsenność ma jakikolwiek związek z jego osobą.

Długo jednak dręczył ją jakiś dziwny niepokój. Kiedy zadzwonił budzik, odniosła 

wrażenie,   że   spała   zaledwie   kilka   minut.   Przez   chwilę   nasłuchiwała   głosów 
dochodzących z sąsiedniej farmy, a potem z ciężkim westchnieniem odrzuciła kołdrę.

Do śniadania usiadła dziwnie zmęczona i z ulgą przyjęła fakt, że Granta już nie 

ma w domu.

– 

Pojechał do pacjentki, której grozi poronienie – wyjaśniła Hilda, stawiając przed 

nią tosty i filiżankę kawy. – To ta biedna pani Cotton na farmie Dubbersów. Jej mąż 
jest przerażony. To byłoby jej trzecie poronienie.

– 

Trzecie? – spytała, sięgając po tosta.

– 

Tak. Ostatnim razem była załamana. Nie wiem, jak zdołałaby przeżyć to jeszcze 

raz.

– 

Czy to pacjentka mojego ojca?

– 

Nie, leczył ją doktor Ashton. Będziesz dziś przyjmować?

– 

Tak. Czy Gili już przyjechała?

– 

Chyba już ją słyszałam. Pewnie porządkuje pocztę.

– 

Dobrze. Pójdę teraz do niej.

Ignorując niezadowolony wyraz twarzy Hildy, wzięła swoją kawę i tosty i poszła 

do sekretariatu.

– 

Alison! – Gili przywitała ją radośnie znad sterty papierów. – Miło cię widzieć. 

Jeszcze kilka dni, a doktor Ashton padłby ze zmęczenia na nos.

– 

Nie jestem taka pewna. Doktor Ashton to twarda sztuka.

– 

Wiem, ale ostatnio bardzo dużo pracował. Gdzie jest teraz?

– 

Pojechał do pani Cotton.

–  

Do Pauli Cotton? Mam nadzieję, że tym razem nie ma to nic wspólnego z jej 

ciążą?

–  

Obawiam   się,   że   coś   nie   jest   w   porządku.   Od   jak   dawna   ci   Cottonowie 

mieszkają na farmie Dubbersów?

background image

–  

Jakieś   trzy   łata.   Prowadzą   ekologiczne   gospodarstwo.   Paula   sprzedaje   ich 

produkty...

W tym momencie zadzwonił telefon. Gili podniosła słuchawkę.

–  

Nie,   doktor  Ashton   dziś   rano   nie   przyjmuje.   Może   pani   przyjść   do   doktor 

Kennedy. Nie, doktor Alison Kennedy. Tak, tak. Jest lekarzem. Dobrze. Dziewiąta 
trzydzieści,   pasuje?   Pani   nazwisko?  Adres?   Dziękuję.   Doktor   Kennedy   czeka   na 
panią o wpół do dziesiątej.

Uśmiechnęła się do Alison i odłożyła słuchawkę. Niemal natychmiast rozległ się 

następny dzwonek. Przewróciła oczami i odebrała kolejny telefon.

– 

Wieść już się rozniosła. Teraz nie będziemy mieli chwili spokoju.

– 

W takim razie pójdę się przygotować. Będę przyjmować w gabinecie ojca.

–  

Dobrze – odparła Gili. – Życzę powodzenia – dodała cicho i uśmiechnęła się 

pokrzepiająco.

W odpowiedzi Alison zdołała jedynie skinąć głową. Odwróciła się i wyszła z 

pokoju.

Na   szczęście   okazało   się,   że   jakaś   dobra   dusza   zabrała   wiszącą   na   drzwiach 

żeglarską kurtkę ojca, posprzątała jego biurko i przyniosła czysty fartuch. Tylko taca 
z narzędziami była ta sama, ale to akurat zupełnie Alison nie przeszkadzało.

Po   dziesięciu   minutach,   ledwo   zdążyła   usiąść   za   biurkiem,   usłyszała   warkot 

silnika samochodu. Podniosła głowę, mając cichą nadzieję, że Grant zajrzy do jej 
pokoju. On jednak szybko zamknął za sobą drzwi gabinetu i po chwili nacisnął guzik 
interkomu,   oznajmiając   Gili,   że   jest   gotów   na   przyjęcie   pierwszego   pacjenta.  W 
końcu   dlaczego   miałby   jej   życzyć   powodzenia?  Wzruszyła   ramionami.   Nie   było 
powodów,   dla   których   powinien   okazywać   jej   jakiekolwiek   wyrazy   sympatii.   W 
końcu to ona chciała, żeby ich znajomość miała czysto zawodowy charakter.

Z pasją nacisnęła guzik interkomu.

– 

Gili? Mogłabyś poprosić pierwszego pacjenta?

– 

Naturalnie, doktor Kennedy.

Po chwili rozległo się pukanie i do gabinetu wszedł Seth Attrill.

– 

Słyszałem, że pani wróciła, panno Kennedy.

A może teraz powinienem zwracać się do pani doktor Kennedy? – zapytał i nie 

czekając na odpowiedź, ciągnął dalej:

 –  

Początkowo   trudno   mi   było   myśleć   o   pani   jako   o   lekarzu,   ale   teraz   już 

przywykłem   do   tej   myśli.   Moja   żona   wybiera   się   do   pani.   Mówi,   że   nareszcie 
przyjmuje jakaś kobieta, do której można zwrócić się z tymi babskimi problemami.

background image

– 

Tak, Seth. Wiem o tym.

–  

Przyjdzie do pani dziś po południu. A tak między nami, bardzo się cieszę, że 

wróciła pani do Fairacre.

– 

Wiesz co, Seth? Ja także jestem z tego powodu szczęśliwa.

 

background image

Rozdział 5

 

Alison   przyjmowała   pacjentów   przez   cały   ranek.   Prawie   wszyscy   witali   ją   z 

radością i zadowoleniem, a niektórzy sądzili nawet, że na stałe przejęła posadę po 
ojcu. Pod koniec przestała już nawet tłumaczyć każdemu z osobna, że na razie jest 
tylko na okresie próbnym. Kiedy wreszcie Sue oznajmiła, że w poczekalni nie ma już 
nikogo, z westchnieniem ulgi wyciągnęła się na krześle.

Jednak   nie  dane   było  jej   wypocząć.   Po   kilku   sekundach   usłyszała   energiczne 

pukanie do drzwi i do pokoju wszedł Grant. Jego mina nie wróżyła nic dobrego. 
Alison odruchowo wyprostowała się i spojrzała na niego pytająco.

– 

Uważam, że powinniśmy spotykać się codziennie na kilka minut, żeby omówić 

pewne sprawy i podjąć konieczne decyzje – zaczął bez żadnych wstępów.

– 

Oczywiście – przytaknęła bez zastanowienia.

– 

Nie powiedziałem ci jeszcze o jednym – kontynuował, nie zostawiając jej czasu 

na zadanie pytania. – Nie mamy obecnie żadnej pielęgniarki. Jenny jest na urlopie 
wychowawczym i nie będzie jej przez kilka miesięcy. Poradzisz sobie jakoś do tego 
czasu?

Skinęła głową.

– 

Rozumiem, że w razie potrzeby dostalibyśmy jakąś pomoc ze strony personelu 

szpitalnego?

– 

Tak. A poza tym mamy jeszcze dwie położne. Czy chciałabyś przedyskutować 

ze mną coś jeszcze?

– 

Chyba nie.

– 

Podniosła wzrok i spostrzegła, że brwi Granta są ściągnięte w jedną kreskę.

– 

Ach, tak. Jest jeszcze jedna sprawa... – dodała.

– 

Słucham.

– 

Zauważyłam w twoim gabinecie komputer. Używasz go tylko prywatnie czy też 

masz zamiar skomputeryzować oba gabinety?

–  

Miałem takie plany. Mówiąc szczerze, nawet podjąłem już w tym kierunku 

pewne działania...

– 

Czy mój ojciec popierał twoje plany?

Grant uśmiechnął się lekko.

– 

W zasadzie tak. Nie był wielkim fanem komputerów, ale rozumiał konieczność 

background image

ich zastosowania w pracy.

– 

Co jeszcze chciałbyś tu zmienić?

– 

Myślę, że nie ma teraz sensu dłużej się nad tym rozwodzić. Najpierw musimy 

zdecydować, jak będzie wyglądała nasza dalsza współpraca. A teraz, jeśli nie masz 
już więcej pytań, chciałbym pojechać na wizyty domowe.

Podszedł do drzwi, lecz zatrzymał się na chwilę i raz jeszcze spojrzał w jej stronę.

– 

Gili rozpisała nam plan dyżurów. Ja zaczynam dzisiaj i biorę ze sobą pager.

Skinął lekko głową i zniknął za drzwiami.

Alison   popatrzyła   za   nim   w   zamyśleniu,   zastanawiając   się,   dlaczego   był   taki 

szorstki. Po chwili do drzwi zapukała Sue.

– 

Jak poszło? – spytała z uśmiechem.

– 

Nie tak źle. Mówiąc szczerze, miałam bardzo dobre przedpołudnie. Jednak jak 

się zdążyłam przekonać, nie wszyscy mogą to powiedzieć o sobie.

– 

Nie rozumiem. – Sue zmarszczyła brwi.

– 

Cóż, doktor Ashton nie sprawiał dziś wrażenia uszczęśliwionego.

– 

Och, niech pani nie zwraca na niego uwagi. Po takich przejściach jak dziś rano, 

zawsze jest taki szorstki i nieprzyjemny.

– 

Po jakich przejściach?

– 

Nie słyszała pani, że po powrocie od Cottonów zamknął się w swoim gabinecie?

– 

Tak, ale...

–  

Był   przygnębiony.   Paula   miała   kolejne   poronienie.   Zawsze   jest   wtedy   taki. 

Podobnie   zachowuje   się,   kiedy   umrze   jakiś   pacjent.   My   już   się   do   tego 
przyzwyczailiśmy...

Spojrzała z zaciekawieniem na Alison.

– 

Myślała pani, że to do pani ma jakieś pretensje?

– 

Przyznam, że to właśnie przyszło mi do głowy.

–  

Och,   proszę   tak   nie   myśleć.   Doktor  Ashton   naprawdę   zyskuje   wiele   przy 

bliższym poznaniu.

Sue zebrała karty pacjentów i wyszła z gabinetu.

Alison   popatrzyła   za   dziewczyną.   Sue   od   niedawna   mieszkała   w   Fairacre   i 

najwidoczniej nic nie wiedziała o jej romansie z Grantem. Wprawdzie ich poprzednia 
znajomość miała zupełnie inny charakter niż obecnie, a nie na darmo mówi się, że 
dopiero pracując z człowiekiem, można dobrze poznać jego charakter.

background image

Wstała i z westchnieniem zaczęła sprzątać biurko. Pomimo zapewnień Sue, nie 

mogła   oprzeć   się   wrażeniu,   że  Grant   był  taki   nieprzystępny   nie   tylko  z   powodu 
poronienia pani Cotton.

Podobne uczucie miała przez cały tydzień, choć ich życie dość szybko poddało 

się codziennej rutynie.

Grant spędzał w Fairacre bardzo niewiele czasu. Kiedy miał wolne, znikał gdzieś 

na całe godziny, a Alison nie miała śmiałości pytać, dokąd chodzi. Gdy byli w domu 
razem,   atmosfera   zawsze   robiła   się   napięta.  W  zasadzie   spotykali   się   tylko   przy 
posiłkach i podczas kilkuminutowych spotkań, na których omawiali bieżące sprawy 
zawodowe.

Któregoś   dnia   Alison   spostrzegła,   że   na   karcie   ostatniej   pacjentki   widnieje 

nazwisko doktora Ashtona. Zaciekawiona poprosiła Gili, by ją wpuściła.

– 

Proszę wejść, pani Dawson.

Podniosła wzrok na bladą, zmęczoną twarz kobiety, która stanęła w drzwiach i 

uśmiechnęła się niepewnie.

–  

Dzień dobry, doktor Kennedy. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko 

ternu, że przyszłam do pani?

–  

Nie, absolutnie. To, że jest pani pacjentką doktora Ashtona, nie ma większego 

znaczenia. W szczególnych wypadkach przyjmujemy nie tylko swoich pacjentów.

Pani Dawson wyglądała na bardzo onieśmieloną. Przygryzła dolną wargę.

– 

To chyba nie jest szczególny wypadek, pani doktor. Po prostu mam problem, o 

którym wolałabym nie rozmawiać z mężczyzną.

– 

Więc proszę mi o nim opowiedzieć.

– 

Cóż, odkąd zaczęłam przekwitać, mam ze sobą mnóstwo problemów.

– 

Kiedy miała pani ostatnią miesiączkę, pani Dawson?

–  

Niecały   rok   temu,   ale   moje   problemy   zaczęły   się   dopiero   przed   kilkoma 

miesiącami.

– 

Proszę mi o nich opowiedzieć.

– 

Cóż, przede wszystkim bardzo się męczę. Czasami zupełnie brak mi sił. Budzę 

się w nocy nawet po kilka razy.

– 

Czy wie pani, co panią budzi?

–  

Tak. Mam okropne uderzenia gorąca i bardzo się pocę. Czasami muszę nawet 

wstać, żeby wziąć prysznic i zmienić koszulę. Wracam do łóżka tylko po to, żeby za 
– kilka godzin wstać znowu. Mówię pani, jestem tym zupełnie wykończona.

background image

– 

Czy w ciągu dnia miewa pani podobne objawy?

– 

Tak, i to bardzo często. Jestem pewna, że klienci czasami to zauważają.

– 

Klienci?

– 

Pracuję w kiosku z gazetami.

–  

Rozumiem – powiedziała miękko Alison, gdyż pani Dawson zdawała się być 

coraz bardziej zakłopotana. – Czy ma pani jeszcze jakieś inne dolegliwości?

Kobieta zawahała się.

– 

Trudno mi to wyjaśnić, ale czasami czuję się taka przygnębiona... Kiedy budzę 

się   w   środku   nocy,   mogłabym  płakać   i   płakać   bez   żadnej   konkretnej   przyczyny. 
Kiedy indziej znów wydaje mi się, że jestem nic niewarta...

– 

Czy rozmawiała pani o tym z doktorem Ashtonem?

Kobieta spuściła wzrok.

– 

W zasadzie nie... Raz zaczęłam... Chciałam mu powiedzieć, że moje stosunki z 

mężem nie układały się ostatnio najlepiej... Rozumie pani, co mam na myśli?

Kiedy Alison skinęła głową, ciągnęła dalej:

– 

Ale w końcu nic nie powiedziałam. Byłam taka zakłopotana... Wydaje mi się, że 

mężczyźni nie potrafią zrozumieć takich spraw. Weźmy na przykład mojego męża. 
Jednej nocy... – zawahała się, ale Alison zachęciła ją spojrzeniem. – W telewizji był 
program o menopauzie i przyjmowaniu honnonów, ale on powiedział, że to wszystko 
są bzdury. Twierdzi, że skoro kiedyś kobiety dawały sobie z tym radę, to nie widzi 
powodu, dla którego nasze pokolenie miałoby być inne.

– 

Ale to nie oznacza, że doktor Ashton ma na ten temat podobne zdanie.

Pani Dawson wzruszyła ramionami.

–  

Jestem pewna, że pomógłby  pani, gdyby tylko zdecydowała się pani z nim 

porozmawiać. Doktor Ashton jest mężczyzną, ale jest także lekarzem i te problemy 
nie są mu obce.

Pani Dawson z powątpiewaniem pokręciła głową.

– 

Mimo to nie wydaje mi się, żebym mogła z nim o tym porozmawiać. Czułabym 

się jakoś nieswojo.

Zawahała się, a potem z nadzieją podniosła wzrok na Alison.

– 

Doktor Kennedy, czy przepisze mi pani te hormony?

– 

Cóż... Jestem gorącą zwolenniczką substytucji hormonalnej u kobiet w okresie 

przekwitania... Czy pani wie, jakie jest działanie tych leków?

background image

– 

Tylko z grubsza. Nie wszystko zrozumiałam z tego, co mówili.

–  

Kuracja  polega   na  podaniu  hormonów,  głównie  estrogenów,  które  organizm 

kobiecy   w   pewnym   wieku   przestaje   produkować.   Ich   przyjmowanie   znacznie 
zmniejsza uderzenia gorąca, potliwość, wahania nastroju i tendencje do depresji. Co 
ważniejsze, zapobiega to także chorobie, która nazywa się osteoporoza, a której istotą 
jest zmniejszenie się masy kości i zwiększona podatność na złamania. Mówi się także 
o ochronnym wpływie  estrogenów na naczynia wieńcowe. Opóźniają  one rozwój 
miażdżycy.

– 

A więc uważa pani, że to dobre leczenie? Że nie trzeba znosić tego wszystkiego 

z zaciśniętymi zębami?

–  

Uważam, że w tej dziedzinie nauka poczyniła wiele postępów, dzięki czemu 

kobiety nie muszą się tak męczyć, jak dawniej. Ale, jak już powiedziałam, pani nie 
jest moją pacjentką i nie wiem, czy doktor Ashton byłby zadowolony, gdybym bez 
jego wiedzy przepisała pani kurację hormonalną.

Pani Dawson w jednej chwili posmutniała.

– 

W takim razie już sobie pójdę. Przepraszam, że zajęłam pani tyle czasu.

–  

Niech pani usiądzie, pani Dawson. Wcale nie uważam tego czasu za stracony. 

Chciałam tylko zasugerować, aby porozumiała się pani w tej sprawie z doktorem 
Ashtonem.

–  

To  nie   ma   sensu.   Nie   potrafiłabym  mu   tego  wytłumaczyć.  Dlatego   właśnie 

przyszłam do pani.

–  

Jeśli pani chce – ciągnęła nie zrażona Alison – mogłabym z nim przedtem 

porozmawiać.

–  

Naprawdę?   –  W  panią   Dawson   znów   wstąpiła   nadzieja.   Podniosła   wzrok   i 

uśmiechnęła się szeroko. – To byłoby cudowne. Zawsze kiedy go widzę, odejmuje mi 
mowę. To bardzo miły człowiek i doskonały lekarz, ale... Jest chyba zbyt przystojny. 
To zupełnie zbija mnie z tropu.

– 

Zobaczę, co się w tej sprawie da zrobić – uśmiechnęła się Alison.

Pani Dawson wstała i podeszła do drzwi. Zanim wyszła, jeszcze raz spojrzała w 

stronę Alison.

– 

Czy gdyby doktor Ashton się nie zgodził, mogę zmienić lekarza prowadzącego?

– 

Naturalnie. Jednak gabinet doktora Framptona jest dość daleko stąd.

– 

Och, nie myślałam o nim. Chciałabym leczyć się wtedy u pani.

–  

Pani Dawson, ja tu jestem tylko na jakiś czas. Potem wracam do swojej stałej 

pracy.

background image

– 

Wielka szkoda.

Kiedy   pani   Dawson   wyszła,  Alison   zastanowiła   się,   co   powiedziałby   Grant, 

słysząc,  że  jedna z  jego  pacjentek  chce  przenieść  się  do niej.  Przeciągnęła  się  z 
westchnieniem, sięgnęła po kluczyki do samochodu i przenośny telefon, a potem 
poszła do pokoju, w którym urzędowała Gili.

– 

Są dla mnie jakieś wizyty domowe?

– 

Tylko jedna. Aha, dzwonili do pani z przystani.

– 

Z przystani?

– 

Tak. Pewnie chodzi o opłatę za cumowanie jachtu doktora Kennedy'ego.

Alison spojrzała na nią z zadumą.

– 

Wiesz, że zupełnie zapomniałam o tej łodzi?

– 

Teraz należy do pani – powiedziała cicho Gili.

–  

Na   to   wygląda.   Cóż,   w   takim  razie   załatwię   tę   wizytę,   a   potem  pojadę   na 

przystań. Nie wiesz, gdzie mój ojciec trzymał klucze od jachtu?

– 

Wiszą tu. – Gili sięgnęła za siebie i podała jej pęk różnych kluczy.

Alison odwiedziła młodą kobietę, która kilka dni wcześniej urodziła dziecko i 

właśnie  wróciła ze  szpitala  do  domu.  Stan  matki  i  noworodka  był zadowalający. 
Obiecała wpaść do nich następnego dnia.

Wsiadła do samochodu i pojechała na przystań. Dzień był wyjątkowo piękny. 

Majowe słońce przedzierało się przez splątane konary rosnących wzdłuż drogi drzew. 
Były   to   głównie   kasztanowce,   które   o   tej   porze   roku   pyszniły   się   białymi 
pióropuszami   kwitnących   kwiatów.   Kiedy   zbliżyła   się   do   przystani,   ogarnęły   ją 
wspomnienia. Ileż razy przyjeżdżała tu z ojcem, kiedy zabierał ją na długie wyprawy 
żaglówką.   Całe   jej   dzieciństwo   było   związane   z   wodą,   a   kiedy   umarła   matka, 
spędzali tu z ojcem każdą wolną chwilę.

Wysiadła z samochodu i weszła na pomost, przy którym był zacumowany jacht 

ojca, ,. Kittihawk". Gdy go ujrzała, uświadomiła sobie, że już nigdy nie wypłynie w 
morze razem z ojcem i ta myśl na nowo otworzyła w jej sercu piekącą ranę.

Wolno weszła na pokład i przesunęła ręką po relingu.

Wszystko   na   lodzi   było   utrzymane   w   największym   porządku   i   aż   lśniło 

czystością. Podeszła do drzwi prowadzących do kabiny. Właśnie zastanawiała się, 
czy będzie musiała sprzedać „Kittihawk", kiedy z wnętrza dobieg! jakiś hałas. Z 
osłupieniem spojrzała w tamtym kierunku, sądząc, że się przesłyszała. Przecież to 
niemożliwe, żeby w środku ktoś był.

Ku jej zdziwieniu hałas powtórzył się, i tym razem nie miała już wątpliwości. W 

background image

kabinie byli jacyś ludzie.

W pierwszej chwili chciała uciekać. Jeśli to złodzieje, to kiedy odkryją, że jest na 

pokładzie, mogą jej zrobić jakąś krzywdę. Powinna wycofać się cicho i zaalarmować 
obsługę przystani.

Kiedy gorączkowo zastanawiała się, jak wybrnąć z tej sytuacji, ktoś przekręcił 

gałkę. W desperacji chwyciła za wiszącą najbliżej gaśnicę i wymierzyła ją w stronę 
otwierających się drzwi. Stanął w nich jakiś mężczyzna.

– 

Stop! Ani kroku dalej! – ostrzegła nieznajomego.

– 

Alison! Co, do diabła...?

Na   pokład   wyszedł   Grant   Ashton   we   własnej   osobie.   Patrzył   na   nią   ze 

zdumieniem, które przewyższało chyba jej własne. Był ubrany tylko w spodnie i 
wyglądał, jakby przed chwilą się przebudził.

– 

Myślałam, że na łodzi jest ktoś obcy – wyjąkała, opuszczając gaśnicę.

– 

A ja pomyślałem to samo o tobie. Obudziłem się i usłyszałem, że ktoś chodzi po 

pokładzie.   Ostatnio   zdarzyło   się   tu   kilka   włamań   i   sądziłem,   że   mam   jakichś 
nieproszonych gości.

Spojrzał na gaśnicę, którą cały czas trzymała w rękach.

–  

Mogłabyś odstawić gdzieś ten przyrząd? Nie chciałbym znaleźć się nagle w 

obłoku białej piany.

– 

Ale co ty tu robisz? – spytała, starając się ukryć zakłopotanie. – Nie rozumiem, 

dlaczego śpisz na łodzi.

–  

Uciąłem   sobie   krótką   drzemkę,   Dziś   w   nocy   miałem   trzy   wizyty   domowe. 

Często tu przychodzę, szczególnie, kiedy mam dyżur.

Spojrzała na niego z uwagą. Czy jej obecność w Fairacre była dla niego aż tak 

uciążliwa, że musiał spać poza domem? Nie zdążyła o to spytać, gdyż Grant sam 
zaczął się tłumaczyć.

– 

Mam też inne powody.

– 

Doprawdy?

Jej wzrok powędrował do wnętrza kabiny, gdzie ujrzała fragment koi, na której 

leżała skłębiona poście!. Ten widok przypomniał jej czasy, w których razem spędzali 
na „Kittihawk" upojne noce.

– 

Pracowałem na łodzi. Jeszcze kiedy żył Miles, zacząłem robić tu małe naprawy.

Nagle przerwał. Alison wiedziała, że myśli o tym samym, co ona. Przeraziła się 

jego bliskości i ciepła, które biło od rozgrzanego snem ciała.

background image

– 

Alison...?

– 

Tak...?

Oczy mężczyzny pociemniały. Serce Alison zabito mocniej i w tej samej chwili 

poczuła na wargach gorące usta Granta.

Zesztywniała, instynktownie odsuwając się od niego, a jej ręce zacisnęły się w 

pięści.

To nie może być prawda. Nie pozwoli, żeby to wszystko zaczęło się od nowa. Już 

raz omal jej to nie zniszczyło. Nie dopuści do tego, żeby zranił ją po raz kolejny.

Zacisnęła powieki, żeby nie widzieć wyrazu błyszczących, zielonych oczu, które 

patrzyły na nią z takim żarem.

Jednak Grant nie zamierzał wypuścić jej z ramion. Pogłębił pocałunek, budząc w 

niej pragnienia, o których sądziła, że dawno już wygasły. Przyciągnął ją do siebie tak, 
że poczuła zapach, który niegdyś był jej tak dobrze znany. Jedną rękę zanurzył we 
włosach Alison, drugą przytrzymywał ją bardzo blisko, przy swej nagiej piersi.

To szaleństwo, czyste szaleństwo. Alison zebrała w sobie resztki sił i energicznie 

go odepchnęła. Przez moment spoglądali na siebie w milczeniu, pozwalając, by ich 
oddechy się wyrównały, a mięśnie rozluźniły.

–  

To   chyba   nie   do   końca   odpowiadało   twojemu   postanowieniu   zachowania 

między   nami   stosunków   czysto   zawodowych,   prawda?   –   spytał   z   drwiącym 
uśmiechem. Po chwili spoważniał i machnął ręką. – Przepraszam, Alison.

Nie powinienem tego robić. Wybacz mi.

Przejechał ręką po włosach, odgarniając je z czoła.

–  

Po   co   tu   przyszłaś?   –   spytał,   jakby   dopiero   do   niego   dotarło,   że   stoją   na 

pokładzie jachtu.

–  

Ja...   To   jest   Gili...   Gili   powiedziała,   że   dzwonili   do   mnie   z   przystani. 

Pomyślałam, że wpadnę, by zapłacić za łódź i przy okazji zobaczę, w jakim jest 
stanie.

Mówiąc to, rozglądała się rozpaczliwie dookoła, mając nadzieję, że Grant nie 

dostrzeże jej zmieszania.

– 

Jak już powiedziałem, dbam o nią i robię wszystkie naprawy.

– 

Musisz mi wystawić za to rachunek.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

–  

Nie ma takiej potrzeby, Alison – powiedział wreszcie. – A skoro już mowa o 

„Kittihawk"... – zawahał się. – Zastanawiałem się, czy nie zgodziłabyś się mi jej 

background image

sprzedać...

– 

Tobie...? – Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– 

Dlaczego tak cię to dziwi?

– 

Myślałam, że masz jacht.

–  

Właśnie   ostatnio   go   sprzedałem.   Szukam   czegoś   nowego   i   myślę,   że 

„Kittihawk" byłaby w sam raz. To świetna łódź.

– 

Sprzedać mu „Kittihawk"?

– 

Pomyśl o tym. Wiem, że musisz się zastanowić...

Rozmowę przerwał odgłos czyichś kroków. Podnieśli wzrok i ich oczom ukazały 

się długie, opalone nogi Cheryl Rossi. Uśmiechała się radośnie i machała ręką na 
powitanie.

– 

Och, Grant – odezwała się kokieteryjnie, zupełnie ignorując obecność Alison. – 

Ciągle tu jesteś. Obawiałam się, że mogę cię już nie zastać.

–  

Witaj,   Cheryl  –   odparł,  spoglądając   w  stronę  Alison.   – Alison   przyszła,   by 

zapłacić za „Kittihawk".

Cheryl przeniosła wzrok na Alison.

– 

Będziesz musiała zobaczyć się z Kenem Bridgesem.

Jeśli się pospieszysz, jeszcze go złapiesz. Właśnie wybierał się do domu.

Wskoczyła zgrabnie na pokład i uśmiechnęła się do Granta.

– 

A my trochę porozmawiamy, prawda, Grant?

Alison zawahała się, lecz po chwili gwałtownie się odwróciła i zeszła na pomost. 

Za plecami usłyszała perlisty śmiech Cheryl.

Jedynym jej marzeniem było zniknąć z ich pola widzenia tak szybko, jak tylko to 

możliwe.

Kena   Bridgesa   odnalazła   w   biurze.   Był   to   wysoki,   brodaty   mężczyzna, 

dobiegający czterdziestki. Ken przez całe życie zajmował się łódkami. Na jej widok 
jego opaloną twarz rozjaśnił promienny uśmiech.

– 

Alison, jak dobrze cię znów widzieć!

–  

Cześć,   Ken.   Cheryl   powiedziała,   że   cię   tu   znajdę.   Wstał,   ale   skulił   się 

gwałtownie,   jakby   przeszył   go   jakiś   ostry   ból.  Wyprostował   się   jednak   szybko   i 
podszedł do niej.

– 

Masz jakieś problemy? – spytała z troską w głosie.

~ To tylko mój kręgosłup. Od czasu kiedy wypadł mi dysk, co jakiś czas mam z 

background image

nim problemy. Będę musiał pokazać się w Fairacre. Jak rozumiem, przejęłaś praktykę 
ojca, mam rację?

– 

Zgadza się. Zadzwoń do Sue i umów się na wizytę. Postaramy się coś zaradzić 

na te dolegliwości.

–  

Dzięki,   Alison.   Ale   chyba   nie   przyjechałaś   tu,   żeby   rozmawiać   o   moim 

zdrowiu?

– 

Rzeczywiście. Przyjechałam, żeby zapłacić za „Kittihawk" – wyjaśniła, sięgając 

po książeczkę czekową.

– 

Tak myślałem. Co zamierzasz z nią zrobić, Alison?

– 

Jeszcze nie podjęłam decyzji w tej sprawie. Zawahał się. i podniósł wzrok znad 

książki rachunkowej.

– 

Mam wrażenie, że doktor Ashton chciałby ją kupić,

 –  

Wiem, Ken, Ja też mam takie wrażenie. Ale, jak powiedziałam, jeszcze nie 

wiem, co zrobię z „Kittihawk". Nie chcę się spieszyć. Może zostawię ją sobie i sama 
będę żeglować?

– 

Tak byłoby najlepiej – zaśmiał się Ken i przyjął czek, – Właśnie takiej decyzji 

spodziewałem się po córce Milesa Kennedy'ego, – 

background image

Rozdział 6

 

– 

Mówisz Dawson? Masz na myśli Brendę Dawson?

 – 

spytał Grant, pochylając się nad biurkiem Alison.

Właśnie   odbywało   się   jedno   z   ich   codziennych   spotkań   i  Alison,   zgodnie   z 

obietnicą, poruszyła sprawę pani Dawson.

– 

Tak. Przyszła do mnie i...

– 

Poczekaj chwilę, chcesz powiedzieć, że Brenda przyszła do ciebie na wizytę?

– 

Dokładnie tak.

– 

Ale przecież to moja pacjentka.

– 

Wiem, Grant, ale...

– 

Czy to było coś bardzo pilnego?

– 

Chodziło o jej problemy z przekwitaniem.

– 

Nie nazwałbym tego naglącą sytuacją.

–  

Ty być może nie, ale Brenda Dawson naprawdę jest u kresu wytrzymałości. 

Przyszła do mnie, ponieważ uważała, że na takie tematy lepiej rozmawiać z kobietą. 
Nie sądziła, żeby mężczyzna mógł te sprawy zrozumieć.

– 

Tak ci powiedziała? – Uniósł jedną brew, co nie wróżyło niczego dobrego.

–  

Nie musiała. To wynikało jasno z jej wypowiedzi. Wydaje mi się, że powinna 

mieć prowadzoną substytucję hormonalną.

– 

Doprawdy?

Patrzył na nią chłodno. Alison pomyślała, że ich wczorajsze zbliżenie było tylko 

wytworem jej wyobraźni.

– 

Przepisałaś jej leki?

– 

Nie chciałam tego robić bez porozumienia z tobą.

–  

Obiecałaś, że porozmawiasz o tym ze mną, tak? Przygryzła wargę i spuściła 

oczy.

Grant odchylił się do tyłu i zaczął bawić się nożem do papieru, który leżał na jego 

biurku.

– 

Czy to koniec dzisiejszej lekcji, doktor Kennedy?

 – 

spytał z sarkazmem w głosie.

background image

Zaczerwieniła się i bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści.

– 

Nie miałam zamiaru...

– 

Czy aby na pewno, Alison? Wydawało mi się, że właśnie to chciałaś zrobić. A 

jeśli chodzi o Brendę, to nigdy nie wspomniała mi o swoich problemach. Gdyby tak 
było, z pewnością przepisałbym jej jakieś leki. Niestety, nie jestem jasnowidzem i nie 
potrafię   czytać   w   myślach.   Powiedz   jej   to   przy   okazji   najbliższej   wizyty. 
Przypuszczam, że nastąpi ona bardzo szybko.

– 

Nie pomyślałeś o tym, że dla niektórych pacjentek opowiadanie w gabinecie o 

ich intymnych problemach może być nieco krępujące? – spytała z nie skrywanym 
zniecierpliwieniem.

–  

Chcesz   zapewne   powiedzieć,   że   powinienem   prowadzić   klinikę   chorób 

kobiecych, czy tak?

–  

Dokładnie.   Uważam,   że   to   ośmieliłoby   wiele   kobiet,   które   teraz   czują   się 

skrępowane.   Mam   zamiar   przejąć   klinikę   ojca   tak   szybko,   jak   tylko   to   będzie 
możliwe. Sądzę, że powinieneś zrobić dokładnie to samo!

– 

Skończyłaś? Nie uważam, żeby to był twój interes, ale ponieważ o to spytałaś, 

to ci powiem. Mam na ten temat odmienne zdanie, i to zupełnie niezależnie od tego, 
że   wiele   kobiet   nie   może   korzystać   z   dziennych   klinik,   ponieważ   w   tym   czasie 
pracuje.

– 

Co chcesz przez to powiedzieć?

– 

Z mojego doświadczenia, które jest mimo wszystko nieco większe od twojego, 

wiem,   że   przyjmując   w   gabinecie,   dowiaduję   się   znacznie   więcej   o   problemach 
kobiet, niż gdybym prowadził jakąkolwiek klinikę.

–  

W takim razie wielka szkoda, że nie dowiedziałeś się wcześniej o problemach 

Brendy Dawson! – odparła i nie czekając na jego odpowiedź, odwróciła się na pięcie 
i wyszła z pokoju. Jak bardzo go w tej chwili nienawidziła!

Z płonącymi od gniewu policzkami weszła do holu i z impetem wpadła na stojącą 

na drabinie Hildę, która właśnie zdejmowała z okna zasłony. Drabina niebezpiecznie 
się   zachwiała.  Alison   w   ostatniej   chwili   ją   schwyciła,   chroniąc   staruszkę   przed 
upadkiem.

– 

Och, Hildo, przepraszam cię! Nie wiedziałam, że tu stoisz.

– 

Na szczęście nic mi się nie stało. – Hilda zeszła na podłogę i spojrzała na swoją 

wychowanicę. – Coś nie w porządku, skarbie?

– 

To przez niego. Jest naprawdę niemożliwy!

–  

W takim razie zaparzę herbaty. To nam wszystkim dobrze zrobi. Chodź  do 

background image

kuchni. Tylko wsadzę te zasłony do pralki i zaraz przyjdę.

Kuchnia zawsze była miejscem, które najbardziej kojarzyło się Alison z domem. 

Słoiczki z przetworami, starannie poustawiane przez Hildę na półkach, suszące się 
liście herbaty i Marmaduke, ich puchaty kot, wiecznie wygrzewający się na oblanym 
promieniami słońca parapecie.

Walcząc   ze   łzami,   które   nie   wiadomo   skąd   napłynęły   jej   do   oczu,   zrzuciła 

pantofle i usiadła w bujanym fotelu.

– 

Chcesz mi o tym opowiedzieć? – spytała Hilda, sypiąc proszek do pralki. – Czy 

to ściśle tajne?

Alison uśmiechnęła się słabo. Sięgnęła po Marmaduka i położyła go sobie na 

kolanach.

– 

Nie, Hildo. Tylko zastanawiam się, czy to ma jakiekolwiek szanse powodzenia.

– 

Wydawało mi się, że wszystko zaczęło się jakoś układać. Musisz przyznać, że 

ostatni tydzień był dość spokojny.

– 

Tylko dlatego, że niezbyt często się widywaliśmy. Czy wiedziałaś o tym, że on 

sypia na łodzi?

– 

Na lodzi?! – wykrzyknęła zgorszona Hilda.

– 

Tak. Wczoraj zastałam go na „Kittihawk", jak ucinał sobie poobiednią drzemkę.

– 

Ale dlaczego to robi? Alison wzruszyła ramionami.

– 

Zapewne chce uniknąć spotkania ze mną.

Hilda podniosła wzrok znad czajniczka i spojrzała z uwagą na Alison.

–  

Może   mu   to   przypomina   jakąś   znajomość   z   przeszłości?   –   powiedziała 

domyślnie.

–  

To już jego problem! – odparła Alison, a dostrzegając ganiący wzrok Hildy, 

zmitygowała się. – Przepraszam, Hildo, ale tak właśnie jest. Wiem, że kiedyś nasze 
stosunki wyglądały inaczej, ale teraz to już przeszłość, do której nie ma powrotu.

– 

Jesteś tego pewna, kochanie? – Gospodyni wręczyła jej filiżankę z herbatą.

– 

Absolutnie.

– 

I sądzisz, że doktor Ashton myśli podobnie?

– 

Oczywiście, że tak. Nie mogę zapomnieć, że mnie tak wykorzystał. Nigdy nie 

mogłabym mu ponownie zaufać.

Hilda spojrzała na nią w zamyśleniu.

– 

A co byś zrobiła, gdyby się okazało, że on jednak cię nie wykorzystał? Że to, co 

background image

się stało, nie było jego winą?

– 

O czym ty mówisz? Wykorzystał mnie i tyle. Dla mnie to jest oczywiste.

Wypiła do końca herbatę i podniosła się z fotela.

– 

Dziękuję. Teraz muszę jechać do pacjentów. Zobaczymy się później.

Wzięła od Gili karty, ubrała się i wyszła do samochodu.

Zanim włączyła silnik, zastanowiła się przez chwilę nad tym, co powiedziała jej 

Hilda. Wiedziała, że ta kobieta jest do niej bardzo przywiązana i że życzy jej jak 
najlepiej. Jednak to, co rzuciło się Alison w oczy od czasu, kiedy przyjechała do 
Fairacre to fakt, że najwyraźniej jej drugim ulubieńcem był Grant Ashton.

Prawdopodobnie Hildzie wydawało się, że związek Alison z Grantem jest tak 

samo trwały, jak przed czterema laty. Miała nadzieję, że ta rozmowa wyjaśniła jej, jak 
stoją   sprawy.   Że   zrozumiała,   iż   czasu   nie   da   się   zatrzymać,   tak   jak   nie   da   się 
przywrócić tego, co już minęło.

– 

Masz zamiar siedzieć tak cały dzień?

Wyrwana   z   zamyślenia,   podniosła   gwałtownie   głowę.   Grant   stał   przy   swoim 

samochodzie, Prawdopodobnie czekał, aż ona odjedzie i odblokuje mu drogę.

Zaczerwieniła się z obawy, że mógłby odgadnąć jej myśli.

Wymamrotała jakieś przeprosiny, wrzuciła bieg i przekręciła kluczyk w stacyjce. 

Silnik zakrztusił się i zgasł. Zmieszana, ponownie włączyła stacyjkę i nie oglądając 
się na Granta, wyjechała na główną drogę.

Wieczorem następnego dnia zadzwonił Bob Cotton z farmy Dubbersów.

–  

Przepraszam, że niepokoję panią o tej porze, ale czy doktor Ashton ma dziś 

dyżur?

– 

Obawiam się, że ma wolne. Czy mogłabym w czymś pomóc?

– 

Cóż... – zawahał się. – Chodzi o moją żonę, Paulę. Niedawno poroniła i przed 

kilkoma dniami wypisano ją ze szpitala. Jednak ona nie czuje się dobrze, doktor 
Kennedy.

– 

Co jej konkretnie dolega?

–  

Trudno mi to wyrazić. Po prostu nie jest taka, jak dawniej. Jest pogrążona w 

rozpaczy...

– 

To zrozumiałe.

–  

Wiem,   ale   to   coś   więcej   niż   tylko   żal   za   utraconą   ciążą.   Bardzo   się   o   nią 

niepokoję.

– 

W porządku, panie Cotton. Zaraz do państwa przyjadę.

background image

W zamyśleniu odłożyła słuchawkę i poszła do rejestracji po kartę Pauli Cotton.

Pół   godziny   później   zatrzymała   samochód   przed   farmą   Dubbersów,   gdzie 

przywitało   ją   rozbiegane   stado   kur   i   wściekłe   ujadanie   dwóch   ogromnych 
owczarków.

Boba Cottona polubiła od pierwszego wejrzenia. Miał otwartą, szczerą twarz i 

pewny   uścisk   dłoni.   Jednak   w   jego   oczach   dostrzegła   wyraźne   przygnębienie. 
Zaprowadził   ją   do   sypialni,   gdzie   leżała   jego   żona   –   drobna   brunetka,   której 
zapuchnięte, czerwone oczy podkreślały bladość policzków.

– 

Dzień dobry, pani Cotton. – Alison przysiadła na brzegu łóżka. – Przykro mi z 

powodu tego poronienia powiedziała wprost, uznając, że tak będzie lepiej.

Oczy Pauli wypełniły się łzami. Potrząsnęła głową, nie mogąc wydobyć z siebie 

żadnego słowa.

– 

Widzę z pani karty, że to było już trzecie poronienie.

Pierwsze   miało   miejsce   jeszcze   wówczas,   kiedy   mieszkali   państwo   w 

Northamptonshire, mam rację?

Paula skinęła głową i otarła oczy chusteczką.

– 

Czy podano pani jakąś przyczynę tych poronień?

W tym momencie odezwał się Bob.

–  

Powiedziano   nam  tylko,   że   chore   płody   często   są   usuwane   przez   organizm 

matki. Zaakceptowaliśmy to wyjaśnienie. Oczywiście byliśmy bardzo przygnębieni, 
ale rozumieliśmy, że czasem tak bywa. Jednak kiedy zdarzyło się to drugi raz... a 
teraz trzeci...

–  

Rozumiem – powiedziała cicho Alison. – Jak widzę, drugie poronienie miało 

miejsce niedługo po przyjeździe tutaj.

– 

Tak. Kupiliśmy tę farmę i od razu zarejestrowaliśmy się u doktora Ashtona. Był 

dla nas bardzo dobry. Przebadał Paulę bardzo dokładnie. Nie chciałbym, żeby pani 
pomyślała, że nie mamy do niego zaufania...

– 

Oczywiście, rozumiem was doskonale. Zdaję sobie sprawę, że nie wiedzieliście 

o tym, iż doktor Ashton nie ma dziś dyżuru.

– 

Chodzi o to, że Paula tak okropnie się czuje, odkąd wyszła ze szpitala. Prawda, 

kochanie? – Spojrzał na żonę.

–  

Widzę, że w szpitalu dokonano łyżeczkowania macicy, zgadza się? – spytała 

Alison, spoglądając na kartę wypisową.

– 

Tak – po raz pierwszy odezwała się Paula. – Poronienie było niepełne i musieli 

usunąć pozostałe resztki.

background image

– 

Czy wyznaczono pani następną wizytę?

– 

Tak. Obiecali, że przestudiują dokładnie mój przypadek i powiedzą, co ustalili.

– 

Miejmy nadzieję, że zlecą pani dalsze badania, które pomogą ustalić, dlaczego 

nie może pani donosić ciąży.

– 

Trzeba coś z tym zrobić – wtrącił Bob. – Dłużej tak nie możemy żyć. Czy może 

pani jakoś pomóc Pauli, doktor Kennedy?

– 

Czy w szpitalu przepisano pani jakieś leki?

– 

Tylko tabletki przeciwbólowe i środki nasenne.

– 

W takim razie muszę panią zbadać.

Osłuchała Paulę dokładnie, zmierzyła jej temperaturę, ciśnienie, zbadała brzuch. 

Spytała, czy między ciążami miewała jakieś dolegliwości.

–  

Raczej   nie.   Zawsze   czułam   się   okropnie   na   początku   ciąży   i   naturalnie   po 

poronieniach. Ale w międzyczasie nie miałam żadnych problemów ze zdrowiem.

~ Co to znaczy, że czuła się pani okropnie?

–  

Byłam bardzo zmęczona. Tak zmęczona, że nie miałam siły chodzić. Bolały 

mnie też stawy i miałam bóle w klatce piersiowej.

–  

Myślę, Paulo, że  twoje złe samopoczucie z czasem minie. Trzeba wykonać 

więcej testów, a teraz zapiszę ci lek przeciwdepresyjny. Będziesz go brała, dopóki nie 
ustąpią najgorsze dolegliwości. Po wizycie u ginekologa powinnaś koniecznie zgłosić 
się. do doktora Ashtona.

W drodze do domu  Alison nie  czuła się  najlepiej. Myślała  o kłopotach Pauli 

Cotton. Była pewna, że Grant zrobił wszystko, co możliwe, by wyjaśnić przyczynę 
tych poronień. Zastanawiała się jednak, czy choroba Pauli nie jest poważniejsza, niż 
mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Grant nie wrócił jeszcze do domu. Nie było jego samochodu, a w oknach nie 

paliło się żadne światło. Przystanęła przed gankiem, rozkoszując się ciszą i spokojem 
majowego wieczoru. Zdała sobie nagle sprawę, że mimo tych wszystkich kłopotów 
cieszy się, że jest w Fairacre.

Drzwi   wejściowe   były   zamknięte.   Hilda   z   pewnością   oglądała   swój   ulubiony 

serial, a Gili dawno już poszła do domu. Przekręciła klucz i pchnęła drzwi. Może 
przed kolejnym telefonem zdąży jeszcze wziąć szybki prysznic...

– 

Alison... Czy to ty?

Głos,   który   usłyszała,   był   słaby.   Przystanęła   na   chwilę   i   zaczęła   się   uważnie 

rozglądać. Jej wzrok zatrzymał się na przewróconym krześle, a zaraz potem spoczął 
na leżącej na ziemi postaci.

background image

– 

Hilda! – Z krzykiem rzuciła się w stronę gospodyni.

– 

Och, Alison. Bogu dzięki, że wreszcie przyjechałaś.

Hilda leżała na ziemi, owinięta świeżo upranymi zasłonami, a obok niej rozbite 

okulary.

– 

Nie mogę się ruszyć. Chyba zrobiłam sobie coś w nogę.

– 

W porządku, Hildo. Leż nieruchomo.

Delikatnie   zdjęła   z   niej   zasłonę   i   od   razu   zauważyła,   że   prawa   stopa   jest 

wykręcona pod nienaturalnym kątem. Zbadała jej puls i obmacała pozostałe kości.

–  

Tak mi głupio. Zawieszałam tylko te zasłony. Zupełnie nie wiem, jak to się 

stało.

– 

Dlaczego nie wzięłaś drabiny?

– 

Nie lubię jej. Na krześle czuję się znacznie pewniej.

– 

Och, Hildo. Jesteś jak dziecko. Wiesz, gdzie jest doktor Ashton?

– 

Chyba mówił, że idzie na łódź...

– 

Rozumiem. Muszę teraz zadzwonić do szpitala.

– 

Ależ nie ma takiej potrzeby. Nic mi nie będzie. Daj mi po prostu herbaty i zaraz 

wstanę.

Uniosła się na łokciu i syknęła z bólu.

–  

Przykro mi, Hildo, ale wydaje mi się, że tego schorzenia nie da się wyleczyć 

filiżanką herbaty. Nawet nie mogę dać ci nic do picia.

Hilda westchnęła i oparła się na poduszce, którą Alison podłożyła jej pod głowę.

– 

Obawiam się, że złamałaś sobie nogę. Być może trzeba będzie cię znieczulić i 

dlatego nie wolno ci nic jeść ani pić. Idę teraz zadzwonić do szpitala. Nie ruszaj się, 
aż wrócę.

Ze   swojego   gabinetu   wykręciła   numer   do   szpitala   i   poprosiła   o   połączenie   z 

lekarzem dyżurnym.

– 

Rajiv Patel, słucham – usłyszała po chwili męski głos. – W czym mogę pomóc?

– 

Doktorze Patel, mówi Alison Kennedy. Mam tu kobietę, u której podejrzewam 

złamanie kości udowej. Chciałabym przewieźć ją na izbę przyjęć.

– 

Oczywiście. Zaraz zorganizuję karetkę. Jak nazwisko chorej?

– 

Hilda Lloyd.

– 

To pani pacjentka?

background image

– 

To nasza gosposia. Mieszka z nami w Fairacre... – Nagle zdała sobie sprawę, że 

Hilda była zarejestrowana u jej ojca. – Tak, to jest też moja pacjentka.

– 

Dobrze, będę czekał. Czy pani przyjedzie razem z nią?

–  

Chciałabym, ale mam dziś dyżur w Woodbridge i nie wiem, czy uda mi się 

skontaktować z doktorem Ashtonem, żeby mnie zastąpił.

Odłożyła słuchawkę i natychmiast wykręciła numer przenośnego telefonu Granta. 

Modliła się, żeby nie był wyłączony.

Zaczęła   liczyć   sygnały   –   siedem,   osiem,   dziewięć.   Właśnie   miała   odłożyć 

słuchawkę, kiedy po drugiej stronie odezwał się Grant. Był zdyszany, jakby skądś 
biegł.

– 

Grant?

– 

Co się stało, Alison?

– 

Hilda spadła z krzesła. Chyba złamała kość udową. Czekam właśnie na karetkę.

– 

Zaraz będę.

Zanim jeszcze odłożył słuchawkę, Alison usłyszała przez moment kobiecy głos. 

Czyżby to Cheryl? W końcu nie byłby to pierwszy raz. Odsunęła od siebie tę myśl, 
tłumacząc sobie, że to nie jej sprawa, jak Grant spędza wolny czas. Zresztą i tak 
nigdy   się   nie   dowie,   czy   ten   głos   należał   do   Cheryl.   Poza   tym  wcale   nie   miała 
pewności, że Grant jest na łodzi. To tylko przypuszczenie Hildy.

Przygryzła   wargę   i   pospieszyła   do   holu,   gdzie   leżała   gospodyni.   Zaczęła   ją 

uspokajać i tłumaczyć, jakie badania czekają ją w szpitalu. Miała nadzieję, że karetka 
wkrótce nadjedzie.

Pierwszy przyjechał Grant. Podszedł do nich i uklęknął przy Hildzie.

– 

No i widzisz, w co się wpakowałaś? – powiedział miękko.

– 

Tak mi przykro, że macie przeze mnie tyle kłopotu...

Grant   delikatnie   przejechał   palcami   po   nodze   Hildy,   skinieniem   głowy 

potwierdzając diagnozę Alison.

– 

Niczego się nie obawiaj. Zaraz zawieziemy cię do szpitala.

Jeszcze nie skończył mówić, kiedy usłyszeli odgłos hamującego na podjeździe 

samochodu.

– 

Przyjechała karetka. – Alison poderwała się na nogi.

 – 

Pójdę przygotować ci nocną koszulę i szczoteczkę do zębów.

Pobiegła do pokoju Hildy i szybko spakowała jej niewielką torbę. Kiedy wróciła, 

Hilda leżała już w karetce.

background image

– 

Grant...?

Spojrzała na niego z błaganiem w oczach. Tak bardzo chciała pojechać z Hildą, 

jednak musiałby ją zastąpić na dyżurze. Nie śmiała mu tego zaproponować.

– 

Pojedź z Hildą – odezwał się, jakby czytając w jej myślach. – Ja przejmę wizyty.

– 

Dziękuję, Grant.

Ich   spojrzenia   spotkały   się   na   chwilę.   W   jego   oczach   Alison   dostrzegła 

zrozumienie.

– 

Dziękuję – szepnęła ponownie i wdrapała się do karetki.

 

background image

Rozdział 7

 

Prześwietlenie   wykazało,   że   Hilda   ma   złamaną   kość   udową.   Przyjęto   ją   na 

oddział ortopedyczny i niedługo potem przewieziono na blok operacyjny.

– 

Wszystko będzie dobrze – pocieszała ją Alison, kiedy wieziono Hildę na blok. – 

Potrzymają cię tu przez kilka dni, a ja jutro cię odwiedzę.

–  

Nie martw się o mnie, Alison. Wracaj do doktora Ashtona. Trzeba mu będzie 

zrobić kolację. I nie walczcie ze sobą, kiedy mnie nie będzie, dobrze?

– 

Mówisz tak, jakbyśmy niczym innym się nie zajmowali!

Dopiero jadąc do domu, poczuła, że jest zmęczona. Marzyła tylko o tym, żeby 

położyć się do łóżka. Jednak kiedy zajechała do Fairacre, w drzwiach przywitał ją 
Grant.

– 

Jak się czuje?

–  

Zabrali   ją   na   operacyjną.  Tak   jak   myśleliśmy,   ma   paskudnie   złamaną   kość 

udową.

– 

Biedna Hilda. Przez jakiś czas będzie musiała zwolnić trochę tempo.

–  

Bardzo ją bolało, ale i tak najbardziej się martwiła o to, kto poda ci kolację – 

oznajmiła sucho.

–  

Hildzie wydaje się, że jestem absolutnie niezaradnym facetem, który zginąłby 

bez jej opieki.

– 

A nie jest tak?

– 

Osądź sama.

– 

Otworzył przed nią drzwi do kuchni i skłonił się przesadnie nisko.

Alison ze zdumieniem stanęła w progu. Stół był nakryty dla dwóch osób. Na jego 

środku znajdowała się ogromna micha sałaty.

– 

Mam nadzieję, że lubisz hiszpański omlet?

–  

Mówiąc   szczerze,   uwielbiam   –   powiedziała   słabym   głosem   i   opadła   na 

najbliższe krzesło.

– 

To dobrze.

Wyciągnął z kredensu mikser i włączył go do kontaktu.

– 

Napijesz się wina?

– 

Chętnie.

background image

Westchnęła z zadowoleniem, pozwalając mu krzątać się po kuchni. Patrzyła, jak 

nalewa wino do kieliszków. Choć zastępował ją na dyżurze, był ubrany w zwykłe 
spodnie i koszulkę. Jego włosy jeszcze nie wyschły po kąpieli.

– 

Nie dziwię się, że złamała sobie tę nogę – powiedział, rozgrzewając tłuszcz na 

patelni i wyłączając mikser. – Kiedyś twój ojciec mówił, że Hilda ma osteoporozę.

– 

Szkoda, że gdy była młodsza, nie stosowano terapii hormonalnej.

Grant odwrócił się od kuchenki i uniósł brew.

– 

Czy to kolejna aluzja do sytuacji Brendy Dawson?

– 

Ależ skąd. Nawet o niej nie pomyślałam.

– 

To dobrze. Nie chciałbym teraz zaczynać nowej kłótni.

– 

To druga rzecz, o którą martwiła się Hilda.

– 

Mianowicie?

– 

Obawiała się, że kiedy zostaniemy sami, będziemy ze sobą walczyć.

–  

Nie wiem, skąd taka myśl przyszła jej do głowy – wyznał z uśmiechem, – 

Alison   westchnęła   i   oparła   głowę   na   fotelu.   Patrzyła,   jak   Grant   kończy   smażyć 
omlety.

– 

Były jakieś wezwania? – spytała nagle, przypominając sobie, że przecież miała 

dziś dyżur.

Potrząsnął głową i ułożył omlety na talerzach.

–  

Jak dotąd spokój. Spróbujmy na moment zapomnieć, że jesteśmy w pracy i 

zjedzmy kolację.

Postawił przed nią talerz i usiadł po przeciwnej stronie stołu.

Omlety   były   wspaniałe.   Dopiero   kiedy   zaczęła   jeść,   zdała   sobie   sprawę,   jak 

bardzo była głodna.

– 

Przynajmniej będę mogła zapewnić Hildę, że z gotowaniem dajesz sobie radę – 

rzuciła znad talerza.

– 

Problem nie polega na tym, jak gotować, tylko kiedy znaleźć na to czas.

– 

Sądzisz, że powinniśmy zatrudnić kogoś do czasu powrotu Hildy?

– 

Zobaczymy, jak sobie będziemy dawać radę sami. Ten problem i tak wkrótce by 

się pojawił. Hilda jest coraz starsza i długo nie mogłaby wykonywać tych wszystkich 
prac,   które   do   tej   pory   miała   na   głowie.   Już   wcześniej   proponowałem   jej,   żeby 
znalazła kogoś do pomocy, ale nawet nie chciała o tym słyszeć.

Jego słowa przerwał dzwonek telefonu.

background image

– 

No tak. To byłoby zbyt piękne, żeby mogło trwać dłużej. Poczekaj, ja odbiorę – 

zwrócił się do Alison, gdy spostrzegł, że odsunęła fotel od stołu.

– 

Ale dziś przecież ja mam dyżur – zaprotestowała słabo.

– 

Ja się tym zajmę. Weźmiesz za mnie inny dzień.

Kiedy   wyszedł,   rozejrzała   się   po   kuchni.   Niespełna   miesiąc   temu   prowadziła 

swoją   praktykę  przy   Crandelbury   Street,   ojciec   żył,  Hilda   opiekowała   się   swymi 
lekarzami,   a   teraz   wszystko   tak   bardzo   się   zmieniło.   Musiała   odłożyć   na   bok 
marzenia o pracy w Suffolk, a biedna Hilda leżała w szpitalu z paskudnie złamaną 
nogą.

Do jej oczu napłynęły łzy. Czym prędzej otarła je brzegiem rękawa i właśnie w 

tym momencie do kuchni wszedł Grant.

– 

Nic wielkiego. Dzwoniono tylko po poradę... – przerwał, kiedy dostrzegł wyraz 

jej twarzy. – Co się stało? – spytał dziwnie miękkim głosem.

– 

Och, nic takiego.

Zamrugała gwałtownie, nie chcąc, by zauważył, że płacze.

–  

Ali, ty nigdy nie płakałaś bez powodu – zauważył i stanął za jej plecami. – 

Zapomniałaś chyba, że dobrze cię znam.

– 

Wcale nie płakałam – odparła niezgodnie z prawdą.

– 

Dlaczego więc masz oczy pełne łez? – spytał, kładąc dłonie na jej ramionach.

–  

Nie   wiem.   Chyba   dlatego,   że   to   wszystko   tak   nagle...   Najpierw   tata,   teraz 

Hilda... Chyba puściły mi nerwy.

– 

Nieszczęścia zawsze chodzą parami. Ale znam sposób, żeby temu zaradzić.

Jego palce zaczęły delikatnie masować kark Alison.

– 

Rozluźnij się, Ali. Musisz się trochę zrelaksować, bo inaczej nie dasz sobie ze 

wszystkim rady.

Dotyk jego dłoni sprawił, że nagle zesztywniała. W żaden sposób nie mogła się 

teraz rozluźnić.

– 

Pamiętaj, że nie wolno nam ze sobą walczyć. Zmartwiłoby to Hildę, a przecież 

tego byśmy nie chcieli.

Jego kciuki rozmasowywały teraz napięte mięśnie między jej łopatkami.

Wbrew własnej woli, poddała się ich ruchom, czując, jak z wolna ogarnia ją błogi 

spokój. Nagromadzone w ciągu ostatnich tygodni stresy zdawały się uchodzić z niej, 
jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Z głębokim westchnieniem rozluźniła mięśnie i oparła głowę o udo Granta.

background image

Jak dobrze pamiętała te masaże z przeszłości. Kiedy któregoś razu przyjechała do 

domu, zdenerwowana z powodu czekającego ją egzaminu, w ten sam sposób pomógł 
jej rozładować napięcie...

– 

No i jak, czujesz się lepiej? – spytał cicho po dłuższej chwili.

– 

Uhm. Wprost wspaniale.

Uniosła ręce ponad głowę i przeciągnęła się.

– 

Wolę to niż nieustanne kłótnie.

– 

Sam nie wiem – powiedział, pochylając się nad jej twarzą. – Po każdej wojnie 

najmilsza jest chwila zawarcia pokoju... Swoją drogą, naprawdę nie wiem, dlaczego 
Hilda obawiała się, że kiedy zostaniemy sami, skoczymy sobie do oczu. W końcu to 
nie pierwszy raz jesteśmy sami w tym domu, prawda?

Objął dłońmi jej twarz i pochylił się jeszcze niżej.

– 

Chyba nie zapomniałaś, Ali, naszego ostatniego razu?

Jak mogłaby zapomnieć? Patrzyła w jego zielone oczy, wiedząc, że przed ich 

spojrzeniem nie potrafi niczego ukryć.

–  

Jeśli  dobrze  pamiętam –  ciągnął   dalej  –  było  to  w  dniu,  kiedy   twój  ojciec 

pojechał na konferencję do Birmingham. Hilda była u chorej siostry. Popraw mnie, 
jeśli  się   mylę.   Nie  przypominam  sobie,  żebyśmy   wtedy  jakoś   specjalnie   ze  sobą 
walczyli. Mieliśmy Fairacre tylko dla siebie. Pierwsza noc była bardzo ciepła i koło 
północy   poszliśmy   do   zagajnika   na   mały   spacer.   Mieliśmy   w   nim   takie   nasze 
ulubione miejsce. Może nie było zbyt wygodne, ale w tamtych czasach nie dbaliśmy 
zbytnio o wygody, prawda, Ali?

Lekko pocałował ją w nos.

– 

Nie speszyło nas nawet to, że następnej nocy w twoim łóżku złamała się noga. – 

Zaśmiał   się   cicho.   –   Udało   mi   sieją   naprawić   tak   dobrze,   że   ojciec   niczego   nie 
zauważył. Kto by pomyślał, że po tak długim czasie znajdziemy  się w podobnej 
sytuacji. Może nadeszła pora, żeby przypomnieć sobie pewne rzeczy i zobaczyć, czy 
rzeczywiście było to coś tak wspaniałego, jak nam się wtedy wydawało?

To   byłoby   takie   łatwe.   Cichy   głos   Granta   bez   trudu   wywołał   w   jej   pamięci 

wspomnienie minionych nocy. Jak dobrze pamiętała tamte uczucia, zapach letniego 
wieczoru i miękkość trawy. Przez jeden krótki moment znów zapragnęła poczuć na 
sobie dotyk jego dłoni, smak gorących pocałunków i nieporównywalną z niczym 
innym błogość spełnienia...

– 

Alison – szepnął jej do ucha.

W ostatnim momencie oderwała się od niego i podniosła z fotela.

background image

– 

Nie, Grant! To się skończyło już dawno temu. Doskonale o tym wiesz. Nie ma 

sensu zaczynać wszystkiego od nowa.

– 

Przez chwilę sądziłem, że tego właśnie pragniesz...

– 

Ale dlaczego? Dlaczego mielibyśmy to robić?

– 

Jesteśmy teraz innymi ludźmi. Przede wszystkim, ty jesteś starsza...

– 

Chcesz powiedzieć, że wtedy nie byłam wystarczająco dorosła?

– 

Tego nie powiedziałem...

–  

O   ile   pamiętam,   na   pewne   rzeczy   nie   byłam   wówczas   za   młoda!   To   ty 

powiedziałeś, że nie chcesz się angażować – w ten związek. To ty go zerwałeś... 
Wykorzystałeś mnie, Grant!

– 

Nie, Ali. To nie tak. Nigdy tego nie zrozumiałaś... Nie dałaś mi szansy, żebym ci 

wyjaśnił...

– 

Nie ma tu nic do wyjaśniania.

– 

To ty tak uważasz.

–  

Za późno, Grant – oświadczyła twardo. – Nic nie da się już uratować. I jeśli 

nadal   będziesz   zachowywać   się   w   ten   sposób,   rzeczywiście   skończy   się   na 
rękoczynach. A teraz, jeśli chcesz za mnie dyżurować, to idę spać.

Nie   odpowiedział.   Kiedy   doszła   do   drzwi,   odwróciła   się.   Stał   tam,   gdzie   go 

zostawiła, oparty o kuchenny blat.

– 

Grant?

– 

Tak?

– 

Naprawdę chcesz wziąć za mnie ten dyżur?

– 

Chyba już ci powiedziałem – odparł sucho.

W jego głosie  nie  było już  ani śladu tej miękkości,  z jaką przemawiał przed 

chwilą.

– 

Dziękuję.

Poszła do sypialni, zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie, zaciskając powieki.

Wyraźnie dał jej do zrozumienia, że chce odnowić dawną znajomość. Ale jakże 

ona mogłaby to zrobić? Miałaby znów narazić się na zranienie? Tym razem by tego 
nie przeżyła.

Chciał jej wyjaśniać, tłumaczyć się. Ale jakie słowa mogłyby wyjaśnić to, co 

zrobił? Wykorzystał ją, a potem porzucił. To jasne jak słońce.

Oderwała się od drzwi i zaczęła rozbierać. Wiedziała, że za wszelką cenę musi 

background image

mu się oprzeć. Niezależnie od tego, jak bardzo jej ciało pragnie jego bliskości.

Jednak kiedy leżąc już w łóżku, usłyszała, jak wchodzi na górę i zamyka za sobą 

drzwi sypialni, musiała użyć całej swej woli, aby do niego nie pobiec... Aby nie 
wsunąć się do jego łóżka, nie przytulić do szerokiej piersi i nie pozwolić, by kochał ją 
tak, jak nikt poza nim nie potrafił tego robić.

Kiedy wreszcie w domu zapadła głęboka cisza, westchnęła i odwróciła się twarzą 

do ściany.

 

Ranek  nie  przyniósł  ukojenia. Ich  stosunki  ponownie  znacznie  się  ochłodziły. 

Rozmawiali ze sobą tylko o sprawach zawodowych. Zanim Alison zeszła na dół, 
Grant zdążył już wypić kawę i właśnie wybierał się do gabinetu.

– 

Jak minęła noc? – spytała, przechodząc obok kuchennych drzwi.

– 

Doskonale. Spałem jak dziecko. A ty?

–  

Nie to miałam na myśli – odparła, zastanawiając się, co Grant powiedziałby, 

gdyby wiedział, że z jego powodu prawie wcale nie zmrużyła oka. – Pytam, czy były 
jakieś wezwania.

–  

W  nocy  było  spokojnie.   Dopiero  o  siódmej   pojechałem do  jednej  z  twoich 

pacjentek. Seth Attrill wezwał mnie do swojej żony.

– 

Co się stało?

– 

Miała ostry atak duszności. Opiszę wszystko w karcie i dam ci. Nie chcę, żebyś 

pomyślała, że przepisuję jakieś lekarstwa bez twojej wiedzy.

Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z kuchni i skierował się do gabinetu.

Alison z irytacją chwyciła za dzbanek od ekspresu i nalała sobie kawy. Co on 

sobie myśli! Przecież nie ma pretensji o to, że odwiedził jej pacjentkę. To raczej on 
zwykł mieć pretensje o takie rzeczy. Zupełnie jak w przypadku Pauli Cotton.

Paula! W tym całym zamieszaniu zupełnie o niej zapomniała. Jej karta ciągle 

jeszcze leżała w jej teczce. Odstawiła gwałtownie kubek z kawą i poszła do gabinetu. 
O tej porze dnia pokój był zalany słońcem. Przystanęła na chwilę, przypominając 
sobie,   ile   razy   wchodziła   tu   jako   dziecko.   Już   wtedy   chciała   być   lekarzem. 
Fascynowały   ją   stetoskopy,   aparaty   do   mierzenia   ciśnienia   i   wszystko   inne,   co 
znajdowało się w przegródkach lekarskiej torby ojca.

Otworzyła teczkę i wyjęła kartę Pauli Cotton. Minęła poczekalnię i zapukała do 

drzwi gabinetu Granta.

Siedział przy biurku i czytał ostatni numer „Lekarza Domowego". Kiedy Alison 

weszła do pokoju, podniósł wzrok.

background image

– 

Zapomniałam ci powiedzieć, że widziałam wczoraj Paulę Cotton.

Od   razu   przeszła   do   sedna.   Uznała,   że   szczerość   jest   najlepszą   metodą 

postępowania z Grantem. Jednak kiedy ich spojrzenia się spotkały, przestała być tego 
taka pewna. Pod wpływem jego wzroku serce zabiło jej żywiej, a myśli rozpierzchły 
się, pozostawiając w głowie nieznośną pustkę.

–  

Paulę Cotton? – odezwał się Grant po chwili. Dobrze widział, co działo się z 

Alison. – Coś się stało?

Przełknęła ślinę, starając się zebrać myśli, ale dziwnie przeszkadzał jej w tym 

widok silnych, męskich dłoni, które trzymały gazetę. Nie dalej jak wczoraj te ręce 
masowały jej kark, a przed laty trzymały ją... pieściły...

– 

Ona... Wypisano ją ze szpitala... Po tym poronieniu...

– 

To już wiem. Widziałem ją tego wieczora, kiedy wróciła do domu. I co się stało?

– 

Wpadła w depresję. Tak mi się przynajmniej wydaje.

– 

Można się było tego spodziewać. Z tego powodu cię wzywali?

– 

Nie tylko. Pana Cottona zaniepokoiło to głębokie przygnębienie żony, ale mnie 

się wydaje, że ona cierpi na jakąś inną chorobę.

– 

Doprawdy?

–  

Musisz   przyznać,   że   to   dziwne.   Jedno   poronienie,   w   porządku.   Można   to 

zrozumieć. Dwa też czasami się zdarzają, ale trzy? Ma jeszcze inne objawy. Ciągłe 
zmęczenie, bóle w stawach...

– 

I drętwienie lewego ramienia – dokończył za nią.

– 

Drętwienie?

– 

Nie wspomniała o tym?

– 

Więc wiesz o tym wszystkim?

– 

Naturalnie. Przecież to moja pacjentka – odparł chłodnym tonem.

– 

Oczywiście. – Zaczerwieniła się. – I co w tej sprawie zrobiłeś?

Wyglądał na poirytowanego całą tą rozmową, ale Alison nie dbała o to. Paula 

Cotton naprawdę była u kresu wytrzymałości i należało jej jakoś pomóc.

– 

Jest pod opieką doktora Batemana.

– 

To ginekolog?

Skinął głową.

– 

Z tego, co wiem, chce zrobić jej jeszcze jakieś badania. Zobaczymy, co z nich 

wyniknie,   a   potem,   jeśli   będzie   trzeba,   będziemy   szukać   dalej.   Czy   to   cię 

background image

satysfakcjonuje?

Przytaknęła, czując się nagle bardzo głupio. Powinna przecież wiedzieć, że Grant 

zrobi wszystko, co możliwe, żeby pomóc Pauli.

Spojrzał na kopertę, którą położyła przed nim na biurku, i wyciągnął z niej kartę. 

Przeczytał wpis Alison.

– 

Widzę, że zaleciłaś jej antydepresant.

– 

Tak.

Wzięła głęboki oddech, gotowa bronić swej racji.

– 

Prawdopodobnie powiesz mi, że to był mój błąd i że ty byś tego nie zrobił, ale 

ona naprawdę czegoś potrzebowała i pomyślałam, że...

– 

Na twoim miejscu zrobiłbym to samo – powiedział cicho.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

– 

Naprawdę?

– 

Dopóki nie dostaniemy wyników badań, nie mamy większego wyboru.

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. Do gabinetu zajrzała Gili i spojrzała na 

siedzącą przy biurku Alison.

– 

Dzień dobry. Zastanawiałam się, co się stało. Nie widziałam dziś Hildy.

– 

Hilda jest w szpitalu, Gili – oznajmił Grant.

– 

W szpitalu? – spytała ze zdumieniem. – A co ona tam robi?

–  

Spadła   wczoraj   z   krzesła   i   złamała   sobie   kość   udową   –   pospieszyła   z 

wyjaśnieniem Alison.

– 

Wielki Boże! – wykrzyknęła Gili. – Co jeszcze będziemy musieli tu przeżyć?

 

background image

Rozdział 8

 

Następnego dnia Alison odwiedziła Hildę w szpitalu. Staruszka ciągle jeszcze 

była   pod   wpływem   środków   usypiających,   ale   na   widok  Alison   uśmiechnęła   się 
słabo.

– 

Witaj, kochanie. Dziękuję za piękne kwiaty – wyszeptała, spoglądając na bukiet 

frezji, które Alison postawiła na stoliku obok łóżka.

– 

Jak się czujesz? – spytała Alison, ujmując rękę Hildy.

– 

Co najmniej dziwnie. Wszyscy traktują mnie, jakbym była chora.

–  

Należy ci się odrobina atencji. Większość życia spędzasz na troszczeniu się o 

innych – wyjaśniła Alison.

– 

Właśnie. Powinnam zajmować się teraz doktorem Ashtonem...

– 

O niego się nie martw. Jest już duży i z pewnością da sobie radę sam.

– 

Ale w domu jest niewiele jedzenia. Właśnie miałam jechać po większe zakupy.

–  

Hildo, naprawdę powinnaś przestać się o nas martwić. Ale jeśli może ci to 

poprawić samopoczucie, to obiecuję, że po wyjściu stąd pójdę do supermarketu i 
kupię wszystko, czego potrzebujemy.

Hilda uśmiechnęła się z satysfakcją i opadła na poduszki. Przymknęła oczy, jakby 

zapadła w sen.

Alison popatrzyła na nią i pomyślała, że w tym wielkim łóżku wygląda bardzo 

drobno i delikatnie. Nigdy dotąd nie zastanawiała się nad jej wyglądem. Dopiero 
teraz dostrzegła na jej twarzy zmęczenie i ślady wszystkich zmartwień, których los 
jej nie szczędził.

Kiedy Hilda zaczęła głęboko oddychać, Alison wymknęła się cicho z pokoju i 

poszła do dyżurki pielęgniarek.

–  

Dzień dobry – przywitała ją z uśmiechem jedna z sióstr. – To pani jest Alison 

Kennedy, prawda?

– 

Tak. – Alison odwzajemniła uśmiech. – Jak ona się spisuje?

– 

Doskonale, ale to złamanie nie wygląda najlepiej. Będzie musiała u nas trochę 

poleżeć, a po wyjściu jeszcze dość długo nie będzie mogła chodzić. Proszę, niech 
pani spojrzy na jej historię choroby.

Alison wzięła z rąk pielęgniarki niebieską teczkę opatrzoną nazwiskiem Hildy i 

zaczęła przeglądać jej zawartość.

background image

– 

Byłoby lepiej, gdyby pani Lloyd przestała się tak zamartwiać.

– 

To chyba niemożliwe – odparła Alison znad teczki. – Znam Hildę od wielu lat i 

wiem, że zamartwianie się to jej specjalność. Chyba już za późno, żeby to zmienić.

– 

Pani Lloyd pracuje u pani?

–  

Tak. Zaczęła pracować dla mojego ojca, potem prowadziła dom jemu i jego 

wspólnikowi...

– 

A teraz pani zajęła miejsce ojca. Przynajmniej tak twierdzi pani Lloyd. Mówi, że 

opiekuje się panią i doktorem Ashtonem.

Alison westchnęła.

–  

Jeszcze niczego do końca nie ustaliliśmy. Nie wiem, co z tego wyniknie... – 

przerwała, widząc znaczący uśmiech kobiety. – Czyżby znała pani doktora Ashtona?

–  

Och, tak. Dobrze go tu znamy. Zawsze kiedy tu przyjeżdża, moje pielęgniarki 

zupełnie tracą głowy... Po jego wizycie długo nie mogę się z nimi porozumieć...

– 

Rozmowę przerwał ostry dźwięk dzwonka. Kobieta podniosła wzrok na wiszącą 

na ścianie tablicę świetlną.

– 

Zechce mi pani wybaczyć. Akurat dziś jestem na zmianie sama.

– 

Naturalnie. – Alison odłożyła na biurko historię choroby swojej gospodyni. – I 

tak   muszę   już   iść.   Zajrzę   tylko   na   chwilę   do   Hildy,   żeby   sprawdzić,   czy   się 
przebudziła.

Właśnie piła herbatę. Uśmiechnęła się na widok Alison i odstawiła filiżankę.

– 

Myślałam, skarbie, że sobie już poszłaś.

–  

Nie   mogłabym   wyjść   bez   pożegnania.   Chciałam   tylko   porozmawiać   przez 

chwilę z siostrą.

– 

Ach, już mi dobrze – westchnęła z zadowoleniem Hilda. – Nie ma nic lepszego 

niż filiżanka herbaty. Wiesz, że to pierwsza, którą wypiłam od czasu operacji? Dziś 
rano zupełnie nie miałam apetytu.

– 

To zupełnie do ciebie niepodobne.

– 

Wiem, ale po tym znieczuleniu nie czułam się najlepiej. Tamta pani – wskazała 

na leżącą pod przeciwległą ścianą kobietę – miała zupełnie to samo.

Alison spojrzała we wskazanym kierunku i przeczytała na karcie gorączkowej 

nazwisko pacjentki: Ethel Blackett.

–  

Właśnie wszczepiono jej protezę stawu biodrowego – szepnęła Hilda. – Jest 

zarejestrowana u doktora Framptona, ale powiedziała, że się przepisze do nas.

– 

Naprawdę?

background image

Alison   uśmiechnęła   się.  Takie   zmienianie   lekarzy   było  wśród  pacjentów   dość 

popularne.

– 

Tak. Powiedziała, że woli leczyć się u kobiety i że wiele jej koleżanek myśli tak 

samo.

– 

W takim razie może ktoś powinien ją ostrzec, że być może wyjadę stąd.

– 

Jestem pewna, kochanie, że do tego nie dojdzie – powiedziała Hilda i oparła się 

o poduszkę.

– 

Jeszcze nic nie zostało ustalone, Hildo.

Z   westchnieniem   rozejrzała   się   po   oddziale.   Pacjentka   z   sąsiedniego   łóżka 

patrzyła   na   nią   przyjaźnie.   Uśmiechnęła   się   do   niej   i   odwróciła   wzrok.   Życie   w 
Fairacre wciągało ją coraz bardziej, a ona nadal nie była pewna, czy tego właśnie 
chce.

–  

Mam   nadzieję,   że   ze   sobą   nie   walczycie   –   odezwała   się   nagle   Hilda, 

przerywając jej rozmyślania.

Alison spojrzała na nią spod oka i uśmiechnęła się lekko.

– 

Nie, Hildo, nie walczymy. Przynajmniej nie tak, żeby ktoś z zewnątrz mógł to 

dostrzec.

–  

Tak bym chciała, żeby wszystko było jak dawniej – westchnęła i podniosła 

głowę.

– 

Wiem o tym – odparła Alison i wstała. – Mówiłaś już to kiedyś. Ale to naprawdę 

bardzo stare dzieje.

– 

Myślę, że doktor Ashton chciałby tego samego – Hilda nie dawała za wygraną.

Alison roześmiała się i pocałowała staruszkę w policzek.

– 

I tu się chyba mylisz. Zresztą, miał swoją szansę. Nie moja wina, że nie potrafił 

jej wykorzystać. Nie chciałabym przechodzić przez to po raz drugi...

– 

Nawet jeśli to nie była jego wina?

– 

Hildo, już drugi raz mówisz o tym. Może wreszcie wyjaśnisz mi, o co chodzi?

– 

To nie ja powinnam ci o tym powiedzieć.

– 

W takim razie chyba już pójdę...

– 

Powiem ci tylko jedno – zatrzymała ją Hilda.

– 

Co takiego?

–  

Tym, któremu nie podobał się twój związek z doktorem Ashtonem, był twój 

ojciec.

background image

–  

Mój   ojciec?   Co   ty   mówisz,   Hildo!   Co   mój   ojciec   ma   z   tym   wszystkim 

wspólnego?

Hilda zawahała się przez chwilę, a potem wyrzuciła z siebie jednym tchem:

– 

Nie był zadowolony, kiedy zaczęliście się do siebie zalecać.

Alison z trudem powstrzymała śmiech. Staroświeckie wyrażenie Hildy rozbroiło 

ją.

– 

Jestem pewna, że się mylisz, Hildo – odparła po chwili. – Ojciec nigdy nie miał 

nic przeciwko naszej przyjaźni.

– 

Być może tobie nic na ten temat nie mówił. Ale niejednokrotnie słyszałam, jak 

kłócił się o to z doktorem Ashtonem.

Alison ze zdumienia otworzyła szeroko oczy.

– 

Chyba lepiej będzie, jak powiesz mi, co słyszałaś.

– 

Myślę, że i tak powiedziałam już zbyt dużo. O resztę spytaj Granta.

– 

Daj spokój, Hildo. Skoro już zaczęłaś, musisz wyjaśnić wszystko do końca. Nie 

możesz pozostawić mnie w niepewności.

Jednak Hilda z uporem potrząsnęła głową i nie odezwała się ani słowem.

– 

W takim razie, skoro nie zamierzasz mi nic więcej powiedzieć, pójdę już sobie.

Ucałowała staruszkę na pożegnanie i wyszła z oddziału. Wsiadła do samochodu i 

pojechała prosto do supermarketu. Popychając wózek między pełnymi wszelakiego 
dobra   półkami,   rozmyślała   nad   tym,   co   powiedziała   jej   Hilda.   Już   po   raz   drugi 
usłyszała   od   niej,   że   to   nie   z   winy   Granta   ich   znajomość   skończyła   się   tak 
niespodziewanie.

Kiedy   w   drodze   powrotnej   mijała   przystań,   pomyślała   nagle,   że   może   warto 

odwiedzić Mabel Attrill. Razem z Sethem mieszkali niedaleko stąd.

Zapukała do drzwi ich mieszkania. Usłyszała głos Setha zapraszający do środka. 

Gospodarz palił właśnie fajkę, a kiedy weszła, ze zdziwienia aż wyjął ją z ust.

–  

Niech   mnie   diabli,   jeśli   to   nie   doktor   Kennedy.   Przyjechała   pani   mnie 

odwiedzić?

– 

Nie, Seth. Przyjechałam zobaczyć się z twoją żoną. Jak ona się dziś czuje?

– 

Cały czas jeszcze kaszle.

Zaprosił ją do dużego pokoju, a potem krzyknął w kierunku kuchni:

– 

Mabel, chodź do nas! Przyjechała doktor Kennedy i chce się z tobą zobaczyć.

Mabel, która znała Alison od dziecka, zajrzała do pokoju.

background image

– 

Ach, Alison. Jak się masz, kochanie?

– 

Ja czuję się doskonale. Przyjechałam, żeby sprawdzić, czy tobie nic nie dolega.

– 

Cały czas mam ten męczący kaszel – odparła z westchnieniem kobieta. – Ale nie 

powinnam się skarżyć. Są bardziej chorzy ode mnie.

– 

Słyszałam, że był u ciebie doktor Ashton.

Alison usiadła i otworzyła torbę.

–  

Tak. On jest bardzo miły, ale mimo to bardzo się cieszę, że do nas wróciłaś. 

Wolę leczyć się u kobiety.

–  

W takim razie chyba cię zbadam – odparła szybko, nie chcąc się wdawać w 

kolejną dyskusję na temat tego, jak długo zostanie w Woodbridge.

– 

Dobrze. Seth, bądź tak miły i zrób nam herbaty – zwróciła się do męża.

Kiedy mężczyzna zniknął w kuchni, Alison wyjęła stetoskop.

– 

Pewnie ta jego fajka nie najlepiej ci służy, prawda?

 – 

spytała cicho.

–  

To fakt. Zawsze mi przeszkadzała. Ale nie mogę od niego wymagać, żeby po 

tylu latach zarzucił zwyczaj, który ma już we krwi. Nawet dla mnie nie mógłby tego 
zrobić.

Alison   dokładnie   osłuchała   Mabel,   a   potem   opisała   wynik   badania   w   swoim 

notatniku.

– 

Doktor Ashton zapisał mi antybiotyk – powiedziała nagle Mabel, jakby dopiero 

sobie o tym przypomniała. – I dał mi nowy inhalator.

– 

Wiem o tym – odparła Alison, nie podnosząc wzroku. – Chcę, żebyś dokończyła 

brać ten antybiotyk. Jak ci się podoba inhalator?

– 

Muszę przyznać, że jak dotąd jestem z niego bardzo zadowolona. Jest lepszy od 

tego, który miałam przez ostatnie lata... Och, oczywiście z całym szacunkiem dla 
twojego ojca.

– 

Naturalnie, Mabel. Możliwe, że przyzwyczaiłaś się do poprzedniego leku, który 

przestał na ciebie już działać. Ten inhalator pojawił się na rynku bardzo niedawno i 
jak na razie sprawdza się bardzo dobrze.

–  

Bardzo bym chciała coś z tym zrobić, Alison, ale naprawdę nie odważę się 

poprosić Setha, żeby rzucił palenie.

Alison schowała do torby notes i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na 

rozciągający się za nim widok, a potem odwróciła się do Mabel.

–  

Nie chodzi mi o to, żebyś poprosiła Setha, aby całkiem przestał palić. Jednak 

background image

musi zdobyć się na jakiś kompromis. Inaczej twoja astma będzie ci coraz bardziej 
dokuczać.

– 

Co proponujesz?

– 

Cóż, wydaje mi się, że powinnyśmy mu zaproponować, żeby nie palił w pokoju, 

w którym ty jesteś.

–  

Więc dokąd ma pójść? Kiedy mieszkaliśmy przy – South Street, było inaczej. 

Miał swój pokój i mógł tam sobie palić do woli. Tutaj warunki są gorsze. Jak wiesz, 
mamy tylko jedną sypialnię i kuchnię.

– 

Wiem, Mabel, ale... – Zawahała się. – Co powiesz o balkonie?

Wskazała ręką szklane drzwi, za którymi przez całą długość mieszkania rozciągał 

się szeroki balkon. Stało na nim mnóstwo pelargonii, geranium i lobelii.

– 

Może powinnaś mu przetłumaczyć, że lepiej by było, gdyby palił na zewnątrz?

–  

Sama   nie   wiem   –   powiedziała   z   powątpiewaniem   Mabel.   –   Może   ty   byś 

spróbowała, Alison. W końcu jesteś lekarzem.

–  

Herbata, drogie panie – oznajmił Seth, wnosząc do pokoju tacę z herbatą i 

trzema porcjami kremu. – O czym rozmawiałyście?

– 

Podziwiałam właśnie twój balkon. Masz tu całkiem niebrzydki ogródek.

– 

Jestem z niego bardzo dumny – odparł zadowolony z pochwały Seth.

– 

Niewielu mężczyzn ma takie zaciszne miejsce, w którym można sobie usiąść i 

zapalić fajkę.

– 

Jak to? – spytał zdziwiony.

–  

Myślałam, że tu właśnie palisz swoją fajkę. Wiem, że nigdy nie zapaliłbyś w 

pokoju, w którym jest Mabel. Nie chciałbyś przecież pogarszać jej kaszlu.

–  

Co?   –   Patrzył   na   nią   z   konsternacją,   a   kiedy   zrozumiał,   co   ma   na   myśli, 

zaprzeczył żarliwie: – Naturalnie, że nigdy bym sobie na to nie pozwolił.

Żeby pokryć zakłopotanie, zaczął nalewać herbatę. Alison spojrzała dyskretnie na 

Mabel, a ta puściła do niej oko.

Kiedy  Alison   dotarła   wreszcie   do   Fairacre,   Grant   zaczął   właśnie   przyjmować 

pacjentów. Rozpakowała zakupy i zajęła się przygotowywaniem kolacji.

Obierając ziemniaki, pomyślała, że w zasadzie żyją z Grantem jak stare, dobre 

małżeństwo. On jest w pracy, a ona na niego czeka, krzątając się po kuchni. Tutaj 
jednak podobieństwo się kończy, zauważyła z gorzkim uśmiechem. Ich rozmowy nie 
były rozmowami dwojga kochających się ludzi. Nieustanne kłótnie i spory w niczym 
nie przypominały rodzinnej sielanki...

background image

Kiedy Grant wszedł do kuchni, jej oczy miały jeszcze wyraz rozmarzenia, a usta 

układały się w łagodnym uśmiechu.

– 

Co ci tak wesoło? – spytał, rozglądając się po kuchni.

– 

Och, nic takiego – potrząsnęła głową, czując nagłe zakłopotanie.

– 

Skończyłem już przyjmować. Pójdę na jakąś godzinkę na przystań.

Musiał chyba dostrzec wyraz rozczarowania na jej twarzy, bo szybko dodał:

– 

Nie martw się, wezmę ze sobą telefon.

– 

Nie o to chodzi...

–  

A  o   co?   –   spytał,   zatrzymując   się   przy   drzwiach   i   spoglądając   na   nią   ze 

zdziwieniem.

– 

Przygotowałam kolację.

– 

Przygotowałaś kolację? – spytał i zawrócił do stołu.

– 

Tak, ale jeśli już jadłeś...

– 

Nie, nie jadłem. Po prostu jestem zdziwiony.

– 

Dlaczego? Przecież ty gotowałeś dla mnie wczoraj.

–  

Wczorajszy wieczór był wyjątkiem. Nie oczekuję od ciebie, że będziesz mi 

gotować tylko dlatego, że nie ma Hildy.

Wzruszyła ramionami.

– 

Wcale nie uważam, żeby to był taki zły pomysł.

W końcu ja też muszę jeść. Nie wspomnę już o tym, że Hilda zamartwiałaby się o 

ciebie, gdybym powiedziała jej, że jadasz poza domem.

Usiadł przy stole i patrzył, jak krząta się przy kuchni, nakrywa do stołu i nalewa 

wino do kieliszków.

– 

Jak się czuje Hilda?

–  

Tak, jak się tego można spodziewać po takim wypadku. Zaskoczyło mnie, jak 

delikatnie wygląda w tym wielkim łóżku.

– 

Jutro ją odwiedzę.

–  

Będzie zachwycona. Zdaje się, że twoja obecność znaczy dla niej więcej niż 

blask słońca.

– 

Trudno mi ją sobie wyobrazić w szpitalnych warunkach – powiedział, ignorując 

jej uwagę.

– 

Wbrew pozorom, całkiem nieźle daje sobie radę. Na sąsiednim łóżku leży jakaś 

background image

jej znajoma, pani Blackett.

Grant zmarszczył czoło.

– 

Powinienem znać to nazwisko?

»

–  

Chyba nie, ale Hilda twierdzi, że już niedługo będziemy mieli przyjemność 

spotykać tę panią częściej.

Grant uniósł brwi, więc wyjaśniła mu, o co chodzi.

–  

Pani Blackett jest pacjentką doktora Framptona. Hilda powiedziała mi jednak, 

że chce się przenieść do nas.

Pociągnął łyk wina.

– 

Dlaczego?

– 

Ponieważ woli leczyć się u kobiety.

Mówiąc   to,  spojrzała   na   niego  przeciągle,   ciekawa   reakcji,   jaką  wywołają   jej 

słowa. Ponieważ Grant nie zareagował, ciągnęła dalej:

–  

Zgodnie   z   tym,   co   mówi   Hilda,   pani   Blackett   nie   jest   w   tym   pragnieniu 

odosobniona. Wiele z jej przyjaciółek myśli podobnie.

Spodziewała   się   jakiejś   cierpkiej   uwagi,   ale   Grant   zaczął   w   tym   momencie 

dokładnie studiować zawartość kieliszka. Jego słowa zupełnie ją zaskoczyły.

– 

To potwierdzałoby moje przypuszczenia.

– 

To znaczy?

– 

W każdej praktyce potrzebne są kobiety. Przyciągają klientów.

– 

Czy zaangażowałeś mnie tylko dlatego? Odrzucił głowę i roześmiał się głośno. 

Tym razem również zaskoczył ją swą odpowiedzią.

–  

Daj spokój, Alison. Przecież znasz mnie nie od dziś. Wzruszyła ramionami i 

wyciągnęła z piekarnika żaroodporne naczynie, w którym dusiły się warzywa.

Przyglądał się jej z uśmiechem, czekając na kolację.

– 

A więc co Hilda ma zamiar powiedzieć swej nowej przyjaciółce?

– 

Nie mam pojęcia. W każdym razie uświadomiłam jej, że jeszcze nic nie zostało 

postanowione.

Grant usiadł przy stole, splótł ramiona na piersiach i przechylił się do tyłu na 

krześle.

– 

Oczywiście – odezwał się, patrząc, jak Alison stawia na stole talerze. – Jednak 

nie możemy mówić tego pacjentom. Inaczej, zamiast przyciągać ludzi, zaczniemy ich 

background image

od siebie odstraszać.

–  

Chcesz   powiedzieć,   że   powinniśmy   dawać   wszystkim   do   zrozumienia,   że 

zostaję tu na zawsze?

Patrzyła, jak Grant nakłada sobie warzywa i czekała na odpowiedź.

– 

To chyba nie taki najgorszy pomysł. Nie mogę pozwolić, żeby sprawy zbytnio 

wymknęły się spod mojej kontroli. Tu chodzi także o moją przyszłość, a jak ci już 
powiedziałem, mam naprawdę bardzo szerokie plany.

Sięgnęła po widelec i nóż.

– 

Widzę, że nie masz zamiaru tracić czasu. Mój ojciec dopiero odszedł, a ty...

– 

Alison! – przerwał jej, gwałtownie odkładając sztućce. – Twój ojciec wiedział o 

moich planach, a co więcej, gorąco je popierał. No, może nie wszystkie przyjmował z 
takim   samym   entuzjazmem,   ale   doskonale   rozumiał   konieczność   wprowadzenia 
pewnych   zmian.   Wiedział,   że   w   przyszłości   nie   będzie   można   obejść   się   bez 
komputerów. Mówił, że jest to „coś dla przyszłych pokoleń".

–  

Więc   kiedy   zamierzasz   wprowadzić   te   plany   w   życie?   –   spytała   chłodnym 

tonem.

– 

To zależy od ciebie.

– 

Ode mnie?

–  

Tak. Od tego, czy zamierzasz tu zostać, czy nie. Nie mogę nic postanowić, 

dopóki   nie   będę   znał   twoich   planów.   Sam   nie   zdołałbym   przeprowadzić   takiej 
inwestycji.

– 

Mówiliśmy o sześciu miesiącach... – zaczęła niepewnie.

– 

Wiem i mam zamiar dotrzymać naszej umowy. Sądzę jednak, że powinnaś zdać 

sobie sprawę z sytuacji, w jakiej mnie stawiasz.

Nie odpowiadała, dziobiąc widelcem leżącą na talerzu rybę. W końcu podniosła 

na niego wzrok i odezwała się.

–  

Twierdzisz,  że niektórzy  pacjenci mogliby  wyrejestrować się  od nas, gdyby 

wiedzieli, jaka jest sytuacja?

– 

Tak myślę.

–  

Ale   mieszkańcy   Woodbridge   od   lat   leczyli   się   u   mojego   ojca...   –   zaczęła, 

uważając, że Grant niepotrzebnie się przejmuje.

– 

Alison... – Ponownie odłożył na bok sztućce i spojrzał na nią z irytacją. – Wiesz 

równie dobrze jak ja, że ludzie nie lubią w swoim życiu gwałtownych zmian.

– 

No właśnie...

background image

–  

Byli lojalni w stosunku do twojego ojca – kontynuował, nie pozwalając sobie 

przerwać – i wierzę, że większość z nich byłaby lojalna w stosunku do ciebie. Ale jest 
też coś, czego ludzie nie lubią jeszcze bardziej niż wprowadzania zmian. Tym czymś 
jest niepewność. Chcę tylko powiedzieć, że nie powinniśmy zbyt długo zwlekać z 
podjęciem decyzji. Musimy działać razem. Tak się niestety składa, że prowadzenie 
praktyki   lekarskiej   to   interes,   a   każdy   interes   splajtuje,   jeśli   nie   będzie 
konkurencyjny, to wszystko.

– 

Więc co, twoim zdaniem, należałoby zrobić? Czego dokładnie dotyczą te twoje 

plany?

– 

Powinniśmy rozszerzyć praktykę – powiedział z naciskiem. – Powinno nas być 

troje lekarzy, dwie pielęgniarki do prowadzenia dodatkowych klinik, musimy mieć 
system komputerowy i personel administracyjny: sekretarkę, głównego dyrektora i 
przynajmniej trzy rejestratorki.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– 

Chyba nie mówisz tego poważnie.

– 

Nigdy w życiu nie byłem poważniejszy niż w tej chwili.

– 

A jak, twoim zdaniem, udałoby nam się pomieścić to wszystko w Fairacre?

–  

Albo   dostaniemy   pozwolenie   i   rozbudujemy   jedno   skrzydło   domu,   albo 

znajdziemy jakiś plac i wybudujemy nowe centrum. Osobiście wolałbym to pierwsze 
rozwiązanie.

– 

Skąd weźmiemy na to wszystko środki? – W jej głosie dał się słyszeć zjadliwy 

ton.

– 

Wystąpimy do rządu o pomoc – odrzekł zdecydowanie.

Przez długą chwilę patrzyła na niego w milczeniu.

– 

Ciekawe, co na to wszystko powiedziałby mój ojciec – zastanawiała się głośno.

– 

Część tych pomysłów powstało z jego inicjatywy odparł. Widząc w jej oczach 

zaskoczenie, wyjaśnił dokładnie, o co chodzi. – Twój ojciec planował rozbudowę 
Fairacre.

Ali son odsunęła krzesło i wstała.

– 

Jak widzę, wszystko już dokładnie obmyśliłeś.

– 

W zasadzie tak.

– 

Przykro mi, Grant, ale ustaliliśmy, że popracujemy razem sześć miesięcy i nie 

pozwolę, żebyś mnie zmuszał do tego, abym wcześniej podjęła jakąś decyzję.

Wzruszył ramionami.

background image

– 

Wcale nie o to mi chodzi.

Przerwał   mu   dzwonek   stojącego   za   plecami   telefonu.   Przechylił   się,   żeby   go 

odebrać.

Podczas   gdy   rozmawiał   przez   telefon,  Alison   zastanawiała   się   nad   tym,   co 

usłyszała. Pomimo wątpliwości, które cały czas jej nie opuszczały, wizja przyszłości, 
jaką roztoczył przed nią Grant, bardzo przemówiła jej do wyobraźni. Miał podjąć 
wyzwanie, i to nie byle jakie, a ona nagle zapragnęła wziąć w tym przedsięwzięciu 
udział. Wiedziała, że nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby z jej winy praktyka w 
Fairacre podupadła. Nie mogła zawieść nadziei, jakie zawsze pokładał w niej ojciec. 
Zgodziła się pozostać tu przez sześć miesięcy tylko ze względu na miłość do niego, 
choć od początku była pełna obaw, czy postępuje słusznie. Cały czas między nią a 
Grantem istniała jakaś przepaść, brak porozumienia, które z pewnością wynikały z 
faktu, że oboje doskonale pamiętali, jak dobrze było im ze sobą w przeszłości.

Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl.

– 

Grant – zaczęła, kiedy odłożył słuchawkę.

– 

Tak?

Spojrzała na telefon.

– 

Musisz wyjść?

Skinął głową.

–  

Tak.   Dzwoniła   położna.   Ma   problem   z   odebraniem   porodu.   Muszę   tam 

pojechać.

– 

Ach tak.

Zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na Alison.

– 

Chciałaś mi coś jeszcze powiedzieć?

Zawahała się. Nie, to chyba nie był najlepszy  moment, żeby spytać go, o co 

chodziło Hildzie, która ostatnio zrobiła się tak bardzo tajemnicza.

– 

Nic, nic. Jedź, a ja tymczasem posprzątam po kolacji.

– 

Dobrze. Aha, byłbym zapomniał. – Zatrzymał się jeszcze na chwilę.

Wyraz jego oczu sprawił, że serce Alison zaczęło bić żywiej.

– 

Dzięki za kolację – powiedział miękko i wyszedł z kuchni.

 

background image

Rozdział 9

 

Przez następny tydzień ich dni wypełnione były pracą i obowiązkami domowymi. 

Na zmianę przyjmowali pacjentów, odwiedzali Hildę, robili zakupy i przygotowywali 
posiłki. Grant nie wspominał więcej o swoich planach rozbudowy Fairacre, a Alison 
postanowiła, że nie będzie podejmować przedwczesnych decyzji.

Pewnego poranka do gabinetu Alison przyszedł Ken Bridges, właściciel przystani.

–  

Jak widzę, Ken, twoje bóle wcale nie ustąpiły? – powitała go współczująco, 

kiedy wszedł i opadł na krzesło.

–  

Obawiam się, że nie. Naprawdę się nie przemęczam, biorę tabletki, które mi 

zapisałaś, ale wcale nie czuję się lepiej.

– 

Będziemy musieli dokładnie cię zbadać. Dasz radę się położyć?

Uśmiechnął się z wysiłkiem.

– 

Aż tak źle chyba ze mną nie jest.

Przeszedł wolno przez pokój i ostrożnie położył się na kozetce.

Alison zbadała ruchomość wszystkich stawów, a potem delikatnie obmacała cały 

kręgosłup.

– 

Wydaje mi się – powiedziała w końcu – że najlepsza rzecz, jaką mogę zrobić, to 

umówić cię z dobrym fizykoterapeutą.

– 

No cóż. Skoro tak myślisz... – W głosie Kena słychać było powątpiewanie.

– 

Alison spojrzała uważnie na swego pacjenta.

– 

Nie wydajesz się być zachwycony tą propozycją. Nie podoba ci się mój pomysł?

. , – Podoba, tylko... Widzisz, zastanawiałem się, czy mógłbym...

– 

Mów śmiało.

– 

Czy mógłbym zobaczyć się z doktorem Ashtonem?

– 

Doktorem Ashtonem? Dlaczego?

~ Cóż, w przeszłości, kiedy miałem bóle, a lekarstwa już mi nie pomagały, twój 

ojciec  zawsze  prosił  doktora Ashtona,   żeby  rozmasował   mi   plecy   i  mięśnie  nóg. 
Mówiąc   szczerze,   te   zabiegi   zawsze   stawiały   mnie   na   jakiś   czas   na   nogi.   On 
naprawdę jest w tym doskonały – dodał słabo, widząc, że Alison zamilkła.

Nie   mam   co   do   tego   wątpliwości,   pomyślała,   podchodząc   do   biurka.   Sama 

doskonale pamiętała, jaką cudowną moc miały dłonie jej wspólnika.

background image

– 

Masz coś przeciwko temu? – spytał Ken, jeszcze leżąc na kozetce.

– 

Dlaczego sądzisz, że mogłabym mieć coś przeciwko temu?

–  

Sam   nie   wiem.   Słyszałem,   że   wy,   lekarze,   nie   lubicie,   gdy   wasi   pacjenci 

odwiedzają innych doktorów.

– 

Nie wiem, kto ci naopowiadał takich głupstw.

– 

A więc poprosisz go?

– 

Tak, i to od razu. Zobaczę, czy skończył już przyjmować.

Zostawiła   Kena   na   leżance   i   poszła   do   rejestracji.   Znalazła   tam   Granta 

rozmawiającego z Gili.

– 

Grant, mógłbyś zobaczyć jednego z moich pacjentów?

– 

Chcesz, żebym go skonsultował? – spytał, nie ukrywając zdziwienia.

–  

W zasadzie nie. To pacjent z wypadniętym dyskiem. Ma silne bóle w okolicy 

krzyża. Zastanawiam się, czy nie mógłbyś trochę go pomasować.

– 

Oczywiście. Chodźmy.

Alison zaprowadziła go do gabinetu i zamknęła drzwi.

– 

Witaj, Ken. Nie wiedziałem, że to chodzi o ciebie!

Ken przekręcił się na bok i uśmiechnął na widok wchodzącego Granta.

– 

Cześć. Mam nadzieję, że to nie sprawia ci różnicy.

–  

Ależ   skąd.   –   Uśmiechnął   się   do   Alison.   –   Jesteśmy   z   Kenem   starymi 

przyjaciółmi.

– 

Zauważyłam.

Oparła się o biurko i patrzyła, jak Grant zdejmuje marynarkę i podwija rękawy 

koszuli.

– 

Od jak dawna masz te bóle?

–  

Gdzieś od tygodnia. Próbowałem wspomagać się środkami przeciwbólowymi, 

ale mi nie pomagają.

– 

A zatem popatrzmy na ciebie.

Pochylił   się   nad   kozetką   i   zbadał   Kena   w   taki   sposób,   w   jaki   przed   chwilą 

uczyniła to Alison.

Jego silne, zręczne dłonie zaczęły sprawnie przesuwać się po plecach mężczyzny, 

a Alison ponownie przypomniała sobie chwile, kiedy te dłonie masowały jej własne 
mięśnie, usuwając z nich zmęczenie i napięcie... Każdy ruch Granta wywoływał w 
niej falę innych, bardziej odległych wspomnień, od których tak bardzo starała się 

background image

uwolnić. Jak dobrze pamiętała każdy dotyk tych wprawnych dłoni...

Nie wolno jej teraz o tym myśleć.

Z desperacją odwróciła wzrok od Granta i wyjrzała przez okno. Czy kiedykolwiek 

uda jej się zapomnieć? Jak długo będzie mogła pracować z tym mężczyzną i udawać, 
że nic się między nimi nie wydarzyło?

Po kilkunastu minutach Grant wyprostował się i podszedł do umywalki.

–  

Mam nadzieję, że to przyniesie ci trochę ulgi, Ken. Jeśli bóle nadal będą się 

utrzymywać, skontaktuj się z Alison i umówimy się na jeszcze jedną sesję. A teraz 
idź do domu, weź jakiś środek przeciwbólowy i odpocznij.

–  

Oczywiście – odparł Ken i usiadł. – Wielkie dzięki, Grant. Już teraz czuję, że 

ból się zmniejszył.

Grant skinął głową i podszedł do drzwi.

– 

Dziękuję ci – powiedziała cicho Alison i spojrzała na Kena.

– 

Masz w domu jakieś tabletki, czy ci przepisać?

– 

Bardzo proszę. Wszystko mi się skończyło.

Szybko zapisała Kenowi potrzebny lek i podała mu receptę.

Podziękował uśmiechem i wstał, żeby się ubrać.

– 

Zostaniesz w Fairacre, Alison? – spytał, zapinając guziki marynarki.

– 

Jeszcze niczego nie postanowiłam – odparła, nie podnosząc wzroku.

– 

To byłoby naprawdę świetne rozwiązanie. Jesteś jedną z nielicznych osób, które 

się tu urodziły. Niestety, jest nas coraz mniej.

– 

Wiem, Ken. Zauważyłam to.

–  

Nie możemy sobie pozwolić na stratę kolejnej rdzennej mieszkanki naszego 

miasta....

Poprawił krawat i schował receptę do wewnętrznej kieszeni marynarki.

–  

Grant mówił mi ostatnio, że chciałby zainstalować system komputerowy do 

obsługi   pacjentów.   Pokazywałem   mu   naszą   sieć,   którą   mamy   na   przystani.   Był 
bardzo zainteresowany.

– 

Obawiam się, że komputery nie są moją najmocniejszą stroną – powiedziała z 

westchnieniem.

– 

Już za kilka lat nie będziemy się mogli bez nich obejść. Ale nie martw się. Jak 

raz   nauczysz   się   nimi   posługiwać,   nie   będą   miały   przed   tobą   żadnych   tajemnic. 
Weźmy   na   przykład   Cheryl.   Początkowo   nawet   nie   chciała   słyszeć   o   pracy   na 

background image

komputerze, a teraz nie potrafiłaby się bez niego obejść. A mówiąc szczerze – ściszył 
nieco głos – jeśli ona potrafiła się nauczyć ich obsługi, to każdy inny zrobi to bez 
większego trudu.

– 

Dzięki, Ken – odparła sucho.

–  

Och, przepraszam – zmitygował się, zdając sobie sprawę, jak zabrzmiała jego 

uwaga. – Nie miałem na myśli...

– 

Wiem – roześmiała się. – Wiem, że nie miałeś.

–  

Naprawdę, Alison. Komputery bardzo ułatwiają życie. Nie musiałabyś pisać 

ręcznie tych wszystkich recept. Wiesz co? Może wpadłabyś do nas któregoś dnia. 
Cheryl pokazałaby ci, jak pracuje nasz system.

– 

Dzięki, Ken. To bardzo miło z twojej strony.

– 

Nie ma sprawy. Powiem Cheryl, że do nas zajdziesz.

Nie   wątpię,   że   będzie   zachwycona,   pomyślała,   zamykając   za   Kenem   drzwi. 

Najwyraźniej zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że akurat one dwie nie pałały do 
siebie nadmierną miłością.

Wróciła do biurka i nacisnęła guzik interkomu.

– 

Jest jeszcze ktoś do mnie, Gili?

– 

Nie, nie ma nikogo.

– 

A wizyty domowe? Dużo?

– 

Tak, całe mnóstwo.

– 

W takim razie zrób mi małą kawę i do roboty. Muszę jeszcze pójść po zakupy. 

Dziś moja kolej gotowania.

–  

Nie wiem,  dlaczego  nie  zatrudnicie  kogoś  na  miejsce  –  Hildy  do  czasu  jej 

powrotu.   Byłoby   wam   obojgu   znacznie   lżej.   Przecież   w   ten   sposób   nie   można 
pracować.

Być może byłoby znacznie lżej, pomyślała, wyłączając interkom, ale nie mieliby 

z   tego   tyle   przyjemności.   Te   codzienne   posiłki   były   dla   nich   prawdziwym 
wyzwaniem. Ich kulinarne umiejętności znacznie się rozwinęły, gdyż każde z nich 
chciało okazać się lepszym kucharzem od drugiego.

Właśnie   miała   zamiar   opuścić   gabinet,   kiedy   ponownie   zabrzęczał   dzwonek 

interkomu. Gili poinformowała ją, że przyszła pani Dawson i koniecznie chce się z 
nią zobaczyć.

– 

Pani Brenda Dawson?

– 

Tak, Alison. Wiem, że to pacjentka doktora Ashtona, ale upiera się, żebyś to ty 

background image

ją przyjęła.

– 

Czy ma zamówioną wizytę?

–  

Nie.   Mówi,   że   nie   chodzi   jej   o   badanie.   Twierdzi,   że   przechodziła   obok   i 

wpadła, żeby zamienić z tobą dwa słowa. Tłumaczę jej, że gdyby każdy tak robił, nie 
starczyłoby ci czasu na nic innego, ale nie chce mnie słuchać.

– 

W porządku, Gili. Powiedz jej, żeby weszła.

Z westchnieniem usiadła na krześle, zastanawiając się, jak wytłumaczy się z tego 

Grantowi.

Do gabinetu weszła Brenda Dawson i niepewnie stanęła przy drzwiach.

– 

Dzień dobry, doktor Kennedy.

– 

Dzień dobry. Proszę, niech pani wejdzie – Alison zaprosiła ją gestem na fotel.

Kobieta jednak potrząsnęła głową.

– 

Nie, nie. Nie będę pani zabierać czasu. Chciałabym tylko podziękować.

– 

Podziękować? Za co?

– 

Za to, że zamieniła pani w mojej sprawie słowo z doktorem Ashtonem.

– 

Zamówiła pani u niego wizytę?

– 

Nie musiałam. Sam do mnie zadzwonił. Powiedział, że poinformowała go pani 

o moich problemach. Omówiliśmy wszystko dokładnie i rzeczywiście był dla mnie 
bardzo miły. Zupełnie jakby rozumiał, przez co przechodzę.

Przepisał mi kurację hormonalną. Mam teraz plasterki, które przyklejam do skóry, 

a hormony przenikają z nich do krwi. Powiedział, że niedługo poczuję ich działanie. 
Mam   regularnie   mierzyć   ciśnienie   krwi,   przeprowadzać   badania   piersi   i   robić 
cytologię.

Przerwała na chwilę, by nabrać powietrza.

–  

I   wie   pani   co?  Wyjaśnił   wszystko   mojemu   mężowi.  Teraz   nawet  Alan   jest 

zadowolony z tego, że przyjmuję te leki. Doktor Ashton powiedział mu, że dzięki 
nim mam mniejsze szanse zachorować na serce i że moje kości będą mocniejsze. Nie 
będę   zabierać   pani   więcej   czasu,   doktor   Kennedy.   Chciałam   tylko,   żeby   pani 
wiedziała... Mam nadzieję, że nie ma mi pani za złe tego wtargnięcia.

– 

Ależ skąd – odparła Alison z uśmiechem. – Cieszę się, że widzę panią w takiej 

formie i że doktor Ashton był w stanie pani pomóc.

Kiedy pani Dawson wyszła z gabinetu, Alison nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

Oto po raz pierwszy ona i Grant działali jak prawdziwi partnerzy, a to sprawiało 
radość.

background image

Wizyty domowe tego dnia były porozrzucane po całej okolicy. Musiała odwiedzić 

umierającego   na   nowotwór   pacjenta,   który   wymagał   zwiększenia   dawki   morfiny, 
dziecko  chore  na  świnkę   i  niemowlę,  u  którego  rozpoznała   krztusiec.  Na   koniec 
pojechała   do   pacjenta   z   zaostrzeniem   przewlekłego   zapalenia   oskrzeli,   który 
wymagał przepisania antybiotyku.

Kiedy skończyła, było południe. Postanowiła udać się do supermarketu po zakupy 

i wrócić do domu.

Tego   wieczoru   miała   przyrządzić   kurczaka   w   sosie   cytrynowym.   Wybrała 

potrzebne   składniki,   zapłaciła   w   kasie,   spakowała   wszystko   do   torby   i   właśnie 
zbierała się do wyjścia, kiedy wpadła na nią Paula Cotton.

– 

Paula! Witaj!

– 

Dzień dobry, doktor Kennedy.

– 

Jak się czujesz? – spytała, lustrując dokładnie twarz Pauli.

Dostrzegła na niej czerwone rumieńce i ogromne zmęczenie w oczach.

– 

Nie najlepiej.

– 

Och, Paula, tak mi przykro. Widziałaś się z doktorem Ashtonem?

– 

Tak. Byłam u niego wczoraj. Zadzwonił do mnie, że przyszły wyniki badań ze 

szpitala.

– 

I co?

–  

Chyba niczego nowego nie wniosły. Powiedział, że umówi mnie na wizytę do 

kogoś innego.

–  

Cóż, postaraj się tym tak nie martwić. Jestem pewna, że w końcu dojdą do 

jakichś konkretnych wniosków.

Patrzyła   za   Paulą,   nie   mogąc   uwolnić   się   od   pewnej   myśli,   która   już   dawno 

chodziła jej po głowie. Myśli mającej związek ze stanem zdrowia Pauli.

Wolno   wjechała   na   drogę   prowadzącą   do   Fairacre,   ciesząc   oczy   widokiem 

malowniczych krajobrazów, rozciągających się po obu stronach jezdni, i słuchając 
lokalnej stacji radiowej. Właśnie nadeszła pora odpływu. Linia morza połyskiwała 
daleko na horyzoncie, a szeroko rozlane ujście rzeki odsłoniło porośnięte morskimi 
roślinami piaszczyste dno.

Spiker radiowy zapowiedział tytuł znanego utworu i cały samochód wypełniła 

piękna melodia. Alison przypomniała sobie koncert, na którym była podczas stażu. 
Wspomnienie Suffolk ponownie przywiodło jej na myśl Paulę i podejrzenie, które 
przyszło jej do głowy podczas spotkania w supermarkecie.

Kiedy   dojechała   do   Fairacre,   od   razu   udała   się   do   gabinetu   i   zadzwoniła   na 

background image

Crandelbury Street.

Telefon odebrała rejestratorka, którą Alison doskonale znała.

– 

Cześć, Helen. Mówi Alison Kennedy.

– 

Och, doktor Kennedy! Jak miło panią słyszeć. Co u pani słychać?

– 

Dziękuję, wszystko w porządku. Helen, czy jest dziś w pracy doktor Richards?

– 

Tak, jest. Zaraz panią połączę.

Po kilku sekundach Alison usłyszała w słuchawce głos swojej starszej koleżanki.

– 

Alison!

– 

Cześć, Diano.

– 

Jak się masz? Dajesz sobie radę?

– 

Ku memu zaskoczeniu nawet całkiem nieźle.

– 

Mówiłam ci, że tak będzie. Nie dzwonisz więc chyba, żeby mnie błagać, abym 

przyjęła cię z powrotem, prawda?

–  

Rzeczywiście   nie.   Dzwonię,   Diano,   ponieważ   potrzebna   mi   jest   pewna 

informacja.   W   bibliotece   zostawiłam   swoje   notatki   z   okresu   praktyki.   Mogłabyś 
poszukać czerwonej teczki oznaczonej napisem SLE i przysłać ją do mnie pocztą?

– 

Oczywiście. Zaraz to zrobię. Masz podobny przypadek?

–  

Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że może tak być. Zanim zrobię z siebie 

głupka, chciałabym dokładnie przeczytać wszystko na ten temat.

– 

Rozumiem. Zaraz się zajmę tą sprawą.

– 

Dzięki, Diano. Pozdrów wszystkich ode mnie, dobrze?

– 

Oczywiście. Rozmawialiśmy o tobie nie dalej jak wczoraj. Zastanawialiśmy się, 

jak ci idzie i czy za nami tęsknisz.

Nie   wiedziała,   co   powiedzieć.   Czy   rzeczywiście   tęskniła   za   nimi?   Za 

przyjaciółmi? Za pracą? Mówiąc szczerze, praca na Crandelbury Street wydawała jej 
się tak odległa, jakby należała do zamierzchłej przeszłości.

Zapewniła Dianę, że znów zadzwoni i odłożyła słuchawkę. Przez chwilę trwała w 

zamyśleniu, lecz szybko się otrząsnęła i poszła do kuchni przygotowywać kolację.

 

Cały następny dzień była tak zajęta, że dopiero wieczorem znalazła chwilę, żeby 

usiąść   i   przeczytać   notatki,   które   nadeszły   przed   południem.   Grant   przygotował 
posiłek, a potem musiał pojechać do pacjenta, u którego wystąpił atak duszności.

W   domu   panowała   absolutna   cisza.   Alison   zabrała   notatki   do   łazienki   i 

background image

przygotowała sobie gorącą, pachnącą wonnymi olejkami kąpiel.

Związała włosy w luźny węzeł na czubku głowy, rozebrała się i weszła do wanny. 

Przez   dłuższą   chwilę   leżała   nieruchomo,   rozkoszując   się   aromatem   olejków   i 
pozwalając,  by  jej ciało rozluźniło się,  pozbywając  się nagromadzonego w ciągu 
całego dnia napięcia. Potem sięgnęła po leżącą obok wanny teczkę i zaczęła czytać.

Lektura wciągnęła ją tak bardzo, że zupełnie zapomniała o upływającym czasie. 

Do świadomości przywrócił ją dopiero odgłos otwieranych drzwi, który dobiegł z 
głębi domu.

Woda   zdążyła   już   prawie   całkiem   wystygnąć.   Szybko   sięgnęła   po   ręcznik   i 

wyszła z wanny. Wytarła się energicznie, a słysząc, że Grant rozmawia przez telefon, 
owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki.

Spojrzała   przez   poręcz   w   dół.   Grant   siedział   na   schodach   i   rozmawiał   przez 

przenośny telefon. Był bez marynarki. Miał podwinięte rękawy koszuli i rozluźniony 
krawat. Ciemne włosy, jak zwykle, opadały mu na czoło.

Podniósł głowę i ujrzał stojącą na górze Alison. Nie spuszczając z niej wzroku, 

dokończył rozmowę i wyłączył telefon.

– 

Coś się stało? – Wstał i oparł rękę o poręcz.

– 

Nie, nic. Chciałam cię tylko złapać.

– 

Naprawdę?

–  

Myślałam,   że   może   znów   będziesz   gdzieś   wychodził.   Spojrzał   na   nią   z 

rozbawieniem.

–  

Mówiąc   szczerze,   miałem   taki   zamiar.   Ale   jeśli   masz   mi   coś   innego   do 

zaoferowania...

Jego wzrok prześliznął się po twarzy Alison i spoczął na jej szyi, którą oplatały 

kosmyki jeszcze wilgotnych włosów.

Przez chwilę patrzyła na niego z góry, a potem, kiedy zrozumiała, co ma na myśli, 

zarumieniła się jak nastolatka.

– 

Ja... Ja tylko... Czytałam o pewnym przypadku i...

Po prostu chciałam powiedzieć ci, czego się dowiedziałam...

Grant wszedł na schody. Alison cofnęła się w popłochu.

– 

Co w tym złego? – spytał miękko. – Przez jedną krótką chwilę pomyślałem, że 

to może o mnie ci chodzi. Ostatnio rozmawiasz ze mną tylko na tematy zawodowe. 
Miałem nadzieję, że wreszcie zmiękło ci serce.

Stanął przy niej. Alison dostrzegła w jego spojrzeniu coś, co tak doskonale znała z 

background image

przeszłości.

–  

Nie zawsze tak było, prawda? Pamiętam czasy, w których praca była ostatnią 

rzeczą, jaka przychodziła nam do głowy.

Przycisnął ją ciałem do barierki.

– 

Grant... – zaczęła. – Przecież ustaliliśmy... Tylko sprawy zawodowe...

– 

Ach tak. Rzeczywiście, tak ustaliliśmy. Ale wiesz, co ci powiem, Alison? Mam 

już   tego   dosyć.   Dosyć   wspólnego   pracowania,   mieszkania   pod   jednym   dachem, 
wspólnych kolacji i rozchodzenia się na noc do oddzielnych sypialni.

Oparł dłonie o barierkę, zamykając ją w swym uścisku. Alison poczuła zapach, 

który rozpoznałaby na końcu świata.

– 

To mogłoby się udać, gdybyśmy byli zwykłymi kolegami. Gdybym nie znał cię 

lepiej. Ale tak nie jest, prawda?

– 

Co chcesz przez to powiedzieć?

– 

Co chcę powiedzieć?

Spojrzał na brzeg ręcznika, który odsłaniał nieco piersi Alison, i uśmiechnął się.

– 

Tylko to, że zbyt dobrze pamiętam, co to znaczy kochać się z tobą. I jeszcze to, 

że nie mam zamiaru dalej bawić się w te nasze głupie umowy. To wszystko.

Splótł ramiona za jej plecami, a kiedy otworzyła usta, żeby zaprotestować, uciszył 

ją gorącym, namiętnym pocałunkiem.

– 

Wyobrażasz sobie, co czułem – zaczął, kiedy wreszcie oderwali się od siebie – 

przebywając z tobą pod jednym dachem każdej nocy? Pragnąc cię, ale nie mogąc się 
do ciebie zbliżyć? Czy ty w ogóle masz pojęcie?

– 

Ale przecież... ustaliliśmy...

– 

Do diabła z naszymi ustaleniami! Jak sądzisz, dlaczego chodziłem spać na łódź?

– 

Myślałam...

– 

Żeby nie ulec pokusie, dlatego! Czasami nie mogłem znieść myśli, że leżysz w 

sąsiednim pokoju... Tak blisko, a jednocześnie tak daleko! Kilka razy groziło ci, że 
zostaniesz zgwałcona we własnym łóżku! Wiedziałem, że jeśli zostanę w tym samym 
domu, rzucę się na ciebie jak dzikus.

– 

Grant, ja...

Znów zamknął  jej  usta  pocałunkiem.   Zanurzył dłonie  w jej  włosach  i  mocno 

przyciągnął do siebie. Pragnęła go, ale mimo to nadal opierała się namiętności, która 
paliła żywym ogniem.

Poddała się dopiero, kiedy dłonie Granta zaczęły pieścić jej ramiona, szyję, plecy 

background image

i kiedy jej ciało przypomniało sobie, jak rozkoszne mogą być pieszczoty męskich rąk.

Ożyły   wspomnienia   dawnych   dni,   pełnych   miłości   i   ciepła.   Ożyły   dawno 

zapomniane   namiętności   i   pragnienia.   Wspięła   się   na   palce,   objęła   go   za   szyję, 
zanurzyła dłonie we włosach. Niecierpliwie zrzucili okrycia i przywarli do siebie 
nagimi ciałami. Nie protestowała, kiedy wziął ją na ręce i nie odrywając ust od jej 
warg, zaniósł do sypialni i położył na łóżku.

Połączyli się bez słowa i nagle zniknęły wszelkie granice, które tak długo ich 

dzieliły.   Znów   stali   się   jednością,   częścią   kosmosu,   jakiejś   nieskończonej 
doskonałości, której doświadcza się tylko w takich chwilach jak ta.

–  

Alison...! – wykrzyknął w uniesieniu jej imię, a ona przytuliła go do siebie, 

ocierając wilgotne od łez policzki.

Dużo później, kiedy leżeli w zapadającym zmroku, Grant otworzył oczy i spojrzał 

na Alison.

– 

Wiedziałem, że pewnego dnia do mnie wrócisz – powiedział miękko.

 

background image

Rozdział 10

 

– 

Powiedziałabym, że to niezwykle śmiałe stwierdzenie, doktorze Ashton.

– 

Ja nazwałbym je po prostu nieuniknionym.

– 

Cóż, ośmielę się pozostać przy swoim zdaniu. Zwłaszcza po tym, co mi zrobiłeś 

– powiedziała z wyrzutem.

Jej ciało ciągle przepełniała błogość, ale już zaczęła się zastanawiać nad tym, co 

się stało.

–  

Po tym, co ja tobie zrobiłem! A nie pomyślałaś o tym, jak ty potraktowałaś 

mnie?

–  

Co masz na myśli? – spytała, unosząc się na łokciu. Popatrzyła na niego z 

oburzeniem.

– 

Jak to co? Przez cały czas mnie unikałaś.

– 

Unikałam?

Zmarszczyła brwi ze zdziwieniem, choć doskonale wiedziała, co ma na myśli. 

Chciała zyskać nieco na czasie.

– 

Właśnie tak. Daj spokój, Ali. Kiedy tu przyjechałaś, nie byłaś przygotowana na 

spotkanie ze mną. Przez cały ten czas...

– 

Jak możesz mnie za to winić? – Nie pozwoliła mu skończyć. – Po tym, co się 

stało? Wykorzystałeś mnie, Grant!

– 

Nie, Alison! – prawie krzyknął, a potem cicho dodał: – Nie wolno ci tak mówić.

–  

A co mam o tym myśleć? Chcę, żebyś mi wreszcie wszystko wyjaśnił, Grant. 

Hilda nieustannie robi jakieś aluzje, ale nie chce powiedzieć nic konkretnego. Przez – 
pewien   czas   myślałam   nawet,   że   jej   słowa   są   skutkiem   narkozy,   jakiej   została 
poddana. Grant przez moment milczał.

– 

Co ci powiedziała? – spytał w końcu.

–  

Dawała   mi   do   zrozumienia,   że   mój   ojciec   miał   coś   wspólnego   z   naszym 

rozstaniem.

– 

I uwierzyłaś jej?

–  

Oczywiście, że nie! To bzdura. Tata nigdy nie wtrącał się w moje prywatne 

sprawy, zwłaszcza jeśli chodziło o mężczyzn.

– 

Jednak tym razem było inaczej.

Powiedział to tak cicho, że Alison nie była pewna tego, co usłyszała.

background image

– 

Nie rozumiem, co masz na myśli.

–  

Pomyśl o tym, Alison – odezwał się miękko. – Pomyśl o tym, jak wyglądało 

twoje życie, kiedy pojawiłem się w Woodbridge.

– 

Nadal nie wiem, o co ci chodzi.

Sięgnął ręką przez szerokość łóżka i zapalił lampkę. Pokój wypełnił się łagodnym 

światłem. Alison instynktownie podciągnęła prześcieradło pod brodę.

–  

Przypomnij   sobie   nasze   pierwsze   spotkanie.   Czyżbyś   zapomniała,   jakie 

wrażenie wywarliśmy na sobie nawzajem?

W odpowiedzi wykonała tylko niezrozumiały gest ręką.

–  

Musisz   to   pamiętać   –   powiedział   z   naciskiem,   uśmiechając   się   lekko.   –  W 

powietrzu aż czuło się napięcie. Twój ojciec wyczuł je także i, mówiąc szczerze, 
bardzo się tego obawiał...

–  

Nigdy   nic   mi   na   ten   temat   nie   mówił   –   wtrąciła,   starając   się   coś   sobie 

przypomnieć z tej zdawałoby się tak odległej przeszłości.

– 

Uznał, że najlepiej będzie, jeśli zostawi rzeczy swojemu biegowi. Miał nadzieję, 

że kiedy wrócisz na uczelnię, wszystko umrze śmiercią naturalną...

Podniosła na niego wzrok, ale zaraz go opuściła, spłoszona tym, co ujrzała w 

oczach Granta.

–  

Jednak,   jak   dobrze   wiemy,   tak   się   nie   stało.   Powiedzenie,   które   mówi,   że 

rozstania służą miłości, akurat znalazło w naszym przypadku potwierdzenie.

Wyciągnął rękę i zaczął się bawić kosmykiem włosów Alison.

–  

Pamiętam, jak przyjeżdżałaś do domu w czasie wolnym od zajęć, jaki tylko 

udało ci się wygospodarować...

–  

To prawda – przerwała mu ostro, nie pozwalając, by wspominał dalej. Zbyt 

dobrze pamiętała ból, jaki odczuwała podczas każdego wyjazdu. – Ciągle jednak nie 
przypominam sobie, żeby ojciec robił jakieś uwagi.

– 

Bo nie robił – odparł łagodnie. – Przynajmniej w stosunku do ciebie.

– 

Chcesz powiedzieć, że rozmawiał na ten temat z tobą?

– 

Początkowo robił to bardzo delikatnie. Przypomniał mi, jaka jesteś młoda i jak 

mało jeszcze wiesz o tym, co chcesz robić w życiu. W miarę upływu czasu był jednak 
coraz bardziej niecierpliwy. Denerwował się, że tak często przyjeżdżasz do domu.

–  

Mów dalej – poprosiła cicho, zastanawiając się, czego jeszcze przyjdzie jej 

wysłuchać.

– 

Krytyczny moment nastąpił wtedy, kiedy miałaś problemy z zaliczeniem sesji. 

background image

Pamiętasz?

–  

Zbyt   dobrze.   –   Wzdrygnęła   się.   –   Pomogłeś   mi   się   przygotować   do 

poprawkowych egzaminów...

– 

Przypominam sobie, że większość powtórek robiliśmy na „Kittihawk"...

Zarumieniła się.

–  

I co było potem? – spytała szybko, ignorując rozbawienie, jakie dostrzegła w 

jego oczach.

– 

Twój ojciec wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nie życzy sobie, byśmy się dalej 

spotykali.   Powiedział,   żebym   pozwolił   ci   zająć   się   wyłącznie   robieniem   kariery 
zawodowej.

– 

Co mu na to odpowiedziałeś?

– 

Powiedziałem mu, że cię kocham.

Serce Alison ścisnęło się ze wzruszenia.

–  

Odparł mi,  że jeśli  naprawdę  tak jest, powinienem pozwolić ci zrealizować 

twoje życiowe ambicje. Dodał, że obaj wiemy, ile poświęceń trzeba uczynić, żeby 
zostać dobrym lekarzem i że przyjeżdżając nieustannie do domu, nigdy nie uda ci się 
tego osiągnąć.

Alison usiadła na łóżku i pochyliła się do przodu.

– 

Szkoda tylko, że nikt nie zapytał mnie o zdanie – zauważyła gorzko.

– 

A co byś powiedziała?

Zacisnęła dłonie w pięści i odwróciła głowę.

– 

Ja tego nie chciałem, Alison.

– 

Więc dlaczego pozwoliłeś, żeby tak się stało?

–  

Wiedziałem, że w pewnym sensie ojciec ma rację. Sądziłem, że to rozstanie 

będzie tylko chwilowe. Że kiedy skończysz staż, wrócisz do domu i wszystko będzie 
jak dawniej.

– 

Jednak nigdy nawet nie spróbowałeś naprawić tego, co się stało!

–  

Po   twoim   wyjeździe   przemyślałem   wszystko   dokładnie   i   doszedłem   do 

wniosku, że być może twój ojciec miał rację. Może rzeczywiście byłaś zbyt młoda, 
żeby wiedzieć dobrze, czego chcesz.

– 

Na jakiej podstawie tak sądziłeś?

– 

Cóż, chyba dość szybko znalazłaś sobie kogoś innego, nieprawdaż?

– 

Założył ręce pod głowę i oparł się o ścianę.

background image

– 

Kogoś innego? – Spojrzała na niego z bezgranicznym zdumieniem. – O czym ty, 

na Boga, mówisz?

– 

Pojechałem do Londynu, na twoją uczelnię.

– 

Przyjeżdżałeś tam kilka razy...

– 

Tak, ale tym razem wybrałem się już po naszym rozstaniu.

– 

Nie przypominam sobie twojej wizyty...

– 

Oczywiście, że nie. Nawet mnie nie widziałaś. Byłaś zbyt zajęta swoim nowym 

chłopakiem.

– 

Grant, uwierz mi, nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz.

– 

Teraz zapewne mi powiesz, że nigdy nie słyszałaś o Simonie Faulkenerze.

– 

Simon...! Och!

Automatycznie podniosła rękę do ust i przesłoniła je w geście zdumienia.

– 

Widzę jednak, że coś ci się przypomina.

– 

Ale... Nie rozumiem. Simon i ja... byliśmy tylko...

 – 

nie dokończyła. – Ale skąd ty...?

– 

Skąd o nim wiem? Powiem ci. Pojechałem do Londynu wbrew obietnicy, którą 

dałem   twojemu   ojcu,   bo   nie   mogłem   znieść   samotności.   Musiałem   się   z   tobą 
zobaczyć. Kiedy przyjechałem na uczelnię, twoi koledzy powiedzieli mi, że wyszłaś 
gdzieś  z  Simonem.  Z  ich  słów  wynikało, że  wasza  znajomość  to coś  więcej  niż 
zwykła   przyjaźń.   Powłóczyłem   się   trochę   po   okolicy   i   zobaczyłem   was,   kiedy 
wracaliście... To, co wtedy widziałem, zupełnie mi wystarczyło.

– 

Zraniłeś mnie, Grant! I to bardziej niż ktokolwiek inny zrobił to do tej pory...

– 

W takim razie jesteśmy kwita. Może cię to ubawi, ale byłem zazdrosny o tego 

chłopaczka. I to bardzo.

– 

Simon nie był żadnym chłopaczkiem! – zaprotestowała.

– 

Miał jeszcze mleko pod nosem!

– 

Simon to bardzo miły chłopak...

–  

Och, nie wątpię, że tak jest. Ale założę się, że nie spędzałaś z nim czasu tak 

miło, jak ze mną.

– 

Jak śmiesz!

Podniosła rękę, jakby chciała go uderzyć, ale Grant roześmiał się, złapał ją za 

nadgarstek i przyciągnął do siebie. Pocałował ją mocno, prawie brutalnie.

– 

Myślałam, że ci nie zależy – powiedziała, kiedy ją wreszcie puścił. – Uważałam, 

background image

że   mnie   wykorzystałeś.   Spotkałam   się   kilka   razy   z   Simonem,   ale   to   nie   miało 
żadnego znaczenia. Chciałam tylko zapomnieć o tobie.

– 

I co? Udało się?

– 

A jak sądzisz? – szepnęła.

Popatrzyli na siebie w milczeniu, a potem Grant westchnął.

– 

Przynajmniej twój ojciec doczekał dnia, w którym zostałaś lekarzem.

– 

Dlaczego nie opowiedziałeś mi o tym wcześniej?

–  

Bo   prosił   mnie   o   to   twój   ojciec.   Sądził,   że   gdybyś   dowiedziała   się,   iż   to 

wszystko stało się z jego inicjatywy, mogłabyś zrobić jakieś głupstwo. W tamtych 
czasach byłaś bardzo bojowa... Problem polegał na tym, że kiedy zaczęliśmy razem 
pracować, bardzo się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Początkowo miałem do niego żal o 
to,   co   zrobił,   ale   po   jakimś   czasie   uznałem,   że   ma   rację.   Twoja   kariera   była 
najważniejsza.

–  

Nie rozumiem jednego. Skoro wiedział, że już ze sobą nie jesteśmy, jak mógł 

życzyć sobie, żebyśmy teraz razem pracowali...

– 

Może chodziło mu tylko o podtrzymanie tradycji rodu Kennedych?

– 

Nigdy mu jednak nie zapomnę, że nie powiedział mi o wszystkim sam.

– 

Sądzisz, że byłabyś w stanie mu wybaczyć?

– 

Nie wiem.

– 

Z pewnością nie podziękowałabyś mu za to, co zrobił.

– 

Nawet teraz nie potrafiłabym się na to zdobyć. Mam do niego ogromny żal.

– 

Czy chcesz powiedzieć, że byłem miłością twego życia?

– 

Nie nazwałabym tego tak.

– 

I że do tej pory twoim sercem nie zawładnął żaden inny?

–  

Grancie Ashtonie, jesteś niemożliwy – odparła swobodnie, zastanawiając się, 

jaka byłaby jego reakcja, gdyby dowiedział się, że jego słowa są prawdą.

Zamilkli, pogrążeni we własnych myślach.

– 

Myślisz, że mamy jeszcze jakieś szanse? – odezwał się po chwili Grant.

– 

Nie mam pojęcia.

– 

Powinniśmy spojrzeć faktom w oczy...

– 

To znaczy?

– 

Kochaliśmy się, choć nasza miłość została gwałtownie przerwana. Może gdyby 

background image

dać jej jeszcze jedną szansę...

– 

Nie możemy tak po prostu zacząć tam, gdzie przerwaliśmy... – zaprotestowała.

– 

Oczywiście, że nie. Ale gdyby...

– 

Gdyby co?

–  

Było   nam   ze   sobą   dobrze,   prawda?   Bo   chyba   było?   –   dodał,   kiedy   nie 

odpowiadała.

– 

Dobrze wiesz, że tak.

– 

Więc...? Spróbujemy jeszcze raz? Ciągle się wahała.

– 

Sama nie wiem.

– 

OK. Więc nie będziemy się spieszyć. Zobaczymy, co z tego wyniknie, dobrze?

– 

Nie jestem pewna...

Jej   rany   ciągle   jeszcze   były   zbyt   świeże.  Tylko   że   teraz   wszystko   wyglądało 

inaczej. Grant wyznał, że ją kochał. Że jej nie wykorzystał. Pojechał nawet, żeby ją 
odnaleźć... Może rzeczywiście spróbować raz jeszcze? Może... Może...

– 

Damy sobie trochę czasu i zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja – podsumował 

rozmowę i lekko poczochrał jej włosy. – Ale zanim wszystko się wyjaśni, co byś 
powiedziała na krótką chwilę zapomnienia?

Otworzyła   usta,   żeby   zaprotestować...   żeby   przypomnieć,   że   ma   pracę...   że 

naprawdę nie powinna zostać... ale zanim zdążyła się odezwać, Grant pociągnął ją na 
siebie i zaczął delikatnie całować jej kark.

Z westchnieniem oparła się o niego, po raz drugi tej nocy pozwalając, by jej ciało 

bez reszty poddało się jego pieszczotom.

 

Następnego dnia Alison wydawało się, że fakt, iż spędziła noc z Grantem, jest 

wypisany na jej czole wielkimi literami. Jednak ku jej zdumieniu Gili zachowywała 
się zupełnie normalnie. Jak zwykle narzekała, że poczta przyszła zbyt późno i że 
pyłek ze stojących w holu tulipanów zabrudził cały dywan. Alison nie wiedziała, czy 
ma odczuwać ulgę, czy raczej rozczarowanie.

Wzięła karty czekających na nią chorych, filiżankę kawy i schroniła się w swoim 

gabinecie.

Grant miał rację. Rzeczywiście było im ze sobą tak dobrze jak dawniej. Jednak 

pomimo to już zaczynała żałować, że mu uległa. Jak mogła teraz, po tym, co się 
stało, rozmawiać z nim tylko o sprawach zawodowych? Jak mogła dalej udawać, że 
nic do niego nie czuje?

background image

Z drugiej strony, nie może przecież zaufać mu po raz kolejny. Zbyt mocno ją 

zranił i zbyt długo cierpiała z jego powodu, żeby teraz pozwolić mu uwieść się po raz 
dragi.

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Zanim zdążyła zareagować, drzwi 

uchyliły się i do gabinetu zajrzał Grant.

– 

Zastanawiałem się właśnie...

– 

Tak? – Uniosła brwi.

– 

Miałaś mi przecież coś powiedzieć.

– 

Naprawdę?

–  

Tak. Przynajmniej tak mówiłaś wczoraj wieczorem, kiedy wyszłaś z łazienki i 

zaczęłaś mnie uwodzić...

– 

Grant...

–  

Przepraszam.   –   Podniósł   rękę   w   uspokajającym   geście.  Wszedł   do   pokoju, 

zamknął za sobą drzwi i przysiadł na jej biurku. – Mówiąc poważnie, byłaś czymś 
wyjątkowo podekscytowana. Chciałbym wierzyć, że to z powodu mojego powrotu do 
domu, ale chyba się mylę.

Alison nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– 

Rzeczywiście, nie do końca masz rację. Chodziło mi o jedną z twoich pacjentek.

– 

Rozumiem. Kolejna, którą zaczęłaś prowadzić.

– 

Co chcesz przez to powiedzieć?

– 

Przecież uważasz, że niewłaściwie leczyłem Brendę Dawson. Teraz pewnie jest 

podobnie.

– 

Grant, nigdy nie twierdziłam, że źle prowadzisz Brendę. Nawet nie przyszło mi 

to do głowy...

– 

Wiem, wiem. Chciałem tylko zobaczyć, jak się na mnie wściekasz. Masz wtedy 

takie urocze rumieńce.

– 

Och!

– 

Twoje policzki przybierają odcień...

– 

Grant, jeszcze chwila i wyrzucę cię z gabinetu...

–  

Nie mam co do tego wątpliwości. Ale najpierw chciałbym usłyszeć, co miałaś 

mi do powiedzenia. Mówię poważnie.

–  

Cóż – zaczęła, nie będąc pewna, czy nadal z niej nie drwi. – Chodzi o Paulę 

Cotton.

background image

– 

O Paulę? Ciekawe, dlaczego przeczuwałem, że właśnie o niej chcesz mówić. No 

więc powiedz mi, co twoim zdaniem jest z nią nie tak. Oprócz tego, rzecz jasna, że 
nie może donosić żadnej ciąży.

Alison wzięła głęboki oddech.

– 

Myślę, że Paula może chorować na SLE – odparła cicho.

Przez moment patrzył na nią bez słowa, a potem westchnął, jakby jej sugestia 

wydała mu się co najmniej śmieszna.

– 

SLE? – spytał po chwili, wolno cedząc słowa.

– 

Tak. Trzewny toczeń...

– 

Rumieniowy – dokończył za nią. – Tak, wiem, co to oznacza.

Podszedł do okna i wyjrzał przez nie z zainteresowaniem.

Alison   patrzyła   na   niego   zniecierpliwiona,   zastanawiając   się,   jakie   będą   jego 

następne słowa.

– 

To bardzo rzadka choroba.

–  

Ma   taką   samą   częstotliwość   występowania   jak   białaczka   czy   stwardnienie 

rozsiane – odpowiedziała spokojnie. – Tyle tylko, że niewiele osób o niej wie.

– 

Miałaś już taki przypadek? – Odwrócił się i spojrzał na nią z powagą.

– 

Tak. Miałam pacjentkę z toczniem... Prowadziłam ją podczas stażu.

– 

Dlaczego sądzisz, że Paula może mieć podobny problem? – spytał cicho.

Przełknęła ślinę, ciągle niepewna jego reakcji.

–  

Zaczęłam coś podejrzewać, kiedy spotkałam wczoraj Paulę w supermarkecie. 

Miała na policzkach czerwone wypieki.

Grant zmarszczył czoło.

– 

Nigdy tego nie zauważyłem.

–  

Ponieważ ten rumień nie występuje przez cały czas – powiedziała szybko, nie 

dając mu dojść do głosu. – Kiedy odwiedziłam ją po raz pierwszy, też miała takie 
czerwone policzki, ale wtedy jeszcze z niczym mi się to nie skojarzyło. Oczywiście 
są też inne rzeczy...

– 

Mów dalej. – Grant wyglądał na coraz bardziej zainteresowanego.

–  

Cóż – nabrała głęboko powietrza – jak zapewne wiesz, uskarża się na bóle 

stawowe i słabość rąk. Nie na darmo nazywa się tę chorobę wielkim oszustem. Może 
przybierać bardzo różne postacie, a w jej konkretnym przypadku przejawia się akurat 
nawykowymi poronieniami.

background image

Znów zmarszczył brwi.

– 

Ciągle jednak nie rozumiem, dlaczego...

–  

Pacjentka, którą się zajmowałam, miała dokładnie te same objawy. Przeszła 

sześć poronień i przez całe lata nikt nie postawił właściwej diagnozy.

– 

Sześć poronień! Wielki Boże!

–  

Tak.   Zanim   w   końcu   ktoś   wpadł   na   pomysł   tocznia,   rozwinęło   się   u   niej 

nadciśnienie tętnicze i wada mitralna serca, które ciągle się pogłębiały. Dopiero kiedy 
zaczęła miewać ataki padaczki, rozpoznano, na co choruje.

Patrzył na nią z uwagą.

– 

A ty uważasz, że właśnie na to samo choruje Paula Cotton.

Było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Odwrócił się gwałtownie w stronę okna.

– 

Grant – zaczęła z wahaniem. – Przykro mi. Naprawdę nie chciałam się wtrącać. 

Tylko że tamta kobieta tak długo nie miała postawionej właściwej diagnozy i musiała 
się przez to niepotrzebnie nacierpieć...

– 

Przecież na toczeń nie ma skutecznego lekarstwa – oznajmił, nie odwracając się.

– 

Wiem, ale można stosować środki spowolniające przebieg choroby. Ona akurat 

bardzo dobrze zareagowała na sterydy. Sądzę, że im wcześniej postawi się właściwą 
diagnozę...

Przerwała speszona, obawiając się, że Grant zaraz wybuchnie, zarzucając jej, iż 

podważa jego zawodowy autorytet. Jednak tak bardzo pragnęła pomóc Pauli!

– 

Umówiłem już Paulę z neurologiem – powiedział, nadal stojąc tyłem do niej.

– 

Wiem. Paula wspomniała mi o tym. Być może on wpadłby na to, ale...

– 

Ale równie dobrze mógłby o tej chorobie nawet nie pomyśleć – przerwał ostro i 

odwrócił się do Alison. – Zapewne wiesz o tym, że wszystkie testy Pauli wyszły 
negatywnie.

–  

Wiem.  Ale, jak już powiedziałam,  toczeń trzewny jest niezwykle trudny do 

zdiagnozowania.

– 

W porządku, Alison. Powiem o twoich przypuszczeniach neurologowi.

– 

Zrobisz to?

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nawet przez moment nie sądziła, że Grant się 

na to zdecyduje.

– 

Oczywiście – odparł chłodno. – Miałaś co do tego jakieś wątpliwości?

– 

Sądziłam, że będziesz niezadowolony, że diagnozuję twoich pacjentów.

background image

– 

Dlaczego miałbym być niezadowolony?

– 

Cóż, nie byłeś zbyt szczęśliwy, kiedy zajęłam się Brendą Dawson.

– 

Grant westchnął.

–  

Brenda  to zupełnie inna historia. Ona nawet  nie  dała mi  szansy, żebym jej 

pomógł. Jeśli chodzi o Paulę, to jej przypadek stanowi problem, którego i tak sam nie 
byłbym w stanie rozwiązać. Zresztą nie jestem aż tak zarozumiały, żeby sądzić, że 
wiem o swoich pacjentach absolutnie wszystko.

– 

Była u mnie ostatnio Brenda – powiedziała nagle Alison.

– 

Doprawdy? – W oczach Granta pojawiło się zdumienie.

– 

Tak. Wpadła, żeby mi podziękować, że z tobą rozmawiałam. Mówiła też, że ją 

odwiedziłeś. To bardzo ładnie z twojej strony – dodała cicho.

Wzruszył ramionami.

–  

Przecież nie mogłem pozwolić, aby moja pacjentka sądziła, że jej problemy 

mnie nie interesują.

– 

Zapisałeś jej kurację hormonalną?

– 

Tak i mam nadzieję, że dobrze jej to zrobi.

Oparł się o biurko Alison i spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem.

– 

Alison, wspólne prowadzenie praktyki pociąga za sobą wiele problemów, ale ma 

też i zalety. Jedną z nich jest fakt, iż zawsze można liczyć na wsparcie drugiej osoby. 
Nie chodzi nam przecież o współzawodnictwo, lecz raczej o wzajemne uzupełnianie 
się i pomaganie sobie nawzajem. Razem znaleźliśmy środek na dolegliwości Brendy, 
ja pomogłem ci z Kenem, a teraz ty starasz się pomóc mi z przypadkiem Pauli. 
Wygląda na to, że moje przypuszczenia były słuszne.

– 

To znaczy?

–  

Najwyraźniej ty i ja możemy razem pracować, a co więcej, tworzymy bardzo 

zgrany zespół.

– 

Pochylił się nad nią i pocałował: najpierw czubek nosa, a potem rozchylone w 

oczekiwaniu usta.

Dokładnie w tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju wpadła Gili.

–  

Och! – krzyknęła skonfundowana sceną, która rozegrała się na jej oczach. – 

Och! Tu pan jest. Zaczynałam się zastanawiać. Myślałam... Myślałam... Och, sama 
już nie wiem, co myślałam! – Przewróciła oczami i czym prędzej wycofała się z 
pokoju.

– 

Myślę, że trochę ją zaskoczyliśmy – zauważyła Alison z uśmiechem.

background image

–  

Nie byłbym tego taki pewien. Odkąd przyjechałaś, obie z Hildą nie mogły się 

wprost tego doczekać.

– 

Cóż, Hilda pewnie tak, ale Gili? Jesteś pewien?

–  

Absolutnie.   Cieszę   się,   że   ją   usatysfakcjonowaliśmy   –   westchnął   z 

zadowoleniem.

– 

Grant... – zaczęła ostrzegawczo.

– 

Wiem, wiem. Nic jeszcze nie zostało postanowione, a jeśli zaraz nie zabierzemy 

się do jakiejś pracy, w ogóle nie będziemy mieli żadnych pacjentów. Nie chciałbym 
cię popędzać, Alison, ale powinniśmy porozmawiać. Nasza sytuacja wygląda teraz 
trochę inaczej, nie sądzisz?

– 

Tak, masz rację, ale na razie nie rozpowiadajmy o tym całemu światu, dobrze?

– 

Dobrze, choć nie wiem, jak długo uda mi się wytrzymać...

Wyszedł, ustępując pola pacjentom, których tego ranka było wyjątkowo dużo.

Kiedy Alison skończyła przyjmować, poszła do rejestracji napić się kawy. Gili, 

która tam urzędowała, nie mogła powstrzymać się od komentarza.

– 

Czy rzeczywiście wydarzyło się to, o czym myślę?

– 

spytała, spoglądając w stronę gabinetu Granta.

Wyraz jej twarzy nie pozostawiał Alison wątpliwości co do tego, o czym myśli 

Gili.

– 

Nie wiem – odparła, grając na zwłokę. – A o czym myślisz?

Gili podniosła wzrok znad filiżanki.

– 

Cóż, wydawało mi się, że ty i doktor Grant byliście czymś niezwykle zajęci.

– 

Oglądasz zbyt wiele amerykańskich filmów, Gili.

Gili wzruszyła ramionami.

–  

Być może. To jednak nie zmienia faktu, że widziałam to, co widziałam. Nie 

mam racji?

Alison uśmiechnęła się, objęła dłońmi filiżankę i upiła duży łyk kawy.

Gili pochyliła się nad dolną szufladą, w której schowała karty pacjentów, a potem 

wyprostowała się i rzuciła Alison pełne ciekawości spojrzenie.

– 

Powiedz mi, czy ciebie i doktora Ashtona łączyło coś w przeszłości?

–  

Dałabym  sobie   rękę   obciąć,   że   dokładnie  wiesz,   co  łączyło  mnie   i  doktora 

Ashtona, Gili. Jestem pewna, że Hilda opowiedziała ci wszystko z najdrobniejszymi 
szczegółami.

background image

–  

Nie masz racji. Hilda nigdy nie plotkowała o tobie, doktorze Kennedym czy 

doktorze Ashtonie. Wymyśliłam to sama. Wystarczyło zobaczyć, jak patrzyliście na 
siebie, kiedy przyjechałaś na pogrzeb ojca. Spytałam Hildę i wtedy ona, nie wdając 
się w szczegóły, potwierdziła moje domysły.

– 

To było bardzo dawno temu, Gili.

– 

Możliwe, ale teraz nie wygląda na to, żeby wiele się od tamtej pory zmieniło.

Alison   zajrzała   do   filiżanki,   obawiając   się,   że   Gili   zauważy   rumieńce,   jakie 

pojawiły się na jej policzkach.

– 

Czas wszystko zmienia – szepnęła. – Zmieniają się ludzie, sytuacje... wszystko.

–  

Rzeczywiście – przyznała Gili. – Jednak czasami okazuje się, że za drugim 

razem jest znacznie lepiej. Wystarczy tylko dać losowi małą szansę.

–  

Zastanawiam   się,   dlaczego   nie   założycie   z   Hildą   agencji   matrymonialnej. 

Zrobiłybyście na niej fortunę!

Zostawiła   Gili   w   chwili,   gdy   sięgała   po   słuchawkę   dzwoniącego   natarczywie 

telefonu, a sama wróciła do gabinetu, żeby przygotować się do zajęć szkoły rodzenia.

Poczuła   nagłą   potrzebę   skrycia   się   w   jakimś   zacisznym   miejscu.   Musiała   na 

chwilę   uciec   od   Gili   i   od   jej   przenikliwego   spojrzenia.   Obawiała   się,   że   gdyby 
porozmawiała   z   nią   jeszcze   chwilę,   musiałaby   wyznać,   że   sprawy   między   nią   a 
Grantem   zaszły   dużo   dalej   i   że   rzeczywiście   tym  razem  było   tak   dobrze,   jak   w 
przeszłości, a może nawet lepiej.

 

Reszta tygodnia była tak wypełniona zajęciami, że Alison i Grant mieli niewiele 

okazji,   by   ze   sobą   porozmawiać.   Musiała   przyznać   przed   samą   sobą,   że   z 
niecierpliwością oczekiwała tych krótkich chwil, które mogli spędzić tylko we dwoje. 
Mimo to, jakaś część jej duszy powstrzymywała ją od wyrażenia na głos tej radości. 
Kochała Granta, co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Chciała mu pomóc w 
realizacji jego planów, ale jednak się wahała. Pragnęła kochać i być kochaną, ale nie 
mogła zapomnieć o przeszłości, o tym, jak została potraktowana.

Obiecała sobie, że w czasie weekendu porozmawia z Grantem, aby raz na zawsze 

rozwiać wszelkie wątpliwości.

Późnym wieczorem w piątek weszła do gabinetu z typową dla siebie nonszalancją 

Cheryl Rossi. Ale kiedy usiadła, Alison wyczuła w powietrzu jakieś dziwne napięcie.

– 

W czym mogę ci pomóc, Cheryl? – spytała ostrożnie.

– 

Kiedy ostatnio byłam u ciebie, prosiłam o receptę na tabletki antykoncepcyjne. 

Przepisałaś mi tylko jedno opakowanie. Twój ojciec zapisywał mi zwykle większą 

background image

ilość, tak że najczęściej starczało mi na sześć miesięcy.

–  

Zgadza się – odparła Alison, zaglądając do karty Cheryl. – Tylko że ja nie 

wiedziałam jeszcze wtedy, czy zostanę w Fairacre.

– 

A teraz już wiesz?

–  

Widzę też – zignorowała jej pytanie Alison – że niezbyt dobrze tolerowałaś te 

środki.   Miałaś   bóle   głowy   i   krwawienia   śródmiesięczne.   Doktor   Kennedy 
zasugerował ci nawet zmianę środka antykoncepcyjnego.

– 

Akurat w tych dniach niespecjalnie chciałabym to robić.

–  

Tak? – Alison podniosła wzrok i spojrzała na Cheryl. Kobieta przyglądała się 

uważnie swoim paznokciom.

– 

Nie chciałabym ryzykować teraz zajścia w ciążę.

–  

Jest   przecież   wiele   metod.   Jestem   pewna,   że   znalazłabyś   coś,   co   by   ci 

odpowiadało...

– 

Nie chcę przerywać metody doustnej – Cheryl twardo obstawała przy swoim.

– 

Czy twój mąż miałby coś przeciwko temu?

– 

Mój mąż?

Coś w tonie Cheryl sprawiło, że Alison ponownie podniosła na nią wzrok.

–  

Tak. Wiem, że mężczyźni mają czasem różne obiekcje, ale twoje zdrowie jest 

przecież najważniejsze.

– 

To nie ma nic wspólnego z moim mężem.

– 

Nie rozumiem.

– 

Jesteśmy z Paulem w separacji. Niedługo będziemy już po rozwodzie.

– 

Ach tak. W takim razie czy nie mogłabyś...?

– 

Obecnie jestem związana z innym mężczyzną. Nie powinnam o tym mówić. Na 

razie jeszcze nikt o tym nie wie. – Pochyliła się konspiracyjnie do Alison. – On 
zajmuje znaczące stanowisko, a ja przecież nie dostałam jeszcze rozwodu. Musimy 
na razie trzymać wszystko w tajemnicy. Mam nadzieję, że nikomu się z tym nie 
zdradzisz – dodała, patrząc z nagłym niepokojem na Alison.

– 

Naturalnie, że nie. Zresztą nie musisz mi o wszystkim mówić. Mnie interesuje 

tylko kwestia twojego zdrowia. Jestem pewna, że uda nam się jakoś zaradzić twoim 
problemom...

–  

Aleja chcę ci powiedzieć! Muszę to wreszcie komuś wyznać. Utrzymywanie 

tego w tajemnicy zbyt wiele mnie kosztuje. Chciałabym krzyczeć o wszystkim z 
najwyższego   budynku   w   mieście.   Wiesz,   nigdy   przedtem   nie   czułam   czegoś 

background image

podobnego. Grant mówi, że z nim jest dokładnie tak samo.

– 

background image

Rozdział 11

 

– 

Grant? – spytała, mając nadzieję, że uda jej się zachować obojętny ton. – Masz 

na myśli doktora Ashtona?

Cheryl   ponownie   spojrzała   na   swoje   paznokcie.   Były   pomalowane   na 

jasnoróżowy kolor.

–  

Oczywiście. Ale, proszę, nie mów mu o niczym. Jemu, ani nikomu innemu. 

Powiedział, że dopóki nie dostanę rozwodu, nikt nie może dowiedzieć się o naszym 
związku.

Mogłoby to zaszkodzić jego praktyce. Wiem, że to wygląda nieprawdopodobnie, 

ale   w   Woodbridge   ciągłe   jeszcze   mieszkają   Judzie   o   bardzo   staroświeckich 
poglądach.  Grant  uważa,  że  nie byliby  uszczęśliwieni,  gdyby  okazało  się,  że  ich 
lekarz domowy jest wplątany w jakąś aferę matrymonialną.

Ziewnęła lekko i uśmiechnęła się.

– 

Za to później powiem o tym całemu światu. Mam nadzieję, że nie gniewasz się, 

że tobie pierwszej zdradziłam nasz sekret? Wiesz, jak to jest, kiedy ktoś się zakocha.

Chciałby  krzyczeć o tym na cały  głos.  Wiem,  że mnie zrozumiesz.  W końcu 

znamy się już tak długo. Zresztą moja znajomość z Grantem też trwa już ładnych 
kilka lat...

Pierwszy raz spotkaliśmy się niedługo po tym, jak przyjechał do Woodbridge. 

Nawet nie znałam jeszcze wtedy Paula. A potem... Jest jeszcze jeden powód, dla 
którego chciałam ci o wszystkim powiedzieć.

Przerwała na chwilę. Alison nie była w stanie nawet się odezwać. Uniosła tylko 

brwi i czekała na najgorsze.

– 

Wiesz, mogliśmy spotykać się z Grantem tylko potajemnie. – Uśmiechnęła się 

lekko. – Naprawdę nie wiem, co zrobilibyśmy bez twojej łodzi.

– 

Bez „Kittihawk?" – Alison nagle odzyskała głos.

– 

Tak. To naprawdę był nasz ratunek. Wprawdzie mogłoby to być nieco dalej od 

mego biura, wiesz, jaki Ken jest wścibski, ale i na to znaleźliśmy sposób. Nie na 
darmo mówi się, że miłość zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie.

Alison przypomniała sobie zgniecioną pościel na łóżku w kabinie „Kittihawk" i 

Cheryl, która przyszła na łódkę, żeby „porozmawiać" z Grantem. Wszystko ułożyło 
się w jedną całość. Może była tam już wcześniej, a potem po prostu wróciła?

Zamrugała   oczami,   uświadamiając   sobie,   że   Cheryl   w   dalszym   ciągu   do   niej 

background image

mówi. Zmusiła się, żeby wysłuchać jej do końca.

–  

Rozumiesz   teraz,   dlaczego   nie   chcę   przerywać   brania   tabletek.   Nie   mogę 

ryzykować.

Alison wzięła głęboki oddech i sięgnęła po bloczek z receptami.

– 

Przepiszę ci tabletki na trzy miesiące. Po tym okresie przyjdziesz po następne.

– 

Dobrze. Pewnie wtedy będę musiała zgłosić się już do kogoś innego, prawda? – 

Wstała i sięgnęła po receptę.

– 

Dlaczego tak sądzisz?

–  

Cóż,   spodziewam   się,   że   masz   zamiar   wrócić   do   Suffolk.   Grant   mówił,   że 

wolałby, abyś została. Byłoby to znacznie prostsze, niż gdyby musiał cię spłacać i 
szukać innego wspólnika. Ja jednak myślę, że marzysz o tym, aby się wyrwać z tej 
zapomnianej przez Boga i ludzi dziury.

Z tymi słowami wyszła z gabinetu, zostawiając Alison z myślami, które kłębiły 

się w jej głowie niczym chmury burzowe.

W pewnym momencie coś wyłoniło się z tego chaosu. Wstała i z zaciśniętymi 

pięściami  podeszła  do  drzwi.  Pójdzie  do  niego  od  razu.  Zapyta  go,  o  co  w  tym 
wszystkim chodzi. Co on sobie w ogóle wyobraża.

Nagle   przystanęła.   Nie   może   tego   zrobić.   Cheryl   prosiła   ją   przecież,   żeby 

zachowała   wszystko   w   sekrecie.   Była   zobowiązana   do   dotrzymania   tajemnicy. 
Zawód,   który   wykonywała,   kierował   się   pewnymi   zasadami.   Nie   może   złamać 
przysięgi Hipokratesa.

Serce waliło jej jak oszalałe. Miała wrażenie, że za chwilę wyskoczy z piersi i 

pęknie.   Wróciła   do   gabinetu   i   usiadła   za   biurkiem.   Próbowała   się   uspokoić   i 
zapanować nad emocjami. Drżącymi palcami nacisnęła numer interkomu Granta.

– 

Halo?

Jego   ciepły,   niczego   nie   podejrzewający   głos   omal   nie   wyprowadził   jej   z 

równowagi. Wzięła głęboki oddech.

– 

Muszę wyjść, Grant. Nie będzie mnie dzisiaj na obiedzie.

Przez chwilę milczał zaskoczony, a potem odezwał się miękko.

– 

Czy coś się stało, Alison?

– 

Nie.

– 

Mogę w czymś pomóc?

– 

Nie, Grant. Dziękuję.

Odłożyła   szybko   słuchawkę,   nie   dając   mu   szans   na   jakikolwiek   komentarz. 

background image

Schwyciła torebkę, kluczyki, wybiegła z gabinetu i poszła do samochodu.

Pojechała prosto na przystań. Biuro ciągle jeszcze było otwarte. Odetchnęła z 

ulgą. Ken Bridges spojrzał na nią z niejakim zdumieniem.

– 

Witaj, Ken. Chciałabym kupić do mojej „Kittihawk"

kłódkę.

– 

Kłódkę? Naturalnie.

Sięgnął do wiszącej za nim szafki i wyjął pudełko z kłódkami.

– 

Obawiasz się złodziei?

–  

Można   tak   powiedzieć   –   odparła   krótko   i   wręczyła   mu   dwudziestofuntowy 

banknot.

Wybił sumę na kasie i zawahał się przez chwilę przed wręczeniem jej reszty.

– 

Może chciałabyś, żebym ją założył? – spytał cicho.

– 

Byłabym bardzo wdzięczna, Ken.

Otworzył pudełko z kluczykami i podał jeden Alison.

– 

Resztę zostawię u siebie, dobrze?

– 

Dobrze. Tylko nie pozwól, żeby używał ich ktokolwiek poza mną.

– 

Oczywiście, Alison.

Odwróciła się, by wyjść, ale nagle coś sobie przypomniała.

– 

Jak tam twoje plecy?

– 

Znacznie lepiej, dziękuję. Grant naprawdę jest w tym dobry.

– 

Rzeczywiście – odparła sucho i wyszła, nie czekając na odpowiedź Kena.

Wsiadła   do   samochodu   i   ruszyła   przed   siebie.   Wyjechała   z   Woodbridge, 

przejechała przez Yarmouth, a potem wzdłuż wybrzeża dotarła do Freshwater i dalej 
do Military Road.

Słońce   chowało   się   właśnie   za   horyzontem,   a   delikatna   mgła   znad   morza 

spowijała okoliczne wzgórza.

Chyba   po   raz   pierwszy   w   życiu   piękno   tego   krajobrazu   nie   zrobiło   na   niej 

żadnego   wrażenia.   Nie   zauważyła   nawet   sowy,   która   z   leszczynowego   zagajnika 
bezgłośnie poleciała w kierunku widocznych w oddali sosen. Czuła się zraniona i 
opuszczona. Jedyne, czego teraz pragnęła, to znaleźć się w jakimś odludnym miejscu 
i uporządkować rozbiegane myśli.

Ruch   na   drodze   był   niewielki.   Minęła   zaledwie   kilka   samochodów,   a   kiedy 

zjechała z głównej szosy, nie spotkała już nikogo. Dotarła do niewielkiej zatoczki, 

background image

wyłączyła silnik i nie zdejmując rąk z kierownicy, zapatrzyła się w przestrzeń. W jej 
głowie jak echo powracały wypowiedziane przez Cheryl słowa.

Cheryl jasno dała jej do zrozumienia, że sypia z Grantem, co mogło oznaczać 

tylko   to,   że   doktor   Ashton   umawiał   się   równocześnie   z   dwiema   kobietami. 
Powiedziała też, że ich znajomość zaczęła się już znacznie wcześniej, jeszcze wtedy, 
gdy  Alison   jako   studentka   przyjeżdżała   do   Woodbridge.  A  zatem   już   wtedy   ją 
zdradzał...

Na samą myśl o tym poczuła w piersiach silny ból. Grant mówił jej, że to ojciec 

starał się przerwać ich związek ze względu na karierę Alison. A ona mu uwierzyła... 
A   może   ojciec   wiedział   o   tym,   że   Grant   spotyka   się   z   dwoma   kobietami 
jednocześnie? Może dlatego chciał ją od niego oddalić?

Czy   ten   Grant   naprawdę   nie   ma   sumienia?   Cheryl   twierdziła,   że   bardzo   się 

kochają. Jak mógł w tym samym czasie dawać Alison do zrozumienia, że to ona jest 
jego wybranką? Dlaczego chciał, żeby została? Czy chodziło mu tylko o to, żeby 
ponownie zaciągnąć ją do łóżka?

Jej serce ścisnęło się na samą myśl o takiej ewentualności. Przypomniała sobie 

Cheryl mówiącą, że jej pozostanie w Fairacre rozwiązywałoby Grantowi problem 
znalezienia nowego wspólnika. Przecież nie mogło mu chodzić tylko o to!

W tym momencie przyszła jej do głowy kolejna ponura myśl. A może Grantowi 

zależało na tym, aby została, tylko dlatego, że przyciągała pacjentów? Była przecież 
kobietą, a ponadto córką doktora Kennedy'ego, co dla wielu łudzi z Woodbridge 
miało kolosalne znaczenie.

Nie mogła już z nim pracować. To jedno było pewne. Pomimo życzenia ojca, nie 

mogła zostać w Woodbridge ani chwili dłużej.

Ostatnie życzenie ojca... Ta sprawa ciągle nie dawała jej spokoju. Skoro ojciec tak 

bardzo   chciał,   żeby   jej   znajomość   z   Grantem   się   skończyła,   dlaczego   zostawił 
praktykę   właśnie   im   dwojgu?   Czy   zrobił   to   tylko   dlatego,   że   pragnął,   aby 
podtrzymała tradycję rodzinną?

Westchnęła i oparła głowę na rękach.

To było bez sensu. Prawdopodobnie i tak nigdy nie dowie się prawdy. Jedyne, 

czego była pewna, to to, że nigdy więcej nie zaufa już Grantowi Ashtonowi.

Zmierzchało,   kiedy   zapaliła   silnik.   Nie   czuła   się   lepiej,   ale   przynajmniej 

wiedziała, co powinna zrobić.

Ku jej uldze  w Fairacre panowały  ciemności, a  na podjeździe nie było śladu 

samochodu Granta.

Od razu poszła na górę. Rozścieliła łóżko i zamknęła drzwi na klucz. Żeby mieć 

background image

całkowitą   pewność,   że   do   pokoju   nie   wejdzie   ktoś   nieproszony,   podparła   je 
dodatkowo   krzesłem.   Wiedziała,   że   prędzej   czy   później   będzie   musiała   spojrzeć 
Grantowi   w   oczy,   ale   nie   dziś   w   nocy.   Dziś   była   zbyt   zmęczona   na   cokolwiek. 
Marzyła tylko o jednym: by wreszcie znaleźć się we własnym łóżku.

Ale   kiedy   się   położyła,   sen   jakoś   nie   przychodził.   Jeszcze   nie   spała,   kiedy 

samochód Granta zatrzymał się przed domem. Słyszała trzaśniecie drzwi, a potem 
odgłos kroków w holu, kuchni i na schodach. Nie odezwała się, kiedy wołając ją, 
nacisnął klamkę od drzwi do jej pokoju. Udawała, że śpi. Po chwili usłyszała, jak 
wchodzi do swej sypialni i zamyka za sobą drzwi. Z łkaniem schowała twarz w 
poduszkę.

Następnego   ranka   zaspała.   Kiedy   zeszła   na   dół,   w   holu   zastała   Gili,   która 

podlewała   kwiaty.   Przez   uchylone   drzwi   poczuła   odurzający   zapach   wiosennego 
powietrza.

– 

Tylko spójrz na tego fiołka. Czy nie jest wspaniały?

Nie mam do nich szczęśliwej ręki, ale ten kwitnie, odkąd go dostałam.

Podniosła wzrok na Alison, zatrzymując w powietrzu rękę z konewką.

– 

Wszystko w porządku, Alison? Nie wyglądasz dobrze.

– 

Nic mi nic jest. Po prostu nie najlepiej spałam, to wszystko.

– 

Rozumiem.

Gili zmarszczyła brwi.

–  

Nie   mam   twojej   porannej   poczty.   Doktor   Ashton   zabrał   całą   do   pokoju. 

Powiedział, że ją przejrzy.

– 

W porządku, Gili. Dziękuję.

Wolno przeszła do swojego gabinetu, nie chcąc wysłuchiwać dalszych pytań Gili. 

Ledwie zdążyła usiąść za biurkiem, kiedy otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł 
Grant.

– 

Alison? – Pytanie w jego głosie było tak oczywiste, że spuściła wzrok.

– 

Tak Grant?

Starała   się,   by   zabrzmiało   to   oficjalnie.   Uparcie   wpatrywała   się   w   leżącą   na 

biurku stertę kart pacjentów.

– 

Przyniosłem ci pocztę...

– 

Dziękuję.

Odebrała listy i odwróciła się.

– 

Alison...!

background image

– 

Tak?

– 

Co się stało?

– 

Nic.

– 

Myślałem...

– 

Czy to już wszystko, Grant? Mani dużo pracy. Zaspałam i chciałabym nadrobić 

teraz zaległości.

–  

Oczywiście.   –   Zawahał   się   i   dodał:   –   Pomyślałem,   że   pewnie   chciałabyś 

wiedzieć. Dostałem list w sprawie Pauli Cotton.

– 

Och!

Chciała wiedzieć. Poczuła ulgę, że nie muszą rozmawiać o prywatnych sprawach.

–  

Wygląda na to, że miałaś rację. Neurolog uważa, że rzeczywiście może mieć 

toczeń układowy.

–  

Biedna Paula. Wygląda na to, że nigdy nie doczeka się dziecka, którego tak 

bardzo pragnie.

–  

Tego nie wiemy. Ale nawet jeśliby tak było, ma przecież swoje życie i dzięki 

tobie możemy od razu zastosować prawidłowe leczenie. To uwolni ją od większości 
tych przykrych dolegliwości.

– 

Prędzej czy później sam doszedłbyś do tej diagnozy. – Wzruszyła ramionami.

– 

Lepiej znałaś ten przypadek, Alison. I to właśnie są uroki partnerstwa.

Przerwał na chwilę, a Alison wstrzymała oddech.

– 

Możemy sobie nawzajem pomagać – dodał.

Nie odzywała się, patrząc niemo w podłogę.

– 

Alison? – odezwał się cicho. – Coś nie jest w porządku i chciałbym wiedzieć co.

– 

Nie chcę prowadzić z tobą wspólnej praktyki – oświadczyła wreszcie.

– 

Co?!

Prawie krzyknął, nie bacząc na obecność Gili w sąsiednim pokoju.

Nie odważyła się podnieść na niego oczu.

– 

Przykro mi, Grant, ale tak właśnie uważam.

– 

Nie rozumiem cię. Dlaczego?

– 

Po prostu myślę, że nic z tego nie wyjdzie, to wszystko. Doszłam do wniosku, 

że nie uda nam się cofnąć czasu.

Zbyt wiele się od tamtej pory zmieniło.

background image

Nadal nie spuszczał z niej wzroku.

– 

Nie rozumiem cię, Alison. Powinnaś wreszcie się zdecydować, czego naprawdę 

oczekujesz od życia.

Na   szczęście   dla   Alison   w   tym   momencie   rozległ   się   dzwonek   interkomu. 

Szybkim ruchem podniosła słuchawkę.

–  

Jest pilne wezwanie dla doktora Ashtona – usłyszała w słuchawce głos Gili. – 

Podejrzenie zawału serca.

– 

Już ci go daję.

Wręczyła słuchawkę Grantowi, który z uwagą wysłuchał Gili.

– 

Powiedz im, że już jadę.

Odłożył słuchawkę, spojrzał ciężko na Alison i po chwili już go nie było. Patrzyła 

za nim, czując, że za chwilę pęknie jej serce.

 

Jakoś dobrnęła do końca dnia, szczęśliwa, że to sobota. W wolne dni zwykle nie 

było wielu wezwań do domów.

Wiedziała, że rozmowa z Grantem nie została skończona i że wkrótce będzie 

musiała   przedyskutować   z   nim   wszystkie   problemy   związane   z   dalszym 
prowadzeniem praktyki. Ta myśl tak ją przerażała, że postanowiła omówić najpierw 
całą sprawę z Godfreyem Warnerem. Jednak kiedy zadzwoniła do jego biura, okazało 
się, że wyjechał na konferencję i wróci dopiero następnego dnia.

Westchnęła i przeciągnęła się na krześle. Gili poszła do domu, a ona miała dziś 

dyżur.   Zaraz   po   lunchu   Grant   pojechał   na   wizyty   domowe.   Miał   dziś   wolne 
popołudnie i Alison zastanawiała się, czy wybierze się na przystań. Jeśli tak, to z 
pewnością przeżyje rozczarowanie, pomyślała z satysfakcją. Z zamyślenia wyrwał ją 
dźwięk telefonu.

– 

Doktor Kennedy.

–  

Dzień   dobry,   pani   doktor.   Mówi   sierżant   Jones   z   Komisariatu   Policji   w 

Newport.

– 

Czym mogę panu służyć?

–  

W   pani   rejonie   zgłoszono   pożar.   Nasza   karetka   jest   już   w   drodze,   ale 

chcielibyśmy, żeby na miejscu wypadku był też lekarz.

– 

Naturalnie. Gdzie dokładnie wybuchł pożar?

– 

Niedaleko przystani. W bloku emerytów...

– 

Wiem, gdzie to jest. Już jadę.

background image

Szybko sprawdziła zawartość swej lekarskiej torby, schwyciła przenośny telefon, 

zamknęła   gabinet   i   wybiegła   do   samochodu.   W   niecałe   dziesięć   minut   była   na 
miejscu. Kiedy zajechała na parking przed blokiem, z przeciwnej strony nadjechał 
wóz strażacki i karetka. Dwa radiowozy były już na miejscu. Jeden z policjantów 
kierował ruchem, podczas gdy drugi próbował uspokoić grupkę stojących na ulicy 
ludzi.

Pospieszyła w stronę drzwi. Zanim weszła do bloku, zadarła głowę i ujrzała, że 

dym wydobywa się z okien kilku górnych mieszkań. Wokół czuć było ostry zapach 
spalenizny.

– 

A dokąd to pani się wybiera? – Drogę zagrodził jej potężnie zbudowany oficer.

– 

Jestem lekarzem. Nazywam się Kennedy. Policja zwróciła się do mnie z prośbą 

o pomoc. – Spojrzała niecierpliwie na budynek. – Czy w środku jeszcze ktoś został?

Oficer skinął głową.

– 

Wydaje nam się, że zostało jeszcze dwoje ludzi.

– 

Może powinnam spróbować się do nich dostać...

Alison postąpiła krok do przodu, ale mężczyzna położył jej rękę na ramieniu.

– 

Przykro mi, pani doktor, ale nie mogę wpuszczać do środka nikogo.

– 

Ale...

– 

Jeden lekarz w zupełności wystarczy.

– 

Jaki lekarz?

– 

W środku jest już doktor Ashton.

– 

Co?

W tej chwili nad ich głowami rozległ się głośny trzask i jedno z okien wypadło na 

ulicę, rozbijając się na tysiąc drobnych kawałków. Instynktownie cofnęli się kilka 
kroków. Ogień zaczął wydobywać się na zewnątrz. Ze środka budynku dochodziły 
nawoływania   strażaków,   a   za   ich   plecami   krzyczeli   policjanci,   którzy   starali   się 
przesunąć zgromadzonych ludzi w bezpieczniejsze miejsce.

– 

Powiedział pan, że w środku jest doktor Ashton?

Alison schwyciła za ramię oficera, który właśnie odwrócił się i zamierzał odejść.

– 

Na to wygląda. Przybył jeszcze przed nami i od razu wszedł do budynku. Ogień 

najprawdopodobniej zaczął się w mieszkaniu na drugim piętrze i wydaje nam się, że 
jego właściciele ciągle są w środku. To dwoje starych ludzi. Nazywają się Attrill.

– 

Seth? – spytała odruchowo.

– 

Zna ich pani?

background image

– 

Tak. I to bardzo dobrze.

Spojrzała w stronę okien mieszkania na drugim piętrze. W środku był Grant z 

Sethem i Mabel. Boże... Proszę Cię...

– 

Pani jest lekarzem? – Młody policjant, złapał ją za ramię.

– 

Tak... O co chodzi?

– 

Dwoje ludzi potrzebuje, pomocy.

Alison podniosła z ziemi torbę i pobiegła we wskazanym kierunku. W biurze 

przystani zastała Kena Bridgesa pomagającego policjantom, którzy wnosili właśnie 
do środka dwoje starszych ludzi. Poszkodowani byli w szoku i jeszcze dusili się po 
tak dużej dawce gryzącego dymu.

Alison zaleciła, aby obojgu podać tlen znajdujący się w karetkach i przygotowała 

strzykawki z lekiem.

Kiedy   przekonała   się,   że   życiu   poszkodowanych   nie   zagraża   żadne 

niebezpieczeństwo, zostawiła ich pod opieką sanitariuszy i pobiegła z powrotem na 
miejsce pożaru.

Przez te kilka minut ogień przybrał na sile. Promienie wydobywały się z okien 

sypialni Setha. Strażacy podnosili właśnie obrotową platformę na wysokość balkonu.

W   oknie   pojawiła   się   czyjaś   postać   i  Alison   rozpoznała   Setha.   Z   pewnymi 

oporami wszedł na platformę, a asystujący mu strażak krzyknął do kolegów, że w 
środku zostały jeszcze dwie osoby, z których jedna jest w nie najlepszym stanie.

Pełna najgorszych myśli Alison przyglądała się, jak platforma powoli opada na 

ziemię i zaraz po zejściu Setha unosi się ponownie.

Podbiegła do Setha, który siedząc na ziemi kasłał, starając się nabrać w płuca 

świeżego powietrza.

– 

Już dobrze, Seth.

Dała znak sanitariuszowi, żeby podjechał do nich z butlą z tlenem.

Pociemniały od dymu Seth rozpoznał ją, pomimo szoku, w jakim się znajdował.

– 

Mabel... • – szepnął. – W środku jest Mabel,.. Jej astma... Nie może oddychać...

– 

Spokojnie, Seth. Nic jej się nie stanie. Wydostaną ją. A doktor Ashton?

– 

Jest z nią... Był wspaniały...

Przyjął z jej rąk maskę, i z ulgą zaczął wdychać tlen.

Alison wstała z klęczek i przywołała ręką sanitariusza.

–  

Ten mężczyzna ma ciężkie poparzenia na dłoniach – powiedziała, szukając w 

background image

torbie przeciwbakteryjnego kremu. – Posmaruję mu je specjalnym kremem i dam 
zastrzyk przeciwbólowy. Chcę, żebyście zawieźli go do szpitala, najszybciej jak się 
da.

Po kilku minutach Setha zabrała karetka. Alison ponownie zadarła głowę.

Strażak, który wjechał na platformie do góry, zniknął w mieszkaniu. Na balkonie 

chyba   nikogo   nie   było,   chociaż   kłęby   burego   dymu   mogły   przysłonić   niewielkie 
sylwetki. Alison przyłapała się na tym, że się modli, aby Mabel przeżyła i żeby nic 
się nie stało Grantowi.

Wydawało jej się, że czeka na nich już całą wieczność. W tym momencie dołączył 

do niej Ken Bridges.

– 

Nic mu nie będzie, Alison – powiedział tak cicho, że tylko ona mogła to słyszeć.

– 

Mam nadzieję, Ken. Mam nadzieję.

Przełknęła ślinę, starając się powstrzymać łzy, które napłynęły jej do oczu.

– 

Gdyby cokolwiek mu się stało...

– 

Wiem – powiedział miękko. – Wiem... – Nagle schwycił ją za ramię. – Popatrz! 

Coś się dzieje!

Na balkonie pojawili się jacyś ludzie, ale nadal trudno było cokolwiek dostrzec 

przez grubą zasłonę dymu.

Po chwili Alison w jednej z postaci rozpoznała Granta. Razem ze strażakiem 

wynosił z mieszkania Mabel.

Udało im się bezpiecznie przenieść ją na platformę, którą od razu odsunięto od 

balkonu. W tym momencie za plecami gapiów rozległ się czyjś histeryczny krzyk.

~ Zasłony się palą!

– 

Zobacz! Ogień wdarł się do sypialni!

Przerażona   Alison   patrzyła,   jak   języki   ognia   zaczynają   wydobywać   się   na 

zewnątrz tuż za plecami Granta.

Kiedy wydawało się, że jego śmierć w płomieniach jest już prawie nieunikniona, 

platforma podjechała wreszcie do góry. Grant przeszedł przez barierkę i chwytając 
się poręczy, zeskoczył na podest. Z ust wszystkich zebranych wydobyło się głośne 
westchnienie ulgi.

Po kilku sekundach Grant znalazł się na dole. Alison rzuciła się w jego kierunku. 

Zszedł na ziemię i wpadł prosto w jej otwarte ramiona.

– 

Och, Grant! – szepnęła. – Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało!

Z desperacją przyciskała go do siebie, jakby od tego miało zależeć jego życie.

background image

– 

Już dobrze – powiedział, zanurzając usta w jej włosach. – Już dobrze, Alison.

Przez dłuższą chwilę nie wypuszczała go z objęć, z ulgą przytulając do siebie. 

Potem odchyliła głowę, spoglądając przez łzy na jego osmaloną, spoconą twarz.

– 

Dzięki Bogu! – powtórzyła, cicho łkając.

 

background image

Rozdział 12

 

Mabel   nie   odzyskała   jeszcze   przytomności,   choć   jej   oddech   był   już   znacznie 

bardziej   miarowy   i   spokojny.   Zabrano   ją   do   szpitala.   Strażacy   kończyli   gaszenie 
pożaru, a gapie powoli zaczęli się rozchodzić do domów. Alison podeszła do Grania. 
Siedział na krawężniku okryty marynarką Kena.

– 

Chodź – powiedziała, wskazując otwarte drzwi karetki. – Pojedziesz z nimi, a ja 

przyjadę swoim samochodem.

– 

Nie ma takiej potrzeby – zaczął, ale Alison nie pozwoliła mu skończyć.

– 

Oczywiście, że jest. Nawdychałeś się dymu. Jedziesz teraz do szpitala i koniec.

– 

Ale...

Nagły atak kaszlu przerwał mu w pół słowa. Tym razem bez sprzeciwu pozwolił 

sanitariuszowi zaprowadzić się do karetki.

Alison dotarła do izby przyjęć niecałe dwadzieścia minut później. Grant i Mabel 

byli już na miejscu.

– 

Zaczeka pani? – spytała ją pielęgniarka, którą znała już trochę z widzenia.

– 

Tak. Doktor Ashton nie ma samochodu, a nie sądzę, żeby istniała konieczność, 

aby został tu dłużej.

– 

Ja też tak myślę. Może napiłaby się pani herbaty?

–  

Najpierw   pójdę   na   ortopedię.   Przy   okazji   chciałabym   odwiedzić   naszą 

przyjaciółkę, Hildę Lloyd, która tam leży.

– 

Przypuszczam, że usłyszała już o całej historii i z pewnością bardzo niepokoi się 

o doktora Ashtona.

Hilda   siedziała   na   łóżku   i   robiła   szydełkiem   serwetkę.   Na   widok  Alison   ze 

zdziwieniem podniosła wzrok.

– 

Witaj, kochanie. Nie spodziewałam się dziś twoich odwiedzin.

– 

Ja też nie planowałam dzisiejszej wizyty. Jak się czujesz? – spytała, siadając na 

brzegu łóżka.

– 

Dziękuję, coraz lepiej. Ale ty wyglądasz jakoś blado. Czy coś się stało?

Alison wzięła głęboki oddech.

– 

Nic, czym mogłabyś się martwić, Hildo. Był pożar.

– 

Pożar?! – W oczach Hildy pojawił się błysk niepokoju. – W Fairacre?

background image

– 

Nie, nie – uspokoiła ją szybko Alison. – W bloku emerytów. Ogień został chyba 

zaprószony w mieszkaniu Setha i Mabel.

– 

Czy coś im się stało? – spytała z przerażeniem w głosie, odkładając robótkę na 

szafkę obok łóżka.

–  

Przywieziono ich do szpitala. Seth ma poparzone ręce, a Mabel trudności z 

oddychaniem. Oboje nawdychali się dymu... – Na moment zawahała się. – Są teraz w 
izbie przyjęć. Podobnie jak doktor Ashton – dodała na koniec.

– 

Doktor Ashton?! A co on ma z tym wspólnego?

– 

Udzielił im pomocy, Hildo – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Dlatego przyszłam 

do ciebie. Nie chciałam, żebyś usłyszała o tym od kogoś innego.

– 

Ale nic mu nie jest?

– 

Mam taką nadzieję.

–  

Cóż... – Hilda oparła się o poduszkę. – Dziękujmy Bogu, że wszystko tak się 

skończyło. Nie zniosłabym, gdyby cokolwiek mu się stało.

– 

Jest dla ciebie bardzo ważny, prawda Hildo?

– 

Tak. Prawie tak ważny jak ty... Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie – przyznała, 

nie ukrywając ciekawości.

– 

Dlaczego tak sądzisz? – spytała szorstko Alison.

– 

Nie wiem. Coś w tonie twojego głosu podsunęło mi taką myśl. Wypowiedziałaś 

jego imię z taką ulgą, jak ja, kiedy dowiedziałam się, że nic mu nie jest.

– 

Cóż, naturalnie, że się cieszę, iż wyszedł z tego cało. Ale nic poza tym, Hildo.

– 

Czuję się rozczarowana...

– 

Mówiąc szczerze, Hildo, miałam ci tego teraz nie mówić, ale skoro zaczęłyśmy 

już tę rozmowę, to wyduszę to z siebie. Wkrótce zacznę czynić przygotowania do 
wyjazdu do Suffolk.

– 

Och, Alison! Miałam taką nadzieję...

– 

Wiem, Hildo, i bardzo mi przykro. Jednak tak już jest. Między mną a Grantem 

nigdy nie będzie już tak jak dawniej. A teraz – wstała z łóżka – pójdę chyba do izby 
przyjęć i zobaczę, co się tam dzieje.

Spojrzała na Hildę, ale staruszka zachowywała się tak, jakby jej nie słuchała.

– 

Jemu też będzie przykro, że wszystkie plany się nie powiodły – powiedziała do 

siebie.

–  

O czym ty mówisz? – spytała Alison. – Chyba nie masz zamiaru znów zbyć 

mnie tymi półsłówkami.

background image

– 

Nie – odparła z westchnieniem Hilda. – Teraz to już nie ma większego sensu.

– 

Więc wyjaśnij mi wreszcie, o co chodzi. Jakie plany masz na myśli?

– 

Oczywiście plany twojego ojca dotyczące praktyki.

– 

Praktyki? Chcesz powiedzieć, że o wszystkim wiedziałaś? Rozmawiał z tobą na 

ten temat?

–  

Nie, nie rozmawiał. Sama się wszystkiego domyśliłam.  Rozumiem,  co twój 

ojciec zrobił i dlaczego.

– 

Więc może w końcu i ja się tego dowiem. Może uda mi się zrozumieć, dlaczego 

postanowił zniszczyć naszą miłość...

– 

Zrobił to tylko dla twojego dobra. Chodziło mu o twoją karierę...

– 

Dlaczego więc postanowił połączyć nasze losy po tylu latach? Czy nie rozumiał, 

ile bólu będzie nas kosztowała wspólna praca i mieszkanie pod jednym dachem po 
tym wszystkim, co się stało?

Hilda dopiero po dłuższej chwili zdobyła się na odpowiedź.

–  

Alison, twój ojciec powiedział mi kiedyś, że czuł się winny tego, co zrobił. 

Przyznał, że nigdy w życiu nie widział dwojga tak zakochanych w sobie ludzi.

Alison patrzyła na nią w osłupieniu.

– 

Tak powiedział...?

– 

Tak. Powiedział też, że jego najgorętszym pragnieniem jest, aby jakoś ten błąd 

naprawić. Nie wiedziałam, co zamierza zrobić, podobnie jak nie wiedziałam, że był 
tak bardzo chory... Dopiero potem, kiedy odczytano jego testament, zrozumiałam, że 
w ten sposób chciał znowu was ze sobą połączyć. Jesteś absolutnie pewna, kochanie, 
że nic się już nie da zrobić?

– 

Absolutnie – odparła twardo. – Przykro mi, ale nawet nie mogę mu ufać. A bez 

wzajemnego zaufania nie ma mowy o miłości.

Hilda westchnęła.

– 

Mnie on zawsze wydawał się osobą ze wszech miar godną zaufania...

– 

Hildo, nic nie rozumiesz. Nie znasz całej prawdy... Nie czas teraz, żebym ci to 

wszystko   wyjaśniała.   Muszę   –   wracać   do   Woodbridge.   Ludzie   prawdopodobnie 
dowiedzieli się już o wypadku i zapewne telefon dzwoni bez przerwy.

W końcu udało jej się wyjść od Hildy, jednak długo jeszcze zastanawiała się nad 

tym, co od niej usłyszała.

Przynajmniej wiedziała teraz, co skłoniło ojca do takiej decyzji. W głębi duszy 

była   zadowolona,   że   nie   chodziło   mu   tylko   o   to,   aby   w   Fairacre   mieszkał   jakiś 

background image

Kennedy.   Jedyny   problem   polegał   na   tym,   że   jego   dobre   intencje   były   mocno 
spóźnione i nic już nie mogło tego faktu zmienić.

Kiedy dotarła do izby przyjęć, okazało się, że Grant już na nią czeka. Był gotowy 

do opuszczenia szpitala.

– 

Zbadano cię? – spytała, starając się zignorować wyraz jego oczu.

– 

Tak, pani doktor.

– 

Wszystko w porządku pani doktor. Zrobili mi nawet rentgen płuc.

– 

To bardzo dobrze.

Starała się rozmawiać z nim oficjalnie, ale sposób, w jaki na nią patrzył, bardzo 

jej to utrudniał.

– 

Miałeś jakieś wiadomości o Mabel?

– 

Ciągle jest w nie najlepszym stanie, ale myślę, że przywieźliśmy ją na czas.

– 

Dobrze. A Seth?

– 

Przyjęto go na oddział, ale pewnie zostanie przeniesiony na chirurgię plastyczną 

w Odstock. Pomyślałem, że chciałabyś go zobaczyć, zanim pojedziemy do domu.

Przepuścił ją w drzwiach przed sobą.

– 

Świetny pomysł.

Kiedy przechodziła obok Granta, poczuła wyraźny  zapach dymu i spalenizny. 

Przypomniało jej to, jak był blisko śmierci.

Szli na oddział w absolutnym milczeniu, ale Alison wyraźnie czuła narastające 

między nimi napięcie. Obawiając się tego, co może usłyszeć od Granta, odezwała się 
pierwsza.

– 

Byłam właśnie u Hildy. Chciałam powiedzieć jej o wszystkim, zanim zrobiłby 

to ktoś inny. Wiedziałam, że będzie się o ciebie martwiła. A przy okazji, Grant, jak to 
się stało, że znalazłeś się na miejscu wypadku?

– 

Byłem na przystani.

Przystań. Był na „Kittihawk". Przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.

– 

Właśnie wracałem do domu, kiedy ujrzałem dym. Ktoś zadzwonił po straż. Ktoś 

inny powiedział, że w środku są ludzie.

– 

Czy wiadomo, jak to wszystko się zaczęło?

– 

Dokładnie nie.

– 

Jak to?

Myśl, która pojawiła się w jej głowie przed kilkoma godzinami, zaczęła nabierać 

background image

coraz realniejszych kształtów.

–  

Cóż,  Seth przebąkuje  coś,  że to jego fajka  była przyczyną pożaru. – Grant 

potrząsnął głową. – Sam nie wiem...

–  

Mam nadzieję, że nie ponoszę za wszystko całkowitej odpowiedzialności. – 

Alison przygryzła wargę.

– 

Ty? Dlaczego uważasz, że ten wypadek ma jakikolwiek związek z tobą?

– 

Niedawno odwiedziłam Setha i Mabel i zasugerowałam mu, żeby ze względu na 

chorobę żony nie palił w pokoju. Powiedziałam, że mógłby to robić na balkonie. 
Oficer straży stwierdził, że pożar najprawdopodobniej zaczął się w pomieszczeniu na 
ubrania. Może Seth poszedł zapalić właśnie tam...?

– 

Nie, nie sądzę, żeby tak było. Nie miałem czasu, żeby dobrze rozejrzeć się po 

mieszkaniu, ale Seth uparcie twierdził, że palił na balkonie. Kiedy wszedł do domu, 
schował fajkę do kieszeni marynarki i odwiesił ją do garderoby. Najprawdopodobniej 
nie zgasił jej do końca.

–  

Boże!   Gdybym   nie   zmuszała   go   do   zmiany   nawyków,   całe   to   nieszczęście 

prawdopodobnie by się nie zdarzyło.

–  

To nie była twoja wina. Działałaś w interesie Mabel. Seth powinien był się 

upewnić, że fajka została zgaszona. Zresztą, zanim ubrania się zapaliły, dym musiał 
być wyczuwalny.

Doszli do drzwi prowadzących na oddział. Grant zatrzymał się z ręką na klamce.

– 

Musiałem nieźle się namęczyć, żeby się do nich dostać. Mabel od początku była 

w ciężkim stanie, a Seth poparzył sobie ręce, próbując ugasić pożar. Duży pokój zajął 
się   pierwszy,   dlatego   musiałem   zaciągnąć   ich   do   sypialni.   Na   szczęście   był   tam 
balkon.

–  

Prawdopodobnie   zawdzięczają   ci   życie   –   zauważyła   Alison,   kiedy   Grant 

popchnął drzwi. – Mieli szczęście, że byłeś w pobliżu.

– 

Przyszedłem na „Kittihawk".

– 

Domyśliłam się.

– 

I oczywiście nie mogłem się na nią dostać.

– 

Nie mogłeś – potwierdziła skinieniem głowy.

Nie   odpowiedział,   gdyż   dotarli   właśnie   do   niewielkiego   pokoju   w   końcu 

korytarza,   w   którym  przebywał   Seth.   Siedział   w   fotelu,   a   jego   obie   dłonie   były 
zabandażowane. Wyglądał przez okno i nie odwrócił się nawet, kiedy Alison i Grant 
weszli do pokoju.

– 

Witaj, Seth – powiedziała cicho Alison i stanęła przed nim.

background image

Minęło kilka sekund, zanim rozpoznał swoich gości. W odpowiedzi skinął głową.

–  

Jak się czujesz? – spytał Grant, podając krzesło Alison. Sam usiadł na brzegu 

łóżka.

– 

Nie najgorzej – odparł krótko.

–  

Słyszałam,   że   zostaniesz   przeniesiony   do   Odstock.   Mają   tam   bardzo   dobrą 

chirurgię plastyczną.

– 

Przeszczepy skórne – skwitował lapidarnie.

– 

Tak. Będą ci robić nowe dłonie. Medycyna zaszła bardzo daleko.

Nie odpowiedział, dając do zrozumienia, że ma co do tego pewne wątpliwości. Po 

chwili odezwał się dość niespodzianie.

– 

Wiecie, jak czuje się Mabel?

– 

Znosi wszystko bardzo dzielnie – powiedział Grant. – Ale musisz pamiętać, że 

przeszła ogromny uraz. Nie zapominaj o jej chorobie. Mogę cię zapewnić, że jest w 
najlepszych rękach.

Seth nie odezwał się, ale Alison zauważyła, że jego oczy się zaszkliły.

– 

Jestem pewna, że nic jej nie będzie.

Pochyliła się i lekko dotknęła jego dłoni.

–  

Ale to wszystko moja wina, prawda? – Spojrzał na nich bezradnie, a w jego 

oczach było tyle bólu, że Alison ścisnęło się serce.

– 

To był wypadek, Seth – oświadczyła twardo.

–  

Próbowałem zastosować się do tego, co mówiłaś... wiesz, żeby nie palić w 

pokoju. Byłem na balkonie, kiedy zadzwonił telefon. Odruchowo wetknąłem fajkę do 
kieszeni   i   poszedłem   go   odebrać.   Kiedy   palę   w   domu,   opieram   fajkę   o   brzeg 
popielniczki, ale tym razem... Tym razem zrobiłem inaczej...

Po policzku Setha potoczyła się łza. Chciał zetrzeć ją ręką, ale kiedy ją uniósł, 

przypomniał sobie, że ma zabandażowane dłonie. Bezsilnie opuścił rękę na kolana.

Alison wyjęła z torby chusteczkę i wytarła mu twarz.

Posiedzieli u niego jeszcze kilka minut, a potem, obiecując, że wkrótce odwiedzą 

go ponownie, pożegnali się i podeszli do drzwi. Jednak Seth jeszcze ich zatrzymał.

– 

Coś wam powiem.

– 

Co takiego, Seth?

– 

Nigdy więcej nie wezmę fajki do ust.

– 

Cieszę się, że to słyszę. – Grant uśmiechnął się z powątpiewaniem.

background image

– 

Naprawdę. Do końca życia nawet nie spojrzę na fajkę. I jeszcze jedno. Gdyby 

nie doktor Ashton, nie wiem, czy w ogóle jeszcze byśmy żyli. Zachował się jak 
bohater. Mówię ci, Alison, jak bohater.

W drodze do domu prawie wcale się do siebie nie odzywali. Kiedy dotarli do 

Fairacre,   zapadał   zmierzch.   Przez   chwilę   siedzieli   nieruchomo,   przyglądając   się 
latającym bezgłośnie nietoperzom, które rozpoczynały właśnie nocne łowy. Grant 
pierwszy przerwał milczenie.

– 

Wiesz co? – zaczął miękko. – Kiedy zszedłem z platformy i zobaczyłem, że na 

mnie czekasz, mógłbym przysiąc, że dostrzegłem w twoich oczach miłość.

– 

Poczułam ulgę, że nic ci się nie stało.

– 

Tylko ulgę? – Uniósł brwi, a Alison szybko odwróciła wzrok.

– 

Każdy odczułby to samo...

– 

Przez jeden krótki moment pomyślałem, że cały koszmar minął i że znów jest 

między nami tak jak dawniej.

Delikatnie oderwał rękę Alison od kierownicy i zaczął lekko masować kciukiem 

jej wnętrze.

Odruchowo wstrzymała oddech. Mogła znieść wszystko, ale nie to. Jego bliskość, 

dotyk,   zapach...  To   było   ponad   jej   siły.   Jeśli   ma   wyjechać   z   Fairacre,   nie   może 
pozwolić   sobie   na   żadną   intymność.   Desperacko   spróbowała   wyrwać   się   z   jego 
uścisku, jednak Grant tylko wzmocnił uchwyt, nie pozwalając, by cofnęła rękę.

– 

Alison – szepnął.

– 

Nie, Grant. Nie. Powiedziałam ci już, że między nami wszystko skończone.

– 

Nie mogę w to uwierzyć. Wiem, że mnie kochasz.

– 

Nie ufam ci, Grant. Nie można kochać kogoś, komu się nie ufa.

–  

A gdyby jednak okazało się, że jestem godny twojego zaufania? Gdybym cię 

przekonał?

– 

Nie rozumiem, w jaki sposób mógłbyś...

– 

Załóżmy, że powiedziałbym ci, iż byłem tak zaskoczony nagłą zmianą twojego 

zachowania, że postanowiłem dowiedzieć się, co do niej doprowadziło.

– 

Co chcesz przez to powiedzieć? – Zmarszczyła brwi.

– 

Pomyśl przez chwilę, Alison. Przez ostatnie tygodnie zbliżyliśmy się do siebie 

prawie tak bardzo, jak dawniej. Kiedy się kochaliśmy, nie istniały między nami żadne 
bariery czy zahamowania.

Nie mogła zaprzeczyć, więc po prostu milczała.

background image

–  

Nasza miłość zdawała się umacniać z dnia na dzień, a nasze plany z każdą 

chwilą nabierały realności. I nagle wszystko się zmienia. Na początku nie mogłem w 
to uwierzyć, nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak się stało. Potem zacząłem szukać 
przyczyny twojego postępowania.

Alison nadal się nie odzywała, nie zaprzeczając, ale też nie potwierdzając jego 

przypuszczeń.

– 

Potrzebowałem czasu, żeby zbadać, co to mogło być.

Poszedłem na przystań, żeby trochę popracować na łodzi.

Jednak kiedy tam dotarłem, zastałem „Kittihawk" zamkniętą na kłódkę. Wydało 

mi   się   to   dziwne,   tym   bardziej,   iż   dobrze   wiedziałaś,   że   często   na   niej   pracuję. 
Poszedłem do Kena i spytałem, czy coś wie na ten temat. Wyjaśnił, że prosiłaś go, by 
założył kłódkę i powiedziałaś, że nie życzysz sobie, aby ktokolwiek poza tobą dostał 
do niej klucz. Alison milczała.

– 

Spytałem Kena, czy wie, dlaczego tak zrobiłaś i wiesz, co mi powiedział? Że nie 

jest pewien, ale nie zdziwiłby się, gdyby miało to coś wspólnego z Cheryl Rossi, 
która lubiła się włóczyć w pobliżu, szczególnie gdy byłem na przystani.

Umilkł   na   chwilę.  Alison   odwróciła   głowę.   W   tej   samej   chwili   poczuła   na 

podbródku rękę Granta. Delikatnie, lecz zdecydowanie zwrócił jej twarz ku sobie.

–  

Jesteś   o   nią   zazdrosna,  Alison?   Założyłaś   kłódkę,   żeby   nie   wchodziła   na 

„Kittihawk"?

– 

Ken nie ma prawa snuć takich domysłów. Cheryl jest moją pacjentką...

– 

Wiem. Wiem także o tym, że była u ciebie wczoraj wieczorem.

– 

Skąd?

– 

Po prostu widziałem, jak wychodziła z twojego gabinetu. To wszystko. Wtedy 

jeszcze nie zwróciłem na to uwagi.

Przygryzła wargę i spróbowała odwrócić głowę.

– 

Przed południem byłaś zupełnie normalna. Dopiero wieczorem twój stosunek do 

mnie uległ gwałtownej zmianie. Po rozmowie z Kenem wszystko zaczęło mi  się 
układać w logiczną całość...

– 

Grant, przykro mi, ale nie mogę...

– 

Zdradzić tajemnicy lekarskiej?

–  

Ty przecież byś tego nie zrobił. Nie powiedziałeś mi nawet o stanie zdrowia 

mojego ojca, choć wiedziałeś, jak bardzo był chory.

– 

Nie, Alison. Nie zrobiłbym tego. I nie oczekiwałbym tego od ciebie. Zresztą w 

background image

tym wypadku nie ma takiej potrzeby.

– 

Jak to?

– 

Po rozmowie z Kenem poszedłem do Cheryl. Mieszka niedaleko przystani.

– 

O Boże, mam nadzieję, że nie pomyślała...

– 

Nie, Alison. Nie pomyślała niczego w tym rodzaju. Nie wiem dokładnie, co ci 

powiedziała, ale domyślam się, iż dała ci do zrozumienia, że się spotykamy. Nie. – 
Podniósł rękę, kiedy chciała mu przerwać. – Nie musisz na to odpowiadać. Cheryl i 
tak wystarczająco dużo mi powiedziała. Chcę, żebyś usłyszała, jak było naprawdę.

Spięła się w oczekiwaniu tego, co miała usłyszeć.

–  

W przeszłości kilka razy zabierałem Cheryl na kolację – przyznał. – Pierwszy 

raz   poszliśmy   na   obiad   zorganizowany   przez   Towarzystwo   Lekarskie   z   okazji 
jakiegoś posiedzenia. Ty byłaś wtedy w szkole i nie miałem z kim pójść. Twój ojciec 
zaproponował, żebym poszedł z Cheryl.

– 

Mój ojciec?!

–  

Tak. Znał ojca Cheryl, często grywali razem w golfa. Teraz wiem, że była to 

część jego misternie uknutego planu. Wtedy nie widziałem w tym nic podejrzanego. 
Później widywaliśmy się jeszcze kilka razy, a potem poznała Paula i wyszła za niego 
za mąż.

Przerwał na chwilę, nie wypuszczając jednak z ręki dłoni Alison.

– 

Ostatnio słyszałem, że się rozwodzą. Nie zaskoczyło mnie to specjalnie. Cheryl 

nie   należy   do   osób   zbyt   stałych   w   uczuciach.   Często   kiedy   pracowałem   na 
„Kittihawk", wpadała do mnie w porze lunchu. Zjadaliśmy razem kanapkę i piliśmy 
kawę.

– 

Nic ponadto? – spytała Alison, mając cały czas w pamięci obraz skotłowanej na 

łóżku pościeli.

– 

Nic. Cheryl kilkakrotnie dawała mi do zrozumienia, że chciałaby, aby coś z tego 

wynikło.

– 

I co ty na to?

– 

Początkowo było mi to obojętne. Nie miałem specjalnie ochoty się z nią wiązać. 

Owszem, mogliśmy coś razem zjeść, nawet pójść na drinka, ale nic więcej. Tak było, 
dopóki nie zjawiłaś się ty. Cheryl doskonale wiedziała, że w przeszłości chodziliśmy 
ze sobą.

–  

Wydawała się doskonale zaznajomiona ze wszystkim, co dotyczyło naszego 

życia tutaj – powiedziała ostrożnie Alison.

– 

Nie było to specjalnie trudne. Odkąd przyjechałaś, domysłom i spekulacjom na 

background image

nasz temat nie było końca.

– 

Bardzo interesowało ją, kiedy zamierzam wyjechać do Suffolk. – dodała gorzko.

–  

Prawdopodobnie myślała, że kiedy wyjedziesz, zmienię zdanie na jej temat. 

Alison... – Zwrócił twarz w jej stronę i nagle znaleźli się bardzo blisko siebie. – 
Między mną a Cheryl Rossi do niczego nie doszło. Proszę, uwierz mi.

Westchnęła. Tak bardzo chciała, żeby to była prawda. Podniosła na niego wzrok.

– 

Kocham cię, Alison – powiedział z prostotą. – Chcę, żebyś została moją żoną.

Przez   chwilę   myślała,   że   Grant   żartuje,   ale   jedno   spojrzenie   w   jego   oczy 

przekonało ją, że się myli.

– 

Co ty na to?

–  

Więc   nie   chodzi   ci   tylko   o   to,   żebym   została,   bo   tak   byłoby   dla   ciebie 

najwygodniej? – spytała zduszonym głosem.

Ujął w dłonie jej twarz.

– 

Oczywiście, że chcę, abyś pomagała mi prowadzić praktykę. Uważam, że razem 

tworzymy doskonały zespół.

Jednak ponad wszystko pragnę, abyś była przy mnie do końca mojego życia. 

Możesz mi zaufać jeszcze raz?

Patrzyli na siebie przez chwilę, a potem Grant pocałował ją lekko w czubek nosa. 

Otworzył drzwi samochodu i uśmiechnął się.

– 

Wydaje mi się, że możesz potrzebować czegoś bardziej przekonywującego.

Kiedy weszli do domu, zamknął drzwi na klucz.

–  

Przyjmę od ciebie każdy dowód – zaczęła Alison z lekkim uśmiechem. – Ale 

pod jednym warunkiem.

– 

Jakim?

– 

Że najpierw weźmiesz prysznic.

Popatrzył w wiszące w holu lustro i kiedy ujrzał w nim swoje odbicie, parsknął 

śmiechem.

–  

Wielkie   nieba!   Wyglądam   jak   szczotka   do   czyszczenia   kominów.   Wezmę 

prysznic, ale też mam pewien warunek.

– 

Mianowicie?

– 

Weźmiesz go ze mną.

 

Ujście rzeki połyskiwało w srebrzystym świetle księżyca. Leżeli bez ruchu, a 

background image

jedynymi   dźwiękami,   które   zakłócały   ciszę,   był   szelest   skrzydeł   nocnych 
drapieżników i trzask pękających pod ich ciężarem gałązek.

Przez   konary   drzew  przedzierały   się   nikłe  promyki,  oświetlając   twarz  Alison. 

Grant pochylił się nad nią i pocałował chyba po raz setny tej nocy.

Kiedy wreszcie oderwali się od siebie, z westchnieniem błogości oparła głowę o 

jego pierś.

–  

Jutro   musimy   pojechać   do   Hildy.   Ona   pierwsza   powinna   się   o   wszystkim 

dowiedzieć.

– 

Oczywiście.

–  

Będzie zachwycona. Czy wiesz, że wyznała mi dziś, iż mój ojciec czuł się 

winny tego, że nas rozdzielił? Domyśliła się, że sporządzając taki testament, chciał 
wszystko – naprawić. Że też tak długo udało jej się zachować to w tajemnicy!

Grant leżał nieruchomo. Nie odezwał się.

– 

Grant, słyszałeś, co powiedziałam?

– 

Tak, słyszałem. Ale to nie do końca prawda...

– 

Co mianowicie?

– 

Tobie rzeczywiście nic nie mówiła, ale mnie...

– 

Chcesz powiedzieć, że rozmawiała z tobą na ten temat?

– 

Zdradziła mi, że twój ojciec miał poczucie winy w stosunku do nas i że chciał 

naprawić to, co zepsuł.

– 

Ale przysięgałeś mi kiedyś, że jego decyzja o pozostawieniu nam praktyki była 

dla ciebie takim samym zaskoczeniem jak dla mnie...

–  

Bo tak było. Hilda poinformowała mnie o wszystkim dopiero po odczytaniu 

testamentu.

– 

Więc dlaczego mi nie powiedziałeś?

–  

Czy   gdybym  to   zrobił,   miałoby   to   jakieś   znaczenie?   Zresztą,   jak   mógłbym 

zdobyć się na odwagę? W tym czasie byłem pełen nadziei... Ty jednak oświadczyłaś 
wprost, że chcesz, aby nasze stosunki były czysto zawodowe...

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego. Dopiero po jakimś czasie zdała 

sobie sprawę, że Grant się uśmiecha.

–  

Grancie  Ashtonie,   jesteś   niemożliwy!   Naprawdę   uważam,   że   mógłbyś...   – 

zaczęła protestować, ale szybko uciszył ją kolejnym pocałunkiem.

Kiedy rozluźnił uścisk, odchyliła głowę i oznajmiła z powagą.

background image

– 

Dlatego właśnie postanowiłam, że nie sprzedam ci „Kittihawk".

– 

A więc myślałaś o tym?

– 

Tak.

– 

Jestem niepocieszony. Może jednak zmienisz jeszcze zdanie?

– 

Nie, Grant. W żadnym wypadku. Postanowiłam bowiem, że oddam „Kittihawk".

– 

Co?

–  

Właśnie   to.   Zamierzam   ją   dać   w   prezencie   ślubnym   mojemu   przyszłemu 

mężowi.

Grant uniósł się na łokciu.

–  

Ale   i   tym   razem   jest   pewien   warunek   –   ciągnęła,   ubawiona   wyrazem 

chłopięcego zachwytu, jaki dostrzegła w jego spojrzeniu.

– 

Jaki?

– 

Kiedy będę chciała pożeglować, zabierze mnie, dokądkolwiek zechcę.

– 

Nie wydaje mi się, żeby to miał być jakiś problem – powiedział cicho i po raz 

kolejny tej nocy wziął ją w ramiona.

 


Document Outline