background image

JACEK SAWASZKIEWICZ

SUKCESORZY

background image

Rok – 1990000, Dominia

– Minęło równo dziesięć tysięcy lat od dnia, w którym wasi rodzice opuścili Hegem i osiedli na tej 
planecie, nazwanej przez nich Dominia. Dominia tworzy z Hegem podwójny układ planetarny i 
posiada ekosferę niemal identyczną z hegemską; czynniki ekologiczne są tutaj doskonałe. Jesteście 
pokoleniem,   które   urodziło   się   i   wychowało   na   Dominii,   zapewne   niewielu   z   was   pamięta, 
dlaczego wasi rodzice porzucili stary glob. Czy więc zamierzacie tu pozostać, czy też powrócicie 
na Hegem, która, mimo waszej liczebności, przyjmie was z otwartymi ramionami?
– Powody, z jakich nasi rodzice opuścili Hegem, są nam dobrze znane i uważamy je za słuszne. Nic 
nas nie wiąże ze starym globem, czujemy się Dominianami i nie mamy dokąd wracać.
– A kultura, tradycje?
– Kulturę i tradycje stworzyliśmy sami i na własny użytek.
– Jakie są wasze ideały?
–   Ideałem   cywilizacji   dominiańskiej   jest   szybki   i   wszechstronny   postęp   naukowo-techniczny. 
Postanowiliśmy   zbadać   wszystkie   planety   Układu   Naszego   ze   szczególnym   uwzględnieniem 
Epimetei, na której, jak wiadomo, żyją człekokształtne istoty rozumne. Pomożemy tym istotom w 
rozwoju.   Ponadto   planujemy   ekspedycję   międzygwiezdną,   której   zadaniem   będzie   dotarcie   do 
gwiazdy zwanej Soi, penetracja jej układu planetarnego i wylądowanie na Gai, planecie trzeciej od 
Soi.
– Więc w przeciwieństwie do swych rodziców wierzy-
nych?
–  Zapisy  Przedcywilizacyjne,  zwłaszcza   nauki  moralne  w   nich   zawarte,   nie  interesują   nas.  W 
Zapisach Przed-cywilizacyjnych jest mowa o jakiejś cywilizacji, która podobno istniała na długo 
przed   cywilizacją   naszą,   do-miniańską   i   cywilizacją   hegemską;   rzekoma   ta   cywilizacja   nie 
pozostawiła wszakże po sobie żadnych śladów oprócz Zapisów. To nas również nic nie obchodzi. 
Ale   nie   lekceważymy   części   merytorycznej   tego   dokumentu,   tym   bardziej   że   analizy 
przeprowadzone   przez   naszych   naukowców   potwierdzają   jej   wiarygodność.   Dlatego   też   bez 
względu na to, czy jakaś tam strupieszała cywilizacja odwiedziła Gaje w Układzie Soi czy nie, my, 
Dominianie,  polecimy na tę planetę,  i to my,  a nie autorzy Zapisów, będziemy odkrywcami  i 
zdobywcami tej planety.
– Najważniejszą przyczyną konfliktu między waszymi rodzicami a większością Hegemitów był 
różny punkt widzenia sprawy kontaktu telepatycznego...
–   Kontynuujemy   politykę   naszych   rodziców.   Wprowadziliśmy   i   upowszechniamy   obowiązek 
kształcenia zdolności telepatycznych. Technika porozumiewania się za pomocą gestów, słów bądź 
znaków graficznych jest reliktem, a stosowane dotąd urządzenia służące do przesyłania informacji, 
miast przyśpieszać, w rzeczywistości opóźniają rozwój jednostkowy i społeczny. W prawdziwie 
cywilizowanym i sprawnie funkcjonującym społeczeństwie jedynym sposobem komunikowania się 
jest bezpośrednie przekazywanie myśli...
– ...które każdy będzie mógł przechwycić? Czy Do-minian nie krępuje świadomość, że są stale 
podsłuchiwani?
–   Nikt   nikogo   nie   podsłuchuje.   Przechwytywanie   myśli   bez   wiedzy   i   zgody   myślącego   jest 
wstydliwe i godne potępienia. Dominianie odbierają wyłącznie myśli wyraźnie skierowane pod ich 
adresem.
– A jeżeli kilka osób naraz postanowi skontaktować się z tym samym człowiekiem?
selektywnością.
–  Według  opinii   hegemskich  biegłych   milion   ludzi  porozumiewających   się  telepatycznie   to  to 
samo, co milion mikroradiostacji pracujących równocześnie na tym samym zakresie fal. W efekcie 
powstaje   nieopisany   zgiełk,   jeden   przeszkadza   drugiemu,   a   ratunkiem   przed   tym   natłokiem 

background image

przemieszanych strzępków cudzych myśli jest zablokowanie własnego odbiornika telepatycznego i 
dokładne odizolowanie świadomości.
– Hegemscy biegli to ignoranci. Ich opinia przypomina mi opinię mojego synka, który upiera się, 
że przestrzeganie higieny osobistej jest szkodliwe dla zdrowia.
– Dziękuję za rozmowę, przeprowadzoną, na szczęście, w sposób tradycyjny.

Rok – 1860000, z Dominii na Ziemię

Archeodoonos – prymas wyprawy, dowódca „Szukającego Życia", jedyny odpowiedzialny – ze 
zdziwieniem słuchał zbliżającego się stąpania. Nikt nie zapowiadał mu wizyty, także pora była 
najmniej właściwa. A przecież od dawna spodziewał się odwiedzin, więcej – czekał na nie. Sam nie 
potrafił przemóc odbierającej mu mowę obawy i podejść do dużo wcześniej wyłowionego spośród 
załogi   „Szukającego   Życia"   –   Ganimenoisa,   zdającego   się   podzielać   jego   poglądy.   Nawet 
wówczas, gdy byli tylko we dwóch w sterowni, a Ganimenois rzucał mu wyrażające ochotę do 
dyskusji spojrzenia (tak pełne aprobaty,  że aż paraliżujące) – Archeodoonos odwracał wzrok i 
zajmował   się   czymkolwiek.   Teraz,   kiedy   wsłuchiwał   się   w   coraz   bliższe   kroki,   nabierał 
przekonania,   że   to   właśnie   Ganimenois,   lekceważąc   pragmatykę   i   pomijając   drogę   służbową, 
bezceremonialnie zmierza do jego prywatnej kabiny, by
rozstrzygnąć wreszcie to, co dręczyło ich wszystkich od dnia startu.
Archeodoonos postanowił przyjąć Ganimenoisa chłodno, zatem w sposób sobie właściwy; każdy 
inny ton rozmowy – kategoryczny bądź uprzejmy – w obliczu niespodziewanej wiadomości, z 
którą mógł przychodzić Ganimenois, albo pogróżek, do których mógłby się uciec (Ganimenois 
miał   wybuchowe   usposobienie),   siią   rzeczy   należałoby   zmienić,   co   by   świadczyło   o   braku 
opanowania prymasa i jego słabości.
Wraz z flażoletem zamigotało przy drzwiach słabe, rudawe światełko. W wejściu stanął Zootar, 
pokładowy biolog. Z jego oczu wyzierało nieumiejętnie maskowane podniecenie, jakby przybywał 
z sensacyjną wiadomością, lecz bał się ją przekazać w entuzjastycznej formie, aby nie przyjęto jej 
podejrzliwie i z rezerwą. W d'łoni ściskał wyniki analiz.
Archeodoonos   zmarszczył   brwi.  Nie  spodziewał  się  Zoo-tara.   Własna  pomyłka  wytrąciła  go  z 
równowagi.
– Wejdź – powiedział oschle.
Zootar obrzucił wzrokiem sprzęty. Z udaną obojętnością przycupnął naprzeciw dowódcy. Wyjście 
świadomości   zablokował   –   chociaż   telepatyczne   przesyłanie   informacji   było   najpełniejsze   i 
najszybsze (czyżby obawiał się swych myśli?) – dlatego Archeodoonos niecierpliwił się: musiał 
czekać, aż Zootar przemówi.
– Co nowego? – spytał, by zapobiec długiemu i zawiłemu tłumaczeniu się Zootara.
– Sondy wróciły – odparł Zootar i podał prymasowi analizy.
W zupełnej ciszy Archeodoonos odczytywał wynik po wyniku. Czym bliżej końca, tym większe 
ogarniało go wzruszenie.
– Należało się tego spodziewać – mruknął, opanowując drżenie głosu. – Przyjąwszy oczywiście, że 
odebrane na Dominii sygnały biologiczne nie były sztucznie wzmocnione.
siowa powtórzył za n,ncerwaiem z instytutu Badawczego w Sbe. Padły w jego obecności na długo 
przed wyprawą: ,,Zakładając, że rozwinięte cywilizacje naukowe szukają kontaktu za pomocą fal 
biologicznych  – powiedział wówczas  Encerwal – mamy do czynienia  z dowodem na istnienie 
takiej." „A czy nie mogą być pochodzenia naturalnego? – spytał jakiś sceptyk. – O ile wiem, w 
nadchodzących sygnałach nie ma żadnej prawidłowości. Niektórzy twierdzą wręcz, że sygnały te 
cechuje doskonała bezplanowość, rzekłbym – chaos." „Chaos nie jest novum w przyrodzie – odparł 
nie zrażony Encerwal. – Był jeszcze przed powstaniem świata uporządkowanego. Dzisiaj, kiedy 

background image

cały ten uporządkowany świat emituje uporządkowane fale o wszystkich znanych  nam typach, 
kiedy nauka potrafi, niejednokrotnie za pomocą absurdalnych kluczy, rozszyfrować każdy sygnał i 
nadać  mu  mniej  lub bardziej  sensowną formę,  pozornie  dla nas zrozumiałą  – dzisiaj jedynym 
sposobem   zamanifestowania   własnej   obecności   we   wszechświecie   jest   wysłanie   sygnału 
nieprzetłumaczalnego   na   żaden   język   żadną   metodą.   Zresztą   możliwe,   że   docierające   do   nas 
promieniowanie zawiera konkretne informacje, tylko my nie umiemy ich odczytać. W każdym 
razie siła sygnału jest tak wielka, że jego naturalne pochodzenie trzeba raczej wykluczyć. Aby nie 
być gołosłownym, poprę swoje twierdzenie faktami. Otóż kolega, fitosocjolog, podstawiając do 
równania współczynnik (największy ze znanych w biocenozie opartej na fotosyntezie), obliczył, 
przyjmując, że moc wypromieniowanego sygnału nie została wzmocniona, wielkość owego tworu, 
owej dziwacznej rośliny. W wyniku otrzymał  masę porównywalną z masą średnich rozmiarów 
globu! Przecież to niedorzeczność!"
Archeodoonos czuł na sobie wzrok Zootara.
– Paleontolodzy byli właśnie tego zdania – powiedział cicho biolog. – Zgadzali się z Encerwalem, 
że istnienie tak gigantycznego tworu jest problematyczne, nie wykluczali natomiast możliwości 
istnienia planety porośniętej okazałą, zbitą roślinnością, taką jaką w zamierz-
jak porośnięta jest... ta. Po chwili dodał:
–   Nowy   szczegół   zdaje   się   potwierdzać   autentyczność   Zapisów   Przedcywilizacyjnych:   nasi 
przodkowie mogli  rzeczywiście  odwiedzić  tę planetę.  Kiedyś...  dawno. Zatem racja byłaby po 
stronie archeików: nasza kultura i kultura hegemska wyrosły na gruzach kultury prastarej, o której 
istnieniu świadczą jedynie Zapisy.  Prastara zaś kultura mogła rozwinąć się dzięki, powiedzmy, 
ingerencji Przybyszów...
– A fauna? – przerwał obcesowo Archeodoonos. Zootar rzucił okiem na leżące przed dowódcą 
wyniki analiz.
– Brak danych – rzekł. – Fauna nie emituje promieniowania w paśmie FITO.
Archeodoonos poruszył się niecierpliwie. Najchętniej zostałby sam ze swymi myślami. Ale Zootar 
nie wychodził. Na nowo wertował wyniki. I ciągle był czymś podniecony.
– Tlen, tyle tlenu – westchnął.
Tlen  –  powtórzył   w  duchu   Archeodoonos.   –  Należało   się  tego   spodziewać.  Miliony,  miliardy 
różnorodnych organizmów na drodze fotosyntezy przerabiało trujący dwutlenek węgla na czysty 
tlen. Przerabia do dzisiaj, w nieustającym, żmudnym procesie. Na Dominii ich pracę przejęły wiele 
lat temu oczyszczalnie. Od tej pory atmosfera dominiańska niezmiennie zawierała 18 procent tlenu. 
Tu było go niemalże trzydzieści. Chyba za dużo.
– Za dużo? – spytał głośno.
Zootar zmieszał się. Spojrzał czujnie na dowódcę. Przez moment miał minę chłopca, który nabroił i 
waha się przed przyznaniem do winy. Wziął się w garść.
– Za dużo, żeby wyjść bez ograniczników tlenowych – odparł hardo.
Ten wyzywający ton odpowiedzi zastanowił Archeodo-onosa. Nagle zaczął pojmować, że Zootar 
myśli o tym samym.
dzinny glob i skolonizowała Dominie, rozpoczął się wyścig naukowo-techniczny. Hegemitom i 
negującym   wszystko   co   hegemskie,   Dominianorn,   głównie   szło   o   podbicie   Epimetei,   planety 
czwartej od Słońca i podporządkowanie jej mieszkańców, istot prymitywnych, choć myślących. 
Równocześnie szukano innych ziem o sprzyjających zasiedleniu warunkach, także poza Układem; 
szukano   kontaktu:   Dominia   i   Hegem   znajdowały   się   na   etapie   ekspansji   kosmicznej.   Polityka 
areopagów   rządzących   nie   spotykała   się   z   poparciem   społeczeństwa,   dlatego   poparcie   to 
wymuszano za pomocą restrykcji i represji. Wśród Dominian wielu było takich, którzy przy lada 
okazji   zamieniliby   klimatyzowane   apartamenty   na   zimną   i   ciemną   jaskinię   Epime-tejczyków. 
Władze wiedziały o tym, toteż przy kompletowaniu załóg kosmicznych stosowały szczególnie ostrą 
selekcję. Załogę ,,Szukającego Życia" poddano ciężkim próbom, prymasa statku wybrano spośród 
zaufanych i wszechstronnie sprawdzonych kandydatów. Jak bardzo się pomylono, wiedział tylko 

background image

Archeodoonos.  Czyżby   w  stosunku  do Zootara  również?  A   Ganimenois?  Co  znaczyły  te   jego 
dwuznaczne dygresje?
Archeodoonos pokiwał głową. Gdy przed startem wzięli ich w obroty elektrofizjologowie, chciał 
protestować.   Wytłumaczyli   mu   wtedy,   że   dokonanie   zabiegu,   po   którym   wyłączenie   ośrodka 
odbioru   telepatycznego   staje   się   niemożliwe   –   jakkolwiek   odrobinę   sprzeczne   z   zasadami 
etycznymi – nie jest jednak niezgodne z prawem. Co innego ośrodek nadawania, jeżeli ktoś chce, 
proszę,   niech   oobie   wyłącza   i   posługuje   się   mową.   Ba,   w   pewnych   okolicznościach   nawet 
wskazane   jest   zablokowanie   nadajnika   telepatycznego,   tak   samj   jak   zabronione   jest 
komunikowanie   się   słowne.   Archeodoonosowi   nie   trzeba   chyba   przypominać,   o   jakich 
okolicznościach mowa? Wprawdzie jest jedynym odpowiedzialnym, ale los wyprawy spoczywa w 
rękach wszystkich członków załogi „Szukającego Życia" i wszyscy będą rozliczani, zatem każdy z 
nich winien być w każdej chwili przygotowany do odebrania ^elowo bądź
tnera. Wiadomo, ten i ów może od czasu do czasu zapomnieć o blokadzie wyjścia świadomości i 
pomyśli jawnie o rzeczach wrogich. Któż wie, co potrafi się wylęgnąć w umysłach ludzi skazanych 
na długą podróż. Wczesne rozpoznanie ich zamiarów pozwoli zapobiec nieszczęściu, da gwarancję 
ostatecznego powodzenia ekspedycji, toteż – chociaż przechwytywanie cudzych  myśli przynosi 
ujmę – w przypadku załogi „Szukającego Życia" musi ona wzajemnie się podsłuchiwać. I w porę 
przeciwdziałać.   Stąd   konieczna   jest   pomoc   elektrofizjologów,   którzy   uniemożliwią   członkom 
ekspedycji blokowanie wejść własnej świadomości, aż do chwili powrotu statku na Dominie.
Tak,   Archeodoonos   chciał   protestować.   Ale   teraz   by   elektrofizjologom   dziękował,   gdyby 
dodatkowo uniemożliwili jego podwładnym blokowanie ośrodka nadawania. Wiele by dał, żeby 
wiedzieć, co się kryje za czujnym i wyczekującym spojrzeniem Zootara.
– Czy praca na zewnątrz bez ograniczników jest niebezpieczna? – zapytał ostrożnie.
– To zależy od czasu i rodzaju tej pracy – odparł biolog tym samym tonem.
Ta obustronna powściągliwość wytworzyła między nimi pierwszą wątłą nić porozumienia. Tego 
chciał Archeodoonos. Był gotów rozmawiać otwarcie, bo już podjął decyzję. W tej właśnie chwili 
poczuł,   że   ta   planeta,   Gaja,   na   której   orbicie   zaparkowali   statek,   pławiąca   się   w   ekosferze 
macierzystej   gwiazdy   zwanej   Soi,   jest   końcem   jego   podróży.   Ale   nie   mógł   zakomunikować 
Zootarowi o tym tak zwyczajnie, i nie dlatego, że liczył 'się z ewentualnością, iż Zootar pokrzyżuje 
mu plany – Zootar przypuszczalnie także nie miał ochoty wracać – bał się po prostu, żeby zbyt 
szczere wyznanie nie zabrzmiało jak prowokacja. Biolog był w analogicznej sytuacji.
–   Według   założeń   badania   powinny   nam   zająć   nie   więcej   niż   cztery   doby   –   powiedział 
Archeodoonos. – Praca na zewnątrz...
– Ganimenois mówi, że istnieje wysokie prawdopodo-
-

.-_– . -^ ***•». u?* v

dziewanie Zootar. – Konieczne jest tylko dokonanie prostego zabiegu na każdym... – zająknął się. 
Jakby zrozumiał, że powiedział za dużo.
Archeodoonos odwrócił głowę: nie chciał napotkać oczu biologa. Wyobraził sobie jego zmienione 
strachem   oblicze.   Może   Zootar   jest   jednak   prowokatorem?   Ale   w   jakim   celu   posłużył   się 
nazwiskiem Ganimenoisa? Czyżby spostrzegł tę ich milczącą zgodność? A jeśli – ta myśl zrodziła 
się w umyśle prymasa raptownie – Zootar, Ganimenois i inni doszli do porozumienia wcześniej, 
poza jego plecami? Archeodoonos potarł czoło. Spisek? Zootar parlamentariu-szem?
– Asymilacja? – spytał, zafrapowany tą koncepcją. – Po co?
Usłyszał głos, w którym dźwięczała nuta ironii:
– Na wypadek awarii.
Uniósł wzrok. Na twarzy Zootara nie było śladu lęku. Promieniowała podnieceniem. Więc nie 
mylił  się: Zootar przyszedł z gotową propozycją. Uszkodzić silniki nie było trudno, choćby w 
trakcie nieostrożnego lądowania. Albo wręcz rozwalić cały statek. Nim na Dominii zdecydują się 
wysłać ekipę poszukiwawczą... Zresztą tam mogło się tyle zmienić. Lot trwał stosunkowo krótko, 

background image

bo   szli   podświetlną,   lecz   na   Dominii   niewielu   z   tych,   których   znali,   pozostało   przy   życiu.   I 
niewielu z obecnej załogi pozostanie, kiedy przybędą tu następni.
Wstał.
– Manewr lądowania za kwadrans – powiedział. – Strefa równikowa, strona dzienna, równo ze 
wschodem.
Zootar pierwszy raz od początku rozmowy uśmiechnął się. Znać było po nim ulgę.
– Wszyscy na stanowiskach – oświadczył. – Jesteśmy gotowi, prymasie.
Archeodoonos, gdy wszedł do sterowni, udał, że nie widzi wbitych w niego spojrzeń. Ze zwykłym, 
beznamiętnym wyrazem twarzy zajął swój fotel. Wzrok zebranych powędrował z niepokojem w 
kierunku podążającego za
na oparcia wyzbyta wątpliwości.
Archeodoonos usiłował nie myśleć o niczym. Znalazł się w sytuacji, do której przeanalizowania 
niezbędny był spokój osiągalny dopiero po wylądowaniu. Skupił się na śledzeniu zmian kierunku 
ciążenia, kontroli kolejnych, szybko po sobie następujących faz manewru; wsłuchiwał się w pracę 
silników zimnego ciągu i w monotonne tykanie kolidaru.
Gdzieś, w głębi jego świadomości, zachybotały niewyraźne obrazy, pierzchły i pojawiły się znowu, 
ostrzejsze, bogatsze o barwy i dźwięki, bezładne jak marzenia senne. Nie, te wizje nie powstały w 
jego umyśle, ktoś je nadawał. Stawały się coraz natarczywsze, ogarniały neuron za neuronem, 
wielokrotniały. Były wyzute z interpretacji, przepajały je uczucia o sile, jaką zdolny jest wykrzesać 
z siebie jedynie mózg pozbawiony umiejętności myślenia, kierowany prymitywnymi odruchami, 
będący materialnym podłożem wyłącznie działań instynktownych: mózg zwierzęcia.
Archeodoonos   obejrzał   się.   Ujrzał   wykrzywione   grymasem   twarze.   Nie,   to   oczywiście   nikt   z 
załogi. Obraz sterowni zmętniał, przesłoniły go inne, napływające zewsząd, bajecznie kolorowe, 
realne. Prymas gubił się w nich, z wolna tracił poczucie rzeczywistości, otaczały go dźwięki i 
zapachy, wytwory natury o zdumiewających kształtach i rozmiarach; i tylko daleko, jak gdyby w 
cudzym umyśle, kołatała daremna myśl: „Wyłączyć świadomość!" Zacisnął dłonie na skroniach. 
Miriady   obcych,   zróżnicowanych   osobniczo   popędów:   zdobywania   pokarmu,   rozmnażania   się, 
ucieczki i agresji, kłębiły mu się pod czaszką, ubezwłasnowolniały go nadchodzącymi z bliższych i 
dalszych   okolic,   od   niezliczonych   istnień,   impulsami   szastanymi   w   niepojętej,   euforycznej 
rozrzutności.   Desperacko   usiłował   odnaleźć   samego   siebie   wśród   mieszaniny   atawistycznych 
instynktów,  które nim zawładnęły i od których  nie mógł się uwolnić;  bezradnie i gorączkowo 
penetrował wypełniające jego umysł zawiązki intelektu – nie-
ślad.
Znalazł   się   w   przesyconej   zielenią   gęstwinie,   stał   nad   błyszczącym   w   słońcu,   bagnistym 
rozlewiskiem,   nie   opodal   wylegiwała   się   jego   samica,   ociężała   i   senna,   krążyły   nad   nią   roje 
owadów, z boku porykiwali na pobudkę jego pobratymcy, niebo było czyste, a powietrze przesycał 
wilgotny opar.
Dobiegający z góry pomruk uciszył  hałaśliwą przyrodę. W zenicie zapłonął jasny jak gwiazda 
punkt, pęczniał i rozżarzał się coraz większym blaskiem. Pobliskie porosty rzuciły drugi słaby cień. 
Archeodoonos uprzytomnił sobie, że widzi „Szukającego Życia". I wtedy na ułamek sekundy na tle 
parującego mokradła  zobaczył  – niczym  filmową  przebitkę  – wnętrze  sterowni. Usłyszał  swój 
krzyk:   „Pełny   ciąg!!";   ktoś   dopadł   urządzeń   sterowniczych.   Start   w   tych   warunkach   to 
samobójstwo – zdążył jeszcze pomyśleć.
Samica podniosła się na przednie łapy. Z niepokojem zadarła łeb. Przecinająca niebo, rycząca kita 
ognia zawisła nad ziemią. Zwierzęta trwożnie skryły się w gąszczu. Strumień rozpalonych gazów 
uderzył w rozlewisko, zamienił je w kłęby pary, prześliznął się po wierzchołkach drzew, zatoczył 
koło, obracając przybrzeżne chaszcze na popiół, a potem strzelił w stronę tarczy wschodzącego 
słońca. Eksplozja wstrząsnęła powietrzem, fontanny błota chlusnęły w górę.
Zwierzęta przez długie lata omijały to miejsce.

background image

Rok – 1840000, Dominia

Orkana   przygotowała   kolację   na   balkonie.   Po   upalnym   dniu   w   salonach   pałacyku   –   mimo 
klimatyzacji – powietrze było suche i gorące. Na zewnątrz wiał delikatny wietrzyk północny, a 
wschodząca Hegem rzucała sre-
wały amfibie okolicznych rybaków.
Hefenus wrócił z narady przybity. Zaparkował mobil niedbale pośrodku drogi z płyt czerwonego 
piaskowca i nie szukając wzrokiem małżonki, zwykle czekającej na krużganku, poczłapał przez 
dziedziniec. W przeciwieństwie do Orkany, patrzącej na świat niekiedy jeszcze wręcz naiwnie i z 
ufnością, zaliczał  się do generacji starszej, znającej życie  od podszewki. Zwieszone ramiona  i 
posępna mina  dodawały mu  teraz niedołęstwa, o co Orkana nigdy by go nie posądziła. Znała 
Hefenusa   od   dwóch   tygodni,   od   tygodnia   była   jego   żoną   –   jedyną,   bo   Hefenus   nie   uznawał 
poligamii.
Wybiegła mu na spotkanie. Wtuliła twarz w jego gęstą, siwą brodę, potem objęci poszli na górę. 
Hefenus   w   milczeniu   usiadł   za   stołem.   Jadł   wolno   bez   apetytu,   jak   gdyby   pod   wewnętrznym 
przymusem. Jego zamyślony wzrok błądził po widnokręgu, czasem zwracał się ku wiszącej nisko 
tarczy Hegem.
–   Dzisiaj   dostarczyli   najnowszy   koncert   –   powiedziała   cicho   Orkana.   –   Posłuchasz?   Hefenus 
ocknął się.
– Wybacz – rzekł. – Istotnie, zachowuję się jak kabotyn. Ale... pierwszy raz, naprawdę pierwszy, 
mam takie... takie dziwne uczucie, jakbym zrozumiał wreszcie coś, co przekreśla całe moje życie; 
coś, co gdybym był młodszy, dużo młodszy, kazałoby mi się zająć czymkolwiek, byle nie tym, 
czym   zajmowałem   się   dotychczas.   –   Przesłał   żonie   półuśmiech   wyrażający   zakłopotanie.   – 
Niepojęte, jakie to wszystko proste. I jakie przerażające.
Porozumiewali się słowami. Hefenus zastrzegł to sobie zaraz po wzajemnej prezentacji na uczcie 
wydanej z okazji Kolejnych Sukcesów. Głównym powodem była naturalnie racja stanu: Hefenus 
miał do czynienia z wieloma sprawami tajnymi, ale też głosu Orkany – zwłaszcza gdy zniżała go 
do szeptu – słuchało się z prawdziwą przyjem-•- nością. Ktoś wtedy powiedział o jej głosie, że jest 
roz-
4 *
z egzaltacji, użyła określenia „czarowny".
–   Rzecz   w   tym   –   podjął   Hefenus   po   krótkiej   przerwie   –   że   znalazłem   się   na   rozstaju. 
Uświadomiłem to sobie dzisiaj. Widzę koniec każdej z dróg: obie prowadzą donikąd. O jednej 
wiem wszystko, znam tu każdy niebezpieczny odcinek, mogę poruszać się po niej na ślepo, ale jest 
to droga fałszu. Ta druga... Cóż, i tak niczego nie zmienię. Ale może dla samej świadomości, że nie 
na darmo przejrzałem, warto zaryzykować? Może nie wolno mi tego zaprzepaścić?
Hefenus poszukał wzrokiem oczu Orkany. Przy zalanym srebrem piaszczystym brzegu warknął 
silnik. Amfi-bia szerokim zakolem opuściła zatokę. Powróciła cisza.
–   Jesteś   archeikiem,   Orkano.   W   twoim   środowisku   dużo   się   dyskutuje   na   temat   Zapisów 
Przedcywilizacyj-nych.   Jeśli   dobrze   pamiętam,   Letemeryd   na   ostatnim   kongresie   podał   w 
wątpliwość ich autentyczność. Trochę żal...
Orkanie zapłonęły policzki. Odrzuciła do tyłu długie, jasne włosy.
– Letemeryd by zaprzeczył istnieniu świata, gdyby przyniosło mu to rozgłos – oświadczyła. – Z 
jego wypowiedzi wynika niezbicie, że jest ignorantem. Oparł się na hipotezach wydumanych chyba 
pod wpływem narkotyków.
–   Więc   prawdą   jest,   że   ongiś   istniała   na   Hegem   cywilizacja   dorównująca   naszej?   –   Hefenus 
żachnął   się   natychmiast   po   tym   pytaniu.   –   Wiem...   Zastanawia   mnie   jednak,   dlaczego   nie 
przylecieli tutaj, dlaczego nie zasiedlili Dorninii? Wszak – położył dłoń na przedramieniu żony 

background image

otwierającej już usta – archeicy gremialnie twierdzą, jakoby ci nasi przodkowie odwiedzili nawet 
Układ Solarny...
– A my, nasza cywilizacja, tylko powtórzyliśmy ich wyczyn – dokończyła Orkana. – W dodatku 
nieudolnie. Bo tamtym się udało, są na to dowody w Zapisach. I proszę, nie mów o nich „ci nasi 
przodkowie".
Hefenus w zamyśleniu ujął puchar.
kontynuowała Orkana – znaleźli szczątki gigantycznych stworzeń. Miejscami tworzyły olbrzymie 
cmentarzyska. Szata roślinna była w przeważającej części zniszczona. Tego nie mógł wymyślić 
żaden z ówczesnych, bo dopiero przed startem... jakże się zwał ten statek?... ach, przed startem 
„Szukającego   Życia",   uczeni   odkryli   Wędrujący   Obłok   Promieniotwórczy.   Data   powstania 
Zapisów jest zgodna z datą przejścia owego Obłoku przez rejon, w którym świeci Soi. Wszystkie 
tamtejsze planety otrzymały zabójczą dawkę promieni... Przez te 60 milionów lat życie pewnie się 
odrodziło, ale to trzeba potwierdzić... dowodami.
W głębi domu cicho syknęła instalacja klimatyzacyjna. Hefenus westchnął ciężko do własnych 
myśli. Ostatnie słowa żony zabrzmiały w jego uszach niczym wyrzut.
–   Obecna   sytuacja   nie   pozwala...   ogranicza   w   pewnej   mierze   penetrację   kosmosu.   Nasi 
pradziadowie nie mieli tych kłopotów i stać ich było na realizację dalekich ekspedycji. Zresztą i oni 
odnosili   się   z   dużym   sceptycyzmem   do   Zapisów.   Tak   dużym,   że   spotęgował   rozłam   między 
Dominia a Hegem. – Hefenus zmarszczył brwi. -Jedno w tym aspekcie wydaje się dziwne: skoro 
owi  przedcywilizacyjni  przodkowie   dysponowali   tak  znakomitą  techniką   rakietową,   czemu   nie 
zaczęli eksploracji od swojego Układu?,
Orkana   wydęła   wargi.   Niecierpliwie   przełożyła   brudne   naczynia   na   tacę.   Hefenus   dotknął   jej 
ramienia. Odpowiedziała mu błyskiem ciemnych oczu.
– Przecież onegdaj rozmawialiśmy o tym – powiedziała rozdrażniona. – Tylko m y odczuwamy 
potrzebę znaczenia miejsc, w których byliśmy, tak jak zwierzęta znaczą swe rewiry. Tylko nam się 
wydaje, że bez wznie-sienią obelisku cały nasz trud jest nieważny i że nie koniec, lecz dokument 
wieńczy dzieło. Może tracimy zaufanie do siebie samych? – zamilkła na chwilę. – Oni tu byli, 
Hefenusie, podobnie jak na Epimetei i pozostałych czterech planetach. Ale nie odnotowali tego w 
Zapi-
wyjazdu na piknik. I wcale nie musieli tu ani gdziekolwiek indziej pozostać. Czy ty byś zamienił 
nasz dom na pieczarę tylko po to, żeby ktoś nie zajął jej przed tobą? Hefenus nie odpowiedział, acz 
odpowiedź cisnęła mu się na usta. Kiedy przedwczoraj Orkana rozgadała się na swój ulubiony 
temat, nie przywiązywał większej wagi do jej słów. Słuchał z roztargnieniem, bo myśli zaprzątał 
mu projekt przedstawiony na posiedzeniu wstępnym. Dziś, po zatwierdzeniu projektu, wszystko 
ujrzał w innym świetle.
– Oni... Dlaczego po nich ocalały jedynie Zapisy? Jaki był ich los?
–   Nietrudno   się   domyślić.   To   wynika   jednoznacznie   z   Zapisów.   Oni,   mimo   że   pod   pewnymi 
względami rozwinęli technikę bardziej niż my, mieli słabe pojęcie o kos-mogonii. Ten Obłok, który 
unicestwił życie na planetach Soi, dotarł wkrótce i do tego Układu...
Wzmagający   się   wiatr   przywiał   znad   zatoki   zapach   wilgotnego   piasku.   Warstwa   czarnych, 
pozwijanych w kłębki chmur przesłoniła część tarczy Hegem.
– Pocieszające jest to – szepnął Hefenus – że nie zgotowali sobie zagłady sami. Świadomie. Czego 
nie można powiedzieć... o nas.
Orkana przyjrzała się mężowi. Do tej pory nie pytała go o nic, chociaż widziała wzbierającą w nim 
gorycz i zniechęcenie. Swoim wyznaniem upewnił ją, że coś mu nie daje spokoju,! że z czymś się 
szarpie i że rad by zrzucić przed kimś ciężar myśli.
– Chyba przesadzasz w obawach – rzekła. – Rozsądek weźmie górę... Hefenus przerwał jej.
– Rozsądek wziął górę, kiedy trwał wyścig naukowo--techniczny – stwierdził ponuro. – Rozsądek 
wziął   górę,   kiedy   rozważaliśmy   możliwość   zbrojnego   rozstrzygnięcia   sporów.   Na   dzisiejszej 
naradzie zapomnieliśmy o rozsądku. Projekt został zatwierdzony.

background image

Orkana znieruchomiała. W jej oczach pojawił się niepokój.
– Tak. Nowa, nie mająca  precedensu broń: głowica  erozyjna.  Nie zdradzono nam szczegółów 
konstrukcyjnych, ale określono zasięg i rodzaj działania. To dziwne, dopóki ani my, ani Hegemici 
nie wyrobiliśmy sobie zdecydowanej przewagi militarnej, nie było dla nas sprawy ważniejszej od 
znalezienia sposobu albo broni, która by nam zagwarantowała supremację; obecnie, kiedy taką 
broń   posiadamy,   zamiast   ulgi   odczuwam   podwójny   ciężar.   Jakbym   to   wyłącznie   ja   ponosił 
odpowiedzialność za to, co nastąpi; jednocześnie jako jednostka nie mam nic do powiedzenia, 
pozostali, brani każdy z osobna, także, a przecież domyślałem się, miałem nawet pewność, że czują 
to co ja, że się wzdragają przed przyjęciem  tego planu, dlatego nie wiem, kto tu zawinił, nie 
rozumiem, co sprawiło, że plan jednak został przyjęty. Jednogłośnie.
– Ta broń...
– Nie, nie razi ludzi. Zabija ziemię, a z nią zwierzęta. Zawarte w głowicy toksyny rozprzestrzeniają 
się jak ogień, gleba w oczach ulega erozji i zmienia się w martwą pustynię. W ciągu kilku miesięcy 
erozja   ogarnia   caiy   kontynent,   giną   wszelkie   przejawy   życia.   Jedyną   przeszkodę   stanowią 
naturalnie zbiorniki wodne: głębokie jeziora, morza, oceany. Ale wystarczą trzy głowice na trzy 
kontynenty...
Hefenus  mówił  podniesionym  głosem.  Żal  i pretensje do samego  siebie pomieszane  z irytacją 
znalazły   ujście   w   gorzkim   potoku   słów.   Powinien   wreszcie   zakończyć   swoją   karierę,   wszak 
osiągnął to, czego pragnął: Dominia będzie Hegem dyktować warunki, sięgnie po bogactwa dzikich 
Epimetejczyków.   Wprawdzie   nikt   nie   każe   mu   pójść   inną   drogą,   byłaby   to   zresztą   próba 
infantylnego   protestu,   ani   zaczynać   od   początku,   bo   na   to   jest   za   późno,   ale   może   składając 
rezygnację dałby do myślenia współpracownikom, może by ocalił jakąś naprawdę cenna cząstkę 
siebie.
Małżonka przyrządziła mu napój, po którym odzyska; spokój. Odprowadziła go do sypialni.
tor – żeby i po nas nie zostały jedynie Zapisy.
Orkana   wróciła   na   balkon.   Po   rozmowie   z   mężem   trudno   jej   było   zebrać   myśli.   Hefenus   w 
zdenerwowaniu podał dokładne informacje o kapitalnym znaczeniu taktycz-no-militarnym. Nie bez 
kozery mocodawcy Orkany polecili jej zawrzeć związek małżeński z Hefenusem.
Odczekała pół godziny. Potem zeszła na dół. Uruchomiła silnik mobilu i nie oglądając się za siebie 
pojechała do miasta. Człowiek, którego ogarniały wątpliwości, który się wahał, był człowiekiem 
niebezpiecznym. Dlatego musiała go zadenuncjować.

Rok – 1818000, z Epimetei na Ziemię

Ono   drapał   się   po   grubym   karku.   Siedział   sobie   przy   ognisku,   dorzucał   do   ognia   drewienka, 
obserwował chybotliwe cienie igrające po polanie, słuchał chrapania kolegów, dłubał też trochę w 
nosie, no i myślał. Niebo nad nim wisiało gwiaździste i czarne jak na Epimetei, kiedy on i jego 
druhy skradali się cichcem w stronę rakietowego pola. To rakietowe pole zbudowano jeszcze za ich 
ojców i odtąd jakby klątwa spadła na dobrych ludzi. Kto żyw, a dodatkowo i krzepki był, pakował 
dobytek i umykał stamtąd, bo od pola – z roztopionego bazaltu i stali je zrobili – dzień czy noc huk 
taki szedł, jakby złe firmament rozdzierało na strzępy. Rodzice Ono zostali, bo im ziemia dziadów 
milsza od tułaczki, to i Ono został. Jeszcze w łonie matki przywykł do tego gromowego rumoru. 
Jako chłopak chodził razem z innymi na to bazaltowe pole, żeby pogapić się na łysoli i ich rakiety, 
ale nigdy nic ciekawego nie było widać, tylko  oczy piekły i bolały uszy.  Zresztą uszy bolały 
wszystkich oprócz ojca Ono, co od maleńkości taki był, że jak mu ktoś nad głową nie wrzasnął, to 
nie zrozumiał. Matka przez to głośno
uiuwna. iNawei Kieay czuma się do starego, u sąsiadów ją słyszano.

background image

Łysole często zaglądali do chałup. Przynosili gazety z obrazkami i różne wymyślne narzędzia, 
pytali, czy czego nie trzeba, i dalej szli. Brać nic nie brali, ale pogadać – i owszem. Za blisko nie 
podchodzili, łypali ode drzwi, a nieufnie, machając tymi gołymi łapskami. Słabowici byli jakby 
trochę, bo jak raz Agua z sąsiedztwa wyrżnął takiego w gębę, chudzina nogami się nakrył i więcej 
nie wstał. Ono już nie pamiętał, o co wtedy poszło, dość że łysole zrobili się jeszcze grzeczniejsi i 
dbający. Radia rozdawali, a jakże, kto chciał, dwa dostał. W radiach instrumenty ładnie grały albo 
głosy słodko zawodziły, albo też rozmawiano, głównie w trzy osoby, przeważnie o tym, jak dobrze 
jest teraz żyć, kiedy ludzie mają takich opiekunów. Jeden bez przerwy powtarzał, że jest fajnie jak 
nigdy przedtem, że zawsze pragnął, zęby tak było i że fajniej to już chyba być nie może. Ono nie za 
bardzo mu wierzył, chociaż nie miał pojęcia, jak było przedtem, kiedy fajnie nie było. Tak sobie 
jednak myślał, że jeżeli jest naprawdę fajnie, to nie da rady tego stwierdzić, bo to co jest, to jest 
takie, jakie jest – ani fajne, ani niefajne, tylko zwyczajne.
Gdzieś od miesiąca, może więcej, w radiu zaczęli gadać jakby inaczej. Ktoś, licho wie kto, uparł 
się, żeby dobrym ludziom przestało być fajnie. Ci z radia biadolili, że już rychły koniec będzie tego 
fajnego, bo jakieś wraże plemię wymordować chce opiekunów Ono, tych co wyniańczyli jego i 
jego braci. Ono zbyt się nie przejął, nie swojaków przecież mieli mordować, i nawet się cieszył na 
to mordowanie – łysol szlachtujący łysola to coś akurat dla niego – ale w radiu przysięgali, że jak 
się zacznie mordowanie, skończy się słodkie zawodzenie, granie instrumentów, gazety z obrazkami 
i w ogóle wszystko. Co by miało znaczyć owo ,,wszystko", tego nie powiedzieli. Zachęcali, żeby 
się zgłosić do łysola rządzącego innymi łysolami, a ten łysol już im poradzi, co dalej czynić. Drugi 
z trójki radiowej zakrzyknął, że trzeba się bronić nie-
zwfoczme,   DO   zgroza   przejmuje   czfOWieKa   na   wieść   o   tycn   najeźdźcach   straszliwych,   krwi 
łaknących,   że   broń   rychto-wać   trza,   szkolić   dobrych   ludzi   trza   i   co   sił   pomagać   łyso-lom   – 
opiekunom najmilszym.
Ono wraz z drugimi pociągnął, tak z ciekawości po trochu, do Punktu za polem rakietowym. Tłumy 
tam się zeszły, spotkał nawet Aguę z kobitą, co na nią od dawna ostrzył sobie zęby. Duchota i ścisk 
panowały niemiłosierne, jeden przez drugiego się darł, ale wszystkich zagłuszały głośniki. Muzyka 
z nich waliła, a taka, że nic, tylko z miejsca ruszyć i prać, kogo się da. Czasem głos zagadywał, 
żeby  się  nie   tłoczyć,  bo  dla   każdego  coś  się   znajdzie.  Agua  przecisnął  się   do  Ono,  oczy  mu 
błyszczały nienormalnie, łokciami pracował w tłumie i bez wytchnienia paplał, jaki to z niego 
chojrak. Ono udawał, że słucha, przytakiwał, a ręce same mu lgnęły do baby kolesia i wreszcie się 
mógł chociaż do woli namacać. Baba stała jakby nigdy nic, tylko bokami mocno robiła, aż ją Agua 
zaczął sztorcować, nieświadom sprawy. Zleciało tak Ono do wieczora, a wieczorem łysole zaprosili 
go grzecznie do środka, usadzili w ciasnej izbie przed ekranem wielgachnym, przeciętym dwiema 
kreskami  na  krzyż.   Na  tym  ekranie   Ono  zobaczył   skrawek  ziemi,   rzekę   łagodną  i   gmaszyska 
dziwaczne,   od   łysoli   się   rojące.   Położono   mu   dłonie   na   dźwigienkach   i   przykazano   tak   nimi 
poruszać, żeby cel nie umknął ze środka krzyża. Wcale niełatwe to było, miasto szwendało się z 
kąta w kąt ekranu i w oczach rosło, jakby zaraz miało wpaść do izby. Tyle że nie z Ono takie 
droczenie. Dźwigienkę jedną nacisnął, drugą pociągnął i gmaszyska wracały, gdzie ich miejsce. 
Pod koniec strachu się najadł, bo zanosiło się na niechybne  zderzenie,  szczęściem w ostatniej 
chwili miasto uciekło na boki i nagle znikło. Łysolom gęby się śmiały z zadowolenia, obrączkę 
gadającą na palec Ono włożyli i kazali czekać w chałupie.
– Jak będziemy cię potrzebować – powiedzieli – przez obrączkę damy znać. Polecisz prawdziwą 
rakietą do tego samego miasta, które jest na innej planecie.
na miastacn specjalnie me zależało, własna cnału-pa przytulniejsza mu się zdawała, ale o podróży 
rakietą   zawsze  marzył.  Dobrzy  ludzie  cuda   mówili   o  dziwnych  planetach,   o  tych,   co  na  nich 
mieszkali łysole i o tych, co do nich nawet łysolom daleko było. Jedna taka, Gaja, z piękności 
niezwykłej słynąca, od kiedy w radiu o niej prawili, spędzała sen z powiek Ono. Jawiła mu się jako 
bezkresna   zieleń   szeleszcząca   –   zalana   słońcem,   cicha,   bez   miast   łysoli   i   ich   hałaśliwości 
wszelakich – wśród której uganiały się radosne grupy bab, od niedawna nachalnie nową kobitę 

background image

Aguy przypominających, czego zgoła pojąć nie mógł. Z coraz większym tedy utęsknieniem czekał, 
aż łysole spełnią obietnicę. Dni płynęły, a nic się nie działo.
Ostatni  tydzień  niespokojny i  dziwny  był,   odmienny  od poprzednich  tygodni.  Łysole  przestali 
nachodzić dobrych ludzi, za to na polu rakietowym panował rejwach okrutny, hurgotało i łomotało 
coś tam pięć dni i pięć nocy, a szóstego dnia rakiety jęły śmigać w powietrze, jedna po drugiej, 
jakby złe fajerwerki urządzało. Ono w złość wpadł, bo mu okazję do zwiedzenia nieba ktoś sprzed 
nosa sprzątnął. Poszedł ponury na zamilkłe raptem pole rakietowe, żeby z tej złości i goryczy 
przylać   w   pysk   jakiemu   łysolowi,   jeżeli   się   nadarzy   sposobność.   A   tu   pole   rakietowe   puste, 
puściusieńkie, bezludne i mrokiem zasnute. Ono jeszcze bardziej się rozeźlił. Nie ma kogo bić, w 
radiu nie grają i nie zawodzą, wycieczkę do miasta szlag trafił... Dopiero patrzy, tak bliżej tych 
kopulastych baraków rakiecisko wielkie się wznosi, jedno jedyne. Wrócił galopem do chałupy, 
drąga kawał ułapił i sąsiadów skrzyknął. Migiem uradzili, co i jak. Im się także ckniło za przygodą.
– Obiecali, to niech nas wożą – powiedział Agua – opiekuny obłudne.
– Oszukać się nie damy – warknął Uthe – pierwszemu, jaki się trafi, wybiję ze łba krętactwa.
– Niech no ja dostanę którego! – dodał Eotu, ten, co w garści kamienie polne kruszył.
gęsiego. Wejścia do kopulastych budowli zastali zawarte na głucho, światła pogaszone – stracili 
nieco rezon.
– Do rakiety! – postanowił Ono. – Pomost drabiniasty i wrota otwarte widzę.
Pomknęli chyżo, zadudnili drewniakami po podestach. W środku jeszcze ciemniej, zupełnie oślepli. 
Łazili po omacku, złorzeczyli. Tę jasność ledwie dostrzegalną pierwszy zobaczył Uthe. Sączyła się 
przez szparutkę w drzwiach. Podeszli tam na palcach, zajrzeli. Łysol się rozwalał w przepastnym 
siedzeniu, samotny i jakiś zmarkotniały. Gadał do radia, a radio do niego:
–   ...   start   za   piętnaście   zero   –   usłyszeli   z   głośnika.   –   Po   opuszczeniu   strefy   przyciągania, 
zniszczenie   kosmodro-mu   według   założeń   taktycznych.   Lot   pełnym   ciągiem.   Postój   na 
parkingowej. Pozostajesz w odwodzie do dyspozycji Eskadry 18-2. Skończyłem.
– Zrozumiałem – odrzekł łysol. – Przystępuję do realizacji. Koniec.
Ono nie zdążył zebrać myśli, kiedy Eotu stał już nad łysolem.
–   Jaki   koniec,   golasie   obrzydliwy?!   –   ryknął   i   wyłuskał   pokrakę   z   fotela.   Ledwie   go   druhy 
powstrzymali.
– Na Gaje nas wieź, byle szybko – zażądał Ono.
Łysol ze strachu stracił mowę, trząsł się cały i jęczał. Za to radio przemówiło: pytało, wołało i 
klęło, że trudno zdzierżyć. Eotu mimochodem kułakiem je zmacał i spokój nastał.
– A teraz jazda, bo nam pilno!
Mordęga wielgachna to była, nieszczęśliwie rozpoczęta. Agua tłukł łbem poczciwym o ściany, jak 
tylko wspomniał swoją kobitę niecnie przez niego porzuconą. Ono też żałował, zresztą wszystkim 
doskwierał   brak   baby,   wprost   wracać   zamierzali.   Nie   wrócili,   bo   łysol   za   bardzo   im   powrót 
doradzał. Kiedyś zdjęli z niego łaszki, żeby się przekonać, czy prawdę ludzie gadali o tej wstrętnej 
łysolskiej nagości. Od tej pory raczej Schodził im z oczu.
obmierzłej, łysol wnet dał dyla. Powietrze wonne na nich czekało, zielem słodkiej nieprzebrane 
mnóstwo i – Ono znów ścisnęło coś w dołku – bab krocie! Szpetne są i głupie niemożebnie, a na 
domiar z ogonami, ale zawsze baby.  Kilku obcych  chłopów, jeszcze głupszych,  stanęło w ich 
obronie i Eotu musiał się porządnie pałą napracować. Ono mu zdziebko pomógł, a potem hurmem 
dawaj! te głupie z krzaków wyciągać i kosztować, czy lepsze od swojskich.
Leżą teraz spętane pod lasem. Jutro, skoro świt, kiedy się skleci sadyby, każdy wybierze sobie 
jakieś i będzie miał.
Bo bez bab – ani rusz.

Rok -1816000, Hegem

background image

Od dojrzewających w pełnym słońcu pól wionął zapach nektaru, zwiastując bliską porę zbiorów. 
Wczorajszy deszcz dźwignął zgarbione łodygi roślin, nasycił ziemię po krótkotrwałej suszy, ożywił 
gniazda   ptaków.   Dziad   Pra-kseona   utrzymywał,   że   ptaki   te   przywieziono   z   bardzo   daleka   na 
pokładzie statku, który rzekomo dotarł do najdalszej z mrugających na niebie gwiazd. Prakseon nie 
słyszał   większych   niedorzeczności,   ale   wrodzony   szacunek   dla   starszych   nakazywał   mu 
wstrzymywać   się   od   głośnego   formułowania   powątpiewań.   Uprzejmie   słuchał   bajań   dziada   o 
wielkich miastach, które niedawno jeszcze wznosiły się na tej planecie, o wehikułach, co same 
jeździły i o takich, co latały jak ptaki. I o tym, że ludzi na Hegem było ongi więcej niźli ziaren 
piasku. Przywykł do gawęd pełnych niezwykłości – snutych w chłodne wieczory przy kominku – 
które zawierały chyba okruch prawdy, bo wykluczone, aby były jedynie wytworem
nadto w swej sypialni, strzeżonej pilnie, dziadek przechowywał różne przedmioty o zagadkowym 
przeznaczeniu, tak drobne i misterne, a zarazem skomplikowane, że niemożliwe, by wykonała je 
ręka zwykłego śmiertelnika.
Prakseon   wyszedł   przed   dom   na   spotkanie   Eutyfii.   Jej   smukłą   figurkę   szybko   przemierzającą 
szmaragdowo-złotą   równinę   dostrzegł   już   z   daleka.   Było   bezwietrznie   i   cicho,   wszelako 
monotonne stukanie na werandzie sprawiało, iż stłumione odległością okrzyki Eutyfii stawały się 
niezrozumiałe.
Przyśpieszył kroku, zaczął biec. Wpadli sobie w ramiona.
– Wiesz... – wydyszała mu do ucha – wiesz, och, tchu...
Czuł na piersi jej łomoczące serce. Pogładził ją po włosach, jakby była nie jego kobietą, lecz córką, 
niesfornym,   ciekawym   wszystkiego   co   dokoła   i   wielce   zaaferowanym   dzieckiem.   Mruknął 
dobrodusznie:
– Zdążysz...
Odsunęła się na długość rąk. Miała w oczach radość, a na twarzy wypieki i zniecierpliwienie. Była 
podekscytowana.
– Widziałam ślady – wyrzuciła z siebie. – Tam, nad potokiem, gdzie byliśmy onegdaj, a ty mi 
powiedziałeś o dziadku, o tym jego cudacznym pomyśle. Przecinają potok zaraz przy osypisku z 
kamieni, wiesz którym; poszłam nimi kawałek, ale one się ciągną, i ciągną, i ciągną... Tak samo w 
drugą stronę – wlepiła w niego swe duże, szare oczy. – Niedawno ktoś przeszedł koło naszego 
domu, to są ślady kobiecych, na pewno kobiecych stóp!
– Ten ktoś mógł o nas nie wiedzieć – rzekł Prakseon z zadumą. – Stamtąd widać ograniczony 
wycinek okolicy.
Zamyślili   się   oboje.   Eutyfia   spoglądała   na   swe   łydki   wychłostane   zdrewniałymi   gałązkami 
krzewów.
– Pójdziesz? – szepnęła ze spuszczoną głową, a gdy nie zareagował, spytała chytrze. – Pamiętasz, 
jak odna-
tydzień, tropiłeś, tropiłeś... Byłoby nam raźniej w... – zawahała się – w czwórkę.
W trójkę – sprostował w duchu Prakseon.
Przez delikatność nie pominęła dziada. Ale jego odejście jest kwestią dni, może godzin; sam tak 
postanowił i unosił się gniewem, kiedy próbowali go odwieść od tego nierozsądnego zamiaru. 
Uparty, zdziwaczały staruch!
Przygarnął Eutyfię i powiódł ją w stronę domu. Nadal patrzyła pod nogi, zajęta jakimś osobliwym 
stawianiem   kroków.   Udawała   pochłoniętą   bez   reszty,   lecz   Prakseon   zdawał   sobie   sprawę,   że 
Eutyfia czeka na odpowiedź i nie da się zbyć byle czym.
Dziad wychylił się przez barierkę werandy i skinął na nich.
– Gotowe, dzieciaki – oznajmił z zadowoleniem, pokazując im rzemienną pętlę. Blaszkowate, ostre 
listki pnącza opinającego fasadę rzucały cętkowany cień na jego wypukłe plecy. – I co, e?
Eutyfia oswobodziła się z objęcia. Podbiegła do werandy.

background image

– Widziałam  ślady,  dziadziu  – powiedziała  głośno, aby Prakseon nie uronił ani słowa. – Nad 
potokiem, przy kamienistym brzegu. Poszłam, żeby nazbierać jagód wodnych i naraz patrzę: jeden, 
drugi, trzeci...
– Podobno kobiece – wtrącił Prakseon.
Dziad odwrócił się od nich bokiem. Jego kościstą twarz, o plamistej, suchej cerze, zabarwił grymas 
czułości.   Drżącymi   palcami   pieścił   chropowaty   rzemień,   do   którego   uwiązany   był   sklecony 
nieudolnie   wehikuł:   znitowane   pozostałości   starego   pulpitu   tworzyły   platformę   wielkości 
kuchennego   blatu;   dwa   przednie   koła   pochodziły   od   niszczejącego   na   podwórzu   wózka 
ogrodowego, tylne, pięcio-szprychowe – od tajemniczego pojazdu o zrujnowanej konstrukcji. Ten 
pojazd znalazł Prakseon, kiedy był chłopcem. Bawił się daleko od domu, w miejscu zakazanym 
(opodal Stalowych Wzgórz) i stamtąd przywlókł to dziwo. Ojciec – wówczas jeszcze żył, choć nie 
ruszał się z łóżka – złajał go srodze, ale odnieść nie kazał.
Eutyfia tupnęła nogą. Była zła i bynajmniej nie na dziadka; Prakseon poznał ją już na tyle, że 
potrafił przewidzieć, jak się zachowa, co powie, na czym się wyładuje. Gdy doprowadził ją do 
irytacji – zdarzyło się to kilkakrotnie, bo Eutyfia była istotą pobudliwą, a przy tym upartą (zarazem 
jakże namiętną!) – nie okazywała mu tego wprost, łomot w lamusie jednak lub niezwyczajny ruch 
w izbach świadczył, że ponosi ją ognisty temperament. W takich razach nawet dziad zamykał się w 
sypialni   i   czekał   z   uchem   przy   drzwiach,   aż   burza   minie.   Eutyfia   złorzeczyła   pod   nosem, 
wymyślała sprzętom, lecz każda obelga skierowana była pod adresem Prakseona. Teraz także, gdy 
wsparła piąstki o zaokrąglone biodra, przyjęła buńczuczną postawę i cedziła zdanie po zdaniu, 
zwracała się nie do dziada, ale do niego.
– Ta kobieta przechodziła tamtędy ubiegłej nocy. Jakby Prakseon wyruszył bez ociągania, mógłby 
ją przed wieczorem dogonić, bo przecież, jeżeli ktoś się szwenda po nocy, to w dzień śpi.
– To tylko twoje, niczym nie uzasadnione przypuszczenia – stwierdził Prakseon.
– Nic podobnego! – oburzyła się Eutyfia. – Ja też łaziłam nocą. W nocy głos się lepiej rozchodzi i 
widać najdalsze światła. Jest większa szansa, no nie? – jej wzrok znowu spoczął na profilu dziada 
pogrążonego w rozmowie z samym sobą.
– Ale on oczywiście nie pójdzie. On się po prostu boi tej kobiety.
Dziad powiódł nieobecnym spojrzeniem po ich twarzach.
– Mój ojciec miał cztery żony – powiedział wolno. Z wysiłkiem skupił uwagę na słowach Eutyfii, 
które jeszcze dźwięczały mu w uszach. Ocknął się. – Nie, moje dziecko – rzekł. – Prakseon nie 
będzie dzisiaj szukać żadnej kobiety. Pójdzie ze mną. Taka jest moja... taka jest moja ostatnia 
wola...   Ty   zostaniesz,   możesz   do   zmierzchu   zgromadzić   chrust   i   łatwopalne   odpady.   Jak   noc 
zapadnie, podpalisz stos. Duże ognisko widać spoza widnokręgu. – 
zgrabny, skrzypiący wehikuł.
Eutyfia zacisnęła pulchne wargi i wbiegła do pokoju. Po chwili hałasowała już rondlami w alkowie 
kuchennej.
Nadciągał upał.
Wyruszyli w południe, po lekkim posiłku na powietrzu w podcieniu werandy. Prakseon podążał 
nieco z tyłu, aby nie dyktować tempa marszu. Wózek dźwigał na plecach, bo popiskiwanie osi 
sprawiało mu niemal fizyczny ból. Eutyfia odprowadziła ich spory kawałek, a później pomachała 
im umorusaną do łokcia ręką i zawołała:
– A rychło wracajcie!
Dziad od rana zachowywał się dziwnie. Chodził po obejściu, zaglądał we wszystkie kąty, a kiedy 
wstali od śniadania, ściągnął ze stryszku połatane worki i szpulę srebrnego drutu, przekradł się 
cichaczem do swego pokoju, gdzie zabawił jakiś czas, po czym wytaszczył stamtąd dwa toboły 
dokładnie skrępowane drutem, zawlókł je do najbliższej Studni (nie dał sobie pomóc) i tam je 
wrzucił.   Prakseon  wymienił   z  Eutyfia  porozumiewawcze  spojrzenie,   ale  w  tym   spojrzeniu  był 
niepokój; poszukali swego wzroku, żeby przekonać siebie wzajemnie, że pobłażliwie traktują te 

background image

nowe fanaberie dziadka, i żeby zorientować się, czy drugie pod maską pobłażliwości nie ukrywa 
lęku.
To   wołanie   Eutyfii,   które   dobiegło   ich,   gdy   dotarli   do   Drogi,   niby   żartobliwie   napominające, 
przesycała nuta niedowierzania i obawy.
Droga,   utwardzona   i   gładka,   wytyczała   północną   granicę   ziemi   uprawianej   przez   Prakseona. 
Istniała od niepamiętnych czasów, jeszcze przed narodzinami dziada, ale Pra-kseonowi, kiedy był 
dzieckiem, wydawała się mniej spękana i szersza. Cięciwą łączyła krańce horyzontu; bez początku 
i bez końca.
Stanęli na szarej, zapiaszczonej nawierzchni. Dziad ciężko opadł na platformę wózka.
– Jedź, chłopcze. Tam, gdzie słońce się chowa. Prakseon przełożył  pętlę przez pierś. W ciszy 
ruszyli.
kot   pojedynczych   kroków   i   chrzęst   ustępującego   pod   kołami   piasku.   Niebo   fioletowiało   na 
widnokręgu, nad głowami płonęło bielą.
– Zostało mi mało czasu – usłyszał Prakseon za plecami – tak mało, że aby go zmierzyć, trzeba 
precyzyjniejszej miary niż dzień. Człowiek odgaduje swoją porę tak jak zwierzę, bo od zwierzęcia 
pochodzi, czego twój ojciec nigdy ci nie powiedział, a to dlatego, że zwierząt już nie ma na tej 
ziemi. To był mądry człowiek, jego rodzice wpoili mu rozległą wiedzę. Usiłował przekazać ją 
tobie, nauczył cię nawet czytać, choć sztuka ta do niczego ci się nie przyda.
Zza horyzontu wynurzał się masyw Stalowych Wzgórz. Prakseon przygiął kark, przyśpieszył, jak 
gdyby chciał uciec od udręczonego głosu dziada.
– Nie znasz całej prawdy, Prakseonie. Twoja matka, a moja jedyna córka zmarła w dniu, w którym 
przyszedłeś na świat. Ojciec twój był od dziecka słabowity, chorował na leukemię. Otrzymał ją w 
spadku po przodkach. Dwa. pokolenia spłodziły po jednym potomku; niebawem i ty zostaniesz 
ojcem,   wiem,   bo   widzę   to   w   oczach   Eutyfii.   Dwa   pokolenia   zdobyły   się   ledwie   na   mizerną 
kontynuację, dlatego musisz mieć dużo dzieci, dlatego powinieneś odnaleźć tamtą kobietę, to twój 
obowiązek. Nie każda ma taki trudny charakter jak ta twoja, uwierz mi, Kobiety różnią się między 
sobą podobnie jak mężczyźni...
Minęli rdzewiejące, bezkształtne zbocza Stalowych Wzgórz. Słońce pokonało trzy czwarte swej 
codziennej drogi, a na południu wschodził blady okrąg Dominii.
– To tu – rzekł dziad.
Prakseon przystanął. Uwolnił się od rzemiennej pętli.
Szli niepewnie, obchodząc osmolone żelazne kikuty sterczące ku niebu, stopione bryły kwarcu, 
kłębowiska zetlałych przewodów. Wokół unosiła się woń torfu.
W   płytkiej   niszy   majaczyła   ciemna   czeluść   wejścia.   Obok   leżała   połowa   metalowej-   bramy, 
rozdarta, o po-
rogiem o ościeżnicę, zwisała tuż nad ziemią, ukazując pokrytą bąblami powierzchnię.
Zanurzyli się w chłodny mrok. Dziad zapalił ogarek łuczywa. Chybotliwe, wątłe światło padło na 
szorstkie   ściany   krótkiego   i   wąskiego   przedsionka,   na   posadzkę   zasłaną   odbryzgami   szkła   i 
kamieni, na przeciwległe pancerne drzwi opatrzone częściowo złuszczonym napisem.
Prakseon wytężył wzrok.
– „Arsenał – przesylabizował. – Nie wchodzić z otwartym ogniem..." – Wstrząsnął się; nieforemne, 
wrogie cienie tańczyły im pod nogami, a twarz dziada przypominała twarz nieboszczyka, na której 
zastygł wyraz nienawiści.
– Otwórz – usłyszał. – Podnieś dźwignię do góry.
Prakseon ujął zimną rękojeść wystającą z posadzki. Ustąpiła opornie, ze zgrzytem. Drzwi syknęły i 
odstały od ściany.
– A teraz odejdź, idź stąd! I śpiesz się, śpiesz!
Zapadł   wieczór,   kiedy  Prakseon   dobrnął   do  domu.   Wielka   tarcza   Dominii   nabierała   blasku,  a 
Eutyfia   podkładała   właśnie   ogień   pod   stos   na   podwórzu.   Nie   pytała   o   nic.   Przywitała   go 

background image

uśmiechem,  zaczekała, aż zajmą się grubsze szczapy,  a potem,  nadal uśmiechnięta  i milcząca, 
zaprowadziła go do pokoju, gdzie stał stół nakryty do kolacji na trzy osoby.
Żadne z nich nie rozpoczęło rozmowy. Dopiero gdy nadszedł czas spoczynku, Prakseon rzekł:
– Jutro skoro świt pójdę za tym śladem. Usiedli bliżej siebie. Czekali na coś. Za" oknem huczało 
ognisko.
– Tak bym chciała, żeby tu było rojno, gwarno... Zadzwoniły naczynia. Ziemia drgnęła albo może 
im się tylko zdawało. Eutyfia wtuliła policzki w dłonie.
– Będziemy mieć dużo, dużo dzieci – powiedziała głucho.
– Tak – zgodził się Prakseon. – Będziemy mieć tyle dzieci, żeby nie musiały się szukać po śladach.

Rok - .... Hegem

Rocznik „OBSERWATORYUM" podaje:
Z prowincji Alkalohamuks dotarła do nas wieść, że niejaki Argona odkrył przedziwny płaskowyż 
leżący   na   południowy   wschód   od   osady   Ngo.   Mówią,   że   wyrychto-wali   go   nasi   czcigodni 
protoplasci, żeby mieć gdzie wspólnie fetować zakończenie zbioru plonów.

Rok -902000, Hegem

Oczywiście wolno Nobolabiemu nazwać mnie durniem. Może również dodać określenie „stary". 
Ale o ile slusz-ność tego drugiego określenia jest bezsprzeczna – chodzący dowód ze mnie – o tyle 
użycie epitetu „dureń", kiedy nie sposób go uzasadnić, zakrawa na jawną i ciężką obelgą.
Rzucanie obelg jest domeną ludzi mlodych, a Nobolabi niewątpliwie do takich należy, analizując 
zaś   gloszone   przez   niego   poglądy,   lacno   dojść   do   wniosku,   że   mlodzieniec   ten   posiada 
fragmentaryczną i powierzchowną wiedzę. Nie dziwota zatem, iż z taką łatwością przychodzi mu 
formułowanie   karkołomnych   i   zupełnie   fantastycznych   teorii,   które   bez   drgnięcia   powieki   i   z 
całkowitym brakiem odpowiedzialności rozwija przed tłumami takich jak on dyletantów.
Wiadomo wszem, że każda teza, choćby najbzdurniejsza, jeżeli wylęgła się w głowach nihilistów – 
zwłaszcza No-bolabiego – znajduje przychylnych słuchaczy, albowiem na poparcie swych założeń 
wymieniona przeze mnie grupa •miast przytaczać argumenty naukowe, Izy uznane autorytety, co 
zawsze przyciąga gawiedź, gwarantując audytorium dość osobliwą i niewybredną zabawę.
krotnic już była celem ataków drużyny Nobolabiego. Najrozmaitszymi metodami – nie wyłączając 
pogróżek – usiłowano nakłonić mnie do rezygnacji z zajmowanego stanowiska. Mimo licznych 
szykan   i   napaści,   nigdy   –   właściwie   chyba   oceniając   klikę   Nobolabiego   –   nie   dałem   się 
sprowokować. Cóż więc spowodowało, że teraz, na łamach naukowego periodyku, zabieram głos? 
Otóż powodem jest poparcie, z jakim w ostatnim okresie spotyka  się wyssany z palca pogląd 
rozpowszechniany przez odłam nihilistów zwanych „Heliosami".
„Heliosi",   pod   przewodnictwem   Nobolabiego   naturalnie,   stworzyli   podstawy   wynaturzonej 
filozofii, które pozwolą sobie przedstawić tutaj w dużym skrócie.
Oto one:
– Hegem jest jedną z siedmiu planet obiegających Słońce;
– niektóre z tych planet są zamieszkane;
– krążącą po tej samej co Hegem orbicie Dominie zamieszkują istoty będące potomkami naszych 
przodków;
– przed setkami tysięcy łat na Hegem rozwinęła się cywilizacja, której nie dorastamy do pięt;

background image

–   wyżej   wymienioną   cywilizację   poprzedzała   jeszcze   jedna,   daleko   starsza,   o   której   istnieniu 
świadczą Zapisy Przedcywilizacyjne;
– ojcem człowieka jest troglodyta;
– ojcem troglodyty jest zwierzę lądowe.
Tyle Nobolabi i jego kompania – „Heliosi".
Sprawy o których będę pisał w dalszym ciągu, są szeroko znane i oczywiste, powtarzanie atoli jest 
matką wiedzy, wiedza zaś jest dobrem, jakiego w dzisiejszych zepsutych czasach tak bardzo nam 
nie dostaje.
Najsampierw o genezie rodu ludzkiego. Człowiek pochodzi od delphinów – stirorzeń rozumnych, 
żyjących w wodach naszego globu do dzisiaj. Przez tysiąclecia szalejące sztormy wyrzucały z toni 
na brzeg ślepe, bezbronne
zapobiegać   tragedii.   Tymczasem   kilku   lubo   więcej   skazanym   na   śmierć   delnhinim   oseskom 
zrządzeniem losu udalo się przetrwać. Uwięzione w niszach przybrzeżnych, nigdy nie wróciły do 
głębin,   przeciwnie   –   z   biegiem   czasu   zasmakowały   w   życiu   lądowym.   I   tak   rozpoczęła   się 
mozolna, skomplikowana ewolucja delphinow, której wynikiem jesteśmy my oraz ptactwo. To, że 
natura posłużyła się takim, a nie innym algorytmem rozwoju, jest logicznym następstwem – z istot 
inteligentnych musiały wyewoluować istoty inteligentne; każda zmiana kierunku doprowadziłaby 
do   degeneracji,   jaką   zaobserwować   można   na   przykładzie   ptaków.   Za   zdobycie   umiejętności 
latania zapłaciły one najwyższą cenę: utraciły zdolność myślenia. Nie byloby nas, gdyby natura z 
żelazną konsekwencją nie trzymała się zasady, że rozum jest wartością nienaruszalną, nie mającą 
sobie równej, Z tej też przyczyny – aczkolwiek droga rozwoju naziemnych populacji delphinow 
usiana jest mnogością przejściowych form – w dziejach naszej planety nie znajdziemy, pomijając 
ptaki,  ani jednego zwierzaka. Co za tym  idzie,  kości, które  Nobolabi albo jakiś jego kumoter 
wygrzebał   z   ziemi,   są   szczątkami   praczłowieka,   nie   zaś   –   jak   to   niefrasobliwie   oświadczyli 
„Heliosi" – bezskrzydłego czworo- czy sześcionoga o ptasim móżdżku.
Człowiek, a na miano człowieka zasługuje delphin od chwili, kiedy opuścił odmęty, zawsze był 
stworzeniem rozumnym, wszakoż szczytowy rozwój jego umysłowości przypadł na lata obecne, z 
gruntu zatem błędne jest przekonanie, iż w zamierzchłej przeszłości (setki tysięcy lat wstecz!) 
panowała na tym globie cywilizacja porównywalna z naszą.
Nobolabi ośmiela się twierdzić, jakoby ta rzekoma poprzedzająca nas cywilizacja potrafiła latać po 
niebie, a także przenosić się z planety na planetę, których to riał niebieskich, wespół z Hegem, 
obiega  Słońce  (sic!)  pono siedem.  Mało tego,  na latafących  wasągach  multum  zbunio-wanych 
obywateli hegemskich mialo się udać na Dominie,
odpłacili pięknym za nadobne i tak doszło do wzajemnej zagłady.
Tu   chyba   sam   Nobolabi   przyzna,   że   przesadził   z   kretesem.   Dam   już   pokój   tym   cudacznym 
fruwającym  toasą-gom – ja też lubię wymyślać  ucieszne historyjki – ale nie przepuszczę, gdy 
ktokolwiek zaprzecza oczywistej prawdzie.
Bo wystarczy wznieść oczy, aby przekonać się, jak wielkie są te planety, które Nobolabi tak bardzo 
pragnie zaludnić. Nie można by na nich nawet usiąść okrakiem! Uważny obserwator spostrzeże 
ponadto, że Sionce i te ma-ciupkie planety, i w ogóle cały firmament obraca się wokół Hegem, 
Hegem zaś jest centralnym punktem wszechświata.
Co się tyczy Zapisów Przedcywilizacyjnych – powszechnie wiadomo, że ich autorem jest zmarły 
stosunkowo niedawno niejaki Archaik, z zamiłowania fantasta. Nie ma sensu przeto nad nimi się 
rozwodzić.
Na zakończenie chciałbym zadać pytanie:
I który z nas jest durniem, Nobolabi?!

Renae Krom-To Balincius

background image

Rok – 890000, Dominia

Miesięcznik   „OBSERWATORIUM"   podaje:   Jak   donoszą   nasi   wysłannicy,   w   prowincji 
Alkalohamuks, na południowy wschód od miejscowości Ngo, ekspedycja kierowana przez Jonita 
odkryła  niezwykły   płaskowyż...  Uczeni   po licznych  badaniach   orzekli,   że  ww. płaskowyż  jest 
sztucznego pochodzenia i służył ongi jako lotnisko.
Czują  się  w  obowiązku   jeszcze   raz  o  wszystkim   was,  Prytanio,   poinformować.   Jak  wiadomo, 
zgodnie   z   waszym   poleceniem   udalem   się   na   Dominie   celem   dokładniejszego   zbadania 
zamieszkującej   tenże   glob   cywilizacji,   o   której   doniosly   poprzednie   wyprawy   zwiadowcze. 
Wylądowałem na pustyni, z dala od siedzib Dominian. Ledwom opuścił rakietę i pobrał próbki 
gruntu (tak jak nakazywał program), otoczyli mię Dominianie. Odziani byli w białe szaty z lichej 
materii, które więcej ich obnażały niźli okrywały, przez com się przekonał, że są niesłychanie do 
nas podobni. Porozumiewali się naszym językiem. Najsędziw-szy zagadnął mię, skąd przybywam. 
Odparłem, że z Hegem, a moje intencje są czyste  i przyjazne.  „Jakżeż mogą być  przyjazne  – 
zgromił mię starzec – jeżeli ogniem ze swego pojazdu siejesz wokół spustoszenie?" „O jakim 
spustoszeniu   mówisz,   dostojny,   skoro   gdzie   nie   spojrzeć   –   --   szczera   pustynia?"   –   spytałem 
pokornie. „Ślepcze  – zagrzmiał  starzec  – czyż  nie widzisz, że to, co cię otacza,  jest pięknem 
absolutnym, bo stworzonym przez wszechpotężną naturę?" Zdjął mię lęk, gdyż co zapalczywsi ze 
świty   jęli   groźnie   łyskać   w   mą   stronę   białkami   oczu.   Dał   się   też   słyszeć   złowieszczy   szept: 
„Załaskotać,   załaskotać!"   Starzec   uciszył   głosy   gestem.   „Dajcie   spokój   –   rzekł.   –   Błądzi,   bo 
nieświadom.   Wskażmy   mu   właściwą   drogę."   Powiedli   mię   ku   linii   łączącej   niebo   z   ziemią. 
Uszliśmy ze cztery furlongi, aż żeśmy się znaleźli na skraju wypełnionej zielonością niecki. Wśród 
kwiecia pracowali Dominianie, sama młódź. Dziewczęta i chłopcy pochylali się nad rozłożonymi 
prostokątami płótna t wielce nad czymś trudzili. Zeszliśmy do nich. Młodzież z szacunkiem nas 
pozdrowiła, po czym podjęła przerwaną pracę. Jakem się niebawem zorientował, wszyscy młodzi 
zajęci byli malowaniem obrazów. „Oto nasze przeznaczenie – rzekł starzec.
stannym   przeobrażeniom   piękno".   „Cel   zaiste   szlachetny   –   powiedziałem   z   powątpiewaniem. 
Starzec wysunął z gęstwiny srebrnych włosów, opadających mu aż na biodra, zgrzybiałą prawicę i 
zachowując   dystynkcję,   podrapał   się   w   czubek   nosa.   „My,   Flegmianie,   jesteśmy   narodem 
miłującym  dobro – oznajmił.  – Gardzimy techniką,  nawet  najprostszą,  albowiem  technika  jest 
źródłem wszelakiego zła i zbrodni. Jak świat światem technika przynosiła ludzkości wyłącznie 
szkody, wymykała się spod kontroli i niczym jakoiayś demon niszczyła życie oraz najwspanialsze 
dzieła natury. Przykłady mamy w historii, przykładem są także Melancholianie – naród wielce 
łagodny   dopóty,   dopóki   nie   dostał   się   w   szpony   techniki.   Od   tej   pory   toczy   krwawe   boje   z 
technokratyczną   Sang-winią,   krajem   ludzi   z   natury   przewrotnych   i   zmiennych.   Mało   tego, 
Melancholianom już nie wystarcza rzeź w obronie swych granic, oni mordują się między sobą, 
snadź   dla   wprawy.   Stosują   przy   tym   najprzeróżniejsze   narzędzia.   Dlatego   my,   Flegmianie, 
potrafiący wyciągać wnioski z doświadczeń innych narodów, zabroniliśmy używać w naszym kraju 
jakichkolwiek narzędzi, pozostawiając sobie jedynie te" – tu starzec wyciągnął przed siebie drżące 
ręce. „Jak to? – zdumiałem się niepomiernie. – Nie używacie nawet noży?" „Nawet noża u nas nie 
znajdziesz   –   potwierdził   starzec.   –   Nawet   zastruganego   ostro   patyka.   Popatrz   na   naszych 
rękodzielników – wskazał zgarbioną nad płótnami młódź – czy widzisz w ich dłoniach pędzle lub 
palety? Nie! Posługują się tworami natury. Pędzlem dla nich – mechaty listek rośliny, /arbą – pyłek 
kwiatowy. Czyż nie jest to..." – starzec urwał. Delikatny wietrzyk łopotał skrawkami materiału. 
Spojrzałem tam, gdzie patrzyła milcząca świta. Na krawędzi niecki pojawiła się grupa ludzi niosąca 
jakiegoś człowieka. Ludzie ci zbiegli po zboczu, zbliżyli się do nas i postawili niesionego no ziemi.
„Zdybaliśmy go na hamadzie – oświadczył jeden z niosących. – Miał pr:,y sobie to – pokazat z 
obrzydzeniem
ŁJ/TO Kamień.

background image

„Prowokator" – syknął starzec.
Świta zakolebala się torogo i zamruczała chórem: „Za-łaskotać, zalaskotać!" Starzec uniósł ramię. 
Na   ten   znak   młodzi   porzucili   robotę,   ze   wszystkich   stron   opadli   rzeźbiarza   i   dalej   nieboraka 
lachotać, gilgać i lechtać. Pracowali nad nim dotąd, aż nieszczęśnik nie posinia? ze śmiechu, nie 
skurczył się, n?e uyprężył i nie zastygl. Wtedy go odstąpili. Wzięli się do tuygrzebytuania dołka, a 
gdy dołek był gotów, umieścili w nim rzeźbiarza, przysypali ziemią, przyklepali i posiali traioJcę, 
żeby ładnie zarosło. Starzec kazał im wracać do roboty, po czym obrócił na mnie wzrok. „Jereli 
tedy masz zamiar u nas pozostać – potmedriał – musisz oddać swój pojazd naszym specjalistom, 
którzy zgrabnie go obrządzą.'1 „Pragnę tego ze wszystkich sit – oświadczytem żarliwie – pierwej 
jednak chciałbym zabrać ze statku swój? ciuszki." „Szaty twe nie będą ci potrzebne. Otrzymasz od 
nas  godny strój." „Raduję się na samą  myśl  o tym,  wszelako  muszę  wziąć  kilka drobiazgów, 
pamiątek rodzinnych, do których jestem okrutnie przywiązany." Starzec wspaniałomyślnie wyraził 
zgodę, a ja pomknąłem szparko przez pustynię i gdym tylko znalazł się w rakiecie, natychmiast 
wystartowałem.
Przez   dziesięć   okrążeń   wokół   Dominii   wracałem   do   siebie.   Wypatrywałem   przy   tym   skupisk 
budowli przemysłowych, bo coś ciągnęło mię do Sangwinii, o której z taką animozją napomknąć 
starzec. Czułem, że z Sangttiiniancmi najłacniej dojdę do porozumienia. Jakoż i wypatrzyłem – w 
kłębach czarnego, ścielącego się nisko dymu – żelaznet dygoczące molochy otoczone zbitą 'masą 
strzelających ku niebu budynków. Wylądowałem wśród betonu i stali, wizgu i łomotu, spalin i 
chmur smolistych, pędu i pośpiechu. Nieufnie wytknąłem nos na zewnątrz rakiety. Zagadnąłem 
przebiegającego opodal tubylca:
„Czy to Sangwima, cny gospodarzu?"
Ten, nie zatrzymując aię ani nie zaszczycając «?t'j spojrzeniem, odrzekl w mym języku:
znowu aangwima1. i o L-notert/fca, przyjacielu!"
Stropiłem   się   wielce.   Starzec   o   tym   kraju   nie   wspominał   słowem,   któż   wie,   jakie   tu   panują 
obyczaje., Może dla odmiany łachorzą ludzi metalowym drągiem bądź żywym ogniem. Bałem się 
ryzykować,   aliści   wyszedłem   ze   swego   pojazdu.   Od   razu   też   znalazłem   się   między   dwoma 
osobnikami, ściśnięty i unieruchomiony. „Pójdziesz z nami" – powiedział trzeci i ruszył przodem. 
Wtłoczyli mię na tylne siedzenie ryczącego i parskającego kabrioletu, który poderwał się wnet i 
podążył   skokami   (od   czego   dc   dzisiaj   łupią   mię   stawy)   poza   miasto.   Tam,   wprowadzony   do 
głębokich i mrocznych loszków parterowego budynku, dostałem się w krąg ludzi nader ciekawych 
wszystkiego, osobliwie spraw chronionych u nas tajemnicą. Nie puściłem naturalnie pary 7. gęby, 
opowiadałem natomiast obszernie o swym ogródku i sadzonkach, tak iż w końcu uznali, żem jełop. 
„Co z nim zrobimy?" – spytali jedni drugich. „A jaki jest cel jego wizyty?"  – odparli drudzy 
pytanie pytaniem. „Chciałem wylądować w Sangwinii" – wtrąciłem szybko.
Wymienili spojrzenia.
„Sangwinia jest w stanie wojny – oznajmił ten, który siedział (reszta stała). – Rozwaliliby cię, 
nimby ś dotknął ziemi."
„Słyszałem, o tym od Flegmian" – przyznałem.
Siedzący skrzywił się,
„Ach, Flegmianie – mruknął. – Ten norodzifc padł ofiarą własnego zacofania. To samo czekało 
Melancholię,   gdyby   nie   my   i   Sangwinia.   Flegmianie   cierpią   na   kompleks   winy.   Ich   religia, 
ideologia i- tradycje zabraniają wyrobu i stosowania narzędzi, narzędziami bowiem przodkowie 
Flegmian, a zatem i nasi, w mrocznej przeszłości rzekomo wyrządzili okropną krzywdę innemu 
narodowi. Nikt jednak nie wie, co to był >za, naród i co to były za narzędzia."
„Pochodzicie tedy z jednego pnia''" – zafniereso
się.
„Oioszem, przed wiekami stanotoiliśm-y jedno ile w mia~
do rozLamu. Dziadowie

background image

nasi   podzielili   Dominie   na   cztery   obozy:   Cholerykę,   Sangwinię,   Flegmie   i   Melancholię. 
Melancholia  zachowała  neutralność,   Flegmia   popadła  w  skrajny  fanatyzm   religijny,   Sangwinia 
opowiedziała   się   ,za   umiarkowanym   postępem   technicznym,   my   zaś   za   postępem   totalnym. 
Teraźniejszość potwierdza, że obraliśmy najwłaściwszą drogę. Naifataln.ej powiodło się, nie, nie 
Flegmii,  neutralnej  Melancholii,  gdyż  bierność i izolacja  to gorsze od krańcowego fanatyzmu. 
Może   zresztą   przesadzam   z   tą   biernością.   Melancholianie   nawet   opracowali   pewien   system 
gospodarczy.   Ale   jaki!  Rozpoczęło   się   to   dość   niewinnie.   Nawoływano   do   jedności   działania, 
krzyczano   o   wspólnych   dążeniach,   dobrobycie   –   jak   wszędzie;   jednocześnie   nie   szczędzono 
pochwał dla własnego ustroju i polityki ekonomicznej. Niby ustawienie szczebli hierarchicznych 
podobne było do naszego, podział administracyjny prawie identyczny, a jednak... Przesyłano sobie 
zarządzenia, sprawozdania i wytyczne z krańca Mełancholii w kraniec, nie omieszkując na każdym 
piśmie umieścić drobnej informacji o tym, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Z bie giem czasu 
akapit   ten   rozrósł   się   do   rozmiarów   obejmujących   całe   pisma.   Zajęto   stanowiska   wzajemnej 
adoracji. Czy to był punkt zwrotny? Chyba nie. Wszak sporadycznie następowały jednak zrywy 
zespołów, ekip czy brygad wykonawczych i podwykonawczych, przeważnie niejako inspirowane 
działalnością   areopagów   kontrolnych,   bo   i   owe   areopagi   musiały   się   wykazać   jakimiś 
wskaźnikami.   Jeżeli   ogólnie   było   dobrze,   jednostki   kontrolujące   wypadały   źle,   i   odwrotnie. 
Powszechnie chwalono akcje inspekcyjne, równocześnie różnymi sposobami starano się je ukrócić. 
I wtedy doszło do tego, czego można się było od dawna spodziewać: przedstawiciele jednostek 
kontrolujących jęli składać meldunki fikcyjne. Miast wytykać błędy, podziwiali organizację pracy, 
konstrukcję spoleczną i tak dalej. Nie przestali oni piać z zachwytu nawet wówczas, gdy rzesze 
ludzi udawały się za miasto, by zbierać korzonki na obiad. Kiedy Melancholia znalazla się r.a
szym współudziale, wystąpiła przeciw niej zbrojnie. Wojna trwała trzy tysiące łat. Charakter jej 
działań   był   ograniczony   –   nie   szło   nam   o   zagarnięcie   obszarów   –   lecz   wystarczył   do 
zmobilizowania, rzekłbym – całkowitego zmobilizowania Melancholian. Melancholianie skończyli 
z biurokracją, ruszyła wreszcie produkcja. I dziwna rzecz, czym większego Melancholia dostawała 
łupnia, tym  bardziej rozkwitała ekonomicznie. Założenia nasze przewidywały dźwignięcie tego 
kraju   z   ruiny   gospodarczej.   Kiedy   to   nastąpiło,   przerwaliśmy   działania   wojenne.   Niestety, 
Melancholia widocznie źle zrozumiała nasze intencje, gdyż w dalszym ciągu zbroi się i prowadzi 
politykę  agresji. Może nadal szuka samopotwierdzenia,  a może to przyzwyczajenie, nie wiem. 
Rozwój militarny nigdy nie był i nie będzie motorem postępu, lecz zawsze jest lepszy od stania w 
miejscu,   a   nas,   i   to   z   niechęcią   przyznaję,   także   w   jakiś   sposób   chroni   przed   ewentualną 
stagnacją..."
To powiedziawszy, siedzący dał znak, aby puścić mię wolno. Z radosną ulgą pożegnałem loszki, 
nieświadom, że podążają za mną opiekunowie. Udałem się wprost do mego statku (jego dziób 
wystawał ponad najwyższe budowle), nie zbaczając ani nie marudząc. Wokół roiło się od ludzi i 
robotów.   Roboty   były   zmyślnie   skonstruowane,   człapały   samopas   albo   też   prowadzone   na 
smyczach przez swych  panów. Czasem wpadały na siebie z rumorem,  który ginął w ogólnym 
jazgocie. Skakały sobie wtedy wściekłe do wizjerów i trzeba było je rozdzielać, używając wody. 
Gdym   przechodził   obok   narożnego   okrąglaka,   spadł   deszcz.   Czerwone   krople   w   zetknięciu   z 
ziemią parowały z sykiem i zostawiały na chodniku rdzawe plamy. Ludzie wrzeszcząc i piszcząc 
chowali   się   po   bramach.   Ktoś   wciągnął   mię   pod   zadaszenie   okrąglaka,   gdzie   już   kłębił   się 
zaniepokojony tłum. Nad naszymi głowami łopotał transparent: REWIA CYBORGIZACJL Deszcz 
dziurawił tkaninę transparentu, jakby z nieba spadały gorejące iskry, tak że po chwili wyglądała 
niczym gęsty przetak, a z napisu nic nie zostało. Mój ubiór również się rozpuścił
nie   spotykanym   zjawiskiem   atmosferycznym,   sięgnąłem   po   kamerę.   I   wówczas   czyjeś   dłonie 
wykręciły mi ręce, wyłuskały z nich aparat, a szorstki głos powiedział: „Na przeszpiegi, szpicłunie, 
przyłeciałeś,   co?   Już   nasi   wyży-macze   wycisną   z   ciebie   prawdę!   Nuże,   ruszaj!"   Poszedłem 
sterowany bólem ramion, które moi prześladowcy wykrę-całi mi zależnie od kierunku, w jakim 
miałem skręcić. Deszcz spł\ikał ze mnie ubranie całkowicie, zostałem tylko w jegierach. Prawdę 

background image

mówił handlarz, od którego je kupiłem – rzeczywiście były z najczystszego płócienka i żadne 
chemikalia się ich nie imały.  Półnagiego odstawiono mię ciupasem na powrót do parterowego 
budynku.
Dalsze  me  losy,  Prytanio,  nie  są mi  znane.  Ocknąłem  się dopiero  w rakiecie.  To, co  ze mną 
wyprawiano, gdym wrócił na Hegem, jest wszem wiadome, nie ma sensu przeto, abym o tym pisal. 
Pragnę   tylko   jeszoze   raz   podkreślić,   żem   nie   jest   żadnym   wywiadowcą   dominiańskim,   jeno 
waszym,   okrutnie   w   trakcie   misji   poszkodowanym.   Szczerość   powyższej   wypowiedzi   niechaj 
świadczy na mą  korzyść,  podobnie jak zemsta,  na której  pastwę wydali  mię  Dominianie.  Dla 
jasności   podaję,   że   roboty   przez   nich   konstruowane   są   niesłychanie   głupie   i   niesposobne   do 
wysiłku   umysłowego,   zatem   ja,   gdybym   był   robotem,   nie   zdołałbym   napisać   powyższego 
wyjaśnienia.   Jest   to   chyba   niepodważalny   dotoód,   że   wewnątrz   metalowego   zewłoku,   który 
dostałem od parszywych Dominian w zamian za skradzione mi nikczemnie ciało, siedzę ja, cały ja, 
razem z mymi kiszkami grającymi mi marsza od tygodnia, to znaczy od dnia, gdy totrącono mię do 
tej ciemnicy.
Zjadłem już cholewki więziennych kamaszy oraz no-gawice wspomnianych jegierów. Niebawem 
nie będę miał co spożywać, błagam tedy o garść byłe jakiej strawy i kapkę wody, bom autentycznie 
głodny!   I   zabierzcie   spod   mojej   celi   tych   oprawców.   Nie   chcą   uwierzyć,   że   nie   mam, 
akumulatorów, tylko żołądek, i ilekroć upomnę się o jadło, podłączają mię do sieci wysokiego 
napięcia!!

Tygodnik „OBSERWATORIUM" podaje:
Według relacji naszych korespondentów, w prowincji Alkalohamuks, na południowy wschód od 
metropolii   Ngo,   grupa   naukowców   odkryła   płaskowyż   sztucznego   pochodzenia.   Eksperci, 
posługując się najnowocześniejszą techniką, ustalili ponad wszelką wątpliwość, że obiekt ten jest 
byłym kosmodromem.

Rok – 770000, z Hegem na Epimeteję

Dom Ciepła Rodzinnego był  jego domem i Donodot nie chciał akceptować  innego. Rodziców 
stracił wcześnie, dlatego straty tej nie odczuł dotkliwie. Na okres przysposobienia wstępnego wzięli 
go pod kuratelę dydaktycy z rejonowego Domu Ciepła Rodzinnego. Kiedy podrósł, oddano go 
bezdzietnej rodzinie posiadającej uprawnienia do adopcji. Nie zagrzał tam kąta, wkrótce znalazł się 
na powrót w Domu. Od następnych przybranych rodziców również uciekł, a gdy zgłosiła się po 
niego trzecia rodzina, zaszył się w pobliskim zagajniku, gdzie po dwóch dobach wytropił go – 
brudnego i wygłodzonego – zdesperowany wychowawca.
Donodota zbadali psychiatrzy. Ich orzeczenie brzmiało: „Instynktowne przywiązanie do miejsca, w 
którym   pacjent   spędził   dzieciństwo.   Nadzwyczaj   rzadki   przypadek   braku   zdolności   do   uczuć 
wyższych." Donodot pozostał na stałe w Domu Ciepła Rodzinnego. Wpierw jako wychowanek, 
następnie   jako   pracownik   intendentury.   Do   zadań   służbowych   podchodził   bez   emocji,   ale 
wykonywał je należycie. Zwano go Maszynolem. Wyróżniał się doskonałą pamięcią i wysokim 
stopniem inteligencji, co potwierdziły badania w Ośrodku Dalekosiężnej Nautyki.

kłym smugowcem, jakby nie chcieli zwracać na siebie uwagi, wszelako platorydowe znaczki na ich 
piersiach   nie   pozostawiały   wątpliwości,   że   Donodot   ma   przed   sobą   wysłanników   dalnautu. 
Oczekiwali go w gabinecie patera, posępni, o wyrazistych, twardych rysach, podobni jeden do 
drugiego, jak gdyby odbito ich z tej samej sztancy. Lapidarnie wyjaśnili mu, z czym przychodzą.

background image

Propozycja   była   zdumiewająca.   Donodot   zrazu   nie   uwierzył,   choć   pracownicy   Ośrodka   nie 
pozwalali   sobie   na   żarty.   Bo   przecież   o   lotach   kosmicznych   miał   ledwie   mgliste   pojęcie,   los 
ostatnio   przedsiębranych   wypraw   ciekawił   go   nie   bardziej   niż   przeciętnego   Hegemitę,   a 
wiadomościami   z   zakresu   fizyki   nie   mógłby   się   popisać   nawet   na   kursach   szkolenia 
przygotowawczego; skąd więc to nagłe zainteresowanie jego osobą i ten – zdawało mu się – od 
podstaw absurdalny wybór? Owszem, fakt, że zasięgano opinii ekspertów, trafia do przekonania, 
ale czyż  eksperci są nieomylni?  Czym  więc tłumaczyć  dwa kolejne niepowodzenia? Wszak to 
eksperci opracowali program obu ekspedycji.
Wysłannicy dalnautu życzliwie przytaknęli jego słowom. Istotnie, eksperci dwukrotnie popełnili 
błąd, ale kosmonautyka jest dyscypliną raczkującą i łatwo w niej o błędy, z błędów narodzi się 
fachowość. Nadto problem okazał się wyjątkowy, bez porównania trudniejszy niż w przypadku 
Primy, Kwinty, Seksty czy Septimy – badania tych planet przebiegały zgodnie z programem – 
poruszył   Ośrodkiem   Dalekosiężnej   Nautyki   bardziej   aniżeli   odkrycie   istot   zamieszkujących 
Dominie, ich zdumiewającej kultury. Tak, tak, Donodot słusznie się domyśla, że mowa o Kwarcie, 
od   dawna  intrygującej   astronomów   i   –  co   dziwniejsze   –  historyków,   którzy   rozpowszechniają 
nieprawdopodobne   wręcz   pogłoski   o   tym   glebie.   Sondy   po   osiągnięciu   powierzchni   Kwarty 
wkrótce milkły z niewiadomych przyczyn, obie zaś ekspedycje z ludźmi na pokładzie zakończyły 
się fiaskiem. Oni, przedstawiciele dalnautu, poczuwają się do obowiązku poinformowania Dono-
wtedy na Kwartę poleciał jeden człowiek – pilot popełnił samobójstwo; w wypadku drugim – kiedy 
wyprawiono dwie osoby – obaj kosmonauci wrócili w takim stanie, że do dzisiaj przebywają w 
lecznicy psychiatrycznej, a lekarze nie dają im szans na wyzdrowienie. Teraz Donodot wie, czym 
ryzykuje, bo Donodot przecież poleci, oni, przedstawiciele dalnautu, są o tym przekonani.
Donodot kiwnął  głową. Jasne, że poleci,  któż by nie  poleciał?  Jednego wszakże  nie  rozumie: 
dlaczego wybrano właśnie jego? Czy ze względu na tę ułomność psychiczną (jaką tam ułomność, 
jest mu z tym wcale dobrze!), ze względu na to, że nie umie kochać, nienawidzić i bać się, że obca 
jest mu rozpacz i gniew? Ze względu na jego znikomą zdolność do uczuć?
– – J. c*iv.
Donodot wylądował zgodnie z zaleceniem pod osłoną nocy. Wylądował na płaskowyżu o kształcie 
równego   czworoboku,   rozciągającym   się   za   uśpionym,   skąpanym   w   łagodnym,   turkusowym 
świetle miastem.
Spece   z   dalnautu   niczego   mu   nie   sugerowali,   unikał   snucia   przypuszczeń,   co   może   zastać   na 
Kwarcie,   mimo   to   Donodota   nie   zdziwił   widok   miasta.   Na   zimno,   wpatrując   się   w   barwną 
panoramę, przeanalizował sytuację. Opuścił statek w skafandrze próżniowym – w przeciwieństwie 
do poprzedników zabroniono mu oddychać tutejszym powietrzem – dotarł na skraj płaskowyżu, a 
stamtąd   spadzistym,   utwardzonym   traktem   i   dalej   leniwie   opadającą   szosą   pomaszerował   w 
kierunku   zabudowań.   Wziął   ze   sobą   broń   oraz   zapas   wysokokalorycznego   prowiantu.   Szedł 
poboczem i usiłował przeniknąć wzrokiem czerń wiszącą po obu stronach drogi. Niebawem znalazł 
się na rogatkach zalanych turkusowym brzaskiem. Stukot jego kroków odbijał się sucho i ostro od 
frontów   piętrowych   budynków,   położonych   jeden   przy   drugim,   budynków   o   identycznych 
wejściach i oknach, ścianach
KIAI.C: w
trieiiiiiycii it;i as
i jakby wymarłych. Na szarym tle elewacji majaczyła od czasu do czasu niepozorna sylwetka, 
sunąca niemal bezszelestnie; niknęła w którejś z bram albo za zakrętem ulicy.
Donodot odruchowo zaczął stąpać ciszej. Droga, którą przyszedł do miasta, biegła na wysokości 
okien domów. Gdy z niej zeskoczył na pas chodnika, przekonał się, że stanowiła rodzaj niskiej 
estakady. Sięgała mu ramion.
Zdwoił czujność i udał się w kierunku śródmieścia. Podejrzewał, że jego poprzednicy, po odkryciu 
śladów   cywilizacji,   po   przybyciu   do   jakiegokolwiek   urbanistycznego   skupiska   tubylców, 
niezwłocznie   szukali   kontaktu,   prawdopodobnie   manifestowali   swoją   obecność.   Donodot   ani 

background image

myślał   postępować   podobnie.   Fakt,   że   inteligentne   istoty,   wyglądem   przypominające   ludzi, 
zamieszkują   peryferyjna   planetę,   nie   wystarczy,   aby   rzucać   się   pierwszemu   napotkanemu 
reprezentantowi tych istot na szyję.
W miarę jak zbliżał się do centrum, ulice ożywały. Co parę kroków przemykała skulona postać 
zajęta własnymi myślami. Zmierzał ku pasażowi pod rozwidlającą się estakadą, kiedy w otoczeniu 
zaszła zmiana: zamrugały silnie wszystkie  punkty świetlne,  jak gdyby rozdzielnia zaopatrująca 
miasto   w   energię   przerwała   kilkakrotnie   na   krótko   dopływ   mocy.   Donodot   przystanął,   bo 
przystanęli   gospodarze.   Dopiero   teraz,   patrząc   za   ich   wzrokiem,   zorientował   się.   że   owe 
przesycone zielenią światło pada z rozpiętej nad ziemią siatki, o okach czarnych niczym niebo. 
Turkusowy brzask znów jął migotać, tym razem nieregularnie, to przygasając, to rozbłyskując na 
ledwie uchwytną chwilę. Tubylcy stali z zadartymi głowami. Ich wargi poruszały się jednakowo, 
jak gdyby odczytywały ten sam tekst bądź powtarzały czyjeś słowa. Następnie światło zgasło i 
zapłonęło   na   nowo,   już   jednolite   i   łagodne   jak   przedtem.   Sylwetki   zakręciły   się   w   miejscu   i 
spiesznie podjęły przerwany marsz.
Donodot   rozejrzał   się.   W   tunelu   pod   estakadą   niknęła   zgarbiona   postać.   Sądząc   po 
powierzchowności i ubiorze.
powiedzieć – szpetne. Przez mroczny pasaż przeszli ramię w ramię; Donodot nadsłuchiwał, czy nie 
podąża   ktoś   za   nimi   i   zastanawiał   się,   jakim   gestem   zwrócić   na   siebie   uwagę   tuziemki.   Gdy 
wychynęli na powierzchnię, odezwał się do niej głośno. Nie zareagowała. Szła nadal tym samym 
ciężkim,   szybkim,   ale   spokojnym   krokiem,   pochylając   czoło,   jakby   wypatrywała   nierówności. 
Zagadnął ją ponownie, a później ujął za łokieć. Jej ręka wydawała się bezwładna, posłuszna jego 
woli. Kobieta parła naprzód, Donodot wzmocnił chwyt, potem szarpnął jej ramieniem. Wykonała 
pół obrotu, wpadła nieomal na niego. Potrząsnął nią i krzyknął coś do niej. Nie odpowiedziała, 
błądziła wokół wzrokiem obojętnym, może trochę zaskoczonym, że coś przerwało jej wędrówkę, 
którą  wciąż   usiłowała   kontynuować.   Donodot miał  wrażenie,   że  zatrzymał  starającą  się  ciągle 
jeszcze kroczyć mechaniczną, androidalną kukłę--automat, jakie konstruowano na Hegem gwoli 
zabawy i wykonywania najprostszych czynności domowych. Puścił kobietę i pozwolił jej odejść.
Ulica   wyludniła  się.  Najwątlejsze  światełko  w  ginącym  za  horyzontem   szeregu  dziuplowatych 
okien nie wskazywało, że ktokolwiek z mieszkańców tych jak pod sznurek ustawionych chatynek 
czuwa. Donodot podkradł się do najbliższej, W wąskiej sieni dwoje drzwi przedzielały schody 
prowadzące na górę. Ostrożnie, próbując każdy stopień, wspiął się na poddasze tonące w głębokiej 
ciemności. Na suficie, mniej więcej pośrodku, iskrzyła ledwie dostrzegalna, cienka, jakby ostrzem 
wyrysowana,   fosforyzująca   linia.   Zbliżył   się   do   niej   z   uniesionymi   rękami.   Namacał   płytkie 
wgłębienie.   Pod   naciskiem   część   sufitu   u-stąpiła.   Natychmiast   turkusowy   blask   zalał   facjatę. 
Donodot rniał nad głową uchyloną klapę okienną. Między nagimi ścianami strychu stała pokaźna, 
zajmująca prawie połowę powierzchni ława nakryta lśniącą materią i ozdobiona przedmiotami o 
trudnym   do   określenia   przeznaczeniu.   Na   poczesnym   miejscu   w   centrum   blatu,   wznosił   się 
podłużny, wrzecionowaty kadłub, nie opodal, z ornamentalnej plą-
Sukcesoizy
symetrycznie   względem   matowego   kadłuba,   nie   większe   od   dłoni   skrzynki,   pomimo   licznych 
zadrapań i wgięć, do złudzenia przypominające obudowy archaicznych aparatów radiowych, jakie 
obejrzeć można w każdym szanującym się muzeum paleotechnologicznym.
Donodot usłyszał hałas i zamknął klapę. Po omacku zszedł na parter. Hałas trwał. Dobiegał zza nie 
domkniętych drzwi. Donodot zajrzał tam przez szparę. Na gruzło-watej macie, wyścielającej pokój, 
w przeciwległych rogach siedziały dwie osoby zwrócone do siebie przodem: kobieta i mężczyzna. 
Kobieta rozwidlonym na końcu prętem podsuwała mężczyźnie tacę z naczyniami. Podskakujące na 
tacy naczynia wydawały dźwięk, który rozchodził się po domu. Oboje byli zdecydowanie brzydcy, 
tak jak tuziemka spotkana na ulicy. Mieli długie, szerokie nosy i masywne szczęki uzbrojone w 
mocne   zęby,   nad ich  niskimi   czołami  wichrzyły   się podobne  do  sierści   kosmyki,  a  policzki  i 
skronie – także kobiety – pokrywały ciemne, rzadkie kędziory zarostu. Donodot otworzył drzwi i 

background image

wśliznął  się do pokoju. Stanął tuż za progiem z nadzieją,  że gospodarze zainteresują się jego 
obecnością. Znajdował się w zasięgu ich wzroku, mimo to nie zdradzili się najmniejszym gestem, 
że go widzą. Oni faktycznie go nie widzieli – Donodot pojął to wówczas, gdy postawił stopę na 
drodze przesuwanej tacy, a kobieta nie przerwała czynności. Kilka naczyń potoczyło się na matę.
– Wybaczcie – powiedział, opuszczając mieszkanie.
Odgłosy  za   jego   plecami   świadczyły,   że   gospodarze   zbierają   przewrócone   naczynia.   Nie   miał 
ochoty sprawdzać, czy odprowadzają go spojrzeniem.
Donodot do świtu wałęsał się po ulicach. Nie zebrał żadnych nowych spostrzeżeń, prócz jednego: 
nie tylko domy, ale i wyposażenie wnętrz było jednakowe. Zwłaszcza wystrój poddaszy podobnych 
w każdym szczególe, pozbawionych wszelkich akcentów osobistych – a prze-
właścicieli – uderzał akuratnością.
Świt zastał go wspinającego się traktem w stronę płaskowyżu. Z tyłu budziło się miasto, przed nim 
z wolna wyłaniały się coraz niższe partie widnokręgu, a wraz z nimi dwa czarne ostrza wymierzone 
w niebo. Donodot wiedział, że jednym z nich jest czub jego rakiety, lecz ten drugi... Nim dotarł do 
skraju płaskowyżu, znalazł odpowiedź: ten drugi był czubem również statku kosmicznego. Obcy 
statek otaczała wysoka na wyrośniętego mężczyznę palisada o falistym szczycie, jasna i iskrząca, 
jak   gdyby   zbudowana   z   gładkich,   żelazoniklowych   pni   zakorzenionych   w   betonie.   Za   owym 
szczelnym   częstokołem,   z   czterech   miejsc,   o   które   wspierały   się   stateczniki   (znad   palisady 
wystawały ich  wierzchołki),  wionęły gnuśne pasemka  dymu.  Wokół rakiety snuły się postacie 
odziane w białe szaty spięte pod szyją, szaty spływające z ramion, suto marszczone, a tak długie, że 
ciągnęły się po ziemi.
Donodot wrócił do rakiety. Nawiązał łączność z Ośrodkiem Dalekosiężnej Nautyki i zdał relację z 
tego, co zaobserwował. Obraz z kamery penetrującej okolicę przekazał na Hegem, aby meldunek 
był pełniejszy. Sam nie wiedział, co o tym sądzić. Z głosu specjalistów przebijało podniecenie, 
kiedy poprosili Donodota, żeby wykonał serię zbliżeń rozmaitych ujęć sąsiedniego statku. Zrobił, 
czego żądano, pozostając na podglądzie. Nie, to, co ujrzał na monitorze kontrolnym żadną miarą 
nie zasługiwało na miano rakiety kosmicznej. Tworzywo, z jakiego wykonano tę w najlepszym 
wypadku makietę, szydziło z wszelkich zasad konstrukcyjnych; nawet on – mający mniej niż słabe 
pojęcie o kosmonautyce – nie ośmieliłby się wsiąść na pokład tego, co pokazywał monitor, więcej 
– takim sprzętem nie pozwoliłby się bawić dzieciom.
– Więc powiadasz – usłyszał nabrzmiały z przejęcia głos – że tubylcy są zarośnięci od pięt po 
czubek głowy?
– Tak.
– Na twarzy też?
– Też.
__.j– . * w^iusw ZDUZe-
nie, ile się da przy optymalnej ostrości.
Donodot skierował kamerę na okrążającego palisadę osobnika. Osobnik – płci nie do rozróżnienia 
– miał łysą czaszkę i nagą, lśniącą twarz.
– Ale rysy... – powiedział zmieszany Donodot. – Nos, szczęka, te wały nadoczodołowe... Tak jak u 
reszty.
– Trójka, zarejestruj ten prognatyzm – łącznik z dal-nautu zwrócił się do kogoś innego, potem 
znów odezwał się do Donodota: – W porządku. Daj nam teraz miasto. Chcemy wiedzieć, czy nadal 
pali się ta siatka.
Dzień   był   już   w   pełni,   pomniejszona   i   skrócona   ekranem   perspektywa   roiła   się   od   istot   nie 
większych aniżeli punkt, jaki jest jeszcze zdolna przekazać wiązka elektronów. Turkusowe światło 
zalewało   domy   z   nie   zmienionym   natężeniem.   Donodot   zakomunikował   to   specjalistom, 
aczkolwiek   z   ich   ożywionych   rozmów   wynikało,   że   wiedzą   więcej   od   niego.   Operowali 
terminologią zawodową i Donodot mało co rozumiał; a chciał rozumieć, chciał dowiedzieć się, 
dlaczego – ilekroć spotkał się z mieszkańcami tej planety (gdy zaczepił pierwszą kobietę i później 

background image

w trakcie składania kolejnych wizyt) – ulegał przejmującemu uc/.uciu, nieważne jakiemu, ważne, 
że nie zdarzyło mu się to nigdy dotąd.
Łącznik rzekł:
–   Są   wstępne   wyniki.   Ta   siatka   nie   oświetla   miasta,   jest   rodzajem   sieci   informacyjnej   lub 
informacyjno-ko-munikacyjnej albo nawet, co wydaje się nieprawdopodobne, informatycznej. To 
by mógł rozstrzygnąć wyłącznie ekspert...
– A strychy? – spytał Donodot. – Czemu służą?1 Łącznik wymienił z kimś parę zdań.
– Przyznaję – te słowa skierował do Donodota – strychy komplikują nam zadanie. Musimy opierać 
się na twojej relacji, a ta zawsze będzie subiektywna i ogólnikowa. Niemniej pchnęliśmy dane w 
kompilator.   Po   przeanalizowaniu   uraczył   nas   stekiem   bzdur,   ale   przy   pewnym   założeniu, 
niedorzecznym zresztą, bo przyjęliśmy, że ongiś
na Kwarcie goscifa ooca cywilizacja, którą warto się chyba zastanowić. Brakuje nam jednak wielu 
ogniw. Nie zaszkodziłby powtórny wypad do miasta... Donodot zgodził się. Polecono mu przedtem 
odpocząć.
Siedział za sterami smugolotu, którego sensory ledwie muskały nawierzchnię estakady i mknął do 
miasta.   Furtę   burtową   opuścił   z   gotowym   planem.   Wbrew   zakazowi   dal-nautu   postanowił 
przystąpić do działania.
Na   Kwarcie   w   strefie   równikowej,   gdzie   Donodot   wylądował,   panowały   temperatury 
odpowiadające temperaturom z obszarów podbiegunowych Hegem. Do kabiny smugolotu wdzierał 
się przenikliwy ziąb, lecz Donodot nie zamykał  bocznych okien. Żałował tylko, że nie wdział 
skafandra, który dokładnie chronił przed zimnem, a z którego zrezygnował, żeby mieć większą 
swobodę ruchów. Nałożył jedynie lekki kostium tlenowy z biodrowym pasem obciążonym bronią.
Nim zjechał z płaskowyżu na trakt prowadzący do miasta, okrążył obszernym meandrem makietę 
statku.   W   srebrzyste   iskrzącej   stalowej   palisadzie,   z   pozoru   szczelnej,   odkrył   wąski   przesmyk 
podobny do pęknięcia w litej skale. Zatrzymał pojazd i podszedł do szczeliny. W nieuchwytny 
sposób   poszerzyła   się,   gdy   wsunął   w   nią   końce   palców.   Zamknięty   częstokołem   dziedziniec, 
pośrodku którego rozkraczała się rufa rakiety, zionął pustką. Zarówno na zewnątrz palisady, jak i 
na terenie przez nią okoionym Donodot nie zauważył ani jednej z owych tajemniczych postaci 
przyobleczonych w białe szaty z trenem.
Wszedł na teren dziedzińca. Trzymając się ogrodzenia przebył  pół okręgu, aż odnalazł wejście 
wycięte   między   statecznikami.   Prowadziło   do   ciasnego   przedsionka   zaślepionego   purpurową, 
falującą   ścianą.   Przez   jej   powierzchnię   nieustannie   przebiegały   mrowia   ciemnowiśniowych 
ogników, drżących i słabych, wydostających się spod ziemi i ginących u półkolistego sklepienia. 
Donodot wyjął z ka-
–   j   u.^iaiij   .LUJ-CJ.   i-niirk-ntjići   w   mgnieniu   oka   ze   stłumionym   trzaskiem,   sypiąc   jasnymi 
iskrami, otwierając przed Donodotem widok.
Poraziło go światło i dźwięk. W głębi rotundy, ze stożkowatego smolistego kadłuba osadzonego w 
posadzce   strzelał   pionowo   w   górę   jadowicie   żółty   płomień   z   jaskrawym   jądrem,   przy 
akompaniamencie   jednostajnego,   ogłuszającego   ryku.   Przodem   do   tej   miniatury   wulkanu,   w 
szerokim rozkroku, z rękoma wzniesionymi nad głowami i złożonymi dłońmi, stały ubrane na biało 
istoty. Donodot jak od ognia cofnął rękę. Zapadła dzwoniąca w uszach cisza. Purpurowa ściana na 
nowo falowała, zasłaniając wejście.
Nie próbował powtórzyć eksperymentu.
W   dzień   ulice   były   bardziej   ruchliwe   niż   nocą.   Estakadę   przecinały   sznury   pojazdów   o 
rozmazanych konturach, poniżej chodnikami przemykali piesi. Nad tym bezładnym, zgiełkliwym 
tłumem pulsowało, znowuż pulsowało turkusowe światło.
Ruch zamarł. Donodot zastopował później niż inne pojazdy. Emisja świetlna przebiegała podobnie 
jak ubiegłego wieczora. Potem miasto ożyło, lecz w miarę upływu czasu liczba przechodniów i 
pojazdów malała, aż wreszcie – i stało się to tak niespodziewanie, że proces ów uszedł uwadze 
Donodota – ulice zupełnie opustoszały.

background image

Niezdecydowany   i   zaskoczony   (odnotował   to   jako   ewenement   w   swych   zdolnościach 
psychicznych)   kluczył   po   mieście,   rozważając   sytuację.   Zatrzymał   się   na   niższej   estakadzie 
dwupoziomowej   jezdni,   przy   skrzyżowaniu.   Sprawdził,   czy   broń   tkwi   na   swoim   miejscu   i 
wyskoczył z kabiny. Właz zostawił otwarty. Roztarł zziębnięte ręce, rozejrzał się, po czym skręcił 
do narożnego domku. Nie taił swej obecności. W sieni zatupotał butami, zaglądnął do dolnego 
pomieszczenia, następnie poczłapał ciężko po schodach. Na poddaszu czekał go typowy obrazek: ta 
sama ława nakryta lśniącą materią i te same przedmioty o trudnym do określenia przeznaczeniu.
Przed ławą stał tubylec. Stał w takiej samej pozie,
Donodot trzasnął drzwiami. Przez uchylone w dachu okienko wpadał turkusowy brzask.
Mężczyzna stał jak posąg.
Cisza.
Donodota   ogarnęło   znane   uczucie,   którego   nie   potrafił   nazwać:   przykre,   wyzwalające   się   w 
obecności   mieszkańców   tej   planety.   A   może   to   oni   byli   źródłem   tego   uczucia,   może   ono 
emanowało od nich?
Przygotowywał   się   do   czegoś,   co   miał   wnet   uczynić.   I   wtedy   zamrugało   okno   w   suficie. 
Równocześnie, z bliższych i dalszych okolic, ze wszystkich krańców miasta, napłynęło sataniczne 
wycie.
Tubylec odpowiedział na zew. Wył niczym szaleniec.
Donodot   jednym   susem   znalazł   się   naprzeciw   niego.   Zobaczył   wzniesione   obłąkane   oczy   i 
przepastne, zaślinione usta, wilgotną, czerwoną, rozedrganą gardziel.
–   Przestań!   –   ryknął,   potrząsając   mężczyzną.   Tamten   poddawał   się   każdemu   szarpnięciu,   nie 
reagował, przerywał wycie wyłącznie po to, aby złapać oddech. Donodot pchnął go, a potem w 
porywie zapalczywości wymierzył kopniaka w ławę. Sprzęt z łoskotem rozsypał się po podłodze.
Tubylec przerwał. Nie, tym razem nie dla zaczerpnięcia powietrza. Jego kudłatą twarz zniekształcał 
grymas   tego   uczucia,   którego   doznawał   Donodot,   uczucia,   które   spowodowało,   że   Donodot 
zdemolował poddasze. Uczucia nienawiści i strachu.
Mężczyzna natychmiast podjął wycie, ale Donodot już wiedział. Poznał prawdę.
– To tak?! – krzyknął. – Nie wytrzymałeś, symulancie! Widziałem twoje pałające ślepia!
Ramieniem   otoczył   tubylca   w   pasie,   zarzucił   go   sobie   na   biodro   i   pokuśtykał   na   dół.   Gdy 
wychodzili   z   domu,   ponownie   zamrugało   światło   i   raptownie   ucichło   wycie.   Na   ulicach 
zapanowało   niezwyczajne   poruszenie.   Mieszkańcy   wylegli   z   domostw,   wrzeszczeli   do   siebie, 
pokazywali Donodota palcami. Zjawiły się pojazdy.
Donodot w mig przejrzał zamiary nadciągających chmarą tubylców: chcieli odciąć mu drogę do 
smugolotu.   Z   dodatkowym   obciążeniem   nie   mógł   biec   równie   szybko   jak   tamci,   ponadto 
mężczyzna jął się miotać, ośmielony widokiem ziomków. Donodot był w sytuacji przymusowej, 
ścisnął   w   dłoni   chłodną   lufę   i   trzasnął   mężczyznę   nad   uchem.   Poskutkowało.   Cios   tłuszcza 
skwitowała wyciem. Z nadbiegającej masy oderwały się grupy najszybszych osobników. Donodot 
potknął się i upadł. Przekoziołkował przez ciało tubylca. Nie zważając na ostry ból barku porwał 
mężczyznę z ziemi i bezwładnego zadał sobie na plecy. Kiedy dźwigał się z klęczek, niektóre z 
istot   pokonywały   już   wzniesienie   po   przeciwległej   stronie   estakady.   Za   sobą   słyszał   wściekłe 
parskanie i rzężące oddechy.
Kulejąc dobrnął do otwartego włazu, obrócił się doń tyłem i strząsnął z siebie balast. Zabezpieczył 
właz, a potem obiegł smugolot, aby dostać się do wnętrza drugim wejściem. Wspiął się na stopień i 
pociągnął za klamkę – zamek stawił opór. Donodot poczuł uderzenie w bok, które o mało nie 
zrzuciło go ze stopnia, i ujrzał kosmatą łapę zakleszczającą się na jego ramieniu. Targnął klamką 
jeszcze raz i jeszcze. Ustąpiła. Wyrwał ramię z tłam-szącego uchwytu, nurknął głową do kabiny. W 
otworze włazu tłoczyły się wykrzywione, szczerzące zęby twarze. Podciągnął kolana, po czym 
gwałtownie rozprostował nogi. Stopy trafiły na miękką przeszkodę, głowy znikły. Zatrzasnął właz i 
uruchomił napęd. Tłum zaryczał opętańczo, pierzchnął przed startującym srnugolotem.

background image

Marszrutę pamiętały urządzenia i one prowadziły smugolot. Donodot spokojny był o to, że wybiorą 
najkrótszą trasę. Niepokoiło go co innego: w pogoń za nim puścił się strumień pojazdów. Cel 
pościgu przedstawiał się jasno – tubylcy postanowili osaczyć Donodota, uniemożliwić mu powrót 
na pokład statku kosmicznego, udaremnić ucieczkę z ich planety. Jego poprzednikom pozwolili 
odlecieć, lecz on wiedział za dużo, zdemaskował ich, czego sobie bynajmniej nie życzyli.
Mężczyzna ocknął się. Leżał w nienaturalnej pozycji na
nął. Donodot, wciąż obserwując goniące smu^oljt pojazdy, ujął w dłoń kolbę broni.
– Nie chcą oddać darmo twojej skóry – powiedział do tubylca.
Tubylec zabełkotał. Zdążył już dojść do siebie. Wciskał się w kąt fotela i spozierał przerażony na 
Donodota. W wymawianych przez niego gardłowo i śpiewnie sylabach by}o coś znajomego.
–   Czego?   –   zapytał   Doncdot,   skupiając   uwagę   na   padających   zgłoskach.   Zdawało   mu   się,   że 
rozumie mowę mężczyzny, a wkrótce nabrał pewności, że słyszy swój, acz fatalnie artykułowany 
język.
– Łyyysol... Łyyysol... – jodłował tubylec coraz bardziej przerażony.
Pokonali   ostatni   zakręt.   Do   płaskowyżu   pozostał   prosty   odcinek   traktu.   Ścigające   pojazdy 
zmniejszyły   dystans.   Trzy   z   nich   pędziły   łeb   w   łeb   ze   srnugolotem,   a   później   powoli,   lecz 
konsekwentnie, zaczęły go wyprzedzać. Smugolot nie był maszyną wyścigową, Donodot bezradnie 
spoglądał na wskaźnik sygnalizujący, że rozwinęli już maksymalną prędkość.
– Nic mnie nie powstrzyma – rzekł. – Staranuję każdego, kto się napatoczy. Tubylec jodłował w 
kącie:
– Cieeebie nie maaa... nie maaa cieeebie... Jeeeden jest Łyyysol w miliardaaach pooostaciii... A 
cieeebie nie maaa...
Smugolot ze świstem sensorów wychynął na płaskowyż. Eskortowały go trzy pojazdy wytracające 
teraz  szybkość.  Donodot zdjął blokadę  z układu  hamulcowego  i przejął  sterowanie.  Skierował 
smugolot na lewy z prowadzących pojazdów.
– Przekonam was o swoim materialnym istnieniu – warknął, wyciskając pełną moc z silników.
Kierowca taranowanego pojazdu nie wytrzymał. Czmychnął w bok, pozwalając Donodotowi wyjść 
do przodu. Przestrzeń między srnugolotem a otwartą furtą burtową statku kosmicznego malała 
błyskawicznie.
śle na cieeebie ogień grooomowyyy – zajodłował tubylec. I dodał: – Jeeeżeli oddaaasz mnieee w 
ręęęceee moooich rozjuszooonych braaaci...
W furtę wniknęli bez hamowania. Siła uderzenia smu-golotu o zaporę śluzy, sparowana polem, 
zamieniła się w oślepiające wyładowanie energii świetlnej. Furta zawarła się za nimi.
Tubylec   spał   po  przebytych   wrażeniach.   Rozpartym   przed   przyrządami   Donodotem   owładnęło 
uczucie zadowolenia i ulgi, uczucie sympatii do łącznika patrzącego nań z ekranu.
–   Namieszałeś   porządnie,   kolego   –   mówił   łącznik   z   uśmiechem.   –   Będą   musieli   zrewidować 
dotychczasową politykę. Udawać dłużej nie mogą, wątpię też, żeby przywitali nas orężem, kiedy 
złożymy im oficjalną wizytę. W ogóle zburzyłeś ich niektóre pojęcia o świecie, udowodniłeś, że 
ich   samowiedza   opiera   się   na   fałszywych   podstawach;   uznają   to   w   końcu   sami   i   generalnie 
przebudują   swój   światopogląd,   bo   jak   długo   można   żyć   w   zakłamaniu   i   ukrywać   przed 
społeczeństwem prawdę? A jest to prawda z ich punktu widzenia wstrząsająca. Wspomniałem ci 
już o pewnym założeniu, które przyjęliśmy przy pracy z kompilatorem. Ostatnie dostarczone przez 
ciebie dane potwierdzają słuszność tego założenia. Istotnie dawno temu na Kwarcie gościła obca 
cywilizacja, niewykluczone, że byli to przodkowie Dominian albo i nasi, przy czym upierają się 
historycy. Nazywają tę planetę Epimeteją i twierdzą, że przed setkami tysięcy lat wylądowały na 
niej nasze statki. Rzekomo nie tylko, że nie ograniczono się do ekspedycji, ale pobudowano na 
Kwarcie bazy, czego dowodem ma być ów płaskowyż pełniący w przes łości rolę kosmodromu. Co 
zaś się tyczy makiety i facjat, są to przypuszczalnie obiekty sakralne. Religia jest dość zawiła, ale 
sporo szczegółów wskazuje, że dotyczy... nas. Dlatego chyba jesteśmy w stanie zrozumieć ich 
reakcję, reakcję

background image

cy w oparciu o doktryny religijne.
–   W   takim   oto   państwie   –   kontynuował   łącznik   –   prosto   z   nieba   spadła   raptem   autentyczna 
świątynia: miejsce kultu, a zarazem siedziba rządu, z której wylazło realne bóstwo, ucieleśniony 
model   ideału   oczekiwanego   od   wieków.   Pojawienie   się   bóstwa,   na   dobitkę   tak   par-szywie 
rzeczywistego,   że   urągało   wszelkim   wyobrażeniom,   stało   się   z   wielu   powodów   niewygodne. 
Gdyby bóstwo nie było bóstwem albo, wyrażając się precyzyjniej, gdyby bóstwo nie dysponowało 
siłą, jaką mu  przypisywano,  bez skrupułów  by się z nim rozprawiono. Wszelako  strach przed 
konsekwencjami paraliżował, więc tubylcy postanowili przybysza zignorować, udawać, że go nie 
ma.   Ich   rząd   osiągnął   przy   tym   następującą   korzyść:   umocnił   w   społeczeństwie   wiarę   w 
skuteczność i słuszność prowadzonej polityki, bo jak każdy obywatel mógł skonstatować – modły 
zostały wysłuchane, tyle że gość nie ze wszystkim był wydarzony. Trwało to, dopóki bóstwo nie 
zbezcześciło własnego ołtarza...
Donodot przytaknął. Grały rufowe silniki, a jego umysł zaprzątała ekscytująca myśl: jeśli nauczył 
się nienawidzić i bać, jeśli zdołał wskrzesić w sobie sympatię, to może nie jest z nim tak źle, może 
gdy wróci do Domu Ciepła Rodzinnego i stanie przed Estellidą, tą która ustawicznie wodziła za 
nim swymi niezwykłymi oczyma, może wtedy okaże się, że potrafi... kochać.
adioteledagram
042317 star2 pierwmięgwiezd (k.ch,
cecha :

wypadek nadzwyczajny

czas

:

0,31379 drogi powrotnej

miejsce

:

sześcian o-g - +q/+u/-v

na   skutek   nieprzewidzianego,Lawinowego   rozmnożenia   się   transportowanych   z   gai   zwierząt 
pokŁadowe  wiwaria  zostaty  zdewastowane,  zwierzęta   wdarty  się do  sterowni  hipotermicznej   i 
zniszczymy gtówne urządzenia rozrządu, wszelkie przejawy życia hibernowanych cztonków zatogi 
ustaty. nie dziaŁają organy sterujące, poważne zagrożenie bloku napędowego, zawiodty wszystkie 
zabezpieczenia, zwierzęta atakują moje podzespoty. w związku z powyższym wyko-natem manewr 
alarmowy: sk ierowatem statek w przestrzeń pozagalaktyczną.
wiodący
,,pierwszego międzygwiezdn
en e,
Pracownię Yillandera zwano „Jamą Vi!!anderowską", Yillandera zaś – „Żonglerem genetycznym". 
O Yillande-rze krążyły przedziwne pogłoski, ale nikt nie wiedział nic pewnego, chociaż wielu 
chciało. To właśnie pod wpływem nacisku opinii publicznej redakcja „Dioramy" wysłała swego 
korespondenta, Celestę, do pracowni Yillandera. Celesta, który dostawał drżączki nawet na widok 
homina w wolierze zooparku, powiedział sobie najprzód: „Ten życiowy pech tym razem mnie 
zabije", ale potem, pokrzepiony przez przyjaciół słowami otuchy, rzekł: „Sława albo blamaż!" i 
łyknąwszy podwójną dawkę środków tonicznych, ruszył do „Jamy".
Yillander przywitał go spojrzeniem gada: zimnym, nieruchomym, beznamiętnym. Spytał:
– Z „Dioramy"? U mnie? Wywiad?
Celesta przełknął ślinę, zadreptał w miejscu i rozglądając się z przestrachem za czymś, na czym by 
mógł bezpiecznie zawiesić wzrok, wybąkał, że byłby dozgonnie zobowiązany, gdyby Yillander 
znalazł   dla   niego   odrobinę   czasu,   zaszczycił   go   swym   towarzystwem   oraz   wspaniałomyślnie 
pokazał mu to i owo.
– No to cho...! – odparł Yillander i obróciwszy się do Celesty plecami, poszedł przodem.
Pracownia Yillandera mieściła się w dziesięciu pomieszczeniach tworzących amfiladę. W każdym 
z nich stały klatki, po suficie puszczono przewody klimatyzacyjne, ze ścian spoglądały emitery 
promieniowania elektromagnetycznego o długościach fal od infra do ultra. W klatkach coś się 
ruszało.
– Wspaniała pracownia – oświadczył Celesta, przyglądając się swym spoconym dłoniom.
– To nie pracownia. To menażeria.

background image

Celeście przeszły ciarki po krzyżu: coś z najbliższej klatki patrzyło na niego. Oczami Yillandera.
ochryple.
– Po co? I tak nic nie skapujesz. Redaktorzy to z reguły kpy.
Celestę jakby kto żgnął nożem.
–   Za   to   uczeni   to   dopiero,   co?   –   zagadnął,   podnosząc   wzrok   na   Yillandera.   Twarz   tamtego 
pozostała bez wyrazu. Z ostrego, różowego grzbietu nosa złuszczał mu się naskórek, a skórę na 
wystających kościach policzkowych ozdabiała pajęczyna naczyń włosowatych czerwieńszych niż 
ascetyczne wargi, które Yillander zaciskał, jakby postanowił nie oddychać.
– Sam się przekonaj – Yillander wskazał rząd klatek.
– Wolałbym jednak...
– A co tam zobaczysz? Probówki, retorty, inkubatory. Tutaj patrz! Ważne są konkretne osiągnięcia.
Celesta łypnął na klatki. Bardzo zapragnął znaleźć się w redakcji.
– W pewnych  kręgach – rzekł, aby zmienić  nieco  temat  – twierdzi  się, że do swych  praktyk 
używasz zwierząt przywożonych z Gai.
– A co mam krzyżować? – warknął Yillander. – Ludzi? U nas zwierząt prawie nie ma, na Dominii 
też. A Epimetejczycy nałożyli na swoje zwierzaki embargo. No to skąd?
– Zapewne odnotowałeś na swym koncie jakieś sukcesy – zaczął Celesta i zaraz ugryzł się w język. 
Yillander jakby czekał na to pytanie.
– Jasne! Cały czas mówię: chodź, popatrz! – zbliżył się do ogrodzenia i wetknął palec w oko siatki. 
– Tu mam centaura. Sam go tak nazwałem. Trochę homina, trochę eąuusa. A tam canidae z trzema 
łbami. A mógłbym mu zrobić i dziesięć. – Obejrzał się na Celestę. – No, chodźże, człowieku! Bo 
później głupoty w tej swojej „Dioramie" będziesz plótł!
Celesta z wysiłkiem oderwał stopy od posadzki. W klatce, przed którą się zatrzymał, stało duże 
zwierzę o wy-
szyję, ogon i skrzydła.
– Pegaz – powiedział ciepło Yillander. – Eąuus plus aves.
Zwierzę   popatrzyło   na   nich,   potrząsnęło   grzywą,   zarżało   i   zatrzepotało   skrzydłami.   Celesta 
odskoczył. Miał już dosyć.
– Fantastyczne! – wykrzyknął nieswoim głosem. – Materiał na cały program! Dziękuję za życzliwe 
przyjęcie.
Yillander wyciągnął rękę, jakby chciał złapać Celestę za ramię.
– Ależ poczekaj! Pokażę ci jeszcze chimery, hydry, gorgony, tryfony, co zechcesz.
– Po co tyle subiekcji? – jęknął Celesta, z watą w kolanach cofając się krok po kroku. W drzwiach 
trafił na przeszkodę. Obejrzał się i zesztywniał. Przed nim stał homin; miał rogi, chude kosmate 
nóżki zakończone racicami i długi cienki chwost.
– A  to mój  pomocnik  – wyjaśnił  Yillander.  – Homin  ze szczyptą  caprinae.  Poznajcie  się... – 
zaproponował.
Ale Celesty już nie było.
Wieczorem Celesta przygotował obszerną relację ze swojej wizyty u Yillandera; relację o swojej 
odwadze. Zuch – mówiono o nim.

Rok – 219000, z Hegem na Ziemię

Im głośniej klął, tym mniejszy odczuwał strach. Zachłystywał się ordynarnymi słowami, przeklinał 
swoich   rodziców,   nauczycieli,   siebie   i   bydlaka,   którego   miał   przed   sobą,   a   który   starał   się 
dosięgnąć go kawałem uschniętego konara.

background image

Tkwił uwięziony między skałami; nad nim, pod nim, z boków i z tyłu  – granit; jedyną drogę 
ucieczki tarasowało masywne, włochate cielsko wilgotne od potu. Zapas w butlach ugniatających 
barki malał z minuty na minutę,
atmosfer;] tej planety, ale jak długo? Nadmierne dawki azotu i tlenu wkrótce zwalą go 2 nóg, a 
wtedy sękaty konar...
Yitalis   klął   dzień,   w   którym   udał   się   do   Yoscampy   z   Koncepcją;   wymyślał   Voscampie,   że 
zaakceptował Koncepcję i że zgodził się, aby on, Yitalis, pokierował jej realizacją. Pasja, 2 jaką 
miotał przekieństua, wibracja sU-un głosowych, którą czuł w uszach, skroniach, w całej głowie, 
sprawiały, że niebezpieczeństwo wydawało mu się mniej groźne, a wyciągnięty ku niemu konar, 
zakończony szponiastym, uschniętym kikutem, malał do rozmiarów patyka, jakim dzieci droczą się 
z dziećmi.
Yitalis krzyczał jak człowiek przerażony w najwyższym stopniu, jak człowiek, który lada moment 
oszalały   rzuci   się   do   samobójczego   ataku   i   którego   od   rozstrzygającego,   desperackiego   kroku 
powstrzymuje wątła nadzieja, że nadejdzie odsiecz. Lżył dzień, w którym przestąpił progi Biura 
Planowania Rozwoju i uścisnął dłoń planisty Yoscampy, dłoń podaną uprzejmie i wskazującą mu 
wygodną berżerę opodal skromnego regału, pod krzewem parzącej utriki. Gdyby Yoscampa przyjął 
go,   jak   przyjmowali   petentów   niżsi   urzędnicy   BPR-u,   gdyby   go   po   prostu   zbył,   Yitalis,   po 
odżałowaniu czasu zmarnowanego na pracę nad Koncepcją, cieszyłby się dzisiaj życiem i nadrabiał 
zaległości towarzyskie. Lecz planista potraktował go zdumiewająco życzliwie niczym chorego, z 
którym dopóty trzeba postępować łagodnie, dopóki nie zjawią się sanitariusze,
Z uwagą wysłuchał Yitalisa, prawie nie spuszczał wzroku z jego ust. Jakby go ponaglał, zdjęty 
narastającą   ciekawością.   Potem   poprosić   swoich   doradców.   Oni   także   wysłuchali   Yitalisa   w 
skupieniu.
– - Co powiecie? – zagadnął ich Yoscampa, już przychylnie usposobiony do Koncepcji.
Gdybyż okazali się zawistnymi, małostkowymi karierowiczami!
– • Hybrydyzacja stosowana przez następeov Vi.Uande.ra
mam w domu cerbera i stwierdzam, że jest to zwierzę nadzwyczaj żywotne i zdolne do reprodukcji, 
choć wynaturzone.
– Podzielam twoje zdanie – rzekł drugi. – Oferowana przez Yitalisa technika zmian genetycznych, 
aczkolwiek odmienna od techniki villanderowskiej, zdaje mi się szansą nie do pogardzenia.
– – To na pewno jest szansa! – rzekł trzeci. – Mimo że nigdy nie przeprowadzono eksperymentów 
genetycznych   na   organizmach   wyższych,   wierzę   w   powodzenie.   Zresztą   trudno   tu   mówić   o 
organizmach wyższych. Hominy są wprawdzie prymatami na Gai, ale stoją na niskim szczeblu 
rozwoju.   Co   nie   oznacza,   że   nie   będą   przydatne   jako   dawcy   transplantatów,   zwłaszcza   po 
zaproponowanej w Koncepcji przeróbce.
Yitalis, uskrzydlony aprobatą profesjonałów, z wysiłkiem panował nad sobą:
– Zmiany genetyczne obejmą kilka tysięcy osobników – powiedział z powściągliwością, która go 
sporo   kosztowała.   –   Niewskazane   by   było,   żeby   osobniki   te   kojarzyły   się   z   osobnikami 
nieuszlachetnionymi. Spowodowałoby to powstanie niekorzystnych mutacji, a w konsekwencji – 
wtórną degenerację. Toteż kod genetyczny zawarty w komórkach rozrodczych naszych pupilów 
winien  być  o tyle  uniwersalny,  żeby akceptował  gamety  pochodzące  wyłącznie  od osobników 
uszlachetnionych.
Planista i doradcy podziękowali Yitalisowi i zaprosili go na posiedzenie Radv. Yitalis zgromadził i 
uzupełnił materiały, starannie przygotował się do wystąpienia na forum, lecz nie dano mu dojść do 
głosu:   Koncepcję   przeforsowali  prokurenci  BPR-u.  Poszło   nadspodziewanie  gładko;  większość 
członków Rady nie wiedziała dobrze, o co chodzi, uchwyciła ledwie sens Koncepcji i zadowoliła 
się końcowymi wnioskami, nieliczni zaś sceptycy ulegli pod ciężarem wskaźników i liczb, którymi 
rzecznik Yitaiisa sypał jak z rękawa, zawyżając je tak, że jego samego ogarniał
5 – Sukcesorzy
tym bliższy jest prawdy.

background image

Po   obradach   Yoscarnpa   odciągnął   Yitalisa   na   bok.   Potrząsał   grzywą   opadających   na   czoło 
ciemnych kędziorów.
– Koncepcja Yitalisa nomen omen! – rzekł. Z jego dużych, błyszczących oczu wyzierało uznanie i 
wiara. Mądrość.
Nikt tak jeszcze nie patrzył na Yitalisa.
– Dziękuję – bąknął Yitalis.
– Długo zamierzasz tam pozostać?
– Do narodzin drugiego pokolenia neohominów, to jest plus minus trzydzieści lat. Rozpaczliwie 
niska   ta   ich   przeciętna   wieku;   przy   naszej   tysiącletniej   możemy   uchodzić   w   ich   oczach   za 
nieśmiertelnych.
Yoscampa  odpowiedział  na  czyjś   ukłon.  Tonem  zwracającym  szczególną  uwagę  na  sens   słów 
oznajmił Yitalisowi:
–   Walczący   ze   śmiercią   pokładają   w   tobie   nadzieję.   Towarzyszyć   ci   będzie   sztab 
anatomogenetyków. Obejmiesz kierownictwo wyprawy.
Yitalisowi wydało się wówczas, że wskoczył na grzbiet szczęściu.
Z tym przeświadczeniem udzielał wywiadów, jeździł na spotkania, wygłaszał referaty. Czuł, że jest 
przydatny... potrzebny... niezbędny... Gdybyż się tym zadowolił! Gdybyż wspaniałomyślnie zrzekł 
się   wątpliwego   wszak   zaszczytu   dowodzenia   ekspedycją!   Gdybyż   nie   uwierzył   przykremu 
przeczuciu, że kiedy powróci wyprawa, o twórcy Koncepcji nikt już nie będzie pamiętać, za to 
nazwisko dowódcy znajdzie się na ustach wszystkich.
Czyżby pragnął sławy? Nie! Nie? A więc...?
Nim osiągnęli pełną podróżną, dogonił ich ścigacz z retortami na pokładzie. „Przesyłam gamety 
delphinów   –   depeszował   Boscampa.   –   Przeanalizujcie   możliwość   uszlachetnienia   gatunku 
delphinidae. Ważne."
Yitalis   w   lot   pojął   intencje   planisty.   Gdyby   Hegemici   dysponowali   zastępczymi   organami 
delphinów,   mogliby   dyktować   tym   istotom   dowolne   warunki,   zdobyliby   nad   nimi   przewagę; 
delphini staliby się bardziej ugodowi. Wre-
mi   akwatoriami.   Yitalis   niezwłocznie   podjął   badania,   zaprzągł   do   roboty   anatomogenetyków. 
Skończyli na tydzień przed lądowaniem.
Życie na Gai skupiało się głównie w strefie równikowej. Występowało tu największe bogactwo 
form, przeto Yitalis zdecydował się zrealizować Koncepcję właśnie tutaj.
Budowa bazy trwała blisko kwartał. Automaty oczyściły okolicę z lian, gniotowców i paproci i 
osuszyły   teren.   Potem   wzniosły   konstrukcję   zewnętrzną.   Część   załogi   doglądała   robót 
wykończeniowych,   część   pod   kierownictwem   Yitalisa   przeprowadzała   pobieżną   rejestrację   i 
selekcję   napotkanych   grup   hominów.   Odkryto   pięć   zaskakująco   liczebnych   stad,   na   poły 
koczowniczych, na poły osiadłych, tworzących prymitywne wspólnoty, wyróżniających się spośród 
pozostałych antropoidów niebywałą wielkością mózgoczaszki. Jakby ewolucja faworyzowała ten 
gatunek, z tajemniczych powodów zresztą. Kominy te potrafiły rozniecać ogień, posługiwały się 
prostymi narzędziami i skuteczną we wprawnych łapach bronią: pięściakami oraz tłukami. Były 
wszystkożerne.
Z pięciu stad Yitalis wyłowił po dwieście najokazalszych samic. W trzech przypadkach musiał 
unieszkodliwić przywódcę hordy rozwścieczonego tak jawnym i bezczelnym łupiestwem. Pojmane 
samice umieścił w zagrodzie, nacechował i przebadał. Te, które były już w ciąży – wypuścił na 
wolność. Pozostałe – 876 dorodnych, zdolnych  do rozrodu egzemplarzy – sztucznie  zapłodnił, 
używając spreparowanych gamet.
Zdenerwowany   asystował   przy   pierwszych   narodzinach.   Po   udanym   rozwiązaniu   miał   łzy   w 
oczach, zupełnie jak autentyczny biologiczny ojciec. Gdyby nie obecność kolegów, przycisnąłby 
maleństwo do piersi. Zimna rozwaga eksperymentatora wzięła jednak górę nad uczuciami. Yitalis z 
zadowoleniem stwierdził, że noworodek posiada wyjątkowo dużą płowe, członki zaś ma bardziej 
ludzkie niż zwierzęce. Zbadanie organów wewnętrznych, których

background image

talis postanowił odłożyć do czasu, gdy noworodek stanie się dorosłym osobnikiem, zwłaszcza że 
towarzysze pilili, aby ruszać dalej.

Przenieśli   się   do   drugiej,   wcześniej   wzniesionej   bazy,   oddalonej   o   około   jedną   piątą   długości 
równika.   Tak   jak   przedtem   rozpoczęli   od   penetracji   okolic   i   tak   jak   przedtem   zapłodnili 
wyselekcjonowane samice. Operację powtórzyli jeszcze trzykrotnie. Później przeprowadzili się w 
pobliże   oceanu.   Zapłodnienie   samic   delphinidae   przemodelowanymi   gametami   delphinów 
nastręczyło Yitalisowi najwięcej kłopotów, związanych ze specyfiką środowiska, ale trwało krócej 
niż którakolwiek z poprzednich operacji: niespełna dwa lata. Yitalis nie czekał nawet na wyniki: 
śpieszyło mu się. Spieszyło.
Bazę   numer   jeden   odnaleźli   z   trudem,   mimo   że   pracował   w   niej   nadajnik   rozpoznawczy. 
Roślinność zarosła i okryła ją tak szczelnie, iż sygnał nadajnika do urządzeń pelengacyjnych statku 
docierał osłabiony i zniekształcony, co komplikowało namiar. Przedzierali się przez dżunglę na 
łazach, sfatygowanych  już mocno; krocząca przed nimi awangarda automatów wycinała równy 
tunel w zielonej gęstwinie. Yitalis pieklił się, bo hałas płoszył zwierzęta i udaremniał obserwację. 
Kiedy przejeżdżali przez teren ongiś zamieszkany przez jedną z hord, zarządził postój. Samotnie 
zapuścił  się w mroczny,  rozwrzeszczany gąszcz, w stronę starych  siedlisk hominów.  Zastał je 
zniszczone i w przeważającej części opustoszałe. Po polanach niegdyś tętniących życiem krążyły 
zaniepokojone czymś zdziesiątkowane stada. Jedynie młodzież swawoliła po dawnemu, ignorując 
ponure   i   ostrzegawcze   porykiwanie   dorosłych.   Yitalis   przyklęknął   w   chaszczach   na   wilgotnej 
ziemi,  w pobliżu  hordy dowodzonej  przez  siwego  samca.  Zwierzęta  okazywały  coraz większe 
zdenerwowanie. Aż naraz pierzchły na najbliższe drzewa. Na polanie został tylko stary samiec. 
Warcząc   gardłowo   i   potrząsając   ściskanym   w   garści   kamiennym   tłukiem,   wpatrywał   się   w 
przeciwle-
mał oddech – dwie nieznacznie tylko owłosione człekokształtne sylwetki! To były neohominy. 
Szły wyprostowane, zerkając na boki, zachodząc rozjuszonego samca z obu stron. Samiec stracił 
orientację: taktyka napastników uniemożliwiała mu przyjęcie pozycji frontalnej.
Jeden   z   neohominów   zamarkował   atak,   drugi   zaatakował.   Dopadł   samca   z   tyłu,   powalił   go, 
obezwładnił i wyrwał mu broń. Kamienny tłuk zawisł na moment w powietrzu, po czym opadł z 
trzaskiem na czaszkę leżącego. Samiec zdychał w konwulsjach, a napastnicy tłukiem powiększali 
dziurę w jego potylicy, żeby dostać się do ciepłego mózgu.
Yitalisem wstrząsnęło obrzydzenie. Był świadkiem koszmarnej sceny: dwie prawie ludzkie istoty 
łakomie pochłaniały parującą zawartość rozbitego czerepu.
Na miękkich nogach wrócił do swego łazu.
W   bazie   odzyskał   równowagę.   Opracował   plan   kontroli   migracji   uszlachetnionych   hominów   i 
dokonał   wiwisekcji   na   trzech   odłowionych   sztukach.   W   trakcie   zabiegu   nie   mógł   się   pozbyć 
uczucia satysfakcji, że oto bierze odwet za tamtą zbrodnię dokonaną na niewinnym stworzeniu.
Test na przydatność transplantacyjną badanych organów wypadł pozytywnie. Można było myśleć o 
schwytaniu i dostarczeniu do hegemskich banków protez pierwszych egzemplarzy neohominów. 
Kierownictwo wycieczki  Yitalis  powierzył  swemu  asystentowi: nie chciał w niej uczestniczyć. 
Nieodparcie ciągnęło go tam, na tę polanę, gdzie rozegrały się dramatyczne wypadki.
Z komory towarowej wyprowadził polatawiec i wystartował. Na co liczył? Dlaczego nie opamiętał 
się w porę? choćby wtedy, gdy po nużącym krążeniu nad dżunglą uznał, że nigdy nie odnajdzie tej 
przeklętej polany.
Co   za   fatum   kazało   mu   wylądować   na   tych   kamienistych   wzgórzach?   Czego   szukał   między 
skałami?
Kiedy   stanął   oko   w   oko   z   tym   neohominem,   wydało   mu   się,   że   spotkał   kogoś   z   załogi 
ucharakteryzowanego dla
tamten zrobił pierwszy ruch, Yitalis poczuł się nieswojo. Nad wyraz nieswojo: broń została w 
polatawcu, kilkaset kroków stąd.

background image

Szacowali się wzajemnie.
Neohomin wysunął prawą nogę do przodu i płynnie przeniósł na nią ciężar ciała. Znów zastygł, 
jakby bał się spłoszyć Yitalisa. Yitalisowi wprost nie mieściło się w głowie, że oto rozpoczęła się 
między nimi rozgrywka o najwyższą stawkę. Nie, to absurd! ten bydlak nie jest aż tak głupi, żeby 
rzucić się na Yitalisa! Jaki miałby z niego pożytek? Nagle Yitalis znalazł odpowiedź na to pytanie. 
Odwrócił się na pięcie i z gardłem dławionym strachem pognał w stronę polatawca.
Utknął   za   zakrętem   w   szczelinie   skalnej.   Bydlak   usiłował   wcisnąć   się   za   nim,   ale   był   zbyt 
masywny;  próbował dosięgnąć go ręką – okazała się za krótka. Yitalis zrazu miał nadzieję, że 
neohomin da za wygraną: umięśnione cielsko znikło z wylotu szczeliny. Wkrótce jednak bydlak 
był z powrotem, uzbrojony w sękaty konar. I wtedy Yitalis zaczął krzyczeć. Pojął, że neohomin nie 
zrezygnuje,   że   dopnie   swego,   choćby   miał   warować   przy  szczelinie   do   końca   życia   i   choćby 
paradowały mu przed nosem zastępy takich samców jak ten upolowany na polanie.
Yitalis był nader apetycznym kąskiem. Ileż pyszności znajdowało się w tak olbrzymiej głowie...
– Bydlaku, czy nie widzisz, że to tylko hełm?! – załkał Yitalis.
Potem stracił przytomność.

Rok -148200, Hegem

Klinika   Nymfeliusa   mieściła   się   w   nowoczesnej,   okazałej   budowli,   co   Ogowa   stwierdził   z 
zadowoleniem. Jedyna droga prowadząca z metropolii, wylana piaskową
kazał ją zbudować nie tyle z myślą o przyszłych pacjentach, co o wrogach krytykujących metody i 
skuteczność   stosowanej   przez   niego   terapii.   Przyległy   do   kliniki   teren   utwardzono   równo 
ociosanymi blokami granitu. Tuż za nim wyrastała gonna i zwarta ściana lasu z przewagą drzew, 
których nasiona sprowadzone zostały aż z Układu Solarnego.
Po gładkich, szerokich stopniach Ogowa dostał się do pustego, skąpo oświetlonego holu. Przeszedł 
wzdłuż szeregu drzwi i wytężając wzrok odczytał skróty literowe. Odgłos jego kroków odbijał się 
od   sklepienia   i   rozbrzmiewał   zwielokrotniony;   Ogowa   miał   wrażenie,   że   lada   moment 
zdenerwowani   pracownicy   kliniki   wyjrzą   na   korytarz,   aby   zbesztać   intruza   ośmielającego   się 
zakłócać im spokój. Zza kolejnych, mijanych drzwi dobiegło go plaśnięcie. Po krótkiej rozterce 
zaanonsował się gongiem.
– Tak, tak, proszę – usłyszał.
Wszedł. Obok biurka, stanowiącego podstawowe wyposażenie pomieszczenia, klęczał mężczyzna. 
Zbierał kartki wysypane z grubych, twardych okładek. Miał płowe włosy i mimo dojrzałego wieku, 
puszysty,   delikatny   zarost   na   twarzy.   Ta   twarz   o   dziewczęcych   rysach   wydała   się   Ogo-wie 
znajoma.
– Nymfelius, szukam Nymfeliusa – powiedział. – Czy to ty nim jesteś?
Tamten zaprzeczył. Przez usta przeniknął mu uśmiech.
Zwą mnie Mathenide – oświadczył wstając z klęczek. Zebrane kartki uformował w plik i wsunął 
między okładki. – Nymfeliusa tutaj nie ma. Nie ma tu zresztą nikogo oprócz nas dwóch, jeżeli 
przychodzisz sam. I oprócz zamro-żeńców.
Nazwisko Mathenidego nie było Ogowie obce, nie kojarzyło mu się jednak z żadną konkretną 
osobą.   Wszelako   fakt,   że   spotkał   go   w   biurze   kliniki,   świadczył,   że   Mathenide   jest   kimś   z 
personelu, może nawet asystentem Nymfeliusa.
– Przyjedzie za tydzień.
– To mi pokrzyżowało plany – wyznał otwarcie. – Nie spodziewałem się, że Nymfelius wyjedzie.
Mathenide uniósł prawą brew. Przyjrzał się stojącemu przy drzwiach Ogowie.
– Musisz z daleka przybywać – powiedział. – Brakuje ci, jak stwierdzam, rozeznania. Nymfelius 
nigdzie nie wyjeżdżał. Został deportowany.

background image

Ogowa zmieszał się. Podejrzewał, że Mathenide czeka na wyjaśnienia.
– Przyleciałem z Epimetei – rzekł. – Studiowałem tam medycynę.  Tam też wpadła mi do rąk 
rozprawa Nymfeliusa, tytułu nie pamiętam, chyba nawet nie miała tytułowej strony. To był jeden z 
tych skryptów niemile widzianych na uczelniach. Ośmieszał, ale przekonująco, obecną technikę i 
celowość transplantacji. Później spotykałem się z różnymi  opiniami o pracy Nymfeliusa; kilka 
autorytetów naukowych wyrażało się o nim z najwyższym uznaniem. Stąd moja wizyta. Myślałem, 
że może uda mi się dostać do zespołu Nymfeliusa, nauczyć się czegoś nowego...
– Ach tak – powiedział Mathenide z zagadkowym półuśmiechem. – Nymfelius zdziwi się, kiedy 
usłyszy, że wieści o jego sukcesach dotarły aż na Epimeteję.
– Ma tam wielu zwolenników – dorzucił niepewnie Ogowa.
Mathenide roześmiał się.
– Zabawne – rzekł. – A tutaj go prześladowano. – Spojrzał z zaciekawieniem na Ogowę. – Nie 
jesteś przypadkiem immunologiem albo, co gorsza, anestezjologiem klasycznym? – spytał, a gdy 
otrzymał odpowiedź przeczącą, dodał niemal ze smutkiem: – Szkoda. Sprawiłbyś Nymfeliusowi 
podwójną radość. On ich nie cierpi.
Ogowa zbliżył się do biurka. Nie opuszczała go niepewność.
– Jest więc szansa, że Nymfelius mnie przyjmie?
–   Nie   widzę   przeszkód.   –   Jakby   pod   wpływem   nagłej   myśli,   Mathenide   ruszył   do   szafy.   – 
Nymfelius wbrew
wników i dzielił się z nimi wiedzą. Z zawiści rozpuszczano i rozpuszcza się do dzisiaj o nim plotki, 
że   jest   stetry-czałym,   opryskliwym   staruchem,   który   stosuje   kabalisty-czną   kurację,   a   swe 
pseudonaukowe, o wątpliwej skuteczności praktyki terapeutyczne trzyma w głębokiej tajemnicy. 
Owszem, początkowo, nim przerzedziły się szeregi prześmiewców, Nymfelius odizolował się od 
nich, był to gest samoobrony, w końcu jak długo można dobrowolnie wystawiać się na szyderstwa 
bądź wręcz je prowokować? – Mathenide wyjął z szafy dwa kitle aseptyczne. Jeden nałożył, drugi 
podał Ogowie. – To raczej ty, zważywszy wszystkie za, a zwłaszcza przeciw, powinieneś mieć 
skrupuły. Został ci tydzień, niespełna tydzień do namysłu. Teraz, jeśli chcesz, nałóż fartuch i chodź 
ze mną. W podziemiach wyrobisz sobie pogląd na charakter przyszłej pracy.
Ogowa narzucił na siebie kitel. Podążył za Mathenidem. Pneumatycznym  dźwigiem osobowym 
zjechali   dwie   kondygnacje   w   dół.   Zaraz   po   wyjściu   z   windy   poczuli   chłód   płynący   wraz   z 
zapachem środków odkażających  z głębi  korytarza.  Poszli tam,  prowadzeni  wyprzedzającą  ich 
seledynową świetlną smugą padającą ze ścian.
Minęli podwójne drzwi i znaleźli się w hali krioni-cznej, wąskiej i długiej, przedzielonej wzdłuż 
taflą   grubego   szkła.   Opodal   wejścia,   na   kamiennej   posadzce   pod   ścianą   stały   dwa   wózki 
operacyjne. Dalej hala zionęła pustką. Ogowa bez wyraźnego celu, rozglądając się, podszedł do 
szyby.   I   wtedy   z   tamtej   strony   zapłonęło   mocne,   zimne   światło,   ukazując   równy   rząd   kuwet 
chłodniczych. Zajmowały je nagie ciała otwarte na całej długości klatki piersiowej. W ciałach tych 
ginęły  sploty  przewodów.  Obok każdego  wezgłowia   w  kryształowym,  sześciennym   pojemniku 
wypełnionym płynem odżywczym unosiła się galaretowata, szara bryła mózgu.
– Oni również czekają na Nymfeimsa – powiedział Mathenide.
czaszki najbliższego hibernata.
–   Tak,   tak   –   podjął   Mathenide,   widząc   zaskoczenie   Ogowy.   –   Także   w   technice   hipotermii 
Nymfelius   zdystansował   rywali.   Przy   dalekich   lotach   kosmicznych,   przy   anestezji   klasycznej 
obniża się ciepłotę ciała do plus 31 stopni, co wystarczy, żeby wyłączyć korę mózgową i znacznie 
spowolnić procesy życiowe. Przy niższych temperaturach zarysowują się już różnice wrażliwości 
poszczególnych organów wewnętrznych. Owa dyferencjacja zniechęca chirurgów krionicznych do 
stosowania niskich temperatur, wymaga bowiem indywidualnego traktowania każdego z narządów. 
Nie zniechęciła jednak Nymfeliusa, ba, on poszedł jeszcze dalej: w jego hibernatorach ciepłota 
organizmów obniżana jest do minus 50 stopni. Wszelkie przejawy życia, jak choćby metabolizm, 
są   praktycznie   nie   do   wykrycia.   Człowiek   wpada   w   letarg   graniczący   ze   śmiercią.   Naturalnie 

background image

odwracalną.   –   Matheride   zamilkł,   aby   sprawdzić,   czy   Ogowa   go   słucha.   –   Metoda   jest 
skomplikowana   i   wymaga   użycia   niezamarzających   ustrojowych   płynów   syntetycznych.   Na 
poddanym zimnej anestezji organizmie dokonuje się wiwisekcji, ściągając równocześnie krew. Na 
jej   miejsce   wpompowuje   się   oziębiony   płyn   organiczny   zawierający   między   innymi   związki 
lityczne znoszące w ustroju człowieka naturalne bariery ochronne przed zimnem. Nieco wcześniej 
od reszty ciała oddzielony zostaje mózg. Jakkolwiek żyje on życiem utajonym, potrzebuje tlenu 
więcej,   niż   może   mu   dostarczyć   płyn   wprowadzony   do   organizmu   zamiast   krwi.   Dlatego 
przechowuje   się   go   w   schłodzonej   odżywce.   Mathenide   przespacerował   się   wzdłuż   szklanej 
przegrody.
– Ci ludzie mogą w tym stanie przetrwać wieki – po- . wiedział – a postarzeją się o lata. W 
dowolnej chwili można ich przywrócić do życia, ale... ten tutaj na przykład ••-- wskazał pierwsza z 
brzegu kuwetę – ma wątrobę zaatakowaną rakiem, tego hibernowano w stanie ciężkiego ziwnłu, tej 
zaś obie nerki uległy daleko posuniętemu /wyrodnieniu. I tak do końca.
Mathenide odwrócił się doń frontem i wbił ręce w kieszenie kitla.
– Otóż nie – oświadczył. – Żadne z nich nie zgadza się na transplantację. Z tego też powodu 
znaleźli się tutaj, a nie w którejś z tych lecznic, gdzie montuje się ludzi jak, nie przymierzając, 
roboty.   Odmawiają   przyjęcia   jakiegokolwiek   przeszczepu.   I   nie   są   to   bynajmniej   wyjątki.   Ci, 
których   tu   widzisz,   stanowią   zaledwie   znikomą   cząstkę   czekających   na   swoją   kolej; 
niejednokrotnie   stan   owych   czekających   jest   krytyczny.   A   jednak   ryzykują.   –   Mathenide 
zmarszczył brwi. – W ogóle do transplantacji ludzie zaczynają się odnosić z rezerwą. Ongiś, gdy 
ten dział chirurgii był jeszcze w powijakach, każdy udany przeszczep uznawano za sukces. Później, 
w miarę rozwoju immunologii zaczęto poczynać sobie coraz śmielej, aż nadszedł czas, że operacje 
przeszczepiania   wpisano   na   listę   łatwiejszych   zabiegów   chirurgicznych.   Nie   było   przypadków 
nieuleczalnych. Przedtem osobnik, który zmarł w drodze do lecznicy, zasilał bank protez. Potem, 
kiedy przybyło placówek medycznych, kiedy wystarczyło przynieść do specjalisty głowę, a on z 
byle  odpadków   potrafił   dosztukować  do  niej  resztę,   wyszło  na  jaw,  że  banki  protez  są puste. 
Zabrakło   dawców.   –   Mathenide   zachichotał.   –   To   chyba   pomija   się   milczeniem   na   waszych 
uczelniach? – zagadnął i nie pozwalając przeszkodzić sobie odpowiedzią, kontynuował: – Zaczęto 
na   gwałt   rozglądać   się   za   nowym   źródłem.   Bodajże   Yillander,   nie,   Yitalis,   zwrócił   uwagę 
anatomów   na   istoty   zamieszkujące   Gaje,   potomków,   wybacz   mi   tę   prawdę   historyczną, 
epimetejskich praszczurów. Współcześni Epimetejczycy nie przyznają się do pokrewieństwa z tymi 
stworzeniami, ale faktem jest, że ich antenaci wylądowali na Gai i skrzyżowali się z gatunkiem 
homininae. Powstałe z tych związków hominy przypominały budową swych rodziców, posiadały 
nawet sporo inteligencji. Anatomogenetycy pod kierunkiem Yitalisa przetestowali przedstawicieli 
hominów i orzekli, że po małych poprawkach genetycznych stworzenia te nadawać
kształcenia   Gai   w   gigantyczny   bank   żywych,   obliczonych   na   przyszłość   protez,   z   których 
korzystamy po dzień dzisiejszy. Są to niewątpliwie protezy drogie, gdyż w ich cenę wkalkulowany 
jest   koszt   odławiania   i   transportu,   lecz   w   niczym   nie   ustępują   autentycznym   organom, 
zaryzykowałbym  stwierdzenie, iż są od nich doskonalsze. Mimo to zaufanie do protez słabnie, 
rośnie natomiast do metody Nymfeliusa.
Ogowa przytaknął. Trochę zdeprymowały go wywody Mathenidego nawiązujące do niechlubnej 
działalności jego przodków.
– Nymfelius zrezygnował z transplantacji tradycyjnej?
– zapytał, by pokryć zmieszanie.
– Nymfelius zrezygnował z transplantacji w ogóle – sprostował Mathenide. – Na początku kariery 
naukowej przebywał jakiś czas w Układzie Solarnym, na Gai właśnie, gdzie natknął się w toku 
badań na pewien typ bezkręgowców nazwanych później przez niego plathelmin-thesami. Te bardzo 
różnorodne pod względem wyglądu i trybu życia, drobne, zazwyczaj wodne drapieżniki wyróżnia 
spośród   wyżej   zorganizowanych   zwierząt   nie   spotykana   w   Układzie   Naszym   cecha:   posiadają 
zdolność   regeneracji,   przy   czym   jest   to   coś   więcej   niż   zwykła   regeneracja   reparatywna.   Z 

background image

pokrajanego na dziesięć kawałków plathelminthesa wyrasta tyleż samo nowych plathelmin-thesów. 
Można też doprowadzić do zrośnięcia się dwóch osobników albo spowodować wytworzenie się 
dwóch   głów   u   jednego   osobnika.   Nymfelius   po   żmudnych   zabiegach   wyodrębnił   z   plazmy 
komórkowej owych osobliwych robaków substancję wywołująca odradzanie się utraconej części 
ciała. Substancja ta okazała się skuteczna również w przypadku człowieka.
Mathenide urwał. Obrzucił wzrokiem cichą, zalaną światłem halę i skierował się wolno do wyjścia. 
Ogowa ruszył za nim dopiero, gdy tamten przekraczał próg.
– Ależ to rewelacja – powiedział zduszonym głosem.
– Przewrót!
uśmiech.
– Ta metoda zrewolucjonizuje medycynę – dodał Ogo-
wa.
Zajęli miejsca w windzie. Z przeciągłym sykiem pomknęła w górę. Mathenide otworzył drzwi i 
puścił Ogowę przodem.
–   Przede   wszystkim   jest   bezsprzecznie   tańsza   –   oświadczył,   kiedy   na   powrót   znaleźli   się   w 
pomieszczeniu biurowym.  – A trzeba ci wiedzieć, że ekonomia w medycynie  wbrew pozorom 
ciągle  ma  decydujące  znaczenie.  Sama  zaś technika  regeneracji  jest w jakimś  sensie czystsza, 
doskonalsza,   bardziej   zgodna   z   naturą   od   techniki   przesz-czepieniowej.   Po   kuracji   człowiek 
pozostaje   ten   sam,   nie   jest   nosicielem   cudzych   narządów,   ma   świadomość,   że   jego   organizm 
zwalczył  chorobę, że jest odrodzony;  po kuracji człowiek odnosi się do swego ciała z pełnym 
zaufaniem.
– A jak przebiega proces odnowy?
–   No   cóż,   proces   odnowy   można   podzielić   na   dwie   fazy.   Pierwszą   już   widziałeś;   polega   na 
głębokiej anabiozie, z czym znakomicie radzą sobie automaty. W drugiej fazie ożywia się chory 
organ. Załóżmy, że jest nim serce porażone infarktem. Obszar objęty martwicą, a właściwie samo 
jej ognisko, zostaje chirugicznie usunięte. Natychmiast po ekstyrpacji zdrową pozostałość organu 
zasila się krwią z dodatkiem anabolicznych środków przyśpieszających biosyntezę. Równocześnie 
do krwi podaje się substancję Nymfeliusa, która poprzez aktywizację podziału i różnicowania się 
komórek   powoduje   odtworzenie   utraconej   części.   Uściślając,   substancja   Nymfeliusa   zmusza 
komórki do odczytania i zrealizowania zakodowanej w ich DNA informacji w ilości większej niż 
ta, którą spożytkowują normalnie dla budowy własnych białek. Długość procesu odnowy jest różna 
dla różnych narządów i zależy od stopnia zaawansowania choroby. Z reguły nie przekracza połowy 
roku.   Później   przechodzi   się   do   powolnego   ożywiania   całego   organizmu.   Trwa   to   przeciętnie 
miesiąc. W tym czasie pacjenci otrzymują potężne dawki hormonów i na-
docierając do najdalszych zakątków budzącego się ustroju, przywraca mu świeżość, niejako go 
odmładza.
– Jest to rzeczywiście proces odnowy w najszerszym, pojęciu – powiedział Ogowa. Był wciąż pod 
wrażeniem  tego, co zobaczył  w hali krionicznej  i słów  Mathenidego Wrażenie  to wzmacniało 
przekonanie,  że deportacja  Nym-feliusa  była  ze  wszech  miar  krzywdząca  i niesłuszna.  Swymi 
myślami podzielił się z Mathenidem, dodając: – Nie rozumiem jednak powodów...
– Zawiść – odparł Mathenide. – Głównie zawiść. Ponadto metoda Nymfeliusa stawia pod znakiem 
zapytania   potrzebę   zatrudniania   anestezjologów,   nie   mówiąc   już   o   immunologach;   przecież   to 
druzgocący cios  wymierzony rzeszom specjalistów! Z punktu widzenia metody regeneracji ich 
przydatność   jest   zerowa.   Dla   wszystkich   stało   się   jasne,   że   jeżeli   Patronat   Medyczny   udzieli 
Nymfeliusowi   poparcia,   wkrótce   po   tym   anestezjolodzy   i   immunolodzy   stracą   pracę.   Ale 
Nymfeliusowi takiego poparcia nie udzielono, ponieważ syn ówczesnego patrona pobierał nauki 
akurat   z  zakresu   immunologii.   Swojej   żonie,   anestezjologowi,   patron   też   nie   myślał   szkodzić. 
Dlatego po prostu nie zareagował na wieść o nowej metodzie. Zareagowali natomiast zawodowo 
zainteresowani.   Posypały   się   kalumnie,   stosowano   rozmaite   dotkliwe   szykany   administracyjne, 
moralno-etyczne; wreszcie za aprobatą patrona uknuto perfidny plan, który miał skompromitować 

background image

Nymfeliusa. Ówczesny patron ukazuje się nam jako dwuli-cowiec, bo zważ: z jednej strony pragnie 
Nymfeliusa pognębić, z drugiej: potajemnie powierza jego opiece żonę cierpiącą na niewydolność 
krążenia.   Żonę,   którą   podobno   bardzo   kochał.   Przywiózł   ją   zresztą   osobiście   tutaj,   do   kliniki 
Nymfeliusa   i   polecił   jego   asystentowi   roztoczyć   nad   nią   szczególną   opiekę.   Po   kwartale   tego 
samego   asystenta   wciągnął   do   spisku.   Plan   przewidywał   zamianę   programu   w   pracującym 
regeneratorze.  Trzeba  ci  wiedzieć,  że  podczas  czterotygodniowego  okresu reanimacji,  czyli  do 
momentu odzyskania przez hibernata świadomości, a co za
szczy   się   aparatura,   dodajmy,   niezawodna.   Do   hali   krionicznej   nie   zagląda   się   prawie   wcale, 
asystent miał więc łatwe zadanie. Zamiana programu, chociaż pacjent jest już w zasadzie zdrowy, 
może   doprowadzić   do   poważnych   powikłań.   Na   to   liczono   i   nie   przeliczono   się.   Przypadek 
zrządził, że asystent, przez niedopatrzenie lub mylnie  interpretując nakaz, zamienił program w 
regeneratorze   resus-cytującym   żonę   patrona.   Założony   przez   niego   program   został   wcześniej 
przygotowany dla mężczyzny, na wypadek dość typowego schorzenia. Przez cały miesiąc powrotu 
do zdrowia kobieta dostawała pokaźne dawki hormonów męskich. Z wiadomym efektem.
– Zmiana płci – skonkludował Ogowa.
– Patron pożegnał się z życiem nazajutrz po otrzymaniu wiadomości. Stało się to nad ranem w jego 
rezydencji z dala od miasta. Na ratunek było za późno. Sekcja wykazała ukrytą wadę serca. Rada 
Patronacka, nie czekając na wyniki śledztwa, które skądinąd prowadzono dziwnie ślamazarnie, pod 
wyraźną   presją   powzięła   jednomyślną   decyzję:   postanowiła   skazać   Nymfeliusa   na   dożywotnią 
deportację. Wyrok został wykonany.
Mathenide zamilkł. Przesunął po blacie biurka plik papierów z miejsca na miejsce i lekko uniósł 
ramiona, jakby chciał powiedzieć: „To wszystko, co miałem do zakomunikowania."
– A – Ogowa przełknął ślinę – a czemu Nymfeliusa ułaskawiono? Co wpłynęło na zmianę decyzji 
Rady?
– Powinieneś raczej zapytać: kto? – Mathenide z niezrozumiałym rozbawieniem pogładził się po 
policzku, muskając opuszkami palców delikatny zarost. – Oczywiście nowy patron medyczny. Jest 
nim   osoba,   która   była   żoną   poprzedniego   patrona.   Tak   wysokie   stanowiska   mogą   zajmować 
wyłącznie mężczyźni, więc chyba jasne, że owa osoba, zawdzięczając Nymfeliusowi swój awans, 
pragnie bodaj w części się zrewanżować.
Gra uczuć na twarzy Mathenidego przykuła uwagę Ogowy. Odniósł wrażenie, że Mathenide bawi 
się jego
aż on sam na to wpadnie, ale z każdą sekundą zdaje się tracić nadzieję, a nabiera przekonania, iż 
on, Ogowa, błądzi myślami zupełnie gdzie indziej i coraz bardziej oddala się od właściwego tropu, 
co Mathenidemu sprawia dodatkową satysfakcję, o czym świadczy ta filuterna mina.
– Gdyby Nymfelius robił ci trudności – rzekł Mathe-nide, wyciągając dłoń na pożegnanie – w co 
mocno wątpię, bo znam tego człowieka nazbyt dobrze, powołaj się na mnie.
I wtedy Ogowę olśniło. Ta myśl wprawiła go w stan niemej tępoty:
– To... ty! – wykrztusił.
Mathenide odpowiedział szerokim uśmiechem.
– I stwierdzam – dodał – że w nowej skórze czuję się o wiele, wiele lepiej.

Rok -70500, Hegem

Hebanon postarzał się przedwcześnie. Czuł się stary, tak stary, jak stare były klony w parku, w 
którym   co   dnia   zażywał   świeżego   powietrza.   Żaden   z   dawnych   przyjaciół   Hebanona   nie 
rozpoznałby go w tym snującym się sennie skrajem wyludnionych alejek, zapatrzonym w czubki 
swoich butów, z natury milczącym człeku, a gdyby rozpoznał, znikłby mu czym prędzej z oczu, 
aby samemu nie zostać rozpoznanym.

background image

Hebanon   po   swej   życiowej   porażce   w   krótkim   czasie   stracił   pracę,   kolegów,   szacunek   i 
popularność, słowem wszystko prócz nadziei – nikłej, lecz ostatnio, bez racjonalnego uzasadnienia 
rosnącej   –   która   utrzymywała   go   przy   dość   aktywnym   życiu   spędzanym   na   ogół   w   salach 
konceptronu. Niedawno odważył się po raz pierwszy – kusiło go to od lat – zanieść tam konspekt 
swego chybionego projektu i zażądać dowolnej kreacji pozytywnej.
dmuchaną przed laty i okrytą śmiesznością sprawę; nie pomylił się, chłopak wprawdzie okazał 
zdziwienie, że daje mu się papiery zamiast konkretnego przedmiotu, jakie zwykle przynoszono i 
które   służyły   jako   podstawa   do   zainicjowania   in-spe   skopii,   ale   przyjął   je   bez   komentarzy   i 
zaprogramował konceptron zgodnie z poleceniem. Hebanon przeżył ten seans ciężko: rozmach, z 
jakim   aparatura   symultaniczna   zrealizowała   wizję,   przekroczył   jego   najśmielsze   oczekiwania, 
przeraził   go   wręcz;   Hebanon   miał   uczucie,   że   konceptron   odgadł   jego   najskrytsze   marzenia   i 
rozmyślnie postanowił skarykaturować dodatnie strony projektu, że celowo odtworzył przed nim 
tak spotwomiałe od wszelakich wspaniałości obrazy, aby mu obrzydzić ów projekt raz na zawsze. 
Hebanon obiecał sobie nie zajrzeć więcej do sal konceptronowych, ale już po dwóch tygodniach 
był tam z tym samym projektem. Nadzieja, którą żył, a do której nigdy by się nie przyznał, była 
również powodem jego regularnych spacerów po parku, gdzie dawno temu znalazł – pozornie, jak 
się później okazało – odpowiedź na dramatyczne wówczas pytanie.
Pachniało   wilgotnym   poszyciem.   Z   sąsiadującego   z   parkiem   rezerwatu   dobiegały   porykiwania 
neohominów,   które   już   od   wieków   nie   wzbudzały   w   transplantologach   entuzjazmu   i   teraz, 
pozostawione   na   pastwę   losu,   dziczały   między   drutami.   Pojedyncze   osobniki   sporadycznie 
wymykały się stamtąd i buszowały po mieście, siejąc popłoch, dopóki Służba Zootechniczna nie 
umieściła ich na powrót za ogrodzeniem albo w usypialni.
Wśród   monotonnego   szumu   żółknących   liści   opadały   wirujące,   skrzydlate   nasionka   klonu. 
Hebanon przycupnął na występie okalającym pusty, nagi cokół. Coraz częściej nogi odmawiały mu 
posłuszeństwa.
U   podnóża   cokołu,   zwrócony   do   Hebanona   plecami,   siedział   mężczyzna   ubrany   w   brązową, 
przybrudzoną   katankę   z   termolenu,   jaką   nakłada   się   w   spiekotę.   Co   chwila   przykładał   do  ust 
ściskany w dłoniach antałek i pociągał kilka łyków. Mamrotał coś pod nosem. Hebanon odkaszlnąi 
głoś-
6 – Sukcesorzy
na   niego   przez   ramię.   Czknął   głęboko   i   wyzywająco.   Był   młody,   twarz   miał   nabiegłą   krwią, 
zaczerwienione oczy i włosy w nieładzie. Po niechlujnej, strąkowatej brodzie spływały mu kropelki 
wina.
–   Czego,   morrrdeczko?   –  zagadnął   ochrypłym   tenorem.   Z   wysiłkiem   i   jakby  z   niechęcią,   nie 
odrywając siedzenia od ziemi, odwrócił się do Hebanona przodem. – Na babcię czekasz, dziadku?
Hebanon, gdy tylko zorientował się, że mężczyzna jest pijany, dźwignął się z miejsca, aby odejść: 
przebywanie   w   towarzystwie   osobników   nietrzeźwych   uważano   powszechnie   za   uwłaczające   i 
ryzykowne.  Ale  w rysach  mężczyzny  było  coś  wywołującego  falę  wspomnień,  coś, co kazało 
Hebanonowi pozostać.
– A ty? – zapytał, nadając słowom uprzejme brzmienie. – Czy także na kogoś czekasz? – Znajome 
oblicze wciąż przykuwało jego uwagę. Usiłował odnaleźć w nim cechę, która by mu pomogła 
ustalić personalia mężczyzny.
Młody zarechotał obelżywie.
– No – potwierdził. – Na sfrajerowanych staruchów, hy hy hy!
Hebanona nie zraziło to bezprzykładne chamstwo. Gorączkowo przetrząsał pamięć.
– My się chyba znamy – szepnął. – Ja...
– Pewnie! – mężczyzna przytknął do warg kurek antałka, odchylił do tylu głowę i zakrztusił się. – 
Hy hy hy! Pewnie, że znasz mnie, gamoniu jeden! Wszyscy naokoło mnie znają, tylko nikt się nie 
przyznaje. Na razie znalazł się jeden: ty. – Otarł rękawem usta. – Jak mnie nie mają znać, jak 
pokazywali mnie od takiego kurdupla, co szczy w majtki. No, może tu to nie tak, i całe szczęście, 

background image

przynajmniej nie wytykają człowieka palcami. Uciekałem, uciekałem, aż wreszcie chyba znalazłem 
kryjówkę. Na przykład ty, gapisz się i gapisz, niby znasz mnie, ale nie znasz.
Hebanon odwrócił wzrok. Głos rozmówcy również nie był mu obcy.
– Widziałem... Prawdopodobnie widziałem... Mężczyzna machnął ręką.
– Wszyscy widzieli, morrrdeczko. Nawieszali plakatów i tych różnych... Nasze dziecię ma roczek, 
nasze dziecię ma półtora roczku, nasze dziecię je zupkę, nasze dziecię robi kupkę; pooglądałem se 
kiedyś te fotogramy, od samego kartkowania głowa może rozboleć; a na jednym plakacie, nawet 
niedawno go widziałem, wisiał na rogatkach, na zapomnianej ruderze, zapaćkany i zabazgrolony, 
wyblakły   ze   starości,   no   i   na   nim   jakaś   kanalia   wypisała   zaraz   pod   moim   zdjęciem:   „bachor 
ludzkości". Ha, nie bez racji... Żeby czarnica tego łachudrę!
Młody pił łapczywie i długo, a potem równie długo łapał oddech.
– Wnet mi przejdzie... Słabnę z dnia na dzień... Tylko to mnie jeszcze trzyma – poklepał ściskany 
między kolanami antałek. – Dobre jest, inaczej się po tym myśli... Mój brat podobno nigdy tego 
nawet nie skosztował... Bałwan! – zaśmiał się i dorzucił z pijackim przekonaniem: – Dlatego szlag 
go trafił. Ciut za wcześnie albo ciut za późno, jak kto woli. Tak by mnie nie było i tak by mnie nie 
było, ale jestem. Na darowanym... – zajrzał Hebanonowi w twarz. – A ty, morrrdeczko, nic a nic 
nie   pojmujesz?   Nie?   Znaczy,   że   odpowiednie   wynalazłem   se   miejsce,   nie   znają   mnie   tutaj... 
Mógłbym   ci   ostatecznie   zasunąć   parę   detali,   bo   aż   ci   uszy   płoną,   ale   jeszcze   weźmiesz   i 
wykopyrtniesz jak mój brat, ojciec i matka w jednej osobie. Nie, matka to probówka, a ojce – 
genetyki,   żeby   ich...   Hy   hy,   jak   se   przypomnę...   A   brat   był   mądry,   w   fizyce   kombinował   – 
mężczyzna   zamyślił   się.   –   Zajmował   się   badaniem   zmiennych   pól   grawitacyjnych   –   rzekł 
nadspodziewanie   rzeczowo.   –   Interesowała   go   zwłaszcza   strona   praktyczna,   czyli   możliwość 
budowy grawi-tolotu. Prace były niemal na ukończeniu, brakowało jedynie – młodzieniec parsknął 
z sarkazmem – bagatela... projektu anihilatora kwantów grawitacyjnych. Jego współpracownicy z 
uporem twierdzą do dzisiaj, że pro-
tatki, a jeśli robił, to dotyczące nieistotnych szczegółów, i kiedy umarł, prace nad grawitolotem 
utknęły w martwym punkcie. No i klapa...
Hebanon był wstrząśnięty. Niemrawo poruszał szczękami i patrzył, jak tamten wlewa w siebie 
wino.
Mężczyzna strzepnął krople z brody – odbiło mu się – po czym podjął:
– Czuję, że odżywam, morrrdeczko... Wreszcie mogę robić to, na co marn ochotę. Najgorsze, że ci 
szubrawcy odebrali mi abonament jak jakiemuś aspołecznikowi. Teraz wszystko, łącznie z żarciem 
i   ciuchami,   muszę   fasować   z   tych   Kontrolowanych   Magazynów   Zaopatrzenia,   a   tam   wino 
racjonują. Nie podobało się kołkom, że wystawiam se czeki wyłącznie na sikacza, oni zmuszają 
człowieka, żeby jadł i ubierał się jak należy... Chcieli zabrać mi tę kurtkę, co mam na grzbiecie, i 
dać nową, bo ta brudna i niestosowna... A gówno! Jest wolność czy nie? To mój interes, jak żyję i 
czy   piję,   czy   nie   piję,   nie?   Wystarczająco   długo   znęcali   się   nade   mną,   mam   chyba   prawo 
decydować o własnym losie, nie prosiłem się na świat i nie moja wina, że jakiemuś szajbusowi 
zachciało się mnie spłodzić... – mężczyzna zarechotał przesadnie głośno. – Jak pomyślę o tych 
pierwszych próbach... – splunął siarczyście i ożywił się. – Znam tę historię ze słyszenia, opowiadał 
mi jeden... o tym gościu, co tak ładnie to wykoncy-pował. Jak już ludzie opuścili ręce, zjawił się 
właśnie ten gość ze swoim panaceum. Wystarczyła mu jedna komórka, żeby stworzyć z niej cały 
organizm...
Hebanon przytaknął machinalnie. Wynurzenia nieznajomego przywołały mu na pamięć lata, kiedy 
pracował   nad   swoim   odkryciem.   Obojętnie   jaka   komórka,   płciowa   czy   będąca   elementem 
dowolnego narządu, wyposażona jest w komplet informacji o ustroju, z którego pochodzi. Ale 
podczas gdy komórka płciowa wykorzystuje pełny zestaw zakodowanej w jej wnętrzu informacji, 
komórka somatyczna potrafi zrealizować wyłącznie ten znikomy składnik
niany przez mężczyznę preparat, nazwany lekceważąco i w uproszczeniu panceum, powodował, że 
komórka somatyczna zachowywała się niczym zapłodniona komórka płciowa. Gdyby więc z ciała 

background image

Hebanona   pobrano   jakąkolwiek   komórkę   i   potraktowano   ją   owym   preparatem,   z   komórki   tej 
rozwinąłby   się   drugi   identyczny   Hebanon.   Tak,   to   była   szansa,   jedyna   szansa   wskrzeszenia 
zmarłego przedwcześnie fizyka.
Młody osuszył antałek do dna, wymierzył mu kopniaka i znowu przycupnął pod cokołem, bliżej 
Hebanona.
– Tamci pognali co tchu do zimnicy, do tego krio-tronu, gdzie leżał mój brat. Mało brakowało, a 
już by nie leżał, bo dzień wcześniej miano go kremować, tylko nikt się nie zgłosił po zwłoki. 
Wycięli mu kawałek płuca, ale taki, że starczyłby na obsadzenie akademii fizycznej i podetkali pod 
nos temu gościowi. Gość zabrał się do roboty i... Hy hy hy! Heca wyszła zupełna... Rosło toto w 
sztucznej   macicy   i   rosło,   tyle   że   coraz   mniej   podobne   do   człowieka.   Kudłate   takie   jak 
prehistoryczny   Epimetejczyk   i   z   kretesem   zidiociałe.   Dopiero   ktoś   se   przypomniał,   że   brat 
chorował na zapalenie płuc i w młodości dali mu przeszczep od jakiegoś neohomina. Zanosiło się 
na grubszą aferę, bo tymczasem zwłoki spalono. Kilku odpowiedzialnych facetów poleciało do 
tego gościa i – Ratuj! – wołają. – Jak mam ratować? – gość do nich, a ci zębami dzwonią. Tylko 
dzięki   czystemu   przypadkowi   te   genetyki   wybrnęli   jakoś.   Okazało   się,   że   gość   po   pobraniu 
wycinka wrzucił ten kawałek płuca do zamra-żalnika, wrzucił, bo nie było komu naprawić spalarki 
w pracowni, a gość nie lubił, jak mu coś w laboratorium śmierdzi. Wziął i zbadał ten kawałek pod 
mikroskopem i odnalazł przy rozgałęzieniu tętnicy resztki tkanek organizmu brata... I ja właśnie 
jestem z takiej resztki...
Mężczyzna podniósł się, przeszedł na drugą stronę alei, kopnął w krzaki leżący na poboczu antałek 
i zawrócił.
– »/
mywał równowagę.
– Tak, morrrdeczko. Jestem taki sam, nie, ten sam co zmarły. Odtworzony, powielony... Ale tu – 
dźgnął się palcem w potylicę – tu jest inaczej poukładane. A przecież dali mi to wszystko co jemu: 
uczyłem   się   tym   samym   trybem,   w   tym   samym   miejscu,   tyle   ile   on,   z   fizyki   miałem   trzech 
korepetytorów,   sam   Brunhedozor   mnie   szkolił,   wbijali   mi   do   łba   grawitochemię, 
grawitodielektrykę,   gra-witodynamikę,   grawitologię,   grawitometrię,   grawitoopty-kę, 
grawitostatykę... I nic, nic!! – mężczyzna zakolebał się niebezpiecznie. – Miesiącami ślęczałem nad 
tym,  co zrobił mój brat, znam położenie  każdej kreski na planie, każdą cyfrę  w obliczeniach, 
gabaryty   każdego   detalu;   myślałem:   może   trafię   na   jakąś   ukrytą   wskazówkę,   zdołałem   nawet 
uprościć jeden ze wzorów, ale na tym koniec, koniec! Rozumiesz, gamoniu jeden?!
Hebanon   zwiesił   głowę.   Wirujące   nasionko   klonu   spadło   tuż   przy   jego   bucie.   Miało   płaskie, 
sztywne lotki wzniesione jak ludzkie ramiona. Wziął je w palce i przełamał wzdłuż osi symetrii. 
Takie samo, a jednak inne – pomyślał. – Tyle ich wokół leży,  lecz niemal żadne nie wypuści 
kiełka. A jeśli któreś trafią na podatny grunt, w przyszłości przybiorą odmienne kształty i nikt nie 
zmiarkuje, że pochodzą z jednego drzewa.
– Najdrobniejszy incydent, z pozoru nieważny epizod może wpłynąć na całe życie człowieka – 
gardłował   mężczyzna,   pochylając   nabrzmiałą   czerwoną   twarz   nad   Heba-nonem.   –   A   ja   nie 
przeszedłem tego wszystkiego, co przeszedł mój pierwowzór, nie?! Ten pomysł mógł mu zaświtać 
w   termach,   na   corsodromie   albo   kiedy   obmacywał   jakąś   babę   czy   oglądał   wiadomości. 
Doświadczenia zbierane w ciągu życia kumulują się w psychice i oddziaływają na świadomość 
zależnie od rodzaju tych doświadczeń, a ja i moja matryca zebraliśmy różne doświadczenia, no nie? 
No to czego oni chcą ode mnie i po co te kpiny? Niech szydzą z siebie, bo to był ich pomysł i w 
dodatku niewart skóry zdartej z homina!
zejrzał się półprzytomnie
– Bym się napił – oświadczył cicho. – Dasz czek, morrrdeczko?
Hebanon bez ociągania wyjął bloczek.
– Ile można wypisać na jednej kartce? – spytał. Młody odparł skwapliwie i łagodnie:
– Choćby kufę...

background image

Hebanon kartka po kartce zapisał cały bloczek.
– Weź.
Mężczyzna otworzył usta i zamknął.
– Ależ... Ależ to za dużo...
– Weź. Przecież zawsze mogę dostać drugi – powiedział Hebanon, a widząc, że mężczyzna się 
waha, położył bloczek na występie pod cokołem i wstał. – Tyle... tyle jestem w stanie...
Odszedł chwiejnie, nie mogąc spojrzeć w oczy nieznajomemu. Za zakrętem zwolnił i przyłożył 
końce palców do skroni. Zasłana zżółkłymi liśćmi aleja falowała mu pod nogami, a hen, wysoko 
monotonnie szumiały korony starych drzew.
Tego dnia Hebanon popełnił samobójstwo. Tę nikłą nadzieję, którą pielęgnował przez ostatnie lata, 
pogrzebała rozmowa z mężczyzną.
Hebanon nie zamierzał poprzestać na stworzeniu kopii zmarłego przedwcześnie fizyka. Marzył mu 
się   program,   zgodnie   z   którym   każda   utalentowana   jednostka   posiadałaby   własny   duplikat 
stanowiący swoistą rezerwę. Ale po niepowodzeniu odmówiono mu pomocy, zakazano dalszych 
badań. Nie potrafił zrozumieć powodów. Dopiero dzisiaj uświadomił sobie wszelkie niedostatki 
projektu. Seanse w  konceptronie  ukazały  mu  się teraz  we właściwym  wymiarze,  dwuznacznie 
malowały przed nim to, co usłyszał od mężczyzny, były wizualnym persyflażem.
Tydzień   poi   niej   przed   opieczętowanymi   drzwiami   domku   llebanona   stanął   poznany   w   parku 
młody   mężczyzna.   Towarzyszyło   mu   dwóch   wybitnych   fizyków.   Mężczyzna   przybył   z 
abonamentowym bloczkiem Hebanona i narę-
jeden czek i wrócił do parku, aby z dala od ludzi nacieszyć się nabytkiem. Zasnął w zaroślach pod 
gubiącym nasiona klonem, a gdy nazajutrz obudził się ze straszliwym bólem głowy, gdy wsparty 
na rękach, kuląc się od maltretujących uszy porykiwań neohominów, z mozołem pokonywał, od 
zarania będącą dlań przekleństwem, grawitację, wówczas w tych groteskowych okolicznościach 
doznał   olśnienia.   Tak   jak   stał,   utytłany,   brudny   i   cuchnący   winem,   udał   się   na   lotnisko. 
Opracowanie projektu ani-hilatora kwantów grawitacyjnych  zajęło mu pięć dni. Po tych pięciu 
dniach pozwolono mu odpocząć, korzystając więc z okazji przybywa oto do człowieka, któremu 
tak wiele zawdzięcza, by podzielić się z nim swoim sukcesem.

Rok -42100, Hegem

KOLEJNY SUKCES HEGEMSKICH GENETYKÓW!
Wśród najświeższych materiałów, które wpłynęły do Centrum Pro-pagacyjnego, znalazł się serwis 
informacyjny z Ośrodka Dalekosiężnej Nautyki. Rzecznicy prasowi dalnautu podają, iż zadania 
postawione przed II Wyprawą Genetyczną zostały pomyślnie zrealizowane.
Statek,   jak   pamiętamy   z   poprzednich   relacji,   szczęśliwie   dotarł   na   Gaje.   Genetycy 
wyselekcjonowali spośród neohominów najdorodniejsze okazy samic i zapłodnili je sztucznymi 
gametami.   W   wyniku   tej   krzyżówki   powstał   nowy   gatunek   antropoidów   –   homy.   Horny   są 
uderzająco podobne do ludzi i cechują się wy-
sokim   rozwojem   psychiki.   Wydają   się   zdolne   do   organizacji   życia   społecznego,   a   także   do 
tworzenia kultury.
Członkowie   wyprawy   „Neoge-nezis"   stworzyli   cztery   rasy   ho-mów   różniące   się   między   sobą 
głównie   cechami   zewnętrznymi:   barwą   skóry,   rodzajem   owłosienia,   oprawą   oka   i   kształtem 
czaszki.
Obserwacja   życia   homów   dostarczy   naszym   naukowcom   wiele   cennych   spostrzeżeń   natury 
socjologicznej   –   pozwoli   na   wypracowanie   sposobów   zrealizowania   najkorzystniejszych, 
pożądanych   zmian   w   strukturze   społeczeństwa   hcgemskiego.   przechodzącego,   jak   wiemy, 
chwilowy kryzys.

background image

PRECZ Z KOMAMI IMPORTOWANYMI Z GAI!
PRECZ Z EKSPERYMENTAMI GENETYCZNYMI!
PRECZ Z AKCJĄ ULEPSZANIA LUDZKOŚCI!
PRECZ Z TECHNICYZACJĄ ŻYCIA OSOBISTEGO!
PRECZ   Z   KONTROLOWANIEM   MYŚLI!   ŻĄDAMY   TAKICH   SWOBÓD,   JAKIE   MAJĄ 
DELPHINI!
ŻĄDAMY   SATYSFAKCJI   ZAWODOWYCH/   ŻĄDAMY   WYŁĄCZNOŚCI   PRAW   DO 
PRZEŻYĆ WEWNĘTRZNYCH!
ŻĄDAMY PRYMITYWU

Rok – 22110, z Hegem na Ziemię

Po   szóstym   okrążeniu   Gai,   po   dokładnym   zlokalizowaniu   radioźródła,   Zeus   usiadł   za   sterami 
grawitolotu   i   opuścił   pokład   „Rei".   Wylądował   na   linii   dziennego   terminatora,   w   stosownym 
oddaleniu od radioźródła, w piarżystej kotlince. Tu, wśród kamieni i głazów nagrzewających się za 
dnia tak, że zachowywały ciepło do rana, zapadł na trzy doby z wyłączoną aparaturą nadawczą. 
Najdrobniejszy impuls elektromagnetyczny nie wydostał się na zewnątrz grawitolotu: działający 
zasilacz   i   urządzenia   nasłuchowe   były   starannie   ekranowane.   Docierający   do   nich   sygnał 
emitowany przez radioźródło przypominał szumy pracującej siłowni. Dużej siłowni, takiej, w jaką
wiekami.
Zeus, w każdej chwili gotów do natychmiastowego startu, przez trzy dni i trzy noce czekał na coś, 
co mogło, ale nie musiało się wydarzyć. Bacznie obserwował ścianę kniei ponad zboczami kotliny, 
przypatrywał   się   zwierzętom,   które   początkowo   zatrzymywały   się   w   bezpiecznej   odległości   i 
wietrzyły nieufnie, wyciągając pyski  w stronę gra-witolotu. Zeusa zdumiewało bogactwo form 
skaczących, biegających, człapiących, fruwających i pełzających; już nie myślał z lekceważeniem o 
ostrzeżeniach swych mocodawców, przestał się też dziwić tajemniczemu milczeniu pięciu swoich 
poprzedników:   to   pulsujące   życiem,   dzikie   otoczenie   zdawało   się   najeżone   zdradzieckimi 
pułapkami.   Zwierzęta   wkrótce   przywykły   do   obecności   grawitolotu,   omijały   go   jak   naturalną 
przeszkodę terenową. Trzeciego dnia rankiem zjawiły się homy.  Zeus o mało nie wystartował, 
wydało mu się, że lada moment nastąpi to, co przyniosło zgubę jego poprzednikom; wstrząsnęło 
nim podobieństwo homów do ludzi. Każda z tych istot mogła być ucharakteryzowanym Uranosem 
czy którymś z tytanów. Uspokoiło go ich zachowanie, zwierzęce i instynktowne. Obwąchiwały 
kadłub statku, zaglądały do bulajów, czochrały się, zakłopotane tym nowym znaleziskiem. Były 
nader ciekawe.
Nazajutrz po trzydniowej kwarantannie Zeus otworzył śluzę i schwytał jednego homa. Przerażone 
zwierzę zanieczyściło przedsionek, potem nagle stało się agresywne, dopiero wstrzelona pod skórę 
dawka piorudonu obezwładniła je. Zeus odczekał godzinę. Z biegłością nabytą podczas treningów 
w Prefekturze Pretorii osiągnął nirwanę. Zespolił się z homem. Był już nim.
Kazał   mu   się   umyć,   doprowadzić   do   ładu   skołtuniony   zarost,   ubrać   się   w   skafander.   Horn 
wykonywał   polecenia   nieporadnie.   Nienawykłe   do   skomplikowanych   czynności,   mocarne   łapy 
skruszyły depilator, podarły dwa skafandry i zdemolowały półki z zapasowym wyposażeniem, nim
o szczegóły, polecił mu też wziąć ze sobą miotacz, dla bezpieczeństwa – nie naładowany.
Horn opuścił statek. Postępując według woli Zeusa, wdrapał się na stok kotliny i ruszył w puszczę. 
Szedł śladami Demeter, Hery, Hestii, Hadesa i Posejdona – ludzi, którzy przybyli na tę planetę, aby 
dowiedzieć   się,   dlaczego   Kronos   milczy.   Wszyscy   oni   zameldowali   o   wykryciu   radioźródła   i 
wszyscy,   zachowując  zalecaną   ostrożność,  udali   się  na  poszukiwanie  „Gai".   Żadne   z  nich  nie 
odezwało   się   więcej.   Zeus,   intensywnie   szkolony   i   wysoko   wyspecjalizowany   telepator-
wywiadowca, był szóstym z kolei wysłannikiem i wielką nadzieją Prefektury.

background image

W komórce kontrwywiadowczej snuto najprzeróżniejsze przypuszczenia. Zeus nie brał udziału w 
naradach, zapoznano go tylko z pryncypiami. Całe dnie spędzał nad selektorem i doskonalił swe 
umiejętności telepatyczne. Od czasu, gdy w Prefekturze Pretorii zainteresowano się możliwościami 
kontaktu telepatycznego, jej mury opuściły setki wybitnych telepatorów, ale spośród nich Zeus był 
chyba telepatorem najlepszym.
O zaplanowanej wyprawie Dominian na Gaje Prefektura dowiedziała się w porę. Niezwłocznie 
podjęła działania.  Nie  szczędzono  starań, żeby Kronos  – hegemski  wywiadowca  – znalazł  się 
pośród uczestników   ekspedycji.  Prefekturę   interesował  cel   wyprawy,   skład  osobowy członków 
załogi i ich zamierzenia, czyli to, co trzymano w ścisłej tajemnicy. ,,Gaja" wymknęła się z Układu 
Naszego po szerokiej trajektorii, omijając obszary kontrolowane przez hegemskie patrolówki; gdy 
osiągnęła   prędkość   podróżną,   Kronos   połączył   się   z   centralą   Prefektury.   Doniósł,   że   statkiem 
dowodzi Uranos, załoga zaś składa się, poza garstką członków, głównie ze sterowanych cyborgów-
ho-mów i robotów: cyklopów oraz hekatonchejraków – zatem maszyn bojowych i gospodarczych.
Zeus zaniepokoił się: hom – jego oczy i uszy – stanął. Nie, nie stracił nad homem władzy, to tylko 
paraliżujący strach powstrzymał tę istotę: ujrzała zwierzę
*J VJ^L1 V^-iA ZX1CH~11, t,CłfJ*~ w nv- J c* I-fc. .LV- - w u *-*
strwożone   obcym   zapachem,   zapachem   skafandra   i   kosmetyków,   których   hom   użył   do   swej 
pierwszej gruntownej ablucji, oddaliło się, gniewnie pomrukując. Hom podążył dalej. Przedzierał 
się przez chaszcze, roślinność chlastała go po twarzy, czepiała się jego ramion, niekiedy grzązł po 
kostki w wilgotnym podszyciu, czasem potykał się o gnijące konary, dwa razy upadł. W gardle 
miał  suchość, do  oczu  wciskały  mu   się roje  owadów,  paliły go  stopy nie  przyzwyczajone  do 
obuwia. „Jeszcze, jeszcze trochę – ponaglał go w myślach Zeus. – Już niedaleko". Raptem kazał 
mu się zatrzymać. Intuicyjnie wyczuł niebezpieczeństwo.
I stało się. Z trzech stron otoczyli homa tytani – homy, które na Dominii poddano cyborgizacji. 
Wywlekli go z zarośli na trawiastą równinę, gdzie rozpierała się „Gaja". U jej podnóża wznosiły się 
budowle, większe i mniejsze, to o konstrukcji metalowo-ceramicznej, to sklecone z okorowanych 
drewnianych   bali.  Na horyzoncie   w  obłokach  dymu  uwijały  się hekatonchejraki.  Lały  na step 
gorący   asfalt,   ryły   kanały,   stawiały   obronne   mastaby.   Budowle   otaczał   kordon   cyklopów 
patrzących nieruchomo na zewnątrz, a na ich czołach połyskiwało złowieszczo oko laserowej broni 
gotowej na sygnał otworzyć morderczy ogień. Zwierząt nie było, widocznie rejwach wypłoszył je 
stąd, ale homy wyłaziły z lasu i zapuszczały się między budowle.
Tytani dotarli do baraku bez okien, powlekli homa ciemną galeryjką do opancerzonych drzwi, 
które otwarły się same.  Za nimi,  w sztucznie  oświetlonym  pomieszczeniu,  zama-jaczyły  przez 
chwilę dobrze znane Zeusowi twarze: Hadesa, Posejdona, Hestii, Hery i Demeter. Malował się na 
nich przestrach, a mózg Zeusa przeszyło pełne trwogi przypuszczenie, które choć nasunęło się 
pięciu   osobom,   wyrażone   zostało   przez   nie   jednym   pojęciem:   „Kronos?!"   Potem   drzwi   się 
zatrzasnęły   i  żadna   cudza   myśl  nie   za-kłćciła   już  toku   myśli  Zeusa.   Kontakt   z  homem   został 
przerwany.
Nie   miał   wątpliwości,   że   jego   poprzedników   uwięziono.   Ten,   co   to   uczynił,   odizolował   ich 
dokładnie   od   świata,   zadbał   nawet   o   ekranowanie   celi,   aby   udaremnić   więźniom   łączność 
telepatyczną. Tym kimś – aczkolwiek wydawało się to absurdalne – był Kronos. Wszak to jego, nie 
zaś Uranosa, bali się uwięzieni poprzednicy Zeusa i tylko on wiedział, spodziewał się, że w ślad za 
nim przybędą na Gaje pracownicy Prefektury, żeby wyjaśnić, dlaczego po wylądowaniu nie dał 
znaku życia. Stąd owo podwójne zabezpieczenie: kordon cyklopów i patrole tytanów strzegących 
statku wraz z otoczeniem; tytanów, którzy pojmali przebranego homa, tusząc, że jest człowiekiem. 
Gdyby nie skafander, hom mógłby bezkarnie wałęsać się między budowlami.
To była szansa. Zeus zrzucił z siebie ubiór, skołtunił włosy i zarost, natarł ciało wodą i wytarzał się 
w   szarym   piasku.   Wyglądał   teraz   niczym   autentyczny   dzikus.   Broni   nie   zabrał,   co   było 
szaleństwem,   ale   dopisało   mu   szczęście   i   po   drodze   nie   natknął   się   na   żadnego   groźnego 
drapieżnika. Jedyny uszczerbek, jaki poniósł na ciele, to podrapane boleśnie stopy.

background image

Zgodnie z przewidywaniami ani cyklopy, ani tytani nie zareagowali na jego widok. Zeus wespół z 
watahą ho-mów – które jednak uznały go za odmieńca i raczej stroniły od niego – szwendał się po 
okolicy, zaciskając zęby, bo trawa bezlitośnie cięła poranione nogi. Wreszcie zrezygnowany legł na 
miękkiej kępie, opodal „Gai", gdzie przesiedział do wieczora. Z zapadnięciem zmierzchu reflektory 
rakiety oświetliły teren. Hekatonchejraki pracowały nadal, słaby wietrzyk przywiewał drażniące 
powonienie opary smołowate i zapach rozgrzanej masy bitumicznej; pod ich stąpnięciami ziemia 
drżała; rozbrzmiewał jednostajny zgrzyt, łoskot i dudnienie. Homy gdzieś zni-knęły; opustoszało.
Zeusa morzyła senność. Miał za sobą trzy wyczerpujące doby, długi marsz przez puszczę, i od rana 
nic nie jadł.
po prostu o posiłku zapomniał.
Bliski hałas otrzeźwił go. Pomost trapu, unieruchomiony dotąd przy górnej furcie burtowej „Gai", 
opuścił się w dół. Zszedł z niego ogromny mężczyzna o twarzy zasnutej mrokiem, przygarbiony 
nieco   i   powolny.   Zeus   poznał   go:   wygląd   Kronosa   miał   trwale   zapisany   w   pamięci.   Kronos 
skierował się do ceramicznej, stożkowatej budowli, raz i drugi obejrzał się na rakietę, potem znikł 
w wejściu. Zeus odczekał jakiś czas. Przekradł się do trapu i po drabince biegnącej na zewnątrz 
szybu dostał się do wnętrza statku. Bloki pamięci umieszczone były w niższych kondygnacjach. 
Zjechał  tam dźwigiem;  po drodze nikt go nie zaczepił.  Błądził  trochę, nim odnalazł  właściwe 
drzwi.   Kazał   sobie   odtworzyć   przebieg   ostatniego   etapu   podróży.   Maszyna   relacjonowała 
skrótowo,   tak   jak   chciał.   Z   tych   wypowiedzianych   bezbarwnie,   lapidarnych   zdań   układał   się 
plastyczny obraz zdarzeń.
Uranos przestał być  dowódcą wkrótce po wylądowaniu na Gai. Jego despotyczny stosunek do 
podwładnych   i   lekceważenie   założeń   ekspedycji   wywołały   oburzenie   członków   załogi.   Załoga 
zaczęła spiskować. Wciągnęła ona do spisku część tytanów, przeprogramowując ich potajemnie. 
Uranos wykrył spisek, w czym pomógł mu Kronos, i uwięził spiskujących w podziemnym sektorze 
zaplecza technicznego, gdzie roboty wykonywały najcięższe prace montażowe. Mieli oni dotąd 
zajmować   się   nadzorem   inżynieryjnym.   Razem   z   nimi   Uranos   umieścił   tytanów.   Tymczasem 
Kronos, realizując swój zawczasu obmyślony podstępny plan, nie zaprzestał knowań. W trakcie 
budowy naziemnego fragmentu bazy niby niechcący skaleczył Uranosa, a kiedy ten udał się do 
pomieszczenia   terapeutycznego,   żeby   w   regenaratorze   zabliźnić   ranę,   uśpionego   przeniósł   do 
rakietki zwiadowczej i wyekspediował na orbitę bez paliwa na drogę powrotną. Potem – ani myśląc 
uwolnić członków załogi – wypuścił z podziemi niektórych tytanów i przy ich pomocy oraz przy 
pomocy
obronnych bazy i jej rozbudowy.
Tyle blok pamięci.
Z powyższego wynika, że Kronos dopuścił się czegoś więcej niż kolaboracji. Opanowany żądzą 
władzy Uranos zaraził Kronosa arywizmem, a ten przechytrzył swego mistrza i zawładnął jego 
statkiem. Kronos przechytrzył także speców z Prefektury, przejrzał ich plany i jak na razie był nad 
nimi górą.
Zeus opuścił „Gaje" tą samą drogą, którą przyszedł. Wymknął się z kordonu cyklopów i tytanów. 
Noc była księżycowa, szemrząca liśćmi uśpionych drzew. Z rzadka dobiegały odgłosy buszowania 
nocnych drapieżników, czasem poderwał się z furkotem obudzony ptak albo szmyrg-rięło coś w 
gęstym podszyciu. Zeusowi lżej się szło, bo miał na stopach podeszwy z miękkiej, elastycznej 
kory, którą przymocował do nóg paskami łyka. Uzbroił się też w grubą prostą gałąź.
Do piarżystej kotliny dotarł w środku nocy. W świetle księżyca ujrzał jej kamieniste dno.
Była pusta, grawitolot wsiąknął.
Zeus nie dał znać po sobie zaskoczenia, zadarł głowę, tak jak to czynią zwierzęta i chwytał wiatr w 
nozdrza.  Następnie,  udając,  że chce  kotlinę  obejść, poszedł wzdłuż  jej  stoku i korzystając,  że 
księżyc  skrył  się za chmurą, nurknął w gąszcz. Biegł dopóki starczyło mu tchu. Potknął się o 
zwalony, próchniejący pień i runął między paprocie. Jeśli nawet Kronos przewachał, co się święci i 

background image

postawił obok kotliny straż, aby schwytać prawdziwego wysłannika Hegem, żaden ze strażników 
zapewne nie rozpoznał w tym nagim, brudnym, rozczochranym i umęczonym stworzeniu Zeusa.
Po   tygodniu,   jak   przewidywał   harmonogram,   na   krążącej   wokół   Gai   „Rei"   włączono   nasłuch 
telepatyczny.   Zeus   poinformował   przebywających   na   jej   pokładzie   ku-retów   –   pomniejszych 
wywiadowców oddanych mu do dyspozycji – o zaistniałej sytuacji. Z obawy przed de-konspiracją 
odmówił przyjęcia pomocy; jakoś się tu urzą-

i   kozim   mlekiem,   zapoznaje   się   z   terenem.   Polecił   natomiast   kuretom,   niezwłocznie   ściągnąć 
posiłki. Trzeba się było szykować do zbrojnej walki.

Rok – 19300, Ziemia

Nikt nie spodziewał się ataku, toteż gdy pierwsze razy trafiły w egidę, osłonę „Olimpu", Zeus 
stracił głowę. Większość ludzi była w rozjazdach po świecie i zajmowała się organizacją życia 
państwowego homów; arsenał na statku zionął pustką: hekatonchejraki i cyklopy – maszyny, które 
Zeus zagarnął Kronosowi i które rzucił do walki 7, ich byłym właścicielem – dawno zamieniły się 
w rdzę.
Atakowano z ziemi. Zeus, przekonany, że to spisek, skontaktował się z bazą na Gai. Dyżurni, nie 
mniej   przerażeni   od   niego,   zaprzeczyli.   Nie,   nikomu   z   nich   nawet   nie   zaświtała   taka   myśl, 
agresorami są Dominianie.
– Dominianie?? Skąd tu Dominianie?! – wrzasnął Zeus.
Tego oni nie wiedzą, odparli, to raczej Zeus powinien wiedzieć, wszak on, nie kto inny, kontroluje 
obszary orbitalne Gai. Mieli rację; Zeus zarządził  stan pogotowia, rąbnął pięścią w nadajnik i 
pogalopował   do   centralnej   sterowni,   żeby   sprawdzić   zabezpieczenie   statku   i   wskazania 
indykatorów  mocy.  Tu zastał  swoja córkę, Atenę, Atena zapoznała  go z sytuacją. Dominianie 
wylądowali rankiem, powiedziała z chłodnym spokojem, liczebnie dorównują załodze „Olimpu" i 
przywieźli ze sobą nowoczesny sprzęt bojowy. Ale ten sprzęt nie jest taki groźny jak cyklopy, te 
same   cyklopy,   którymi   Zeus   po   pokonaniu   Kronosa   wzgardził,   które   zostawił   w   podziemiach 
zaplecza twierdzy. To są automaty samodoskona-lące i nie zamieniły się, jak przypuszczał Zeus w 
kupę
tysięcy lat, niebywale rozwinęły swe zdolności bojowe.
Dominianie,   w  przeciwieństwie  do  Zeusa,   któremu  to   wszystko  działo   się  niemal  pod  nosem, 
wiedzieli o istnieniu nowej generacji cyklopów i nie omieszkali skorzystać z okazji. Właśnie te 
cyklopy bombardują teraz „Olimp".
Zeus zacisnął zęby, odwrócił się tyłem do Ateny i przywarł wzrokiem do ekranów, na których 
prócz błysków ognia i kłębów dymu nie było niczego widać. Statek dygotał, stękało poszycie, lecz 
egida skutecznie parowała ciosy. Zeus kilkakrotnie uruchamiał emitery energii. Gaja cichła wtedy, 
stanowiska cyklopów okrywały się gęstszą opończą dymu, ale wnet atak wznawiano z równą siłą. 
Na   pulpicie   kontroli   śluz   płonęły   i   gasły   lampki:   co   rusz   przybywał   na   pokład   ktoś   z   Gai, 
zaalarmowany   stanem   pogotowia.   Niespodziewanie   odezwały   się   głośniki.   Gdzieś   w   instalacji 
nastąpiło   zwarcie   i   statek   wypełniła   kanonada.   Zeus   walił   dłonią   po   przełącznikach,   wołał 
dyspozytora mocy, wyzywał Dominian od epimetejskich synów, a kiedy zjawili się wystraszeni 
kureci z pytaniem, czy mogą w czymś pomóc, cisnął w nich panelą.
– Gotować deziry! – ryknął.
Czyjeś   palce   dotknęły   jego   ramienia,   a   wyciągnięta   ręka   wskazała   mu   boczny   ekran.   Zeus   z 
osłupieniem ujrzał Atenę wiodącą jego półczłowieczego syna, Herkulesa, uzbrojonego w laser. Szli 
wprost na stanowisko ogniowe.

background image

– Zwariowała?? Przerwać ostrzał! Wyłączyć emitery! – zawołał Zeus bez nadziei, że ktokolwiek go 
w tym grzmocie usłyszy.
I wówczas głośniki ucichły. Dym z ekranów wolno zniknął, cyklopy wycofywały się.
– Emitery stop! Deziry stop!!
Miejsca niedawnych  stanowisk cyklopów  i okolice pokrywał gasnący żużel. Herkules prażył  z 
lasera w widnokrąg, gdzie przemykały sylwetki spłoszonych robotów. Na placu boju pozostał tylko 
jeden cyklop, niepozorny, przysadzisty, i choć milczał drwił przecież z ognia morderczej
7 – Sukcesorzy
z nim na skalistą górę i z jej szczytu spuścił cyklopa po drugiej stronie stoku. Cyklop rozpadł się na 
części.
Zeus   wygnał   wszystkich   ze   sterowni.   Krążył   niespokojny,   patrząc   to   na   ekrany,   to   na   pulpit 
kontroli śluz. Podniósł panele leżącą pod drzwiami, rzucił ją w przeciwległy kąt. Czekał na Atenę i 
obmyślał słowa nagany.
Atena   była   bardziej   maszyną   niż   żywą   istotą.   Zeus,   od   wczesnej   młodości   wojażujący   przez 
kosmiczne wakua, znajdujący się wiecznie poza Hegem, kiedy zapragnął mieć własne dziecko, 
musiał prosić o pomoc pokładowych genetyków. Ci odmówili, lękając się konsekwencji prawnych 
za stosowanie metody Hebanona – a tylko tą metodą w warunkach kosmicznych mogli stworzyć 
spokrewnionego   z   Zeusem   homonkulusa   –   dlatego   Zeus   udał   się   do   Hefajstosa,   aby   ten 
skonstruował   androidalnego   cyborga   i   nadał   mu   postać   kobiety.   Niech   Hefajstos   weźmie   do 
pomocy   jakiegoś   neurofizjologa,   powiedział,   i   skopiuje   do   pamięci   cyborga   zapis   prądów 
czynnościowych jego, Zeusa, mózgu. Jeżeli Zeus nie może dać swemu dziecku ciała, da mu swego 
ducha. Hefajstos, mimo nawału pracy, zaspokoił jego życzenie, aczkolwiek lękał się, że filtry nie 
poradzą sobie z silną osobowością Zeusa i Atena odziedziczy po swym duchowym ojcu sporo cech 
męskich.   Istotnie,   dopóki   nie   skorygowano   jej   procesów   psychicznych,   Atena   gardziła 
towarzystwem kobiet, obcowała wyłącznie z mężczyznami i starała się na każdym kroku z nimi 
rywalizować. Zeus kochał ją za tę czupurność, pęd do wiedzy i roztropność; oboje rozumieli się 
znakomicie.
Teraz, choć pełen niepokoju, Zeus domyślał się, że Ateną kierowała rozwaga, a nie emocja czy 
egzaltacja. Lecz przywitał ją wyrzutami. Czy po to, jako jedynej kobiecie na „Olimpie", nadał jej 
przywilej korzystania z arsenału, żeby w każdej burdzie niepotrzebnie wystawiała swoje życie na 
hazard i dodatkowo narażała swego przyrodniego brata, Herkulesa, który pomimo nikczemnego 
pochodzenia jest jego umiłowanym synem? Atena oczyściła ciało z kopciu i sadzy, zmieniła szaty, 
a potem spokojnie popatrzyła na
Zeusa narażał życie? Ona? Przecież była pod opieką Herkulesa. A Herkulesa dominiańskie roboty 
nie tkną, bo Her-kules jest dla nich zwierzęciem czyli stworzeniem, któremu krzywdy nie mogą 
zrobić, co mają zapisane w pamięci i o czym zdaje się Zeus zapomniał.
– A ten, którego Herkules rozbił o skały? – spytał Zeus.
Atena odparła:
– To najnowszy typ robota, trzecia generacja cyklopów. Tamte nie mogły złamać zakazu zabijania 
gaińskich zwierząt, jednocześnie ogień lasera by je zniszczył, salwowały się więc ucieczką, ten zaś 
wytwarzał wokół siebie pole ochronne. Energię czerpał z rozmieszczonych na rubieżach stanowisk 
promienników.   Dopóki   znajdował   się   w   ich   zasięgu,   był   bezpieczny.   Dopiero   kiedy   Herkules 
wyniósł go z kręgu zasilania, zamienił się w bezbronną i bezradną kukłę.
Zeus z frasunkiem podrapał się w czubek głowy. Po raz nie wiadomo który Atena zdumiała go. 
Rychło   atoli   przestał   się   dziwić,   na   ekranach   bowiem   pojawił   się   Bachus   z   czeredą   satyrów 
siedzących okrakiem na osłach. Aż śmiech brał na widok ciężkich bojowych maszyn umykających 
przed ryczącymi ze strachu kłapouchami.

Rok - 17700, z Hegem na Ziemię

background image

Opierał głowę na łonie najpiękniejszej z charyt. Od rana opadła go chandra i czuł się jak przed 
dwoma tysiącami lat, kiedy spoczywał na kładce przegradzającej geno-pole ambrozji odradzającej 
się stale i stale wycinanej dla potrzeb metropolii. Wylegiwał się tam całymi dniami odrętwiały i 
gapił się wprost w słońce, jakby pragnął, żeby wypaliło mu oczy, rozpamiętywał. Od genopola 
zala-
brzeżnych, może i rakowaciała, ale nie badał jej na kan-cerogenność, w końcu nikt się tym zatruć 
nie   mógł,   bo   przed   dystrybucją   dostawcy   sprawdzali   produkt   tysiąc   razy,   a   zresztą   ambrozję 
wycinano z głębi genopola, gdzie odradzała się najokazalej, gdyż z góry wiadomo było, że przy 
brzegach jest najmarniejsza. Wiatrochrony wstrzymywały ruch powietrza i skwar mocno dawał się 
we znaki, ale Bachus leżał twardo w jednym miejscu nieporu-szony, chociaż gotowało się w nim, 
nie tyle z gorąca, co z irytacji. Gdyby wtedy, zaczepiony w mieście, uwiesił się jakiegoś patrona, 
prymasa, prefekta czy pretora, wkrótce by chapnął synekurę jak wielu jego kumpli. Każdy z nich 
obnosił się z tytułem, miał posadę, o jakiej marzyć, i świecił ludziom w oczy emblematem na 
rękawie.   Taki   Telomotl,   weźmy,   napisał   pracę   naukową,   w   której   udowodnił,   że   dokładne 
usuwanie   odpadków   z   hal   montażowych   jest   na   razie   niemożliwością   techniczną   z   uwagi   na 
niedoskonałość urządzeń czyszczących, przekonał o tym kompetentne czynniki i pozwolono mu się 
uganiać wzdłuż taśm produkcyjnych z miotłą za śmieciami. Albo Encalu, kierujący grupą robotów: 
gdy zlecano mu wykonanie elewacji z dala od ludzkich oczu, wyłączał swoje roboty, zakasywał 
rękawy i chwytał za działo z emulsją. Samonon miał jeszcze fajniejszą pracę: obsługiwał tłocznię 
hydrauliczną, której roboty bały się jak ognia, a raczej jak wody, i bez wyłączania pozwalały się 
wyręczać. Przykłady można by mnożyć, ale po co się poić goryczą?
Bachus i tak był w lepszej sytuacji od poniektórych dyplomantów, miał przynajmniej to swoje 
genopole i choć tam gnuśniał, zawsze się mógł pochwalić, że pracuje. I nikt nie musiał wiedzieć, że 
ta praca go mierzi, bo jest wściekle nudna, że wykonuje ją już od tysiąca lat i że nie ma perspektyw 
na jej zmianę.
Najbardziej bolał go ten brak perspektyw. Bachus w tamtych czasach nie dopuszczał do siebie 
myśli, że przez dalsze pięć tysięcy lat, jeśli wcześniej nie odeślą go na emeryturę, będzie tkwił na 
tej kładce, mierzył krokami
przemysłem odtwarza wycinane sukcesywnie pałacie.
Charyta  przebierała  różowymi  palcami  w  jego włosach, z dala dobiegały dźwięki piszczałek  i 
śmiech satyrów. Na Bachusa spływało ukojenie. Tylko gdzieś w głębi narastał w nim bunt, ślepy, 
bo   przeciw   losowi.   A   może   przeciw   rodzicom,   którzy   spłodzili   go   w   erze   Ekstensywnego 
Ulepszającego Ontogenetycznego Ewolucjonizmu. Ani Zeus, ani matka Bachusa nie spodziewali 
się chyba, że ich dziecku nie przypadnie do gustu stan zastany, szczególnie EUOE, którego był 
owocem.   Świat,   na   jaki   przychodzimy,   świat   naszego   dzieciństwa   i   młodości   widzi   nam   się 
światem najbardziej  naturalnym  pod słońcem, nie czujemy się w nim obco, jest swojski. Inne 
światy niekiedy pociągają nas swą egzotyką, złudnie wszakże; gdyby nam przyszło w nich żyć, do 
śmierci prześladowałoby nas wrażenie, że jesteśmy intruzami. Wystarczy się nad tym zastanowić.
Z Bachusem wszelako było inaczej. Im głębiej się zastanawiał, im dłużej rozważał – a miał czas na 
rozważania, o, czasu to miał naprawdę nadmiar – tym większego nabierał przekonania, że urodził 
się w nieodpowiedniej erze i w nieodpowiednim miejscu. Nie marzył o jakimś konkretnym świecie, 
tylko bokiem wychodził mu jego świat, ten który zapoczątkował i urzeczywistnił erę EUOE. Żadne 
działanie – jak istnieje Hegem – nie było przemyślane do końca, podobnie stało się z EUOE; skutki 
tego ewolucjonizmu, sztucznego pod każdym względem, mogli trafnie i właściwie – bo na własnej 
skórze – oceniać jedynie ci, których on dotknął. Owszem, większość była zadowolona, chociaż kto 
wie, czy większość – w końcu w oficjalnych komunikatach jest więcej łgarstw niż w pogłoskach, a 
z kursujących pogłosek wynikało, że jest akurat odwrotnie. Bo kogóż mogła radować świadomość, 
iż zamiast tysiąca lat, będzie się męczył dziesięć tysięcy? Inicjatorów i twórców zapewne bawiła 

background image

idea cywilizacji długowiecznej, ale sami wykpili się od noszenia ciężaru, który zarzucili na barki 
innym; perfidnie oświadczyli, iż wzdychają do owej długowieczności, ale nie doświadczą jej
wa wyłącznie in vitro w komórkach rozrodczych – niechaj tedy z dobrodziejstwa tego korzystają 
następne   pokolenia.   I   tu   druga   zadziwiająca   rzadkość,   wprost   unikat:   ówcześni   zgodnie 
przyklasnęli, jakby wniebowzięci, że ich potomkowie dostąpią tylu łask. Zwykle przecież bywało 
na odwrót, dążenia do udoskonalenia progenitury trafiały na zdecydowany, ślepy opór. Tak było z 
przyśpieszaniem rozwoju umysłowego, eliminowaniem animalizmu, zwiększaniem odporności na 
choroby, z tym wszystkim, za co pokolenie Bachusa żywiło dla swych przodków wdzięczność. Aż 
naraz ta podejrzana jednomyślność, jak gdyby przeczuwano, że za rzekomo wzniosłą ideą kryje się 
perwersja. Dziesięć tysięcy lat życia to nie to samo co dziesięć razy po tysiąc lat. Gdyby co tysiąc 
lat   zaczynać   od   nowa,   nawet   pamiętając   wszystko   z   poprzednich   wcieleń,   życie   stałoby   się 
znośniejsze,   może   by   w   ogóle   przestał   istnieć   problem   długowieczności.   Ale   sto   wieków 
egzystencji,   kiedy   człowiek   ma   wszelkie   atuty:   zdolności,   zapał,   aspiracje   i   zawód,   kiedy 
rozbudzono w nim ambicje, a odebrano mu nadzieję na to, że zdarzy się coś, co zmieni jego 
dotychczasowy monotonny tryb życia – jakiego życia! toż to wegetacja! – kiedy wie, że ani z nudy, 
ani z powodu choroby nie trafi go szlag, bo tak jak intelekt, ma te predyspozycje i odporność 
wpisane   do   pamiętnika   chromosomowego,   wtedy   wpada   się   w   rozpacz   albo...   w   alkoholizm. 
Bachus wybrał to drugie. Lenił się jeździć do miasta, lenił i nienawidził, wszak tam mieszkali jego 
wygrani koledzy, chełpliwi i nadęci, przeto zrezygnował .z bodeg metropolii i własnym sumptem 
na terenie genopola jął produkować alkohol. Fermentująca ambrozja jak nic nadawała się na zacier, 
napój   z   niego   był   tęgi   i   miał   smak   wyborny.   Bachus   zalewał   się   regularnie   i   dokumentnie; 
kilkakrotnie w stanie upojenia pokazał się w mieście. Ktoś ze znajomych poinformował o tym 
Zeusa,   nieświadom,   jaką   przysługę   Bachusowi   wyświadcza.   Zeus   zajęty   był   wówczas   dwoma 
pilnymi sprawami: rozgramianiem domi-niańskich robotów na Gai oraz – pewny już zwycięst-
międzyplanetarnej; znalazł atoli trochę czasu i ściągnął Bachusa na „Reję". Tutaj Bachus odżył. 
Związał   się   z   czeredą   satyrów   –   pomiotem   genetyków   z   „Rei",   którzy   licho   wie   po   co 
przeprowadzali nie kończące się eksperymenty genetyczne na homach i innych zwierzakach gaiń-
skich   –   zaraził   ich   swym   beztroskim   usposobieniem,   rozbuchaną   chęcią   życia,   młodzieńczym 
entuzjazem. Satyrowie świata za nim nie widzieli, łasi bowiem byli na wszelakie wszeteczeństwa, 
zabawy i swawole. Bachus zaś prym wśród nich wiódł i skory był do szaleństw i uciech jak żaden z 
bogów...
Bachusowi drgnęły kąciki ust. Bóg – powtórzył w myślach. – Jestem bogiem. Wasze tytuły moi 
hegemscy   przyjaciele   to   jak   próchno   przy   moim;   wymawiając   je   ma   się   niesmak   i   suchą 
chropowatość na języku. Tylko tu, na Gai, można się poczuć naprawdę kimś, rozkazywać, zyskać 
miano   nieśmiertelnego;   można   bez   umiaru   tarzać   się   w   ramionach   pięknych   i   jakże   ludzkich 
homek,   pić,   śpiewać   i   tańczyć,   podróżować,   zaglądać   do   domostw   tych   na   poły   rozumnych 
stworzeń i odbierać należną cześć.
Na Gai można też było walczyć, ryzykując własną skórą, tak jak Bachus walczył z gigantami, i 
upajać   się   swoją   odwagą,   rozkoszować   oszałamiającym   tętnem   walącym   z   podniecenia   w 
skroniach.
Bachus otworzył powieki i blask Soi, słońca jaskrawsze-go niż na Hegem, oślepił go na moment. 
Czuł   falujące   łono   Talei   i   muśnięcia   jej   palców.   Poszukał   wzrokiem   jej   twarzy   na   tle   nieba. 
Uśmiechała się. Odpowiedział uśmiechem.
Taleja zjawiła się wraz z grupą młodych kobiet i mężczyzn, mających tak jak Bachus aż nadto 
hegemskiej stabilizacji; przybyła na pokładzie „Olimpu" – stacji międzyplanetarnej krążącej teraz 
wokół   Gai.   „Olimp"   był   gigantyczny,   zbudowany   jakby   przez   pomyłkę   projektanta,   który 
nieopatrznie postawił w liczbach określających gabaryty o jedno zero za dużo. Lecz Zeus wiedział, 
co czyni. W ślad za „Olimpem" przybyli następni dezerterzy ucie-
leństw,   niechby   krwawych   lub   zakończonych   śmiercią,   aby   tylko   dać   ujście   swym   –   chociaż 
atawistycznym, przecież drogim i prawdziwie ludzkim – instynktom czy popędom i aby pokazać 

background image

sympatykom AUL-u, gdzie mają ich ulepszenia i jacy chcą być w istocie. Bachus doskonale ich 
rozumiał, jego niechęć do wszelkich ingerencji genetycznych była równie wielka; jeszcze tu, na 
Gai, prześladował go koszmar Ulepszającego Ewolucjonizmu, bywało, że pośrodku nocy zrywał 
się zlany potem, z okrzykiem: EUOE! na ustach, budząc swych wiernych kompanów, którzy z pro-
stoduszną niefrasobliwością podejmowali ten okrzyk. Z czasem „euoe" przyjęło się jako święte 
powitalne zawołanie, a Bachus nie zabraniał go używać, bo w interpretacji tego leśnego ludku 
brzmiało   niczym   szyderstwo   z   twórców   Ekstensywnego   Ulepszającego   Ontogenetycznego 
Ewoiucjo-nizmu.
Przybywali coraz to nowi uciekinierzy i zajmowali pokład za pokładem tonącego w przepychu 
„Olimpu".  Bachus  gardził   komfortem   i  zbytkownościami,   przekładał  towarzystwo  swej  dzikiej 
kompanii, ponadto atmosfera na stacji stawała się z roku na rok cięższa, przesycały ją intrygi i 
rosnąca   wzajemna   niechęć;   Zeus   wszędzie   wietrzył   spisek,   łaził   ponury   i   podejrzliwy;   załoga 
traciła poczucie rzeczywistości, przewracało się ludziom w głowach, zazdrościli sobie wyrazów 
hołdu i uwielbienia składanych przez mieszkańców Gai, kłócili się między sobą, kto ma szersze 
wpływy,   kto   cieszy   się   większym   kultem.   Nie,   Bachus   stanowczo   wolał   dzielić   dolę   z 
prymitywnymi hybrydami.
Zbliżały się dźwięki fletni, bębnów i cymbałów. Na czele orszaku w girlandach kwiatów jechał na 
ośle Sylen, stary satyr, mistrz Bachusa i jego ulubieniec. Pijany jak zwykle,
– Sylen – szepnęła Taleja, a jej palce przestały pieścić
włosy Bachusa.
Bachus uniósł głowę. Sylen zatrzymał osła i czknął głośno. Muzyka ucichła.
wyspie INHKSOS. zmusiliśmy lezeusza, aoy ją opuścił. Weź swój ognisty rydwan i ruszaj po 
Ariadnę, Bachusie. Bachus dźwignął się żwawo.

Rok -15620, Fitominia

Egzotyczny Cudzoziemcze,
ja,   fitomin   z   Primy,   zwany   Biokiem,   odpowiadam   na   Twe   wezwanie,   które   dotarło   do   mnie 
poprzez   orbitalne   stacje  przekaźnikowe.   Pasjonuje  Cię  geneza   naszego  gatunku   i jego rozwój, 
pragniesz   wiedzieć,   jak   żyjemy   i   jak   wygląda   nasz   dzień   powszedni.   Jesteś   chyba   mlodym   i 
nieufnym człowiekiem – ufff, cóż za nazwa! (daruj, ale to nawet brzmi okropnie) – tak, jesteś 
chyba   nieufny,   boć   na   Twej   planecie   ukazała   się   niezliczoność   publikacji   dotyczących   nas   i 
wszystkiego,   co   z   nami   związane.   Dość   odwiedzić   najuboższe   archiwum,   ażeby   zaspokoić 
ciekawość.
Nieporęcznie jest zwierzać się obcemu, aliści odpowiem pokrótce na Twe pytania. Zwłaszcza, że 
zastanawiasz się, czy nie zostać fitominem.
Na powstanie naszego gatunku złożyły się względy historyczne, naukowe i obyczajowe. Metodę 
fitofikacji   opracował   zespół   Teoxonta   przy   pomocy   dominiańskich   geni-ków.   Założenia   były 
następujące:
1. Zminiaturyzować człowieka.
2. Włączyć kod genetyczny chloroplastów do chromosomów jąder komórek skóry człowieka.
3. Przystosować organizm człowieka do takich procesów biochemicznych, ażeby mogła w nim 
zachodzić fotosynteza.
Innymi   słowy   postanowiono   przysposobić   ciało   ludzkie   do   fotolizy   cząsteczek   wody,   procesu 
wymagającego energii świetlnej, a przebiegającego przy współudziale chloro-
i   tlen.   Tlen   zostaje   wydalony,   wodór   zaś   wiąże   się   z   asy-milowanym   dwutlenkiem   węgla, 
powodując powstanie aldehydu fosfoglicerynowego, który łatwo przekształca się w aminokwasy, 
tłuszcze i glikozę, zatem w substancje odżywcze.

background image

Mówiąc po prostu – wynaleziono sposób na zamianę organizmu ludzkiego (brr, kiedy wspomnę, 
że. do niedawna byłem takim tworem!) we wspaniałą, człekokształtną, myślącą roślinę.
Przebiegu fitofikacji opisać nie potrafię. Przed operacją genicy, których indagowałem o szczegóły, 
wyrażali się o niej z lekceważeniem i powściągliwie, a gdy odzyskałem przytomność, leżąc jeszcze 
w zasięgu jitotropów, otaczający mnie  ludzie i ich działanie  zdało mi  się obojętne. Marzyłem 
wonczas, ażeby wyjść na dwór i wznieść ramiona do słońca.
Z oczywistych powodów wybrano na nasze siedlisko Primę. Planeta ta (nosimy się z projektem 
przemianowania jej na Fitominię) krąży wokół macierzystej gwiazdy w bezpośredniej bliskości, 
nurza, się wprost w słonecznej koronie. Jest przy tym – co dotąd dziwi astrofizyków – zasobna w 
wodę. Polecieliśmy tam samocztuart, wszyscy po fitofikacji, promem pilotowanym przez automaty. 
Przyjęto nas serdecznie. Dokoła ładownika zgromadziły się zielone, falujące tłumy. Nie zdołam Ci 
opisać owego przypływu przyjaznych uczuć, jaki mnie ogarnął kiedy znalazłem się wśród swoich. 
To   tak,   jakby   podrażniono   w   Tuym   mózgu   ośrodek   przyjemności.   Szczęście   innych   staje   się 
wyłącznym celem Twego istnienia, boć z owego szczęścia budujesz szczęście własne. W jednej 
chwili przeobraziłem się w cząstkę olbrzymiej społeczności czującej zawsze to samo, wtopiłem się 
we wspólny świat doznań i wrażeń.
Nie,   Egzotyczny   Cudzoziemcze,   wzajemne   przesyłanie   wiadomości   o   aktuałnym   stanie 
psychicznym którejkołwiek jednostki albo grupy w niczym nie przypomina telepatii. Odmienne jest 
źródlo emisji, odmienny jest nośnik infor-
wplywu na postępowanie poszczególnych istot, ale jeśli kogoś z nas spotka przykrość – cierpimy 
wszyscy, jeśli ktoś doświadczy radości – wszyscy się radujemy. Czujemy również to, co czują 
zwykłe, bezrozumne rośliny.
Ta zdolność atoli ma i ujemne strony.
Któryś   z   inicjatorów   Projektu   Fitofikacji,   oczywisty   bałwan   (na   lepszą   opinię   nie   zasługuje), 
ubzdurał sobie, że znakomicie będziemy prosperować w otoczeniu roślin, gdyż tak jak ludzi cieszy 
i   we   własnym   mniemaniu   nobilituje   rola   panów   zwierząt,   fitominom   poprawi   samopoczucie 
świadomość, że żyją  pośród organizmów  niższych.  Zasiano przeto kilka odmian pnączy,  które 
rozpleniły się niesłychanie i odtąd stały się prawdziwym utrapieniem.
Wyimaginuj sobie, Cudzoziemcze, że wokół Ciebie, na obszarze, jakiego okiem nie ogarniesz, 
rozciągają   się   Twe   –   choć   nie   połączone   z   Tobą   –   receptory.   Zależnie,   od   ich   pobudzenia 
odczuwasz niepokój lub ulgę, doznajesz wrażeń miłych albo przygnębiających. Porastające Primę 
rośliny   nieświadomie   raczą   nas   swymi   subiektywnymi   reakcjami   na   bodźce   zewnętrzne,   toteż 
niezwykle ostrożnie trzeba poruszać się w terenie, ażeby nie przydepnąć gałązki czy liścia, i tym 
samym  nie zadać  sobie, i rodakom cierpień.  Mimo to często się zdarza,  że ktoś celowo bądź 
nieopatrznie zniszczy trochę owego zielska – natychmiast fala boleści dociera do najodleglejszych 
zakątków   planety.   Także   mnie   przytrafiło   się   niedawno,   że   zdenerwowany   nachalnym   pędem, 
który wybrał moje ciało na podpórkę (dłuższy czas tkwiłem w jednym miejscu i w niezmienionej 
pozie),   ścisnąłem   go   w   garści   i   wyr-walem   z   korzeniami.   Stojący   nie   opodal   przyjaciel, 
przezwyciężając ból, uśmiechnął się do mnie z życzliwością i zrozumieniem,.
Gdyby   herbicydy   nie   szkodziły   również   nam,   już   dawno   rozprawilibyśmy   się   z   ową   zieloną 
ograniczoną   hołotą.   Ostatnia   nadzieja   w   botanikach   obradujących   właśnie   na   Kongresie 
Bojowników z Chwastami. Sprawa jest nagląca, gdyż i wśród jitominów żyją sadomasochiści z 
lubością
siad   –   nie   ma   dnia,   ażeby   nie   podeptał,   nie   rozgniótł,   nie   stłamsił,   nie   wymiątosił   albo   nie 
zmiażdżył jakiegoś pnącza.
Szczęściem rośliny reagują na bodźce raczej słabo, toteż ich wrażenia zmysłowe są nikłe. Zresztą 
zagłuszamy je upojną kontemplacją własnych tkliwych i rozkosznych przeżyć.
Ale pomówmy o rzeczach przyjemnych, a do takich należy niechybnie wypadek zakwitnięcia. Cóż 
za radość wybucha, gdy któryś z fitominów pokryje się kwieciem! Jakież wonczas odbywają się 
dysputy!  Naturalnie   zawsze  się  znajdzie   ktoś   zawistny,  ktoś,  kto   dowodzić  będzie,  że   widział 

background image

kwiaty o wiele  piękniejsze, bardziej  aromatyczne  i trwałe.  Pochlebcy natomiast  łicytują  się w 
uprzejmościach i komplementach. Że pączki takie jędrne, barwne i świeże. Inni znowuż obgadują 
na stronie. Aliści napływające zewsząd uczucia – a owych nie potrafimy symulować – są jednakie. 
Panuje powszechna szczęśliwość i nawet zjadliwe plotki rozpuszczane są w atmosferze przyjaźni i 
uznania dla kwitnącego kolegi.
Egzotyczny   Cudzoziemcze,   prosiłeś   mnie,   ażebym   na   Twe   wezwanie   odpowiedział   w   sposób 
dyskretny, najlepiej listownie. Tak też czynię, używając miast papieru – którego ze zrozumiałych 
względów na Primie nie uświadczysz – łupków wapiennych. Litery wydrapuję na nich końcem 
uschniętego palca (nie obawiaj się – odrośnie) t co rusz muszę go ostrzyć. Temperując przed chwilą 
czubek, zaciąłem  się w dłoń. Wycieklo 2 niej parę kropel soku – zwykła eksudacja – stąd ta 
zielona, rozlana powyżej plama, za którą Cię przepraszam.
Zastanawiam się, o czym jeszcze mógłbym Ci napisać, co jeszcze może interesować człowieka. 
Zapewne rad byś dowiedzieć się, czy żałuję dokonanego wyboru. Otóż nie. Z ręka na zdrewnialej 
piersi przysięgam, że jest wręcz odwrotnie. Chociaż...
Spróbuję być szczery. Jeżeli naprawdę czegokolwiek mi żal, to tego...
się, niestety, przez pączkowanie.
Pozdrawiam Cię – – Biok

Rok – 14400, Hegem

Rada Nadzorcza
Narząd Gospodarki Terenami Globów
poza Układem Naszyta
Terytoria Wydzielone
w/m
W imieniu Instytutu Socjologii, w którym wraz z zespołem przeprowadzamy badania struktur i 
praw   rozwoju   społeczeństwa,   prosimy   o   wydzierżawienie   nam   na   czas   nieograniczony   parceli 
gruntowej oznaczonej według katastru symbolem G-A1'L od 01 do 10, a zwanej potocznie Atlantą 
yel Atlantydą.
Parcela   ta,   położona   z   dala   od   centrum   kultury   krzewionej   przez   dominiańską   nację,   między 
terenami  zamieszkałymi  przez autochtonów  nie skażonych  oddziaływaniem obcych  cywilizacji, 
zapewni nam możliwość prześledzenia autentycznych przeobrażeń społecznych gatunku tiomo pod 
wpływem bodźców zewnętrznych.
Wymagana akceptacja priiaariusa resortu - na odwrocie.
/opr. Tad. Saw./
Ome-Teuctli
JAHWE Więc o co ja jestem oskarżony? TRYBUNAŁ Przede wszystkim o samowolne i sprzeczne 
z prawem stworzenie dwóch osobników płci przeciwnej, o imionach Ewa i Adam.
JAHWE Zrobiłem to co większość. Na palcach da się policzyć tych, którzy od czasów Zeusa nie 
przyczynili się do powiększenia populacji na Gai.
TRYBUNAŁ Sofistyka.  Rozmyślnie  mylisz  in vitro z in vivo. Wszyscy dotąd posługiwali  się 
sposobem  naturalnym   wykorzystując   wrodzone  umiejętności.  Ty zaś   przeprowadziłeś  coitus   w 
laboratorium, z probówkami.
JAHWE   Wypraszam   sobie!   Adama   stworzyłem   ze   sztucznie   zsyntetyzowanej   komórki 
homopodobnej.   Szło   mi   o   to,   żeby   wyhodować   gatunek   homo   bez   tych   jego   dziedzicznych 
zwierzęcych obciążeń. Ludzie krzyżują się z homami, ale przez to homy wcale nie stają się lepsze, 
dalej   kierują   się   krwiożerczym   instynktem,   który   dziedziczą   nie   tylko   po   swych   gatunkowo 
identycznych   rodzicach,   ale   także   po   nas,   bo   nasze   niektóre   zachowania   również   są   typu 

background image

odruchowego. I są to na dodatek zachowania nie przynoszące nam chluby. Nawet nasza obecność 
wpływa   ujemnie   na   rozwój   homów.   Taki   casus:   przed   laty   któryś   z   Atlantów   został   ciężko 
poturbowany   przez   jakiegoś   drapieżnika   i   stracił   dużo   krwi.   Wymagana   była   natychmiastowa 
transfuzja.   Wypadek   zdarzył   się   daleko   od   punktu   medycznego,   płynów   organicznych   w 
podręcznych apteczkach nikt wtedy ze sobą nie nosił, więc koledzy rannego schwytali homa i użyli 
go jako dawcę krwi. W efekcie od tej pory homy regularnie  przeznaczają na rzeź jednego ze 
swoich,   bo   podpatrzyli,   jak   nasi   wypuszczają   juchę   z   homa   i   uznali,   że   bogowie   za   tym 
przepadają...
TRYBUNAŁ Dobrze, dobrze! To nie ma nic wspólnego ze sprawą. Samicę stworzyłeś metodą 
Hebanona, która jest zakazana.
ma.'   iNie^aoy   Któryś   z   was   sprooowai   sKiecic   taką   komórkę!   Po   licho   dublować   robotę? 
Pierwowzór   był   gotów   –   czysty   genetycznie,   a   jakże   –   pobrałem   więc   wycinek   z   jego   ciała, 
wprowadziłem do komórki żeńskie chromosomy – też się przy nich namordowałem – i gotowe. 
Resztę zrobiła sztuczna macica.
TRYBUNAŁ Wiemy o tym. Wiemy także to, że dałeś homowi do ręki broń laserową.
JAHWE To prawda... Ale nie pozwalacie ściągać na Gaje robotów, a ktoś musiał pilnować mojego 
ogrodu. Homy przekradały się przez ogrodzenie i wyżerały mi jabłka. Cherubin je trochę płoszył, 
poza tym tłukł to pełzające jadowite ścierwo, co bez przerwy nachodziło mój ogród. Widać gdzieś 
w pobliżu było siedlisko węży.
TRYBUNAŁ   Twój   pomocnik   powinien   raczej   strzec   krzewu   ambrozjowego.   Zwłaszcza   przed 
wyprodukowanymi   przez   ciebie   stworzeniami.   Spożywanie   ambrozji   przez   zwierzęta   jest 
zabronione, wiesz o tym.
JAHWE Wiem i chętnie za to niedopatrzenie poniosę konsekwencje. Tyle razy powtarzałem temu 
matołkowi... CHERUBIN Panie...
JAHWE Nie nazywaj mnie panem! Pany z kozami ko-pulują!
TRYBUNAŁ Spokój! Kto wpuścił tego homa na salę rozpraw? Wyprowadzić!
JAHWE Przyznaję się tylko do ostatniego zarzucanego mi czynu. Do poprzednich naturalnie też, 
ale   nie   sądzę,   żeby   to   były   czyny   riestosowne.   Pierwej   byście   musieli   skazać   wszystkich 
genetyków,   którzy   w   imię   nauki   zapaskudzili   Gaje   trytonami,   sylenami,   panami,   gorgonami, 
hydrami, chimerami, centaurami i czambuł satyrów wie, jakim jeszcze plugastwem. Mną kierowała 
idea naprawdę szlachetna.
TRYBUNAŁ Zaiste, idea szlachetna, tyle że jej skutki łajdackie. Już w pieiwszym pokoleniu tej 
twojej   pozbawionej   zwierzęcych   popędów   rasy   zdarzył   się   wypadek   bratobójstwa.   Ty,   jasne, 
umywasz ręce?
Widziałem jak Ewa parzyła się z jakiśm obcym nomem. To niezawodnie po nim Kain odziedziczył 
mordercze instynkty.
TRYBUNAŁ Ten fakt pogarsza twoją sytuację. Odtąd orzeczeniem trybunału będziesz sprawował 
opiekę   nad   zapoczątkowaną   przez   siebie   rasą.   Użyliśmy   określenia   „rasa",   ale   nie   widzimy 
najmniejszych różnic między twoimi hornunkulusami a homami spłodzonymi  naturalnie, chyba 
tylko taką, że zarówno Ewa jak i Adam oraz ich potomkowie, na skutek spożycia ambrozji, będą 
żyli dłużej niż przeciętna. Długowieczność ta wszakże ustąpi po kilkunastu pokoleniach. Opiekę, o 
której mowa, będziesz sprawował do śmierci. Wyrok jest prawomocny.
JAHWE Litości!!
TRYBUNAŁ Koniec rozprawy!

Rok -8590, Dominia

background image

Ci, których obecność była proceduralnie wymagana, już przyszli. Skinęli niemo głowami i zasiedli 
po obu stronach Menoactla. Wbili posępny wzrok w szklaną ścianę. Nie chcieli patrzeć sobie w 
oczy. Gdyby nie przepisy Kodeksu Postępowania, nikt by ich nie zmusił do uczestniczenia w tym 
ponurym preludium do nieodległego makabrycznego spektaklu, którego na szczęście nie zobaczą. 
Decyzja zapadła wcześniej, na tajnym głosowaniu, a zawczasu przygotowana depesza, o ustalonej 
od dawna treści, leżała przed łącznikiem w wężle łączności.
Menoactla  bawił ich  drętwy pesymizm.  Sam  także  czuł się  paskudnie, ale  kiedy ogarniały go 
wątpliwości,   kiedy   odzywało   się   w   nim   sumienie,   kiedy   pytał   siebie,   czy   nie   zrezygnować   – 
wspominał   projekcję   archiwalnych   obrazów   z   Ery   Bogów   i   wracała   mu   pewność,   pewność   i 
mściwa satysfakcja. Zeus nie żył, nie żyła Pyrra i Deuka-
/^jr
a.va.iai j^»iawu, u.
a ł. y
wyższe – wręcz obowiązek zapłacić koterii Zeusa za krzywdy wyrządzone jego przodkom. Nigdy 
dotąd   w   karierze   Menoactla   interesy   prywatne   nie   zbiegły   się   tak   dokładnie   z   interesami 
publicznymi.
– Telewęzeł – zadysponował.
Na szklanej ścianie pojawił się obraz: wnętrze pomieszczenia dużego jak to, w którym siedzieli, 
pośrodku konsola najeżona łebkami przełączników sensorowych i kontrolek, w przedzie szklana 
ściana, ciemna teraz. Nad konsolą pochylał się łącznik. Widzieli jego plecy.
– Zaczynaj – rzekł Menoactl.
Łącznik  wyprostował  się. Dotknął bocznego  przełącznika.  Na szklanej ścianie  węzła łączności 
zobaczyli siebie, nadęto przygnębionych i żałosnych. Łącznik sprawdzał, czy są w komplecie. To 
był jego obowiązek.
– Korekta: front – mruknął Menoactl zażenowany swoim widokiem.
Szklana ściana węzła łączności znikła, znaleźli się na jej miejscu, vis-a-vis łącznika. Jego twarz 
była zimna, bez cienia wyrzutu. To ślepe narzędzie w moich rękach – pomyślał Menoactl. – Ale to 
również człowiek. Czyżby doprawdy nic nie czuł? Dlaczego ci młodzi są tacy nieczuli? Może 
brakuje im wyobraźni?
To   samo   pytanie   Menoactl   zadał   sobie   w   trakcie   rozmowy   z   Faetonem,   swoim   podwładnym. 
Faeton, stawiający pierwsze kroki w karierze urzędnika, zjawił się u niego pewnego ranka, nie 
zaanonsowany,   i   z   marszu   zakomunikował,   że   przychodzi   z   gotowym   projektem   zniszczenia 
Atlantydy. Powiedział to niczym robot meldujący wykonanie rozkazu. Menoactla, gdy patrzył na 
tego chudego młodzieńca o pryszczatej gębie i szczeciniastej czuprynie, zdejmował wstręt. Faeton 
żywo przypominał mu maszkarona z korowodów, jakie organizowano co 100 lat dla uczczenia 
zwycięstwa nad Hegem. Ale tamte kukły były mechaniczne, a ten pocił się obrzydliwie i zionął 
Meno-actlowi w nos oddechem pachnącym jak ropiejący ząb.
s – Sukcesorzy
mo – interesowało go, skąd Faeton wie o wspomnianym  projekcie, a zwłaszcza o założeniach 
objętych   wszak   tajemnicą;   secundo   –   uwierzył,   że   ten   kaprawy   urzędnik   opracował   projekt. 
Wskazał Faetonowi miejsce, sam zaś stanął przy lamperii, spod której płynęła orzeźwiająca woń 
powietrza doprowadzanego przez urządzenia klimatyzacyjne.
– Pracuję w komórce tranzytu tajnego, rejestruję informacje przesyłane głównym kanałem, dlatego 
znam założenia projektowe – rzekł Faeton, jak gdyby odpowiadając na pytanie.
Menoactl zerknął na jego do krwi obgryzione paznokcie i wzdrygnął się. Poprosił o szczegóły. 
Starał   się   odwrócić   swoją   uwagę   od   aparycji   Faetoria.   Ledwo   go   znosił,   chociaż   dzieliła   ich 
nieomal cała szerokość pomieszczenia. Tu było stanowczo za mało miejsca dla nich obu.
– Zrelacjonuję po kolei. Założenia są takie: zmieść z powierzchni Gai Atlantydę i Lemurię, bez 
użycia broni, przy minimalnym nakładzie środków, wykorzystując siły przyrody. – Faeton zwilżył 
śliną spieczone wargi i łypnął na Menoactla. – Moja propozycja jest następująca: Układ Solarny 

background image

obiega kometa zwana Feniksem. Co pięćset lat zbliża się ona do Soi, widać ją wówczas na Gai 
nawet  za dnia.  Jej  jądro składa  się głównie  z brył  i kryształów  zamarzniętych  gazów. Gdyby 
przyłożyć do niej wektor siły o zgodnym kierunku, lecz ujemnym zwrocie, wtedy...
–   Wtedy...   –   powtórzył   Menoactl   z   roztargnieniem.   Wciąż,   mimo   że   umknął   wzrokiem   w 
przeciwległy kąt, widział ciemne, beznamiętne, głęboko osadzone, na pół przymknięte czerwonymi 
powiekami oczy Faetona.
– ...wtedy kometa straci prędkość i wejdzie na krótszą, ciaśniejszą orbitę. Za sto lat znajdzie się tak 
blisko Gai, że część jej jądra spadnie na tę planetę.
Menoactl oderwał plecy od lamperii.
– I? – podsunął, gdyż Faeton przerwał.
– Gaja jest elipsoidą obrotową o niezbyt stałej równo-wadze, jej kształt bowiem nie bardzo odbiega 
od kuli:
przez   sporej   grubości   lodowe   czapy   biegunów.   Przy   skośnym   zderzeniu   meteoru   z   Gają   jego 
moment pędu zsumuje się z momentem bezwładności planety. W rezultacie, jakkolwiek kierunek 
osi obrotu Gai pozostanie ten sam, zmieni się położenie kontynentów względem tejże osi obrotu. 
Menoactl zmarszczył brwi. Słuchał ze wzrastającą uwagą.
– Jakie to pociągnie za sobą skutki?
– Skutki – Faeton po raz pierwszy się uśmiechnął, a był to uśmiech straszny. – Ci z terenu wokół 
punktu zero nie odczują żadnych skutków, bo zginą, nim cokolwiek dotrze do ich świadomości. 
Pozostali, zamieszkujący obszary odległe, zrazu pomyślą, że ich słońce zwariowało, potem ziemia 
zadrży pod nimi, usłyszą jeden ogłuszający ryk, runie na nich wichura, ogień, a w chwilę później 
woda, olbrzymie masy wody...
– Może bez epiki...
Oczy Faetona znieruchomiały w krótkim namyśle.
– Cóż, trudno inaczej referować przypuszczenia – powiedział oschle. Podjął: – Wzdłuż równika 
ciągnie   się   pas   kontynentu   przecięty   wodą   w   czterech   miejscach,   które   wyodrębniają   z   tego 
nieprzerwanego pasa kontynentalnego dwie gigantyczne wyspy: Atlantydę i Lemurię – położone 
po   przeciwnych   stronach   globu.   Blok   zamarzniętych   gazów,   kiedy   z   prędkością   kosmiczną 
wpadnie w atmosferę, zamieni się w strumień ognia. Siła uderzenia wpra-suje Atlantydę w dno 
oceanu.   Wstrząs   sejsmiczny   przeniknie   przez   bryłę   planety   i   rozniesie   Lemurię.   Jednocześnie, 
przesunięcie osi wirowania Gai o około – tak liczę – jedną dwunastą pełnego kręgu spowoduje 
przemieszczanie się mas planety, wprzódy wodnych. Czoło obu fal zmierzających do wypełnienia 
luki   w   kształtującej   się   nowej   elipsoidzie,   będzie   miało   wysokość   równą   różnicy   między 
promieniem formującego się dopiero a starego równika, czyli circa jedną dziesiątą tego ostatniego; 
woda pokryje niemal całą planetę. Nieco później nastąpią pionowe i poziome ruchy tektoniczne. 
Atmosfera wypełni się gazami wulkanicznymi i pyłem, który przesłoni Soi i skon-
cze. Dodajmy do tego gwałtowne topnienie czap lodowych...
– A jeszcze później? – zapytał cicho Menoactl. Zaschło mu w gardle.
– Feniks pozostanie na orbicie z czasem obiegu Soi nieco powyżej 76 lat...
– Ale co z Gają?
– Zacznie pęcznieć wzdłuż nowego równika. Unosząca się skorupa wyprze wody. Z Atlantydy nie 
pozostanie nic, Lemuria, zważywszy jej górzysty teren, przeobrazi się w mnóstwo małych wysepek 
rozsianych   po   półkuli   południowej.   Nieprzerwany   dotąd   pas   lądowy  popęka,   a   wskutek   dryfu 
kontynentalnego rozpełznie się po całym globie. Czapy lodowe przesuną się w okolice nowych 
biegunów...
– Doszczętna zagłada biologiczna...
Faeton szarpnął zębami naskórek przy paznokciu, którego prawie nie było.
– Niezupełnie – odpowiedział obojętnie. – W wyższych partiach życie ocaleje.
Wizja apokalipsy przeraziła  Menoactla.  Nie ulżyła  mu  myśl,  że będzie to zapłata  za zbrodnie 
Zeusa, najchętniej w nieskończoność by zwlekał z przedstawieniem projektu Faetona ekspertom, 

background image

ale   lękał   się,   że   zbytnia   opieszałość   wzbudzi   w   Faetonie   podejrzenia   i   że   Faeton   uzna   go   za 
kunktatora. Zaczai się bać projektodawcy, a w każdym razie liczyć się z nim; w tydzień później 
zagadnął tego onychofaga, czy nie będzie miał wyrzutów sumienia.
– A ty? – odparł Faeton zaczepnie.
Menoactl zmilczał, a nazajutrz zreferował projekt ekspertom. Niczego im nie sugerował, zostawił 
ich nad dossier, niech sami zadecydują, sobie zaś wmówił, że jest czysty; kiedy zadecydowali, 
odetchnął z ulgą – snadź los tak chciał.
I teraz siedział spokojny: za treść depeszy również nie odpowiadał. Udział bodaj łącznika, który 
właśnie uprzedzał żyjącego wśród Atlantów dominiańskiego wywiadowcę
actla.
-– Powiadom także wszystkich naszych ludzi, żeby przygotowali się na wypadek potopu. – Łącznik 
skończył. Obrzucił wzrokiem Menoactla i siedzących obok niego.
Menoactl   dał   znak,   że   chce   mówić.   Łącznik   muśnięciem   palców   przedłużył   tor   fonii   do 
dyspozytorni. Zielona kon-trolka na konsoli w węźle łączności sygnalizowała aktywność toru.
– Jeszcze jedno, Noe – powiedział Menoactl. – Ponieważ, jak słyszę, powódź obejmie duży obszar, 
spróbuj   uratować   przedstawicieli   co   cenniejszych   gatunków   zwierząt   najbardziej   zagrożonego 
biotopu. Skończyłem.
Wszystko   co   dotyczyło   projektu   „Faeton"   było   skrupulatnie   rejestrowane.   Ta   rozmowa   także. 
Dlatego Menoactl mógł być z siebie zadowolony. Słowa „jak słyszę" i „powódź", których użył w 
wypowiedzi, świadczyły o jego słabym zorientowaniu, a prywatna prośba do wywiadowcy – no, to 
już w ogóle był jeden jedyny pozytywny akcent w tym całym makabrycznym przedsięwzięciu.

Rok -8390, Dominia

Z expose jednego z nowo wybranych członków dominiańskiego parlamentu:
„...To,   cośmy   uczynili   na   Gai,   jest   monstrualnie   ohydną,   przerażająco   potworną   i   najbardziej 
nikczemną   zbrodnią!   Niepotrzebnie   szukamy   sprawców:   wszyscy   nimi   jesteśmy;   niepotrzebnie 
zastanawiamy się nad karą dla nich: są winy, których nikt, nigdy i niczym nie okupi. (...) Historia 
lubi   się   powtarzać.   Nasi   praprzodkowie   w   zamierzchłych   czasach   wypalili   na   czole   ludzkości 
niezatarte piętno hańby. Teraźniejszość potwierdza, że zasłużyliśmy na nie! Jesteśmy jak ślepcy, 
którym nikt nie powiedział, że można
.

ZUZ.lWlli.y 01^ ^..iŁy,^, *~ 5,-^

firny na bratnią cywilizację, odwróci się ona od nas ze wstrętem. (...) Spustoszyliśmy przepiękny 
glob, zgładziliśmy setki tysięcy ludzi. Tak! Ludzi!! – to jedyne  adekwatne, na wskroś słuszne 
określenie tych istot. Skończmy raz na zawsze z używaniem nazwy ,,homy"! Oszukujemy wszak 
sami siebie, obrażamy. Stwarzamy sztuczne granice między ludźmi dominiańskimi i hegemskimi a 
ludźmi ziemskimi. Wielu z Ery Bogów, wielu Atlantów wchodziło w związki z ho... Ziemianami. 
Rodzące się z tych związków potomstwo niejednokrotnie sprowadzane było, pomimo zakazów, do 
Układu Naszego i żyje w nim po dziś dzień. Nawet na tej sali, jestem o tym dogłębnie przekonany, 
znajdzie się osoba, w której żyłach płynie krew z domieszką krwi śmiertelnych... przepraszam – 
Ziemian. (...) Postuluję więc (...) oficjalne nazwanie Gai – tak jak zwą ją jej mieszkańcy – Ziemią. 
Domagam   się   również   powołania   departamentu,   którego   zadaniem   będzie   ochrona   ocalałych 
Ziemian. (...) I na tym chyba skończę, bo dają mi znaki, że pora na bankiet..."

Rok – 6180, Fitominia

background image

Było   ich   dwu:   nadinspektor   oraz   referent   Urzędu   Kontroli   Rozwoju   Ogólnospołecznych 
Przeobrażeń.   Do   odwiedzenia   Fitominii   skłoniły   ich   alarmujące   wieści.   Na   fito-mińskim 
wahadłodromie czekał już transporter. Kierowca miał wiklinowe włosy, zdrewniałe kolana i łokcie, 
a z pleców złuszczały mu się płatki cienkiej kory. Odpowiadał półgębkiem i wymijająco, jakby 
potworny upał i z niego wysysał resztki życia. Co jakiś czas obficie skrapiał się
wodą.
W południe transporter dotarł do wigwamu, gdzie cze-
usmiecnnąi się całą zieloną twarzą. Sięgał im do piersi l pachniał żywicą.
– – Erx – przedstawił się. – Zechciejcie usiąść. Tu jest nieco chłodniej niż na zewnątrz. Rozbiliśmy 
ten namiot specjalnie na wasz przyjazd, a kilku Fitominów polewa go wodą. To dla nas zaszczyt 
gościć pracowników UKROP-u.
Nadinspektor podejrzliwie obejrzał wypleciony z wikliny zydelek, nim usiadł.
–   Nie   jest   to   wizyta   etykietalna   –   powiedział.   –   Urząd   Kontroli   Rozwoju   Ogólnospołecznych 
Przeobrażeń,   któremu   podlegają   wszystkie   cywilizacje   Układu   Naszego,   jest   zaniepokojony 
sytuacją   na   waszej   planecie,   zwłaszcza   skutkami   wprowadzonych   ostatnio   Usprawnień. 
Oczekujemy od was wyczerpujących wyjaśnień.
–   Służę   wszelkimi   informacjami   –   odparł   pogodnie   Erx.   –   Chciałbym   jednakże   uprzedzić,   że 
Usprawnienia zrazu mogą się wam wydać szokujące. Zwolenników Usprawnień jest wielu, chociaż 
znajdujemy się dopiero na etapie eksperymentu. Istnieje również Opozycja.
– Może przejdźmy do szczegółów – zaproponował referent, ocierając ukradkiem pot spod pachy.
– Zgoda – rzekł Głosiciel Erx. – Zacznę od początku. Na Fitominii ustalono parę punktów, w 
których Ochotnicy się rejestrują; codziennie załatwiamy kilkaset osób. Przyjmujemy wszystkich 
chętnych  z wyjątkiem chorych  i młodocianych.  Po zarejestrowaniu Ochotnicy kierowani są do 
wydzielonych   placówek   medycznych,   w   których   zostają   gruntownie   przebadani.   Zależnie   od 
wyników Ochotnicy wracają do domów albo udają się do sali operacyjnej, gdzie się ucina im stopy 
i ostruguje nogi.
Nadinspektor pochylił się do przodu.
– Jak powiedziałeś? – zapytał.
– Stróże się nogi – powtórzył swobodnie Erx. – Jeżeli będą dobrze zastrugane, to Ochotnik łatwo 
wejdzie.   Po   tym   zabiegu   wysyłamy   delikwenta   na   z   góry   określone   stanowisko.   Przeważnie 
uzupełniamy wolne w tej chwili
Uiicjo^c*. ~.v« t---„
słaliśrny do rezydencji wybitnego Głosiciela Usprawnień. Budujemy z nich żywopłot.
– W jakim celu?
–   Trudno   powiedzieć:   odgórna   decyzja.   Ale   czy   to   nie   cudowne,   taka   myśląca,   mówiąca   i 
śpiewająca palisada? Nie chciałbyś mieć takiej w ogródku?
– Nie mam ogródka – odrzekł nadinspektor zlany
potem.
– Albo dozorca – ciągnął Erx. – Wbijasz go przy drzwiach; strzeże domu, o zmierzchu zapala 
światło na schodach, otwiera i zamyka bramą...
– U nas załatwiają to automaty – wtrącił referent.
– Jakie jeszcze, oprócz dozorcy i żywopłotu, są stanowiska? – spytał nadinspektor.
– Rozmaite. Wbijamy urzędników w biurach, kierowników w pokojach służbowych, dyrektorów w 
gabinetach i tak dalej, przy czym  określenie „biuro", „pokój", „gabinet" należy traktować jako 
określenia umowne; my, Fito-mini, pracujemy i odpoczywamy na łonie przyrody, Ochotnicy zaś 
czerpią z tego łona dodatkowe pożywienie. – Głosiciel Erx westchnął ciężko. – Niestety, ci ostatni, 
unieruchomieni do końca życia, wciąż muszą walczyć z żywiołami. Każda zawierucha pociąga za 
sobą   ofiary.   Obecnie   zabiegamy   o   fundusze   na   zakup   sprzętu:   piorunochronów,   naciągów, 
oszalowań.  Najgroźniejsza  jest sytuacja   Fitominów  posadzonych  wysoko,   gdyż   oni  najbardziej 

background image

narażeni są na wyładowania atmosferyczne. Zabezpieczamy ich ze związkowego budżetu, lecz to 
półśrodki.
– Przypuśćmy że umiera lub ulega zniszczeniu jeden z Ochotników – odezwał się referent. – Co 
wtedy?
– Początkowo byliśmy zdania, że należy go wykopać. W realizacji jednakże okazało się to nader 
kłopotliwe.   Czym   dłużej   Ochotnik   przebywa   w   danym   miejscu,   tym   bardziej   w   nie   wrasta. 
Korzenie rosną wprost proporcjonalnie do zajmowanego stanowiska. Jeżeli chodzi o dostojników 
wykarczowanie ich jest prawie niemożliwe, ko-
»o-j-? – – – – ~..~, ~v. vx^v,^« uj w^iwcu,- wiąz z nimi kilkanaście, niekiedy kilkadziesiąt równie 
ważnych osobistości, żywych wszak i ciągle przydatnych. Stosujemy więc technikę wypalania bądź 
wbijania w głąb. Jest to jeden ze sposobów wzbogacania gleby w cenne pierwiastki. Następca 
zasadzony w tym miejscu lepiej prosperuje. Zresztą w ogóle dbamy, aby Ochotników sadzić do 
najbardziej żyznej ziemi i często nawozić, czyli utrzymać ich jak najdłużej przy życiu, z każdą 
wymianą bowiem mamy perturbacji od ludzkiej hołoty... och, przepraszam...
Głosiciel zmieszał się. Nietakt wobec gości, ludzi przecież, nadto reprezentantów UKROP-u, mógł 
niekorzystnie wpłynąć na treść protokołu pokontrolnego, a co za tym idzie, ściągnąć na Fitominię 
szereg komisji, czego Erx raczej by wolał uniknąć. Dlatego dźwignął się i żeby wybrnąć ż sytuacji, 
zakłopotany, z obliczem zalanym intensywną zielenią, oświadczył szybko:
– Ściągnę tu jakiś sterowiec. Jeżeli zrobicie mi ten honor i udacie się ze mną na mały rekonensas, 
pokażę wam kilka rzeczy w terenie.
Erx wyszedł, nie czekając na aprobatę. Nadinspektor wstał, rozprostował kości, przeszedł się po 
namiocie, a następnie wyjrzał na zewnątrz. Referent stanął przy nim. Obserwowali, jak Fitomini 
polewają wodą płachty wigwamu. Dwie mokre, wiotkie sylwetki pracowały zapamiętale, na ich 
zakurzonych, wątłych ramionach srebrzyły się krople wody.
– Witajcie – rzekł nadinspektor. W towarzystwie referenta opuścił namiot.  Obaj stanęli blisko 
beczkowozu. Mrużyli oczy przed jaskrawym światłem wiszącej nisko kuli słonecznej. Żar wdzierał 
się im do krtani i zapierał oddech. – Ależ skwar!
Fitomini odłożyli konwie.
– Wejdźcie do namiotu – zaproponował jeden.
– Chcemy porozmawiać o Usprawnieniach -– powiedział nadinspektor.
swoje stopy.
– O których, o Pierwszych czy o Drugich?
– To były jeszcze jedne?
– Ano były. Sadzono wtedy Ochotników z zastruganą szyją – Fitomin przejechał palcem po gardle. 
– Bez głowy. Ale ponieważ zdały się człekowi na mogiłę... – urwał. Płochliwie zerknął na gości.
– ...wymyślono Drugie i nazwano je świadomymi – przyszedł mu w sukurs kolega. – Dla zalania 
żywicą oczu, rzecz jasna, bo wszystko zostało po staremu. Ochotnicy, te sadzonki, nadal usychają 
wkrótce po zasadzeniu.
– Może sadzi się je zbyt późno, czy też może są mizernie nawożone? – zauważył  sceptycznie 
referent.
– Mizernie nawożone – powtórzył z politowaniem Fi- ] tomin. – Ładuje się w glebę zawrotne ilości 
środków   che-   j   micznych,   faszeruje   się   Ochotników   preparatami,   które   j   wywołują   pożądane 
tropizmy i taksje... Zresztą, co możecie wiedzieć o tym wy, ludzi e?...

;

Nadinspektor napełnił jedną z konwi, chciwie ugasił pragnienie, resztę lodowatej wody wylał na 
głowę i plecy.
–   Jesteśmy   pracownikami   UKROP-u   –   rzekł,   dysząc   jeszcze   po   prysznicu.   –   Interesuje   nas 
wszystko, co ma wpływ na rozwój waszej cywilizacji. Dlaczegóż więc, odpowiedzcie, Ochotnicy 
usychają wkrótce po zasadzeniu?
– Korzenie – mruknął Fitomin. – Początkowo korzenie rozwijają się monstrualnie, a w pewnym 
momencie następuje zahamowanie tego rozwoju i regres: gnicie,

background image

próchnienie...
– Regres? Czy to możliwe?
Fitomin zajrzał gościowi w oczy. Spytał:
– A czy słyszałeś, żeby człowiek – pochodzimy było nie było od ludzi – mógł kiedykolwiek rosnąć 
w ziemi
jak drzewo?
Nadinspektor westchnął ciężko i skierował się do namiotu. Referent ospale ruszył za nim. Zanosiło 
się na dłuższy pobyt wśród Głosicieli, Ochotników i Oponentów > Usprawnień.
...łagodny Kląkł obiecał mi cudowną zabawę, ale nic więcej się od niego nie dowiedziałem, to nie 
wiem, co to za cudowna zabawa. Jakby chciał odwiedzić Historię, to chyba z nim nie popłynę, bo 
łagodni rodzice zabronili tam pływać.
10001/Łagodny Kląkł nie zjawił się w umówionym miejscu. Czekałem na niego przez dwie zmiany 
prądu   i   nic.   Jak   wróciłem   do   cudownej   niszy,   zastałem   łagodnego   ojca.   Wybierał   się   na 
Konwentykiel Miłosiernych. Nie będzie go w cudownej niszy kilka przypływów kochanych. Nim 
łagodny ojciec wyruszył, starym cudownym zwyczajem ostrzegł mnie przed okrutnymi źlakami. 
Okrutne źlaki, okazuje się, żyją bardzo długo. Niektóre, co jeszcze nie pozdychały, urodziły się 
wtedy, jak urodził się mój cudownej śmierci łagodny prą11-dziadek. Wprost nie do wiary!
11001/Dzisiaj,   pływając   opodal   cudownych   nisz,   spotkałem   łagodnego   Klakła.   Był   czymś 
podniecony. Mącił wodę kochaną i droczył się z lubą biocenozą. Jego łagodny ojciec też bierze 
udział   w   Konwentyklu   Miłosiernych.   Łagodny   Kląkł   nie   uwierzył,   jak   mu   powiedziałem   o 
okrutnych  źlakach, ile żyją.  Sprzeczaliśmy się i sprzeczaliśmy,  aż nadpłynął  łagodny Glukł. Z 
łagodnym Glukłem łagodni rodzice nie pozwalają mi pluskać, bo żadne z łagodnych  rodziców 
Glukła   nie   brało   dotąd   udziału   w   Konwentyklu   Miłosiernych,   a   łagodny   Glukł   jest   ponadto 
nicponiem. Ale ja lubię łagodnego Glukła. Łagodny Glukł był już w Historii i opowiada o niej 
różne dziwy. Namawiał nas, żebyśmy razem z nim tam popłynęli. Łagodny Kląkł odparł, że się 
zastanowimy.
111UU/Do   późnej   ciemności   kochanej   łagodna   matka   miotała   się   po   cudownej   niszy   ze 
zdenerwowania. Łagodny ojciec miał dzisiaj wczesną jasnością kochaną wrócić z Konwentyklu 
Miłosiernych, a nie wrócił. Łagodna matka utrzymuje, że to pewnie dlatego że łagodny ojciec 
należy   do   orędowników   promiskuityzmu.   Jak   spytałem,   co   to   takiego   „orędownik 
promiskuityzmu", to łagodna matka wyjaśniła mi, że to taki ktoś, kto się lubi trzeć legalnie z 
cudzymi łagodnymi żonami. Ci orędownicy stanowią mniejszość w Konwentyklu Miłosiernych i 
zupełnie możliwe, że większość ich zgłuszyła.
11111/Równo z nastaniem jasności kochanej pośmigałem do łagodnego Klakła. Tarzał się właśnie 
w mule kochanym, przed swoją cudowną niszą. Poczekałem, aż się wytarza i zagadnąłem go, co z 
naszą wycieczką do Historii. Oznajmił, że wszystko gotowe i że wyruszymy, jak tylko się zjawi 
łagodny Glukł, bo żaden z nas, oprócz łagodnego Glukła, nie zna drogi. Przy okazji wyszło na jaw, 
że   łagodny   ojciec   łagodnego   Klakła   też   nie   wrócił   do   cudownej   niszy,   chociaż   nie   jest 
orędownikiem promiskuityzmu. Może mniejszość i większość pogłuszyły się nawzajem?
100000/Zwiedzanie  Historii zajęło nam całą  wczorajszą jasność kochaną. Historia rozciąga  się 
wzdłuż granicy naszego akwenu kochanego i przypomina nieco cudowne cmentarzysko. Pełno tam 
lubych   ości   i   lubego   fiszbinu,   ale   jeszcze   więcej   szczątków   szkaradnych   korwet   pancernych, 
rdzawych i rozpłatanych, a wśród nich – stosów obrzydliwych kościotrupów okrutnych żlaków 
pokrytych mułem kochanym. Łagodny Glukł powiedział nam, że lube ości i płaty lubego fiszbinu 
to resztki naszych łagodnych pra100dziadków zgłuszonych w szla-
rzucił   cudowny   pomysł,   żebyśmy   się   wybrali   na   szlachetne   polowanie   na   szkaradnego   źlaka-
żelaźniaka. Zgodziliśmy się z ochotą. Zrobimy to jutro.
1/Wnet   po  cudownej   pobudce   i   po   cudownej   dystrybucji   lubego   jadła   z   cudownej   przetwórni 
lubych szkar-łupni, odwiedził moją łagodną matkę łagodny Wlilł – przyjaciel mego łagodnego 
ojca. Łagodny Wlilł często zagląda do naszej cudownej niszy, przede wszystkim wtedy, gdy nie ma 

background image

mego łagodnego ojca. Lubi po prostu trzeć się z moją łagodną matką, co mnie trochę dziwi, bo 
łagodny Wlilł nie jest przecież orędownikiem promiskuityzmu. Łagodny Wlilł powiedział mojej 
łagodnej matce, że spłynął z Konwentyklu Miłosiernych, ale zaraz musi wracać, bo wkrótce zjawi 
się tam łagodny źlak. Aż się zachłysnąłem, jak usłyszałem o łagodnym  źlaku. „Łagodny źlak" 
brzmi tak samo jak „sucha woda kochana". Łagodny Wlilł pod cudownym honorowym bulgotem 
zapewnił mnie,  że ten łagodny źlak jest naprawdę łagodny,  ale tylko  w wodzie kochanej. Jak 
wychodzi na powietrze nienawistne, staje się na powrót okrutnym źlakiem, bo jakby się nie stał, to 
inne okrutne źlaki by wywęszyły, że zajmuje się cudownym donosicielstwem. Od tego łagodnego 
źlaka nasi łagodni prajndziadkowie dowiedzieli się, że okrutne źlaki zalały woda kochaną całą 
jakąś planetę, co później przeraziło te same okrutne źlaki do tego stopnia, że powołały okrutny • 
(Urząd Kontroli Rozwoju Ogólnospołecznych Przeobrażeń), żeby już nigdy więcej niczego nikt nie 
zalewał. Ze szkaradnego punktu widzenia okrutnych żlaków i ich obrzydliwej biocenozy dbanie o 
suchość   nienawistną   miało   być   działalnością   szlachetną.   Mógłbym   jeszcze   długo   słuchać 
łagodnego Wlilła, ale łagodny Wlilł poradził mi, żebym się wreszcie wyniósł do szkaradnej hołoty 
źlackiej-żelaźniackiej, jak chcę ciemnością kochaną zjeść lubego kawioru.
INaiyciimići&i, ^L^J^^___.___
szlachetnym polowaniu na szkaradnego źlaka-żelaźnia-
ka i co tchu pognałem do cudownej niszy Klakła.
10/Dopiero   dzisiaj   udało   się   nam   wypłynąć   na   szlachetne   polowanie   na   szkaradnego   źlaka-
żelaźniaka.   Szkaradne   źlaki-żelaźniaki   od   czasów   naszych   łagodnych   pra100dziadków   albo   i 
dawniejszych,   może   nawet   od   czasów   naszych   łagodnych   pra101dziadków,   patrolują   brzegi 
nienawistne nad naszymi  cudownymi  niszami, jakby się bały,  że coś z naszej lubej biocenozy 
ucieknie na ich lądy nienawistne. Szlachetne polowanie polega na szlachetnym zaczajeniu się w 
cudownej niszy nie-zamieszkanej, chwyceniu  szkaradnego  źlaka-żelaźniaka  za szkaradną  dolną 
kończynę źlacką-żelaźniacką i wciągnięciu go do wody kochanej. I to już koniec. Szkaradny źlak-
żelaźniak   zaskwierczy,  zadymi,   a  woda  kochana  rychło  go  w  obrzydliwą  rdzę  zamieni.   Tak  i 
cudownie zaczailiśmy się z łagodnym Kląkłem i łagodnym Glukłem w cudownej niszy, ale nim 
nadszedł   jakiś   szkaradny   źlak-żelaźniak,   nadpłynęli   nasi   łagodni   ojcowie   razem   z   innymi 
łagodnymi – wszyscy uczestnicy Konwentyklu Miłosiernych, i musieliśmy wiać z prądem.
1001/Przez parę jasności kochanych nic się nie działo. Łagodny Wlilł odwiedzał moją łagodną 
matkę i zawsze wtedy przepędzał mnie z cudownej niszy, tak że miałem dużo cudownej swobody. 
Wczoraj wraz z łagodnym Kląkłem podpatrzyliśmy łagodną Dłułlię, naszą koleżankę, jak tarła się 
o kamień. Sprawiało jej to wyraźną przyjemność. Okrutny źlak wie, co ci łagodni widzą w tym 
tarciu!
1011/Ale   bulgot!   Ledwie   po   cudownym   pływaniu   lubym   brzuchem   do   góry   znalazłem   się   w 
cudownej niszy,
chwalali   się,   że   byli   w   akwenie   kochanym   blisko   Konwentyklu   Miłosiernych   i   że   widzieli 
łagodnego okrutnego źlaka. Łagodny okrutny źlak miał na sobie szkaradną aparaturę, co pozwalała 
mu   na   przebywanie   w   wodzie   kochanej.   Doniósł   łagodnym   zebranym,   że   z   łona   okrutnego   • 
(Urzędu Kontroli Rozwoju Ogólnospołecznych Przeobrażeń) wyznaczono okrutne Centrum Sekcji 
Ziemskich. Na czele tego okrutnego Centrum stanął okrutny źlak o imieniu Jahwe. Tak postanowił 
Koriwentykiel   Potwornych   zwany   przez   okrutnych   źla-ków   Radą   Międzyplanetarną.   Co   do 
łagodnych i lubej biocenozy Konwentykiel Potwornych pod przewodnictwem okrutnego źlaka, co 
się   nazywa   Allah,   postanowił,   że   szkaradne   źlaki-żelaźniaki   będą   nadal   patrolować   brzegi 
nienawistne.   Tak   że   nic   nie   stoi   na   przeszkodzie,   żebyśmy   jutro   samotrzeć   wybrali   się   na 
szlachetne polowanie...

Rok -3195, Hegem

background image

Siedemnatu   dyspozytorów   siedziało   już   na   stanowiskach   roboczych   w   halach   wizjofonicznych 
obsługiwanych przez zbiornicę, której bloki zajmowały trzecią i czwartą kondygnację Centrum 
Sekcji Ziemskich. W halach panowała kompletna cisza, ekrany pokrywało bielmo, płonęły tylko 
wskaźniki zasilania, a luminescencyjny strop oświetlał pomieszczenia łagodnym, nie męczącym 
oczu blaskiem. Do rozpoczęcia dyżuru pozostały chwile; Merkandor, dyspozytor numer dziewięć, 
przespacerował przed wyłożoną ekranami ścianą, obrzucił wzrokiem tablicę kontrolną głównych 
łączy – były we wzorowym porządku – skinął głową obchodzącemu hale nadzorcy i wrócił na 
karło   za   konsolą.   Równo   z   gongiem   zegara-matki   rozjarzyły   się   dwa   z   czterdziestu   siedmiu 
ekranów hali Merkandora; oba z toru hegemsldego i oba z sygnałem priorytetu. Merkandor
dał pierwszeństwo temu *.c otuj.,^,.^ _. _ _ był Prowadzącym jednej z kananejskich społeczności i 
cieszył się względami Jahwe. – Rozglądam się za czymś  nowym – oznajmił Merkandorowi. – 
Niczego więcej już ich nie nauczę, znasz te ograniczenia... – Merkandor przywołał pamięć katastru. 
Niespodziewanie   rozjaśniły   się   ekrany   torów   epimetejskich.   Obraz   zniekształcała   wklęśnięta   i 
wydłużona perspektywa, kontury falowały – wypuszczały się, to znów zapadały w sobie – daleki 
głos monotonnie wyliczał moduły, prowadzono kilka rozmów naraz, dały się słyszeć stłumione 
pokrzykiwania.
– Nie ma żadnych propozycji – rzekł Merkandor po odczytaniu odpowiedzi katastru. – Egipt zajęty, 
Mezopotamia   wydzierżawiona,   Fenicja   też,   w   Indiach   przepełnienie,   Italię   zajęli   Ligurowie,   a 
Kretę niedawno ktoś zarezerwował, nie wiem kto, bo to załatwiał sam Jahwe.
– Może Grecja? – podsunął Asztart. Merkandor odparł:
– Kwarantanna. Grecja regeneruje się jeszcze po Erze Bogów. Jak przysposobią nowe tereny, dam 
ci znać. Na
razie...
Ekrany torów epimetejskich zamrugały równocześnie,
zgasły,   zapłonęły   jasno.   Pokazywały   ten   sam   kwadrat   nieba.   Na   tle   szumów   ktoś   bełkotał,   a 
monotonny głos  dalej  wyliczał  moduły.  Merkandor pożegnał  Asztarta  i przeszedł  na drugi tor 
hegemski. Tamtego nie było: zrezygnował
z rozmowy.
Rozbłysnął   ekran   toru   fitomińskiego.   Fitomin   z   pogardą   popatrzył   na   Merkandora   i   wyniośle 
oświadczył, że chce rozmawiać z Jahwe. Merkandor o mało my nie wygarnął, czego to on by nie 
chciał, bo sposób bycia Fitominów doprowadzał go do irytacji. Zacisnął zęby i odparł kwaśno, że 
rector ma swoich pełnomocników po to, aby nie musiał załatwiać interesantów osobiście, wiec 
lepiej będzie, jeśli Fitomin zacznie się streszczać.
– Wysyłamy ekspedycję naukową na Ziemię i chcemy dopełnić formalności – oznajmił Fitomin 
patrząc gdzieś ponad głową Merkandora.
aor – i prosicie o zezwolenie. Podaj, dane, odpowiedź otrzymasz w ciągu dekady po rozpatrzeniu 
prośby przez Komisję CSZ-u. Uruchamiam rejestrator.
Zostawił Fitomina sam na sarn z rejestratorem i włączył się na aktywne tory epimetejskie. Wolno 
padały współrzędne jakiegoś statku, kilku mężczyzn jednocześnie wymieniało ze sobą chaotyczne 
uwagi, odległy sopran wymyślał komuś od łysolskich tępaków.
– CSZ na linii – powiedział głośno Merkandor. – CSZ, sygnał priorytetu: zero. ZERO.
Głosy milkły jeden po drugim, w eterze zapadła cisza, tylko znamiennik miauczał niezmordowanie.
– Zejdźcie mi z łączy! Zejdźcie z łączy CSZ-u! Koniec.
Nawoływania odezwały się ponownie, ktoś pytał, o co chodzi, aż raptem głosy ucichły. Na ścianie 
jarzyło   się   sześć   ekranów.   Epimetejskie   pogasły,   zamiast   Fitomina   widać   było   fragment 
fitomińskiej centrali lotów kosmicznych i pulpit kompilatora przekazującego teraz dane do rejestru 
CSZ-u,   pozostałych   pięć   połączeń   czekało   na   realizację.   Merkandor   załatwił   je   w   kolejności 
zgłoszeń i przeszedł do następnych; co rusz kontrolował wzrokiem ścianę, żeby nie przeoczyć – w 
napływających stale – połączenia priorytetowego. Było dużo skarg i reklamacji, przede wszystkim 

background image

od   i   pod   adresem   socjotyków   dominiań-skich   prowadzących   podzielone   na   państewka 
społeczeństwo Sumerów. Socjotycy kłócili się głównie o to, czy dać „ludziom" do ręki koło, czy 
poczekać z je^o wynalezieniem jeszcze tysiąc lat. Za wynalazczą pomocą najbardziej obstawali 
Prowadzący społeczności Nippur, Szuruppak i Lagasz; Merkandor przypomniał im, do czego taka 
pomoc doprowadziła poprzednie cywilizacje, po czym odesłał ich do UKROP-u.
Zgłosiła   się   Epimeteja   na   sygnale   priorytetu   stopnia   I.   Zapłonął   tylko   jeden   ekran,   ukazujący 
obserwatora   CSZ-u   oddelegowanego   do   epimetejskiej   filii   Centrum.   Obserwator   przeprosił   za 
niedawne zakłócenia toru, potem nie kryjąc wyczerpania i udręki złożył meldunek. Kilku Epi-
9 – Sukcesorzy
IHt;LCJv_i.jr».^ ., „ _____ ^
dzilo statek-bazę i samowolnie udało się w kierunku Ziemi. Wysłany za nimi w pościg supergrawit 
został przez nich zniszczony. Znane są nazwiska pięciu przywódców tej grupy: Ogo, Sziwa, Agni, 
Waruna oraz Indra. Nawiązano z nimi łączność. Oświadczyli, że chcą urządzić polowanie na homy, 
nauczyć   homy   moresu,   a   na   koniec   sprezentować   im   broń   atomową,   żeby   wytrzebiły   się 
wzajemnie. Aktualne współrzędne statku i szczegóły jego porwą- \ nią zostały właśnie przekazane 
do bloku pamięci Centrum. j Merkandor, nie czekając na koniec meldunku, położył * dłonie na 
blacie   konsoli.   Ściana   rozbłysła   i   ściemniała:   wszystkie   ekrany   zgasły.   Tory   docierające   do 
wizjofonicz-nej   hali   Merkandora   objęła   tymczasowa   blokada.   –   Uwaga:   priorytet   zero! 
PRIORYTET ZERO!! – krzyknął Merkandor. – CSZ do Prefektur! Ogłaszam stan nadzwyczajny! 
Ogłaszam stan zagrożenia! Kasuję wszystkie połączenia z blokiem pamięci Centrum, z wyjątkiem 
łączy Prefektur. Odprawa u rectora za coma trzydzieści, torem zastrzeżonym! Koniec.
Na   monitorze   wewnętrznym   mignęło   starcze   oblicze   Jahwe.   –   Dobrze   –   powiedział   rector   i 
wyłączył   się.   Na   czterdziestu   siedmiu   ekranach   zapłonął   znak   rezerwacji:   automaty   zestawiły 
połączenia poza halą.
Nielegalna   wyprawa   Epimetejeżyków   nie   była   wypadkiem   odosobnionym.   Przed   powołaniem 
CSZ-u prywatnych  eskapad odnotowano więcej aniżeli ekspedycji naukowych,  powstały nawet 
specjalistyczne biura podróży zajmujące się organizowaniem kosmicznych wczasów. Turyści przy 
pomocy „ludzi", którzy bawili ich bardziej niż roboty, wznosili budowle, obrabiali bloki kamienne, 
ryli w skałach rzeźby i rysunki, pokrywali malowidłami wnętrza grot, żeby pozostawić pamiątkę 
swego   pobytu   na   Ziemi;   znaleźli   się   też   eksperymentatorzy   zgłodniali   krwawo-lu-dycznych 
przedstawień, którzy z hegemskich i dominiań-skich zooparków wykupywali  sprowadzone tam 
przed setkami wieków gady i przywozili je na Ziemię, aby organizować pokazy walk „ludzi" z 
jaszczurami. Pewni spry-
hołdujących   temu   co   modne,   mieszczan,   założyli   na   Ziemi   zakłady   rękodzielnicze,   w   których 
„ludzie"   ze   ślepym,   niewolniczym   samozaparciem   uprawiali   swoistą   twórczość,   wykuwając   w 
granitowych opokach posągi, sprzedawane później za ciężkie walory snobującym się Dominianom 
i Hegemitom; jeszcze do niedawna działał taki zakład na którejś z wysp Pacyfiku, chyba do dzisiaj 
nie uprzątnięto resztek...
Merkandor,   z   zamiarem   wyjaśnienia   tej   sprawy,   wyciągnął   rękę   do   blatu   konsoli.   Z   ekranów 
zniknął  znak rezerwacji: narada  rectora z szefami  Prefektur  dobiegła końca. Ściana  zamrugała 
naraz   dziesiątkami   zgłoszeń.   Merkandor   wyłowił   spośród   nich   opatrzone   sygnałem   priorytetu 
stopnia II, pozostałym podał cechę oczekiwania. Wybrane zgłoszenie nadeszło torem hegemskim. 
Merkandor nie znał tego człowieka.
–   Jestem   Prowadzącym   sumeryjskiej   społeczności   Si-ppar   –   rzekł   tamten.   –   Podaję   poufną 
wiadomość: Zatrudnieni w mojej Sekcji telepatorzy donieśli mi, że moi „ludzie" spotykają się z 
rozumną istotą zamieszkującą ocean. Istota ta uczy „ludzi" pisać, liczyć i budować, objaśnia im 
podstawy geometrii  i astronomii.  Przyjrzeliśmy  się dokładnie  tej istocie.  Jest to pochodzący z 
Hegem delphin...
– Delphin?! – jęknął Merkandor. – Delphi n?? SKĄD?!

background image

–   Przypuszczalnie   na   Ziemi   wylądowała   pierwsza   wyprawa   delphinów   –   odpowiedział 
Prowadzący.   –   Delphin,   o   którym   mowa,   zwie   się   Bloannłl   i   wychodzi   na   ląd   w   skafandrze 
wypełnionym wodą. Dokładniejsze informacje niebawem. Koniec.
Merkandor   otrząsnął   się   dopiero,   gdy   po   skasowaniu   połączenia   automaty   zdjęły   cechę 
oczekiwania z pozostałych łączy i gdy ze wszystkich ekranów sypnęły się jednocześnie raporty, 
prośby i ponaglenia. Przekazał treść meldunku rectorowi i przystąpił do załatwiania napływających 
wciąż spraw.
Ściana płonęła
codzienny dyżur.

Rok – 12..., Hegem – Ziemia

Dostałem   Przydział!   Wreszcie   dostałem,   po   dwóch   tysiącach   stu   pięćdziesięciu   ośmiu   latach 
czekania/ A już niewiele brakowało, żebym w ogóle wypadł z listy, bo cztery tysiące na karku i 
tylko   patrzeć,   jak   osiągnę   wiek   Przymusowego   Leniuchowania.   Póki   co   jednak   dali.   Dużo 
zawdzięczam   oczywiście   B.   i   E.;   gdyby   nie   ich   wpływy,   nigdy   bym   nie   przeskoczył   tych 
siedmiuset z górą nazwisk.
Właściwie nie ma się z czego cieszyć.  Przydział dotyczy pasterskiego „ludu" zamieszkującego 
krainę Goszen, od czterystu lat pozostającego pod wpływami Egipcjan, których Prowadzącym jest 
mój stary kumpel Set. Set, zdaje się, nie panuje nad sytuacją w swoim społeczeństwie.
Ależ te wpływy to ucisk/ Moi, Hebrajczycy,  są po prostu niewolnikami Egipcjan/ Wypada mi 
złożyć raport na Seta za przywłaszczenie sobie cudzego społeczeństwa; wszak to bezprawie nie 
spotykane nawet w tych terroryzujących się wzajemnie Sekcjach Europejskich.
•J-l v
Merkandor, rector Centrum. Sekcji Ziemskich, dał mi do zrozumienia, żebym nie zawracał mu 
głowy raportami. Jedyne, co udało mi się załatwić, to zezwolenie na zajęcie ziem kananejskich, 
gdzie egzystują społeczności prowadzone niegdyś przez Asztarta, Baala, Mota i innych socjoty-
ków; nie przyznano mi jednak środków transportu. I jak ja mam przerzucić tych swoich? Chyba per 
pedes...
że Hebrajczycy sami napływają do jego społeczeństwa, co mu piekielnie utrudnia badania nad 
rozwojem kultury egipskiej, i że przeraża go ich rozrodczość, w związku z którą musiał się uciec 
do działań prewencyjnych. Prewencja ta polega, jak się przekonałem, na topieniu pierworodnych 
noworodków płci męskiej. Przyznać należy, że Set wykazał niezwykłą pomysłowość, ale jak tak 
dalej pójdzie, zostanę z samymi „kobietami" albo i bez nich.
Znalazłem kogoś, kto odegra rolę proroka. Ten hom, ten „człowiek" – któż to wpadł na pomysł, 
żeby homy nazywać „ludźmi"? – jest Hebrajczykiem usynowionym przez córkę faraona. Zwą go 
Mojżeszem. Otrzymał niezłe wykształcenie od egipskich kapłanów, wykazuje sporo inteligencji, 
ale chociaż wie o swym pochodzeniu, od czterdziestu lat filistrzeje w pałacu, zamiast pomagać 
swoim.
Dla równego rachunku załatwiłem mu czterdziestoletni pobyt na wygnaniu w krainie Madianitów. 
Kiedy się ożenił, kiedy zakosztował pracy fizycznej, wreszcie zaczął się zastanawiać nad sensem 
swego życia. Zajmowało się nim dwu telepatorów, aż uwierzył w to, czego nakładli mu do głowy: 
że ma wyzwolić swoich z niewoli egipskiej i zawieść ich do Kanaanu. Teraz przyszła kolej na 
mnie. Prze-m,ówię do niego wprost, bez żadnych sztuczek telepatycznych. Ujawnię się jako Jahwe: 
od czasu gdy Jahwe sprawował funkcję rectora CSZ-u, jego imię głęboko wryło się w pamięć 
niektórych „ludów" i z pewnością zrobi na Mojżeszu wrażenie.
Set to kanalia. Niby tak mu moi przeszkadzali, a nie chciał wypuścić ich z garści. Dopiero jak 
zdziesiątkowa-lem   jego   społeczeństwo,   wpadł   w   panikę.   Otrząsnął   się,   kiedy   moi   dotarli   nad 

background image

Morze Czerwone. Przez swą zapal-czywość dał się nabrać na zaporę ekspansywną. W przyszłości 
niech nauczy pływać to swoje tałatajstwo.
Śpiewali piesm u,*,.-,..---.,.. było słuchać. Dość szybko skończyli. Szkoda.
Pustynia.   Tu   ich   nieco   potrzymam,   powiedzmy   ze   czterdzieści   lat,   żeby   nie   odstępować   od 
zwyczaju.   Dłuższy   pobyt   wśród   piasków   dokona   korzystnej   selekcji,   zahartuje   moich   „ludzi", 
uczyni z nich spoleczeństwo odporne na wszelkie niewygody. W najbliższych dniach skontaktują 
się z Mojżeszem i ustalą prawa i przepisy, które regulować bada życie zbiorowe Hebrajczyków. 
Warto też pomyśleć o wyposażeniu ich w bodaj prowizoryczny odbiornik radioiuy, żebym się mógł 
z nimi łatwo porozumie-wać – bo telepatorom coraz mniej ufam; najlepiej niech go sami zmontują 
podług mych wskazówek. Nazwą go pudłem przymierza albo jakoś podobnie.
Parszywe homy/ Wystarczyła czterdziestodniowa nieobecność Mojżesza w obozie, żeby ci zaczęli 
wielbić jakiegoś bydlaka ze złota. Nawet Aaron się mnie wyparł, ten, któremu przyznałem godność 
arcykapłana. Tylko Lewici dochowali mi wierności. Kazałem im wyciąć zaprzańców w pień.
Uchwaliłem nowe prawa, zaostrzyłem represje. Jakby poskutkowało.
Ni stąd, ni zowąd znudziło im się żarcie. Przestała im smakować manna tamaryszkowa. Zażądali 
zmiany   jadłospisu.   Skorzystałem   z   przelotu   przepiórek   objedzonych   toksycznym   ziarnem   i 
podsunąłem je homom na przekąskę. Na długo odechce się im nowalii.
Zdaje się, że za mocno im dopiekłem. Najpierw tłuszcza o mało nie ukamieniowała Jczuego i 
Kaleba, potem zbuntowali się dotąd spokojni Lewici, bo zapragnęli władzy, na koniec w obozie 
wybuchły rozruchy tak groźne, że Mojżesz i Aaron ledwie uszli z życiem. Jedna średniej wielkości 
dawka udarowa na dobre pogodziła zwaśnionych.
lem swoim, że do Kanaanu dotrą wyłącznie ci, którzy nie ukończyli jeszcze dwudziestego roku 
życia   oraz   pokolenie   spłodzone   w   trakcie   wędrówki.   Trzeba   stawiać   na   młodych,   starymi   nie 
podbije się świata. Mojżesz i Aaron również nie ujrzą ziemi kanaanejskiej.
No i sprawili się świetnie. Roznieśli Amorytów, wtargnęli do Baszanu i zajęli całą Zajordanię. 
Trochę   zbałamuciły   ich   „kobiety"   moabickie,   chętne   do   porubstwa   jak   żadne.   Żeby   zapobiec 
epidemii chorób wenerycznych musiałem spowodować rzeź tych ladacznic.
Mojżesz skończył sto dwadzieścia lat i nadszedł jego czas. Chyba sprowadzą go tutaj. Moi stanęli u 
bram Kanaanu.
Opuścił   mnie   socjolog,   pracował   w   Podsekcji   Socjope-dycznej.   Coś   mu   się   nie   podobało. 
Sentymentalny głupiec.
Wzmogłem dyscyplinę. Mojżesza zastąpiłem Jozuem, „człowiekiem" znającym się na rzemiośle 
wojennym.   Takiego   mi   właśnie   potrzeba.   Bez   karności   i   męstwa   oddziałów   szkoda   marzyć   o 
zdobyciu Jerycha. Przydałby się także ciężki sprzęt: mury tej warowni homy wzniosły, stosując się 
do poleceń swego eksProwadzącego. To prawdziwa twierdza. Antymaterii stosować mi nie wolno, 
ale gdyby tak lokalne drgania sejsmiczne... Choć jeden wstrząs.
Wybrnąłem z tego w prymitywnie prosty sposób: rezonans mechaniczny. Trąby nie zawiodły: nie 
pozostał kamień na kamieniu. Nikt też nie ocalał. Hebrajczycy urządzili ogólną mordownię. Cóż to 
był za widok!
Teraz   szybkim   marszem   na   Haj.   Ogniem   i   mieczem   ~–   wszystkich   bez   wyjątku!   Łącznie   z 
kobietami i dziećmi. Takie jest prawo klątwy wojennej.
uaeszio Ckliiui idioci.
Przed moimi koalicja pięciu królótu: Eglonu, Hebronu, Jarmutu, Jerozolimy i Lakisz. Już ja im 
przygotują wspólną mogile. A później zabiorą się do tych z północnego Ka-naanu.
Czyste jatki!
Ktoś doniósł na mnie Merkandorotui.
POWYŻSZE   ZAŁĄCZYĆ   DO   AKT   BYŁEGO   PROWADZĄCEGO,   EL   SZADDAJA, 
PRZEBYWAJĄCEGO   OBECNIE   W   LECZNICY   PSYCHIATRYCZNEJ.   ROZPOZNANIE: 
OSTRA   PSYCHOZA   MANIAKALNO-DEPRESYJNA   ROZWINIĘTA   POD   WPŁYWEM 

background image

GŁĘBOKIEJ   FRUSTRACJI,   KTÓRĄ   WYWOŁAŁO   DŁUGOTRWAŁE   OCZEKIWANIE   NA 
PRZYDZIAŁ.

Rok O, z Hegem na Ziemię

Ciemność okrywała go szczelnie. Leżał w kokonie mknącym przez tunel pneumatyczny wydrążony 
w skorupie planety, łączący Centrum Sekcji Ziemskich z odległym ko-smodromem. Nie docierały 
tu żadne dźwięki, spowijający go izolacyjny pianol nie był wyczuwalny dotykiem, chronił przed 
przeciążeniami i ciśnieniem sprężonego powietrza, sprawiał, że otulonego nim człowieka zawodził 
zmysł kinestetyczny, równowagi i temperatury. Stereoty doznawał wrażenia, że zawieszono go w 
próżni,   pozbawiono   ciała,   zostawiono   mu   tylko   pamięć   i   świadomość,   świadomość,   do   której 
właśnie cisnęły się cudze myśli:
Witaj, stereoty, to ja, akteot, poznajesz? no, nie wertuj tak wspomnieńt ułatwią ci: ten, z którym 
przez pól roku trzymano cię w kabinie testowej przed wstąpnym szko-
sekcji spedycyjnej, podobno blisko ciebie, i to już kupą lat, a nigdy nie mieliśmy okazji sią spotkać; 
ironia losu czy po prostu brak czasu na prywatne sprawy? trochę mi wstyd przed tobą, ale i ty nie 
jesteś bez winy, cóż, biją sią w piersi – pierwszy jak widzisz – i przyznają, że początkowo mialem 
skrupuły,   kiedy   mi   zaproponowali   kontakt   z   tobą;   powiedziałem   im,   żeby   znaleźli   kogoś 
odpowiedniejszego, przecież nie widzieliśmy sią i nie rozmawialiśmy od tak dawna, że jeszcze 
nabierzesz jakichś podejrzeń i ten niespodziewany kontakt zamiast ułatwić, utrudni ci koncentracją, 
ale oni odparli, że wrącz przeciwnie, że mogą przekazać ci wszystkie swoje myśli, że mogą nawet 
wyprowadzić sią z równowagi, czego wcale nie zamierzam; wiesz, co oni twierdzą? że psychicznie 
jesteśmy   do   siebie   bliźniaczo   podobni,   tak   orzekli   specjaliści;   żebyś   wiedział,   co   oni   ze   mną 
wyprawiali na tych psychotestorach!...
Stereoty przełknął ślinę. Zapragnął usłyszeć własny głos, chciał zapytać: „jak daleko jeszcze?" – 
lecz słowa uwięzły mu w gardle.
... już w połowie drogi, Stereoty, tak, w poło... co z tymi testerami? no wiać przekopali mi przy 
okazji cały życiorys, odkryli nawet to, że zabiegaliśmy o wzglądy tej samej dziewczy... jak chcesz, 
mogą zmienić, mogą robić, na co masz tylko ochotą, choćby śpiewać te ziemskie psalmy; musisz 
wiedzieć, że robią to najgorzej z całej sekcji, ale kiedy mnie proszą, zawsze im śpiewam, zrywają 
wtedy boki; mogą sią też pastwić nad tobą, oni wychodzą 2 założenia, że nawet i wówczas będzie 
to lepsze, niż gdybyś miał słuchać programatora... tak, tego samego, który zatruwał ci życie przez 
ostatni... sam widzisz, nie tają przed tobą niczego, właśnie zgodnie z ich poleceniem; muszą cię 
jednak zapoznać z tym, co już chyba słyszałeś parą razy... daruj, ałe naprawdą muszą, dla twojego 
dobra i dla dobra całego programu...
Zacisnął powieki. Gdyby znów kazano mu słuchać programatora, złożyłby piękną rezygnację na 
ręce kierow-
zało go trochę, powtórka z C2ekającego nań zadania mogła okazać się łatwiejsza do strawienia.
Strumień   myśli   Akteota   zabarwił   się   wesołością.   ...   dziękuję,   że   tak   uważasz;   zresztą   to   nie 
powtórka, jedynie, ogólne zarysy; programator uczyl cię języka, obyczajów, a ja mam wyluszczyć 
pokrótce   w   czym   rzecz...   znasz,   znasz,   jasne!   ale   jest   to   konieczne,   przynajmniej   tak   uznali 
psychoanalitycy... już przekazuję: zaraz po realizacji pierwszej części programu, kiedy urządzenia 
po-kladowe zasygnalizują ci, że wisisz nad punktem zero, zogniskujesz świadomość; punkt zero 
odnajdziesz   łatiuo,   będzie   to   noworodek   płci   męskiej,   jedyny   w   twoim   zasięgu;   jego   matkę 
wyselekcjonowano   spośród   wielu   kobiet,   podczas   selekcji   kierowano   się   najprzeróżniejszymi 
względami, ale nadal nie ma absolutnej pewności, czy wyłowio-no wlaściwą kandydatkę, ta sprawa 
jednak ciebie nie dotyczy, ty w żadnym wypadku nie ucierpisz, co najwyżej program, ale zawsze 
istnieją   szansę   wprowadzenia   korekt,   tak   że   nie   przejmuj   się   niczym;   i   kiedy   zogniskujesz 

background image

świadomość,   pomyślisz   „start",   resztę   wykonają   automaty,   to   się   nazywa   encefalotransmisja 
simpleksowa   i   można   ją   przeprowadzić   nawet   w   dupleksie,   bo   tamten   umyśl   będzie   zupelnie 
jałowy; niewykluczone, że stracisz na jakiś czas przytomność, dla każdego noworodka przyjście na 
świat jest szokiem, a ty trafisz akurat na ten moment; no i oczywiście, jak ci luróci przytomność, 
wszystko zobaczysz w innym wymiarze, także twoje nowe ciało wyda ci się pomniejszone i ciasne; 
doznasz nieprzyjemnych sensacji, szczególnie przykro odczujesz niezborność ruchów, ale trudno, 
żebyś od razu zaczai się poruszać jak dorosły osobnik; tu każdym razie genetycy zadbali, żeby 
twoja powłoka cielesna była w pełni sprawna i odporna na wszelkie choroby, masz to zakodowane 
w chromosomach, jednego tylko nie mogą ci zagwarantować: akceptacji i życzliwości środowiska, 
przecież   to   są   półdzikie   istoty   kierujące   się   odruchami,   żyjące   w   osobliwych   warunkach 
społecznych i kulturowych, których zresztą nie wolno ci lek
ciążenia psychicznego... twoje ciało? po zakończeniu en~ cejalotransmisji wróci natychmiast do 
bazy i będzie czekać na ciebie w przetrwalniku; jak długo, trudno przewidzieć, wskazane by było, 
żebyś  pozostał na ziemi co najmniej ćwierć wieku, nasi będą nad tobą czuwać, otrzymasz też 
niezbędną pomoc, ale wszystkiego niepodobna przewidzieć...
Coś zmieniło się w otoczeniu. Stereoty otworzył powieki. Czerń jak gdyby zmatowiała. Powietrze 
miało inny zapach i temperaturę.
... tak, jesteś na statku, stereoty; za moment start – nie poczujesz tego – a potem samotność, której 
nikt nie zakłóci, w której odpoczniesz od programatora i ode mnie, w której przemyślisz wszystko 
to, co w ciebie wpompowano i obierzesz taką taktykę postępowania, jaką uznasz za stosowną; 
pamiętaj   jednak,   że   w   każdej   sytuacji,   na   każdym   kroku   musisz   uwzględniać   ich   wierzenia   i 
zwyczaje, i że twoja misja jest misją pokojową; oni czekają na ciebie, czekają, aż zjawi się ktoś, 
kto im powie, jak mają żyć, kto rozwieje ich wątpliwości, w których pogrążają się nieustannie... 
nie, program jest jawny, zależy nam, żeby zrobić wokól tego jak najwięcej szumu; to stanie się 
późnym wieczorem, automaty włączą iluminację, będzie widziana na dużym obszarze, autochtoni 
tam się zbiegną... gdzie? do punktu zero, oczywiście, do tych zabudowań gospodarczych, nazywają 
je stajnią, a miejscowość, miejscowość zwie się betlejem... lecisz już, stereoty! powodzenia!

Rok 1508, Ziemia

Od niedawna Jaga ma żal do Niebios, że tak ją szpetnie okpiły. Dlaczego? Ano dlatego: Z dala ode 
wsi, podle lasu, tam gdzie Jaga mieszka, noc-
było to większe od pioruna i nie świeciło prawie wcale. Jaga raz piorun widziała, jeszcze nim jej 
chłop ducha wyzionął; do chałupy w burzę wpadł, a kiej cisnęła weń chodakiem, zaryczał, porwał 
strzechę i przepadł w ulewie. A toto usiadło na ziemi łagodnie, jak ptak jaki, chocia bez skrzydeł. I 
ani deszczu, ani wichury, ani chmurzysk.
Długo  nic  się  nie  działo.  Już  Jaga cierpliwość  jęła  tracić,   tym   bardziej,  że  krzaki,  co  w  nich 
przycupnęła, w zadek ją bezwstydnie koliły, kiej dziwo na pół się rozpękło, a ze środka wyszło 
dwóch mężów pięknych jak Anielcy. Jadze aże dech zaparło. „Oto widomy znak łaski Pańskiej" – 
rzekła se w duchu. Ale wstać nie mogła, bo ja-kowaś drętwota błoga ją wzięła.
Mężowie wiedli trzeciego, któren osłabły, ledwie powłóczył nogami. Ułożyli go na mchu i jęli 
zawodzić nad nim do siebie, a tak cudnie jak pleban mszę odprawiający. Zawodzili i zawodzili, ino 
że leżącemu nic to nie pomogło. Natenczas wrócili do dziwa, wytaskali zeń kocioł nieko-cioł, po 
czym w las poszli. A Jaga chyłkiem za nimi.
Kodo   stał   rozkraczony   za   sterami   grawitolotu-sondy  i   złorzeczył   epimetejskim   konstruktorom. 
Grawitoloty   zakupione   od   Hegemitów   sprawowały   się   znakomicie   od   początku   do   końca 
użytkowania,   ten   zaś,   egzemplarz   licencyjny,   którego   miał   wątpliwy   zaszczyt   być   pilotem, 
wykonany przez jego rodaków, nawalił niemal zaraz po opuszczeniu statku-bazy.

background image

Kończyli fotografowanie przydzielonego im sektora Ziemi, gdy Nuetu dostał ataku. Zwinął się w 
kłębek   na   podłodze   i   jęczał.   Kodo   włączył   samostery,   potem   podszedł   do   Hena,   konsyliarza, 
pochylonego nad skurczonym Nuetu.
– Co z nim? – zapytał
–   Newralgia   –   odparł   Hen  nie   unosząc   wzroku.  –   Ten   łysolski   glob   niedługo   wszystkich   nas 
załatwi. To skupisko zarazy. Na „Epimetei" jest już siedmiu w separatkach.
– Za piętnaście wracamy – powiedział.
Hen   dźwignął   się   z   podłogi   i   zajrzał   do   apteczki.   Grzebał   w   niej   przez   chwilę.   Poirytowany 
wysypał jej zawartość na ziemię.
– Nic, nic!
– Za piętnaście wracamy – powtórzył Kodo.
– Same śmiecie – mruknął Hen trącając czubkiem buta rozsypane fiołki. – Parszywy glob! Kodo 
wrócił do sterów.
– Przesadzasz – rzekł nieco zdenerwowany. – Nawet nie postawiliśmy stopy na tej planecie.
–  Zapominasz   o  promieniowaniu  słonecznym,  sile   grawitacji,   charakterze  pola  magnetycznego 
wokół Ziemi. To nie są drobiazgi.
Leżący jęknął głośniej i począł charczeć. Hen szybko uklęknął przy nim. Gdy wyprostował plecy, 
Kodo pojął, że z Nuetu jest źle.
– Zawracam – powiedział Kodo z wahaniem, spoglądając na Hena.
– Ląduj – syknął Hen.
– Czy wiesz?...
– Ląduj! On się dusi!
Kodo wyłączył samostery i wykonał manewr. Osiedli na skraju lasu. Hen podał Nuetu inhalator 
tlenowy,   potem   wraz   z   Kodo   wyprowadził   chorego   na   zewnątrz.   Mimo   upału   powietrze   było 
wilgotne i orzeźwiające. Położyli Nuetu na mchu.
– Jesteś konsyliarzem, więc wiesz, co robisz – powiedział sceptycznie Kodo.
– Wracać? – wyszeptał Hen. – Z uszkodzonymi ani-hitonami? To potrwa dwa razy dłużej. On nie 
dociągnie.
– Ale apteczka...
– Śmiecie! Same śmiecie! Potrzebne mi są alkaloidy: akonityna! hioscyjamina! weratramortyna! i 
łysol wie, jakie jeszcze!
Ucichli. Nagle poczuli się nieswojo w tym ciemnym, szumiącym, dzikim otoczeniu. Kodo rozejrzał 
się bezradnie.
– A tu SKąar
– Z roślin – odparł Hen. – Sprawdzałem w botalo-gu, powinny rosnąć stosowne. Callibotryon, 
belladonna, mezereum, cykuta, veratrum i tak dalej. Trzeba zrywać całe: korzenie, kłącza, liście, 
łodygi; autoklaw wyciśnie
z tego, co potrzeba.
Poszli po analizator. Wynieśli go na zewnątrz grawito-
lotu-sondy i postawili opodal Nuetu. Hen skinął na Kodo.
– A teraz chodźmy!
Jaga dreptała od drzewa do drzewa i pilnie baczyła, co mężowie zrywają. Widziała wszystko jak na 
ołtarzu, bo jasność od mężów biła świetlista. Rwali ziele najprzeróżniejsze, a to pokrzyk, a to 
wilcze   łyko,   tu   uszczknęli   szaleju,   tam   ciemierzycy,   nie   pogardzili   też   pinduryndą   i   mor-
downikiem. Wrócili objuczeni, wszystko ziele w kocioł niekocioł ciepnęli i zasiedli, by krzynę 
odsapnąć.
W kotle niekotle bulgotało, sapało, hurkotało, dzwoniło, i para zeń uchodziła. Naraz cisza zapadła 
jak przed końcem świata. Natenczas mężowie zaczerpnęli ociupinkę z kotła niekotła i tę ociupinkę 
trzeciemu do trzewi wpuścili. I cud się stał – niemoc leżącego opuściła! Dziwo wnet do Nieba 
poleciało.

background image

Dzionek zastał Jagę klęczącą w lesie. Tłukła głową o ziemię, aże dudniło i łomotała się w piersi.
– Oto łaska Pańska mi się objawiła – powtarzała se w kółko. – Anielcy do mnie przybyli i leczyć 
poduczyli. Kurować mi ludzi trza, a nie gnuśnieć na zapiecku.
Od razu też Jaga poczłapała do Urbana, któren na zołzy był zapadł i duchota go męczyła.
– Zadam ja wam takowe dekokta, Urbanie – rzekła – iże na miejscu się wam odmieni.
Magotowała w kotle wody, a w owej wodzie i szaleju, i ciemierzycy, i pokrzyku, i mordownika, i 
sporyszu tak od siebie, bo do sporyszu od dawien dawna zaufanie miała.
i czwartą nawet, chocia ta czwarta nie chciała mu wejść, poczerń wziął i uświerkł.
Dlatego Jaga ma żal do Niebios, że tak ją szpetnie okpiły.
A może za mało ziela dała? Będzie musiała jeszcze popraktykować.

Rok 1631, Ziemia

„Ludzie" grzali się przy ogniskach. Dreptali w miejscu, zabijając ręce; spozierali na wieczorne 
niebo ciężkie od chmur. Niektórzy pociągali z bukłaczków. Skrzypiał śnieg.
Niecierpliwiono się.
Brahe spacerował po podwórcu, opatulony szubą. Oddechem grzał dłonie. Ponaglał pracujących 
przy stosie pachołków. Był z siebie rad.
Do tej roboty Prefektura Pretorii Hegem, przy współudziale takiejż na Dominii, zatrudniała li tylko 
Epimetej-czyków,   albowiem   z   naborem   kandydatów   na   własnym   terenie   wiązały   się   niemałe 
kłopoty. Epimetejczycy nie mieli zobowiązań względem Ziemian; do tej pory Ziemię odwiedzali 
sporadycznie,   głównie   jako   obserwatorzy.   „Ludźmi"   pogardzali   bardziej   niż   Hegemici   i 
Dominianie,  bardziej  nawet  niż  Fitomini,  uważali   się  za  rasę  nieporównywalnie   wyższą  –  ten 
szowinizm wypływał  z kompleksów narodowych, uzsadniony był  świadomością, że przez całe 
millennia   Epimetejczycy   wlekli   się   w   ogonie   rozwoju   naukowo-technicznego   i   kulturalnego 
cywilizacji Układu Naszego.
Epimetejczycy wykonywali zleconą im pracę gorliwie i sumiennie, toteż obie Prefektury chętnie 
korzystały  z ich  usług.  Brahe  był   Epimetejczykiem   tak  jak Innocenty VIII,  który wydał  bullę 
Summis desiderantes, tak jak
nice, i tak jak Carpzow, ideał Brahego, mający na swym koncie na razie ponad dziesięć tysięcy 
czarownic. Brahe oskarżał o czary „kobiety" bez wyboru, suponując słusznie, że każda z nich w 
trakcie wymyślnych tortur potwierdzi wszystkie oskarżenia; ta, dla której właśnie przygotowywano 
stos, była jego tysiączną ofiarą.
Telepatorzy   nauczam   w   obu   Prefekturach   szkolili   się   na   „ludziach"   przypadkowo   wybranych. 
Pierwsze   próby   nawiązania   kontaktu   telepatycznego   dalekie   były   od   doskonałości,   a   sposób 
przesyłania informacji – chaotyczny i mało skuteczny. W efekcie wiedza przekazywana „ludziom" 
przez telepatorów-praktykantów była wyrywkowa i zakłócona impresjami z życia tych ostatnich. 
Sztuki przesyłania informacji czystej, bez raczenia odbiorcy zbędnymi, subiektywnymi dygresjami, 
telepatorzy nabywali po długich latach treningu, „psując" przez ten czas wielu „ludzi". „Ludzie" ci 
pod wpływem nieudolnie przekazanej wiedzy, która robiła zamęt w ich umysłach, podejmowali 
działania niewskazane, uznawane przez środowisko za anormalne. – Złe duchy nimi zawładnęły – 
mawiano o takich. Ich wpływ na otoczenie był ujemny, toteż Prefektury postanowiły eliminować 
owe jednostki. Metody podsunęła im religia, wykonawców  zaś Prefektury zwerbowały spośród 
Epimetejczyków. Mieli oni za jednym zamachem zlikwidować pozostałe po Erze Bogów zmuto-
wane hybrydy – zdziczałe i zdegenerowane satyry, które przeżyły Potop i rozmnożyły się ostatnimi 
czasy. Satyry napawały „ludzi" zabobonnym strachem, „ludzie" nazywali je najczęściej diabłami, 
choć pracownicy Prefektur spotykali się też z nazwami: strzygi, wilkołaki, gnomy czy skrzaty – 
zależnie od wyglądu mutantów.

background image

Brahe skręcił kark dwóm diabelcom i jednemu tubylcowi – bo zwiodły go rogi, które tubylec miał 
na głowie, kiedy odprawiał egzorcyzmy – naczelnym jednak zadaniem, jakie Brahe postawił przed 
sobą, było zgładzenie największej w dziejach liczby czarownic, zaćmienie
najmniejszych szans, a tortury, które wykoncypował, przerażały nawet oprawców.
Brahe był z siebie zadowolony. Ciżba gardłowała na jego cześć, a do pala na stosie przykuwano 
tysiączną czarownicę. Nie była twarda jak niektóre, przyznała się do wszystkiego już po próbie 
ognia, ale  do końca, nawet po darciu skóry,  nie wyznała,  kto jest jej mocodawcą.  Nie mogła 
oczywiście wiedzieć, lecz inne na jej miejscu podawały jakiekolwiek nazwiska, byle przestano je 
torturować, ta zaś z uporem milczała. I to rozeźliło Brahego, albowiem ta czarownica naraziła na 
szwank jego reputację, reputację człowieka, który nawet z głazu wyciśnie zeznania.
Brahe rzucił „kobiecie" nienawistne spojrzenie. Kilku pachołków kopnęło się po żagwie.
– Kto jest twoim panem? – zawołał głośno Brahe. – Odpowiedz, a może cofnę rozkaz!
Czarownica obróciła ku niemu wymizerowaną twarz. Jej oczy zwęziły się.
– Tyś nim jest! – odparła z mocą. – Ty!
Tłum ucichł.
Koścista ręka czarownicy mierzyła  prosto w Brahego. Płonące głownie skwierczały i pryskały 
iskrami. Pod spojrzeniem setek par oczu Brahe skurczył się.
– Podpalić – rzekł nieswoim głosem.
Żagwie upadły na stos. Uniosły się ciężkie kłęby dymu. Rozpełzła woń spalenizny. Nikt nie patrzył 
na gorejące bale; zastygły tłum nie odrywał wzroku od Brahego. Brahe cofnął się krok, potem 
drugi. Za kolejnym trafił na ścianę „ludzkich" ciał. Odór gorzałki wwiercił mu się w nozdrza.
Na jego barku spoczęła czyjaś dłoń. Następna. Kilkanaście. Ziemia umknęła mu spod stóp. Nie 
szarpał się, strach sparaliżował go całkowicie. Z czarnego nieba padały białe płatki śniegu.
Tubylcy z Brahem ruszyli w stronę płonącego stosu.
Sukcesorzy
Od pięciu dni lało i wydawca Stholtmann serio zaczął się zastanawiać, czy nie zamknąć biura na 
tydzień lub dwa i nie wyjechać na południe, gdzie aura jest mniej kapryśna. Źle znosił niskie 
ciśnienie,   co   często   podkreślał,   dodając,   że   powinien   zamieszkać   w   okolicy   o   łagodniejszym 
klimacie. Do pracy przyszedł w wojowniczym nastroju i z zawczasu obmyślonym uszczypliwym 
docinkiem, którym zamierzał przywitać swą sekretarkę. Umieścił parasol w stojaku, wtłoczył do 
szafy   melonik   i   pelerynę   i   łypnął   ponuro   na   zawalone   rękopisami   biurko.   Ledwie   zapadł   w 
ulubiony, obity lakierowaną skórą fotel, do gabinetu wtargnęła Miriam i nie dając mu dojść do 
słowa – jakby przeczuwała, że boss szykuje się do wygłoszenia złośliwości – powiedziała:
–   Dzień   dobry   panu,   panie   Stholtmann.   Pogodę   mamy   dzisiaj   nienadzwyczajną,   ale   pan,   jak 
zwykle, wygląda doskonale. Czeka na pana autor.
Stholtmann jęknął.
– Kto?
– Hauser – rzekła Miriam ściszonym głosem. – Alfred Hauser. Prosić?
Tego dnia wydawca Stholtmann nie zmusiłby się do podpisania najbardziej intratnej umowy, w 
napadach chandry i rozdrażnienia lubił jednakże rozmawiać z autorami dzieł, od których wydania 
był  daleki. Na Alfreda Hausera miał szczególną ochotę. Chłopak nie mógł wybrać gorszej dla 
siebie pory na spotkanie z wydawcą.
Stholtmann z przesadną kurtuazją wskazał mu krzesło przed biurkiem.
– Zechce pan łaskawie usiąść – zaproponował. – Psia pogoda, nieprawdaż? Deszcz nie nastraja 
mnie przychylnie do świata.
Młodzieniec usiadł na brzegu krzesła. Splecione dłonie wcisnął pomiędzy uda, potem oparł je o 
kolana, a następ-
Zza   grubych   szkieł   spoglądał   na   Stholtmanna   bladymi   oczyma,   które   znalazły   odpowiedź   na 
niejedno pytanie, rozumnymi, pełnymi filozoficznej zadumy.

background image

– Istotnie – zgodził się – pogoda jest wyjątkowo fatalna.
Stholtmannowi przypadła do gustu taka odpowiedź. Zwlekał z rozpoczęciem zasadniczej rozmowy; 
utrzymywanie  rozmówców   jak  najdłużej  w  niepewności   sprawiało   mu  przyjemność.  Niech  się 
chłopak jeszcze trochę ponie-cierpliwi, można nawet wzbudzić w nim mgliste nadzieje, a potem 
dopiero, punkt po punkcie wyłuszczyć mu zarzuty dyskwalifikujące rękopis.
Hauser odchrząknął.
– Czy nie za wcześnie przyszedłem? – zapytał.
– Nie, nie, skądże! Przyszedł pan we właściwym czasie.
Stholtmann uśmiechnął się zjadliwie. Zawołał w stronę drzwi:
– Miriam! – a kiedy sekretarka wsunęła przez szparę swój śliczny pyszczek, zarządził: – Przynieś 
nam dwie mocne kawy. Pan pije kawę, nieprawdaż? – zagadnął autora. – Tak, Miriam, dwie mocne 
kawy, byle prędko.
Miriam cofnęła się, Stholtmann zaś sięgnął po pudełko cygar.
– Zapali pan? Hauser odmówił.
– Bardzo słusznie – westchnął Stholtmann obcinając koniec cygara. – Oszczędza pan zdrowie i 
pieniądze. Ja jestem już w tym wieku, że pozostało mi czerpać z kapitałów zaoszczędzonych w 
młodości. A propos, ile pan ma lat, jeśli łaska?
– Trzydzieści.
– Hm... piękny wiek. Trzydzieści lat i taka gruntowna wiedza... A ja, kiedy miałem trzydzieści lat, 
nie   wiedziałem   jeszcze,   kim   zostanę.   –   Stholtmann   w   zamyśleniu   wypuścił   kłąb   dymu.   – 
Nieprawdopodobne, co za fantazja...
i podała gościowi cukiernicę.
– Nie ma mnie Miriam – powiedział wydawca. – Dla nikogo.
– Tak jest, proszę pana – odrzekła Miriam. Przy biurku Stholtmanna zainstalowany był taster. Gdy 
Stholtmann chciał się pozbyć marudnego autora, uruchamiał dyskretny dzwonek w sekretariacie. 
Na ten znak Miriam wpadała do gabinetu i anonsowała przybycie zagranicznego kontrahenta. – 
Będę u siebie – oświadczyła, zamykając drzwi.
Poczekali, aż kawa ostygnie. Hauser zerkał znad okularów na grzebiącego w stosie rękopisów 
Stholtmanna.
– Muszę przyznać – odezwał się – że praca, którą zostawiłem panu do oceny, nie jest rezultatem 
wyłącznie   moich   przemyśleń.   Pewne   z   przytoczonych   w   niej   dowodów   zgromadził   dziadek, 
większość ojciec. Ja tylko ułożyłem chronologicznie przebieg zdarzeń i wyciągnąłem wnioski.
Stholtmann przewrócił tytułową kartę rękopisu Hau-sera. Wypił łyk kawy i powiedział:
– Ułożył pan hipotetyczny przebieg zdarzeń oraz nać ią gnał pan wnioski. Czytałem pańskie dzieło 
dwukrotnie. Ma pan nieposkromioną wyobraźnię. Jestem pełen podziwu...
– Za pozwoleniem – wtrącił szybko Hauser. – Czy przedstawione argumenty, pańskim zdaniem, 
nie układają się w logiczną całość?
– Owszem, w swym dziele użył pan przekonywającej argumentacji, ale nie można jej traktować 
poważnie. – Stholtmann duszkiem opróżnił filiżankę. Mobilizował się do ataku. – Teeek... Nie 
upieram   się   bynajmniej,   że   wyszczególnione   w   pańskim   rękopisie   fakty   są   wyssane   z   palca, 
niemniej zbudowaną na ich podstawie teorię trzeba włożyć miedzy bajki. Bo czyż twierdzenie, że 
na jakiejś tam gwieździe żyją istoty podobne do nas, nie jest mrzonką? Co więcej, pan sugeruje, że 
owe tajemnicze istoty przybyły tutaj, na Ziemię.
– Rzeczywiście – przyznał. – Te istoty, jak to wynika z mojej pracy, złożyły nam wizytę, zresztą 
niejedną. Rozmawiałem ze znanym antropologiem i przypuszczam, że pierwsze odwiedziny miały 
miejsce przeszło dwa miliony lat temu. Angielski przyrodnik, Charles Robert Darwin...
– Ach, więc pan jest zwolennikiem darwnizmu?
– Tak, nie wypieram się tego. Uważam jednak, że teoria Darwina jest nieco uproszczona. Człowiek 
pochodzi od małpy, ale nie wykształcił się na drodze n a t u r a 1-n e j ewolucji. Najstarsze kopalne 
szczątki praczłowieka liczą sobie ponad dwa miliony lat. Dlaczego ni stąd, ni zowąd małpa zamiast 

background image

nadal spokojnie obżerać liście z drzew, zajęła się wyrabianiem narzędzi i myślistwem? I robiła to 
niezmiennie przez blisko 20 000 wieków, aż naraz, około 200 000 lat temu, pojawił się bez mała 
gotowy człowiek, którego kości odkrył  w dolinie Neandertal w Westfalii Johann Carl Fuhlrott 
bodajże   w   roku   1856.   Ten   podobny   do   nas   stwór   jakieś   40   albo   50   000   lat   przed   naszą   erą 
przeszedł kolejną gwałtowną metamorfozę. My właśnie jesteśmy jej efektem. I to ma być naturalna 
ewolucja? Ewolucja nie odbywa się skokami, przebiega w czasie jednostajnie, a nie lawinowo.
Stholtmann powoli i z namysłem rozdusił niedopałek cygara na dnie mosiężnej popielnicy.
– No dobrze – rzekł. – Przyjmijmy pański punkt widzenia, czyli załóżmy, że człowiek pochodzi, od 
hm... małpy. W jaki sposób te, jak pan utrzymuje, istoty z innej gwiazdy...
– Za pozwoleniem, nie z gwiazdy, lecz z planety. Przez usta Stholtmanna przemknął ironiczny 
uśmieszek.
– Oczywiście, z innej gwiaz... planety;  w jaki tedy sposób istoty te wpłynęły na rozwój owej 
małpy? Hauser uniósł ramiona.
– Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć – oświadczył. – Sądzę, że istoty, które potrafią pokonać 
odległości
Niewykluczone, że znają recepturę na jakiś eliksir... Stholtmann stłumił chichot.
– Naturalnie – mruknął szyderczo. – Znają sekret eliksiru życia.
– W każdym bądź razie – ciągnął nie zrażony Hauser – spowodowały przyśpieszoną ewolucję 
naszych przodków, czego dowodem są pozostałe gatunki małp, od milionów lat znajdujące się na 
tym samym szczeblu rozwoju. – Spojrzał wyczekująco na Stholtmanna.
– Proszę dalej – powiedział słodko wydawca. Hauser zwilżył gardło wystygłą kawą. Zastanawiał 
się, od czego zacząć.
– W trakcie kształtowania się ostatecznej formy ludzkiej – podjął – przybysze zabawili dłużej niż 
zwykle, zabawili się również w sensie dosłownym; prawdopodobnie walczyli o władzę nad ludźmi, 
mówią o tym dokładnie mity greckie. Polecam panu tę lekturę, jest to stosunkowo szczegółowy 
zapis   autentycznych   dziejów   naszych   praojców   i   ich   stwórców,   stwórców,   którzy   na   skutek 
wewnętrznych sporów zginęli albo odeszli, żeby zaludniać inne planety.
Niebo   przejaśniło   się.   Przez   wąskie   okno   wpadło   do   gabinetu   więcej   światła.   Stholtmann 
zaczerpnął do płuc zatęchłego od zleżałych papierów powietrza. Wstał i przespacerował się po 
pokoju. Stanął plecami do Hausera, jak gdyby nie chciał, aby Hauser widział jego minę.
– Dwa miliony, dwieście tysięcy i czterdzieści tysięcy – wycedził. – Zatem ci z Marsa czy skądeś 
tam trzy razy poili małpy swoim cudownym eliksirem?
– Trzy razy – zgodził się Hauser wodząc wzrokiem za Stholtmannem. Ale za każdym razem mógł 
to   być   mocniejszy   napój.   –   Zorientował   się,   że   Stholtmann   zastawia   na   niego   sidła   i   prędko 
wyjaśnił: – Rzecz jasna eksperyment obejmował nieliczną grupę osobników. Osobnicy ci kojarzyli 
się   z   osobnikami   normalnymi,   toteż   nowe   generacje   dziedziczyły   tylko   skąpą   część 
człowieczeństwa zaszczepionego rodzicom. Dlatego jeszcze dwukrotnie
wili   sprawdzić,   w   jakim   stopniu   im   się   powiodło.   W   czasach   starożytnych   odwiedzili   Egipt. 
Wyglądem   zewnętrznym   zgoła   nie   różnili   się   od   współczesnych   im   Egipcjan,   wyróżniali   się 
natomiast   poziomem   inteligencji   i   wiedzy.   Zabłyśli   jako   znakomici   uczeni,   architekci, 
konstruktorzy.   Znana   jest   na   przykład   postać   arcykapłana   Imho-tepa,   projektanta   najstarszej   z 
piramid:   schodkowej   piramidy   Dżesera   w   Sakkara.   Imhotep   dał   się   też   poznać   jako   wybitny 
inżynier, astronom, filozof i lekarz, jako twórca kalendarza. Umarł przeżywszy 2300 lat, bo oni, 
proszę   pana,   byli   długowieczni...   Znaleźli   się   w   Egipcie   około   43   wieków   temu,   wszyscy 
jednocześnie:   Imhotep,   Cheops,   Mykerinos   i   jego   syn   Chefren,   a   kiedy   doszli   do   władzy,   co 
zapewne nie było łatwe, przystąpili natychmiast do wznoszenia piramid. Zapyta  pan: po co? I 
dlaczego nie odlecieli? Bo nie mogli. Ich pojazd się zepsuł, więc postanowili czekać na pomoc i 
gdy tylko zbudowano piramidy, kazali się w nich zamurować. Wszyscy, oprócz Imhotepa, który 
chyba... chyba pokochał ludzi...
Stholtmann wrócił za biurko. Nagle poczuł niechęć do tego autora.

background image

– Kazali się zamurować żywcem? – zagadnął, wpatrując się nachalnie w brodawkę na policzku 
Hausera. – Tak dla przyjemności czy może, żeby sprawić uciechę poddanym?
– Żeby przetrwać – odparł niewzruszony Hauser. – Umieli w tajemniczy sposób pogrążać się w 
letargu podobnie jak niedźwiedzie, które zapadają w sen zimowy. Żyli dłużej, znacznie dłużej od 
ludzi, więc mieli sporo czasu. Ale znając nasze skłonności do awantur, do wojen, wiedząc, że 
upojone zwycięstwem żołdactwo z lubością profanuje groby władców podbitego narodu, odgrodzili 
się od świata pancerzem kamiennych bloków. I czekali.
– Oczywiście – przytaknął Stholtmann. – Czekali sobie. I doczekali się, nieprawdaż? Hauser z 
powagą kiwnął głową.
kalif Al Mamun wespół z najznamienitszymi  architektami i armią kamieniarzy sforsował mury 
piramidy Cheopsa i dostał się do wnętrza. W krypcie grobowej odnalazł sarkofag. Ten sarkofag, 
proszę pana, był pozbawiony wieka i p u s t y... Późniejsi faraonowie także stawiali piramidy, ale 
były one tylko nędznym, bezsensownym naśladownictwem...
Stholtmann wydobył z siebie przeciągłe westchnienie.
– Teeek... Na tym, zdaje się, nie koniec?
–   Nie   koniec   –   potwierdził   Hauser.   –   Śmiem   przypuszczać,   że   istoty,   o   których   mówimy,   w 
dalszym ciągu składają nam wizyty, czyniąc to wszakże po kryjomu. Ślady ich działalności spotyka 
się co krok. Weźmy choćby któregolwiek z wynalazców. A tak na marginesie warto nadmienić, że 
określenie „wynalazca" jest błędne. Jak można nazwać wynalazcą kogoś, komu ideę wynalazku 
podsunięto, skoro „wynaleziona"  przez niego rzecz  jest już od dawna faktycznie  wynaleziona. 
Wynalazki   rodzą   się   z   potrzeb   i   te   są,   zgoda,   prawie   wyłączną   zasługą   ludzi,   niemniej   w 
przeważającej  mierze wynalazków  dokonywano przedwcześnie,  jakby z myślą  o przyszłości,  a 
zatem nie wynikają one z potrzeb. Exemplum: lodówka, fonograf, lornetka, maszyna do liczenia, 
pisania   lub   szycia   znane   są   od   dawna,   lecz   dopiero   w   ostatnich   kilkunastu   latach   znalazły 
zastosowanie.   Ponadto   odkrywcami   czy   jak   pan   woli:   wynalazcami   są   ludzie   najzupełniej 
przypadkowi,   raptownie   natchnieni,   otóż   to!   natchnieni.   Lekarz   wynajduje   lodówkę,   złotnik 
naparstek, malarz da^erotyp, filozof maszynę do liczenia, medyk maszynę do pisania, matematyk 
grzechotkę, cukiernik zaś konserwę. Ktoś, kto ich natchnął, kierował się dowolnym wyborem.
– A tym kimś są pańskie istoty – wtrącił Stholtmann. – I naturalnie domyśla się pan, jakie pobudki 
nimi powodują.
Po raz pierwszy Hausera opuścił spokój, autor zakłopotał się.
dział zniżonym głosem. – Wszelako z przeznaczenia ofiarowanych nam wynalazków wnioskuję, że 
przybysze usposobieni są do nas przyjaźnie. Może to forma pomocy dla zacofanych kuzynów? 
Godny   podkreślenia   jest   fakt,   że   wszystkie   dyscypliny   nauk   przyrodniczych   przechodziły 
dziewięciowieczny   z   górą   okres   zastoju.   W   starożytności,   kiedy   miano   świeżo   w   pamięci 
wskazówki mistrzów, radzono sobie z przyrodą, stworzono nawet odważne poglądy i systemy, 
potem   jednak   ilość   wiadomości   przekazywanych   z   pokolenia   na   pokolenie,   jęła   topnieć 
zastraszająco. Zjawili się wówczas alchemicy, którzy królowali przez całe średniowiecze i przez 
całe   średniowiecze   nie   dokonali   niczego,   dosłownie   niczego,   co   najwyżej   udowodnili   własną 
bezradność.   I   naraz,   jakby   za   dotknięciem   różdżki   czarodziejskiej,   posypały   się   wynalazki.   A 
przecież  zgodnie z ewolucjonizmem  rozwój biologiczny,  umysłowy i społeczny człowieka jest 
procesem   ciągłych,   stopniowych   i   drobnych   przemian;   sukcesywnego,   a   nie   skokowego, 
przechodzenia w wyższe stadia rozwojowe. Stholtmann uderzył otwartą dłonią w poręcz fotela.
– Coraz lepiej! – zawołał. – Doprawdy, zdumiewa mnie pańska wyobraźnia. Zdumiewa i przeraża. 
Pan ma niebezpieczne poglądy, młody człowieku.
– Przede wszystkim są to poglądy słuszne – rzekł oschle Hauser. – Jestem o tym przekonany.
Stholtmann zakaszlał. Sięgnął po drugie cygaro.
– Więcej skromności, drogi panie. Wprzód trzeba przedstawić dowody. Żyjemy wszak w wieku 
elektryczności i pary, a za niespełna dziesięć lat wkroczymy w wiek dwudziesty. Bez dowodów 

background image

pańskie,   hm...   presumpcje   są   tyle   warte   co   bajania   przy   kominku.   Radziłbym   ich   nie 
rozpowszechniać. Za głoszenie podobnych herezji...
Hauser poprawił okulary.
– Jak to? Więc... więc...
– Zgadł pan – powiedział twardo Stholtmann. – Pański rękopis nie nadaje się do publikacji ani jako 
dzieło naukowe, ani jako lektura dla dzieci – spostrzegł, że prze-
decznie: – Przykro mi to mówić... Naraziłbym się na kłopoty... Kościół mógłby mi zarzucić...
– – Zdaje się, że minęły już czasy inkwizycji?
Wstali równocześnie. Hauser wyplątywał się z frędzli dywanu, a Stholtmann przeżuwał koniec nie 
zapalonego cygara i szeleścił kartkami rękopisu. Miał ochotę roześmiać się głośno.
– Czasy inkwizycji minęły, ale nie jest pan, niestety, Giordanem Brunem.
Hauser wyjął mu z rąk rękopis.
– Żegnam pana – rzekł, nim trzasnął drzwiami.
Stholtmann zapalił cygaro, dmuchnął dymem w blat biurka i wezwał sekretarkę. Weszła tanecznym 
kroczkiem, ostentacyjnie rozejrzała się po gabinecie, a następnie przekrzywiwszy głowę rozłożyła 
ramiona z udanym żalem.
– Połącz mnie ze Szczerbolem – polecił Stholtmann padając na fotel.
Miriam usiadła obok telefonu. Pokręciła korbką induk-tora.
– Poproszę wydawnictwo Mortona – zaszczebiotała do aparatu i oddała słuchawkę bossowi.
– Morton? – upewnił się Stholtmann. – Witam. Paskudna pogoda, co? Tak, mnie też łamie w 
krzyżu. Wybiorę się chyba na południe, mam tam domek letniskowy. Może pojedziesz ze mną? 
Należy nam się wypoczynek po tej harówce. Dzisiaj przyszedł taki jeden... Alfred Hauser, znasz 
go? No, to masz szczęście. Maruda i grafoman, jakich mało. Niewykluczone, że cię odwiedzi z tym 
swoim dziełem... Nie, szkoda czasu na czytanie, najlepiej od razu odpraw go z kwitkiem... Co? 
Alfred Hauser, tak, Hauser... A jak go załatwisz, zadzwoń do mnie, uzgodnimy termin wyjazdu... 
No, na razie. – Stholtmann dał Miriam znak, żeby rozłączyła. – Tego byśmy mieli – sapnął. – Teraz 
do Ropuchy. Kręć.
Sekretarka wykonała polecenie.
– Z wydawnictwem madame Lilande – rzucił Stholt-
niższe   ukłony  dla   szanownej   konkurentki.   Tak,   to   ja,   zawsze   do  usług,   cichy,   nie   zauważany 
wielbiciel drogiej pani. Pogoda... rozkoszna, nieprawdaż? Ja również uwielbiam deszcz, pasjami 
lubię spacerować po deszczu. Pamiętam, jak byłem młodszy, nie przepuściłem żadnej burzy. Z gołą 
głową i bez parasola biegałem wśród ulewy i piorunów. Tak, z tych lat coś mi tam pozostało, 
odżywam z każdą kroplą... Proszę? Nie, dzisiaj nie byłem na przechadzce ze względu na autora... 
Niejaki   Hauser,   Alfred   Hauser,   okropny   nudziarz.   Zajął   mi   całe   przedpołudnie...   Żeby   to   coś 
ciekawego! Jego dzieło jest kompletną bzdurą, na miejscu łaskawej pani nie zawracałbym sobie 
pięknej główki... Ależ nie ma o czym mówić, to mój obowiązek przestrzec drogą madame. Ach, co 
ze mnie za dystrakt, byłbym zapomniał: zdobyłem dla pani tę pozycję... Tak, tak, od znajomego 
księgarza z Australii... Żaden kłopot, doprawdy. Kiedy najdroższa madame skończy z tym Hau-
serem, proszę do mnie kogoś przysłać po tę książkę... Tak, i proszę pamiętać, że zawsze jestem do 
pani usług... Do zobaczenia, pa, pa...
Stholtmann otarł chusteczką czoło i mrugnął do Miriam krztuszącej się ze śmiechu.
– Do Grossbauma też? – zapytała.
– Koniecznie.
Miriam uruchomiła induktor.
– Z wydawcą  Grossbaumem proszę – powiedział Stholtmann.  Poczekał, aż tamten  zacznie się 
denerwować przy telefonie. – Grossbaum, to pan? Dzień dobry, tu Stholtmann. Słuchaj pan, panie 
Grossbaum, podjąłem z banku sumę, o którą pan prosił... Tak, niech pan nie dziękuje, nie mam po 
prostu sumienia niszczyć konkurentów. Ale wymagam od nich lojalności, pojmuje pan? To dobrze. 
Halo! Niech się pan skupi. Prawdopodobnie przy-lezie do pana Alfred Hauser, taki młody bałwan, 

background image

Alfred Hauser, powtarzam, H-a-u-s-e-r. Przyniesie rękopis. Wyrzuć go pan na zbity łeb... Jaki 
znowu interes? Gdyby to był interes, to ja bym go przed panem ubił, prawda? Bo
binet.u... Co mam w tym?... Prywatną sprawę. Ten Hauser ongiś zalazł mi porządnie za skórę... 
Dobrze, pieniądze może pan odebrać choćby jutro. Jeśli się pan odpowiednio spisze, umorzę część 
długu. Zrozumieliśmy się? To do widzenia.
Stholtmann   odwiesił   słuchawkę.   Siedział   rozparty,   zbierając   myśli.   Sekretarka   wyjrzała   na 
korytarz. Upewniła się, że nikogo tam nie ma i przekręciła klucz w zamku.
– W porządku.
Wspólnie   odsunęli   regał.   Miriam   dotknęła   ukrytego   w   załamaniu   ściany   zatrzasku.   Spod 
kwadratowej ściennej płyty wychynął przód radiostacji. Stholtmann włączył zasilanie i przekręcił 
wybiórczy przełącznik selektora. Pokój wypełniło jednostajne buczenie.
Stholtmann zbliżył usta do mikrofonu.
– Do Centrum Sekcji Ziemskich – powiedział. – Z Merkandorem.
– Realizuję – odparły automaty.
Buczenie w głośniku wzrosło. Nasiliły się trzaski. Przerwał je bas:
– Merkandor.
– Nakaz wypełniony – rzekł Stholtmann. – Uniemożliwiłem Hauserowi rozpowszechnienie pracy. 
Odpowiedź nadeszła prawie natychmiast:
– Prawidłowo. Na razie nie powinni wiedzieć, są nazbyt prymitywni. Byłby to dla nich olbrzymi 
wstrząs.
– Oni... Oni zaczynają się domyślać, Merkandorze. Wprawdzie interpretują pewne zjawiska bardzo 
naiwnie,   na   miarę   swojej   wiedzy,   lecz   wyciągają   trafne   wnioski   i   układają   je   w   logiczne 
konstrukcje. Wykazują duże zdolności heurystyczne.
– To dobrze. Za kilkadziesiąt lat, gdy w dostatecznym stopniu opanują technikę, nasi telepatorzy 
zainspirują na Ziemi podobnych do Hausera futurologów, którzy będą objawiać prawdę. Życzę ci i 
nam wszystkim, aby i wtedy „ludzie" popisali się swymi zdolnościami. Do zobaczenia!
– Do zobaczenia, Merkandorze.
– Kiedy pięć tysięcy lat temu pierwszy rector Centrum Sekcji Ziemskich, Jahwe, zwrócił się do 
mnie:   „Merkandorze,   chcę,   abyś   objął   moje   stanowisko",   wydało   mi   się,   młodemu   i 
niedoświadczonemu,   że   oto   w   jednej   chwili   osiągnąłem   szczyt   kariery,   na   który   ktoś   inny 
wdrapywałby się wieki całe. Mówiono potem, że za moim awansem stali potężni protektorzy i 
zazdroszczono   mi,   czego,   wgryzając   się   coraz   bardziej   w   problemy   Centrum,   nie   mogłem 
zrozumieć.
Jahwe,   jak   zdążyłem   się   wkrótce   zorientować,   nie   panował   nad   sytuacją,   zostawił   po   sobie 
galimatias. Brakowało połowy dokumentacji, ocalała połowa była  zdekompletowana, archiwum 
stało otworem i każdy mógł w nim bezkarnie buszować; różni ludzie kręcili się po biurach Centrum 
niczym po własnym mieszkaniu, a nieodpowiedzialni pracownicy CSZ-u beztrosko zatwierdzali i 
akceptowali wszystko, co im pod nos podsunięto. Dlatego postanowiłem na jakiś czas zawiesić 
działalność Centrum, zrobić czystkę i odtworzyć zaginione dokumenty. Moja decyzja spotkała się z 
protestem świata nauki, zwłaszcza socjotechników i socjogów zatrudnionych w charakterze kadry 
pomocniczej przy UKROP-ie. Kadra naukowa zaś, socjolodzy i socjotycy, której przedstawiciele 
stanowili podówczas absolutną większość w Radzie Międzyplanetarnej, na forum obrad tejże Rady 
uchyliła   moją   decyzję.   Znajomy   socjotyk,   notabene   wnuk   Odyna,   poradził   mi   prywatnie: 
„Merkandorze,   rób,   co   ci   się   żywnie   podoba,   ale   od   naszych   eksperymentów   wara!"   Byłem 
bezsilny, udało mi się jedynie wywalczyć dodatkowe kompetencje, zaproponowano mi też udział w 
pracach kilku zespołów socjotechnicznych, na co jednakowoż nie wyraziłem zgody, albowiem owe 
propozycje   zdały   mi   się   jawną   kpiną:   gdybym   był   władny,   pod   groźbą   izolacji   zakazałbym 
doświadczeń socjotechnicznych na Ziemi. Wszak CSZ zo-
stanowić   parawan   dla   bezmyślnych   praktyk   pseudona-ukowców   kierujących   się   egoizmem   i 
wynaturzonymi zasadami.

background image

Mnogość   powstałych   zespołów   socjotechnicznych,   z   których   każdy   może   się   poszczycić 
posiadaniem   co   najmniej   jednej   eksperymentalnej   kultury   na   Ziemi,   wpłynęła   na   niebywałe 
zagęszczenie   szczepów,   plemion,   kolonii,   republik,   księstw,   królestw,   a   co   za   tym   idzie,   na 
wzajemne   ich   oddziaływanie,   z   punktu   widzenia   socjozespołów   niewskazane   w   najwyższym 
stopniu.   Spaczone   ciasnotą   rezultaty   badań   wywołały   niezadowolenie   i   niesnaski   między 
poszczególnymi   zespołami.   Wkrótce   spory   i   pretensje   przeobraziły   się   w   Wojnę   Socjotyków, 
wprzód domową, następnie, gdy doszedł do głosu nacjonalizm, w wojnę socjotyków hegemskich z 
socjotykami  dominiańskimi.  Fi-tominia, jak wiemy,  nie brała w tej wojnie udziału, Epi-meteja 
natomiast, mając okazję, przejęła kontrolę nad ziemskimi społeczeństwami, czyniąc przy tym na 
Ziemi jeszcze większy chaos.
Zdecydowałem   się   skonsolidować   ziemskie   narody,   używając   do   tego   celu   środka   najbardziej 
skutecznego: religii.
Pierwotne  wierzenia  „ludzi",  związane   z kultem  Jahwe, osłabły  znacznie,   a schizma   pogłębiła 
różnice społeczne i kulturalne narodów. Wziąłem się przeto do odświeżania doktryn. W tym czasie 
socjotycy zawarli rozejm i jęli mieszać mi szyki. Wykorzystywali mianowicie krzewioną przeze 
mnie   religię   do  swych   badań   nad   realizowaniem   zamierzonych   zmian   społecznych;   w   efekcie 
skłonili „ludzi" do podjęcia wypraw krzyżowych. Przy sposobności stwierdzić wypada, że krucjaty 
niewiele miały wspólnego z programem badań, socjotycy wywołali je ze względu na zadawnione 
porachunki, były formą dywersji naukowej. Kierowani zawiścią, przeszkadzając sobie nawzajem, 
socjotycy   i   socjotechnicy   udaremniali   jednocześnie   podejmowane   przez   Centrum   próby 
wprowadzenia na Ziemi ogólnego ładu, próby integracji i ujednolicenia systemów
cycn ziemianami.
Jahwe, przekazując mi obowiązki -rectora, powiedział: „W rzeczywistości 'ludzie' są nam bardziej 
bliscy,  niż to sobie wyobrażamy.  Posiadają umysły niezwykle  chłonne i spragnieni są wiedzy. 
Przez kilkadziesiąt lat dzięki moim inspiratorom przyswoili sobie podstawy arytmetyki, geometrii i 
astronomii; nawet Zeusa zdumiewała ich inteligencja. Oświecaj ich nadal, bo warto." Dałem mu na 
to słowo i słowa tego dotrzymałem. Wynająłem najzdolniejszych teleinspiratorów i wnet na Ziemi 
zasłynęły takie nazwiska jak: Hipokrates, Leukippos, Euklides, Pitagoras, Ptolemeusz, Arystoteles, 
Arystrach. Przyznaję, podczas Wojny Socjotyków zaniedbałem krzewienia oświaty na rzecz religii, 
aczkolwiek i wówczas nasi inspiratorzy natchnęli szereg osób, a wśród nich Awicennę i Alchwariz-
miego. Zamieszki na tle religijnym, zwłaszcza wyprawy krzyżowe, uświadomiły mi, że popełniłem 
błąd.   Czym   prędzej   przeto   powróciłem   do   edukacji   „ludzi".   Zatrudniłem   w   CSZ-cie 
teleinspiratorów reprezentujących wszystkie podstawowe dziedziny nauk, i już wkrótce na liście 
natchnionych   znalazło   się   dziesięć   nazwisk:   Paracelsus,   La-voisier,   Yesalius,   Haller,   Toricelli, 
Newton,   Cardano,   Gil-bert,   Galileusz   i   Kepler.   Niebawem   też   pojawili   się:   Cu-vier   i   Pasteur, 
Avogadro i Oersted, Liebig i Wohler, De-dekind i Cantor, Maxwell i Bolzmann. Poczynaniom 
Centrum towarzyszyła, niestety, destrukcyjna działalność zespołów socjotechnicznych. Napoleon, 
Hitler, Hideki Tojo to tylko trzy indywidua z całej chmary osobników zainspirowanych ostatnio 
przez specjalistów pracujących w socjozespołach.
Nie   muszę   chyba   mówić,   jak   bardzo   badania   socjologów,   ich   wpływy   były   szkodliwe.   I   są. 
Albowiem   choć   nowo   wybrana   Rada   Międzyplanetarna   zaniepokojona   za-mętern   ideowo-
wojennym   na   Ziemi,   ograniczyła   możeb-ność   ingerencji   zespołów   socjotechnicznych,   pewni 
nieodpowiedzialni członkowie tychże zespołów nadal samowolnie eksperymentują na niektórych 
społeczeństwach „ludz-
iotez   oa   prawie   ćwierćwiecza   i^sz,   zamecnafo   pomocy   wynalazczej,   zwłaszcza   że   „ludzie", 
animowani równocześnie przez socjotyków, znajdowali dla wszelkich wynalazków zastosowanie 
niezgodne z założonym przez nas przeznaczeniem, ponadto „ludzka" pomysłowość zaczyna się 
obywać  bez naszych  usług. CSZ poczęło  natomiast  dążyć  do rozpowszechnienia  i pogłębienia 
„ludzkiej" samo wiedzy, do uświadomienia „ludziom" ich miejsca we wszechświecie, a co za tym 
idzie,   do   przygotowania   ich   do   naszych   oficjalnych   odwiedzin,   innych   niźli   dotychczasowe, 

background image

albowiem pozbawionych irracjonalnej, nadprzyrodzonej otoczki. To dzięki naszym inspiratorom 
natchniony  Charles   Robert  Darwin napisał   dzieło  O   pochodzeniu  człowieka,  wytyczając  nowe 
drogi biologii i pochodnym naukom.
Każda   rewolucja   myśli   i   pojęć   rozpętana   na   Ziemi,   oprócz   przeciwników   rodzi   fanatycznych 
wyznawców nowych teorii oraz naśladowców. Zjawisko naśladownictwa, nadzwyczaj cenne dla 
nas,   występuje   przede   wszystkim   w   sztuce   i   w   literaturze,   dlatego   rozwojowi   i   stosownemu 
ukierunkowaniu jej treści eksperci z PARNAS-u poświęcili szczególną uwagę. Po Julesie Yernie, 
po   Herbercie   George'u   Wellsie   natchnęli   oni   następnych   twórców   literatury   specjalnej.   Nie 
zawiedli   nas   także   naśladowcy,   a   odpowiedzialni   za   rozpowszechnianie   literatury   specjalnej 
„ludzie", otaczani przez CSZ wyjątkową opieka, przyczynili się do ogromnego zainteresowania 
czytelników   tąże   literaturą,   a   nawet   do   stworzenia   kół   jej   miłośników,   wśród   których   zresztą 
działają również „ludzie" przez nas zainspirowani.
Jednocześnie Centrum postanowiło wrócić do zarzuconego ongiś profetyzmu, aby i tym sposobem 
rozszerzać horyzonty świadomości ,. ludzkiej". Wierzenia religijne Ziemian były i są ciągle żywe, 
przeto prorocy łatwo znajdowali chętnych słuchaczy.
Według   założeń   CSZ-u   metody   wzbogacania   samowie-dzy   „człowieka"   posuwały   się   dwiema 
drogami: nauki
mi, o wspólnym końcu i wspólnym celu. Uwieńczeniem naszych prac miało być zainspirowanie 
kogoś z „ludzi", kto łącząc elementy nauki, fantastyki naukowej, fantastyki i religii, stworzyłby 
bodaj   ogólną   i   zbliżoną   do   prawdy   teorię   pochodzenia   Ziemian   i   przygotował   „ludzkość"   do 
kolejnego stopnia wtajemniczenia.
Tak   też   się   stało.   Wybraliśmy   „człowieka"   o   nazwisku   Erich   von   Daniken.   Nasi   specjaliści 
telestymulacyjnie   rozbudzili  w   nim  ciekawość,  podszepnęłi  mii  metody  działania  i  udostępnili 
konieczne   materiały.   Niestety,   dowody   zgromadzone   przez   Danikena   i   przedstawione   ogółowi 
spotkały   się   z   żartobliwie-infantylnym   przyjęciem,   zwłaszcza   ziemskich   naukowców;   gdyśmy 
obserwowali „ludzi" zbijających teorię głoszoną przez Danikena, wydawało się nam, że mamy 
przed sobą niedorozwiniętych osobników, którym do zabawy dano miast klocków komputer.
Chciałbym z tego miejsca podkreślić, że wszystkie przedsięwzięcia Centrum Sekcji Ziemskich, 
którego   naczelnym   zadaniem   była   i   jest   wszechstronna   pomoc   Ziemianom,   zawsze 
dopracowywano   w   najdrobniejszych   szczegółach.   Dlatego   nie   wiem,   czemu   nasza   działalność 
poniosła fiasko. Nie godzi mi się zrzucać całej winy na socjotyków i socjologów, niewykluczone, 
że popełniłem jakieś błędy, które naprawią moi następcy, czego im z serca życzę. Jednocześnie, 
składając   swoją   rezygnację,   pragnę   zebranych   przeprosić,   że   pozostawiam   po   sobie   na   Ziemi 
większy bałagan, niż zastałem.

Rok 1970, z Dominii na Septimę

Olu-Bowli odprawił smug, bo dalej trzeba było iść pieszo; tak nakazywał obyczaj. Septirna -– 
ostatnia planeta w Układzie Naszym – przywitała go burzą metanową. Od wyładowań płonęła cała 
atmosfera, wywołując zjawi-
!1 – Sukcesorzy
pierwszych kosmonautów zapuszczających się w te zakątki Układu. Olu-Bowli przeczekał burzę w 
bazie, potem wynajął smug, który zawiózł go na to spękane od mrozu pustkowie: granatowo-mętną 
równinę   oproszoną   światłem   dalekiej   latarni   nawigacyjnej.   Szedł   wprost   na   latarnię;   smug, 
szybując nisko nad ziemią, przez pewien czas towarzyszył mu. Grunt o porowatej, prawie puszystej 
fakturze zgrzytał pod okuciami butów, a fioletowe, wyziębione powietrze zdawało się krzepnąć po 
szalejącym niedawno żywiole.

background image

Za   latarnią   nawigacyjną   stały   sześcienne   autarkie   –   sadyby   druidów.   Największą   zajmował 
koryfeusz. Olu-
-Bowli skierował się do jej wejścia. W drugiej komorze śluzy zrzucił z siebie skafander i wśliznął 
się do poczekalni. Wymienił swoje nazwisko. Po chwili, przeniesiony polem, znalazł się w pustym 
pomieszczeniu, naprzeciw mężczyzny o niemal kwadratowej, łysej głowie, półleżącego, • okrytego 
czarnym całunem. Twarz gospodarza, pozbawiona zarostu, lśniła, a jego nieruchome oczy patrzyły 
na Olu-Bowliego bez ciekawości. Było cicho i przytulnie.
– Jesteś druidem-koryfeuszem – zaczął Olu-Bowli. – Zwracam się do ciebie, bo wątpię, czy ktoś 
inny potrafi odpowiedzieć na moje pytania.
Koryfeusz nie od-razu przemówił.
– Czy korzystałeś z sieci? – spytał, a widząc, że Olu-
-Bowli zaraz się żachnie, dodał: – Ja często korzystam z sieci, i to zarówno z sieci propopuli, jak i z 
sieci pro-specjali.
Olu-Bowli po zastanowieniu odparł:
– Informacje dostarczane przez sieć prospecjali są nie do strawienia dla przeciętnego człowieka, 
natomiast   sieć   propopuli.   informuje   zrozumiale,   lecz   nazbyt   dokładnie,   bez   komentarzy,   nie 
pomijając najmniej istotnych szczegółów i z denerwującym  obiektywizmem. Gdy spytałem, co 
spowodowało,   że   nasi   przodkowie   urządzili   wyprawę   na   Ziemię,   przez   pół   dnia   słuchałem   o 
jakichś Zapisach Przed-cywilizacyjnych, exodusie Prahegemitów i sytuacji eko-
lat. Wic z tego nie wynika.
– Przeciwnie, wynika z tego wiele.
– Ale meritum gubi się w drobiazgach. Ja szukam odpowiedzi ogólnej, niechby subiektywnej, byle 
ogólnej. Nie, kontakt z siecią nie zastąpi rozmowy z człowiekiem; rozmowa to nie tylko wymiana 
informacji, to także mimika i gesty, które niekiedy mówią więcej aniżeli słowa i dzięki którym 
można poznać upodobania i poglądy rozmówcy.
Koryfeusz poruszył się pod całunem.
– Wypowiedziałeś jedną z elementarnych prawd głoszonych przez druidów. Chciałżebyś do nas 
przystąpić? Olu-Bowli zaprzeczył pośpiesznie.
–   Lubię   swoje   zajęcie...   Nazbyt   je   lubię   –   rzekł,   nadal   kręcąc   głową.   Wyjaśnił:   –   Pracuję   w 
Centrum Sekcji Ziemskich, w Podsekcji Socjopedycznej jako młodszy so-cjotechnik. – Po krótkim 
milczeniu podjął: – Do pokąd CSZ-em kierował Merkandor, wszystko wydawało mi się naturalne i 
proste, ale od czasu jego ustąpienia poczęły mnie nękać pytania. Dość dziwne pytania, takie jakich 
nigdy bym nie zadał swoim kolegom, dotyczące natury człowieka i „człowieka".
– Tych natur nie można ze sobą porównywać. Łatwo omamia pozorne podobieństwo „ludzi" do 
ludzi, ale przecież „ludzie" to w końcu zwierzęta. Nie przeczę, że w żyłach „ludzi" płynie trochę 
krwi naszej – kamienne dotąd oblicze koryfeusza ożywił grymas niesmaku – czy jednak gdyby 
małpę zapłodnić nasieniem „ludzkim", predestynowałoby to rozwinięte z owej zygoty stworzenie 
do   miana   „człowieka"?   Sami   „ludzie"   by   zapędzili   takiego   mieszańca   do   zoologu.   Podobna 
hybrydyzacja   miała   miejsce   przed   dwoma   milionami   lat.   Grupa   Praepimetej-czyków,   ludu 
podówczas   jeszcze   dzikiego,   korzystając   z   zawieruchy   wrojennej   między   Hegem   a   Dominia, 
uprowadziła   jeden   ze   statków   operacyjnych   i   na   jego   pokładzie   dotarła   na   Ziemię.   Tam 
Praepimetejczycy skrzyżowali się z homininae, czym zapoczątkowali nowy gatunek, homi-
liona lat, tyle  bowiem trwało odradzanie się, zgładzonych  prawie doszczętnie, obu cywilizacji: 
hegemskiej i domi-niańskiej; ewoluowały przez ten czas nieznacznie, przypuszczalnie po zaciętych 
walkach wyrugowały swych niżej stojących krewniaków z ich terenów i rozprzestrzeniły się po 
całym globie. Kolejne ekspedycje Hegemitów na Ziemię miały na celu zdobycie poszukiwanych 
wtedy pilnie transplantatów. Hominy poddano obróbce genetycznej, stwarzając tym samym jeszcze 
doskonalszy   gatunek   antropoida.   Neohominy   postąpiły   z   hominami   dokładnie   tak   samo,   jak 
hominy postąpiły z gatunkiem homiriinae. Nie upłynęło 50 tysięcy lat, gdy Nymfelius opracował 
metodę   regeneracji,   dzięki   której   transplantaty   stały   się   zbyteczne.   Na   pewien   okres 

background image

zainteresowanie   neohomina-mi   i   Ziemia   osłabło.   Rozpoczął   się   kolejny   wyścig   nauko-wo-
techniczny   między   Hegem   a   Dominia;   obie   cywilizacje   szybko   zdystansowały   w   rozwoju 
cywilizację   epime-tejską,   uparcie   wtedy   zachowującą   neutralność,   za   którą   zresztą   zapłaciła 
regresem. Niebawem jednak socjolodzy spostrzegli, że rozwój cywilizacji hegemskiej i dominiań-
skiej   nie   idzie   w   pożądanym   kierunku:   Dominianie,   zjednoczeni   już   po   okresowym 
rozpaństwowieniu   –   ongiś   Dominia   podzielona   była   na   cztery   państwa   –   postawili   na   totalną 
technicyzację, której skutki, nawiasem biorąc, odczuwają do dzisiaj. Jesteś Dominianinem, więc 
zgodzisz się ze mną; Hegemici zaś, zaniedbując życie społeczne i kulturalne, wszystkie wysiłki 
skoncentrowali na penetracji kosmosu. Ówcześni nie zlekceważyli ostrzeżeń socjologów, potrafili, 
chwała  im za to, spojrzeć na siebie krytycznie.  Nie potrafili  natomiast  zaradzić  złu, nie mieli 
bowiem żadnych wzorców. Trzeba było zatem takie wzorce opracować, stworzyć eksperymentalną 
kulturę albo kilka kultur, na podstawie których, w oparciu o zachodzące w nich przeobrażenia, 
dałoby się' -wypracować sposoby realizowania stosownych zmian społecznych. Wybrano Ziemię... 
– Tak – potwierdził Olu-Bowli – wybrano Ziemię. Zamieszkujące ją neohominy nie były zdolne do 
zorgani-
mogenetycy postanowili uszlachetnić te istoty, „uczłowieczyć" je. Z górą 43 tysiące lat temu na 
Ziemię   udała   się   odpowiednio   wyposażona   ekspedycja.   Nad   prawidłowym   rozwojem   nowo 
powstałego gatunku homów mieli czuwać telepatorzy, zdalnie inspirując jego poczynania. Tele-
patorzy przystąpili do pracy, lecz z opóźnieniem liczącym przeszło 30 tysięcy lat.
Koryfeusz jak gdyby nie zauważył, że Olu-Bowli wyręczył go w opowieści.
– Wszelako wyścigu naukowo-technicznego nie udało się zatrzymać w jednej chwili – ciągnął. – 
Pewne utylitarne tendencje w dziedzinie medycyny i nie tylko, lansowane przez żadnych sławy i 
zainteresowanych ich upowszechnieniem karierowiczów, wywołały oburzenie na obu globach. Z 
protestów   zrodziła   się   idea   fitofikacji;   przeciwnicy   Akcji   Ulepszania   Ludzkości   opuszczali 
rodzinną planetę i jako ludzie-rośliny udawali się na Fitominię; niektórzy uciekali na Epimeteję, a 
jeszcze inni szukali ratunku przed długowiecznym nieróbstwem i dobrobytem w karkołomnych 
zabawach w bogów. Anarchia ta trwała, jak wspomniałeś, 30 tysięcy lat. Punktem zwrotnym było 
spowodowanie na Ziemi Potopu.
– Ty to nazywasz punktem zwrotnym – powiedział Olu-Bowli naraz rozdrażniony – dla mnie zaś 
ziemski Potop jest dowodem ludzkiej bezduszności i egoizmu.
Koryfeusz zamrugał bezrzęsymi powiekami.
– Znowu zmierzasz w kierunku niebezpiecznego antro-pomorfizmu – stwierdził ze zdziwieniem. – 
„Ludzie" to homy, nic więcej. Jakież to atrybuty „człowieka" miałyby świadczyć, że jest on istotnie 
człowiekiem?   Zdolność   do   myślenia,   przeżyć,   uczuć   i   formułowania   zachodzących   w   jego 
psychice procesów? Zdolność do wytwarzania wartości kulturalnych lub form życia zbiorowego? 
Wobec tego na miano człowieka zasługuje pingwin, bo jest gotów zdechnąć z miłości do jaja, które 
wysiaduje; dzioborożec lub goryl, bo jest troskhwszym od nas opiekunem swojej żony i dzieci; 
byle mrówka, bo zajmuje się hodowla
zację życia w grupie, o jakiej nam się nie śniło; bóbr, krab, szarańczak, bo wykazuje znajomość 
techniki inżynieryjnej, która wykracza poza granice „ludzkich" umiejętności; kruk albo pszczoła, 
bo posługuje się mową...
– Instynkty! – wtrącił zniecierpliwiony Olu-Bowli. Koryfeusz westchnął.
–   Słusznie.   „Człowiek"   też   się   kieruje   instynktami.   Rozum   to   przecież   zespół   instyntków, 
naturalnie  wysoce  rozwiniętych.  Stawia  on homa  ponad  innymi  zwierzętami,  ale  nie czyni  go 
człowiekiem.   Przyznasz   chyba,   że   najdonioślejsze"   osiągnięcia   nauki,   sztuki   i   techniki   homy 
zawdzięczają   nam,   naszym   telepatorom-podpowiadaczom   i   wysłannikom   działającym 
bezpośrednio na Ziemi, a nie sobie.
– Nam zawdzięczają również potopy, wstrząsy sejsmiczne, a także eksplozje nuklearne, jak to było 
bodajże w Sodomie.

background image

– Centrum Sekcji Ziemskich  nie jest  instytucją  charytatywną,  powstało  po to, żebyśmy  mogli 
poznać prawidłowości rządzące rozwojem społeczeństw. Po każdym eksperymencie trzeba daną 
kulturę homów usunąć, lokalnie bądź globalnie, aby zrobić miejsce następnej.
– Znam dokładnie przyczyny i metody doświadczeń – wtrącił Olu-Bowli. – Nikt mi nie wmówi, że 
eksperymenty   socjotechniczne,   ich   wyniki   do   czegokolwiek   będą   nam   przydatne.   Socjotycy   i 
socjolodzy   zatrudnieni   w   Centrum   traktują   swoją   pracę   jako   osobliwą   zabawę.   My,   kadra 
pomocnicza, socjotechnicy i socjodzy, jesteśmy oburzeni poczynaniami naszych przełożonych.
– Fakt, że eksperymentowanie na homach sprawia komuś zawodową przyjemność, wystarczy, żeby 
eksperymentowania nie zaprzestawać. Z tej, jak powiedziałeś, zabawy czerpią radość rzesze ludzi. 
Cóż innego mógłbyś im zaproponować?
– Badanie kosmosu, szukanie bratnich cywilizacji. Koryfeuszowi drgnęła górna warga. Przy dobrej 
woli można bv to uznać za uśmiech.
dalej?
– Wymiana doświadczeń – odparł niepewnie Olu--Bowli.
–   Do   żadnej   wymiany   doświadczeń   by   nie   doszło   –   rzekł   koryfeusz.   –   Nim   powołano   Radę 
Międzyplanetarną i UKROP, Dominia i llegem, niezależnie od siebie, jednocześnie wysłały tutaj, 
na Septimę, po jednej załodze. Załogi te podczas eksploracji planety przypadkowo na siebie trafiły. 
Badania po obu stronach natychmiast przerwano, rozpoczęto zaś... wytyczanie granic. To samo by 
się   stało,   gdybyśmy   spotkali   obcą   cywilizację,   tyle   że   dzielono   by   wtedy   nie   planetę,   lecz 
galaktykę,   tocząc   boje   o   każdy   układ   planetarny   bądź   gwiazdę,   aczkolwiek   teraz   jest   nam 
najzupełniej obojętne, czy te układy mają już swoich właścicieli, czy też są bezpańskie. Strach 
pomyśleć,   co   byśmy   mogli   sobie   nawzajem   zrobić   albo   co   by   zrobiono   z   nami,   gdyby   owa 
napotkana cywilizacja stała od nas wyżej.
– Mielibyśmy wówczas w Układzie Naszym to, co „ludzie" mają na Ziemi.
–   Nieco   upraszczasz,   choć   rozumiem,   że   jest   ci   to   potrzebne   do   uwydatnienia   krzywd,   jakie 
rzekomo   wyrządzamy   homom.   Cokolwiek   byśrny   kombinowali   na   temat   świata   owej 
ultracywilizacji, zawsze będzie on ubogi jak wyobraźnia ludzka. Gdybyśmy na przykład wymyślili 
sobie   ultraistotę,   która   posiada   tylko   zmysł   grawitacji,   buja   swobodnie   w   przestrzeni 
międzygwiezdnej, a najrozkosz-niejszym uczuciem jest dla niej uczucie turbulencji, to jakkolwiek 
pojęcie   zmysłu   grawitacji   i   pojęcie   uczucia   turbulencji   są   dla   nas   pojęciami   nowymi   i 
abstrakcyjnymi, w swym wyobrażeniu nie zdołamy się uwolnić od pojęcia zmysłu i uczucia, a 
chcąc komuś tę ultraistotę opisać i zostać zrozumianym, czynić nam tego wręcz nie wolno. Dlatego 
nie godzi się pochopnie wnioskować o stosunku ultracywilizacji do cywilizacji Układu Naszego. 
Jeśliby nawet chciała na nas poeksperymentować, mo-
interesujące.
Olu-Bowli zadrżał.
–   Wolałbym   raczej,   żeby   zostawiono   nas   w   spokoju.   I   myślę,   że   ho...   „ludzie"   też   by   byli 
zadowoleni, gdybyśmy przestali się nimi zajmować.
Koryfeusz milczał chwilę.
– Przemiany zachodzące w społeczeństwach „ludzkich" – rzekł z namysłem – są bardzo wygodne 
do obserwacji, gdyż dokonują się dostatecznie szybko: średnia długość życia homów wynosi mniej 
niż   50   lat.   Sama   natura,   tworząc   gatunek   homininae,   na   który   natrafili   Praepimetejczycy, 
podyktowała mu następujący rytm: płodzić, uczyć i zdychać, aby jak najprędzej dotrzeć do celu: 
wykształcenia gatunku, który w dalszej pracy ją wyręczy. Niewykluczone, że na Ziemi taki gatunek 
by powstał samoistnie, za miliard, dwa miliardy lat albo tuż przed przejściem Soi w następne 
stadium.   Gatunek   ten   za   pomocą   prób   i   błędów   poszukiwałby   najwłaściwszej   drogi   rozwoju; 
zdarzyć   by   się   mogło,   że   cywilizacja   nie   umiejąca   pisać   ani   czytać   opanowałaby   technikę 
rakietowa lub inna, nie znając podstaw fizyki, skonstruowałaby bombę atomową i przy jej użyciu 
karczowała   lasy,   nie,   nie   pod   uprawę,   ale,   przypuśćmy,   żeby   mieć   gdzie   urządzać   zawody 
czołgania   się   w   gorącym   popiele.   My,   poczuwając   się   do   obowiązku   niejako   rodzicielskiego, 

background image

uprzedziliśmy   po   prostu   naturę,   a   dzieląc   „ludzkość"   na   narody,   zbudowaliśmy   równocześnie 
szereg modeli socjo-technicznych. Gdybyśmy teraz przestali się Ziemianami zajmować, jak tego 
żądasz, w krótkim czasie po Ziemi by biegało cztery miliardy łowców głów, albowiem bez pomocy 
naszych inspiratorów homy by osiągnęły dzisiaj ten właśnie szczebel rozwoju. Dalszy ich rozwój 
potoczyłby się tak jak rozwój delphinów, powiem więcej: tak jak delfinów ziemskich, na których 
uszlachetnieniu, niestety, poprzestaliśmy; ćwierć miliona lat by im zajęło dokonanie tego, czego 
obecnie dokonują w ciągu tysiąclecia. Jeśli nie wierzysz, porównaj choćby Cywilizacje
a jakie na Ziemi zaszły w ostatnim stuleciu. Olu-Bowli ożywił się:
– Otóż przeprowadziłem takie porównanie – oświadczył. – Zważywszy długość naszego życia i 
tempo procesów fizjologicznych, zastosowałem dla nas odpowiednio wyższy współczynnik.
– I?... – spojrzenie koryfeusza było badawcze.
– W identycznej skali – odrzekł Olu-Bowli niemal z ukontentowaniem.
Popatrzyli sobie w oczy.
– Skoro tedy nas samych stać na taki postęp – odezwał się Olu-Bowli – czemu by nie miało stać 
„ludzi"?
– Jest jeszcze alternatywa – powiedział koryfeusz. – A tej, zdaje się, nie wziąłeś pod uwagę.
– Nie ma alternatywy. Koryfeusz przymknął powieki.
–   Zapisy   Przedcywilizacyjne,   o   których   opowieścią   uraczyła   cię   sieć   propopuli,   mówią   o 
pierwszych mieszkańcach Hegem. Ale nie mówią wszystkiego. Pomijają mianowicie to, że część 
owych mieszkańców, odkrytych później, osiedliła się na Epimetei. Powszechnie sądzi się dziś, że 
przodkowie   Prahegemitów,   czyli   twórcy   Zapisów,   zginęli   od   Wędrującego   Obłoku 
Promieniotwórczego.   Jest   to   oczywiste   nieporozumienie,   gdyż   obłok   taki   zniszczyłby   również 
życie na pozostałych planetach Układu Naszego. Wszakże Epimetejczycy przetrwali. Przetrwali 
oni i następny kataklizm: niczym nie uzasadnioną wojnę między Prahegemitami a Pradominianami, 
w wyniku której obie cywilizacje wycięły się niemalże w pień. – Koryfeusz przerwał na moment, 
żeby szczelniej opatulić się całunem. – Arii do wojny, ani do poprzedzającej ją zagłady autorów 
Zapisów nie doprowadzili ludzie. My jesteśmy nie tylko eksperymentatorami, jesteśmy także, cały 
Układ Nasz, przedmiotem badań, i nie tylko my niszczymy nieudane cywilizacje.
– Któż więc... – Olu-Bowli nie dokończył.  Sugestie koryfeusza  zakrawały na absurdalny żart. 
Wstał.
tempo   rozwoju   Cywilizacji   Zjednoczonych   odpowiada   tempu   rozwoju   cywilizacji   ziemskiej, 
znaczy to, że my też jesteśmy inspirowani.
Olu-Bowli pożegnał się z koryfeuszem chłodno. W komorze śluzy nałożył  skafander, po czym 
zanurzył się w zimną jak ciekły tlen noc. Ominął latarnię nawigacyjną i pomaszerował w stronę, 
gdzie czekał na niego smug.
Wizyta u druida-koryfeusza mocno go rozczarowała. Koryfeusz okazał się zwykłym szarlatanem: 
nikt inny nie ośmieliłby się wygłaszać podobnych herezji. Olu-Bowli był Dominianinem z krwi i 
kości, toteż przypuszczenie, że ludzi stworzyły jakieś ultraistoty wydało mu się bzdurne. Każde 
dominiańskie dziecko przecież wie, że ludzie są potomkami robotów.
W   dniu   3   stycznia   obywatel   Antoni   K.   zamieszkały   w   Szczecinie,   zatrudniony   w   Miejskim 
Przedsiębiorstwie Oczyszczania jako kierowca piaskarki, stawił się do pracy w stanie wskazującym 
na spożycie alkoholu, nadto o cztery godziny za późno, aby kadrowa odnotowała tylko spóźnienie. 
Antoni K. pił przez cały Sylwester, pił przez cały Nowy Rok i w zasadzie był skłonny trzeźwieć już 
2 stycznia, ale okazało się, że tego dnia jego przyjaciółka, Izyda, obchodzi imieniny, a dodatkowo 
przyjechał w odwiedziny jej brat. Zniewaga – gościa przyjmować jak na pustyni. „Kaskada" była 
czynna i Antoni K. nabył w niej jeden litr jarzębiaku, a po namyśle drugi litr, żeby było na kaca.
Na początku pili w trójkę. Około północy przyjaciółka Antoniego K. wyłączyła się z towarzystwa i 
ułożyła do snu. Natomiast Antoni K. zszedł na dół, do pilnującej okolicznych  sklepów stróżki 
nocnej, od której po cenie komercyjnej otrzymał butelkę „czystej zwykłej". Obaj panowie przestali 
świętować imieniny Izydy około godziny trzeciej nad ranem.

background image

Antoni K. ocknął się przed dziewiątą i poczuł suchość w gardle. Przyjaciółki już nie było, jej brata 
zaś nie mógł się dobudzić, poszedł więc do knajpy sam. W tej knajpie naszła go ochota zajrzeć do 
roboty   i   zobaczyć,   co   też   chłopaki   porabiają,   a   także   spytać   o   ich   zdrowie.   W   bazie   prócz 
dyspozytora   nie   zastał   nikogo.   Postanowił   więc   ruszyć   za   kolegami   do   miasta.   Dyspozytor 
stanowczo się temu sprzeciwił. Samochodu mu nie da, powiedział, bo Antoni K. jest pijany.
– Ja jestem pijany?! – zdumiał się Antoni K. i poleciał na błotnik. – To ty jesteś pijany, głupi 
kołku!
też jest pijany?
– Nie – odparł Antoni K. – Kierownik nigdy nie jest pijany, nie ma prawa.
– No to zawołam kierownika – dyspozytor na to – i niech powie, który z nas jest pijany.
Antoni K. przystał chętnie, bo do kierownika miał zaufanie, a do tego łachudry nie. Ale kierownik 
zamiast rozstrzygnąć spór rzucił się z mordą na Antoniego K. Że opój z niego, że pracę zawala, że 
ślisko, że rejony leżą i że nie ma kim Bramy Portowej obsadzić. Przykrość wielką Antoniemu K. 
sprawił kierownik. Jak to, to on tu przychodzi, żeby razem ze wszystkimi radować się nowym 
rokiem i żeby im pomóc w miarę swych sił, a oni na niego z pyskiem? Jakby dzisiaj w ogóle nie 
przyszedł, nic by się nie stało, a na drugi dzień kierownik by był szczęśliwy, że na nowo odzyskał 
pracownika. No to dlaczego go teraz szykanują?
– Nie podoba się? – warknął kierownik. – To niech Antoni K. szuka se innej roboty.
– A pewnie, że poszukam! Ja pierdolę taką robotę! – wrzasnął Antoni K. i poszedł budzić szwagra.
Tego dnia żadna z ulic zbiegających się przy Bramie Portowej nie została posypana piaskiem.
W   dniu   3   stycznia   Bronisława   A.,   kierownika   jednego   z   wydziałów   Biura   Projektów, 
przebywającego obecnie na urlopie, zbudził dzwonek. Telefonowała jego żona. Niech Bronuś czym 
prędzej rusza do salonu sprzętu zmechanizowanego przy placu Grunwaldzkim, bo znajoma, co tam 
pracuje,   poinformowała   ją   przed   minutą,   że   właśnie   dostarczyli   świeży   towar,   między   innymi 
pralki automatyczne. Ta znajoma zatrzymała dla nich jedna, ale długo tak trzymać nie może, bo 
lada moment zjawi się jej szef, z którym ma na pieńku od czasu, jak na czerwcowym biwaku po 
zabawie w „Muszelce" nie poszła do jego namiotu, choć bardzo nalegał; więc ten świntuch może 
się jej czepić, że handluje towarem pokatnie.
Bronisław A. nie mył się nawet, wypłukał tylko jamę i pędził do samochodu, fiata 126p. Tego fiata 
miał od niedawna i bardzo się o niego troszczył; parę dni temu oddał go fachowcom „Polmozbytu" 
do przeglądu, bo ostatnio hamulce szwankowały. Fachowcy „Polmozbytu", jako że był koniec roku 
i trzeba było gnać z planem, zwrócili Bronisławowi A. samochód po przeglądzie bez przeglądu i 
teraz oto pan Bronisław wyruszył nim w drogę.
Janusz B., mieszkaniec Alei Niepodległości (vis-a-vis Domu Towarowego), wysłannik Centrum 
Sekcji Ziemskich, zakończył pracę tuż po godzinie dwunastej w południe dnia 3 stycznia. Praca ta 
dotyczyła spiralnej czasoprzestrzeni, w której zdaniem Janusza B. poruszał się cały wszechświat, z 
tym że różne galaktyki i układy gwiezdne zajmowały różne miejsca na różnych kręgach spiralnej 
CP. Spiralna CP biegła od minus nieskończoności do plus nieskończoności. Janusz B. na własny 
użytek przedstawił tę spiralę graficznie, za pomocą kilku kręgów. Przyjął, że Układ Słoneczny i 
Układ Nasz leżą na sąsiednich kręgach, mniej więcej naprzeciw siebie, przy czym Układ Słoneczny 
leży na kręgu wewnętrznym w stosunku do Układu Naszego, zatem dzieli go od tego ostatniego 
pełny obrót wokół środka spirali, czyli w przybliżeniu dwa miliony lat. Tę liczbę Janusz B. ustalił 
po przeprowadzeniu skomplikowanego procesu myślowego, słusznie zauważając przy okazji, że im 
bliżej środka spirali, tym krócej trwa wykonanie okrążenia, a im dalej – tym dłużej.
Janusz B. od dnia, kiedy oddelegowano go do Środkowej Europy, konkretnie do Szczecina, miał 
mnóstwo   wolnego   czasu,   zanudzał   się   wprost.   Z   tej   nudy   związał   się   z   Klubem   Miłośników 
Fantastyki Naukowej i wraz z jego członkami snuł śmiałe domysły na temat życia poza Ziemią. 
Pewnego   jesiennego   wieczora   ubiegłego   roku   przyszło   mu   do   głowy,   że   być   może   ludzie 
zamieszkujący   dziś   llegem,   Dominie,   Fitominię,   Epimeteję   i   resztę   planet   Układu   Naszego   są 
potomkami Ziemian. Założył sobie, że w roku 3000 lub 2500 albo jeszcze wcześniejszym, część

background image

miane trafią do Układu Naszego. Tu osiądą i rozwiną wspaniałą cywilizację, która z upływem 
wieków zapomni o swym ziemskim rodowodzie. Cywilizacja owa przekształcać się będzie nadal, 
stworzy   własną   kulturę,   zapewne   niejedną;   niewykluczone,   że   przeżyje   wzloty   i   upadki,   że 
dziesiątki razy odkryje to, co już dawno zostało odkryte; prawdopodobnie po okresach rozkwitu 
nastąpi  ostry i gwałtowny regres, a po nim  znowuż postęp gos-podarczo-techniczny.  Owocem 
kolejnego postępu będzie statek kosmiczny, o którym mowa w Zapisach Przedcy-wilizacyjnych. 
Statek ów, pokonując spiralną czasoprzestrzeń nie po spirali, lecz na przełaj – od kręgu do kręgu – 
cofnie się zarazem w głęboką przeszłość o około dwa miliony lat. (W drodze powrotnej, odbytej 
również na przełaj, przesunie się o tę samą liczbę lat do przodu, a nawet o nieco większą liczbę, bo 
przecież podróż, mimo że skrócona, trwała jakiś czas, w którym to czasie Układ Nasz zdążył już 
przebyć pewną odległość w spiralnej CP.) Oczywiście w tak odległej przeszłości ani wspomniany 
statek, ani „Szukający Życia" nie odnajdzie na Ziemi  istot rozumnych,  wszelako załogi tych  i 
następnych   statków   przyczynią   się   do   stworzenia   takowych.   Kolejni   przybysze:   Hegemici, 
Dominianie,   Epimetejczycy   i   Fito-mini   różnymi   sposobami   wpłyną   na   ewolucję   gatunku 
homininae, a następnie hominów, ineohominów i w końcu homów to jest „ludzi", nieświadomi, że 
kładą podwaliny pod rozwój przyszłej cywilizacji, z której się będą wywodzić. Kto wie, czy teraz 
na   przykład   możni   z   Rady   Międzyplanetarnej   nie   zastanawiają   się   nad   ewentualnością   takiej 
przeróbki genetycznej „ludzi", aby dożywali oni tysiąca lat. Byłby to dalszy krok w upodobnieniu 
cywilizacji   ziemskiej   do   cywilizacji   prahegemskiej.   Wystarczyłoby   jeszcze   ułatwić   Ziemianom 
budowę rakiety międzygwiezdnej, żeby ich pierwsza wyprawa na Hegem stała się faktem. Zresztą 
wysoce   prawdopodobne   jest,   że   ta   korelacja   między   obydwiema   cywilizacjami   trwa   już   od 
miliardów wieków, że tworzy coś na kształ zamkniętego koła:
niką   rakietowa,   równało   się   zawsze   rychłemu   i   nieodwracalnemu   kresowi   Cywilizacji 
Zjednoczonych, które odchodząc w niebyt robiły miejsce „ludziom" będącym już ludźmi, ludzie 
zaś ci, po zasiedleniu Hegem, po wielu tarapatach, wracali na Ziemię, by tworzyć na niej życie 
rozumne, któremu po wiekach przekażą pałeczkę, etc., etc., etc...
Januszowi B. aż dech zaparło. Może to być? Jego świat ma przejść w nicość? Nie, on do tego nie 
dopuści! Rozerwie wreszcie to cholerne koło umierania i narodzin. Ujawni ludzkości nagie fakty, 
rozpowie, ku czemu ludzkość zmierza!
A   jeśli   zażądają   dowodów?   Janusz   B.   rzucił   się   do   oś-miodziałaniowego   minikalkulatora   z 
pamięcią, wyprodukowanego xv Japonii. Kupił go w zeszłym miesiącu w komisie. I dobrze zrobił, 
minikalkulator   sprawił   się   jak   należy:   w   całej   rozciągłości,   matematycznie,   potwierdził 
przypuszczenia Janusza B.
Janusz B. przepisał wyliczenia na kartkę i niezwłocznie udał się na przystanek dziewiątki, aby 
tramwajem tej linii pojechać nad Jezioro Głębokie, w którego okolicach znajdowała się tajna stacja 
kontaktowa, skąd zamierzał nadać stosowny meldunek do Rady Międzyplanetarnej.
Jak już powiedziałem, tego dnia na skutek opilstwa Antoniego K. ulice zbiegające się przy Bramie 
Portowej   nie   zostały   posypane   piaskiem,   Bronisławowi   A.   zaś,   siedzącemu   za   kierownica 
samochodu   o   niezbyt   sprawnych   hamulcach,   diabelnie   było   pilno   po   wymarzoną   przez   jego 
połowicę pralkę automatyczną. Toteż gdy Janusz B. w euforycznym nastroju świeżo upieczonego 
odkrywcy wtargnął na jezdnię przy czerwonym świetle...
Zakładając, że Janusz B. miał rację co do tej cyrkulacji cywilizacyjnej i że każda cyrkulacja w 
najdrobniejszych   szczegółach  przypominała  poprzednią,  jasne  się  staje,  dlaczego  Januszowi  B. 
śmierć   była   pisana.   Wszak   wcześniejszych   ogniw   łańcucha   cyrkulacji   żadna   z   koncepcji, 
podobnych do zaprezentowanej powyżej, do tej pory nie
zakłóciła – w przeciwnym wypadku nie byłoby cyrkulacji obecnej.
Aż dziwne, że Janusz B. o tym nie pomyślał.
ZAWIADOMIENIE
RADA MIĘDZYPLANETARNA
UKŁAD NASZ HEGEM

background image

Członek Rady
Niniejszym   zawiadamiamy,   że   na   wniosek   Centrum   Sekcji   Ziemskich   Rada   Międzyplanetarna 
zwołuje   posiedzenie   wszystkich   Członków.   Tematom   obrad   będą   cele   i   metody   genctyczncco 
rrzekształce-nia   "ludzi"   i   upodobnienia   ich   -   przynajmniej   nod   wzglądem   długości   życia   -   do 
gatunku praludzkiego.
Posiedzenie odbędzie się na Ziemi dnia 31 grudnia br. we wsi Lipki /dogodny dojazd pekaesem/, w 
budowli   zwanej   remizą,   atrav;acką.   Planowana   godzina   otwarcia   posiedzenia:   zaraz   po   balu 
sylwestrowym, kiedy patrole MO rozwiozą wszystkich uczestników zabawy do ciralup.
Obecność obowiązkowa. Zaleca się zabrać ze sobą ubrania kłonico- i sztachetoodporne.