background image

Dodziuk Anna - Pokochać siebie

Wydawnictwo „Intra”

Warszawa 1993

Psychologia podręczna część trzecia 

Dzień dobry, mój kochany.

Znajdź trochę czasu na to, by być szczęśliwym!

Jesteś cudem, który żyje, Który rzeczywiście istnieje na ziemi.

Jesteś kimś jedynym, niepowtarzalnym, nie można cię z nikim pomylić.

Czy wiesz o tym?

Dlaczego   się   nie   zdumiewasz,   nie   podziwiasz,   nie   cieszysz   się   swym 

istnieniem i istnieniem innych wokół ciebie?

Czy to tak oczywiste, czy to nic nadzwyczajnego, że żyjesz, że możesz żyć, 

że dano ci czas, abyś śpiewał i tańczył, czas, abyś był szczęśliwy? (...)

Phil Bosmans: Nie zapomnij o radości.

Pallotinum Warszawa 1990

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy przeczytali maszynopis i podzielili się 

ze mną swoimi uwagami: Agnieszce Korzeniewskiej, Mai Lis, Grażynie Płachcińskiej, 

Piotrowi   Fijewskiemu,   Włodkowi   Kameckiemu,   a zwłaszcza   Andrzejowi 

Goszczyńskiemu, który od paru lat jest cierpliwym  i ba-rdzo wnikliwym  pierwszym 

czytelnikiem tego, co przetłumaczę lub napiszę.

Wiesz, zajmuję się tym już prawie 20 lat i ciągle nie mogę się nadziwić. Aż 

trudno uwierzyć, jak źle ludzie myślą o sobie i jak źle sami siebie traktują. Zrób mały 

eksperyment: powiedz paru znajomym komplement, a zobaczysz, ile wysiłku włożą 

w to, żeby go „unieważnić” - udowodnić Ci, że są brzydsi i głupsi niż myślisz, a ciuch, 

który Ci się spodobał, to stara szmata.

A co Ty robisz, kiedy ktoś Tobie powie coś miłego albo Cię pochwali? Co Ci 

wtedy przychodzi do głowy? Czy natychmiast zaczynasz szukać argumentów, żeby 

udowodnić sobie, że to nieprawda? Jeżeli tak, to myślę, że nie lubisz też patrzeć na 

siebie w lustrze. Jedna moja koleżanka wróciła po długich wakacjach na zabitej wsi 

background image

w bardzo dobrym humorze i stwierdziła, że najlepszy był nie wspaniały las dookoła, 

nie piękny widok na Tatry ani zatrzęsienie grzybów, które uwielbia zbierać - tylko fakt, 

że nie było tam lustra i przez dwa miesiące nie musiała na siebie patrzeć. Chcesz 

przyglądać się temu dalej? Sprawdź jeszcze coś, tym razem u siebie. Zaznacz we 

właściwych   miejscach   odpowiedzi   na   pytania   i połącz   je   linią   tak,   żeby   tworzyły 

wykres.

Jakie uczucia odczuwasz do samego siebie?

W tym celu użyj poniższej skali skali:

1. Nigdy.

2. Wyjątkowo.

3. Rzadko.

4. Czasem.

5. Często.

6. Prawie zawsze.

W stosunku do swoich uczuć:

1. Miłość, sympatia do samego siebie.

2. Uczucia mieszane (do samego siebie).

3. Niechęć, nienawiść do samego siebie.

Przeanalizuj swoje odpowiedzi. Po przeczytaniu książki odpowiedz ponownie 

na postawione wyżej pytania.

Chciałam Cię prosić, żebyś to zrobił nie tylko dla siebie, ale i dla mnie. Może 

się   kiedyś   spotkamy,   wtedy   poproszę   Cię,   żebyś   mi   powiedział,   czy   była   jakaś 

różnica   -   jeśli   tak,   to   znaczy,   że   udało   mi   się   wpłynąć   na   zmianę   Twojego 

autoportretu. A na tym mi zależy, bo mam taki oto ambitny zamiar: żebyś nie tylko 

dowiedział się czegoś o sobie, ale też że-by coś się w Tobie zmieniło. Żeby Ci było 

łatwiej i weselej żyć.  W największym  skrócie można to ująć tak. Myślenie o sobie 

może dodawać Ci skrzydeł, a może je obcinać. Może być motorem, który dostarcza 

Ci energii do życia, realizowania przedsięwzięć, pomysłów i marzeń, a może być kulą 

u nogi, bagażem, z powodu którego wszystko przychodzi Ci z trudem, rzadko coś się 

udaje, a marzenia nie spełniają się nigdy. Najczęściej myślimy o sobie źle, chociaż 

zwykle nie przyznajemy się do tego przed ludźmi, a nawet przed sobą. Ponieważ 

wiele lat temu, zaczynając pracę jako psycholog w poradni rodzinnej przekonałam 

background image

się, że wszystkim moim pacjentom doskwiera złe mniemanie o sobie, zaczęłam to 

sprawdzać u innych ludzi.

Ilekroć miałam na ten temat wykład czy jakieś spotkanie - a sprawa po-czucia 

własnej wartości jest moim hobby i mówiłam o tym do setek słucha-czy - zadawałam 

zebranym   prościutkie   zadanie:   prosiłam,   żeby   dokończyli   zdanie,   składające   się 

z własnego imienia i słowa „jest”. W moim przypadku brzmiało to „Ania jest...”. Oni 

mieli na „trzy-cztery” złapać pierwszą myśl jaka odruchowo przyjdzie im do głowy. 

Otóż niezależnie od tego, czy byli to pacjenci, którzy mieli jakieś kłopoty ze sobą, 

psycholodzy   szkolący   się   w lepszym   pomaganiu   innym   czy   też   po   prostu   ludzie 

zainteresowani   poznawaniem   siebie,   którzy   przyszli   „z   ulicy”   do   jakiegoś   domu 

kultury   -   zawsze   reakcja   była   taka   sama.   Najpierw   poruszenie,   szmer,   wyraźne 

zaskoczenie na wielu twarzach, potem pełen napięcia śmiech albo smutek. Niektórzy 

zaczynali   niecierpliwie  trącać  sąsiada,  żeby  natychmiast   zwierzyć   się ze  swojego 

odkrycia.   Oczy-wiście   tak   mocna   reakcja   pojawiała   się   nie   u wszystkich,   ale 

u znacznej   większości.   Znalazło   się   zawsze   parę   osób   na   tyle   odważnych 

i otwartych, żeby podzielić się tym, co im wyszło.

Mogłoby   się   wydawać,   że   pojawią   się   tu   głównie   takie   określenia,   których 

używamy  zapytani   o charakterystykę   jakiejś osoby.   Kto  to  jest  Kowalczyk?   Młody 

facet   z Poznania,   nauczyciel,   żonaty.   Albo   sprzedawczyni   z naszego   sklepu 

osiedlowego, starsza pani. Jednak wśród  setek odpowiedzi, jakie zdarzyło  mi się 

słyszeć, zawód ani miejsce zamieszkania nie występowało nigdy, płeć i wiek tylko 

parę razy, podobnie stan rodzinny. Określenia, jakie padały, to nie były informacje, 

lecz oceny. I to oceny w znacznej większości negatywne: „Piotrek jest głupi”, „Basia 

jest   brzydka”,   „Józek   jest   do   niczego”.   Czasem   bardziej   rozwinięte   bardziej 

szczegółowe - niektórym na przykład przychodziło do głowy zdanie „Krysia wszystko 

gubi” albo „niczego nie potrafi doprowadzić do końca”. Robię ten eksperyment już 

kilka   lat   i nadal   szokuje   mnie,   jak   duży   jest   procent   osób   z takimi   negatywnymi 

ocenami   wśród   zgromadzonych   na   dowolnej   sali.   No   dobrze,   nie   ma   się   czemu 

dziwić,  kiedy siedzą tam ludzie z jakimiś problemami: alkoholowymi,  małżeńskimi, 

z trudnościami   w szkole   (daję   takie   przykłady,   bo   z kłopotami   tego   rodzaju 

najczęściej miałam do czynienia). Ale również kiedy grupy były dobierane pod innym 

kątem - młodzież z warszawskiego klubu osiedlowego, studenci, dokształcający się 

background image

pracownicy socjalni - zawsze  określenia „na minus” przeważały nad pozytywnymi 

i była to przewaga miażdżąca.

A   co   z Tobą?   Czy   już   sprawdziłeś,   co   masz   w głowie   na   własny   temat? 

Możesz powiedzieć, że to się rozpisuje na całe mnóstwo różnych  szczegółowych 

ocen. To znaczy: co myślisz o sobie jako o człowieku w ogóle albo jako o kobiecie 

czy mężczyźnie jakim jesteś synem, jaką matką, jakim pracownikiem. Jak gotujesz, 

pływasz, całujesz, jak sobie radzisz w towarzystwie, czy umiesz zbierać grzyby, co 

myślisz   o własnych   zdolnościach   do   uczenia   się   języków   obcych.   To   prawda, 

w każdym z tych obszarów masz jakąś samoocenę, myślisz o sobie dobrze albo źle. 

Każdy z nich zresztą i niezliczone inne można by dzielić na jeszcze mniejsze cząstki. 

Ale masz również - jak każdy - pewien syntetyczny obraz, jakieś ogólne poczucie na 

własny   temat.   U amerykańskiego   psychoterapeuty   Erica   Berne’a   nazywało   się   to 

poczuciem, czy jestem O.K. czy nie O.K., czy jestem w porządku, czy nie. Można 

o tym mówić jeszcze inaczej, mianowicie: jaki mam stosunek do samego siebie? Czy 

siebie   akceptuję,   lubię,   kocham?   Czy   godzę   się   na   siebie   takiego   lub   taką,   jaka 

jestem?   Co   jestem   wart   czy   warta?   (Niestety,   mam   z tą   książką   pewien   kłopot 

w zdaniach takich jak dwa poprzednie trudno za każdym  razem używać  i rodzaju 

męskiego,   i żeńskiego.   Po   długich   wahaniach   zdecydowałam   się   konsekwentnie 

zwracać   się   do   Ciebie   w rodzaju   męskim,   ponieważ   wszyscy   jesteśmy 

przyzwyczajeni do określonego sposobu czytania. Otóż - jak myślę - zdanie „jesteś 

dobra” zostanie tylko przez kobiety odczytane jako skierowane do nich, zaś „jesteś 

dobry”   brzmi   naturalnie   zarówno   dla   mężczyzn,   jak   i dla   kobiet.   Andrzej,   mój 

przyjaciel i recenzent, któremu zwierzałam się z tej trudności, trochę mnie pocieszył: 

„Przecież   zwracasz   się   do   człowieka,   a człowiek   w naszym   języku   jest   rodzaju 

męskiego”). Mnie samej, muszę Ci powiedzieć, jako uzupełnienie zdania „Ania jest...” 

przez wiele lat pojawiało się „głupia” albo „brzydka”. Mówię to, bo chcę, żeby było 

jasne,   że   problem   niskiej   samooceny   znam   nie   tylko   z pracy   z pacjentami 

i psychologicznej literatury -  gdzie  ostatnio  poświęca  się  tej  sprawie   coraz  więcej 

miejsca - ale też z własnych prze-żyć. Udało mi się wiele poprawić, mój autoportret 

jest coraz lepszy. Z tym, że w trakcie tej niełatwej pracy uprzytomniłam sobie coś 

ważne-go:   że   negatywne   myślenie   o sobie   to   sprawa   nie   tylko   indywidualna,   ale 

i społeczna. Mówić - i myśleć! - o sobie dobrze jest czymś nieładnym, nietaktownym, 

background image

tak nie wypada. Człowiek boi się, że zostanie uznany za chwalipiętę, narazi się na 

zarzut wywyższania się albo pychy. Nie ma zwyczaju nie tylko chwalenia siebie, ale 

też   innych.   Skrytykować,   powiedzieć  „całą  prawdę   prosto  w oczy”,   wytknąć   błędy 

i niedostatki - tak, to się ceni. Jesteśmy przesiąknięci takimi nawykami. Natomiast 

rzadko kiedy spotykamy się z pochwałą chwalenia, dostrzegania korzystnych cech 

i otwartego wyrażania pozytywnych opinii o drugim człowieku. Dlatego nawet jeśli jak 

powietrza potrzebujesz dobrego słowa, życzliwego zdania o sobie, uznania ze strony 

innych,   to   sam   uparcie   im   tego   odmawiasz.   I oto   mamy   do   czynienia   ze 

społeczeństwem pod tym względem dosłownie wygłodzonym.

Nie da się tego zmienić tak od razu, ale - jak mawiał pewien chiński mędrzec - 

nawet   droga   o długości   dziesięciu   tysięcy   li   zaczyna   się   od   pierwszego   kroku. 

Napisałam   tę   książkę   dla   tych,   którzy   chcą   go   zrobić.   Kilkanaście   lat   temu 

pracowałam   przez   pewien   czas   w zespole   jednego   z najlepszych   polskich 

psychoterapeutów. Kiedyś rozmawialiśmy o wypisaniu z ośrodka pacjentki z nerwicą, 

której   udało   się   podczas   leczenia   pozbyć   przykrych   objawów   nieustannego   lęku. 

Pamiętam smutne słowa szefa: „Ona jest młoda, ładna, inteligentna ale tak strasznie 

źle myśli o sobie. Anka, co ja mam zrobić?”

Wzięłam   sobie   to   pytanie   mocno   do   serca   i przez   następne   piętnaście   lat 

szukałam   odpowiedzi   na   nie.   Czytałam   książki,   analizowałam   własne   prze-życia, 

a przede wszystkim słuchałam ludzi, którzy zdecydowali się zajrzeć w siebie i coś 

w sobie  zmienić.  Poszukiwania  wciągały  mnie coraz bardziej  i nie wygląda  na  to, 

żebym   miała   ich   zaprzestać,   bo   ciągle   odnajduję   jakieś   nowe   cegiełki,   z których 

buduje   się   odpowiedź.   W każdym   razie   dzisiaj   wiem   już   na   pewno,   że   niska 

samoocena   to   jedna   z najważniejszych   i najbardziej   powszechnych   ludzkich 

dolegliwości.

Rozdział 1

Co naprawdę myślisz o sobie?

Czy   już   wiadomo,   o czym   właściwie   mamy   rozmawiać?   W języku 

psychologicznym  mówi  się o poczuciu  własnej wartości,  samoocenie albo obrazie 

własnej   osoby.   I każdy   wie,   że   najogólniej   chodzi   o to,   jak   przeżywamy   samych 

siebie,   czy  myślimy   o sobie   dobrze   czy   źle,   jaki   jest   nasz   prywatny   „wewnętrzny 

background image

autoportret”. Ale... co innego patrzeć z zewnątrz, z dystansu, a co innego znaleźć się 

w skórze człowieka z samopoczuciem typu „mniej niż zero”.

Skomplikowany autoportret Jestem głupia, zła i brzydka; do niczego się nie 

nadaję, nic mi nigdy nie wychodzi; czy komuś może zależeć na kimś takim jak ja? - 

niestety, większość ludzi przynajmniej czasami myśli o sobie w ten sposób. Niektórzy 

nawet zawsze. Najpierw spróbujemy połapać się w tym myśleniu, przeanalizować je 

nieco   dokładniej,   rozłożyć   na   czynniki   pierwsze   -   bowiem   każdy   plan   poprawy 

sytuacji musi poprzedzać rozeznanie czyli diagnoza. Masz więc i Ty, jak każdy, jakąś 

ogólną   samoocenę.   Malujesz   swój   auto-portret   w jaśniejszych   lub   ciemniejszych 

barwach. Ale ten obraz jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowany,  złożony 

z różnych - jeśli tak można powiedzieć - składników czy wymiarów. Myślę, że cztery 

z nich są najważniejsze:

-   powierzchowność,   wygląd   zewnętrzny,   ciało   -   inteligencja,   mądrość, 

zdolności   -   dobroć,   uczciwość,   kwalifikacje   moralne   -   jaką   jestem   kobietą?   jakim 

mężczyzną?

Jest jeszcze piąty ważny wymiar co myślę o sobie w obszarze „ja-inni”. Czy 

ludzie mogą mnie lubić? Czy warto ze mną być? Czy zasługuję na miłość? Można 

być przecież pięknym, mądrym i dobrym, a mimo to czuć się bardzo samotnie.

Jedna   z moich   przyjaciółek   zwierzała   mi   się   kiedyś:   „Jestem   niebrzydka, 

życzliwie traktuję wszystkich i chętnie im pomagam, głowę mam też nie najgorszą, 

nauka zawsze szła mi dobrze i w pracy osiągam spore sukcesy. Ale chyba mi czegoś 

ważnego brakuje. Prawie nie mam przyjaciół, znajomi o mnie zapominają, mężczyźni 

się   mną   nie   interesują.   Strasznie   mi   tego   brakuje”.   Rozumiem   ją,   pewnie   i Ty   ją 

rozumiesz   -   trudno   cieszyć   się   życiem   bez   dobrych   kontaktów   ze   znajomymi, 

przyjaciółmi, najbliższymi. Spróbuję zastanowić się przez chwilę nad każdym z tych 

pięciu obszarów - zachęcam Cię do tego samego. Ale przedtem jeszcze parę zdań 

dla tych, którzy lubią rozważać kwestie teoretyczne. Jeżeli Ciebie to nie interesuje, 

po prostu opuść ten kawałek i zacznij czytać dalej od następnego.

Dla tych, co lubią rozważania teoretyczne Czy obraz własnej osoby i poczucie 

własnej wartości to jest to samo, czy też co innego? - pytają mnie czasami. Otóż 

moim   zdaniem,   chociaż   na   temat   tego   rozróżnienia   została   napisana   niejedna 

książka,   dla   naszych   potrzeb   można   używać   tych   dwóch   pojęć   zamiennie.   Co 

background image

prawda poczucie własnej wartości - i słychać to już w samym sformułowaniu - jest 

skojarzone  z wartościowaniem   czyli   myśleniem   o sobie   dobrze   albo  źle,   z plusem 

albo   z minusem.   Natomiast   obraz   własnej   osoby   mógłby   być   czymś   neutralnym 

czymś w rodzaju nieoceniającego samoopisu. Tylko że tak nie bywa. Człowiek jest 

dla   siebie   zbyt   ważnym   tematem   i sam   siebie   przeżywa   w sposób   ogromnie 

zaangażowany. W związku z tym, gdy próbujesz zrobić nawet najbardziej neutralny 

opis, sporządzić czysto informacyjny autoportret, to jest on taki tylko pozornie, bo do 

każdego   jego   elementu   są   dołączone   jakieś   uczucia   i oceny.   Jeśli   czytasz   ten 

fragment, to znaczy, że jesteś dociekliwy i pewnie zechcesz na własnym przykładzie 

sprawdzić, czy tak jest. Wypisz na kartce dziesięć cech, które charakteryzują Ciebie 

bądź Twoją sytuację, a potem dopisz do każdej plus albo minus - w zależności od 

tego, czy to dobrze czy źle, że tak jest.

Drugie ważne pytanie: jak się ma poczucie własnej wartości do uczuć wobec 

siebie samego? Inaczej mówiąc, idzie o to, czy siebie lubisz, czy nie lubisz. Ludzie 

o niskiej samoocenie czy negatywnym  obrazie własnej osoby nie lubią siebie, nie 

mają do siebie zaufania, brakuje im pewności siebie, kiedy zabierają się do zrobienia 

czegoś albo kiedy kontaktują się z innymi. Nie musi tak być w każdej sytuacji ani we 

wszystkich sprawach, ale generalnie tak właśnie jest.

Marzy mi się, żeby ktoś skonstruował przyrząd do mierzenia samooceny. Taki 

wartościometr   na   jednym   krańcu   skali   miałby   totalną   akceptację:   lubię   siebie, 

kocham siebie, w całości siebie akceptuję. Na drugim biegu-nie: w ogóle siebie nie 

lubię, nic mi się w sobie nie podoba, uważam, że zasługuję wyłącznie na negatywne 

oceny   we   wszystkich   sprawach.   Oczywiście   takie   skrajne   okazy   nie   występują 

w przyrodzie,   więc   ani   na   jednym,   ani   na   drugim   końcu   skali   mego   przyrządu 

pomiarowego nie znalazłby się żaden konkretny człowiek.

Na „lepszym” nie byłoby nikogo, ponieważ różne niesprzyjające okoliczności 

i przeszkody życiowe są informacją, że czegoś się nie może, nie wie, coś się nie 

udaje -  i w  wyniku  zetknięcia z nimi  nawet  absolutnie  jasny obraz samego siebie 

musiałby ulec przyciemnieniu. Natomiast człowiek z drugiego bieguna, który niczego 

by w sobie nie akceptował, niczego nie lubił, żywił do siebie wyłącznie niechęć, moim 

zdaniem umarłby po prostu, pogrążony w głębokiej depresji i apatii. A więc wszyscy 

lokujemy się gdzieś pośrodku. Zaś przyrząd pomiarowy chciałabym mieć, bo myślę, 

background image

że ogólna samoocena stanowi fundament, na którym gorzej lub lepiej buduje się cały 

gmach swojego życia. No dobrze - zapytał mnie kiedyś znajomy psycholog - ale czy 

nie spotka-łaś takich ludzi, którzy w zasadzie siebie akceptują, ale jest jakiś obszar, 

którego nie tolerują, jakaś cecha czy własność, której wręcz nienawidzą i chcieliby ją 

wyciąć, usunąć? Otóż nie spotkałam. Myślę, że jeśli człowiek absolutnie odrzuca, 

fundamentalnie   nie   akceptuje   jakiegoś   kawałka   samego   siebie,   to   ten   fakt   musi 

rzutować   na   całość.   Ludzie   z dobrym   stosunkiem   do   siebie   są   tolerancyjni   i ta 

tolerancja obejmuje również ich samych. Powiadają: ja jestem w porządku, a moje 

słabości, wady czy nieudolność znoszę i godzę się z nimi albo próbuję je poprawiać. 

Ale   dość   teoretyzowania.   Wróćmy   do   samooceny   w pięciu   najważniejszych 

wymiarach.

Nie każda jest jak Wenus, nie każdy jak Apollo Byłam kiedyś uczestniczką 

grupy   rozwoju   osobistego   dla   kobiet,   gdzie   ważnym   tematem   -   jak   zwykle 

w kobiecych grupach - była atrakcyjność fizyczna. Dla niektórych najważniejsza była 

twarz,   dla   innych   zgrabna   sylwetka.   Przy   bardziej   szczegółowym   rozważaniu 

kompleksów okazało się, iż jednej zatruwa życie fakt, że ma nie dość szczupłe nogi, 

drugiej - za duży brzuch i pupa, kolejnej - za mały biust (ta miała zresztą w grupie 

swój „negatyw” - dziewczynę, która uważała za niewybaczalną wadę swojej urody 

biust zbyt wydatny). Miały jeszcze nie takie nosy, ręce, oczy, no i oczywiście włosy.

Muszę tutaj zrobić dygresję na temat włosów. Wyczytałam gdzieś opis pracy 

z grupą młodzieży, w której coś się zgadało na temat włosów. Nie było tam ani jednej 

osoby, która akceptowałaby to, co ma na głowie. „Ludzie w tej grupie mieli włosy 

najróżniejsze: byli bruneci i szatyni, blondyni; o włosach prostych i kręconych, długich 

i krótkich - nikomu nie podobały się takie, jakie ma. Wszyscy się ich wstydzili. Każdy 

próbował   coś   z nimi   zrobić,   ale   nikomu   nic   nie   wychodziło.   Myślę,   że   wszyscy 

czujemy się nieswojo w sprawie swego wyglądu zewnętrznego i jakoś się to wiąże 

z włosami. Włosy są śmieszne. Kupa czegoś takiego wyrasta ci z głowy. I masz coś 

z nimi zrobić. Są pewne reguły, których należy przestrzegać, tylko nikt dobrze nie wie 

jakie”.   (Tim   Jackins:   Wstyd   -   nie   trzeba   się   z nim   liczyć,   tylko   odreagowywać. 

„Nowiny Psychologiczne” nr 1-2 (66-67), 1990, s.161).

Zaczęłam po cichu sprawdzać i po paru latach musiałam zgodzić się z opinią 

autora   tamtego   artykułu:   prawie   nie   zdarzają   się   ludzie   -   i kobiety,   i mężczyźni   - 

background image

zadowoleni ze swoich włosów. I niemal całej reszty. Jestem pewna, że nie ma wśród 

moich czytelników nikogo, kto nie uważał-by, że ma jakąś fundamentalną skazę na 

urodzie. Odstające uszy czy za duże stopy to coś, czym sami jesteśmy gotowi latami 

zatruwać sobie życie. I co ciekawe, obiektywność nie ma tu nic do rzeczy. Spotkałam 

przy   różnych   okazjach   dziesiątki   bardzo   atrakcyjnych   kobiet   i mężczyzn,   którzy 

uważali, że są okropni. Na szczęście pracuję głównie z grupami i okazuje się, że jeśli 

kilka   osób   w grupie   wypowiada   się   o kimś   pozytyw-nie,   to   ów  ktoś   musi   zmienić 

nastawienie do siebie, chociaż trochę uwierzyć, że może się podobać. Tylko niestety 

w życiu rzadko trafiają się okazje pozbierania takich opinii o sobie.

Zresztą jeżeli spojrzeć na całą tę sprawę od innej strony, to okazuje się, że 

prawie   wszyscy   powyżej   pewnego   wieku   komuś   się   w życiu   bardzo   spodobali. 

Statystyka jest wysoce wymowna: dziewięćdziesiąt parę procent dorosłych wchodzi 

w związki małżeńskie, a przecież zwykle mąż czy żona nie jest pierwszą osobą, która 

zwróciła   na   nich   uwagę.   Widocznie   za   długi   nos   albo   nie   taka   sylwetka   jeszcze 

niczego nie przekreślają - ważny jest cały człowiek.

W poradni małżeńskiej wielokrotnie pytałam mężów i żony, co im się pod-oba 

u drugiej   połowy,   i najczęściej   słyszałam:   „Ona   cała”   albo   „Wszystko   mi   w nim 

odpowiada”. Zaręczam, że nie przychodzili do mnie akurat małżonkowie nadzwyczaj 

urodziwi,   tylko   zwyczajni   ludzie,   niekiedy   niemłodzi,   niekiedy   sporej   tuszy.   I co 

z tego? Każdy z nas ma w głowie jakiś ideał urody, zwykle bardzo odbiegający od 

własnego   wyglądu.   Tymczasem   dla   oso-by,   której   się   podobasz,   atrakcyjne   są 

cechy,   na   jakie   się   emocjonalnie   i erotycznie   „uwarunkowała”.   A mówiąc   prościej, 

z którymi ma pozytywne skojarzenia.

Dla   jednych   będzie   to   typ   urody   -   wtedy   ktoś   z boku   może   na   przykład 

zauważyć,   że   kolejne   dziewczyny   Grzesia   są   do   siebie   dosyć   podobne,   zawsze 

blondynki   bez   biustu,   o ostrych   rysach   i długim   nosie.   Innych   najmocniej   pociąga 

sposób  poruszania  się albo  głos.  I podobno wszystkich   - zapach,   którego  zwykle 

w ogóle   nie   jesteśmy   świadomi.   A więc   paradoksalnie:   jakaś   dziewczyna   może 

zadręczać   się   tym,   że   ma   grube   nogi,   gdy   tym-czasem   dla   mężczyzny   jej   życia 

w wyniku określonego uwarunkowania erotycznego pociągające są wyłącznie kobiety 

z grubymi nogami. W sprawie nóg, jak też innych rzekomo niewybaczalnych felerów 

urody, polecam wszystkim opowiadanie Witolda Gombrowicza ze zbioru „Bakakaj” 

background image

zatytułowane „Na kuchennych schodach” (Witold Gombrowicz „Bakakaj”, W:

„Dzieła” t. I, Wydawnictwo Literackie Kraków - Wrocław 1986). W skrócie:

jego   bohatera,   nieskończenie   eleganckiego   pana,   wysoko   postawionego 

urzędnika   Ministerstwa   Spraw   Zagranicznych   latami   fascynują   nogi   sług   do 

wszystkiego, grube i pokraczne jak słupy, o potwornie rozklapanych sto-pach. Marzy 

o nich   i podgląda   je   ukradkiem,   a z   obrzydzeniem   myśli   o no-gach   własnej   żony, 

„giętkich   jak   liana,   długich,   cienkich   w pęcinie”.   Podsumowanie   można   zrobić 

banalne:   jeśli   chodzi   o atrakcyjność   zewnętrzną,   nie   to   ładne,   co   ładne,   a co   się 

komu podoba. To jak jest z Tobą? Czy Ty też jesteś w stanie spojrzeć na siebie od 

tej strony tylko przez pryzmat za grubych nóg (jeśli jesteś kobietą) albo zbyt słabo 

umięśnionej   klatki   piersiowej   (jeśli   jesteś   mężczyzną)?   A Twoje   piękne   oczy? 

A wyrazista, ładna twarz, niepowtarzalna, jedyna na świecie? A ręce, które na pewno 

chciałby malować któryś ze starych holenderskich mistrzów albo rzeźbić Wit Stwosz?

Tym,   którzy   mają   szczególne   pretensje   do   losu,   że   nie   wyposażył   ich 

w olśniewającą  filmową   urodę,  chcę zalecić  parę  minut   rozmyślań   nad wyglądem 

zewnętrznym dwojga ludzi sukcesu. Dla zakompleksionych panów - Woody Allen, 

mały,   źle   zbudowany,   łysiejący   okularnik,   twarz   że   pożal   się   Bo-że.   A w   życiu? 

Wyreżyserował i zagrał w kilkunastu filmach, które ogląda cały świat, rozchwytywany 

przez   elitę   intelektualną   i kulturalną   USA   oraz   reszty   kuli   ziemskiej,   bogaty   do 

obrzydliwości,   romansował   z niebywale   pięknymi   kobietami,   przez   kilkanaście   lat 

żonaty   ze   zjawiskowo   śliczną   Mią   Farrow   (właśnie   się   z nią   rozchodzi,   o czym 

plotkuje   Ameryka   i pół   Europy).   Dla   pań   -   Barbara   Streisand,   niezgrabna, 

nieregularne rysy, małe, jakby krzywe oczy i długi nieforemny nos. Co zrobiła z tym 

wyposażeniem, chyba nie trzeba nikomu mówić. Niezwykle popularna aktorka, sama 

robi   filmy,   śpiewa   i mimo   niemłodego   wieku   ciągle   podbija   serca   setek   nowych 

wielbicieli.

Co wiesz? Co umiesz? Co potrafisz?

Intrygujące, co też przychodzi Ci do głowy w odpowiedzi na te pytania. Nie 

sądzę,   żeby   lawiną   napływały   myśli   o niezliczonych   talentach   i umiejętnościach. 

Raczej   dwa-trzy   nieśmiałe   pomysły,   a i   to   ze   znakami   zapytania.   Zawsze   mnie 

szokowało, jak wielu ludzi uważa się za nieudolnych czy wręcz tępych. A już prawie 

każdy   jest   zdania,   że   nie   ma   zdolności   do   matematyki,   nie   potrafi   nauczyć   się 

background image

języków obcych i na pewno nie umie śpiewać.

No   właśnie,   jak   to   jest   z tym   śpiewaniem?   Chyba   nie   znalazłby   się   nikt 

o zdrowych zmysłach, kto gotów byłby powiedzieć o Luisie Armstrongu, że nie umiał 

śpiewać. A wiesz, że miał wrodzoną wadę strun głosowych i jego słynna chrypka to 

nie maniera, nie sposób na słuchaczy ani wyrafinowanie artystyczne? Twierdzę, że 

masz lepszy głos od Armstronga, i w 99% nie mylę się.

Jestem przekonana, że Twoje zdolności umysłowe są wielokrotnie większe, 

niż   sobie   wyobrażasz.   Skąd   to   wiem?   Z obserwacji   dzieci:   wszystkie   są   zdolne, 

twórcze, łatwo przyswajają nowe wiadomości i łatwo je kojarzą. Niestety, później - 

w za   dużej   grupie,   w atmosferze   konkurencji   i ostre-go   oceniania   -   zbyt   często 

przestają korzystać ze swoich możliwości, zaczynają źle reagować na samo uczenie 

się  i pozornie  głupieją.  Pewien  psycholog   z małego  miasteczka opowiadał  mi,   jak 

robił   sześciolatkom   wiejskim   tak   zwany   test   dojrzałości   szkolnej.   Na   jednym 

z obrazków był królik bez oka, dzieciaki miały odpowiedzieć na pytanie, czego mu 

brakuje.   Jakiś   bystry   maluch   powiedział,   że   ten   królik   nie   ma   żarcia,   więc   śpi. 

I oczywiście   w teście   dostał   minus,   bo   odpowiedź   przewidziana   przez   miejskich 

autorów sprawdzianu była inna. Zawsze mi się przypomina ten królik bez oka i bez 

żarcia, kiedy zastanawiam się nad tym, jak oduczano nas od myślenia.

Zwłaszcza że wszystkie sprawdziany odbywały się na pewno w atmosferze 

napięcia   i stresu.   Tylko   nieliczni   w takiej   sytuacji   mobilizują   się   i zaczynają   radzić 

sobie lepiej niż zwykle.   Większość ludzi  gorzej się  wtedy skupia, myśląc  głównie 

o czekającym   ich   niepowodzeniu.   A przecież   bywa   inaczej.   Wielki   pianista   Artur 

Rubinstein,   jeden   z nielicznych   szczęśliwych   geniuszy,   w swoich   pamiętnikach 

opowiada o tym, jak po raz pierwszy koncertował publicznie.

„Dla   rodziców  była   to   niełatwa   decyzja,   nie   miałem   jeszcze   ośmiu   lat   (...). 

Termin koncertu ustalono na 14 grudnia 1894. Rankiem tego dnia cały dom popadł 

w stan najwyższego podniecenia i tylko ja byłem spokojny i zadowolony. Otrzymałem 

właśnie   piękne,   wspaniałe   ubranko,   z czarnego   aksamitu   z białym   koronkowym 

kołnierzykiem,   toteż   czułem  się  okropnie   ważny.   Koncert  wypadł   znakomicie   (...). 

Ponieważ   w garderobie   artystów   już   wcześniej   zauważyłem   wielkie   pudło 

czekoladek, w nader szczęśliwym nastroju wykonałem sonatę Mozarta, a także dwa 

utwory   Schuberta   i Mendelssohna,   publiczność   zaś,   złożona   głównie   z członków 

background image

mojej   rodziny,   ich   przyjaciół,   a także   łódzkich   melomanów   (...)   nagrodziła   mnie 

gorącą   owacją”.   (Artur   Rubinstein:   Moje   młode   lata.   Państwowe   Wydawnictwo 

Muzyczne, Warszawa 1976, s.17).

I w tej dziedzinie - podobnie jak w sprawach wyglądu zewnętrznego - bardziej 

koncentrujemy się na  brakach niż  na  tym,   co  nam  wychodzi  dobrze.  Szkoda,  że 

ludzie prawie nie mają wspomnień podobnych do Rubinsteina.

Uczciwy, dobry, szlachetny Jak często gryzą Cię wyrzuty sumienia, co? Nie 

tylko w związku z tym, co zrobiłeś wczoraj albo tydzień temu, ale też parę miesięcy 

czy parę lat wstecz. Czy kiedy wyrządzisz komuś coś złego, myślisz raczej: „Przy-kro 

mi, zdarzyło się, muszę przeprosić”, czy też zagłębiasz się w bolesne rozważania 

o tym, że jesteś z gruntu zły? Gdyby przeciągnąć linię od anioła do diabła i kazać Ci 

umieścić się gdzieś na niej w zależności od tego, ile masz z jednego i z drugiego, 

gdzie   wypadłoby   Twoje   miejsce?   Może   zawsze,   kiedy  tylko   coś   się   nie   układa   - 

niekoniecznie   Tobie,   innym   też   -   myślisz   sobie:   to   wszystko   przeze   mnie.   Może 

czujesz   się   podobnie   jak   dziecko   z rodziny   alkoholika,   którego   samopoczucie   tak 

opisuje Janet Woititz, amerykańska specjalistka od tego problemu:

„Nie mogłeś się oprzeć wrażeniu, że gdyby cię nie było, nie byłoby wszystkich 

tych   kłopotów.   Matka   nie   walczyłaby   z ojcem.   Nie   byłaby   spięta   cały   czas,   nie 

krzyczałaby, nie byłaby skłonna do wybuchów. Życie byłoby o niebo lżejsze, gdyby 

cię po prostu nie było. Czułeś się bardzo winny. W pewien sposób już samo twoje 

istnienie   spowodowało   tę   sytuację:   gdybyś   był   lepszym   dzieckiem,   byłoby   mniej 

problemów. To wszystko przez ciebie, jednak najwidoczniej nie mogłeś zrobić nic, 

żeby zmienić życie  na lepsze”. (Janet Woititz:  Dorosłe Dzieci Alkoholików.  IPZiT, 

Warszawa 1992, s.13).

Wszyscy mamy sobie coś do zarzucenia, chodzących ideałów nie ma - i chyba 

nawet   byłyby   nieznośne.   Moja   znajoma   dopytywała   się   kiedyś   o pewnego 

mężczyznę,   nazwijmy   go   Józkiem,   który   jej   się   podobał,   a ja   go   dobrze   znałam. 

Zaczęłam opowiadać o jego zaletach, nazbierało się tego sporo i na to ona poprosiła 

mnie:   „Znajdź   szybko   jakąś   wadę,   bo   zaraz   Józek   w ogóle   przestanie   mnie 

interesować”.

Chcę opowiedzieć o jednej rzeczy, która zawsze zdarza się w grupach, jakie 

prowadzę. Po pewnym czasie uczestnicy nabierają zaufania do innych, coraz więcej 

background image

mówią o sobie, zaczynają zdradzać wstydliwe tajemnice. Każdy jakąś ma, nie żyjemy 

wśród świętych, a niektórzy naprawdę nie-źle w życiu narozrabiali. Przyznają się do 

tego,   bo   chcą   sprawdzić,   czy   mimo   to   ktoś   może   ich   jeszcze   akceptować,   nie 

potępiać, nie skreślać całkiem. Nie mają śmiałości zapytać o to, patrzą w podłogę, 

boją   się   rozejrzeć   dookoła.   Zachęcam   wtedy,   żeby   taki   winowajca   podszedł   do 

każdego członka grupy, zadał pytanie: „Co teraz o mnie myślisz?” i żeby patrzył na 

tego kogo pyta. Reakcje są różne, ale najwięcej jest rozumiejących i życzliwych typu: 

„Wiem coś o twoim życiu i myślę, że trudno ci było po-stąpić inaczej”, „Sama nieraz 

robiłam podobne rzeczy, ale nie chcę się tym dręczyć do końca życia”, „Znam cię 

i lubię, więc nie przekonasz mnie, że jesteś aż taki okropny”.

Okazuje się, że jeśli człowiek sam się osądza, zwykle jest dla siebie znacznie 

surowszy niż inni. Nie mówię tu o tych, którzy są zawsze pewni swojej racji i znajdują 

różnorakie   uzasadnienia   dla   własnych   świństw   i podłości.   Mówię   o osobach 

z mizerną   samooceną   moralną.   Te   nie   są   zbyt   skłonne   do   uwzględniania 

okoliczności łagodzących, a swoje trudności i problemy widzą jako wady czy skazy 

moralne.

Jaka z ciebie kobieta? Jaki mężczyzna?

Wyobraź sobie pierwsze spotkanie księcia i Kopciuszka, tylko bez interwencji 

dobrej wróżki. Może książę nawet się i zakocha, ale Kopciuszek musi mieć niebywałą 

siłę   ducha,   żeby   chociaż   na   pięć   minut   przestać   się   zajmować   swoją   podartą 

sukienką i zaczerwienionymi od domowych prac rękami.

Będzie   więc   albo   zachowywać   się   nienaturalnie,   próbując   jakoś   odciągnąć 

uwagę   księcia   od   swego   mizernego   położenia,   albo   wciąż   sprawdzać,   czy   takie 

umorusane zero jak ona naprawdę podoba się temu wspaniałemu facetowi. Panna 

Kopciuszek - tak samo jak jej męski odpowiednik - pełna lęku i niepewna własnej 

atrakcyjności nie będzie w stanie zdobyć się na spontaniczność, swobodnie dawać 

(„co godnego uwagi mogłabym mu dać?”) ani brać („cóż może się należeć komuś tak 

niepociągającemu jak ja?”). Pamiętasz zresztą, jakie plany miał Kopciuszek, zanim 

nie pojawiła się wróżka? W ogóle nie zamierzał iść na bal. Ty również - jak Cię znam 

- często w ogóle nie wychodzisz z kąta, boisz się odezwać wyczekująco podpierasz 

ścianę,   zwłaszcza   jeśli   w pobliżu   jest   ktoś   bardzo   dla   Ciebie   atrakcyjny.   Zamiast 

zachować się jak paw, rozpuszyć najpiękniejsze pióra swego ogona, chowasz się 

background image

albo uciekasz.

W dodatku na pewno masz w głowie szereg wyobrażeń o tym, jaka powinna 

być   kobieta   i jaki   powinien   być   mężczyzna.   A te   wyobrażenia   często   Ci 

przeszkadzają, bo zwykle nie pasują do tego, jaka czy jaki jesteś. Facet ma być silny, 

twardy,   pełen   inicjatywy,   niczym   się   nie   przejmować.   Więc   pod   groźbą   utraty 

poczucia, że jest prawdziwym  mężczyzną,  nie może pozwolić sobie na miękkość 

i ciepło   ani   chwilową   nawet   słabość,   chociaż   na   pewno   czasem   bardzo   tego 

potrzebuje. Kobieta ma być ciepła, na pierwszym miejscu stawiać miłość i rodzinę, 

nie może być  za mądra ani zbyt  przedsiębiorcza. Więc boi się okazać złość czy 

zachować stanowczo nawet w obronie swoich najważniejszych praw, nie wypada jej 

za   bardzo   koncentrować   się   na   sprawach   zawodowych,   wiecznie   ma   wyrzuty 

sumienia, że zaniedbuje rodzinę.

Spotkałam   u znajomych   pewną   panią   z zagranicy,   świetnego   lekarza 

o międzynarodowej   sławie,   którą   zapraszano,   żeby   jeszcze   raz   przyjechała   do 

Polski, tym razem na dłużej. Bez zastanowienia odpowiedziała, że nie może tego 

zrobić   swojej   rodzinie.   Ponieważ   miała   najwyraźniej   ponad   60   lat,   z czystej 

ciekawości zapytałam o tę rodzinę. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ma męża, 

również lekarza rozjeżdżającego po świecie i dwie zamężne córki po trzydziestce, 

które   w dodatku   mieszkają   w innym   niż   ona   mieście.   Czyli   w rzeczywistości   pani 

profesor nie miała już absorbujących obowiązków rodzinnych, a jednak wciąż gotowa 

była czuć się nie w porządku jako kobieta, żona i matka.

Wiesz, tak naprawdę nikt dobrze nie wie, na czym polega prawdziwa męskość 

i kobiecość. Dążąc do tego, żeby to uściślić, próbowano na różne sposoby badać 

wrodzone   psychologiczne   różnice   między   płciami,   ale   wyniki   zawsze   wychodziły 

sprzeczne   i niepewne.   Zwyczaje   czy   tradycja   też   nie   dostarczają   jasnych 

wskazówek,   raczej   -   tworząc   zdumiewające   mieszanki   z dążeniem   do 

nowoczesności   -   są   źródłem   dodatkowego   zamętu.   A skoro   nie   ma   jednego 

wyraźnego modelu mężczyzny i kobiety, dla mnie wynika z tego przynajmniej tyle: 

masz   więcej   do   wyboru.   Twoje   cechy,   skłonności,   zachowania   są   wystarczająco 

męskie,   nawet   jeśli   daleko   od-biegasz   od   ideału   spartańskiego   wojownika, 

i dostatecznie   kobiece,   nawet   jeśli   nie   jesteś   wzorową   strażniczką   domowego 

ogniska ani słodkim kobieciątkiem.

background image

W kontaktach z ludźmi Jakie uczucia i myśli towarzyszą Ci, kiedy wybierasz 

się gdzieś z wizy-tą? Co sobie wyobrażasz, kiedy masz wkrótce spotkać się z osobą 

najbliższą Twemu sercu? Na pewno inaczej jest przed pierwszą randką, a inaczej po 

dwudziestu latach małżeństwa. Ale czy jest to raczej radosne oczekiwanie miłego 

kontaktu, czy ponure przewidywania czegoś przykrego? „Bezpiecznie czuję się tylko 

wtedy,   kiedy   jestem   sama.   Jak   tylko   znajdę   się   w towarzystwie,   boję   się,   że   się 

zbłaźnię, wykonam coś nie tak i zrobi się głupia sytuacja. Ale znowu w ogóle nic nie 

mówić i nie robić - też głupio. To mnie kompletnie paraliżuje” - tak napisała do mnie 

kiedyś  Kasia,  którą usiłowałam  korespondencyjnie leczyć   z kompleksów.  Niestety, 

listowne   poradnictwo   nie   jest   zbyt   skuteczne,   bo   żeby   się   czegoś   istotnego 

dowiedzieć   o sobie   w układzie   „ja-inni”,   potrzebne   są   informacje   od   tych   innych. 

Kasia mimo nieśmiałości dała się przekonać i znalazła się w jednej z prowadzonych 

przeze mnie grup.

Poprosiłam   ją,   żeby   zrobiła   bilans   swoich   wad   i zalet   w kontaktach 

międzyludzkich.   Oczywiście   bukiet  wad   był  daleko  bogatszy  i bardziej  barwny  niż 

nieliczne i mizerne zalety. A potem zrobiłyśmy sprawdzian: dla kogo jej poszczególne 

wady   rzeczywiście   są   wadami,   komu   są   obojętne,   a kto   uważa   je   za   zalety? 

Katarzyna   była   bardzo   zdziwiona.   Paru   osobom   na   przykład   podobała   się   jej 

nieśmiałość   i zahamowania.   Ktoś   powiedział,   że   lubi   nieśmiałe   dziewczyny,   ktoś 

jeszcze określił tę cechę jako skromność, dwie osoby uznały, że to pasuje do niej. 

Pamiętam, jak się rozpogodziła, kiedy jeden chłopak, jej rówieśnik, prawie na nią 

nakrzyczał:

„To co, że się nad wszystkim długo zastanawiasz? Nie znoszę mówienia co 

ślina na język przyniesie. Ty jak się odezwiesz, to przynajmniej do sensu. Mówisz 

mało, ale smacznie”. I tak było ze wszystkim oprócz obgryzania paznokci, którego 

nie pochwalił nikt.

Czy Ty też stronisz od ludzi, jak kiedyś Kasia? Pamiętaj, Tobie też - jak jej - 

tylko   wydaje   się,   że   inni   nie   będą   chcieli   Cię   zaakceptować.   Bzdura!   Większość 

z nich po prostu boi się tego samego co Ty i dlatego trzyma się na dystans.

Inne   plusy   i minusy   Wiem,   że   to   jeszcze   nie   wszystko   w Twoim 

skomplikowanym   autoportrecie.   Każdą   z tych   rzeczy   można   rozłożyć   na   szereg 

mniejszych i większych kawałków. Jedne z nich będą dla Ciebie bardzo ważne, inne 

background image

prawie bez znaczenia. Często nawet nie w pełni zdajesz sobie sprawę, ile tego jest. 

Kiedy   pogrzebać   głębiej,   stworzyć   ludziom   okazję,   żeby   uważniej   rozejrzeli   się 

w sobie pod kątem samooceny, wówczas kolejne nieakceptowane detale wyskakują 

jak grzyby po deszczu. Najczęściej, niestety,  nie równoważone przez plusy.  Zrób 

teraz   swoją   listę.   Nie   tak,   żeby   wypisywać   wszystko,   tylko   pięć   rzeczy,   jakie   Ci 

najpierw  przyjdą   do   głowy.   Nie   myśl   zbyt   długo,  ważne   są   pierwsze   skojarzenia. 

Natomiast w rubryce plusów możesz się zastanawiać dłużej, bo podejrzewam, że nie 

nawykłeś   do   zauważania   swoich   mocnych   stron   i może   będzie   to   okazja,   żebyś 

trochę poćwiczył tę bardzo potrzebną umiejętność.

A oto lista:

I. W wyglądzie zewnętrznym, we własnym ciele:

1) nie lubię w sobie (uważam za swój minus): a... b... c... d... e...

2) lubię w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e...

II. W swojej inteligencji, mądrości, zdolnościach:

1) nie lubię w sobie (uważam za swój minus): a... b... c... d... e...

2) lubię w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e...

III. W swoim charakterze, kwalifikacjach moralnych:

1) nie lubię w sobie (uważam za swój minus): a... b... c... d... e...

2) lubię w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e...

IV. Jako mężczyzna/kobieta 1) nie lubię w sobie (uważam za swój minus):

a...

b...

c...

d...

e...

2) lubię w sobie (uważam za swój plus):

a...

b...

c...

d...

e...

V.   W związkach   z ludźmi,   byciu   z nimi,   kontaktach   1)   nie   lubię   w sobie 

background image

(uważam za swój minus): a... b... c... d... e...

2) lubię w sobie (uważam za swój plus): a... b... c... d... e...

VI. W innych ważnych dla mnie sprawach, które nie mieszczą się w tamtych 

kategoriach 1) nie lubię w sobie (uważam za swój minus):

a...

b...

c...

d...

e...

2) lubię w sobie (uważam za swój plus):

a...

b...

c...

d...

e...

Ciekawe, czy coś Cię zaskoczyło? Czy łatwiej było Ci pisać o plusach, czy 

o minusach?   Czy   Twoje   ogólne   zdanie   na   własny   temat   wiąże   się   jakoś   ze 

szczególnymi ocenami?

Sytuacja   życiowa   a samoocena   Chcę   jeszcze   powiedzieć   o jednej   rzeczy, 

z której pewnie zdajesz sobie sprawę, ale może nie dość wyraźnie. Samoocena nie 

jest człowiekowi dana raz na zawsze. Zmienia się na przykład z wiekiem. Przypomnij 

sobie,   co   było   najważniejsze   w Twoim   autoportrecie   parę   lat   wstecz,   spróbuj 

wyobrazić sobie co może wybić się na pierwszy plan za parę lat. Dostałam list od 

Małgosi   dokładnie   na   ten   temat.   Pisała:   „Będąc   młodą   dziewczyną   strasznie   się 

męczyłam. Zawsze mi się zdawało, że jestem nie-stosownie ubrana, inne dziewczyny 

- one umiały zrobić się na bóstwo! W dodatku nie tańczyłam za dobrze. W ogóle 

byłam   strasznie   zakompleksiona.   Teraz   przestałam   się   przejmować   tym,   jak 

wyglądam.   Ważne,   żeby   ludzie   mnie   lubili   i żeby   mieć   paru   przyjaciół   od   serca. 

Potrafię gadać z nimi godzinami, pomagamy sobie nawzajem w trudnych chwilach. 

Nie wyładniałam, nigdy nie byłam zbyt ładna, zresztą wiesz - lata lecą. Ale chyba 

zmądrzałam i mniej się skupiam na sobie, a bardziej na innych. Może to jest mój 

sposób na kompleksy?”

background image

Bez wątpienia na samoocenę wpływa  Twoja sytuacja  życiowa,  co najlepiej 

widać, kiedy się gwałtownie zmienia. Przekonują się o tym choćby wszyscy młodzi 

rodzice,   kiedy   -   wraz   z pojawieniem   się   na   świecie   ich   pierwszego   potomka   - 

zaczynają   liczyć   się   umiejętności   i dobra   orientacja   w sprawach   pieluszek,   kolek, 

karmienia itd. itp. Na  parę  tygodni albo miesięcy dla matki takie  rzeczy stają  się 

najważniejsze we własnym autoportrecie, określają jego jasną lub ciemną tonację.

A wszyscy ci, którzy ze wsi przenieśli się do miasta i nagle okazało się, że 

cała ich skomplikowana i obszerna wiedza o przyrodzie oraz zdolności do ciężkiego 

wysiłku fizycznego specjalnie się nie liczą? A mężczyźni, którzy wraz ze wzrostem 

bezrobocia stracili pracę i teraz muszą jakoś odnaleźć się w sytuacji, kiedy jedyną 

pracującą osobą w rodzinie jest żona?

Lepszy - gorszy czyli w pułapce bezustannych porównań Jeszcze siedziałeś 

w wózku, siusiałeś w pieluchy i niewiele rozumiałeś z tego, co mówią dorośli, a już 

nad Twoją głową co chwila ktoś Cię do kogoś porównywał: Piotrusiowi wyrósł ząbek! 

A mojemu Stasiowi jeszcze nie. A czy już siada, czy już staje, czy już liczy do pięciu, 

bo   moje   już   do   siedmiu?   Żyjemy   w społeczeństwie,   w którym   od   zera   uczą   nas 

porównywania. Na pewno byłoby Ci łatwiej wymienić pięćdziesiąt rzeczy, w których 

jesteś   od   innych   lepszy   albo   gorszy,   niż   pięć   takich,   które   są   niepowtarzalne, 

odrębne, jedyne na świecie.

Takie myślenie w kategoriach „lepszy-gorszy” wrosło w nas do tego stopnia, 

że   nie   jesteśmy   w stanie   wyobrazić   sobie   innego   podejścia   do   życia.   A przecież 

można.   Z wykształcenia   jestem   etnografem,   w związku   z tym   miałam   okazję   - 

oczywiście   poprzez   lekturę   -   przyjrzeć   się   na   przykład   południowo-amerykańskim 

Indianom   Zuni,   opisywanym   przez   Ruth   Benedict,   słynną   badaczkę   ludów 

egzotycznych. Owi Zuni w ogóle ze sobą nie rywalizują. Podczas rytualnych świąt 

urządzają biegi, w których wcale nie chodzi o to, żeby wygrać. Każdy biegacz ma 

dotrzeć do mety, natomiast nie stara się wyprzedzić innych.

Często coś podobnego dzieje się w grupach terapeutycznych, kiedy usiłujemy 

wyeliminować   porównywanie,   a w   to   miejsce   wprowadzić   koncentrowanie   się   na 

swoich  mocnych  stronach. I okazuje się, że można myśleć w taki sposób: jestem 

inny,   niepodobny   do   nikogo   na   świecie.   W czymś   dobry,   a nie   lepszy;   w czymś 

marny,  a nie gorszy.  Albo jeszcze inaczej - nie jestem kiepski, tylko  to jest moja 

background image

trudność.

Jest jedna sytuacja, w której się nie porównuje, raczej przeciwnie - podkreśla 

jedyność   i wyjątkowość.   „Jest   inna   niż   wszystkie”,   „nikogo   takiego   jeszcze   nie 

spotkałam”   -   tak   mówią   zakochani.   A więc   umiemy   patrzeć   też   w ten   sposób, 

a wszyscy ci, którzy byli zakochani z wzajemnością, wiedzą, jak szczęśliwy może być 

człowiek, gdy nie obawia się porów-nań.

I przeciwstawna sytuacja: z pracy odchodzi ktoś kogo wszyscy lubili i cenili, 

a Ty   przychodzisz   na   jego   miejsce   i masz   wrażenie,   że   każdy  Twój   krok   i każde 

odezwanie   jest   zestawiane   z postępowaniem   owej   nieobecnej   osoby.   Trudno   się 

w takiej sytuacji wyrobić, prawda? Każde „inaczej” oznacza „gorzej”, wszystko obraca 

się na Twoją niekorzyść.

Czy masz być ideałem?

Pełno  jest  wszędzie  dookoła nas różnych   wzorów  doskonałości, modeli do 

naśladowania, które - jeżeli traktowane zbyt poważnie - potrafią popsuć humor nawet 

zadowolonym z siebie. Wkroczyliśmy w epokę reklam i mam wrażenie, że musi się to 

źle   odbijać   na   poczuciu   własnej   wartości   wielu   z nas.   Bo   która   ma   takie   włosy 

i sylwetkę, jak Cindy Crawford, zachęcająca do kupowania szamponu firmy L’Oreal? 

Który wygląda tak korzystnie jak facet z reklamy „Gilette - najlepsze dla mężczyzny”? 

Nie stać Cię również na nowy model Opla czy nawet Poloneza. Zapewne nie jesteś 

i może nigdy nie będziesz eleganckim biznesmenem korzystającym z komputera IBM 

najnowszej generacji.

Ale czy tylko o to chodzi? Zastanów się dobrze: pragniesz mieć hollywoodzką 

urodę,   umysł   Einsteina   i karierę   zawodową   w tempie   Alexis   Colby   czy   po   prostu 

chcesz   być   szczęśliwy?   Niejednokrotnie   te   reklamowane   symbole   powodzenia 

i sukcesu   wcale   nie   mają   szczęśliwego   życia.   Jestem   przekonana,   że   Marylin 

Monroe zamieniłaby się z niejedną szarą myszką, dziewczyną z Pułtuska, która ma 

kochającego męża i udane dzieci. Wrócimy do tego jeszcze, a teraz posłuchaj: każdy 

z nas, a więc i Ty, ma w sobie coś niepowtarzalnego, jedynego na świecie i przez to 

cudowne-go i pięknego. Nikt nie jest ideałem, ale też nikt nie jest kompletnym zerem. 

A więc i Ty nie jesteś. Spróbuj spojrzeć na to tak: często myślę o sobie źle, ale to nie 

jest obiektywna  prawda, tylko  moje wyobrażenia. A skoro tak, to mogę zacząć je 

zmieniać.

background image

Rozdział II 

Co wynika z twojego myślenia Weźmy sytuację najprostszą, jakiś sprawdzian 

czy egzamin. Dostałeś pierwsze pytanie, które nie bardzo Ci pasuje, i zmagając się 

z nim   możesz   wpaść   -   jak   wóz   na   piaszczystej   drodze   w wyżłobione   koleiny   - 

w jeden z dwóch torów myślenia:

1.   Na   pewno   następne   pytanie   będzie   gorsze   i skompromituję   się   jeszcze 

bardziej. Po co w ogóle się do tego zabierałem, skoro wiem, że jestem do niczego. 

Już tyle  razy  mi  się nie  powiodło.  Dobrze pamiętam,  jaką  dałem plamę w zeszły 

wtorek. Mam coraz większą pustkę w głowie... Nic mi nie wyjdzie!

2. Zobaczymy, czy następne pytanie nie będzie lepsze. Jestem całkiem nieźle 

przygotowany. Teraz trzeba tylko skupić się i nadrobić złe wraże-nie. Już parę razy 

poradziłem sobie z dużo trudniejszą sytuacją. Przecież nie dalej jak przedwczoraj 

poszło mi tak dobrze. Musi się udać!

Nie muszę mówić, kto ma większe szanse. Lubię to porównanie, bo właściwie 

we wszystkich życiowych sprawach jest podobnie, od projektu ugotowania zupy po 

plan   przebudowy   świata.   Najpierw   coś   zamierzamy   -   sami   lub   pod   wpływem 

oczekiwań   innych   ludzi   -   potem   zastanawiamy   się,   jak   nam   to   pójdzie,   i ten 

pesymizm albo optymizm wyznacza dalszy bieg zdarzeń. Idzie jak z płatka albo jak 

po grudzie. Oczywiście, tak zwane obiektywne okoliczności też mają znaczenie, ale 

nasze nastawienie jest dużo ważniejsze, niż na ogół sądzimy.

A może sam jesteś autorem własnych niepowodzeń?

Jak to się dzieje? Otóż najpierw uruchamiamy łańcuch wspomnień. Osoby, 

które   mają   skłonność   do   dołowania   się,   przypominają   sobie   swoje   poprzednie 

niepowodzenia i dosłownie zwieszają nos na kwintę. Do i tak już ciężkiego bagażu 

przekonania o swoich nikłych szansach dodają nową cegłę i znowu próbują. Nadal 

bez   skutku,   tyle   że   dalej   jest   im   coraz   ciężej.   Kolekcja   niepowodzeń   rośnie   jak 

toczona w dół  kula  ze śniegu.  A ci,  którzy  są  nastawieni,   że pójdzie  dobrze?  Ich 

kolekcja składa się z kolorowych baloników - wspomnień udanych działań i sytuacji - 

które ciągną ich do góry, łącząc się w coraz większy pęk. Czyli im gorzej, tym gorzej, 

a im   lepiej,   tym  lepiej.  Co  jest   przeciwieństwem   nosa   na   kwintę?   Nos   triumfalnie 

skierowany ku górze.

Mówię zawsze, że człowiek ma wypisane na nosie to, co ma go spotkać. I jest 

background image

to - po łańcuchu wspomnień - druga tajemnica Twoich sukcesów i nie-powodzeń. 

Tam  wszystko   odbywa   się  w Twojej  głowie:  musisz  zużyć   mnóstwo  energii, żeby 

przebić się przez swoje negatywne nastawienie i już nie tak wiele zostaje na samo 

zadanie,   które   przed   Tobą   stoi.   Tu   w grę   wchodzą   inni   ludzie,   którzy   czytają 

z Twojego nosa. Zresztą nie tylko z nosa. Niska samoocena, niewiara we  własne 

możliwości da się odczytać z wielu różnych sygnałów, chociaż być może nie zda-jesz 

sobie   z tego   sprawy.   Przyjrzyj   się   na   przykład   swojej   sylwetce.   Jeśli   masz   złe 

mniemanie   o sobie,   pewnie   nie   nosisz   dumnie   wypiętej   piersi,   tylko   raczej   kulisz 

ramiona.   Pewnie   masz   skłonność   do   cofania   brody   i pochylania   głowy,   zamiast 

obnosić ją wyprostowaną po królewsku. Może też trzymasz ręce blisko tułowia i nie 

zagarniasz nimi świata, tylko często krzyżujesz na piersiach, jakbyś się chciał przed 

nim   osłonić.   Bywa   odwrotnie:   chociaż   w środku   czujesz   się   bezradny   jak   małe 

dziecko   i tak   naprawdę   nie   wart   uznania   i uczucia   -   nadrabiasz   miną   i postawą, 

wypinasz   pierś,   zadzierasz   głowę,   mocno   gestykulujesz.   Wymowa   niby   inna   niż 

u tych niepewnych i zahamowanych, ale tylko niektórzy dają się zwieść pozorom. Bo 

jednak często można zauważyć, że Twoja przebojowość jest troszkę przesadna czy 

sztuczna, że jesteś odrobinę za sztywny albo ciut zbyt głośny. Jakbyś to nie był Ty, 

tylko maska czy przebranie, zza których chwilami przeziera coś całkiem innego. Jeśli 

tak właśnie funkcjonujesz - wewnątrz niska samoocena, na zewnątrz pewność siebie 

i dobre   samopoczucie   -   to   jestem   przekonana,   że   musi   Cię   to   drogo   kosztować. 

Płacisz ciągłym napięciem, albowiem wspinanie się na palce pochłania wiele energii 

i na krótką metę zwyczajnie męczy. A jeśli utrzymuje się przez dłuższy czas, może 

się nawet niekorzystnie odbić na Twoim zdrowiu.

I drugi rodzaj kosztów: zamieszanie, jakie wywołuje Twoja niejednoznaczność 

u ludzi,   którzy   usiłują   Cię   zrozumieć.   Gdyby   ktoś   nawet   chciał   dać   Ci   to,   czego 

potrzebujesz, trudno mu będzie odczytać, o co Ci właściwie chodzi. Mam przyjaciela 

Filipa,   który   założył   nową   firmę   i wpadł   w -   przejściowe   zresztą   -   tarapaty.   Jego 

dziewczyna żaliła się kiedyś, że chciałaby podtrzymać go na duchu ale nie umie tego 

zrobić. Wyczuwa jego znękanie i niepokój, natomiast Filip zachowuje się tak, jakby 

wszystko spływało po nim jak woda po gęsi.

Pozostając   jednak   przy   skulonych   ramionach   i nosie   na   kwintę   -   to   tylko 

przykłady sygnałów, jakie bezwiednie dajesz innym. Jeden z nich jest szczególnie 

background image

ważny,   to   mianowicie,   czy   w kontaktach   z ludźmi   patrzysz   im   w oczy.   Osoby 

niepewne   siebie   na   ogół   tego   nie   robią.   Co   wtedy   przeżywa   ten,   na   kogo   nie 

patrzysz? Najczęściej myśli sobie: coś tu jest nie w porządku, chce coś przede mną 

ukryć, pewnie oszukać; a może, skoro unika kontaktu, źle o mnie myśli albo mnie 

lekceważy. Mało komu przychodzi do głowy, że to z nieśmiałości czy zażenowania.

Jak   wiele   może   zmienić   patrzenie   w oczy,   sprawdziłam   w bardzo 

niewdzięcznej   sytuacji   międzyludzkiej,   mianowicie   przy   załatwianiu   spraw 

urzędowych. Największy formalista, dla którego normalnie klient czy petent to wróg, 

jeżeli złapać jego wzrok - mięknie i zaczyna traktować człowieka bardziej po ludzku.

Nie mówię już o tym, że jeśli nie patrzysz, pozbawiasz się wielu bez-cennych 

informacji, przede wszystkim nie dowiadujesz się, jaka jest reakcja na Ciebie i różne 

Twoje   zachowania.   Miałam   raz   w prowadzonej   przez   siebie   grupie   przykład   jak 

z podręcznika. Był tam bardzo duży facet, Krystian, który bał się ludzi, i kiedy coś od 

nich   chciał,   zawsze   patrzył   sobie   na   buty.   Zaproponowałam   mu,   żeby   podnosił 

wzrok, ilekroć zwraca się do innej osoby. I dokonało się wielkie odkrycie: Krystian 

stwierdził, że to oni się go boją. No, może nie wszyscy, ale spora część.

Wróćmy do sytuacji egzaminacyjnej mając na uwadze, że całe życie to je-den 

wielki egzamin, bo - pamiętasz, jak pisała Wiesława Szymborska - „nic dwa razy się 

nie zdarza i nie zdarzy. Z tej przyczyny zrodziliśmy się bez wprawy i pomrzemy bez 

rutyny”.   A więc   stajesz  ze  skulonymi   ramionami i oczami  wbitymi  w podłogę,  a na 

nosie masz wypisane, że na pewno Ci się nie uda. Egzaminator widzi to i Twoje 

przekonanie   przynajmniej   w jakimś   stopniu   mu   się   udziela.   Czyli   jeszcze   zanim 

cokolwiek   się   zacz-nie,   już   ma   do   Ciebie   nie   najlepsze   nastawienie.   Ono   z kolei 

udziela   się   Tobie,   kulisz   się   jeszcze   bardziej   i Twój   sygnał,   że   spodziewasz   się 

niepowodzenia, staje się wyraźniejszy. I tak nastawiacie się nawzajem coraz gorzej 

i gorzej.

Na szczęście w życiu nie jest aż tak źle. Specjalnie przesadziłam w tym opisie, 

żeby   wyraźniej   było   widać,   jak   sam   stajesz   się   źródłem   własnych   kłopotów. 

Namawiam   Cię   w tym   miejscu   na   mały   eksperyment:   postaraj   się   parę   razy 

w różnych   sytuacjach,   kiedy   czujesz   się   nieszczególnie,   wyprostować   ramiona, 

podnieść   głowę   i patrzeć   prosto   w oczy.   Sprawdź,   czy   to   coś   zmienia,   może   się 

zachęcisz do trochę innego zachowania, niż dotąd miałeś w zwyczaju.

background image

Trudne początki Pamiętasz jak było, kiedy znalazłeś się w nowej szkole albo 

poszedłeś   na   studia?   Gdy   zaczynałeś   nową   pracę?   Opowiadała   mi   znajoma 

dziewczyna, jak czuła się przez parę pierwszych tygodni w szkole za granicą, dokąd 

wyjechali służbowo jej rodzice: „Byłam kompletnie ogłupiała i zupełnie do niczego. 

Na   lekcjach   jak   przygłup,   na   prywatkach   jak   jakiś   raróg.   Nie   wiedziałam   nawet, 

o czym rozmawiać na przerwach, co się odezwałam, to głupio. Byłam nie tak ubrana, 

inaczej podnosiłam rękę na lekcjach. Miałam wrażenie, że nawet nogi i ręce mam nie 

takie. Tak mi się wtedy wydawało. Z czasem zaczęło być lepiej, wciągnęłam się”. Co 

jakiś czas, bez wyjeżdżania, wszyscy trafiamy na sytuacje, w których czujemy się jak 

w obcym kraju.

Każda   nowa   sytuacja   wymaga   przystosowania,   wszystkie   początki   obfitują 

w niepowodzenia, bo poruszasz się po nieznanym gruncie bez rozeznania i wprawy. 

Nic dziwnego, że reagujesz niepewnością wątpliwościami na własny temat i zwykle 

w konsekwencji pogarsza się Twój autoportret. Przypuszczam, że nie jesteś wtedy 

dla   siebie   zbyt   dobry   i nie   fundujesz   sobie   okresu   ochronnego,   czasowej   taryfy 

ulgowej na wejście w nowe układy. Pewnie z przykrością stwierdzasz, że inni radzą 

sobie lepiej, zazdrościsz im, a nawet jesteś na nich zły.

Trudno bywa zwłaszcza wtedy, gdy oni znają się od lat i dużo ich ze sobą 

łączy.   Naprawdę   nie   do   pozazdroszczenia   jest   sytuacja   nowego   pracownika 

trafiającego do zgranego zespołu, nowej dziewczyny czy chłopaka wprowadzanego 

do paczki starych przyjaciół swojej sympatii, małżonka przyjeżdżającego z pierwszą 

wizytą   do   rodziny   partnera.   Oni   śmieją   się   z jakiejś   zabawnej   historii   sprzed   lat, 

a Tobie wydaje się, że z Ciebie. Rozumieją się w pół słowa, przerzucają doskonale 

czytelnymi dla nich aluzjami, a Ty nic nie kojarzysz i czujesz się jak ostatni tuman. 

Spokojnie! Możesz być pewien, że to minie, jeżeli tylko nie zamkniesz się w sobie 

i nie podejmiesz postanowienia, że się odcinasz i wycofujesz. To trochę tak, jakbyś 

się   znalazł   wśród   ludzi   mówiących   w obcym   języku   i z   czasem   zaczął   się   nim 

posługiwać, najpierw słabo, a potem co-raz swobodniej. Więc lepiej poprzyglądaj się 

i trochę  poczekaj  pamiętając,  że  na  początku   pewna   sztywność   i niezręczność  to 

rzecz   naturalna,   a Twoje   marne   samopoczucie   jest   zrozumiałe   i przejściowe.   Pół 

biedy, kiedy chodzi o dalszą rodzinę albo szkolnych kolegów Twojej drugiej połowy - 

możesz przestać się z nimi widywać. Ale jeżeli to jest nowa praca lub szkoła czy, 

background image

powiedzmy, teściowie? Trudno całkiem zerwać takie kontakty. Bywa, że decydujesz 

się wówczas na coś w rodzaju „emigracji wewnętrznej”. Rezygnujesz z włączania się 

we wspólne rozmowy i rozrywki, jeżeli to możliwe siadasz w kącie, starasz się wyjść 

jak najwcześniej. I może się to ciągnąć latami, pogłębiając Twoje poczucie, że jesteś 

nieważny, nielubiany, gorszy.

Pobrały się dwa zera A jeśli żyjesz z kimś pod jednym dachem i - jak dawniej 

mówiono   -   dzielisz   z nim   lub   nią   stół   i łoże?   Pracując   w poradni   rodzinnej 

zauważyłam,   że   raz   po   raz   powtarza   się   pewien   rodzaj   kłopotów,   które   trapią 

małżonków ze złą samooceną. Chcę przedstawić je tutaj bardziej szczegółowo, bo 

prawie wszyscy albo jesteśmy z kimś w stałym związku, albo będziemy, albo - co 

gorsza - już mamy za sobą rozpad takiego układu. Zacznijmy od konkretnej sytuacji, 

bardzo prostej i typowej. Niech to będzie Gosia i Andrzej, może po dwóch, może po 

siedmiu   latach   małżeństwa.   W każdym   razie   zdążyli   już   zapomnieć   o zalotach 

i miodowym   miesiącu,   tkwią   w prozie   codziennego   życia:   praca,   gospodarstwo 

domowe,   pewnie   też   dzieci.   On   uważa,   że   jest   niezbyt   atrakcyjnym   mężczyzną 

i marnym mężem, ona nie czuje się ani ładna, ani pociągająca i stale ma do siebie 

pretensje, że nie wywiązuje się na piątkę z roli żony (bo prowadzenie domu, proszę 

Państwa, to tak skomplikowane i wielowątkowe zadanie, że zawsze można znaleźć 

coś, co się zrobiło nie dość dobrze). Punkt wyjścia weźmiemy banalny - on mówi do 

niej: „Miła moja, zupa jest przesolona”. Bo rzeczywiście jest.

Teraz   zajmiemy   się   czytaniem   w myślach.   Kobieta,   która   dobrze   czuje   się 

w życiu,   w swoim   związku   i w   roli   gospodyni   domowej,   pomyśli   w takiej   sytuacji: 

„Przykro mi. Następnym razem, kiedy będę robić ogórkową, muszę pamiętać, żeby 

dać mniej soli”. A nasza Gosia? Jej monolog wewnętrzny wygląda zupełnie inaczej: 

„Nie smakuje mu. Dobra żona potrafiłaby ugotować tak, jak on lubi. Pewnie ma do 

mnie   jeszcze   masę   innych   zastrzeżeń   i pretensji.   Kto   wie,   czy   w ogóle   mu 

odpowiadam. Może już nie chce ze mną być?”. I tylko czeka, że Andrzej za chwilę 

zacznie mówić o rozwodzie. A on powiedział jedynie, że zupa jest przesolona. Teraz 

kolej na to, żeby zajrzeć do głowy Andrzejowi. Gosia, u której jego niewinna uwaga 

uruchomiła lawinę małżeńskich kompleksów, musi zrobić niezadowoloną minę, bo 

przecież z jej punktu widzenia już nie chodzi o zupę, tylko o ostateczne rozstanie. 

A on   patrząc   na   tę   skrzywioną   buzię   myśli   sobie:   „Coś   jej   złego   zrobiłem,   zaraz 

background image

obrazi się i dojdzie do wniosku, że ma mnie po prostu dosyć. To, że wyszła za takie 

zero, wcale nie oznacza, że zawsze będzie chciała ze mną być”. Jednym słowem on 

też już prawie pakuje walizki.

Tym razem - jak setki razy wcześniej i później - rozejdzie się po koś-ciach. 

Pewnie za parę minut albo parę godzin któreś z nich wykona jakiś pojednawczy gest 

i wszystko jako tako wróci do normy. Tylko że jeśli tak dzieje się często, w pewnym 

momencie   ilość   przejdzie   w jakość.   Spójrzmy   więc   na   konsekwencje   podobnych 

sytuacji.

Po   pierwsze   -   obydwoje   zużywają   dużą   część   swojej   energii   na   ciągłe 

sprawdzanie.   Z napiętą   uwagą   śledzą:   jak  jest   w tej   chwili?   czy  on   jeszcze   mnie 

kocha? czy jej jeszcze na mnie zależy? I wtedy oczywiście zawsze znajdzie się coś, 

co   potwierdzi   najczarniejsze   przewidywania,   jak   choćby   owa   przesolona   zupa. 

Powiem więcej, nawet niektóre obojętne albo pozytywne uwagi mogą być odbierane 

jako negatywne. Załóżmy, że Gosia za-łożyła nowy opalacz, zaś Andrzej, któremu 

się w nim spodobała, powie: „O masz dwuczęściowy kostium”. A ona - pewna tego, 

że   nie   jest   dość   zgrabna   -   nawet   na   niego   nie   spojrzy   i nie   zauważy   jego 

zadowolonej miny, tylko pomyśli: „No tak, chciał mi delikatnie dać do zrozumienia, że 

nie   powinnam   pokazywać   brzucha.   Już   mu   się   nie   podobam”.   Wobec 

nagromadzenia   podobnych   niezrozumień   i nieporozumień   obydwoje   starają   się 

uniknąć zapalnych tematów.

W ich sytuacji takimi szybko okazują się wszystkie, które coś mówią o drugiej 

stronie. Inaczej mówiąc, w ogóle przestają ze sobą rozmawiać o sobie.

Po drugie - unikają zwłaszcza okazywania wszelkich oznak niezadowolenia. 

Andrzej na drugi raz głęboko się zastanowi, czy w ogóle mówić, że mu nie smakuje 

zupa. W efekcie Gosia będzie niewiele wiedzieć o tym, co on lubi a czego nie, zaś 

Andrzej   będzie   tłumił   swoje   niezadowolenie   i godził   się   z sytuacją,   która   mu   nie 

odpowiada.   Do   czasu,   ponieważ   kiedy   uzbiera   się   tego   dużo   i w   różnych 

dziedzinach, jedno z nich pierwsze wy-buchnie. Wtedy to drugie, które też zdążyło 

już   nagromadzić   sporo   urazy   i pretensji,   odpowie   tym   samym.   I zacznie   się   coś, 

czego obydwoje nie rozumieją: wielka awantura z błahego powodu.

Po   trzecie   -   każda   oznaka   smutku,   złości   lub   zniecierpliwienia   Gosi   jest 

odbierana przez Andrzeja jako sygnał, że to on zrobił coś nie tak, że „wszystko przez 

background image

niego”.   A Gosię  może  boleć  ząb,  mogły  ją   spotkać   jakieś   przykrości   w pracy  czy 

zdenerwować   dzieci.   I chce,   żeby   ją   ktoś   po-cieszył   albo   chociaż   wysłuchał,   a tu 

ślubny najdroższy też już zdążył wpaść w przygnębienie bądź irytację pod wpływem 

jej minorowej miny. Więc traci chęć opowiadania temu ponuremu facetowi, co jej się 

dziś przykrego wydarzyło. To samo Andrzej: miał męczący dzień albo boli go głowa, 

a Gosia już jest pewna, że ma coś do niej. Więc na wszelki wypadek nie odzywa się 

i schodzi   mu   z drogi.   W ten   sposób   zamiast   wspierać   się   nawzajem   w drobnych 

i większych  kłopotach, oddalają  się  od siebie. Po czwarte  -  obydwoje   czekają na 

jakieś potwierdzenie, dowartościowanie, przejaw uczucia drugiej strony, ale nie są 

zbyt skłonni wychylać się z tym sami. Nie zrobię tego, boję się, że mnie odtrąci - 

myślą.   I tak   czekają   obydwoje,   nieraz   latami,   coraz   bardziej   utwierdzając   się 

w poczuciu, że są nieważni, niekochani, niezauważani. Po piąte - unikają jak ognia 

wyjaśniania   tego,   co   się   między   nimi   dzieje.   Każde   z nich   obawia   się,   że   kiedy 

choćby   piśnie   coś   na   ten   temat,   dopiero   wtedy   druga   strona   zacznie   się   serio 

zastanawiać i niechybnie dojdzie do wniosku, że zrobiła życiowy błąd decydując się 

na   ten   związek.   Jest   w tym   coś   z myślenia   magicznego   (niektórzy   nazywają   to 

strusią polityką): jeśli nie dotknę tej chwiejnej konstrukcji, jest szansa, że się utrzyma; 

ale   jak   nieopatrznie   ruszę,   a jest   to   gmach   wzniesiony   z chybotliwych,   nie 

połączonych ze sobą cegieł, to w ciągu paru sekund rozsypie się w gruzy.

Niestety, małżeństwom takim jak Gosia i Andrzej nie sprzyja też tradycja czy 

zwyczaje rodzinne. Spodobało mi się podsumowanie, jakie zrobiła kiedyś na moją 

prośbę pewna pani: „Pochodzę z rodziny, gdzie nawet pyta-nie ‘która godzina?’ było 

zbyt osobiste”. W ich rodzinnych domach musiało być tak samo: dorośli ani między 

sobą, ani z dziećmi nie rozmawiali o wzajemnych uczuciach, o żalach i pretensjach, 

nikt   nikogo   nie   chwalił   i nie   zapewniał,   że   kocha.   Skąd   to   wiem?   Bo   inaczej   nie 

mieliby tych kłopotów.

Zamiast   zadręczać   się   wątpliwościami,   mogliby   zabrać   się   do   wyjaśniania 

sytuacji i przekonaliby się szybko, że cała ta spirala rozkręcająca się w ich głowach 

jest absurdalna - że naprawdę chodzi tylko o zupę, a całą resztę kochają nad życie. 

Więc   gdyby   to   ode   mnie   zależało,   od   przedszkola   wprowadziłabym   naukę 

porozumiewania   się   z bliskimi.   Kiedy   pracowałam   w poradni   rodzinnej,   miałam 

okazję towarzyszyć wielu ludziom w próbach lepszego porozumiewania się żałując, 

background image

że   spotkaliśmy   się   tak   późno,   gdy   już   narosło   mnóstwo   przykrych   „zaszłości”. 

Umawiałam   się   z różnymi   małżeństwami,   że   wprowadzą   u siebie   zwyczaj 

systematyczne-go   rozmawiania   o tym,   jak   im   ze   sobą   jest,   co   do   siebie   czują, 

z czego   są   zadowoleni,   a z   czego   nie.   Wiem,   wiem,   to   takie   sztuczne,   ale   chcę 

podkreślić, że ludzie, którzy mają dużo lęków i wątpliwości - wynikających z niskiej 

samooceny   -   z pewnością   nie   przestawią   się   spontanicznie   na   inny   sposób 

porozumiewania.   Natomiast   przy   odpowiedniej   zachęcie   mogą   popracować   nad 

wyrobieniem sobie lepszych nawyków czy rutyny. Jeśli partnerzy wspólnie decydują 

się na mówienie o tym, co się pomiędzy nimi dzieje, wtedy wiadomo, że narażają się 

obydwoje,   więc   poważnym   i zasadniczym   rozmowom   przestaje   towarzyszyć 

atmosfera zagrożenia, nikt nie musi się wychylać z inicjatywą, można nawet losować, 

kto   zaczyna.   W poradni   dokładnie   uzgadnialiśmy,   że   na   przykład   we   wtorki   po 

położeniu   dzieci   spać   zawsze   przeznaczają   na   ten   cel   po   pół   godziny   lub   trzy 

kwadranse i obydwoje mają powiedzieć, co złego i co dobrego spotkało ich ze strony 

tego drugiego w minionym tygodniu.

Gdybyś  się zdecydował wprowadzić taki zwyczaj w swoim związku, musisz 

trzymać   się   kilku   zasad.   Trzeba   pilnować:   a)   żeby   nie   skończyło   się   na   samym 

postanowieniu; to naturalne, że - tak jak od każdej trudnej rzeczy - będziecie mieli 

chęć   się   wykręcić;   b)   żeby   każdy   miał   z góry   uzgodnioną   ilość   czasu,   a potem 

zmiana (np. Gosia kwadrans, Andrzej kwadrans, Gosia kwadrans, Andrzej kwadrans 

-   po   dwóch-trzech   próbach   będziecie   wiedzieli,   jaki   czas   jest   dla   Was 

najwygodniejszy);  c) żeby w tych  uzgodnionych  ramach czasowych  nie przerywać 

sobie nawzajem; d) żeby mówić i o plusach, i o minusach, nawet gdyby na początku 

trzeba  było  wyszukiwać  coś  na siłę (jednym   jest trudniej  mówić  o dobrym,  innym 

o złym, to też jest naturalne); e) żeby zaczynać od żalów i pretensji, a kończyć na 

rzeczach pozytywnych, miłych, ciepłych.

Z czym jeszcze mogą być kłopoty?

Sądzę, że miałeś okazję stwierdzić to sam w różnych sytuacjach: niekorzystne 

myślenie o sobie jest samospełniającym się proroctwem. Nie jestem w stanie omówić 

rozlicznych   dziedzin,   w których   może   Cię   hamować   i ograniczać,   jednak   muszę 

poświęcić parę słów przynajmniej nauce i pracy. Co do zdolności uczenia się - mam 

sporą   wprawę   w przebijaniu   się   przez   uporczywe   złe   mniemanie   o sobie   osób 

background image

uczących się języków obcych i pracy z komputerem. To równie dobre przykłady jak 

każde inne. We wmawianiu sobie, że „komputer to nie dla mnie” i „nigdy się tego nie 

nauczę”   celują   kobiety.   Jeżeli   już   potrzeba   albo   chęć   zmusi   którąś   z moich 

zaprzyjaźnionych pań, żeby jednak spróbować, zaczynam od tego: „Ta maszyna nie 

jest dużo bardziej skomplikowana od pralki automatycznej. Umiesz ją obsługiwać? 

Jeśli tak, to z komputerem też dasz sobie radę”. Oczywiście początkowo nie wierzą, 

ale stopniowo - parę prostych operacji, żeby przekonać się, że to skomplikowane 

zwierzę jest posłuszne - nabierają pewności siebie. „Napisz coś, wydrukujemy to”, 

żeby mogły szybko zobaczyć efekt swojej pracy. I jeszcze namawiam je do robienia 

błędów, żeby się z nimi oswoiły i przy samodzielnych próbach nie wpadały w totalną 

bezradność, kiedy coś pójdzie nie tak. Z nauką języków jest podobnie. Jest mnóstwo 

ludzi, którzy latami obiecują sobie, że zabiorą się za angielski czy francuski, i nie 

robią tego, bo nie wierzą, że coś im wyjdzie. Znam na to dwa sposoby proste i trzeci 

pracochłonny.  Pierwszy:  weź  obcojęzyczną gazetę i na dowolnej stronie (byle  nie 

z ogłoszeniami) znajdź 100 słów, które rozumiesz. Nie uda Ci się to po grecku czy po 

węgiersku,   ale   angielski,   niemiecki,   włoski,   hiszpański,   nawet   holenderski   czy 

portugalski od razu stanie się bardziej przezroczysty.

Drugi sposób polega na tym, żeby przed każdą lekcją czy odrabianiem za-dań 

domowych powtórzyć sobie kilka razy na głos (jeśli się boisz, że rodzina uzna Cię za 

wariata, który gada sam do siebie, zrób to szeptem):

„Angielski   sam   wchodzi   mi  do   głowy”.   Jeżeli   jesteś   zainteresowany   innym 

językiem, wstaw go w miejsce angielskiego.

I   sposób   trzeci:   poproś   kogoś,   żeby   wskazał   Ci   prosty   i niezbyt   długi, 

a interesujący dla Ciebie tekst, i przetłumacz go ze słownikiem. Może się okazać, że 

satysfakcja   ze   zrozumienia   czegoś,   na   czym   Ci   zależało,   jest   większa   niż 

nieporadność językowa. Moje pokolenie z dużym skutkiem uczyło się angielskiego 

na   Beatlesach,   a rosyjskiego   na   Okudżawie.   Opowiadam   to   wszystko,   żeby   było 

widać, co oznacza czy też z czego się składa owo „nie potrafię się tego nauczyć”. Na 

pierwszym miejscu oczywiście króluje ogólne poczucie niemożności. Ale ważne jest 

też i to, że ani Twoi dotychczasowi nauczyciele, ani Ty sam nie mieliście wprawy 

w stopniowaniu trudności, wybieraniu na początek zadań, których dobre wy-konanie 

zachęciłoby Cię do dalszych prób. Nie było też pomostu do czegoś, co już umiesz. 

background image

A poza   tym   nie   miałeś   okazji   przeżyć   choćby   niewielkiej   satysfakcji   związanej 

z wstępnym opanowaniem nowej umiejętności. Chcę Ci na zakończenie tego wątku 

powiedzieć jedną rzecz:  żeby  przekonać  mnie,  że  nie jesteś w stanie czegoś się 

nauczyć, musiałbyś zużyć ba-rdzo dużo energii i czasu. A myślę, że i tak by Ci się 

nie   udało.   Teraz   sprawa   pracy.   Odnosi   się   do   niej   to   wszystko,   co   mówiłam 

o trudnych   początkach.   Na   niepewność   związaną   z nową   sytuacją   i nowymi 

zadaniami nakłada się jeszcze coś - powszechny niedobry zwyczaj, że przełożeni 

niechętnie wyrażają uznanie, za to dość skrupulatnie wytykają błędy i z upodobaniem 

ganią. Jeśli już i tak nie myślisz o sobie zbyt dobrze, pogrążasz się w tym jeszcze 

bardziej.   I często   nawet   nie   umiesz   zobaczyć,   kiedy   z nieporadnego   nowicjusza 

zmieniasz się w kompetentnego fachowca. A dopóki czujesz się „młodszym kolegą”, 

Twoi współpracownicy i zwierzchnicy też mają skłonność, żeby Cię tak traktować. 

Może warto co pewien czas sprawdzać to przekonanie?

Jednym z łatwo dostępnych sprawdzianów jest robienie od czasu do czasu - 

co pół roku, co rok - bilansu własnych dokonań. Szczegółowo i konkret-nie: kartka 

papieru,   Twoje   prywatne   podliczenie,   ile   i czego   wykonałeś   w „okresie 

sprawozdawczym”. Sama tak robię, bo mnie też nieraz przychodzi do głowy, że od 

dłuższego   czasu   nic   godnego   uwagi   nie   zrobiłam.   Muszę   powiedzieć,   że   ilekroć 

kogoś   namówiłam   na   takie   sprawozdanie,   zawsze   kończyło   się   radosnym 

zaskoczeniem. A gdyby nawet wyszło Ci inaczej, przynajmniej będziesz miał jakąś 

miarę, rozeznanie, że Twoje „nic nie zrobiłem” oznacza” o trzy za mało” w jednej 

sprawie, „nie dość starannie” w innej, a w pozostałych nie najgorzej. Zobacz, że to 

zupełnie inny punkt wyjścia, gdybyś chciał coś zmienić. Najlepiej takie podliczenie 

robi niepracującym matkom, które często uważają, że czas przecieka im przez palce, 

są źle zorganizowane i z ni-czym  nie dają sobie rady.  Jeżeli jeszcze krytykuje  je 

w tym duchu mąż albo teściowa, trudno przekonać je inaczej niż robiąc bilans czasu. 

Mówię   o tym   przy   okazji   pracy,   ponieważ   uważam,   że   zajmowanie   się   małym 

dzieckiem i domem to ciężka i odpowiedzialna praca, niejednokrotnie trudniejsza niż 

zajęcia zawodowe.

W podsumowaniu chcę przypomnieć, że w każdej z wymienionych dziedzin - 

w małżeństwie, w nauce, w pracy - Twoje zdanie o sobie jest ważnym  czynnikiem 

sprawczym. Mówiąc prościej, kiedy jest dobre, lepiej funkcjonujesz i Ty, i często inni 

background image

wokół Ciebie; kiedy jest złe, wyrabiasz się z reguły gorzej.

Podstawowa zasada postępowania byłaby tutaj taka: nie ufaj swoim ogólnym 

złym opiniom o sobie spróbuj je podważać, zbieraj dowody na to, że nie masz racji, 

kiedy się tak dołujesz.

Obiektywność   nie   ma   tu   nic   do   rzeczy   Namawiam   Cię,   żebyś   konkretnie 

i szczegółowo   analizował   swoje   przeświadczenia   na   własny   temat,   ponieważ 

przekonałam się, że niskie poczucie własnej wartości w różnych dziedzinach potrafi 

mieć niezbyt wiele wspólnego z obiektywną rzeczywistością sprowadzoną właśnie do 

namacalnych konkretów. Chcę opowiedzieć tu o dwóch przypadkach, kiedy kontrast 

między ogólną złą oceną a jej rozpisaniem na poszczególne elementy był wyjątkowo 

dobrze widoczny.

Jedna to opowieść Marka, pacjenta z grupy dla osób z nerwicą, w której byłam 

obserwatorem, kiedy uczyłam się swego zawodu. Otóż Marek uważał, że jest nie 

dość   sprawny   fizycznie   i wysportowany.   Jego   niedościgłym   wzorem   był   ojciec, 

kapitan marynarki, któremu chciał zaimponować. Zapytany, czy uprawiał kiedyś jakiś 

sport,   Marek   wymienił   jeździectwo,   pływanie   i parę   innych   dyscyplin,   w których 

osiągał bardzo dobre wyniki. Kiedy doszedł do tego, że zdobył mistrzostwo Polski 

w skokach spadochronowych,  grupa zaczęła się śmiać. On w pierwszej chwili nie 

zrozumiał,   co   ludzi   tak   bawi,   więc   chichocąc   zaczęli   mu   tłumaczyć,   że   wyżej 

w męskich sportach wspiąć się już nie można.

Bohaterką   drugiej   sytuacji,   też   w grupie   terapeutycznej,   była   Lusia, 

trzydziestoletnia pracująca mężatka, matka dwojga dzieci. Płacząc oskarżała się o to, 

że jest wyrodną matką i złą żoną, nie dba o dom i rodzinę, poświęca im za mało 

czasu i starań. Na marginesie dodam, że pracowała na półtora etatu. Poprosiłam 

Lusię,   żeby   opowiedziała,   jak   wygląda   jej   powszedni   dzień   i sobota   z niedzielą, 

szczegółowo, od rana do wieczora. W tej grupie było nas jeszcze pięć w podobnej 

sytuacji,   jednocześnie   matek   i pracownic.   Wszystkie   opowiedziałyśmy   o swoim 

gospodarowaniu czasem i okazało się, że każda - chociaż ma tylko jedną pracę - 

poświęca  obowiązkom  domowym   i rodzicielskim mniej więcej  tyle  samo czasu  co 

Lusia.

Można powiedzieć, że tych dwoje to wyczynowcy. I rzeczywiście, a mimo to 

wynikom   ich   życiowych   starań   nie   udało   się   przebić   przez   uporczywe 

background image

przeświadczenie,   że   nie   sprawdzili   się   w ważnych   dla   siebie   dziedzinach.   Tym 

bardziej trudno mi uwierzyć, że uda się to w Twoim przypadku, skoro nie skaczesz 

ze spadochronem i nie pracujesz na półtora etatu (trochę się niepokoję, czy aby te 

przykłady - powtarzam, wyjątkowe - znów nie wpędziły Cię w kompleksy).

Dlatego   jeszcze   raz   namawiam   Cię   do   sprawdzania   swego   ogólnego 

mniemania o sobie za pomocą rozkładania go na czynniki pierwsze. Nic nie zrobiłeś 

w tym  tygodniu?  Wypisz,   czym  się  zajmowałeś   w każdym   kolejnym   dniu.  Zawsze 

wszystko   gubisz? Przypomnij   sobie  ostatnie  trzy  przypadki,   kiedy  Ci  coś zginęło. 

Jesteś złym pracownikiem? Sprawdź, ile razy i za co zganił Cię ostatnio szef. Może 

uda Ci się prześledzić to bardziej szczegółowo i konkretnie, a dzięki temu bardziej 

realistycznie - i w korzystniejszym świetle - zobaczyć siebie.

Na   wierzchu   i pod   spodem   Chciałabym   wspomnieć   o jeszcze   jednej 

konsekwencji niskiej samooceny, która chyba Ciebie nie dotyczy. Jeśli zabrałeś się 

do   czytania   tej   książki,   to   na   pewno   masz   świadomość   swoich   kłopotów   i chęć 

zmiany. Natomiast sytuacja, którą teraz chcę opisać, dotyczy ludzi nieświadomych 

swoich   kompleksów.   Chodzi   mi   o zarozumialców,   szpanerów,   zadufków   -   oso-by, 

które  za   wszelką   cenę  usiłują  udowodnić   swoją   wyższość.   Otóż   chcę  Ci   zwrócić 

uwagę, że w gruncie rzeczy są do Ciebie podobni. Przypomina mi się Wiśka, która 

nie   dawała   nikomu   dojść   do   słowa;   Paweł,   który   zawsze   wiedział   lepiej;   Monika 

próbująca oczarować wszystkich mężczyzn bez wyboru; Kuba zawsze gotowy, żeby 

lekceważąco   wypowiedzieć   się   o cudzych   osiągnięciach,   choćby   to   nawet   była 

nagroda Nobla. Zawsze myślałam o nich ze współczuciem. Skoro tak bardzo chcieli 

udowodnić całemu światu, że są lepsi - albo że inni są gorsi, co na jedno wychodzi - 

to rozumiem, że sami bynajmniej nie byli o tym przekonani. Czuli się tak niepewnie, 

że   aż   musieli   zbudować   sobie   całą   sztuczną   konstrukcję,   teatr   pozorów,   żeby 

zasłonić przed ludźmi swoje prawdziwe samopoczucie. Zresztą robili to nie ze złej 

woli, tylko dlatego, że było im - tak jak Tobie - trudno ze sobą wytrzymać. Z czasem 

tak zżyli się z odgrywaną przez siebie rolą, że stracili kontakt ze swoim wnętrzem, 

swoimi prawdziwymi przeżyciami.

Myślę, że czasem im zazdrościsz łatwości, z jaką przedstawiają swoje zdanie, 

siły   przebicia   i pewności   siebie.   Rzeczywiście,   z wieloma   sytuacjami   radzą   sobie 

lepiej od Ciebie, ale czy lepiej się czują? Nie jestem o tym przekonana. Wiem na 

background image

pewno, że dopadają ich załamania i depresje, nagle przestają się wyrabiać i wtedy 

czują się bardziej bezradni od Ciebie. A przede wszystkim kiepsko im się układają 

kontakty   z ludźmi.   Paradoksalnie,   potrzebują   tego   samego   co   Ty:   uznania, 

docenienia, po-chwały. A inni wcale się do tego nie kwapią. Sam pewnie wiesz, że 

jak ktoś się wywyższa,  masz go ochotę nie pochwalić,  tylko  ściągnąć na ziemię, 

przekłuć szpilką jak balon, żeby uszło powietrze. Ci, którzy naprawdę siebie lubią, 

znają swoją wartość i mają zaufanie do własnych możliwości, nie muszą się przed 

nikim   wykazywać.   Nie   potrzebują   ciągłych   potwierdzeń   od   innych,   bo   rzeczy 

oczywiste nie wymagają dowodów. Są zwyczajnie skromni, nie muszą też ukrywać 

wad i słabości, żyć z ciągłą obawą, że ktoś ich zdemaskuje. Ich spokój i harmonia 

wewnętrzna promieniują na zewnątrz, a ludzie lgną do nich i kochają - zdawałoby się 

- za nic.

Prawie wszystko możesz Każdy z nas wykorzystuje tylko niewielki procent siły 

swoich mięśni i możliwości swojego umysłu. I nie jest to moje pobożne życzenie ani 

wyraz   ogólnej   wiary   w człowieka,   tylko   wynik   żmudnych   i wieloletnich   badań 

fizjologów. Jak sądzę, osiągamy tak mało w stosunku do swoich możliwości między 

innymi   dlatego,   że   brak   nam   wiary   w ich   ogrom   i różnorakość.   Przez   wiele   lat 

zgromadziłam   niemałą   kolekcję   opowieści   z literatury   i z   życia   o ludziach,   którym 

udało   się   dokonać   rzeczy   niemożliwych.   Joanna   D’Arc   zebrała   wielką   armię 

i poprowadziła ją do walki, Ghandi bez prze-mocy uwolnił Indie od Anglików, Jacek 

Kuroń   zapoczątkował   ruch   społeczny,   dzięki   któremu   runął   w Polsce   ustrój 

komunistyczny - to są przykłady szeroko znane.

Ale chcę też wspomnieć o kilku innych, znacznie skromniejszych, a rów-nie 

nieprawdopodobnych.   Mówię   „nieprawdopodobnych”,   ponieważ   zanim   te   osoby 

zrobiły   to,   co   zrobiły,   wszystkim   wokół   wydawało   się   to   niemożliwe.   Jak   choćby 

Tadeusz Paciorek, psycholog więzienny z Siedlec, który przez parę lat dobijał się 

o wprowadzenie grup Anonimowych Alkoholików do zakładów karnych. Kto trochę 

wie   o polskim   więziennictwie,   przyzna,   że   taki   pomysł   całkiem   niedawno   musiał 

wydawać się szalony. Dzisiaj mamy w Polsce już kilkadziesiąt grup AA za kratkami, 

są   nawet   stosowne   odgórne   instrukcje   ułatwiające   zakładanie   nowych.   Zawsze, 

kiedy  spotykam   Tadeusza,  mam  wrażenie,  że  kontaktuję  się  z człowiekiem,  który 

przebił głową mur.

background image

Inny przykład to Ewa Milewicz, kobieta po chorobie Heinego-Medina, której tak 

trudno się poruszać, że problemem dla niej jest nawet wejście na schody. A jednak: 

była w opozycji jeszcze przed Sierpniem 1980, w stanie wojennym aktywnie działała 

w podziemiu, dziś jest w czołówce dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Ale najbardziej 

Ewa zadziwiła mnie tym, że po wyjściu za mąż urodziła i wychowała dziecko, choć 

w jej sytuacji wydawało się to zamiarem ponad siły. Córka Ewy jest już na studiach 

i stanowi   żywy   dowód   na   to,   że   rzeczy   niemożliwe   są   możliwe.   I wreszcie   trzeci 

przykład:   Tadeusz   Orłowski,   niepełnosprawny   zdobywca   Tatr.   Wybitny   lekarz, 

członek   Polskiej   Akademii   Nauk,   dziś   już   starszy   pan,   należał   do   najlepszych 

polskich taterników swojego pokolenia. Ma jedną nogę krótszą, mocno utyka, a mimo 

to dokonał pierwszych przejść wielu dróg wspinaczkowych w Tatrach. Tak trudnych, 

że   podobno   wśród   na-szych   alpinistów   kursuje   powiedzenie:   „Ja   na   drogi 

Orłowskiego   wolę   cho-dzić   na   drugiego”   (bo   wtedy   spadanie   jest   mniej 

niebezpieczne).   Myślę,   że   kto   inny   na   jego   miejscu   nawet   by   się   nie   wybrał   na 

dłuższy górski spacer.

Nie   namawiam   Cię   tutaj,   żebyś   nastawiał   się   na   przebudowę   świata   albo 

całkiem nie licząc się z okolicznościami porywał się z motyką na słońce. Chcę tylko 

uprzytomnić Ci, że zasadnicza różnica pomiędzy tymi osobami a innymi jest taka, że 

one wierzyły w możliwość osiągnięcia z pozoru nie-realnych celów. Chcę korzystając 

z ich przykładu przekonać Cię, żebyś - zanim odruchowo, z nawyku powiesz o czymś 

„to nie dla mnie” - zastanowił się nad tym. Może jednak warto zakreślać swoje plany 

ambitniej, a nawet dużo ambitniej, niż masz w zwyczaju?

Rozdział III 

O ładowaniu akumulatorów, nagrywaniu płyt i filtrach Gdyby Ci się zdawało, 

że   ten   rozdział   został   przez   pomyłkę   przeniesiony   z innej   książki,   to   chcę   Cię 

uspokoić, że jednak tak nie jest. Nadal będziemy się zajmować poczuciem własnej 

wartości,   a konkretnie   tym,   jak   ono   się   kształtuje.   Po   prostu   czasem   lubię 

porównywać   mechanizmy   psychologiczne   do   jakichś   urządzeń,   bo   wtedy 

najważniejsza   zasada   funkcjonowania   staje   się   lepiej   widoczna   -   wpływy,   jakim 

podlega psychika ludzka, są tak skomplikowane i różnorodne, że często warto opisać 

coś za pomocą pewnego skrótu.

Akumulator jako model pojawił mi się tak dawno, że już nawet nie pamiętam 

background image

kiedy.  Na pewno było  to w momencie, gdy czułam się wyczerpana, na resztkach 

energii i bez szans na oparcie w kimś z zewnątrz, kto mógłby mi pomóc doładować 

nieco nowych  sił i optymizmu.  Potem się okazało, że nie ja jedna mam podobne 

skojarzenia,   w każdym   razie   dla   bardzo   wielu   osób   jest   ono   czytelnym   i równie 

wygodnym   skrótem   myślowym   jak   dla   mnie.   O czymś   w rodzaju   zapisów  czy   też 

nagrań   w psychice   człowieka   mówi   wielu   autorów,   a w   języku   potocznym   też 

natrafiamy   na   wyraźne   ślady   tego   typu   skojarzeń,   kiedy   mówimy,   że   coś   komuś 

w duszy gra albo że stale powtarza starą śpiewkę. Ta analogia przyda nam się też 

w następnym   rozdziale,   kiedy   będę   mówić   o tym,   jak   wymazywać   stare   nagrania 

i nagrywać czy zapisywać inny tekst - może melodię? - w miejsce starego, który nie 

najlepiej Ci służy. Zaś do filtrów dojdziemy w stosownym momencie. Wszystkie te 

porównania   czy   modele   mają   swoje   zalety   (prostota,   czytelność,   łatwość 

przekazywania   innym),   ale   też   zasadniczą   wadę:   nie   do   wszystkiego   pasują, 

nadużywane nie sprawdzają się.

Jeżeli jesteś jak gramofon...

Wróćmy do ćwiczenia z początku - uzupełniania zdania „Ania jest...”. Jest to 

najbardziej   zwięzły   i zarazem   bardzo   archaiczny   opis   Twego   po-czucia   własnej 

wartości.   Jak   już   mówiłam,   mnie   przez   całe   lata   pojawiało   się   -   mimo   całkiem 

niezłych zdolności intelektualnych - zdanie „Ania jest głupia”. I żadne dobre stopnie, 

sukcesy na studiach, rozpoczęty doktorat, nawet napisane książki nie potrafiły tego 

zmienić. Dlaczego? Bo w głowie miałam - Ty też masz - jakiś wcześniejszy zapis, 

jakieś przeświadczenie na własny temat, twarde jak  skała  i jak skała odporne na 

wpływy   zewnętrzne.   Trudno   je   zmienić,   bo   pochodzi   z najwcześniejszego   okresu 

życia, jeszcze z niemowlęctwa. Pamiętasz film Disneya o śpiącej królewnie? Jest tam 

scena, kiedy trzy zacne grubiutkie wróżki pochylają się nad kołyską królewskiej córki 

i dotykając jej różdżkami przepowiada-ją, że będzie piękna, dobra i mądra. Z nami 

wszystkimi   było   podobnie:   nad   kołyską   albo   trochę   później   jakieś   ważne   osoby 

powiedziały nam, jacy będziemy.

Może nie tyle powiedziały, co mówiły wiele razy i w ciągu wielu lat. Może nie 

zawsze mówiły,  tylko dawały do zrozumienia poprzez gest czy minę, jak również 

poprzez to, czego nie robiły. Dziesiątki razy we wspomnieniach z dzieciństwa, jakie 

słyszałam w prowadzonych przez siebie grupach, powtarzały się gorzkie słowa: „Nikt 

background image

mnie   nigdy   nie   brał   na   kolana,   nie   przytulał,   nie   głaskał   po   głowie,   nie   chwalił”. 

W pierwszych   latach   życia   -   jedni   mówią   o pierwszym   roku,   inni   o dwóch   latach, 

jeszcze   inni   o pięciu   albo   nawet   dłużej   -   nagrało   Ci   się   w głowie   szereg   płyt 

z informacjami o tym, jaki jesteś, o Twojej urodzie, zdolnościach, możliwościach.

Weźmy sobie prosty przykład. Maluch postawił trzy klocki jeden na drugim 

i przyszedł   do   mamy   ze   słowami:   „Patrz,   jaki   zbudowałem   piękny   pałac”.   Rzecz 

zresztą mogła dziać się znacznie wcześniej nie przyszedł, tylko przyczołgał się na 

czworakach i nie powiedział, tylko spojrzał pytająco. Od tego, co zrobi matka, zależy 

teraz, jakie nagranie na własny temat zapisze się w głowie jej dziecka.

Rozpatrzmy kilka możliwości zakładając, że tak właśnie matka reaguje często, 

na tyle często, że u dziecka wytwarza się na tej podstawie prze-konanie o naturze 

świata. Tak, tak, myśl że nie przesadzam dla niemowlaka do roku czy półtora matka 

stanowi prawie cały świat, więc to ona jest głównym źródłem poczucia, że ten świat 

jest   życzliwy,   godny   zaufania,   bezpieczny,   czy   też   obojętny   albo   wręcz   szorstki 

i wrogi. Możliwość pierwsza - mama zajęta czym innym nie zwraca uwagi na dziecko. 

Skutek: wytwarza się u niego przekonanie, że „żadne moje starania czy osiągnięcia 

nie mają znaczenia”.

Możliwość   druga   -   mama   zirytowana   na   przykład   na   ojca   albo   bardzo 

zmartwiona   brakiem   pieniędzy   odburknie,   żeby   dać   jej   spokój.   Skutek:   powstaje 

zapis, że „kiedy coś mi wychodzi, inni złoszczą się i opędzają ode mnie”.

Możliwość trzecia - mama odezwie się lekceważąco: tylko trzy klocki? i stoją 

krzywo! Skutek: „żebym nie wiem jak się starał, nic godnego uwagi mi nie wyjdzie, 

nie  uda się  zasłużyć   na  uznanie”.   Możliwość   czwarta   -  mama pochwali  „ślicznie, 

synku!   „i   pogłaszcze   albo   popatrzy   z ciepłą   aprobatą.   Skutek:   „warto   się   starać, 

potrafię!”. Możliwość piąta (a właściwie cała gama możliwości) - mama pochwali, ale 

nawet   nie   spojrzy   albo   zrobi   zniecierpliwioną   minę.   Skutek:   niepewność 

dezorientacja co do znaczenia różnych sygnałów docierających ze świata, poczucie, 

że się ich nie rozumie.

Naturalnie   w rzeczywistości   malutkie   dziecko   podlega   najróżnorodniejszym 

wpływom, zwykle już od początku otacza je kilka osób, a matka nie jest automatem 

i zachowuje się raz tak, a raz inaczej. Można więc raczej mówić o tym, że suma tych 

wszystkich oddziaływań składa się na powstanie pewnej skłonności do odbierania 

background image

świata. Sytuacja z klockami to celowe uproszczenie, zrobione po to, żeby łatwiej było 

zaobserwować, jak kształtuje się poczucia własnej wartości.

Wydaje mi się, że przywiązujemy zbyt małą wagę do tego, w jakim stopniu i w 

jaki sposób nasza własna historia odcisnęła się w nas i jak wpływa na teraźniejszość. 

Pozwól, że odbędziemy teraz tę wędrówkę: od początku życia do dorosłości.

Narodziny - najważniejsza chwila w życiu Psychika noworodka to nieomalże 

czysta, biała karta czy - jeśli wolisz - zestaw nowych płyt, na których jeszcze nic nie 

zostało nagrane. Dlatego wszystko, co do Ciebie wówczas docierało, osadziło się 

bardzo   głęboko,   tworząc   jakby   fundament   tego,   jakim   się   staniesz.   To,   czego 

dowiadujesz się o sobie, może pochodzić nawet z czasów jeszcze wcześniejszych. 

W mądrości ludowej zawsze było wiadomo, że kobieta w ciąży nie powinna oglądać 

strasznych widoków, że trzeba chronić ją przed przykrymi przeżyciami i dostarczać 

nie   tylko   dobrego   jedzenia,  ale  też  dobrych   myśli,   otaczać   miłością,   zaś  dookoła 

powinno być dużo pięknych rzeczy i muzyki.

Jeżeli   lubisz   racjonalne   wyjaśnienia,   to   może   przekonywająco   zabrzmi   dla 

Ciebie przypuszczenie, że zapewne jest to zjawisko o naturze biochemicznej: pod 

wpływem   pozytywnych   bodźców,   w dobrej   atmosferze   zmienia   się   wydzielanie 

wewnętrzne i do płodu przez pępowinę docierają wraz z krwią matki inne substancje. 

Wiele kobiet w ciąży odruchowo głaszcze się po brzuchu, niektóre rozmawiają ze 

swoim   jeszcze   nienarodzonym   dzieckiem,   co   -   dla   mnie   nie   ulega   wątpliwości   - 

dobrze robi takiemu małemu człowiekowi.

Z drugiej strony wiele kobiet, zwłaszcza w pierwszej ciąży, przeżywa bardzo 

dużo lęku i napięcia. Gdyby mogły się nim podzielić, opowiedzieć komuś o swoich 

obawach, już to miałoby dobroczynny, kojący skutek. Może mogłyby usłyszeć coś 

pocieszającego - wiem, że kilka uspokajających słów potrafi radykalnie zmienić na 

lepsze nastrój przyszłej matki. Jej naturalny obrońca i opiekun, przyszły ojciec, akurat 

tutaj   często   nie   potrafi   wiele   pomóc,   bo   sam   bardzo   się   boi   i woli   unikać 

niepokojących tematów.

W   dodatku   wszyscy   -   niestety   -   jesteśmy   wychowani   w jakimś   fałszywym 

kulcie   macierzyństwa,   który   nakazuje   kobiecie   być   zadowoloną   i szczęśliwą 

w oczekiwaniu na dziecko (mówi się przecież „błogosławiony stan”), a nie pozwala 

zdradzać   się   z obawami   i poczuciem   dyskomfortu.   Pozostaje   więc   albo   tłumić   te 

background image

uczucia,   albo  rozmawiać   o nich   tylko   z kobietami,   które  są  bądź  były   w podobnej 

sytuacji. A ich opowieści zwykle dodatkowo podsycają lęk.

Pamiętam, jak pod koniec pierwszej ciąży zostałam wcześniej skierowana do 

szpitala   i głównie   chowałam   głowę   pod   kołdrę   albo   zasłaniałam   się   książką 

(walkmanów   jeszcze   wtedy   nie   było),   żeby   nie   słyszeć   tego,   co   mówią   moje 

współmieszkanki. Bo cały czas opowiadały tylko o smutnych, przykrych, okropnych 

i przeraźliwych rzeczach, jakie zdarzyły się i mogą zdarzyć przy porodzie lub po nim.

Przyszła   matka   rzadko   może   dać   upust   napięciom   i lękom,   więc   nosi   je 

niejako w sobie razem z przyszłym dzieckiem. Dlatego nie jest rzadkością sytuacja, 

gdy  ono,   zanim   się  jeszcze   urodzi  -  tak   przynajmniej  twierdzą   niektórzy,   a ja  się 

z nimi zgadzam - odbiera komunikat, że coś w związku z nim jest nie w porządku.

Wreszcie   poród,   zwykle   bardzo  higieniczny,   ale   też   bardzo   przykry 

i bezosobowy.   Pierwsze   wrażenia,   jakie   atakują   dziecko   przychodzące   na   świat 

w szpitalu, to ostre światło, przeraźliwie głośne dźwięki, straszne zmiany temperatury 

i mechaniczne   dotknięcia   rąk.   To   nie   jest   powita-nie   oczekiwanego   gościa,   tylko 

taśmowa   obróbka:   mycie,   krępowanie   na   sztywno   w kilka   pieluch,   zakraplanie 

czegoś do oczu, zastrzyk. I przede wszystkim samotność. Są już miejsca na świecie, 

gdzie jest inaczej: dziecko rodzi się do rąk ojca, który z czułością i troską przenosi je 

na brzuch matki. Myślę, że to zupełnie inny start w życie. Przecież i tak noworodek 

ma   wystarczająco   trudne   zadanie.   Musi   z przyjaznego   i w   stu   procentach 

dostosowanego do jego możliwości środowiska przenieść się w takie, do którego on 

ma   się   przystosować.   Musi   nauczyć   się   oddychać,   ssać,   opanować   regulację 

temperatury - są to wszystko rzeczy, które wymagają nieprawdopodobnego nakładu 

energii i wytężonego treningu. Jeśli kompletnie bezbronny maluszek nie ma wtedy 

poczucia   czyjejś   ciepłej   obecności,   oparcia,   źródła   ukojenia,   to   już   u samych 

początków nabiera przekonania, że nie jest wart opieki i troski, że nie zasługuje na 

miłość.

Stanowimy kolejne pokolenie takich szpitalnych noworodków i na pewno fakt, 

że jest wśród nas tak wiele osób o złej samoocenie, po części z tego właśnie wynika. 

A swoją drogą, ciekawa jestem, jakie będą dzieci rodzone bez lęku, w przyćmionym 

świetle i cichych dźwiękach łagodnej muzyki, nie odrywane od matki, której cały czas 

towarzyszy ktoś bliski i kochający.

background image

Czy wiesz coś o tym, w jakiej atmosferze Ty przyszedłeś na świat? W do-mu 

czy   w szpitalu?   Czy   byłeś   dla   rodziców   wyczekiwanym   gościem,   czy   zbędnym 

balastem? Chcę się z Tobą podzielić historią jednej z najbardziej promiennych osób, 

jakie spotkałam w życiu, amerykańskiej terapeutki Heidi Schleifer.

Jej   rodzice   uciekli   z hitlerowskiego   obozu   koncentracyjnego   w Transylwanii 

i po   wielokilometrowej   pieszej   wędrówce   znaleźli   się   w miejscu,   z którego   cudem 

przedostali się do Szwajcarii. Heidi opowiadała: „Przy-szłam tam na świat dokładnie 

w dniu,   kiedy   została   wyzwolona   Francja.   Wszyscy   szaleli   z radości.   Nieznajomi 

rzucali się sobie na szyję, ludzie szli po ulicach objęci, płakali ze szczęścia, śpiewali - 

a ja myślałam, że to wszystko na moją cześć”.

Miłość przenika przez skórę To zdanie, które poraziło mnie swoją trafnością, 

pochodzi   z artykułu   w czasopiśmie   „Rodzice   i Dziecko”   (maj   1992),   gdzie 

wyczytałam,   że   w pro-porcji   do   wagi   ciała  niemowlę   ma   około  dwa   razy  większą 

powierzchnię skóry niż dorosły. I jeszcze: „Dla niemowlęcia czułości ze strony matki 

są warunkiem niezbędnym do życia, ponieważ każde dotknięcie jest impulsem dla 

mózgu i systemu nerwowego. Od dawna wiadomo, że rozwój dzieci, które nie są 

głaskane   i pieszczone,   jest   gorszy.   W skrajnych   przypadkach   brak   kontaktu 

fizycznego   prowadzić   może   nawet   do   śmierci”.   Dlatego   dawny   zwyczaj   noszenia 

niemowlaka   w chuście   na   piersiach   czy   na   plecach   i nasze   dzisiejsze   nosidełka, 

pozwalające swobodnie poruszać się z maluszkiem przytroczonym do brzucha lub 

biodra,   mają   dobroczynne   działanie.   Instynktowna   wiedza   o ważności   kontaktu 

fizycznego   sprawia,   że   często   ojcowie   -   mniej   niż   matki   przejęci   straszliwymi 

bakteriami - kładą sobie taką kruszynkę na brzuch albo pierś i tak spędzają z nią 

czas ku obopólnemu wielkiemu zadowoleniu.

Widziałeś na pewno, jak matka albo babcia przewija lub ubiera dziecko. Jeśli 

masz własne,  czy zastanawiałeś się,  jak to robisz?  Najczęściej jest to okazja  do 

pieszczot i czułości, ale niekiedy widuję mamy bardzo spięte albo zirytowane, kiedy 

to robią. Zauważyłam też, że znaczna część matek - nawet tych najczulszych - omija 

różne partie ciała, na przykład prawie nie dotyka dołu brzucha i narządów płciowych, 

chyba że podczas mycia.

Kiedy już byłam tego świadoma, zorientowałam się w pewnym momencie, że 

przy przewijaniu mojej młodszej córki lepiej traktuję tył niż przód, o wiele rzadziej 

background image

dotykając jej klatki piersiowej, brzuszka i podbrzusza. Starałam się to później zmienić 

w obawie, żeby moja mała nie została z informacją, że jedne kawałki jej ciała są 

lepsze,   a inne   gorsze.   Myślę,   że   skoro   miłość   przenika   przez   skórę,   niemowlaki 

powinno się głaskać od stóp do głów.

Ważne   jest   nie   tylko   dotykanie,   lecz   cały   sposób   kontaktowania   się,   na 

przykład noszenie na rękach: można jak obojętny pakunek, a można czule, miękko 

i wygodnie. Ważnym źródłem informacji o sobie jest też dla malutkiego dziecka ton 

głosu   otaczających   je   dorosłych.   Treści   być   może   jeszcze   nie   rozumie,   ale   sens 

wyczuwa, głównie z tonu głosu. Zauważyliście, że matki, babcie, a często i ojcowie, 

kiedy   mają   poczucie,   że   nikt   się   im   nie   przysłuchuje,   zaczynają   przemawiać   do 

niemowlaków   takim   specjalnym,   wysokim   głosem?   To   „ciu-ciu-ciu”   niektórych 

śmieszy, ale jego główny odbiorca jest zachwycony, bo z tego czyta, że jest kochany, 

że lubi się z nim być.

Pomiędzy   niemowlęciem   a jego   otoczeniem,   zwłaszcza   matką,   wkrótce 

wytwarza  się  odruchowy  mechanizm porozumiewania się bez  słów,  odczytywania 

stanów uczuciowych.  Zwykle matka bardzo szybko uczy się, że kiedy jest spięta, 

zdenerwowana, pełna niepokoju albo złości, wtedy jej dziecko zaczyna być płaczliwe, 

gorzej je, wyrywa się przy ubieraniu. W niedobrej atmosferze nawet karmienie piersią 

-   tak   wskazane   dla   dziecka   zarówno   ze   względu   na   wartość   pokarmu,   jak 

i możliwość najcudowniejszego dla niego kontaktu - może okazać się niekorzystne.

Wyczytałam   gdzieś   kilkanaście   lat   temu   sprawozdanie   z badań 

amerykańskich   nad   dwoma   rodzajami   żłobków.   Jedne   -   w bogatej   dzielnicy, 

prowadzone   były   niezwykle   higienicznie   i „naukowo”,   z fachowymi   pielęgniarkami 

w charakterze   opiekunek.   Drugie   -   w dzielnicy   biedoty   miały   kiepskie   warunki 

lokalowe i poziom czystości, zaś dziećmi zajmowały się proste kobiety bez żadnych 

kwalifikacji.

Pielęgniarki   w obawie   przed   infekcją   starały   się   jak   najmniej   dotykać 

niemowlaków,   a one   mimo   to   bardzo   dużo   chorowały,   rozwijały   się   wolno,   były 

apatyczne.   Natomiast   w „gorszych”   żłobkach   maluchy   były   wesołe,   energiczne, 

rozgarnięte i zdrowe.  O ile pamiętam, właśnie te choroby spowodowały całą serię 

badań.

Nie   udało   się   znaleźć   żadnego   czynnika   o charakterze   medycznym   czy 

background image

higienicznym,   który   mógłby   je   powodować.   Domysły   skierowano   więc   w stronę 

psychologii i wtedy  wyszło   na jaw,  że  ciepłe, gadatliwe  murzyńskie  nianie - które 

skubały,   głaskały,   przewracały,   przytulały,   nosiły   dzieci   -   są   właśnie   tym 

poszukiwanym elementem zapewniającym zdrowie i dobre samopoczucie.

A zatem w tym okresie życia, kiedy jeszcze nie potrafiłeś porozumiewać się za 

pomocą słów, wieloma innymi drogami docierały do Ciebie informacje kształtujące 

Twój   autoportret.   Od   tego,   czy   otaczała   Cię   wówczas   atmosfera   zadowolenia 

i zachwytu,   czy   lęku,   złości   i napięcia,   zależało   nie   tylko   to   jak   w niemowlęctwie 

spałeś i jadłeś, płakałeś czy nie, byłeś zdrowy jak rydz czy chorowity, ale również to, 

jak   się   w późniejszych   latach   czułeś   na   świecie   i jak   z tym   jest   dzisiaj.   Inaczej 

mówiąc,   z tamtego   okresu   pochodzi   podstawowy   zrąb   Twego   poczucia,   że 

zasługujesz na miłość i radość życia albo nie.

Muszę  tu  zrobić  jedną   dygresją,   przeznaczoną   zwłaszcza   dla  kobiet,   które 

mają  do  siebie  pretensje,  że za mało  czasu poświęcają  dziecku.  Otóż  myślę,  że 

lepsza od pełnego poświęcenia i ciągłej obecności jest sytuacja, kiedy matka potrafi 

zorganizować sobie „wychodne”, skoro poczuje, że ma dosyć opiekowania się swoją 

pociechą i przesiadywania  w domu. Zajmowanie się malutkim dzieckiem to ciężka 

praca   i duży   wysiłek   psychiczny,   który   wymaga   przerw   na   odpoczynek   i zmianę 

otoczenia.   Jeżeli   matka   sobie   tego   nie   zapewni,   często,   chcąc   nie   chcąc,   daje 

dziecku od-czuć, że jest nim zmęczona. I mimo najlepszych intencji i najuczciwszych 

starań zamiast komunikatu „dobrze mi z tobą”, przekazuje coś wręcz przeciwnego: 

„jesteś dla mnie ciężarem”, „męczysz mnie”, „złościsz mnie”. Kiedy moja pierwsza 

córka miała cztery miesiące, a ja chciałam być idealną matką i byłam już na ostatnich 

nogach, mądra lekarka - pediatra, która się nią opiekowała, powiedziała do mnie: 

„Niech   pani   zadba   o siebie,   zajmie   się   trochę   czym   innym.   Małej   jest   potrzebna 

mama wypoczęta i zadowolona z życia”.

mnie stać?

Odpowiedź na to pytanie kształtuje się nieco później, w czasie, kiedy malutki 

człowiek zaczyna zdobywać świat: uczy się siadać, stawać i cho-dzić, posługiwać się 

przedmiotami,   uruchamiać   urządzenia.   Wciąż   jeszcze   jego   osiągnięcia   i porażki 

zależą od innych, ale w coraz większym stopniu staje się aktywnym uczestnikiem, 

a nie tylko obiektem ich zabiegów. Na przykładzie nauki chodzenia najlepiej widać, 

background image

jak powstaje poczucie „ja mogę” - ta część samooceny, od której będzie zależała 

aktywność   i inicjatywa,   zdolność   osiągania   sukcesów   i znoszenia   niepowodzeń. 

Dwuletni Krzyś, o którym chcę tu opowiedzieć, jest dzieckiem chyba nie-typowym. 

Włazi   na   kredens   w kuchni   i na   pianino,   wędruje   po   poręczach   foteli,   skacze 

z murków i sprzętów prawie tak wysokich jak on sam. Prze-wraca się czasami przy 

bieganiu,   ale   rzadko   kiedy   płacze.   Musi   się   na-prawdę   porządnie   rąbnąć,   żeby 

chciało   mu   się   obwieszczać   światu   głośnym   rykiem,   że   coś   sobie   złego   zrobił. 

Wyraźnie różni się od swoich rówieśników sprawnością fizyczną i śmiałością.

Spytałam jego mamę, skąd się bierze ta różnica. A ona na to opowiedziała mi, 

jak postępują słoniowe matki względem małych słoni, kiedy te mają się wygramolić 

z dołu albo wejść na skarpę. Wyczytała to gdzieś i postanowiła przyjąć jako regułę 

własnego postępowania. Otóż słoniątko samo wdrapuje się pod górę tak długo i na 

tyle wysoko, jak da radę. I dopiero kiedy zaczyna się obsuwać, słonica podpycha je 

trąbą, ale delikatnie, tylko na tyle, żeby starało się dalej. Pozwala mu nawet spadać, 

a z po-mocą przychodzi dopiero wtedy, gdy zanosi się na to, że małe zrezygnuje. 

Inaczej mówiąc, pozwala mu przekonać się, ile potrafi, i wykorzystać do maksimum 

własne możliwości.

„Wiesz - mówiła dalej - strasznie się o niego boję i dlatego staram się być 

w pobliżu i w razie czego złapać w locie. Ale nie chcę, żeby wyrósł na taką niezdarę 

jak ja. Mnie,  kiedy byłam  mała,  mama  albo babcia tak skutecznie  chroniły  przed 

jakimkolwiek   niebezpieczeństwem,   że   zawsze   by-łam   jakaś   taka   nieruchawa 

i nieporadna. Nie biegaj, bo upadniesz, nie skacz, bo się potłuczesz - bez przerwy 

wbijali mi do głowy w dzieciństwie. Wbijali, aż wbili chyba na zawsze.”

Często   dorośli   próbują   ochronić   dziecko   albo   ułatwić   życie   jemu   i sobie: 

nakarmię   cię,   bo   się   ubrudzisz;   dam   pić,   bo   jeszcze   rozlejesz;   ubiorę,   to   będzie 

szybciej;   przyniosę,   żeby   ci   nie   było   ciężko.   Na   różne   sposoby   ograniczają   jego 

dążenie   do   samodzielności.   A do   malucha,   które-mu   nie   pozwala   się   próbować, 

dociera wyraźny komunikat, że „nie potrafisz, nie możesz, tobie się nic nie uda”.

Lepiej   nie   przeżywać   Chcę   tu   powiedzieć   o jeszcze   jednym   fragmencie 

autoportretu, który zaczyna kształtować się na tyle wcześnie, że warto o nim mówić 

już teraz, kiedy zastanawiamy się nad znaczeniem najwcześniejszego etapu życia. 

Chodzi   mianowicie   o to,   co   wolno,   a czego   nie   wolno   przeżywać.   W tym   miejscu 

background image

oddam głos świetnemu angielskiemu psychoterapeucie Robinowi Skynnerowi, który 

opisuje powstawanie wewnętrznego zakazu przeżywania na przykładzie złości.

„(...) Nasz maluch stopniowo nabierze przekonania, że złość jest nie-dobra, 

ponieważ pozostała część jego rodziny czuje się w obliczu złości bardzo nieswojo, 

niezręcznie i bardzo się jej wstydzi. (...) Taki komunikat dociera do dziecka raz po 

raz. Widzi ono również, jak bardzo jego złość smuci rodziców, jak wcale nie potrafią 

sobie z nią poradzić i jak ignorują je albo odsuwają się od niego czy nawet atakują, 

ilekroć   ono   samo   próbuje   ją   okazać.   Nie   trzeba   wiele   czasu,   żeby   dziecko   też 

zaczęło   przeżywać   złość   jako   coś   niedobrego.   Widzi   przecież,   że   nie   może   być 

kochane, kiedy się wścieka, a ponieważ wszystkie dzieci chcą być kochane przez 

rodziców,   chcą   ich   kochać   i uszczęśliwiać   -   stara   się   ukryć   przed   nimi   wszelkie 

przejawy własnej złości.

Czyli kojarzy sobie złość z lękiem przed odrzuceniem, a to dla dziecka musi 

być  zagrożeniem najgorszym  z możliwych.  (...)  W dodatku dziecko oczywiście ma 

jeszcze poczucie, że oszukuje, ponieważ nie może być na-prawdę sobą. Czuje się 

w jakimś   stopniu   odcięte   od   rodziców,   bo   nie   jest   akceptowane   w pełni   -   musi 

udawać,   że  nie  przeżywa   złości.  Ale   oszukiwanie   nie  jest   aż  tak  złe,   jak  groźba 

kompletnego   odrzucenia,   więc   zapewne   wybierze   raczej   to,   by   być   fałszywym 

i kochanym niż autentycznie sobą, ale odrzuconym.

Czyli odtąd, kiedy wydarzy się coś, co rozzłościłoby normalnego malucha, to 

dziecko pohamuje swoją złość. Ażeby ukryć ją przed rodzicami. A następnie nauczy 

się   ukrywać   ją   przed   sobą   samym,   gdyż   tylko   w ten   sposób   zdoła   zachować 

poczucie, że jest warte miłości. Złość jest czymś aż tak niedobrym, że w ogóle nie 

może przyznać się do jej przeżywania, na-wet przed sobą. Dlatego przyzwyczai się 

do   niezauważania   złości   -   nauczy   się   odcinać   od   niej   -   w końcu   nabierze 

przekonania, że jej tam wcale nie ma. (...)

W każdej rodzinie niektóre uczucia są uważane za dobre, a niektóre za złe. 

Złe umieszcza się za kurtyną i cała rodzina ma rodzaj cichej, ale bardzo wiążącej 

umowy, że emocje ulokowane za kurtyną muszą pozostać niezauważone. Wszyscy 

udają, że ich tam nie ma. Więc też każde kolejne dziecko uczy się usuwać te same 

rzeczy z pola widzenia. Zwyczaj odcinania się od nich jest przekazywany jak odra - 

ani celowo, ani świadomie, toteż nikt nie wie, że się to dzieje”. (Robin Skynner, John 

background image

Cleese: „Żyć w rodzinie i przetrwać”. Jacek Santorski & Co, Warszawa, 1992, s.38-

39)   A więc   w różnych   rodzinach   dzieci   uczą   się,   że   nie   wolno   przeżywać, 

a przynajmniej okazywać różnych uczuć i tym sposobem stają się jakby oka-leczone 

emocjonalnie. Ma to dwojaki wpływ na poczucie własnej wartości. Weźmy tym razem 

jako przykład ból i rozpacz, żeby pokazać, jakie skutki ma zakaz odczuwania. Po 

pierwsze  -  kiedy  zakazane uczucie pojawia  się (a  pojawiać się  musi, bo  tak jest 

skonstruowany   człowiek,   że   reaguje   bólem   i rozpaczą   na   przykład   na   rozstanie 

z kochaną osobą czy pozbawienie ważnej dla siebie rzeczy), w ślad za nim narasta 

przekonanie, że jestem „nie w porządku”, jestem „niedobry”.

Spróbuj sobie uprzytomnić, ile razy w dzieciństwie musiałeś jakoś zareagować 

na to, że mama wychodzi, że trzeba wyjechać od babci, że ojca nie ma, gdy go 

potrzebujesz. Albo tragedia, kiedy zgubiła się ulubiona zabawka - takich i podobnych 

zdarzeń były dziesiątki. Jeśli otaczający Cię dorośli dawali Ci do zrozumienia, że nie 

należy płakać, bardzo często musiałeś mieć poczucie, że nie jesteś taki, jak trzeba, 

skoro zbiera Ci się na płacz.

Po   drugie   -   odcinając   się   od   własnych   bolesnych   uczuć   musiałeś   stracić 

zdolność  rozpoznawania   ich   u innych   i odpowiadania   współczuciem.   Chciałeś   być 

dobry, współczujący - wszystkie dzieci chcą - ale jakoś Ci to nie wychodziło i zresztą 

nadal  nie  wychodzi.   Nie wiesz,   jak  się  zachować,   co  powiedzieć,   kiedy  przytulić, 

zaproponować pomoc. A czując się nieswojo z cudzym bólem, unikasz go i w ten 

sposób oddalasz się od ludzi nawet bardzo Ci bliskich. I też dochodzisz do wniosku, 

że   coś   musi   być   z Tobą   nie   w porządku,   skoro   Twoje   kontakty   są   tak 

powierzchowne.   To   samo   można   powiedzieć   o wielu   rozmaitych   uczuciach: 

zazdrości,   radości,   wstydzie   i wszystkich   innych.   Odcięcie   od   któregokolwiek   - 

a trening w tej sprawie zaczyna się bardzo wcześnie, jeszcze przed nauką siadania 

na nocniku - powoduje, że czujesz się gorszy i nie możesz w pełni zaakceptować 

siebie.

„Każdy jest dzieckiem podszyty”

Takim wnioskiem kończy się jedno z opowiadań w moim ulubionym zbiorze 

Gombrowicza   zatytułowanym   „Bakakaj”,   który   już   tutaj   cytowałam.   Oczywiście 

w pełni podzielam ten pogląd. To, co zostanie przekazane małemu dziecku przez 

najbliższe otoczenie czyli rodzinę, zapisuje się bardzo głęboko z dwóch powodów. 

background image

Po pierwsze - jest to zwykle najwcześniejszy i przez parę lat jedyny model, jaki widzi 

z bliska,   najważniejsza   pula   do-świadczeń   i informacji,   w tym   oczywiście   również 

informacji na własny temat. Po drugie - rodzice są tak ważnymi  osobami, od ich 

opieki   i miłości   zależą   dosłownie   szanse   przetrwania,   że   dzieci   nie   mają   innego 

wyjścia: muszą dostosować się do sposobu życia i myślenia, jaki się im proponuje.

Wpływ rodziców może być bardzo wyraźnie widoczny lub ogromnie subtelny:

od solidnego klapsa za to, że maluch dotknął panią w kolejce (na marginesie: 

przyjrzyj się, jaki popłoch budzi u mamuś „dotykalskie” dziecko i jaki to musi mieć 

wpływ   na   późniejsze   trudności   w kontaktach   fizycznych)   do   bardziej   uważnego 

spojrzenia, nieznacznego uniesienia brwi, kiedy zrobił coś niestosownego.

Może to być bicie, ale może też być kara równie dotkliwa, mianowicie odmowa 

miłości. Jeśli nie sam, to u innych na pewno słyszałeś zdanie:

„Jak   nie   zjesz   zupki   (nie   włożysz   kapci,   nie   przestaniesz   wrzeszczeć,   nie 

pocałujesz cioci), mamusia nie będzie cię kochała”. I znów, nie musi tego mówić, 

wystarczy, że spojrzy w określony sposób, wzruszy ramionami, lekko się zmarszczy.

Taka   „warunkowa   miłość”   -   jak   się   ją   określa   w niektórych   podręcznikach 

psychologii   -   jest   niewątpliwie   skuteczną   metodą   uzyskiwania   pożądanych 

rezultatów.   Jest   łatwiejsza,   mniej   pracochłonna,   szybsza   niż   przekonywa-nie, 

zachęta,   cierpliwe   znoszenie   złych   humorów   i ataków   wściekłości,   jakie   inaczej 

nieuchronnie   wywołują   zakazy   i nakazy   nie   po   myśli   wychowanka.   Tak   jest 

wygodniej:   dzieci   pełne   lęku,   że   rodzice   przestaną   je   kochać,   jeżeli   będą 

nieposłuszne, nie buntują się. Są naturalnie gorsze rzeczy: maltretowanie, głodzenie, 

całkowity   brak   zainteresowania   i opieki.   Ale   uważamy   je   za   wynaturzenie   i kiedy 

wychodzą na jaw, rodzicom odbiera się prawa rodzicielskie, a nawet stawia przed 

sądem.   Już   samo   grożenie   czymś   takim   jest   uważane   za   znęcanie   się   nad 

dzieckiem.   Natomiast   groźba   odebrania   miłości   jest   traktowana   jako   coś   całkiem 

normalnego w arsenale podręcznych metod wychowawczych.  A dla mnie to jeden 

z najprzykrzejszych   możliwych   widoków:   mały   człowiek   idea-lnie   grzeczny, 

apatyczny, co chwila z niepokojem popatrujący na rodzica, czy aby jest w porządku.

To   też   jest   przeświadczenie,   które   może   zapisać   się   w psychice   na   całe 

dalsze życie: miłość, akceptacja, zainteresowanie to nie jest coś, na co zasługujesz 

sam przez się, Ty jako taki, z tego tylko powodu, że jesteś; musisz na nie zarobić, 

background image

dostosować się do określonych oczekiwań, być taki a nie inny. Dość szybko stajesz 

się własnym strażnikiem - psychologowie mówią, że „uwewnętrzniasz” te wymagania. 

I sam zaczynasz się dołować, kiedy tylko nie zdołasz utrzymać się w ramach, dawno 

temu narzuconych Ci z zewnątrz.

W   poradni,   kiedy  zachęcałam   ludzi   do   trochę   innych   zachowań   niż   dotąd, 

często   miałam   wrażenie,   że   reagują,   jakby   chodziło   o naruszenie   jakiegoś 

straszliwego   tabu.   Gdy   mówiłam   na   przykład   zaradnym,   dzielnym   kobietom, 

z pogodą   znoszącym   przeciwności   losu,   że   mogłyby   pokazać   mężowi   i dzieciom, 

jakie   w rzeczywistości   są   zmęczone   i zagonione   -   nieraz   reagowały   na   te   moje 

sugestie autentycznym silnym lękiem. Po bliższym rozpatrzeniu okazywało się, że 

boją się utraty uczuć swoich bliskich, jeśli się zmienią; były przekonane, że są do 

przyjęcia tylko w tej jednej wersji. Zawsze w takiej sytuacji pytam: „A jak było u pani 

w domu rodzinnym?” i w 99% tam odnajdujemy źródło owego lęku.

Zaręczam   Ci,   że   z Tobą   było   tak   samo.   Też   musiałeś   dostosować   się   do 

oczekiwań, uwewnętrznić je i uznać, że wynik tego zabiegu to właśnie prawdziwy Ty. 

Nie miałeś innego źródła wiedzy o sobie i siłą rzeczy mu-siałeś uwierzyć  w to, co 

wyczuwałeś przez skórę, odczytywałeś z zachowania swoich najbliższych, słyszałeś 

o sobie. Jednym słowem, Ty również jesteś dzieckiem podszyty.

Na Twoje pierwsze, najwcześniej zapisane w psychice przekonania na własny 

temat z czasem zaczynają nakładać się inne, które mogą być zgodne lub sprzeczne 

z tamtymi, mogą je utrwalać albo modyfikować.  Ale późniejsze wpływy  są zwykle 

słabsze, gdyż trafiają na coś, co już jest nagrane. Owe istniejące nagrania stanowią 

jakby   filtr,   który   z większą   łatwością   przepuszcza   informacje   podobne   do   już 

zgromadzonych,   zaś   osłabia   albo   wręcz   nie   pozwala   przedostać   się   tym,   które 

odbiegają od istniejącego zapisu. Można tu użyć też innego porównania: że jest to 

rodzaj   oku-larów,   które   są   różowe   albo   ciemne   i nadają   odpowiedni   odcień 

wszystkie-mu, co widzimy.

Dlatego ktoś, kto nabrał przekonania, że jest okropny i nie da się na-wet lubić, 

a cóż   dopiero   kochać,   może   latami   być   głuchy   na   szczere   komplementy   i nie 

dostrzegać dowodów sympatii. Trochę tak, jakby klawisz „play” w jego magnetofonie 

wcisnął się na stałe i gra mu ciągle tylko „nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi”. 

Nawet   w przyjaznym   otoczeniu   nie   rozstanie   się   z poczuciem,   że   tak   naprawdę 

background image

wcale   nie   jest   dobrze,   a swoim   zachowaniem   faktycznie   będzie   zniechęcać   tych, 

którzy zechcą okazać mu życzliwość, miłość czy uznanie.

Ile   razy   można   na   przykład   powiedzieć:   „podobasz   mi   się”   albo   „mądrze 

myślisz”  komuś,  kto  na każdy taki tekst  odwraca  wzrok,  krzywi   się,  chce  odejść, 

odpowiada „nie wygłupiaj się” albo zastanawia, czego od niego chcesz? W każdym 

razie widać, że raczej nie sprawia mu to przyjemności, może nawet jest przykre. 

Oczywiście spróbujesz raz i drugi, ale potem zrezygnujesz. To jakby działanie wbrew 

własnym   potrzebom:   osoby,   które   mają   najgorsze   zdanie   o sobie   i dlatego 

najmocniej   potrzebują   dowartościowania   z zewnątrz,   najbardziej   też   od   niego 

uciekają i nawet bronią się.

Natomiast jeśli główny motyw nagrany na płycie jakiejś osoby brzmi „jestem 

sympatyczna i warta miłości”, „dobrze mi idzie”, „ludzie mnie lubią”, to z łatwością 

zobaczy ona i usłyszy pozytywne  sygnały z otoczenia, odpowie na nie i następnie 

zbierze kolejne dowody, umacniające ją w poczuciu własnej wartości.

Goebbels   miał   rację   Szef   hitlerowskiej   propagandy   twierdził,   że   dowolne 

kłamstwo powtarzane wystarczająco często i uporczywie wchodzi ludziom do głowy. 

Mówił   co   prawda   o propagandzie   politycznej,   ale   jestem   gotowa   posunąć   się   do 

stwierdzenia, że różne deprecjonujące bzdury,  które uważasz za prawdę na swój 

temat   -   przypomnę:   że   jesteś   brzydki,   niezdolny,   niedobry,   mało   inteligentny,   nie 

nadajesz się do tego czy tamtego, a w trudnej sytuacji już na pewno nie dasz sobie 

rady - zostały Ci wmówione na takiej samej zasadzie, jak nazizm Niemcom.

Raz zdarzyło mi się słyszeć coś podobnego w postaci rzeczywiście zbliżonej 

do   okupacyjnej   szczekaczki.   Przechodziłam   ulicą   obok   narożnego   do-mu 

i usłyszałam   z okna   na   pierwszym   piętrze   straszny   wrzask.   W pierwszej   chwili 

sądziłam, że to awantura małżeńska, może mąż wrócił do domu pijany. Brzmiało to 

tak: „Co ty sobie myślisz, ty łajdaku! Myślisz, że ja ci będę na wszystko pozwalała? 

Co   ty   sobie   wyobrażasz?   Mam   już   przez   ciebie   kompletnie   zdarte   nerwy!” 

I niespodziewane zakończenie: „Ile razy będziesz jeszcze wychodził z kojca?” Myślę, 

że skoro on był w stanie wyjść z kojca, to już na pewno rozumiał, co się do niego 

mówi.   Normalnie   brzmi   to   o wiele   znośniej   i dlatego   mniej   zauważalnie.   „Znowu 

rozlałeś mleko? Ale jesteś niedorajda”, „Jak ty okropnie wyglądasz! Idź się uczesz”, 

„Dlaczego   zawsze   wszystko   gubisz?”,   „To   nie   do   pomyślenia,   żeby   tak   brzydko 

background image

pisać” itd. itp. Muszę podkreślić to bardzo wyraźnie: nie było w tym żadnej złej woli. 

Po prostu wszyscy myśleli, że tak trze-ba, bo dziecko może się zepsuć, wbić się 

w dumę, bo musi realistycznie oceniać swoje możliwości, bo trzeba je odpowiednio 

wychować.   A „odpowiednio”   oznacza   za   pomocą   wytykania   błędów,   okazywania 

niezadowolenia i pretensji, krytykowania.

Mam  przed  oczami  pewną  scenę  jak  z filmu.  Jedna  z dziewczynek  z mojej 

dalszej rodziny była bardzo mała, siedziała w niemowlęcym leżaczku i za-kochany 

w niej   bez   pamięci   ojciec   powtarzał:   „Monisiu,   jaka   ty   jesteś   śliczna,   ja   ciebie 

uwielbiam, jaka ty jesteś cudowna”. Na to weszła babcia i mówi: „Jak to dobrze, że 

Monika jest  jeszcze  taka malutka.  Już niedługo nie będzie można  mówić  do  niej 

takich rzeczy, bo się ją zepsuje”.

Szkoda, że wychowaliśmy się w takiej atmosferze. Przecież czulibyśmy się na 

świecie zupełnie inaczej, gdyby od początku towarzyszyły nam takie słowa, jakie na 

co dzień słyszy Monika. Już sobie wyobrażam, że w tym miejscu ktoś może zgłosić 

sprzeciw,   że   dzieci   akceptowane   bez   za-strzeżeń   wyrastają   na   egoistów 

przekonanych, że im się wszystko należy i że mają większe prawa od innych ludzi. 

Takie myślenie - moim zdaniem - opiera się na nieporozumieniu: brak dyscypliny 

i pozwalanie dziecku na wszystko myli się z jego dowartościowaniem.

Często   rodzicom,   którzy   postanowili   wychowywać   swoją   pociechę   bez 

hamulców - a właściwie nie wychowywać jej wcale - przyświeca szlachetna intencja, 

żeby   przypadkiem   nie   wytworzyć   u dziecka   kompleksów.   Nic   bar-dziej   mylnego. 

Pozbawione   drogowskazów   i reguł   czuje   się   zdezorientowane   zagubione 

i rzeczywiście   depcze   ludziom   po   odciskach,   ponieważ   nie   wie,   że   im   to 

przeszkadza. Aż w końcu - nawet jeśli rodzicom uda się wytrwać w takiej nieznośnej 

sytuacji - dowie się, kiedy już wyjdzie spod rodzinnego ochronnego klosza, że inni 

ludzie nie mogą z nim wytrzymać. A wracając do Goebbelsa: paradoksalnie rodzina 

jest najlepszym miejscem do wkładania dziecku bzdur do głowy. Zwłaszcza że ma 

ono mizerne możliwości sprawdzenia, czy to, co powtarzają mu na okrągło i dają do 

zrozumienia na różne sposoby, jest zgodne z prawdą, czy od niej odbiega. I tak oto 

olbrzymie możliwości, z jakimi przychodzimy na świat, są bardzo często blokowane 

zamiast rozwijać się i rozkwitać. Na zakończenie tego wątku chcę opowiedzieć coś 

o sobie.   Moja   macocha   z dużą   pewnością   siebie   mawiała   do   mnie:   „Żaden 

background image

z Dodziuków nie miał zdolności artystycznych”. Nie wiem, może rzeczywiście ich nie 

miałam, ale nawet nie próbowałam się o tym przekonać. Przez następne 30 lat nie 

rysowałam   nawet   dla   własnej   przyjemności,   starannie   omijałam   w szkole,   na 

studiach   i podczas   wakacyjnych   szaleństw   wszelkie   inicjatywy   teatralne   czy 

kabaretowe, nie zabierałam się do grania na żadnym instrumencie, nie napisałam też 

chyba ani jednego zdania, które byłoby blisko literatury.

W gronie kolegów Dzieciaki z podwórka, koledzy z klasy, Twoja paczka albo 

chociaż   jeden   dwóch   przyjaciół,   dziewczyny,   chłopaki   -   z czasem   to   wszystko 

zaczyna   być   coraz   ważniejsze.   Od   ich   opinii   w coraz   większym   stopniu   zależy 

poczucie własnej wartości. Najwyraźniej widać to w sytuacjach skrajnych: spotkałam 

w życiu   paru   niedoszłych   młodych   samobójców,   którzy   postanowi-li   skończyć   ze 

sobą, bo zostali odtrąceni przez rówieśników. Już od piaskownicy,  od pierwszych 

zabaw   na   podwórku   każdy   z nas   stanął   przed   nowym   zadaniem   życiowym   - 

przystosowania   się   do   rówieśników.   Pamiętasz,   jak   w gronie   kolegów   bardzo 

chciałeś   mieć   to   co   inni   i umieć   to   co   inni,   nawet   jeśli   to   wcale   do   Ciebie   nie 

pasowało? Mini, punkowe fryzury, muzyka, która doprowadzała do szału dorosłych, 

i niezliczone inne rzeczy powodowały konflikty z rodzicami i poczucie, że jeśli Tobie 

tak nie wolno, to jesteś gorszy, bo Kasia czy Mietek wszystko ma i może. Opinia 

kolegów, akceptacja z ich strony była ważniejsza, jeśli nie miałeś oparcia w jakim-

takim albo jeszcze lepiej dobrym zdaniu o sobie samym. Ażeby je poprawić zyskując 

ich uznanie, byłeś gotów robić rzeczy, które nie podobały się dorosłym narażały Cię 

na   kary   i które   być   może   sam   również   uważałeś   za   niesłuszne.   Kiedy   się 

zastanawiam   nad   przyczyna-mi   tak   powszechnego   wśród   młodych   ludzi   palenia, 

picia alkoholu, próbowania rozmaitych narkotyków, łamania prawa - myślę, że robią 

to   mimo   po-tępienia   społecznego   głównie   po   to,   żeby   podnieść   w ten   sposób 

poczucie własnej wartości.

Pod tym względem nastoletni etap życia to bardzo trudny czas. Nie będę się 

przy nim zatrzymywać dłużej, bo o okresie dojrzewania i konflikcie pokoleń zostały 

napisane   całe   tomy.   Myślę,   że   jednym   z częściej   przeżywanych   wtedy   uczuć   są 

niepewność i wstyd.  Pamiętam opowiadanie Grażyny o tym  okresie jej życia: „Nie 

cierpię przypominać sobie, jak to wtedy było. Cały czas wydawało mi się, że robię 

coś   nie   tak   i byłam   gotowa   spalić   się   ze   wstydu.   Oczywiście   było   mi   głupio,   że 

background image

przestaję być komplet-nie płaska, ale tak samo głupio, że jeszcze nie mam dużych 

piersi. Ze dwa lata musiałam się przełamywać, żeby chodzić do szkoły, kiedy miałam 

okres, a poza tym starałam się nie wychodzić z domu, tak się wstydziłam. Jak nikt ze 

mną   nie   tańczył,   było   mi   okropnie   wstyd,   ale   jeżeli   jakiś   chłopak   mnie   poprosił, 

robiłam się cała sztywna na myśl, że wyjdę na środek i na pewno wszyscy będą na 

mnie patrzeć. Mówię ci, po prostu koszmar!”

Tu chciałabym na chwilę wrócić do analogii z gramofonem. Przez pierwsze 

lata życia zdążyła się już nagrać cała płytoteka i w zależności od sytuacji zaczyna się 

odtwarzać ta lub inna płyta. Nawet jeśli ktoś ma w przewadze te gorsze, to przecież 

nie   grają   mu   one   w głowie   cały   czas:   kiedy   się   kąpie,   czyta   książkę,   rozmawia 

z sympatyczną   ciotką,   robi   coś,   co   lubi,   gramofon   może   milczeć   bądź   snuć 

przyjemną   melodię.   Natomiast   w momentach  napięć,   niepowodzeń,   w nowych   lub 

niejasnych   okolicznościach   albo   gdy   dzieje   się   coś,   co   przypomina   poprzednie 

przykre sytuacje - wtedy ciszej lub głośniej włącza się jedna z płyt  z negatywnym 

nagraniem.

Zawieszenie   między   dzieciństwem   a dorosłością,   zmiany   fizjologiczne, 

ujawniające   się   potrzeby   seksualne,   pierwsze   niepewne   próby   kontaktów 

erotycznych - wszystko to sprzyja szczególnie częstemu przywoływaniu tych zapisów 

czy  nagrań,  które nie  należą  do  przyjemnych.  Pamiętasz,  jak  bałeś  się  wówczas 

śmieszności?   Jeżeli   ktoś   się   śmiał   albo   choćby   uśmiechał,   a Ty   nie   wiedziałeś, 

z jakiego powodu, wtedy zawsze domyślałeś się, że z Ciebie - i pewnie Ci to zostało 

do dziś. Często uśmiecham się  do  ludzi  albo śmieję z radości  na ich widok  i już 

jestem przygotowana na pytanie: „Ze mnie się śmiejesz?”, bo często zdarza mi się je 

słyszeć. Cierpliwie tłumaczę: „To nie z ciebie, tylko do ciebie”. A wtedy rzeczywiście 

wyśmiewaliście   się   z siebie   nawzajem,   ponieważ   to   był   sposób,   żeby   zagłuszyć 

własny wstyd i obawę przed śmiesznością, wyglądać na bardziej pewnych siebie.

Szczególnie trudną sytuację wśród rówieśników, dojmujące poczucie, że są 

gorsi, mają młodzi ludzie z biednych rodzin. Krysia wspomina: „Miałam marne ciuchy, 

większość   z darów.   Szliśmy   gdzieś   wszyscy   i klasa   mnie   wy-pchnęła   na   jezdnię. 

Powiedzieli, że nie mogę z nimi iść, bo wyglądam jak ze wsi. Poszłam w drugą stronę 

i dostałam od nauczyciela naganę za odda-lanie się od klasy”.

Jeżeli   byłeś   biedniejszy   od   kolegów,   z innego   środowiska   niż   większość 

background image

z nich, jeżeli wyróżniałeś się jakoś fizycznie albo interesowałeś zupełnie czym innym 

niż   oni   -   dawali   Ci   to   boleśnie   odczuć.   I Twój   autoportret   po   każdym   takim 

doświadczeniu wydatnie się pogarszał.

Lepiej   się   nie   wychylać   czyli   szkoła   dla   przeciętniaków   Rzadko   spotykam 

ludzi, którzy mają dobre wspomnienia ze szkoły. Pamiętają raczej nauczycieli, którzy 

się   czepiali,   kary   za   nieprzygotowanie   jakichś   zadań   domowych   czy   niewłaściwe 

zachowanie, konieczność naginania się do wymagań, w których nie widzieli sensu. 

Z ich   opowieści   wyłania   się   obraz   szkoły,   w której   chodziło   raczej   o to,   żeby 

przyłapać   na   czymś   ucznia,   niż   żeby   czegoś   go   nauczyć.   Byłam   całkiem   dobrą 

uczennicą,   ale   mnie   też   towarzyszyło   poczucie,   że   potencjalnie   jestem   stale   nie 

w po-rządku   i w   każdej   chwili   może   to   wyjść   na   jaw.   Z dość   pokaźnej   wiedzy 

psychologicznej o funkcjonowaniu grup wiadomo, że osoba prowadząca grupę może 

przytomnie kontaktować się najwyżej z kilkunastoma osobami. Powyżej tego progu 

już   nie   sposób   podchodzić   do   każdego   indywidualnie,   orientować   się   w jego 

możliwościach,   nawet   trudno   utrzymać   w pamięci   podstawowe   informacje 

o poszczególnych   osobach.  Jak  liczne  były  klasy,   do  których   Ty  chodziłeś?  Moje 

miewały   po   30-35   osób,   w największej   było   nas   56.   Siłą   rzeczy   byliśmy   dla 

nauczycieli   niesforną   i niezróżnicowaną   gromadą,   którą   trzeba   było   utrzymać 

w ryzach i wystawić stopnie, a nie uczyć i wychowywać.

Dla   rodziców   i prawie   wszystkich   nauczycieli   właśnie   stopnie   były 

najważniejsze. Rozumiem, że w szkole musi istnieć pewien jednolity system ocen, 

ale ten, z którym mieliśmy do czynienia, był wyjątkowo niefortunny. Określał zestaw 

stereotypowych umiejętności i wiadomości, a cała procedura oceniania polegała na 

przystawianiu kolejnych uczniów do gotowego, bardzo sztywnego szablonu. Jeśli do 

niego pasowałeś - to dobrze, a jeśli nie - musiałeś strawić swoją porcję upokorzeń 

i informacji, jaki to jesteś kiepski.

Mieliśmy   w liceum   chłopaka,   niezwykle   zdolnego   chemika.   Uchodził   wśród 

nas za geniusza, był pupilem pana od chemii, ale najbardziej rzucało się w oczy - 

pamiętam   to   wyraźnie   do   dzisiaj   -   że   jest   strasznie   smutny.   Miał   ciężkie   życie 

z innymi nauczycielami, z trudem przechodził z klasy do klasy i ledwie zdał maturę. 

Jakoś niezwykle wcześnie w olimpiadzie chemicznej zaszedł tak wysoko, żeby bez 

egzaminów   dostać   się   na   studia.   Spotkałam   go   potem   jeszcze   parę   razy   i z 

background image

przyjemnością stwierdziłam, że bardzo poweselał.

Nasz   model   szkoły   w gruncie   rzeczy   najbardziej   lubi   takich,   którzy   są 

niekłopotliwi   i układni.   Podsłuchałam   kiedyś   odbierając   córkę   ze   szkoły,   jak 

nauczycielka z zachwytem mówiła do innej matki: „Kasia była dzisiaj taka grzeczna, 

taka   grzeczna,   jakby   jej   w ogóle   nie   było”.   Ile   musieli   się   nacierpieć   ci,   którzy 

odważyli   się   zaistnieć   na   lekcjach   na   swój   własny   sposób,   przeciwstawić   się 

nauczycielom.   Jeden   z twórców   obecnej   reformy   naszego   systemu   oświaty 

opowiadał mi, że przebrnął całą szkołę z opinią „uczeń arogancki”, bo miewał własne 

zdanie.   Tak,   w szkole   nie   starano   się   o to,   żebyś   myślał   o sobie   dobrze,   nabrał 

zaufania   do   własnych   możliwości   czy   żebyś   miał   okazję   przekonać   się,   jakie   są 

Twoje mocne strony.

Dorównać   idolom   Jako   pracownik   poradni  rodzinnej  miałam   wiele   lat   temu 

okazję   oglądać   szwedzki   film   „Język   miłości”,   sponsorowany   przez   Królewskie 

Towarzystwo   Wychowania   Seksualnego.   W filmie   czwórka   lekarzy   i pedagogów 

omawiała   rozmaite   aspekty   oświaty   seksualnej   dla   młodzieży,   a poszczególne 

tematy były ilustrowane krótkimi scenkami. Szwedzi są - zgodnie z powszechnym 

przekonaniem - śmielsi od nas w mówieniu o seksie i pokazywaniu go na ekranie, ale 

wrażenie zrobiło na mnie całkiem co innego. Oto na przykład siedzą tam na ławce 

młodzi ludzie pieszcząc się i całując, on ma trą-dzik, a ona odciśnięty na ramieniu 

ślad po ramiączku od stanika. Albo pokazany tam fragment seksu małżeńskiego: 

dosyć zażywna pani w wałkach na głowie, ze śladami kremu na twarzy idzie do łóżka 

z łysiejącym panem z brzuszkiem w mało efektownej piżamie i skarpetkach. Żadnego 

retuszu, żadnego upiększania - specjalnie po to, żeby było widać, że ci ludzie są 

zwyczajni.   Właśnie   to   mnie   zafrapowało:   różnica   między   tym,   co   widziałam, 

a gładkimi, wypielęgnowanymi, idealnie piękny-mi ciałami, jakie normalnie oglądamy 

na ekranie. Film, reklamy, ilustrowane tygodniki atakują nas takimi wizerunkami, do 

jakich mógłby się porównywać najwyżej jeden czy jedna na tysiąc.

Jaki to ma związek z poczuciem własnej wartości? Ano taki, że Twoje nogi 

w porównaniu   z długością   nóg   lalki   Barbie   czy   Julii   Roberts   muszą   wyglądać 

pokracznie,   a mięśnie   Schwarzeneggera   mogą   wpędzić   w kompleksy   nawet 

kulturystę. Inaczej mówiąc, film i reklama są dla większości z nas - zwłaszcza we 

wczesnej   młodości   -   nie   tylko   wzorem   do   naśladowania,   ale   też   źródłem   ciągłej 

background image

frustracji,   ponieważ   do   tak   wygórowanych,   idealnych   modeli   nie   sposób   się 

dociągnąć.

„Mieszkańcy masowej wyobraźni”, jak ich nazywał Krzysztof Teodor Toeplitz, 

osoby   przedstawiane   w telewizji   i prasie   to   przecież   ci   najlepsi,   najwybitniejsi, 

rekordziści, ludzie sukcesu. W dodatku są wspaniali w tak różnych dziedzinach: jedni 

zdobywają medale olimpijskie, inni nagrody Nobla, a jeszcze inni filmowe Oskary. 

W cichości   ducha   zazdrościliśmy   im   wszystkim,   zwykle   zapominając,   że   ci 

najpiękniejsi czy najlepiej wysportowani na ogół nie są tytanami intelektu, sławom 

z ekranu nie musi układać się życie osobiste, a wielcy artyści może przez wiele lat 

klepali biedę czekając na uznanie.

Na pewno byłoby znakomicie mieć naraz olśniewającą urodę, salomonową 

mądrość,   wszechstronne   zdolności   Leonarda   da   Vinci,   mnóstwo   siły   i zręczności 

oraz zdolności do robienia świetnych interesów. Tylko że tak po prostu nie bywa, 

choć bardzo byśmy tego chcieli. Jedynie nieliczni w wieku parunastu lat są na tyle 

pewni siebie, żeby myśleć: „Mnie też na wiele stać, będę dążyć do tego, żeby coś 

niezwykłe-go   zrealizować   w przyszłości”.   Większość   czuje   się   raczej   przytłoczona 

takim zmasowanym atakiem doskonałości i z góry poddaje się, nawet nie próbując 

ocenić, w jakiej dziedzinie ma szanse powodzenia i jak duże są te szanse. Może 

posuwam   się   za   daleko,   ale   mam   wrażenie,   że   środki   masowego   przekazu 

przyczyniają   się   do   powstawania   u większości   z nas   postawy   rezygnacji 

i niemożności.

Z czym wchodzimy w dorosłe życie?

Mój   kolega   z poradni   rodzinnej   -   znany   Ci   może   z telewizyjnych   „Rozmów 

intymnych” - Andrzej Komorowski mówi, że wszystkiemu są winne duchy. Duch to 

ktoś (lub coś), kto (lub co) już nie istnieje, ale pojawia się w bezcielesnej postaci, 

żeby   zakłócać   życie   tym,   co   żyją.   Nasze   złe   duchy   to   ślady   przeszłości,   które 

utrwaliły   się   w psychice   w dawnych   i późniejszych   latach   i w   pewnych 

okolicznościach ujawniają się, utrudniając nam funkcjonowanie. Często prawie nie 

kontaktujemy się z realną rzeczywistością, tylko właśnie z duchami.

Wczasy,   wesoła   zabawa,   Magda   siedzi   w kącie   i nie   włącza   się   ani   do 

rozmów, ani do tańców - straciła cały impet towarzyski, od kiedy paczka jej chłopaka 

przez   rok   usilnie   udowadniała   jej,   że   do   nich   nie   pasuje.   Tamtych   ludzi   wśród 

background image

rozbawionych wczasowiczów nie ma, ale Magdę te duchy nieomalże paraliżują.

Oldze nie układa się współżycie seksualne z mężem, bo zawsze w intymnych 

momentach   nie   może   odczepić   się   od   poczucia,   że   ma   brzydkie   ciało   a takie 

przekonanie towarzyszy jej, odkąd siebie pamięta - przez ostatnie dwadzieścia parę 

lat   zmieniła   się   bardzo,   jest   ładnie   zbudowaną,   zgrabną   kobietą,   ale   duchy   są 

silniejsze od zapewnień męża, że jest dla niego bardzo pociągająca.

Te duchy szepcą nam do ucha swój własny tekst, nie pozwalając usłyszeć 

informacji   docierających   z zewnątrz.   Ustawiają   się   pomiędzy   nami   a światem, 

zniekształcając jego obraz jak w krzywym zwierciadle. Są źródłem takiego myślenia, 

które   w wielu   dziedzinach   zmniejsza   nasze   życiowe   szanse.   W psychice   jak 

w przyrodzie nic nie ginie, wszystkie jej warstwy - ta ukształtowana w chwili narodzin, 

we wczesnym dzieciństwie, w latach przedszkolnych i szkolnych w młodości - trwają 

w utajeniu i zawsze coś może nas cofnąć do którejś z nich, wywołać jakiegoś ducha. 

Inaczej   mówiąc,   jeżeli   byłeś   nie   dość   tulonym   niemowlakiem,   nie   chwalonym 

maluchem, wiecznie sztorcowanym dzieckiem, wyśmiewanym młodym człowiekiem - 

to nadal jesteś nimi wszystkimi naraz. Pewnie dzisiaj, jako dorosła osoba, umiesz to 

nieźle ukrywać  i przed innymi, i często przed samym sobą. Ale potrzeba ciepłego 

fizycznego   kontaktu,   dobrego   słowa,   szacunku,   uznania,   jednym   słowem 

dowartościowania na różne sposoby nie da się zagłuszyć i nieraz daje o sobie znać. 

A wtedy jest Ci przeogromnie smutno, bo nie wierzysz, że możesz dostać w życiu to, 

czego Ci zawsze brakowało.

Już czas, żeby zobaczyć,  czy jest to możliwe. A jeśli tak, to jak to zrobić? 

Szczęśliwie różnego rodzaju pomoc psychologiczna w postaci grupowego treningu, 

konsultacji   indywidualnych,   warsztatów   psychologicznych   zaczyna   być   trochę 

bardziej dostępna więc jeśli masz taką możliwość i wystarczająco dużo determinacji, 

możesz   poszukać   fachowców   i zgłosić   się   do   nich.   Jest   też   parę   „domowych” 

sposobów,   pomocnych   w zmianie   autoportretu   na   lepszy.   O nich   mówi   następny, 

ostatni już rozdział.

Rozdział IV 

Każde brzydkie kaczątko może zostać łabędziem Nieraz w rozmowach albo 

po wykładach o poczuciu własnej wartości, którym z uporem maniaka zajmuję się od 

lat, pada pytanie: no dobrze, a co w sytuacji, kiedy ktoś rzeczywiście nic nie potrafi, 

background image

naprawdę jest głupi albo brzydki? Co wtedy?

Czy coś tu da się zmienić?

Otóż   w tej   sprawie   mam   bardzo   skrajne   stanowisko:   głupi   może   stać   się 

mądrym,   z brzydkiego   potrafi   zrobić   się   piękny,   a największa   niedorajda   może 

zmienić się w sprawną, świetnie funkcjonującą osobę. Skąd to wiem? Bo widziałam 

wiele   takich   cudownych   przemian   na   własne   oczy.   Negatywne   cechy   charakteru 

i umysłu   czy   brzydki   wygląd   to   skutek   przykrych   prze-żyć,   które   się   w człowieku 

zapisały, a więc mogą się też „odpisać”. Powiem więcej, Ty też to widziałeś, tylko 

może nie przyszło Ci do głowy, żeby popatrzeć od tej strony. Weźmy dwa przykłady, 

kiedy zmiana sytuacji jest tak wyraźna, że można wyrobić sobie jakieś pojęcie o skali 

możliwych   przeobrażeń.   Gdy wychowanek   domu  dziecka   trafia  do   dobrej   rodziny 

adopcyjnej   i po   paru   miesiącach   z apatycznego,   niezgrabnego,   jakby   ociężałego 

umysłowo  mruka robi  się żywe,  wesołe,   zgrabne  i przemądrzałe stworzenie.  Albo 

kobieta, którą rzucił ukochany mąż: gwałtownie postarzała się i zbrzydła, zgorzkniała, 

przestała radzić sobie nawet z nie-skomplikowanymi zadaniami życiowymi. I nagle - 

jakby nie ta sama, znów ładna, pogodna, energiczna, bo przeżywa  nową miłość. 

Mówię o tym, ponieważ chcę, żebyś sobie uprzytomnił, że i z Tobą wcale nie jest tak 

beznadziejnie,   jak   myślisz.   Żeby   Cię   jeszcze   trochę   poprzekonywać,   chcę   się 

zatrzymać przy pięknie i brzydocie. Bo cóż to jest brzydki człowiek? Mam wrażenie, 

że taki, który ma gorycz, strach, wstyd, ból, złość czy wstręt na stałe wypisane na 

twarzy, jakby zastygłe na niej. Więc kiedy zmieni się coś w jego wnętrzu, w sposobie 

przeżywania   uczuć   i nastawieniu   do   świata,   to   łagodnieją   ostre   rysy,   kąciki   ust 

unoszą się do góry, zmarszczki i bruzdy wokół ust rozprostowują się. Twarz przestaje 

mieć martwy, białoszary odcień, nabiera ciepłego, różowego koloru, oczy zaczynają 

być duże i błyszczące.

Bardzo często ludzie mają lęk wypisany na twarzy w ten sposób, że ich oczy 

robią wrażenie bardzo małych. Wydaje się, że to konstrukcja powiek, zostają tylko 

wąskie szparki. Ale - widziałam to wielokrotnie i uwielbiam ten widok - w życzliwym 

otoczeniu, wśród dobrych  uczuć, w atmosferze bezpieczeństwa,  kiedy można być 

sobą bez obawy, że ktoś skrytykuje, ukarze, wykpi, nagle okazuje się, że ten sam 

człowiek   ma   duże,   błyszczące   oczy.   Zamiast   dawnej   brzydoty   wszyscy   dookoła 

zaczynają dostrzegać, jaki jest piękny.

background image

Bo   piękno   to   nic   innego   jak   harmonia   wewnętrzna   i żywy,   nieskrępowany 

przypływ uczuć. Przyjrzyj się dzieciom: są takie różne i wszystkie takie ładne, kiedy 

całą   gamę   różnorodnych   przeżyć   widać   na   ich   twarzach   i jasne   jest,   że   to   co 

wewnątrz i co na zewnątrz pozostaje ze sobą w zgodzie. Kiedy się odzyskuje ten 

dziecięcy, bezpośredni sposób przeżywania - wszyscy stają się piękni. Brzydkich po 

prostu nie ma. Albo inna cecha, o której myślisz, że nie da się jej zmienić: głos. Tyle 

razy słyszałam, jak pod wpływem wewnętrznych zmian - większej pewności i wiary 

w siebie, wzrostu poczucia, że mogę kochać i być kochany - wysokie, piskliwe głosy 

zmieniały się w głębokie, dźwięczne, niskie, pełne wyrazu. I nikt mnie nie przekona 

o tym, że to należy do wrodzonego wyposażenia człowieka.

Podobnie jest z wieloma cechami, o których myślisz, że to Twoja natura czy 

charakter. Ja w ogóle uważam, że charakteru nie ma, ponieważ wiele razy w życiu 

widziałam,   jak   w wyniku   psychoterapii   albo   korzystnych   zmian   sytuacji   życiowej 

zające zamieniają się w lwy, a z jeżozwierzy robią się gołąbki.

Z natury jesteś skryty?  Już taki masz charakter, że wolisz  nie ryzykować? 

Skłonność   do   podporządkowania   się   i bierność   to   cechy   Twojej   osobowości? 

Z doświadczenia wiem, że charakter, osobowość, natura człowieka nie są mu dane 

raz na zawsze i traktowanie różnych swoich cech w ten sposób, opisywanie ich za 

pomocą takich pojęć stanowi tylko wyraz naszej niemożności uwierzenia, jak bardzo 

możemy się zmienić.

Nie bądź taki pewny, najpierw spróbuj Prawdę mówiąc zależałoby mi na tym, 

żebyś  jak najwięcej swoich prze-świadczeń o sobie samym  postawił pod znakiem 

zapytania.   I oczywiście   że-byś   zaczął   je   testować   czynnie   czyli   przez 

eksperymentowanie.   Nie   potrafisz   czegoś?   A kto   powiedział?   Spróbuj,   a gdy   nie 

wyjdzie,   spróbuj   jeszcze   raz.   Jestem   w tej   szczęśliwej   sytuacji,   że   zajmuję   się 

pomaganiem ludziom w zmianie. Dlatego mam okazję bardzo często słyszeć: „Nigdy 

nie przypuszczałem, że uda mi się...”

Czasami taka zmiana będzie wymagała inwestycji i czasu. Ale przecież jeżeli 

nie zaczniesz, na pewno Ci nie wyjdzie. Przypominam: każdy człowiek ma wielkie 

niewykorzystane   rezerwy   -   użytkujemy   tylko   kilkanaście   procent   swojej   siły 

mięśniowej   i kilka   procent   możliwości   swego   mózgu.   A więc   wmawianie   sobie 

bezradności,   bezsilności   i niemożności   nie   ma   żadnego   realnego   uzasadnienia. 

background image

Jedno   z rozwiązań   polega   na   tym,   żeby   prze-stać   zastanawiać   się   nad   swoim 

potencjałem, tylko zrobić z niego użytek, przejść od teoretyzowania na ten temat do 

eksperymentowania. Ale do tego musisz zapewnić sobie dobre warunki zewnętrzne 

i wewnętrzne.   Wsparcie   z zewnątrz   to   ktoś,   z kim   możesz   podzielić   się   swoimi 

trudnościami   i niepowodzeniami.   Może   to   być   osoba   z rodziny,   przyjaciel,   własne 

dziecko,   jeżeli   nie   jest   bardzo   małe.   Jedna   z moich   znajomych   po-szła   teraz   do 

nowej pracy w prężnej firmie z wymagającym szefem. I umówiła się ze swoją siostrą, 

że będzie ją „wykorzystywać”: dzwonić nawet codziennie i opowiadać, jak jej idzie. 

Bała   się,   że   bez   tego   zjedzą   ją   obawy   i niepewność,   które   przestają   być   tak 

dolegliwe, jeżeli można dać im upust.

Zaś   warunki   wewnętrzne   to   przekształcenie   własnego   nastawienia   czyli 

świadoma, celowa zmiana negatywnego myślenia o sobie na pozytywne. Mam tu ma 

myśli głównie afirmacje.

Człowiek  jest  automatem  samosterującym   Tłumaczę  to  od  dawna   ludziom, 

z którymi   pracuję:   na   co   się   nastawisz,   to   najprawdopodobniej   uzyskasz.   Dla 

większości z nas stałym, uważanym za naturalny nawykiem jest ciągłe wmawianie 

sobie niekorzystnych treści. Można ten proces odwrócić i kazać mu działać na swoją 

korzyść   -   inaczej   mówiąc,   równie   skuteczne   jest   wmawianie   sobie   informacji 

pozytywnych. Można nazywać to z łacińska autosugestią.

Jest   to   metoda   znana   od   starożytności,   a współcześnie   szeroko 

wykorzystywana   (chyba   najbardziej   popularny   przykład   to   wprowadzanie   siebie 

w stan relaksu). Osoby od lat posługujące się nią do wprowadzania głębokich zmian 

w życiu opracowały wiele szczegółowych technik jej stosowania. Jedną z nich - pracę 

z afirmacjami   -   zamierzam   przedstawić   tutaj   na   podstawie   książki   Sondry   Ray 

„Zasługuję na miłość”. Sondra, która jest taką samą optymistką jak ja, w rozdziale 

zatytułowanym „Potęga afirmacji” pisze:

„Afirmacja to pozytywna myśl którą się świadomie wybiera, żeby zaszczepić ją 

w swoim   umyśle   w celu   uzyskania   pożądanego   wyniku.   Innymi   słowy,   robisz   tak 

celowo   dostarczasz   swojej   psychice   określonych   treści.   Na   pewno   może   ona 

wykreować wszystko, co zechcesz, jeżeli tylko dasz jej szansę. Przez powtarzanie 

możesz zasilić je pozytywnymi  myślami i osiągnąć pożądany przez siebie cel. Są 

różne sposoby posługiwania się afirmacja-mi.

background image

Chyba najprostszą i najbardziej skuteczną, metodą, z jaką się zetknę-łam, jest 

przepisanie każdej afirmacji 10 czy 20 razy na kartce papieru i zostawienie miejsca 

po prawej stronie na reakcje (...). Kiedy afirmacja jest już napisana po lewej stronie, 

wtedy na prawej połowie kartki notuje się wszystkie myśli, uwagi, przeświadczenia, 

lęki   i inne   emocje   -   wszystko,   co   może   przyjść   do   głowy.   Powtarzaj   afirmację 

i obserwuj, jak zmienia się reakcja po prawej stronie. Afirmacja o dużej mocy jest 

w stanie   wydobyć   wszystkie   negatywne   myśli   i uczucia   tkwiące   głęboko 

w podświadomości.   A wtedy   powstaje   szansa   odkrycia,   co   przeszkadzało   Ci 

osiągnąć cel. Systematyczne przerabianie afirmacji będzie wywierać wpływ na Twoją 

psychikę, wymazując stare schematy myślowe i powodując trwałe pożądane zmiany 

w Twoim życiu!

(...) Za każdym  razem za pomocą afirmacji udawało mi się odsłonić jakieś 

negatywne   decyzje,   które   podjęłam   w bardzo   wczesnym   okresie   swego   życia. 

Zmieniając te postanowienia nagle poczułam się uwolniona od własnej przeszłości. 

Nabrałam odwagi, żeby zająć się rzeczami, które w cichości ducha zawsze chciałam 

robić.   Stałam   się   niezależna   materialnie.   Całkiem   przestałam   chorować.   A moje 

związki   z mężczyznami   są   teraz   trwałe,   wszechstronnie   mnie   wzbogacają   i nie 

wymagają   żadnego   wysiłku.   Jak   łatwo   sobie   wyobrazić,   te   zmiany   tak   mnie 

zafascynowały,   że   wprost   nie   mogłam   się   doczekać,   kiedy   podzielę   się   nimi 

z przyjaciółmi i wreszcie z klientami. Zaczęłam uważniej słuchać, co ludzie do mnie 

mówią,   dostrzegać   ich   negatywne   myśli,   przerabiać   je   na   pozytywne   i tą   metodą 

dobierać   dla   nich   afirmacje.   Dotychczas   nie   zdarzyło   mi   się   stwierdzić,   żeby   ta 

technika   zawiodła   wobec   kogoś,   kto   ją   zastosował”.   (Sondra   Ray:   „Zasługuję   na 

miłość. Jak dzięki afirmacjom poprawić swoje życie osobiste i seksualne. Agencja 

Wydawnicza Jacek Santorski & Co, Warszawa 1991, s.8-10)

Jeszcze parę uwag technicznych i przykład, żebyś mógł lepiej zobaczyć, jak 

posługiwać się afirmacjami. Otóż trzeba je pisać codziennie, mniej ważne przez kilka 

dni,   a zasadnicze,   fundamentalne   nawet   miesiąc   i dłużej.   Jestem   stosunkowo 

świeżym   kierowcą   i na   początku   ułożyłam   sobie   afirmację   „Ja,   Ania,   prowadząc 

samochód czuję się pewnie i bezpiecznie”. Mniej więcej po tygodniu zaczęła działać: 

przestałam   się   ociągać   z wy-chodzeniem   z domu,   kiedy   miałam   pojechać   gdzieś 

samochodem, i już nie dręczyły mnie wizje strasznych wypadków, którym ulegam. 

background image

Teraz niekiedy ten sam lęk odzywa się znowu, ale żeby ustąpił, wystarczy kilkakrotne 

powtórzenie albo napisanie tamtej afirmacji.

Warto na początku przez parę dni - zgodnie z sugestią Sondry Ray - dzielić 

kartkę na dwie części i na drugim kawałku po każdej afirmacji zapisywać reakcje. 

Następnie   wybrać   z tych   reakcji   dwie-trzy   najważniejsze,   przerobić   na   afirmacje 

i dołączyć   do   pierwszej,   wyjściowej.   Czas   na   przykład.   Ponieważ   ostatnio   nie 

najlepiej się czuję, zaczęłam dzisiaj od napisania 15 razy następującej afirmacji: Ja, 

Ania, z dnia na dzień czuję się lepiej, odzyskuję formę i energię do pracy. Reakcje: 

Bzdura, przecież to nie zależy ode mnie; Dopiero będę musiała się namęczyć, jeśli 

zacznę pracować na pełny gaz; A czy to w ogóle war-to? Po co?; I tak nie zarobię 

tyle, ile mi się należy; Znowu będę musiała udawać pogodną i wesołą. Jak jestem 

chora, to przynajmniej mogę mieć smutną minę; Może to jednak lepiej nie chorować; 

Właściwie lubię, jak mi dobrze idzie; To wcale niezły pomysł.

W zanotowanych z prawej strony reakcjach jest materiał na kilka następnych 

afirmacji, które mogę dołączyć do już napisanej. Są to: „Moje zdrowie i dobra forma 

zależą ode mnie”, „Ja, Ania, zawsze mogę zrobić sobie przerwę w pracy i odpocząć” 

„To, co robię, jest sensowne i pożyteczne”, „Zasługuję na godziwe wynagrodzenie 

i takie będę dostawać”, „Ja, Ania, mam prawo być smutna i zła również kiedy jestem 

zdrowa”. Wybrałam do dalszej pracy tę o wypoczywaniu i ostatnią, bo wydają mi się 

najważniejsze.

Chcę tu przytoczyć jeszcze parę przykładów afirmacji z książki Sondry Ray, 

żeby pokazać, że nie muszą one - jak te dotychczas cytowane - służyć doraźnym, 

wąskim   celom.   Moje   ulubione   to   oczywiście   tytułowa   „Zasługuję   na   miłość” 

i dotyczące bezpośrednio poczucia własnej wartości:

Ja..., z dnia na dzień lubię siebie coraz bardziej.

Ja..., jestem tak udana, że mogę podobać się każdemu.

Ja..., staram się teraz być dobry dla siebie.

Ja..., nie jestem pechowcem, tylko wyjątkowym szczęściarzem. I jeszcze dwie 

- przepraszam za ten natłok - dla dwóch specjalnych kategorii czytelników. Pierwsza 

dla   tych,   którzy   są   zdania,   że   mają   nad-miarową   tuszę   i muszą   się   odchudzać: 

„Wszystko,   co   zjem,   przysparza   mi   zdrowia   i urody”.   Druga   dla   osób   samotnych, 

nieszczęśliwych z powodu braku partnera: „Ja..., jestem teraz gotów, żeby w moim 

background image

życiu   zjawiła   się   taka   kobieta,   jakiej   zawsze   pragnąłem”   albo   „...taki   mężczyzna, 

o jakim marzę”.

Mogłabym,   prawdę   mówiąc,   poświęcić   sprawie   afirmacji  całą  książkę,  więc 

muszę się choć trochę ograniczać. Dlatego jeszcze tylko kilka słów o sposobach ich 

układania   i stosowania.   Afirmacji   nie   trzeba   daleko   szukać:   sprawdź,   co   o sobie 

myślisz i zamień myśli negatywne na pozytywne. „Nie potrafię...” na „coraz lepiej mi 

idzie...”, „nie zasługuję...” na „jestem wart...”, „nikt mnie nie lubi” na „wszyscy kochają 

mnie i ubiegają się o mnie”.

Dalej: z afirmacjami jest jak z aspiryną - nie zażywane nie skutkują. Chcesz 

mieć   efekty,   pisz   je.   Można   też   powtarzać   w myśli   lub   jeszcze   lepiej   głośno, 

zwłaszcza   w chwilach,   kiedy   masz   wolną   głowę   i zajęte   ręce,   na   przykład   przy 

zmywaniu naczyń albo goleniu. Jazda autobusem, stanie w kolejce to też dogodne 

momenty. Z tym że pisanie daje lepsze skutki, bo angażuje więcej zmysłów. Dobrze 

jest   również   nagrać   sobie   afirmacje   na   magnetofon   -   mogą   być   także   w trzeciej 

osobie (na przykład „Kasia jest bardzo zgrabna”), bo w takiej formie docierały do nas 

negatywne komunikaty - i słuchać choćby w łóżku przed snem.

Oprócz afirmacji Uważam, że afirmacje są najskuteczniejszą z „domowych” - 

nie   wymagających   pomocy   psychoterapeuty   -   metod   przekształcania   swojego 

myślenia,   a w   ślad   za   nim   i życia.   Ale   chcę   krótko   powiedzieć   też   o innych 

sposobach, bo może akurat któryś z nich Ci się przyda. Pierwszy to chwalić siebie 

samego.   Po  raz  kolejny  namawiam   do   tego,   żeby  brać  przykład   z dzieci.   Często 

podsłuchuję   własne   i nieraz   zdarza   mi   się   słyszeć   podniecony   szept:   „Udało   się! 

Udało!”   albo   „Ale   mi   fajnie   wyszło!”.   Podejrzewam,   że   jesteś   z tych,   co   za 

niepowodzenia obwiniają tylko siebie, natomiast swoje sukcesy skłonni są uważać za 

dzieło   przypadku   albo   innych   ludzi.   Dlatego   zachęcam   Cię,   żebyś   nie   zostawiał 

żadnego,   nawet   drobnego   powodzenia   bez   pochwalenia   się   za   nie.   Możesz   nie 

doczekać się uznania od innych - pamiętasz, co mówiłam o niedobrej tradycji, która 

każe   unikać   pochwał,   rezerwując   je  tylko   na   wielkie   okazje.   Zresztą   o niektórych 

Twoich sukcesach wiesz tylko Ty sam. Z trudem przychodzi Ci załatwianie spraw 

w urzędach, a dzisiaj zdobyłeś dwa papierki; nie umiesz zmusić się do odpisywania 

na listy,  ale wysłałeś kartkę z pozdrowieniami; zwykle  ubieranie dzieci trwa długo 

i denerwujesz się przy tym, teraz poszło Ci spokojnie i sprawnie. Nie są to oczywiście 

background image

wielkie wydarzenia i nawet trudno byłoby dopominać się, żeby ktoś je zauważył. Ale 

Ty wiesz i możesz nie pozostawiać ich bez skwitowania ja-kimś wyrazem uznania dla 

siebie samego.

Możesz   posunąć   się   o krok   dalej   w dbaniu   o siebie.   Otóż   Ty   sam   możesz 

dawać   sobie  nagrody i sam  pocieszać się  w trudnych  chwilach.   Jeżeli  coś  Ci  się 

udało   -   przeszedłeś   trudny   sprawdzian,   załatwiłeś   sobie   pracę,   zdobyłeś   się   na 

powiedzenie ważnej osobie, że nie chcesz być przez nią źle traktowany, skończyłeś 

robić   półkę   zaczętą   dwa   miesiące   temu   -   koniecznie   wymyśl   dla   siebie   jakąś 

nagrodę. To nie musi być nic wielkiego: kup sobie ładne skarpetki lub wymarzoną 

książkę, zjedz lodowego Snickersa albo piękną brzoskwinię, idź na mało ambitny film 

czy do wesołego miasteczka. Ważne, żeby to było coś, co lubisz, i żeby było jasne, 

że to w nagrodę.

Teraz   od   drugiej   strony:   spotkało   Cię   coś   przykrego.   Bolesne   borowanie 

u dentysty,   niemiła   rozmowa   z narzeczonym,   pominęli   Cię   przy   awansach 

i podwyżce,   znowu   zabrali   się   do   kucia   ścian   w Twoim   bloku,   jesteś   w dołku 

psychicznym   bez   wyraźnego   powodu   -   taktyka   ta   sama.   Zrób   coś,   co   sprawi   Ci 

przyjemność, zadbaj o siebie. Sprawdziłam na sobie i innych, to działa! Agatka, moja 

młoda  przyjaciółka,  kobieta  w wieku  późno-szkolnym,   a więc   bez  własnych   źródeł 

dochodu, kupuje sobie w takich chwilach na po-cieszenie ładną chusteczkę do nosa.

Wszystkie   te   pochwały   i nagrody   zmierzają   do   jednego:   żebyś   sam   sobie 

udowodnił, że jesteś ważny. A kiedy już przestaniesz mieć siebie za nic i zaczniesz 

dobrze traktować, inni na pewno się dołączą. To znana prawidłowość: kiedy chcesz 

zmienić na lepsze nastawienie świata zewnętrznego, zacznij od stosunku do samego 

siebie.

Inna możliwość zmiany myślenia na własny temat to koncentracja na swoich 

mocnych stronach. Jeśli zatruwa Ci życie fakt, że masz brzydkie nogi to znajdź jedną 

lub dwie cechy, które Ci się u siebie podobają i zacznij trening przeciwstawiania się 

myślom o nogach za pomocą zdania: „Ale przecież mam piękne oczy i ładne ręce”. 

Dla myśli „nie umiem gotować” przeciwwagą może być „jednak dobrze sprzątam”, 

a lekarstwem na „jestem marnym pracownikiem” - „za to dobrą matką”. Masz wtedy 

szansę poprawić bilans, rozpamiętywanie minusów przynajmniej w pewnym stopniu 

równoważąc przypomnieniem o plusach.

background image

Znam jeszcze jeden, doraźny sposób usuwania złych myśli ze świadomości. 

Jest on tak prosty, że przedstawiam go z pewnym zażenowaniem. Otóż gdy tylko 

pojawią się w głowie, trzeba zacząć śpiewać albo chociażby nucić jakąś melodię. I ta 

technika   -   jak   dwie   poprzednie   -   wykorzystuje   taką   oto   cechę   ludzkiego   umysłu: 

w naszej świadomości może zmieścić się naraz tylko jedna myśl. Kiedy zaczynasz 

myśleć o czym innym, to siłą rzeczy wyrzucasz z głowy to, co było tam poprzednio. 

Właśnie dlatego można sterować swoim myśleniem, przestawiać je na lepsze tory.

Przecież można się upomnieć Czy wiesz, że możesz się upomnieć o aprobatę 

i docenienie, kiedy uważasz, że Ci się należy? Rozumiem, boisz się, że ktoś Cię 

zgasi i zamiast ciepłej, życzliwej reakcji zostaniesz potraktowany zimno i pogardliwie. 

Rzeczywiście   ryzykujesz,   ale   są   możliwości   zmniejszenia   ryzyka.   Jeden   ze 

sposobów to zacząć od rzeczy, których jesteś absolutnie pewien. Asekurujesz się 

w ten   sposób,   bo   zdanie   innych   może   Cię   zranić   tylko   wtedy,   gdy   sam   masz 

wątpliwości. Gdyby Ci ktoś powiedział, że masz zielone włosy, pomyślałbyś, że to 

wariat, chociaż pewnie na wszelki wypadek zerknąłbyś w lustro. Inny sposób polega 

na   tym,   żeby   nie   pytać,   tylko   zwracać   się   o potwierdzenie.   Nie   „Czy   mi   w tym 

ładnie?”,   tylko   „Zobacz,   jak   mi   w tym   do   twarzy!”.   Nie   „Smakuje   wam?”,   tylko 

„Ugotowałam dzisiaj dla was pyszną zupę”. Nie „Jak mi poszło?” tylko „Uważam, że 

mi poszło świetnie”. Albo jeszcze bardziej wprost: „Proszę mnie pochwalić”. Warto 

zainwestować   pewien   wysiłek   w tym   kierunku   zwłaszcza   w kontaktach   z ludźmi, 

z którymi   jesteś   na   codzień:   z rodziną,   kolegami   z pracy,   z dziećmi.   Z początku 

będziesz się czuć głupio, ale z czasem najpewniej zdołasz ich nauczyć, żeby Cię 

chwalili.   Spróbuj   raz-drugi,   może   wyniki   będą   zachęcające.   Tylko   nie   zapominaj 

o tym,   że   ich   też   trzeba   chwalić,   jeśli   mają   się   przyzwyczaić   do   takiego   stylu 

Waszych wzajemnych stosunków.

Opowiadała   mi   pewna   kobieta,   jak   latami   cierpiała   z tego   powodu,   że   jej 

mężczyźni - ojciec, mąż i syn - wiecznie krytykowali pieczołowicie przygotowywane 

dla   nich   obiady.   Cóż   poradzić,   właśnie   tutaj   miała   ulokowane   ambicje   i ich 

niezadowolenie stawiało pod znakiem zapytania jej samopoczucie w roli córki, żony 

i matki.   Miała   mnóstwo   pracy   w domu   i zajęć   zawodowych,   więc   tym   bardziej 

oczekiwała,   że   docenią   jej   starania.   Doradziłam   jej   taktykę   opisaną   przed   chwilą 

i udało się! Ojciec po raz pierwszy po obiedzie - zamiast z ponurym wyrazem twarzy 

background image

odsunąć   od   siebie   talerz   -   powiedział   „dziękuję”,   czym   wprawił   ją   w radosne 

osłupienie.   Mąż   zaczął   zjawiać   się   w kuchni,   gdzie   jadali,   z pytaniem:   „Co   mamy 

dzisiaj dobrego na obiad?”. A syn coraz rzadziej mówi „nie lubię” albo „nie będę tego 

jadł”.

Pamiętam inny, bardzo wymowny przykład mego przyjaciela z dawnej pracy, 

niesłychanie zdolnego i ogromnie pracowitego, ale wiecznie skwaszonego, ponieważ 

- jak twierdził - nikt nigdy nie wyrażał się dobrze o tym, co zrobił, i wszyscy traktowali 

go  jak  klasycznego  młodszego kolegę.  Zbieg  okoliczności  sprawił,   że kilkakrotnie 

podczas   dyskusji   w zespole   musiał   użyć   jako   argumentu   informacji   o swoich 

kompetencjach i przypomnieć parę najlepszych rzeczy, jakie wykonał. Inni słuchali 

tego z szacunkiem i uwagą i chyba czegoś go to nauczyło, bo zamiast złościć się 

w kącie   zaczął   od   czasu   do   czasu   spokojnie   przypominać,   co   potrafi.   Po   paru 

miesiącach uprzytomniłam sobie, że po sfrustrowanym młodszym koledze nie zostało 

śladu, a w swoim gronie mamy współpracownika pewnego swoich racji i otoczonego 

uznaniem.

Nie puszczaj mimo uszu tego, co mówią inni Pamiętasz, co mówiłam o filtrach, 

które   lepiej   przepuszczają   te   informacje   z zewnątrz,   które   są   zgodne   z Twoim 

wcześniejszym nastawieniem? Jeśli uważasz, że jesteś nie w porządku, nie taki jak 

należy, wówczas wyłapujesz z otoczenia głównie sygnały, które to potwierdzają. Ale 

skoro   już   o tym   wiesz,   możesz   świadomie   nastawić   się   na   odbiór   tych   słabiej 

słyszalnych czyli lepszych i nawet je wzmacniać. Byłeś na przyjęciu, część obecnych 

potraktowała   Cię   obojętnie,   ale   nie-którzy   wyraźnie   ucieszyli   się   na   Twój   widok. 

Przypomnij   sobie,   kto   był   zadowolony   przy   poprzedniej   podobnej   okazji   i kiedy 

jeszcze   miałeś   po-czucie,   że   jesteś   mile   widziany.   Panie   niech   sumiennie 

kolekcjonują   przejawy   męskiego   zainteresowania,   do   prób   nawiązania   rozmowy 

w pociągu   włącznie.   Pechowcy   niech   zrobią   rejestr   sytuacji,   kiedy   fortuna 

uśmiechnęła się do nich. Musisz uświadomić sobie, co naprawdę mówią i dają Ci do 

zrozumienia ludzie na Twój temat.

Po prostu potrzebujesz - jak każdy - aktualnych informacji o sobie, jeśli masz 

przestać polegać na tym, co tępo i uporczywie odtwarza się na Twojej starej płycie. 

Nie jest łatwo zapytać drugiego człowieka: „Jak ci ze mną jest?” albo „Czy mnie 

lubisz? A za co?”. Zdarzają się jednak takie momenty szczerych nocnych rozmów 

background image

z przyjacielem czy długiej wspólnej podróży, kiedy można o to zagadnąć. A już na 

pewno warto, nawet bez specjalnego pretekstu, dowiadywać się o to od najbliższych 

i kochanych. Tylko nie w momentach napięcia czy złości, bo wtedy górę muszą wziąć 

pretensje.

Takie   „informacje   zwrotne”   od   innych   są   jedną   z najważniejszych   technik 

zmiany  autoportretu  stosowanych   w grupowej   psychoterapii.  Jestem  pod  świeżym 

wrażeniem z ostatniego weekendu: spotkaliśmy się z grupą trzeźwych alkoholików 

i ich  żon z pewnego Klubu Abstynenta,   którzy  od paru lat  przyjaźnią  się ze  sobą 

i żyją - tak to określali - jak w rodzinie. Zaproponowaliśmy im na zakończenie, żeby 

każdy wysłuchał od wszystkich członków grupy informacji o dwóch rzeczach, jakie 

się w nim podobają, i dwóch, które się nie podobają. Trochę się tego bali, ale później 

wszyscy byli uszczęśliwieni. Mówili, że mimo dobrej znajomości i częstych kontaktów 

jeszcze nigdy nie dowiedzieli się tyle o sobie i że nie przypuszczali, jak dobrze inni 

o nich myślą.

W naturalnych, nieterapeutycznych sytuacjach prawie nigdy nie ma do te-go 

okazji. Czasami na obozach harcerskich czy Oazach robi się podsumowanie dnia 

z podziękowaniem   dla   tych,   którzy   coś   dobrego   dzisiaj   dla   mnie   zrobili.   Niektóre 

małżeństwa   zachowały  z czasów  pierwszego   zakochania  zwyczaj   mówienia sobie 

o miłości i ważności dla siebie nawzajem. Niekiedy przeglądu wspólnej przeszłości 

dokonują   osoby   sposobiące   się   do   śmierci.   Są   to   wszystko   rzadkie,   wyjątkowe 

sytuacje.   Normalnie   jesteś   skazany   na   domysły   albo   przypadkowe   strzępki 

informacji.   Mogę   Cię   tylko   zachęcać:   nie   zamykaj   oczu   i uszu.   Nawet   z tych 

strzępków da się złożyć obraz bardziej prawdziwy niż Twoje utrwalone dawno te-mu 

przeświadczenie. Ważne jest nie tylko to, co możesz usłyszeć, ale przede wszystkim 

inne   sygnały   -   oczy   rozjaśnione   na   Twój   widok,   oznaki   troski   i pamięci,   żywe 

zainteresowanie słuchacza, kiedy mówisz o sobie.

„Wymazywanie”   starych   nagrań   Sposoby,   o których   dotąd   była   mowa, 

polegały na wprowadzaniu nowych  treści w miejsce starych niekorzystnych. Teraz 

chcę opowiedzieć o tym, jak można usuwać obciążenia z przeszłości. Tam świeży 

zapis nakładał się na dawny, tu idzie o jego wymazanie. Ażeby mogło do tego dojść, 

musimy mieć możliwość odreagowania przykrych przeżyć związanych z określonym 

zdarzeniem czy serią zdarzeń z przeszłości.

background image

Owo odreagowanie polega na ujawnieniu uczuć, którym dotąd nie pozwalałeś 

dojść do głosu. Załóżmy, że kiedy byłeś mały, musiałeś na jakiś czas rozstać się 

z matką,   ponieważ   poszła   do   szpitala.   Nie   mogłeś   wtedy   smucić   się,   płakać 

i protestować,   bo   dorośli   wokół   Ciebie   -   ojciec,   babcia,   inni   krewni   -   sami   byli 

zdenerwowani i smutni i starali się jak najszybciej Cię uspokoić. Stłumiłeś więc swoje 

bolesne   uczucia,   które   latami   tkwiły   ukryte   w zakamarkach   Twojej   psychiki, 

pozostawiając Cię w poczuciu, że widocznie nie jesteś aż tak ważny, skoro można 

Cię niespodziewanie opuścić.

Gdybyś   chciał   dzisiaj   stworzyć   sobie   okazję   do   odreagowania   skutków 

tamtych zdarzeń - a w konsekwencji zmienić to poczucie, które zatruwa Ci życie - 

musiałbyś nie tylko opowiadać o tym, pewnie wiele razy, ale też wypłakać cały ból, 

jaki   wtedy   przeżywałeś.   Czasami   robimy   to   w samotności,   łkając   w poduszkę, 

czasami oglądając film, w którym los bohaterów jakoś przypomina nasz własny. Ale 

najbardziej   pomocna   w odreagowaniu   jest   życzliwa   obecność   innego   człowieka, 

który jest uważny i skoncentrowany na Tobie, rozumie Cię i nie stara się uspokoić. 

Trudno   o kogoś   takiego,   zresztą   samemu   też   niełatwo   się   zdecydować,   bo   od 

maleńkości konsekwentnie uczono nas powstrzymywania się od płaczu. Kiedy się 

uderzyłeś   albo   spotkała   Cię   inna   przykrość,   dorośli   na   wyprzódki   zaczynali   Cię 

uspokajać.

„W jednych rodzinach ów tekst mógł brzmieć tak: ‘No już, no już, nie płacz 

(buju, buju). No już, no już, nie płacz, nie płacz’. W innych słyszeliście coś w rodzaju: 

‘W porządku, synu, weź się w garść! Nie ma co płakać nic ci z tego nie przyjdzie. Co 

się stało, to się nie odstanie. Już, w porządku!’ itd.

Inne  wersje,   jakie   znacie   z własnego   doświadczenia   albo   z opowiadań,   to 

między   innymi:   ‘Cicho   bądź!   Przestań   płakać   albo   tak   dostaniesz,   że   na-prawdę 

będziesz   miał   powód   do   płaczu’;   ‘Proszę   cię,   przestań   płakać,   bo   robisz   mamie 

przykrość’; ‘Patrz, jaki ładny obrazek! Śliczny, prawda? Lepiej sobie obejrzeć ładny 

obrazek   niż   płakać,   prawda?’   W miłych   lub   szorstkich   słowach   i tonie   zmuszano 

każdego   z nas,   kiedy   coś   nas   zraniło,   do   hamowania   uzdrawiających   procesów. 

Zwykle pojedyncza wymówka nie wystarczała do powstrzymania następnych prób 

pozbycia się cierpienia; ale za każdym razem nieodwołalnie zdarzało się to samo: 

kiedy zwracaliśmy się do jakiejś osoby, zaczynaliśmy odreagowywać i uwalniać się 

background image

od   doznanego   bólu,   ktoś   mówił   -   najczęściej   ten   dorosły,   u którego   szukaliśmy 

wsparcia - że powinniśmy stłumić swoje uczucia i nie obnosić się z nimi”. (Harvey 

Jackins:   W pełni   ludzkich   możliwości.   Teoria   Wzajemnego   Pomagania.   Rational 

Island Publishers, Seattle /w druku/, s. 78-79).

Rzadko można usłyszeć: „Wypłacz się, będzie ci lżej”. Raczej wszyscy wokół 

nawet w przypadku wielkiego nieszczęścia namawiają, żeby wziąć się w garść, zająć 

czym innym, obnosić pogodną twarz. Nawet mówienie o bólu czy cierpieniu jest na 

ogół źle widziane. Dobry słuchacz - taki, który nie wyśmieje i nie zbagatelizuje, nie 

będzie wtrącać się ze swoimi kłopotami, podsuwać rozwiązań, oceniać ani zmieniać 

tematu   -   zdarza   się   niezwykle   rzadko.   A właśnie   tego   potrzebujemy:   nie   tylko 

wypłakać   ale   i wypowiedzieć   swój   smutek,   gorycz,   lęk.   Bowiem   mówienie,   jeśli 

towarzyszą mu emocje, jest również formą odreagowania.

Podobnie śmiech. Oglądając komedie Chaplina nie zdajemy sobie sprawy, że 

zaśmiewając   się   do   rozpuku   odreagowujemy   wstyd,   lęk   przed   ośmieszeniem, 

rozmaite obawy i napięcia. Mówimy nawet „nerwowy chichot” o takim śmiechu, który 

służy wyrzucaniu z siebie napięcia. A pamiętasz, jak bez końca zarykiwaliście się 

z byle czego wieczorami na kolonii albo innym zbiorowym wyjeździe? Wiadomo, że 

po takim „seansie śmiechu” człowiek czuje się znacznie lepiej.

Zdarzyło   Ci   się   też   na   pewno   nieraz   zetknąć   z odreagowaniem   złości. 

Klasyczny przykład to facet obsztorcowany przez szefa, który po powrocie z pracy 

pod   dowolnym   pretekstem   zaczyna   wściekać   się   na   domowników.   Sam   zresztą 

wiesz, co się dzieje, kiedy powiedzmy w urzędzie zostałeś potraktowany jak śmieć: 

wewnętrzne ciśnienie, żeby wyrzucić z siebie złość jest tak duże, że niecierpliwie 

szukasz   słuchacza,   przed   którym   mógłbyś   ciskać   się,   wymachiwać   rękami, 

pokrzykiwać.

Wreszcie   drżenie,   które   jest   odreagowaniem   lęku.   Kiedy   się   dzieje   coś 

strasznego - albo chwilę później, gdy zagrożenie mija i już można skupić się na sobie 

- czasem drżą nam kolana lub trzęsie się broda, jakbyśmy szczękali zębami. Mamy 

tak mocno wbudowany zakaz pozwalania sobie na coś takiego, że zdarza się nam 

nie   przestrzegać   go   tylko   w sytuacjach   rzeczywiście   skrajnych:   podczas   pożaru, 

napadu,   wypadku.   Dlatego   ten   rodzaj   odreagowania   można   zobaczyć   częściej 

w grupie   terapeutycznej,   gdzie   każdy   rodzaj   przeżywania   jest   dopuszczalny,   niż 

background image

w życiu. Skoro wiadomo już, na czym polega odreagowanie, chcę jeszcze poradzić 

Ci, jak z niego korzystać. Otóż przede wszystkim - nie powstrzymywać, jeśli tylko 

warunki na nie pozwalają. Osobiście bardzo bronię swojego prawa do płaczu i tego 

samego   domagam   się   dla   moich   dzieci.   Jeżeli   trafię   w kinie   na   „wyciskacz   łez”, 

staram   się   pójść   drugi   raz   w celach   leczniczych.   Moi   domownicy,   przyjaciele, 

współpracownicy   przyzwyczaili   się   do   tego,   że   często   płaczę.   Kiedy   ktoś   usiłuje 

uspokoić   którąś   z moich   płaczących   córek,   cierpliwie   tłumaczę,   żeby   nie 

przeszkadzać,   bo   jest   im   to   potrzebne.   Nie   jest   stosownym   momentem   narada 

u kierownika ani imieniny cioci, ale sam ze sobą czy z bliskim człowiekiem możesz 

pozwolić sobie na łzy, bo one uzdrawiają.

Ten   leczący   mechanizm   odreagowania,   powodujący   wymazywanie   starych 

zapisów w Twojej psychice, jest naturalny i odruchowy. Kolejny raz odwołam się do 

tego,   jak  zachowują   się  małe  dzieci,  zanim  zostaną   nauczone  po-wstrzymywania 

naturalnych reakcji. Płaczą całym ciałem, wrzeszczą wymachując rękami i nogami, 

zaśmiewają się do rozpuku, lata im broda, a kiedy już potrafią mówić i spotka je coś 

przykrego, są gotowe gadać, gadać i gadać. Zanim nie nauczą się, że to brzydko, nie 

wypada i w ogóle bez sensu.

Na szczęście zdolność do odreagowania można odzyskać. Wystarczy dać mu 

szansę, czyli zapewnić sobie dobrego słuchacza i bezpieczne warunki (żeby nikt nie 

podglądał, nie przerywał itp.), a odreagowanie przyjdzie samo, jeżeli zdecydujesz się 

poruszyć jakiś bolesny temat z przeszłości. Może być konkretny,  jeśli na przykład 

byłeś   bity   lub   upokarzany   jako   dziecko   i zechcesz   o tym   komuś   szczegółowo 

opowiedzieć. Może też być ogólny: opowieść o Twoim życiu, dzieciństwie, rodzinie, 

o przykrych zdarzeniach, dotkliwych stratach czy porażkach.

Twoja  mądra psychika   sama wybierze  z tego  ogólnego tematu takie wątki, 

które potrzebujesz odreagować. Gdybyś spróbował, przekonałbyś się, że opowieść 

na ten sam temat za każdym razem będzie inna. Dlatego jeśli widzisz, że ktoś bliski 

mówi o czymś z przejęciem i zbacza z zapowiedzianego tematu, nie trzeba zwracać 

mu uwagi - najpewniej zdrowy instynkt prowadzi go we właściwą stronę. Od siebie 

też nie musisz w podobnych sytuacjach wymagać żelaznej logiki, bo kieruje Tobą 

logika emocjonalna. Prawie zawsze w grupach, które prowadzę, próbuję uczyć ludzi 

odreagowywania   obciążeń   z przeszłości.   Najpierw   ustalamy   temat,   na   przykład 

background image

„Kiedy byłem dzieckiem...”. Potem proszę ich, żeby usiedli w parach i uzgodnili, kto 

z nich będzie mówił pierwszy, a kto drugi. Żeby następnie po-dzielili dostępny czas 

na pół - 10-15 minut to już jest wartościowy kawałek czasu - i żeby najpierw jedna 

osoba opowiadała, a druga patrzyła na nią i słuchała nie przerywając, nie komentując 

i nie radząc (dobrze jest też wziąć mówiącego za rękę). Zaś po upływie pierwszej 

części umówionego czasu mają zamienić się rolami.

Zawsze znajdą się jakieś osoby, które protestują, że kwadrans to dla nich za 

dużo, a potem dziwią się, że to już koniec. Widzę, jak bardzo brakuje im tego, żeby 

wyrzucić z siebie swoją trudną przeszłość jak czasem żywo gestykulują, śmieją się 

albo   ocierają   łzy.   I zawsze   mówią,   że  im   to  przynosi   ulgę.   Niejednokrotnie  długo 

w noc rozmawiają ze sobą da-lej, już poza grupą.

Często zdarzało mi się również zalecać coś podobnego parom małżeńskim:

dwa razy w tygodniu po położeniu dzieci spać mieli - każde przez pół godziny 

-   opowiadać   drugiemu   historię   swego   życia   rozpoczynając   od   najwcześniejszych 

wspomnień.   Liczyłam   nie   tylko   na   to,   że   w świetle   przeszłości   różne   pozornie 

nieuzasadnione   zachowania   i reakcje   partnera   staną   się   zrozumiałe.   Uważam 

również, że jest to okazja do odreagowania uczuć, które - zalegając w psychice od 

dawna - utrudniają im wzajemne kontakty.

Pamiętam   pacjentkę,   której   mąż   bardzo   się   złościł,   że   po   zmroku   zawsze 

prośbą i groźbą zatrzymuje go w domu - widział za tym brak zaufania i podejrzenie 

o niewierność. Zrozumiał, że ona się zwyczajnie boi, dopiero kiedy odnaleźliśmy w jej 

życiorysie   straszną   wojenną   noc,   gdy   jako   kilkuletnia   dziewczynka   z młodszym 

bratem i babcią, w domu oddalonym od wsi, przez parę godzin w poczuciu pełnej 

bezsilności słuchała dobijania się do drzwi jakiegoś mężczyzny.

Umówiłam   się   z nimi,   że   on   będzie   wykorzystywał   swoje   pół   godziny   na 

mówienie o tym, o czym zechce, zaś ona - zaapelowałam do niego o cierpliwość - 

będzie   za   każdym   razem   opowiadać   tamto   zdarzenie   tak   szczegółowo,   jak   tylko 

zdoła sobie przypomnieć. Potrzeba było pięciu czy sześciu razy, żeby przestała bać 

się   zostawać   sama   w domu   kiedy   jest   ciemno.   Nawiasem   mówiąc,   przy   okazji 

pozbyła   się   też   bezsenności,   która   dręczyła   ją   zawsze,   ilekroć   mąż   wyjeżdżał 

w delegację,   do   czego   wcześniej   się   nie   przyznawała,   bojąc   się   posądzenia 

o zazdrość.   Gdybyś   chciał   skorzystać   z tego   sposobu,   musisz   przestrzegać   paru 

background image

reguł. Przede wszystkim uzgodnij z osobą, którą upatrzyłeś sobie na słuchacza, czy 

akurat ma czas i wolną głowę.  „Chciałbym  Ci opowiedzieć coś o sobie. Masz dla 

mnie   pół   godziny?   Chodzi   mi   tylko   o to,   żebyś   mnie   wy-słuchał”   -   z grubsza   tak 

mogłoby wyglądać to uzgodnienie. Poza tym trzy-maj się wyznaczonego czasu. Na 

końcu podziękuj za wysłuchanie i zaproponuj, że teraz lub w innej umówionej chwili 

Ty jesteś gotów zrewanżować się tym samym.

Wiesz,   zawsze   marzyłam   o tym,   żeby   wydostać   się   spod   władzy   duchów 

przeszłości   i wziąć   swoje   życie   we   własne   ręce.   Okazało   się,   że   wiedza 

o odreagowaniu i sposobach przestawiania się na pozytywne  myślenie, zwłaszcza 

o afirmacjach, umożliwia mi to w coraz większym stopniu. Może Ty też spróbujesz? 

Kolejnym krokiem - po zadbaniu o swoje wewnętrzne nastawienia - może być zajęcie 

się tym, co jest na zewnątrz, mianowicie środowiskiem, w jakim przebywasz.

Trujące   otoczenie   Zacznę   od   historii   mojej   przyjaciółki   Misi,   która   przez 

ostatnie parę lat chodzi do pracy jak na ścięcie. Zawsze się denerwuje, rozmyśla, co 

ją   tam   złego   spotka,   rozpamiętuje   nieprzychylne   uwagi   koleżanek.   Często   mam 

wrażenie,   że  po  powrocie   do   domu   nie   rozstaje  się  z tamtymi   problemami,   które 

nawet we śnie jakoś ją gnębią. Zresztą kiepsko sypia i w nocy zastanawia się, jak 

powinna  ustawić  się wobec  szefowej.   Cała sprawa  nabrała już  niemal  rozmiarów 

obsesji. Ale na wszelkie moje sugestie, że-by rozejrzała się za inną pracą, Misia 

reaguje   źle.   Jest   podobnie   bezradna   wobec   teściów:   utrzymuje   z nimi   regularne 

kontakty, mimo że nie są dla niej w żadnym stopniu budujące. Zawsze jest na-rażona 

na uszczypliwe uwagi, próby udowodnienia, że wszystkie jej pomysły na życie są bez 

sensu, że źle wychowuje dziecko, a jeszcze na dodatek nie umie się ubrać. Co tu 

mówić o wizytach - obowiązkowo co tydzień nie-dzielny obiad - kiedy każdy telefon 

teściowej wytrąca ją z równowagi na parę godzin. Przy czym takie telefony bywają 

prawie codziennie, a czasem kilka razy w ciągu dnia.

Jedyna   rada,   jaką   mam   dla   Misi   i osób   jej   podobnych,   to   odciąć   się   od 

trujących  wpływów.  Najpierw trzeba rozejrzeć się dookoła i sprawdzić:  czy ludzie, 

z którymi   się   widuję,   pomagają   mi   myśleć   o sobie   dobrze,   czy  wręcz   przeciwnie. 

Czasami trudno bywa nawet zacząć zastanawiać się nad tym, bo nasze prawdziwe 

odczucia przesłania jakiś ogólnie słuszny pogląd, na przykład: jak może mi być źle 

u rodziców, przecież dziecku u mamy zawsze musi być dobrze; albo: Nowakowie to 

background image

tacy kulturalni ludzie, powinniśmy się z nimi widywać. Nieraz ciężko się przebić przez 

tego typu przekonania.

Żeby odróżnić „trujące” otoczenie od „pożywnego”, musisz zadać sobie dwa 

pytania. Pierwsze: co w danym miejscu słyszę na swój temat, jakie komunikaty do 

mnie   docierają?   Jeżeli   głównie   typu   „źle   postępujesz”,   „głupio   myślisz”,   „brzydko 

wyglądasz”   oraz   pretensje   i pouczenia;   jeśli   spotyka   Cię   tam   głównie   brak 

zrozumienia i nigdy nikt nie staje po Twojej stronie - zastanów się, czy czasem nie 

warto   zrezygnować   z tych   kontaktów   albo   przynajmniej   poważnie   je   ograniczyć. 

Druga ważna kwestia: jak reagujesz na towarzystwo tych ludzi lub tej osoby. Czy na 

przykład masz poczucie, że jesteś ciężki czy lekki? Czy często boli Cię wtedy głowa 

albo   brzuch?   Czy   ktoś   Cię   tam   uważnie   słucha?   Czy   są   jakieś   wyraźne   oznaki 

zadowolenia,   kiedy   się   pojawiasz?   U siebie   zaobserwowałam   pewną 

charakterystyczną reakcję: w miejscach, które mi nie służą, mam zwolnione ruchy, 

tak jakby było mi trudno podnieść rękę czy nogę. Kiedy się na tym łapię, zaczynam 

uważnie przyglądać się całej tej sytuacji i zastanawiać, czy mam tam jeszcze zostać, 

czy raczej wyjść.

Szczególnie   trudno  odciąć   się   od   trujących   wpływów   szerszego   kręgu 

rodzinnego:   rodziców,   teściów,   dalszych   krewnych.   Często   widzę,   jak   zupełnie 

dorośli, samodzielni ludzie, którzy mają już własne potomstwo, zachowują się tak, 

jakby   dali   im   uprawnienia   do   wtrącania   się   i swobodnego   wyrażania   swoich 

niepochlebnych   opinii.   Jakby  istniała   cicha   umowa,   że   rodzinie   nie   można   w tym 

miejscu powiedzieć „stop, nie życzę sobie te-go”. I zdecydować, że do podtrzymania 

więzi rodzinnych wystarczy Boże Narodzenie i Wielkanoc plus może jeszcze imieniny 

dziadka.   Przeczytałam   kiedyś   stosy   pamiętników,   przysłane   na   konkurs   „Moje 

małżeństwo i rodzina” i utkwił mi w pamięci jeden z nich. Młoda mężatka pisała, jak 

parę razy w tygodniu przychodzi do niej teściowa, zagląda we wszystkie kąty, nawet 

do garnków i do szaf, nie szczędząc cierpkich uwag. Muszę powiedzieć, że dla mnie 

ta historia zabrzmiała naprawdę przerażająco. W podobnych przypadkach zachęcam 

Cię   do   kierowania   się   zasadą   ujętą   w angielskim   przysłowiu   „Mój   dom   to   moja 

twierdza”.   Masz   możliwość   wyboru,   możesz   tam   wpuszczać   tylko   swoich 

sprzymierzeńców.   A jeśli   zdecydujesz   się   pozwolić   wejść   komu   innemu,   to   na 

wyraźnie określonych przez Ciebie zasadach. Proszę bardzo, herbata albo kawa, po-

background image

bawić się z dzieckiem ale naprawdę świat się nie zawali, jeżeli powiesz:

„Kuchnia i sypialnia nie jest dla gości” albo „O szóstej mamy coś ważne-go do 

zrobienia, więc serdecznie zapraszam do za dziesięć szósta, a potem już musimy 

zająć się naszymi sprawami”. I o 17.50 przypomnieć, że taka była umowa.

Boisz się narazić, jeżeli zrobisz coś takiego? Przecież naprawdę nic nie tracisz 

- z pewnością chodzi o kogoś, kto i tak niezbyt Cię szanuje (a może zacznie, kiedy 

okaże się, że nie może swobodnie chodzić Ci po głowie?). W rzeczywistości grozi Ci 

nie   to,   że   stracisz   dobrą   opinię,   tylko   złudzenie,   że   uda   Ci   się   na   nią   zasłużyć. 

Rozmawiając   z ludźmi   przekonałam   się,   że   najtrudniej   ograniczyć   kontakty 

z własnymi rodzicami. I nie tylko z powodu normy społecznej czy też obyczaju. Do 

ponawiania   kontaktów,   które   już   tyle   razy   okazały   się   trujące,   przyciąga   nas   jak 

magnes   nadzieja,   że   uda   się   otrzymać   od   nich   coś,   czego   się   nie   dostało 

w dzieciństwie. Może teraz zauważą, docenią, zaczną kochać? Często nie do końca 

zdajemy sobie sprawę, że takie dziecinne nadzieje na otrzymanie miłości i uznania 

przetrwały do dziś. Tylko że skoro przez tyle lat ich spełnienie się nie powiodło, to 

trudno - trzeba rozstać się z iluzjami i zacząć szukać gdzie indziej.

Jak zapewnić sobie wsparcie?

W   tej   sprawie   masz   zapewne   bardzo   słabą   wyobraźnię,   ponieważ   -   jak 

przypuszczam - rzadko kiedy ktoś Cię rozumnie wspierał. Teoretycznie wiemy, że od 

tego   mamy   przyjaciół,   ukochanych   czy   rodziców,   żeby   byli   gotowi   pomóc, 

podbudować,   dodać   otuchy.   W praktyce   bywa   z tym   bardzo   różnie.   Zawsze 

zazdrościłam   ludziom,   których   najbliżsi   poczuwali   się   do   towarzyszenia   im 

w trudnych   sytuacjach:   chodzili   z nimi   do   dentysty,   tkwili   na   korytarzu   podczas 

egzaminów - im trudniejszy moment, tym większą otaczali troską i życzliwością.

Niestety,   w moim   otoczeniu   częściej   spotykam   wyznawców   zasady   „każdy 

powinien radzić sobie sam”. Jeżeli dorastałeś w takim przekonaniu, to nic dziwnego, 

że kiedy dzisiaj masz kłopoty albo chandrę, wstyd  Ci nie tylko poprosić o pomoc 

(choćby „pobądź trochę ze mną, bo jest mi smutno”), ale nawet przyznać się, że coś 

Cię gnębi. To pierwsza bariera utrudniająca otrzymanie wsparcia. Zapominasz o tym, 

że wszyscy - nawet najwspanialsze okazy doskonałego zdrowia psychicznego - mają 

swoje „dołki”, załamania, momenty bezradności i beznadziejności. Drugą barierą jest 

przeświadczenie,   że   nie   jesteś   tego   wart   i nic   Ci   się   nie   należy.   To   oczywisty 

background image

nonsens:   wsparcie   należy   Ci   się   po   prostu   dlatego,   że   go   potrzebujesz   -   i nie 

wymaga to żadnych dodatkowych uzasadnień.

Wreszcie trzecia bariera - poczucie, że wokół Ciebie nie ma nikogo, kto byłby 

gotów zainteresować się Twoim samopoczuciem, poświęcić Ci trochę czasu, kto Cię 

naprawdę lubi czy kocha. Że nie ma żadnego grona ludzi, w którym Ty autentyczny, 

ze swoimi kłopotami i problemami mógłbyś znaleźć dla siebie miejsce. Słyszałam to 

dziesiątki   razy   i tyleż   razy   zachęcałam   do   rozpoczęcia   poszukiwań   i prób. 

I przekonałam   się,   że   kiedy   człowiek   jest   gotów   przyznać   się   przed   sobą,   że 

potrzebuje innych ludzi, i zacz-nie się rozglądać - inni wyczuwają to i zbliżają się do 

niego. Więc jeśli potrzebujesz dobrych, dowartościowujących kontaktów, a masz ich 

mało albo nie masz wcale, to najpierw zrób przegląd swoich starych oraz obecnych 

znajomości i przyjaźni, żeby sprawdzić, czy nie warto nie-których z nich odnowić albo 

wzmocnić. Miła koleżanka szkolna ma dwójkę małych dzieci i nie chcesz sprawiać jej 

dodatkowych kłopotów? Ależ nie-wykluczone, że ona marzy, żeby ktoś wpadł do niej 

pogadać.   U kuzyna,   którego   lubisz,   nie   byłeś   już   trzy   lata   i czujesz   się   nie 

w porządku? Całkiem możliwe, że jemu też jest przykro, że się nie widujecie. Chętnie 

zaprosiłbyś na imieniny parę osób z pracy, ale nie ma takiego zwyczaju. To dlaczego 

Ty nie miałbyś go wprowadzić?

Rozejrzyj się, popróbuj, włóż w to trochę wysiłku. Nastaw się, że nie wszystkie 

próby   pójdą   Ci   równie   dobrze,   pewnie   się   zdarzy   parę   niewypałów.   Cała   sztuka 

polega   na   stworzeniu   sobie   możliwości   wyboru,   bo   przecież   widać,   kogo   Twoja 

obecność cieszy, a komu ciąży. Tylko pamiętaj, że inni też mogą mieć kompleksy, 

więc   musisz   zdobyć   się   na   trochę   inicjatywy:   zapytać,   czy   możesz   wpaść, 

zaproponować kawę u siebie, zaprosić na spacer.

Jest tutaj jeszcze jedna ważna rzecz: nie tylko nie rób drugiemu, co Tobie 

niemiło, ale i odwrotnie - rób to, co byłoby miłe dla Ciebie. Chcesz, żeby ktoś był 

z Tobą szczery i otwarty, więc pierwszy zdobądź się na szczerość. Chcesz, żeby Cię 

wysłuchał, więc  zacznij od uważnego słuchania. Chcesz usłyszeć  coś życzliwego 

o sobie,   więc   sam   raz   i drugi   powiedz   coś   miłego.   Może   efekty   nie   będą 

natychmiastowe, ale wkrótce przekonasz się, że to skutkuje.

Zadbaj   o swoich   bliskich,   a oni   zadbają   o ciebie   Czasami   trudno   w to 

uwierzyć, zwłaszcza jeżeli tkwisz w małżeństwie, gdzie uczucie wygląda na mocno 

background image

już wystygłe albo też toczy się nieustająca wojna; jeśli z rodziną czujesz się obco; 

jeżeli   Twoje   dzieci   są   z Tobą   w ostrym   konflikcie.   Wiem   to   na   pewno:   poza 

nielicznymi wyjątkami dowartościowanie bliskich osób zmienia sytuację na lepsze. 

Chcę Ci za-proponować parę - zresztą dość oczywistych - sposobów jak to robić. 

Z jednym zastrzeżeniem: żadnego fałszu, bo wtedy najbardziej finezyjne metody nie 

skutkują.

Nawet w bardzo wrogich układach są lepsze momenty, kiedy ciepło myślisz 

o drugiej   osobie,   czujesz,   jak   ważna   jest   dla   Ciebie,   coś   Ci   się   szczególnie 

spodobało albo Cię ujęło. Nie chodzi o manipulację, tylko o ujawnianie pozytywnych 

rzeczy, które przychodzą Ci do głowy, a które dotąd miałeś w zwyczaju zachowywać 

dla siebie.

Muszę  się  tu  pochwalić   najmniej pracochłonnym   sukcesem,   jaki  odniosłam 

w poradni   rodzinnej.   Przyszła   do   mnie   pani   po   pięćdziesiątce,   o dość   przeciętnej 

powierzchowności   i pokaźnej   tuszy.   Skarżyła   się,   że   mąż   zaczął   znikać   z domu, 

prawie   z nią   nie   rozmawia,   burczą   tylko   na   siebie   i obrzucają   się   pretensjami. 

Doradziłam jej, żeby go czasem pochwaliła, powiedziała coś miłego, zatroszczyła się 

trochę o niego (z zastrzeżeniem jak wyżej). Pani zniknęła i pojawiła się znowu po pół 

roku, tym razem w sprawie konfliktów z dorosłą córką zresztą niezbyt głębokich. Przy 

okazji opowiedziała mi o czymś, co zakrawało niemal na cud: zastosowała się do 

moich wskazań i mąż zupełnie się odmienił. Znów przesiaduje w domu, jest grzeczny 

i miły,   powtarza,   że   ją   kocha,   i...   nosi   na   rękach.   Może   zechcesz   skorzystać 

z podobnych sposobów dowartościowania swoich bliskich. Przede wszystkim mów 

im rzeczy dobre i miłe, kiedy tylko przyjdą Ci na myśl. Najpierw będą może nieufni, 

może   pomyślą,   że   coś   chcesz   za   to   uzyskać   albo   zatuszować   jakieś   swoje 

przewinienie (żonom w pierwszej kolejności przychodzi do głowy, że skoro mąż jest 

taki podejrzanie miły i prawi komplementy, to pewnie wykonał skok w bok). Ale po 

pewnym czasie zobaczysz, jacy są uszczęśliwieni.

Drugim ważnym sposobem dowartościowania są ciepłe gesty. Każdy człowiek 

potrzebuje - wiesz o tym dobrze, kiedy chodzi o Ciebie, a przecież oni mają podobne 

potrzeby - pogłaskania, przytulenia czy choćby przyjaznego poklepania albo wzięcia 

za łokieć. Boisz się tak bez okazji? Nie wiesz, jak się przełamać? Możesz jemu czy 

jej oprzeć głowę na ramieniu przy wspólnym oglądaniu telewizji albo usiąść ramię 

background image

w ramię jadąc gdzieś autobusem. Pomalutku, bezpiecznie.

Dobrze jest również trochę zadbać o najbliższych. Przygotować albo ku-pić 

coś, co szczególnie lubią. Moja starsza córka za najwyższy dowód miłości uważa to, 

że   czasami   przynoszę   jej   polskie   „Bravo”   albo   inne   czasopismo   z rockowymi 

zespołami. Warto zapewnić czasami odrobinę komfortu: podać gorącą herbatę, kiedy 

wróci   zziębnięty,   chociaż   mógłby   obsłużyć   się   sam;   zaproponować   półgodzinną 

drzemkę,   kiedy   ona   wygląda   na   zmęczoną;   jeśli   ma   smutną   minę,   zapytać,   czy 

czegoś   nie   potrzebuje.   Myślę,   że   bardzo   ważne   jest   także   okazywanie 

autentycznego   zainteresowania   i uwagi.   Banalne   „jak   tam   dzisiaj?”   czy   „jak   ci 

poszło?”   połączone   z uważnym   spojrzeniem   i gotowością   wysłuchania   odpowiedzi 

może być bardzo przekonywającym sygnałem. Tak samo powiedzenie, że widzisz, 

w jakim nastroju jest druga strona „Chyba cię zmartwiło to, co powiedziałem”, „Widzę, 

że jesteś dzisiaj bardzo zdenerwowana”, „To miło, że masz taki dobry humor”.

Zdaję sobie sprawę, jak trudno jest zrealizować każdą z tych sugestii.

Zwłaszcza jeżeli nie masz żadnego treningu czy nawyku w tej dziedzinie:

nie jesteś zbyt  wylewny ani „dotykalski”, mało się orientujesz w potrzebach 

i upodobaniach   swoich   bliskich,   boisz   się,   że   odrzucą   Twoją   troskę 

i zainteresowanie. Niemniej moim zdaniem warto zacząć, bo często nawet drobna 

zmiana   wystarczy,   żeby   uruchomić   proces   „ocieplania”   całego   układu.   Inaczej 

mówiąc, jest spora szansa, że jeśli zrobisz pierwszy krok czy raczej parę kroków, 

żeby dowartościować najbliższych, to po pewnym czasie oni zaczną odpowiadać tym 

samym.

Co to znaczy „kochać siebie”?

Wszystko, o czym mówiłam w tym rozdziale zmierzało do jednego celu: że-byś 

się   zapoznał   z paroma   sposobami   zmiany   własnej   samooceny   na   lepszą.   Żeby 

poprawiło się Twoje nastawienie do siebie samego czyli żebyś bar-dziej siebie polubił 

czy nawet pokochał.

Cytowana   tu   niedawno   Sondra  Ray  pisze,   iż   ludzie   często   tak  źle  o sobie 

myślą, że nawet nie rozumieją, na czym ma polegać taka miłość do samego siebie. 

I proponuje swoje rozumienie:

Kochać siebie to chwalić siebie i werbalnie wyrażać dla siebie uznanie.

Kochać siebie to akceptować wszystkie swoje działania.

background image

Kochać siebie to mieć zaufanie do swoich możliwości.

Kochać siebie to sprawiać sobie przyjemność bez poczucia winy.

Kochać siebie to kochać swoje ciało i zachwycać się swoim pięknem. Kochać 

siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz.

Kochać   siebie   to   pozwalać   sobie   na   wygrywanie.   Kochać   siebie   to 

dopuszczać do siebie innych zamiast godzić się na samotność.

Kochać siebie to kierować się własną intuicją.

Kochać siebie to odpowiedzialnie tworzyć swoje własne zasady.

Kochać siebie to dostrzegać własną doskonałość.

Kochać siebie to sobie przypisywać zasługi za to, co się zrobiło.

Kochać siebie to otaczać się pięknem.

Kochać siebie to pozwolić sobie na zamożność zamiast żyć w biedzie.

Kochać siebie to otoczyć się mnóstwem przyjaciół.

Kochać siebie to nagradzać się i nigdy się nie karcić.

Kochać siebie to mieć do siebie zaufanie.

Kochać siebie to karmić się dobrym pożywieniem i dobrymi myślami.

Kochać siebie to otaczać się ludźmi, których obecność ci służy.

Kochać siebie to czerpać radość z aktywności seksualnej.

Kochać siebie to często dawać sobie robić masaż.

Kochać siebie to uważać siebie za równego innym.

Kochać siebie to wybaczać sobie.

Kochać siebie to pozwalać na czułość.

Kochać   siebie   to   być   dla   siebie   autorytetem   zamiast   cedować   to   na   kogo 

innego.

Kochać siebie to rozwijać swoje twórcze impulsy.

Kochać siebie to cały czas dobrze się bawić.

Kochać siebie to przemawiać do siebie naprawdę łagodnie i czule.

Kochać   siebie   to   stać   się   własnym,   akceptującym   rodzicem   wewnętrznym. 

Gdybyś  do tego momentu jeszcze nie wiedział jak zabrać się do kochania siebie 

samego, masz tu prawdziwą kopalnię pomysłów.

Może   być   inaczej   Niewątpliwie   byłoby   lepiej,   gdyby   świat   był   inaczej 

urządzony:   gdybyś   był   otoczony   wyłącznie   życzliwymi   ludźmi,   pomocnymi 

background image

i wspierającymi, pełnymi uznania dla Twoich zalet i uroków, ale też wyrozumienia dla 

słabości i felerów. Pomyślałam, że na koniec mogłabym Cię zachęcić do tego, żebyś 

nie czekał, aż tak będzie, tylko zabrał się do zmieniania świata - zaczął traktować 

innych   tak,  jak  sam  chciałbyś   być   traktowany.   Możesz  zacząć  od  siebie  i swoich 

najbliższych, swojego miejsca pracy czy nauki. Że nic Ci nie wyjdzie w pojedynkę? 

Dookoła   masz   pełno   sojuszników,   chociaż   zapewne   oni   sami   jeszcze   o tym   nie 

wiedzą.   Kto   może   być   Twoim   sprzymierzeńcem?   Każdy.   Przecież   wszyscy   - 

podobnie jak Ty - marzą o tym, żeby przestać się chować i odgradzać od innych, 

żeby   spotykać   się   z akceptacją   i miłością.   Tylko   że   ktoś   musi   zacząć   i nie   ma 

żadnego powodu, żebyś to nie był Ty.

Jak   już   mówiłam,   próbuję   coś   robić   na   tym   polu   od   kilkunastu   lat   i mam 

poczucie, że moje starania nie idą na marne. Wiem też, że jestem jedną z wielu 

osób, które działają w tym samym kierunku: lecząc ludzi, wychowując dzieci, tworząc 

sztukę, wykonując inne zawody - robią to wszystko w taki sposób, że każdy, kto się 

z nimi   styka,   czuje   się   potem   lepszy   i lepiej   traktuje   siebie   i innych.   Krąg   się 

poszerza, bo ktoś, kto bar-dziej kocha siebie, jest też bardziej zdolny do obdarzania 

miłością innych.

Na koniec chcę Ci opowiedzieć bajkę, którą słyszałam po raz pierwszy ponad 

20 lat temu. Nie wiem, kto jest jej autorem i skąd pochodzi, ale mam nadzieję, że - 

jak wszystkie bajki - jest wspólnym dobrem, z którego wolno swobodnie korzystać. 

Wahałam   się   trochę,   czy   umieścić   ją   tutaj,   bo   dotychczas   opowiadałam   ją   tylko 

ludziom zaprzyjaźnionym i bliskim, a Ciebie przecież nie znam. Ale przypomniałam 

sobie, że to nieładnie być skąpym i postanowiłam podzielić się z Tobą.

Bajka   o ciepłym   i puchatym   W pewnym   mieście   wszyscy   byli   zdrowi 

i szczęśliwi.   Każdy   z jego   mieszkańców,   kiedy   się   urodził,   dostawał   woreczek 

z Ciepłym i Puchatym, które miało to do siebie, że im więcej rozdawało się go innym, 

tym   więcej   przybywało.   Dlatego   wszyscy   swobodnie   obdarowywali   się   nawzajem 

Ciepłym   i Puchatym   wiedząc,   że   nigdy   go   nie   zabraknie.   Matki   dawały   Ciepłe 

i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na 

powitanie,   po   powrocie   z pracy,   przed   snem;   nauczyciele   rozdawali   w szkole, 

sąsiedzi  na   ulicy  i w  sklepie,   znajomi   przy  każdym   spotkaniu;  nawet   groźny  szef 

w pracy   nierzadko   sięgał   do   swojego   woreczka   z Ciepłym   i Puchatym.   Jak   już 

background image

mówiłam,   nikt   tam   nie   chorował   i nie   umierał,   a szczęście   i radość   mieszkały   we 

wszystkich rodzinach.

Pewnego   dnia   do   miasta   sprowadziła   się   zła   czarownica,   która   żyła   ze 

sprzedawania   ludziom   leków   i zaklęć   przeciw   różnym   chorobom   i nieszczęściom. 

Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej 

młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio 

swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. 

Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła 

męża   i dzieci.   Stopniowo   wiadomość   rozeszła   się   po   całym   mieście,   ludzie 

poukrywali   Ciepłe   i Puchate,   gdzie   kto   mógł.   Wkrótce   zaczęły   się   tam   szerzyć 

choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.

Czarownica   z początku   cieszyła   się   bardzo:   drzwi   jej   domu   na   dalekim 

przedmieściu   nie   zamykały   się.   Lecz   wkrótce   wyszło   na   jaw,   że   jej   specyfiki   nie 

pomagają   i ludzie   przychodzili,   coraz   rzadziej.   Zaczęła   więc   sprzedawać   Zimne 

i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to - wprawdzie nie najlepszy - ale 

zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród 

chorób   i nieszczęść.  I byłoby   tak  może   do   dziś,   gdyby   do  miasta  nie  przyjechała 

pewna   kobieta,   która   nie   znała   argumentów   czarownicy.   Zgodnie   ze   swoimi 

zwyczajami   zaczęła   całymi   garściami   obdzielać   Ciepłym   i Puchatym   dzieci 

i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować - bali 

się,   że   będą   musieli   oddać.   Ale   kto   by   tam   upilnował   dzieci!   Brały,   cieszyły   się 

i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów jak dawniej 

zaczęły rozdawać.

Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od 

Ciebie.

Post scriptum Od Agnieszki i Lucyny, dwóch uroczych dziewczyn i świetnych 

terapeutek   dowiedziałam   się,   co   Albert   Einstein   uważał   za   największe   odkrycie 

swego życia. Mylisz się, jeśli sądzisz pochopnie, że teorię względności. Otóż pewien 

dziennikarz   zapytał   o to   wielkiego   uczonego   pod   koniec   jego   życia   i usłyszał   od 

Einsteina:   najważniejsze,   co   odkryłem,   to   że   Wszechświat   jest   łaskawy   Autorka, 

Anna   Dodziuk,   od   blisko   20   lat   zajmuje   się   poradnictwem,   treningiem 

psychologicznym,   psychoterapią   oraz   uczeniem   pomocy   psychologicznej.   Pracuje 

background image

w Instytucie   Psychologii   Zdrowia   i Trzeźwości   w Warszawie,   głównie   z grupami 

trzeźwych   alkoholików   i członków   ich   rodzin.   Po-przednio   w Poradni 

Przedmałżeńskiej   i Rodzinnej   Towarzystwa   Planowania   Rodziny   zajmowała   się 

indywidualnym poradnictwem i psychoterapią dla par.

Ukończyła studia etnograficzne. Ma 45 lat, wychowuje dwie córki.


Document Outline