background image

 
 

 

 

Tak jak dawniej 

Laura MacDonald

 

 

Tłumaczyła Justyna Kwiatkowska 

 

THE WAY WE WERE 

Wigilijny wieczór

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
-    Jadę do Anglii poprosić męża o rozwód. 
-    Rozwód? Nie wiedziałam, że jesteś mężatką! 
Wspominając tę wymianę zdań, Elizabeth Brent skrzy- 

wiła się lekko. Jej koleżanka z nowojorskiego szpitala 
Morrison Memorial była zdumiona, gdy dowiedziała się, 
że Elizabeth ma męża, i prawdę mówiąc, miała ku temu 
powody. Młoda lekarka nie dzieliła się dotychczas szcze- 
gółami ze swojego prywatnego życia. 

Teraz patrzyła przez okno na uciekający krajobraz 

Gloucestershire i próbowała nastroić się do decydującej 
rozmowy. Zbliżało się Boże Narodzenie, wiedziała, że 
wybrała zły moment na przyjazd, nie mogła jednak z tym 
dłużej zwlekać. 

Nie przyjechała na długo. Zaraz po świętach wróci do 

Stanów, by rozpocząć praktykę na pediatrii. Właśnie wy- 
pełniając niezbędne dokumenty do nowej pracy, zdała so- 
bie sprawę, że przyszedł czas, aby ostatecznie rozwiązać 
problem ich małżeństwa. 

Z początku miała zadzwonić tylko do Calluma od swo- 

jej znajomej, u której zatrzymała się na parę dni w Lon- 
dynie, w końcu jednak zdecydowała, że zjawi się u niego 
niespodziewanie, porozmawia z nim krótko, a potem po- 

R

 S

background image

 
jedzie dalej, do siostry w Bristolu, gdzie planowała spę- 
dzić święta. 

Pociąg wjechał na stację Cotswold. Elizabeth zaciągnę- 

ła pasek beżowego trencza, zdjęła z półki torbę podróżną 
i wyszła na peron. Dokładnie z tego samego miejsca wy- 
jechała po ostatniej kłótni z Callumem; kłótni, która prze- 
ważyła szalę i pomogła jej zrozumieć, że ich małżeństwo 
jest skończone na zawsze. 

Wyszła z dworca, przystanęła, żeby poprawić jedwab- 

ną apaszkę na szyi i przygładzić gęste rudozłote włosy. 
Spojrzała na zegarek. Była dopiero czwarta, prawdopo- 
dobnie dobra pora, by zastać Calluma w domu po zakoń- 
czonych wizytach pacjentów. 

Podniosła torbę i ruszyła główną ulicą miasteczka. 

Sklepowe witryny były świątecznie udekorowane, w ok- 
nach starych domów błyskały kolorowymi lampkami 
przystrojone choinki. Stare, dobre, tak dobrze znane 
Cotswold. Jeszcze rok temu spędzała tu święta... 

Szła powoli, a z każdym kolejnym krokiem uświada- 

miała sobie coraz wyraźniej, że obawia się konfrontacji 
z Callumem. Co innego układać rozmowę z nim w dale- 
kich Stanach, co innego znaleźć się na miejscu, przejść 
uliczkami Cotswold, spojrzeć mu w oczy. 

Tak, mogła załatwić sprawę rozwodu listownie, ale in- 

stynktownie czuła, że musi zobaczyć Calluma jeszcze raz. 

Gabinet lekarski, który jej mąż prowadził wspólnie 

z ojcem, Edwardem Brentem, mieścił się w Dunster Hou- 
se, pięknym starym budynku zbudowanym z charaktery- 
stycznego dla tutejszych budowli piaskowca. Dom stał 
nieopodal kościoła, oddzielony od niego trawnikiem. Gdy 

R

 S

background image

 
Elizabeth dotarła do bramy, zrobiło się już prawie ciemno. 
Zapewne niedługo przed jej przybyciem zapalono lampy 
po obu stronach czarnych frontowych drzwi. 

Poznała krzak ozdobnej pigwy, który sama posadziła 

w kamiennej donicy przy wejściu. Usłyszała znajomy 
chrzęst żwiru pod butami. Wyciągnęła dłoń do dzwonka 
i w ostatniej chwili zawahała się, czy go nacisnąć. Za- 
raz jednak położyła palec na okrągłym przycisku i wypro- 
stowała się w oczekiwaniu na powitanie. W końcu był to 
jej własny pomysł, żeby tu przyjechać, nikt jej nie zmu- 
szał. 

Gdy usłyszała zbliżające się.z drugiej strony kroki, ser- 

ce zabiło jej szybciej. Czy widok Calluma podziała na nią 
tak, jak przy ich pierwszym spotkaniu? Może się zmienił? 
Jednak równie dobrze drzwi może otworzyć teściowa, 
a z jej strony można spodziewać się tylko jednego. 

Za drzwiami nie stał jednak ani Callum, ani jego matka, 

a tylko Ivy Potter, tutejsza gospodyni. 

-    Witaj, Ivy. Czy Callum jest w domu? - spytała cicho 

Elizabeth. 

-    Pani Brent? - Gospodyni, niska kobieta dobrze po 

sześćdziesiątce, nie potrafiła ukryć zdumienia. - Na Boga! 
Pani Brent! To... to wspaniale! 

-    Czy mogę wejść, Ivy?-Elizabeth zrozumiała, że jej 

nieoczekiwane pojawienie się mogło spowodować kon- 
sternację, i nagle poczuła się nieswojo. 

-    Ależ tak, oczywiście. - Starsza kobieta przesunęła 

się, wpuszczając ją do środka. - Przecież to pani dom. 
Przepraszam za moje zachowanie, ale właśnie rozmawia- 
liśmy. .. pan doktor i ja... a tu nagle na progu pojawia się 

R

 S

background image

 
pani. Boże, zupełnie jakby przysłał panią do nas sam Świę- 
ty Mikołaj... 

-    Nie jestem pewna, czy doktor Brent też tak sądzi 

-    odparła Elizabeth ze smutnym uśmiechem. Postawiła 
torbę na podłodze i rozejrzała się po holu. - Obawiam się, 
że nie spodziewał się mojej wizyty. Czy mogłabyś mu 
powiedzieć, że przyjechałam? 

Zanim jednak gospodyni zdążyła się poruszyć, drzwi 

za nią otworzyły się gwałtownie i w progu stanął Callum 
Brent. 

-    Kto o tej porze... - zaczął, lecz gdy tylko ujrzał Eli- 

zabeth, urwał w pół słowa i znieruchomiał. 

Ich spojrzenia spotkały się natychmiast i przez dłuższą 

chwilę patrzyli na siebie tak, jakby obok nich nie było 
gosposi, a cały świat wokół przestał istnieć. 

-    Jak się masz, Callum? - Elizabeth pierwsza doszła 

do siebie. Starała się nie zwracać uwagi na to, że Brent 
wcale się nie zmienił i że wciąż jest tak samo zabójczo 
przystojny, jak przed jej wyjazdem. Ciekawe, czy równie 
niezmienna pozostałą jego duma, upór i nieustępliwość. 

-    Witaj, Elizabeth. Zawsze sprawiałaś niespodzianki. 
- Po zmieszanym spojrzeniu poznała, że jej przyjazd wy- 

trącił go nieco z równowagi. Jakby z oddali doszedł ją 
dzwonek telefonu i kroki Ivy, która poszła go odebrać. 

-    Świetnie wyglądasz. 
-    Ty też - odparła nieswoim głosem, czując, że chyba 

nie będzie w stanie rozmówić się z nim krótko i wyjawić 
od razu powód swego przyjazdu. 

Zegar w holu wybił pełną godzinę. Callum bezwiednie 

spojrzał na zegarek, potem zauważył torbę na podłodze. 

background image

 
-    Wróciłaś? 
-    Chcę porozmawiać. 
-    Ach, tak. - Odwrócił się, słysząc wracającą Ivy. 
-    Przepraszam, panie doktorze, ale dzwonią ze szpita- 

la. Chcą, żeby pan natychmiast przyjechał, chodzi o pana 
Parsonsa. 

-    Dobrze, dziękuję. Przygotuj dodatkowe nakrycie do 

kolacji - poprosił nieco zmęczonym głosem. 

-    Oczywiście, panie doktorze. - Gospodyni uśmiech- 

nęła się do Elizabeth i przeszła do kuchni. 

-    Przykro mi, że akurat teraz muszę wyjść. - Callum 

popatrzył na żonę z zakłopotaniem. - Zechcesz poczekać? 

-    Nie musisz jeść ze mną kolacji - odparła. - Chcę 

tylko porozmawiać. Mogę poczekać, aż będziesz wolny. 

-    Kolacja to żaden kłopot. - Uniósł dłoń w znajomym 

geście, oznaczającym koniec wszelkich dyskusji. - Pocze- 
kaj w saloniku. Postaram się wrócić jak najszybciej. 

-    Dobrze. - Ruszyła za nim przez hol. Wiedziała, że 

powinna mu powiedzieć, że nie ma dużo czasu, że zamie- 
rza złapać o ósmej pociąg do Bristolu, ale nie była w sta- 
nie wydusić z siebie ani słowa. 

Callum tymczasem otworzył drzwi do salonu i przepu- 

ścił ją przed sobą. Pomieszczenie było jasne i przytulne. 
W kominku wesoło trzaskały polana, w rogu przy oknie 
mrugało lampkami świąteczne drzewko. 

-    Pozwól, że odwieszę twój płaszcz - usłyszała jego 

głos za swoimi plecami. 

Niezręcznie zaczęła manipulować przy guzikach. Nie 

mogła się skupić, wiedząc, że Callum stoi tuż za nią. Gdy 
zaś dotknął jej ramion, zesztywniała, by po chwili odwró- 

R

 S

background image

 
cić się gwałtownie. Spojrzała mu prosto w oczy i poczuła, 
jak wracają wspomnienia. 

On jednak powiedział tylko: 
- Muszę już iść, do zobaczenia - a potem wyszedł 

z pokoju z jej walizką w jednej ręce i płaszczem przewie- 
szonym na drugiej. Zawołał jeszcze do gospodyni, że za- 
biera ze sobą pager, po czym zniknął jej z oczu. 

Dopiero teraz Elizabeth uświadomiła sobie, że jego 

włosy wciąż są ciemne i lśniące, sylwetka szczupła i wy- 
sportowana, a jedyną zmianą w stosunku do Calluma 
sprzed rozstania są podkrążone, ciemne oczy - widoma 
oznaka przemęczenia. 

To właśnie z powodu tych ciemnych oczu straciła dla 

niego głowę na przyjęciu w szpitalu, gdzie oboje praco- 
wali. Weszła wtedy do sali i zupełnie tak jak na filmach, 
ich spojrzenia skrzyżowały się w tłumie gości. 

Cóż, było minęło. Nie ma sensu rozpamiętywać tego, 

co nigdy nie wróci; szczególnie teraz, gdy przyjechała 
poprosić o rozwód. 

Usiadła w fotelu przy kominku i wyciągnęła dłonie 

w stronę ognia. W domu panowała niczym nie zmącona 
cisza. Elizabeth zaciekawiło, gdzie są rodzice Calluma. 
Nie miała, co prawda, wielkiej ochoty na spotkanie z jego 
matką, ale Edward Brent był miłym człowiekiem i zawsze 
ją lubił. 

Usłyszała odjeżdżający samochód, westchnęła ciężko 

i znów spojrzała w ogień. Ma chwilę czasu, musi więc 
dojść do siebie i zastanowić się dobrze, jak to wszystko 
rozegrać. Przede wszystkim powinna mu uświadomić, że 
nie przyjechała prosić o przebaczenie. Jeśli Galium sądzi, 

R

 S

background image

 
że po roku rozstania, w czasie którego nie utrzymywali ze 
sobą żadnych kontaktów, postanowiła do niego wrócić, 
jeśli przypuszcza, że chce dać ich małżeństwu drugą szan- 
sę, to... 

No właśnie. Co zrobi, jeśli okaże się, że Callum tak 

przypuszcza i wyrazi gotowość powrotu do dawnych sto- 
sunków? Z pewnością będzie zaskoczona. Było dla niej 
jasne, że postępowaniem jej męża kieruje duma i upór. 
A to przecież ona go opuściła, raniąc jego uczucia. Z tego 
właśnie powodu spodziewała się raczej, że jej mąż z ra- 
dością przyjmie propozycję ostatecznego rozstania. Jakie 
to do niego podobne, że poza nieznacznym błyskiem za- 
skoczenia, nie okazał zdziwienia na jej widok. Zawsze był 
taki powściągliwy i opanowany. 

Do salonu weszła Ivy. 
- Proszę, pani Brent - powiedziała, stawiając na stoli- 

ku tacę z herbatą. - Niech pani się rozgrzeje. - Znów 
uśmiechnęła się do niej, potem zaciągnęła jeszcze story 
w oknach i dyskretnie zostawiła Elizabeth samą. 

Już przy pierwszym łyku herbaty wspomnienia stanęły 

jak żywe przed jej oczami. Przypomniała sobie pierwszą 
wizytę w tym domu, niedługo po tym, jak poznała Callu- 
ma. Westchnęła cicho i odstawiła filiżankę na spodek z de- 
likatnej chińskiej porcelany. Może jeśli nie przyjechaliby 
później tutaj, ciągle byliby razem? Do przyjazdu do Dun- 
ster House wszystko układało się przecież wspaniale. 

Oczywiście, były między nimi różnice. To nieuniknio- 

ne, gdy spotkają się dwa silne charaktery. Zawsze jednak 
umieli rozwiązać powstałe problemy. 

Ich. pierwsze spotkanie zapoczątkowało w życiu Eliza- 

R

 S

background image

 
beth niezwykły okres. Zachłanne uczucie Calluma, spo- 
sób, w jaki okazywał jej swoje zainteresowanie, już 
w pierwszym tygodniu znajomości całkowicie odmieniły 
jej spojrzenie na świat. Życie stało się dla Elizabeth nie- 
kończącym się pasmem przyjemności i zachwytów, nabra- 
ło intensywności i blasku. Kochali się z Callumem tyle 
razy, że nie była w stanie tego zliczyć. Szybko nabrała 
przekonania, że to właśnie on jest przeznaczonym jej męż- 
czyzną. 

Pod koniec drugiego tygodnia poprosił ją o rękę, a mie- 

siąc później, w Londynie, odbył się ich ślub. Nie plano- 
wali nic wystawnego, ale ich przyjaciele z kliniki, gdzie 
oboje pracowali, zadecydowali inaczej. Zajechali więc 
z pompą przed kościół wynajętym rolls-roycem, a po ślu- 
bie odbyło się przyjęcie, na którym zagrał zespół jazzowy. 
Była wtedy tak bardzo szczęśliwa, a teraz... 

Pogrążona w myślach, nie zauważyła gospodyni, która 

ponownie weszła do salonu. Dopiero gdy usłyszała jej 
głos, aż podskoczyła z zaskoczenia. 

-    Tak się cieszę, że pani wróciła, pani Brent. 
-    Naprawdę? - Elizabeth uśmiechnęła się uprzejmie 

do Ivy. - Dlaczego? 

-    Ze względu na pana doktora, potrzebuje pomocy. 

Ostatnio martwię się o niego. Od trzech dni, kiedy otrzy- 
maliśmy wiadomość o wypadku doktora Jessopa, panuje 
tu kompletny chaos. Na razie nikogo nie' udało się mu 
znaleźć w zastępstwie, a na dodatek idą święta i biedak 
zostanie sam, bo ja wieczorem wyjeżdżam do córki. 
Chciałam zostać, ale doktor Brent nie pozwolił, żebym 
zmieniła plany. Powiedział, że nie mogę zawieść wnuków. 

R

 S

background image

 
No więc teraz, gdy pani przyjechała, kamień spadł mi 
z serca. Tak jak mówiłam, chyba Bóg musiał wysłuchać 
naszych modlitw. 

Elizabeth popatrzyła na gospodynię tępym wzrokiem. 
-    Przepraszam, Ivy, ale kim jest doktor Jessop? 
-    Doktor Jessop? - zdumiała się gosposia. - To wspól- 

nik doktora Brenta. Myślałam, że pani wie. 

Elizabeth pokręciła przecząco głową. 
-    Pojechał do Szwajcarii na narty. I tam miał ten okro- 

pny wypadek. Teraz leży w szpitalu ze złamaną nogą, 
a biedny doktcr Brent w żadnym wypadku nie poradzi 
sobie sam. 

-    Chwileczkę, Ivy - przerwała jej Elizabeth. - Wyjaś- 

nij mi, jak długo doktor Jessop jest wspólnikiem doktora 
Brenta? 

-    Niech pomyślę... Pewnie już jakieś sześć miesięcy. 

Od kiedy... od kiedy... 

-    Od kiedy co? 
-    Od kiedy starszy pan Brent przeszedł na emeryturę. 

Elizabeth nie wierzyła własnym uszom, To właśnie 

zwlekanie ojca Calluma z decyzją o przejściu na emery- 

turę było jednym z powodów jej kłótni z mężem i póź- 
niejszego rozstania. 

-    Jak dobrze, że pani tu jest - Ivy nie przestawała się 

zachwycać. - Przyznam się pani, że czułam się trochę 
winna z powodu tego swojego wyjazdu, ale skoro zosta- 
wiam doktora z panią... Może pani zastąpić doktora Jes- 
sopa, prawda? 

-    A dlaczego ojciec doktora Brenta nie może zastąpić 

nieobecnego wspólnika? 

R

 S

background image

 
-    Gdyby tylko tu był... - zaczęła Ivy, ale zaraz zmie- 

szana zamilkła. 

-    Więc gdzie teraz jest? 
-    Mieszkają z panią Brent w Norwich. Przykro mi, 

myślałam, że pani o wszystkim wie. - Po tych słowach 
zacisnęła usta, jakby powiedziała i tak za dużo. 

Elizabeth odetchnęła głęboko. Teraz rozumiała entu- 

zjazm i wszystkie poprzednie uwagi dotyczące jej przy- 
bycia. Nie miała jednak serca wyprowadzać gospodyni 
z błędu i oświadczać, że wcale nie zamierza spędzić świąt 
w towarzystwie Calluma, toteż zapytała tylko: 

-    O której godzinie będzie kolacja? 
-    O siódmej, pani Brent. 
Elizabeth skrzywiła się lekko. W ten sposób nie uda się 

jej złapać pociągu o ósmej i będzie musiała poszukać ho- 
telu. Nie mogła przecież planować noclegu w Dunster 
House. 

-    Czy mogę skorzystać z telefonu, Ivy? - spytała, pod- 

nosząc się z fotela. 

-    Oczywiście, pani Brent - odparła gospodyni i dys- 

kretnie zniknęła w kuchni. Elizabeth spojrzała za nią na 
puste schody i uśmiechnęła się gorzko do siebie. Wprost 
nie mogła uwierzyć w ironię losu. Rodzice Calluma wy- 
prowadzili się z domu! Teraz! 

Szybko odnalazła potrzebny numer w książce telefoni- 

cznej i połączyła się z hotelem „Feathers". Niestety, wszy- 
stkie pokoje były zajęte do końca świąt. Poinformowano 
ją też, że w pozostałych hotelach jest podobnie. 

Zastanawiała się właśnie, co powinna zrobić, kiedy za- 

brzmiał dzwonek przy głównym wejściu. Po chwili waha- 

R

 S

background image

 
nia Elizabeth otworzyła drzwi i na progu ujrzała dwie 
kobiety w średnim wieku. 

-    Już chyba pora na otwarcie gabinetu, nieprawdaż? 

- spytała z oburzeniem jedna z nich. 

Elizabeth wpuściła kobiety do środka, przeprosiła je za 

nieobecność doktora Brenta, a potem zafrasowała się 
mocno. Miała nadzieję na wieczorną rozmowę z 
Callumem, ale skoro po powrocie czekały go jeszcze 
prywatne przyjęcia, to raczej nic z tego. 

W ciągu następnych kilkunastu minut przyszło jeszcze 

kilkoro pacjentów i kiedy Callum wrócił, zdążył tylko 
wetknąć na chwilę głowę do saloniku i powiedzieć z prze- 
praszającym uśmiechem: 

-    Wybacz, Liz. Mam jeszcze trochę roboty. Pogadamy 

przy kolacji. 

-    Zaczekaj! - zawołała, zanim zdążył zniknąć. - Mia- 

łam nadzieję, że wyjadę stąd jeszcze dziś wieczorem. 

Wzruszył ramionami i rozłożył ręce w geście bezrad- 

ności. 

-    Przykro mi, sama widzisz, co się dzieje. Słuchaj, a 

może zostałabyś do jutra? - Widząc wahanie na jej twarzy, 
dodał: - Nie martw się, przerobiliśmy tylną część domu na 
mieszkanie dla Tima Jessopa. Tam cię ulokujemy, zgoda? 

-    Cóż, chyba nie mam wyjścia... 

W tym momencie zjawiła się Ivy. 

-    Doktorze, daję słowo, poczekalnia pęka w szwach! 

Mówiłam już wcześniej pani Brent, że to prawdziwa łaska 
boska, że może nam pomóc. 

-    Ivy... - zaczęła Elizabeth ostrzegawczo, ale Callum 

już podchwycił ten wątek. 

R

 S

background image

-    Naprawdę, Elizabeth? Naprawdę mi pomożesz? - 

Rozpromienił się na te słowa. - Nie miałem odwagi cię 
o to prosić, ale skoro sama chcesz... 

Elizabeth westchnęła ciężko. Nie miała sumienia od- 

mówić. To w końcu sytuacja podbramkowa, w której za- 
wodowa solidarność musi wziąć górę nad emocjami. 

-    Dobrze. Powiedz mi, co mam robić. 
-    Mogłabyś zająć gabinet Tima. Aha, Ivy... - Callum 

zwrócił się do gospodyni. - Zanim wyjedziesz, zmień, 
proszę, pościel na moim łóżku. Pani Brent zdecydowała 
się zostać tu na noc. 

-    To cudownie. Zupełnie jak za dawnych czasów - 

ucieszyła się Ivy. 

Elizabeth nie miała czasu na dalsze rozmyślania, choć 

prawdę mówiąc, byłoby się nad czym zastanawiać. Callum 
zaprowadził ją do gabinetu, pokazał, gdzie leżą podstawo- 
we narzędzia, i zanim zdążyła ochłonąć, poprosił pier- 
wszego pacjenta. 

Na szczęście nie musiała zajmować się poważniejszy- 

mi przypadkami. Ktoś przyszedł na kontrolę ciśnienia 
krwi, ktoś inny z niestrawnością, sympatyczna nastolatka 
z przewlekłym bólem gardła. Niedawno w szpitalu zro- 
biono jej test na zapalenie migdałków, którego wynik był 
negatywny. Elizabeth dokładnie obejrzała gardło dziew- 
czyny, uszy i migdałki, po czym przepisała jej odpowied- 
nią dawkę antybiotyku. 

-    Proszę przyjść za tydzień, kiedy skończysz brać ten 

lek - powiedziała, wręczając jej receptę. 

-    Dziękuję, pani doktor. Czy następnym razem też 

pani będzie przyjmować? 

R

 S

background image

 

-    Obawiam się, że nie - Elizabeth uśmiechnęła się 

lekko. 

-    Więc kto? Doktor Jessop? Chyba nie wróci tak 

szybko? 

-    Nie, doktor Jessop raczej nie wróci, ale jestem pew- 

na, że doktor Brent zdoła znaleźć dobrego zastępcę na 
jego 
miejsce. Niezależnie jednak od wszystkiego, musisz ko- 
niecznie przyjść za tydzień. Rozumiesz, Lucy? 

Nastolatka kiwnęła głową. 
-    Pewnie. Lubiłam doktora Jessopa, ale tak miło jest 

porozmawiać z kobietą lekarzem. - Uśmiechnęła się raz 
jeszcze i wyszła, Elizabeth zaś od razu pomyślała, że gdy- 
by rok temu sprawy potoczyły się inaczej, ta sympatyczna 
dziewczyna zostałaby pewnie jej pacjentką. 

Niestety, piękne dni sprzed konfliktu z Callumem nie 

powrócą już nigdy, nie ma więc co gdybać. 

Ku swojemu zdziwieniu, udało jej się sprawnie przyjąć 

także pozostałych pacjentów. Obawiała się, że po roku 
spędzonym w Stanach, kiedy to poświęciła się bardziej 
wyspecjalizowanej pracy klinicznej, odzwyczaiła się od 
prywatnej praktyki lekarza ogólnego. Najwyraźniej jednak 
niewiele się zmieniło w repertuarze przedświątecznych 
problemów zdrowotnych. 

Skończyła przed Callumem, zdjęła fartuch, umyła ręce 

i wróciła do saloniku, gdzie czekał już nakryty przez Ivy 
stół na dwie osoby. Zachmurzyła się na ten widok. Kolacja 
we dwoje była ostatnią rzeczą, na którą miała ochotę. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
-    Jak ci poszło? - spytał Callum, podchodząc do kre- 

densu, żeby nalać obojgu drinki. 

-    Nieźle. - Elizabeth wzruszyła ramionami. Zauważy- 

ła, że zdjął marynarkę i krawat, rozpiął kołnierzyk i po- 
zbył się spinek przy mankietach koszuli. 

-    Jestem ci naprawdę wdzięczny. Bóg jeden wie, o 

której bym skończył, gdyby nie ty. - Wręczył jej szklaneczkę 
z alkoholem i chwilę stał w milczeniu, zwrócony plecami 
do kominka. - Według Ivy było jak za dawnych czasów 
- odezwał się wreszcie. - Wypijemy za to? - Uniósł 
szklankę. - Za dawne czasy! 

Elizabeth bez entuzjazmu umoczyła usta w swoim drin- 

ku. Owszem, mogła spełnić toast za przeszłość, ale była 
taka jej część, o której wolałaby zapomnieć. 

Kolację zjedli, nie odzywając się niemal do siebie. Kie- 

dy Ivy zebrała naczynia, a potem, życząc obojgu wesołych 
świąt, pożegnała się i wyszła, Callum rozparł się wygodnie 
na krześle i obrzucił Elizabeth badawczym spojrzeniem. 

-    Naprawdę świetnie wyglądasz - powiedział. 
-    Dziękuję - wymamrotała, onieśmielona nagle wy- 

raźnym podziwem, jaki malował się w jego oczach. - Już 
to chyba mówiłeś. 

-    Co porabiałaś przez ten czas? - spytał jakby od nie- 

R

 S

background image

 

chcenia. Nie słysząc zaś odpowiedzi, dodał: - Podobno 
pracowałaś za granicą. 

Spojrzała na niego, zastanawiając się, skąd to wie. 
-    Tak, wyjechałam do Stanów. 
-    I co tam robiłaś? 
-    Zatrudniano mnie na różnych zastępstwach. Dość 

często zmieniałam miejsca pobytu, ale ostatnio zadomo- 
wiłam się w Morrison Memorial. 

Callum gwizdnął z podziwem. 
-    Doprawdy? Nowy Jork? Jestem pod wrażeniem. Jaki 

oddział? 

-    Reumatologia. - Teraz powinna powiadomić Callu- 

ma o posadzie na pediatrii, którą właśnie jej zapropono- 
wano, zanim jednak zdążyła otworzyć usta, padło kolejne 
pytanie. 

-    A jakie są twoje najbliższe plany? 
-    Zamierzam spędzić święta u siostry w Bristolu. 
-    Ach, u siostry... 
Zdenerwował ją ton jego głosu. Czyżby dosłyszała 

w nim rozczarowanie? 

-    Coś ci nie pasuje? - Ostre słowa same wyrwały się 

z jej ust. 

-    Nie, nic - odparł pospiesznie, podnosząc dłonie w o- 

bronnym geście. 

Przez kilka sekund panowała niezręczna cisza. Trzas- 

nęło drewno w kominku, za oknem przejechał samochód. 
Po chwili Callum odezwał się znowu: 

-    Domyślam się, że wciąż ma te swoje dzieci. 
-    Siostra? Oczywiście, że tak. A niby co miałaby z ni- 

mi zrobić? 

R

 S

background image

 
-    No... nie wiem - powiedział niewinnym głosem 

i wzruszył z zakłopotaniem ramionami. 

Była rozdrażniona i zagniewana, a jednak rozśmieszyła 

ją jego kwaśna mina. 

-    Były okropne, pamiętasz? - zagadnęła, by ocieplić 

nieco atmosferę. 

Uśmiechnął się blado. Obojgu przypomniały się owe 

fatalne wakacje w Snowdonii, spędzone w towarzy- 
stwie siostry Elizabeth, jej męża oraz trójki niesfornych 
bachorów. 

-    Dlatego właśnie chciałem się upewnić, czy 

naprawdę zamierzasz spędzić z nimi Boże Narodzenie? – 
Nachylił się, by nalać jej kawy. - Nie wiedziałem, że masz 
masochistyczne skłonności. 

-    Cóż, święta to czas dla rodziny. 
-    Kiedy chcesz jechać? 
-    Jutro rano. 

Westchnął ciężko. 

-    A już zaczynałem mieć nadzieję, że może ze mną 

spędzisz trochę czasu. 

-    Tak, trochę. Po to tu przyjechałam. Musimy poważ- 

nie porozmawiać... - zaczęła i w tym samym momencie 
rozdzwonił się telefon. 

-    Przepraszam cię, Liz. - Callum spojrzał na nią, nie- 

pewny, jak zareaguje, a potem wstał i szybko wyszedł do 
holu. 

Elizabeth znów została sama ze swymi myślami. Wy- 

piła łyk kawy, rozejrzała się po przytulnie urządzonym 
saloniku. Na pierwszy rzut oka nic tu się nie zmieniło. 
Wszystko wyglądało tak, jakby panią domu wciąż była 

R

 S

background image

Margaret Brent. Czy ona, Elizabeth, lubiła to miejsce? Nie, 
raczej nie. Nigdy nie czuła się tu u siebie; poza tym to 
właśnie w Dunster House zaczęły się pogarszać jej stosun- 
ki z Callumem. 

Ale coś popsuło się już wcześniej, niedługo po ślubie, 

kiedy Callum wyznał jej, że już dawno zostało postano- 
wione, iż pewnego dnia dołączy do ojca i razem z nim 
poprowadzi rodzinną praktykę. Elizabeth miała mu wtedy 
za złe, że nie powiedział jej tego przed ślubem. 

-    Dlaczego? - spytał z czarującym jak zwykle uśmie- 

chem. - Czy to by coś zmieniło? 

-    Oczywiście, że nie! - roześmiała się, ale jednocześ- 

nie poczuła się niezręcznie. Jej własna kariera była dla niej 
niezmiernie ważna. I jakkolwiek mocno kochała Calluma 
i chciała za niego wyjść ze szczerego serca, to pragnęła 
również rozwijać się zawodowo. Później, kiedy mąż po- 
wiedział jej, że jego ojciec planuje wcześniejszą emerytu- 
rę, gdyż napięcie w pracy źle wpływa na jego zdrowie, 
i że ona będzie mogła zostać jego partnerką oraz wspól- 
niczką, szczęście Elizabeth nie miało granic. 

Koszmar zaczął się po przeprowadzce do Dunster 

House. Teściowie najwyraźniej nie rozumieli jej silnej 
potrzeby pracy. Matka Calluma miała jasno ukształtowany 
obraz doskonałej żony lekarza domowego, w którym z 
pewnością nie było miejsca na własną karierę i ambicje 
zawodowe. Żona lekarza powinna, w jej przekonaniu, 
zajmować się wyłącznie usługiwaniem i dbaniem o dobrą 
atmosferę w domu. 

Rosnącą frustrację Elizabeth pogłębiał fakt, że wraz 

z przyjazdem syna pan Brent senior poczuł się znacznie 
lepiej i coraz rzadziej wspominał o emeryturze. 

R

 S

background image

-    Ładnie wyglądasz w tym świetle. 
Drgnęła niespokojnie, zaskoczona niskim głosem, który 

zabrzmiał dźwięcznie w cichym pomieszczeniu. Podniosła 
wzrok i ujrzała przed sobą Calluma, który zdążył wrócić już 
do pokoju i obserwował ją od dobrych paru chwil. 

-    Nie słyszałam, kiedy wszedłeś. 
-    Patrzyłem, jak ogień z kominka odbija się w twoich 

włosach. Wydawało mi się, że dokładnie pamiętam ich 
odcień, ale się myliłem. 

Zarumieniła się lekko. 
-    Znów musisz wyjść? - zapytała, pospiesznie chcąc 

zmienić temat. 

-    Nie - uśmiechnął się i pokręcił głową. - Zadzwonili 

jacyś ludzie, którzy przyjechali tu na święta. Zachorowało 
im dziecko. Przywiozą malucha za parę minut. 

-    Powiedz, Callum, jak sobie dasz radę z tym wszy- 

stkim, skoro nie ma twojego wspólnika? 

-    Nie mam pojęcia. Dwa razy tyle pacjentów, święta... 

Sama wiesz, ile czasem roboty jest w święta. Chyba że... 
- zawiesił głos, a ona spojrzała na niego z obawą. - Chy- 
ba że naprawdę zgodziłabyś się pomóc... 

-    Nie, Callum, bardzo mi przykro - przerwała mu zde- 

cydowanie. - To już skończone. 

-    Cóż, mimo wszystko... nie żałuję tego, co było mię- 

dzy nami. Warto było spróbować. 

Elizabeth przełknęła ślinę przez ściśnięte gardło. Wa- 

hała się chwilę, czy zadać następne pytanie, wreszcie ze- 
brała się na odwagę. 

-    Ivy wspomniała mi o twoich rodzicach. Podobno 

wyjechali do Norwich? 

R

 S

background image

-    Tak. Kupili parterowy dom blisko miejsca, gdzie 

mieszka moja ciotka ze strony matki. 

Elizabeth poczuła ogarniający ją gniew. Dlaczego nie 

mogli zrobić tego wcześniej? Dlaczego nie wyjechali i nie 
zostawili ich samych, aby mogli wspólnie prowadzić pra- 
ktykę w Dunster House? 

Spojrzała na męża. Ciekawe, czy on też miał do nich 

o to żal. 

-    Cholera, znów ten przeklęty telefon! - Callum wstał 

z przepraszającym uśmiechem i kolejny raz wyszedł do 
holu. Po chwili wrócił. W ręku trzymał lekarską torbę, 
przez ramię przewiesił płaszcz. Elizabeth poczuła wyrzuty 
sumienia na jego widok. 

-    Wezwanie? - odgadła szybko. 
-    Niestety. Tym razem muszę opuścić cię na dłużej. 

- Spojrzał niepewnie na zegarek. - Tylko że niedługo po- 
winni przywieźć to dziecko... Cholera! 

-    Jedź, Callum. Zajmę się nim. W końcu niedługo za- 

czynam pracę na pediatrii. 

-    Och, zrobisz to? Świetnie, jesteś wspaniała. Skorzy- 

staj z mojego gabinetu. A jeśli długo mnie nie będzie, 
rozgość się. Do zobaczenia później - rzucił przez ramię 
i po chwili już go nie było. Usłyszała jeszcze chrzęst opon 
na żwirze i po raz kolejny została sama. Sama w salonie 
i sama w Dunster House. 

Wstała od stołu i zaczęła sprzątać nakrycia. Czuła się 

teraz, jakby czas cofnął się wstecz, a ona znów była szczę- 
śliwą (nie całkiem) żoną doktora Brenta. Zaniosła talerze 
do kuchni, wstawiła je do zmywarki. Ledwie zaś to zrobiła, 
usłyszała natarczywy dzwonek u głównych drzwi. 

R

 S

background image

 
Pobiegła szybko, by otworzyć. Na progu stała zatroska- 

na para. Mężczyzna trzymał w ramionach owinięte w koc 
niemowlę, kobieta ściskała w dłoni kartkę z adresem. 
Oboje byli mocno wystraszeni. 

-    Przyjechaliśmy do doktora Brenta - odezwała się ko- 

bieta. - Dzwoniliśmy wcześniej... 

-    Tak, wiem - odparła Elizabeth, wpuszczając ich do 

środka. - Proszę za mną, do gabinetu. 

Po drodze zastanawiała się, jak im wyjaśnić, kim jest. 
-    Zatrzymali się państwo w okolicy? - spytała, szuka- 

jąc na biurku formularza dla pacjentów. 

-    Przyjechaliśmy do rodziców na święta - wyjaśniła 

kobieta. - Mieszkają w tym miasteczku. 

-    Rozumiem. Proszę wypełnić te dokumenty, a ja 

obejrzę maleństwo, dobrze? - Elizabeth uśmiechnęła się 
przyjaźnie. - Proszę wpisać państwa adres i nazwisko 
lekarza rodzinnego... - Wyjęła stetoskop Calluma z szuflady 
biurka, gdy zaś zorientowała się, że rodzice dziecka patrzą 
na nią podejrzliwie, dodała: - Proszę się nie denerwować, 
ja też jestem lekarzem. 

-    Tak, oczywiście. Myślałam tylko, że przyjmie nas 

doktor Brent - odezwała się kobieta. - Jest lekarzem mo- 
ich rodziców. 

-    Niestety, doktor Brent został wezwany do nagłe- 

go przypadku - wyjaśniła Elizabeth, po czym wskazała 
mężczyźnie krzesło, aby usiadł na nim z dzieckiem na 
kolanach. - Jestem jego... wspólniczką. Proszę, siądźcie 
przy kominku... 

Jednak jej słowa nie przekonały zatroskanej młodej 

matki. 

R

 S

background image

 
-    Ojciec powiedział, że wspólnik doktora Brenta miał 

wypadek. 

-    To też się zgadza - znów uśmiechnęła się Elizabeth. 

- Można powiedzieć, że tymczasowo go zastępuję. Sam 
nie dałby sobie rady. 

Takie wyjaśnienie wyraźnie uspokoiło kobietę. Całą 

swą troskę skierowała na główny powód ich przyjazdu do 
Dunster House, czyli dziecko. 

Chłopczyk był bardzo rozpalony. Miał wysoką tempe- 

raturę, jednak płucka na szczęście były czyste. Nie było 
też kaszlu ani żadnych innych objawów przeziębienia. 
Lekkie zaczerwienienie na policzku okazało się stanem 
zapalnym spowodowanym wyrzynaniem się dwóch tyl- 
nych ząbków. 

Elizabeth doszła do wniosku, że nie będzie wypisywać 

recepty, bo i tak o tej porze wszystkie apteki były za- 
mknięte. Przeszukała szybko szafkę z lekarstwami i zna- 
lazła niezbędny specyfik, potem zaś pouczyła rodziców, 
że jeśli mały wciąż będzie gorączkował, mogą z nim 
przyjść jutro, ale według niej to jedynie bolesne ząbko- 
wanie. 

-    Przykro nam, że zawracaliśmy tym pani głowę, pani 

doktor - powiedział mężczyzna, kiedy odprowadzała ich 
do drzwi. 

-    Proszę się nie martwić. Ząbkowanie może czasem 

sprawiać dzieciom ból. U państwa synka tak widocznie 
ono przebiega. 

Gdy pokrzepieni rodzice wyszli, Elizabeth wróciła do 

gabinetu i usiadła w fotelu Calluma. Rozejrzała się po 
pokoju, który, choć zaadaptowany dla potrzeb lekarza, 

background image

wciąż wyglądał elegancko z bogato zdobionym komin- 
kiem oraz wysokimi, łukowato zakończonymi oknami. 

Zawsze lubiła ten pokój. Ciekawe, czy gdyby nie wy- 

jechała, to ten właśnie gabinet przypadłby jej w udziale. 
A może raczej ten drugi, po przeciwnej stronie holu, zaj- 
mowany przez Tima Jessopa? 

Wstała i zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu. 

Dotknęła komputera, ciśnieniomierza, przesunęła dłonią 
po grzbietach podręczników medycyny, lśniącym blacie 
biurka. Z pewnością gabinet doktora Brenta bardziej przy- 
pominał elegancki salon niż typowe ambulatorium. Może 
to lepiej? Chorzy czuli się tu bardziej gośćmi niż pacjen- 
tami. Przypomniała sobie, że to samo mówiła Callumowi, 
gdy ten zastanawiał się, czy nie zmienić wystroju gabinetu 
na bardziej nowoczesny. 

Do licha, tak wiele miała planów w związku z tą pra- 

ktyką. Kiedy tu przyjechali, pół roku po ślubie, pogodziła 
się z faktem, że nie zostanie pełnoprawną wspólniczką 
męża do czasu przejścia na emeryturę jej teścia. Uzgodnili 
jednak, że będzie się stopniowo wdrażać w pracę 
gabinetu; 
prowadzili rozmowy o klinice planowania rodziny, porad- 
ni cytologicznej, poradni cukrzycowej, klinice prenatalnej. 
Elizabeth była gotowa poczekać cierpliwie na własnych 
pacjentów. 

Jednak teściowej wszystkie te plany były nie w smak. 

Nieustannie rozpieszczana przez adorującego ją męża, 
uwielbiała swoje życie w Dunster House i nie widziała 
powodu, by cokolwiek w nim zmieniać. Z początku Eli- 
zabeth nie miała nic przeciwko komitetom charytatyw- 
nym, do których zapisywała ją teściowa. Gdy jednak mi- 

R

 S

background image

jały tygodnie i miesiące, a ona wciąż pozostawała na mar- 
ginesie praktyki lekarskiej Brentów, zaczęło ją to dener- 
wować. Wiele razy wspominała o tym Callumowi, ale on 
błagał ją jedynie o cierpliwość. Przekonywał, że nie mogą 
bardziej naciskać na rodziców, bo będzie to wyglądało, 
jakby chcieli się ich pozbyć. Mówił, że emerytura Brenta 
seniora to kwestia czasu i że później będą mogli robić, co 
tylko zechcą. 

Niestety, minęło sześć miesięcy od czasu ich przepro- 

wadzki i nic się nie zmieniło. Kiedy zaś Margaret Brent 
zaczęła wspominać o wnukach, Elizabeth zirytowała się 
na dobre. 

-    Mógłbyś wreszcie jej to wyjaśnić - prosiła Calluma. 

- Chcę mieć dzieci, ale jeszcze nie teraz. Najpierw chcę 
coś osiągnąć. Nie mam zamiaru zmarnować wysiłku, jaki 
włożyłam w zdobycie zawodu. 

-    Nie denerwuj się na nią - odpowiadał ze stoickim 

spokojem, który jeszcze bardziej ją irytował. - To natural- 
ne, że pragnie wnuków. Zresztą, jeśli dobrze się zastano- 
wić, sam nie miałbym nic przeciwko temu. Pomyślałem, 
że skoro teraz i tak nie pracujesz, może nadszedł odpo- 
wiedni moment... 

Gdy usłyszała to z jego ust, ogarnęło ją przerażenie. 

Wiedziała, że tę sprawę powinni byli przedyskutować 
przed ślubem, ale nie było na to czasu. Zafascynowani 
sobą, pobrali się pod wpływem impulsu, im jednak dłużej 
była jego żoną, tym częściej Elizabeth zastanawiała się, 
czy nie zaczyna płacić za ten pośpiech. 

Raz jeszcze rozejrzała się po gabinecie i zgasiła światło. 

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Nie wiedziała, co ze 

R

 S

background image

 

sobą zrobić. Callum zaznaczył, że może wrócić późno. 
Choć powiedział, że ma się czuć jak u siebie w domu, 
wciąż miała skrupuły. 

No proszę. Nic nie chce iść tak, jak to sobie zaplano- 

wała. Miała wątpliwości nie tylko czy powinna spać 
w swym dawnym pokoju, ale czy w ogóle spędzenie nocy 
w Dunster House jest dobrym pomysłem. 

Na pewno nie jest, tylko jak inaczej wybrnąć z tej pa- 

skudnej sytuacji, w jakiej się znalazła? Pójść spać na dwo- 
rzec, nie pożegnawszy się z Callumem? Przecież miała się 
z nim rozmówić. 

Westchnęła ciężko, podniosła swoją torbę podróżną i 

z zaciekawieniem spojrzała w głąb korytarza, który pro- 
wadził do mieszkania wspólnika Calluma. On sam zapo- 
wiedział, że tam właśnie spędzi tę noc, by nie krępować 
jej swą bliskością. Ciekawe, dlaczego nie wydzielono dla 
nich odrębnego mieszkania w tej części domu, gdy spro- 
wadzili się do Dunster House zaraz po ślubie. Teściowie 
z góry ustalili, że młodzi zamieszkają z nimi, będą jadać 
wspólne posiłki i spędzać z nimi większość wolnego cza- 
su. Jak się okazało, wszystkim wyszło to bokiem. 

Wspięła się po schodach na piętro, stanęła przed 

drzwiami ich dawnej sypialni i z drżeniem serca otworzyła 
znajome drzwi. Zapaliła światło, rozejrzała się dookoła 
i znów powróciły wspomnienia. Wygląd pokoju nic się nie 
zmienił. Ściany wciąż pokrywały staromodne tapety, 
w oknach wisiały dopasowane do nich zasłony, łóżko po- 
krywały dopełniające kompletu narzuty. 

Prawdę mówiąc, niewiele przedmiotów świadczyło 

o tym, że Callum regularnie używa tej sypialni - maszyn- 

R

 S

background image

 
ka do golenia na półce powyżej umywalki, para butów pod 
komodą i książka obok radioodbiornika na nocnej szafce. 

Elizabeth pozwoliła, by jej wzrok spoczął na łóżku, 

i myślami powróciła do dawnych dni. Teraz trudno było 
jej w to uwierzyć, ale w tym właśnie łóżku kochali się 
kiedyś bez pamięci. Z seksem bowiem nigdy nie mieli 
żadnych problemów. Kłopoty nadeszły z innej strony. 

Otworzyła torbę, wyjęła nocną koszulę i pozostałe 

ubrania. Z początku chciała zostawić w torbie wszystko 
oprócz stroju do snu, ostatecznie zmieniła jednak zdanie 
i rozwiesiła wszystkie rzeczy w szafie. Żeby się nie po- 
gniotły. 

W łazience poczuła lekki zapach wody toaletowej Cal- 

luma i niespodziewanie jej ciałem wstrząsnął dreszcz. 
Gdy zaś do stojącego na umywalce kubka, w którym była 
już szczoteczka Calluma, włożyła swoją, poczuła, jak 
ogarnia ją niebezpieczne ciepło. Ze złością zabrała szczo- 
teczkę i wrzuciła ją z powrotem do kosmetyczki. 

Nie chciała się jeszcze kąpać. Liczyła na to, że kiedy 

Callum wróci, wyjawi mu wreszcie powód swej wizyty 
i na zawsze odetnie się od kłopotliwej przeszłości. 

Jeśli jednak nie wróci, albo wróci wyjątkowo późno, to 

dziś już nie porozmawiają. Zaczęła właśnie rozważać mo- 
żliwość przedłużenia swojego pobytu o kolejny dzień, kie- 
dy w sypialni zadzwonił telefon. 

- Liz? - usłyszała głos męża. - Przykro mi, ale za- 

dzwonili właśnie z pogotowia. Mam jeszcze dwie wizyty. 
Bóg wie, kiedy wrócę do domu. Lepiej połóż się i na mnie 
nie czekaj. 

Elizabeth wzięła głęboki oddech. 

R

 S

background image

-    Dobrze, ale... 
-    Coś się stało? 
-    Nie, nie. Chciałabym tylko wiedzieć, kiedy będzie- 

my mogli porozmawiać. Powinnam jutro wyjechać pier- 
wszym pociągiem. 

-    Rozumiem cię, Liz. I naprawdę mi przykro.   
-    Porozmawiamy, zanim wyjadę? 
-    Uprzedzałem cię, że mam podwójną liczbę pacjen- 

tów. Jutro może być taki sam kocioł jak dzisiaj. 

-    No dobrze. Jeśli wzięłabym zastępstwo za Tima, po- 

mogłabym ci trochę? - Sama nie mogła uwierzyć, że to 
powiedziała. 

-    A nie pokrzyżuje to twoich planów? 
-    Nie umawiałam się z siostrą na konkretną godzinę. 

Może po przyjęciu pacjentów w gabinecie, zanim wyje- 
dziesz na domowe wizyty, uda ci się znaleźć dla mnie 
chwilkę czasu. To naprawdę bardzo ważne. 

-    Jasne. Wyświadczasz mi ogromną przysługę. Ale te- 

raz muszę już lecieć. Do zobaczenia rano... 

-    Do zobaczenia. 
-    Elizabeth? 
-    Tak? 
-    Śpij dobrze. 
Rozłączył się, a ona stała jeszcze długo ze słuchawką 

w dłoni. Potem odłożyła ją na widełki i opadła ciężko na 
łóżko. Ten głos - głęboki, ciepły - znów działał na nią tak 
jak dawniej! 

Kiedy umyta i przebrana w koszulę nocną, wślizgnęła 

się między czystą, świeżą pościel, znów poczuła się jakby 
czas cofnął się o rok. Co najmniej o rok! Zdawało jej się, 

R

 S

background image

 

że oto zaraz w drzwiach łazienki ukaże się Callum, otulo- 
ny miękkim szlafrokiem. Jego włosy będą mokre od pry- 
sznica, on zaś uśmiechnie się, widząc ją w łóżku. Uśmie- 
chnie się i zdejmie szlafrok. A pod szlafrokiem będzie 
nagi. Zupełnie nagi... 

Och, w łóżku zawsze było im cudownie. Callum dbał 

o zaspokojenie jej potrzeb, ona zaś nigdy nie pozostawała 
mu dłużna. Elizabeth zawsze bawiła myśl o tym, co po- 
wiedzieliby jego rodzice na te pełne miłosnego ognia har- 
ce, jakie odbywały się nieopodal ich własnej sypialni. 

Niestety, nie miała okazji doczekać się komentarzy, 

bowiem niewinne sprzeczki między nią a mężem po kilku 
miesiącach przerodziły się w gwałtowne kłótnie, a potem 
było już tylko coraz gorzej. I nawet wspólnie przeżywana 
namiętność nie pozwalała zapomnieć o goryczy i rosnącej 
frustracji, które bezlitośnie niszczyły ich związek. 

Dla Calluma sytuacja ta była szczególnie trudna. Chciał 

być lojalny wobec obu stron, ale ona w kolejnych zawzię- 
tych kłótniach coraz częściej oskarżała go, że staje wbrew 
niej po stronie rodziców. Domagała się zmian, żądała wier- 
ności, stawiała warunki. Prawdę mówiąc, Callum znalazł 
się między młotem a kowadłem. Nigdy jednak nie żalił się 
na swój los, to musiała mu przyznać. 

Myśląc teraz o mężu, zaczęła nerwowo przewracać się 

w pościeli. Gdzieś głęboko poczuła ból, żal, a jednocześ- 
nie tęsknotę i pragnienie, które chyba jedynie Callum mó- 
głby zaspokoić. Jej dłonie same powędrowały w dół ciała, 
zaczęły pieścić piersi, brzuch, biodra., Ogarnęła ją nagle 
tak przemożna żądza, że na tę jedną chwilę gotowa była 
puścić w niepamięć wszystkie pretensje i urazy, byle tylko 

R

 S

background image

Callum był z nią, byle przyszedł i zabrał ją w jedną z tych 
cudownych miłosnych podróży. 

Nagle na dole trzasnęły drzwi. Elizabeth podskoczyła 

gwałtownie. Zesztywniała i leżała bez ruchu, nasłuchując 
miarowych kroków. 

Czyżby Callum usłyszał nieme wołanie jej wygłodzo- 

nego ciała? 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Przypomniała sobie, że drzwi sypialni nie mają zamka, 

i ogarnęła ją panika. Kiedyś nieodparty urok męża wiele 
razy sprawiał, że rezygnowała z wcześniejszych roszczeń 
i postanowień. Czy tak będzie i teraz? 

Och, nie... 
Ku swojemu zdumieniu, najpierw usłyszała pukanie 

i dopiero potem Callum uchylił drzwi. 

- Liz? Dobrze, że jeszcze nie śpisz. Przepraszam cię. 

Przed wyjściem nie zdążyłem wziąć rzeczy na jutro. - 
Wszedł szybko do środka, wyjął z szafy czystą koszulę, a 
z komody inne drobiazgi. Na koniec zgarnął z umywalki 
przybory toaletowe i skierował się do wyjścia. 

Elizabeth leżała, obserwując go z napięciem. Dobrze, 

że przynajmniej ma na sobie normalne ubranie, a nie szla- 
frok, westchnęła z ulgą. Gdy jednak tuż przed wyjściem 
Callum odwrócił się do niej, aż wstrzymała oddech z wra- 
żenia. Patrzył na nią tak intensywnie, że mogła spodzie- 
wać się wszystkiego. Co powinna zrobić, jeśli Callum 
zechce jej dotknąć? 

Przez chwilę zdawało się jej, że zauważyła iskierki 

rozbawienia w jego ciemnych oczach. Czuła, że patrzy na 
jej rudozłote włosy rozrzucone na poduszce, na ramiona, 
zarys piersi, nóg i bioder pod cienką kołdrą. 

R

 S

background image

-    Dobranoc, Liz - powiedział wreszcie zduszonym 

głosem, w którym była jakaś dziwna, niepokojąca nuta. 
- Śpij dobrze. 

Jeszcze chwila i Elizabeth została sama. Nie była pew- 

na, czy czuje ulgę, czy rozczarowanie. Zgasiła nocną 
lampkę, zamknęła oczy i próbowała myśleć o wszystkim, 
co mogłoby ugasić, stłumić owo rozedrganie, w które 
wprawił jej ciało Callum swoją obecnością. 

O dziwo, udało jej się to całkiem dobrze. Usnęła i spała 

mocnym snem, a po przebudzeniu czuła się silna i wypo- 
częta. Tak jak dawniej? 

 
W domu panowała poranna cisza. Elizabeth przypo- 

mniała sobie, że gospodyni wyjechała do córki na święta, 
więc ona i Callum będą musieli sami zatroszczyć się o sie- 
bie. Wzięła prysznic, ubrała się i zeszła do kuchni. Nasta- 
wiła wodę. Nie wiedziała, czy Callum się zbudził i czy już 
jadł, kiedy jednak usłyszała za oknem silnik samochodu, 
a potem trzaśniecie drzwiami i kroki na schodach, zrozu- 
miała, że jej mąż od dawna musi być na nogach. 

I rzeczywiście - zaraz potem zjawił się w kuchni, wciąż 

zaspany i wyraźnie zmęczony. 

-    Ciężka noc? - spytała ze współczuciem. 
-    Można tak powiedzieć - ziewnął, zakrywając dłonią 

usta. 

-    Jadłeś śniadanie? 
-    Nie. Miałem nadzieję, że przygotujesz coś ze swoich 

specjałów, zanim przyjdą pierwsi pacjenci. - Uśmiechnął 
się lekko. - No wiesz, coś z tych zakazanych smakołyków, 
na przykład grzanki z parówkami i grzybami. 

background image

Elizabeth nie dała się długo prosić. 
-    W porządku - odparła, karcąc się za to, że znów 

ulega jego urokowi. Nawet gdy był wykończony, umiał 
wpływać na ludzi tak, aby dostawać to, czego chciał. - Weź 
prysznic, a ja zrobię śniadanie. Lodówka pewnie pełna? 

-    Tak, Ivy zadbała, żebym nie głodował przez święta. 

Z pewnością znajdziesz wszystko, co trzeba. - Zanim wy- 
szedł, odwrócił się jeszcze i zapytał: - A ty, spałaś dobrze? 

-    Doskonale - odparła, unikając jego wzroku. 
Po kwadransie jajecznica była gotowa, bekon usmażo- 

ny, a świeżo zaparzona kawa bulgotała w ekspresie. Stół 
ozdobiony był świątecznymi serwetkami oraz owocami, 
ułożonymi na kryształowym platerze. 

Callum wrócił do kuchni z gazetą pod pachą, pociągnął 

nosem, a potem westchnął błogo. 

-    Boże, to się nazywa śniadanie! Zupełnie tak jak daw- 

niej. 

Elizabeth usiadła naprzeciwko niego, ale nie skomen- 

towała tej uwagi. Wiedziała, że nie mówi o czasach, gdy 
mieszkali w Dunster House, wtedy bowiem w kuchni kró- 
lowała Margaret Brent, a na śniadania jadało się owsiankę. 
Słowa Calluma odnosiły się do tych kilku wspaniałych 
miesięcy, jakie spędzili razem po ślubie we własnym mie- 
szkaniu. To właśnie były ich najszczęśliwsze chwile. 

Callum rzucił się na jedzenie niczym wygłodniały wilk. 

Po chwili jednak przerwał, by spojrzeć na jej talerz. 

-    Cieszę się, że przejęłaś coś z moich zwyczajów - po- 

wiedział z uznaniem. - Pamiętam, że kiedyś twoje śnia- 
danie składało się z małej grzanki i filiżanki gorzkiej 
kawy. 

background image

-    Wciąż tak jest. Ostatnio muszę uważać na wagę. 
-    Chyba żartujesz. Masz wspaniałą figurę. 

Elizabeth poczuła, że się czerwieni, więc szybko zmie- 
niła temat. 

-    Dziś po prostu zrobiłam sobie wyjątek. W końcu 

przyjechałam tu na wakacje. 

-    A ja, okrutny, zmuszam cię do pracy. 
-    Cóż, sytuacja jest podbramkowa. - Wzruszyła ra- 

mionami. - W końcu złamanie kości udowej to nie prze- 
lewki. Znajdziesz zastępcę za Tima? 

-    Będę musiał. Od zeszłego roku liczba pacjentów zna- 

cznie się powiększyła, musiałaś to zauważyć. Jedna osoba 
nie da sobie rady. 

-    Kim właściwie jest ten twój wspólnik? - spytała Eli- 

zabeth, nalewając do filiżanki kawy. - Przyznam, że by- 
łam zaskoczona, gdy o nim usłyszałam. 
  -    Nazywa się Tim, Timothy Jessop. Skończył Sheffield 
Tak naprawdę nie jest moim wspólnikiem. 

-    O! - Spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Wydawa- 

ło mi się, że... 

-    Wiem. Jakoś łatwiej nazywać go wspólnikiem. Ale 

w rzeczywistości przyjechał tu tylko na pewien czas. 
Chciałby pracować w krajach Trzeciego Świata, to bardzo 
szlachetny człowiek. 

-    Rozumiem - odparła Elizabeth, próbując nie dać po 

sobie poznać, jak bardzo poruszyła ją myśl, że w takim 
razie Callum będzie musiał wkrótce poszukać kogoś na 
stałe. Trudno. Na pewno tym kimś nie będzie ona. Kiedyś 
- pewnie tak, ale teraz było już na to za późno. Nie wszy- 
stko może być tak jak dawniej. 

R

 S

background image

- Gotowa do pracy? - Callum podniósł się z krzesła 

i zebrał ze stołu swój talerz. - Zawiadomię izbę lekarską, 
że przejmujesz chwilowo pacjentów Tima. Aha, i zadzwo- 
nię do apteki, by nie zdziwili się na widok innego podpisu 
na receptach. - Poprowadził ją korytarzem do gabinetu 
przyjęć. - Jeśli będziesz czegoś potrzebować, to proś na- 
tychmiast. Jestem ci naprawdę ogromnie wdzięczny za 
pomoc. Już pogodziłem się z myślą, że przede mną dwa 
dni prawdziwego piekła. 

Miała mu przypomnieć, że rozmawiali tylko o jednym 

dniu, ale w tej samej chwili zadzwonił „cholerny telefon" 
i Callum przeprosił ją, by go odebrać. 

Elizabeth usiadła ciężko na fotelu. Chciała go wypytać 

o sposób funkcjonowania gabinetu, karty pacjentów, me- 
tody zamawiania wizyt. Pamiętała jeszcze, co praktykował 
jej teść, ale wiedziała też, że Callum zawsze chciał to 
zmienić. Przypomniała sobie nagle, że poprzedniego dnia 
zauważyła w poczekalni szafę z półkami wypełnionymi 
teczkami. To pewnie była kartoteka pacjentów. Postano- 
wiła to sprawdzić i nie czekając, aż Callum zakończy roz- 
mowę, przeszła szybko przez hol. 

Poczekalnia była pusta. Krzesła równo stały pod ścianą, 

na stołach rozłożono magazyny i kolorowe ulotki. Karto- 
teki z danymi pacjentów ciągnęły się od podłogi do sufitu. 
Jednak nie to w pierwszej chwili zwróciło uwagę Eliza- 
beth, lecz okazałe biurko pod oknem, na którym stał kom- 
puter oraz elektryczna maszyna do pisania. Uśmiechnęła 
się do siebie. Oto niewątpliwa innowacja w pracy gabinetu 
doktora Brenta. 

Nagle drzwi otworzyły się z impetem i do poczekał- 

R

 S

background image

ni weszła energicznie nie znana jej kobieta. Z wyglądu 
miała około trzydziestki, ubrana była w zamszową kami- 
zelkę, w ręku trzymała konewkę do podlewania kwiatów. 
Ujrzawszy Elizabeth, zatrzymała się gwałtownie, mierząc 
ją wzrokiem. 

-    Jeszcze zamknięte... - zaczęła, lecz Elizabeth naty- 

chmiast jej przerwała. 

-    Wiem, wiem. Nie jestem pacjentką. Przyszłam po- 

móc doktorowi Brentowi. Przyjmę dzisiejszych pacjentów 
doktora Jessopa. Szukałam właśnie kart pacjentów. 

Z twarzy kobiety znikł wyraz podejrzenia. 
-    Rozumiem. Przepraszam panią. Z pewnością przyda 

się nam pani pomoc. Nie miałam pojęcia, jak sobie poradzi 
nasz biedny doktor. Dni przed Bożym Narodzeniem by- 
wają najgorsze. 

  Elizabeth chciała wyjaśnić, że będzie pomagać jedynie 

dziś, ale znów nie miała szansy. Tym razem przeszkodził 
jej Callum. 

-    O! Właśnie chciałem zapoznać was ze sobą. Spóź- 

niłem się? 

-    Nie - odparła Elizabeth. - Jeszcze się sobie nie 

przedstawiłyśmy. - Uśmiechnęła się do nieznajomej. 

-    Pozwól więc, Elizabeth, to jest Hilary Young, nasza 

sekretarka i recepcjonistka w jednej osobie. Jest absolut- 
nie cudowna i zawsze będzie ci służyć pomocą. Hilary, 
przedstawiam ci Elizabeth, która pomoże nam opanować 
ten chaos. - Gdy kobiety uścisnęły swe dłonie, Callum 
spojrzał na Hilary i dodał: - Tak się składa, że Elizabeth 
jest również moją żoną. 

Promienny uśmiech natychmiast zniknął z nienagannie 

R

 S

background image

umalowanej twarzy sekretarki, a Elizabeth momentalnie 
wyciągnęła z tego właściwy wniosek. 

Callum jakby nie zauważył konsternacji swej asystentki. 
- Elizabeth zgodziła się przyjąć dzisiejszych pacjen- 

tów - tłumaczył jej, wyraźnie z tego zadowolony. - Może 
też uda nam się ją przekonać, żeby została z nami przez 
święta. 

I znów nie znalazła w sobie siły, by mu zaprzeczyć. 

Uznała, że to nie jest właściwy moment, tym bardziej że 
sekretarka Calluma tylko czekała, żeby coś takiego padło 
z jej ust. Wprawdzie uśmiechała się wciąż uprzejmie, ale 
kobieca intuicja podpowiadała Elizabeth, że Hilary zoba- 
czyła w niej rywalkę i będzie starała się jak najszybciej jej 
pozbyć. Elizabeth zaś - podobnie jak jej mąż - była wy- 
jątkowo przekorna i uparta. 

 
Pomimo wcześniejszych obaw, przedpołudniowe go- 

dziny w przychodni minęły bez problemów. Zdziwionym 
pacjentom Elizabeth wyjaśniała, że zastępuje chwilowo 
Tima Jessopa. Na szczęście większość osób zapisana była 
po raz pierwszy, więc nie musiała się nawet tłumaczyć. 

Pacjenci byli różni, od takich którzy przyszli zmierzyć 

sobie ciśnienie krwi, przez przyjmujących leki, którym 
trzeba było wypisać nową receptę, po ludzi proszących 
o zwolnienie z pracy aż do Nowego Roku. Zbadała też 
kilkoro dzieci z grypą i bolącymi gardłami oraz starszego 
pana z rozedmą płuc, któremu trzeba było zmienić lecze- 
nie. Kiedy już zaczęła gratulować sobie bezproblemowego 
przedpołudnia, do gabinetu weszła pacjentka, na widok 
której Elizabeth zesztywniała. 

R

 S

background image

Wyraz twarzy Audrey Summers aż za dobrze świadczył 

o tym, że ona także ją poznała. Audrey była jedną z tych 
kobiet, które po osiągnięciu pewnego wieku udzielają się 
w każdym komitecie społecznym. Była członkinią Unii 
Matek, należała do kościelnego chóru, a przede wszystkim 
stanowiła pewne źródło wiadomości - nawiasem mówiąc, 
nie zawsze prawdziwych - o wszystkich mieszkańcach 
miasteczka. Oprócz tego przyjaźniła się z Margaret Brent, 
więc gdy Elizabeth podniosła się z fotela, żeby ją przywi- 
tać, serce podeszło jej do gardła. 

-    Och, pani Summers, jak miło panią znowu widzieć 

- powiedziała pozornie beztroskim tonem. - Proszę 
usiąść. 

-    Elizabeth? Cóż, muszę przyznać, że jestem zasko- 

czona. Kiedy Hilary powiedziała mi, że dzisiaj wyjątkowo 
przyjmie mnie doktor Brent, sądziłam, że miała na myśli 
pani... pani... - nie wiedziała, jak dokończyć. - Sądzi- 
łam, że przyjmie mnie doktor Callum Brent - wydusiła 
z siebie w końcu. - Co pani tu właściwie robi? 

-    Po prostu pomagam mężowi - odparła Elizabeth, 

której wyjątkowo nie podobał się podejrzliwy, nieprzyja- 
zny ton głosu Audrey. 

-    Ach, rozumiem. 
Zanim kobieta zdążyła otworzyć usta, by zadać kolejne 

wścibskie pytanie, Elizabeth spytała rzeczowym głosem: 

-    Słucham, pani Summers, w czym mogę pomóc? 
Pacjentka opowiedziała o bólach gastrycznych i nie- 

strawnościach po jedzeniu. Elizabeth kazała się jej roze- 
brać, położyć na leżance i zbadała dokładnie jej brzuch. 

-    Ile ma pani wzrostu? - zapytała, myjąc ręce. 

R

 S

background image

 
-    Metr sześćdziesiąt dwa. 
-    A ile pani waży? 
-    Och, nie wiem dokładnie, ale przypuszczam, że nie- 

całe siedemdziesiąt kilogramów. 

-    Sprawdźmy to, dobrze? Proszę wejść na wagę. Tak... 

prawie osiemdziesiąt, pani Summers. Szczerze mówiąc, to 
stanowczo za dużo, jak na pani wzrost. - Elizabeth wróciła 
do swego biurka. - Przepiszę pani środek łagodzący żo- 
łądkowe dolegliwości. Dostanie pani również dietę, której 
radziłabym przestrzegać. 

-    Nie przypuszczam, żeby przyniosło to jakieś rezul- 

taty - powiedziała Audrey Summers. - Jem naprawdę nie- 
wiele. 

-    Mimo to proszę porównać swój jadłospis z tą dietą. 

Na pewno znajdzie pani różnice. 

Podczas badania Elizabeth była świadoma, że pani 

Summers bardzo chciałaby się dowiedzieć, co takiego za- 
szło w Dunster House, co tłumaczyłoby jej tu obecność. 
Z pewnością pobiegłaby czym prędzej, aby powtórzyć to 
swoim znajomym. Jednak ona nie zamierzała zaspokoić 
tej chorobliwej ciekawości. Gdy więc starsza kobieta ubra- 
ła się i próbowała naciągnąć ją na rozmowę, Elizabeth 
zbyła ją jakimś półsłówkiem, po czym poleciła wezwać 
następnego pacjenta. 

-    Chciałam się tylko dowiedzieć, czy będę miała oka- 

zję widywać panią przy kolejnych wizytach - próbowała 
tłumaczyć się Audrey. 

-    Jeszcze nie wiem, pani Summers. -Elizabeth staran- 

nie ważyła każde słowo. - Jeśli lekarstwo podziała, nie 
sądzę, by musiała przychodzić pani ponownie. W prze- 

R

 S

background image

ciwnym wypadku, proszę się zgłosić, zrobimy dalsze ba- 
dania. A teraz proszę przede wszystkim uważać na to, co 
będzie pani jadła podczas świąt, dobrze? 

Zamknęła drzwi za pacjentką z westchnieniem pra- 

wdziwej ulgi. Oparła się o ścianę. Przez cały dzień miała 
nadzieję, że uniknie podobnej sytuacji. 

Kilka chwil później wyszła z gabinetu, żeby sprawdzić, 

czy w poczekalni czekają jeszcze jacyś pacjenci. Zamiast 
nich ujrzała panią Summers i Hilary Young, pochłonięte 
prowadzoną przyciszonym tonem rozmową. 

-    Hilary, czy nie ma już nikogo więcej? - spytała. 
Sekretarka uniosła gwałtownie głowę. Na jej twarzy 
widać było zmieszanie. Elizabeth wiedziała, że 

rozmawiały o niej. 

-    Tak, doktor Brent - odpowiedziała pospiesznie. - To 

na razie koniec. 

-    A dlaczego nie macie w tym roku choinki? - spytała 

Audrey Summers, wyraźnie szukając pretekstu, by zostać 
w poczekalni choćby chwilę dłużej. - Odkąd sięgam pa- 
mięcią, zawsze w holu stało przepięknie udekorowane 
świąteczne drzewko. 

-    Och, było tyle zamieszania z wypadkiem doktora 

Jessopa, że nie zdążyliśmy - zaczęła tłumaczyć sekretar- 
ka. - Właściwie to choinka jest, ale doktor Brent zapo- 
mniał, gdzie są schowane bombki. Zawsze zajmowała się 
tym jego matka. 

-    Ja wiem, gdzie leżą - pochwaliła się Elizabeth. - 

Pójdę i przyniosę je tutaj. Nie ma świąt bez choinki, pra- 
wda? - uśmiechnęła się słodko do dwóch kobiet i wbiegła 
po schodach na górę. 

R

 S

background image

Gwiazdkowe dekoracje złożone były w dwóch ogro- 

mnych pudłach w pokoju na poddaszu. Elizabeth wiedzia- 
ła o tym, ponieważ sama pomagała matce Calluma je tam 
umieścić. Pamiętała zaś to tak dobrze, bowiem tego same- 
go dnia, przy kolacji, jej teść oznajmił, że ponieważ czuje 
się świetnie, odkłada na jakiś czas swoje emerytalne plany. 
Po posiłku po raz ostatni pokłóciła się z Callumem i jesz- 
cze tego wieczoru wyjechała. 

Na strychu było zimno i ponuro. Stały tu kufry, walizy, 

pojedyncze meble, model krawiecki, stary koń na biegu- 
nach i inne starocie, jakie można znaleźć na każdym 
strychu. 

Kartonowe pudła ze świątecznymi dekoracjami leżały 

pod oknem. Elizabeth wyciągnęła na środek jedno z nich 
i szła właśnie po drugie, kiedy jej wzrok przykuło inne 
pudełko. Leżało na siodle bujanego konia i wydawało się 
znajome. Odgarnęła pajęczynę, zdmuchnęła kurz pokry- 
wający wieczko, ostrożnie zajrzała do wewnątrz. To, co 
na pierwszy rzut oka wyglądało na książki, okazało się 
kolekcją fotograficznych albumów. Na widok jednego 
z nich serce zabiło jej mocniej. Wzięła go w dłonie i ze 
ściśniętym gardłem zaczęła przewracać kolejne strony. 

Wiele razy zastanawiała się, co się stało z jej ślubnymi 

zdjęciami. Czasem żałowała, że nie zabrała ich ze sobą, 
ale wyjechała w takim pośpiechu, że nie miała czasu 
o nich myśleć. Teraz wolno przewracała kartki i czuła, jak 
coraz silniej narasta w niej poczucie straty i rozżalenia. 

Na zdjęciach oboje byli roześmiani, pełni nadziei na 

przyszłość. Co się stało z ich marzeniami i nadziejami? 
Jak mogli tak po prostu z nich zrezygnować? 

R

 S

background image

Przewróciła kolejną kartkę, a wtedy luźna fotografia 

upadła na podłogę. Elizabeth podniosła ją i poczuła, jakby 
ktoś wbił nóż w jej serce. To zdjęcie zostało zrobione 
podczas podróży poślubnej do Paryża, następnego dnia po 
weselu. Stoją na balkonie hotelowego pokoju; ona wpa- 
trzona w męża, on czule uśmiechnięty, rozpromieniony, 
szczęśliwy... 

-    Liz? - usłyszała nagle jego głos tuż za plecami. - Co 

tutaj robisz? 

Odwróciła się szybko i spotkała jego zdziwiony wzrok. 

Przez chwilę żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. 
Wreszcie Callum zauważył album i odezwał się pierwszy: 

-    Więc tutaj się zawieruszył. Zastanawiałem się, gdzie 

mógł się podziać. 

Elizabeth ogarnął nagle niewytłumaczalny gniew. 
-    Tak, Callum, tutaj - wybuchnęła - wśród innych 

śmieci! Widocznie tylko tyle dla ciebie znaczył! 

R

 S

background image

 
 
 
 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
-    Przynajmniej ich nie wyrzuciłem - odparował Cal- 

lum. - Ty nawet nie pomyślałaś, żeby zabrać je ze sobą. 

-    Ale nie wiedziałeś, gdzie są, prawda? Przed chwilą 

sam się do tego przyznałeś. Widocznie nie miało to dla 
ciebie większego znaczenia. 

-    Zdjęcia czy nasze małżeństwo? - W jego głosie za- 

brzmiała gorzka drwina. - Jeśli masz na myśli małżeń- 
stwo, to ty powinnaś przemyśleć tę sprawę. W końcu to 
nie ja odszedłem, Elizabeth. 

Odzyskała głos, wyprostowała ramiona i spojrzała mu 

prosto w oczy. 

-    Znalazłam się w sytuacji bez wyjścia - powiedziała, 

starając się powstrzymać drżenie głosu. 

-    To twoje zdanie. Ja wierzyłem, że można było roz- 

wiązać nasz problem. 

Stali i mierzyli się wzrokiem niczym przeciwnicy przed 

walką. Pierwszy ochłonął Callum. Spojrzał na zegarek. 

-    Musimy porozmawiać, zdaję sobie z tego sprawę. 

Ale to nie jest odpowiednia pora ani miejsce. Mam dużo 
wizyt domowych. 

Elizabeth również zdążyła się nieco rozluźnić. 
-    Czy mam ci jeszcze w czymś pomóc? 

Zawahał się. 

R

 S

background image

-    Jak długo zamierzasz zostać? 
-    Jak długo chcesz, żebym została? - odpowiedziała 

pytaniem na pytanie, a potem spojrzała mu śmiało w oczy. 
Przez ułamek sekundy dostrzegła w nich dziwny blask, 
ale nie miała pojęcia, co on może oznaczać. 

-    Jeśli mam być szczery, to przydałabyś się tu przez 

święta. Ale Hilary szczerze wątpi, czy zechcesz zabawić 
u nas tak długo. 

-    Och, naprawdę? - zirytowała się. - W takim razie 

zostanę, jak długo będziesz mnie potrzebował. Czy mam 
przejąć wizyty domowe Tima? 

-    Nie, z tym sobie poradzę. Ale po lunchu przyjdą 

kolejni pacjenci. Może do tego czasu uda ci się coś zrobić 
z tą przeklętą choinką? Jeśli usłyszę jeszcze jedno pytanie, 
dlaczego w tym roku jej nie ma... 

-    Oczywiście. Już znalazłam bombki. - Wskazała ręką 

pudła. - Mógłbyś pomóc mi je znieść? 

Zeszli do holu, gdzie czekało już na nich ustawione 

drzewko. Następną godzinę Elizabeth spędziła na 
ubieraniu choinki. Zawsze lubiła takie zajęcia, miała 
bowiem do nich talent. Kiedy skończyła, nawet Hilary 
Young musiała przyznać, że drzewko przystrojone 
czerwonymi kokardami, sztucznym śniegiem i złotymi 
świecami wygląda imponująco. 

-    Długo tu pracujesz, Hilary? - spytała Elizabeth, gdy 

już posprzątała resztki wstążek i łańcuchów oraz zamiotła 
świerkowe igły. 

-    Około pół roku. Doktor Brent zatrudnił mnie, gdy 

doktor Jessop przyszedł do kliniki. 

-    Więc nie było cię jeszcze, gdy mieszkali tu rodzice 

Calluma - stwierdziła Elizabeth, przyglądając się swemu 

R

 S

background image

dziełu. - Jego matka zawsze ubierała choinkę. To był pra- 
wdziwy rytuał, zawsze w niedzielę przed świętami. 

-    Wyobrażam sobie - odparła Hilary. - Nie poznałam 

pani Brent, ale dużo o niej słyszałam. Ponoć miała trudny 
charakter. - Popatrzyła na Elizabeth, a ta w jednej chwili 
pojęła, że Hilary zna opowieści o niej i teściowej. 

-    Cóż, jest kobietą, która wie, czego chce - odpowie- 

działa szybko. Nie miała ochoty dłużej rozmawiać o swo- 
im prywatnym życiu, więc zmieniła temat. - O której 
godzinie zaczynają się popołudniowe wizyty? 

Hilary spojrzała na nią zdumiona. Widocznie była prze- 

konana, że do tego czasu Elizabeth wyjedzie. 

-    Wpół do trzeciej. Czy przyjmie pani pacjentów do- 

ktora Jessopa także po południu? 

Elizabeth przytaknęła. 
-    Tak. I jutro też, więc możesz dalej przyjmować za- 

pisy - dodała wyniośle. Ten ton nie był potrzebny, ale 
zdenerwowało ją coś w głosie Hilary. Wyszła do kuchni. 
Wyrzuciła śmieci i usiadła przy stole, zastanawiając się, 
dlaczego, do diabła, robi to wszystko. 

Przez swoją przekorę i upór będzie musiała zostać tu 

aż do wigilijnego popołudnia. Powinna zadzwonić do sio- 
stry i powiadomić ją, że zmieniła plany. Zresztą Janet i tak 
już się pewnie zastanawia, dlaczego jeszcze do niej nie 
dotarła. 

No właśnie, dlaczego? Zaważyła tu chyba osoba Hilary 

Young. Elizabeth nie miała pewności, czy Calluma łączy 
z asystentką coś jeszcze poza wspólną pracą, ale ta dziew- 
czyna najwyraźniej traktowała go jak swoją własność, co 
wyjątkowo drażniło Elizabeth. 

R

 S

background image

Westchnęła. Czy mogłaby mieć mu za złe, gdyby Cal- 

lum miał kogoś oprócz niej? Jak słusznie zaznaczył, to 
w końcu ona odeszła, nie on. Czemu więc tak dziwnie się 
czuje? Co ją skłoniło do tej dziwacznej decyzji, by po- 
święcić dla niego swój czas? Przecież nie zazdrość. Jak 
może być zazdrosna o Calluma, skoro przyjechała popro- 
sić o rozwód? 

A może to nieprawda, że w jej życiu nie ma już dla 

niego miejsca? Może pó burzliwym wyjeździe z Dunster 
House wmówiła tylko to sobie? Czuła się oszukana i zdra- 
dzona, gdy Callum stanął po stronie rodziców i zdawał się 
nie dostrzegać jej potrzeb. Dawna przyjaciółka ze studiów 
powiedziała jej o możliwości tymczasowej pracy w Bo- 
stonie, więc szybko podjęła decyzję i wyjechała do Sta- 
nów. A przecież gdyby dała mu szansę, może wszystko 
wyglądałoby dzisiaj inaczej? Może dlatego bez reszty po- 
święciła się pracy, żeby nie tęsknić za Callumem i nie 
myśleć zbyt wiele o swoim położeniu? 

Boże, nie spodziewała się, że tak bardzo przeżyje po- 

wrót do Dunster House. 

Nic nie działo się według scenariusza, który wcześniej 

ułożyła. Przygotowała się na przeprawę z Margaret Brent, 
a ku swojemu zdumieniu nie zastała już ani jej, ani jej 
męża. Nie mogła też przewidzieć komplikacji, jakie po- 
ciągnął za sobą wypadek Tima Jessopa. Czy wypadało 
w takiej sytuacji odmówić pomocy osamotnionemu Cal- 
lumowi? Zwłaszcza że wciąż był przecież jej mężem, a jej 
uczucia do niego wcale nie zostały do końca określone. 
Pocieszała się tylko, że wszystkie te rozterki miną, gdy 
wyjedzie stąd wreszcie raz na zawsze. 

R

 S

background image

Na razie jednak zobowiązała się zostać tu do jutrzejsze- 

go wieczora i musi ten czas należycie wykorzystać. Po 
pierwsze - pomagać Callumowi, skoro obiecała mu po- 
móc; po drugie zaś - powiedzieć mu wreszcie o roz- 
wodzie. 

Gdy jasno postawiła przed sobą te cele, od razu poczuła 

się lepiej. Zrobiła sobie kanapkę i raźno zaczęła przygo- 
towywać się do kolejnych wizyt. 

Pierwszym zadaniem była szkoła rodzenia, w której 

zajęciach uczestniczyła też tutejsza położna. Kobieta po 
czterdziestce, o miłej twarzy, pracowała w okolicy od wie- 
lu lat. 

Razem badały przyszłe mamy, mierzyły im ciśnienie 

krwi, sprawdzały wagę i wyniki badań moczu, słuchały 
bicia serc płodów oraz odpowiadały na wszelkie pytania 
zaniepokojonych ciężarnych. Niektóre z kobiet były 
wyraźnie zadowolone, że rozmawiają z lekarką, zwłasz- 
cza że Elizabeth zawsze miała dobry kontakt z pacjentka- 
mi. Jedna z nich, Vanessa Lee, u której zbliżał się termin 
porodu, była szczególnie zdenerwowana. 

-    To pani pierwsze dziecko? - spytała Elizabeth. 
-    Tak. Trzydzieści osiem lat to trochę późno, prawda? 
-    Proszę się nie martwić, będzie pani miała dobrą 

opiekę. 

-    Długo czekaliśmy na to dziecko, wiele przeszliśmy 

- tłumaczyła Vanessa. - Nie przeżyłabym, gdyby coś mu 
się stało. Problem w tym, że za późno zaczęliśmy myśleć 
o założeniu rodziny. Ja jestem radcą prawnym, mąż adwo- 
katem i zawsze na pierwszym miejscu stała praca. Kiedy 
zdecydowaliśmy, że nadszedł czas, matka natura postano- 

R

 S

background image

wiła utrzeć nam nosa. Niech pani nie odkłada macierzyń- 
stwa na potem, doktor Brent, dobrze pani radzę. 

Po szkole rodzenia Elizabeth znów zasiadła w gabine- 

cie przyjęć. I choć poprzednio tak bardzo się bała spotka- 
nia kogoś znajomego, tym razem czekała ją miła niespo- 
dzianka. 

Jednym z pacjentów był starszy mężczyzna cierpiący 

na depresję. Jego żona zmarła podczas ubiegłych świąt 
i teraz nie mógł sobie dać rady w obliczu nadchodzącej 
rocznicy jej śmierci. Tyle przynajmniej Elizabeth dowie- 
działa się o nim z kartoteki. Ponieważ Tim Jessop przepi- 
sał mu dość silny lek, na wszelki wypadek miała się na 
baczności. 

-    Pani Brent - usłyszała ku swojemu zdumieniu. - Jak 

to miło znów panią widzieć. - Poorana zmarszczkami 
twarz mężczyzny rozjaśniła się w uśmiechu. 

Elizabeth wstała i podała mu rękę na powitanie. Choć 

jego twarz wydawała się jej znajoma, nie mogła sobie 
przypomnieć, gdzie się widzieli. Delikatnie wyciągnęła z 
niego tę informację dopiero podczas późniejszej rozmowy. 

-    Moja żona ciągle powtarzała, jaka pani była dla niej 

życzliwa. 

-    Naprawdę? 
-    Tak, nie mogła się doczekać pani kolejnych wizyt 

w hospicjum. 

Więc tam się spotkaliśmy, pomyślała Elizabeth. Oka- 

zuje się jednak, że praca charytatywna, do której tak na- 
mawiała ją teściowa, przyniosła dobre skutki. 

Po chwili rozmowy zapytała starszego mężczyznę 

o plany na święta. 

R

 S

background image

Zamilkł, ściskając w dłoniach czapkę. 
-    Syn ze swoją żoną chcieliby, żebym pojechał do 

nich. Prowadzą farmę, nawet niedaleko stąd, ale chyba nie 
pojadę... 

-    Dlaczego? Myślę, że powinien pan ich odwiedzić. 
-    Tak? Sam nie wiem... Rano postanowiłem, że zosta- 

nę, ale teraz, po rozmowie z panią o Millie, czuję się nieco 
lepiej... 

-    Sądzę, że pański syn i jego rodzina byliby bardzo 

rozczarowani, gdyby pan nie pojechał. Czy spędzaliście 
święta razem przed śmiercią pańskiej żony? 

-    Oczywiście! - Wspomnienie wywołało uśmiech na 

jego twarzy. - Prawie co roku przyjeżdżali do nas. Moje 
wnuczęta... Żona wspaniale gotowała... 

-    W takim razie koniecznie musi pan pojechać. 
-    Naprawdę? 
-    Tak, proszę pomyśleć: Millie była nie tylko żoną, ale 

również matką i babcią. Ta gwiazdka również dla nich 
będzie smutna. A jak by się czuli, gdyby na dodatek za- 
brakło pana? Musi pan z nimi być w te dni. Proszę roz- 
mawiać o żonie, wspominać najpiękniejsze wspólne chwi- 
le i wszystkie razem spędzone święta. 

Mężczyzna wyszedł z jej gabinetu wyraźnie uspokojo- 

ny. Elizabeth natomiast, pod wpływem tej rozmowy, przy- 
pomniała sobie pierwsze Boże Narodzenie, jakie spędziła 
z Callumem zaraz po ślubie. Wielu przyjaciół zapraszało 
ich do siebie, ale nie mogli się zdecydować, do kogo iść, 
więc w końcu powiedzieli, że wyjeżdżają, i spędzili te 
dwa dni tylko we dwoje. 

Nigdy wcześniej i nigdy potem nie czuła się tak szczę- 

R

 S

background image

śliwa. Prezenty i świąteczne śniadanie w łóżku, wspólnie 
przygotowany obiad, potem długi spacer po wrzosowisku 
i wieczór, spędzony przed kominkiem. Kochali się wtedy, 
a ich ciała oświetlały złociste płomienie. 

Zadrżała. Cokolwiek miało się zdarzyć w przyszłości, 

ten wieczór na zawsze pozostanie w jej pamięci. 

Tak bardzo pogrążona była w myślach, że nie usłyszała, 

jak Callum podchodzi do drzwi. Aż podskoczyła, kiedy je 
otworzył. 

Spojrzała na niego. Siła wspomnień nie opuściła jej 

jeszcze. Callum musiał coś wyczuć, bo nie odzywał się 
i tylko patrzył w jej ozdobioną rumieńcem twarz. Wresz- 
cie wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. 

-    Dobrze się czujesz? 
-    Tak, czemu pytasz? - zdziwiła ją ta troska. 
-    Byłaś taka... - zawahał się - zamyślona. 
-    Mam powód. Przed chwilą pożegnałam pacjenta, 

który nie tylko mnie rozpoznał, ale powiedział, że jego 
zmarła żona często wspominała moje wizyty w hospi- 
cjum. 

-    A widzisz? Zawsze ci powtarzałem, że czas spędzo- 

ny z mieszkańcami tej mieściny nie będzie stracony. 

-    Chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz - odparła 

ze smutkiem. - Nie wszyscy są tacy przyjacielscy. 

-    Co chcesz przez to powiedzieć? 
-    Badałam dziś rano Audrey Summers i wiem, że nie 

mogła się doczekać chwili, gdy przekaże swoim kumosz- 
kom, że marnotrawna żona doktora Brenta wróciła do 
Dunster House. 

Roześmiał się. 

R

 S

background image

-    A czego innego można się spodziewać po Audrey? 

Jednak oprócz niej jest wielu ludzi, którzy od dawna cię 
lubią i szanują, chociaż ty sama w to nie wierzysz. 

-    Callum, nie wracajmy do tego. Byłam sfrustrowana, 

czułam się bezużyteczna... 

-    Prosiłem cię o cierpliwość. 
-    Wiem i dlatego długo byłam cierpliwa. Ale gdy twój 

ojciec postanowił nie przechodzić na emeryturę, miarka 
się przebrała. 

Patrzył na nią przez chwilę, wreszcie się odezwał: 
-    Miałem zamiar zaproponować ci kolację w „Feat- 

hers", ale myślę, że lepiej będzie, jeśli zostaniemy tutaj. 

-    Masz rację, znajdę coś w lodówce. 
Podczas gdy przygotowywała mięso i warzywa, Cal- 

lum rozpalił kominek w małym pokoju, tym samym, 
w którym jedli wczoraj. Na szczęście były tylko dwa te- 
lefony i żaden pacjent nie wymagał domowej wizyty. 

Przez większą część czasu rozmawiali o błahostkach, 

czując jednak ciężar niedokończonej dyskusji. Callum wy- 
dawał się szczególnie zainteresowany jej pracą w Nowym 
Jorku. 

-    Odpowiadało ci podróżowanie i praca w różnych 

miejscach? 

-    Tak, to dobre doświadczenie przed... - zamilkła. Już 

miała powiedzieć, że będzie to przydatne w jej nowej 
pracy, ale przecież Callum nic jeszcze nie wiedział o de- 
cyzji opuszczenia Anglii na stałe i kontynuowania kariery 
w Stanach. 

-    Przed czym? 
-    Słucham? 

R

 S

background image

-    Do czego będzie ci potrzebne to doświadczenie? - 

zapytał, po czym zamilkł, czekając na jej odpowiedź. Ale 
Elizabeth milczała. - Chcesz może zostać lekarzem do- 
mowym? 

-    Nie, Callum, ja... - zaczęła, ale nie dał jej dokoń- 

czyć. 

-    Zaczekaj chwilę. Usiądźmy wygodnie. Naleję bran- 

dy, napijemy się kawy, popatrzymy sobie w kominek... 

Bezradnie obserwowała, jak przesuwa sofę w stronę 

ognia i gasi lampę. Po chwili podał jej kieliszek brandy, 
a sam usiadł obok. Czy właśnie teraz powinna powiedzieć 
o rozwodzie? 

R

 S

background image

 

 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
-    Dlaczego odeszłaś? - spytał Callum, nie odrywając 

wzroku od migoczących płomieni. 

Spojrzała na niego spłoszona. 
-    Przecież wiesz. Sytuacja stała się dla mnie nie do 

zniesienia. Wyszłam za ciebie, bo cię kochałam, chciałam 
być z tobą, ale moja kariera była dla mnie równie ważna. 
Przed przyjazdem do Dunster House dałeś mi jasno do 
zrozumienia, że jak tylko twój ojciec przejdzie na emery- 
turę, zostanę twoim wspólnikiem. Spodziewałam się, że 
będę musiała poczekać, ale od chwili naszego przyjazdu 
sprawy przyjęły zły obrót. 

-    Nie przesadzasz? 
-    Nie, Callum. 
-    Daj mi przykład. 
-    Twoja matka zaczęła wtrącać się do wszystkiego. 
-    Ach, moja matka... Czekałem tylko, kiedy o niej 

powiesz. 

-    A nie powinnam? - Odstawiła kieliszek i zdenerwo- 

wana spojrzała na męża. - Wierz mi, wiele winy leży po 
jej stronie. Od samego początku miała swoją wizję idealnej 
żony i nie było w niej miejsca na moją karierę zawodową, 
zaręczam ci. Uważała, że moje miejsce jest krok za tobą, 
że powinnam skupić się na wychowywaniu twoich dzieci, 

R

 S

background image

odbieraniu telefonów, organizowaniu ci życia towarzy- 
skiego i odgrywaniu roli szczodrej pani doktorowej przed 
twoimi pacjentami, tak jak to ona robiła przez całe życie. 
Kiedy zorientowała się, że ja jestem inna, skoncentrowała 
swoje wysiłki na tym, aby mnie zmienić, wtłoczyć w od- 
powiednie, jej zdaniem, ramki. A ja zbyt ciężko pracowa- 
łam na swój sukces, aby tak łatwo z niego zrezygnować. 
Poza tym przyznaj, Callum, że nie mieliśmy tu ani chwili 
prywatności, żadnego swojego miejsca... 

-    Mimo to ciągle uważam, że mogliśmy dojść do po- 

rozumienia, gdybyś została. Myślałem... -jego głos nagle 
złagodniał - że łączy nas coś, co jest silniejsze od wszy- 
stkich problemów. Że wspólnie przetrwamy trudne chwile. 

Milczała, pochylił się więc w jej stronę i położył dłoń 

na jej dłoni. Dotyk jego palców przeszył ją dreszczem 

-    To było coś wyjątkowego, prawda? - spytał zduszo- 

nym głosem. 

Przez chwilę opierała się sile jego spojrzenia, wreszcie 

uległa. 

-    Tak, Callum - westchnęła. 
-    Załamałem się, kiedy odeszłaś. 
-    Skąd mogłam wiedzieć? Nie pojechałeś za mną, nie 

szukałeś mnie... 

-    A chciałaś tego? 
-    Niespecjalnie. - Wzruszyła ramionami. - Posłuchaj, 

Callum, muszę ci wreszcie coś powiedzieć... - zaczęła, 
lecz nie zdołała dokończyć, bowiem jego zachłanne usta 
przylgnęły do niej namiętnie i Elizabeth w jednej chwili 
zapomniała o wszystkim. 

Odurzyła ją siła tego pocałunku. Z początku starała się 

R

 S

background image

odepchnąć Calluma, zaprotestować przeciw jego zabor- 
czym gestom, jednak jego bliskość była czymś tak znajo- 
mym, tak bezpiecznym i zarazem tak zniewalającym, że 
nie zrobiła tego. Dotyk jego rąk, skóry, zapach i smak ust 
obudziły w niej wspomnienia, tęsknotę i takie pożądanie, 
że nie miała siły im się oprzeć. 

On tymczasem już rozpinał guziki jej bluzki, już zsuwał 

wolno cienki materiał z jej ramion, już obsypywał poca- 
łunkami szyję, dekolt, aż w końcu, zanurzywszy dłonie 
w gęstwinie jej złotorudych włosów, zbliżył swe usta do 
jej piersi. Elizabeth jęknęła cicho i przycisnęła do siebie 
jego głowę. 

-    Callum... Ja... - Nawet jeśli chciałaby protestować, 

nie usłyszałby jej zapewne, tak bardzo ogarnięty był go- 
rączką namiętności. Pozbawiał jej ciało okrycia, układał 
je na miękkim dywanie przed kominkiem, a ona pod- 
dawała się bez oporu jego woli. Jego wola była jej wo- 
lą i Elizabeth zrozumiała nagle, że to, co właśnie się sta- 
ło, od początku było nieuniknione, odkąd tylko tu przy- 
jechała. 

-    Pamiętasz? - szeptał Callum do jej ucha. - Już kie- 

dyś leżeliśmy tak na podłodze przed kominkiem. W innym 
mieszkaniu, przed innym kominkiem... Pragnę cię, Liz... 
Och, tak bardzo pragnę cię, najdroższa! 

-    Callum... - szepnęła tylko, czując jak wypełnia ją 

rozkosz. Już byli razem, już podążali, połączeni w namięt- 
nym uścisku, ku radości spełnienia. Tak jak dawniej. 

Gdy dużo później Elizabeth leżała wyczerpana w jego 

ramionach, poczucie klęski mieszało się w jej sercu z no- 
wo rozbudzona nadzieją. Pragnęła go, nie mogła temu 

R

 S

background image

 

zaprzeczyć. Nie zdołała mu się oprzeć, nie umiała odmó- 
wić. Nawet gdy ochłonęła już po pierwszym zaspokojeniu 
i niezdarnie próbowała się ubrać, nie powiedziała nie, kie- 
dy Callum postanowił ponownie dać jej rozkosz. Ich po- 
żądanie nie wygasło, było takie samo jak kiedyś. 

A miłość? Przecież jest jeszcze miłość. 
Patrzyła błędnym wzrokiem, jak Callum dokłada drew- 

na do kominka. Polano zabłysnęło tysiącem iskier 
i oświetliło jego nagą sylwetkę. Callum Brent - znów był 
jej mężem, jej mistrzem, jej kochankiem... 

Boże, jak mogła do tego dopuścić? I to zaraz po tym, 

gdy postanowiła porozmawiać o końcu ich małżeństwa? 
Zamknęła oczy. To wszystko było takie trudne. 

Gdy zadzwonił telefon stojący na biurku, uniosła znu- 

żone powieki. Callum westchnął z niezadowoleniem, 
wstał i podniósł słuchawkę. 

Stanął tuż nad nią, a ona mogła podziwiać jego musku- 

larne ciało, szlachetny profil, ciemne, lśniące włosy, moc- 
no zarysowaną szczękę. To szaleństwo rozwodzić się 
z mężczyzną, który nie tylko jest zabójczo przystojny, ale 
też zniewalająco delikatny i czuły, pomyślała. No tak, do- 
dała od razu przekornie, a jego pragnienie dominacji? 
A upór graniczący z arogancją? 

-    Liz? - Callum wyrwał ją z rozmyślań. - To twoja 

siostra. - Podał jej słuchawkę. - Chce porozmawiać. 

-    Och, przepraszam! - Nie wiadomo dlaczego, poczu- 

ła się winna. - Janet? Przepraszam, miałam właśnie do 
ciebie dzwonić. 

-    Witaj, Elizabeth. - Głos siostry był ostry, nieprzy- 

jemny. - Wszystko w porządku? 

R

 S

background image

-    Tak, oczywiście. 
-    Czekamy na ciebie. Myśleliśmy, że coś ci się stało. 

Walter mówi, że drogi są dziś oblodzone. Dlaczego jeszcze 
nie dotarłaś? Przecież do Dunster House miałaś wpaść 
tylko na chwilę. 

-    Wiem, Janet, ale widzisz... zaszły nieprzewidziane 

okoliczności. Wspólnik Calluma miał wypadek i... 

-    A co to ciebie obchodzi? - przerwała jej siostra. 
-    Ja... pomagam w przychodni. 
-    Co takiego? 
-    Musiałam pomóc, Janet. 
-    Na miłość boską, dlaczego? 
-    Trudno znaleźć zastępstwo w czasie świąt. 
-    No dobrze, jeśli nawet tak było, to chyba już skoń- 

czyłaś. Dziewczyno, jest już po dziewiątej. Dzieciaki cze- 
kają. 

-    Tak, wiem... - Elizabeth spojrzała na Calluma, ob- 

serwującego rozmowę sióstr z wyraźnym rozbawieniem. 
Zaczerwieniła się i szybko odwróciła głowę. 

-    Więc kiedy mamy się ciebie spodziewać, Elizabeth? 

Mam nadzieję, że nie zostajesz tam na noc? 

-    No... 
-    Chyba nie zapomniałaś, po co tu przyjechałaś? 
-    Oczywiście, że nie - odparła Elizabeth. 
-    Mam nadzieję. Callum Brent już dosyć namie- 

szał w twoim życiu. Masz wreszcie okazję wyjaśnić wa- 
sze sprawy i zakończyć wszystko raz na zawsze. Nie 
zmarnuj tego. Mówiłaś, że praca w Stanach zapowiada się 
wspaniale. Walter twierdzi, że los rzadko daje drugą taką 
szansę. 

R

 S

background image

-    Ma rację. 
-    No widzisz. Rozmawiałaś już z nim? 
-    Z Callumem? Hm, niezupełnie. 
-    Więc kiedy zamierzasz to zrobić? 
-    Na litość boską, Janet! - zdenerwowała się Eliza- 

beth. - To chyba moja sprawa, prawda? 

-    Owszem, twoja. Nie zapominaj jednak, jak bardzo 

potrafisz być niezdecydowana, gdy Callum Brent jest 
obok ciebie. Już raz zupełnie zwariowałaś na jego punkcie. 
A teraz czuję, że znów dajesz się wodzić za nos... 

-    Tak uważasz? 
-    Właśnie tak. Powiedz krótko: o której godzinie ma- 

my cię oczekiwać? 

-    Wiesz, Janet... obiecałam mu, że pomogę również 

jutro. 

-    No nie! Zaraz mi oznajmisz, że spędzasz z nim wi- 

gilię! 

Elizabeth miała dość tej rozmowy. 
-    Skoro poruszyłaś tę kwestię - odezwała się spokoj- 

nym, pozbawionym emocji głosem - to być może rzeczy- 
wiście będę musiała zostać na święta. Jest tu wielu pacjen- 
tów, a jeden lekarz nie da sobie rady. 

-    Sama kręcisz na siebie bicz, Elizabeth. Zobaczysz, 

że jeszcze tego pożałujesz. A wtedy nie przychodź, by 
wypłakać się na moim ramieniu! 

Po tych słowach Janet odłożyła słuchawkę. 
-    Boże, o co ci chodzi? Przecież przyjmę tylko kilku 

pacjentów! -jęknęła Elizabeth, lecz siostra oczywiście nie 
mogła już tego słyszeć. 

-    Tak postanowiłaś? - spytał niewinnym głosem 

Callum. 

R

 S

background image

Wkładał właśnie spodnie i patrzył z rozbawieniem na 

Elizabeth, która zdenerwowana wpatrywała się w telefon. 

Kiedy zadzwonił po raz kolejny, bez namysłu odebrała 

połączenie, sądząc, że to skruszona Janet. 

-    Słucham? - warknęła do słuchawki. 
Po drugiej stronie zapadła cisza. Dopiero po chwili 

odezwał się słaby głos, którego brzmienie nie było jej 
całkiem obce: 

-    Przepraszam, czy to numer 236-543? 
-    Tak. 
-    Można wiedzieć, kto mówi? 
-    Elizabeth Brent. 

Znów chwila milczenia. 

-    Czy jest Callum? 
Elizabeth powoli opuściła słuchawkę i patrząc na męża, 

wyciągnęła dłoń w jego stronę. 

-    To chyba twoja matka - powiedziała, po czym wsta- 

ła, pozbierała ubranie i wyszła z pokoju. 

Po drodze do sypialni myślała o tym, czy Margaret 

Brent doznała szoku, słysząc głos dawnej synowej. Pewnie 
tak. W jej oczach odejście od męża było najgorszym grze- 
chem. I kto wie, czy nie miała racji. Zwłaszcza że Eliza- 
beth odeszła od wspaniałego męża. Grzech, błąd - czy 
tego właśnie się dopuściła? 

Później, leżąc w wannie wypełnionej pachnącą pianą, 

wiele razy powracała do tego pytania. Gdy wyjeżdżała do 
Stanów nie myślała o tym w ten sposób. A gdy wracała, 
w jej planach z pewnością nie było ani takich rozważań, 
ani seksu z właściwie byłym już mężem. Chciała rozwodu 
i kropka. Teraz jednak zaczynała się wahać. 

R

 S

background image

Westchnęła ciężko. Nie umiała jasno określić, co czuła 

do Calluma. Wiedziała jedynie, że nie potrafi się przed 
nim bronić. Przez rok zdążyła niemal o tym zapomnieć, 
wystarczyło jednak kilka chwil sam na sam, by stłumione 
namiętności wróciły z podwójną siłą. Jakiś wewnętrzny 
głos podpowiadał jej, że nie powinna z nimi walczyć, że 
trzeba posłuchać serca - a nawet zmysłów - nie zaś cho- 
robliwych ambicji. Niezależnie jednak od tego, co ostate- 
cznie postanowi, Elizabeth wiedziała już z całą pewno- 
ścią, że zawsze będzie tęsknić za ciepłem i pieszczotami 
Calluma Brenta. 

I co teraz? - pytała się z niepokojem. Siostra oskarżyła 

ją o słabość i uleganie wpływom. Możliwe, ale siostra 
zawsze jej zazdrościła i tak naprawdę nigdy nie była wo- 
bec niej obiektywna i życzliwa. Ona zdała na medycynę, 
Janet oblała egzaminy na prawo i zamiast studiować wy- 
szła za mąż. Elizabeth upajała się na początku małżeńskim 
szczęściem, podczas gdy małżeństwo siostry nie należało, 
zdaje się, do specjalnie udanych. Walter był nadętym nu- 
dziarzem, więc kiedy Elizabeth poznała Calluma, zazdrość 
Janet tylko wzrosła. Callum od razu przejrzał szwagierkę 
i dlatego od początku istniała między nimi nieskrywana 
niechęć. 

Gdy Elizabeth odeszła od męża, Janet nie mogła się 

powstrzymać od uwag w rodzaju „a nie mówiłam?". Teraz 
zaś po tonie jej głosu Elizabeth zorientowała się, że nie 
podoba się jej rozwój wydarzeń. Ale przecież to jej życie 
i nawet rodzona siostra nie ma prawa się w nie wtrącać. 

Ciekawe, co Callum sądzi o tej sytuacji. Pragnął jej 

ciała, ale przecież na tym nie mogli budować wspólnej 

R

 S

background image

przyszłości. Callum był mężczyzną o nieodpartym uroku 
i silnych potrzebach, więc z pewnością nietrudno mu było 
o zapewnienie sobie damskiego towarzystwa. 

Powoli przeciągnęła dłońmi po swych jędrnych pier- 

siach, kształtnie zarysowanej talii, płaskim brzuchu. Przy- 
pomniała sobie, jak w momencie uniesienia Callum sze- 
pnął jej do ucha, że jej pragnie i że ją kocha. Czy mówił 
prawdę? 

Nagle usłyszała pukanie do drzwi łazienki i usiadła 

gwałtownie w wannie. 

-    Elizabeth? 
-    Tak? 
-    Mogę wejść? - Nie czekając na odpowiedź, Callum 

otworzył drzwi i stanął na wprost niej. Elizabeth zakryła 
ciało pianą, jednak jej piersi wciąż pozostawały doskonale 
widoczne. 

On jednak zachowywał się tak, jakby widok żony w ką- 

pieli był dla niego czymś codziennym. Usiadł na krawędzi 
wanny i powiedział z przepraszającym uśmiechem: 

-    Znowu muszę wyjść. Ale nie martw się, wezmę 

pager. 

-    W porządku, zresztą i tak już kończę - odparła bez 

związku. - Callum? - zawahała się. 

-    Tak? 
-    Jak zareagowała twoja matka? 

Wykrzywił twarz w zabawnym grymasie. 

-    Powiedzmy, że była mocno zdziwiona. 
-    Domyślam się. Czy twoi rodzice przyjadą tu na 

święta? 

-    Nie, jadą do ciotki. 

R

 S

background image

-    Wiesz... Nie mogłam uwierzyć, kiedy Ivy powie- 

działa, że już tu nie mieszkają. Nie sądziłam, że kiedykol- 
wiek wyprowadzą się z Dunster House. 

-    Matka wcale nie chciała wyjeżdżać. To był pomysł 

ojca - Wstał, zdjął z wieszaka gruby kąpielowy ręcznik 
i rozpostarł go przed nią. Elizabeth zawahała się nieco, ale 
wyszła z wanny i przyjęła okrycie z jego rąk. 

-    Zapomniałem już, jaka jesteś piękna - powiedział 

miękko, kiedy odwróciła się do niego twarzą. Otulił ją 
ręcznikiem, ale wciąż nie wypuszczał z objęć. 

-    Chciała wiedzieć, dlaczego tu jestem? 
-    Matka? Oczywiście. - Pochylił się i pocałował ją 

w szyję. Chociaż od cudownych chwil przed kominkiem 
nie upłynęło więcej niż pół godziny, Elizabeth znów po- 
czuła przypływ pożądania. 

-    I co jej powiedziałeś? 
-    A co miałem odpowiedzieć? Sam nie znam odpowie- 

dzi na to pytanie. 

Musnął ustami czubek jej nosa, a potem wyszedł, ona 

zaś wytarła się i założyła szlafrok. Czy to możliwe, żeby 
Callum pragnął jej powrotu? Czy czekał, aż przyzna, że 
przyjechała, żeby się pogodzić? 

A może to tylko pobożne życzenia? Może już za późno 

i ich ostatnie zbliżenie to zaledwie niezdarna próba od- 
tworzenia bezpowrotnie utraconej przeszłości? 

Wyszła z łazienki. Przechodząc przez hol, usłyszała 

z dołu ożywione głosy. Było ciemno, bo nie chciało jej się 
wcześniej zapalić światła, ale parter był oświetlony. Prze- 
chyliła się przez barierkę, jednak dostrzegła jedynie ude- 
korowaną przez siebie choinkę. Wtedy znów usłyszała 

R

 S

background image

głos Calluma, po nim zaś drugi, kobiecy. Po chwili trzas- 
nęły frontowe drzwi. 

Pobiegła do sypialni, skąd miała widok na podjazd. 

Najpierw zobaczyła Calluma zbliżającego się szybkim 
krokiem do samochodu, natomiast za nim Hilary Young. 
Otworzył jej drzwi i szybko wsiadła do auta, patrząc na 
niego z wdzięcznością i podziwem. Callum zerknął w gó- 
rę, w stronę okna sypialni, lecz Elizabeth zdążyła w porę 
się odsunąć. Zaraz potem samochód odjechał z piskiem 
opon, a ona odeszła powoli od okna. 

Była zdruzgotana. 

R

 S

background image

 
 
 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Jak mogła być taka głupia? Jak mogła sądzić, że w ży- 

ciu Calluma nie ma żadnej kobiety? W swej naiwności 
myślała, że chce, by do niego wróciła. Akurat! Callum ma 
przecież swoją dumę. 

Oczy zaszły jej łzami gniewu i bezsilności. Nie mogła 

już dłużej zaprzeczać, że zżera ją zazdrość. 

Powiedział, że wychodzi, ale nie zaznaczył dokąd. Jest 

po kolacji, więc restauracja nie wchodzi w grę. W miaste- 
czku trudno było liczyć o tej porze na inne atrakcje, toteż 
Elizabeth natychmiast się domyśliła, że pojechał do mie- 
szkania sekretarki, swej kochanki. 

Czuła to, wiedziała od początku. Hilary wyraźnie dała 

do zrozumienia, że była żona Calluma Brenta nie jest tu 
mile widziana. 

Elizabeth przebrała się w koszulę nocną i ułożyła do 

snu, jednak nie mogła myśleć o niczym innym. Skoro 
Callum związany był z Hilary, to dlaczego kochał się 
z nią? Czy zadziałał ślepy impuls, którego teraz gorzko 
żałuje? A może aż tak wielkie są jego potrzeby, że trzeba 
mu dwóch kobiet, by mógł zaspokoić swą chuć? 

Ogarnął ją gniew. Z pewnością wróci bardzo późno 

i resztę nocy zechce spędzić z żoną. Niedoczekanie! 

R

 S

background image

Rozejrzała się po pokoju. Drzwi nie miały klucza, po- 

radziła sobie jednak, podpierając je krzesłem. 

-    To ostudzi twoje zapały, Casanovo - wycedziła 

z wściekłością i znów położyła się do pustego małżeńskie- 
go łoża. 

Jednak później, gdy ochłonęła, wybuchła gorzkim pła- 

czem. Łzy bezsilności i straconych złudzeń popłynęły po 
jej policzkach. Długo szlochała z twarzą w poduszce, po- 
tem przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. 
Wciąż nasłuchiwała, czy Callum nie wraca, ale w końcu 
zmogło ją zmęczenie. Gdy zaś się obudziła, pokój roz- 
świetlało blade światło poranka. 

Krzesło nadal stało przy drzwiach. 
Była sama. 
Zaczęła się wigilia. 
 
Callum nie pojawił się na śniadaniu, co nawet ją ucie- 

szyło, bo po pierwsze nie miała ochoty na powtórkę wczo- 
rajszego przedstawienia, po drugie zaś - chciała uwinąć 
się szybko z pacjentami i wyjechać czym prędzej do sio- 
stry. Im później go zobaczy tego dnia, tym lepiej. 

Idąc do gabinetu, nie spotkała na szczęście ani jego, ani 

Hilary. Bez wątpienia mają za sobą męczącą noc, pomy- 
ślała złośliwie, zabierając sprzed drzwi okazały plik po- 
rannych gazet. 

Zobaczyła Calluma dopiero wówczas, gdy pierwsi pa- 

cjenci zdążyli zasiąść już w poczekali. Zauważyła, że źle 
wygląda, ale gdy przypomniała sobie, co jest powodem 
jego niewyspania, współczucie od razu znikło. 

-    Pojedziesz ze mną po południu na wigilijną wizytę 

R

 S

background image

do hospicjum? - zapytał, zanim zdążyła zniknąć za 
drzwiami swego gabinetu. - Jesteś zaproszona. 

Kiwnęła bez słowa głową. Niegrzecznie byłoby odrzu- 

cić takie zaproszenie. 

- I jeszcze jedno, musisz sama wziąć karty pacjentów. 

Hilary dziś nie przyjdzie. Potem ci wytłumaczę, co się stało. 

Proszę, jaka delikatna, myślała Elizabeth ze złością, 

szukając na półkach potrzebnych dokumentów. Przecież 
to tylko jedna noc. Callum powinien dobrze zastanowić 
się nad swym wyborem. 

Na szczęście natłok pracy nie pozwolił jej na podobne 

złośliwości w ciągu reszty przedpołudnia. Większość pa- 
cjentów stanowili zapominalscy przyjezdni, którzy nie 
wzięli potrzebnych lekarstw, lub miejscowi, którym nale- 
żało udzielić natychmiastowej pomocy, by byli w pełni sił 
na święta. 

Oprócz tego wzywani byli kilkakrotnie na wizyty do- 

mowe i Elizabeth mogła się wreszcie przekonać, jak cięż- 
ka jest praca Calluma i jak bardzo ona jest mu w niej 
pomocna. Co z tego jednak, skoro to ostatni dzień ich 
wspólnej pracy? 

Do hospicjum udało im się wyruszyć dopiero późnym 

popołudniem. Elizabeth w dalszym ciągu chłodno odno- 
siła się do męża, czego on nie mógł nie zauważyć. Wciąż 
jednak o nic nie pytał i niczego nie komentował. 

Na miejscu, wokół pięknie oświetlonej choinki, ocze- 

kiwali już na nich podekscytowani pacjerici. Serwowano 
gorące bułeczki z leguminą i poncz, ktoś grał na pianinie 
kolędy, natomiast siostra Martin, opiekunka hospicjum, 
przedstawiała dwójce lekarzy swoich podopiecznych. 

R

 S

background image

-    To cudownie, że znów pani z nami jest, pani Brent 

- powiedziała, zupełnie jak gdyby nieobecność Elizabeth 
trwała zaledwie kilka tygodni, a nie cały rok. - Brakowało 
nam pani wizyt. Gdy usłyszeliśmy, że zastępuje pani tym- 
czasowo doktora Jessopa, od razu wstąpiła w nas nadzieja, 
że może pani nas odwiedzi. Doktorze Brent - zwróciła się 
do Calluma - na pana też wszyscy czekali. Wigilia z do- 
ktorem Brentem, to już nasza tradycja. 

Uśmiechnął się i wręczył siostrze Martin torbę z pre- 

zentami. 

-    Proszę położyć to jutro pod choinką. 
-    Oczywiście, bardzo dziękuję. Jest pan dla nich taki 

dobry. A jak się czuje Hilary? 

Elizabeth zesztywniała na dźwięk tego imienia. 
-    Dojdzie jakoś do siebie - odparł zdawkowo. - 

Później do niej zajrzę. 

-    Niech pan ją ode mnie pozdrowi, doktorze. - Siostra 

Martin uśmiechnęła się i zaprosiła ich do stołu. - Częstuj- 
cie się, drodzy goście. Napijecie się z nami ponczu? 

-    Oczywiście - przytaknął Callum. -I jedną wspania- 

łą bułeczkę z leguminą, siostro. Nie wiem, co siostra do 
nich dodaje, ale dla mnie święta nie byłyby świętami bez 
tych wypieków. - Roześmiał się i odszedł, by porozma- 
wiać z pacjentami, którzy lgnęli do niego jak dzieci do 
ojca. 

Później przeszli na oddział, gdzie leżeli pacjenci 

w ciężkim stanie, po chemioterapii, walczący z nudno- 
ściami i wyczerpaniem. Rozmawiali ze wszystkimi. Eli- 
zabeth znów zaskoczył szacunek, z jakim traktowano tu 
Calluma. Czuła się okropnie, gdy ten podziwiany przez 

R

 S

background image

wszystkich lekarz przedstawiał ją jako swoją żonę. Miała 
przecież zupełnie inne plany. 

Kiedy wracali później z hospicjum do domu, zapadał 

już zmierzch. Zrobiło się chłodno, więc szybko przeszli 
niewielki dystans dzielący ich od Dunster House. 

-    Chyba będzie mróz - zagadnął Callum, gdy zatrzy- 

mali się na progu. - I tylko patrzeć, jak spadnie śnieg. 
Pamiętasz, jak zawsze marzyłaś o białym Bożym Naro- 
dzeniu? Ciągle marzysz? 

-    Już nie, wyrosłam z tego. 
Callum otworzył drzwi, a ona weszła powoli do środka 

i nie zdejmując płaszcza, usiadła za biurkiem w gabinecie. 
Postanowiła, że porozmawia z nim zaraz po zakończeniu 
pracy i natychmiast wyjedzie. Miała nadzieję, że uda jej 
się złapać jeszcze jakiś pociąg do Bristolu. Nie było mowy, 
żeby została na święta w Dunster House. 

Była tak spięta i skupiona na mającej się za chwilę 

odbyć rozmowie, że nie zauważyła wejścia Hilary. Gdy 
zorientowała się, że kobieta stoi w drzwiach, zdziwiła-się 
i zakłopotała. Callum mówił, że dziś nie przyjdzie. A jed- 
nak przyszła. Po co? O tej porze? 

Zauważyła, że Hilary wygląda bardzo źle - miała pod- 

krążone oczy, twarz bez makijażu, ciemne włosy niedbale 
spięte z tyłu w kucyk. 

Elizabeth nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. 
-    Dobry wieczór, Hilary. 
-    Dobry wieczór. Callum chciał, żebym została w do- 

mu, ale pomyślałam, że przyjdę. 

-    Coś się stało? Jest pani chora? 

Hilary popatrzyła na nią uważnie. 

R

 S

background image

-    Więc pani nic nie wie? Myślałam, że doktor coś 

powiedział. 

-    Nic. - Elizabeth przygotowała się na najgorsze. 
-    Moja matka zmarła ubiegłej nocy - powiedziała Hi- 

lary głuchym, matowym głosem. - Miała raka, leżała 
w hospicjum. Doktor Brent był z nami do końca. Mój mąż 
musiał zostać w domu, bo mamy małą córeczkę i ktoś się 
musiał nią opiekować... - Wargi jej zadrżały, zasłoniła 
oczy dłonią. 

Elizabeth nie wierzyła własnym uszom. 
-    Och, Hilary, tak mi przykro. Nie miałam pojęcia... 

Niech pani usiądzie na chwilę... 

-    Doktor Brent był dla nas taki dobry - powtórzyła 

Hilary, ściskając w dłoniach jedwabny szal. - Dla mnie 
i dla mojej rodziny... Wspierał nas od czasu postawienia 
diagnozy. To był rak piersi. Najpierw zrobili mastektomię, 
potem była chemioterapia. Już myśleliśmy, że się uda, ale 
okazało się, że są przerzuty... - Znów otarła załzawione 
oczy wierzchem dłoni. - Naprawdę nie wiem, jak dałabym 
sobie radę, gdyby nie pani mąż... 

Elizabeth przełknęła ślinę i spuściła wzrok z zakłopo- 

taniem. Jak niesprawiedliwie oceniła tę kobietę. Jak nie- 
sprawiedliwie oceniła Calluma! 

-    Nie chcę być wścibska, ale muszę panią o coś zapy- 

tać - odezwała się Hilary, wydmuchawszy nos w papiero- 
wą chusteczkę. 

-    Słucham - wymamrotała Elizabeth. 
-    Czy zamierza pani tu zostać? 
-    Na święta? 
-    Na stałe. 

R

 S

background image

-    Czemu pani pyta? 
-    Wiem, że to nie moja sprawa, ale podczas choroby 

mojej matki poznaliśmy doktora Brenta dość blisko i... 

-    Tak? Proszę mówić dalej. 
-    Nie zniosłabym, gdyby znów musiał cierpieć. 
-    Cierpieć? Czemu miałby cierpieć? 
-    Ivy mówiła, że po pani odejściu zupełnie się załamał. 

Bardzo schudł i wszyscy martwili się o niego. Gdy więc 
pani wróciła, sądziłam, że to początek nowych kłopotów. 

-    I dlatego potraktowała mnie pani tak chłodno? 
-    Było widać? - Hilary zmieszała się nieco. - Ale na 

szczęście okazała się pani zupełnie inna, niż przypuszcza- 
łam... - Uśmiechnęła się nieśmiało. - Najważniejsze zaś, 
że doktor Brent znów wydaje się szczęśliwy. Naprawdę, 
pani Brent, nie widziałam go nigdy wcześniej w tak zna- 
komitym humorze. 

Serce Elizabeth zabiło szybciej. 
-    A czy... czy nie uważa pani, że gdybym została, 

zaszłyby pewne komplikacje? 

-    Nie rozumiem. 
-    Co z doktorem Jessopem? 
-    Z tego, co wiem, jeszcze długo będzie na zwolnieniu. 

Poza tym i tak zamierzał wyjechać za granicę. Nie wydaje 
mi się, by były jakiekolwiek problemy, naprawdę. Liczy 
się tylko pani i doktor Brent, a jak mówiłam, on od dwóch 
dni jest w siódmym niebie. 

Zanim Elizabeth zdążyła odpowiedzieć, do pokoju 

wszedł Callum. Zdziwił się na widok Hilary i zapytał: 

-    Co tu robisz? Nie powinnaś być wśród najbliższych? 
-    Hilary przyszła sprawdzić, czy nie potrzebujemy po- 

R

 S

background image

mocy - odpowiedziała za nią Elizabeth. - Zapewniłam ją, 
że świetnie dajemy sobie radę. 

-    Oczywiście, Hilary, idź do domu. Dziś wieczorem 

powinniście być wszyscy razem, całą rodziną. 

Sekretarka uśmiechnęła się z wdzięcznością. 
-    Staramy się, aby mała Melanie nie odczuła naszego 

bólu. W końcu dla dziecka to pierwsze Boże Narodzenie. 
- Podeszła do drzwi, zanim jednak wyszła, odwróciła się 
do Elizabeth i spytała: - Czy spotkamy się po świętach, 
pani Brent? 

Elizabeth wyczuła, że Callum w napięciu oczekuje od- 

powiedzi na to pytanie. Zaczerpnęła głęboko powietrza 
i odparła pewnym głosem: 

-    Tak, Hilary. Zostaję. 
Callum odprowadził sekretarkę do drzwi, a potem wró- 

cił do gabinetu. Minę miał poważną i trudno było zgadnąć, 
o czym myśli. 

-    Chciałem ci powiedzieć o Hilary wcześniej, ale by- 

liśmy tak zajęci, że nie było okazji. - Uśmiechnął się do 
żony. - Mam dzisiaj nocny dyżur, może jednak mimo 
wszystko... wybralibyśmy się na wigilijną kolację do „Fe- 
athers", co ty na to? Wiem, to nie to samo, co w domu, 
z całą rodziną, ale... 

-    Świetnie - przerwała mu - weźmiemy pager i jeśli 

ktoś nas wezwie, pojedziemy razem. 

-    A nie powinnaś zadzwonić do siostry? - zapytał 

z szelmowskim uśmiechem. Skrzywiła się tylko, a on 
roześmiał się w głos i otworzył przed nią drzwi. 

Kiedy weszli do hotelowej restauracji, szef sali zapro- 

wadził ich do dyskretnego stolika w osobnej loży. Eliza- 

R

 S

background image

beth pozwoliła mężowi zamówić dania, a potem delekto- 
wała się po prostu ich wybornym smakiem i obecnością 
Calluma, który cały czas bawił ją rozmową. 

-    Co miałaś na myśli, mówiąc, że zostajesz? - zapytał, 

gdy pili kawę po skończonym posiłku. 

-    Chcesz, żebym została? 
-    Oczywiście. Cały czas obwiniałem siebie, że pozwo- 

liłem ci odejść. 

-    Jak to? - Spojrzała na niego badawczo. 
-    Powinienem wyjaśnić wszystko z ojcem, zanim po- 

prosiłem cię o rękę. To źle, że kiedy byłaś nieszczęśliwa, 
nie reagowałem. Byłem kompletnie nieczuły na twoje po- 
trzeby, odwlekałem rozwiązanie problemów... 

-    A co działo się po moim wyjeździe? 

Milczał przez chwilę. 

-    Czy uwierzysz, że odbyliśmy szczerą rozmowę? 

Nic nie odpowiedziała. 

-    Moi rodzice są starej daty, tylko to ich tłumaczy. Nie 

rozumieli, jak ważna jest dla ciebie praca lekarza. Ojciec 
był gotowy do emerytury, bo prywatna praktyka już go 
męczyła. Matce jednak odpowiadała dotychczasowa sytu- 
acja i dlatego udawał, że on również nie chce niczego 
zmieniać. Na moją obronę mogę powiedzieć, że nie chcia- 
łem wymagać od nich zbyt dużo i wywierać na nich żadnej 
presji, Jestem z nimi bardzo związany, wiele im zawdzię- 
czam. Gdy dowiedzieli się, że wyjechałaś, ojciec natych- 
miast postanowił przejść na emeryturę. Matka tego nie 
pochwalała, ale on, chyba pierwszy raz w życiu, sprzeci- 
wił się jej. Sądził, że jeśli wyjadą, wrócisz i razem popro- 
wadzimy praktykę. Nawet matkę w końcu ruszyło sumie- 

R

 S

background image

 

nie. Za każdym razem pytała, czy mam od ciebie jakieś 
wiadomości. Ale ja nie mogłem cię znaleźć. 

-    Próbowałeś? 
-    Oczywiście. Ale ty jakbyś zapadła się pod ziemię. 

W końcu skontaktowałem się z izbą lekarską i dowiedzia- 
łem się, że wyjechałaś za granicę. Tylko tyle. Zadzwoni- 
łem nawet do twojej siostry... 

-    I co powiedziała? 
-    Że podróżujesz, że nie ma twojego adresu... To 

prawda? 

-    Niezupełnie. 
-    Tak myślałem. Cóż, nigdy nie należałem do jej ulu- 

bieńców. 

-    Och, Callum. - Elizabeth spojrzała na niego z miło- 

ścią. - Powinnam była wtedy ci zaufać... 

-    Nieważne. Było, minęło. Teraz odpowiedz mi tylko 

na jedno pytanie: czy pokochasz mnie znowu? 

-    Nigdy nie przestałam cię kochać. Myślałam, że nie 

chcesz, żebym wróciła. Przyjechałam tu, żeby... 

Pochylił się nad stołem i ujął jej dłoń. 
-    Nie mów, nie chcę tego wiedzieć. Do diabła, Liz, czy 

nie widzisz, że od dwóch dni wynajduję najprzeróżniejsze 
powody, żeby tylko cię zatrzymać? Nie zniósłbym, gdybyś 
znów wyjechała. 

-    Nie wyjadę. 
-    Liz - uśmiechnął się do niej szczęśliwy - ja ciebie 

tak bardzo... - urwał w pół zdania, słysząc natarczywy 
brzęczyk pagera. - Od tej pory świat należy do nas, pani 
Brent - powiedział, sięgając do kieszeni. - A póki co 
mam, zdaje się, kolejną wizytę. 

R

 S

background image

-    Drobna poprawka - odparła. - My mamy wizytę. 

Przecież mówiłam ci, że jeśli będzie wezwanie, pojedzie- 
my razem. 

Kilka minut później jechali samochodem przez roz- 

świetlone świątecznymi dekoracjami ulice. 

-    Wiesz, do kogo jedziemy? Ucieszysz się. Vanessa 

Lee, kobieta, którą poznałaś w szkole rodzenia. Jest już na 
oddziale położniczym w prywatnym szpitalu. Obiecałem 
jej jakiś czas temu, że osobiście odbiorę poród. 

-    Nie będzie komplikacji? 
-    Mam nadzieję. Przecież tak długo czekali na to 

dziecko. I doczekali się! Poród w wigilię! 

Gdy przyjechali na miejsce, poród był już mocno za- 

awansowany. Pani Lee cierpiała bardzo, jednak mając przy 
sobie męża, była zarazem szczęśliwa i pełna wyczekiwa- 
nia. Położna ze szkoły rodzenia ucieszyła się na widok 
Elizabeth, potem zaś obie starały się w przerwach pomię- 
dzy skurczami zmobilizować pacjentkę i dodać jej otuchy. 

Kiedy położna oznajmiła, że rozwarcie osiągnęło dzie- 

sięć centymetrów, Elizabeth wzięła Vanesse za rękę i po- 
wiedziała: 

-    Już niedługo, naprawdę niedługo. Teraz musisz wy- 

krzesać z siebie wszystkie siły. Pamiętasz, jak masz przeć? 
I oddechy, nie zapominaj o oddychaniu... 

W ostatniej fazie, gdy każdy kolejny skurcz mógł być 

tym ostatnim, Callum założył chirurgiczne rękawiczki, 
fartuch i maskę. Cały czas żartował i założył się z mężem 
Vanessy o płeć potomka. Wkrótce, ku radości zgromadzo- 
nych, pojawiła się maleńka główka dziecka, okolona cie- 
mnymi włoskami. Elizabeth ze ściśniętym ze wzruszenia 

R

 S

background image

gardłem obserwowała, jak jej mąż ostrożnie i delikatnie 
bierze dziecko w dłonie i odcina pępowinę. 

-    Płucka, zdaje się, ma w porządku - powiedział, ba- 

dając wrzeszczącego malucha. - Reszta też bez zastrze- 
żeń. Proszę, oto twój syn, Vanesso - uśmiechnął się, kła- 
dąc dziecko matce na brzuchu.     

Elizabeth wiedziała, o czym teraz myśli doktor Callum 

Brent. Ona myślała o tym samym. Może jednak dzieci 
i karierę da się jakoś połączyć? 

Gdy opuścili szpital, Callum ujął żonę za ramię, a ona 

położyła głowę na jego ramieniu. 

-    Słyszysz? - odezwał się. - Dzwonią na pasterkę. Już 

po północy. Wesołych świąt, kochanie! 

Trzymając się za ręce poszli w stronę samochodu. 
-    Czy masz jakieś plany na pierwszy dzień świąt? - 

spytała Elizabeth. 

-    Hm, otrzymaliśmy zaproszenia na kolację od tylu 

osób... 

-    I? 
-    Przeprosiłem wszystkich. Pomyślałem, że spędzimy 

Boże Narodzenie przed kominkiem, tylko we dwoje... tak 
jak kiedyś. Co o tym sądzisz, droga żono? 

-    To najwspanialszy prezent, mój mężu - odparła ra- 

dośnie, a on pocałował ją w usta. 

R

 S


Document Outline