background image

LAURA MacDONALD 

 

Niepokorna praktykantka 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

–  Lindsay,  kochanie,  gdzie  jest  ta  zabita  dechami  dziura,  do  której 

wyjeżdżasz?  –  Romilly  Souter,  wieloletnia  przyjaciółka  ojca,  spojrzała 
na nią spod sennie opadających powiek.   

–  Mówisz  tak,  jakby  to  było  na  końcu  świata  –  odrzekła  Lindsay, 

usiłując nie okazać irytacji. – A to przecież tylko północna Walia.   

–  To  jest  na  końcu  świata  –  stwierdziła  Annabelle  Crichton-Stuart, 

przyjaciółka Lindsay. – Pamiętam, jak wiele lat temu tata zabrał Ruperta 
i  mnie  do  Caenarvon.  Myślałam,  że  nigdy  tam  nie  dojedziemy. 
Wlekliśmy  się  cały  boży  dzień  beznadziejnymi  górskimi  drogami, 
omijając stada owiec, a deszcz lał bez przerwy. Istny koszmar.   

–  Czemu  w  ogóle  zdecydowałaś  się  na  Walię?  –  spytał  Charles 

Croad, stary przyjaciel ojca.   

– A czemu nie? – Lindsay wzruszyła ramionami. Sprawiała wrażenie 

opanowanej,  lecz  w  duchu  miała  już  serdecznie  dość  tych  krytycznych 
opinii. Przewidywała, że jej decyzja wywoła właśnie takie reakcje.   

–  Chyba  sensowniej  byłoby  pracować  bliżej  domu.  Nie  mogłeś 

znaleźć jej miłego kącika na prestiżowej ulicy Harley? – Charles spojrzał 
pytająco  na  siedzącego  u  szczytu  stołu  ojca  Lindsay,  Richarda 
Hendersona.   

–  Myślisz,  że  nie  chciałem?  –  Richard  zaśmiał  się  niewesoło.  –  To 

Lindsay wybrała prowincję i nie było żadnej dyskusji.   

– Ale żeby jechać do Walii! – z dezaprobatą mruknęła Annabelle. – 

Tam tylko grają w rugby, śpiewają i wydobywają węgiel.   

–  Muszę  wam  wyznać,  że  poniekąd  przyłożyłem  rękę  do  wyboru 

Lindsay  –  przyznał  jej  ojciec,  ściągając  na  siebie  uwagę  gości.  Tylko 
Lindsay  w  zamyśleniu  kreśliła  kciukiem  wzory  na  adamaszkowym 
obrusie. – Henry Llewellyn, mój dobry przyjaciel, a jednocześnie ojciec 
chrzestny  Lindsay,  prowadzi  poradnię  lekarską  w  pobliżu  Betwsycoed. 
Zgodził się przyjąć Lindsay na praktykę.   

– Na praktykę? – zdumiała się Annabelle. – Przecież Lindsay już jest 

lekarką.   

background image

–  Tak,  ale  chce  zostać  lekarzem  rodzinnym  i  musi  przez  rok 

terminować w zawodzie.   

– Potem pewnie wrócisz do Londynu i cywilizacji? – spytała Romilly.   
– Może. – Lindsay szybko podniosła wzrok.   
– Och, Linds, chyba tam nie zostaniesz? – jęknęła Annabelle. – I tak 

ominie  cię  tyle  atrakcji!  Tata  zamierza  pożeglować  do  Cowes,  potem 
planujemy wspaniały wyjazd do Włoch...   

–  Dziwne,  że  wybrałaś  specjalizację  lekarza  rodzinnego. 

Przypuszczałem, że pójdziesz w ślady ojca i zostaniesz chirurgiem.   

– Wszyscy tak myśleliśmy – przyznał Richard. – I chyba właśnie to 

obudziło w niej ducha przekory.   

Nawet  Lindsay  zareagowała  śmiechem  na  to  stwierdzenie. 

Rzeczywiście od lat słynęła ze swojej niezależności.   

– Chcę pracować z ludźmi – wyjaśniła spokojnie.   
– W gabinetach na ulicy Harley też leczy się ludzi – cierpkim tonem 

stwierdziła Romilly.   

–  Chodzi  mi  o  takich  zwyczajnych,  a  nie  o  uprzywilejowanych 

snobów  z  wyższych  sfer,  którzy  dostają  wszystko  podane  na  srebrnej 
tacy. A walijscy farmerzy mają za sobą kilka bardzo trudnych lat. Za rok 
może  wrócę  do  cywilizacji,  jak  to  ujęłaś,  lecz  na  pewno  nie  na  ulicę 
Harley.  Podejmę  pracę  w  biednej  dzielnicy,  gdzie  nie  brak  problemów 
społecznych.   

– Tam też potrzeba chirurgów – mruknął ojciec.   
–  Wiem,  tato.  I  rozumiem,  że  czujesz  się  rozczarowany,  bo  nie 

wybrałam  twojej  specjalizacji.  Nie  rezygnuję  z  chirurgii  definitywnie, 
lecz na razie widzę siebie jako lekarza rodzinnego.   

Ku uldze Lindsay wreszcie dano jej spokój, lecz przy kawie, na którą 

goście  przeszli  do  salonu,  Annabelle  przypuściła  kolejny  szturm.  Na 
szczęście tym razem rozmawiały tylko we dwie.   

– Będę za tobą tęsknić, Linds – rzekła z wyrzutem.   
– Wiem, Bełle. Mnie też będzie ciebie brakowało, ale nie rozstajemy 

się  na wieki. Rok  szybko zleci i  wrócę, zanim  się  obejrzysz. Poza tym 
Walia nie jest aż tak daleko. Ty i Gideon możecie mnie odwiedzać.   

– Chyba tak... – W głosie Annabelle zabrzmiała nuta powątpiewania. 

– Zastanawiam się tylko, dlaczego zmieniłaś zamiar. Przecież mówiłaś, 

background image

że przesuniesz tę praktykę na przyszły rok.   

– Cóż, sytuacja się zmieniła. – Lindsay umknęła spojrzeniem w bok.   
– Z powodu Andrew? 
– Może częściowo. Czemu pytasz? 
– Tak sobie. – Annabelle utkwiła wzrok w dogasającym na kominku 

ogniu. – Już przebolałaś to rozstanie, prawda? 

– Oczywiście – potwierdziła przyjaciółka trochę zbyt ochoczo.   
– To dobrze. Na pewno wkrótce poznasz kogoś interesującego.   
– Skąd wiesz, że chcę? – Lindsay uniosła ciemne brwi.   
–  Chcesz.  I  następnym  razem  będzie  inaczej.  Zobaczysz.  Kto  wie, 

może  nawet  trafisz  na  kogoś  w  tej  Walii.  Zauroczy  cię  jakiś  dzielny, 
barczysty farmer ze stadem owiec.   

– Uchowaj Boże! – Annabelle wzniosła oczy ku niebu. – Zapewniam 

cię, że to ostatnia rzecz, jakiej pragnę! 

– A ja sądzę, że właśnie tego ci trzeba.   
 
Lindsay  postanowiła  jechać  do  Walii  samochodem,  chociaż  ojciec 

szczerze jej to odradzał. Przekonywał, że na górskich drogach przydałby 
się  raczej  solidny  dżip,  a  nie  małe,  sportowe  autko.  Ale  Lindsay  nie 
chciała  się  z  nim  rozstać,  ponieważ  dostała  je  właśnie  od  ojca,  gdy 
zrobiła dyplom. Było jej dumą i źródłem nieustającej radości.   

Wyruszyła  w  drogę  w  piękny,  majowy  ranek.  Prawie  bez  żalu 

wyjechała z Londynu, ponieważ miała za sobą pracowity tydzień i dwa 
pożegnalne 

przyjęcia, 

zorganizowane 

przez 

przyjaciół 

oraz 

dotychczasowych współpracowników ze szpitala.   

Po  namyśle  postanowiła  jechać  przez  Oxford  i  Gloucester,  a  nie 

autostradą.  Była  zadowolona  z  tego  wyboru  –  widok  rozległych, 
zielonych  pastwisk  działał  kojąco  i  podnosił  na  duchu.  Potrzebowałam 
czegoś  takiego,  pomyślała.  Najwyższa  pora  uciec  od  dotychczasowego 
życia.   

Na  kolacji  u  ojca  powiedziała  prawdę.  Rzeczywiście  chciała 

pracować wśród zwyczajnych, szarych ludzi, i stać się jedną z nich. Była 
zdegustowana  wygodną  egzystencją,  jaką  wiodła  do  tej  pory,  lecz 
decyzję  o  wyjeździe  podjęła  także  z  powodu  zerwania  z  Andrew 
Barlowem.   

background image

Poznała  go  na  przyjęciu  u  przyjaciół  i  zakochała  się  prawie  od 

pierwszego  wejrzenia.  Andrew  był  przystojnym,  pełnym  uroku 
adwokatem, ona zaś uznała, że to jej wymarzony książę z bajki. Po kilku 
miesiącach  znajomości  zamieszkali  razem  i  Lindsay  początkowo  czuła 
się  niebiańsko  szczęśliwa.  Wkrótce  przekonała  się  jednak,  że  Andrew 
obdarza swoimi względami nie tylko ją.   

Wspomnienia o tym romansie nadal były bolesne. Chcąc zmienić tok 

myśli,  Lindsay  skupiła  uwagę  na  pięknym  w  swej  dzikości  górskim 
krajobrazie.  W  oddali  wznosił  się  częściowo  spowity  we  mgle  masyw 
Snowdon, droga prowadziła przez gęsto zalesione doliny, a po skalnych 
ścianach spływały górskie potoki. Ich krystalicznie czysta woda odbijała 
się po drodze od licznych głazów, aby na koniec bulgoczącą, srebrzystą 
wstęgą  zasilić  kamieniste  koryto  jakiejś  rzeki.  Na  każdym  zielonym 
wzgórzu  pasły  się  pośród  paproci  i  wrzosu  stada  owiec,  a  niektóre 
wychodziły nawet na szosę, toteż jazda wymagała sporej ostrożności.   

Lindsay  była  już  mocno  zmęczona  podróżą,  lecz  na  widok  tablic  z 

napisem Betwsycoed od razu poweselała. Niestety, parę razy skręciła w 
złą  stronę  i  dopiero  po  pół  godzinie  wjechała  do  Tregadfan,  gdzie 
praktykował Henry Llewellyn.   

Miejscowość  przerosła  oczekiwania  Lindsay.  Była  dość  rozległa  i 

bardziej  przypominała  małe  miasteczko  niż  wieś.  Na  głównej  ulicy 
znajdowały  się  przynajmniej  dwa  puby  i  kilka  sklepów,  a  znaki 
wskazywały drogę do ośrodka informacji dla turystów i na kemping, lecz 
Lindsay  nigdzie  nie  zauważyła  ośrodka  zdrowia.  Na  drugim  krańcu 
miejscowości  droga  raptownie  skręcała  w  prawo,  prowadząc  przez 
malowniczy,  kamienny  mostek.  Lindsay  postanowiła  zapytać  o  adres 
miejscowego  lekarza.  Zaparkowała  auto  w  pobliżu  sklepików  z 
pamiątkami,  lecz  wszystkie  okazały  się  zamknięte.  W  pobliżu  na 
szczęście znajdował się pub „Pod Czerwonym Smokiem”, a obok – mały 
supermarket.   

Stało przed nim parę samochodów, między innymi  mocno ubłocony 

landrover, w którym siedziały dwa owczarki: collie i pasterski. Pierwszy 
zaszczekał,  a  drugi  groźnie  warknął,  gdy  Lindsay  mijała  auto,  ona  zaś 
ucieszyła  się,  że  pojazd  jest  zamknięty,  ponieważ  zwierzaki  wyglądały 
na agresywne.   

background image

Otworzyła  drzwi  i  zdziwiła  się,  słysząc  brzęknięcie  dzwonka.  Nie 

przypuszczała, że jeszcze istnieją sklepy, gdzie instaluje się takie rzeczy. 
Wewnątrz  też  współistniały  dwa  style:  nowoczesny  i  staroświecki.  W 
głębi, za częścią samoobsługową, znajdowała się długa lada, przy której 
gawędziło  kilka  osób.  Jeszcze  nie  przebrzmiał  dźwięk  dzwonka,  gdy 
wszyscy nagle umilkli i wlepili wzrok w Lindsay.   

Za  ladą  stał  siwy,  łysiejący  mężczyzna  o  czerstwym  obliczu  oraz 

pulchna kobieta o rumianych policzkach i nieco ptasim wyrazie twarzy. 
Kobieta po walijsku zadała jakieś pytanie, a Lindsay natychmiast wpadła 
w rozpacz. Co będzie, jeśli tutejsi mieszkańcy nie mówią po angielsku? 
W tej sytuacji nie byłaby w stanie porozumieć się z pacjentami.   

–  Przykro  mi,  ale  nie  znam  walijskiego  –  oświadczyła,  wziąwszy 

głęboki oddech. – Czy ktoś z państwa mówi po angielsku? 

Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz napotkała tylko chłodne spojrzenia i 

jeszcze  bardziej  upadła  na  duchu.  Zwłaszcza  na  widok  jednego  z 
mężczyzn:  opartego  łokciami  o  kontuar,  dobrze  zbudowanego, 
trzydziestoparoletniego  szatyna  z  kręconymi  włosami  i  zdumiewająco 
błękitnymi  oczami.  Miał  na  sobie  dżinsy,  kraciastą  koszulę  oraz 
przeciwdeszczową  kurtkę  i  wręcz  przeszywał  Lindsay  wzrokiem.  Ona 
zaś uznała, że to pewnie farmer, właściciel landrovera i psów.   

– Czego pani chce? – Tym razem kobieta odezwała się po angielsku, 

choć z typowo walijskim, melodyjnym akcentem.   

– Och... –  Lindsay odetchnęła z ulgą.  –  Miałam nadzieję, że  zechce 

pani mi pomóc. Gdzie mieszka doktor Henry Llewellyn? 

– Szuka pani lekarza? – spytał siwy osobnik zza lady.   
– Właśnie – potwierdziła z uśmiechem, usiłując zignorować fakt, że 

mężczyzna  patrzy  na  nią  podejrzliwie.  Natomiast  kobieta  bez  żenady 
oglądała ją od stóp do głów. Przyjrzała się eleganckiemu kostiumowi z 
czarnej wełny w cieniutkie białe prążki, bluzce z kremowego jedwabiu, 
ciemnym  włosom  związanym  szyfonowym  szalikiem  oraz  złotym 
kolczykom i zegarkowi.   

– A skąd pani przyjechała? – spytała w końcu.   
Co  cię  to  obchodzi,  wścibska  paniusiu,  pomyślała  Lindsay,  lecz 

powstrzymała  się  od  takiej  odpowiedzi.  Tutejsi  mieszkańcy  pewnie 
rzadko  mieli  do  czynienia  z  obcymi,  więc  poniekąd  zrozumiałe,  że  są 

background image

nadmiernie ciekawscy, – Z Londynu.   

–  Aż?  –  wycedziła  kobieta  takim  tonem,  jakby  Londyn  był  w  innej 

galaktyce. – A na co pani potrzebny doktor Llewellyn? 

Zanim  Lindsay  zdążyła  odpowiedzieć,  że  to  wyłącznie  jej  sprawa, 

niebieskooki  farmer  powiedział  coś  po  walijsku  i  pomaszerował  do 
drzwi.   

Lindsay zauważyła, że po jego słowach wszyscy jakoś się odprężyli, 

choć nie sposób było uznać tych ponuraków za rozweselonych. Doszła 
do wniosku, że bawią się jej kosztem. Ku jej uldze rumiany mężczyzna 
zaraz wyjaśnił, jak trafić do doktora Llewellyna.   

Wyszła ze sklepu i ruszyła do samochodu. Był już wczesny wieczór, 

cienie  się  wydłużyły,  a  widoczne  w  oddali  góry  spowijała  delikatna 
mgiełka.  Po  drugiej  stronie  mostu  Lindsay  zauważyła  drewnianą 
ławeczkę. Wiedziona impulsem usiadła na niej, wyjęła z torebki telefon 
komórkowy  i  zadzwoniła  do  ojca.  Pewnie  się  już  martwi,  czy 
bezpiecznie dotarła na miejsce.   

– Gdzie jesteś? – spytał z nutą niepokoju w głosie.   
–  W  Tregadfan,  ale  jeszcze  nie  u  Henry’ego.  Musiałam  w  sklepie 

spytać  o  drogę,  a  tutejsi  mieszkańcy  chyba  uznali,  że  jestem  z  innej 
planety  –  odparła  ze  śmiechem.  –  Już  wiem,  jak  jechać,  ale 
postanowiłam  najpierw  dać  ci  znać.  Przyznaj,  że  siedziałeś  jak  na 
szpilkach.   

– Może nie aż tak...   
– Nie udawaj, tato. Za dobrze cię znam.   
–  Cóż,  rzeczywiście  trochę  się  o  ciebie  niepokoiłem.  Dobrze,  że 

wszystko w porządku.   

– Tak. Jutro znów się odezwę.   
Pożegnała  się  z  ojcem  i  podeszła  do  auta,  na  które  z  zachwytem 

gapiło  się  dwóch  siedzących  na  murku  chłopców.  Uśmiechnęła  się  do 
nich i pilotem otworzyła drzwi.   

–  To  pani  bryka?  –  spytał  jeden  z  dzieciaków.  Mówił  z  takim 

akcentem, że Lindsay raczej domyśliła się, w czym rzecz.   

– Owszem.   
– Super! – stwierdził drugi chłopiec. – Ile wyciąga? 
–  Sporo.  –  Lindsay  usiadła  za  kierownicą,  pomachała  ręką  i 

background image

odjechała.   

Dowiedziała się, że dom Henry’ego Llewellyna znajduje się za wsią, 

a  doktor  o  tej  porze  powinien  być  u  siebie,  bo  poradnia  już  jest 
nieczynna.  Lindsay  zawróciła,  jeszcze  raz  przejechała  główną  ulicą  i 
skręciła  w  lewo,  w  dosyć  wąską  boczną  drogę,  którą  tuż  za  zakrętem 
blokowała duża furgonetka. Wszystko wskazywało na to, że nieco dalej, 
poza zasięgiem widoczności, coś się stało. Lindsay przez chwilę bębniła 
palcami  o  kierownicę,  coraz  bardziej  zniecierpliwiona  przymusowym 
postojem. Była zmęczona podróżą i marzyła tylko o tym, aby coś zjeść, 
wykąpać się i iść spać.   

Po pięciu minutach bezczynnego czekania zgasiła silnik i wysiadła z 

auta.  Ominęła  furgonetkę,  w  której  nikogo  nie  było,  i  dopiero  teraz 
stwierdziła,  że  w  pobliżu  zdarzył  się  wypadek.  Przewrócony  na  bok 
pojazd  kempingowy  spoczywał  częściowo  na  jezdni,  częściowo  na 
trawiastym poboczu, a kilka osób otaczało kogoś leżącego na ziemi.   

Lindsay  pospieszyła  w  tamtą  stronę,  karcąc  się  w  duchu  za  to,  że 

zmarnowała  tyle  czasu,  siedząc  w  samochodzie,  gdy  ktoś  potrzebował 
lekarza.   

–  Jak  do  tego  doszło?  –  zawołała  do  biegnącego  mężczyzny  w 

niebieskim kombinezonie, zapewne kierowcy furgonetki.   

– Wóz kempingowy nie wyrobił się na zakręcie.   
– Ilu jest rannych? 
–  Dwie  osoby.  Starszy  pan  uderzył  się  w  głowę,  a  jego  żona  ma 

stłuczone ramię. Zaraz przyjedzie karetka.   

Lindsay uznała, że doraźna pomoc też może się przydać.   
–  Proszę  mnie  przepuścić  –  powiedziała  do  ludzi  otaczających 

rannego. – Jestem lekarką.   

Gapie  odsunęli  się,  choć  niechętnie,  i  Lindsay  ujrzała  dwoje 

poszkodowanych.  Kobieta  siedziała  na  trawie,  przyciskając  do  siebie 
rękę, a obok leżał starszy człowiek. Kucał przy nim mężczyzna, którego 
przeciwdeszczowa kurtka wydała się Lindsay znajoma. Gdy spojrzał na 
nią przez ramię, Lindsay niemile się zdziwiła.   

–  Och,  to  pan  –  mruknęła,  patrząc  w  niebieskie  oczy  spotkanego  w 

sklepie farmera.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Tak, to ja.   
– Mogę jakoś pomóc? – Miała nadzieję, że zadała pytanie chłodno i 

profesjonalnie.   

– Wątpię. – Farmer wstał. – Trzeba poczekać na pogotowie.   
–  Może  jednak  na  coś  się  przydam.  –  Kucnęła  obok  rannego 

mężczyzny,  który  w  tej  chwili  już  siedział,  trzymając  się  za  głowę,  i 
cicho pojękiwał.   

– Doprawdy? 
–  Jestem  lekarką  –  odparła  z  naciskiem,  zirytowana  wyraźną  nutą 

sarkazmu w głosie farmera.   

–  Wobec  tego  do  dzieła.  –  Niebieskooki  osobnik  gestem  wskazał 

starszych państwa.   

Lindsay zignorowała go i zajęła się poszkodowanymi.   
– Odniósł pan inne obrażenia? – Uważnie przyjrzała się mężczyźnie. 

Zaprzeczył  ruchem  głowy,  a  Lindsay  nigdzie  nie  zauważyła  żadnych 
zranień i odwróciła się do jego towarzyszki.   

– Nic mu nie jest? – spytała zaniepokojona kobieta.   
– Chyba ma tylko wstrząs mózgu. A jak pani się czuje? 
– Boli mnie ręka. Tamten pan stwierdził, że jest złamana, i założył mi 

temblak z szalika. Kazał mi trzymać ją w ten sposób, dopóki nie zajmą 
się nią w szpitalu.   

–  Cóż  za  fachowość  –  mruknęła  Lindsay  z  przekąsem,  a  w  oddali 

zabrzmiał jękliwy dźwięk syreny. – Jedzie karetka. – Lindsay delikatnie 
dotknęła ramienia kobiety.   

–  Proszę  pani!  –  Drogą  biegł  kierowca  furgonetki.  –  Przestawi  pani 

swój wóz? Ambulans nie może przejechać.   

– Już idę.   
–  Wreszcie  będzie  z  pani  jakiś  pożytek  –  stwierdził  farmer,  gdy  go 

mijała.   

Parkując  auto  na  poboczu,  Lindsay skonstatowała,  że  kipi  ze  złości. 

Już  w  sklepie  poczuła  do  tego  faceta  niechęć,  a  teraz  uważała  go  za 

background image

wręcz  antypatycznego.  Wcale  nie  dlatego,  że  umiał  samodzielnie 
udzielić  pierwszej  pomocy  –  to  akurat  przemawiało  na  jego  korzyść  – 
lecz  z  innego  powodu.  Facet  był  gburowaty  i  nie  krył  niechęci, 
zwłaszcza gdy usłyszał, że Lindsay jest lekarką.   

Niewiele  widziała  zza  furgonetki,  lecz  zobaczyła  nadjeżdżający 

ambulans,  a  za  nim  –  policyjny  radiowóz.  Pacjentów  zaraz  zabrano  do 
szpitala, natomiast policjanci wspomagani przez ogólnie chyba znanego 
farmera odsunęli przewrócony pojazd.   

Lindsay powoli ruszyła odblokowaną drogą. Mijając grupę mężczyzn, 

chłodno  skinęła  głową,  odpowiadając  na  właśnie  takie  pozdrowienie 
niebieskookiego  farmera.  Po  chwili  zerknęła  we  wsteczne  lusterko  i 
stwierdziła, że odprowadził ją wzrokiem.   

Cóż  za  nieznośny  typ.  Miała  nadzieję,  że  nie  będzie  często  go 

spotykać podczas pobytu w Tregadfan.   

Dom  Henry’ego  Llewellyna  znajdował  się  około  półtora  kilometra 

dalej.  Był  zbudowany  z  szarego  kamienia,  miał  dach  kryty  łupkową 
dachówką  i  stał  w  głębi  posesji,  prawie  całkiem  ukryty  za  bujnymi 
krzakami rododendronów obsypanych fioletowymi kwiatami. O tej porze 
wyglądał  niezwykle  pięknie,  skąpany  w  blasku  złocistych  promieni 
zachodzącego słońca.   

Lindsay  zaparkowała  na  wyżwirowanym  podjeździe  i  wysiadła  z 

auta,  a  z  domu  w  podskokach  wypadły  dwa  spaniele  i  zaczęły 
obwąchiwać jej pantofle.   

–  Lindsay!  Cudownie,  że  jesteś!  –  W  drzwiach  stanął  Henry 

Llewellyn i w geście powitania szeroko otworzył ramiona.   

Lindsay stwierdziła, że starszy pan niewiele się zmienił od czasu, gdy 

ostatnio  go  widziała.  Było  to  kilka  lat  temu,  gdy  jeszcze  studiowała,  a 
Henry wraz żoną Megan odwiedził ich w Londynie.   

– Henry, jak się miewasz? Czas się ciebie nie ima.   
–  Trochę  posiwiałem  –  ze  śmiechem  przyznał  Henry.  –  I  chyba  już 

nie mam takiej smukłej talii jak kiedyś.   

–  Moim  zdaniem  jesteś  w  świetnej  formie.  –  Lindsay  serdecznie  go 

uścisnęła i otworzyła bagażnik.   

–  A  ty  stałaś  się  piękną  młodą  damą.  Niech  no  ci  się  przyjrzę.  – 

Henry cofnął się o krok. – Pamiętałem uroczego podlotka, a teraz widzę 

background image

pewną  swego  uroku  piękność.  –  Henry  wziął  od  niej  bagaż.  –  Miałaś 
dobrą podróż? 

–  Tak,  dosyć  przyjemną.  Ale  zajęła  mi  więcej  czasu,  niż 

przypuszczałam.   

–  Musisz  być  zmęczona.  –  Henry  ruszył  do  wejścia,  a  spaniele 

deptały mu po piętach.   

– Trochę – przyznała, gdy postawił walizki w holu. – Gdzie Megan? 
– Megan... odpoczywa.   
Lindsay zauważyła, że zerknął na schody za jej plecami, i trochę się 

zdziwiła. Wylegiwanie się w ciągu dnia nie było w stylu Megan, o której 
ojciec Lindsay często mówił, że jest najbardziej energiczną ze znanych 
mu  kobiet.  Zanim  jednak  Lindsay  zdążyła  zadać  jakieś  pytanie,  Henry 
poprowadził ją do kuchni.   

–  Może  napijemy  się  herbaty,  a  potem  pokażę  ci  twój  pokój  i 

porozmawiamy.   

W  ładnej,  przytulnej  kuchni  wszędzie  było  widać  rękę  Megan.  Z 

drewnianych  belek  nad  staroświeckim  piecykiem  zwisały  bukiety 
suchych  kwiatów  i  ziół,  na  siedzeniach  drewnianych  krzeseł  leżały 
barwne  poduszki,  a  na  półeczkach  stały  ceramiczne  naczyńka  z 
przyprawami. Lindsay usiadła i gawędziła z Henrym, gdy parzył herbatę.   

– Nie sądzę, aby zamierzał się ożenić – odparła, gdy Henry spytał o 

ojca  i  jego  ewentualne  małżeńskie  plany.  –  Chyba  i  jemu,  i  Romilly 
odpowiada obecny układ. Ona uwielbia swoją niezależność, a poza tym 
prowadzi własny biznes.   

–  Zajmuje  się  projektowaniem  wnętrz,  prawda?  –  Henry  wyjął  z 

kredensu kubki. – Megan bardzo się podobają jej szkice.   

– Megan pracuje? Realizuje jakieś zlecenie? – Megan była plastyczką 

i  prowadziła  w  Tregadfan  własne  centrum  sztuki  i  rzemiosła 
artystycznego.   

Henry  nie  odpowiedział,  tylko  stał  przed  kuchenką,  odwrócony 

plecami do Lindsay.   

–  Henry,  z  Megan  wszystko  w  porządku?  –  spytała  Lindsay, 

zaniepokojona przedłużającym się milczeniem starszego pana.   

–  Niestety,  nie,  Lindsay  –  powiedział  w  końcu.  Postawił  kubki  na 

blacie i usiadł naprzeciw niej.   

background image

– O Boże. Coś jej dolega? 
–  Tak,  ale  nie  jesteśmy  pewni  co.  Megan  uskarża  się  na  złe 

samopoczucie,  lecz  badania  niczego  nie  wykazały.  Zrobili  jej  nawet 
tomografię  komputerową,  która  na  szczęście  też  nie  ujawniła  żadnych 
zmian.   

– Masz jakąś  hipotezę?  –  Lindsay wypiła łyk aromatycznej  herbaty, 

rozkoszując – się jej smakiem i panującym w kuchni spokojem. Psy już 
dawno  przycichły,  zwinęły  się  w  swoich  legowiskach  przy  kuchence  i 
drzemały, opierając łby na przednich łapach.   

–  Przed  świętami  Bożego  Narodzenia  przeszła  poważną  grypę  i  od 

tego czasu chyba  nie wydobrzała.  Wciąż jest zmęczona, tak bardzo, że 
najchętniej  bez  przerwy  by  spała.  Narzeka  też  na  silne  bóle  stawów  i 
mięśni.  Testy  wykluczyły  stwardnienie  rozsiane  i  gościec  przewlekły 
postępujący, ale... – Henry nie dokończył i pokręcił głową.   

– Myślisz o zapaleniu mózgu i rdzenia z mialgią? 
– Wszystko na to wskazuje, ale brak pewności jest taki frustrujący. A 

Megan stała się cieniem kobiety, którą do niedawna była.   

– Musi wam być ciężko.   
– Cóż, nie jest łatwo.   
– A wasi krewni? Są w stanie jakoś pomóc? 
– Wspierają nas emocjonalnie, ale mieszkają zbyt daleko, żeby zrobić 

coś  konkretnego.  Zatrudniłem  kobietę,  która  zajmuje  się  domem.  – 
Henry rozejrzał się wokoło i bezradnie wzruszył ramionami.   

–  A  teraz  jeszcze  ja  zwaliłam  się  wam  na  głowę.  Ostatnią  rzeczą, 

jakiej  potrzebujesz,  jest  praktykantka.  Dlaczego  nie  powiedziałeś  tacie, 
jak wygląda sytuacja? 

–  O,  Lindsay...  –  Henry  ze  znużeniem  przeczesał  palcami  włosy.  – 

Jak mógłbym to zrobić. Twój tata i ja przyjaźnimy się od tak dawna...   

–  Wiem,  Henry,  ale  masz  tyle  obowiązków,  a  z  mojego  powodu 

jeszcze ci ich przybędzie. Chyba nie powinnam tu zostać.   

– Jest zadowalające rozwiązanie – Henry spojrzał na nią niepewnie – 

ale nie wiem, czy ci się spodoba.   

– Mów.   
–  Zasugerowałem  mojemu  wspólnikowi,  żeby  wziął  cię  pod  swoje 

skrzydła,  przynajmniej  na  pewien  czas,  dopóki  Megan  nie  poczuje  się 

background image

lepiej. – Henry chyba sam nie bardzo wierzył, że tak się stanie.   

– A co on na to? 
– Oczywiście, wyraził zgodę. To porządny gość. Typ samotnika, ale 

całkiem miły, gdy się go lepiej pozna.   

–  Kto  to  taki?  Chyba  nic  o  nim  nie  mówiłeś.  Poprzednim  był  stary 

doktor  Meredith,  prawda?  Tata  kiedyś  o  nim  wspomniał.  –  Lindsay 
starała  się  paplać  beztrosko,  ale  ogarnęło  ją  przygnębienie.  Głównym 
powodem,  który  przygnał  ją  do  północnej  Walii,  była  perspektywa 
odbycia szkolenia pod okiem Henry’ego Llewellyna, którego podziwiała 
od dzieciństwa.   

–  Tym  razem  mam  młodego  wspólnika.  Nazywa  się  Aidan  Lennox, 

współpracuje  ze  mną  już  od  trzech  lat  i  jest  świetnym  lekarzem. 
Wpadnie później, żeby cię poznać.   

–  Nie  chciałabym  sprawiać  kłopotu  tobie  i  Megan.  Sądzisz,  że 

mogłabym gdzieś wynająć jakąś kawalerkę? 

– Och, Megan na pewno by się to nie spodobało.   
– W jej stanie nie powinna martwić się o gości. Na pewno znalazłoby 

się w okolicy jakieś lokum...   

–  Wątpię.  W  lecie  turyści  rezerwują  wszystko  z  dużym 

wyprzedzeniem.   

– Mimo to spróbuję się rozejrzeć.   
–  Cóż,  jest  jeszcze  to  mieszkanko  nad  poradnią  –  z  wahaniem 

przyznał  Henry.  –  Początkowo  mieszkał  tam  Aidan,  dopóki  nie  kupił 
domu, a teraz stoi puste.   

– A nie zamierzaliście go wynająć letnikom? 
–  Nigdy  tego  nie  robimy  z  uwagi  na  bliskość  poradni,  więc 

ewentualnie mogłabyś tam się wprowadzić.   

– Doskonały pomysł.   
–  Może  najpierw  porozmawiamy  z  Aidanem?  –  Henry  wciąż  miał 

zafrasowaną minę, jakby wszystkie jego plany wzięły w łeb. – Lecz tak 
czy  owak,  zostaniesz  u  nas  przynajmniej  na  parę  dni.  Zaraz  pokażę  ci 
twój pokój.   

Sypialnia była ładna, choć skromniutka. Na ścianach wisiały szkice o 

tematyce japońskiej, przedstawiające gejsze i pagody. Okno wychodziło 
na róg ogrodu, a z boku było widać kawalątek gór. Rozglądając się po 

background image

tym  wnętrzu,  Lindsay  pomyślała,  że  chyba  nie  ma  tego  złego...  Przed 
przyjazdem  tutaj  trochę  niepokoiła  się  koniecznością  zamieszkania  na 
cały rok u Llewellynów. Bardzo ich lubiła, lecz w Londynie już zdążyła 
przywyknąć  do  cudownej  niezależności  i  wolałaby  z  niej  nie 
rezygnować.  A  jako  gość  musiałaby  pod  pewnymi  względami 
dostosować  się  do  gospodarzy.  Może  więc  będzie  lepiej  zająć  owo 
mieszkanko nad poradnią.   

Wzięła  prysznic,  rozpakowała  się  i  przebrała.  Zamierzała  zejść  do 

kuchni,  aby  pomóc  Henry’emu  przygotować  kolację,  gdy  wychodząc  z 
pokoju spotkała go na korytarzu.   

– Właśnie chciałem  ci powiedzieć,  że Megan się  zbudziła. Niestety, 

nie siądzie z nami do stołu, ale pragnie cię zobaczyć. – Otworzył drzwi 
do sąsiedniej sypialni. – Megan, kochanie, Lindsay do ciebie zajrzy.   

Lindsay  nie  bardzo  wiedziała,  czego  się  spodziewać,  lecz  widok 

leżącej na łóżku kobiety okazał się szokujący. Gdy Lindsay widziała ją 
poprzednim  razem,  czyli  kilka  lat  temu,  Megan  Llewellyn  była 
atrakcyjną  brunetką  z  wielkimi,  pełnymi  ekspresji  oczami,  osobą 
energiczną  i  pełną  życia.  Obecnie  prawie  w  niczym  nie  przypominała 
siebie  z  tamtego  okresu.  Nigdy  nie  była  tęga  ani  nawet  pulchna,  lecz 
dawniej  miała  tu  i  tam  stosowne  krągłości.  Natomiast  teraz  wyglądała 
jak  własny  cień.  Ciemne  włosy  mocno  posiwiały,  oczy  straciły  dawny 
blask. Tylko jej uśmiech się nie zmienił.   

–  Och,  Lindsay,  cudownie,  że  przyjechałaś.  –  Megan  wyprostowała 

się,  nadstawiając  policzek,  a  Lindsay  serdecznie  go  ucałowała.  Wokół 
Megan unosił się miły, kwiatowy zapach, równie delikatny jak ona sama.   

–  Ja  też  się  cieszę,  że  cię  widzę,  ale  przykro  mi  z  powodu  twojego 

zdrowia.   

– Żałuję, że nie mogę odpowiednio cię powitać.   
– Zostawię was, dziewczyny, żebyście sobie pogawędziły, i zajmę się 

kolacją – oznajmił Henry. – Zjesz dzisiaj trochę mięsa, Megan? 

– Raczej nie. Wystarczy sama zupa.   
– Nie masz apetytu? – Lindsay usiadła obok łóżka.   
–  Wcale.  –  Megan  przecząco  potrząsnęła  głową  i  z  wyraźnym 

znużeniem oparta ją o poduszki. – Henry strasznie się tym martwi, ale ja 
po prostu nie mogę nic przełknąć.   

background image

– Podobno wszystko zaczęło się od grypy? 
–  Tak.  Mówił  ci,  że  podejrzewa  zapalenie  mózgu  i  rdzenia? 

Słyszałam  o  tej  chorobie,  ale  byłam  sceptycznie  nastawioną.  Teraz 
zmieniłam zdanie. – Megan westchnęła ciężko.   

–  Najgorsze  jest  to  bezustanne  zmęczenie.  Wystarczy  najmniejszy 

wysiłek  i  już  padam.  Dlatego  praktycznie  nic  w  domu  nie  robię.  Ale... 
ale najbardziej żal mi Henry’ego. Zwaliło się na niego tyle stresu...   

–  Nie  wolno  ci  się  poddawać.  –  Lindsay  położyła  rękę  na  dłoni 

Megan.  –  Coraz  więcej  wiemy  o  tej  chorobie  i  może  już  wkrótce 
zostanie  wynaleziony  skuteczny  lek.  –  Wstała,  ze  smutkiem  patrząc  na 
twarz Megan, która przymknęła oczy.   

–  Zmęczyłam  cię.  Pójdę  teraz  sprawdzić,  czy  przydam  się 

Henry’emu. Na razie, Megan.   

Na  palcach  wyszła  z  pokoju  i  cicho  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Byłą 

wstrząśnięta  stanem  kobiety,  która  chyba  nawet  nie  usłyszała  jej 
pożegnania.   

Schodząc na dół, stwierdziła, że Henry z kimś rozmawia. Pewnie ze 

swoim  wspólnikiem,  pomyślała,  lecz  po  chwili  głosy  umilkły,  a  w 
kuchni  ujrzała  tylko  jakiegoś  obcego  mężczyznę.  Stał  odwrócony  do 
okna i patrzył na Henry’ego, który w ogrodzie karmił psy.   

– Dzień dobry – powiedziała. – Pan pewnie jest... Raptownie urwała, 

ponieważ nieznajomy się odwrócił.   

Był to ów farmer, którego spotkała najpierw w sklepie, a później na 

miejscu  wypadku.  Teraz  wyglądał  trochę  inaczej,  ponieważ  zmienił 
kraciastą  koszulę  i  dżinsy  na  beżowy,  bawełniany  golf  i  spodnie  z 
oliwkowego drelichu. Tylko mina pozostała tak ponura, jak poprzednio.   

–  Och...  –  Lindsay  odzyskała  głos.  –  Zdumiewające,  że  znów  pana 

spotykam.   

– Doprawdy? 
– Jest pan przyjacielem Henry’ego? 
– Przyjacielem? Można tak powiedzieć, choć nie zawsze się ze sobą 

zgadzamy.   

Lindsay trochę się zasępiła. Skoro ten facet przyjaźni się z Henrym, 

to dlaczego nic o tym nie wspomniał, gdy pytała o drogę? 

–  O,  widzę,  że  już  się  znacie.  –  Do  kuchni  wszedł  Henry,  zdjął 

background image

ubłocone  kalosze  i  wsunął  stopy  w  stare,  skórzane  kapcie.  –  Więc  nie 
muszę was sobie przedstawiać? 

– Prawdę mówiąc, dopiero zeszłam na dół.   
– W takim razie... – Henry popatrzył na nich. – Aidan, to jest Lindsay 

Henderson. Lindsay, kochanie, to mój wspólnik, Aidan Lennox.   

–  Twój...  wspólnik?  –  wymamrotała.  –  Ale...  sądziłam,  że...  – 

Wpatrywała się w niego oszołomiona, a ze spojrzenia  niebieskich oczu 
wyczytała, że ten człowiek od początku wiedział, kim ona jest. W końcu 
jakimś cudem wzięła się w garść i uścisnęła podaną jej rękę.   

–  Miło  mi  wreszcie  panią  poznać.  –  W  tonie  Aidana  Lennoxa 

zabrzmiała ledwie słyszalna nuta kpiny.   

Zaklęła  w  duchu.  Niech  licho  porwie  tego  typa.  Nawet  jeśli  nie 

pomógł jej w sklepie, to później, przed przyjazdem karetki, powinien był 
przyznać,  że  jest  lekarzem.  A  on  pozwolił  jej  zrobić  z  siebie  idiotkę. 
Najchętniej ostro wygarnęłaby mu, co o nim myśli. Już otworzyła usta, 
aby to zrobić, lecz Henry odezwał się pierwszy.   

– Liczę na to, że wasza współpraca będzie harmonijna – powiedział z 

nadzieją w głosie.   

Lindsay  uznała,  że  lepiej  poczekać  z  konfrontacją  na  dogodniejszy 

moment.  Nie  chciała  sprawić  Henry’emu  przykrości,  kłócąc  się  teraz  z 
Aidanem. Postanowiła jednak, że w stosownej chwili utrze mu nosa. Ale 
później,  gdy  gospodarz  nalał  im  drinki,  ogarnęło  ją  przygnębienie. 
Mogłaby  pokazać  Aidanowi,  gdzie  raki  zimują,  gdyby  był  tylko 
przyjacielem Henry’ego. Miała jednak przez rok praktykować pod okiem 
tego antypatycznego faceta, musi więc jakoś go tolerować. Nie ucieszył 
jej ten wniosek.   

Podczas kolacji panowała sztywna atmosfera, lecz Henry na szczęście 

chyba  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Natomiast  Lindsay  natychmiast 
wyczuła niechęć Aidana, gdy zaczęli rozmawiać o jej życiu w Londynie. 
Odniosła  przemożne wrażenie,  że  młody lekarz  ma jej za złe tamtejsze 
luksusy – zupełnie jakby były one jakąś zbrodnią.   

–  Lindsay  najchętniej  zamieszkałaby  gdzieś  indziej  –  powiedział 

Henry, gdy skończyli posiłek. – Może w tym mieszkaniu nad poradnią. 
Co ty na to, Aidan? 

– Wszystko mi jedno – odparł, wzruszając ramionami.   

background image

– Było ci tam wygodnie, prawda? 
–  Tak,  aleja  mam  skromne  wymagania.  Ten  lokal  z  pewnością  nie 

umywa się do rezydencji w londyńskim Chelsea.   

Lindsay poczuła na policzkach gorący rumieniec gniewu.   
– Dom w Chelsea należy do mojego ojca – wycedziła lodowato. – Ja 

mam własne mieszkanie w Fulham.   

– Zapewne równie wygodne? – Aidan znów uniósł brwi, co Lindsay 

doprowadzało do szału.   

–  Och,  w  to  nie  wątpię  –  dobrodusznie  stwierdził  Henry,  całkiem 

nieświadomy podtekstów w tej wymianie zdań. – Richard kupił ci je na 
dwudzieste pierwsze urodziny, prawda? 

– No... tak – przyznała niechętnie.   
– Chyba niewielu stażystów żyje na takiej wysokiej stopie – cierpkim 

tonem  zauważył  Aidan.  –  Prawdę  mówiąc,  dziwię  się,  że  raczyła  pani 
zaszczycić  nas  swoją  obecnością  w  takim  skromnym  zakątku  jak 
Tregadfan. Czy gabinet na ulicy Harley nie byłby bardziej odpowiedni? 

– Cóż, oferowano mi pracę właśnie tam – parsknęła, urażona zarówno 

tonem, jak i słowami Aidana. – Ale nie przyjęłam tej propozycji.   

–  Wolałaś  kawałek  prawdziwego  świata,  co?  –  Henry  zaśmiał  się 

pogodnie.   

– Tego pani tutaj nie zabraknie – enigmatycznie oświadczył Aidan. – 

A  skoro  jesteśmy  przy  tym  temacie...  Musi  pani  coś  zrobić  ze  swoim 
ślicznym autkiem.   

– A czegóż to mu brakuje? – Lindsay spiorunowała go wzrokiem.   
– Niczego, moja droga – pośpiesznie wtrącił Henry. – Ale to pojazd 

dobry w Londynie, natomiast niezbyt nadaje się do jazdy po tutejszych 
drogach. Chyba właśnie to chciał powiedzieć Aidan, prawda? 

– Henry jeździ dżipem, a ja landroverem.   
–  Tym  ubłoconym  –  syknęła  Lindsay.  –  Myślałam,  że  jest  pan 

farmerem.   

– To byłoby coś złego? – wyzywająco spytał Aidan.   
– Nie, skądże.   
– W tej okolicy jest wielu farmerów, panno Henderson. Jeśli ma pani 

tu zostać, to lepiej do nich przywyknąć.   

–  Chwileczkę,  moi  drodzy!  –  zawołał  Henry,  przerywając  to 

background image

preludium kłótni. – Czy wy się przypadkiem nie znacie? 

– Tak – odparła Lindsay. – Spotkaliśmy się w sklepie, gdzie pytałam 

o drogę, a ten pan...   

– I potem na miejscu małego wypadku – gładko wtrącił Aidan – gdy 

pani tak ochoczo pośpieszyła z fachową pomocą.   

– Coś takiego! – Henry pokręcił głową. – Trzeba było mi powiedzieć. 

– Wstał zza stołu, nadal trochę zakłopotany. – Wybaczcie, muszę zajrzeć 
do Megan, ale jestem pewien, że macie o czym pogadać.   

Wyszedł  z  jadalni  i  zamknął  za  sobą  drzwi,  ku  przerażeniu  Lindsay 

zostawiając ją samą z Aidanem Lennoxem.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

–  Dlaczego  od  razu  pan  się  nie  przedstawił?  –  agresywnym  tonem 

spytała Lindsay.   

Aidan w zamyśleniu patrzył na coś za oknem i miał taką minę, jakby 

przebywał we własnym, odległym świecie. Zirytowana tym milczeniem 
Linsday  właśnie  zamierzała  powtórzyć  pytanie,  gdy  Aidan  wreszcie 
skierował wzrok na nią.   

– Nie rozumiem – odparł krótko.   
–  Wtedy,  w  sklepie.  Musiał  pan  się  zorientować,  kim  jestem,  kiedy 

spytałam o drogę.   

– Dlaczego? Turyści często błądzą.   
–  Uznał  mnie  pan  za  turystkę?  Ilu  turystów  szuka  Henry’ego 

Llewellyna? 

– Oni zawsze szukają lekarza.   
– Przypuśćmy, że tak. Ale dlaczego później, na drodze, nie zdradził 

się pan ani słowem, tylko pozwolił mi zrobić z siebie idiotkę? 

– Hm... Nie miałem pojęcia, że robi pani z siebie coś takiego.   
–  Przecież  ci  ludzie  wiedzieli,  że  jest  pan  lekarzem.  Wystarczyło 

tylko o tym wspomnieć, a nie zachowałabym się jak...   

– Jak kto? 
– No cóż... nie pchałabym się tam, gdzie mnie nie chcą.   
–  O  ile  dobrze  pamiętam,  wepchnęła  się  pani,  zanim  zdążyłem  się 

odezwać.   

– Tak czy owak, mógł pan powiedzieć...   
– Była pani zanadto napalona na dobry uczynek.   
– Ale wtedy chyba już pan się zorientował, kim jestem.   
– I owszem – przyznał bez entuzjazmu, wzruszając ramionami.   
– Więc czemu pan to przemilczał? 
–  Właśnie  wtedy  przyjechała  karetka  i  poproszono  panią  o 

przestawienie samochodu.   

To  prawda,  pomyślała.  Aidan  Lennox  udzielił  sensownych 

odpowiedzi na każde jej pytanie. Dlaczego więc miała niemiłe wrażenie, 

background image

że  od  początku  wiedział,  kim  ona  jest  i  celowo  nie  ujawnił  swojej 
tożsamości? 

–  Dotarła  pani  na  miejsce  i  tamte  incydenty  nie  mają  żadnego 

znaczenia, więc równie dobrze można o nich zapomnieć.   

– Pewnie tak – przyznała. – Ale nasza znajomość źle się rozpoczęła, i 

to całkiem bez powodu.   

– A pani wolałaby rozpocząć ją lepiej? 
– Nie byłoby w tym nic złego, panie Lennox. – Mierząc go gniewnym 

spojrzeniem,  zauważyła  małą,  trójkątną  bliznę  na  policzku.  Pewnie 
zdzieliła go w twarz jakaś krewka kobietka, kiedy też wyprowadził ją z 
równowagi. – Zwłaszcza że podobno ma pan kierować moją praktyką.   

– Owszem. Czy ta wiadomość panią rozstroiła? 
–  Tak,  skoro  musi  pan  wiedzieć,  ale...  –  Nie  dokończyła,  bo  do 

pokoju wrócił Henry.   

– Wybaczcie, że tak długo mnie nie było.   
– Jak się czuje Megan? – spytał Aidan.   
– Nie najlepiej. – Henry westchnął ciężko.   
– Zajrzę do niej przed wyjściem.   
– Aidan jest naszym lekarzem rodzinnym – wyjaśnił Henry na widok 

zdumionej miny Lindsay.   

–  Naprawdę?  –  Nie  mogła  pojąć,  dlaczego  Llewellynowie  chcą 

przyjaźnić się z tym irytującym facetem, nawet jeśli jest on wspólnikiem 
Henry’ego.   

–  Pewnie  mieliście  o  czym  rozmawiać.  –  Henry  przyniósł  z  kuchni 

ekspres  do  kawy  i  postawił  go  na  stole.  –  Wspomniałem  Lindsay,  że 
weźmiesz  ją  pod  swoje  skrzydła.  Nie  planowaliśmy  tego,  ale  choroba 
Megan całkiem nas zaskoczyła.   

– Nadal sądzę, że w tej sytuacji moja obecność to dla ciebie za duży 

kłopot, Henry. – Lindsay wzięła od niego filiżankę. – Dlatego uważam, 
że powinnam wrócić do Londynu.   

Ta perspektywa nagle wydała się jej kusząca. Wszystko było lepsze 

niż współpraca z takim niemiłym osobnikiem, jak doktor Aidan Lennox.   

Henry jednak był innego zdania.   
–  Nonsens  –  zawyrokował.  –  Nie  widzę  powodów,  dla  których 

miałabyś  stąd  wyjechać.  Zwłaszcza  jeśli  Aidan  zgodził  się  tobą  zająć. 

background image

Poza tym przyda się nam dodatkowa para rąk do pracy.   

–  Ale  nie  będę  dla  ciebie  tylko  obciążeniem?  –  Lindsay  starała  się 

omijać Aidana wzrokiem.   

–  Wręcz  przeciwnie.  Jesteś  już  dyplomowanym  lekarzem  i  masz 

kwalifikacje, więc bardzo nam pomożesz.   

– Tak sądzisz? – spytała z powątpiewaniem. Nie umknęło jej uwagi, 

że Aidan ani słowem nie poparł Henry’ego.   

–  Oczywiście  –  z  przekonaniem  zapewnił  Henry.  –  Wiesz,  że  w 

obecnych okolicznościach chętnie sceduję na ciebie część obowiązków. 
Na  przykład  niektóre  nocne  dyżury.  Ostatnio  parę  razy  musiałem 
zostawić  Megan  samą,  kiedy  wezwano  mnie  do  pacjenta.  Nie  mogłem 
przecież wysługiwać się Aidanem, jeśli poprzedniej nocy był na nogach. 
Zaś  abstrahując  od  tego,  po  prostu  nie  mogę  pozwolić  ci  wrócić  do 
domu,  Lindsay.  Przecież  zrezygnowałaś  z  pracy  w  Londynie  i 
przewróciłaś swoje życie do góry nogami, żeby przyjechać na rok tutaj. 
Co pomyślałby sobie twój ojciec? 

– Na pewno by zrozumiał...   
– Nie ma o czym mówić. – Henry zaczął sprzątać ze stołu. – Już i tak 

zgodziłem  się  na  dwie  zmiany:  Aidan  zajmie  się  twoją  praktyką,  a  ty 
zamieszkasz nad poradnią. Nie pójdę na dalsze ustępstwa.   

–  Skoro  tak...  –  Lindsay  bezradnie  wzruszyła  ramionami,  nadal 

unikając wzroku Aidana. – Kiedy miałabym zacząć? 

– Jak najszybciej. – Ulga w głosie Henry’ego była prawie namacalna. 

–  Jutro  rano  pojedziemy  do  poradni,  rozejrzysz  się  tam,  a  potem 
Bronwen pokaże ci mieszkanie.   

– Kto to jest Bronwen? – Przelotnie zerknęła na Aidana i dostrzegła 

na jego kamiennej twarzy cień uśmiechu.   

– Bronwen? Cóż, ona niańczy nas wszystkich – odparł Henry. – Jest 

jakby recepcjonistką i szefową administracji w jednej osobie. Nie wiem, 
co byśmy bez niej zrobili. Prawda, Aidan? 

–  Bronwen  właściwie  wszystkim  rządzi  –  oświadczył  Aidan  bez 

mrugnięcia okiem. – Można ją wkurzyć wyłącznie na własne ryzyko.   

–  Chyba  przemawia  przez  pana  doświadczenie  –  cierpkim  tonem 

zauważyła Lindsay.   

– Och, Aidan parę razy starł się z naszą Bronwen. – Henry zaśmiał się 

background image

dobrodusznie.   

Wkrótce  potem  Lindsay  wymówiła  się  zmęczeniem  i  poszła  do 

swojego pokoju. Marzyła tylko o tym, aby paść na łóżko i usnąć. Miała 
za  sobą  męczącą  podróż,  a  po  przyjeździe  do  Tregadfan  wszystko 
okazało się inne, niż się spodziewała. Dlatego nie czekała z utęsknieniem 
na  pierwszy  dzień  swojej  praktyki,  musiała  jednak  zadowalająco 
dostosować  się  do  nowej  sytuacji.  Zanim  odpłynęła  w  słodki  sen, 
powzięła  postanowienie,  że  nie  da  się  zastraszyć  ani  Aidanowi 
Lennoxowi,  ani  groźnej  Bronwen,  nie  mówiąc  o  innych  mieszkańcach 
tej dosyć dziwacznej wioski.   

 
Nazajutrz  rano  zbudził  ją  deszcz  głośno  bębniący  o  dach.  Przez 

chwilę zastanawiała się, gdzie jest. Zaraz sobie przypomniała i z jękiem 
ukryła twarz w poduszce.   

–  Jak  się  masz,  Lindsay  –  powitał  ją  Henry,  gdy  w  nienajlepszym 

humorze  zeszła  do  kuchni.  Uśmiechał  się  ciepło,  lecz  wyglądał  na 
zmęczonego.  Może  musiał  zajmować  się  Megan,  pomyślała  Lindsay.  – 
Dobrze spałaś? 

–  Jak  suseł.  A  co  u  Megan?  –  Lindsay  nalała  sobie  kawy  i  zrobiła 

grzankę.   

– Nie czuje się zbyt dobrze. Całą noc bolały ją mięśnie, ale teraz śpi.   
– Może być sama? 
– Niedługo przyjdzie nasza pomoc. To bardzo pracowita osoba. Zrobi 

wszystko,  czego  Megan  sobie  zażyczy,  a  ja  wpadnę  do  domu  w  porze 
lunchu. – Henry zostawił gościa przy śniadaniu, a sam wyszedł z psami. 
Po powrocie rozmawiał z kimś przez telefon, a potem zajrzał do kuchni. 
– Gotowa do wyjścia? 

Lindsay  skinęła  głową,  pospiesznie  dopiła  kawę  i  wzięła  z  holu 

żakiet, torbę oraz kluczyki.   

– Może pojedziesz ze mną dżipem? – Henry cicho zamknął frontowe 

drzwi.   

Lindsay skrzywiła się, przypomniawszy sobie drwiącą uwagę Aidana 

na temat jej sportowego auta.   

– Nie przejmuj się Aidanem – poradził jej Henry parę minut później, 

gdy jechali do wsi. Nadal lało jak z cebra, a góry spowijała gęsta mgła. – 

background image

Niełatwo  go  poznać,  ale  warto  trochę  się  wysilić,  bo  to  porządny 
chłopak.   

–  Będę  o  tym  pamiętać,  kiedy  znów  zacznie  mi  wypominać  moją 

uprzywilejowaną pozycję w społeczeństwie – mruknęła z przekąsem.   

–  Nie  miej  mu  tego  za  złe.  Aidan  jest  na  tym  punkcie  nieco 

przewrażliwiony,  bo  jego  droga  do  dyplomu  lekarza  ze  względów 
finansowych  była  usłana  raczej  kolcami.  Parę  razy  omal  nie  musiał 
zrezygnować ze studiów.   

–  Rozumiem  więc  jego  postawę,  ale  to  przecież  nie  moja  wina. 

Podobnie jak fakt, że mam ojca, który odnosi sukcesy i jest zamożny. Co 
zresztą  nie  miało  żadnego  wpływu  ma  moje  studia.  Musiałam  wkuwać 
tak samo jak inni, żeby zdać egzaminy.   

–  Niewątpliwie.  Mówię  tylko,  żebyś  nie  pozwoliła  Aidanowi 

wyprowadzić się z równowagi.   

Łatwo  powiedzieć,  pomyślała,  gdy  minęli  kaplicę  i  skręcili  na 

niewielki dziedziniec przed wysokim budynkiem z szarego kamienia.   

W  recepcji  siedziała  drobna  szatynka  w  trudnym  do  zdefiniowania 

wieku, prawdopodobnie między trzydziestką a czterdziestką. Przeglądała 
pocztę  i  na  moment  podniosła  wzrok,  gdy  Henry  i  Lindsay  weszli  do 
środka.  Zanim  ktokolwiek  zdążył  się  odezwać,  z  sąsiedniego 
pomieszczenia  wynurzyła  się  młoda  dziewczyna  z  długimi  włosami  w 
szaroburym  kolorze.  Miała  z  lekka  przerażona  minę,  a  w  obu  rękach 
trzymała  tacę  z  trzema  kubkami  pełnymi  parującej  kawy.  Ostrożnie 
podeszła do biurka i z ulgą postawiła tacę na blacie.   

–  Och,  doktor  Llewellyn!  –  zawołała.  –  Nie  wiedziałam,  że  pan 

przyjechał. Zaraz zaparzę więcej kawy. Już lecę.   

–  Zaczekaj  chwilę,  Gwynneth  –  poprosił  Henry.  –  Dobrze,  że 

jesteście  tu  obie.  Chciałbym  wam  przedstawić  doktor  Lindsay 
Henderson.  –  Odwrócił  się  i  ujął  ją  za  łokieć.  –  Lindsay,  moja  droga, 
nasza  przychodnia  funkcjonuje  dzięki  tym  dwóm  paniom.  Oto 
Gwynneth,  która  przyszła  do  nas  niedawno  i  jeszcze  wszystkiego  się 
uczy, a to jest... – wskazał kobietę za biurkiem – nasza Bronwen. Pracuje 
u  nas  od  wieków  i  ma  sprawy  poradni  w  jednym  palcu.  Jeśli  będziesz 
chciała czegoś się dowiedzieć, wystarczy, że spytasz Bronwen.   

A więc to jest ta osławiona Bronwen. Lindsay nie bardzo wiedziała, 

background image

czego się spodziewała – chyba raczej Amazonki o imponującej posturze, 
a  nie  takiej  malutkiej  kobietki,  która  ze  śmiertelnie  poważną  miną 
skinęła głową.   

Po  dokonaniu  prezentacji  Henry  spytał,  czy  już  przyszedł  doktor 

Lennox. Gwynneth otworzyła usta, aby odpowiedzieć, lecz Bronwen nie 
dała jej dojść do słowa.   

–  Tak  –  odparła  cierpko.  –  Już  był,  ale  poszedł  do  pubu,  żeby 

sprawdzić,  jak  czuje  się  Thomas.  Podobno  rozedma  daje  mu  się  we 
znaki. Doktor Lennox powiedział, że zaraz wróci.   

– Przekaż  mu, że  jesteśmy u  mnie.  Aha, jeszcze jedno. Czy gabinet 

doktor Henderson jest gotowy? 

–  Oczywiście  –  lodowato  wycedziła  kobieta,  jakby  poczuła  się 

urażona pytaniem.   

–  Dobra  robota,  Bronwen,  ale  później  musimy  porozmawiać, 

ponieważ nastąpią pewne zmiany w pierwotnym planie.   

– Tak? – Recepcjonistka zmierzyła szefa przenikliwym spojrzeniem. 

– A jakież to zmiany? 

–  Dowiesz  się  po  powrocie  doktora  Lennoxa.  –  Ton  Henry’ego 

wyraźnie sugerował, że na razie kwestia jest zamknięta.   

Bronwen zrobiła bardzo niezadowoloną minę. Najwyraźniej nie lubiła 

dowiadywać  się  o  czymś  jako  ostatnia.  Natomiast  Gwynneth  sprawiała 
wrażenie  wręcz  przerażonej,  co  także  nie  umknęło  uwagi  Lindsay. 
Tymczasem ruszyła za Henrym w głąb korytarza.   

–  Ja  przyjmuję  tutaj.  –  Henry  otworzył  drzwi  do  przestronnego 

pomieszczenia  we  frontowej  części  budynku.  –  Aidan  ma  gabinet 
naprzeciwko,  a  twój  jest  tam.  –  Poprowadził  ją  wąskim  przejściem  na 
tyły przychodni. – Poprzedni właściciele tego domu mieli tu jadalnię.   

Pokój  nawet  w  deszczowy  dzień  był  jasny,  ponieważ  dużo  światła 

wpadało  przez  wielkie  balkonowe  drzwi  prowadzące  do  pełnej  roślin 
oranżerii  oraz  przez  okno  wychodzące  na  mały,  lecz  ładny  ogródek 
otoczony  kamiennym  murkiem,  za  którym  w  oddali  rysowała  się 
panorama  gór.  Przy  oknie  stało  duże,  dębowe  biurko,  na  nim  – 
komputer,  zaś  w  rogu  –  kozetka  do  badania  pacjentów,  częściowo 
osłonięta białą zasłonką.   

–  Mam  nadzieję,  że  będzie  ci  tu  wygodnie  –  z  nutą  niepokoju  w 

background image

głosie powiedział Henry.   

–  Oczywiście  –  pospiesznie  zapewniła  Lindsay.  –  To  śliczny  pokój. 

Chcesz, żebym od razu zaczęła przyjmować pacjentów? 

– Raczej tak, chociaż lepiej najpierw ustalić wszystko z Aidanem.   
– A co z mieszkaniem? Mogłabym je obejrzeć? 
– Tak, ale wysłałem tam panią Jones, żeby zrobiła w nim porządek, 

trochę je przewietrzyła i sprawdziła, czy niczego nie brakuje. Poczekaj, 
aż skończy.   

–  Czy  to  coś,  o  czym  powinnam  wiedzieć?  –  spytała  od  drzwi 

Bronwen, która niepostrzeżenie weszła do gabinetu.   

–  Chodzi  o  jedną  ze  zmian,  o  których  wspomniałem.  Moja  żona 

niedomaga,  więc  doktor  Henderson  postanowiła  nam  nie  przeszkadzać. 
Prawdopodobnie zamieszka na górze, ale najpierw pani Jones musi tam 
posprzątać.   

– Niby dlaczego? Na górze jest idealnie czysto.   
– Och, nie wątpię, ale przecież trzymaliśmy tam różne rzeczy...   
– Tylko stare karty – lodowato wycedziła Bronwen.   
– Ale warto wpuścić trochę świeżego powietrza – zniecierpliwionym 

tonem  oświadczył  Henry.  –  O,  Aidan,  dobrze,  że  jesteś  –  powitał 
wchodzącego  wspólnika.  –  Właśnie  mówiłem  Bronwen,  że  Lindsay 
chyba zajmie mieszkanko na piętrze.   

–  Ach,  tak.  –  Aidan  popatrzył  na  nich  troje  i  chyba  wyczuł  napiętą 

atmosferę, – Dzień dobry – powitał Lindsay i zwrócił się do Henry’ego: 
– Powiedziałeś też Bronwen, że nie ty będziesz szkolił Lindsay? 

– Jeszcze nie. Uznałem, że lepiej poczekać z tym na ciebie.   
–  Już  jestem,  więc  wyjaśnijmy  wszystko  do  końca.  Bronwen, 

ustaliliśmy, że to ja zajmę się szkoleniem doktor Henderson, a nie doktor 
Llewellyn.   

Z  zachowania  obu  mężczyzn  Lindsay  wywnioskowała,  że 

recepcjonistka  zareaguje  na  tę  wiadomość  w  szczególny  sposób.  I 
rzeczywiście – kobieta najwyraźniej się zdziwiła i zirytowała, lecz zaraz 
na jej twarzy pojawił się wyraz obojętności.   

– Kiedy została powzięta ta decyzja? – spytała.   
– Dwa tygodnie temu – odparł Henry.   
– Byłoby miło, gdyby mnie o tym poinformowano.   

background image

– Postanowiliśmy najpierw pomówić o tym  z doktor Henderson. Na 

szczęście zaakceptowała tę zmianę. Doktor Lennox także.   

–  Jaki  będzie  rozkład  dyżurów?  –  Bronwen  pytająco  spojrzała  na 

Aidana.   

– Trzeba je zaplanować. Może już teraz? 
–  Chodźmy  do  mnie  –  zaproponował  Henry.  –  Bronwen.  zechcesz 

przynieść nam kawę? 

Kobieta  mruknęła  coś  niezrozumiale  i  poszła  do  recepcji,  a  Henry  i 

Aidan zrobili skruszone miny. Chwilę później, gdy we troje siedzieli w 
gabinecie Henry’ego, Bronwen wniosła tacę z trzema kubkami, mlekiem 
i cukrem.   

– Mam zostać? – spytała, stawiając ją na biurku szefa.   
–  Nie  –  odparł.  –  Nie  powinniśmy  zabierać  ci  czasu.  O  tej  porze 

zawsze jesteś bardzo zajęta. Ale obiecuję niezwłocznie zawiadomić cię o 
wszelkich decyzjach.   

Recepcjonistka  skwitowała  jego  słowa  wymownym  prychnięciem  i 

wyszła z pokoju, ostentacyjnie głośno zamykając za sobą drzwi.   

–  Czemu  jej  na  to  pozwalacie?  –  Lindsay  nie  posiadała  się  ze 

zdumienia.   

–  Na  co?  –  Aidan  nalał  do  swojej  kawy  trochę  mleka  i  sięgnął  po 

cukierniczkę.   

– Narządzenie.   
– To pozory – mruknął Henry.   
–  Jej  się  tylko  zdaje,  że  ma  tutaj  władzę  –  dodał  Aidan,  a  Lindsay 

kolejny raz dostrzegła na jego twarzy cień uśmiechu.   

– Bronwen to wspaniała pracowniczka  – zapewnił Henry. – A w tej 

okolicy  trudno  o  wykwalifikowany  personel,  bo  młodzi  uciekają  do 
miasta. Dlatego rzeczywiście pozwalamy Bronwen trochę się szarogęsić. 
– Henry upił łyk kawy, skrzywił się i ją dosłodził. – Ale do rzeczy, moi 
drodzy. Aidan, kiedy poprzednio rozmawialiśmy na ten temat, zgodziłeś 
się  ze  mną,  że  Lindsay  powinna  przyjmować  tylko  dodatkowych 
pacjentów. Nadal tak sądzisz? 

–  Tak.  –  Aidan  spojrzał  na  Lindsay.  –  Z  uwagi  na  czas  trwania 

praktyki nie ma sensu przydzielać pani miejscowych pacjentów. Dlatego 
proponuję,  żeby  zajmowała  się  pani  chorymi  turystami,  którzy  w  lecie 

background image

nawet przez tydzień nie potrafią obejść się bez pomocy lekarza.   

– I tylko na tym polegałyby moje obowiązki? – Lindsay nie tego się 

spodziewała.  –  Nie  nauczę  się,  jak  być  lekarzem  rodzinnym,  opatrując 
stłuczone kolana urlopowiczów.   

–  Miałabyś  na  głowie  również  inne  sprawy  –  pośpiesznie  zapewnił 

Henry.  –  Często  przychodzi  więcej  pacjentów,  niż  możemy  przyjąć.  W 
takim  przypadku  kierowalibyśmy  ich  do  ciebie.  Mogłabyś  też  przejąć 
część naszych wizyt domowych.   

– Chcecie, żebym od razu się za to wzięła? – spytała bez większego 

entuzjazmu. Obawiała się, że będzie zwyczajnym popychadłem.   

– To zależy od Aidana.   
– Może najpierw mi pani poasystuje, żeby się zorientować, co i jak, 

poznać  tutejszych  ludzi.  Potem  się  zamienimy  i  ja  popatrzę,  jak  pani 
sobie  radzi.  A  na  wizyty  domowe  będzie  pani  jeździć  i  z  Henrym,  i  ze 
mną. Zgadzasz się, Henry? 

–  Oczywiście.  Nie  pozwolimy  ci,  Lindsay,  zgubić  drogi  na  jakiejś 

odległej  górskiej  przełęczy  –  ze  śmiechem  oświadczył  Henry.  –  A 
propos,  musimy  załatwić  ci  jakiś  odpowiedni  samochód,  żebyś...  – 
Urwał, słysząc dzwonek interkomu.   

– Tak, Bronwen? – spytał z westchnieniem, nacisnąwszy przycisk.   
–  W  poczekalni  jest  wielu  pacjentów,  doktorze  Llewellyn  –  z 

pretensją w głosie oznajmiła recepcjonistka. – Co mam im powiedzieć? 

– Nic, Bronwen. Zaczynamy dyżur.   
– A gdzie będzie przyjmować doktor Henderson? 
– Wraz z doktorem Lennoxem.   
Głośne kliknięcie oznaczało, że Bronwen wyłączyła aparat, a  Henry 

parsknął śmiechem.   

– Najwyższy czas wziąć się do roboty, moi drodzy.   
– Fakt – przyznał Aidan.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Gabinet Aidana również okazał się duży, a jego integralną częścią był 

dodatkowy  pokoik  do  badania  pacjentów.  Aidan  wskazał  Lindsay 
krzesło  i  przez  parę  minut  zapoznawał  ją  z  tajnikami  systemu 
komputerowego.   

– Nie oczekuję, że od razu wszystko pani zapamięta.   
– To żaden problem – stwierdziła lekkim tonem. – W szpitalu, gdzie 

pracowałam, mieliśmy ten sam system.   

– Ale nie mieliście naszej Gwynneth.   
– Nie rozumiem.   
– Ona w jednej chwili umie niechcący wyczyścić sporo plików.   
–  Ach  tak...  –  mruknęła  Lindsay  i  w  tej  samej  chwili  do  gabinetu 

weszła Gwynneth z kartami w ręce.   

– O wilku mowa – mruknął Aidan. – Właśnie wspomniałem o tobie.   
–  Naprawdę?  –  Dziewczyna  natychmiast  się  zarumieniła.  Zdaniem 

Lindsay chyba z zadowolenia, że była obiektem ich uwagi.   

– Tak. Uprzedziłem doktor Henderson, jak wspaniale sobie radzisz z 

komputerem.   

– Och... – Rumieniec Gwynneth jeszcze się pogłębił. – Staram się, ale 

nie  zawsze  mi  wychodzi.  Czasem  przez  pół  dnia  wprowadzam  dane,  a 
potem wystarczy jedno głupie kliknięcie i wszystko gdzieś znika.   

– To dzisiejsze zapisy? – spytał Aidan.   
– Co? 
– Te karty.   
– Aha. Tak, proszę bardzo. Chyba zapomniałam, po co tu przyszłam. 

– Gwynneth uśmiechnęła się marzycielsko i umknęła z pokoju.   

– Jak pani widzi, Gwynneth nie zawsze bywa w pełni przytomna. Ale 

ma dobre intencje.   

– Nie wątpię.   
–  Jeśli  jest  pani  gotowa,  to  zaczynajmy.  –  Nacisnął  przycisk,  aby 

brzęczykiem wezwać pierwszego pacjenta z porannej listy.   

Lindsay  dyskretnie  przyglądała  się  doktorowi  Lennoxowi.  Dzisiaj 

background image

miał na sobie granatowy, bawełniany sweter i beżowe spodnie. Ona zaś 
wystroiła siew czarny kostium i wytworną, białą bluzkę. Teraz doszła do 
wniosku,  że  na  tę  okazję  jest  o  wiele  za  elegancka  i  w  pracy  powinna 
nosić odzież w mniej wyrafinowanym stylu.   

–  Cześć,  Hew.  –  Aidan  skinął  głową  wchodzącemu  do  gabinetu 

starszemu  panu,  który  podejrzliwie  łypnął  na  Lindsay.  –  Poznaj  doktor 
Lindsay Henderson. Będzie u nas pracować przez pewien czas.   

– Mówisz, że to lekarka? 
–  Oczywiście.  Ma  wszelkie  kwalifikacje  i  przyjechała  do  nas  aż  z 

Londynu.   

– Dzień dobry, panie Griffiths – odezwała się Lindsay.   
– Z Londynu, powiadasz? – Hew zignorował słowa powitania. – Mój 

ojczulek  zawsze  powtarzał,  że  stamtąd  nie  przychodzi  nic  dobrego.  A 
sądząc  po  tym,  co  piszą  w  gazetach,  chyba  niewiele  się  zmieniło. 
Londyn to siedlisko wszelkiego zła.   

–  Przesadzasz,  Hew  –  stanowczo  stwierdził  Aidan,  lecz  Lindsay 

odniosła  wrażenie,  że  jest  rozbawiony  uwagami  staruszka.  –  A  teraz 
mów, co ci dolega.   

– Przy niej? – Griffiths popatrzył na Lindsay.   
– Oczywiście. – Aidan skinął głową, a pacjent wziął głęboki oddech i 

zaczął szybko mówić po walijsku. – Nie, Hew – zaprotestował Aidan. – 
Po angielsku.   

Hew znów  wrogo spojrzał na  Lindsay i wymruczał pod nosem parę 

zdań  –  tak  niewyraźnie,  że  równie  dobrze  mogłoby  to  być  w  każdym 
języku.   

– A więc ostatnio oddajesz mocz częściej niż zwykle? 
–  Aidan  postanowił  przyjść  Lindsay  z  pomocą.  –  Głównie  w  nocy, 

czy w dzień? 

– W nocy – mruknął Hew.   
– Strumień jest stały? 
Hew zaprzeczył ruchem głowy, nie patrząc na Lindsay.   
– Czyli trochę przerywany? 
Tym razem Hew odpowiedział twierdząco, lecz też bez słów.   
–  Będę  musiał  cię  zbadać,  Hew.  Idź  do  tamtego  pokoju  i  zdejmij 

spodnie.   

background image

Starszy pan z przerażeniem zerknął na Lindsay.   
– Spokojnie, Hew, ja się tobą zajmę – zapewnił Aidan.   
– Zgadza się pani, prawda? 
–  Oczywiście.  Rozumiem,  że  pacjenci  muszą  trochę  oswoić  się  z 

moją obecnością. Oby później, gdy będę przyjmować własnych, nabrali 
do mnie zaufania.   

–  Na  pewno  wkrótce  się  przekonają,  że  jest  pani  dobrym  lekarzem. 

Na  razie,  widząc  panią  ze  mną,  pewnie  sądzą,  że  mają  do  czynienia  z 
jakąś studentką. – Aidan poszedł do pokoju badań i starannie zamknął za 
sobą drzwi.   

Lindsay w zamyśleniu rozejrzała się po gabinecie. Najchętniej znów 

znalazłaby  się  na  ostrym  dyżurze  londyńskiego  szpitala,  gdzie  do 
niedawna  pracowała.  Tam  nikt  nie  miał  najmniejszych  wątpliwości,  że 
jest  lekarką:  wystarczyło,  że  nosiła  biały  fartuch  i  zawieszony  na  szyi 
stetoskop.  A  pacjenci  cieszyli  się  z  prostego  faktu,  że  wreszcie  zostali 
przyjęci.  Ale  cóż,  nikt  jej  nie  zmuszał  do  odbywania  rocznego  stażu 
właśnie w Walii. Sama podjęła decyzję i powinna pogodzić się z tym, że 
nic nie wygląda tutaj tak, jak się spodziewała.   

Może  należałoby  włożyć  nieco  wysiłku  w  proces  adaptacji  do 

miejscowych  realiów.  Postanowiła,  że  nie  będzie  jeździć  swoim 
sportowym  samochodem  oraz  zafunduje  sobie  trochę  praktycznej 
garderoby w stylu odpowiednim dla mieszkanki górskiej wioski.   

Lecz  obserwując  Aidana,  który  wrócił  i  właśnie  mył  ręce,  poczuła 

przypływ  irytacji.  Dlaczego  właśnie  ona  ma  się  do  wszystkiego 
dostosowywać?  Przecież  to  nie  jej  wina,  że  tyle  rzeczy  niemile  ją 
zaskoczyło.  Na  przykład  to,  że  będzie  praktykować  pod  okiem  niezbyt 
sympatycznego człowieka.   

Była  strasznie  sfrustrowana,  więc  dopiero  po  chwili  uświadomiła 

sobie,  że  Aidan  coś  do  niej  mówi,  ona  zaś  nie  usłyszała  ani  słowa. 
Właśnie  się  zastanawiała,  czy  poprosić  go,  aby  powtórzył,  gdy  on 
spojrzał na nią przez ramię.   

– No więc? Co by pani zrobiła? 
– Słucham?... Chodzi o pana Griffithsa? 
– A o kogo innego mógłbym pytać? 
– Nie zbadałam go.   

background image

– Właśnie dlatego powiedziałem pani o moich spostrzeżeniach.   
– Ach tak... – Poczuła na twarzy rumieniec zakłopotania.   
– Mam wszystko powtórzyć? 
– Bardzo proszę – wymamrotała.   
– Stwierdziłem powiększenie gruczołu krokowego.   
Aidan  patrzył  na  nią  wyczekująco,  a  ją  to  spojrzenie  dziwnie 

rozstroiło. Musiała skarcić się w duchu za brak koncentracji i w końcu 
jakoś zdołała wziąć się w garść.   

–  Zaleciłabym  wykonanie  analizy  krwi  i  skierowała  pacjenta  do 

specjalisty.   

Do  gabinetu  wrócił  Hew  Griffiths,  toteż  Aidan  tylko  skinieniem 

głowy wyraził aprobatę i usiadł za biurkiem.   

– Zamierzam wysłać cię do specjalisty, Hew.   
–  Co?  –  Starszy  pan  najwyraźniej  się  przeraził.  –  Jestem  aż  taki 

chory? 

– Może wcale nie jesteś chory, ale trzeba wszystko sprawdzić, żeby 

się upewnić.   

–  To  jaki  pożytek  jest  z  was  dwojga,  skoro  sami  nic  nie  wiecie? 

Chyba powinienem pójść do doktora Lleweliyna.   

– Powiedziałby dokładnie to samo.   
– Czyli muszę się tłuc aż do Bangor? – Hew nie był tym zachwycony.   
–  Twój  syn  na  pewno  cię  zawiezie.  Dam  ci  też  skierowanie  na 

badanie krwi.   

Aidan zajął się pisaniem, więc tylko Lindsay zauważyła  zmartwioną 

minę staruszka.   

–  Nie  ma  powodów  do  niepokoju,  panie  GrilTiths  –  zapewniła 

łagodnie. – Te analizy to naprawdę głupstwo.   

–  A  niby  kto  je  wykona?  Judith?  Lindsay  musiała  przyznać,  że  nie 

wie.   

–  Ale  z  pani  pociecha!  –  kpiąco  prychnął  He  w.  –  Nic  nie  wie,  a 

uważa się za lekarkę! 

– Zanim wyjdziesz, daj to recepcjonistce, Hew. – Aidan wręczył mu 

skierowanie na analizę krwi. – Będziesz musiał umówić się z Judith, bo 
nie przychodzi do nas codziennie. A zawiadomienie o terminie wizyty u 
specjalisty dostaniesz pocztą.   

background image

Hew  opuścił  gabinet,  mrucząc  coś  pod  nosem,  a  Lindsay  pytająco 

spojrzała na Aidana.   

– Dowiem się teraz, kim jest Judith? 
– Naprawdę pani o niej nie słyszała? 
– Oczywiście, że nie.   
–  Proszę  mi  wybaczyć.  Przypuszczałem,  że  Henry  coś  o  niej 

wspomniał.  Ale  on  ma  ostatnio  tyle  na  głowie...  Judith  to  nasza 
pielęgniarka.  Pracuje  na  pół  etatu  u  nas  i  w  poradni  w  Betwsycoed. 
Wkrótce  się  tu  zjawi,  więc  ją  pani  pozna.  –  Aidan  znów  włączył 
brzęczyk.  –  A  teraz  do  roboty,  bo  inaczej  ten  dyżur  nigdy  się  nie 
skończy.   

– Oby następny pacjent mniej wybrzydzał na obecność praktykantki.   
–  Proszę  nie  mieć  ludziom  za  złe,  że  trochę  się  jeżą.  Jest  pani  tu 

nowa.   

– A na dodatek z Londynu. – Lindsay skrzywiła się pociesznie.   
–  Proszę  poczekać,  aż  to  się  rozniesie.  Pacjenci  będą  walić  do  pani 

drzwiami i oknami.   

– Nie liczyłabym na to, dokto... – Urwała, bo ktoś zapukał do drzwi.   
Do  gabinetu  weszła  młoda  matka  z  niemowlęciem.  Trochę  zdziwiła 

się  na  widok  Lindsay,  lecz  po  paru  słowach  wyjaśnień  już  się 
uśmiechała, zadowolona z tego, że ma do czynienia z kobietą. Uskarżała 
się bowiem na bolesność piersi po każdym karmieniu. Pod koniec wizyty 
zwracała  się  wyłącznie  do  Lindsay,  a  Aidan  tylko  się  przysłuchiwał. 
Pozwolił też swojej praktykantce wystawić receptę na specjalny krem do 
smarowania sutek oraz tabletki przeciwbólowe.   

–  No  proszę  –  powiedział  po  wyjściu  kobiety.  –  Ta  pacjentka  jest 

zadowolona.   

Był to przypadek niestety odosobniony. Podczas przedpołudniowego 

dyżuru większość pacjentów odnosiła się do Lindsay podobnie, jak Hew 
Griffiths, czyli bez cienia zaufania. Dlatego Lindsay odetchnęła z ulgą, 
gdy  Bronwen  przez  interkom  poinformowała  Aidana,  że  w  poczekalni 
już nie ma nikogo.   

–  Dziękuję,  Bronwen.  –  Aidan  przeciągnął  się  i  odchylił  głowę  na 

oparcie fotela. – Ile jest wizyt domowych? 

– Na razie tylko cztery, doktorze Lennox.   

background image

– Mam jechać z panem? – spytała Lindsay.   
–  Raczej  tak.  Najpierw  zamierzałem  prosić  Bronwen,  żeby 

wprowadziła panią w tajniki funkcjonowania naszej przychodni, lecz to 
chyba kiepski pomysł.   

Ciekawe, co byłoby gorsze: kilka godzin w towarzystwie Aidana, czy 

tyle samo z Bronwen. Oboje najwyraźniej nie zapałali do niej sympatią.   

W  milczeniu  włożyła  żakiet,  wzięła  lekarską  torbę  i  wychodząc  za 

Aidanem  z gabinetu, ciężko  westchnęła.  Nic nie  wyglądało tak, jak się 
spodziewała, toteż po raz setny od przyjazdu miała ochotę się spakować, 
wrzucić walizki do bagażnika i pognać autostradą do Londynu.   

– Co dla mnie masz, Bronwen? – Aidan wszedł za kontuar recepcji, 

by przejrzeć zgłoszenia. Lindsay nie wiedziała, czy ma zrobić to samo. 
Po  chwili  wahania  została  w  poczekalni,  dla  zabicia  czasu  oglądając 
rozwieszone na ścianach plakaty.   

– Ma pani piękny kostium.   
Lindsay odwróciła się i ujrzała wychyloną zza blatu Gwynneth, która 

z podziwem oglądała ją od stóp do głów.   

– Naprawdę? Dziękuję, Gwynneth. Właśnie doszłam do wniosku, że 

ten strój nie jest zbyt praktyczny w warunkach wiejskich.   

– Ale jest śliczny. Kupiła go pani w Londynie? 
– Tak.   
– U Harrodsa? – niemal z nabożną czcią spytała dziewczyna.   
– Nie, nie u Harrodsa.   
–  Pewnie  w  Selfridges?  –  Na  twarzy  Gwynneth  pojawił  się  wyraz 

rozmarzenia.   

– Nie, w małym sklepiku w Kensington.   
– W Kensington! – Bladoniebieskie oczy Gwynneth rozszerzyły się z 

wrażenia.   

–  No...  tak.  –  Lindsay  niepewnie  skinęła  głową  i  z  ulgą 

pomaszerowała  do  wyjścia  za  Aidanem,  który  obdarzył  ją  przelotnym 
spojrzeniem  i  wymownie  pomachał  plikiem  kart.  –  Do  zobaczenia, 
Gwynneth.   

Deszcz  już  nie  padał,  a  wiatr  zwiał  chmury  w  kierunku  gór,  nad 

którymi  teraz  unosiły  się  szare,  postrzępione  obłoki.  Na  parkingu 
Lindsay  starannie  ominęła  kałuże,  aby  nie  zamoczyć  porządnych, 

background image

czarnych pantofli, i wsiadła do landrovera.   

– Żadnych psów? – spytała, zatrzaskując drzwi.   
– Są w domu – sucho odparł Aidan, zapalając silnik. – Wpadnę po nie 

– dodał zaraz, jakby pożałował, że odezwał się takim niemiłym tonem. – 
Zawsze  je  zabieram,  kiedy  jadę  do  pacjentów.  Powinny  mieć  trochę 
ruchu.   

Lindsay nagle zapragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o prywatnym 

życiu  doktora  Lennoxa.  Ciekawe,  czy  jest  żonaty.  Zdaniem  Henry’ego 
był  typem  samotnika,  ale  to  nie  musi  oznaczać,  że  z  nikim  się  nie 
związał.   

Zerknęła na niego z ukosa. Miał wyrazisty profil i ze zmarszczonymi 

brwiami  patrzył  prosto  przed  siebie.  Przesunęła  spojrzeniem  po  jego 
dłoniach  –  one  zawsze  wiele  mówią  o  człowieku.  Dłonie  Aidana  były 
duże, kształtne, pokryte delikatnym, ciemnym owłosieniem o złotawym 
połysku.  Sprawiały  wrażenie  silnych  i  bardzo  męskich...  Lindsay 
pośpiesznie  odwróciła  od  nich  wzrok  i  dyskretnie  uchyliła  okno, 
ponieważ wnętrze samochodu czuć było psami.   

– Mamy cztery wezwania – oznajmił Aidan. – Najpierw pojedziemy 

do starszego małżeństwa mieszkającego na peryferiach wsi. Pan Douglas 
Morgan ma chorobę Parkinsona i jest pod opieką żony Milly. To bardzo 
miła osoba, ale też coraz bardziej podupada na zdrowiu i nie wiem. jak 
długo da sobie radę. Staram się odwiedzać ich raz na tydzień.   

–  Co  ich  czeka,  gdy  ona  już  nie  będzie  w  stanie  zajmować  się 

mężem? 

–  Na  razie  trudno  powiedzieć.  Rozmawiałem  7  nimi  o  różnych 

możliwościach i obiecałem, że w razie potrzeby zrobię wszystko, co w 
mojej mocy. żeby mogli zostać razem.   

Ale jego stan szybko się pogarsza i obawiam się, że Douglas wkrótce 

będzie musiał iść do szpitala lub przynajmniej do domu opieki.   

– A co z żoną? 
– Jeszcze jest dość sprawna, ale nie chciałbym, żeby została w domu 

całkiem  sama.  Byłoby  idealnie,  gdyby  udało  się  umieścić  ich  oboje  w 
jednym miejscu, bo rozstanie złamałoby im serca. To trudny przypadek.   

– W jakim są wieku? 
– Douglas ma osiemdziesiąt sześć lat, a Milly – osiemdziesiąt cztery. 

background image

W zeszłym tygodniu obchodzili diamentowe wesele.   

Aidan przejechał przez wieś i zwolnił w okolicy, gdzie domy stały w 

większym oddaleniu od siebie. Lindsay właśnie zastanawiała się, który z 
nich należy do doktora Lennoxa, gdy on zjechał na pobocze.   

–  Jesteśmy  na  miejscu  –  oznajmił.  –  Ma  pani  chęć  zobaczyć,  jak 

mieszkam? 

Lindsay  trochę  się  zdziwiła,  zatrzymali  się  bowiem  między  dwiema 

posesjami.  Wysiadła  i  poszła  za  Aidanem  wzdłuż  ogrodzenia  z 
metalowych prętów.   

– Proszę uważać na schodach – ostrzegł Aidan. – Pewnie są mokre i 

śliskie.   

Dopiero  teraz  zauważyła  bramę,  a  kilkadziesiąt  metrów  dalej,  sporo 

poniżej poziomu drogi, ujrzała dach  i kominy. Ostrożnie zeszła  na dół, 
ponieważ  buty  na  skórzanych  podeszwach  rzeczywiście  strasznie  się 
ślizgały,  i  na  dole  uważniej  przyjrzała  się  domowi.  Był  z  szarego 
kamienia,  miał  dach  kryty  łupkiem  i  stał  dosłownie  wtulony  w  zbocze 
wzgórza.   

Aidan  poszedł  przodem  i  otworzył  drzwi  przybudówki,  a  Lindsay 

usłyszała  odgłosy  entuzjastycznego  psiego  powitania.  Oba  zwierzaki 
wypadły na zewnątrz, ona zaś psychicznie przygotowała się na spotkanie 
z  nimi.  W  zasadzie  nie  miała  awersji  do  psów,  lecz  w  dzieciństwie 
ugryzł ją kundel sąsiadów i od tego czasu wolała trzymać się od nich z 
daleka.  Aidan  chyba  wyczuł  jej  niepokój,  ponieważ  stała  całkiem 
nieruchomo,  gdy  jego  czworonożni  przyjaciele  skakali  wokół  niej, 
radośnie ujadając.   

– Skipper! Jess! – zawołał stanowczym tonem, a psy natychmiast się 

odwróciły i pognały w głąb ogrodu.   

– Przepraszam.  –  Aidan cofnął się,  aby wpuścić  ją do domu.  –  One 

szaleją  ze  szczęścia,  a  ja  zapominam,  że  nie  każdy  ma  do  czynienia  z 
psami.   

– Ja nie – przyznała. – Trzymanie psa w wielkim mieście raczej nie 

ma sensu. – Ciekawie rozejrzała się po kuchni z belkowanym sufitem. – 
Interesujące wnętrze. Długo pan tu mieszka? 

– Prawie trzy lata, i nadal robię remont, który zaplanowałem na pięć 

lat.  Dom  był  prawie  w  ruinie,  gdy  pierwszy  raz  go  zobaczyłem,  więc 

background image

odnowiłem  więcej,  niż  z  pozoru  się  wydaje.  Proszę  dalej,  pokażę  pani 
moje najważniejsze znalezisko.   

Przeszli  przez  małą  jadalnię,  gdzie  stał  dębowy  stół  i  krzesła,  i 

znaleźli  się  w  przytulnym  saloniku.  Także  i  tutaj  ciemne,  drewniane 
belki  były  starannie  odrestaurowane,  białe  ściany  miały  chropawą 
fakturę,  a  jedną  z  nich  zajmował  wielki,  głęboki  kominek  z 
przypieckiem.   

– To palenisko było kompletnie zamurowane  – oświadczył Aidan. – 

Odkryłem  je  przypadkiem,  ponieważ  jedna  cegła  się  obluzowała.  Nie 
muszę mówić, że z radością zburzyłem ściankę, żeby wyeksponować to 
cudo.   

– Wygląda imponująco. Sądziłam, że takie kominki budowano tylko 

w dużych rezydencjach.   

–  Najwyraźniej  zdarzają  się  również  w  niektórych  tutejszych 

domkach.   

–  A  to  pański  ogród?  –  Lindsay  podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na 

zewnątrz.   

–  Słowo  dżungla  chyba  byłoby  trafniejszym  określeniem.  Ale 

porządki w tej gęstwie są ostatnią pozycją w moim pięcioletnim planie.   

–  Podoba  mi  się  to  miejsce.  –  Lindsay  przesunęła  spojrzeniem  po 

bujnych  roślinach.  Otoczony  wysokim  kamiennym  murem  ogród 
rzeczywiście  wyglądał  na  zapuszczony,  lecz  w  zielonej  plątaninie 
krzewów  i  chwastów  rosło  mnóstwo  bajecznie  kolorowych  kwiatów  – 
wspaniałe,  duże  stokrotki,  jaskry,  różowe  i  białe  lwie  paszcze  oraz 
wysoka naparstnica. Mur był porośnięty gęstym bluszczem, a ze szczelin 
między  kamieniami  wyrastały  pomarańczowe  nasturcje  i  czerwone 
pelargonie. Stojąca w rogu stara, żelazna pompa prawie nikła pod masą 
pnącego  orlika  i  dzikich  róż,  a  oparta  o  mur  staroświecka  maglownica 
przypominała o minionej epoce.   

– Jest jakieś drugie wejście? 
–  Tak.  Boczna  droga  prowadzi  aż  na  podwórze  przed  domem. 

Zazwyczaj  tam  parkuję  auto,  lecz  gdy  mi  się  śpieszy,  zostawiam  je  na 
poboczu szosy i schodzę na dół.   

–  A  sypialnie?  –  Lindsay  wyszła  do  holu  i  spojrzała  w  stronę 

schodów.   

background image

– Chce pani zobaczyć moją sypialnię? 
Chyba  po  raz  pierwszy  usłyszała  w  jego  głosie  nutę  rozbawienia  i 

poczuła, że się rumieni. Jak mogła palnąć coś takiego! 

– Ile pokoi jest na górze? – spytała, ignorując jego słowa.   
– Dwa. Były trzy, lecz jeden przerobiłem na dużą łazienkę. Ma pani 

ochotę rzucić okiem? 

–  Jeśli  starczy  czasu  –  odparła  chłodnym  tonem.  Owszem,  chętnie 

rozejrzałaby  się  na  piętrze,  ponieważ  dom  i  sposób  odnowienia  go 
przypadł jej do gustu. Wolałaby jednak, aby Aidan nie pomyślał, że ona 
pragnie zobaczyć miejsce, w którym on sypia.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

W  większej  sypialni  stało  szerokie,  drewniane  łóżko  z  jasnej  sosny, 

przykryte kapą z grubej, białej bawełny. Ściany miały kremowy kolor, a 
zasłony były z jasnoniebieskiego aksamitu.   

Lindsay  wlepiła  wzrok  w  szerokie  posłanie,  zastanawiając  się,  czy 

Aidan  dzieli  z  kimś  swoje  życie.  Nigdzie  nie  zauważyła  śladów 
obecności  kobiety  –  żadnych  kosmetyków  lub  innych  drobiazgów. 
Rozglądając  się  po  pokoju,  usiłowała  wymyślić  stosowny  komentarz. 
Aidan nieoczekiwanie przyszedł jej z pomocą.   

– Podoba się pani? 
–  Tak,  nawet  bardzo.  Właśnie  myślałam  o  tym,  że  Romilly  byłaby 

zachwycona tym pokojem.   

– Romilly? 
– Przyjaciółka mojego ojca. Zajmuje się projektowaniem wnętrz i jest 

bardzo dobra w swoim fachu.   

– Przyjaciółka pani ojca? – Aidan uniósł brwi.   
– Tak, są ze sobą od lat. Och, proszę nie robić takiej miny. Nie chodzi 

o  jakiś  straszny  układ  typowy  dla  zepsutego  Londynu.  Moja  matka 
zmarła dawno temu, gdy miałam siedem lat.   

– Musiało być pani ciężko. – Aidan poprowadził ją w głąb korytarza i 

otworzył drzwi do drugiego pokoju. Jeszcze nie był odnowiony i na razie 
służył za składzik. – Jak to się stało? 

– Na przejściu dla pieszych potrącił ją samochód. Kierowcy nigdy nie 

zatrzymano.   

– Przykro mi.   
Była  zadowolona,  że  Aidan  powstrzymał  się  od  wylewnego 

wyrażania  współczucia,  co  zazwyczaj  robili  ludzie,  gdy  usłyszeli  o 
tragicznym  wydarzeniu  z  jej  przeszłości.  Nie  lubiła  o  nim  mówić, 
ponieważ mimo upływu czasu wspomnienia nadal były bolesne.   

– Ma pani rodzeństwo? 
–  Nie,  tylko  ojca.  Wkrótce  po  tamtym  wypadku  przeprowadziliśmy 

się do domu w Chelsea. Ojciec nadal tam mieszka.   

background image

– A pani posiada apartamencik w Fulham.   
Nie  była  pewna,  co  oznaczał  ton  Aidana,  więc  zmierzyła  go 

przenikliwym  spojrzeniem,  lecz  nie  zdołała  nic  wyczytać  z  jego 
obojętnej miny.   

– Tak – potwierdziła, zerknąwszy na nowoczesną łazienkę, i wróciła 

z  Aidanem  na  parter.  –  Nie  ma  jak  odrobina  niezależności,  prawda?  – 
Miała nadzieję, że w odpowiedzi Aidan uchyli rąbka tajemnicy na temat 
swojego  życia  prywatnego,  ale  się  rozczarowała,  bo  zignorował  jej 
pytanie.   

– Lepiej zawołam psy, bo musimy już jechać – oświadczył.   
Wyszła  za  nim  na  małe  podwórko,  a  oba  psiaki  w  podskokach 

wypadły  z  głębi  ogrodu.  Zanim  zdążyła  się  zorientować,  że  są  całe 
mokre,  one  gwałtownie  się  otrząsnęły,  spryskując  ją  od  stóp  do  głów 
wodą.   

Z piskiem odskoczyła w bok, usiłując strzepnąć niezliczone krople ze 

swojego  wytwornego  kostiumu.  Aidan  nic  nie  powiedział,  ona  zaś 
wyprzedziła  go  na  schodkach  i  omal  nie  straciła  równowagi,  gdy 
zwierzaki  pędem  ją  minęły,  gnając  do  głównych  drzwi.  Przy  nich 
grzecznie usiadły i ziajały z wywieszonymi jęzorami, czekając na swego 
pana.   

Lindsay  w  milczeniu  wsiadła  do  landrovera,  Aidan  wpuścił  do 

wnętrza  psy,  a  ona  prawie  natychmiast  poczuła  dotyk  wilgotnego  nosa 
na  szyi.  Okazało  się,  że  to  owczarek  Skipper  wysunął  pysk  ponad 
oparcie jej fotela.   

–  Chyba  panią  polubił  –  stwierdził  Aidan,  zerkając  przez  ramię.  – 

Zazwyczaj nie jest aż taki przyjazny wobec obcych.   

Do  państwa  Morgan  zajechali  w  pięć  minut.  Ich  domek  też  był  z 

szarego  kamienia  i  z  łupkowym  dachem,  lecz  stał  w  szeregu  wraz  z 
pięcioma innymi. Przed wszystkimi znajdowały się zadbane ogródki, a w 
oknach  wisiały firaneczki z bawełnianej siatki. Zza jednej z nich Milly 
już  od  dawna  wyglądała  pana  doktora,  toteż  otworzyła  drzwi,  zanim 
wysiedli z samochodu.   

–  Spodziewałam  się  pana  dzisiaj  –  oznajmiła  z  uśmiechem.  Była 

pulchną, rumianą staruszką, równie czyściutką jak wnętrze jej domu. – A 
to kto? – Spojrzała na Lindsay ciekawie i raczej z sympatią.   

background image

– Doktor Lindsay Henderson. – Aidan wszedł wraz z nią do małego 

saloniku. – Przez pewien czas będzie u nas pracowała.   

– Skąd pani jest? 
– Z Londynu. – Lindsay już wiedziała, że w Tregadfan to wyznanie 

zawsze  wywołuje  niemiłą  reakcję  rozmówcy  i  wewnętrznie 
przygotowała się na jakiś cierpki komentarz.   

– Ach, z Londynu...   
– Milly też pochodzi z Londynu – tonem wyjaśnienia dodał Aidan, – 

Prawda? 

–  Urodziłam  się  tam  i  wychowałam,  ale  to  było  dawno  –  z 

westchnieniem  przyznała  staruszka,  gdy  Lindsay  popatrzyła  na  nią 
zaskoczona. – Potem pewien Walijczyk porwał mnie do swojej rodzinnej 
Walii. A jak tam nasz stary Londyn? 

–  Wyglądał  całkiem  dobrze,  kiedy  wyjeżdżałam.  O  tej  porze  roku 

chyba jest najładniejszy, bo wszystkie parki są cudownie zielone.   

– Jak dzisiaj miewa się Walijczyk? – spytał Aidan.   
– Ani lepiej, ani gorzej. – Milly pokręciła głową. – Ale w nocy trochę 

narzeka, bo nie może spać.   

– Chodźmy rzucić na niego okiem.   
Milly odwróciła się, aby poprowadzić ich do sąsiedniego pokoju, lecz 

właśnie w tej chwili drzwi się otworzyły i do saloniku powolutku wszedł 
jej mąż, kurczowo trzymając się metalowego balkonika.   

–  Witaj,  Douglas.  Cieszę  się,  że  jesteś  na  chodzie.  Milly  pomogła 

mężowi usadowić  się  w wygodnym  fotelu, a Aidan postawił  na stoliku 
swą  lekarską  torbę.  Lindsay  od  razu  dostrzegła  typowe  dla  choroby 
Parkinsona drżenie, które pojawiło się, gdy staruszek usiadł i wyciągnął 
rękę, jednocześnie usiłując coś powiedzieć.   

– Pewnie chcesz wiedzieć, kim jest ta młoda dama, która przyszła cię 

odwiedzić, prawda, Douglas? – z uśmiechem spytał Aidan. – To lekarka 
i  nazywa  się  Lindsay  Henderson.  –  Wręczył  Lindsay  kartę  pacjenta  z 
notatkami 

przebiegu 

leczenia 

stosowanych 

środkach 

farmakologicznych. Lindsay przejrzała zapiski i oddała je Aidanowi.   

– Doktor Henderson jest z Londynu – oznajmiła Milly i podreptała do 

kuchni, żeby zaparzyć herbatę.   

–  Miło  mi  pana  poznać,  panie  Morgan.  –  Lindsay  wzięła  w  dłonie 

background image

rękę staruszka i przez chwilę ją trzymała, rozglądając się po małym, lecz 
idealnie czystym saloniku. Wszędzie stały i wisiały rodzinne fotografie – 
dzieci,  wnuków i  chyba prawnuków. Były zdjęcia ze  ślubów i chrzcin, 
podobizna  młodego  mężczyzny  w  birecie  i  todze,  absolwenta  wyższej 
uczelni,  a  nad  komodą  wisiała  wyblakła,  czarnobiała  fotografia  młodej 
pary:  dziewczyna  miała  na  sobie  garsonkę,  a  mężczyzna  –  mundur 
wojskowy. Ten pokoik był pełen wspomnień z całego długiego życia.   

Lindsay  popatrzyła  na  Douglasa.  W  oczach  staruszka  pojawiły  się 

łzy, gdy zorientował się, że ona podąża ścieżką jego małżeństwa z Milly. 
Zanim więc puściła drżącą dłoń, serdecznie ją uścisnęła.   

–  Dam  mu  na  noc  słaby  środek  uspokajający  –  mruknął  Aidan.  – 

Dzięki temu oboje będą mogli odpocząć. Nie chcę, żeby Milly opadła z 
sił. Zdarzają się dni, gdy Douglas nie wstaje i ona musi zrobić dla niego 
dosłownie  wszystko,  a  po  zimowych  atakach  dusznicy  i  tak  jest 
osłabiona. – Wręczył Lindsay plik notatek do przejrzenia, a sam zręcznie 
wziął ciężką tacę od wchodzącej do pokoju Milly.   

– Milly, znowu piekłaś – stwierdził oskarżycielskim tonem, stawiając 

tacę na stoliku, i spojrzał na Lindsay. – Milly piecze najlepsze walijskie 
owsiane ciasteczka, jakie pani kiedykolwiek jadła.   

– Chyba nigdy nie miałam w ustach walijskich ciasteczek.   
– Więc ma pani braki w wykształceniu – odparł.   
–  Spróbuje  pani?  –  Milly  przerwała  napełnianie  filiżanek  i 

poczęstowała Lindsay apetycznie wyglądającymi wypiekami.   

–  Jak  mogłabym  odmówić?  –  odpowiedziała  z  uśmiechem.  Ze 

smakiem  schrupała  ciasteczko  i  stwierdziła,  że  po  raz  pierwszy  ma  na 
jakiś temat identyczne zdanie jak Aidan.   

Zostali  u  Morganów  jeszcze  dziesięć  minut,  wypili  całą  herbatę  i 

zjedli wszystkie ciasteczka. Żegnając się z gospodarzami, Aidan obiecał, 
że  wpadnie  za  tydzień,  o  ile  Milly  nie  będzie  czegoś  potrzebowała 
wcześniej.   

– Zawiozę receptę do apteki – powiedział na odchodnym.   
– A Elspeth podrzuci ci lekarstwa.   
– Kto to jest Elspeth? – spytała Lindsay, gdy przy akompaniamencie 

radosnego ujadania Skippera i Jessa wsiadali do samochodu.   

– Ich sąsiadka, która pracuje w sklepie mięsnym obok apteki. Roma, 

background image

pomocnica  farmaceutki,  dostarczy  przepisane  leki  Elspeth.  –  Aidan 
umilkł i groźnie łypnął na Lindsay.   

– Co panią tak bawi? 
– Och, nic takiego  –  odparła ze śmiechem.  –  Rzecz  w tym,  że  tutaj 

wszystko dzieje się prawie jak w rodzinie. Każdy każdego zna... To, co 
pan właśnie opisał, w Londynie nie mogłoby się zdarzyć nawet za milion 
lat. Tu jest zupełnie inaczej, niż się spodziewałam.   

Aidan w milczeniu ruszył.   
–  Dlaczego  była  pani  rozstrojona  wiadomością,  że  to  ja  będę  panią 

szkolił? – spytał, przelotnie na nią zerkając.   

–  Ja...  –  wybąkała,  zaskoczona  nieoczekiwanym  pytaniem.  –  Chyba 

nie to miałam na myśli, ale...   

–  Sama  pani  tak  to  ujęła.  Kiedy  wczoraj  wieczorem  u  Henry’ego 

spytałem,  czy  wolałaby  pani  rozpocząć  naszą  znajomość  w  lepszy 
sposób,  pani  odpowiedziała:  „Nie  byłoby  w  tym  nic  złego,  panie 
Lennox. Zwłaszcza że podobno ma pan kierować moją praktyką.  „ Nie 
dodała pani nic więcej, bo wrócił Henry.   

–  No  dobrze.  –  Wzięła  głęboki  oddech  i  uniosła  rękę  w  geście 

poddania. – Rzeczywiście to moje słowa.   

– Mówiła pani poważnie? 
– Jak najbardziej.   
– Proszę więc mnie oświecić, dlaczego tak się pani przejęła tą sprawą. 

Przecież dopiero mnie pani poznała.   

– Chyba bardziej zdenerwowałam się faktem, że nie będę pracowała z 

Henrym, niż tym, że to pan przejmie opiekę nad moją praktyką.   

– Więc pani reakcja nie miała nic wspólnego ze mną? 
– Tego bym nie powiedziała. Byłam zła, bo nie przedstawił się pan w 

tamtym  sklepie.  Och,  wiem,  rzekomo  uznał  mnie  pan  za  turystkę,  ale 
później,  na  miejscu  wypadku,  już  musiał  pan  się  zorientować,  kim 
naprawdę jestem. Mimo to przemilczał pan swoją tożsamość. Z takiego 
zachowania  wnoszę,  że  nie  był  pan  zachwycony  moim  przyjazdem  do 
Tregadfan,  ani  tym  bardziej  perspektywą  zajęcia  się  moim  szkoleniem. 
Mam rację czy nie? 

– No cóż... tak – przyznał niechętnie.   
– To doprawdy urocze – stwierdziła z przekąsem. – Ale przynajmniej 

background image

wiemy, na czym stoimy.   

– Nie chciałem pani tutaj, bo uznałem,  że nie jest  pani potrzebna w 

naszej  przychodni.  Zgodziłem  się  tylko  dlatego,  że  Henry  nalegał,  a  ja 
wolałem nie obciążać go dodatkowym  stresem. I tak  ma go  aż nadto  z 
powodu choroby Megan.   

– Szkoda, że nikt wcześniej nie skontaktował się ze mną, aby spytać, 

co o tym sądzę.   

– A co by pani wtedy zrobiła? 
–  To  proste,  zrezygnowałabym  z  przyjazdu.  Pragnęłam  odbyć 

praktykę  po  okiem  Henry’ego,  bo  od  dziecka  go  podziwiałam.  Był  dla 
mnie wzorem godnym naśladowania. Ale, znając sytuację, wybrałabym 
inne miejsce. Zapewne gdzieś bliżej domu.   

– Przecież marzyła pani o pracy wśród zwyczajnych ludzi...   
– Tacy są wszędzie. Londyn to nie tylko ulica Harley. Przez chwilę 

oboje milczeli. Aidan przejechał przez wieś, po czym skręcił w lewo na 
szosę.   

–  Więc  pańska  niechęć  do  mnie  wynikała  tylko  z  troski  o  dobro 

poradni?  A  może  nie  spodobało  się  panu  coś  we  mnie?  –  zapytała 
napastliwym  tonem.  –  Bądźmy  wobec  siebie  uczciwi  –  dodała,  gdy 
Aidan milczał. – Pan spytał mnie o to samo i ja byłam szczera.   

– No dobrze – odparł, wziąwszy głęboki oddech. – Uznałem, że nie 

będzie  pani  pasować  do  tego  miejsca.  Prezentowała  się  pani  całkiem 
nieodpowiednio.   

– Nonsens! 
–  Bynajmniej.  Dosłownie  wszystko,  pani  strój,  fryzura,  nawet 

samochód, świadczyło o zamożności i przywilejach.   

– Więc był pan gotów mnie potępić tylko z powodu wyglądu? 
–  ..  Potępić”  to  za  mocne  określenie.  Pomyślałem  tylko,  że  będzie 

pani  niezmiernie  trudno  znaleźć  wspólny  język  /  mieszkańcami 
Tregadfan.  Doszedłem  do  tego  wniosku.  gdy  pierwszy  raz  panią 
ujrzałem.   

– W sklepie? 
– Tak.   
– Więc jednak od razu pan się zorientował, kim jestem! 
– wycedziła podniesionym głosem, a na tylnym siedzeniu rozległo się 

background image

groźne warczenie.   

– Spokój, Jess – polecił Aidan, a pies natychmiast ucichł.   
– Powiedzmy, że się domyślałem. I moje obawy się sprawdziły.   
–  Ja  też  miałam  wątpliwości  i  obawy  –  parsknęła  gniewnie.  – 

Chciałam od razu wracać do Londynu.   

– Ale pani tego nie zrobiła.   
– Nie.   
– Wolno spytać, dlaczego? 
–  Bo  też  wolałam  oszczędzić  Henry’emu  dodatkowych  stresów.  Ma 

tyle kłopotów...   

– Mamy więc identyczne zdanie na ten temat.   
– Zdaje się, że musimy zaakceptować obecną sytuację, choć nam się 

ona nie podoba. Nie ma wyjścia.   

– To prawda. – Aidan skinął głową. – Ale...   
– Ale co? – spytała ostro.   
– Mógłbym coś zasugerować? 
– Co takiego? 
– Proszę sobie zafundować porządne buty.   
– A cóż tym brakuje? 
– Nic. Niewątpliwie są idealne do chodzenia po Londynie, ale tutaj, w 

Tregadfan, nie będą praktyczne.   

Nadal  gryzła  się  krytycznymi  uwagami  Aidana,  gdy  zajechali  przed 

dom  Janet  Pierce.  Jej  matka  niedawno  miała  udar  i  nadal  poważnie 
niedomagała.  Uskarżała  się  na  niestrawność  i  biegunkę,  cierpiała  też  z 
powodu skutków długotrwałej depresji. Aidan zbadał pacjentkę i zwrócił 
się do Janet: 

–  Przepiszę  jej  środek  powstrzymujący  zarzucanie  wsteczne,  który 

przeciwdziała 

zgadze, 

oraz 

kapsułki 

imodium 

dawce 

dwumiligramowej,  żeby  zahamować  biegunkę.  A  co  do  depresji, 
twierdzisz, że się pogłębia? 

–  Tak.  Mama  bezustannie  jest  apatyczna,  w  płaczliwym  nastroju  i 

bardzo źle sypia.   

– Wobec tego zrezygnujemy z podawania lofepraminy i przejdziemy 

na sertralin.   

Lindsay  powstrzymała  się  od  komentarza,  lecz  gdy  wsiedli  do 

background image

samochodu, wyraziła swoje zastrzeżenia.   

– Był pan dość lakoniczny, rozmawiając z tą biedaczką.   
– Z Janet? Nie rozumiem.   
– Te fachowe nazwy musiały przyprawić ją o zawrót głowy.   
–  Zakłada  pani,  że  Janet  to  głupia,  walijska  gęś  bez  żadnego 

wykształcenia? 

– Tego nie powiedziałam! – Zaczerwieniła się z gniewu.   
– Ale tak pani pomyślała? 
–  Nie.  Chodzi  mi  tylko  o  to,  że  podawanie  nazw  substancji 

chemicznych  zazwyczaj  nie  ma  sensu.  Pacjenci  są  bardziej  osłuchani  z 
nazwami konkretnych leków.   

– A w przypadku rozmowy z kimś związanym z medycyną? 
– To całkiem inna sprawa.   
–  Proszę  więc  przyjąć  do  wiadomości,  że  Janet  przez  wiele  lat  była 

przełożoną pielęgniarek w szpitalu w Bangor! 

Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze.   
–  Należało  mi  o  tym  wspomnieć,  zanim  tam  przyjechaliśmy,  lub 

wtedy,  kiedy  nas  pan  sobie  przedstawiał.  Tego  wymaga  zwyczajna 
grzeczność.   

Aidan  nie  odpowiedział,  tylko  skręcił  na  podwórko  przychodni  i 

zgasił silnik.   

– Podobno miał pan cztery wezwania – syknęła Lindsay.   
–  Owszem.  Ale  jedno  jest  do  Toma  w  pubie  „Pod  Czerwonym 

Smokiem”,  a  drugie  na  odległą  farmę,  dokąd  pojadę  wieczorem  przed 
powrotem do domu. Pomyślałem też, że już ma pani dosyć.   

–  Może  jeszcze  nie  przywykłam  do  waszej  pogody  i  wiejskich 

obyczajów, ale zapewniam, że głupie dwa wezwania nie ścinają mnie z 
nóg. To pestka w porównaniu z gorącym dniem na ostrym dyżurze.   

–  Pewnie  tak.  –  Aidan  wzruszył  ramionami.  –  Sam  kiedyś 

pracowałem w takim miejscu. Uznałem tylko, że przyda się pani trochę 
czasu na zasiedlenie mieszkania.   

– Nawet go nie widziałam. Może nie będzie odpowiednie.   
– Będzie.   
Lindsay na moment oniemiała z powodu tej arogancji.   
– Skąd ta pewność? – wycedziła, odzyskawszy mowę.   

background image

–  Zapomina  pani,  że  początkowo  też  tam  mieszkałem.  A  skoro  ja 

byłem zadowolony, to pani też powinna.   

Aidan  wyskoczył  z  landrovera,  zatrzasnął  drzwi  i  zamaszystym 

krokiem pomaszerował do pubu, a Lindsay poczuła, że wszystko się w 
niej  gotuje.  Nie  miała  pojęcia,  jak  zdoła  przetrzymać  najbliższy  rok, 
współpracując z tym irytującym osobnikiem.   

– Wy chyba już do niego przywykłyście – stwierdziła, odwracając się 

do psów, one zaś  odpowiedziały jej poważnym spojrzeniem.  Wysiadła, 
upewniła  się,  że  Aidan  zostawił  uchyloną  szybę,  aby  zapewnić  psom 
dopływ powietrza, i poszła do poradni.   

Bronwen siedziała w recepcji, pisząc coś na komputerze, a Gwynneth 

chyba uzupełniała wpisy w kartach.   

–  O,  właśnie  o  pani  rozmawiałyśmy  –  oznajmiła  Gwynneth.  – 

Widzisz, Bronwen? Pani doktor już jest.   

–  Widzę  –  lodowatym  tonem  odparła  Bronwen.  –  Gdzie  doktor 

Lennox?  –  Spojrzała  na  Lindsay  tak  podejrzliwie,  jakby  sądziła,  że 
kobieta z Londynu gdzieś go ukryła.   

– Poszedł do pubu zobaczyć się z kimś imieniem Tom.   
–  Tom  to  właściciel  –  wyjaśniła  Gwynneth.  –  Źle  się  czuł  dziś  w 

nocy. Ma rozedmę płuc i...   

–  Wystarczy,  Gwynneth  –  ostro  przerwała  jej  Bronwen.  –  Nie 

rozmawiamy o stanie zdrowia pacjentów w recepcji, gdzie każdy może 
nas usłyszeć, prawda? 

– Nie, ale... – Gwynneth rozejrzała się wokoło. – Tu jest tylko doktor 

Henderson.   

–  Nie  szkodzi.  Zawsze  trzeba  pamiętać  o  zasadach,  żeby  nie  nabrać 

złych nawyków. Pani mieszkanie jest gotowe, doktor Henderson. Życzy 
pani sobie je zobaczyć? 

– Chętnie. Na razie chyba nie będę wam potrzebna.   
–  A  więc  chodźmy.  –  Bronwen  wstała  zza  biurka  i  wraz  z  Lindsay 

poszła  w  stronę  schodów  w  głębi  holu.  Obie  raptownie  przystanęły, 
ponieważ Gwynneth zawołała: 

– Doktor Henderson! Och, pani doktor!  – Dziewczyna zerwała się z 

krzesła i załamała ręce. – Ten piękny kostium! 

– Mój kostium? Co się z nim stało? 

background image

– Jest cały w psiej sierści! – Gwynneth podbiegła bliżej i spróbowała 

palcami oczyścić czarną tkaninę.   

–  W  sierści  –  mruknęła  Lindsay.  –  Ciekawe,  czemu  mnie  to  nie 

dziwi? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Lindsay właściwie chciała, by mieszkanie było okropne. W cichości 

ducha nawet na to liczyła, aby z satysfakcją oznajmić Aidanowi, że jest 
rozczarowana.  Musiała  jednak  niechętnie  przyznać,  że  lokal  spełnia 
wszystkie  jej  wymagania.  Z  okien  saloniku  i  sypialni  roztaczał  się 
wspaniały widok z górami na horyzoncie, kuchnia z kącikiem jadalnym 
była dobrze wyposażona, a łazienka miała zarówno wannę, jak i kabinę 
prysznicową. Umeblowanie i elementy dekoracyjne były dość skromne, 
utrzymane w neutralnej kolorystyce.   

– Na pewno zechce pani nadać temu miejscu bardziej indywidualny 

charakter – powiedziała Bronwen.   

–  Nie  przywiozłam  zbyt  wielu  drobiazgów  –  odparła  Lindsay  – 

sądziłam  bowiem,  że  zatrzymam  się  u  państwa  Llewellynów.  Ale 
rzeczywiście dodałabym tu trochę kolorowych elementów, więc sprawię 
sobie to i owo. A propos zakupów, gdzie pani radziłaby je zrobić? 

– A co pani chce kupić? 
– Trochę odzieży.   
–  Obawiam  się,  że  u  nas  nie  ma  rzeczy  w  pani  guście.  –  Bronwen 

przesunęła  wzrokiem  po  eleganckim  kostiumie  i  czarnych  lakierkach 
Lindsay.   

– Och, nie miałam na myśli niczego w tym stylu. Przeciwnie, muszę 

nabyć garderobę odpowiednią do życia w Tregadfan. Już mi wytknięto, 
że chodzę w nieodpowiednich ciuchach i butach.   

– Wobec tego sugerowałabym wyjazd do Betwsycoed. Jest tam parę 

sklepów z praktyczną garderobą przyzwoitej jakości.   

– Dziękuję, Bron wen. Pojadę tam. – Lindasy rozejrzała się wokoło. – 

Mogę od razu się wprowadzić? 

–  Dlaczego  nie.  –  Bronwen  wzruszyła  ramionami.  –  Łóżko  jest 

posłane, a pokoje dobrze przewietrzone.   

– W takim razie zrobię to dziś po południu, jeśli doktor Lennox nie 

będzie  mnie  potrzebował.  Wpadnę  do  państwa  Llewellynów  po  swój 
bagaż, a potem zrobię zakupy.   

background image

–  Proszę  się  nie  martwić  doktorem  Lennoxem.  Powiem  mu,  gdzie 

pani pojechała.   

Bronwen  oznajmiła  to  takim  tonem,  jakby  w  każdej  sytuacji  umiała 

poradzić sobie ze swym zwierzchnikiem. Nie umknęło to uwagi Lindsay, 
której kolejny raz przyszło do głowy, że groźna Bronwen ma słabość na 
punkcie  Aidana.  Tłumaczyłoby  to  oczywistą  wrogość,  z  jaką  powitała 
Lindsay – w mniemaniu Bronwen potencjalną konkurentkę.   

Jadąc  do  domu  Henry’ego,  Lindsay  zastanawiała  się,  czy 

recepcjonistka  rzeczywiście  podkochuje  się  w  Aidanie.  A  może 
romansują  ze  sobą?  Nie,  to  chyba  niemożliwe.  Aidan  w  najmniejszy 
sposób  nie  okazywał  zainteresowania  osobą  Bronwen.  Traktował  ją 
wyłącznie  jak  pracownicę.  A  jeśli  tylko  starał  się  w  miejscu  pracy 
maskować  uczucia?  Przecież  to  możliwe,  że  prywatnie  Bronwen  jest 
zupełnie inna niż w przychodni – bardziej sympatyczna i uwodzicielska, 
zaś Aidan potrafi się odprężyć i śmiać... I oboje wiedzą, jak wykorzystać 
to jego wielkie łoże...   

Myśl  o  Bronwen  i  Aidanie  w  intymnej  sytuacji  wydała  się  nagle 

dziwnie  rozstrajająca,  toteż  Lindsay  z  rozmysłem  skupiła  uwagę  na 
drodze. W domu natychmiast wpadła na Henry’ego, który zjadł lunch z 
Megan i właśnie zamierzał wrócić do poradni.   

– Lindsay, moja droga – powitał ją ze strapioną miną.   
– Wszystko w porządku? 
– Oczywiście – zapewniła. – Przyjechałam po rzeczy.   
– Wprowadzasz się do tego mieszkanka? 
– Tak.   
– A widziałaś je? Myślisz, że będzie ci tam wygodnie? 
–  Już  je  obejrzałam  i  uważam,  że  jest  ładne.  Proszę  cię,  Henry, 

przestań  się  zamartwiać.  Na  pewno  będę  zadowolona.  Teraz  jadę  do 
Betwsycoed po zakupy. Jak się miewa Megan? 

– Ani lepiej, ani gorzej. Zajrzysz do niej przed wyjściem? 
– Oczywiście.   
– Muszę już lecieć. Po południu przyjmuję kobiety w ciąży. – Henry 

otworzył drzwi i przystanął z dłonią na klamce.   

– Aha, Lindsay. Jak się udał twój pierwszy dyżur? 
–  Chyba  dobrze  –  stwierdziła,  wzruszając  ramionami.  –  Chociaż 

background image

może lepiej spytaj Aidana.   

– Dlaczego? – W głosie Henry’ego zabrzmiała nuta niepokoju.   
–  On  zazwyczaj  ma  całkiem  inne  zdanie  niż  ja  –  odparła  z 

wymuszonym uśmiechem.   

–  Nie  przejmuj  się  Aidanem,  moja  droga.  On  czasem  bywa  pełen 

rezerwy i jest, jak już wspomniałem, typem samotnika, ale...   

–  Ale  okazuje  się  miłym  facetem,  gdy  lepiej  się  go  pozna  – 

dokończyła. – Wiem, Henry – dodała łagodnie, bo znów się zafrasował. 
–  Nie  zaprzątaj  sobie  głowy  Aidanem  i  mną.  Na  pewno  jakoś 
dopasujemy  się  do  siebie.  –  Za  pewien  czas,  dodała  w  myślach, 
odprowadzając  wzrokiem  Henry’ego,  który  wsiadł  do  samochodu  i 
odjechał. Następnie wbiegła na górę i zastała Megan prawie we łzach z 
powodu jej decyzji.   

–  Nie  martw  się,  Megan.  To  naprawdę  wygodne  mieszkanko  – 

zapewniła z przekonaniem. – Będzie mi tam całkiem dobrze.   

–  Ale  nie  tak  miało  być.  Chcieliśmy  traktować  cię  jak  członka 

rodziny,  jak  własne  dziecko.  A  teraz,  przeze  mnie,  wszystko  się 
posypało.  Wiem,  że  Henry  jest  rozczarowany.  Pragnął  zupełnie  czegoś 
innego.   

–  Och,  Megan,  proszę  nie  zadręczaj  się  tą  sytuacją.  Dla  Henry’ego 

najważniejsze jest to, żebyś odzyskała zdrowie.   

–  Ale  on  tak  bardzo  się  cieszył,  że  jakoś  zrewanżuje  się  twojemu 

ojcu, który w przeszłości okazał mu tyle serca...   

–  Megan,  jakkolwiek  było,  mój  ojciec  na  pewno  nie  oczekuje 

rewanżu. Henry to jego dobry przyjaciel. – Lindsay przysiadła na brzegu 
łóżka  i  otoczyła  starszą  panią  ramieniem.  –  Nie  powinnaś  tak  się 
denerwować.  Zresztą  nie  ma  po  temu  powodów.  Mieszkanie  naprawdę 
przypadło  mi  do  gustu,  będę  często  was  odwiedzać,  no  i  zaliczę 
praktykę, chociaż pod okiem Aidana...   

–  Zgadzasz  się  z  nim  jakoś?  –  Megan  opuściła  chusteczkę  i  z 

niepokojem w oczach spojrzała na Lindsay.   

– Z Aidanem? Cóż, dopiero zaczynamy współpracę, ale wszystko się 

ułoży. Zresztą, czemu miałoby być inaczej? 

– Wiesz, on niekiedy bywa trudny...   
– Nie zamierzam się tym przejmować, Megan. Możesz być pewna, że 

background image

dam sobie radę. A skoro mowa o Aidanie... chyba nie jest żonaty? 

– Nie, ani chyba z nikim związany. Podobno miał kogoś, ale dawno 

temu.   

– Powinnaś teraz odpocząć, Megan. Pójdę już, a ty się zdrzemnij.   
–  Za  chwilę.  Chciałabym  jeszcze  z  tobą  pogawędzić.  Powiedz  mi, 

Lindsay... teraz nie ma w twoim życiu nikogo? 

– Nie, ale skąd wiesz? 
– Twój ojciec wspomniał o tym w rozmowie z Henrym. Powiedział, 

że przesunęłaś praktykę z powodu... jak on miał na imię? 

– Andrew.   
– Właśnie. Twój ojciec dodał, że teraz, gdy wasz związek się rozpadł, 

mogłabyś  przyjechać  tutaj,  gdyby  Henry  przyjął  cię  na  praktykę.  – 
Megan umilkła na moment. – Dlaczego rozstałaś się z tym Andrew? 

– Nie pasowaliśmy do siebie. – Lindsay lekko wzruszyła ramionami. 

Usiłowała  mówić  lekkim  tonem,  lecz  każda  wzmianka  o  byłym 
narzeczonym nadal sprawiała jej ból. – Widocznie nie była nam pisana 
wspólna przyszłość.   

–  Cóż,  trzeba  się  z  tym  pogodzić.  –  W  spojrzeniu  Megan  malowała 

się  serdeczna  troska.  –  Na  pewno  wkrótce  poznasz  kogoś 
odpowiedniego. Kto wie, może nawet ty i Aidan... ? 

–  Nie  ma  mowy!  –  zawołała  Lindsay  i  zaraz  się  zmitygowała,  bo 

piękne  oczy  Megan  lekko  się  rozszerzyły.  –  To  wykluczone  –  dodała 
spokojniej.  –  Jesteśmy  całkowitymi  przeciwieństwami,  a  poza  tym  ja 
wcale nie szukam związku. To ostatnia rzecz, jakiej obecnie potrzebuję.   

Pożegnała się z Megan i pojechała do Betwsycoed.   
Deszcz już nie padał, niebo się wypogodziło, a majowe słońce mocno 

przygrzewało.  Na  zielonych  pastwiskach  pasły  się  stada  owiec,  a 
łagodne wzgórza były porośnięte bujnymi, kwitnącymi rododendronami 
oraz wrzosem.   

Lindsay  doszła  do  wniosku,  że  w  taki  dzień  człowiekowi  naprawdę 

chce  się  żyć.  Nastawiła  sobie  najnowszą  płytę  zespołu  „The  Corrs”  i 
nucąc  znaną  melodię,  poczuła  przypływ  optymizmu.  Może  ten  rok  w 
Tregadfan  nie  będzie  aż  taki  zły,  jak  do  tej  pory  sądziła.  Należy  tylko 
jakoś przywyknąć do Aidana Lennoxa, cieszyć się ładnym mieszkaniem 
i niezależnością.   

background image

W  miejscowych  sklepach  przeważały  towary  sprowadzone 

najwyraźniej  z  myślą  o  turystach,  lecz  Lindsay  nawet  była  z  tego 
zadowolona.  Właściwie  mogła  uważać  się  za  turystkę,  prawda? 
Przyjechała tu tylko na pewien czas i musiała wybrać garderobę nadającą 
się do przebywania w tej okolicy.   

Kupiła  więc  kilka  par  solidnych  spodni,  dwa  bawełniane  swetry  i 

przeciwdeszczową kurtkę. Przywiozła kilka spódnic, które nadawały się 
do  pulowerów,  lecz  na  wszelki  wypadek  nabyła  również  parę 
sportowych  koszul.  Znalazła  też  wygodne,  skórzane  trzewiki  i 
zawiązując  grube  sznurowadła,  zastanawiała  się,  jak  na  jej  widok 
zareagowałyby przyjaciółki z Londynu. Pewnie pękałyby ze śmiechu.   

Zadowolona  z  zakupów  właśnie  wracała  na  parking,  lecz  wiedziona 

impulsem wstąpiła po drodze do sklepu z wyposażeniem mieszkań. Pół 
godziny później wyszła stamtąd z nowym abażurem, dwiema narzutami, 
oprawionym w ramki obrazkiem, kilkoma kolorowymi wazonikami oraz 
z całym naręczem suszonych kwiatów i gałązek na dekoracyjne bukiety. 
Obładowana pakunkami z trudem dowlokła się do samochodu.   

Po  powrocie  do  poradni  stwierdziła,  że  Gwynneth  jest  jeszcze 

bardziej rozkojarzona niż zwykle.   

– O, przyjechała pani. Właśnie się zastanawiałyśmy...   
–  Wystarczy,  Gwynneth  –  krótko  ucięła  Bronwen.  –  Mniemam,  że 

znalazła pani w Betwsycoed wszystko, co trzeba? 

– Tak, dzięki. Przekonacie się, że już jestem dobrze przygotowana na 

wszelkie  atrakcje,  jakie  Tregadfan  mi  zafunduje:  deszcz,  błoto,  grad, 
gołoledź lub śnieg.   

–  O  tej  porze  roku  rzadko  miewamy  śnieg  –  ze  śmiertelną  powagą 

oświadczyła Gwynneth.   

– Do roboty, Gwynneth! – parsknęła Bronwen.   
Lindsay zaniosła zakupy na górę, rozpakowała je i powiesiła odzież w 

wielkiej  dębowej  szafie,  a  niektóre  rzeczy  poukładała  w  szufladach 
komody.  Krzątając  się  po  mieszkaniu,  odkryła  dużą  ilość  ręczników  i 
pościeli,  a  potem  przez  godzinę  upiększała  wnętrze  zgodnie  ze  swym 
gustem. Kolorowe kapy rozłożyła na kanapie i fotelu, w sypialni zdjęła 
ze ściany ponurą rycinę i powiesiła  kupiony obrazek oraz  zrobiła kilka 
pięknych kompozycji z suszonych kwiatów i gałązek.   

background image

Poustawiała  wazony  z  bukietami  w  odpowiednich  miejscach  i  z 

zadowoleniem  rozejrzała  się  po  swym  nowym  lokum.  Dopiero  wtedy 
skonstatowała, że nie ma nic do jedzenia i powinna skoczyć do sklepu. 
Jeszcze  nie  sprawdziła  możliwości  jadania  kolacji  poza  domem,  lecz 
wątpiła,  czy  Tregadfan  jest  w  stanie  wiele  zaoferować  w  tym  zakresie. 
Co  prawda  parokrotnie  słyszała,  że  wraz  z  wiosennym  napływem 
turystów miejscowość staje się bardziej atrakcyjna, lecz na razie nie było 
tu szans na jakiekolwiek rozrywki.   

Bezwiednie westchnęła. O tej porze w Londynie pewnie już miałaby 

w planie klubowy wieczór w gronie koleżanek i kolegów ze szpitala lub 
wypad  z  Annabelle  do  baru  na  kieliszek  wina.  Może  by  chociaż 
pogawędzić  z  przyjaciółką?  Lindsay  podniosła  słuchawkę  i  wystukała 
numer. Annabelle odezwała się po dziesiątym sygnale.   

– Lindsay! – zapiszczała radośnie i tak głośno, że chyba usłyszano ją 

aż w Betwsycoed. – Co za wspaniała niespodzianka! Gdzie jesteś? 

– W walijskiej głuszy, gdzieżby indziej? 
– O rany, naprawdę jest tam tak strasznie? 
–  Jeszcze  wczoraj  odpowiedziałabym  twierdząco,  bo  poważnie 

zastanawiałam  się,  czy  nie  wracać  do  domu.  Ale  dzisiaj  spojrzałam  na 
wszystko  innym  okiem  i  ta  Walia  już  nie  wydaje  mi  się  taka  okropna. 
Pytanie tylko, na jak długo zachowam swój optymizm.   

– Czemu jest źle? Opowiadaj.   
– Cóż, tutejsi mieszkańcy traktują mnie jak zielonego ludzika z innej 

planety. Żona Henry’ego Llewellyna choruje, więc on nie mógł zająć się 
moją  praktyką  i  scedował  ten  obowiązek  na  swojego  wspólnika, 
niejakiego Aidana Lennoxa.   

– Jesteś z tego zadowolona? 
–  Jeszcze  nie  wiem.  Zobaczę,  jak  rozwinie  się  sytuacja,  ale  doktor 

Lennox nie zalicza się do osób, które natychmiast budzą naszą sympatię. 
Poza 

tym 

postanowiłam 

nie  stwarzać  dodatkowego  kłopotu 

Llewellynom,  siedząc  im  na  głowie,  i  właśnie  wprowadziłam  się  do 
mieszkanka nad przychodnią.   

– O Jezu, Lindsay, to wszystko brzmi dość przygnębiająco. Nie lepiej 

spakować manatki i wrócić tutaj? 

–  Nie  mogę,  Annabelle.  Henry  i  Megan  i  tak  się  zamartwiają. 

background image

Gdybym wyjechała, byliby zrozpaczeni. Muszę tu zostać, przynajmniej 
na pewien czas.   

– A ta wieś? Bardzo paskudna? 
–  Przeciwnie.  To  na  razie  jedyny  plus  całego  przedsięwzięcia. 

Tregadfan  jest  otoczoną  górami  piękną  miejscowością.  Powinnaś 
zobaczyć te widoki z moich okien.   

– A ludzie? Są do wytrzymania? 
– Cóż, niektórzy pacjenci są trochę nieufni wobec londyńczyków. No 

i jeszcze ten personel... W recepcji żelazną ręką rządzi niejaka Bron wen, 
zaś jej pomocnica to zahukana szara myszka, która panicznie się jej boi.   

– A ten facet, który zajmie się twoim szkoleniem? 
–  Aidan?  Hm...  niewiele  ma  wspólnego  ze  znanymi  nam 

mężczyznami, Belle.   

– Jakiś nudziarz? 
– Nie, jest bystry, ale...   
– Ale co? – nie dawała za wygraną Annabelle.   
– Czy ja wiem... Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam przy landroverze 

z  dwoma  psami,  odzianego  w  kalosze  i  przeciwdeszczową  kurtkę, 
uznałam go za farmera.   

– Interesujący osobnik. Kawał chłopa? 
– Raczej nie, za to strasznie irytujący. Doprowadza mnie do szału.   
– Więc nie jest w twoim typie? 
– Ani trochę.   
–  No  cóż...  –  Annabelle  westchnęła.  –  Tak  tylko  pomyślałam.  A 

propos facetów, nie wiem, czy powinnam ci to powiedzieć...   

– Mów.   
– Przypadkiem wpadłam wczoraj na Andrew.   
– I co? – Lindsay mocniej ścisnęła słuchawkę.   
–  Chwilę  pogadaliśmy  o  niczym,  a  potem  on...  spytał  o  ciebie. 

Zdziwił  się,  gdy  wspomniałam,  że  wyjechałaś.  Nic  mu  nie  mówiłaś  o 
Walii? 

– Wiedział, ze o tym myślę, ale zdecydowałam się dopiero po naszym 

zerwaniu.   

– Wyjechałabyś, gdybyście nadal byli ze sobą? 
– Chyba nie.   

background image

– Tak myślałam. Prosił, żeby cię pozdrowić.   
Pozdrowienia  przekazane  przez  wspólną  znajomą.  Właśnie  taki  jest 

kres  wspaniałego  romansu  z  Andrew,  pomyślała  Lindsay,  odłożywszy 
słuchawkę. A nie tak dawno sądziła, że Andrew jest  miłością jej życia. 
Wtedy jednak nie miała pojęcia o jego niewierności. Wybaczyła mu, gdy 
przypadkiem  zauważyła  go  w  restauracji  z  atrakcyjną  dziewczyną. 
Wtedy  jeszcze  nie  mieszkali  razem  ani  nie  byli  zaręczeni.  Lecz  za 
drugim  razem  wszystko  wyglądało  inaczej.  Andrew  już  się  do  niej 
wprowadził,  ona  zaś  w  bardzo  przykry  sposób  dowiedziała  się  o  jego 
skokach  w  bok.  Aż  do  dziś  sądziła,  że  udało  się  jej  zamknąć  tamten 
rozdział  życia,  lecz  niewinna  wzmianka  Annabelle  obudziła  bolesne 
wspomnienia.   

Lindsay  uznała  więc,  że  w  charakterze  antidotum  zaaplikuje  sobie 

spożywcze  zakupy  w  wiejskim  sklepie  pełnym  dziwnych  mieszkańców 
Tregadfan.  Zeszła  na  dół,  gdzie  Bronwen  i  Gwynneth  porządkowały 
dokumenty,  a  ostatni  pacjent  właśnie  wychodził.  Lindsay  zamierzała 
zrobić  to  samo,  lecz  gdy  podeszła  do  drzwi,  nagle  odezwała  się 
Bronwen.   

– Chwileczkę, doktor Lennox chce z panią porozmawiać.   
– Idę do sklepu po jakieś jedzenie. – Lindsay zerknęła na zegarek. – 

Już prawie piąta.   

– Doktor Lennox wyraźnie zażyczył sobie, aby przyszła pani do niego 

po dyżurze.   

– Dobrze.   
–  Proszę  się  nie  martwić,  pani  doktor  –  nieoczekiwanie  rzekła 

Gwynneth. – Sklep zamykają dopiero o szóstej.   

–  Dzięki,  Gwynneth.  –  Lindsay  spojrzała  na  dziewczynę  z 

wdzięcznością, poszła w głąb korytarza i zapukała do drzwi gabinetu.   

Usłyszała „proszę” i weszła do środka. Aidan pisał coś, siedząc przy 

biurku, ale podniósł wzrok, a ona stwierdziła, że jej serce jakby spóźniło 
się z kolejnym uderzeniem.   

– Chciał pan mnie widzieć? – spytała chłodnym tonem, pamiętając o 

ostrej wymianie zdań przed południem.   

– Tak. Dlaczego nie było pani na dyżurze? 
– Pojechałam po zakupy.   

background image

– Wolno spytać, czy będzie pani robić to częściej w godzinach pracy? 

Bo  jeśli  tak,  to  równie  dobrze  już  teraz  mogę  powiedzieć,  że  nie 
zamierzam zajmować się pani szkoleniem.   

Lindsay poczuła na policzkach rumieniec gniewu. Odwróciła się, aby 

zamknąć drzwi, i zauważyła na twarzy Bronwen triumfujący uśmieszek. 
Jakimś  cudem  zapanowała  nad  nerwami,  podeszła  do  biurka  i  oparła 
dłonie o blat.   

– Skoro pańska złośliwa recepcjonistka już nas nie słyszy, to może mi 

pan powie, co to wszystko ma znaczyć, do cholery! 

–  Dobrze  pani  wie.  Oczekiwałem  pani  dzisiaj  na  popołudniowym 

dyżurze, a pani samowolnie gdzieś sobie poszła.   

– Wyraźnie dał mi pan do zrozumienia, że już nie będę potrzebna.   
– To było rano! Nie przypuszczałem, że urwie się pani na resztę dnia.   
– Bronwen wiedziała, gdzie jestem. Prawdę  mówiąc, to właśnie ona 

zasugerowała mi wyjazd do Betwsycoed.   

– Nie mieszajmy do tego Bronwen.   
– Obiecała panu powiedzieć, dlaczego jestem nieobecna.   
– Rzecz w tym, że należało mnie uprzedzić.   
–  Uprzedzić?  A  może  raczej  prosić  o  pozwolenie?  Nie  sądziłam,  że 

muszę przez cały dzień być na każde pańskie skinienie.   

–  Nie  musi  pani,  ale  powinienem  wiedzieć,  kiedy  może  pani 

przyjmować  pacjentów  lub  załatwiać  wizyty  domowe.  To  chyba 
oczywiste.   

Lindsay wzięła głęboki oddech.   
–  W  porządku  –  odparta.  –  Praktykuję  pod  pańską  opieką,  więc 

przyznaję, że trzeba było najpierw zawiadomić pana o moich planach.   

–  Gdyby  pani  to  zrobiła,  na  pewno  zgodziłbym  się  na  wolne 

popołudnie. Rozumiem, że pierwszego dnia po przyjeździe człowiek ma 
różne sprawy do załatwienia.   

Pomyślała,  że  jego  oczy  wydają  się  dzisiaj  bardziej  niebieskie  niż 

wczoraj.   

– Nasza znajomość rzeczywiście nie rozpoczęła się dobrze, prawda? – 

spytał Aidan po chwili milczenia.   

–  Nie.  –  Lindsay  nadal  czuła  na  policzkach  żar  rumieńca.  –  I  ta 

wzajemna antypatia będzie nam towarzyszyć, dopóki nie przestanie pan 

background image

traktować mnie jak niegrzecznej uczennicy. Co prawda przyjechałam tu 
na praktykę, lecz jestem lekarką i życzę sobie, aby traktowano mnie jak 
lekarkę.   

– Mógłbym coś zasugerować? 
–  Proszę.  –  Lekko  wzruszyła  ramionami,  rozstrojona  jego 

przenikliwym spojrzeniem.   

– Zaczniemy od nowa? 
– Jak mam to rozumieć? 
–  Udajmy,  że  właśnie  się  poznaliśmy  i  spróbujmy  rozegrać  ten 

początek lepiej. Co pani na to? 

– Zgoda.   
–  Jestem  doktor  Aidan  Lennox.  –  Aidan  wstał  i  wyciągnął  rękę.  – 

Mam poprowadzić pani praktykę.   

– Doktor Lindsay Henderson. – Uścisnęła podaną dłoń, zdumiona jej 

ciepłem, z którym tak bardzo kłócił się chłód niebieskich oczu.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Powoli  wszystko  zaczęło  się  układać  jak  należy.  Lindsay  polubiła 

swoje  mieszkanko,  a  personel  i  pacjenci  coraz  bardziej  ją  akceptowali. 
Aidan nadal czasem ją irytował, ona zaś pocieszała się tym, że też potrafi 
zagrać  mu  na  nerwach.  Oboje  starali  się  jednak,  aby  ich  współpraca 
miała harmonijny przebieg.   

Bronwen  oczywiście  nadal  doprowadzała  Lindsay  do  szału,  lecz 

Gwynneth  okazała  się  sojusznikiem.  Ta  zahukana  dziewczyna  zawsze 
bała  się  groźnej  recepcjonistki  i  była  o  wiele  za  potulna.  Wkrótce 
przekonała  się  jednak,  że  pani  doktor  nie  zamierza  iść  w  jej  ślady  i 
zaczęła otwarcie ją podziwiać.   

–  Nie  powinnaś  pozwalać  jej  tak  sobą  pomiatać,  Gwynneth  – 

oświadczyła Lindsay, gdy któregoś ranka zastała dziewczynę we łzach.   

–  Nie...  nie  umiem  sobie  z  nią  poradzić.  –  Gwynneth  chlipnęła 

żałośnie. – Ona zawsze robi ze mnie taką idiotkę.   

– Nie jesteś idiotką – łagodnie zapewniła Lindsay. – A Bronwen nie 

ma  prawa  tak  cię  traktować.  Jeśli  chcesz,  pogadam  o  tym  z  doktorem 
Llewellynem.   

– Och, tylko nie to! Bronwen da mi popalić, kiedy się dowie, że nie 

trzymam buzi na kłódkę.   

Gwynneth  wolała,  aby  żaden  z  przełożonych  nie  dowiedział  się  o 

szykanach  ze  strony  Bronwen.  W  tej  sytuacji  Lindsay  postanowiła 
uczynić  wszystko,  co  w  jej  mocy,  aby  jakoś  poprawić  warunki  pracy 
biednej dziewczyny.   

Sama  nadal  asystowała  Aidanowi,  a  pacjenci  stopniowo 

przyzwyczajali się do niej, choć niektórzy nadal woleli mówić o swoich 
zdrowotnych  problemach  tylko  Aidanowi.  Ale  coraz  więcej  osób 
cieszyło się z  możliwości zasięgnięcia opinii drugiego lekarza. Lindsay 
chętnie zajmowała się tymi przypadkami i w skrytości ducha marzyła o 
dniu, kiedy będzie mieć grono własnych pacjentów.   

Podczas  dyżurów  Aidan  nie  komentował  jej  poczynań,  lecz  ona  nie 

potrafiła  zapomnieć  o  jego  obecności.  Wciąż  się  spodziewała,  że  on 

background image

zaraz  się  wtrąci  i  zakwestionuje  jej  diagnozę  lub  sposób  leczenia  i 
dziwiła się, jeśli tego nie robił.   

–  Jak  ci  idzie?  –  spytała  Judith  podczas  jednego  z  trudniejszych 

dyżurów, gdy Lindsay wpadła do kuchenki po kawę.   

– W takie dni żałuję, że nie palę.   
– Aż tak źle? 
–  Nie  tyle  źle,  co  nerwowo.  –  Lindsay  wlepiła  wzrok  w  kubek.  – 

Muszę być maksymalnie skoncentrowana.   

–  Wiem,  o  czym  mówisz.  Kiedy  zaczęłam  tu  pracować,  uznałam 

Aidana za faceta na luzie. Chyba dałam się zwieść tym jego sportowym 
ciuchom,  łażeniu  z  psami  i  tak  dalej.  Ale  wkrótce  się  przekonałam,  że 
jako lekarz jest perfekcjonistą.   

–  Święte  słowa.  –  Lindsay  z  westchnieniem  odgarnęła  kosmyk 

włosów, który wysunął się spod plastikowej przepaski. – Bezustannie mi 
się  wydaje,  że  on  zaraz  mnie  skrytykuje.  Na  ogól  tego  nie  robi,  ale  ja 
mimo to wciąż jestem spięta.   

–  Chyba  wolałabyś  znaleźć  się  pod  opiekuńczymi  skrzydełkami 

Henry’ego? 

–  Jeszcze  jak!  Z  nim  wiedziałabym,  na  czym  stoję.  A  przy  Aidanie 

wciąż mam wątpliwości i boję się palnąć głupstwo.   

Dopiła kawę i dopiero teraz zauważyła stojącego w drzwiach Aidana. 

Do licha, pewnie usłyszał każde słowo.   

Gryzła  się  tym  przez  resztę  dnia,  bo  prawdę  mówiąc,  Aidan  :wcale 

nie musiał zająć się jej praktyką. Powiedział, że zrobił to, aby wybawić z 
kłopotu  Henry’ego,  ale  przecież  mógł  odmówić.  Aktualny  układ  był 
bowiem korzystny tylko dla Lindsay. Ale po południu, gdy spróbowała 
delikatnie poruszyć ten temat, Aidan popatrzył na nią jak na wariatkę.   

– Nie wiem, o co ci chodzi – stwierdził z nieprzeniknioną miną.   
–  Dzisiaj  rano...  –  mruknęła  zakłopotana  –  kiedy  wszedłeś  do 

kuchenki...   

– Tak? – Aidan zmarszczył brwi.   
– Chyba usłyszałeś, jak rozmawiałam z Judith o...   
– O kim? – Niebieskie oczy znów zalśniły jak lód.   
– No cóż... o tobie.   
– Więc przy kawie plotkowałyście o mnie? 

background image

–  Nie,  to  nie  tak  –  zaprzeczyła  pośpiesznie.  –  Ale  mogłeś  odnieść 

wrażenie, że... że nie jestem wdzięczna...   

– Za co? 
–  Za  zajęcie  się  moim  szkoleniem.  Aleja...  naprawdę  się  z  tego 

cieszę...   

– To w czym problem? 
– Więc nie... nic nie podsłuchałeś? 
–  Ani  słowa.  –  Aidan  wzruszył  ramionami  i  pomaszerował  do 

recepcji,  a  Lindsay  dopiero  teraz  poczuła  się  jak  kretynka.  Usiłowała 
wyjaśniać i przepraszać, gdy wcale nie było to konieczne.   

Lindsay  lubiła  Judith  Havers,  rzeczową  walijską  dziewczynę,  która 

akceptowała ludzi takimi, jacy byli i nie pozwalała nikomu, z Bronwen 
włącznie, wejść sobie na głowę.   

–  Ona  uważa  się  tutaj  za  królową  pszczół  –  stwierdziła  kiedyś  w 

rozmowie  z  Lindsay,  gdy  obie  czekały  w  pokoju  zabiegowym  na 
pierwszego niemowlaka. – W każdej poradni znajdzie się taka baba, ale 
mnie nie będzie w kaszę dmuchać.   

–  Szkoda,  że  Gwynneth  nie  ma  twojego  podejścia.  Bronwen  ją 

dosłownie terroryzuje.   

–  Biedna  Gwynneth.  Spotkało  ją  w  życiu  sporo  złego  i  ma 

kompleksy. A Bronwen jest agresywna i wyżywa się na niej.   

– Spróbuję nieco uzdrowić tę sytuację.   
– Byłoby dobrze – przyznała Judith. – Ale uważaj, bo Bronwen może 

stać się jeszcze gorsza.   

– Tego się obawiam, ale chętnie zajmę się Gwynneth. Nie było trudno 

sprawić jej przyjemność, ponieważ dziewczyna patrzyła w Lindsay jak w 
obraz i bezustannie wypytywała o jej życie w stolicy.   

–  Milenijnego  sylwestra  spędziła  pani  w  Londynie?  –  spytała 

pewnego wieczoru po długim, męczącym dyżurze.   

–  Tak.  –  Lindsay  podniosła  wzrok  znad  wypisywanych  recept. 

Bronwen  właśnie  wyłączała  komputery,  a  Aidan,  odwrócony  do  nich 
plecami, czytał jakieś notatki. Henry jeszcze siedział w swoim gabinecie.   

–  Och,  dam  głowę,  że  było  cudownie,  prawda?  –  Gwynneth 

westchnęła z rozmarzeniem.   

– ^Rzeczywiście mogło się podobać – przyznała Lindsay.   

background image

– A gdzie pani była? W Millenium Dome? 
– Nie, nie tam. Poszłam... z przyjaciółmi na kolację do restauracji, a 

potem  z  okien  czyjegoś  mieszkania  nad  Tamizą  oglądaliśmy  sztuczne 
ognie.  –  Lindsay  nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  Bronwen 
nadstawiła uszu, a Aidan, chociaż nawet nie drgnął, też przysłuchuje się 
rozmowie.   

– Więc widziała pani „Rzekę ognia”, diabelski młyn i inne atrakcje? – 

Oczy Gwynneth rozszerzyły się z wrażenia.   

– Owszem, widziałam.   
– Och, to musiało być wspaniałe! 
–  Było.  –  Lindsay  skinęła  głową.  –  Jedyna  w  swoim  rodzaju 

historyczna chwila.   

–  Pieniądze  wyrzucone  w  błoto,  jeśli  chcecie  znać  moje  zdanie  – 

oświadczyła  Bronwen.  –  A  tyle  jest  potrzeb,  na  które  można  by  je 
wydać.   

–  Pewnie  masz  rację,  Bronwen  –  przyznała  Lindsay  –  ale  osobiście 

zgadzam się z Gwynneth. To było naprawdę epokowe wydarzenie, które 
za naszego życia już się nie powtórzy.   

Aidan  właśnie  się  odwrócił,  a  Gwynneth  zarumieniła  się  z 

zadowolenia,  bo  ktoś  chociaż  raz  miał  takie  samo  zdanie  jak  ona.  I  na 
tym  skończyła  się  pogawędka,  ponieważ  do  recepcji  wszedł  Henry  i 
wszyscy zajęli się obowiązkami.   

Po wyjściu obu recepcjonistek i Henry’ego Lindsay zamierzała iść do 

siebie, gdy nieoczekiwanie odezwał się Aidan.   

– To było miłe – stwierdził.   
– Co? – spytała z ręką na poręczy schodów.   
– To, że wzięłaś stronę Gwynneth.   
– Wyraziłam tylko własne zdanie.   
–  Wiem,  ale  Bronwen  zawsze  ją  tłamsi.  Twoje  wsparcie  musiało 

podbudować poczucie wartości Gwynneth.   

– Nie lubię, kiedy ktoś wyżywa się na innych.   
– Bronwen może nawet nie zdaje sobie sprawy, że to robi. Gnębienie 

Gwynneth chyba weszło jej w krew.   

– Bronwen chyba nie jest specjalnie szczęśliwą osobą.   
–  Możliwe.  –  Aidan  wzruszył  ramionami.  –  Nic  mi  o  tym  nie 

background image

wiadomo.  –  Postawił  kołnierz  przeciwdeszczowej  kurtki,  ponieważ 
padało, i szybkim krokiem ruszył na parking.   

Lindsay  zamknęła  od  środka  drzwi  i  poszła  na  górę.  A  później, 

przygotowując  kolację,  przypomniała  sobie  słowa  Aidana.  Niezmiernie 
rzadko  wyrażał  uznanie,  ona  zaś  wcale  nie  była  pewna,  czy  komentarz 
faktu,  że  poparła  Gwynneth,  można  uznać  aż  za  pochwałę.  Ale 
najważniejsze  wydawało  się  coś  innego:  Aidan  wreszcie  zauważył,  że 
Gwynneth nie ma tutaj łatwego życia.   

 
Lindsay  od  niedawna  jeździła  wynajętym  przez  poradnię  dżipem  z 

napędem na cztery koła. Początkowo sądziła, że będzie tęsknić za swoim 
sportowym  autkiem,  lecz  wkrótce  polubiła  większy  pojazd,  który 
rzeczywiście dużo lepiej nadawał się do jazdy po miejscowych drogach.   

W  dni  wolne  od  pracy  zwiedzała  okolicę,  podziwiając  wspaniałe 

widoki.  Zapuszczała  się  coraz  dalej,  na  przykład  przez  przełęcz 
Llanberis  aż  do  Caenarvon  oraz  do  Conway  i  Rhyl.  Raz  nawet 
przejechała  przez  most  w  Menaii  na  wyspę  Anglesea.  Surowe  piękno 
krajobrazu z jego wysokimi górami, szumiącymi wodospadami, wąskimi 
przełęczami  i  zalesionymi  dolinami  działało  na  nią  jak  antidotum 
neutralizujące ból po stracie Andrew. Myślała o nim coraz rzadziej, a po 
pewnym czasie – prawie wcale.   

Pod koniec pierwszego miesiąca jej pobytu w Tregadfan rozpoczął się 

wiosenny  najazd  turystów.  Przyjeżdżali  najróżniejszymi  środkami 
lokomocji  –  samochodami  osobowymi  i  mieszkalnymi,  motocyklami,  a 
nawet rowerami. Chodzili na piesze wycieczki i uprawiali wspinaczkę. A 
ci,  którzy  odnieśli  kontuzję,  trafiali  do  poradni,  zasilając  szeregi 
pacjentów Lindsay. Przyjmowała ich już samodzielnie, choć codziennie 
musiała  składać  raport  Aidanowi,  z  nim  też  nadal  jeździła  na  wizyty 
domowe.  Wiedziała  jednak,  że  szybkimi  krokami  nadchodzi  dzień,  w 
którym będzie mieć własną listę pacjentów.   

Po  jednym  z  przedpołudniowych  dyżurów  do  jej  gabinetu  przyszedł 

Aidan. Zdziwiła się, ponieważ o tej porze to ona zawsze szła złożyć mu 
sprawozdanie.   

– Jak było? – spytał.   
–  W  normie.  –  Przerzuciła  leżące  na  biurku  karty  przyjezdnych.  – 

background image

Prawie same proste przypadki. Dziecko z bólem ucha, inne, pogryzione 
przez  komary.  Mężczyzna  z  poważnie  skręconą  kostką.  Kobieta,  która 
zapomniała zabrać z domu niezbędne leki...   

–  O  co  prosiła?  –  Aidan  podszedł  do  balkonowych  drzwi  i  błądził 

wzrokiem po wnętrzu oranżerii.   

–  O  nifedipin  na  obniżenie  ciśnienia,  ranitidin  na  niestrawność  i 

ibuprofen  na  bóle  reumatyczne.  Zmierzyłam  ciśnienie,  spytałam  o 
charakter niestrawności oraz o okres przyjmowania ibuprofenu.   

– Sądzisz, że coś łączy te dwie dolegliwości? 
– Raczej nie. Wiem, że niesteroidowe leki przeciwzapalne podawane 

cierpiącym  na  reumatyzm  mogą  spowodować  krwawienie  w  obrębie 
żołądka  i  ból  brzucha,  ale  u  tej  pacjentki  wystąpiła  kwasota  soku 
żołądkowego,  zapewne  jako  skutek  pewnych  składników  pożywienia. 
Kobieta przyznała, że na urlopie jada zupełnie inne rzeczy niż w domu. 
Poprzednio lekarz domowy przepisał jej raniudin.   

– Czyli wszystko w porządku, ale zawsze trzeba zachować czujność, 

bo  niektórzy  turyści  usiłują  wyłudzić  recepty  na  różne  specyfiki. 
Pamiętam  pewnego  mężczyznę,  który  jeździł  od  przychodni  do 
przychodni  i  mówił,  że  zostawił  w  domu  diazepam.  Zebrał  już  sporą 
ilość  leku,  lecz  jedna  z  farmaceutek  na  szczęście  zaczęła  coś 
podejrzewać i nas zaalarmowała. – Aidan umilkł na chwilę. – Jakieś inne 
przypadki? 

–  Niemowlę  z  ostrą  kolką,  dwie  osoby  uskarżające  się  na  poważną 

biegunkę i wymioty oraz dziewczynka z drzazgą wbitą głęboko w stopę. 
Usunęłam drzazgę, dałam zastrzyk przeciwtężcowy i posłałam dzieciaka 
do Judith na opatrunek.   

– A ci ludzie z biegunką i wymiotami są z kempingu? 
– Nie jestem pewna. Chwileczkę. – Lindsay przejrzała karty. – Tak.   
– To rodzina? 
– Tak, babcia i jedno z wnucząt.   
– To by sugerowało, że zjedli coś u siebie. Oby tak było, bo inaczej 

trzeba się spodziewać epidemii, a weekend za pasem. Słuchaj, wiem, że 
masz  dzisiaj  wolne  popołudnie,  lecz  może  chciałabyś  pojechać  ze  mną 
do pacjentów na farmie w rejonie Capel Curig? 

– Oczywiście.   

background image

– Mieszkająca tam rodzina ostatnio boryka się z problemami. Matka 

jest w czwartej ciąży, ojciec niedawno miał wypadek, kiedy posługiwał 
się jakimś niebezpiecznym rolniczym sprzętem, a jedno z dzieci zmaga 
się z astmą i egzemą. Obiecałem wpaść i zbadać ich wszystkich.   

Wyjechali  dopiero  późnym  popołudniem,  lecz  czerwcowe  słońce 

nadal  przyjemnie  grzało.  Lindsay  usadowiła  się  na  przednim  siedzeniu 
landrovera, a psy Aidana zaskomlały radośnie na powitanie. Już do nich 
przywykła, a nawet je polubiła – najwyraźniej z wzajemnością.   

Lindsay  opuściła  szybę  i  wygodnie  oparła  łokieć.  Od  przyjazdu  do 

Tregadfan zdążyła złapać na nosie trochę piegów, które stały się bardziej 
widoczne, gdy zbladła złocista opalenizna uzyskana wcześniej, podczas 
krótkiego urlopu nad Morzem Śródziemnym. Już dawno przestała nosić 
swoje  eleganckie  kostiumy  i  jedwabne  bluzeczki.  Bardziej  praktyczne 
okazały  się  stroje  kupione  tutaj.  Dzisiaj  miała  na  sobie  biało-niebieską 
kraciastą  koszulę  z  podwiniętymi  do  łokcia  rękawami,  wpuszczoną  w 
bawełniane  kremowe  spodnie  ze  skórzanym  paskiem.  Włosów  niczym 
nie związała, więc pęd powietrza zwiał je do tyłu, ona zaś przymknęła 
powieki i pozwoliła swoim myślom odpłynąć nie wiadomo gdzie.   

– Obudziłem cię? 
– Słucham? – Otworzyła oczy i spojrzała na Aidana.   
– Pytałem, czy cię zbudziłem.   
– Nie spałam.   
–  Akurat  –  odparł  ze  śmiechem.  –  Chociaż...  może  się  do  mnie  nie 

odzywasz? 

– Czemu tak sądzisz? 
– Bo od pięciu minut do ciebie mówię, a ty nie reagujesz.   
– Chyba rzeczywiście trochę się zdrzemnęłam.   
–  Miło  wiedzieć,  że  się  odprężyłaś.  A  może  zanadto  gonimy  cię  do 

roboty i padasz na nos ze zmęczenia? 

–  Skądże  –  zaprzeczyła  pośpiesznie.  –  Chyba  to  czyste,  górskie 

powietrze działa tak relaksujące – Cieszę się. Po przyjeździe sprawiałaś 
wrażenie strasznie spiętej.   

–  To  zrozumiałe.  Przecież  nic  nie  wyglądało  tak,  jak  się 

spodziewałam.   

– Fakt – przyznał i spojrzał na nią z ukosa. – Ale coś mnie intryguje.   

background image

– Co? – spytała czujnie.   
– Parę miesięcy temu Henry wspomniał, że chyba nie przyjedziesz do 

nas  na  praktykę.  A  po  pewnym  czasie  jednak  postanowiłaś  się  zjawić. 
Jestem ciekaw, co skłoniło cię do zmiany planów.   

Uznała,  że  nie  odpowie.  To  przecież  nie  jego  sprawa.  Nie  musi 

podawać  mu  szczegółów  ze  swojego  życia  osobistego.  Chociaż... 
dlaczego nie? Tamto już należało do przeszłości. Przestało się Uczyć.   

– Byłam z kimś związana, ale to się rozpadło.   
– Hm... Przyszło mi do głowy coś takiego. Chcesz o tym pogadać? 
– Nie – odparła stanowczo. – Wykluczone.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– Miał na imię Andrew. Był adwokatem i poznaliśmy się u przyjaciół.   
Zjechali  na  pobocze,  gdzie  oprócz  nich  błąkały  się  dwie  owce.  Po 

skalnej ścianie szemrzącymi kaskadami spływała źródlana woda, a kręta 
droga  nieco  dalej  wcinała  się  w  głęboką  dolinę  między  zboczami 
zalesionych  wzgórz.  Mimo  postanowienia,  aby  nic  nie  mówić,  Lindsay 
nagle zapragnęła się zwierzyć.   

–  Początkowo  wszystko  wyglądało  bajkowo.  Umawialiśmy  się  na 

randki, coraz lepiej się poznawaliśmy i było nam cudownie. Co prawda 
raz zobaczyłam go w restauracji z piękną dziewczyną, lecz za namową 
przyjaciółki zbagatelizowałam ten incydent. Po pewnym czasie Andrew 
wprowadził się do mnie i nic nie mąciło naszego szczęścia. Oczywiście 
rozmawialiśmy  o  założeniu  rodziny,  lecz  uznaliśmy,  że  trochę  z  tym 
poczekamy.   

– Jak skończyła się ta idylla? Coś się stało, czy po prostu oddaliliście 

się od siebie? Może zdałaś sobie sprawę, że ten związek to błąd? 

– Nie, rzeczywiście coś się stało. Na dyżurze w szpitalu przypadkiem 

podsłuchałam  pewną  rozmowę.  Pacjentka  opowiadała  znajomej 
pielęgniarce  o  swoim  nowym  chłopaku.  Nadstawiłam  uszu,  gdy  padła 
nazwa  kancelarii  adwokackiej,  w  której  pracował  Andrew.  Potem 
usłyszałam  tyle  różnych  szczegółów,  że  nie  miałam  żadnych 
wątpliwości,  o  kim  mowa.  Andrew  mnie  zdradzał,  a  tego  nie  mogłam 
zignorować. On początkowo wszystkiemu zaprzeczał, ale wiedziałam, że 
kłamie.  Kazałam  mu  natychmiast  się  wyprowadzić  –  dokończyła  i  ku 
swojej rozpaczy zalała się łzami.   

–  I  w  tej  sytuacji  postanowiłaś  przyjechać  tutaj?  Skinęła  głową  i 

wierzchem dłoni otarła mokre policzki.   

–  Uznałam,  że  najlepiej  wrócić  do  pierwotnego  planu.  Aidan  w 

milczeniu  przykrył  jej  dłoń  swoją.  Gdyby  się  tego  spodziewała, 
prawdopodobnie  cofnęłaby  rękę.  Ale  tego  nie  zrobiła,  kompletnie 
zaskoczona  jego  gestem.  I  zaraz  poczuła  ciepło  dające  poczucie 
bezpieczeństwa.   

background image

– Już przebolałaś to rozstanie? 
–  Nie  od  razu  –  przyznała  z  wolna.  –  Dlatego  po  przyjeździe  tutaj 

byłam taka... drażliwa.   

–  A  obecnie?  –  Cofnął  rękę  i  odwrócił  się,  aby  spojrzeć  Lindsay  w 

twarz. – Jak oceniasz stan swoich uczuć? 

–  Chyba...  jestem  na  dobrej  drodze,  żeby  definitywnie  zostawić 

tamten  romans  za  sobą  –  przyznała  z  wahaniem,  patrząc  w  niebieskie 
oczy, które wpatrywały się w nią uważnie.   

–  Wydajesz  się  zdumiona.  –  Po  wargach  Aidana  przemknął  cień 

uśmiechu.   

–  Bo  rzeczywiście  się  dziwię.  Jeszcze  nie  tak  dawno  sądziłam,  że 

nigdy nie pogodzę się z utratą Andrew. Zdrada ukochanej osoby jest taka 
bolesna...  Ale  muszę  przyznać,  że  pobyt  w  Tregadfan  wyszedł  mi  na 
dobre. Inne miejsce oraz inne obowiązki sprawiły, że prawie nie wracam 
myślami do dawnego życia w Londynie, nie mówiąc o Andrew. Wiem, 
że trudno zrozumieć, co czuje człowiek zdradzony... w pełni pojmie to 
tylko ktoś mający podobne doświadczenia.   

– Chyba rozumiem cię lepiej, niż ci się zdaje.   
– Sugerujesz, że też spotkało cię coś takiego? 
–  Możliwe.  –  Aidan  lekko  wzruszył  ramionami.  –  Ale  wystarczy 

jedna porcja zwierzeń na jeden dzień. Poza tym musimy ruszać w drogę.   

Przekręcił kluczyk w stacyjce i po chwili jechali w kierunku doliny. 

Ostre promienie słońca gdzieniegdzie przebijały się przez ciemne korony 
rozłożystych sosen, oświetlając jaśniejszą zieleń klonów i jesionów oraz 
kępy seledynowych paproci.   

Oboje  milczeli,  lecz  tym  razem  cisza  była  kojąca.  Lindsay 

skonstatowała,  że  czuje  ulgę,  podzieliwszy  się  z  Aidanem  historią 
swojego  nieudanego  romansu.  Aidan  okazał  się  dobrym  słuchaczem,  a 
jeśli  rzeczywiście  miał  za  sobą  podobne  przeżycia,  to  wiedział,  jak 
smakuje cierpienie.   

Farma  znajdowała  się  u  podnóża  rozległego  wzniesienia  i  z  daleka 

sprawiała  wrażenie  opuszczonej.  Na  pastwiskach  pasło  się  mnóstwo 
owiec,  lecz  zabudowania  wyglądały  nędznie.  Za  domem  suszyło  się 
rozwieszone  na  sznurze  pranie,  lekko  falując  na  wietrze,  a  zza  rogu 
wysypało się stadko gęsi, które wypełniły ogłuszającym  gęganiem  całe 

background image

podwórko.   

–  Fascynujące  stworzenia  –  stwierdziła  Lindsay,  wysiadając  z 

landrovera.   

– Ale strasznie hałaśliwe. – Aidan wymownie się skrzywił. – Cześć, 

Rufus  –  przywitał  nastolatka,  który  wyłonił  się  ze  stodoły.  –  Gdzie 
mama? 

– W domu.   
–  Dzięki.  –  Aidan  wraz  z  Lindsay  ruszył  do  wejścia  i  zapukał.  Po 

długiej  chwili  drzwi  otworzyła  dziewczynka  z  ciemnymi,  potarganymi 
loczkami, odziana w sporo za dużą, brudną, kraciastą sukieneczkę. Buzię 
i  rączki  dziecka  pokrywały  czerwone  grudki  wysiękowe  typowe  dla 
egzemy.   

– Mamo! – zawołała mała. – Pan doktor.   
–  Poproś,  żeby  wszedł,  głuptasku.  –  Z  sąsiedniego  pomieszczenia 

wyszła blada, bardzo zmęczona kobieta w zaawansowanej ciąży. – Dzień 
dobry,  doktorze.  Proszę  dalej.  Niech  pan  wybaczy  Evie  i  nie  zwraca 
uwagi na bałagan.   

–  Nie  przyszliśmy  oglądać  twojego  bałaganu,  Clarrie  –  zapewnił 

Aidan, gdy weszli do saloniku, gdzie trudno było znaleźć wolne miejsce. 
– Interesujesz nas ty i Dai. A to jest doktor Henderson. – Zerknął przez 
ramię na Lindsay. – Pracuje u nas.   

– Miło mi panią poznać. – Clarrie uśmiechnęła się blado. – O, już jest 

Dai.   

Do pokoju przykuśtykał o kulach jej mąż. Miał około czterdziestu lat, 

lecz wyglądał na dziesięć więcej. Powitał Aidana skinieniem głowy i z 
zaciekawieniem spojrzał na Lindsay.   

–  Jak  leci,  Dai?  –  Aidan  zrobił  na  stole  trochę  miejsca  i  postawił 

torbę.   

–  Cholernie  powoli.  Muszę  jak  najszybciej  wziąć  się  do  roboty,  bo 

farma popadnie w ruinę. Ted sam nie daje rady, a Rufus jest całkiem do 
niczego.   

– To jeszcze dzieciak – zaprotestowała Clarrie. – A ja wkrótce będę ci 

pomagać.   

– Jak noga? – spytał Aidan.   
– Boli. Ten cholerny gwóźdź chyba bardziej szkodzi niż pomaga.   

background image

– Popatrzymy. Lindsay, mogłabyś w tym czasie zbadać Clarrie? Oto 

jej karta.   

– Już się robi. – Lindsay ucieszyła się, że dano jej jakieś zajęcie, bo w 

tym domku już zaczynała odczuwać klaustrofobię. – Może pójdziemy do 
sypialni? – zaproponowała z nadzieją w głosie, patrząc na Clarrie.   

– Jak pani chce, ale tam też jest bałagan. – Kobieta wyszła do holu i 

ruszyła stromymi schodami na górę. – Pani na dobre w Tregadfan? 

– Och, nie, tylko na rok. Potem wracam do domu.   
–  Czyli  dokąd?  –  Clarrie  otworzyła  drzwi  sypialni  i  przepuściła 

Lindsay.   

– Do Londynu.   
– Miastowa dziewczyna? – Clarrie uśmiechnęła się blado. – Trochę tu 

inaczej niż w stolicy, prawda? 

– Trochę – ze śmiechem przyznała Lindsay. – Zna pani Londyn? 
–  Byłam  tam  kiedyś  na  wakacjach...  w  innym  życiu.  –  Po  twarzy 

Clarrie przemknął cień uśmiechu. – Jako uczennica pracowałam w lecie 
na  kempingu  w  Tregadfan.  Tam  zaprzyjaźniłam  się  z  pewnym 
chłopakiem.  Jego  rodzice  zaprosili  mnie  na  parę  tygodni.  Mieszkali  w 
Londynie, a właściwie w Peckham.   

–  Rozumiem,  że  było  to,  zanim  poznała  pani  Daia?  –  Lindsay 

otworzyła torbę, a Clarrie usiadła na łóżku i z wyraźną ulgą oparła plecy 
o poduszki.   

– Tak jakby. Chociaż Daia znałam prawie od zawsze. Wychowaliśmy 

się razem. – Clarrie wzruszyła ramionami, lecz nie dodała, co stało się z 
chłopakiem z Peckham.   

– Który to tydzień? – Lindsay zerknęła w notatki.   
–  Trzydziesty  siódmy.  Już  nie  mogę  doczekać  się  końca.  Ta  ciąża 

męczy mnie dużo bardziej niż trzy poprzednie razem wzięte.   

–  To  zrozumiałe.  Teraz  ma  pani  pod  opieką  trójkę  dzieci,  a 

problemów też chyba nie brakuje.   

– Żeby pani wiedziała. – Clarrie skrzywiła się wymownie. – Czasem 

mi się wydaje, że Dai jest gorszy niż dzieciaki. Od wypadku zachowuje 
się jak zwierzę w klatce. Można by pomyśleć, że to wszystko moja wina. 
A stos  rachunków rośnie. Nasza sytuacja była trudna  już przedtem, ale 
teraz...  –  Clarrie  bezradnie  rozłożyła  ręce.  –  Boję  się,  że  przyjdzie  nam 

background image

sprzedać farmę. Tylko co potem? 

– Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. A na razie najważniejsza 

jest pani i dziecko. Będzie pani rodzić w szpitalu? 

– W domu, tak jak poprzednio.   
– Może przydałby się pani taki pobyt w szpitalu, nawet krótki. Trochę 

by pani odsapnęła.   

–  Nie,  zostanę  tutaj.  Przyjedzie  położna,  a  potem  przez  parę  dni 

będzie u nas moja siostra, o ile nie pokłóci się z Daiem.   

–  Sprawdzę  teraz  ciśnienie  i  tętno  dziecka.  –  Lindsay  usiadła  na 

brzegu łóżka i założyła opaskę ciśnieniomierza na ramię Clarrie.  – Jest 
nieco podwyższone  –  stwierdziła, odczytawszy  wynik.  –  Musi pani jak 
najwięcej  odpoczywać.  Wiem,  łatwo  powiedzieć  –  dodała,  gdy  Clarrie 
kpiąco prychnęła. – Ale proszę chociaż spróbować. Mam porozmawiać o 
tym z mężem? 

–  Jeśli  pani  chce...  Ale  to  i  tak  nic  nie  da.  –  Clarrie  oparła  się  na 

łokciach  i  patrzyła  na  badającą  ją  Lindsay.  –  Wszystko  w  porządku?  – 
spytała z nutą niepokoju w głosie.   

– Tak – zapewniła Lindsay. – Tętno jest silne i miarowe. Co by pani 

wołała, chłopca czy dziewczynkę? 

– Mnie tam bez różnicy. – Clarrie poprawiła odzież i podniosła się. – 

Chociaż z dziewczynką byłoby po równo.   

– Czyli jest Rufus, Evie i... ? 
– Jared.  Ma dwanaście  lat, Rufas  skończył szesnaście, a Evie  sześć. 

Myślałam, że na tym będzie koniec – z żalem w głosie przyznała Clarrie. 
– Jak widać, człowiek może się mylić, prawda? 

–  Evie  cierpi  ma  astmę  i  egzemę?  –  Lindsay  schowała  do  torby 

stetoskop i aparat do pomiaru ciśnienia.   

–  Tak,  i  objawy  się  nasiliły.  –  Clarrie  wstała  i  natychmiast  znów 

opadła na pościel. – Och! – jęknęła. – Zakręciło mi się w głowie. Chyba 
za szybko się podniosłam.   

– Proszę chwilkę poleżeć.   
–  O  czym  to  mówiłyśmy?  Aha,  o  Evie.  Ostatnio  strasznie  kaszle. 

Kłopot w tym, że zajmuje się zwierzakami i jej egzema wtedy nawraca.   

– Doktor Lennox na pewno zajmie się Evie. Albo ja to zrobię, gdyby 

jeszcze badał pani męża.   

background image

–  Miły  człowiek  z  tego  doktora  Lennoxa.  –  Clarrie  podniosła  się  z 

łóżka,  lecz  tym  razem  bardzo  ostrożnie.  –  Dawniej  przychodził  stary 
doktor Meredith, ale był strasznie pyskaty. On i Dai często skakali sobie 
do oczu. Doktor Lennox jest inny.   

– Sądzę, że w razie potrzeby umie obstawać przy swoim zdaniu.   
– Och, nie wątpię. A czemu pani z nim jeździ? 
–  Odbywam  praktykę  pod  jego  opieką.  Ale  proszę  się  nie  obawiać, 

jestem wykwalifikowaną lekarką, tylko muszę poznać metody działania 
lekarza rodzinnego, żeby nim zostać.   

– Więc spędzacie razem dużo czasu.   
–  To  prawda.  Właściwie  można  powiedzieć,  że  jestem  cieniem 

doktora Lennoxa – ze śmiechem oświadczyła Lindsay.   

– A co na to Bronwen? 
– Znają pani? 
– Jest sąsiadką mojej siostry.   
– No tak, już zapomniałam, że tu wszyscy się znają.   
– I to jak! Siostra opowiedziała mi o Bronwen i doktorze Lennoksie.   
–  Coś  ich  łączy?  –  Lindsay  zmartwiała.  Czyżby  jej  początkowe 

przypuszczenia okazały się trafne? 

–  Chyba  tylko  pobożne  życzenia  Bronwen.  Rzeczywiście  jedynie 

tyle? – zastanawiała się Lindsay, idąc za Clarrie na dół. A jeśli Aidan i 
jego recepcjonistka naprawdę mają romans? Aidan wspomniał, że kiedyś 
ktoś go zawiódł, lecz raczej nie chodziło o Bronwen, skoro pragnęła go 
zdobyć.  Może  wiedziała  o  jego  miłosnym  zawodzie  i  oferowała 
Aidanowi  ramię,  na  którym  mógłby  się  wypłakać,  a  w  cichości  ducha 
liczyła na więcej niż przyjaźń.   

Najlepiej w ogóle nie zaprzątać sobie tym głowy. Plotkarze potrafią 

wymyślić Bóg wie co, zaś prywatne życie Aidana Lennoxa to wyłącznie 
jego sprawa.   

–  Zamierzam  zmienić  dawkę  leku  w  inhalatorze  Evie  –  oznajmił 

Aidan, gdy Lindsay i Clarrie wróciły do saloniku. – Przepiszę też silniej 
działający  krem na egzemę. Jeśli to nie pomoże, pomyślimy o kolejnej 
kuracji steroidami. Evie nie myje się zwykłym mydłem, prawda? 

–  Nie,  przestrzegamy  wszystkich  zaleceń  –  zapewniła  Clarrie.  – 

Chyba tylko kontakt ze zwierzętami mógł spowodować taką reakcję.   

background image

–  Powinnaś  na  razie  trzymać  się  od  nich  z  daleka,  Evie  –  rzekł 

łagodnie Aidan, a dziewczynka spuściła główkę, po czym ukryła buzię w 
fałdach matczynej spódnicy. – Wiem, że na farmie to trudne, zwłaszcza 
że uwielbiasz zwierzaki.   

– Aidan spojrzał na Lindsay. – Wszystko w porządku? 
Domyśliła się, że pytał o ciążę Clarrie, i twierdząco skinęła głową.   
– W takim razie chyba już pójdziemy. Załatwię ci fizykoterapię, Dai, 

i podam terminy.   

Dai tylko chrząknął. Clarrie odprowadziła ich do drzwi.   
– Dziękuję wam obojgu.   
–  Będzie  pani  mogła  zrealizować  recepty?  –  troskliwie  spytała 

Lindsay.   

–  Tak,  Ted,  który  u  nas  pracuje,  weźmie  je  do  apteki,  kiedy  będzie 

jechał do Betwsycoed po nawozy.   

– Dbaj o siebie, Clarrie.   
– I koniecznie proszę się nie przemęczać – dodała Lindsay.   
Zanim  wyjechali  na  drogę,  spojrzała  przez  ramię  na  podwórze. 

Clarrie  wraz  z  córeczką  nadal  stała  na  progu,  odprowadzając  ich 
wzrokiem,  a  zza  domu  znów  wytoczyło  się  stadko  gęsi.  Trzepotały 
skrzydłami  i  gęgały  jak  szalone,  najwyraźniej  zirytowane  warkotem 
silnika samochodu.   

– Inny świat – mruknęła Lindsay. – Niesamowite, że tyle ludzi spędza 

całe  życie  na  takich  odległych  farmach,  zajmując  się  tylko  hodowlą 
owiec.   

–  Większość  tych  farmerów  jest  zadowolona  z  takiej  egzystencji. 

Czasem jakiś syn wyjedzie do pomaturalnej szkoły, najczęściej rolniczej, 
a potem zazwyczaj wraca tutaj, żeby zająć się rodzinną gospodarką.   

– A dziewczęta? 
–  Prawie  wszystkie  wychodzą  za  mąż  za  miejscowych  farmerów, 

chłopaków, których znały od dziecka.   

– Jak Clanie.   
– Właśnie.   
– Nie sprawiają wrażenia szczęśliwych.   
–  Cóż,  od  pewnego  czasu  ściga  ich  pech.  Nie  dość,  że  hodowla  i 

uprawa  roli  stają  się  coraz  mniej  opłacalne,  to  na  dodatek  Dai  miał 

background image

wypadek i nie może pracować. Są w trudnej sytuacji. A jak tam Clarrie? 

– Ma trochę podwyższone ciśnienie, opuchnięte kostki i jest strasznie 

przemęczona, ale tętno dziecka w normie. Uważasz, że powinna rodzić 
w domu? 

– Wolałbym zabrać ją do szpitala, ale ona się nie zgadza.   
– Nie można by pogadać z tą położną? 
–  Owszem,  ale  ona  z  pewnością  będzie  po  stronie  Clarrie.  Tutejsze 

kobiety  szczycą  się  rodzeniem  w  domu.  Chyba  można  to  uznać  za 
zjawisko socjologiczne.   

– Jak Dai będzie jeździł na fizykoterapię? 
– Bóg raczy wiedzieć. Ted mógłby go wozić ciężarówką, ale wątpię, 

czy  znajdzie  czas.  Biedak  i  tak  ma  huk  roboty.  Przypuszczam,  że  Dai 
odpuści te zabiegi.   

– A ten chłopak, Rufus, nie powinien chodzić do szkoły? 
– Chyba tak, ale przestał po świętach wielkanocnych, kiedy skończył 

szesnaście lat, i pomaga Tedowi.   

– Ciężko im.   
– Już ci to  mówiłem. Problem  w tym, że  mają niewielkie szanse  na 

poprawę swojego bytu.   

–  Ale  kiedy  Clanie  już  urodzi  i  Dai  odzyska  formę...  –  Lindsay 

urwała, zauważywszy minę Aidana. – Jego stan się poprawi, prawda? – 
spytała.   

– Mam taką nadzieję, ale minie dużo czasu, zanim jego noga całkiem 

się  zrośnie,  a  jest  jeszcze  uszkodzone  ścięgno  w  prawym  ramieniu. 
Muszę  przyznać,  że  czasem  wątpię,  czy  Dai  kiedykolwiek  będzie  w 
stanie znów pracować na farmie.   

– Więc co ich czeka? 
–  Prawdopodobnie  sprzedaż  gospodarstwa,  ale  w  dzisiejszych 

czasach niewiele za nie dostaną. A co gorsza, Dai jest do niego strasznie 
przywiązany.  Przechodziło  z  ojca  na  syna  i  Dai  uważa  za  swój 
obowiązek  przekazać  je  Rufusowi.  Gdy  kiedyś  wspomniałem  o 
ewentualnej  sprzedaży,  Dai  omal  nie  skręcił  mi  karku.  To  strasznie 
dumny facet.   

Gdy  dojechali  do  Tregadfan,  słońce  już  zachodziło  i  góry  pogrążały 

się  w  mglistym  mroku.  Lindsay  kompletnie  zapomniała  o  tym,  że 

background image

zrezygnowała  z  wolnego  popołudnia,  aby  towarzyszyć  Aidanowi.  Była 
zadowolona,  ponieważ  spędziła  je  w  wartościowy  sposób  –  nie  tylko 
poznała  kolejnych  ludzi,  wśród  których  miała  pracować,  lecz  także 
przełamała lody w stosunkach z Aidanem. Intuicyjnie czuła, że od dzisiaj 
oboje będą lepiej się rozumieć.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Dam panu lomotil na biegunkę i maxolon na mdłości. – W namiocie 

było tak ciasno, że Lindsay musiała przyklęknąć, aby wypisać receptę. – 
Na  razie  proszę  pić  tylko  wodę  butelkowaną  i  jeść  sucharki  –  poleciła 
leżącemu w śpiworze blademu młodzieńcowi.   

–  Kiedy  będzie  mógł  się  wspinać?  –  spytał  zaniepokojony  kolega 

chorego. – Mamy tyle tras.   

–  Nie  sądzę,  żeby  ten  biedak  miał  ochotę  wdrapywać  się  na  górki. 

Przez kilka dni powinien być na diecie i wypoczywać. Niech bierze to, 
żeby  nie  opadł  z  sił.  –  Lindsay  wręczyła  chłopakowi  kilka  małych 
torebeczek.   

– Co to takiego? 
– Glukozowy preparat uzupełniający niedobór płynów w organizmie. 

Działa  również  wzmacniająco.  Niezbędny  w  przypadku  takich 
dolegliwości żołądkowych.   

– Dziękujemy za przyjście, pani doktor. On nie miał siły się ruszyć.   
–  To  zrozumiałe.  Proszę  o  niego  dbać.  –  Lindsay  uniosła  klapę 

namiotu  i  wygramoliła  się  na  zewnątrz.  Po  raz  pierwszy  załatwiała 
wizyty domowe samodzielnie.   

– Dasz sobie radę? – spytał Henry, gdy wczoraj powiedziała mu, co ją 

czeka.   

– Chyba tak.   
–  Już  dobrze  zna  topografię  terenu,  a  w  razie  czego  zawsze  może 

wezwać nas przez telefon – dodał Aidan.   

– Niby racja – zgodził się Henry. – Chociaż... nie jestem pewien, czy 

ja będę osiągalny. Aż boję się mówić o tym na głos, ale Megan ostatnio 
miewa  się  lepiej,  więc  pomyślałem,  że  zabiorę  ją  w  niedzielę  na  małą 
wycieczkę.   

– Wspaniały pomysł – pochwaliła Lindsay.   
–  Zmiana  otoczenia  może  zdziałać  cuda  –  przyznał  Aidan.  –  Ale 

musisz  pamiętać,  że  w  przypadku  zapalenia  mózgu  i  rdzenia  poprawa 
samopoczucia nie trwa długo.   

background image

–  Cóż,  wiem...  –  Henry  westchnął  ciężko.  –  Tym  bardziej  trzeba 

chwytać każdą chwilę.   

Wyjeżdżając  z  kempingu,  Lindsay  gorąco  pragnęła,  aby  żona 

Henry’ego  poczuła  się  lepiej.  Przejażdżka  po  okolicy  w  taki  piękny 
dzień na pewno sprawiłaby Megan wielką przyjemność.   

Lindsay z uśmiechem przesunęła wzrokiem po zielonych wzgórzach. 

Na razie radziła sobie całkiem dobrze. Już zdążyła stwierdzić zapalenie 
wyrostka robaczkowego u dziecka i wezwała karetkę, aby zabrano je do 
szpitala. Potem odwiedziła dwóch pacjentów w podeszłym wieku: jeden 
chorował  na  nieuleczalnego  raka  i  czekał  na  pielęgniarkę,  która  miała 
zrobić  mu  zastrzyk  z  morfiny,  zaś  drugi  cierpiał  na  chroniczne 
schorzenie dróg oddechowych i potrzebował tlenu.   

Wracając do wsi, Lindsay pod wpływem impulsu postanowiła zajrzeć 

do  Douglasa  i  Milły.  Zaparkowała  dżipa  od  frontu,  otworzyła  furtkę  i 
szła  między  zadbanymi  klombami.  Przy  samej  ścieżce  rosły  na  nich 
dorodne,  różnokolorowe  bratki  i  prymulki,  a  wzdłuż  płotu 
oddzielającego  podwórze  od  sąsiedniej  posesji  bujnie  kwitły  fioletowe 
ostróżki  i  różowe  malwy.  Lindsay  zadzwoniła  i  stojąc  przed  drzwiami, 
obserwowała pszczołę kołującą nad donicą z nagietkami. Nieco dalej, na 
kamiennym  chodniczku  prowadzącym  na  tyły  domu,  drozd  usiłował 
rozbić skorupę ślimaka.   

Była  pełna  podziwu  dla  wytrwałości  ptaka  i  dopiero  po  dłuższej 

chwili  skonstatowała,  że  nikt  nie  otwiera,  a  z  wnętrza  nie  dochodzą 
żadne dźwięki. Jeszcze raz nacisnęła przycisk dzwonka, po czym obeszła 
dom  i  stwierdziła,  że  kuchenne  drzwi  są  otwarte.  Widocznie  Milly 
wyszła do ogrodu i nie zorientowała się, że ktoś przyszedł.   

Ale  Lindsay  nigdzie  jej  nie  zauważyła,  więc  zastukała  w  drzwi  i 

zawołała gospodarzy, lecz nikt się nie pojawił ani nie odezwał, tylko w 
głębi mieszkania rozległo się głuche dudnienie.   

– Milly? Jest pani tam? 
Stukanie powtórzyło się, tym razem głośniejsze i jakby naglące. Pełna 

złych  przeczuć  Lindsay  z  wahaniem  weszła  do  wnętrza.  Jej  obawy 
potwierdziły  się,  gdy  przeszła  przez  małą,  idealnie  czystą  kuchnię  i 
spróbowała otworzyć drzwi do saloniku. Zdołała tylko trocheje uchylić, 
ponieważ  coś  je  blokowało.  Wybiegła  więc  na  zewnątrz  i  osłaniając  z 

background image

boku oczy, zajrzała do pokoju przez okno.   

Milly  leżała  na  podłodze  tuż  przy  drzwiach,  a  Douglas  siedział  w 

fotelu i swoim balkonikiem uderzał w podłogę. Najwyraźniej usiłował w 
ten sposób wezwać pomoc.   

Lindsay  głośno  zabębniła  w  szybę,  a  staruszek  powolutku  odwrócił 

głowę. Nie ulegało wątpliwości, że jest dzisiaj bardzo słaby i nie zdoła 
wstać,  aby  otworzyć  okno.  Lindsay  przez  moment  miała  ochotę 
zadzwonić  po  Aidana,  lecz  zaraz  porzuciła  ten  pomysł.  To  ona  ma 
dzisiaj  dyżur,  więc  powinna  samodzielnie  ocenić  sytuację  i  rozwiązać 
problem.   

Pospiesznie  wezwała  pogotowie,  wyszarpnęła  z  ziemi  jeden  z 

potłuczonych  kafelków,  którymi  był  obłożony  skraj  klombu,  i  stłukła 
szybkę sąsiadującą z okienną klamką.   

Trzask pękającego szkła zabrzmiał w ciszy spokojnego niedzielnego 

przedpołudnia  przeraźliwie  głośno.  Lindsay  właśnie  wsunęła  w  otwór 
dłoń, gdy nagle usłyszała za sobą czyjś gniewny okrzyk.   

– Co się tu dzieje?! 
Odwróciła  się  i  ku  swemu  zdumieniu  ujrzała  wyglądającego  zza 

płotu, rozgniewanego Hew Griffithsa.   

– O, Hew... to znaczy, panie Griffiths, tak się cieszę, że pana widzę. 

Mieszka pan tutaj? 

– Jasne, że tak, i chcę wiedzieć, co pani tu, u diabła, wyprawia! 
–  Chwileczkę.  –  Lindsay  wreszcie  otworzyła  okno.  Teraz  musiała 

tylko wdrapać się na parapet i wejść do środka. – Milly zemdlała.   

– Nie lepiej wejść przez drzwi? 
– Nie można ich otworzyć, bo Milly leży w saloniku i je blokuje.  – 

Gramoląc  się  przez  okno,  Lindsay  była  zadowolona,  że  ma  na  sobie 
drelichowe spodnie, a nie wytworny kostiumik z butiku w Kensington.   

– A co z Douglasem? 
–  Jest  w  domu.  Mógłby  pan  podejść  od  frontu?  Przesunę  Milly  i 

otworzę drzwi.   

Mrucząc pod nosem, Hew zniknął za płotem, a Lindsay zeskoczyła na 

podłogę.   

– Tam... M... milly... – wyjąkał Douglas.   
– Wiem. – Lindsay lekko ścisnęła go za ramię i pospieszyła do Milly. 

background image

Kobieta  była  półprzytomna,  bełkotała  coś  niezrozumiale,  z  kącika 
wykrzywionych  ust  spływała  strużka  śliny,  a  lewa  ręka  zwisała 
bezwładnie.  –  Milly,  to  ja,  doktor  Henderson.  –  Lindsay  kucnęła  obok 
staruszki  i  sprawdziła  jej  puls.  –  Spróbuję  ułożyć  panią  trochę 
wygodniej.  –  Delikatnie  odsunęła  kobietę  od  drzwi  i  włożyła  jej  pod 
głowę dwie poduszki z kanapy. Milly chyba przygotowywała niedzielny 
lunch,  gdy  poczuła  się  źle,  ponieważ  była  w  fartuchu.  A  niedawno 
przyniosła mężowi kawę, która wraz z talerzem ciasteczek nadal stała na 
małym stoliku obok fotela.   

Milly  znów  spróbowała  coś  powiedzieć  i  sprawiała  wrażenie 

rozstrojonej, toteż Lindsay uklękła i wzięła ją za rękę.   

–  Proszę  się  o  nic  nie  martwić,  Milly.  Wyjdzie  pani  z  tego.  A 

Douglasem  wszystko w porządku  – zapewniła uspokajającym tonem.  – 
To pan, Hew? – zawołała, gdy ktoś poruszył klamką. – Proszę wejść.   

–  Co  się  stało?  –  Hew  objął  zdumionym  spojrzeniem  scenkę  w 

saloniku.   

–  Milly  miała  udar.  Zaraz  przyjedzie  pogotowie.  Mógłby  pan 

przynieść z sypialni jakiś koc? 

Hew  poszedł  na  górę,  a  Lindsay  wyjęła  z  torby  stetoskop  i 

ciśnieniomierz.  Osłuchała  serce  pacjentki  i  właśnie  zakładała  na  jej 
ramię opaskę aparatu, gdy wrócił Hew.   

– Dzięki. – Wzięła od niego pled i okryła nim Milly. – Nie powinna 

zmarznąć. Może zechciałby pan porozmawiać z Douglasem? Spytać, czy 
czegoś nie potrzebuje? 

– A pani co robi? – burknął Hew.   
– Zmierzę jej ciśnienie.   
– Ale ma przyjechać karetka? 
– Tak. Milly musi pojechać do szpitala.   
– A co z Douglasem? Sam nie da sobie rady.   
– Wiem. Mają w tej okolicy jakąś rodzinę? 
– Nie. Ich syn mieszka pod Oksfordem, a córka za granicą, chyba w 

Kanadzie. A może w Nowej Zelandii? Gdzieś tam.   

–  W  takim  razie  porozmawiam  z  siostrą  oddziałową.  Może  ona 

znajdzie  jakieś  rozwiązanie.  –  Lindsay  wystukała  numer  dyżurnego 
szpitala  i  naświetliła  sytuację.  Pielęgniarka  uznała,  że  trzeba  przyjąć 

background image

również  Douglasa,  a  potem  pracownik  socjalny  zdecyduje,  co  dalej.  – 
Lindsay wyłączyła komórkę, podeszła do Douglasa i kucnęła przed nim. 
–  Panie  Morgan,  Milly  pojedzie  do  szpitala  –  oznajmiła  łagodnie.  –  A 
pan wraz z nią – dodała, gdy staruszek zaczął się trząść.   

– Wszystko dobrze, chłopie – zapewnił Hew. – Milly wyzdrowieje.   
Usłyszawszy imię żony, Douglas powoli się odwrócił  i popatrzył na 

nią, a Lindsay i Hew powędrowali wzrokiem za jego spojrzeniem. Było 
oczywiste,  że  tej  chwili  Milly  nie  wygląda  na  kogoś,  kto  szybko 
wyzdrowieje. Lindsay ujęła dłoń staruszka i ścisnęła ją lekko, aby dodać 
mu otuchy.   

– Pójdę na górę i zapakuję trochę niezbędnych rzeczy, dobrze? Hew, 

posiedzi pan z nim? Zaraz wrócę.   

Hew  tylko  skinął  głową.  Najwyraźniej  był  oszołomiony  tym,  co  się 

stało,  i  w  ogóle  nie  przypominał  tamtego  gburowatego  osobnika,  który 
przyszedł do poradni pierwszego dnia pracy Lindsay.   

Lindsay wyjęła z  szafy podręczną torbę  i spakowała piżamy, kapcie 

oraz przybory toaletowe dla Douglasa i Milly. Przed wyjściem rozejrzała 
się po pokoju, w którym panował równie idealny porządek jak na dole. 
Wątpiła, czy państwo Morgan jeszcze tu wrócą. Schodząc na dół, czuła, 
że  ze  wzruszenia  ściska  ją  w  gardle,  więc  z  zadowoleniem  powitała 
sanitariuszy.  W  skrócie  opisała  im  stan  Milly  oraz  wyjaśniła,  dlaczego 
trzeba zabrać również jej męża.   

– Mamy wziąć oboje? – spytał Vincent, starszy z dwóch pielęgniarzy. 

– Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy pacjenci będą chcieli jechać ze swoją 
drugą  połową.  Pani  jest  tutaj  nowa,  prawda?  Zastępczyni  czy 
praktykantka? 

–  Praktykantka.  –  Lindsay  już  zamierzała  dodać,  że  jest 

wykwalifikowaną lekarką i ma prawo skierować pacjenta do szpitala, ale 
Vincent szeroko się uśmiechnął.   

–  Proszę  nie  robić  takiej  smutnej  miny,  kochana.  Jasne,  że  go 

weźmiemy. Prawda, Douglas? 

– Och. – Lindsay odetchnęła z ulgą. – Znacie go? 
– Czy go znamy? Jeszcze jak. Nieraz woziliśmy go do przyszpitalnej 

poradni.  –  Sanitariusz  kucnął  przy  Milly.  –  Witaj,  kochaniutka  – 
powiedział  lekkim  tonem.  –  Co  ty  knujesz?  Dobra,  nic  nie  mów.  I  tak 

background image

wiem. Wkurzyłaś się, bo zawsze wszyscy tańczą wokół Douga, prawda? 
Więc teraz twoja kolej. Mark i ja położymy cię na noszach i zaniesiemy 
do karetki. Potem wrócimy po Douga, żeby pojechał z nami.  – Vincent 
spojrzał na Lindsay. – Oddycha z trudem.   

– Możecie podać jej tlen? 
–  Jasne.  –  Vincent  założył  staruszce  maskę  tlenową,  a  parę  minut 

później państwo Morgan już byli w karetce.   

– Proszę nie martwić się tym oknem, pani doktor – powiedział Hew, 

gdy  po  odjeździe  ambulansu  Lindsay  z  westchnieniem  wróciła  do 
saloniku.  –  Wstawię  szybkę,  posprzątam  szkło,  zamknę  dom  i  wezmę 
klucze.  Zaraz  wróci  z  kościoła  moja  żona.  Pewnie  będzie  chciała 
odwiedzić Milly.   

–  Z  odwiedzinami  trzeba  poczekać  kilka  dni.  Milly  musi  dojść  do 

siebie.   

– Nieźle ją strzeliło, prawda? 
– Obawiam się, że tak. – Lindsay wzięła swoją torbę. – Cóż, muszę 

już iść. Nadal jestem na dyżurze. Bardzo dziękuję panu za pomoc, Hew.   

– Nie ma o czym mówić. Dobrze, że mogłem się przydać. Jesteśmy 

sąsiadami od wielu lat.   

Hew  odprowadził  ją  do  drzwi  i  pomachał  na  pożegnanie.  Lindsay 

uśmiechnęła się do siebie. Hew Griffiths potraktował ją dzisiaj zupełnie 
inaczej  niż  poprzednio.  Czyżby  mieszkańcy  zaczynali  ją  akceptować? 
Tak czy inaczej, była zadowolona z impulsu, który kazał jej zajrzeć do 
Morganów. Gdyby lekarz przyjechał później, Milly prawdopodobnie by 
zmarła.   

Wiedziona  kolejnym  impulsem,  Lindsay  postanowiła  wpaść  do 

Aidana. Wspomniał, że cały dzień będzie w domu i pomoże jej w razie 
potrzeby. Nie potrzebowała jego pomocy ani nawet fachowej rady, lecz 
nagle  poczuła  przemożną  chęć  zobaczenia  go.  Choćby  tylko  dlatego, 
żeby mu opowiedzieć, jak sobie poradziła w kryzysowej sytuacji.   

Zaparkowała  dżipa  na  poboczu  drogi  i  szybko  zbiegła  po  schodach. 

Tym  razem  były  suche,  ona  zaś  miała  na  nogach  wygodne  pantofle. 
Parsknęła  śmiechem,  przypomniawszy  sobie  tamten  deszczowy  dzień, 
gdy  chwiejnie  schodziła  na  dół  w  swoich  wytwornych,  czarnych 
lakierkach  ze  złotymi  obcasami.  Aidan  zasugerował,  żeby  sobie  kupiła 

background image

porządne  buty,  a  potem  się  pokłócili,  gdy  wróciła  z  kilkugodzinnych 
zakupów. Dzisiaj  musiała przyznać, że ona i  Aidan rozumieją się dużo 
lepiej niż na początku ich znajomości.   

Jeszcze na schodach usłyszała jakiś łomot, a po chwili ujrzała w głębi 

ogrodu  Aidana.  Miał  na  sobie  dżinsy  i  podkoszulek  i  właśnie  rąbał  na 
pieńku drewno.   

Nieco  dalej  leżały  na  ziemi  oba  psy  i  z  pyskami  opartymi  na 

przednich łapach obserwowały swego pana. Zobaczyły Lindsay, lecz ją 
poznały  i  nie  zaszczekały.  Skipper  na  powitanie  uniósł  łeb,  a  Jess 
energicznie zamerdał ogonem.   

Lindsay  przystanęła,  aby  nie  przeszkadzać,  gdy  Aidan  macha 

siekierą. Za każdym razem, gdy ją unosił i szerokim łukiem opuszczał na 
grubą  kłodę,  którą  rąbał  na  mniejsze  kawałki,  uwypuklały  się  mięśnie 
jego  pleców  i  barków,  wyraziście  grając  pod  cienką  bawełną  koszulki. 
Spod  zwichrzonych,  ciemnych  włosów  spływały  na  czoło  strużki  potu. 
W  tej  chwili  było  w  wyglądzie  Aidana  coś  surowego,  niemal 
pierwotnego, co sprawiło, że Lindsay ogarnęło pożądanie.   

On zaś chyba wyczuł jej obecność, bo nagle się odwrócił, a gdy ich 

oczy się spotkały, czas jakby się zatrzymał. Lindsay z wrażenia zaparło 
dech, a jej serce na moment przestało bić – lub tak jej się przynajmniej 
zdawało.   

A potem Aidan się odezwał i po  magicznej chwili pozostał  Lindsay 

tylko  tępy  ucisk  gdzieś  pod  żebrami  oraz  pamięć  o  słodkim  i 
jednocześnie bolesnym doznaniu.   

– Nie wiedziałem, że tu jesteś. – Aidan spojrzał na psy.   
– Ale czujne z was cerbery! 
–  Już  mnie  znają  i  nie  szczekają  na  mój  widok,  tylko  merdają 

ogonami.   

–  Coś  się  stało?  –  Aidan  chyba  pomyślał,  że  nie  przyszła  tu  bez 

powodu.   

– Tak, ale rozwiązałam ten problem.   
– Właśnie miałem strzelić sobie colę. – Aidan otarł spocone czoło. – 

Napijesz się? A potem mi wszystko opowiesz.   

–  Dobrze.  –  Usiłowała  mówić  lekkim  tonem,  ale  z  jakiegoś 

niewiadomego  powodu  jej  serce  nadal  wyprawiało  dziwne  harce. 

background image

Najpierw  rzeczywiście  się  zatrzymało,  a  teraz  z  kolei  łomotało  jak 
szalone.   

–  Masz  przy  sobie  komórkę?  –  spytał  Aidan,  a  gdy  skinęła  głową, 

pomaszerował do domu.   

Lindsay  usiadła  na  odwróconej  do  góry  dnem  wielkiej,  glinianej 

donicy  i  popatrzyła  na  bujną  roślinność  ogrodu.  Panował  tu  cudowny 
spokój,  a  ciszę  przerywało  tylko  cykanie  świerszczy  i  niekiedy  szum 
silnika przejeżdżającego drogą pojazdu. Oparła głowę o mur i wystawiła 
twarz  do  słońca,  świadoma  nieoczekiwanego  poczucia  błogości. 
Pojawiło  się  po  raz  pierwszy  od  dawna  i  samo  w  sobie  wydawało  się 
czymś zdumiewającym, zważywszy na załamanie, jakie przeżyła.   

Dlaczego  teraz  była  taka  zadowolona?  Jakim  cudem  wkradło  się  do 

jej duszy tyle radości, a ona nawet tego nie zauważyła? 

Przecież to z pewnością nie ma nic wspólnego z Aidanem? 
Otworzyła  oczy  i  ujrzała  go,  idącego  przez  podwórze.  Niósł  dwie 

pełne  szklanki,  a  ona  nagle  stwierdziła,  że  przyczyna  jej  cudownej 
euforii ma wiele wspólnego z Aidanem.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Wręczył  jej  szklankę  i  usiadł  na  niskim  murku  oddzielającym 

podwórze od ogrodu. Jess nadstawił ucha i uniósł łeb, aby sprawdzić, co 
się  dzieje.  Ale  z  panem  wszystko  było  w  porządku,  więc  znów  oparł 
pysk na łapach i zamknął oczy. Skipper od dawna pochrapywał.   

– Zdrówko. – Aidan uniósł szklankę.   
– Zdrówko. – Lindsay wypiła mały łyk coli, zaś Aidan – wielki haust.   
– Ach – westchnął Aidan z zadowoleniem. – Tego potrzebowałem.   
– Dziwię się, że nie wziąłeś sobie piwa.   
–  Wolałem  nie  ryzykować,  bo  gdybyś  potrzebowała  pomocy,  to 

musiałbym wskoczyć za kółko. A właśnie... – Spojrzał na nią z ukosa. – 
Chciałaś mi coś opowiedzieć? 

– Nie uwierzysz, co się zdarzyło.   
– Po latach praktyki chyba już nic mnie nie zdziwi.   
– Więc co powiesz na to, że w tej chwili Douglas i Milly Morganowie 

są w szpitalu? – spytała, a Aidan wytrzeszczył oczy ze zdumienia.  – A 
widzisz? Jednak cię zaskoczyłam.   

– Co się stało? – Głos Aidana zabrzmiał chłodniej. Lindsay nerwowo 

oblizała  wargi  i  w  duchu  sklęła  się  za  ten  przejaw  zdenerwowania.  Na 
litość boską, przecież sobie poradziła, prawda? Dlaczego więc tak się boi 
powiedzieć, co zaszło? No cóż, powodem jej obaw był Aidan. A fakt, że 
siedzi  tuż  obok  i  wygląda  tak  niesamowicie  seksownie,  wcale  niczego 
nie ułatwia.   

– Milly miała udar.   
– Kto cię wezwał? 
Poruszyła się niespokojnie, bo Aidan wciąż mierzył ją tym chłodnym 

spojrzeniem.   

–  Prawdę  mówiąc,  nikt.  Przejeżdżałam  obok  ich  domu,  wracając  z 

kempingu od chorego, i pomyślałam, że do nich zajrzę...   

– Niby po co? 
– O co ci chodzi? – Lindsay zmarszczyła brwi.   
Nie takiej reakcji się spodziewała. Przypuszczała, że Aidan pochwali 

background image

ją za nadzwyczajną intuicję, a on tymczasem wydawał się coraz bardziej 
zirytowany.   

–  Dlaczego  postanowiłaś  ich  odwiedzić?  Miałaś  ochotę  na  kawę  i 

ciasteczka roboty Milly? 

– Co ty pleciesz! – Poczuła na policzkach gorący rumieniec.   
– Więc czemu tam poszłaś? 
– Żeby się z nimi zobaczyć. Sprawdzić, jak się mają.   
– Czyli była to wizyta lekarska? 
– Oczywiście, skoro się upierasz, żeby ją sklasyfikować.   
– Przecież wiesz, że wpadam do nich raz na tydzień.   
– Wiem  – syknęła, z trudem zachowując spokój.  – Ale jakiś impuls 

kazał  mi  tam  iść.  I  wspaniale,  że  to  zrobiłam,  bo  w  przeciwnym  razie 
Milly pewnie nadal leżałaby na podłodze.   

–  Chwileczkę.  –  Aidan  ostrożnie  odstawił  szklankę.  –  Wyjaśnijmy 

wszystko po kolei. Zajrzałaś do Morganów, wiedziona impulsem, i Milly 
leżała na podłodze? 

– W saloniku.   
– Kto ci otworzył drzwi? 
– Stłukłam szybę i weszłam przez okno.   
– Co takiego?! 
– To, co mówię. Ale spokojna głowa. Hew Griffiths, on mieszka po 

sąsiedzku...   

– Wiem, gdzie mieszka Hew – złowrogim tonem wycedził Aidan.   
– No więc on usłyszał brzęk tłuczonego szkła i wszedł od frontu, gdy 

ja już wgramoliłam się przez okno. Obiecał, że wstawi tę szybkę, czyli 
nie ma sprawy.   

–  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  żeby  wezwać  policję,  zamiast  się 

włamywać? Czy nie w ten sposób się postępuje tam, skąd pochodzisz? 
Bo tutaj jest właśnie taki zwyczaj.   

– Nie jestem przedszkolakiem, Aidanie. Znam procedurę.   
– To czemu jej nie zastosowałaś? 
– Bo właściwie nie musiałam się włamywać.   
– Przecież podobno zbiłaś szybę i weszłaś przez okno.   
–  Najpierw  weszłam  kuchennymi  drzwiami.  –  Lindsay  była  coraz 

bardziej  wkurzona  koniecznością  przejścia  do  defensywy.  Wzięła 

background image

głęboki oddech,  by nie  wybuchnąć,  i opisała  całe  zdarzenie.  –  Od  razu 
się zorientowałam, że to udar – oświadczyła na koniec.   

– Milly była przytomna? 
– Ledwie.   
– Jak sądzisz, ile czasu tak leżała? 
–  Niezbyt  długo.  Przyniosła  Douglasowi  kawę,  ale  nie  zdążył  jej 

wypić.   

– O której tam przyszłaś? 
– Około jedenastej trzydzieści.   
–  Więc  udar  nastąpił  po  dziesiątej  trzydzieści.  Właśnie  o  tej  porze 

Milly parzy kawę. Co potem zrobiłaś? 

–  Ułożyłam  Milly  wygodniej,  osłuchałam  jej  serce  i  zmierzyłam 

ciśnienie,  a  Hew  zajął  się  Douglasem.  Później  mi  uzmysłowił,  że 
Douglas nie może zostać sam.   

– Tobie nie przyszło to do głowy? 
–  Owszem,  ale  sądziłam,  że  Morganowie  mają  tutaj  jakąś  rodzinę. 

Hew  powiedział,  że  nie,  więc  zadzwoniłam  do  siostry  oddziałowej  i 
spytałam, czy nie przyjęliby także Douglasa.   

–  Co  takiego?!  –  Aidan  zerwał  się  na  równe  nogi  i  spiorunował  ją 

wzrokiem.   

–  Przecież  nie  mogłam  go  zostawić  bez  opieki.  Ale  siostra 

oddziałowa na szczęście okazała zrozumienie i zgodziła się, a jutro ktoś 
zdecyduje, co dalej.   

–  Czyli  sprawą  zajmie  się  opieka  społeczna  i  Douglas  wyląduje  w 

domu starców, w Rhondda House.   

–  Sam  mówiłeś,  że  wkrótce  do  tego  dojdzie,  bo  Milly  nie  będzie 

dawać sobie rady.   

– Tak, ale obiecałem jej,  że gdyby  zdarzyło się  najgorsze, postaram 

się umieścić ich oboje w jednym miejscu.   

– Dlaczego Milly nie miałaby też pójść do Rhondda House? 
– Tam nie przyjmują osób po udarze.   
– Nie wiedziałam... Ale cóż innego mogłam zrobić? 
– Zadzwonić do mnie.   
–  Myślałam  o  tym,  ale  doszłam  do  wniosku,  że  wolałbyś,  abym 

działała  samodzielnie.  To  był  mój  dyżur  i  uważam,  że  postąpiłam 

background image

słusznie.  Uznałam,  że  warto  ci  o  tym  powiedzieć,  lecz  gdybym 
wiedziała,  jak  zareagujesz,  nie  zawracałabym  sobie  głowy 
przyjeżdżaniem tutaj! – krzyknęła rozjuszona.   

Gdyby spytano ją, co się później wydarzyło, nie miałaby pojęcia, jak 

to ująć. Najpierw stali naprzeciw siebie jak dwoje przeciwników, którzy 
zaraz  rzucą  się  do  walki,  a  już  po  chwili  Aidan  w  dwóch  krokach 
pokonał dzielącą ich odległość, chwycił Lindsay w ramiona i przycisnął 
wargi do jej ust, tłumiąc ewentualny protest.   

Była  taka  zaszokowana,  że  w  pierwszej  chwili  nic  nie  zrobiła. 

Wreszcie  trochę  doszła  do  siebie  i  spróbowała  się  wyswobodzić.  Lecz 
Aidan tylko mocniej przygarnął ją 4o siebie.   

I  właśnie  wtedy  ogarnęło  ją  dzikie  pożądanie.  Andrew  nigdy  nie 

całował  jej  w  taki  sposób.  Nikt  jej  nie  całował  tak,  jak  teraz  Aidan. 
Natychmiast zapomniała o swoich oporach, zarzuciła mu ręce na szyję, 
wplotła palce w jego włosy i zaczęła oddawać pocałunki z żarem, o jaki 
nigdy by się nie podejrzewała.   

Od  zerwania  z  Andrew  nie  miała  nikogo.  Andrew  był  subtelny  i 

wyrafinowany, a jej się wydawało, że potrzebuje właśnie kogoś takiego. 
Ale  ten  mężczyzna  okazał  się  wcieleniem  namiętności,  toteż 
odpowiedziała na nią tak gorąco, jak nie zdarzyło się jej nigdy  – aż do 
dziś.  Pod  wpływem  jego  ust  i  dłoni  jej  zmysły  kolejno  budziły  się  do 
życia.   

Aidan pierwszy się odsunął, przytrzymując ją na odległość ramienia.   
– Mój Boże! – mruknął. – To nie powinno było się stać. Przepraszam.   
– Nie masz za co – szepnęła.   
– Jak mogłem do tego dopuścić! Przecież jestem odpowiedzialny za 

twoje szkolenie! 

– Ja też jestem winna.   
– To niewiele zmienia. – Aidan zdjął ręce z jej ramion. – Zawiodłem 

pokładane  we  mnie  zaufanie.  Henry  obdarłby  mnie  żywcem  ze  skóry, 
gdyby się dowiedział.   

– Ale się nie dowie, prawda? 
Zaprzeczył ruchem głowy, nadal wstrząśnięty tym, co zaszło. Lindsay 

spuściła  wzrok  i  stwierdziła,  że  oba  psy  siedzą  u  ich  stóp  i  z 
przekrzywionymi łbami wpatrują się w nich z zaciekawieniem.   

background image

–  Nie  pojmują,  co  się  dzieje  –  stwierdziła  z  nikłym  uśmiechem.  – 

Najpierw  na  siebie  wrzeszczeliśmy,  a  zaraz  potem...  –  Spojrzała  na 
Aidana, a on umknął wzrokiem w bok, jakby był zbyt zakłopotany, aby 
móc  patrzeć  jej  w  oczy.  –  Aidanie...  –  Dotknęła  jego  nagiego 
przedramienia, a on raptownie się cofnął.   

– Lepiej już idź, Lindsay... Ktoś może cię wezwać. Oboje wiedzieli, 

że  to  tylko  pretekst,  ponieważ  miała  przy  sobie  komórkę  i  w  każdej 
chwili  była  osiągalna.  Chętnie  powtórzyłaby  z  Aidanem  to,  co  przed 
chwilą zrobili, lecz zważywszy na jego minę, chyba nie mogła liczyć na 
kolejny  pocałunek.  Uznała  więc,  że  w  tej  sytuacji  najlepiej  pośpiesznie 
umknąć. Pogłaskała psy i ruszyła w stronę schodów.   

–  Do  zobaczenia  jutro  –  rzuciła  przez  ramię  –  chyba  że  wcześniej 

zdarzy się coś, o czym powinnam cię powiadomić.   

– Co do Milly...   
–  Tak?  –  Odwróciła  się,  gdy  przystanął  u  podnóża  schodów.  Nadal 

sprawiał wrażenie zażenowanego.   

– Wybacz, że tak zareagowałem. Postąpiłaś prawidłowo.   
– Zrobiłbyś to samo? 
–  Chyba  tak.  Może  spróbowałbym  załatwić  coś  innego  dla 

Douglasa... ale skąd mogłaś wiedzieć o Rhondda House? 

Skinęła głową i poszła do samochodu. Zapalając silnik, zerknęła we 

wsteczne  lusterko.  Aidan  nie  wyszedł  za  nią  na  drogę.  Bezwiednie 
westchnęła  i  dopiero  wtedy  zauważyła,  że  drży.  Gdyby  niedawno  ktoś 
powiedział  jej,  że  będzie  całować  się  z  Aidanem,  nigdy  by  w  to  nie 
uwierzyła.  Ale  najbardziej  zdumiewające  w  tym  wszystkim  było  jej 
zachowanie.  Na  wspomnienie  własnej  reakcji  poczuła,  że  policzki  jej 
płoną.  Co  Aidan  sobie  o  niej  pomyślał?  Pewnie  uznał  ją  za  jakąś 
niewyżytą babę, która rzuca się na każdego faceta.   

Nie  wiedziała,  jak  jutro  spojrzy  mu  w  oczy.  Powinna  się  wstydzić. 

Powinna,  ale  jakoś  wcale  się  nie  wstydziła.  Przecież  zareagowała 
całkiem  spontanicznie,  jak  normalna  kobieta,  którą  całuje  atrakcyjny 
mężczyzna. I gdyby miała kolejną okazję, zrobiłaby dokładnie to samo.   

Ale  żeby  całować  się  z  Aidanem!  Właśnie  z  nim!  Przecież 

początkowo  go  nie  znosiła.  Uważała  go  za  gburowatego,  aroganckiego 
typa  i  była  pewna,  że  on  odwzajemnia  jej  niechęć.  Krytykował  jej 

background image

ubrania,  fryzurę,  pochodzenie  społeczne,  nawet  samochód.  Wciąż  się 
kłócili. To prawda, że ostatnio rzadziej skakali sobie do oczu, a czasem 
nawet się ze sobą zgadzali, ale nie do tego stopnia, żeby ich znajomość 
mogła przerodzić się w coś więcej.   

Zresztą on może wcale tego nie pragnął. Prawdopodobnie już żałował 

swojego postępku. Przecież wyraźnie powiedział, że zawiódł pokładane 
w  nim  zaufanie.  Cóż,  może  istotnie  byłaby  to  trafna  ocena  sytuacji, 
gdyby  Henry  oddał  mu  pod  opiekę  jakąś  naiwną  smarkulę.  Ale  ona, 
Lindsay,  była  dorosłą  kobietą,  przyzwyczajoną  do  samodzielnego 
decydowania o sobie! 

Nie  miała  pojęcia,  co  będzie  dalej,  lecz  oczekiwała  jutra  zarówno  z 

obawą, jak i z ciekawością.   

– Co by pani robiła dziś wieczorem w Londynie? – Gwynneth oparła 

się  łokciami  o  blat  recepcji  i  z  rozmarzeniem  w  oczach  popatrzyła  na 
Lindsay.   

– Gdybym akurat nie pracowała? 
– Och, oczywiście. – Gwynneth zachichotała.   
– Czy ja wiem... pewnie spróbowałabym odespać zaległości.   
– A gdyby chciała się pani rozerwać? 
–  Niech  pomyślę.  Chyba  skoczyłabym  z  przyjaciółmi  do  baru  na 

wino.   

– Do baru na wino... – z zachwytem powtórzyła Gwynneth.   
W  jej  ustach  zabrzmiało  to  tak,  jakby  chodziło  o  egzotyczną 

świątynię.  Lindsay  uśmiechnęła  się  mimo  woli  na  myśl  o  zatłoczonym 
lokalu,  gdzie  trzeba  walczyć  o  miejsce  na  wysokim  stołku,  trzy  razy 
przypominać o zamówionym drinku, a potem w nieskończoność czekać 
na wolny stolik.   

–  Później  pewnie  poszlibyśmy  gdzieś  na  kolację  do  włoskiej  albo 

hinduskiej restauracji. Czasem idziemy też do teatru, na balet lub operę. 
Albo potańczyć w nocnym klubie. Ale wątpię, czy zdarzyłoby się to w 
poniedziałkowy wieczór.   

–  W  pani  ustach  brzmi  to  tak  ekscytująco.  To  dopiero  są  rozrywki, 

prawda, Bronwen? 

– Jeśli się lubi takie rzeczy – cierpkim tonem odparła recepcjonistka. 

–  Osobiście  wolę  spokojniejsze  życie.  A  ty,  moja  droga...  –  Bronwen 

background image

złowrogo  łypnęła  na  Gwynneth  sponad  okularów,  które  wkładała  do 
czytania  –  po  paru  takich  nocach  byłabyś  wykończona.  Nie 
wystarczyłoby  ci  siły,  żeby  tak  balować.  Lepiej  się  ogranicz  do 
potańcówki w domu kultury.   

Zbita z tropu Gwynneth ucichła i zaczęła uzupełniać wpisy w kartach 

pacjentów,  a  Lindsay  poszła  nalać  sobie  kawy.  W  korytarzu  spotkała 
wychodzącego z gabinetu Aidana. Widzieli się dzisiaj kilkakrotnie i raz, 
gdy  napotkała  jego  spojrzenie,  on  szybko  odwrócił  wzrok.  Lecz  poza 
tym  w  żaden  sposób  nie  okazał,  że  zdarzyło  się  między  nimi  coś 
szczególnego.   

Teraz wszedł za nią do pokoju śniadaniowego, gdzie akurat siedzieli 

Henry i Judith.   

– Jak udał się twój pierwszy dyżur pod telefonem? – spytał Henry.   
– Doskonałe – zapewniła, może trochę zbyt radośnie.   
– Żadnych trudnych przypadków? 
– Z wyjątkiem jednego, ale sobie poradziłam.   
–  Mówisz  o  pani  Morgan?  –  Judith  podniosła  oczy  znad  czytanego 

czasopisma i włączyła się do rozmowy.   

– Właśnie.   
– Słyszałem o tym od Bronwen. Kto cię wezwał, Lindsay? 
– Prawdę mówiąc, nikt. To był przypadek. – Zerknęła na Aidana, ale 

nadal  stał  odwrócony  plecami  do  niej.  Oblizała  wargi,  które  nagle 
wydały się jej strasznie suche. – Wracałam od pacjenta i postanowiłam 
wpaść do Morganów. Byłam u nich kiedyś z Aidanem i wiedziałam, że 
on często do nich zagląda.   

–  I  odkryłaś,  że  Milly  miała  udar?  –  Judith  nie  posiadała  się 

zdumienia.   

– Tak. A biedny Douglas oczywiście nie mógł nikogo zawiadomić.   
– Co za szczęście, że tam pojechałaś! 
–  Ktoś  wie,  jak  Milly  dzisiaj  się  czuje?  –  spytał  Henry  i  wszyscy 

zerknęli na Aidana. On zaś w końcu musiał na nich popatrzeć.   

– Dzwoniłem do siostry oddziałowej. Stan Milly jest ustabilizowany, 

lecz kilka najbliższych dni będzie mieć decydujące znaczenie.   

– A Douglas? – cicho spytała Lindsay.   
– Załatwiłem mu miejsce w małym domu opieki niedaleko Rhyl. Jeśli 

background image

Milly względnie dojdzie do siebie, też zostanie tam przyjęta.   

–  Dobra  robota  –  pochwalił  Henry.  –  Tych  dwoje  powinno  zostać 

razem.  Lindsay,  kochanie,  mogłabyś  przyjąć  resztę  moich  pacjentów? 
Muszę  jechać  na  zebranie,  które  na  pewno  długo  potrwa,  a  potem 
wolałbym wrócić prosto do Megan.   

– Nie ma sprawy – zapewniła. – Jeśli Aidan się zgodzi.   
– Zaplanowałeś coś dla tej młodej damy na dzisiejsze popołudnie? 
Aidan  pośpiesznie  zaprzeczył  ruchem  głowy  i  tylko  Lindsay 

zauważyła, że trochę się zmieszał. Chyba z powodu sugestii, że mógłby 
chcieć  spędzić  ten  czas  w  moim  towarzystwie,  pomyślała,  a  po  jej 
wargach przemknął cień uśmiechu.   

Dyżur  okazał  się  wyjątkowo  pracowity  i  męczący.  Pacjentów  było 

dużo,  a  niektórzy  bez  ogródek  wyrażali  niezadowolenie  z  powodu 
nieobecności doktora Llewellyna. Pewna kobieta nawet zrezygnowała z 
wizyty, zdecydowana poczekać na swego lekarza.   

Lindsay  miała  wrażenie,  że  ten  trudny  dzień  nigdy  się  nie  skończy, 

ale Gwynneth zawiadomiła ją, że w poczekalni jest jeszcze tylko jedna 
osoba.   

– Kto to taki? Nie mam tu więcej kart.   
– To Hannah Sykes. Nie było jej na liście.   
– Córka pastora baptystów? 
– Tak. Zaraz przyniosę jej kartę.   
Lindsay  ledwie  zdążyła  poruszyć  zdrętwiałymi  barkami  i  obolałą 

szyją, gdy zjawiła się recepcjonistka.   

– Dzięki, Gwynneth. – Lindsay wzięła od niej dużą kopertę. – Doktor 

Lennox jeszcze jest u siebie? – Nie widziała go przez całe popołudnie i 
obawiała się, że już wyszedł, a koniecznie chciała z nim porozmawiać. 
Czuła, że nie może zostawić tego, co zaszło, bez żadnego komentarza.   

–  Tak,  ma  jeszcze  trzech  pacjentów,  a  przed  chwilą  dostał  nagłe 

wezwanie do matki Janet Pearce.   

– No dobrze. Przyślij do mnie tę pannę Sykes.   
Hannah  Sykes  miała  piętnaście  lat,  lecz  z  powodu  poważnej  miny, 

okularów w drucianej oprawce i długich włosów wyglądała na starszą.   

–  Usiądź,  Hannah.  Jestem  doktor  Henderson  i  zastępuję  dzisiaj 

doktora Llewellyna.   

background image

– Myślałam, że on mnie przyjmie.   
–  Chcesz  zapisać  się  do  niego  na  inny  termin?  –  Lindsay  miała 

szczerze dosyć spierania się z kimś, kto woli leczyć się u Henry’ego.   

– Och, nie – zaprzeczyła dziewczyna. – Nawet wolę porozmawiać z 

panią. Lubię doktora Llewellyna, ale on dobrze mnie zna i przyjaźni się z 
moim ojcem, więc czułabym się niezręcznie,  mówiąc  mu, o co  chodzi. 
Widzi pani, ja chyba jestem w ciąży.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

–  Bronwen,  włóż  to,  z  łaski  swojej,  do  przegródki  doktora 

Llewellyna. – Lindsay podała recepcjonistce kartę Hannah Sykes. – Aha, 
czy doktor Lennox już wrócił? 

– Nie, i nadal czeka na niego trzech pacjentów.   
– Wobec tego ja ich przyjmę. Przyślij pierwszego.   
Co prawda była wykończona i marzyła tylko o tym, aby powlec się na 

górę do swego mieszkanka, uznała jednak, że powinna pomóc Aidanowi, 
skoro miał nagłe wezwanie.   

Pierwszy  pacjent  cierpiał  na  ostre  zapalenie  pęcherza,  a  drugi  na 

nadkwasotę.  Lindsay  postawiła  diagnozę  i  wypisała  stosowne  leki,  a 
odnosząc  kolejną  kartę,  dowiedziała  się,  że  Aidan  właśnie  przyjmuje 
trzecią zapisaną osobę.   

– W takim razie idźcie już do domu – zasugerowała recepcjonistkom. 

–  Zamknę  za  wami  drzwi,  a  doktor  Lennox  odprowadzi  ostatniego 
pacjenta.   

Chociaż  raz  Bronwen  się  nie  sprzeciwiła  i  po  wyjściu  obu  kobiet 

Lindsay wreszcie poszła do siebie. Co prawda zamierzała porozmawiać z 
Aidanem,  lecz  doszła  do  wniosku,  że  po  takim  dyżurze  oboje  są  zbyt 
zmęczeni, aby podejmować dyskusję na tematy osobiste.   

Z  ulgą  zdjęła  pantofle,  nalała  sobie  kieliszek  wina,  nastawiła  płytę 

kompaktową  i  trochę  się  odprężyła.  Przez  cały  dzień  usiłowała  jakoś 
radzić  sobie  z  napięciem  wywołanym  wczorajszą  intymnością,  ale 
czasem miała wrażenie, że zaraz eksploduje.   

Ledwie  zdążyła  odchylić  głowę  na  oparcie  kanapy  i  zamknąć  oczy, 

gdy ktoś zapukał do drzwi. Mógł to być tylko Aidan.   

Rzeczywiście stał na progu, wsparty ramieniem o framugę. On także 

wyglądał na śmiertelnie zmęczonego.   

–  Pewnie  skończyłeś  dyżur  i  chcesz,  żebym  za  tobą  zamknęła, 

prawda? – Spojrzała badawczo w jego niebieskie oczy.   

–  Nie.  Przyszedłem  ci  podziękować  za  przyjęcie  moich  dwóch 

pacjentów.   

background image

–  Drobiazg.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Chociaż  tak  mogłam  się 

przydać. – Sądziła, że Aidan teraz sobie pójdzie, ale on nie ruszył się z 
miejsca, tylko patrzył na nią z trochę zakłopotaną miną.   

– Wiem od Gwynneth, że chciałaś się ze mną widzieć.   
– No... tak, ale zrobiło się późno i pewnie jesteś zmęczony.   
– To żaden problem. I chętnie napiłbym się tego wina. Dopiero teraz 

dostrzegła, że trzyma w dłoni kieliszek.   

– Więc wejdź.   
– Trochę tu inaczej niż wtedy, kiedy ja zajmowałem to mieszkanie – 

stwierdził, rozglądając się po pokoju. – Przydała się kobieca ręka.   

Dłoń Lindsay nieco zadrżała podczas nalewania wina i szyjka butelki 

stuknęła o brzeg kieliszka.   

–  Podobno  miałeś  nagłe  wezwanie  –  zagaiła.  Nagle  zapragnęła 

odsunąć chwilę, w której zaczną rozmawiać o sobie. Wskazała gościowi 
miejsce  na  jedynym  fotelu,  a  sama  usiadła  w  rogu  kanapy  i  podwinęła 
nogi pod siebie.   

–  Matka  Janet,  Audrey  Pierce,  miała  zawał,  a  w  drodze  do  szpitala 

drugi. Zmarła, zanim dotarliśmy do izby przyjęć.   

– O Boże! Biedna Janet. Jak to zniosła? 
– Jest otępiała.  Od dawna opiekowała się  matką.  –  Aidan wypił łyk 

wina. – Tak czy owak, jestem ci wdzięczny za wsparcie.   

– Karty tych dwóch osób są w twojej przegródce.   
– Dzięki. Pewnie powiedzieli, co myślą o zastępstwie? 
– I owszem. Za to pacjentka zapisana do Henry’ego była zadowolona, 

że trafiła do mnie. Ale jej kartę zostawiłam Henry’emu.   

– To coś pilnego? 
– Raczej nie. Chodzi o Hannah Sykes.   
– Córkę Petera Sykesa? 
– Tak. Jest w ciąży.   
– O rany! Ile ta dziewczyna ma lat? 
– Piętnaście.   
– Peter i Beth nie będą zachwyceni.   
– Na pewno.   
– Już wiedzą? 
–  Nie.  Ojciec  dziecka,  kolega  ze  szkoły,  też  nie.  To  chyba  był 

background image

jednorazowy wyskok.   

–  Niewiarygodne.  Nigdy  nie  podejrzewałbym  Hannah  o  swobodę 

seksualną. W tej rodzinie obowiązują surowe zasady moralne.   

– Dziewczynom z takich środowisk często się to zdarza. Marzą tylko 

o tym, żeby wyrwać się spod kurateli.   

–  To  prawda,  chociaż  rodzice  dawali  Hannah  i  jej  bratu  Paulowi 

sporo swobody. Wiadomość o tej ciąży będzie dla nich sporym ciosem, 
zwłaszcza z powodu stanowiska Petera.   

– To twoi przyjaciele? 
–  Są  bardziej  zaprzyjaźnieni  z  Henrym  i  Megan.  Wiadomo,  co 

Hannah zamierza? 

– Chyba jeszcze się nad tym nie zastanawiała.   
– Co zrobiłaś? 
–  Cóż,  potwierdziłam  ciążę.  Czwarty  miesiąc.  Obiecałam  też 

poinformować Henry’ego. Hannah sama spróbuje powiedzieć matce, ale 
wspomniałam,  że  w  razie  potrzeby  ja  mogę  z  nią  porozmawiać  lub 
przynajmniej  wesprzeć  Hannah  swoją  obecnością.  Przyznam,  że 
pierwszy raz znalazłam się w takiej sytuacji. Dobrze postąpiłam? 

– Doskonale. Nic innego nie mogłaś zrobić.   
–  Uznałam  też,  że  wszelkie  formularze  wypełnimy  dopiero  po 

rozmowie z matką.   

– Dobry pomysł. Na razie Hannah i tak ma sporo do przemyślenia. – 

Aidan umilkł na chwilę, po czym napotkał wzrok Lindsay.  – Wiem, że 
chciałaś się ze mną zobaczyć – rzekł z wahaniem. – Ja też pragnąłem coś 
wyjaśnić. Chyba chodzi nam o to samo.   

– Możliwe.   
– Mów pierwsza.   
–  Cóż,  zamierzałam  tylko  powiedzieć,  że  taka  atmosfera,  jaką  sami 

stworzyliśmy, jest nie do zniesienia. Czułam się okropnie.   

–  Ja  też.  Wyobrażam  sobie,  jak  oceniłaś  moje  niewybaczalne 

zachowanie.  Dlatego  zrozumiem,  jeśli  postanowisz  skrócić  swoją 
praktykę, i nawet jestem gotów wyjaśnić wszystko Henry’emu.   

– Aidan, proszę cię... – Zerwała się z kanapy.   
–  Wysłuchaj  mnie  do  końca.  –  Aidan  także  wstał.  –  Napastowanie 

seksualne to poważna sprawa i w tej sytuacji mogę tylko jeszcze raz cię 

background image

przeprosić za...   

–  Napastowanie  seksualne?  Daj  spokój.  –  Nie  wiedziała,  czy  śmiać 

się,  czy  płakać.  Ale  Aidan  wydawał  się  autentycznie  przybity,  więc 
delikatnie pogłaskała go po policzku. – Jak możesz mówić takie rzeczy, 
skoro ja zareagowałam w wiadomy ci sposób? 

–  Ale  ja  mam  sobie  za  złe  swoje  zachowanie.  Co  ty  sobie  o  mnie 

pomyślałaś...   

– A nie przyszło ci do głowy, że ja martwię się tym, co ty pomyślałeś 

o mnie? 

–  Nie  rozumiem.  –  Ujął  jej  rękę  i  odsunął,  ale  zatrzymał  w  swojej 

dłoni.   

– Bałam się, że z  powodu mojej reakcji uznasz  mnie  za  babę, która 

jest napalona na każdego. Dzisiaj od rana mnie ignorowałeś, więc nawet 
nie mogłam sprawdzić, co naprawdę o mnie sądzisz.   

– Sugerujesz, że mi wybaczyłaś? 
– Nie było czego. Naprawdę, Aidan. Ale powiedz mi...   
– Co takiego? 
Mocny, ciepły uścisk jego dłoni sprawił, że odniosła wrażenie, jakby 

coś zaczynało w niej topnieć.   

– Dlaczego to zrobiłeś? 
– No cóż... chyba...   
– To był impuls? Bo najpierw na mnie wrzeszczałeś, a zaraz potem...   
–  Wrzeszczałem  na  ciebie,  jak  to  ujęłaś,  żeby  jakoś  nad  sobą 

panować.  Masz  pojęcie,  jak  mi  było  ciężko?  Nie  domyślasz  się,  co  do 
ciebie czuję? 

Zauważyła, że Aidan błądzi spojrzeniem po jej twarzy i włosach, po 

czym  zatrzymuje  wzrok  na  ustach.  I  nagle  stwierdziła,  że  już  nie 
topnieje, tylko czuje ogarniające ją pożądanie.   

– Powiedz mi – szepnęła.   
– Pewnie nie chcesz tego usłyszeć.   
– Przekonajmy się.   
–  Pragnę  cię  od  pierwszej  chwili  –  oświadczył,  wpatrzony  w  jej 

wargi. – Początkowo usiłowałem sobie wmówić, że zanadto się różnimy. 
Ty  jesteś  wyrafinowaną  dziewczyną  z  wielkiego  miasta,  a  ja 
zwyczajnym  chłopakiem  ze  wsi.  Wiedziałem,  że  nawet  na  mnie  nie 

background image

spojrzysz, więc od razu wzniosłem mur.   

– Dlaczego uznałeś, że mnie nie zainteresujesz? 
–  Dałaś  jasno  do  zrozumienia,  że  nie  zadowala  cię  praktyka  pod 

moim  okiem.  Pomyślałem  więc,  że  nie  ma  szans,  abym  odegrał 
jakąkolwiek inną rolę w twoim życiu i postanowiłem zachować dystans. 
A to stało się jeszcze trudniejsze, gdy ogłosiliśmy rozejm i zgodziliśmy 
się  zacząć  naszą  znajomość  od  nowa.  Zaprzyjaźniliśmy  się  i  ledwie 
byłem  w  stanie  trzymać  się  od  ciebie  z  daleka.  Tamtego  dnia,  gdy 
pojechałaś ze mną do Capel Curig, cierpiałem prawdziwe katusze...   

– Co więc się zmieniło, skoro wczoraj... – Lindsay pytająco zawiesiła 

głos.   

–  Cóż,  od  tego  rąbania  i  tak  podniósł  mi  się  poziom  adrenaliny,  a 

kiedy  nagle  cię  zobaczyłem...  Słowo  daję,  w  pierwszej  chwili 
pomyślałem,  że  mam  przywidzenia.  Stałaś  tam  taka  spokojna  i  świeża 
jak  stokrotka  w  tej  kraciastej  bluzce,  a  ja  byłem  zmachany  i  spocony. 
Tak  bardzo cię zapragnąłem, natomiast  ty  zaczęłaś  opowiadać o Milly, 
więc udawałem, że jestem na ciebie zły, bo tylko tak mogłem nad sobą 
zapanować. A potem się rozzłościłaś i... moje hamulce puściły.   

– Och, Aidan... chodź tutaj. – Wzięła w dłonie jego twarz i spojrzała 

mu w oczy.   

– Nie baw się ze mną, Lindsay. Ostrzegam cię, że igrasz z ogniem. Z 

pewnością  nie  mogłabyś  odwzajemnić  moich  uczuć,  a  ja  nie  jestem  z 
drewna, więc lepiej dajmy sobie spokój.   

– Dlaczego sądzisz, że nie masz szans na wzajemność? 
–  Bo  to  po  prostu  nierealne.  Zbyt  wiele  nas  dzieli.  Ty  jesteś 

dziewczyną  światową,  chadzasz  na  wytworne  przyjęcia  i  do  teatru, 
jeździsz na urlopy za granicę, a ja mieszkam na walijskiej prowincji, w 
małym domku, z dwoma psami...   

–  A  gdybym  ci  powiedziała,  że  ja  też  od  razu  wyczułam  jakieś 

iskrzenie  między  nami?  Że  starałam  sieje  zignorować,  po  pierwsze 
dlatego,  że  nadal  nie  doszłam  do  siebie  po  zerwaniu  z  Andrew,  a  po 
drugie,  bo  ty  okazywałeś  mi  tyle  niechęci.  Wmawiałam  sobie,  że  nie 
byłabym  w  stanie  nawet  cię  polubić,  nie  mówiąc  o  czymś  więcej.  Ale 
wczoraj, gdy zacząłeś mnie całować, chciałam, żebyś nigdy nie przestał.   

– Naprawdę? – Patrzył na nią ze szczerym zdumieniem.   

background image

–  Oczywiście.  –  Nadal  trzymając  jego  twarz  w  dłoniach,  stanęła  na 

palcach i delikatnie pocałowała go w usta.  – Więc jak będzie, doktorze 
Lennox?  –  zamruczała.  –  Mógłby  pan  kontynuować  rozpoczęte  dzieło? 
Bo przyznam, że dłużej nie zniosę tego czekania...   

Postanowili  na  razie  zachować  swój  związek  w  tajemnicy,  choć 

Lindsay najchętniej rozgłosiłaby prawdę z dachu najwyższego budynku 
w  Tregadfan.  Ale  musiała  się  zadowolić  tylko  ukradkowymi 
spojrzeniami, muśnięciami ręki i skradzionymi w przelocie całusami.   

–  Wiem,  że  powinienem  powiedzieć  o  nas  Henry’emu  –  stwierdził 

Aidan.  Właśnie  oboje  wrócili  z  objazdowego  dyżuru  i  siedzieli  w 
landroverze, odsuwając w czasie chwilę powrotu do przychodni. – Tylko 
wciąż z tym zwlekam.   

– Sądzisz, że źle to przyjmie? 
– Przeciwnie. Gdy już się oswoi z tą wiadomością, pewnie ucieszy się 

z naszego szczęścia.   

– Czemu nie chcesz zaraz wszystkiego mu wyznać? 
–  Bo  nie  jestem  pewien,  jak  to  wygląda  z  punktu  widzenia  etyki 

zawodowej.  Nigdy  nie  słyszałem  o  lekarzu,  który  romansuje  ze  swoją 
praktykantką. Henry może uznać to za niedopuszczalne i odesłać cię do 
Londynu. Nie zniósłbym rozstania z tobą.   

–  Nie  dramatyzuj.  Małżeństwa  lekarzy  rodzinnych  to  dość 

powszechne zjawisko.   

– Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem.   
– Jakoś rozwiążemy ten problem – pogodnie oświadczyła Lindsay. – 

A teraz lepiej wejdźmy do środka, bo od tego obserwowania nas przez 
okno Bronwen zaraz skręci sobie kark.   

– Może powinienem przy całym personelu namiętnie cię pocałować. 

Ludzie mieliby o czym gadać do końca roku.   

Weszli  do  przychodni  i  Lindsay  z  uśmiechem  pomaszerowała  do 

swojego gabinetu. Bronwen odprowadziła ją spojrzeniem podejrzliwym, 
a Gwynneth – rozmarzonym.   

Lindsay nadal była oszołomiona tym wszystkim, co działo się między 

nią  i  Aidanem.  Wciąż  ją  to  zdumiewało,  wręcz  szokowało.  A 
jednocześnie związek z Aidanem wydawał się jej czymś tak oczywistym, 
jakby został zaplanowany przez wyższą siłę sprawczą, na którą oni oboje 

background image

nie  mieli  żadnego  wpływu.  Lindsay  wiedziała  tylko  tyle,  że  ta  siła 
uczyniła z niej bezradną kobietkę, która pragnie bezustannie przebywać 
z Aidanem.   

Ledwie  zdążyła powiesić  żakiet i usiąść za biurkiem, gdy zabrzmiał 

brzęczyk  interkomu.  Włączyła  aparat  i  ku  swemu  zdziwieniu  usłyszała 
głos Henry’ego. Poprosił, aby zaraz do niego przyszła.   

Dopiero  idąc  korytarzem,  pomyślała,  że  Henry  mówił  dziwnym 

tonem. I zazwyczaj sam wpadał do niej, gdy czegoś sobie życzył. Skoro 
więc  ją  wezwał,  to  musi  chodzić  o  coś  bardzo  ważnego.  Czyżby  o 
Megan?  Lindsay  przyśpieszyła  kroku.  A  jeśli  Henry  wie  o  niej  i 
Aidanie?  Może  widział  ich  razem  lub  coś  usłyszał?  Ale  jakim  cudem? 
Przecież  tak  uważali.  Tyle  tylko,  że  w  takiej  małej  miejscowości  jak 
Tregadfan ludzie wiedzą o sobie wszystko. Nic się nie ukryje.   

Wchodząc  do  gabinetu,  czuła,  że  jej  serce  tłucze  się  jak  szalone. 

Henry  stal  przy  oknie  i  na  szczęście  był  sam.  Lindsay  przez  jedną 
okropną  chwilę  obawiała  się,  że  zastanie  u  niego  Aidana.  Co  prawda 
może to nie byłoby aż takie złe... Razem stawiliby czoło problemowi.   

– A, Lindsay. Usiądź, proszę. – Henry wskazał jej krzesło naprzeciw 

biurka,  a  sam  siadł  przy  nim.  –  Jestem  zmuszony  poruszyć  pewną 
drażliwą sprawę.   

A  więc  stało  się,  pomyślała  Lindsay.  Henry  zaraz  powie,  że 

dowiedział się o ognistym romansie swojego wspólnika z praktykantką. 
Cóż,  najlepiej  wszystkiemu  zaprzeczyć.  Zresztą  jak  tu  mówić  o 
romansie,  skoro  ona  i  Aidan  nawet  jeszcze  nie  poszli  razem  do  łóżka. 
Trzeba więc oświadczyć, że... że...   

Nagle  stwierdziła,  że  Henry  coś  mówi,  lecz  była  taka  pogrążona  w 

myślach, że usłyszała tylko słowo „Megan” i poderwała głowę. Megan? 
A więc to o niej chciał rozmawiać Henry? 

– Z Megan wszystko w porządku? 
–  Z  Megan?  –  Henry  podniósł  wzrok  znad  splecionych  dłoni  i 

spojrzał na nią wyraźnie zdziwiony.   

– Właśnie o niej mówiłeś.   
– Tylko tyle, że odwiedziła ją Juliet, ta przyjaciółka, która pomaga jej 

prowadzić sklep z wyrobami artystycznego rzemiosła.   

– Więc  Megan czuje się  dobrze?  – Lindsay znów poczuła przypływ 

background image

niepokoju.   

– Cóż, nie gorzej...   
– Dzięki Bogu. Już myślałam, że coś jej się stało.   
–  Och,  nie,  Lindsay,  wybacz  mi,  jeśli  cię  przestraszyłem.  Strasznie 

zbladłaś.   

– Głupstwo – mruknęła. – Więc co z tą Juliet? 
– Podobno słyszała we wsi, że Hannah Sykes jest w ciąży.   
– Co takiego?! Przecież jeszcze nikt o tym nie wie.   
– Też tak sądziłem. Wspomniałaś, że Hannah ma przyjść do ciebie z 

matką? 

– Tak, dziś po południu.   
– Kto oprócz ciebie i mnie może znać prawdę? 
–  Tylko  Aidan.  Powiedziałam  mu,  żeby  się  upewnić,  czy  postępuję 

właściwie.   

– Hannah nikomu nie pisnęła ani słowa? 
– Podobno nie. Nawet ów chłopak na razie nie ma o niczym pojęcia.   
–  Cóż,  mogła  wygadać  się  przyjaciółce.  Ale  bardziej  niepokoi  mnie 

inna możliwość: że za przeciek odpowiada ktoś od nas.   

– Przecież sprawę zna tylko nas troje.   
Henry przez chwilę w milczeniu bębnił palcami o blat biurka.   
– I nasz personel? – spytał w końcu.   
– Chyba tak. Wprowadziłam dane do komputera, zrobiłam notatki w 

karcie Hannah i oczywiście wykonałam test ciążowy. Ale... przecież nikt 
nie  paplałby  o  tym  na  prawo  i  lewo.  To  byłoby  naruszenie  tajemnicy 
zawodowej. Nie wyobrażam sobie, żeby Bronwen lub Gwynneth zrobiły 
coś takiego. Nawet Judith chyba nic nie wie.   

–  Ale  przyznasz,  że  informacja  byłaby  łakomym  kąskiem  dla 

plotkarzy. Piętnastoletnia córka pastora baptystów w ciąży! 

– Co zamierzasz? 
–  Najpierw  spytam  Megan  o  szczegóły.  –  Henry  podniósł  się  zza 

biurka.  –  Całe  szczęście,  że  dzisiaj  matka  dziewczyny  o  wszystkim  się 
dowie. Oby tylko wcześniej nie usłyszała tego od kogoś we wsi.   

Lindsay  z  ciężkim  sercem  wróciła  do  gabinetu.  Henry  chyba  nie 

przypuszcza,  że  to  ona  zdradziła  komuś  informację  o  młodocianej 
pacjentce. I bez tego biedak ma dość problemów. A na dodatek czeka go 

background image

kolejna  niespodzianka  –  wiadomość  o  romansie  wspólnika  z 
praktykantką.  Czy  to  będzie  dla  Henry’ego  kolejny  powód  do 
zmartwienia? Na myśl o tym Lindsay ogarnęły wyrzuty sumienia. Zaraz 
jednak  doszła  do  wniosku,  że  Henry  powinien  wiedzieć,  co  się  święci. 
Miała zamiar porozmawiać z Aidanem i wraz z nim w oględny sposób 
poinformować o wszystkim Henry’ego.   

Ale  później,  gdy  spotkali  się  na  kawie  w  pokoju  śniadaniowym,  na 

widok  miny  Henry’ego  zapomniała  o  swoim  postanowieniu. 
Najwyraźniej  bowiem  Henry  już  powiedział  Aidanowi  o  przecieku  w 
sprawie Hannah Sykes.   

– Dowiedziałeś się czegoś nowego, Henry? – spytał Aidan.   
–  Owszem,  i  to  czegoś  najgorszego.  Na  moją  prośbę  Megan 

zadzwoniła do Juliet i spytała, gdzie Juliet usłyszała tę nowinę o Hannah. 
Okazało  się,  że  w  bibliotece  rozmawiały  o  tym  dwie  kobiety.  Nie 
mówiły szeptem, więc Juliet uznała, że chodzi o fakt ogólnie znany.   

– Kim były te panie? – spytał Aidan.   
–  Żona  rzeźnika  dowiedziała  się  o  ciąży  Hannah  od...  Bronwen 

Matthews.   

Lindsay gwałtownie wciągnęła powietrze.   
–  Zamierzam  niezwłocznie  rozwiązać  ten  problem  –  oświadczył 

Henry. – Chciałem tylko najpierw was uprzedzić.   

–  Zwolnisz  ją,  prawda?  –  W  głosie  Aidana  nie  było  cienia 

wątpliwości.   

–  Oczywiście.  W  umowie  o  pracę  jest  wyraźnie  zaznaczone,  że 

zostanie  natychmiast  rozwiązana  w  przypadku  naruszenia  tajemnicy 
zawodowej.   

– Gwynneth da sobie sama radę? – spytała Lindsay.   
– Będziemy jej pomagać, dopóki kogoś nie zatrudnimy.   
– Biedny Henry – po jego wyjściu mruknął Aidan. – Nie znosi takich 

sytuacji, ale jak widać, wszystko może się zdarzyć. Przyznam, że trudno 
mi  w  to  uwierzyć.  Dałbym  głowę  za  to,  że  Bronwen  to  wcielenie 
zawodowej lojalności.   

–  Pomyślałam,  że  powinniśmy  powiedzieć  Henry’emu  o  nas. 

Wolałabym, żeby nie dowiedział się tego z plotek.   

– Masz rację, ale teraz chyba nie jest odpowiedni moment. Bronwen 

background image

na pewno urządzi scenę, a Gwynnetłi zaleje się łzami.   

– Nie ucieszy się? Przecież Bronwen zawsze dawała się jej we znaki.   
– Z Gwynneth nigdy nic nie wiadomo. Podejrzewam, że w tej chwili 

już żałuje Bronwen.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

–  Więc  Gelert  był  psem?  –  Lindsay  przetoczyła  się  po  trawie,  aby 

spojrzeć ze wzgórza na leżącą w dole wieś Beddgelert.   

– Tak. – Aidan usiadł obok Lindsay. – Tam jest jego grób.   
– Opowiedz mi tę legendę.   
–  Dawno  temu  pan  Gelerta,  walijski  książę,  polecił  mu  pilnować 

swojego  maleńkiego  synka.  Gdy  wrócił,  dziecka  nie  było,  a  pies  miał 
zakrwawiony  pysk.  Książę  uznał,  że  Gelert  je  zaatakował  i  zabił,  więc 
wyciągnął mecz i przebił nim psa.   

– On rzeczywiście zagryzł to dziecko? 
– Nie. Dziecko wkrótce znaleziono żywe obok ciała martwego wilka. 

Stało  się  jasne,  że  Gelert  uratował  niemowlę,  stoczywszy  zwycięską 
walkę z wilkiem. To jego krew miał na pysku. Książę tak bardzo żałował 
swojego czynu, że kazał sprawić Gelertowi wspaniały pochówek, a grób 
istnieje do dziś.   

– Smutna historia. – Lindsay spojrzała na Jessa i Skippera, które tuż 

obok wylegiwały się na słońcu. – Ale dowodzi, że pies to najwierniejszy 
przyjaciel człowieka, prawda? 

– Bez wątpienia. Szkoda, że niektórzy ludzie nie są tacy lojalni.   
– Myślisz o Bronwen.   
–  Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że  jest  do  tego  zdolna.  –  Aidan  z 

westchnieniem przewrócił się na wznak. – Ale pozory mylą.   

– Jak sądzisz, co ona teraz zrobi? 
– Bóg raczy wiedzieć. W Tregadfan na pewno nie dostanie pracy. Nie 

zdziwiłbym się, gdyby stąd wyjechała.   

– Ale dokąd? 
– Może do Llangollen? Podobno ma tam rodzinę. Przez chwilę oboje 

w  milczeniu  przetrawiali  wydarzenia  z  minionego  tygodnia.  Wokół 
panowała  rozkoszna  cisza,  którą  mącił  jedynie  cichy  szum  silnika 
przelatującej w pobliżu awionetki, beczenie owiec i dobiegający z daleka 
dźwięk kościelnego dzwonu.   

–  A  propos  Bronwen...  –  Lindsay  nagle  uznała,  że  musi  wyjaśnić 

background image

swoje  wątpliwości.  –  Było  coś  kiedyś  między  wami?  –  spytała, 
delikatnie muskając twarz Aidana źdźbłem trawy.   

– Czemu pytasz? – Aidan uchylił jedno oko.   
–  Raz  czy  dwa  odniosłam  wrażenie,  że  ona  uważa  cię  za  swoją 

wyłączną  własność.  Poza  tym  chyba  mnie  nie  lubiła  i  nie  była 
zachwycona  faktem,  że  praktykuję  pod  twoją  opieką.  To  dawało  do 
myślenia.   

– Z Bronwen nigdy nic mnie nie łączyło, ale ona miała ochotę na coś 

więcej niż stosunki służbowe. Nieraz to sugerowała.   

– Nie chciałeś się z nią związać? 
– Nigdy w życiu! Od razu postawiłem sprawę jasno.   
– Więc to nie Bronwen cię zawiodła? 
– Nie rozumiem. – Aidan przymrużył oczy, bo raziło go słońce.   
– Wspomniałeś coś o tym, gdy opowiedziałam ci o zdradzie Andrew.   
– Rzeczywiście, mam za sobą doświadczenia podobne do twoich. Ale 

nie z Bronwen. – Aidan umilkł, a Lindsay pomyślała, że nawet teraz jej 
się nie zwierzy. – To zdarzyło się wiele lat temu – wyjaśnił w korku. – 
Po  śmierci  ojca  nadal  mieszkałem  z  matką  w  Irlandii,  a  potem 
wyjechałem do Anglii na studia. Moja dziewczyna, Sineard, obiecała na 
mnie czekać.   

– Ale nie dotrzymała obietnicy? 
– Wkrótce wyszła za mojego najlepszego przyjaciela.   
– Podwójna zdrada? 
– Właśnie.   
– Więc naprawdę wiedziałeś, co przeżyłam? 
– Aż za dobrze. – Wziął ją w ramiona i pochylił się nad nią, a jego 

ciepłe usta spoczęły na jej wargach.   

Zamierzała  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  tamtej  dziewczynie,  o 

jego matce i życiu w Irlandii, lecz gdy poczuła na wargach czubek jego 
języka, a na piersiach dotyk dłoni, zalała ją fala pożądania. Podniecenie 
prawie sięgnęło zenitu, gdy rozległ się natarczywy dzwonek telefonu.   

Lindsay przez chwilę sądziła, że Aidan to zignoruje, ale zwyciężyło 

poczucie  lekarskiego  obowiązku.  Doktor  Lennox  z  cichym 
przekleństwem  sięgnął  do  kieszeni  leżącej  na  trawie  kurtki  i  wyjął 
brzęczącą komórkę.   

background image

– Tak, to ja – rzekł po chwili. – W Beddgelert... Oczywiście, możemy 

wrócić tamtędy... Tak, Lindsay jest ze mną. – Wyłączył aparat i skrzywił 
się. – Pora wziąć się do roboty, doktor Henderson. – Wstał i pomógł jej 
się podnieść. – Przydzielono nam ambitne zadanie.   

– Co się stało? 
– Clarrie  Williams zaczęła rodzić, a  położnej popsuł się  w  Glasfryn 

samochód.  Wezwała  pomoc  drogową,  a  Henry  jedzie  do  pacjenta  w 
Gwytherin.   

– To  na co czekamy?  –  Lindsay chwyciła go za  rękę i razem zeszli 

stromą, kamienistą ścieżką na dół, gdzie stał zaparkowany landrover.   

– Oby Clarrie wzięła na wstrzymanie – mruknął Aidan, gdy wyjechali 

na  wąską,  górską  drogę.  –  Czwarte  dziecko  zazwyczaj  strasznie  się 
śpieszy na ten świat.   

– Henry się zdziwił, że wolny dzień spędzamy razem? 
– Chyba nie. – Aidan uśmiechnął się szeroko.   
– Jak zareagował, kiedy się o tym dowiedział? 
– Wielce wymownym tonem powiedział: „Ach tak...” 
– Uważasz, że o nas wie? 
– Coś mi mówi, że Henry wszystkiego się domyśla.   
– Musimy jak najszybciej go oświecić.   
– Poczekajmy, aż ucichnie sprawa Bronwen.   
– Sądzisz, że będzie trudno znaleźć kogoś na jej miejsce? 
– Chyba znam kogoś odpowiedniego.   
–  Naprawdę?  Myślałam,  że  tutaj  niełatwo  o  wykwalifikowany 

personel.   

–  W  zasadzie  tak,  ale  tym  razem  chyba  można  mówić  o  szczęściu. 

Jeszcze  nie  mam  pewności,  ale  wydaje  mi  się,  że  Janet  Pearce  byłaby 
zainteresowana pracą u nas.   

– Ona? Przecież właśnie straciła matkę.   
– Na pewno potrzebuje trochę czasu, lecz po pogrzebie i załatwieniu 

spraw rodzinnych nie będzie siedzieć z założonymi rękami.   

–  Mówiłeś,  że  była  siostrą  przełożoną.  Nie  wolałaby  wrócić  na  taki 

etat? 

–  Janet  kiedyś  mi  powiedziała,  że  już  dawno  pracowała  w  swoim 

zawodzie  i  pewnie  nie  dałaby  sobie  rady.  Ale  ze  swoim  medycznym 

background image

doświadczeniem idealnie nadawałaby się do poradni. Co ty na to? 

– Wspaniałe rozwiązanie.   
–  Wiem,  że  w  przypadku  śmierci  matki  zamierzała  znaleźć  pracę  i 

kontynuować ją aż do osiągnięcia wieku emerytalnego, a jest dopiero po 
pięćdziesiątce.   

– Dogada się z Gwynneth? 
– Na pewno. Janet ma ciepłą osobowość, a Gwynneth to doceni. Poza 

tym  Janet  to  osoba  bystra,  pracowita  i  dobrze  zorganizowana,  więc 
stworzą doskonały duet. Będziemy zadowoleni.   

– Gwynneth wreszcie odetchnie, bo nikt nie będzie jej terroryzował.   
– Masz na myśli Bronwen? 
– Tak. Robiła z życia Gwynneth piekło.   
–  Nie  przypuszczałem,  że  było  aż  tak  źle.  Czemu  nic  mi  nie 

powiedziałaś? 

– Gwynneth błagała mnie o milczenie. – Lindsay westchnęła ciężko. 

– Ale szkoda, że jej posłuchałam. Rozmawiałeś z Henrym o zatrudnieniu 
Janet? 

– Nie, chciałem najpierw spytać ciebie o zdanie.   
– Uważam, że to świetny pomysł, oczywiście, jeśli Janet się zgodzi.   
Przed domem czekał na nich Rufus. Miał taką zasępioną minę, jakby 

na jego szczupłych barkach spoczywały wszystkie troski świata. Lindsay 
zrobiło się żal nastolatka.   

– Gdzie mama? – spytał Aidan.   
– Na górze, w sypialni.   
Lindsay i Aidan pobiegli do wnętrza.  Tym  razem  nie  było czasu na 

podziwianie  gęgających  gęsi  ani  na  pogawędki  z  kimkolwiek.  W  kącie 
saloniku siedziała najwyraźniej przerażona Evie i nieco starszy chłopiec, 
chyba ów Jared, a u szczytu schodów stał Dai.   

–  Dzięki  Bogu,  że  już  pan  przyjechał,  doktorze  –  zawołał  na  widok 

Aidana. – Coś jest nie tak. Poprzednio było zupełnie inaczej.   

Lindsay  weszła  za  Aidanem  do  ciasnej,  zabałaganionej  sypialni. 

Odziana  tylko  w  trykotową  koszulę  nocną  Clarrie  leżała  na  łóżku,  była 
spocona i szara na twarzy. Obu rękami kurczowo ściskała kłęby zmiętej 
pościeli i nagle jęknęła, gdy chwycił ją silny skurcz.   

–  Już  dobrze,  Clarrie,  jesteśmy  przy  tobie.  –  Aidan  jednym  ruchem 

background image

odsunął  jakieś  rupiecie  i  postawił  na  komodzie  lekarską  torbę.  –  Zaraz 
sprawdzimy,  co  knuje  twój  dzidziuś.  –  Zręcznie  włożył  lateksowe 
rękawiczki  i  przystąpił  do  badania,  następnie  gestem  poprosił  Lindsay, 
aby z nim podeszła do okna.   

– Jakiś problem? – spytała przyciszonym tonem.   
–  Rozwarcie  ma  siedem  centymetrów,  ale  dziecko  jest  odwrócone 

twarzą do kości łonowej.   

– To oznacza poród kleszczowy? 
–  Niekoniecznie.  Czasem  dziecko  samo  się  obraca  lub,  jeśli  matka 

okaże  się  wytrzymała,  może  urodzić  w  klasyczny  sposób.  Clarrie  na 
pewno tego pragnie.   

– Jaki jest stan dziecka? 
– Tętno w normie. Zadzwonię do siostry Mackett i dowiem się, kiedy 

zdoła  tu  dotrzeć.  Jeśli  Clarrie  ma  urodzić  normalnie,  trzeba  przywieźć 
tlen.   

–  O  co  chodzi?  –  od  drzwi  zawołał  Dai.  –  Coś  nie  w  porządku, 

prawda? 

–  Dziecko  jest  w  nietypowej  pozycji,  ale  to  nic  strasznego  –  odparł 

Aidan.   

– Nie chcę jechać do szpitala. – Clarrie podciągnęła się nieco wyżej.   
–  Mam  nadzieję,  że  to  nie  będzie  konieczne,  Clarrie.  Tętno  dziecka 

jest  miarowe  i  silne.  Wszystko  zależy  od  tego,  czy  zanadto  się  nie 
zmęczysz.   

– Nie. – Clarrie mocno przygryzła dolną wargę.   
– Wobec tego powinniśmy się wziąć do roboty – oświadczył Aidan. – 

Siostra Mackett zmyje nam głowy, jeśli nic nie przygotujemy.   

–  Trochę  tu  posprzątam  –  zaproponowała  Lindsay,  a  Aidan  spojrzał 

na  nią  z  wdzięcznością.  –  Dai,  mógłby  pan  z  chłopcami  zrobić  dla 
wszystkich herbatę? Clarrie, gdzie są rzetzy dla dziecka? 

– W tamtej szafce, a łóżeczko stoi w sąsiednim pokoju. Myślałam, że 

będzie  potrzebne  dopiero  w  przyszłym  tygodniu.  Poprzednie  dzieciaki 
były  o  parę  dni  przenoszone.  Ach...  –  Clarrie  gwałtownie  wciągnęła 
powietrze, bo chwycił ją kolejny skurcz.   

Aidan  siedział  przy  pacjentce,  natomiast  Lindsay  zajęła  się 

porządkowaniem  sypialni.  Zebrała  porozrzucaną  garderobę,  niektóre 

background image

rzeczy  poskładała  i  włożyła  do  szuflad,  inne  zaś  powiesiła  w  szafie. 
Przyniosła też drewniane łóżeczko i postawiła je w nogach dużego łóżka. 
Niemowlęce  ubranka  pieluszki  i  przybory  toaletowe  znalazła  starannie 
poukładane  w  narożnej  szafce.  Clarrie  najwyraźniej  była  doskonale 
przygotowana do narodzin dziecka.   

Po  chwili  Rufus  przyniósł  tacę  z  herbatą.  Wchodząc  do  sypialni,  z 

lekka  przerażony  zerknął  na  matkę,  jakby  się  spodziewał  zobaczyć  coś 
strasznego.   

–  Nie  ma  się  czego  obawiać,  Rufus  –  zapewnił  go  Aidan.  –  Twoja 

mam  czuje  się  całkiem  dobrze.  Właśnie  obstawiamy,  kto  zjawi  się 
pierwszy, noworodek czy siostra Mackett Clarrie, Dai asystował ci przy 
poprzednich porodach? 

– Tak... przy wszystkich.   
–  Rufus,  powiedz  tacie,  żeby  tu  przyszedł,  gdy  wypije  herbatę.  Nie 

powinna go ominąć czwarta atrakcja.   

–  Co  jeszcze  mogłabym  zrobić?  –  Lindsay  pytająco  spojrzała  na 

Aidana.  Już  zdążyła  posłać  łóżeczko  i  poczynić  inne  niezbędne 
przygotowania. Teraz wzięła kubek i wypiła łyk.   

–  Jeśli  ten  maluch  wygra  wyścig  i  zjawi  się  przed  położną,  jak 

chciałabyś go przyjąć? 

–  Przyznam,  że  minęło  sporo  czasu  od  ostatniego  przyjmowanego 

przeze mnie porodu – mruknęła.   

–  Więc  to  będzie  kolejne  zawodowe  doświadczenie.  My,  lekarze 

rodzinni,  nigdy  nie  wiemy,  czego  się  spodziewać.  Może  więc 
sprawdzisz, co zaszło, kiedy radośnie popijaliśmy herbatkę.   

Lindsay z wahaniem wciągnęła rękawiczki i zbadała Clarrie.   
–  Tętno  płodu  nadal  silne  –  stwierdziła  po  chwili.  –  Rozwarcie  na 

dziesięć centymetrów, można wyczuć ciemiączko przednie.   

– Gdzie Dai? – wydyszała Clarrie.   
–  Tutaj,  kochanie.  –  Niezauważony  przez  nikogo,  Dai  wrócił  do 

pokoju, usiadł przy łóżku i wziął żonę za rękę.   

–  Clarrie  i  ten  maluszek  postanowili  nie  czekać  ani  na  tlen,  ani  na 

siostrę Mackett – pogodnie stwierdził Aidan.   

– Chcę... przeć... – Clarrie pośmiała na twarzy z wysiłku.   
– Wszystko będzie dobrze? – Dai z niepokojem spojrzał przez ramię 

background image

na dwoje lekarzy.   

–  Spokojna  głowa,  Dai  –  zapewnił  go  Aidan.  –  Dziecko  przyjmie 

doktor Henderson, która jest jednym z najlepszych fachowców w kraju. 
Jej obecność to dla nas zaszczyt.   

Aidan porozumiewawczo  mrugnął do Lindsay, po czym oboje znów 

skupili uwagę na pacjentce.   

–  Już  widać  główkę  –  po  paru  minutach  triumfująco  oznajmiła 

Lindsay. – Clarrie, teraz musisz trochę podyszeć. O, właśnie tak. Od razu 
widać, że znasz się na rzeczy. Dobra robota. – Kątem oka zauważyła, że 
Aidan napełnia strzykawkę, ale nie miała zielonego pojęcia czym.   

Po chwili wysunęła się cała główka dziecka – buzią do góry, zamiast 

do dołu – i właśnie wtedy Aidan zrobił Clarrie zastrzyk.   

–  To  synometrin  –  mruknął  –  żeby  zapobiec  ewentualnemu 

krwotokowi w ostatniej fazie porodu.   

–  Oczywiście.  –  Lindsay  przypomniała  sobie  o  zastosowaniu  tego 

leku i po kolejnym skurczu zręcznie pomogła przyjść na świat maleńkiej 
istotce. Najpierw pojawiły się drobne ramionka, a zaraz potem  – reszta 
ciałka.   

– Dziewczynka! – radośnie obwieściła Lindsay, kładąc maleństwo na 

piersi  matki.  –  Jaka  śliczna!  –  Przełknęła  ślinę,  czując  pod  powiekami 
łzy wzruszenia.   

Clarrie  i  Dai  rozpływali  się  z  zachwytu  nad  swoją  córeczką,  a 

Lindsay  w  tym  czasie  przecięła  pępowinę  i  odebrała  łożysko.  Właśnie 
wtedy  zjawiła  się  siostra  Mackett.  W  sypialni  powitały  ją  cztery 
rozpromienione twarze.   

– Widzę, że już nie jestem potrzebna.   
–  Cześć,  siostro.  –  Clarrie  uśmiechnęła  się  szeroko.  –  Dzidziuś  nie 

mógł się pani doczekać.   

– I co my tu mamy? – Położna popatrzyła na malutką, pomarszczoną 

twarzyczkę.   

– Dziewuszkę. – Dai również był przejęty do łez.   
–  Wasze  dzieciaki  też  chcą  rzucić  okiem  na  nową  siostrzyczkę  – 

zauważyła  siostra  Mackett.  –  Będzie  tu  trochę  ciasno,  ale  niech  wejdą 
chociaż na moment.   

–  O,  tak  –  zgodziła  się  Clarrie.  –  Niech  ją  poznają.  Starsze  dzieci 

background image

wsunęły  się  do  pokoju.  Rufus  był  trochę  zakłopotany,  Jared  – 
najwyraźniej  niepewny,  a  Evie  –  taka  zachwycona,  że  ojciec  musiał  ją 
przytrzymać,  bo  inaczej  przewróciłaby  się  na  matkę.  Cała  trójka 
posłusznie  ją  cmoknęła  w  policzek  i  obejrzała  noworodka.  Na 
odchodnym Jared nagle odwrócił się i zapytał: 

– Ma jakieś imię? 
Clarrie zerknęła na męża, który leciutko skinął głową.   
–  Tak.  Już  wiemy,  jak  ją  nazwiemy.  –  Clarrie  westchnęła  z 

zadowoleniem. – Lindsay.   

 
–  To  chyba  definitywnie  załatwia  sprawę  –  stwierdził  Aidan,  gdy 

odjeżdżali z farmy.   

–  O  czym  mówisz?  –  Lindsay  przestała  machać  Williamsom  na 

pożegnanie i odwróciła się do Aidana.   

– O fakcie nadania dziecku twojego imienia. To oczywisty dowód, że 

miejscowa społeczność wreszcie cię zaakceptowała.   

– Tak sądzisz? – Lindsay zarumieniła się z radości.   
– Jestem tego pewien. Ta rodzina znalazła dla ciebie trwałe miejsce w 

swoim  sercu.  W  zasadzie  dobrze  ich  rozumiem.  –  Zdjął  z  kierownicy 
jedną  rękę  i  mocno  ścisnął  dłonie  Lindsay.  –  Wykonałaś  kawał 
wspaniałej roboty. Nie masz pojęcia, jaki jestem z ciebie dumny.   

–  Nadal  kręci  mi  się  w  głowie.  Obserwowanie  narodzin  dziecka  to 

niezapomniane przeżycie, ale przyjęcie noworodka naprawdę człowieka 
uskrzydla.  Starałam  się  nie  rozkleić,  ale  przyznam,  że  pod  koniec 
miałam wielką ochotę rozbeczeć się z radości.   

– Nie ty jedna.   
– Ty też? – Była zdumiona, że przyznał się do czegoś takiego.   
– To mnie wzrusza za każdym razem.   
–  Williamsowie  sprawiali  dzisiaj  wrażenie  bardziej  pogodnych  niż 

podczas naszej poprzedniej wizyty.   

– Dai podobno jeździ na fizykoterapię. Sąsiad  go wozi dwa razy na 

tydzień. Może w końcu ta rodzina zobaczy światełko na końcu tunelu.   

– Oby tak się stało.   
–  Lindsay  –  powiedział,  gdy  dojeżdżali  do  Tregadfan.  Odezwał  się 

tak  poważnym  tonem,  że  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem.  On  zaś 

background image

przez  chwilę  milczał,  więc  tylko  przyglądała  się  jego  profilowi. 
Wyraziste  rysy  tego  mężczyzny  w  takim  krótkim  czasie  stały  się  takie 
znajome – i takie kochane.   

–  Chyba  powinniśmy  zaraz  zobaczyć  się  z  Henrym  i  poinformować 

go o nas.   

– Myślałam, że chcesz poczekać, aż ucichnie sprawa Bronwen.   
–  Początkowo  sadziłem,  że  tak  będzie  lepiej,  ale  byłoby  okropnie, 

gdyby  dowiedział  się  o  nas  od  osoby  postronnej.  Poza  tym  chyba  nie 
zdołam dłużej ukrywać tego, co do ciebie czuję. Kocham cię, Lindsay, i 
pragnę rozgłosić to na cały świat.   

Zjechał  na  pobocze,  zgasił  silnik  i  wziął  ją  w  ramiona.  Jego 

pocałunek  wyrażał  tyle  pragnienia,  że  puls  Lindsay  przyśpieszył  jak 
szalony.  Jess  szczeknął  krótko,  lecz  nikt  nie  wysiadał,  więc  pies  znów 
ułożył się wygodnie i oparł pysk na przednich łapach.   

– Co zrobimy – spytała Lindsay, gdy w końcu odsunęli się od siebie – 

jeśli Henry uzna, że nie powinieneś zajmować się moim szkoleniem? 

–  Gdybyś  musiała  kontynuować  praktykę  w  Londynie?  Pewnie 

pojechałbym z tobą i znalazł sobie nową pracę.   

–  Uczyniłbyś  to?  –  Z  rozmarzeniem  błądziła  wzrokiem  po  jego 

twarzy.   

– Oczywiście – zapewnił bez wahania. – Nie zniósłbym rozłąki z tobą 

i nie zamierzam ryzykować, że cię stracę.   

–  Och,  Aidan  –  szepnęła.  –  Nie  stracisz  mnie.  Nigdy.  –  Delikatnie 

pogłaskała go czubkami palców po policzku. – Poza tym jest szansa, że 
Henry  wszystkiego  się  domyśla  i  nie  będzie  miał  nic  przeciwko 
kontynuacji aktualnego układu.   

–  Możemy  to  sprawdzić  tylko  w  jeden  sposób.  –  Aidan  przekręcił 

kluczyk w stacyjce.   

Na dworze zapadał zmrok, gdy dojechali do domu Llewellynów.   
–  Chyba  mają  gości  –  stwierdził  Aidan,  parkując  za  autem,  które  z 

pewnością nie należało do gospodarzy.   

–  Może  nie  powinniśmy  przeszkadzać...  –  mruknęła  Lindsay.  – 

Wpadniemy kiedy indziej.   

– Za późno. Henry nas widział.   
Za szybą rzeczywiście zafalowała firanka i zaraz ktoś otworzył drzwi.   

background image

– Witajcie. – Henry miał dziwną minę. – Wszystko poszło dobrze? 
– Tak, Clarrie urodziła córeczkę. Lindsay ją przyjęła.   
– Gratuluję, Lindsay. Dobrze, że wpadłaś, bo masz gościa.   
– Gościa? – spytała zdumiona.   
–  Tak.  Jest  tutaj.  –  Henry  gestem  wskazał  jej  swój  gabinet  Czyżby 

ojciec?  Byłoby  to  naprawdę  cudowne  zrządzenie  losu.  Już  dzisiaj 
poznałby  Aidana  i  dowiedział  się  o  ich  planach.  Weszła  do  pokoju  i 
przystanęła,  a  jej  serce  na  moment  zamarło,  gdy  stojący  przy  oknie 
mężczyzna się odwrócił. Był to Andrew Barlow.   

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

–  Andrew!  –  Patrzyła  na  niego  oszołomiona,  zauważyła  jednak,  że 

Henry dyskretnie się wycofał, zamykając za nią drzwi. – Co tutaj robisz? 

Andrew  odetchnął  głęboko,  a  jego  nozdrza  charakterystycznie  się 

rozdęły, co kiedyś wydawało się jej takie zmysłowe.   

– Przyjechałem, żeby zabrać cię do domu, Lindsay.   
–  Zabrać  mnie  do  domu?  Cóż  to  niby  ma  znaczyć?  –  Zaniepokoiła 

się,  tknięta  nagłą  myślą.  –  Chyba  nic  się  nie  stało?  Mój  ojciec... 
wszystko z nim w porządku? 

– Oczywiście. Lindsay, chodzi mi o ciebie. Najwyższa pora skończyć 

te wygłupy i wracać do Londynu.   

– O czym ty gadasz? – syknęła gniewnie. – Jakie wygłupy? 
Cały  czas  pamiętała  o  obecności  Aidana  oraz  o  tym,  co  oboje 

zamierzali powiedzieć Henry’emu. Bóg raczy wiedzieć, co Aidan sobie 
pomyśli,  dowiedziawszy  się,  że  jej  były  chłopak  pojawił  się  nagle,  jak 
grom z jasnego nieba.   

–  Wiesz,  o  co  mi  chodzi.  O  całą  tę  zabawę  –  parsknął  Andrew, 

zataczając rękami krąg, jakby chciał objąć pół wsi.   

– Tę durną ucieczkę do Walii.   
– Nie uciekłam do Walii – oświadczyła twardym tonem.   
– Pracuję tutaj i jednocześnie odbywam praktykę.   
–  Nie  musiałaś  w  tym  celu  zwiewać  na  prowincję!  W  Londynie  też 

mogłabyś to odwalić, prawda? 

–  Owszem  –  wycedziła,  urażona  jego  podejściem.  –  Ale 

postanowiłam stamtąd wyjechać.   

– Uciekłaś.   
– Niby przed czym? 
– Przed tą niefortunną sytuacją, w której się znaleźliśmy.   
–  Cóż  za  eufemistyczne  określenie!  –  Lindsay  nie  posiadała  się  ze 

zdumienia, że można być tak bezczelnym. – Ja nazwałabym to bardziej 
trafnie: po prostu zdradą.   

– Och, nie przesadzaj, kochanie. Przecież nie byliśmy małżeństwem, 

background image

ani nawet się nie zaręczyliśmy.   

–  Ale  mieszkaliśmy  razem,  Andrew.  Może  dla  ciebie  nic  to  nie 

znaczy, lecz ja uważałam, że żyjemy w normalnym związku. Nie  mam 
zwyczaju zapraszać pod swój dach obcych mężczyzn.   

–  Oczywiście,  że  nie...  –  Andrew  pozwolił  sobie  na  przelotne 

zawstydzenie,  po  czym  znów  uśmiechnął  się  z  wrodzoną  pewnością 
siebie,  święcie  przekonany,  że  jak  zwykle  zdoła  Lindsay  zauroczyć.  – 
Skarbie,  daj  spokój.  Przecież  już  dawno  cię  przeprosiłem.  Chętnie 
uczynię to jeszcze raz i chyba możemy o wszystkim zapomnieć. Szkoda 
byłoby  zniszczyć  to,  co  nas  łączyło.  Nie  zaprzeczysz,  że  było  nam 
naprawdę  dobrze  razem,  prawda?  –  Andrew  ruszył  w  jej  kierunku, 
najwyraźniej zamierzając chwycić ją w objęcia.   

–  Nie,  Andrew,  nie  zaprzeczę.  –  Szybko  cofnęła  się  do  okna.  – 

Kiedyś istotnie było nam dobrze. Ale to się skończyło. Nie ma już „nas”.   

– Nic straconego – zapewnił z naciskiem. – Zaczniemy wszystko od 

nowa! 

– To wykluczone. Już ci nie ufam.   
– Ale gdybyś spróbowała...   
– Nie,  Andrew.  Zawsze  zastanawiałabym  się, gdzie jesteś i z kim, i 

czy przypadkiem znów mnie nie zdradzasz. Wybacz, ale to koniec.   

– Myślałem, że mnie kochasz.   
– Ja też.   
Patrzył na nią, najwyraźniej rozjątrzony, lecz wciąż nie docierało do 

niego, że nie ma żadnych szans.   

– Nadal uważam, że to tylko twój idiotyczny kaprys – oświadczył, nie 

dając za wygraną. – Gdybyś tylko przestała się Wygłupiać i wróciła ze 
mną do Londynu, z pewnością moglibyśmy wszystko naprawić.   

Lindsay prawie zrobiło się go żal. Wiedziała jednak, że musi raz na 

zawsze uświadomić Andrew, że nie ma powrotu do przeszłości.   

– Przykro mi, że przejechałeś taki kawał drogi na próżno...   
– Nie musi tak być! 
– Ale tak się składa – ciągnęła, nie dając mu dojść do słowa – że w 

moim życiu pojawił się ktoś inny...   

–  Wszystko  w  porządku,  Lindsay?  –  Henry  właśnie  zamknął  za 

Andrew drzwi i wszedł do gabinetu.   

background image

– Tak – odparła z westchnieniem.   
Była  wykończona,  lecz  jednocześnie  zdumiewająco  zadowolona, 

ostatecznie zamknąwszy jakąś niemiłą sprawę.   

– On już pojechał.   
– Mam nadzieję, że nie zamierza tłuc się nocą do Londynu.   
–  Nie.  Za  moją  namową  postanowił  przespać  się  w  hotelu  w 

Llangollen.   

–  Jeszcze  przed  przyjazdem  tutaj  definitywnie  zerwałam  z  tym 

człowiekiem.   

– Wiem, Lindsay. Najwyraźniej trudno mu pogodzić się z odmową.   
–  To  chyba  bardziej  kwestia  zranionej  dumy.  Wątpię,  czy  ktoś 

kiedykolwiek odrzucił względy Andrew Barlowa. Ale jego przyjazd nie 
poszedł na marne.   

– Co masz na myśli? 
–  Przynajmniej  się  przekonałam,  że  Andrew  naprawdę  już  nic  dla 

mnie nie znaczy. Przybyłam tutaj ze świadomością, że mój związek się 
skończył, ale nie byłam pewna swoich uczuć, jeśli wiesz, o co mi chodzi.   

–  Cóż,  moim  skromnym  zdaniem  najlepszym  lekiem  na  złamane 

serce jest nowa miłość.   

Lindsay uśmiechnęła się, słysząc to stwierdzenie.   
– Gdzie Aidan? 
–  Pojechał  do  domu,  kiedy  tylko  dowiedział  się,  kto  jest  twoim 

gościem. Zapewniłem go, że odwiozę cię do twojego mieszkania.   

– Dzięki, Henry, ale nie zamierzam tam wracać.   
–  Czemu  spodziewałem  się  właśnie  takiej  odpowiedzi?  Chodź, 

podrzucę cię na miejsce. Megan może trochę pobyć sama.   

Prawie w milczeniu ruszyli do domu Aidana. W pewnej chwili Henry 

z ukosa spojrzał na Lindsay.   

–  Jakoś  nie  zdążyłem  spytać  Aidana  o  powód  waszego  dzisiejszego 

przyjazdu. Chyba nie zjawiliście się tylko po to, żeby mnie powiadomić 
o  narodzinach  córeczki  Clarrie,  choć  oczywiście  to  wspaniała 
wiadomość.   

– Masz rację, Henry, nie dlatego do ciebie wpadliśmy.   
– Powiesz mi wreszcie, w czym rzecz? 
– Jasne. Chociaż intuicja mi mówi, że i tak wiesz...   

background image

 
Wysiadła  z  auta  na  poboczu  drogi,  u  szczytu  schodów.  Na  dworze 

było  już  prawie  ciemno,  a  jedna  umocowana  na  ogrodzeniu  latarnia 
ledwie  rozjaśniała  mrok,  toteż  Lindsay  schodziła  na  dół  powoli  i 
ostrożnie.  Jeszcze  zanim  dotarta  do  drzwi,  psy  ogłosiły  jej  przybycie. 
Zastukała,  a  one  nadal  szczekały  w  środku,  lecz  nikt  nie  otwierał. 
Czyżby  Aidana  nie  było?  Rzeczywiście,  nie  widziała  na  górze 
landrovera,  wiedziała  jednak,  że  wieczorem  Aidan  parkował  samochód 
od frontu.   

Musi  tutaj  być,  pomyślała  z  rozpaczą.  Koniecznie  chciała  się  z  nim 

zobaczyć.  Tu  i  teraz.  Nie  miała  pojęcia,  co  on  sobie  myśli  po  tym 
niespodziewanym  przyjeździe  Andrew.  Może  nawet  uznał,  że  ona 
zamierza wrócić do Londynu i odgrzać dawny romans. Zabębniła pięścią 
w drzwi, a psy znów zaczęły ujadać jak szalone.   

Właśnie  zamierzała  odejść,  przekonana,  że  Aidana  nie  ma  w  domu, 

gdy  nagle  usłyszała  za  plecami  jakiś  dźwięk  i  błyskawiczne  się 
odwróciła. Aidan wyłonił się z mrocznego ogrodu i szedł w jej stronę.   

– Aidanie, och, Aidanie – jęknęła z ulgą. – Już myślałam, że gdzieś 

pojechałeś.   

–  Chciałem  się  przejść  –  wyjaśnił  i  jednym  ostrym  słowem  uciszył 

rozszczekane psy.   

–  Bez  Skippera  i  Jessa?  –  spytała  zdumiona.  Aidan  nigdzie  się  bez 

nich nie ruszał.   

– Musiałem spokojnie przemyśleć to i owo. – Zatrzymał się przed nią 

i uważnie spojrzał jej w oczy.   

Lindsay zauważyła przelatującą nad jego głową ćmę, która następnie 

zaczęła krążyć

 – 

wokół zapalonej latarni.   

– Doszedłeś do jakichś wniosków? 
– Nie wiedziałem, co o tym wszystkim sądzić. – Aidan wziął głęboki 

oddech.  –  Jeśli  przyszłaś  mi  powiedzieć,  że  zmieniłaś  plany,  to 
moglibyśmy załatwić to szybko? 

– Och, Aidanie, naprawdę sądzisz, że po to tu jestem? 
Delikatnie dotknęła jego policzka. Szorstki zarost przypominał o tym, 

że dzień, który właśnie się kończył, był długi i pracowity.   

–  Już  ci  powiedziałem,  że  nie  wiem,  jak  ocenić  to,  co  zaszło.  – 

background image

Chwycił jej dłoń i przytrzymał przy swojej twarzy. Gest ten był wyrazem 
zarówno czułości, jak i rozpaczy.   

– Przecież ci mówiłam, że tamten związek uważam za zakończony.   
– Mówiłaś też, że nie jesteś pewna, czy przebolałaś zerwanie... a twój 

były  chłopak  nagle  pojawia  się  tu,  jakby  nigdy  nic.  Można  sobie 
pomyśleć Bóg wie co.   

–  Jego  przyjazd  niczego  nie  zmienił.  I  tak  już  liczyłeś  się  dla  mnie 

tylko ty...   

–  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć,  Lindsay?  –  Aidan  mocno  ujął  jej 

obie dłonie.   

– Że cię kocham, Aidanie. Kocham cię całym sercem i pragnę zostać 

z tobą. Dawniej rzeczywiście byłam zakochana w Andrew, lecz on sam 
skutecznie  zabił  to  uczucie.  A  kiedy  poznałam  i  pokochałam  ciebie, 
zdałam sobie sprawę z tego, że miłość, którą ty we mnie obudziłeś, jest o 
wiele głębsza i wspanialsza.   

Chłonął  te  słowa,  jakby  to  była  najpiękniejsza  muzyka,  po  czym 

chwycił  Lindsay  w  objęcia.  W  chwili,  gdy  jego  usta  spoczęły  na  jej 
wargach, Lindsay pomyślała, że jest właśnie tu, gdzie powinna być” – w 
ramionach  Aidana.  A  gwałtowny  przypływ  pożądania,  którego  żar  już 
znała, tylko to potwierdził.   

Całowali  się  długo  i  namiętnie,  a  gdy  odsunęli  się  od  siebie,  aby 

złapać oddech, pierwsza odezwała się Lindsay: 

– Henry o nas wie, Aidanie. – Głos nieco jej zadrżał, gdy to mówiła.   
–  Tak  przypuszczałem.  Nic  o  tym  nie  wspomniał,  ale  wydawał  się 

dziwnie zakłopotany, gdy ty weszłaś do gabinetu, żeby porozmawiać z... 
z  tym  panem.  –  Aidanowi  najwyraźniej  nie  mogło  przejść  przez  gardło 
imię jej byłego narzeczonego.   

– Jak cię potraktował? 
– Powiedziałbym, że po ojcowsku.   
–  Dzięki  Bogu.  –  Lindsay  uśmiechnęła  się  w  mroku.  –  Coś  mi  się 

wydaje,  że  Henry  od  samego  początku  orientował  się  w  sytuacji.  Co 
więcej,  bardzo  możliwe,  że  on  i  Megan  liczyli  na  właśnie  taki  rozwój 
naszej  znajomości.  A  teraz  zacierają  ręce  z  uciechy  i  wznoszą  toast  za 
naszą wspólną przyszłość.   

– Sądzisz więc, że Henry nie będzie miał nic przeciwko temu, abym 

background image

nadal cię szkolił, moja praktykantko? 

–  Spytałam  go,  a  on  powiedział,  że  to  żaden  problem,  o  ile  nie 

opuścimy się w pracy. A do tego na pewno nie dojdzie, prawda? 

– Jasne, że nie. – Aidan znów przygarnął ją do siebie, czule cmoknął 

w czoło i w czubek nosa.   

– Lubię takie zapewnienia.   
Długo  tulili  się  do  siebie,  bezpieczni  w  uścisku  swoich  ramion, 

skąpani  w  nocnej  ciszy.  Dyskretnie  przerywał  ją  jedynie  szelest  liści 
poruszanych  łagodnym,  letnim  wietrzykiem  i  dobiegające  z  oddali 
pohukiwanie sowy. Lindsay miała przemożne wrażenie, że znajduje się 
milion kilometrów od swojego niedawnego życia w wielkim, hałaśliwym 
Londynie.   

Dopiero  tutaj  znalazła  swoje  miejsce  na  ziemi  –  i  swoje  szczęście. 

Była tego całkowicie pewna. Niczego nie pragnęła bardziej jak tego, by 
na zawsze pozostać właśnie tu, z tym mężczyzną.   

–  Nie  wiem,  dlaczego  nadal  stoimy  na  dworze  –  ze  śmiechem 

powiedział Aidan.   

– Tu jest bardzo romantycznie.   
–  Rzeczywiście  –  przyznał  zgodnie.  –  Ale  chodzi  mi  po  głowie  coś 

jeszcze  bardziej  romantycznego.  –  Odwrócił  się  i  otworzył  drzwi,  po 
czym  ujął  dłoń  Lindsay  i  wciągnął  ją  do  wnętrza.  –  Mam  nadzieję,  że 
spodoba ci się mój pomysł.